background image
background image

„BRONIĆ SIĘ DO OSTATKA” 

„Twierdza zostaje pozostawiona samej sobie i ma bronić się do ostatka” - ten stanowczy 

rozkaz Naczelnego Dowództwa Austro-Węgier, wydany 16 września 1914 roku, dotarł do 

każdego żołnierza w oblężonym Przemyślu. 

Do jego wykonania podporucznik Altmann przygotowywał się od ponad roku, czyli od 

chwili,  w  której powierzono  mu dowodzenie  fortem numer jeden  w siedliskiej grupie for-

tecznej,  na  wschód  od  Przemyśla.  Fort  ów  zbudowano  według  najnowszych  wzorów.  Na 

szczycie jego głównego bloku znajdowały się cztery szybkostrzelne armaty kalibru 80 mm, 

umieszczone  w  pancernych  obrotowych  wieżach,  a  także  pancerna  kopuła  obserwacyjna. 

Amunicję do armat dostarczano z magazynów znajdujących się na najniższych kondygna-

cjach za pomocą mechanicznych podnośników. We wnętrzu fortu, przykrytego betonowy-

mi  stropami  wielometrowej  grubości,  oprócz  pomieszczeń  amunicyjnych  znajdowały  się 

izby  żołnierskie,  magazyny  prowiantowe,  studnia  i  elektrownia.  Główny  wał  forteczny 

oddzielała  od  przedpola  fosa  z  betonowymi  pionowymi  ścianami.  Po  obu  jej  stronach 

znajdowały  się  w  narożach  schrony  bojowe  dla  dział  i  karabinów  maszynowych,  które 

ogniem bocznym mogły bronić dostępu do bloku głównego. Sektory ostrzału tak dobrano, 

ż

e  nie  istniały  martwe  pola.  Przedpola  fortu  chronione  były  zaporami  ciągłymi  z  drutów 

kolczastych,  oświetlanymi  nocą  przy  użyciu  reflektorów.  Wszystkie  obiekty  łączyły  pod-

ziemne chodniki. 

Podporucznik Altmann drzemał w swoim pomieszczeniu w najniższej kondygnacji for-

tu, kiedy odezwał się ostry dzwonek telefonu. 

- Panie poruczniku -  meldował podoficer dyżurny pełniący służbę  w pancernej kopule 

obserwacyjnej - Rosjanie rozbili nam reflektor. Coraz silniejszy ostrzał artyleryjski. Chyba 

coś się szykuje. 

Podporucznika w jednej chwili opuściła senność. Spojrzał na zegarek: trzecia rano. Na 

kalendarzu przekreślił miniony dzień. Dziś mamy siódmy października, dwudziesty pierw-

szy dzień oblężenia - pomyślał. 

background image

Dowódca fortu numer jeden pobiegł znajomymi krętymi korytarzami i schodami w gó-

rę,  do  swego  stanowiska  dowodzenia.  Rosyjska  artyleria  z  minuty  na  minutę  wzmagała 

ogień, detonujące granaty niemal pokryły fort, a po pancernej kopule dzwoniły odłamki. W 

błyskających płomieniach wybuchów Altmann przez szczeliny obserwacyjne ujrzał ukazu-

jące się na wale przed fosą sylwetki. 

- Rosjanie! - stwierdził z przerażeniem. 

- Jak oni tu dotarli?! 

Kapitan  Woroncew  ze  swoją  kompanią  rzeczywiście  przedostał  się  w  centralny  rejon 

fortu. Czołgając się Rosjanie sforsowali zapory z drutu i zlikwidowali wysunięte posterunki 

austriackie.  Teraz  mieli  przed  sobą  zionący  ogniem  fort.  Kapitan  popatrzył  na  lewo  i  na 

prawo. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że z półtorej setki żołnierzy, ruszających razem z 

nim do szturmu, teraz towarzyszyła mu zaledwie połowa, ale i tak wykonanie zadania było 

realne,  mogło  nastąpić  niemal  natychmiast.  Wczoraj  odczytano  im  podpisany  przez  cara 

rozkaz  natychmiastowego  zdobycia  twierdzy.  I  on,  Woroncew,  może  być  pierwszy.  Czuł, 

jak ogarnia go fala bojowego uniesienia. Wiedział, że jego żołnierze nie boją się śmierci. 

- Naprzód! Z tym okrzykiem skoczył w oświetloną jedynie błyskami strzałów armatnich 

i karabinów maszynowych fosę. 

Porwani  przykładem  kapitana  rzucili  się  w  czarną  czeluść  jego  żołnierze.  Nie  działali 

jednak  na  oślep.  Przed  szturmem  dowódcy  i  saperzy  dokładnie  zapoznali  się  z  planami 

umocnień.  Był  na  nich  każdy  szczegół  ważny  dla  nacierających:  usytuowanie  stanowisk 

armat  i  karabinów  maszynowych,  wejścia  do  fortu.  W  wyłom  w  obronie,  wycięty  przez 

ż

ołnierzy Woroncewa, rzuciły się posiłki. Spieszyli saperzy z materiałami wybuchowymi i 

drewnianymi klocami do zaślepiania otworów strzelniczych. 

Sukces  był  tuż,  tuż.  Telefonista,  który  dotarł  tu  ciągnąc  ciężką  szpulę  z  kablem,  krzy-

czał do słuchawki: „Jesteśmy w forcie”. Meldunek pobiegł wyżej - do dowódcy 12 dywizji, 

której żołnierze otrzymali zadanie zdobycia fortów siedliskich, oraz do generała Szczerba-

czewa,  dowódcy  11  armii,  który  dostał  od  cara  polecenie  opanowania  w  ciągu  trzech  dni 

przemyskiej twierdzy. 

Była  to  już  trzecia  doba  nieustannego  szturmu  najpotężniejszych  umocnień,  osłaniają-

cych miasto od wschodu. Rosjanie słusznie sądzili, że przerwanie pierścienia obrony w tym 

miejscu  oprócz  powodzenia  militarnego  przyniesie  sukces  psychologiczny,  wywołując 

background image

panikę wśród obrońców. 

Trzy  tygodnie  oblężenia  przyzwyczaiły  podporucznika  Altmanna  do  stałych  pojedyn-

ków ogniowych i odpierania ataków piechoty, które do tej pory załamywały się w krzyżo-

wym ogniu fortecznych dział i karabinów maszynowych. 

Altmann przywarł do szczeliny w pancernej kopule obserwacyjnej. Niewiele mógł jed-

nak  zobaczyć  oprócz  błysków  wystrzałów.  Artyleria  rosyjska  przeniosła  ogień  w  głąb 

obrony, nie chcąc razić swoich. Skulony przy centralce telefonicznej dyżurny głośno prze-

kazywał meldunki: 

-  Sierżant  Nowak  mówi,  że  jakieś  drzewo  zasłoniło  mu  strzelnicę  działa  i  karabinów 

maszynowych  w  tradytorze

1

  flankującym  wnętrze  fosy.  Plutonowy  Schmidt  melduje,  że 

Rosjanie  ostrzeliwują  z  karabinów  maszynowych  wejście  numer  trzy.  Pancerne  drzwi  za-

mknięte,  ogień  z  bocznych  strzelnic  zatrzymał  szturmujących.  Panie  poruczniku  -  zwrócił 

się do Altmanna - porucznik Swerlinga chce rozmawiać. 

- Niedobrze jest! - krzyczał Swerlinga. - Rosjanie obsiedli nas jak wszy! Biorę honwe-

dów i spróbuję ich spędzić. Wychodzę na powierzchnię w drugim sektorze. Nie strzelajcie 

w tym kierunku! 

Dwuszereg węgierskich żołnierzy czekających w długim betonowym korytarzu, zakoń-

czonym  stalowymi  wrotami,  lekko  falował.  Wszyscy  wiedzieli,  że  nieprzyjaciel  wdarł  się 

na teren fortu. Tu, głęboko pod ziemią, osłonięci wielometrową warstwą betonu, czuli się w 

miarę bezpieczni. Ale co będzie za chwilę? 

Głośnym echem odbiło się po korytarzu trzaśnięcie drzwi, zza których wypadł porucz-

nik Swerlinga z karabinem w ręku. 

- Bagnet na broń! - wykrzyknął. - Za mną! - padła następna komenda. 

Swerlinga  ruszył  szybkim  krokiem  do  wyjścia.  Przed  drzwiami  zatrzymał  się,  stanęli 

także  idący  za  nim  żołnierze.  Metalowe  płyty  w  minimalnym  stopniu  tłumiły  wybuchy  i 

kanonadę szalejącą na zewnątrz. Porucznik popatrzył na swoich łudzi. Byli już co prawda 

w ogniu, ale mieli stanąć z wrogiem oko w oko. 

Poczuł, że serce nagle podjeżdża mu pod gardło. Chyba się boję - przemknęło mu przez 

myśl. Zakrzyknął: 

- Albo my, albo oni! Fort znacie! Oczyścić go z wrogów! Odryglowano ciężkie wrota, 

                                                           

1

  Stały artyleryjski obiekt fortyfikacyjny

 

background image

za  którymi  panowała  ciemność.  -  Za  mną!  -  zawołał  Swerlinga  i  skoczył  z  karabinem  do 

przodu.  Węgrzy  rzucili  się  za  nim.  W  mroku  dostrzegli  sylwetki  w  obcych  mundurach. 

Padło  kilka  strzałów.  Honwedzi  ruszyli  do  walki  wręcz.  Forteczny  dziedziniec  wypełniły 

przeraźliwe  krzyki.  Swerlingę  zapiekło  coś  w  udo,  ale  stwierdził,  że  dalej  może  się  poru-

szać.  Gestem  ręki  wskazał  swoim  żołnierzom  wąskie  schody,  prowadzące  z  głębokiego 

dziedzińca na wał. Pobiegli we wskazanym kierunku. Z góry powitała ich salwa karabino-

wa, trzech od razu osunęło się na ziemię. Porucznik uskoczył za filar i zawołał, by ostrze-

liwać zejście prowadzące w dół. Ogień z obu stron wzmagał się, liczba obrońców topniała 

w oczach. 

Swerlinga ocenił sytuację jako beznadziejną i rozkazał pozostałym wycofać się do wnę-

trza  fortu.  Gdy  zamknęły  się  pancerne  drzwi,  porucznik  zobaczył  czekającego  nań  Alt-

manna, któremu towarzyszyło kilku żołnierzy. 

-  Co  tam  się  dzieje?  -  zapytał  Altmann.  -  Rosjanie  są  wszędzie!  To  piekło!  -  odparł 

Swerlinga, opierając się ciężko o ścianę. Poczuł ból w nodze. W świetle migocącej, słabej 

ż

arówki zobaczył, że po jego bucie ścieka strużka krwi. 

Podbiegł sanitariusz, rozciął nogawkę spodni. Pocisk rozorał porucznikowi udo jedynie 

po  wierzchu,  rana,  choć  wyglądała  okropnie,  nie  była  groźna.  Kilka  wprawnych  ruchów  i 

bandaż zatamował krwawienie. 

- Powinieneś iść do szpitala - powiedział Altmann. 

- To może ty mnie tam zaprowadzisz? - ironicznie uśmiechnął się Swerlinga. 

- Jesteśmy tu całkowicie zablokowani. Mogą nas  wytłuc jak szczury  w pułapce. Przez 

chwilę  wszyscy  milczeli,  wsłuchując  się  w  dudniące  wybuchy  i  ostre  trzaski  karabinowe. 

Na zewnątrz jeszcze walczyła część załogi fortu. 

-  Jest  na  to  rada!  -  wykrzyknął  nagle  Swerlinga.  Pociągnął  za  sobą  Altmanna  do  naj-

bliższego  aparatu  telefonicznego  i  zażądał  połączenia  z  dowódcą  odcinka  obrony.  Krótko 

przedstawił  mu  położenie.  -  Możecie  nam  pomóc  -  mówił  gorączkowo  -  kładąc  na  nas 

ogień za wszystkich pobliskich stanowisk ogniowych. 

- Pan zwariował, poruczniku! - przerwał mu przełożony. 

- Niezupełnie - odparł Swerlinga. - Chodzi o to, by nasza artyleria strzelała szrapnelami. 

Ich odłamki są niegroźne dla pancernej baterii, a obezwładnimy w ten sposób Rosjan. Póź-

niej powinien wyjść kontratak naszej piechoty. My go wesprzemy ogniem z wnętrza fortu. 

background image

Czas nagli, panie majorze, niedługo może być za późno. 

O tym wiedział także dowódca odcinka. Po chwili zastanowienia przystał na propozycję 

porucznika,  nie  znajdując  w  tym  momencie  lepszego  rozwiązania.  Powiedział  tylko,  że 

musi uzgodnić to z komendą twierdzy. 

Na  północnym  obrzeżu  pierścienia  twierdzy  w  podobnych  opresjach  znalazł  się  też 

pancerny  fort  numer  jedenaście  -  Duńkowiczki.  Wściekłe,  narastające  jeden  po  drugim 

ataki wojsk rosyjskich pozwoliły im zbliżyć się do zewnętrznej fosy. Prący do przodu pie-

churzy  skakali  w  jej  czeluść.  Wielu  z  nich  zginęło  niemal  w  powietrzu  od  morderczego 

bocznego ognia karabinów maszynowych, umieszczonych za stalowymi osłonami tradyto-

rów. 

Do  generała  Hermana  Kusmanka,  komendanta  oblężonej  twierdzy,  dochodziły  coraz 

bardziej niepokojące meldunki. Zdawał sobie sprawę, że wyłom dokonany w jednym cho-

ciażby ogniwie obrony może pociągnąć za sobą nie kontrolowany rozwój wydarzeń. Trze-

cia  doba  bezustannego  szturmu  wskazywała  na  determinację  nieprzyjaciela,  który  mimo 

ogromnych strat dążył do zwycięskiego rozstrzygnięcia. 

Zastępca  Kusmanka,  dowódca  23  dywizji  honwedów  generał  Arpad  Tamasy,  przeby-

wający  razem  z  przełożonym  w  pokoju  operacyjnym,  rozmawiał  z  kimś  przez  telefon. 

Odłożywszy słuchawkę, podszedł do wielkiej mapy leżącej na stole, popatrzył na nią chwi-

lę, a potem zwrócił się do komendanta: 

- Załoga fortu numer jeden zażądała położenia na siebie ognia szrapneli, gdyż Rosjanie 

wdarli  się  na  jego  teren.  Do  wnętrza  na  razie  nie  mogą  się  dostać.  Proponuję  spełnić  ich 

prośbę i jednocześnie rzucić do kontrataku dwie kompanie z siódmego pułku honwedów. 

Kusmanek uznał decyzję za właściwą. 

W tym czasie Altmann przebiegał korytarze i podziemne chodniki, sprawdzając ich za-

bezpieczenie,  i  kontrolował  stanowiska  bojowe.  Wyjaśniał  sytuację,  dodawał  ducha.  Nie 

było zresztą innego wyjścia niż trwać, czekając na odsiecz. 

O  dziesiątej  rano  lufy  dział  z  fortów  położonych  obok  skierowały  się  na  sąsiadów  w 

forcie  numer  jeden.  Otwarto  ogień.  Wybuchy  rozrywających  się  w  powietrzu  granatów 

przycisnęły  rosyjskich  żołnierzy  do  ziemi.  Skryli  się  też  saperzy,  którzy  mieli  wysadzić 

pancerną  baterię  i  przez  otwory  wentylacyjne  spowodować  zniszczenia  wewnątrz  fortu. 

Równocześnie z głębi obrony ruszył kontratak węgierskiej piechoty. 

background image

Artyleria forteczna przeniosła ogień na przedpole, uniemożliwiając podejście rosyjskim 

odwodom.  Gdy  honwedzi  dotarli  do  fortu,  w  krótkiej  i  morderczej  walce  zlikwidowali 

grupę  kapitana  Woroncewa.  Jego  telefonista  wzywał  jeszcze  przez  chwilę  posiłki.  Skonał 

przebity bagnetem, trzymając w ręku słuchawkę. 

Altmann ze Swerlingą widzieli przez szczeliny kopuły obserwacyjnej, jak kilku żołnie-

rzy  rosyjskich  miotało  się  w  panice  po  szczycie  fortu.  Gdy  obróciła  się  w  ich  kierunku 

wieża z armatnią lufą, skoczyli do fosy. 

-  Połamią  nogi  -  mruknął  Altmann  -  i  będzie  kłopot  z  zabraniem  ich  do  szpitala.  Za-

brzęczał telefon. 

- Tak, tu dowódca fortu numer jeden, podporucznik Altmann. Już wszystko w porządku, 

panie generale. - Zakrywając dłonią mikrofon, powiedział cicho do stojącego obok kolegi: - 

Sam Tamasy troszczy się o nasze zdrowie. 

Dalej meldował o stratach i  sytuacji. Jego fort  mógł bronić się dalej. Wszystkie działa 

były sprawne. Jedno bezpośrednie trafienie w pancerną kopułę zostawiło na niej tylko nie-

zbyt głęboki ślad; dwóch kanonierów zostało ogłuszonych. 

Dowódca  oblegającej  armii  rosyjskiej  na  wieść  o  niepowodzeniu  ostatniego  natarcia 

zwymyślał swych podwładnych za nieudolność, grożąc im sądem wojennym. Kiedy jednak 

usłyszał, że niemal wszyscy uczestnicy szturmu zginęli, umilkł. Po chwili rzekł półgłosem 

jakby do siebie: 

-  Bóg  mnie  widać  strzegł  przed  powiadomieniem  głównodowodzącego  o  przełamaniu 

pierścienia obrony Przemyśla. 

-  Co  wasza  wysokość  rozkaże?  -  stojący  obok  oficer  nie  zrozumiał,  o  co  generałowi 

chodzi. 

- Nic, nic. Połóżcie znów zmasowany ogień na ten przeklęty fort numer jeden! 

Generał Szczerbaczew zdał sobie sprawę, że na razie zdobycie twierdzy nie jest realne. 

Odwodów  gotowych  iść  na  śmierć  brakło.  Kończyła  się  amunicja  do  dział.  Zresztą  miał 

jedynie armaty o  kalibrze 210  mm - jak się okazało, nie  wystarczające do naruszenia for-

tecznych  umocnień.  Z  zachodu  szła  kontrofensywa  wojsk  austriackich  z  zadaniem  odblo-

kowania Przemyśla... 

background image

SPOJRZENIE W PRZESZŁOŚĆ 

Bramą  Przemyską,  czyli  zwężeniem  doliny  Sanu  u  jego  wylotu  z  rejonu  wzgórz  pod-

karpackich  przed  wyżyną  Roztocze,  od  wieków  biegły  trakty  handlowe,  łączące  Bałtyk  z 

Morzem Czarnym oraz Kraków i Śląsk z ziemiami ruskimi. Znaczenie owego węzła komu-

nikacyjnego doceniali kolejni  władcy tych ziem,  wznosząc gród, z którego zbrojna załoga 

mogła kontrolować ciągnące karawany kupieckie, czerpiąc z tego korzyści materialne. 

Przemyśl umacniał już Bolesław Chrobry, który wzniósł pierwsze murowane palatium, 

otoczone  umocnieniami  drewniano-  ziemnymi.  Kazimierz  Wielki  zbudował  pierwszy  mu-

rowany zamek, który nieraz zatrzymywał maszerujące tędy na zachód oddziały mongolskie 

i  tatarskie.  W  XVI  wieku  znacznie  wzmocniono  obronność  Przemyśla  przez  otoczenie 

miasta pierścieniem murów, do których dostęp utrudniał flankowy ogień z dziesięciu baszt. 

Rozwój  artylerii  pociągnął  za  sobą  modernizację  zamku  przemyskiego.  Otrzymał  on 

narożne  basteje  ze  stanowiskami  dla  artylerii.  W  podobny  sposób  przebudowano  również 

system murów miejskich. Tym sposobem powstał silny zespół fortyfikacji. W XVII wieku 

zbudowano  przed  nim  ziemne  bastiony,  pozwalające  bateriom  artylerii  na  skuteczniejsze 

zwalczanie oblegającego przeciwnika. 

Warownia  przemyska  wykazała  się  swymi  walorami  podczas  „potopu”  szwedzkiego, 

gdy pod miasto podszedł generał Douglas. Załoga skutecznie odpierała szturmy przez kilka 

dni,  po  czym  wobec  zagrożenia  ze  strony  nadciągających  wojsk  Stefana  Czarnieckiego 

Szwedzi  odstąpili  od  oblężenia,  nie  opanowawszy  tego  ważnego  punktu  strategicznego, 

umożliwiającego  sprawowanie  pełnej  kontroli  nad  południowymi  szlakami  komunikacyj-

nymi. 

W  następnych  latach  przez  Bramę  Przemyską  przemaszerowały  na  podbój  Rzeczypo-

spolitej  wojska  Rakoczego.  W  1848  roku  tędy  właśnie  skierowały  się  na  Węgry  wojska 

carskie,  wezwane  przez  Austriaków  do  pomocy  w  zdławieniu  rewolucji,  której  jednym  z 

wodzów był generał Józef Bem. 

Po  pierwszym  rozbiorze  Polski  Przemyślem  zawładnęła  Austria.  Przez  dziesięciolecia 

background image

zaborcy nie przywiązywali wagi do twierdzy jako punktu o ważnym znaczeniu militarnym. 

Rozebrano nawet większość średniowiecznych umocnień, zniwelowano bastiony artyleryj-

skie, nie oszczędzono również zamku, z którego ocalały zaledwie dwie wieże i fragmenty 

zabudowy. 

Wielki  sąsiad  ze  wschodu,  mimo  że  utrzymywano  z  nim  poprawne  stosunki,  zawsze 

budził  niepokój  w  wiedeńskich  kręgach  wojskowych.  Nad  Dunajem  przypomniano  sobie 

znaczenie Bramy Przemyskiej jako ważnego strategicznego  węzła komunikacyjnego,  wio-

dącego ze wschodu na zachód po północnej stronie Karpat. Dostrzeżono również, jak łatwo 

przekroczyć  pasmo  gór  przełęczami  właśnie  od  strony  Przemyśla.  Wnioski  nasuwały  się 

same:  miasto  należy  ufortyfikować.  Około  1820  foku  zaczęto  wznosić  nowe  umocnienia, 

przeważnie typu polowego. 

W  roku  1850  Centralna  Komisja  Fortyfikacyjna  pod  przewodnictwem  zbrojmistrza 

polnego von Hessa wyznaczyła twierdzy przemyskiej zadanie zamknięcia nieprzyjacielowi 

dostępu do głównej linii operacyjnej oraz przejść w Karpatach między Duklą a Preszowem. 

Przemyśl  według  tej  komisji  miał  stać  się  po  Krakowie  najważniejszym  punktem  strate-

gicznym  Galicji,  nadającym  się  do  założenia  placu  manewrowego  dla  armii  po  obu  brze-

gach Sanu. W latach 1876- 1877 zaczęto budowę prymitywnych fortów drewnianych, które 

od roku 1883 zastępowano murowanymi 

Ponieważ gwintowane działa miały coraz większe kalibry, zasięg i skuteczność, ceglane 

forty  już  nie  odpowiadały  wymaganiom  specjalistów  wojskowych.  Podjęto  więc  decyzję 

rozbudowy  Przemyśla,  tak  by  zamienić  go  w  twierdzę,  otoczoną  pierścieniem  nowocze-

snych fortów betonowych. 

Do  prac  tych  zaproszono  najlepszych  specjalistów,  między  innymi  szwajcarskiego  in-

ż

yniera  Salisa  Soglio,  który  już  wcześniej  zasłynął  jako  budowniczy  twierdz  górskich. 

Powierzono mu zaprojektowanie i budowę siedmiu fortów w rejonie wsi Siedliska, najbar-

dziej  wysuniętych  na  wschód  i  mających  bronić  najważniejszych  dróg  prowadzących  od 

strony  Lwowa.  Budowle  te,  odporne  na  wielokrotne  trafienia  pociskami  kalibru  do  270 

mm,  mieściły  nowoczesne  działa  kalibru  80  mm,  osłonięte  pancernymi  kopułami  obroto-

wymi.  Załogę  pojedynczego  fortu  stanowiło  około  dwustu  szeregowych  i  pięćdziesięciu 

oficerów, w tym lekarz. Sektory ognia dla dział i karabinów maszynowych były tak dobra-

ne, że zapewniały obronę okrężną praktycznie bez martwych pól. 

background image

Wewnętrzny  pierścień  obrony  liczył  osiemnaście  fortów.  Na  siedemnastu  wzgórzach 

otaczających Przemyśl do 1914 roku wybudowano czterdzieści dwa forty, stanowiące pier-

ś

cień zewnętrzny. Pod koniec XIX wieku rejon ten stał się priorytetową inwestycją obronną 

monarchii  austro-węgierskiej.  Prasa,  nie  wdając  się  w  szczegóły,  wielkimi  tytułami  entu-

zjastycznie witała budowę twierdzy jako zapory przeciwko „pewnemu północnemu mocar-

stwu”. 

Roboty  rozwinięto  na  ogromną  skalę.  Oprócz  oddziałów  wojskowych  przy  budowie 

fortyfikacji zatrudniono również tysiące specjalistów cywilnych, dla których zorganizowa-

no  w  Przemyślu  nawet  specjalną  szkołę.  Przy  całym  ogromnym  rozruchu  robót  nie  zapo-

mniano  o  ścisłej  ochronie  twierdzy  przed  penetracją  obcych  wywiadów  a  szczególnie  ro-

syjskiego.  Nawet  chłopi  wykonywający  prymitywne  prace  ziemne  musieli  mieć  swego 

rodzaju  świadectwo  lojalności,  wystawione  przez  miejscową  placówkę  policji  lub  żandar-

merii.  Przechodząc  obok  budowanych  obiektów  nie  wolno  było  się  zatrzymywać.  Jeżeli 

kogoś przyłapano podczas prac z czystym nawet kawałkiem papieru i ołówkiem, mógł być 

pewny wyroku skazującego go na więzienie za szpiegostwo. 

W  związku  ze  wzrastającym  napięciem  politycznym  i  militarnym  w  Europie  rosyjski 

Sztab  Generalny  zażądał  zdobycia  planów  fortyfikacji  Przemyśla.  Afer  szpiegowskich  tu 

nie brakowało. Dla wywiadu carskiego zdobycie jak największej liczby danych o twierdzy 

stało  się  punktem  honoru.  Strona  rosyjska  postanowiła  uruchomić  swego  najlepszego 

agenta. 

