background image
background image

 Stanisława Platówna

 Cień Czarnej Pani

 

- 1 -

background image

 ROZDZIAŁ I

 

Kiedy Kazimierz Krzysztoń, dyrektor Państwowego Muzeum we Wrocławiu, 

wrócił z porannego spaceru po lesie, cala rodzina zebrana na werandzie czekała już tylko 
na niego.
 

Cała rodzina - to znaczy żona Katarzyna, szczupła, młodo, zbyt młodo 

wyglądająca czterdziestoparoletnia pani, syn Konrad, student trzeciego roku architektury,
dziewiętnastoletnia córka Krysia, słuchaczka Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, 
pupilka ojca, i czarny wilczur Kali, ulubieniec wszystkich.
 

Na widok ojca wesoło wymachującego laseczką Krysia zerwała się od stołu i 

pobiegła do kuchni po dzbanki z mlekiem i kawą. Dyrektor Krzysztoń ucałował 
przelotnie policzek żony, poklepał po ramieniu syna, targnął za ucho łaszącego się psa i z 
uczuciem błogiego zadowolenia opadł na wiklinowy fotel.
 

- Doskonale robi taki poranny spacer - powiedział biorąc z rąk Krysi filiżankę 

mleka. -
 

Po powrocie do Wrocławia będę wstawał wcześniej i pół godzinki przed pracą 

poświęcę na przechadzkę.
 

To zdanie, wygłoszone między dwoma kęsami ciemnego wiejskiego chleba, 

posmarowanego złocistym miodem, wywołało swoistą reakcję. Żona uśmiechnęła się 
pobłażliwie, syn gwizdnął niedowierzająco, a córka stawiając z rozmachem na stole 
salaterkę poziomek oblanych śmietaną zaśmiała się głośno i powiedziała głaszcząc 
przymilnie ojca po zaróżowionej łysinie:
 

- Gadaj sobie zdrów, tatuńciu, słyszymy to samo od wieków, a wiadomo, że jak 

tylko wrócisz do pracy, to siedzisz przy biurku do północy, a potem mama nie może cię 
dobudzić i pędzisz do gabinetu w przekrzywionym krawacie, niedopiętej marynarce i z 
rozwianym włosem.
 

- Krystyno - przerwał jej uroczyście brat - hamuj swoją rozhulaną elokwencję i 

bądź ścisła. Azaliż nasz ojciec posiada na głowie coś, co byłoby zdolne do rozwie-wa-nia
się? -
 

wyskandował stukając łyżeczką o brzeg spodka:

 

- Głupia głowa nie łysieje - fuknął ojciec. - Chciałbym móc to samo powiedzieć o 

tobie
 

- dodał targając syna za bujny lok zwisający mu nad okiem.

 

- A w ogóle to nie siorbaj tak przy jedzeniu - wtrąciła matka. - Wydajesz odgłosy 

przypominające śniadanie w chlewiku.
 

- O rodzino! - westchnął Konrad przewracając oczyma i pakując sobie do ust 

olbrzymią porcję poziomek.
 

- Lepiej kończ to obżarstwo i zmykajmy - poradziła mu siostra zbierając naczynia

ze stołu.
 

Krzysztoń otarł usta, wyjął papierośnicę i podsunął ją żonie. Zapalili oboje i 

- 2 -

background image

milczeli chwilę patrząc, jak w ciepłym powietrzu dym układa się w poprzeczne, gęste 
smugi.
 

Krysia wyciągnęła rękę w kierunku ojcowskiej papierośnicy, ale dostała po łapie.

 

- Jak już nauczyłaś się palić, to pal swoje i nie stercz mi na widoku - ofuknął ją 

ojciec. -
 

Nie chcę patrzeć, jak zatruwasz swoje młode płuca.

 

- I jak zapaskudzasz to wonne, krystaliczne mazurskie powietrze - wydeklamował

z emfazą Konrad siadając na balustradzie werandy. Wyciągnął w stronę siostry pudełko 
Giewontów i dodał z namaszczeniem:
 

- Masz, kobieto, pal i wiedz, że brat cię nigdy nie zawiedzie.

 

- Co robicie dzisiaj? - spytała matka wstając od stołu. Wyglądała bardzo zgrabnie 

w popielatych flanelowych spodniach i niebieskiej bluzce.
 

- Jedziemy na wyspę - odpowiedziała Krysia zaciągając się pospiesznie. - Chcę 

skończyć szkice, a Konrad będzie mi pozował. A wy?
 

- Ja muszę napisać kilka listów - pani Katarzyna mówiąc to miała minę 

człowieka, który połyka gorzkie lekarstwo.
 

- Listy? Kto pisze na wakacjach listy? - zdziwił się mąż. - Nie wystarczy 

widokówka i „serdeczne pozdrowienia”?
 

- Nie, nie - broniła się słabo żona - muszę napisać do babci, do Józków, no i 

przede wszystkim do Marianów. Siedzimy tu już drugi tydzień i jeszcze nie 
podziękowaliśmy im za gościnę. To po prostu nie wypada.
 

- No tak - zgodził się mąż - nie wypada. Wobec tego ja pójdę dziś na Jarlik. Może 

przyniosę rybkę na obiad.
 

- Tatku, ostrożnie - zaśmiała się Krysia - tu nie ma w pobliżu centrali rybnej.

 

- Milcz, smarkulo, i nie wyśmiewaj się z ojca. Konrad, przestań majstrować przy 

radiu.
 

Przecież oszaleć można, tak trzeszczy.

 

- Muszę posłuchać dziennika. O wpół do dziewiątej powtarzają wiadomości. 

