background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

 

 

AGATHA CHRISTIE 

 

 

TAJEMNICA 

REZYDENCJI 

„CHIMNEYS” 

 

TŁUMACZYŁA URSZULA GUTOWSKA

 

TYTUŁ ORYGINAŁU: THE SECRET OF CHIMNEYS

 

    

Mojemu siostrzeńcowi

 

   Na pamiątką pewnego napisu

 

   w Zamku Compton 

   oraz dnia spędzonego w ZOO

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

ANTHONY CA

DE ANGAŻUJE SIĘ DO PRACY

 

    

   — 

Dżentelmen Joe?!

 

   — 

Nie do wiary, toż to poczciwy Jimmy McGrath! Elitarna wycieczka biura 

podróży „Castle”, w której skład wchodziło siedem niewiast o zatroskanych 

twarzach oraz trzech spoconych mężczyzn, przyglądała się

 im z prawdziwym 

zainteresowaniem. Nie ulegało wątpliwości, że pan Cade spotkał starego 

przyjaciela. Wszyscy oni uwielbiali pana Cade’a, zachwycali się jego wysoką, 

szczupłą sylwetką, opaloną na brąz twarzą, wesołym sposobem bycia, lekkością, z 

jaką potrafił prowadzić rozmowę, co wprawiało turystów w doskonały nastrój. Ten 

jego przyjaciel to człowiek o powierzchowności dość dziwnej. Prawie tego samego 

wzrostu co pan Cade, ale krępy i zdecydowanie nie tak przystojny. Typ mężczyzny, 

który występuje w powieściach jako właściciel saloonu. Mimo wszystko 

interesujący. W końcu dlatego wyjeżdża się za granicę 

 żeby sobie obejrzeć te 

różne dziwne rzeczy, o których czyta się w książkach. Aż do dziś w Bulawayo 

strasznie się nudzili. Słońce prażyło niemiłosiernie, hotel nie miał wygód, nie 

warto było nigdzie się ruszać aż do momentu wyjazdu do Matoppos. Całe szczęście, 

że pan Cade zaproponował widokówki. Zaopatrzenie w widokówki było znakomite.

 

   Anthony Cade wraz z przyjacielem odłączyli się trochę od reszty. 

— Co ty tu, 

do diabła, robisz z tą kupą babsztyli? 

 zapytał McGrath. 

 Zakładasz harem czy 

co? 

   — Harem z tymi kilkoma sztukami? —

 rzekł z uśmiechem Anthony. 

 Czy ty im się 

dobrze przypatrzyłeś?

 

   — 

Oczywiście. I pomyślałem sobie, że musiałeś stracić wzrok.

 

   — 

Wzrok mam jak zawsze idealny. Nie, to jest elitarna wycieczka biura podróży 

„Castle”: ja jestem tu „Castle”, lokalnym naturalnie. 

   — 

Co ci przyszło do głowy, żeby brać się za taką robotę?

 

   — 

Chroniczny brak forsy. Ale możesz mi wierzyć, że bardzo mi to nie leży.

 

   Jimmy uśmiechnął się kpiąco.

 

   — 

Nigdy nie miałeś zacięcia do regularnej pracy. Anthony zignorował to 

oszczercze pomówienie. 

   — 

Liczę, że w niedługim czasie coś się odmieni 

 zauważył optymistycznie. 

— 

Zawsze tak bywa. 

   Jimmy roześmiał się.

 

   — 

Gdy zanosi się na jakieś kłopoty, to Anthony Cade prędzej czy później musi 

ściągnąć je sobie na łeb, nie mam co do tego wątpliwości 

 powiedział.

 

   — Masz absolutnego nosa do wynajdywania rozrób i wtedy klops. Gdzie 

moglibyśmy pogadać?

 

   Ant

hony westchnął ciężko.

 

   — 

Chcę tym gdaczącym kwokom pokazać grobowiec Rhodesa.

 

background image

 

 

   — 

Pierwszorzędnie 

 rzekł aprobująco Jimmy.

 

   — 

Wrócą po tej wycieczce wyboistą drogą poobijane do żywego, posiniaczone, i 

tylko będą marzyć o łóżku, żeby lizać rany. Wtedy my zyskamy kapkę czasu na 

wymianę informacji.

 

   — 

Dobra. Cześć, Jimmy!

 

   Anthony dołączył do swego stada owieczek. Panna Taylor, najmłodsza w grupie i 

najbardziej filuterna, z miejsca go zaatakowała:

 

   — 

Czy to był pana dawny przyjaciel?

 

   — Tak. Jed

en z druhów mojej nieskazitelnej młodości.

 

   Panna Taylor zachichotała.

 

   — 

To moim zdaniem bardzo przystojny mężczyzna.

 

   — 

Powtórzę mu to.

 

   — 

Pan jest doprawdy nieznośny! Coś podobnego! Jak on pana nazwał?

 

   — 

Dżentelmen Joe.

 

   — 

Właśnie. A pan ma na imię Joe?

 

   — 

Przecież pani wie, że Anthony.

 

   — A niech pana nie znam!! —

 zawołała kokieteryjnie panna Taylor.

 

   Anthony do tej pory świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Poza 

wykonywaniem niezbędnych przed podróżą czynności winien był również uspokajać 

zirytowanych starszych panów, których godność została narażona na szwank, dbać, 

by starsze panie jak najczęściej miały możność kupowania pocztówek, oraz 

flirtować z możliwie każdą damą przed feralną czterdziestką. To ostatnie zajęcie 

sprawiało mu stosunkowo najmniej kłopotu, a to dlatego, że panie z wielką werwą 

wychwytywały czułe aluzje z jego najniewinniejszych napomknień.

 

   Panna Taylor znów przypuściła atak:

 

   — 

No to dlaczego nazwał pana Joe’em?

 

   — 

Pewno dlatego, że tak się właśnie ni

e nazywam. 

   — 

A dlaczego dżentelmen Joe?

 

   — Z tego samego powodu. 

   — 

Och, proszę pana 

 zaprotestowała wielce stropiona panna Taylor. 

 Zupełnie 

nie ma pan racji. Nie dalej jak wczoraj wieczorem papa mówił o pana 

dżentelmeńskich manierach.

 

   — To ba

rdzo miłe ze strony pani ojca.

 

   — 

Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że jest pan prawdziwym dżentelmenem.

 

   — 

Czuję się zażenowany.

 

   — 

Nie ma potrzeby, naprawdę tak uważam.

 

   — 

Tkliwe serca bardziej się liczą niż korony królewskie 

 stwierdził Antho

ny 

zdawkowo, nie zastanawiając się nad znaczeniem swej wypowiedzi i marząc tylko o 

tym, by jak najszybciej była pora na lunch.

 

   — 

Jest taki piękny wiersz… Czy dużo wierszy pan zna?

 

background image

 

 

   — 

Mogę wyrecytować w razie potrzeby: Chłopiec stal na płonącym pokładz

ie. A 

więc: „Chłopiec stał, pokład płonął, wszyscy zwiali, tylko nie on.” To wszystko, 

co umiem, ale jeśli pani sobie życzy, mógłbym to nieco zilustrować. „Chłopiec 

stał, pokład płonął” szu, szu, szu (to płomienie). „Wszyscy zwiali, tylko nie 

on”, biegam jak pies tam i z powrotem. 

   Panna Taylor ryknęła śmieciłem.

 

   — Ojej, spójrzcie na pana Cade’a! Jest kapitalny! 

   — 

Najwyższy czas na poranną herbatę 

 rzekł ten energicznie. 

 Proszę tędy. 

Na następnej ulicy mamy wspaniałą kawiarnię.

 

   — Domniemywam —

 powiedziała pani Caldicott tym swoim głębokim głosem 

 że 

koszt posiłku jest wliczony do wycieczki?

 

   — 

Poranna herbata, proszę pani 

 odparł Anthony w sposób profesjonalnie 

uprzejmy — jest ekstra. 

   — To nieprzyzwoite! 

   — 

Życie bardzo często nas dośw

iadcza —

 powiedział pocieszająco Anthony.

 

   — 

Oczy pani Caldicott rozbłysły; zauważyła tonem człowieka skaczącego na 

minę:

 

   — 

Podejrzewałam coś takiego i byłam na tyle przewidująca, że dziś rano przy 

śniadaniu odlałam trochę herbaty do dzbanka. Podgrzeję ją sobie na maszynce 

spirytusowej. Chodź, tatuśku.

 

   Państwo Caldicott pożeglowali triumfalnie w stronę hotelu, a postać damy aż 

promieniała zadowoleniem z własnej zapobiegliwości.

 

   — 

O, Boże 

 mruknął Anthony 

 ileż komicznych postaci chodzi po tym ś

wiecie. 

   Resztę towarzystwa skierował w stronę kawiarni. Panna Taylor nie odstępowała 

go ani na krok i znów wróciła do tematu:

 

   — 

Dawno pan się widział z tym swoim przyjacielem?

 

   — 

Przeszło siedem lat temu.

 

   — 

A poznał go pan w Afryce?

 

   — Tak, al

e nie w tej części. Po raz pierwszy zobaczyłem Jimmy’ego McGratha 

wtedy, gdy był już związany, gotowy do pieczenia. Musi pani wiedzieć, że 

niektóre plemiona w interiorze uprawiają ludożerstwo. Przybyliśmy w samą porę.

 

   — 

I co się stało dalej?

 

   — Bardzo

 ładna mała awanturka. Paru typów załatwiliśmy, reszta wzięła nogi za 

pas. 

   — 

Och, jakie pan miał bogate, pełne przygód życie!

 

   — 

Wiodłem żywot bardzo spokojny, zapewniam panią.

 

   Ale panna Taylor najwyraźniej mu nie uwierzyła.

 

   Była mniej więcej dziesiąta wieczór, gdy Anthony Cade wszedł do małego 

pokoiku, w którym Jimmy McGrath manipulował rozmaitymi butelkami.

 

   — 

Zrób coś mocnego, James 

 poprosił gość. 

 Zaręczam ci, że ogromnie jest mi 

to potrzebne. 

background image

 

 

   — 

Wierzę ci, chłopie. Ja za żadne skarby świata takiej roboty bym nie 

przyjął. 

 Daj mi inną, to w jednej chwili mnie tu nie będzie.

 

   McGrath nalał sobie, wypił duszkiem i zabrał się do przyrządzania następnej 

porcji. A potem zapytał niespiesznie:

 

   — Mówisz serio, stary? 

   — O czym? 

   — 

Że rzucisz w diabły tę pracę, jak będziesz miał inną?

 

   — 

A bo co? Chcesz przez to powiedzieć, że dajesz mi posadę żebraka? Jak masz 

robotę, to czemuś sam jej nie złapał?

 

   — 

Złapałem, ale za bardzo się na niej nie wyznaję i dlatego proponuję tobie.

 

   Anth

ony wzmógł czujność.

 

   — 

A dlaczego ci ona nie odpowiada? Przecież nie kazali ci nauczać w szkółce 

niedzielnej? 

   — 

Myślisz, że ktoś by zaryzykował taką ofertę?

 

   — 

Ktoś, kto cię dobrze zna, na pewno nie.

 

   — 

To naprawdę świetna robota, niczego złego się nie dopatruj.

 

   — 

Czy może szczególnym trafem w Ameryce Południowej? Mam chętkę na Amerykę 

Południową. W jednej z tych republik szykuje się całkiem fajna rewolucja.

 

   McGrath uśmiechnął się szeroko.

 

   — 

Zawsze byłeś pies na rewolucje, pasuje ci wszys

tko, co prowadzi do 

porządnej rozróby.

 

   — 

Czuję, że moje zdolności byłyby tam docenione. Powiadam ci, Jimmy, przydam 

się w każdej rewolucji, obojętnie, po której stronie bym się znalazł. Wszystko 

lepsze od tego nudnego, codziennego bytowania. 

   — Zdaje 

się, że o tej swojej skłonności już mi mówiłeś. Nie, nie daję ci 

roboty w Ameryce Południowej, tylko w Anglii.

 

   — 

Anglia? Powrót bohatera do stron rodzinnych? Po siedmiu latach nie zgarną 

mnie chyba za te rachunki, jak myślisz, Jimmy?

 

   — 

Nie sądzę. No więc słuchasz mnie dalej?

 

   — 

Słucham, jak najbardziej. Niepokoi mnie tylko, dlaczego sam nie wziąłeś tej 

roboty. 

   — 

Powiem ci, dlaczego. Ja, Anthony, szukam złota, hen, w interiorze.

 

   Anthony gwizdnął i spojrzał na niego uważnie.

 

   — Zawsze przepada

łeś za złotem, Jimmy, odkąd cię znam. To twoja słabość, 

takie specyficzne, małe hobby. Wydeptałeś nieskończoną liczbę fantastycznych 

ścieżek, nie ma takiego drugiego faceta.

 

   — 

I w końcu złapię ślad, przekonasz się.

 

   — 

No tak, każdy ma jakieś hobby. Mo

je to rozróba, twoje —

 złoto.

 

   — 

Zaraz ci opowiem, co trzeba. Mam nadzieję, że wiesz wszystko o 

Herzoslovakii? 

   Anthony obrzucił go bystrym spojrzeniem.

 

background image

 

 

   — Herzoslovakia? —

 zapytał i dziwna nuta zadźwięczała w jego głosie.

 

   — 

Tak. Wiesz coś o tym k

raju? 

   Minęła dłuższa chwila, zanim Anthony udzielił odpowiedzi. Rzekł powoli:

 

   — 

Tylko to, co wiedzą na ogól wszyscy. To jedno z bałkańskich państw, mam 

rację? Główne rzeki 

 nie znane. Główne pasma górskie 

 też nie znane, chyba 

sporo ich jest. Stoli

ca Ekarest. Ludność 

 przeważnie bandyci. Ich hobby to 

mordowanie królów i robienie rewolucji. Ostatni król, Nicholas Czwarty, 

zamordowany około siedmiu lat temu. Od tej pory kraj jest republiką. W sumie 

bardzo interesujący. Mogłeś mi na początku powiedzieć, że chodzi o 

Herzoslovakię.

 

   — 

Nie chodzi, chyba że pośrednio. Anthony spojrzał na niego bardziej ze 

smutkiem niż z gniewem.

 

   — 

Musisz coś z tym zrobić, James. Zapisz się na kurs korespondencyjny czy co. 

Gdybyś w dawnych dobrych czasach wstawiał taką mowę, powieszono by cię do góry 

nogami i złojono skórę łub uraczono czymś równie, nieprzyjemnym.

 

   Jimmy ciągnął dalej, nie zrażony krytyką:

 

   — 

Słyszałeś kiedyś o hrabim Stylptitchu?

 

   — To rozumiem —

 powiedział Anthony. 

— Ludzie, którzy nigdy nie mie

li pojęcia 

o Herzoslovakii, na dźwięk tego nazwiska doznaliby olśnienia. Wielki Starzec na 

Bałkanach, najmądrzejszy mąż stanu naszych czasów. Najgroźniejszy łotr, który 

uniknął stryczka. Punkt widzenia zależy od gazety, którą weźmiesz do ręki. Ale 

jedno je

st pewne, James, hrabia Stylptitch pozostanie w ludzkiej pamięci długo 

potem, kiedy my już się rozsypiemy w proch i pył. Za każdą akcją i kontrakcją na 

Bliskim Wschodzie stał od lat dwudziestu hrabia Stylptitch. Był dyktatorem i 

patriotą, i mężem stanu 

— l

ecz właściwie nikt nie wie dokładnie, kim naprawdę 

był, poza tym, że był królem najdoskonalszej intrygi. No więc co masz mi o nim 

do powiedzenia? 

   — 

Był premierem Herzoslovakii, i dlatego właśnie najpierw o nim ci 

wspomniałem.

 

   — Nie masz wyczucia proporcji, Jimmy. Herzoslovakia w zestawieniu ze 

Stylptitchem ma znaczenie drugorzędne. Jest tylko miejscem jego urodzenia i 

krajem, w którym zajmuje się sprawami publicznymi. Ale myślałem, że on już nie 

żyje?

 

   — 

I dobrze myślałeś. Umarł w Paryżu jakieś dwa miesiące temu. To, o czym 

mówię, zdarzyło się przed paroma laty.

 

   — Pytanie tylko, co to jest to, o czym mi mówisz. 

   Jimmy przełknął docinek i przyspieszył relację:

 

   — 

A więc było to tak. Przebywałem w Paryżu, dla ścisłości dodam, że działo 

się to przed czterema laty. Pewnego wieczoru przechadzam się samotnie w dość 

odludnej dzielnicy Paryża i widzę, jak sześciu francuskich chuliganów nalewa 

nobliwie wyglądającego starszego pana. Nie znoszę być biernym widzem, toteż 

background image

 

 

błyskawicznie wdałem się w bójkę i zacząłem okładać tych drani. Śmiem twierdzić, 

że nigdy do tej pory nie oberwali tak solidnie. Zmiękli jak plastelina!

 

   — Jeden zero dla ciebie, James —

 powiedział ciepło Anthony. 

 Szkoda, że moje 

oczy tego nie oglądały.

 

   — Drobiazg —

 wyrzekł skromnie 

Jimmy. —

 Ale ten starszy facet był mi 

bezgranicznie wdzięczny. Na pewno był po paru kieliszkach, nie mam co do tego 

wątpliwości, był jednak na tyle trzeźwy, że zapisał sobie moje nazwisko i adres 

i nazajutrz przyszedł, żeby mi podziękować. Pokazał klasę, oczywiście. I wtedy 

właśnie się dowiedziałem, że uratowałem życie hrabiemu Stylptitchowi. Miał dom 

przy ulicy Bois. 

   Anthony skinął głową.

 

   — 

Tak, po zamordowaniu króla Nicholasa Stylptitch przeniósł się do Paryża. 

Później namawiano go, żeby wrócił i został prezydentem, ale odmówił. Pozostał 

wierny swoim monarchistycznym ideałom, choć powiadają, że trzymał rękę na pulsie 

wszystkich politycznych spraw, jakie rozgrywały się na Bałkanach. Świętej 

pamięci hrabia Stylptitch.

 

   — 

Nicholas Czwarty miał ponoć dziwaczny gust, jeśli idzie o kobiety, prawda? 

 zapytał nagle Jimmy.

 

   — Tak —

 odparł Anthony. 

 I to biedakowi bokiem wyszło. Była popychadłem w 

jednym z paryskich music–

halli, nawet by nie pasowała do morganatycznego 

związku. Lecz Nicholas cholernie się do niej napalał, a ona wychodziła wprost ze 

skóry, żeby zostać królową. Wygląda to jak bajka, ale jakoś to załatwili. Hrabia 

ogłosił, że ona jest księżną Popoffsky czy coś w tym sensie i że w jej żyłach 

płynie krew Romanowów. Nicholas wziął z nią ślub w katedrze w Ekareście, a 

udzieliła mu go gromada niechętnych temu przedsięwzięciu arcybiskupów, i 

małżonka została ukoronowana jako królowa Varaga. Nicholas żył w zgodzie ze 

swoimi ministrami i moim zdaniem uważał, że tylko to się liczy 

 nie wziął pod 

uwagę społeczeństwa. W Herzoslovakii ludzie są bardzo zacofani i uwielbiają 

arystokrację. Życzą sobie, żeby ich królowie i królowe byli z prawdziwego 

kruszcu. Szemrano, wyrażano głośno swoje niezadowolenie, władze bezlitośnie 

stłumiły bunt, po czym wybuchło prawdziwe powstanie, atak na pałac, zabójstwo 

króla i królowej i ogłoszenie republiki. Ta funkcjonuje po dziś dzień, ale 

podobno stale się tam kotłuje. Zamordowano jednego czy dwóch prezydentów po 

prostu po to, by zaznaczyć swoją obecność. Jednakże revenons á

 nos moutons*z 

Dotarłeś do tego, jak hrabia Stylptitch obwołał cię swoim wybawicielem.

 

   — 

Tak. No dobrze, i to byłby koniec całej sprawy. Wróciłem do Afryki i nigdy 

więcej o tym nie myślałem, i dopiero przed dwoma tygodniami otrzymałem cudacznie 

wyglądającą paczkę, która podążała za mną z miejsca na miejsce, Bóg jeden wie, 

jak długo. Wyczytałem w gazecie, że hrabia Stylptitch umarł niedawno w Paryżu. 

No i ta paczka zawierała jego wspomnienia, czy jak to się nazywa. Był tam zapis 

background image

 

 

mówiący, że jeśli dostarczę rękopis do pewnej firmy wydawniczej w Londynie do 

trzynastego października włącznie, będą zobowiązani wręczyć mi tysiąc funtów.

 

   — 

Tysiąc funtów? Powiedziałeś tysiąc funtów, Jimmy?

 

   — 

Tak jest, synu. Mam w Bogu nadzieję, że to żaden żart. Kursuje tak

ie 

powiedzonko, że politykom ani arystokratom wierzyć nie należy. Otóż to. No i w 

ten sposób rękopis gonił mnie po świecie i teraz nie mam już czasu do stracenia. 

Mimo wszystko szkoda byłoby mi zrezygnować. Mam zaplanowaną wycieczkę do 

interioru i tylko o 

niej marzę. Druga taka okazja już mi się nie trafi.

 

   — 

Niepoprawny z ciebie facet, Jimmy. Tysiąc funtów w garści warte jest więcej 

niż cała masa mitycznego złota.

 

   — 

A jeżeli to oszustwo? Tak czy owak jestem tutaj, bilet mam załatwiony i 

wszystko inne, teraz do Cape Town, a potem dalej! 

   Anthony wstał i zapalił papierosa.

 

   — 

Zaczynam rozumieć twój zamysł, James. Ty pojedziesz, tak jak zaplanowałeś, 

na te swoje złote polowanie, a ja mam zagarnąć dla ciebie tysiąc funtów. Ile z 

tego będę miał?

 

   — Co

 powiesz na jedną czwartą?

 

   — 

A więc proponujesz dwieście pięćdziesiąt funtów wolne od podatku?

 

   — 

Zgadza się.

 

   — 

Umowa stoi, ale żeby cię pognębić, oznajmiam ci, że i za stówę bym to 

zrobił. Pozwól, że powiem ci jeszcze i to, Jamesie McGrath, iż źle skończysz, 

prowadząc taką gospodarkę finansową.

 

   — A czy to nie jest dobry interes? 

   — 

Jest, oczywiście. I przyjmuję propozycję. Na pohybel elitarnej wycieczce!

 

   Spełnił uroczyście toast.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

DAMA W KŁOPOCIE

 

    

   — 

Tak to wygląda 

— pow

iedział Anthony wychyliwszy szklankę i odsuwając ją od 

siebie. —

 Jakim statkiem miałeś płynąć?

 

   — „Granarth Castle”. 

   — 

Przejazd zabukowany na twoje nazwisko, będzie więc chyba lepiej, gdy podam 

się za Jamesa McGratha. Wyrośliśmy już dawno z paszportow

ej biurokracji, prawda? 

   — 

Bez znaczenia. Jesteśmy wprawdzie zupełnie do siebie niepodobni, ale na 

pewno opis naszych postaci na tych diabelstwach będzie identyczny. Sześć stóp 

wzrostu, włosy brązowe, oczy niebieskie, nos przeciętny, rysy twarzy przecięt

ne. 

   — 

Nie szafuj tak tą przeciętnością. Musisz wiedzieć, że „Castle” wybrało mnie 

spośród kilku kandydatów wyłącznie z racji przyjemnego wyglądu i dobrych manier.

 

   Jimmy zachichotał.

 

   — 

Obserwowałem dziś rano te twoje maniery.

 

background image

 

 

   — No i dobrze. 

   A

nthony wstał i przeszedł się po pokoju tam i z powrotem. Zmarszczył brwi i 

parę minut upłynęło, zanim przemówił:

 

   — Jimmy —

 rzek! w końcu. 

 Stylptitch umarł w Paryżu. Jaki ma więc sens 

przesyłanie rękopisu z Paryża do Londynu via Afryka?

 

   Jimmy potrząsnął bezradnie głową.

 

   — Nie wiem. 

   — 

Dlaczego nie zapakować go ładnie i nie przesłać paczki pocztą?

 

   — 

Całkiem to mądrze brzmi, w pełni się z tobą zgadzam.

 

   — 

Oczywiście 

 kontynuował Anthony 

 wiem doskonale, że królów i królowe oraz 

dostojników 

państwowych obowiązuje etykieta wykluczająca postępowanie 

najprostsze, zgodne z rozsądkiem. Stąd posłańcy królewscy i tak dalej. W 

średniowieczu dawałeś chłopakowi sygnet jako znak rozpoznawczy. Sezamie otwórz 

się. „Królewski sygnet! Droga wolna!” A zazwyczaj był to ktoś, kto zdążył już go 

skraść. Zawsze się zastanawiam, dlaczego żaden obrotny facet nie wpadł na pomysł 

skopiowania sygnetu, zrobienia z tuzina takich pierścieni, które by potem 

sprzedał po sto dukatów sztuka. Wygląda na to, że ludzie żyjący w średniowieczu 

nie odznaczali się inicjatywą.

 

   Jimmy ziewnął.

 

   — 

Moje wywody na temat średniowiecza najwyraźniej cię nudzą. Wróćmy zatem do 

hrabiego Stylptitcha. Z Francji do Anglii via Afryka to trasa nawet jak na 

dyplomatę co najmniej dziwna. Gdyby chciał tylko mieć pewność, że dostaniesz owe 

tysiąc funtów, mógłby ci je zapisać w testamencie. Bogu dzięki ani ty, ani ja 

nie jesteśmy na tyle dumni, żeby nie przyjąć spadku. Ten cały Stylptitch musiał 

mieć bzika.

 

   — 

Naprawdę tak uważasz?

 

   Anthony, zmar

szczywszy czoło, ciągle chodził w tę i z powrotem po pokoju.

 

   — 

Czy ty w ogóle to przeczytałeś? 

 zapytał niespodziewanie.

 

   — Niby co? 

   — 

Rękopis. 

 Mój Boże, nie! Sądzisz, że mam ochotę na czytanie takich rzeczy?

 

   Anthony uśmiechnął się.

 

   — Tak 

sobie tylko pomyślałem, to wszystko. Wiesz, pamiętniki przysparzają 

niekiedy moc kłopotów. Różne rewelacyjne niedyskrecje i tak dalej. Ludzie, 

którzy przez całe życie byli milczący i zamknięci w sobie, z wielkim upodobaniem 

myślą o tym, że po własnej śmierci dostarczą kłopotów swoim bliźnim. Sprawia im 

to złośliwą satysfakcję. Jimmy, jakim człowiekiem był hrabia Stylptitch? 

Poznałeś go i rozmawiałeś z nim, a jesteś skądinąd wytrawnym znawcą ludzkiej 

natury. Czy nie zaliczyłbyś go do gatunku starych, mściwyc

h drani? 

   Jimmy potrząsnął głową.

 

background image

 

 

10 

   — 

Trudno powiedzieć. Widzisz, tej pierwszej nocy był wyraźnie na bańce, a 

nazajutrz już odgrywał rolę czcigodnego starszego pana o wykwintnych manierach, 

zasypał mnie komplementami, że nie wiedziałem, gdzie oczy podziać.

 

   — 

A jak był pijany, nie powiedział nic interesującego?

 

   Jimmy cofnął się myślami do owego momentu i po swojemu zmarszczył brwi.

 

   — 

Powiedział, że wie, gdzie jest Koh

–i–noor* —

 oznajmił Jimmy niepewnym 

tonem. 

   — Daj spokój —

 powiedział Anthony 

:—

 to wiemy wszyscy. Trzymają klejnot w 

Tower, nieprawdaż? Za grubym szkłem i żelazną kratą, a wokół stoi mnóstwo 

dżentelmenów w strojach historycznych i tylko patrzą, czy czegoś nie podwędzisz.

 

   — To fakt —

 zgodził się Jimmy.

 

   — 

Nie wygłupiaj się, stary. To, co powiedziałeś, jest bardzo ważne.

 

   Podszedł do okna i stał tam chwilę, wyglądając na zewnątrz.

 

   — A kto to jest ten Król Victor? —

 chciał wiedzieć Jpnmy. 

 Też jakiś 

bałkański monarcha?

 

   — Nie —

 odparł Anthony powoli. 

 On nie należy do teg

o typu królów. 

   — No to co on za jeden? 

   Zapadła cisza, a potem Anthony rzekł:

 

   — 

To kanciarz, Jimmy. Najsławniejszy w świecie złodziej klejnotów. 

Fantastyczny, nieprawdopodobnie odważny facet, który nikogo się nie lęka. Król 

Victor to jego ksywa, po

d tą ksywą znany był w Paryżu. W Paryżu właśnie była 

kwatera główna jego gangu. Tam go złapali i wsadzili na siedem lat, za jakieś 

drobne przestępstwa. Nic ważnego nie mogli mu udowodnić. Wkrótce wyjdzie z ciupy 

albo może już wyszedł.

 

   — 

Czy uważasz, że hrabia Stylptitch mógł mieć coś wspólnego z jego 

zapuszkowaniem? Czy dlatego ten gang napadł na niego? Akt zemsty?

 

   — 

Nie mam pojęcia 

 powiedział Anthony. 

 Fakty jednak świadczą, że jest to 

mało prawdopodobne. O ile mi wiadomo, Król Victor nigdy nie ukradł klejnotów z 

korony Herzoslovakii. Ale ta cała sprawa daje sporo do myślenia, prawda? Śmierć 

Stylptitcha, jego pamiętniki, hałas podniesiony w prasie 

— wszystko to 

zagmatwane, lecz bardzo ciekawe. I kolejna pogłoska nawiązująca do tego, że w 

Herzoslova

kii dowiercono się do nafty. Czuję przez skórę, James, że lada dzień 

ludzie zaczną się interesować tym niewielkim, mało znaczącym krajem.

 

   — Jacy ludzie? 

   — 

Żydzi. Żółtoskórzy finansiści w wielkich biurowcach.

 

   — 

Do czego ty właściwie zmierzasz?

 

   — 

Wychodzę z założenia, że po co sobie ułatwić, skoro można utrudnić, to 

wszystko. 

   — 

Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, że wręczenie rękopisu wydawcy może 

nastręczyć jakieś trudności?

 

background image

 

 

11 

   — Nie —

 powiedział Anthony z ubolewaniem. 

 Nie przewiduję w tej

 kwestii 

żadnych problemów. Ale chciałbym cię poinformować, James, dokąd zamierzam się 

udać z tymi dwustu pięćdziesięcioma funtami.

 

   — 

Ameryka Południowa?

 

   — 

Nie, chłopie, Herzoslovakia. Udzielę poparcia republice. Bardzo 

prawdopodobne, że skończy się to tym, iż zostanę prezydentem.

 

   — 

To ogłoś się przy okazji najważniejszym Obolovitchem i zasiądź na tronie.

 

   — 

Nie, Jimmy. Królowie są na stałe. A prezydenci biorą posadę na cztery lata 

czy coś koło tego. Bardzo by to było zabawne, gdybym przez cztery lata porządził 

sobie takim państwem.

 

   — 

Trzeba dodać, że królowie pracują przeciętnie o wiele mniej 

 wtrącił 

Jimmy. 

   — 

Przewiduję, że będzie mnie nęciło, by sprzeniewierzyć tę twoją część 

tysiąca funtów. Kiedy wrócisz obwieszony grudkami złota, nie będzie ci ta forsa 

potrzebna. Zainwestuję ją dla ciebie w herzoslovackich szybach naftowych. Wiesz, 

James, im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się podoba ten twój pomysł. Gdybyś 

nie wspomniał o Herzoslovakii, nawet by mi ona nie przyszła do głowy. Jeden 

dzień spędzę w Londynie, odbiorę łup i zaraz wsiadam do Balkan

–Expressu. 

   — 

Nie musisz się tak szybko zwijać. Nie zdążyłem ci napomknąć, że chcę ci 

zlecić jeszcze jedno cholerne zadanie. Anthony usiadł na krześle i spojrzał na 

niego surowo. 

   — 

Cały czas czułem, że kryje się za tym jakaś ciemna sprawka. Zaraz wyjdzie 

szydło z worka.

 

   — 

Absolutnie się mylisz. Chodzi o pomoc dla pewnej damy.

 

   — 

Zapamiętaj sobie, James, raz na zawsze, że nie chcę mieć nic wspólnego z 

twoimi aferami miłosnymi, nie miesza

j mnie w to. 

   — 

To nie jest żadna afera miłosna. Nigdy tej kobiety nie widziałem. Opowiem 

ci wszystko od początku.

 

   — 

Jeżeli mam wysłuchać jednej z tych twoich ciągnących się w nieskończoność 

historyjek, zrób mi jeszcze drinka. 

   Pan domu spełnił gościnnie prośbę Anthony’ego, po czym przystąpił do 

opowieści:

 

   — 

Wydarzyło się to podczas mego pobytu w Ugandzie. Był tam pewien Amerykanin 

obcego pochodzenia, któremu uratowałem życie…

 

   — Na twoim miejscu —

 przerwał Anthony 

 napisałbym książkę pod tytuł

em: 

Ludzie, którym uratowałem życie. To już jest drugi wypadek, o którym dziś słyszę 

z twoich ust. 

   — 

Oj, to nie był żaden szczególny czyn. Po prostu wyciągnąłem tego faceta z 

rzeki. Jak wszyscy obcy nie umiał pływać.

 

   — 

Chwileczkę, czy ta historia ma coś wspólnego ze sprawą?

 

background image

 

 

12 

   — 

Niewiele, aczkolwiek, dziwna rzecz, teraz to sobie uświadamiam, ten 

człowiek był Herzoslovakiem. Nazywaliśmy go Dutch Pedro.

 

   Anthony skinął głową obojętnie.

 

   — 

Dla obcego każda ksywa jest dobra 

 zauważył. 

 No, ciągnij d

alej, James. 

   — 

Facet należał do gatunku wdzięcznych. Chodził za mną jak pies. Pół roku 

później zmarł na febrę. Byłem przy nim do końca. Ostatnia rzecz, jaką zrobił 

umierając, to kiwnął na mnie i wyszeptał w podnieceniu mało zrozumiałym żargonem 

o pewnej tajemnicy —

 kopalni złota, tak do odebrałem. Wetknął mi do ręki 

ceratowy pakuneczek, który zawsze nosił na piersi. Wtedy nie poświęciłem temu 

wiele uwagi. Dopiero po jakimś tygodniu otworzyłem paczuszkę. Muszę przyznać, że 

byłem ciekaw, co zawiera. Nie sądziłem, by Dutch Pedro w ogóle się orientował, 

co to jest kopalnia złota 

 ale kto to wie, szczęście chadza różnymi drogami…

 

   — 

A na samą myśl o złocie dostałeś jak zwykle palpitki 

 przerwał mu Anthony.

 

   — 

Nigdy w życiu nie przeżyłem takiego rozczarowania. Kopalnia złota, też coś! 

Śmiem przypuszczać, że dla tego drania była to kopalnia złota. Masz pojęcie, co 

zawierała ta paczuszka? Listy od kobiety, tak, listy od kobiety, i w dodatku 

Angielki. Ten łajdak ją szantażował 

 i miał czelność mnie obarczyć tym całym 

świńskim kramem!

 

   — 

Z przyjemnością obserwuję twoje święte oburzenie, James, ale pozwól, że ci 

uzmysłowię, iż obcy to zawsze obcy. Facet słusznie rozumował. Uratowałeś mu 

życie, a on za to przekazał ci w testamencie obfite źródło czerpania gotó

wki — 

twój szacowny, brytyjski umysł nie jest w stanie tego pojąć?

 

   — 

I co ja, do diabła, mam z tym zrobić? W pierwszym odruchu chciałem spalić 

te szpargały. Zdałem sobie jednak sprawę, że ta nieszczęsna niewiasta, nic nie 

wiedząc o zniszczeniu listów, całe życie będzie drżała ze strachu, iż pewnego 

dnia facet znowu z tym wyskoczy. —

 Nie posądzałem cię o tak bujną wyobraźnię 

— 

stwierdził Anthony zapalając papierosa. 

 Przypuszczam, że sprawa nastręczy 

więcej trudności, niż to wygląda na pierwszy rzut oka. A gdyby przesłać jej to 

pocztą?

 

   — 

Podobnie jak wszystkie kobiety, nie stawiała w listach daty ani nie 

podawała adresu. Na jednym 

— w miejscu adresu —

 napisane było jedno dziwne 

słowo: „Chimneys”.

 

   Anthony przerwał proces gaszenia zapałki, a potem rzucił ją gwałtownie, bo 

sparzyła mu palec. , 

— „Chimneys”? —

 zapytał. 

— Dziwna historia! 

   — 

Dlaczego? Coś ci o tym wiadomo?

 

   — To jedno z szacownych domostw w Anglii, mój drogi Jamesie. Rezydencja, do 

której zjeżdżają na weekendy królowie i królowe, gdzie zbierają się i dyskutują 

dyplomaci. 

   — 

Jeszcze jeden powód, dla którego tak się cieszę, że ty zamiast mnie 

jedziesz do Anglii. Ty się znasz na tych wszystkich ceregielach 

 powiedział 

szczerze Jimmy. —

 Gość mego pokroju, wywodzący się z kanadyjskich ostępów, 

background image

 

 

13 

mógłby przy takiej okazji palnąć jakąś gafę. Ale człowiek jak ty, który uczył 

się w Eton i Harrow…

 

   — Tylko w jednym z tych college’ów —

 sprostował skromnie Anthony.

 

   — 

Ty sobie z tym poradzisz. Pytasz, dlaczego nie wyślę tych listów pocztą. 

Wid

zisz, to moim zdaniem byłoby raczej niebezpieczne. Pewne dane świadczą o tym, 

że pani ma zazdrosnego męża. I dajmy na to przez pomyłkę mąż otwiera paczkę. Co 

wówczas biedaczkę czeka? Albo też może już nie żyć 

 sądząc po listach, były 

pisane dosyć dawno. Toteż w wyniku przemyśleń doszedłem do wniosku, że jedyne 

wyjście, to takie, by ktoś zabrał te listy do Anglii i wręczył je tej damie 

osobiście.

 

   Anthony odrzucił papierosa, podszedł do przyjaciela i poklepał go czule po 

ramieniu. 

   — 

Jesteś prawdziwym błędnym rycerzem, Jimmy. Kanadyjczycy z ostępów leśnych 

powinni być z ciebie dumni. A z tym zadaniem ty byś się uporał o wiele lepiej 

niż ja.

 

   — 

Ale weźmiesz te listy?

 

   — 

Oczywiście.

 

   McGrath wstał z miejsca, wyciągnął z szuflady plik listów i położył

 je na 

stole. 

   — 

Oto one. Rzuć na nie okiem.

 

   — 

Czy to konieczne? Wolałbym się tym nie zajmować.

 

   — 

Tylko że z tego, co powiedziałeś o „Chimneys”, można wnosić, że ta dama 

stale tam nie przebywa. Przejrzyjmy lepiej te listy, może znajdziemy w nich 

ja

kąś wskazówkę, gdzie ona obecnie mogłaby mieszkać.

 

   — 

Chyba masz rację.

 

   Starannie wszystkie listy przewertowali, ale nie znaleźli w nich tego, na co 

liczyli. Anthony w zamyśleniu zaczął je układać.

 

   — Biedne stworzenie —

 powiedział. 

 Musiała być śmiertelnie przerażona.

 

   Jimmy skinął głową.

 

   — 

Masz nadzieję ją odnaleźć? 

 zapytał z zaniepokojeniem.

 

   — 

Nie wyjadę z Anglii, póki do niej nie dotrę. Bardzo cię ta nieznana dama 

obchodzi, James? 

   Jimmy wodził w zadumie palcem po jej podpisie.

 

   — 

Piękne imię 

 rzekł usprawiedliwiającym tonem. 

— Virginia Revel. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

NIEPOKÓJ W WYŻSZYCH SFERACH

 

    

   — 

Oczywiście, mój drogi, oczywiście 

 powiedział lord Caterham.

 

   Powtórzył już te słowa trzykrotnie, za każdym razem mając nadzieję, że położą 

one kres popisowi oratorskiemu i pozwolą mu się ulotnić. Ogromnie nie lubił być 

background image

 

 

14 

zmuszony do stania na stopniach, przed wejściem do ekskluzywnego klubu, którego 

był członkiem, i słuchania ciągnącego się w nieskończoność popisu krasomówczego 

szanownego George’a Lomaxa. 

   Clement Edward Alistair Brent, dziewiąty markiz Caterham, był dżentelmenem 

niewielkiego wzrostu, fatalnie ubranym, i jego wygląd stanowił absolutne 

zaprzeczenie powszechnego wizerunku markiza. Miał wyblakłe, niebieskie oczy, 

cienki, sm

ętny nos i dość niedbale, acz nienaganne maniery.

 

   Głównym nieszczęściem lorda Caterhama było to, że przed czterema laty przejął 

sukcesję po swoim bracie, markizie ósmym. Albowiem poprzedni lord Caterham był 

człowiekiem w całym tego słowa znaczeniu wyróżniającym się 

 jak Anglia długa i 

szeroka. Swego czasu sekretarz stanu Ministerstwa Spraw Zagranicznych odgrywał 

znaczącą rolę podczas narad na szczeblu imperium, a jego wiejska siedziba 

„Chimneys” słynęła z wielkiej gościnności. Na zręcznie sterowanych pr

zez jego 

żonę, córkę księcia Perth, przyjęciach weekendowych tworzono i przetwarzano 

historię, i nie było

 

   w Anglii, a nawet w Europie, co wybitniejszej osobistości, która by wcześniej 

czy później nie przekroczyła progu „Chimneys”.

 

   Życie toczyło się pomyślnie. Dziewiąty markiz Caterham obdarzał wielką czcią 

pamięć swego brata. W kwestii ceremonii Henry był zawsze niedościgniony. Lord 

Caterham miał jedynie zastrzeżenia co do tego, że „Chimneys” z prywatnej, 

wiejskiej siedziby przemieniło się w posiadłość społeczną. Nic bardziej nie 

nudziło lorda Caterhama niż polityka, chyba że politycy. Stąd to jego 

zniecierpliwienie wobec niekończącej się mowy George’a Lomaxa. Ten krzepko 

zbudowany mężczyzna, George Lomax, z wyraźną skłonnością do tycia, czerwoną 

twarz

ą i wytrzeszczonymi oczami, był głęboko przekonany o własnej wielkości.

 

   — 

Pojmujesz sedno sprawy, Caterham? My nie możemy, po prostu nie możemy teraz 

dopuścić do żadnego skandalu. Sytuacja jest nadzwyczaj delikatna.

 

   — Zawsze bywa delikatna — nie bez 

nuty ironii stwierdził lord Caterham.

 

   — 

Mój drogi, ja mam orientację!

 

   — 

Oczywiście, oczywiście 

 rzekł lord, wracając do poprzedniej linii obrony.

 

   — 

Jeden błąd w sprawie Herzoslovakii i jesteśmy załatwieni. Najważniejsze 

jest, by koncesja na ropę naftową przypadła Towarzystwu Brytyjskiemu. Chyba to 

rozumiesz? 

   — 

Oczywiście, oczywiście.

 

   — 

W końcu tygodnia przyjeżdża książę Michael Obolovitch i dokonamy dzieła w 

„Chimneys”, pod pozorem polowania. 

   — 

Zamierzałem w tym tygodniu jechać za granicę

 —

 powiedział lord Caterham. 

— 

Nonsens, mój drogi, któż wybiera się za granicę na początku października?

 

   — 

Mój lekarz uważa, że jestem w nie najlepszej kondycji 

 oznajmił Caterham, 

spoglądając tęsknie za odjeżdżającą taksówką.

 

background image

 

 

15 

   Żadną miarą nie mógł jednak uczynić skoku do wolności, albowiem Lomax miał 

nieprzyjemny zwyczaj niewypuszczania ze swoich sideł osoby, z którą prowadził 

poważną rozmowę 

 niewątpliwie skutek długich doświadczeń w tej dziedzinie. W 

tym wypadku trzymał mocno w garści klapę płaszc

za lorda Caterhama. 

   — 

Mój drogi, oświadczam ci autorytatywnie. W czasach kryzysu 

ogólnonarodowego, który zbliża się szybkimi krokami…

 

   Lord Caterham aż się cały skurczył. Uświadomił sobie nagle, że wolałby wydać 

moc przyjęć niż słuchać George’a Lomaxa cytującego samego siebie z którejś 

wygłoszonej mowy. Wiedział z doświadczenia, że Lomax jest zdolny gadać tak bez 

przerwy dwadzieścia minut.

 

   — No dobrze —

 powiedział pospiesznie. 

 Zgadzam się na to polowanie. Mam 

nadzieję, że stroną organizacyjną zajmiesz się ty.

 

   — 

Mój drogi, co tu jest do organizowania? „Chimneys”, poza swoimi związkami z 

historią, ma fantastyczne położenie. Będę w „Abbey”, odległym stamtąd niecałe 

siedem mil. Nie byłoby najlepiej, gdybym mieszkał u ciebie.

 

   — 

Oczywiście, że nie 

 zgodził się lord Caterham, nie mając wprawdzie 

pojęcia, dlaczego nie byłoby tak właśnie najlepiej, ale mało go to obchodziło.

 

   — 

Może chciałbyś mieć pod ręką Billa Eversleigha? Przydałby ci się, sprawnie 

wykonuje polecenia. 

   — 

Z przyjemnością będę go widział 

 odparł lord Caterham wyraźnie ożywiony. 

— 

Bill to dobry strzelec, Bundle go lubi. 

   — 

Strzelanie w tym wypadku nie jest takie ważne. To tylko pretekst, w pewnym 

sensie. 

   Lord Caterham znów miał strapioną minę.

 

   — 

I to byłoby wszystko. Książę, jego świta, Bill Eversleigh, Herman 

Isaacstein… 

   — Kto? 

   — 

Herman Isaacstein. Przedstawiciel syndykatu, o którym ci mówiłem.

 

   — Syndykatu Ogólnobrytyjskiego? 

   — Tak. A bo co? 

   — 

Nic, nic, tak tylko zapytałem. Dziwne ci ludzie mają nazwiska.

 

   — 

Przydaliby się jeszcze oczywiście z dwaj cudzoziemcy, nadaliby całej 

imprezie wiarygodności. Już lady Eileen zatroszczy się o to 

 młodzi ludzie, 

nastawieni raczej bezkrytycznie i nie mający o polityce zielonego pojęcia.

 

   — 

Na pewno Bundle załatwi to jak należy.

 

   — 

Zastanawiam się jeszcze nad jednym. 

 Wyglądało na to, że Lomaxowi 

przyszedł nagle do głowy jakiś nowy pomysł. 

 Pamiętasz o tej sprawie, o której 

ci niedawno mówiłem?

 

   — 

Mówisz zawsze o tyłu sprawach…

 

   — 

Daj spokój, mam na myśli tę fatalną historię 

 zniżył głos do tajemniczego 

szeptu —

 te pamiętniki, pamiętniki hrabiego Stylptitcha.

 

background image

 

 

16 

   — Moim zdaniem nie masz racji —

 rzekł lord Caterham przemagając ziewanie. 

— 

Ludzie ubóstwiają skandale. Niech to diabli, sam czytam teraz wspomnienia i

 

bardzo lubię ten gatunek.

 

   — 

Nie chodzi o to, czy ludzie będą je czytać, czy nie, na pewno zresztą 

pochłoną pamiętniki tego typu, ale opublikowanie ich w tych okolicznościach może 

wszystko zniszczyć, wszystko. Naród Herzoslovakii dąży do restauracji mon

archii 

 chcą ofiarować koronę księciu Michaelowi, który cieszy się poparciem i 

sympatią rządu Jego Królewskiej Mości…

 

   — 

I który jest skłonny udzielić koncesji panu Ikeyowi Hermansteinowi i spółce 

w zamian za pożyczkę miliona albo za osadzenie go na tro

nie… 

   — Caterham, Caterham —

 szeptał Lomax błagalnie. 

 Dyskrecja, proszę cię. Nade 

wszystko dyskrecja! 

   — 

A sęk tkwi w tym 

 kontynuował lord z niejakim upodobaniem, choć na gorący 

apel interlokutora zniżył głos 

 że niektóre fragmenty pamiętników Sty

lptitcha 

mogą narobić komuś bigosu. Tyrania i złe prowadzenie się rodziny Obolovitchów, 

tak? Interpelacje w Izbie Lordów? Dlaczego zamieniać światłe i demokratyczne 

rządy na anachroniczną tyranię? Polityka dyktowana przez krwiożerczych 

kapitalistów. Precz 

z rządem. Tak to się przedstawia, nieprawdaż?

 

   Lomax skinął głową.

 

   — 

A może być jeszcze gorzej 

 wydyszał. 

 Załóżmy, tylko załóżmy, że 

należałoby wspomnieć o tym… o tym nieszczęsnym zniknięciu, wiesz, co mam na 

myśli.

 

   Lord Caterham spojrzał na nie

go. 

   — 

Nie, nie wiem. O jakim zniknięciu mówisz?

 

   — 

Musiałeś o tym słyszeć. To się zdarzyło, gdy oni byli w „Chimneys”. Henry 

był strasznie zdenerwowany. Zrujnowało mu to niemal karierę.

 

   — 

Zaintrygowałeś mnie niebagatelnie 

 powiedział lord Caterham

. — Kto 

zniknął, czy też co zniknęlo?

 

   Lomax przyłożył usta do ucha lorda Caterhama. Ten ostatni odsunął gwałtownie 

głowę.

 

   — 

Na litość boską, nie gwiżdż mi w ucho!

 

   — 

Słyszałeś, co powiedziałem?

 

   — 

Tak, słyszałem 

 odparł z ociąganiem lord. 

— Przy

pominam sobie, że w swoim 

czasie coś o tym słyszałem. Bardzo interesująca historia. Ciekawe, kto to 

zrobił. Nigdy tego nie odzyskano?

 

   — 

Nie. Działaliśmy naturalnie zachowując najwyższą dyskrecję. Nie wolno było 

dopuścić, by wymsknęła się na zewnątrz naj

mniejsza nawet aluzja o stracie. Ale 

Stylptitch był tam wówczas. Coś musiał wiedzieć. Nie wszystko oczywiście. 

Posprzeczaliśmy się z nim parę razy na temat kwestii tureckiej. Może z czystej 

złośliwości postanowił, że cały świat dowie się o sprawie? Pomyśl 

o skandalu, o 

daleko idących konsekwencjach. Każdy zapyta: dlaczego to zostało zatuszowane?

 

background image

 

 

17 

   — 

Oczywiście, że zapyta 

 potwierdził lord z widomą satysfakcją.

 

   Lomax, którego głos rozbrzmiał teraz wysokimi tonami, postanowił wziąć się w 

garść.

 

   — Musz

ę zachować spokój 

 mruknął. 

 Muszę zachować spokój. Ale pytam cię, 

mój drogi: jeśli nie miał nic złego na myśli, to dlaczego wysłał ten rękopis do 

Londynu tak bardzo okrężną drogą?

 

   — 

To rzeczywiście dziwne. A czy te dane są absolutnie pewne?

 

   — Jak 

najbardziej. Mieliśmy… hm… w Paryżu swoich agentów. Parę tygodni przed 

jego śmiercią pamiętniki zniknęły w sposób tajemniczy.

 

   — 

Tak, wygląda na to, że coś w tym jest 

 powiedział lord Caterham z taką 

samą satysfakcją, jaką zamanifestował poprzednio.

 

   — 

Wytropiliśmy, że zostały wysłane do człowieka imieniem Jimmy, czyli Jamesa 

McGratha, Kanadyjczyka przebywającego obecnie w Afryce.

 

   — 

Afera na miarę imperium, prawda? 

 zapytał wesoło lord. 

— James McGrath 

przybywa tu jutro, w czwartek, statkiem „Granarth Castle”. 

   — 

I co zamierzasz dalej z tym począć?

 

   — 

Musimy oczywiście od razu go dopaść, wyłuszczyć mu, czym to ewentualnie 

mogłoby grozić, i prosić go na wszystkie świętości, by publikację pamiętników 

odłożył przynajmniej na miesiąc i by przy publikowaniu kierował się… hm… 

rozsądkiem.

 

   — 

Załóżmy, że on odpowie: „Nie, moi panowie” albo: „Niech was piekło 

pochłonie”, lub coś równie błyskotliwego i świadczącego o bystrości umysłu 

— 

wyraził przypuszczenie lord Caterham.

 

   — 

Tego właśnie się lękam 

— p

owiedział Lomax szczerze. 

 I powodowany tą obawą 

pomyślałem sobie, że może byłoby dobrze zaprosić go do „Chimneys”. Będzie się 

czuł zaszczycony, gdy się dowie, że wśród gości znajduje się również książę 

Michael, dzięki czemu łatwiej nam będzie nim właściwie pokierować.

 

   — 

Nie zamierzam go zapraszać 

 rzekł pospiesznie lord Caterham. 

— Nie mam 

zamiaru zadawać się z Kanadyjczykami, szczególnie z takimi, którzy mieszkają 

przeważnie w Afryce.

 

   — 

A może uznasz, że to wspaniały chłopak, bez ogłady, ale wartościowy?

 

   — 

Nie, Lomax. Nie zmienię swojego stanowiska. Niech ktoś inny weźmie na 

siebie ten kram. 

   — 

Pomyślałem sobie 

 zaczął Lomax 

 że w tej sytuacji bardzo by się przydała 

kobieta. Trochę by się jej powiedziało, ale nie za wiele, rozumiesz. Kobieta

 

pokierowałaby sprawą delikatnie, z taktem, wyłożyłaby mu całą kwestię nie 

wywołując w nim gniewu. Nie znaczy to, że przeceniam rolę kobiet w polityce 

— 

Saint Stephen zamieniło się w ruinę, kompletną ruinę. Lecz kobiety w wąskim 

zakresie mogą czynić cuda. Weź choćby żonę Henry’ego i to, co ona dla niego 

zrobiła. Marcia jest kapitalną, doskonałą, jedyną w swoim rodzaju upolitycznioną 

panią domu.

 

background image

 

 

18 

   — 

Nie zamierzasz chyba zapraszać Marcii na to przyjęcie? 

 zapytał słabnącym 

głosem lord, blednąc na samo wspo

mnienie tej swojej koszmarnej szwagierki. 

   — 

Nie, źle mnie zrozumiałeś. Ja mówię generalnie o roli kobiet. A jeśli idzie 

o tę sprawę, to mam na myśli młodą kobietę, czarującą, piękną, inteligentną.

 

   — 

Nie Bundle? Z Bundle nie byłoby żadnego pożytku. Jeśli w ogóle jest kimś, 

to zacietrzewioną socjalistką, i skonałaby ze śmiechu na taką propozycję.

 

   — 

Nie myślałem o lady Eileen. Twoja córka, Caterham, jest urocza, po prostu 

urocza, ale to jeszcze dziecko. Potrzebny nam jest ktoś o nienagannych 

manierach

, zrównoważony, bywały w świecie. No i oczywiście silna osobowość. Moja 

kuzynka Virginia. 

   — Pani Revel? —

 Oblicze lorda Caterhama rozjaśniło się. Poczuł, że to 

przyjęcie mogłoby mu nawet sprawić radość. 

 Bardzo rozsądny pomysł, Lomax. Nie 

ma w Londynie

 kobiety tak czarującej jak ona.

 

   — 

Dobrze się również orientuje w sprawach Herzoslovakii. Jej mąż, jak 

pamiętasz, pracował tam w naszej ambasadzie. A ponadto, jak słusznie zauważyłeś, 

to kobieta o niespotykanym wdzięku.

 

   — Urocze stworzenie —

 mruknął 

lord Caterham. 

   — 

Wobec tego sprawa załatwiona.

 

   Pan Lomax puścił klapę lorda Caterhama, z czego ten ostatni nie omieszkał 

szybko skorzystać.

 

   — 

Cześć, Lomax, stronę organizacyjną bierzesz na siebie, tak?

 

   Dał nura do taksówki. Tak dalece, jak to p

rzystoi, by jeden szacowny, 

chrześcijański dżentelmen nie lubił drugiego szacownego, chrześcijańskiego 

dżentelmena, lord Caterham nie lubił George’a Lomaxa. Nie lubił jego nalanej, 

czerwonej twarzy, ciężkiego oddechu i wybałuszonych, niebieskich, zawsze 

po

ważnych oczu. Pomyślał o nadchodzącym weekendzie i westchnął. Przykra, 

obrzydliwa historia. Ale zaraz myśl jego pobiegła ku Virginii Revel i to go 

nieco podniosło na duchu. 

— Urocze stworzenie —

 powtórzył pod nosem. 

— Niebywale 

urocze. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

WPROWADZENIE DO AKCJI UROCZEJ LADY 

    

   George Lomax udał się prosto do Whitehall. Gdy przekraczał próg urządzonego z 

przepychem biura, w którym załatwiał sprawy rangi państwowej, doszedł go stamtąd 

odgłos szurania.

 

   Bill Eversleigh przekładał teraz z zapałem papiery, ale stojący przy oknie, 

wygodny fotel był jeszcze ciepły od kontaktu z ludzkim ciałem.

 

   Bardzo sympatyczny młody człowiek z tego Billa Eversleigha. W wieku około 

dwudziestu pięciu lat, wysoki, o niezgrabnych ruchach, miał miłą, ale raczej 

background image

 

 

19 

brzydką twarz, dwa rzędy wspaniałych, białych zębów i brązowe, poczciwie 

spoglądające oczy.

 

   — 

Czy Richardson wysłał raport?

 

   — 

Nie, sir. Mam iść do niego w tej sprawie?

 

   — 

Nieważne. Były jakieś telefony?

 

   — 

Większość przyjmowała panna Oscar. Pan Isaacstein zapytywał, czy jutro w 

„Savoyu” zje pan z nim lunch. 

   — 

Powiedz pannie Oscar, żeby sprawdziła w kalendarzu. Jeśli nie jestem na tę 

godzinę umówiony, niech do niego zadzwoni, że przyjmuję zaproszenie.

 

   — Tak jest, sir. 

   — Aha, Eversleigh, po

łącz mnie teraz z numerem… Zajrzyj do książki 

telefonicznej. Pani Revel, Pont Street czterysta osiemdziesiąt siedem.

 

   — Tak, sir. 

   Bill chwycił książkę telefoniczną, przebiegł niewidzącym wzrokiem kolumnę 

pań, zamknął książkę z trzaskiem i podszedł do stojącego na biurku aparatu. Z 

ręką na słuchawce stał krótką chwilę, jak gdyby coś sobie nagle przypomniał.

 

   — 

Och, proszę pana, właśnie sobie przypomniałem. Ona ma uszkodzony telefon. 

Mam na myśli panią Revel. Próbowałem już się do niej dodzwonić.

 

   Ge

orge Lomax zmarszczył brwi.

 

   — To przykre —

 powiedział 

— doprawdy bardzo przykre. — Niezdecydowanym gestem 

uderzał ręką w blat stołu.

 

   — 

Jeżeli to coś ważnego, sir, to wezmę taksówkę i pojadę do niej. O tej 

porannej godzinie na pewno jest w domu. 

   Ge

orge Lomax wahał się, rozważał w myślach problem. Bill stał wyczekująco, 

gotów natychmiast się poderwać, gdy padnie pozytywna odpowiedź.

 

   — 

Tak, to chyba najlepsze wyjście 

 powiedział w końcu Lomax. 

 Weź więc 

taksówkę, jedź i zapytaj panią Revel, czy dziś o czwartej po południu będzie w 

domu, bo mam z nią do omówienia niezwykle ważną sprawę.

 

   — Dobrze, sir. 

   Bill chwycił kapelusz i już go nie było.

 

   Po dziesięciu minutach wysiadł z taksówki przed domem numer 487 przy Pont 

Street. Zadzwonił, a potem zastukał głośno kołatką. Drzwi otworzył ponury 

służący, którego Bill pozdrowił kiwnięciem głowy, jak dobrego znajomego.

 

   — 

Dzień dobry, Chilvers, pani w domu?

 

   — 

Zdaje się, sir, że właśnie zamierza wyjść.

 

   — To ty, Bill? —

 dał się słyszeć głos ponad balustradą. 

 Poznałam cię po 

mocnym stukaniu. Chodź na górę i powiedz, z czym przyszedłeś.

 

   Bill zadarł głowę i spojrzał na śmiejącą się do niego kobietę, która zawsze 

była w stanie doprowadzić go 

— i nie tylko jego — do stanu totalnego 

rozkojarzenia.

 Pobiegł, przeskakując po dwa stopnie, i zamknął w swoich silnych 

dłoniach wyciągnięte doń ręce Virginii Revel.

 

background image

 

 

20 

   — 

Cześć, Virginio!

 

   — 

Cześć, Bill!

 

   Wdzięk to cecha nader swoista; setki młodych kobiet, nawet piękniejszych od 

Virginii, mogłoby wypowiedzieć owo „Cześć, Bill” w identycznej prawie intonacji, 

nie wywarłoby to jednak na nim żadnego wrażenia. Natomiast te dwa słowa, 

wyartykułowane przez Virginię, podziałały na Billa upajająco.

 

   Virginia Revel skończyła właśnie dwadzieścia siedem lat. Była 

wysoka i 

fantastycznie szczupła 

 doprawdy, można by było napisać poemat na temat jej 

szczupłości, tak cudownie proporcjonalnie była zbudowana. Włosy miała brązowe 

— 

z lekkim zielonym połyskiem na tle złota. Delikatne rysy twarzy, zgrabny nos, 

nieco skośne, niebieskie oczy, które spod uchylonych powiek rzucały chabrowe 

błyski, i rozkoszne, nie dające się wręcz opisać usta 

 jeden ich kącik opadał 

ku dołowi, co w Anglii określa się mianem „podpisu Wenus”. Jej twarz była 

cudownie wyrazista, a ona sama promien

iowała żywotnością, która przykuwała uwagę 

wszystkich wokół. Niezwrócenie na nią uwagi było absolutnie niemożliwe.

 

   Zaciągnęła Billa do małego saloniku o barwach bladoróżowej, zielonej i żółtej 

 niczym zadziwiający kolorami krokus na łące.

 

   — Bill, kochanie —

 powiedziała Virginia 

— czy aby Ministerstwo Spraw 

Zagranicznych nie tęskni za tobą? Zdaje się, że oni nie potrafią się bez ciebie 

obejść. 

 Przynoszę ci wiadomość od starego. 

 W ten dość lekceważący sposób 

Bill określał swego szefa. 

— A przy okaz

ji, Virginio, jeżeli zapyta, to 

pamiętaj, że dziś rano miałaś uszkodzony telefon.

 

   — 

Ale nie miałam.

 

   — 

Wiem. Powiedziałem mu jednak, że nie działał.

 

   — 

Dlaczego? Wyjaśnij mi, co to ma wspólnego z Ministerstwem Spraw 

Zagranicznych? 

   Bill obrzucił ją pełnym wyrzutu spojrzeniem.

 

   — 

Dzięki temu jestem u ciebie.

 

   — 

Och, kochanie, jaka ze mnie idiotka! I jak to pięknie z twojej strony!

 

   — 

Chilvers powiedział, że wychodzisz.

 

   — 

Miałam zamiar, na Sloane Slreet. Przy tej ulicy sprzedają kapitalne, 

nowoczesne gorsety. 

   — Gorsety? 

   — Tak, Bill, gor–se–ty. 

Podkreślają linię bioder.

 

   — 

Wstyd mi za ciebie, Virginio. Jak możesz opowiadać o swojej bieliźnie 

młodemu człowiekowi, z którym nie łączą cię więzy rodzinne? To nieskromne z 

twojej strony. 

   — 

Drogi Billu, biodra nie są niczym nieskromnym. Wszystkie kobiety noszą 

gorsety, tylko że za wszelką cenę starają się zataić ten fakt. Gorset, o którym 

wspomniałam, jest zrobiony z czerwonej gumy i sięga trochę powyżej kolan, tak że 

właściwie nie można się w nim poruszać.

 

background image

 

 

21 

   — Okropne! —

 rzekł Bill. 

 Dlaczego chcesz go mieć?

 

   — 

Och, to daje upust szlachetnemu uczuciu cierpienia w imię urody. Ale nie 

rozmawiajmy o gorsecie. Co ma mi George do przekazania? 

   — 

Pyta, czy będziesz w domu o czwartej po połud

niu. 

   — 

Nie. Będę wtedy w Ranelagh. Cóż to za formalna wizyta? Ma wobec mnie jakieś 

plany, wiesz coś o tym?

 

   — 

Wcale bym się nie zdziwił.

 

   — 

Jeśli tak, to możesz mu powiedzieć, że wolę mężczyzn działających pod 

wpływem impulsu.

 

   — Takich jak ja? 

   — U ciebie to nie jest impuls, Bill. To przyzwyczajenie. 

   — 

Virginio, a może byśmy…

 

   — Nie, nie, Bill. Nigdy nie w godzinach porannych, przed lunchem. Spróbuj 

pomyśleć o mnie jako o zbliżającej się do wieku średniego matronie, której twoje 

sprawy napr

awdę leżą na sercu.

 

   — 

Tak cię kocham, Virginio.

 

   — 

Wiem, Bill, wiem. A ja po prostu kocham być kochaną. Czy to nie straszne i 

nie obrzydliwe z mojej strony? Chciałabym, żeby każdy przystojny mężczyzna na 

świecie był we mnie zakochany.

 

   — 

Większość p

rawdopodobnie jest —

 rzekł Bill ponuro.

 

   — 

Przypuszczam jednak, że George się we mnie nie kocha. Myślę, że nie stać go 

na coś takiego jak miłość. Jest tak pochłonięty własną karierą. Co jeszcze 

mówił?

 

   — 

Że to ogromnie ważne.

 

   — Coraz bardziej mnie t

o intryguje. Przerażająco skromna jest liczba spraw, 

które George uznaje za ważne. Będę musiała zrezygnować z Ranelagh. Mogę tam w 

końcu jechać każdego innego dnia. Powiedz George’owi, że o czwartej będę na 

niego grzecznie czekała.

 

   Bill spojrzał na zega

rek. 

   — 

Wygląda na to, że nie warto mi wracać do biura przed lunchem. Chodź, 

Virginio, pójdziemy coś przekąsić. 

 Wybieram się na lunch w innym składzie.

 

   — 

To nie ma znaczenia. Daj sobie dzisiaj wolne i chodź ze mną.

 

   — 

Mogłoby być naprawdę uroczo 

 powiedziała z uśmiechem Virginia.

 

   — 

Virginio, jesteś przez wszystkich rozpieszczana. Powiedz mi, ty mnie chyba 

lubisz, prawda? Bardziej niż innych?

 

   — 

Uwielbiam cię, Bill. Gdybym musiała kogoś poślubić, właśnie musiała, gdyby 

na przykład tak jak w powieści jakiś niegodziwy mandaryn powiedział mi: „Poślub 

kogoś, bo w przeciwnym wypadku umrzesz w wyniku wyrafinowanych tortur”, od razu 

wyszłabym za ciebie, naprawdę. Poprosiłabym go: „Daj mi małego Billa”.

 

   — No to… 

background image

 

 

22 

   — 

Tylko że ja nie chcę za nikogo wychodzić za mąż. Ubóstwiam podły status 

wdowy. 

   — 

Robiłabyś identycznie to samo. Miałabyś pełną swobodę. Nie narzucałbym ci 

się w domu ze swoją osobą.

 

   — 

Bill, ty nic nie rozumiesz. Należę do kobiet, które, jeżeli w ogóle 

wychodzą za mąż, to nie czynią

 tego z entuzjazmem. 

   Bill jęknął głucho.

 

   — 

Któregoś dnia strzelę sobie w łeb 

 mruknął posępnie.

 

   — 

Nie zrobisz tego, kochanie. Zaprosisz na kolację ładną dziewuszkę, tak jak 

to zrobiłeś dwa dni temu.

 

   Pan Eversleigh był wyraźnie zmieszany.

 

   — 

Jeżeli masz na myśli Dorothy Kirkpatrick, niech to licho, to całkiem miła 

babka, dobrze ustawiona. Nie widzę w tym nic złego.

 

   — 

Kochanie, oczywiście, że nie ma w tym nic złego. Ubóstwiam, kiedy ty jesteś 

zadowolony. Ale nie udawaj, że konasz z powodu zł

amanego serca, to wszystko. 

   Bill Eversleigh odzyskiwał powoli poczucie własnej godności.

 

   — Ty nic absolutnie nie rozumiesz, Virginio —

 powiedział z powagą. 

— 

Mężczyźni…

 

   — 

Są poligamiczni! Wiem o tym. Czasami i ja podejrzewam siebie o podobne 

skłonności. Jeżeli istotnie kochasz mnie, Bill, zabierz mnie tylko na lunch.

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

PIERWSZA NOC W LONDYNIE 

    

   Nawet w najlepiej opracowanym planie zdarzają się luki. George Lomax popełnił 

jeden błąd 

 w swoich przygotowaniach nie uwzględnił istnienia słabego punktu. 

Tym słabym punktem był Bill.

 

   Bill Eversleigh był chłopakiem bardzo sympatycznym. Dobrze grał w krykieta, w 

golfa, miał poprawne maniery i sympatyczny sposób bycia, lecz swoją pozycję w 

Ministerstwie Spraw Zagranicznych zawdzięczał nie tyle swoim zdolnościom, ile 

koneksjom. Toteż nadawał się w pełni do roboty, jaką wykonywał. A był czymś w 

rodzaju psa George’a. Nie plamił się pracą odpowiedzialną ani wymagającą wysiłku 

myślowego. Jego rola to nieodstępowanie szefa, przeprowadzanie rozmów z mało 

ważnymi osobami, których George nie chciał widzieć, wykonywanie różnych poleceń, 

krótko mówiąc, musiał być na każde zawołanie, stale pod ręką. Te wszystkie 

obowiązki Bill wypełniał dość skrupulatnie. Pod nieobecność George’a rozsiadał 

się w największym fotelu i czytał wiadomości sportowe, co z biegiem czasu stało 

się tradycją.

 

   George wysyłał zazwyczaj Billa, polecając mu załatwienie różnych drobnych 

spraw, więc i tym razem kazał mu jechać do Union Castle i dowiedzieć się, kiedy 

przypływa „Granarth Castle”. Podobnie jednak jak większość młodych, 

background image

 

 

23 

wykształconych Anglików, Bill miał miły głos, ale słabą dykcję. Każdy nauczyciel 

retoryki stwierdziłby, że błędnie wymawia słowo „Granarth”. W jego wydaniu 

niewiele miało z tą nazwą wspólnego. Toteż urzędnik zrozumiał je jako 

„Carnfrac”. 

   — Wchodzi do portu w czwartek. —

 Tak powiedział urzędnik. Bill podziękował mu 

i wyszedł. Powiadomił o tej dacie George’a Lomaxa, który stosownie do tego 

ułożył swoje plany. Niewiele wiedział o statkach Union Castle, więc przyjął za 

dobrą monetę informację, że James McGrath przypływa do Anglii w czwartek.

 

   Zatem gdy w środę znęcał się na stopniach klubu nad guzikiem lorda Caterhama, 

wiadomość, że poprzedniego popołudnia „Granarth Castle” rzucił kotwicę w porcie 

Southamp

ton, wielce by go zdziwiła.

 

   O drugiej po południu Anthony Cade, podróżujący pod nazwiskiem Jimmy McGrath, 

wysiadł z pociągu na dworcu Waterloo, przywołał taksówkę i po chwili wahania 

kazał się wieźć do hotelu „Blitz”.

 

   — 

Dlaczego nie miałbym zapewnić 

sobie wygody —

 mruknął do siebie, 

przyglądając się z zainteresowaniem miastu z okien samochodu.

 

   Minęło dokładnie czternaście lat, odkąd ostatnio przebywał w Londynie.

 

   Wszedł do hotelu, załatwił sobie pokój, a potem wybrał się na krótki spacer 

wzdłuż Bulwaru. Przyjemnie mu było znaleźć się znowu w tym mieście. Wszystko 

oczywiście uległo zmianie. Tuż za mostem Blackfriars znajdowała się kiedyś mała 

restauracja, w której często jadał obiady w towarzystwie drugiego, równie 

poważnie myślącego chłopaka. Był wówczas socjalistą i nosił suto upięty, 

czerwony krawat. Jakże był młody!

 

   Zawrócił niebawem, kierując się w stronę hotelu „Blitz”. Właśnie przechodził 

na drugą stronę jezdni, gdy wpadł na niego jakiś facet i Anthony o mało nie 

stracił równowagi. Obaj szybko się pozbierali i facet burknął słowa przeprosin, 

obrzucając badawczym spojrzeniem twarz Anthony’ego. Był to niski, krępy 

mężczyzna, typowy robotnik, ale coś w jego wyglądzie świadczyło o tym, że nie 

jest Anglikiem. 

   Anthony zmierzał w stronę hotelu, zastanawiając się, co by też mogło znaczyć 

owo badawcze spojrzenie mężczyzny. Prawdopodobnie nic. Mocno opalona twarz 

Anthony’ego była czymś niezwykłym wśród bladych londyńczyków i widocznie to 

przykuło uwagę faceta. Poszedł do swego pokoju i powodowany nagłym impulsem 

skierował się w stronę lustra i stał przed nim chwilę, studiując pilnie swe 

oblicze. Czy spośród wielu przyjaciół z tamtych lat 

 a była ich zaledwie 

garstka —

 znalazłby się ktoś, kto spotkawszy się z nim twarzą w twarz, byłby w 

stanie go p

oznać? Potrząsnął głową z powątpiewaniem.

 

   Miał osiemnaście lat, gdy opuszczał Londyn 

 był jasnowłosym, lekko 

pucołowatym chłopakiem o bałamutnie anielskim wyrazie twarzy. Znikoma możliwość, 

by w wychudłym, opalonym na brąz mężczyźnie o kpiarskim błysku w oku rozpoznać 

tamtego chłopca.

 

background image

 

 

24 

   Zadzwonił telefon przy łóżku i Anthony, podszedłszy do aparatu, ujął 

słuchawkę.

 

   — Halo? 

   Odezwał się głos recepcjonisty:

 

   — Pan James McGrath? 

   — Przy aparacie. 

   — 

Przyszedł do pana pewien dżentelmen.

 

   Anth

ony’ego wprawiło to w zdumienie.

 

   — Do mnie? 

   — Tak, sir. Cudzoziemiec. 

   — 

Jak się nazywa?

 

   Zapadła cisza, po czym recepcjonista rzekł:

 

   — 

Wyślę do pana boya z jego wizytówką.

 

   Anthony odłożył słuchawkę i czekał. Po paru minutach rozległo się p

ukanie do 

drzwi i na progu pojawił się mały goniec niosący na tacy wizytówkę.

 

   Anthony wziął ją do ręki. Na całej powierzchni wizytówki wypisane było 

nazwisko: Baron Lolopretjzyl. 

   Zrozumiał teraz w pełni chwilę milczenia recepcjonisty.

