background image

Przesunął ręką po miękkiej, wysłużonej skórze. By­

ła starsza niż on sam. Nosiło ją tak wiele osób. Trzy­
mał ją w rękach jedyny człowiek, który wiedział. 

Pusta, stara sakwa mieściła w sobie tajemnicę, któ­

ra mogła odmienić jego życie. 

Odmienić jego samego. 
Można by pomyśleć, że ten worek to twoja ukochana 

- rzuciła nieco cierpko Ida. Potrząsnęła głową, aż jej wło­
sy związane w gruby koński ogon podskoczyły i opadły 
ciężko na plecy. - Założę się, że żadnej dziewczyny nie 
gładziłeś tak, jak gładzisz tę starą skórę, braciszku. 

Knut nawet nie spojrzał na siostrę. Ida wchodziła 

w nieznośny wiek. Uważała za swój obowiązek mie­

szać się do wszystkiego, myślała pewnie, że tu rządzi 
- ponieważ przypadkiem była dziewczyną i wykony­
wała większość domowych prac. Jak gdyby to był ja­
kiś wyczyn! Kobiety zawsze zajmowały się domem, 
odkąd tylko Knut pamiętał - i jeszcze wcześniej. On 
i Reijo nie mogą przecież, do diabła, brać się do bab­
skiej roboty! 

- Każdy ma swoje pragnienia - mówiła dalej słod­

kim głosem młodsza siostra. - Uważasz, że możesz się 
stać kimś lepszym niż inni, Knut? I to bez większego 

wysiłku? Wybij to sobie z głowy. Ludziom takim jak 

my kieszenie nie napełniają się same z siebie. Nasze 

background image

chaty nie zmienią się w pałace, gdy tylko na chwilę za­
mkniemy oczy i znowu je otworzymy. 

- Jak wrócę, dostaniesz ode mnie odrobinę karmelu 

- odparł. - Może złagodzi trochę twoją uszczypliwość. 

Maja wywróciła oczami. Wymieniła spojrzenia 

z Reijo, który tylko słabo się uśmiechnął. 

- Czy wy zawsze musicie się droczyć? - spytała. 
Ida i Knut popatrzyli na siostrę. Maja nie miała wię­

cej niż dziewiętnaście lat, ale ostatnie dwa lata bardzo 
ją odmieniły. Nigdy nie była roześmianym, wesołym 
dziewczątkiem, ale i tak zdumiewająco szybko dorosła. 

Atak z zewnątrz sprawił, że młodsze rodzeństwo 

zjednoczyło swe siły. 

- Droczyć? My? 
Ida usiadła obok Knuta w przytulnym cieple biją­

cym od pieca. 

- Chyba zbyt długo mieszkasz sama, Maju, skoro 

nie odróżniasz kłótni od zwyczajnej rozmowy. Czy 
musisz zamykać się przed światem w tych swoich czte­
rech ścianach? Lepiej by ci było tutaj. 

- To mój dom - odpowiedziała Maja po prostu. - Mój. 

Nie wolno mi go zaniedbywać. Simon może wrócić la­
da dzień. 

Ida spuściła wzrok. 
Minął już ponad rok, odkąd Maja otrzymała wieści 

od Simona, odkąd ktokolwiek o nim słyszał. Mąż Mai 
przebywał w więzieniu daleko na południu kraju. 

Wesoły, żywy, uroczy Simon - o błyszczących nie­

bieskich oczach i uśmiechu, który mógłby konkuro­

wać z blaskiem słonecznego dnia. Simon, który cieszył 
się takim powodzeniem u dziewcząt. Simon, który za­
mierzał się oświadczyć Elise, lecz nie potrafił zrezy-

background image

gnować z Mai. I sprawy się skomplikowały, jak mó­
wiono we wsi. 

Być może musiał przekazać list w tajemnicy. Koper­

ta była pognieciona i nosiła ślady wielu palców, kiedy 
dotarła tu nad fiord na północy. 

List był zwięzły - Simon nie pisał go sam. Nie opa­

nował tej sztuki. Jego słowa zostały skreślone na pa­
pierze cudzą ręką. 

Donosił, że ma się dobrze, lecz nikt z bliskich w to 

nie wierzył. Jest silny, więc jakoś sobie radzi, czytali 
dalej w liście. Ciężka praca, mało jedzenia, lecz to 
przecież nie jest mu obce. 

Co do jedzenia, zgoda. Ida jednak nie była równie 

pewna, czy Simon rzeczywiście przywykł do ciężkiej 
pracy. Zawsze starał się unikać większego wysiłku. 

Na koniec informował, że niektórym udawało się 

wyjść wcześniej - za dobre sprawowanie. 

Maja wierzyła w to. Ida sama nie wiedziała, co o tym 

myśleć. 

- Tato znalazł złoto - upierał się Knut, nie wypusz­

czając z rąk cennego worka, który kiedyś należał do 
Kallego. - Tato znalazł złoto i tu naszkicował mapę. 

Jeżeli on je znalazł, to innym też może się udać. 

- Twoja matka próbowała - rzekł łagodnie Reijo. Po­

wtarzał to już wiele razy. Więcej, niż był w stanie zliczyć. 

- A ona dobrze znała okolicę. Znała płaskowyż lepiej niż 

większość osób, które w życiu spotkałem. Poza, rzecz ja­

sna, Lapończykami. Była przy Kallem, kiedy rysował tę 
mapę, i rozmawiała z nim o skarbie. Później przysięga­
ła, że odnalazła owo miejsce, lecz niczego tam nie było. 
Długo szukała, ale w niewielu zakamarkach mogłoby się 
kryć złoto. Jeżeli w ogóle istniało. Twoja matka nie zna-

background image

lazła skarbu, Knut. Być może ktoś inny trafił w to miej­
sce wcześniej. Być może Kalle nie pamiętał zbyt dokład­
nie. Przecież już chorował. Wkrótce potem zmarł. Być 
może wcale nie było tam większego złoża. Być może się 
pomylił, wyolbrzymił wszystko. Zabrał ze sobą trochę 

złota. Może nic więcej nie zostało... 

- Wierzysz w to? Czy sami na to wpadliście, ty i mama? 
- Twoja matka rzeczywiście tak pomyślała - Reijo 

mówił spokojnie, lecz mocno zacisnął pięści na kola­
nach. - Sądzę, że miała rację. Zdecydowaliśmy się nie 

taić przed tobą niczego, o czym Kalle nam powiedział. 
Ponieważ jesteś jego synem. Mogliśmy milczeć. Ona... 
twoja matka początkowo chciała tak postąpić. Mówi­
ła o zimnym żółtym świetle, które dla niej oznaczało 
coś złego. Wierzyła, że podobnie jest ze złotem. Wie­
rzyła, że złoto sprowadza nieszczęście. 

Knut zacisnął zęby. Kiedy Reijo był młody, też snuł 

takie same marzenia jak on, ale teraz się zestarzał. Nie 
pociągała go już przygoda. Pewnie już niczego dla siebie 
nie pragnął. Wolał unikać wszystkiego, co sprawiało ból. 

Knut zauważył, że Reijo nie wymawiał jej imienia. 

Nigdy go nie wymieniał. 

Już dawno żaden z nich nie uwalniał muzyki, która 

mieszkała w tym krótkim słowie - dawno nikt nie po­
zwalał, by prześliznęła się pomiędzy wargami. 

Ta kobieta - której towarzyszyła drżąca cisza - była 

jego matką. Nikt jej nie nazywał jej imieniem - Raija... 

Czy człowiek zaczyna umierać, znikać naprawdę, 

kiedy przestaje się wymieniać jego imię? 

- Sądzę, że coś tam jednak jest - rzekł Knut. 
Przegonił w myśli wspomnienie. Wspomnienie 

o kobiecie, która go urodziła, lecz która teraz stała się 

background image

tylko przebłyskiem pamięci. Nie pamiętał jej. Nie pa­
miętał nic oprócz oczu... I nie chciał o niej myśleć. 

- Wierzę, że taty złoto istnieje. Nie wierzę, żeby to 

wszystko zmyślił. Wierzę, że je znalazł. Wierzę, że ono 

nadal tam jest. 

- Nie pozwolę, żebyś opuścił dom i wyruszył na po­

szukiwanie skarbu - powiedział Reijo stanowczo. - Na­
dal ja tu decyduję. Jesteś zbyt młody na tego rodzaju 
zabawy. 

- Wkrótce będę miał tyle lat co tata, kiedy je znalazł. 
- Twój ojciec... Kalle nie był takim dzieciakiem jak 

ty, Knut. Ty tylko siedziałeś w domu... 

- ... przez całe życie? - Knut wywrócił oczami. - To 

świadczy, że masz kiepską pamięć albo zaczynasz się 
starzeć. Chyba żadne inne dzieci, z wyjątkiem lapoń-
skich, nie tułały się po świecie tyle co my. 

- Najpierw dorośnij - poprosił Reijo. - Dorośnij, 

Knut. Spójrz na to jak dorosły człowiek. Wtedy bę­
dziesz mógł iść, dokąd zechcesz, jeśli o mnie chodzi. Ale 
teraz nie pozwolę, by taki młokos jak ty ruszył ku cze­
muś, co mu się wydaje wielką przygodą. Na tym świe­
cie nikt nikogo nie rozpieszcza, Knut. Musi ci najpierw 
stwardnieć skóra na dłoniach i pojawić coś więcej niż 
puch nad górną wargą. Masz dopiero siedemnaście lat. 

- Wkrótce skończę osiemnaście. 
- I wtedy będziesz już całkiem dorosły i doświad­

czony - dodała Ida trochę kąśliwie. 

Błyskawicznie poderwała się z ławy, unikając o włos 

kuksańca od brata. 

-  O n o należy do mnie! 
Knut nie poddawał się. Wiele o tym rozmyślał. Ma­

rzył o złocie od chwili, kiedy mu o nim opowiedziano. 

background image

W ciągu ostatnich lat owo marzenie stało się pew­

nego rodzaju obsesją. 

- To mój ojciec je znalazł. Jestem jego synem. To 

jakby dziedzictwo... 

- Twoje dziedzictwo po ojcu, tak... 
Reijo powiedział to z bólem, którego Knut nie rozu­

miał. Zaczynał zdawać sobie sprawę, że istnieją zagad­
ki, które tylko wiek i doświadczenie pomogą rozwią­
zać. Trudno przychodziło pogodzić się z tą prawdą. 

Miał siedemnaście lat - wkrótce skończy osiemna­

ście, a nie mógł w pełni korzystać z życia. 

Reijo mu tego zabraniał. Reijo, który sam godzinami 

potrafił opowiadać o swej przeszłości - o swym doro­
słym życiu, które rozpoczął chyba jako piętnastolatek. 

Dorośli tak potwornie szybko zapominają! 
- Na wiosnę skończę osiemnaście lat i... Inni w tym 

wieku są już żonaci. Wtedy udam się w drogę. Tej zi­
my możesz mnie jeszcze zatrzymać, Reijo. Ale kiedy 
nadejdzie wiosna, wyruszę. Wyruszę wraz z nią na pół­
noc. Śladami taty. Myślę, że mama nie szukała dość do­
brze. Kobiety nie znają się na takich sprawach... 

Reijo wzruszył ramionami: 
- To twoje życie. Ja w swoim popełniłem wystarcza­

jąco wiele głupstw, żeby wyciągnąć z nich naukę. Ale 
młodzi chcą mieć prawo do własnych błędów. Wiosną 
nie będę cię zatrzymywał. Jednak nie puszczę cię na 
północ w środku zimy. Nie chcę pewnego dnia usły­
szeć, że zamarzłeś gdzieś na odludziu. A na pewno tak 
by się stało. Niech próba odnalezienia złota Kallego 
będzie dla ciebie próbą męskości. 

Po udzieleniu tego pozwolenia na przyszłość Reijo 

więcej do sprawy nie wracał. 

background image

A Knut wolał mu nie przypominać. Z dorosłymi ni­

gdy nic nie wiadomo - może się zdarzyć, że Reijo cof­
nie swą zgodę, jeśli Knut będzie mu się naprzykrzał. 

Być może Reijo zapomniał. 
Knut natomiast strzegł swego marzenia równie 

gorliwie, jak zazdrośnik strzeże swej ukochanej. 

Na pozór zachowywał się całkiem zwyczajnie - z tym 

jednym wyjątkiem, że starał się nie wchodzić Reijo 

w drogę. Kilka razy, kiedy ktoś zwrócił uwagę na tę je­

go przemianę, jasnowłosy syn Kallego Elvejorda gwiz­
dał po męsku i odpowiadał coraz grubszym głosem, że 
chyba zaczyna dorastać. Wtedy dawano mu spokój. 

Może w myślach tkwiła jakaś magia. 
Chłopak zmienił się w ciągu ostatniego lata i jesieni. 

Ten chudy i niezgrabny dzieciak nabrał trochę ciała. 

Nie był wysoki; zarówno Raija, jak i Kalle należeli 

do raczej niskich i takie dziedzictwo nie pozwalało na 
niespodzianki. Knut jednak wydawał się bardziej mę­
ski i silniejszy niż ojciec - rozrósł się w ramionach, na­
brał mięśni. Jego nogi były muskularne, skóra na dło­
niach stwardniała. 

Kalle wyglądał mizernie i niemal kobieco, zwłasz­

cza kiedy choroba wysysała z niego siły. Knut był po­
dobny do ojca, ale w miarę, jak zbliżała się zima, Re­

ijo dostrzegał w nim coraz więcej cech Mattiego. 

Jego uśmiech nie był tym ostrożnym drgnieniem 

w kącikach ust Kallego, usta Knuta wyginały się w zu­
chwałym uśmiechu wujka. A kiedy w oczach Knuta 

pojawiał się błysk złości lub radości, wtedy chłopak 

wyglądał bardziej jak Alatalo niż jak Elvejord z wio­

ski nad fiordem. Reijo nie lubił tego przyznawać. To 
pociągało za sobą wiele innych czających się myśli, 

background image

którymi wolałby nie zaprzątać sobie głowy. Ale czas 
był właśnie taki nieubłagany. Mówił prawdę - nigdy 
się nie wahał, nigdy nie kłamał z litości. 

Maja opuściła gniazdo. 
Rei jo nadal patrzył na nią jak na dziecko. Nie chciał 

się pogodzić z faktem, że umie sobie radzić sama, Si­
mon czy nie Simon. 

Nadal go potrzebowała - starego i zgarbionego oj­

czyma. 

Elise również odfrunęła. Rozpostarła skrzydła w chwi­

li, kiedy najmniej się tego spodziewał. Nauczyła się sztu­
ki latania bez jego pomocy. Pozwoliła, by pióra wypełni­
ło powietrze i by uniosły ją na południe. 

Młodzi, Elise i Matti, przesłali wiadomość, że osie­

dlili się w miejscu, gdzie stał rodzinny dom Raiji i Mat-
tiego, na ziemi, którą Erkki Alatalo oczyścił z kamieni 
własnymi rękami. 

Lecz ton listu nie był radosny - Reijo potrafił czy­

tać między wierszami. 

Lata spędzone z Raiją i Mikkalem odcisnęły swój 

ślad również na Mattim. Zrodziła się w nim tęsknota 
za nowymi miejscami. Tęsknota za coraz to innymi 
krajobrazami otwierającymi się przed oczami. 

Reijo znał to uczucie. Znal je aż nazbyt dobrze... 
A Knut stał się mężczyzną. 
On także tęsknił. Nie w taki sam sposób jak Reijo 

i Matti, chciał jednak poznać smak życia wędrowców. 

Reijo inaczej wyobrażał sobie przyszłość syna Kalle-

go i Raiji. 

Jednak czas nie kłamie. 

Knut zmienił się w dorosłego człowieka. Wkrótce 

zostanie w domu tylko jedno dziecko. Ida. Dziewczy-

background image

na skończy niebawem szesnaście lat. W jej wieku Ra-
ija była matką. 

Zbliżała się chwila, kiedy Reijo pozostanie sam 

w izbie wypełnionej ciszą. Bał się tego. Bał się, że bę­
dzie musiał spojrzeć w oczy czemuś, co inni nazywa­
ją przyszłością - a co on sam nazywał niewiadomą. 

Przyjdzie czas, kiedy będzie musiał przyszłości 

spojrzeć w oczy i powiedzieć samemu sobie, co zosta­
ło z jego życia. 

Reijo miał nadzieję, że pomysł Knuta to tylko mło­

dzieńczy kaprys. Miał nadzieję, że, doroślejąc, zapo­
mni o tym, wykreśli jako nonsens. Reijo miał nadzie­
ję - ale nie wierzył, że tak się stanie... 

Rok mijał zgodnie ze swym niezachwianym, nie­

zmiennym rytmem. Po kilku gwałtownych miesiącach 
lata w objęciach wspaniałomyślnego słońca, po tym jak 

wioska nad fiordem wyraźnie zazieleniła się i wybuja­

ła w oczach, przyszła jesień i upomniała się o zapłatę 
za ową rozrzutność. 

Zimny wiatr smagał skórę, uderzał w zaparowane szy­

by, przypominając, że prawdziwy wierzyciel zieje mrozem. 

Zima jednak ciągle wstrzymywała oddech. 
Nastała jesień. 

Jarmark. 

Knut skończył osiemnaście lat, kiedy kupcy zaczy­

nali zwijać swe stragany. Wkroczył w dorosłe życie. 

Mijał tydzień od zakończenia jarmarku. 
Wioska sprawiała wrażenie niezwykle opustoszałej 

po tym, jak kupcy z wszelkich możliwych stron spa­
kowali się i wyjechali. Nie była już punktem central­
nym północnej Skandynawii. 

background image

Nad odnogą fiordu została niewielka garstka ludzi. 

Wyraźnie sprawiali wrażenie, że Pan się od nich od­
wrócił. 

Wschodni wiatr - od lądu - nabrał powietrza i wy­

dął policzki, żeby swym lodowatym podmuchem przy­
witać zmierzających w głąb kraju, ku traktom o obco 
brzmiących nazwach. Ku Suomi, która w samym 
swym języku miała muzykę i taniec. 

W tym roku na czas jarmarku również przypłynął 

„Sankt Nikołaj". Niewiele można by wyliczyć takich 

lat, żeby nie pojawił się tu jakiś statek z Rosji, nie no­
szący imienia patrona żeglarzy. 

Jednakże i tym razem nie był to ten właściwy. 

Dwanaście lat. 
Nawet Reijo musiał się z tym pogodzić. Musiał to 

zrozumieć. 

Nie wróciła. 
Nigdy się nie dowiedzą, co się z nią stało. 
Knut nie pamiętał już, kiedy ktoś ostatnio o niej mó­

wił. Sam myślał o niej czasami. 

Myśl nie sprawiała już bólu, gniew nieco osłabł. 
Bywały chwile, kiedy cieszył się, że jest jej synem. 

Choć nigdy nie było łatwo być dzieckiem Raiji. 

Nawet po tylu latach, nawet teraz, kiedy nie potra­

fił przypomnieć sobie rysów jej twarzy, głęboko 
w piersi czuł bolesne kłucie na myśl, że ona nie przy­
jedzie. 

Również w tym roku. Ani w przyszłym... 

Większy ból sprawiał widok zmęczonych, smutnych 

oczu Reijo, które zmatowiały, zamiast iskrzyć zielenią. 

Knut nie był w stanie rozmawiać o matce z Reijo. 

Kiedy był jeszcze dzieckiem, pogawędki z ojczymem 

background image

sprawiały mu prawdziwą przyjemność. Teraz wydawa­
ły się niemożliwe. 

Rozmawiał o niej z Mają. 

A Maja nie zapomniała i nie wybaczyła tak jak on. 

Maja nigdy nie pogodziła się ze swymi rodzicami. 

Częściowo zaakceptowała Mikkala jako ojca. 

Przede wszystkim dlatego, że dał jej Ailo za brata. 

W swym sercu jednak nie znalazła wybaczenia ani 

zrozumienia dla kobiety, która ją urodziła. 

- Nie mam matki - mówiła z goryczą. Na tym ury­

wała każdą rozmowę. - Dla mnie jest Raiją. Obcą ko­

bietą. W moim życiu nie ma dla niej miejsca, tak jak 
ona nigdy nie znalazła w swoim życiu miejsca dla nas. 

Maja była nieugięta. 
Knut zaś niezadowolony. 
Niezadowolony z tego, że jest Knutem, synem Kar­

la Elvejorda, synem Raiji, Knutem z przylądka... 

Chłopcem, którego ludzie oceniali według tego, kim 

są jego rodzice. Zawsze będzie na straconej pozycji 

w wiosce, która wydała na świat jego ojca. 

I miał jedno marzenie. 
Do wiosny zostały jeszcze całe wieki. 

Ida należała do osób, które potrafiły przeczuwać 

różne rzeczy. Które ogarniał dziwny niepokój, zanim 
inni zaczynali cokolwiek podejrzewać. Przewidywała 

to, co zaledwie zrodziło się w cudzej myśli. Wyczuwa­
ła zmianę atmosfery. 

Jeżeli dotyczyło to bliskich jej osób, doznawała te­

go na tyle wcześnie, że zdążyła się zdziwić - a być mo­
że przeboleć. 

Coś się działo z Knutem. 

background image

Ida wpatrywała się w drewnianą ścianę. Zwarte i so­

lidne belki odgradzały ją od całego zewnętrznego świa­
ta. Była zupełnie sama w maleńkiej izdebce, należącej 
tylko do niej. 

To o Maję powinna się martwić. O Maję mieszka­

jącą samotnie w domu nad rzeką. 

Ale Maja była niezależna. 
Coś się działo z Knutem. 
W głębi duszy Ida wiedziała, czego się obawia - zna­

ła odpowiedź. 

Zaskrzypiały drzwi do jej pokoju. Słabo jęknęły. 

Szybko usiadła na posłaniu. Rozpoznała zarys sylwet­
ki Knuta na jaśniejszym tle, zanim zamknął za sobą 
drzwi. 

- Mogę wejść? 
Ida uśmiechnęła się w ciemności. To pytanie typo­

we dla Knuta. 

- Już wszedłeś. Nie możesz spać? 
Podciągnęła kolana do piersi i potarła o nie brodą. 

Objęła nogi i skrzyżowała na nich ręce. 

Usiadł na końcu łóżka. Nie rzucił się na nie, jak to 

robił, kiedy był dzieckiem. 

Knut nie był już małym chłopcem. Wszyscy to za­

uważyli. Tej jesieni stał się mężczyzną. 

- Przyszedłeś spytać swą mądrą siostrzyczkę o radę? 

- rzuciła zaczepnie, trochę niepewna, jak zachować się 
wobec tego nowego Knuta. 

- Żeby się pożegnać. 
- Co? - Ida niemal krzyknęła. Brat natychmiast ją 

uciszył. - Odchodzisz?! 

- Nie tak głośno, siostrzyczko! Nie musisz budzić 

Reijo. Nie o to przyszedłem cię prosić. 

background image

Ida chwyciła go za ramię. Jakby chciała go w ten 

sposób zatrzymać. 

Miał na sobie skórzane spodnie. Gruby sweter, któ­

ry Maja dla niego zrobiła. 

Ida zrozumiała, że Knut nie żartuje. Nie wyszyko­

wałby się tak, gdyby nie wybierał się w długą drogę. 

- Obiecałeś Reijo, że poczekasz do wiosny! - powie­

działa z troską i wyrzutem. 

- Reijo prosił mnie, żebym poczekał. Niczego nie 

obiecywałem. 

Knut nie mógł mówić. Gardło miał ściśnięte, kiedy 

tak siedział obok siostry, czując już przedsmak tęsk­
noty za domem. Wiele o tym rozmyślał. Starannie za­
planował ten moment. Dokładnie wiedział, co powie 
- i po co wyrusza w tę podróż. 

Jednak słowa ułożone w myśli nie zawsze równie ła­

two ześlizgiwały się z języka. 

Nie tak to sobie wyobrażał. 
Sądził, że łatwiej będzie zerwać. Że więzów łączą­

cych go z domem jest niewiele. 

Często złościł się na Idę, czasami wolałby się jej po­

zbyć. 

Teraz uświadomił sobie, że bardzo ją kocha. Nie 

mógłby odjechać od niej bez pożegnania. 

Ida była bliska płaczu. Przełykała dzielnie ślinę i zagry­

zła wargę, udało jej się zachować suche oczy i policzki. 

- Wkrótce nadejdzie zima - bez przekonania próbo­

wała odwieść Knuta od powziętego zamiaru, pewna, 

że dokładnie to przemyślał, pewna, że dobrze zdaje so­
bie sprawę z tego, co robi. - Zamarzniesz na śmierć. 

Wystarczy mi już, że mama zniknęła. Nie chcę, żeby 

i mój brat przepadł! 

background image

Uścisnął ją mocno. Jej drobne dłonie zacisnęły się 

na jego szyi. Nierozerwalnie ich połączyły. 

- Nic mi nie grozi, maleńka Ido. Rozmawiałem 

z kimś, kto wyrusza na północ. Okazało się, że jesz­
cze nie wszyscy kupcy wyjechali. Kilka rodzin z oko­
lic Alty musiało zostać, bo ktoś zachorował. Wyrusza­
ją jutro rano. Mogę jechać z nimi. To właśnie w Alcie 
wszystko się zaczyna, Ido. Tato został tam pochowa­
ny. Chcę zobaczyć jego grób. I wiem, że znajdę złoto. 
Wrócę z nim, siostrzyczko. A wtedy koniec z życiem 

w drewnianej chacie. Zostaniesz bogatą panną. Czyż­
byś tego nie pragnęła? 

- Zabłądzisz... Z czego będziesz żył? 
Raptownie wypuścił ją z objęć. W jego głosie 

brzmiało zakłopotanie, kiedy odpowiedział: 

- Musiałem pożyczyć trochę pieniędzy od Reijo. 

Tych, które trzyma w skrzyni pod łóżkiem. Rzadko 
do niej zagląda, więc przez jakiś czas niczego nie za­
uważy. Wszystko zwrócę. To tylko pożyczka, Ido... 

Ale jednak nie zapytał. 
Idzie się to nie podobało. Reijo będzie zły. Oszczę­

dzał, żeby mieć z czego zapłacić dziesięcinę i podatek, 

kiedy poborcy zapukają do drzwi. Nieszczęśnik, któ­
ry w takiej chwili nie jest w stanie wyłożyć pieniędzy 
na stół, może spodziewać się kłopotów. 

A kraść nie wolno - nawet jeśli nazywa się to po­

życzką. 

- Będę pracował - mówił dalej Knut. - Nie jestem sła­

by. Mogę podjąć się każdej męskiej roboty. Jakoś na sie­
bie zarobię. Trochę zaoszczędzę, a jak tylko nadejdzie 

wiosna, zacznę szukać. Zabieram ze sobą sakwę taty. 

Znam na pamięć jego szkic. Wiem, że znajdę to miejsce. 

background image

Mówił z takim przekonaniem, że Ida oszczędziła so­

bie trudu i nie sprzeciwiała się. 

- Czy naprawdę tak myślisz? - spytała z powagą. -

Naprawdę w to wierzysz? 

- Tak. 
- Czy w żaden sposób nie zdołam cię powstrzymać? 
Knut potrząsnął głową. 
- Obiecaj, że jeśli tylko będziesz miał możliwość, 

prześlesz mi wiadomość, żebym wiedziała, że żyjesz. 
Przez kogoś, kto będzie się wybierał na wiosenny jar­
mark, przez wędrujących Lapończyków... Wszystko 
jedno przez kogo. Obiecaj mi to! 

Knut obiecał. Troska siostry go wzruszyła. 
- W takim razie ruszaj w drogę. Będę o tobie my­

śleć. I będę tęsknić. 

Objęli się w milczeniu. Zdawali sobie sprawę, że nie 

zobaczą się długo, bardzo długo. 

Potem Knut wypuścił Idę z ramion i cicho przeszedł 

przez pokój. Przez chwilę stał w otwartych drzwiach. 
Czarny cień o szerokich ramionach, nieco przydługich 

włosach i prostych nogach w skórzanych spodniach. 

- Do zobaczenia, Ido - powiedział cicho i zamknął 

drzwi. Jęknęły słabo. Ruszył w drogę. 

background image

Darniowa chata nie należała do nikogo, a jednocze­

śnie należała do wszystkich. 

Do nikogo poza tym, kto akurat z niej korzystał. 

Tak mówiono Knutowi i tak rzeczywiście było. 

Mieszkał tu już ponad tydzień i przez cały ten czas 

nie widział żywej duszy. 

W głębi serca Knut wiedział, że Reijo miał rację. To 

nie lata, których ci przybywa, decydują o tym, że je­
steś coś wart. Że jesteś mężczyzną. 

To coś znacznie więcej. 

Knutowi wydawało się, że widział już tak wiele, że 

przeżył tak wiele, że znosił już tak wiele - że był w po­
dróży przez całe swoje życie. Takiego dzieciństwa, ja­
kie przypadło mu w udziale, nikomu by nie życzył. 

Jednak na swoje szczęście nie pamiętał szczegółów 

tamtego okresu. 

Pamięć jest dziwna. Wraz z upływem czasu potrafi 

rozmazać najmocniej kreślone linie, wygładzić ostre 
kanty, które mogłyby kaleczyć. To forma ochrony 

tkwiąca w każdym człowieku, obrona przed tym, co 
zbyt trudno byłoby nieść, z czym zbyt trudno byłoby 
na co dzień żyć. 

Knut nigdy wcześniej o tym nie myślał. Nie musiał 

o tym myśleć. 

Nie pamiętał, jak ciężkie bywały podróże, nie pamię-

background image

tał zimowych burz, które omal nie wykradły mu życia. 

Jednak wyruszyłby na tę wyprawę - zrobiłby to samo, na­

wet gdyby pamiętał. Co prawda z innym nastawieniem. 

Już teraz musiał zmienić wiele zamysłów. 

"Do Alty było jeszcze daleko. 

Wystarczająco blisko, by dotrzeć tam na nartach w cią­

gu paru dni - jeżeli dopisze pogoda, a wierzchnia, stward­
niała warstwa śniegu utrzyma dorosłego człowieka. 

I wystarczająco daleko, by z tym poczekać. 
To także część dziedzictwa, które Knut otrzymał: 

strach przed byciem obcym. 

W czasie podróży na północ stanowił część grupy, 

ale nie czuł się jej członkiem. Krewnych i sąsiadów 

z otwartej północnej krainy łączyły więzy tak silne, że 

nie był w stanie się do nich zbliżyć. 

Nie rozumieli do końca jego żądzy przygód, którą 

pielęgnował jak rzadki kwiat. Oni sami nigdy nie do­
znawali niczego podobnego. Podróż na wielki jarmark 
była dla nich koniecznością. Częścią ich pracy. Nie za­

wsze przyjemną. 

Oczywiście bawili się i żartowali, kiedy dotarli na 

miejsce, ale w drodze czekało ich wiele znoju. Krwa­

wego znoju. 

W dodatku to, co mieli do sprzedania, kryło w so­

bie niezliczenie dużo godzin ciężkiej pracy. 

Taki szczeniak, który aż rwie się, żeby się o tym 

przekonać, ma widać za dobrze w życiu. Co do tego 
nie było dwóch zdań. 

Życie w Finnmarku nie jest bajką, wiedzą to ci, któ­

rzy spędzili w tej krainie całe życie. 

Ci, którzy pochowali w tej ziemi swoich rodziców 

i dziadków, nie znają prostych dróg prowadzących do 

background image

osiągnięcia wielkiego celu, i bardzo wątpliwe, czy przy­
bysze, którzy ledwo odrośli od ziemi, potrafią je znaleźć. 

Chyba że to ludzie o złocistych włosach, a dawno 

nie spotkali nikogo, kto by się z takimi urodził. 

Wiele lat temu krążyły pogłoski o pewnym jasno­

włosym człowieku, który przybył do Alty z ciężkimi, 
błyszczącymi kamieniami. To jeden z wątków wplata­
nych w historie o Krwawym Olem, jego uroczej żonie 
Laponce i o nieznajomym, którego znaleziono z pode­
rżniętym gardłem. 

Takimi krwawymi opowieściami ludzie uprzyjem­

niali sobie czas, siedząc wieczorami przy ogniu. 

To było dawno temu. Sporo zostało zapewne zmy­

ślone. Dopowiedziane naprędce przez kogoś, kto miał 
ku temu zdolności. 

Ale nawet jeżeli Knut marzył o złocie, jeżeli szukał 

przygody, to nie wyjawił nic towarzyszom podróży. 
A oni nie opowiedzieli mu historii o Krwawym Olem. 

Nie można tak po prostu dopuścić obcych do cze­

goś, co uznaje się za swoje. 

Zostawili go przy darniowej chacie kilka dni drogi 

od ich własnego świata. 

Nie prosili go, by poszedł z nimi. 
Do Alty nie było daleko. A przecież powiedział, że 

właśnie tam zmierza. 

Knut żywił się tym, co znalazł w sidłach. Nie zapo­

mniał sztuki z dzieciństwa. Pardw i zajęcy było na pła­
skowyżu w bród - i chociaż lisy i orły często wcześniej 

zdążyły wykraść zdobycz - starczyło jedzenia, by prze­
żyć. Knut musiał jednak przyznać, że jego jadłospis 
stał się trochę jednostajny. 

Jemu, który zwykł jadać ryby przynajmniej dwa ra-

background image

zy dziennie, wydawało się dziwne przez cały tydzień 
nie czuć w ustach ich smaku. 

Wprost ślinka mu ciekła na myśl o świeżo ugotowa­

nym dorszu albo o małej siei, dopiero co złowionej, 
która rzuca się jeszcze po włożeniu do garnka. Razem 
z ikrą i wątróbką stanowiła pańskie danie, którego na­

wet król mógłby pozazdrościć. 

Knut tęsknił za morzem i słoną wodą. 
Tęsknił za dawną codziennością - za wszystkimi 

drobiazgami, o których wcześniej nie myślał. 

Za mewami, które swym ostrym krzykiem zbyt wcze­

śnie ściągały go rankiem z posłania, za mozolną pracą 
przy wiązaniu sieci, by ich oka odpowiadały wielkości 
łowionych ryb, za tymi przeklętymi haczykami, które 

tak często kaleczyły palce. Tęsknił za rozpalaniem w pie­
cu, za ostrym dymem bijącym w twarz i za zimnymi de­

skami podłogi pod bosymi stopami. Za Idą, która nie da­

wała sobie rady ze wstążkami w warkoczach i zawsze 

musiała prosić o pomoc starszego brata z jego dużymi 
i niezgrabnymi palcami... 

On, dorosły mężczyzna - który pod osłoną nocy 

chyłkiem wymknął się z domu w poszukiwaniu przy­
gód - czuł tak silną tęsknotę za bliskimi, że ściskało 
mu się serce... 

Nie wolno mu myśleć o tych, których zostawił! 

Wróci do nich, ale dopiero kiedy osiągnie swój cel. Jak 
to określił Reijo? 

To będzie próba męskości. 
Musiał wyjść. Poczuć wiatr wiejący w oczy, tak że 

łzy same popłyną, i to nie dlatego, że płacze. 

Szybko narzucił na siebie futrzaną kurtkę, którą 

przywiózł Ailo, kiedy ostatnio odwiedził Lyngen. Do-

background image

brze nacisnął na uszy czapkę z lisa - zrobiła mu ją Ma­

ja. Tak, siostra miała zręczne ręce. 

Założył narty, wsuwając czubki kumagów w pętle 

z plecionych gałązek. Niemal ze złością, mocno odpy­
chał się długimi kijkami, sunąc po śnieżnej skorupie, 
na której w ciągu nocy pojawiła się cienka warstwa 
świeżego śniegu. Nie sypało mocno. 

Sidła opróżnił poprzedniego dnia. Pewnie niczego te­

raz w nich nie ma, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Dobra 
i taka wymówka. Nie przyzna się przecież, że wybiegł 
na mróz, żeby uciec od uczuć, których się wstydził. 

Knut wydawał się brązową plamą na zimowym pła­

skowyżu. Żeglował po nim jak po morzu. Narty były je­
go łodzią, on sam kapitanem i żaglem, wszystkim naraz. 

Myśl ta podziałała tak odprężająco, że Knut musiał 

się roześmiać w głos ku jaśniejącemu dniu. Nie był za­
tem jakimś dzieciakiem wysłanym w świat, który nie był 
jego światem! Nie był obcym przybyszem, który boi się 

wyjść na spotkanie nieznanego z podniesionym czołem! 

Był Knutem Elvejordem - przybył, żeby odebrać 

spadek po ojcu. I nie czuł strachu. 

Podążanie od jednych sideł do drugich wydawało się 

zabawą. Śmiganiem w zawody z prószącym śniegiem, 
który ledwie trochę chłodził twarz. Knut dawał z siebie 
wszystko, zwiększył prędkość i w jednej chwili poko­
chał tę krainę, chociaż brakowało jej morza, na które 
mógłby patrzeć, czuć jego zapach i nad którym czułby 
się jak w domu. 

Przedostatnie sidła leżały puste, wepchnięte gdzieś 

pod śnieg przy stosie kamieni. Knut pomyślał, że być 
może ptak szukał tu schronienia. Pośród tego krajo­
brazu niewiele jest miejsc nadających się na kryjówkę. 

background image

Teren był płaski, otwarty i rozległy. Nie miał w sobie 

nic, co mogłoby wiązać - człowieka czy myśli. 

Lub wiatr. 
Obok stosu utworzyła się śnieżna zaspa - pewnie 

z kamieni zsunęła się lawina. Knut musiał zdjąć nar­
ty, żeby poszukać sideł, i wpadł w nią po pas. Stos wy­
dał się Knutowi dziwnie nagi, tak jakby coś się po nim 
stoczyło, a śnieg padający w nocy nie zdołał zasypać 
śladów. 

Do diabła, że też dokładnie nie pamięta, gdzie umie­

ścił te przeklęte sidła! 

Spod śniegu wystawały jakieś zarośla, ale to było wczo­

raj. Dziś zostały ukryte przed ludzkim wzrokiem. 

Knut szukał na chybił trafił, grzebał w śniegu po 

łokcie w różnych miejscach... 

Natknął się na coś, co było twardsze niż gałązki 

krzewów, miało pełniejszą formę, ale było bardziej 
miękkie niż kamień. 

Czyżby lis złapał się w sidła? 

Zaczął pośpiesznie odgarniać śnieg. Na szczęście to 

tylko lekki puch, nie mokry i ciężki, jaki zwykle by­
wa świeży śnieg. 

Knut przeraził się, kiedy jego rękawiczki dosięgły 

tego, co kryło się pod spodem, kiedy odsłoniły wystar­

czająco wiele, by zrozumieć, co leży tuż obok sideł. 

To nie lis, o, nie... 
Drżąc, odgarnął białą pokrywę. Musiał wiele razy 

przełknąć ślinę. 

- O dobry Boże - mruknął do siebie. - Dlaczego mu­

siałem znaleźć właśnie to? 

Chciał uciec, nie chciał patrzeć, nie chciał wiedzieć 

- tylko rzucić się do nart i czmychnąć stąd czym prę-

background image

dzej. Pragnął zniknąć i pozwolić, by zaspa zachowała 

swą tajemnicę. 

Nie przyszedłby już nigdy więcej sprawdzać tych sideł... 
Nie można uciec od odpowiedzialności, zadźwię­

czało mu w głębi duszy. Pięć słów, również stanowią­
cych część dziedzictwa, którego wolałby nie posiadać. 

Odkrył ciało. Było ubrane w odzież ze skóry. Na 

jednej stopie tkwiła połowa narty. 

Zsunął ją, nie zastanawiając się nad tym, co robi. 

Skórzany kaftan ześliznął się przy tym na bok, odsła­
niając brzeg spódnicy. 

Kobieta? 
Knut widywał już wcześniej zmarłych. 
Dławienie w gardle groziło uduszeniem, kiedy od­

wracał ciało ku sobie. Ujrzał potwornie bladą twarz 
w zbyt dużej skórzanej czapie. Tak, to kobieta. Wła­

ściwie jeszcze dziewczyna. 

Żeby umrzeć tak młodo... 
Wątpił, by była starsza od niego. Pomyślał, że była 

raczej w wieku Idy. 

Była... 
Wpatrywał się w dziewczynę. Czemu jej nie poznał, 

kiedy jeszcze oddychała i śmiała się? Zastanawiał się, 
jaką tajemnicę z sobą zabrała. 

Jej usta były lekko rozchylone. Chwycił ją mocniej 

za ramiona. Wpatrywał się w śmiertelnie bladą twarz, 
sztywne wargi, które nabrały barwy niebieskiej... 

Zamrugał, choć nawet na to nie miał odwagi. A je­

śli coś drgnie w jej twarzy akurat w tym ułamku se­
kundy, kiedy przymknie powieki? 

Nie, na pewno jest martwa. Oczywiście, że jest martwa. 

Sam wykopał ją spod śnieżnej zaspy. To jasne, że nie żyje. 

background image

Odrobina wątpliwości sprawiła, że serce zaczęło mu 

walić jak młotem. 

Drżał, kiedy zsuwał rękawiczkę. Cały czas podtrzy­

mywał dziewczynę za ramiona. 

Ułożył dłoń tuż przy jej na wpół otwartych ustach. 

Dygotał na całym ciele i ręka mu się trzęsła. 

Czyżby poczuł oddech? 
Wrażenie czegoś na nagiej skórze... jakby muśnięcie 

owada w locie. 

Knut nie słyszał nic poza biciem własnego serca. Puk 

- puk - puk... Pulsowało mu w uszach. 

To naturalnie jego własna wyobraźnia płatała mu fi­

gla. Wystarczająco często słyszał o typowej w rodzi­
nie Alatalo fantazji, którą hojnie został obdarzony. 

Stał pośrodku płaskowyżu, trzymając w ramionach 

zwłoki dziewczyny. To nie do pomyślenia, żeby było 
inaczej... 

Pojawiło się znowu. 
Tak słabo, że ledwie to poczuł. Coś jakby ciepło u na­

sady serdecznego palca przez krótkie mgnienie oka. 

Zmarli nie oddychają. 

Poczekał; wrażenie pojawiło się jeszcze trzykrotnie. 

Nie miał odwagi w to uwierzyć. Tak wiele razy powta­
rzano mu, że zmyśla. 

Tacy marzyciele jak on nie mieli łatwego życia 

w stronach, z których pochodził, a tu, gdzie zawędro­
wał, sytuacja wcale nie przedstawiała się lepiej. 

W końcu upewnił się co do jednego: w ciele, które 

znalazł, tliło się życie. Ledwie, ledwie - oddechy nastę­
powały po sobie tak wolno, że między jednym a dru­
gim zdążył zliczyć chyba do stu. 

Ale dziewczyna żyła. 

background image

Choć chciała umrzeć tu, z dala od ludzi. Co do te­

go Knut miał pewność. 

Do chaty było daleko. Nic jednak na to nie poradzi, 

musi tę małą tam przenieść. W ciepłe miejsce, musi ją 
rozgrzać. 

Wypuścił z objęć nieprzytomną dziewczynę. Zdjął 

sakwę z ramienia i przewiązał ją na piersi. Nie było to 

wygodne, ale teraz o tym nie myślał. 

Musiał najpierw założyć narty, zanim odważy się 

podnieść ciało dziewczyny. Miał nadzieję, że nie upad­
nie - trudno byłoby znowu stanąć na nogach w tym 
śniegu, głębokim na wysokość człowieka. 

Niemal wieczność zabrało mu podciągnięcie do góry 

sztywnego, ubranego w futro ciała dziewczyny. Zgrzał się 
przy tym i spocił, a cały zamiar wydał mu się nierealny. 

Przybycie w to miejsce zajęło mu połowę widnego 

dnia, a wyruszał z wiatrem, pełen zapału. Wprawdzie 
nie musiał już nadkładać drogi, by zaglądać do wszyst­
kich sideł, ale mimo to od miejsca, do którego musiał 
dotrzeć, dzieliła go nieskończoność. 

- Jesteś cholernym szczęściarzem, Knucie Elvejord -

mruknął przez zaciśnięte zęby i głęboko zaczerpnął po­
wietrze w płuca. - Oczywiście zawsze muszą ci się przy­
darzać takie rzeczy. Jakieś przekleństwo wisi nad twoją 
rodziną, ciągle na naszej drodze muszą pojawiać się jacyś 
nieudacznicy, a my przez to diabelne poczucie obowiąz­
ku musimy im pomagać. Masz dla siebie cały płaskowyż, 
a wpadasz prosto na to ciało! I w dodatku okazuje się, że 

jeszcze nie całkiem uszło z niego życie. O Boże... 

Spojrzał w niebo. Na północy na horyzoncie wid­

niało pasmo mroźnej czerwieni, lecz wyraźnie już 
ciemniało. 

background image

- Nie potrafię ratować życia - rzekł, zwracając się 

w górę ku niebiosom. Zrezygnowany, zrozpaczony. - To 

mama ma coś niezwykłego w swoich rękach, Boże. Nie 
odziedziczyłem tej zdolności. Moje ręce nadają się tyl­
ko do łowienia ryb w wodach fiordu, potrafią zdobywać 
pożywienie... i znajdować bogactwa. Nie posiadam zdol­
ności wskrzeszania zmarłych. Dlaczego wybrałeś wła­
śnie mnie, żebym ją znalazł? Dlaczego mnie, Boże? 

Lecz niebo pozostało równie milczące jak przedtem. 
Knut przełknął ślinę i złapał dziewczynę w miejscu, 

gdzie, jak sądził, miała talię. Nie była ani duża, ani 
ciężka, lecz jej sztywne ciało trudno było utrzymać. 

Zachwiał się i omal nie upadł, kiedy przerzucił je so­

bie przez ramię. Udało mu się jednak zachować rów­
nowagę. Poczuł ból w udach, tak mocno napiął mię­
śnie, ale utrzymał się na nogach. 

- Oczywiście - powiedział do siebie półgłosem. Sły­

sząc brzmienie własnego głosu, poczuł się trochę raź­
niej. - Teraz pozostała już tylko reszta, Knut. Jesteś 
mężczyzną, prawdziwym mężczyzną, więc powinie­
neś sobie z tym poradzić! 

Pierwsze kroki uczynił niepewnie i ostrożnie. Mu­

siał się nauczyć odpowiednio rozkładać własny ciężar 
jako przeciwwagę dla brzemienia, które dźwigał na ra­
mieniu. Szedł trochę przekrzywiony, co dotkliwie od­
czuwał w plecach i biodrach. 

Ale gdyby tego nie wytrzymał, dziewczyna straciła­

by wszelkie szanse na przeżycie. 

Przywykł do znoszenia trudów. Oddalał się z fatal­

nego miejsca z każdym pojedynczym odepchnięciem 
kijka - tak jakby brał na siebie jakąś karę, której nie 
mógł uniknąć. 

background image

Na szczęście teren był płaski, na szczęście nie zaska­

kiwał żadnymi niespodziewanymi pochyłościami, które 
Knut musiałby pokonywać, a jedynie czasami trafiały się 

łagodne wzniesienia, właściwie nie zasługujące nawet na 
to miano. Knut starał się utrzymywać odpowiednią po­

stawę, prawidłowo odpychać się kijkami, żeby niepo­
trzebnie się nie zatrzymywać. Czul duży opór powie­
trza, ponieważ tworzył z dziewczyną sporą, nieforemną 
bryłę. Z drugiej strony zyskał większe obciążenie nart, 
sunął więc odrobinę szybciej. Dopóki zlodowaciała sko­
rupa śniegu utrzyma ich oboje. 

Zgrzał się. Czuł, jak spływa z niego pot, piecze 

w oczy, nie miał jednak wolnej ręki, by go wytrzeć. 
Musi piec. 

Na szczęście nie mógł obejrzeć się za siebie; takie 

ruchy oznaczały zbyt wielkie ryzyko. Dzięki temu nie 
mógł się przekonać, jak wolno rośnie odległość od 
miejsca, skąd wyruszyli. 

Musiał patrzeć tylko przed siebie, wyznaczać sobie ko­

lejne cele... do tego małego zaokrąglenia, które pewnie 
jest zasypanym kamieniem, potem do tej gałązki - zagaj­
nika, jak mógł się domyślać z tego, co wystawało pośród 
bezkresnej bieli - następnie do miejsca, gdzie biegł po­
przedni ślad. Musiał skracać drogę, ścinać ją, kierować się 
prosto tam, gdzie przedtem zbaczał, by zastawić sidła 

w pobliżu tropów zwierząt i ptaków. 

Wybierał kolejny punkt krajobrazu, do którego będzie 

dążył, wreszcie dojdzie - a potem wyznaczy nowy cel... 

W końcu zobaczy darniową chatę: ciemna i nie­

kształtna będzie jakby jaśniała w mroku. 

Będzie czarno niczym w studni, kiedy dotrą na miej­

sce. Knut zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział o tym 

background image

i zagryzł zęby. Poczuł smak krwi. Przełknął ją, to sa­
mo uczynił z gęstą śliną. Przełykaj, tylko przełykaj! 

Ramię, na którym niósł dziewczynę, bolało, lecz nie 

miał odwagi się zatrzymać. Nie wiedział, czy zdołałby 
posuwać się dalej, gdyby choć na chwilę przystanął. 

Nie wiedział, czy by mu się udało przełożyć ciężar 

na drugie ramię. 

Dopóki szedł, mógł jakoś to wytrzymać. Przyzwy­

czaił się do bólu, zapomniał o nim. Zapomniał o tym, 
że kiedykolwiek czuł inaczej. 

Szumiało mu w uszach, oślepiały go pot i łzy, spły­

wające po policzkach i zamarzające w sopelki lodu na 

brodzie. 

Szedł dalej - pod wiatr, który nie wiał już w plecy, 

jak przyjaciel wyciągający pomocną dłoń. 

Musiał samotnie zmagać się z siłami natury i Bóg 

jeden wie, jakimi jeszcze przeciwnościami. 

Knut nie był pewien, czy dziewczyna wciąż żyje. Nie 

mógł tego sprawdzić. Wszystko, co mógł dla niej zrobić, 
to iść dalej, tylko iść, narta za nartą, krok za krokiem. 

Z zapadnięciem zmroku Knut starał się wyczuwać 

swój poprzedni ślad i ślepo nim podążał. 

Nikt oprócz niego tędy nie chodził. Dopóki wiatr 

nie zamiecie jego szlaków, mógł zaufać niepewnym zi­
mowym ścieżkom, które sam wytyczył. 

Nastała noc. Zrobiło się tak zimno, że na horyzon­

cie pojawiła się zorza polarna i oświetliła prawie już 
zasypane ślady nart pozostawione przez Knuta w cią­
gu dnia. 

Największym jego pragnieniem było poddać się. 

Najprościej byłoby rzucić się w miękki śnieg, poleżeć 

- zapomnieć o rwaniu w każdym ścięgnie, zapomnieć 

background image

o bólu głowy, który groził jej rozsadzeniem przy naj­
mniejszym dodatkowym wysiłku. 

Najprościej byłoby pozwolić dziewczynie upaść. Zo­

stawić ją tak po prostu - i nie oglądać się za siebie, kie­
dy będzie odchodził. O wiele łatwiej byłoby zrzucić ten 
ciężar. 

Pokusa pojawiała się nieskończenie wiele razy. Już 

niemal się poddał. Nasuwały mu się tysiące wymówek, 
które mogły służyć jako usprawiedliwienie - przynaj­
mniej w obecnym stanie umysłu. 

Nie potrafił. 
Nie miał zwyczaju wybierać najprostszych rozwiązań. 

To uratowało jego sumienie od dożywotniej udręki. 

Zmagał się dalej. 

Nigdy potem nie był w stanie wyjaśnić, jak udało 

mu się pokonać ostatni odcinek drogi. 

Nie pamiętał szczegółów tego fragmentu płaskowy­

żu, który przemierzył w nocy. 

Ślady przed darniową chatą świadczyły o tym, że 

upadł tuż przy wejściu. Narty leżały tam, gdzie je zo­
stawił. Najwidoczniej wciągnął dziewczynę do środka, 
nie mając pewności, czy jeszcze żyje. 

Kiedy doszedł do siebie, poczuł, że jest mu zimno. 

Pewnie zasnął - a może nie. Miał wrażenie, jakby wy­
szedł z pustki, z której nie wolno zachowywać żadnych 

wspomnień. Z pustki, która nie dawała możliwości od­

poczynku. 

Bolały go wszystkie członki. Żeby dźwignąć się na ko­

lana, z największym wysiłkiem musiał przełamać opór 
ciała. Wszystko w nim krzyczało przeciw najmniejszemu 
ruchowi. Chciał tylko leżeć i odpoczywać, odpoczywać, 
póki nie poczuje czegoś innego niż potworne zmęczenie. 

background image

Trzęsąc się z zimna, zaczął zabijać ręce. Nadal miał 

na sobie całe ubranie. Przypomniał sobie, że wyszedł 
po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. 

Odnalazł wzrokiem otuloną futrem postać leżącą 

na podłodze. 

Drzwi nie były dokładnie zamknięte. Coś tkwiło 

w szczelinie, przez którą wdzierał się strumień mroź­

nego powietrza. 

Knut podczołgał się do wejścia i wypchnął nartę, 

która zawadzała. Domknął drzwi, ale nie zrobiło się 
o wiele cieplej. Za to zrobiło się ciemniej. 

Pokonanie tej krótkiej drogi wydawało się istną tor­

turą. Knut oparł się o ścianę i zacisnął oczy, żeby wy­
trzymać ból. 

Musiał rozniecić ogień w palenisku. Musiał się posta­

rać choć o trochę światła, żeby zobaczyć, z kim - albo 

z czym - dzieli pomieszczenie. Z żywym człowiekiem 
czy z trupem. 

Skostniałe, spuchnięte palce długo mocowały się 

z krzesiwem, zanim zaiskrzyło. Wkrótce cienkie patycz­
ki, których używał na rozpałkę, zajęły się płomieniem. 

Wydawało się, że upłynęły całe wieki, zanim ogień 

palił się na tyle spokojnie, by Knut odważył się spuścić 
z niego wzrok. Chłopak musiał stoczyć ze sobą walkę, 
żeby zebrać się na odwagę i podczołgać do dziewczyny. 

W nikłym i chybotliwym świetle z paleniska wyglą­

dała bardziej jak martwa niż jak żywa. 

Knut przyłożył dłonie do jej policzków. Nigdy wcze­

śniej nie zastanawiał się, jakie to uczucie dotykać zwłok. 

Przysunął palce blisko do ust dziewczyny. Wstrzy­

mał oddech, nie miał odwagi się poruszyć, chociaż 
siedział w niewygodnej pozycji. Jedna noga całkiem 

background image

mu zdrętwiała, nie czuł w niej nawet mrowienia. 

Chciał już dać za wygraną, kiedy odniósł wrażenie, 

że czubki dwóch jego palców są lekko wilgotne. Cof­
nął je, przyłożył do własnego suchego policzka. 

Więc jednak... 

Jeszcze oddychała. 

Żyła. 
Bóg jeden wie, jak to się stało, ale naprawdę jeszcze 

żyła. 

- Musisz jej potrzebować - rzekł cicho ze wzrokiem 

zwróconym w górę ku dymnikowi. 

Była taka zimna. 
Myśli popłynęły niby wezbrane wody na wiosnę. 

Knut orientował się co nieco, jak postępować w przy­
padku odmrożeń. Dowiedział się trochę od Reijo. Tro­
chę od Ailo. Trochę sam się nauczył. 

Musiał dziewczynę jak najprędzej rozgrzać. Jej brak 

przytomności śmiertelnie go przerażał. To niemożli­

we, żeby żyła, a jednocześnie prawie nie oddychała. 

Była tak przemarznięta, tak wychłodzona... 

Jak przeżyła pod śniegiem? 

Musiała przecież jakoś oddychać, pewnie w zaspie 

powstała wolna przestrzeń przy jej twarzy. Może to za 
sprawą sztywnego brzegu zbyt dużej czapki, który tro­
chę wystawał? Niewykluczone, że w jakiś sposób się 
do tego przyczynił... 

Knut myślał i myślał, mocując się z rozpinaniem fu­

trzanego płaszcza dziewczyny. 

Jej ubranie zesztywniało od mrozu. Trzeba je zdjąć, 

a dziewczynę owinąć skórami i ułożyć przy palenisku. 
Dobrze rozpalić. Mieć nadzieję. 

O n , Knut Elvejord, nigdy wcześniej nie rozbierał 

background image

dziewcząt. A już nigdy się nie spodziewał, że po raz 
pierwszy zrobi to w podobnych okolicznościach. 

Nie było w tym nic romantycznego. Nic zmysłowe­

go. Knut nawet nie próbował zgadywać, jak leżące 
przed nim ciało wygląda pod warstwami ubrania. 

Jedyne uczucia, jakie go przepełniały, to strach - i de­

terminacja. 

Zorientował się, że dziewczyna nie była córką zwy­

kłego biedaka. 