Był  nim  pułkownik  Alfred  Redl,  zastępca  szefa  biura  ewidencyjnego  Sztabu  General-

nego Austro-Węgier (urząd ten zajmował się nadzorem nad wywiadem i kontrwywiadem), 

jeden z najbardziej wpływowych oficerów w całej armii. Bezwzględny w dążeniu do osią-

gnięcia szczytów kariery wojskowej, umiejący rozmawiać z przełożonymi, wiedzący, kiedy 

należy  wycofać  się  z  wcześniej  zajętego  na  pozór  twardego  stanowiska,  elokwentny,  a 

jednocześnie, zimny i opanowany, uwielbiany przez kobiety... 

Redla,  który  jako  młody  oficer  pełnił  służbę  w  prowincjonalnych  garnizonach  galicyj-

skich,  „wynalazł”  pułkownik  Urbański  von  Ostrymiecz,  szef  biura  ewidencyjnego,  polski 

arystokrata, który oddał się bez reszty  monarchii habsburskiej. Właśnie  w  Redlu zobaczył 

jakby swe odbicie. Ściągnął go więc do Wiednia i przetarł ścieżki do kolejnych awansów. 

Przystojny  Alfred  został  bywalcem  najlepszych  salonów,  zaczęto  mówić  o  nim  jako  o 

background image

przyszłym ministrze wojny i głównodowodzącym. Ten świetny oficer miał jednak i drugie 

ż

ycie.  Przed  laty,  jako  młody  porucznik,  zgrał  się  w  karty  i  chcąc  oddać  honorowy  dług, 

chętnie  skorzystał  z  finansowej  pomocy  znajomego.  Zdarzyło  się  to  raz,  drugi  i  trzeci... 

Gdy przyszedł termin zwrotu gotówki, a Redl miał pustki w kieszeni, usłyszał zaskakującą 

propozycję  współpracy  z  rosyjskim  wywiadem.  Miał  zostać  głęboko  zakonspirowanym 

agentem do specjalnych zadań. Lubiący ryzyko i pieniądze oficer wyraził zgodę. Rosyjski 

wywiad  dotrzymał  słowa.  Obserwowano  szybką  karierę  Redla,  który  otrzymał  kryptonim 

„Opernball 13”, i systematycznie dostarczano  mu pokaźne sumy, nie obarczając zbyt czę-

stymi zadaniami. 

W 1912 roku przyszła pora działania. Rosjanie zażądali strategicznych planów austriac-

kiego Sztabu Generalnego, dotyczących  wojny z  Rosją, oraz dokumentacji twierdzy Prze-

myśl.  Pułkownik  Redl  wykonał  pierwszą  część  szpiegowskiego  zadania.  Najtajniejsze 

plany fortyfikacji i ich wyposażenia przekazał drugi rosyjski agent - nadporucznik Sauer. 

W  grze  wywiadów  tak  bywa,  że  nigdy  nie  wiadomo,  kto  jest  naprawdę  górą.  Oprócz 

Biura  Ewidencyjnego  sprawami  kontrwywiadu  i  wywiadu  zajmowały  się  w  Au-

stro-Węgrzech  również  inne  niezależne  komórki.  Właśnie  do  nich  dotarła  przerażająca 

informacja,  że  Rosjanie  dysponują  tajnym  planem  działań  wojennych  monarchii.  W  tej 

sytuacji  strona  austriacka  także  uruchomiła  swego  głęboko  zakonspirowanego  agenta  w 

carskiej  armii.  Ten  dostarczył  niezbitych  dowodów,  że  plany  przemyskich  fortów  zostały 

odrysowane  w kierownictwie  ich budowy, a zamierzenia operacyjne przekazał „Opernball 

13”, o którym niestety nic nie było wiadomo. 

Znalezienie  człowieka,  który  sprzedał  tajemnice  Przemyśla,  poszło  stosunkowo  łatwo: 

po prostu porównano charakter pisma oficerów mających dostęp do dokumentacji z notat-

kami  przekazanymi  Rosjanom.  Gdy  do  nadporucznika  Sauera  przyszli  żandarmi,  ten  od 

razu zorientował się w sytuacji. Udając się do kuchni niby po mundur, wyciągnął z kieszeni 

pistolet i strzałem w usta popełnił samobójstwo. Prowadzone śledztwo nie doprowadziło do 

ustalenia jakichkolwiek kontaktów Sauera z przedstawicielami obcego wywiadu. 

Redla zgubił przypadek. 

Spodziewając  się  informacji  przekazywanych  dla  „Opernballa”  na  poste  restante,  we 

wszystkich  wiedeńskich  urzędach  pocztowych  umieszczono  agentów  policyjnych,  którzy 

czekali  na  przesyłkę  opatrzoną  takim  kryptonimem,  i  na  jej  odbiorcę.  Przyszły  wreszcie 

background image

dwa  listy  z  hasłem  „Opernball”.  Otworzono  je  i  stwierdzono,  że  zawierają  znaczne  sumy 

pieniędzy, nic poza tym. Adresat jednak nie zgłaszał się. 

Po  kilkumiesięcznym  bezowocnym  oczekiwaniu  na  odbiorcę  czujność  agentów  trochę 

przytępiła się, lecz posterunków nie zdjęto. Wreszcie pewnego dnia w pokoju na zapleczu 

jednego z urzędów pocztowych zadźwięczał dzwonek: to urzędnik sygnalizował zgłoszenie 

się  adresata  przesyłki.  Gdy  agenci  wyskoczyli  ze  swego  pomieszczenia,  zdążyli  jedynie 

zobaczyć sylwetkę mężczyzny wsiadającego do taksówki. Świadkowie zdarzenia zapamię-

tali  jednak  jej  numer.  Odszukany  kierowca  niewiele  mógł  powiedzieć  o  pasażerze.  Podał 

tylko nazwę hotelu, przed którym wysiadł. Rutynowo przeszukano wnętrze wozu. Na pod-

łodze leżał futeralik od scyzoryka. To mógł być ślad! 

W recepcji hotelu sprawdzono książkę gości. Sami kupcy i urzędnicy. Był jeszcze puł-

kownik  Redl.  Komisarz  policji  zapytał,  czy  ktoś  nie  upominał  się  o  zgubiony  futeralik. 

Portier zaprzeczył, ale mimo to policjant wręczył mu małą skórzaną pochewkę z miękkiej 

skóry,  polecając,  by  każdego  wchodzącego  i  wychodzącego  pytał,  czy  to  nie  jego  zguba. 

Niemal w tym samym momencie do recepcji zbliża się pułkownik Redl w cywilnym garni-

turze.  Agenci,  znając  go  jako  szarą  eminencję  kontrwywiadu,  patrzą  nań  z  szacunkiem. 

Gdy jednak portier pokazuje mu futeralik, pytając, czy to nie jego własność, Redl z uśmie-

chem potakuje, dziękuje i chowa do kieszeni. I Komisarz zna swoje obowiązki. Nie bacząc 

na  wysokie  stanowisko  oficera,  prosi  go  o  udanie  się  za  nim.  Redl  rozumie,  że  to już  ko-

niec... 

Zdemaskowanie  rosyjskiego  szpiega,  noszącego  mundur  starszego  oficera  CK  armii, 

wywołało szok  w  najwyższych  kołach  wojskowych i rządowych. Przesłuchany przez spe-

cjalną  komisję  Redl  przyznał  się  do  wszystkiego.  Odrzucono  możliwość  wytoczenia  mu 

procesu,  który  mógłby  być  kompromitujący  dla  wysoko  postawionych  kręgów  politycz-

nych z bezpośredniego otoczenia cesarza. Zaproponowano szpiegowi „honorowe” wyjście: 

samobójstwo. Zostawiono Redla w pokoju, w którym na biurku leżał nabity pistolet. Sko-

rzystał z danej mu szansy. 

Do wybuchu pierwszej wojny światowej miało upłynąć niewiele miesięcy. Jak się póź-

niej okazało, zdobyte przez Rosjan plany operacyjne i dokumentacja twierdzy Przemyśl nie 

miały większego wpływu na przebieg walk. 

background image

POCZĄTEK ZMAGAŃ 

Dowódca 48 brygady piechoty stacjonującej w Przemyślu, pułkownik Karol Korzer, był 

jednym  z  wielu  Polaków,  którzy  poświęcili  się  służbie  wojskowej  w  armii  austriackiej. 

Choć była to armia państwa zaborczego, trzeba pamiętać, iż Austria, w przeciwieństwie do 

Rosji i Prus, zostawiła mieszkańcom Galicji i Lodomerii, bo tak nazywano dawne polskie 

ziemie od Krakowa po Lwów, znaczne możliwości w zakresie autonomii narodowej i dla-

tego służba  w armii austriackiej była dla Polaków  normalną drogą do zajęcia wyższej po-

zycji społecznej lub uzyskania możliwości wpływu na bieg wydarzeń polityczno- wojsko-

wych.  Wśród  zawodowych  wojskowych  armii  austriackiej  byli  między  innymi  Józef  Pił-

sudski i Stanisław Haller. Pułkownik Korzer znał ich dobrze, podzielał także ich poglądy co 

do szans na odzyskanie przez Polskę niepodległości - na razie przy wykorzystaniu Wiednia. 

W brygadzie zdecydowaną większość stanowili Polacy. We wchodzącym w jej skład 10 

pułku piechoty przeważająca część żołnierzy rekrutowała się z Przemyśla, zaś w 77 pułku 

piechoty - z Sambora. Mimo że służbowym językiem był niemiecki, większość rozmów w 

koszarach  prowadzono  po  polsku.  Żołnierze  48  brygady  również  pracowali  przy  budowie 

twierdzy. 

Na  wiosnę  1914  roku  szczególnie  intensywnie  rozbudowywano  umocnienia  polowe 

między stałymi fortami. Oficerom  wystarczało jednak czasu - poza godzinami służby -  na 

przygotowania  wojskowe  młodych  mężczyzn  z  drużyn  „Strzelca”,  polskiej  organizacji 

paramilitarnej. 

Ż

ycie  w  mieście-twierdzy  wiązało  się  z  licznymi  niedogodnościami.  Opuszczenie  sta-

łego miejsca zamieszkania wymagało zgody  właściwego komisariatu policji, żądano także 

meldowania o wszystkich odwiedzinach i przybyszach. Po cichu mówiło się, że w Przemy-

ś

lu  jest  więcej  konfidentów  niż  stałych  mieszkańców.  Nawet  miejski  patrycjat  mimo 

znacznych  korzyści  materialnych,  uzyskiwanych  dzięki  dostawom  dla  wojska  czy  współ-

udziałowi  w  administrowaniu,  nie  był  zachwycony  surowością  rygorów,  które  dotykały 

wszystkich bez wyjątku. 

background image

Na  drogach  wylotowych  z  miasta,  w  ciągu  fortyfikacyjnym  wewnętrznego  pierścienia 

obrony, zbudowano tzw. bramy forteczne ze stałą załogą, kontrolującą ruch pieszy i koło-

wy. 

Na wiosnę 1914 roku napięcie między Austro-Węgrami a Rosją stawało się widoczne. 

Czyniono przygotowania do wojny: zwożono do magazynów amunicję i żywność, oficerom 

często organizowano różne gry taktyczne. 

28  lipca  1914  roku  monarchia  habsburska  wypowiedziała  wojnę  Serbii.  Jako  pretekst 

posłużył zamach na arcyksięcia austriackiego Franciszka Ferdynanda. W ciągu następnych 

dziewięciu  dni,  w  wyniku  powiązań  koalicyjnych,  zawierucha  wojenna  ogarnęła  całą  nie-

mal Europę. 

W chwili wybuchu wojny twierdza Przemyśl nie była w pełni gotowa jako strategiczny 

punkt oporu. Po ogłoszeniu mobilizacji zintensyfikowano prace nad rozbudową fortyfikacji 

polowych.  Oczyszczono  przedpola  pierścienia  zewnętrznego  i  wewnętrznego  fortów,  by 

odsłonić  pole  ostrzału,  zburzono  i  spalono  dwadzieścia  jeden  miejscowości  oraz  wycięto 

ponad  tysiąc  hektarów  lasu.  Założono  pola  minowe  oraz  ustawiono  ponad  milion  metrów 

kwadratowych zapór z drutu kolczastego. 

A na razie kampania wojenna szła jak z płatka. Armia austriacka, dysponująca świetnie 

wyszkolonymi  oficerami,  doskonałym  wyposażeniem  i  najlepszą  w  Europie  artylerią,  po-

myślnie rozwijała ofensywę, gromiąc rosyjskie korpusy. Wspólny plan wojenny Niemiec i 

Austro-Węgier  zakładał,  że  te  ostatnie  wezmą  na  siebie  większą  część  ciężaru  walk  na 

froncie  wschodnim  do  momentu  ostatecznych  rozstrzygnięć  we  Francji,  kiedy  to  siły  nie-

mieckie  zostaną  stamtąd  przerzucone  na  wschód,  by  następnie  wspólnie  rozbić  armię  ro-

syjską.  Koncentracja  wojsk  austro-węgierskich  przebiegała  bez  najmniejszych  zakłóceń. 

Pod  osłoną  rozbudowanych  fortyfikacji  dokonano  w  Przemyślu  odpowiednich  przegrupo-

wań. Nie przeszkodziła w tym zdrada pułkownika Redla. 

Oddziały austriackie wkraczały na terytorium Rosji praktycznie bez przeszkód. Generał 

Iwanow,  dowódca  rosyjskiego  frontu  południowo-zachodniego,  w  celu  uniknięcia  niepo-

trzebnych  strat  polecił  granicznym  jednostkom,  by,  nie  wikłając  się  w  przewlekłe  boje, 

wycofywały  się  do  rejonów  koncentracji.  Tam  też  przybywały  pełnosprawne  dywizje  z 

głębi  kraju.  Wreszcie  Rosjanie  ruszyli  do  przodu.  1  września  pobita  została  w  rejonie 

Lwowa  austriacka  3  armia  generała  Brudemana  (za  nieudolne  dowodzenie  zdjęto  go  ze 

background image

stanowiska), 3 września padł Lwów, pod Lublinem poniosła klęskę armia generała Dankla, 

niepowodzeniami Austriaków zakończyły się bitwy pod Rawą Ruską i Magierowem. 

W  tym  okresie  siedzibą  Naczelnego  Dowództwa  wojsk  austro-węgierskich  był  Prze-

myśl. W twierdzy, wyposażonej w radiostację o dużej mocy, umożliwiającą utrzymywanie 

łączności  ze  wszystkimi  zakątkami  imperium,  przebywali  ze  swymi  sztabami  Naczelny 

Dowódca,  arcyksiążę  Fryderyk,  oraz  szef  Sztabu  Generalnego,  generał  Conrad  von  Hötz-

endorf. 

W chwili rozpoczęcia wojny na wschodnim teatrze działań bojowych wojska austriackie 

liczyły 900 tysięcy żołnierzy, zaś po miesiącu walk w odwrocie pozostało ich już tylko 600 

tysięcy. Ciągnęli teraz na zachód, zdemoralizowani, w panice. Przez Przemyśl przeciągnęły 

bezładnie przemieszane kolumny taborów, artylerii, piechoty. 

W  tej  sytuacji  Naczelne  Dowództwo  przeniosło  się  do  Nowego  Sącza,  a  generałowi 

Hermanowi  Kusmankowi,  komendantowi  twierdzy  Przemyśl,  polecono  podjęcie  przygo-

towań  do  zatrzymania  rosyjskiego  natarcia.  Stanowiska  bojowe  w  fortyfikacjach  zajęły 

doborowe  kompanie  forteczne.  Obronę  polową  miała  zapewnić  23  dywizja  węgierskiej 

obrony  krajowej,  popularnie  nazywana  honwedami,  wzmocniona  kilkoma  węgierskimi 

brygadami  pospolitego  ruszenia.  Na  północy  pierścienia  twierdzy,  w  okopach,  siedziały 

oddziały  złożone  w  większości  z  Polaków.  Było  również  kilka  batalionów  Rusinów,  któ-

rych  jako  element  niepewny  porozdzielano  między  Węgrów.  Artyleria  forteczna  liczyła 

blisko tysiąc dział różnego kalibru. 

Przemyśl miał zagrodzić drogę zwycięskiej ofensywie rosyjskiej, stanowiąc najbardziej 

na  wschód  wysunięty  punkt  oporu  armii  austro-węgierskiej,  pod  którego  osłoną  mogłaby 

ona utworzyć nowy front na linii Dunajca. 

16 września 1914 roku generał Kusmanek otrzymał rozkaz bronić się do ostatniego żoł-

nierza.  Dzień  później  pod  grupę  fortów  siedliskich  podeszli  Kozacy,  a  od  23  września 

Przemyśl  był  już  całkowicie  zamknięty  przez  rosyjską  3  armię.  128  tysięcy  oblężonych 

ż

ołnierzy,  osłanianych  przez  betonowe  forty,  miało  zatrzymać  Rosjan,  ratując  monarchię 

Habsburgów przed klęską. 

Znaczenie Przemyśla doceniał także dowódca 3 armii generał Iwanow i dlatego rozka-

zał swoim wojskom zdobyć twierdzę za wszelką cenę. Rozporządzał 300 tysiącami bitnych 

ż

ołnierzy,  miał też coś  więcej - dokładne plany  umocnień. Biorąc to wszystko pod uwagę 

background image

zdecydował się na przeprowadzenie generalnego szturmu. Szybkie zdobycie twierdzy mo-

gło przyczynić się do sforsowania przełęczy karpackich i wejścia na Nizinę Węgierską oraz 

spotęgowanie  uderzenia,  które  miało  doprowadzić  do  opanowania  Krakowa  i  wejścia  na 

Ś

ląsk. 

Dziś,  z  perspektywy,  można  z  całą  odpowiedzialnością  stwierdzić,  że  gdyby  armii  ro-

syjskiej udało się przełamać zewnętrzny pierścień fortów  w rejonie Siedlisk, losy I  wojny 

ś

wiatowej  mogłyby  potoczyć  się  inaczej.  Porucznik  Swerlinga  i  podporucznik  Altmann, 

spełniając  swój  żołnierski  obowiązek,  być  może  zadecydowali  o  przedłużeniu  panowania 

monarchii austro-węgierskiej. 

Bezpośrednio  dowodzący  wojskami  oblegającymi  Przemyśl  generał  Radko  Dimitriew, 

który  w  wojnie  turecko-rosyjskiej  wsławił  się  zdobyciem  niedostępnych  bałkańskich 

twierdz,  rozkazał  przeprowadzenie  kilku  ataków.  Pod  fort  Grochowce,  na  trzysta  metrów 

przed przedni skraj obrony, podeszli żołnierze 3 brygady piechoty. W wyniku zmasowane-

go ognia fortecznych dział ponieśli jednak tak ciężkie straty, że musieli się wycofać. 

7 października Rosjanie zaprzestali działań ofensywnych. Ponieważ do Przemyśla zbli-

ż

ała się z odsieczą 3 armia generała Borcewicza,  wojska rosyjskie zaczęły  wycofywać się 

bez walki na przygotowaną uprzednio rubież obronną, zatrzymując w swoich rękach pasmo 

wzgórz od Medyki do Husaków. Ustawili tam baterie artylerii dalekonośnej, z której można 

było  ostrzeliwać  linię  kolejową  z  Przemyśla  na  Węgry.  Role  zmieniły  się;  teraz  żołnierze 

austriaccy  próbowali  zdobywać  umocnione  pozycje  rosyjskie.  Po  ciężkich  walkach  i 

ogromnych  stratach  opanowali  wzgórza,  na  których  Rosjanie  umieścili  armaty.  Znów 

można było ewakuować rannych z twierdzy i dowozić do niej zaopatrzenie. 

Trzytygodniowe oblężenie twierdzy dobitnie dowiodło jej przydatności. Schrony bojo-

we  i  betonowe  fortyfikacje  okazały  się  odporne  na  ostrzał  artyleryjski  pociskami  kalibru 

210 mm. Współdziałanie załóg poszczególnych fortów było wzorowe, a skutek ognia pro-

wadzonego z twierdzy straszliwy. Na przedpolach leżało tysiące zabitych, tworząc niekiedy 

warstwy blisko dwumetrowej grubości. Rosjanie parli naprzód po ciałach kolegów. Ginęli, 

po nich szli następni i także ginęli. Na drutach kolczastych, ściskając jeszcze w martwych 

dłoniach karabiny, wisieli zabici. W jednej ze zbiorowych mogił w rejonie Siedlisk pocho-

wano 5000 rosyjskich żołnierzy! Ogółem straty nacierających oceniano na 40 tysięcy zabi-

tych, rannych i wziętych do niewoli. 

background image

11  października  we  wszystkich  kościołach  Przemyśla  zarządzono  odprawienie  nabo-

ż

eństw z okazji odblokowania miasta i ku chwale jego obrońców. 

Ale wojna trwała nadal. 

Z  pobliskiego  frontu  do  przemyskich  szpitali  codziennie  zwożono  setki  rannych,  dla 

których  brakowało  nawet  podstawowych  lekarstw  i  środków  opatrunkowych.  Wybuchła 

epidemia cholery, nagminne były zachorowania na czerwonkę. 

Tymczasem armia generała Dankla poniosła klęskę pod twierdzą dęblińską i linia frontu 

zaczęła przesuwać się. W sztabie austriackim zdawano sobie sprawę z tego, iż Przemyśl po 

raz  drugi  zostanie  otoczony  i  będzie  musiał  się  bronić.  Znajdujących  się  w  twierdzy  ran-

nych odsyłano na tyły. 

Aby podnieść morale załogi, 31 października odwiedził miasto i kilka fortów następca 

tronu, arcyksiążę Karol Franciszek Józef, ale wobec trudnej sytuacji na froncie następnego 

dnia pospiesznie odjechał. 

Przemyśl  przygotowywano  do  drugiego  oblężenia.  Starosta  przemyski,  Żelewski,  na 

polecenie komendanta twierdzy wydał zarządzenie o ewakuacji połowy ludności cywilnej. 

Pozostali tylko ci, którzy  mogli być przydatni  w oblężonym  mieście. 9 listopada Rosjanie 

całkowicie okrążyli Przemyśl, przystępując do oblężenia. 

Komendant twierdzy generał Kusmanek drogą radiową wysłał meldunek: „Rozpoczyna 

się  oblężenie.  Wytrwamy  jak  za  pierwszym  razem”.  Załoga  fortecy  wynosiła  128  tysięcy 

ż

ołnierzy,  którzy  mieli  do  dyspozycji  14  500  koni.  W  mieście  było  18  tysięcy  ludności 

cywilnej. 

Wojskami  oblegającymi  Przemyśl  (dziesięć  dywizji  piechoty  i  jedna  kawalerii)  dowo-

dził generał Seliwanow. Miał on świeżo w pamięci doświadczenia Radko Dimitriewa, który 

stacił dziesiątki tysięcy żołnierzy. 

Ponieważ  zbliżała  się  zima,  pora  niesprzyjająca  walkom  w  polu,  Seliwanow  rozkazał 

swym wojskom okopać się wokół twierdzy i nękać przeciwnika tak, by czuł, że jest w sta-

nie  oblężenia.  Dowództwo  rosyjskie,  informowane  przez  agentów  wywiadu  i  prorosyjsko 

nastawionych  przemyślan,  orientowało  się  w  sytuacji  panującej  w  obrębie  fortów.  Wie-

działo też, że cofające się armie znacznie ogołociły Przemyśl z zapasów żywności. 

W listopadzie 1914 roku  wojska rosyjskie,  walczące  na przedpolach Krakowa, zostały 

odparte spod dawnej stolicy  Polski. Linia frontu przebiegała  wówczas  w odległości około 

background image

150  kilometrów  na  zachód  od  Przemyśla.  Wywiad  donosił,  że  w  ciągu  najbliższych  mie-

sięcy  nie  należy  spodziewać  się  znaczących  działań  austriackich.  W  następnych  tygo-

dniach,  w  miarę  oddalania  się  frontu,  Rosjanie  zmniejszyli  liczbę  oblegających  twierdzę 

oddziałów. 

Na jednej z odpraw zapytano generała Seliwanowa, czy nie obawia się znacznego osła-

bienia stojących na przedpolach wojsk. Odpowiedział: 

- Moi panowie, zamknięci w Przemyślu żołnierze skazani są na klęskę, chyba że zdarzy 

się cud, a tego się nie spodziewam. Do swoich oddziałów nie będą się przedzierać, bo nie 

po  to  ich  zostawiano.  Niedługo  zapanuje  u  nich  głód,  a  to  jest  najgorszy  doradca  dowód-

ców. 

Komendant twierdzy także zdawał sobie z tego sprawę. Biorąc pod uwagę sytuację na 

froncie,  oceniał,  że  będzie  musiał  bronić  się  co  najmniej  dwa  miesiące.  Po  trzech  tygo-

dniach zmniejszył racje żywnościowe o połowę i polecił, by były jednakowe dla szerego-

wych i oficerów. Na początku grudnia wypadało dziennie po 350 gramów chleba na głowę. 

Zakładając  „aktywną  obronę”  dowództwo  co  pewien  czas  nakazywało  wypady  w  celu 

likwidowania  pozycji  podchodzących  coraz  bliżej  wojsk  rosyjskich.  Walki  te  przynosiły 

ogromne  straty  wśród  żołnierzy  węgierskich,  których  -  jako  główną  siłę  uderzeniową 

twierdzy - posyłano do wykonywania najtrudniejszych zadań. Bitni i zdyscyplinowani szli 

do przodu - i ginęli. 

30 listopada dowódca 10 kompanii 2 pułku honwedów zameldował: 

- Stan liczebny kompanii w wyniku zgonów, zranień i przede wszystkim zachorowań na 

cholerę spadł do jednej czwartej. Żołnierze opadli z sił tak, że na wypadek ataku wroga nie 

są zdolni do stawiania oporu. 

Odpowiedź dowódcy pułku była natychmiastowa: 

-  Panie  kapitanie,  proszę  przyjąć  do  wiadomości,  że  oddział,  który  nie  jest  zdolny  do 

stawiania  oporu  i  nie  broni  swych  pozycji  do  ostatniego  człowieka,  kwalifikuje  się  do 

zdziesiątkowania; zaś jego dowódca powinien być oddany pod sąd wojenny A teraz rozkaz: 

w  wypadku  natarcia  rosyjskiego  utrzymać  się  do  końca,  by  w  tym  czasie  na  jednym  ze 

skrzydeł mogło nastąpić pomyślne rozstrzygnięcie. 

background image

ZNAD DUNAJU NAD SAN 

W  oblężonym  mieście  dominowały  wojska  węgierskie.  Dowódca  23  dywizji,  generał 

Tamasy,  był  jednocześnie  jednym  z  zastępców  komendanta  twierdzy.  W  Przemyślu  dru-

kowano polową gazetę w języku węgierskim, każdej niedzieli koncertowała orkiestra hon-

wedów. 