 

   Przez jakiś czas stał wpatrzony w wizytówkę, a potem podjął decyzję:

 

   — 

Wprowadź tego dżentelmena.

 

   — Tak, sir. 

   Po upływie paru minut baron Lolopretjzyl wkroczył do pokoju 

— wysoki 

mężczyzna z ogromną, czarną brodą w kształcie wachlarza i wysokim czołem.

 

   Str

zelił obcasami i skłonił się.

 

   — Panie McGrath —

 powiedział.

 

   Anthony w miarę swych sił próbował naśladować jego ruchy.

 

   — Panie baronie —

 powiedział. 

 Po czym, przesunąwszy krzesło: 

 Proszę, 

niech pan siada. Nie mam, to znaczy nie miałem przyjemności poznania pana?

 

   — Tak jest —

 zgodził się baron siadając. 

— Moja wielka strata —

 dodał 

uprzejmie. 

   — 

Moja również 

 powiedział Anthony w tej samej tonacji.

 

   — 

Ale teraz do rzeczy przejdźmy 

 zaproponował baron. 

 Reprezentuję w 

Londynie Herzoslova

cką Partię Lojalistów.

 

   — 

I czyni pan to wspaniale, nie ulega wątpliwości 

 mruknął Anthony.

 

   Dając dowód wdzięczności za komplement, baron skłonił się nisko.

 

   — Jest pan uprzejmy bardzo —

 rzekł sztywno.

 

   — 

Proszę pana, nie będę przed panem niczego ukrywał. Wobec stanu zawieszenia, 

jaki panuje w kraju od czasu męczeńskiej śmierci świętej pamięci najłaskawszego 

króla Nicholasa Czwartego, nie ulega kwestii, że nastał czas restauracji 

monarchii. 

   — Amen —

 mruknął Anthony. 

 Tak, słyszę, słyszę.

 

background image

 

 

25 

   — 

Tron obejmie Jego Wysokość książę Michael, który poparciem rządu 

brytyjskiego cieszy się.

 

   — 

Świetnie 

 odrzekł Anthony. 

 Bardzo pan łaskaw, że mi to wszystko mówi.

 

   — 

Cała sprawa zaplanowana jest, i wtedy pan przybywa, żeby robić kłopoty.

 

   — Drogi baronie… —

 zaprotestował Anthony.

 

   — 

Tak, tak, wiem, co mówię. Ma pan ze sobą pamiętniki zmarłego hrabiego 

Stylptitcha. 

   Utkwił w Anthonym oskarżycielski wzrok.

 

   — 

A jeżeli tak, to co z tego? Co mają wspólnego pamiętniki hrabiego 

Stylptitcha z księci

em Michaelem? 

   — 

Wywołają skandal.

 

   — 

Przeważnie z pamiętnikami tak się dzieje 

 powiedział Anthony uspokajającym 

tonem. 

   — 

O wielu tajemnicach wiedział on. Jeżeli ujrzy światło dzienne choć jedna 

czwarta tego, Europa w wojnie może się pogrążyć.

 

   — Zaraz, zaraz —

 powiedział Anthony. 

 Na pewno nie będzie tak źle.

 

   — 

Fatalna opinia o Obolovitchu rozprzestrzeni się w zagranicznych krajach. Bo 

przecież tacy z Anglików demokraci!

 

   — 

Mogę sobie wyobrazić 

 zaczął Anthony 

 że Obolovitch bywał czasem 

nieco 

arbitralny. Miał to we krwi. Anglicy zresztą uważają, że to charakterystyczna 

cecha mieszkańców Bałkanów. Nie wiem, na jakiej podstawie tak sądzą, ale fakt 

jest faktem. 

   — Pan nic nie rozumie —

 oświadczył baron. 

— Pan w ogóle nic nie rozumie. A na 

moich ustach jest pieczęć.

 

   — 

Westchnął ciężko.

 

   — 

Czego się pan właściwe obawia? 

 zapytał Anthony.

 

   — 

Nie wiem, dopóki nie przeczytam pamiętników 

 wyznał szczerze baron. 

— Tam 

musi być coś. Ci wielcy dyplomaci są tacy niedyskretni. Zawsze narobią komuś 

bigosu, jak to się u was mówi.

 

   — 

Głowę daję, proszę pana 

 oznajmił łagodnie Anthony 

 że podchodzi pan do 

sprawy zbyt pesymistycznie. —

 Wiem, jacy są wydawcy 

 siedzą na maszynopisach 

jak kura na jajach. Upłynie co najmniej rok, zanim ukaże się t

o w druku. 

   — 

Jest pan człowiekiem albo bardzo zakłamanym, albo łatwowiernym niezmiernie. 

Wszystko jest załatwione, by pamiętniki ukazały się natychmiast w niedzielnym 

wydaniu gazet. 

   — O! —

 Anthony był wyraźnie zaskoczony. 

 Ale pan przecież może wszy

stkiemu 

zaprzeczyć 

 powiedział w dobrej wierze.

 

   Baron potrząsnął smętnie głową.

 

   — 

Nie, nie, głupstwa pan plecie. Przejdźmy do rzeczy. Ma pan dostać tysiąc 

funtów, prawda? Sam pan widzi, jakie ja mam dobre informacje. 

   — 

Gratuluję lojalistom wydziału śledczego.

 

background image

 

 

26 

   — 

Więc ja panu ofiarowuję tysiąc pięćset. Anthony popatrzył na niego, a potem 

potrząsnął odmownie głową.

 

   — 

Obawiam się, że nic z tego 

 rzekł z żalem.

 

   — 

Hm. No to ja panu daję dwa tysiące.

 

   — Kusi mnie pan, baronie, kusi mnie pan. 

Ale ja obstaję przy tym, że to 

niemożliwe.

 

   — 

Pana suma, proszę wymienić. 

 Zdaje się, że nie pojmuje pan sytuacji. 

Jestem skłonny wierzyć panu bez zastrzeżeń, że ma pan anielskie intencje i że te 

pamiętniki przyniosą szkodę. Ja jednakże wziąłem na siebie pewien obowiązek i 

muszę się z niego wywiązać. Rozumie pan? Nigdy na to nie pójdę, by strona 

przeciwna mogła mnie przekupić. To nie wchodzi w grę.

 

   Baron słuchał z wielką uwagą. Pod koniec przemówienia Anthony’ego kiwnął 

głową kilka razy.

 

   — Rozumiem. Honor Anglika, tak? 

   — 

Nie ująłbym tak tego 

 powiedział Anthony.

 

   — 

Ale śmiem sądzić, że pomijając różnicę w sposobie wyrażania się, mamy to 

samo na myśli.

 

   Baron wstał z miejsca.

 

   — Dla honoru angielskiego ogromny mam szacunek —

 oznajmił. 

— Spróbujemy w 

inny sposób. Życzę panu przyjemnego dnia.

 

   Znowu strzelił obcasami, ukłonił się i sztywno wyprostowany wymaszerował z 

pokoju. 

   „Ciekawe, co on miał na myśli?” 

 zastanowił się Anthony. „Czy to była 

groźba? To się po mnie nie pokaże, żebym się zląkł starego Lollipopa*. Pasuje do 

niego to nazwisko. Będę go nazywał baronem Lollipopem.”

 

   Przespacerował się parę razy tam i z powrotem po pokoju, nie bardzo wiedząc, 

co ze sobą począć. Do ostatniego terminu dostarczenia pamiętnika miał jeszcze 

przes

zło tydzień. Dziś był 5 października. Anthony zamierzał wręczyć go 

adresatowi w ostatnim momencie. Mówiąc prawdę, płonął chęcią przeczytania tych 

wspomnień. Chciał to zrobić na statku, ale zmogła go gorączka i nie miał 

nastroju do odcyfrowywania niewyraźnego, słabo czytelnego pisma, gdyż żadna 

część nie była przepisana na maszynie. Teraz więc postanowił naocznie się 

przekonać, o co jest tyle szumu.

 

   Ciążył na nim ponadto jeszcze inny obowiązek.

 

   Pod wpływem impulsu sięgnął po książkę telefoniczną i zaczął szukać nazwiska 

Revel. Było sześć osób noszących to nazwisko: Edward Henry Revel, chirurg, 

zamieszkały przy Harley Street; James Revel i S

–ka, rymarz; Lennox Revel, 

rezydencja Abbotbury, Hampstead; panna Mary Revel, mieszkanka Ealing; szanowna 

pani Timothy’owa Revel z Pont Street numer 487; i pani Willis Revel, Cadogan 

Square 42. Po wyeliminowaniu rymarza i panny Mary Revel pozostały do rozwikłania 

background image

 

 

27 

cztery nazwiska —

 zresztą kto może zaręczyć, że właściwa pani Revel istotnie 

mieszka w Londynie? Zatrzasnął książkę, potrząsając głową z dezaprobatą.

 

   — 

Na razie zdajmy się na przypadek 

 powiedział. 

 Coś się na pewno 

wyklaruje. 

   Szczęście ludzi typu Anthony’ego Cade’a wynika z pewnym sensie z ich wiary w 

to, że je posiadają. Anthony miał okazję przekonać się o tym po niespełna 

półgodzinie, gdy przerzucał na dole pewien ilustrowany magazyn. Natrafił tam na 

fotografię z imprezy organizowanej przez księżną Perth. Pod zdjęciem głównej 

postaci, kobiety przyodzianej w szatę Wschodu, widniał napis: „Szanowna pani

 

Timothy’owa Revel jako Kleopatra. Przed ślubem pani Revel nosiła nazwisko 

Virginia Cawthron; jest córką lorda Edgbaslona.”

 

   Anthony przyglądał się fotografii dłuższą chwilę, ściągając powoli usta, 

jakby miał zamiar zagwizdać. Następnie wyrwał całą stronę, złożył ją i wsunął do 

kieszeni. Wrócił na górę, otworzył walizkę i wyciągnął z niej pakiet listów. 

Wyjął z kieszeni złożoną stronicę i wsunął ją na samo dno.

 

   Nagle jakiś dźwięk za jego plecami 

 odwrócił się gwałtownie. W progu stał 

mężczyzna, typ człowieka, który w wyobraźni Anthony’ego mógł istnieć tylko jako 

chórzysta opery komicznej. Ponury typ z pękatą, ordynarną gębą, cofniętym 

podbródkiem i złym uśmiechem.

 

   — 

Co pan tu, do diabła, robi? 

 zapytał Anthony.

 

   — 

I kto panu pozwolił tutaj wejść?

 

   — 

Wchodzę, gdzie mi się podoba 

 odparł przybysz.

 

   — 

Głos miał gardłowy, mówił z obcym akcentem, choć potoczną angielszczyzną 

władał poprawnie.

 

   Znowu jakiś mieszaniec, pomyślał Anthony. 

 Wynoś się pan, zrozumiano? 

— 

powiedział głośno.

 

   Oczy mężczyzny utkwione były w pliku listów, który Anthony trzymał w ręku.

 

   — 

Wyniosę się dopiero wtedy, kiedy da mi pan to, po co przyszedłem.

 

   — 

A po co pan przyszedł, jeśli wolno spytać?

 

   Mężczyzna zrobił krok do przodu.

 

   — 

Po pamiętniki hrabiego Stylpt

itcha —

 wysyczał.

 

   — 

Nie sposób traktować pana serio 

 powiedział Anthony. 

— Jest pan 

zdeklarowanym łobuzem. Ma pan kapitalne zagrywki. Kto pana tu przysłał? Baron 

Lollipop? 

   — Baron?… —

 Mężczyzna wydobył z siebie dźwięk, na który składały się 

nieprzyj

emnie brzmiące spółgłoski.

 

   — 

Tak to pan artykułuje, no właśnie! Coś pomiędzy odgłosem płukania gardła a 

szczekaniem psa. Ja bym tego nie wymówił, moje struny głosowe nie są do tego 

przystosowane. Jestem więc zmuszony nazywać go Lollipop. To on pana tu przysłał, 

tak? 

background image

 

 

28 

   Przybysz gwałtownie zaprzeczył. Posunął się nawet tak daleko, że słysząc 

powyższe słowa splunął w sposób bardzo realistyczny. Po czym wyciągnął z 

kieszeni arkusz papieru i rzucił go na stół.

 

   — Patrz pan —

 powiedział. 

 Patrz pan i drżyj

 pan, cholerny Angliku! 

   Anthony spojrzał na ów papier z niejakim zainteresowaniem, nie zamierzając 

jednak spełnić tego drugiego polecenia. Na kartce papieru widniał zrobiony 

czerwonym ołówkiem nieudolny szkic ręki.

 

   — 

Przypomina to rękę 

 zauważył. 

— 

Ale jeśli pańskim zdaniem jest to 

kubistyczny obraz przedstawiający zachód słońca na Biegunie Północnym, chętnie 

przyznam panu rację.

 

   — 

Jest to godło Towarzyszy Czerwonej Ręki. Ja jestem Towarzyszem Czerwonej 

Ręki.

 

   — Co pan mówi?! —

 powiedział Anthony, spoglądając na niego z coraz większym 

zainteresowaniem. —

 Czy inni towarzysze są do pana podobni? Ciekawe, co by na to 

powiedziało Towarzystwo Eugeniczne.

 

   Mężczyzna bruknął coś z wściekłością.

 

   — Pies! —

 powiedział. 

 Gorzej niż pies. Płatny niewolnik zgrzybiałego 

monarchy. Niech pan da te pamiętniki, a włos z głowy panu nie spadnie. 

Braterstwo są wielce łaskawi.

 

   — Bardzo to szlachetnie z ich strony —

 rzekł Anthony. 

 Obawiam się jednak, 

że zarówno pańskie, jak i ich poczynania są wynikiem niepor

ozumienia. Ja 

otrzymałem bowiem polecenie dostarczenia rękopisu nie pańskiemu sympatycznemu 

Towarzystwu, lecz określonej firmie wydawniczej.

 

   — Ha! —

 Facet roześmiał się głośno. 

 Czy pan uważa, że pozwolimy panu 

dotrzeć żywcem do tej firmy? Dość tej durnej paplaniny. Oddaj rękopis albo 

strzelam! 

   Wyciągnął rewolwer i wymachiwał nim w powietrzu.

 

   Lecz nie docenił Anthony’ego Cade’a. Nie przywykł widocznie do ludzi 

działających błyskawicznie, szybciej, niż zdążą pomyśleć. Anthony nie czekał, aż 

facet w

 niego wyceluje. Niemal z taką szybkością, z jaką tamten wyciągnął broń z 

kieszeni, skoczył i wytrącił mu ją z ręki. Siła ciosu była taka, że drab okręcił 

się w kółko, pokazując plecy swemu napastnikowi.

 

   Szansa była zbyt wielka, by ją przegapić. Jednym 

dobrze wymierzonym 

kopniakiem wyprowadził gościa przez próg na korytarz, gdzie ten runął jak kłoda.

 

   Anthony wyszedł za nim, ale dzielny Towarzysz Czerwonej Ręki miał już 

wyraźnie wszystkiego dość. Poderwał się szybko na nogi i uciekł korytarzem. 

Anthony

 nie miał zamiaru go ścigać 

 wrócił do swego pokoju.

 

   „Tyle, jeśli idzie o Towarzyszy Czerwonej Ręki”, stwierdził w duchu. „Wygląd 

malowniczy, ale nie wytrzymują akcji bezpośredniej. Ciekawe, jak się ten typ tu 

dostał. Jedno nie ulega teraz najmniejszej wątpliwości 

 nie będzie to taki 

łatwy orzech do zgryzienia, jak przypuszczałem. Stoczyłem już potyczkę zarówno z 

background image

 

 

29 

lojalistami, jak i z Partią Rewolucyjną. Niebawem, jak sądzę, wyślą do mnie 

swoich delegatów narodowcy i niezależni liberałowie. Rzecz jest b

ezdyskusyjna: 

dziś wieczorem zabiorę się za ten rękopis.”

 

   Spojrzawszy na zegarek Anthony przekonał się, że dochodzi dziewiąta, i 

postanowił zjeść kolację na miejscu. Nie przewidywał już żadnych 

niespodziewanych wizyt, ale czuł, że powinien trwać na posterunku. Nie zamierzał 

dopuścić do tego, by jego walizka została ograbiona, w czasie gdy on będzie się 

posilał w barze na dole. Zadzwonił, poprosił o jadłospis, wybrał parę dań i 

zamówił butelkę chambertina. Kelner przyjął zamówienie i wycofał się.

 

   Antho

ny, czekając na kolację, wydostał paczkę z rękopisem i położył ją na 

stole obok listów. 

   Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł kelner pchając przed sobą mały stolik 

z nakryciem. Anthony skierował się w stronę kominka. Stał przy nim, plecami do 

pokoju, a

 twarzą do lustra, i zauważył, wpatrując się w lustro pilnie, bardzo 

dziwną rzecz.

 

   Oczy kelnera utkwione były w rękopis. Rzuciwszy wzrokiem w prawo i lewo, 

widząc Anthony’ego odwróconego doń plecami, trwającego w nie zmienionej pozycji, 

okrążył po cichutku stół. Ręce mu drżały, zwilżał językiem wyschnięte wargi. 

Anthony przyjrzał mu się dokładniej. Był to wysoki mężczyzna, giętki na 

kelnerską modłę, mocno opalona, ruchliwa twarz. „Włoch”, pomyślał Anthony, „nie 

Francuz.” 

   W momencie krytycznym Anthony 

obrócił się niespodziewanie. Kelner lekko 

drgnął, ale udawał, że coś robi przy solniczce.

 

   — 

Jak się nazywasz? 

 zapytał z nagła Anthony.

 

   — Giuseppe, monsieur. 

   — 

Włoch, tak?

 

   — Tak, monsieur. 

   Anthony zagadnął go w tym języku i mężczyzna odpowiedział dość płynnie. W 

końcu Anthony odprawił go skinieniem głowy, lecz cały czas, gdy jadł wspaniałe 

potrawy, zaserwowane mu przez Giuseppego, myślał intensywnie.

 

   Czyżby się pomylił? Może zainteresowanie kelnera rękopisem było zwykłym 

wścibstwem? Niewy

kluczone, ale na wspomnienie jego nerwowego podniecenia Anthony 

zmienił zdanie. W każdym razie bardzo go ta sprawa zaintrygowała.

 

   — A niech to licho porwie —

 powiedział sam do siebie. 

 Przecież nie każdy 

musi polować na ten przeklęty rękopis! Może mam po prostu bujną wyobraźnię?

 

   Zjadł kolację, a gdy uprzątnięto naczynia, zabrał się do czytania 

pamiętników. Ponieważ nieboszczyk hrabia miał bardzo niewyraźny charakter pisma, 

lektura szła Anthony’emu dość powoli. Częstotliwość jego ziewnięć podejrzanie 

się zwiększyła. W końcu przy czwartym rozdziale dał sobie spokój.

 

   Jak dotąd pamiętniki te były nie do zniesienia nudne, o żadnym, nawet 

najmniejszym skandalu nie mogło być mowy.

 

background image

 

 

30 

   Zebrał listy i wraz z opakowaniem rękopisu, znajdującym się obok na stol

e, 

schował je do walizki. Następnie zamknął drzwi na klucz i jako dodatkową ochronę 

przystawił do nich krzesło. Na krześle postawił przyniesioną z łazienki karafkę.

 

   Popatrzył na swoje dzieło z niejaką dumą, po czym rozebrał się i położył do 

łóżka. Rzucił jeszcze okiem na pamiętniki hrabiego, czując jednak, że powieki 

same mu się zamykają. Wsunął rękopis pod poduszkę, zgasił światło i niemal 

natychmiast zapadł w sen.

 

   Po mniej więcej czterech godzinach nagle się obudził. Pod wpływem czego, nie 

miał pojęcia, może obudził go jakiś dźwięk, może przeczucie zbliżającego się 

niebezpieczeństwa, instynkt silnie rozwinięty u ludzi o tak bujnym życiorysie.

 

   Przez chwilę leżał nieruchomo, starając się uporządkować wrażenia. Uszu jego 

dobiegł ledwo słyszalny szelest i wtedy uświadomił sobie gęstniejącą ciemność 

między łóżkiem a oknem, na podłodze, przy walizce. Anthony gwałtownie wyskoczył 

z łóżka i zapalił światło. Klęcząca postać poderwała się.

 

   To był kelner Giuseppe. W jego prawej ręce błyszczał długi, cienki nóż. 

Rzucił się na Anthony’ego, który zdawał już sobie sprawę z grozy sytuacji. Nie 

miał broni, Giuseppe zaś potrafił na pewno zrobić użytek ze swojej.

 

   Anthony uskoczył w bok i nóż Giuseppa trafił w próżnię. W następnej minucie 

obaj mężczyźni w zwartym uścisku turlali się po podłodze. Anthony skoncentrował 

całą swą uwagę na tym, by nie puszczać prawej ręki Giuseppego, uniemożliwiając 

mu tym samym posłużenie się nożem. Powoli wykręcał mu rękę do tylu. W tym samym 

momencie poczuł, że Włoch drugą ręką ściska go za gardło, dusi go. Ale mimo to 

tym rozpaczliwiej wykręcał mu do tyłu prawe ramię.

 

   Padający na podłogę nóż zadźwięczał przenikliwie. W tym samym czasie Włoch 

wyśliznął się giętkim ruchem z uchwytu Anthony’ego. Anthony też zerwał się na 

równe nogi,

 ale popełnił błąd, bo skoczył ku drzwiom, by odciąć Giuseppemu drogę 

ucieczki. Zbyt późno zauważył, że krzesło i karafka stały na tym samym miejscu.

 

   Giuseppe wszedł przez okno i przez to samo okno teraz uciekł. W chwili, gdy 

Anthony skierował się ku drzwiom, Włoch wyskoczył na balkon, przeskoczył na 

balkon sąsiedni i zniknął w sąsiednim oknie.

 

   Anthony wiedział, że pogoń za nim nie ma najmniejszego sensu. Droga jego 

odwrotu była niewątpliwie dobrze obstawiona. Anthony popadłby jedynie w 

dodatkowe tarapaty. 

   Podszedł do łóżka, sięgnął pod poduszkę i wyciągnął pamiętniki. Całe 

szczęście, że były tam, a nie w walizce. A potem otworzył walizkę i zajrzał do 

środka, by wyjąć listy.

 

   Zaklął pod nosem.

 

   Listów w walizce nie było.

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

SZLACHE

TNA SZTUKA SZANTAŻU

 

background image

 

 

31 

    

   Była dokładnie za pięć czwarta, kiedy Virginia Revel, której obecna 

punktualność wynikała z prostej ciekawości, wróciła do domu mieszczącego się 

przy Pont Street. Otworzyła drzwi kluczem i weszła do hallu, gdzie natychmiast 

złożył jej meldunek flegmatyczny Chilvers:

 

   — 

Przepraszam panią, ale pewna… pewna osoba złożyła pani wizytę.

 

   W pierwszej chwili Virginia nie zwróciła uwagi na subtelną frazeologię, w 

jaką Chilvers przystroił swoją wypowiedź.

 

   — Pan Lomax? Gdzie on jest? W salonie? 

   — 

O nie, proszę pani, nie pan Lomax. 

 W głosie Chilversa dał się wyczuć ton 

wyrzutu. —

 Osoba ta… Niechętnie go wpuściłem, ale powiedział, że ma bardzo ważną 

sprawę… ma to związek ze świętej pamięci kapitanem. Tak zrozumiałem. Dlatego 

przypus

zczał, że zechce go pani przyjąć. Wprowadziłem go… do gabinetu.

 

   Virginia stała chwilę zbierając myśli. Była już wdową od ładnych paru lat, 

fakt zaś, że rzadko wspominała swego małżonka, niektórzy odbierali w ten sposób, 

iż ów pozornie beztroski styl bycia kryje wciąż krwawiącą ranę. Inni znów 

tłumaczyli to wręcz odwrotnie, że Virginia nigdy w istocie nie przepadała za 

Timem Revelem i że demonstrowanie smutku, którego nie czuła, byłoby czystą 

obłudą.

 

   — 

Muszę zaznaczyć, madame 

 kontynuował Chilvers 

 że ten człowiek sprawia 

wrażenie cudzoziemca.

 

   Ciekawość Virginii nieco się powiększyła. Jej małżonek pracował w dyplomacji 

i tuż przed sensacyjnym morderstwem króla i królowej Herzoslovakii byli oboje z 

mężem w tym kraju. Ów mężczyzna to prawdopodobnie Herzoslovak, jakiś stary 

sługa, który znalazł się w potrzebie.

 

   — 

Dobrze zrobiłeś, Chilvers 

 powiedziała kiwnąwszy aprobująco głową. 

— 

Mówisz, że wprowadziłeś go do gabinetu?

 

   Przeszła przez hali lekkim, tanecznym krokiem i otworzyła drzwi do małego 

po

koju sąsiadującego z jadalnią.

 

   Gość siedział na fotelu przy kominku. Gdy weszła, uniósł się z miejsca i stał 

ze wzrokiem w nią utkwionym. Virginia miała doskonałą pamięć do twarzy i była 

absolutnie pewna, że nigdy przedtem nie widziała tego człowieka. Przybysz był 

ciemnowłosy, wysokiego wzrostu, dobrze zbudowany i nie ulegało kwestii, że to 

cudzoziemiec. Według niej jednak nie słowiańskiego pochodzenia. Określiła go w 

myślach jako Włocha albo Hiszpana.

 

   — 

Pan chciał się ze mną widzieć? 

 zapytała. 

— Jestem Virginia Revel. 

   Minutę lub dwie mężczyzna milczał. Przyglądał się jej, jakby poddając ją 

skrupulatnym oględzinom. Jego sposób bycia cechowała tajona bezczelność, którą 

Virginia od razu wyczuła.

 

   — 

Proszę mi wyjawić cel pańskiego przybycia 

 rzekła z nutą 

zniecierpliwienia. 

background image

 

 

32 

   — 

Pani jest panią Revel? Panią Timothy’ową Revel?

 

   — 

Tak. Już to panu powiedziałam.

 

   — 

No właśnie. Bardzo dobrze, że zgodziła się pani mnie przyjąć. W przeciwnym 

wypadku, jak wspomniałem pani lokajowi, będę zmuszony załatwić sprawę z pani 

mężem. Virginia spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale coś jej kazało 

powstrzymać się od ostrych słów, które cisnęły się jej na usta. Ograniczyła się 

do suchej uwagi: 

   — 

Miałby pan z tym niejakie trudności.

 

   — 

Nie sądzę. Jestem bardzo uparty. Ale przejdźmy do rzeczy. Czy pani to 

poznaje? 

   Machnął jej czymś przed oczami. Virginia spojrzała na to coś bez specjalnego 

zainteresowania. 

   — 

Może mi pani powiedzieć, madame, co to jest?

 

   — 

Wygląda na list 

 odparła, będąc już teraz przekonana, że ma do czynienia z 

człowiekiem niespełna rozumu.

 

   — 

I zauważyła pani chyba, do kogo jest adresowany? 

 zapytał wiele znaczącym 

tonem, wyciągając w jej stronę kopertę.

 

   — Owszem —

 odparła uprzejmie. 

 Do kapitana O’Neilla zamieszkałego w Paryżu 

przy Rue de Quenelles piętnaście.

 

   Mężczyzna szukał zachłannie w jej twarzy czegoś, czego nie znajdował.

 

   — Niech pani przeczyta. 

   Virginia wzięła od niego kopertę, wyjęła list, rzuciła nań okiem i niemal 

natychmiast zwróciła mu kartkę papieru.

 

   — To prywatny list, na pewno nie przeznaczony dla moich oczu. 

   Mężczyzna roześmiał się sardonicznie.

 

   — 

Gratuluję pani znakomitego aktorstwa. Świetnie odgrywa pani swoją rolę. 

Mimo to jednak nie wyprze się pani chyba własnego podpisu?

 

   — Podpisu? 

   Pr

zerzuciła stronicę i oniemiała ze zdumienia. Podpis wykonany drobnym, 

pochyłym charakterem pisma brzmiał: Virginia Revel. Dławiąc okrzyk zdziwienia, 

który wyrywał jej się z gardła, wróciła do początku listu i przeczytała go 

uważnie od pierwszej do ostatniej linijki. Stała potem chwilę pogrążona w 

myślach. Treść listu określała niewątpliwie charakter wizyty.

 

   — Co pani na to, madame? —

 zapytał mężczyzna. 

— To pani nazwisko widnieje na 

końcu, prawda?

 

   — Tak —

 odparła Virginia. 

— Moje. — Ale nie mój charak

ter pisma, mogłaby 

dodać. Zamiast tego zwróciła się do gościa z promiennym uśmiechem: 

 Może 

usiądziemy 

 powiedziała uprzejmym tonem 

 i omówimy całą sprawę?

 

   Mężczyzna wyraźnie się zmieszał. Nie spodziewał się po niej takiego 

zachowania. Instynkt mu po

dpowiadał, że ona wcale się go nie boi.

 

background image

 

 

33 

   — 

Przede wszystkim chciałabym się dowiedzieć, w jaki sposób pan mnie 

odnalazł.

 

   — 

To nie nastręczało trudności.

 

   Wyjął z kieszeni stronę wydartą z ilustrowanego magazynu i wręczył Virginii. 

Anthony Cade rozpoz

nałby ją od razu.

 

   Zwróciła mu tę stronicę z świadczącym o zadumie, lekkim zmarszczeniem brwi.

 

   — Tak —

: powiedziała 

 rzeczywiście było to łatwe.

 

   — 

Jak się pani zapewne domyśla, nie jest to jedyny list. Mam również inne.

 

   — 

O Boże 

 rzekła Virgin

ia —

 wygląda na to, że byłam potwornie nierozważna.

 

   Ponownie zauważyła, że jej lekki ton wprawił go w zdumienie. Jak na razie 

świetnie się bawiła.

 

   — 

W każdym razie 

 ciągnęła, słodko się do niego uśmiechając 

— bardzo to 

uprzejme z pańskiej strony, że pofatygował się pan, by mi zwrócić te listy.

 

   Upłynęła dłuższa chwila, zanim głos wydobył mu się z gardła: 

— Jestem biednym 

człowiekiem, proszę pani 

 powiedział w końcu przydając głosowi powagi.

 

   — 

Co, jak ludzie powiadają, ułatwi panu niewątpliwie wstęp do królestwa 

niebieskiego. 

   — 

Nie stać mnie na to, żeby zwrócić pani te listy za darmo.

 

   — 

Zachodzi tu poważne nieporozumienie. Te listy należą do osoby, która je 

pisała.

 

   — 

Niby tak, proszę pani, ale w tym kraju jest takie powiedzonko: „Posiada

nie 

stwarza korzystną sytuację prawną”. Czy w takim razie zamierzałaby się pani 

odwołać do pomocy prawa?

 

   — 

Prawo jest surowe wobec szantażystów 

 przypomniała mu Virginia.

 

   — 

Nie jestem frajerem, proszę pani. Czytałem te listy 

 pisała je kobieta do 

s

wego kochanka, drżąc ze strachu, żeby mąż o niczym się nie dowiedział. Czy pani 

chce, bym je pokazał pani mężowi?

 

   — 

Pewnej ewentualności nie wziął pan pod uwagę. Listy te były pisane parę lat 

temu. Może w tym czasie owdowiałam?

 

   Potrząsnął głową przek

onany o swej racji. 

   — 

Gdyby tak było, gdyby nie miała pani powodu do obaw, nie siedzielibyśmy 

tutaj i nie omawiali problemu. 

   Virginia uśmiechnęła się.

 

   — 

Jaką proponuje pan cenę? 

 zapytała tonem biznesmena.

 

   — 

Za tysiąc funtów wręczę pani cały pakiet listów. Moje żądania są bardzo 

skromne, wie pani, nie lubię takich spraw…

 

   — 

Ani mi się śni dawać panu tysiąc funtów 

 oświadczyła Virginia zdecydowanym 

tonem. 

   — 

Nie zamierzam się targować, proszę pani. Tysiąc funtów i listy są pani.

 

   Virginia

 zastanowiła się chwilę.

 

   — 

Proszę mi dać czas do namysłu. Nie będzie mi łatwo zgromadzić taką sumę.

 

background image

 

 

34 

   — 

Może dostanę kilka funtów zaliczki, powiedzmy, pięćdziesiąt, i zgłoszę się 

za parę dni?

 

   Spojrzała na zegar. Było pięć po czwartej i wydało się jej, że słyszy 

dzwonek. 

   — Dobrze —

 powiedziała z pośpiechem. 

— Niech pan przyjdzie jutro, ale o 

późniejszej porze. Około szóstej. 

 Podeszła do stojącego przy ścianie biurka, 

otworzyła jedną z szuflad i wyciągnęła garść banknotów. 

 Tu jest jakieś 

czterdz

ieści funtów. Musi panu wystarczyć.

 

   Rzucił się chciwie na pieniądze.

 

   — 

A teraz proszę już iść 

 rzekła Virginia.

 

   Posłusznie opuścił pokój. Przez otwarte drzwi Virginia dostrzegła w hallu 

George’a Lomaxa, którego Chilvers wprowadzał właśnie na górę. Gdy trzasnęły 

frontowe drzwi, Virginia zawołała:

 

   — 

Wejdź, George! Chilvers, bądź taki dobry i przynieś nam tutaj herbatę.

 

   Otworzyła na oścież oba okna 

 i gdy George Lomax wszedł do pokoju, stała 

wyprostowana, oczy miała rozbiegane i rozwiane przez wiatr włosy.

 

   — 

Za chwilę zamknę, George, ale musiałam wywietrzyć pokój. Zauważyłeś w hallu 

szantażystę?

 

   — Kogo? 

   — 

Szantażystę, George. Szan

–ta–

żys

tę! Tego, który szantażuje.

 

   — 

Moja droga, zachowuj się poważnie!

 

   — Jestem jak najbardziej pow

ażna!

 

   — 

Ale kogo on tu przyszedł szantażować?

 

   — Mnie. 

   — 

Coś ty takiego zrobiła, moja droga Virginio?

 

   — 

Otóż właśnie. Tak się składa, że przynajmniej tym razem nie mam nic na 

sumieniu. Ten człowiek pomylił mnie z kimś innym.

 

   — 

Przypuszczam, że zadzwoniłaś na policję?

 

   — 

Nie. Uważasz, że powinnam była?

 

   — Hm… —

 George namyślał się głęboko. 

 Nie, raczej nie, chyba słusznie 

postąpiłaś. Mogłabyś się wplątać w nieprzyjemną historię. Zażądano by na 

przykład, byś udowodniła…

 

   — Bardzo by mi to

 odpowiadało 

 oświadczyła. 

 Strasznie bym chciała stanąć 

przed obliczem sądu, przekonałabym się wtedy, czy sędziowie istotnie płatają 

takie podłe psikusy, o jakich czyta się w książkach. Byłoby to fascynujące. 

Przed paroma dniami byłam na Vine Street, by się dowiedzieć o moją brylantową 

broszkę, którą zgubiłam; urzędował tam kapitalny, uroczy inspektor, nigdy nie 

spotkałam bardziej czarującego mężczyzny.

 

   George przeczekiwał zazwyczaj wszelkie tego typu dywagacje.

 

   — 

Ale co zrobiłaś z tym łajdakiem?

 

   — 

No więc George… pozwoliłam mu na to.

 

background image

 

 

35 

   — Na co?! 

   — 

Na szantażowanie mnie.

 

   Na twarzy George’a odmalowało się tak bezgraniczne przerażenie, że Virginia 

aż przygryzła dolną wargę.

 

   — 

Chcesz przez to powiedzieć, czy dobrze cię zrozumiałem, że nie 

wyprowadziłaś go z błędu?

 

   Virginia kiwnęła głową, spoglądając na niego z ukosa.

 

   — 

Wielkie nieba, Virginio! Ty chyba oszalałaś!

 

   — 

Faktycznie, możesz odnieść takie wrażenie.

 

   — 

Ale dlaczego? Na litość boską dlaczego?

 

   — 

Z kilku powodów. Zacznę od tego, że robił to bardzo ładnie, to znaczy 

ładnie mnie szantażował… Nie cierpię przerywać artystom, którzy tak dobrze 

wykonują swoją pracę. A poza tym, widzisz, nikt mnie jeszcze nigdy nie 

szantażował…

 

   — 

Mam nadzieję.

 

   — 

I chciałam się przekonać, jak człowiek się czuje w takiej sytuacji.

 

   — 

Na próżno staram się pojąć, o co ci chodzi.

 

   — 

Wiedziałam, że mnie nie zrozumiesz.

 

   — 

Nie dałaś mu chyba pieniędzy?

 

   — 

Trochę drobnych 

 przyznała Virginia pokornym tonem.

 

   — Ile? 

   — 

Pięćdziesiąt funtó

w. 

   — Virginio! 

   — Mój drogi, to zaledwie tyle, ile mnie kosztuje suknia wieczorowa. Kupno 

nowego doświadczenia jest tak samo ekscytujące, jak kupno nowej sukni, albo 

nawet bardziej. 

   George Lomax potrząsnął tylko głową, i w tym momencie pojawił się 

Chilvers z 

dzbankiem herbaty, co powstrzymało George’a przed wypowiedzeniem paru gorzkich 

słów ilustrujących stan jego uczuć. Gdy herbata stalą już na stole i zwinne 

palce Virginii sięgnęły po ciężki, srebrny czajniczek, znowu wróciła do tematu:

 

   — Kiero

wał mną jeszcze jeden motyw, George, bardziej oczywisty i świadczący o 

dobrych intencjach. Nas, kobiety, uważa się często za jędze, tymczasem dziś po 

południu wyświadczyłam innej kobiecie poważną przysługę. Ten człowiek nie 

zamierza z pewnością szukać innej Virginii Revel. Jest przekonany, że ma ptaszka 

w garści. Biedne stworzenie, kiedy pisała ten list, musiała się panicznie bać. 

Dla pana szantażysty byłoby to najłatwiejsze zadanie w jego życiu. Teraz, 

jednak, choć o tym nie wie, ma twardy orzech do zgryzienia. Wchodząc do gry z 

przewagą nienagannego życia, zabawię się tym łajdakiem i doprowadzę go do zguby, 

jak piszą w książkach. Podstęp, George, wezmę go podstępem! George wciąż 

potrząsał głową z niedowierzaniem.

 

   — 

Nie podoba mi się to 

 powiedział z na

ciskiem. —

 Bardzo mi się nie podoba.

 

background image

 

 

36 

   — 

Nie przejmuj się, kochanie. Ale nie przyszedłeś tutaj, aby rozmawiać o 

szantażystach. Właśnie, po co przyszedłeś? Prawidłowa odpowiedź brzmiałaby: 

„Żeby zobaczyć ciebie”. Z akcentem na słowie „ciebie”, ponadto znaczący uścisk 

dłoni, chyba że jadłbyś przypadkiem grubo posmarowaną masłem bułkę, i w takiej 

sytuacji musiałbyś operować tylko wzrokiem.

 

   — 

Otóż to, przyszedłem, żeby cię zobaczyć 

 rzekł poważnie. 

 I cieszę się, 

że jesteś sama.

 

   — Och, George, tak mnie zaskakujesz —

 powiedziała przełykając rodzynek.

 

   — 

Chcę cię prosić o pewną przysługę. Zawsze uważałem cię za kobietę 

niesłychanie czarującą.

 

   — Och, George! 

   — 

A także niesłychanie inteligentną.

 

   — 

Coś takiego! Jak dobrze ten pan mnie zna!

 

   — Mo

ja droga, jutro przybywa do Anglii pewien młody człowiek, z którym 

chciałbym, żebyś się spotkała.

 

   — 

W porządku, George, ale to twój gość, żeby nie było nieporozumień.

 

   — 

Gdybyś zechciała, mogłabyś, a jestem o tym przekonany, wypróbować na nim 

swój nie

bywały wdzięk.

 

   Virginia przechyliła głowę nieco na bok.

 

   — 

George, kochanie, jak ci wiadomo, nie traktuję mego wdzięku profesjonalnie. 

Wielu ludzi darzę sympatią i wielu ludzi lubi mnie. Nie wyobrażam sobie jednak, 

bym z zimną krwią przystąpiła do cza

rowania bezbronnego cudzoziemca. To nie w 

moim stylu, George, stanowczo nie w moim stylu. Istnieją zawodowe kusicielki, 

które zrobią to lepiej ode mnie.

 

   — 

To nie wchodzi w rachubę, Virginio. Ten młody człowiek, zresztą 

Kanadyjczyk, nazywa się McGrath…

 

   — Kanadyjczyk szkockiego pochodzenia —

 wydedukowała bezbłędnie.

 

   — 

… i jest prawdopodobnie zupełnie nie przyzwyczajony do przebywania w 

wyższych sferach Anglii. Bardzo by mi zależało, żeby ocenił wdzięk i dystynkcję 

prawdziwej angielskiej damy. 

   — To znaczy mnie? 

   — 

Otóż to.

 

   — Dlaczego? 

   — 

Słucham?

 

   — Pytam dlaczego? Nie reklamujesz czaru prawdziwie angielskiej damy wobec 

każdego kanadyjskiego przybłędy, który postawi stopę na Wyspach Brytyjskich. Co 

się za tym kryje, George? Mówiąc brutalnie

, co ty z tego masz? 

   — 

To w żadnym razie ciebie nie dotyczy.

 

   — 

Nie będę spędzać z kimś wieczoru, uwodzić kogoś, dopóki nie poznam 

dokładnych przyczyn tego przedsięwzięcia.

 

   — 

Stosujesz bardzo oryginalną interpretację, Virginio. Ktoś mógłby pomyśleć

… 

background image

 

 

37 

   — 

A nie mógłby? No, George, powiedz mi coś więcej na ten temat.

 

   — 

Kochanie, w pewnym kraju Europy Środkowej panuje od niedawna dość napięta 

sytuacja. Jest rzeczą niezmiernie ważną 

— z przyczyn pozamaterialnej natury — by 

tego pana… hm… McGratha prz

ekonać, że restauracja monarchii w Herzoslovakii jest 

bezwzględnym warunkiem pokoju w Europie.

 

   — Ten fragment o pokoju w Europie to bzdura —

 powiedziała Virginia ze 

spokojem —

 ale ja zawsze jestem za monarchią, szczególnie jeśli idzie o naród 

tak malowniczy jak Herzoslovacy. Ty wprowadzisz króla na tron Herzoslovakii, 

tak? Kto nim będzie?

 

   George ociągał się z odpowiedzią, zdawał sobie jednak sprawę, że się od niej 

nie wymiga. Rozmowa nie przebiegała tak, jak ją sobie zaplanował. Wyobrażał 

sobie, że Virginia okaże się posłuszną, pojętną wykonawczynią, chwytającą w lot 

jego aluzje i nie zadającą zbędnych pytań. Rzeczywistość okazała się całkiem 

inna. Virginia domagała się stanowczo informacji, tego zaś George, mając poważne 

zastrzeżenia co do kobiecej dyskrecji, chciał za wszelką cenę uniknąć. Omylił 

się. Virginia nie nadawała się do tego typu spraw. Mogła przysporzyć poważnych 

kłopotów. Jej relacja z rozmowy z szantażystą ogromnie go zaniepokoiła. 

Niezależna osóbka, która nigdy niczego nie traktuje poważ

nie. 

   — 

Książę Michael Obolovitch 

 odparł, gdyż Virginia wyraźnie czekała na 

odpowiedź. 

 Ale proszę cię, niech to zostanie między nami.

 

   — 

Nie bądź niemądry, George. Moc jest już w prasie różnorodnych aluzji i 

artykułów wychwalających dynastię Obolov

itchów, w których jest mowa o 

zamordowaniu Nicholasa Czwartego, jak gdyby był skrzyżowaniem świętego z 

bohaterem, a nie małym człowieczkiem, otumanionym przez trzeciorzędną aktorkę.

 

   George skrzywił się. Coraz bardziej był przekonany, że licząc na pomoc 

Virginii, popełnił wielki błąd. Musi ją czym prędzej odsunąć od tej sprawy.

 

   — 

Masz rację, droga Virginio 

 powiedział pospiesznie i wstał, by się z nią 

pożegnać. 

 Nie powinienem był ci tego proponować. Pragnęlibyśmy jednak, aby 

dominium podzielało nasz pogląd na kryzys u Herzoslovakii, a pan McGrath, jak 

sądzę, ma duże wpływy w kręgach dziennikarskich. Pomyślałem więc sobie, że 

byłoby całkiem rozsądne, gdybyś ty, jako zaciekła monarchistka, a przy tym osoba 

znająca kraj, spotkała się z nim.

 

   — To ma b

yć wytłumaczenie?

 

   — 

Tak, lecz z tego widać, że on nie wzbudziłby twojego zainteresowania.

 

   Virginia patrzyła na niego przez chwilę, po czym wybuchła śmiechem.

 

   — George —

 powiedziała 

 jesteś kiepskim łgarzem!

 

   — Virginio! 

   — Kiepskim, zdecydowa

nie kiepskim! Gdybym ja miała twoją zaprawę, 

sprokurowałabym o wiele lepszą wersję, bardziej wiarygodną. Ale ja wszystkiego 

się dowiem w tej kwestii, mój ty poczciwcze. Możesz być pewny. Tajemnica pana 

background image

 

 

38 

McGralha! Nie zdziwiłabym się, gdyby w czasie weekendu w „Chimneys” wpadło mi w 

ucho to i owo. 

   — W „Chimneys”? Jedziesz do „Chimneys”? 

   George nie potrafił ukryć zmieszania. Liczył na to, ze uda mu się w porę 

uprzedzić lorda Caterbama, by nie zapraszał Virginii.

 

   — 

Dziś rano Bundle dzwoniła do mnie z z

aprosinami —

 oznajmiła.

 

   Lomax podjął ostatnią próbę:

 

   — 

Będą nudy na pudy, tak mi się wydaje 

 rzekł.

 

   — 

Nie w twoim guście, Virginio.

 

   — Mój drogi, dlaczego nie powiesz mi prawdy i nie zaufasz mi? Nie jest 

jeszcze za późno.

 

   — 

Powiedziałem ci prawdę 

 rzek! chłodno, nie patrząc na nią. 

 Już lepiej 

— 

pochwaliła go Virginia. 

 Choć nie całkiem dobrze. Głowa do góry, George, 

zachowam się w „Chimneys” jak należy, wypróbowując swój „niebywały wdzięk”, jak 

raczyłeś się wyrazić. Życie stało się nagle bardzo zajmujące. Po pierwsze, 

szantażysta, a potem George uwikłany w dyplomatyczne matlactwa. Czy opowie on 

wszystko pięknej kobiecie, która prosi z takim patosem, aby obdarzył ją 

zaufaniem? Nie, aż do ostatniej chwili nie odsłoni rąbka tajemnicy. Do widz

enia, 

George. Spojrzyj na mnie czule, zanim odejdziesz! Nie? Och, George, kochanie, 

nie dąsaj się na mnie z tego powodu!

 

   Gdy tylko George, stąpając ciężko, przekroczył próg frontowych drzwi, 

Virginia pobiegła do telefonu.

 

   Podała numer, otrzymała połączenie i poprosiła do aparatu lady Eileen Brent.

 

   — 

To ty, Bundle? Jutro przyjeżdżam do „Chimneys”. Co? Będę się nudziła? Nie, 

nie będę. Bundle, żadna siła mnie nie powstrzyma! Koniec, kropka!

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

PAN MCGRATH NIE PRZYJMUJE ZAPROSZENIA 

    

  

 Listy przepadły.

 

   Uświadomiwszy sobie ten fakt, doszedł do wniosku, że nie pozostaje mu nic 

innego, jak tylko pogodzić się z losem. Anthony zdawał sobie sprawę, że nie 

będzie ścigać Giuseppego po korytarzach hotelu ,,Blitz”. Czyn taki wywołałby 

wielce n

iepożądany rozgłos, efekt zaś byłby prawdopodobnie ten sam.

 

   Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Giuseppe pomylił listy, 

znajdujące się w oddzielnym opakowaniu, z pamiętnikiem. Było więc całkiem 

możliwe, że kiedy dostrzeże swoją pomyłkę, ponowi próbę zdobycia pamiętnika. Na 

tę okoliczność Anthony zamierzał solidnie się przygotować.

 

   Przyszło mu również do głowy, by dać dyskretne ogłoszenie w sprawie zwrotu 

pakietu listów. Przy założeniu, że Giuseppe jest emisariuszem Towarzyszy 

Czerwonej Ręk

i lub —

 co według Anthony’ego było bardziej prawdopodobne 

— 

background image

 

 

39 

funkcjonariuszem partii lojalistów, listy nie przedstawiały dla jego mocodawców 

żadnej wartości i mógłby wykorzystać szansę otrzymania niewielkiej sumki za ich 

zwrot. 

   Przemyślawszy to sobie dokładnie, Anthony wrócił do łóżka i spał snem 

spokojnym aż do rana. Nie przypuszczał, by Giuseppe miał ochotę na drugi skok 

tej samej nocy. Wstał nazajutrz z dokładnie już obmyślanym planem kampanii. 

Zjadł dobre śniadanie, przejrzał gazety, w których pełno było wiadomości o 

nowych źródłach ropy naftowej w Herzoslovakii, po czym zażądał rozmowy z 

dyrektorem hotelu; będąc zaś Anthonym Cade’em, który umie postawić na swoim 

działając z przepojoną spokojem determinacją, osiągnął to, o co prosił. 

Dyrektor, Francuz,

 człowiek o niesłychanie uprzejmym sposobie bycia, przyjął go 

w swoim prywatnym gabinecie. 

   — 

Czym mogę panu służyć, panie… McGrath?

 

   — 

Przybyłem wczoraj po południu do pańskiego hotelu i zamówiłem kolację z 

dostawą do pokoju, a zaserwował mi ją kelner

 o imieniu Giuseppe… —

 przerwał.

 

   — 

Owszem, mamy kelnera, który nosi to imię 

 przyznał obojętnie dyrektor.

 

   — 

Uderzyło mnie coś w sposobie bycia tego człowieka, ale wówczas nie 

zastanawiałem się nad tym dłużej. W nocy natomiast obudziły mnie odgłosy 

s

kradania się. Zapaliłem światło i ujrzałem tegoż Giuseppego, jak przetrząsa 

moją skórzaną walizkę.

 

   Dyrektor w jednej sekundzie przestał demonstrować obojętność.

 

   — 

Pierwsze słyszę! 

 wykrzyknął. 

 Dlaczego wcześniej nikt mnie o tym nie 

powiadomił?

 

   — 

Stoczyliśmy z kelnerem drobną potyczkę, nawiasem mówiąc, był uzbrojony, 

miał nóż. W efekcie on odniósł zwycięstwo, uciekając przez okno.

 

   — 

Co pan potem zrobił?

 

   — 

Sprawdziłem zawartość walizki.

 

   — 

Co z niej zginęło?

 

   — 

Nic… ważnego 

 powiedział wolno Anthony. Dyrektor z westchnieniem odchylił 

się na oparcie krzesła.

 

   — 

Całe szczęście 

 stwierdził 

 Ale pozwolę sobie wyrazić pogląd, że nie 

bardzo rozumiem pańską postawę. Nie podniósł pan alarmu? Żeby ścigać złodzieja?

 

   Anthony wzruszył ramiona

mi. 

   — 

Jak już panu powiedziałem, nic cennego mi nie ukradł. Zdaję sobie 

oczywiście sprawę, że formalnie rzecz biorąc, należałoby zawiadomić policję.

 

   Zamilkł, a dyrektor wymamrotał bez zbytniego entuzjazmu:

 

   — 

Należałoby zawiadomić policję… naturaln

ie. 

   — 

W każdym razie byłem absolutnie pewny, że kelner dobrze obmyślił trasę 

swojej ucieczki, a skoro nic nie zginęło, po co zawracać głowę policji?

 

   Dyrektor uśmiechnął się niewyraźnie.

 

background image

 

 

40 

   — 

Widzę, że pan rozumie, iż bynajmniej nie marzę o kontakcie z policją. Z 

mojego punktu widzenia ma to zawsze fatalne skutki. Jeżeli gazety dobiorą się do 

jakiejś sprawy, która ma związek z dużym, modnym hotelem, idą na całego, bo to 

się opłaca, bez względu na znikomą wagę problemu.

 

   — 

Otóż właśnie 

 zgodził się A

nthony. —

 Jak już panu powiedziałem, nic 

cennego mi nie zginęło, i w pewnym sensie jest to szczera prawda. Nic, co 

przedstawiałoby jakąś wartość dla złodzieja; wszedł on jednak w posiadanie 

czegoś, co dla mnie jest ogromnie ważne,

 

   — Mianowicie? 

   — Listy, sam pan rozumie. 

   Wyraz boskiej wręcz dyskrecji, dostępnej tylko Francuzowi, zagościł na 

obliczu dyrektora 

   — Rozumiem —

 mruknął. 

 Doskonale rozumiem. Oczywiście, że to nie jest sprawa 

dla policji. 

   — 

W tej materii jesteśmy całkowicie zgodni. Ale chyba zdaje pan sobie sprawę, 

że mam szczery zamiar odzyskać te listy. W tej części świata, z której pochodzę, 

ludzie są przyzwyczajeni działać na własną rękę. Jedyne, czego od pana oczekują, 

to możliwie pełnej informacji o tym kelnerze.

 

   — 

Nie widzę po lenni żadnych przeszkód 

 powiedział dyrektor po chwili 

milczenia. —

 Nie od razu oczywiście, lecz jeśli pofatyguje się pan do mnie za 

pól godziny, wszystkie dane będą do pańskiej dyspozycji.

 

   — 

Dziękuję panu uprzejmie. Bardzo mi odpowiada takie rozwiąz

anie. 

   Po upływie pół godziny Anthony stawił się w gabinecie i stwierdził, ze 

dyrektor nie rzuca słów na wiatr. Na kartce papieru wypisane były wszystkie 

istotne fakty dotyczące Ginseppego.

 

   — 

Zgłosił się do nas jakieś trzy miesiące temu wykwalifikowan

y kelner, z 

dużym doświadczeniem. Wszyscy byli z niego zadowoleni. Przebywał w Anglii od 

mniej więcej pięciu lat.

 

   Obaj panowie przebiegli wzrokiem listę hoteli i restauracji, w których Włoch 

był zatrudniony. Pewien fakt wydał się Anthony’emu dość znaczą

cy. W dwóch z 

wymienionych hoteli w czasie, w którym Giuseppe Manelli tam pracował, dokonano 

serii napadów rabunkowych, jednak na Włocha nie padł wówczas nawet cień 

podejrzenia. Mimo to fakt ów dawał do myślenia.

 

   Czy Giuseppe był po prostu sprytnym złodziejem hotelowym? Czy przetrząsanie 

walizki Anthony’ego .wchodziło w zakres jego zwykłych czynności zawodowych? 

Mogło tak się zdarzyć, że w chwili gdy Anthony zapalił światło, Giuseppe miał w 

ręku pakiet z listami i automatycznie wsunął je do kieszeni, by mieć obie ręce 

wolne. W takim wypadku należałoby to uznać za najzwyczajniejszy rozbój.

 

   Przeciwko temu przemawiało wyraźne podniecenie Włocha poprzedniego wieczoru, 

gdy dostrzegł leżące na stole papiery. Nie było tam pieniędzy ani żadnych innych 

cennych 

przedmiotów, które mogłyby pobudzić zachłanność pospolitego złodzieja.

 

background image

 

 

41 

   Tak, Anthony był przekonany, że Giuseppe jest narzędziem w rękach jakiejś 

zagranicznej agentury. Dzięki informacjom, jakich dostarczył mu dyrektor, dowie 

się może czegoś o życiu prywatnym Włocha, co w ostatecznym rachunku pomoże mu 

trafić na jego ślad. Wziął tę kartkę papieru i wstał.

 

   — 

Bardzo serdecznie panu dziękuję. Pytanie, przypuszczam, zupełnie zbędne: 

czy Giuseppe wciąż pracuje w tym hotelu?

 

   Dyrektor uśmiechnął się.

 

   — 

Jego łóżko jest nie naruszone, ale wszystkie rzeczy są. Musiał uciec zaraz 

po tym, jak pana zaatakował. Moim zdaniem niewielką mamy szansę na ponowne 

zobaczenie Giuseppego. 

   — 

Tak też i ja uważam. No, to bardzo panu dziękuję. Na razie pozostanę w 

pańskim

 hotelu. 

   — 

Życzę, by pan osiągnął swój cel, chociaż mam po temu poważne wątpliwości.

 

   — 

Ja zawsze z nadzieją patrzę w przyszłość.

 

   Pierwsze, co Anthony uczynił, to przepytał paru kelnerów, którzy przyjaźnili 

się z Giuseppem, ale niewiele wniosło to do sprawy. Tak jak sobie zaplanował, 

napisał także ogłoszenie i wysłał je do paru najbardziej poczytnych gazet. 

Zamierzał właśnie wyjść i udać się do restauracji, w której Giuseppe był 

poprzednio zatrudniony, gdy zadzwonił telefon. Anthony podniósł słuchawkę.

 

   — Halo, kto mówi? 

   Matowy głos odpowiedział pytaniem:

 

   — 

Czy mani przyjemność z panem McGrathem?

 

   — Tak. Kim pan jest? 

   — 

Tu firma „Balderson i Hodgkins”. Proszę chwileczkę zaczekać. Połączę pana z 

panem Baldersonem. 

   „Nasi czcigodni wydaw

cy”, pomyślał Anthony. „Czyżby się niepokoili? 

Niepotrzebnie. Jeszcze mam cały tydzień.”

 

   Nagle wdarł mu się w ucho rześki głos:

 

   — Halo! Czy to pan McGrath? 

   — Przy aparacie. 

   — 

Moje nazwisko Balderson, z firmy ,,Balderson i Hodgkins”. Co się dzie

je z 

rękopisem?

 

   — 

A co się ma dziać? 

 zapytał Anthony.

 

   — 

Wszystko jest możliwe. Ja wiem, proszę pana, że przyjechał pan do tego 

kraju z Afryki Południowej. I w związku z tym nie jest pan w stanie zrozumieć 

sytuacji. Mogą być kłopoty z rękopisem, poważne kłopoty. Czasami żałuję, że 

podjęliśmy się wydania pamiętników.

 

   — Doprawdy? 

   — 

Proszę mi wierzyć, że tak jest. Obecnie chciałbym jak najszybciej dostać je 

w swoje ręce, by móc sporządzić parę kopii. Wówczas, jeżeli oryginał zostanie 

zniszczony, c

óż, niewielkie zmartwienie.

 

background image

 

 

42 

   — 

O Boże 

 powiedział Anthony.

 

   — 

Tak, zdaję sobie sprawę, że w pana uszach brzmi to absurdalnie. Lecz 

zapewniam pana, że nie docenia pan grozy sytuacji. Czynione są wysiłki, by nie 

dopuścić do tego, aby rękopis znalazł się w naszym biurze wydawniczym. Mówię 

panu zupełnie szczerze i bez przesady, że jeśli spróbuje pan osobiście 

dostarczyć nam ten rękopis, to ma pan jedną szansę na dziesięć dotarcia tutaj.

 

   — 

Nie sądzę 

 rzekł Anthony.

 Tam gdzie chcę dotrzeć, zawsze docier

am. 

   — 

Kryją się za tym bardzo niebezpieczni ludzie. Przed miesiącem sam bym w to 

nie uwierzył. Powiadam panu, chciano nas przekupić, próbowano prośby i groźby, 

dopadał nas to jeden nicpoń, to drugi i już w ogóle nie wiedzieliśmy, na jakim 

świecie żyjemy. Moja rada, niech pan nie próbuje przynosić nam rękopisu. Jeden z 

naszych pracowników wpadnie do pana do hotelu i weźmie paczkę.

 

   — 

A jak wiadoma szajka go załatwi? 

 spytał Anthony.

 

   — 

To odpowiadać za to będziemy my, a nie pan. Pan oddał rękopis nas

zemu 

pracownikowi. Czek na… hm… tysiąc funtów, jaki jesteśmy zobowiązani panu 

wręczyć, otrzyma pan nie wcześniej niż w następną środę, zgodnie z warunkami 

umowy zawartej z wykonawcami testamentu świętej pamięci… hm… autora, wie pan, 

kogo mam na myśli, ale jeśli pan nalega, prześlę panu przez posłańca pieniądze z 

mojego konta. 

   Anthony zastanawiał się minutę lub dwie. Zamierzał zatrzymać pamiętniki aż do 

ostatniego dnia, bo chciał naocznie się przekonać, o co tyle szumu. Uświadamiał 

sobie jednak siłę argum

entów wydawcy. 

   — No dobrze —

 powiedział z lekkim westchnieniem. 

— Zrobimy tak, jak pan 

proponuje. Proszę przysłać swego człowieka. I jeśli nie ma pan nie przeciwko 

temu, to wolałbym dostać ten czek, bo w następną środę może mnie już nie być w 

Anglii. 

   — 

Oczywiście, proszę pana. Jutro rano nasz pracownik stawi się w pańskim 

hotelu. Będzie rozsądniej, jeśli nie przyjdzie bezpośrednio z wydawnictwa. Nasz 

pan Holmes mieszka na południu Londynu. Zamiast do biura wstąpi najpierw do pana 

i da panu na piśmie potwierdzenie odbioru paczki. Radzę, żeby dziś wieczór 

umieścił pan jej atrapę w sejfie dyrektora. Pańscy wrogowie dowiedzą się o tym, 

co powstrzyma ich przed napaścią na pana apartament.

 

   — 

Słusznie, postąpię w myśl pana wskazówek. Anthony, głęboko zamyś

lony, 

odłożył słuchawkę.

 

   Niebawem znowu podjął działania mające na celu zdobywanie wieści o ryzykancie 

Giuseppem. ‘Zawiódł się jednak na całej linii. Włoch pracował wprawdzie we 

wzmiankowanej restauracji, ale nikt nic nie wiedział ani o jego życiu prywa

tnym, 

ani o środowisku, w jakim się obracał.

 

   — 

Dostanę cię, draniu 

 mruczał Anthony przez zęby. 

 Dostanę cię. To tylko 

kwestia czasu. 

   Jego druga noc w Londynie upłynęła nadzwyczaj spokojnie.

 

background image

 

 

43 

   Nazajutrz o godzinie dziewiątej dostarczono mu do poko

ju bilet wizytowy pana 

Holmesa, pracownika firmy wydawniczej „Balderson i Hodgkins”, po czym zjawił się 

na górze sam pan Holmes. Niewysoki blondyn o łagodnym sposobie bycia. Anthony 

wręczył mu rękopis, a w zamian otrzymał czek opiewający na tysiąc funtów. 

Pan 

Holmes włożył rękopis do przyniesionej ze sobą małej, brązowej torby, życzył 

Anthony’emu miłego dnia i wyszedł. Wszystko potoczyło się bez zakłóceń.

 

   — 

A może zamordują go po drodze? 

 mruknął pod nosem Anthony wyglądając 

bezmyślnie przez okno. 

— Ciekawe, bardzo ciekawe. 

   Włożył czek do koperty, napisał na kartce kilka linijek, dołączył ją do czeku 

i dokładnie kopertę zakleil. Jimmy, gdy spotkali się w Bulawayo, był raczej przy 

forsie i dał mu całkiem pokaźną zaliczkę, której Anthony do tej pory pra

wie nie 

naruszył.

 

   — 

Jedna sprawa z głowy, ale druga nie 

 powiedział do siebie. 

— Jak na razie 

spartaczyłem robotę. Lecz klamka jeszcze nie zapadła. W stosownym przebraniu 

udam się teraz na Pont Street.

 

   Spakował rzeczy, zszedł na dół i zapłacił rachunek, następnie polecił, by 

zaniesiono jego bagaż do taksówki.

 

   Opłaciwszy sowicie wszystkich, którzy znaleźli się na jego drodze, aczkolwiek 

większość z nich niczym się nie przyczyniła do zapewnienia mu komfortu, już, już 

miał odjechać, gdy zobaczył małego boya zbiegającego po stopniach z listem do 

niego. 

   — 

Właśnie nadszedł w tej sekundzie, sir. Anthony z westchnieniem wysupłał 

jeszcze jednego szylinga. Taksówka stęknęła ciężko i skoczyła do przodu ze 

straszliwym zgrzytem biegów, Anthony zaś otworzył kopertę.

 

   Był to doprawdy interesujący dokument. Anthony musiał go przeczytać 

czterokrotnie, zanim zrozumiał, o co w nim chodzi. Po przełożeniu go na język 

potoczny (list nie był pisany językiem potocznym, tylko owym specyficznym, 

zagmatwanym stylem, typo

wym dla pism wychodzących spod pióra oficjeli) pojął, że 

wyrażano w tym piśmie pogląd, iż pan McGrath przybywa z Afryki Południowej do 

Anglii dziś, we czwartek, że nawiązywano mętnie do pamiętników hrabiego 

Stylptitcha i proszono pana McGratha, aby przed p

oufną rozmową z panem George’em 

Loinaxem i innymi osobami, o których znaczeniu wspomniano mgliście, nic w 

kwestii pamiętników nie przedsiębrał. List ów zawierał także jasno sprecyzowane 

zaproszenie do „Chimneys” na dzień następny, piątek, gdzie pan McGrath miał być 

gościem lorda Caterhama.

 

   Tajemnicze przesianie, zupełnie niezrozumiałe, wprawiło Anthony’ego w dobry 

humor. 

   — Poczciwa stara Anglia —

 burknął z czułością. 

— Dwa dni po czasie, jak 

zwykle. Szkoda. Nie mogę jechać do „Chimneys” pod nie swoim 

nazwiskiem. Ciekawe, 

czy jest tam w pobliżu jakiś hotelik? Pan Anthony Cade mógłby się tam zatrzymać 

background image

 

 

44 

bez zwracania niczyjej uwagi. Wychylił się z okna wozu i polecił taksówkarzowi 

jechać w innym kierunku, co ten skwitował pogardliwym chrząknięciom.

 

   Taks

ówka zatrzymała się przed jednym z najbardziej ponurych londyńskich 

zajazdów. Opłata za przejazd dostosowana była jednak do rangi hotelu, sprzed 

którego wyruszyli. 

   Wynająwszy pokój na nazwisko Cade, Anthony przeszedł do obskurnego hallu, 

wyjął papier listowy z napisem „Hotel Blitz” i nakreślił szybko parę zdań.

 

   Wyjaśnił, ze przybył do Anglii w ubiegły wtorek, że przekazał wiadomy rękopis 

firmie wydawniczej „Balderson i Hodgkins”, że bardzo żałuje, iż nie może przyjąć 

zaproszenia lorda Calcrhama, albow

iem opuszcza właśnie Anglie. Podpisał list: 

,,Z poważaniem, James McCrath”.

 

   — A teraz —

 powiedział przyklejając znaczek na kopercie 

 do dzieła! Znika 

James McGrath, a pojawia się Anthony Cade.

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

TRUP 

   W tenże czwartek po południu Virginia Revel grała w Ranelagh w tenisa. Całą 

powrotną drogę na Pont Street przebyła rozpierając się wygodnie w długiej, 

luksusowej limuzynie, lekki uśmiech błąkał się na jej ustach, gdy rozmyślała o 

czekającej ją rozmowie. Mogło się oczywiście okazać, że szantażysta się nie 

zjawi, ale Virginia była niemal pewna jego ponownej wizyty. Starała się przecież 

wywrzeć wrażenie, że będzie łatwym łupem. Cóż, może tym razem trochę go 

zaskoczy! 

   Gdy wóz zajechał przed dom, nie wysiadła, zwróciła się do szofera:

 

   — Jak 

się czuje twoja żona, Walton? Zapomniałam cię zapytać.

 

   — 

Chyba lepiej, dziękuję, madame. Lekarz obiecał, że około wpół do siódmej 

wpadnie. Czy samochód będzie pani dziś jeszcze potrzebny?

 

   Virginia zastanowiła się chwilę.

 

   — 

Wybieram się na weekend. Wyjadę o szóstej czterdzieści z Dworca Paddington, 

ale nie będę cię potrzebować, wezmę taksówkę. Porozmawiaj z lekarzem. Jeśli 

orzeknie, że przyda się twojej żonie wyjazd na weekend, zabierz ją gdzieś. 

Pokryję wszelkie koszty.

 

   Przerwała niecierpliwym ruchem głowy litanię podziękowań, wbiegła po 

schodkach, sięgnęła do torebki po klucz, przypomniała sobie, że nie wzięła go, 

wychodząc z domu, i szybko zadzwoniła do drzwi. Nie było zrazu odpowiedzi i, gdy 

tak czekała, jakiś miody mężczyzna wszedł po stopniach na górę. Był nędznie 

ubrany, a w ręku trzymał plik ulotek. Wyciągnął jedną w stronę Virginii 

— napis 

na niej był wyraźnie widoczny: Dlaczego służyłem swojemu krajowi? W lewej ręce 

miał puszkę.

 

background image

 

 

45 

   — 

Nie będę w ciągu jednego dnia kupować aż dwóch tych kos

zmarnych poematów — 

powiedziała Virginia błagalnym tonem. 

 Rano już kupiłam. Naprawdę, słowo 

honoru. 

   Młody człowiek odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Virginia mu 

zawtórowała. Obrzucając go niedbałym spojrzeniem, pomyślała sobie, że ma o wiele 

prz

yjemniejszy wygląd niż przeciętni londyńscy bezrobotni. Spodobała się jej 

opalona na brąz twarz nieznajomego oraz bijąca z całej jego postaci męskość. 

Posunęła się nawet tak daleko, iż pomyślała, że chętnie zatrudniłaby go u 

siebie. 

   W tym jednak momenci

e drzwi się otworzyły i Virginia w jednej chwili 

zapomniała o problemie bezrobocia, gdyż ku jej zdziwieniu drzwi otworzyła 

pokojówka Elise. 

   — Gdzie Chilvers? —

 zapytała ostro, gdy tylko przekroczyła próg hallu.

 

   — 

Pojechał, madame, razem z innym.

 

   — 

Jakimi innymi? Dokąd pojechał?

 

   — 

Do Datchet, madame, do wiejskiego domu, tak jak było w pani depeszy.

 

   — W mojej depeszy? —

 spytała Virginia kompletnie zbita z tropu.

 

   — 

To pani nie wysłała depeszy? Nie ma mowy o żadnej pomyłce. Nadeszła jakąś 

godz

inę temu.

 

   — 

Żadnej depeszy nie nadawałam. Co w niej było?

 

   — 

Leży chyba jeszcze na stoliku.

 

   Elise odeszła wskazując palcem kierunek, a po chwili wróciła niosąc z 

triumfem depeszę.

 

   — Voil?, madame! 

   Telegram zaadresowany był do Chilversa i brzmiał jak następuje: „Weź 

domowników i jedźcie zaraz do domu wiejskiego, przygotujcie przyjęcie 

weekendowe. Złapcie pociąg o 5.49.”

 

   Nie było w tym nic dziwnego, zawiadomienia podobnej treści wysyłała dość 

często, ilekroć przyszło jej do głowy urządzić przyjęcie w swoim położonym nad 

rzeką bungalowie. Ściągała tam zawsze całą służbę, zostawiając jakąś starszą 

kobietę na straży londyńskiego domu. Toteż telegram nie był dla Chilversa żadnym 

zaskoczeniem i jako wytrawny służący wykonał ściśle polecenia Virgini

i. 

   — 

Co się tyczy mnie, ja zostałam 

 wyjaśniła Elise 

 bo madame będzie mnie 

potrzebować przy pakowaniu.

 

   — 

To jakiś idiotyczny kawał! 

 wykrzyknęła Virginia, ciskając ze złością 

depeszę na podłogę. 

 Dobrze przecież wiesz, Elise, że wybieram się do 

„Chimneys”. Dziś rano ci o tym powiedziałam.

 

   — 

Myślałam, że pani zmieniła zdanie. Czasem to się pani zdarza, prawda, 

madame? 

background image

 

 

46 

   Virginia skwitowała uśmiechem ów zawierający źdźbło prawdy zarzut. Zachodziła 

w głowę, jaki też mógł być powód tego zadziwiającego psikusa. Elise wysunęła 

pewne przypuszczenie: 

   — Mon Dieu! —

 zawołała załamując ręce. 

 A jeśli to dzieło złoczyńców, 

złodziei?! Wysyłają lipny telegram, pozbywają się z domu wszystkich jego 

mieszkańców i dokonują rabunku!

 

   — 

Możliwe 

 zgodziła się Virginia, choć w głosie jej brzmiało powątpiewanie.

 

   — 

Tak, tak, proszę pani, tak właśnie musiało być. Codziennie czyta się w 

gazetach o takich wypadkach. Madame, niech pani zaraz zadzwoni na policję, 

natychmiast, nim oni przyjdą i poderżną nam gardła

   — 

Nie podniecaj się tak, Elise. O szóstej po południu nikt nam gardła nie 

będzie podrzynał.

 

   — 

Madame, błagam panią, niech mi pani pozwoli, polecę i złapię jakiegoś 

policjanta, teraz, od razu! 

   — 

Po co, na litość boską? Nie bądź głupia, Elise. Idź na górę i spakuj moje 

rzeczy przed wyjazdem do „Chimneys”, jeżeli jeszcze tego nie zrobiłaś. Tę nową 

wieczorową suknię, białe cr?pe marocain i oczywiście czarną aksamitną, czarny 

aksamit nosi się w sferach politycznych, prawda?

 

   — 

Madame wygląda zachwycająco w eau de nil satin 

 zasugerowała Elise. I tym 

razem wykazała się profesjonalizmem.

 

   — 

Nie, nie wezmę tej sukni. Pospiesz się, Elise, bądź taka dobra. Mamy bardzo 

mało czasu. Zadepeszuję do Chilversa w Datchet, a jak wyjdziemy, pogadam z 

policjante

m, żeby rzucił okiem na dom. Nie rób min, Elise. jeżeli lak się 

wszystkiego boisz, to co by było, gdyby nagle z jakiegoś ciemnego kąta wyskoczył 

człowiek i dopadł cię z nożem w ręku?

 

   Elise pofolgowała sobie, wydając przeraźliwy pisk, i w błyskawicznym o

dwrocie 

pobiegła schodami na górę, oglądając się nerwowo w trakcie ucieczki.

 

   Virginia wykrzywiła się na widok tej rejterady i przeszedłszy przez hali 

skierowała się do małego gabinetu, gdzie był telefon. Pomysł Elise, żeby 

zadzwonić na policję, uznała za trafny i postanowiła niezwłocznie wprowadzić go 

w czyn. 

   Otworzyła drzwi gabinetu i podeszła do aparatu. I zamarła z ręką na 

słuchawce. Na fotelu siedział mężczyzna ze zwieszonymi bezwładnie ramionami. W 

tej pełnej emocji chwili zupełnie zapomniała o z

apowiedzianych odwiedzinach. 

Szantażysta przyszedł prawdopodobnie wcześniej i czekając na nią zasnął.

