background image

     CHARLES R. TANNER
       
       
       
       
  Tumitak z podziemnych korytarzy
      tłum. Wiktor Bukato
      
      
O AUTORZE
      
       Fantastyka naukowa jako gatunek literacki zrobiła fantastyczn

ą

 karier

ę

. Powstaj

ą

 kluby 

miło

ś

ników tego gatunku, coraz wi

ę

cej osób czyta t

ę

 literatur

ę

, kolekcjonuje i zdobywa o niej 

wiedz

ę

.

       Je

ś

li chodzi o ameryka

ń

sk

ą

 literatur

ę

 fantastyczno-naukow

ą

, jedn

ą

 z najbardziej licz

ą

cych

si

ę

 na tym rynku, zainteresowanie czytelników, a szczególnie ich wiedza na ten temat si

ę

gaj

ą

 

wstecz przede wszystkim do tak zwanego “Złotego Wieku" SF przypadaj

ą

cego na okres mniej 

wi

ę

cej od roku 1938 - kiedy to John Campbell zastał redaktorem naczelnym czasopisma 

“Astounding Stories", nadaj

ą

c ton temu nurtowi twórczo

ś

ci literackiej i niejako go promuj

ą

c - 

do lat pi

ęć

dziesi

ą

tych, kiedy to na ten teren wkroczyły inne magazyny.

       Lata dwudzieste i trzydzieste naszego wieku pozostaj

ą

 w cieniu. A przecie

Ŝ

 warto 

pami

ę

ta

ć

Ŝ

e zanim zabłysły gwiazdy pierwszej wielko

ś

ci, jak A. E. Van Vogt, Robert A. 

Heinlein, Isaac Asimov i Theodore Sturgeon, istnieli i pisali inni autorzy, których wkładu w to 
dzieło nie sposób pomin

ąć

.

       Jednym z nich jest wła

ś

nie Charles R. Tanner (1896-1954), który zadebiutował 

opowiadaniem “The Color of Space" w roku 1930. Pisał pó

ź

niej jeszcze wiele, głównie 

opowiada

ń

, czy mo

Ŝ

e nawet króciutkich powie

ś

ci, publikuj

ą

c je wył

ą

cznie w magazynach SF.

       Najbardziej znany jest cykl opiewaj

ą

cy przygody młodego 

ś

miałka Tumitaka, 

Ŝ

yj

ą

cego w 

czasach, kiedy ludzko

ść

 została zepchni

ę

ta pod ziemi

ę

 przez naje

ź

d

ź

ców z Wenus. Tumitak 

swoimi bohaterskimi czynami przypomina ludziom o ich wła

ś

ciwym miejscu na Ziemi i ich 

godno

ś

ci, budz

ą

c w nich odwag

ę

 i ch

ęć

 czynu.

       Dwa pierwsze opowiadania z tego cyklu: “Tumitak z podziemnych korytarzy" (Tumithak oj 
the Corridors) i “Tumitak na powierzchni Ziemi" (Tumithak in Shawm) zamie

ś

cił Isaac Asimov 

w swojej antologii zatytułowanej “Przed Złotym Wiekiem". Przedstawiamy je miło

ś

nikom 

fantastyki po raz pierwszy w polskim przekładzie w dwóch kolejnych zeszytach.
       
ROZDZIA£ I
      
       Dopiero w ci

ą

gu ostatnich kilku lat archeologia poczyniła post

ę

py, które pozwoliły na 

wst

ę

pne oceny zdumiewaj

ą

cych osi

ą

gni

ęć

 nauki naszych przodków przed Wielk

ą

 Inwazj

ą

Szczególnie obfitym 

ź

ródłem wiedzy na temat ich 

Ŝ

ycia były ruiny Londynu i Nowego Jorku. 

Wiadomo ju

Ŝ

Ŝ

e nasi przodkowie posiedli tajemnic

ę

 latania oraz znajomo

ść

 chemii i 

elektryczno

ś

ci przewy

Ŝ

szaj

ą

c

ą

 nasz

ą

; istniej

ą

 nawet pewne dowody, 

Ŝ

e prze

ś

cign

ę

li nas w 

medycynie i pewnych sztukach pi

ę

knych. Bior

ą

c ich cywilizacj

ę

 jako cało

ść

, mo

Ŝ

na mie

ć

 

niejakie w

ą

tpliwo

ś

ci, czy do

ś

cign

ę

li

ś

my ich w wiedzy ogólnej.

       Do czasu Inwazji odkrywali tajemnice przyrody, jak si

ę

 zdaje, stale, w regularnym 

post

ę

pie geometrycznym, i mamy uzasadnione powody, by s

ą

dzi

ć

Ŝ

e to wła

ś

nie mieszka

ń

cy 

Ziemi pierwsi rozwi

ą

zali problem lotów mi

ę

dzyplanetarnych. Powie

ś

ci pisane przez autorów 

zajmuj

ą

cych si

ę

 tym okresem 

ś

wiadcz

ą

 o zainteresowaniu, jakie dzisiejszy człowiek przejawia 

wobec tak zwanego Złotego Wieku.
       Niniejsza opowie

ść

 nie dotyczy wszak

Ŝ

e ani dni Inwazji, ani 

Ŝ

ycia w Złotym Wieku przed 

ni

ą

. Mówi ona o owej pół mitycznej, pół historycznej postaci, Tumitaku z Loru, pierwszym 

człowieku, jak głosi legenda, który zbuntował si

ę

 przeciwko dzikim szylkom. Cho

ć

 brak 

jeszcze wielu faktów, niedawne badania lochów i korytarzy rzuciły wiele 

ś

wiatła na dot

ą

niejasne fragmenty 

Ŝ

ycia tego bohatera. Pewne ju

Ŝ

 jest, 

Ŝ

Ŝ

ył on i walczył naprawd

ę

, lecz bez 

w

ą

tpienia nie dokonał tych cudów, które przypisuje mu legenda.

       Wiadomo na przykład, 

Ŝ

Ŝ

ycie jego nie trwało dwie

ś

cie pi

ęć

dziesi

ą

t lat, jak mu to 

przypisuj

ą

Ŝ

e mitem jest jego nadludzka siła i niewra

Ŝ

liwo

ść

 na promienie szylków. Równie 

w

ą

tpliwa jest opowie

ść

 o zniszczeniu przez niego sze

ś

ciu miast.

       Jednak wiedza o jego 

Ŝ

yciu pogł

ę

bia si

ę

 w miar

ę

, jak tracimy zaufanie do legend. 

Nadszedł czas, gdy mo

Ŝ

emy poj

ąć

, niestety jeszcze mgli

ś

cie, ale za to z bardziej racjonalnego 

punktu widzenia, prawd

ą

 o jego czynach. Tak wi

ę

c celem niniejszej opowie

ś

ci jest próba 

zracjonalizowania i wła

ś

ciwego umieszczenia w tle historycznym wczesnej młodo

ś

ci wielkiego 

background image

bohatera, który w imieniu ludzko

ś

ci targn

ą

ł si

ę

 pierwszy na bestie wenusja

ń

skie, trzymaj

ą

ce 

cał

ą

 Ziemi

ę

 w niewoli...

       
       
       Długi, pos

ę

pny korytarz ci

ą

gn

ą

ł si

ę

, jak okiem si

ę

gn

ąć

. Wysoki na pi

ę

tna

ś

cie stóp i 

równie szeroki, prowadził prosto, bez ko

ń

ca, a jego brunatne, szkliste 

ś

ciany cechowała 

niezmienna jednostajno

ść

. Wzdłu

Ŝ

 

ś

rodkowej linii stropu ukazywały si

ę

 co jaki

ś

 czas du

Ŝ

lampy, płaskie płyty zimnego, białego 

ś

wiatła, które płon

ę

ło od wieków, nie wymagaj

ą

Ŝ

adnych zabiegów. W takich samych odst

ę

pach w 

ś

cianach bocznych widniały gł

ę

boko 

wyci

ę

te otwory drzwiowe, zawieszone szorstk

ą

 tkanin

ą

 workow

ą

; na progach zna

ć

 było 

ś

lady 

stóp pozostawione tam przez minione pokolenia. Monotonii tego widoku nie m

ą

ciło nic - poza 

kilkoma miejscami, gdzie korytarz krzy

Ŝ

ował si

ę

 z innym korytarzem, równie nieciekawym.

       Korytarz wcale nie był pusty. Tu i tam na całej długo

ś

ci pojawiały si

ę

 pojedyncze postacie 

m

ęŜ

czyzn, w wi

ę

kszo

ś

ci o niebieskich oczach i rudych włosach. Odziani byli w niewyszukane 

zgrzebne szaty, 

ś

ci

ą

gni

ę

te w talii szerokimi pasami o wielu kieszeniach i olbrzymich klamrach. 

Znajdowało si

ę

 tam równie

Ŝ

 kilka kobiet, które ró

Ŝ

niły si

ę

 od m

ęŜ

czyzn długo

ś

ci

ą

 włosów i 

szat. Wszyscy poruszali si

ę

 jakby ukradkiem - cho

ć

 bowiem min

ę

ło wiele lat od czasu, gdy 

ostatnio widziano Strach, nawyki setek pokole

ń

 niełatwo odrzuci

ć

. Tak wi

ę

c korytarz, ludzie, 

ich odzienie, a nawet zwyczaje tworzyły pos

ę

pn

ą

 monotoni

ę

.

       Gdzie

ś

 z gł

ę

bi, spod korytarza, dochodził miarowy stukot i warkot jakiej

ś

 gigantycznej 

machiny; rozlegał si

ę

 nieprzerwanie towarzysz

ą

Ŝ

yciu tych ludzi, tak 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nikt nie zwracał 

na

ń

 uwagi. A mimo to ów stukot przytłaczał ich, przenikał ich umysły i swoim miarowym 

rytmem oddziaływał na wszystko, co robili.
       Zdawało si

ę

Ŝ

e jedna cz

ęść

 pomieszczenia jest bardziej ucz

ę

szczana ni

Ŝ

 inne. 

ś

wiatła 

płon

ę

ły tu ja

ś

niej, tkaniny okrywaj

ą

ce drzwi były czystsze i nowsze; kr

ę

ciło si

ę

 tu tak

Ŝ

e wi

ę

cej 

ludzi. Wchodzili i wychodzili ukradkiem z drzwi, niczym pomykaj

ą

ce króliki.

       Z boku w drzwiach ukazały si

ę

 postacie chłopca i dziewczyny w wieku około czternastu 

lat. Jak na dzieci byli wyj

ą

tkowo wysokiego wzrostu, cho

ć

 ich niedojrzało

ść

 wydawała si

ę

 

oczywista. Oni równie

Ŝ

, jak i starsi, mieli niebieskie oczy, a ich cer

ę

 znamionował odwieczny 

brak 

ś

wiatła słonecznego i nieustanne działanie promieni 

ś

wiateł korytarzy. W ich zachowaniu 

była jaka

ś

 

ś

miało

ść

 i 

Ŝ

wawo

ść

 sprawiaj

ą

ca, ze wielu mieszka

ń

ców korytarzy na ich widok 

marszczyło brwi z dezaprobat

ą

. Najwyra

ź

niej starsi uwa

Ŝ

ali, 

Ŝ

e młode pokolenie zmierza 

szybko do samounicestwienia. Nie było w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e pr

ę

dzej czy pó

ź

niej ta 

ś

miało

ść

 i 

hała

ś

liwo

ść

 sprowadzi Strach z Powierzchni.

       Lecz młodzi, doskonale oboj

ę

tni wobec tak wyra

ź

nej dezaprobaty, kontynuowali swój 

marsz. Skr

ę

cili z głównego korytarza w inny, słabiej o

ś

wietlony, a przeszedłszy nim prawie 

mil

ę

, skr

ę

cili w jeszcze inny. Przej

ś

cie, w którym si

ę

 teraz znale

ź

li, było w

ą

skie i wyra

ź

nie pi

ę

ło 

si

ę

 w gór

ę

. Nie było tu zupełnie nikogo, a gruba warstwa kurzu, pokrywaj

ą

ca korytarz, oraz 

opłakany stan 

ś

wiateł dowodziły, 

Ŝ

e dawno ju

Ŝ

 nikt tu nie mieszkał. Liczne otwory drzwiowe 

pozbawione były zasłon, które skrywały wn

ę

trza zamieszkałych pomieszcze

ń

 w wi

ę

kszych 

korytarzach. Zamiast tego w wielu drzwiach wisiały kotary paj

ę

czyn pokrytych pyłem. W miar

ę

 

jak młodzi posuwali si

ę

 dalej, dziewczyna przybli

Ŝ

ała si

ę

 do chłopca, ale poza tym nie 

zdradzała innych oznak boja

ź

ni. Po pewnym czasie przej

ś

cie stało si

ę

 jeszcze bardziej strome 

i wreszcie ko

ń

czyło si

ę

 

ś

lep

ą

 

ś

cian

ą

. Młodzi usiedli na rumowisku pokrywaj

ą

cym dno 

korytarza i po chwili zacz

ę

li rozmawia

ć

 

ś

ciszonym głosem.

       - Wiele lat musiało upłyn

ąć

 od czasu, gdy mieszkali tu ludzie - rzekła cicho dziewczyna. - 

Mo

Ŝ

e znajdziemy co

ś

 bardziej cennego, co pozostawili opuszczaj

ą

cy ten korytarz.

       - My

ś

l

ę

Ŝ

e Tumitak łudzi si

ę

 tylko mówi

ą

c nam o mo

Ŝ

liwo

ś

ci znalezienia skarbów w tych 

przej

ś

ciach - odrzekł chłopiec. - Bez w

ą

tpienia byli tu ju

Ŝ

 inni przed nami.

       - Tumitak powinien ju

Ŝ

 tu by

ć

 - powiedziała po chwili dziewczyna. - Czy my

ś

lisz, 

Ŝ

przyjdzie? - Daremnie starała si

ę

 przebi

ć

 wzrokiem ciemno

ść

 panuj

ą

c

ą

 w dole korytarza.

       - Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e przyjdzie, Tepro. Czy Tumitak kiedykolwiek nie dotrzymał słowa, kiedy 

si

ę

 umawiał?

       - Ale przyj

ść

 tu samotnie! - zaprotestowała Tepra - Umarłabym ze strachu, Nikadurze, 

gdyby ciebie tu nie było.
       - Nie ma wła

ś

ciwie 

Ŝ

adnego niebezpiecze

ń

stwa - odrzekł. - Ludzie z Jakry nie mogliby tu 

doj

ść

 nie przechodz

ą

c przez główny korytarz. A wiele lat ju

Ŝ

 min

ę

ło od czasu, gdy kraina Lor 

widziała szylka.
       - Dziadek Konak raz widział szylka - przypomniała mu Tepra.
       - Tak, ale nie tu, w Lorze. Widział go w Jakrze wiele lat temu, gdy walczył z Jakrariami 
jako młody wojownik. Przypomnij sobie, 

Ŝ

e Lorianie odnie

ś

li zwyci

ę

stwo i wygnali Jakran z ich 

miasta do korytarzy dalej poło

Ŝ

onych. I nagle wybuchł ogie

ń

 i panika i pojawiła si

ę

 banda 

szylków. Dziadek Konak widział tylko jednego i ten jeden o mało go nie schwycił, ledwie 

background image

dziadek unikn

ą

ł. - Nikadur u

ś

miechn

ą

ł si

ę

. - Jest to pi

ę

kna opowie

ść

, ale na poparcie jej 

prawdziwo

ś

ci mamy tylko słowo dziadka Konaka.

       - Ale

Ŝ

 Nikadurze... - zacz

ę

ła dziewczyna. Przerwał jej szelest dochodz

ą

cy z pokrytych 

paj

ę

czyn

ą

 odrzwi. W mgnieniu oka dwoje młodych zerwało si

ę

 na równe nogi. Pop

ę

dzili zdj

ę

ci 

strachem w dół korytarza nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 za siebie, zupełnie nie

ś

wiadomi pojawienia si

ę

 

trzeciej osoby, młodzie

ń

ca, który wyszedł z drzwi i oparty teraz o 

ś

cian

ę

 z ironicznym 

u

ś

miechem na twarzy obserwował ich ucieczk

ę

.

       Na pierwszy rzut oka wydawało si

ę

Ŝ

e ów młodzieniec niczym si

ę

 nie ró

Ŝ

ni od innych 

mieszka

ń

ców korytarzy. Te same rude włosy i biała, przezroczysta skóra, ta sama prosta 

szata i ogromny pas. Lecz uwa

Ŝ

ne oko dostrzegłoby w szerokim, 

ś

miałym czole, w

ą

skim, 

zakrzywionym nosie i bystrych oczach znamiona owej wielko

ś

ci, która pewnego dnia miała 

sta

ć

 si

ę

 jego udziałem.

       Młody człowiek obserwował przez chwil

ę

 ucieczk

ę

 przyjaciół, lecz zaraz cicho zagwizdał. 

Tepra natychmiast si

ę

 zatrzymała i odwróciła, a widz

ą

c posta

ć

 przybysza zawołała na 

Nikadura. Chłopiec przystan

ą

ł równie

Ŝ

 i oboje, mocno zawstydzeni, zawrócili.

       - Przestraszyłe

ś

 nas, Tumitaku - powiedziała dziewczyna z wyrzutem w głosie. - Co 

takiego robiłe

ś

 w tamtym pomieszczeniu? Nie bałe

ś

 si

ę

 tam wej

ść

 samotnie?

       - Nie ma tam nic, czego miałbym si

ę

 ba

ć

 - odrzekł dumnie Tumitak. - Cz

ę

sto 

penetrowałem te korytarze i mieszkania i nie spotkałem tu jeszcze 

Ŝ

adnej 

Ŝ

ywej istoty, poza 

paj

ą

kami i nietoperzami. Szukałem zapomnianych rzeczy - mówił dalej i nagle zabłysły mu 

oczy. - I popatrzcie! Znalazłem ksi

ąŜ

k

ę

! - Si

ę

gn

ą

wszy za pazuch

ę

 wyci

ą

gn

ą

ł zdobycz i dumnie 

zaprezentował j

ą

 towarzyszom.

       - To stara ksi

ąŜ

ka - powiedział. - Widzicie?

       Z pewno

ś

ci

ą

 była to stara ksi

ąŜ

ka. Okładki ju

Ŝ

 nie miała, brakowało wi

ę

kszo

ś

ci kart, a 

pozostałe, cienkie arkusze metalu, z których ksi

ę

ga si

ę

 składała, zaczynały utlenia

ć

 si

ę

 na 

brzegach. Bez w

ą

tpienia ksi

ąŜ

ka ta le

Ŝ

ała zapomniana przez wieki.

       Nikadur i Tepra przygl

ą

dali si

ę

 jej z nabo

Ŝ

n

ą

 czci

ą

, tak

ą

 sam

ą

, jak

ą

 odczuwa ka

Ŝ

dy 

niepi

ś

mienny wobec tajemnicy magicznych czarnych znaczków słu

Ŝą

cych do wyra

Ŝ

ania my

ś

li. 

Tumitak jednak umiał czyta

ć

. Był synem Tumloka, jednego z mistrzów 

Ŝ

ywno

ś

ci, którzy 

strzegli tajemnicy przygotowywania syntetycznego po

Ŝ

ywienia, stanowi

ą

cego podstaw

ę

 diety 

mieszka

ń

ców korytarzy. Owi mistrzowie 

Ŝ

ywno

ś

ci, podobnie jak lekarze, mistrzowie 

o

ś

wietlenia i energii przechowali wiele tajemnic wiedzy przodków. Najwa

Ŝ

niejsz

ą

 z nich była 

bardzo przydatna umiej

ę

tno

ść

 czytania, a poniewa

Ŝ

 Tumitak miał pój

ść

 w 

ś

lady ojca, Tumlok 

wcze

ś

nie wyuczył go tej cudownej sztuki.

       Gdy wi

ę

c młodzi potrzymali ksi

ę

g

ę

 w r

ę

kach, przyjrzeli si

ę

 jej dokładnie, w zadumie, 

zacz

ę

li błaga

ć

 Tumitaka, by im j

ą

 przeczytał. Nieraz ju

Ŝ

 słuchali z oczami szeroko otwartymi 

ze zdumienia, jak czytał im z tych cennych ksi

ą

g znajduj

ą

cych si

ę

 w posiadaniu mistrzów 

Ŝ

ywno

ś

ci; nigdy te

Ŝ

 nie pomin

ę

li okazji, by 

ś

ledzi

ć

 czarodziejski proces przemiany 

dziwacznych znaczków na metalowych arkuszach w d

ź

wi

ę

ki i zdania.

       Tumitak odpowiedział u

ś

miechem na ich natarczywo

ść

, a nast

ę

pnie, sam w skryto

ś

ci 

ducha ciekaw jak oni, co zawiera dawno zapomniana ksi

ę

ga, gestem nakazał im usi

ąść

 na 

ziemi i otwarłszy ksi

ąŜ

k

ę

 zacz

ą

ł czyta

ć

:

       - “Manuskrypt Dawona Starrosa spisany w Pitmouth dwudziestego drugiego dnia 
Miesi

ą

ca Sło

ń

ca, w 161 roku od dnia Inwazji, lub te

Ŝ

 według starego porz

ą

dku - w roku 3218 

n.e."
       Tumitak przerwał.
       - To rzeczywi

ś

cie stara ksi

ą

ga - szepn

ą

ł z przej

ę

ciem Nikadur, a Tumitak skin

ą

ł głow

ą

.

       - Prawie dwa tysi

ą

ce lat! - odrzekł. - Ciekawe, co to znaczy: rok 3218 n.e.

       Zastanawiał si

ę

 nad tym przez chwil

ę

, a nast

ę

pnie podj

ą

ł czytanie.

       - “Teraz jestem ju

Ŝ

 stary, lecz komu

ś

, kto tak jak ja pami

ę

ta dni, gdy m

ęŜ

owie mieli 

jeszcze odwag

ę

 walczy

ć

, gorzki jest widok upadku naszego rodzaju.

       W

ś

ród m

ęŜ

ów dzisiejszej doby utwierdza si

ę

 beznadziejny przes

ą

d, 

Ŝ

e człowiek nie jest w 

stanie pokona

ć

 szylków, a co wi

ę

cej, 

Ŝ

e nie wolno mu podejmowa

ć

 z nimi walki. Chc

ą

sprzeciwi

ć

 si

ę

 temu przes

ą

dowi autor słów niniejszych spisał histori

ę

 podboju Ziemi w nadziei, 

Ŝ

e kiedy

ś

 w przyszło

ś

ci nadejdzie człowiek, który znajdzie do

ść

 odwagi, by stawi

ć

 czoło tym, 

którzy opanowali ludzko

ść

. W nadziei, 

Ŝ

e ów człowiek si

ę

 pojawi, spisano t

ę

 histori

ę

, aby 

poznał stworzenia, z którymi ma walczy

ć

.

       Uczeni, którzy opowiadaj

ą

 o dniach przed Inwazj

ą

, mówi

ą

 nam, 

Ŝ

e kiedy

ś

 człowiek 

niewiele ró

Ŝ

nił si

ę

 od zwierz

ę

cia. Przez tysi

ą

ce lat stopniowo wspinał si

ę

 ku cywilizacji, ucz

ą

si

ę

 sztuki 

Ŝ

ycia, a

Ŝ

 wzi

ą

ł we władanie cały 

ś

wiat.

       Poznał tajemnic

ę

 produkcji 

Ŝ

ywno

ś

ci z elementarnych składników, nauczył si

ę

 

na

ś

ladowa

ć

 

Ŝ

yciodajne 

ś

wiatło sło

ń

ca; jego wielkie statki powietrzne 

ś

migały w atmosferze 

równie swobodnie, jak statki wodne 

ś

migały po morzu. Cudowne promienie dezintegratora 

background image

unicestwiały góry otwieraj

ą

c drog

ę

 kanałom, którymi płyn

ę

ła z oceanu woda zamieniaj

ą

pustynie w naj

Ŝ

y

ź

niejsze obszary. Od bieguna do bieguna rosły pot

ęŜ

ne miasta i od bieguna 

do bieguna władza człowieka była niepodwa

Ŝ

alna.

       Od tysi

ę

cy lat ludzie toczyli ze sob

ą

 spory, a ziemie pustoszyły wielkie wojny, a

Ŝ

 w ko

ń

cu 

cywilizacja osi

ą

gn

ę

ła stadium, w którym wszystkie wojny wygasły. Na Ziemi nastała wielka era 

pokoju; człowiek opanował zarówno morze jak i l

ą

d, i pocz

ą

ł spogl

ą

da

ć

 ku innym 

ś

wiatom 

obiegaj

ą

cym Sło

ń

ce, zastanawiaj

ą

c si

ę

, czy i tych 

ś

wiatów nie mógłby zdoby

ć

.

       Wiele min

ę

ło wieków, nim do

ść

 si

ę

 nauczył, by podj

ąć

 poprzez otchłanie Kosmosu. 

Trzeba było znale

źć

 sposób unikania niezliczonych meteorów wypełniaj

ą

cych przestworza 

mi

ę

dzy planetami. Trzeba było znale

źć

 sposób izolowania statku przed 

ś

mierciono

ś

nymi 

promieniami kosmicznymi. Wydawało si

ę

Ŝ

e gdy pokonano jedn

ą

 trudno

ść

, na jej miejscu 

wyrastała inna. Ale po kolei porozwi

ą

zywano wszystkie problemy pi

ę

trz

ą

ce si

ę

 przed lotami 

mi

ę

dzyplanetarnymi, i w ko

ń

cu naszedł dzie

ń

, gdy pot

ęŜ

ny pojazd długo

ś

ci setek stóp czekał 

gotów do skoku w Kosmos, gotów bada

ć

 inne 

ś

wiaty".

       Tumitak znowu przerwał czytanie.
       - To musi by

ć

 cudowna tajemnica - powiedział. - Wydaje mi si

ę

Ŝ

e czytam jakie

ś

 słowa, 

lecz nie rozumiem ich znaczenia. Kto

ś

 wybiera si

ę

 na jak

ąś

 wypraw

ę

, i to wszystko, co mog

ę

 

poj

ąć

. Czy mam czyta

ć

 dalej?

       - Tak, tak! - zakrzykn

ę

li oboje razem, podj

ą

ł wi

ę

c lektur

ę

: “Wyprawa wyruszyła pod 

dowództwem człowieka nazwiskiem Henryk Sudivan; tylko on jeden powrócił do 

ś

wiata ludzi, 

by opowiedzie

ć

 o strasznych przygodach, jakie prze

Ŝ

yli na Wenus, planecie, ku której 

pod

ąŜ

yli.