Pod płaszczem miała grubą kurtkę i wełnianą spód­

nicę przyozdobioną wplecionymi różnokolorowymi 

wstążkami - ubodzy ludzie nigdy by nie pomyśleli 
o wydawaniu pieniędzy na coś takiego. 

Knut niewiele wiedział o materiałach, jednak przy­

puszczał, że ten musiał być droższy niż samodział pro­
stych ludzi. 

A kiedy pod kurtką zobaczył bluzkę z haftem, na­

brał pewności, że dziewczyna, którą znalazł, pocho­
dziła z zamożnego domu. 

Jej ubranie nie nosiło najmniejszych śladów cerowa­

nia. W pończochach, które musiał ściągnąć, gdyż były 
zbyt sztywne od mrozu, żeby je zrolować, nikt nie ła­
pał oczek. Na jej bieliźnie nie było nawet najmniejszych 
łat. Wszystko sprawiało wrażenie nowego i drogiego. 

Ten, kto tak wyposażył swoją córkę, z pewnością 

nie miał długu u sklepikarza. 

Dotykanie nieznajomej nie sprawiało Knutowi tru­

du ani go nie krępowało. Stan, w jakim się znajdowa­
ła, nie pozwalał mu traktować jej jak kobiety. Była tyl­
ko potrzebującym pomocy człowiekiem. Widok jej 
bladego, nagiego ciała nie budził w Knucie żadnych in­
nych uczuć poza współczuciem. 

background image

Musiał podnieść dziewczynę i przenieść ją bliżej skór, 

które zwinął przy jednej ze ścian. Nie potrafił jej po pro­
stu przeciągnąć. Teraz stała się dla niego czymś więcej 
niż bezwładną bryłą, którą targał przez pół płaskowyżu. 

Oddychała powoli. Ledwie zauważalnie. Knut oba­

wiał się, że wszystkie jego wysiłki pójdą na marne. 

- Nie wiem, co zrobię, jeżeli pozwolisz jej umrzeć 

- zagroził w stronę otworu w dachu. 

Tu w samotności łatwiej przychodziło mu rozma­

wiać z wszechwładnym Bogiem. 

Owinął dziewczynę skórami. Postarał się, żeby nie 

wystawało spod nich nic oprócz twarzy. Przysunął ją jak 

najbliżej paleniska. Nie za blisko jednak, by skóry się 
nie zajęły. Byłoby to bardziej niebezpieczne niż chłód. 

Dołożył jeszcze więcej drewna do ognia. 
Wtedy dopiero znalazł czas dla siebie. Czas, by zdjąć 

grubą futrzaną kurtkę, która przeszkadzała swobodnie 
się poruszać, czas, by rozsznurować nasiąknięte wodą 
kumagi. Zmarzły mu stopy, ale na szczęście nie grozi­
ły im odmrożenia dzięki turzycy, którą włożył w buty. 

Drżał i trząsł się z zimna, kiedy ściągał mokre ubra­

nie i wyjmował drugie - jedyne suche, na zmianę. 

Następnie odszukał zapas kawy, której ciągle uby­

wało, i nastawił wodę w czajniku. 

Był zmęczony, ale nie mógł sobie pozwolić na sen. 
- Zrobiłem, co mogłem - rzekł, zwracając się ku gó­

rze. - Reszta zależy od Ciebie. 

background image

Knut czuwał przy dziewczynie przez prawie dwa 

dni. Jadł mniej niż w naj chudszych czasach w swoim 
życiu, ale nie był głodny. 

Pozostało mu tylko czekać. 
Musiał wychodzić po drewno na opał, kiedy się 

kończyło, ale wtedy czuł się niemal chory. 

Mogła się przecież obudzić. 

Jednak kiedy wrócił, leżała jak przedtem. 

Blada. Z widocznymi odmrożeniami na policzkach, 

z pęcherzami na zsiniałych z zimna ustach. 

Niektóre z pęcherzy zaczynały pękać i sączyła się 

z nich wydzielina. Knutowi wydawało się to okropne, 
lecz przezwyciężał odrazę i wycierał twarz dziewczy­
ny jej halką. 

Ma więcej halek. Nie będzie jej brakować tej jednej. 

Jeżeli w ogóle będzie jeszcze jakiejś potrzebować. 

W ciągu tych dwóch dni jej oddech stał się szybszy, 

lecz wiele mu brakowało do normalnego. I ciągle się nie 
budziła z tego okropnego snu. Prawie się nie poruszała. 
Czasem tylko lekko drgnął w jej twarzy jakiś mięsień. 

Nadal bardziej przypominała martwą niż żywą istotę. 
Knut zastanawiał się, jak wyglądała. Jak wyglądała 

przedtem. Domyślał się, że była bardzo młoda - mia­
ła szczupłą sylwetkę, niezupełnie jeszcze dojrzałą. 
Dwie jego siostry już dorosły, znał się więc na tym. 

background image

Jej włosy były jasne. Ich kolor przywodził na myśl 

coś pomiędzy światłem księżyca odbijającym się 

w ciemnych jesiennych wodach a złocistym, dojrzałym 

zbożem. 

Więcej w nich chyba srebrzystego odcienia, chociaż 

trudno to stwierdzić teraz, kiedy są tak potargane 
i splątane. 

Były w każdym razie długie. Dziewczyna wybrała 

się jednak z domu, nie splatając ich w warkocz ani nie 

wiążąc w kok. To dziwne. Dziewczęta w jej wieku 

rzadko chodzą z rozpuszczonymi włosami. 

Knuta dziwiło w nieznajomej wiele rzeczy. Pomy­

ślał, że z pewnością ktoś jej szuka. 

Nie uświadamiał sobie do końca, co to może dla nie­

go oznaczać, ale trochę się zaniepokoił. 

Przestraszył. 
Była wczesna noc drugiej doby, kiedy dziewczyna 

otworzyła oczy. Wargi, duże, spuchnięte od mrozu 
i zupełnie bezkształtne, poruszyły się. 

- Czy ja umarłam? - dał się słyszeć słaby głos. - Do­

bry Boże, spraw, bym nie żyła! 

Knut nie zdążył odpowiedzieć, że nie jest aniołem, 

gdyż jej powieki ponownie ciężko opadły i stracił z nią 
kontakt. 

Po chwili zorientował się, że dziewczyna śpi. Nie 

był to jednak już ten sam letarg, w którym trwała od 
chwili, kiedy ją znalazł. Głębiej oddychała. I twarz na­
brała trochę życia. Knut pochylił swą jasną głowę 
i splótł ręce w modlitwie. 

Już nie wyzywał Pana. Od tej pory postanowił oka­

zywać Mu więcej szacunku. 

Owej nocy rozszalała się gwałtowna burza. Knut oba-

background image

wiał się przez moment, że zniszczy chatę. Jednak stop­

niowo się uspokajał. Uświadomił sobie, że darniowa 
chata nadal będzie stała tak jak stoi, by dawać schronie­
nie innym wędrowcom, kiedy on sam już ją opuści. 

Dziewczynę obudziły chyba podmuchy wiatru. 

Knut pomyślał, gorzko się uśmiechając, że tylko umar­
ły nie usłyszałby szalejących dookoła sił natury. Mimo 
to zaskoczył go jej głos. Upłynęło tak wiele czasu, nie 
siedział już ze wzrokiem nieruchomo utkwionym 

w dziewczynę. Czuwał, lecz myślami błądził daleko. 
Wiedział, że zauważy, jeżeli coś się stanie. 

- Czy ja... żyję? 
Knut przysunął się bliżej. Starał się sprawiać wraże­

nie człowieka niegroźnego i godnego zaufania. Starał 
się jej nie przestraszyć. 

- Żyjesz, bądź o to spokojna! - odezwał się. 
Zamknęła oczy. Wcale na niego nie spojrzała. Zasta­

nawiał się, czy dziewczyna czuje ból. Pęcherze, które 
miała na dłoniach, stopach i na twarzy, musiały doku­

czać i piec. Nie wiadomo jednak, czy już to czuła, czy 
jeszcze nie. 

- Kim jesteś? Jak...? Jak mnie znalazłeś? 

Jej głos był tylko drżącym szeptem. Trudno po nim 

domyślić się wieku. Knut nadal oceniał ją na jakieś 
dwanaście - dziewiętnaście lat. 

- Sprawdzałem sidła - odparł, starając się wydać du­

żo sympatyczniejszym, niż był w istocie. - Jestem... my­
śliwym. Mieszkam tutaj. Mam na imię Knut. Znala­
złem cię przy sidłach. 

- Nie jesteś stąd - wykrztusiła. 
Po raz pierwszy spotkały się ich spojrzenia. W jej 

oczach dojrzał rozpacz i błaganie. 

background image

Knut nie wiedział, czy to typowe dla wszystkich lu­

dzi, którzy wymknęli się śmierci. 

- Jestem tu obcy - rzeki. 

Jego życie nie stanowiło żadnej tajemnicy. Mógł 

o nim opowiedzieć każdemu. 

- Nie pozwól, by mnie znaleźli! - poprosiła. 
Knut zauważył, jak niebieskie oczy dziewczyny zro­

biły się ogromne ze strachu. 

Takie oczy musiały mieć piękną oprawę, przemknęło 

mu przez myśl. Na pewno była ładna. Być może będzie 
taka znowu. Trudno powiedzieć. Niektóre blizny pew­
nie pozostaną, ale opuchlizna zejdzie... Twarz dziewczy­
ny, jaką teraz widział, nie była jej prawdziwą twarzą. 

- Nie zabieraj mnie ze sobą! Nie widziałeś mnie, 

gdyby ktoś pytał! Nie pozwól, by dowiedzieli się, gdzie 
jestem! 

Nie wyznała, czego się bała tak bardzo, że wyszła 

w zimową noc na pustkowie, żeby przed tym uciec. Lecz 
wzrokiem błagała go o spełnienie prośby, dopóki powie­

ki na powrót nie opadły ciężko, pozwalając jej usnąć. 

Potrzebowała odpoczynku, potrzebowała tego każ­

da komórka jej ciała. 

Spała niespokojnie. 
Knut zdawał sobie sprawę, że dziewczyna wkrótce 

poczuje głód, ale obawiał się, że jej żołądek odmówi 
przyjęcia czegoś cięższego. 

Ugotował rosół na kościach i kawałkach mięsa par-

dwy. Nie było to może nic nadzwyczajnego i nie miało 
jakiegoś szczególnego smaku, ale można się było posilić. 

Ten cienki bulion miał stanowić dla dziewczyny 

pierwszy krok ku życiu. Knut wmusi go w nią, zaraz 
jak się obudzi. 

background image

Groźby nie były potrzebne. Gdy tylko otworzyła 

oczy, wypiła posłusznie kilka łyków letniej zupy. Po­
pękane wargi zapewne bardzo ją przy tym bolały, ale 
się nie skarżyła. Nie skarżyła się również, kiedy jej żo­
łądek odmówił przyjęcia strawy. 

Knut zagryzł zęby. Musiał znowu wykorzystać hal­

kę jako szmatę. Po chwili chciał dać dziewczynie jesz­
cze trochę wywaru, ale wzbraniała się. Jej oczy zwil­
gotniały i słabo pokręciła głową. 

Knutowi to wystarczyło. Nie odznaczał się szczegól­

ną cierpliwością, ale w tym przypadku musiał poczekać. 

Odrobina rosołu, którą dziewczyna wypiła, to do­

piero początek. Knut uznał, że tak musi być. Wkrót­
ce będzie mogła wypić jeszcze trochę. Za kilka dni być 
może już coś zje. 

To i tak więcej, niż się spodziewał, odgrzebując 

spod śnieżnej zaspy na wpół żywego człowieka. 

Przespała całą dobę. Kiedy na krótko się budziła, 

Knut poił ją wywarem łyk po łyku. 

Nie tylko za pierwszym razem większość zwróciła. 

Chłopak jednak tak łatwo nie rezygnował. Zycie war­
te jest odrobiny wysiłku. 

Burza trwała nadal. 
Knut wiedział, co to oznacza - nikt w taką pogodę 

nie wyruszy na poszukiwanie dziewczyny. Jej bliscy 
pomyślą, iż pewnie nie żyje. Nikt nie przeżyłby takiej 
burzy jak ta pod gołym niebem. W każdym razie nie 

taka dziewczyna, lekko ubrana mimo futra, i z pew­
nością zupełnie nieprzygotowana, by poradzić sobie 

w surowych warunkach na pustkowiu. 

W domu na pewno dobrze o nią dbano. 

Knut zdawał sobie również sprawę, że ludzie miesz-

background image

kający w tych stronach muszą wiedzieć o ziemiance. 

Prędzej czy później ktoś tu przyjdzie. 
Nie był pewien, czy tego chce. 
Chciał jednak, żeby dziewczyna wyzdrowiała. 

A wtedy będzie musiała wrócić tam, skąd przyszła. 

Do tego, od czego uciekła... 
I czego śmiertelnie się bała. 
Knut miał inny cel. Nie mógł ciągnąć za sobą dziew­

czyny. A tym bardziej takiej dziewczyny, która pew­
nie sprowadzi na niego same kłopoty. Ludzie jej stanu 
zawsze oznaczali kłopoty dla takich jak on. 

Tyle wiedział. 
Poza tym uważał, że jest winien ojcu podjęcie pró­

by odnalezienia skarbu, który Kalle odkrył. Traktował 
to jako jeden ze sposobów oddania ojcu czci. 

Jeden ze sposobów dochowania wierności dzieciń­

stwu, przeszłości, która zresztą przywodziła na myśl 

wiele przykrych wspomnień. 

Ciągle jeszcze miał dość czasu, żeby zacząć poszu­

kiwania. Nie śpieszyło mu się, dziewczyna w żaden 
sposób go więc nie zatrzymywała. Mógł spokojnie się 
nią opiekować. Dać jej ten czas, którego potrzebowa­
ła, żeby wyzdrowieć. 

Potem będzie zmuszony odprowadzić ją do domu. 

Prawdopodobnie do Alty. Nie powiedziała, skąd pocho­
dzi, ale się domyślał. Bogaci nie mieszkają na odludziu. 

I jeszcze coś... 
Knut nie lubił o tym myśleć, ale myśl sama się na­

suwała. Niejeden raz. 

Może jeśli przyprowadzi dziewczynę, będzie mógł 

się spodziewać jakichś korzyści... 

Usiadła piątego dnia. Potrafiła już sama utrzymać 

background image

drewnianą miskę z rosołem. Knut wrzucił do niego małe 

kawałeczki zeskrobanego z kości mięsa, zauważył, że je 

przełknęła. Wkrótce będzie mogła zjeść coś konkretnego. 

Jednak dłuższe siedzenie wyczerpywało ją. Chciała 

pewnie pokazać, że jest silna, ale zachwiała się niebez­

piecznie, kiedy odstawiała miskę na podłogę. Zdążyła 

się położyć, zanim Knut ją o to poprosił. 

Pęcherze na twarzy dziewczyny zaczynały właśnie za­

sychać. Tworzyły żółtawe strupy, z których nadal sączy­

ła się ropa. Brzydka opuchlizna powoli schodziła. Twarz 

jakby kurczyła się, przybierała bardziej naturalne kształ­

ty. Knut próbował już rozpoznawać rysy nieznajomej. 

Nadal jednak było jej daleko do piękności. 

Na dworze zaczynało się wypogadzać. Chłopak wy­

szedł po śnieg na wodę. Cieszył się, że opróżnił sidła 

w dniu, w którym znalazł dziewczynę. Cieszył się, że 

zatroszczył się o opał, kiedy leżała nieprzytomna. 

Mogło ułożyć się o wiele gorzej. 

- Powinnam teraz być martwa - powiedziała, kiedy 

wrócił. Jej głos okazał się mocniejszy, niż się spodzie­

wał. 

Knut czuł na sobie jej wzrok. Mógłby dostrzec w nim 

oskarżenie. Ale nie tylko. 

- Płaskowyż jest ogromny - rzekł powoli, odchrząk­

nąwszy. Od dłuższego czasu nie używał swego głosu, 

nie licząc krótkich rozmów z samym sobą. - Mogłem 

po prostu przejść obok. Właściwie nie zamierzałem te­

go dnia wychodzić. Chciałem tylko odetchnąć świeżym 

powietrzem. Przypadkiem zajrzałem do sideł. Znala­

złem cię w miejscu, gdzie miałaś pozostać na zawsze. 

To chyba świadczy o tym, że gdzieś jesteś potrzebna. 

Że twoje życie ma jakiś sens. 

background image

Twarz dziewczyny drgnęła. Knut zauważył, że spra­

wił jej ból. 

- Mówisz jak ojciec - rzuciła z goryczą. 
Głos nieznajomej również brzmiał ochryple po wie­

lu dniach milczenia. 

Knut zwrócił uwagę na słowo: „ojciec". Tak właśnie 

dzieci w rodzinach z wyższych sfer nazywały swych 
ojców. 

Tam, skąd pochodził, mówiło się „tato". 
- Nie pamiętam, jak masz na imię... - ściągnęła brwi, 

nieco ciemniejsze niż włosy, jasnobrązowe. 

- Knut - powiedział. - Mam na imię Knut. A ty? 
Zwlekała tak długo z odpowiedzią, że się domyślił, 

iż wolałaby się nie przyznawać. 

- Anna - wykrztusiła wreszcie. 

Niechętnie. Knut wywnioskował z tego, że powie­

działa prawdę. Byłoby o wiele prościej i bezpieczniej wy­
myślić jakiekolwiek inne imię, lecz nie potrafiła kłamać. 

- Ile masz lat? - wyrwało mu się. 
Tak wiele się nad tym zastanawiał. Musiał to wiedzieć. 
- Czy to ważne? - spytała zmęczona. - Mam sto lat. 

Co najmniej. Gdybym umarła, nie miałoby to żadne­
go znaczenia. Ktoś, kto odnalazłby moje kości, stwier­
dziłby tylko, że byłam człowiekiem. Nie potrafiłby po­

wiedzieć, czy byłam młoda, czy stara. 

- Ale jednak żyjesz. Chciałbym wiedzieć, w jakim 

jesteś wieku. To ma dla mnie znaczenie, próbuję cię 
zrozumieć. 

- Nie możesz mnie zrozumieć - odparła. Jej glos za­

brzmiał jakoś smutno, niemal jak szloch. -Jesteś męż­
czyzną. Nigdy nie zrozumiesz. 

Knut uśmiechnął się. Przeciągnął brudną ręką po 

background image

szczęce. Nie mógł się pochwalić szczególnie gęstym 

zarostem, ale teraz naprawdę zachrzęściło pod dłonią. 

Już od wielu dni nie używał brzytwy. 

- Nie bądź tego taka pewna - powiedział. - Mam 

trzy siostry. Jestem jedynym chłopcem w rodzinie. 

Nawet się nie domyślasz, jak dobrze znam dziewczy­

ny, choć nie potrafię chyba czuć tak jak one. 

- Jesteś najmłodszy? - spytała z zainteresowaniem. 

- Nie, mam jeszcze młodszą siostrę, Idę. Skończyła 

szesnaście lat. Maja, starsza ode mnie o rok, dziewięt­

naście. Elise... musi teraz mieć dwadzieścia trzy. Wyszła 

za mąż i wyjechała. Maja też jest mężatką, ale częściej 

bywa u nas w domu niż u siebie. Jej mąż... nie ma go. 

Dziewczętom takim jak Anna nie mówi się, że 

szwagier siedzi w więzieniu. 

- Ja jestem najmłodsza - odezwała się. - Mam trzech 

braci i cztery siostry. Prawie wszyscy mają swoje ro­

dziny. Oprócz najstarszego brata. Studiuje. 

Jeszcze jeden dowód na to, że nie jest taka jak on. 

Żadna ze znanych Knutowi osób nie chodziła do 

szkoły. „Studiowanie" było słowem, którego dotąd nie 

słyszał. Musiał poszukać w myślach, żeby zrozumieć, 

co ono oznacza. 

Drobiazg, który sprawia, że biedak czuje się tak bez­

nadziejnie upokorzony. 

Musi znaleźć złoto. Musi się stać kimś, na kogo nikt 

nie będzie patrzył z góry - kimś, kto być może nie bę­

dzie mógł szastać wymyślnymi słowami, lecz kto mi­

mo to będzie zasługiwał na szacunek. 

Kto, do diabła, zaszedł na tyle wysoko w takiej dziu­

rze jak Alta, by wpaść na pomysł - a także znaleźć na 

to środki - wysłania swego syna na studia? 

background image

Kim, u licha, jest ta dziewczyna? 
- Mam tyle lat, co twoja siostra - odparła, dając mu 

wiele możliwości do wyboru. 

- Szesnaście? 

Skinęła głową. 
Co zmusiło szesnastoletnią dziewczynę do ucieczki 

na płaskowyż z zamiarem popełnienia samobójstwa? 

Ida nigdy w życiu nie wpadłaby na coś tak głupie­

go. Lecz Ida ma o wiele więcej zdrowego rozsądku. 
W porównaniu z nią Anna była jeszcze dzieckiem. 

- Dlaczego, do diabła, zrobiłaś coś tak bzdurnego? 
Musiał tak powiedzieć. Nie znał bardziej uprzej­

mych słów, które by wyraziły to, co czuł. 

Jego wybuch rozśmieszył ją. Śmiała się niemal histe­

rycznie i Knut przeraził się, że dziewczyna zaraz stra­
ci zmysły. Tylko tego brakowało! 

- Ojciec by tak nie nazwał mojego postępku! - wy­

krztusiła wreszcie. 

Otarła łzy, które pociekły jej ze śmiechu. 
Knut nie rozumiał. 
- Do diabła z twoim ojcem! - rzucił. - Masz mi po­

wiedzieć, dlaczego leżałaś tam, gdzie cię znalazłem. 

Przeniosłem cię na plecach przez większy szmat płasko­

wyżu, niż kiedykolwiek w życiu widziałaś. Jeszcze do 

tej pory wszystko mnie boli. Wiele razy mogłem cię zo­
stawić. Tak byłoby mi łatwiej. Zrobiło się ciemno i zim­
no, ale dźwigałem cię. Na Boga, uratowałem ci życie. 
I czy podoba ci się to, czy nie, mam prawo wiedzieć! 

Był zły. Naprawdę zły. Nigdy nie myślał, że będzie 

narażał życie dla rozpieszczonej panienki z dobrego 
domu. Nigdy nawet nie wyobrażał sobie, że weźmie 
na siebie odpowiedzialność za dziewczynę zaledwie 

background image

kilka lat młodszą. Nie był żadnym litościwym aniołem 
stróżem. Był Knutem z Lyngen. A nawet gdyby był 
aniołem, na jego skrzydłach dałoby się dostrzec wiele 
czarnych plam. Wyglądałyby bardziej żałośnie niż 
skrzydła sroki w deszczowy dzień. 

- Chciałam umrzeć. 
- Tyle udało mi się już zrozumieć. 
Głos Knuta brzmiał gniewnie. Tak też czuł. Czuł, 

że jest bardziej rozjuszony niż stary byk ojca Simona. 

- Jakie ty mogłaś mieć powody do niezadowolenia? -

spytał surowo. - Nie wyglądasz wcale na kogoś, komu 
czegokolwiek by brakowało. Na twoich rzeczach nie zna­
lazłem ani jednej łaty. Ani na wierzchu, ani pod spodem. 

Zaczerwieniła się, kiedy nazwał to, o czym wiedzia­

ła, lecz o czym nie miała odwagi nawet pomyśleć. 

Rozebrał ją. 
- Nie musisz się wstydzić - rzucił. - Widziałem już 

przedtem nagie dziewczęta. 

Nie mówił prawdy, ale nie przejmował się tym, że 

okłamuje Annę. Niech sobie nie myśli, że jest lepsza 
niż on, ponieważ jest córką bogacza. 

Odwróciła twarz i Knut natychmiast pożałował te­

go, co powiedział. Było jednak za późno, by cofnąć 
ostre słowa. Nie zdobył się też na to, by przyznać się 
do kłamstwa. Nic jej do tego, ile miał lub ilu nie miał 
dziewcząt. Nic nie szkodzi, jeśli sobie pomyśli, że jest 
bardziej dorosły i doświadczony, niż był w istocie. 

- Na pewno... 

Jej głos brzmiał tak cienko i żałośnie, że Knut, któ­

rego i tak już gryzło sumienie, poczuł się jeszcze gorzej. 

- Przepraszam! - Na tyle mógł sobie pozwolić. - Nie 

jestem na ciebie zły. Byłem tak bardzo zmęczony. Ba-

background image

łem się o ciebie. Myślałem, że się nie obudzisz. Trochę 
tęskniłem za domem... To pomaga, gdy się mówi o swo­
ich uczuciach - ciągnął, kiedy cisza trwała już długo, 
a Anna najwyraźniej nie zamierzała nic powiedzieć. 

Reijo zawsze to powtarzał: że rozmowa pomaga. Sam 

jednak nie postępował według tej zasady. Milczał, zato­
piony we własnych myślach. Być może rozmawiał z Ma­
ją. Zawsze była mu najbliższa ze wszystkich dzieci. Na­
wet Ida nie zdobyła tyle zaufania Reijo, co Maja... 

Lecz najbliżsi znajdowali się daleko. Knut nie mógł 

na nich liczyć. Był sam - i sam powinien jakoś nakło­
nić dziewczynę do zwierzeń, do rozmowy o tym, co 

popchnęło ją do samobójstwa. 

- Uważasz, że wtedy mniej boli? Być może. - Wy­

dawało się, że Anna w to wątpi. Nadal unikała jego 

wzroku. - Ale to niczego nie zmieni. Tylko śmierć mo­

głaby cokolwiek zmienić. Mogłaby mi pomóc. 

- Czy powinienem był cię zostawić? 

Nie odpowiedziała. 

- Czy powinienem był nagarnąć na ciebie więcej 

śniegu, nie sprawdzać, czy żyjesz? Czy powinienem 
o tobie zapomnieć? Pozwolić ci zamarznąć na śmierć 
pod tą przeklętą kupą kamieni? 

- Nie wiem. 
- Nie chcesz żyć? 
- To nie o to chodzi. Nie o chęci. 

Jej słowa wypełniało tyle rezygnacji i goryczy, że 

Knut poczuł ból w piersi. 

- Masz szesnaście lat i całe życie przed sobą. Czy nie 

powinnaś być szczęśliwa? Założyłbym się o własną du­
szę, że twój ojciec posiada więcej pieniędzy niż ci, któ­
rych znam, razem wzięci. Możesz dostać wszystko, cze-

background image

go chcesz. Jakie ty, do diabła, możesz mieć powody do 
narzekań? Co w twoim życiu może być takie straszne? 

- Nie osądzaj mnie zbyt pochopnie - mruknęła. - Nic 

o mnie nie wiesz. To niesprawiedliwe, że wydajesz wy­

rok, wiedząc tak niewiele. 

- Pewnie nawet byś się do mnie nie odezwała, gdy­

bym cię do tego nie nakłonił! - westchnął. 

Odwróciła się na bok, żeby go widzieć. Przykuła go 

spojrzeniem swych niebieskich oczu, młodszych niż je­
go własne - i głębszych niż morze, niż prastare morze. 

- Nigdy nie robiłam tego, co chciałam. Zawsze za­

chowywałam się jak dobra córeczka. Byłam skromna, 
posłuszna, pilna, pokorna, pobożna, miła, milczałam 

w towarzystwie, jak przystoi kobietom. Słuchałam oj­
ca we wszystkim, szanowałam rodziców, nigdy nie 

kłamałam, nigdy nie wzięłam niczego, co nie należało 
do mnie, miałam czyste myśli i sądziłam, że wszystko, 
co mi mówią, to prawda. Byłam takim dzieckiem, ja­
kiego pragnęli. Nie miałam wielkich wymagań, nie 
prosiłam o nic... aż do niedawna... 

Musiała przełknąć łzy, by móc mówić dalej. Knut 

poczuł, jak zaschło mu w ustach. 

- Zamierzali mnie wysłać z domu. Postanowili wy­

dać za mąż. Nie za kogoś, kogo bym znała. Nie za ko­
goś z Finnmarku. Za nikogo z północy. Mężczyzna, 
którego dla mnie wybrali, nie mieszka w Norwegii. 
Chcą mnie wydać za jakiegoś gburowatego starucha 
z Danii. To syn jednego z ojca kolegów ze studiów 
i tylko dlatego jest dla rodziców porządnym, uczci­

wym, bogobojnym człowiekiem, na którym można 
polegać i któremu można powierzyć swoje najmłod­

sze dziecko. Ale on ma ponad czterdzieści lat. Mógł-

background image

by być moim ojcem. W dodatku nie znam duńskiego. 
I nie mam ochoty go poznać. Mój przyszły mąż nale­

ży do arystokracji i z tego powodu muszę się uczyć 
mnóstwa różnych rzeczy o tym, jak powinnam się za­
chowywać. A ja nie chcę, nie chcę, nie chcę... 

-Z Elise było podobnie... - rzekł Knut ochrypłym gło­

sem. - O jej rękę też się starał pewien stary rozpustnik... 

Ale Kristoffer nie był arystokratą z Danii... 
- Wszystko dobrze się skończyło - mówił dalej, uświa­

damiając sobie, że obu sytuacji nie da się porównać. 

Mimo to chciał Annie jakoś pokazać, że jest w sta­

nie zrozumieć jej problem. Sam przed sobą przyzna­
wał jednak, że przekracza to jego możliwości. 

- Reijo... tato pozwolił Elise wyjść za tego, którego 

kochała - zakończył zakłopotany. Nie był pewien, czy 
jest sens o tym mówić. 

- Mój ojciec nie cofnie danego słowa - oznajmiła 

Anna. Stanowczość tego stwierdzenia przekonała rów­
nież Knuta. - Ja nie mogę się sprzeciwić. 

- Jesteś córką pastora, prawda? 

Niebieskie światełka obróciły się ku niemu. 

- Jak odgadłeś? 
Knut skrzywił się. 
- To nie było takie trudne, Anno. 
Teraz wszystko jasne, pomyślał i niemal pożałował, 

że nie pozwolił jej umrzeć na płaskowyżu. 

O Boże, nieźle narozrabiałeś, Knucie Elvejord! 

background image

- Nie chcę wracać do domu! 
Powtarzała to uparcie. W tym względzie była nieugię­

ta. Niezależnie od tego, co mówił Knut, Anna trwała 
przy swoim. 

- Wszyscy myślą, że umarłam - mówiła dalej. - Na 

pewno przestali mnie szukać. 

- Tak sądzisz? 
Knut nie wierzył w to. Poruszą niebo i ziemię, że­

by odnaleźć córkę pastora. Żywą lub martwą. 

- Na pewno myślą, że nie żyjesz - rzekł powoli. - Ale 

będą cię szukać, dopóki nie znajdą. Nie oszukuj samej 
siebie. Jesteśmy zaledwie o parę dni drogi od Alty. 

W jej oczach pojawił się strach. 

- Czy nie mogłabym z tobą zostać? - spytała cicho. 
Knut westchnął ledwie słyszalnie. Coraz bardziej 

przekonywał się o tym, jak bardzo starano się ją w do­
mu chronić. Jak niewiele wiedziała o prawdziwym ży­
ciu. O życiu zwykłych ludzi. 

Minęły trzy dni od czasu, kiedy burza dała za wy­

graną, a dziewięć, od kiedy Anna znalazła się pod opie­
ką Knuta. 

Jak nastroszone pisklę potrząsała głową przy ogniu. 

Przebrała się w swoje rzeczy, ale nadal nie przypomi­
nała wytwornej panienki, jaką była. Nie pod tym da­
chem. Różnice pochodzenia obojga jakby się rozmy-

background image

ły, lecz Knut nigdy nie pozwalał sobie na to, by o nich 
zapomnieć. 

Dyskutowali o tym, lecz zwykle kończyli wymianę 

słów podniesionym tonem i pozostawali każde po 
swojej stronie przepaści. 

Anna nie chciała wracać do domu. 

On zaś musiał ją tam odprowadzić. 
- Czy naprawdę nie mogłabym, Knut? - powtarza­

ła cienkim głosem. - Czy nie mogłabym z tobą zostać? 
Wyzdrowieję. Nie będę ci przeszkadzała. Obiecuję. 

Nie sprawię kłopotu. Potrafię całkiem dużo. Szyć... 

w każdym razie haftować. Mogę prowadzić dom... 

Umilkła, kiedy na nią spojrzał. 
- Czy ty nic nie rozumiesz? - spytał całkiem zrezy­

gnowany. - Czy ty zupełnie nic nie rozumiesz, dziew­
czyno? Czy myślisz, że potrzeba mi kogoś takiego jak 
ty? Z twoją umiejętnością haftowania i prowadzenia 

domu? Jeśli będę szukał kobiety, to wybiorę taką, któ­
ra zna się na bardziej przydatnych rzeczach. Hafty nie 
na wiele mi się przydadzą, Anno. 

- Nie to miałam na myśli. - Rozzłościła się, ale i za­

czerwieniła ze wstydu. - Nie chcę zostać twoją... twoją... 

- ... żoną - dokończył Knut zmęczony. - Widzisz sa­

ma, Anno, że to bez sensu. Nie mogę cię ze sobą za­
brać. Znajdą nas. A wtedy będą się zastanawiać, dla­

czego chłopski syn wędruje z córką pastora. Zoba­
czysz, że trafię za to do więzienia. 

- Bzdury - odparła. - W tym kraju istnieje prawo i sąd. 
Knut uśmiechnął się wyczerpany. 
- Tak, dla takich jak ty, moja droga. Ale nie dla ta­

kich jak ja. Nas łatwo jest wtrącić do więzienia pod 
byle pretekstem. 

background image

- Możemy uciec daleko stąd... Nie muszą nas znaleźć... 

O Boże, o czym ona marzy! 
Powstrzymał Annę od wyszukiwania kolejnych ar­

gumentów. Zmęczyły go jej fantazje. Cudze marzenia 

najmniej mu były potrzebne. Nie chciał żyć według 

cudzych wyobrażeń. 

- Nie mogę wyjechać daleko stąd - oświadczył. - Mu­

szę zostać tutaj. Później na pewno wyjadę. Ale nie te­

raz. Nie wcześniej niż przed nastaniem lata. 

- Myśliwym chyba wszystko jedno, gdzie polują, 

chodzi im tylko o przestrzeń? 

Dziewczyna myśli piekielnie logicznie! 
- Mnie nie jest wszystko jedno - rzucił krótko. 

- Jesteś trochę zbyt tajemniczy - odezwała się An­

na zamyślona. 

Popatrzyła na niego badawczo. Właściwie do tej po­

ry jeszcze mu się dokładnie nie przyjrzała. 

- Czy zrobiłeś coś złego? - spytała. - Czy jesteś po­

szukiwany? 

- A czy wtedy mieszkałbym tu, kilka dni drogi od 

Alty? 

- Nie, to się nie zgadza. Ale nie jesteś też prawdzi­

wym myśliwym. Jesteś za młody... zbyt... 

Anna nie znalazła odpowiedniego słowa. Nie przy­

szło jej do głowy, że Knut jest zbyt niedoświadczony. 

W jej oczach był dorosły. 

Przemknęła jej przez myśl na wpół zapomniana le­

genda związana z tymi stronami. Zaczęła mówić bez 

zastanowienia: 

- Szukasz skarbu Kwena, prawda? Jesteś poszuki­

waczem przygód, który wierzy w te plotki o złocie. 

Ale go nie znajdziesz. To istne bzdury. Już wielu ma-

background image

rzycieli tu szukało, ale złota nie ma. Nie ma skarbu 
Kwena. To tylko legenda. Bajka. 

Zamilkła, zdumiona jego reakcją. Zbladł, a jego 

twarz ściągnęła się. Jakby ją ktoś wyciosał z kamienia. 
Tylko oczy pozostały żywe, ciskały ku niej błyskawi­

ce. Miał ładne, brązowe oczy. Najbardziej brązowe 
z tych, jakie kiedykolwiek widziała, choć być może 
z powodu oszczędnego światła w ziemiance sprawiały 
takie wrażenie. 

Pewnie to tylko złudzenie. 

- Tak, może szukam skarbu - syknął przez zaciśnię­

te zęby. - Może jednak różnię się od tych wszystkich 
marzycieli. Może właśnie ja go znajdę... 

- Nie ma żadnego skarbu - powtórzyła bez przeko­

nania. 

Determinacja Knuta przeraziła Annę. 
Czy zachowywał się tak dlatego, że był biedny? Czy 

marzenie o niezmierzonych bogactwach przywiodło 
go tutaj, ponieważ tak mało posiadał? Czy dlatego, gdy 
mówił o złocie, wydał się jej szaleńcem? 

Nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć. Zawsze wszyst­

ko miała. Nigdy jej niczego nie brakowało. 

- To prawda, nie ma żadnego skarbu Kwena - rzekł 

Knut, akcentując ostatnie słowo. 

Anna go nie przejrzała. Jeszcze nie. 
- Takie rzeczy opowiada się dzieciom - powiedziała. 

- Nasłuchałam się kiedyś tych bajek. Od opiekunki... 

- Ja jestem tylko synem rybaka - odezwał się Knut. 

- Nieuczonym biedakiem, który wierzy w bajki. 

W złości narzucił na siebie kurtkę. Złapał sakwę i ru­

szył do wyjścia, nie patrząc na dziewczynę. 

- Dokąd idziesz? 

background image

Nie odpowiedział. Zatrzasnął za sobą drzwi chaty. 
Nienawidził Anny. Nienawidził tej sztucznej dziew­

czyny z jej pokorą i fałszywym wychowaniem. Nienawi­
dził jej za drwinę w głosie. Nienawidził za słowa, które 
były bardziej uczone niż te, które sam znał. Nienawidził 
za sposób, w jaki mówiła - jedynie z lekką naleciałością 
północnego dialektu. Nienawidził jej i nie był w stanie 
oddychać tym samym powietrzem co ona... 

Założył narty, nie oglądając się za siebie. Od drzwi 

darniowej chaty doszedł go głos Anny, odważyła się 
więc wyjść za nim. Nieźle jak na jej wysokość! 

- Nie wolno ci jechać do Alty! Nie wolno ci im po­

wiedzieć, gdzie jestem! 

Knuta opanowała taka złość, że nie zamierzał się li­

tować. Chciał być niedobry. Miał przeogromną ochotę 
ją zranić. Zranić ją jeszcze bardziej, niż ona go zraniła 
- nieumyślnie, ponieważ nie mogła przecież wiedzieć... 

Uśmiechnął się, ukazując zęby. Jej strach sprawił 

mu przyjemność. 

Nagi, nieudawany strach. 
Długo mógłby go wykorzystywać... 

- Nie pytam cię o pozwolenie, córko pastora. Sły­

szysz? Jestem wolny i mogę robić, co chcę. 

Nie miał zamiaru jechać do Alty. Ale niech tak my­

śli. Może dzięki temu stanie się mniej zarozumiała. 
Nie lubił, kiedy dzieciaki się z niego wyśmiewały. 

- Drogi Knucie, nie pozwól, by się dowiedzieli, 

gdzie jestem! Proszę cię! Błagam! 

Jej prośby smakowały jak cukier. Nie odpowiedział. 

Odepchnął się tylko kijkami i pomknął przed siebie. 
Nie wiedział, czy będzie tak stała, aż zniknie jej 
z oczu. Napawał się poczuciem zwycięstwa. 

background image

Wiedział, że Anna się bała. 
Władza oszałamiała go. 

Złość jednak szybko minęła. Kiedy zostawił za sobą 

cztery-pięć pierwszych zasypanych śniegiem sideł, nie 
czuł już nienawiści. We wszystkie sidła złapały się pta­
ki. Tó oznaczało jedzenie, które właśnie im się skończy­
ło. Ale Anna o tym nie wiedziała. Nie powiedział jej. 

Zaczął się zastanawiać i uznał, że niesłusznie miał 

do niej pretensje. 

Nie wiedziała, że go rani. Sprawiła jednak, że jego 

marzenie nie było już takie wzniosłe. Że wszystko, dla 
czego żył, stało się śmieszne i dziecinne. Nie wierzyła, 

że fantazja może zmienić się w rzeczywistość. Była jak­
by ponad tego typu sprawami, a przez to Knut poczuł 
się gorszym niż ona człowiekiem. 

„Skarb Kwena". 
Knut wykrzyczał do siebie te słowa, sunąc na nar­

tach po śnieżnych zaspach i skrzypiącej, stwardniałej 
skorupie. 

Przestraszył stadko pardw w oddali: poderwały się gwał­

townie i spłoszone szukały bezpieczniejszych miejsc. 

Skarb Kwena... Omal się nie zdradził. Już miał po­

wiedzieć, że to nie jest skarb Kwena. Ponieważ Karl 
Kristiansen Elvejord, nigdy nie był Kwenem. Kalle był 
norweskim chłopem znad fiordu, nie gorszym od in­
nych. Jasnowłosym i niebieskookim i do tego nigdy nie 
nauczył się porządnie mówić w języku swojej żony. 

Nie, na Boga, to żaden skarb Kwena! 
Wszystko się w Knucie gotowało. Dała o sobie znać 

cała gorycz, która wzbierała w nim w ziemiance. 
Wszystko, co zwracało się przeciw Annie i za co przy­

pisywał jej winę. 

background image

Stopniowo jednak zaczął się uspokajać. Tłumaczył 

sobie, że była tylko zbyt troskliwie wychowywanym 
dzieckiem. Powtarzała tylko to, co mówili jej inni. Ci, 

w kręgu których się obracała, nie mieli nic dobrego do 
powiedzenia o pospólstwie. Nie wiedziała, jak to jest 
być Knutem Elvejordem, posiadającym tylko jedno 

marzenie, które dodawało mu skrzydeł. Mógł przecież 
spotkać gorsze córki bogaczy niż ona. Anna, jak mu 
się zdawało, przynajmniej potrafi myśleć. 

Knut przypomniał sobie, jak bardzo Elise się bała, 

kiedy Kristoffer starał się o jej względy. 

Kristoffer zajmował co prawda pozycję o jeden 

szczebel wyższą niż oni, ale mieszkał nad tym samym 

fiordem. 

Wszyscy zgodnie uważali, że Elise, ich urocza, mło­

da, łagodna Elise, była zbyt dobra dla tego starego 
dziada. Że byłoby zbrodnią kazać jej poświęcić swą 
młodość i życie dla małżeństwa z nim. 

Być może Anna była piękna. Knut nadal tego nie 

wiedział. Miała ładne oczy, ale nic.więcej nie da się po­
wiedzieć, dopóki nie zacznie wracać do swego dawne­

go wyglądu. Nie wiadomo, ile to może potrwać. Nie 

wiadomo, czy zdąży to zobaczyć. 

Była bardzo młoda. 
Nie kazano jej wyjść za kogoś mieszkającego 

o ćwierć mili dalej. Lecz zamierzano wysłać do obce­
go kraju, do człowieka o wiele od niej starszego, o któ­
rym nic nie wiedziała. Miała mieszkać w obcym domu 
- z pewnością w jakimś pałacu lub przynajmniej bo­

gatym dworze, miała go prowadzić... Wokół otaczali­
by ją obcy ludzie. Mówiący w obcym języku. Przyja­
ciele męża, dwa razy starsi od niej. 

background image

To oznaczałoby nie tylko kres młodości, która jesz­

cze na dobre się nie zaczęła, ale koniec życia. 

Nigdy nie pozwolono by jej być tą Anną, którą by­

ła w głębi duszy. Tą, którą Knut trochę poznał w cią­
gu tych kilku dni. 

Zauważył, że dziewczyna stara się ukryć swe praw­

dziwe ja. Że z pewnością robi to na co dzień, więc pra­
wie nie zdaje sobie z tego sprawy. 

Jak łatwo udało się jej uciec. Zniknąć jak ślady nart 

na świeżym śniegu. 

Knut zatrzymał się gwałtownie. 
Najbardziej oddalone sidła mogą poczekać. Zdobył 

trochę pożywienia, więc przez parę dni dadzą sobie ra­
dę. Wyglądało na to, że jednostajność jadłospisu jesz­
cze Annie nie dokuczała. 

Nie warto zbytnio straszyć dziewczyny. Trudno po­

wiedzieć, co może jej wpaść do głowy, jeżeli uwierzy, 
że naprawdę wybrał się do Alty z zamiarem zdradze­
nia jej kryjówki. Żeby ją wydać. 

Nadal była słaba. Potrzebowała czasu, żeby dojść do 

siebie. 

Choć nie miał innego wyboru, jak odprowadzić ją 

do domu, nie musiał się śpieszyć. Mógł odwlec to jesz­
cze o kilka dni. 

Anna zdała sobie sprawę, że toczyli między sobą pew­

nego rodzaju walkę. Zrozumiała, że przyczyną jest prze­
paść, jaka ich dzieli z powodu różnicy pochodzenia. 

Ponieważ sama cierpiała, była w stanie zrozumieć 

rozterki Knuta. 

Ale nie pojmowała jego złości. 
Ona się nie złościła, jedynie smuciła. Taki wybuch zło­

ści przerażał ją. Był czymś nieznanym i niebezpiecznym. 

background image

Ojciec się nie złościł. Nie w ten sposób. Złość ojca 

była inna, wielka i głęboka, i wiązała się z groźbami i ka­
rami. Ojca złość ściśle wiązała się z rozczarowaniem. 

W Knucie wzbierał gniew - czego nawet nie zauwa­

żyła - wybuchł i zniknął. 

Anna nie wiedziała, jak się zachować. 
Czy liczył na to, że sobie pójdzie? Że jeszcze raz 

spróbuje szukać śmierci? 

Nie miała odwagi. Poprzednim razem było łatwo. 

Płakała na łóżku. Płakała i wyobrażała sobie, jak wy­
chodzi na mróz i zamarza na śmierć. 

Że potem ją znajdują - bladą i zimną, a skruszony, 

pogrążony w smutku i dręczony wyrzutami sumienia 
ojciec wygłasza piękną mowę nad grobem córki. 

Wszystko to ujrzała w wyobraźni. Widziała swój grób 
porośnięty polnymi kwiatami. Ludzie zatrzymywaliby 

się przy nim, czytaliby jej nazwisko i daty na zwykłym 
drewnianym krzyżu, pociągaliby nosami i mówili, że 
tak młodo umarła. 

Zdawało się to takie piękne, że Anna jeszcze bar­

dziej się rozpłakała. I nabrała odwagi, żeby zrobić to 
naprawdę. To, na co nie zdobyła się wcześniej. 

Oczywiście, postąpiła głupio. 
Teraz wiedziała już lepiej. Drugi raz by tego nie uczy­

niła. 

Jazda na nartach nocą okazała się czymś zupełnie in­

nym niż krótkie wycieczki z matką w ciągu dnia. Dopie­
ro po jakimś czasie Anna zorientowała się, że jest zbyt 
lekko ubrana. Poczuła się głodna. Było jej zimno, kiedy 
się zatrzymywała, choć przecież i tak miała umrzeć. 

Nie dostrzegała sprzeczności między tymi dwiema 

myślami. Szła tylko przed siebie, nie mając pojęcia, 

background image

gdzie się znajduje. Szła i szła, i szła. Odpoczywała tro­
chę i szła dalej. Nie pamiętała, jak długo. Ostatnie 
chwile spowijał zbawienny mrok. 

A potem obudziła się u Knuta. 
Między tymi momentami widziała cudowne świa­

tło, którego jednak nie potrafiła dokładnie opisać. Coś 
czuła, coś przeżyła, ale było to na tyle pozbawione 

konturów, że nie dałoby się opisać słowami. 

Nie wyszłaby ponownie na mróz. 
W swej niewiedzy sądziła, że tak po prostu zamar­

znie na śmierć - łatwo i szybko. 

Nie miała pojęcia, co mróz może zrobić z twarzą. Za­

nim nie przeciągnęła dłonią po skórze i nie dotknęła stru­
pów, nie poczuła, że nawet kształt jest zmieniony. Knut 
spokojnie, lecz stanowczo odciągnął jej dłonie. Patrzył na 
nią ze smutkiem, ale zapewnił, że niedługo będzie wyglą­

dała jak kiedyś. Nabawiła się odmrożeń. Mogło być go­
rzej. Wydobrzeje. 

Anna nie miała co do tego pewności. 

Uważała, że jest całkiem ładna. Nie uderzająco pięk­

na. Ojciec był krępy i gruby, a matka zbyt niepozor­
na, by córka mogła wyróżniać się niezwykłą urodą. 

Ale była ładna. 
Zdawała sobie sprawę, że jej oczy są jedyne w swoim 

rodzaju. Jeden z braci powiedział, że ma fiołkowe oczy. 

Knut na pewno nawet nie wie, co to są fiołki. 
Minie sporo czasu, zanim znowu odzyska dawną 

urodę. 

Zresztą to nie ma już żadnego znaczenia. Skoro mu­

si wyjść za mąż za Duńczyka, to na złość chciałaby 
być jak najbrzydsza. 

O, nie, tego również by nie chciała. Pragnęłaby wy-

background image

glądać jak zwykle. Mieć tę samą twarz, którą tak czę­

sto oglądała w swoim pokoju w lustrze. Ojciec mówił, 

że to niebezpieczne, gdyż w ten sposób uczyła się 

próżności i traktowania własnego wyglądu jak bożka, 

dla którego się żyje. 

To nieprawda. Nie było tak, ale ojciec nie mógł zro­

zumieć. Chciała jedynie być sobą. 

Teraz. 
Zanim wróci Knut. 

A on nie chce mieć z nią nic wspólnego. 

Uff, wszystko stało się zbyt trudne, zbyt skompli­

kowane. 

Nic nie poradzi na to, że czuje się głupia i zagubio­

na. Jest razem z Knutem i do tej pory nie narzekała. 

Nawet jeśli chłopak jest tylko brudnym Kwenem bez 

wykształcenia, niezbyt pobożnym i gruboskórnym, 

a na dodatek nieodpowiedzialnym poszukiwaczem 

przygód. 

Mimo to dawno nie było jej tak... dobrze. 

Czuła ból w całym ciele. Dokuczały bolesne pęche­

rze, z których ciekła żółta i zielonkawa wydzielina. 

Wolała nie myśleć, że taką ją widział. 

Anna czekała. Płakała. 

Była przekonana, że Knut pojechał do Alty. Był na 

nią taki wściekły. 

Wkrótce przyjdą i ją zabiorą. A potem zamkną w jej 

pokoju i posadzą nad Biblią, otwartą w odpowiednim 

miejscu. Ojciec ją zgani. Spojrzy z wyrzutem i spyta, 

jakiego złego ducha tym razem posłuchała. 

A matka będzie łkała gdzieś w kącie. 

Wyślą do Danii... 

Anna zasnęła. 

background image

Obudził ją odgłos nart. Odgłos nart na śniegu, skrę­

cających, zanim zatrzymały się przed chatą. 

Dziewczyna usiadła. Nasłuchiwała całym ciałem, 

nie tylko uszami. Jedna para nart. Nie słychać innych. 

Tylko Knut... 
Czyżby mimo wszystko nie pojechał do Alty? 

Serce waliło mocno w piersi.  O b y był sam. Wyba­

czy mu wszystko, oby tylko był sam. 

Knut był sam. W dodatku z nosem spuszczonym na 

kwintę i pełen wyrzutów sumienia. Obiecał sobie, że 
nie będzie dla niej surowy. 

Powinien zachować się jak dojrzały mężczyzna. 

Anna nie odezwała się, kiedy wkroczył do środka. 

Poświęcił trochę zbyt dużo czasu na strzepanie z sie­
bie śniegu. Zamknął starannie drzwi i spojrzał na nią 
ukradkiem, zanim odważył się popatrzeć jej w oczy. 

Bała się. 

Ale miała na tyle rozumu, żeby jako tako podtrzy­

mać ogień w palenisku. To przemawiało na jej korzyść. 
Gdyby pomieszkała wśród prostych ludzi przez kilka 
miesięcy, pozbyłaby się manier wydelikaconej panien­
ki. Nabrałaby kolorów i znalazła dość powodów, by 
prosto trzymać głowę. 

Chłopak wiedział jednak, że w najbliższym czasie 

powinien zaprowadzić ją tam, gdzie jest jej dom. 

- Sprawdziłem sidła - rzekł krótko i zdjął dork, od 

wracając się plecami. Drogocenna sakwa leżała u jego 

stóp. Traktował ją jak zwykły worek, tak jak chciał oj­
ciec. W ten sposób mapa była bezpieczna. 

Anna westchnęła, tym westchnieniem mogłaby 

zmusić kamień do płaczu. Odetchnęła z ulgą. 

- Kończyło się nam jedzenie - dodał, a jego głos za-

background image

brzmiał bardziej ostro, niż by na to pozwalały dopie­

ro co podjęte postanowienia. 

- Nie widziałeś... nikogo? 
- N i e . 
- Za parę dni pojedziesz jednak do Alty, prawda? -

spytała. Przełknęła z trudem ślinę i wysunęła brodę, 
starając się wyglądać dorośle. - Nie dostaniesz żadnej 
zapłaty, nie licz na to. Ojciec nie jest taki. Wpuści cię 
głównym wejściem, ponieważ mnie przyprowadzisz, 
ale poprosi cię, byś wyszedł kuchennymi drzwiami. 

Knut wzruszył ramionami. Przykucnął przed pale­

niskiem, tak jak uczyniłby to Ailo. Chciałby, żeby Ailo 

tu był. Albo Simon. Trudno w jednej chwili stać się 
dorosłym i podejmować ważne decyzje. 

- Płaskowyż nie jest dla ciebie - rzekł, rozcierając 

dłonie nad ogniem. - Jesteś zbyt delikatna, Anno. I nie 
mówię tego po to, żeby ci dokuczyć. 

- Ale nie jestem wystarczająco delikatna, by zostać 

duńską szlachcianką - odezwała się cicho. 

Być może miała rację. Knut spojrzał na nią z uko­

sa. Nie przeszkadzały mu strupy na jej twarzy, czego 
tak bardzo się obawiała. Wyglądała gorzej, kiedy ją 
znalazł. Wszystko zmieniało się na lepsze. 

Dziewczęta zawsze martwią się swoim wyglądem. 

Jej oczy jakby przykuwały jego spojrzenie. Te ciem­

noniebieskie szlachetne kamienie na ciągle dość oszpe­
conej twarzy zaklinały go. Wymuszały na nim obiet­
nice, zanim zdążył otworzyć usta. 

- Obiecaj, że mnie uprzedzisz, kiedy zdecydujesz się 

wyruszyć... 

- Zabiorę cię ze sobą - odpowiedział krótko. - Jeśli 

wybiorę się do Alty, młoda panienko, pojedziesz ze 

background image

mną! Nie zostawię cię samej w tej chacie, wyruszając 

w dłuższą drogę. Nie jestem całkiem nieodpowiedzial­

ny. Nie wiadomo, kto mógłby się tu przybłąkać. Le­
piej nie mówić, co by się wtedy z tobą stało, Anno. 

- Myślałam, że pojechałeś właśnie do Alty. 
Knut położył się na skórach. Skrzywił się. Nadszedł 

zatem czas poważnych wyznań. 

- Chciałem, żebyś tak myślała. Chciałem, żebyś się 

bała. Upokorzyłaś mnie, sprawiłaś, że poczułem się jak 
łajno. To bolało. Chciałem, żebyś podobnie cierpiała. 

Anna pochyliła głowę, nieszczęśliwa. Nie przywy­

kła do rozmów z ludźmi jego pokroju. Całkiem nie 
przywykła do rozmów o uczuciach. W domu się o tym 
nie rozmawiało. 

- Nie chciałam ci sprawić bólu - powiedziała zmie­

szana. Pokorna. 

Knuta przeszył dreszcz. Nie znał jej takiej. Nie 

chciał, żeby taka była. 

- Knut, wybacz mi, proszę. Ale ja tak niewiele wiem... 
Tym razem słowa płynęły prosto z serca. Zwróciła 

ku niemu zrozpaczoną twarz: 

- Na pewno jestem samolubna. Na pewno jestem 

próżna. Nie przejmuję się innymi ludźmi, tak jak po­

winnam. Ale znam tak niewielu. Nie wolno mi utrzy­

mywać kontaktów, z kim tylko zechcę. Jesteś dla mnie 
taki... nowy. Obcy. Nie uważam, że jesteś... łajnem. 

Z trudem zdobyła się na wymówienie tego słowa. 

Widząc to, Knut musiał się uśmiechnąć. 

Pomyślał o Idzie, która była dokładnie w wieku An­

ny... O Idzie, która klęła, aż sypały się skry. Błyskawi­
ca mogłaby jej pozazdrościć. 

- Jesteś dziwna, Anno - rzekł z uśmiechem. - Myślę, że 

background image

oboje zawiniliśmy w tym samym stopniu. To stawia nas 
na mniej więcej równej pozycji, co ty na to? Czy nie po­

winniśmy przekreślić tego, co było? Zapomnieć o tym? 

Skinęła bez słowa. 

- Chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi - mówił 

dalej Knut. - Dobrze jest mieć się do kogo odezwać. 
A rozmawiać w każdym razie potrafisz. 

Anna najwyraźniej walczyła ze sobą, pragnąc coś po­

wiedzieć. Nie bardzo rozumiał, co ją powstrzymuje. 

-Jak długo będziesz potrzebował towarzystwa? - spy­

tała. Znowu była pokorną Anną. - Jak długo mam być 
dla ciebie rozrywką, zabawiać cię? Czy nie rozumiesz, 
że teraz ty traktujesz mnie jak... łajno? 

- O Boże, daj mi cierpliwość, spraw, bym wyrażał się 

jaśniej! - zawołał Knut w bezsilności. - Nie to miałem 
na myśli. Ciągle uważam, że byłoby szaleństwem wy­
ciągać cię na mróz. Twoje rany jeszcze się nie zagoiły. 
Nie chciałbym, żeby zostały ci blizny, żebym musiał się 
czuć winny, gdybyś przypadkiem została oszpecona na 

całe życie. Nigdzie się stąd nie ruszymy, dopóki nie wy-
dobrzejesz. Myślałem, że dość jasno dałem to do zro­
zumienia... Naprawdę chciałbym, żebyśmy zostali przy­
jaciółmi, Anno - dokończył łagodniejszym tonem. 

- Zapomnijmy o tym, co było - zgodziła się. 
Zdawała sobie jednak sprawę, że będzie pamiętać. 

Czegoś takiego nie wymazuje się z pamięci. Jednak 
Knut pokazał również tyle dobrych stron, że miały 
one wkrótce przesłonić ciemne plamy. 

Anna łudziła się, że upłynie jeszcze wiele czasu, zanim 

strupy odpadną, a pęcherze całkiem obeschną. Nic na to 
nie poradzi, że tak długo przykro będzie na nią patrzeć. 

Już dawno nie było jej tak... dobrze. 

background image

Knut naprawdę się starał. Wiele razy jakby słyszał 

głos upominającej go Idy, tak jak to ona potrafiła. 

A wtedy starał się postępować wyjątkowo delikatnie. 

Coś, na co Ida pokręciłaby tylko nosem, dla Anny by­
ło trudne do zniesienia. 

To dziwne, że można w takim stopniu mieć wzgląd 

na drugiego człowieka. Knut spostrzegł, że do tej po­
ry myślał przeważnie o sobie, we wszystkim, co robił 
i mówił, brał pod uwagę własne korzyści. 

Teraz spojrzał na siebie w inny sposób. 
Mimo wszystko nie był w stanie wysiedzieć cały 

dzień razem z Anną w ciasnej ziemiance. 

Nawet kiedy był sam, z trudem znosił takie zamknię­

cie w pomieszczeniu, a tym bardziej z drugim człowie­
kiem - z dziewczyną, w dodatku z dziewczyną tak do nie­
go niepodobną jak Anna. Było to zupełnie niemożliwe. 

Knut musiał odbywać swoje codzienne wyprawy po 

drewno, wodę, żywność... 

Zastawił więcej sideł i każdego dnia do kilku zaglą­

dał. Choć nie mówił o tym Annie, szukał również in­
nych śladów. 

Śladów ludzi. 

Do tej pory nie znalazł żadnych. Darniowa chata 

znajdowała się z dala od najbardziej uczęszczanych dróg. 

Ludzie, z którymi szedł na północ, opowiadali, że 

background image

zawsze tam stała. Kiedyś została zniszczona przez wi­
churę, lecz zaraz ją odbudowano. Innym razem się 
spaliła, ale niedługo potem ktoś zadał sobie trud, by 

wznieść ją na nowo w tym samym miejscu. 

Knut lubił o tym myśleć. Lubił myśleć o tym, że 

chata gościła wielu innych jemu podobnych ludzi. Ale 
był pewien, że po raz pierwszy pod tym zadymionym 
dachem znalazł schronienie ktoś taki jak Anna. 

Do wiosny ciągle jeszcze pozostawało sporo czasu. 

Knut denerwował się. Nie planował, że zabawi tak 
długo w jednym miejscu. Aha miała być jego punktem 

wyjścia. Tak w każdym razie postanowił, siedząc w do­

mu nad fiordem Lyngen, gdzie pokryte śniegiem góry 
niczym solidne ściany otaczały jego świat. 

Teraz nic nie ograniczało mu widoku, lecz nie za­

szedł daleko. 

Mapę naszkicowaną przez ojca należało czytać 

w Alcie jako punkcie odniesienia. Knut doszedł do te­
go wniosku, wpatrując się miesiącami w ledwie wi­
doczne brązowe kreski na skórze. 

Niektóre z linii nigdy nie były częścią mapy - po­

wstały w wyniku używania skórzanego worka do ce­

lów, do jakich został zrobiony. 

To już tyle lat. 
Knut nigdy przedtem tu nie był. Nie znał tej krainy. 
Wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Wiedział 

o tym. Ale uparcie dążył do celu. Jedyne, czego pra­
gnął, to urzeczywistnić marzenia. 

Pocieszał się myślą, że jego tato odnalazł skarb, bę­

dąc tu po raz pierwszy. Przed Kallem, synem rybaka 
z wioski nad fiordem, odkryła swe bogactwa nie zna­
na mu wcześniej kraina. 

background image

Zdarzyło się tak kiedyś - mogło się zdarzyć znowu. 
Tego popołudnia niebo okrywał płaszcz mrozu. 

Właściwie to już wieczór, poprawił Knut w myślach. 

Na moment zatrzymał się i podziwiał grę barw na ho­
ryzoncie. Czerwone i żółte, podobne do ognia, który 
jednak zamiast płomieni miał lodowe języki. Rozhula­
ły się bez opamiętania ponad pokrytym śniegiem pła­

skowyżem, tak że trudno było stwierdzić, gdzie jest 
niebo, a gdzie ziemia. 

Knut poprawił swój ładunek. Dziś nazbierał drewna 

na opał. W większości drobne gałązki. Zaszedł nawet na 
tyle daleko, że znalazł miejsce przypominające zasypany 

śniegiem brzozowy zagajnik. Odkopał śnieg na taką głę­
bokość, że ledwie wystawała mu głowa, i wyciął trochę 
grubszego drewna. Dwa drzewka zachował w całości. 
Długo szukał czegoś takiego. Miał świadomość, że Anna 
nie dojdzie do miasta o własnych siłach, a zaniesienie jej 
na plecach graniczyłoby z nadludzkim wysiłkiem. 

Wprawdzie była niewysoka i szczupła, ale Knut też 

nie należał do olbrzymów. Z trudem przydźwigał ją do 
darniowej chaty, a zawdzięczał to bardziej sile woli niż 
sile mięśni. 

Z tych grubych jak ramię tyczek mógłby zrobić coś 

w rodzaju sanek - proste pułki. Knut Elvejord z pew­

nością lepiej sobie poradzi jako zwierzę pociągowe niż 
jako juczny koń, pomyślał. 

Wyprawa po drewno zabrała mu więcej czasu niż 

zazwyczaj. Zdawał sobie z tego sprawę. 

W głębi ducha jednak rozpierała go duma. Rozwią­

zał pewien problem. Jeszcze tego samego wieczoru za­
bierze się do robienia sań. 

Na długo wcześniej, zanim z łagodnego zbocza zszedł 

background image

ku ziemiance, którą z krzywym uśmiechem nazywał swo­

im domem, zorientował się, że coś jest nie w porządku. 

Lecz dopiero kiedy stanął blisko i nie poczuł charaktery­

stycznego zapachu, który powinien uderzyć go w nos, 

zrozumiał, co jest nie tak Z chaty nie unosił się dym. 

Do diabła! Czyżby Annie nie starczyło rozsądku, 

żeby podtrzymywać ogień w palenisku? Po chwili 

Knuta uderzyła jeszcze gorsza myśl: A może trafili tu 

jacyś ludzie? Czy ją znaleźli? 

A może zbłądzili włóczędzy? Nie należeli oni do 

najlepszych dzieci bożych i nie powstrzymałyby ich 

żadne skrupuły przed wykorzystaniem takiej mło­

dziutkiej dziewczyny jak Anna... 

Knut możliwie najszybciej wyskoczył z nart. Ruszył 

do środka z wiązką drewna na plecach i naturalnie 

utknął w drzwiach. Musiał najpierw zrzucić z siebie 

bagaż, zanim mógł wejść. 

Była tam. 

Siedziała owinięta we wszystkie skóry, jakie mieli. 

Również w te służące jako chodniki. Knut znalazł je, kie­

dy się tu wprowadził, wyglądały na brudne i zniszczone. 

Chłopak odetchnął, zanim podszedł bliżej. Stanął 

nad Anną niczym sędzia. Wznosił się niemal do same­

go dymnika w dachu - takim go widziała. Sam Knut 

nie zdawał sobie z tego sprawy. 

Właściwie nie wiedział, co mówi. Nie zastanowił się 

dobrze. 

- Co ty, do diabła, wyprawiasz? Jeśli znowu chcesz ode­

brać sobie życie, mogłabyś przynajmniej wyjść na dwór. 

Wystarczy mrozu, żeby wycisnąć ducha z ciebie i jeszcze 

kilku innych za jednym zamachem. Albo mogłabyś otwo­

rzyć drzwi, wtedy nie musiałabyś nawet wychodzić! 

background image

Spuściła głowę i rozpłakała się. Szlochała jak dziecko. 

Wściekły, odwrócił się od niej. Był na nią tak zły, że 

mógłby udusić ją własnymi, trzęsącymi się rękami. 
Musiał zacisnąć pięści, żeby się opanować. 

Przeklęta, przeklęta, przeklęta, durna smarkula! 

Wychuchana panieneczka! Niech czart porwie wszyst­
kie te zmanierowane, obrzydliwe, beznadziejnie głupie 
bachory jej pokroju! 

Uklęknął przed paleniskiem, połamał ze złością su­

che gałązki, ułożył je starannie w stosik, żeby rozpalić 
ogień. Rozrzucił ponownie, bo musiał jakoś rozłado­

wać wściekłość. 

Przeklinał pod nosem w mowie Raiji i wujka Mattie-

go, która zdawała się mieć niezwykłą siłę w momentach, 
gdy brakowało mu słów. Której ta rozpieszczona paniu­
sia nie rozumiała i z której nie mogła się wyśmiewać. 

Zbudował z gałązek piramidkę, znalazł krzesiwo 

przy palenisku, tam gdzie je poprzednio zostawił. Mu­
siał uderzyć w nie parę razy, zanim pojawiły się iskry. 

Mały płomyk działał uspokajająco. Pochłaniał suche 

patyczki i rósł. - Knut dołożył większe gałązki, roznie­
cił ogień na nowo. 

Dobry Boże, jakże go przestraszyła! 
- Nie udało mi się rozpalić. - Głos dziewczyny był 

cienki i drżący. - Nie udało mi się rozpalić, Knut. Na­
prawdę. Nie potrafiłam. Nie pamiętałam, jak to robi­
łeś. Naprawdę próbowałam, ale mi się nie udało... 

Nie był w stanie się odwrócić. Nie był w stanie na 

nią patrzeć. Siedział nieporuszony przed paleniskiem. 
Ściągnął tylko czapkę. 

Anna płakała. 
- Jestem chyba nie do zniesienia. Nic nie potrafię. Ale 

background image

próbowałam. Próbowałam. Wydawało się to takie pro­

ste, kiedy ty to robiłeś. Nie sądziłam, że to coś trudne­

go. Tylko na trochę się zdrzemnęłam, wtedy ogień zgasł. 

Myślałam, że jest tam jeszcze odrobina żaru, dmucha­

łam i dmuchałam, ale tylko do reszty go zgasiłam... 

Płakała coraz gwałtowniej, tłumaczyła się coraz bar­

dziej nieporadnie. 

Knut słuchał, nie odezwał się ani słowem. Tylko słu­

chał - i był zły na samego siebie. 

Nie pomyślał o tym. 

Do dzisiaj tylko on rozpalał ogień. Tylko on posłu­

giwał się krzesiwem. Po prostu o tym nie pomyślał. 

Zawsze wychodził na krócej... Wystarczyło, że czu­

wała i dokładała drewna. 

Codziennie zostawiał krzesiwo. Zostawiał i przypo­

minał, żeby go użyła, jeśli ogień zgaśnie. A ona kiwa­

ła potakująco głową, ale nic nie mówiła. 

Nie przyszło mu na myśl, żeby ją zapytać, czy umie 

się posługiwać krzesiwem. Wszyscy, których znał, po­

trafili. 

Uczyli się tego jako dzieci. 

Nie spytał jej, czy potrafi rozpalić ognisko. 
Zakładał, że potrafi. 

Teraz zrozumiał, że przypisywał jej umiejętności ze 

świata, który znał. 

Jednak Anna to nie Ida, Maja czy Elise. 

Anna nigdy nie musiała wstawać wcześnie rano 

i rozpalać w niechętnym, krztuszącym się piecu ku­

chennym - nigdy nie czuła nocnego chłodu pod bosy­

mi stopami lub radości z powodu gorąca buchającego 

z otwartych drzwiczek pieca. 

To byłem udziałem służby. 

background image

Nie wpajano jej tego rodzaju umiejętności. Za 

dziewczęta z tej sfery co Anna zawsze inni wykony­

wali większość prac. Anna powinna umieć haftować, 
prowadzić dom, mówić w inny sposób do służby, 

a w inny do osób równych sobie. 

Na tym polegało jej wychowanie. Knut nie pomy­

ślał o tym. 

Święty Boże, jakże była nieszczęśliwa! 

Jej płacz rozdzierał mu serce. Niepotrzebnie się na 

nią tak rozzłościł. Nie zamierzała go przestraszyć, jak 
na początku sądził. 

Wszelkimi siłami powstrzymywał się, by nie podejść do 

niej i nie pocieszyć jej, tak jakby pocieszył Idę lub Maję. 

Nigdy w życiu nie zdobędzie się na to, by ją przy­

tulić i pogładzić po głowie! Nie ma mowy! 

Potrzebowała ramienia, na którym mogłaby się wy­

płakać, ale nie zamierzał podać jej w tym celu swoje­
go. Zbyt duża dzieliła ich przepaść. 

Ale mógł wyjść kilka kroków naprzeciw. Nie kosz­

towało go to wiele. 

- Nie jestem na ciebie zły - rzekł skruszony. - Wystra­

szyłem się. A nie lubię się bać. Czy możesz, do diabła, 
przestać płakać? Nie znoszę mażących się dziewczyn! 

Jego słowa nie powstrzymały strumienia łez. Knut 

właściwie nawet nie wierzył, że poskutkują. Boleśnie 

zdawał sobie sprawę z tego, że nie potrafi rozmawiać 
z dziewczętami. 

Brakowało mu tej łatwości, którą tak hojnie został 

obdarzony Simon. 

Poza tym zwykłe dziewczęta to jedno, a te pokroju 

Anny to coś całkiem innego. 

- Nienawidzisz mnie - stwierdziła. - Nawet nie mu-

background image

sisz tego mówić. Uważasz, że jestem zupełnie bezuży­
teczna. I nienawidzisz mnie! 

Była bliska prawdy, mówiąc, że uważa ją za nieprzy­

datną, ale jej nie nienawidził. 

- Nie masz racji. 
Dołożył więcej drewna. Słuchał płaczu. Nie miał 

wcale ochoty się odwrócić i spojrzeć na Annę. Płaczą­

ce dziewczyny sprawiały, że czuł się niezręcznie, że się 
bał. Miał świadomość, że jest bezradny. 

Płacz to broń, której on jako mężczyzna nie mógł 

użyć, i dlatego tracił grunt pod nogami. Nie wiedział 
też, co mógłby mu przeciwstawić. 

- I tak moje zdanie nie ma znaczenia. - Jego słowa 

zabrzmiały gorzko, ale nie dbał o to. - Kim jestem? 
Obszarpanym, brudnym tułaczem, który brzydko 
pachnie. Czy moja nienawiść lub... przyjaźń mogłaby 
coś znaczyć? Czy mogłaby coś znaczyć dla kogoś ta­
kiego jak ty, Anno? Będziesz mieszkać we wspaniałym 
domu, ja natomiast marzę o drewnianej chacie. Mylisz 
się, mówiąc, że cię nienawidzę, ale nawet jeśliby tak 
było, nikomu nie sprawiłoby to żadnej różnicy. Moja 
nienawiść nic by ci nie zaszkodziła. 

Nie odpowiedziała. Długo płakała. 

Wkrótce w chacie znowu zrobiło się ciepło. Wystar­

czająco ciepło, żeby Knut mógł zdjąć z siebie dork 
i podwinąć rękawy koszuli. 

Anna siedziała nieruchomo. 

Jej twarz zaczynała się goić. W ciągu ostatnich dni 

zeszła brzydka opuchlizna, a po pęcherzach zostały 
tylko plamy na skórze. 

Teraz płacz i łzy znowu oszpeciły tę nową i niewąt­

pliwie ładniejszą twarz. 

background image

Knut westchnął i zdjął z dziewczyny brudne skóry 

podłogowe. 

- Może lepiej, żebyś nie zabierała do domu pluskiew 

- powiedział, siląc się na dowcip. 

Nie roześmiała się. Nawet się nie uśmiechnęła. 
Knut posprzątał trochę w ziemiance. Anna siedzia­

ła skulona i zapłakana, na wskroś nieszczęśliwa i zała­

mana, w tych swoich zbyt wytwornych rzeczach -
i chociaż była nie mniej brudna niż on, chociaż także 
pachniała nieprzyjemnie, widać było, kim jest. Możną 
panienką. Podążała za nim wzrokiem, jak pies wodzi 
oczami za swoim panem. 

Knutowi to się nie podobało. Nie zasłużył na takie 

uwielbienie. Ani na to, żeby go się bała. 

- Do diabła! - zaatakował bez ostrzeżenia. - Nie 

patrz tak na mnie. Nie jestem Panem Bogiem. Nie mo­
gę skazać cię na wieczne potępienie, nie gniewam się 
już. Nie kocham cię do utraty tchu, ale cię nie niena­

widzę. Czy to ci wystarczy, czy mam uklęknąć przed 
tobą i złożyć ręce w pokornej modlitwie? 

- Nie musisz się wygłupiać. 
- Więc jednak się do mnie odzywasz - westchnął. -

Wkrótce będziesz na tyle zdrowa, żeby ruszyć w dro­
gę do Alty. Nie będziemy dłużej skazani na swoje to­

warzystwo. Czy nie moglibyśmy przynajmniej przez 

ten krótki czas być bardziej... 

- ... cywilizowani? - podpowiedziała z lekkim uśmie­

chem, który jednak zaraz zniknął, kiedy zorientowała 
się, że jej nie zrozumiał. - Zachowywać się jak ludzie -
poprawiła się. Poczuła się równie zmęczona jak Knut. 

Skinął głową. 
- Tu przy palenisku jest cieplej. - Wyciągnął ku niej dłoń. 

background image

Przyjęła ją. Pozwoliła, by pomógł jej usiąść na skó­

rach przy ogniu. Przytrzymała jego rękę jak mogła naj­
dłużej. Samo dotykanie drugiego człowieka graniczy­
ło z obcowaniem ze świętością. 

Nie, to blużniercza myśl. 
Bóg usłyszał ją, ale ojciec - nie, ojciec nigdy się 

o tym nie dowie. Za tę myśl jej nie ukarze. 

- Długo nie wracałeś - rzuciła krótko. 
Te trzy słowa uświadomiły Knutowi, że się bała. 

Czyżby i ona odrobinę niepokoiła się o niego? 

- Znalazłem drewno na sanie dla ciebie - odparł. Nie 

patrzył na Annę. - Nie możesz iść pieszo. Nawet gdy­
byśmy odszukali twoje narty, to i tak jedna jest zła­
mana. Nie pozwolę, byś szła taki kawał drogi. To nie 
na twoje siły. 

Miał wiele powodów i wydawały się dość wiarygod­

ne. Annie zrobiło się ciepło wokół serca - zrozumiała, 
że chłopak się o nią troszczy. Troska wynika z dobroci. 

Już dawno nie czuła, by ktoś darzył ją taką dobrocią. 

Mogliby zawrzeć prawdziwą przyjaźń, gdyby mieli 

czas. Jednak czasu zostało zbyt mało. 

- Musisz uważać, którędy chodzisz - rzekła Anna 

lekko drżącym głosem. - Ludzie mówią, że w tutej­
szych stronach krąży potępiony duch. Szuka ponoć 
kobiety, którą kochał i zdradził. I jakby tego jeszcze 
było mało, niektórzy twierdzą, że na własne oczy wi­
dzieli Krwawego Ole, jak tuła się po okolicy, szukając 
tej, którą poślubił, lecz która była już mężatką. 

- Nie wierzę w bajki - mruknął Knut. Poczuł, jak 

zahuczało mu w głowie. 

„Krwawy Ole"... 

Tylko jeden człowiek w Finnmarku mógł nosić ten 

background image

przydomek. Tylko jeden był na tyle okrutny. Knut 
znał kobietę, którą tropił potępieniec. 

- Będzie chyba musiał długo szukać - mruknął. Nie 

odpowiedział na pytanie, które kryło się w oczach An­
ny. - Opowiedz - poprosił. - Choć nie wierzę w bajki, 
bardzo lubię ich słuchać. Kim był Krwawy Ole? To 

wygląda na historię, która może mi się spodobać... 

- Mówisz tak, jakbyś go już znał. 
Anna spojrzała na Knuta badawczo, ale zachowywał 

się całkiem zwyczajnie. Chyba jest przewrażliwiona 
i zbytnio przesadza. Przypisała to w końcu jego poczu­
ciu humoru - nie wiedziała, z czego się śmieją ludzie 
tacy jak on. Wiedziała tak niewiele... 

- Nie miałem przyjemności go poznać - odparł. -  N o , 

opowiadaj! 

- Krwawy Ole żył w czasach, zanim się urodziłam 

- zaczęła. - Ciebie też chyba jeszcze nie było na świe­
cie. Przez krótki okres sprawował urząd wójta w Al­
cie. Przedtem był najbardziej zaufanym człowiekiem 
poprzedniego wójta. Poborcą podatkowym i człowie­
kiem do wszystkiego. Wiele krążyło plotek na jego te­
mat. Był surowym i zimnym człowiekiem, diabłem 

w ludzkiej skórze. Jego przydomek miał zatem swoje 
uzasadnienie. 

- A więc on żył naprawdę? - wtrącił Knut. Uważał, 

że powinien o coś zapytać. 

Przytaknęła energicznie. 

- Ojciec pamięta go. Wtedy był już pastorem. Mó­

wi, że ta kreatura zawsze przyprawiała go o dreszcze, 
że wiedział, iż to diabeł w ludzkiej skórze, a to, co się 

potem zdarzyło, nie było dla ojca zaskoczeniem... 

Zaczerpnęła powietrza, zanim zaczęła mówić dalej. 

background image

Pochwały na temat wiedzy ojca o ludziach brzmiały 

jak wyuczone. 

- Został wybrany na wójta z pominięciem wszelkich 

obowiązujących przepisów. Obiecano to staremu wój­

towi na łożu śmierci. Ole przeprowadził się do domu 

tamtego razem ze swoją lapońską żoną. Była drobna 

i piękna, a włosy miała kruczoczarne. Mówią, że była 

córką noaidy, wiesz, takiego czarownika... 

Knut skinął głową. Jego twarz zastygła w bezruchu. 
- Jak miała na imię? 

- Nazywała się Raija. Pięknie, prawda? Nikt nie 

wiedział o ich związku zbyt wiele. Prawie nie utrzy­

mywali kontaktów towarzyskich. Ludzie zastanawiali 

się nad tym, skąd Ole wziął swą żonę. Wszyscy mówi­

li, że ją porwał. On taki był. Brał to, co chciał. W każ­

dym razie byli małżeństwem. Mój ojciec udzielał im 

ślubu, myślał, że wszystko jest w porządku. Wójt to 

człowiek władzy, trzeba więc polegać na jego słowie. 

Pewnego wieczoru, na balu kostiumowym zorganizo­

wanym przez Olego, pojawił się jakiś nieznajomy. Lu­

dzie widzieli, jak żona wójta rozmawiała z obcym 

w ogrodzie. Widzieli, jak się obejmowali. Krwawy Ole 

także był tego świadkiem. Wtedy bardzo pobił Raiję. 

Bił ją i wymyślał jej, a potem wrócił do swego towa­

rzystwa, jak gdyby nic się nie stało. Kiedy przyjęcie się 

skończyło, Raija zniknęła, a przed wejściem dla służ­

by znaleziono nieznajomego z poderżniętym gardłem. 

- To okrutna historia - rzekł Knut Zaschło mu w ustach. 

Słyszał już przedtem jej fragmenty. 

- To jeszcze nie koniec. Krwawy Ole szukał swej żo­

ny. Był pewien, że ona to zrobiła. Ze zabiła tego męż­

czyznę. W mieście wszyscy byli przekonani, że morder-

background image

stwa dokonał on sam, z zazdrości, ale nikt nie odważył 
się tego otwarcie powiedzieć. Krążyło też wiele historii 
o piwnicy w domu wójta. Ale Raija wróciła. Razem 
z pewnym Finem, który twierdził, że jest jej mężem. 
Mieli na to dokument. Tak więc małżeństwo z wójtem 
okazało się nieważne. Ojciec widział te papiery na wła­
sne oczy. Sędzia też je oglądał i mówił jeszcze, że ów Fin 
miał złoto. To sędzia pomógł im uciec, zanim Krwawy 
Ole ich dostał... Jednak mąż Raiji wkrótce potem umarł. 
Został pochowany w Alcie. Ktoś nadal pielęgnuje jego 
grób. Raija natomiast wyjechała z innym mężczyzną. Że­

by zabrać pozostałe złoto. Ojciec uważa, że je znalazła. 
Spotkał ją ponownie. Wtedy udzielił jej ślubu z tym 

człowiekiem, z którym wyjechała z Alty. Miała otwo­
rzyć sklep. Ojciec mówi, że była piekielną kobietą... 

Anna zamilkła. 
- Najgorsze jest to, że wydaje mi się, iż w głębi du­

szy ojciec trochę ją podziwia. W jego głosie brzmi nie 
tylko pogarda, kiedy o niej opowiada. 

- Co się stało z Olem? Z Krwawym Olem? - spytał 

Knut, chociaż wiedział, że utopił się w grocie niedale­
ko osady rybackiej, gdzie Raija prowadziła sklep. 

- Zniknął. Wiele świadczyło przeciw niemu w spra­

wie o to morderstwo dokonane na nieznajomym. Ludzie 

nie mogli przecież się zgodzić, żeby wójtem był człowiek 
podejrzany o zabójstwo, prawda? Zaproponowano mu 
rezygnację i tak uczynił. Nie wrócił już do Alty. Ludzie 
mówią, że nie żyje. I że można go czasem zobaczyć 

w tych okolicach. On nadal szuka Raiji. Chce się na niej 
zemścić. To przez nią stracił wszystko, co miał. 

- Czy ta historia nie mówi nic więcej o złocie? 
Dziewczyna potrząsnęła głową. 

background image

- Według tej opowieści nie ma już żadnego skarbu. 

Plotka głosi, że Raija zabrała skarb po swoim mężu. 

Nic nie zostało dla innych poszukiwaczy przygód. Mó­

wią jednak, że to było gdzieś tutaj. Dlatego wielu szu­

ka w tych okolicach... i żaden z nich nic nie znalazł. 

Knut uśmiechnął się nieznacznie. 

-Ja jestem inny niż większość z nich. Zobaczysz, An­

no, że to ja znajdę skarb. Nie sądzę, żeby Raija coś zna­

lazła. Myślę, że Kalle był jedynym, który dotykał złota. 

- Skąd znasz jego imię? 

Knut pożałował, że w porę nie ugryzł się w język. 
- Słyszałem również inne opowieści - odparł niespe-

szony. 

Ale wiedział, że mu nie uwierzyła. Niezupełnie. Za­

czynała go traktować jak romantycznego i tajemnicze­

go bohatera. 

Nigdy nie chciał, by tak się stało. Musi ją jak naj­

szybciej odprowadzić do domu pastora. 

background image

Nazwanie Anny i Knuta serdecznymi przyjaciółmi 

byłoby z pewnością przesadą. Ale coś ich do siebie 
zbliżyło po tym wieczorze, kiedy opowiedziała mu le­
gendę o Krwawym Olem. Dzięki tej dziwnej historii 

Anna miała mały udział w życiu Knuta. 

Nie wiedziała o tym. 
Nie zdradził jej imienia swojej matki. Nie przyznał 

się, że jest synem „Kwena" pochowanego w Alcie. Nie 
dodał ani słowa więcej do tego, co już wiedziała. Nie 
było takiej potrzeby. Ich drogi wkrótce miały się ro­

zejść. Wystarczyło, że się wzajemnie tolerowali. Do 
pewnego stopnia nawet się polubili. 

Poznali się lepiej i stali się innymi ludźmi. 
Knut zrozumiał, że nie wszystko w życiu bogatych 

jest takie wspaniałe, jak mu się wydawało. Zdał sobie 
sprawę, że oni również mogą cierpieć. Pieniądze, wła­
dza i pozycja same w sobie nie dają szczęścia i zado­

wolenia. Przekonał się, że bogaci nie zawsze patrzą 

z góry na innych. Anna nieraz mówiła przykre rzeczy, 
raniła go, ale nie robiła tego ze złej woli. Powtarzała 
to, co słyszała wiele razy - myślała i postępowała tak, 

jak została wychowana. 

Na początku wydawała mu się rozpieszczoną pa­

nienką. Później widział w niej coraz więcej ze zwykłe­
go człowieka. 

background image

Anna natomiast zrozumiała, że nawet prości ludzie 

mogą mieć coś do powiedzenia. Knut nie był głupi. Nie 
ukończył wprawdzie szkół i nie zdobył wykształcenia, 
ale mogła bez przeszkód się z nim porozumieć. Rozu­
miał ją, chociaż nie zawsze rozumiał słowa, których 
używała. Był wartościowym człowiekiem, chociaż nie 
mył się codziennie - byłoby to trudne w środku zimy 

w nieszczelnej ziemiance. 

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że wiele zachowań 

prostych ludzi było podyktowanych praktycznymi 
powodami, czego należący do jej klasy nie rozumieli. 
Ona też. 

Pojęła, że można polubić kogoś mimo różnicy po­

chodzenia. Tak bardzo polubić, że zapomina się 
o wszystkim, co dzieli. 

Jej ideałem mężczyzny był rycerz na koniu. Na bia­

łym koniu, w błyszczącej zbroi, zawsze gotów bronić 
swojej damy, zawsze gotów iść dla niej na śmierć, 
chronić ją przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Za­

wsze elegancki, nawet bez swego wojennego rynsztun­

ku - i szarmancko zabiegający o względy wybranki. 

Na tyle pozwalała sobie w myślach o mężczyznach. 

Nie liczyła na to, że spotka kogoś takiego w Finnmar-
ku. Nigdy nie wyobrażała sobie swej przyszłości w tej 
krainie, która prawie nie miała lata. 

Zawsze myślała, że wyjdzie za młodego mężczyznę, 

i uważała za oczywiste, że będzie go kochała - choć 
nie wiedziała jeszcze, co to znaczy - i że sama będzie 
kochana. 

Powinien mieć przynajmniej twarz rycerza. A zbro­

ja i biały koń to już sprawa drugorzędna. 

W Danii nie czekał na nią młody rycerz, lecz doj-

background image

rżały mężczyzna. Stary mężczyzna. Mężczyzna z tytu­
łem. Knut miał w sobie więcej z rycerza niż jej przy­

szły mąż. Była o tym przeświadczona, chociaż nigdy 
nie spotkała hrabiego. 

Anna niewiele wiedziała o stosunkach między ko­

bietami i mężczyznami. Knut sprawił, że czuła się głu­
pia. Powiedział, że miał wiele dziewcząt. Świadoma te­
go, Anna starała mu się lepiej przyjrzeć. 

Pod brudem i rzadką brodą widziała twarz, którą 

wielu uznałoby za pociągającą. Nie wyglądał na bar­

dzo męskiego i szorstkiego, raczej na delikatnego. Je­
mu by się to nie podobało. Nie miała pewności. Męż­
czyźni myślą chyba inaczej niż dziewczęta. 

Niebieskie oczy, często szukające schronienia za 

grzywką, były wyraziste. Gęste brwi, przypominające 
skrzydła ptaka w locie. 

Niepokoiło ją coś w okolicach jego ust, nie mogła 

na nie patrzeć, gdy się pojawiało, nie za długo. Ale ład­
nie się uśmiechał - zwróciła na to uwagę. 

Poza tym właściwie nie różnił się od innych męż­

czyzn w jego wieku. 

Anna nigdy nie pozwalała sobie na dokładne przy­

glądanie się męskiemu lub chłopięcemu ciału. Uczono 
ją, że to jej nie przystoi, mogłoby przywołać nieczyste 
myśli. Tylko nieprzyzwoite kobiety snuły wyobrażenia 
o męskich ciałach, o związkach z mężczyznami, tylko 
nieprzyzwoite kobiety pozwalały dać się ponieść temu, 
co ojciec nazywał z pogardą „cielesnymi żądzami". 

Gdyby Anna chciała porozmawiać z matką łub oj­

cem o tym, co ją nurtowało, uznaliby, że zbłądziła na 
złą drogę. Że stała się rozwiązła, grzeszna... 

Czuła się taka samotna. Samotna ze swoimi myślami. 

background image

Ze służbą się nie rozmawia. Nie o tym, co drzemie 

na dnie duszy. 

Knut nie był służącym... 

Wydawało się, że są ze sobą zżyci... 
Ale on był mężczyzną. Anna nie wiedziała, czy może 

rozmawiać z mężczyzną o tym, co nie daje jej spokoju. 

Knut był ponury. Zachowywał się tak od czasu, kie­

dy padły decydujące słowa. Te, które brutalnie przesą­
dziły o jej dalszym losie. 

- Jeżeli pogoda się utrzyma, jutro wyruszamy. Nie 

dojdziemy wprawdzie w ciągu jednego dnia, ale nie ma 
potrzeby dłużej tego przeciągać. 

Zrobił coś w rodzaju sań. Zręcznie ociosał nierówne 

brzozowe pnie, tak że przypominały płozy. Giętkimi ga­
łązkami wierzby przymocował je do krótszych i cień­
szych gałęzi, które utworzyły dno. Wyścielił je skórami. 

Anna nigdy nie potrafiłaby skonstruować czegoś takie­

go. Knut potrafił. I określał to prostymi słowami - mówił 
„zrobić" i „urządzić"... 

Dziewczyna poczuła się trochę nieswojo. 
Tak łatwo było o nim myśleć z pogardą. Robiła to 

wiele razy. Tak łatwo przychodziło jej krytykować go 
za to, że jest niekulturalny, nieuczony, niechlujny... za 
cechy zaczynające się na „nie"... 

Jednak za każdym razem, kiedy przekonywała się, 

że potrafi zrobić coś użytecznego, wypełniało ją zdu­
mienie połączone z szacunkiem. Posiadał tyle umiejęt­
ności, które były mu potrzebne i które okazały się 
przydatne również dla niej. To, co ona umiała, w jego 
świecie okazało się bezwartościowe. 

Przykro to przyznać. 
Na początku czuła się ważniejsza i lepsza od niego. 

background image

Teraz nie była pewna, które z nich ma więcej powo­
dów do dumy. 

- Na pewno uda ci się sprzedać skóry w Alcie... 

Knut wzruszył ramionami. Spakował niektóre z fu­

ter. Też o tym myślał. Musiał coś sprzedać. Bardziej 
potrzebował pieniędzy, niż Anna podejrzewała. To, co 
„pożyczył" od Reijo, zanim wyruszył w drogę, w więk­
szości już wydał. A trzeba jeszcze zrobić zapasy przed 
rozpoczęciem poszukiwań. 

Aha była być może odpowiedzią... 
Gdyby ojciec Anny sprawował inną godność, Knut 

mógłby ze spokojnym sumieniem wspomnieć o zapła­

cie w postaci brzęczących monet za przyprowadzenie 
córki do domu. 

Ale z pastorem trudniej jest rozmawiać o pienią­

dzach. Ludzie tacy jak on chętnie wskazują na inne 
i bardziej niepewne formy nagrody. 

Będzie się chyba musiał rozejrzeć, czy ktoś nie po­

trzebuje parobka. Nie bal się ciężkiej pracy. Może też 
spotka w mieście kogoś, kto wybiera się na południe. 

Przypomniał sobie o Idzie i obietnicy, że przekaże 

jej wiadomość. 

- Boję się - jęknęła Anna. 
Knut spojrzał na nią, wyrwany z zadumy. Od kiedy 

twarz Anny zaczęła przybierać normalny wygląd, coraz 
trudniej przychodziło mu patrzeć jej w oczy. Coraz bar­
dziej uświadamiał sobie, że Anna jest dziewczyną. Łatwiej 
mu było, kiedy brzydko wyglądała. I jeszcze ta jej bezrad­
ność. Może inna świadomie wykorzystałaby swój cienki, 
nieco dziecinny głos, wiedząc, że budzi u mężczyzny in­
stynkt opiekuńczy. Że przy niej czuje się dorosły i silny. 

Anna nie robiła tego rozmyślnie. 

background image

Naprawdę się bała. 
- Podróży? 
Potrząsnęła głową. 
- Powrotu do domu? 
Ostrożnie skinęła. Jak gdyby się obawiała, że ktoś 

ją zobaczy. Ktoś oprócz niego. Z pewnością widział to 

Jumala - Pan Bóg - ale Knut nie rozumiał jej strachu. 

- Chyba cię nie zbiją? Nie stosują przemocy, prawda? 
Mówiła o jakichś karach, ale nie wyjaśniła dokładnie, 

na czym polegają. Wtedy Knut nie przejmował się zbyt­
nio jej kłopotami i nie zadał sobie trudu, żeby zapytać. 

- Niezbyt często - odparła. 
Ukryła twarz w dłoniach. Widział tylko jej delikatne, 

jasne włosy. Złapał się na tym, że zaczął się zastanawiać, 
jak by wyglądały zaraz po umyciu, kiedy wysuszy je słoń­
ce i kiedy będą pachniały lasem i trawą, i latem... chociaż 
pewnie włosy córki pastora nigdy tak nie pachną. 

- Musiałabym zrobić coś naprawdę złego, żeby 

mnie zbili - mówiła dalej bezbarwnie. 

Ciągle ukrywała twarz. Wyglądało, jakby się wstydziła. 
- W takim razie nie będziesz często bita - rzekł Knut. 

- Nie potrafiłabyś zrobić czegoś złego, Anno. Nie wie­
rzę w to. 

Na krótko uniosła głowę, spojrzała na niego. Knut 

wystraszył się, że popełnił błąd. Jej wzrok mówił mu, 

że jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie wie. 

- Jak mogą cię ukarać? 

Wydawało się, że rozważała różne możliwości, za­

nim odpowiedziała tym samym martwym głosem. Tak 
jakby to właściwie dotyczyło kogoś innego. 

- Zamkną mnie w pokoju... Biblia i wymówki. A ja 

obiecam, że się poprawię, stanę się dobrym i pobożnym 

background image

człowiekiem. Potem wezmą się surowiej za mnie i moje 

wychowanie, a wtedy będę już wystarczająco dobrze 
ułożona, żeby wysłać mnie za granicę. Czyż to nie brzmi 
jak szczęśliwe zakończenie, Knut? Powinieneś wiedzieć. 
Tak bardzo przecież lubisz bajki - rzuciła z ironią. 

- A jak ty chcesz, żeby się to skończyło? - spytał po­

ważnie. Nie pozwolił się sprowokować. 

Nie chciała mówić. I tak wiedział o niej zbyt wiele. 

Nikt nie zbliżył się do niej do tego stopnia. To ją prze­
rażało. 

- Sama też musisz chyba czegoś chcieć? Moje siostry 

snuły więcej marzeń, niż kiedykolwiek pojawiło się 

w mojej głowie. Rzadko spełniało się to, co sobie wymy­
śliły, ale miały jakiś cel. I zmieniały swe marzenia. To 

nie jest zabronione, prawda? Można układać sobie róż­
ne historie i zmieniać je, jeśli się chce, w zależności od 
tego, czego się pragnie. A ty czego byś chciała, Anno? 

- Żeby mi było dobrze - odparła. - Myślę, że musi 

gdzieś istnieć taki ktoś, kto będzie mógł mnie znieść. Ko­
mu będę potrzebna. Kto mnie zrozumie i nie będzie się 

ze mnie śmiał. Kto nie będzie uważał, że jestem głupia 

i bezmyślna, kto odważy się mnie przytulić. Ktoś, kto 
się mną zaopiekuje. Będzie silny. Będzie... mnie kochał... 

Ostatnie słowa wyszeptała. Jej policzki mocno się 

zarumieniły. 

Knut odchrząknął. Czuł się trochę zakłopotany, ale 

też silny. Doświadczony. Dziewczyny są wszędzie jed­
nakowe. Mimo wszystko. Niezależnie od pochodzenia. 

Ida mogłaby marzyć o tym samym - nie dokładnie 

tak samo i nie z taką pokorą, ale jej słowa brzmiałyby 
podobnie. 

- To nie jest głupie marzenie - powiedział i sam usły-

background image

szał, jak niezręcznie to zabrzmiało. -  O n o może się zi­
ścić. Nawet jeżeli będziesz musiała wyjechać do Da­
nii. Być może twój przyszły mąż jest dokładnie taki, 
o jakim marzysz... 

Wybuchnęła po raz pierwszy, od kiedy przyniósł ją 

pod ten dach: 

- To niemożliwe! Nie chcę jakiegoś starca! Chcę wyjść 

za... 

Przygasła równie szybko jak ogień, na który chlu-

śnięto wodą. 

- Młodego człowieka - dokończył Knut sucho. - To 

nie jest powód do wstydu. 

Zdawał sobie sprawę, że marnie ją pocieszył oraz że 

zaprzeczył temu, co wcześniej powiedział. Nic nie 
mógł na to poradzić. 

- Większość osób marzy o kimś w swoim wieku. To 

naturalne. Czasami pierwszą miłością darzy się kogoś star­
szego, ale nie zawsze tak musi być... - Nagle uderzyła go 
pewna myśl: - Czy jest ktoś, kto ci się bardzo podoba? 
Ktoś, kogo wolałabyś od tego, którego ci wybrano? 

Jasna grzywka Knuta poruszyła się z boku na bok. 

Przyszła mu do głowy nowa myśl, która dobrze tłuma­
czyła niedojrzałość Anny. W jego świecie ktoś, kto skoń­
czył szesnaście lat, był prawie dorosły. W każdym razie 
jeśli chodzi o dziewczęta. Wiedział też, że nawet w bo­
gatych rodzinach córki wydawano za mąż dość wcześnie. 
Ale w rodzinie pastora sprawa się miała chyba inaczej. 

Pozycja ojca stwarzała barierę, którą nieliczni tylko 

odważyliby się przekroczyć na tym odludziu, jakim 
mimo wszystko był Finnmark. 

Z przekonaniem w głosie spytał: 
- Nie wiesz, jak to jest, prawda? Nigdy tego nie czu-

background image

łaś, nigdy nie byłaś w nikim zakochana? A jeśli nawet 
ktoś ciebie pokochał, to nic o tym nie wiesz? 

Nie uzyskał odpowiedzi. 
Zdał sobie sprawę, że ta młodziutka dziewczyna mia­

ła wkrótce zostać wysłana prosto w paszczę lwa. Z Alty 
- która, choć jemu wydawała się wspaniałym miastem, 
dla innych była zapewne miejscem zsyłki - do Danii, do 
jakiegoś arystokraty. 

Nawet w Lyngen krążyły pogłoski o tym, co się 

dzieje na dworze w Kopenhadze. O występnym życiu 
i wszelkiej rozpuście. Niejeden myśliwy przywoził ze 
sobą do domu soczyste historie. Słyszał je od kogoś, 
kto z kolei usłyszał od kogoś innego... 

Właśnie takie rzeczy opowiadano o Danii. Knut i je­

go koledzy zaśmiewali się do łez, ale nie kryli, że te pi­
kantne historyjki także ich podniecały. 

Anna nie miała o tym wszystkim pojęcia. 
Zaczął się o nią bać. 
Wyciągnął rękę i uniósł ku górze twarz Anny, pod­

kładając jej palec pod brodę. Dziewczyna spuściła 
wzrok. Oczy nadal miała zaczerwienione, lecz już nie 
płakała. Rzęsy przypominały rozłożone wachlarze. 

- Nie wiesz zbyt wiele o chłopakach, prawda, An­

no? 

Najbardziej zaskoczyło ją to, że w jego głosie nie 

wyczuła drwiny. Raczej łagodność. Tylko łagodność. 
Odrobinę wesołości, ale nie dlatego, żeby miał zamiar 
się z niej śmiać lub sobie żartować. W jego głosie 
brzmiała łagodność, życzliwość i sympatia. 

Potrząsnęła głową. Ciągle czuła jego palec podtrzy­

mujący ją pod brodę. Chciałaby, żeby go cofnął, chcia­
łaby, żeby go nadal trzymał... 

background image

- Nigdy nie miałam chłopaka. Nawet przyjaciela -

wyszeptała wreszcie. 

Odważyła się na niego spojrzeć. Nie wprost w oczy, 

żeby wyznanie nie wydało się zbyt osobiste. 

- Nigdy nie byłam taka jak inne dziewczęta. 
- Byłaś zbyt niedostępna - rzekł cicho. - Czy wła­

śnie to wszyscy ci mówili? 

Anna skinęła głową. To dziwne, ale Knut zdawał się 

ją rozumieć. Tego się po nim nie spodziewała. 

- Jesteś małym, obcym ptakiem, Anno - powiedział. 

Jego głos brzmiał nieco ochryple. Anna podniosła 

wzrok i spojrzała mu w twarz. Jego oczy pociemniały, jak­

by posmutniały. Odniosła wrażenie, że kryje się w nich 
coś więcej niż tylko zrozumienie. Coś głębszego. Co i dla 
niego miało jakieś znaczenie. Chodziło nie tylko o nią. 

- Obce ptaki zawsze muszą wiele znieść - rzekł. 
Ujął jej policzki w obie dłonie. 
Anna zaczerwieniła się. Taki dotyk to coś nowego. 

Nowego, przerażającego i niebezpiecznego - ale rów­
nież przyjemnego. 

- Nawet jeśli są córkami pastora, prawda? 
Uśmiechnęła się zmęczona. 
- T a k . 
Knut zrezygnowany potrząsnął głową. Mógłby za­

nurkować aż na dno tych oczu. Przesunął pośpiesznie 
dłońmi po policzkach dziewczyny. Pogładził ją nie­
zręcznie po włosach - zastanawiał się, czy jej rodzice 
kiedykolwiek to robili. Nikt w jej rodzinie pewnie nie 

tracił czasu na takie pieszczoty. Anna wydawała się 
bardzo spragniona bliskości drugiego człowieka. 

W jednej chwili Knut uświadomił sobie, jak łatwo 

wytłumaczyć zachowanie tej dziewczyny. Nikt jej nie 

background image

powiedział, że jest wiele warta, nigdy nie pozwolono 
jej polubić siebie. Pewnie zabroniono by jej również 
lubić innych. 

Mógłby ją objąć, ale nie miał odwagi. Raptem po 

prostu zabrakło mu odwagi. 

Nie bał się o siebie, ale o to, że mógłby jej wyrzą­

dzić krzywdę nie do naprawienia. 

- Czy nigdy dla nikogo nie czułaś odrobiny dobro­

ci? - spytał i poczuł się głupio. 

Anna siedziała obok niego, obejmując rękoma podcią­

gnięte nogi. Skulona, przypominała niedużą piłkę. Zamy­
kała się przed światem. Jeden policzek oparła na kolanie. 

- Otaczali mnie sami Kwenowie, Lapończycy i ludzie 

z niższych warstw - odparła z goryczą. - Nie zwraca­
łam na nich uwagi. Inni byli starzy. Albo zbyt młodzi. 

- Ale przecież miałaś oczy otwarte. Musiałaś czasem 

zwrócić na kogoś uwagę. - Knut nie poddawał się. - Czy 
nigdy nie trafił się taki chłopak, do którego coś poczu­
łaś? Który... sprawił, że twoje serce mocniej zabiło, że 
się zaczerwieniłaś, że zaschło ci w ustach, że spociły ci 
się ręce, ciało wydawało się ociężałe... 

Panie Boże, jak tu rozmawiać o takich sprawach 

z dziewczyną, która twierdzi, że nie ma pojęcia, o co 
chodzi? 

Wydawało się, że Anna się zastanawia. Potraktowa­

ła jego słowa poważnie. A może chciała mu odpowie­
dzieć, bo zwykła robić to, o co ją proszono? 

Knut nie był w stanie uwierzyć, że Annie ani razu w jej 

szesnastoletnim życiu nikt nie wydał się pociągający. 

On sam był wiele razy zakochany, a siostry twier­

dziły, że i tak późno zaczął... 

Przez pewien czas cierpiał nawet straszliwe męki 

background image

z powodu Elise - długo nie dawała mu spokoju myśl, 
że przecież Elise nie jest jego siostrą. 

- Czy nigdy nie czułaś jakby ssania w żołądku na 

widok kogoś obcego? A może na widok kogoś, kogo 

znałaś, a komu nigdy wcześniej dokładnie się nie 
przyjrzałaś? 

- Znam tak niewiele osób... 
Zamilkła. Na policzki wystąpił jej silny rumieniec, 

płonął przez kilka sekund, potem przełknęła ślinę. 

Knut skinął zachęcająco. 

- Nieważne... - mruknęła zakłopotana. Wykręcała 

palce, zaczęła czyścić paznokieć. 

Knut nie miał wątpliwości, że jej paznokcie były 

bez skazy, kiedy uciekała z domu. Ale surowe warun­
ki na pustkowiu raczej im nie służyły. Dziewczyna ob­
gryzła je prawie do samej skóry. 

- Wszystko jest ważne - zapewnił. - Możesz mówić 

spokojnie. Już dawno przestałem się czerwienić. 

O Annie nie dało się tego powiedzieć. 
- Może ja powinienem się pierwszy zwierzyć? - spytał. 
Liczył, że może to ją ośmieli. Mógłby wyciągnąć na 

światło dzienne kilka ze swoich nieudanych miłosnych 
historii. W jego życiu takich było najwięcej. Ale nie 
rozpaczał z tego powodu. Osiemnaście lat to niewiele 
jak na mężczyznę. Reijo wkrótce skończy czterdzieści, 

a o ile Knut wiedział, nadal sporo kobiet wodziło za 

nim wzrokiem. 

Lecz Reijo związał się z cieniem, z marzeniem, ze 

wspomnieniem kobiety, której nawet nie kochał. 

- Nie! - Anna powstrzymała Knuta. - Nie chcę słu­

chać o tobie! Z pewnością masz wiele do opowiadania, 
ale nie chcę tego słuchać... 

background image

Uspokoiła się. 
- Myślę, że nie jestem jak te dziewczęta, które znasz. 

Długo myślałam o kimś - przyznała. W jej oczach po­
jawiło się rozmarzenie. - Ale to naprawdę się nie liczy. 
On był taki... inny. Bardzo się wyróżniał, przyjemnie 
było na nim zawiesić wzrok... 

- Młody? 
Lekko skinęła głową, a na jej ustach pojawił się sła­

by uśmiech. Wyglądała całkiem ładnie, kiedy się uśmie­
chała. W każdym razie ładniej niż ta Anna, do której 
Knut zdążył się przyzwyczaić. Tak bardzo się zmieni­
ła. Z czegoś, co przypominało maszkarę, przeobraziła 
się w dziewczynę o zgrabnej sylwetce i ładnej twarzy 
- ładnej, choć nie budzącej zachwytu. 

- Dlaczego on się nie liczy? 
- Był Finem, Finem z Laponii! - Spojrzała na Knu-

ta. Zobaczyła w jego oczach wesołość, miała ochotę 
rzucić się na niego ze złością, ale po chwili zrozumia­
ła, dlaczego się uśmiecha, i opanowała się. - Co roku 
przeganiali tędy reny. Kiedyś rozbili obozowisko tuż 
obok plebanii. Ojciec powiedział, że chcieli nas spro­

wokować, zdenerwować. Rozdrażnić. Wmawiał to so­
bie. Ja nie sądzę, żeby zrobili to z tego powodu. Ten 

chłopak nie był starszy ode mnie. Było jednak coś w je­

go uśmiechu... uff, ale jestem głupia, prawda? 

- Bardzo - potwierdził Knut poważnie. 
Przełknęła ślinę. Nie wiedziała, co on tak naprawdę 

myśli. Nie wiedziała, czy powinna mówić dalej, ale nie 
była też w stanie przestać. Knut wywołał lawinę, wy­
jawiała mu myśli, które do tej pory ukrywała nawet 
przed sobą. 

- Nie podobało mi się to. Zawsze się do mnie uśmie-

background image

chał. Zawsze pojawiał się w pobliżu. I wiedział, kiedy 
na niego patrzyłam. Wtedy patrzył też na mnie i uśmie­
chał się... tak znacząco. Jak byśmy dzielili jakąś tajem­
nicę. Tak jakby znał moje myśli. 

- Często go widywałaś? 
Anna skinęła głową. 
- Czułam się głupio. Naprawdę głupio. Stroiłam się 

dla jakiegoś zapluskwionego Lapończyka. Udawałam. 
Wynajdywałam różne sprawy do załatwienia, by móc 
usłyszeć jego głos. Wtedy pragnęłam rozumieć ten je­
go głupi język, żeby wiedzieć, co mówi... 

- Lapoński wcale nie jest głupi - zauważył Knut. -1 La­

pończycy wcale nie są zapluskwieni. 

- Skąd o tym wiesz? 
Tym razem uśmiechnął się. 
- Mieszkałem razem z Lapończykami. Prowadziłem 

wędrowne życie. Większość czasu spędzałem w podró­
ży. - Zastanowił się, powiedział coś, co tylko w poło­
wie było prawdą, nie chciał zdradzać za wiele. - Moja 
matka wychowała się w lapońskiej rodzinie, kiedy 
umarli jej rodzice. 

Anna odetchnęła. 
- Dla mnie oni są dziwni. Trochę się ich boję. Nie 

wiem jak żyją, co myślą, co jedzą. Ubierają się inaczej 

niż my... Tak bardzo się od nas różnią. Ale on był przy­
stojny, ten chłopak ze stadem renów. Chociaż dawał 

do zrozumienia, że wie, iż przychodzę go zobaczyć, 
chociaż sobie ze mnie żartował, to mimo wszystko mi 
się podobał. 

- Czy to jedyny chłopak, który zrobił na tobie wra­

żenie? 

Popatrzyła na niego. 

background image

- Taak - odparła. Jej oczy były szeroko otwarte i du­

że. - A miało być ich więcej? 

Knut roześmiał się. 
- Chciałbym móc cię zabrać ze sobą do domu, żebyś 

poznała Idę. Żeby mogła cię wyciągnąć na tańce na le­
śnej polanie, żebyście mogły wieczorami, leżąc w łóż­
kach, szeptać do późnej nocy, podczas gdy chłopcy ze 

wsi skradaliby się wzdłuż ścian domu i pukali do okien. 

Powinnaś doświadczyć prawdziwych nocnych odwie­

dzin, Anno. Przeżyć kilka prawdziwych przygód, któ­
re zwykle przytrafiają się młodym dziewczętom... 

- Ale ja muszę jechać do Danii - rzekła bezbarwnym 

głosem. - Czy naprawdę nie mógłbyś mnie ze sobą za­
brać? - spytała. - Do miejsca, które nazywasz domem? 

Długo patrzyli sobie w oczy. Po chwili Knut potrzą­

snął głową. Anna spuściła wzrok. 

- Wiem, że nie możesz - powiedziała cicho. - Ale mu­

siałam spytać. 

- Chciałbym, żeby było inaczej - stwierdził. Na­

prawdę tak myślał. - Czuję się tchórzem - wyznał 
z ciężkim sercem. - Nie podoba mi się to, że rodzice 
każą ci wyjechać tak daleko. Nie podoba mi się myśl 
o tym, co się stanie z twoim życiem, Anno. Ale nie 
mam odwagi przeciwstawić się ludziom, takim jak 
twój ojciec. Jestem tylko Knutem E... jestem tylko 
zwykłym awanturnikiem. Tak łatwo mogę przepaść 
gdzieś bez śladu. I tak niewielu będzie za mną tęsknić. 

Ty jesteś więcej warta. Tak, Anno, jestem tchórzem. 

- Rozumiem - rzekła ulegle. - Rozumiem, Knut. 
Widział, że istotnie tak jest. 
- Jutro czeka nas ciężki dzień - westchnął. - Dasz 

radę? 

background image

- Tak - odparła. - Nie jestem aż tak delikatna i kru­

cha, jak sądzisz. 