 

   Zbliżyła się do fotela z lekko figlarnym uśmieszkiem na ustach. Ale ów 

uśmieszek momentalnie zniknął.

 

   Mężczyzna nie spał. Był martwy.

 

   Od razu to 

pojęła, wyczuła instynktownie, zanim jeszcze jej wzrok spoczął na 

małym, lśniącym rewolwerze, który leżał na podłodze, na ledwo widocznym otworze 

background image

 

 

47 

tuż nad sercem człowieka, otworze z ciemną obwódką, oraz na okropnie opadającej 

szczęce.

 

   Jakiś czas stała w milczeniu, z rękami wspartymi na biodrach. Wśród panującej 

wokół ciszy usłyszała zbiegającą ze schodów Elise.

 

   — Madame! Madame! 

   — Tak, o co chodzi? 

   — 

Virginia podbiegła do drzwi. Powodowana instynktem chciała zataić przed 

Elise to, co się wydarzyło, przynajmniej na razie. Pokojówka na pewno wpadłaby w 

histerię, a jej przede wszystkim potrzebny był spokój i cisza, by mogła sobie 

dokładnie przemyśleć ostatnie wydarzenia.

 

   — 

Madame, czy nie byłoby dobrze, gdybym zabezpieczyła drzwi łańcuchem? Ci 

złoczyńcy lada chwila mogą się pojawić.

 

   — 

Owszem, czemu nie. Rób, co uważasz za stosowne. Usłyszała brzęk łańcucha, 

potem kroki Elise biegnącej na górę, i z jej piersi wyrwało się westchnienie 

ulgi. 

   Popatrzyła na mężczyznę w fotelu, potem na telefon. Było jak najbardziej 

oczywiste: musi natychmiast zadzwonić na policję.

 

   Ale wciąż nie dzwoniła. Stała nieruchomo, sparaliżowana lękiem, i moc 

sprzecznych ze sobą podejrzeń przychodziło jej do głowy. Fałszywy telegram! Czy 

ma z tym coś wspólnego? Załóżmy, że Elise nie było w domu. Ona, Virginia, 

weszłaby oczywiście, zazwyczaj miała przy sobie klucz, i znalazłaby się sam na 

sam z zamordowanym człowiekiem, któremu tak niedawno pozwoliła na szantaż. 

Naturalnie motyw swego postępowania mogłaby wyjaśnić; im dłużej zastanawiała się 

jednak nad tym motywem, tym bardziej stawał się dla niej mglisty. Pamiętała 

przecież, że George nie usiłował nawet udawać, iż jej wierzy. Czy inni też by 

nie uwierzyli? Te listy… oczywiście, ona ich nie pisała, ale czy byłoby łatwo to 

u

dowodnić?

 

   Przyłożyła do czoła splecione mocno dłonie. 

 Muszę to przemyśleć 

— 

powiedziała. 

 Muszę to wszystko sobie przemyśleć.

 

   Kto wpuścił tego człowieka? Z pewnością nie Elise. Gdyby to zrobiła, od razu 

powiadomiłaby o tym Virginię. Im dłużej Virginia myślała, tym cała sprawa 

stawała się w jej odczuciu bardziej tajemnicza. Jedno nie ulegało kwestii 

— 

trzeba zawiadomić policję.

 

   Wyciągnęła rękę w stronę telefonu i nagle pomyślała o George’u. Mężczyzna 

— 

to było jej teraz najbardziej potrzebne 

— zr

ównoważony, nie poddający się 

emocjom człowiek, który widzi zjawiska we właściwych proporcjach i wytyczy dla 

niej najwłaściwszą drogę postępowania.

 

   Potrząsnęła jednak głową. Nie George. Pierwsze, o czym on pomyśli, to jego 

własna pozycja. Nie będzie chciał być wmieszany w coś takiego. George absolutnie 

się nie nadaje.

 

background image

 

 

48 

   Twarz jej się rozjaśniła. Bill, oczywiście! Bez zbędnych wahań zatelefonowała 

do Billa. 

   Poinformowano ją, że Bill przed godziną pojechał do ,,Chimneys”.

 

   — Niech to szlag! —

 krzyknęła Virginia rzucając słuchawkę. Koszmarna historia 

 być sam na sam z trupem i nie mieć do kogo słowa przemówić!

 

   I w tej właśnie chwili zadzwonił dzwonek u drzwi.

 

   Virginia aż podskoczyła. Po minucie dzwonek odezwał się znowu. Wiedziała, że 

Elise paku

je na górze rzeczy i nie może słyszeć dzwonka.

 

   Wyszła do hallu, odpięła łańcuch, odsunęła wszystkie rygle, jakie Elise 

uruchomiła w swej nadgorliwości. Zrobiła głęboki wdech i otworzyła drzwi. Na 

stopniach stał ów młody bezrobotny.

 

   Napięte nerwy puściły i Virginia, odetchnąwszy z ulgą, poszła na całego.

 

   — 

Proszę wejść 

 powiedziała. 

 Zdaje się, że będę miała pracę dla pana.

 

   Zaprowadziła go do jadalni, podsunęła mu krzesło, sama usiadła naprzeciw i 

zaczęła wpatrywać się w niego w wielkim skupien

iu. 

   — Przepraszam —

 zaczęła 

— pan jest… to znaczy… 

   — Po Etonie i Oxfordzie —

 odparł młody mężczyzna. 

 O to chciała mnie pani 

zapytać, prawda?

 

   — 

Coś w tym rodzaju 

 przyznała Virginia.

 

   — 

Źle ląduję w życiu głównie dlatego, że nie potrafię się zmusić do podjęcia 

żadnej regularnej pracy. Ale mam nadzieję, że pani mi takiej nie oferuje.

 

   Przez chwilę uśmiech zagościł na twarzy Virginii.

 

   — To praca bardzo nieregularna. 

   — Wspaniale —

 rzekł młody mężczyzna tonem pełnym satysfakcji.

 

   Virginia

 zaś oceniła przychylnie jego opaloną twarz i szczupłą, wysportowaną 

sylwetkę.

 

   — Widzi pan —

 rzekła. 

 Znalazłam się niejako w tarapatach, a większość moich 

przyjaciół zalicza się, że tak powiem… do wyższych sfer. Oni zawsze mają coś do 

stracenia. 

   — 

Ja nie mam. Niech pani mówi dalej. Co za kłopoty?

 

   — W pokoju obok jest trup —

 powiedziała Virginia. 

 Został zamordowany, a ja 

nie wiem, co z tym fantem zrobić.

 

   Wyrzuciła z siebie te słowa z taką szczerością, na jaką tylko dziecko byłoby 

stać. Sposób, w jaki młody przybysz przyjął to oświadczenie, zaimponował 

Virginii —

 mężczyzna bardzo urósł w jej oczach. Jak gdyby podobne wieści dane mu 

było codziennie otrzymywać.

 

   — 

Świetnie 

 oznajmił z entuzjazmem. 

 Cale życie marzyłem o tym, by 

popracować trochę w charakterze detektywa

amatora. Dokonamy oględzin zwłok, czy 

też najpierw poda mi pani garść faktów?

 

background image

 

 

49 

   — Chyba najpierw fakty. —

 Milczała jakiś czas, zastanawiając się nad 

najbardziej zwięzłą relacją, po czym spokojnie i rzeczowo przedstawiła przebie

wydarzeń.

 

   — 

Ten człowiek przyszedł do mnie wczoraj po raz pierwszy. Miał ze sobą plik 

listów… listów miłosnych, podpisanych moim imieniem i nazwiskiem…

 

   — 

Których jednak pani nie pisała 

 dokończył ze spokojem młody mężczyzna.

 

   Virginia spojrzała 

na niego z niejakim zdziwieniem. 

   — 

Skąd pan wie?

 

   — 

Och, wydedukowałem. Ale proszę mówić dalej.

 

   — 

Zaczął mnie szantażować i… nie wiem, czy pan to zrozumie… i ja na to 

poszłam.

 

   Popatrzyła na niego błagalnie, 

 on zaś uspokajająco skinął głową.

 

   — 

Oczywiście, że rozumiem. Chciała się pani przekonać, jak się człowiek czuje 

w takiej sytuacji. 

   — 

Bardzo mądrze pan to ujął. Właśnie o to mi chodziło.

 

   — 

Bo ja jestem mądry 

 rzekł skromnie młody człowiek. 

 Ale proszę sobie 

uświadomić, że niewiele osób zrozumie pani punkt widzenia. Większość ludzi, 

niestety, cechuje brak wyobraźni.

 

   — 

Tak też i ja sądzę. Powiedziałam temu typowi, żeby przyszedł dziś o 

szóstej. Po powrocie do domu z Ranelagh stwierdziłam, że w wyniku otrzymania 

fałszywego telegramu cała służba z wyjątkiem mojej pokojówki opuściła domostwo. 

Po czym weszłam do gabinetu i zastałam tam tego człowieka z kulą w piersi.

 

   — 

Kto go wpuścił?

 

   — 

Nie mam pojęcia. Gdyby wpuściła go moja pokojówka, na pewno by mi o tym 

powiedziała.

 

   — Czy o

na wie, co się stało?

 

   — 

Nic jej jeszcze nie mówiłam.

 

   Młody mężczyzna kiwnął głowa i wstał.

 

   — 

A teraz oględziny zwłok 

 oznajmił energicznie. 

 Ponadto powiem pani taką 

rzecz: na ogół zawsze jest lepiej mówić prawdę. Jedno kłamstwo pociąga za sobą 

stek kłamstw, a trwanie w ciągłym kłamstwie jest potwornie nudne.

 

   — 

Więc radzi mi pan zadzwonić na policję?

 

   — Raczej tak Najpierw jednak obejrzmy sobie faceta. 

   Wyszli z pokoju. Na progu Virginia stanęła i obejrzała się na niego.

 

   — A propos — rz

ekła 

 nie powiedział mi pan, jak się nazywa.

 

   — 

Jak się nazywam? Nazywam się Anthony Cade.

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

ANTHONY POZBYWA SIĘ ZWŁOK

 

    

background image

 

 

50 

   Anthony podążał za Virginią, uśmiechając się pod nosem. Wypadki przybrały 

niespodziewany obrót. Lecz gdy poch

ylił się nad postacią w fotelu, twarz mu 

spochmurniała.

 

   — 

On jest jeszcze ciepły 

 powiedział ostro. 

 Zastrzelono go przed niespełna 

półgodziną.

 

   — 

Tuż przed moim powrotem?

 

   — 

Właśnie.

 

   Anthony stał wyprostowany, ze ściągniętymi ponuro brwiami. I zadał pytanie, 

którego sens nie od razu dotarł do Virginii:

 

   — 

Pani pokojówka nie była oczywiście w tym pokoju?

 

   — Nie. 

   — 

A czy wiedziała, że pani tam weszła?

 

   — 

No… tak. Stanęłam w drzwiach, by zamienić z nią kilka słów.

 

   — Po znalezieniu prze

z panią ciała?

 

   — Tak. 

   — 

I nic jej pani nie powiedziała?

 

   — 

Co by to pomogło? Pomyślałam sobie, że zacznie histeryzować 

— to Francuzka, 

wie pan, łatwo ulega emocjom 

 a ja uważałam, że najlepiej będzie, jak to 

wszystko sama spokojnie rozważę.

 

   Ant

hony skinął głową w milczeniu.

 

   — 

Pana zdaniem źle się stało, tak?

 

   — 

Owszem, niefortunny układ, pani Revel. Gdyby pani oraz jej pokojówka 

natrafiły na denata natychmiast po pani powrocie, bardzo by to całą sprawę 

uprościło. Nie ulegałoby wtedy kwestii, że mężczyzna został zabity przed pani 

powrotem do domu. 

   — 

A więc teraz ktoś może powiedzieć, że został zabity po… Rozumiem.

 

   Anthony obserwował, jak Virginią w lot chwyta jego myśl, co potwierdzało 

pierwsze wrażenie, jakie odniósł, gdy rozmawiała z nim stojącym na schodach 

przed drzwiami. Oprócz urody cechowała ją odwaga i była niewątpliwie mądra.

 

   Virginia tak była pochłonięta problemem, jaki Anthony jej uzmysłowił, że 

nawet nie zastanowił jej fakt, iż ów obcy mężczyzna posłużył się jej nazwiskiem

   — 

Ciekawe, dlaczego Elise nie usłyszała wystrzału? 

 mruknęła.

 

   Anthony wskazał na otwarte okno 

 w przejeżdżającym właśnie aucie strzelił 

gaźnik.

 

   — 

Otóż to. W Londynie nikt nie zwraca uwagi na strzały.

 

   Virginią z lekkim drżeniem obróciła się w stronę fotela, na którym spoczywało 

ciało.

 

   — 

Przypomina trochę Włocha 

 zauważyła.

 

   — 

Bo to Włoch 

 powiedział Anthony. 

 Mógłbym jeszcze dodać, że był z zawodu 

kelnerem. Szantaż uprawiał poza godzinami pracy. A imię jego brzmiało 

prawdopodobnie Giuseppe. 

background image

 

 

51 

   — Wielkie nieba! —

 wykrzyknęła Virginią. 

— Czy mam do czynienia z Sherlockiem 

Holmesem? 

   — Nie —

 odparł z żalem. 

 Obawiam się, że z miernym amatorem. Wkrótce 

wszystko pani opowiem. Więc mówi pani, że ten człowiek pokazał pani kilka listów 

i żądał pieniędzy. Dała mu je pani? 

— Owszem. 

   — Ile? 

   — 

Czterdzieści funtów.

 

   — Niedobrze —

 orzekł Anthony, nie wykazując jednak nadmiernego zdziwienia. 

— 

Proszę mi pokazać ten telegram.

 

   Virginia wzięła depeszę ze stołu i wręczyła mu ją. Twarz Anthon

y’ego, gdy 

przyglądał się świstkowi papieru, stawała się coraz bardziej ponura.

 

   — O co chodzi? —

 zapytała.

 

   Wyciągnął ku niej depeszę, wskazując w milczeniu źródło swego niepokoju.

 

   — Barnes —

 rzekł. 

 A tego popołudnia była pani w Ranelagh. Kto zaręczy, że 

sama pani nie nadała tej depeszy?

 

   Virginię zamurowało. Czuła się jak w siatce, która coraz bardziej zaciska się 

wokół niej. Anthony zmuszał ją, by stanęła oko w oko z faktami majaczącymi 

mętnie w jej świadomości.

 

   Wyjął chustkę, owinął nią rękę i podniósł z podłogi rewolwer.

 

   — 

My, parający się kryminalistyką, musimy zachowywać wielką ostrożność 

— 

rzekł tonem usprawiedliwienia. 

— Pani rozumie, odciski palców. 

   Virginia dostrzegła nagle, że Anthony jakby cały zesztywniał. Gdy odezwał 

się, głos miał zmieniony. Szorstki, nieprzyjemny.

 

   — 

Czy widziała pani już kiedyś ten rewolwer?

 

   — Nie —

 odparła ze zdziwieniem.

 

   — Jest pani tego pewna? 

   — 

Najzupełniej.

 

   — 

Ma pani własny rewolwer?

 

   — Nie. 

   — 

Czy kiedykolwiek pani miała?

 

   — Nie, nigdy. 

   — Jest pani tego pewna? 

   — 

Najzupełniej.

 

   Wpatrywał się w nią chwilę skupionym wzrokiem, a Virginia patrzyła ha niego, 

zdumiona brzmieniem jego głosu.

 

   Po pewnym czasie odetchnął z ulgą i odprężył się.

 

   — Dziwna historia —

 powiedział. 

— 

Jak pani się na to zapatruje?

 

   Podał jej rewolwer. Był mały, zgrabny, prawie jak zabawka, ale zdolny do 

wykonania śmiercionośnego aktu. Wygrawerowane było na nim imię Virginia.

 

   — 

To niemożliwe! 

 krzyknęła.

 

background image

 

 

52 

   Jej zdziwienie było tak szczere, że Anthony’emu nie pozostawało nic innego, 

jak jej uwierzyć.

 

   — 

Proszę usiąść 

 powiedział spokojnie. 

 Sprawa ta ma więcej aspektów, niż 

to się z początku mogło zdawać. A więc, przystępując do rzeczy, jaka jest pani 

hipoteza? Są tylko dwie możliwości. Istnieje oczywiście druga Virginia, ta od 

listów. Mogła tego typa jakoś wytropić, zastrzelić, porzucić rewolwer, zabrać 

listy i wynieść się. Wersja całkiem możliwa, prawda?

 

   — 

Też tak uważam 

 odpowiedziała z ociąganiem Virginia.

 

   — Druga wersja jest znacznie b

ardziej interesująca. Ktokolwiek chciał zabić 

Giuseppego, zamierzał jednocześnie rzucić podejrzenie na panią 

— i kto wie, czy 

to nie było głównym jego celem. Mógł dosięgnąć faceta w obojętnie jakim miejscu, 

ale on czy oni podjęli ogromny wysiłek, pokonali niebywałe trudności, by dopaść 

go właśnie tutaj, i kimkolwiek ci ludzie są, wiedzą o pani wszystko, o pani domu 

w Datchet, o pani układach ze służbą i o tym, że tego popołudnia przebywała pani 

w Ranelagh. Pytanie może się wydawać absurdalne, ale czy pani m

a wrogów? —

 Ależ 

skąd, w każdym razie nie tego typu.

 

   — 

Teraz pytanie, co dalej robić 

— rzeki Anthony. 

   — 

Mamy dwie możliwości. A: zadzwonić na policję, opowiedzieć całą historię, 

przekonać ich o pani nienagannej reputacji i życiu bez skazy. B: próbować z moim 

udziałem pozbyć się skutecznie ciała. Moje osobiste skłonności sprzyjają planowi 

B. Zawsze chciałem się przekonać, czy byłbym na tyle przebiegły, by ukryć 

zbrodnię, choć mam idiotyczną awersję do przelewu krwi. Ogólnie jednak rzecz 

biorąc uważam, że plan A jest najrozsądniejszy. Ale trzeba trochę okroić 

scenariusz. Telefon na policję et cetera, lecz usuniemy rewolwer i będące 

przedmiotem szantażu listy, jeżeli denat ma je wciąż przy sobie.

 

   Anthony przeszukał szybko kieszenie nieboszczyka.

 

   — Oczyszczono go dokumentnie —

 oświadczył.

 

   — 

Nie ma dosłownie nic. A o te listy będą się brali za łby. O, a co to? 

Dziura w podszewce? Ktoś coś złapał, szarpnął gwałtownie i został tylko skrawek 

papieru. 

   Mówiąc te słowa rozprostował skrawek i podniósł do światła. Virginia stanęła 

obok. 

   — 

Szkoda, że tylko tyle 

 wymamrotał Anthony.

 

   — 

„Chimneys”, jedenasta czterdzieści pięć, czwartek. Wygląda jak termin 

spotkania. 

   — „Chimneys”! —

 zawołała Virginia.:

— Niebywale! 

   — 

Niebywałe? Za wysokie progi dla

 faceta niskiej kondycji, prawda? 

   — 

Dziś wieczór jadę do „Chimneys”. Przynajmniej miałam jechać.

 

   Anthony zwrócił nagle głowę w jej stronę.

 

   — 

Co? Proszę to powtórzyć.

 

background image

 

 

53 

   — 

Dziś wieczór miałam zamiar jechać do „Chimneys” 

 powiedziała Virginia 

jeszcze raz. 

   Anthony wybałuszył na nią oczy.

 

   — 

Zaczynam rozumieć. Mogę się naturalnie mylić, ale coś w tym jest. Czy ktoś 

nie usiłował wyperswadować pani wyjazdu do „Chimneys”?

 

   — Tak, mój kuzyn George Lomax —

 odparła z uśmiechem. 

— Lecz nie podejrzewam 

raczej George’a o morderstwo. 

   Na twarzy Anthony’ego nie było uśmiechu. Pogrążony był w głębokiej zadumie.

 

   — 

Jeśli zadzwoni pani na policję, to o wyjeździe do „Chimneys” nie ma mowy 

— 

ani dziś, ani nawet jutro. A ja chciałbym, żeby pani się tam udała

Przypuszczam, że to popsuje szyki naszym nie znanym przyjaciołom. Czy gotowa 

jest pani złożyć swój los w moje ręce?

 

   — Oznacza to plan B, tak? 

   — 

Tak. Pierwsza rzecz, to musi pani pozbyć się z domu pokojówki. Da się to 

zrobić?

 

   — Bez trudu. — Virgi

nia wyszła do hallu i zawołała z dołu: 

— Elise! Elise! 

   — 

Słucham madame?

 

   Uszu Anthony’ego dobiegła szybka rozmowa, po czym drzwi frontowe otworzyły 

się i zamknęły. Virginia wróciła do pokoju.

 

   — 

Poszła. Posłałam ją po pewien specjalny rodzaj perfum i powiedziałam, że 

ten sklep jest otwarty do ósmej. Oczywiście, że będzie zamknięty. A ona ma już 

nie wracać, tylko jechać do „Chimneys” najbliższym pociągiem.

 

   — Dobrze —

 pochwalił ją Anthony. 

 Możemy teraz przystąpić do usuwania zwłok. 

Istnieje metod

a, która wytrzymała próbę czasu, ale muszę przedtem zapytać panią, 

czy jest w tym domu jakiś kufer.

 

   — 

Naturalnie, że jest. Chodźmy do sutereny i tam pan wybierze odpowiedni 

egzemplarz. W suterenie było kufrów do wyboru, do koloru. Anthony wybrał 

solidny

, we właściwych wymiarach.

 

   — 

Ta część przedsięwzięcia należy do mnie 

 powiedział z dużym taktem. 

— 

Proszę iść na górę i być w pogotowiu.

 

   Virginia zastosowała się do polecenia. Wyskoczyła ze swoich tenisowych 

łaszków i włożyła miękki, brązowy strój podróżny, przepiękny pomarańczowy 

kapelusz i zeszła do czekającego już w hallu Anthony’ego, przy którym stał 

porządnie przewiązany sznurkiem kufer.

 

   — 

Chętnie bym pani opowiedział historię swojego życia 

 oświadczył 

— ale 

obawiam się, że czeka nas bardzo 

pracowity wieczór. A oto co powinna pani teraz 

zrobić: wezwać taksówkę i umieścić w niej swój bagaż łącznie z kufrem. Jechać na 

dworzec Paddington, złożyć kufer w przechowalni bagażu. Ja będę na peronie. 

Przechodząc obok mnie, proszę upuścić kwit z przechowalni. Podniosę go i niby 

podam pani, bo w rzeczywistości zostanie przy mnie. Niech pani jedzie do 

„Chimneys”, a resztę zostawi mnie.

 

background image

 

 

54 

   — 

To bardzo miłe z pańskiej strony 

 powiedziała.

 

   — 

Natomiast okropnie niemiłe z mojej, że obarczam zupełnie obcego człowieka 

trupem w kufrze. 

   — Odpowiada mi to —

 rzucił Anthony nonszalancko.

 

   — 

Gdyby był tu jeden z moich przyjaciół, Jimmy McGrath, nie omieszkałby pani 

powiedzieć, że ja przepadam za tego typu przygodami.

 

   Virginia utkwiła w nim pytający wzrok.

 

   — 

Jakie nazwisko pan wymienił? Jimmy McGrath? Anthony spojrzał na nią równie 

przenikliwie. 

   — 

Tak. A bo co? Mówi ono coś pani?

 

   — 

Tak… Ktoś bardzo niedawno wypowiedział to nazwisko… 

 Umilkła 

niezdecydowana, a po chwili ciągnęła: 

 Panie Cade, muszę z panem porozmawiać. 

Niech pan jedzie ze mną do „Chimneys”.

 

   — 

Wkrótce się zobaczymy, obiecuję to pani. A teraz konspirator A wychodzi 

ukradkiem drzwiami od tyłu. Konspirator B natomiast, w aureoli chwały, 

przekracza próg drzwi frontowych i zmierza do taksówki. 

   Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Anthony wsiadł do następnej taksówki, 

zjawił się na peronie i we właściwym czasie podniósł kwit bagażowy. Po czym udał 

się po swojego używanego morrisa, którego nabył tegoż dnia we wcześniejszych 

godzinach, p

rzewidując, że może mu się przydać w jego planach.

 

   Wrócił tym wozem na dworzec Paddington, wręczył kwit strażnikowi, który 

wyciągnął kufer z przechowalni, on zaś z całym spokojem umieścił ten kufer na 

tylnym siedzeniu. I odjechał.

 

   — Celem jego teraz 

było wydostanie się z Londynu. Przez Notting Hill, 

Shepherd’s Bush, w dół Goldhawk Road, potem przez Brentford i Hounslow, aż 

wyjechał na szosę łączącą Hounslow ze Staines. Była to szosa ogromnie ruchliwa, 

samochody jeździły nią bez przerwy. Odróżnienie śladów butów czy opon było 

wykluczone. Po pewnym czasie Anthony zatrzymał auto. Pierwsze, co zrobił po 

wyjściu, z wozu, to zamazał błotem tablicę rejestracyjną. Odczekał i złapał 

moment, gdy ruch na szosie ustał na chwilę, otworzył kufer, wyciągnął zeń ciało

 

Włocha i ułożył je sprytnie w dole za poboczem, w łuku zakrętu, tak by światła 

przejeżdżających samochodów nie wychwyciły zwłok.

 

   Następnie wsiadł do wozu i odjechał. Cała ta czynność zajęła mu półtorej 

minuty. Zrobił objazd, skręcił na prawo i wracał teraz do Londynu szosą wiodącą 

przez Burnham Beeches. Tam znowu się zatrzymał, upatrzył sobie najwyższe drzewo 

i z całym spokojem wspiął się na nie. Był to nie lada wyczyn, nawet jak na 

Anthony’ego. Do jednej z szczytowych gałęzi, tuż koło pnia, przymocował małą, 

brązową paczuszkę.

 

   — 

Kapitalny sposób pozbycia się broni 

 powiedział do siebie z przechwałką w 

głosie. 

 Każdy szuka na ziemi albo bagruje zbiorniki wodne. Ale niewielu jest w 

Anglii ludzi, którzy wdrapaliby się na takie drzewo.

 

background image

 

 

55 

   Potem — — z p

owrotem do Londynu i na dworzec Paddington. Zostawił tu kufer, 

tym razem w innej przechowalni, od strony peronów, którymi pociągi wjeżdżają na 

dworzec. Pomyślał z tęsknotą o czymś takim jak stek wołowy, soczyste, drobno 

posiekane jarzyny i do tego ogromne 

ilości frytek. Spojrzawszy jednak na zegarek 

pokręcił smętnie głową. Napoił morrisa benzyną i wyruszył w drogę ponownie. Tym 

razem na północ.

 

   Dochodziło wpół do dwunastej, gdy pozwolił samochodowi odpocząć na poboczu 

szosy przylegającej do parku „Chinmeys”. Zegar w oddali wybił głośno trzy 

kwadranse. 

   Jedenasta czterdzieści pięć 

— godzina wypisana na skrawku papieru. Anthony 

wszedł na taras i obserwował dom. Pogrążony był w ciemności i wszędzie panował 

spokój. 

   — 

Ci politycy wcześnie chodzą spać 

— mr

uknął pod nosem.

 

   I nagle jakiś dźwięk wraził mu się w uszy 

 odgłos strzału. Obrócił się 

dokoła błyskawicznie. Dźwięk dobiegał, z wnętrza domu 

 nie ulegało dla niego 

wątpliwości. Odczekał minutę, ale wszędzie panowała martwa cisza. Podszedł 

wreszcie do

 jednych z wielu oszklonych drzwi wychodzących na taras 

 wydawało mu 

się bowiem, że gdzieś z tej strony rozległ się ów strzał, który go zaalarmował. 

Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Naciskał również klamki innych drzwi, 

nasłuchując pilnie. Lecz ani jeden dźwięk nic zmącił ciszy. Doszedł w końcu do 

przekonania, że ten strzał musiał być wytworem jego wyobraźni albo też się 

pomylił 

 i to jakiś kłusownik strzelał w lesie. Odwrócił się i skierował swe 

kroki do parku —

 był niezadowolony i nurtował go dziw

ny niepokój, 

   Obejrzał się na dom i w tym momencie w jednym z okien na pierwszym piętrze 

mignęło światło. Po chwili pojawiło się znowu, a następnie cały dom pogrążył się 

ponownie w ciemności.

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

„CHIMNEYS” 

    

   Inspektor Badgworthy sie

dzi w swoim gabinecie. Godzina ósma trzydzieści rano. 

Wysoki, tęgi mężczyzna o ciężkich, równo odmierzanych ruchach. W chwilach 

wzmożonego zawodowego napięcia ma trudności w oddychaniu. Asystuje mu 

posterunkowy Johnson, nowicjusz w policji, o wyglądzie nic

 opierzonego kurczaka. 

   Stojący na biurku telefon zadzwonił ostro i inspektor podniósł słuchawkę z 

charakterystyczną dla niego złowieszczą powagą.

 

   — Tak. Posterunek policji Market Basing. Przy telefonie inspektor Badgworlhy. 

Co?! 

   Niewielka zmiana w sposobie bycia inspektora. Tak samo jak on góruje nad 

Johnsonem, inni górują nad inspektorem Badgworthym.

 

background image

 

 

56 

   — 

Słucham, szanowny panie. Przepraszam, szanowny panie. Niedokładnie 

usłyszałem, co pan był łaskaw powiedzieć.

 

   Długa przerwa, w czasie której inspektor słucha uważnie. Różne uczucia malują 

się na jego zazwyczaj beznamiętnym obliczu, w końcu kładzie słuchawkę po 

krótkim: „Tak jest, szanowny panie”. 

   Zwraca się do Johnsona, który aż napęczniał w przeczuciu wagi wydarzeń:

 

   — Od jego lordowskiej 

mości… w „Chimneys”… morderstwo.

 

   — Morderstwo —

 powtórzył Johnson, będąc pod stosownym do chwili wrażeniem.

 

   — 

Morderstwo, otóż to 

 powiedział inspektor z ogromną satysfakcją.

 

   — 

No tak… dawno nie mieliśmy tu żadnego morderstwa, przynajmniej ja nic

 o tym 

nie wiem, od czasu kiedy Tom Pearse zastrzelił swoją ukochaną.

 

   — 

A w dodatku to wcale nie było morderstwo, tylko pijaństwo 

 powiedział 

inspektor, wyraźnie deprecjonując znaczenie tego faktu.

 

   — 

Tak, nie zawisł za to na szubienicy 

 zgodził się

 ponuro Johnson. Ale tym 

razem rzecz jest konkretna, prawda, sir? 

   — 

Jak najbardziej, Johnson. Jeden z gości lorda, zagraniczny dżentelmen, 

dostał kulkę. Były otwarte drzwi na taras i ślady stóp na zewnątrz.

 

   — 

Jeśli to naprawdę cudzoziemiec, to wielka

 szkoda —

 oświadczył Johnson z 

żalem.

 

   Fakl ów jego zdaniem odrealniał w pewnym sensie morderstwo. Johnson uważał, 

że cudzoziemcy sami się wystawiają na strzały.

 

   — 

Jego lordowska mość jest bardzo wzburzony 

 kontynuował inspektor. 

— 

Wpadniemy do dokto

ra Cartwrighta i weźmiemy go ze sobą. Dobrze by było, żeby 

nikt nic starł tych śladów stóp.

 

   Badgworthy był w siódmym niebie. Morderstwo! W „Chimneys”! Inspektor 

Badgworlhy prowadzi śledztwo! Policja wpadła na trop! Sensacyjne aresztowanie. 

Awans i sława wyżej wzmiankowanego inspektora.

 

   — 

Właśnie 

 rzekł do siebie inspektor Badgworthy.

 

   — 

Jeżeli tylko Scotland Yard się nic wtrąci…

 

   Ta myśl wpędziła go w depresję. Albowiem w tych okolicznościach taka 

ewentualność była wielce prawdopodobna. Zatrzymali się przed domem doktora 

Cartwrighta, człowieka stosunkowo młodego, który okazał wielkie zainteresowanie 

sprawą. Jego reakcja pokrywała się niemal całkowicie z reakcją Johnsona.

 

   — 

Coś podobnego! 

 wykrzyknął. 

 Od czasu Toma Pearse’a nie mieliśmy tu 

ża

dnego morderstwa. 

   Trójka mężczyzn wsiadła do małego wozu doktora i ruszyli ostro w stronę 

„Chimneys”. Gdy przejeżdżali koło zajazdu „Wesoły Krykiecista”, doktor zwrócił 

uwagę na stojącego w drzwiach człowieka.

 

   — Cudzoziemiec —

 stwierdził. 

 Nawet cał

kiem przystojny facet. Ciekawe, od 

jak dawna tu mieszka i co tu robi. Nigdy go nie widziałem. Musiał przyjechać 

wczoraj wieczór. 

background image

 

 

57 

   — 

Ale nie pociągiem 

 powiedział Johnson.

 

   Brat Johnsona pracował na najbliższej stacji jako bagażowy i stąd Johnson był 

świetnie zorientowany, kto przyjechał, czy też kto wyjechał.

 

   — 

A kto wczoraj przyjechał, by udać się do „Chimneys”? 

 zapytał inspektor.

 

   — 

Lady Eileen, przybyła o piętnastej czterdzieści, wraz z nią dwaj panowie, 

jeden Amerykanin, a drugi wojskowy, młody chłopak, wszyscy bez służby. Jego 

lordowska mość przyjechał z cudzoziemskim dżentelmenem 

— prawdopodobnie tym, 

który został zastrzelony 

 o godzinie siedemnastej czterdzieści, i ze służącym 

tego cudzoziemskiego dżentelmena. Pan Eversleigh przybył tym samym pociągiem. 

Pani Revel o dziewiętnastej dwadzieścia pięć; tym samym pociągiem przyjechał 

jeszcze inny dżentelmen, o cudzoziemskim wyglądzie, łysy, z haczykowatym nosem. 

Pokojówka pani Revel przybyła o dwudziestej pięćdziesiąt sześć…

 

   Johnson przerwał

 zadyszany. 

   — 

A nikt nie przyjechał do „Krykiecisty”?

 

   Policjant potrząsnął głową przecząco.

 

   — 

Wobec tego ten facet przyjechał samochodem 

 powiedział inspektor. 

— 

Johnson, pamiętaj, w drodze powrotnej przesłuchaj właściciela zajazdu. Musimy 

wszyst

ko wiedzieć o każdym obcym przybyszu. Tamten dżentelmen był mocno opalony. 

Niewykluczone, że także zagranicznik.

 

   Inspektor kiwał głową, a wzrok miał niebywale przenikliwy, co miało 

świadczyć, że należy do typu ludzi szczególnie czujnych, którzy w żadnyc

okolicznościach nie dadzą się zaskoczyć.

 

   Samochód minął bramę parku „Chimneys”. Opis tego historycznego miejsca można 

znaleźć w każdym przewodniku. A także w trzecim numerze Pałaców historycznych 

Anglii, cena 21 szylingów. We czwartki z Middlingham pr

zyjeżdżają autobusami 

ludzie i zwiedzają te części rezydencji, które są udostępnione publiczności. 

Wobec tych wszystkich ułatwień opis „Chimneys” wydaje się zupełnie zbyteczny.

 

   W drzwiach przywitał ich siwowłosy kamerdyner o doskonałych wręcz manierach.

 

 Nie przywykliśmy 

 zdawał się mówić całą swoją postacią 

— by w murach tego 

domu ktoś popełnił morderstwo. Przyszły na nas złe dni. Musimy uporać się z tym 

nieszczęściem, zachowując absolutny spokój, i za wszelką cenę sprawiać wrażenie, 

że nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło.

 

   — 

Jego lordowska mość 

 powiedział kamerdyner 

 oczekuje panów. Tędy, bardzo 

proszę. Zaprowadził ich do małego, przytulnego pokoju, który stanowił 

schronienie lorda Caterhama przed panującą wszędzie bombastycznością, i 

zameldował

   — Policja wraz z doktorem Cartwrightem. 

   Lord Caterham chodził tam i z powrotem, w najwyższym stopniu zemocjonowany. 

— 

No, inspektor! Nareszcie pan się pojawił. Jestem panu bardzo wdzięczny. Jak się 

pan ma, doktorze? To jest piekielna historia, moi panowie. Piekielna historia! 

background image

 

 

58 

   I lord Caterham, gdy tak stał wyprostowany i gestem szaleńca czochrał dłonią 

czuprynę, w wyniku czego dzieliła się na poszczególne kępki, mniej niż zazwyczaj 

przypominał członka Izby Lordów.

 

   — 

Gdzie jest ciało? 

 zapytał lekarz krótko i z profesjonalną rzeczowością.

 

   Lord obrócił się i odnosiło się wrażenie, iż fakt, że ktoś zadał mu 

bezpośrednio pytanie, podziałał na niego kojąco.

 

   — 

W sali obrad… tam gdzie je znaleziono… Nie ruszałem zwłok… Chyba słusznie 

postąpiłem?

 

   — 

Oczywiście, lordzie 

 rzekł inspektor tonem aprobaty. Wyjął notes i ołówek. 

 A kto znalazł ciało? Pan?

 

   — 

O Boże, nie 

 odparł lord Caterham. 

 Nie sądzi pan chyba, że wstaję o tak 

nieludzko wczesnej godzinie? Służąca natknęła się na zwłoki. Musiała wrzasnąć 

wniebogłosy. Ale ja tego nie słyszałem. Przyszli do mnie z tą wieścią, ja 

oczywiście wstałem i zszedłem na dół, no i zobaczyłem…

 

   — 

Zidentyfikował pan zwłoki, był to ktoś z pańskich gości, tak?

 

   — Tak, inspektorze. 

   — Nazwisko? 

   To tak 

proste pytanie wyraźnie wyprowadziło lorda z równowagi. Otworzył usta 

raz i drugi, zamknął je. W końcu zapytał słabym głosem:

 

   — 

Ma pan na myśli… ma pan na myśli, jak on się nazywał?

 

   — Tak, milordzie. 

   — Hm —

 mruknął lord Caterham, rozglądając się n

a wszystkie strony, jak gdyby 

oczekiwał natchnienia. 

 Nazywał się… chyba tak… tak, na pewno tak… hrabia 

Stanislaus. 

   Lord Caterham zaczął się tak dziwnie zachowywać, że inspektor przerwał 

notowanie i utkwił w nim zdumiony wzrok. Lecz w tym momencie zdarzyło się coś, 

co zaambarasowany par powitał z wielkim zadowoleniem.

 

   — 

Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła dziewczyna. Wysoka, smukła, 

ciemnowłosa, atrakcyjna, o nieco chłopięcej urodzie i nadzwyczaj zdecydowanym 

sposobie bycia. Była to lady Eileen Br

ent, zwana powszechnie Bundle, najstarsza 

córka lorda Caterhama. Skinęła głową obecnym i zwróciła się bezpośrednio do 

ojca: 

   — 

Dorwałam go 

 oświadczyła.

 

   Był moment, że inspektor zaczął przypuszczać, iż młoda lady przyłapała 

mordercę na gorącym uczynku, natychmiast jednak zrozumiał, że ma ona na myśli 

coś zupełnie innego.

 

   Lord Caterham wydał pełne ulgi westchnienie.

 

   — 

Dobra robota. Co powiedział?

 

   — 

Zaraz tu będzie. Musimy zachować „jak najdalej idącą dyskrecję”.

 

   Ojciec wydał odgłos świadczą

cy o zaniepokojeniu. 

background image

 

 

59 

   — 

George Lomax może wygadywać niestworzone rzeczy. Jak on się tu zjawi, ja 

umywam ręce od wszystkiego.

 

   Ta perspektywa sprawiła lordowi wyraźną przyjemność.

 

   — 

A więc zamordowany nazywał się hrabia Stanislaus? 

 rzucił pytanie d

oktor. 

   Ojciec i córka wymienili znaczące spojrzenie, po czym ten pierwszy rzekł z 

godnością: 

 Tak. Już to powiedziałem.

 

   — 

Zapytałem, bo poprzednio nie był pan tego taki pewny 

 wyjaśnił Cartwright. 

Oczy mu podejrzanie rozbłysły i lord Caterham spojrzał na niego z wyrzutem.

 

   — 

Zaprowadzę panów do sali obrad 

 powiedział dość ostro.

 

   Podążyli za nim, inspektor zamykał pochód, obrzucając wszystko po drodze 

błyskawicznym spojrzeniem, jak gdyby liczył na to, że w ramie obrazu lub za 

drzwiami znajdzie 

rozwiązanie zagadki.

 

   Lord Caterham wyjął klucz z kieszeni, otworzył zamek i gwałtownym ruchem 

pchnął drzwi. Weszli do dużego pokoju wyłożonego dębową boazerią, z trojgiem 

oszklonych drzwi wychodzących na taras. Na środku stał duży, prostokątny stół, 

spo

ro dębowych skrzyń, piękne, stare krzesła. Na ścianach portrety tak zmarłych, 

jak i żyjących Caterhamów, a także osób nie z rodziny.

 

   Po lewej stronie, blisko ściany, gdzieś w połowie drogi między drzwiami 

wejściowymi a oszklonymi, mężczyzna leżał na wzn

ak, z rozrzuconymi ramionami. 

   Doktor Cartwright ukląkł przy zwłokach. Inspektor na odmianę pomaszerował 

rączo do oszklonych drzwi i uważnie przyjrzał się wszystkim trojgu. Środkowe 

były przymknięte, ale nie zamknięte. Na schodkach zewnętrznych widniały ślady 

stóp —

 jedne wiodły do drzwi, drugie w stronę przeciwną.

 

   — Jasna sprawa —

 powiedział inspektor kiwnąwszy głową. 

 Lecz ślady stóp 

powinny być również w pokoju. Na parkiecie byłyby świetnie widoczne…

 

   — 

Zaraz to panom wytłumaczę 

 przerwała Bundl

e. —

 Dziś rano służąca 

wypastowała pół podłogi, zanim zauważyła ciało. Rozumiecie, panowie, gdy 

przyszła do tego pokoju, było jeszcze całkiem ciemno. Od razu podeszła do 

oszklonych drzwi, rozsunęła zasłony i zabrała się za podłogę, no i oczywiście 

nie spos

trzegła zwłok, które z tamtej strony pokoju zasłaniał stół. Zobaczyła 

ciało dopiero wtedy, gdy niemal się o nie potknęła.

 

   Inspektor kiwał ze zrozumieniem głową.

 

   — No tak —

 powiedział lord Caterham, który już się rwał do ucieczki. 

— 

Zostawiam tu pana,

 inspektorze. Jeśli będzie mnie pan… hm… potrzebował, znajdzie 

mnie pan. Niebawem przyjeżdża z „Wyvern Abbey” pan George Lomax, a on znacznie 

więcej ode mnie będzie mógł panu wyjaśnić. To jego sprawa. Nic więcej panu nie 

powiem. On to zrobi osobiście.

 

   L

ord Caterham dokonał błyskawicznego wycofania się 

 nie czekając na 

odpowiedź.

 

   — 

Nieładnie ze strony Lomaxa 

 narzekał. 

 Tak mnie w to wrobił! Co takiego, 

Tredwell? 

background image

 

 

60 

   Siwowłosy kamerdyner wyprężył się z szacunkiem.

 

   — 

Pozwoliłem sobie, milordzie, zarządzić śniadanie, gdy tylko będzie pan 

wolny. Wszystko jest w jadalni przygotowane. 

   — 

Absolutnie sobie nie wyobrażam, bym mógł coś przełknąć 

 powiedział ponuro 

lord Caterham, kierując kroki w stronę jadalni. 

— Absolutnie. 

   Bundle wsunęła mu rękę pod ramię i oboje przekroczyli próg jadalni. Na 

kredensie stało dziesięć ciężkich, srebrnych waz, które dzięki pomysłowemu 

urządzeniu długo trzymały temperaturę.

 

   — Omlet —

 powiedział lord podnosząc kolejno każdą pokrywę. 

— Jajka na 

bekonie, cynaderki, drób

, ryba, szynka, bażant na zimno. Nic z tych rzeczy mi 

nie odpowiada, Tredwell. Powiedz kucharzowi, żeby ugotował mi jajko bez 

skorupki! 

   — Tak jest, milordzie. 

   Tredwell wyszedł. Lord Caterham z roztargnioną miną radził sobie skutecznie z 

nakładaniem na talerz obfitej ilości cynaderek, bekonu, nalał kawy do filiżanki, 

po czym usiadł przy stole. Bundle była już całkowicie zaabsorbowana kopiatym 

talerzem jajecznicy na bekonie. 

   — 

Jestem cholernie głodna 

 powiedziała z pełną buzią jedzenia. 

— Widocznie z 

tych nerwów. 

   — Tobie to odpowiada —

 rzekł z wyrzutem ojciec.

 

   — 

Wy młodzi lubicie takie ekscytujące sytuacje. Ale ja jestem człowiekiem 

słabego zdrowia. Unikać wszelkich zmartwień, powtarza zawsze sir Abner Willis, 

unikać zmartwień. Łatwo to powiedzieć komuś, kto siedzi w swoim gabinecie przy 

Harley Street. Jakże ja mam się nie martwić, skoro ten osioł Lomax wpakował mnie 

w takie tarapaty. Powinienem był wtedy być bardziej stanowczy. Nie ustępować na 

krok. 

   Smętnie potrząsnąwszy głową wstał i ukrajał sobie kawałek szynki.

 

   — 

Tymczasem to on wykazał się stanowczością 

 zauważyła wesoło Bundle. 

— 

Mówił przez telefon bardzo chaotycznie. Zjawi się tu za parę minut i będzie 

plótł trzy po trzy na temat dyskrecji i zatuszowania sprawy.

 

   Lord Caterham j

ęknął głucho wobec takiej perspektywy.

 

   — 

Czy on był już na nogach? 

 zapytał.

 

   — Tak —

 odparła Bundle. 

 Powiedział, że od siódmej dyktował listy i 

memoranda. 

   — 

Ma się czym chwalić 

 burknął ojciec. 

— Te osoby publiczne to ogromnie 

egoistyczny gatu

nek. Zmuszają swoje nieszczęsne sekretarki do wstawania o 

nieprawdopodobnej wręcz porze po to tylko, by dyktować im różne bzdury. Gdyby 

uchwalono ustawę zmuszającą ich do pozostawania w łóżku do godziny jedenastej, 

cóż by to było za błogosławieństwo dla narodu! Nie miałbym nic przeciwko nim, 

gdyby nie ględzili o takich banialukach. Lomax mówi zawsze o mojej „pozycji”. 

Jak gdybym miał takową. Kto w dzisiejszych czasach chce być parem?

 

background image

 

 

61 

   — Nikt —

 odrzekła Bundle. 

 Każdy woli być właścicielem dobrze prosperującej 

knajpy. 

   Pojawił się milczący Tredwell niosąc w małej, srebrnej miseczce dwa ugotowane 

bez skorupki jajka, które umieścił na stole przed lordem.

 

   — Co to takiego? —

 zapytał ten ostatni, patrząc na jajka z lekkim 

obrzydzeniem. 

   — Ugotowane we wr

zątku jajka bez skorupki, milordzie.

 

   — 

Nie cierpię takich jajek 

 oświadczył Caterham zrzędzącym tonem. 

 Są mdłe. 

Nie mogę nawet na nie patrzeć. Zabierz je szybko, Tredwell.

 

   — Tak jest, milordzie. 

   Tredwell wraz z jajkami zniknęli równie bezszelestnie, jak się pojawili.

 

   — 

Bogu niech będą dzięki, że nikt w tym domu nie wstaje tak wcześnie 

— 

powiedział z gorliwością lord Caterham. 

 Gdyby ktoś miał ten zwyczaj, 

musielibyśmy go tego oduczyć. 

 Westchnął ciężko.

 

   — 

Ciekawe, kto go zamordował? 

— za

dała pytanie Bundle. 

— I dlaczego? 

   — 

Chwała Bogu to nie nasza sprawa 

 powiedział lord. 

 Policja się tym 

zajmie. Nie sądzę jednak, by Badgworthy był w stanie cokolwiek wykryć. Ja 

osobiście przypuszczam, że kryje się za tym Nosystein.

 

   — Co to takiego? 

   — Ogólnobrytyjskie konsorcjum. 

   — 

Dlaczego pan Isaacstein miałby go zamordować, skoro tu przyjechał, by się z 

nim spotkać?

 

   — Wielkie finanse —

 powiedział wymijająco lord. 

 A to mi uświadamia, że nie 

powinienem być zdziwiony, gdyby Isaacstein okazał się rannym ptaszkiem. Lada 

chwila może się tu zwalić. Takie są miejskie obyczaje. Niezależnie od zamożności 

ludzie są w stanie zdążyć na pociąg odchodzący o dziewiątej siedemnaście.

 

   Przez otwarte okno dal się słyszeć warkot jadącego z dużą szybkością auta.

 

   — Lomax! —

 krzyknęła Bundle.

 

   Ojciec wraz z córką wychylili się z okna i pomachali właścicielowi wozu, 

który zajechał właśnie przed wejście.

 

   — 

Wchodź, mój drogi, wchodź! 

 zawołał lord Caterham przełykając w pośpiechu 

szynkę.

 

   George nie 

miał zamiaru ładować się przez okno. Znikł więc w drzwiach od 

frontu i pojawił się prowadzony uroczyście przez Tredwella, który natychmiast 

się ulotnił.

 

   — 

Zjesz z nami śniadanie? 

 zapytał lord Caterham, ściskając mu dłoń. 

— Co 

powiesz na cynaderki? 

   

George odsunął ze zniecierpliwieniem ważkę z cynaderkami.

 

   — 

Strasznie nieszczęście, coś okropnego, koszmar!

 

   — 

Faktycznie. Może rybki?

 

   — 

Nie, nie. To musi być zatuszowane, za wszelką cenę!

 

background image

 

 

62 

   Jak Bundle przewidziała, George zaczął pleść trzy po trz

y. 

   — Rozumiem twoje uczucia —

 powiedział ciepło lord. 

— Spróbuj jajecznicy na 

bekonie albo trochę ryby.

 

   — 

Wypadek, którego skutków nie sposób przewidzieć! Klęska narodowa! Zagrożone 

koncesje! 

   — Powoli, powoli —

 rzekł lord. 

— Nabierz sobie jedzonka. Tego ci potrzeba, 

żebyś miał siłę wziąć się w garść. Może jajeczka bez skorupek? Gdzie one są, 

przed chwilą tu były?

 

   — 

Nie chcę żadnego jedzenia 

 powiedział George. 

 Jadłem śniadanie, a nawet 

gdybym nie jadł, nic bym teraz nie mógł przełknąć. Musimy zastanowić się, co 

robić. Nic jeszcze nikomu nie powiedzieliście?

 

   — Nikomu. Wiemy tylko my z Bundle. I lokalna policja. I doktor Cartwright. I 

oczywiście cała służba.

 

   George jęknął przeciągłe.

 

   — 

Weź się w kupę, drogi chłopcze 

 powiedział po przy

jacielsku lord Caterham. 

 Nawiasem mówiąc, wolałbym, żebyś coś zjadł. Chyba nie myślisz, że można by 

ukryć zwłoki? Musi się odbyć pogrzeb i tak dalej. Niestety, tak to się 

przedstawia. 

   George nagle jakby odzyskał spokój.

 

   — 

Masz rację, Caterham. Powiadasz, że wezwałeś lokalną policję? To nie 

wystarczy. Musi być Battle*.

 

   — 

Walka, morderstwo i nagła śmierć? 

 dopytywał się lord Caterham z malującym 

się na twarzy zdumieniem.

 

   — 

Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś, Caterham. Mam na myśli inspektora Battle

 ze 

Scotland Yardu. Człowiek niebywale dyskretny. Współpracował z nami podczas tej 

żałosnej afery z funduszem partii.

 

   — 

A co to było? 

 Lord Caterham przejawił niejakie zainteresowanie.

 

   Wzrok George’a spoczął na Bundle, do połowy wychylonej z okna, i Lomax w samą 

porę przypomniał sobie o dyskrecji. Wstał.

 

   — 

Nie wolno nam tracić czasu. Muszę natychmiast wysłać kilka telegramów.

 

   — 

Napisz treść, a Bundle nada je przez telefon.

 

   George wyciągnął wieczne pióro i potem z niewiarygodną szybkością pisa} coś. 

Tekst pierwszej depeszy wręczył Bundle, która przeczytała go z wielkim 

zaciekawieniem. 

   — 

Boże, cóż to za nazwisko! 

 zawołała. 

— Baron jaki? 

   — 

Baron Lolopretjzyl. Bundle zamrugała powiekami.

 

   — 

Ja już chwyciłam, ale poczta będzie miała z tym kłopot.

 

   George pisał dalej. Następnie, wręczywszy kartki Bundle, zwrócił się do pana 

domu: 

   — 

Najmądrzej postąpisz, Caterham…

 

   — Tak? —

 wtrącił z obawą lord.

 

background image

 

 

63 

   — 

… jeśli zostawisz to wszystko mnie.

 

   — 

Oczywiście 

 potwierdził lord skwapliwie. 

 Tak też sobie myślałem. 

Policjantów i doktora Cartwrighta znajdziesz w sali obrad. Również… hm… ciało. 

Lomax, mój drogi, cale „Chimneys” stawiam do twojej dyspozycji. Rób, co uważasz 

za właściwe…

 

   I już znikał dyskretnie za jednymi z dalszych drzwi. Bundle ze smętnym 

uśmiechem obserwowała ten jego odwrót.

 

   — 

Wyślę zaraz te depesze 

 powiedziała. 

— Trafi pan do sali obrad? 

   — 

Tak, dziękuję, lady Eileen.

 

   George szybkim krokiem wyszedł z pokoju.

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY

 

PRZYBYWA INSPEKTOR BATTLE 

    

   Z 

takim zapałem zastosował się lord Caterham do rady George’a, że cały ranek 

spędził na obchodzie swojego majątku. Jedynie męka głodu skierowała jego kroki w 

stronę domu. Również i to, że uświadomił sobie, iż do tej pory najgorsze na 

pewno już minęło.

 

   Wśliznął się chyłkiem do domu przez małe, boczne drzwi. A potem przemknął 

ukradkiem do swego gabinetu. Pochlebił sobie w duchu, że nikt nie zauważył jego 

wejścia, ale tu się pomylił. Czujnemu Tredwellowi nic nie ujdzie uwagi. Pojawił 

się w progu.

 

   — 

Proszę mi wybaczyć, milordzie.

 

   — Co jest, Tredwell? 

   — 

Pan Lomax pragnie pana widzieć, jak tylko pan wróci 

— czeka w bibliotece. 

   Tą delikatną aluzją Tredwell dal do zrozumienia, że lord Caterham, jeżeli 

takie ma życzenie, może jeszcze nie wrócić.

 

   Lord 

wstał z westchnieniem.

 

   — 

Prędzej czy później i tak tego nie uniknę. W bibliotece, powiadasz?

 

   — Tak jest, milordzie. 

   Wciąż wzdychając lord Caterham przemierzył wielkie przestrzenie swego 

rodowego domostwa i doszedł w końcu do drzwi biblioteki. Były zamknięte. 

Nacisnął klamkę, ktoś je od wewnątrz otworzył, uchylił i w szparze ukazało się 

podejrzliwe oblicze George’a Lomaxa. Na widok lorda wyraz jego twarzy uległ 

zmianie. 

   — 

A, Caterham, wejdź. Zastanawialiśmy się właśnie, co się z tobą stało.

 

   Wc

hodząc pokornie boczkiem, lord Caterham mamrotał coś niewyraźnie o 

doglądaniu majątku i świadczeniach na rzecz dzierżawców. W pokoju znajdowały się 

jeszcze dwie osoby. Pierwsza to pułkownik Melrose, okręgowy komisarz policji. 

Drugą osobą był mężczyzna w średnim wieku, krępej budowy, z twarzą tak dokładnie 

pozbawioną wyrazu, że aż nie do wiary.

 

background image

 

 

64 

   — 

Inspektor Battle przybył przed godziną 

 wyjaśnił George. 

 Przeprowadził 

wnikliwą rozmowę z inspektorem Badgworthym, spotkał się z doktorem Cartwrightem. 

Teraz 

chce parę danych od nas.

 

   Lord Caterham przywitał się z pułkownikiem Melrose, który przedstawił mu 

inspektora Battle, po czym wszyscy usiedli. 

   — 

Nie potrzebuję chyba pana uprzedzać, inspektorze 

 zaczął George 

 że w tej 

sprawie należy zachować jak najdalej idącą dyskrecję.

 

   Inspektor skinął głową zdawkowo, co lordowi przypadło raczej do gustu.

 

   — 

Naturalnie, panie Lomax. Ale przed nami żadnych przemilczeń. Rozumiem, że 

nieboszczyk nazywał się Stanislaus, hrabia Stanislaus, przynajmniej pod takim 

n

azwiskiem znała go służba. A jakie było jego prawdziwe nazwisko?

 

   — 

Książę Herzoslovakii Michael.

 

   Oczy Battle’a odrobinę się powiększyły, ale poza tym nie dał nic po sobie 

poznać.

 

   — 

A jeśli mogę zapytać, w jakim celu tutaj przybył? Czyżby wyłącznie

 w 

rozrywkowym? 

   — 

Nie tylko, Battle. Ale to ścisła tajemnica.

 

   — 

Rzecz jasna, proszę pana.

 

   — 

Pułkowniku Melrose?

 

   — 

Oczywiście.

 

   — 

No więc książę Michael miał tutaj w trybie pilnym spotkać się z panem 

Hermanem Isaacsteinem. Chodziło o omówienie warunków pożyczki.

 

   — 

Jak one brzmiały?

 

   — 

Nie znam szczegółów. W istocie nie doszło do rozmowy na ten temat. W 

wypadku gdyby książę zasiadł na tronie, zobowiązałby się do przyznania 

niektórych koncesji naftowych tym towarzystwom, które wchodzą w zakr

es 

zainteresowań pana Isaacsteina. Rząd brytyjski gotów był poprzeć aspiracje 

tronowe księcia Michaela z racji jego wyraźnie probrytyjskich sympatii.

 

   — Tak —

 powiedział inspektor Battle. 

 To mi już powinno wystarczyć. Księciu 

Michaelowi zależało na pieniądzach, panu Isaacsteinowi na nafcie, a rząd 

brytyjski chciał odegrać rolę dobrego wujaszka. Jeszcze jedno pytanie. Czy ktoś 

poza tym zabiegał o te koncesje?

 

   — 

Przypuszczani, że grupa amerykańskich finansistów czyniła próby u Jego 

Wysokości.

 

   — Któr

e spełzły na niczym, tak? Lecz George nie dał się sprowokować.

 

   — 

Książę Michael miał zdecydowanie probrytyjskie nastawienie 

 powtórzył.

 

   Inspektor Battle nie naciskał więcej w tej kwestii.

 

   — 

Przejdźmy teraz, lordzie Caterham, do wydarzeń z dnia wczorajszego. Spotkał 

się pan z księciem Michaelem w mieście i razem przyjechaliście panowie tutaj. 

Księciu towarzyszył lokaj, Herzoslovak, Boris Anchou

—koff, natomiast jego 

koniuszy, kapitan Andrassy, pozostał w Londynie. Po przybyciu na miejsce książę 

background image

 

 

65 

oświadczył, ze jest bardzo zmęczony, i oddalił się do przygotowanego dlań 

apartamentu. Obiad podano mu tam, toteż nie miał okazji spotkać nikogo spośród 

uczestników weekendowego przyjęcia. Zgadza się?

 

   — Co do joty. 

   — 

Dziś rano około siódmej czterdzieści pięć pokojówka natknęła się na ciało. 

Na podstawie badań doktor Cartwright orzekł, że śmierć nastąpiła wskutek strzału 

oddanego z rewolweru. Broni nie odnaleziono i nikt w całym domu nie słyszał 

rzekomo huku strzału. Ponadto zegarek denata został podczas j

ego upadku rozbity 

i wskazówki zatrzymały się na godzinie piętnaście po jedenastej, określając 

niezbicie porę dokonania zbrodni. A więc o której godzinie udali się państwo 

wczoraj na spoczynek? 

   — 

Wcześnie. Coś szwankowało w całym przedsięwzięciu, rozumi

e pan, 

inspektorze, co mam na myśli. Poszliśmy na górę mniej więcej o wpół do 

jedenastej. 

   — 

Dziękuję. A teraz poproszę pana, milordzie, by zechciał mi pan 

scharakteryzować wszystkie przebywające w tym domu osoby.

 

   — 

Proszę mi wybaczyć, ale sądziłem, że człowiek, który tego dokonał, 

przyszedł z zewnątrz.

 

   Inspektor Battle uśmiechnął się.

 

   — 

Tak też i ja uważam. Tak uważam. Niemniej muszę wiedzieć, kto w tym czasie 

znajdował się w domu. Rutynowe przesłuchanie, pan rozumie.

 

   — 

No więc książę Michael

 i jego lokaj, pan Herman Isaacstein. Wszystko pan o 

nim wie. I jeszcze pan Eversleigh… 

   — Który jest zatrudniony w moim departamencie —

 wtrącił George 

protekcjonalnym tonem. 

   — 

I który znał prawdziwy powód goszczenia tutaj księcia Michaela?

 

   — Nie, 

tego bym nie powiedział 

 odrzekł z wahaniem George. 

 Niewątpliwie 

czul pismo nosem, nie uznałem jednak za wskazane obdarzać go aż takim zaufaniem.

 

   — Rozumiem. Niech pan mówi dalej, milordzie. 

   — Aha, jeszcze pan Hiram Fish. 

   — Kto to jest? 

   — Pa

n Fish jest Amerykaninem. Przywiózł list polecający od pana Luciusa 

Gotta. Słyszał pan o Luciusie Gotcie?

 

   Inspektor skinął z uśmiechem głową. Któż by nie słyszał o Luciusie Gotcie, 

multimilionerze? 

   — 

Był ogromnie ciekaw moich pierwszych edycji. Kolek

cja pana Gotta jest 

oczywiście niezrównana, ale ja też mam kilka prawdziwych skarbów. Ten pan Fish 

to istny entuzjasta. Pan Lomax sugerował, żebym specjalnie zaprosił na ten 

weekend jeszcze parę osób, aby wyglądało bardziej naturalnie. Skorzystałem z 

okazj

i i ściągnąłem tu pana Fisha. To tyle, jeśli idzie o panów. Co zaś tyczy 

się pań, to jest tu tylko pani Revel, i przypuszczam, że przywiozła ze sobą 

background image

 

 

66 

pokojówkę albo coś w tym sensie. Jeszcze moja córka, no i rzecz jasna dzieci, 

ich niańki, guwernantki oraz służba.

 

   Lord Caterham przerwał wyliczanie, nabierając w płuca haust powietrza.

 

   — 

Dziękuję 

 powiedział detektyw. 

 Zwykłe, rutynowe pytania, niemniej 

potrzebne. 

   — 

Nie ulega chyba wątpliwości 

 powiedział George posępnie 

 że morderca 

wszedł przez 

oszklone drzwi. 

   Battle milczał chwilę, nim, z namysłem, udzielił odpowiedzi:

 

   — 

Ślady stóp prowadzą do tych drzwi i z powrotem. Wczoraj wieczorem o 

jedenastej czterdzieści przed bramą parku zatrzymał się jakiś samochód. O 

godzinie dwunastej do zajazdu

 „Wesoły Krykiecista” przyjechał autem młody 

mężczyzna i zajął jeden z pokoi. Wystawił na korytarz buty do wyczyszczenia 

— 

były przemoknięte i zabłocone, jak gdyby chodził w parku po sięgającej łydek 

trawie. 

   George pochylił się do przodu z malującym się

 na twarzy zaciekawieniem. 

   — 

A czy można te buty porównać ze śladami?

 

   — 

Już to zostało zrobione.

 

   — I co? 

   — 

Pasują jak ulał.

 

   — 

To przesądza sprawę! 

 zawołał George. 

 Mamy mordercę. Ten młody człowiek, 

no właśnie, jak on się nazywa?

 

   — W z

ajeździe podał nazwisko Anthony Cade.

 

   — 

Więc tego Anthony’ego Cade’a trzeba natychmiast złapać i aresztować.

 

   — 

Nie trzeba go łapać 

 oznajmił inspektor Battle.

 

   — Dlaczego? 

   — 

Bo wciąż mieszka w tym hotelu.

 

   — Co?! 

   — 

Interesujące, prawda?

 

  

 Pułkownik spojrzał przenikliwie na inspektora.

 

   — 

Co pan o tym sądzi, Battle? Proszę się wypowiedzieć.

 

   — 

Mogę tylko powtórzyć, że przypadek jest bardzo interesujący. To wszystko. 

Młody człowiek, który powinien wziąć nogi za pas i uciec gdzie pieprz rośnie, 

nie bierze nóg za pas i nie ucieka gdzie pieprz rośnie. Jest na miejscu i daje 

nam możliwość porównania swoich butów ze śladami.

 

   — I co pan na to? 

   — 

Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. A taki stan umysłu ogromnie 

doskwiera. 

   — Czy pa

n sobie wyobraża… 

 zaczął pułkownik Melrose, ale przerwał słyszące 

delikatne pukanie. 

background image

 

 

67 

   George podszedł do drzwi. Tredwell, cierpiąc w duchu z powodu tego, że 

sytuacja zmusza go do tak pokornego stukania, stał z godnością w progu, a potem 

zwrócił się do 

swego pana: 

   — 

Proszę mi wybaczyć, milordzie, ale jakiś dżentelmen chce się z panem 

widzieć w sprawie pilnej i nie cierpiącej zwłoki, związanej, jak przypuszczam, z 

tragedią, jaka się dziś rano wydarzyła.

 

   — 

Jak się ten facet nazywa? 

 zapytał raptem B

attle. 

   — 

Anthony Cade, lecz twierdzi, że jego nazwisko nic nikomu nie powie.

 

   Wyglądało na to, że owo nazwisko przemówiło do wszystkich czterech 

znajdujących się w pokoju panów. Byli zdumieni, choć każdy w różnym stopniu.

 

   

Lord Caterham zachichotał:

 

   — 

Zaczyna mnie to w końcu bawić. Dawaj go tu, Tredwell. Dawaj go tu 

natychmiast! 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY

 

OPOWIEŚĆ ANTHONY’EGO

 

    

   — Pan Anthony Cade —

 zaanonsował Tredwell.

 

   — 

Ów podejrzany obcy mężczyzna z wiejskiego zajazdu 

 dorzucił Anthony 

wchodzą

c. 

   Z rzadkim u obcych wyczuciem skierował swe kroki w stronę lorda Caterhama. 

Oszacował jednocześnie w myślach trzech pozostałych mężczyzn: l 

— Scotland Yard, 

2 —

 miejscowy dygnitarz, prawdopodobnie okręgowy komisarz policji, 3 

— 

dociekliwy dżentelmen na krawędzi apopleksji, niewykluczone, że związany z 

rządem.

 

   — 

Chciałbym przeprosić 

 mówił Anthony pod adresem lorda Caterhama 

— za 

wdarcie się tu niemal przemocą. Ale aż huczy od plotek w „Wesołym Psie”, czy jak 

ten tutejszy zajazd się nazywa, że w pańskim domu popełniono morderstwo, a 

ponieważ ja mogę rzucić na tę sprawę trochę światła, więc postanowiłem przyjść.

 

   Dobrą chwilę nikt nie przemówił ani słowa. Inspektor Battle 

 bo będąc 

człowiekiem o ogromnym doświadczeniu wiedział, że nieskończenie lep

iej jest 

pozwolić ludziom mówić, jeśli już są do tego skłonni, pułkownik Melrose 

— bo z 

natury był człowiekiem milczącym, George 

 ponieważ przywykł, że zawczasu go o 

czymś takim uprzedzano, lord Caterham zaś 

 gdyż nie miał najmniejszego pojęcia, 

co powie

dzieć. Jednakże milczenie pozostałych trzech panów, a także fakt, że 

słowa przybysza skierowane były bezpośrednio do niego, zmusił tegoż do zabrania 

głosu:

 

   — Hm… no tak… no tak… —

 bąkał nerwowo. 

 Czy nie zechciałby pan… hm… usiąść?

 

   — 

Dziękuję 

— rzek

ł Anthony.

 

   George odchrząknął złowieszczo.

 

   — 

Taaa… Co pan miał na myśli mówiąc, że może pan rzucić trochę światła…?

 

background image

 

 

68 

   — To mianowicie —

 odparł 

 ze ubiegłej nocy około godziny za piętnaście 

dwunasta wkroczyłem na teren posiadłości lorda Caterhama 

— 

co, jak mam nadzieję, 

zostanie mi wybaczone —

 i słyszałem strzał. Mogę w każdym razie dokładnie 

określić czas popełnienia zbrodni.

 

   Rozejrzał się dokoła, popatrzył po kolei na trzech panów, zatrzymując wzrok 

na inspektorze Battle, którego obojętny wyraz twarzy nie uszedł jego uwagi.

 

   — 

Ale wydaje się, że nic nowego panom nie oznajmiłem 

 dodał uprzejmie.

 

   — 

Co pan chce przez to powiedzieć?

 

   — 

Właśnie to: dziś rano włożyłem półbuty. A później, kiedy poprosiłem, by 

przyniesiono mi moje trzewiki, okaza

ło się, że ich nie ma. Pewien młody, 

przystojny inspektor pofatygował się po nie. Toteż kiedy skojarzyłem sobie jedno 

z drugim, natychmiast pospieszyłem tutaj, by w miarę możności obronić swoje 

dobre imię.

 

   — 

Bardzo rozsądne posunięcie 

 rzekł Battle zda

wkowo. 

   Oczy Anthony’ego lekko rozbłysły.

 

   — 

Wysoko oceniam pańską powściągliwość, inspektorze… Bo mam przyjemność z 

inspektorem, prawda? 

   Tu wtrącił się lord Caterham. Ten Anthony zaczynał mu się podobać. 

— 

Inspektor Battle ze Scotland Yardu, pułkownik Melrose, nasz komisarz okręgowy, i 

pan Lomax. 

   Anthony spojrzał szybko na George’a.

 

   — Pan George Lomax? 

   — Tak. 

   — 

Wobec tego miałem zaszczyt otrzymać od pana wczoraj list.

 

   George wytrzeszczył na niego oczy.

 

   — 

Nie sądzę 

 rzekł lodowatym

 tonem. 

   Wiele by jednak dał za to, żeby panna Oscar tutaj była. Panna Oscar pisała mu 

wszystkie listy i zawsze pamiętała, do kogo są adresowane i jaka jest ich treść. 

Wielcy ludzie jego pokroju nie są w stanie zapamiętać wszystkich tych nudnych 

szczegół

ów. 

   — 

Zdaje mi się, panie Cade 

 powiedział 

 że nosił się pan z zamiarem 

wyjaśnienia nam, że tak powiem, co ubiegłej nocy, za piętnaście dwunasta, robił 

pan na tym terenie! 

   A z jego tonu można było odczytać: cokolwiek powiesz, i tak w to nie 

uwierzymy. 

   — 

Właśnie, co pan tu robił? 

 zapytał z ożywieniem lord Caterham.

 

   — Tak —

 zaczął Anthony głosem pełnym ubolewania. 

 Będzie to niestety dość 

długa opowieść. 

 Wyciągnął papierośnicę. 

 Mogę zapalić?

 

   Lord skinął głową przyzwalająco, Anthony zapalił papierosa i zebrał siły 

przed czekającą go ciężką próbą.

 

background image

 

 

69 

   Był w pełni świadom niebezpieczeństwa, w jakim się znalazł. W ciągu zaledwie 

dwudziestu czterech godzin został wmieszany w dwa morderstwa. Jego poczynań 

związanych z pierwszym nie można by żadną miarą połączyć z drugim. Po rozważnym 

usunięciu zwłok i tym samym pokrzyżowaniu planów organom sprawiedliwości pojawił 

się na scenie, na której dokonano drugiej zbrodni, i to akurat w momencie jej 

dokonywania. Doskonała okazja dla młodego człowieka szukającego guza.

 

   Nawet jak na Amerykę Południową, pomyślał Anthony, to po prostu rzecz 

niebywała!

 

   Już zadecydował, jaką przyjmie metodę. Będzie mówił prawdę 

— w jednym wypadku 

stosując drobne odstępstwo, w drugim 

 tuszując poważnie to i owo.

 

   — Wszy

stko się zaczęło 

 mówił Anthony 

 około trzech tygodni temu, w 

Bulawayo. Pan Lomax wie oczywiście, gdzie to jest… ta wysunięta placówka 

imperium. „Co my wiemy o Anglii, jeśli znamy tylko Anglię?” i tak dalej. 

Rozmawiałem właśnie z moim przyjacielem, nieja

kim Jamesem McGrathem… 

   Wymówił wolno to nazwisko, utkwiwszy w George’u zamyślony wzrok. George 

podskoczył jak oparzony i ledwo się pohamował, by nie krzyknąć.

 

   — 

Wynikiem naszej rozmowy był mój przyjazd do Anglii, gdzie miałem do 

spełnienia pewną misję dla pana McGratha, który osobiście nie mógł się stawić. 

Ponieważ bilet był zabukowany na jego nazwisko, odbyłem tę podróż jako James 

McGrath. Nie wiem, do jakiego rodzaju wykroczeń to się zalicza 

 mam nadzieję, 

że pan inspektor poinformuje mnie o tym i jeśli uzna za stosowne, zapakuje mnie 

na parę miesięcy do ciupy.

 

   — 

Proszę trzymać się tematu, jeśli łaska 

 powiedział Battle, ale na krótką 

chwilę w jego oczach zapaliły się ogienki.

 

   — 

Po przybyciu do Londynu zamieszkałem w hotelu „Blitz”, oczywiści

e jako 

James McGrath. Moja misja polegała na tym, że pewnej firmie wydawniczej miałem 

dostarczyć pewien rękopis, ale prawie natychmiast zgłosiły się do mnie delegacje 

reprezentujące dwie partie polityczne pewnego królestwa. Metody jednej były 

absolutnie zg

odne z konstytucją, drugiej 

— wprost przeciwnie. Obydwie delegacje 

załatwiłem odmownie. Lecz to nie był koniec moich kłopotów. Tej nocy włamano się 

do mojego pokoju, a sprawcą włamania okazał się jeden z kelnerów hotelu „Blitz”.

 

   — Przypuszczalnie nie zg

łosił pan tego faktu policji?

 

   — 

Ma pan rację. Nie zgłosiłem. Widzi pan, nic mi nie zginęło. Natomiast 

opowiedziałem wszystko dyrektorowi hotelu, który potwierdzi prawdziwość moich 

słów, powie panom również, że rzeczony kelner w środku nocy dał drapaka. 