Zaraz przestanie trzeszczeć.
 

Rzeczywiście, głośnik chrapnął jeszcze kilka razy, zakrztusił się, a potem dał się 

słyszeć chór młodych głosów śpiewających popularnego „Karliczka”.
 

- O, „Śląsk” śpiewa - ucieszyła się Krysia i przysiadła na parapecie okna, 

spuściwszy do wnętrza pokoju swoje szczupłe opalone nogi w zgrabnych sandałkach. 
Ubrana w krótkie szorty i prostą bluzkę, wyglądała jak młody chłopak. Właściwie 
wszyscy byli do siebie podobni, choć matka była szatynką, Konrad brunetem, Krysia 
jasną blondynką, a ojciec wedle zgodnej opinii dzieci „blondynem w stanie spoczynku”.
 

Rodzice, oboje historycy sztuki zamiłowani w swoim zawodzie, byli ludźmi o 

dużej wiedzy i kulturze. Pani Katarzyna pamiętała przy tym o pielęgnacji swojej urody, 
już nie tak olśniewającej jak przed laty, ale jeszcze wciąż mogącej wzbudzać 
zainteresowanie, a jej mąż poza pracą zawodową uwielbiał teatr, rybołóstwo i mecze 
bokserskie, na których widywano go obok syna, równie podnieconego jak i dostojny 
ojciec-dyrektor. Dzieci wybrały studia zbliżone do specjalności rodziców. Konrad z 
zapałem studiował architekturę, a rysunki i studia Krysi zdradzały duży talent młodej 
dziewczyny.

- 3 -

background image

 

Stosunki między rodzicami a dziećmi miały charakter koleżeński. Łączyło ich 

wiele wspólnych upodobań, toteż w rodzinnym gronie czuli się doskonale. W ciągu roku 
mogli sobie jednak poświęcać niewiele czasu, gdyż każde z nich miało swoje zajęcia, 
rozrywki, krąg znajomych. W tych warunkach wspólne spędzanie wakacji stało się w 
rodzinie Krzysztoniów żelaznym prawem. Wyjeżdżali zawsze razem czy to w góry, czy 
nad morze.
 

Tego roku skorzystali z zaproszenia kolegi ojca, dyrektora tartaku na Mazurach, 

który wyjeżdżając, z rodziną na urlop do Zakopanego odstąpił im swoją willę położoną w
lesie, kilka kilometrów od powiatowego miasta. Wakacje zapowiadały się wspaniale. 
Pogoda była piękna, dom wygodny, skanalizowany i zelektryfikowany. Olbrzymie lasy i 
urocze jeziora zapewniały wystarczającą ilość wakacyjnych rozrywek. Mieszkając z dala 
od ludzi Krzysztoniowie nie byli pozbawieni kontaktu ze światem. Mieli radio i rower, 
którym Konrad co drugi dzień wyprawiał się do miasteczka po książki i gazety.
 

Teraz ciągle jeszcze siedział przy głośniku czekając na koniec audycji „Śląska” i 

mające nastąpić po niej wiadomości. Właśnie przebrzmiały ostatnie takty „Karolinki” i 
warszawski spiker podał dokładny czas - ósma trzydzieści. Potem dźwięcznym 
barytonem zaczął czytać dziennik poranny.
 

Najpierw wiadomości z zagranicy - strajk we Włoszech, kryzys rządowy we 

Francji, wielka katastrofa lotnicza nad Anglią, obniżka cen w Czechosłowacji. Potem 
wiadomości z kraju - fala zobowiązań podejmowanych przed świętem 22 lipca, otwarcie 
nowego domu towarowego w Warszawie...
 

Konrad zapalił nowego papierosa i rzekł do Krysi;

 

- Nic ciekawego, idziemy - i chciał zgasić radio, ale siostra przytrzymała go za 

ramię:
 

- Zaczekaj, chcę usłyszeć prognozę pogody. Spiker mówił dalej:

 

 

... obniżając tym samym koszt produkcji jednego metra tkaniny o osiemdziesiąt 

groszy,
 

co przyniesie w skali rocznej milionowe oszczędności... Z Wrocławia donoszą nam

o wyjąt-
 

kowo zuchwałej i tajemniczej kradzieży, dokonanej przed kilku dniami na terenie 

Muzeum
 

Śląskiego.

 

 

- Tatku! - krzyknęła Krysia.

 

- Cicho - ścisnął ją za ramię Konrad. Słuchali dalej w napięciu.

 

 

... nieznani sprawcy skradli obraz pędzla ucznia Louis Davida przedstawiający 

„Czarną
 

Panią”. Kradzieży dokonano w pracowni konserwatorskiej, dokąd obraz 

przeniesiono celem

- 4 -

background image

 

poddania go zabiegom renowacyjnym. Podejrzany o udział w kradzieży 

konserwator Andrzej
 

Gniewosz został zatrzymany do dyspozycji władz. Śledztwo trwa...

 

 

Zapadła cisza. Konrad machinalnym ruchem przekręcił gałkę wyłącznika. Obrócił

się i spojrzał ni ojca, który oparł się o parapet okna i stał teraz blady, skamieniały z 
wrażenia.
 

Ciszę przerwał niski głos pani Katarzyny, która roześmiała się nerwowo i 

powiedziała:
 

- Gniewosz miałby ukraść obraz, ależ to nonsens...

 

- Oczywista bzdura - dorzucił Konrad wichrząc sobie włosy - ten człowiek nie 

ruszyłby pudełka zapałek!
 