Knut ukazał zęby, próbując się uśmiechnąć. Miała 

takie bogate słownictwo. Domyślał się, że przez 
wzgląd na niego powstrzymuje się przed używaniem 
niektórych słów, i wtedy czuł się bezsilny. Anna wie­
działa, że Knut nie wszystkie wyrazy rozumie, ale dla 
niej były takie zwyczajne, że z trudem znajdowała 
prostsze, które by i on znał. W domu kazano jej zapa­

miętywać wszystkie wyszukane, górnolotne wyraże­
nia. Musiała unikać pospolitych określeń. Powtarzano 
jej, że jeżeli zna jakieś trudne słowo, powinna starać 
się go użyć. To świadczyło o starannym wykształce­
niu, a ona, która miała zostać duńską damą, musiała 
się pokazać z jak najlepszej strony. 

Knuta zaś ogarniała pasja, gdy mówiła w sposób dla 

niego niezrozumiały. W takich właśnie chwilach prze­
konywał się, jak wiele ich dzieli. Wtedy pragnął jej 
udowodnić, że i on to i owo potrafi. Że są sprawy, któ­
re opanował lepiej niż ona. 

Nie odrywał od Anny wzroku. Nagle przyszło mu 

coś do głowy. Odebrał to jako wrażenie, a nie myśl. 
Gdyby ów pomysł zrodził się jako myśl, odsunąłby 
go od siebie. Rozsądek by podpowiedział, że to nie 
ma sensu. 

Dziewczyna spostrzegła, że Knut jakoś się zmienił, 

że w wyrazie jego twarzy pojawiło się coś, czego 

wcześniej nie zauważyła. Zaniepokoiła się. Jeden ką­

cik jego ust podciągnął się ku górze. Odrobinę. Czo­
ło się zmarszczyło. Oczy jakby prosiły o litość. Stał 
się małym chłopcem. Niepewnym i zdecydowanym 
jednocześnie. 

background image

Podjął decyzję. Dla niego nie będzie to miało więk­

szego znaczenia, a dla niej może to jedyna szansa. Kie­
dy Anna wróci do domu, postarają się pilnować jej 
jeszcze staranniej niż przedtem. A w Danii też nie bę­
dzie lepiej. 

Położył dłoń na ramieniu Anny. Nie musiał jej na­

wet przytrzymać - była tak przerażona, że nawet nie 

drgnęła. 

Dotknął ustami jej ust. Rozsunął jej wargi językiem, 

wcisnął go między zęby, znalazł jej język i lekko po 

nim przesunął. 

Chciała się cofnąć, ale jedną ręką objął ją wpół, dru­

gą otoczył ramiona. Trzymał ją tak mocno, że udarem­
nił ucieczkę. 

Wtedy poczuł jej ręce na swym karku. Z ust dziew­

czyny wydobyło się westchnienie, odwzajemniła poca­
łunek, zapłonęła równie gorąco jak on... 

Czuł łoskot w głowie, szumiało mu w uszach, miał 

wrażenie, jakby go wciągał wir wodny, coraz szybciej 

i szybciej... 

Po chwili opanował się. Wypuścił Annę z objęć, jak­

by się oparzył, cofnął się i schylił nisko głowę. Chciał­
by się zapaść głęboko pod zamarzniętą ziemię. 

Wtedy uświadomił sobie, że Anna musi czuć o wie­

le większy wstyd... 

Z trudem podniósł wzrok. Zasłoniła twarz rękoma. 

Ramiona jej drżały, ale nie płakała. 

Knut zmusił się, by jej dotknąć. Chwycił jej dłoń 

i odciągnął od twarzy, uścisnął i przytrzymał. 

- To moja wina - przyznał z bólem w głosie. - Tyl­

ko moja. Wybacz mi, Anno. Wykorzystałem twoje za­
ufanie, twoją słabość, a to nie było z mojej strony 

background image

uczciwe. Trudno. Nie ty pierwsza zarzuciłaś ręce na 

szyję mężczyźnie, który dla ciebie nic nie znaczy. 

Wiem, dlaczego, moja droga. Nie musisz się tego wsty­

dzić. To ja powinienem prosić o wybaczenie. 

Anna przełknęła ślinę. Zwilżyła językiem wargi. Cof­

nęła dłoń. 

- Nie ma czego wybaczać - powiedziała. - Zapo­

mnijmy o tym. Jutro wyruszamy. 

Knut skinął głową. 

Już tak dobrze się rozumieli. A on wszystko zepsuł 

bezmyślnym pocałunkiem. 

background image

Pogoda utrzymała się. Knut pomieścił cały swój do­

bytek w sakwie przerzuconej na plecy. Wyjątek stano­
wiło tych kilka skór, którymi otulił Annę siedzącą 

w prowizorycznych saniach. Zaprzągł się do nich ni­

czym zwierzę pociągowe, świetnie sobie z tym poradził. 

Ciągnięcie lekkich sań po dobrze zamarzniętym 

śniegu też nie będzie trudne. 

Nie znał tych okolic, a i Anna nigdy nie zbłądziła tak 

daleko od domu. Oboje jednak mieli jako takie pojęcie, 
w którą stronę się udać, a z pomocą zdrowego rozsąd­
ku i po naradzeniu się ruszyli w dobrym kierunku. 

Dowody na to pojawiły się już pierwszego popołu­

dnia. Odnaleźli na wpół zasypany ślad renów i sań. 
Później ujrzeli inne ślady łączące się z tym, którym szli. 

Wtedy Knut upewnił się, że są na właściwej drodze. 
Niewiele rozmawiali. Knut szedł coraz szybciej. Od 

czasu do czasu kazał Annie wysiadać z sań i trochę roz­

ruszać nogi. Nie dlatego, żeby się męczył, ale dla do­
bra dziewczyny. Siedzenie w bezruchu mogło się dla 
niej okazać niebezpieczne. 

Ktoś, kto już raz nabawił się odmrożeń, był w dwój­

nasób narażony na ponowne odmrożenia. A one poja­

wiały się niepostrzeżenie. 

Knut postawił sobie za punkt honoru dowieźć An­

nę zdrową. 

background image

Nie mieli wiele żywności, skóry także nie stanowi­

ły wystarczającej ochrony przed nocnym mrozem. 

Knut zdawał sobie z tego sprawę, dlatego starał się 

pokonać jak największą część drogi w ciągu dnia. Nie 
zatrzymywał się zbyt często na posiłek. Zrobił wpraw­
dzie kilka przerw, ale bardzo krótkich. I chociaż po 
długim marszu jego ramiona wołały o odpoczynek, 
a uda niemiłosiernie bolały, nie przestawał iść. 

Zacisnął zęby. Szedł. Powtarzał sobie, że to kaszka 

z mlekiem w porównaniu z tym, kiedy przez pół pła­
skowyżu niósł Annę na plecach. 

Lecz gwiazdy coraz gęściej pokrywające niebo stano­

wiły wymowny sygnał, że czas się zatrzymać na nocleg. 
W ciemności rozległ się głos lisa - i odpowiedź innego 
z całkiem przeciwnej strony. Odgłosy nocy, z których 
tylko ludzie żyjący na łonie natury mogli czerpać ra­
dość. Inni nie po to tu byli, żeby się w nie wsłuchiwać. 

Nie słyszeli ich - albo nie potrafili rozpoznawać. 

Knut miał dobry wzrok. Zobaczył drzewa dużo 

wcześniej niż Anna. Nie tworzyły jakiegoś wielkiego 

zagajnika, ale dawały osłonę przed wiatrem i materiał 
na ognisko. 

Knut zboczył z utartego śladu w bardziej puszysty 

śnieg i poprowadził narty pomiędzy brzózkami i ni­
skimi wierzbami. 

Znalazł trochę wolnej przestrzeni. Tam zdjął narty; 

zapadł się w śnieg do pół uda. Roześmiał się i zawo­
łał, by Anna nie wysiadała z sań. Sam w końcu jakoś 
się wydostał. 

- Pójdę poszukać opału - powiedział, wyjmując nóż 

- i czegoś na zbudowanie podszytych wiatrem ścian. Nie 
bój się, tutaj jest dość bezpiecznie. Nic ci nie grozi. 

background image

- Ale przed chwilą słyszałam jakieś zwierzę - szep­

nęła Anna trochę zaniepokojona. 

- To lis. Wyruszył na polowanie, ale nie na ciebie 

ani na mnie. Jeśli go pierwszy zobaczę, to on znajdzie 
się w opałach. 

Anna nie odezwała się więcej. Knut pomyślał, że dziew­

czyna jednak się boi. Ciemność jest dla większości ludzi 
zbyt przytłaczająca. Może kryć wszystko. Nie kończy się 
przy twojej głowie, ogarnia jakby również twoje myśli 
Być może dlatego wydaje się tak niebezpieczna. W ciem­
ności wszystko jest możliwe. Mrok niczego nie obnaża, 
choć wiele wie. Ukrywa też wszystko, co doskonałe. 

Knut łamał i ciął gałęzie w gęstych zaroślach. Chciał­

by, żeby tu rosły drzewa iglaste. Ich gałęzie stanowiły­
by lepszą osłonę. Lecz tu sterczały tylko nagie konary, 
które jakby wyciągały ku niebu kościste palce. 

Zbudował coś w rodzaju szałasu między kilkoma ni­

skimi krzewami, tworząc nieszczelne półkole dla ochro­
ny przed nocnymi podmuchami wiatru. O ile znał tę 
krainę, wiatr mógł zmienić w nocy kierunek, lecz pro­

wizoryczne ściany powinny ich i przed tym osłonić. 

Wplótł w największe otwory sztywne od mrozu ga­

łązki, wzmocnił ściany śniegiem. 

Odgarnął warstwę śniegu, tworząc okrągły placyk 

przed zbudowanym szałasem. Dobrze go wydeptał. Sa­
nie muszą przecież stanąć na pewnym gruncie. 

Gdyby istniała taka możliwość, Knut wygrzebałby 

w śniegu jamę. Trzeba jednak zadowolić się tym, co jest. 

Zbudował niewielkie palenisko, zgromadził w pobli­

żu zapas drewna, żeby nie musiał już wychodzić poza 

wydeptany teren. 

Następnie wciągnął na placyk Annę w saniach. Przy-

background image

sunął ją jak najbliżej ściany szałasu. Zastanowił się, czy 
nie dałoby się zrobić jakiegoś zadaszenia. Jeżeli zacznie 
padać śnieg, zmokną i zmarzną. 

Niebo jednak było czyste. Nic nie zapowiadało opa­

dów. 

- Jesteś bardzo zaradny. 
Knut nie czuł się szczególnie zaradny. 
- Trzeba jakoś przeżyć - odparł krótko. 
Krzątał się przy ognisku. Znalazł krzesiwo dobrze 

zapakowane w sakwie. Musiał się trochę namęczyć, za­
nim skrzesał iskry. Przypomniał sobie, jak nieszczęśli­
wa była Anna, kiedy nie potrafiła rozpalić ognia. Wie­
dział, że już zawsze będzie o tym myślał, trzymając 

w rękach krzesiwo. 

- W saniach musi się znaleźć miejsce dla nas oboj­

ga - rzekł z pewnym zakłopotaniem. - Mam nadzieję, 
że się od razu nie złamią - dodał ze śmiechem, który 

nie zabrzmiał zbyt szczerze. - Musimy dzielić się cie­
płem - wyjaśnił. - Usiąść blisko siebie i razem owinąć 
się skórami. To nie powinno być takie straszne. 

Przysiadł się do dziewczyny, uniósł trochę jedną ze 

skór i wsunął pod nią nogi. Teraz zrobiło się cieplej. 
Chociaż Knut przez cały wieczór pozostawał w ruchu, 
zmarzł, bo noc była bardzo zimna. 

- Trudno byłoby uwieść kogoś w taki mróz - rzu­

cił z uśmiechem. 

Anna zachichotała. To rozładowało trochę napięcie, 

jakie się między nimi ostatnio wytworzyło. Wszystko 
przez ten nieszczęsny pocałunek. 

Anna pozwoliła Knutowi się przysunąć. Pozwoliła 

mu się objąć ramieniem. Oparł się o ścianę z gałęzi 
i krzewów, poczuł, jak nieznacznie się wygięły, jak 

background image

wśliznęło się między nie trochę mrozu, ale powiedział 

sobie, że nic im już nie zaszkodzi. Nie po to przecież 
tak się męczył - przywrócił dziewczynę do życia i na 
powrót postawił na nogi - żeby teraz mieli zamarznąć. 

- Jeżeli zamarzniemy dziś w nocy - rzekł wesoło -

całą gmina pomyśli, że ze mną uciekłaś. Z jakimś ob­
szarpanym nieznajomym, który nawet nie potrafi się 
dobrze ogolić. 

- Może i o tym ułożą jakąś historię - mruknęła mię­

dzy zesztywniałymi z zimna, spękanymi wargami. 

Bolały, gdy coś mówiła, ale jeszcze gorzej było 

w ogóle nimi nie poruszać. To okropne uczucie odrę­
twienia i utraty kontroli budziło w niej panikę. 

Dobrze mieć blisko siebie cieple ciało Knuta. A wła­

ściwie futro, które nosił. Chociaż nie tak je nazywał. 
Mówił „dork". 

Anna wiedziała, że to normalne słowo wśród La­

pończyków i Kwenów. Ojciec by zbladł, gdyby usły­
szał je w jej ustach. 

Przyjemnie było słuchać gawędzenia Knuta. Chciała 

móc go słuchać bez przerwy. Żeby tylko mówił, nawet 

jeśli to nic takiego ważnego. Uspokajała się wtedy, cho­
ciaż nie wszystkie słowa wyraźnie słyszała. Sam dźwięk 
głosu działał kojąco na jej napięte nerwy. Niebo było 
takie czyste. Bardziej iskrząco granatowe niż czarne. To 
coś nowego. Patrzyła na nie przymrużonymi oczami. 
Wyglądając przez okno swego pokoju, z małymi szyb­
kami i pięknymi zasłonami, zawsze wyobrażała sobie 
nocne niebo jako czarne. Jak jezioro bez dna. 

Teraz zdała sobie sprawę, że ani jezioro, ani niebo 

nigdy nie mogą być czarne. Gwiazdy niczym małe 
ogniska migotały na ciemnoniebieskiej powierzchni -

background image

która nie była zwykłą powierzchnią, która była... An­
na zastanowiła się. Lepiej tego nie wiedzieć. To znisz­
czyłoby cały urok. 

- Być może ta gwiazda nad nami to odbicie nasze­

go ogniska - odezwała się. 

Czekała, że Knut zacznie się z niej śmiać, ale tego 

nie zrobił. Tylko mocniej ją objął i podążył wzrokiem 
w stronę, w którą ona patrzyła, i znalazł gwiazdę, 
o której mówiła. 

- A wszystkie inne gwiazdy są odbiciem ognisk roz­

palonych przez tysiące innych ludzi. Tych, którzy tak 
jak my spędzają dzisiejszą noc pod gołym niebem... 

- To niemożliwe, by na płaskowyżu zapłonęło dziś 

tyle ognisk - westchnęła Anna rzeczowo, trochę roz­
czarowana, bo jej wizja rozprysła się w kawałki. 

- Kto mówi o płaskowyżu? - spytał Knut. 

Jego nos niemalże trącił policzek dziewczyny. W oczach 

chłopaka rozbłysło coś, co mogło przypominać jaśniejącą 
gwiazdę. 

- Niebo jest takie rozległe, Anno, że może się w nim 

odbijać o wiele więcej niż płaskowyż. Cała przestrzeń, 
która rozpościera się poza nim. Góry i doliny na zacho­
dzie, wioski nad fiordami, wysepki... Obszary położone 
daleko na południu, Anno. Finlandia, Szwecja. Ogromne 
królestwo na wschodzie, Rosja... Droga Anno, gwiazdy 
mogą równie dobrze odbijać wszystkie ogniska rozpalo­
ne dzisiejszej nocy. Uważam, że to piękna myśl. Zawsze 
będę ją przywoływał w gwiaździste noce. 

- Jeżeli przeżyjemy dzisiejszą - zauważyła. - Sam 

mówiłeś, że być może nie doczekamy jutra. 

Knut zaśmiał się cicho. Podstępny mróz skradał się 

bezszelestnie z każdej strony. Chłopak czuł, jak lekko 

background image

szczypie w policzki, gryzie w nosie. To zapowiedź te­
go, co ich czeka. 

- Powiedziałem tak przede wszystkim po to, żebyś 

usiadła bliżej - odparł żartobliwie. 

Zdawał sobie sprawę, że jest na to trochę za późno, 

ale starał się odbudować dobrą atmosferę. Chciał roz­
mawiać z Anną, jak zwykle rozmawiają ze sobą młodzi 
ludzie. Nie powiedział tego głośno, ale chciał, żeby zo­
baczyła, jak to jest - z ufnością wspólnie śmiać się i prze­
komarzać z kimś mniej więcej w tym samym wieku. 

Chciał, by Anna miała przyjaciółki, ale nie mógł jej 

ofiarować nikogo poza samym sobą. Musiało jej to wy­
starczyć. 

Ogień trzaskał u ich stóp. Trochę już się osunął 

w śnieg, w ciągu nocy wedrze się jeszcze głębiej. Knut 
musi zrobić wszystko, żeby nie zasnąć zbyt wcześnie. 

Musi utrzymać ogień, dopóki starczy drewna. Ogni­
sko dawało trochę ciepła i odstraszało dzikie zwierzę­
ta, których Anna tak się bała. 

Knut nie sądził, by w pobliżu krążyły wilki. W tym 

roku zima nie była na tyle sroga. Ludzie, z którymi 
przybył tu na północ, mówili, że co prawda na płasko­

wyżu żyją wilki, ale nie każdego roku watahy zbacza­
ją ze swych szlaków. 

Niedźwiedzi w środku zimy nie trzeba się obawiać. 

Miał nadzieję, że Anna o tym wie, takich rzeczy uczo­
no chyba również w domu pastora. 

Najgorszym wrogiem był mróz. 
- Co zamierzasz zrobić? - spytała jakby od niechce­

nia. - Jeżeli znajdziesz skarb? 

Uznała, że Knut naprawdę go szuka. Że nie żartował. 
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem. 

background image

- Nie wiem. Niczego takiego mi nie brakowało. Ni­

czego, co można kupić. 

- Kupię dom - odparł. - Ziemię. Kupię ziemię dla sie­

bie i na posag dla moich sióstr. Nagromadzę dla nich 
mnóstwo sukien i strojów, i wszystkiego, czego nie ma­
my. Kupię łódź dla Reijo... dla mojego... taty. I pola. Żół­
tozłote pola ciężkie od ziarna. Zwierzęta tak tłuste, że 
aż się będą błyszczeć. Będę miał wielkie gospodarstwo. 

- A wtedy usiądziesz na wygodnym krześle i bę­

dziesz patrzył na te złociste pola, na łodzie kołyszące 
się na falach. Z pewnością będzie więcej tych łodzi... " 

- Usiądę? - podchwycił Knut. - Nie, na pewno nie 

będę mógł spokojnie siedzieć. Na pewno będę robił 
mnóstwo rzeczy, chociaż nie będę musiał. Po prostu 
lubię zawsze coś robić. Ale lubię też uczucie, jakie da­
je posiadanie pieniędzy. Myślę, że chodzi o poczucie 
bezpieczeństwa. 

- Władzę? 
- To też - przyznał. 

Ale nie powtórzył tego słowa. Nie lubił go. 

- Sądzę, że najchętniej podwinąłbyś rękawy i orał 

ziemię - odezwała się Anna, rozmarzona. - Potrafię so­
bie wyobrazić ciebie takiego. Pole bez końca i ty za 
pługiem. Spocony, z włosami opadającymi na czoło. 
Ale dopóki będzie wiał orzeźwiający wiatr, nie pod­
dasz się. Dzień przechodzi w wieczór, ale ty nadal 
orzesz. Orzesz całą noc aż do wschodu słońca... i z no­

cy wyłaniasz się, idąc za pługiem. 

- Raczej przed - stwierdził Knut. - Nie ma takiego 

konia, który wytrzymałby równie morderczą pracę, 
moja Anno. To tylko marzenie. 

- Ale podoba mi się - odparła. - Pasuje do ciebie. Ta-

background image

ki jesteś. Uparty. Właśnie uparty. A jeśli nie ma takie­
go konia na świecie, który by to wytrzymał, to w takim 
razie jesteś bardziej uparty niż wszystkie konie świata. 

Knut jeszcze nigdy w życiu nie usłyszał tylu komple­

mentów. Nie tego rodzaju. Wolałby raczej od dziewczy­
ny usłyszeć coś zupełnie innego, ale mimo to jej słowa 
sprawiły mu swoistą przyjemność. 

- Dziękuję - rzekł zdławionym głosem. - Dawno 

nikt nie powiedział mi czegoś równie miłego. 

Już miał na końcu języka słowo „niezwykłego", ale 

w porę się powstrzymał. 

Anna sprawiała wrażenie, jakby nie usłyszała. Wpa­

trywała się w gwiaździste niebo, znalazła gwiazdę, któ­
ra wydawała się świecić właśnie dla niej, tylko dla niej. 
To jej blask Knut ujrzał w oczach dziewczyny. 

- I jak już będziesz miał to duże gospodarstwo - mówi­

ła dalej - i falujące wokół łany zbóż, wtedy będziesz po­
trzebował żony. Kiedy już zostaniesz królem w tym swo­
im królestwie, zapragniesz królowej. Czy masz już swoją 
księżniczkę, Knut? Czy ktoś gdzieś na ciebie czeka? 

- N i e . 

Anna odwróciła ku niemu twarz. Przyglądała mu się 

badawczo w świetle ogniska i gwiazd. 

Jego twarz stała się znowu nieprzenikniona. Zawsze 

tak się działo, kiedy Anna spytała o coś z jego prze­
szłości. A kiedy sam o sobie opowiadał, zawsze ważył 
każde słowo. Smakował je, zanim wypowiedział, tak 
jakby się bał, że zdradzi za wiele. 

- Na pewno znajdziesz kogoś dla siebie - powiedzia­

ła. - Możesz przecież wybierać! 

- Ponieważ jestem mężczyzną? 
- Nie, ponieważ ty... 

background image

Nie dokończyła, uciekła wzrokiem. To zbyt niebez­

pieczne, pozwolić sobie na zbytnią poufałość. Knut 
wcześniej to zrozumiał i pilnował swego języka. Po­
winna postąpić tak samo. 

Chłopak nie nakłaniał jej do mówienia. Zobaczył, 

że omal się nie wygadała, i chociaż chętnie by się do­

wiedział, co przed nim ukryła, nie nalegał. 

- Wywodzę się z ubogich ludzi, Anno. Nie mamy 

takiej wolności wyboru, jak myślisz. Nie zawsze. Nie­
którzy są tak biedni, że muszą się zdecydować na sa­
motność. W ogóle nie zakładają rodziny. To jest chy­
ba najtrudniejsza decyzja. Ze mną nie jest na szczęście 
tak źle. Będę w stanie zdobyć chleb nie tylko dla sie­
bie. Kiedy nadejdzie ten dzień. Na razie nie ma takiej 
potrzeby. Nie spotkałem jeszcze dziewczyny, którą 
bym na tyle polubił. Nawet nie starałem się szukać. To 
nic pilnego. Poszukam później, najpierw przygoda. 

Anna słuchała, nie odzywając się. A więc on nikogo 

nie ma. Nie ma kogoś, kogo wolałby obejmować w tę 
gwiaździstą noc. Nie, co za głupie myśli. Nie grzesz­
ne - tylko głupie i niedojrzałe. Dobrze, że Knut ich nie 
zna. A ona omal nie powiedziała, że on, taki przystoj­
ny, na pewno kogoś ma! 

- Spróbuj zasnąć, Anno - rzekł łagodnym głosem 

i mocniej ją do siebie przytulił. Oparła się na jego pier­
si. - Jutro też czeka nas długi dzień. Tak samo wyczer­
pujący. Zostało nam niewiele żywności, musimy więc 
dotrzeć na miejsce. 

- A ty? - spytała, zdumiona ciepłem jego ciała. Gdy­

by leżała całkiem spokojnie, mogłaby usłyszeć bicie je­
go serca - ciche, bardzo ciche... 

- Przypilnuję ognia. Ale odpoczywam również wte-

background image

dy, gdy nie śpię. Powiedz mi, jeżeli zaczniesz marznąć. 

Anna skinęła głową. Zamknęła oczy, lecz próbowa­

ła jak najdłużej bronić się przed zaśnięciem. Starała się 
zwracać uwagę na każdy zapach, dźwięk, ruch. Musia­
ła to dokładnie zapamiętać. Musiała zapamiętać to 

wszystko na przyszłość, tak żeby mogła wyjmować 
wspomnienia, tak jak matka wyjmuje srebra i czyści 

je, aż stają się czyste i błyszczące. 

To wspomnienie stanie się jej srebrem. 
Zasnęła. 
- Boże, spraw, by do rana się nie ochłodziło - mruk­

nął Knut, trzymając śpiącą dziewczynę w ramionach. 
- Powinienem zaprowadzić ją tam, gdzie jest jej miej­
sce. Może wyrządzę jej w ten sposób krzywdę, ale nie 
mogę postąpić inaczej. Nie wystarczy chcieć. A potem 
o niej zapomnę. Z Twoją pomocą, Boże. Muszę o niej 
zapomnieć, żebym mógł znowu żyć. 

Okazało się, że noc spędzili bliżej miasta, niż im się 

wydawało. Przed południem ujrzeli przed sobą skupi­
sko domów. 

Aha. 

Knut odniósł wrażenie, jakby jakaś dłoń ścisnęła go 

za serce. Poczuł się taki mały. Anna skuliła się na sa­
niach. Stała się na powrót zalęknioną dziewczynką, 
której ośmielenie zabrało mu tyle czasu. 

- Dalej ty musisz prowadzić - odezwał się na pozór 

beztrosko. 

Niby lekko wypowiadał słowa, a jego głos brzmiał 

wesoło. Ale w głębi duszy czuł coś wręcz przeciwne­
go-

Jej dłoń w rękawiczce drżała, kiedy wskazała jeden 

background image

z zamożnych domów. Nawet z daleka wyglądał impo­
nująco i wspaniale. 

- A gdzie mieszkają inni ważni w mieście? - spytał 

Knut. - Wójt? 

Pokazała. 
A więc nie tak daleko. Knut poczuł ssanie w żołąd­

ku na widok białego domu, w którym jego matka spę­
dziła swoje najbardziej nieszczęśliwe dni. 

To tu Reijo omal nie stracił życia. Tutaj Raija kupi­

ła jego życie w zamian za własną wolność. 

Knut nigdy przedtem nie widział tego domu. Ale 

w myślach często tu podróżował. 

- Cmentarz jest chyba gdzieś przy domu parafial­

nym? W pobliżu kościoła? 

Anna skinęła w milczeniu. Głos odmówił jej posłu­

szeństwa. Ograniczała się do wskazywania miejsc, 
o które chłopak pytał. 

Knut przełknął ślinę. 

Tu leży Kalle. Wreszcie, wreszcie znalazł się dosta­

tecznie blisko. Wreszcie ujrzy grób swego ojca. 

- Teraz powinienem chyba odprowadzić cię do do­

mu? 

Nie patrzył na nią, kiedy ruszali w ostatni etap 

wspólnej podróży. Nie chciał, żeby widziała, jak źle 

się czuje. Nie chciał, żeby zrozumiała, że zdradził za­
równo ją, jak i coś w sobie samym. 

Okazało się, że właściwie wszystko przebiegło tak, 

jak przewidziała Anna. Choć przedstawiła to z prze­
sadną ironią. 

Trzymając swą drobną dłoń w jego dużej i silnej, 

pociągnęła Knuta w stronę plebanii. Najpierw w górę 
po schodach, a potem do głównego wejścia. Weszła, 

background image

nie tracąc nawet czasu na strzepanie z siebie śniegu, 
Knutowi również na to nie pozwoliła. 

Chłopak zauważył zakłopotany, że na pokrytej 

pięknym dywanem podłodze zostawili kałuże wody. 

Anna poprowadziła go do salonu, w którym było wię­

cej mebli niż w całym ich domu nad morzem. Knut, 
wspominając tamten okres, uważał, że wtedy byli boga­
ci, że posiadali tak wiele, dużo więcej niż potrzebowali. 

Anna zatrzymała się przed ciężkim biurkiem. Sie­

dzący przy nim mężczyzna pasował do mebla. Był 
ciężki i krępy. Ale jego twarz była szczupła, a oczy 
zmęczone. Pod nimi widniały worki. Miał jasną karna­
cję, jak Anna. Wzrokiem wprost przygwoździł mło­
dych do desek podłogi. 

Gdzieś z boku Knut usłyszał westchnienie kobiety. 

Ale nawet gdyby bardzo chciał, nie mógł się odwrócić 

i spojrzeć w tamtą stronę. Nie pozwalały mu na to 

wpatrzone w niego oczy. 

- A więc ty żyjesz? - zabrzmiał mocny głos. 

Usta człowieka za biurkiem poruszyły się. Sam pra­

wie nie drgnął. Ręce, jakby z kamienia, spoczywały na 

blacie, ramiona były wyprostowane. Wyglądało, jakby 
gotował się do skoku. 

Czyżby ojciec nie ucieszył się, widząc, że jego cór­

ka żyje? Czy po z górą dwóch tygodniach niepewno­
ści nie należało się po nim spodziewać jakichś uczuć; 
radości, przebaczenia? Knut nie wyczuł w powietrzu 
niczego podobnego. Anna ściskała go mocno, mocno 
za rękę. Odwzajemnił uścisk, by dodać jej odwagi, ale 
sam nie czul się najpewniej. 

- A kim ty jesteś? 
Ostre spojrzenie skierowało się prosto na Knuta. 

background image

- Znalazłem ją na płaskowyżu - odparł Knut, zły na 

siebie, że drżał mu głos. - Na wpół zamarzniętą... 

- Dlaczego przychodzisz dopiero teraz? 
To przesłuchanie. On jest oskarżonym, a mężczy­

zna przed nim to sędzia. 

- Z powodu burzy - wyjaśnił. - Jeszcze bardziej by 

się wyziębiła. Nie mogłem ryzykować i narażać jej na 
większe odmrożenia. Lub być może na śmierć. Znaj­
dowaliśmy się bardzo daleko od miasta. Byłem z nią 
sam. Nie mogłem wysłać wiadomości. 

- H m . 
Anna wypuściła dłoń Knuta, zanim oczy ojca nie 

sięgnęły tak daleko. 

- I teraz pewnie spodziewasz się sowitej zapłaty? 
Knut potrząsnął głową. 
- Wcale nie - odparł szybko. - Każdy na moim miejscu 

zrobiłby to samo. Zycie to życie. Nie potrzebuję zapłaty. 
Wystarczy, że widzę ją zdrową L. że wróciła do domu. 

Anna przesłała mu niezmiernie smutne spojrzenie. 

Knut popatrzył na czubki własnych kumagów. Pew­
nie nie tak wiele par kumagów wstępowało na te de­
ski. Ta myśl trochę go uspokoiła. 

- W takim razie... - zagrzmiał dostojny głos - w ta­

kim razie możesz odejść. Jesteśmy ci wdzięczni, że 
przyprowadziłeś Annę do domu. Nasz Pan weźmie to 
pod uwagę i kiedy nadejdzie czas, otrzymasz to, na co 
zasłużyłeś. Możesz wyjść kuchennymi drzwiami. 

Knut ukrył uśmiech. Anna nie pomyliła się. Spoj­

rzał na dziewczynę - chciałby ją objąć, uścisnąć rękę, 
ale nie mógł jej nawet dotknąć. 

Nie pod surowym wzrokiem ojca. Z jego twarzy bi­

ło potępienie. 

background image

Knut martwił się o Annę, lecz nie był w stanie nic 

więcej dla niej zrobić. Był tylko biednym poszukiwa­

czem przygód. Nie na tyle ważną osobą, by wyjść głów­

nymi drzwiami. Pastorowi nie podobałaby się żadna 

forma zażyłości między córką a kimś takim jak on. 

Szybkim, ostrożnym uśmiechem próbował przynaj­

mniej dać Annie do zrozumienia, że będzie o niej myślał. 

Że nie jest zupełnie sama. Ze ma w nim przyjaciela. Choć 

nie był pewien, czy jest to dla niej cokolwiek warte. 

Kiedy przechodził przez kuchnię, usłyszał głos pa­

stora: 

- Moje dziecko, sprowadziłaś na nas taki wstyd. Mu­

sisz wiele przemyśleć. A potem pomodlisz się o prze­

baczenie. O odpuszczenie winy. 

Knut musiał nabrać w płuca dużo zimnego powie­

trza i kilka razy odetchnąć, by na tyle się uspokoić, że­

by móc założyć narty. 

- Nie mogłem jej ze sobą zabrać - powiedział, zwra­

cając się ku górze. Znowu zaczął rozmawiać z Bogiem. 

background image

Skierował się do tej części miasta, gdzie domy były 

nie odmalowane, szare i zniszczone przez wiatr, słońce, 

deszcz, śnieg i mróz. Gdzie izby miały małe i nieliczne 

okienka albo zupełnie były ich pozbawione. Nie wszy­

scy mogli sobie pozwolić na okna ze szklanymi szyba­

mi. Wielu musiało się zadowolić niewielkimi otworami 

w ścianie, które o tej porze roku zamykano na stałe. 

Knut zamierzał iść na cmentarz, ale uznał, że nie po­

winien odwiedzać ojca w stanie tak silnego wzburzenia. 

Chciał okazać Kallemu szacunek. 

Tu w tych chatach z drewnianych bałi spodziewał 

się spotkać ludzi, których serca biły podobnie jak je­

go własne. 

Nie mylił się. 
Ujrzał dwóch mężczyzn rąbiących grube brzozowe 

pieńki. Pozdrowił ich po fińsku: 

- Paiva\ 
Przerwali robotę. Spojrzeli na obcego. Rzadko ktoś 

tu się zjawiał o tej porze roku. Dawno nie docierali do 

Alty nowi przybysze z Finlandii. Pogłoski o nieprzy­

chylnym namiestniku rozchodziły się szybko i daleko. 

Finowie wiedzieli, że nie są w mieście dobrze widziani. 

- Przybywasz z domu? - zdziwili się. - Z Suomi? 

Knut potrząsnął głową: 
- Jykea - odparł. - Z Lyngen. 

background image

- Sam? 
Skinął głową. 
- Nie radzimy ci się tu zatrzymywać - powiedział je­

den z nich i zażył tabaki. - Tu nie jest dobrze być Finem. 
Mówią, że lepsze warunki panują dalej na północ, na wy­
brzeża Tam nie ma tak wielu osiedleńców z naszych 
stron. I do tego są ryby. My posiadamy tylko ziemię. 
Uprawiamy ją tak, jak zawsze to robiliśmy. Zbieramy do­
bre plony. Ale tutejsi mówią, że robimy to ich kosztem. 
Za wszelką cenę chcą nam przeszkodzić. 

- Słyszałem o tym. Był tu mój wuj - wtrącił Knut. -

Nazywa się Matti Alatalo - dodał, zanim zdążyli za­
pytać. - Wędrował razem z Aleksanterim Kilpi. 

Mężczyźni wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się. 
- Tak, pamiętamy ich. Jednak lepiej będzie, jeśli nie 

zaczniesz wokół rozpowiadać, że jesteś krewnym Mat-
tiego. Zdążył się niektórym... narazić. Za bardzo lubił 
dziewczęta. Jak się nazywasz, chłopcze? 

- Knut Elvejord - wyciągnął do nich dłoń. 
Finowie również podali swoje imiona. Hannu i Jussi. 
- Mówisz po fińsku, ale masz norweskie nazwisko. 

Jak jedno z drugim pogodzić? 

- Moja matka jest Finką, a ojciec był Norwegiem -

rzekł krótko. 

Miał nadzieję, że nie przyczepią się do jego nazwiska. 

Nie powinien był go podawać. Ale się nie zastanowił. 

Miał nadzieję, że nie każdy w Alcie wiązał nazwisko 
Elvejord ze skarbem Kwena. Musi jednak zachować 
więcej ostrożności. 

- Za to imię Knut dobrze nam się kojarzy - odezwał 

się Hannu. - Może słyszałeś o kimś, kogo nazywają 
Knutem-Kwenem? Zwykle, kiedy ktoś nazywa mnie 

background image

Kwenem, doprowadza mnie do szału, ale dzięki Knu-
towi to określenie stało się powodem do chluby. 

- Słyszałem, że udał się do samego króla, do Kopen­

hagi? 

Przytaknęli - najwyraźniej dumni ze swego rodaka, 

który pieszo dotarł do Danii, aby opowiedzieć królowi, 
jakiej niesprawiedliwości doświadczają od królewskiego 
namiestnika Finowie mieszkający w Alcie. Knut-Kwen 

mimo wszystko wierzył w dobrą wolę króla. Sądził, że 
po prostu jeden z urzędników okazał się zgniłym jajem, 
a sam król nie ponosi winy za to, że je tu podłożono. 
Królestwo jest przecież ogromne. Władca nie może wie­

dzieć, co się dzieje w każdym zakątku jego włości. 

Knut-Kwen postanowił opowiedzieć królowi o sy­

tuacji Finów w jego mieście na północy kraju. Ufał, że 
król wyciągnie konsekwencje wobec namiestnika. 

- Knut przysłał wiadomość z Kopenhagi. Nie roz­

mawiał jeszcze z królem, ale jest dobrej myśli. I nie za­
mierza wrócić do domu, zanim nie wyłoży swojej 
sprawy. A król już się postara, żeby namiestnik został 
ukarany. Nie wolno tak postępować z ludźmi. 

Knut Elvejord także chciał w to wierzyć. Chciał dzie­

lić tę nadzieję, której mimo wszystko nie tracili. Ich po­
czucie więzi, siłę i ufność w człowieka. Knut-Kwen mu­
siał być pewien swoich racji. W przeciwnym wypadku 
nie wybrałby się pieszo do królewskiego miasta. 

Ale Knut Elvejord był synem Raiji. Wiedział z do­

świadczenia, do jakiego okrucieństwa zdolni są ludzie 
posiadający władzę. 

Gospodarze spytali, czy wejdzie do środka. Nie jest 

tam może zbyt przestronnie, ale zawsze znajdzie się 
miejsce dla gościa. Dla jednego ze swoich. Pewnie coś 

background image

by przekąsił. Wędrowanie po płaskowyżu zimą to nie 
żarty. 

Poprowadzili go do izby, ciekawi nowin, gotowi przy­

jąć do swego towarzystwa. Szczęśliwi, że spotkali czło­
wieka, którego będą mogli nazwać swoim przyjacielem. 

Knut został z nimi. 2 Hannu i Jussim z Kemijarvi -

wioski leżącej w głębi kraju na południu Finlandii. 

Byli braćmi. Po śmierci ojca zabrakło dla nich ziemi 

do podziału. Najstarszy brat dostał wszystko - ów nie­

wielki spłachetek pola, który mieli. Niezbyt urodzajny, 

ale wystarczający, by wyżywić jego samego, niezbyt wy­
magającą żonę i dzieci, którymi Bóg ich pobłogosławił. 

Knut słyszał już identyczne opowieści. Nie tylko 

śmierć głodowa popychała Finów na północ. W domu 
też znajdowali sól do chleba, ale plotki głosiły, że na 
północy, w Ruiji, jest wszystkiego dużo więcej - w tej 
nadmorskiej krainie, skalistej i górzystej, otoczonej ka­
pryśnym morzem. 

Ruija stała się ich marzeniem. Ufali, że tu szybko 

się wzbogacą. 

Nie wszystkim się to udawało. Zbyt wielu nadal po­

zostawało biedakami. Biedakami bez żadnych praw. 
Nawet takich, jakie im przysługiwały w Suomi. 

Przybywali do kraju, w którym ludzie sprawujący 

władzę nie rozumieli ich mowy. Nie chcieli jej rozu­

mieć. Nie chcieli się jej uczyć. Przybysze stawali się 
konkurentami dla tych, którzy już mieszkali na wybie­
ranych przez Finów terenach. 

Wielu osiedleńcom dobrze się powodziło. Stawali 

się częścią Ruiji. Wielu zdobywało przyjaciół wśród 

rdzennej ludności. Wielu jednak czuło się obco ze swy­

mi trudnymi do wymówienia nazwiskami. 

background image

W Alcie mówiono, że Finowie - ci przeklęci Kweno-

wie - niszczą lasy. Wypalają je, żeby zdobyć nowe zie­

mie pod uprawę. A ziemia jest tam wyjątkowo dobra. 
Ci sami przeklęci Kwenowie zbierają wysokie plony. 

Na początku dobrze ich przyjmowano. Cieszono 

się, że ktoś chce mieszkać na północy, na tym zapo­
mnianym przez Boga cyplu, w dolinach niebieskich, 
bogatych w ryby fiordów. Cieszono się, że ktoś za­

mieszka tam na stałe, że ktoś inny, oprócz nomadów, 
Lapończyków, zaludni te rejony. 

Z radością witano osiedleńców, od których będzie 

można pobierać podatki i opłaty. Przybysze przejęli 
ziemię na własność i dobrze się nią zaopiekowali. Le­
piej niż wielu Norwegów. 

Ziemia okazała się żyzna. Płaskowyż i lasy pełne 

dzikiej zwierzyny to prawdziwy raj dla myśliwego. 
Dla kogoś, kto zna się na wędkowaniu, rzeka Alta jest 

istnym marzeniem. A fiord prowadzący do morza pro­

wadzi również do wielkiego półmiska - który zawsze 
tam pozostanie, gdy wszystko inne zawiedzie. 

To dobra kraina. 
Sytuacja zaczęła zmieniać się powoli. Nie nagle - wte­

dy by zdążyli zaprotestować. Szło o to, żeby niczego nie 
zauważyli i nie zaczęli łączyć się w grupy w obronie 
swych praw. Zarządzenie wydał człowiek na samym 
szczycie. 

Ale biedacy i tak nie zacisnęliby pięści. Przywykli 

stać z czapką w dłoni, zginać kark przed władcą, przed 

wszystkimi znajdującymi się wyżej w hierarchii. Boją 

się utracić to, co dotąd zyskali. Nie wolno im już sto­
sować wypalania. Mają uprawiać pola tak, jak to robią 
Norwegowie. To jedyny akceptowany sposób. 

background image

Nie wolno im korzystać z bogactwa lasów. Ani z nie­

użytków. Wspólna własność nie jest dla nich ani dla ich 
zwierząt, tylko dla Norwegów. Są wyłączeni ze wspól­
noty. Nie mają żadnych praw. Zostali ich pozbawieni. 

Nie wolno im łowić w rzece. Rzeka jest dla tych, 

którzy byli tu pierwsi. Nie dla nich. Metody połowów 
stosowane przez Kwenów są zbyt dobre. Zdobywają 
więcej ryb niż inni. Ludzie boją się, że przybysze spu­
stoszą rzekę. Tak jakby chcieli ją zniszczyć, tę rzekę, 
od której sami także są zależni. 

Ale namiestnik jest nieubłagany. 

Rzeka nie jest dla Kwenów. Jeżeli chcą łowić, niech 

wracają tam, skąd przyszli. Nikt ich nie zapraszał do 

Norwegii. Jeżeli chcą zostać, muszą się stosować do 
zasad, jakie ich obowiązują. 

Społeczeństwu nie są potrzebni obcy, mówiący in­

nym językiem, mający odmienną kulturę. 

Społeczeństwo musi utrzymywać przybyszów na 

odległość ręki. Oni mogą okazać się niebezpieczni. 

Kwenowie zawsze prowadzili wymianę handlową 

ze swoimi rodakami - z drobnymi kupcami, którzy 
przybywali znad Zatoki Botnickiej. Sprzedawali swo­
je towary i kupowali skóry, ryby i inne dobra, których 
tu na północy jest w bród. 

Owa wymiana z kupcami z okolic Tornea dla wie­

lu stanowiła jedyne dostępne źródło zaopatrzenia. 
Spółka handlowa, posiadająca monopol na handel 
z Finnmarkiem, rzadko była w stanie zdobyć potrzeb­
ne produkty. A nawet jeśli jej się to udało, to i tak nie 
starczało dla wszystkich. 

Kupcy z Tornea nie mieli stałych cen. Ludzie nie 

musieli zaciągać u nich długu. 

background image

Namiestnik zabronił Kwenom z Alty handlu z kup­

cami z Tornea. 

Namiestnik Kjeldsen to człowiek, który ma w Al­

cie największą władzę. 

Nastała wiosna. Knut łowił ryby z braćmi Kemija-

rvi. Potrafił robić to dobrze. Bądź co bądź był synem 
rybaka. Uważał, że powinien włączyć się do utrzyma­
nia domu na równi z gospodarzami.  H a n n u i Jussi wie­

dzieli już, że ma zamiar wyjechać, jak tylko śniegi 
stopnieją. Powiedział im o tym, choć nie podał powo­
du. Ani słowem nie wspomniał o skarbie, złocie czy 

też o legendzie z tym związanej. 

Oni też nigdy nie pytali. 
O Knucie-Kwenie do Kwenów z Alty jak dotąd nie 

dotarły żadne nowe wieści. 

Jego żona i dzieci żyły z tego, co ofiarowali im są­

siedzi. Ludzie z miasta otoczyli ich opieką. I chociaż 
lensman zabrał cały majątek Knuta Olssona, biednej 
kobiecie i jej synom nie działa się krzywda. 

Namiestnik uznał, że ma prawo zająć własność bie­

daka, skoro ten uciekł za granicę. Tego typu obywate­
li nie życzono sobie w tym kraju. 

Knut Elvejord wiedział o tym. Pomstował, że tak 

jest - on także był na wpół Kwenem mimo swego nor­
weskiego nazwiska. Jego pozycja nie była wcale lepsza. 

Annę widział kilka razy w kościele. Niezbyt pilnie 

uczestniczył w nabożeństwie. Prawdę mówiąc, chodził 
tam, żeby zobaczyć dziewczynę. 

W mieście dużo o niej mówiono - o córce pastora, 

która wróciła po dwóch tygodniach spędzonych na 
płaskowyżu. Spekulowano wiele na ten temat, lecz pa-

background image

stor nie należał do ludzi, którzy publicznie odsłaniali 
swoje życie prywatne. Ktoś słyszał, że dziewczyna zna­
lazła zalotnika, inni opowiadali, że została uprowadzo­
na przez lapońskiego noaidę, który nie darzył sympa­
tią pastora i nie podobało mu się, że chrześcijaństwo 

zostało narzucone wszystkim mieszkańcom północy. 

Jak wróciła do domu - albo dlaczego - tego ludzie 

nie wiedzieli. 

Anna była blada i milcząca i rzadko widywano ją sa­

mą. Pastor i jego żona nie pisnęli słowa. A Knut, któ­
ry znał całą sprawę, również trzymał język za zębami. 

Hannu po pewnym czasie zaczął się gościowi do­

kładnie przyglądać i zastanawiać, czy przybył do mia­
sta zupełnie sam. 

Knut zapewnił go, że był samiuteńki - oraz że czy­

sty przypadek zrządził, iż pojawił się w Alcie w tym 
samym czasie. 

Wcale nie skłamał. Anna była przypadkiem. 
Córka pastora oczywiście siedziała w kościele na 

przedzie. Knut Elvejord pokornie zajmował miejsce 
z tyłu. Starał się jednak tak stanąć, żeby widzieć dziew­

czynę z boku. 

Nie podobała mu się zmiana, która w niej zaszła. 

Anna pochylała głowę, nie podnosiła wzroku, a włosy 
miała tak ciasno splecione, że przedziałek na środku 
tworzył rozgniewaną, prostą, białą kreskę pod czarną, 
cienką chustką. 

Na jej twarzy nie zostały blizny. Knutowi udało się 

to dostrzec. Na rękach również nie zauważył pozosta­
łości po odmrożeniach. Chociaż jeszcze kilka tygodni 
temu Anna miała na nich brzydkie pęcherze, to jednak 
dłonie, które składała tak mocno w fałdach spódnicy, 

background image

że aż bielały jej kostki, nie nosiły żadnych śladów po 
mroźnej nocy spędzonej pod śniegiem. 

Knut cieszył się z tego. 
Próbował przykuć spojrzenie dziewczyny, kiedy 

wychodziła, ona jednak nie podnosiła wzroku. Nawet 

gdyby wiedziała, że Knut tam jest, nie dałaby tego po 
sobie poznać. 

Na dziedzińcu kościoła zbierały się w grupach naj­

ważniejsze osobistości miasta, stając z dala od po­

spólstwa. 

Knut nie miał żadnej możliwości, żeby porozma­

wiać z Anną. Musiał trwać w niepewności, czy nadal 

zamierzają wysłać ją do Danii. Co się z nią działo od 
powrotu... 

Mieszkali w tym samym mieście, ale w dwóch róż­

nych światach. 

Już dawno powinien ją wykreślić ze swego życia. 

Nie opłacało się wszak być tak beznadziejnie senty­
mentalnym. 

Knut zaczął przygotowania do drogi. Zgromadził 

wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić sobie rzeczy 

potrzebne na początek. Trochę jedzenia. Jakiś sprzęt. 
Nie za wiele i tylko całkiem zwyczajny, żeby nikt się 
nie dziwił. Starał się w ten sposób zachować ostrożność. 

Wiosenny wieczór ciągle jeszcze spowijał mrok, kie­

dy Knut umyty i uczesany szedł w stronę kościoła 
i cmentarza. Robił to tak wiele razy, że nikomu nie 

wydawało się to już dziwne. 

Mówił, że tam jest tak cicho. Że to dobre miejsce 

do rozmyślań. Że między grobami panuje niezwykły 
spokój. 

Nikt nie wiedział, że tu spoczywa jego ojciec. 

background image

Zdarzyło się, że Knut znalazł na grobie Kallego bu­

kiet drobnych kwiatków. Sam nigdy nie przynosił kwia­
tów. Oczywiście trochę oczyścił grób z chwastów, ale 
pozwalał, by darń stanowiła jedyną ozdobę. Tacie po­
dobałaby się taka prostota. Był prostym człowiekiem. 

Anna opowiadała jednak, że ktoś nadal opiekuje się 

tym grobem, dzięki legendzie. A więc z krążących opo­

wieści wynikało również coś dobrego. 

Zawsze czuł się dziwnie, stojąc przy skromnym 

krzyżu. Wyryte na nim nazwisko tak bardzo wybla­
kło, że można je było odczytać tylko za pomocą 
opuszków palców. Knut bardzo długo szukał, zanim 
odnalazł właściwy grób. Na cmentarzu zawsze był 
sam. Starał się przychodzić tu o takiej porze, kiedy ni­
komu innemu nie wpadłoby do głowy. Wczesnym ran­

kiem. Bardzo późnym wieczorem, tak jak teraz. 

Chciał być sam - szukał właśnie takiego spokoju, ta­

kiej ciszy, które pozwalały mu odnosić wrażenie, że 
jest blisko ojca, że za każdym razem, kiedy przycho­
dzi, otrzymuje okruchy tajemnicy. 

Knut nie słyszał kroków. Mech stłumił ich odgłos. 

Ktoś zbliżał się cicho, lekko stąpając; nie chciał mu 
przeszkadzać. 

Nie widział jej, zanim nie stanęła tuż obok. Wyda­

wała się przestraszona. 

- Miałam nadzieję, że przyjdziesz dziś wieczorem -

odezwała się cicho i tak szybko, że trochę jej się język 
plątał. Knut zauważył to. 

Musiał przełknąć ślinę. Dobry Boże, co ma zrobić 

z rękami? W jednej chwili stały się dwa razy większe 
niż zwykle. Schował je do kieszeni spodni i spojrzał 
na dziewczynę spod oka. 

background image

- Nie masz ani jednej blizny - rzekł lekko. - Bardzo 

mnie to cieszy. 

Na moment podniosła wzrok. Napotkała jego spoj­

rzenie i szybko popatrzyła w inną stronę. 

- Więc to ty kładziesz kwiaty na jego grobie. 
Knut zwrócił uwagę na bukiet, który ściskała w rę­

kach. Małe żółte macoszki, które nie były może zbyt 

dorodne, ale ładnie wyglądały na jałowej ziemi. 

Anna lekko skinęła głową. 
- Myślę, że powinien je dostawać. Spośród postaci 

z opowieści to jego darzyłam największą sympatią. Ry­

cerze i książęta, owszem, są bez zarzutu, ale jego też 

lubiłam. 

Schyliła się zręcznie i położyła przed krzyżem bu­

kiecik przedwiosennych kwiatów. 

- Widywałam cię tutaj - powiedziała. - Często. Mo­

gę patrzeć na to miejsce z mojego okna. Zakaz wycho­

dzenia z pokoju nie wydaje mi się już taki straszny. 

Rozejrzała się na boki. Bała się, że ktoś ją zauważy. 
- Nie jest ci ciężko? - spytał. 
- Jakoś daję sobie radę. 

- Musisz jechać do Danii? 

Skinęła. 

Knut jęknął z rozpaczy. Zacisnął pięści w kiesze­

niach spodni. Miał ochotę bić, bić na oślep, żeby dać 

upust swojej złości. 

- Kiedy? - spytał grubym głosem. 
Nie patrzył na nią. Nie był w stanie. Wiedział, że 

zbladła, że na jej twarzy pojawiła się rozpacz. 

Wystraszył się, że zobaczy jego łzy. 
- Jesienią. Późną jesienią - odparła. - Zostało jesz­

cze trochę czasu na strach. Trochę czasu na więcej łez. 

background image

Albo żeby oswoić się z tą myślą. Chyba się rozchoru­

ję, próbując się z tym oswoić. 

- Nie mów tak! 
- A ty? Wyjeżdżasz niedługo szukać swego skarbu? 
- Tak. Wkrótce. 
- Karl Kristiansen Elvejord - przeczytała Anna. - Był 

taki młody. Nikt nie powinien umierać, nie pozosta­
wiając po sobie innych śladów poza grobem i krzyżem. 

Knut odchrząknął. 
- Pozostawił po sobie więcej - rzekł drżącym gło­

sem. - Był moim ojcem, Anno. Nazywam się Knut 
Elvejord. Jestem jego synem. 

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 

- A więc to tak - powiedziała. Wierzyła mu bez za­

strzeżeń. - Po raz pierwszy stałam się niemal częścią 
jakiejś przygody... W takim razie ona, kobieta, która 
była żoną wójta, musiała być twoją matką? 

- Raija? - Knut uśmiechnął się nieznacznie. Z odro­

biną goryczy. - Tak, jestem synem Raiji. Lecz ty z pew­
nością usłyszałaś o skarbie dużo wcześniej niż ja. Nie 
chcieli mi o nim powiedzieć. Byłem prawie dorosły, 

kiedy się dowiedziałem. Długo czekałem na to, by móc 
zacząć szukać spuścizny po ojcu. 

- A więc ona nic nie znalazła? 
Knut pokręcił głową. 
- Raija, moja matka, była pewna, że skarbu wcale 

nie ma. Że tato zabrał z sobą wszystko, co znalazł, 
a resztę wymyślił. Przez całe swoje życie marzył o zna­
lezieniu złota. Uważała, że jego opowieść o wielkim 
skarbie to tylko dalszy ciąg tego marzenia. 

Anna patrzyła na Knuta roziskrzonymi oczami. 
- Mam nadzieję, że się nie mylisz, Knut. Mam na-

background image

dzieję, że znajdziesz złoto! Życzę ci tego. Życzę ci jak 
najlepiej! 

- Czy twój ojciec wie, że tu jesteś? 

Knut spojrzał ponad głową Anny w stronę budyn­

ku plebanii, który wznosił się biały i wytworny. 

- Oszalałeś? 
- Może cię zobaczyć... 
- Nie teraz. On i matka są u namiestnika. Obiecałam 

solennie, że nie będę wychodzić z pokoju. Modliłam się 
do Boga, żebyś przyszedł dziś wieczorem. Bardzo chcia­
łam się z tobą zobaczyć. Nie wolno mi z nikim rozma­
wiać. To jest nie do wytrzymania... 

Mówiła z taką desperacją, że Knut się wystraszył. 

Co oni, do licha, zrobili z tą dziewczyną? 

- Nie możemy tu stać - szepnął i rozejrzał się wo­

kół. - Jeżeli nawet twoi rodzice cię teraz nie zobaczą, 
to ktoś inny może przechodzić w pobliżu. Wolałbym, 
żeby nie widziano nas razem. Nie chciałbym, żeby 
ktokolwiek o tobie źle mówił. A wierz mi, nie zyskasz 
dobrej sławy, rozmawiając z Kwenem, Anno. 

- Nie dbam o to. - Spojrzała w stronę ogrodu. - Tam 

jest zacisznie, usłyszę, kiedy rodzice wrócą. Poza tym 
nikt tam nie zajrzy. Możesz ze mną chwilę porozma­
wiać? To dla mnie bardzo ważne... 