Nazajutrz wydawcy zatelefonowali z propozycją, że jeden z pracowników firmy 

zgłosi się do mnie po odbiór rękopisu. Zgodziłem się i na drugi dzień rano 

sprawa została zgodnie z planem załatwiona. A ponieważ nikt się do mnie więcej 

nie zgłaszał, uznałem, że rękopis dotarł bezpiecznie do wydawnictwa. Wczoraj, 

wciąż jako James McGrath, otrzymałem list od pana Lomaxa…

 

   Anthony urwał. Bawiło go to już setnie. George zaczął się głupio wykręcać:

 

background image

 

 

70 

   — Przypominam sobie —

 mamrotał. 

 Taką mam liczną korespondencję.

 Trudno 

wymagać, żebym znał wszystkie nazwiska. Ale moim zdaniem… 

 George podniósł 

nieco głos w poczuciu swej moralnej nieugiętości 

 … ale uważam tę maskaradę… to 

podszywanie się pod kogoś innego za w najwyższym stopniu niewłaściwe. Sądzę, nie 

ulega dla 

mnie żadnej kwestii, że w bardzo poważnym stopniu naruszył pan prawo.

 

   — 

W tym liście 

 kontynuował Anthony niewzruszenie 

 pan Lomax czynił kilka 

sugestii co do znajdującego się w moim posiadaniu rękopisu. Był nawet na tyle 

uprzejmy, że w imieniu lorda Caterhama zaprosił mnie tutaj na weekendowe 

przyjęcie.

 

   — 

Rad cię widzę, mój drogi 

 powiedział arystokrata. 

 Lepiej później niż 

wcale, prawda? 

   George skrzywił się pod jego adresem. Inspektor Battle utkwił w Anthonym 

nieruchome spojrzenie. 

   — Czy t

o ma tłumaczyć pańską tu obecność ubiegłej nocy? 

 zapytał.

 

   — 

Oczywiście, że nie 

 odparł Anthony z ożywieniem. 

 Jeśli jestem zaproszony 

do czyjejś wiejskiej posiadłości, to nie będę przecież późną nocą forsował muru, 

przemierzał parku, naciskał klamek u drzwi. Podjechałbym przed front domu, 

zadzwonił, wytarł nogi w wycieraczkę. Ale do rzeczy. Odpisałem panu Lomaxowi, że 

rękopis nie znajduje się już w moim posiadaniu, wobec czego muszę niestety, z 

prawdziwym żalem, odmówić lordowi Caterhamowi, który raczył mnie do siebie 

zaprosić. Po wysłaniu listu przypomniałem sobie jednak pewną rzecz, która 

umknęła mojej pamięci… 

 Nie dokończył. Poruszy zaraz temat wielce delikatnej 

natury. —

 Muszę tu wspomnieć, że w czasie zmagań z kelnerem Giuseppem wyrwałem 

mu skr

awek papieru z umieszczonym nań napisem. Wtedy nic mi jeszcze nie mówił, 

ale zachowałem ów skrawek, i potem nazwa „Chimneys” wydała mi się znajoma. 

Wyjąłem kartkę, rzuciłem na nią okiem. Było tak, jak przypuszczałem. Oto, 

panowie, ten skrawek papieru, pros

zę przekonać się na własne oczy. Napis brzmi: 

„Chimneys, czwartek, godzina dwudziesta trzecia czterdzieści pięć”. Battle 

przyjrzał się kartce uważnie.

 

   — 

Oczywiście 

 ciągnął Anthony 

 słowo „Chimneys” może nie mieć z tym domem 

nic wspólnego. Ale może i mieć. I niewątpliwie ten Giuseppe to kawał szubrawca i 

rabuś. Więc umyśliłem sobie, że przyjadę tu wczoraj wieczór samochodem, 

przekonam się, że wszystko w porządku, zamieszkam w miejscowym hotelu, a 

nazajutrz rano zatelefonuję do lorda Caterhama i powiem mu, żeby miał się na 

baczności, gdyż w ciągu tego weekendu może się przydarzyć jakieś nieszczęście.

 

   — 

No właśnie 

 powiedział lord Caterham życzliwym tonem. 

 No właśnie.

 

   — 

Przybyłem tu jednak za późno, zabrakło mi trochę czasu. Dlatego zatrzymałem 

w

óz, przelazłem przez mur i pobiegłem parkiem w stronę domu. Gdy znalazłem się 

na tarasie, cały dom był pogrążony w ciemności, a wokół panowała martwa cisza. 

Miałem już wracać, gdy usłyszałem strzał. Wydawało mi się, że rozległ się 

wewnątrz domu, więc podszedłem szybko do oszklonych drzwi. Były jednak zamknięte 

background image

 

 

71 

i żaden odgłos z domu nie docierał. Poczekałem chwilę, ale wszystko dokoła 

tonęło w grobowej ciszy, toteż doszedłem do wniosku, że musiałem się pomylić, że 

prawdopodobnie strzelił gdzieś kłusownik 

— w

 określonych okolicznościach 

konkluzja całkiem logiczna, pomyślałem.

 

   — 

Całkiem logiczna 

 powtórzył machinalnie inspektor Battle.

 

   — 

Pojechałem do hotelu, przespałem się i rano usłyszałem tę wiadomość. Zdaję 

sobie naturalnie sprawę, że w tej sytuacji stałem się osobnikiem podejrzanym, 

toteż stawiłem się tutaj, by całą historię państwu opowiedzieć, żywiąc nadzieję, 

iż nie zakończy się ona zatrzaśnięciem się kajdanków na przegubach moich dłoni.

 

   Zapadło milczenie. Pułkownik Melrose spojrzał kątem oka n

a inspektora 

Battle’a. 

   — 

Pańska opowieść wygląda dość przekonująco 

 zauważył.

 

   — Tak —

 zgodził się Battle. 

 Nie zrobimy dziś chyba użytku z kajdanków.

 

   — 

Ma pan jeszcze jakieś pytania, inspektorze?

 

   — 

Jednego chciałbym się dowiedzieć. Co to był za rękopis?

 

   Spojrzał na George’a, który ociągając się wydusił z siebie:

 

   — 

Pamiętniki zmarłego hrabiego Stylptitcha. Rozumie pan…

 

   — 

Nie musi pan nic dodawać 

 powiedział Battle.

 

   — 

Wszystko świetnie rozumiem. 

 Zwrócił się do Anthony’ego: 

— Czy pan wie, 

kim był ten zastrzelony człowiek?

 

   — 

W „Wesołym Psie” mówiono, że to hrabia Stanislaus czy coś takiego.

 

   — 

Proszę mu powiedzieć 

 rzekł krótko Battle do George’a Lomaxa.

 

   George wyraźnie się do tego nie kwapił, ale nie miał innego wyjścia.

 

   — 

Dżentelmenem, który przebywał tu incognito, jako hrabia Stanislaus, był 

Jego Wysokość książę Michael z Herzoslovakii.

 

   Anthony gwizdnął przeciągle.

 

   — 

Diabelnie niezręczna sytuacja 

 zauważył.

 

   Inspektor Battle, który pilnie obserwował Anthony’ego, chrząknął krótko, jak 

gdyby coś niepomiernie go usatysfakcjonowało, po czym raptownie zerwał się na 

równe nogi. 

   — 

Chciałbym zadać jeszcze parę pytań panu Cade’owi 

 powiedział. 

 Jeżeli 

można, zabrałbym go do sali obrad.

 

   — 

Oczywiście, oczywiście 

— 

rzekł lord Caterham.

 

   — 

Niech go pan zabiera, dokąd pan chce. Anthony wraz z detektywem wyszli.

 

   Ciało już usunięto, poza ciemną plamą na podłodze nic nie wskazywało na to, 

że rozegrała się tu tragedia. Słońce wpadało przez troje oszklonych drzwi, 

nape

łniając pokój światłem, uwypuklając bujne barwy starego malarstwa. Anthony 

rozejrzał się dokoła z podziwem.

 

   — 

Bardzo ładnie 

 skomentował. 

— Prawdziwa stara Anglia. 

   — 

Jak się panu wydaje, czy właśnie w tym pokoju oddano strzał? 

 zapytał 

inspektor ig

norując słowa pochwały.

 

background image

 

 

72 

   — 

Zaraz zobaczę.

 

   Anthony otworzył drzwi, wyszedł na taras i ogarnął wzrokiem dom.

 

   — Tak, w tym na pewno —

 odparł. 

 Pokój jest częściowo usytuowany w wykuszu i 

zajmuje cały róg domu. Gdyby strzał padł gdzie indziej, odgłos dotarłby do mnie 

z lewej strony, a tak usłyszałem go nieco z tyłu i raczej z prawa. Dlatego 

przyszedł mi na myśl kłusownik. Pokój jest na samym końcu skrzydła budynku, jak 

pan widzi. —

 Wszedł do środka i zapytał nagle, jakby dopiero teraz uprzytomnił 

sobie ten fakt: —

 Ale dlaczego pan pyta? Przecież pan wie, gdzie popełniono 

zbrodnię?

 

   — Och! —

 westchnął inspektor. 

 My nigdy nie wiemy tyle, ile chcielibyśmy 

wiedzieć. Tak, on tutaj został zastrzelony, istotnie. Pan coś wspomniał o 

naciskaniu klamek tych oszklonych drzwi, prawda? 

   — 

Tak, były zamknięte od wewnątrz.

 

   — 

Ile klamek pan naciskał?

 

   — Wszystkie trzy. 

   — Jest pan tego pewien? 

   — 

Mam taki zwyczaj, że jestem pewny tego, co mówię. Dlaczego pan pyta?

 

   — 

Śmieszna rzecz 

 powiedział inspekto

r. 

   — 

Jaka śmieszna rzecz?

 

   — 

Kiedy rano stwierdzono popełnienie zbrodni, środkowe drzwi nie były 

zamknięte, nawet na klamkę, otóż to.

 

   — Fiu, fiu, fiu! —

 Anthony usiadł na ławeczce w wykuszu i wyjął papierośnicę. 

 To bomba. Trzeba więc spojrzeć na to pod całkiem innym kątem. Mamy taką 

alternatywę. Albo książę został zabity przez kogoś przebywającego w tym domu i 

ten ktoś po moim odejściu otworzył drzwi, żeby wyglądało, iż zbrodnię popełnił 

człowiek z zewnątrz, albo też, nie owijając w bawełnę, ja kłamię. Śmiem 

przypuszczać, że pan się skłania do drugiej możliwości, ale słowo honoru, że nie 

ma pan racji. 

   — 

Powiem panu tylko tyle, że nikt nie ma prawa opuścić tego domu, dopóki nie 

zakończę sprawy 

 oświadczył ponuro inspektor Battle.

 

   Anthony .obr

zucił go bystrym spojrzeniem. 

—’—

 Od jak dawna pan podejrzewa, że 

to dzieło kogoś z domowników?

 

   Battle uśmiechnął się.

 

   — 

Cały czas miałem takie odczucie. Pana osoba zbyt jaskrawo rzucała się w 

oczy, jeżeli mogę to tak ująć. Moje wątpliwości zaczęły się w chwili, gdy się 

okazało, że to ślady pańskich butów.

 

   — Brawo dla Scotland Yardu! —

 powiedział wesoło Anthony.

 

   W tym jednak momencie, kiedy Battle najwyraźniej wykluczył osobę Anthony’ego 

z udziału w zbrodni, ten ostatni uświadomił sobie, że teraz bardziej niż 

kiedykolwiek musi się mieć na baczności. Inspektor Battle był oficerem o 

wnikliwym umyśle. Nie było z nim żartów.

 

background image

 

 

73 

   — 

Stało się to tam, prawda? 

 zapytał Anthony wskazując głową ciemną plamę na 

podłodze.

 

   — Tak. 

   — Zastrzelono go z rewolweru? 

   — 

Tak, nie wiemy tylko jeszcze, z jakiego, póki podczas sekcji zwłok nie 

wyłuskają pocisku. 

 Jeszcze go nie wyjęli?

 

   — Nie. 

   — 

Żadnych innych poszlak?

 

   — No, mamy to. 

   Metodą niemal kuglarza inspektor wyczarował pół arkusika papieru. I z

nowu 

kątem oka 

 udając, że tego nie czyni 

 obserwował badawczo Anthony’ego.

 

   Lecz Anthony nie okazał śladu zmieszania czy też zdziwienia, rozpoznając 

rysunek na tym skrawku. 

   — 

O, znowu Towarzysze Czerwonej Ręki. Jeżeli zamierzają rozrzucać to w 

char

akterze ulotek, powinni zrobić sobie odbitki. Sporządzanie każdego 

egzemplarza oddzielnie to potwornie nudna robota. Gdzie tę kartkę znaleziono?

 

   — 

Pod zwłokami. Już pan to kiedyś widział?

 

   Anthony opowiedział szczegółowo o swoim przelotnym kontakcie z

 owym 

obywatelsko–duchowym stowarzyszeniem. 

   — 

Nasuwa się myśl, że Towarzysze go zabili.

 

   — 

Dopuszcza pan taką możliwość, sir?

 

   — 

To by współgrało z głoszoną przez nich propagandą. Ale jak uczy 

doświadczenie, ci, co głośno krzyczą o krwi, nigdy tak naprawdę nie mieli do 

czynienia z jej przelewaniem. Co wcale nie oznacza, że nie są odważni. Ponadto 

to ludzie bardzo malowniczy. Nie wyobrażam sobie żadnego z Towarzyszy jako 

czcigodnego gościa wiejskiej rezydencji. Zresztą kto to wie…

 

   — 

Całkiem słusznie, panie Cade. Kto to wie. Anthony z miną nagle rozbawioną 

powiedział:

 

   — 

Przednia myśl! Otwarte drzwi, ślady stóp, podejrzany obcy człowiek w 

miejscowym hoteliku. Mogę jednak pana zapewnić, drogi inspektorze, że kimkolwiek 

jestem, to jestem, lecz w żadnym razie agentem Czerwonej Ręki.

 

   Inspektor uśmiechnął się nieznacznie. A potem zagrał swoją ostatnią kartą:

 

   — 

Nie ma pan żadnych obiekcji, żeby obejrzeć ciało? 

 wypalił 

niespodziewanie. 

   — 

Absolutnie żadnych 

 odparł Anthony.

 

   Battle wyjął z kieszeni klucz i idąc przodem wzdłuż korytarza zatrzymał się 

przed jakimiś drzwiami i otworzył je. Był to jeden z małych saloników. Zwłoki 

leżały na stole, przykryte prześcieradłem.

 

   Inspektor zaczekał, aż Anthony stanie obok niego, i wówczas nagłym 

szarpni

ęciem ściągnął prześcieradło.

 

background image

 

 

74 

   Oczy mu rozbłysły, gdy Anthony drgnął i z ust jego wyrwał się zduszony okrzyk 

zdziwienia. 

   — 

A więc rozpoznaje go pan? 

 zapytał głosem, w którym starał się wyciszyć 

nutę triumfu.

 

   — 

Tak, miałem okazję go poznać 

 rzekł Anthony biorąc się w garść. 

— Ale nie 

jako księcia Michaela Obolovitcha. Powiedział, że przybywa z polecenia 

wydawnictwa „Balderson i Hodgkins” i że nazywa się Holmes.

 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

 

GOŚĆ Z AMERYKI

 

    

   Inspektor Battle przykrył z powrotem ciało prześcieradłem 

 wyglądał jak 

człowiek zbity nieco z tropu, któremu nie wypalił najpewniejszy chwyt.

 

   Anthony stał obok z rękami w kieszeniach, pogrążony w zadumie.

 

   — 

A więc to miał na myśli stary Lollipop mówiąc: „spróbujemy w inny sposób” 

— 

mruknął do

 siebie. 

   — 

Mówił pan coś? 

 spytał inspektor.

 

   — 

Nie, nic takiego. Proszę mi wybaczyć roztargnienie. Widzi pan, mnie, a 

właściwie mego przyjaciela Jimmy’ego McGratha bardzo sprytnie pozbawiono tysiąca 

funtów. 

   — 

Tysiąc funtów to okrągła sumka 

— stwi

erdził Battle.

 

   — 

Niby to niewiele, ale zgadzam się z panem, że sumka jest okrągła. Na samą 

myśl o tym dostaję szału. Jak ostatni cymbał sam mu oddałem ten rękopis. 

Strasznie przykre uczucie, inspektorze, naprawdę strasznie przykre.

 

   Detektyw milczał.

 

   — No tak —

 powiedział Anthony 

 co się stało, to się nie odstanie, ale może 

nie wszystko jeszcze jest stracone. Między dniem dzisiejszym a środą muszę 

przechwycić wspominki tego poczciwego starucha Stylptitcha i po kłopocie.

 

   — 

Przejdźmy znowu, jeśli 

pan pozwoli, do sali obrad —

 rzekł inspektor. 

— 

Chciałbym zwrócić pańską uwagę na jeszcze jedną drobną rzecz.

 

   W sali obrad detektyw pomaszerował od razu do środkowych drzwi.

 

   — 

Tak sobie myślę, wie pan… Właśnie te drzwi z trudem się otwierają, z dużym

 

trudem. Mógł się pan pomylić twierdząc, że były zamknięte. Mogły być tylko 

zatrzaśnięte. Tak, jestem niemal pewien, że pan się pomylił.

 

   Anthony spojrzał na niego badawczo.

 

   — 

A jeśli panu powiem, że ja jestem absolutnie pewien, iż się nie pomyliłem?

 

   — 

Nie sądzi pan, by to było możliwe? 

 zapytał Battle patrząc na niego 

surowo. 

   — 

No dobrze, chcąc sprawić panu przyjemność, inspektorze, odpowiem 

twierdząco.

 

   Battle uśmiechnął się zadowolony.

 

background image

 

 

75 

   — 

Ma pan szybki refleks. I nie będzie pan miał żadny

ch obiekcji, by w 

odpowiednim momencie równie beztrosko udzielić takiej odpowiedzi?

 

   — 

Żadnych. Ja…

 

   Przerwał, bo Battle chwycił go mocno za ramię. Potem pochylił się do przodu, 

nadsłuchując. Gestem ręki nakazując Anthony’emu ciszę, podszedł na palcach

bezszelestnie, do drzwi i gwałtownym ruchem otworzył je na oścież.

 

   Na progu stał wysoki mężczyzna 

 miał czarne włosy z pedantycznie 

rozdzielonym przedziałkiem pośrodku, porcelanowoniebieskie oczy o wybitnie 

niewinnym wyrazie i dużą, łagodną twarz.

 

   — Przepraszam, panowie —

 powiedział powoli, cedząc słowa, z wyraźnym 

transatlantyckim akcentem. —

 Czy wolno obejrzeć miejsce popełnienia zbrodni? 

Domyślam się, że obaj panowie są ze Scotland Yardu?

 

   — Ja, niestety, nie mam tego zaszczytu —

 rzekł Anthony

. —

 Ale ten dżentelmen 

to inspektor Battle ze Scotland Yardu. 

   — Doprawdy? —

 upewnił się Amerykanin, sprawiając wrażenie wielce 

zainteresowanego. —

 Miło mi pana poznać. Ja się nazywam Hiram Fish i pochodzę z 

Nowego Jorku. 

   — 

A co życzyłby pan sobie, zobaczyć? 

 zapytał detektyw.

 

   Amerykanin wszedł ostrożnie do pokoju i z ogromnym zaciekawieniem spojrzał na 

ciemną plamę na podłodze.

 

   — 

Interesuje mnie zbrodnia, to jedno z moich hobby. Napisałem artykuł do 

pewnego naszego tygodnika pod tytułem Degeneracja i przestępczość.

 

   Co mówiąc omiatał wzrokiem pokój, jak gdyby notował sobie w myślach każdy 

jego szczegół. Odrobinę dłużej zatrzymał spojrzenie na oszklonych drzwiach.

 

   — 

Ciało 

 powiedział inspektor Battle, konstatując fakt oczywisty 

 zostało 

us

unięte.

 

   — Jasna rzecz —

 rzekł pan Fish. Jego oczy błądziły po wyłożonych boazerią 

ścianach. 

 Widzę tu, panowie, kilka pięknych obrazów. Holbein, dwa Van Dycki i 

jeśli się nie mylę, Velasquez. Interesuję się malarstwem, podobnie jak 

pierwszymi edycjami.

 Lord Caterham był taki uprzejmy, że zaprosił mnie do siebie 

właśnie po to, bym obejrzał jego kolekcję.

 

   Westchnął ledwie słyszalnie.

 

   — 

Rozumiem, że teraz to nie wchodzi w grę. I chyba goście postąpiliby 

najsłuszniej, gdyby natychmiast wrócili do mias

ta. 

   — 

Na razie jest to niemożliwe, proszę pana 

 powiedział inspektor Battle. 

— 

Przed przesłuchaniem nikomu nie wolno opuścić tego domu.

 

   — 

Co pan mówi? A kiedy odbędzie się to przesłuchanie?

 

   — 

Może jutro, a może dopiero w poniedziałek. Musimy zarządzić sekcję zwłok, 

skontaktować się z koronerem.

 

   — Rozumiem —

 powiedział pan Fish. 

 Znajdujemy się w określonej sytuacji, 

chociaż trzeba przyznać, że weekend będzie raczej smętny.

 

background image

 

 

76 

   Battlet skierował się ku drzwiom.

 

   — 

Lepiej wynieśmy się stąd 

— rz

ekł. 

— Ten pokój trzymamy teraz pod kluczem. 

   Poczekał, aż pozostała dwójka przekroczy próg, następnie włożył klucz do 

zamka i przekręcił.

 

   — 

Zdaje mi się 

 zaczął pan Fish 

 że panowie szukacie odcisków palców.

 

   — 

Możliwe 

’powiedział lakonicznie in

spektor. 

   — 

Ze swej strony chciałbym dodać, że w nocy takiej jak wczorajsza intruz 

powinien zostawić ślady stóp na podłodze.

 

   — 

W pokoju nie było, tylko na zewnątrz, mnóstwo.

 

   — Moje —

 wyjaśnił wesoło Anthony.

 

   Pan Fish omiótł go spojrzeniem swoich

 niewinnych oczu. 

   — 

Młody człowieku 

 rzekł 

— pan mnie zadziwia. 

   Doszli do rogu, skręcili i znaleźli się w dużym, przestronnym hallu 

— 

podobnie jak sala obrad wyłożonym starą, dębową boazerią 

 z obszerną galerią u 

góry. W końcu tego hallu zamajaczył

y dwie postacie. 

   — Oho —

 powiedział pan Fish. 

— Nasz uroczy gospodarz. 

   Określenie tyczące lorda Caterhama było tak absurdalne, że Anthony musiał 

odwrócić głowę, by ukryć uśmiech.

 

   — A towarzyszy mu —

 ciągnął Amerykanin 

— pewna lady, której nazwiska wczoraj 

wieczór nie dosłyszałem. Jest inteligentna, bardzo inteligentna.

 

   Obok lorda Caterhama stała Virginia Revel. Anthony przewidywał, że dojdzie do 

takiego spotkania. Nie wiedział, jak się zachować. Niech Virginia przejmie ster 

w swoje ręce. Choć nie wątpił w przytomność jej umysłu, nie miał jednak 

zielonego pojęcia, jaką przyjmie metodę postępowania. Krótko jednak trwał w tej 

niewiedzy. 

   — 

No proszę, pan Cade 

 powiedziała. Wyciągnęła ku niemu obie ręce. 

 Więc 

mimo wszystko zdecydował się pan przyjechać!

 

   — 

Droga pani, nie wiedziałem, że pan Cade jest z panią zaprzyjaźniony 

— 

powiedział lord Caterham.

 

   — Jest moim starym przyjacielem —

 oznajmiła Virginia uśmiechając się do 

Anthony’ego, a w oczach jej pojawił się złośliwy ognik. 

 Spotkałam go 

wczoraj 

przypadkowo i powiedziałam mu, że dziś tutaj będę.

 

   Anthony błyskawicznie przejął pałeczkę.

 

   — 

Tłumaczyłem pani Revel 

 mówił 

 że nie mogłem przyjąć pańskiego uprzejmego 

zaproszenia, gdyż było skierowane do kogoś całkiem innego. I nie potrafił

bym 

podstępem narzucać panu swojej osoby.

 

   — 

Dobrze, już dobrze, mój drogi 

 powiedział lord Caterham. 

 Co było, to nie 

jest. Poślę kogoś do „Krykiecisty” po pana bagaż.

 

   — 

Bardzo to milo z pańskiej strony, milordzie, ale…

 

   — 

Nonsens, musi pan być w „Chimneys”. Ten „Krykiecista” to podła dziura, tak 

mi się wydaje.

 

background image

 

 

77 

   — 

Oczywiście, że powinien pan być z nami 

 rzekła ciepło Virginia.

 

   Anthony spostrzegł, że stosunek do niego zmienił się radykalnie. Ta kobieta 

wiele dla niego zrobiła. Dzięki niej .przestał być zagadkowym przybyszem. Miała 

tak mocną pozycję w środowisku, nie do podważenia, że każdy człowiek, którego 

polecała, był automatycznie akceptowany. Pomyślał o ukrytym na drzewie w Burnham 

Beeches rewolwerze i uśmiechnął się w duchu.

 

   — 

Poślę kogoś po pana manatki 

 powiedział lord Caterham do Anthony’ego. 

— 

Przypuszczam, że w tej sytuacji polowanie się nie odbędzie. Szkoda. Ale nie nią 

rady. Nie wiem tylko, co, u diabła, począć z tym Isaacsteinem. Fatalnie się 

składa.

 

   Zdeprymowany par westch

nął ciężko.

 

   — 

Wobec tego sprawa załatwiona 

 powiedziała Virginia. 

 Wykaże pan swoją 

wielką tu przydatność, zabierając mnie nad jezioro. Panuje tam niebiański 

spokój, daleko jest od miejsca zbrodni i tak dalej. To potworne przeżycie dla 

lorda Caterhama

, że zbrodni dokonano w jego domu. Ale to wina George’a. On 

urządza to weekendowe przyjęcie, jak .panu wiadomo.

 

   — Och jej! —

 westchnął lord Caterham. 

 Nie powinienem był ulec George’owi.

 

   Przybrał pozę silnego człowieka, który wyjątkowo okazał słabość.

 

   — 

Przed George’em nie sposób się obronić 

 orzekła Virginia. 

— Trzyma 

człowieka mocno i żadną miarą nie można się uwolnić od jego uchwytu. Mam zamiar 

opatentować pomysł doczepianej klapy marynarki.

 

   — 

Byłoby wspaniale! 

 powiedział, chichocząc, pan

 domu. —

 Rad jestem, że 

przybył pan do nas, Cade. Potrzebuję wsparcia.

 

   — 

Wysoko sobie cenię pańską uprzejmość, lordzie Caterham 

 powiedział 

Anthony. — Tym bardziej —

 dodał 

 że jestem tak podejrzanym indywiduum. Ale mój 

pobyt tutaj jest na rękę panu Ba

ttle. 

   — W jakim sensie? —

 zapytał detektyw.

 

   — 

Łatwiej jest mieć mnie na oku 

 wyjaśnił grzecznie Anthony.

 

   A z szybkiego mrugnięcia powiek inspektora wywnioskował, że trafił w 

dziesiątkę. 

 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

 

MÓWIĄCY GŁÓWNIE O POLITYCE I FINANSACH

 

    

   Poza owym mrugnięciem powiekami inspektor Battle wykazywał kamienny spokój. 

Jeżeli nawet zdziwił go fakt, że Virginia i Anthony się znają, nie dał tego po 

sobie poznać. Stał wraz z lordem Caterhamem i obserwował tych dwoje wychodzących 

do ogrodu. P

an Fish również odprowadzał ich wzrokiem.

 

   — 

Miły młody człowiek 

 powiedział lord.

 

   — 

Pani Revel musiała się ucieszyć, że spotkała starego przyjaciela 

 mruknął 

Amerykanin. —

 Znają się, jak sądzę, już dość długo, prawda?

 

background image

 

 

78 

   — 

Na to wygląda 

— powiedzia

ł lord Caterham.

 

   — 

Nigdy jednak nie słyszałem, by wspomniała o nim choć raz. O właśnie, 

inspektorze, pan Lomax pytał o pana. Jest w błękitnym pokoju.

 

   — 

Dziękuję, milordzie. Zaraz tam idę.

 

   Battle bez trudu odnalazł drogę do błękitnego pokoju. Zdążył się już 

zaznajomić z topografią domu.

 

   — No, jest pan nareszcie —

 powiedział Lomax. Chodził niecierpliwie od jednego 

końca dywanu do drugiego. W pokoju znajdowała się jeszcze jedna osoba 

— wysoki 

mężczyzna siedzący na fotelu przy kominku. Ubrany był w 

nienaganny, angielski 

strój myśliwski, który mimo wszystko dziwnie na nim leżał. Miał tłustą, żółtą 

twarz i czarne oczy, tak przenikające na wskroś jak oczy kobry. Nos miał z 

pokaźnym garbkiem, a jego ogromna, kwadratowa szczęka świadczyła o sile.

 

   — Pro

szę wejść, inspektorze 

 powiedział Lomax, wyraźnie zirytowany. 

— I 

zamknąć drzwi za sobą. To jest pan Herman Isaacstein.

 

   Battle skłonił z szacunkiem głowę.

 

   O panu Isaacsteinie wiedział wszystko i 

 choć wielki finansista siedział w 

milczeniu, podcza

s gdy Lomax chodził tam i z powrotem i usta mu się nie zamykały 

 inspektor nie miał wątpliwości, kto dysponuje tu największą władzą.

 

   — 

Możemy teraz porozmawiać swobodniej 

 powiedział Lomax. 

— Przy lordzie 

Caterhamie i pułkowniku Melrose wolałem zbyt wiele nie mówić. Rozumie pan, 

inspektorze? Te sprawy nie mogą nabrać rozgłosu.

 

   — 

Tak już niestety jest 

 rzekł Battle 

 że tym bardziej właśnie stają się 

głośne.

 

   Na tłustej, żółtej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Jak szybko się pojawił, 

tak szybko z

niknął.

 

   — 

I co pan myśli o tym młodym człowieku, o Anthonym Cadzie? 

 zapytał George. 

 Podtrzymuje pan, że jest niewinny?

 

   Battle wzruszył nieznacznie ramionami.

 

   — 

To, co mówi, brzmi uczciwie. Część jego relacji można zweryfikować. Jego 

słowa o przyczynie obecności tutaj ubiegłej nocy można by przyjąć za dobrą 

monetę. Zadepeszuję oczywiście do Afryki Południowej, by dowiedzieć się czegoś o 

jego przeszłości.

 

   — 

Uważa pan, że jest poza wszelkimi podejrzeniami?

 

   Battle uniósł swoją dużą, kwadratową dłoń.

 

   — 

Nie tak szybko! Tego nie powiedziałem.

 

   — 

Jaka jest pańska wersja wydarzeń, inspektorze? 

 odezwał się po raz 

pierwszy Isaacstein. 

   Miał głęboki i dźwięczny głos, w pewnym sensie ujmujący. W latach młodości 

bardzo mu to na pewno pomagało podczas różnych konferencji. 

— Na to jest grubo 

za wcześnie, proszę pana. Nie odpowiedziałem sobie jeszcze na podstawowe 

pytanie. 

background image

 

 

79 

   — Jak ono brzmi? 

   — 

Zawsze tak samo. Motyw. Komu śmierć księcia Michaela przyniosłaby korzyść? 

Nim cokolwiek podejmiemy, m

usimy mieć odpowiedź na to właśnie pytanie.

 

   — Rewolucyjna partia Herzoslovakii… —

 zaczął George.

 

   Inspektor Battle przerwał mu machnięciem ręki, co niewiele miało wspólnego z 

typową dla niego, pełną rewerencji postawą.

 

   — —

 To nie dzieło Towarzyszy Czerwonej Ręki, jeżeli ich pan ma na myśli, sir.

 

   — 

A kartka z namalowaną czerwoną ręką?

 

   — 

Specjalnie podrzucona, by skierować na nich podejrzenie.

 

   George poczuł się nieco urażony.

 

   — 

Nie rozumiem doprawdy, inspektorze, jak można twierdzić to z taką 

pewnością.

 

   — 

Daję słowo, panie Lomax, że my o Towarzyszach Czerwonej Ręki wiemy 

wszystko. Mamy ich na oku, od kiedy książę Michael wylądował w Anglii. Tego typu 

działania stanowią podstawę naszej pracy. Nie pozwolilibyśmy im zbliżyć się do 

niego naw

et na milę.

 

   — 

Zgadzam się z inspektorem Battle’em 

 powiedział Isaacstein. 

— Trzeba 

skierować wzrok w inną stronę.

 

   — Widzi pan —

 zaczął Battle, ośmielony udzielonym mu poparciem 

— my w tej 

sprawie mamy bardzo mało danych. O ile nie wiemy, kto zyskuje na jego śmierci, 

to wiemy, kto na niej traci.  

   — To znaczy? —

 zapytał Isaacstein. Spojrzenie jego czarnych oczu wpiło się w 

twarz 

   Battle’a. Jeszcze bardziej teraz przypominały inspektorowi ślepia kobry.

 

   — 

Pan oraz pan Lomax, nie mówiąc już o Herz

oslovackiej Partii Lojalistów… 

Jeśli wybaczy mi pan określenie, sir, to znaleźliście się panowie w podbramkowej 

sytuacji. 

   — Istotnie, inspektorze —

 potwierdził George wstrząśnięty do głębi.

 

   — Dalej, inspektorze —

 powiedział Isaacstein. 

 Sytuację podbramkową można 

bardzo dokładnie określić. A pan jest człowiekiem inteligentnym.

 

   — 

Zamierzaliście mieć króla. I straciliście króla, właśnie tak! 

 Strzelił 

tymi swoimi grubymi palcami. —

 Musicie szybko znaleźć innego kandydata. A to 

wcale nie jest takie 

proste. Nie, ja nie chcę znać szczegółów waszego planu, 

prowizoryczny zarys mi wystarczy, ale, jak rozumiem, to jest duży interes, tak?

 

   Isaacstein skłonił powoli głowę.

 

   — 

Bardzo duży.

 

   — 

Nasuwa mi się zatem drugie pytanie. Kto jest kolejnym następcą tronu 

Herzoslovakii? 

   Spojrzenia Lomaxa i Isaacsteina skrzyżowały się. Ten ostatni odpowiedział z 

niejakim oporem i sporą dozą wahania:

 

background image

 

 

80 

   — 

Kolejnym następcą… byłby… tak… według wszelkiego prawdopodobieństwa książę 

Nicholas. 

   — Aha! —

 rzekł Battle. 

 A co to za książę?

 

   — 

Kuzyn księcia Michaela.

 

   — 

Aha! Proszę mi zatem wszystko opowiedzieć o księciu Nicholasie, przede 

wszystkim, gdzie on się teraz znajduje.

 

   — Niewiele o nim wiemy —

 odparł Lomax. 

 W młodości wyznawał dziwaczne 

ideały, związał się z socjalistami i republikanami, działał w sposób wysoce nie 

licujący z jego pozycją. Wydalono go z Oxfordu za jakiś, jak przypuszczam, dziki 

wybryk. Przed dwoma laty gruchnęła wieść, że zmarł w Kongo, ale to były plotki. 

Przed paroma miesiącami pojawił się na horyzoncie, kiedy rozeszła się fama o 

odnowieniu monarchii. 

   — Doprawdy? —

 spytał inspektor. 

 A gdzie on się pojawił?

 

   — W Ameryce. 

   — W Ameryce? —

 Battle odwrócił się w stronę Isaacsteina, rzucając jedno 

krótkie słowo: 

— Nafta? 

   Finansist

a skinął głową.

 

   — 

Twierdził, że jeśli Herzoslovacy zechcą mieć króla, będą woleli jego niż 

księcia Michaela, gdyż on sympatyzuje z nowoczesnymi, światłymi prądami, zwracał 

uwagę na swoje wcześniejsze, demokratyczne poglądy, na sympatię dla ideałów 

repub

likanów. W zamian za poparcie finansowe był gotów udzielić koncesji pewnym 

grupom amerykańskich finansistów.

 

   Inspektor Battle do tego stopnia zapomniał o typowej dla niego obojętności, 

że dał sobie folgę i przeciągle gwizdnął.

 

   — To ci dopiero — mrukn

ął. 

 A tymczasem lojaliści poparli księcia Michaela. 

I wydawało się niemal pewne, że wygra. No i wtedy to się wydarzyło.

 

   — Nie przypuszcza pan chyba… —

 zaczął George.

 

   — 

To był duży interes 

 powiedział Battle. 

— Tak twierdzi pan Isaacstein. A 

skoro 

on uważa, że interes jest duży, to jest duży.

 

   — 

Często używa się niegodziwych metod 

 powiedział Isaacstein ze spokojem. 

— 

Jak na razie Wall Street wygrywa. Ale nie skończyli jeszcze ze mną. Inspektorze 

.Battle, jeśli chce pan przysłużyć się swojemu kra

jowi, niech pan odnajdzie 

zabójcę księcia Michaela.

 

   — 

Jedno wydaje mi się ogromnie podejrzane 

 wtrącił George. 

— Dlaczego nie 

przyjechał wczoraj razem z księciem jego koniuszy, kapitan Andrassy.

 

   — 

Dowiadywałem się w tej kwestii 

 odparł Battle.

 

   — 

To całkiem proste. Został w mieście, by w imieniu księcia Michaela umówić 

go z pewną panią na następny weekend. Baron miałby mu za złe takie sprawy, 

uważa, że w obecnej sytuacji byłoby to wielce nieroztropne, toteż Jego Wysokość 

musiał działać potajemnie. Miał skłonności, jeżeli mogę się tak wyrazić, do… 

raczej hulaszczego trybu życia.

 

background image

 

 

81 

   — Niestety tak —

 powiedział głuchym głosem George. 

— Niestety tak. 

   — 

Jest jeszcze jedna rzecz, którą moim zdaniem należy wziąć pod uwagę 

— 

powiedział Battle z niejakim ociąganiem. 

 Przypuszcza się, że Król Victor jest 

w Anglii. 

   — Król Victor? 

   Lomax ze zmarszczonym czołem szukał czegoś w pamięci.

 

   — 

Ten znany francuski przestępca, sir. Otrzymaliśmy ostrzeżenie z S?reté w 

Paryżu.

 

   — 

Rzeczywiście 

 powiedział Lo

max. —

 Teraz sobie przypominam. Złodziej 

biżuterii, prawda? No cóż, to jest człowiek…

 

   Nagle przerwał. Isaacstein, który ze ściągniętymi brwiami i roztargnioną miną 

stał przy kominku, trochę za późno podniósł wzrok i nie zauważył ostrzegawczego 

spojrzeni

a, jakie inspektor Battle przesłał George’owi. Lecz jako człowiek 

wyczulony na wibracje, świadom był narastającego napięcia.

 

   — 

Nie będę ci już potrzebny, Lomax? 

 zapytał.

 

   — 

Nie, dziękuję.

 

   — 

Czy nie zburzy to pańskich planów, inspektorze Battle, jeśli powrócę do 

Londynu? 

   — Niestety tak —

 odparł uprzejmie inspektor. 

 Widzi pan, jeśli pan odjedzie, 

inni też będą chcieli pójść w pańskie ślady. A to jest wykluczone. 

— Rozumiem. 

   Wielki finansista opuścił pokój zamykając za sobą drzwi.

 

   — Fantastyczny facet z tego Isaacsteina —

 mruknął George od niechcenia.

 

   — 

Ogromnie wpływowa osobistość 

 dodał inspektor Battle.

 

   George znowu zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju.

 

   — 

To, co pan powiedział, bardzo mnie zaniepokoiło 

 rzekł. 

— Król Victor! 

Myślałem, że on jest w więzieniu.

 

   — 

Wyszedł przed paroma miesiącami. Francuska policja zamierzała deptać mu po 

piętach, ale on był chytrzejszy i wymknął się im. Rzadko się spotyka faceta z 

takim tupetem. Z jakichś względów Francuzi przypuszczają, że

 jest teraz w 

Anglii, i dali nam o tym znać.

 

   — 

A co on by miał w Anglii do roboty?

 

   — 

To już proszę samemu sobie na to odpowiedzieć 

 rzekł znacząco inspektor.

 

   — 

Pan uważa…? Ma pan na myśli…? Tak, zna pan tę historię, oczywiście, tak, 

tak, wiem, że pan zna. W owym czasie nie pracowałem naturalnie, ale dowiedziałem 

się o tym od poprzedniego lorda Caterhama. Niebywała katastrofa.

 

   — Koh–i–noor —

 powiedział z zadumą Battle.

 

   — Sza, inspektorze! —

 George rozejrzał się z lękiem dokoła. 

 Tylko proszę

 

bez wymieniania nazw! Tak będzie bezpieczniej. A jeśli musi pan już o tym mówić, 

to jako o sprawie ,,K”. 

   Z twarzy inspektora znów nic nie można było wyczytać.

 

   — 

Czy łączy pan osobę Króla Victora z tą zbrodnią? 

 zapytał Lomax.

 

background image

 

 

82 

   — 

Zakładam taką możliwość, to wszystko. Jeśli cofnie się pan myślą o kilka 

lat, przypomni pan sobie, że istniały cztery miejsca, gdzie.

—., pewien 

królewski—

 gość mógł ukryć klejnot. Jednym z tych miejsc było „Chimneys”. Król 

Victor został aresztowany w Paryżu trzy dni po… że się tak wyrażę, zniknięciu 

„K”. Zawsześmy się łudzili, że pewnego dnia facet zaprowadzi nas do tego 

klejnotu. 

   — 

Przecież „Chimneys” było sto razy przetrząśnięte od podłogi do sufitu.

 

   — Owszem —

 zgodził się Battle z przemądrzałą miną. 

 Ale żadne pos

zukiwanie 

nie da wyniku, jeśli się nie wie, gdzie szukać. Istnieje na razie tylko 

domniemanie, że Król Victor przybył tutaj w poszukiwaniu wiadomej rzeczy, 

zdziwił się, zastawszy tu księcia Michaela, i zastrzelił go.

 

   — 

Całkiem możliwe 

 rzekł George. 

— 

Najbardziej prawdopodobne rozwiązanie 

zagadki. 

   — 

Ja bym tak daleko się nie posuwał. Tylko możliwe, nic ponadto.

 

   — Dlaczego? 

   — 

Ponieważ Król Victor nie znosi mokrej roboty 

 powiedział poważnie Battle.

 

   — 

Ojej, człowiek taki jak on… niebezpieczny

 kryminalista… 

   Inspektor potrząsnął głową, absolutnie nie przekonany.

 

   — 

Kryminaliści, panie Lomax, działają zawsze w sposób dla nich typowy. To 

dziwne. Mimo wszystko jednak… 

   — Tak? 

   — 

Chciałbym zadać parę pytań służącemu księcia. Celowo zostawił

em go sobie na 

sam koniec. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, poprosiłbym go tutaj.

 

   George wyraził zgodę. Inspektor zadzwonił. Tredwell stanął w drzwiach na ten 

sygnał, po czym oddalił się z poleceniami inspektora.

 

   Wrócił niebawem wraz z wysokim, jasnowłosym mężczyzną o wystających kościach 

policzkowych, głęboko osadzonych, niebieskich oczach i obojętnym wyrazie twarzy 

 w tej dyscyplinie mógł śmiało konkurować z inspektorem Battle’em.

 

   — Boris Anchoukoff? 

   — Tak. 

   — 

Był pan lokajem księcia M

ichaela? 

   — 

Tak, byłem lokajem Jego Wysokości.

 

   Mówił biegle po angielsku, choć z wyraźnym, twardym, obcym akcentem.

 

   — 

Czy wiadomo panu, że pański chlebodawca został ubiegłej nocy zamordowany?

 

   Gardłowe jakby zwierzęce warknięcie było jedyną odpowiedzią tego człowieka. 

Przeraziło to George’a, który cofnął się zapobiegliwie w stronę okna.

 

   — 

Kiedy ostatnio widział pan księcia?

 

   — 

Jego Wysokość udał się na spoczynek o wpół do jedenastej. Ja, jak zawsze, 

spałem w przedpokoju obok jego sypialni. Musiał wyjść innymi drzwiami, tymi, co 

wychodzą na korytarz, i potem zejść na dół. Nic nie słyszałem. Niewykluczone, że 

background image

 

 

83 

mnie uśpiono. Złym byłem sługą, spałem, kiedy mój pan się obudził. Jestem po 

stokroć przeklęty.

 

   George spojrzał na lokaja urzeczony jego słowami.

 

   — 

Kochał pan swojego pana, prawda? 

 zapytał Battle obserwując bacznie 

Borisa. 

   Twarz skurczyła mu się boleśnie. Dwukrotnie przełknął ślinę. A gdy w końcu 

przemówił, w jego chrapliwym głosie wyczuwało się wzruszenie.

 

   — 

Mówię to wam, angielskim policjantom, ja oddałbym za niego życie. A skoro 

on jest martwy, a ja wciąż żyję, moje oczy nie zaznają snu, moje serce ukojenia, 

póki go nie pomszczę. Jak pies będę węszył mordercę, a kiedy go dopadnę… och! 

— 

W oczach zapaliły mu się iskierki. Wyciągnął nagle spod poły marynarki ogromny 

nóż i zaczął nim wywijać ponad głową. 

 Nie od razu go zabiję, o nie! Najpierw 

utnę mu nos, potem uszy, potem oczy mu wyłupię i dopiero wtedy, wtedy, pachnę go 

nożem w to jego czarne serce!

 

   Schował szybko nóż, odwrócił się i wyszedł z pokoju. Oczy George’a Lomaxa, z 

natury wytrzeszczone, teraz wyskakiwały niemal z orbit, gdy patrzył na zamknięte 

już za lokajem drzwi.

 

   — 

Żywiołowy Herzoslovak 

 mruknął. 

— Naród na niskim poziomie cywilizacji. 

Bandyckie plemię.

 

   

Inspektor Battle zerwał się żwawo z miejsca.

 

   — 

Albo ten człowiek jest szczery 

 powiedział 

 albo to największy blagier, 

jakiego dane mi było w życiu spotkać. Jeżeli to pierwsze, to Boże miej w swojej 

opiece mordercę księcia Michaela, kiedy dostanie się w łapy tego wściekłego psa!

 

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

 

CZŁOWIEK Z FRANCJI

 

    

   Virginia i Anthony szli ścieżką prowadzącą do jeziora. Parę minut po wyjściu 

z domu trwało między nimi milczenie. Przerwała je Virginia, mówiąc ze śmiechem:

 

   — 

O Boże, czy to nie straszne?! Tyle słów ciśnie mi się na usta, o tylu 

sprawach chciałabym się dowiedzieć, że po prostu nie wiem, od czego zacząć. Po 

pierwsze —

 zniżyła głos 

 co pan zrobił z ciałem? Brzmi to okropnie, prawda? 

Nigdy nie przypuszczałam, że będę zamieszana w mo

rderstwo. 

   — 

Ma pani, jak sądzę, dziewicze doznania 

 zgodził się Anthony.

 

   — 

A dla pana to zwykła rzecz?

 

   — 

Co prawda, nigdy dotąd nie pozbywałem się zwłok.

 

   — 

Proszę mi opowiedzieć, jaki to miało przebieg.

 

   Krótko i zwięźle Anthony opisał krok po kroku swoje poczynania z ubiegłej 

nocy, Virginia słuchała z wielką uwagą.

 

background image

 

 

84 

   — 

Mądrze pan postąpił 

 powiedziała, gdy skończył opowieść. 

— W drodze 

powrotnej odbiorę kufer z przechowalni dworca Paddington. Jedyny problem może 

powstać wtedy, gdy zaczną pana pytać, gdzie pan był wczoraj wieczór.

 

   — 

Nie przewiduję takiej ewentualności. Ciało mogli najwcześniej odnaleźć 

wczoraj późną nocą lub dziś rano. W przeciwnym wypadku byłoby coś ha ten temat w 

prasie porannej. I cokolwiek by o tym pisano w powieściac

h kryminalnych, lekarze 

nie są aż takimi magikami, żeby dokładnie określić, od jak dawna człowiek nie 

żyje. Toteż nie ustalą precyzyjnie godziny jego ; śmierci. Znacznie bardziej by 

mi się przydało alibi na wczorajszą noc.

 

   — Wiem. Lord Caterham wszystko

 mi opowiedział. Ale ten człowiek ze Scotland 

Yardu jest absolutnie przekonany o pańskiej niewinności, prawda?

 

   Anthony nie od razu odpowiedział.

 

   — 

Nie wygląda na szczególnie bystrego 

 zauważyła Virginia.

 

   — 

Nie powiedziałbym 

 rzekł wolno Anthony.

 

   — 

Odnoszę wrażenie, że inspektor Battle nie jest w ciemię bity. Wszystko 

wskazuje na to, że wierzy w moją niewinność, ale nie jestem tego pewny na sto 

procent. Głowi się teraz nad pozornym brakiem motywu z mojej strony.

 

   — Pozornym?! —

 wykrzyknęła Vi

rginia. —

 A cóż by pan miał za cel w mordowaniu 

nieznanego sobie zagranicznego arystokraty? 

   Anthony spojrzał na nią ostro.

 

   — 

Swego czasu była pani w Herzoslovakii, prawda? 

 zapytał.

 

   — 

Tak. Z mężem, przez dwa lata, w naszej ambasadzie.

 

   — 

Tuż przed zamordowaniem króla i królowej? Zetknęła się pani może z księciem 

Michaelem Obolovitchem? 

   — 

Z Michaelem? Oczywiście. Niezły był z niego numer. Pamiętam, że proponował 

mi, bym go morganatycznie poślubiła.

 

   — 

Doprawdy? A co proponował, by pani zrobiła ze swoim mężem?

 

   — 

Och, on zwykł działać według pewnego schematu…

 

   — 

Jak pani zareagowała na tę jego uprzejmą ofertę?

 

   — No wie pan —

 rzekła Virginia. 

 W życiu trzeba być niestety dyplomatą. 

Biedny, mały Michael, nie powiedział tego wprost. Mimo to wycofał się głęboko 

urażony. Ale skąd to zainteresowanie Michaelem?

 

   — 

Typową dla mnie krętą drogą zaczynam do czegoś dochodzić. Rozumiem, że nie 

spotkała pani tutaj tego zamordowanego człowieka?

 

   — 

Nie. Mówiąc językiem powieści: „natychmiast po przyjeździe oddalił się do 

swoich apartamentów”. 

   — 

I nie widziała pani zwłok?

 

   Virginia potrząsnęła przecząco głową, spoglądając na Anthony’ego z dużym 

zainteresowaniem. 

   — 

A pozwolono by pani je obejrzeć, jak pani sądzi?

 

background image

 

 

85 

   — 

Dzięki wpływom na wysokim szczeblu, mam na myśli lorda Caterhama, chyba by 

pozwolono. Ale dlaczego pan pyta? Czy to rozkaz? 

   — 

Broń Panie Boże! 

 odrzekł Anthony głosem pełnym przerażenia. 

 Czyżbym 

według pani miał dyktatorskie zapędy? Nie, chodzi po prostu o taką rzecz. Hrabia

 

Stanislaus to pseudo księcia Michaela z Herzoslovakii.

 

   Zdumiona Virginia zrobiła wielkie oczy.

 

   — Rozumiem. —

 I nagle uśmiechnęła się dziwnie, asymetrycznie. 

— Chyba pan nie 

sugeruje, że Michael poszedł od razu do swoich pokoi tylko dlatego, by uniknąć 

spotkania ze mną?

 

   — 

Coś w tym sensie 

 przyznał Anthony. 

 Widzi pani, jeżeli mam rację 

przypuszczając, że ktoś chciał pani przeszkodzić w przyjeździe do „Chimneys”, to 

z pewnością dlatego, że była pani w Herzoslovakii. Czy zdaje sobie pani sprawę z 

faktu, iż jest pani jedyną osobą, która znała księcia Michaela?

 

   — 

Czy pan uważa, że ów zamordowany człowiek nie był tym, za kogo się podawał? 

 spytała ostro Virginia.

 

   — 

Taka ewentualność przyszła mi do głowy. Gdyby udało się pani skłonić lorda 

Cater

hama do pokazania pani zwłok, sprawa od razu by się wyjaśniła.

 

   — 

Zastrzelono go o jedenastej czterdzieści pięć 

 powiedziała z zadumą. 

— 

Godzina, która była wypisana na tym skrawku papieru. Wszystko to jest strasznie 

tajemnicze. 

   — 

Coś sobie przypomniałem. Czy tam jest okno pani pokoju? Drugie od końca nad 

salą obrad?

 

   — 

Nie, mój pokój mieści się w skrzydle elżbietańskim, po drugiej stronie. 

Dlaczego pan pyta? 

   — 

Po prostu dlatego, że kiedy ubiegłego wieczoru odchodziłem stąd po 

usłyszeniu strzału, w tamtym pokoju zapaliło się światło.

 

   — 

Ciekawe! Nie wiem, kto go zajmuje, ale mogę zapytać o to Bundle. Może ten 

ktoś też usłyszał strzał?

 

   — 

Jeżeli tak, to się z tym nie zdradził. Zdaniem inspektora nikt w całym domu 

nie słyszał strzału. To jest jedyny ślad, jaki udało mi się chwycić, na pewno 

lichy, lecz bez względu na wszystko zamierzam się go trzymać.

 

   — 

To naprawdę ciekawa rzecz 

 powiedziała Virginia w zamyśleniu.

 

   Doszli do przystani nad jeziorem i oparci łokciami o balustradę rozmawiali.

 

   — 

Mimo jednak całej tej historii 

 zaczął Anthony 

 powiosłujemy sobie miło 

po jeziorze, dalecy od wścibskich uszu Scotland Yardu, gości z Ameryki i 

ciekawskich służących.

 

   — 

Lord Caterham coś mi wspominał 

 powiedziała 

 ale dość mętnie. A więc do 

rz

eczy: kim pan właściwie jest, Anthonym Cade’em czy Jimmym McGrathem? Po raz 

drugi tego poranka Anthony przedstawił swoje dzieje z ostatnich sześciu tygodni, 

z tą różnicą, że relacja składana Virginii nie wymagała modelowania. Zakończył 

rozpoznaniem przez siebie w ofierze zabójstwa „pana Holmesa”. 

background image

 

 

86 

   — A propos, droga pani —

 dodał jeszcze. 

 Nie zdążyłem pani 

podziękować za 

to, że narażając na szwank swoje dobre imię, zaliczyła mnie pani w poczet 

starych przyjaciół.

 

   — Bo jest pan moim starym przyjacielem! —

 zawołała Virginia. 

 Czy pan sądzi, 

że po wspólnym pozbywaniu się trupa będę pana traktowała jako po prostu 

znajomego? Co to to nie! —

 zamilkła na chwilę. 

— Wie pan, co mnie w tym 

wszystkim najbardziej nęka? Że za tymi pamiętnikami kryje się jeszcze jakaś 

tajemnica, której nie zdołaliśmy zgłębić.

 

   — 

I ja tak sądzę 

 zgodził się. 

 Chciałbym dowiedzieć się od pani pewnej 

rzeczy. 

   — Jakiej? 

   — 

Dlaczego pani się zdziwiła, gdy wczoraj na Pont Street wspomniałem nazwisko 

Jimmy McGrath? Znała je pani?

 

   — Owszem, Sherlocku Holmesie. George, mój kuzyn, to znaczy George Lomax, 

odwiedził mnie pewnego dnia i zaczął opowiadać o jakichś idiotycznych sprawach. 

Chodziło mu mianowicie o to, bym przyjechała do „Chimneys” i była sympatyczna 

dla tego właśnie McGratha, i żebym jakimś cudem wydobyła od niego pamiętniki. 

Tak tego, rzecz jasna, nie formułował. Wygadywał bzdury o angielskich 

arystokratkach i jeszcze o czymś tam ględził, ale prawdziwy sens jego słów jawił 

mi się dość wyraźnie. Biedny stary George knuje coś paskudnego. A kiedy okazało 

się, że chcę za dużo wiedzieć, usiłował zbyć mnie żałosnymi kłamstwami, na jakie 

żadne dziecko nie dałoby się nabrać.

 

   — 

W każdym razie wygląda na to, że jego plan jest w trakcie realizacji 

— 

zauważył Anthony. 

— Jestem tutaj

, tak jak na to liczył, jest pani, i wyraźnie 

obdarza mnie sympatią.

 

   — 

Tylko że na nieszczęście biednego, starego George’a nie ma pamiętników! 

Teraz ja zadam panu pytanie. Kiedy powiedziałam, że to nie ja pisałam te listy, 

pan odrzekł, że tak, wie pan o tym. Skąd pan o tym wiedział?

 

   — 

Wiedziałem 

 odparł z uśmiechem. 

 Znam się trochę na psychologii.

 

   — 

Znaczy to, że pańska wiara w moralną nieskazitelność mojego charakteru…

 

   Anthony energicznie potrząsnął głową.

 

   — Nic z tych rzeczy. O moralnej 

nieskazitelności pani charakteru nic mi nie 

jest wiadomo. Mogła pani mieć kochanka i mogła do niego pisać. Nigdy jednak nie 

pozwoliłaby się pani szantażować. Sądząc z tych listów, Virginia Revel była 

śmiertelnie przerażona. Pani zaś w takiej sytuacji podjęłaby walkę.

 

   — 

Ciekawe, kim jest ta Virginia Revel, gdzie mieszka. Doznaję głupiego 

uczucia, jakbym miała sobowtóra.

 

   Anthony zapalił papierosa.

 

   — 

A czy pani wie, że jeden z listów był pisany w „Chimneys”? 

 zapytał po 

dłuższej chwili.

 

   — Co?! — V

irginia była wstrząśnięta. 

— Kiedy? 

background image

 

 

87 

   — 

Nie miał daty. Dziwna historia, prawda?

 

   — 

Jestem absolutnie pewna, że żadna inna Virginia Revel nigdy nie przebywała 

w „Chimneys”. Jeżeli przebywała, to Bundle lub lord Caterham wspomnieliby mi coś 

na temat tej n

iesamowitej zbieżności nazwisk. 

 Tak, to rzeczywiście 

zastanawiające. Ale wie pani co? Ja zaczynam poważnie wątpić w istnienie tej 

drugiej Virginii Revel. 

   — Osoba raczej nieuchwytna —

 zgodziła się Virginia.

 

   — Zdecydowanie nieuchwytna. Przychodzi mi 

do głowy, że autorka tych listów 

posłużyła się tendencyjnie pani nazwiskiem.

 

   — W jakim celu?! —

 niemal krzyknęła. 

 Co to miałoby za sens?

 

   — 

To jest właśnie pytanie. Przyczyn może być cholernie dużo.

 

   — 

Kto pana zdaniem zabił Michaela? 

 zapytała n

agle Virginia. — Towarzysze 

Czerwonej Ręki?

 

   — 

Może i oni 

 odparł niepewnie. 

 Tego typu zabójstwa są dla nich 

charakterystyczne. 

   — 

Do dzieła 

 powiedziała szybko. 

 Lord Caterham i Bundle wyszli właśnie na 

spacer. Pierwsza rzecz to należy definitywnie ustalić, czy nieboszczyk to 

istotnie książę Michael.

 

   Anthony dowiosłował do brzegu i po paru minutach oboje dołączyli do lorda 

Caterhama i jego córki. 

   — 

Obiad się opóźnia 

 powiedział jego lordowska mość zdeprymowanym tonem. 

— 

Inspektor Battle obr

aził prawdopodobnie kucharza.

 

   — To mój przyjaciel —

 powiedziała Virginia do Bundle. 

 Bądź dla niego miła.

 

   Bundle przez kilka minut mierzyła Anthony’ego uważnym spojrzeniem, po czym 

powiedziała do Virginii, jak gdyby jego przy tym nie było:

 

   — 

Skąd wytrzasnęłaś takiego przystojnego mężczyznę? Jak ty to robisz? 

— 

zapytała z zazdrością.

 

   — 

Możesz go sobie wziąć 

 oświadczyła Virginia wielkodusznie. 

 Ja biorę 

lorda Caterhama. 

   Uśmiechnęła się do wysoce tym pochlebionego para, wsunęła mu rękę pod ramię i 

oddalili się krok za krokiem.

 

   — 

Potrafi pan rozmawiać? 

 zapytała Bundle. 

 Czy też jest pan wyłącznie 

milczący i silny?

 

   — 

Rozmawiać? 

 powtórzył Anthony. 

 Ja paplam. Mamroczę. Szemrzę niczym 

strumyk. A czasem nawet zadaję pytania.

 

   — Jakie

 na przykład?

 

   — 

Kto zajmuje drugi pokój od końca po lewej stronie?

 

   Co mówiąc wskazał ręką kierunek.

 

   — 

Pytanie dość niezwykłe 

 rzekła Bundle. 

— Pan mnie zaciekawia. Zaraz, 

zaraz, tak, to pokój mademoiselle Brun, francuskiej guwernantki. Usiłuje trzymać 

w ryzach moje młodsze siostry. Dulcie i Daisy, jak w tej piosence, wie pan. 

background image

 

 

88 

Sądzę, że następną nazwaliby Dorothy May. Ale naszą matkę zmęczyło wydawanie na 

świat samych dziewczyn i umarła. Pomyślała sobie, że kto inny powinien podjąć 

się wydania na ś

wiat spadkobiercy. 

   — Mademoiselle Brun —

 powtórzył Anthony w zamyśleniu. 

— Od jak dawna jest u 

państwa?

 

   — 

Od dwóch miesięcy. Przyjechała tu, kiedy byliśmy w Szkocji.

 

   — Hm! —

 mruknął. 

 Czuję pismo nosem.

 

   — 

Ja osobiście wolałabym czuć nosem obia

d —

 powiedziała Bundle. 

— Czy mam 

zaprosić na obiad tego faceta ze Scotland Yardu, jak pan uważa? Pan jest 

człowiekiem światowym, pan zna się na policyjnej etykiecie. A jak dotąd nigdy w 

tym domu nie popełniono morderstwa. To jest emocjonujące, prawda? Szkoda, że 

dziś rano oczyszczono pana z wszelkich podejrzeń. Zawsze marzyłam o tym, żeby 

spotkać mordercę i przekonać się na własne oczy, czy ci mordercy są rzeczywiście 

tacy sympatyczni i czarujący, jak opisują to niedzielne wydania gazet. O Boże, a 

to co? 

   — 

„To” było taksówką zmierzającą w stronę domu. Siedzieli w niej dwaj 

pasażerowie, jeden łysy z czarną brodą, a drugi niższy i młodszy, z czarnymi 

wąsami. Anthony rozpoznał pierwszego z wymienionych i domyślił się, że to on 

— 

nie zaś pojazd 

 wyrwał okrz

yk zdumienia z ust jego towarzyszki. 

   — 

Jeżeli się nie mylę 

 zauważył 

— to jedzie tu mój stary przyjaciel, baron 

Lollipop. 

   — Baron jaki? 

   — Dla wygody nazywam go Lollipopem. Wymawianie jego prawdziwego nazwiska 

podnosi mi ciśnienie.

 

   — 

A dziś rano jego brzmienie uszkodziło niemal telefon 

 stwierdziła Bundle. 

 A więc baron, tak? Przewiduję, że po południu będę musiała się nim zająć, a 

cały ranek zablokował mi pan Isaacstein. Niechby George sam odwalał tę swoją 

brudną robotę, i do diabła z polityką. Proszę mi wybaczyć, panie Cade, że pana 

opuszczę, ale muszę trwać u boku mojego biednego ojca.

 

   Bundle oddaliła się szybko w stronę domu.

 

   Anthony przez parę minut odprowadzał ją wzrokiem, po czym, pogrążony w 

zadumie, zapalił papierosa. W trakcie tej czynności uszu jego dobiegł jakiś 

odgłos tuż obok. Stał przy samej przystani, a ten odgłos docierał do niego jakby 

zza rogu. Gdyby chciał go określić, powiedziałby, że wyglądało to tak, jakby 

jakiś człowiek usiłował powstrzymać kichnięcie.

 

   — Ciekaw jestem —

 mruknął pod nosem Anthony 

 bardzo jestem ciekaw, kto może 

być za tą przystanią. Trzeba się będzie samemu o tym przekonać.

 

   Wprowadzając słowa w czyn, rzucił zgaszoną uprzednio zapałkę i lekkim, 

bezszelestnym krokiem pobiegł za róg budynku.

 

   Wp

adł na człowieka, który klęczał na ziemi i czynił wysiłki, żeby wstać. 

Mężczyzna ów był wysoki, miał na sobie jasny płaszcz, na nosie okulary, krótką, 

background image

 

 

89 

czarną bródkę w szpic i odznaczał się nieco afektowanym sposobem bycia. Był 

między trzydziestką a czterdziestką i ogólnie rzecz biorąc, wyglądał bardzo 

szacownie. 

   — Co pan tu robi? —

 zapytał Anthony.

 

   Był absolutnie pewien, że ten mężczyzna nie zaliczał się do grona gości lorda 

Caterhama. 

   — 

Proszę mi wybaczyć 

 rzekł ów człowiek z wyraźnym obcym akcen

tem, 

wykrzywiając usta. w niby to przyjacielskim uśmiechu. 

 Wracając do „Wesołego 

Krykiecisty” zabłądziłem. Czy monsieur byłby tak dobry i wskazał mi kierunek?

 

   — 

Oczywiście 

 zapewnił Anthony. 

 Ale przez wodę raczej pan się tam nie 

dostanie. 

   — Co? —

 zapytał cudzoziemiec tonem człowieka zbitego z pantałyku.

 

   — 

Powiedziałem 

 powtórzył Anthony, spoglądając znacząco na przystań 

 że 

drogą wodną pan się tam nie dostanie. Najprościej byłoby przez park, niedaleko 

stąd, ale to wszystko jest prywatna posiadłość. Naruszył pan jej granice.

 

   — 

Ogromnie mi przykro. Musiałem zgubić kierunek. Zamierzałem tutaj uzyskać 

informację.

 

   Anthony powstrzymał się przed uwagą, że klęczenie za przystanią to dość 

dziwny sposób zdobywania informacji. Dotknął delikatnie ramienia mężczyzny.

 

   — 

Proszę iść tędy 

 powiedział. 

 Na prawo, dokoła jeziora i potem prosto, 

niech pan tylko nie przeoczy ścieżki. Jak pan do niej dojdzie, proszę skręcić na 

lewo, i ta ścieżka doprowadzi pana do wioski. Pan, zdaje się, mieszka w 

„Kryki

eciście”, tak?

 

   — 

Tak, monsieur. Od dziś rana. Wielkie dzięki, że był pan tak uprzejmy i 

wskazał mi drogę.

 

   — 

Bardzo mi było miło 

 rzekł Anthony. 

 Mam nadzieję, że się pan nie 

zaziębił?

 

   — 

Słucham? 

 spytał cudzoziemiec.

 

   — 

Od klęczenia na wilgot

nej ziemi —

 wyjaśnił Anthony. 

 Wydawało mi się, że 

pan kichał.

 

   — 

Właśnie miałem kichnąć 

 sprostował mężczyzna.

 

   — 

Otóż właśnie 

 powiedział Anthony. 

 Nie powinien pan powstrzymywać 

kichania. Mówił mi o tym kiedyś jeden ze sławnych lekarzy. To pieki

elnie 

niebezpieczne. Trudno mi określić, jaką szkodę wyrządzi to panu, może źle 

wpłynie na krążenie krwi, tak czy owak proszę tego nigdy nie robić. Do widzenia.

 

   — 

Do widzenia, monsieur, i dziękuję za wskazanie mi drogi.

 

   — Drugi podejrzany cudzoziemiec w wiejskim hoteliku —

 wymamrotał Anthony 

obserwując oddalającą się sylwetkę. 

 I pierwszy, którego nie potrafię 

rozszyfrować. Aparycja francuskiego kupca obwoźnego. Nie wygląda mi na 

Towarzysza Czerwonej Ręki. A może reprezentuje trzecią partię w tej nie

spokojnej 

Herzoslovakii? Francuska guwernantka zajmuje pokój, którego okno jest drugie od 

background image

 

 

90 

końca. Tajemniczy Francuz kręcący się po okolicy i podsłuchujący rozmowy nie 

przeznaczone dla jego uszu. Głowę daję, że coś się za tym kryje.

 

   Pogrążony w rozmyślaniach skierował kroki ku domowi. Na tarasie ujrzał lorda 

Caterhama, przygnębionego stosownie do sytuacji, oraz dwóch nowych gości. Na 

widok Anthony’ego lord ożywił się nieco.

 

   — No, jest pan nareszcie —

 stwierdził. 

 Pozwoli pan, że go przedstawię 

baronow

i… hm… tego… a także kapitanowi Andrassy’emu. 

Pan Anthony Cade. 

   

Baron patrzył na Anthony’ego z rosnącą podejrzliwością.

 

   — Pan Cade? —

 zapytał oschle. 

 Nie sądzę.

 

   — 

Słówko na osobności, panie baronie 

 rzekł Anthony. 

— Wszystko panu 

wyjaśnię.

 

   B

aron skinął głową i obaj panowie poszli wzdłuż tarasu.

 

   — Panie baronie —

 zaczął Anthony 

 zdaję się na pana łaskę i niełaskę. Tak 

dalece nadszarpnąłem honor angielskiego dżentelmena, że przybyłem do tego kraju 

pod nie swoim nazwiskiem. Przedstawiłem się

 panu jako James McGrath — lecz musi 

pan przyznać, że popełnione przez mnie oszustwo ma znikomą rangę. Zna pan 

niewątpliwie dzieła Szekspira i jego uwagi na temat tego, jak nieważne są nazwy 

poszczególnych gatunków róż. Podobnie ta sprawa. Człowiek, z którym chciał się 

pan widzieć, był posiadaczem pamiętników. Ja byłem tym człowiekiem. Świetnie się 

pan ponadto orientuje, że pamiętniki zmieniły już właściciela. Zręczny chwyt, 

baronie, bardzo zręczny chwyt. Czyj to był pomysł, pana czy pańskiego 

zwierzchnika? 

   — 

To był pomysł Jego Wysokości. I tylko on mógł sobie pozwolić na 

wprowadzenie go w czyn. 

   — 

Zrobił to wspaniale! 

 powiedział Anthony z uznaniem. 

— Nigdy bym nie 

pomyślał, że to nie dzieło Anglika.

 

   — 

Książę otrzymał wykształcenie godne angielskiego dżentelmena 

 wyjaśnił 

baron. Takie obyczaje panują w Herzoslovakii.

 

   — 

Żaden profesjonalista nie świsnąłby tego rękopisu w sposób bardziej 

doskonały. Czy będę niedyskretny, jeśli zapytam, co się z nim stało? 

 Mówiąc 

między nami dżentelmenami… 

— zacz

ął baron.

 

   — Jest pan bardzo uprzejmy, baronie —

 burknął Anthony. 

 Nigdy tak często nie 

nazywano mnie dżentelmenem, jak w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin.

 

   — 

Powiem to panu: przypuszczam, że zostały spalone.

 

   — Pan przypuszcza, ale nie wie na pewno, tak? 

   — 

Jego Wysokość trzymał je przy sobie. Miał zamiar je przeczytać, a potem 

spalić.

 

   — Rozumiem — rzeki Anthony. —

 Mimo wszystko te pamiętniki nie są lekturą 

łatwą i nie można ich przekartkować w ciągu pół godziny.

 

   — 

Wśród rzeczy mojego zamęczonego pana nie znaleziono tego rękopisu, więc 

rozumie się samo przez się, że spalony został.

 

background image

 

 

91 

   — Hm —

 mruknął Anthony. 

— Kto to wie? —

 Chwilę milczał, a potem powiedział: 

— 

Zadałem panu te pytania, baronie, ponieważ, jak pan może słyszał, również

 i mnie 

wplątano w tę zbrodnię. Muszę się oczyścić z wszelkich zarzutów, żeby 

najmniejsze podejrzenie na mnie nie ciążyło.

 

   — 

Niewątpliwie 

 powiedział baron. 

 To jest kwestia pańskiego honoru.

 

   — 

Otóż właśnie 

 rzekł Anthony. 

 Dobrze pan to ujął. Ja tak nie potrafię. 

Ale wracając do rzeczy: tylko znalezienie prawdziwego mordercy oddali ode mnie 

wszelkie podejrzenia, lecz abym mógł wziąć się za to, muszę mieć trochę faktów. 

Sprawa pamiętników jest bardzo istotna. Wydaje mi się całkiem prawdopodobne, ż

motywem zbrodni była chęć zdobycia pamiętników.

 

   Czy pańskim zdaniem, baronie, nie posuwam się za daleko w swoich 

przypuszczeniach? 

   Baron chwilę się zastanawiał.

 

   — 

Czytał pan te pamiętniki? 

 zapytał w końcu przezornie.

 

   — 

Dziękuję za odpowiedź

 —

 rzekł Anthony z uśmiechem. 

— A teraz, panie 

baronie, jeszcze jedno. Chciałbym mianowicie uczciwie pana uprzedzić, że nie 

odstąpiłem od zamiaru dostarczenia rękopisu wydawcom w najbliższa środę, 

trzynastego października.

 

   Baron wytrzeszczył na niego oc

zy. 

   — 

Przecież pan już ich nie ma!

 

   — 

W środę, powiedziałem. Dzisiaj mamy piątek. Zostało mi pięć dni na ich 

odzyskanie. 

   — 

A jeśli zostały spalone?

 

   — 

Nie sądzę. I mam ważkie powody, by tak przypuszczać. 

   Pogrążeni w rozmowie zawrócili przy końcu tarasu. I ujrzeli zbliżającą się ku 

nim masywną postać. Anthony, który nie oglądał do tej pory pana Hermana 

Isaacsteina, spojrzał nie niego z niemałym zainteresowaniem.

 

   — Och, baronie —

 rzekł Isaacstein wymachując wielkim, czarnym cygarem 

— to 

fatalna sprawa, doprawdy fatalna. 

   — 

Kogo ja widzę, mojego starego przyjaciela, pana Isaacsteina! 

 wykrzyknął 

baron. —

 Cała nasza wspaniała budowla leży w ruinie.

 

   Anthony odszedł taktownie od wylewających żale dżentelmenów i zaczął 

spacerować wzdłuż tara

su. 

   Nagle zatrzymał się. Z samego środka cisowego żywopłotu unosiła się w 

powietrze cienka spirala dymu. 

   Między dwoma rzędami musi być puste miejsce, pomyślał Anthony. Słyszałem o 

czymś takim.

 

   Spojrzał szybko na prawo i lewo. Lord Caterham z kapit

anem Andrassym 

znajdowali się na drugim końcu tarasu. Odwróceni byli do niego plecami. Anthony 

pochylił się i dal nura pomiędzy bujne cisy.

 

background image

 

 

92 

   Miał rację. Żywopłot składał się z dwóch rzędów 

 z wąskim przejściem 

pośrodku. Wejście do tego korytarza było trochę dalej, przy bocznej części domu. 

Nie kryła się za tym żadna tajemnica, ale osoby, które patrzyły na żywopłot od 

frontu, nigdy by na to nie wpadły.