       Podró

Ŝ

 na Wenus zako

ń

czyła si

ę

 powodzeniem i upłyn

ę

ła w spokoju. Mijał tydzie

ń

 za 

tygodniem, podczas gdy owa Gwiazda Wieczorna, jak nazywali j

ą

 ludzie, stawała si

ę

 coraz 

ja

ś

niejsza i wi

ę

ksza. Statek spisywał si

ę

 bez zarzutu i cho

ć

 podró

Ŝ

 trwała długo jak dla tych, 

którzy przywykli przemierza

ć

 oceany w ci

ą

gu jednej nocy, czas im si

ę

 nie dłu

Ŝ

ył. Nadszedł 

dzie

ń

, gdy przelecieli wreszcie nad nizinami i szerokimi dolinami Wenus, pod g

ę

st

ą

 zasłon

ą

 z 

chmur, która wiecznie skrywa powierzchni

ę

 planety przed Sło

ń

cem; dziwili si

ę

 wówczas 

wielkim miastom i innym 

ś

ladom cywilizacji widocznym na całej powierzchni Wenus.

       Zawisn

ą

wszy na jaki

ś

 czas nad jednym z wielkich miast, Ziemianie nast

ę

pnie wyl

ą

dowali, 

powitani przez dziwne inteligentne istoty, które władały planet

ą

, te same, które dzi

ś

 znamy pod 

nazw

ą

 szylków. Szylki uznały ich za półbogów i oddały im cze

ść

, lecz Sudivan i jego 

towarzysze, wierni synowie najszlachetniejszych rodów ziemskich, nie poni

Ŝ

yli si

ę

 do tego, by 

hołd taki przyj

ąć

. Kiedy wyuczyli si

ę

 j

ę

zyka szylków, szczerze przyznali si

ę

, kim s

ą

 i sk

ą

pochodz

ą

.

       Zdumienie szylków nie miało granic. Były znacznie bardziej ni

Ŝ

 ludzie zaawansowane w 

technice; ich znajomo

ść

 elektryczno

ś

ci i chemii była równa ziemskiej, lecz o astronomii i 

naukach jej pokrewnych nie miały poj

ę

cia, uwi

ę

zione pod wieczn

ą

 kopuł

ą

 chmur, która 

skrywała przed nimi widok Kosmosu. Nie 

ś

niły nigdy, 

Ŝ

e mog

ą

 istnie

ć

 inne 

ś

wiaty poza tym, 

który znały. Z najwi

ę

ksz

ą

 trudno

ś

ci

ą

 przybysze zdołali im wytłumaczy

ć

Ŝ

e opowie

ść

 Sudivana 

jest prawdziwa.
       Gdy jednak udało si

ę

 przekona

ć

 szylków, ich postawa zmieniła si

ę

 całkowicie. Nie były ju

Ŝ

 

uni

Ŝ

one ani przyjazne. Podejrzewały, 

Ŝ

e ludzie przybyli po to, aby je podbi

ć

, i postanowiły 

pokona

ć

 ich t

ą

 sam

ą

 broni

ą

. Wy

Ŝ

sze uczucia ludzkie były im niedost

ę

pne i dlatego nie 

potrafiły wyobrazi

ć

 sobie przyjacielskiej wizyty obcych przybyszów z innego 

ś

wiata.

       Ziemianie znale

ź

li si

ę

 wkrótce zamkni

ę

ci w wielkiej metalowej wie

Ŝ

y, o wiele mil od swego 

pojazdu kosmicznego. W chwili nieuwagi jeden z towarzyszy Sudivana zdradził, 

Ŝ

e pojazd ten 

jest jak dot

ą

d jedynym tego rodzaju statkiem, i szylki postanowiły wykorzysta

ć

 ten fakt, by od 

razu rozpocz

ąć

 podbój Ziemi.

       Natychmiast wzi

ę

ły w posiadanie statek Ziemian i ogarni

ę

te t

ą

 jedno

ś

ci

ą

 celów tak 

charakterystyczn

ą

 dla szylków - a której tak brakuje ludziom - od razu rozpocz

ę

ły budow

ę

 

poka

ź

nej liczby podobnych maszyn. Na całej planecie huczały wielkie fabryki i kiedy Ziemia 

oczekiwała trumfalnego powrotu swych badaczy, dzie

ń

 jej zagłady coraz hardziej si

ę

 zbli

Ŝ

ał.

       Lecz Sudivan i inni zamkni

ę

ci w wie

Ŝ

y Ziemianie nie poddawali si

ę

 rozpaczy. Raz po raz 

próbowali ucieczki i nie ma w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e szylki wybiłyby ich co do jednego, gdyby nie łudziły 

si

ę

 nadziej

ą

Ŝ

e wyci

ą

gn

ą

 z ludzi jeszcze jakie

ś

 informacje. I otó

Ŝ

 ten jeden raz szylki były w 

ę

dzie: nale

Ŝ

ało zabi

ć

 wszystkich Ziemian, bez wyj

ą

tku, na tydzie

ń

 bowiem przed terminem 

odlotu wielkiej floty szylków Sudivanowi i kilkunastu jego towarzyszom udało si

ę

 uciec.

       Ryzykuj

ą

Ŝ

yciem skierowali si

ę

 ku miejscu, gdzie znajdował si

ę

 ich pojazd kosmiczny. 

Mo

Ŝ

na sobie wyobrazi

ć

 niebezpiecze

ń

stwa tej w

ę

drówki cho

ć

by przez u

ś

wiadomienie sobie, 

Ŝ

e na Wenus, to jest po jej zamieszkałej stronie, trwa wieczny dzie

ń

. Nie było nocy, która 

mogłaby ich ukry

ć

. W ko

ń

cu jednak dotarli do statku strze

Ŝ

onego ledwie przez par

ę

 nie 

uzbrojonych szylków. Walka, która rozgorzała, winna przej

ść

 do historii ludzko

ś

ci, aby 

background image

dostarcza

ć

 jej natchnienia na przyszło

ść

. Z bitwy nie wyszedł 

Ŝ

ywy ani jeden szylk, a spo

ś

ród 

ludzi pozostało zaledwie siedmiu, którzy mieli stanowi

ć

 załog

ę

 statku w powrotnej podró

Ŝ

y na 

Ziemi

ę

.

       Przez wiele tygodni pot

ęŜ

ny pojazd w kształcie pocisku mkn

ą

ł przez olbrzymi

ą

 pustk

ę

 

Kosmosu, a

Ŝ

 w ko

ń

cu wyl

ą

dował na Ziemi. Przy 

Ŝ

yciu pozostał jedynie Sudivan; pozostali 

ulegli jakiej

ś

 nie znanej chorobie, zarazili si

ę

 od szylków.

       Lecz Sudiyan prze

Ŝ

ył i 

Ŝ

ył jeszcze długo, by ostrzec 

ś

wiat przed szylkami. W obliczu 

nagłego zagro

Ŝ

enia Ziemianie mieli tylko tyle czasu, aby przedsi

ę

wzi

ąć

 najkonieczniejsze 

ś

rodki obronne. Natychmiast rozpocz

ę

to budow

ę

 olbrzymich jaski

ń

 i korytarzy podziemnych z 

zamiarem stworzenia wielkich podziemnych miast, w których ludzie mogliby si

ę

 schroni

ć

 i z 

których mogliby atakowa

ć

 wroga. Nim jednak prace zacz

ę

ły si

ę

 na dobre, przybyły szylki i 

rozgorzała wojna.
       Nigdy przedtem - gdy człowiek 

ś

cierał si

ę

 z człowiekiem - nie 

ś

niono o takiej wojnie. Szylki

nadleciały milionami; ocenia si

ę

Ŝ

e w inwazji wzi

ę

ło udział pełne dwie

ś

cie tysi

ę

cy statków 

kosmicznych. Przez wiele dni ludzie powstrzymywali szylki przed zdobyciem przyczółka na 
powierzchni Ziemi. Zmuszone do lotu ponad jej powierzchni

ą

 zrzucały, gdzie si

ę

 dało, 

ś

mierciono

ś

ne gazy i materiały wybuchowe.

       Ze swych podziemnych korytarzy ludzie słali w gór

ę

 olbrzymie ilo

ś

ci gazów, równie 

ś

mierciono

ś

nych jak gazy szylków, za

ś

 promienie dezintegruj

ą

ce unicestwiały setki pojazdów, 

wybijaj

ą

c szylki jak muchy. Z ocalałych statków szylki zrzucały do wykopanych przez ludzi 

lochów olbrzymie ilo

ś

ci płon

ą

cych 

ś

rodków chemicznych, które pal

ą

c si

ę

 gwałtownie 

wyczerpywały tlen z jaski

ń

 powoduj

ą

ś

mier

ć

 tysi

ę

cy ludzi.

       I nawet pokonani ludzie wdzierali si

ę

 w gł

ą

b Ziemi toruj

ą

c sobie drog

ę

 swymi cudownymi 

dezintegratorami, które roztapiały skał

ę

 prawie tak szybko, jak szybko uciekaj

ą

cy zdołali i

ść

 

powstałym w ten sposób korytarzem. W ko

ń

cu wyparto człowieka z Powierzchni i niezliczone 

ę

bowiska korytarzy zryły skorup

ę

 ziemsk

ą

 na gł

ę

boko

ść

 wielu mil. Szylki nie były w stanie 

przeby

ć

 tych labiryntów i w ten sposób człowiek osi

ą

gn

ą

ł stan wzgl

ę

dnego bezpiecze

ń

stwa.

       I tak nast

ą

pił impas.

       Powierzchnia stała si

ę

 własno

ś

ci

ą

 dzikich szylków, za

ś

 gł

ę

boko pod nimi, w jaskiniach i 

korytarzach, człowiek usiłował utrzyma

ć

 resztki cywilizacji. Nie była to równa gra; ludzie 

znale

ź

li si

ę

 w gorszej sytuacji - zasoby pierwiastków u

Ŝ

ywanych do wytwarzania promieni 

dezintegruj

ą

cych stopniowo malały i nie było sposobu, by je odnowi

ć

; nie mo

Ŝ

na było zdoby

ć

 

ani drewna, ani ró

Ŝ

norodnych odmian ro

ś

lin, na których wspierał si

ę

 przemysł; mieszka

ń

cy 

jednego zespołu korytarzy nie mieli mo

Ŝ

liwo

ś

ci komunikowania si

ę

 z mieszka

ń

cami innego, a 

przy tym zawsze do korytarzy wpadały hordy szylków poluj

ą

cych dla sportu na ludzi!

       Jedynym, co pozwoliło im w ogóle przetrwa

ć

, była fantastyczna umiej

ę

tno

ść

 wytwarzania 

syntetycznej 

Ŝ

ywno

ś

ci z samej skały.

       I stało si

ę

Ŝ

e cywilizacja ludzka, o któr

ą

 walczono i któr

ą

 w ko

ń

cu po wiekach wojen 

osi

ą

gni

ę

to, rozpadła si

ę

 w kilkana

ś

cie lat. Zdławił j

ą

 Strach. Ludzie jak króliki 

Ŝ

yli w 

podziemnych norach, z czasem odwa

Ŝ

aj

ą

c si

ę

 na coraz mniej i przeznaczaj

ą

c coraz wi

ę

cej 

czasu i energii na dr

ąŜ

enie coraz gł

ę

bszych korytarzy. Dzi

ś

 wydaje si

ę

Ŝ

e ludzko

ść

 została 

całkowicie podbita. Ponad sto lat 

Ŝ

aden człowiek nie odwa

Ŝ

ył si

ę

 pomy

ś

le

ć

 o powstaniu 

przeciwko szylkom, podobnie jak nie do pomy

ś

lenia jest rewolta szczurów przeciwko ludziom. 

Nie b

ę

d

ą

c w stanie stworzy

ć

 wspólnej władzy, ani nawet porozumiewa

ć

 si

ę

 z bra

ć

mi w 

s

ą

siednich korytarzach, ludzie zbyt łatwo przyj

ę

li swój los - ledwie najwy

Ŝ

szych spo

ś

ród 

ni

Ŝ

szych zwierz

ą

t. Podobne paj

ą

kom bestie z Wenus s

ą

 panami naszej planety i..."

       Na tym r

ę

kopis si

ę

 urywał. Chocia

Ŝ

 ksi

ę

ga musiała by

ć

 znacznie dłu

Ŝ

sza, a to, co z niej 

pozostało, stanowiło niewiele wi

ę

cej ni

Ŝ

 wst

ę

p do jakiej

ś

 pracy na temat 

Ŝ

ycia i obyczajów 

szylków, to jednak reszty brakowało. Monotonny, 

ś

piewny głos Tumitaka ucichł po ostatnim, 

nie doko

ń

czonym zdaniu. Na kilka chwil zapadła cisza.

       - Jak trudno to poj

ąć

 - rzekła Tepra. - Wiem tylko, 

Ŝ

e ludzie walczyli z szylkami, jakby to 

byli Jakranie.
       - Kto mógł wymy

ś

li

ć

 tak

ą

 histori

ę

? - mrukn

ą

ł Nikadur. - Walka ludzi z szylkami - w głowie 

si

ę

 nie mie

ś

ci!

       Tumitak nie odpowiedział. Przez dłu

Ŝ

szy czas siedział w milczeniu i patrzył na ksi

ę

g

ę

jakby nagle ujrzał jakie

ś

 ol

ś

niewaj

ą

ce zjawisko.

       W ko

ń

cu przemówił.

       - Nikadurze, to jest historia! - wykrzykn

ą

ł. - To nie 

Ŝ

aden dziwny i nieprawdopodobny twór 

fantazji. Co

ś

 mi mówi, 

Ŝ

e ci ludzie byli naprawd

ę

Ŝ

e wojna toczyła si

ę

 rzeczywi

ś

cie. Jak 

inaczej mo

Ŝ

na wytłumaczy

ć

 nasz sposób 

Ŝ

ycia? Czy

ś

my nie zastanawiali si

ę

 nad tym cz

ę

sto, 

czy

Ŝ

 nasi ojcowie si

ę

 przed nami nie zastanawiali, jak nasi m

ą

drzy przodkowie doszli do tego, 

Ŝ

eby budowa

ć

 te wielkie lochy i korytarze? Wiemy, 

Ŝ

e posiadali ogromn

ą

 wiedz

ę

, ale w jaki 

sposób j

ą

 utracili?

background image

       Wiem, 

Ŝ

Ŝ

adna z naszych legend nie wspomina nawet o czym

ś

 takim, jak panowanie 

ludzi na tym 

ś

wiecie - mówił dalej widz

ą

c pełne niedowierzania spojrzenia swych młodych 

towarzyszy. - Lecz jest co

ś

... co

ś

 jest w tej ksi

ę

dze, co mi mówi, 

Ŝ

e to najprawdzisza prawda. 

Pomy

ś

l tylko, Nikadurze! Napisano t

ę

 ksi

ę

g

ę

 ledwie sto sze

ść

dziesi

ą

t lat po tym, jak dzikie 

szylki napadły na Ziemi

ę

! O ile

Ŝ

 wi

ę

cej musiał wiedzie

ć

 ów autor ni

Ŝ

 my, 

Ŝ

yj

ą

cy dwa tysi

ą

ce lat 

ź

niej. Nikadurze, ongi

ś

 m

ęŜ

owie walczyli z szylkami! - Uniósł si

ę

 z miejsca, a jego oczy 

zabłysły blaskiem owego fanatyzmu, który po latach miał go wyró

Ŝ

ni

ć

 spo

ś

ród innych.

       - Ongi

ś

 m

ęŜ

owie walczyli z szylkami, a z pomoc

ą

 Najwy

Ŝ

szego stanie si

ę

 tak ponownie! 

Nikadurze! Tepro! Pewnego dnia i ja b

ę

d

ą

 walczył z szylkiem - rozpostarł szeroko ramiona - 

pewnego dnia i ja zabij

ę

 szylka! Temu po

ś

wi

ę

cam 

Ŝ

ycie!

       Stał przez chwil

ę

 z wyci

ą

gni

ę

tymi ramionami, a potem, jakby nie

ś

wiadom obecno

ś

ci 

towarzyszy, zbiegł w gł

ą

b przej

ś

cia i po chwili przepadł w ciemno

ś

ciach. Przez czas jaki

ś

 

młodzi patrzyli za nim ze zdumieniem, a nast

ę

pnie, wzi

ą

wszy si

ę

 za r

ę

ce, ruszyli powoli, w 

powa

Ŝ

nym nastroju, jego 

ś

ladem. Wiedzieli, 

Ŝ

e co

ś

 natchn

ę

ło ich przyjaciela, lecz czy był to 

geniusz, czy szale

ń

stwo, nie potrafili powiedzie

ć

. I mieli tego nie wiedzie

ć

 przez wiele jeszcze 

lat.
       
       
ROZDZIA£ II
      
       Tumlok z dum

ą

 przygl

ą

dał si

ę

 synowi. Lata, które min

ę

ły od czasu, gdy chłopiec znalazł 

tajemniczy r

ę

kopis i popadł w sw

ą

 dziwn

ą

 obsesj

ę

, zaszkodziły, by

ć

 mo

Ŝ

e, jak mówili 

niektórzy, jego rozumowi, lecz je

ś

li chodzi o budow

ę

 fizyczn

ą

, były dla

ń

 łaskawe. Miał sze

ść

 

stóp wzrostu (wyj

ą

tkowo du

Ŝ

o jak na mieszka

ń

ca korytarzy) i stalowe mi

ęś

nie. Dzisiaj, w 

dwudzieste urodziny, nie było takiego, co by go nie obwołał jednym z przywódców miasta - 
gdyby nie jego niedorzeczna mania. Tumitak bowiem postanowił zabi

ć

 szylka!

       Przez lata całe, praktycznie od kiedy jako czternastolatek znalazł r

ę

kopis, wszystkie swe 

nauki po

ś

wi

ę

cił temu celowi. 

ś

l

ę

czał nad staro

Ŝ

ytnymi mapami korytarzy, nie u

Ŝ

ywanymi od 

wieków, które wskazywały drog

ę

 na Powierzchni

ę

. Stał si

ę

 znawc

ą

 wszystkich tajemnych 

przej

ść

 w lochach. Miał niewielkie poj

ę

cie o tym, jak naprawd

ę

 wygl

ą

da Powierzchnia; 

podania jego ludu niewiele mogły mu o tym powiedzie

ć

.. Ale jednego był pewien: 

Ŝ

e na 

Powierzchni spotka szylki.
       

ć

wiczył si

ę

 w ka

Ŝ

dej broni, na której człowiek mógł jeszcze polega

ć

 - w procy, mieczu i 

łuku - i stał si

ę

 mistrzem we wszystkich trzech. Na wszelkie mo

Ŝ

liwe sposoby przygotowywał 

si

ę

 do wielkiego dzieła, któremu postanowił po

ś

wi

ę

ci

ć

 

Ŝ

ycie. Oczywi

ś

cie spotkał si

ę

 ze 

sprzeciwem ze strony ojca - a tak

Ŝ

e całego plemienia, lecz z t

ą

 jedno

ś

ci

ą

 celu, jak

ą

 mo

Ŝ

osi

ą

gn

ąć

 tylko fanatyk, oddał si

ą

 owej idei i postanowił, 

Ŝ

e gdy tylko osi

ą

gnie swe lata, 

po

Ŝ

egna si

ę

 ze swoim ludem i uda na Powierzchni

ę

. Nie zastanawiał si

ę

 wiele nad tym, co 

zrobi, gdy ju

Ŝ

 dotrze na miejsce. B

ę

dzie to zale

Ŝ

ało od tego, co tam znajdzie. Jednego był 

pewien - 

Ŝ

e zabije szylka i przyniesie jego ciało, by pokaza

ć

 rodakom, 

Ŝ

e człowiek mo

Ŝ

jeszcze zatriumfowa

ć

 nad tymi, którzy s

ą

dz

ą

Ŝ

e s

ą

 panami ludzko

ś

ci.

       I dzi

ś

 oto osi

ą

gn

ą

ł wiek dorosły; dzi

ś

 uko

ń

czył lat dwadzie

ś

cia i Tumlok nie potrafił ukry

ć

 

dumy ze swego zadziwiaj

ą

cego syna, mimo 

Ŝ

e uczynił wszystko, co w jego mocy, by mu wybi

ć

 

z głowy t

ę

 mrzonk

ę

. I gdy nadszedł dzie

ń

 wyruszenia przez Tumitaka na t

ę

 bezsensown

ą

 

wypraw

ę

, Tumlok musiał przyzna

ć

Ŝ

e sercem od dawna był z synem i 

Ŝ

e z niecierpliwo

ś

ci

ą

 

czekał, by ujrze

ć

, jak chłopiec wyrusza w drog

ę

. Przemówił teraz do niego.

       - Tumitaku - powiedział. - Przez wiele lat usiłowałem odwie

ść

 ci

ę

 od tego nieosi

ą

galnego 

celu, jaki sobie wyznaczyłe

ś

. Przez wiele lat sprzeciwiałe

ś

 mi si

ę

 i trwałe

ś

 w uporze uwa

Ŝ

aj

ą

ziszczenie swych marze

ń

 za mo

Ŝ

liwe. Nie my

ś

l, 

Ŝ

e powodowało mn

ą

 cokolwiek poza 

ojcowsk

ą

 miło

ś

ci

ą

 w mej ch

ę

ci zatrzymania ci

ę

 w Lorze. Gdy wi

ę

c nadszedł dzie

ń

, w którym 

mo

Ŝ

esz czyni

ć

, co uwa

Ŝ

asz za stosowne, pozwól przynajmniej, by ojciec pomógł ci najlepiej, 

jak potrafi.
       Zamilkł i postawił na stole kwadratowe pudełko o boku długo

ś

ci jednej stopy. Otworzył je i 

ze 

ś

rodka wyj

ą

ł trzy dziwaczne przedmioty.

       - Oto - rzekł uroczystym tonem - trzy spo

ś

ród najcenniejszych skarbów mistrzów 

Ŝ

ywno

ś

ci, przyrz

ą

dy wynalezione przez naszych 

ś

wiatłych przodków. Ta oto rzecz - wzi

ą

ł w 

r

ę

k

ę

 walcowaty przedmiot o 

ś

rednicy cala i długo

ś

ci jednej stopy - to latarka, cudowna latarka, 

która za poci

ś

ni

ę

ciem tego guzika da ci 

ś

wiatło w ciemnych korytarzach. Uwa

Ŝ

aj, by nie 

marnowa

ć

 jej energii, nie jest to bowiem wieczne 

ź

ródło 

ś

wiatła, jak te, które nasi przodkowie 

umie

ś

cili w stropach. Jej działanie oparte jest na innej zasadzie i po pewnym czasie jej moc 

si

ę

 wyczerpuje.

       Tumlok ostro

Ŝ

nie uj

ą

ł nast

ę

pny przedmiot.

       - To równie

Ŝ

 z pewno

ś

ci

ą

 ci pomo

Ŝ

e, cho

ć

 nie jest to rzecz ani taka rzadka, ani tak 

background image

wspaniała, jak dwie pozostałe. Jest to ładunek silnego materiału wybuchowego, jakiego 
czasami u

Ŝ

ywamy do zamykania korytarzy lub wydobywania pierwiastków, z których wytwarza 

si

ę

 nasz

ą

 

Ŝ

ywno

ść

. Trudno powiedzie

ć

, kiedy mo

Ŝ

e ci si

ę

 przyda

ć

 w drodze na Powierzchni

ę

.

       A tu oto - uj

ą

ł ostatni przedmiot, który wygl

ą

dał jak mała rurka z r

ą

czk

ą

 przytwierdzon

ą

 na 

ko

ń

cu pod k

ą

tem prostym - jest rzecz najbardziej zadziwiaj

ą

ca ze wszystkich. Wyrzuca ona 

małe kulki z ołowiu, a miota nimi z tak

ą

 sil

ą

Ŝ

e potrafi przebi

ć

 nawet arkusz blachy! Za 

ka

Ŝ

dym razem, gdy naciska si

ę

 ten mały spust z boku, pocisk wylatuje z wielk

ą

 sił

ą

 z otworu 

rury. On zabija, Tumitaku, zabija nawet szybciej ni

Ŝ

 strzała, i du

Ŝ

o pewniej. U

Ŝ

ywaj tego z 

rozwag

ą

, bowiem jest w nim zaledwie dziesi

ęć

 pocisków, a kiedy zu

Ŝ

yjesz wszystkie, ów 

przyrz

ą

d stanie si

ę

 bezu

Ŝ

yteczny.

       Poło

Ŝ

ył trzy przedmioty przed sob

ą

 na stole i przesun

ą

ł je w kierunku Tumitaka. 

Młodzieniec wzi

ą

ł je i dokładnie schował w kieszeniach szerokiego pasa.

       - Ojcze - rzekł powoli - wiesz, 

Ŝ

e to nie głos mego serca ka

Ŝ

e mi opu

ś

ci

ć

 ciebie i wyruszy

ć

 

na t

ę

 w

ę

drówk

ę

. Jest to co

ś

 wy

Ŝ

szego, ni

Ŝ

 ty i ja; co

ś

, co mnie wezwało nakazuj

ą

posłusze

ń

stwo. Od dnia 

ś

mierci matki byłe

ś

 mi matk

ą

 i ojcem i zapewne kocham ci

ę

 bardziej, 

ni

Ŝ

 zwykły człowiek kocha swego ojca. Lecz miałem widzenie! 

ś

niłem o czasie, gdy na 

Powierzchni znowu zapanuje człowiek i gdy nie b

ę

dzie tam ani jednego szylka. Lecz czas ten 

nigdy nie nadejdzie, póki ludzie b

ę

d

ą

 wierzy

ć

Ŝ

e szylki s

ą

 niepokonane, i dlatego te

Ŝ

 chc

ę

 

dowie

ść

Ŝ

e mo

Ŝ

na zabi

ć

 szylka i 

Ŝ

e mo

Ŝ

e tego dokona

ć

 człowiek!

       Zamilkł i nim ponownie przemówił, drzwi otworzyły si

ę

 i weszli Nikadur z Tepr

ą

. Chłopiec 

był ju

Ŝ

 teraz m

ęŜ

czyzn

ą

, odpowiedzialnym za utrzymanie domu od czasu 

ś

mierci ojca przed 

dwoma laty. Dziewczyna za

ś

 wyrosła na pi

ę

kn

ą

 kobiet

ą

, któr

ą

 Nikadur zamierzał wkrótce 

po

ś

lubi

ć

. Oboje powitali Tumitaka z szacunkiem, a gdy Tepra przemówiła, głos jej był pełen 

czci, jak gdyby zwracała si

ę

 do półboga. Nikadur równie

Ŝ

 patrzył teraz na Tumitaka, jak na 

kogo

ś

 wyrastaj

ą

cego ponad zwykłych 

ś

miertelników. Ci dwoje, poza mo

Ŝ

e Tumlokiem, byli 

jedynymi, którzy brali powa

Ŝ

nie zamysły Tumitaka, i tym samym jedynymi, których mógł zwa

ć

 

swymi przyjaciółmi.
       - Czy opuszczasz nas dzisiaj, Tumitaku? - zapytała Tepra. Tumitak skin

ą

ł głow

ą

.