Kapitan  Kalman  z  8  pułku  honwedów  kwaterował  na  ulicy  Grodzkiej  w  mieszkaniu 

ewakuowanego  wraz  z  rodziną  urzędnika  miejskiego.  Gdy  po  ciężkich  walkach  w  rejonie 

fortu Helicha - spędził tam w okopach prawie trzy doby pod ogniem i dwa razy prowadził 

do  kontrataku  kompanię  -  powrócił  do  swego  tymczasowego  domu  i  nie  rozbierając  się 

zasnął  na kanapie, obudził go natarczywy dzwonek u drzwi. Spojrzał  w okno, było szara-

wo. 

Któż tu u diabła tłucze się o  tej porze -  mruknął do siebie i poszedł otworzyć. W pół-

mroku  dostrzegł  dziewczęcą  buzię  pod  szerokim  rondem  kapelusika.  Gdy  nieznajoma  zo-

baczyła oficera, z lękiem cofnęła się pół kroku. 

- Czym mogę pani służyć? - zapytał Kalman, z ciekawością lustrując niespodziewanego 

gościa. Płaszczyk z ciemnym kołnierzykiem podkreślał delikatne rysy bladej twarzyczki, w 

niebieskich oczach malowały się zarazem lęk i ciekawość. Niebrzydka laleczka - pomyślał i 

powiedział z uśmiechem: - Jeżeli do mnie, to proszę bardzo do środka! 

Dziewczyna z widocznym zakłopotaniem powiedziała, że chyba się pomyliła. Przyszła 

do znajomych, miała tu kolegę Jurka, ale widocznie się wyprowadził. 

Kapitan, któremu  młoda dama  wyraźnie  wpadła  w oko, podchwycił  natychmiast temat 

mówiąc,  że  Jurek  wraz  z  rodzicami  został  ewakuowany,  a  mieszkanie  powierzono  jego 

opiece. 

- Teraz ja jestem tu gospodarzem i w imieniu Jurka zapraszam na herbatę. Przepraszam, 

czy mógłbym wiedzieć, z kim mam przyjemność? 

- Na imię mi Mieczysława, mieszkam tu niedaleko, obok katedry, a pracuję w szpitalu. - 

Zamilkła; widać było, że nie bardzo wie, co ma dalej mówić. 

background image

- Jestem kapitan Kalman. Jeszcze raz bardzo proszę znajomą znajomych na gorącą her-

batę. Będzie do niej cukier - dodał z uśmiechem. 

-  Bardzo  dziękuję,  ale  już  późno  -  odpowiedziała.  -  Może  jeszcze  nadarzy  się  okazja. 

Kalman był wyraźnie zawiedziony, ale nie rezygnował. 

- Jutro niedziela - powiedział. - Czy moglibyśmy spotkać się na koncercie? Dziewczyna 

tylko  uśmiechnęła  się  i  szybko  zbiegła  po  schodach.  Gdy  pomachała  mu  na  pożegnanie, 

dostrzegł jeszcze, że ma szczupłe dłonie o wysmukłych palcach. 

Kapitan,  patrząc  za  Mieczysławą,  pomyślał,  że  przepadł  mu  piękny  wieczór.  Z  wes-

tchnieniem  wrócił  do  pokoju,  zapalił  lampę  naftową,  wyciągnął  z  torby  polowej  mapę  i 

zaczął pisać raport o przebiegu ostatnich walk. Dowódca pułku kazał mu jutro oddać mel-

dunek w sztabie. Ale słowa nie chciały mu się układać w pełne zdania. Przed oczyma, za-

miast wykazu zabitych, rannych, stanu amunicji, miał niebieskie oczy pięknej nieznajomej. 

Poczucie obowiązku jednak przemogło i przy migocącym płomieniu skończył swą pracę. 

Gdy rano przyszedł do sztabu twierdzy i przekazał zgodnie z poleceniem swój  meldu-

nek szefowi oddziału operacyjnego, ten pobieżnie przekartkował notatkę i zapytał: 

- Jak pan ocenia rosyjskie oddziały, znajdujące się przed stanowiskami waszego pułku? 

- Widząc pytające spojrzenie Kalmana dodał jeszcze: - No, chodzi mi o ich sposób walki, 

ducha bojowego, umiejętność działania w boju. 

Kapitan zastanawiał się przez chwilę. 

- Wydaje mi się - powiedział - że oblegają nas pełnowartościowe jednostki. Umiejętnie 

poruszają się pod ogniem, jeden drugiego wspiera, potrafią nacierać za artyleryjskim wałem 

ogniowym. Widziałem kilku jeńców, nie byli bardzo przestraszeni, są dobrze ubrani, odży-

wieni. Przesłuchiwani przez tłumacza mówią, że Przemyśl niedługo się podda. 

- A co pan sądzi o naszych wojskach? - padło kolejne pytanie. 

-  Uważam,  że  jesteśmy  lepsi  od  nich.  Gdyby  tak  jeszcze  było  odpowiednie  wyżywie-

nie... 

- No dobrze, dobrze. A jednak zdarzały się dezercje na stronę wroga. 

-  Nie  u  nas  -  gwałtownie  zaprotestował  kapitan  Kalman.  -  Nasi  honwedzi  wypełniają 

wszystkie zadania do końca. 

Szef oddziału operacyjnego chwilę  milczał, a potem podziękował za starannie opraco-

wany meldunek. 

background image

Młody oficer udał się do pobliskich koszar, gdzie trzymał w stajni swego konia. Przez 

chwilę  zastanawiał  się,  dlaczego  szef  oddziału  operacyjnego  wypytywał  go  o  sprawy,  za 

które  właściwie  żaden  z  nich  nie  odpowiadał.  Po  trzech  kwadransach  znalazł  się  wśród 

swoich  w  forcie  Helicha.  Podziemne  kazamaty  były  wypełnione  do  ostateczności.  Nic 

dziwnego  -  było  to  jedyne  miejsce,  w  którym  dało  się  nieco  odpocząć  i  zdrzemnąć  we 

względnym cieple po wielogodzinnym przebywaniu w okopach na przedpolu umocnień. 

Dowódca 8 pułku podpułkownik Molnar nie przejął się wiadomością o sondowaniu na-

strojów w jego oddziale. 

- Ci w sztabie nie chcą wysunąć nosa poza swoje gabinety, a wypytują, żeby móc innym 

zaimponować znajomością realiów pola walki. Jak chcą poznać prawdę, niech przyjdą tu na 

tydzień, zwłaszcza że do miski nie bardzo jest co włożyć. 

Molnar popatrzył w papiery leżące na stole. Powiedział Kalmanowi, że ma zmienić po-

rucznika Gyoniego, który już dwie doby tkwi bez przerwy na pierwszej linii, a jest przecież 

saperem i potrzebują go gdzie indziej. 

Kalman służbiście wyprężył się i skierował do drzwi. Gdy był już na korytarzu, zawołał 

go Molnar i  wręczył butelkę mówiąc, że pewnie  w  nocy  mu  się przyda. Kapitan z uśmie-

chem podziękował. Wiedział, że do zwyczajów dowódcy należało obdarowywanie flaszką 

rumu wyróżniających się oficerów. 

Gdy Kalman  wyszedł z bezpiecznych fortecznych podziemi, powitały  go  wybuchające 

nieregularnie pociski rosyjskiej artylerii. Wskoczył szybko do okopu, który zakosami pro-

wadził do przedniego skraju  obrony.  Zwykły  nękający ogień, pomyślał. Chyba dzisiaj bę-

dzie spokojnie. 

W  połowie  drogi  spotkał  sanitariuszy  przeciskających  się  z  noszami,  na  których  leżał 

ż

ołnierz,  przykryty  zakrwawionym  płaszczem.  Zatrzymał  się,  by  ich  przepuścić.  Widząc 

pytający  wzrok  oficera,  jeden  z  nich  rzekł,  że  to  plutonowy  Nagy.  Odłamki  granatu  po-

dziurawiły go jak sito. Jeszcze żyje. Poczłapali dalej. 

W  ziemiance  dla  oficerów  batalionu  było  duszno,  zimno  i  wilgotno.  Porucznik  Geza 

Gyoni  coś  notował  w  zeszycie  przy  słabym  płomyku  świecy.  Popatrzył  na  wchodzącego 

kapitana  jakby  niewidzącym  spojrzeniem,  po  czym  znów  zaczął  pisać.  Kalman  usiadł  z 

boku, nie odzywając się. Ciszę przerywały tylko niezbyt odległe detonacje pocisków. 

Gyoni  był  postacią  znaną  w  całej  oblężonej  twierdzy.  Do  chwili  wybuchu  wojny  pra-

background image

cował jako dziennikarz, wydał też kilka tomików wierszy. Powołany do wojska w ramach 

mobilizacji, trafił do 23 dywizji honwedów. Razem z jej żołnierzami dzielił los oblężonych 

w Przemyślu. Delikatny i uczuciowy, znalazł się w samym środku walki, która cechowała 

się  brutalnością  i  bezwzględnością.  Gdy  zobaczył  pierwszych  rannych,  omal  nie  zemdlał. 

Zaobserwował to jeden ze starszych zawodowych oficerów. Brutalnie wyjaśnił Gyoniemu, 

ż

e ma dwie możliwości: albo dać się zabić, albo samemu zabić wroga. Parę miesięcy walk 

pozornie  uodporniło  poetę  na  straszliwy  żołnierski  los.  W  swej  twórczości  został  jednak 

wierny  refleksyjnemu  spojrzeniu  na  świat.  Podczas  pierwszego  oblężenia,  przebywając  w 

forcie Żurawica, napisał „Dni sądu ostatecznego”. W późniejszych wierszach błagał Boga, 

ż

eby  dał  mu  przeżyć  wojnę,  ubolewał,  że  jeśli  zginie  na  obcej  ziemi,  nawet  najbliżsi  nie 

będą mogli przyjechać na jego grób. 

Koledzy z pułku i dowództwo twierdzy doceniało talent poety, nie zwalniano go jednak 

z wykonywania najtrudniejszych zadań bojowych. Gdy Kalman zobaczył go z ołówkiem w 

ręku, domyślił się, że powstaje nowy utwór. 

Po kilku minutach Gyoni zwrócił się do kapitana: 

-  Przeczytać  ci?  Nie  czekając  na  odpowiedź,  podniósł  zeszyt,  popatrzył  przez  chwilę 

przed siebie i zaczął mówić: 

-  Na  jedną  noc  przynajmniej  poślijcie  tamtędy  fałszywych  bohaterów,  warcholskie 

przybłędy.  Na  jedną  noc  przynajmniej...  Głos  jego  zaczął  brzmieć  metalicznie.  W  tym 

czasie do ziemianki wsunęło się jeszcze dwóch oficerów. 

Słysząc Gyoniego, stanęli i słuchali. A on mówił dalej: 

- Na jedną noc przynajmniej poślijcie tamtędy dusigroszów  kryjących lichwiarskie za-

pędy. Na jedną noc przynajmniej, kiedy w jądro wulkanu z granatów ogniste dostawszy się 

mężczyzna  wiruje  jak  listek  i  opada,  jak  widzi  to  wzrok  przerażony,  wspaniałego  wojaka 

szkielet osmalony... 

- Lepiej byś, Geza, opisał, jak kwatermistrze nas okradają - jeden z przybyłych popsuł 

podniosły  nastrój.  -  Chleb  jest  z  jakimiś  wiórami,  brukiew  zatęchła,  a  kawałek  słoniny, 

który dostaliśmy za odparcie rosyjskiego ataku, obrzydliwie śmierdzi. 

- Słyszałem, że kapitan Fenyo za pośrednictwem kochanki sprzedaje konserwy po czte-

ry korony i hoduje świnie, karmiąc je sucharami wojskowymi, których podobno zabrakło - 

dorzucił natychmiast drugi. A ty, Geza, wierszyki sobie piszesz! - wybuchnął. 

background image

-  Dość  już  -  ostro  powiedział  Kalman.  -  Jeśli  wiesz  na  pewno  o  nadużyciach,  melduj 

dowódcy. Na razie mówcie, co się działo przez ostatnie dni. 

Porucznik Gyoni znów otworzył zeszyt i zaczął relacjonować: 

-  Wczoraj  o  dziesiątej  Rosjanie  zaczęli  intensywnie  ostrzeliwać  nasze  pozycje.  Pięciu 

zabitych  i  dziesięciu  rannych.  Na  odcinku  szóstym,  czołgając  się,  podeszli  pod  zasieki  z 

drutu  kolczastego,  rozcięli  je  i  zaatakowali.  Poderwałem  naszych  na  bagnety.  Gdyby  nie 

pomoc  dziesiątej  kompanii,  byłoby  niedobrze.  Dwu  zabitych,  dwudziestu  trzech  rannych. 

Rosjan  odparto.  -  Zamilkł  na  chwilę.  -  A  później,  już  pod  wieczór,  było  wprost  piekło. 

Siedem  razy  atakowali.  Podczas  ostatniego  szturmu  moi  żołnierze  nie  mieli  już  sił,  by 

wyjść z okopów. Gdyby nie karabin maszynowy, który z boku postawił Schmidt, byłoby po 

nas. Nasze straty to blisko setka zabitych i rannych. Część została przy zasiekach. Pewnie 

już  nie  żyją,  do  tej  pory  nie  sposób  było  ich  ściągnąć.  Kto  tylko  wyjdzie  z  okopu,  jest 

ostrzeliwany. Co chcesz jeszcze wiedzieć? zapytał Gyoni Kalmana. 

- Jak stoimy z amunicją? 

- Wystarczy, niedawno przynieśli jeszcze parę skrzynek. 

- A obiad? 

-  Słyszałeś  przed  chwilą.  Potrzebny  ci  jestem?  Jeśli  nie,  to  cześć!  Gyoni  zabrał  jakieś 

drobiazgi do torby i  wyszedł z ziemianki. Pochylony,  maszerował  w stronę fortu. Kapitan 

Kalman popatrzył za nim przez chwilę i ruszył obejrzeć wszystkie stanowiska, choć znał je 

na  pamięć.  Poczuł  dotkliwe  zimno,  zerwał  się  silny  wiatr  od  wschodu.  Wyraźnie  spadała 

temperatura, mróz stawał się coraz bardziej siarczysty, zaczął sypać śnieg. Część żołnierzy 

pochowała  się  do  ziemianek,  a  ci,  którzy  zostali  na  posterunku,  przytupywali,  kuląc  się  z 

zimna. Noc przeszła spokojnie. Obie strony były wyczerpane bojem. 

Gdy  zaczęło  świtać,  Kalman  swoim  zwyczajem  ruszył  na  przegląd  odcinka  obrony. 

Pokurczeni,  przemarznięci  żołnierze  nie  wyglądali  dobrze.  Zapewnił  ich,  że  już  wydał 

polecenie, by przyniesiono gorącą kawę. Gdy dochodził do miejsca styku z sąsiednim bata-

lionem,  zobaczył  samotnego  żołnierza.  Siedział  na  dnie  okopu,  oparty  o  ścianę,  przypró-

szony  śniegiem.  Oburącz  ściskał  karabin.  Kapitan  zbliżył  się  do  niego,  ale  ten  ani  drgnął. 

Nagle  Kalmanowi  przyszedł  do  głowy  dziecinny  pomysł.  Schylił  się  nad  żołnierzem  i 

krzyknął mu do ucha: 

-  Alarm!  Rosyjski  atak!  Ponieważ  żołnierz  wciąż  trwał  bez  ruchu,  trącił  go  ręką.  Też 

background image

nic.  Pchnął  mocniej,  a  wtedy  siedzący  przewrócił  się  na  bok.  Towarzyszący  kapitanowi 

sierżant  pochylił  się  nad  leżącym,  zaczął  go  tarmosić,  wreszcie  powiedział,  że  chyba  za-

marzł  na  śmierć.  Przyszło  jeszcze  kilku  honwedów,  ponuro  patrzyli  na  martwego  kolegę. 

Kalman  przypomniał  sobie  piękną  dziewczynę,  która  przedwczoraj  zastukała  do  jego 

drzwi, i nagle bardzo zachciało mu się żyć. Spojrzał na stojących wokół. 

- Czego się gapicie? Uważajcie lepiej na Rosjan. A tego zabrać i pochować razem z po-

ległymi  w  bitwie.  Pisarz!  Dołączyć  go  do  rejestru  zabitych  w  walce  z  wrogiem  -  polecił. 

Uznał, że rodzinie będzie lżej pomyśleć, że ich bliski oddał życie za Austro-Węgry w boju, 

niż gdyby dowiedzieli się, że zamarzł jak opuszczony kundel pod płotem. 

Po trzech dobach spędzonych na pierwszej linii kapitan Kalman znów został wezwany 

do dowództwa pułku. Zmienił go porucznik Nagy, powołany na wojnę z rezerwy. Jego zaś, 

jako zawodowego doświadczonego oficera, wyznaczono do zajęcia się sprawami planowa-

nia  działań  bojowych  i  pracy  w  sztabie.  W  porównaniu  z  ziemiankami  ponure  forteczne 

podziemia wydały mu się rajem. Podpułkownik Molnar zezwolił mu ponadto - o ile służba 

pozwoli - na spanie we własnej kwaterze w Przemyślu. 

-  Ale  to  tylko  na  razie  -  dodał.-  W  razie  potrzeby  oczywiście  wykorzystam  pana  na 

pierwszej linii. A teraz sprawa najważniejsza. Dowództwo twierdzy zostało powiadomione 

o planowaniu ofensywy naszych wojsk, której celem będzie przerwanie blokady. To może 

stać się niedługo. Prosiło też o delegowanie oficera do przygotowania z naszej strony dzia-

łań wspierających wojska nacierające z zewnątrz. Kapitanie Kalman, od tej chwili jest pan 

do dyspozycji generała Tamasyego. 

Kalman pomyślał w tym momencie, jak łatwo jest zmienić skórę. Ileż to razy on i jego 

koledzy urągali sztabowcom, a teraz sam nim ma zostać i nawet go to cieszy... 

FORT NUMER TRZYNAŚCIE 

Fort  numer  trzynaście,  noszący  nazwę  „San  Rideau”,  czyli  „Obrona  Sanu”,  był  potęż-

nym  wysuniętym  na  północ  obiektem  w  systemie  obrony  Przemyśla  i  jednym  z  najlepiej 

wyposażonych. Usytuowany na wzniesieniu, miał baterię dział 80 mm ukrytą pod pancer-

background image

nymi obrotowymi kopułami. Przydzielono mu także cztery baterie polowe, w tym jedną o 

kalibrze 150 mm. Do pierwszych dni grudnia załoga tego fortu właściwie nie była specjal-

nie  niepokojona.  Jego  działa  miały  dokładnie  wstrzelane  wszystkie  ważniejsze  kierunki 

zagrożenia,  tak  że  w  ciągu  kilku  minut  ich  obsługi  mogły  postawić  ogień  zaporowy  i  za-

trzymać przeciwnika. 

Podstawową część kompanii fortecznej, obsługującej uzbrojenie, elektrownię, urządze-

nia  wentylacyjne  i  sprawującej  nadzór  nad  podziemnymi  magazynami  amunicyjnymi  i 

ż

ywnościowymi,  stanowili  Austriacy  i  Niemcy.  Obok  nich  najliczniejszą  grupą  etniczną 

byli Polacy ze wschodniej Galicji. Nie brakowało też Rusinów. 

Mimo dobrego  wyszkolenia żołnierzy ta  mieszanka narodowości  stanowiła ustawiczne 

ź

ródło  niepokoju  dla  dowództwa  twierdzy  i  oczywiście  austriackiego  kontrwywiadu.  Do-

chodziły  wieści  o  wręcz  wrogim  stosunku  do  CK  monarchii  już  nie  jednostek,  lecz  grup 

ż

ołnierzy.  Wielu  podejrzewano  o  kontakty  z  żołnierzami  rosyjskimi,  na  razie  jednak  nikt 

nie  został  na  tym  przyłapany.  Generał  Kusmanek  polecił  więc  bardziej  przemieszać  pod-

oddziały, zaś element niepewny włączył do Landsturmu, gdzie przeważali Austriacy. 

Najpopularniejszą postacią wśród fortecznej załogi był kapral Jan Nowicki. Pochodził z 

Wiednia,  ale  jego ojciec,  niższy  funkcjonariusz  kolejowy,  czuł  się  w  dalszym  ciągu  Pola-

kiem, zaś matka pochodziła z Ostrawy. W domu rozmawiał z ojcem po polsku, z matką po 

czesku, w szkole, rzecz jasna, po niemiecku. Rodzice dbali, by dobrze opanował te języki 

potrzebne w wielonarodowym państwie. Powołano go do służby wojskowej rok przed wy-

buchem wojny. Gdy kompletowano załogę garnizonu w Przemyślu, Nowickiego przysłano 

tu  jako  doświadczonego  już  żołnierza  do  kompanii  fortecznej.  Był  osobą  pewną;  syn  CK 

urzędnika  -  to  nie  ulegało  wątpliwości  -  musiał  być  ofiarnym  żołnierzem,  gotowym  do 

największych poświęceń. 

Gdy  Nowicki  dostał  przydział  do  fortu  trzynastego,  tak  się  jakoś  stało,  że  nie  wyzna-

czono  go  na  żadne  stanowisko.  Ponieważ  w  tym  czasie  szukał  pomocnika  podoficer  pro-

wiantowy,  który  sam  nie  mógł  podołać  obowiązkom  związanym  z  zaopatrywaniem  kom-

panii  fortecznej  i  przydzielonych  dodatkowo  do  bezpośredniej  ochrony  dwóch  kompanii 

piechoty, zainteresował się wesołym, dowcipnym kapralem mówiącym biegle trzema języ-

kami. Z racji obowiązków Nowicki przebiegał wszystkie pomieszczenia obiektu z bańkami 

kawy, a nawet i rumem wydawanym każdemu specjalną miarką, często zapędzał się też na 

background image

pierwszą  linię,  gdzie  był  szczególnie  gorąco  witany.  Codziennie  jeździł  zaprzęgiem  kon-

nym do  magazynów  w  mieście po przydzielaną codziennie bardziej skąpo żywność. Wie-

lokrotnie  chcieli  go  namówić  do  współpracy  oficerowie  kontrwywiadu,  jednak  zawsze 

udawało mu się wykręcić zręcznie rzuconym dowcipem. 

Na  początku  grudnia,  gdy  kapral  Nowicki  jak  zwykle  zjawił  się  przed  magazynem 

ż

ywnościowym,  podszedł  do  niego  nie  znany  mu  podporucznik,  rozkazując  iść  za  sobą. 

Gdy żołnierz powiedział, że nie może przecież zostawić konia z wozem, oficer odrzekł, że 

pójdą tylko do sąsiedniego budynku. Tam wprowadzono go do brudnego pokoju, w którym 

stał sierżant. 

- No jesteś, Nowicki. Siadaj - rzekł sierżant. Przez chwilę patrzyli na niego uważnie, a 

potem kapitan bez żadnych wstępów oświadczył: 

-  Od  tej  chwili  jesteście  współpracownikiem  kontrwywiadu.  Kapral  uśmiechnął  się 

krzywo i już chciał rzucić swoim zwyczajem jakiś żart, gdy kapitan ryknął: 

-  Milczeć,  i  słuchać!  A  jeśli  za  dużo  będziesz  pyskować,  to  pomaszerujesz  na  Winną 

Górę. Nowicki zastygł w bezruchu. Na Winnej Górze znajdowało się miejsce straceń ska-

zanych wyrokiem sądu wojskowego. Żołnierzy rozstrzeliwano, cywilów wieszano. 

Nowicki znał przekazywaną wśród oblężonych na ucho opowieść o egzekucji szerego-

wego  Józefa  Medeckiego,  skazanego  za  opuszczenie  posterunku.  Nieszczęśnik  powoli 

szedł  na  miejsce  kaźni  w  towarzystwie  księdza.  Nic  nie  mówił,  nie  płakał.  Po  odczytaniu 

wyroku pluton wymierzył broń, a następnie skazańcowi przewiązano oczy brudną szmatą. I 

wtedy  po  cichu  zbliżyli  się  do  niego  czterej  żołnierze.  Niemal  dotykając  lufami,  strzelili 

jednocześnie  do  Medeckiego  na  znak  dany  im  szablą  przez  oficera.  Nieszczęsny  żołnierz 

nawet nie usłyszał komendy wyprawiającej go na tamten świat. Po chwili stwierdzono, że 

mimo  roztrzaskanej  czaszki  skazaniec  daje  oznaki  życia...  Na  polecenie  obecnego  przy 

egzekucji  prokuratora  wystąpił  jeden  z  żołnierzy  i  przykładając  lufę  karabinu  do  głowy 

Medeckiego jeszcze raz wypalił. 

Nowicki wzdrygnął się na przypomnienie tej relacji. Zauważyli to i kapitan, i sierżant, 

którzy mu się uważnie przyglądali. 

- No dobrze - spokojniej już powiedział kapitan. - Musicie, kapralu, wiedzieć, że gdzieś 

w  rejonie  waszego  fortu  jest  kanał  przerzutowy  szpiegów,  donoszących  Rosjanom,  co  się 

dzieje w twierdzy. Trochę wiemy, trochę się domyślamy, ale zdrajcę trzeba złapać za rękę. 

background image

Jak  tylko  zauważycie  coś  podejrzanego,  zostawcie  wiadomość  w  tym  pomieszczeniu.  Tu 

zawsze  ktoś  jest.  Tylko  i  wyłącznie  tu,  gdyż  nie  chcemy,  żeby  ktoś  was  podejrzewał  o 

współpracę z nami. No, odmaszerować do wozu! 

Nowicki po wyjściu głęboko odetchnął. Gdyby tak znali całą prawdę... 