 

   Anthony spojrzał wzdłuż tej wąskiej alejki. Mniej więcej w jej połowie 

siedział człowiek, wygodnie rozparty w trzcinowym fotelu. Do połowy wypalone 

cygaro leżało na poręczy, a dżentelmen sprawiał wrażenie śpiącego.

 

   — Hm —

 mruknął Anthony. 

 Widocznie pan Hiram Fish woli cień.

 

 

ROZDZIAŁ SZESNASTY

 

HERBATA W POKOJU LEKCYJNYM 

    

   Anthony wrócił na taras z nękającym go uczuciem, że jedyne miejsce, gdzie 

można spokojnie porozmawiać, to środek jeziora.

 

   Z wnętrza domu rozległ się donośny dźwięk gongu i w bocznych drzwiach ukazał 

się Tredwell, zachowując pełną godności postawę.

 

   — 

Podano do stołu, milord

zie. 

   — No! —

 powiedział lord ożywiwszy się nieco. 

— Obiad! 

   W tym momencie dwójka dzieci wypadła z domu. Były to pełne wigoru młode 

kobietki w wieku dziesięciu i dwunastu lat i chociaż mogły nosić imiona Dulcie i 

Daisy, jak sugerowała Bundle, znane były powszechnie jako Guggle i Winkle. 

Wykonały coś w rodzaju tańca wojennego, urozmaiconego przenikliwymi wrzaskami, 

póki nie pojawiła się Bundle, która położyła temu kres.

 

   — Gdzie jest mademoiselle? —

 zapytała ostro.

 

   — 

Ma migrenę, migrenę, migrenę! 

 zaśpiewała Winkle.

 

   — Huraaa! —

 dołączyła się Guggle.

 

   Lordowi Caterhamowi udało się zagnać do domu większość gości. A potem 

powstrzymał przed tym Anthony’ego, kładąc mu dłoń na ramieniu.

 

   — 

Wejdźmy do mego gabinetu 

 wysapał. 

 Mam tam coś ekstra.

 

   Skradając się przez hali lord Caterham bardziej przy

 pominął złodzieja niż 

pana tego domu i niebawem dotarł do azylu, jakim był jego gabinet. Tam otworzył 

szafę i zademonstrował Anthony’emu serię butelek.

 

   — Rozmowa z cudzoziemcami zawsze budzi we mnie pragnienie —

 wyjaśnił 

przepraszającym tonem. 

 Nie mam pojęcia dlaczego.

 

   Rozległo się pukanie i w szparze drzwi ukazała się głowa Virginii.

 

   — 

Dostanę mój ulubiony cocktail? 

 zapytała.

 

   — 

Oczywiście 

 odparł lord z całą serdecznością.

 

   — Prosz

ę do środka.

 

   Następnych parę minut zajął rytuał picia.

 

   — 

To właśnie było mi potrzebne 

 rzekł lord Caterham z westchnieniem, 

odstawiając szklankę na stół.

 

background image

 

 

93 

   — 

Jak już wspomniałem, rozmowa z cudzoziemcami jest dla mnie bardzo 

wyczerpująca. Pewno dlatego, że są tacy uprzejmi. Chodźmy. Pożywimy się trochę.

 

   Udał się do jadalni. Virginia przytrzymała ramię Anthony’ego, dając mu znak, 

by zwolnił nieco kroku.

 

   — 

Dokonałam wyczynu 

 szepnęła. 

 Namówiłam lorda Caterhama, by mi pokazał 

ciało.

 

   — No i? —

 zapytał niecierpliwie Anthony. Jego teoria albo się teraz 

potwierdzi, albo nie. Virginia potrząsnęła przecząco głową.

 

   — 

Nie miał pan racji. To książę Michael.

 

   — 

Coś takiego… 

 Anthony był prawdziwie zmartwiony 

 a mademoiselle miała 

migrenę 

 dodał głośniej, z wyraźnym niezadowoleniem.

 

   — Co to ma z tym wspólnego? 

   — 

Prawdopodobnie nic, ale chciałbym ją zobaczyć. Widzi pani, udało mi się 

stwierdzić, że okno mademoiselle jest drugie od końca, a w tym oknie ubiegłej 

nocy ujrzałem światło.

 

   — Ciekawe. 

   — 

Przypuszczalnie nic się za tym nie kryje. Mimo to jednak chciałbym dzisiaj 

zobaczyć się z nią.

 

   Obiad był swego rodzaju męką. Nawet tolerancyjnej i pogodnej Bundle nie udało 

się stworzyć dobrego nastroju wśród tak różnorodnego towarzystwa. Bar

on i 

Andrassy byli poprawni, oficjalni, napompowani etykietą i mieli takie miny, 

jakby spożywali posiłek w mauzoleum. Lord Caterham był ospały i przygnębiony. 

Bill Eversleigh spoglądał tęsknie na Virginię. George, pomny trudnej sytuacji, w 

jakiej się znalazł, prowadził lekką rozmowę z baronem i panem Isaacsteinem. 

Guggle i Winkle, nie posiadające się z radości, że w ich domu popełniono 

morderstwo, trzeba było ciągle upominać i strofować. Pan Hiram Fish natomiast 

powoli przeżuwał pokarm, wypowiadając oschłe 

uwagi w sobie tylko znanym 

dialekcie. Inspektor Battle dyskretnie się ulotnił i nikt nie wiedział, co się z 

nim stało.

 

   — 

Dzięki Bogu skończyło się 

 mruknęła Bundle do Anthony’ego, gdy wstawali od 

stołu. 

 A George po południu zabiera cudzoziemski konty

ngent do „Abbey”, by 

omówić tajemnice państwowe.

 

   — 

Może to oczyści atmosferę 

 rzucił Anthony.

 

   — Nie mam nic przeciwko temu Amerykaninowi —

 ciągnęła Bundle. 

— On i mój 

ojciec mogliby z równym zapałem dyskutować o swoich pierwszych edycjach w pewnym 

zacisznym miejscu. Panie Fish —

 rzekła, bo osoba, o której była mowa, właśnie 

się zbliżała 

 zaplanowałam dla pana spokojne popołudnie.

 

   Amerykanin skłonił się.

 

   — Bardzo to uprzejme z pani strony, lady Eileen. 

   — Pan Fish —

 wtrącił Anthony 

 miał również bardzo spokojny poranek.

 

   Amerykanin obrzucił go szybkim spojrzeniem.

 

background image

 

 

94 

   — 

Aha, widział mnie pan w moim ustroniu? Bywają chwile, proszę pana, kiedy 

człowiek miłujący spokój marzy tylko o tym, by być jak najdalej od rozszalałego 

tłumu. Bundle odpłynęła, pozostawiając Anthony’ego sam na sam z Amerykaninem. 

Ten ostatni zniżył trochę głos mówiąc:

 

   — 

Moim zdaniem kryje się za tym wszystkim jakaś wielka tajemnica.

 

   — 

Cała masa tajemnic 

 powiedział Anthony.

 

   — 

Ten łysy facet jest prawdopodobnie krewn

ym? 

   — 

Coś w tym sensie.

 

   — 

Narody Europy Środkowej podnoszą alarm 

 powiedział pan Fish. 

— No bo 

chodzą słuchy, że ten nieboszczyk to Jego Królewska Wysokość. Czy to prawda, nie 

wie pan? 

   — 

Przebywał tutaj jako hrabia Stanislaus 

 odparł Anthony wymijająco. Czego 

pan Fish już nie skomentował, rzucił tylko wieloznacznie:

 

   — O rany! 

   Po czym na parę chwil pogrążył się w milczeniu.

 

   — Ten wasz kapitan policji —

 zauważył w końcu 

— Battle czy jak mu tam, jest 

dobry w tych sprawach? 

   — Scotland Yar

d uważa, że tak 

 odpowiedział sucho Anthony.

 

   — 

Według mnie to człowiek bez polotu 

 stwierdził pan Fish. 

 I ślamazarny. 

Najważniejsze dla niego było to, by nikt nie opuszczał domu, i co to ma za sens?

 

   W trakcie mówienia zmierzył Anthony’ego ostrym 

wzrokiem. 

   — 

Jutro rano wszyscy zostaną przesłuchani.

 

   — 

I o to tylko chodzi, tak? Nieważne, że goście lorda Caterhama stają się 

podejrzani? 

   — Drogi panie! 

   — 

Czułem się trochę głupio jako cudzoziemiec. Ale przecież zrobił to ktoś z 

zewnątrz, przypominam sobie teraz. Oszklone drzwi były tylko przymknięte, 

prawda? 

   — Tak —

 przyznał Anthony ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń.

 

   Pan Fish westchnął. Po minucie lub dwóch odezwał się zrzędzącym tonem:

 

   — 

Młody człowieku, czy panu wiadomo, w jaki sposób odwadnia się kopalnię?

 

   — Nie. 

   — 

Za pomocą pompowania, ale to ogromnie ciężka praca… Obserwuję sylwetkę mego 

czcigodnego gospodarza, jak odłącza się od grupki osób. Idę do niego.

 

   Gdy pan Fish godnie się ulotnił, Bundle znowu przypłynęła do Anth

ony’ego. 

   — Zabawny typ, prawda? —

 zapytała.

 

   — Owszem. 

   — 

Szukanie Virginii na nic się nie zda 

 powiedziała Bundle nieprzyjemnym 

tonem. 

   — 

Ja jej nie szukałem.

 

background image

 

 

95 

   — 

Nieprawda. Nie wiem, jak ona to robi. Nie jest ważne, co mówi, a nawet 

sądzę, że nieważne jest, jak wygląda. Ale, mój Boże… zawsze ma, kogo chce. Tak 

czy siak na razie jest zajęta. Prosiła mnie, żebym była dla pana mila, toteż 

będę, nawet przy użyciu siły, jeśli zajdzie taka potrzeba.

 

   — 

Użycie siły nie jest przewidziane 

 zapewnił ją Anthony. 

 Ale jeśli nie 

sprawi to pani różnicy, wolałbym, żeby była pani dla mnie miła na jeziorze, w 

łódce.

 

   — 

Myśl jest celna 

 orzekła Bundle z zamyślonym wyrazem twarzy.

 

   I powędrowali razem w stronę jeziora.

 

   — Zanim przejdziemy do bardziej i

nteresujących tematów 

 zaczął Anthony 

wiosłując niespiesznie 

 chciałbym pani zadać jedno pytanie. Najpierw obowiązek, 

potem przyjemność.

 

   — 

O czyjej sypialni chciałby pan się teraz dowiedzieć? 

 zapytała z pełną 

rezygnacji cierpliwością.

 

   — Na razie 

żadna sypialnia nie wchodzi w grę. Chciałbym się natomiast 

dowiedzieć, skąd wytrzasnęliście państwo tę francuską guwernantkę.

 

   — Rzucono na pana urok —

 stwierdziła Bundle.

 

   — 

Wytrzasnęłam ją z agencji, płacę jej sto funtów rocznie, ma na imię 

Genevieve

. Jeszcze panu mało?

 

   — No dobrze, z agencji —

 powiedział. 

— A co z jej referencjami? 

   — 

Och, co za żar uczuć! Przez dziesięć lat przebywała z hrabiną Oby Nie.

 

   — Oby Nie to znaczy?… 

   — Hrabina de Bretuil, Chateau de Bretuil, z Dinard. 

   — Czy spo

tkała się pani z hrabiną osobiście? Czy też wszystko się odbyło 

drogą listowną?

 

   — 

Tak, ustaliłyśmy listownie.

 

   — Hm… 

   — Pan mnie intryguje —

 oświadczyła Bundle. 

 Niesamowicie wręcz. Czy chodzi o 

miłość, czy zbrodnię?

 

   — Najwidoczniej jest to czyste wariactwo z mojej strony. Dajmy temu spokój. 

   — 

„Dajmy temu spokój” mówi tonem niedbałym, wyciągnąwszy już ode mnie 

wszystkie dane, o jakie mu chodziło. A kogo pan właściwie podejrzewa? Bo ja 

Virginię jako osobę najbardziej nieprawdopodobną. Albo Bill

a. 

   — 

A co się tyczy pani?

 

   — 

Arystokraci przyłączają się potajemnie do Towarzyszy Czerwonej Ręki. Ale 

byłaby sytuacja!

 

   Anthony roześmiał się. Bundle mu się podobała, choć lękał się trochę tych jej 

przenikliwych, przewiercających na wskroś szarych o

czu. 

   — 

Musi pani być dumna z tego wszystkiego 

 powiedział niespodziewanie, 

wskazując dłonią wielki dom majaczący w oddali.

 

   Bundle przymknęła powieki i przechyliła na bok głowę.

 

background image

 

 

96 

   — 

Tak… może odrobinę. Człowiek się przyzwyczaił do tego, co ma. Zresztą nie 

przebywamy tutaj za często 

 piekielne nudy. Całe lato byliśmy w Cowes i 

Deauville, a potem znowu w Szkocji. Przez pięć miesięcy w roku „Chimneys” jest 

przykryte pokrowcami. Raz na tydzień zdejmuje się te pokrowce i przyjeżdżają 

autokary pełne turystów i ci turyści gapią się na Tredwella i słuchają, co on 

mówi. „Po prawej ręce widzą państwo portret czwartej markizy Caterham pędzla 

Joshuy Reynoldsa” i tak dalej, a Ed czy Bert, największy kawalarz na tej 

wycieczce, trąca łokciem swoją dziewczynę i powiada: „Wiesz, Gladys, mają tu dwa 

warte sporo grosza obrazy”. Idą dalej, patrzą na inne obrazy, ziewają, szurają 

nogami i marzą tylko o tym, by już nareszcie nadszedł czas powrotu do domu.

 

   — 

Podobno dwa czy trzy razy dokonywała się tutaj historia?

 

   — W

idać, że słuchał pan George’a 

 rzekła ostro Bundle. 

— On zawsze wygaduje 

takie rzeczy. 

   Tymczasem Anthony wsparł się na łokciu i spoglądał ku brzegowi.

 

   — 

Czy moje oczy widzą trzeciego podejrzanego cudzoziemca, który stoi 

strapiony koło przystani? A może to jeden z gości?

 

   Bundle uniosła głowę z czerwonej poduszki.

 

   — To Bill —

 powiedziała.

 

   — 

Wygląda, jakby czegoś szukał.

 

   — Prawdopodobnie mnie —

 rzekła bez entuzjazmu.

 

   — 

Mam wiosłować w przeciwnym kierunku?

 

   — 

Propozycja nader prawidłowa, choć powinna być wypowiedziana z większym 

zapałem. 

 Po takiej naganie będę wiosłował ze zdwojoną energią.

 

   — 

W żadnym razie 

 zaprotestowała. 

 Mam swoją dumę. Dopłyńmy do miejsca, 

gdzie stoi ten młodociany osioł. Ktoś powinien zatroszczyć się o niego.

 Virgipia 

na pewno dała przed nim drapaka. Pewnego dnia, choć wydaje się to absolutnie 

niepojęte, mogę wyrazić chęć poślubienia George’a, więc muszę ćwiczyć postawę 

„jednej ze znanych w świecie polityki pań domu”.

 

   Anthony posłusznie powiosłował ku brzeg

owi. 

   — 

Ale proszę mi powiedzieć, co się stanie ze mną? 

 zapytał żałosnym tonem. 

— 

Wolałbym nie być piątym kołem u wozu. Czy tam daleko idą dzieci?

 

   — 

Tak. Ale ostrożnie z nimi, bo nie dadzą panu spokoju.

 

   — 

Ja lubię dzieci 

 oświadczył Anthony. 

— M

ógłbym je nauczyć paru spokojnych, 

ćwiczących umysł gier.

 

   — 

W porządku, tylko proszę pamiętać, że pana ostrzegałam.

 

   Po rozstaniu się z Bundłe, która miała otoczyć opieką strapionego Billa, 

Anthony powędrował w kierunku, skąd dobiegały różnorodne wrzaski, zakłócające 

spokój popołudniowych godzin. Przyjęto go z entuzjazmem.

 

   — 

Umiesz bawić się w Indian? Jesteś w tym dobry? 

 zapytała Guggle surowo.

 

   — Raczej tak —

 odpowiedział Anthony. 

 Słuchajcie, jakie wydaję okrzyki, 

kiedy mnie skalpują. O, taki

e. 

background image

 

 

97 

   — 

Zademonstrował.

 

   — 

Nieźle 

 orzekła Winkle, zachowując wstrzemięźliwość. 

— A’ teraz wydaj ryk 

skalpującego.

 

   Anthony uczynił zadość żądaniu krzykiem mrożącym krew w żyłach. Chwilę potem 

zabawa w Indian była w pełnym toku.

 

   Mniej więcej po upływie godziny Anthony otarł czoło i zaryzykował pytanie o 

migrenę, na jaką cierpiała mademoiselle. Miło mu było usłyszeć, że pani czuje 

się już całkiem dobrze. Taką zyskał sympatię dziewczynek, że bardzo stanowczo 

zaprosiły go na herbatę w pokoju lekcyjnym.

 

   — 

Opowiesz nam wtedy o tym powieszonym człowieku 

 nalegała Guggle.

 

   — 

Mówiłeś, że masz ze sobą kawałek tego sznurka? 

 upewniła się Winkle.

 

   — Mam, w walizce—

rzekł Anthony tonem uroczystym.

 

   — 

Każda z was dostanie kawałek.

 

   W tej samej chwili 

Winkle wydała indiański ryk zadowolenia.

 

   — 

Musimy teraz iść i umyć się 

 powiedziała ponuro Guggle. 

— Przyjdziesz na 

herbatę, prawda? Nie zapomnisz?

 

   Obiecał solennie, że nic go nie powstrzyma przed stawieniem się na umówione 

spotkanie. Zadowolone dzi

ewczynki ruszyły w stronę domu. Anthony stał chwilę 

odprowadzając je wzrokiem i właśnie wtedy zobaczył jakiegoś mężczyznę 

wychodzącego z kępy drzew po drugiej stronie, a potem idącego spiesznie przez 

park. Był niemal pewny, że to ten sam czarnobrody cudzoziemiec, którego spotkał 

dziś rano. Podczas gdy wahał się: iść za nim czy nie, krzewy przed nim 

rozchyliły się i pojawił się przed nim w całej krasie pan Hiram Fish. Na widok 

Anthony’ego drgnął lekko.

 

   — 

Czy popołudnie minęło panu spokojnie? 

 zapytał Ant

hony. 

   — 

O, tak, dziękuję.

 

   Jednakże pań Fish nie tchnął takim spokojem jak zazwyczaj. Twarz miał 

zarumienioną, oddech krótki, jak gdyby dopiero co biegł. Wyciągnął zegarek.

 

   — 

Coś mi się zdaje

powiedział przytłumionym głosem 

 że zgodnie z waszym 

br

ytyjskim obyczajem będziecie państwo niebawem pić popołudniową herbatę. 

Trzasnąwszy wiekiem zegarka, pan Fish statecznym krokiem powędrował w stronę 

domu. 

   Anthony stał pogrążony w zadumie i teraz on drgnął na widok wyrastającego 

przed nim jak spod ziemi

 inspektora Battle’a. Najsłabszy nawet szelest nie 

zapowiedział jego pojawienia się, zupełnie jakby się zmaterializował, zstąpiwszy 

z przestrzeni kosmicznej. 

   — 

Skąd pan się tu wziął? 

 zapytał Anthony z irytacją.

 

   Lekkim ruchem głowy wskazał Battle niewielką kępę drzew za nimi.

 

   — 

Dziś po południu to modne miejsce 

 zauważył Anthony.

 

   — 

Pan był nieobecny myślami 

 stwierdził inspektor.

 

background image

 

 

98 

   — 

Istotnie. Czy pan wie, co mnie tak pochłaniało, inspektorze? Usiłowałem 

dodać do jednego dwa, potem pięć, potem trzy, żeby mi wyszło cztery. Ale to jest 

niemożliwe, inspektorze, po prostu niemożliwe.

 

   — Problem jest trudny —

 zgodził się detektyw.

 

   — 

Bardzo mi właśnie zależało na spotkaniu z panem. Inspektorze, chciałbym się 

stąd urwać. Da się to załatwić?

 

   

Zgodnie z swoim obyczajem inspektor Battle nie okazał po sobie ani 

zdziwienia, ani ciekawości. Odpowiedź jego brzmiała szczerze i rzeczowo:

 

   — 

Zależy, proszę pana, dokąd zamierza pan się udać.

 

   — 

Powiem panu otwarcie, inspektorze. Wyłożę karty na stół. Zamierzam udać się 

do Dinard, do hrabiny de Breteuil. Da się zrobić?

 

   — 

Kiedy pan chce jechać?

 

   — 

Dajmy na to jutro po południu. Byłbym z powrotem w niedzielę wieczorem.

 

   — Rozumiem —

 powiedział inspektor ze szczególnym naciskiem.

 

   — I co pan na to? 

   — 

Nie mam zastrzeżeń, pod warunkiem, że udaje się pan tam, gdzie pan 

powiedział, i stamtąd prosto wróci pan lulaj.

 

   — 

Jest pan człowiekiem absolutnie wyjątkowym, inspektorze. Albo czuje pan do 

mnie dużo sympatii, albo jest pan niezwykle przebiegły. Gdzie leży prawda?

 

   Inspektor Battle uśmiechnął się nieznacznie, lecz nic nie odpowiedział.

 

   — Tak, tak —

 zaczął Anthony. 

 Przewiduję, że podejmie pan środki 

ostrożności. Dyskretni funkcjonariusze prawa będą śledzić moje mocno podejrzane 

poczynania. 

Niech będzie. Ale wolałbym wiedzieć, po co to wszystko.

 

   — Nie wiem, o co panu chodzi. 

   — 

Pamiętniki, o to ten cały kram. Czy tylko pamiętniki? A może chowa pan coś 

jeszcze w zanadrzu? 

   Battle znowu się uśmiechnął.

 

   — 

Niech pan posłucha. Idę panu na rękę, ponieważ wywarł pan na mnie dobre 

wrażenie. Chciałbym, abyśmy współpracowali w tej sprawie. Amator i 

profesjonalista to dobra para. Pierwszego cechuje, że się tak wyrażę, bardzo 

osobisty stosunek do zagadnienia, drugi ma doświadczenie.

 

   — Nie mus

zę dodawać 

 rzekł powoli Anthony 

 że zawsze chciałem .wypróbować 

swoje możliwości w ujawnianiu tajemnicy zbrodni.

 

   — 

Ma pan jakieś sugestie dotyczące tej sprawy?

 

   — Mnóstwo —

 odparł Anthony. 

 Ale to głównie znaki zapytania.

 

   — 

Na przykład?

 

   — Kt

o zajmie miejsce zamordowanego? Według mnie to bardzo ważne.

 

   Inspektor uśmiechnął się krzywo. 

 Ciekaw byłem, czy pan na to wpadnie. 

Książę Nicholas Obolovitch jest bezpośrednim spadkobiercą, bratem stryjecznym 

tego dżentelmena.

 

background image

 

 

99 

   — A gdzie on obecnie 

się znajduje?

 zapytał Anthony odwracając się, by 

zapalić papierosa. 

 Tylko proszę mi nie mówić, że pan nie wie, bo nie uwierzę 

panu. 

   — 

Mamy pewne podstawy, by przypuszczać, że jest w Stanach Zjednoczonych. W 

każdym razie ostatnio tam był. Podnosił pieniądze na poczet spadku.

 

   Anthony dał upust zdziwieniu, gwiżdżąc przeciągle.

 

   — Rozumiem —

 rzekł. 

 Michael miał poparcie w Anglii, Nicholas w Ameryce. W 

obydwu państwach grupa finansistów zabiegała o koncesje naftowe. Partia 

Lojalistów przyjęła kandydaturę Michaela 

 teraz muszą szukać gdzie indziej. 

Panowie Isaacstein i spółka oraz pan George Lomax zgrzytają zębami. Radość na 

Wall Street. Mam rację?

 

   — Jest pan tej racji bardzo bliski —

 odparł inspektor Battle.

 

   — Hm —

 mruknął Anthony. 

 Mógłbym przysiąc, że wiem, co pan robił w tej kępie 

zarośli.

 

   Detektyw uśmiechnął się, ale nie wyrzekł ani słowa.

 

   — 

Polityka międzynarodowa to rzecz bardzo fascynująca 

 powiedział Anthony. 

— 

Lecz ja muszę niestety pana opuścić. Mam spotkanie w pokoju lekcyjny

m. 

   Ruszył ostro w kierunku domu. Tam pełen godności Tredwell pokazał mu drogę do 

pokoju lekcyjnego. Zapukał do drzwi, wszedł, a powitały go okrzyki radości.

 

   Guggle i Winkle momentalnie go dopadły i doprowadziły z triumfem przed 

oblicze mademoiselle w celu dokonania prezentacji. 

   Po raz pierwszy ogarnął Anthony’ego niepokój. Mademoiselle Brun była niską 

kobietą w średnim wieku, o ziemistej cerze, szpakowatych włosach i dobrze 

zapowiadających się wąsach.

 

   Zupełnie nie pasowała do wizerunku słynnej z

agranicznej awanturnicy. 

   Zdaje się, stwierdził w duchu Anthony, że wyszedłem na durnia. Nie ma rady, 

muszę jakoś przez to przebrnąć.

 

   Był dla mademoiselle nadzwyczaj miły, ona zaś ze swej strony demonstrowała 

zachwyt, że taki przystojny, młody człowiek wtargnął do jej królestwa. 

Poczęstunek był fantastyczny.

 

   Jednakże tegoż wieczoru, gdy Anthony był już sam ze swoimi myślami w uroczej 

komnacie sypialnej, potrząsnął kilkakrotnie głową z niezadowoleniem.

 

   — 

Pomyliłem się 

 rzekł do siebie. 

— Po raz d

rugi się pomyliłem. W każdym 

razie nie mogę się w tym wszystkim połapać.

 

   Chodził w tę i z powrotem po pokoju i raptem stanął.

 

   — 

Co za diabeł…?

 

   Drzwi delikatnie się otworzyły. W następnej chwili do pokoju wśliznął się 

mężczyzna i stanął tuż za progiem w pozie pełnej szacunku.

 

   Był to silnie zbudowany, wysoki mężczyzna z jasnymi włosami, typowymi dla 

Słowian wystającymi kośćmi policzkowymi i marzycielsko

–fanatycznym spojrzeniem. 

   — 

Kim pan jest, u diabła? 

 spytał Anthony patrząc na niego ze zdzi

wieniem. 

background image

 

 

100 

   Mężczyzna odpowiedział w bezbłędnej angielszczyźnie:

 

   — Jestem Boris Anchoukoff. 

   — 

Służący księcia Michaela?

 

   — 

Tak. Służyłem memu panu. On nie żyje. Teraz służę panu.

 

   — 

Bardzo to uprzejme z pańskiej strony 

 rzekł Anthony 

— ale ja nie 

potrzebuję kamerdynera.

 

   — 

Pan jest teraz moim panem. Będę panu wiernie służył.

 

   — 

Proszę posłuchać: ja nie potrzebuję kamerdynera. Nie stać mnie na to.

 

   Boris Anchoukoff spojrzał na Anhtony’ego z lekkim odcieniem pogardy.

 

   — 

Mnie nie zależy na pieniądzach. Służyłem memu panu. Teraz będę służyć panu, 

do śmierci.

 

   Postąpił szybko do przodu, uklęknął na jedno kolano, złapał rękę Anthony’ego 

i przyłożył ją, sobie do ust. Po czym wstał błyskawicznie i wyszedł z pokoju 

równie niespodziewanie, jak się w nim pojawił.

 

   Anthony spoglądał za nim szeroko otwartymi oczami, cała jego twarz wyrażała 

bezgraniczne zdumienie. 

   — Cholernie dziwna sprawa —

 powiedział do siebie. 

— Facet wierny jak pies. 

Osobliwe ci ludzie mają instynkty.

 

   Wstał z miejsca i znowu zaczął przemierzać pokój tam i z powrotem.

 

   — Mimo wszystko —

 szepnął 

— to bardzo niewygodne, diabelnie niewygodne, 

zwłaszcza teraz.

 

 

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

 

PRZYGODA O PÓŁNOCY

 

    

   Nazajutrz rano odbyło się przesłuchanie. Zupełnie niepodobne do przesłuchań, 

o jakich się czyta w sensacyjnych powieściach. Zadowoliło nawet George’a Lomaxa, 

który dążył uparcie do tuszowania wszelkich interesujących szczegółów. Pracujący 

wspólnie inspektor Battle oraz koroner, wspomagani przez okręgowego komisarza 

policji, 

jak mogli, ograniczali postępowanie, dzięki czemu poziom nudy utrzymał 

się w granicach przyzwoitości.

 

   Natychmiast po przesłuchaniu Anthony dyskretnie się ulotnił.

 

   Jego wyjazd okazał się dla Billa Eversleigha jedynym w ciągu tego dnia jasnym 

promykiem

. George Lomax, przejęty obsesyjnym lękiem, że jakaś rzecz przynosząca 

ujmę jego instytucji może wyjść na jaw, dwoił się i troił. Panna Oscar i Bill 

byli stale do jego dyspozycji. Sprawy ważne i interesujące załatwiała panna 

Oscar. Natomiast zadaniem Billa

 było bieganie tam i siam na różne posyłki, 

rozszyfrowywanie telegramów i słuchanie godzinami powtarzającego się stale 

George’a. 

   Gdy w sobotę wieczorem rzucił się na łóżko był kompletnie wyczerpany. Wskutek 

wzmożonych wymagań George’a przez cały dzień nie miał praktycznie możliwości 

background image

 

 

101 

porozmawiania z Virginią. Chwała Bogu, że ten kolonialny facet się wyniósł. 

Virginia poświęcała mu stanowczo zbyt wiele czasu. No i oczywiście, jeżeli 

George Lomax będzie nadal tak się błaźnił… Billa ogarnęła wściekłość i… zasnął. 

Sen przyniósł mu ukojenie. Śniła mu się Virginia.

 

   Był to sen bohaterski, sen o pożarze, a on odgrywał w nim rolę dzielnego 

wybawcy. Zniósł Virginię na rękach z ostatniego piętra. Była nieprzytomna. 

Położył ją na trawie. A sam udał się w poszukiwaniu kanapek. To było bardzo 

ważne 

 zdobyć pudło z kanapkami. George miał je, ale zamiast wręczyć kanapki 

Billowi, zaczął mu dyktować depeszę. Znajdowali się obecnie w zakrystii jakiegoś 

kościoła i lada chwila miała przybyć Virginia, by wziąć z nim ślub. Ko

szmar! On 

ma na sobie piżamę! Musi natychmiast biec do domu i znaleźć stosowny strój. 

Pędzi do samochodu. Samochód nie chce zapalić. Nie ma benzyny w baku. Billa 

ogarnia rozpacz, l wówczas podjeżdża autobus i wysiada z niego Virginia, 

trzymając pod rękę łysego barona. Jest cudownie spokojna i świetnie ubrana, w 

szarą suknię. Podchodzi do niego i szarpie figlarnie za ramię. „Bill 

— mówi. — 

Och, Bill!” Szarpie go mocniej. „Bill, obudź się, ojej, obudź się!”

 

   Bill obudził się oszołomiony. Był w swojej sypial

ni w „Chimneys”. Ale sen 

częściowo jeszcze trwał. Virginia pochylała się nad nim i w różnych wariantach 

powtarzała to samo zdanie:

 

   — 

Obudź się, Bill! Ojej, Bill, obudź się!

 

   — Hej —

 powiedział Bill siadając na łóżku. 

 Co się stało?

 

   Virginia odetch

nąla z ulgą.

 

   — 

Chwała Bogu! Myślałam, że już się ciebie nie dobudzę. Szarpałam cię i 

szarpałam. Czy już się naprawdę obudziłeś?

 

   — Chyba tak —

 odrzekł niepewnie.

 

   — 

Ty niezguło! Żeby sprawić mi tyle kłopotu! Ręce mnie bolą!

 

   — 

Nie zasłużyłem sobie

 na takie obelgi —

 oświadczył Bill z godnością. 

 Muszę 

ci powiedzieć, Virginio, że twoje zachowanie jest wysoce niestosowne. Absolutnie 

nie przystoi młodej damie.

 

   — 

Nie bądź idiotą, Bill! Dzieją się różne rzeczy…

 

   — Jakie? 

   — Dziwne. W sali obrad. 

Wydawało mi się, że słyszę trzaśniecie drzwiami, i 

zeszłam na dół. I dostrzegłam światło w sali obrad. Poszłam cichutko korytarzem 

i zajrzałam tam przez szparę w drzwiach. Wiele nie mogłam zobaczyć, ale to, co 

zobaczyłam, było tak niesamowite, że postanowiłam zobaczyć więcej. Wtedy 

uświadomiłam sobie nagle, że chciałabym mieć obok przystojnego, wysokiego, 

silnego mężczyznę. A że nie znam nikogo przystojniejszego, wyższego i 

silniejszego od ciebie, więc przyszłam i próbowałam cię delikatnie obudzić. Ale 

deli

katne budzenie trwałoby wieki.

 

   — Rozumiem —

 powiedział Bill. 

 Co zatem chcesz, żebym zrobił? Wstał i złapał 

włamywacza?

 

background image

 

 

102 

   Virginia zmarszczyła brwi.

 

   — 

Nie wiem, czy to są włamywacze. Bill, to bardzo dziwna sprawa… Ale nie 

traćmy czasu na gadanie. W

stawaj! 

   Bill posłusznie wygramolił się z łóżka.

 

   — 

Poczekaj, włożę buty, te wysokie, podbite ćwiekami. Wprawdzie jestem 

przystojny i silny, ale nie zamierzam łapać zatwardziałych kryminalistów na 

bosaka. 

   — 

Ładną masz piżamę 

 powiedziała Virginia m

arzycielsko. —

 Żywe barwy, ale w 

dobrym tonie. 

   — 

Jeżeli już o tym mowa 

 rzekł Bill sięgając po drugi but 

 to bardzo mi się 

podoba ten twój ciuszek. Piękny odcień zieleni. Co to właściwie jest? Chyba nie 

szlafrok, prawda? 

   — To rodzaj peniuaru — odpa

rła Virginia. 

 Cieszę się, Bill, że prowadziłeś 

taki czysty żywot.

 

   — 

Wcale nie prowadziłem czystego żywota 

 odparował Bill z oburzeniem.

 

   — 

Zdradziłeś się. Jesteś ogromnie miły i lubię cię. Powiem więcej: jutro 

rano, dajmy na to o godzinie dziesiąte

j —

 to dobra, bezpieczna pora, hamująca 

nadmierne emocje —

 mogłabym cię nawet pocałować.

 

   — 

Zawsze sądziłem, że te rzeczy najlepiej wychodzą, gdy się działa 

spontanicznie —

 wyraził opinię Bill.

 

   — 

Mamy co innego na głowie

powiedziała Virginia.

 

   — 

Jeżeli nie zamierzasz włożyć maski przeciwgazowej ani kolczugi, to możemy 

zaczynać.

 

   — Jestem gotów —

 oznajmił Bill. Wśliznął się w jedwabny, bladoniebieski 

szlafrok i sięgnął po pogrzebacz.

 

   — 

Broń ortodoksów 

 dodał.

 

   — 

Chodź i nie rób hałasu 

— powied

ziała Virginia. Wyszli chyłkiem z pokoju, 

potem korytarzem, a potem na dół szerokimi schodami. Gdy już byli na parterze, 

Virginia skrzywiła się z niezadowoleniem.

 

   — 

Te twoje buty to naprawdę nie cichostępy!

 

   — 

Ćwieki są ćwiekami 

 stwierdził Bill. 

— C

hciałem jak najlepiej.

 

   — 

Musisz je zdjąć 

 oświadczyła Virginia stanowczo.

 

   Bill jęknął.

 

   — 

Możesz je nieść w ręku. Ciekawa jestem, czy się zorientujesz, co się dzieje 

w sali obrad. Bill, to niesamowicie tajemnicza historia. Dlaczego włamywacze 

rozb

ierają na części rycerza w zbroi?

 

   — 

Hm, sądzę, że trudno byłoby go wynieść w całości. Rozbiorą go na części i 

zgrabnie zapakują.

 

   Virginia z dezaprobatą potrząsnęła głową.

 

   — 

Po co im te stare, zaśniedziałe części zbroi, do czego im są potrzebne? 

Pr

zecież w „Chimneys” jest pełno innych skarbów, łatwiejszych do wyniesienia.

 

background image

 

 

103 

   Bill z kolei potrząsał głową.

 

   — Ilu ich tam jest? —

 zapytał, ściskając mocno rączkę pogrzebacza.

 

   — 

Nie widziałam dokładnie. Wiesz, co można zobaczyć przez dziurkę od klucz

a. 

Mieli tylko latarkę.

 

   — 

Mam nadzieję, że już sobie poszli 

 wyraził przypuszczenie Bill.

 

   Siedział na najniższym stopniu i ściągał buty. Po czym, trzymając je w ręku, 

ruszył chyłkiem korytarzem prowadzącym do sali obrad. Virginia podążała za nim. 

Za

trzymali się przed masywnymi, dębowymi drzwiami. Panowała za nimi cisza, lecz 

nagle Virginia ścisnęła rękę Billa, a on skinął głową potakująco. Dziurka od 

klucza zabłysła na minutę jasnym światłem.

 

   Bill opuścił się na kolana i przyłożył oko do dziurki. To, co zobaczył, 

wprawiło go w skrajne zdumienie. Główna scena rozgrywającego się w sali dramatu 

znajdowała się po lewej stronie, poza polem jego widzenia. Rozlegające się co 

jakiś czas stłumione dźwięki świadczyły o tym, że grabieżcy wciąż mocowali się z 

rycerzem w zbroi. Było ich dwóch, jak stwierdził Bill. Stali przy ścianie, tuż 

pod portretem Holbeina. Światło latarki było najwidoczniej skierowane na 

przedmiot ich działania, wskutek czego reszta pokoju pogrążona była niemal w 

ciemności. Raz jedna z osób mignęła Billowi w jego polu widzenia, lecz było zbyt 

mroczno, by zauważył cokolwiek istotnego. Mógł to być równie dobrze mężczyzna, 

jak i kobieta. Po paru minutach postać przesunęła się znowu i ponownie rozległy 

się owe przytłumione dźwięki. Niebawem doszedł do tego nowy dźwięk, słabe 

stuknięcie, jakby ktoś uderzał o drewno.

 

   Bill odchylił się raptem i usiadł na piętach.

 

   — 

Co się stało? 

 szepnęła Virginia.

 

   — 

Nic. Po prostu to, co robimy, nie ma sensu. Nic praktycznie nie możemy 

zobaczyć i nie domyślamy się nawet, co to wszystko znaczy. Muszę tam wejść i 

popędzić im kota. 

 Włożył buty i wstał. 

 Posłuchaj mnie, Virginio. Jak można 

najciszej otworzymy drzwi. Wiesz, gdzie jest wyłącznik światła, prawda?

 

   — Tak, przy drzwiach. 

   — 

Nie sądzę, by ich było więcej niż dwóch. A może być tylko jeden. Wejdę do 

pokoju. A kiedy powiem: „już”, zapal światło. Wszystko jasne?

 

   — Jak najbardziej. 

   — 

I nie piszcz, i nie zemdlej ani nic w tym sensie. Nie pozwolę, by stało ci 

się coś złego.

 

   — Ty mój bohaterze! —

 mruknęła Virginia.

 

   Bill spojrzał na nią podejrzliwie, przebijając wzrokiem ciemność. Uszu jego 

dobiegł cichy dźwięk, który mógł być zarówno szlochem, jak i śmiechem. Po chwili 

ujął mocniej pogrzebacz i wyprostował się. Zdawał sobie w pełni sprawę z

 grozy 

sytuacji. 

   Cichutko nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły i uchyliły się bezszelestnie. Bill 

czuł tuż za sobą obecność Virginii. Wśliznęli się po cichu do pokoju.

 

background image

 

 

104 

   W drugim jego końcu latarka oświetlała obraz Holbeina. Na jego tle rysowała 

się postać mężczyzny, który stal na krześle i uderzał delikatnie w boazerię. Był 

oczywiście odwrócony do nich plecami i z mroku wyłaniał się jego monstrualny 

cień.

 

   Trudno powiedzieć, co mogliby jeszcze zobaczyć, gdyż w tym momencie but Billa 

zaskrzypiał na parkiecie. Mężczyzna obrócił się gwałtownie, kierując na nich 

promień światła latarki, czym prawie ich oślepił. Bill nie wahał się ani chwili.

 

   — 

Już! 

 ryknął pod adresem Virginii i gdy ona posłusznie zapaliła światło, 

on rzucił się na tego mężczyznę. Wielki kandelabr powinien był zapłonąć 

wszystkimi światłami; lecz jedyne, co nastąpiło, to głuchy trzask wyłącznika. 

Pokój w dalszym ciągu tonął w ciemnościach.

 

   Virginia usłyszała, jak Bill klnie soczyście. W następnym momencie powietrze 

wypełniły odgłosy bójki, sapanie. Latarka upadła na podłogę i wskutek tego 

zgasła. W dalszym ciągu słychać było odgłosy desperackiej walki, ale kto był 

górą, a także kto w istocie brał w niej udział, Virginia nie miała pojęcia. Czy 

oprócz mężczyzny stukającego w boazerię był ktoś jeszcze w pokoju? Całkiem 

możliwe. Tylko na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że ten człowiek jest sam.

 

   Virginia czuła się jak sparaliżowana. Nie wiedziała, co robić. Nie odważyłaby 

się włączyć do walki. Prawdopodobnie zamiast pomóc, zaszkodziłaby 

tylko Billowi. 

Przyszło jej na myśl, by stanąć w drzwiach i starać się nie dopuścić, aby ktoś 

mógł tą drogą się ulotnić. I właśnie w tej samej chwili, wbrew zaleceniom Billa, 

wrzasnęła przeraźliwie, wzywając pomocy.

 

   Usłyszała, jak na górze otwierają się drzwi i zaraz rozbłysło światło w hallu 

i na schodach. Żeby tylko udało się Billowi przytrzymać tego człowieka, zanim 

nadejdzie pomoc. 

   Lecz w tej sekundzie rozległ się potworny łoskot. Walczący musieli widocznie 

upaść na jednego ze zbrojnych rycerzy, bo ten zwalił się na podłogę z 

ogłuszającym hałasem. Virginii mignęła postać zmierzająca ku oszklonym drzwiom, 

potem usłyszała przekleństwa Billa, który wyplątywał się z poszczególnych części 

zbroi. 

   Wtedy po raz pierwszy opuściła swój posterunek i rzuciła się z impetem ku 

wychodzącym na taras drzwiom. Były już widocznie uprzednio otwarte. Intruz nie 

musiał się więc zatrzymywać i manipulować zamkiem. Wyskoczył, pobiegł tarasem i 

zniknął za rogiem domu. Virginia popędziła za nim. Była młoda i wysportowana 

— i 

dobiegła do końca tarasu w niewiele sekund po uciekającym.

 

   I w tym momencie wpadła prosto na mężczyznę, który wychodził właśnie z małych 

bocznych drzwi. Tym mężczyzną okazał się pan Hiram Fish.

 

   — 

Ho, ho, ho, lady we własnej osobie! 

 wykrzyknął. 

 Przepraszam panią 

bardzo. Myślałem, że to jeden z tych zbirów uciekających przed sprawiedliwością.

 

   — 

Właśnie tędy przebiegał! 

 wykrzyknęła Virginia ledwo dysząc. 

 Może go 

razem złapiemy!

 

background image

 

 

105 

   Ale już w trakcie mówienia wiedziała, że jest za późno. Mężczyzna biegł teraz 

przez park, a noc była ciemna, bezksiężycowa. Skierowała więc swe kroki ku sali 

obrad, pan Fish u jej boku, opowiadający monotonnym, sennym głosem o obyczajach 

włamywaczy w ogóle, w której to kwestii zdawał się mieć ogromne doświadczenie.

 

   Lord Caterham, Bundle oraz kilkoro przestraszonej służby stało przed drzwiami 

sali obrad. 

   — 

Co się, do diabła, dzieje? 

 zapytała Bundle.

 

   — 

Czy to byli włamywacze? Co wy tu robicie z panem Fishem? Zażywacie spaceru 

o północy?

 

   Virginia zrelacjo

nowała wydarzenia tego wieczoru.

 

   — 

Cholernie podniecająca historia 

 orzekła Bundle.

 

   — 

Rzadko się zdarza, aby w ciągu jednego weekendu zdarzyło się i morderstwo, 

i włamanie. Ale co z tym światłem? Wszędzie jest.

 

   Tę tajemnicę wkrótce wyjaśniono. Po prostu korki zostały wykręcone i leżały 

rzędem na podłodze. Wspiąwszy się na schodki Tredwell, szacowny nawet w negliżu, 

doprowadził światło do pozbawionych go pomieszczeń.

 

   — 

Nie ulega dla mnie wątpliwości 

 powiedział lord Caterham ze smutkiem, 

rozglądając się dokoła 

 że ten pokój padł ofiarą czyjejś gwałtownej 

działalności.

 

   Było w tym trochę racji. Wszystko, co tylko mogło być przewrócone, zostało 

przewrócone. Na podłodze poniewierały się połamane krzesła, stłuczona porcelana, 

części zbroi.

 

   — I

lu było tych złoczyńców? 

 zapytała Bundle.

 

   — 

Wygląda na to, że toczyła się tu zaciekła walka.

 

   — Moim zdaniem jeden —

 powiedziała Virginia, lecz już w trakcie mówienia 

zawahała się trochę. Na pewno jedna osoba, mężczyzna, wyszła przez oszklone 

drzwi.

 Gdy jednak Virginia rozpoczynała za nim pościg, odniosła niejasne 

wrażenie, że ktoś przebiegł tuż obok. Jeśli tak, to drugi najeźdźca mógł uciec 

drzwiami wychodzącymi na korytarz. A może ten szelest był tylko wytworem 

wyobraźni?

 

   Za drzwiami, na tarasie

, pojawił się Bill. Nie mógł złapać tchu, ledwo 

dyszał.

 

   — Niech szlag trafi tego typa! —

 wykrzyknął z wściekłością. 

 Uciekł! 

Przeszukałem cały teren. Ani śladu po nim!

 

   — 

Nie przejmuj się. Bill 

 powiedziała Virginia.

 

   — 

Następnym razem będziesz miał więcej szczęścia.

 

   — No tak — zaczai lord Caterham. —

 I co według was powinniśmy teraz zrobić? 

Wrócić do łóżek? O tej porze nie złapię Badgworthy’ego. Tredwell, ty znasz 

hierarchię potrzeb, stosuj się do niej.

 

   — Tak jest, milordzie. 

   Westchnąwszy z ulgą, lord Caterham szykował się do odejścia.

 

background image

 

 

106 

   — 

Ten cały Isaacstein śpi jak zabity 

 powiedział z odcieniem zazdrości. 

— A 

należałoby sądzić, że awantura na dole wyciągnie go łóżka. 

 Spojrzał z ukosa na 

pana Fisha. —

 A pan, jak widzę, zdążył się nawet ubrać 

 dodał.

 

   — 

Wrzuciłem na siebie parę sztuk odzieży 

 wyjaśnił Amerykanin. 

— Bardzo to 

rozsądne z pana strony 

 rzekł lord Caterham. 

 Bo w piżamie cholernie zimno.

 

   Ziewnął. W przygnębionym nastroju towarzystwo powędrowało do łóżek.

 

 

ROZDZIAŁ 

OSIEMNASTY 

DRUGA PRZYGODA O PÓŁNOCY

 

    

   Pierwszą osobą, którą Anthony zobaczył, gdy nazajutrz po południu wysiadł z 

pociągu, był inspektor Battle. Jego twarz rozpromienił uśmiech.

 

   — 

Wracam zgodnie z umową 

 oświadczył Anthony.

 

   — 

Czy przybył pan tu specjalnie po to, by się o tym przekonać?

 

   Battle potrząsnął głową.

 

   — 

Nie budziło to we mnie niepokoju, proszę pana. Jadę do Londynu, to 

wszystko. 

   — Pan ma taki ufny charakter, inspektorze? 

   — 

Tak pan sądzi?

 

   _—

 Nie, sądzę, że skomplikowany, b

ardzo skomplikowany. Cicha woda, jak panu 

wiadomo, i tak dalej. A więc jedzie pan do Londynu?

 

   — 

Zgadza się.

 

   — 

Ciekawe, po co? Detektyw nie odpowiedział.

 

   — Pan jest bardzo rozmowny —

 stwierdził Anthony.

 

   — 

Lubię to u pana.

 

   W oczach inspektora 

pojawiło się coś, co przypominało ogniki.

 

   — 

A jak daleko pan się posunął? 

 zapytał. 

— Jak panu idzie? 

   — 

Niewypał, inspektorze. Fatalnie się pomyliłem. Przykra historia.

 

   — 

W czym się pan pomylił, jeśli wolno spytać? 

 Podejrzewałem francuską 

guwer

nantkę. Na podstawie, po pierwsze: że jest ostatnią osobą, której można by 

przypisać dokonanie morderstwa, zgodnie z zasadą tworzenia fikcji. Po drugie: w 

nocy, kiedy wydarzyła się tragedia, w jej pokoju zapaliło się światło.

 

   — 

Niewiele miał pan punktów

 zahaczenia. 

   — 

To prawda. Niewiele. Ale ustaliłem, że pracuje tu od niedawna, a także 

stwierdziłem, że kręci się tu jakiś podejrzany Francuz. Zebrał pan o nim 

wszelkie dane, jak przypuszczam ? 

   — 

Ma pan na myśli człowieka, który mówi, że się nazywa Chelles? Zatrzymał się 

w „Krykieciście”. Komiwojażer. Handluje jedwabiem.

 

   — 

Ach tak! I co dalej? Co sądzi o nim Scotland Yard?

 

   — 

Że zachowuje się podejrzanie 

 wyrzekł inspektor beznamiętnym tonem.

 

background image

 

 

107 

   — 

Powiedziałbym, że bardzo podejrzanie. No więc pod

sumujmy: guwernantka, 

Francuzka, w domu; cudzoziemiec, Francuz, poza domem. Uznałem, że oni tworzą 

sitwę, toteż pospieszyłem do pewnej lady, u której mademoiselle Brun przez 

ostatnie dziesięć lat była zatrudniona, by rozpytać ją o Francuzkę. Byłem 

absolutn

ie nastawiony na to, że owa lady nigdy nie słyszała o mademoiselle Brun, 

ale myliłem się, inspektorze. Mademoiselle to produkt autentyczny.

 

   Battle skinął głową.

 

   — 

Muszę dodać 

 ciągnął Anthony 

 że w miarę jak rozmawiałem z guwernantką, 

nabierałem niejasnego przekonania, że stawiam na fałszywego konia. Sprawiała 

wrażenie typowej przedstawicielki swego zawodu.

 

   Battle ponownie skinął głową.

 

   — Mimo to —

 powiedział 

 nie może pan nie brać pod uwagę tej ewentualności. 

Kobiety za pomocą makijażu dokonują cudów. Znałem piękną dziewczynę, która 

zmieniła kolor włosów, umalowała policzki na kolor ziemisty, pociągnęła lekko 

różem powieki i 

 co dało największy efekt 

 ubrała się niechlujnie; skutek był 

taki, że większość znajomych dziewczyny nie poznawała jej… Mężczyźni nie mają aż 

takich możliwości. Zrobi pan coś ze swoimi brwiami, no i oczywiście odpowiednio 

dobrane sztuczne zęby 

 to zmienia całkowicie wyraz twarzy. Ale pozostają uszy 

— 

uszy, proszę pana, ogromnie wiele mówią o charakterze człowieka.

 

   — 

Proszę się tak w moje nie wpatrywać, inspektorze 

 powiedział Anthony. 

— 

Bardzo mnie. to denerwuje. 

   — 

Nie mówię o sztucznej brodzie czy szmince 

 ciągnął Battle. 

— To dobre na 

powieść. Tak, jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią uniknąć identyfikacji 

wyprowadzić człowieka w pole. W gruncie rzeczy znam tylko takiego jednego, który 

ma prawdziwy talent do nadawania sobie innego wyglądu. Król Victor. Słyszał pan 

o Królu Victorze? 

   Detektyw zadał to pytanie w sposób tak nagły i tonem tak ostrym, że Anth

ony 

powstrzymał się od odpowiedzi, którą miał już na końcu języka.

 

   — Król Victor? —

 powtórzył zamiast tego, z wyraźnym namysłem. 

 Coś mi się 

obiło o uszy.

 

   — 

Jeden z najsłynniejszych na świecie złodziei klejnotów. Ojciec Irlandczyk, 

matka Francuzka. 

Włada co najmniej pięcioma językami. Odsiadywał wyrok, ale 

przed paroma miesiącami wyszedł na wolność.

 

   — Doprawdy? A gdzie on teraz jest? 

   — 

To właśnie chcielibyśmy wiedzieć, proszę pana.

 

   — 

Sprawa wikła się coraz bardziej 

 powiedział Anthony lekki

m tonem. — Nie ma 

raczej szans, żeby tutaj się pojawił, prawda? Ponadto, jak przypuszczam, 

pamiętniki polityka go nie interesują, tylko klejnoty.

 

   — 

Trudno powiedzieć 

 rzekł inspektor Battle.

 

   — 

Wbrew temu, co jest nam wiadome, może już tu być.

 

background image

 

 

108 

   — Przebrany za drugiego kamerdynera. Kapitalne! Rozpozna go pan po uszach i 

okryje się sławą!

 

   — 

Nie zbywa panu na dowcipie. A propos, co pan sądzi o tym interesującym 

wydarzeniu w Staines? 

   — Staines? —

 powtórzył Anthony. 

 A co się tam takiego wydarzyło

   — 

Pisała o tym sobotnia prasa. Myślałem, że pan czytał. Przy szosie 

znaleziono zastrzelonego człowieka. Cudzoziemca. Dziś również było o tym w 

gazetach. 

   — 

Tak, rzeczywiście, wpadło mi to w oko 

 powiedział Anthony od niechcenia. 

— 

Zdaje się, że to nie było samobójstwo.

 

   — 

Nie. Nie znaleziono przy nim broni. Na razie ów mężczyzna nie został 

zidentyfikowany. 

   — 

Pan jest tym bardzo przejęty 

 rzekł z uśmiechem Anthony. 

 Czy ma to jakiś 

związek ze śmiercią księcia Michaela?

 

   Ręka mu nie zadrżała. Nad oczami także panował. Czy mu się tylko wydawało, że 

inspektor Battle wpatruje się w niego szczególnie intensywnie?

 

   — 

Wygląda to niemal na epidemię 

 powiedział inspektor. 

— Nie, chyba oba 

wypadki nie mają ze sobą nic wspólnego.

 

   Odwrócił się machnąwszy ręką, albowiem pociąg londyński nadjeżdżał właśnie z 

łoskotem. Anthony odetchnął z ulgą.

 

   Szedł przez park pogrążony w nietypowej dla niego zadumie. Celowo obrał ten 

sam kierunek, z którego podchodził do rezydencji owej fatalnej czwartkowej nocy, 

i gdy był już całkiem blisko, popatrzył w górę na okna, wysilając pamięć, by 

ustalić już z całą pewnością, gdzie wówczas zobaczył światło. Czy aby na pewno 

było to okno drugie od końca?

 

   I w trakcie tej gimnastyki myślowej dokonał odkrycia.

 

   Róg domu b

ył spłaszczony, toteż znajdujące się tam okno było jak gdyby na 

trochę dalszym planie. Komuś stojącemu w jednym miejscu to okno wydawało się 

pierwsze, to zaś nad salą obrad 

 drugie, lecz gdy odszedł parę jardów w prawo, 

ta część nad salą obrad wyglądała jak narożna część budynku. Pierwsze okno było 

wtedy poza polem widzenia, a dwa ponad salą obrad można było uznać za pierwsze i 

drugie od końca. W którym miejscu dokładnie stał Anthony, gdy spostrzegł 

zapalające się światło?

 

   Precyzyjne jego określenie było rzeczą niezwykle trudną. Jard dalej czy 

bliżej 

 stanowiło to już ogromną różnicę. Jedno nie ulegało najmniejszej 

wątpliwości: okazało się oto, że mógł się pomylić mówiąc, iż zobaczył światło w 

drugim oknie od końca. Równie dobrze mogło być trzecie.

 

   A

 więc teraz: kto zajmował trzeci pokój? Anthony postanowił możliwie jak 

najszybciej ustalić ów fakt. Szczęście mu sprzyjało. W hallu Tredwell stawiał 

właśnie na swoim miejscu na tacy masywny, srebrny dzban. Nikogo poza nim nie 

było.

 

background image

 

 

109 

   — 

Jak się masz, Tred

well —

 rzekł Anthony. 

 Chcę cię o coś zapytać. Kto 

zajmuje trzeci pokój od końca w zachodnim skrzydle domu? Nad salą obrad?

 

   Tredwell chwilę się zastanawiał.

 

   — 

Ten amerykański dżentelmen, pan Fish.

 

   — 

Aha. Dzięki.

 

   — Drobiazg, sir. —

 Miał już odejść, ale się zatrzymał. Chęć, aby być 

pierwszym człowiekiem serwującym nowinę, zmogła nawet świątobliwego kamerdynera. 

 Może pan już słyszał, co się wydarzyło wczoraj w nocy?

 

   — 

Nie. A co się wydarzyło?

 

   — Napad rabunkowy. 

   — 

Niemożliwe? Co zginęło?

 

   — 

Nic. Złodzieje rozbierali rycerza w zbroi w sali obrad, gdzie zostali 

zaskoczeni i zmuszeni do ucieczki. Zdołali niestety zbiec.

 

   — Niesamowite —

 orzekł Anthony. 

 Znowu sala obrad. Włamali się tak jak 

poprzednio? 

   — 

Prawdopodobnie wyważyli oszkl

one drzwi. 

   Rad, że jego informacje wywołały takie zainteresowanie, Tredwell ponownie 

szykował się do odejścia, lecz jeszcze chwilę się zatrzymał, by z nadętą miną 

wypowiedzieć słowa przeprosin:

 

   — 

Proszę mi wybaczyć. Nie słyszałem, kiedy pan wchodził, i nie wiedziałem, że 

stoi pan tuż za mną.

 

   Pan Isaacstein, który padł ofiarą kolizji, machnął przyjacielsko dłonią w 

stronę Tredwella.

 

   — 

Nie szkodzi. Zapewniam cię, że nic mi się nie stało. Tredwell przestał mieć 

nadętą minę, Isaacstein zaś wszedł do środka i zagłębił się w klubowym fotelu.

 

   — 

Cześć, Cade, a więc wrócił pan! Słyszał pan już o tym nocnym spektaklu?

 

   — Tak —

 odparł Anthony. 

— Weekend mamy raczej urozmaicony, prawda? 

   — 

Przypuszczam, że tym razem było to dzieło miejscowych łobuzów 

 powiedział 

Isaacstein. — Niechlujna, amatorska robota. 

   — 

Czy ktoś w okolicy kolekcjonuje zbroje? 

 zapytał Anthony. 

— Ustalenie tego 

faktu byłoby interesujące.

 

   — Bardzo —

 zgodził się pan Isaacstein. 

 Chwilę milczał, a potem rzekł 

powoli: —

 Cała sy

tuacja tutaj jest ogromnie niefortunna. 

   W jego tonie wyczuwało się jakąś groźną nutę.

 

   — Nie bardzo rozumiem —

 powiedział Anthony.

 

   — 

Dlaczego nas tu trzymają? Przesłuchiwanie wczoraj się skończyło. Zwłoki 

księcia zostaną przewiezione do Londynu, gdzie poda się do publicznej 

wiadomości, że umarł na serce. I wciąż nikomu nie wolno opuszczać tego domu. Pan 

Lomax wie tyle samo co ja. Odsyła mnie do inspektora Battle’a.

 

background image

 

 

110 

   — 

Inspektor Battle ma coś w zanadrzu 

 oświadczył Anthony z namysłem. 

— I 

wydaje m

i się, że najważniejsze dla jego planu jest to, by nikt stąd nie 

wyjechał.

 

   — 

Ale, bardzo przepraszam, pan przecież wyjechał?

 

   — 

Z aniołem stróżem depczącym mi po piętach. Nie ulega dla mnie kwestii, że 

cały czas byłem śledzony. Nie miałbym szansy na pozbycie się rewolweru lub coś w 

tym sensie. 

   — Ach, rewolwer —

 powiedział w zamyśleniu Isaacstein. 

— Nie odnaleziono go, 

jak się zdaje?

 

   — Jeszcze nie. 

   — 

Może zbrodniarz wrzucił go do jeziora?

 

   — 

Bardzo możliwe.

 

   — Gdzie jest inspektor Battle? D

ziś po południu go nie widziałem.

 

   — 

Pojechał do Londynu. Spotkaliśmy się na stacji.

 

   — 

Do Londynu? Co pan mówi? Powiedział, kiedy wraca?

 

   — 

O ile dobrze zrozumiałem, jutro wczesnym rankiem.

 

   Do hallu weszła Virginia z lordem Caterhamem i panem Fishem. Uśmiechnęła się 

do Anthony’ego na powitanie. 

   — 

No, jest pan z powrotem. Słyszał pan o naszych nocnych przygodach?

 

   — Faktycznie, panie Cade —

 rzekł Hiram Fish. 

 To była istna nerwowa. Doszło 

do pana, że wziąłem panią Revel za jednego ze zbirów?

 

   — A tymczasem —

 zaczął Anthony 

— ten zbir… 

   — 

Dał drapaka 

 dokończył ponuro pan Fish.

 

   — 

Proszę nalewać… 

 powiedział do Virginii lord Caterham. 

— Nie wiem, gdzie 

jest Bundle. 

   Virginia spełniła jego prośbę. Po czym usiadła blisko Anthony’ego.

 

  

 Po herbacie niech pan przyjdzie na przystań 

 powiedziała ściszonym głosem. 

— 

Ja i Bill mamy panu mnóstwo do opowiedzenia. 

   I włączyła się do ogólnej rozmowy.

 

   Spotkanie na przystani odbyło się zgodnie z planem.

 

   Virginia i Bill prześcigali się w opowieściach. Wszyscy troje się zgodzili, 

że środek jeziora jest najbezpieczniejszym miejscem na poufną rozmowę. Gdy, 

wiosłując, znaleźli się w odpowiedniej od brzegu odległości, Anthony wysłuchał 

całej historii z ubiegłej, pełnej przygód nocy. Bill był z lekka nadąsany. 

Wolałby, żeby Virginia nie wtajemniczała we wszystko tego kolonialnego faceta.

 

   — Dziwna sprawa —

 rzekł w końcu Anthony. 

 Co pani o tym sądzi? 

 zapytał 

zwracając się do Virginii.

 

   — 

Musieli czegoś szukać 

 odparła szybko. 

 Teoria o złodziejach jest według 

mnie absurdalna. 

background image

 

 

111 

   — 

Sądzili, że to coś, czego szukają, jest ukryte w zbroi, to jasne. Ale 

dlaczego stukali w boazerię? A może szukali tajemnych schodów albo czegoś w tym 

sensie? 

   — 

W „Chimneys” jest „księża jama”, to wiem 

— powiedz

iała Virginia. 

— Równie 

dobrze mogą więc ‘być i tajemne schody. Lord Caterham powie nam o tym. Ale ja 

chciałabym się dowiedzieć, czego oni szukają.

 

   — 

Na pewno nie pamiętników. To duża, nieporęczna paczka. Musi to być coś 

małego.

 

   — 

Mam nadzieję, że Ge

orge wie —

 powiedziała Virginia. 

 Ciekawe, czy udałoby 

mi się wyciągnąć to od niego. Od początku miałam wrażenie, że coś się za tym 

wszystkim kryje. 

   — 

Mówiła pani, że był tam tylko jeden człowiek 

 ciągnął Anthony 

— ale równie 

dobrze mogło być ich dwóch, bo odniosła pani wrażenie, że w czasie gdy 

doskoczyła pani do oszklonych drzwi, ktoś przemknął ku drzwiom wychodzącym na 

korytarz. 

   — 

Szelest był ledwo słyszalny 

 rzekła. 

 Może zrodził się tylko w mojej 

wyobraźni…

 

   — . Niewykluczone, ale gdyby tak

 istotnie było, oznaczałoby to, że druga 

osoba jest domownikiem. Zastanawiam się…

 

   — Nad czym? —

 zapytała Virginia.

 

   — 

Nad pedanterią pana Hirama Fisha, który, słysząc z dołu wołania o pomoc, 

ubiera się od stóp do głów.

 

   — 

Coś w tym jest 

 zgodziła się. 

— No i z drugiej strony ten Isaacstein, 

który przesypia całą hecę. To też jest podejrzane. Trudno sobie wyobrazić, by 

się nie obudził.

 

   — Jeszcze ten Boris —

 powiedział Bill. 

 Ma wygląd skończonego łotra. Mówię o 

służącym Michaela.

 

   — W „Chimneys”

 aż się roi od podejrzanych typów 

 stwierdziła Virginia. 

— 

Głowę daję, że w oczach innych też jesteśmy podejrzani. Wolałabym, żeby 

inspektor Battle nie wybrał się do Londynu. Moim zdaniem postąpił niemądrze. A 

propos, kilka razy widziałam tego cudacznego Francuza myszkującego po parku.

 

   — 

Popełniłem błąd 

 przyznał Anthony. 

 Pojechałem, i daremny trud. Wyszedłem 

na durnia. Według mnie cała kwestia sprowadza się do tego: czy ci ludzie 

znaleźli to, czego ostatniej nocy szukali?

 

   — 

Sądzę, że nie 

— powied

ziała. 

 A właściwie to jestem przekonana, że nie.

 

   — 

Skoro tak, to wrócą. Wiedzą albo dowiedzą się niebawem, że Battle jest w 

Londynie. Zaryzykują i dziś w nocy znowu złożą nam wizytę.

 

   — 

Naprawdę tak pan uważa?

 

   — 

Jest taka możliwość. Nasza trójka powinna stworzyć zespół operacyjny. Ja i 

Eversleigh ukryjemy się, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, w sali 

obrad… 

background image

 

 

112 

   — 

A co ze mną? 

 przerwała Virginia. 

— Czy aby nie zamierzacie mnie z tego 

wyłączyć?

 

   — 

Słuchaj, Virginio 

 powiedział Bill. 

 To jest męska robota…

 

   — 

Nie wygłupiaj się, Bill. Ja już przez to przeszłam. Pamiętaj o tym. A więc 

nasz zespół będzie dziś w nocy trzymał straż.

 

   Decyzja zapadła i omówiono szczegóły planu. Gdy towarzystwo udało się na 

spoczynek, członkowie zespołu zeszli potajemnie na dół. Każdy był uzbrojony w 

latarkę elektryczną, a w kieszeni marynarki Anthony’ego spoczywał rewolwer.

 

   Anthony powiedział, iż jest przekonany, że zostanie podjęta kolejna próba 

znalezienia tego czegoś. Nie przypuszczał jednakże, że podejmie ją ktoś z 

zewnątrz. Zakładał bowiem, że Virginia odniosła słuszne wrażenie, iż ktoś 

wczorajszej nocy przemknął obok niej, toteż ustawił się w cieniu starej, dębowej 

szafy, wzrok miał skierowany na drzwi wychodzące na korytarz, a nie na oszklone, 

wi

odące na taras. Virginia przykucnęła przy przeciwległej ścianie, za rycerzem w 

zbroi, Bill zaś zajął miejsce koło oszklonych drzwi.

 

   Minuty wlokły się w nieskończoność. Wybiła pierwsza godzina, potem pół do 

drugiej, druga, pół do trzeciej. Anthony’emu zesztywniały kości, zdrętwiał cały. 

Dochodził powoli do przekonania, że się pomylił w swoich wyliczeniach. Nikt dziś 

w nocy nie ponowi próby. 

   Nagle zamienił się w słuch. Postawił w stan alarmu wszystkie swoje zmysły. 

Usłyszał kroki na tarasie. Znowu cisza, i delikatne skrobanie w szybę. Raptem 

wszystko ucichło i oszklone drzwi otworzyły się. Do pokoju wkroczył mężczyzna. 

Chwilę stał całkiem nieruchomo, rozglądając się wokół, nasłuchując. Po paru 

minutach, jak gdyby zadowolony z sytuacji, zapalił latarkę, którą miał ze sobą, 

i szybko omiótł światłem pokój. Widocznie nic szczególnego nie zauważył. Trójka 

wartowników wstrzymała oddech.

 

   Podszedł do tego samego fragmentu obitej boazerią ściany, który obstukiwał 

poprzedniej nocy. 

   — I wówczas Bill zesztywnia

ł ze zgrozy; zachciało mu się kichać. Szybki marsz 

ubiegłej nocy przez podmokły, nisko położony park sprawił, że się przeziębił. 

Cały dzień kichał prawie bez przerwy. Teraz właśnie też zebrało mu się na to 

kichanie i nic na świecie nie mogłoby go powstrzymać.

 

   Zastosował wszelkie środki, o jakich mu było wiadomo. Przygryzł górną wargę, 

głęboko oddychał, odrzucił głowę do tyłu i wpatrywał się w sufit. Ostatnią deską 

ratunku było to, że z całej siły ścisnął palcami nos. Wszystko na próżno. 

Kichnął.

 

   Przyt

łumione, powstrzymywane, głuche kichnięcie, lecz wśród martwej ciszy 

pokoju zabrzmiało jak wystrzał.

 

   Człowiek obrócił się gwałtownie dokoła i w tej samej chwili Anthony wkroczył 

do akcji. Zapalił latarkę i rzucił się na przybysza. W następnym momencie o

baj 

tarzali się po podłodze.

 

background image

 

 

113 

   — 

Światło! 

 krzyknął Anthony.

 

   Virginia stała tuż przy wyłączniku. Tym razem wszystkie żarówki rozbłysły. 

Anthony był górą, nad tym człowiekiem. Bill pochylił się, by mu przyjść z 

pomocą.

 

   — A teraz —

 powiedział Anthony

 —

 zobaczymy, coś ty za jeden, kochasiu!

 

   — 

Odwrócił swoją ofiarę twarzą do góry. Był to ten schludny, czarnobrody 

cudzoziemiec z „Krykiecisty”. 

   — Dobra robota —

 rozległ się brzmiący aprobatą głos. Rozejrzeli się ze 

zdumieniem. W progu zobaczyli zwali

stą sylwetkę inspektora Battle’a.

 

   — 

Sądziłem, że jest pan w Londynie, inspektorze 

 odezwał się Anthony.

 

   W oczach inspektora zapaliły się światełka.

 

   — 

Naprawdę? 

 zapytał. 

 Pomyślałem sobie, że będzie dobrze, jeżeli ktoś 

będzie sądził, iż pojechałem.

 

   — 

I słusznie 

 zgodził się Anthony, spoglądając na swojego, leżącego plackiem 

przeciwnika. 

   Ku jego zdziwieniu na twarzy tegoż pojawił się cień uśmiechu.

 

   — 

Czy mogę wstać, panowie? 

 zapytał. 

— Jest was trzech na jednego. 

   Anthony pomógł mii uprzejmie stanąć na nogi. Intruz poprawił marynarkę, 

podniósł kołnierz, po czym spojrzał ostro na inspektora.

 

   — 

Domagam się przeprosin 

 powiedział. 

 Ale czy dobrze zrozumiałem, że jest 

pan ze Scotland Yardu? 

   — Jak najbardziej —

 odparł Battle.

 

   — 

Wobec tego przedłożę panu moje listy uwierzytelniające. 

 Uśmiechnął się 

smętnie. 

 Powinienem był być na tyle mądry, by uczynić to znacznie wcześniej.

 

   Wyjął z kieszeni kilka dokumentów i wręczył je detektywowi Scotland Yardu. 

Odchylił zarazem klapę marynarki i pokazał coś, co było tam przypięte.

 

   Battle wydał okrzyk zdziwienia. Przejrzał papiery i z lekkim ukłonem zwrócił 

je właścicielowi.

 

   — 

Przykro mi, że został pan poturbowany, monsieur 

 powiedział 

— ale sam pan 

jest sobie winien. —

 Uśmiechnął się odnotowując w myślach zdumienie, jakie 

odmalowało się na twarzach pozostałych osób. 

— To jest nasz kolega, którego od 

pewnego czasu oczekujemy —

 rzekł. 

 Pan Lemoine z S?reté w Paryżu.

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

 

TAJEMNICZA HISTORIA 

   Wszyscy wytrzeszczyl

i oczy na francuskiego detektywa, który odwzajemnił się 

uśmiechem.

 

   — Tak —

 powiedział. 

— Taka jest prawda. 

   Milczeli chwilę, porządkując myśli. Następnie Virginia zwróciła się do 

inspektora: 

   — 

Wie pan, co sobie myślę, inspektorze Battle?

 

background image

 

 

114 

   — Co mianowicie, szanowna pani? 

   — 

Że najwyższy czas, by pan nas cokolwiek oświecił.

 

   — 

Oświecił? Nie bardzo panią rozumiem, pani Revel.

 

   — 

Inspektorze, świetnie mnie pan rozumie. Przypuszczam, że pan Lomax polecił 

panu obwarować się dyskrecją, to do George

’a podobne, ale, doprawdy, lepiej jest 

nam powiedzieć niż dopuszczać do tego, byśmy wciąż natykali się na tajemnice i 

może nawet krzywdzili kogoś niepomiernie. Czy zgodzi pan się ze mną, monsieur?

 

   — 

Madame, w całej rozciągłości.

 

   — 

Nie sposób działać, trzymając wszystko w ukryciu 

 powiedział Battle. 

Oświadczyłem to panu Lomaxowi. Pan Eversleigh jest sekretarzem pana Lomaxa, nie 

mam więc żadnych obiekcji, żeby poznał fakty, jakie są do poznania. Co zaś się 

tyczy pana Cade’a, to on nolens volens został wciągnięty w tę sprawę, i uważam, 

że ma prawo wiedzieć, na czym stoi. Ale… 

 urwał.

 

   — Wiem —

 wtrąciła Virginia. 

 Kobiety są tak niedyskretne. George często 

wygłasza taką opinię.

 

   Lemoine obserwował Virginię z uwagą. Po chwili powiedział do funkcjona

riusza 

Scotland Yardu. 

   — 

Czy zwracał się pan do tej madame, wymieniając nazwisko Revel?

 

   — 

Tak się nazywam 

 powiedziała Virginia.

 

   — 

Pani małżonek pracował w dyplomacji, prawda? I przebywała pani z nim w 

Herzoslovakii tuż przed zamordowaniem króla 

i królowej? 

   Lemoine nawiązał do poprzedniego tematu :

 

   — 

Moim zdaniem, madame ma prawo poznać całą historię. Jest pośrednio w nią 

wmieszana. Ponadto… —

 jego oczy rozbłysły 

 w kołach dyplomatycznych dyskrecja 

madame ma wysokie notowania. 

   — 

Cieszę się z tak dobrej opinii 

 powiedziała Virginia ze śmiechem. 