       - Tak - odrzekł. - Wła

ś

nie dzisiaj. Wyruszam na Powierzchni

ę

. Nim minie miesi

ą

c, albo 

legn

ę

 martwy w jakim

ś

 korytarzu, albo oczy wasze ujrz

ą

 łeb szylka!

       Tepra zadygotała. Obie mo

Ŝ

liwo

ś

ci zdawały si

ę

 jej równie przera

Ŝ

aj

ą

ce. Lecz Nikadur 

my

ś

lał o bli

Ŝ

szych niebezpiecze

ń

stwach w

ę

drówki.

       - Do Nononu nie napotkasz 

Ŝ

adnych kłopotów - powiedział z gł

ę

bokim namysłem - lecz 

czy w drodze na Powierzchni

ę

 nie b

ę

dziesz musiał przej

ść

 przez Jakr

ę

?

       - Tak - odrzekł Tumitak. - Na Powierzchni

ę

 nie ma innej drogi ni

Ŝ

 przez Jakr

ę

. A za Jakr

ą

 

le

Ŝą

 mroczne korytarze, gdzie od setek lat nie postała ludzka noga.

       Nikadur zastanowił si

ę

. Jakra była od ponad wieku siedliskiem wrogów Loru. Poło

Ŝ

ona 

ponad dwadzie

ś

cia mil bli

Ŝ

ej Powierzchni ni

Ŝ

 Lor nieuchronnie musiała mie

ć

 wi

ę

ksz

ą

 

ś

wiadomo

ść

 Strachu. Mieszka

ń

cy Jakry zazdro

ś

cili Lorianom ich wzgl

ę

dnego bezpiecze

ń

stwa 

i stale podejmowali wysiłki zmierzaj

ą

ce do podbicia Loru. Małe miasteczko Nonon, poło

Ŝ

one 

mi

ę

dzy tymi dwoma wi

ę

kszymi o

ś

rodkami, czasem walczyło rami

ę

 w rami

ę

 z Jakranami, 

czasem przeciw nim, w zale

Ŝ

no

ś

ci od interesów wodzów wi

ę

kszych miast. W chwili obecnej, i 

wła

ś

ciwie przez ostatnie dwadzie

ś

cia lat, Nonon był sprzymierzony z Lorem i dlatego te

Ŝ

 

Tumitak nie oczekiwał 

Ŝ

adnych kłopotów po drodze, nim dotrze do Jakry.

       - A mroczne korytarze? - zapytał Nikadur.
       - Poza Jakr

ą

 nie ma ju

Ŝ

 lamp - odrzekł Tumitak. - Ludzie od wieków unikali tamtych 

przej

ść

. S

ą

 one zdecydowanie za blisko Powierzchni, by było w nich bezpiecznie. Jakranie co 

jaki

ś

 czas próbowali je bada

ć

, lecz wyprawy nigdy nie wracały. Tak mi przynajmniej mówili 

mieszka

ń

cy Nononu.

       Tepra miała wła

ś

nie co

ś

 powiedzie

ć

, lecz Tumitak odwrócił si

ą

 i zaj

ą

ł si

ę

 tobołkiem z 

Ŝ

ywno

ś

ci

ą

, któr

ą

 miał zabra

ć

 ze sob

ą

 w podró

Ŝ

. Przerzucił go przez plecy i skierował si

ę

 ku 

drzwiom.
       - No, czas wyrusza

ć

 - rzekł uroczy

ś

cie. - Oczekiwałem tej chwili przez wiele lat. ¯ egnaj, 

ojcze! ¯ egnaj, Tepro! Nikadurze, opiekuj si

ę

 moj

ą

 mał

ą

 przyjaciółk

ą

, a je

ś

li nie wróc

ę

nazwijcie swego pierworodnego moim imieniem.
       Dramatycznym gestem, tak dla niego typowym, odsun

ą

ł zasłon

ę

 u wej

ś

cia i ruszył 

korytarzem. Cała trójka wyszła za nim, wołaj

ą

c i machaj

ą

c do niego, lecz on nie odwrócił si

ę

 

nawet; kroczył przed siebie, a

Ŝ

 znikn

ą

ł w dalekich ciemno

ś

ciach.

       Stali wtedy jeszcze przez chwil

ę

, a potem ze szlochem Tumlok odwrócił si

ę

 i wszedł do 

pomieszczenia.
       - Nigdy nie powróci - mrukn

ą

ł do Nikadura. - To pewne, 

Ŝ

e nigdy nie wróci.

       Nikadur i Tepra nie odpowiedzieli; stali tylko skr

ę

powani, w milczeniu. Nie byli w stanie 

znale

źć

 

Ŝ

adnych słów pocieszenia. Tumlok miał słuszno

ść

 i głupot

ą

 byłoby szukanie słów 

background image

współczucia, które musiałyby zabrzmie

ć

 fałszywie.

       Droga, wiod

ą

ca z Loru do Nononu, pi

ę

ła si

ę

 stopniowo w gór

ę

. Nie była całkowicie 

Tumitakowi obca; dawno temu odwiedził z ojcem to miasteczko, lecz wspomnienie drogi było 
mgliste. Teraz, gdy 

ś

wiatła zaludnionej cz

ęś

ci miasta zostały poza nim, znajdował tu wi

ę

cej 

interesuj

ą

cych go rzeczy. Pojawiały si

ę

 wej

ś

cia do innych korytarzy, które zbudowano celowo, 

aby pogmatwa

ć

 labirynt i utrudni

ć

 stworom z Powierzchni znalezienie wła

ś

ciwej drogi do 

wielkich lochów. Droga niedługo prowadziła szerokim głównym korytarzem. Cz

ę

sto Tumitak 

musiał skr

ę

ca

ć

 w niepozorne odgał

ę

zienia, które nagle rozwidlały si

ę

 przechodz

ą

c w inne, 

wi

ę

ksze.

       Nie nale

Ŝ

y uwa

Ŝ

a

ć

Ŝ

e Tumitak w swym d

ąŜ

eniu do celu łatwo zapomniał o domu. Cz

ę

sto,

gdy mijał jaki

ś

 znajomy widok, co

ś

 go 

ś

ciskało za gardło i był bliski poniechania w

ę

drówki. 

Dwa razy mijał komory produkcji 

Ŝ

ywno

ś

ci, gdzie wiecznie warczały znane mu niepoj

ę

te 

maszyny wytwarzaj

ą

c i własne paliwo ze zwykłej skały, i owe suchary bez smaku, którymi si

ę

 

Ŝ

ywili. Wtedy to jego t

ę

sknota za domem odzywała si

ę

 najsilniej - nieraz widział, jak jego 

ojciec obsługiwał takie maszyny, i to wspomnienie ostro mu u

ś

wiadamiało, co porzucił. Lecz 

podobnie jak wszyscy ludzie natchnieni miał wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e co

ś

 bierze go w swoje władanie i 

popycha naprzód.
       Tumitak skr

ę

cił z ostatniego wielkiego korytarza w kr

ę

te przej

ś

cie o szeroko

ś

ci nie 

wi

ę

kszej ni

Ŝ

 sze

ść

 stóp. Nie było tu 

Ŝ

adnych drzwi, a sam korytarz był znacznie bardziej 

stromy ni

Ŝ

 wszystkie poprzednie, które pokonał. Ci

ą

gn

ą

ł si

ę

 przez kilka mil, by nast

ę

pnie 

przez drzwi niczym nie ró

Ŝ

ni

ą

ce si

ę

 od stu im podobnych otworów, doprowadzi

ć

 do wi

ę

kszego 

przej

ś

cia. Wydawało si

ę

Ŝ

e drzwi te prowadziły do pomieszcze

ń

 mieszkalnych, lecz w tym 

rejonie nie było wida

ć

 

Ŝ

adnych ludzi. Prawdopodobnie z jakiego

ś

 powodu opuszczono ten 

korytarz przed wielu laty.
       Dla Tumitaka jednak nie było w tym nic tajemniczego. Dobrze wiedział, 

Ŝ

e owe otwory 

miały na celu dodatkowe zmylenie tego, kto zechciałby przemierzy

ć

 labirynt korytarzy; ruszył 

wi

ę

c dalej w drog

ę

 nie zwracaj

ą

c najmniejszej uwagi na wiele rozgał

ę

ziaj

ą

cych si

ę

 przej

ść

, a

Ŝ

 

dotarł do pomieszczenia, którego poszukiwał.
       Na pierwszy rzut oka było to zwykłe mieszkanie, lecz gdy Tumitak znalazł si

ę

 wewn

ą

trz, 

zacz

ą

ł dokładnie obmacywa

ć

 

ś

ciany. W k

ą

cie odnalazł to, czego szukał: prowadz

ą

c

ą

 ku górze 

drabin

ę

 z metalowych pr

ę

tów. Pewien siebie rozpocz

ą

ł wspinaczk

ę

 kieruj

ą

c si

ę

 w 

ciemno

ś

ciach niezmiennie ku górze, a w miar

ę

 upływu czasu słaby blask 

ś

wiatła w korytarzu 

pod nim oddalał si

ę

 coraz bardziej.

       Wreszcie dotarł do ko

ń

ca drabiny i znalazł si

ę

 na kraw

ę

dzi szybu, w pokoju podobnym do 

tego, który pozostawił poni

Ŝ

ej. Wyszedł z pomieszczenia na podobny korytarz z drzwiami po 

obu stronach i zwróciwszy si

ę

 w kierunku prowadz

ą

cym ku górze podj

ą

ł w

ę

drówk

ę

. Był ju

Ŝ

 na 

poziomie Nononu. Je

Ŝ

eli si

ę

 po

ś

pieszy, dotrze do miasta przed por

ą

 snu.

       Ruszył po

ś

piesznie w drog

ę

 i wkrótce ujrzał w dali wolno zbli

Ŝ

aj

ą

c

ą

 si

ę

 grup

ę

 ludzi. 

Wycofał si

ę

 do jednego z pomieszcze

ń

 i stamt

ą

d wygl

ą

dał ostro

Ŝ

nie, zanim si

ę

 nie upewnił, 

Ŝ

s

ą

 to Nono

ń

czycy. Czerwona barwa szat, w

ą

skie pasy i szczególny sposób upinania włosów 

przekonały Tumitaka, 

Ŝ

e ma do czynienia z przyjaciółmi, wyszedł wi

ę

c z ukrycia i czekał, a

Ŝ

 

si

ę

 do niego zbli

Ŝą

. Gdy go zobaczyli, m

ęŜ

czyzna id

ą

cy na przedzie, najwidoczniej przywódca, 

pozdrowił go.
       - Czy

Ŝ

 to nie Tumitak z Loru? - zapytał, a gdy Tumitak potwierdził, podj

ą

ł: - Jestem 

Nenapus, wódz ludu Nononu. Twój ojciec powiadomił nas o celu twej w

ę

drówki i prosił, by

ś

my 

ci

ę

 oczekiwali wła

ś

nie o tej porze. Mamy nadziej

ę

Ŝ

e zechcesz sp

ę

dzi

ć

 u nas por

ę

 snu, a je

ś

li 

mo

Ŝ

emy co

ś

 dla ciebie zrobi

ć

, by

ś

 miał podró

Ŝ

 l

Ŝ

ejsz

ą

 lub bezpieczniejsz

ą

, wystarczy, 

Ŝ

powiesz słowo.
       Tumitaka roz

ś

mieszyło nieco to do

ść

 pompatyczne przemówienie wodza najwyra

ź

niej 

przygotowane zawczasu; odpowiedział jednak z powag

ą

Ŝ

e istotnie b

ę

dzie wdzi

ę

czny za 

u

Ŝ

yczenie mu miejsca na nocleg. Nenapus zapewnił go, 

Ŝ

e otrzyma najlepsze komnaty w 

całym mie

ś

cie, i odwróciwszy si

ę

 powiódł Tumitaka w kierunku, sk

ą

d nadszedł ze swoj

ą

 

ś

wit

ą

.

       Przeszli kilka mil opuszczonych korytarzy, nim dotarli do zamieszkałych cz

ęś

ci Nononu. 

Go

ś

cinno

ść

 Nenapusa nie miała granic. Mieszka

ń

cy Nononu zgromadzili si

ę

 na “Wielkim 

Placu", jak nazywano miejsce, w którym zbiegały si

ę

 dwa główne korytarze, za

ś

 Nenapus w 

kwiecistej, płynnej mowie tak typowej dla siebie, opowiedział im o Tumitaku i jego wyprawie. 
Ofiarował tak

Ŝ

e go

ś

ciowi klucze do miasta.

       Po odpowiedzi Tumitaka, w której Lorianin dał upust swej szlachetnej pasji, przygotowano 
bankiet. I cho

ć

 jedyn

ą

 potraw

ą

 były owe suchary bez smaku stanowi

ą

ce podstaw

ę

 wy

Ŝ

ywienia 

mieszka

ń

ców korytarzy, objadano si

ę

 do syta. W ko

ń

cu Tumitak zapadł w sen z uczuciem, 

Ŝ

tu przynajmniej przyszły zabójca szylków znajdzie uznanie. Gdyby stare przysłowie nie le

Ŝ

ało 

przysypane prochem zapomnienia, Tumitak mógłby si

ę

 zaduma

ć

Ŝ

e rzeczywi

ś

cie nikt nie jest 

prorokiem we własnym kraju.

background image

       Po upływie dziesi

ę

ciu godzin wstał i przygotował si

ę

 do po

Ŝ

egnania Nono

ń

czyków. 

Nenapus zaprosił go na rodzinne 

ś

niadanie, na co Lorianin przystał ch

ę

tnie. W czasie posiłku 

dwaj synowie Nenapusa, kilkunastoletni chłopcy, entuzjazmowali si

ę

 zamiarem podj

ę

tym 

przez Tumitaka. Cho

ć

 mo

Ŝ

liwo

ść

 zmierzenia si

ę

 ka

Ŝ

dego innego człowieka z szylkiem 

zdawała si

ę

 im niewiarygodna, Lorianina uwa

Ŝ

ali zapewne za co

ś

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 zwykłego 

ś

miertelnika i zasypywali go dziesi

ą

tkami pyta

ń

 na temat jego planów. Lecz poza 

zapoznaniem si

ę

 z dług

ą

 drog

ą

 na Powierzchni

ę

 plany Tumitaka były niejasne i nie mógł im 

powiedzie

ć

, jak ma zamiar zabi

ć

 szylka.

       Po 

ś

niadaniu ponownie zarzucił tobołek na plecy i ruszył korytarzem. Wódz i jego 

ś

wita 

towarzyszyli mu przez kilka mil. W czasie drogi Tumitak wypytywał Nenapusa dokładnie o stan 
przej

ść

 do Jakry i poza ni

ą

.

       - Droga na tym poziomie jest zupełnie bezpieczna - rzekł Nenapus. - Moi ludzie j

ą

 

patroluj

ą

 i 

Ŝ

aden Jakranin na ni

ą

 nie wejdzie, tak 

Ŝ

eby

ś

my o tym nie wiedzieli, jednak szyb 

prowadz

ą

cy na poziom Jakry zawsze jest przez nich u góry strze

Ŝ

ony i nie mam w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e wydostanie si

ę

 z szybu przyjdzie ci z trudno

ś

ci

ą

.

       Tumitak przyrzekł, 

Ŝ

e zachowa szczególn

ą

 ostro

Ŝ

no

ść

, gdy dojdzie do tego miejsca; 

niedługo potem Nenapus i jego towarzysze po

Ŝ

egnali go i młodzieniec ruszył w dalsz

ą

 drog

ę

.

       Szedł teraz ostro

Ŝ

niej, bo cho

ć

 Nono

ń

czycy patrolowali te korytarze, dobrze wiedział, 

Ŝ

e w 

przeszło

ś

ci wrogowie z łatwo

ś

ci

ą

 obchodzili stra

Ŝ

ników i napadali na te przej

ś

cia. Trzymał si

ę

 

ś

rodka korytarza, z dala od licznych drzwi, z których ka

Ŝ

de mogły kry

ć

 tajemne przej

ś

cie do 

Jakry. Rzadko mijał skrzy

Ŝ

owania dróg nie popatrzywszy uprzednio dokładnie w lewo i prawo.

       Szcz

ęś

liwie jednak Tumitak nie napotkał nikogo w korytarzach i mniej wi

ę

cej w połowie 

dnia dotarł w ko

ń

cu do kolejnego pomieszczenia, gdzie znajdował si

ę

 szyb, podobny do tego, 

który przywiódł go do Nononu.
       Tym razem wspinał si

ę

 po drabinie du

Ŝ

o czujniej ni

Ŝ

 poprzednio, był bowiem zupełnie 

pewien, 

Ŝ

e u jej szczytu znajduje si

ę

 stra

Ŝ

 jakra

ń

ska - a nie chciał, by go zepchni

ę

to z 

powrotem do szybu, gdy dotrze ju

Ŝ

 na gór

ę

. Zbli

Ŝ

aj

ą

c si

ę

 do ko

ń

ca drabiny dobył miecza, lecz 

znów sprzyjało mu szcz

ęś

cie: stra

Ŝ

nika najwidoczniej nie było. Tumitak wypełzł z otworu do 

pomieszczenia i przygotował si

ę

 do wyj

ś

cia na korytarz.

       Przeszedł zaledwie kilka stóp, gdy go szcz

ęś

cie opu

ś

ciło. Upadł gwałtownie na stół, 

którego w ciemno

ś

ciach nie zauwa

Ŝ

ył; powstały w wyniku tego hałas wywołał w korytarzu 

dosłownie ryk. W chwil

ę

 pó

ź

niej wpadł z mieczem w r

ę

ku i rzucił si

ę

 na Tumitaka istny gigant.

       
       
ROZDZIA£ III
      
       ¯ e był to mieszkaniec Jakry, Tumitak wiedziałby, nawet gdyby spotkał go w gł

ę

binach 

Loru. Chocia

Ŝ

 o Jakranach słyszał tylko z opowie

ś

ci starszych, którzy pami

ę

tali czasy wojen z 

Jakranami, od razu poznał, 

Ŝ

e był to wła

ś

nie barbarzy

ń

ca z tamtych historii. O całe cztery cale 

wy

Ŝ

szy od Tumitaka, a tak

Ŝ

e znacznie szerszy w barach, ci

ęŜ

szy, miał obfity szczeciniasty 

zarost, co w zupełno

ś

ci wystarczyło, by pozna

ć

 w nim Jakranina. Jego szata usiana była 

kawałkami ró

Ŝ

nobarwnej ko

ś

ci i metalu, wszytymi w sukno i tworz

ą

cymi prymitywny wzór. Na 

piersi miał naszyjnik z kostek palców nawleczonych na w

ą

ski rzemyk.

       Tumitak w jednej chwili spostrzegł, 

Ŝ

e przeciw temu olbrzymowi ma niewielkie szans

ę

je

ś

li stanie do uczciwej walki, tote

Ŝ

 cho

ć

 dobył miecza i przygotował si

ę

 do obrony, szukał w 

my

ś

lach jakiego

ś

 sposobu pokonania przeciwnika podst

ę

pem. Od razu uznał, 

Ŝ

e najlepiej 

byłoby wtr

ą

ci

ć

 wroga do lochu, lecz było to prawie tak samo niemo

Ŝ

liwe jak pokonanie go w 

walce wr

ę

cz.

       Nim jednak Tumitak zdołał wpa

ść

 na jak

ąś

 przemy

ś

lniejsz

ą

 metod

ę

 pokonania 

przeciwnika, musiał cał

ą

 uwag

ę

 skupi

ć

 na sposobach obrony.

       Jakranin rzucił si

ę

 na niego, wci

ąŜ

 powtarzaj

ą

c swój grzmi

ą

cy okrzyk wojenny, i tylko 

uchylaj

ą

c si

ę

 w por

ę

 Tumitak zdołał unikn

ąć

 pierwszego skierowanego we

ń

 straszliwego 

ciosu. Musiał przykl

ę

kn

ąć

, ale ju

Ŝ

 po chwili stał na nogach - w sam

ą

 por

ę

, by unikn

ąć

 

kolejnego błyskawicznego zamachu miecza. Stoj

ą

c mocno na obu nogach bronił si

ę

 

doskonale i Jakranin musiał cofn

ąć

 si

ę

 o krok czy dwa, by przygotowa

ć

 nast

ę

pny wypad.

       Raz za razem rzucał si

ę

 na Tumitaka; Lorianina ocaliła tylko niezwykła biegło

ść

 w 

fechtunku, jak

ą

 zdobywał latami sposobi

ą

c si

ę

 do walki z szylkiem. Dookoła stołu, to zbli

Ŝ

aj

ą

si

ę

 ku otworowi, to si

ę

 od niego oddalaj

ą

c, potykali si

ę

, a

Ŝ

 w ko

ń

cu nawet stalowe mi

ęś

nie 

Tumitaka poczuły zm

ę

czenie. Tymczasem umysł zacz

ą

ł pracowa

ć

 sprawniej i w ko

ń

cu 

Tumitak wpadł na plan pokonania Jakranina. Pozwolił si

ę

 zepchn

ąć

 stopniowo na skraj otworu 

i nast

ę

pnie, paruj

ą

c jednocze

ś

nie silne pchni

ę

cie, wyrzucił nagle jedn

ą

 r

ę

k

ę

 do góry i krzykn

ą

ł. 

Jakranin, przekonany, 

Ŝ

e trafił przeciwnika, u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 zło

ś

liwie i cofn

ą

ł przed 

ostatecznym natarciem. Mierz

ą

c mieczem w pier

ś

 Tumitaka, rzucił si

ę

 przed siebie - i wtedy 

background image

Lorianin padł przeciwnikowi pod nogi.
       Z piersi potykaj

ą

cego si

ę

 o le

Ŝą

ce ciało olbrzyma wyrwał si

ę

 dziki ryk, nim jednak 

Jakranin odzyskał równowag

ę

, padł ci

ęŜ

ko na sam skraj otworu. Tumitak kopn

ą

ł gwałtownie i 

olbrzym, spazmatycznie chwytaj

ą

c ustami powietrze, wpadł do szybu! Z ciemno

ś

ci w dole 

rozległ si

ę

 chrapliwy ryk i ci

ęŜ

kie uderzenie o ziemi

ę

; potem nastała cisza.

       Przez kilka minut Tumitak dysz

ą

c ci

ęŜ

ko le

Ŝ

ał na skraju otworu. Była to jego pierwsza 

walka, jak

ą

 w ogóle stoczył z człowiekiem, i cho

ć

 odniósł zwyci

ę

stwo, wydawało mu si

ę

Ŝ

tylko cudem nie został pokonany. Co powiedzieliby mieszka

ń

cy Loru i Nononu, zastanawiał 

si

ę

, gdyby usłyszeli, 

Ŝ

e samozwa

ń

czy zabójca szylków mało co nie padł z r

ę

ki pierwszego 

wroga, który go zaatakował - i to nie szylka, lecz człowieka, a co gorsze pogardzanego 
Jakranina? Tumitak le

Ŝ

ał jeszcze przez kilka minut robi

ą

c sobie wymówki, pomy

ś

lał jednak, 

Ŝ

e przecie

Ŝ

 je

ś

li wszyscy jego wrogowie zostan

ą

 pokonani cho

ć

by z tak wielkim trudem, to 

jego zwyci

ę

stwo jest pewne. Podniósł si

ę

 wi

ę

c, zebrał si

ę

 w sobie i wyszedł z pomieszczenia.

       Był ju

Ŝ

 na terenie Jakry i musiał znale

źć

 jaki

ś

 sposób bezpiecznego przej

ś

cia przez 

miasto, by dosta

ć

 si

ę

 do mrocznych korytarzy znajduj

ą

cych si

ę

 za nim. Tylko bowiem przez 

mroczne korytarze mógł przedosta

ć

 si

ę

 na Powierzchni

ę

. Szedł przed siebie ostro

Ŝ

nie, 

rozwa

Ŝ

aj

ą

c jeden za drugim plany, które umo

Ŝ

liwiłyby mu zmylenie Jakran, lecz dopiero gdy w 

zasi

ę

gu jego wzroku pojawiły si

ę

 zamieszkałe mury Jakry, przyszedł mu do głowy pomysł, 

który wydał mu si

ę

 mo

Ŝ

liwy do wykonania. Mieszka

ń

cy lochów bali si

ę

 tylko jednej rzeczy, a 

strach ich był wówczas 

ś

lepy. I wła

ś

nie ten 

ś

lepy strach Tumitak postanowił wykorzysta

ć

.

       Zacz

ą

ł biec. Biegł zrazu powoli, truchtem, lecz gdy zbli

Ŝ

ał si

ę

 do korytarzy zamieszkałych 

przez ludzi, przyspieszył tempa gnaj

ą

c coraz szybciej, a

Ŝ

 wreszcie p

ę

dził przed siebie jak kto

ś

za kim goni

ą

 wszystkie złe duchy z piekła rodem. I takie wła

ś

nie wra

Ŝ

enie chciał sprawi

ć

.

       W pewnym momencie ujrzał zbli

Ŝ

aj

ą

c

ą

 si

ę

 grup

ę

 Jakran. Spostrzegli go w tej samej 

chwili, i pu

ś

cili si

ę

 ku niemu biegiem poznawszy od razu, 

Ŝ

e nie jest Jakraninem. Zamiast 

stara

ć

 si

ę

 uskoczy

ć

, Tumitak run

ą

ł prosto mi

ę

dzy nich wrzeszcz

ą

c co siły w płucach.

       - Szylki! - krzyczał, jakby zdj

ę

ty najwy

Ŝ

szym przera

Ŝ

eniem. - Szylki!

       Wojownicze nastawienie Jakran zmieniło si

ę

 od razu w przera

Ŝ

enie. Nie odezwawszy si

ę

 

słowem do Tumitaka, nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 nawet za siebie, odwrócili si

ę

 i gdy przemkn

ą

ł koło, 

nich, po

ś

pieszyli w popłochu za nim. Gdyby to byli mieszka

ń

cy Loru, przystan

ę

liby zapewne 

na chwil

ę

 i zbadali spraw

ę

 albo przynajmniej zatrzymali Tumitaka, by uzyska

ć

 informacje. Ale 

to byli Jakranie. Ich miasto było o wiele mil bli

Ŝ

ej Powierzchni ni

Ŝ

 Lor i wielu spo

ś

ród starszych 

mieszka

ń

ców pami

ę

tało jeszcze, jak to w czasie jednej ze swych rzadkich wypraw łowieckich 

szylki napadły na ich korytarze pozostawiaj

ą

c za sob

ą

 

ś

mier

ć

 i zniszczenie. Trwoga wi

ę

stanowiła 

Ŝ

ywsze wspomnienie dla Jakry ni

Ŝ

 dla Loru, gdzie była ona niewiele wi

ę

cej ni

Ŝ

 

straszn

ą

 legend

ą

 z przeszło

ś

ci.