Tymczasem Krzysztoń ocknął się i powiedział krótko:

 

- Natychmiast jadę do Wrocławia. Krysiu, spakuj mi walizkę.

 

- Jadę z tobą - oświadczyła żona - Potem pomyślimy, jak spędzić resztę urlopu.

 

- No to my też! - zawołał Konrad.

 

- A wy po co? - zdziwił się ojciec.

 

- A tatuś po co jedzie? - spytała zaczepnie Krysia.

 

- No, wybacz, moja kochana, ale jeżeli na terenie powierzonej mi placówki 

popełniono tajemniczą kradzież, a w dodatku aresztują mi najlepszego konserwatora, 
kryształowego człowieka, za którego ręczę głową, to chyba nie będę siedział z 
założonymi rękami i czekał, aż wszystko samo się wyjaśni.
 

- My też jesteśmy zainteresowani sprawami muzeum i osobą An... pana 

Gniewosza -
 

Krysia tupnęła nogą i zarumieniła się.

 

- Zresztą możemy się przydać - tłumaczył pojednawczo Konrad szczypiąc 

równocześnie siostrę w ramię.
 

- No dobrze - machnął ręką Krzysztoń - w takim razie jedziemy wszyscy. Ale 

pamiętajcie, że wyjeżdżamy najbliższym pociągiem. Gdzie jest rozkład jazdy? Kasiu...
 

Ale pani Katarzyny już nie było na werandzie, za to po chwili usłyszano stuk 

wyciąganych walizek i skrzypienie otwieranych szaf. Rodzeństwo zostawiło ojca nad 
rozkładem jazdy i pomknęło spakować swoje rzeczy.
 

Kazimierz Krzysztoń zostawszy sam przesunął ręką po rozpalonym czole i 

szepnął do siebie:
 

- Andrzej...? Nigdy nie uwierzę, aby Andrzej był zdolny...

 

- 5 -

background image

 ROZDZIAŁ II

 

Andrzej Gniewosz był jeszcze słuchaczem wydziału historii sztuki i Wyższej 

Szkoły Sztuk Plastycznych, kiedy Kazimierz Krzysztoń zwrócił na niego uwagę. 
Spodobał mu się ten zdolny, zadzierzysty chłopiec, który przed komisją konserwatorów 
bronił uparcie swego zdania i w końcu wygrał batalię o fundusze na konserwację 
zabytkowej baszty w okolicach Trzebnicy.
 

Starsi studenci wydziału historii sztuki odbywali praktyki wakacyjne jeżdżąc po 

Dolnym Śląsku i wyszukując zabytkowe obiekty wymagające renowacji i opieki. 
Krzysztonia uderzył zapał i oburzenie, z jakim student Gniewosz mówił o niszczejących 
skarbach architektury i malarstwa, które można by przed zniszczeniem uchronić. A kiedy 
dowiedział się, że Andrzej ubocznie studiuje sztukę renowacji i konserwacji obrazów, 
zaproponował mu posadę w Muzeum.
 

Działo się to przed kilku laty. Dziś Andrzej Gniewosz był magistrem, autorem 

kilku ciekawych prac o malarstwie śląskim i jednym z najzdolniejszych konserwatorów 
w Polsce.
 

Dość powiedzieć, że jako ceniony specjalista brał udział w naprawianiu i 

konserwowaniu
 

Hołdu pruskiego, który był ukrywany podczas okupacji i uległ poważnym 

uszkodzeniom.
 

Cała rodzina Krzysztoniów lubiła tego poważnego przystojnego chłopca, a Krysia

- co tu dużo mówić - była w nim na zabój zakochana, kto wie, czy nie z wzajemnością.
 

Krzysztoń darzył Andrzeja ogromnym zaufaniem i powierzał mu poważne, 

odpowiedzialne prace ku niezadowoleniu innych pracowników muzeum, którzy 
pomawiali Gniewosza o świadome wykorzystywanie sympatii dyrektora. Ponadto 
Andrzej, jako kierownik grupy konserwatorów, był bardzo wymagający, a to również 
gniewało niektórych pracowników, bo wiadomo, że ludzie wolą zwierzchników 
patrzących przez palce na słabości i niedociągnięcia podwładnych.
 

Przed wyjazdem na urlop, jeszcze w początkach czerwca, Krzysztoń wspomniał 

Gniewoszowi, że wiszącemu w głównej sali portretowi Czarnej Pani przydałby się lekki 
„zabieg kosmetyczny”.
 

Gniewosz przyjrzawszy się bliżej obrazowi stwierdził, że farba odprysła w kilku 

miejscach, że niektóre partie portretu są lekko zabrudzone i popękane, postanowił więc 
poddać obraz renowacji. Portret został zdjęty, a na jego miejsce powieszono krajobraz 
wiejski pędzla nieznanego malarza holenderskiego z XVIII wieku.
 

Konserwacja obrazu jest pracą bardzo żmudną, wymagającą wielkiego nakładu 

czasu i cierpliwości, zwłaszcza jeżeli trzeba zdrapywać pokłady starej farby, pod którą 
kryje się właściwe malowidło. Czarna Pani nie wymagała jednak takich zabiegów. 
Należało tylko wymyć dokładnie portret specjalną mieszanką, następnie miejsca, w 
których farba odprysła wskutek zbytniego wyschnięcia, nasycić zastrzykami 

- 6 -

background image

tłuszczowymi. Potem uszkodzone miejsca należało wypunktować, to znaczy wyrównać 
idealnie powierzchnię obrazu nakładając warstwę specjalnego kitu. Po przeprasowaniu 
powierzchni konserwator mógł przystąpić do najtrudniejszej części pracy, to znaczy 
domalowywania w miejscu uszkodzonym, identyczną farbą i techniką, brakujących 
fragmentów. Na ogół uszkodzenia nie były duże. Odprysnął ułamek ręki, kilka 
odprysków krył również sznur pereł i ciemny lok puszystych włosów leżących na białym 
czole Czarnej Pani. Wszystko to były drobiazgi dla pewnej ręki i bystrych oczu Andrzeja.
Poważne trudności nastręczał jedynie odprysk znajdujący się w lewym kąciku ust. Tu 
trzeba było pracować z całą ostrożnością i precyzją, aby ani na jotę nie zepsuć 
tajemniczego, leciutkiego uśmieszku, który snuł się wokół małych, wąskich warg 
kobiety.
 