— I 

cieszę się także, że nie zamierza mnie pan wykluczyć z tej sprawy.

 

   — 

A jak się panowie zapatrujecie na małe pokrzepienie? 

 zapytał Anthony. 

— 

Gdzie odbędzie się ta konferencja? Tutaj?

 

   — 

Jeżeli pan pozwoli 

 rzekł Battle 

 to wolałbym do rana nie opuszczać tego 

pokoju. Po usłyszeniu opowieści będzie pan wiedział dlaczego.

 

   — 

Wobec tego idę po zaopatrzenie 

 oświadczył Anthony.

 

   Poszli razem z Billem i wrócili ze szklankami, syfonami i 

innymi niezbędnymi 

do życia akcesoriami.

 

   Powiększony zespół ulokował się wygodnie przy owalnym, dębowym stole, 

stojącym w rogu, obok oszklonych drzwi.

 

   — 

Jest oczywiście samo przez się zrozumiałe 

 zaczął Battle 

 że wszystko, o 

czym tu będzie mowa, jest objęte ścisłą tajemnicą. Nie może być żadnego 

przecieku. Wiedziałem, że pewnego dnia sprawa ujrzy światło dzienne. Dżentelmeni 

w rodzaju pana Lomaxa, którzy zawsze pragną wszystko tuszować, podejmują większe 

ryzyko, niż są w stanie sobie wyobrazić. Początek całej tej historii miał 

background image

 

 

115 

miejsce siedem lat temu. Wiele się wtedy działo, szczególnie na Bliskim 

Wschodzie (tam nazywa się to przebudową). Ale przyczyn wielu wydarzeń należy 

szukać w Anglii. To tu mieszkał ten stary dżentelmen, hrabia Stylptitch, któr

pociągał za sznurki. Wszystkie państwa bałkańskie były stronami 

zainteresowanymi, a w tym samym czasie przebywało w Anglii wiele osobistości 

królewskiego rodu. Nie zamierzam wdawać się w szczegóły, ale zniknęła pewna 

rzecz —

 i to w sposób wręcz niewiarygodny, jeżeli nie weźmie się pod uwagę dwóch 

faktów: że złodziej był kimś z rodu królewskiego i że robota była wykonana z 

najwyższą klasą profesjonalną. Pan Lemoine opowie państwu, jak to się stało. 

Francuz skłonił się kurtuazyjnie i podjął opowieść:

 

   — B

ardzo możliwe, że wy w Anglii nawet nie słyszeliście o słynnym, 

ekscentrycznym Królu Victorze. Jak brzmi jego prawdziwe nazwisko, nikt nie wie, 

ale to człowiek niezwykle mężny, włada pięcioma językami i jest niedoścignionym 

mistrzem w sztuce maskowania się. Jego ojciec, jak głosi fama, był albo 

Anglikiem, albo Irlandczykiem, on jednak pracuje głównie w Paryżu. Właśnie tam 

prawie osiem lat temu, jako kapitan O’Neill, przeprowadził kilka brawurowych 

napadów rabunkowych. 

   Z ust Virginii wyrwał się słaby okrzyk. Pan Lemoine obrzucił ją uważnym 

spojrzeniem. 

   — 

Zdaje się, że wiem, co zdenerwowało madame. Za chwilę dowiecie się państwo. 

My z S?reté przypuszczaliśmy, że ów kapitan O’Neill to nie kto inny, tylko Król 

Victor, lecz nie mogliśmy zdobyć żadnego na to dowodu. Przebywała wówczas w 

Paryżu pewna młoda, zdolna aktorka z Folies Bergeres, Angele Mory. Od jakiegoś 

czasu podejrzewaliśmy, że ma coś wspólnego z działalnością Króla Victora. Ale i 

w tej kwestii zabrakło nam dowodu.

 

   W owym mniej więcej czasie Paryż przygotowywał się do wizyty młodego króla 

Herzoslovakii, Nicholasa Czwartego. Otrzymaliśmy w S?reté specjalne instrukcje, 

jaki mamy obrać kierunek działań, by zapewnić bezpieczeństwo Jego Królewskiej 

Mości. Szczególną uwagę polecono nam zwrócić na działalność pewnej rewolucyjnej 

organizacji, która przybrała nazwę Towarzysze Czerwonej Ręki. Jest już teraz 

niemal pewne, że ci Towarzysze dotarli do Angele Mory i ofiarowali jej pokaźną 

sumę za udzielenie im pomocy. Winna była mianowicie rozkochać w sobie mł

odego 

króla i ściągnąć go w pewne, uzgodnione z nimi miejsce. Angele Mory przyjęła 

propozycję i obiecała odegrać wzmiankowaną rolę.

 

   Lecz młoda dama była sprytniejsza i bardziej ambitna, niż to zakładali jej 

mocodawcy. Zdołała usidlić króla, który śmiertelnie się w niej zakochał i wręcz 

zarzucił ją klejnotami. I wówczas właśnie powzięła postanowienie, że nie 

zostanie kochanką króla, tylko królową. Jak wiadomo, zrealizowała swoje plany. 

Przedstawiono ją w Herzoslovakii jako hrabinę Varagę Popoleffsky, z bo

cznej 

linii Romanowów, i została w końcu królową Varagą, monarchinią Herzoslovakii. 

Nieźle, jak na paryską aktorkę. Słyszałem, że grała swoją rolę znakomicie. Ale 

background image

 

 

116 

jej triumf nie trwał długo. Towarzysze Czerwonej Ręki, rozwścieczeni zdradą 

aktorki, dwukrotn

ie dokonywali zamachu na jej życie. Wreszcie doprowadzili ten 

kraj do takiego stanu, że wybuchła tam rewolucja, w której wyniku para królewska 

poniosła śmierć. Odnaleziono ich zwłoki, straszliwie sprofanowane, prawie nie do 

poznania, co świadczyło o nienawiści społeczeństwa do cudzoziemskiej, niskiego 

rodu królowej. 

   Wydaje się pewne, że królowa Varaga przed rewolucją wciąż utrzymywała kontakt 

ze swoim sprzymierzeńcem, Królem Victorem. Możliwe, że od samego początku on był 

autorem tego śmiałego planu. Wiadomo, że stale z nim korespondowała, z dworu 

królewskiego, stosując tajemny szyfr. Dla większego bezpieczeństwa listy były 

pisane po angielsku i podpisywane nazwiskiem angielskiej lady, przebywającej w 

tym czasie w ambasadzie brytyjskiej w Herzoslovakii… G

dyby doszło do 

jakiegokolwiek śledztwa w tej sprawie i owa lady zaprzeczyłaby autentyczności 

podpisu, prawdopodobnie nie uwierzonoby jej, bo listy miały zdecydowanie miłosny 

charakter. Posługiwała się pani nazwiskiem, pani Revel.

 

   — Wiem —

 powiedziała Virginia. Czerwieniła się i bladła na przemian. 

 A więc 

tak wygląda prawda o tych listach. Bez przerwy się zastanawiałam, co to ma 

znaczyć.

 

   — 

Co za nikczemny pomysł! 

 wykrzyknął z oburzeniem Bill.

 

   — 

Listy były adresowane do kapitana O’Neilla zajmującego apartament w Paryżu, 

a główny ich cel wyjdzie na jaw dzięki pewnemu interesującemu faktowi, który 

później się ujawni. Po zamordowaniu króla i królowej liczne koronne klejnoty, 

które, rzecz jasna, wpadły w ręce motłochu, zawędrowały do Paryża i okazało się, 

że przytłaczająca większość najokazalszych kamieni stała się towarem wymiennym 

— 

a proszę zważyć, że wśród klejnotów Herzoslovakii znajdowało się kilka znanych w 

świecie. Albowiem królowa, Angele Mory, nie zaprzestała dawnej działalności.

 

   Widzicie 

państwo, dokąd zaszliśmy. Nicholas Czwarty i królowa Varaga przybyli 

do Anglii i byli gośćmi świętej pamięci markiza Caterhama, sekretarza stanu w 

Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Herzoslovakia jest małym krajem, ale nie 

można było zlekceważyć tego państwa. Królową Varagę trzeba więc było przyjąć? I 

tu mamy koronowaną głowę i zarazem wytrawnego złodzieja. Nie ulega także 

wątpliwości, że… hm… ktoś, kto potrafił tak wspaniale oszukiwać każdego z 

wyjątkiem prawdziwego znawcy, był ukształtowany przez Króla Vi

ctora, i 

faktycznie cały plan, bezczelny i śmiały, świadczył, że on był jego twórcą.

 

   — I co dalej? —

 zapytała Virginia.

 

   — 

Sprawę zatuszowano 

 odpowiedział lakonicznie inspektor Battle. 

 Do dziś 

nie ujawniono tego faktu. Pracowaliśmy z całym oddaniem, ale bez rozgłosu, i 

zrobiliśmy znacznie więcej, niż możecie sobie państwo wyobrazić. Wypracowaliśmy 

godne podziwu metody. Mogę państwu tylko tyle powiedzieć, że tego klejnotu 

królowa Herzoslovakii z Anglii nie wywiozła. Tak, Jej Królewska Mość gdzieś go

 

ukryła, ale gdzie, nie byliśmy w stanie tego dociec. Nie zdziwiłbym się jednak 

— 

background image

 

 

117 

inspektor Battle rozejrzał się spokojnie dokoła 

 gdyby ten skarb znajdował się 

w tym pokoju. 

   Anthony zerwał się na równe nogi.

 

   — Co!? Po tylu latach? —

 wykrzyknął z ni

edowierzaniem. — To wprost 

niemożliwe!

 

   — 

Nie zna pan towarzyszących temu, specyficznych okoliczności, monsieur 

— 

odparł szybko Francuz. 

 Zaledwie dwa tygodnie później w Herzoslovakii wybuchła 

rewolucja i para królewska została zamordowana. Aresztowano także, w Paryżu, 

kapitana O’Neilla i dostał jakiś mały wyrok. Liczyliśmy na to, że w jego 

mieszkaniu znajdziemy pakiet zaszyfrowanych listów, okazało się jednak, że 

zdążył je już ukraść pewien herzoslovacki pośrednik. Ów mężczyzna pojawił się w 

Herzoslovak

ii tuż przed rewolucją, a potem wszelki ślad po nim zaginął.

 

   — 

Prawdopodobnie wyjechał za granicę 

 powiedział Anthony z zadumą. 

— 

Najpewniej do Afryki. l strzegł ich jak źrenicy oka. Bo to dla niego swego 

rodzaju kopalnia złota. Dziwne, jak sprawy się toczą na tym świecie! Nazywano go 

tam Dutch Pedro albo coś w tym sensie.

 

   Zawisło na nim obojętne spojrzenie inspektora Battle’a. Anthony uśmiechnął 

się.

 

   — Nie jestem jasnowidzem, inspektorze —

 powiedział 

 choć takie to może 

sprawiać wrażenie. Wszyst

ko panu opowiem. 

   — 

Jednej rzeczy pan nie wyjaśnił 

 odezwała się Virginia, zwracając się do 

Francuza. —

 Jak to się ma do pamiętników? Musi być chyba jakiś związek między 

tymi dwiema sprawami, prawda? 

   — 

Myśl madame biegnie bardzo szybko 

 powiedział z aprobatą Lemoine. 

— Tak, 

jest związek. Hrabia Stylptitch również przebywał w owym czasie w „Chimneys”.

 

   — 

I mógł o wszystkim wiedzieć?

 

   — Parfaitement!* 

   — 

No i oczywiście 

 zaczął Battle 

 jeśli wyjawił ten sekret w swoich cennych 

pamiętnikach, wsadził kij w mrowisko. Tym bardziej że sprawa swego czasu została 

zatuszowana. 

   Anthony zapalił papierosa.

 

   — 

Czy nie wchodzi w rachubę taka ewentualność, że w pamiętnikach znajduje się 

klucz do zagadki, gdzie ten klejnot został ukryty? 

 zapytał.

 

   — J

est to mało prawdopodobne 

 rzekł Battle z przekonaniem. 

 On nie był 

nigdy z królową w dobrej komitywie. Robił co mógł, by to małżeństwo nie doszło 

do skutku. Nie wydaje się, by obdarzyła go aż takim zaufaniem.

 

   — 

Ani przez chwilę nie miałem tego na myś

li —

 powiedział Anthony. 

— Ale… jak 

słyszę, był to stary, szczwany lis. Może dokonał odkrycia, gdzie Varaga schowała 

ten klejnot? W takim wypadku, państwa zdaniem, jak by się zachował?

 

   — 

Nie dałby za wygraną 

 rzekł inspektor po chwili zastanowienia.

 

background image

 

 

118 

   — 

Zgadzam się z panem 

 powiedział Francuz. 

 Drażliwa sprawa, państwo 

rozumiecie. Anonimowy zwrot klejnotu nastręczałby masę trudności. Ale wiedza o 

miejscu ukrycia dawała mu wielką moc, a on to lubił, ten 

— stary dziwak. Nie 

tylko trzymał w garści królową, dysponował także bronią, gdyby doszło 

kiedykolwiek do jakichś negocjacji. Nie była to jedyna tajemnica, jaką chował w 

zanadrzu, o, nie! On kolekcjonował tajemnice jak niektórzy ludzie rzadkie okazy 

porcelany. Podobno raz czy dwa razy, niedługo przed śmiercią, chwalił się, że 

jeżeli przyjdzie mu taka fantazja, to pewne sprawy poda do publicznej 

wiadomości. A innym razem znów oświadczył, że w swoich pamiętnikach zamierza 

dokonać wstrząsającego odkrycia. Tak więc 

 Francuz uśmiechnął się raczej 

smętnie 

— n

ajważniejsza rzecz to dostać je w swoje ręce. Nasza tajna policja 

miała ten chwalebny zamiar, lecz hrabia tuż przed śmiercią postarał się je 

upłynnić.

 

   — 

Wciąż jednak nie ma podstaw do przypuszczeń, że właśnie ta tajemnica była 

mu znana —

 oświadczył Batt

le. 

   — Przepraszam —

 powiedział Anthony ze stoickim spokojem. 

 Przedstawię 

państwu jego własną wypowiedź.

 

   — Co?! 

   Obaj detektywi spojrzeli na niego ze zdumieniem, nie wierząc własnym uszom.

 

   — 

Gdy pan McGrath wręczył mi ten rękopis, bym go zawiózł do Anglii, 

opowiedział mi, w jakich okolicznościach dane mu było się spotkać z hrabią 

Stylptitchem. Było to w Paryżu. W sytuacji szczególnie dla niego niebezpiecznej. 

Pan McGrath uratował hrabiego przed bandą łobuzów. Był on, jak się domyślałem, 

łagodnie mówiąc, pod gazem. W tym stanie ducha uczynił dwa dość interesujące 

spostrzeżenia. Jedno brzmiało, że on wie, gdzie znajduje się Koh

–i–noor — do 

tego oświadczenia mój przyjaciel nie przywiązał większej wagi. Powiedział także, 

że ta banda to ludzie Króla Victora. Te dwa stwierdzenia razem wzięte są dość 

znaczące.

 

   — 

O Boże! 

 wykrzyknął inspektor Battle. 

— Jak najbardziej! Nawet morderstwo 

księcia Michaela przedstawia się teraz w innym świetle.

 

   — Król Victor nie uznaje mokrej roboty —

 przypomniał mu Fr

ancuz. 

   — 

Może książę go zaskoczył, gdy ten poszukiwał klejnotu?

 

   — 

A więc on jest w Anglii, tak? 

 zapytał ostro Anthony. 

 Mówiliście 

panowie, że zwolniono go przed paroma miesiącami. Macie go na oku?

 

   Francuski detektyw wykrzywił usta w ponurym uś

miechu. 

   — 

Staraliśmy się, monsieur. Ale to jest diabeł, nie człowiek. Stale i wciąż 

nam się wymyka. Zakładaliśmy oczywiście, że uda się prosto do Anglii. Ależ skąd! 

Pojechał… dokąd, jak państwo myślicie?

 

   — 

No dokąd? 

 powtórzył Anthony. Wpatrywał się we Francuza, bawiąc się 

bezmyślnie pudełkiem z zapałkami.

 

   — Do Ameryki. Do Stanów Zjednoczonych. 

background image

 

 

119 

   — Co? 

   W głosie Anthony’ego zabrzmiało niekłamane zdumienie.

 

   — 

Tak, i jak pan myśli, pod czyim nazwiskiem? Jaką rolę tam odgrywa? Rolę 

księcia Herz

oslovakii Nicholasa. 

   Pudełko z zapałkami wypadło Anthony’emu z rąk, lecz równie zdumiony był 

inspektor Battle. 

   — 

Niemożliwe!

 

   — 

Owszem, przyjacielu. Rano też dowiecie się o tym. Kolosalny blef! Swego 

czasu rozeszła się plotka, że książę Nicholas umarł parę lat temu w Kongo. Nasz 

przyjaciel Król Victor skorzystał z okazji 

 no bo akt śmierci przed laty trudno 

tam udowodnić. Wskrzesił więc księcia Nicholasa i odgrywając jego rolę zamierzał 

zdobyć ogromną kwotę w dolarach amerykańskich 

— na konto domniemanych koncesji 

szybów naftowych —

 i po cichu się ulotnić. Lecz zwykły przypadek sprawił, że 

został zdemaskowany i musiał w pośpiechu opuścić kraj. Wtedy przyjechał do 

Anglii. I dlatego właśnie jestem tutaj. Wcześniej czy później Król Victor zawita 

w „Chi

mneys”. Jeżeli oczywiście już tego nie uczynił.

 

   — 

Zakłada pan taką możliwość?

 

   — 

Przypuszczam, że był tutaj tej nocy, gdy książę został zamordowany, a także 

wczorajszej. 

   — Ponowna próba, tak? —

 zapytał Battle.

 

   — Tak jest, ponowna próba. 

   — 

Jeśli o mnie idzie, to byłem niespokojny 

 ciągnął inspektor 

 co się stało 

z panem Lemoine. Miałem cynk z Paryża, że jest w drodze do mnie, i zachodziłem w 

głowę, dlaczego się nie zjawia.

 

   — Serdecznie pana przepraszam —

 rzekł Lemoine. 

— Wie pan, przyjecha

łem 

nazajutrz rano po morderstwie. I od razu sobie pomyślałem, że będzie lepiej, gdy 

poobserwuję scenę wydarzeń z nieoficjalnego stanowiska, bez ujawniania się jako 

pański kolega. Sądziłem, że . otworzą się przede mną znacznie większe 

możliwości. Zdawałem sobie naturalnie sprawę, że stanę się automatycznie osobą 

podejrzaną, ale to w pewnym sensie sprzyjało mojemu planowi, gdyż nie alarmowało 

ludzi, których śledziłem. Zapewniam panów, że w ciągu tych dwóch dni widziałem 

mnóstwo interesujących rzeczy.

 

   — No dobrze —

 powiedział Bill 

 ale co się wczoraj w nocy naprawdę wydarzyło?

 

   — 

Zdaje się 

 odparł Lemoine 

 że zadałem państwu zbyt wyczerpujące 

ćwiczenie.

 

   — 

A więc to ja pana ścigałem?

 

   — 

Tak. Przedstawię panu przebieg wydarzeń. Przyszedłem tutaj, by poobserwować 

to i owo, albowiem byłem przekonany, że tajemnica związana jest z tym pokojem, 

skoro tam właśnie zamordowano księcia. Stałem na zewnątrz, na tarasie. Niebawem 

coś w pokoju się poruszyło. Od czasu do czasu migało mi światło latarki. 

Pchnąłem ś

rodkowe drzwi —

 były otwarte. Czy ten człowiek wszedł właśnie tędy, 

background image

 

 

120 

czy też zostawił sobie drogę odwrotu, w razie gdyby coś mu się przydarzyło, nie 

wiem. Po cichutku przymknąłem drzwi i wśliznąłem się do pokoju. Posuwałem się 

krok po kroku, póki nie znalaz

łem się w miejscu, z którego mogłem obserwować 

akcję, nie narażając się na zdemaskowanie. Mężczyzny nie widziałem dokładnie. 

Był odwrócony do mnie plecami i podświetlał go blask latarki, tak że widziałem 

wyraźnie tylko zarys jego sylwetki, lecz jego poczynania napawały mnie 

zdumieniem. Rozebrał na części pierwszą, a potem drugą zbroję, badając 

szczegółowo każdy jej fragment. Kiedy doszedł do wniosku, że nie znajdzie tu 

tego, czego szukał, zaczął obstukiwać boazerię pod obrazem. Jaka byłaby jego 

kolejna czyn

ność, nie mam pojęcia. Nastąpiła przerwa. Za pana przyczyną 

— 

spojrzał wymownie na Billa.

 

   — 

Mieliśmy dobre intencje, ale wszystko wypadło żałośnie 

 powiedziała 

Virginia z zadumą.

 

   — 

W pewnym sensie tak, madame. Ten człowiek zgasił latarkę, ja zaś, nie chcąc 

być zmuszonym do ujawnienia się, skoczyłem ku drzwiom wychodzącym na taras. W 

ciemności zderzyłem się z tymi dwoma i upadłem jak długi. Po chwili zerwałem się 

i wybiegłem na taras. Pan Eversleigh uznał mnie za swego napastnika i pobiegł za 

mną.

 

   — 

Ja pobiegłam pierwsza 

 powiedziała Virginia. 

 Bill był w tym wyścigu na 

drugim miejscu. 

   — 

A drugi facet był na tyle rozsądny, że się przyczaił, a potem wymknął się 

drzwiami wychodzącymi na korytarz. Aż dziw, że się nie natknął na ludzi 

zdążających n

a ratunek. 

   — 

Żaden problem 

 powiedział Lemoine. 

 Mógł w każdej chwili przyłączyć się 

do nich. 

   — 

Czy doprawdy pan uważa, że ten Arsene Lupin to jeden z domowników? 

— 

zapytał Bill, a oczy błyszczały mu z emocji.

 

   — 

Czemuż by nie? Może równie dobrze być tu służącym. Na przykład taki Boris 

Anchoukoff, zaufany kamerdyner świętej pamięci księcia Michaela.

 

   — Tak, to dziwny typ —

 zgodził się Bill. Na co Anthony uśmiechnął się 

szeroko. 

   — 

Pan zasługuje na lepszy łup, monsieur 

 rzekł uprzejmie.

 

   Fra

ncuz uśmiechnął się także.

 

   — 

Teraz pan go sobie przysposobił, tak? 

 zapytał inspektor Battle zwracając 

się do Anthony’ego.

 

   — 

Chylę przed panem czoło, inspektorze. Pan wszystko wie. Ale, mówiąc 

ściślej, to on przysposobił sobie mnie, a nie ja jego.

 

   — Jak to? Dlaczego? 

   — 

Sam nie wiem. Kwestia gustu, może spodobała mu się moja twarz. A może 

myśli, że to ja zamordowałem jego pana, i ustawia się w odpowiedniej pozycji, by 

dokonać na mnie zemsty?

 

background image

 

 

121 

   Wstał, podszedł do oszklonych drzwi, rozsunął zasło

ny. 

   — Dnieje —

 powiedział z dyskretnym ziewnięciem. 

 Więcej emocji już nie 

będzie.

 

   Lemoine wstał również.

 

   — 

Na razie opuszczam państwa. Prawdopodobnie w ciągu dnia spotkamy się znowu.

 

   Skłoniwszy się z gracją w stronę Virginii, wyszedł na taras

   — 

Łóżko! 

Virginia ziewnęła smacznie. 

To wszystko było ogromnie ekscytujące. 

Bill, idź do łóżka jak mały, grzeczny chłopczyk. Obawiam się, że nasza obecność 

przy śniadaniu jest co najmniej wątpliwa.

 

   Anthony stał przy oszklonych drzwiach i obserwował oddalającą się sylwetkę 

monsieur Lemoine’a. 

   — Pewno pan nie uwierzy —

 powiedział Battle stając za nim 

— ale on jest chyba 

najzdolniejszym we Francji detektywem. 

   — 

Dlaczego miałbym nie uwierzyć 

 rzekł Anthony z wyrazem zamyślenia na 

twarzy. — Wier

zę, że tak jest.

 

   — Tak —

 stwierdził inspektor 

 rzeczywiście koniec już przygód. A propos, czy 

pan pamięta moją opowieść o tym zastrzelonym człowieku, którego znaleziono w 

pobliżu Staines?

 

   — 

Pamiętam. A bo co?

 

   — Nic wielkiego. Zidentyfikowano go, 

to wszystko. Zdaje się, że się nazywał 

Giuseppe Manelli. Był kelnerem u „Blitza” w Londynie. Interesujące, prawda?

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

 

BATTLE I ANTHONY ODBYWAJĄ NARADĘ

 

    

   Anthony milczał. W dalszym ciągu wyglądał przez oszklone drzwi. Inspektor 

Battle

 obserwował jakiś czas jego nieruchomą sylwetkę.

 

   — No to dobranoc panu —

 powiedział w końcu i skierował się ku drzwiom 

prowadzącym na korytarz.

 

   Anthony drgnął.

 

   — 

Chwileczkę, inspektorze.

 

   Battle zatrzymał się posłusznie. Anthony odszedł od wychodzących na taras 

drzwi. Wyciągnął papierosa z papierośnicy i zapalił. I dopiero wówczas, między 

dwoma dmuchnięciami, powiedział:

 

   — 

Pana, zdaje się, bardzo interesowała ta sprawa w Staines?

 

   — Za mocno powiedziane. Jest nietypowa, ta wszystko. 

   — Czy

 pan przypuszcza, że ten człowiek został zastrzelony tam, gdzie 

znaleziono ciało, czy też pana zdaniem zabójstwa dokonano gdzie indziej, zwłoki 

zaś umieszczono w tym niezwykłym miejscu dopiero potem?

 

   — 

Sądzę, że został zamordowany gdzie indziej, a potem przewieziono tam ciało 

samochodem. 

background image

 

 

122 

   — 

Tak też i ja uważam 

 powiedział Anthony.

 

   Coś w tonacji głosu Anthony’ego spowodowało, że detektyw spojrzał na niego 

badawczo. 

   — 

Ma pan jakieś przemyślenia na ten temat? Może pan wie, kto przewiózł tam 

zwłoki?

 

   — Tak —

 padła odpowiedź. 

— Ja. 

   Anthony’ego zbił nieco z tropu kamienny spokój, jaki zachował inspektor.

 

   — 

Muszę przyznać, inspektorze, że jest pan odporny na wstrząsy 

 zauważył.

 

   — 

„Nigdy nie okazuj emocji”. Tę zasadę ktoś kiedyś mi polecił i bardzo mi się 

w życiu przydaje.

 

   — 

Stosuje pan ją z wielkim powodzeniem 

 powiedział Anthony. 

— Chyba nigdy 

nie widziałem, żeby coś pana wzburzyło… No tak, czy mam panu opowiedzieć całą 

historię?

 

   — 

Jeśli jest pan tak uprzejmy…

 

   Obaj panowie usiedli 

na fotelach i Anthony zrelacjonował wydarzenia z 

ubiegłego czwartku i następującej po nim nocy.

 

   Battle słuchał z niewzruszoną twarzą. Gdy Anthony skończył, w oczach 

inspektora pojawiły się ledwo zauważalne ogniki.

 

   — 

Jak się pan domyśla, pewnego dnia 

popadnie pan w tarapaty. 

   — 

Czy mam przez to rozumieć, że nie zaaresztuje mnie pan po raz drugi?

 

   — 

Zazwyczaj dajemy człowiekowi pełną swobodę działania.

 

   — 

Bardzo ładnie pan to ujął 

 rzekł Anthony.

 

   — 

Jednego nie mogę pojąć 

 zaczął Battle. 

— Dla

czego właśnie teraz postanowił 

pan wyjawić mi prawdę?

 

   — 

Trudno mi to będzie wytłumaczyć. Widzi pan, inspektorze, nabrałem wysokiego 

mniemania o pańskich kompetencjach. Zjawia się pan zawsze w odpowiednim 

momencie. Tak jak dzisiejszej nocy. I przyszło mi do głowy, że nie dzieląc się z 

panem swoją wiedzą na ten temat, psuję panu szyki. Pan w pełni zasługuje na to, 

by mieć dostęp do wszystkich faktów. Robiłem, co mogłem, ale jak do tej pory, 

tylko wszystko pogmatwałem. Aż do dzisiejszej nocy sądziłem, że ze względu na 

panią Revel nie wolno mi mówić. Teraz jednak, kiedy zostało definitywnie 

udowodnione, że te listy nie mają z nią nic wspólnego, podejrzewanie ją o 

współudział nie ma najmniejszego sensu. Być może źle jej wtedy doradziłem, ale 

kiedy mi oznajmiła, że miała taką fantazję i zapłaciła część okupu za wycofanie 

listów, zasiało to we mnie niejakie wątpliwości.

 

   — 

Zasiałoby także w sędziach przysięgłych 

 zgodził się Battle. 

— Ci ludzie 

nie mają za grosz wyobraźni.

 

   — 

A pan by to przyjął bez żadnych zastrzeżeń? 

 zapytał Anthony patrząc z 

zaciekawieniem na inspektora. 

   — 

Widzi pan, ja pracuję głównie wśród tych ludzi. To znaczy wśród ludzi z tak 

zwanych wyższych sfer. Większość przeciętnych obywateli zawsze się zastanawia, 

background image

 

 

123 

co sobie o nich pomyślą sąsiedzi. Ale włóczęgi i arystokraci 

— nie! Ich to nie 

obchodzi, robią to, na co mają ochotę, i nie zawracają sobie głowy tym, co inni 

sądzą na ich temat. Nie mam tu na myśli bogaczy

próżniaków, ludzi, którzy wydają 

tylko wielkie przyjęcia i tak dalej. Myślę o tych, którzy od pokoleń wychowywani 

są w przeświadczeniu, że liczy się jedynie ich zdanie. Zawsze tę wyższą sferę 

oceniam jednakowo —

 są to ludzie nieulękli, prawdomówni, a czasem wręcz 

niewiarygodnie głupi.

 

   — 

Bardzo interesujący wykład, inspektorze. Przypuszczam, że pewnego dnia 

zasiądzie pan do pisania wspomnień. Warto je będzie przeczytać.

 

   Inspektor przyjął tę uwagę z uśmiechem, ale nie wyrzekł ani słowa.

 

   — 

Chciałbym pana o coś zapytać 

 powiedział Anthony. 

 Czy z aferą w Staines 

łączył pan moją osobę? Z pana zachowania wnosiłem, że tak.

 

   — 

Słusznie. Miałem takie wrażenie. Lecz żadnego konkretnego dowodu. Jeśli 

mogę się tak wyrazić, pański sposób bycia nie nastręczał żadnych podejrzeń. 

Nigdy pan nie przesadzał w okazywaniu braku zainteresow

ania. 

   — Cieszy mnie to —

 stwierdził Anthony. 

 Bo ja miałem takie uczucie, że od 

początku naszej znajomości zakłada pan na mnie mnóstwo małych pułapek. Toteż 

starałem się zawsze je ominąć, ale stan ciągłego napięcia to rzecz bardzo 

nękająca.

 

   Battle w

ykrzywił twarz w uśmiechu.

 

   — 

I dlatego w końcu połknął pan haczyk. Pozwolić facetowi na działanie, niech 

się miota w tę i w tamtą stronę, i mieć na niego oko, prędzej czy później nerwy 

go zawiodą i już masz go w ręku.

 

   — 

Wesoły z pana chłopak, inspektorze. Ciekawe, kiedy będzie pan miał mnie w 

ręku.

 

   — 

Pełna swoboda działania 

 zacytował siebie Battle. 

 Pełna swoboda 

działania!

 

   — A tymczasem —

 wtrącił Anthony 

 wciąż mam być amatorem

–pomocnikiem? 

   — 

Tak jest, proszę pana.

 

   — Watsonem Sherlock

a w pańskiej osobie?

 

   — 

Powieści sensacyjne to na ogół bzdura 

 rzekł Battle z całym spokojem. 

— 

Ale ludzie je lubią 

 dodał refleksyjnie. 

 Czasami też przynoszą korzyść.

 

   — W jakim sensie? —

 zapytał Anthony?

 

   — 

Potwierdzają powszechnie panującą opinię, że policjanci są głupi. Gdy mamy 

na warsztacie zbrodnię dokonaną przez dyletanta, na przykład morderstwo, taka 

opinia jest bardzo pożyteczna.

 

   Anthony przyglądał mu się w milczeniu ładnych parę minut. Battle siedział 

prawie nieruchomo, mrugając od c

zasu do czasu powiekami, a jego kwadratowa, 

spokojna twarz pozbawiona była wszelkiego wyrazu. Niebawem wstał.

 

   — 

Nie ma sensu iść teraz spać 

 zauważył. 

 Jak tylko jego lordowska mość 

wstanie, chciałbym zamienić z nim kilka słów. Kto chce, może już tera

z dom 

background image

 

 

124 

opuścić. Jednocześnie byłbym lordowi wielce zobowiązany, gdyby poprosił swoich 

gości o pozostanie w rezydencji. Pan będzie taki miły i przyjmie zaproszenie, 

pani Revel również.

 

   — 

Czy znalazł pan rewolwer? 

 zapytał Anthony niespodziewanie.

 

   — Mó

wi pan o broni, z której został zastrzelony książę Michael? Nie, nie 

znalazłem. Musi być gdzieś w domu albo w najbliższej okolicy. Wezmę sobie do 

serca pańską aluzję i wyślę paru chłopaków na poszukiwanie. Gdyby udało się 

znaleźć rewolwer, posunęlibyśmy się odrobinę naprzód. Rewolwer i plik listów, 

twierdzi pan, że był wśród nich list z nadrukiem „Chimneys”? Byłby to ten 

ostatni. Zaszyfrowane wskazówki dotyczące ukrycia diamentów zawarte były w tym 

właśnie liście.

 

   — 

Jaka jest pańska teoria na temat zabój

stwa Giuseppego? 

   — 

Moim zdaniem to złodziej, który został skaptowany albo przez Króla Victora, 

albo przez Towarzyszy Czerwonej Ręki, i działał na ich zlecenie. Wcale bym się 

nie zdziwił, gdyby się okazało, że Towarzysze i Król współpracują ze sobą. 

Orga

nizacja ma mnóstwo forsy i dysponuje znaczną siłą, ale umysłowo 

 słabizna. 

Zadaniem Giuseppego było ukraść pamiętniki 

 nie mogli wiedzieć, że w pana 

posiadaniu znajdowały się listy, nawiasem mówiąc, bardzo to dziwny zbieg 

okoliczności.

 

   — Wiem — zgodzi

ł się Anthony. 

 Ciekawe, że dopiero teraz przyszło to panu na 

myśl.

 

   — 

Giuseppe kradnie listy zamiast pamiętników. Z początku jest zmartwiony. 

Potem wpada mu w oko wycinek gazety i przychodzi mu do głowy genialny pomysł, by 

już na własne konto szantażować nimi pewną lady. Nie ma oczywiście pojęcia, jaką 

naprawdę przedstawiają wartość. Towarzysze dowiadują się o jego poczynaniach, 

dochodzą do wniosku, że wystawił ich do wiatru, i wykonują na nim wyrok śmierci. 

Przepadają za egzekucjami zdrajców. Jest to i

mpreza widowiskowa i przemawia im 

do wyobraźni. Czego zupełnie nie potrafię wyjaśnić, to wygrawerowanego na 

rewolwerze napisu „Virginia”. Zbyt to finezyjne jak na Towarzyszy. Oni, mają 

taką zasadę 

 i radzi ją stosują 

 że zostawiają znak czerwonej ręki, aby siał 

panikę w sercach ewentualnych zdrajców. Tak, wygląda mi na to, że tym razem 

wkroczył do akcji Król Victor. Ale jaki przyświecał mu cel, nie wiem. Sprawia to 

wrażenie, jak gdyby usiłował obarczyć panią Revel winą za morderstwo, lecz, nie 

wgłębiając się w szczegóły, nie wydaje się to przypuszczenie zbyt sensowne.

 

   — 

Miałem pewną teorię 

 powiedział Anthony 

 ale wzięła w łeb.

 

   Opowiedział inspektorowi o tym, że Virginia rozpoznała w zastrzelonym 

Michaela. Battle skinął głową.

 

   — O, tak, identyfi

kacja jego osoby nie nasuwa żadnych wątpliwości. A propos, 

ten stary baron jest o panu nadzwyczaj wysokiego mniemania. Wyraża się o panu w 

samych superlatywach. 

background image

 

 

125 

   — Bardzo to mile z jego strony —

 powiedział Anthony. 

— Szczególnie po tym, 

kiedy udzieliłem mu poważnego ostrzeżenia, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, 

by przed środą odzyskać utracone pamiętniki.

 

   — Dopnie pan swego —

 powiedzał Battle.

 

   — 

Tak. Tak pan sądzi? Wydaje mi się, że Król Victor i spółka weszli w 

posiadanie listów. 

   Inspektor s

kinął głową.

 

   — 

Odebrali Giupeppemu tegoż dnia na Pont Street. Świetnie zaplanowana robota, 

otóż to. Tak, dostali je w swoje ręce, rozszyfrowali i teraz wiedzą, gdzie 

szukać.

 

   Obaj panowie zamierzali właśnie opuścić pokój.

 

   — Tutaj? —

 zapytał Anthony odwracając głowę.

 

   — 

Tak, tutaj. Nie zdobyli jeszcze łupu, ale aby osiągnąć cel, gotowi są 

podjąć największe ryzyko.

 

   — 

W pana wyrafinowanym umyśle narodził się już chyba plan działania?

 

   Battle pominął to milczeniem. Miał szczególnie tępy i nieinte

ligentny wyraz 

twarzy. Po chwili przymknął powoli powieki.

 

   — Potrzebuje pan pomocy? —

 zapytał Anthony.

 

   — 

Tak, pana i jeszcze czyjejś.

 

   — Czyjej? 

   — 

Pani Revel. Może pan to już zdołał zauważyć, że jest kobietą o niezwykle 

czarującym sposobie bycia

   — 

Owszem, zdołałem 

 odparł Anthony. Spojrzał na zegarek. 

 Podzielam pański 

pogląd, inspektorze, że nie warto już iść spać. Skok do jeziora, a potem solidne 

śniadanie to rozwiązanie o wiele właściwsze.

 

   Wbiegł lekko po schodach do swojej sypialni. Gwiżdżąc pod nosem zrzucił z 

siebie wieczorowy garnitur, włożył szlafrok, sięgnął po ręcznik kąpielowy.

 

   I nagle, przed toaletką, stanął jak w ziemię wryty, wpatrując się w 

przedmiot, który leżał sobie skromnie przed lustrem.

 

   Przez moment nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wziął go do ręki, przypatrzył 

mu się z bliska. Tak, pomyłka nie wchodziła w grę. Był to plik listów 

podpisanych przez Virginię Revel. Nietknięty. Nie brakowało ani jednego.

 

   Anthony, z listami w raku, opadł na fotel.

 

   — Mózg mi chyba wysiada —

 mruknął. 

 Nie mogę pojąć nawet części tego, co 

dzieje się w tym domu. Dlaczego nagle pojawiły się te listy? Jakby za przyczyną 

jakiejś cholernej magicznej sztuczki? Kto położył je na toaletce? I dlaczego?

 

   Lecz na żadne z tych ważkich pytań nie mógł znaleźć zadowalającej odpowiedzi.

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

 

WALIZKA PANA ISAACSTEINA 

    

background image

 

 

126 

   O godzinie dziewiątej tegoż ranka lord Caterham wraz z córką spożywali 

śniadanie. Bundle sprawiała wrażenie bardzo zamyślonej.

 

   — Ojcze —

 powiedziała w końcu.

 

   Lord Caterham, pogrążony w lekturze „Timesa”, nie zareagował.

 

   — Ojcze —

 powtórzyła tonem już ostrzejszym. Oderwany od interesującej go 

zapowiedzi sprzedaży rzadkich książek, popatrzył na córkę nieprzytomnym 

wzrokiem. 

   — 

Coś mówiłaś? 

— za

pytał.

 

   — 

Tak. Kto już zdążył zjeść śniadanie?

 

   Wskazała głową miejsce, z którego ktoś dzisiaj korzystał. Reszta nakryć była 

nie naruszona. 

   — 

No, jak się ten ktoś nazywa?

 

   — 

Tłusty Iky?

 

   Bundle i jej ojciec tak byli ze sobą zaprzyjaźnieni, że og

arniali sens 

podawanych sobie wzajemnie, cokolwiek bałamutnych informacji.

 

   — Tak. 

   — 

Czy się nie mylę, przed śniadaniem rozmawiałeś z detektywem?

 

   

Lord Caterham westchnął.

 

   — 

Owszem, wiercił mi dziurę w brzuchu. Moim zdaniem pora przed śniadaniem 

powinna być święta. Wyjadę za granicę. Moje nerwy…

 

   Bundle przerwała mu bezceremonialnie:

 

   — 

Co ci powiedział?

 

   — 

Że każdy, kto chce, może się wynieść.

 

   — No tak —

 rzekła Bundle 

 w porządku. Masz to, czego chciałeś.

 

   — To prawda. Ale nie poprzes

tał na tym. Powiedział mianowicie, że chciałby, 

żebym poprosił wszystkich, by zostali.

 

   — Nie rozumiem —

 powiedziała Bundle marszcząc nos.

 

   — 

Takie to wszystko pokrętne i sprzeczne ze sobą, i w dodatku przed 

śniadaniem.

 

   — A co ty na to? 

   — 

Oczywiście, że się zgodziłem. Z dyskusji z tymi ludźmi nigdy nic dobrego 

nie wynika, szczególnie przed śniadaniem 

 orzekł Lord Caterham, nawiązując do 

swojej głównej pretensji.

 

   — 

Kogo do tej pory poprosiłeś?

 

   — 

Cade’a. Dziś wstał bardzo wcześnie. Zamierza, zostać. Nie mam nic przeciwko 

temu. Żadną miarą nie mogę tego chłopaka rozszyfrować, ale go lubię. Nawet 

bardzo. 

   — 

Virginia też go lubi 

 powiedziała Bundle, rysując widelcem na stole jakiś 

wzór. 

   — 

Słucham?

 

background image

 

 

127 

   — 

Ja zresztą też. Ale to nie ma nic do r

zeczy. —

 Poprosiłem też Isaacsteina 

— 

ciągnął lord.

 

   — No i? 

   — 

Na szczęście musi wracać do Londynu. O, właśnie, nie zapomnij zamówić auta 

na dziesiątą pięćdziesiąt.

 

   — Dobrze. 

   — 

Żeby mi się tylko udało pozbyć Fisha 

 rzekł lord, i nastrój wyraźni

e mu 

się poprawił.

 

   — 

Myślałam, że lubisz z nim dyskutować o tych twoich stęchłych, starych 

książkach.

 

   — 

Lubię, lubię. A raczej lubiłem. Ale kiedy człowiek musi gadać za dwóch, 

staje się to nieco nudne. Fish jest bardzo zainteresowany problemem, woli 

jednak 

na ogół nie zabierać głosu.

 

   — 

To lepsze niż być zmuszonym do słuchania. Tak jak z George’em Lomaxem.

 

   Lord Caterham wzdrygnął się na samo wspomnienie.

 

   — George jest dobry na trybunie —

 powiedziała Bundle. 

 Sama go oklaskiwałam, 

choć wiedziałam, że plecie straszne dyrdymały. Jestem w końcu socjalistką…

 

   — Wiem, moja droga, wiem —

 rzucił pospiesznie lord Caterham.

 

   — 

Zgoda,’ nie będę wprowadzać do domu polityki. Tego, co robi George: 

publiczne mowy w życiu prywatnym. Powinno to być zakazane ustawą parlamentarną.

 

   — 

Masz rację 

 zgodził się lord.

 

   — 

A Virginia? Czy ją też masz poprosić, by nie wyjeżdżała?

 

   — 

Battle powiedział, że dotyczy to wszystkich.

 

   — 

Ostro sobie poczyna! Zapytałeś już Virginię, czy zechce zostać moją 

macochą?

 

   — 

Nie sądzę, by to miało jakąś szansę powodzenia 

 powiedział ponuro lord 

Caterham. —

 Choć wczoraj wieczór mówiła do mnie „kochanie”. To jest najgorsze u 

tych atrakcyjnych, młodych kobiet o czułym usposobieniu. Mogą powiedzieć 

wszystko, ale to absolutnie nic nie znaczy. 

   — Tak —

 potwierdziła Bundle 

 o wiele lepiej by rokowało, gdyby rzuciła w 

ciebie pantoflem albo gdyby chciała cię ugryźć.

 

   — 

Wy, nowoczesna młodzież, macie takie niemiłe podejście do problemu 

uprawiania miłości 

 rzekł lord zrzędliwym 

tonem. 

   — 

To dlatego że czytamy Szeika 

 powiedziała Bundle. 

 Zawiedziona miłość. 

Porzucił ją i tak dalej.

 

   — 

Co to za książka ten Szeik? 

 zapytał lord. 

 Czy to są poezje?

 

   Bundle spojrzała na niego z niewysłowionym współczuciem. Po czym wstała i 

pocałowała go w czubek głowy.

 

   — Mój poczciwy staruszek —

 powiedziała i lekkim krokiem wyszła z pokoju.

 

   Lord Caterham wrócił do swego „Timesa”.

 

background image

 

 

128 

   Aż podskoczył, gdy usłyszał głos pana Hirama Fisha, który swoim zwyczajem 

wszedł bezszelestnie do pokoju

   — 

Dzień dobry, milordzie.

 

   — 

O, dzień dobry

rzekł lord. 

 Dzień dobry. Ładną mamy pogodę.

 

   — 

Wspaniałą 

 potwierdził pan Fish.

 

   Nalał sobie kawy, wziął grzankę.

 

   — 

Czy dobrze usłyszałem, że embargo zostało odwołane? 

 zapytał po paru 

minutach. —

 Więc każdy z nas może stąd wyjechać?

 

   — Tak… no tak —

 zaczął lord. 

 W gruncie rzeczy liczyłem, to znaczy byłbym 

wielce rad —

 brnął dalej 

 byłbym doprawdy zachwycony, gdyby pan został jeszcze 

jakiś czas.

 

   — 

No cóż, milordzie…

 

   — 

To była koszmarna

 wizyta, wiem —

 podjął szybko lord Caterham. 

— Fatalna. 

Nie będę miał panu za złe, jeśli zechce pan stąd uciec.

 

   — 

Nie docenia mnie pan, milordzie. Okoliczności były tragiczne, nie da się 

temu zaprzeczyć. Ale sielskie życie w Anglii dla mnie, mieszkającego w dużym 

domu czynszowym, stanowi olbrzymią atrakcję. Z zainteresowaniem obserwuję 

warunki tutejszego życia. Tego właśnie brak nam w Ameryce. Z prawdziwą rozkoszą 

przyjmuję pańskie, bardzo uprzejme zaproszenie.

 

   — No tak —

 powiedział lord Caterham. 

— O

tóż właśnie. Z prawdziwą rozkoszą, 

mój drogi, z prawdziwą rozkoszą.

 

   Uczyniwszy zadość pełnemu zakłamania towarzyskiemu obyczajowi, lord Caterham 

wymamrotał coś w rodzaju usprawiedliwienia, że musi się zobaczyć ze swoim 

rządcą, i umknął z pokoju.

 

   W ha

llu zobaczył schodzącą ze schodów Virginię.

 

   — 

Mogę panią zabrać na śniadanie? 

 zapytał czule.

 

   — 

Zjadłam w łóżku, dziękuję, milordzie, byłam rano straszliwie zaspana.

 

   Ziewnęła.

 

   — 

Miała pani fatalną noc?

 

   — 

Nie całkiem. Z jednej strony ta noc była zdecydowanie dobra. Och, 

milordzie… —

 Wsunęła mu dłoń pod ramię. 

 Świetnie mi było u pana. Był pan taki 

kochany, że mnie zaprosił.

 

   — 

Wobec tego zabawi tu pani jeszcze trochę, prawda? Battle zniósł to… 

embargo, ale bardzo mi zależy, by pani jeszcze nie wyjeżdżała. Bundle podziela 

moje stanowisko. 

   — 

Oczywiście, że zostanę. Miło z pańskiej strony, że prosi mnie pan o to.

 

   — 

Coś takiego! 

rzekł lord. Westchnął.

 

   — 

Co za tajemnicza sprawa pana gnębi? 

 zapytała Virginia. 

 Czy ktoś panu 

dokuczył?

 

   — 

Otóż właśnie 

 rzekł posępnie lord Caterham.

 

   Virginia spojrzała nań ze zdziwieniem.

 

background image

 

 

129 

   — 

Czy przypadkiem nie czuje pan potrzeby rzucenia we mnie butem? Nie, widzę, 

że nie. Nieważne, to nie ma żadnego znaczenia.

 

   Lord Caterham ulotnił się ze smętną miną, Virginia zaś bocznymi drzwiami 

wyszła do ogrodu.

 

   Chwilę stała nieruchomo, wdychając rześkie, październikowe powietrze, które 

— 

przy jej niewątpliwym zmęczeniu 

 znakomicie ją odświeżało.

 

   Lekko drgnęła, gdy tuż obok pojawił się inspektor Battle. Ten człowiek miał 

niebywały talent do niespodziewanego pojawiania się ni stąd, ni zowąd, jakby 

wyrastał spod ziemi.

 

   — 

Dzień dobry. Bardzo jest pani zmęczona?

 

   Virginia potrząsnęła głową.

 

   — 

To była pasjonująca noc 

 powiedziała. 

 Warto było zrezygnować ze snu. 

Jedyny minus to ten, że nazajutrz człowiek jest nieco ospały.

 

   — 

Pod tym cedrem jest przyjemny cień 

 zauważył inspektor. 

 Czy mogę 

przynieść tam krzesło dla pani?

 

   — 

Jeżeli pan uważa, że będzie to dla mnie najlepsze wyjście… 

 rzekła

 z 

patosem Virginia. 

   — 

Pani jest bardzo bystra. Tak, to prawda, chciałbym zamienić z panią parę 

słów.

 

   Wziął długi fotel wiklinowy i niósł go przez trawnik. Virginia szła za nim z 

poduszką pod pachą.

 

   — Ten taras jest ogromnie niebezpieczny — stwier

dził detektyw. 

 Jeżeli 

oczywiście człowiek zamierza spokojnie porozmawiać.

 

   — Znowu wprawia mnie pan w stan ekscytacji, inspektorze. 

   — 

Och, to nic ważnego. 

 Wyjął duży zegarek i spojrzał nań. 

 Pół do 

jedenastej. Za dziesięć minut jadę do „Wyvern Abbey”, by zdać sprawozdanie panu 

Lomaxowi. Moc czasu. Chciałbym, żeby pani powiedziała mi coś więcej o panu 

Cadzie. 

   — 

O panu Cadzie? Virginia wyraźnie się zlękła.

 

   — 

Tak, gdzie spotkała go pani po raz pierwszy, jak długo pani go zna i tak 

dalej. 

   Bat

tle miał swobodny i przyjemny sposób bycia. Powstrzymał się nawet od 

patrzenia na nią, i ów drobny fakt ogromnie ją speszył.

 

   — 

Sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się panu wydaje 

 powiedziała w 

końcu. 

 Wyświadczył mi swego czasu wielką przysługę..

’. 

   Battle przerwał jej:

 

   — 

Zanim pani powie coś więcej, chciałbym wtrącić kilka zdań. Otóż wczoraj w 

nocy, gdy pani i pan Eversleigh udali się na spoczynek, pan Cade opowiedział mi 

o listach i o człowieku, który został zabity w pani domu.

 

   — Doprawdy?! —

 wyrzuciła z siebie zdumiona Virginia.

 

background image

 

 

130 

   — 

Tak, i postąpił bardzo rozsądnie. To wiele wyjaśnia. Ale jednego mi nie 

powiedział: jak długo panią zna. Mam na ten temat własną teorię. Pani mi powie, 

czy się mylę, czy nie. Według mnie zobaczyła go pani po

 raz pierwszy w dniu, w 

którym przyszedł na Pont Street. Aha. Widzę, że mam rację. Tak to się więc 

odbyło.

 

   Virginia milczała. Po raz pierwszy poczuła lęk przed tym flegmatycznym 

mężczyzną z twarzą bez wyrazu. Zrozumiała, co Anthony miał na myśli mówiąc, że 

ten człowiek jest zawsze bez zarzutu.

 

   — 

Czy powiedział pani coś o sobie? 

 ciągnął detektyw. 

 Co robił, nim 

wyjechał do Afryki Południowej? Był w Kanadzie? A przedtem Sudan? A może coś o 

swoim dzieciństwie?

 

   Virginia potrząsnęła przecząco głową.

 

   — 

A jednak gotów jestem się założyć, że ma coś w zanadrzu godnego opowieści. 

Twarz człowieka, który wiódł ryzykowne i pełne przygód życie, nosi szczególne 

piętno. Gdyby zebrało się mu na szczerość, mógłby opowiedzieć pani wiele 

interesujących rzeczy.

 

   — 

Jeśli chce się pan dowiedzieć czegoś o jego przeszłości, to dlaczego nie 

zadepeszuje pan do tego jego przyjaciela, pana McGratha? —

 zapytała Virginia.

 

   — 

O, depeszowaliśmy, ale on jest gdzieś w terenie. Fakt jest faktem, że 

zgodnie ze słowami pana Cade’a przebywał on Bulawayo. Ciekawi mnie natomiast, co 

porabiał, zanim przyjechał do Afryki Południowej. Około miesiąca pracował w 

firmie „Castle”. —

 Inspektor znów wyciągnął zegarek. 

 Muszę już iść. Samochód 

czeka. 

   Virginia odprowadziła go wzrokiem aż do drzwi. Ale nie ruszyła się z fotela. 

Miała nadzieję, że przyjdzie Anthony i usiądzie przy niej. Tymczasem pojawił się 

Bill Eversleigh, ziewając z zapałem.

 

   — 

Dzięki Bogu, mam wreszcie możność przebywania w twoim towarzystwie 

— 

powiedział z wyrzutem.

 

   — 

Tylko bądź dla mnie miły, kochanie, bo się rozpłaczę.

 

   — 

Czy ktoś się nad tobą znęcał?

 

   — 

Nie dosłownie. Ale wwiercał mi się w mózg i wywracał go na nice. Czułam się 

tak, jakby słoń na mnie skoczył.

 

   — Nie Battle? 

   — 

Tak, Battle. To naprawdę okropny człowiek.

 

   — 

Nie przejmuj się nim… Virginio, ja cię tak kocham…

 

   — 

Nie dziś rano, Bill. CałkieYn osłabłam. Zawsze powtarzam, że dobrze 

wychowani ludzie nie oświadczają się przed śniadaniem. 

 Virginia drgnęła. 

— 

Bill, staraj się być przez chwilę rozsądnym i inteligentnym chłopcem. Potrzebuję 

twojej rady. 

background image

 

 

131 

   — 

Jeśli poweźmiesz wreszcie właściwą decyzję i zgodzisz się mnie poślubić, 

poczujesz się o całe niebo lepiej, jestem pewien. Zyskasz szczęście i większe 

poczucie stabilizacji. 

   — Bill, daj spokój. 

Oświadczanie się mnie stało się twoim hobby. Wszyscy 

mężczyźni wyznają miłość, kiedy się nudzą i nie mają innego tematu do rozmowy. 

Nie zapominaj o moim wieku i wdowieństwie i poderwij jakąś młodą, sympatyczną 

dziewczynę.

 

   — Kochanie… O, psiakrew! Ten idiota Francuz wali do nas! 

   Był to rzeczywiście pan Lemoine, facet z czarną brodą i o nienagannych jak 

zwykle manierach. 

   — 

Dzień dobry, madame. Mam nadzieję, że nie jest pani zmęczona?

 

   — Nic a nic. 

   — 

Świetnie. Dzień dobry panu 

 powiedział Francuz w stronę Billa. 

 Jak się 

państwo zapatrujecie na mały spacer w trójkę?

 

   — Co ty na to, Bill? —

 zapytała Virginia.

 

   — Dobrze —

 zgodził się z ociąganiem młody człowiek.

 

   Podniósł się z trawy i cała trójka ruszyła wolno przed siebie. Virginia 

p

ośrodku. Od razu wyczuła dziwne, podskórne napięcie Francuza, choć nie miała 

pojęcia, jaka była tego przyczyna.

 

   Z właściwą sobie zręcznością spowodowała wkrótce, że się rozluźnił 

 zadawała 

mu pytania, słuchała jego odpowiedzi i dzięki temu stopniowo go rozruszała. 

Niebawem opowiedział jej parę anegdot z życia słynnego Króla Victora. Opowiadał 

barwnie, aczkolwiek gdy opisywał rozmaite metody, jakich używano, by wyprowadzić 

w pole detektywa, z jego słów przebijała gorycz.

 

   Przez cały jednak czas, mimo niekłamanego zaangażowania Lemoine’a we własne 

opowieści, Virginia miała uczucie, że detektywowi przyświeca całkiem inny cel. 

Mało tego, odnosiła wrażenie, że Lemoine, ciągnąc swoje relacje, wytycza 

konkretną trasę spaceru. Nie szli sobie ot tak, gdzie oczy poniosą. Detektyw 

prowadził ich w określonym kierunku.

 

   Nagle przerwał opowieść i rozejrzał się dokoła. Stali w miejscu, gdzie aleja 

przecinała park, przed ostrym zakrętem obejmującym kępę drzew. Lemoine wpatrywał 

się ze zdziwieniem w zbliżający się od 

strony domu pojazd. 

   Virginia podążyła za jego wzrokiem.

 

   — 

To wózek bagażowy 

 powiedziała. 

 Zawozi na stację bagaż Isaacsteina i 

jego służącego.

 

   — 

Naprawdę? 

 upewnił się Lemoine. Spojrzał na zegarek i aż podskoczył. 

— 

Przepraszam po tysiąckroć. Zeszło mi dłużej, niż przypuszczałem, w tak miłym 

towarzystwie… Jak państwo myślicie, czy mógłbym się tym wózkiem zabrać do 

wioski? 

background image

 

 

132 

   Stanął na środku alei i dał ręką znak. Wózek zatrzymał się i po paru słowach 

wyjaśnienia Lemoine wsiadł. Eleganckim gestem uchylił przed Virginia kapelusza i 

odjechali. 

   Virginia i Bill z malującym się na twarzach zakłopotaniem obserwowali 

oddalający się pojazd. Gdy ten na zakręcie nieco się przechylił, wypadła z niego 

walizka i leżała na środku alei. Wózek pojechał dalej.

 

   — 

Chodź 

 powiedziała Virginia do Billa. 

 Zapowiada się ciekawie. Z wózka 

wypadła walizka.

 

   — 

Nikt tego nie zauważył 

 dorzucił Bill. Pobiegli aleją ku leżącemu na 

środku pakunkowi. Gdy już byli przy walizce, zza zakrętu wyłonił się Lemoine. 

Był zgr

zany od szybkiego marszu. 

   — 

Musiałem wrócić 

 powiedział z ożywieniem. 

 Stwierdziłem, że zapomniałem 

czegoś.

 

   — Tego? —

 zapytał Bill wskazując na walizkę.

 

   Była ładna, ze świńskiej skóry, z inicjałami „H.I.” na wierzchu.

 

   — Jaka szkoda — stwierdz

ił kurtuazyjnie Lemoine. 

Widocznie wypadła. Weźmiemy 

ją?

 

   Nie czekając na odpowiedź podniósł walizkę i zaniósł ją między drzewa. Stanął 

nad nią, coś błysnęło mu w dłoni i zamek odskoczył.

 

   Przemówił, a głos jego brzmiał zupełnie inaczej, mówił szybko, rozkazującym 

tonem. 

   — 

Samochód będzie tu za minutę 

 powiedział. 

 Widać go już?

 

   Virginia obejrzała się w stronę domu.

 

   — Nie. 

   — 

Świetnie.

 

   Zwinnymi dłońmi wyrzucał rzeczy z walizki. Butelka ze złotą zatyczką, 

jedwabna piżama, kilka par skarpetek. Nagle cały zesztywniał. Miał w ręku coś, 

co wyglądało jak zrolowana jedwabna bielizna, i szybkim ruchem rozwinął ten 

węzełek.

 

   Z ust Billa wyrwał się słaby okrzyk. W zwoju bielizny znajdował się ciężki 

rewolwer. 

   — 

Słyszę klakson 

 powiedziała Virginia. Lemoine zapakował walizkę 

błyskawicznie. Rewolwer owinął własną chustką do nosa i wsunął do kieszeni. 

Zatrzasnął zamki walizki, po czym zwrócił się do Billa:

 

   — 

Proszę ją wziąć. Madame niech idzie z panem. Niech pan zatrzyma samochód i 

powie, że ta walizka wypadła z wózka. O mnie ani słowa.

 

   Bill szybko ruszył ku alei i wkroczył na nią w chwili, gdy wielka limuzyna 

„Lanchester” z Isaacsteinem w środku wyjechała zza rogu. Szofer przyhamował i 

wówczas Bill wrzucił mu na siedzenie walizkę.

 

   — Wyp

adła z wózka 

 powiedział. 

 Przypadkowo zauważyliśmy.

 

background image

 

 

133 

   Przez chwilę mignęła mu żółta, przerażona twarz finansisty i utkwione w niego 

oczy —

 i samochód pojechał dalej.

 

   Wrócili do Lemoine’a. Stał z rewolwerem w dłoni, a twarz jego promieniała 

niekłaman

ym zadowoleniem. 

   — Trudna sprawa —

 rzekł. 

 Bardzo trudna. Ale udało się.

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

 

CZERWONY SYGNAŁ

 

    

   Inspektor Battle stał w bibliotece w „Wyvern Abbey”.

 

   George Lomax siedział przy zawalonym papierami biurku, z brwiami groźnie 

zmarszczonymi. 

   Inspektor Battle rozpoczął od złożenia krótkiego i rzeczowego raportu. W 

późniejszej rozmowie wypowiadał się głównie George, inspektor zaś zadowalał się 

lakonicznymi i na ogół jednosylabowymi odpowiedziami na zadawane mu pytania.

 

   Na bi

urku przed George’em leżał plik listów, które Anthony znalazł na 

toaletce. 

   — Nic z tego nie rozumiem —

 powiedział George z irytacją, chwytając ów plik. 

 Powiada pan, że są zaszyfrowane?

 

   — Tak, sir. 

   — 

A gdzie on niby je znalazł? Na toaletce?

 

   Ba

ttle powtórzył słowo w słowo relację Cade’a, w jaki sposób wszedł on w 

posiadanie listów. 

   — 

I od razu przyniósł je panu? Całkiem prawidłowe posunięcie… całkiem 

prawidłowe. Ale kto mógłby je zanieść do jego pokoju?

 

   Inspektor potrząsnął głową.

 

   — Tak

ie rzeczy powinien pan wiedzieć 

 powiedział z wyrzutem George. 

— 

Wszystko to wygląda bardzo podejrzanie, bardzo podejrzanie. Co my w końcu wiemy 

o tym człowieku o nazwisku Cade? Zjawia się w tajemniczych okolicznościach, a my 

nic o nim nie wiemy. Ja osobi

ście mogę powiedzieć, że nie przepadam za jego 

sposobem bycia, to wszystko. Mam nadzieję, że starał się pan zebrać o tym 

człowieku jakieś informacje?

 

   Inspektor Battle pozwolił sobie na wyrozumiały uśmiech.

 

   — 

Zadepeszowaliśmy natychmiast do Afryki Poł

udniowej i tam potwierdzono w stu 

procentach jego opowieść. W podanym przez siebie okresie faktycznie przebywał w 

Bulawayo z panem McGrathem. Do czasu ich spotkania zatrudniony był w firmie 

„Castle”, agencji turystycznej. 

   — 

Tak też przypuszczałem 

— powi

edział George. 

— Cechuje go swoisty rodzaj 

pewności siebie, który w określonej profesji bardzo jest przydatny. A co do tych 

listów, to należy przedsięwziąć odpowiednie kroki, niezwłocznie, niezwłocznie…

 

background image

 

 

134 

   Potężny mężczyzna sapnął i nadął się z ważną miną. Inspektor Battle otworzył 

już niemal usta, ale George go uprzedził:

 

   — 

Nie wolno pozwolić sobie na zwłokę. Listy muszą być natychmiast 

rozszyfrowane. Jak się nazywa ten człowiek? Jest taki, związany z British 

Museum. Wie wszystko, co dotyczy szyfrów. Pr

owadził ten dział w czasie wojny. 

Gdzie jest panna Oscar? Ona będzie wiedziała. Nazywa się chyba na Win… Win…

 

   — Profesor Wynwood —

 podpowiedział Battle.

 

   — 

Słusznie, Teraz sobie przypominam. Trzeba do niego od razu zadepeszować.

 

   — 

Już to zrobiłem, przed godziną. Przyjeżdża o dwunastej dziesięć.

 

   — 

Wspaniale, wspaniale. Dzięki Bogu jedną rzecz mam już z głowy. Muszę być 

dzisiaj w Londynie. Da pan sobie radę beze mnie, mam nadzieję?

 

   — 

Tak mi się wydaje, sir.

 

   — 

Świetnie, inspektorze, proszę robić, co w pana mocy. A teraz bardzo się 

spieszę.

 

   — 

Oczywiście, sir.

 

   — 

Ale, ale, dlaczego pan Eversleigh nie przyjechał razem z panem?

 

   — 

Jeszcze spał. Jak panu mówiłem, byliśmy całą noc na nogach.

 

   — 

Tak, prawda. Mnie samemu często się to zdarza. 

Wykonywanie roboty 

przewidzianej na trzydzieści sześć godzin w ciągu godzin dwudziestu czterech to 

niemal moja codzienność! Jak tylko pan wróci, proszę natychmiast przysłać do 

mnie pana Eversleigha. Dobrze? 

   — 

Przekażę mu pana polecenie.

 

   — 

Dzięki, inspektorze. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że musiał pan obdarzyć 

go pewną dozą zaufania. Ale czy istotnie było to niezbędne, że dopuścił pan do 

konfidencji moją kuzynkę, panią Revel?

 

   — 

Owszem, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że listy były podpisywane je

nazwiskiem. 

   — 

Przykład horrendalnej bezczelności 

 mruknął George, patrząc ze 

zmarszczonym czołem na plik listów. 

 Pamiętam nieboszczyka króla Herzoslovakii. 

Uroczy facet, ale słaby, rozpaczliwie słaby. Narzędzie w ręku kobiety bez 

skrupułów. Domyśla się pan, jakim cudem wróciły te listy do pana Cade’a?

 

   — 

Moim zdaniem, jeśli ludzi zawodzi jeden sposób, imają się drugiego.

 

   — Nie za bardzo pana rozumiem —

 powiedział George.

 

   — 

Ten oszust Król Victor doskonale się już orientuje, że sala obrad jes

strzeżona. Wobec tego pozwala nam odzyskać te listy, pozwala, byśmy je 

rozszyfrowali, pozwala nam znaleźć kryjówkę. I tu problem! Ale my z Lemoine’em 

zajmiemy się tym.

 

   — 

Ma pan plan działania?

 

   — 

Za mocno powiedziane. Mam natomiast pewien pomysł. Pomysł to czasami rzecz 

nadzwyczaj pożyteczna…

 

   Co mówiąc inspektor Battle oddalił się.

 

background image

 

 

135 

   Nie zamierzał bowiem dopuszczać George’a do dalszej konfidencji.

 

   Wracając zobaczył idącego szosą Anthony’ego i zatrzymał się.

 

   — 

Chce mnie pan podrzucić? 

— zapy

tał Anthony? 

 To świetnie.

 

   — 

Gdzie pan był?

 

   — 

Na stacji, dowiedzieć się o godziny odjazdu pociągu.

 

   — 

Znowu gdzieś się pan wybiera?

 

   — Nie tak zaraz —

 odparł Anthony ze śmiechem.

 

   — 

Ciekawe, co tak wzburzyło pana Isaacsteina? Przyjechał autem na stację w 

momencie, gdy stamtąd odchodziłem, i wyglądał, jakby przeżył solidny wstrząs.

 

   — Pan Isaacstein? 

   — Tak. 

   — 

Nie twierdzę tego z całą pewnością, mam jednak wrażenie, że nie zalicza się 

do ludzi, którzy łatwo ulegają wstrząsom.

 

   — Zgadzam

 się z panem 

 powiedział Anthony.

 

   — 

To silny psychicznie, zamknięty w sobie człowiek interesu.

 

   Battle nagle się pochylił i dotknął ramienia szofera.

 

   — 

Zatrzymaj się tu i zaczekaj na mnie. Wyskoczył z samochodu 

— ku wielkiemu 

zdziwieniu Anthony’eg

o. Po minucie jednak ten ostatni dostrzegł Lemoine’a 

spieszącego na spotkanie angielskiego detektywa, i wywnioskował, że to na znak 

Francuza inspektor kazał szoferowi zatrzymać wóz. Nastąpiła między nimi szybka 

wymiana zdań, po czym inspektor wrócił, wskoczył do auta i polecił kierowcy 

jechać dalej. Miał kompletnie zmieniony wyraz twarzy.

 

   — 

Znaleźli rewolwer 

 powiedział lakonicznie.

 

   — Co takiego? —

 Anthony wytrzeszczył na niego oczy. 

— Gdzie? 

   — W walizce Isaacsteina. 

   — 

Niemożliwe!

 

   — Nie ma r

zeczy niemożliwych 

 rzekł Battle. 

 Trzeba stale o tym pamiętać.

 

   Siedział całkiem spokojnie, klepiąc się w kolano.

 

   — 

Kto go znalazł?

 

   Inspektor spojrzał szybko przez ramię.

 

   — 

Lemoine. Łebski facet. W S?reté wysoko go cenią.

 

   — 

A nie podważyło to pańskich domysłów?

 

   — Nie —

 odparł wolno inspektor. 

 Tego bym nie powiedział. Z początku 

zaskoczyło mnie to trochę, przyznaję. Ale to bardzo współgra z jedną z moich 

teorii. 

   — 

Z którą?

 

   I tu Battle gwałtownie zmienił temat:

 

   — 

Byłby pan taki uprzejmy i odnalazł pana Eversleigha? Mam dla niego 

polecenie od pana Lomaxa. Niech zaraz jedzie do „Abbey”. 

   — Dobrze —

 odparł Anthony. Samochód zatrzymał się właśnie przed głównym 

wejściem. 

 Prawdopodobnie jeszcze śpi.

 

background image

 

 

136 

   — 

Nie sądzę 

 rzekł detektyw.

 —

 Jeśli pan się rozejrzy, zobaczy pan, jak 

spaceruje wśród drzew z panią Revel.

 

   — Ale pan ma oko, inspektorze —

 powiedział Anthony i oddalił się, by uczynić 

zadość jego prośbie.

 

   Przekazał polecenie Billowi, który był nim wielce zdegustowany.

 

   — Niech to szlag trafi —

 gderał maszerując w stronę domu. 

— Dlaczego nie da 

mi chwili spokoju? I dlaczego ten cholerny kolonista nie został w swoich 

koloniach? Po co oni tu przyjeżdżają i podrywają co lepsze dziewczyny? Mam już 

tego wszystkiego po dziurki w nosie! 

   — 

Słyszał pan o rewolwerze? 

 zapytała, łapiąc oddech, Virginia, gdy tylko 

Bill się oddalił.

 

   — 

Battle mi powiedział. Niebywała historia, prawda? Isaacstein wczoraj 

strasznie już się palił do odjazdu, ale myślałem, że to po prostu nerwy. 

Zaliczałem go do osób będących poza wszelkimi podejrzeniami. Czy widzi pani 

motyw, dla którego Isaacstein chciałby się pozbyć księcia Michaela?

 

   — 

Rzeczywiście coś tu nie pasuje 

 zgodziła się Virginia z zadumą.

 

   — Nic do niczego nie pasuje —

 stwierdził smętny

m tonem Anthony. —

 Marzyłem o 

rozpoczęciu kariery detektywa

amatora, a jedyne, co zrobiłem, to naraziłem się 

na zbędny trud i zbędne wydatki przy prześwietlaniu tej guwernantki z Francji.

 

   — 

To dlatego pojechał pan tam? 

 zapytała Virginia.

 

   — Tak, uda

łem się do Dinard i odbyłem rozmowę z hrabiną de Bretuil, 

zachwycony własną mądrością i absolutnie przekonany, że otrzymam odpowiedź, iż 

hrabina nigdy o mademoiselle noszącej nazwisko Brun nie słyszała. Zamiast tego 

oświadczono mi, iż wzmiankowana pani w ciągu ostatnich siedmiu lat zajmowała się 

domem hrabiny. Należy więc uznać, iż moja genialna teoria legła w gruzach, chyba 

że hrabina też jest oszustką.

 

   Virginia zaprzeczyła ruchem głowy.

 

   — Madame de Bretuil jest nieskazitelnie uczciwa. To moja dobra znajoma, i 

wydaje mi się, że widziałam w pałacu mademoiselle. Na pewno jej twarz jest mi 

znana, tak jak są znane twarze guwernantek, pań do towarzystwa oraz ludzi, 

którzy siedzą naprzeciwko siebie w przedziale kolejowym. To straszne, ale ja 

nigdy tak napra

wdę na nich nie patrzę. A pan?

 

   — 

Tylko wtedy, kiedy są to piękne kobiety 

 oznajmił Anthony.

 

   — W takim wypadku… —

 urwała. 

 Co się stało? Anthony wpatrywał się w postać, 

która wychynęła z kępy krzewów 

 mężczyzna stał sztywno, na baczność. Był to 

Herzoslovak Boris. 

   — 

Proszę mi wybaczyć 

 powiedział do Virginii. 

 Muszę chwilę pogadać z moim 

psem. 

   Zbliżył się do miejsca, w którym stał Boris.

 

   — O co chodzi? Czego chcesz? 

   — Pan —

 rzekł Boris kłaniając się nisko.

 

background image

 

 

137 

   — No dobrze, dobrze, ale ni

e musisz za mną łazić. To wygląda co najmniej 

dziwacznie. 

   Boris bez słowa wyciągnął kawałek przybrudzonego papieru, najwidoczniej 

kartka wyrwana z listu, i wręczył go Anthony’emu.

 

   — Co to jest? —

 zapytał ten ostatni.

 

   Na tym skrawku nagryzmolony by

ł adres, nic ponadto.

 

   — 

Upuścił to 

 powiedział Boris. 

 I ja przynoszę to memu panu.

 

   — 

Kto upuścił?

 

   — 

Cudzoziemski dżentelmen.

 

   — Ale dlaczego mnie to przynosisz? 

   Boris spojrzał na Anthony’ego z wyrzutem.

 

   — 

W porządku, idź już sobie 

— pow

iedział Anthony.

 

   — 

Jestem zajęty.

 

   Boris zasalutował, odwrócił się sprężyście i odmaszerował. Anthony zaś 

dołączył do Virginii, wsunąwszy skrawek papieru do kieszeni.