       I tak, słowem nawet nie zagadn

ą

wszy Tumitaka, Jakranie uciekali za nim długim 

korytarzem poprzez rozgał

ę

ziaj

ą

ce si

ę

 przej

ś

cia i przez drzwi, które wygl

ą

dały na wej

ś

cia do 

pomieszcze

ń

 mieszkalnych, lecz w istocie prowadziły do głównego korytarza. Kilka razy min

ę

li 

innych ludzi lub całe grupy, lecz ci zawsze na złowrogi okrzyk “szylki!" porzucali swoje zaj

ę

cia i 

ruszali za przera

Ŝ

onym tłumem. Wielu rzucało si

ę

 w boczne korytarze gwarantuj

ą

ce, jak im 

si

ę

 zdawało, wi

ę

ksze bezpiecze

ń

stwo, lecz wi

ę

kszo

ść

 w dalszym ci

ą

gu parła do serca miasta, 

czyli w kierunku, w którym biegł Tumitak.
       Lorianin nie znajdował si

ę

 ju

Ŝ

 jednak na czele, bowiem min

ę

ło go kilku 

ś

miglejszyeh 

Jakran, których uskrzydlał strach. W ten sposób tłum powi

ę

kszał si

ę

 coraz bardziej, w miar

ę

 

jak ludzie zbli

Ŝ

ali si

ę

 do 

ś

rodka miasta, a

Ŝ

 w ko

ń

cu cały korytarz wypełnił si

ę

 wrzeszcz

ą

c

ą

przera

Ŝ

on

ą

 mas

ą

 ludzk

ą

, w której Tumitak całkowicie si

ę

 zagubił.

       Zbli

Ŝ

yli si

ę

 do szerokiego korytarza głównego, gdzie znale

ź

li olbrzymi

ą

 rzesz

ę

, która 

napłyn

ę

ła tam ze wszystkich korytarzy bocznych. Tumitak nie był w stanie stwierdzi

ć

, czy to 

wie

ść

 rozeszła si

ę

 tak szybko, w ka

Ŝ

dym razie ju

Ŝ

 całe miasto zdawało sobie spraw

ę

 z 

rzekomego niebezpiecze

ń

stwa. Przypominało to owczy p

ę

d - wszyscy przepełnieni tym 

samym d

ąŜ

eniem parli do 

ś

rodka miasta, który w ich poj

ę

ciu gwarantował najwi

ę

ksze 

bezpiecze

ń

stwo.

       Lecz teraz ten szale

ń

czy zam

ę

t zwiastował pora

Ŝ

k

ę

 planu Tumitaka, który zakładał 

wykorzystanie zamieszania do bezpiecznego przedarcia si

ę

 przez miasto. I rzeczywi

ś

cie, 

przez nikogo nie rozpoznany dostał si

ę

 prawie do 

ś

rodka miasta. Lecz tłum był tak g

ę

sty, 

Ŝ

dotarcie do korytarzy wydawało si

ę

 coraz bardziej w

ą

tpliwe. Ale mimo pozornie beznadziejnej 

sytuacji Tumitak walczył z oszalał

ą

 tłuszcz

ą

Ŝ

ywi

ą

c wbrew rozs

ą

dkowi nadziej

ę

Ŝ

e uda mu 

si

ę

 znale

źć

 wzgl

ę

dnie lu

ź

ny korytarz poza centrum miasta, nim panika opadnie do tego 

stopnia, 

Ŝ

e ludzie zaczn

ą

 nieuchronnie poszukiwa

ć

 tego, kto spowodował popłoch.

       Tłum, którego przera

Ŝ

enie zwi

ę

kszał jeszcze osobliwy zmysł telepatyczny wyst

ę

puj

ą

cy we 

wszystkich wi

ę

kszych skupiskach ludzkich, stawał si

ę

 coraz gro

ź

niejszy. M

ęŜ

czy

ź

ni sił

ą

 pi

ęś

ci 

torowali sobie drog

ę

, porzucaj

ą

c słabszych; tu i tam dawały si

ę

 słysze

ć

 okrzyki oburzenia. 

background image

Tumitak zobaczył, jak kto

ś

 potkn

ą

ł si

ę

 i upadł; po chwili doszedł go krzyk tratowanego przez 

tych, co napierali z tyłu. Ledwie krzyk ucichł, gdy rozległ si

ę

 nast

ę

pny, podobny, z 

przeciwległego ko

ń

ca przej

ś

cia.

       Lorianin, niesiony jak li

ść

 nurtem wrzeszcz

ą

cych i wymachuj

ą

cych r

ę

kami Jakran, dotarł 

wreszcie do centrum miasta. Raz po raz chwiał si

ę

 na nogach i cudem tylko odzyskiwał 

równowag

ę

. Dostał si

ę

 do wielkiego placu, który znaczył punkt przeci

ę

cia dwóch głównych 

korytarzy; wtem potkn

ą

ł si

ę

 o le

Ŝą

cego Jakranina i prawie upadł. Miał ju

Ŝ

 przej

ść

 nad le

Ŝą

cym 

ciałem, gdy si

ę

 zatrzymał. U jego stóp le

Ŝ

ała kobieta z dzieckiem w ramionach!

       Kobieta ton

ę

ła we łzach i krwawiła, odzie

Ŝ

 miała pddart

ą

 w wielu miejscach, lecz wci

ąŜ

 

jeszcze dzielnie usiłowała chroni

ć

 dziecko przed stratowaniem. Tumitak pochylił si

ę

 nad ni

ą

by pomóc jej wsta

ć

, lecz nim zdołał to zrobi

ć

, rzeka ludzi poniosła go tak daleko, 

Ŝ

e kobieta 

znalazła si

ę

 prawie poza jego zasi

ę

giem. Ogarn

ę

ła go nagła w

ś

ciekło

ść

 - rzucił si

ę

 gniewnie 

przed siebie wymierzaj

ą

c cios za ciosem w twarze nacieraj

ą

cych ludzi, którzy za cen

ę

 

własnego bezpiecze

ń

stwa chcieli zniszczy

ć

 ludzkie istnienie. Jakranie ust

ą

pili pod ciosami 

Tumitaka i kiedy zrobił si

ę

 wokół niego luz, Lorianin schylił si

ę

 i podniósł kobiet

ę

 z ziemi.

       Nie straciła przytomno

ś

ci, o czym 

ś

wiadczył słaby u

ś

miech, i cho

ć

 Tumitak wiedział, 

Ŝ

nale

Ŝ

ała do wrogiego plemienia, odczuł przelotny 

Ŝ

al, 

Ŝ

e jego podst

ę

p maj

ą

cy na celu 

wystraszenie Jakran zako

ń

czył si

ę

 takim powodzeniem. Kobieta próbowała co

ś

 powiedzie

ć

lecz okrzyki były tak gło

ś

ne, 

Ŝ

e nie mógł nic zrozumie

ć

, nachylił wi

ę

c ku niej głow

ę

Ŝ

eby 

usłysze

ć

 jej słowa.

       - Drzwi po drugiej stronie przej

ś

cia! - krzykn

ę

ła mu do ucha. - Spróbuj przedosta

ć

 si

ę

 

przez tłum do trzecich drzwi po drugiej stronie przej

ś

cia! Tam jest bezpiecznie!

       Tumitak wzi

ą

ł j

ą

 przed siebie i natarł w

ś

ciekle na tłum wal

ą

c pi

ęś

ciami dokoła, gdy 

posuwali si

ę

 naprzód. Opieraj

ą

c si

ę

 dzielnie nie dał si

ę

 ponie

ść

 na centralny plac i w ko

ń

cu 

dotarł do drzwi. Znale

ź

li si

ę

 w 

ś

rodku - Tumitak wydał gł

ę

bokie westchnienie ulgi, gdy 

stwierdził, 

Ŝ

e zostawili tłum poza sob

ą

. Stał przez chwil

ę

 w drzwiach, by upewni

ć

 si

ę

Ŝ

e nikt 

za nimi nie idzie, po czym zwrócił si

ę

 do kobiety z dzieckiem.

       Oderwała kawałek r

ę

kawa swej podartej sukni i wycieraj

ą

c łzy i krew posłała mu 

nie

ś

miały u

ś

miech. Tumitaka zadziwiła łagodno

ść

 i szlachetno

ść

 tej kobiety z dzikiego 

plemienia Jakran. Wpojono w niego jeszcze w dzieci

ń

stwie, 

Ŝ

e Jakranie to obca rasa, 

przywodz

ą

ca skojarzenia z duchami i czarownicami; a przecie

Ŝ

 ta oto kobieta mogła by

ć

 cór

ą

 

najlepszych rodów Loru. Tumitak miał si

ę

 dopiero nauczy

ć

Ŝ

e niezale

Ŝ

nie od epoki i kraju 

mo

Ŝ

na znale

źć

 zarówno barbarzy

ń

stwo, jak i szlachetno

ść

, gdy si

ę

 jej szuka.

       Przez cały ten czas dziecko, najwidoczniej zbyt przera

Ŝ

one, by płaka

ć

, odezwało si

ę

 teraz 

dono

ś

nym krzykiem. Przez chwil

ę

 matka usiłowała uciszy

ć

 je nuceniem i szeptem, lecz w 

ko

ń

cu u

Ŝ

yła odwiecznego i niezawodnego 

ś

rodka i gdy dziecko uspokoiło si

ę

 i zacz

ę

ło ssa

ć

gestem wskazała Tumitakowi, by szedł za ni

ą

. Skierowała si

ę

 ku drzwiom po drugiej stronie 

pokoju i przeszła na tył mieszkania. Nie było jej przez chwil

ę

, potem za

ś

 przywołała go do 

siebie. Tumitak zacz

ą

ł si

ę

 domy

ś

la

ć

, o co jej chodzi. I rzeczywi

ś

cie, w nast

ę

pnym pokoju 

kobieta wskazała sufit, w którym znajdował si

ę

 okr

ą

gły otwór szybu prowadz

ą

cego prosto

       w gór

ę

.

       - Oto wej

ś

cie do starego korytarza, który zna nie wi

ę

cej ni

Ŝ

 dwadzie

ś

cia osób w całej 

Jakrze - powiedziała. - Prowadzi on na drug

ą

 stron

ę

 placu i do górnej cz

ęś

ci miasta. Mo

Ŝ

na 

si

ę

 tam kry

ć

 przez wiele dni i szylki nawet nie b

ę

d

ą

 wiedziały o naszym istnieniu. Tu jest 

bezpiecznie.
       Tumitak skin

ą

ł głow

ą

 i zacz

ą

ł wspina

ć

 si

ę

 po drabinie. Zatrzymał si

ę

 tylko na chwil

ę

, by 

upewni

ć

 si

ę

Ŝ

e kobieta za nim idzie. Drabina si

ę

gała nie wi

ę

cej ni

Ŝ

 trzydzie

ś

ci stóp w gór

ę

znale

ź

li si

ę

 nast

ę

pnie w ciemno

ś

ciach korytarza, którego najwyra

ź

niej nie u

Ŝ

ywano od 

wieków. Panował tu taki mrok, 

Ŝ

e gdy oddalili si

ę

 od wylotu szybu, nie było wida

ć

 nawet 

najmniejszego przebłysku 

ś

wiatła. Kobieta niew

ą

tpliwie miała słuszno

ść

 - nawet mapy 

Tumitaka nie wspominały o tym przej

ś

ciu.

       A mimo to czuła si

ę

 tu pewnie. Rzuciwszy słowo do Tumitaka zacz

ę

ła r

ę

kami wymacywa

ć

 

drog

ę

 wzdłu

Ŝ

 

ś

ciany, zatrzymuj

ą

c si

ę

 tylko od czasu do czasu, by co

ś

 szepn

ąć

 dziecku. 

Tumitak ruszył za ni

ą

 trzymaj

ą

c dło

ń

 na jej ramieniu, i tak doszli w ko

ń

cu do miejsca, gdzie 

blado płon

ę

ła pojedyncza lampa. Tu kobieta zatrzymała si

ę

, by odpocz

ąć

. Si

ę

gn

ę

ła do 

kieszeni, sk

ą

d wydobyła grub

ą

 igł

ę

 i ni

ć

 i zacz

ę

ła reperowa

ć

 podart

ą

 odzie

Ŝ

.

       - Czy

Ŝ

 to nie straszne? - szepn

ę

ła 

ś

ciszonym głosem, jak gdyby obawiała si

ę

Ŝ

e nawet tu 

szylki mog

ą

 j

ą

 usłysze

ć

. - I có

Ŝ

 mogło je skłoni

ć

 do podj

ę

cia łowów na nowo?

       Tumitak nie odpowiedział, a ona po chwili mówiła dalej:
       - Mój dziadek zgin

ą

ł podczas napadu szylków. To było chyba ze czterdzie

ś

ci lat temu. A 

teraz znowu na nas napadły! Mój biedny m

ąŜ

! Rozdzielono nas prawie natychmiast, jak tylko 

opu

ś

cili

ś

my mieszkanie. Och! Mam nadziej

ę

Ŝ

e dotarł do jakiego

ś

 bezpiecznego miejsca. On 

nie zna tego korytarza. - Popatrzyła na Tumitaka, oczekuj

ą

c pociechy. - Czy my

ś

lisz, 

Ŝ

background image

wyjdzie z tego cało?
       Tumitak u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.

       - Czy uwierzysz mi, je

ś

li ci powiem, 

Ŝ

e z pewno

ś

ci

ą

 jest bezpieczny od szylków? - zapytał. 

- Mog

ę

 ci

ę

 zapewni

ć

Ŝ

e nie zginie z ich r

ą

k podczas tego napadu.

       - Wierz

ę

Ŝ

e masz racj

ę

 - zacz

ę

ła, a nast

ę

pnie, jakby go dopiero teraz zauwa

Ŝ

yła, 

sko

ń

czyła nagle: - Ty nie jeste

ś

 z Jakry! - A potem ju

Ŝ

 zupełnie zdecydowanie i surowo 

dodała: - Ty jeste

ś

 z Loru!

       Tumitak zdał sobie spraw

ę

Ŝ

e kobieta w ko

ń

cu zwróciła uwag

ę

 na jego loria

ń

sk

ą

 odzie

Ŝ

wi

ę

c nie próbował kłama

ć

.

       - Tak - odrzekł - jestem z Loru.
       Podniosła si

ę

 zmieszana, przyciskaj

ą

c mocniej dziecko do piersi, jakby chciała je ustrzec 

przed tym potworem z dolnych korytarzy.
       - Co robisz w tych przej

ś

ciach? - zapytała z trwog

ą

. - Czy to ty sprowadziłe

ś

 na nas t

ę

 

napa

ść

? Gdyby to było w ogóle mo

Ŝ

liwe, s

ą

dziłabym, 

Ŝ

e mieszka

ń

cy Loru sprzymierzyli si

ę

 z 

szylkami. Z pewno

ś

ci

ą

 to pierwsza w dziejach napa

ść

 szylków od strony dolnego kra

ń

ca 

miasta.
       Tumitak zastanowił si

ę

 przez chwil

ę

. Nie widział powodu, by nie wyjawi

ć

 kobiecie całej 

prawdy. Nic by jej to nie zaszkodziło, a przynajmniej uspokoiłby j

ą

 co do losów m

ęŜ

a.

       - I zapewne równie

Ŝ

 ostatnia - powiedział, a nast

ę

pnie w kilku słowach wyjawił jej swój 

podst

ę

p i jego przera

Ŝ

aj

ą

ce powodzenie.

       - Ale czemu chcesz przej

ść

 przez Jakr

ę

? - zapytała z niedowierzaniem. - Czy zmierzasz 

ku mrocznym korytarzom? Kto b

ę

d

ą

cy przy zdrowych zmysłach zechce je bada

ć

?

       - Nie mam zamiaru bada

ć

 mrocznych korytarzy - odpowiedział Lorianin. - Mój cel le

Ŝ

jeszcze dalej!
       - Za mrocznymi korytarzami?
       - Tak - rzekł Tumitak i uniósł si

ę

 z ziemi. Jak zawsze, gdy mówił o swej misji, stawał si

ę

 

na chwil

ę

 marzycielem i fanatykiem.

       - Jam jest Tumitak - powiedział. - Jam jest zabójca szylka. Chcesz wiedzie

ć

, czemu 

zmierzam poza mroczne korytarze? Poniewa

Ŝ

 id

ę

 na Powierzchni

ę

. Na Powierzchni bowiem 

jest szylk, którego - cho

ć

 jeszcze o tym nie wie - czeka z mojej r

ę

ki zagłada. Mam zamiar 

zabi

ć

 szylka!

       Kobieta patrzyła na niego zmieszana. Była teraz ju

Ŝ

 zupełnie pewna, 

Ŝ

e stoi oko w oko z 

szale

ń

cem. Nikomu innemu nie przyszedłby do głowy tak niewiarygodny pomysł. Przytuliła 

mocniej dziecko i odsun

ę

ła si

ę

 od Tumitaka.

       Tumitak natychmiast zauwa

Ŝ

ył zmian

ę

 w jej nastawieniu. Ju

Ŝ

 wiele razy w przeszło

ś

ci 

ludzie odsuwali si

ę

 od niego, gdy mówił o swej misji, zupełnie wi

ę

c nie zra

Ŝ

ony jej 

zachowaniem zacz

ą

ł wyja

ś

nia

ć

, dlaczego uwa

Ŝ

a, 

Ŝ

e człowiek raz jeszcze powinien zmierzy

ć

 

si

ę

 w walce z władcami Powierzchni.

       Kobieta słuchała przez chwil

ę

 i Tumitak spostrzegł, 

Ŝ

e w miar

ę

 jak coraz 

ś

mielej rozwija 

temat, stopniowo zyskuje jej wiar

ę

. Powiedział jej o ksi

ę

dze, któr

ą

 znalazł, i jak zawa

Ŝ

yła ona 

na jego 

Ŝ

yciu. Wspomniał o trzech osobliwych darach ojca i o tym, w jaki sposób maj

ą

 mu si

ę

 

one przyda

ć

 w jego podró

Ŝ

y. I w ko

ń

cu ujrzał w jej oczach ten sam wyraz, jaki cz

ę

sto widywał 

w oczach Tepry: wiedział, 

Ŝ

e mu uwierzyła.

       Jednak my

ś

li kobiety były zupełnie inne, ni

Ŝ

 sobie wyobra

Ŝ

ał. Słuchała go, oczywi

ś

cie, ale 

jednocze

ś

nie my

ś

lała o tym, z jak

ą

 w

ś

ciekło

ś

ci

ą

 zaatakował zdj

ę

ty panik

ą

 tłum, który o mało 

jej nie stratował. Przygl

ą

dała si

ę

 jego prostej, pi

ę

knej sylwetce, gładko wygolonej twarzy i 

bystrym oczom - i porównywała go z m

ęŜ

czyznami z Jakry. Gdy mu w ko

ń

cu uwierzyła, to 

wcale nie z powodu jego daru wymowy; po prostu uległa odwiecznemu urokowi płci 
odmiennej.
       - To dobrze, 

Ŝ

e mnie ocaliłe

ś

 - powiedziała wreszcie, gdy Tumitak przerwał opowie

ść

. - 

To prawie niemo

Ŝ

liwe, by

ś

 przedostał si

ę

 przez korytarze na dole. Tu na górze mo

Ŝ

esz 

przej

ść

 przez Jakr

ę

 swobodnie i opu

ś

ci

ć

 ten korytarz, kiedy tylko zechcesz. Poka

Ŝę

 ci teraz 

drog

ę

 do górnego kra

ń

ca miasta.

       Podniosła si

ę

.

       - Chod

ź

, poprowadz

ę

 ci

ę

. Jeste

ś

 Lorianinem i moim wrogiem, lecz ocaliłe

ś

 mi 

Ŝ

ycie, a 

kto

ś

, kto zamierza zabi

ć

 szylka, jest z pewno

ś

ci

ą

 prawdziwym przyjacielem całego rodzaju 

ludzkiego.
       Wzi

ę

ła go za r

ę

k

ę

, cho

ć

 to nie było konieczne, i poprowadziła w ciemno

ś

ci. Minuty mijały 

im w milczeniu.
       - Tu si

ę

 korytarz ko

ń

czy - szepn

ę

ła i zatrzymała si

ę

. Weszła przez drzwi, a Tumitak id

ą

za ni

ą

 dojrzał słabe 

ś

wiatło s

ą

cz

ą

ce si

ę

 szybem z korytarza w dole.

       Zsun

ą

ł si

ę

 po drabince, któr

ą

 dojrzał w ciemno

ś

ci, i po chwili był ju

Ŝ

 w dolnym korytarzu. 

Kobieta pod

ąŜ

yła za nim, a gdy si

ę

 zrównali, pokazała w gł

ą

b korytarza.

background image

       - Je

ś

li naprawd

ę

 idziesz na Powierzchni

ę

, twoja droga prowadzi w tamtym kierunku - 

powiedziała. - Musimy si

ę

 tu rozsta

ć

. Moja droga wiedzie z powrotem do miasta. Szkoda, 

Ŝ

nie poznali

ś

my si

ę

 bli

Ŝ

ej, Lorianinie. - Przerwała, lecz ju

Ŝ

 na odchodnym wykrzykn

ę

ła: - Id

ź

 na 

Powierzchni

ę

, dziwny w

ę

drowcze, a je

ś

li twe zamiary si

ę

 powiod

ą

, nie obawiaj si

ę

 wraca

ć

 

przez Jakr

ę

! Całe miasto b

ę

dzie ci wtedy oddawa

ć

 cze

ść

.

       Jak gdyby boj

ą

c si

ę

 powiedzie

ć

 wi

ę

cej, po

ś

pieszyła w gł

ą

b przej

ś

cia. Tumitak patrzył na 

ni

ą

 przez chwil

ę

, a nast

ę

pnie wzruszywszy ramionami odwrócił si

ę

 i poszedł w przeciwnym 

kierunku.
       Oczekiwał, 

Ŝ

e dotrze do mrocznych korytarzy wkrótce po opuszczeniu Jakry, lecz cho

ć

 

mapy powiedziały mu wiele o drodze, któr

ą

 nale

Ŝ

ało obra

ć

, nie wspominały o stanie, w jakim 

znajdowały si

ę

 poszczególne korytarze. Szybko stało si

ę

 oczywiste, 

Ŝ

e tego dnia nie dotrze do 

mrocznych korytarzy. Zm

ę

czenie przemogło i wszedłszy do jednego z pustych pomieszcze

ń

 

mieszkalnych le

Ŝą

cych po obu stronach przej

ś

cia rzucił si

ę

 na podłog

ę

 i po chwili spał ju

Ŝ

 

twardo.
       
       
ROZDZIA£ IV
      
       Po kilku godzinach nagle si

ę

 przebudził. Rozgl

ą

dał si

ę

 czas jaki

ś

 nieprzytomnie, lecz 

zaraz odzyskał zwykł

ą

 czujno

ść

. Z korytarza przylegaj

ą

cego do pomieszczenia doszedł go 

cichy szelest. Wstrzymuj

ą

c oddech podniósł si

ę

 i podszedłszy na palcach do drzwi wyjrzał 

ostro

Ŝ

nie na zewn

ą

trz. Korytarz był pusty, ale Tumitak bez w

ą

tpienia usłyszał odgłos cichych 

kroków.
       Wrócił do pokoju, wzi

ą

ł tobołek i zarzucił na plecy. Nast

ę

pnie raz jeszcze dokładnie 

obejrzawszy pusty korytarz wyszedł na zewn

ą

trz i przygotował si

ę

 do podj

ę

cia w

ę

drówki.

       Wcze

ś

niej jednak dobył miecza i dokładnie przejrzał wn

ę

trza s

ą

siednich pomieszcze

ń

. Ze 

zdziwieniem stwierdził, 

Ŝ

e wszystkie s

ą

 puste. Był zupełnie pewien, 

Ŝ

e słyszał jaki

ś

 hałas, 

Ŝ

kto

ś

 go z bli

Ŝ

ej nie okre

ś

lonego miejsca obserwował. W ko

ń

cu jednak musiał przyzna

ć

Ŝ

je

ś

li nie mylił si

ę

 co do istnienia obserwatorów, to byli oni sprytniejsi od niego. Trzymaj

ą

c si

ę

 

wi

ę

ś

rodka korytarza, podj

ą

ł w

ę

drówk

ę

 na nowo.

       Przez wiele godzin utrzymywał stały, monotonny rytm marszu. Droga prowadziła pod 
gór

ę

, korytarz był szeroki, a ku zdziwieniu Tumitaka 

ś

wiatła nie gasły. Prawie nie pami

ę

tał ju

Ŝ

 

przyczyny nagłego przebudzenia si

ę

, gdy po przej

ś

ciu o

ś

miu czy dziewi

ę

ciu mil usłyszał nagle 

kolejny szelest, zupełnie podobny do pierwszego. Szelest dochodził z jednego z pomieszcze

ń

 

po lewej stronie i ledwie Tumitak go usłyszał, rzucił si

ę

 jak błyskawica do wła

ś

ciwych drzwi 

dobywaj

ą

c miecza. Wpadł do pomieszczenia, przemkn

ą

ł przez frontowe do tylnego i stan

ą

ł w 

osłupieniu patrz

ą

c dokoła na gołe brunatne 

ś

ciany. I tu, jak w pomieszczeniach, które ogl

ą

dał 

rankiem, było zupełnie pusto. Nie dostrzegł 

Ŝ

adnej drabiny prowadz

ą

cej w gór

ę

, po której 

tajemnicza istota mogła umkn

ąć

; nie było wła

ś

ciwie 

Ŝ

adnej mo

Ŝ

liwo

ś

ci uj

ś

cia wrogowi, w 

ko

ń

cu jednak Tumitak musiał ruszy

ć

 w dalsz

ą

 drog

ę

.

       Lecz poruszał si

ę

 ju

Ŝ

 uwa

Ŝ

niej. Był tak ostro

Ŝ

ny jak przed wej

ś

ciem do Jakry, a wła

ś

ciwie 

nawet bardziej, wtedy bowiem wiedział, czego oczekiwa

ć

; tym razem stan

ą

ł w obliczu 

nieznanego.
       W miar

ę

 jak mijały godziny, Tumitak coraz bardziej upewniał si

ę

Ŝ

e jest 

ś

ledzony. Co 

chwila słyszał słaby szelest dochodz

ą

cy to z ciemnego wn

ę

trza mieszkania, to z gł

ą

bi 

ź

le 

o

ś

wietlonego bocznego korytarza. Raz był pewien, 

Ŝ

e usłyszał ten odgłos daleko przed sob

ą

w przej

ś

ciu, którym szedł. Nigdy jednak, nawet przez mgnienie oka, nie widział istot, które 

wydawały ten d

ź

wi

ę

k.