Andrzej raz po raz przerywał pracę, odstępował kilka kroków od sztalug i 

przechyliwszy głowę patrzył na rezultat swoich zabiegów. Uśmiechał się przy tym. 
Czarna Pani podobała mu się.
 

Portret nie był może arcydziełem, ale urok drobnej, białej twarzy okolonej 

puklami czarnych włosów, przeplecionych według ówczesnej mody sznurami pereł, był 
nieprzeparty.
 

Jakieś szczególne, jedyne pochylenie głowy osadzonej na wysokiej, szczupłej 

szyi, czysta linia głęboko odkrytych ramion i smukłość niedbale splecionych palców 
trzymających z wdziękiem egzotyczny kwiat o dziwacznie poskręcanych płatkach 
czyniły z tej namalowanej kobiety istotę niemal żywą.
 

Andrzej odczuwał jak gdyby zmysłową radość krzyżując swój wzrok z jej 

oczami, które patrzyły prosto przed siebie, gdzieś poza mury pokoju, łagodnym 
spojrzeniem błękitnoszarych źrenic.
 

Praca dobiegała końca.

 

Teraz należało odczekać, aż świeżo zamalowane miejsca wyschną, zdjąć obraz z 

blejtramu, przeprasować go w celu wyrównania powierzchni i zawerniksować.
 

Ramy obrazu odświeżono również w pracowni stolarskiej i już wkrótce, 

wypełnione postacią kobiety w czarnej dekoltowanej sukni, miały zawisnąć na ścianie 
głównej sali muzeum.
 

Tego wieczoru Andrzej wróciwszy z pobliskiego baru, gdzie stołował się podczas 

nieobecności Krzysztoniów, postanowił raz jeszcze zajść do pracowni konserwatorskiej, 
aby sprawdzić, czy świeżo podklejone pod obraz płótno wyschło dobrze i czy będzie 
można naciągnąć portret na blejtram bez obawy rozdarcia.
 

Idąc ciemnym korytarzem lewego skrzydła muzeum, nie zapalał światła. Znał 

każdy kąt. Tu przecież mieściło się mieszkanie Krzysztoniów, jego własny pokój i pokoje
dwóch asystentów. Klucze od pracowni konserwatorskiej Andrzej nosił zawsze przy 
sobie. Wprawdzie istniał przepis mówiący, że wszystkie klucze mają być na noc 
oddawane do dyżurki woźnego, ale Krzysztoń pozwolił Andrzejowi dorobić sobie drugi 
klucz do pracowni, aby chłopak mógł swobodnie pracować o każdej porze.
 

Lekkie kroki Gniewosza tłumił gruby kokosowy chodnik, pokrywający podłogę 

korytarza. Było cicho i spokojnie. Przez otwarte zakratowane okna wychodzące na ogród 
płynęła świeża woń nocnego chłodu. Andrzej przystanął przy jednym z nich i zapalił 
papierosa. Patrzył chwilę za wyrzuconą zapałką, która przecięła ciemność jak 

- 7 -

background image

miniaturowa kometa i, ciągnąc za sobą siny warkoczyk dymu, zgasła. Gniewosz nie 
wiadomo dlaczego pomyślał o Krysi. Zatęsknił nagle za wieczorami spędzanymi u 
Krzysztoniów, za matczynym spojrzeniem pani Katarzyny, za poważnymi dyskusjami z 
dyrektorem, za uśmiechem Krysi.
 

Krysia - Krystyna - Namacał list szeleszczący w kieszeni marynarki...

 

W tej chwili ktoś uchylił drzwi po przeciwnej stronie korytarza. Trzasnął 

wyłącznik, zapłonęło światło. Andrzej drgnął i obrócił się gwałtownie jak ktoś 
przyłapany na brzydkim uczynku.
 

- Ach, to ty - powiedział asystent Leon Piliński wyszedłszy na próg swego 

pokoju. -
 

Myślałem, że jakiś włamywacz. Cóż to, marzysz?

 

- Tak... nie... głowa mnie rozbolała - odpowiedział zmieszany Andrzej. - 

Dobranoc.
 

Skinął głową koledze i zgasiwszy światło poszedł ku drzwiom prowadzącym do 

pracowni.
 

Pracownia konserwatorska Andrzeja składała się z dwóch pokoi. W pierwszym, 

małym, mieścił się gabinet, drugi, bardzo duży o trzech oknach opatrzonych mocną kratą,
był właściwą pracownią. Otwierając drzwi Andrzej poczuł ostry zapach farby, werniksu, 
spirytusu i oliwy. Wciągnął głęboko w płuca ten konglomerat woni. Tu czuł się dobrze. 
Jakże nienawidził tamtej administracyjnej roboty, .papierków, sprawozdań, akt, których 
przybywało z dnia na dzień.
 

