Abel i Kain
I
Plemię Ablowe, pij i szalej,
Bóg ci uśmiecha się Ŝyczliwie.
Plemię Kaina, w jarzmie dalej
Męcz się i konaj rozpaczliwie.
Plemię Ablowe, twa ofiara
Miła jest nozdrzom Serafina.
Plemię Kaina, czy twoja kara
Będzie miała kiedy finał?
Plemię Ablowe, w obfitości
ZbóŜ i trzód wschodzi siew twój płodny.
Plemię Kaina, twe wnętrzności
Wyją przeciągle jak pies głodny.
Plemię Ablowe, brzuch swój grzejesz
Przed swym ogniskiem patriarchalym.
Plemię Kaina, wciąŜ drętwiejesz
Jak szakal w norze skalnej.
Plemię Ablowe, kochaj, płódź się,
Twe złoto mnoŜy twoją chwałę.
Plemię Kaina, dalej trudź się,
Poskramiaj rządze wybujałe.
Plemię Ablowe, w tłuszcz obrastaj,
Jak roje pluskiew w starym gracie.
Plemię Kaina, z wsi i miasta
Pędź swe potomstwo ku zatracie.
II
Plemię Ablowe, ziemi grudy
UŜyźni ścierwo twoje gnojne.
Plemię Kaina, twoje trudy
Wydadzą wreszcie plony hojne.
Plemię Ablowe, nóŜ pobity
Przez ogień na twe pohańbienie.
Plemię Kaina, wzleć w błękity
I Boga stamtąd strąć na ziemię.
Albatros
Czasami dla zabawy uda się załodze
Pochwycić albatrosa, co śladem okrętu
Polatuje, bezwiednie towarzysząc w drodze,
Która wiedzie przez fale gorzkiego odmętu.
Ptaki dalekolotne, albatrosy białe,
Osaczone, niezdarne, zhańbione głęboko,
Opuszczają bezradnie swe skrzydła wspaniałe
I jak wiosła zbyt cięŜkie po pokładzie wloką
O jakiŜ jesteś marny, jaki szpetny z bliska,
Ty, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko!
Ktoś ci fajką w dziób stuka, ktoś dla pośmiewiska
Przedrzeźnia twe podrygi, skrzydlaty kaleko!
Poeta jest podobny księciu na obłoku,
Który brata się z burzą, a szydzi z łucznika;
Lecz spędzony na ziemię i szczuty co kroku
Wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka
Amor i czaszka
Na czaszkę ludzkości wsiadłszy
Anioł rozparty,
Profan, jak z tronu z niej patrzy
I stroi Ŝarty.
Dmucha rój baniek skrzydlatych,
KaŜda lot bierze,
Jakby ścigała gdzieś światy,
W sinym eterze.
Wątły, świecący glob fruwa,
ChyŜymi loty,
Pęka - i tchnienie wypluwa,
Niby sen złoty.
Za kaŜdą bańką głos czaszki
Słyszę jak jęczy:
"I kiedyŜ koniec igraszki
Dzikiej, szaleńczej?
Bo to, co ciskasz w przestworze,
Tak lekko, śmiało,
To mózg mój, zbójco, potworze
Krew me i ciało!"
Do Przechodzącej
Miasto wokół mnie tętniąc huczało wezbrane.
Smukła, w Ŝałobie, w bólu swym majestatyczna
Kobieta przechodziła, a jej ręka śliczna
Lekko uniosła wyhaftowaną falbanę.
Zwinna, szlachetna, z posągowymi nogami.
A je piłem, skurczony, dziwaczny przechodzień,
W jej oku, niebie modrym, gdzie huragan wschodzi,
Rozkosz zabijającą i słodycz, co mami.
Błyskawica... i noc! Pierzchająca piękności,
Co błyskiem oka odrodziłaś moje serce,
CzyliŜ mam cię zobaczyć juŜ tylko w wieczności?
Gdzieś daleko! Za późno! MoŜe nigdy więcej!
Bo nie wiesz, dokąd idę, nie wiem, gdzieś przepadła,
Ty, którą mógłbym kochać, ty, coś to odgadła!
Don Juan w piekle
Kiedy Don Juan zstąpił nad wody wieczyste
I naleŜnym obolem opłacił Charona,
Ponury Ŝebrak z okiem dumnym jak Antysten
Pochwycił wiosła w silne i mściwe ramiona.
W sukniach rozpiętych i z obwisłymi piersiami
Kobiety udręczone wiły się gromadą
I pod załobnym firmamanetem w ślad za nim
Ciągnęły z wyciem niby wielkie ofiar stado.
Sganarel o zapłacie z uśmiechem nadmieniał,
Kiedy Don Ludwik na tych brzegach nieszczęśliwych
Wskazywał drŜącym palcem tłumom błędnych cieni
Złego syna, co szydził z jego włosów siwych.