       W ko

ń

cu doszedł do tej cz

ęś

ci korytarzy, gdzie 

ś

wiatła zacz

ę

ły przygasa

ć

. Zrazu tylko 

niektóre były ciemniejsze, dziwnie niebieskawe, jednak

Ŝ

e wkrótce niebieskie zacz

ę

ły 

przewa

Ŝ

a

ć

, a wiele lamp nie 

ś

wieciło w ogóle. Tumitak szedł przed siebie w g

ę

stniej

ą

cych 

ciemno

ś

ciach i po chwili zdał sobie spraw

ę

Ŝ

e w ko

ń

cu zbli

Ŝ

a si

ę

 do legendarnych mrocznych 

korytarzy.
       Tumitak był produktem wielu pokole

ń

 ludzi, którzy umykali przed najl

Ŝ

ejszym 

podejrzanym d

ź

wi

ę

kiem. Od setek lat, od dnia Inwazji, ka

Ŝ

dy dziwny odgłos oznaczał szylka 

poluj

ą

cego na ludzi, a tym samym 

ś

mier

ć

, pewn

ą

, nagł

ą

 i niew

ą

tpliw

ą

. Ludzie stali si

ę

 wi

ę

ras

ą

 istot skradaj

ą

cych si

ę

 i boja

ź

liwych, umykaj

ą

cych przed najmniejszymi oznakami 

niebezpiecze

ń

stwa.

       W gł

ę

boko poło

Ŝ

onym Lorze człowiek stworzył jednak lochy tak długie i zawiłe, 

Ŝ

e od 

wielu ju

Ŝ

 lat nie widziano tam szylka. Mieszka

ń

cy Loru powoli nabierali odwagi, a

Ŝ

 wreszcie 

znalazł si

ę

 w

ś

ród nich wizjoner, który odwa

Ŝ

ył si

ę

 marzy

ć

 o zabiciu szylka.

       Cho

ć

 jednak Tumitak był o wiele 

ś

mielszy ni

Ŝ

 ktokolwiek inny z jego pokolenia, to jednak 

nie nale

Ŝ

y przypuszcza

ć

Ŝ

e całkowicie przezwyci

ęŜ

ył ludzk

ą

 spu

ś

cizn

ę

 wieków. Nawet teraz, 

background image

gdy tak stanowczo maszerował nie ko

ń

cz

ą

cym si

ę

 korytarzem, serce biło mu mocno i niewiele 

brakowało, by z trwog

ą

 wrócił tam, sk

ą

d przyszedł.

       Jednak najwidoczniej ci, co szli za nim, woleli nie rozbudza

ć

 nadmiernie jego obaw. W 

miar

ę

 jak korytarze ciemniały, odgłosy cichły i w ko

ń

cu Tumitak uznał, 

Ŝ

e został zupełnie sam. 

To co

ś

, co za nim szło, jego zdaniem zawróciło lub weszło w jakie

ś

 boczne przej

ś

cie. Przez 

ponad godzin

ę

 wyt

ęŜ

ał słuch usiłuj

ą

c ponownie złowi

ć

 słabe szmery, lecz odpowiadała mu 

jedynie cisza; stopniowo wi

ę

c tracił czujno

ść

 i coraz 

ś

mielej zmierzał w gł

ą

b korytarza.

       Z korytarza wiecznego półmroku przeszedł do innego, gdzie panowała wieczna ciemno

ść

Tutaj 

ś

wiatła, je

ś

li w ogóle kiedykolwiek były, dawno ju

Ŝ

 pogasły i przez jaki

ś

 czas Tumitak 

wyczuwał drog

ę

 polegaj

ą

c jedynie na zmy

ś

le dotyku.

       A w korytarzu za nim kilka ciemnych, smukłych postaci równie

Ŝ

 przeszło z półmroku do 

ciemno

ś

ci, w ciszy pod

ąŜ

aj

ą

c za nim.

       Gdyby kto

ś

 ujrzał wtedy te istoty, zdziwiłby si

ę

 ich wygl

ą

dem: były szczupłe, nieomal 

wychudzone, o dziwnej ziemistej cerze, w ich wygl

ą

dzie najbardziej jednak zdumiewaj

ą

ca była 

głowa owini

ę

ta wieloma warstwami materiału całkowicie zakrywaj

ą

cego oczy, tak 

Ŝ

e nie 

dochodził do nich najmniejszy promyk 

ś

wiatła.

       Byli to bowiem dzicy z mrocznych korytarzy, ludzie urodzeni i wychowani w przej

ś

ciach 

spowitych wieczn

ą

 noc

ą

, i oczy mieli tak wra

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e najbledszy blask 

ś

wiatła sprawiał im 

niezno

ś

ny ból. Cały dzie

ń

 

ś

ledzili Tumitaka i cały ten dzie

ń

 oczy ich osłoni

ę

te były banda

Ŝ

ami, 

sami za

ś

 poruszali si

ę

 tylko przy pomocy zdumiewaj

ą

co wyostrzonych zmysłów słuchu i 

dotyku. Kiedy jednak znale

ź

li si

ę

 z powrotem w korytarzach, które stanowiły ich 

Ŝ

ywioł, uwolnili 

si

ę

 z kr

ę

puj

ą

cych zawojów i zacz

ę

li stopniowo przybli

Ŝ

a

ć

 si

ę

 do tego, który miał pa

ść

 ich 

ofiar

ą

.

       Pierwsz

ą

 oznak

ą

 ich obecno

ś

ci, jakiej do

ś

wiadczył Tumitak po wej

ś

ciu do 

ś

wiata mroku, 

był nagły ruch za jego plecami. Obrócił si

ę

 gwałtownie, dobył miecza i zadał natychmiastowy 

cios. Miecz przeci

ą

ł powietrze, a z ciemno

ś

ci dobiegł go ironiczny 

ś

miech, po którym nastała 

cisza. Tumitak zadał kolejne w

ś

ciekłe pchni

ę

cie i znów miecz napotkał tylko opór powietrza, 

za

ś

 z tyłu dobiegł go inny szelest.

       Odwrócił si

ę

, bo poj

ą

ł, 

Ŝ

e został okr

ąŜ

ony. Wywijaj

ą

c zawzi

ę

cie mieczem wycofał si

ę

 pod 

ś

cian

ę

, by nie odda

ć

 tanio 

Ŝ

ycia. Poczuł, jak ostrze miecza uderzyło w co

ś

, co ust

ą

piło pod 

ciosem, i usłyszał okrzyk bólu, nast

ę

pnie w korytarzu zapanowała nagła cisza. Lorianin nie dał 

si

ę

 jednak podej

ść

 i nie zaprzestał w

ś

ciekłego wywijania mieczem. Po chwili znowu usłyszał 

j

ę

k bólu, gdy jego cios dosi

ę

gn

ą

ł kolejnego dzikusa.

       Cho

ć

 jednak Tumitak bronił si

ę

 najlepiej, jak umiał, walcz

ą

c z odwag

ą

 zrodzon

ą

 z 

desperacji, nie miał wielkich złudze

ń

 co do wyniku walki. Stał sam, oparty plecami o mur, za

ś

 

siły jego wrogów wzrastały systematycznie. Tumitak przygotował si

ę

 na to, 

Ŝ

e padnie w walce 

Ŝ

ałował tylko, 

Ŝ

e musi zgin

ąć

 tu, w grobowych ciemno

ś

ciach, nie widz

ą

c nawet przeciwnika - 

gdy nagle przypomniał sobie o latarce, pierwszym z cudownych podarków ojca.
       Lew

ą

 r

ę

k

ą

 poszperał w zakamarkach pasa i wydobył przedmiot walcowatego kształtu. 

Teraz przynajmniej b

ę

dzie miał satysfakcj

ę

 ujrzenia, jakie to istoty go zaatakowały. W jednej 

chwili odnalazł wył

ą

cznik i jasne 

ś

wiatło zalało korytarz.

       Tumitak był zupełnie nie przygotowany na wra

Ŝ

enie, jakie ten jasny promie

ń

 

ś

wiatła 

wywrze na wrogach. Odezwały si

ę

 okrzyki bólu i przera

Ŝ

enia: w pierwszej chwili Tumitak ujrzał 

kilkana

ś

cie wychudłych ciemnoskórych postaci, które kryj

ą

c głowy w ramionach umykały w 

przera

Ŝ

eniu w gł

ą

b korytarza. Zdj

ę

ci strachem, wykrzykuj

ą

c do towarzyszy dziwne chrapliwe 

słowa, mieszka

ń

cy mrocznych korytarzy uciekali od 

ś

wiatła, jak gdyby Tumitakowi przyszło z 

pomoc

ą

 całe plemi

ę

 Loru.

       Przez chwil

ę

 młodzieniec stał oszołomiony. Oczywi

ś

cie nie zdawał sobie sprawy z 

przyczyn nagłej ucieczki napastników. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e uciekaj

ą

 od jakiego

ś

 

niebezpiecze

ń

stwa, którego nie dostrzegł, i zrazu boja

ź

liwie o

ś

wietlił cały korytarz. W ko

ń

cu 

jednak, gdy okrzyki uciekaj

ą

cych stopniowo cichły w oddali, poj

ą

ł cał

ą

 prawd

ę

. Owe istoty 

czuły si

ę

 tak dobrze w ciemno

ś

ci, pomy

ś

lał Tumitak, 

Ŝ

e najpewniej obawiały si

ę

 

ś

wiatła, i cho

ć

 

nie pojmował, dlaczego tak było, postanowił pali

ć

 latark

ę

 tak długo, jak długo jego droga 

prowadziła przez ciemno

ś

ci.

       Błyskaj

ą

c wi

ę

c latark

ą

 w ró

Ŝ

ne strony, w gł

ą

b bocznych korytarzy i do wn

ę

trza otwartych 

pomieszcze

ń

, Lorianin kontynuował w

ę

drówk

ę

. Wiedział, 

Ŝ

e nie ma mowy o spaniu w tych 

ciemnych przej

ś

ciach, lecz nie martwiło go to zbytnio. Zamkni

ę

ty od wieków w lochach i 

korytarzach człowiek odzwyczaił si

ę

 od regularnego ongi

ś

 cyklu dnia i nocy i chocia

Ŝ

 zwykle z 

ka

Ŝ

dych trzydziestu godzin osiem do dziesi

ę

ciu przesypiał, to jednak potrafił równie

Ŝ

 obej

ść

 

si

ę

 bez snu czterdzie

ś

ci czy nawet pi

ęć

dziesi

ą

t godzin. Tumitak cz

ę

sto pod okiem ojca 

pracował bez przerwy tak długo i miał teraz pewno

ść

Ŝ

e wydostanie si

ę

 z mrocznych 

korytarzy, nim zm

ę

czenie go zmo

Ŝ

e.

       Co jaki

ś

 czas 

Ŝ

uł syntetyczne suchary, ale głównie zajmował si

ę

 obserwowaniem 

background image

korytarzy. I tak mijały godziny. Pozbył si

ę

 obaw na tyle, 

Ŝ

e chciał wej

ść

 do jednego z 

pomieszcze

ń

, by tam poszuka

ć

 noclegu, gdy z tyłu doszło go dziwne, nieludzkie warkni

ę

cie. 

Opanował go nagły strach, poczuł mrowienie w karku. Rzucił si

ę

 ku najbli

Ŝ

szym drzwiom, 

zgasił latark

ę

 i le

Ŝą

c dr

Ŝ

ał z wielkiej trwogi.

       Nie znaczy to, 

Ŝ

e Tumitaka nagle obleciał tchórz. Pami

ę

tajmy o tym, z jak

ą

 odwag

ą

 stawił 

czoło Jakraninowi i dzikusom z mrocznych korytarzy. Przeraził go jednak nieludzki charakter 
d

ź

wi

ę

ku. W dolnych korytarzach, poza szczurami, nietoperzami i innymi drobnymi 

stworzeniami, nie znano 

Ŝ

adnych zwierz

ą

t - z wyj

ą

tkiem szylków. I tylko one wdzierały si

ę

 do 

lochów za lud

ź

mi, tote

Ŝ

 było naturalne, 

Ŝ

e tylko im Tumitak mógł przypisa

ć

 ów d

ź

wi

ę

k, który z 

pewno

ś

ci

ą

 pochodził od jakiego

ś

 du

Ŝ

ego stworzenia, ale nie człowieka. Nie wiedział, 

Ŝ

jeszcze inne zwierz

ę

ta z Powierzchni dostały si

ę

 do górnych korytarzy.

       I oto kulił si

ę

 teraz w schronieniu, na pró

Ŝ

no usiłuj

ą

c zebra

ć

 odwag

ę

 na tyle, by wyj

ść

 i 

stawi

ć

 czoło wrogowi. Przypu

ść

my, 

Ŝ

e to szylki - rozwa

Ŝ

ał w my

ś

lach. Czy

Ŝ

 nie przebyłem tej 

całej niebezpiecznej drogi po to tylko, by zmierzy

ć

 si

ę

 z szylkiem? Czy

Ŝ

 nie jestem 

Tumitakiem, bohaterem, którego Najwy

Ŝ

szy powołał, by uwolnił człowieka od ponurego 

dziedzictwa Strachu? I tak przywołuj

ą

c te i tym podobne argumenty nieugi

ę

ty duch Tumitaka 

odniósł tryumf nad ciałem, a

Ŝ

 w ko

ń

cu młodzieniec d

ź

wign

ą

ł si

ę

 i ponownie wyszedł na 

korytarz.
       Jak mo

Ŝ

na si

ę

 było spodziewa

ć

, korytarz ział pustk

ą

. Latarka o

ś

wietlała co najmniej 

pi

ęć

set jardów przej

ś

cia, które najwyra

ź

niej było zupełnie opuszczone. Tumitak ruszył w 

dalsz

ą

 drog

ę

, zwracaj

ą

c uwag

ę

 bardziej na korytarz za sob

ą

 ni

Ŝ

 przed sob

ą

. Po chwili dojrzał 

na granicy 

ś

wiatła kilka dziwnych skradaj

ą

cych si

ę

 sylwetek, które posuwały si

ę

 za nim w 

bezpiecznej odległo

ś

ci. Jego bystre oczy upewniły go, 

Ŝ

e nie ma do czynienia ani z lud

ź

mi, ani 

z szylkami - lecz co by to by

ć

 mogło, nie potrafił powiedzie

ć

. Od wielu ju

Ŝ

 pokole

ń

 mieszka

ń

cy 

dolnych korytarzy nie słyszeli nawet o dawnym przyjacielu człowieka, o psie.
       Tumitak zatrzymał si

ę

 niepewnie i przyjrzał si

ę

 owym dziwnym stworzeniom. Natychmiast 

jednak umkn

ę

ły z zasi

ę

gu latarki, wi

ę

c po chwili Tumitak podj

ą

ł marsz, prawie pewien, 

Ŝ

mimo swych rozmiarów s

ą

 to tylko jakie

ś

 wi

ę

ksze gatunki szczurów, równie boja

ź

liwe, co ich 

mniejsi krewniacy.
       Wkrótce okazało si

ę

Ŝ

e si

ę

 mylił. Zdołał przej

ść

 jeszcze tylko niewielki odcinek drogi, gdy 

warkni

ę

cie dobiegło go z przodu. Jak na dany sygnał stworzenia id

ą

ce z tyłu zacz

ę

ły si

ę

 

zbli

Ŝ

a

ć

. Tumitak przy

ś

pieszył kroku, przeszedł w trucht, a nast

ę

pnie ruszył biegiem, lecz cho

ć

 

biegł szybko, jego prze

ś

ladowcy byli szybsi i powoli zbli

Ŝ

ali si

ę

 do niego.

       Dopiero gdy dzieliła ich odległo

ść

 zaledwie stu stóp, dojrzał przywódców. Dzicy, których 

pokonał kilka godzin wcze

ś

niej, powrócili skrywszy twarze w banda

Ŝ

ach, podobnie jak wtedy, 

gdy skradali si

ę

 za nim w korytarzach za Jakr

ą

. Wydaj

ą

c szeptem polecenia psom kierowali je 

przed sob

ą

, a

Ŝ

 Tumitak znowu musiał doby

ć

 miecza i przygotowa

ć

 si

ę

 do obrony.

       W tym samym czasie ukazały si

ę

 równie

Ŝ

 zwierz

ę

ta w górze korytarza i Lorianin wkrótce 

został otoczony przez warcz

ą

c

ą

 i kłapi

ą

c

ą

 z

ę

bami sfor

ę

, której liczebno

ść

 wykluczała wszelkie 

próby obrony. Tumitak zabił jednego, inny padł z wielk

ą

 ran

ą

 w kudłatym grzbiecie; nim jednak 

Lorianin zdołał zrobi

ć

 cokolwiek wi

ę

cej, wytr

ą

cono mu z dłoni latark

ę

 i poczuł, jak rzuca si

ę

 na 

niego kilka kudłatych ciał. Padł na ziemi

ą

 pod ci

ęŜ

arem psów; miecz wysun

ą

ł mu si

ę

 z r

ę

ki i 

znikł w ciemno

ś

ciach.

       
       
ROZDZIA£ V
      
       Tumitak uznał, 

Ŝ

e nadszedł jego koniec. Czuł gor

ą

cy oddech potworów na całym ciele, 

przepełniło go dziwne uczucie rezygnacji, tak typowe w obliczu pewnej 

ś

mierci. I wtedy... kto

ś

 

odci

ą

gn

ą

ł psy i Tumitak poczuł na sobie r

ę

ce i usłyszał ciche słowa i pomruki mieszka

ń

ców 

ciemno

ś

ci, którzy dotykiem badali jego ciało. Kilka 

Ŝ

ylastych r

ą

k przyparło go do ziemi, a po 

chwili opasano go ta

ś

m

ą

 mocuj

ą

c mu r

ę

ce do tułowia. D

ź

wign

ę

li go z ziemi i wzi

ę

li na 

ramiona.
       Przez jaki

ś

 czas nie

ś

li go w gór

ę

 korytarza, potem skr

ę

cili w jedno z bocznych przej

ść

 i 

szli nim przez dłu

Ŝ

szy czas, a

Ŝ

 w ko

ń

cu zatrzymali si

ę

 i cisn

ę

li go na ziemi

ę

. Wokół siebie 

Tumitak słyszał ciche odgłosy rozmowy prowadzonej szeptem i szelest poruszaj

ą

cych si

ę

 ciał; 

w ko

ń

cu uznał, 

Ŝ

e zaniesiono go do głównych korytarzy zamieszkanych przez te istoty. Le

Ŝ

ał 

tam przez jaki

ś

 czas opuszczony, a nast

ę

pnie obrócono go na bok i jakie

ś

 chude r

ę

ce znów 

go badały dotykiem, po czym rozległ si

ę

 władczy głos. Znów go uniesiono, 

przetransportowano na niewielk

ą

 odległo

ść

 i bezceremonialnie ci

ś

ni

ę

to na ziemi

ę

, jak 

przypuszczał, w jakim

ś

 pomieszczeniu. Nie opodal na podłodze co

ś

 zad

ź

wi

ę

czało metalicznie, 

a potem w korytarzu za drzwiami Tumitak usłyszał oddalaj

ą

ce si

ę

 kroki tych, którzy go pojmali.

       Przez chwil

ę

 le

Ŝ

ał spokojnie, staraj

ą

c si

ę

 zebra

ć

 my

ś

li. Zastanawiał si

ę

, czemu nie zabito 

background image

go od razu; nie wiedział, 

Ŝ

e dzicy nie zabijali istot przeznaczonych na po

Ŝ

arcie, nim nie byli 

gotowi do uczty. Nie znaj

ą

c tajemnicy przygotowywania 

Ŝ

ywno

ś

ci syntetycznej 

Ŝ

erowali na 

Jakranach i mieszka

ń

cach innych małych miast, poło

Ŝ

onych w s

ą

siedztwie. Doprowadzeni do 

ostateczno

ś

ci nie pogardzali niczym, co si

ę

 nadawało do zjedzenia, i w ci

ą

gu wielu pokole

ń

 

stali si

ę

 ludo

Ŝ

ercami.

       Po chwili Tumitak podniósł si

ę

 z ziemi. Nie miał kłopotu z rozlu

ź

nieniem szmacianych 

wi

ę

zów; dzicy znali tylko w

ę

zły najprostsze i uwolnienie si

ę

 zaj

ę

ło Lorianinowi niecał

ą

 godzin

ę

Zacz

ą

ł dokładnie obmacywa

ć

 

ś

ciany próbuj

ą

c pozna

ć

 swoje wi

ę

zienie. Pomieszczenie miało 

powierzchni

ę

 nie przekraczaj

ą

c

ą

 stu stóp kwadratowych, a jedyny otwór w 

ś

cianach stanowiły 

drzwi. Tumitak próbował przez nie wyj

ść

, lecz natychmiast powstrzymało go warkni

ę

cie i 

szorstkie, owłosione ciało naparło na jego nogi zmuszaj

ą

c go do cofni

ę

cia si

ę

. Dzicy 

pozostawili psy, by strzegły wej

ś

cia do wi

ę

zienia.

       Tumitak wycofał si

ę

 wi

ę

c tr

ą

caj

ą

c jednocze

ś

nie nog

ą

 przedmiot, który potoczył si

ę

 po 

ziemi. Przypomniał sobie metaliczny d

ź

wi

ę

k, kiedy wrzucono za nim co

ś

 do pomieszczenia, i 

zainteresował si

ę

, co to takiego. Macaj

ą

c wokół siebie r

ę

kami odnalazł go w ko

ń

cu i ku swej 

rado

ś

ci stwierdził, 

Ŝ

e to jego latarka. Zupełnie nie mógł poj

ąć

, czemu dzicy j

ą

 tu przynie

ś

li, 

lecz w ko

ń

cu uznał, 

Ŝ

e istotom zabobonnym mogła si

ę

 wyda

ć

 czym

ś

 gro

ź

nym; uznali, 

Ŝ

najlepiej b

ę

dzie uwi

ę

zi

ć

 dwoje niebezpiecznych wrogów razem. Tak czy inaczej, odzyskał 

latark

ę

, za co był wdzi

ę

czny losowi.

       Zapalił j

ą

 i rozejrzał si

ę

 po pomieszczeniu. Tak, nie mylił si

ę

 co do wielko

ś

ci i 

prymitywno

ś

ci izby. Nie miał wielkich, a wła

ś

ciwie 

Ŝ

adnych mo

Ŝ

liwo

ś

ci ucieczki, póki nie 

sforsuje korytarza strze

Ŝ

onego przez zwierz

ę

ta. W 

ś

wietle za

ś

 poj

ą

ł, 

Ŝ

e dzicy nie dali mu na to 

wielkich szans. Zaraz za wej

ś

ciem do pomieszczenia kł

ę

biła si

ę

 cała sfora psów mrugaj

ą

oczami o

ś

lepionymi nagłym blaskiem.

       Ze 

ś

rodka pomieszczenia Tumitak mógł wyjrze

ć

 daleko w gł

ą

b korytarza, lecz jak okiem 

si

ę

gn

ąć

 nie było wida

ć

 nikogo. Skierował 

ś

wiatło w dół korytarza - tam równie

Ŝ

 

Ŝ

ywego ducha. 

Uznał, 

Ŝ

e to zapewne czas snu dzikusów i 

Ŝ

e je

ś

li ma ucieka

ć

, to jest to najlepsza okazja. 

Usiadł na ziemi i oddał si

ę

 rozmy

ś

laniom. Gdzie

ś

 w pod

ś

wiadomo

ś

ci tkwiło nikłe 

prze

ś

wiadczenie, 

Ŝ

e ma do dyspozycji 

ś

rodek, który pomo

Ŝ

e mu uciec przed tymi zwierz

ę

tami. 

Wstał i popatrzył na stłoczone stado, jakby chroni

ą

ce si

ę

 przed niemiłym 

ś

wiatłem latarki. 

Odwrócił si

ę

, by raz jeszcze rozejrze

ć

 si

ę

 po izbie, lecz najwyra

ź

niej nic tu nie znalazł, co by 

sprzyjało jego prawie gotowemu planowi. Nagle podj

ą

ł decyzj

ę

: si

ę

gn

ą

ł do kieszeni pasa, 

namacał tam obły przedmiot i wyszarpn

ą

wszy z niego zawleczk

ę

, cisn

ą

ł w kierunku stada, 

padaj

ą

c na ziemi

ę

.

       Była to bomba, drugi spo

ś

ród cudownych podarków ojca. Upadła na zewn

ą

trz 

pomieszczenia i eksplodowała z ogłuszaj

ą

cym hukiem. W zamkni

ę

tej przestrzeni korytarza 

rozpr

ęŜ

aj

ą

ce si

ę

 gazy zadziałały ze straszn

ą

 sił

ą

. Cho

ć

 Tumitak przywarł płasko do ziemi, siła 

wybuchu uniosła go i cisn

ę

ła o przeciwległ

ą

 

ś

cian

ę

. Co do zwierz

ą

t na korytarzu, to dosłownie 

przestały istnie

ć

. Szcz

ą

tki poszarpanych w strz

ę

py ciał rozleciały si

ę

 we wszystkie strony, a 

gdy Tumitak, potłuczony i w szoku, wyszedł w chwil

ę

 pó

ź

niej na korytarz, nie było tam ani 

jednej 

Ŝ

ywej istoty. Otoczenie jednak przypominało krwaw

ą

 jatk

ę

.

       Nienawykły do widoku krwi i 

ś

mierci Tumitak po

ś

pieszył przed siebie, by znale

źć

 si

ę

 jak 

najdalej od tej ponurej sceny. Szedł korytarzem w gór

ę

 przedzieraj

ą

c si

ę

 przez kł

ę

by dymu, a

Ŝ

 

w ko

ń

cu przeja

ś

niało na tyle, 

Ŝ

e mógł zapomnie

ć

 o przykrych wydarzeniach. Nie widział ani 

ś

ladu dzikich, cho

ć

 dwukrotnie słyszał skomlenie dochodz

ą

ce zza drzwi pomieszcze

ń

 

mieszkalnych i domy

ś

lał si

ę

Ŝ

e w ciemno

ś

ciach kuli si

ę

 zapewne zdj

ę

ta przera

Ŝ

eniem 

ciemnoskóra posta

ć

. Wiele jeszcze minie okresów snu, nim dzicy z mrocznych korytarzy 

zapomn

ą

 o wrogu, który posiał mi

ę

dzy nimi takie zniszczenie.

       Tumitak dotarł ponownie do korytarza prowadz

ą

cego na Powierzchni

ę

. Od czasu, gdy 

wyruszał w drog

ę

 po raz pierwszy, cofn

ą

ł si

ę

 po swoich 

ś

ladach, lecz zrobił to w okre

ś

lonym 

celu: dotarł do miejsca, gdzie walczył z psami. Odzyskał tu miecz, który znalazł bez trudu, 
stwierdziwszy z zadowoleniem, 

Ŝ

e jest nie uszkodzony. Nast

ę

pnie podj

ą

ł na nowo w

ę

drówk

ę

 

ku Powierzchni. Przemierzył znaczn

ą

 odległo

ść

 i nie napotkał nic, co mogłoby go zaniepokoi

ć

W ko

ń

cu uznał, 

Ŝ

e min

ą

ł ju

Ŝ

 niebezpieczne odcinki, i w jednym z pomieszcze

ń

 przygotował si

ę

 

na zasłu

Ŝ

ony odpoczynek.