Oficerowie austriackiego kontrwywiadu mieli rzeczywiście poważny problem Już pod-

czas pierwszego oblężenia tak się jakoś „przypadkowo” składało, że Rosjanie natychmiast 

przystosowywali się do działań podejmowanych przez żołnierzy generała Kusmanka. Ba, w 

niektórych  przypadkach  spotkano  się  z  ruchami  uprzedzającymi!  Nietrudno  było  dojść do 

wniosku,  że  w  Przemyślu  działa  siatka  szpiegowska.  Od  czasu  do  czasu  chwytano  płotki, 

które przekazywały informacje jakimś agentom, rzekomo pochodzącym z zewnątrz. Jednak 

w misternie zastawiane pułapki nikt nie wpadał. 

Oficerowie  operacyjni  zaś  twierdzili,  że  wiadomości  przeciekają  do  Rosjan  z  niezbyt 

licznego kręgu wtajemniczonych. Na podstawie obserwacji poczynionych na ulicy nikt nie 

byłby  w  stanie  przewidzieć  kierunku  i  niemal  godziny  planowanego  wypadu  wojsk  au-

striackich. Naciskany przez komendanta twierdzy szef kontrwywiadu szalał z  wściekłości. 

Szeregowi żołnierze szemrali o zdrajcy spośród starszych oficerów. „Sami Redle” - powia-

dali; zapał bojowy mimo licznych apeli, wzniosłych słów i zachęt do wytrwania w sposób 

zauważalny zmniejszał się z tygodnia na tydzień. Jednocześnie wzięty do niewoli podoficer 

rosyjski podczas przesłuchania buńczucznie twierdził, że im prędzej oblężony Przemyśl się 

podda, tym lepiej. „Rosyjskie dowództwo i tak wszystko wie - mówił. - U nas czytają na-

wet  gazety  wychodzące  w  mieście.  I  wiedzą  na  przykład,  jak  wygląda  uzbrojenie  fortu 

trzynastego”. Zdziwiło przesłuchujących, skąd prosty sierżant ma takie informacje. Jeszcze 

przez  kilka  godzin  próbowano  wyciągnąć  z  niego  coś  więcej,  ale bez  rezultatu.  Albo  rze-

czywiście  tylko  tyle  wiedział,  albo  znakomicie  się  maskował.  Jakiś  ślad  jednak  był:  fort 

trzynasty.  Stąd  nacisk  na  kaprala  Nowickiego.  Oficerom  wywiadu  potrzebne  tam  były 

jeszcze jedne oczy i uszy. 

background image

NIEOCZEKIWANE SPOTKANIE 

Był grudzień 1914 roku, Oblężony Przemyśl spędzał sen z oczu oficerom austriackiego 

Sztabu Generalnego. Jego garnizon, blokując strategiczny  węzeł komunikacyjny, znacznie 

utrudniał stronie rosyjskiej prowadzenie operacji w kierunku Krakowa i Śląska, jak również 

w  rejonie  Karpat,  które  w  kilku  miejscach  zostały  przekroczone  przez  nieprzyjaciela. 

Utrzymanie twierdzy było więc sprawą kluczową dla tego obszaru operacyjnego. Na połu-

dnie  od  oblężonego  miasta  w  odległości  nie  większej  niż  sto  kilometrów  znajdowały  się 

pozycje  3  armii  generała  Borcewicza.  Sztabowcy  doszli  do  wniosku,  że  właśnie  3  armii 

byłoby  najłatwiej  przebić  się  do  generała  Kusmanka.  Decyzja  zapadła;  teraz  trzeba  było 

przedstawić  ją  komendantowi  twierdzy.  Uznano,  że  najlepiej  będzie  wysłać  drogą  po-

wietrzną do Przemyśla oficera, który by przekazał dowódcy twierdzy zamysł operacyjny i 

pomógł w synchronizacji działań. 

Wybór  padł  na  majora  Weissa.  Był  to  inteligentny  sztabowiec,  obdarzony  na  dodatek 

fenomenalną pamięcią. Zapoznano więc go z planami i wsadzono do dwupłatowca. Gdyby 

w razie zestrzelenia samolotu lub jego awarii Weiss dostał się do niewoli, stosunkowo niski 

stopień  wojskowy  pasażera  nie  nasunąłby  podejrzeń,  iż  powierzono  mu  tak  ważną  misję. 

By zamaskować właściwy cel podróży, wręczono mu jedynie osobisty list od cesarza, wy-

rażający uznanie dla oblężonej załogi. Ów list  major miał rzekomo osobiście  wręczyć ko-

mendantowi. 

Komunikacja  lotnicza  Wiednia  z  Przemyślem  działała  niezawodnie,  oczywiście  jeśli 

istniały dobre  warunki atmosferyczne zapewniające stosunkowo prymitywnym  maszynom 

latającym bezpieczeństwo. Kilka razy w tygodniu przekazywano tą drogą pocztę, co miało 

niezwykle  ważne  znaczenie  dla  żołnierzy  trwających  w  okrążonej  twierdzy.  Zdarzyło  się 

też  kilka  przypadków  podróży  przedstawicieli  dowództwa  twierdzy  do  stolicy  i  z  powro-

tem. 

Major Weiss natychmiast po przylocie wyrysował na mapie dokładną sytuację na fron-

cie,  podał  składy  jednostek,  ich  uzbrojenie  i  kolejne  etapy  planowanej  ofensywy,  która 

background image

miała rozpocząć się 8 grudnia. Na tej podstawie generał Tamasy rozpoczął przygotowania 

do wyjścia walką na spotkanie 3 armii. Główną siłę uderzeniową miały stanowić jednostki 

23 dywizji. Do szczegółowego opracowania planu przegrupowań, kierunków i czasu natar-

cia  pozorowanego  oraz  organizacji  właściwego  uderzenia  powołano  całkowicie  nowy  ze-

spół  oficerów  pod  kierunkiem  pułkownika  Seide.  W  jego  skład  wszedł  również  kapitan 

Kalman.  Wszystkich  zobowiązano  do  zachowania  ścisłej  tajemnicy  nawet  wobec  przeło-

ż

onych i starszych stopniem. 

Gdy rankiem Kalman szedł do sztabu, by dokonać kilku korekt w przygotowanych ma-

teriałach,  niespodziewanie  spotkał  Mieczysławę.  Widząc  ją  odczuł  przyspieszone  bicie 

serca. Wróciły marzenia, które wielokrotnie snuł tam, w okopach. Zatrzymał się przed nią, 

zasalutował. 

-  Dzień  dobry,  pani  Mieczysławo.  Jeśli  można,  będę  panią  nazywał  Mici.  Węgrowi 

bardzo trudno wypowiedzieć pani imię! Zgoda? No to bardzo dziękuję! 

- Och, panie kapitanie, myślałam, że pan o mnie zupełnie zapomniał. Przecież umawia-

liśmy  się  na  spotkanie  przy  orkiestrze.  Byłam  tam  z  koleżankami.  Śmiały  się  ze  mnie  i 

mówiły, że pan sobie zakpił. Właściwie nie powinnam z panem rozmawiać! 

Oczy dziewczyny wyrażały jednak zupełnie odmienne uczucia. Widać spodobał się jej 

przystojny oficer. 

- Mici, przecież wiesz, że jest wojna. Nagle musiałem jechać na pierwszą linię - tłuma-

czył się Kalman. - Rozkaz dowódcy jest nieraz bardziej okrutny od kata. 

Przez  chwilę  myślał,  by  zaprosić  dziewczynę  do  swojego  mieszkania,  ale  szybko  zre-

zygnował. Pośpiech mógłby ją spłoszyć. Delikatnie ujął Mici pod ramię. Nie zaprotestowa-

ła. 

-  W  tej  chwili  muszę  udać  się  do  swoich  przełożonych.  Nie  wiem,  jak  długo  mi  tam 

zejdzie. Może jutro w południe spotkamy się w kawiarni? 

- No dobrze, ale czy nie stanie się tak jak poprzednio? 

- Będę z całą pewnością na ciebie czekał. Przez jakiś czas nigdzie z miasta nie wyjadę. 

Dochodzili  już  do  siedziby  sztabu.  Kapitan  zasalutował  i  długo  jeszcze  patrzył  za  od-

chodzącą  dziewczyną.  Gdy  wszedł  do  sztabu,  pułkownik  Seide  zgryźliwie  zapytał,  odkąd 

spódniczki  odprowadzają  oficerów  aż  pod  próg  dowództwa.  Kilku  oficerów  parsknęło 

ś

miechem. Seide znany był z tego, że zazdrościł innym powodzenia u kobiet. Kalman udał, 

background image

ż

e nic nie słyszał, i zabrał się do pracy. 

Dokumentacja  związana  z  przygotowaniem  operacji  przerwania  blokady  była  właśnie 

na  ukończeniu.  Sprawdzono  jeszcze  stan  zapasów  amunicji  artyleryjskiej,  ustalono  minu-

towy  harmonogram  nawał  ogniowych  na  kierunkach  pozorowanych  ataków.  Wreszcie 

wszystko  zostało  uzgodnione  i  zatwierdzone.  Pozostało  jedynie  wpisać  dzień  i  godzinę 

rozpoczęcia  operacji.  Podjęcie  decyzji  w  tej  sprawie  zastrzegł  sobie  osobiście  komendant 

twierdzy. 

Pułkownik  Seide  jeszcze  raz  przypomniał  oficerom  o  potrzebie  zachowania  tajemnicy 

oraz  skierowaniu  ich  do  poszczególnych  oddziałów  w  fazie  bezpośrednich  przygotowań  i 

walk, prowadzonych w celu przerwania blokady Przemyśla. Na zakończenie przemowy, nie 

patrząc  na  Kalmana,  jeszcze  raz  powiedział,  żeby  trzymać  język  za  zębami,  szczególnie 

wobec  pięknych  pań,  w  obecności  których  pewni  młodzi  koledzy  lubią  się  kreować  na 

wszechmocnych herosów. 

- Stary bałwan, cnota na mózg mu uderzą - mruknął do siebie Kalman. 

- Co pan kapitan powiedział? - Okazało się, że Seide miał niezły słuch. 

- Jak zwykle pan pułkownik ma całkowitą rację - służbiście odpowiedział Kalman, pa-

trząc mu w oczy. 

-  No  dobrze.  Do  jutra  wieczorem  macie  czas.  Po  kolacji  zbieramy  się,  panowie.  Puł-

kownik  wstał i  wyszedł, za nim  salę opuścili pozostali. Kalman  w pierwszej chwili chciał 

odszukać  Mici,  ale  ponieważ  był  już  wieczór,  a  ponadto  czuł  się  zmęczony  po  wytężonej 

pracy, postanowił iść spać. 

Następnego  dnia  ranek  wstał  mroźny;  południowo-  wschodni  wiatr  zapowiadał  dalszy 

spadek  temperatury.  W  domu  było  chłodno,  mimo  iż  ordynans  napalił  w  piecu  węglem, 

którego  stosik,  przemyślnie  ukryty  pod  starymi  gratami  i  szmatami,  odnalazł  w  piwnicy. 

Kapitan nie czuł chłodu, rozgrzewała go sama myśl o spotkaniu z piękną panną. 

W jedynej czynnej w Przemyślu kawiarni znalazł się już na godzinę przed umówionym 

spotkaniem.  Mici  przyszła  punktualnie.  Wstał  od  stolika  i  podszedł  do  drzwi,  w  których 

zatrzymała się na moment. Większość obecnych zwróciła uwagę na przystojnego kapitana i 

piękną dziewczynę. 

- Nigdy nie byłam w tej kawiarni podczas wojny - powiedziała Mici. 

- Można dostać tutaj tylko szklankę kawy, ale za to z kostką cukru - z uśmiechem rzekł 

background image

Kahnan. - Nawet nie wiem, co robisz w Przemyślu - rzekł, gdy siedli przy stoliku. 

- Pracuję w aptece szpitalnej. Nie mówiłam ci o tym? 

- Pewnie masz tam wielu adoratorów. Już jestem zazdrosny! - Mój panie kapitanie, wi-

dzimy się po raz trzeci, a w ogóle znamy się piętnaście minut, więc dlaczego od razu taka 

scena?  Kalman  patrzył  na  nią  z  upodobaniem.  W  pewnej  chwili  ujął  jej  dłoń,  położył  na 

stoliku i zaczął głaskać. Dziewczyna nie cofnęła ręki. Ten Węgier jej się podobał. Milczeli 

oboje przez dłuższą chwilę. 

Nagle dał się słyszeć z zewnątrz dziwny dźwięk. Przez okna widać było, że przechodnie 

zatrzymują się i pokazują sobie coś w górze. Zaciekawieni goście opuścili kawiarnię i wy-

szli na ulicę. Wyszli także Kalman i Mici. 

Wysoko  na  niebie  wolno  leciały  trzy  samoloty.  Przedefilowały  nad  śródmieściem,  za-

wróciły.  W  pewnej  chwili  oderwało  się  od  nich  kilka  drobnych  punkcików,  które  szybko 

spadały. Kalman natychmiast zorientował się, o co chodzi. 

- Uciekajcie szybko, to Rosjanie zrzucają bomby! 

Złapał Mici za rękę i wskoczył szybko do kawiarni, kryjąc się za filarem. Niemal w tym 

samym  momencie  dom  lekko  drgnął,  a  powietrzem  targnęły  wybuchy.  Objął  dziewczynę 

ramieniem,  jakby  chciał  osłonić  ją  przed  niebezpieczeństwem.  Przylgnęła  do  niego  całym 

ciałem. 

Gdy wszystko ucichło, poszli na Grodzką, gdzie prawdopodobnie spadły bomby. Sani-

tariusze kogoś nieśli w noszach. W jednym z domów paliło się poddasze, w innym rozwa-

lony był fragment ściany frontowej. Bomby spadły obok sztabu twierdzy. 

Kalman pokręcił głową. 

- Ci piloci musieli dobrze znać miasto i wiedzieć, gdzie znajduje się nasze dowództwo - 

powiedział. - Wojny tym nie wygrają, ale bomby są groźne. 

-  Cieszę  się,  że  jestem  z  tobą,  że  los  pozwolił  nam  się  spotkać  -  rzekła  dziewczyna.  - 

Przy tobie zapominam, że jest wojna. 

Wskazał ruchem głowy budynek stojący naprzeciwko. 

- Spędziłem tu kilka ostatnich dni i nocy. Chyba już niedługo skończy się ta bieda. Czy 

chcesz zjeść ze mną obiad? Mam w domu konserwy i coś jeszcze. Spojrzała mu w oczy i 

skinęła potakująco głową. Kalman pod wieczór powiedział jej, że nigdy jeszcze nie spędził 

tak upojnych chwil. 

background image

OBLĘŻENIE PO RAZ DRUGI 

Oblegający Przemyśl generał Seliwanow w połowie grudnia 1914 roku miał do dyspo-

zcji  około  sześciu  dywizji  piechoty  i  jedną  kawalerii.  Artyleria  polowa  liczyła  około  pół 

tysiąca  dział  różnych  kalibrów.  Oblężeni  mieli  więc  dwukrotną  przewagę  w  uzbrojeniu. 

Liczba żołnierzy, biorących udział w walkach, była mniej więcej jednakowa. Ale o tym nie 

wiedziało ani Naczelne Dowództwo w Wiedniu, ani generał Kusmanek. 

Rosyjskie  rozpoznanie,  prowadzone  w  rejonie  Karpat,  donosiło  o  rozpoczęciu  na  po-

czątku grudnia przez Austriaków przegrupowania wojsk i koncentracji, wskazującej na plan 

odblokowania Przemyśla. 

Stosunkowo  cienki  łańcuszek  oddziałów  okopanych  przed  austriackimi  fortami,  choć 

nadawał  się  doskonale  do  nękania  obrońców,  łatwo  było  przerwać  w  razie  zsynchronizo-

wanego uderzenia z zewnątrz i wewnątrz. A tego właśnie należało spodziewać się z chwilą, 

gdy ruszy natarcie armii Borcewicza. Rosjanie musieli zatem wiedzieć, kiedy i gdzie to się 

odbędzie,  by  ściągnąć  na  czas  wzmocnione  odwody.  Na  razie  Seliwanow  otrzymał  tylko 

informację  o  zakończeniu  przygotowań  do  przerwania  blokady,  pozostałych  danych  było 

brak. Rosyjski wywiad okazał się w tym momencie bezradny. 

8  grudnia  od  strony  Karpat  ruszyło  natarcie  austriackie.  Chociaż  dowództwo  rosyjskie 

spodziewało się tego uderzenia, nie  wiedziało, czy  Austriacy będą przeć do Przemyśla  od 

strony  Sambora,  czy  od  Sanoka.  Wiązało  się  z  tym  drugie  pytanie:  w  którym  kierunku 

uderzą oddziały zamknięte w twierdzy? 

Na  zewnętrznym  froncie  Austriacy  naciskali,  odnosząc  znaczne  sukcesy,  zaś  załoga 

Przemyśla trwała na pozycjach nie przejawiając większej aktywności. Seliwanow codzien-

nie  wzywał swego szefa  wywiadu, żądając informacji o kierunku i terminie uderzenia od-

działów  twierdzy,  ale  w  odpowiedzi  słyszał  jedynie  zapewnienia,  że  dokłada  wszelkich 

starań, by takie dane uzyskać. Sztab generała Kusmanka był hermetycznie zamknięty. 

Wreszcie  16  grudnia  1914  roku  generał  Tamasy  wydał  rozkaz  do  natarcia  żołnierzom 

23 dywizji i batalionom Landsturmu. Kierunek: Bircza - Sanok. 

background image

Jako pierwszy ruszył do przodu major Frey ze swymi Austriakami. Bez przygotowania 

artyleryjskiego  skoczyli  ku  zasiekom,  osłaniającym  rosyjskie  pozycje.  Kiedy  doszli  do 

plątaniny  drutów  kolczastych,  artyleria  forteczna  zgodnie  z  planem  położyła  ogień  na  ce-

lach w głębi obrony, usiłując obezwładnić wykryte wcześniej baterie rosyjskie. 

Frey  nie  chował  się  za  plecami  swoich  żołnierzy.  Szedł  w  drugiej  linii,  która  miała 

wzmocnić powodzenie, jakie winna była uzyskać pierwsza fala. Gdy odezwały się milczące 

dotąd  rosyjskie  karabiny  maszynowe,  major  zażądał  zniszczenia  wykrytych  punktów 

ogniowych. Obserwatorzy wywołali ogień. Major podczołgał się do pierwszych szeregów. 

Gdy działa przeniosły swe celowniki w głąb obrony, poderwał się. 

- Za mną, żołnierze! - krzyknął i pobiegł w kierunku stanowisk wroga. 

Gdy  Austriacy  pokonali  przejścia  w  zasiekach,  wycięte  przez  saperów,  plunęły  im 

ogniem  w  twarze  karabiny  maszynowe,  które  do  tej  pory  milczały,  nie  ujawniając  swych 

stanowisk:  Większość  nacierających  nie  zdążyła  się  ukryć  w  zbawczych  fałdach  tereno-

wych.  Batalionowi  groziła  całkowita  zagłada.  Widząc  to  Frey  dał  rozkaz  do  powrotu  na 

linię wyjściową. Z trzystu pięćdziesięciu powróciła niecała setka. 

46  brygadzie  honwedów  powiodło  się  lepiej.  Żołnierze  szybko  przerwali  pozycje  Ro-

sjan  i  ruszyli  w  głąb  ich  obrony.  Jej  dowódca,  pułkownik  Letay,  zażądał  od  generała  Ta-

masyego,  by  wchodzące  w  dokonany  wyłom  oddziały  zwijały  na  lewo  i  prawo  rosyjską 

obronę,  on  sam  zaś  parł  do  przodu.  Jego  żołnierze,  zachęceni  powodzeniem,  energicznie 

atakowali. Od południa szła im na pomoc wielka armia, która miała zapasy żywności, cie-

płą odzież. Tam była Ojczyzna. Więc szli, strzelali, padali, czołgali się i znów szli... 

Generał Kusmanek żądał bez przerwy meldunków z pola walki. Szyfrogramy otrzyma-

ne  przez  radio  wskazywały  na  powodzenie  ofensywy  rozwijanej  przez  generała  Borcewi-

cza.  Brak  było  jednak  informacji,  które  pozwoliłyby  precyzyjnie  określić  miejsce  i  czas 

przerwania  blokady.  Tymczasem  węgierskie  oddziały  generała  Tamasyego  17  grudnia 

zbliżyły  się już do Birczy.  Zagarnięci jeńcy zeznawali, że  w szeregi rosyjskie zaczyna  się 

już wkradać rozprężenie i panika. 

Dowódca frontu rosyjskiego rozkazał swym wojskom zatrzymać za wszelką cenę natar-

cie  3  armii,  zaś  generałowi  Seliwanowowi  -  atakować  Przemyśl  wszelkimi  dostępnymi 

siłami. Generał pospiesznie przegrupował dywizję i rozpoczął szturm na północny odcinek 

pierścienia austriackiej obrony 17 grudnia. Pozostawione tam w osłonie kompanie austriac-

background image

kie Landsturmu zostały odrzucone z przedpola do samej linii fortyfikacji stałych. Pancerna 

bateria fortu trzynastego otworzyła do nacierających Rosjan ogień na wprost. Lufy szybko-

strzelnych  dział  zaczęły  parzyć,  kanonierzy  ogłuchli  od  huku  armat,  mimo  pracujących 

wentylatorów  w  wieżach  snuł  się  dym  prochowy,  doprowadzając  do  mdłości  żołnierzy. 

Dowódca fortu  meldował o  niebezpiecznej sytuacji. Mówił, że przygotowuje się do  walki 

wręcz.  Zaistniała  realna  groźba  przerwania  obrony  Przemyśla,  ogołoconego  z  odwodów 

operacyjnych. 

Generał Kusmanek po zapoznaniu się z sytuacją wysłał do generała Tamasyego oficera 

z poleceniem, by dowódca honwedów zawrócił nacierającą dywizję w głąb umocnień, tym 

bardziej że wciąż brakowało szczegółowych danych o postępie ofensywy z południa. 

Rozkaz  wykonano. Przygnębieni żołnierze  niechętnie  wracali za  mury, gdzie  na równi 

dokuczały im głód i chłód. Jak się później okazało,  wojskom austriackim do „wyrąbania” 

korytarza  i  odblokowania  Przemyśla  zabrakło  zaledwie  30  kilometrów.  Wojska  rosyjskie 

straciły dwa tysiące zabitych i były znacznie osłabione. Również los rannych w szpitalach 

Przemyśla w większości przypadków przedstawiał się tragicznie. Brak było środków znie-

czulających  niezbędnych  przy  operacjach,  lekarstw,  opatrunków.  Znieczulica  ogarnęła 

również wielu lekarzy. Zaczęto mówić, że wielu chorych i rannych umiera przede wszyst-

kim z powodu zakażenia krwi. Zła organizacja służby zdrowia spowodowała, że do twier-

dzy skierowano wielu dentystów i lekarzy bardzo wąskiej specjalności. Niewielu było chi-

rurgów i internistów. 

W szeregach wojskowej służby zdrowia w oblężonym mieście znalazł się również dok-

tor Robert Barany, wybitny specjalista chorób narządu słuchu i równowagi. Drogą lotniczą 

zawiadomiono go o przyznaniu  mu Nagrody Nobla w dziedzinie  medycyny. Nie  wywarło 

to na otoczeniu specjalnego wrażenia, a nawet niektórzy oficerowie wręcz pokpiwali sobie 

z naukowca. Barany nie podejmował jednak dyskusji na ten temat. 

Do  szpitala  trafił  też  kapitan  Kalman.  Już  podczas  odwrotu  23  dywizji  spod  Birczy, 

rzucony wybuchem pocisku artyleryjskiego, zwichnął sobie rękę. Po nastawieniu i założe-

niu temblaka poszedł do szpitalnej apteki, poszukać swojej Mici. Rzuciła mu się na szyję. 

- Przeraźliwie się o ciebie bałam. Ty musiałeś o natarciu wiedzieć wcześniej... - Oczy-

wiście,  że  wiedziałem.  Miałem  nawet  swój  drobny  udział  w  jego  przygotowaniu.  Szkoda, 

ż

e  wszystko  diabli  wzięli.  Zaczynamy  już  być  bardzo  zmęczeni.  Mici  złapała  kapitana  za 

background image

rękę,  patrzyła  mu  długo  w  oczy.  W  pewnej  chwili  wstała.  Z  szuflady  wyciągnęła  kłębek 

szmat, a gdy je rozwinęła, Kalman ujrzał niewielką buteleczkę ze szlifowanym korkiem. 

- To eter - powiedziała dziewczyna. - Schowałam go przypuszczając, że wkrótce coś się 

będzie dziać. Ty nie wiesz, jak ranni cierpią podczas operacji. Już prawie zupełnie nie ma-

my  środków  znieczulających. Ten  eter  schowałam  na  wszelki  wypadek  dla  ciebie,  kocha-

ny... 

Rozpłakała się, a Kalmanowi po grzbiecie przebiegł zimny dreszcz. No tak, mogli go tu 

przywieźć poszarpanego. 

- Przecież nie jestem na stole operacyjnym. Co ty, najdroższa, wygadujesz! 

- Napatrzyłam się tu na różne rzeczy - szepnęła przez łzy. - Nigdy bym sobie nie daro-

wała, że gdyby coś... a ja nie mogłabym ci pomóc. Może ta wojna wreszcie się skończy... 

-  Oj,  chyba  nieprędko  -  odrzekł  ze  smutkiem.  -  Pewnie  niedługo  znów  pójdziemy  do 

ataku. 

Nagle na korytarzu dał się słyszeć ostry głos kobiety, która z niecierpliwością czegoś się 

domagała.  Drzwi  gwałtownie  otworzyły  się,  weszła  sanitariuszka  w  męskim  ubiorze.  Z 

całej  jej  postaci  emanowała  energia.  Nie  patrząc  na  kapitana  Kalmana,  zwróciła  się  do 

Mici: 

-  Musisz  koniecznie  coś  zrobić.  Byłam  teraz  w  forcie  siódmym  w  Prałkowcach.  Nie 

dość że brak bandaży, to nawet skończyła się im jodyna. Nie ma czym dezynfekować ran! 

Poszukaj  tam  u  siebie  jakiejś  buteleczki.  Obiecałam  im,  że  poratujemy.  No,  popatrz,  po-

patrz po tych swoich szufladach! 

Mici pokręciła głową. Nic nie może dać, na to potrzebna jest zgoda komendanta szpita-

la. Ona musi rozliczać się z każdej pastylki. 