Zamknął drzwi i automatycznym ruchem przekręcił zatrzask yalowskiego zamka. 

Nie zapalając światła w gabinecie rzucił na biurko marynarkę i wszedł do pracowni.
 

Przekręcił kontakt i zaraz na progu powitał go uśmiech Czarnej Pani. Portret leżał

na stole na wprost drzwi.
 

Andrzej podszedł do obrazu. Troskliwie badał każdy centymetr podklejonego pod

portret płótna. Wreszcie wyprostował się uradowany. Klej wysechł świetnie. Można 
będzie przystąpić do naciągania obrazu na blejtram. Podparł płótno jakimiś książkami 
leżącymi na stole i odstąpiwszy kilka kroków w tył zapatrzył się na portret Czarnej Pani. 
Jakże była piękna!
 

- Widzisz, kochana - powiedział cichutko - gdyby nie my, leżałabyś sobie gdzieś 

w ruinach i dziś już pewnie nie byłoby śladu z twojej urody. A tak jesteś na zawsze 
piękna i młoda.
 

Przysunął sobie krzesło i usiadł. Ale zaraz potem wstał i otworzył szeroko ledwo 

uchylone okno. Pracownia wychodziła na południowy zachód i przez cały dzień była 
pełna słońca.
 

Toteż nawet wieczorem panował tu upał.

 

Wpatrzony w Czarną Panią, Andrzej przypominał sobie historię odnalezienia 

portretu.
 

Dokonał tego sam Krzysztoń. Wędrując po Dolnym Śląsku zaraz w pierwszych 

gorących miesiącach powojennych wydarł obraz z rąk szabrowników w Kłodzku. 
Dowiedział się, że portret znaleźli w zburzonym pałacu, w miejscowości lezącej 
kilkanaście kilometrów na zachód od Kłodzka.
 

Krzysztoń zabrał portret i przekazał władzom wojewódzkim we Wrocławiu. 

- 8 -

background image

Wkrótce potem został dyrektorem nowootwartego Muzeum Śląskiego i Czarną Panią 
powiesił na honorowym miejscu. Nie sposób było ustalić, kim jest piękna kobieta 
namalowana prawdopodobnie przez jednego z uczniów Davida. Pozostała więc Czarną 
Panią i pod tą romantyczną nazwą figurowała w inwentarzu muzeum.
 

Andrzej podniósł się i podszedł znowu do portretu. Nagle zaklął ze złością. Jakże 

mógł nie zauważyć! Oglądał przecież obraz tak dokładnie. A jednak nie ulegało 
wątpliwości - w prawym górnym rogu płótno było przyklejone nierówno, zmarszczone 
jak stare jabłko.
 

„Że też nigdy nie można się nikim wyręczyć” myśli ze złością Gniewosz. „To 

Janusz miał podkleić obraz. No i spartaczył robotę aż miło. Dobrze, że zauważyłem błąd 
przed naciąganiem płótna, bo wtedy pęknięcie mogłoby się niebezpiecznie poszerzyć”.
 

Andrzej ogląda teraz starannie spękane brzegi obrazu. Właśnie dla wzmocnienia 

tych brzegów kazał cały obraz podkleić. I proszę! Cala robota na nic!
 

W tym momencie w sąsiednim pokoju zadzwonił telefon. Andrzej obejrzał się 

zdziwiony. Któż to mógł o tej porze dzwonić do muzeum? Potem przyszło mu na myśl, 
że telefon może być od Krzysztonia i skoczył jak oparzony do gabinetu. Ale w słuchawce
zabrzmiał zupełnie obcy głos pytający o dyrektora muzeum lub jego zastępcę. Mówił 
dyrektor technikum handlowego. Uczniowie znaleźli na strychu szkoły obraz wedle 
wszelkiego prawdopodobieństwa bardzo cenny. Czy ktoś z muzeum nie mógłby 
przyjechać na miejsce w charakterze eksperta?
 

Andrzej skrzywił się. Znał te alarmy wzywające pracowników muzeum do byle 

kiczu, który komuś wydał się dziełem Rembrandta.
 

- Teraz? - Spojrzał na zegarek. - Jest za piętnaście dziesiąta. Czy nie wystarczy 

jutro rano? Zresztą przy sztucznym świetle nie mogę ręczyć za wynik ekspertyzy. Proszę 
podać adres. Przyjadę jutro rano.
 

Głos w słuchawce nie myślał zrezygnować. Nudził jeszcze chwilę opisując 

biblijną tematykę obrazu, jego rozmiary i koloryt. Andrzej słuchał ze znudzeniem 
przerzucając machinalnie kartki leżącej na biurku książki telefonicznej. Wtem w 
słuchawce coś zawarczało, stuknęło i zaległa cisza. Andrzej krzyknął jeszcze parę razy 
„hallo”, wreszcie zniechęcony odłożył słuchawkę.
 

„Nie podał mi adresu” pomyślał wchodząc do pracowni, „ale chyba zadzwoni 

jeszcze raz”.
 

W kilka minut potem usypiającego już asystenta Pilińskiego poderwało z łoża 

gwałtowne stukanie. Boso, w pidżamie podbiegł do drzwi i otworzywszy je zobaczył 
bladego jak ściana Gniewosza, który bełkotał:
 

- Znikła! Czarna Pani znikła!

 

- 9 -

background image

 ROZDZIAŁ III

 

Rodzina Krzysztoniów przerwawszy w tak gwałtowny i przykry sposób urlop 

przyjechała do Wrocławia dobrze po północy. Mimo późnej pory w hallu oczekiwał ich 
asystent -
 

Leon Piliński powiadomiony depeszą o przyjeździe zwierzchnika. On też 

pierwszy opowiedział Krzysztoniom o przebiegu wypadków.
 