Czysta, chuda Elwira, okryta Ŝałobą,
Przy małŜonku niewiernym i kochanku drŜąca,
Błagała go o uśmiech, w którym by na nowo
Zalśniła pierwszych przysiąg słodycz przejmująca.
Wyprosotwany, w zbroi kamiennej, przy sterze,
MąŜ wyniosły na czarnej wodzie bruzdę znaczył,
Lecz spokojny bohater, wsparty na rapierze,
Śledząc za falą, widzieć nic więcej nie raczył.
Koniec dnia
Pod bladym światłem, na oślep
Wiruje w bezmyślnym kręgu
śycie, bezczelne i głośne.
ToteŜ gdy na widnokręgu
Noc pieszczotliwa przychodzi,
Co wszystko, wstyd nawet zetrze,
Wszystko, głód nawet złagodzi,
Poeta <Nareszcie!> szepcze.
"Mój duch, podobnie jak kości,
Snu jest gwałtownie spragniony;
Lęk czując w sercu i mdłości,
Spać się połoŜę znuŜony,
W twe zawinięty zasłony,
Odświerzająca ciemności!"
Leta
Przyjdź do mnie, duszo głucha w okrucieństwie,
Boski tygrysie, potworze wspaniały,
Chcę, by się drŜące me palce nurzały
W twych cięŜkich wonnych włosów grzywie gęstej.
Zbolałą głowę swą zagrzebać pragnę
W sukniach twych, co są pełne twojej woni
AŜeby wdychać, niby kwiat w agonii,
Słodką stęchliznę miłości umarłej.
Chcę spać! Sen raczej milszy mi niŜ Ŝycie.
W śnie, co jest śmierci słodką zapowiedzią,
Będę twe piękne ciało lśniące miedzią
Pocałunkami okrywał w zachwycie.
Otchłanie łóŜka twojego jedynie
Mogą pochłonąć mój jęk i westchnienia,
W twych ustach jest potęga zapomnienia,
Przez pocałunki twoje Leta płynie.
Odtąd, zmieniwszy w rozkosz przeznaczenie,
Swojemu fatum uległy bez granic,
Męczennik korny, niewinny skazaniec,
Którego płomień podnieca cierpienie,
Ssać będę, by utopić swoje krzywdy,
Sok łagiewnicy i dobrą cykutę
Z twych ostrych, oszałamiających sutek,
Z piersi, co serca nie więziła nigdy.
Litania do Szatana
Ty nad wszystkie anioły mądry i wspaniały,
BoŜe przez los zdradzony, pozbawiony chwały,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
O Ty, KsiąŜę wygnania, mimo wszystkie klęski
Niepokonany nigdy i zawsze zwycięski,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Głuchych mroków podziemia wszechwiedzący królu,
Lekarzu dobrotliwy ludzkich trwóg i bólu,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Któryś rzucił w pierś nawet najlichszych nędzarzy
Skrę miłości, co raju pragnieniem się Ŝarzy,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który śmierć zapłodniwszy, swą oblubienicę,
Zrodziłeś z nią Nadzieję, szaloną wietrznicę,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który w oku skazańca zapalasz błysk dumy,
śe patrzy z szubienicy wzgardą w ludzkie tłumy,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który znasz najtajniejsze ziemskich głębin cienie,
Gdzie zazdrosny Bóg drogie pochował kamienie,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który wzrokiem swym jasnym przejrzałeś metale
Od wieków śpiące w głuchym, mrocznym arsenale,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który chronisz od śmierci i zgubnego strachu
Lunatyków błądzących po krawędziach dachu,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który starym pijaka kościom niepoŜytą
Giętkość dajesz, gdy wpadnie pod końskie kopyto,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Któryś człeka słabego, by mu ulŜyć męki,
Nauczył proch wyrabiać i dał broń do ręki,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Któryś piętno wycisnął, co hańbą naznacza,
Na czole bezwstydnego chciwca i bogacza,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Który sprawiasz, Ŝe kobiet upadłych wzrok pała
Uwielbieniem łachmanów i chorego ciała,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Pochodnio myślicieli, kosturze wygnańców,
Spowiedniku wisielców i biednych skazańców,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Ojcze przybrany dzieci, których Boga Ojca
Gniew i mściwość wygnały z rajskiego Ogrojca,
O Szatanie, mej nędzy długiej się ulituj!
Modlitwa
Chwałą Tobie, Szatanie, cześć na wysokościach
Nieba, gdzie królowałeś, chwała w głębokościach
Piekła, gdzie zwycięŜony, trwasz w dumnym milczeniu!
Uczyń, niech ma dusza spocznie z Tobą w cieniu
Drzewa Wiedzy, gdy swoje konary rozwinie,
Jak sklepienie kościoła, który nie przeminie!
Oddźwięk
Natura jest świątynią, kędy słupy Ŝywe
Niepojęte nam słowa wymawiają czasem.
Człowiek śród nich przechodzi jak symbolów lasem,
One mu zaś spojrzenia rzucają Ŝyczliwe.