       Spał długo, o niczym nie 

ś

ni

ą

c, i zbudził si

ę

 w ko

ń

cu po upływie ponad czternastu godzin. 

Natychmiast podj

ą

ł marsz, po

Ŝ

ywiaj

ą

c si

ę

 w drodze i zastanawiaj

ą

c, co go czeka w tej nowej 

w

ę

drówce.

       Jego w

ą

tpliwo

ś

ci nie miały jednak trwa

ć

 długo. Wiedział z map, 

Ŝ

e dawno ju

Ŝ

 min

ą

ł 

połow

ę

 drogi, i dlatego te

Ŝ

 nie zdziwił si

ę

, gdy 

ś

ciany korytarzy, do tej pory niezmiennie gładkie 

i błyszcz

ą

ce jak w rodzinnym Lorze, zaczynały teraz nabiera

ć

 chropowatego, nieregularnego 

kształtu, prawie jak w naturalnych jaskiniach. Wiedział, 

Ŝ

e zbli

Ŝ

a si

ę

 do tych korytarzy, które 

człowiek wydr

ąŜ

ył w popłochu w pierwszych dniach ucieczki do wn

ę

trza Ziemi. Nie było wtedy 

background image

czasu wygładza

ć

 

ś

cian ani dba

ć

 o regularny prostok

ą

tny przekrój korytarzy, jak na dole.

       Cho

ć

 wygl

ą

d przej

ść

 go nie zdziwił, to jednak był całkowicie zaskoczony nast

ę

pn

ą

 

zmian

ą

. Przeszedł ze trzy czy cztery mile kr

ę

tymi, w

ą

skimi jaskiniami, a

Ŝ

 doszedł do dobrze 

ukrytego wylotu szybu, który prowadził gdzie

ś

 w gór

ę

, w ciemno

ść

. Na ko

ń

cu dostrzegł 

ś

wiatło 

i westchn

ą

ł z ulg

ą

, poniewa

Ŝ

 latarka najwyra

ź

niej ju

Ŝ

 si

ę

 ko

ń

czyła. Wspi

ą

ł si

ę

 po drabinie 

powoli, ze zwykł

ą

 przezorno

ś

ci

ą

, a

Ŝ

 w ko

ń

cu przeszedł ostro

Ŝ

nie z wylotu szybu do 

najdziwniejszego korytarza, jaki kiedykolwiek widział.
       Był on ja

ś

niej o

ś

wietlony ni

Ŝ

 wszystkie dotychczasowe. 

ś

wiatła białe ukazywały si

ę

 na 

przemian z niebieskimi, zielonymi, czerwonymi i złotymi, dodaj

ą

c jeszcze uroku widokowi, 

który i tak przeszedł wszelkie wyobra

Ŝ

enia Tumitaka. Przez chwil

ę

 młody człowiek stał 

stropiony nie pojmuj

ą

c, sk

ą

d płynie to całe 

ś

wiatło, bowiem w suficie nie było znanych mu 

ś

wiec

ą

cych płyt.

       Po chwili jednak zrozumiał, o co chodzi: wszystkie płyty sprytnie ukryto w 

ś

cianach, tak 

Ŝ

odbite 

ś

wiatło wywoływało efekt delikatnej pastelowej mi

ę

kko

ś

ci.

       

ś

ciany - same 

ś

ciany te

Ŝ

 nie były zbudowane ze znanego szklistego kamienia barwy 

brunatnej; zbudowano je z kamienia najczystszej bieli mleka! I cho

ć

 ju

Ŝ

 samo to stanowiło 

dziw, który musiał wzbudzi

ć

 podniecenie Lorianina, to jednak nie kolor 

ś

cian przyci

ą

gn

ą

ł jego 

szczególn

ą

 uwag

ę

. Rzecz w tym, 

Ŝ

ś

ciany pokryte były deseniami i obrazami, wkl

ę

słorytami i 

płaskorze

ź

bami do tego stopnia, 

Ŝ

e nie było wida

ć

 ani kawałka wolnego miejsca. Nawet na 

podłodze uło

Ŝ

ono wymy

ś

lny dese

ń

 z ró

Ŝ

nokolorowych kamieni.

       Tumitak nigdy nawet nie 

ś

nił o podobnych rzeczach. W dolnych korytarzach nie istniała 

Ŝ

adna sztuka - nigdy. Człowiek zatracił t

ę

 umiej

ę

tno

ść

, nim jeszcze wykonano pierwsze 

korytarze Loru. Stał wi

ę

c Tumitak podziwiaj

ą

c te cuda.

       Cho

ć

 wi

ę

ksz

ą

 cz

ęść

 powierzchni 

ś

cian pokryto deseniami, to były równie

Ŝ

 i obrazy. 

Pokazywały one bardzo dokładnie wspaniałe rzeczy, w które Tumitak ledwie mógł uwierzy

ć

. A 

jednak patrzył na nie, co dla jego naiwnego umysłu stanowiło dowód, 

Ŝ

e gdzie

ś

 musz

ą

 istnie

ć

 

w rzeczywisto

ś

ci.

       Oto na przykład zobaczył grup

ę

 kobiet i m

ęŜ

czyzn w ta

ń

cu. Stali w kole okr

ąŜ

aj

ą

c co

ś

, co 

znajdowało si

ę

 w 

ś

rodku, a co było ledwie widoczne. Przy bli

Ŝ

szym przyjrzeniu si

ę

 jednak 

Tumitak poczuł, jak znowu włosy je

Ŝą

 mu si

ę

 na głowie: w 

ś

rodku tanecznego kr

ę

gu dostrzegł 

istot

ę

 o długich paj

ą

kowatych nogach. Gdzie

ś

 z pod

ś

wiadomo

ś

ci dobył si

ę

 szept: “szylk"!

       Odwróciwszy si

ę

 od tego obrazu z dziwnym uczuciem obrzydzenia Tumitak ujrzał inny. 

Przedstawiał on długi korytarz, w którym znajdował si

ę

 walcowaty przedmiot długo

ś

ci 

osiemnastu do dwudziestu stóp. Wsparty był na kołach i otaczała go grupa pełnych 
entuzjazmu, ochoczych ludzi, na których twarzach malował si

ę

 wyraz szcz

ęś

cia i podniecenia. 

Tumitak przez dłu

Ŝ

sz

ą

 chwil

ę

 łamał sobie głow

ę

 nad tymi obrazami, ale nie mógł nic 

zrozumie

ć

. Nie miały one dla niego sensu. Ci ludzie nie obawiali si

ę

 szylków! Kolejny obraz to 

potwierdzał. Przedstawiał podobny długi walcowaty przedmiot, a u jego boku stały trzy istoty, 
które mogły by

ć

 tylko szylkami. Wokół nich za

ś

, rozmawiaj

ą

c i gestykuluj

ą

c, stała grupa ludzi.

       Jedna rzecz w tych obrazach szczególnie uderzyła Tumitaka. Wszyscy przedstawieni na 
nich ludzie byli grubi. Wszyscy bez wyj

ą

tku odznaczali si

ę

 rumian

ą

 cer

ą

 i pot

ęŜ

n

ą

 tusz

ą

.

       To jednak chyba naturalne, pomy

ś

lał Lorianin, u ludzi, którzy mieszkali tak blisko 

Powierzchni i najwyra

ź

niej nie obawiali si

ę

 strasznych szylków. Tacy ludzie oczywi

ś

cie nie 

mieli nic lepszego do roboty, jak tylko cieszy

ć

 si

ę

 

Ŝ

yciem i ty

ć

.

       I tak patrz

ą

c na obrazy i dumaj

ą

c Tumitak szedł dalej, a

Ŝ

 daleko przed sob

ą

 ujrzał 

pot

ęŜ

n

ą

 sylwetk

ę

 ludzk

ą

 i domy

ś

lił si

ę

Ŝ

e dochodzi do zamieszkałych odcinków korytarzy. 

Posta

ć

 znikn

ę

ła w bocznym odgał

ę

zieniu, ledwie Tumitak zd

ąŜ

ył j

ą

 dostrzec, lecz to 

wystarczyło, aby mu uprzytomni

ć

Ŝ

e dalej musi si

ę

 posuwa

ć

 z wi

ę

ksz

ą

 ostro

Ŝ

no

ś

ci

ą

. Dłu

Ŝ

szy 

czas przemykał si

ę

 wi

ę

c pod 

ś

cian

ą

 korytarza wykorzystuj

ą

c ka

Ŝ

d

ą

 mo

Ŝ

liwo

ść

 ukrycia. Wiele 

napotkanych rzeczy pot

ę

gowało jeszcze jego zadziwienie, które ju

Ŝ

 go wła

ś

ciwie nie 

opuszczało. W jednym miejscu 

ś

ciany obwieszono wielkimi gobelinami; w innym serce 

podskoczyło mu do gardła, gdy natrafił na grup

ę

 pos

ą

gów. Z trudno

ś

ci

ą

 u

ś

wiadomił sobie, 

Ŝ

te postacie wyrze

ź

bione w kamieniu nie s

ą

 prawdziwymi lud

ź

mi.

       Zrazu w 

ś

cianach korytarza nie było drzwi, lecz teraz przekrój powi

ę

kszył si

ę

 do 

szeroko

ś

ci co najmniej czterdziestu stóp, zacz

ę

ły tak

Ŝ

e pojawia

ć

 si

ę

 wej

ś

cia do pomieszcze

ń

 

mieszkalnych. Owe drzwi były szerokie i wysokie, a "zasłony" zakrywaj

ą

ce wej

ś

cie do 

mieszka

ń

 wykonane z metalu! Po raz pierwszy Tumitak napotkał prawdziwe drzwi, bowiem w 

Lorze znano tylko zasłony z materiału.
       Mijały minuty, a Tumitak szedł przed siebie. Obrazy na 

ś

cianach stały si

ę

 jeszcze bardziej 

wyszukane, za

ś

 drzwi wy

Ŝ

sze i szersze. Nagle daleko przed sob

ą

 dostrzegł zbli

Ŝ

aj

ą

ce si

ę

 ku 

niemu ludzkie sylwetki. Wiedział, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

e da

ć

 si

ę

 zauwa

Ŝ

y

ć

; przez chwil

ę

 rozwa

Ŝ

ał, czy 

warto si

ę

 wycofa

ć

, kiedy ujrzał niedaleko otwarte drzwi. Miał do wyboru: ujawnienie si

ę

 i 

niebezpiecze

ń

stwo albo odwrót - rzecz nie do pomy

ś

lenia. Tumitak nie zastanawiał si

ę

 wiele, 

background image

w jednej chwili podj

ą

ł decyzj

ę

: pchni

ę

ciem otworzył szeroko drzwi i wszedł do 

ś

rodka.

       Przez chwil

ę

 stał nieruchomo, bowiem oczy, które przywykły ju

Ŝ

 do jasnego 

ś

wiatła na 

zewn

ą

trz, zawiodły go w ciemnym wn

ę

trzu. Powoli zdał sobie spraw

ę

Ŝ

e nie jest sam; w 

pokoju znajdował si

ę

 człowiek, któremu według wszelkich oznak na skutek nagłego spotkania 

odj

ę

ło z przera

Ŝ

enia mow

ę

. Tumitak wykorzystał widoczny przestrach gospodarza, by 

przyjrze

ć

 si

ę

 jego pokojowi i poszuka

ć

 jakiej

ś

 mo

Ŝ

liwo

ś

ci ucieczki lub ukrycia.

       W pokoju było znacznie ciemniej ni

Ŝ

 w korytarzu. 

ś

wiatło dochodziło tu z dwóch płyt 

ukrytych w 

ś

cianie blisko sufitu. 

ś

ciany pomalowano na jednolity matowy kolor niebieski, a w 

ę

bi pomieszczenia znajdowały si

ę

 zasłoni

ę

te kotar

ą

 drzwi prowadz

ą

ce do nast

ę

pnego 

pokoju. Stół, du

Ŝ

e wy

ś

ciełane krzesło, łó

Ŝ

ko i półka, wypełniona ksi

ąŜ

kami, składały si

ę

 na 

umeblowanie. A na łó

Ŝ

ku le

Ŝ

ał ów olbrzymi człowiek.

       Była to istna góra mi

ę

sa. Tumitak ocenił, 

Ŝ

e musi wa

Ŝ

y

ć

 ponad czterysta funtów. Wzrostu 

miał ponad sze

ść

 stóp, a ło

Ŝ

e, na którym le

Ŝ

ał i na którym łatwo zmie

ś

ciłoby si

ę

 ze trzech 

Lorian, całkowicie wypełniało cielsko tego człowieka. Był to osobnik o cerze rumianej, a jego 
jasne włosy i zarost jeszcze podkre

ś

lały czerwon

ą

 barw

ę

 twarzy i karku.

       Lecz pospolito

ść

 rysów tego człowieka tonował nieco wyszukany charakter jego 

otoczenia. Mieszkaniec Lor u nawet nie 

ś

nił o podobnym zbytku. Szaty m

ęŜ

czyzny le

Ŝą

cego 

na ło

Ŝ

u były uszyte z najdelikatniejszych tkanin, przejrzystych mu

ś

linów barwionych w 

najdelikatniejsze odcienie opalizuj

ą

cego ró

Ŝ

u, zielem i bł

ę

kitu. Spływały one w fałdach kryj

ą

nieco niewiarygodn

ą

 tusz

ę

. Po

ś

ciel była równie delikatna i zwiewna jak szaty, w gł

ę

bokim 

odcieniu zieleni i br

ą

zu. Samo za

ś

 ło

Ŝ

e stanowiło wprost objawienie, chwalebny triumf sztuki 

inkrustacji w metalu, i 

ś

miało mogło by

ć

 dziełem jakiego

ś

 wspaniałego rzemie

ś

lnika epoki 

Złotego Wieku.
       Na podłodze za

ś

 le

Ŝ

ał kobierzec... A obrazy na 

ś

cianach!

       Człowiek na ło

Ŝ

u ockn

ą

ł si

ę

 nagle. Wydał z siebie wrzask, piskliwy, kobiecy wrzask, który 

zabrzmiał dziwnie głupio wydobywaj

ą

c si

ę

 z tak pot

ęŜ

nego ciała. Tumitak natychmiast znalazł 

si

ę

 u jego boku i przyło

Ŝ

ył mu miecz do gardła.

       - Przesta

ń

! - rozkazał stanowczo. - Przesta

ń

 natychmiast, bo ci

ę

 zabij

ę

!

       M

ęŜ

czyzna cichł powoli, poj

ę

kuj

ą

c. Tumitak stał przez chwil

ę

 i nasłuchiwał w obawie, 

Ŝ

pierwszy wrzask mógł wywoła

ć

 alarm, lecz nic nie zakłócało ciszy na zewn

ą

trz. Po dłu

Ŝ

szej 

chwili człowiek ów przemówił.
       - Jeste

ś

 dzikusem - powiedział głosem, w którym brzmiało przera

Ŝ

enie. - Jeste

ś

 dzikim 

mieszka

ń

cem dolnych korytarzy. Co tu robisz w

ś

ród Wybranych?

       Tumitak zignorował pytanie.
       - Wydasz jeszcze jeden d

ź

wi

ę

k, grubasie - szepn

ą

ł z w

ś

ciekło

ś

ci

ą

 - a w tych korytarzach 

ub

ę

dzie jedna g

ę

ba do wy

Ŝ

ywienia. - Popatrzył w napi

ę

ciu ku drzwiom. - Czy kto

ś

 mo

Ŝ

e tu 

wej

ść

?

       M

ęŜ

czyzna usiłował odpowiedzie

ć

, lecz najwidoczniej strach odebrał mu mow

ę

. Tumitak 

za

ś

miał si

ę

 pogardliwie; opanowało go dziwne podniecenie. Przyjemnie mu było spotka

ć

 

kogo

ś

, kto si

ę

 go tak straszliwie bał. W minionych wiekach nie było ludziom dane cz

ę

sto 

doznawa

ć

 tego zdumiewaj

ą

cego poczucia siły i Tumitaka kusiła mo

Ŝ

liwo

ść

 postraszenia 

człowieka z ło

Ŝ

a. Ale w ko

ń

cu przemogła ciekawo

ść

. Widz

ą

c, 

Ŝ

e grubas rzeczywi

ś

cie boi si

ę

 

miecza, opu

ś

cił go i schował do pochwy.

       Człowiek odetchn

ą

ł swobodniej, lecz dopiero po dłu

Ŝ

szej chwili był w stanie przemówi

ć

Powtórzył jednak to samo pytanie, co poprzednio.
       - Co tu robisz w korytarzach Estetów? - wybełkotał trwo

Ŝ

liwie.

       - Wiesz równie dobrze jak i ja, 

Ŝ

e nikt nie jest w stanie uj

ść

 przed władcami. A ja wła

ś

nie 

id

ę

 im o tobie powiedzie

ć

!

       Zatrzasn

ą

ł nagle drzwi Tumitakowi przed nosem i znikn

ą

ł.

       Przez chwil

ę

 Tumitak trwał bez ruchu. Nie mógł uwierzy

ć

Ŝ

e szylki s

ą

 tak blisko. A mimo 

to w ka

Ŝ

dej chwili spodziewał si

ę

Ŝ

e drzwi si

ę

 otworz

ą

 i straszne paj

ą

kowate stwory wpadn

ą

 

do 

ś

rodka i go zmia

Ŝ

d

Ŝą

. Oto, jak mu si

ę

 zdawało, wpadł w ko

ń

cu w pułapk

ę

 bez wyj

ś

cia. 

Zadr

Ŝ

ał ze zgrozy, a potem, jak zawsze, zawstydził si

ę

 swego przera

Ŝ

enia i wzi

ą

ł si

ę

 w gar

ść

Cho

ć

 dr

Ŝ

ał z obawy przed tym, co go czeka, podszedł do drzwi i obejrzał je dokładnie. Uznał, 

Ŝ

e w korytarzu b

ę

dzie miał wi

ę

ksze szans

ę

 ucieczki ni

Ŝ

 czekaj

ą

c tutaj, a

Ŝ

 szylki po niego 

przyjd

ą

. Dopiero po chwili odkrył zasuwk

ę

, uchylił drzwi i wyszedł na korytarz.

       Na szcz

ęś

cie w pobli

Ŝ

u było pusto, lecz dalej w gł

ę

bi wida

ć

 było opasłego Estet

ę

 

ś

piesz

ą

cego dok

ą

d

ś

 oci

ęŜ

ale. Doł

ą

czyli do niego inni, wielu z nich równie opasłych jak on, 

wszyscy za

ś

 tak po

ś

piesznie, jak im ci

ęŜ

ar na to pozwalał, szli w gł

ą

b korytarza, tam gdzie 

niew

ą

tpliwie le

Ŝ

ał centralny plac miasta. Tumitak poszedł za nimi w bezpiecznej odległo

ś

ci i 

po chwili ujrzał, jak skr

ę

caj

ą

 w nast

ę

pne przej

ś

cie. Zbli

Ŝ

ył si

ę

 ostro

Ŝ

nie do tego korytarza, a w 

jego my

ś

lach zrodziło si

ę

 postanowienie zabicia grubasa, który zamierzał go zdradzi

ć

 przy 

pierwszej nadarzaj

ą

cej si

ę

 okazji. Okazało si

ę

Ŝ

e słusznie zachował ostro

Ŝ

no

ść

 przy 

background image

podchodzeniu, gdy bowiem wyjrzał za róg, zobaczył, 

Ŝ

e znajduje si

ę

 niewiele ponad sto stóp 

od wielkiego placu miasta.
       Nigdy jeszcze nie widział tak wielkiego placu. Była to ogromna sala o boku ponad stu 
jardów; jej mozaikowa podłoga i rze

ź

bione 

ś

ciany przedstawiały taki widok, 

Ŝ

e Tumitakowi 

zaparło z wra

Ŝ

enia dech. Tu i tam na ró

Ŝ

nokolorowych postumentach stały pos

ą

gi, a 

wszystkie drzwi zawieszono cudownymi gobelinami. Sala nabita była Estetami, w liczbie 
przewy

Ŝ

szaj

ą

cej pi

ęć

set osób.

       Jednak nie sala, nie jej dekoracje ani ludzie, którzy si

ę

 tam znajdowali, wywarli na 

Tumitaku najwi

ę

ksze wra

Ŝ

enie. Wzrok jego cały czas skupiony był na wielkim metalowym 

walcu, który spoczywał po

ś

rodku sali. Było to takie samo urz

ą

dzenie, jakie widział na obrazie, 

gdy po raz pierwszy wkroczył do miasta - długie na osiemna

ś

cie do dwudziestu stóp, 

zamontowane na trzech dobrze ogumiotiych kołach, z okr

ą

głym otworem na szczycie, który 

Tumitak dopiero teraz zauwa

Ŝ

ył.

       Gdy tak patrzył, z otworu wyleciało kilka przedmiotów i opadło lekko na ziemi

ę

 przed tłum. 

Jeden za drugim, jak diabełki z pudełka, przedmioty wyskakiwały z otworu, a gdy uderzały 
spr

ęŜ

y

ś

cie o ziemi

ę

, Esteci wznosili powitalne okrzyki. Tumitak szybko si

ę

 odsun

ą

ł w tył, lecz 

po chwili, gdy jego ciekawo

ść

 zwyci

ęŜ

yła, odwa

Ŝ

ył si

ę

 znowu spojr

Ŝ

e

ć

 na sal

ę

. Bowiem po raz 

pierwszy od ponad stu lat mieszkaniec Loru patrzył na szylka!
       Przy wzro

ś

cie około czterech stóp, szylki były rzeczywi

ś

cie podobne do paj

ą

ków, jak 

głosiła tradycja. Lecz po bli

Ŝ

szych ogl

ę

dzinach okazywało si

ę

Ŝ

e podobie

ń

stwo jest 

powierzchowne. Owe stworzenia bowiem nie były poro

ś

ni

ę

te włosami, za

ś

 nóg miały dziesi

ęć

a nie osiem, jak prawdziwy paj

ą

k. Nogi te były długie, z trzema stawami, za

ś

 ka

Ŝ

da z nich 

zako

ń

czona szcz

ą

tkowym szponem, nieco przypominaj

ą

cym paznokie

ć

. Zebrane w dwa p

ę

ki, 

po pi

ęć

 z ka

Ŝ

dej strony, wyrastały z tułowia mi

ę

dzy głow

ą

 i reszt

ą

 ciała. Tułów wygl

ą

dem 

przypominał odwłok osy, a rozmiarami mniej wi

ę

cej głow

ę

, co niew

ą

tpliwie stanowiło 

osobliwo

ść

 tych istot.

       Była to bowiem głowa ludzka: takie same oczy, takie samo szerokie czoło, usta z 
zaci

ś

ni

ę

tymi, w

ą

skimi wargami, oraz podbródek - wszystko to nadawało jej uderzaj

ą

ce 

podobie

ń

stwo do głowy człowieka. Brakowało tylko nosa i włosów, aby twarz przypominała 

ludzk

ą

.

       W miar

ę

 jak Tumitak przygl

ą

dał si

ę

 temu wszystkiemu, szylki od razu przyst

ą

piły do 

spraw, które sprowadziły je do korytarzy. Jeden z nich wydobył jaki

ś

 papier z torby 

przytroczonej do ciała, schwycił go zwinnie mi

ę

dzy dwie ko

ń

czyny i pocz

ą

ł czyta

ć

. W głosie 

jego pobrzmiewał osobliwy metaliczny klekot, lecz Tumitak nie miał 

Ŝ

adnych trudno

ś

ci ze 

zrozumieniem 

Ŝ

adnego słowa.

       - Bracia z lochów! - wykrzykn

ą

ł szylk - nadszedł oto czas, aby nast

ę

pni spo

ś

ród was 

osiedlili si

ę

 na Powierzchni! Przyjaciele, którzy odeszli st

ą

d w zeszłym tygodniu, niecierpliwie 

oczekuj

ą

 waszego przybycia. Pozostaje nam tylko wymieni

ć

 imiona tych, którzy zostan

ą

 dzi

ś

 

zaszczyceni. Słuchajcie uwa

Ŝ

nie, a ka

Ŝ

dy, którego imi

ę

 zostanie wywołane, niech wejdzie do 

walca.
       Zatrzymał si

ę

 na chwil

ę

, aby upewni

ć

 si

ę

Ŝ

e go zrozumiano, a nast

ę

pnie w brzemiennej 

oczekiwaniem ciszy zacz

ą

ł czyta

ć

 imiona.

       - Korystialis! Yintiamia! Latrumidor! - wołał i jedna po drugiej olbrzymie, zwaliste postacie 
dostojnie wyst

ę

powały naprzód i wspinały si

ę

 do cylindrycznego urz

ą

dzenia po małej drabince, 

któr

ą

 spuszczono. Trzecim spo

ś

ród wezwanych był ten, z którym Tumitak rozmawiał u niego 

w mieszkaniu. Na jego twarzy, podobnie jak na twarzach pozostałych, malowało si

ę

 zdumienie 

i rado

ść

, jakby spotkało ich jakie

ś

 niewiarygodne szcz

ęś

cie.

       Tumitak był dot

ą

d tak zaj

ę

ty obserwowaniem szylków i ich pojazdu, 

Ŝ

e na chwil

ę

 

zapomniał o gro

ź

bie Estety; gdy jednak ujrzał, jak grubas zbli

Ŝ

a si

ę

 do szylków, jego 

przera

Ŝ

enie powróciło. Stał jak pora

Ŝ

ony ze strachu. Niepotrzebnie jednak si

ę

 l

ę

kał - na twarzy 

Wybra

ń

ca zago

ś

cił nieoczekiwany u

ś

miech szcz

ęś

cia: wspi

ą

ł si

ę

 do pojazdu nie odzywaj

ą

si

ę

 słowem do stoj

ą

cych w pobli

Ŝ

u szylków. A gdy grubas znikn

ą

ł w otworze, Tumitak wydał 

westchnienie ogromnej ulgi.
       Do korytarzy przybyło sze

ść

 szylków; wyczytano te

Ŝ

 sze

ś

ciu Estetów. Zaraz potem 

wywołani dysz

ą

c i chrz

ą

kaj

ą

c wdrapali si

ę

 do pojazdu. W ko

ń

cu, gdy ju

Ŝ

 ostatni wgramolił si

ę

 

przez okr

ą

gły otwór, szylki odwróciły si

ę

 i poszły za nimi. Z dołu otwór przykryto wiekiem i w 

sali zapanowała cisza. Po chwili Esteci zacz

ę

li si

ę

 rozchodzi

ć

, a poniewa

Ŝ

 kilku z nich 

skierowało si

ę

 ku korytarzom, w którym ukrywał si

ę

 Tumitak, Lorianin musiał ucieka

ć

, a 

nast

ę

pnie schowa

ć

 si

ę

 w jakim

ś

 mieszkaniu.