Siedząc w głębokim klubowym fotelu Krzysztoń z rosnącą niechęcią słuchał 

monotonnej, namaszczonej gadaniny Leona, który nawet nie starał się ukryć satysfakcji, 
jaką dawało mu położenie Gniewosza. Zresztą trzeba przyznać, że opowiadał 
wyczerpująco i dokładnie.
 

-... Więc kiedy zostałem obudzony przez kolegę Gniewosza i poinformowany 

przez niego, że portret Czarnej Pani znikł - tu Piliński uśmiechnął się ironicznie i zrobił 
pauzę, w czasie której Krysia zdążyła mu posłać nienawistne spojrzenie - natychmiast 
pobiegliśmy do telefonu, aby zawiadomić milicję. Kazano nam zabezpieczyć pokój, w 
którym dokonano kradzieży, i nie rozpoczynać poszukiwań na własną rękę. Milicja 
przyjechała dopiero około godziny pierwszej po północy. Od dziesiątej czekaliśmy 
wszyscy w gabinecie pana dyrektora -
 

wszyscy, to znaczy ci, którzy przebywali na terenie muzeum w momencie 

dokonania kradzieży. Asystent Jarecki jest na urlopie, jak panu dyrektorowi wiadomo, i 
młodszy woźny Kulesza również. Byliśmy więc we czwórkę: kolega Gniewosz, ja, 
woźny Marzec i jego żona.
 

- Chwileczkę - przerwała mu pani Kasia - napijemy się chyba czegoś gorącego - 

rzekła zwracając się do męża. - Krysiu, zaparz kawę. Maszynka jest w granatowej 
walizce, a kawa w mojej torbie.
 

Szybko i zgrabnie ustawiała na stoliku filiżanki i kieliszki.

 

- Jesteśmy po czternastogodzinnej podróży i szalenie nas poruszyła ta historia - 

ciągnęła wyjmując z kredensu flaszkę cherry brandy i uśmiechając się w odpowiedzi na 
pytające spojrzenie Pilińskiego. Nierad z tej dygresji, która przerwała mu tok 
opowiadania, Piliński ciągnął dalej:
 

- Natychmiast po przyjeździe milicji (pofatygował się do nas sam komendant 

naszej dzielnicy) kolega Gniewosz złożył zeznania. Kradzieży dokonano podczas jego 
bytności w pracowni, ściśle mówiąc w przylegającym doń gabinecie. Gniewosz 
sprawdzał suchość podklejonego płótna i tę czynność przerwał mu telefon. Dzwonił 
rzekomo dyrektor technikum handlowego prosząc o ocenę znalezionego przez uczniów 
obrazu. Przyzna pan, panie dyrektorze, że to bardzo niezręczne...
 

- Co? - spytał ostro Krzysztoń patrząc w oczy Pilińskiemu.

 

Ale asystent nie zmieszał się:

 

- No, ta historyjka z telefonem. Natychmiast sprawdzono, że żaden dyrektor nie 

dzwonił do muzeum i że w żadnej szkole nie znaleziono cennego obrazu.

- 10 -

background image

 

- Telefon mógł służyć do wywabienia Gniewosza z pracowni - wtrącił Konrad.

 

Piliński pokiwał litościwie głową i nie zwracając uwagi na słowa młodego 

człowieka ciągnął dalej:
 

- Następnie Gniewosz zeznał, że wróciwszy do pracowni nie zastał obrazu na 

stole.
 

Przez chwilę przeszukiwał pokój sądząc, że może wiatr zrzucił go na podłogę, 

potem pobiegł do mnie i narobił alarmu. Na zapytanie komendanta, co robił w pracowni 
o tak późnej porze, kolega Gniewosz odpowiedział, że pracując nad odświeżaniem 
portretu Czarnej Pani chciał sprawdzić, czy klej dobrze wysechł, jakkolwiek przyznał, że 
mógł to równie dobrze zrobić nazajutrz rano. W pracowni przebywał, jak sam podał,. od 
godziny 2125 do 2145. Dalej kolega Gniewosz zeznał, że wchodząc do pracowni 
zamknął drzwi na zatrzask oraz że nie słyszał żadnych podejrzanych odgłosów ani na 
korytarzu, ani w ogrodzie. Po tych zeznaniach przesłuchano świadków, czyli nas troje. 
Marzec i jego żona nic nie mogli powiedzieć. Twierdzą, że położyli się wcześnie spać, 
przed dziewiątą, i nie słyszeli, kiedy kolega Gniewosz wrócił.
 

Zresztą ma on, jak panu dyrektorowi wiadomo, własny klucz od bramy - Piliński 

uśmiechnął się z satysfakcją. Ten klucz był im solą w oku, jemu i asystentowi 
Jareckiemu, gdyż wracając późno musieli dzwonieniem alarmować woźnego. Pomyślał 
też, że wszystkie ułatwienia i ustępstwa robione Gniewoszowi przez Krzysztonia 
zwracają się przeciwko dyrektorskiemu pupilkowi.
 

- Tak więc Marcowie spali, zostali zbudzeni dopiero przeze mnie i nic 

konkretnego do sprawy nie wnieśli. Za to ja... - Piliński jak gdyby się zawahał i ułożył 
twarz w grymas cierpienia.
 

- No, co pan? - przynaglił go Krzysztoń.