Usłyszawszy  to  sanitariuszka  wykręciła  się  na  pięcie  i  bez  słowa  wypadła  z  pomiesz-

czenia, trzasnąwszy drzwiami. Widząc zdziwioną minę Kalmana, Mici wyjaśniła: 

- To była siostra Marta. Jak widzisz, energii jej nie brakuje. Trochę zwariowana, ale bez 

reszty oddana swej pracy. Ma za zadanie objeżdżać punkty sanitarne, zbierać zamówienia 

na lekarstwa i środki opatrunkowe. Przy okazji zagląda do rannych, powie im ciepłe słowo, 

czasem  przywiezie  któregoś  do  szpitala.  -  Podeszła  do  okna.  -  Popatrz,  jednak  Marta  coś 

wyciągnęła... 

Rzeczywiście  sanitariuszka  w  spodniach  wkładała  na  dwukółkę  jakąś  sporą  paczkę. 

background image

Zręcznie  wskoczyła na pojazd, na ruch lejcami niewielki  konik ruszył do przodu. Kalman 

ś

ledził odjeżdżającą przez pewien czas, później zaś zwrócił się do Mici: 

- Herod baba. Dawno się znacie? 

- Chyba od września. Muszę ci powiedzieć, że jest bardzo kochana. Nie przejdzie obo-

jętnie  wobec  żołnierskiego  nieszczęścia.  A  że  nie  boi  się  kul  i  pierwszej  linii,  wojsko  ją 

uwielbia. Jeśli coś mi się trafi poza rozdzielnikiem, oddaję Marcie. 

- To znaczy, że masz jakieś możliwości. Tak jak z tym eterem dla mnie. Mici spoważ-

niała. - Rannym i chorym nic nie zabieramy - powiedziała. - Natomiast jest taki magazynek 

zastrzeżony dla 

dowództwa twierdzy. Tam niczego nie brakuje. O środek znieczulający dla mojego ofi-

cera  poprosiłam  szefa  służby  zdrowia.  Oto  cała  tajemnica...  Kalman  nie  pozwolił  jej  nic 

więcej powiedzieć, zamykając usta pocałunkiem. 

TAJNY FRONT 

Na kilku odcinkach między wojskami oblegającymi a obrońcami rozciągał się pas ziemi 

niczyjej.  Jego  szerokość  miejscami  dochodziła  do  dwóch  kilometrów.  Na  tym  terenie  w 

ziemnych  norach  zaryli  się  mieszkańcy  kilku  osiedli,  którzy  mimo  nakazów  nie  opuścili 

swoich  siedzib.  Wprawdzie  budynki  gospodarskie  były  zniszczone  i  spalone,  ale  ludzie, 

pozostawieni  sami  sobie,  mimo  braku  żywności  i  elementarnej  pomocy  lekarskiej,  nie-

ustannie narażeni na śmierć, uparcie trwali. Ten dziwny stan rzeczy z niewytłumaczalnych 

powodów zaakceptowały obie strony. 

Owymi terenami interesowały się natomiast wywiady: tak austriacki, jak i rosyjski. Au-

striacy  sądzili,  że  tędy  właśnie  prowadzą  główne  szlaki  agentów  działających  na  rzecz 

Rosjan na terenie Przemyśla. Za wszelką cenę starali się uchwycić nić prowadzącą do - jak 

sądzono  -  rezydenta  rosyjskiej  siatki  wywiadowczej.  Dowodów  na  jej  istnienie  było  aż 

nadto.  Bez  żadnej  wątpliwości  stwierdzono,  że  przed  ostatnim  natarciem  honwedów  do-

wództwo  rosyjskie  uprzedziło  mieszkańców  okolicznych  miejscowości  o  możliwości  za-

grożenia. 

background image

Na  „ziemi  niczyjej”  w  piwnicy  zburzonego  domu  wraz  z  rodziną  wegetowała  Anna 

Czernyk.  Ponieważ  część  jej  najbliższych  mieszkała  w  wiosce  położonej  wewnątrz  pier-

ś

cienia obronnego twierdzy, Anna za cichą zgodą frontowych dowódców odbywała trudną 

drogę  pod  ostrzałem  najpierw  do  pierwszej  linii  obrony  Przemyśla,  później,  też  niebez-

pieczną, do rodziny. 

Każdym,  kto  przychodził,  z  „tamtej”  strony,  interesował  się  austriacki  kontrwywiad. 

Wzięto  też  pod  długotrwałą  obserwację  Annę  Czernyk,  śledzono  każdy  jej  krok  i  obser-

wowano  wszystkie  kontakty.  Podejrzewano,  że  jest  kurierem  rosyjskim.  Małomówna,  za-

biedzona  wiejska  kobiecina  nie  dawała  jednak  najmniejszych  powodów  do  takich  podej-

rzeń. W końcu przyzwyczajono się do jej wędrówek i tylko czasem któryś z dyżurujących 

na pierwszej linii podoficerów przestrzegł ją, że takie spacery są niebezpieczne. Anna wte-

dy odpowiadała, że będzie jak Bóg da. 

Owym  skrawkiem  ziemi  interesował  się  również  kapitan  Pawłow.  W  chłopskim  prze-

braniu  przedzierał  się  od  czasu  do  czasu  do  nędznych  ziemianek  zamieszkanych  przez 

ludzi,  pilnujących  resztek  swego  dobytku.  Wyprawy  odbywał  w  ścisłej  tajemnicy.  Gdy 

jeden z dowódców  kompanii, na odcinku  której Pawłow przechodził  w stronę pozycji au-

striackich,  zbyt  natarczywie  wypytywał  go  o  cel  niebezpiecznych  wypraw,  już  na  drugi 

dzień  został  przeniesiony  na  północny  odcinek  frontu,  oddalony  o  kilkaset  kilometrów  od 

Przemyśla. 

Celem wędrówek Pawiowa była ziemianka Anny Czernyk, która okazała się świetnym 

łącznikiem. Przez długi czas chodziła do oblężonej twierdzy nie otrzymując żadnych zadań 

i nie mając żadnych kontaktów - tak by wszystkich przyzwyczaić do swojej obecności, co 

się jej w pełni udało - a po trzech miesiącach była już jednym z najcenniejszych kurierów. 

Anna przekazywała rejestry rannych i chorych żołnierzy, informacje o nastrojach, o za-

opatrzeniu w żywność oblężonego miasta, niekiedy wiadomości o koncentracji oddziałów. 

Dane takie przychodziły regularnie, stanowiąc dla generała Seliwanowa cenną pomoc. 

Podobne wiadomości docierały do Rosjan również od austriackich dezerterów, których 

z  każdym  tygodniem  było  coraz  więcej.  W  głównej  mierze  byli  to  Rusini.  Nie  brakło  też 

Polaków,  szczególnie  spośród  kręgów  powiązanych  emocjonalnie  z  Rosją  i  Ukrainą. 

Głównym powodem ucieczek z CK armii były złe stosunki, panujące  między żołnierzami 

różnych narodowości. 

background image

Naczelny  wódz  armii  rosyjskiej,  wielki  książę  Mikołaj  Mikołajewicz,  wiedział,  że  ob-

lężony Przemyśl tkwi jak cierń w operacyjnych ugrupowaniach frontu karpackiego. Zajęcie 

twierdzy  znacznie  ułatwiłoby  działania  na  tym  ważnym  kierunku  strategicznym.  Pomny 

jednak złych doświadczeń z pierwszego oblężenia, jedynie przypominał od czasu do czasu 

dowódcy armii, by ten znalazł jakiś sposób na chociażby osłabienie obrony twierdzy. 

24 grudnia 1914 roku, jeszcze przed świtem, rosyjscy artylerzyści z 5 baterii 10 brygady 

armat  podczołgali  się  pod  zasieki  chroniące  linie  austriackie  i  przymocowali  do  nich  list- 

odezwę napisaną wielkimi literami. Oto jego treść: 

„Niemcy,  Węgrzy,  Słowacy,  Polacy,  Włosi,  żołnierze  wszystkich  narodowości  należą-

cych  do  obrony  twierdzy,  wierzcie  nam,  że  nie  jesteśmy  waszymi  nieprzyjaciółmi.  Przy-

znajemy wam, że jesteście dzielnymi żołnierzami. Życzymy wam wesołych świąt z zapew-

nieniem, że ani jednym strzałem nie zakłócimy wam w tym czasie spokoju”. 

Gdy się rozwidniło, spostrzeżono tę płachtę papieru z okopów austriackich i przez lor-

netę odczytano treść. Zanim zawołano oficera, by przekazać mu ów świąteczny „prezent”, 

w okopach aż szumiało od dyskusji. W pewnym momencie jeden z żołnierzy wykrzyknął, 

ż

e sprawdzi, czy Rosjanie napisali prawdę. Wyskoczył z ukrycia i wyprostowany, pewnym 

krokiem  ruszył  do  wiszącej  odezwy.  Wszyscy  zamarli,  w  nagłej  ciszy  słychać  było  tylko 

chrzęst butów na śniegu. Żołnierz przyniósł papier do okopu. 

Po chwili obserwator zameldował, że w dali widać powiewającą białą flagę i dwie syl-

wetki. Dowódca odcinka, kapitan, popatrzył na stojącego przed nim na baczność sierżanta, 

oczekującego na rozkaz, i powiedział, że ponieważ na froncie panuje cisza, on idzie odpo-

cząć.  Jest  bardzo  zmęczony  i  prosi,  by  mu  nie  przeszkadzać.  Następnie  poszedł  do  zie-

mianki, udając, że nic nie widział. 

Rosjanie  z  białą  flagą  podeszli  pod  samą  linię  austriackich  zapór  z  drutu  kolczastego. 

Dopiero  teraz  dało  się  dostrzec,  że  ciągnęli  za  sobą  ciężki  kosz.  Zaczęli  wołać  i  gestami 

zapraszać  do  podejścia.  Kiedy  wyszli  im  naprzeciw  dwaj  podoficerowie,  okazało  się,  że 

Rosjanie przynieśli świąteczne podarunki. W koszu był tytoń, cygara, biały chleb i słody-

cze. 

Wieść  o  prezencie  rozeszła  się  wśród  oblężonych  lotem  błyskawicy.  Okazało  się,  że 

podobne spotkania miały miejsce również na innych odcinkach. Meldunki o tych wydarze-

niach dotarły do dowództwa twierdzy. Generał Kusmanek wydał polecenie, by sprawą zajął 

background image

się  szef  sztabu.  Ten  zwołał  naradę  oficerów  kontrwywiadu,  prokuratorów  i  wyższych  do-

wódców.  Uznano,  że  postawienie  przed  sądem  żołnierzy,  którzy  skorzystali  z  rosyjskich 

prezentów, mogłoby odbić się niekorzystnie na autorytecie dowództwa. Żołnierzy tych było 

zbyt  wielu,  a  Rosjanie  niczego  przecież  nie  żądali.  Sprawa  właściwie  rozmyła  się,  a  w 

austriackich szeregach narodził się cień sympatii dla przeciwnika. 

Po spokojnych świętach Bożego Narodzenia 27 grudnia rozpoczęło się kolejne natarcie 

honwedów w kierunku Birczy i Sanoka. Poszły one tą samą drogą, co przed dziesięcioma 

dniami.  Poderwał  je  radiogram  z  austriackiego  Naczelnego  Dowództwa,  informujący  o 

podjęciu  kolejnej  ofensywy  w  celu  odblokowania  Przemyśla.  Całodzienne  ciężkie  walki 

przyniosły Węgrom jedynie duże straty. Jak się później okazało, w ostatniej chwili odwo-

łano natarcie, nie powiadamiając o tym generała Kusmanka. 

Dobrze orientujące się na ogół  w zamiarach oblężonego nieprzyjaciela dowództwo ro-

syjskie było zaskoczone niespodziewanym działaniem załogi twierdzy. Tym razem system 

ostrzegawczy zawiódł. Czyżby agenci przespali sprawę? 

Kapitan Pawłow podjął więc ryzykowną decyzję: postanowił osobiście sprawdzić, jakie 

możliwości  mają  jego  wywiadowcy.  Miał  w  zapasie  dwie  karty  atutowe,  po  które jeszcze 

nie sięgnął. W mundurze austriackiego podoficera prześliznął się w ślad za Anną Czernyk 

między  uprzednio  rozpoznanymi  posterunkami,  a  później,  już  razem  z  kobietą,  pomasze-

rował  na  punkt  kontaktowy  w  chałupie  na  przedmieściu  Przemyśla.  Oczywiście  miał  ze 

sobą  autentyczne  meldunki  wojskowe,  a  dobra  znajomość  języka  niemieckiego  znacznie 

zmniejszała  ryzyko  wpadki.  Gdy  zapadł  zmrok,  pojedynczo  zaczęły  się  pojawiać  jakieś 

postacie. W izbie, gdzie się gromadzono, nie zapalano światła. 

Pawłow rozpoczął: 

-  Właściwie  nie  powinniśmy  spotykać  się  w  takiej  grupie,  ale  tym  razem  sytuacja  jest 

wyjątkowa.  Musimy  dostawać  pełniejsze  informacje  o  zamierzeniach  załogi  twierdzy.  Im 

więcej  ich  będzie,  tym  szybciej  skończy  się  bitwa  o  Przemyśl.  Od  dziś  uruchamiamy  do-

datkowy  kanał  przerzutowy  przez  fort  numer  trzynaście.  Naszym  łącznikiem  jest  tam  ka-

pral  Nowicki,  podoficer  prowiantowy.  Codziennie  kręci  się  przy  magazynach  żywnościo-

wych. Nie zna jednak nikogo z naszych ludzi. Hasłem wywoławczym dla niego jest pyta-

nie: „Czy nie widzieliśmy się przypadkiem w ubiegłym roku w Krakowie?”. Gdy Nowicki 

nie będzie  miał  wątpliwości,  odpowie:  „Nigdy tam  nie byłem, znam tylko Wiedeń”. Mel-

background image

dunki  można  mu  przekazać  tylko  przy  magazynie  prowiantowym.  Odbierze  je  wyłącznie 

od kobiety. 

Na chwilę zapadło milczenie. 

-  Przyszedłem  na  to  spotkanie  z  wami  także  dlatego  -  podjął  Pawłów  -  by  udowodnić 

naszą  sprawność  organizacyjną  i  umiejętność  zachowania  pełnej  konspiracji.  Jak  dotąd  z 

mojej  siatki  nikt  nie  wpadł.  Działajcie  więc  odważnie,  ale  i  rozważnie.  Chciałem  jeszcze 

dodać, że obecnie wszystkie nagrody będą wypłacane w podwójnej wysokości. 

Powiedział także, iż nie ma potrzeby używania szyfrów. Zalecił jeszcze raz ostrożność 

w pracy i prosił o szybsze przekazywanie danych. Na zakończenie powiedział, że chce na 

osobności porozmawiać z Maszą i Hermanem. Reszta niech opuści pojedynczo dom. 

Gdy zostali tylko we trójkę, Pawłow wyszedł z mężczyzną do innego pomieszczenia. 

- Kapitanie Wolf - powiedział - znów przyszedł czas działania. Po wpadce pułkownika 

Redla  zostawiliśmy  pana  w  spokoju,  ale  teraz  chcemy  wiedzieć  jak  najwięcej  o  sztabie 

Kusmanka.  Sprawdziliśmy  też  stan  pana  konta  w  banku  wiedeńskim  i  w  Szwajcarii.  Nie-

wiele tam zostało. Jest szansa znacznego ich zasilenia. 

Wolf pokiwał głową. 

- Nie spodziewałem się, że mnie tu znajdziecie. 

- Jesteśmy w kontakcie z wypróbowanymi przyjaciółmi - z uśmiechem odparł Pawłow. 

- A ponieważ teraz potrzebujemy pomocy, pozwoliliśmy sobie pana niepokoić. Zdaje sobie 

pan kapitan sprawę, że Przemyśl padnie wcześniej czy później. Ze względu na sytuację na 

froncie zależy nam  na każdym dniu. Od pana chcielibyśmy otrzymywać informacje o ter-

minie i kierunku przewidywanych  kontrataków załogi twierdzy. Wiadomości proszę prze-

kazywać przez siostrę Martę. Jak wiem, jest całkowicie poza podejrzeniami. Ona przekaże 

wszystko dalej. No to do widzenia. Z panem spotkamy się już chyba po wojnie... 

Pawłow  wrócił  do  izby,  gdzie  siedziała  drobna  kobieca  postać  w  chuście  na  głowie.  - 

Masza, czas wreszcie i na ciebie. Dotąd byłaś w odwodzie, ale musisz zacząć działać. Jakie 

masz kontakty? Zaczęła wymieniać nazwiska oficerów, określając przy tym ich stanowiska 

i zakres działania. Pawłow w pewnej chwili przerwał: 

- Czy jest wśród nich taki, który dla ciebie całkowicie stracił głowę i da się zwerbować 

do współpracy z nami? 

-  Chyba  nie  -  pokręciła  głową.  -  Mam  wprawdzie  zakochanego  po  uszy  kapitana  Kal-

background image

mana,  który  z  ramienia  jednostek  węgierskich  bierze  udział  w  planowaniu  operacji  zwią-

zanych z obroną twierdzy, ale jest bardzo uczciwy i  mimo iż niezbyt  kocha  swe dowódz-

two, na współpracę z nami nie pójdzie. 

- Musisz coś wymyślić. Nasi generałowie cały czas przypominają nam o tym cholernym 

Przemyślu. Jak sądzisz, czy  w tej chwili bezpośredni szturm  mógłby psychicznie załamać 

ż

ołnierzy? 

- Na pewno nie. Słucham wielu rozmów w szpitalu między rannymi a odwiedzającymi. 

Klną  na  życie,  bałagan,  dowódców,  korupcję  i  złodziejstwo  kwatermistrzów.  To  zastana-

wiające, ale przy tym wszystkim, są dumni z obrony swej fortecy. 

Umilkli obydwoje, cisza trwała dosyć długo. Pawłow wreszcie rzekł: 

-  Spróbuj  pociągnąć  za  język  swego  kapitana.  Zakochany  oficer  to  idiota. Wygada  się 

ze wszystkim, co mą na sercu i w głowie. Kontakt w dalszym ciągu przez Martę. W razie 

czego przez Nowickiego. Wyjdziesz stąd kilka minut po mnie. 

Wstał i nie odwracając się opuścił chatę, przed którą czekała na niego Anna Czernyk. 

POCZĄTEK KOŃCA 

1 stycznia 1915 roku był dniem świątecznym tylko w kalendarzu. Mieszkańcy Przemy-

ś

la  od  wielu  tygodni  otrzymywali  głodowe  porcje  żywnościowe.  Wprowadzono  system 

kartkowy, ale nie wszyscy zostali nim objęci. Przydział miesięczny na osobę wynosił pięć 

kilogramów  mąki,  ćwierć  kilograma  cukru  i  kilogram  sucharów.  Nawet  te  skąpe  racje  na 

ogół pozostawały tylko  na papierze. Zgłaszający się po odbiór produktów przeważnie do-

wiadywali się, iż magazyny są puste. 

Jednocześnie  świetnie  prosperował  czarny  rynek.  Tam  ceny  żywności  kilkudziesięcio-

krotnie przewyższały oficjalne. Towar w zasadzie odstępowano za protekcją, po znajomo-

ś

ci. Głodni mieszkańcy wyzbywali się rodzinnych precjozów w zamian za szansę przeżycia 

jeszcze  jednego  tygodnia.  Schowany  niegdyś  i  zapomniany  woreczek  kaszy  czy  grochu 

stawał się nagle największym skarbem. 

Elitę w oblężonym mieście tworzyła teraz dość liczna grupa oficerów prowiantowych i 

background image

współpracujących z nimi kierowników magazynów i składnic. Mając w pamięci narastające 

problemy  z  wyżywieniem  w  okresie  pierwszego  oblężenia,  prowadzili  oni  podwójną  ewi-

dencję, pozwalającą im swobodnie dysponować zapasami twierdzy. Dbali jednocześnie, by 

generałowie,  najwyżsi  dowódcy,  żandarmeria  oraz  aparat  prokuratury  i  sędziowie  nie  od-

czuwali  żadnych  braków.  Znaczną  część  żywności  rozprowadzali  pomiędzy  cywilną  lud-

nością po paskarskich cenach poprzez podstawione osoby. 

Wśród  młodych  oficerów  coraz  głośniej  wymieniano  nazwisko  majora  Rauba,  który 

upłynniając  zagarnięte  towary  za  pośrednictwem  kochanki  zgromadził  olbrzymi  majątek. 

Sprawa stała się tak głośna, że został wezwany do prokuratury, gdzie poinformowano go o 

zarzutach.  Jednocześnie  nakazano  przeprowadzenie  kontroli  nadzorowanej  przez  niego 

składnicy. Major Raub, zdając sobie sprawę z beznadziejności sytuacji - sąd mógłby wydać 

na niego tylko jeden wyrok - sięgnął po rewolwer i popełnił samobójstwo. 

Dobrze  zorganizowany  gang  przestępczy,  złożony  z  wojskowych  i  cywilów,  na  tajne 

magazyny  żywności  wybrał...  cmentarze.  Organizowano  fałszywe  pogrzeby,  w  których 

brali  udział  jedynie  zaufani  ludzie.  W  trumnach  zamiast  zwłok  przenoszono  żywność,  ty-

toń, alkohole. Grobowce okazały się znakomitymi skrytkami. Interes rozwijał się doskona-

le, rosły fortuny przestępców, ale wreszcie zgubiła ich nadmierna zachłanność. 

Złe wyżywienie spowodowało znaczne obniżenie kondycji fizycznej żołnierzy i ludno-

ś

ci cywilnej, zwiększyło podatność na choroby. Pomoc lekarska praktycznie ograniczała się 

do oględzin i dobrych rad. Chorzy przebywali w zimnych pomieszczeniach, karmieni gło-

dowymi  porcjami.  Rarytasem  była  codzienna  ciepła,  choć  rzadka  zupka  z  buraków  pa-

stewnych. 

Brak  było  również  paszy  dla  koni.  Zwierzęta  padały.  Znaczną  ich  część  zabijano  na 

mięso i  konserwy. Doszło do tego, że  wozy z trumnami poległych ciągnęli koledzy - żoł-

nierze. 

Dotkliwie  dawał  się  obrońcom  twierdzy  we  znaki  brak  ciepłej  odzieży  i  obuwia.  Żoł-

nierze wkładali pod mundury warstwy gazet i papieru, zabrali też wszystkie pasy transmi-

syjne z fabryk, by pociąć je na zelówki do zdartych butów. Nierzadko widywano żołnierzy 

w drewniakach. 

Twierdza  miała  duże  zapasy  wina,  ale  na  skutek  złego  przechowywania  większa  jego 

część  skwaśniała  i  trzeba  było  je  wylać.  Przy  okazji  okazało  się,  że  zepsuciu  uległa  też 

background image

wielka ilość szynki. 

Na Woli Rusini otworzyli  sklep. Był nieźle zaopatrzony, choć sprzedawano  w  nim  to-

wary  po  wygórowanych  cenach.  Podobno  prawie  wszystkie  artykuły  pochodziły  zza  linii 

frontu. Nikt jednak nie pytał, jaką drogą dostały się na ladę... 

W  styczniu  niemal  całkowicie  zamarły  walki,  tylko  od  czasu  do  czasu  dochodziło  do 

sporadycznej wymiany ognia. W tych warunkach wygasały emocje i wrogość do przeciw-

nika.  W  wielu  miejscach  na  przedpolu  żołnierze  prowadzili  handel  wymienny.  Oblężeni 

szczególnie cenili sobie pszenne białe bułeczki. Był to rarytas nie do osiągnięcia  w twier-

dzy. Wielokrotnie przy okazji owych transakcji zapewniano się wzajemnie, że i obrońcy, i 

oblegający uznają się za walczące strony, a nie za wrogów. 

W  styczniu  1915  roku  w  Karpatach  spadło  wiele  śniegu;  jego  warstwa  wynosiła  prze-

ciętnie  od  jednego  do  półtora  metra.  Utrudniało  to  ruch  oddziałów  austro-węgierskich, 

które po raz kolejny otrzymały zadanie odblokowania Przemyśla i mimo przeszkód natury 

atmosferycznej  powstrzymały  na  południe  od  Przełęczy  Dukielskiej  ofensywę  oddziałów 

rosyjskich.  Po  ciężkich  bojach  odzyskały  Przełęcz  Użocką,  ale  mimo  wielu  wysiłków  i 

ofiar nie udało się przełamać pozycji rosyjskich, ryglujących dostęp do Przemyśla. 

Austriacki  Sztab  Generalny  opracował  więc  kolejny  plan  przyjścia  z  pomocą  oblężo-

nemu  Kusmankowi.  Dowodzenie  utworzoną  do  tego  celu  grupą  operacyjną  powierzono 

generałowi kawalerii Tersanszkyemu. 

Gdy  wreszcie  27  lutego  ruszył  on  z  natarciem,  trwała  odwilż.  Południowy  wiatr  bły-

skawicznie topił masy śniegu. Rowy strzeleckie niemal po brzegi wypełniły się wodą. Na-

gły  skok temperatury i  wilgoć spowodowały  wielką liczbę zachorowań. Tysiące żołnierzy 

było niezdolnych do walki. Szwankowało zaopatrzenie w żywność i amunicję, gdyż służby 

kwatermistrzowskie  zostały  daleko  za  linią  frontu.  Brak  jasno  postawionych  zadań  oraz 

współdziałania spowodowały, że piechota nacierała bez wsparcia artylerii, która posuwała 

się  dolinami,  a  tymczasem  niemal  wszystkie  wzgórza  na  drodze  działania  korpusów  Ter-

sanszkyego obsadzone były przez rosyjskie baterie dziesiątkujące szturmującą piechotę. 

Znowu przyszedł mróz. Zmęczone, głodne, wyczerpane oddziały biwakowały w pustym 

polu.  Chociaż  do  budowy  baraków  i  schronów  drzewa  nie  brakowało,  nie  dostarczono 

narzędzi do ich budowy, a także gwoździ, klamer i papy. 

Wielu dowódców wykazało się nieudolnością. Na przykład 28 pułk piechoty poszedł do 

background image

przodu,  nie  przeprowadziwszy  uprzednio  rozpoznania.  Po  długim,  męczącym  marszu  żoł-

nierzy  niespodziewanie  zatrzymał  morderczy  ogień  karabinów  maszynowych  i  artylerii. 