       Obawiał si

ę

Ŝ

e jaki

ś

 Esteta wejdzie do pomieszczenia i go odkryje, lecz tym razem 

szcz

ęś

cie mu sprzyjało.

       Po chwili ostro

Ŝ

nie wyjrzał przez drzwi, stwierdził, 

Ŝ

e korytarz jest pusty, wyszedł stamt

ą

d i 

szybko skierował si

ę

 na główny plac. Nie było tam ju

Ŝ

 Estetów, lecz z jakiego

ś

 powodu pojazd 

background image

nadal spoczywał w tym samym miejscu; Tumitakowi za

ś

 przyszedł do głowy pomysł, który z 

pocz

ą

tku przeraził go swoj

ą

 

ś

miało

ś

ci

ą

.

       Te szylki na pewno przybyły w tym poje

ź

dzie z Powierzchni! A teraz nim wracały. Czy

Ŝ

 

Esteta, którego szylki nazywały Latrumidorem, nie powiedział mu, 

Ŝ

e od czasu do czasu 

powoływano artystów, by 

Ŝ

yli po

ś

ród szylków na Powierzchni? O tak, pojazd na pewno wracał 

na Powierzchni

ę

. I w jednej natchnionej chwili Tumitak u

ś

wiadomił sobie, 

Ŝ

e i on si

ę

 zabierze.

       Po

ś

pieszył przed siebie i po chwili przywarł do maszyny z tyłu szukaj

ą

c po

ś

ród niewielu 

wystaj

ą

cych cz

ęś

ci oparcia dla stopy. Jak si

ę

 okazało, przyszedł dosłownie w ostatniej chwili; 

ledwie bowiem uchwycił si

ę

 pojazdu, gdy ruszył oai w ciszy przed siebie p

ę

dz

ą

c z 

oszałamiaj

ą

c

ą

 szybko

ś

ci

ą

 w gł

ą

b korytarza!

       
       
ROZDZIA£ VI
      
       Wspomnienia, jakie pozostały Tumitakowi z tej przeja

Ŝ

d

Ŝ

ki, stanowiły bezładn

ą

 

mieszanin

ę

 nast

ę

puj

ą

cych po sobie wydarze

ń

. Pojazd mkn

ą

ł tak szybko, 

Ŝ

e tylko czasami, 

gdy zwalniał, aby skr

ę

ci

ć

 lub przejecha

ć

 wyj

ą

tkowo w

ą

skim korytarzem, Lorianin mógł unie

ść

 

wzrok, by si

ę

 rozejrze

ć

.

       Mijali sale o

ś

wietlone ja

ś

niej ni

Ŝ

 wszystkie, które dot

ą

d widział. Sale ze 

ś

cianami z 

metalu, wypolerowanego i błyszcz

ą

cego, oraz korytarze z nie wygładzonej skały, gdzie 

wstrz

ą

sy groziły mu w ka

Ŝ

dej chwili spadni

ę

ciem.

       W pewnym momencie przejechali powoli marmurowym korytarzem, gdzie po jednej 
stronie stali w szeregu Esteci 

ś

piewaj

ą

cy uroczysty, d

ź

wi

ę

czny hymn na cze

ść

 szylków. 

Tumitak był pewien, 

Ŝ

e go zauwa

Ŝą

, lecz je

ś

li nawet który

ś

 ze 

ś

piewaj

ą

cych go dojrzał, to nie 

zwrócił na niego uwagi s

ą

dz

ą

c najwyra

ź

niej, 

Ŝ

e jest on je

ń

cem szylków. Nie napotykali ju

Ŝ

 

teraz na 

Ŝ

adne sztolnie ani boczne korytarze, za

ś

 cała droga na Powierzchni

ę

 stanowiła jeden 

szeroki korytarz, którym p

ę

dził pojazd coraz bardziej przybli

Ŝ

aj

ą

c Tumitaka do celu.

       Cho

ć

 szybko

ść

 wehikułu nie była zbyt wielka w porównaniu z pojazdami, których dzisiaj 

u

Ŝ

ywamy, to jednak nale

Ŝ

y pami

ę

ta

ć

Ŝ

e dla Lorianina najwi

ę

ksz

ą

 pr

ę

dko

ś

ci

ą

, jak

ą

 potrafił 

sobie wyobrazi

ć

, było tempo szybkiego biegu. Tote

Ŝ

 zdawało mu si

ę

 teraz, 

Ŝ

e oto leci na 

skrzydłach wiatru, a jego ulga nie miała granic, gdy w ko

ń

cu pojazd zwolnił do tego stopnia, 

Ŝ

Tumitak mógł zeskoczy

ć

 na ziemi

ę

 w tej cz

ęś

ci korytarza, która najwyra

ź

niej od wieków była 

nie zamieszkała. Porzucił wszelk

ą

 my

ś

l o dalszej je

ź

dzie, a jedynym jego marzeniem było 

zako

ń

czenie tej diabelskiej przeja

Ŝ

d

Ŝ

ki, któr

ą

 tak nieroztropnie przedsi

ę

wzi

ą

ł.

       Czas jaki

ś

 zamierzał pozosta

ć

 w miejscu, w którym wysiadł, przynajmniej tak długo, by 

zebra

ć

 my

ś

li. Zdał sobie jednak nagle spraw

ę

Ŝ

e pojazd szylków zatrzymał si

ę

 nie dalej ni

Ŝ

 o 

sto jardów; zerwał si

ę

 na równe nogi i rzucił si

ę

 do najbli

Ŝ

szych otwartych drzwi. 

Pomieszczenie, w którym si

ę

 znalazł, było zakurzone i bez 

Ŝ

adnych mebli - niew

ą

tpliwie 

dawno nie u

Ŝ

ywane; tote

Ŝ

 przekonany, 

Ŝ

e nie grozi mu tu 

Ŝ

adne niebezpiecze

ń

stwo, Tumitak 

podszedł do drzwi i spojrzał w kierunku pojazdu.
       Od razu zobaczył dziwaczne otwarte drzwi, czy te

Ŝ

 właz na wierzchu walca, lecz dopiero 

po chwili siedz

ą

cy w 

ś

rodku pasa

Ŝ

erowie zacz

ę

li wychodzi

ć

 na zewn

ą

trz. Najpierw ukazała si

ę

 

nalana twarz - jeden z Estetów mozolnie wygramolił si

ę

 na zewn

ą

trz i na koniec zsun

ą

ł si

ę

 po 

burcie pojazdu. Za nim wynurzył si

ę

 szylk, który mi

ę

kko zeskoczył na ziemi

ę

; i tak stopniowo 

pojazd si

ę

 opró

Ŝ

niał, a

Ŝ

 cała dwunastka pasa

Ŝ

erów znalazła si

ę

 w korytarzu. Wtedy wszyscy 

odwrócili si

ę

 i skierowali ku jedynemu pomieszczeniu z kotar

ą

 w drzwiach.

       Przez pewien czas Tumitak pozostawał w ukryciu rozwa

Ŝ

aj

ą

c swój nast

ę

pny ruch. 

Instynktowna boja

źń

 skłaniała go do pozostania w ukryciu, by tu, je

ś

li b

ę

dzie trzeba, czeka

ć

 

przez wiele dni, a

Ŝ

 szylki odjad

ą

. Ciekawo

ść

 korciła, by sprawdzi

ć

, co te

Ŝ

 to dziwne 

towarzystwo robi za tymi wielkimi drzwiami zasłoni

ę

tymi kotar

ą

, za

ś

 roztropno

ść

 nakazywała 

dalej d

ąŜ

y

ć

 do celu id

ą

c od razu w gór

ę

 korytarza, póki szylki nadal znajduj

ą

 si

ę

 w 

pomieszczeniu. Tumitak wiedział bowiem, 

Ŝ

e jest ju

Ŝ

 zaledwie kilka mil od Powierzchni, ku 

której przecie

Ŝ

 d

ąŜ

ył.

       Rozs

ą

dek w ko

ń

cu przewa

Ŝ

ył i Tumitak postanowił nie zajmowa

ć

 si

ę

 dłu

Ŝ

ej szylkami i 

Estetami. Wyszedł tedy z pomieszczenia i zacz

ą

ł biec lekko i cicho, jednak gdy mijał wielkie 

drzwi i ujrzał, jak łatwo si

ę

 w nich ukry

ć

, postanowił rzuci

ć

 ostatnie spojrzenie na szylki i ich 

osobliwych przyjaciół, nim pu

ś

ci si

ę

 w dalsz

ą

 drog

ę

. Ruszył wi

ę

c ku otworowi, obur

ą

cz 

rozchylił brzegi zasłon i zajrzał do 

ś

rodka.

       Pierwsz

ą

 rzecz

ą

, która go uderzyła, był ogrom sali. Długa na osiemdziesi

ą

t stóp i na 

czterdzie

ś

ci szeroka, Lorianinowi zdawała si

ę

 olbrzymia, zwłaszcza 

Ŝ

e sufit gubił si

ę

 w 

ciemno

ś

ciach. Był tak wysoko, 

Ŝ

ś

wiatła rozmieszczone wokół sali na wysoko

ś

ci ramion 

Tumitaka nie były do

ść

 silne, by wydoby

ć

 z mroku szczegóły. Tumitakowi przyszła do głowy 

dziwaczna my

ś

l, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e sufitu nie ma tu w. ogóle, 

Ŝ

e mo

Ŝ

ś

ciany pn

ą

 si

ę

 coraz wy

Ŝ

ej, by w 

background image

ko

ń

cu si

ę

gn

ąć

 Powierzchni. Miał jednak niewiele czasu, by si

ę

 nad tym zastanawia

ć

, ledwie 

bowiem zd

ąŜ

ył rzuci

ć

 okiem na sufit, wzrok jego padł na stół. Masywny, niski stół, do

ść

 długi, 

przykryty 

ś

nie

Ŝ

nobiałym obrusem, na którym pi

ę

trzyły si

ę

 stosy ró

Ŝ

nych osobliwych rzeczy, 

potraw, jak zauwa

Ŝ

ył Tumitak. Przygl

ą

dał im si

ę

 ze zdumieniem, były to bowiem potrawy, o 

jakich w 

Ŝ

yciu nie słyszał, jakich jego przodkowie nie znali od wielu pokole

ń

: tysi

ą

c i jeden 

smakowitych frykasów z Powierzchni. Wokół stołu ustawiono kilkana

ś

cie niskich le

Ŝ

anek: na 

niektórych spoczywali Esteci ju

Ŝ

 teraz, ucztuj

ą

c łapczywie.

       O dziwo, szylki nie brały udziału w uczcie. Stały tylko za ka

Ŝ

dym z olbrzymich artystów, a 

sposób, w jaki milcz

ą

co obserwowały ka

Ŝ

dy ruch Estetów, wydał si

ę

 Tumitakowi złowieszczy. 

Mimo to Wybra

ń

cy czuli si

ę

 swobodnie, pochłaniaj

ą

c jedzenie i wydaj

ą

c pomruki zadowolenia, 

a

Ŝ

 Tumitak odwrócił si

ę

 od nich z obrzydzeniem.

       Nagle padł krótki rozkaz, rzucony przez szylka stoj

ą

cego u szczytu stołu. Stropieni Esteci 

unie

ś

li wzrok, a na ich twarzach odmalowała si

ę

 konsternacja i 

Ŝ

ałosne niedowierzanie. Nim 

jednak mieli czas si

ę

 ruszy

ć

, nim zdołali doby

ć

 okrzyk z piersi, na ka

Ŝ

dego z nich skoczył 

jeden szylk, w

ą

skimi ustami szukaj

ą

c i nieomylnie znajduj

ą

c t

ę

tnic

ę

 pod zwałami tłuszczu w 

obwisłym gardle grubasa.
       Na pró

Ŝ

no arty

ś

ci próbowali si

ę

 wyrywa

ć

; ich powolne ruchy były zupełnie bezskuteczne - 

zwinne szylki łatwo uskakiwały przed wymachami r

ą

k, za

ś

 z

ę

by coraz bardziej zagł

ę

biały si

ę

 w 

ciało grubasów. Tumitakowi przera

Ŝ

enie odebrało mow

ę

. Niczym w transie obserwował, jak 

ruchy Estetów słabn

ą

, a

Ŝ

 w ko

ń

cu zupełnie ustaj

ą

. Có

Ŝ

 to wszystko mogło znaczy

ć

? Jaki 

zwi

ą

zek miała ta okrutna scena z dług

ą

 opowie

ś

ci

ą

 Latrumidora na temat 

Ŝ

ycia Estetów w 

marmurowych komnatach na dole? Patrzył na ten obraz w przera

Ŝ

eniu, nie mog

ą

c oderwa

ć

 

wzroku.
       Esteci przestali si

ę

 odzywa

ć

, za

ś

 szylki zaj

ę

ły si

ę

 czym

ś

 innym.

       Spod stołu wyci

ą

gn

ę

ły kilka wielkich, przezroczystych urz

ą

dze

ń

, z których wystawały 

gumowe w

ęŜ

e. Owe w

ęŜ

e podł

ą

czono do ran na szyjach Estetów i Tumitak ujrzał, jak 

maszyny szybko wypompowuj

ą

 krew da specjalnych słojów.

       W miar

ę

 jak słoje si

ę

 wypełniały, ciała Estetów zapadały si

ę

 jak przedziurawione baloniki i 

po chwili le

Ŝ

ały, blade, pomarszczone, na podłodze koło stołu. Szylki nie okazywały 

Ŝ

adnego 

podniecenia - musiała to by

ć

 dla nich wyra

ź

nie najzwyklejsza czynno

ść

, za

ś

 ich spokój i 

rzeczowo

ść

 spot

ę

gowały jeszcze przera

Ŝ

enie Tumitaka. W ko

ń

cu jednak przemógł 

parali

Ŝ

uj

ą

cy strach, który nim owładn

ą

ł, odwrócił si

ę

 i pocz

ą

ł ucieka

ć

 jak szalony. Biegł w gór

ę

 

korytarza coraz szybciej, coraz dalej i dalej, a

Ŝ

 w ko

ń

cu, wyczerpany i bez tchu, nie mog

ą

zrobi

ć

 ju

Ŝ

 ani kroku, wpadł przez jakie

ś

 otwarte drzwi i legł, ci

ęŜ

ko dysz

ą

c, na podłodze 

nieznanego pomieszczenia.
       Powoli uspokajał si

ę

; wrócił miarowy oddech, a wraz z nim pewno

ść

 siebie. Tumitak 

wyrzucał sobie surowo swoje tchórzostwo, ale nawet jeszcze i teraz z dr

Ŝ

eniem trwogi 

wspominał straszny widok. W miar

ę

 jak si

ę

 uspokajał, zacz

ą

ł si

ę

 zastanawia

ć

 nad 

znaczeniem wydarze

ń

, których był 

ś

wiadkiem. Ze słów Estety Latrumidora wynikało, 

Ŝ

e szylki 

s

ą

 dobrotliwymi władcami opasłych artystów. O podró

Ŝ

y na Powierzchni

ę

 Latrumidor mówił 

jako o najwy

Ŝ

szym zaszczycie, ów szylk, który przemawiał na placu, wyra

Ŝ

ał si

ę

 o tym 

podobnie, a jednak z jakiego

ś

 niewytłumaczalnego powodu przy pierwszej okazji po 

opuszczeniu miasta szylki zabiły swe wierne sługi, i to w sposób dla nich zupełnie, jak si

ę

 

wydawało, naturalny. Tumitak nie potrafił wytłumaczy

ć

 sobie tej oczywistej sprzeczno

ś

ci. I tak 

oto, ukryty w tylnej izbie pomieszczenia, łami

ą

c sobie głow

ę

 nad niezwykłymi przygodami 

minionego dnia, Lorianin zapadł w niespokojny sen.
       Nie nale

Ŝ

y si

ę

 dziwi

ć

Ŝ

e Tumitak łamał sobie głow

ę

 nad tymi dziwnymi wydarzeniami. Nie 

był 

ś

wiadom powi

ą

za

ń

 mi

ę

dzy Estetami i szylkami. W lochach nie było zwierz

ą

t domowych, a 

ludzko

ść

 nie słyszała o nich od stuleci. Wiele wieków min

ę

ło i jeszcze miało upłyn

ąć

, nim 

usłyszy, tote

Ŝ

 w 

Ŝ

yciu Tumitaka nie było nic, z czym mo

Ŝ

na by porówna

ć

 status Estetów 

wobec szylków.
       Dzi

ś

 wiemy, 

Ŝ

e Esteci byli po prostu bydłem rze

ź

nym! W złudnym poczuciu 

bezpiecze

ń

stwa, przez wieki hodowani i dobierani pod k

ą

tem głupoty, bez jakichkolwiek 

mo

Ŝ

liwo

ś

ci ekspresji poza pop

ę

dem artystycznym, którym szylki pogardzały, stali si

ę

 w ci

ą

gu 

wielu pokole

ń

 posłusznymi zwierz

ę

tami domowymi wenusja

ń

skich bestii.

       Pod wpływem kłamstw szylków i własnej pró

Ŝ

no

ś

ci od wczesnego dzieci

ń

stwa oczekiwali 

owego szcz

ęś

liwego dnia, gdy zostan

ą

 zabrani na Powierzchni

ę

, by sta

ć

 si

ę

, niczego 

nie

ś

wiadomi, straw

ą

 dla swych panów. Oto byli Esteci, chyba najdziwniejsza rasa ludzka 

wyhodowana przez szylków.
       Wszystko jednak było niepoj

ę

te dla Lorianina, jak zreszt

ą

 i dla ka

Ŝ

dego innego człowieka 

z jego pokolenia. Tote

Ŝ

 gdy Tumitak obudził si

ę

 i podj

ą

ł podró

Ŝ

 na nowo, wci

ąŜ

 jeszcze nie 

mógł wytłumaczy

ć

 sobie tej dziwnej zale

Ŝ

no

ś

ci. Lecz gdy prosty umysł nie potrafi rozwi

ą

za

ć

 

jakiej

ś

 zagadki, wkrótce o niej zapomina i tak oto Tumitak kroczył sw

ą

 drog

ą

, a w jego 

background image

my

ś

lach panował zupełny spokój.

       Od kiedy min

ą

ł korytarz 

ś

piewaj

ą

cych Estetów w czasie pami

ę

tnej szalonej jazdy, nie 

widział innych oznak zamieszkania. Najwidoczniej korytarze te były zbyt blisko Powierzchni, by 
mogli mieszka

ć

 tu ludzie. Tote

Ŝ

 Tumitak nie napotkał nikogo i przebył kilka mil przez nikogo 

nie niepokojony. Wreszcie doszedł do miejsca, w którym przej

ś

cie nagle si

ę

 ko

ń

czyło. Znalazł 

tu metalow

ą

 drabin

ę

 wiod

ą

c

ą

 w ciemno

ś

ciach do góry. Pełen tłumionego podniecenia 

rozpocz

ą

ł wspinaczk

ę

 szybem, który, jak wiedział, był ostatni przed Powierzchni

ą

. Wyszedł z 

szybu w korytarzu wykutym w dziwnym czarnym kamieniu i wyj

ą

wszy z torby ostatni z darów 

ojcowskich pocz

ą

ł wspina

ć

 si

ę

 po stoku prowadz

ą

cym ku górze, trzymaj

ą

c ostro

Ŝ

nie bro

ń

 w 

r

ę

ku. Korytarz był w

ęŜ

szy ni

Ŝ

 którykolwiek z poprzednich, a w miar

ę

 jak Tumitak posuwał si

ę

 

naprzód, 

ś

ciany zbli

Ŝ

ały si

ę

 coraz bardziej ku sobie, tak 

Ŝ

e w ko

ń

cu dzieliła je odległo

ść

 nie 

wi

ę

ksza ni

Ŝ

 dwie stopy. Podej

ś

cie było coraz bardziej strome, a

Ŝ

 w ko

ń

cu przeszło w szereg 

schodków. Tumitak wspinał si

ę

 po nich w gór

ę

 i z ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ą

 serce biło mu coraz mocniej: 

ujrzał w ko

ń

cu co

ś

, co z pewno

ś

ci

ą

 było jego celem. Daleko przed nim padało z wysoka 

ś

wiatło o dziwnym czerwonawym zabarwieniu, znacznie ja

ś

niejsze i ostrzejsze ni

Ŝ

 wszystkie 

te, które widział dotychczas. Tumitak patrzył na nie z l

ę

kiem - wiedział, 

Ŝ

e pochodzi ono z 

Powierzchni.
       Po

ś

pieszył przed siebie; sufit obni

Ŝ

ał si

ę

 coraz bardziej, tak 

Ŝ

e na odcinku ostatnich kilku 

jardów Tumitak musiał si

ę

 schyli

ć

. W ko

ń

cu jednak dotarł do szczytu schodów i znalazł si

ę

 w 

płytkim dołku, gł

ę

boko

ś

ci nie wi

ę

cej ni

Ŝ

 pi

ę

ciu stóp. Uniósł głow

ę

 do góry, a z piersi wyrwało 

mu si

ę

 słabe westchnienie niedowierzania.

       Tumitak ujrzał bowiem Powierzchni

ę

...

       Ju

Ŝ

 sam bezkresny widok wystarczył, by odebra

ć

 mu pewno

ść

 siebie. Zdawało mu si

ę

Ŝ

trafił do olbrzymiego pokoju czy sali, tak wielkiej, 

Ŝ

e nie potrafił sobie nawet wyobrazi

ć

 jej 

ogromu. Sufit i 

ś

ciany tej sali tworzyły jedno stanowi

ą

c przepastn

ą

 komor

ę

 podobn

ą

 do 

odwróconej misy. A ten sufit i 

ś

ciany miejscami sw

ą

 pi

ę

kn

ą

 barw

ą

 przypominały bł

ę

kit 

kobiecych oczu. Błyszczał on jak klejnot pokryty wielkimi obszarami skł

ę

bionej bieli i ró

Ŝ

u, i w 

miar

ę

 jak Tumitak im si

ę

 przygl

ą

dał, odnosił niejasne wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e owe ogromne połacie 

wzburzonej bieli powoli si

ę

 poruszaj

ą

 i zmieniaj

ą

 kształty.

       Nie mog

ą

c oderwa

ć

 oczu od rozci

ą

gaj

ą

cego si

ę

 nad nim nieba Tumitak poczuł, jak jego 

podziw i uwielbienie ust

ę

puj

ą

 powoli miejsca przera

Ŝ

eniu. Im dłu

Ŝ

ej patrzył, tym dalsza była 

wielka kopuła, a jednocze

ś

nie zdawała si

ę

 dziwnie i strasznie zacie

ś

nia

ć

 nad nim. Po jakim

ś

 

czasie był ju

Ŝ

 pewien, 

Ŝ

e wielkie pofalowane obszary poruszaj

ą

 si

ę

, i doznał strasznego 

uczucia, 

Ŝ

e oto ju

Ŝ

 ju

Ŝ

 opadn

ą

 na ziemi

ę

 i zmia

Ŝ

d

Ŝą

 go. Poczuwszy zawrót głowy i przera

Ŝ

enie 

spowodowane ogromem otoczenia Tumitak pomkn

ą

ł z powrotem do korytarza i przywarł do 

ś

ciany dr

Ŝą

c z dziwnego nieuzasadnionego strachu. Wychowany bowiem w ciasnych 

granicach 

ś

cian korytarzy, sp

ę

dziwszy całe 

Ŝ

ycie pod ziemi

ą

 Tumitak, gdy popatrzył po raz 

pierwszy na Powierzchni

ę

, padł ofiar

ą

 agorafobii, tego osobliwego wstr

ę

tu do otwartych 

przestrzeni, który nawet dzi

ś

 stanowi chorob

ę

 niektórych ludzi.

       Min

ę

ła prawie godzina, nim rozum jego zdołał zapanowa

ć

 nad owym dziwnym 

przera

Ŝ

eniem. Czy po to przeszedł tak daleko, spierał si

ę

 z samym sob

ą

, by zawróci

ć

 tylko z 

powodu wygl

ą

du Powierzchni? Niew

ą

tpliwie gdyby ta olbrzymia bł

ę

kitna, zdobiona obłokami 

kopuła miała si

ę

 zawali

ć

, nie czekałaby przez te wszystkie lata, aby upa

ść

 wła

ś

nie na niego. 

Odetchn

ą

ł gł

ę

boko i gdy rozs

ą

dek w ko

ń

cu przewa

Ŝ

ył, ponownie popatrzył na Powierzchni

ę

.

       Tym razem jednak unikał widoku nieba, a cał

ą

 uwag

ę

 skierował na dno "komory". W 

pobli

Ŝ

u dołka owo dno pokryte było grub

ą

 warstw

ą

 brunatnego pyłu, lecz nie opodal pył ten 

przykryty był dziwnym, kobiercem składaj

ą

cym si

ę

 z tysi

ę

cy długich, zielonych, g

ę

sto zbitych 

włókien. Niedaleko znajdowało si

ę

 kilka wysokich słupów o nieregularnym kształcie, których 

wierzchołki skrywały wielkie k

ę

py czego

ś

 zielonego o podobnym kolorze i wygl

ą

dzie co włókno 

dywanu.
       A kiedy Tumitak spojrzał ponad traw

ę

 i drzewa, ujrzał dziwo, które przewy

Ŝ

szyło wszystkie 

ogl

ą

dane dot

ą

d cuda: nisko, nad doln

ą

 kraw

ę

dzi

ą

 kopuły, ponad drzewami, wisiało 

ś

wiatło 

Powierzchni, połyskliwy, o

ś

lepiaj

ą

cy kr

ą

g, który czerwonym blaskiem o

ś

wietlał cał

ą

 olbrzymi

ą

 

przestrze

ń

 Powierzchni.

       Tumitak przygl

ą

dał si

ę

 zachodowi sło

ń

ca, oniemiały z podziwu. Znowu powrócił 

oszałamiaj

ą

cy atak agorafobii, lecz po nim przyszło wra

Ŝ

enie pi

ę

kna, dzi

ę

ki któremu Tumitak 

zapomniał o strachu i uspokoił si

ę

 powoli. Odwrócił wzrok w przeciwnym kierunku - a tam, 

wysoko nad nim, wznosiły si

ę

 domy szylków!

       Wida

ć

 było kilkana

ś

cie wysokich wie

Ŝ

; stały, podobne do obelisków, a ich metaliczne 

ś

ciany odbijały czerwonym blaskiem 

ś

wiatło zachodz

ą

cego sło

ń

ca. Tylko niektóre z nich stały 

zupełnie prosto; szczególny, nieziemski zmysł artystyczny szylków nakazywał budowanie pod 

Ŝ

nymi k

ą

tami od pionu, czasem nawet o trzydzie

ś

ci stopni. Domy były ró

Ŝ

nej wysoko

ś

ci, 

niektóre pi

ęć

dziesi

ę

ciu, inne nawet dwustu stóp, a z ich szczytów zwieszały si

ę

 długie liny 

background image

ł

ą

cz

ą

c wszystkie wie

Ŝ

e w jedn

ą

 cało

ść

. Budowle nie miały okien, a jedyne wej

ś

cie stanowił 

mały okr

ą

gły otwór u dołu. Obwód jednej wie

Ŝ

y nie przekraczał pi

ę

tnastu stóp, tote

Ŝ

 

przypominały one nieco wi

ą

zk

ę

 olbrzymich igieł.