 

- Ja mimo woli źle przysłużyłem się koledze Gniewoszowi - wyznał asystent 

wzdychając. - Gdy komendant zapytał mnie, kiedy po raz ostatni widziałem Gniewosza i 
jakie odniosłem wrażenie, odpowiedziałem zgodnie z sumieniem, choć wiedziałem,, że to
go dodatkowo obciąży.
 

Przerwał, znów westchnął i ciągnął dalej sztucznie poważnym i smutnym głosem:

 

- To bardzo przykre obciążyć kolegę, z którym się przepracowało parę lat, 

któremu się ufało i którego się szanowało i ceniło. Ale cóż, dla dobra prawdy... - 
potrząsnął głową i ciągnął dalej już raźniejszym tonem: - Zeznałem zgodnie z prawdą, że 
po raz ostatni widziałem kolegę Gniewosza kilka minut przed godziną 2130. Czytałem 
książkę w swoim pokoju, kiedy usłyszałem na korytarzu szmer kroków. Wyszedłem więc
i zapaliłem światło. Kolega Andrzej stał przy oknie paląc papierosa i na mój widok jakby 
się zmieszał. Kiedy spytałem go, co tu robi, nie umiał wyraźnie odpowiedzieć. Bąkał coś 
niezrozumiale, wreszcie powiedział, że boli go głowa i podbiegłszy do wyłącznika zgasił 
światło. Wyglądało to, jakby chciał przede mną ukryć wyraz swojej twarzy, która... 
Przykro mi, że muszę to stwierdzić, panie dyrektorze, ale odniosłem wrażenie, że kolega 
Gniewosz był mocno podenerwowany, a moje zjawienie się wyraźnie go zmieszało, 
powiedziałbym nawet przeraziło. Zaraz potem pobiegł do pracowni.
 

- To wszystko brzmi bardzo przekonywająco, panie magistrze - powiedziała 

Krystyna podchodząc do stołu i nalewając kawę do filiżanek - ale nie rozumiem, w jakim
stopniu pańskie wrażenia czy insynuacje mogą obciążać pana Gniewosza. Pan - 

- 11 -

background image

podkreśliła mocno to słowo głosem i spojrzeniem - chyba nie wierzy w udział pana 
Andrzeja w tej całej aferze?
 

- Chciałbym, panno Krysiu, bardzo chciałbym nie wierzyć, ale... Niech państwo 

sami osądzą, odrzuciwszy na chwilę wszystkie osobiste sympatie i przekonania, czy 
zachowanie Gniewosza może budzić podejrzenia czy też nie.
 

Krzysztoń usłyszawszy słowo „sympatie” żachnął się, ale żona uspokoiła go 

spojrzeniem. Piliński zamieszał pedantycznie cukier w filiżance, potem dwoma łykami 
wypił kawę i wyskrobawszy resztkę słodyczy osiadłej na spodzie oblizał dokładnie 
łyżeczkę.
 

„Obrzydliwiec” pomyślała Krystyna patrząc ze wstrętem na tłuste, białe ręce 

Pilińskiego, porośnięte na przegubach gęstymi, bardzo jasnymi włosami. Nie odrywała 
wzroku od tych rąk, które były w ciągłym ruchu. To poprawiały węzeł krawata, to 
muskały nienagannie przyczesaną fryzurę, to bawiły się łyżeczką lub opróżnionym 
kieliszkiem. Krótkie palce zakończone kwadratowymi paznokciami były brzydkie, a 
Krystyna bardzo lubiła ładne męskie dłonie.
 

W tej chwili Konrad pochylił się ku niej i szepnął:

 

- Dałbym mu chętnie w mordę.

 

- Daj!

 

Konrad podniósł się. Krysia przytrzymała go za brzeg wiatrówki.

 

- Oszalałeś?

 

- Powiedziałaś, żeby mu dać.

 

- Uspokój się.

 

Piliński zaczął teraz mówić szybko, nerwowo stukając łyżeczką o brzeg spodka:

 

- Po pierwsze: Gniewosz o wpół do dziesiątej udaje się do pracowni, choć sam 

przyznaje, że nie było to konieczne. Po drugie: jest zdenerwowany i podniecony, co nam, 
znającym jego spokojne usposobienie, musi się wydać co najmniej dziwne. Po trzecie: 
zeznaje, że drzwi wejściowe zamknął na zatrzask, a więc wykluczamy wtargnięcie od 
strony korytarza. Zresztą wejście do pracowni prowadzi tylko przez gabinet, a trudno 
przypuścić, aby ktoś mógł wejść bezszelestnie i nie zwrócić uwagi Gniewosza, nawet 
gdyby ten telefonując stał tyłem do drzwi. Po czwarte: włamanie przez okno odpada. 
Milicja zbadała dokładnie wszystkie okna i stwierdziła, że kraty są nie naruszone, bardzo 
mocne i tak gęste, że nawet wątłe dziecko nie mogłoby się między nimi przecisnąć. 
Mimo woli nasuwa się inna wersja. Ktoś stał pod oknem i pochwycił obraz, który 
zrzucono mu z góry.
 

- Panie Leonie, czy pan ma dobrze w głowie - krzyknął Krzysztoń. - Przecież 

Czarna Pani ma wymiary sto dwadzieścia na osiemdziesiąt. Nawet gdyby pańskie 
niedorzeczne podejrzenie było słuszne, to przecież jest fizyczną niemożliwością, aby tak 
duży obraz, nawet bez ram, można było przecisnąć przez kratę.
 

Piliński uśmiechnął się niemal radośnie.

 

- Oczywiście, że to jest niemożliwe, panie dyrektorze. Natomiast obraz zdjęty z 

blejtramu można zwinąć w rulon, a wtedy przesunięcie go przez kratę jest fraszką.
 