Jak oddalone echa, wiąŜące się w chóry,
Tak sobie w tajemniczej, głębokiej jedności,
- Wielkiej jako otchłanie nocy i światłości -
Odpowiadają dźwięki, wonie i kolory.
Są aromaty świeŜe jak ciała dziecinne,
Dźwięczne i niby łąki zielone: są inne
Bogate i zepsute, silne, triumfalne,
Które się rozlewają w światy idealne,
Jak ambra, benzoina, jako piŜma wonie,
Gdzie duch przenika zmysły i wzajem w nich tonie.
Padlina
Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna,
W ten letni tak piękny poranek:
U zakrętu leŜała plugawa padlina
Na scieŜce Ŝwirem zasianej.
Z nogami zadartymi lubieŜnej kobiety,
Parując i siejąc trucizny,
Niedbała i cyniczna otwarła sekrety
Brzucha pełnego zgnilizny.
Słońce praŜąc to ścierwo jarzyło się w górze,
Jakby rozłoŜyć pragnęło
I oddać wielokrotnie potęŜnej Naturze
Złączone z nią niegdyś dzieło.
Błękit oglądał szkielet przepysznej budowy,
Co w kwiat rozkwitał jaskrawy,
Smród zgnilizny tak mocno uderzał do głowy,
śeś omal nie padła na trawy.
Pieśń jesienna
I
Niebawem nas ogarnie wstrętny mrok i plucha.
śegnaj, Ŝywa jasności zbyt krótkiego lata!
JuŜ jak przeczucie końca do mojego ucha
Łoskot zrzucanych polan z podwórza dolata.
Duszę spowija zima: gniew dyszący wściekle,
Dreszcze, trwoga, nienawiść i trud wymuszony,
I niczym słońce w swoim biegunowym piekle,
Serce się w blok zamienia zimy i czerwony.
DrŜąc nasłuchuję stuku kaŜdego polana:
Szafot wznoszony nie brzmi echem tak niemiłym.
Mózg mój jest niczym wieŜa, która od tarana
Niezliczonych uderzeń opada bez siły.
Ten monotonny łoskot coś mi przypomina...
Tak - to jest gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie.
Dla kogo? Wczoraj - lato, lecz niedługo - zima...
Ten tajemniczy hałas dźwięczy jak rozstanie.
II
Lubię twych długich oczu światło zielonkawe,
Dziś jednak nic mnie pocieszyć nie moŜe,
I ani blask kominka, ani miłość nawet
Nie zastąpi mi słońca, co świeci nad morzem.
Lecz mimo to mnie kochaj! Miej serce matczyne
Nawet dla niewdzięcznika, nawet dla nędznika.
Kochanko-siostro, daj mi ciepła odrobinę -
Ciepła złotej jesieni lub słońca, co znika.
Na krótko! JuŜ mogiła czeka lodowata!
Pozwól u twoich kolan, nim się czas odmieni,
Napawać się, Ŝałując gorącego lata,
Ostatnim ciepłem Ŝółtych łagodnych promieni.
Przemiany wampira
Niewiasta, ust czerwienią znaczona zuchfałą,
Niby Ŝmija na węglach w skrętach pręŜy ciało,
Trąc o łoŜe pierś pełną Ŝądz nieujarzmionych,
Potok słów wylewa piŜmem nasyconych:
- <W wilgotnych moich wargach wiedza upojenia;
Umiem w łoŜu zatopić skrupuły sumienia;
Suszę łzy; krwi stygnącej bić karzę goręcej
I starczym ustom uśmiech przywracam dziecięcy -
A kogo do nagości mej dopuszczę łąski,
Zastąpię mu księŜyc, gwiazdy i słońca blaski
Bo, mój mędrcze, w pieszczotach ja tak wyćwiczona,
Gdy owijam wybrańca w węŜowe ramiona,
Lub do hojnych mych piersi puszczam głodne usta -
I skromna, i rozpustna, i groźna, i pusta -
śe dla mnie za otchłanne takie upiszczenie
Anioły by w niemoc szły na potępienie!>
A kiedy z kości moich wyssała szpik cały,
Ja zaś zwróciłem wreszcie ku niej wzrok omdlały -
Na jej miejscu ujrzałem tuŜ przy boku swoim
Jakiś bukłak oślizły, napełniony gnojem!
Zamknąłem oczy lodem przeraŜenia ścięty;
A gdym otworzył, chcąc sen odegnać przeklęty,
Na chłodnem łoŜu, zamiast machiny potęŜnej -
NiespoŜytej jak moŜe, nadmiarem krwi pręŜnej -
DrŜały nagie piszczele i czerep śluzawy,
Wydając pisk smętny chorągiweki rdzawej -
Lub szyldy co w noc zimną na Ŝelaznym pręcie
Na wietrze pojękuje w Ŝałosnym lamencie.
Charles Baudelaire