       Tumitak nie byłby w stanie powiedzie

ć

, jak długo napawał si

ę

 owym zdumiewaj

ą

cym 

widokiem. Najbardziej zadziwił go jednak zachód sło

ń

ca, stopniowe zapadanie si

ę

 wielkiej 

czerwonej kuli w co

ś

, co przypominało podłog

ę

 olbrzymiej komory. Gdy sło

ń

ce ju

Ŝ

 znikn

ę

ło, 

Tumitak pozostał jeszcze przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 w zamy

ś

leniu 

ś

cianom kopuły, które nadal płon

ę

ły 

czerwonym blaskiem. I wtedy...
       Nie usłyszał 

Ŝ

adnego d

ź

wi

ę

ku. Chocia

Ŝ

 zapami

ę

tał si

ę

 w podziwie, pozostał instynktownie 

czujny, ale mimo to nie usłyszał nic. A

Ŝ

 nagle rozległo si

ę

 za nim skrzypienie i szelest i 

klekocz

ą

cy metaliczny głos warkn

ą

ł:

       - Natychmiast - wracaj - do - dziury! - te słowa padły jak rozkaz, a Tumitakowi krew 
zastygła w 

Ŝ

yłach, gdy u

ś

wiadomił sobie, 

Ŝ

e oto podkradł si

ę

 za nim szylk!

       Nast

ę

pna sekunda zdała si

ę

 Lorianinowi wiekiem. Odwrócił si

ę

, by stan

ąć

 twarz

ą

 w twarz 

z besti

ą

, i w tym momencie przemkn

ę

ło mu przez głow

ę

 tysi

ą

c my

ś

li. Wspomniał Nikadura i 

Tepr

ę

, i te lata, które min

ę

ły od czasu, gdy ich poznał. Pomy

ś

lał o ojcu i nawet o matce, której 

prawie nie pami

ę

tał. Niespodziewanie przypomniał sobie olbrzymiego Jakranina, którego 

str

ą

cił w otchła

ń

; przypomniał sobie, jak tamten krzyczał spadaj

ą

c. Wszystkie te my

ś

li 

przemkn

ę

ły mu przez głow

ę

, gdy si

ę

 odwracał i unosił r

ę

k

ę

, by si

ę

 zasłoni

ć

. Było to działanie 

całkowicie instynktowne; zdawało si

ę

Ŝ

e zupełnie nie panuje nad własnym ciałem. Co

ś

 ponad 

nim - co

ś

 wy

Ŝ

szego - sprawiło, 

Ŝ

e zacisn

ą

ł palce, a gdy to uczynił, rewolwer, ostatni z trzech 

cudownych darów ojca, plun

ą

ł ogniem! Jak we 

ś

nie słyszał jego krótkie warkni

ę

cia - raz, dwa, 

trzy razy... siedem razy... a potem do płytkiego dołka zwaliło si

ę

 martwe ciało szylka!

       Przez chwil

ę

 Tumitak przygl

ą

dał si

ę

 jak ot

ę

piały. Potem, gdy zacz

ą

ł zdawa

ć

 sobie spraw

ę

 

z tego, 

Ŝ

e wypełnił sw

ą

 misj

ę

, przenikn

ę

ło go uczucie ogromnego triumfu. Szybko dobywszy 

miecza ci

ą

ł dziesi

ęć

 podobnych do palców nóg szylka, nuc

ą

c jednocze

ś

nie ow

ą

 pie

śń

, któr

ą

 

Lorianie 

ś

piewali id

ą

c na Jakran. I cho

ć

 od strony domów szylków dochodziły go dziwne 

pytaj

ą

ce kla

ś

ni

ę

cia i klekoty, dalej metodycznie zadawał ciosy mieczem, a

Ŝ

 całkowicie 

oddzielił głow

ę

 od ciała.

       Nast

ę

pnie zdaj

ą

c sobie spraw

ę

 z tego, 

Ŝ

e głosy szylków znacznie si

ę

 przybli

Ŝ

yły, wcisn

ą

ł 

skrwawion

ą

 głow

ę

 za pazuch

ę

 kurtki i pomkn

ą

ł w dół jak wiatr po stopniach prowadz

ą

cych do 

korytarza.
       
       
ROZDZIA£ VII
      
       Tumlok z Loru, ojciec Tumitaka, siedział na progu swego mieszkania wygl

ą

daj

ą

c na 

korytarz. Przez ostatnie tygodnie prowadził 

Ŝ

ycie prawdziwie samotnicze, cho

ć

 bowiem 

przyjaciele starali si

ę

 rozweseli

ć

 go zwyczajow

ą

 optymistyczn

ą

 pogaw

ę

dk

ą

, widział, 

Ŝ

e nikt w 

gruncie rzeczy nie wierzy, 

Ŝ

e jego syn wróci. I rzeczywi

ś

cie, trzeba byłoby niezwykłej odwagi, 

aby przypuszcza

ć

Ŝ

e Tumitakowi udało si

ę

 przebrn

ąć

 cho

ć

by Jakr

ę

.

       Tumlok znał te opinie i sam ju

Ŝ

 zaczynał w nie wierzy

ć

, cho

ć

 przyjaciele starali si

ę

 

utwierdzi

ć

 go w przekonaniu, 

Ŝ

e spodziewaj

ą

 si

ę

 po jego synu niezwykłych dokona

ń

. Czemu

Ŝ

 

to, zastanawiał si

ę

, w ogóle pozwolił młodzie

ń

cowi wyruszy

ć

 na tak beznadziejn

ą

 wypraw

ę

Czemu nie był bardziej stanowczy i nie wybił mu z głowy tych pomysłów, gdy Tumitak był 
jeszcze dzieckiem? Siedział wi

ę

c robi

ą

c sobie wyrzuty w tej godzinie przed por

ą

 snu, a 

Ŝ

ycie w

Lorze toczyło si

ę

 obok niego nieregularnym, pulsuj

ą

cym strumieniem.

       Po pewnym czasie twarz Tumloka nieco si

ę

 rozja

ś

niła. Korytarzem zbli

Ŝ

ała si

ę

 ku niemu 

para młodych kochanków. Ich długa przyja

źń

 z Tumitakiem zadzierzgn

ę

ła wi

ąŜ

, któr

ą

 Tumlok 

w swym mniemaniu jako

ś

 odziedziczył po synu. Nikadur pozdrowił go, a Tepra podbiegła i 

spontanicznie ucałowała go w policzek.
       - Czy masz jakie

ś

 nowiny o Tumitaku? - pozdrowiła go pytaniem, które stało si

ę

 ju

Ŝ

 

mi

ę

dzy nimi jak gdyby formuł

ą

. Tumlok potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

.

       - Czy w ogóle jest to mo

Ŝ

liwe? No có

Ŝ

, po tak wielu tygodniach musimy uwa

Ŝ

a

ć

 go za 

zmarłego.
       Tepra jednak nie upadała na duchu. Chyba ona jedna z całego Loru zachowała ufno

ść

 

granicz

ą

c

ą

 z pewno

ś

ci

ą

Ŝ

e Tumitak jest bezpieczny i powróci w chwale.

       - Wierz

ę

Ŝ

e wróci - powiedziała. - Mamy przecie

Ŝ

 pewno

ść

Ŝ

e dotarł do Jakry. A czy 

Nenapus nie mówił nam o olbrzymie, na którego si

ę

 natkn

ą

ł u wylotu szybu prowadz

ą

cego do 

Jakry? Je

ś

li Tumitak potrafił pokona

ć

 takiego człowieka, któ

Ŝ

 mógłby mu si

ę

 oprze

ć

?

       - Tepra mo

Ŝ

e mie

ć

 słuszno

ść

 - rzekł powa

Ŝ

nie Nikadur. - Z Nononu dochodz

ą

 pogłoski o 

wielkiej panice w Jakrze, podczas której rzekomo człowiek z tych korytarzy przedostał si

ę

 

przez miasto. Pogłoski s

ą

 niejasne i mog

ą

 by

ć

 tylko plotkami, lecz mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e Tumitak dotarł 

background image

do mrocznych korytarzy.
       - Wiem, 

Ŝ

e Tumitak wróci - powtórzyła Tepra. - Jest pot

ęŜ

ny i... - urwała nagle. Gdzie

ś

 w 

ę

bi korytarza rozległ si

ę

 jaki

ś

 odgłos. Zacz

ę

ła nasłuchiwa

ć

. Wtedy Nikadur pochwycił ten 

d

ź

wi

ę

k, a w ko

ń

cu równie

Ŝ

 i Tumlok.

       Były to okrzyki, dalekie okrzyki, które stawały si

ę

 coraz gło

ś

niejsze w miar

ę

, jak im si

ę

 

przysłuchiwali. Kilka osób zatrzymało si

ę

; po chwili dwaj m

ęŜ

czy

ź

ni odwrócili si

ę

 i pop

ę

dzili w 

tamtym kierunku. Cała trójka wyt

ęŜ

yła słuch staraj

ą

c si

ę

 odgadn

ąć

 znaczenie tych krzyków. 

Jeszcze kilku m

ęŜ

czyzn nadbiegło korytarzem kieruj

ą

c si

ę

 w stron

ę

 

ź

ródła hałasu.

       - Chod

ź

my! - zawołał nagle Nikadur z osłupieniem na twarzy.- Je

ś

li to napa

ść

 Jakran... - 

Mimo protestów Tepry pop

ę

dził przed siebie. Tumlok wpadł jeszcze tylko do mieszkania po 

bro

ń

 i poszedł w jego 

ś

lady.

       Tepra jednak

Ŝ

e nie wytrzymała na miejscu. Wkrótce dogoniła Nikadura i mimo jego 

protestów uparła si

ę

, by pój

ść

 razem z nim. Tak wi

ę

c po chwili cała trójka w towarzystwie 

wielu jeszcze innych osób spieszyła w kierunku wrzawy.
       W pewnym momencie min

ą

ł ich człowiek biegn

ą

cy w przeciwn

ą

 stron

ę

.

       - Co si

ę

 dzieje? - rozległ si

ę

 chór głosów, lecz jedyn

ą

 odpowiedzi

ą

 był niezrozumiały 

bełkot m

ęŜ

czyzny. Sprawa ju

Ŝ

 za chwil

ę

 miała si

ę

 wyja

ś

ni

ć

 - na nast

ę

pnym zakr

ę

cie spiesz

ą

cy

ludzie ujrzeli przed sob

ą

 powód zamieszania.

       Korytarzem maszerował niesamowity pochód. Na czele szła grupa Lorian, którzy ta

ń

czyli i 

wiwatowali jak szaleni, a za nimi kroczyła dobrze znana posta

ć

: Nenapus, wódz 

Nono

ń

czyków, w otoczeniu swoich oficerów. Za nim maszerowali chyba wszyscy mieszka

ń

cy 

Nononu, mamrocz

ą

c co

ś

 niezrozumiale i wykrzykuj

ą

c do Lorian, których mijali. Jednak 

mieszka

ń

cy Loru przygl

ą

dali si

ę

 nie tyle Nono

ń

czykom, co tym, którzy szli za nimi. A był to 

tłum Jakran, z których ka

Ŝ

dy niósł na kiju biał

ą

 szmat

ę

, wci

ąŜ

 jeszcze, po tak wielu latach, 

oznaczaj

ą

c

ą

 pokój. Był w

ś

ród nich Datto, postawny wódz Jakran, a tak

Ŝ

e jego krzepki 

bratanek Torp oraz wielu innych, o których Lorianie słyszeli od Nono

ń

czyków. Za

ś

 na 

ramionach dwóch najsilniejszych Jakran... zobaczyli Tumitaka we własnej osobie!
       Lorianom zdawało si

ę

Ŝ

ś

ni

ą

. Tumitak odziany był w szaty tak pi

ę

kne, 

Ŝ

e słowa tego nie 

mogły wyrazi

ć

. Wykonane z najszlachetniejszych tkanin, przejrzystych mu

ś

linów barwionych w 

najdelikatniejsze odcienie opalizuj

ą

cych ró

Ŝ

ów, zieleni i bł

ę

kitów, spływały z jego postaci 

przylegaj

ą

c do ciała i nadaj

ą

c mu i

ś

cie boski wygl

ą

d. Na głowie Tumitak miał metalow

ą

 

przepask

ę

 przypominaj

ą

c

ą

 koron

ę

, jak

ą

 wedle legendy mieli nosi

ć

 królowie szylków.

       Ale co najbardziej niewiarygodne - Tumitak trzymał w wyci

ą

gni

ę

tej r

ę

ce pomarszczon

ą

 

głow

ę

 szylka!

       Tumlok, Nikadur i Tepra nie potrafili powiedzie

ć

, kiedy wł

ą

czyli si

ę

 w ludzk

ą

 rzek

ę

. Biegli 

korytarzem w kierunku niesamowitego pochodu, a ju

Ŝ

 po chwili maszeruj

ą

cy ludzie wchłon

ę

li 

ich jako cz

ęść

 wrzeszcz

ą

cego, rozentuzjazmowanego tłumu, który sił

ą

 i 

ś

miechem torował 

sobie drog

ę

 ku głównemu placowi Loru.

       Maszeruj

ą

cy dotarli do skrzy

Ŝ

owania dwóch głównych korytarzy i utworzyli olbrzymie 

zgromadzenie, z Tumitakiem i gromad

ą

 Jakran po

ś

rodku. Przez chwil

ą

 jeszcze tłum krzyczał i 

wiwatował, lecz wkrótce Tumitak, wszedłszy na kamienny postument, od dawna u

Ŝ

ywany 

przez mówców, uniósł r

ę

k

ę

 prosz

ą

c o spokój. Cisza zapadła nieomal natychmiast i wtedy 

rozległ si

ę

 głos Nenapusa, który instynktownie przyj

ą

ł na siebie rol

ę

 mistrza ceremonii.

       - Przyjaciele Lorianie - przemówił. - Dzi

ś

 oto nadszedł dzie

ń

, który pozostanie wiecznie w 

pami

ę

ci mieszka

ń

ców trzech miast z dolnych korytarzy. Min

ę

ły lata od czasu, gdy te trzy 

miasta spotkały si

ę

 po raz ostatni na przyjacielskiej stopie. By stało si

ę

 tak ponownie, trzeba 

było wydarzenia tak niewiarygodnego, 

Ŝ

e trudno we

ń

 uwierzy

ć

. Oto bowiem nareszcie 

człowiek zabił szylka...
       Przerwał mu dudni

ą

cy głos Datty, od

ś

wi

ę

tnie wystrojonego wodza Jakran.

       - Do

ść

 słów! - krzykn

ą

ł. - Przybyli

ś

my tu, aby odda

ć

 hołd Tumitakowi, Lorianinowi, który 

zabił szylka. Wzno

ś

my na jego cze

ść

 okrzyki i 

ś

piewajmy pie

ś

ni. Schylmy przed nim czoła, 

Nenapusie, my, wodzowie, i wezwijmy równie

Ŝ

 wodzów Loru, by uczynili to samo, bowiem ten, 

który zabił szylka, jest ponad nas wszystkich.
       Nenapusa zezło

ś

cił nieco fakt, 

Ŝ

e mu przerwano ulubione zaj

ę

cie, nim jednak zdołał co

ś

 

odpowiedzie

ć

, przemówił Tumitak, którego zarówno Jakranie, jak i Nono

ń

czycy słuchali z 

szacunkiem.
       - Bracia Lorianie - zacz

ą

ł. - Przyjaciele Nono

ń

czycy i Jakranie, nie dla sławy pod

ąŜ

yłem 

na Powierzchni

ę

 i zabiłem potwora, którego łeb trzymam w r

ę

ku. Od dzieci

ń

stwa uwa

Ŝ

ałem, 

Ŝ

e ludzie mog

ą

 walczy

ć

 z szylkami. Moim celem było udowodnienie tego wszystkim. Na 

pewno 

Ŝ

aden z mieszka

ń

ców Loru nie jest gorszym wojownikiem ode mnie. A jednak wielu 

mn

ą

 pogardzało jako niepoprawnym marzycielem. Czy

Ŝ

 nie widzicie, 

Ŝ

e człowiek nie jest 

słabym i nic nie znacz

ą

cym stworzeniem, za jakie si

ę

 uwa

Ŝ

a? Wy, Jakranie, nigdy nie 

uciekali

ś

cie w trwodze, gdy przeciwko wam wyst

ę

powali mieszka

ń

cy Loru! Lorianie, czy 

background image

kiedykolwiek dr

Ŝ

eli

ś

cie ze strachu zamkni

ę

ci w mieszkaniach, gdy Jakranie napadali na 

wasze korytarze?
       A mimo to - mówił dalej - na okrzyk "szylk!" wszyscy, zdj

ę

ci przera

Ŝ

eniem, chowali

ś

cie si

ę

 

do domów! Czy

Ŝ

 nie widzicie teraz, 

Ŝ

e szylki, cho

ć

 pot

ęŜ

ne, s

ą

 tylko 

ś

miertelnymi 

stworzeniami jak wy sami? Słuchajcie przeto opowie

ś

ci o moich czynach i zastanówcie si

ę

czy dokonałem czego

ś

, czego nie potrafiliby

ś

cie zrobi

ć

 sami.

       Tumitak pocz

ą

ł opowiada

ć

 o swych przygodach. Mówił o tym, jak przeszedł przez Jakr

ę

, i 

cho

ć

 Lorianie okrzykami wyra

Ŝ

ali zadowolenie, w

ś

ród Jakran panowała cisza. Opowiedział o 

mrocznych korytarzach i wówczas wiwatowali równie

Ŝ

 Jakranie, zwłaszcza gdy mówił o 

zabiciu psów. Mówił o komnatach Estetów i w 

Ŝ

ywych barwach opisał cuda, które tam widział, 

maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e wzbudzi w słuchaczach ch

ęć

 zawładni

ę

cia tymi skarbami.

       Potem za

ś

 próbował opowiedzie

ć

 im o Powierzchni, lecz tu zabrakło mu słów; oddanie 

całej historii zabicia szylka i drogi powrotnej przy pomocy ograniczonego słownictwa 
mieszka

ń

ców korytarzy było prawie niemo

Ŝ

liwe.

       - Z jakiego

ś

 powodu szylki mnie nie goniły - powiedział Tumitak - i udało mi si

ę

 

bezpiecznie dotrze

ć

 do pierwszych korytarzy Estetów. Tu zostałem wykryty i musiałem 

pokona

ć

 pół tuzina grubasów, nim mogłem i

ść

 dalej. Zabiłem wszystkich. - Tumitak w swym 

nie

ś

wiadomym zarozumialstwie i pogardzie nie wspomniał o tym, jak łatwo było pokona

ć

 

takich przeciwników - i odebrawszy im te szaty ruszyłem w dalsz

ą

 drog

ę

.

       Dotarłem do mrocznych korytarzy, lecz nawet tu nikt mnie nie zatrzymywał. Zapewne 
straszny odór szylka był tak silny, 

Ŝ

e dzicy bali si

ę

 podej

ść

 bli

Ŝ

ej. W ko

ń

cu dotarłem do Jakry i 

stwierdziłem, 

Ŝ

e kobieta, któr

ą

 poznałem w czasie podró

Ŝ

y na Powierzchni

ę

, opowiedziała 

sw

ą

 histori

ę

 wodzowi Datto, który gotów był odda

ć

 mi cze

ść

 w czasie mojej podró

Ŝ

y do domu. 

I tak doszedłem do Nononu, a po jakim

ś

 czasie i do Loru.

       Tumitak zako

ń

czył opowie

ść

, a tłum znowu zacz

ą

ł wznosi

ć

 okrzyki rado

ś

ci. Wiwaty 

wzmagały si

ę

, a ich echo odbijało si

ę

 od 

ś

cian, a

Ŝ

 cały plac d

ź

wi

ę

czał jak pot

ęŜ

ny dzwon.

       - Wielki jest Tumitak, syn Loru! - krzyczeli. - Wielki jest Tumitak, zabójca szylków! - A 
Tumitak skrzy

Ŝ

ował ramiona na piersiach i napawał si

ę

 chwał

ą

 zapomniawszy na chwil

ę

Ŝ

jego misja polegała na udowodnieniu, 

Ŝ

e nie trzeba nadludzkich sił, by zabi

ć

 szylka.

       Po jakim

ś

 czasie tłum ucichł i dał si

ę

 znowu słysze

ć

 głos Datty.

       - Lorianie. - zawołał wódz. - Przez wiele, wiele lat ludzie z Jakry toczyli bezustann

ą

 wojn

ę

 

z mieszka

ń

cami Loru. Dzi

ś

 ta wojna si

ę

 ko

ń

czy. Dzi

ś

 poznali

ś

my Lorianina, który przerasta 

ka

Ŝ

dego z Jakran, dlatego te

Ŝ

 nie b

ę

dziemy wi

ę

cej walczy

ć

 z Lorem. Aby za

ś

 udowodni

ć

Ŝ

mówi

ę

 prawd

ę

, oto Datto składa wiernopodda

ń

czy hołd Tumitakowi! Znowu rozległy si

ę

 

wiwaty, po czym wyst

ą

pił Nenapus.

       - Dobrze uczyniłe

ś

, Datto - powiedział. - Zaprawd

ę

, je

ś

li istnieje wódz wodzów, to jest nim 

Tumitak. W przeszło

ś

ci nie było wielkich wa

ś

ni mi

ę

dzy Lorem i Nononem, tote

Ŝ

 nasza historia 

jest inna. Mówi ona bowiem, 

Ŝ

e w dawnych czasach ludy Loru i Nononu stanowiły jeden 

naród. Słyszeli

ś

my o dniach wielkiego wodza Empitata, który panował... - w tym miejscu 

Datto, w

ś

ciekły, szepn

ą

ł mu co

ś

 do ucha i Nono

ń

czyk zaczerwienił si

ę

, ale po chwili podj

ą

ł:

       - Lecz do

ść

 tego. Wystarczy powiedzie

ć

Ŝ

e równie

Ŝ

 Nenapus składa hołd Tumitakowi, 

wodzowi wodzów i wodzowi Nononu.
       Znowu zerwały si

ę

 brawa, a po chwili przemówił znów Datto. Czy nie przystoi, zapytał 

marszcz

ą

c gniewnie czoło, aby Lorianie równie

Ŝ

 uznali Tumitaka za wodza, tym samym 

czyni

ą

c go królem wszystkich dolnych korytarzy? Lorianie wznie

ś

li radosny okrzyk, a potem 

przemówił Tagivos, najstarszy spo

ś

ród lekarzy.

       - Mieszka

ń

cy Loru maj

ą

 nieco inny system władzy ni

Ŝ

 Nono

ń

czycy i Jakranie - powiedział. 

- Nie mieli

ś

my wodza od wielu lat. Jednak

Ŝ

e pomysł zjednoczenia trzech miast uwa

Ŝ

am za 

dobry, tote

Ŝ

 zwołam posiedzenie Rady, która o tym postanowi.

       Wkrótce zebrała si

ę

 Rada pod przewodnictwem Tagivosa, Tumloka i starego Sidangi; po 

pewnym czasie oznajmili oni, 

Ŝ

e zgodzili si

ę

 co do uznania Tumitaka równie

Ŝ

 wodzem Loru.

       I tak po

ś

ród wiwatów okrzykni

ę

to Tumitaka wodzem wszystkich dolnych korytarzy.

       Datto i jego olbrzymi bratanek Torp, najwy

Ŝ

si spo

ś

ród Jakran, byli w

ś

ród pierwszych, 

którzy zaprzysi

ę

gli wierno

ść

 Tumitakowi. Nast

ę

pnie przyj

ą

ł on hołd od Sidangi, Tagivosa i 

innych Lorian. Młodzie

ń

ca przepełniło dziwne uczucie, gdy dotykał miecza ojca i słuchał słów 

jego przysi

ę

gi, lecz zachował powag

ę

, traktuj

ą

c Tumloka na równi z innymi Lorianami a

Ŝ

 do 

zako

ń

czenia ceremonii. Wtedy poprosił o uwag

ę

.

       - Przyjaciele z dolnych korytarzy - zacz

ą

ł. - Nowy dzie

ń

 za

ś

witał dzi

ś

 ludzko

ś

ci. Min

ę

ło 

ponad trzydzie

ś

ci lat od czasu, gdy wojna zawitała do tych korytarzy, i w ci

ą

gu tych lat ludzie 

prawie zapomnieli sztuki wojennej. ¯ yli

ś

my w gnu

ś

nym pokoju, podczas gdy ponad nami 

wrogowie ludzko

ś

ci ro

ś

li w pot

ę

g

ę

. Uznaj

ą

c mnie za wodza musicie zerwa

ć

 z tym gnu

ś

nym 

pokojem i rozpocz

ąć

 

Ŝ

ycie wypełnione działaniem. Zbyt wiele widziałem, by pozwoli

ć

 wam 

gnu

ś

nie

ć

 w najgł

ę

bszych korytarzach. Poprowadz

ę

 was do walki z dzikusami z mrocznych 

background image

korytarzy, aby zawładn

ąć

 tymi lochami i wypełni

ć

 je 

ś

wiatłem, które jeszcze gdzieniegdzie 

płonie.
       A gdy pokonamy tych dzikusów - mówił dalej - powiod

ę

 was przeciwko grubym Estetom, 

by wam pokaza

ć

, co znaczy prawdziwe pi

ę

kno w 

Ŝ

yciu człowieka. A nadejdzie jeszcze czas, 

je

ś

li Najwy

Ŝ

szy pozwoli, 

Ŝ

e poprowadz

ę

 was przeciwko samym szylkom, bowiem to, czego 

dokonałem, jest w granicach mo

Ŝ

liwo

ś

ci ka

Ŝ

dego człowieka.

       A je

ś

li kto

ś

 uwa

Ŝ

a, 

Ŝ

e cel, jaki wam postawiłem, jest nieosi

ą

galny, niechaj przemówi 

teraz.
       Znowu zerwały si

ę

 okrzyki, które z ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ą

 nabierały mocy i odbijały si

ę

 od 

ś

cian 

wielkiego placu. W tej chwili podniecenia i entuzjazmu nie było ani jednego człowieka w tym 
tłumie, który by nie czuł, 

Ŝ

e i on mo

Ŝ

e zabi

ć

 szylka.

       A gdy tak wszyscy wiwatowali i 

ś

piewali popadaj

ą

c w stan zbiorowej euforii, Tumitak 

zszedł z kamienia i oddalił si

ę

 w kierunku domu.

       
??

??

??

??