 

   — 

Czego on chciał? 

 spytała z zaciekawieniem.

 

   — 

I dlaczego nazwał go pan swoi

m psem? 

   — 

Dlatego że tak się zachowuje. 

 Anthony odpowiedział najpierw na drugie 

pytanie. —

 W swoim poprzednim wcieleniu na pewno był psem myśliwskim. Przyniósł 

mi skrawek listu, który, jak powiada, upuścił cudzoziemski dżentelmen. Sądzę, że 

ma na myśl

i Lemoine’a. 

   — Prawdopodobnie —

 zgodziła się Virginia.

 

   — Zawsze chodzi moim tropem —

 ciągnął Anthony.

 

   — 

Jak pies. Prawie się nie odzywa. Tylko patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, 

okrągłymi oczyma. Nie potrafię go rozszyfrować.

 

   — 

A może on miał na myśli Isaacsteina? 

 wyraziła przypuszczenie Virginia. 

— 

Isaacstein jako żywo wygląda trochę z cudzoziemska.

 

   — Isaacstein —

 mruknął Anthony z irytacją. 

 Jaką on tu, u diabła, odgrywa 

rolę?

 

   — 

Czy nigdy nie miał pan sobie za złe, że wplątał się w tę aferę? 

 zapytała 

niespodziewanie. 

   — 

Za złe? Ależ skąd?! Ja to ubóstwiam. Większość życia spędzam na szukaniu 

kłopotów. Ale tym razem spadło ich na mnie chyba więcej, niż się spodziewałem.

 

   — 

Przecież największe kłopoty ma pan już za sobą 

— powiedz

iała Virginia, 

zdziwiona niezwyczajnie poważnym tonem Anthony’ego.

 

   — 

Niezupełnie.

 

   Parę minut szli w milczeniu.

 

   — 

Są ludzie 

 zaczął Anthony przerywając ciszę 

 którzy nie reagują na 

sygnały. Zwyczajna, dobrze funkcjonująca lokomotywa zwalnia albo zatrzymuje się, 

gdy widzi czerwone światło. Być może ja jestem daltonistą. Bo na widok 

czerwonego sygnału walę do przodu. W końcu, jak wiadomo, pociąga to za sobą 

background image

 

 

138 

katastrofę. Nieuchronnie. I słusznie. Albowiem, ogólnie rzecz biorąc, daltonizm 

jest bardzo niebezpieczny dla ruchu. 

   Wciąż mówił z ogromną powagą.

 

   — 

Mam wrażenie 

 powiedziała Virginia

że często w życiu pan ryzykował?

 

   — 

Prawie wszystko jest u mnie ryzykiem, oprócz małżeństwa.

 

   — To brzmi cynicznie. 

   — 

Nie myślałem w tym sensie. Małżeństwo, takie, o jakim marzę, byłoby 

największą przygodą w moim życiu.

 

   — 

Ładnie pan to ujął 

 rzekła Virginia rumieniąc się.

 

   — 

Tylko jeden typ kobiety wchodzi w rachubę, taką chciałbym poślubić, której 

charakter o całe nieba różniłby się od mojego. I co byśmy wtedy poczęli? Ona 

przystosowałaby się do mojego stylu życia czyja do jej?

 

   — 

Gdyby pana kochała…

 

   — 

Sentymentalizm, droga pani. Wie to pani równie dobrze jak ja. Miłość to nie 

narkotyk, który pani zażywa, by stać się ślepą na wszystko, owszem, może pani ją 

do tego sprowadzić, ale szkoda miłości, warta jest o wiele więcej. Jak pani 

sądzi, co żebraczka i król myśleliby o swoim małżeństwie parę lat po ślubie? Czy 

ona nie żałowałaby swoich łachmanów i bosych stóp, i beztroskiego żywota? Na 

pewno. C

zy gdyby on zrezygnował dla niej z korony, wynikłaby z tego jakaś 

korzyść? Żadna. Stałby się cholernie złym żebrakiem. A żadna kobieta nie 

uszanuje mężczyzny, który robi coś cholernie źle.

 

   — 

Czy pan się zakochał w żebraczce? 

 zapytała ciepło Virginia.

 

   — 

Wręcz przeciwnie, ale zasady są te same.

 

   — 

I nie ma żadnego wyjścia?

 

   — 

Jakieś zawsze jest 

 odparł Anthony ponuro. 

 Stoję na stanowisku, że 

człowiek może osiągnąć to, czego chce, jeżeli zapłaci określoną cenę. A czy pani 

wie, jaka to jest na og

ół cena? Kompromis. Kompromis jest obrzydliwy, lecz 

zarzuca sidła na człowieka, gdy ten wkracza w wiek średni. Właśnie teraz na mnie 

przyszła kolej. By zdobyć kobietę, jakiej pragnę, gotów jestem nawet podjąć 

stałą pracę. Virginia roześmiała się.

 

   — Przygotowano mnie do zawodu. 

   — 

I porzucił pan ten zawód?

 

   — Tak. 

   — Dlaczego? 

   — Z przyczyn zasadniczych. 

   — Hm… 

   — 

Pani jest kobietą niezwykłą 

 powiedział nagle, zwracając ku niej głowę.

 

   — Dlaczego? 

   — 

Bo potrafi się pani powstrzymać od zadawania pytań.

 

   — 

Dlatego że nie zapytałam pana, jakiego rodzaju zawód pan obrał?

 

   — 

Właśnie.

 

background image

 

 

139 

   Dalej szli już w milczeniu. Zbliżali się do domu, przechodząc obok pachnącego 

słodko ogrodu róż.

 

   — 

Śmiem twierdzić, że pani doskonale rozumie, o co chodz

i —

 powiedział 

Anthony przerywając ciszę. 

 Pani wie, kiedy mężczyzna zakochuje się w pani. 

Domyślam się, że pani na mnie nie zależy, ani na nikim innym, ale, jak Boga 

kocham, zmuszę panią do tego!

 

   — 

Sądzi pan, że udałoby się to panu? 

 Zapytała przytłumionym głosem.

 

   — 

Może nie, lecz dołożę wszelkich starań.

 

   — 

Żałuje pan, żeśmy się spotkali? 

 spytała nagle.

 

   — 

Nie, na Boga! Wtedy właśnie zapaliła się czerwona lampka. Kiedy po raz 

pierwszy panią zobaczyłem, wtedy, na Pont Street, wiedziałem, że podejmuję 

ryzyko narażenia się na śmieszność. Pani twarz wywarła na mnie takie wrażenie, 

właśnie twarz. Jest w pani jakaś siła magiczna, od stóp do głów, niektóre 

kobiety mają taką właściwość, ale nigdy jeszcze nie spotkałem takiej, w której 

tej siły magicznej byłoby aż tyle. Poślubi pani kogoś godnego szacunku i 

zamożnego, jak przypuszczam, a ja wrócę do swojego niecnego życia, lecz zanim 

odejdę, pocałuję panią, przysięgam!

 

   — 

Teraz pan nie może 

 powiedziała miękko Virginia. 

— Inspektor Battle 

obserwuje nas z okna biblioteki. 

   Anthony spojrzał na nią.

 

   — Szatan z pani, Virginio —

 powiedział tonem raczej obojętnym. 

 Ale słodki 

szatan. —

 Po czym pomachał beztrosko dłonią w stronę inspektora. 

 Złapał pan 

dziś jakichś kryminalistów?

 

   — Na razie nie. 

   — To dobrze rokuje. 

   Battle z zadziwiającą jak na tak flegmatycznego człowieka zwinnością 

wyskoczył przez okno biblioteki i dołączył do nich już na tarasie.

 

   — 

Udało mi się ściągnąć profesora Wynwooda 

 oznajmił szeptem. 

 Właśnie 

przyjechał. Rozszyfrowuje listy. Chcecie państwo zobaczyć go przy pracy?

 

   Mówił to tonem zachwalającego wystawę marchanda. Otrzymawszy pozytywną 

odpowiedź, zaprowadził ich pod okno i poradził, by zajrzeli do środka.

 

   Przy zarzuconym listami stole siedział niewysoki, rudowłosy mężczyzna w 

średnim wieku i pisał coś zawzięcie na dużym arkuszu papieru. Mruczał gniewnie 

do siebie jakieś słowa i od czasu do czasu pocierał gwałtownie nos, którego 

barwa skutecznie rywalizowała z kolorem włosów.

 

   Niebawem uniósł wzrok znad stołu

   — 

To pan, inspektorze? Po to mnie pan tu ściągnął, bym zajmował się takimi 

bzdurami? Przecież każde dziecko poradziłoby sobie z tym. Dwuletni szkrab. I to 

się nazywa szyfr? Sens aż bije w oczy.

 

   — 

Cieszę się, profesorze 

 powiedział łagodnie Battle.

 — Ale, wie pan, my nie 

jesteśmy tacy mądrzy.

 

background image

 

 

140 

   — 

Tu nie potrzebna żadna mądrość 

 warknął profesor. 

— Wystarczy rutyna. Chce 

pan, bym rozpracował wszystkie listy? To zajmie dużo czasu, wymaga solidnego 

przyłożenia się, bacznej uwagi i żadnej inteligencji. Zrobiłem ten list datowany 

w „Chimneys”, który, jak pan powiedział, jest najważniejszy. Mogłem zabrać 

resztę do Londynu i przekazać mojemu asystentowi. Na takie rzeczy szkoda mojego 

czasu. Oderwał mnie pan od bardzo poważnej pracy i chcę jak najszybciej 

do niej 

wrócić.

 

   Oczy mu rozbłysły.

 

   — Dobrze, profesorze —

 zgodził się Battle. 

 Przykro mi, że zawracaliśmy panu 

głowę taką bagatelką. Wytłumaczę to panu Lomaxowi. Cały rwetes powstał z powodu 

tego właśnie listu. Lord Caterham spodziewa się prawdopodobnie, że zostanie pan 

na obiedzie. 

   — Nie jadam obiadów —

 powiedział profesor. 

 To zły zwyczaj. Banan i sucharek 

to wszystko, co zdrowy na ciele i umyśle człowiek powinien jeść w środku dnia.

 

   Chwycił płaszcz, który leżał na oparciu fotela. Battle wyszedł przed dom i po 

paru minutach Anthony i Virginia usłyszeli odgłos odjeżdżającego samochodu.

 

   Inspektor podszedł do nich trzymając w ręku pół arkusika papieru, który 

profesor mu wręczył.

 

   — 

Zawsze tak się zachowuje 

 rzekł Battle nawiązując do wyja

zdu profesora. — 

Wciąż w piekielnym pośpiechu. Ale mądry człowiek. No więc mamy tu treść listu 

Jej Wysokości. Chcecie państwo rzucić na to okiem?

 

   Virginia sięgnęła po arkusik, Anthony zaś czytał jej przez ramię. Jak 

pamiętał, była to długa epistoła, tchnąca namiętnością i rozpaczą. Geniusz 

profesora Wynwooda przekształcił ją w lakoniczny, rzeczowy komunikat:

 

   „Operacja przebiegła pozytywnie, ale S nas przechytrzył. Przesunął kamień z 

kryjówki. Nie w jego pokoju. Szukałam. Odnalazłam następującą notatkę

, która 

moim zdaniem ma z tym związek: RICHMOND SIEDEM PROSTO OSIEM NA LEWO TRZY NA 

PRAWO”. 

   — S? —

 odezwał się Anthony. 

 Oczywiście Stylptitch. Szczwany lis. Zmienił 

kryjówkę.

 

   — Richmond? —

 powtórzyła z namysłem Virginia.

 

   — 

Czyżby klejnot był ukryty gdzieś w Richmond?

 

   — 

To ulubione miejsce członków rodziny królewskiej 

 zauważył Anthony.

 

   Battle potrząsnął przecząco głową.

 

   — 

A ja bym się upierał przy tym, że odnosi się to do jakiegoś punktu w tym 

domu. 

   — Wiem! —

 wykrzyknęła nagle Virginia. Obaj mężczyźni zwrócili ku niej wzrok.

 

   — 

Obraz Holbeina w sali obrad. Właśnie pod nim obstukiwali ścianę. A to jest 

portret hrabiego Richmond. 

   — 

Trafiła pani w dziesiątkę 

powiedział Battle i klepnął się po udzie. Mówił 

dalej z niezwykłym u niego ożywieniem. 

 To jest punkt wyjściowy, obraz, ale 

background image

 

 

141 

przestępcy wiedzą tyle samo co my, do czego odnoszą się wymienione w liście 

cyfry. Dwaj zbrojni rycerze stoją akurat pod obrazem, i pierwszą myślą 

złoczyńców było to, że klejnot jest ukryty w jednej ze zbroi. Cyfry mogłyby 

oznaczać cale. Ta teoria wzięła w łeb, następna zaś dotyczyła tajemnego 

przejścia lub klatki schodowej, lub schowka w ścianie. Czy o czymś takim jest 

pani wiadomo? 

   Virginia zaprzeczyła ruchem głowy.

 

   — 

Wiem o „księżej jamie” i o przynajmniej jednym tajemnym przejściu 

— 

odparła. 

 Swego czasu pokazywano mi je, ale doprawdy mało co pamiętam. O, jest 

Bundle, ona będzie wiedziała.

 

   Bundle szybkim krokiem zbliżała się do nich.

 

   — 

Po obiedzie biorę panharda i jadę do miasta 

 oznajmiła.

 —

 Może kogoś 

podrzucić? Nie miałby pan ochoty? 

 zwróciła się do Cade’a. 

 Zdążymy obrócić 

przed kolacją.

 

   — 

Nie dziękuję 

 rzekł Anthony. 

 Spędzam tu czas zarówno miło, jak i 

pracowicie. 

   — 

Ten człowiek boi się mnie 

 powiedziała Bundle.

 

   — Albo mnie jako kierowcy, albo mojego fatalnego uroku. Co zatem wchodzi w 

rachubę?

 

   — To drugie —

 odparł Anthony. 

 Nie ulega żadnej wątpliwości.

 

   — Bundle, kochanie —

 zaczęła Virginia 

 czy istnieje jakieś tajemne przejście 

prowadzące z sali obrad?

 

   — W pe

wnym sensie tak. Ale z dawien dawna nie używane. Zdaje się, że łączy 

„Chimneys” z „Wyvern Abbey”. To znaczy łączyło kiedyś, w zamierzchłych czasach, 

teraz jest zamurowane. Można tylko nim przejść jakieś sto jardów. To na górze, w 

Białej Galerii, jest o wiele bardziej interesujące, no i niezła jest „księża 

jama”. 

   — Aspekt artystyczny nas nie interesuje —

 wyjaśniła Virginia. 

— Chodzi o 

konkret. Jakie jest połączenie z salą obrad?

 

   — 

Przez drzwi w boazerii. Jeżeli chcecie, to po obiedzie wam zademonstruję

   — 

Dzięki 

 powiedział inspektor Battle. 

 Dajmy na to o wpół do trzeciej, 

dobrze? 

   Bundle spojrzała na niego z uniesionymi w górę brwiami.

 

   — 

Coś tu nie gra?

 

   Na tarasie pojawił się Tredwell.

 

   — 

Podano do stołu 

 oznajmił.

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

 TRZECI 

SPOTKANIE W OGRODZIE RÓŻ

 

    

background image

 

 

142 

   O wpół do trzeciej towarzystwo spotkało się ponownie w sali obrad: Bundle, 

Virginia, inspektor Battle, Lemoine i Anthony Cade. 

   — 

Nie będziemy czekać, aż uda nam się ściągnąć pana Lomaxa 

 powiedział 

inspektor Battle. —

 Tego typu sprawy trzeba załatwiać szybko.

 

   — 

Jeżeli pan sądzi, że książę Michael został zamordowany przez kogoś, kto 

dostał się tu tą drogą, to jest pan w błędzie 

 powiedziała Bundle. 

— To 

zupełnie niemożliwe. Wejście z drugiej strony jest zamurow

ane. 

   — Nie o to nam chodzi, milady —

 powiedział szybko Lemoine. 

 O coś całkiem 

innego. 

   — 

Szukacie czegoś, tak? 

 spytała niezwłocznie Bundle. 

— Czy przypadkiem nie 

jakiegoś historycznego drobiazgu?

 

   Lemoine był wyraźnie zaintrygowany.

 

   — 

Wytłumacz, co masz na myśli 

 poprosiła Virginia. 

— Ty jak zechcesz, to 

potrafisz. 

   — No… jak mu tam —

 zaczęła Budle. 

 Ten historyczny klejnot książąt krwi, 

który ktoś buchnął w zamierzchłych czasach, zanim wkroczyłam w dojrzałe lata.

 

   — 

Skąd pani o tym wie,

 lady Eileen? —

 zapytał Battle.

 

   — 

Zawsze wiedziałam. Kiedy miałam dwanaście lat, powiedział mi o tym któryś z 

lokai. 

   — Lokaj! —

 powiedział inspektor. 

 O Boże! Szkoda, że pan Lomax tego nie 

słyszy!

 

   — 

Czy to jedna z pilnie strzeżonych tajemnic Geor

ge’a? —

 zadała pytanie 

Bundle. —

 Komiczna historia! Nie przypuszczałam, że to prawda. George to istny 

osioł! Musi się wreszcie dowiedzieć, że służba wie wszystko.

 

   Podeszła do obrazu Holbeina, dotknęła ukrytej gdzieś z boku sprężyny i 

natychmiast część boazerii rozwarła się ze zgrzytem, odsłaniając ciemny otwór.

 

   — Entrez, messieurs et mesdames —

 powiedziała Bundle teatralnym tonem. 

— 

Wchodźcie, wchodźcie, najdrożsi! Superwidowisko sezonu i tylko za sześć pensów!

 

   Zarówno Lemoine, jak i Battle zaopatr

zyli się już w latarki. Wkroczyli w 

ciemność jako pierwsi, reszta szła za nimi, depcząc im niemal po piętach.

 

   — 

Powietrze przyjemne i świeże 

 zauważył Battle. 

 Gdzieś musi być 

wentylacja. 

   Szedł na czele. Podłoga była wybrukowana nierównymi kamieniami, lecz ściany 

były murowane. Tak jak Bundle powiedziała, korytarz miał jakieś sto jardów 

długości. Potem gwałtownie się kończył 

 zwałowiskiem gruzu. Battle upewnił się, 

że z boku nie ma żadnego przejścia, po czym powiedział ku idącym za nim:

 

   — Wracam

y, jeśli państwo pozwolą. Chciałem tylko, że tak powiem, dokonać 

inspekcji terenu. 

   Po paru minutach byli z powrotem przed sekretnym wejściem.

 

   — 

Zaczynamy stąd 

 oznajmił Battle. 

— Siedem prosto, osiem na lewo, trzy na 

prawo. Pierwsze traktujemy jako kroki. 

background image

 

 

143 

   Odmierzył dokładnie siedem kroków i pochylił się, badając grunt pod nogami.

 

   — 

Chyba w porządku. Niezadługo pojawi się znak robiony kredą. Teraz osiem na 

lewo. To już nie odnosi się do kroków, przejście jest tak wąskie, że można iść 

tylko gęsie

go. 

   — 

Może do cegieł? 

 podsunął Anthony.

 

   — 

Słusznie. Osiem cegieł od góry lub dołu po lewej stronie. Spróbujmy od 

dołu, to łatwiejsze.

 

   Odliczył osiem cegieł od dołu.

 

   — Teraz od tego miejsca trzy na prawo. Raz, dwa, trzy. O, co to? 

   — Na pewn

o za chwilę zacznę krzyczeć 

 powiedziała Bundle. 

— Co to takiego? 

   Inspektor Battle majstrował coś ostrzem noża przy jednej z cegieł. 

Doświadczonym okiem dostrzegł bowiem od razu, że ta cegła jest inna niż 

pozostałe. Parę minut wysiłku i wyrwał ją. Z tyłu było niewielkie, ciemne 

wgłębienie. Battle wsadził tam rękę.

 

   Wszyscy wstrzymali oddech. 

   Inspektor wyciągnął rękę z wgłębienia.

 

   Z jego ust wyrwał się okrzyk zdumienia i gniewu.

 

   Pozostali skupili się wokół niego i wpatrywali nic nie rozumiejąc

ym wzrokiem 

w trzy przedmioty na jego dłoni. Przez moment wydawało się, jak gdyby własnym 

oczom nie mogli uwierzyć.

 

   Karton małych, perłowych guziczków, kwadratowy kawałek szorstkiej dzianiny 

oraz skrawek papieru, na którym wypisano cały rząd dużych lite

r E. 

   — No tak! — powiedzial Battle. —

 Jestem załatwiony! Co to wszystko oznacza?

 

   — Mon Dieu! —

 mruknął Francuz. 

— Ça c’est un peu tropfort!* 

   — 

Ale co to oznacza?! wykrzyknęła Virginia, całkiem zdezorientowana.

 

   — Co to oznacza? —

 powtórzył Antho

ny, —

 Może to oznaczać tylko jedno. 

Nieboszczyk hrabia Stylptitch musiał mieć niezłe poczucie humoru. Ja osobiście 

nie uważam, by to tyło takie zabawne.

 

   — 

Czy mógłby pan przedstawić swoją teorię nieco bardziej przejrzyście?

— 

zapytał inspektor Battle.

 

   — 

Naturalnie. To był mały żart hrabiego. Przewidywał widocznie, że jego 

notatka zostanie odczytana. Kiedy złoczyńcy przyszli po klejnot, znaleźli w tym 

miejscu bardzo zmyślną zagadkę. Rodzaj maski, którą się nakłada, by ludzie 

człowieka nie poznali.

 

   — 

Czy coś się za tym kryje?

 

   — 

Niewątpliwie tak. Gdyby hrabia chciał być tylko złośliwy, zostawiłby kartkę 

z napisem „sprzedane” albo fotografię osła czy coś równie mało subtelnego.

 

   — 

Kawałek materiału, kilka dużych liter E i sporo guzików 

 wymamrotał 

Battle 

zdegustowany. 

   — C’est inoui*—

 powiedział ze złością Lemoine. Szyfr numer dwa 

 zaczął 

Anthony. —

 Zastanawiam się, czy profesor Wynwood nie popełnił tutaj błędu.

 

background image

 

 

144 

   — 

Kiedy ostatnio ktoś korzystał z tego przejścia? 

 zapytał Francuz zwracając 

się 

do Bundle. 

   Bundle namyślała się chwilę.

 

   — 

Moim zdaniem od przeszło dwóch lat nikt tu nie wchodził. Amerykanom i 

wszelkim innym turystom wystarcza „księża jama”.

 

   — Ciekawe —

 mruknął Francuz.

 

   — Co ciekawe? 

   Lemoine nachylił się i podniósł coś z podłogi.

 

   — To —

 odparł. 

 Ta zapałka nie leżała tu przez dwa lata. Czy może ktoś z 

państwa rzucił ją na ziemię?

 

   Odpowiedź wszystkich była przecząca.

 

   — No dobrze —

 powiedział inspektor Battle.

 

   — 

Zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia. Możemy już śmiało stąd się 

wynieść.

 

   Propozycja zyskała ogólną aprobatę. Tajemne drzwi były zamknięte, ale Bundle 

pokazała im, gdzie jest zamek od wewnątrz. Nacisnęła klamkę, drzwi otworzyły się 

na oścież, Bundle wskoczyła w otwór i wyładowała z łoskotem w 

sali obrad. 

   — Niech to licho! —

 wykrzyknął lord Caterham zrywając się z fotela, w którym 

widocznie ucinał sobie drzemkę.

 

   — Biedny staruszku —

 powiedziała Bundle. 

 Przestraszyłam cię?

 

   — 

Nie mogę pojąć 

 rzekł lord Caterham 

— dlaczego w obecnych czasach ludzie 

nie odpoczywają po jedzeniu. Wielka strata. Bóg świadkiem, „Chimneys” jest 

wystarczająco duże, ale nawet tu trudno znaleźć miejsce, gdzie człowiek zaznałby 

odrobinę spokoju. O Boże, ile was tam jest? Przypomina mi to pantomimy, na jakie 

chodzi

łem jako chłopiec, kiedy to chmary demonów wyskakiwały z drzwi zapadowych.

 

   — Demonie numer siedem —

 powiedziała Virginia zbliżając się do niego i 

gładząc go po głowie. 

 Proszę się nie gniewać. Badamy tajemne przejście, to 

wszystko. 

   — 

Wygląda na to, że tajemne przejścia mają dzisiaj powodzenie 

 stwierdził 

lord Caterham niezbyt jeszcze udobruchany. —

 Całe rano musiałem oprowadzać po 

nich tego Fisha. 

   — 

Kiedy to było? 

 zapytał szybko Battle.

 

   — 

Tuż przed obiadem. On słyszał chyba tylko o jednym przejściu. Pokazałem mu 

je, a potem zaprowadziłem go do Białej Galerii, a zakończyliśmy zwiedzanie na 

„księżej jamie”. Lecz w tym czasie jego entuzjazm wyraźnie zmalał. Miał minę 

człowieka śmiertelnie znudzonego. Zmusiłem go jednak, by dotrwał do końca. 

— 

Lo

rd Caterham zachichotał na samo wspomnienie.

 

   Anthony położył rękę na ramieniu Lemoine’a.

 

   — 

Wyjdźmy na dwór 

 powiedział cicho. 

 Muszę z panem porozmawiać.

 

background image

 

 

145 

   Dwaj panowie wyszli oszklonymi drzwiami. Kiedy byli już w dostatecznej od 

domu odległości, Anthony wyciągnął z kieszeni ów skrawek papieru, który dziś 

rano Boris mu wręczył.

 

   — 

Proszę spojrzeć 

 powiedział. 

 Czy pan to zgubił?

 

   Lemoine wziął kartkę do ręki i przyjrzał się jej z umiarkowanym 

zainteresowaniem. 

   — Nie —

 odparł. 

 Widzę ją po

 raz pierwszy. A bo co? 

   — Jest pan tego pewien? 

   — Absolutnie, monsieur. 

   — Bardzo dziwne. 

   Powtórzył Lemoine’owi słowa Borisa. Francuz słuchał z wielką uwagą.

 

   — 

Nie, nie zgubiłem tej kartki. Powiada pan, że on ją znalazł wśród krzewów?

 

   — Wy

wnioskowałem to z jego wypowiedzi, ale on tak dokładnie tego nie 

określił.

 

   — 

Całkiem możliwe, że wyfrunęła z walizki pana Isaacsteina. Niech pan 

powtórnie zapyta o to Borisa. 

   — 

Zwrócił Anthony’emu kartkę. Po paru minutach rzekł:

 

   — 

Co panu właściwie o tym Borisie jest wiadomo? Anthony wzruszył ramionami.

 

   — 

Zrozumiałem, że był zaufanym służącym świętej pamięci księcia Michaela.

 

   — 

Możliwe, ale proszę zadać sobie trud i to sprawdzić. Niech pan zapyta kogoś 

kompetentnego, na przykład barona Lolopretjzyla. Może tego człowieka przyjęto do 

pracy zaledwie przed paroma tygodniami? Na mnie sprawił wrażenie uczciwego 

faceta. Ale kto wie? Król Victor byłby w stanie przeistoczyć się niezwłocznie w 

zaufanego sługę.

 

   — 

Czyżby pan sądził…?

 

   Lemoine przerwa

ł mu:

 

   — 

Będę z panem zupełnie szczery. Król Victor stał się moją obsesją. Wszędzie 

go widzę. Nawet teraz zadaję sobie w duchu pytanie, czy człowiek, z którym 

rozmawiam, jest panem Cade’em, czy może Królem Victorem…

 

   — 

Mój Boże! 

 powiedział Anthony. 

 Musiał porządnie dać się panu we znaki.

 

   — 

Co mnie obchodzi klejnot?! Albo wykrycie mordercy księcia Michaela? 

Powinienem to zostawić moim kolegom ze Scotland Yardu, to ich sprawa. 

Przyjechałem do Anglii tylko po to, tylko jeden cel mi przyświecał, by złapać 

Króla Victora, złapać go na gorącym uczynku. Nic innego mną nie powodowało.

 

   — I pana zdaniem dopnie pan swego? —

 spytał Anthony zapalając papierosa.

 

   — Bo ja wiem? —

 odparł Lemoine z nagle ogarniającym go zwątpieniem.

 

   — Hm! —

 mruknął Anthony.

 

   Wrócili na taras. Inspektor Battle stał przy oszklonych drzwiach nieruchomo, 

niczym słup soli.

 

background image

 

 

146 

   — 

Proszę spojrzeć na tego poczciwca inspektora 

 powiedział Anthony. 

— 

Chodźmy go pocieszyć. 

 Po chwili milczenia dodał: 

 Swoją drogą dziwak z pana, 

panie Lemoine. 

   — 

Dlaczegóż to?

 

   — 

Na pana miejscu zapisałbym obowiązkowo ten adres z kartki, którą panu 

pokazałem. Może on nie mieć żadnego znaczenia i prawdopodobnie nie ma. Ale z 

drugiej strony nie sposób wykluczyć, że to element bardzo istotny.

 

   Lem

oine spoglądał na niego w skupieniu minutę lub dwie. Po czym, z lekkim 

uśmiechem na ustach, podciągnął lewy rękaw marynarki. Na białym mankiecie 

koszuli widniał napis: „Hurstmere”, Langly Road, Dover.

 

   — Przepraszam —

 powiedział Anhony. 

 Spudłowałem. 

— 

Dołączył do inspektora 

Battle. — Bardzo pan zadumany —

 zauważył.

 

   — 

Mnóstwo mam rzeczy do przemyślenia, panie Cade.

 

   — 

Wyobrażam sobie.

 

   — Obraz jest niespójny. Absolutnie niespójny. 

   — 

To rzeczywiście ciężka sprawa 

 rzekł Anthony ze współczuciem.

 —

 Ale głowa 

do góry, inspektorze! W najgorszym wypadku zawsze pan może aresztować mnie. Ma 

pan podstawy —

 ślady moich stóp, jak pan pamięta.

 

   Lecz inspektor nie skwitował tego uśmiechem.

 

   — 

Ma pan tutaj jakichś wrogów, wie pan coś o tym? 

 zapytał.

 

   — 

Odniosłem wrażenie, że jeden z lokai nie darzy mnie sympatią 

 odparł 

Anthony lekkim tonem. —

 Robi, co może, aby zapomnieć podać mi co wymyślniejsze 

warzywa. Dlaczego pan pyta? 

   — 

Otrzymałem anonimy 

 powiedział inspektor Battle. 

 A właściwie jeden 

anonim. 

   — Na mój temat? 

   Battle bez słowa wyjął z kieszeni złożony arkusik taniego papieru w kratkę i 

wręczył go Anthony’emu. Niewprawnym charakterem pisma nabazgrane tam były słowa: 

„Uwarzaj na pana Cade. Nie jest tym, za kturego się podaje”.

 

   Antho

ny, śmiejąc się nierfasobliwie, zwrócił mu kartkę.

 

   — 

To wszystko? Niech się pan nie przejmuje, inspektorze. Jak panu wiadomo, 

jestem mistrzem charakteryzacji. 

   Ruszył w stronę domu, gwiżdżąc wesoło. Lecz gdy wszedł do swojej sypialni i 

zamknął za sobą drzwi, zmienił się nie do poznania. Twarz mu stężała, przybrała 

surowy, zacięty wyraz. Usiadł na skraju łóżka i wpatrzył się ponuro w podłogę.

 

   — 

Sytuacja staje się poważna 

 powiedział do siebie.

 

   — 

Trzeba coś z tym zrobić. Cholernie niefortunny układ. Siedział tak parę 

minut, a następnie podszedł do okna.

 

   Stał chwilę, wyglądając bezmyślnie na zewnątrz, i nagle jego spojrzenie 

zatrzymało się na czymś 

 i twarz mu się rozjaśniła.

 

   — 

Oczywiście 

 szepnął. 

 Ogród róż! No właśnie! Ogród róż?

 

background image

 

 

147 

   Zbie

gł na dół i wyszedłszy na dwór bocznymi drzwiami, skierował się do 

ogrodu. Zmierzał tam drogą okrężną. Po obydwu stronach ogrodu znajdowały się 

niewielkie bramy. Wszedł przez tę dalszą i zbliżył się do zegara słonecznego 

położonego na wzniesieniu, w samym środku ogrodu.

 

   Raptem stanął jak w ziemię wryty, wytrzeszczając oczy na drugiego gościa 

ogrodu, który sprawiał wrażenie równie jak on zdziwionego.

 

   — 

Nie wiedziałem, że interesuje się pan różami 

 powiedział uprzejmie 

Anthony. 

   — 

Bardzo się interesuję 

 odparł pan Fish. Mierzyli się wzajemnie czujnym 

spojrzeniem niczym oceniający swe siły przeciwnicy.

 

   — 

Ja też 

 oznajmił Anthony.

 

   — Doprawdy? 

   — 

Mówiąc szczerze, uwielbiam róże do szaleństwa 

 rzekł Anthony patetycznie.

 

   Lekki uśmiech rozjaśnił twarz pana Fisha, i w tym parnym czasie Anthony 

uśmiechnął się również. Napięcie jak gdyby minęło.

 

   — 

Niech pan spojrzy na tę piękność 

 powiedział, pan Fish i nachylił się, by 

pokazać kwiat szczególnej urody.

 

   — 

Zdaje się, że to jest Madame Abel Chatenay. Tak, mam rację. Ta biała róża 

była przed wojną znana jako Frau Carl Drusky. Przypuszczam, że ją przemianowali. 

Chyba lekka przesada, ale w duchu szczerego patriotyzmu. La France jest zawsze 

popularna. Czy pan w ogóle lubi czerwone róże? Jasnoczerwo

ne… 

   Cedzącemu monotonnie słowa panu Fishowi przerwano. Z okna na pierwszym 

piętrze wychylała się Bundle.

 

   — 

Chce pan wyskoczyć do miasta, panie Fish? Właśnie jadę.

 

   — 

Dziękuję, lady Eileen, ale bardzo mi tu dobrze.

 

   — 

A pan nie da się namówić? 

— z

wróciła się do Anthony’ego. Ten, roześmiawszy 

się, potrząsnął przecząco głową.

 

   Bundle zniknęła.

 

   — Bardziej odpowiada mi sen —

 rzekł Anthony ziewając. 

— Solidna, poobiednia 

drzemka. —

 Wyjął papierosa. 

 Ma pan może zapałki?

 

   Pan Fish wręczył mu całe pudełko. Anthony przypalił sobie i zwrócił zapałki 

ze słowami podzięki.

 

   — 

Róże są piękne 

 powiedział. 

 Ale nie pociągają mnie dziś specjalnie 

problemy ogrodnicze. 

   Pan Fish z rozbrajającym uśmiechem pokiwał głową. Zza domu dobiegł 

ogłuszający łomot

   — 

Ten jej wóz ma niezły silnik 

 zauważył Anthony.

 

   — O, tam… 

   W ich polu widzenia pojawił się szybko jadący aleją samochód. Anthony znowu 

ziewnął i skierował się w stronę domu.

 

background image

 

 

148 

   Wszedł głównym wejściem. Gdy już znalazł się wewnątrz, to jakby sz

atan w 

niego wstąpił. Przebiegł galopem hali, przez jedno z dalszych oszklonych drzwi 

wypadł na dwór i dalej sunął parkiem. Bundle, jak wiedział, musi zrobić solidny 

objazd, koło domku myśliwskiego, a potem przez wieś.

 

   Biegł jak szalony. Był to wyścig z czasem. Dobiegł do muru parku, gdy 

usłyszał warkot samochodu jadącego szosą. Wspiął się na mur i skoczył na drogę.

 

   — Hej! —

 zawołał.

 

   Zdumiona Bundle zboczyła gwałtownie z kursu. Udało jej się jakoś uniknąć 

wypadku. Anthony biegł za wozem, później otworzył drzwiczki i wskoczył na 

przednie siedzenie, obok Bundle. 

   — 

Jadę z panią do Londynu! 

 powiedział. 

 Od początku miałem ten zamiar.

 

   — Dziwny z pana facet —

 rzekła Bundle. 

 Co pan trzyma w ręku?

 

   — 

Zapałkę 

 odparł.

 

   Przyglądał się jej z namysłem. Była różowa, z żółtym łebkiem. Anthony rzucił 

nie zapalonego papierosa, a zapałkę schował z pietyzmem do kieszeni.

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

 

DOM W DOVER 

    

   — 

Mam nadzieję, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli dodam gazu? 

— zapyta

ła Bundle. 

 Wyjechałam później, niż zamierzałam.

 

   Anthony sądził, że osiągnęli już szczyt prędkości, ale niebawem się 

przekonał, że była to fraszka w porównaniu z tym, co Bundle potrafiła wycisnąć z 

panharda. 

   — Niektórzy ludzie —

 odezwała się, gdy podczas przejazdu przez wieś zwolniła 

tempo —

 są przerażeni moją jazdą. Na przykład ojciec. Nic go nie jest w stanie 

zmusić, by wsiadł do tej mojej landary.

 

   Osobiście Anthony uważał, że stanowisko lorda Caterhama jest zdecydowanie 

uzasadnione. Jazda z Bundle to rodzaj sportu, którego starsi, nerwowi panowie 

nie powinni uprawiać.

 

   — 

Ale pan na nerwowego nie wygląda 

 orzekła Bundle tonem aprobaty, biorąc 

brawurowo zakręt.

 

   — 

Jak pani widzi, jestem w całkiem dobrej formie 

 oświadczył Anthony z 

powagą. 

— Ponadto —

 dodał po namyśle 

 ja również się spieszę.

 

   — 

Dodać jeszcze gazu? 

 zapytała uprzejmie.

 

   — 

Broń Boże! 

 zaprzeczył co tchu. 

 Robimy średnio około pięćdziesięciu mil, 

wystarczy. 

   — 

Płonę z ciekawości, jaka jest przyczyna pańskiego tak nagł

ego wyjazdu — 

powiedziała Bundle po wykonaniu koncertu na klakson, który wywołał na pewno 

przejściową głuchotę okolicznych mieszkańców. 

 Ale chyba nie potrzebuję o to 

pytać? Pan nie ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, prawda?

 

background image

 

 

149 

   — Nie jestem tego taki pewny —

 odparł. 

 Niebawem się przekonam.

 

   — 

Ten gość ze Scotland Yardu zna się na rzeczy, jak się wydaje 

 rzekła 

Bundle w zamyśleniu.

 

   — 

Battle to równy chłop 

 zgodził się Anthony.

 

   — 

Pan powinien być dyplomatą 

 zauważyła. 

— Nie ma pan we zwyczaj

u udzielać 

komuś za wiele informacji, prawda?

 

   — 

Zawsze uważałem się za gadułę.

 

   — 

Och jej! Czy przypadkiem nie omotał pan mademoiselle Brun?

 

   — 

Nie przyznaję się do winy! 

 oświadczył Anthony z ferworem.

 

   Nastąpiła parominutowa przerwa w rozmowie, kiedy to Bundle dogoniła i 

wyprzedziła trzy samochody. Po czym zapytała nieoczekiwanie:

 

   — 

Jak długo zna pan Virginię?

 

   — 

Zadała mi pani bardzo trudne pytanie 

 odpowiedział zgodnie z prawdą. 

— Nie 

widywaliśmy się często, ale wydaje mi się, że znam ją

 od dawna. 

   Bundle skinęła głową.

 

   — 

Virginia jest mądra 

 stwierdziła szorstkim tonem. 

 Często wygaduje 

bzdury, ale ma głowę na karku. Przypuszczani, że w Herzoslovakii robiła furorę. 

Gdyby żył Tim Revel, miałby przed sobą nie lada karierę, i to głównie dzięki 

niej. Pracowała na ten jego sukces z całą zaciętością. Nie było rzeczy, której 

by dla niego nie zrobiła, i wiem, dlaczego.

 

   — 

Bo jej na nim zależało 

 powiedział ze wzrokiem utkwionym przed siebie.

 

   — 

Nie, bo jej na nim nie zależało. Rozumie pan? Nie kochała go, nigdy go nie 

kochała, więc robiła wszystko, co było w jej mocy, by mu to wynagrodzić. To cała 

Virginia. Ale fakt ten nie ulega kwestii. Virginia nigdy nie była zakochana w 

Timie Revelu. 

   — 

Pani wypowiedzi są bardzo autorytatywne 

— p

owiedział obracając się ku niej.

 

   Drobne dłonie Bundle obejmowały kierownicę, a jej wysunięty do przodu 

podbródek świadczył o stanowczym usposobieniu.

 

   — 

Wiem to i owo. Kiedy oni brali ślub, byłam smarkata, ale co nieco obiło mi 

się o uszy, a znając Virginię, łatwo można było połączyć pewne fakty. Tim Revel 

stracił dla niej głowę 

 był Irlandczykiem, bardzo przystojnym mężczyzną i miał 

prawdziwy talent krasomówczy. Virginia była młoda 

 osiemnaście lat. Nie mogła 

się nigdzie ruszyć, żeby nie natknąć się na malowniczo rozpaczającego Tima, 

który zaklinał się, że palnie sobie w łeb albo stoczy się w alkoholizm, jeśli 

ona nie zechce go poślubić. Dziewczyny wierzą w takie rzeczy 

 albo wierzyły, bo 

w ciągu ostatnich ośmiu lat osiągnięto w tej dziedzinie pewien postęp. Virginia 

dała się porwać uczuciu, o którym sądziła, że zostało przez nią zainspirowane. 

Wyszła za niego za mąż 

 i do końca była dla niego aniołem. Gdyby go kochała, 

ani w połowie nie byłaby taka anielska. W Virginii wiele jest z szatana. Ale 

pow

iem panu jedno: ona cieszy się swoją wolnością’ I ktoś, kto zechciałby ją tej 

wolności pozbawić, miałby twardy orzech do zgryzienia.

 

background image

 

 

150 

   — Po co pani mi to opowiada? —

 zapytał wolno Anthony.

 

   — 

Czy nie jest ciekawe dowiedzieć się czegoś o ludziach? O niek

tórych 

oczywiście.

 

   — 

Chciałem o niej wiedzieć coś więcej 

 przyznał.

 

   — 

A ona by panu nic nie powiedziała. Ale może mi pan wierzyć na sto procent. 

Virginia to kochana dziewczyna. Nawet kobiety ją lubią, bo nie ma w sobie nic z 

jędzy. Tak czy owak 

— za

kończyła niezbyt zrozumiale 

 trzeba w życiu postępować 

rzetelnie, prawda? 

   — Naturalnie —

 zgodził się Anthony. Wciąż jednak nurtował go niepokój: nie 

miał zielonego pojęcia, co skłoniło Bundle, by 

— nie pytana —

 udzieliła mu tak 

szczegółowych informacji. Mimo to nie mógł zaprzeczyć, że ogromnie był temu rad.

 

   — 

Tu już są tramwaje 

 powiedziała z westchnieniem. 

 Będę musiała bardziej 

uważać.

 

   — Raczej tak —

 zgodził się.

 

   Ich poglądy na ostrożną jazdę trudno by było uznać za zbieżne. Mieli już za 

so

bą przedmiejskie ulice i niebawem znaleźli się na Oxford Street.

 

   — 

Nieźle, co? 

 zapytała Bundle spoglądając na zegarek.

 

   Anthony gorliwie przytaknął.

 

   — 

Gdzie mam pana wysadzić?

 

   — 

Gdziekolwiek. Którędy pani jedzie?

 

   — Przez Knightsbridge. 

   — 

Świetnie. Wysiądę przy Hyde Park Corner.

 

   — Do widzenia —

 powiedziała, gdy dojechali do wskazanego miejsca. 

— A co z 

powrotem? 

   — 

Jakoś sobie poradzę. Dziękuję.

 

   — 

Napędziłam panu stracha.

 

   — 

Nie poleciłbym znerwicowanym starszym damom kierowcy w 

pani osobie, ale 

mnie pani jazda się podobała. Ostatnim razem równie zagrożony byłem wówczas, gdy 

szarżowała na mnie sfora dzikich słoni.

 

   — 

Jest pan wyjątkowo nieuprzejmy 

 stwierdziła Bundle. 

 Nie mieliśmy 

przecież nawet żadnej stłuczki.

 

   — Przykro 

mi, jeżeli z mojego powodu musiała się pani ograniczać 

 odciął się 

Anthony. 

   — 

Zawsze wiedziałam, że mężczyźni nie grzeszą odwagą 

 powiedziała.

 

   — 

Jest pani wyjątkowo złośliwa 

 oświadczył. 

 Odchodzę głęboko urażony.

 

   Bundle kiwnęła mu głową i odjechała. Anthony zatrzymał przejeżdżającą 

taksówkę.

 

   — Dworzec Victoria —

 powiedział, gdy znalazł się wewnątrz wozu.

 

   Przed dworcem zapłacił taksówkarzowi, po czym zasięgnął informacji, kiedy 

odjeżdża do Dover najbliższy pociąg. Fatalnie się złożyło, że pociąg do Dover 

właśnie odszedł.

 

background image

 

 

151 

   Zdecydował się na przeszło godzinne czekanie i zmarszczywszy brwi chodził tam 

i z powrotem po peronie. Parokrotnie z wyraźnym zniecierpliwieniem potrząsnął 

głową.

 

   Podróż do Dover przebiegła bez zakłóceń. Po przybyciu

 na miejsce szybko 

opuścił zabudowania stacyjne i wówczas, jak gdyby coś sobie nagle przypomniał 

— 

wrócił na dworzec. Na jego ustach błąkał się lekki uśmiech, gdy pytał o drogę do 

„Hurstmere”, Langly Road. 

   Wspomniana ulica była długa 

 stanowiła drogę wyjazdową z miasta. Zgodnie z 

uzyskaną informacją „Hurstmere” był domem ostatnim. Anthony parł niezmordowanie 

do przodu. Między oczami pojawiła mu się zmarszczka. W jego zachowaniu wyczuwało 

się jednak swoisty rodzaj podniecenia 

 jak zawsze wobec zbliżającego się 

niebezpieczeństwa.

 

   Jak mu powiedziano na stacji, „Hurstmere” był ostatnim domem przy tej ulicy. 

Stał w głębi, na zarośniętym i zaniedbanym terenie. Zdaniem Anthony’ego musiał 

być nie zamieszkany przez ładnych parę lat. Duża, żelazna brama skrzypiała na 

zardzewiałych zawiasach, a nazwisko właściciela na tabliczce było prawie 

nieczytelne. 

   — Bezludzie —

 mruknął Anthony pod nosem. 

— W sam raz. 

   Chwilę się wahał, spojrzał szybko w górę i w dół ulicy 

— absolutnie pustej — 

po czym wśliznął się przez skrzypiącą bramę do środka i ruszył zarośniętą aleją. 

Przeszedł kilka kroków i stanął nasłuchując. Wciąż jeszcze dzieliła go od domu 

spora odległość. Znikąd najmniejszego dźwięku. Jakieś przedwcześnie pożółkłe 

liście oderwały się od jednego z drzew i spadły z łagodnym szelestem, który w 

panującej wokół ciszy zabrzmiał wręcz złowrogo. Anthony drgnął, ale zaraz się 

uśmiechnął.

 

   — Nerwy —

 powiedział do siebie. 

 Do tej pory nie wiedziałem, że je mam.

 

   Ruszył dalej aleją. Niebawem, gdy aleja skręciła, wszedł w zarośla i 

kontynuował marsz, niewidoczny z domu. Raptem stanął i z zarośli dokonał 

lustracji terenu. W oddali szczekał pies, lecz odgłos, który zwrócił uwagę 

Anthony’ego, dobiegał z dość bliska.

 

   Słuch go nie mylił. Zza rogu domu wyszedł szybko człowiek, krępy, 

przysadzisty, o wyglądzie cudzoziemca. Nie zatrzymał się, szedł dalej krokiem 

zdecydowanym, okrążył dom i zniknął.

 

   — Wartownik —

 mruknął Anthony. 

 Dobra robota! Gdy odszedł, Anthony podjął 

marsz, kierując się bardziej w lewo, a tym samym podążając śladem wartownika.

 

   Posuwał się do przodu całkowicie bezszelestnie.

 

   Dom miał z prawej strony i wkrótce dotarł do miejsca, gdzie na żwirowaną 

ścieżkę padał snop światła. Stąd wyraźnie było słychać rozmawiających ze sobą 

kilku mężczyzn.

 

   — O

 Boże, co za skończone osły! 

 wymamrotał Anthony. 

— Trzeba ich 

postraszyć, w pełni sobie na to zasłużyli!

 

background image

 

 

152 

   Zakradł się pod okno 

 pochylił się trochę, żeby nie być widocznym. Potem 

podniósł powoli głowę do poziomu parapetu i zajrzał do środka.

 

   Sześciu chłopa siedziało, wygodnie rozpartych, dokoła stołu. Czterej z nich 

to byli krępi mężczyźni o wystających kościach policzkowych i na modłę węgierską 

skośnych oczach. Pozostali dwaj to drobni, o szczurzej fizjonomii ludzie, 

gestykulujący szybko. Posługiwano się językiem francuskim, ale ci czterej duzi 

mówili francuszczyzną niewprawną, głos mieli ochrypły, gardłowy.

 

   — Szef? —

 zapytał któryś. 

 Kiedy ma tu być? Jeden z małych wzruszył 

ramionami. 

   — 

W każdej chwili.

 

   — 

W jakiejś chwili na pewno 

— wymam

rotał ten pierwszy. 

— Nigdy tego waszego 

szefa nie widziałem, ale, o rany, przez ten czas jałowego czekania ile 

znakomitych wyczynów moglibyśmy dokonać!

 

   — Ty frajerze —

 powiedział drugi mały zgryźliwym tonem. 

 Dokonałbyś z tą 

swoją bandą tylko tego, że dalibyście się zapuszkować przez policję. Ty i ci 

twoi niedowarzeni goryle! 

   — No, no! —

 ryknął jeden z krępych. 

 Nie obrażaj Towarzyszy! Bo ci naznaczę 

gardziołko piętnem czerwonej ręki!

 

   Uniósł się z miejsca, spoglądając groźnie na Francuza, lecz j

eden z jego 

kumpli pchnął go i ten usiadł z powrotem.

 

   — 

Żadnych kłótni 

 burknął. 

 Mamy razem pracować. Z tego, co słyszałem, ten 

Król Victor nie toleruje nieposłuszeństwa.

 

   W ciemności Anthony usłyszał znowu kroki wartownika, który robił kolejną 

run

dkę, i skrył się za krzakiem.

 

   — Kto tam chodzi? —

 dał się słyszeć głos mężczyzny wewnątrz domu.

 

   — 

Carlo, robię obchód.

 

   — 

Aha. A co z więźniem?

 

   — 

W porządku. Szybko wraca do siebie. Wygrzebuje się po tym ciosie w łeb, 

cośmy mu zadali.

 

   Anthony

, równie bezszelestnie, oddalił się nieco.

 

   — 

O rany, tego już za wiele! 

 mruknął do siebie.

 

   — 

Rozmawiają o sprawach przy otwartym oknie, a ten dureń Carlo… robi obchód, 

rusza się jak słoń i cierpi chyba na kurzą ślepotę! A już szczytem wszystkiego 

j

est to, że Herzoslovacy i Francuzi zaczynają brać się za łby! Kwatera główna 

Króla Victora staje się miejscem zgoła niebezpiecznym. Z rozkoszą, z prawdziwą 

rozkoszą dam im nauczkę!

 

   Stał chwilę niezdecydowany, uśmiechając się do siebie.

 

   Skądś z góry doszedł go zduszony jęk.

 

   Anthony uniósł głowę. Jęk rozległ się znowu.

 

   Rozejrzał się błyskawicznie dokoła. Carlo tym razem nie robił rundki. Anthony 

chwycił się grubego pnącza dzikiej winorośli i podciągnął się zwinnie aż do 

background image

 

 

153 

parapetu. Okno było zamknięte, ale wyjąwszy z kieszeni odpowiednie narzędzie, 

szybko się z nim uporał.

 

   Minutę nasłuchiwał, po czym wskoczył lekko do pokoju. W odległym kącie stało 

łóżko, a na łóżku leżał człowiek

 

   — 

jego sylwetka była w mroku ledwo widoczna. Anthony podszedł do łóżka i 

puścił snop światła latarki na twarz tego człowieka. Nie znał go 

 mężczyzna był 

blady i wymizerowany, a głowę miał szczelnie owiniętą bandażem.

 

   Człowiek ów leżał ze związanymi rękami i nogami. Popatrzył na Anthony’ego 

oszołomionym wzrokiem.

 

  

 Anthony’pochylił się nad nim i w trakcie tej czynności usłyszał za plecami 

jakiś odgłos 

 odwrócił się gwałtownie, a jego ręka powędrowała do kieszeni 

marynarki. 

   Lecz słowa, jakie padły powstrzymały go:

 

   — 

Ręce do góry, kochasiu! Nie spodziewałeś się ujrzeć mnie tutaj, ale na 

Dworcu Victoria zdążyłem złapać ten sam pociąg co ty.

 

   Był to pan Hiram Fish we własnej osobie 

 stał w drzwiach, a w jego ręku 

połyskiwał duży, niebieski rewolwer.

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

 

WTORKOWY WIECZÓR W „CHIMNEYS” 

    

 

  Lord Caterham, Virginia i Bundle siedzieli po obiedzie w bibliotece. Działo 

się to we wtorek wieczorem. Upłynęło około trzydziestu godzin od raczej 

dramatycznego wyjazdu Anthony’ego. 

   Już przynajmniej po raz siódmy Bundle powtarzała jego słowa, jakie 

w

ypowiedział na pożegnanie przy Hyde Park Corner.

 

   — 

„Jakoś sobie poradzę” 

 powtórzyła Virginia w zamyśleniu. 

 Można z tego 

wnosić, że nie zamierzał długo być nieobecny. No i zostawił wszystkie swoje 

rzeczy. 

   — 

Nie powiedział ci, dokąd się wybiera?

 

   — Nie —

 odparła Virginia ze wzrokiem utkwionym przed siebie. 

— Nic mi nie 

powiedział.

 

   Po tych słowach zapadła cisza. Przerwał ją lord Caterham.

 

   — 

Ogólnie rzecz biorąc 

 powiedział 

 właściciel hotelu ma niejaką przewagę 

nad właścicielem wiejskiej re

zydencji. 

   — To znaczy… 

   — 

Na ogół wie, co się dzieje w jego pokojach. Goście, którzy zamierzają się 

wynieść, mają obowiązek zawiadomić właściciela przed godziną dwunastą.

 

   Virginia uśmiechnęła się.

 

background image

 

 

154 

   — Prawdopodobnie —

 ciągnął lord 

— jestem nieco s

taroświecki i mam nadmierne 

wymagania. Wiem, że to taka moda wpadać i wypadać z domu gospodarzy. Tak jak w 

hotelu, pełna swoboda działania, z tym że bez rachunku na odjezdnym.

 

   — 

Ale z ciebie zrzęda 

 powiedziała Bundle. 

 Masz Virginię i mnie. Czego 

wię

cej potrzebujesz? 

   — Niczego, absolutnie niczego —

 pospieszył z zapewnieniem lord Caterham. To 

nie to. Chodzi mi o zasadę. Taki fakt przyprawia człowieka o niepokój. Chciałbym 

zaznaczyć, że minione dwadzieścia cztery godziny były niemal idealne. Spokój, 

cudowny spokój. Żadnych włamań czy innych czynów przestępczych, żadnych 

detektywów, żadnych Amerykanów. Jedyne, na co mógłbym się skarżyć, to to, że o 

wiele bardziej bym się z tego cieszył, gdybym mógł mieć świadomość całkowitego 

bezpieczeństwa. Tymczasem sytuacja przedstawia się tak, że powtarzam sobie w 

duchu: ten albo tamten spośród moich gości powinien lada chwila się pojawić. I 

wtedy wszystko bierze w łeb!

 

   — 

Ale nikt się nie pojawił 

 powiedziała Bundle. 

 Zostaliśmy sami, 

opuszczeni przez wszystkic

h, taka jest prawda. W dziwny sposób ulotnił się Fish. 

Czy nic nikomu nie powiedział?

 

   — 

Ani słowa. Ostatni raz widziałam go wczoraj po południu, jak chodził tam i 

z powrotem po ogrodzie róż, paląc to swoje koszmarne cygaro. Potem jakby się 

zapadł pod ziemię.

 

   — 

Może ktoś go porwał? 

 zapytała Bundle z nutą nadziei w głosie.

 

   — 

Przypuszczam, że w ciągu dwóch dni zjedzie tu Scotland Yard, by 

przeczesywać jezioro w poszukiwaniu ciała 

 powiedział ponuro jej ojciec. 

— Mam 

za swoje. W moim wieku powiniene

m wyjechać sobie spokojnie za granicę dla 

podreperowania zdrowia, a zamiast tego dałem się wciągnąć w te bzdurne sprawy 

George’a Lomaxa. Ja… 

   W tym momencie pojawił się Tredwell.

 

   — Co takiego? —

 zapytał z irytacją lord. 

 Co się stało?

 

   — Czeka tu t

en francuski detektyw, milordzie, i byłby wdzięczny, gdyby 

poświęcił mu pan chwilę.

 

   — 

A nie mówiłem? 

 powiedział lord Caterham.

 

   — 

Było zbyt piękne, żeby mogło długo trwać. Przekonacie się, znaleźli zwłoki 

Fisha w stawie złotej rybki.

 

   Tredwell we 

właściwy sobie, pełen szacunku sposób skierował uwagę lorda ku 

problemowi, z jakim przyszedł.

 

   — 

Czy mam mu powiedzieć, że pan go przyjmie?

 

   — 

Tak, tak. Wprowadź go.

 

   Tredwell odszedł. Wrócił po paru minutach i grobowym tonem zaanonsował:

 

   — Pan Lemoine. 

   Francuz wszedł do pokoju szybkim, lekkim krokiem. Ten jego chód, bardziej niż 

wyraz twarzy, zdradzał, że jest czymś wielce zemocjonowany.

 

background image

 

 

155 

   — Dobry wieczór —

 powiedział lord Caterham.

 

   — 

Życzy pan sobie drinka?

 

   — 

Nie, dziękuję. 

— Detektyw s

kłonił się ceremonialnie przed paniami.,

— 

Nareszcie zaczynam odnosić sukcesy. W tym stanie rzeczy doszedłem do wniosku, że 

należy zapoznać pana z moimi odkryciami, bardzo poważnymi odkryciami, jakich 

dokonałem w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin.

 

   — 

Tak też sądziłem, że dzieje się gdzieś coś ważnego 

 oznajmił lord.

 

   — 

Wczoraj po południu jeden z pana gości opuścił ten dom w dość dziwaczny 

sposób. Muszę panu powiedzieć, że od samego początku coś podejrzewałem. Oto 

przebywa tu człowiek z głuszy. Dwa miesiące temu był w Afryce Południowej. A 

przedtem gdzie? 

   Virginia nabrała w płuca haust powietrza. Przez chwilę Francuz patrzył na nią 

nieufnie. Po czym ciągnął:

 

   — 

A przedtem gdzie? Nikt tego nie wie. A on jest właśnie takim typem 

człowieka, jakiego poszukuję 

 wesoły, z tupetem, trochę zwariowany, facet, 

którego stać na wszystko. Wysyłam depeszę za depeszą, ale nie dowiedziałem się 

nic o jego przeszłości. Przed dziesięcioma laty był w Kanadzie, to fakt, lecz od 

tego czasu —

 biała karta. Moje podejrzenia wzmagają się. Któregoś dnia 

podniosłem skrawek papieru, który upuścił. Był tam adres, numer domu w Dover. 

Później, niby przypadkowo, ja upuściłem ów świstek. Kątem oka obserwowałem tego 

Borisa, Herzoslovaka —

 podniósł papier i zaniósł swemu panu. Cały czas byłem 

pewny, że ów Boris jest emisariuszem Towarzyszy Czerwonej Ręki. Wiadomo nam jest 

bowiem, że Towarzysze współpracują w tej dziedzinie z Królem Victorem. Jeżeli 

Boris rozpoznał w panu Anthonym Cadzie swego szefa, to czy nie postąpiłby tak, 

j

ak postąpił 

 czy nie oddałby się do jego dyspozycji? Podejrzana historia, 

powiadam panu, bardzo podejrzana… Lecz niemalże zostałem rozbrojony, bo Anthony 

Cade przynosi mi ten sam kawałek papieru i pyta, czy go nie zgubiłem. 

Powiedziałem: niemalże rozbrojony, więc nie całkowicie. Bo mogło to znaczyć, że 

on jest niewinny, ale mogło też, że jest bardzo, bardzo sprytny. Zaprzeczyłem 

oczywiście 

 ten papierek nie należy do mnie ani go nie zgubiłem. Tymczasem 

przeprowadzam intensywne dochodzenie. Dopiero dziś zdobyłem pewne wiadomości: 

ten dom w Dover został pospiesznie opuszczony, a do wczorajszego popołudnia 

zajmowała go grupa cudzoziemców. Nie ulega wątpliwości, że była to kwatera 

główna Króla Victora. Niech pan weźmie pod uwagę wymowę tych faktów. Wczoraj po 

południu pan Cade wynosi się stąd w wielkim pośpiechu. Odkąd zgubił ten 

papierek, wiedział, że cały plan spalił na panewce. Jedzie do Dover i rozwiązuje 

natychmiast gang. Jakie będzie jego następne posunięcie, nie wiem. Z całą 

pewnością natomiast pan Cade tutaj nie powróci. Znając jednak Króla Victora nie 

wątpię, że póki nie podejmie kolejnej próby zdobycia klejnotu, gry nie zaniecha. 

I właśnie wtedy go dopadnę.

 

background image

 

 

156 

   Virginia nagle wstała. Przecinając pokój podeszła do kominka i przemówiła 

lodowatym jak stal 

głosem:

 

   — 

Pewnego faktu nie bierze pan pod uwagę, panie Lemoine. Anthony Cade nie był 

jedynym spośród gości, który tajemniczo się ulotnił.

 

   — To znaczy, madame? 

   — 

Że to wszystko, co pan powiedział, może się równie dobrze odnosić do innej 

osoby. A mianowicie do pana Hirama Fisha. 

   — Och, pan Fish! 

   — 

Tak, pan Fish. Czy tej pierwszej nocy nie powiedział nam pan, że Król 

Victor przybył niedawno z Ameryki do Anglii? A właśnie pan Fish przybył do 

Anglii z Ameryki. Co prawda miał ze sobą list polecają

cy od powszechnie znanej 

osobistości, ale dla człowieka takiego jak Król Victor załatwienie sobie owego 

listu to naprawdę drobnostka. On na pewno nie jest tym, za kogo się podaje. Lord 

Caterham uczynił takie spostrzeżenie, że kiedy pojawia się temat pierws

zych 

edycji, które rzekomo były celem jego tu przyjazdu, on zawsze tylko słucha, 

nigdy w tej kwestii nie zabiera głosu. Jeszcze kilka faktów przemawia przeciw 

niemu. W nocy, kiedy popełniono morderstwo, w jego pokoju paliło się światło. A 

teraz ten wieczór

 w sali obrad. Gdy spotkałam go na tarasie, był kompletnie 

ubrany. Właśnie on mógł upuścić tę kartkę. Pan nie widział, by uczynił to pan 

Cade. Pan Cade może i pojechał do Dover. Jeśli tak, nietrudno będzie to ustalić. 

A jeśli został tam uprowadzony? Moim zdaniem poczynania pana Fisha są o wiele 

bardziej podejrzane. 

   Głos Fancuza zabrzmiał ostro:

 

   — 

Z pani punktu widzenia, madame, może to tak i wygląda. Nie będę się wdawał 

w dyskusję. I przyznaję pani rację, że pan Fish nie jest tym, za kogo się 

podaje. 

   — 

Więc kim?

 

   — 

Widzi pani, pan Fish jest… amerykańskim detektywem.

 

   — Co?! —

 wykrzyknął lord Caterham.

 

   — 

Tak, milordzie. Przyjechał tu, by schwytać Króla Victora. Ja oraz inspektor 

Battle wiemy o tym dopiero od niedawna. 

   Virginia nie odezwała się słowem. Usiadła powoli na swoim miejscu. Te kilka 

słów obróciły w perzynę całą strukturę, którą z takim pietyzmem budowała.

 

   — 

My wszyscy zakładaliśmy, proszę pani 

 ciągnął Lemoine 

 że Król Victor 

przybędzie do „Chimneys”. Jest to jedyne miejsce, gdzie uda się nam go złapać 

— 

nie mieliśmy co do tego wątpliwości.

 

   Virginia spojrzała na niego dziwnie rozjarzonymi oczami i nagle roześmiała 

się.

 

   — 

Jeszcze go pan jednak nie schwytał 

 rzekła.

 

   Lemoine popatrzył na nią z zaciekawieniem.

 

   — Nie, madame. Ale schwytam. 

background image

 

 

157 

   — 

On jest, zdaje się, znany z tego, że umie wyprowadzać ludzi w pole, prawda?

 

   Twarz Francuza pociemniała z gniewu.

 

   — 

Tym razem stanie się inaczej 

 wycedził przez zęby.

 

   — 

To bardzo atrakcyjny chłopak 

 stwierdził lord Cater

ham. — Bardzo. Ale, 

ale, Virginio, dlaczego powiedziałaś, że on jest twoim starym przyjacielem?

 

   — 

Otóż właśnie 

 rzekła Virginia z kamiennym spokojem. 

— Dlatego 

przypuszczam, że pan Lemoine nie ma racji.

 

   I zmierzyła ostrym spojrzeniem detektywa, który absolutnie nie wyglądał na 

człowieka zbitego z tropu.

 

   — 

Czas pokaże, madame 

 powiedział.

 

   — 

Czy pan sugeruje, że to on zastrzelił księcia Michaela? 

 zapytał po 

chwili. 

   — 

Oczywiście.

 

   Virginia energicznie potrząsnęła głową.

 

   — Nic podobnego! —

 powiedziała. 

— Nic podobnego! Tej jednej rzeczy jestem 

całkowicie pewna. Anthony Cade nie zabił księcia Michaela.

 

   Lemoine bacznie ją obserwował.

 

   — 

Niewykluczone, za ma pani rację, madame 

 wyrzekł powoli. 

— Istnieje po 

prostu taka możliwość, to wszystko. Wykonawcą jego rozkazów mógł być ten 

Herzoslovak Boris, który oddał strzał. Kto to wie, książę Michael mógł mu 

wyrządzić jakąś wielką krzywdę i facet szukał zemsty.

 

   — 

Ma wygląd typa spod ciemnej gwiazdy 

 zgodził się lord Caterham. 

— 

Przypuszcza

m, że służące piszczą, gdy mija je na korytarzu.

 

   — 

Muszę już iść 

 powiedział Lemoine. 

 Moim obowiązkiem było powiedzieć 

panu, milordzie, jak się sprawy przedstawiają.

 

   — 

Bardzo to miłe z pańskiej strony 

 odrzekł lord Caterham. 

 Z pewnością nie 

reflektuje pan na drinka. Wobec tego dobranoc. 

   — 

Nie cierpię tego człowieka z tą jego wymuskaną czarną bródką i binoklami 

— 

oświadczyła Bundle, gdy tylko drzwi się za nim zamknęły. 

 Mam nadzieję, że 

Anthony go wykiwa. Chciałabym zobaczyć, jak się wije z wściekłości. A co ty, 

Virginio, o tym wszystkim sądzisz?

 

   — Nie wiem —

 odparła Virginia. 

 Jestem zmęczona. Idę spać.

 

   — 

Niezła myśl 

 stwierdził lord Caterham. 

 Jest już wpół do dwunastej.

 

   Gdy Virginia przemierzała obszerny hali, zdołała dostrzec czyjeś szerokie 

plecy, chyba skądś jej znane, których właściciel wymknął się dyskretnie bocznymi 

drzwiami. 

   — Inspektorze Battle! —

 zawołała władczym tonem.

 

   Inspektor, bo to istotnie był on, z niejakim ociąganiem zmienił kierunek.

 

   — 

Słucham panią.

 

   — 

Był tu pan Lemoine. Oznajmił nam… Proszę mi powiedzieć, czy tak jest w 

istocie, czy to prawda, że pan Fish jest amerykańskim detektywem?

 

background image

 

 

158 

   Inspektor Battle skinął głową.

 

   — Tak, to prawda. 

   — 

Wiedział pan o tym od początku?

 

   Inspektor znowu potw

ierdził. Virginia zawróciła w stronę schodów.

 

   — Rozumiem —

 powiedziała. 

 Dziękuję panu.

 

   Aż do tej chwili nie mogła w to uwierzyć.

 

   A teraz…? 

   Siedząc w swoim pokoju przed toaletką zastanawiała się dogłębnie nad całą 

sprawą. Każde wypowiedziane przez Anthony’ego słowo nabierało teraz dla niej 

nowego znaczenia. Co on wówczas rozumiał pod określeniem „zawód”? Porzucił 

zawód. A potem… 

   Dziwny dźwięk zakłócił tok jej medytacji. Drgnęła i uniosła głowę. Jej mały, 

złoty zegarek wskazywał godzinę pierwszą z okładem. Prawie dwie godziny 

siedziała pogrążona w myślach.

 

   Dźwięk rozległ się znowu. Ostry stuk w szybę. Virginia podeszła do okna i 

otworzyła je na oścież. W dole stał na ścieżce wysoki mężczyzna, który schylił 

się, już na jej oczach, po garść ż

wiru. 

   Przez chwilę serce Virginii biło szybszym rytmem, ale zaraz rozpoznała 

masywną, prostokątną sylwetkę Herzoslovaka Borisa.

 

   — Halo —

 powiedziała cicho. 

— O co chodzi? 

   W tym momencie nie wydało jej się dziwne, że Boris o tak późnej nocnej porze

 

rzuca żwirem w jej okno.

 

   — O co chodzi? —

 powtórzyła ze zniecierpliwieniem.

 

   — 

Przychodzę od mojego pana 

 mówił Boris stłumionym głosem, ale mimo to 

bardzo wyraźnie. 

 Przysłał mnie po panią.

 

   Wygłosił ten komunikat tonem niezwykle rzeczowym.

 

   — Po mnie? 

   — 

Tak. Mam panią do niego zaprowadzić. Napisał kartkę. Rzucę ją pani.

 

   Virginia cofnęła się nieco i obciążony kamyczkiem skrawek papieru upadł 

dokładnie u jej stóp. Rozwinęła kartkę i przeczytała, co następuje: „Moja droga 

 pisał Anthony 

— 

znalazłem się w sytuacji krytycznej, ale liczę na to, że się 

wykaraskam. Zaufasz mi i przyjedziesz?” 

   Parę minut Virginia stała bez ruchu, czytając raz po raz te same słowa.

 

   Uniosła głowę, wodząc wzrokiem po z przepychem urządzonej sypialni, jak gdyby

 

widziała to wszystko po raz pierwszy.

 

   Następnie wychyliła się z okna.

 

   — 

Co mam robić? 

 zapytała.

 

   — 

Detektywi są po drugiej stronie domu, przy drzwiach sali obrad. Niech pani 

zejdzie na dół i wyjdzie na zewnątrz bocznymi drzwiami. Będę tam. Samoc

hód czeka 

na szosie. 

   Virginia skinęła głową w milczeniu.

 

background image

 

 

159 

   Szybko się przebrała w beżowy, trykotowy strój i włożyła na głowę mały, 

beżowy, skórzany kapelusik.

 

   Po czym, uśmiechając się kącikiem ust, napisała krótki list, zaadresowała go 

do Bundle i p

rzypięła do poduszeczki na szpilki.

 

   Zeszła chyłkiem po schodach i odryglowała boczne drzwi. Chwilę stała 

nieruchomo, następnie zaś, z uniesioną dumnie głową, podobnie jak to czynili jej 

przodkowie udający się na wyprawę krzyżową, przekroczyła próg.

 

 

ROZ

DZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

 

TRZYNASTY PAŹDZIERNIKA

 

    

   Trzynastego października o dziesiątej rano, w środę, Anthony Cade wszedł do 

hotelu Harridge’a i zapytał o barona Lolopretjzyla, który zajmował tutaj 

apartament. 

   Po odpowiednio długim i nakazującym sz

acunek okresie oczekiwania poproszono 

Anthony’ego do wzmiankowanego apartamentu. Baron stał na dywaniku przed 

kominkiem w pełnej godności, sztywnej postawie. Mały kapitan Andrassy, 

zachowując postawę równie nienaganną, choć wyczuwało się w nim pewien odcień 

niechęci, był także obecny.

 

   Nastąpiły zwykłe w takiej sytuacji ukłony, trzaskanie obcasami oraz inne 

związane z etykietą poczynania. Anthony, jak na razie, wykazywał pełną znajomość 

konwenansów. 

   — 

Mam nadzieję, baronie, że wybaczy mi pan te wczesne

 odwiedziny —

 powiedział 

wesoło, kładąc na stoliku kapelusz i laskę. 

 Chcę panu bowiem zaproponować 

pewien mały interes.

 

   — 

Ha! Jakiż to? 

 zapytał baron.

 

   Kapitan Andrassy, który nigdy się nie pozbył podejrzliwości, z jaką od 

początku traktował Anthony’ego, spojrzał czujnie na gościa.

 

   — Interes —

 ciągnął Anthony 

 opiera się na dobrze znanym prawie podaży i 

popytu. Pan potrzebuje czegoś, co jest w posiadaniu drugiego człowieka. Jedyne, 

co należy ustalić, to cena.

 

   Baron spojrzał na niego z uwagą, ale słowem się nie odezwał.

 

   — 

Szlachcic z Herzoslovakii i angielski dżentelmen nie powinni mieć problemów 

z uzgodnieniem warunków —

 powiedział szybko Anthony.

 

   Co mówiąc, nieco się zarumienił. Takie słowa nie przychodzą Anglikowi łatwo, 

ale zaobserwo

wał już przy innych okazjach, że tego typu frazeologia wywiera na 

barona ogromny wpływ. Tak też się stało i tym razem 

 baron chwycił przynętę.

 

   — 

Otóż właśnie 

 wyrzekł, kiwając z aprobatą głową.

 

   — 

Absolutnie się z panem zgadzam.

 

   Nawet kapitan And

rassy trochę się rozchmurzył i również skinął głową.

 

   — Wspaniale —

 rzekł Anthony. 

 Nie będę więc owijał w bawełnę…

 

background image

 

 

160 

   — Co takiego? —

 przerwał baron. 

 W jaką bawełnę? Nie rozumiem!

 

   — 

To tylko takie powiedzenie, baronie. Wyrażając się wprost, pan po

trzebuje 

tego, co my mamy. Okręt jest gotów, ale brakuje mu kapitana. Mówiąc o okręcie, 

mam na myśli Partię Lojalistów Herzoslovakii. W chwili obecnej pański program 

polityczny jest pozbawiony najważniejszego punktu. Zabrakło panu księcia. I 

załóżmy, powtarzam, załóżmy, że ja panu tego księcia dostarczę…

 

   Baron wytrzeszczył na niego oczy.