Zalegli  więc  w płytkich dołkach, nie  mogąc podnieść głów. Większość z nich była całko-

wicie wyczerpana fizycznie. Czego nie dokonały pociski, tego dokończył mróz. Pochowano 

później setki sztywnych, nawet nie draśniętych zwłok... 

Opanowanie Baligrodu powierzono 27 dywizji.  Źle  wybrano  miejsce i czas  uderzenia. 

Nacierających  pod  górę  żołnierzy  powitał  gwałtowny  ogień.  Rosjanie  otworzyli  go  z  za-

skoczenia,  z  odległości  niecałych  dwustu  metrów,  prosto  w  twarze  atakujących.  W  ciągu 

godziny zginęło ponad tysiąc żołnierzy. Walczący na południowy zachód od Przemyśla w 

okolicach  wsi  Smolnik  4  batalion  82  pułku  w  ciągu  godziny  stracił  450  spośród  600  żoł-

nierzy... 

Nadeszła  kolejna  fala  opadów  śniegu,  która  sparaliżowała  i  tak  fatalnie  działające  za-

opatrzenie. Mimo to naczelny dowódca wojsk austro-węgierskich nakazywał nie przerywać 

natarcia. Wykonując rozkaz oficerowie słali do przodu niedożywionych i nędznie ubranych 

ż

ołnierzy. Ci jednak nie byli w stanie zbliżyć się do wzgórz utrzymywanych przez rosyjską 

armię, a przecież ich zajęcie stanowiło podstawowy warunek powodzenia dalszych etapów 

operacji. Do niewoli dostała się jedna czwarta stanu osobowego całkowicie wyczerpanej 27 

dywizji, a pozostali z powodu odmrożeń i chorób byli niezdolni do walki. Ranni zamarzali 

na miejscu. 

W tych tragicznych warunkach żołnierze bardziej obawiali się ran niż śmierci. Generał 

Tersanszky meldował, że siły natury okazały się silniejsze od wroga. 

O pogarszającej się sytuacji w oblężonym Przemyślu meldowano dowództwu systema-

tycznie. W twierdzy odbierano co prawda informacje o powodzeniu wojsk niemieckich na 

innych odcinkach frontu, o postępach wojsk idących z odsieczą, ale zdawano sobie sprawę, 

ż

e o jej losach zdecyduje ostatecznie nie bitność obrońców i nowoczesność fortyfikacji, ale 

zasobność  magazynów. Pod koniec lutego obliczono, że załogę  można żywić do 7  marca. 

Po  zabiciu  znacznej  liczby  koni  i  konfiskatach  wszelkiej  znalezionej  żywności  oraz 

zmniejszeniu  i  tak  głodowych  racji  przyjęto  ostateczny  termin  24  marca.  Do  tego  czasu 

trzeba  przerwać  blokadę  albo  skapitulować.  „Generał  głód”  stał  się  głównym  tematem 

rozmów sztabowych. 

Mimo  licznych  niepowodzeń  cały  czas  rozważano  następne  warianty  odblokowania 

background image

Przemyśla.  Szef  sztabu  wojsk  austriackich,  generał  von  Hötzendorf,  podjął  kolejną  próbę 

dotarcia  do  oblężonych.  Najbliższe  pozycje  wojsk  austriackich  znajdowały  się  przecież 

zaledwie  60  kilometrów  na  południowy  zachód  od  miasta!  Szyfrówką  poinformowano  o 

tym  generała  Kusmanka.  Dowódca  twierdzy  zwołał  naradę  wyższych  oficerów.  Najpierw 

zabrał głos szef służby zdrowia, generał Kanik: 

- Połowa wszystkich żołnierzy praktycznie nie jest zdolna do walki. Ci, którzy pozostają 

w linii, są bardzo osłabieni. Jestem przekonany, że nie będzie ich stać na większy wysiłek. 

Po dwóch, trzech godzinach walki mogą po prostu paść ze zmęczenia. 

-  Moi  żołnierze  wykonają  każde  postawione  zadanie,  byle  tylko  polepszyło  się  wyży-

wienie - powiedział generał Kaltnecker, patrząc przy tym znacząco na kwatermistrza. Ten 

jednak  milczał.  Zapadła  cisza,  obecni  zaczęli  niby  to  pilnie  studiować  rozłożone  mapy  i 

zaglądać do notatek. 

Odezwał się szef sztabu, generał Hubert: 

- A gdyby tak jeszcze raz skoncentrować nasze oddziały i przerwać pierścień wojsk ro-

syjskich,  ale  nie  w  kierunku  Sanoka?  Tam  jest  najbliżej  do  idących  z  odsieczą  i  dlatego 

Rosjanie spodziewają się nas właśnie na tym odcinku. Należy ich zaskoczyć. 

Generał Kusmanek podniósł głowę. 

- A co pan generał proponuje? - spytał zaciekawiony. 

-  Niedawno  wydałem  polecenie  zebrania  informacji  o  stanie  jednostek  rosyjskich  na 

wschód i południowy wschód od Przemyśla. Z dwóch niezależnych od siebie źródeł otrzy-

małem wiadomość, że właśnie tam  wojska rosyjskie najsłabiej obsadziły pozycje. W rejo-

nie Mościsk są ponadto potężne  magazyny  żywnościowe, których zawartość  mogłaby po-

stawić na nogi naszych żołnierzy. Ale najważniejszy jest czynnik zaskoczenia. Rosjanie nie 

przypuszczają,  że  uderzymy  właśnie  w  tamtym  kierunku.  Do  naszych  pozycji  w  rejonie 

Sambora jest ponadto niewiele dalej niż do pozycji na kierunku Sanoka. 

- A co pan proponuje zrobić z twierdzą? - dalej pytał Kusmanek. 

- Gdy opuści ją dwadzieścia tysięcy żołnierzy, dla pozostałych będzie więcej żywności. 

Może  potem  uda  się  dostarczyć  tu  coś  z  rosyjskich  magazynów  w  Mościskach.  Amunicji 

mamy pod dostatkiem. Forteczna artyleria i broń maszynowa nie dopuści Rosjan bliżej niż 

dotychczas. 

- Czy uważa pan generał, że nas jest tu za dużo? - ironicznie zapytał generał Tamasy. 

background image

- O tym pan wie tak samo dobrze jak i ja. A jeśli pan zapomniał, to przypomnę, że plany 

operacyjne  przewidywały  załogę  składającą  się  z  osiemdziesięciu  pięciu  tysięcy  ludzi  i 

trzech  tysięcy  siedmiuset  koni.  W  chwili  rozpoczęcia  oblężenia  było  nas  sto  dwadzieścia 

osiem tysięcy i dwadzieścia tysięcy koni. Takie są fakty. 

- Faktem jest również, że moi żołnierze są skrajnie wyczerpani i trzeba coś postanowić. 

Jeszcze  tydzień  i  przestanę  dowodzić  wojskiem.  Będzie  to  kupa  słaniających  się  cieni  w 

łachmanach - wtrącił dowódca 108 brygady pułkownik Martinek. 

-  Panie  pułkowniku,  to  defetyzm  -  rzekł  surowo  generał  Kusmanek.  -  Cesarz  liczy  na 

nas.  Arcyksiążę  Ferdynand  zapewnia,  że  pomoc  niebawem  przyjdzie.  Ojczyzna  patrzy  na 

nas jak na bohaterów. 

-  A  tymczasem  my  jesteśmy  gotowi  z  głodu  zjeść  własne  buty  -  dość  głośno  burknął 

Martinek. Zebrani oficerowie nie podjęli tematu, przez chwilę milczał również Kusmanek, 

nie chcąc wywołać 

gorszącego sporu z odważnym dowódcą, który był jednym z filarów obrony. 

Szef sztabu zaczął dalej snuć swój wywód: 

- Moim zdaniem mamy tę właśnie jedną jedyną szansę wyjścia z trudnej sytuacji. Zima 

jest tak samo sroga dla Rosjan, jak i dla nas. Uważam, iż w niedługim czasie należy doko-

nać pozorowanego uderzenia w kierunku Birczy i Sanoka, a po dwunastu godzinach ruszyć 

na Mościska i Sambor. 

- A jeśli ten plan się nie powiedzie? - zapytał podpułkownik Hartlein. 

- Niech pan sobie sam odpowie na to pytanie - cierpko odparował generał Hubert. 

- Chciałbym zwrócić uwagę, że w Przemyślu stale działa rosyjska siatka szpiegowska - 

odezwał się szef kontrwywiadu. - Wprawdzie zanotowaliśmy znaczne osiągnięcia w likwi-

dacji poszczególnych jej agentów, ale  mam podstawy do twierdzenia, że jeden z nich jest 

informowany o naszych planach operacyjnych. 

Ucichły półszeptem prowadzone rozmowy. Wszyscy siedzący przy stole zwrócili głowy 

ku mówiącemu. 

- Nie chcę nikogo podejrzewać, ale ktoś ma zbyt długi język. Nie wierzę, by wróg miał 

możliwość  wglądu  do  naszych  sejfów.  Prosiłbym  wszystkich,  aby  zalecili  podwładnym 

szczególną ostrożność. 

Generał Kusmanek wstał i zwrócił się do zebranych: 

background image

- Rozkazuję przystąpić do realizacji planu generała Huberta. Przygotować jednostki do 

przełamania.  O  terminie  rozpoczęcia  naszych  działań  podejmę  decyzję  później.  Dziękuję 

panom. 

Obecnych na naradzie oficerów szczególnie poruszyło wystąpienie szefa kontrwywiadu. 

Czy  to  oznacza,  że  zdrajca  jest  wśród  nas?  -  zadawano  sobie  pytanie.  Ktoś  przypomniał 

aferę pułkownika Redla. Część oficerów pesymistycznie odniosła się do możliwości prze-

bicia się do Mościsk, ale większość uznała, że pomysł generała Huberta dawał im ostatnią 

szansę. 

Rozpoczęto  więc  prace  przygotowawcze.  Przystąpił  do  nich  ten  sam  zespół  oficerów, 

który opracował plany poprzednich prób wydostania się z twierdzy. Uznano, że tworzą go 

najbardziej pewni ludzie. Wśród nich znalazł się również kapitan Kalman. 

Na  wszelki  wypadek  kontrwywiad  jeszcze  raz  zaczął  sprawdzać  wszystkie  kontakty 

oficerów  sztabu.  Między  innymi  wezwano  na  rozmowę  także  kapitana  Kalmana,  który 

chętnie i szczegółowo mówił o swoich kontaktach towarzyskich i charakterze rozmów. Nie 

zapomniał również o Mici. Porucznik z kontrwywiadu uśmiechnął się: 

- O tę pańską piękną blondynkę jest zazdrosna połowa oficerów twierdzy... 

- Przynajmniej mam w tych trudnych czasach krótkie chwile radości i uśmiechu - odparł 

spokojnie Kalman. 

- Czy pan przynajmniej wie, skąd ona pochodzi i w jaki sposób znalazła się w oblężo-

nym mieście? 

Widząc  pytające  spojrzenie  Kalmana,  porucznik  powiedział,  że  Mieczysława  Zejbel, 

czyli  Mici,  pochodzi  z  dobrej  lwowskiej  rodziny  kupieckiej,  że  studiowała  farmację  w 

Wiedniu i gdy jechała do domu, wojna zaskoczyła ją tu, w Przemyślu. Zgłosiła się do pracy 

w  szpitalnej  aptece,  gdzie  ją przyjęto,  choć  do  ukończenia  studiów  brakowało  jej jeszczej 

roku.  Na  zakończenie  rozmowy-  przesłuchania  porucznik  raz  jeszcze  prosił  o  zachowanie 

ś

cisłej tajemnicy przygotowań do operacji. 

Szkoda,  że  austriacki  kontrwywiad  nie  zainteresował  się  bliżej  tą  śliczną  dziewczyną. 

Wszystkie  dane  zgadzały  się,  tylko  osoba  nie  była  ta.  Rzeczywiście  Mieczysława  Zejbel 

wracała do domu, ale w wyniku szybkiej operacji rosyjskiej wraz z grupą podróżnych zo-

stała  zagarnięta  przez  jeden  z  oddziałów.  Zupełnie  przypadkiem  znalazł  się  tam  kapitan 

Pawłow  z  wywiadu.  Gdy  zobaczył  Mieczysławę,  stwierdził,  że  jest  łudząco  podobna  do 

background image

jego stałej współpracowniczki Maszy, która też studiowała i nawet ukończyła farmację, ale 

na uniwersytecie w Dorpacie. Natychmiast wpadł na pomysł zamiany dziewczyn. Telegra-

ficznie sprowadzona Masza z dokumentami Mieczysławy znalazła się na powrót po stronie 

austriackiej.  Delegowano  ją  do  Przemyśla  ot  tak,  na  wszelki  wypadek.  Jako  głęboko  za-

konspirowany  agent  miała  podjąć  pracę  wywiadowczą  dopiero  na  wyraźne  polecenie.  Na 

razie  świetnie  zaaklimatyzowała  się  w  środowisku  garnizonowym.  Nawiązała  kontakty  z 

dziesiątkami ludzi. Szukała najważniejszych. 

W rosyjskiej siatce szpiegowskiej doszło do wpadki. Poza granicami miasta próbowano 

w  nocy  zatrzymać  jakiegoś  człowieka.  Ten  zaczął  uciekać.  Żołnierze  patrolu  otworzyli 

ogień,  ale  uciekający  zniknął.  Zameldowano  o  tym  placówce  kontrwywiadu.  Gdy  jego 

przedstawiciele  przybyli  rano  na  miejsce  zdarzenia,  stwierdzili,  że  ścigany  osobnik  praw-

dopodobnie został ranny. Nikłe ślady krwi zaprowadziły ich do chaty, w której zatrzymała 

się Anna Czernyk. Zastali tam mężczyznę z raną postrzałową i Annę. Podczas rewizji zna-

leziono u kobiety wykazy rannych i chorych żołnierzy. Mężczyzna miał w kieszeni notatki 

dotyczące  liczby  koni  przeznaczonych  do  rzeźni  na  ubój  oraz  szkic  polowych  umocnień 

przy  forcie  ósmym.  Żandarmi  zamknęli  się  razem  z  zatrzymanymi  i  czekali.  Pod  wieczór 

swą bryczką przyjechała siostra Marta, która miała przy sobie informacje o zapasach żyw-

ności. Dowody winy były bezsporne. 

Podczas przesłuchania  siostra  Marta  i  ranny  mężczyzna  stanowczo  twierdzili,  że  tylko 

oni  pracowali  dla  wywiadu  rosyjskiego  i  nie  znają  nikogo  więcej  w  Przemyślu.  Anna 

Czernyk nie chciała nic mówić. Wszystkich skazano na karę śmierci. Wyrok przez powie-

szenie wykonano na stokach Winnej Góry. 

Wieść  o  zdradzie  popularnej  wśród  żołnierzy  siostry  Marty  rozniosła  się  natychmiast. 

Gdy  o  tej  wpadce  dowiedziała  się  Mici,  w  pierwszym  momencie  chciała  zniknąć,  jednak 

chwila zastanowienia pozwoliła jej dojść do wniosku, że Marta wszystkie tajemnice zabrała 

do grobu. Inaczej już by po nią przyszli. Marta przecież wiedziała o jej zadaniach. Poczucie 

zagrożenia minęło. 

Tymczasem kapitan Kalman zaczął intensywnie pracować nad planem przedarcia się do 

Mościsk i następnie Sambora. Gdy już wszystko było gotowe, dowódcy otrzymali rozkazy 

z zadaniami bojowymi i kierunkami natarcia oraz polecenia dotyczące następnych działań. 

Na dokumentach brakowało jedynie daty rozpoczęcia natarcia. Część oficerów 23 dywizji 

background image

stwierdziła,  że  należałoby  w  kasynie  przy  Grodzkiej  urządzić  pożegnalny  wieczór.  Żeby 

było mniej smutno, postanowiono zaprosić również panie. 

Gdy wszedł Kalman z Mici, podpułkownik Molnar skinął na nich ręką. 

- Chodźcie, będziemy się weselić razem - zaprosił oboje. 

- A czy mamy choć jeden powód do radości? - zapytała Mici. 

- Po pierwsze, że jesteś z nami, śliczna panno, a po drugie, że tak czy inaczej niebawem 

skończą się nasze nieszczęścia. 

- Nie rozumiem pana, panie pułkowniku. 

- Nic nie musi pani rozumieć. Lepiej wypijmy za pomyślność nas wszystkich! 

Molnar  wyciągnął  z  torby  dwie  butelki  rumu,  nalał  do  kieliszków.  Potoczyła  się  roz-

mowa  o  sprawach  błahych,  kto,  z  kim  i  dlaczego,  wspominano  sprawy  i  sprawki  sprzed 

wojny.  Do  stolika  podszedł  porucznik  Gyoni.  Dyskusja  zeszła  na  sprawy  poezji.  Zastana-

wiano się, czy może ona sławić okrucieństwo wojny. Kolejne butelki pojawiały się na stole 

jak  spod  ziemi.  Widać  wszyscy  sięgnęli  do  zapasów  schowanych  na  czarną  godzinę.  Na-

strój zebranych poprawiał się z każdą chwilą. W pewnym momencie do Molnara podszedł 

porucznik  Letay  i  poprosił,  by  zagrał  na  fortepianie  kilka  czardaszów.  Ten,  rozgrzany  al-

koholem,  nie  dał  się  dwa  razy  prosić.  Zdjął  kurtkę  mundurową,  powiesił  ją  na  poręczy 

krzesła i zasiadł do instrumentu, który stał na podwyższeniu w kącie sali. 

Mici  spojrzała  na  pozostawioną  tuż  obok  kurtkę  Molnara  i  zauważyła  w  bocznej  kie-

szeni  kopertę  ze  złamaną  pieczęcią  lakową.  To  mogła  być  szansa,  ta  jedna jedyna,  niepo-

wtarzalna. Udając, że jest zasłuchana, zdjęła z ramion szeroki szal i zarzuciła go na  mun-

dur.  Po  pewnej  chwili  powiedziała,  że  musi  na  chwilę  opuścić  towarzystwo,  sięgnęła  po 

szal, a pod nim po kopertę. 

W toalecie stwierdziła, że w kopercie były plany działania 8 pułku. Zaznaczono w nich 

stanowisko dowodzenia 23 dywizji, które  mieściło się  w forcie numer jeden. Strzałki  wy-

raźnie  wskazywały  kierunki  natarcia  z  rejonu  fortów  siedliskich  w  kierunku  Mościsk,  a 

następnie  dalej  na  Sambor.  Przejrzała  dokładnie  wszystko.  Niestety,  nie  było  daty  rozpo-

częcia działań bojowych. 

A zatem w taki sposób miały się skończyć nieszczęścia! Dziewczyna wsunęła plany do 

koperty i powróciła na salę trzymając w ręku szal. Powolnym ruchem położyła go znów na 

kurtce, koperta znalazła się z powrotem w kieszeni. 

background image

A Molnar grał naprawdę nieźle... 

Następnego dnia Mici osobiście wybrała się po leki do magazynów. Oczywiście odpra-

wiono ją z niczym, ale podobnie jak inni zaczęła kręcić się koło budynku, gdzie wydawano 

ż

ywność.  Sierżant  co  pewien  czas  wywoływał  podoficerów,  którzy  następnie  wynosili 

przydzielone  im  produkty.  Wreszcie  usłyszała  nazwisko  kaprala  Nowickiego.  Gdy  ten  po 

chwili wyszedł z jakimś workiem i rzucił go na wóz, podeszła. 

- Czy  nie  widzieliśmy się  w  ubiegłym roku  w Krakowie? - zapytała. Nowicki  spojrzał 

na  nią  uważnie,  po  czym  zgodnie  z  ustalonym  hasłem  odparł  przecząco.  Mici  otworzyła 

wówczas  dłoń  spoczywającą  na  krawędzi  wozu  i  upuściła  do  wnętrza  zwiniętą  kulkę  pa-

pieru. 

- Tak mi się wydawało - powiedziała i podeszła następnie do znajomego oficera, który 

powitał  ją  entuzjastycznie.  Kątem  oka  popatrzyła  na  kaprala:  nie  oglądając  się,  odjechał. 

Odetchnęła z ulgą. Ten kanał pracował bez zarzutu. 

Nowicki po przyjeździe do fortu udał  się jak zwykle  w swą  wędrówkę z  kawą do sta-

nowisk ogniowych. Gdy szarzało, zjawił się na pierwszej linii. Na przedpolu w odległości 

kilkuset metrów stało złamane drzewo. W nim znajdowała się skrytka. Kapral przez chwilę 

zastanawiał  się,  jak  tam  podejść,  by  nie  wzbudzić  podejrzeń.  Meldunek  miał  w  pogiętej 

puszce po konserwach. Nagle błysnęła mu myśl. 

-  Panie  poruczniku  -  zwrócił  się  do  oficera  dowodzącego  odcinkiem  obrony.  -  Może 

poszedłbym zobaczyć, co dzieje się u Rosjan? Nie strzelają, czyżby uciekli? - Głupi jesteś, 

Nowicki - odparł porucznik Mościcki, Polak zmobilizowany tuż przed wybuchem wojny. 

- Chce ci się łba dla wygłupu nadstawiać? 

- Jeśli pan mi da dwóch chłopaków, którzy będą mnie z tyłu osłaniać, to pójdę. 

Zebrała się grupka żołnierzy. Zaczęli z niego żartować; ot, znalazł się bohater od kawy i 

zupy! Nowicki z tym większą energią zaczął przekonywać dowódcę, by się zgodził. Ten w 

końcu machnął ręką. Zapytał tylko, który z żołnierzy będzie osłaniał Nowickiego. Zgłosiło 

się trzech. 

Czołgając się dotarł  kapral do drzewa. Widział, że z rosyjskich okopów zaczynają  mu 

się przyglądać. Popatrzyli jeszcze z kolegami w tamtą stronę i ruszyli z powrotem. Nowicki 

na końcu. Udało mu się niepostrzeżenie zostawić puszkę z meldunkiem. 

- Rosjanie są na miejscu, nic się nie dzieje - służbiście zameldował po powrocie. - Jeśli 

background image

jesteś taki dzielny, to możesz pójść z nami na pierwszy zwiad, jak tylko nadejdzie rozkaz -

obiecał mu oficer. 

Przekazana  informacja  zaskoczyła  sztab  generała  Seliwanowa.  Rzeczywiście  Rosjanie 

spodziewali się kolejnego natarcia w kierunku Sanoka, gdzie do pozycji austriackich oblę-

ż

eni  mieli najbliżej. Otrzymanej  wiadomości  nie zlekceważono. Nieoczekiwane  uderzenie 

zdeterminowanej  dywizji  w  wąskim  pasie,  wzmocnionej  innymi  oddziałami,  mogło  prze-

rwać pierścień okrążenia. A Seliwanow miał tym czasie nawet mniej żołnierzy niż Kusma-

nek, i to rozciągniętych na znacznie większej przestrzeni... 

18 marca Austriacy rozpoczęli intensywny ostrzał artyleryjski rosyjskich pozycji z fortu 

VIII - Łętowni, IX - Bruner i X - Orzechowce, a następnie podjęli przygotowania do rze-

komego ataku w kierunku Sanoka. W tym czasie w podziemiach fortecznych grupy siedli-

skiej i jaksmanickiej od dwóch dni czekało na sygnał tysiące żołnierzy 23 dywizji. 

Tego  samego  dnia  generał  Kusmanek  wydał  także  rozkaz  do  rozpoczęcia ostatniej  już 

próby  przerwania  blokady.  Miało  to  nastąpić  tego  samego  dnia  o  godzinie  10  wieczorem. 

Kapitan Wolf dowiedział się o tym po południu. Ponieważ na przekazanie informacji zna-

nymi  kanałami  nie  było  czasu,  postanowił  działać  inaczej.  Konno  pojechał  do  Jaksmanic. 

Oddał  swego  wierzchowca  w  ręce  biwakujących  tam  kawalerzystów,  mówiąc,  że  nieba-

wem  go  odbierze.  Stamtąd  było  już  niedaleko  do  fortu  numer  dwa.  Wolf  znał  dobrze  ten 

teren  z  czasów  pierwszego  oblężenia.  Pamiętał,  że  na  przedpolu  znajdowała  się  rozbita 

stodoła. Gdy zapadł zmierzch, pomaszerował w jej kierunku. 

Na  trzy  godziny  przed  natarciem  szykujący  się  do  szturmu  żołnierze  zobaczyli  bucha-

jące w niebo płomienie. Kapitan Wolf, podpalając stodołę, spodziewał się, że taki niespo-

dziewany pożar na przedpolu zaalarmuje Rosjan, tym bardziej że na tym odcinku zupełnie 

umilkły  pojedynki  artyleryjskie.  Miał  słuszność,  ale  równocześnie  zaalarmowani  zostali 

honwedzi  z  8  pułku.  Wysłany  patrol  napotkał  kapitana  Wolfa.  Przyprowadzony  do  fortu, 

nie  umiał  sensownie  wytłumaczyć  swej  obecności  w  tym  rejonie.  Przekazano  go  w  ręce 

kontrwywiadu. 

Pożar  wywołał  liczne  komentarze.  Wzburzone  wojsko  zaczęło  głośno  mówić  o  zdra-

dzie.  Oficerowie  odczytali  żołnierzom  specjalny  apel  komendanta  twierdzy,  w  którym 

stwierdzono, że zapasy żywności zostały już wyczerpane, a honor żołnierski zabrania kapi-

tulacji  po  tak  długiej  i bohaterskiej  obronie.  Ostatni  raz  żądano  od  nich  największego  po-

background image

ś

więcenia. 

O godzinie 22 artyleria forteczna i polowa położyła nawałę ogniową na wąskim odcinku 

przełamania. Posłuszne rozkazom dowództwa  wychodziły  z okopów kompania za kompa-

nią.  Szły  w  ciemność,  rozświetlaną  jedynie  rozbłyskami  detonujących  granatów.  Przy  ro-

syjskich zasiekach powitał je ogień karabinów maszynowych. Piechota zaległa. Do przodu 

wyszli saperzy, by nożycami wyciąć przejścia w plątaninie kolczastych drutów. Z najwyż-

szym wysiłkiem telefoniści podciągnęli szpule z kablami. 

Generałowi  Tamasyemu,  który  przebywał  na  stanowisku  dowodzenia  w  forcie  pierw-

szym,  zameldowano,  że  pododdziały  zaległy  pod  rosyjskim  ogniem.  Rozkazał  podejść  do 

przodu odwodom. 