Knut skinął głową. Zaschło mu w gardle. 

Ogród przy plebanii? 
N o , no, mógłby teraz o sobie powiedzieć, że jest od­

ważny. Niewielu miało śmiałość spotykać się z córka­

mi pastorów w przykościelnym ogrodzie. 

Na szczęście dla obojga wieczorami nadal panował 

zmrok. 

Znaleźli spokojne miejsce pomiędzy stuletnimi, 

background image

ogromnymi drzewami. Pomiędzy sosnami, rzucający­
mi ciężkie, ciemne cienie - i brzozami, które zaczyna­
ły wypuszczać pączki. 

Knut oparł się o pień, założył ręce na piersi. Anna 

złamała jedną z cienkich gałązek, oderwała ją, nie pa­
trząc na niego. 

- Tęskniłem za tobą - odezwał się, kiedy cisza mię­

dzy nimi stała się tak uciążliwa, że aż dźwięczało 

w uszach. - Dobrze mi z tobą. Kiedyś nazywałem cię 
w myślach wychuchaną paniusią. A teraz przez całą 

resztę zimy tęskniłem do tej „paniusi". 

Nieśmiało spojrzała w górę spod długich rzęs 

i uśmiechnęła się. W obu policzkach pojawiły się do-
łeczki. Knut nie domyślał się ich istnienia. Teraz za­

uważył, że są niezwykle piękne. 

- Ja nazywałam cię nieukiem i prostakiem. Ale ja 

także za tobą tęskniłam. 

Włosy miała splecione w taki sam ciasny warkocz, 

jaki zwykle nosiła do kościoła. Jej twarz była drobna 
i okrągła. Nos charakterystyczny, odrobinę zadarty. 
Brwi wydawały się niemal równie jasne jak włosy, ale 
rzęsy wyraźnie ciemniały, podobnie jak ciemnoniebie­
skie oczy. Miała ładne oczy. Knut zauważył to już 

w ziemiance. 

Zachowała tę samą zgrabną figurę. Knutowi zapłonę­

ły policzki, kiedy sobie przypomniał jej ciało, teraz ukry­
te pod surową, czarną suknią. Jak dotykał nagiej skóry... 

Poczuł potworne dławienie w gardle. Przełykanie śli­

ny nie pomagało. Nie pomagało ani trochę. 

- Zamieszkałem niedaleko u pewnych Finów - rzekł. 

Starał się mówić całkiem naturalnie, ale przychodziło 
mu to z trudem, gdy patrzył na Annę. 

background image

- Tak myślałam. 
- Chciałbym... - zaczął. 
Ale zamilkł.  N i e mógł tego powiedzieć ani nie 

chciał. Nie wiedział, dlaczego coś takiego w ogóle 
przyszło mu do głowy. 

- Co? - spytała. 

Knut milczał. Oparł się całym ciężarem o pień brzo­

zy. O Boże, jak dobrze czuć, że istnieje coś tak nama­
calnego, realnego. To pozwala wrócić do rzeczywistości. 

- Knut... - odezwała się nagle. Ciężko odetchnęła kilka 

razy, po czym znowu nabrała powietrza i powtórzyła je­
go imię: - Knut... Jeżeli cię o coś poproszę, to czy obie­
casz, że nie będziesz się ze mnie śmiał? Że nie będziesz ze 
mnie drwił albo mówił, że jestem głupia? Nawet jeżeli mi 
odmówisz, to czy nie będziesz ze mnie drwił? 

Wzruszył się - i przestraszył. Co takiego miałby dla 

niej zrobić? I dlaczego lęka się go o to prosić? Ona, 
która ma wszystko... 

- Nigdy nawet by mi przez myśl nie przeszło, żeby 

z ciebie drwić, Anno - zapewnił. - Za bardzo cię lubię. 

- Czy wystarczająco mnie lubisz, żeby... 
Odwróciła się nagle i zacisnęła dłonie na własnych 

ramionach. 

- Nie - mruknęła sama do siebie. - Nie mogę o to 

prosić. Nie ciebie. Nawet ciebie. Absolutnie nie ciebie, 
Knut. 

- Możesz. 
Odsunął się od bezpiecznego pnia brzozy i odważył 

się wejść w to, co nieznane. Wszedł przez uchylone 

drzwi, które Anna dla niego zostawiła otwarte. 

Położył obie ręce na jej ramionach. Po raz pierwszy 

zauważył, jaka jest drobna. Pewnie dlatego, że pocho-

background image

dziła ze sfery o całe niebo wyższej od jego własnej, wy­
dawała mu się we wspomnieniach inna, taka wielka. 

Ale w rzeczywistości była drobna, bardzo drobna. 

- Możesz prosić mnie o cokolwiek - rzekł. - Po pro­

stu spytaj, Anno! Czy wystarczająco cię lubię, żeby co? 

- Żeby mnie pocałować... 
Knut nie wierzył, że dobrze ją zrozumiał. Nie miał 

jednak odwagi poprosić, by powtórzyła. To, co już po­

wiedziała, musiało ją i tak wiele kosztować. 

Nieskończenie wolno odwrócił ją ku sobie. Pogła­

dził po włosach. 

O Boże, jak pragnął rozpleść ten ścisły warkocz! 

Tak do niej nie pasował... 

Anna przełknęła kilka razy ślinę, a spojrzenie, jakie 

odważyła się mu przesłać, wyrażało wstyd i strach. 

Strach, że jej odmówi. 
Serce Knuta wypełniło się ogromną czułością. 

Musiał jednak zachować dystans. Nie miał odwagi 

zniszczyć niewidzialnego muru, jaki ich dzielił. 

Delikatnie, z miłością pieścił policzki dziewczyny. Tak 

dziwnie było dotykać jej miękkiej skóry, jeśli się wiedzia­
ło, że całkiem niedawno szpeciły ją pęcherze i strupy. 

- Myślisz, że to ma sens? - spytał cicho. - Poprzed­

nio niezbyt się udało... 

W jej twarzy pojawił się upór. Podniosła głowę. Wy­

sunęła brodę. Dobry Boże, rzekł w duchu, chyba ją 

zraniłem. Pomyślała pewnie, że nie chcę, że zamierzam 
się w jakiś sposób wykręcić. 

A przecież chciał. 
Przełknął ślinę, po czym położył jedną rękę na kar­

ku Anny, a drugą niżej, na jej plecach. Dziewczyna za­
mknęła oczy, rozchyliła wargi. 

background image

Wreszcie znalazł w tym sens. Sam odpowiedział so­

bie na pytanie, które zadał przed chwilą. 

Pocałował ją. 
Miał sucho w ustach. Krew zakipiała w nim jak mo­

rze w czasie sztormu, jak ławica ryb uwięziona w odno­
dze fiordu. Był oszołomiony, zdezorientowany, zasko­
czony gwałtownością jej odpowiedzi. Ręce dziewczyny 
zacisnęły się na jego karku, palce targały włosy - tylko 
to w niewielkim stopniu przywoływało go do rozsądku 
i sprowadzało do rzeczywistości. 

Wyrwał się, kiedy się zorientował, że jego dłonie za­

czynają wędrować samowolnie, tak jakby nie były już 
podporządkowane jego woli. 

Podniecony i zdyszany, zacisnął palce na pniu brzo­

zy, o który się oparł. Mógłby złamać to drzewo goły­
mi rękami. 

- To nie było zbyt rozsądne, Anno - rzucił. 
Nie odpowiedziała. 
Knut usłyszał jakiś dźwięk dochodzący od strony 

bramy. 

Szybko odsunął się od drzewa i ponownie objął 

dziewczynę. 

Zostało tak mało czasu. 

Jego usta wyciskały szybkie, suche pocałunki na ca­

łej twarzy Anny, obsypywały nimi jej czerwone, mięk­
kie wargi, które uśmiechały się najładniej na świecie. 

- O Boże, Anno, koniecznie muszę cię znowu zo­

baczyć. Nie możesz mi tego odmówić. Nie po tym, co 
się stało. Muszę cię znowu zobaczyć. 

Odpowiedziała pocałunkami, trzymała go niemal 

równie kurczowo, jak on ją. 

- Nie chcę ci tego odmawiać - szepnęła. - Nie chcę. 

background image

Nie mogę. Proszę cię, nie wyjeżdżaj tak od razu. Pla­

nowałeś wyruszyć jutro, prawda? 

Knut przytaknął. Nie miał odwagi jej dłużej obejmo­

wać. Pastor i jego żona nie mogli ich co prawda zoba­

czyć, ale lepiej by było, żeby zastali Annę w jej pokoju, 

a nie w ogrodzie, w dodatku z rozpalonymi policzkami 

i błyszczącymi oczami. 

- Postaraj się wymknąć jutro - błagał. - Jutro wie­

czorem, Anno. Będę na ciebie czekał przy kościele. 

Z tyłu. Żeby nikt mnie nie widział od strony miasta. 

Nie spodziewałem się tego. O Boże, naprawdę nie. Na­

wet mi to nie przemknęło przez myśl. Nie mogę cię 

teraz stracić, Anno. 

Przytuliła na krótko swój policzek do jego policzka. 
-Ja też nie chcę cię stracić, Knut. Postaram się przyjść. 

background image

Knut szedł niczym we śnie. Nie wiedział zresztą, 

czy powinien to nazwać koszmarem. Chyba jednak 
snem. Ale to, że czuł się tak mały, tak bezsilny wobec 
losu i jego kaprysów, sprawiało, że wszystko nabiera­
ło cech koszmaru. 

Zatrzymał się na cmentarzu. Przy grobie ojca. To 

całkiem szalony pomysł, ale musi mieć te kwiaty, któ­
re przyniosła Anna. 

- Nie kradnę ich tobie, tato - rzekł cicho. - Po pro­

stu potrzebuję ich bardziej niż ty. 

Knut mocno ściskał w garści maleńkie żółte kwiat­

ki. To ona je zrywała. 

Ciemność była prawie granatowa. Cień zlewał się 

w jedno z przedmiotami, które próbował naśladować. 

Anna powiedziała, że ze swojego pokoju może zo­

baczyć cmentarz. 

Mrużąc oczy, chłopak starał się zgadnąć, które to 

jej okno. Dobrze byłoby wiedzieć. W większości okien 
na pierwszym piętrze migotało światło lampy. Chciał 
wierzyć, że dziewczyna go widzi, chociaż on nie mo­
że jej zobaczyć. 

- Czy to tak było z mamą? - spytał, choć wiedział, 

że nie otrzyma odpowiedzi. - To uczucie trawi mnie 
od środka. A przed chwilą w ogóle nie zdawałem so­
bie sprawy z jego istnienia. To stało się tak gwałtów-

background image

nie i szybko. Buchnęło płomieniem jak suche drewno. 
Nie poznaję samego siebie, tato. Do tej pory najważ­
niejsze było zdobycie złota, które znalazłeś. Teraz ona 
stała się ważniejsza nawet od tego. Chociaż wcale nie 
jest dla mnie stworzona. Nigdy, nigdy nie była prze­
znaczona dla Knuta Elvejorda. 

Ciężko stawiał kroki, kiedy wracał do domu, do fiń­

skiej dzielnicy Alty. Do tej, która dla Anny była gor­
szą częścią miasta. 

Anna jest ważniejsza niż złoto, uświadomił sobie 

w drodze do zszarzałych drewnianych chat. I właśnie 

dlatego, że jest ważniejsza od skarbu, trzeba go znaleźć. 

Anna przywykła do tego wszystkiego, co można zdo­

być za pieniądze. Należała do osób, które zwykli ludzie 
pozdrawiali po nazwisku lub nawet z użyciem tytułu. 

Jeżeli ta dziewczyna ma stać się częścią jego życia, 

to musi zaofiarować jej coś więcej niż tylko zniszczo­
ny skórzany worek i marzenie, które wielu przed nim 
próbowało już urzeczywistnić. 

Nie wolno mu o niej myśleć, jeżeli nie może jej nicze­

go ofiarować. Dwie puste ręce i miłość to za mało. Nie 
ma prawa od niej wymagać, by porzuciła wszystko, do 
czego przywykła, i wybrała biedę i niepewność jutra. 

Knut dotarł do chaty  H a n n u i Jussiego, ale odczu­

wał zbyt silny niepokój, żeby wejść do środka. 

Jak mógłby zasnąć dzisiejszej nocy? Nie będzie w sta­

nie. Spokój nie przychodził wraz z chwilą rozstania. 

Usiadł przy stosie drewna na opał, którego jeszcze 

nie zdążyli do końca ułożyć. Jak mogło mu się przy­
trafić coś takiego? 

Tak jak wszyscy inni chłopcy zaczepiał jedną dziew­

czynę po drugiej. Flirtował jak i oni - grał twardego 

background image

i zimnego, choć bał się, że może zostać odtrącony. 

Udawał, że się nie przejmuje; nazywał dziewczęta tak 

i owak. Jeżeli go nie chcą, to trudno. 

Wiodło mu się raz dobrze, raz źle - tak jak wszyst­

kim innym. 

Bywały chwile, że chciał umierać dla którejś z dziew­

czyn, a potem nie rozumiał, jak w ogóle mógł tak my­
śleć. 

Teraz przekonał się, że wszystko to było błahe. 
A uczucie do Anny - niebezpieczne jak lawina ka­

mieni na rodzinnym cyplu nad fiordem. Nie widział 
żadnych szans, żeby przed nim uciec. I naprawdę nie 
był pewien, czy uda mu się przeżyć. 

Nawet puls wybijał jej imię: Anna - Anna - Anna... 
I bez tego mu było trudno. Nie potrzebował dodat­

kowego kłopotu. W ogóle nie potrzebował dziewczy­
ny. A w każdym razie nie tak nieosiągalnej jak Anna. 

Ale musi w tym tkwić chyba jakiś sens, skoro ją zna­
lazł na płaskowyżu i cudem uratował od śmierci. 

Nie pamiętał, kto to powiedział - na pewno Reijo al­

bo Ailo... Zresztą to bez znaczenia. Jednak zapamiętał do­
kładnie słowa: „Odpowiadasz za życie, które uratujesz". 

Przypomniał sobie, jak stał nad potrzaskiem, w któ­

rym znaleźli rannego lisa. Chyba razem z Reijo. Reijo 
był wściekły, że ktoś tak okaleczył zwierzę, przysporzył 
mu niepotrzebnych cierpień. Uwolnili lisa, a niebez­

pieczną pułapkę wyrzucili do morza. Potem usztywni­
li zranioną nogę biednego zwierzęcia. Jednak nie udało 
się go uratować. Lis zdechł tej samej nocy, bo zbyt dłu­
go uwięziony był w potrzasku. 

W każdym razie próbowali... 

Słowa brzmiały mu w uszach wyraźnie. Knut zasta-

background image

nawiał się, czy można by je odnieść również do ludzi. 
Pewnie skoro powiedział je Reijo, dotyczyły wszyst­
kiego, co żyje. 

Czy powinien wziąć na siebie odpowiedzialność za 

Annę? 

Umarłaby, gdyby nie on... 
Knut miał ochotę spakować wszystko, co posiadał, 

i w jednej chwili wyruszyć w drogę. Zacząć szukać 
tam, gdzie nikt inny przed nim nie szukał. Znaleźć. 

Zwyciężyć... Ale prosił Annę o spotkanie jutro wieczo­
rem. Nie mógł jej zawieść. Ryzykowała wiele samą 

próbą opuszczenia swojego pokoju. 

Zrozumiał, że postawił sobie nie lada zadanie do wy­

konania. 

Zanim nadejdzie jesień, musi stać się człowiekiem, 

na którego nawet pastor spojrzy z uznaniem. 

Anna nie pojedzie do Danii. Jeżeli on, Knut, okaże 

się mężczyzną i zdoła temu zapobiec. 

Wstał i z ciężkim sercem powlókł się do chaty. Ra­

no zaś oznajmił  H a n n u i Jussiemu, że to ostatni dzień 
przed rozstaniem. Nie rozumieli zupełnie tej nagłej de­
cyzji. Skoro tak długo czekał, to jeden lub dwa dni 
zwłoki chyba nie grają roli. 

Odparł, że ma pewną pilną sprawę do załatwienia. 

Zapakowali mu trochę suszonego mięsa i mąki. A Han­
nu szepnął w zaufaniu, że nie musi kupować blaszanej 
misy, gdyż ma jedną w drwalni - więc jeśli Knut będzie 
tamtędy przechodził, może ją sobie zabrać. 

- Przyda ci się chyba do tego, co masz załatwić? - rzu­

cił z błyskiem w oku. 

Knut oniemiał. 
Czyżby wszyscy o tym wiedzieli? 

background image

H a n n u wzruszył ramionami: 
- Kiedy przybywa w te strony taki młody człowiek, 

jak ty... Zostaje tu bez jakiegoś określonego powodu. 
I nagle w ciągu jednego dnia decyduje się wyruszyć... 
Tak, wtedy chodzi albo o dziewczynę, albo też usły­
szał o skarbie. Nie wygląda na to, byś tu spotkał 
dziewczynę, zatem pozostaje tylko złoto. 

Knut uśmiechnął się. A więc nie posądzali go o nic 

więcej. 

- Nie zaszkodzi chyba spróbować, prawda? Nikt 

nie znajdzie, jeżeli sam nie poszuka. A namiestnik 
nie zdążył chyba zabronić Kwenom poszukiwania 
złota? 

- Jeszcze nie. Tylko jeżeli coś znajdziesz, chłopcze, 

nie mów o tym zbyt wielu ludziom. Nie ufaj nikomu. 
I w żadnym wypadku nie rozpowiadaj obcym, ile 
masz i gdzie. Co nieco możesz wyjawić. Pogłoskom 
nie da się zapobiec. Są jak pożary wywołane piorunem. 
Ale jeśli uchyli się rąbka tajemnicy, powie tylko tro­
chę, wszyscy będą zadowoleni. 

- Myślałem, że jesteś uczciwszy. - Knut roześmiał 

się. - Dzięki ci, stary, dobry człowieku. Zapamiętam 
twoje rady, choć mało prawdopodobne, by okazały się 
przydatne. Jedynym moim łupem będą pewnie tylko 
skóry i ryby... tam w górach nie spotkam chyba na­
miestnika Kjeldsena, co? 

- Ostrożność nie zawadzi. Ma on swoich pomocni­

ków, którzy sięgają daleko. Przed tym człowiekiem na­
leży się dobrze pilnować. Biada temu, kto zadrze z nim 
lub pastorem! 

Knut skrzywił się. Dobrze, że Hannu nie wie wszyst­

kiego. 

background image

- Będę o was pamiętał, upajając się bogactwem - ro­

ześmiał się i ruszył w drogę. 

Zamierzał dotrzymać obietnicy danej Annie, ale po­

tem nie wróci tu ani na chwilę. 

Czuł, jakby siedział na rozżarzonych węglach, gdy 

oparty plecami o mury kościoła czekał na Annę. Ner­

wowo skubał kruche źdźbła trawy. 

Nikt nie mógł go tu zobaczyć, poza samym Bogiem 

- a jego Knut się nie obawiał - albo pastorem, jeżeli 

akurat będzie się krzątał wokół plebanii. Tego człowie­

ka bał się o wiele bardziej. 

Wieczór był długi. Nie ustalili konkretnej godziny. 

Knut zjawił się dużo za wcześnie w obawie, że Anna 

przyjdzie, a jego jeszcze nie będzie. Żaden nieszczęśli­

wy przypadek nie przeszkodzi im w spotkaniu. 

Musi ją zobaczyć! 
Drżał. Prawie nie jadł przez cały dzień. Jedzenie mu 

nie smakowało. Zdenerwowanie docierało do samych 

koniuszków palców. Czuł ów niepokój każdym włók­

nem ciała. Z trudem mu przychodziło trwać tak w bez­

ruchu, ale nie miał odwagi spacerować w obawie, że 

zostanie zauważony. Nie potrafił kłamać - jeżeli ktoś 

go spyta wprost, dlaczego kręci się koło kościoła, skoń­

czy się na tym, że wyzna prawdę. 

Knut czekał do chwili, gdy zaczęto gasić lampy na 

plebanii. Wtedy właściwie się poddał. Siedział jednak, 

nadal - wolał znajdować się blisko Anny, niż wracać 

po ciemku przez las do stodoły Hannu, gdzie zostawił 

wszystkie rzeczy. Bezradność obezwładniała go. Roz­

czarowanie paraliżowało myśli i ciało. 

Wtem coś cicho zaszeleściło w zaroślach i z mroku 

wyłoniła się drobna postać otulona dużym czarnym 

background image

szalem. Dziewczyna nie miała prawie odwagi wyjść 
z krzaków. 

- Długo już tu jesteś? - spytała zdyszanym głosem. 

- Musiałam poczekać, aż się położą. Matka zawsze 
przed pójściem spać do mnie zagląda... 

Knut zerwał się na nogi i błyskawicznie znalazł się 

przy Annie, zanim zdołała dokończyć. Objął ją - jego 

ramiona były wyłącznie po to, żeby ją obejmować. 

- To nic, że przyszłaś tak późno - szepnął tuż przy jej 

włosach głosem pełnym miłości. - Zupełnie nic się nie sta­
ło. Najważniejsze, że przyszłaś. Tylko to ma znaczenie. 

Pocałował jej czoło. Czuł ciepły oddech dziewczy­

ny na swej szyi. Przyjemne łaskotanie. 

Stali mocno przytuleni do siebie, mając wrażenie, że 

stanowią jedną całość. Serca biły im szybko z emocji i... 
ze strachu, że ktoś ich zauważy, że zobaczy ich razem. 

Obejmując się, robili coś niedozwolonego. Zdawali 

sobie z tego sprawę, ale choć wiele ryzykowali i bali 
się, nie potrafili opanować tej potrzeby bliskości. 

- Prawie nie spałem w nocy - szepnął Knut Annie 

do ucha. - Nic dziś nie jadłem. Tylko myślałem o to­
bie. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Jestem chory 
i zdrowy jednocześnie i pragnę, żeby tak było dalej. 

Anna roześmiała się cicho. Zdobyła się na to, mimo 

że paraliżował ją strach. 

- A ja przez cały dzień miałam zaczerwienione po­

liczki i byłam dziwnie rozpalona. Matka myślała, że 
mam gorączkę. Odchodziła od zmysłów. Mówiła, że to 
na pewno skutki „tego strasznego przejścia" w zimie. 

- Częściowo ma rację - zauważył Knut z uśmiechem. 
Zamknął oczy, przez kilka sekund było mu napraw­

dę dobrze. 

background image

- Dzisiaj ruszam w drogę. 

Spadło to na nią tak nagle. Znieruchomiała w jego 

ramionach. 

Knut otworzył oczy i nieznacznie odsunął od siebie 

dziewczynę. Popatrzył na nią smutno. Zamrugała, by 
powstrzymać napływające łzy. 

- Myślałam... - zaczęła i zagryzła wargę. 
- Myślałaś, że to zmieni moje marzenia - dokończył 

za nią Knut. 

Dziewczyna przytaknęła. 
- Tak też się stało. 
Uniósł do góry jej brodę. Spojrzał prosto w oczy. 

- Musisz mi uwierzyć. Wszystko się zmieniło. Ale 

nie mogę zrezygnować z poszukiwania złota. Teraz 
bardziej mi jest potrzebne niż kiedykolwiek. Nie mam 

czasu do stracenia, Anno. Robię to nie tylko dla sie­
bie. Ale i dla ciebie. Stałaś się częścią bajki, Anno. Je­
steś w niej księżniczką. Jesteś tą, którą chcę uczynić 
królową. Ale bez skarbu nie mogę zostać królem. 

- Nie muszę być królową. 
Knut pogładził ciasno spleciony warkocz. 
- Dla mnie nigdy nie będziesz nikim innym. Już je­

steś księżniczką. Nie powinienem był cię nawet tknąć. 
Ale to naprawię. Niedługo będzie mnie stać na to, że­
by ci ofiarować wszystko, do czego przywykłaś. Uda 
mi się, a wtedy nic nas nie rozdzieli. 

- Ale dopiero zaczęliśmy odkrywać to, co piękne! 
- Przykro mi, Anno. Nie mogę jednak postąpić ina­

czej. Tak zostałem stworzony. Z nadmiernie rozwinię­
tym staromodnym poczuciem honoru. Nikt i nic nie 

jest w stanie tego zmienić. Nawet ty. 

- Nie możemy się tak po prostu teraz rozstać! - zapro-

background image

testowała. Broniła się, jak potrafiła. - Nie przeżyję tego, 
Knut. To mnie zabije. Nie będzie cię całymi tygodniami. 
Nawet raz na jakiś czas nie zobaczymy się choćby przez 
chwilę. Nie zniosę tego. Nie może tak być... poznałam 
cię, przekonałam się, ile dla mnie znaczysz, a teraz mam 
pozwolić, byś zniknął w pogoni za... tęczą. 

- Muszę iść. 
- Zamierzasz wyruszyć dziś w nocy? - spytała. - Chy­

ba nie myślisz zaczynać poszukiwań po ciemku? Na­

wet ty nie masz oczu jak sowa lub kot. Ciągle miesz­

kasz u Kwenów? 

- Już nie - odparł. - Naprawdę zamierzałem wyru­

szyć w nocy. Ciemność nie stanowi dla mnie prze­
szkody. Być może jestem spokrewniony z sową. W da­
lekiej linii. Albo z kotem. Całkiem nieźle widzę 

w ciemności. 

Dziewczyna zaczerpnęła powietrza. Nie zastanowi­

ła się dobrze, nim spytała: 

- Czy mógłbyś odłożyć to do świtu? Zostać ze mną 

jeszcze trochę? Czy możesz poświęcić mi tych kilka 
godzin, zanim mnie opuścisz? 

Knut chciał zapewnić, że wcale jej nie opuszcza, ale 

te słowa nie przeszły mu przez usta. 

- Dasz mi tę noc? - spytała zdecydowanie. 
Wydawało się, że mówi poważnie. 
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, o co mnie pro­

sisz? - spytał z niedowierzaniem. - Nie sądzę, bym po­
przestał na trzymaniu cię za rękę, moja mała. A nie 
chciałbym zrobić niczego niewłaściwego. Nie wiesz 
chyba nawet, o czym mówię, prawda? 

- Niezupełnie - przyznała szczerze. - Ale chcę być 

razem z tobą. Nie wierzę, byś mógł mnie skrzywdzić. 

background image

Mam do ciebie zaufanie. Chcę wykorzystać każdą 
chwilę, jaką jeszcze mamy... 

- Jednak nie możemy tu zostać - szepnął. - To zbyt 

niebezpieczne. 

- W takim razie gdzie? - spytała. 

Stodoła Hannu... 
- To kawałek drogi stąd. Ale odprowadzę cię z po­

wrotem. Czy odważysz się zaryzykować? Nie boisz się, 

że ktoś może zauważyć, że nie śpisz w swoim pokoju? 

Anna spojrzała Knutowi prosto w twarz swoimi du­

żymi ciemnoniebieskimi oczami. 

- Nie mam odwagi tego nie zrobić. Może to nasza 

ostatnia szansa, by być razem, Knut. 

Nie czuli się zbyt pewnie, przemykając brzegiem la­

su w górę doliny Alty. Knut nie pamiętał, ile czasu za­
brało mu dotarcie do miasta. Jego myśli krążyły wte­
dy zupełnie gdzie indziej. 

Ściskali się za ręce. Tylko dzięki temu zachowali 

jeszcze odwagę. 

Gdyby ktoś ich tak zobaczył... 
Nie ośmielili się dokończyć myśli. 
Stodoła Hannu przypominała raczej skromną dar­

niową chatę; chociaż właściciel użył na jej budowę tro­
chę drewnianych kloców, ściany zrobione były głów­
nie z darni. 

-Jest niewiele lepsza niż poprzedni dom, który dzie­

liliśmy - rzekł Knut, uśmiechając się krzywo, kiedy 
otworzył drzwi i wpuścił dziewczynę przodem. 

Anna rozejrzała się dokoła. Pod jedną ze ścian pię­

trzyły się stosy zeszłorocznego siana. Tak, ostatnie la­
to było urodzajne.  D a ł o ludziom wiele obfitości, 
a i zwierzętom niczego nie poskąpiło. 

background image

Finowie zwykle suszyli siano na żerdziach rozsta­

wionych na łąkach - późnym wieczorem, kiedy skąpe 

światło potrafiło oszukać niejedną duszę, wyglądało to 
jak grupa trolli w drodze na przyjęcie. Norwegowie 
zaś wieszali siano na drabiniastych stojakach. 

- Hannu i Jussi nie hodują już wszystkich zwierząt, 

dla których przygotowali ten zapas - wyjaśnił Knut. 
Rozrzucił trochę siana na podłodze, przykrył nim na­
gromadzony przez wiele lat brud. - Musieli zabić kilka 
sztuk. Nie stać ich było na utrzymanie całego inwenta­
rza. Rozporządzenia namiestnika stawiają w trudnej sy­
tuacji wielu Kwenów z okolic Alty - w głosie Knuta 
brzmiała gorycz. 

Anna odwróciła wzrok. Tak niewiele wiedziała ó ży­

ciu. Nie pomyślała o tym. 

Knut pożałował zaraz swych słów. Podszedł do Anny, 

objął ją od tyłu, przyłożył swój policzek do jej skroni. 

- Przepraszam, nie chciałem być niemiły. Wiem, że 

nic na to nie poradzisz, droga Anno. To nie twoja wi­
na, że urodziłaś się w zamożnej rodzinie. Czasem nie 
potrafię jednak opanować swej wściekłości na na­
miestnika. Na samą myśl o nim zaciskam pięści... Bo­

że, mam nadzieję, że Knut Olsson wkrótce powróci! 
Ale i on nie jest w stanie czynić cudów. Jest tylko czło­
wiekiem. Kwenem. 

- Knut-Kwen? - zdumiała się. - Ten przestępca, któ­

ry uciekł za granicę? 

- Jest uczciwym człowiekiem - wyjaśnił Knut, dum­

ny, że nosi to samo imię co człowiek, którego nigdy 
nie spotkał, ale który zdążył już stać się dla niego bo­
haterem. - A wiesz, dlaczego namiestnik nazywa go 
przestępcą? Knut udał się pieszo do króla, do Kopen-

background image

hagi, żeby opowiedzieć o niesprawiedliwości, która 

spotyka Kwenów w dolinie Alty. Namiestnik boi się, 

że Knutowi się uda, i drży o własną skórę. Dlatego ści­

ga Knuta-Kwena jako przestępcę. 

- Nie wiedziałam o tym. 
- Jak mogłaś wiedzieć? W twoim świecie mówi się 

tylko część prawdy. 

- Zostaję z tobą! - Odwróciła się gwałtownie. 

Drobnymi dłońmi chwyciła miękką skórę jego kurt­

ki. Jeszcze jednej rzeczy, którą Knut dostał od Ailo. 

Nic nie okazywało się tak przydatne w życiu pod go­

łym niebem jak ubrania Lapończyków. 

- Nie wracam, Knut. Nie chcę. Chcę być tylko z to­

bą. Możemy uciec razem dziś w nocy. 

Łagodnie pokręcił głową. Usiadł i pociągnął Annę 

za sobą na miękkie siano. Ciepłą ręką trzymał jej drob­

ną dłoń. 

- Tym razem twemu ojcu nie będzie trudno zgadnąć, 

że nie uciekłaś sama. Znajdą nas. Knut Olsson już do­

statecznie wyprowadził namiestnika z równowagi. Jak 

myślisz, co się stanie z innym Knutem, innym Kwenem, 

który uprowadził... i uwiódł najmłodszą córkę pastora? 

- Ale ja nie chcę wracać do domu. - Spojrzała na nie­

go nieszczęśliwa. - Wszystko tam jest takie fałszywe. 

Sam powiedziałeś, że mówi się tylko pól prawdy. 

Chcesz mnie skazać na takie życie? Jesienią wyślą mnie 

do Danii. Myślałam, że coś zamierzasz z tym zrobić, 

Knut... Nie wierzyłam, że pozwolisz, by tak się stało! 

Anna rozpłakała się na jego piersi. 

- Nie pojedziesz do Danii - zapewnił. - Nie poje­

dziesz do Danii, moje dziecko. Nie pozwolę na to, sły­

szysz? Nie zrobią tego. Myślałem, że mnie zrozumia-

background image

łaś, moja Anno... Nie mogę wejść kuchennymi drzwia­
mi i poprosić o twoją rękę. Muszę się stać kimś, kogo 
wpuszczą głównym wejściem. Nie pozwolę, by wyda­
li cię za mąż za jakiegoś okropnego arystokratę, któ­
ry w zamkowych korytarzach ściska inne kobiety. Nie 
pozwolę nikomu się z tobą ożenić... 

- Naprawdę? - spytała żałośnie. 
Knut skinął głową. Z czułością scałował łzy z dłu­

gich, ciemnych rzęs, tych miękkich jak jedwab wachla­
rzy, które osłaniały jej cudowne oczy. 

- Nikt nie będzie obejmował cię w ten sposób, mo­

ja maleńka - rzekł z przekonaniem. - Tylko ja. 

Pocałował ją. 
- Wrócę przed jesienią - zapewnił, czując, jak puls 

wraca do normalnego rytmu. - Wrócę wystarczająco 
wcześnie, by nie zdążyli cię wysłać za granicę. Wrócę 
tak odmieniony, że nie będą mogli odmówić mi two­

jej ręki, Anno. Będę taki bogaty, że jeśli zechcę, kupię 
całą Altę. I chociaż nie jestem cudnej urody, będę chy­
ba stanowił odpowiednią partię dla ciebie? 

- Teraz też ci niczego nie brakuje. Nie chcę nikogo 

innego. 

Knut położył się na plecach. Podparł głowę na rę­

ku. Nie mógł się napatrzeć na Annę. Była ładna - nie 
uderzająco piękna, ale dla niego ładna. Nie martwił się 
tym, co o niej myślą inni. Dla niego była elfem, bogi­
nią, księżniczką, kwiatem... 

Wszystkim, co piękne na świecie. 
Anna uśmiechała się do niego. Uśmiechała się tak, 

że nawet pierwsze promienie słońca po wielomiesięcz­

nej zimowej ciemności jej nie dorównywały. Powoli 

wyciągnęła dłoń i dotknęła jego twarzy. Knut nie pro-

background image

testował. Nie uczynił nic, tylko na nią patrzył, rozko­
szował się jej dotykiem... 

Nikogo przedtem tak nie dotykała. Tym bardziej żad­

nego mężczyzny. W jej rodzinie nikt nikogo nie dotykał. 

To dziwne - czuć jego skórę pod opuszkami palców. 

Dziwne i jednocześnie przyjemne. Starała się go takim 
zapamiętać. Późnymi wieczorami zamknie oczy i na­
prawdę poczuje ten dotyk - mimo że Knut będzie 
o wiele mil od niej. > 

Powinna go poznać, tak jak nikt inny go nie znał. 

Z tym postanowieniem pochyliła się nad nim. Ciężki 

warkocz opadł jej przez ramię i połaskotał Knuta po 

policzku. Chłopak uśmiechnął się do niej. 

Tym razem to ona go pocałowała. Delikatnie roz­

dzieliła jego wargi językiem. 

Pocałowała go niepewnie, miękko, czule i ostrożnie. 
Całkiem opadł na kłujące siano. Poczuł nagłą po­

trzebę, by wypełnić Anną ramiona. Zamknął je za jej 
plecami, przyciągnął jej ciało do swego, przekręcił się 
razem z nią, znalazł się ponad nią. 

Z uśmiechem spojrzał w dół na twarz dziewczyny. 

Kochaną i drogą drobną twarz. 

Policzki jej płonęły, wargi nieznacznie się rozchyli­

ły. Wyglądały jak płatki kwiatu, który po ulewnym 
deszczu zaczyna się otwierać ku pierwszym ciepłym 
promieniom słońca. 

- Jesteś cudowna - rzekł Knut z przekonaniem. 
Nawet się nie starała zaprzeczyć - wiedziała, że on 

naprawdę tak myśli. 

W uśmiechu jeden kącik jego ust uniósł się do góry: 
- Nigdy nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę mógł ci 

to powiedzieć. A już najmniej wtedy, kiedy leżałaś nie-

background image

przytomna i wychłodzona w mojej ziemiance, ze spuch­
niętą twarzą i odmrożeniami. Potem albo powarkiwałaś 
na mnie, albo zachowywałaś się jak kopnięty pies. Nie 

wiem, co było gorsze. Tylko oczy były twoje, choć spod 
opuchlizny wyzierały tylko szparki. Nawet w marze­

niach nie wyobrażałem sobie, że jesteś taka ładna. Przez 
myśl mi nie przeszło, że tak bardzo zapragnę mocno cię 
do siebie przytulić i nigdy nie puścić. Gdybym wiedział... 

- To co? 
- Gdybym wiedział, zrobiłbym to już wtedy. Nie 

zmarnowałbym tyle czasu. 

- Byłam taka brzydka. 

Knut muskał wargami policzek Anny. Nie były to 

właściwie pocałunki, ale czułe pieszczoty. Gdyby się 

przyjrzał dokładnie, zobaczyłby na jej skórze jaśniej­
sze plamy. Tylko nieznacznie się różniące... wiedział, 
że w tym miejscu były pęcherze wielkości szylinga. 

- Potrzebowaliśmy czasu, żeby to zauważyć - stwier­

dził z powagą. Dorósł tej zimy. W domu by go nie po­
znali. - Potrzebowaliśmy czasu, żeby się nawzajem po­
znać. Tobie też nie bardzo się podobał ten szorstki, 
brudny poszukiwacz przygód, Anno. Uważałaś mnie 
za obszarpanego Kwena. 

Musiała się uśmiechnąć, ale w jej oczach nadal wid­

niał smutek. 

- Szybko cię polubiłam - przyznała. - Ale ty nadal 

zachowywałeś się wobec mnie gorzej, niż na to zasłu­
giwałam, przez ciebie czułam ciągły niepokój. Nie wie­
działam, skąd się to brało. Nie miałam pojęcia, dlacze­
go, Knut. To było okropne. 

- Czy teraz też jestem okropny? - spytał poważnie. 
Z równą powagą potrząsnęła głową. 

background image

Mocniej zacisnął wokół niej ręce. Przełknął ślinę. 

Usiłował odegnać poczucie winy, ale zawładnęło nim 
i ciążyło jak kamień. Knut zamknął oczy. Nazwał się 

w myślach niegodziwcem, ale to nie pomagało. 

- Tak niewiele wiem - wyznała Anna żałośnie. W jej 

oczach pojawił się cień niepewności. Nie strachu, lecz nie­
pewności. Nie była pewna, czego może się spodziewać. 

- Ja wiem niewiele więcej - mruknął tuż przy jej 

szyi. - Wiem niewiele więcej, Anno. Całe to moje ga­
danie o doświadczeniu... - Podniósł głowę i spojrzał na 
nią. -... to tylko przechwałki. Nigdy nie miałem dziew­
czyny. Najwyżej skradłem kilka pocałunków. Nigdy 
przedtem tego z nikim nie robiłem... 

Anna parsknęła śmiechem, a w jej oczach pojawiła 

się szczera radość. Mocno pociągnęła Knuta ku sobie. 
Na jego policzki spłynął deszcz pocałunków. Teraz nie 
musiała zastanawiać się, czy porównuje ją z innymi, 

obawiać się, że robi coś źle. 

Nie miał jej z kim porównywać. 
Byli tylko ona i on. 
Knut rozplótł Annie warkocz. Nigdy nie widział jej 

włosów spływających swobodnie na plecy. Nie mógł 

brać pod uwagę okresu spędzonego razem w ziemian­
ce, wtedy włosy dziewczyny były potargane i brudne. 
Teraz utworzyły jasne rozlewisko. O barwie nie do 
końca srebrzystej jak księżyc, niezupełnie złocistej jak 
zboże - lecz pośredniej między jedną a drugą. Nie 
przypominały niczego, co znal. Cudownie było po­

czuć, jak jej loki prześlizgują się między palcami. 

Nie był już tym grzesznym Knutem, jakim czul się 

do tej pory. To Anna sprawiła, że wszystko wydało mu 
się cudowne. 

background image

- Czy mężczyźni lubią słuchać, jacy są przystojni? -

wyszeptała pomiędzy coraz gorętszymi pocałunkami. 

- Ja na pewno to lubię - mruknął. 
Usta całowały zagłębienie u nasady jej szyi. Palce 

podążyły po omacku do guzików tuż pod sztywnym, 
surowym kołnierzykiem sukni. 

- Jesteś... piękny - szepnęła. - Tak bardzo podoba mi 

się twoje czoło, lubię twoje oczy. Twoje usta... nigdy nie 

widziałam takich ust jak twoje. Łagodne i surowe jedno­

cześnie. Podoba mi się twój nos. Policzki. Jesteś najprzy­
stojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziałam. 

- Kocham cię - szepnął przy jej policzku. - Kocham 

cię. Czy to brzmi głupio? 

Anna powstrzymała zdradzieckie łzy i lekko potrzą­

snęła głową. 

- Ja też cię kocham. 
Zobowiązujące słowa. Myślała, że nigdy ich nie wy­

powie. 

Knut nie spuszczał z niej wzroku, kiedy rozpinał 

stanik sukni. Anna nie protestowała. To było nie­
uchronne. Postanowione z góry. Pragnęła za wszelką 
cenę, żeby nic tego nie przerwało. 

Knut obudził w niej coś, czego istnienia nigdy wcze­

śniej nie podejrzewała. Coś, co zawierało w sobie wszyst­
ko, co w życiu najpiękniejsze, a co przez wszystkie lata 
usiłowano przed nią ukryć. To było takie wspaniałe, że 
nie mogło być grzechem, jak kazano jej wierzyć. 

Było tylko cudowne. Cudowne jak ukwiecona łąka 

latem. 

Anna usiadła, żeby chłopak mógł zsunąć z jej ra­

mion suknię. Zdjęła trzewiki zapinane na guziki, na­
stępnie pozwoliła Knutowi ściągnąć z siebie spódnicę. 

background image

Nawet się nie zaczerwieniła, kiedy drżącymi, nie­

wprawnymi rękami zdejmował z niej bieliznę. 

Potem zdarł własne ubranie. Uczynił to z szybko­

ścią huraganu i stanął przed nią równie nagi. 

Anna zarumieniła się. 

Nigdy przedtem nie widziała mężczyzny bez ubra­

nia. Podejrzewała tylko, że musi się jakoś różnić od ko­
biety. Ale dokładnie nie wiedziała, jak jest zbudowany. 

Knut spostrzegł onieśmielenie Anny i ostrożnie po­

łożył się koło niej. To na pewno dla dziewczyny szok. 
Sam czuł tak silny strach, że musiał wstrzymać od­
dech. Wszystko mógł teraz niechcący popsuć, a prze­
cież chciał, żeby przeżyła coś pięknego. 

Objął Annę i lekko pocałował - całował jej ramio­

na, nieśmiało przyłożył usta do twardych piersi. 

Nie miała jeszcze odwagi odwzajemnić pieszczot, ale 

jego pocałunki sprawiały jej przyjemność. Nie odtrąci­
ła go. Zareagowała, dała się porwać - chciała przyjąć to, 
co tak hojnie ofiarował. Nie odważyła się jednak na nic 

więcej, gładziła tylko z zachwytem jego szerokie ramio­

na i ostrożnie dotykała silnego torsu. Nie śmiała nawet 
zerknąć w dół jego ciała... 

Nieśmiałość Anny wzruszyła Knuta, wypełniła ser­

ce ogromną czułością. 

Obdarzał ją czułymi pieszczotami. Uczył się doty­

kiem jej ciała. Czynił to jak najdelikatniej, zdawało mu 
się, że śni. Uważał, by nie ścisnąć jej zbyt mocno, nie 
zostawić na skórze sińców, nie przestraszyć - ale sta­
rał się robić wszystko, by ją rozbudzić. 

Poruszała się pod nim jak fala. Jak płomień parzyła 

jego dłonie. Otworzyła się przed nim jak kwiat, jego 
pieszczoty obudziły drzemiącą w niej kobietę. 

background image

Gotów był się wycofać, gdyby dziewczyna go nie 

chciała, lecz ona przyjęła go w sposób daleki od nie­
chęci. 

Jej usta błagały o więcej. Rozkosz i namiętność od­

mieniły jej twarz.  N i e znał tej kobiety z ogniem 

w oczach, ale pragnął ją posiąść. 

Wbiła koniuszki palców w jego ramiona, kiedy po­

ruszył się w stronę nieznanej miękkości. Jej twarz by­
ła równie napięta jak jego własna. Zagryzła dolną war­
gę do krwi, kiedy w nią wszedł, ale uśmiechała się 
i miękko pod nim poruszała. Instynktownie wiedzia­
ła, co robić. Łzy na rzęsach wyglądały jak perły. Knut 
przyłożył usta do jej ust, osunął się i zacisnął ręce na 
szczupłych ramionach Anny. 

Całując ją, zorientował się, że nie jest w stanie nad so­

bą zapanować. Czuł, że Anna za nim nie nadążała. Lecz 
jej ręce zaciskały się tak mocno wokół niego, że nie po­
trafił zwolnić rytmu. Dotarł do punktu kulminacyjnego, 
po czym wyczerpany i spocony osunął się w jej ramiona. 

Pocałował ją delikatnie w szyję. 
Mężczyźni całkiem się mylili, kiedy opowiadali o sy­

pianiu z dziewczętami. 

Nic o tym nie wiedzieli. 
On teraz już wie. 

Anna pogładziła go po włosach. Trochę krwawiła, 

ale nie zwracała na to uwagi. 

- Bolało? - spytał niemal z żalem. 

Skinęła głową. 

- Przez chwilę, ale to było... prawie... prawie straciłam 

świadomość... - Zagryzła wargę. - To było cudowne. 

- Dziewczęta potrzebują więcej czasu - powiedział. 

Tyle w każdym razie wiedział. Od Simona. - Jestem 

background image

tylko niedoświadczonym uczniakiem - dodał ze śmie­
chem. - Uczniacy nie są zbyt dobrymi kochankami. 

Zaczerwieniła się na dźwięk tego słowa. Spuściła 

nieśmiało wzrok. Jej serce wypełniała miłość. 

- Możesz zostać jeszcze trochę? - spytał. Akurat 

w tej chwili nie dbał o to, czy przyjdzie pastor i znaj­
dzie ich razem. 

- A chcesz? 

Skinął głową. 

- Nie mam zamiaru cię porzucić dlatego, że cię mia­

łem. Nie jestem tego typu mężczyzną. Kocham cię, An­
no. Potrzebuję wspomnień o tobie. Potrzebuję ciebie. 

- Ja także ciebie potrzebuję, Knut. 

Przyciągnęła swój wielki szal i okryła nim ich oboje. 

- Zostanę tutaj, aż zacznie świtać. Dłużej nie mam 

odwagi. 

Knut przytulił ją do siebie. 
Po raz pierwszy w życiu czuł się naprawdę szczęśliwy. 

background image

10 

Szarzało, kiedy Knut pomógł Annie spleść jej dłu­

gie włosy w ciasny warkocz, jaki nosiła na co dzień. 
Chłopak był zmęczony - i rozradowany. 

Nigdy wcześniej nie rozmawiał tak szczerze z żad­

nym człowiekiem. Nigdy przedtem nie otwierał się 
przed nikim do tego stopnia. Wątpił, żeby Reijo znał go 
równie dobrze jak Anna w tej chwili. A spędzili razem 
tylko tę jedną noc - i dwa tygodnie w nędznej ziemian­
ce, kiedy właściwie woleli się do siebie nie odzywać. 

Wczesnym rankiem, zanim wyszli ze stodoły, Anna 

doprowadziła do porządku strój i włosy. Nawet jed­

no źdźbło nie mogło jej zdradzić. 

Ręka w rękę biegli truchcikiem z powrotem do mia­

sta. Knut dźwigał na ramieniu cały swój dobytek. Wy­
ruszył w podróż swego życia. 

Zatrzymali się na skraju lasu za plebanią. Biały bu­

dynek stał niemy i spokojny. Okna-oczy miał nadal za­

mknięte, zaciągnięte zasłony. 

Anna rzuciła się Knutowi w ramiona, mocno obję­

ła go w pasie, ukryła twarz na jego piersi. 

- Nie zapomnisz o mnie? 
Knut pogładził ją po włosach, miękko pocałował. 
- Wiesz, że nie zapomnę. Mogą upłynąć całe tygo­

dnie, może nawet miesiące. Ale wrócę. Jeśli nie wytrzy­
mam, wrócę wcześniej. Jakoś dam ci znać, moja An-

background image

no. Nigdy cię nie opuszczę. Nie na zawsze. Cały czas 
będę o tobie myślał. I nie pozwolę, by cię wysłano do 
Danii. Nie myśl o tym więcej. Udawaj po prostu przed 
rodzicami, że się z nimi zgadzasz. Myśl o tym, że bę­
dziemy razem. Wkrótce. 

- A jeżeli nie znajdziesz złota? 
- O to też się nie martw. - Knut spojrzał ponad jej 

ramieniem. Na jej dom. Pałac. - Jeżeli go nie znajdę, 
i tak wrócę na czas. Wtedy będziesz się musiała zado­

wolić takim obszarpańcem jak ja. W najgorszym wy­
padku uciekniemy razem. 

Uniosła ku niemu twarz. 
- Jeśli będę z tobą, reszta nie ma znaczenia, Knut. 

Myślałam, że o tym wiesz. Kocham cię. 

Uśmiechnął się. 

- I ja ciebie kocham, najdroższa. 
Przytulił ją do siebie. 
- Musisz już wracać do domu. Popatrzę, jak odcho­

dzisz. Nie wolno ci płakać, moja Anno. Uczyniłaś 
mnie najszczęśliwszym człowiekiem w Finnmarku. 

Pocałował ją. Po raz ostatni. Potem pośpiesznie 

przesunął dłonią po jej policzku. I pobiegła. Lekko. Jej 
jasny warkocz tańczył na czarnym szalu narzuconym 
na plecy. 

Zanim znikła Knutowi z oczu, na moment się obej­

rzała i pomachała mu dłonią na pożegnanie. 

I już jej nie było. 
Chłopak odwrócił się i odszedł. 

Knut zaczął poszukiwania, przyjmując darniową 

chatę za punkt wyjścia. Nadawała się do tego równie 
dobrze jak jakikolwiek inny obiekt. 

background image

Poza tym - jeżeli w opowieściach kryło się coś 

z prawdy - trafiła tu Raija. I Kalle. 

Darniowa chata została być może zaznaczona na 

skraju mapy naszkicowanej na worku. 

Kiedy Knut do niej dotarł, była zajęta. Przez trzech 

mężczyzn, trochę starszych od niego samego, będą­
cych w drodze, jak on sam, i korzystających z chaty 
jako ze swego tymczasowego domu. Knut nie pytał, 
kim są i dokąd idą - oni także o tym nie mówili. Sam 
nie opowiadał wiele o sobie. 

Nie pochodzili w każdym razie z Alty. Rozmawia­

li o połowach dalej na północy i z ich słów chłopak 
wywnioskował, że ich światem jest morze, a nie pła­
skowyż. 

Knut powiedział nieznajomym, że zamierza polo­

wać. Chce zdobyć skóry, które jesienią będzie mógł 
sprzedać na wielkim jarmarku. 

Mężczyźni przyznali, że wpadli na tę samą myśl, ale 

tym, co najlepiej umieją, są jednak połowy. Sądzili, że 
znajdą ku temu warunki w dolinie Alty. Ale się roz­
czarowali - dwóch z nich było Finami. Uśmiechali się, 
kiedy mówili, że właśnie dla Finów atmosfera w Alcie 
nie jest zbyt przychylna. Knut wspomniał, że spędził 
tam pół zimy. I że tyle wystarczy. 

Namiestnik Kjeldsen nie zyskał w nim gorącego zwo­

lennika. 

- Latem ludzie często kierują się do Lyngen - za­

uważył Knut ostrożnie. 

Też o tym myśleli. Znajdowali się w połowie drogi. 

Spytali, czy zna tamte strony. 

Knut zastanowił się. Nie chciał się przyznawać, że 

tam się urodził. 

background image

- Mam tam siostrę - rzekł w końcu. Nie umiał kła­

mać, ale mówił przecież prawdę, choć niecałą. 

- Lyngen nie jest chyba takim najgorszym miejscem 

- stwierdził jeden z mężczyzn. - No i blisko stamtąd 
do domu, jeżeli nam się nie spodoba. 

Miał ten sam błysk w oku, co Aleksanteri - beztro­

ski niebieski ptak, który zawsze jakoś sobie da radę. 

Knut zwrócił na to uwagę. Kiedyś marzył, by być 

takim jak on lekkoduchem. Ale to było dawno temu, 

wtedy kiedy Santeri i Matti przemierzali tereny półno­
cy, łamiąc dziewczęce serca i żyjąc z dnia na dzień. 

Knut myślał, że to jest dopiero Zycie. Że tylko cał­

kowita wolność jest prawdziwą wolnością - że tylko 

jako taka może oznaczać szczęście. 

Ale się mylił. 
Dorósł na tyle, że zrozumiał, iż niebieskie ptaki tak­

że za czymś tęsknią. Wolność odgradza ich od tego, co 
mają wszyscy inni. Jednak mimo to nie są już w stanie 
zmienić stylu życia. 

Knuta przeszedł dreszcz. Teraz dla niego szczęście 

oznaczało coś innego. Jego życie będzie inne. 

- Możemy pozdrowić od ciebie twoją siostrę, jeżeli 

przypadkiem zatrzymamy się w Lyngen. 

Knut uśmiechnął się. W życiu tych ludzi było chy­

ba wiele przypadków. 

- Bardzo bym się cieszył, gdyby się tak złożyło. 

Dziewczyna mieszka w głębi fiordu, po wschodniej 
stronie. W Skibotn. Tam gdzie co roku odbywa się wiel­
ki jarmark. To miejsce jest jakby bramą do Finlandii. 

Skinęli głowami, jarmarki w Skibotn dobrze znano 

na północy. Nawet jeśli ktoś tam nigdy nie dotarł, to 

w każdym razie o nich słyszał. 

background image

- Moja siostra ma na imię Ida - mówił dalej Knut. -

Ida Kesaniemi. Ludzie ją tam znają. To najładniejsza 
dziewczyna w całym Lyngen - mówiąc to, puścił oko. 
- Rude włosy i zielone oczy... Powiedzcie jej, że spo­
tkaliście jej brata w dolinie Alty. Przekażcie, że jeszcze 
żyję. Że dobrze mi się wiedzie. Że nadal mam sakwę 
i marzenie. I że poznałem pewną dziewczynę, która mi 

się spodobała. Która jest prawie tak ładna jak ona i ma 
tyle samo lat... 

Uśmiechnęli się. 
- Dobra wiadomość. Myślisz, że wszystko zapamię­

tamy? 

Knut wzruszył ramionami. 
- Kesaniemi? Fin? - zdziwili się. - Nikt by tego o to­

bie nie pomyślał. Mówisz tak dobrze po norwesku. 
Nie wyglądasz na Fina. 

- Drugie pokolenie - odparł Knut. Nie skłamał, choć 

nie sprostował, że nie nazywa się Kesaniemi. - Urodzi­
łem się w Lyngen - dodał. - Jestem na wpół Norwegiem. 

Mężczyźni opuścili chatę następnego dnia o świcie. 

Knut został. Tłumaczył, że to niezła baza dla myśliwe­
go, takiego jak on. 

Dobrze, że dotrzymał obietnicy. Wreszcie przesłał 

Idzie wiadomość, dał znak życia. 

Pozostało jeszcze dotrzymać obietnicy złożonej Annie. 

Knut wiele razy wywracał na drugą stronę sakwę odzie­

dziczoną po ojcu. Przy skąpym świetle studiował dokład­
nie ledwie widoczne brązowe linie, aż piekły go oczy. 

Teraz wymyślił nowy sposób: starał się zawsze sobie 

coś przy tym wyobrażać, siedział pośrodku tych nie­
równych kresek. Znajdował się w krainie, którą naszki-

background image

cował Kalle - dla niego. Teraz znał już krajobraz wokół 
darniowej chaty. Poznał ukształtowanie terenu, koryto 
głównej rzeki i mniejsze dopływy. Rozróżniał osobli­
wości okolicy, o których Kalle także musiał co nieco 
wiedzieć, rysując swój szkic. Swój testament dla syna. 

Jednak wcale nie uwzględnił na mapie najbardziej 

rzucających się w oczy fragmentów krajobrazu. 

Knut dopiero niedawno to zauważył. Ojciec okazał 

się na tyle ostrożny, że pominął to, co oczywiste. Za­
znaczył jednak wystarczająco wiele elementów, by sy­
nowi udało się bezbłędnie trafić. 

Knut zapragnął nagle znaleźć się blisko matki i z nią 

porozmawiać. Raija twierdziła, że odnalazła to miej­
sce. Szukała, lecz, jak mówiła, na złoto nie natrafiła. 