 

   — Nic a nic pana nie rozumiem —

 oświadczył.

 

   — 

Proszę pana

powiedział kapitan podkręcając wąsa gwałtownym ruchem. 

— To, co 

pan mówi, jest obraźliwe!

 

   — Nic podobnego —

 zaprzeczył Anthony. 

 Staram się tylko panu pomóc. Popyt i 

podaż, pan rozumie. Sprawa jest czysta jak łza. Dostarczam książąt 

autentycznych, zgodnie z zasadą handlową. Jeżeli dogadamy się co do warunków, 

przekona, się pan, że wszystko jest w jak największym porządku. Otrzymuje pan 

towar pierwszej jakości, bez pudła!

 

   — 

Żadną miarą nie mogę pana pojąć 

 powtórzył baron.

 

   — To doprawdy nie ma znaczenia —

 rzekł Anthony łagodnym tonem. 

 Ważne jest, 

by oswoił się pan z tą ideą. Mówiąc bez ogródek, mam coś w zanadrzu. Tylko brać. 

Pan potrzebuje księcia. Po spełnieniu określonych warunków podejmuję się go panu 

dostarczyć.

 

   Baron i Andrassy wpatrywali się w niego ze zdumieniem. Anthony wziął 

kapelusz, laskę i szykował się do odejścia.

 

   — Niech pan to 

sobie przemyśli. Jeszcze jedno, baronie. Dziś wieczór musi pan 

przyjechać do „Chimneys”, wraz z kapitanem Andrassym. Wydarzy się prawdopodobnie 

sporo ciekawych rzeczy. Możemy się umówić? Powiedzmy, o godzinie dziewiątej w 

sali obrad. Dziękuję panom, liczę, że panowie nie zawiodą.

 

   Baron postąpił krok do przodu i spojrzał pytająco na Anthony’ego.

 

   — 

Mam nadzieję 

 zaczął z godnością 

 że pan nie stroi sobie ze mnie żartów?

 

   Anthony obrócił ku niemu pełne powagi spojrzenie.

 

   — Panie baronie — powiedzi

ał, a w jego głosie zabrzmiała osobliwa nuta 

— gdy 

minie ten wieczór, pan pierwszy przyzna, że ta sprawa zawiera o wiele więcej 

elementów poważnych niż żartobliwych.

 

   Złożywszy ukłon opuścił pokój.

 

   Następnie udał się do śródmieścia, gdzie przekazał swoją wizytówkę panu 

Hermanowi Isaacsteinowi. 

   Po paru godzinach Anthony został przyjęty przez elegancko ubranego, bladego 

młodzieńca o ujmujących manierach.

 

   — 

Chciał się pan widzieć z panem Isaacsteinem, tak? 

 zapytał młody człowiek. 

 Niestety dziś rano jest bardzo zajęty, posiedzenia komisji i inne tego typu 

sprawy. Może ja mógłbym coś dla pana zrobić?

 

background image

 

 

161 

   — 

Muszę się z nim widzieć osobiście 

 powiedział Anthony i dodał od 

niechcenia: —

 Przyjechałem właśnie z „Chimneys”.

 

   Wzmianka o „Chimneys” spraw

iła, że młody człowiek nieco się zawahał.

 

   — Ach tak… —

 rzekł głosem niepewnym. 

 Zobaczę, co się da zrobić.

 

   — 

Proszę mu powiedzieć, że to ważne 

 dorzucił Anthony.

 

   — 

Posłanie od lorda Caterhama? 

 poddał młody człowiek.

 

   — 

Coś w tym sensie 

— odp

arł Anthony. 

 Ale niezbędne jest, bym natychmiast 

zobaczył się z panem Isaacstełnem.

 

   Po upływie dwóch minut zaprowadzono Anthony’ego do urządzonego z przepychem 

prywatnego gabinetu, gdzie dosłownie go poraził ogrom i niebywała głębia skórą 

obitych foteli. 

   Pan Isaacstein powstał na jego powitanie.

 

   — 

Proszę mi wybaczyć, że tak uparcie nalegałem, by się z panem spotkać 

— 

powiedział Anthony. 

 Wiem, że jest pan człowiekiem bardzo zajętym, ale zajmę 

panu tylko tyle czasu, ile okaże się to konieczne. Je

st pewna drobna sprawa, 

którą chcę panu przedłożyć.

 

   Isaacstein przyglądał mu się chwilę ż uwagą tymi swoimi oczkami jak paciorki.

 

   — Cygaro? —

 zapytał niespodziewanie, wyciągając pudełko w stronę Anthony’ego.

 

   — 

Dziękuję. Nie mam nic przeciwko temu.

 —

 Wziął cygaro. 

 Chodzi o sprawę 

związaną z Herzoslovakią 

 ciągnął, gdy gospodarz przypalił mu. Zauważył nagły 

błysk w jego chłodnym spojrzeniu. 

 Morderstwo księcia Michaela pokrzyżowało 

chyba czyjeś plany?

 

   Pan Isaacstein podniósł jedną brew, mruknął pytającym tonem: „Tak?”, po czym 

przeniósł wzrok na sufit.

 

   — Nafta —

 powiedział Anthony, przyglądając się z zadumą błyszczącemu blatowi 

biurka. — Cudowna rzecz ta nafta! 

   Wyczuł, że finansista drgnął lekko.

 

   — 

Niech pan przystępuje do rzeczy, pani

e Cade. 

   — 

Proszę uprzejmie. Wydaje mi się, że gdyby te koncesje zostały przyznane 

innemu towarzystwu, nie byłby pan tym zachwycony, prawda?

 

   — Co pan proponuje? —

 zapytał patrząc Anthony’emu prosto w oczy.

 

   — Odpowiedniego pretendenta do tronu o probrytyjskim nastawieniu. 

   — 

Skąd go pan wytrzaśnie?

 

   — 

To już moja sprawa.

 

   Isaacstein przyjął słowa Anthony’ego z lekkim uśmiechem, lecz jego spojrzenie 

stało się ostre, nieprzyjemne.

 

   — 

Pewny towar? Nie mogę uczestniczyć w niepoważnych transakcjac

h. 

   — Absolutnie. 

   — Uczciwa gra? 

   — Uczciwa. 

   — 

Trzymam pana za słowo.

 

background image

 

 

162 

   — Niewiele panu trzeba —

 powiedział Anthony spoglądając na niego z 

zaciekawieniem. 

   — 

Nie byłbym tym, kim jestem, gdybym nie wiedział, czy człowiek mówi prawdę 

czy kłamie 

 odparł po prostu. 

— Jakie pan stawia warunki? 

   — 

Taka sama zaliczka i na tych samych warunkach, jakie pan oferował księciu 

Michaelowi. 

   — A co pan ma dla mnie? 

   — 

Na razie nic poza prośbą, by przyjechał pan dziś wieczór do „Chimneys”.

 

   — Niestety —

 odrzekł Isaacstein stanowczo. 

 Nie mogę.

 

   — Dlaczego? 

   — 

Idę na kolację. Ważną.

 

   — 

Niemniej będzie pan chyba musiał ją odwołać, dla własnego dobra.

 

   — 

Co chce pan przez to powiedzieć?

 

   Anthony przyglądał mu się dobrą minutę, a potem powiedział wolno:

 

   — 

Czy pan wie, że znaleźli rewolwer, z którego zastrzelono Michaela? A wie 

pan, gdzie znaleźli? W pańskiej walizce.

 

   — Co?! 

   Isaacstein omal nie spadł z fotela. Twarz jego miała dziki wyraz.

 

   — 

Co pan powiedział? Co to wszystko znaczy?

 

   — Zaraz panu opowiem. 

   Anthony ochoczo zrelacjonował wydarzenia związane ze znalezieniem rewolweru. 

Gdy mówił, twarz gospodarza stawała się wskutek krańcowego przerażenia 

ziemistoszara. 

   — 

Czyste oszukaństwo 

 wychrypiał, gdy Anthony skończył mówić. 

— Nigdy go tam 

nie kładłem. Nic mi na ten temat nie wiadomo. To jakiś spisek.

 

   — 

Niech się pan nie denerwuje 

 powiedział uspokajająco Anthony. 

 Jeżeli 

istotnie tak jest, łatwo pan udowodni swoją niewinność.

 

   — 

. Udowodnię? W jaki sposób?

 

   — Ja na pana miejscu —

 zaczął łagodnie Anthony 

pojechałbym dziś wieczór do 

„Chimneys”. 

   Isaacstein spojrzał na niego z niedowierzaniem.

 

   — Tak mi pan radzi? 

   Anthony pochylił się i coś mu szepnął. Finansista cofnął się gwałtownie, 

porażony zdumieniem i utkwił

 w nim wzrok. 

   — Pana zdaniem… 

   — 

Proszę przyjechać i przekonać się na własne oczy 

 rzekł Anthony.

 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

 

TRZYNASTY PAŹDZIERNIKA (CIĄG DALSZY)

 

    

   Zegar w sali obrad wybił godzinę dziewiątą.

 

background image

 

 

163 

   — No i tak —

 powiedział lord Caterham z głębokim westchnieniem. 

— Stado 

bawiących się w chowanego, latają jak oszalali. 

 Rozejrzał się smętnie po 

pokoju. 

   — 

Kataryniarz z małpą 

 mruknął utkwiwszy wzrok w baronie. 

 Wścibski typ ze 

Throgmorton Street*. 

   — 

Jesteś wobec barona niespraw

iedliwy —

 orzekła Bundle, która musiała tych 

zwierzeń wysłuchiwać.

 

   — 

A on mi powiedział, że jego zdaniem jesteś wśród angielskiej haute 

noblesse* szczytem gościnności.

 

   — 

Skłonny jestem twierdzić 

 powiedział lord Caterham 

 że on zawsze wygaduje 

taki

e rzeczy. Dlatego rozmowa z nim jest szczególnie męcząca. Ale muszę ci 

powiedzieć, że nie jestem już teraz takim gościnnym angielskim dżentelmenem jak 

dawniej. Jak tylko okaże się to możliwe, wynajmę „Chimneys” jakiemuś 

przedsiębiorczemu Amerykaninowi, a sam zamieszkam w hotelu. Jeśli tam ktoś mnie 

będzie zadręczał, poproszę o rachunek i wyprowadzę się.

 

   — Nie upadaj na duchu —

 powiedziała Bundle. 

—A co do pana Fisha, to chyba 

straciliśmy go bezpowrotnie.

 

   — 

Zawsze odnosiłem wrażenie, że jest człowiekie

m sympatycznym —

 oznajmił lord 

Caterham, który odznaczał się przekornym charakterem. 

 Tylko że to twój 

nieoceniony przyjaciel naciągnął mnie na to wszystko. Dlaczego to całe spotkanie 

musiało się odbyć w moim domu? Dlaczego nie wynajął „The Larches” albo 

„Elmhurst” lub jakiejś innej ładnej willi czy rezydencji jak ta w Streatham i 

nie urządził tam tego przyjęcia?

 

   — Nie ta atmosfera —

 powiedziała Bundle.

 

   — 

Mam błogą nadzieję, że nikt nie zamierza spłatać nam figla? 

 zapytał lord 

podenerwowanym tonem. 

   — 

Nie podoba mi się ten Francuz Lemoine. Francuską policję stać na różne 

dziwne wyskoki. Kładą człowiekowi na ramię gumowe opaski i odtwarzają przebieg 

zbrodni, i człowiek drga, i zostaje to zarejestrowane na termometrze. Wiem, że 

kiedy oni zawołają: „Kto zabił księcia Michaela?”, mój rejestr wykaże sto 

dwadzieścia dwa albo równie przerażającą liczbę, i od razu wsadzą mnie do 

więzienia.

 

   Otworzyły się drzwi i Tredwell zaanonsował:

 

   — Pan George Lomax. Pan Eversleigh. 

   — Pan, a za nim jego wierny pies —

 mruknęła Bundle. Bill podbiegł prosto do 

niej, podczas gdy George Lomax witał się z lordem jowialnie, którą to manierę 

stosował w czasie publicznych wystąpień.

 

   — Mój drogi —

 powiedział potrząsając jego dłonią.

 

   — 

Przekazano mi twoją prośbę i oczywiście zjawiam się natychmiast.

 

   — 

Bardzo to ładnie z twojej strony, drogi chłopie, bardzo ładnie. Ogromnie 

rad cię widzę. 

 Lord Caterham, im gorzej był wobec kogoś usposobiony, tym 

background image

 

 

164 

większą mu okazywał życzliwość. 

 To nie była moja prośba, ale nie ma to żadnego 

znaczenia. 

   Tymczasem Bill, zniżywszy głos do szeptu, atakował Bundle:

 

   — 

Co się tu dzieje? Podobno Virginia pomknęła gdzieś w środku nocy? Co to ma 

znaczyć? Czy ktoś ją porwał?

 

   — 

Ależ skąd 

 odparła Bundle. 

 Zostawiła kartkę i starodawn

ym zwyczajem 

przypięła ją do poduszeczki na szpilki.

 

   — 

Czy uciekła z kimś? Może z tym kolonialnym Johnnym? Nigdy nie darzyłem 

sympatią faceta i z tego, co słyszę, to podobno taka ewentualność wchodzi w grę, 

że właśnie on jest tym superoszustem. Ale nie wydaje mi się to możliwe.

 

   — Dlaczego? 

   — Ten Król Victor jest Francuzem, a Cade to Anglik. 

   — 

Widzę, że nie dotarło do ciebie, że Król Victor jest znakomitym lingwistą, 

a ponadto pół

–Irlandczykiem. 

   — 

O Boże! I dlatego zwiał?

 

   — 

O tym, że zwiał, nic mi nie wiadomo. Jak wiesz, przedwczoraj zniknął. Ale 

dziś rano otrzymaliśmy od niego depeszę, że o godzinie dziewiątej wieczór tu 

będzie, zaznacza w niej także, by Lomax był również obecny. Wszyscy ci ludzie 

stawili się w komplecie 

 na prośbę pana Ca

de’a. 

   — Doborowe towarzystwo —

 powiedział Bill rozglądając się wokół. 

— Francuski 

detektyw przy oknie, angielski przy kominku. Obca siła. Ale Gwiazdy i Paski nie 

są reprezentowane?

 

   Bundle potrząsnęła głową.

 

   — 

Pan Fish ulotnił się jak kamfora. Virginii też nie ma. Lecz reszta się 

stawiła, i czuję przez skórę, Bill, że zbliżamy się nieuchronnie do momentu, 

kiedy ktoś powie: „kurtyna w górę” i cała sprawa zostanie wyjaśniona. Czekamy 

teraz tylko na Anthony’ego Cade’a. 

   — 

On się tu nie pokaże.

 

   — T

o po co całe to towarzyskie spotkanie, jak je określa mój ojciec?

 

   — 

Kryje się za tym jakiś poważny zamysł. Możesz być pewna. Chciał zgromadzić 

nas wszystkich w jednym miejscu, podczas gdy on będzie w tym czasie gdzie 

indziej, znasz te metody… 

   — 

Sądzisz więc, że on nie przyjedzie?

 

   — 

Nie ma obawy! Miałby sam włazić w paszczę lwa? Przecież tutaj aż się roi od 

detektywów i innych oficjałów.

 

   — 

Mało wiesz o Królu Victorze, jeżeli uważasz, że mogłoby go to powstrzymać. 

Zgodnie z panującą o nim opinią u

bóstwia takie sytuacje i zawsze wychodzi 

obronną ręką z opałów.

 

   Bill Eversleigh potrząsnął głową z powątpiewaniem.

 

   — 

Tym razem nie będzie to takie proste, z tym ładunkiem przeciwko niemu… On 

nigdy… 

background image

 

 

165 

   Drzwi znowu się otworzyły i Tredwell zaanonsował:

 

   — Pan Cade. 

   Anthony podszedł od razu do pana domu.

 

   — Milordzie —

 powiedział. 

 Przysporzyłem panu moc kłopotów, bardzo pana za 

to przepraszam. Ale ja naprawdę jestem przekonany, że dziś wieczór tajemnica się 

wyjaśni.

 

   Wyglądało na to, że lord Caterham dał się udobruchać. W skrytości ducha 

zawsze miał słabość do Anthony’ego.

 

   — Nie ma problemu —

 powiedział ciepło. 

 

   — 

Ogromnie pan łaskawy 

 powiedział Anthony. 

 Jesteśmy, zdaje się, w 

komplecie. A zatem mogę zaczynać.

 

   — Nie rozumiem — powi

edział z powagą George Lomax. 

— Nic z tego nie rozumiem. 

To wszystko jest nienormalne. Pan Cade to człowiek bez pozycji, bez żadnej 

pozycji. A sytuacja jest bardzo trudna. Stoję na stanowisku…

 

   Potok wymowy George’a został zatamowany. Przysuwając się dys

kretnie do 

wielkiego człowieka, inspektor Battle szepnął mu do ucha parę słów. George był 

wyraźnie zdumiony i zbity z pantałyku.

 

   — 

W porządku, jeżeli pan tak uważa 

 stwierdził z chłodną wstrzemięźliwością. 

 Wszyscy na pewno chętnie posłuchamy, co ma n

am do powiedzenia pan Cade. 

   Anthony zignorował protekcjonalny niewątpliwie ton Lomaxa.

 

   — 

Mam pewien pomysł, to wszystko 

 powiedział pogodnie. 

— Prawdopodobnie 

państwo wiedzą, że przed paru dniami odczytaliśmy list pisany szyfrem. Było tam 

wzmiankowa

ne Richmond i parę cyfr. 

 Zamilkł na chwilę. 

 Próbowaliśmy rozwikłać 

ten węzeł i spudłowaliśmy. Następnie w pamiętnikach świętej pamięci hrabiego 

Stylptitcha (traf chciał, że je przeczytałem) mowa jest o pewnym obiedzie, 

„kwietnym” obiedzie, którego każdy uczestnik nosił odznakę symbolizującą 

określony kwiat. Sam hrabia miał przypięty dokładny duplikat tego interesującego 

godła, które odkryliśmy w zagłębieniu w tym tajemnym przejściu. Symbolizował 

różę. Jak państwo pamiętają, znaleźliśmy tam szereg różnyc

h rzeczy — karton 

guzików, kartkę z literami E i wreszcie kawałki dzianiny. Teraz, panowie, 

pytanie, co w tym domu stoi w rzędzie? Książki, nieprawdaż? Dodajmy do tego 

fakt, że w katalogu biblioteki lorda Caterhama widnieje książka zatytułowana 

Życie hrabiego Richmonda i już mamy bardzo zasadnicze domniemanie, gdzie 

znajduje się kryjówka. Zaczynając od wzmiankowanego tomu i posługując się 

liczbami odnoszącymi się do półek i książek, stwierdzą państwo, jak 

przypuszczam, że obiekt waszych poszukiwań jest ukryty w atrapie książki lub w 

zakamarku za określoną książką.

 

   Anthony rozejrzał się dokoła ze skromnym wyrazem twarzy, oczekując 

najwyraźniej aplauzu.

 

   — 

Słowo daję, sprytnie pomyślane! 

 powiedział lord Caterham.

 

   — Bardzo sprytnie —

 przyznał łaskawie

 George. — Pozostaje teraz… 

background image

 

 

166 

   Anthony się roześmiał.

 

   — 

Przekonać się na własne oczy, tak? Dobrze, niedługo to państwu umożliwię. 

— 

Zerwał się na równe nogi. 

 Idę do biblioteki.

 

   Nie uszedł daleko. Ruszył ku niemu spod okna monsieur Lemoine.

 

   — Chw

ileczkę, panie Cade. Czy pan pozwoli, milordzie? Podszedł do biurka i 

napisał szybko kilka zdań. Włożył kartkę do koperty, po czym zadzwonił. Na 

odgłos dzwonka pojawił się Tredwell. Lemoine wręczył mu kopertę.

 

   — 

Proszę przypilnować, żeby bezzwłocznie do

starczono list. 

   — Dobrze, sir —

 odpowiedział Tredwell. Typowym dla niego, pełnym godności 

krokiem wyszedł z pokoju.

 

   Anthony, który stal chwilę nie wiedząc, co począć, usiadł z powrotem.

 

   — 

Jaki ma pan celny pomysł, Lemoine? 

 zapytał nagle potulnie

   Nagle atmosfera w pokoju stała się napięta.

 

   — 

Jeżeli klejnot znajduje się w miejscu, w którym pan powiedział, to 

świetnie, leżał tam przez ponad siedem lat, więc kwadrans wcześniej czy później 

nie odgrywa roli. 

   — Niech pan mówi dalej —

 rzekł Ant

hony. —

 To nie wszystko, co miał mi pan do 

zakomunikowania. 

   — 

Słusznie. W tym stanie rzeczy byłoby z mojej strony nierozsądne, gdybym 

pozwolił jakiejkolwiek osobie opuścić ten pokój. Szczególnie jeżeli przeszłość 

tej osoby jest co najmniej niejasna. 

   

Anthony uniósł pytająco brwi i zapalił papierosa.

 

   — 

Domyślam się, że żywot wagabundy nie budzi w panu szacunku 

 powiedział z 

nutą zadumy.

 

   — 

Dwa miesiące temu był pan w Afryce Południowej. To jest sprawdzone. A gdzie 

pan był przedtem?

 

   Anthony odch

ylił się na oparcie krzesła i puszczał od niechcenia kółka dymu.

 

   — 

Kanada. Dziki północo

–zachód. 

   — 

Czy aby na pewno nie w więzieniu? Francuskim?

 

   Inspektor Battle automatycznie postąpił w stronę drzwi, jak gdyby chciał 

odciąć drogę uciekającemu, ale Anthony nie zdradzał ochoty do żadnego 

dramatycznego czynu. 

   Przeciwnie, spojrzał uważnie na francuskiego detektywa, a następnie wybuchł 

śmiechem.

 

   — 

Nieszczęsny z pana człowiek! Jest pan doprawdy monomanem! Wszędzie pan 

widzi Króla Victora. Więc pan istotnie przypuszcza, że ja jestem tym 

interesującym dżentelmenem?

 

   — Zaprzecza pan temu? 

   Anthony strząsnął popiół z rękawa marynarki.

 

   — Nigdy nie zaprzeczam temu, co mnie bawi —

 powiedział lekkim tonem. 

— Lecz 

to oskarżenie jest już zbyt zabawne.

 

background image

 

 

167 

   — 

Tak pan uważa? 

 Francuz pochylił się do przodu. Twarz skurczyła mu się 

boleśnie, a zarazem robił wrażenie człowieka skonfundowanego i zawiedzionego, 

jak gdyby sposób bycia Cade’a wprawiał go w zakłopotanie. 

— A co pan na to 

powie, monsieur, że tym r

azem, tym razem schwytam Króla Victora i nic mnie przed 

tym nie zdoła powstrzymać?

 

   — Bardzo to chwalebne —

 ocenił Anthony. 

 Miał pan ten zamiar już przedtem, 

ale go pan nie zrealizował, prawda, Lemoine? On okazał się lepszy. I czy pan’ 

się czasem nie obawia, że historia się powtórzy? Podobno! i to niezwykle sprytny 

facet. 

   Rozmowa przekształciła się w dialog między detektywem i Anthonym. Atmosfera 

pełna była napięcia i każdy zdawał sobie z tego sprawę. Trwała walka do upadłego 

między śmiertelnie poważnym Francuzem i człowiekiem palącym spokojnie papierosa, 

który, sądząc po jego słowach, absolutnie niczym się nie przejmował.

 

   — 

Gdybym był na pana miejscu 

 ciągnął Anthony 

 zachowałbym daleko idącą 

czujność. Przedsięwziąłbym wszelkie środki ostrożnośc

i i temu podobne. 

   — Tym razem —

 oświadczył posępnie Lemoine 

 nie popełnię błędu.

 

   — 

Zdaje się, że jest pan bardzo tego pewny 

 powiedział Anthony. 

— Ale jak 

pan wie, istnieje taka rzecz jak dowód. 

   Lemoine uśmiechnął się i coś w tym uśmiechu przykuło uwagę Anthony’ego. 

Wyprostował się i zgasił papierosa.

 

   — 

Widział pan, że coś pisałem, prawda? 

 zapytał francuski detektyw. 

— 

Pisałem do moich ludzi w zajeździe. Wczoraj otrzymałem z Francji odciski palców 

i namiary Króla Victora, tak zwanego kapitan

a O’Neila. Poleciłem, by mi je tu 

przysłano. Za parę minut dowiemy’ się, kim pan naprawdę jest!

 

   Anthony przyjrzał mu się uważnie. I po chwili lekki uśmiech rozjaśnił mu 

twarz. 

   — 

Pan jest rzeczywiście łebski facet, Lemoine. Nigdy bym nie przypuszczał.

 

Otrzyma pan dokumenty, każe mi pan włożyć palce do atramentu albo do czegoś 

równie paskudnego, zmierzy mi pan uszy i poszuka na moim ciele znaków 

szczególnych. I jeżeli wszystko będzie się zgadzało…

 

   — No? —

 zapytał Lemoine. 

 Jeżeli wszystko będzie się zgadzało?

 

   Anthony, siedząc na krześle, pochylił się do przodu.

 

   — 

A więc, jeżeli wszystko będzie się zgadzało 

 powtórzył bardzo spokojnie 

— 

to co wówczas? 

   — Co wówczas? —

 Detektyw sprawiał wrażenie, jakby zapomniał języka w gębie. 

Wtedy… udowodn

ię, że jest pan Królem Victorem!

 

   Po raz pierwszy w jego zachowaniu wyczuwało się cień niepewności.

 

   — 

To niewątpliwie będzie dla pana wielka satysfakcja 

 powiedział Anthony. 

— 

Ale nie bardzo widzę, żeby miało to zagrażać mojej osobie. Ja się do nicze

go nie 

przyznaję, lecz przypuśćmy 

 w celu wszczęcia polemiki 

 że jestem Królem 

Victorem… Wtedy próbowałbym chyba okazywać skruchę.

 

background image

 

 

168 

   — 

Skruchę?

 

   — 

Otóż to. Niech się pan postara wejść w skórę Króla Victora. Proszę 

uruchomić wyobraźnię. Właśnie wyszedł pan z więzienia. Dobrze się panu powodzi. 

Minęły już panu ciągoty do awanturniczego życia. Powiedzmy nawet, że poznał pan 

piękną dziewczynę. Myśli pan o ożenku i osiedleniu się gdzieś na stałe, i 

uprawianiu warzyw. Postanawia pan, że od tej chwili będzie się pan prowadzić 

nienagannie. Czy może się pan wczuć w jego sytuację?

 

   — 

Nie widzę takiej potrzeby 

 odparł Lemoine z sardonicznym uśmiechem.

 

   — 

Nie potrafiłby pan 

 orzekł Anthony. 

 Ale też nie jest pan Królem 

Victorem. Nie ma pan prawdopodobnie poj

ęcia, co on może czuć.

 

   — To, co pan wygaduje, to czysty nonsens! —

 wyrzucił z siebie Francuz.

 

   — 

O, nic podobnego! Słuchaj, Lemoine, gdybym był jednak Królem Victorem, to 

jakie zarzuty by pan w końcu mi wytoczył? O ile wiem, od najdawniejszych czasów,

 

nie może pan zdobyć potrzebnych dowodów. Odsiedziałem wyrok, to wszystko, co ma 

pan do powiedzenia. Może mógłby mnie pan aresztować za francuski odpowiednik 

„wałęsania się z zamiarem popełnienia przestępstwa”, ale satysfakcję miałby pan 

mierną, nieprawdaż

   — 

Zapomniał pan o Ameryce! 

 powiedział Lemoine. 

— Co pan powie o tej sprawie 

dotyczącej zdobywania podstępem pieniędzy i podawania się za księcia Nicholasa 

Obolovitcha? 

   — 

Pudło, Lemoine 

 rzekł Anthony. 

 W tym czasie nie otarłem się nawet o 

Amery

kę. I mogę to łatwo udowodnić. Jeśli Król Victor podszywał się w Ameryce 

pod księcia Nicholasa, to ja nie jestem Królem Victorem. Czy jest pan pewien, że 

się podszywał? Że to nie był on we własnej osobie?

 

   Nagle wtrącił się inspektor Battle:

 

   — 

To był 

istotnie oszust, panie Cade. 

   — 

Nie będę się z panem sprzeczał, inspektorze 

 powiedzą! Anthony. 

— Zgodnie 

z pańskim zwyczajem pan ma zawsze rację. Czy pan również twierdzi, że książę 

Nicholas zmarł w Kongo?

 

   Battle spojrzał na niego z zainteresowaniem

   — 

Głowy bym nie dał. Ale takie jest powszechne mniemanie.

 

   — 

To się nazywa ostrożny człowiek. Jak brzmi pańska dewiza? Swoboda 

działania, tak? Wziąłem z pana przykład. Dałem panu Lemoine’owi swobodę 

działania. Nie odpierałem jego oskarżeń. Lecz mimo to obawiam się, że się 

rozczaruje. Widzi pan, ja zawsze lubię mieć coś w zanadrzu. Na wszelki wypadek, 

gdyby miały wyniknąć jakieś drobne nieprzyjemności, byłem na tyle przezorny, by 

zabrać ze sobą swoją kartę atutową. Ona, a właściwie on jest na górze.

 

   — Na górze? —

 powtórzył lord Caterham wielce zaintrygowany.

 

   — 

Tak. Biedny chłop przeżywał ostatnio ciężkie chwile. Ktoś zadał mu paskudny 

cios w głowę. Pielęgnowałem go.

 

   Rozległ się nagle głęboki bas pana Isaacsteina:

 

background image

 

 

169 

   — 

Czy mamy zgadywać, kto to

 jest? 

   — 

Jeśli państwo sobie tego życzą 

 odparł Anthony.

 

   — 

Tylko że…

 

   Lemoine przerwał mu zaskakująco gwałtownie:

 

   — 

Wszystko to są bzdury. Znowu chce mnie pan zrobić w konia. Może i prawda, 

że nie był pan w Ameryce. Jest pan za sprytny, by kłamać w takiej kwestii. Ale 

tu wchodzi w grę inna sprawa. Morderstwo! Tak, morderstwo. Morderstwo księcia 

Michaela. Wszedł do pokoju tej nocy, kiedy pan szukał klejnotu.

 

   — 

Lemoine, czy panu nie wiadomo, że Król Victor nie uznaje mokrej roboty? 

— 

Głos Anthony’ego brzmiał ostro. 

 Wie pan dobrze, lepiej niż ja, że on nigdy 

nikogo nie zabił.

 

   — 

Kto inny jak nie pan mógłby go zamordować! 

 wrzasnął Lemoine. 

 Proszę mi 

to powiedzieć!

 

   Ostatnie słowo zamarło mu na wargach, gdyż z tarasu rozległ się przenikli

wy 

gwizd. Anthony podskoczył. Cała jego nonszalancja zniknęła.

 

   — 

Pyta mnie pan, kto zamordował księcia Michaela?! 

 krzyknął. 

— Nie powiem 

panu, ale panu pokażę. Czekałem na ten gwizd, to był sygnał. Morderca księcia 

Michaela znajduje się obecnie w bibl

iotece. 

   Wybiegł przez oszklone drzwi, reszta ruszyła za nim, aż dotarli tarasem do 

drzwi biblioteki. Pchał je, ustąpiły pod naciskiem jego dłoni.

 

   Odchylił delikatnie grubą zasłonę, by wszyscy mogli zajrzeć do pokoju.

 

   Stojąca przy szafie ciemna postać wyciągała pospiesznie książki lub 

przesuwała je z miejsce na miejsce, i tak była tym pochłonięta, że nie docierał 

do niej żaden dźwięk.

 

   I wówczas, gdy tak stali wpatrzeni w sylwetkę rysującą się niewyraźnie na tle 

blasku trzymanej przez tę osobę latarki, starając się rozpoznać, kto to jest 

— 

ktoś wydał za ich plecami dziki wrzask.

 

   Latarka upadła na ziemię, zgasła i w pokoju rozległy się odgłosy zaciekłej 

walki. Lord Caterham doszedł po omacku do wyłącznika i zapalił światło.

 

   Dwie postacie przym

ierzały się do ataku. I wtedy nastąpił koniec. Krótki, 

ostry strzał z pistoletu i mniejsza postać skuliła się i upadła. Druga postać 

obróciła się twarzą do nich 

 był to Boris, jego oczy miotały wściekłe błyski.

 

   — 

Ona zabiła mego pana! 

 ryknął. 

— A ter

az chciała mnie zastrzelić. 

Odebrałbym jej pistolet i zastrzelił ją, ale w trakcie walki broń sama wypaliła. 

Święty Michael tak chciał. Zła kobieta nie żyje.

 

   — Kobieta?! —

wykrzyknął George Lomax.

 

   Podeszli bliżej. Na podłodze, z pistoletem wciąż zaciśniętym w dłoni, z 

zastygłą na twarzy złością leżała 

— mademoiselle Brun. 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

 

KRÓL VICTOR 

background image

 

 

170 

    

   — 

Od samego początku ją podejrzewałem 

 tłumaczył Anthony. 

— Tej nocy, gdy 

popełniono morderstwo, w jej pokoju paliło się światło. Potem zacząłem mieć 

wątpliwości. Pojechałem do Bretanii, by zaciągnąć o niej informacji, i wróciłem 

zadowolony, że okazała się tą osobą, za jaką się podawała. Byłem głupi. 

Mademoiselle Brun istotnie pracowała u hrabiny de Bretuil, która wyrażała się o 

niej nadzwy

czaj pochlebnie, ale skąd mogłem przypuszczać, że prawdziwa 

mademoiselle Brun w drodze do nowego chlebodawcy została porwana i że na jej 

miejsce podstawiono kogoś innego. Tak więc wszystkie swoje podejrzenia 

przeniosłem na osobę pana Fisha. Dopiero kiedy pojechał za mną do Dover i 

odbyliśmy szczerą rozmowę, przejrzałem na oczy. Skoro dowiedziałem się, że jest 

amerykańskim wywiadowcą, tropiącym Króla Victora, moje podejrzenia zwróciły się 

znowu ku temu oryginalnemu obiektowi. 

   Najbardziej nękał mnie fakt, że pani Revel stwierdziła z całą stanowczością, 

iż rozpoznała tę kobietę. Potem sobie przypomniałem, że stało się to dopiero 

wtedy, gdy napomknąłem, iż mademoiselle Brun była guwernantką u pani de Bretuil. 

Jedyne, co wówczas pani Revel powiedziała, to to, że widocznie stąd twarz 

kobiety jest jej znana. Inspektor Battle powie państwu, że uknuto wymyślną 

intrygę, by powstrzymać panią Ravel przed przyjazdem do „Chimneys”. Posłużono 

się w tym celu ni mniej, ni więcej, tylko trupem. I choć morderstwo było dziełe

Towarzyszy Czerwonej Ręki, mszczących się prawdopodobnie za zdradę, sposób, w 

jaki to zainscenizowali, oraz brak pieczęci Czerwonej Ręki wskazują niezbicie na 

wybitnie inteligentnego organizatora całej operacji. Od początku podejrzewałem, 

że istnieją tu jakieś powiązania z Herzoslovakią. Pani Revel była jedyną osobą 

spośród gości, która swego czasu przebywała w tym kraju. Myślałem najpierw, że 

ktoś podszywa się pod księcia Michaela, ale ta hipoteza okazała się całkowitym 

niewypałem. Kiedy zastanawiałem się, czy czasem mademoiselle Brun nie jest owym 

przestępcą, i dodałem do tego słowa pani Revel, że twarz mademoiselle jest jej 

znana, zacząłem przeglądać na oczy. Naturalnie ogromnie ważną rzeczą było to, 

aby mademoiselle nie została. rozpoznana, a pani Revel była jedyną osobą, która 

mogłaby to uczynić.

 

   — Ale kim ona jest? —

 zapytał lord Caterham. 

 Kobietą, którą pani Revel 

poznała w Herzoslovakii?

 

   — 

Sądzę, że baron zechce nam to wyjaśnić 

 powiedział Anthony.

 

   — Ja? —

 Baron spojrzał na niego stropiony, po czym przeniósł wzrok na leżącą 

nieruchomo niewiastę.

 

   — 

Niech pan nie da się zwieść makijażowi 

 uprzedził Anthony. 

 Proszę 

pamiętać, że była aktorką.

 

   Baron znów wytrzeszczył na niego oczy. Raptem drgnął.

 

   — 

Boże święty! 

 wy sapał. 

— Przeci

eż to niemożliwe!

 

background image

 

 

171 

   — 

Co jest niemożliwe? 

 zapytał George. 

 Kim jest;: ta pani? Poznaje pan ją, 

baronie? 

   — 

Nie, nie, to niemożliwe 

 mruczał pod nosem baron. 

 Ją zamordowano. Oboje 

zostali zamordowani! Na stopniach pałacu. Znaleziono jej zwłoki.

 

   — Okaleczone i nie do zidentyfikowania —

 przypomniał Anthony. 

 Dzięki temu 

udało jej się dokonać pewnej mistyfikacji. Przypuszczam, że wyjechała do Ameryki 

i ładnych parę lat ukrywała się, nękana śmiertelną obawą przed Towarzyszami 

Czerwonej Ręki. Proszę pamiętać, że to oni wywołali w Herzoslovakii rewolucję i 

zawsze mieli do tej kobiety pretensje. Po pewnym czasie zwolniono z więzienia 

Króla Victora, i postanowili razem zdobyć klejnot. Tej właśnie nocy, szukając 

skrytki, wpadła niespodziewanie na księcia Michaela, który ją rozpoznał. W 

zwykłym trybie możliwość spotkania go była raczej znikoma. Utytułowani goście 

rezydencji nie mają kontaktu z guwernantkami, ponadto zawsze mogła zamknąć się u 

siebie, wymawiając się migreną, tak jak to zrobiła tego dnia, gdy przybył tu pan 

baron… Jednakże spotkała się z księciem Michaelem twarzą w twarz w momencie 

zupełnie nieoczekiwanym. Została zdemaskowana, groziło jej najgorsze. 

Zastrzeliła go. To ona umieściła broń w walizce Isaacsteina, by zmylić ślad, i 

ona właśnie podrzuciła listy.

 

   Lemoine postąpił parę kroków do przodu.

 

   — 

Powiada pan, że tej nocy zeszła na dół, by szukać klejnotu? 

 zapytał. 

— A 

może zamierzała spotkać się ze swoim kumplem, Królem Victorem, który przybywał z 

zewnątrz? Co pan na to?

 

   Anthony we

stchnął.

 

   — 

A pan wciąż swoje, mój drogi Lemoine! Uparty z pana człowiek.

 Nie przyjął 

pan do wiadomości, że zawsze mam w zanadrzu kartę atutową?

 

   George, którego umysł pracował na wolnych obrotach, wtrącił:

 

   — 

Mam kompletny chaos w głowie. Kim jest ta pani, baronie? Zdaje się, że pan 

ją rozpoznał?

 

   Baron uniósł głowę i wyprostował się na całą swoją wysokość.

 

   — 

Myli się pan, panie Lomax. O ile pamiętam, nigdy przedtem tej pani nie 

widziałem. Ta osoba nie jest mi znana.

 

   — Ale… 

   George spojrza

ł na niego ze zdumieniem, kompletnie zbity z tropu.

 

   Baron zaciągnął go do kąta i szepnął mu coś na ucho. Anthony przyglądał się 

uradowany, jak twarz George’a staje się purpurowa, oczy wyłażą mu z orbit i 

sprawia wrażenie, jakby miał zaraz dostać apopleksji. Dotarł do niego gardłowy 

pomruk: 

   — 

Niewątpliwie… niewątpliwie… a jakże… nie ma potrzeby… skomplikowana 

sytuacja… najdalej posunięta dyskrecja.

 

   — Ale mnie to nic nie obchodzi! —

 Lemoine walnął pięścią w stół. 

— Morderstwo 

księcia Michaela to nie moja sprawa. Ja muszę mieć Króla Victora!

 

background image

 

 

172 

   Anthony potrząsnął nieznacznie głową.

 

   — 

Przykro mi w pana imieniu, Lemoine. Pan jest naprawdę zdolny facet. 

Jednakże traci pan chyba węch. Niebawem zagram moją atutową kartą.

 

   Przemierzył pokój i zadzwonił. W drzwiach pojawił się Tredwell.

 

   — 

Dziś wieczór przyjechał tu ze mną pewien dżentelmen 

 powiedział do niego 

Anthony. 

   — 

Tak, sir, cudzoziemski dżentelmen.

 

   — 

Zgadza się. Poproś go, żeby możliwie najszybciej przyszedł tu do nas.

 

   — Dobrze, sir. T

redwell zniknął.

 

   — Odkrycie pierwszej karty atutowej to tajemniczy monsieur X —

 oznajmił 

Anthony. — Kim on jest? Kto zgadnie? 

   — 

Logicznie rozumując 

 zaczął Herman Isaacstein 

 jeśli się weźmie pod uwagę 

pańskie tajemnicze aluzje dzisiaj rano, a także stanowisko, jakie pan zajął 

dzisiejszego popołudnia, nie powinno się mieć żadnych wątpliwości. W jakiś 

niewytłumaczalny sposób udało się panu przechwycić księcia Nicholasa z 

Herzoslovakii. 

   — 

Czy podziela pan ten pogląd, baronie?

 

   — 

Tak. Jeżeli oczywiście nie podstawia pan kolejnego oszusta. Ale nie sądzę. 

Jeśli idzie o mnie, to grał pan honorowo.

 

   — 

Dziękuję, baronie. Będę miał w pamięci pańskie słowa. Wszyscy państwo są 

tego samego zdania na temat monsieur X? 

   Przesunął wzrokiem po kręgu otaczających go twarzy. Jedynie Lemoine nie 

zareagował 

 siedział z posępną miną. Oczy miał utkwione w blacie stołu.

 

   Wyostrzony słuch Anthony’ego wyłowił odgłos kroków w hallu.

 

   — 

I wyobraźcie sobie państwo 

 rzekł z dziwnym uśmiechem 

 że wszyscy są w 

błędz

ie. 

   Podążył szybko ku drzwiom i otworzył je szeroko.

 

   Na progu stał mężczyzna 

 z ładnie przystrzyżoną czarną bródką, w binoklach, 

o wymuskanej prezencji, które to wrażenie psuł nieco bandaż owinięty wokół 

głowy.

 

   — 

Pozwólcie państwo, że przedstawię

 wam prawdziwego monsieur Lemoine’a z 

S?reté. 

   Zakotłowało się w pokoju, powstał straszliwy harmider, po czym od strony 

oszklonych drzwi rozległ się głos pana Hirama Fisha, brzmiący sympatycznie i 

uspokajająco:

 

   — 

Nie, synku, nie tędy. Trwałem na tym stanowisku przez cały wieczór, a 

przyświecał mi zbożny cel zapobieżenia twojej ucieczce. Przekonasz się, że moja 

broń świetnie jest w ciebie wycelowana. Przybyłem tu, żeby cię dostać, i 

dostałem cię 

— ale faktycznie zuch z ciebie! 

 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

 

background image

 

 

173 

DALSZE WYJAŚNIENIA

 

    

   — 

Winien nam pan jednak wyjaśnienie 

 powiedział tegoż wieczoru, lecz trochę 

później, Herman Isaacstein, zwracając się do Anthony’ego.

 

   — 

Nie ma specjalnie co wyjaśniać 

 odrzekł ten skromnie. 

 Pojechałem do 

Dover, Fish po

dążył za mną, podejrzewając, że to ja jestem Królem Victorem. 

Zastaliśmy uwięzionego tam tajemniczego cudzoziemca i gdy opowiedział nam swoją 

historię, byliśmy już w domu. Ten sam motyw, jak państwo widzą. Osobę 

autentyczną porwano, a podstawiona 

— w tym wypadku Król Victor — odgrywa jego 

rolę. Wydaje mi się jednak, że inspektor Battle miał do swego francuskiego 

kolegi jakieś zastrzeżenia, skoro zadepeszował do Paryża, prosząc o jego odciski 

palców i inne znaki szczególne. 

   — Ach tak! —

 wykrzyknął baron. 

— Odciski palców. Namiary, o których mówi ten 

łotr!

 

   — 

To był mądry pomysł 

 powiedział Anthony.

 

   — 

Tak mi się spodobał, że postanowiłem go wykorzystać. Poza tym moje 

poczynania zabiły klina fałszywemu Lemoine’owi. Skoro tylko podałem informację o 

„rzędach” i gdzie naprawdę klejnot jest ukryty, robił wszystko, by te wieści 

dotarły do jego wspólniczki, trzymając nas zarazem w tym pokoju. List był 

istotnie przeznaczony dla mademoiselle Brun. Polecił Tredwellowi dostarczyć go 

jej natychmiast, co Tredwell u

czynił, niosąc list na górę, do pokoju lekcyjnego. 

Lemoine oskarżył mnie, że jestem Królem Victorem, zwracając w ten sposób uwagę 

wszystkich w złym kierunku i motywując tym zakaz opuszczania pokoju. Gdy sprawa 

się wyjaśniła i udaliśmy się do biblioteki w poszukiwaniu klejnotu, cieszył się 

w duchu tym, że klejnotu już tam nie odnajdziemy. George odchrząknął.

 

   — 

Muszę przyznać, panie Cade 

 powiedział pompatycznie 

 że osądzam pańską 

działalność w tej materii jako wysoce naganną. Gdyby pańskie plany uległy 

bodaj 

najdrobniejszemu zakłóceniu, jeden z naszych skarbów narodowych mógłby zostać 

bezpowrotnie stracony. To szaleństwo, proszę pana, niesłychane szaleństwo!

 

   — 

Wygląda na to, że nie pojął pan sedna sprawy ^cedząc słowa odezwał się pan 

Fish. — Ów histor

yczny klejnot nigdy nie znajdował się w bibliotece, między 

książkami.

 

   — Jak to?! 

   — Nigdy! 

   — Widzi pan —

 podjął Anthony 

 posługując się drobnym wybiegiem hrabia 

Stylptitch w istocie rzeczy wskazywał na różę. Gdy w poniedziałek po południu 

zaświtała mi w głowie ta myśl, pospieszyłem od razu do ogrodu róż. Pan Fish 

wpadł już na to wcześniej. Jeżeli, stojąc tyłem do zegara słonecznego, 

odmierzymy siedem kroków do przodu, potem osiem na lewo i trzy na prawo, 

dojdziemy do krzaka jasnoczerwonych róż o na

zwie Richmond. W poszukiwaniu 

background image

 

 

174 

kryjówki przetrząśnięto cały dom, ale nikomu nie przyszło do głowy przetrząsnąć 

ogród. Proponowałbym jutro rano zabawić się w kopanie.

 

   — 

A ta historia o książkach w bibliotece…

 

   — 

Zastawiłem pułapkę na ową panią. Pan Fish trzymał straż na tarasie i w 

odpowiednim momencie zagwizdał. Śmiało mogę powiedzieć, że wraz z panem Fishem 

zarządziliśmy w domu w Dover stan wojenny, dzięki czemu udało się zapobiec 

kontaktom Towarzyszy z fałszywym Lemoine’em. Ten przesłał im rozkaz, by się 

ulotnili, i otrzymał wiadomość, że tak się stało. Tak więc przystąpił radośnie 

do dalszej realizacji swego planu, a mianowicie do zdemaskowania mnie. 

   — No dobrze, dobrze —

 powiedział ochoczo lord Caterham 

 wszystko się 

przecież szczęśliwie wyjaśnił

o. 

   — 

Z wyjątkiem jednej rzeczy 

 rzekł pan Isaacstein.

 

   — Jakiej? 

   Wielki finansista obrzucił Anthony’ego poważnym spojrzeniem.

 

   — 

Po co mnie pan tu ściągnął? Bym jako widz asystował temu dramatycznemu 

spektaklowi? 

   Anthony potrząsnął głową.

 

   — 

Nie, proszę pana. Pan jest człowiekiem interesu, dla pana czas to pieniądz. 

Jaki był pierwotny cel pana tu przyjazdu?

 

   — 

Negocjacje w sprawie pożyczki.

 

   — Z kim? ‘ 

   — 

Z księciem Michaelem z Herzoslovakii.

 

   — 

No tak. Ale książę Michael nie żyje. Czy jest pan nastawiony na to, by taką 

samą pożyczkę na tych samych warunkach zaoferować jego kuzynowi Nicholasowi?

 

   — 

Zamierza go pan stworzyć? Sądziłem, że został zabity w Kongo.

 

   — 

Słusznie, został zabity. Ja go zabiłem. Och, nie, nie jestem mordercą

Mówiąc, że go zabiłem, miałem na myśli to, że rozpowszechniłem wiadomość o jego 

śmierci. Obiecuję panu księcia. Zgoda?

 

   — Pan…? 

   — Tak, ja nim jestem. Nicholas Sergius Alexander Ferdinand Obolovitsch. Za 

długie to było jak na mój przyszły tryb życia, wobec tego wyłoniłem się z Kongo 

jako zwykły Anthony Cade.

 

   Mały kapitan Andrassy aż podskoczył.

 

   — Nie do wiary, wprost nie do wiary —

 bełkotał.

 

   — Sam pan nie wie, co mówi! 

   — 

Mogę panu dostarczyć mnóstwo dowodów 

 powiedział Anthony spokojnie. 

— 

Myślę też, że uda mi się przekonać pana barona.

 

   Baron uniósł w górę rękę.

 

   — 

Tak, mogę się przyjrzeć pańskim dowodom. Ale one mi niepotrzebne. Pańskie 

słowo mi wystarcza. Ponadto do swojej angielskiej matki podobny pan jest. Wszem 

background image

 

 

175 

wobec głosiłem: Ten młody człowiek po mieczu lub kądzieli wysoko jest na pewno 

urodzony. 

   — 

Pan zawsze ufał moim słowom, baronie 

 przyznał Anthony. 

— Zapewniam pana, 

że w dniach, które nadejdą, będę o tym pamiętał.

 

   Tu spojrzał na inspektora Battle’a, którego twarz, jak zawsze, była 

kompletnie bez wyrazu. 

   — 

Domyśla się pan 

 rzekł Anthony z uśmiechem 

 że moja sytuacja była w 

najwyższym stopniu ryzykowna. Ja jeden spośród gości tego domu mogłem mieć 

powód, by źle życzyć Michaelowi Obolovitchowi, albowiem byłem następ

nym 

kandydatem do tronu. Przez cały czas ogromnie się obawiałem inspektora Battle’a. 

Wciąż czułem, że on mnie podejrzewa i tylko brak motywów wiąże mu ręce.

 

   — 

Ani przez chwilę nie sądziłem, że pan go zastrzelił 

 oświadczył inspektor. 

— W takich sprawac

h mamy nosa. Wiedziałem jednak, że pan się czegoś obawia, a 

ponadto intrygował mnie pan. Gdybym wiedział wcześniej, kim pan naprawdę jest, 

może wtedy, pod presją okoliczności, aresztowałbym pana.

 

   — 

Rad jestem wobec tego, że zataiłem przed panem ten obciążający mnie fakt. 

Wszystko inne gładko pan ze mnie wydobył. Jest pan cholernie dobrym fachowcem, 

inspektorze. Od tej pory będę żywił dla Scotland Yardu głęboki szacunek.

 

   — 

Zdumiewające! 

 mamrotał George. 

 Równie zdumiewającej historii w życiu 

nie słyszałem. Z trudem… Z trudem daję temu wiarę. Ma pan absolutną rację, 

baronie, że…

 

   — Drogi panie Lomax —

 powiedział Anthony odrobinę surowym tonem. 

— Nie mam 

zamiaru prosić Brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, by poparło moje 

roszczenia bez uprz

edniej prezentacji najbardziej przekonujących dokumentów. 

Proponuję natomiast omówienie z panami 

— z panem, panem baronem i panem 

Isaacsteinem —

 warunków wiadomej pożyczki.

 

   Baron zerwał się na równe nogi i trzasnął obcasami.

 

   — 

Będzie to najdonioślejszy moment w moim życiu 

 powiedział uroczyście 

— gdy 

się przekonam, że został pan królem Herzoslovakii!

 

   — 

O właśnie, baronie 

 rzekł od niechcenia Anthony, biorąc go pod ramię. 

— 

Zapomniałem panu powiedzieć. Jest jeszcze jedna sprawa. Jestem żonaty, wie

 pan… 

   Baron cofnął się dwa kroki. Na jego twarzy odmalowało się zakłopotanie.

 

   — 

Czułem, że coś złego się szykuje! 

 huknął.

 

   — 

Święty Boże w niebiesiech! On się ożenił w Afryce z czarną kobietą!

 

   — 

Chwileczkę, chwileczkę, nie jest aż tak źle 

— po

wiedział Anthony ze 

śmiechem. 

 Ona jest biała, dzięki Bogu, biała od stóp do głów.

 

   — 

Całe szczęście. A więc godna szacunku morganatyczna połowica.

 

   — 

Nic podobnego. Ona będzie królową przy moim majestacie. Potrząsanie głową 

na nic się nie zda. Ta osoba ma pełne kwalifikacje do zajęcia takiego 

stanowiska. Jest córką angielskiego para, którego rodowód sięga czasów Wilhelma 

background image

 

 

176 

Zdobywcy. Modne są wśród królów małżeństwa z arystokratkami, a ponadto ona zna 

co nieco Herzoslovakię.

 

   — 

O Boże! 

 wykrzyknął George Lomax, nie dobierając już swoim zwyczajem słów. 

 Czyżby… czyżby Virginia Revel?

 

   — Tak —

 odparł Anthony. 

— Virginia Revel. 

   — 

Drogi chłopcze! 

 zawołał lord Caterham. 

— To znaczy, wielce szanowny 

panie, moje gratulacje. Z całego serca. To urocze s

tworzenie. 

   — 

Dziękuję, milordzie 

 rzekł Anthony. 

 Ma pan rację, nawet po stokroć.

 

   Pan Isaacstein tymczasem przyglądał się Anthony’emu z zaciekawieniem.

 

   — 

Wybaczy mi wasza wysokość pytanie, ale kiedy owo małżeństwo zostało 

zawarte? 

   Anthony uśmiechnął się spoglądając w jego stronę.

 

   — 

Szczerze mówiąc 

 odparł 

 to wzięliśmy ślub dziś rano.

 

 

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

 

ANTHONY ANGAŻUJE SIĘ DO NOWEJ PRACY

 

    

   — 

Idźcie, panowie, a ja za chwilę do was dołączę 

 powiedział Anthony.

 

   Poczekał, aż wymaszerują z pokoju, po czym ruszył w stronę inspektora 

Battle’a pochłoniętego najwyraźniej oglądaniem boazerii.

 

   — 

Chciałby mnie pan o coś zapytać, inspektorze, tak?

 

   — 

Owszem, ale skąd pan o tym wie? Od dawna zauważyłem, że ma pan szybki 

refleks. Rozumi

em, że lady, która nie żyje, to świętej pamięci królowa Varaga?

 

   — 

Tak, Battle. Mam nadzieję, że uda się to zatuszować. Rozumie pan, że mam 

uraz na punkcie trupów w rodzinie. 

   — 

W tej kwestii proszę zaufać panu Lomaxowi. Nikt o niczym się nie dowie. To

 

prawda, sporo ludzi wie już o tym, ale rzecz się dalej nie rozejdzie.

 

   — 

Czy chodziło panu o królową Varagę?

 

   — 

Nie, tamto pytanie zadałem mimochodem. Ciekawi mnie mianowicie, jeżeli nie 

za wiele sobie pozwalam, co pana zmusiło do wyrzeczenia się włas

nej osoby? 

   — 

Absolutnie nie za wiele. Powiem panu. Zabiłem siebie z prostych powodów. 

Moja matka była Angielką, ja się wychowałem w Anglii i o wiele bardziej bliska 

mi była Anglia niż Herzoslovakia. Czułem się idiotycznie, wędrując po świecie z 

tym komi

cznym, niczym w farsie, tytułem na karku. Kiedy byłem młody, wie pan, 

wyznawałem ideały demokracji. Wierzyłem w tę ideę, że wszyscy ludzie są równi. A 

najwięcej miałem zastrzeżeń do królów i książąt.

 

   — A potem? —

 pytał dociekliwie Battle.

 

   — Och, pote

m podróżowałem po świecie, przyglądałem się mu. Cholernie mało 

jest w nim równości. Proszę wziąć pod uwagę fakt, że ja wciąż wierzyłem w 

demokrację. Ale trzeba silną ręką zmuszać do niej ludzi, no i zanudzać ich na 

śmierć. Ludzie nie chcą być braćmi, może kiedyś zechcą, lecz nie teraz. Moja 

background image

 

 

177 

wiara w braterstwo człowieka skończyła się w ubiegłym tygodniu, w dniu przybycia 

do Londynu, kiedy obserwowałem ludzi stojących w wagonie metra, którzy nie 

chcieli posuwać się do przodu, by zrobić miejsce wsiadającym. Odwoływanie się do 

drzemiącej w człowieku dobroci nie przemieni go w anioła, stosując natomiast 

silę w rozsądnych granicach, można go zmusić do mniej lub bardziej przyzwoitego 

zachowania się i wzajemnego szacunku. Wciąż wierzę w braterstwo, ale to jeszcze 

pi

eśń przyszłości. Kwestia jakichś dziesięciu tysięcy lat. Nie wolno tracić 

cierpliwości. Ewolucja to proces długotrwały.

 

   — 

Ma pan interesujące poglądy, sir 

 powiedział Battle z błyskiem w oku. 

— I 

jeżeli pozwoli mi pan na takie sformułowanie, to będzie pan tam świetnym królem.

 

   — 

Dziękuję, inspektorze 

 powiedział Anthony z westchnieniem.

 

   — 

Nie wygląda pan na szczęśliwego z tej racji.

 

   — 

Bo ja wiem… To może się okazać całkiem zabawne. Tylko że się wiąże ze stałą 

pracą. Jak dotąd udawało mi się jej uniknąć.

 

   — 

Ale jednak skusiła pana ta funkcja.

 

   — 

Skądże! Co za pomysł! Kobieta! Dla mnie zawsze najważniejsza jest kobieta. 

Rzuciłbym do jej stóp nie tylko królestwo.

 

   — 

No właśnie.

 

   — 

Tak to zorganizowałem, że baron i Isaacstein nie mogą narzekać. Jeden chce 

króla, drugi nafty. Obaj dostaną, co sobie życzą, a ja, o Boże, Battle, czy był 

pan kiedyś zakochany? ‘

 

   — 

Jestem bardzo przywiązany do pani Battle.

 

   — 

Bardzo przywiązany do pani… ojej, pan nic a nic nie rozumie. To jest 

zupełnie coś inn

ego! 

   — 

Przepraszam, sir, ale ten pański człowiek czeka za drzwiami.

 

   — 

Boris? Taki on już jest. Wspaniały chłopak. Łaska boska, że rewolwer 

wypalił w czasie walki i zabił lady. W przeciwnym wypadku Boris jak amen w 

pacierzu ukręciłby jej kark i pan by go powiesił. Jego przywiązanie do dynastii 

Obolovitchów jest wprost niebywałe. Zadziwiające było to, że z chwilą śmierci 

Michaela przywiązał się momentalnie do mnie, choć przecież nie mógł wiedzieć, 

kim ja naprawdę jestem.

 

   — Instynkt —

 powiedział Battl

e. — Jak u psa. 

   — 

Swego czasu uważałem, że ten instynkt jest bardzo niefortunny. Bałem się, 

że może dać panu sporo do myślenia. Ale pójdę zobaczyć, czego on chce.

 

   Wyszedł oszklonymi drzwiami. Inspektor Battle został sam 

 przez chwilę 

odprowadzał go wzrokiem, po czym powiedział:

 

   — Poradzi sobie. 

   Za drzwiami czekał Boris.

 

   — 

Proszę pana 

 zaczął i ruszył wzdłuż tarasu.

 

   Anthony podążył za nim, zastanawiając się, dokąd zmierzają.

 

background image

 

 

178 

   Niebawem Boris zatrzymał się i pokazał coś palcem. Świecił księżyc, i Anthony 

zobaczył kamienną ławę, na której siedziały dwie osoby.

 

   — 

On naprawdę jest psem 

 mruknął Anthony pod nosem. 

— A w dodatku 

myśliwskim.

 

   Ruszył do przodu. Boris rozpłynął się w powietrzu. Na widok Anthony’ego dwie 

postacie uniosły się z miejsca. Pierwszą była Virginia, a drugą…

 

   — Hej, Joe —

 rozległ się znajomy głos. 

 Kapitalną masz dziewczynę!

 

   — Jimmy McGrath, niewiarygodne! —

 wykrzyknął Anthony. 

 Jakim zrządzeniem 

losu tu się znalazłeś?

 

   — 

Ta moja wyprawa do interioru spaliła

 na panewce. Potem kilku cudzoziemców 

zaczęło mnie nachodzić. Chcieli, żebym im sprzedał ten rękopis. Jeszcze później 

o mało nie dostałem nożem w plecy. Wtedy sobie pomyślałem, że zleciłem ci robotę 

o wiele trudniejszą. i przyszło mi do głowy, że może potr

zebujesz pomocy, i 

wypuściłem się za tobą następną łajbą.

 

   — Czy to nie cudowne z jego strony? —

 zapytała Virginia. 

— Dlaczego nigdy mi 

nie wspomniałeś, że z niego taki fantastyczny facet? Jesteś kochany, Jimmy, 

naprawdę.

 

   — 

Przypadliście sobie do gustu, jak widzę 

 rzekł Anthony.

 

   — Jasna rzecz —

 potwierdził Jimmy. 

 Węszyłem wszędzie, żeby dowiedzieć się 

czegoś o tobie, i natrafiłem na tę panią. Wcale nie była taka, jak sądziłem, że 

będzie 

 nadęta, wyniosła dama z towarzystwa, która, ma człowieka z

a nic. 

   — 

Opowiedział mi wszystko o listach 

 rzekła Virginia. 

 I zrobiło mi się 

nawet wstyd, że nie przejęłam się nimi specjalnie, podczas gdy on wykazał taką 

rycerskość.

 

   — 

Gdybym wiedział, jaka pani jest 

 odezwał się Jimmy szarmancko 

 nie dałbym 

mu tych listów. Przyjechałbym sam i wręczył je pani osobiście. Powiedz, chłopie, 

czy już zabawa naprawdę się skończyła? Czy nic nie masz dla mnie?

 

   — Na Jowisza —

 powiedział Anthony 

 mam! Poczekaj chwilę.

 

   Wszedł do domu. Po paru minutach pojawił się niosąc paczkę, którą rzucił w 

ramiona Jimmy’ego. 

   — 

Idź do garażu i wybierz sobie jakiś ładny wóz. Pogazuj nim do Londynu i 

dostarcz tę paczkę do domu numer siedemnaście przy Everdean Square. To prywatne 

mieszkanie pana Baldersona. Wręczy ci w zamian tysiąc funtów.

 

   — 

Co? Czyżby to były pamiętniki? Myślałem, że szlag je trafił!

 

   — Za kogo ty mnie masz? —

 spytał ostro Anthony. 

 Nie sądzisz chyba, że 

zawaliłbym taką sprawę? Od razu zadzwoniłem do wydawców, potem miałem fałszywy 

telefon i odpowiednio si

ę zabezpieczyłem. Zrobiłem lipną paczkę, zapakowałem ją 

według wskazówek. A prawdziwą schowałem w sejfie dyrektora hotelu, tamtemu zaś 

wręczyłem lipną. Pamiętniki zawsze były w moim posiadaniu.

 

   — Kapitalny z ciebie facet, synku —

 powiedział Jimmy.

 

background image

 

 

179 

   — Och, Anthony! —

 wykrzyknęła Virginia. 

 Chyba nie dopuścisz do tego, żeby 

je opublikowano? 

   — 

Nie da się tego uniknąć. Nie mogę wystrychnąć na dudka chłopaka takiego jak 

Jimmy. Ale nie przejmuj się. Miałem czas, żeby przez nie przebrnąć, i teraz 

wiem, dl

aczego ludzie gadają, że ważne osobistości same nie piszą swoich 

wspomnień, tylko zlecają tę robotę murzynom. Stylptitch jako pisarz jest 

śmiertelnie nudny. Ględzi o dyplomacji, ale pomija wszelkie pikantne szczegóły i 

niedyskretne anegdoty. Jego pryncypia

lna tajemniczość trzyma go w ryzach do 

końca. W pamiętnikach nie ma ani słowa, od pierwszej do ostatniej strony, które 

by odebrało spokój najbardziej opornym politykom. Dzwoniłem dziś do Baldersona i 

ustaliliśmy, że przed północą dostarczę mu rękopis. Lecz

 skoro Jimmy tu jest, 

niech sam wykona tę robotę.

 

   — Zgoda —

 powiedział Jimmy. 

 Te tysiąc funtów ogromnie mi leżą, tym bardziej 

że spisałem je już na straty.

 

   — 

Chwileczkę 

 rzekł Anthony. 

 Muszę ci, Virginio, coś wyznać. Coś, co jest 

już powszechnie wiadome, ale czego ci jeszcze nie powiedziałem.

 

   — 

Nie przejmuję się tymi wszystkimi kobietami, które do tej pory kochałeś, 

skoro nie wspomniałeś mi o nich.

 

   — Kobiety! —

 wykrzyknął Anthony z niewinną miną. 

— Chodzi ci o kobiety? 

Zapytaj Jamesa, jakie

 kobiety mnie otaczały, gdy widział mnie po raz ostatni.

 

   — Megiery—

rzekł Jimmy uroczyście. 

 Istne megiery. Żadna poniżej 

czterdziestki piątki.

 

   — 

Dziękuję ci, Jimmy. Jesteś moim prawdziwym przyjacielem. Nie, Virginio, 

chodzi o coś gorszego. Oszukałem cię, bo ci nie podałem swego prawdziwego 

nazwiska. 

   — Czy jest takie straszne?—

zapytała Virginia z zaciekawieniem. 

Coś w rodzaju 

Pobbles, tak? Wyobrażam sobie, jak bym się czuła będąc panią Pobbles.

 

   — 

Zawsze jesteś o mnie najgorszego zdania.

 

   — Pr

zypominam, iż swego czasu cię posądzałam, że jesteś Królem Victorem, ale 

tylko przez półtorej minuty.

 

   — 

Ale, ale, Jimmy, mam dla ciebie pracę, poszukiwanie złota w skalistych 

kryjówkach Herzoslovakii. 

   — 

A czy tam jest złoto? 

 zapytał z ożywieniem Ji

mmy. 

   — Na pewno —

 odparł Anthony. 

— To cudowny kraj. 

   — 

Więc posłuchałeś mojej rady i tam się udajesz?

 

   — 

Tak. Twoja rada była cenniejsza, niż przypuszczałeś. A teraz przejdźmy do 

wyznania. Mamka mnie nie zamieniła, nie wydarzyło się też nic równie 

romantycznego, ale mimo to jestem najprawdziwszym księciem Nicholasem 

Obolovitchem z Herzoslovakii. 

   — Och, Anthony! —

 wykrzyknęła Virginia. 

 To dopiero świetny kawał! A ja 

wyszłam za ciebie! Co teraz z tym poczniemy?

 

background image

 

 

180 

   — Pojedziemy do Herzoslovakii i 

będziemy odgrywać króla i królową. Jimmy 

McGrath powiedział kiedyś, że w tym kraju przeciętny okres sprawowania władzy 

królewskiej to cztery lata. Mam nadzieję, że cię to nie zraża?

 

   — 

Zraża? 

 powtórzyła Virginia. 

— Jestem wprost zachwycona. 

   — Kapitalna dziewczyna! —

 mruknął Jimmy. Po czym zniknął dyskretnie w mroku 

nocy. Po paru minutach dał się słyszeć warkot oddalającego się samochodu.

 

   — 

Najlepiej, jak się faceta skłoni, by sam wykonał tę swoją brudną robotę 

— 

powiedział Anthony z satysfakcją. 

 A poza tym musiałem się go pozbyć. Od 

zawarcia małżeństwa nie byliśmy ani chwili sami.

 

   — 

Będziemy .mieli moc uciechy 

 rzekła Virginia.

 

   — 

Perswadowanie bandytom, żeby nie rabowali, mordercom, żeby nie mordowali, 

no i w ogóle podnoszenie poziomu moralnego kraju. 

   — Ubóstwiam takie idealistyczne teorie—

oświadczył Anthony. 

— Mam wtedy 

uczucie, że moja ofiara nie poszła na marne.

 

   — Nie opowiadaj —

 rzuciła Virginia ze spokojem.

 

   — 

Cieszysz się, że zostaniesz królem. Masz to we krwi. Przygotowywano cię do 

zawodu, a ponadto jesteś w tym kierunku uzdolniony, tak jak hydraulicy 

przejawiają naturalną skłonność do robót hydraulicznych.

 

   — 

Nigdy ich o taką skłonność nie podejrzewałem 

 powiedział. 

— Ale niech 

szlag trafi hydraulików, nie będziemy tracili

 czasu na gadanie o nich. Czy 

wiesz, że właśnie teraz powinienem uczestniczyć w arcypoważnej naradzie z 

Isaacsteinem i starym Lollipopem? Chcą rozmawiać o ropie naftowej. Nafta, mój 

Boże! Mogą sobie poczekać na moją królewską uprzejmość. Pamiętasz, Virgini

o, jak 

kiedyś ci mówiłem, że będę się cholernie starał, by ci na mnie zależało?

 

   — 

Pamiętam 

 rzekła ciepło. 

 Ale inspektor Battle wyjrzał właśnie przez 

okno. 

   — Teraz go nie ma —

 przypomniał Anthony. Przytulił ją szybko do siebie, 

całował jej oczy, usta, jasne złoto jej włosów.

 

   — 

Tak cię kocham, Virginio 

 szeptał. 

 Tak cię kocham… A czy ty mnie 

kochasz? 

   Spojrzał na nią pewny odpowiedzi. Z głową wspartą na jego ramieniu, cichym, 

wzruszająco drżącym głosem odparła:

 

   — 

Ani trochę.

 

   — 

Ty mała 

diablico! —

 zawołał, znów ją całując.

 

   — 

Teraz już jestem pewien, że będę cię całował aż do śmierci.

 

 

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

 

RÓŻNE DROBNE SZCZEGÓŁY

 

    

   Rzecz dzieje się w „Chimneys”, godzina jedenasta przed południem, czwartek. 

Posterunkowy Joh

nson, bez płaszcza, kopie.

 

background image

 

 

181 

   Coś jest w powietrzu z nastroju pogrzebu. Przyjaciele i krewni stoją wokół 

mogiły, którą kopie Johnson.

 

   George Lomax wygląda jak wyznaczony przez nieboszczyka główny beneficjent. Z 

nieruchomego oblicza inspektora Battle’a d

aje się wyczytać, że jest zadowolony, 

iż uroczystości pogrzebowe przebiegają tak sprawnie. Jako organizatorowi 

przynosi mu to zaszczyt. Lord Caterham ma typowy dla Anglików, biorących udział 

w ceremoniach religijnych, uroczysty i z lekka napięty wyraz twar

zy. 

   Pan Fish nie pasuje do całości obrazu. Nie jest dostatecznie ponury.

 

   Johnson nachyla się nad łopatą. Nagle wyprostowuje się. Słychać szmer 

zaniepokojonych głosów.

 

   — Wystarczy, synku —

 powiedział pan Fish. 

— W sam raz. 

   Natychmiast się wyczuło, że pełni funkcję domowego lekarza.

 

   Johnson odchodzi. Pan Fish z godną chwili powagą pochyla się nad wykopem. 

Chirurg przystępuje do operacji.

 

   Wyjmuje małą, owiniętą w płótno paczuszkę. Wręcza ją ceremonialnie 

inspektorowi Battle’owi. Ten z kolei p

odaje zawiniątko George’owi Lomaxowi. 

Stało się zadość wymaganej w tej sytuacji etykiecie.

 

   George Lomax odwija płótno, rozcina pod nim jedwab, przebiera palcami w 

środku. Przez chwilę trzyma coś na dłoni, po czym szybko kładzie to coś z 

powrotem. 

   Chr

ząka.

 

   — 

W tej tak dobrze rokującej godzinie… 

 zaczyna w sposób świadczący o 

wytrawnym mówcy. 

   Lord Caterham dokonuje błyskawicznego odwrotu. Na tarasie spotyka córkę.

 

   — Bundle, czy twój wóz jest sprawny? 

   — Tak. A dlaczego? 

   — 

Zawieź mnie natychmiast do Londynu. Jadę za granicę, zaraz, dzisiaj.

 

   — 

Ależ, ojcze…

 

   — 

Nie dyskutuj ze mną, Bundle. George Lomax powiedział mi dziś rano po 

przyjeździe, że chce ze mną pogadać na bardzo ważny temat. Dodał, że niebawem 

przyjeżdża do ‘Londynu król Timbuctoo. Nie zamierzam znowu przeżywać czegoś 

podobnego, słyszysz, Bundle? Nawet dla pięćdziesięciu George’ów Lomaxów. Jeżeli 

„Chimneys” jest takie ważne dla narodu, to niech naród je kupi. W przeciwnym 

razie sprzedani je jakiemuś konsorcjum, który przerobi rezydencję na hotel.

 

   — Gdzie jest teraz Lomax? 

   Bundle staje na wysokości zadania.

 

   — Obecnie —

 mówi lord Caterham spoglądając na zegarek 

— od co najmniej 

piętnastu minut działa dla dobra imperium.

 

   Inny obrazek. 

   Przy telefonie Bill Eversleigh, 

który nie został zaproszony na ceremonię.

 

background image

 

 

182 

   — 

Nie, naprawdę… myślałem, że… Daj spokój, nie złość się. Właśnie, idziesz 

dziś wieczór na kolację… Nie, ja nie. Harowałem jak dziki osioł. Nie masz 

pojęcia, jaki jest ten Lomax… Doiły, słuchaj, doskonale się or

ientujesz, co o 

tobie myślę. I że nigdy na nikim innym mi nie zależało… Tak, przyjdę najpierw na 

pokaz. Jak brzmi ten stary szlagier? „Dziewczę robi, co może…”

 

   Niesamowite odgłosy. Pan Eversleigh usiłuje zanucić wspomniany refren.

 

   Tymczasem przemówie

nie George’a dobiega końca:

 

   — 

… wieczny pokój i pomyślność Imperium Brytyjskiego.

 

   — Moim zdaniem —

 zaczął półgłosem pan Hiram Fish do siebie i wszem wobec 

— 

przeżyliśmy kapitalny tydzień.

 

     *z fr. Przejdźmy do rzeczy.

 

     * Nazwa słynnego brylant

u w koronie brytyjskiej. 

     * ang. Lizak 

     * ang. Walka, bitwa. Nieprzetłumaczalna gra słów.

 

     * fr. Doskonale! 

     * fr. Mój Boże l To już trochę za wiele!

 

     * fr. Niesłychane.

 

     * Przy tej ulicy znajduje się giełda londyńska

 

     * fr. Szl

achta, wyższe sfery.