Wśród  szalejącej  śnieżycy  pomaszerowali  w  ciemną  otchłań  piechurzy  pułkownika 

Kozmy  i  majora  Zala.  Mimo  ciężkich  strat  udało  się  obrońcom  twierdzy  rozbić  pierwsze 

rosyjskie punkty oporu i podejść do Nowosiółek. I w tym momencie na austriackie skrzy-

dło spadło kontruderzenie rosyjskiej 58 dywizji. W strasznym nocnym boju, gdy niemal w 

każdym  miejscu  dochodziło  do  walk  na  bagnety,  wymęczeni,  niedożywieni  honwedzi  i 

piechurzy  z  Landsturmu  nie  dotrzymali  pola  Rosjanom.  Dziesiątkowani  dobrze  przygoto-

wanym zmasowanym ogniem, wycofywali się powoli na pozycje  wyjściowe pod zbawczą 

osłonę artylerii fortecznej. 

Nadchodzący  ranek  pozwolił  podsumować  straty.  Z  2  pułku  piechoty  na  pozycje  wyj-

ś

ciowe  wróciło zaledwie  kilkuset żołnierzy. 23 dywizja straciła  w tym ostatnim  wypadzie 

70  procent  swego  stanu  osobowego.  Podobnie  przedstawiała  się  sytuacja  w  innych  jed-

nostkach, które brały udział w tej ostatniej próbie. 

Przed  sądem  wojskowym  postawiono  jednego  z  honwedów  oskarżonego  o  dezercję. 

Ż

andarmi znaleźli  go schowanego pod szmatami  w ziemiance:  nie  wyszedł razem z kom-

panią do natarcia. Powiadomiono o tym dowództwo 8 pułku, z którego ów żołnierz pocho-

dził.  Zgnębieni  ostatnimi  ogromnymi  stratami  oficerowie  stwierdzili,  że  byłaby  to  jeszcze 

jedna  śmierć,  tym  razem  w  majestacie  prawa.  Zaczęli  więc  studiować  wszystkie  przepisy 

prawa wojennego. Znaleziono punkt, który umożliwiał zastosowanie prawa łaski, ale mógł 

z niego skorzystać tylko cesarz. Był wieczór; wyrok przez rozstrzelanie miał być wykonany 

nazajutrz. Zaczęto więc jeszcze raz wertować kodeks. Znaleziono paragraf, który w wyjąt-

kowych okolicznościach takie prawo cedował na dowódcę sprawującego władzę. 

background image

Grupa oficerów z dowódcą pułku udała się  więc do generała Tamasyego, który  wielo-

krotnie  podejmował  decyzje  w  imieniu  komendanta  twierdzy.  Generał  początkowo  nie 

chciał  nawet  słyszeć  o  darowaniu  życia  żołnierzowi,  ale  gdy  popatrzył  na  zdecydowane 

twarze oficerów, zrozumiał, czego od niego oczekują, poprosił o kodeks i po chwili czyta-

nia udzielił aktu łaski. Zebrani oficerowie krzyknęli: „Niech żyje”. 

OSTATNI ATAK 

Wobec krytycznej sytuacji oblężonych generał Kusmanek 19 marca zwrócił się do Na-

czelnego  Dowódcy  z  prośbą  o  zezwolenie  na  poddanie  twierdzy.  Rosjanie  zdobyli  część 

wzgórz koło Przemyśla i rozpoczęli intensywny ostrzał miasta. Rozkazy i polecenia wyda-

wane przez poszczególne sztaby i służby pozostawały w sprzeczności; zapanowała niemal 

całkowita  dezorganizacja.  Część  magazynów  otwarto.  Żołnierze  i  cywile  rozgrabili 

wszystko  w  ciągu  kilkudziesięciu  minut.  Dla  rannych  zabrakło  miejsc  w  szpitalach;  ukła-

dano ich w bramach i na chodnikach. Wszyscy pragnęli kapitulacji. 

Austriacki  Sztab  Generalny  dopiero  21  marca  wyraził  zgodę  na  poddanie  Przemyśla, 

polecając  jednocześnie  zniszczenie  urządzeń  fortecznych  i  uzbrojenia.  Tego  samego  dnia 

generał  Kusmanek zwołał odprawę, na której  wszyscy dowódcy  wypowiedzieli  się za  ko-

niecznością kapitulacji - głównie ze względu na brak żywności, której wystarczało już tylko 

na dwie porcje na każdego żołnierza, nie  mówiąc o  mieszkańcach cywilnych  miasta. Ter-

min kapitulacji ustalono na 22 marca na godzinę 6 rano. 

Podjęto decyzję o spaleniu wszystkich banknotów po uprzednim spisaniu ich numerów: 

Było tego 6 milionów 700 tysięcy koron. Srebrne monety rozdano oficerom. 

W  sztabach  wrzucano  do  ognia  wszystkie  dokumenty,  mapy,  wykazy,  archiwa.  Do-

wódcy mieli dopilnować, by rozbijano karabiny, zaś zamki wrzucono do rzeki lub wdepta-

no w ziemię. W Sanie topiono również amunicję karabinową. Według rozkazu komendanta 

twierdzy w każdej kompanii miało zostać tylko sześciu żołnierzy z bronią. 

Najważniejszym zadaniem przed poddaniein się było zniszczenie urządzeń fortecznych, 

które miały zostać wysadzone m godzinę przed terminem kapitulacji. 

background image

Saperzy zgodnie z planem opracowanym jeszcze przed wybuchem wojny - jednocześnie 

z  budową  fortyfikacji  przewiduje  się  również  metody  ich  niszczenia  -  rozpoczęli  przygo-

towywanie  ładunków  wybuchowych.  Przenieśli  pociski  z  komór  amunicyjnych  pod  pan-

cerne kopuły, chroniące forteczną artylerię. Do specjalnych komór minerskich przy strzel-

nicach i wyjściach ładowano melinit i granaty. Podoficerowie rozciągnęli sieć lontów. 

Porucznik Gyoni zgodnie z poleceniem przygotował do zniszczenia forty w rejonie Łu-

czyc.  W  przeddzień  przejrzał  jeszcze  swe  notatki  i  wybrał  trzy  wiersze,  wśród  nich  „Mo-

dlitwę na polskim wzgórzu”, które przez pilotów przesłał do budapeszteńskiego czasopisma 

„EST”. Ostatnie samoloty miały wystartować z Przemyśla tuż przed wysadzeniem fortów. 

Gyoniemu przypadło w udziale likwidowanie fortecznej sieci łączności. Razem z minerami 

powkładał  ładunki  wybuchowe  w  urządzenia  central  telefonicznych,  a  następnie  wraz  z 

saperami  rozbijał  w  podziemiach  aparaty  telefoniczne  i  przerywał  sieć.  Pozostawiono 

łączność tylko z jednym punktem - stanowiskiem obserwacyjnym dowódcy fortu. 

Gdy kapitan Kalman dowiedział się o decyzji kapitulacji, pobiegł natychmiast do szpi-

tala  odszukać  Mici.  Znalazł  ją  dopiero  po  kilkunastu  minutach  w  piwnicy,  gdzie  z  grupą 

lekarzy  i  pielęgniarek  wyciągała  medykamenty  z  tajnego  magazynku,  pozostającego  w 

dyspozycji  szefa  służby  zdrowia  twierdzy,  by  rozdzielić  je  wśród  najbardziej  potrzebują-

cych. 

- Idź do mnie na górę, za kilka minut przyjdę - powiedziała. W pomieszczeniu zwanym 

szumnie  szpitalną  apteką  pozostały  jedynie  puste  szafy.  Na  taborecie  w  kącie  stała  nie-

wielka walizeczka. Przez nie domknięte wieko widać było damskie szmatki. Weszła Mici. 

- Wybierasz się w podróż?    zapytał Kalman. 

-  Dziwne  pytanie.  A  czy  ty  przypadkiem  również  nie  będziesz  się  wybierał  w  daleką 

drogę? 

- Rzeczywiście. Jutro zmieni się nasz los. 

Mici pomyślała, że stanie się tak na pewno, ale zupełnie inaczej ta zmiana losu będzie 

wyglądała dla niej, a inaczej dla tego oficera. Miał smutną twarz,  więc dziewczyną pode-

szła i pocałowała go. 

- To na pożegnanie. 

- Kiedy się spotkamy? Mici niecierpliwie powiedziała: 

- Zobaczymy. Już idź, bo mam jeszcze dużo zajęć. Kalman czuł się jak zbity pies. Nie 

background image

spodziewał się takiego pożegnania. Jutro przecież pójdzie do niewoli. Czy zobaczy jeszcze 

tę piękną dziewczynę? Jak mogła się z nim tak oschle pożegnać? 

Gdybyż  zakochany  kapitan  znał  prawdę!  Jeden  z  głównych  agentów  rosyjskiego  wy-

wiadu,  Masza,  w  nowym  wcieleniu:  Mieczysława  Zejbel,  czekała  z  niecierpliwością  na 

wkroczenie wojsk rosyjskich. Gra z Kalmanem skończyła się. Trochę jej było żal przystoj-

nego  oficera,  ale  w  jej  zawodzie  sentymenty  nie  wchodziły  w  rachubę.  Dowiedziała  się 

natomiast  o  zatrzymaniu  kapitana  Wolfa,  podejrzanego  o  szpiegostwo  na  rzecz  Rosjan. 

Obawiając się, czy nie zacznie on zbyt dużo mówić, na wszelki wypadek opuściła szpital, 

przenosząc się do jednego z domów w starej części miasta, gdzie na poddaszu znajdowała 

się przygotowana wcześniej kryjówka. 

Podczas  przesłuchania  kapitan  Wolf  nie  wydał  nikogo,  odmawiając  jakichkolwiek  ze-

znań.  Ponieważ  znaleźli  się  świadkowie,  którzy  pamiętali  jego  częste  rozmowy  z  siostrą 

Martą, nie zastanawiano się długo. Rozstrzelano go z wyroku sądu piętnaście godzin przed 

kapitulacją. 

Na polach Hurka odbyła się innego rodzaju egzekucja. Spędzono tam niemal wszystkie 

konie,  znajdujące  się  jeszcze  na  terenie  twierdzy.  Wystrzelała  je  wyznaczona  kompania. 

Tysiące biednych, wygłodzonych zwierząt znalazło tu kres swej trudnej wojennej służby... 

Dowództwo  rosyjskie  dowiedziało  się  o  zamierzonej  kapitulacji  załogi  twierdzy,  która 

miała  nastąpić  22  marca.  Gdy  jednak  wieczorem  21  marca  artyleria  forteczna  otworzyła 

gwałtowny ogień, zasypując gradem pocisków pozycje nieprzyjaciela, po stronie rosyjskiej 

uznano,  że  jest  to  być  może  kolejna  próba  przerwania  blokady.  Zarządzono  więc  pełną 

gotowość oddziałów. Intensywność ognia austriackiego nie zmniejszyła się także i w nocy - 

po prostu artylerzyści pozbywali się w ten sposób zapasów amunicji... 

O  godzinie  5  rano  wszystkie  działa  nagle  umilkły.  Obserwatorzy  starannie  przetarli 

szkła swych lornetek, na przedpole wysłano czujki w celu rozpoznania zamiarów przeciw-

nika, ale tam nic się nie działo. 

Gdy  przerwano  ogień  z  dział  fortecznych,  wszyscy  kanonierzy  w  pośpiechu  opuścili 

działobitnie. Umieszczone w newralgicznych punktach fortów sterty pocisków i materiałów 

wybuchowych dobitnie  wskazywały  na zbliżający się koniec  walki. Minerzy systematycz-

nie  przechodzili  od  pomieszczenia  do  pomieszczenia,  wkładając  detonatory  do  melinitu  i 

sprawdzając  sieci  ogniowe.  Mieli  na  to  trzy  kwadranse.  Zapalono  lonty.  Ich  długość  tak 

background image

dobrano, by we wszystkich fortach wybuch nastąpił jednocześnie o szóstej rano. Wcześniej 

polecono  ludności  cywilnej  opuścić  swe  domy  i  pozostawić  otwarte  drzwi  i  okna:  wysa-

dzanie urządzeń  fortecznych,  których  wewnętrzny pierścień znajdował  się  w obrębie  mia-

sta, mogło spowodować nawet zawalenie się budynków. 

O godzinie 5.45 twierdza Przemyśl była już bezbronna. W pustych fortach minerzy za-

palali lonty, a potem biegiem opuszczali podziemne kazamaty, chodniki, pancerne baterie i 

tradytory. Kilkaset metrów od martwych już obiektów schronili się w okopach. 

Gdy podpalano lonty, kapral Nowicki nagle przypomniał sobie, że obok jego magazyn-

ku  żywnościowego,  na  najniższej  kondygnacji  fortu  numer  trzynaście,  pozostało  dwóch 

oficerów  rosyjskich.  Wzięto  ich  do  niewoli  poprzedniego  dnia,  gdy  podczas  rozpoznania 

zanadto  zbliżyli  się  do  pozycji  austriackich.  Może  zdążę,  pomyślał,  i  pobiegł  w  kierunku 

wejścia do głównego korpusu fortecznego. Wołano za nim. Na próżno. Jednak źle obliczył 

czas... 

Gdy Nowicki już zniknął w podziemiach, rozpoczęło się przerażające widowisko. Naj-

pierw  drgnęła  ziemia,  a  za  moment  niemal  jednocześnie  uniósł  się  cały  pierścień  fortów. 

Siła detonacji rozcięła potężne betonowe bloki, wzbiły się w niebo ciężkie fragmenty tego, 

co  jeszcze  przed  chwilą  składało  się  na  potężne  forty.  Leciały  do  góry  pancerne  kopuły, 

fragmenty  budowanych  przez  lata  z  wielkim  trudem  schronów  bojowych.  W  ciągu  kilku 

minut przestało istnieć to, co kiedyś nazywało się „Twierdza Przemyśl”. 

Wybuchy  były  tak  potężne,  że  w  mieście  wylatywały  szyby  z  okien,  spadały  kawałki 

gzymsów,  zarysowały  się  ściany  wielu  domów,  odpadał  tynk.  Za  chwilę  zaczęły  płonąć 

magazyny; nad Przemyślem i okolicą rozsnuł się czarny, ciężki dym. 

Generał Kusmanek zwołał w sztabie ostatnią odprawę. 

-  Panowie  -  powiedział  -  mimo  ogromnego  poświęcenia  i  bohaterstwa  wszystkich  na-

szych  żołnierzy  przypadła  nam  gorycz  kapitulacji.  Oto  treść  naszej  ostatniej  depeszy  do 

Naczelnego Dowództwa: „Forty, działa, składy, amunicja i inne, dworce, przewody telefo-

niczne  i  telegraficzne,  broń  i  reszta  wszelkiego  materiału  wojennego  została  zniszczona. 

Klucz  szyfrowy  Beta  z  deszyfrantem  1  i  2  -  zniszczony.  Do  armii  oblężniczej  udali  się 

parlamentariusze w celu przeprowadzenia rokowań. Ciężko odczuwając swój los, życzymy 

armiom  polowym  sławy  i  zwycięstwa”  -  przerwał  na  moment  i  popatrzył  po  zebranych.  - 

Czy panowie mają coś do dodania? - zapytał. 

background image

Odpowiedziało mu głuche milczenie. 

- Generał Hubert wraz z pułkownikiem Martinkiem niech już jadą do wojsk rosyjskich. 

Po  wysłaniu  depeszy  radiostacje  wysadzić  w  powietrze.  Teraz  pozostaje  czekać  na  to,  co 

przyniesie nam los. 

Dowódca  11  armii  generał  Seliwanow  przyjął  wprawdzie  przedstawicieli  kapitulującej 

twierdzy,  ale  nie  chciał  nawet  słyszeć  o  żadnych  rokowaniach.  Zażądał  bezwarunkowego 

zdania się na łaskę zwycięzców. 

Powiadomiony telegraficznie o upadku Przemyśla car Mikołaj II, uradowany sukcesem, 

polecił  honorowe  traktowanie  wszystkich  jeńców,  a  oficerom  zezwolił  na  pozostawienie 

szabel.  Do  niewoli  oddało  się  9  generałów,  2500  oficerów  i  niecałe  100  tysięcy  szerego-

wych,  w  tym  28  tysięcy  rannych  i  chorych.  Rosjanie  szybko  rozstawili  kuchnie  polowe, 

bezpłatnie wydając obfite posiłki wygłodzonym żołnierzom i ludności cywilnej. 

Jak zwykle w takich sytuacjach, gdy zabrakło organów władzy, część ludności i żołnie-

rzy ruszyła na rabunek  magazynów  wojskowych,  gdyż  nie  wszystko udało się zniszczyć  i 

spalić. Okazało się, że istniały znaczne zapasy mąki, ryżu, kaszy, cukru, słoniny, konserw i 

kawy.  Rozgrabiono  je  błyskawicznie.  Można  sądzić,  że  „podwójna  buchalteria”,  prowa-

dzona przez kwatermistrzostwo twierdzy, przyczyniła się do szybszego upadku Przemyśla. 

Dowództwo  rosyjskie  wydało  polecenie,  by  wszystkie  jednostki  austriackie  kwatero-

wały na razie w swoich miejscach postoju pod komendą własnych oficerów, którzy otrzy-

mali prawo swobodnego poruszania się po mieście. 

Upadek  twierdzy  przemyskiej  odbił  się  szerokim  echem  w  świecie.  Przez  cały  okres 

oblężenia Przemyśl niemal nie schodził z tytułowych stron gazet austriackich, niemieckich, 

rosyjskich, a nawet angielskich i francuskich. 

Był to wszak zespół urządzeń fortecznych trzeci co do wielkości i potęgi obronnej spo-

ś

ród  blisko  dwustu  twierdz  całej  Europy.  Również  specjaliści  wojskowi  pilnie  śledzili 

przebieg walk i analizowali ich wyniki. 

Władze  carskie  przywiązywały  dużą  wagę  do  utrzymania  praworządności  i  spokoju  w 

Przemyślu. Zgodnie z zarządzeniem prohibicyjnym obowiązującym na terenie Rosji znisz-

czyli  wszystkie  zapasy  wódek  i  win.  Zorganizowali  dostawy  żywności.  Za  rabunek  roz-

strzeliwali natychmiast, na miejscu przestępstwa, nie oszczędzając i własnych żołnierzy. 

Już po kapitulacji, korzystając z możliwości swobodnego poruszania się po mieście, ka-

background image

pitan Kalman uporczywie poszukiwał Mici. W pewnym momencie zniknęła i nikt z perso-

nelu szpitalnego ani z Czerwonego Krzyża nie potrafił wyjaśnić, co się z nią stało. Jej dal-

sze losy znał natomiast kapitan Pawłow, który z pozostałymi przy życiu agentami omawiał 

ich dalsze zadania. Okazało się jednak, że dziewczyna po zakończeniu niebezpiecznej gry z 

pewnym  sentymentem  wspominała  przystojnego  kapitana.  Poprosiła  nawet  Pawłowa,  by 

umożliwił jej spotkanie z byłym kochankiem. Rosyjski oficer wywiadu zgodził się jedynie 

na półgodzinną rozmowę na dworcu przed wyruszeniem transportu jenieckiego na wschód. 

Mici poszła tam w ubiorze siostry Czerwonego Krzyża. 

Przed budynkiem dworca i na peronie grupowali się oficerowie, dyskutując zawzięcie. 

Niektórzy stali bez ruchu, wpatrując się w widniejącą w oddali panoramę wzgórz. 

Mici pilnie przypatrywała się twarzom mijanych oficerów, którzy, choć schludnie ubra-

ni,  byli  wyraźnie  przygnębieni.  W  pewnym  momencie  napotkała  wzrok  Kalmana.  Patrzył 

na nią, ale nie podchodził. Podbiegła, zarzucając mu ręce na szyję. Nie oddał uścisku. 

- Co się z tobą działo? - zapytała. 

- To ja chciałbym cię o to zapytać. Uciekłaś przede mną? 

-  Chyba  żartujesz.  Mówiłam  ci  przecież,  że  jest  dużo  pracy  przy  rannych  i  chorych; 

część ich trzeba było odwieźć do Lwowa. Byłam tam razem z transportem. 

- Sprawdzałem wszystko, przy ewakuacji rannych ciebie nie było. 

-  Złych  miałeś  informatorów.  Jak  mogłam  przed  tobą  uciekać,  skoro  specjalnie  ciebie 

znalazłam, choć w ostatniej chwili. Teraz mi wierzysz? 

Kalman ciężko westchnął i zamknął jej drobną dłoń w swoich rękach. Patrzyli na siebie 

nic nie mówiąc. Usłyszeli trzykrotny gwizd parowozu. 

- No cóż, na mnie już czas. Mici objęła go jeszcze raz za szyję, ich usta spotkały się. 

- Znajdę cię, kochany - szepnęła. 

Pociąg ruszył. Kalman, wychylony przez okno, patrzył na malejącą drobną sylwetkę. W 

pewnym momencie zrozumiał, że w jego życiu zamknął się bardzo ważny rozdział. 

background image

I ZNOWU PRZEMYŚL 

Kapitulacja  Przemyśla  znacznie  poprawiła  sytuację  operacyjną  wojsk  rosyjskich  na 

froncie galicyjskokarpackim. Teraz można było skierować na pole walki blisko sto tysięcy 

ż

ołnierzy  zaangażowanych  przy  blokadzie  twierdzy.  W  rękach  Rosjan  znalazł  się  ważny 

węzeł  komunikacyjny,  a  przede  wszystkim  linia  kolejowa,  którą  można  było  zaopatrywać 

oddziały frontowe. Upadek twierdzy miał dla wojska i społeczeństwa rosyjskiego również 

poważne znaczenie psychologiczne: wcześniej uważano ją za obiekt nie do zdobycia. 

Wagę tego sukcesu  militarnego  miała zaakcentować podróż cara Mikołaja do Przemy-

ś

la. Gdy przybył 2 kwietnia, odprawiono na jego cześć nabożeństwo, a potem z orszakiem 

generałów udał się na zwiedzanie zespołów fortów siedliskich. Wysoko oceniono ich potę-

gę.  Stwierdzono  również,  że  mimo  znacznych  zniszczeń  można  je  w  dalszym  ciągu  z  po-

wodzeniem  wykorzystywać  do  obrony.  Fortyfikacje  przemyskie  wywarły  tak  duże  wraże-

nie  na  dowództwie  rosyjskim,  że  każdy  żołnierz  uczestniczący  w  oblężeniu  otrzymał  w 

nagrodę pięć rubli, a podczas przyjęcia z udziałem cara wydanego w dawnym kasynie au-

striackim na ulicy Grodzkiej wielu oficerów udekorowano orderami. 

Rosjanie  natychmiast  przystąpili  do  remontu  i  odbudowy  zniszczonych  umocnień. 

Wprawdzie na razie nie można było zainstalować pancernych baterii, ale większość schro-

nów bojowych nadawała się do wykorzystania. 

Po  otrząśnięciu  się  z  szoku  spowodowanego  nieudanymi  próbami  przerwania  blokady 

Przemyśla, a następnie jego upadkiem, Sztaby Generalne Austro-Węgier i Niemiec zaczęły 

przygotowywać się do realizacji zamierzeń operacyjnych, mających na celu rozbicie wojsk 

rosyjskich  w rejonie Karpat i na północ od nich. Szło o zlikwidowanie zagrożenia Niziny 

Węgierskiej.  Zastanawiano  się  nad  wyborem  głównego  kierunku  uderzenia.  Generał  von 

Hötzendorf  zaproponował  ofensywę  w  kierunku  Krosna  i  Przemyśla,  na  skrzydło  rosyj-

skiego  frontu,  dowodzonego  przez  generała  Iwanowa.  Na  3  maja  1915  roku  generał  ów 

wyznaczył  termin  rozpoczęcia  szeroko  zakrojonej  ofensywy,  której  finałem  miało  być 

zdobycie Budapesztu. 

background image

Mimo  ogromnych  możliwości  ludzkich  rosyjska  armia  nie  mogła  prowadzić  długo-

trwałych,  wyczerpujących  walk.  Słabo  rozwinięty  przemysł  zbrojeniowy  mógł  pokryć  jej 

dzienne  zapotrzebowanie  na  pociski  artyleryjskie  zaledwie  w  jednej  trzeciej.  Brakowało 

nawet broni strzeleckiej dla zmobilizowanych na zapleczu dywizji. Jednostki frontowe były 

jednak bitne i nieźle uzbrojone. 

Tymczasem przestawione na produkcję wojenną ogromne zakłady  w Niemczech i Au-

strii  produkowały  coraz  więcej  nowoczesnej  broni  i  amunicji.  Ponieważ  front  zachodni 

zatrzymał się, a żołnierze na terenie Francji i Belgii zaryli się głęboko w ziemię, do obrony 

posiadanych pozycji wystarczała tylko część ześrodkowanych tam sił. Niemcy zaczęli więc 

pośpiesznie przerzucać doborowe dywizje na wschód, by tam doprowadzić do ostatecznego 

rozstrzygnięcia. W rejonie Nowego Sącza państwa centralne zaczęły grupować oddziały w 

potężną  pięść,  która  miała  rozbić  rosyjską  obronę  i  tym  samym  zademonstrować  potęgę 

Niemiec i Austro-Węgier. Utworzono wspólną 11 armię, liczącą blisko 200 tysięcy żołnie-

rzy, których miało wspierać 2000 dział. Na miejsce przerwania rosyjskiej obrony wybrano 

rejon Gorlic. 2 maja rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie. W ciągu czterech  godzin 

na  niespełna  trzydziestokilometrowym  odcinku  na  pozycje  rosyjskie  spadło  70  tysięcy 

pocisków artyleryjskich. Choć wydawało się, że w rejonach ześrodkowania ognia po stro-

nie  rosyjskiej  wybuchy  wprost  przemieszały  ziemię,  atakującą  piechotę  powitał  zaciekły 

ogień. Rosjanie bronili się uparcie. 

Dowódca  11  armii,  niemiecki  generał  August  von  Mackensen,  rozkazał  szturmować 

wzgórza pod Gorlicami, umożliwiające panowanie nad miastem. Ruszyli do ataku żołnierze 

6  korpusu  generała  Arza  i  bawarska  dywizja  generała  Kneusela.  Początkowo  zalegli  pod 

silnym  ogniem  rosyjskim,  ale  poderwali  się  ponownie  do  przodu  i  po  krwawych  walkach 

wyparli Rosjan z pierwszej linii. Nieprzyjaciel jednak nie uległ panice, lecz stawiał zacięty 

opór na drugiej pozycji. 