Gdyby choć tylko wskazała kierunek, już to by mu 

pomogło. 

Na podstawie opowiadań Reijo o podróży na wy­

brzeże wykluczył niektóre z możliwości. Knut wiedział 
o wyspie, na której przebywał ojciec, wiedział z całą 
pewnością, która to. Wyliczył sobie, którędy Kalle mu­
siał iść od wybrzeża w głąb lądu. W tej ziemiance pew­
nie się zatrzymał. Rejon poszukiwań się zawężał... 

Knut znał szkic tak dobrze, że miał go cały czas 

przed oczami. Podejmował w ciągu dnia niedalekie wy­
prawy, przemierzył ten skrawek Norwegii wzdłuż 
i wszerz, znał go lepiej niż góry w rodzinnym Lyngen. 

W myślach dorysowywał linie na mapie tam, gdzie 
Kalle je ominął, żeby nie naprowadzić nieproszonych 
osób na ślad marzenia swego życia. 

Kalle Elvejord pozostawił ten skarb dla Raiji i syna. 
Raija nigdy nie pragnęła go zdobyć. Knut zaś ma­

rzył tylko o tym. Złoto było przeznaczone właśnie dla 

background image

niego. Teraz to marzenie z lat chłopięcych stało się 
czymś więcej - kluczem, który mógł otworzyć przed 
nim wszystkie drzwi. 

Dni mijały zbyt szybko. Późna wiosna zmieniła się 

w lato. Knut opuścił darniową chatę. Wydawało mu 

się, że dobrze wie, dokąd powinien się udać. Nie miał 
czasu na długie zastanawianie się. Lepiej, żeby nawet 
się pomylił i zaczynał od nowa. Dla Anny, dla spoko­
ju własnej duszy nie mógł sobie pozwolić na siedzenie 
z założonymi rękami. 

Przybycie w to miejsce zajęło mu cztery dni, a po 

drodze nie odpoczywał zbyt wiele. 

Kiedy Knut stanął nad spokojną rzeką, nie mógł 

wprost uwierzyć, że dotarł we właściwe miejsce. 
Wszystko zgadzało się ze szkicem. Nawet ten ostry 

łuk, który można by wziąć za zakole rzeki, lecz któ­
rym Kalle zaznaczył niewielki wodospad. Knut zrozu­
miał ten wybieg od razu. Ojciec próbował wyprowa­
dzić w pole nie powołanych poszukiwaczy skarbu. 

Rosnące wokół krzewy dawały osłonę przed najsil­

niejszymi podmuchami wiatru. Wzdłuż wrzosowiska 
ciągnęło się niewysokie wzniesienie zakończone niere­
gularnym stromym zboczem, jakby ukłonem ku rze­
ce. Odpowiedni teren do polowań, stwierdził Knut, ro­
zejrzawszy się po okolicy. 

Świetnie, że to miejsce trudno dostępne, pomyślał. 

Większość podróżujących wolała pewnie ominąć ska­
łę i raczej wybrać drogę okrężną, którą po pewnym 
czasie można było dotrzeć do koryta rzeki. 

W dodatku krajobraz wokół był tak urozmaicony, że 

nie każdy zadałby sobie trud, żeby spojrzeć właśnie w tę 
stronę, gdzie - jak sądził Knut - należało szukać złota. 

background image

Knut przypuszczał, że Kałle szukał samotności. Na­

leżał do ludzi, którzy niezbyt dobrze czuli się w więk­
szej grupie. W pewnym sensie był przez całe swoje ży­
cie samotnikiem - nawet w przyjaźni pozostawiał 
cząstkę własnej duszy tylko dla siebie. Knut wiedział 
o tym od Reijo, a Reijo i Raija chyba najlepiej znali 
Kallego Elvejorda. 

W części mapy odzwierciedlającej to miejsce linie 

wydawały się najwyraźniejsze. W ten sposób tato da­
wał do zrozumienia, gdzie należy szukać. Tylko bar­
dzo uważny człowiek mógł zwrócić na to uwagę. 

- Nie chciał, żebym to ja znalazł złoto - mówił Re­

ijo. - Kalle wiedział, że kochałem wtedy Raiję, i nie 
chciał, żebym dał jej to, czego on sam jej dać nie zdą­

żył. Znalazł skarb i niedługo potem umarł. Sądzę, że 
bardzo nad tym cierpiał, choć Raija temu zaprzecza. 
Myślę, że po prostu nie potrafiła tego dostrzec, mimo 
iż na swój sposób kochała Kallego. 

To możliwe. Knut nie mógł się z tym nie zgodzić. Wła­

ściwie nigdy nie poznał dobrze żadnego ze swoich rodzi­
ców. To Reijo stanowił dla niego punkt oparcia. Reijo, 
który był tatą - i prawie w takim samym stopniu mamą. 

Knut odnosił wrażenie, że dzięki zniszczonej sakwie 

i marzeniom o złocie, o którym marzył również Kal­
le, bardzo się zbliżył do ojca. Do ojca, który odszedł, 
zanim Knut zaczął rozumieć, co znaczy tęsknota. 

Istotne znaczenie odegrał w tym także grób w Alcie. 

To jedyne miejsce, gdzie widniało wyryte nazwisko 
Kallego Elvejorda, podczas gdy ciało już przemieniło się 

w proch. To obce miasto, w którym Kalle nigdy nie po­

stawił swojej nogi, stało się miejscem postoju dla syna. 

Chłopak uznał, że tu, nad rzeką, dokąd przywiódł go 

background image

rysunek na mapie, tacie na pewno musiało się podobać 

- wydawało się jakby stworzone dla Kallego Elvejorda. 

Jeżeli również tutaj znajduje się skarb, to musi istnieć 

jakaś siła wyższa, która wszystkim kieruje. 

Knut poświęcił pierwszy dzień na zbudowanie 

u stóp skały prostej chaty darniowej. Siedząc przy wej­
ściu, mógł obserwować grę barw w wodzie, spadającej 
z występu skalnego. 

Pod wpływem piękna doznawał niezwykłego wraże­

nia - lubił to uczucie. Lubił obserwować wszystko, co 
piękne, lubił nazywać to swoim przez chwilę, choć nikt 
nie może posiąść na własność wodospadu ginącego w ot­
chłani. Lubił piękne widoki. Zastanawiał się, czy z An­
ną jest podobnie. Być może nie myślała o tym wiele. 

Miała wokół siebie tyle wspaniałych rzeczy. Stano­

wiły część jej codzienności. 

Dla kogoś, kto się wychowywał w darniowych i drew­

nianych chatach, piękno ma zupełnie inną wartość. 

Zapragnął porozmawiać o tym z Anną. Kiedyś, kie­

dy będą już razem. 

Mieli jeszcze sobie tyle do powiedzenia. Knut nadal 

nie wiedział o niej wszystkiego. Wiedział, jak jej oczy 
zmieniają kolor w zależności od humoru, wiedział, jak 
potrafią rozbłysnąć z miłości. Wiedział, jakie to przyjem­
ne, kiedy zarzuca mu ręce na szyję, jakie śliczne dołecz-
ki tworzą się na jej policzkach, kiedy się do niego uśmie­
cha... poznał głębię jej namiętności. Wiedział, jak dobrze 
drobne ciało Anny pasowało do jego ciała, pamiętał jej 
skórę pod swoimi dłońmi. Kochał ją, ale nadal istniało 
między nimi tyle tajemnic - nie dlatego, żeby któreś 
z nich tego chciało, ale dlatego, że dzieliło ich tak wiele. 

Knut wspiął się na skałę. Była stroma i śliska, z tru-

background image

dem udało mu się znaleźć zaczepienie dla palców 
i czubków butów. Nie dawał jednak za wygraną. Wy­
siłek fizyczny pozwalał mu choć na chwilę zapomnieć 
o dręczących uczuciach. 

Tęsknił. Trudno było tego uniknąć, ale nie mógł po­

zwolić, by tęsknota przesłoniła mu cel, w jakim tu przy­
był. Nie mógł marnować czasu na powrót do Alty. 

Nikt nie powinien się dowiedzieć o nich dwojgu. 

Nie wolno mu niepotrzebnie narażać Anny. I tak ży­
ła pod silną presją. 

Stanąwszy na szczycie skały, Knut wciągnął w płuca 

czysty, ostry zapach wieczora Na chwilę pomogło, chciał­
by się czuć równie lekko, kiedy się znajdzie na dole. 

U stóp skały wielkie kamienne bloki tworzyły osy-

pisko. Knut zastanawiał się, czy może owe kamienie 
noszą nazwę związaną z Rosjanami, tak jak w Lyngen 
wiele miejsc otrzymało nazwę od Rosjan lub Czudów. 
Krążyło też mnóstwo historii o bandach zbójów ze 

wschodu, siejących zniszczenie, mordujących i okrada­
jących bezbronnych mieszkańców znad fiordów. 

Wyobraźnię Knuta najbardziej pobudzały opowie­

ści o Czudach, w których umierali oni w kałużach 
krwi u północnych wybrzeży Norwegii. 

Sagi opowiadane w rodzinnych stronach najczęściej 

kończyły się na dwa sposoby. Czudowie przybywali 

przez góry nad fiord, kradli łodzie i przepływali do 
wiosek po drugiej stronie. Tam zaś mieszkańcy groma­
dzili się wśród skał, wabili bandytów do siebie, po 
czym zrzucali na nich lawinę kamieni. 

Albo tak: Do wioski od strony morza przybywają 

Rosjanie, a miejscowa ludność wsiada do łodzi, łącząc 
się przeciwko wrogowi. Wszyscy napastnicy zostają 

background image

zabici, a po jakimś czasie morze wyrzuca na ląd pięć­
dziesiąt rękawiczek - wszystkie z lewej ręki. 

Knut uśmiechnął się do siebie, spoglądając w dół. 

Stąd pewnie posłano kamienną lawinę za napastnika­
mi. Albo może sami ją spowodowali. Istniała też inna 

wersja tej krwawej historii. Występował w niej boha­
ter, Lapończyk, najczęściej starzec albo młody chło­

pak. Podejmował się on wskazać rabusiom drogę do 
kościoła, domu weselnego lub do wioski. W drodze za­

wsze łapała ich burza i przewodnik musiał zapalać po­

chodnię. Tuż przed przepaścią jednak wyrzucał ją 
i sam uskakiwał w bok, a bandyci z kraju na wscho­
dzie spadali w dół i ginęli. 

Być może to osypisko w dole pogrzebało wielu Czu-

dów? 

Być może więzi całe mnóstwo potępionych dusz? 
Knut powinien chyba odczuć lęk. 
Ale on nie bał się już upiorów. Uważał, że martwi 

Czudowie nie mogą mu nic zrobić. 

Zejście ze skały tą samą drogą, którą się wspiął, oka­

zało się niemożliwe. Knut musiał pójść naokoło. Nie 
szkodzi. To też sposób na poznanie terenu. Poza tym 
czas zastawić sidła. Zostało już niewiele prowiantu, 
a nie warto wybierać się do Alty po zakupy. 

Nie powinien w ogóle tam wracać, zanim nie będzie 

mógł wywiązać się z obietnicy danej Annie. 

Resztę wieczoru zajęło mu rozmieszczenie sideł. 

Kiedy słońce powiedziało mu, że noc już blisko, wy­
ciął sobie wędkę z młodej wierzby. Miał trochę sznur­
ka i haczyki, a przynęty pod darnią znajdzie pewnie 
pod dostatkiem. 

Ryby nie brały. Wesoło skakały w niewielkim rozle-

background image

wisku u dołu wodospadu, lecz żadna nie dała się sku­

sić na smakowity kąsek, którym Knut wymachiwał 
przed ich pyskami. Z potrawą rybną trzeba będzie po­
czekać, stwierdził. Podejrzewał, że zostanie tutaj długo. 

Trafią się inne okazje. Zamiast na próżno próbować 
swych sił jako wędkarz, poszukał kamienia wielkości 
dłoni i zabrał się za wyklepywanie blaszanej misy, któ­
rą otrzymał od Hannu. 

Zajęło mu to dużo czasu, zdążył też kilka razy bo­

leśnie trafić w kciuk, ale w końcu udało mu się zrobić 
naczynie płaskie jak patelnia. 

Knut nigdy nie uczył się przepłukiwania rzecznego pia­

sku. Jednak zawsze wiedział, że w taki sposób szuka się 
złota. Bajki z dzieciństwa nabrały odcienia rzeczywistości. 

Chociaż zaczęło się już lato, słońce nie ogrzało jesz­

cze porządnie położonej daleko na północy ziemi, jak­
by wciąż rozpościerały się nad nią cienie stalowobłę-
kitnego płaszcza mrozu. 

Knut zadrżał z zimna, kiedy wszedł do wody. Zmu­

sił się, by wytrzymać w niej chwilę - wystarczająco 
długą, żeby się przyzwyczaić. Na szczęście nie był ja­

kimś piecuchem. 

Było mu nadal zimno, ale nie czuł już bólu. 
Podwinął do łokci rękawy koszuli, ugiął kolana i za­

garnął misą rzecznego żwiru... 

Połowa uciekła z prądem. Żwir, który pozostał, był 

grubszy od kciuka. Zgrzytał drwiąco o blachę. 

Knut rzucił brzydkie słowo, tak jakby to zrobił Re-

ijo, i pozwolił, by kamienie zazgrzytały jeszcze raz. Za­
cisnął zęby, wymamrotał pod nosem jakieś zaklęcia 
i wszystko powtórzył. Tym razem udało mu się zatrzy­
mać cały piasek w misie. Szybko zorientował się, że 

background image

nabrał go za dużo. Kiedy zgarnął wierzchnią warstwę 
żwiru, na dnie misy znowu pozostały tylko najcięższe 
kamienie. Były niewątpliwie szare jak większość ka­
mieni tu w Norwegii. 

Spróbował znowu... 
I znowu. I znowu... I znowu... 
Robił wszystkie błędy po kolei. Popełniał je wiele 

razy, chociaż przysiągłby, że się już nauczył. 

W końcu wydawało mu się, że upadnie, jeśli postą­

pi jeszcze jeden krok w dół z prądem rzeki. Nogi nie 
chciały już dźwigać ciężaru ciała. Prawie ich nie czuł. 

Chwiejnie wyszedł z wody, padł bez sił na brzegu, 

starając się nie zgubić misy, którą z takim wysiłkiem 
uformował. 

Stopy i nogi były zupełnie białe. Knut poruszył pal­

cami stóp, ale nic nie poczuł. Przeraził się. Zrozumiał, 

że ogarnięty zapałem, mocno przesadził. 

Rozcierał skórę - wiedział, że robi źle, że powinien 

tylko ogrzać zdrętwiałe części ciała, ale nie starczyło 
mu cierpliwości. 

Poczuł rwanie w palcach stóp. Ból był tak silny, że 

wyciskał z oczu łzy, ale świadczył przynajmniej 

o tym, że odrętwienie ustępuje. W takim razie z całą 
resztą nóg również powinno być dobrze. Knut miał 
na tyle rozsądku, że zdjął mokre spodnie. Wysuszy je 

w chacie przy palenisku. Sam też się ogrzeje. Starał 

się uśmiechnąć, ale zdołał tylko wykrzywić twarz. Nie 
znalazł złota podczas tej pierwszej nieporadnej pró­
by. Nie był też pewien, czy opanował już technikę 
przepłukiwania żwiru. Przemknęło mu przez myśl, że 
czeka go jeszcze wiele takich prób, po których znów 
ogarnie go poczucie bezsensu i zwątpienie. 

background image

Jedno było bezsporne - porządnie się wychłodził. 

Tylko gorąca tęsknota mogłaby obudzić w nim chęć 

do życia. Podczołgał się do chaty, czuł w nogach jak­

by miliony szpilek. Zaczynały na powrót żyć. 

Kiedy otulił się jak mógł najdokładniej w jedyną 

skórę, jaką tu ze sobą przyniósł, zdał sobie sprawę, że 

to dopiero początek. Przed nim jeszcze wiele takich 

późnych wieczorów jak ten. Wiele cierpienia. Jednak 

wola kontynuowania poszukiwań zawsze przewyższy 

kuszące pragnienie, żeby o wszystkim zapomnieć, że­

by nazwać to tylko przygodą i niczym więcej. 

Knut wierzył, że skarb istnieje. Być może tutaj. 

A może nie. Wierzył, że uda mu się go znaleźć. 

A potem Anna stanie się częścią jego życia. Nie ro­

bił tego tylko dla siebie. 

Robił to także dla Anny. 

background image

11 

- Nie rozumiem, czego tam szukasz, po co codzien­

nie wychodzisz z domu - zwróciła się matka ostrym 
głosem do Anny przy kolacji. 

Odmówili modlitwę, właśnie zaczęli jeść. 
Anna straciła ochotę do jedzenia. Zawsze tak się 

działo, kiedy matka mówiła do niej tym tonem. 

- Dziewczyna w twoim wieku i z twoim pochodze­

niem nie powinna ganiać jak jakaś dziewka służąca. 

- W służących nie ma nic złego. - Anna odważnie 

spojrzała matce w oczy. Rodzice nawet nie zauważy­
li, że ich córka ostatnio tak bardzo się zmieniła. - Czy 
Chrystus sam nie był sługą swoich uczniów? 

- Ten mały kurzy móżdżek nie widzi w tym żadnej 

różnicy - wtrącił się ojciec. - To bluźnierstwo porów­
nywać siebie do Chrystusa, Anno. Myślałem, że choć 
tyle udało nam się wbić do tej twojej ciasnej głowy. 

- Nie wiem, gdzie popełniliśmy błąd w jej wycho­

waniu - westchnęła matka bliska płaczu. - Powinnaś 
już haftować poszewki i prześcieradła. Skończyłaś za­
ledwie serwetki, Anno, i to niedbale. Zawsze tak ład­

nie haftowałaś! Hrabia Jegerholm pomyśli, że my tu 
na północy jesteśmy jakimiś barbarzyńcami, kiedy za­
demonstrujesz swoje maniery. 

- Wydawało mi się, że hrabiego stać na własne przeście­

radła, poszewki i serwetki - stwierdziła Anna półgłosem. 

background image

- Anno! - upomniała ją matka. - Każda dziewczyna 

z wyższych sfer wnosi w małżeństwo swoją skrzynię 
z wyprawą. W ten sposób pokazuje, jakie zdobyła 
umiejętności. Nie chcesz chyba, by hrabia miał o to­
bie złe mniemanie? 

- Wicehrabia - poprawiła Anna. Wiedziała, że nie 

wolno jej powiedzieć więcej, ale nie mogła się po­
wstrzymać. - On jest tylko wicehrabią, nosi tytuł, któ­

ry nic nie znaczy. 

Matce nie podobała się ta uwaga. Wyobrażała sobie, 

że jej córka wyjdzie za mąż za prawdziwego hrabiego. 
Nie była też całkiem pewna, jaka jest różnica między 
jednym tytułem a drugim. Nie sądziła również, że An­
na o tym wie. 

Lecz Anna ciągle ją zaskakiwała. Matka nie potrafiła 

powiedzieć, czy zawsze w równym stopniu ją to cieszy­
ło. To niedobrze, gdy dziewczęta za dużo wiedzą. To 
niekobiece. Anna zawsze przecież była taka miła, ale tej 
wiosny zrobiła się krnąbrna. 

Wszystko zaczęło się od tej nieszczęsnej ucieczki. 

Wtedy pojawiły się problemy. 

Matka zadawała sobie pytanie, czy na skutek mro­

zu nie ucierpiał także umysł Anny. 

Nie miała odwagi podzielić się swoimi wątpliwościa­

mi z mężem. Dobrze, że do jesieni już niedaleko. Wte­
dy odpowiedzialność za Annę będzie można przerzucić 
na hrabiego - hrabiego Jegerholma. On mimo wszyst­
ko jest hrabią. Niezależnie od tego, co mówi Anna. 

- Jeżeli nie potrafisz wyrażać się należycie o swoim 

przyszłym mężu, możesz odejść od stołu. 

Głos ojca zabrzmiał groźnie jak anielska trąba w dniu 

sądu ostatecznego. Anna znała to nazbyt dobrze. 

background image

Szybko zebrała spódnice, złożyła ręce w podzięko­

waniu i wyszła. 

Nie okazała zdenerwowania, z podniesioną głową 

spokojnie zamknęła za sobą drzwi i równie spokojnie 

weszła po schodach na poddasze. 

Dopiero w swoim pokoju dała upust uczuciom. Opar­

ła się ciężko o drzwi, próbowała walczyć ze sobą, z pła­
czem, rozpaczą i strachem, ale nie całkiem jej się to udało. 

Zmęczona zdjęła suknię i w samej bieliźnie rzuciła 

się na łóżko. Poduszka stłumiła szloch. Rodzice nie po­
winni się dowiedzieć, jak bardzo córkę unieszczęśli-
wiali. Jak bardzo jej źle. 

Wicehrabia niech zostanie sobie tam, gdzie jest - ra­

zem ze wszystkimi prześcieradłami, z monogramem 
lub bez! 

Anna czuła zbyt silny niepokój, żeby usiedzieć ze 

skromnie spuszczonym wzrokiem i ledwie widocz­
nym ściegiem wyszywać kunsztowne litery. 

Cierpiała niezmiernie z tęsknoty za Knutem. Bywa­

ło, że budziła się w nocy z jego imieniem na ustach. 
Miała nadzieję, że nie wykrzyczała go na głos, ale ba­
ła się, że niebawem do tego dojdzie. Obudzi rodziców 
imieniem jakiegoś... nędznego Kwena. 

Nie mówiąc o wstrząsie, którego by doznali, gdyby 

się dowiedzieli, jakie marzenia i tęsknoty kryje ich cór­
ka za nienaganną fasadą. Pod sztywnymi bluzkami 
i surowymi, czarnymi spódnicami pulsowała krew bar­
dziej gorąca, niż sobie można wyobrazić. 

N o c w ramionach Knuta w na wpół zrujnowanej 

stodole uświadomiła Annie wiele. To, co kiedyś nazy­

wała okropnym, brudnym i grzesznym, nabrało cał­

kiem innego znaczenia. 

background image

Nie bała się już pożądania. Miała nawet odwagę na­

zywać je po imieniu, choć tylko przed sobą. 

W myślach pożądała ukochanego, a jej ciało wyzby­

ło się zahamowań. 

Dotykała go, wspominając niezwykły sen sprzed 

kilku nocy. 

Śniło jej się, że stoi po pas w złotym pyle. Czuła 

zimny metal na skórze, czuła ciężar i chłód, widziała 
blask złota - zimny, lecz niebezpiecznie kuszący. Mia­
ła świadomość, że Knut nie musi już dłużej szukać. 
Ona posiadła skarb. Ona znalazła go dla niego. 

We śnie spojrzała w dół swego ciała, zobaczyła, że 

jest naga, że jest całkiem rozebrana i bezbronna po­
środku tego bogactwa. 

Powoli podniosła głowę - pewna, że ktoś ją obser­

wuje. Wystraszyła się, ponieważ nie mogła nikogo zo­

baczyć. Wokół było zielono: zielony las liściasty, zie­
lona polana w różnobarwnych kwiatach, wzniesienie 
i góry, które również były zielone od pokrywającego 
je mchu i porostów, ozdobione wrzosem, kwitnącym 
z czystej przekory. 

Bała się tych ukrytych przed nią oczu, a jednocze­

śnie ją to podniecało. Czuła, jak jej piersi nabrzmiewa­
ją, jak oddech staje się przyśpieszony. Chciała dotknąć 
swych piersi, poczuć ich ciężar, ale nie mogła podnieść 

rąk. Nie próbowała się zasłonić - świadomość, że śle­
dzi ją czyjś wzrok, rozgrzewała ją. I nagle zobaczyła 
go, jak wychodzi z gęstych zarośli. Był ubrany tak sa­
mo jak w dniu, kiedy widziała go po raz ostatni, w skó­
rzany strój, jaki noszą Lapończycy. Szedł, poruszając 
się płynnie i miękko. Zbliżył się do niej, ale nie była 
pewna, czy blask w jego oczach pojawił się na jej wi-

background image

dok, czy na widok złota, w którym utknęła. Mimo to 
pożądała go, bezwstydnie go pragnęła. Gdyby mogła, 

wybiegłaby mu na spotkanie, oddała całą siebie, błaga­

ła, by jej dotykał, żeby pieścił ją tak, aż zapłonie każ­
dy skrawek jej ciała... 

Ale zimny metal studził rozpaloną skórę, ukrywał 

nabrzmiewające pożądanie, sprawiał, że czuła się ospa­
ła i ociężała. 

Chłopak potknął się o złoto, kiedy znalazł się przy 

niej. Upadł w nie - jego ręce wyciągnęły się po cenny 
kruszec, nie do niej. Ważył złoto w garściach. Uśmie­
chał się. Roześmiał się w głos. Anna nie miała pewno­
ści, czy ją widzi. Chciała go zawołać, sprawić, by na 
nią spojrzał, by zrozumiał, jak bardzo go potrzebuje, 
ale z jej warg nie wydobył się żaden dźwięk. 

Wtedy on podniósł wzrok. Zobaczył ją. Przesunął 

językiem po ustach, trochę mało wyrazistych, lecz cu­
downych ustach... 

Zaczął odgarniać złoto, rozgrzebywał je silnymi 

dłońmi. Odkopywał ją gołymi rękami. Odkrywał ją ka­
wałek po kawałku. Całe jej gorące i wilgotne ciało po­
krywał złoty pył. Skóra jakby parowała od silnego po­
żądania. Poczuła ten zapach i to pobudziło ją jeszcze 
bardziej. Pewnie on również rozpoznał tę woń. Czuła 
się cudownie swobodna, jak dzikie, dumne zwierzę. 

Pożądliwie przesuwał w górę ręce od szczupłej talii 

ku piersiom, zacisnął palce wokół twardych brodawek, 
pieścił je, potem muskał wargami, ją całą, doprowadzał 
do szaleństwa, aż wreszcie pochwycili wspólny rytm. 

Zobaczyła, jak się rozbiera, dojrzała jego męskość, 

imponująco gotową. Chciała objąć ją dłonią, dotknąć, 
ale on sięgnął ustami między jej uda. Całował ją bez 

background image

skrępowania, pieścił wargami i palcami i wyprowadził 
na rozszalałe morze namiętności. Potem przesunął się 
w górę wzdłuż jej pokrytego złotym pyłem ciała, roz­
dzielił jej uda kolanem i wszedł w nią jednym ruchem, 
który zdawał się wiecznością. 

Anna obudziła się - wypełniały ją tęsknoty, które 

zaspokoiła we śnie. Na jawie ciągle czuła, że jest roz­
palona, rozpalona i pełna tłumionego pragnienia. 

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, zaczęła się 

pieścić dłońmi, tak jak by to robił Knut. Z zamknięty­
mi oczami dotykała piersi w taki sposób, jakby ich do­
tykały jego ręce, potem, przesuwając palce w dół, zna­
lazła miejsce, w którym wydawała się być zamknięta 
cała owa gorączka. 

Było wilgotne - ciało zareagowało na wspomnienie 

snu, przygotowało się na przyjęcie mężczyzny z ma­
rzeń, jednak on nie mógł jej dotknąć. Nie była w sta­
nie cofnąć ręki, zanim pieszczotami nie doprowadziła 
się do stanu, do którego on by ją doprowadził. 

To, co zrobiła, było grzechem, który ojciec potępiał 

najsurowiej. Tego się nie robi. To brudne i grzeszne. Po­
za tym kobiety nie potrzebują takiego zaspokojenia. Ko­
biety nie czują pożądania. Nie damy. Kobiety lekkich 
obyczajów może nie są wolne od podobnych pragnień, 
ale nic w tym dziwnego - to kara za ich sposób prowa­
dzenia się. Prawdziwe kobiety nie odczuwają zadowole­
nia we współżyciu z mężczyzną. Pożądanie jest właściwe 
tylko mężczyznom, wszystkim o tym wiadomo. 

Anna wierzyła słowom ojca. 

Jednak to, co czuła do Knuta, wydawało się tak 

wspaniałe, że nie mogło być złe ani grzeszne. Ani to, 
co robiła z własnym ciałem, kiedy tęsknota stawała się 

background image

zbyt silna. Przynosiło takie odprężenie, dawało taką 
przyjemność... 

Nie mogłaby żyć z jakimś hrabią lub księciem albo 

markizem. Nikt inny nie będzie jej dotykał. Na samą 
myśl o tym czuła tak silną odrazę, że robiło się jej nie­
dobrze. 

Tylko Knut. Nikt inny oprócz niego. Niezależnie 

od tego, czy znajdzie złoto, czy nie. 

Obiecał, że wróci na pewno, i wierzyła, że dotrzy­

ma słowa. 

Codziennie pracowała w ogrodzie. Pielęgnowała 

drzewa i rośliny. W ten sposób znajdowała wymów­
kę, by wyjść z domu, by sprawdzić, czy wrócił Knut. 

Poszedłby najpierw na cmentarz, odwiedził grób oj­

ca. Ponieważ to dla niego było ważne, ponieważ wie­
dział, że wtedy mogłaby go zobaczyć i dowiedzieć się 
o jego powrocie. Minęło zaledwie dziesięć tygodni. 
Nie mogła spodziewać się cudu. Tam daleko, za hory­
zontem, rozciągał się nieskończony płaskowyż. Znale­
zienie właściwego miejsca może zabrać wiele czasu, 
może nawet całe życie. 

O ile Knut ma rację, o ile skarb naprawdę istnieje... 

Każdy dzień bez niego to koszmar. Anna wiedziała 
jednak, że minione tygodnie to bardzo krótki okres. 

Knut wróci. Wtedy wszystko się zmieni. On tęskni 

na pewno równie silnie jak ona. Nie wolno jej myśleć 
inaczej! 

Anna płakała w białe poduszki. A kiedy potem pa­

trzyła w lustro, którym ojciec tak bardzo pogardzał, 
jej twarz była czerwona i mokra od łez. 

Niektórym płacz dodawał uroku. Twarz Anny sta­

wała się jednak brzydka i zapuchnięta. Dziewczyna za-

background image

stanawiała się, co Knut w niej dostrzegł. Chwilami na­
bierała przekonania, że tylko się zabawił jej kosztem. 
Że stała się tylko przypadkowym epizodem w jego ży­
ciu. Pikantnym epizodem, o którym będzie mógł póź­
niej opowiadać w wesołym towarzystwie - o tym, jak 
uwiódł brzydką córkę pastora... 

Brzydką, łaknącą mężczyzny córkę pastora... 
Co za idiotyzmy! To absurd. 

Anna zdawała sobie sprawę, że nie wolno jej do­

puszczać do siebie takich myśli. Nie miała powodów, 
by nie wierzyć Knutowi, ale brakowało jej oparcia. 
Tak się bała. Czuła się taka samotna. 

Zawsze była samotna. Znała już to uczucie. Samot­

na i... jak to Knut powiedział? Coś o „obcym ptaku"... 

Takim właśnie obcym ptakiem była przez całe życie. 

Lecz teraz samotność bardziej doskwierała niż kie­

dykolwiek przedtem. Sprawiała dotkliwszy ból. Dzięki 
Knutowi Anna po raz pierwszy doświadczyła bliskości 
z drugim człowiekiem - a kiedy zniknął, wszystko sta­
ło się podwójnie puste. 

Obiecał wprawdzie, że wróci, ale teraz, pozbawiona 

jego ramion, w których mogłaby się ukryć, czuła się 
bardziej bezbronna. 

Dzięki Knutowi uwierzyła, że również jej może się 

przydarzyć to, w czego istnienie wątpiła. Miłość tak głę­
boka, że przerastająca zdolność ludzkiego pojmowania. 

Kochała Knuta aż do bólu. Całym swoim sercem 

i duszą - ze wszystkich sił, z wiarą i radością. 

Jednak bez niego życie traciło blask. Bywały momen­

ty, kiedy Anna czuła się nic nie warta. Kiedy dopadały 
ją myśli, że chłopak kłamał gładko i z rozmysłem. 

Bywały chwile, że wolałaby umrzeć, niż zobaczyć 

background image

go znowu, przekonać się, że miłość - którą, jak jej się 
zdawało, widziała w jego oczach - zniknęła, usłyszeć, 
że wcale nie jest tak, jak sobie wyobrażała. 

I doszła do wniosku, że nawet gdyby tak się napraw­

dę stało - gdyby wróciwszy przyznał, że już jej nie ko­
cha - powinna dziękować losowi za przeżyte wspólnie 
chwile. Lepsze to, niż gdyby nigdy nie poczuła ognia 
we krwi. Wolała cierpienie niż życie bez świadomości, 
czym jest prawdziwa miłość. 

Łzy trochę pomagały, chociaż brzydko potem wy­

glądała. Dziewczyna schowała lustro pod materac. Oj­
ciec nie będzie tam szukał. I chociaż matka na pewno 
je znajdzie, nie zrobi z tego powodu awantury. Zapew­
ne sama była nie mniej próżna. 

Zimna woda zlikwiduje czerwone plamy na twarzy. 

Anna wklepywała kojącą wodę w policzki, aż poczu­
ła ulgę. Następnie wciągnęła suknię przez głowę, za­
pięła ją, rozpuściła włosy, przeczesała je i ponownie 
zaplotła warkocz, ciaśniej niż przedtem. Będzie bola­
ło przez resztę dnia, ale za to pozwoli zapomnieć o in­
nym bólu, który nie odstępował ani na chwilę. 

Haftowanie? 
Ze złością złapała lniany obrus, nad którym męczy­

ła się już tak długo, że poszarzał. Nosił ślady plam po 
spoconych rękach. 

Jej rękach. 

O Boże, jak znienawidziła ten obrus. Stał się sym­

bolem tego wszystkiego, czego od niej oczekiwano, 
kogo chciano z niej uczynić. Stał się tarczą herbową 
jakiegoś tam hrabiego, którego już teraz nie znosiła. 

Kroki ojca na schodach. Ciężkie. Jak uderzenia 

dzwonów, których bicie powinno niejako przywoły-

background image

wać: „chodź-chodź-chodź", zachęcać ludzi do przyjścia 

do kościoła. Lecz Anna w tym brzmieniu, któremu to­

warzyszył głęboki głos ojca, słyszała zawsze coś cał­

kiem innego. Dla niej dzwony wołały: „sąd-sąd-sąd"... 

Błyskawicznie usiadła na posłaniu. Wiedziała, że oj­

ciec zwróci na to uwagę. Na to, że łóżko nie jest po­

rządnie zaścielone. Chwyciła igłę w palce, pośpiesznie 

wykonała kilka ściegów. Sama widziała, że nie wyszły 

dobrze, ale ojciec i tak nie potrafi tego ocenić. Robót­

ki to jedna z tych dziedzin, co do których nie mógł 

wydawać sądów. 

Drzwi otworzyły się powoli. Stanął ogromny na 

środku pokoju. Wypełnił sobą całe wnętrze, pomyśla­

ła Anna. 

- Mam nadzieję, że żałujesz swojego zachowania i czu­

jesz skruchę - rzekł, wbijając w córkę surowy wzrok. -

Twoja matka jest przez ciebie głęboko nieszczęśliwa, bar­

dzo się na tobie zawiodłem, Anno. Nie poznaję cię. Za­

powiadałaś się na posłuszną i cnotliwą młodą damę, ale 

ostatnio coś w ciebie wstąpiło. Nie rozumiemy, co się sta­

ło. Będziemy się za ciebie modlić. Mam nadzieję, że ty 

uczynisz to samo. Mam nadzieję, że się opamiętasz. Nie 

możesz nam przynieść wstydu, kiedy pojedziesz do Da­

nii. Tam będą cię otaczać ludzie prawdziwie wykształce­

ni. Tutaj na północy panują obyczaje może zbyt dzikie 

i dalekie od cywilizowanych. Jednak czuję, że właśnie tu 

zostałem powołany, że jestem tutaj naprawdę potrzebny. 

Być może nie zawsze postępowałem właściwie. Być mo­

że to kara za moje grzechy. 

Anna przełknęła ślinę i haftowała dalej tak pilnie, 

jakby od tego zależało jej życie. Nie mogła wprost za­

trzymać igły na obrusie. 

background image

Kara dla niego? O, nie, zna ojca i wie, do czego 

zmierza, kiedy zaczyna mówić w ten sposób. Za wszel­
ką cenę stara się wzbudzić poczucie winy, ale w niej. 

Tym razem mu się nie uda. Anna milczała. 
- Nie przysparzaj nam więcej trosk, moje dziecko! 
Złożył ręce. Jego słowa zabrzmiały jak modlitwa. 

Wiedziała, że ojciec chce właściwie wymusić na niej 
obietnicę. Ale nigdy jej o to nie poprosi - nie wprost. 

Nadal milczała. 
Na długo zapadła cisza. 
- Nie masz nic do powiedzenia? 
Nie podniosła nawet wzroku. Po raz pierwszy 

sprzeciwiała mu się tak świadomie, z rozmysłem, kon­
sekwentnie. 

- Stałaś się aż tak harda? - usłyszała ostre słowa. -

Jeszcze to? Jesteś niedbała, nieporządna, niesłowna, 

używasz niestosownych wyrazów, odzywasz się nie 
pytana. Gdzie twoja pokora? Gdzie twoja łagodność? 
Przerażasz mnie, dziecko! Zastanów się nad sobą. Mo­
że nie zhardziałaś do końca i nie jest jeszcze za póź­
no. Może jest dla ciebie jakaś nadzieja. Upadnę na ko­
lana przed moim Bogiem i będę się modlił. Za córkę, 
którą straciłem. Żebyś na powrót stała się pokorna 
i posłuszna. 

Patrzył na Annę przez dłuższą chwilę, po czym wy­

szedł. Dziewczyna wytrzymała jego spojrzenie. 

W jednej chwili zdała sobie sprawę, że pragnie wy­

zwolić się spod władzy rodziców. To smutne, ale bę­
dzie musiała tak zrobić. Gdyby nie Knut, czułaby się 
z nimi związana do końca życia. Teraz stanie się nie­
zależnym człowiekiem. 

Palce nadal prowadziły igłę. Jeszcze długo po tym, 

background image

jak ojciec zamknął za sobą drzwi - z taką samą god­
nością jak zawsze, oczywiście. 

Jeśli chodzi o ojca, nigdy niczego nie robił połowicz­

nie. Był konsekwentny po czubki palców. Przykro po­
myśleć, ale to najlepsze, co mogła o nim powiedzieć. 

Serce biło jej mocno, czuła strach. Wiedziała jednak, 

że już nigdy nie będzie się bała tak bardzo jak do tej 
pory. Być może ojciec wyczuwał to - zdał sobie spra­

wę, że traci władzę, i sam poczuł się niepewnie. 

Anna nie chciała się nad tym zastanawiać. Odłoży­

ła robótkę i zarzuciła szal na ramiona. Musiała ode­
tchnąć świeżym powietrzem. Szybko i cicho zbiegła 
po schodach, przemknęła przez kuchnię obok kuchar­
ki, która udała, że nic nie zauważyła, i wypadła na 

dwór tylnymi drzwiami. Wejściem dla służby. Rodzi­
ce powiedzieliby pewnie, że to nie przystoi córce pa­

stora, ale nie dbała o to. O wiele lepiej rozumiała się 
z Knutem niż z nimi. A Knut bez mrugnięcia okiem 

wyszedł tylnymi drzwiami. 

Anna minęła ogród przy plebanii i wyszła na łąkę. Za­

częła zrywać kwiaty. Późnym latem kwitły prawie 

wszystkie. Stokrotki, niemal równie dumne jak jej oj­
ciec, dzwonki na swoich chudych łodyżkach, jaskry, któ­
re skradły słońcu złocistożółty blask i jaśniały na zielo­
nej łące, zamiast wypełniać niebo. Kwitł też biały 
krwawnik, który potrafił lekko się czerwienić, wpadając 

w róż, koniczyna i jaskrawo czerwona wierzbówka... 

Anna zbierała wszystkie. Ułożyła je w piękny bu­

kiet, pełen radosnych kolorów lata. Związała łodyżki 
słomą. Nogi same poniosły ją wzdłuż ścieżek, który­
mi tak często chodziła. 

Zawsze zatrzymywała się przy tym samym grobie. 

background image

Przed prostym, zniszczonym od niepogody krzyżem, 
na którym trudno było odczytać nazwisko. 

Lubiła ugiąć tu kolana, uklęknąć na miękkim mchu 

i prowadzić w myśli rozmowy z człowiekiem, który 
był ojcem Knuta. 

Przyszła tu z kwiatami ze względu na Knuta, ze 

względu na tego człowieka - dla siebie samej. 

Nie potrzebowała zresztą żadnego powodu... 

Tym razem ojciec podążył za nią. Mech tłumił jego 

kroki, tak że nie słyszała go, dopóki nie stanął tuż obok. 

- Czcisz jakiegoś obcego zmarłego - jego głos był 

pełen wyrzutu - a swojej matki nie umiesz... 

Anna podniosła na niego wzrok. Łatwiej było po­

wstrzymać się od kąśliwych odpowiedzi tu poza do­

mem, pod otwartym niebem. 

- Skąd to przywiązanie do obcego człowieka? Wi­

dywałem, że często przynosisz tu kwiaty. Ten czło­

wiek zmarł, zanim ty się urodziłaś. 

- Był tu obcy - odparła Anna. - Pomyślałam, że to smut­

ne, iż nikt o nim nie pamięta. Nie chciałabym umrzeć, wie­
dząc, że nikt nie pochyli się nad moim grobem. 

- Brednie - stwierdził. - Pamiętam go. Był nikim. 

Zwykły cherlak. Chorował, to prawda, ale też nie miał 
charakteru. Nie rozumiem, dlaczego ludzie wiążą 
z nim tę historię o złocie. Nie byłby w stanie znaleźć 
skarbu, nawet gdyby go tam zaprowadzono. Był słaby 
i chwiejny jak wierzbowa gałązka na wiosnę. 

Anna nie odezwała się. Przełknęła ślinę. Ojciec nie 

zdawał sobie sprawy, że wyraził swój sąd wobec czło­
wieka, który w pewnym sensie stał się jej bardzo bliski. 

- Za to jego żona mimo wszystko o wiele bardziej 

zasługiwała na uwagę - mówił dalej ojciec. 

background image

W jego wzroku pojawiło się coś, czego Anna do tej po­

ry nie widziała. Co prawda tylko na mgnienie oka, ale jed­

nak dostrzegła to. A brzmienie głosu wyrażało podziw. 

- Nie była damą, broń Boże. Raczej wręcz przeciw­

nie. Nie była nienaganną kobietą... w tym sensie, ale 

miała charakter i wiedziała, czego chce. Nawet sędzia 

nie potrafił jej omamić. Dostawała zawsze to, czego 

chciała, za każdym razem... wspaniała Raija. 

Cechy, które ojciec potępiał i którymi gardził, jeśli 

odznaczały się nimi inne kobiety, urastały niemal do 

rangi cnót w przypadku Raiji. 

Anna zapragnęła ją poznać. To, że wywarła takie wra­

żenie na ojcu, świadczyło, że nie była zwyczajną kobietą. 

- Jeśli miałabyś położyć kwiaty na czyimś grobie, to 

raczej jej się należą - rzekł ojciec. - Chociaż Raija chy­

ba nie umarła. Kobiety takie jak ona wydają się zdol­

ne przeżyć wszystko. Jeden Bóg raczy wiedzieć dlacze­

go. Może żeby mogły odpokutować za grzechy. 

Anna nie znała odpowiedzi. Patrzyła, jak ojciec zni­

ka w drzwiach kościoła. Sama pozostała na klęczkach 

przy grobie. 

- Nie wierzę, żebyś był taki słaby, jak mówi ojciec 

- rzuciła w stronę krzyża. - Myślę, że byłeś więcej wart, 

bo znam twojego syna. A on jest najlepszym człowie­

kiem, jakiego spotkałam. Wydaje mi się, że nie jest 

zbytnio podobny do matki. Przynajmniej sądząc po 

tym, co usłyszałam. Musi być raczej podobny do cie­

bie. Modlę się, żeby znalazł to, co dla niego zostawi­

łeś. Nie dlatego, że sama potrzebuję luksusu. Ale dla­

tego, że to dla niego takie ważne. Myślę, że to ma coś 

wspólnego z poczuciem godności. Nie wiem. Nigdy 

nie żyłam w takich warunkach jak wy. Jak Knut. Chcę 

background image

tylko, żeby Knut był szczęśliwy. Pragnę, by był tu przy 
mnie. Potrzebuję go. 

Grób nie mógł jej odpowiedzieć. Anna nie była aż 

tak naiwna, by tego nie rozumieć. 

Jednak znajdowała tu spokój, którego nigdzie in­

dziej nie zaznała. 

Zastanawiała się, czy Knut przychodził tu z tego sa­

mego powodu. Nigdy o tym nie rozmawiali. 

Annie brakowało kogoś, z kim mogłaby się podzie­

lić własnymi myślami. Zanim spotkała Knuta, nie 
przyszłoby jej to nawet do głowy. 

Teraz bardzo potrzebowała takiej rozmowy, dzięki 

niej stawała się coraz silniejsza. A ponieważ nie mogła 
porozmawiać z Knutem, przychodziła tutaj. Prochy spo­
czywające głęboko pod czarną ziemią nie mogły nikomu 
powtórzyć jej słów. Jej tajemnice były tu bezpieczne. Ale 
w gruncie rzeczy jednak wciąż pozostawała samotna. 
Zwierzenia przynosiły tylko nieznaczną ulgę. 

- Czas tak szybko mija - rzekła cicho. Tak cicho, że 

jej słowa zabrzmiały jak szept. To, co teraz miała po­
wiedzieć, należało wyznać szeptem, mimo że zwraca­
ła się do zmarłego. - Knut musi wrócić. Nie może mnie 
zawieść. Musi przyjść, choćby obdarty i bez grosza 
w kieszeni. Kocham go mimo wszystko. I potrzebuję, 

by był przy mnie. 

Na chwilę skrzyżowała ręce na łonie. 
- Noszę w sobie nasze dziecko - szepnęła, starając 

się powstrzymać łzy. - Noszę w sobie twojego wnuka, 
Karlu Kristiansenie Elvejord. 

background image

12 

Lato miało się ku końcowi. Knuta często ogarniało 

przygnębienie. Chłopak tak dawno z nikim nie rozma­

wiał, że ledwie pamiętał, jak to jest. Musiał prowadzić 

rozmowy z samym sobą ze strachu, że gardło całkiem 
mu zardzewieje. 

Niedługo po tym, jak się zatrzymał nad rzeką, w po­

bliżu przechodziło kilku mężczyzn. Zdążył na szczę­
ście ukryć blaszaną misę. Uwierzyli, kiedy powiedział, 
że jest myśliwym. Miał już wtedy trochę skór rozwie­
szonych do suszenia. 

Od tamtego czasu znacznie ich przybyło. Knut po­

lował. Nie mógł bez reszty oddać się poszukiwaniom. 
Polowanie było źródłem jego utrzymania. Być może 
trafią się jacyś kupcy znad Zatoki Botnickiej, którzy 
zechcą kupić skóry. Mógłby pojechać na najbliższy jar­
mark. Jednak nie z powrotem do Skibotn... 

Zamierzał pozostać wiernym swojemu marzeniu 

tak długo, jak to możliwe. Dopóki starczy mu nadziei. 

Poza polowaniem i szukaniem złota wynajdował so­

bie inne zajęcia, które trzymały go przy życiu. Łowił 
ryby. Z mężczyznami, których spotkał, wymienił się 
na sól i solił ryby. Nie musiał tego robić. Ryb było pod 
dostatkiem. 

Czasami ogarniała go wściekłość, musiał ją jakoś 

rozładować. 

background image

Wtedy szedł i szedł, wędrował godzinami wzdłuż 

odnogi rzecznej. Starał się nie myśleć, nie rozglądać 

wokół. Zdawało mu się, jakby żył w próżni, a jedynym 

sposobem wyrwania się z niej było odsunięcie się od 

wszystkiego, co stało się znajome i bliskie. 

Ryby i skóry to jego zabezpieczenie. Musiał mieć 

coś w zanadrzu. Nawet jeśli jego marzenie się nie speł­

ni, nie przyjdzie po Annę z pustymi rękoma. Błogo­
sławieństwa pastora pewnie nie dostaną, ale ofiaruje 
jej coś więcej niż dwie puste ręce. 

Boże, jak do niej tęsknił! Kiedy zamykał oczy, widział 

ją tak wyraźnie, że chciał wyciągnąć ramiona i ją objąć. 

Czuł się teraz tysiąc razy bardziej samotny niż przed­

tem. 

W marzeniach wiele razy przychodził na plebanię. Słu­

żąca, która mu otwierała, mierzyła go wzrokiem od stóp 
do głów - kamizelka z brokatu, dewizka od zegarka 
z ciężkiego metalu, nienaganny garnitur i wysokie skórza­
ne buty oraz kapelusz, którego nie zdejmował przed służ­
bą, przekonywały ją, że należy go wpuścić do środka. Mi­
mo że pastor nie został uprzedzony o wizycie. 

Anna bladła, kiedy wchodził do salonu, tego same­

go, do którego kiedyś ją przyprowadził. Pastor stał za 
tym samym wielkim biurkiem. 

Ale usiadł, kiedy Knut Elvejord wyłożył swoją spra­

wę: bez zbędnych ceremonii poprosił o rękę Anny. 

I rzucił kilka skórzanych worków czystego złota, że­
by udowodnić, że jest w stanie zapewnić Annie odpo­

wiednie warunki życia nie gorzej niż jakiś podstarza­

ły arystokrata za granicą. 

Marzenia kończyły się zawsze tak samo: pastor - co 

prawda z pewnym ociąganiem - udzielał zgody... 

background image

Knut zdawał sobie sprawę, że rzeczywistość może 

okazać się bardziej gorzka. Coraz częściej myślał o tym, 
że on i Anna będą zmuszeni uciec. Tak czy owak. 

Żałował, że nie uczynili tego już wiosną. Powinien 

był pozwolić dziewczynie pójść ze sobą. Być może 
zmarnowali mnóstwo czasu, który mogli spędzić razem. 

Samotność i dotkliwa tęsknota były chyba gorsze 

niż bieda. Knut doszedł do wniosku, że wolałby żyć 
z Anną w biedzie, niż ją stracić. Nie mógł jednak ska­
zać dziewczyny na taki los, nie pytając jej o zdanie. 

Kochał ją tak bardzo, że pozwoliłby jej odejść, gdy­

by tak było dla niej lepiej. Przedtem sądził, że nie moż­
na do tego stopnia kochać drugiego człowieka. 

Nadal przepłukiwał żwir. Całymi dniami stał w lo­

dowatej wodzie i przepłukiwał piasek. Obracał go na 
misie. Stopniowo doszedł do wprawy. Teraz śmiał się 
z pierwszych nieporadnych prób. Opanowanie tej 
sztuki zabrało mu całe tygodnie. Mógł tylko polegać 
na sobie i uczyć się na własnych błędach. 

Nawet teraz nie był pewien, czy wszystko robi do­

brze. Bywało, że się zastanawiał, czego w ogóle szuka. 

Nigdy nie widział złota. Całą swą wiedzę czerpał z te­

go, co usłyszał od innych. Z opowieści Reijo. Z opisów 
Reijo, jakie to wrażenie poczuć w rękach złoto znalezio­
ne przez Kallego. O ciężarze, chłodzie - o błogości, jaka 
ogarniała człowieka, kiedy trzymał kruszec w palcach. 

Miało złoty kolor. Musiało błyszczeć. 
Reijo powiedział, że ze złotem jest jak z miłością. 

„Wiesz, co masz, kiedy to masz". 

Knut rozumiał już, co to miłość, choć jeszcze całkiem 

niedawno miał o niej dość mgliste pojęcie. Ufał też, że 
się zorientuje, że znalazł złoto, kiedy się na nie natknie. 

background image

Pragnął, by się okazało, że Kalle zdążył wydobyć ca­

łe złoto i gdzieś je ukryć. Wtedy sam łatwiej by sobie 
poradził. Ale ojciec wyraźnie dał do zrozumienia, że 
skarb czeka na tego, kto bardzo pragnie go zdobyć. 
Kto zechce zadać sobie trochę trudu. 

Tak, Knut nieźle się natrudził. I co? Nadal był tak 

samo biedny. Gdyby pot kapał złotem, chłopak już 
dawno mógłby powrócić do Alty. 

Ale widać nie miało pójść tak łatwo. Zdarzało się, 

że przeklinał ojca, iż ten nie wytłumaczył Raiji, gdzie 
dokładnie znajduje się złoto. Zdarzało się też, że po­
dejrzewał matkę, iż dobrze znała owo miejsce, ale za­
chowała je w tajemnicy. 

Świadomie zamierzała pozbawić syna spadku po oj­

cu. Chociaż sama nie wzięła złota, chciała i Knutowi 
uniemożliwić zdobycie skarbu. Ponieważ ubzdurała 
sobie, że złoto przynosi nieszczęście. 

Tak jakby bogactwo mogło sprowadzać nieszczę­

ście! Nonsens! 

Sama nie mogła służyć za przykład, że w biedzie 

człowiek jest w stanie zaznać więcej szczęścia. 

Po długich chwilach spędzonych w samotności 

Knuta przepełniała gorycz. Niewiarygodne, co zwąt­
pienie może uczynić z ludzką duszą. 

Każdy następny dzień był taki sam jak poprzedni. 

Knut wstawał razem z ptakami. Łykał coś w pośpie­
chu i ruszał ponawiać próby w nowym miejscu. Uwa­
żał, że przeczesał chyba każdy fragment rzeki w tym 
punkcie, który Kalle wyraźniej zaznaczył. Przejrzał na 
swej blaszanej misie każde ziarenko z dna, lecz zna­

lazł tylko zwykły, szary piach. Poszukiwania straciły 

smak wielkiej przygody. 

background image

Potem zmieniał mokre ubranie, rozwieszał je w słoń­

cu lub rozkładał w chacie przy palenisku, a następnie wy­
ruszał sprawdzić sidła. Kiedy wracał, robił sobie coś do 
jedzenia. Jadł w spokoju i skupieniu. Czegoś się jednak 

w domu nauczył. Właśnie w takich chwilach napływały 

myśli, których najchętniej by do siebie nie dopuszczał. 

Codziennie odganiał je wraz z rozpoczęciem kolej­

nej próby. Zanim oporządził złapane ptactwo i ryby -
i przed zanurzeniem w strumieniu blaszanej misy. 

Dopiero kiedy niebo na zachodzie się czerwieniło, 

zaczynał myśleć o spoczynku. Celowo z tym zwlekał. 
Nigdy się nie kładł, dopóki nie czuł się tak bardzo 
zmęczony, że zasypiał, zanim jeszcze porządnie ułożył 
się na posłaniu. Dzięki temu nie nachodziły go wieczo­
rem dręczące myśli. Jednak sny miał chaotyczne i peł­
ne bólu. 

Rzadko kiedy udawało mu się porządnie wypocząć. 
Czuł się wyczerpany. Policzki mu się zapadły, wokół 

ust pojawiły się bruzdy, a wokół oczu zmarszczki, które 
zwykle trudno dojrzeć na twarzach osiemnastolatków, 

Knut jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Po­

wierzchnia wody nie zdradzała takich szczegółów. 
A nie miał innego zwierciadła. 

Lato mijało zbyt szybko. 
Knut nie liczył dni. Ale zauważył upływ czasu, kie­

dy wieczory stały się chłodniejsze, a wrzosowisko po­
kryło się czerwonym płaszczem. 

Drzewa pożółkły. Gubiły liście. 

Woda w rzece torturowała go codziennie, ale tak do 

tego przywykł, że się tym nie przejmował. 

W głowie dźwięczały mu ciągle te same słowa: 

„Późną jesienią... późną jesienią". 

background image

Czy późna jesień to okres, kiedy drzewa całkiem już 

tracą liście, czy raczej moment pojawienia się pierw­
szego śniegu? 

Wątpliwości nie dawały mu spokoju. O każdej go­

dzinie dnia rozważał za i przeciw. 

Mógłby już wyruszyć do Alty. Boże, jak bardzo tego 

pragnął! Nikt inny, tylko on sam podejmował decyzje. 
Niechby go pastor wyrzucił z domu, lecz on i tak zabrał­
by Annę. Mogliby razem tu wrócić. I szukać dalej. Pła­
skowyż jest ogromny. Wątpliwe, czy ktoś by ich znalazł... 

A gdyby tak zostać jeszcze jeden dzień? Ten dzień 

może odmieni całe jego życie. Jeśli jeszcze trochę po­
czeka, to może pójdzie po Annę jako bogacz. Mógłby 

wtedy naprawdę rzucić pastorowi na stół worki wy­

pełnione złotem. 

Nadal istniała taka szansa... 
Droga do Alty zabierze mu jakiś tydzień. Może 

mniej, miał do kogo się śpieszyć. Nie musi robić wie­
lu przystanków. Zaryzykuje i jeszcze trochę poczeka. 