Mimo  przygniatającej  przewagi  w  artylerii  i  dwukrotnej  jeśli  idzie  o  liczbę  żołnierzy, 

generał  Mackensen  miał  trudności  w  posuwaniu  się  naprzód.  Dowódca  wojsk  rosyjskich, 

generał  Radko  Dimitriew,  wykorzystywał  każdą  możliwość,  by  opóźniać  ofensywę.  Wie-

dział,  że  trwają  rozmowy  dyplomatyczne  na  temat  wypowiedzenia  wojny  Austrii  i  Niem-

com przez Włochy. Ich finał mógł mieć znaczny wpływ na sytuację na froncie wschodnim. 

Wiedział o tym i Berlin, dlatego dążył do radykalnych rozstrzygnięć, póki był jeszcze czas. 

background image

Pod jednoczesnym naciskiem austriackiej armii i dywizji niemieckich front rosyjski za-

łamał się. Rosjanie postanowili bronić linii Sanu. Ponieważ w tych planach twierdza Prze-

myśl miała odegrać swą rolę, na początku maja podjęto w niej z wielkim rozmachem prace, 

mające na celu przystosowanie tak zachowanych, jak i zniszczonych urządzeń fortecznych 

do  długotrwałej  obrony.  Prace  koncentrowały  się  jedynie  przy  obiektach  położonych  od 

strony  południowej  i  zachodniej,  gdyż  dowództwo  rosyjskie  nie  zakładało  przyjęcia  oblę-

ż

enia. Do robót stanęło około 50 tysięcy żołnierzy i cywilów. Sprowadzono nowe działa z 

głębi Rosji. 

Pierwsze pojedynki przemyskie forty rozpoczęły 13 maja od wymiany ognia między 10 

przemyskim  korpusem  pod  dowództwem  generała  Martiniego  i  fortem  w  Prałkowcach. 

Chociaż  częściowo  zniszczona,  twierdza  Przemyśl  nadał  wzbudzała  szacunek  wśród  jej 

twórców.  Podciągnąwszy  posiłki,  zaatakowali  oni  umocnienia  na  północy  i  południu  od 

Przemyśla. Podchodzące wojska zaczęły okopywać się na przedpolu. 

Pod Prałkowce  zbliżała  się  48  brygada,  która  przed  wybuchem  wojny  stacjonowała  w 

Przemyślu. W dalszym ciągu dowodził nią pułkownik Karol Korzer. Żołnierze tej brygady, 

którzy po opuszczeniu na początku wojny twierdzy przeszli trudny szlak bojowy i zaznali 

goryczy odwrotu, teraz znów  znaleźli  się  w pobliżu swego  macierzystego  miasta  garnizo-

nowego.  Wielu  oficerów  i  podoficerów  zostawiło  tam  swe  rodziny  i  bliskich.  Prowadzili 

więc  długie  rozmowy,  obawiając  się  o  dalszy  los  Przemyśla.  Wiedzieli,  że  przyjdzie  im 

zdobywać umocnienia, które przed niecałym rokiem sami intensywnie rozbudowali. Wiele 

fortów znali na pamięć, ale jakże inaczej wyglądały one teraz w oczach nacierających... 

Generał  Mackensen,  który  rzecz  jasna  doskonale  znał  umocnienia  przemyskie,  zalecił 

podciągnąć  pod  forteczny  pierścień  najcięższe  działa  o  kalibrze  305  mm  oraz  moździerze 

425 mm,  których pociski o  masie około 800 kg niszczyły  wszystkie istniejące dotychczas 

betonowe  stropy  i  ściany.  Do  zdobycia  twierdzy  dodatkowo  skierowano  24  i  25  dywizje 

obrony  krajowej  i  bawarską  dywizję  generała  Kneusela.  Oprócz  nich  przybyło  pod  Prze-

myśl wiele jednostek specjalnych. 

Jak już wspomniano, dowództwo rosyjskie nie przewidywało możliwości obrony Prze-

myśla  w  okrążeniu,  kładąc  główny  nacisk  na  utrzymanie  frontu  na  linii  brzegowej  Sanu. 

Jako pierwsze dostępu do miasta miały bronić forty zachodniej części pierścienia twierdzy. 

Generał  Brusiłow  chciał  utrzymać  w  swych  rękach  Przemyśl  jako  bazę  do przygotowania 

background image

ewentualnego  przeciwuderzenia.  Obie  armie  stały  więc  naprzeciw  siebie,  sporadycznie 

podejmując  pojedynki  ogniowe.  Dochodziło  także  do  potyczek  patroli  rozpoznawczych. 

Ciężkie  walki  toczono  natomiast  o  zdobycie  ufortyfikowanych  przedmości  w  Radymnie  i 

Sieniawie. 

Wreszcie dowództwo austro-niemieckie podjęło decyzję rozpoczęcia 31 maja 1915 roku 

generalnego  szturmu  Przemyśla.  Piechocie  miały  utorować  drogę  najcięższe  działa,  miaż-

dżąc forteczne umocnienia, stanowiące oparcie dla Rosjan. 

Rozkaz dotarł także do 45 pułku piechoty dowodzonego przez podpułkownika Klingera, 

Polaka. Pułk ten, składający się niemal wyłącznie z Polaków z Galicji, zajmował stanowi-

ska bojowe przed fortem Prałkowce wspólnie z brygadą pułkownika Korzera. 

Przed natarciem Klinger zwołał odprawę. Uczestniczący  w  niej oficerowie zapropono-

wali,  by  w  przeddzień  planowanego  uderzenia,  jeszcze  przed  świtem,  zaskoczyć  i  zlikwi-

dować posterunki rosyjskie i opanować nagłym atakiem fort, który przecież wszyscy znali 

wyśmienicie. Dowódca wyraził zgodę. Wyznaczył dwie kompanie i saperów pod dowódz-

twem podporucznika Prusa- Czarneckiego. Saperzy dotarli do zasieków i utorowali w nich 

przejście, a następnie już razem z piechurami posuwali się ku fosie, likwidując bagnetami 

kilku wartowników. Teraz śmiałkowie mieli przed sobą siedmiometrowej szerokości fosę o 

czterometrowych pionowych  ścianach. Saperzy już  wcześniej przygotowali sznurowe dra-

binki, po których wszyscy opuścili się na dno. Gdy spostrzegli ich Rosjanie, było za późno. 

Nie  zaryglowane  wejścia  do  schronów  bojowych  pozwoliły  atakującym  przeniknąć  do 

podziemi.  Dalej  poszło  stosunkowo  łatwo.  Sierżant  Czernec  zaskoczył  na  stanowisku  do-

wodzenia  dwóch  oficerów,  których  wzięto  do  niewoli.  W  tym  czasie  plutonowy  Antoni 

Nowak z grupką żołnierzy zlikwidował obronę na głównym grzbiecie wału. 

Podpułkownik Klinger podesłał odważnym żołnierzom wsparcie. Dołączyły też kompa-

nie  z  9  pułku  i  brygady  Korzera.  Podciągnięto  kabel,  a  łącznościowcy  uruchomili  część 

wewnętrznych  aparatów  telefonicznych.  Po  dwóch  godzinach  jeden  z  najpotężniejszych 

fortów artyleryjskich zewnętrznego pierścienia, oznaczony numerem ósmym, został całko-

wicie opanowany przez Polaków. Sukces ten okupiono minimalnymi stratami - zginął jeden 

oficer i dwudziestu szeregowych. Za tę cenę dokonano wyłomu w rosyjskiej obronie. 

Generał  Brusiłow  rozkazał  wyprzeć  przeciwnika  z  zajętych  umocnień.  Na  Prałkowce 

położono  huraganowy  ogień  ze  wszystkich  dział,  które  miały  w  swym  zasięgu  ten  fort. 

background image

Ponieważ czoła wszystkich schronów bojowych i fortyfikacji były skierowane na zewnątrz, 

nieosłonięci od tyłu żołnierze ponosili duże straty. Armaty ogniem na wprost likwidowały 

prowizoryczne  stanowiska  obrońców.  Część  ich  weszła  do  podziemi,  które  na  skutek 

ostrzału zawaliły się i uwięziły żołnierzy. Poległo ich kilkuset z 48 brygady i 45 pułku... 

Rosjanie  usiłowali  opanować  umocnienia,  ale  uwięzieni  w  forcie  Polacy  otworzyli  do 

nich  ogień  przez  otwory  strzeleckie.  Również  baterie  austriackie  położyły  salwy  na  Prał-

kowce, aby odciąć do niego drogę kontratakującym wojskom Brusiłowa. 

Ostatecznie  fort  pozostał  nieobsadzony  i  znalazł  się  między  pozycjami  austriackimi  i 

rosyjskimi. 

W  podziemiach  trwało  jednakże  kilkudziesięciu  Polaków,  wśród  nich  podporucznik 

Prus-  Czarnecki i plutonowy  Antoni Nowak. Wyjść  na powierzchnię nie  mogli, gdyż  wy-

buchy pocisków pozawalały korytarze, zaś strzelnice były za ciasne. Dziwnym trafem oca-

lała natomiast linia telefoniczna, którą łącznościowcy dociągnęli do fortu. Jeden z aparatów 

zainstalowano w kaponierze. Korzystając z niego Polacy zameldowali o swoim położeniu. 

Dowództwo brygady zapewniło, że nie zapomni o nich. Mają tylko informować, gdyby coś 

się  wydarzyło.  Żołnierze  przebiegali  znajome  podziemia.  Znaleźli  jedną  szczelinę,  przez 

którą - po rozbiciu łomami kawałka betonu - można było przecisnąć się na zewnątrz. Przez 

otwory  strzelnicze obserwowali intensywny ostrzał fortu.  Rosjan  na zewnątrz  nie dostrze-

gli. Echa wybuchów niosły się po korytarzach. Czekali na oswobodzenie. 

Wiadomość o szybkim zajęciu fortu Prałkowce i następna o wycofaniu się z niego od-

działów  X  korpusu  szybko  dotarła  do  dowódcy  11  armii.  Mimo  niepowodzenia  ocenił  on 

sytuację jako pomyślną i rozkazał artylerii torować drogę szturmującym oddziałom. 

Moździerz o kalibrze 425 mm to olbrzymia machina. Przewożono je w częściach, a do 

zamontowania potrzebny był potężny dźwig. Aby dostarczyć pociski, wkładane do lufy za 

pomocą specjalnego podnośnika, należało zbudować kolejkę na szynach. Po załadowaniu i 

zaryglowaniu  zamka  ustawiano  lufę  pod  odpowiednim  kątem  i  we  wskazanym  kierunku. 

Po tych przygotowaniach obsługa licząca około 200 kanonierów oddalała się do specjalnie 

wykonanych  schronów,  po  czym  następowało  odpalenie.  Cały  cykl  oddania  strzału  trwał 

minimum 15 minut; przy długotrwałym prowadzeniu ognia wydłużał się do pół godziny z 

uwagi na znaczne rozgrzewanie się lufy. 

Taka  właśnie  potężna  artyleria  miała  otworzyć  drogę  do  Przemyśla  austro-niemieckim 

background image

oddziałom.  Moździerze  ustawiano  przed  frontami  fortów:  IX  -  Bruner,  X  -  Orzechowce  i 

XI - Duńkowiczki. 31 maja rano otworzyły ogień. 

Patrząc  wzdłuż  linii  strzału,  pocisk  o  kalibrze  425  mm  można  dostrzec  w  czasie  jego 

lotu zarówno od strony działa, jak i celu,  gdyż jego prędkość była  stosunkowo niewielka. 

Ów błyskawiczny, rosnący  w oczach punkt, stromo spadający na ziemię, eksplodując wy-

rywał w niej lej o głębokości kilku metrów i kilkunastometrowej średnicy. Detonacja kru-

szyła wszystkie zbudowane dotychczas betonowe umocnienia. 

Obserwatorzy artyleryjscy beznamiętnie korygowali ogień, likwidując wykryte uprzed-

nio  punkty  oporu.  Na  nic  się  zdała  odwaga  rosyjskich  żołnierzy.  Ginęli,  zanim  zdążyli 

pomyśleć o śmierci. 

Generał Mackensen polecił również ostrzeliwać miasto z dalekonośnych armat oraz za-

rządził bombardowanie lotnicze. Kilka eskadr rozpoczęło systematyczne ataki na Przemyśl, 

co spowodowało znaczne straty, szczególnie wśród ludności cywilnej. 

Wojska generała Brusiłowa, zmuszone do odstąpienia, cofając się broniły uparcie każ-

dego skrawka ziemi. Przewaga strony przeciwnej była jednakże przygniatająca; Rosjanom 

zaczęło zagrażać okrążenie. Wobec nieprzygotowania garnizonu - wcześniej nie planowano 

takiej  formy  operacji  -  oraz  braku  odpowiednich  środków  technicznych  rosyjska  8  armia 

wycofała się z miasta, opuszczając fortyfikacje. 

3  czerwca  z  trzech  stron  wkroczyły  do  Przemyśla  oddziały  austriackie  i  niemieckie.  6 

czerwca  odbyła  się  uroczystość  z  okazji  odzyskania  Przemyśla  z  udziałem  austriackiego 

następcy tronu, arcyksięcia Karola, i naczelnego dowódcy wojsk austro-węgierskich. Wła-

dzę w mieście, mimo iż znajdowało się na terytorium monarchii habsburskiej, objęli jednak 

Niemcy, sojusznik pokazał, kto ma rzeczywistą władzę... 

Rozpoczęły się rządy twardej ręki, kary śmierci dla niepewnych i podejrzanych, rekwi-

zycje i konfiskaty. Wobec deficytu metali kolorowych, potrzebnych dla przemysłu zbroje-

niowego,  bez  skrupułów  zabierano  wszystkie  przedmioty  miedziane  i  mosiężne,  nawet  z 

gospodarstw domowych. Nie przepuszczano również kościelnym dzwonom. Rozpoczął się 

pruski terror. 

Tymczasem kilka armii austriackich, wspomaganych przez niemieckie dywizje, dotarło 

aż  do  rzeki  Zbrucz,  gdzie  linia  frontu  ustabilizowała  się  i  przetrwała  niemal  do  połowy 

1916  roku.  Później  nastąpiła  kolejna  ofensywa  wojsk  rosyjskich,  które  ponownie  zajęły 

background image

znaczną część wschodniej Galicji. Nie dotarły one jednak do Przemyśla. 

Wywiad rosyjski zostawił w twierdzy swoich dawnych, wypróbowanych agentów, któ-

rych przezornie  w okresie sprawowania tu rządów przez armię carską  nie zdekonspirowa-

no. Rosjanie w dalszym ciągu liczyli na dopływ ważnych informacji z zaplecza wojsk au-

striackich.  Bieg  wydarzeń  nie  pozwolił  jednak  agentom  rosyjskim  na  odniesienie  więk-

szych sukcesów. Twierdza Przemyśl już do końca I  wojny  światowej trwała  w zapomnie-

niu, gdyż znalazła się daleko od głównych kierunków strategicznych. 

Wśród znawców tematu panuje zgodna opinia, że przemyskie fortyfikacje w pełni speł-

niły  funkcje,  które  im  wcześniej  wyznaczono.  Co  prawda  rozwój  artylerii,  a  zwłaszcza 

ogromny  wzrost  siły  rażenia  sprawił,  że  nawet  wielometrowej  grubości  warstwa  lanego 

betonu  nie  wytrzymała  uderzenia  i  detonacji  wielkokalibrowego  pocisku,  jakie  zostały  po 

raz pierwszy zastosowane na początku 1915 roku, ale zdał egzamin sposób budowy umoc-

nień (kilka kondygnacji w głąb ziemi) i osłony w pancernych, obrotowych i podnoszonych 

kopułach.  Przemyśl  był  jedną  z  dziesięciu  europejskich  twierdz  -  spośród  około  dwóch 

setek istniejących - o które w latach 1914- 1918 toczyły się bezpośrednie walki i, przypo-

mnijmy to jeszcze raz, trzecią pod względem potęgi możliwości obronnych (po Antwerpii i 

Verdun). 

DZIEJE NAJNOWSZE 

W  okresie  międzywojennym  najnowsze  forty  w  części  wykorzystywano  jako  składy 

amunicji  stacjonujących  tu  jednostek  22  dywizji  piechoty  górskiej,  podlegającej  X  Do-

wództwu  Okręgu  Korpusu,  który  tu  również  miał  swą  siedzibę.  Zniszczonego  pierścienia 

fortów w doktrynie wojennej II Rzeczypospolitej nie brano pod uwagę jako punktu oporu. 

We wrześniu 1939 roku, podczas odwrotu polskich wojsk, w Przemyślu, a konkretnie w 

podziemiach  fortów  siedliskich,  usytuowano  przejściowo  sztab  armii  „Małopolska”,  którą 

dowodził  generał  Kazimierz  Fabrycy.  Linia  Sanu  miała  być  następną  rubieżą  obronną,  a 

stare forty - oparciem dla koncentracji polskich jednostek w kolejnym planie działań ofen-

sywnych. 

background image

W  Przemyślu  pracował  też  przejściowo  sztab  generała  Kazimierza  Sosnkowskiego, 

który  10  września  objął  stanowisko  dowódcy  grupy  armii  Frontu  Południowego.  Generał 

postanowił  skupić  tu  rozproszone  jednostki,  aby  ruszyć  do  obrony  zagrożonego  już  przez 

Niemców  Lwowa.  Osłonę  tego  zamierzenia  miała  zapewnić  załoga  Przemyśla  pod  do-

wództwem podpułkownika Jana Matuszka. 

Wieczorem  13  września  pod  miasto  podeszły  oddziały  niemieckie,  ale  nie  próbowały 

nacierać  z  marszu,  pamiętając  o  walorach  obronnych  twierdzy  w  okresie  I  wojny  świato-

wej. Nazajutrz na Przemyśl ruszył XVII korpus generała Kienitza, by po zaciętych walkach 

opanować  zachodni  pierścień  fortów  i  dojść  do  Sanu.  Po  silnym  przygotowaniu  artyleryj-

skim  wróg  sforsował  rzekę  i  zajął  południową  część  miasta.  Obrońcy  zatrzymali  kolejne 

uderzenie ku centrum, ale wieczorem podpułkownik Matuszek otrzymał od generała Sosn-

kowskiego rozkaz wycofania się z Przemyśla. 

22  czerwca  1941  roku,  wykorzystując  moment  zaskoczenia,  doborowe  jednostki  nie-

mieckie sforsowały San w rejonie Przemyśla, lecz na jednym zaledwie odcinku. Kontratak 

wojsk  radzieckich  odrzucił  jednak  desant  za  rzekę,  by  bronić  jej  brzegów  jeszcze  przez 

sześć dni. 

W  1944  roku  Przemyśl  stanowił  silny  węzeł  oporu,  zagradzający  drogę  nacierającym 

oddziałom radzieckim. W fortach urządzili Niemcy stanowiska ogniowe dla dział i piecho-

ty; 25 sierpnia jednostki radzieckich 1 i 2 armii pancernych usiłowały z marszu przełamać 

obronę niemiecką. W silnym ogniu, prowadzonym z zamaskowanych i osłoniętych starymi 

umocnieniami  stanowisk  dział  przeciwpancernych,  radzieckie  natarcie  załamało  się.  Do-

piero po podciągnięciu odwodów i artylerii w nocy z 26 na 27 lipca ponowiono atak. Czoł-

gi radzieckie przerwały pierścień obrony i złamały opór garnizonu niemieckiego. 

O tamtych pełnych dramatycznych wydarzeń czasach można i dziś podumać, zwiedza-

jąc niektóre dostępne forty. 

Jadąc  ku  przejściu  granicznemu  w  Medyce  warto  zboczyć  do  Siedlisk,  gdzie  leży  fort 

numer  jeden  „Salis  Soglio”.  Mimo  upływu  lat  znaczna  część  pomieszczeń  jest  w  dobrym 

stanie.  Obejrzeć  można  sale  żołnierskie,  komory  amunicyjne  z  kanałami  pionowymi,  w 

których  niegdyś  znajdowały  się  podnośniki  dosyłające  naboje do  armat  umieszczonych  w 

pancernych  kopułach.  Interesująco  przedstawia  się  wejście  do  podziemi  i  wewnętrzny 

dziedziniec, o który w 1914 roku stoczył dramatyczną walkę porucznik Swerlinga. 

background image

Wewnętrzny pierścień urządzeń obronnych przypomina usytuowana w samym  mieście 

brama  forteczna,  w  której  znajduje  się  Muzeum  Pamiątek  I  Wojny  Światowej  z  licznymi 

fotografiami, dokumentującymi budowę twierdzy i okres walk 1914- 1915. 

Do ruin fortu numer trzynaście, „San Rideau” w Bolestraszycach, prowadzi szlak tury-

styczny.  Obiekt  do  dziś  imponuje  ogromem.  Można  obejrzeć  jego  cztery  kondygnacje,  a 

także przejść długim podziemnym chodnikiem. Podziw budzą wysadzane przed kapitulacją 

granitowe  podstawy  pancernych  wież  obrotowych.  W  1926  roku  czasopismo  „Naokoło 

ś

wiata”  opublikowało  sensacyjny  artykuł  o  wydarzeniach  dotyczących  właśnie  fortu  trzy-

naście. Otóż na początku lat dwudziestych dokonano systematycznej rozbiórki przemyskich 

fortów,  wyciągając  z  nich  wszystkie  elementy  metalowe,  przeznaczone  do  hut  jako  złom. 

Prace prowadziły przedsiębiorstwa cywilne. Aby ułatwić sobie pracę, stosowano przy tym 

materiały wybuchowe. 

I oto po jednej z detonacji odsłoniło się wejście do podziemia. Powietrze było zatęchłe, 

dominowała woń amoniaku i odchodów. 

Robotnicy,  którzy  tam  zeszli,  w  świetle  latarni  ujrzeli  pomieszczenie.  Stało  tam  mnó-

stwo pootwieranych puszek po konserwach i  worki spleśniałych  sucharów,  wśród których 

uganiały  się  szczury  wielkości  kotów.  Gdy  robotnicy  weszli  dalej,  w  świetle  drgającego 

płomienia,  wśród  beczek,  skrzyń  i  śmieci,  spostrzegli  wychudzone,  niemal  nagie  widmo, 

obrośnięte  masą  siwych,  splątanych  włosów.  Stanęli  przerażeni.  Gdy  z  sąsiedniej  sali  dał 

się  słyszeć  krzyk  innych,  że  znaleziono  ludzki  szkielet,  stojąca  dotąd  nieruchomo  postać 

drgnęła,  podniosła  ręce  do  uszu  i  zaczęła  rytmicznie  kiwać  się  w  lewo  i  prawo,  wydając 

przy tym chrapliwe dźwięki. 

Na ten widok robotnicy rzucili się do panicznej ucieczki. Zawiadomili o dziwnym zna-

lezisku  policję,  której  towarzyszył  sędzia  śledczy.  Gdy  wyciągnięto  na  powierzchnię  owo 

przerażające widmo, okazało się ono żywym człowiekiem - tak słabym, że ledwo trzyma-

jącym się na nogach. Ów człowiek nie potrafił odpowiedzieć na stawiane mu pytania; wy-

dawał tylko stłumione, śpiewne dźwięki i jakieś szmery. Odwieziono go do szpitala, gdzie 

wkrótce zmarł. 

W  wyniku  dochodzenia  policyjnego  ustalono,  że  w  momencie  wysadzania  fortu  22 

marca  1915  roku  znajdowali  się  tam  dwaj  ludzie.  Wybuch  zablokował  jedyne  wyjście, 

przez  które  mogli  opuścić  podziemie.  Dzięki  zapasom  żywności  i  studni  z  wodą  jeden  z 

background image

nich przeżył osiem lat... 

Przeglądając  skrupulatnie  pomieszczenie,  w  którym  dokonano  makabrycznego  odkry-

cia, znaleziono książkę prowiantową austriackiego podoficera z zapiskami w języku rosyj-

skim.  Był  to  rodzaj  pamiętnika,  który  prowadził  uwięziony.  Wynikało  z  niego,  że  w  pod-

ziemiu  przebywali  dwaj  oficerowie  rosyjscy,  którzy  tuż  przed  kapitulacją  dostali  się  do 

niewoli, podchodząc podczas zwiadu zbyt blisko fortu. Jeden z nich miał stopień sztabska-

pitana i nazywał się Nowikow. W gorączce przygotowań do poddania twierdzy i wysadza-

nia umocnień zapomniano o nich. Gdy wybuchy odcięły im wyjście, próbowali uwolnić się, 

ale szybko stwierdzili, że bez odpowiednich narzędzi nie mają szans na wydostanie się na 

powierzchnię. Czekali  więc  na pomoc, ta jednak nie  nadeszła. Po dwóch latach Nowikow 

popełnił samobójstwo, a drugi trwał w półobłędzie. 

O tym, iż wydarzenie to miało miejsce naprawdę, świadczą relacje świadków, obecnych 

podczas wydobywania uwięzionego na powierzchnię. Sprawa ta w swoim czasie odbiła się 

szerokim  echem  na  łamach  prasy.  Pod  koniec  lat  dwudziestych  przybyło  podobno  do 

Przemyśla  kilku  oficerów,  którzy  brali  udział  w  oblężeniu,  i  chcieli  zidentyfikować  kole-

gów. Niestety, pochowano ich - jak to było wówczas w zwyczaju - za płotem cmentarnym, 

nie oznaczając miejsca wiecznego spoczynku. 

W  roku  1931  podczas  zwiedzania  fortów  siedliskich  grupa  polskich  oficerów  odkryła 

szkielety  austriackich  żołnierzy,  którzy  zginęli  przygnieceni  wysadzoną  forteczną  ścianą. 

Do  dziś  krążą  legendy,  że  niekiedy  w  starych  fortach  można  spotkać  cienie  żołnierzy  au-

striackich w pełnym umundurowaniu i z bronią, pilnujących swych poległych kolegów... 

W  Przemyślu  i  okolicy  znajdują  się  resztki  cmentarzy  wojennych  z  okresu  I  wojny. 

Wśród  pogrzebanych  tam  żołnierzy  w  mundurach  austriackich,  rosyjskich  i  niemieckich 

było także bardzo wielu Polaków, zmobilizowanych przez państwa zaborcze i walczących 

w obronie ich interesów. 

background image