Ogarnęło go jakby oszołomienie. Gorączka, której 

nie był w stanie nazwać słowami, nad którą nie mógł 
zapanować. Zawładnęła nim bez reszty, całą jego wo­
lą. Jeszcze tylko jeden dzień. 

Tylko jeden. 

Jeszcze jeden jedyny dzień... 

Liście opadły. Drzewa zrzuciły letni strój, a potem 

nawet jesienny płaszcz. Nagie oczekiwały trep, co mu­
siało nadejść. 

Knut wmawiał sobie, że do późnej jesieni wciąż zo­

stało jeszcze trochę czasu. Pójdzie do Alty. Dotrzyma 
obietnicy. Nienawidził myśli o tym, że zjawi się z pu­
stymi rękami, równie biedny i zaniedbany, jak gdy od-

background image

chodził, równie obcy w świecie Anny. Być może jesz­
cze bardziej obcy. Gdyby wrócił teraz, straciłby nawet 
marzenie. 

Płaskowyż przybrał kolor rdzawoczerwony. Prawie 

brązowy. 

Natura wstrzymała oddech. Wieczorami coraz wcze­

śniej robiło się ciemno. Wtedy pojawiały się cienie. 
W jeden z takich wieczorów Knut wspiął się na skałę. 
Uciekał od wszystkiego. Najbardziej pragnął uciec 
przed sobą samym. 

Zastanawiał się, jak czul się tutaj ojciec. Zaczynał 

wątpić: to chyba nie to miejsce. Nie ma żadnego skar­
bu. Tato był chory i miał przywidzenia. 

Ale Kalle Elvejord znalazł przecież złoto. Nawet 

Reijo to potwierdził. Co on takiego powiedział? 

Jak to brzmiało, słowo po słowie? 

Knut usiadł na skraju występu skalnego i próbował 

sobie przypomnieć. 

„To jest jak oszołomienie, Knut. Silniejsze niż mo­

że ci dać jakikolwiek trunek. Niemal równie silne, jak 
kochanie się z kobietą, którą ubóstwiasz. Zimne. Cięż­
kie. Lśniące. Sam blask... Raija nazywała to żółtym 
światłem. Nie potrafię tego lepiej opisać. Stałem tak 
z tym zimnym, ciężkim kamieniem w dłoni i byłbym 

w stanie dopuścić się morderstwa, żeby je zachować. 
Takie to uczucie - przez chwilę..." 

Knut wciągnął wieczorne powietrze. Szumiało mu 

w uszach, lecz to nie wiatr. 

Ogarnęła go dziwna jasność. 
Powinien był słuchać słów Reijo. Powinien był słu­

chać. Powinien był pomyśleć. 

„Kamień", powiedział Reijo. Kamień - a nie piasek. 

background image

Wystarczająco duży, by rozsyłał blask, by trzymać 

go w dłoni, by mocno zacisnąć na nim palce. 

Knut zaczynał nabierać pewności, że zarówno Raija, 

jak i Reijo kłamali, twierdząc, że niczego nie znaleźli. 
Raija szukała złota. Reijo przyznał, że i on szukał. 

Oboje mieli przecież szkic, według którego mogli 

się kierować. Oboje wiedzieli o darniowej chacie, 
o szlakach, które przemierzał Kalle. 

Oboje mówili, że nic tu nie ma. 
- Boże - westchnął Knut ku ciemnemu, nieprzystęp­

nemu niebu. - Boże, jakże byłem bezmyślny. Zaraz za­
padnie noc. Zabrałeś mi światło, nie mogę tego spraw­
dzić wcześniej niż jutro rano. Dlaczego mi to robisz? 
Czy aniołowie zazdroszczą Annie i mnie? Moglibyśmy 
już być razem. Czy to sposób, żeby nas wypróbować? 

Knut wpatrywał się w dół na osypisko. Widział tyl­

ko ciemność i jeszcze ciemniejsze cienie rzucane przez 
kamienne bloki. Tak dobrze je znal. Patrzył na nie tak 

wiele razy, nie widząc ich. Rozwiązanie musiało znaj­

dować się tam w głębi. Jeżeli istniała jakaś odpowiedź, 
jeżeli krył się tu jakiś skarb, to właśnie tam. 

Kto mógłby lepiej strzec niezmierzonego skarbu niż 

właśnie potępione dusze zbójców ze wschodu? 

Jeśli Czudowie zginęli pod tym osypiskiem, to wła­

śnie dla niego pilnowali bogactw. 

Knutowi wydało się to śmieszne. Siedział na szczy­

cie brązowoczarnej góry w zimną jesienną noc i śmiał 
się, a jego śmiech niósł się echem daleko nad płasko­

wyżem. 

N o c pokryła ziemię cienką warstwą szronu. Przy 

każdym oddechu Knut wypuszczał nosem białe ob­
łoczki pary. Nad ranem trząsł się z zimna. Starał się 

background image

dobrze zapamiętać ten dzień, zwracał uwagę na każdy 

drobiazg. Opowie o tym Annie. Może to właśnie po­

czątek ich nowego życia? 

Na południowym wschodzie zamajaczyło coś czer­

wonego. Słońce. Nie wolno mu tego zapomnieć. Warto 

zapamiętać ryby wyskakujące niemal na brzeg rozlewi­

ska. Zwrócił uwagę na kruki przelatujące obok. Słuchał 

ich skrzekliwego krakania - i pomyślał o matce. Nigdy 

nie zrozumie, jak ktoś mógł nazwać kobietę, którą ko­

chał, tak brzydkim określeniem: Mały Kruk. Mikkal tak 

mówił do Raiji. 

Knut nie widział nic pięknego w tym czarnym pa­

dlinożercy. 

Wszedł między kamienne bloki. Dlaczego wcześniej 

o tym nie pomyślał? 

Nie miał pojęcia. Chyba po prostu nie przyszło mu 

to do głowy. Zycie jest pełne przypadków. Traf chciał, 

że nie przeszukał skał. 

Po jakimś czasie znalazł jamę. 
Dopiero kiedy już zamierzał zrezygnować na dobre, 

uderzyła go regularność, z jaką ułożone były niektóre 

kamienne bloki. 

Gdyby dwa lub trzy leżały w jednej linii, można by 

to uznać za przypadek. Grzbiet wydawał się dość pro­

sty. Ale żeby po pięć-sześć kamieni układało się w kil­

ka równych rzędów... 

Musiał się o to postarać ktoś jeszcze, nie tylko sa­

ma natura. 

Knut poczuł silne uderzenia serca, kiedy przetaczał 

pierwsze bloki. Okazały się lżejsze, niż myślał. Na ty­

le lekkie, że nawet kobieta mogłaby je przesunąć... 

Za nimi ukazał się otwór, który wyglądał jak zagłę-

background image

bienie w skale. Ktoś mógłby tak pomyśleć, ktoś, kto 
nie sprawdził dokładniej. 

Knut upadł na kolana, nie mając pojęcia, że tak sa­

mo klęczał również Kalle Elvejord dokładnie w tym 
samym miejscu prawie dwadzieścia lat temu. 

Następnie wczołgał się do środka. Starał się nie wy­

obrażać sobie Bóg wie czego, chociaż wszystko w nim 
szalało z radości. 

Był pewny zwycięstwa, w głębi duszy nie miał już 

żadnych wątpliwości. 

Anno, Anno, powinnaś to zobaczyć! Powinnaś być 

tu razem ze mną i przeżyć to, co ja! Nigdy nie zdołam 
ci opowiedzieć, jakie to uczucie. 

Otwór rozszerzał się - przeszedł w jamę, w której Knut 

mógł swobodnie usiąść, wprawdzie musiał odrobinę po­
chylać głowę, ale za to swobodnie wyciągał ramiona. 
Mógł wymachiwać rękoma, nie dotykając skalnych ścian. 

Ciemna pieczara. Pieczara w litej skale. Pieczara o ścia­

nach, na których lśniły błyszczące pasy. 

Knut przyzwyczaił wzrok do ciemności. Zobaczył 

jaśniejsze smugi. Nie wiedział, że ojciec starał się ten 
lśniący kruszec przesłonić ziemią i żwirem. Na wypa­
dek gdyby ktoś obcy trafił do jaskini. 

Już dawno temu wilgoć zlikwidowała ów kamuflaż. 

Knut ujrzał pasy na skalnej ścianie. Wtedy zdał so­

bie sprawę, że Reijo miał rację: rozpoznał to, kiedy to 
zobaczył. 

Udało się. Odnalazł swoje dziedzictwo. Swoją przy­

szłość. 

Zerwał ze wszystkimi dotychczasowymi przyzwy­

czajeniami. W pośpiechu zjadł solidny posiłek i dopie­
ro wtedy pobiegł z powrotem do jaskini. 

background image

Kiedy wyruszając na poszukiwania przygotowywał 

sprzęt, nie przypuszczał, że będzie się musiał wspinać 
po nagich skałach. Sądził, że jedyną niezbędną rzeczą 
będzie misa do płukania piasku. 

Wszystkie te godziny, dni, tygodnie pracy bez wy­

tchnienia po kolana w lodowatej wodzie, okazały się 
stracone nadaremnie. Męczył się tak, marzł i cierpiał, 
ponieważ sądził, że to jedyny sposób. 

A skarb przez cały ten czas leżał tuż przed jego no­

sem. Tuż za chatą. Nie zadał sobie trudu, by dokład­
nie zbadać okolicę. Wszystko przez błąd, który sam 
popełnił. 

Knut nie miał kilofa. Jedynie niewielki toporek, któ­

ry bez żalu poświęcił, żeby wydobyć złoto ze skalnej 
ściany. 

Wzruszył się, kiedy zauważył, że w miejscu, gdzie 

ze wszystkich sił uderzył, istnieją jeszcze ślady pozo­
stawione przez innego człowieka. To na pewno tato 

wyrąbywał tu skałę - dokładnie tak jak on. 

Dopiero w tej chwili Knut uświadomił sobie, jak 

wiele łączy go z ojcem. Pracował bez wytchnienia, aż 
w końcu ze zmęczenia nie mógł utrzymać trzonka. 

Ostrze toporka bardzo ucierpiało, lecz chłopak pocie­
szał się myślą, że będzie mógł sobie kupić sto innych. 

Jeżeli zechce. 

Wyrąbał już sporo kamieni różnej wielkości - od 

odłamków nie większych od ziaren żwiru do bryłek 

wielkości pięści. Będzie miał co dźwigać w drodze do 
Alty, lecz Anna jest tego warta. 

Serce mu rosło. Spojrzał w czyste, gwiaździste nie­

bo i zadał sobie pytanie, czy Kalle Elvejord może te­
raz zobaczyć z góry swego syna. 

background image

Knut chciał, żeby tak było. 
Napełnił worek. 
Sakwa była jedynym przedmiotem, który łączył go 

z ojcem. To wszystko, co odziedziczył. Pustą sakwę - sa­
kwę nie zawierającą nic oprócz marzeń. 

Knut uległ ich magii i podjął wyzwanie, dał się po­

rwać przygodzie. 

Pomyślał, że Kalle byłby szczęśliwy, gdyby razem 

z synem mógł przeżyć tę chwilę. Sakwa, która tak dłu­
go nosiła tylko marzenia, wypełniła się po brzegi rze­
czywistym bogactwem. Skarbem, o jakim Knut nawet 
nie miał odwagi śnić. A przecież nie zabrał wszystkie­
go. W jamie zostało jeszcze sporo złota, a on jako je­
dyny wiedział, gdzie szukać. Teraz nie istniały już rze­
czy niemożliwe. Dla człowieka tak bogatego jak on nie 
istniały żadne granice. 

Nagle świat stanął przed nim otworem. Chłopak 

zdał sobie z tego sprawę. Teraz jest kimś więcej niż 
zwykłym synem rybaka. Syn Kallego i Raiji będzie 
człowiekiem, którego ludzie zapamiętają. Kiedy odej­
dzie, zostanie po nim coś więcej niż tylko nazwisko 
na drewnianym krzyżu. 

- Idę po Annę, tato - zwierzył się ojcu, patrząc 

w niebo. - Idę po córkę pastora z Alty i ożenię się z nią. 
Tego się po swoim synu nie spodziewałeś, prawda? 

Tej nocy Knut spał z głową wspartą na sakwie. Było 

mu niewygodnie i prześladowały go jakieś senne mary, 
zbyt jednak zamazane, by je rozpoznać. Ale się nie prze­
budził. Nie wcześniej niż przed nastaniem poranka. 

Tego Poranka. 
Zjadł, spakował niezbędne rzeczy. Dodatkową 

zmianę ubrania można zostawić. Garnki. Większość 

background image

jedzenia. Knut nauczył się nie wyrzucać tego, co jesz­
cze może się przydać. Wszystko schował w jaskini. 
I tknięty przeczuciem postąpił tak samo, jak przed la­
ty uczynił jego ojciec: zamaskował smugi na skalnej 
ścianie. Zamazał je popiołem z ogniska. Posmarował 
mokrą ziemią i piaskiem. Zakrył, żeby nikt niepowo­
łany nie odkrył jego skarbu. 

Potem wyczołgał się z jamy i na powrót przysunął 

kamienne bloki. Zastanawiał się, kto zrobił to przed 
nim. Nie sądził, żeby Kalle był do tego zdolny. 

Bardziej prawdopodobne, że to sprawka Raiji. 
Knut zmienił nieco układ kamieni. Ustawił je w spo­

sób bardziej przypadkowy, bardziej naturalny. 

Widok równych rzędów zbyt łatwo nasuwał myśl, 

na którą on sam wpadł dzisiejszej nocy... 

To jego skarb. Nikt nie może mu go odebrać. Praw­

nie mu się należy. Nie zamierzał jednak kupować tej 
ziemi. Gdyby tak uczynił, inni odgadliby prawdę. 

Z pewnością by go okradli. 

Opróżni jaskinię z tego, co się da, potajemnie. Zabie­

rze skarb i dobrze ukryje. Posłucha rady Hannu: przyzna 
się, że znalazł trochę złota w rzece. Będzie żył zgodnie 

z prawem. Zatrzyma się w jednym miejscu wystarczają­
co długo, by go zapamiętali. A potem razem z Anną wy­
jadą gdzieś i osiądą tam, gdzie nikt ich nie zna. Tam gdzie 
od początku dadzą się poznać jako ludzie bogaci. Dopie­
ro tam zaczną prawdziwe życie. Zamieszkają w pięknym 
domu. W pałacu. Z Anną, dziećmi... 

Z rodziną, której właściwie Knut nigdy nie miał. Zwy­

kłą rodziną, bez podniesionych głosów i kłótni. 

Zniszczył chatę. 
Pusta ziemianka może przyciągać ludzi niezależnie 

background image

od tego, jak daleko od uczęszczanych dróg się znajdu­

je. Bez żalu zrównał ją z ziemią. Dała mu dach nad gło­

wą. To wszystko. Nie wiązały go z nią żadne uczucia. 

Zniszczył miejsce na ognisko, ułożone w krąg ka­

mienie wrzucił do rzeki. Popiół wdeptał w ziemię, po­

krył żwirem i darnią. 

Natura postara się o to, żeby lepiej zamazać wszyst­

kie ślady. On tylko trochę pomógł. 

Wspiął się na skałę, żeby pozostawić jak najmniej 

odcisków stóp. Trudno jest zostawić ślad na kamieniu. 

Poza tym stąd szybciej trafi na ścieżki prowadzące 

do ludzi. 

Czeka go długa droga. Ciężar niesiony na plecach 

dodatkowo ją utrudni. 

Nastała późna jesień. 
Nie miał czasu do stracenia. 

background image

13 

Zima przyszła wcześnie tego roku. Ledwie zaczął się 

październik, a śnieg już leżał i na wodzie pojawiła się 
cienka warstwa lodu. Wiał bezlitosny wiatr z północy, 
niosąc ze sobą mroźny oddech z bieguna. 

Zła pogoda zaskoczyła Knuta, zanim dotarł do mia­

sta. Pożałował, że zostawił w jaskini ubranie na zmia­
nę. Musiał iść równym krokiem, żeby pot na jego cie­
le nie zamarzał i go nie wyziębił. 

Śnieg utrudniał marsz. Kumagi nasiąknęły wilgocią. 

Na szczęście Knut wymościł je turzycą. Sucha trawa 
chroniła bose stopy przed wilgocią, utrzymywała cie­
pło i zapobiegała odmrożeniom. 

Myśl o Annie dodawała mu sił, inaczej dawno by 

już upadł z wyczerpania. Pogoda złagodniała, jakby 
bogowie byli po jego stronie. Uciszyło się na tyle, że 
Knut w ciemności mógł dostrzec światła Alty. 

Wpatrywał się w jaśniejące punkciki i uparcie podą­

żał w ich stronę. Zatrzymał się przy plebanii. W pierw­
szym odruchu zamierzał wejść, ale się cofnął. Budynek 
był oświetlony, tak jak Knut to widywał wiele razy 
przedtem. Okno Anny pozostało jednak tajemnicze 
i ciemne. Jak zamknięte oko. W stronę wspaniałej po­
siadłości pastora zmierzało wiele osób. Knut zauważył 
to, lecz uznał, że to nic szczególnego. 

Anna... 

background image

Była tam - tak blisko. Nagle tak blisko po nieskoń­

czenie długim czasie rozłąki. 

I nie był w stanie jej dosięgnąć. Nie mógł tak stać 

i wpatrywać się w ciemne okno. Dziewczyna nie doj­
rzy go w ciemności. Nie mógł się z nią skontaktować. 
Nie teraz. Musiał się z tym pogodzić. 

Nadal pozostawał wyłączony z tego świata, który 

trzymał Annę z dala od takich jak on. Zamierzał to 
zmienić, ale potrzebował więcej czasu niż tych kilka 
godzin, które pozostały do końca dnia. 

Niedaleko znajdował się świat, który chętnie otwo­

rzy przed nim drzwi, świat, gdzie zaszczytem było być 
Finem. Gdzie choć słowo „Kwen" brzmiało obraźli-

wie, oznaczało to, co zwyczajne. 

Knut powlókł się do fińskiej części Alty. Odnalazł 

chatę  H a n n u i Jussiego i zapukał do drzwi. 

Zapamiętał tylko słabe światło lampy na stole oraz 

Hannu i Jussiego siedzących po obu stronach. 

- Witamy z powrotem! - zawołał Jussi. - Myśleli­

śmy, że cię już więcej nie zobaczymy. 

Knut usiłował usiąść, ale nie był w stanie. Zakręci­

ło mu się w głowie. Gospodarze położyli go w kuch­
ni na rozkładanym łóżku. 

- Jak dobrze - odezwał się zmęczony. - Przebyłem 

daleką drogę. 

- I masz ciężki bagaż - stwierdził Hannu, patrząc 

znacząco na sakwę. - Udało ci się? 

Knut skinął głową. 
- Postąpiłeś zgodnie z moją radą? 
- Może. 
Hannu uśmiechnął się, a jego zarośnięta twarz wy­

dała się sympatyczna. 

background image

- To mi się podoba. Uczysz się, chłopcze! Całkiem 

słusznie. Nawet nam nie powinieneś ufać! 

- Obiecałem, że o was nie zapomnę, prawda? Do­

trzymuję obietnic. 

- Nami nie musisz się przejmować. 
Knut jednak zauważył, że ci dwaj rośli mężczyźni 

wzruszyli się, że o nich pamiętał. 

- Co zamierzasz teraz zrobić? 
- Ożenić się - rzekł Knut stanowczo. 
- O, nie wiedzieliśmy, że jest jakaś dziewczyna - po­

skarżyli się oburzeni. - Trzymałeś to przed nami w ta­
jemnicy? 

Uśmiechnął się. Pomyślał o Annie. 
- Jest jeszcze wiele rzeczy, których o mnie nie wie­

cie, chłopaki. Ale tyle mogę wam powiedzieć: jeszcze 

wielu w Alcie zaskoczę. 

H a n n u spojrzał znacząco i tajemniczo. 
- Powiedzmy, że jest w tobie coś, czego nie widać 

na pierwszy rzut oka. 

Podali mu kolację. Cienką zupę z kaszą jęczmienną 

i kawałkami ryby. Knut delektował się nią niczym iście 
pańską potrawą. Na płaskowyżu żywił się głównie dzi­
kim ptactwem, drobną zwierzyną i rybami, ale czegoś 

takiego dawno nie miał w ustach. Zupa podziałała zba­

wiennie. Chłopak czuł, jak wracają mu siły, zdołał 

usiąść. Kiedy podali mu kubek kawy, odniósł wraże­
nie, jakby się znalazł w siódmym niebie. 

Nie chciał spać. Zbyt długo był sam, zbyt długą od­

był drogę, by po prostu spokojnie teraz zasnąć. 

- Jak ci się udało znaleźć to, czego tak wielu szuka­

ło? - zdziwił się Jussi. - Wielu próbowało przez całe 
życie. Tobie wystarczyło jedno lato. 

background image

- Być może wiedziałem więcej niż inni... - odparł 

Knut. - Może było mi to przeznaczone. 

Popatrzyli na niego pytająco. Czekali na wyjaśnie­

nia. Powiedział już zbyt wiele, by resztę zachować 

w tajemnicy. 

- Opowieści o skarbie są po części prawdziwe - rzekł 

z wahaniem. - Grób człowieka, który go znalazł, znaj­
duje się tu w Alcie. 

Skinęli głowami. Wiedzieli o tym. 

- Był moim ojcem. 
Chłopak mógł to teraz wyznać z dumą. Przekonał 

się, że Kalle Elvejord był kimś więcej niż niepopraw­
nym marzycielem. 

- Twoim ojcem, mówisz? 
Hannu ściągnął usta i gwizdnął cicho. 
- To trochę wyjaśnia. Ale przecież on umarł bardzo 

młodo. Zdążył zostać ojcem? 

- Wiek nie ma tu żadnego znaczenia - stwierdził Jus-

si, wzruszając ramionami. 

Nagle ujrzeli Knuta w zupełnie innym świetle. 
Hannu zamyślił się: 

- Czy wielu ludzi o tym wie? Opowiadałeś o tym 

komuś? 

- Jak to? - Knut spojrzał na niego. Pomyślał o Annie. 
- Nic, tylko na grobie, o którym mówisz, często wi­

dywałem kwiaty. A któregoś wieczoru zobaczyłem, 
kto je przynosi. 

Knut uśmiechnął się słabo. Dał do zrozumienia, że 

domysły Hannu są słuszne. Poznali jego tajemnicę, 
choć nie rzekł ani słowa. Zdali sobie sprawę, jak 
ogromna jest jego tęsknota. 

- Tak - odparł. - Jest ktoś, kto o tym wie. 

background image

Jussi otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Był blady. 

Hannu potrząsnął lekko głową. 

„Nie teraz", ostrzegał wzrokiem. 

Jussi odwrócił twarz. 

- Czy Knut-Kwen wrócił do domu? - spytał Knut. 

- Czy dla naszych nastały może lepsze czasy? 

Hannu pokręcił głową. 

- Nie dotarły do nas żadne wieści o Knucie Olsso-

nie. Możliwe, że nie żyje. Ale do Kopenhagi jest pięć­
set mil. Nie przejdziesz takiej drogi w jeden dzień, 
chłopie. Nawet Knut-Kwen potrzebuje czasu. Musimy 

wierzyć, że wróci. Jest nam tu potrzebny. Tacy ludzie 
jak on nie rosną na drzewach. Jemu podobni stają się 
przywódcami. Bez niego jesteśmy jak stado bez paste­

rza. Mamy jeszcze odrobinę nadziei. Lecz nikt z nas 
nie posiada jego odwagi. Musi wrócić, inaczej w doli­
nie Alty niedługo nie pozostanie już ani jeden Kwen. 

Nastała noc. A potem ranek. 
Knut umył się i założył czyste ubranie. Przyjemnie 

było się odświeżyć. Przed wyprawą po złoto zostawił 
trochę rzeczy u braci z Kemijarvi. Pilnowali ich, pew­
ni, że wróci. 

Zgolił brodę, którą wyhodował w ciągu paru miesię­

cy pobytu na odludziu. Mrużąc oczy, przyjrzał się so­
bie w lustrze Jussiego. Wyglądał rzeczywiście inaczej. 

Nie potrafił wskazać palcem, co się zmieniło. Ale nie 
był dokładnie tym samym Knutem, który wyruszył 

wiosną na poszukiwanie skarbu. Kiedy się wyszykował, 

poczuł niepokój. Prawie nie był w stanie przełknąć je­
dzenia, które Finowie postawili przed nim na stole. 

Miał tyle do załatwienia... Musiał iść do sklepu. Po-

background image

trzebował ubrania. Zamierzał kupić materiał i poszu­

kać krawca. 

Anna... 
Wtedy to Hannu zdecydowanie posadził go na krze­

śle, a sam usiadł naprzeciw, mocno opierając łokcie na 

stole. Przedramiona wyrosły ku twarzy niczym dwa 

wielkie pnie drzew. Oczy wydawały się smutne. 

- Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, Knut - rzekł. 

- Jest coś, o czym ci wczoraj nie powiedzieliśmy. Uwa­

żaliśmy, że przede wszystkim powinieneś się porządnie 

wyspać, chłopcze. Po tak długiej wędrówce. - Przełknął 

ślinę. - Czy ona wiele dla ciebie znaczy? Ta dziewczy­

na, która kładła kwiaty na grobie twego ojca? 

- Tak. 
Knut nie rozumiał, do czego Hannu zmierza. Jussi 

stał przy drzwiach, odwrócony plecami. Zacisnął pal­

ce na framudze. 

Coś tu się nie zgadzało. Musiało wydarzyć się coś 

bardzo złego. 

- Nigdy nam o tym nie opowiadałeś, ale to ty znala­

złeś ją tej zimy, prawda? To ty ją tu przyprowadziłeś? 

Knut skinął głową. 
- Co się stało z Anną? - spytał. Jego głos brzmiał 

ochryple. 

- Szukamy jej już ponad tydzień, Knut. Wszyscy 

w mieście. Znowu zniknęła. Statek na południe musiał 

odpłynąć bez niej. Miała wyjechać do Danii. Wiedzia­

łeś chyba o tym? 

Przytaknął. 

- Przez ponad tydzień? - spytał. 
Późną jesienią. Powiedziała: późną jesienią... 
Knut ukrył twarz w dłoniach. Dławił go tak silny 

background image

płacz, że nie mógł go powstrzymać. Więc jednak zwlekał 
zbyt długo. Został zbyt długo. Był pewny, że wróci w po­
rę, by dotrzymać obietnicy. A tymczasem zawiódł Annę. 

Wreszcie podniósł wzrok. Oczy miał pełne łez. 
- Spadł już śnieg, wyraźnie widać na nim ślady - wy­

krztusił. - Nie powinno chyba być kłopotu z jej odna­
lezieniem. Jest tylko kobietą, dziewczyną, nie mogła 
zajść daleko. 

- Kiedy zniknęła, nie było jeszcze śniegu. Spadł następ­

nej nocy. Od tygodnia trzyma mróz - wyjaśnił  H a n n a 

- Gdzie jej szukano? 
- Wszędzie. Sprawdzono nawet dno w pobliskich wo­

dach, zanim ściął je lód. Pastor nadal płaci każdemu 
ochotnikowi, gotowemu wziąć udział w poszukiwaniach. 

Knut gwałtownie poderwał się z miejsca. Nawet nie 

otarł łez. Sklepikarz może poczekać. Ściągnął z siebie 
czyste ubranie. Włożył na powrót skórzane. Znalazł 
dork i czapkę ze skóry. 

- Powierzam wam moją sakwę - rzekł. - Ufam wam. 
- To na nic, Knut. - Głos  H a n n u brzmiał po ojcow­

sku łagodnie. - Była lekko ubrana. Mówią, że miała na 
sobie tylko koszulę nocną i płaszcz. Nie chciała, by ją 
uratowano. 

- Znajdę ją - wycedził Knut przez zaciśnięte zęby. -

Na pewno mi się uda. Lecz najpierw porozmawiam 
z pastorem. 

- Bądź ostrożny! 
H a n n u najchętniej poszedłby razem z Knutem. 

Chłopak był taki porywczy. Taki gwałtowny i nieroz­

ważny. Dziewczyna pewnie już nie żyje. Nie było sen­

su wierzyć, że jest inaczej. 

- Pastor ma wielką władzę. Jest w dobrych stosun-

background image

kach z namiestnikiem. Może wsadzić cię do aresztu, 
jeżeli zechce. 

Knut uśmiechnął się w taki sposób, że obydwu bra­

ciom ciarki przeszły po plecach. 

- Nie boję się pastora - powiedział. - Ani namiest­

nika. Teraz boję się tylko jednego. Śmierci. Nie mojej. 

Jestem tak niewiele wart... 

W rzeczywistości wypadki nigdy nie toczą się tak 

jak w marzeniach. Knut istotnie wszedł do domu pa­
stora głównym wejściem. Jednak nie jako bogacz, lecz 
jako biedny chłopak, Kwen, syn rybaka, Knut. 

Wtargnął bez pukania. Nie zdejmując czapki, ruszył 

prosto do salonu pastora. Nie pozwolił się zatrzymać. 

Pastor zmarszczył brwi i zdziwił się trochę, napoty­

kając płomienny wzrok młodzieńca, który zjawił się 
przed nim tak nagle. 

Nie rozpoznał go. 
Knut zrozumiał to w jednej chwili, gdy usłyszał sło­

wa pastora: 

- Przypuszczam, że przyszedłeś zgłosić się na ochotni­

ka, by wziąć udział w poszukiwaniach mojej córki? Płacę 
za dobę. Tego, kto ją odnajdzie, wynagrodzę dodatkowo. 

Knut uśmiechnął się zimno. Jego oczy zwęziły się. 

Mężczyzna, który przed nim siedział, wyglądał na 
zmęczonego i przygnębionego. Miał podkrążone oczy. 

- Chcę wiedzieć, gdzie jej szukaliście. Chcę wie­

dzieć, kiedy zniknęła. 

- Lensman wie o wszystkim. Porozmawiaj z nim. 
Pastor odwrócił się do Knuta plecami. 
Ten jednak się nie poruszył. 
- Powinienem raczej sądzić, że wiesz lepiej od lens-

mana, kiedy zniknęła. I dlaczego?! 

background image

Głos Knuta brzmiał jak trzask bicza. Chłopak na­

wet nie mrugnął, zwracając się do pastora na „ty". 

- Jakim prawem przychodzisz tu i zamęczasz mnie 

pytaniami? - spytał pastor. - Kim ty jesteś? Co sobie 

wyobrażasz? Zapłacę ci za szukanie. Idź szukać albo 

nie. Ąle nie pozwolę, byś tu przychodził i mówił do 
mnie w ten sposób. Moja córka zaginęła. Modlę się do 
Boga, żeby się znalazła cała i zdrowa. Nie życzę sobie 
rozmawiać z tobą dłużej. Możesz odejść. 

Knut przyglądał się uważnie pastorowi. Wiele słów 

cisnęło się w kolejce na końcu języka. Powstrzymał je. 
Na razie. 

Jeszcze tu wróci. Pokaże pastorowi, na co go stać. 

Wróci tu, a wtedy nie będzie milczał. 

Knut wyszedł. Wyszedł drzwiami dla ważnych gości. 
Wstąpił jeszcze do łensmana. Dowiedział się więcej 

niż na plebanii. 

- Dziewczyna uciekła w niedzielę w nocy. Tego dnia 

właśnie przybił do brzegu statek, który miał odpłynąć na 

południe. Chyba chciano ją wydać za mąż za granicą. Nie 

wiem dokładnie. Słyszałem tylko, co mówiła służba. Ro­
dzice zauważyli zniknięcie córki dopiero w poniedziałek 

rano. Nie spała w swoim łóżku. Jednak wychodząc z do­
mu, nie miała na sobie nic więcej poza nocną bielizną. 

Pokręcił głową. 
- Myślę, że poszukiwania nie na wiele się zdadzą. 

Ale pastor wierzy w cuda. Jest niejako do tego zobo­
wiązany. Cha, cha... 

Knut nie roześmiał się. 
Następnie lensman opowiedział, gdzie dotychczas 

szukano Anny. Które zbiorniki wodne sprawdzono. 

- Osobiście przypuszczam, że znaleźlibyśmy dziew-

background image

czynę, gdybyśmy sprawdzili dno fiordu, ale do tej po­
ry pastor się temu sprzeciwiał. Jednak połowa miasta 
sądzi, że rzuciła się do fiordu. 

- Dlaczego? 
Urzędnik skrzywił się. 
- Uważam, że niedobrze jest mierzyć zbyt wysoko. 

Powinni pozwolić córce wybrać samej. Zmuszanie do 
małżeństwa nie prowadzi do niczego dobrego. Są ta­
cy, którzy mówią, że ona już kogoś wybrała. 

Lensman nie rozumiał, dlaczego chłopak tak prze­

nikliwie na niego patrzy. Ale nigdy nie rozumiał tych, 
którzy swe życie spędzali w drodze. 

- Zarówno kucharka, jak i służąca na plebanii przy­

sięgają, że dziewczynie przydarzyło się nieszczęście. 
Że spodziewała się dziecka. A córce pastora to nie 
przystoi, wiesz... Z rozpaczy rzuciła się do fiordu, 
chłopcze. Ale idź i szukaj. Większość ochotników uda­
je się na poszukiwania i kręci się po okolicy przez kil­
ka dni. Pastor dobrze płaci i nie pyta, gdzie byłeś i co 
robiłeś. Myślę, że najbardziej obawia się tego, że ktoś 
znajdzie ją martwą... 

Knut nie słuchał. 

Jakimś sposobem dostał się do szopy Hannu. Nie 

był w stanie przypomnieć sobie, jak się tam znalazł. 

Kiedy oprzytomniał, płakał pomiędzy belami siana, 

tam gdzie się z nią kochał. 

Uwiódł ją. 

Spodziewała się dziecka. 

Gryzł kostki do krwi, żeby nie wykrzyczeć swego 

cierpienia. Bił pięścią w ścianę, aż dudniło. 

Wyszeptał z szacunkiem jej imię. 

Nie był wart wiązać jej butów. Nawet ziemia, po 

background image

której stąpała, była więcej warta niż on. A on ośmielił 

się zniszczyć Annie życie. 

Przez coś tak podłego jak pożądanie zniszczył jej 

życie. 

Knut wypłakał wszystkie łzy. 
Czuł wokół siebie ogromną pustkę, której istnienia 

nawet nie podejrzewał. 

Tak często myślał o Annie w ciągu tego lata. Dla­

czego nie rzucił wszystkiego i nie wrócił do miasta? 
Dlaczego pozwolił, by żądza bogactwa przytłumiła tę­
sknotę za Anną? 

Dlaczego, dlaczego...? 

Jednak nie żałował tego, co zaszło między nimi na 

tym posłaniu z siana. 

Jeśli nawet skutki owej nocy popchnęłyby Annę do 

czegoś, czego nie miał odwagi nazwać słowami, nie był 
w stanie niczego żałować. To jego najpiękniejsze wspo­
mnienie. 

Nigdy nie był tak szczęśliwy jak tamtej nocy. Na­

wet wtedy, kiedy znalazł złoto. Teraz to zrozumiał. 

Noc z Anną w ramionach, kiedy dziewczyna leżała 

przytulona do niego, ufna i oddana, nie mogła się mie­
rzyć z niczym innym, co dotąd przeżył. 

Anna także była szczęśliwa. 
Błagała go, żeby ją zabrał ze sobą. 

On zaś zostawił ją zupełnie samą - tylko ze swą 

obietnicą. Obietnicą, że wróci, zanim będzie za późno. 
Obietnicą, że nie będzie musiała jechać do Danii. Że 
nie wyjdzie za nikogo innego poza nim. Miał się poja­

wić przed nadejściem późnej jesieni. 

Anna doszła pewnie do wniosku, że ją okłamał. 

Z bólem to przyznał. 

background image

Knut wyobrażał sobie, jak musiała być nieszczęśli­

wa. Jak bardzo samotna. 

Pewnie pomyślała, że świadomie ją oszukał. A po­

trzebowała go bardziej, niż ktokolwiek go kiedyś po­
trzebował. 

Miała urodzić dziecko... 
Panie Boże, dokąd ona poszła? Dokąd mogła pójść? 
Była noc. Ciemno. Anna nie była ciepło ubrana. 
Musiała marznąć. 
Fiord? 
Nie, Knut nie sądził, by rzuciła się do fiordu. 
Złożył ręce w żarliwej modlitwie. 
Przemierzał powoli okolicę. Starał się myśleć tak 

jak Anna. Nie sądził, by mu się udało. Niezależnie od 
tego, jak bardzo ją kochał, nie mógł wiedzieć, co kry­
ło się w jej głowie. 

Ogarnęła go rozpacz, podobna do tej, która wypeł­

niła dziewczynę tamtej nocy. 

Zwątpienie - podstępna świadomość, że i tak wszyst­

ko na nic. 

Pastor zabronił sprawdzać dno fiordu. 
Knut jednak odważył się przez mgnienie oka pomy­

śleć, że Anna wybrała takie rozwiązanie. 

- Być może nie żyjesz, Anno. Jeżeli tak, to nic dla 

mnie nie ma sensu. Nic nie ma znaczenia dla Knuta 
Elvejorda. Nie liczy się to, że mógłby kupić całą Altę 

wraz z otaczającym ją lasem. Ty byłaś najważniejsza 
w moim życiu. Ty, Anno. Nie złoto. Nie rozumiałem 
tego do tej pory. Miałem ciebie. Miałem twoją miłość 

i prosiłem cię tylko, żebyś czekała. Moja najdroższa. 
Prosiłem, byś czekała, i czekałaś. Miałem więcej, niż 
przypuszczałem, i tylko ty o tym wiedziałaś... 

background image

Knut szukał tak długo, aż wreszcie nie był w stanie 

zrobić ani kroku więcej. Przystanął, oparł się na kij­
ku, płakał. Czuł, jak ciepłe łzy mieszają się z płatka­
mi śniegu, topniejącymi na policzkach niczym zimne 
pocałunki. 

Boże, jak puste wydało się nagle życie! Jakie wszyst­

ko stało się bezsensowne! 

Zawrócił i ruszył z powrotem do miasta. Chciał po­

rozmawiać z pastorem. Poprosić go o zezwolenie na 
przeszukanie dna fiordu. 

Nawet jeśli Anna nie żyje, trzeba ją znaleźć. 
Obrał drogę na skróty, prowadzącą poniżej szopy 

Hannu. Zamierzał przeciąć rzekę, nie zastanawiał się, 
czy lód wytrzyma czy nie. Zaryzykował, wszak tak nie­

wiele trzymało go przy życiu. Tak niewiele, co miało 
prawdziwą wartość. 

Knut zapomniał o niewielkim rozlewisku w zakolu 

rzecznym nieopodal stodoły. 

Lód okazał się na tyle gruby, że wytrzymał jego cię­

żar. Woda szybko w tym miejscu zamarzała, ponieważ 
było płytko. 

Wiatr wymiótł do czysta lodową taflę. Wypolerował 

ją do połysku. Narty Knuta skręciły z wiatrem. Nie 

mógł ich prowadzić. Kierowały się jakby własną wolą. 

Być może los tak chciał. 
Pod gładką taflą zamajaczył tylko cień. Tuż przy 

brzegu. Tuż obok miejsca, gdzie rzeka wyginała się ła­
godnie w kunsztowny łuk niczym we własnoręczny 
podpis natury. 

Jaśniejsze miejsce pośrodku niebieskoczarnej po­

wierzchni. 

Plama zaczęła rosnąć przed oczami Knuta. Coś go 

background image

ku niej przyciągało. Coś go popychało, nie był w sta­
nie się zatrzymać. 

Aż stanął tuż ponad plamą. Wiedział, że nikt już nie 

będzie musiał przeszukiwać fiordu. 

Upadł na kolana, nie zdejmując nart. Kijek wyśli­

znął mu się z dłoni. Chłopak zdjął rękawiczki, przyło­
żył ręce do twardej, gładkiej powierzchni - jak gdyby 

ich ciepło mogło stopić lód i pomóc się dostać bliżej. 

Tak jak gdyby ciągle jeszcze mógł uratować Annie ży­
cie własnym ciepłem. 

Płakał i nic nie widział przez łzy. Aż piekły oczy, 

bolało gardło. 

Położył się na lodzie nad zastygłą postacią, uświa­

damiając sobie, że stracił Annę. Stracił jedyną osobę, 
która cokolwiek dla niego znaczyła. Jedyną, która by­
ła ważniejsza od niego samego. 

Zrozumiał to jednak zbyt późno. 
Zmarzł, szczękał zębami, ale nie mógł teraz od niej 

odejść. 

Trafił tu. Znalazł ją. Jeszcze raz miał ją odprowa­

dzić do domu. Tyle przynajmniej był jej winien. 

Lód był gruby co najmniej na szerokość jego dłoni. 

Pod spodem płynęła woda. Włosy dziewczyny poru­
szały się, wyglądały w wodzie jak połyskujące nici. Ko­
szula nocna również lekko falowała. 

Knut zaatakował lód kijkami i nartami. Kopał, ska­

kał, wygrzebywał kamienie z brzegu i rzucał nimi 

w gładkie lustro natury. 

Powoli, powoli przebijał się przez twardą, grubą 

warstwę. Wreszcie całkiem się przebił. Otwór nie był 
większy niż zaciśnięta pięść, ale chłopak się nie pod­
dawał. 

background image

Teraz było łatwiej, mógł uderzać w krawędzie i kru­

szyć je kamieniem. 

Z otworu tryskała lodowata woda i przemoczyła 

Knuta do suchej nitki. Przesiąknęła przez skórzane 
spodnie, groziła przykuciem go do zamarzniętej tafli, 
ale się nie przejmował. Ledwie to zauważał. 

Woda przeciekła przez rękawiczki. Stracił już pra­

wie czucie w rękach, ale dopóki mógł utrzymać ka­

mień, nie miał zamiaru się poddawać. 

Klęczał tuż przy głowie dziewczyny. Gdyby zaczął 

unosić ją prąd, Knut zdołałby ją pochwycić. Zatrzy­
mać. Z mozołem powiększy! przerębel na tyle, że sam 
mógłby się w nim zmieścić. Znów kuł brzegi. Jeszcze 
trochę. Jeszcze tylko trochę... 

Położył się obok Anny, wsunął obie ręce pod lód, 

dobrze zaparł się łokciami. Przełknął ciężko, zacisnął 
powieki i pociągnął. 

Poczuł opór, zobaczył, że skrawek koszuli nocnej 

uwiązł w lodzie. Przymarzł. A więc to ją trzymało, nie 
pozwoliło popłynąć z prądem. 

Knut pociągnął jeszcze raz, rozerwał materiał. Za­

skoczył go nagły ciężar. 

Trzymając Annę pod ręce, zdołał podźwignąć się 

z kolan. Potem chwycił dziewczynę w talii i próbował 

wyciągnąć z tego zimnego grobu, który sobie wybra­
ła. Musiał się pośpieszyć, gdyż pod ciężarem obojga 
lód zaczął się niebezpiecznie uginać. Nadludzkim wy­
siłkiem uniósł ukochaną ku górze i przepełznął na 
pewny grunt. 

Już nie płakał. 

Ostrożnie ułożył Annę na śniegu przy brzegu rzeki. 

Po tygodniu spędzonym w wodzie jej ciało nabrzmia-

background image

ło. Nie przedstawiało pięknego widoku. Knut jednak 

zmusił się, by na nią spojrzeć. 

Pamiętał, jaka była wtedy, pod dotykiem jego piesz­

czot. 

Ich miłość stała się po części przyczyną jej śmierci. 

Anna wybrała śmierć jako ostateczne wyjście. Ponie­

waż on dał się omamić złotemu szczęściu. 

Jego miłość okazała się śmiertelną trucizną. 

Knut ostrożnie położył ręce na brzuchu dziewczy­

ny. Klucha w gardle groziła uduszeniem. 

To prawda. Anna nosiła jego dziecko. Tej jesiennej 

nocy zgasło więcej niż jedno życie. 

Knut pochylił głowę. Czyżby Raija była bardziej 

przewidująca, niż ktokolwiek z nich podejrzewał? 

Czyżby to przeczuwała? Zawsze uważała, że złoto 

Kallego sprowadzi ze sobą nieszczęście. 

Czy Anna umarła dlatego, że dal się zaślepić złote­

mu blaskowi? 

background image

14 

Na plebanii ciągle paliło się światło, kiedy Knut szedł 

w jej stronę, dźwigając ciężkie brzemię. Tym razem tak­

że nie zapukał do drzwi. Sam wyglądał jak topielec, kie­
dy przemierzał pokryte dywanami podłogi. Znalazł pa­
stora z żoną przy kominku w jednym z salonów. 

Stanął przy wejściu. Pchnął drzwi nogą. 
Pastorowa poderwała się z krzykiem. Zachwiała się. 

Knut na zawsze zachowa w pamięci tę białą twarz oto­

czoną siwymi włosami - i tę czarną suknię, która spra­
wiała wrażenie, że nie było pod nią ciała. 

Nawet pastor oniemiał. Cofnął się, kiedy Knut pod­

szedł bliżej. Odsunął się na bok, uczynił niezgrabny 
ruch ręką, dając chłopakowi znak, żeby położył ciało 

Anny na sofie. 

Knut zatrzymał się. Stał z dziewczyną w ramionach. 

Za nic nie chciał jej wypuścić. 

- Przychodzę z twoją córką, pastorze - wykrztusił. 

Był siny z zimna. Kapało z niego, kiedy lód topił się 
w ciepłym pokoju. - Przychodzę z nią po raz drugi. 
Gdybym wiedział, że tak się stanie, nie przyprowadzał­
bym jej tutaj za pierwszym razem. 

Pastor przyjrzał mu się bliżej. Było coś w tym chło­

paku, co przywodziło na myśl przeszłość i teraźniej­
szość. Kim jest ten młodzieniec w lapońskim stroju, 
który ośmiela się mówić do niego w ten sposób? Skąd 

background image

ten dziwny blask w jego brązowych oczach? Gdzie wi­
dział te oczy wcześniej? 

- To on - odezwała się pani domu. - To on znalazł 

ją tej zimy. Poznajesz? 

Złapała męża za ramię, przywarła do niego, lecz 

szorstko ją odsunął. 

Pastor rzeczywiście sobie przypomniał. Lecz wi­

dział w tym chłopcu coś jeszcze. Coś, co znał już wcze­
śniej. Coś, co powinien pamiętać... 

- Tak, to ja - rzekł Knut. 

Spojrzał na twarz Anny, która przypominała grote­

skową maskę. Następnie delikatnie położył dziewczy­
nę na sofie. Poprawił ostrożnie jej koszulę nocną, by 
ładnie się układała, odgarnął Annie lok z czoła, pogła­
skał czule palcem po policzku. 

Pastor zamierzał go zganić, ale się na to nie zdobył. 

Coś go powstrzymało. Odwrócił się do biurka. Pogrze­
bał w szufladach i wyciągnął sakiewkę, którą trochę 
przesadnie pobrzękiwał. 

- Ostatnio byłeś tu jakieś trzy-cztery dni temu? - spy­

tał, nie patrząc na chłopaka. 

Knut nadal stał przy sofie. Dotykał ramienia Anny. 

Nie mógł się z nią rozstać. 

- To powinno wystarczyć. 
Pastor starannie ułożył na stole stos monet. Próbo­

wał się uśmiechnąć uprzedzająco grzecznie. Jeszcze nie 
całkiem do niego dotarło, że w miejscu, w którym do­

piero co siedział, leżą zwłoki jego najmłodszej córki. 

Knut potrząsnął głową. 
- Nie chcę twoich pieniędzy, pastorze! - rzekł nie­

spodziewanie stanowczo. - Możesz sobie zostawić 
swoje srebrniki! 

background image

Spojrzeli na niego zaskoczeni. Pastorowa osunęła 

się na najbliższe krzesło i łkała półgłosem. 

Knut nie odrywał wzroku od pastora. Nie uciekł 

spojrzeniem. 

- Chciałbym, żebyś spytał samego siebie, dlaczego 

Anna to zrobiła - odezwał się. - Chciałbym, żebyś 

spojrzał w głąb swej duszy i spytał, czy jesteś bez wi­
ny. Czy można było uniknąć tej śmierci. 

-Jak śmiesz? - syknął pastor przez wąskie usta. -Jak 

śmiesz tutaj przychodzić i cokolwiek sugerować? Weź 
swoje pieniądze. Zabierz swoją zapłatę. Jeśli jej nie 
chcesz, zostaw, niech leży. Ale wyjdź stąd! 

Knut był spokojny. Złość nic już nie pomoże. 
- Nie musisz tego powtarzać, pastorze - odparł. - Pój­

dę. Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Szkoda, że wcze­
śniej nie rozumiałem, że pieniądze znaczą tak niewiele. 
Być może Anna by jeszcze żyła. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał pastor, 

opanowując się. - Kim jesteś? 

Knut ściągnął czapkę. Nie przez szacunek dla czło­

wieka, który stał przed nim, lecz dlatego, że zrobiło 

mu się za gorąco przy piecu. 

- Znałeś moją matkę - rzekł ze smutnym, nikłym 

uśmiechem. - Nie pasowała do was, bogatych, w Alcie. 
Ożenił się z nią wójt. Ludzie nazywali go Krwawym Ole... 

- Rai ja? - przerwał pastor z niedowierzaniem. - Je­

steś synem Raiji? Oczywiście... te oczy... Powinienem 
to zauważyć. Ale to działo się tak dawno temu. Już pra­

wie o niej zapomniałem. Jej syn, tak... Syn... 

Zmarszczył brwi. W jednej chwili przypomniał so­

bie, że Anna przynosiła kwiaty na grób nieznajomego. 
Czyżby jego córka miała w tym jednak jakiś powód? 

background image

- Syn Kallego Elvejorda - dokończył Knut. - Wróci­

łem. Musiałem coś zabrać. Coś, co do mnie należało. Spa­
dek po ojcu. Znalazłem coś innego... i dziś żałuję, że się 
tym nie zadowoliłem. Ale chciałem mieć wszystko naraz. 
- Spojrzał na dziewczynę. - Teraz straciłem wszystko. 

- Anna miała wyjechać do Danii. 
Knut napotkał spojrzenie pastorowej. 
- Właśnie - rzekł. - Może nie powinniście mieć wo­

bec niej tak wielkich planów. Czy nie widzieliście, jak 
ją unieszczęśliwiacie? Nie wiedzieliście, jak bardzo się 
tego bała? 

- Anna była posłuszną córką - rzucił ostro pastor. 

- Chcieliśmy tylko jej dobra. Miała zostać hrabiną... 

- Nie pytaliście jej, dlaczego uciekła za pierwszym 

razem? 

Milczeli. 
- Anna była tak zalękniona, że minęło kilka dni, za­

nim odważyła się ze mną porozmawiać - powiedział 
Knut ze smutkiem w głosie. - Była najbardziej godną 
pożałowania istotą, jaką spotkałem w swym życiu. 
I już wtedy błagała mnie, żebym jej nie odprowadzał 
do domu. Nie znała mnie, ale wolała raczej podróżo­
wać z obszarpanym awanturnikiem, niż wrócić tutaj. 

- Kłamiesz! 
Knut mówił dalej. Nie pozwolił, by pastor przerwał 

mu oskarżeniami. 

- Żałuję, że jej nie posłuchałem. Ale sądziłem, że w do­

mu będzie jej najlepiej. Sądziłem, że dziewczyna z jej 
sfery będzie nieszczęśliwa bez tego wszystkiego, do cze­
go przywykła. Byłem głupi. Nawet przez moment nie 
pomyślałem o tym wszystkim, czego jej brakowało. 

- Annie nigdy niczego nie brakowało. 

background image

Knut spojrzał na żonę pastora. Zrobiło mu się smutno. 

- Nie? Nie brakowało jej zrozumienia? Kogoś, kto 

naprawdę by się o nią troszczył? Kogoś, kto by ją cenił 

za to, kim jest? Kto by ją kochał, a nie ganił przez cały 
czas... Kogoś, kto by dostrzegł, jaką jest kruchą istotą? 

Czy Anna miała kiedykolwiek kogoś na tyle bliskiego? 

Pastor demonstracyjnie odwrócił się do Kmita plecami 
- Nie podoba mi się sposób, w jaki mówisz o mo­

jej córce! Spędziłeś z nią zaledwie kilka tygodni. Nie 
myśl, że udało ci się ją poznać. Nie myśl, że pokazała 
ci swe prawdziwe ja! 

- A czy wam pokazała kiedyś swą prawdziwą twarz? 

Kiedy na tyle dorosła, że potrafiła już ukrywać uczu­

cia... Myślę, że jej nie znaliście. 

- Jeszcze chwila, a każę cię wyrzucić i zamknąć 

w areszcie! 

Knut podniósł dłoń w obronnym geście. 
- Wyjdę. I nigdy nie wrócę. Ale nie pozwolę, byście 

uniknęli odpowiedzialności przed samymi sobą. Wy 
także ponosicie winę za to, co się stało. Uciekła 

w przeddzień wyjazdu. Czy was to nie zastanowiło? 

Pastorowa umknęła wzrokiem przed przenikliwym 

spojrzeniem brązowych oczu Knuta. 

- Plotki! 
- Anna nie chciała wyjeżdżać do Danii. Nie chciała 

za męża tego człowieka, którego jej wybraliście, nie 

pytając o zdanie. Wolała raczej umrzeć. 

- A więc ty, na wpół Kwen, twierdzisz, że tak do­

brze poznałeś moją córkę? 

W głosie pastora brzmiała ostra drwina. 
Knut nie pozwolił wyprowadzić się z równowagi 

i nadal stał wyprostowany przed rodzicami Anny. 

background image

Choć wcale nie musiał, wziął na siebie część winy za 
jej śmierć. 

- Nie jesteście jedynymi zabójcami - rzekł poważnie. 

Nabrał powietrza. Ciężko mu było to przyznać: - To 
również moja wina. 

Dwie pary oczu spojrzały na niego. 
- Miałem coś do załatwienia. Dlatego wyjechałem 

z Alty. Zabrało mi to więcej czasu, niż się spodziewa­
łem. Sądziłem, że zdążę tu wrócić, zanim będzie za 

późno. Późną jesienią... Ale tak dokładnie nie wiedzia­
łem, co to znaczy „późna jesień"... 

- Jaki to ma związek z Anną, moją córką? 
W brązowych oczach, które tak bardzo przypomi­

nały oczy Raiji Alatalo, kryło się cierpienie. 

- Anna by żyła, gdybym wrócił wcześniej - odparł 

Knut zdecydowanie. - Jak często z nią rozmawialiście? 

- spytał. - Czy przyglądaliście się jej dokładnie? Czy 
nic nie zauważyliście? Nic nie zrozumieliście? Jak 

można być tak ślepym? 

Pastorowa otworzyła usta. Nie patrzyła na męża. 

Splatała białe palce. 

- Anna... spodziewała się dziecka - wykrztusiła. 
Knut napotkał pełen niedowierzania wzrok pastora. 
- Tak, Anna spodziewała się mojego dziecka - przy­

znał ze smutkiem. - Miałem po nią wrócić przed jesie­
nią. Przed jej wyjazdem. Ale wy pierwsi ją zawiedli­
ście. Zamierzaliście ją skazać na nieszczęśliwe życie. 

Dotknął ciała Anny jeszcze raz. Uśmiechnął się sła­

bo. I ruszył do wyjścia. 

W drzwiach się odwrócił. Pastor ciągle jeszcze nie 

mógł się otrząsnąć z szoku. Wyglądało, jakby szukał 
słów. Pastorowa nie spuszczała Knuta z oczu. 

background image

- Anna kochała mnie - rzekł smutno Knut. - Na­

prawdę mnie kochała. Chociaż byłem tylko nędznym, 
prostym pół-Kwenem. I ja kochałem ją bardziej niż 

własne życie. To również moja wina, że nie żyje. Ża­

łuję, że tak się stało. Powinienem był ją raczej zabrać 
ze sobą, do życia w biedzie i niepewności. 

Knut opuścił plebanię. Po raz ostatni. Również i tym 

razem wyszedł głównym wyjściem. 

Hannu i Jussi czekali na Knuta w swojej ubogiej 

izbie. Poważnie się o niego martwili. Wiedzieli, że 
chłopak nie zadowoli się niczym pośrednim. Chciał 

mieć wszystko albo nic. Bali się. 

- Chwała Bogu! - zawołał Hannu, kiedy Knut do­

wlókł się do nich na wpół żywy. 

Po drodze wstąpił do sklepu. Obudził sklepikarza 

i bardziej groźbą niż prośbą nakłonił, by biedak sprze­
dał mu wódki na kredyt. 

- Nie wiem, czy Bóg miał z tym coś wspólnego - wy­

bełkotał Knut. 

Pozwolił przyjaciołom ściągnąć z siebie mokre ubranie. 
Ale butelki, w której pozostało jeszcze kilka cen­

nych kropli, dobrze pilnował. 

Jussi rzucił w jego stronę wełniany pled, który grzał 

lepiej niż spirytus. 

- Znalazłeś ją? 
Knut przytaknął i przyłożył butelkę do ust. Napił 

się, nie częstując gospodarzy. 

- Nic ci to nie pomoże - stwierdził Hannu, zerka­

jąc na butelkę. - Stać cię teraz na więcej takich, ale 
mam nadzieję, że nie dasz się skusić. 

- Przynajmniej już tak nie boli - odparł Knut. - Dzię-

background image

ki temu ból jest mniej dotkliwy. Cały czas chodzę jak­
by w chmurach. Już tak nie boli. Ona nie żyje. - Wypił 
do dna. - Zaniosłem ją do pastora. Powiedziałem mu, 
żeby zatrzymał te swoje cholerne pieniądze. Nie pamię­
tam, czy przeklinałem. Opowiedziałem mu wszystko, 
jak było. Że zamierzałem się z nią ożenić. Że oni też ją 
zabili. Ze nosiła moje dziecko... - Rozpłakał się. 

Jussi uratował butelkę przed rozbiciem o podłogę. 

Pomógł Knutowi się przebrać. Chłopak wypił gorą­

cą kawę, którą mu podali, żeby w następnej sekundzie 
spytać, czy nie mają w domu czegoś mocniejszego. 

- Nie dla ciebie - rzekł Hannu surowo. - Nie daj się 

temu zniszczyć, Knut. 

- Nie zostało tak wiele do niszczenia - odparł chło­

pak zrezygnowany. Przekładał kubek z jednej ręki do 
drugiej. Wzrok miał niespokojny. - Wszystko wam zo­
stawię - dodał z grymasem. - Pomyślcie tylko, jacy bę­
dziecie bogaci! 

Nawet się nie uśmiechnęli. 
- Czy podobałby się jej ten mężczyzna, jakim możesz 

się wkrótce stać? - spytał Hannu. - Nie znałem jej. Wi­
dywałem ją tylko z daleka. Ale nie wyglądała na taką. 

- Kochała mnie - jęknął Knut. - Anna mnie kochała. 

Nie mogę znieść myśli, że nie żyje. Rozumiecie to? Nie 
mogę znieść tej myśli. Nie mogę znieść tego, że będę mu­
siał żyć bez niej. Nic nas już nie czeka, bo ona nie żyje. 
Kochałem ją. Nadal ją kocham. Widziałem jej martwe 

ciało, ale nie przestałem jej kochać. Gdzieś w głębi mej 
duszy istnieje nadal żywa. Coś we mnie nadal wierzy, że 
wszystkie marzenia, jakie snułem, się spełnią. Nie do­
puszczam do siebie myśli, że jej nie ma. Nosiła w sobie 
życie. O tym też nie chcę myśleć. To tak potwornie bo-

background image

li. Rozdziera mnie na strzępy. Spłodziliśmy dziecko, An­
na i ja, lecz ono nigdy się nie narodzi. Nienawidzę siebie 
za to, co jej zrobiłem. Wolałbym jej nigdy nie dotknąć. 
Żałuję, że uczucia zwyciężyły. Wolałbym jej nigdy nie 
posiąść. Żałuję, że nie wróciłem wcześniej... Nic nam się 
nie udało. Nienawidzę siebie za to, co sobie o mnie po­
myślała tej nocy, kiedy popełniła samobójstwo. Musiała 
przestać we mnie wierzyć. Musiała dojść do wniosku, że 
ją oszukałem. Że tylko się zabawiłem jej kosztem. Że ni­
gdy nie traktowałem jej poważnie. Tylko w takim przy­
padku mogłaby się zdecydować na tak desperacki krok. 
Nienawidzę siebie... a wy prosicie mnie, bym nie pił? Nie 
mogę ze sobą wytrzymać. Jestem taki podły, że już na­

wet nie ma znaczenia, czy piję, czy nie. Nie znoszę sie­

bie. Po prostu nie znoszę tego Knuta Elvejorda. 

Hannu westchnął. Skinął lekko na Jussiego, który 

poszperał w jednej z szaf. Przyniósł antałek i wycią­
gnął korek. 

- Możesz pić do nieprzytomności - rzekł Hannu. -

Ale tylko tu w domu. Zresztą musisz do jutra wytrzeź­
wieć, byś był w stanie pójść na pogrzeb. Tyle jesteś jej 

winien. 

Pastor sam wygłosił mowę nad trumną córki. Nigdy 

nikt nie wygłosił takiej mowy pożegnalnej. Całe mia­
sto zgromadziło się w kościele. Takie pogrzeby jak ten 
nie zdarzają się często. Na temat śmierci Anny krąży­
ło tyle plotek, że wkrótce każdy będzie mógł przedsta­

wić własną wersję wydarzeń. 

Knut także przyszedł. Usiadł w ostatniej ławce. Nie 

odrywał wzroku od trumny. Nigdy przedtem nie wi­
dział tak pięknej trumny - te, które znał, sporządzo-

background image

no z nie heblowanych desek. Nigdy nie widział nawet 
takiej, która byłaby pomalowana. 

Jednak Anna zasługiwała na to, co najlepsze. 

Knut słyszał, jak ojciec wspominał ją jako córkę, 

którą każdy chciałby mieć. Sławił jej cnoty, aż cała pa­
rafia płakała. 

Knut czuł, jak i jemu do oczu cisną się łzy. 
Sam wygłosiłby zupełnie inną mowę. Nad inną Anną. 

Ale to nie miało już znaczenia. 
Wynieśli ją ludzie należący do elity społecznej Alty. 

Knut poczuł ukłucie w sercu. Szedł na końcu konduktu 
- on, który przez kilka krótkich chwil był jej najbliższy. 

Ściskał w rękach kapelusz. Hannu kupił mu trochę 

ubrania. Zachowując ostrożność, przyjaciel wyłożył kil­
ka własnych monet w zamian za część metalu z sakwy. 
Knut nie powinien płacić złotem, zanim nie wyjedzie 
z miasta. Nie tylko ulubieńcy Boga tu zaglądali, a Knut 
był sam. Bez trudu mógł się stać ofiarą drani liczących 
na łatwy łup. 

Stał daleko i patrzył, jak opuszczają trumnę w bla­

dą, zmarzniętą ziemię. 

Drżały mu szczęki, tak mocno zagryzł zęby. W rę­

kach ściskał rondo kapelusza. Czul, jak pocą mu się 
dłonie. Czuł, że zaraz popłyną mu łzy, a myślał, że już 

wszystkie wypłakał. 

W samym środku psalmu zdał sobie sprawę, że dłu­

żej nie wytrzyma. Nie oglądając się za siebie, szybko 
wyszedł z cmentarza. Kiedy minął kościół, zaczął biec. 

Niewielu go widziało. A w każdym razie mało kto 

rozumiał jego zachowanie. Lecz pastor dostrzegł mło­
dego człowieka, który ze spuszczoną głową wyszedł 
z tłumu czarno ubranych postaci. 

background image

Zwrócił na niego uwagę jeszcze w kościele. Widział, 

że nie odrywa wzroku od trumny. 

Chłopak miał w sobie wiele z matki. Pastor zasta­

nowił się, jakie przekleństwo ciąży nad tą rodziną: naj­

wyraźniej szczęście nie było im przeznaczone. 

Nie mógł nawet nienawidzić tego młodzieńca, 

stwierdził z przerażeniem. 

Knut niewiele miał rzeczy do pakowania. Kiedy 

wrócili Hannu i Jussi, siedział gotowy do drogi. 

- Czekałem na was - wyjaśnił. - Trochę wam zosta­

wiłem w szafie, w której chowacie spirytus. 

Hannu sprawdził. Knut zostawił ostatni antałek. Sa­

mogon jednak zniknął. 

- Już nie potrzebuję tego lekarstwa - rzekł chłopak 

z powagą. - Muszę chyba nauczyć się żyć z bólem 

w sercu. Czy to miałeś na myśli, Hannu? To mi chcia­

łeś przekazać? 

Hannu skinął głową. 
- Dokąd się wybierasz? 
Knut wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Prędzej czy później do domu. A przed­

tem? Gdzie mnie oczy poniosą. To już nie ma znaczenia. 

Objął ich serdecznie. Podziękował za wszystko, co 

dla niego zrobili. Za to, że mógł się stać jednym z nich. 

- Zawsze byłeś jednym z nas - powiedział Hannu. -

Nie musiałeś się nim stawać. 

Knut nie poszedł drogą obok kościoła. 
Nie chciał tam wracać. 

background image

15 

Minął prawie rok, odkąd wyruszył z domu z pustą 

sakwą i odrobiną pieniędzy, których ciężar bardziej 
czuł na sumieniu niż w kieszeni. 

Teraz posiadał dużo więcej. Spłacenie Reijo nie 

sprawi mu kłopotu. 

Wyprawa po złoto była jego próbą męskości. Knut 

sądził, że mu się powiodła. Ale nie był pewien, czy by­
ła warta ceny, jaką zapłacił. 

Nie chciał wracać do domu. Nawet nie mógł. To, 

co niósł w sakwie, mu nie wystarczało. 

Z Anną u boku zadowoliłby się nawet mniejszą czę­

ścią skarbu. Teraz wypełniała go gorycz. 

Skała skrywała więcej. Oby tylko pamiętał, gdzie 

szukać. Do wiosny powinien wydobyć resztę. 

Spadek po ojcu. 

Określenie to nabrało nieprzyjemnego zabarwienia. 

Jednak Knut zamierzał sięgnąć po wszystko. To jedy­

ne, co mu pozostało. 

Na północny wschód od Karasjok, w miejscu, co do 

którego uczeni ciągle nie byli zgodni, gdzie przebiega­
ją granice, osiedliła się stara kobieta z trzema córkami. 

Szwedka. Przybyła tu z mężem dawno, dawno temu. 

Teraz nie było przy niej mężczyzny, a cztery kobiety 
mieszkały samotnie na odludziu. Samotnie pokonywa-

background image

ły wszystkie wyzwania, które niosło z sobą życie w ta­
kim miejscu. 

Knut dotarł tam na nartach. Dostał na jedną noc ła­

wę do spania. Następnego ranka oznajmił, że mógłby 

zostać trochę dłużej. Mógłby pomóc przy cięższych 
pracach. Widział wyraźnie, że w obejściu potrzebny 
jest mężczyzna. Gospodarstwo wyglądało na zapusz­
czone i podupadłe. 

Kobieta miała dwie krowy i konia. Knut zastanawiał 

się, jakim cudem udawało jej się wy karmić zwierzęta, 
bo w stodole było niewiele paszy i nie wyglądało na 
to, żeby karczowała drzewa pod nowe pastwiska. 

Zachodził w głowę, z czego żyły, pomijając to, że 

łowiły ryby i zastawiały sidła. 

Zrozumiał, kiedy uświadomił sobie, że mieszkały tuż 

przy jednym z najbardziej uczęszczanych szlaków, bie­
gnących przez płaskowyż. Tędy wędrowali ludzie. Nie 
żeby codziennie ktoś obok przechodził. Mogły minąć 
tygodnie, zanim ktokolwiek się pojawił, ale wiadomo 
było, że jakiś człowiek zawsze trafi w pobliże chaty. 

Knut dostał kąt w stodole. Po kilku tygodniach pra­

cy mógł przyznać, że jest zadowolony. 

Córki nie były wcale brzydkie. Nosiły imiona Sara, 

Sanna i Lea. Ich wieku mógł się co najwyżej domyślać 

- to najlepiej strzeżona tajemnica kobiet. Ale zakładał, 
że mogą mieć od dwudziestu pięciu do trzydziestu pię­
ciu lat. Zresztą zbytnio nie zaprzątał sobie tym głowy. 

Widział, że są kobietami z krwi i kości. Że są dobrze 

zbudowane, że spojrzenie niebieskich oczu nieustan­
nie krąży wokół niego. 

Kiedyś podsłuchał rozmowę między Sanną i Leą. 

Układały wtedy serwetki. 

background image

- Cieszę się, że mama ma z niego pożytek - mówi­

ła Sanna. - Chłopak jest niczego sobie. Mogłabym 
z nim zgrzeszyć niejeden raz. 

Lea zgodziła się z siostrą: 
- Przez tydzień bez przerwy. Co najmniej. Musimy 

się wokół niego zakręcić. Na razie nas nie zauważa, ale 
jest tylko mężczyzną. Zobaczysz, jak się postaramy, 
nabrzmieje mu w spodniach. Może spróbujemy 

wszystkie naraz? 

- Ee, to dla tych, którzy wpadają na krótko. Mama 

dobrze się wyraża o tym parobku. 

- W dodatku biedak nie ma nic wartościowego... nic 

poza majątkiem z przodu spodni. - Lea prychnęła. - W za­
mian możemy utoczyć mu trochę soków, co? 

- Podoba ci się? 
- Mmm. Tak bardzo, że się z nim rozprawię, zanim 

tu nadciągną powracający z jarmarku w Lyngen. Nie 

wolno nam przepuścić takiej okazji, a on nie może się 
o niczym dowiedzieć i powinien do tego czasu znik­

nąć. Mama poczęstuje go pewnie trefną zupą, jeżeli 
chłopak zostanie tu zbyt długo. 

Znowu śmiech. 
Knutowi przeszedł dreszcz po plecach. 
W jednej chwili zrozumiał, że te kobiety zajmują się 

sprawami, które bynajmniej nie są zgodne z prawem. 

Sprzedawanie siebie to jedno - ta myśl odstręczała 

Knuta, ale była jeszcze do przyjęcia. Gorsze wydawa­
ło mu się co innego. Okradanie podróżnych. A rozmo­

wa o zupie... Być może wchodzi tu w grę coś poważ­

niejszego niż kradzież. 

Knut miał ochotę natychmiast się spakować i wyje­

chać, ale też dręczyła go ciekawość. Został ostrzeżony. 

background image

Był przygotowany. Przewrotna chęć przekonania się, 
czym się zajmują dziewczyny, zmusiła go, by pozostał. 
Nie była wolna od czarnego humoru. Te kobiety mia­
ły nosa do cennych rzeczy, wiedziały, kogo opłaca się 
oszukać. Posiadały tę sztukę w małym palcu. To ich 
zawód. Ale jego nie przejrzały. A był chyba najbogat­
szym człowiekiem, jakiego zaprosiły pod swój dach. 
I tego nie zauważyły. Widziały tylko biednego mło­
dzieńca, Knuta. Trochę naiwnego chłopaka, który 

wiecznie wędrował i czegoś szukał. 

Nie wiedziały, że jego zniszczona sakwa zawierała 

majątek większy, niż mogły sobie wymarzyć, prowa­

dząc takie życie i tę szczególną formę handlu. 

Już wcześniej zwrócił uwagę na ich rzeczy. Miały 

więcej, niż potrzebowały. Nawet szkatułkę z kosztow­

nościami. Tu na płaskowyżu nikt nie używał drogich 
ozdób. 

Kradły i sprzedawały. 
Nie musiały wycinać drzew pod pastwiska. Wyglą­

dało na to, że interes kwitł. 

Najwyraźniej Lea wyciągnęła najdłuższą słomkę. 

Albo to jej najbardziej się podobał. W każdym razie 
ona zjawiła się pierwsza. 

Pod wieczór po skończonej pracy Knut poszedł do 

siebie. Na sianie na górze w stodole było zimno. Na 

dole stał piec, lecz matka wyraźnie zażyczyła sobie, że­
by w nim nie palić. Bała się pożaru. Knut pomyślał, że 
raczej bała się, żeby nie zużył zbyt wiele drewna, ale 
on dobrze grał swą rolę. Bez protestu marzł wieczo­
rem i nocą. Bywało, że budził się skostniały z zimna. 

Lea rozpuściła swój jasnobrązowy warkocz. Włosy, 

proste i już pozbawione blasku, opadły trochę poniżej 

background image

ramion. Ładnie się ubrała. Włożyła dość przyzwoitą 

bluzkę, lecz w stodole rozpięła dwa guziki przy szyi. 

Udawała, że czyni to bezwiednie, lecz Knut nie dał 

się zwieść. Wyglądał może młodo, ale na swoje dzie­

więtnaście lat czuł się stary i doświadczony. 

Spod narzuconego na ramiona szala wyjęła butelkę 

i zamachała nią Knutowi przed nosem. 

- Niespodzianka - uśmiechnęła się. 
Knut zastanowił się, czy to ostatnia rzecz, jaka go 

w życiu zaskoczy. Ale postanowił zaryzykować, ma­

jąc nadzieję, że Lea nie posunęłaby się do morderstwa. 

- Można powiedzieć, że tak. 
Usiadła na brzegu jego posłania. Nie wydawała się 

ani trochę speszona. A kiedy odkorkowała butelkę 
i przytknęła ją najpierw do swoich ust, zanim podała 

jemu, upewnił się, że nie jest to początek końca. 

- Damy mają pierwszeństwo - rzekł z uśmiechem, 

po czym sam pociągnął spory łyk. Trunek okazał się 
bardziej ostry i mocny, niż Knut się spodziewał. Przy­
prawiony czymś, co wydawało mu się znajome, ale nie 
pamiętał, co to takiego. Zadzwonił zębami o butelkę, 
zanim wziął jeszcze jeden haust. Sporo czasu upłynę­
ło od pijaństwa u Hannu. 

- Czym sobie na to zasłużyłem? - zdziwił się. 
- Niczym - odparła i mrugnęła szelmowsko. - Jesz­

cze niczym. 

Położyła szal za sobą i rozpięła pozostałe guziki. 

Przez cały czas nie spuszczała z Khuta wzroku. Lek­
ko się uśmiechała. Każdym gestem starała się wzbu­
dzić w chłopaku pożądanie. 

Knut nie odrywał od niej oczu. Pił. 
Ściągnęła bluzkę. Zaczęła wolno rozwiązywać ko-

background image

szulę. Chłód w pomieszczeniu przyprawiał ją o gęsią 
skórkę. Knut odłożył butelkę, ale znowu usiadł z za­
łożonymi rękami. Lea zsunęła chodaki. Upadły ciężko 
na podłogę. Rozchylona koszula ukazała pełne piersi, 
które chyba zaczynały tracić swój kształt. Dziewczy­
na wyzywająco podciągnęła spódnicę i odsłoniła nogi. 
Miała ładne nogi. Bardzo szczupłe uda. Usiadła na po­
słaniu, podkurczyła nogi - pokazała, że pod spódnicę 
nic na siebie nie włożyła. Uśmiechnęła się zmysłowo. 
Lubiła się pokazywać. Lubiła wzbudzać pożądanie. 

Przesunęła czubkiem języka po wargach. 

- Nie mów tylko, że cię boli głowa - szepnęła ochryple. 
Knut uśmiechnął się. 
Do diabła, sama się prosi. Mógłby przejść obok niej 

obojętnie. Normalnie nawet by się za nią nie obejrzał. 
Była za stara. Zupełnie nie w jego typie. 

Ale nie miał nikogo od... 

Dużo czasu minęło, odkąd był z kobietą. 
Wyciągnął leniwie dłoń i położył ją na piersi Lei. 

Pieścił ją, obserwując przez cały czas, jak dziewczyna 
się podnieca. Starał się wyczuć, co robi dobrze, a co jej 
się nie podoba. 

Miał ochotę na kobietę. Niekoniecznie na nią. Wła­

ściwie każda byłaby teraz dobra. Tylko jego męskość 
ożyła. Serce pozostało martwe. 

Dziewczynie wyraźnie sprawiało przyjemność, że 

wzbudzała w nim pożądanie. Podobało jej się, kiedy 
jego pieszczoty stały się bardziej intensywne, podoba­
ło jej się, kiedy dotykał jej w sposób zbyt wulgarny, 
by ośmieliła się poprosić o jeszcze. Knut wiedział, cze­
go chciała, i dał jej to. 

Była gotowa, kiedy rozpinał spodnie. Dosiadła Knu-

background image

ta okrakiem niczym dzika bestia. Drapała i wyła, do­
prowadzając go do zenitu, bardziej przypominającego 
burzę niż rozkosz. 

Lecz najwyraźniej była zadowolona. Nie wyszła, 

dopóki nie wziął jej jeszcze dwa razy na swym wąskim 
posłaniu. Potem, kiedy został znowu sam, wydawało 

mu się, że w stodole jest potwornie gorąco. 

W tym tygodniu codziennie miał podobne odwiedzi­

ny. Następnego dnia przyszła Sanna. Sara w kolejne 
dwa. Przez dwa wieczory bawił się z Leą i Sanną - oba 
przeciągnęły się do późnej nocy. 

Knut czuł się zmęczony. Uznał, że najwyższy czas 

ruszyć w drogę. Najwyższy czas wymknąć się z objęć 
tych dziwnych kobiet. Odszedł bez pożegnania, nie 
prosząc o zapłatę za pracę. 

Niech sobie myślą, co chcą. Być może uważały, że 

został wystarczająco sowicie wynagrodzony. 

Żadnej z nich nie udałoby się go zatrzymać. 

Knut ruszył dalej na wschód. Zboczył nieco na pół­

noc. Podążył utartym szlakiem. Odnajdował na wpół 
zasypane ziemianki, które dawały mu schronienie na 
noc. Ruszał dalej o brzasku. 

Najciemniejsza część zimy była jeszcze przed nim. 

N i e miał wytyczonego celu. Stanowił tylko mały 
punkt na bezkresnym płaskowyżu, rzucony na pastwę 
kapryśnej natury. 

Nie bał się. 
Przez dwie noce słyszał wycie wilków. Jedną z nich 

spędził przy ognisku. Siedział, oplótłszy się ramiona­
mi. Wspominał noc, kiedy obejmował Annę. 

Niebo było równie gwiaździste jak wtedy. Przypo-

background image

mniał sobie, jak Anna mówiła, że gwiazdy to odbicie 

wszystkich ognisk na ziemi. 

Teraz sam pomyślał, że gwiazdy są okienkami do 

dusz, które odeszły do Boga. Przez te swoje okienka 
mogą spoglądać w dół na tych, których lubiły za życia. 

Popatrzył w niebo. Usiłował odgadnąć, która gwiaz­

da należy do Anny, lecz nie potrafił. 

Czwartego dnia dogoniły go pędzące reny. Zwykle 

ludzie zatrzymują się, gdy spotykają na tym pustko­

wiu inne żywe dusze. Knut wsparł się na kijku. Powo­
żący zaprzęgiem zatrzymali zwierzęta. Okazało się, że 
to sami mężczyźni. Knut domyślił się, że wracają z jar­

marku w Lyngen. Z jarmarku w Skibotn. 

Nic więcej nie zdążył pomyśleć, ponieważ został 

niemal uniesiony przez jakąś okrytą futrami postać. 
Pochwyciły go silne ręce i potrząsnęły z radości. 

- Knut! Spośród wszystkich ludzi właśnie ciebie omal 

bym nie przejechał! Tutaj! 

Wesoły głos wydał się Knutowi znajomy. Po chwili 

twarz mężczyzny wyłoniła się z cienia grubej futrza­
nej czapy i Knut zobaczył Ailo. 

Objęli się nawzajem. Śmiejąc się, rozmawiali szyb­

ko i chaotycznie we wszystkich trzech językach, któ­
re opanowali w różnym stopniu. 

Ailo wciągnął Knuta w swoje pułki. Pewnie udał mu 

się handel. 

- To naprawdę niezwykły przypadek - rzekł Ailo, 

nie mogąc wyjść ze zdumienia. - Dokąd idziesz, przy­
jacielu? Dokąd zmierzasz? 

- Wszędzie. I donikąd. 
- Włóczysz się po płaskowyżu? Tutaj? Bez celu? -

Ailo zmarszczył ciemne brwi. 

background image

Przypominał Knutowi Mikkala. Był podobny do ojca. 

Wprost do złudzenia. Tylko oczy miał swoje: jasne, błysz­
czące, badawcze. Knut nigdy nie widział Siggi, matki Ailo. 

Nie wiedział, że te oczy chłopak odziedziczył po niej. 

- Coś mi się wydaje, że nie wszystko jest jak powin­

no. Czy ci się nie powiodło? 

Knut skrzywił się. 
- Pewnie nie po to się urodziłem, żeby mi się powo­

dziło. Grzechy ojców - rzekł z krzywym uśmiechem. 
- I matek - dodał z odcieniem goryczy. 

- Zostaniesz z nami - zadecydował Ailo. - Nie trać­

my więcej czasu. Chcielibyśmy przed wieczorem do­
trzeć do siidy, to znaczy do lapońskiej wioski. Mamy 
tam znajomych. Jedzenie i dach nad głową. Zostań 
z nami, Knut. Przyjmą cię jak swojego, skoro przyje­
dziesz ze mną. Jesteś moim bratem. 

Szybkimi, wprawnymi ruchami Ailo przymocował 

narty Knuta do sań. Gwizdnął przeciągle, kiedy pod­
nosił sakwę, żeby włożyć ją do swych pułk. Spojrzenie, 
które przesłał przybranemu bratu, było pełne podziwu. 

- Ida mówiła o twoich marzeniach - powiedział ci­

cho. - Nie przypuszczałem, że tak dobrze ci pójdzie. 

- To długa historia - rzekł Knut zmęczony. 
Wcisnął się do sań Ailo. 
- Długie historie są nieodłączne przy obozowych 

ogniskach - rzucił Ailo. Wskoczył do sań przed Knuta. 

Płaskowyż drgnął. Ruszyli w drogę. Knut czuł ra­

dość. Chyba w głębi duszy wierzył, że zdarzy się coś 
podobnego. To jedyne, co mogło go uratować. 

Może mimo wszystko będzie jeszcze tu potrzebny, 

skoro tak wiele dobrych sił najwyraźniej stanęło po je­
go stronie. 

background image

Był późny wieczór, kiedy dotarli do siidy. 
Przyjęto ich z otwartymi ramionami. W krótkim 

czasie przygotowano dla gości posiłek, odstąpiono jur­
tę na nocleg - Knut i Ailo nawet nie zauważyli, dokąd 
udali się jej właściciele. 

Przez cały czas przychodził ktoś, żeby porozma­

wiać, pozdrowić ich, spytać o nowiny, opowiedzieć, co 

się ostatnio wydarzyło. 

Knut dawno nie czuł się tak dobrze. 
Obawiał się, że będzie traktowany jak obcy, którego 

trzyma się na dystans. Ale tak się nie stało. Przywitano 
go uśmiechem i z tą samą serdecznością, jaką otoczono 

Ailo i jego towarzyszy z zaprzęgu. Zaakceptowano go, 

ponieważ Ailo ręczył za niego i nazywał swoim bratem. 
Niektórzy z mieszkańców wioski znali Raiję. Inni 
wspominali ją, chociaż jej nie znali. Knut zorientował 
się, że i ją lubili. Po raz pierwszy odniósł wrażenie, że 
dobrze jest być synem Raiji. 

Na niebie jaśniała zorza polarna. Ailo i Knut stali 

obok siebie pod tańczącym światłem i przyglądali mu 
się w milczeniu. Knutowi zorza polarna zawsze wyda­

wała się trochę straszna. Pamiętał, jak dorośli ostrze­

gali, że zorzy polarnej nie wolno drażnić. To niebez­
pieczne pokazywać palcem na zorzę - mogłaby rzucić 
jeden płomyk i oparzyć czubek palca. Mogła też wy­
suwać swe giętkie ramię i porywać dzieci... 

Krążyło o niej tak wiele historii... 
Dopiero późną nocą wrócili do namiotu. Połączyli 

skóry na środku przy palenisku. 

Kiedy ułożyli się na spoczynek, Ailo spytał: 
- Wiedziałeś, że Raija kochała zorzę polarną? 
Knut podniósł wzrok. Potrząsnął głową. Ailo za-

background image

wsze robił się jakiś dziwny, kiedy mówił o Raiji. Była 

rodzoną matką Knuta, lecz to Ailo znał ją najlepiej ze 

wszystkich dzieci. 

Ailo uśmiechnął się słabo. Przypomniał sobie kobie­

tę, która była kimś więcej niż matką. Która sprawiała, 
że ojciec stawał się weselszy i młodszy. Dzięki której 
Mikkal był szczęśliwy. 

- Raija nazywała zorzę polarną mostem. Mówiła, że 

łączy ludzi, którzy się kochają. Sądzę, że ona i tato wie­
rzyli, iż ten most rozpościera się tylko między nimi. -
Ailo spoważniał. - Zawsze, kiedy widzę zorzę polarną, 
myślę o Raiji. Chciałbym, żeby to była prawda. Że to 
pewnego rodzaju most. Chciałbym, żeby Raija wiedzia­
ła, że ją lubię. Nadal. Mimo wszystko. Kto wie... 

- Ciągle nie daje znaku życia. 
Ailo skinął głową: 
- Martwią się o ciebie w domu. Reijo miota się mię­

dzy myślą, że jakoś sobie radzisz, a rozpaczą, że mo­
że nie ma już nadziei. 

Knut westchnął. 
- Reijo zapomniał, że niedawno sam był młody. Nie 

pamięta przygód, które przeżył. Nie pozwala komuś 
innemu... 

- Znalazłeś to? - Ailo przeskakiwał z tematu na te­

mat. - Wieści, które przesłałeś, Idzie wydały się tak nie­
zrozumiałe, że jeszcze bardziej zaczęła się martwić. Po­
za tym przyszło jej do głowy, że mężczyźni, którzy je 
przekazali, pewnie cię zabili. Obszarpani, odrażający 
i podejrzani, to tylko niektóre określenia, jakich użyła. 

- Powinieneś jej wytłumaczyć, że nie tak łatwo na 

pustkowiu znaleźć posłańca. - Knut musiał się 
uśmiechnąć. - Jak im się wiedzie? Idzie? Mai? Reijo? 

background image

Ailo rozciągnął się wygodnie na skórze. Bawił się 

nożem i kawałkiem drewna. Opowiadając, wbijał czu­
bek noża w drewno. 

- Ida owija sobie zalotników wokół małego palca, ale 

nie chce żadnego z nich. Albo znowu chce wszystkich. 
Gdyby mogła w jednym połączyć wybrane cechy z każ­
dego... Reijo... - Ailo zamilkł. - Reijo nie zestarzał się. To 
nie to. Ale nie jest taki jak kiedyś. Być może dorosłem i ła­
twiej mi przejrzeć innych na wskroś. Ale uważam, że wy­
gląda na zmęczonego. Ida twierdzi, że nawet Maja nie wie, 
co się z nim dzieje. Reijo już nawet z nią nie rozmawia. 

- A Maja? 
Ailo zacisnął powieki.  N ó ż zatrzymał się, po czym 

z dużą siłą wbił się w drewno. 

- U Mai nie najlepiej. Och, gdybym jeszcze raz spo­

tkał tego drania, za którego wyszła. Myślę, że dostał 
zbyt łagodną karę. Gdyby nie ten łajdak, Maja nadal 
byłaby młoda i wesoła. Teraz staje się babą. Babą bez 
męża, bez dzieci, bez czegokolwiek. Nie wiem, czy ma 
jeszcze jakieś marzenia. Czasami myślę, że nie. Myślę 
też, że takiego życia jak jej nie można przeżyć bez ma­
rzeń. W swym cierpieniu przypomina Reijo. Również 

ona nie dzieli się z nikim swoimi myślami. Szkoda, że 
Matti i Elise wyjechali do Finlandii. Elise potrafiłaby 
jakoś przebić się przez ten pancerz Mai. Jest mi bardzo 
droga, ale, do diabła, mnie też do siebie nie dopuszcza. 
Przypomina zjawę. A jest właściwie ładną dziewczyną. 

Knut poczuł ukłucie w sercu. Zapragnął znaleźć się 

teraz razem z najbliższymi, ale zdawał sobie sprawę, 
że to i tak niczego by nie zmieniło. Nikt w rodzinie 

nie stałby się szczęśliwszy, gdyby Knut Elvejord wró­

cił teraz do domu. 

background image

- Ida mówiła o jakiejś dziewczynie, podobno prze­

kazałeś jej taką wiadomość. Co się stało? Zdradziła cię? 

Knut zagryzł zęby. Zacisnął pięści, czując, jak zno­

wu ogarnia go niemoc. Ale chciał porozmawiać o An­

nie. Chciał opowiedzieć Ailo, jaka była. O chwilach, 
które wspólnie spędzili. 

- Umarła - rzekł cicho. 
Ailo słuchał, nie zadając żadnych pytań. Nie prze­

rywając. Jak prawdziwy przyjaciel. 

Dobrze było o tym mówić. Knut sądził, że będzie 

trudniej. Nie rozmawiał na ten temat nawet z Hannu 
i Jussim. Sami się dowiedzieli, znali część tej historii 
z plotek, trochę się domyślali i tyle rozumieli, że nie 

musiał wszystkiego ubierać w słowa. 

Synowi Mikkala musiał opowiedzieć wszystko. Mu­

siał opisać Annę, dokładnie, tak jak ją pamiętał. Jak 
odrzucała głowę, kiedy się śmiała, jak przesuwała pal­
cem wskazującym po górnej wardze, kiedy się martwi­
ła lub zamyślała, jaka była delikatna, jaka młoda... 

I jak łamano jej wolę. Jak próbowała się z tego wy­

zwolić. 

I o własnych błędnych wyobrażeniach, że jest sil­

niejsza, niż była w istocie. 

- Uczepiłem się myśli, że była rówieśnicą Idy - rzekł 

Knut, wzdychając. Czuł się winny. - Kiedy patrzyłem 
na nią i nie rozumiałem ani trochę, starałem się ujrzeć 
przed sobą Idę. Wyobrażałem sobie, jak ona by to przy­

jęła. Zapomniałem, że są tak różne. Zapomniałem, że 

Ida to dziewczyna z charakterem. Że wychowała się 

w rodzinie, gdzie nikt nie jest całkiem zwyczajny. Za­
pomniałem, że Ida jest dorosła od dawna. A w każdym 

razie rozsądna... Anna taka nie była. Nigdy nie musiała 

background image

za nic odpowiadać. Nie umiała zmierzyć się z przeszko­
dami lub z kłopotami. Uważała, że nie jest w stanie im 
sprostać. Zawsze mówiono jej, jaka jest niemądra. A kie­
dy wybrano jej męża, przekonywano, że powinna się 
cieszyć, iż znalazł się ktoś, kto się nią zajmie. Nigdy nie 
powinienem był jej tak zostawić. Nigdy sobie tego nie 
wybaczę. Ale sądziłem, że jakoś potrafi się obronić. 
Wierzyłem, że wrócę na czas... 

Pochylił głowę i mocno splótł dłonie. Zacisnął je 

i uderzał nimi w rozpaczy o kolana. 

- Nawet nie przyszło ci do głowy, że może być 

w ciąży - rzekł Ailo łagodnie. - Ja też bym o tym nie 
pomyślał. Mężczyźni są być może bezmyślni.  N a m się 
to po prostu nie zdarza... 

Knut nie odpowiedział. Dobrze, że Ailo rozumiał. Ro­

zumiał i nie trzeba mu było dokładnie tego tłumaczyć. 

- Nie potrafię się z tym pogodzić - rzekł cicho. - My­

ślę o niej przez cały czas. Wiem, że już nie wróci. 
Śmierć to jedyne, co mogło nas rozdzielić. Każdą inną 
przeszkodę mógłbym pokonać. A tak, nie mogłem nic 
zrobić. To jakieś przekleństwo. Ponieważ mama nie by­
ła w pełni szczęśliwa, ponieważ nigdy nie mogła mieć 
tego, co kochała, dlatego ja także tego nie dostanę. Do 
diabła, to nie moja wina, że Kalle jest moim ojcem! Że 
nie kochała go, tak jak kochała Mikkala... 

Ailo schował nóż do pochwy. 
- To nieprawda - rzekł. - Nie istnieją takie przekleń­

stwa. To by było niesprawiedliwe. Nie możemy wybie­
rać sobie rodziców, czy tak? Anna nie żyje. Ty żyjesz. 

Jest ci potwornie źle. Być może to minie. Być może 

nie. Co masz zamiar robić? 

- Nie wiem - odparł Knut. 

background image

- Nie myślisz wiele o przyszłości, prawda? 

Knut wzruszył obojętnie ramionami. 

- Nie bardzo. Nie o własnej przyszłości. Ale zamie­

rzam wydobyć resztę złota. Dla Idy i Mai... 

- Rozpamiętujesz tylko to, co było? - spytał Ailo. -

Jak było? Zastanawiasz się, co by było, gdyby...? 

Knut przytaknął. Nie rozumiał dokładnie, do czego 

Ailo zmierza. 

- A co z dniem dzisiejszym? - spytał Ailo prowoku­

jąco. - Dokąd zaszedłeś? Co widziałeś po drodze? Jak 

tam było? 

- Biało - odparł Knut. - Chciałem tylko iść. Mieć 

spokój. 

- Zamierzałeś gdzieś dojść? 

Knut potrząsnął głową. 

- Tylko uspokoić myśli? - drążył Ailo. 

Knut milczał. 
- To wyniszczające - westchnął Ailo. - Pomyśl, ile 

ty masz lat? Dziewiętnaście? Być może będziesz czuł 

ten ból do końca życia. Trudno powiedzieć. Czy 

chcesz się tak zadręczać do śmierci? 

- Nie wiem, czy zostało mi jeszcze aż tak wiele cza­

su do końca życia - odrzekł Knut szczerze. - Nie po­

trafię zaakceptować tej pustki. Nic mi nie pozostało, 

rozumiesz, Ailo? Nic na świecie. 

- A co z tymi, którzy czekają w domu? 
- No tak. Ale oni nie zastąpią mi Anny. Kochałeś 

chyba kiedyś? To nie to samo, co rodzina. 

- Nie mogę wiele powiedzieć o mojej rodzinie - rzu­

cił Ailo z goryczą. - Jestem sam jak palec. Być może 

dlatego tak mi dobrze z twoją. 

- To również twoja rodzina - stwierdził Knut. 

background image

Nie pomyślał o tym, że Ailo nie ma rodziny. Nikogo 

poza dziadkiem i wujami. Ailo zawsze sam sobie radził. 
Knut podziwiał go, choć chłopak był tylko o rok starszy. 

- Czyżby? - zastanowił się Ailo. 
Uśmiechnął się jakby nieobecny myślami. Jego twarz 

była bardziej pociągła niż kiedyś twarz Mikkala. Knut 
spostrzegł to w tej chwili. Lecz nos Ailo miał taki sam. 
Usta. Uśmiechał się tak samo. Unosił brwi w ten sam 
sposób. Różnił się od ojca tylko kolorem oczu i włosów 
- Mikkal miał czarne włosy, Ailo raczej ciemnobrązowe. 

- Mam krewnych - mówił dalej Ailo. - Ale to coś 

całkiem innego. Nawet Maja jest dla mnie teraz jak 
dalsza krewna. A przecież to najbliższa mi osoba. Przy­
rodnia siostra. Siostra. Właściwie bez różnicy. Ale 
ostatnio stała się dla mnie równie obca jak ci, w któ­
rych nie płynie ta sama krew. Wydaje mi się, że znam 
Idę o wiele lepiej niż Maję. Z Idą można porozmawiać. 

- Chciałbym spotkać takiego, który potrafiłby mil­

czeć w towarzystwie Idy - uśmiechnął się Knut. 

Młodsza siostra znalazła szczególne miejsce w jego 

sercu. Teraz, kiedy nie było Anny, najbardziej na świe­
cie martwił się o Idę. Naturalnie w inny sposób. Ale 
kochał ją. 

- A jak ty żyjesz? - spytał Knut. - Tyle rozmawiali­

śmy o mnie. Czym się zajmujesz? 

- Renami - rzekł Ailo, odrzucając w tył głowę. Opa­

loną dłonią odgarnął grzywkę. Sekundę potem opadła 
z powrotem na czoło. - Reny, odpowiedzialność i pra­
ca. Dużo jest roboty, nawet w zimie. Nie powinienem 
wyjeżdżać tak daleko. To niemądry pomysł. Dużo bli­
żej też odbywają się jarmarki. Ale chyba musiałem wy­
brać się do Lyngen. Musiałem znowu zobaczyć rodzinę. 

background image

- Znaleźć drobną, ciepłą żonkę? 
- Ja? - Ailo wskazał na siebie i roześmiał się cicho. 

W jego oczach pojawił się błysk. - Skoro uważasz, że 

ciąży na tobie przekleństwo, chłopie, to chyba ja po­

winienem myśleć tak samo. Nie zapominaj, że mogli­

byśmy być rodzonymi braćmi. To mój ojciec i twoja 
matka kochali się bezgranicznie. 

- Czy zawsze żenicie się tak młodo? 
- Ja uchodzę już chyba za dość starego - stwierdził 

Ailo. - Jeśli patrzeć na to od tej strony, lepiej jest nie 

mieć rodziców. Nikt mnie nie namawia do ożenku, nie 

czyni wyrzutów. Nie spotkałem jeszcze takiej, z któ­

rą chciałbym się ożenić. Takiej, z którą chciałbym być. 
Przez całe życie. Dla mnie to potwornie długi czas. 
Nie chciałbym w swojej jurcie jakiegoś chichoczące­
go, paplającego dziewczątka. Kobieta powinna być 
pracowita, a jednocześnie chciałbym w niej znaleźć 
przyjaciela. I naturalnie powinna mieć w sobie coś, co 
by mnie przy niej trzymało. 

Knut nie mógł powstrzymać uśmiechu: 

- Chyba zostaniesz starym kawalerem, Ailo. Nie znaj­

dziesz takiej kobiety w Finnmarku. Myślę, że temu ga­
tunkowi grozi wyginięcie. Czy nie możesz się zadowo­
lić czymś skromniejszym? 

Ailo potrząsnął głową. Wydawało się, że powędro­

wał myślami gdzieś daleko. 

- Miałeś taką matkę, prawda? Tato ją znalazł. Dla­

czego mnie nie miałoby się udać? 

-... albo nie udać. Miała dobre i złe strony, Ailo. My­

ślę, że tyle jest opinii o... mamie, ile ludzi, którzy ją 
znali. 

- Mówisz tak, jakbyś uważał, że nie żyje. 

background image

- Czy wszystko na to nie wskazuje? 
Ailo skinął głową. 
- Chciałbyś, żeby nie żyła? 

Knut zaczerpnął powietrza. 

- Tak - rzekł po dłuższej chwili. - Tak, wydaje mi 

się, że bym chciał. Łatwiej byłoby znieść taką świado­
mość. Nie lubię tego uczucia, które mnie ogarnia, kie­
dy pomyślę sobie, że po prostu poszła swoją drogą. 
Nie chcę uwierzyć w to, że mogłaby nas opuścić. Je­
steśmy jej dziećmi... 

Wpatrywał się w żar paleniska. Powinni dołożyć 

drew, lecz żaden z nich nie chciał niszczyć tej szcze­
gólnej atmosfery, jaka zapanowała w jurcie. Już nieraz 
rozmawiali ze sobą, ale nigdy tak jak dziś. Teraz czu­
li się naprawdę jak bracia. 

- Właściwie mój żal trochę złagodniał, kiedy miesz­

kałem z Reijo. Jego zdanie na temat Raiji stało się mo­
im. Reijo kocha ją, nie stawiając żadnych warunków. 
Czasami myślę, że jego stosunek do mamy jest wprost 
absurdalny. I nie sądzę, żeby była dla niego tym, kim 
kiedykolwiek była dla twojego lub mojego taty. Uwa­
żam, że w gruncie rzeczy Reijo traktuje ją jak przyja­
ciela. A przez to wszystko jest jeszcze bardziej bez sen­
su. Widziałem, jak życie go omija, ponieważ ciągle na 
nią czeka. Jeżeli nawet Raija wróci, nigdy nie będą praw­
dziwym małżeństwem... Ale Reijo nie potrafi myśleć 

o niej źle. Maja za to wprost przeciwnie. Ja tkwiłem mię­
dzy nimi i stopniowo zaczynałem czuć jak Reijo. Że 
różne rzeczy nie były... mamy błędami. Że tylko działy 
się wokół niej... Ale po śmierci Anny trudno mi patrzeć 
na to w ten sposób. Przedtem nie miałem pojęcia, jak 
silna może być myśl o własnym dziecku. Co z tobą ro-

background image

bi. Tak bardzo pokochałem dziecko, które nie zdążyło 

się narodzić. Którego nigdy nie będę trzymał w ramio­
nach. Wiedziałem tylko, że stanowiło zalążek czegoś, 
co byłoby także częścią mnie samego. Nie rozumiem, 
jak ktoś... jak matka może zapomnieć, że ma dzieci. Ja­
ko mężczyzna nie byłbym do tego zdolny. Wyobrażam 
sobie, że kobieta odczuwa to jeszcze silniej. Nosi je 

w swym brzuchu, rodzi je. Nie rozumiem, jak można 
coś takiego wykreślić ze świadomości. 

- Mniej bolesna byłaby myśl, że nie żyje? 
Knut skinął głową. 
- To brzmi okropnie. Jest przecież moją matką. Ale 

chciałbym tego. I chciałbym pewnego dnia poznać 
prawdę. Nie sądzę, aby ktokolwiek z nas nadal mógł 
być normalnym człowiekiem, gdybyśmy się nie dowie­
dzieli, co się stało. 

- Ida mówiła prawie to samo - rzekł Ailo. - O Reijo. 
- Ida często widzi rzeczy bardzo wyraźnie - przy­

znał Knut. - Już tak dawno dorosła. Prawie nie pamię­
tam jej jako dziecka... 

- Jest bardzo podobna do Raiji. Jej rude włosy ka­

żą ci myśleć, że Ida jest po prostu sobą, ale gdy prze­
stajesz zwracać na nie uwagę, wtedy do złudzenia 
przypomina Raiję. 

- W każdym razie nie jest taka jak kobieta, której 

szukasz. - Knut położył się i naciągnął na siebie skó­
rę. - Jest najbardziej kapryśną istotą, jaką znam. 

Strasznie będzie terroryzować biedaka, któremu na je­

go nieszczęście powie „tak". 

- Ida to jakby siostra - rzucił ostro Ailo. - Mówię 

o niej wyłącznie jako brat. Pójdziesz z nami dalej? - spy­
tał po chwili. 

background image

Usiadł i znowu zaczął bawić się nożem. 
- Chyba tak. 
- Będę potrzebował dodatkowych rąk do pracy, kie­

dy dotrzemy na wybrzeże. Czeka nas wiele roboty. Nie 
będziesz miał czasu na myślenie w ciągu dnia, a wie­
czorem będziesz tak zmęczony, że zaśniesz, zanim 
przyłożysz głowę do poduszki. 

- To dla mnie idealne rozwiązanie. 
- I nikt tam nie marzy o złocie, twoje skarby będą 

więc bezpieczne. . 

Knut zamknął oczy. 
- Złoto mnie już nie obchodzi, Ailp. Mogę ci dać po­

łowę, jeżeli chcesz. Wiosną chętnie wezmę cię ze sobą, by 
wydobyć resztę. Sporo tam jeszcze zostało. Naprawdę 
sporo. Skała jest wysadzana złotem. Nazywam je moim 
dziedzictwem. Nie uważasz, że to brzmi wspaniale? 

- Nie chcę złota - odparł Ailo. - Nie potrzebuję go. 

Mam wszystko, czego mi trzeba. Nie mogę przecież 
kupić promieni słońca, dobrej pogody, obfitych poło­

wów, zdrowia renów... Tego, co ma dla mnie jakieś 

znaczenie, nie da się zdobyć środkami, które można 
uzyskać dzięki twemu złotemu metalowi. 

- Być może zmienisz zdanie, kiedy staniesz w jego 

blasku - rzekł Knut. - Wierz mi, na jego widok z czło­

wiekiem dzieją się dziwne rzeczy. Nie mam odwagi 
otworzyć sakwy i zajrzeć pod warstwę ubrania, którą 
jest przykryte. Nie mam odwagi pomyśleć, co by się 
ze mną stało. Powinienem był pokazać złoto Annie. 
Teraz nie mam nawet ochoty go oglądać. 

- Zima spędzona wśród nas na wybrzeżu dobrze ci 

zrobi. 

- Uratowałeś mi życie. - Knut wyrzekł te słowa po dłuż-

background image

szym milczeniu. - Wybrałem tułaczkę. Wiedziałem, że 

w końcu jacyś ludzie trafią na mój ślad. Ale nie mogłem 
wiedzieć kiedy. Właśnie zdecydowałem się wyznaczyć 
własny kurs, postanowiłem iść tak długo, dopóki starczy 

mi sił. Wtedy się pojawiliście. To dzięki tobie żyję. 

- Możesz mi podziękować, kiedy uznasz, że jest za 

co - rzucił Ailo. 

Nadal celował w swoje drewienko. Było podobne 

do jednej z pierwszych zabawek, jakie pamiętał - do 
ptaszka z rozłożonymi skrzydłami. 

Archangielsk, zima 1746 roku 

Stała przed stromym uskokiem, który wydawał się 

sięgać aż do nieba. Skała była wilgotna i zimna - i nad 
całym tym miejscem wisiało coś złego. Mogło jej wy­
rządzić krzywdę. Mogło skrzywdzić każdego, kto do­
tknął skały, kto zapuścił się zbyt daleko. 

Wiedziała, że powinna kogoś chronić. Tu było nie­

bezpiecznie, niebezpiecznie... Rozejrzała się dokoła. 
Uznała, że musi jakoś to zasłonić. Musi ukryć całe 
miejsce. Musi schować całą tę przeklętą skałę. 

Gołymi rękami chwytała kamienne bloki. Podnosi­

ła je, przesuwała, z wysiłku oblewał ją pot, pozdziera­
ła skórę dłoni, poczuła w ustach smak krwi. 

I tak niewiele zdziałała. 

Jakkolwiek by się starała, zło wydawało się jeszcze 

bardziej wyraźne. 

Z czarnej czeluści promieniowało światło. Światło, 

które mogło oczarować, obezwładnić, opętać... Które 
mogło rozpalić pożądanie, niebezpieczne i szalone... 

Czuła niechęć, chciała je zakryć, pragnęła schować. 

background image

Światło było niebezpieczne dla jej syna. Nie powinien 
stanąć w blasku promieniejącym ze skały. 

- Skarbie najdroższy, obudź się! Nie płacz, kocha­

na! To sen. To tylko sen, moja Raiju! Obudź się! 

Łagodny, spokojny głos Jewgienija gasił blask nie­

przyjemnego światła. Nadal drżała, kiedy otworzyła 
oczy. Całe ciało było mokre od potu i zimne, choć le­
żała pod kocami. 

Raija wysunęła się spod nich w objęcia męża. Pieścił 

ją czule silnym ramieniem, delikatnymi palcami, usta­
mi, szepczącymi uspokajające słowa, scałowywał zim­
ny pot z jej czoła. 

- Niezależnie od tego, co to było, moja maleńka Ra­

iju, powinnaś o tym zapomnieć! - szeptał. 

Bardziej obawiał się dręczących ją koszmarów niż 

ona sama. Pewnego dnia mogłyby przed nią odsłonić 
czasy, które tak starannie ukrywał. Pewnego dnia mo­
głyby pewnie odkryć kłamstwo, w którym i z którym 
żył. Kłamstwo, które stało się jego krzyżem, ale na któ­
re i dziś by się zdecydował dla spędzonych razem lat. 

Spokój jego sumienia nie miał żadnej wartości w po­

równaniu ze szczęściem, które dzielili. 

Raija była szczęśliwa. Była z nim szczęśliwsza, niż 

mogłaby być w Norwegii. 

- Widziałam jakieś światło, Jewgienij - szepnęła tuż 

przy jego ciepłej szyi. - Złociste światło, które jest niebez­
pieczne dla Michaiła. Musiałam go przed nim ochronić. 

Ale nie byłam w stanie... - Zamilkła. Patrzyła przed siebie. 
- Jednocześnie czułam, że znajdował się poza niebezpie­
czeństwem. Światło zagrażało mojemu dziecku, ale w ja­
kiś dziwny sposób Michaił znajdował się poza nim... 

background image

Jewgienij przełknął. 

- To tylko sen... 
- Sny zawsze o czymś mówią - stwierdziła. - W snach 

jest jakieś przesłanie, Jewgienij. Nie rozumiem, co ten 
oznacza, ale się przestraszyłam. 

Jewgienij także się bał. Raija pokazała już wiele ra­

zy, że ma w sobie jakąś siłę, której większość ludzi nie 
posiada. Między nią a niektórymi osobami istniały nie­

widoczne powiązania. 

Sen był być może jakimś przesłaniem. 
Kiedyś pewnie nadejdzie ten dzień, kiedy Raija 

przypomni sobie, że ma więcej niż jedno dziecko, że 
Michaił nie jest jej jedynym synem. 

- Mogę ci przekazać milsze przesłanie - szepnął jej do 

ucha. - Kocham cię, Raiju Bykowa. Jak ci się to podoba? 

Pozwoliła mu się oderwać od nieprzyjemnych my­

śli. Dała się skusić i przestała się martwić snem, który 
ją tak bardzo przeraził. Chciała zapomnieć o złoci­
stym świetle. Sen wydawał się jednak bardziej wyrazi­
sty od pozostałych. Tak jakby naprawdę to przeżyła... 

Wolała mimo wszystko szukać pociechy na szero­

kiej piersi Jewgienija. Uśmiechnęła się do męża i wy­
znała szczerze: 

- Ja też cię kocham, Jewgieniju Byków. 

background image

POSŁOWIE 

Knut Olsson, Knut-Kwen z Alty, dostał się do kró­

la w Kopenhadze i odbył z nim rozmowę. 

Rolnik, który przybył do Ruiji do Alty na początku 

wielkiej wojny północnej, uzyskał audiencję u najważ­
niejszego człowieka w państwie duńsko-norweskim. 

Na swój prosty sposób opowiedział mu o życiu pod 

kręgiem polarnym. Ze jeśli chodzi o warunki natural­
ne, to nie jest najgorzej. Że jest dość zwierzyny, ryb 
i ziemi do uprawy. 

Opowiedział o namiestniku Kjeldsenie, który urzę-

* duje we wspaniałej posiadłości, gdzie mieszka ze swą 

młodą metresą. O tym, jak wykorzystuje lud. Najwyż­
szy przedstawiciel króla na północy nie dba odpowied­
nio o swój urząd - Knut-Kwen nie potrafił tego wyra­
zić w inny sposób. 

Wyznał, że nie sądzi, by wolą króla było podporząd­

kowanie własnych poddanych takiemu człowiekowi. 

Po to przeszedł pięćset mil, żeby szukać sprawiedli­

wości dla tych, którzy ciężko pracują, prosić o stwo­
rzenie im w dolinie Alty warunków godnego życia. 

Być może duńskiemu królowi ten człowiek z ludu 

zaimponował swoją odwagą i wolą zwycięstwa. 

Obiecał Knutowi Olssonowi, że w Finnmarku nasta­

ną lepsze czasy. W najdalej na północ wysuniętym punk­
cie królestwa potrzebni są tacy mężczyźni jak ów nie-

background image

złomny Fin. To właśnie takich płatników podatków 
królowi potrzeba. Kazał wysłać list przez Knuta-Kwena. 

I Knut Olsson przebył z powrotem pięćset mil do 

Alty. Wrócił wiosną. W Kwenów mieszkających w Al­
cie wstąpiła nadzieja. Dwa tygodnie później namiest­
nik wydał nakaz aresztowania Knuta. 

Dla mieszkańców podległych mu dzielnic nastały 

złe czasy. 

Nadeszła zima Roku Pańskiego 1747. Knut Olsson 

opuścił areszt. Zaczął przygotowywać swoją sprawę, 
która w lecie przyszłego roku miała trafić na ting. 

Równie wyprostowany jak świerki w lasach wokół 

Tornea - miasta, w którym urodził się Knut-Kwen - sta­

nął przed sędzią na tingu w Talviku. Przeklął znienawi­

dzonego namiestnika, używając takich słów, że ci, 
którym Knut był drogi, obawiali się o jego życie i bez­
pieczeństwo. Cały Finnmark obiegła wieść o jego mowie. 

Samą rozprawę uważano niemal za cud. 

W 1748 roku nie zapadł żaden wyrok. Sędziowie od­

roczyli sprawę. 

A namiestnik Kjeldsen miał jeszcze więcej powo­

dów, by darzyć niechęcią Kwenów i ich przywódcę 
Knuta Olssona. 

Dopiero w 1750 roku sprawa została wznowiona. 
Namiestnika Kjeldsena zawieszono w obowiąz­

kach. Otrzymał surową naganę za swe postępowanie 

w stosunku do nowo przybyłych Kwenów. 

Następnie odwieziono go statkiem do królewskiej 

Kopenhagi. Wtedy po raz ostatni widziano go w Alcie. 

Nastał rok 1751. Kwenowie otrzymali słowo króla 

Fredrika V, że odtąd będą w Ruiji mile widziani.