- Cóż to znaczy? - spytała blednąc pani Katarzyna.

 

- To znaczy, że kolega Gniewosz nie pozwolił napiąć obrazu na blejtram, bo 

rzekomo nie wysechł dostatecznie. Zresztą, jeżeli chodzi o ścisłość, to oglądałem portret 

- 12 -

background image

tego samego dnia rano i zauważyłem, że jest zupełnie suchy. Powiedziałem o tym 
koledze Gniewoszowi, ale nie przyznał mi racji. Teraz już wiem, dlaczego.
 

- No dobrze - zawołała gorączkowo Krysia - gdyby nawet tak było, to ktoś musiał

stać pod oknem i odebrać obraz. Czy nie znaleziono żadnych śladów?
 

- Niestety, droga panno Krysiu, moment i miejsce zostały dobrze wybrane. Od 

dawna nie padały deszcze, a sucha ziemia, zwłaszcza wysypana żwirem, nie zachowuje 
żadnych wklęśnięć czy innych śladów. Jak pani zapewne wiadomo - uśmiechnął się 
złośliwie - pod oknem pracowni kolegi Andrzeja ciągnie się szeroka żwirowana ścieżka.
 

- Po pierwsze, proszę mnie nie nazywać „drogą panną Krysią” - zawołała ze 

złością młoda malarka - a po drugie, dlaczegóż to specjalnie ja mam wiedzieć, co 
znajduje się pod oknem pracowni pana Gniewosza? - spytała zaczepnie patrząc w szare, 
wodniste oczy Pilińskiego.
 

- Ot te wyjaśnienia zaprowadziłyby nas za daleko, łaskawa pani - skłonił się 

sztywno Piliński.
 

- Cóż to ma znaczyć, panie magistrze? - spytała ostro pani Krzysztoniowa patrząc 

równocześnie badawczo na córkę.
 

- Och, nic, pani dyrektorowo, to tylko mała dygresja. Ale kończąc listę faktów 

obciążających kolegę Gniewosza - Piliński zwrócił się do Krzysztonia - trzeba tu dodać 
jeszcze jedno.
 

- No, cóż takiego? - spytał niechętnie Krzysztoń.

 

- Czy panu wiadomo, że Gniewosz ma zagranicą ojca, ściśle mówiąc w Holandii?

 

- Tak - skinął głową dyrektor - nie ukrywał tego. Ojciec rozszedł się z jego matką 

już na początku wojny. Potem został aresztowany i siedział, o ile sobie przypominam, w 
Dachau.
 

Stamtąd powędrował na Zachód.

 

- A czy pan wie, czym się trudnił?

 

- Oczywiście. To historyk sztuki i niezły grafik.

 

- Tak - skinął głową Piliński - a od paru lat jeden z kustoszów Muzeum 

Królewskiego w Hadze.
 

- Panie Leonie, naprawdę nie rozumiem, jaki to może mieć związek z Andrzejem 

i kradzieżą Czarnej Pani. Andrzej od dawna zerwał stosunki z ojcem. Nie widzieli się od 
1943 roku, nie korespondują...
 

- Czy jest pan tego zupełnie pewny, panie dyrektorze? Bo ja nie, zwłaszcza kiedy 

zobaczyłem znalezione podczas rewizji w pokoju Gniewosza trzy koperty ze znaczkami 
holenderskimi, ostatnia sprzed dwóch tygodni - zasyczał Piliński spoglądając tryumfalnie
po zebranych.
 

Dyrektor Krzysztoń z przygnębieniem podniósł oczy na asystenta:

 

- Same koperty, powiada pan, a gdzie listy?

 

- Otóż to - wykrzyknął Piliński. - Gniewosz, twierdzi, że zawsze niszczy 

korespondencję, więc zniszczył i te listy, a koperty zachował, aby je ofiarować jakiemuś 
znajomemu chłopcu, który zbiera znaczki. Teraz jeżeli przyjmiemy, że ojciec, pracownik 
muzeum, porozumiewa się z synem w sprawie obrazu... za który zagranicą można dostać 
dużo, dużo dolarów... to... - cedził powoli Piliński obserwując z zadowoleniem bolesny 
grymas, który ściągnął pobladłą twarzyczkę Krysi.

- 13 -

background image

 

- Bzdura, panie magistrze! - wybuchnął Krzysztoń. - Gdyby nawet tak było, choć 

nie wierzę w to ani przez sekundę, to dlaczego wybraliby właśnie Czarną Panią, która nie
należy do najcenniejszych eksponatów? Dlaczego nie obraz jakiegoś sławnego malarza 
czy choćby bezcenne średniowieczne relikwiarze, które są znacznie łatwiejsze do 
wyniesienia?
 

- To już pozostanie tajemnicą złodzieja, tajemnicą, którą mam nadzieję uda się 

nam wyświetlić - powiedział Piliński wstając. - W każdym razie, jeżeli pan nie uznaje 
tych wszystkich faktów za wystarczające obciążenie, to jednak milicja była przeciwnego 
zdania; zastosowano areszt prewencyjny, gdyż ani sytuacja kolegi Gniewosza, ani jego 
postawa moralna nie dają dostatecznych gwarancji.
 

- O czym pan mówi, panie Piliński? - spytał Krzysztoń groźnie marszcząc brwi.

 

- O tym już pana dyrektora poinformują władze śledcze. Dobranoc. Moje 

uszanowanie paniom.
 

- A to łajdak! - powiedział dyrektor Krzysztoń i ku zdumieniu rodziny wypił dwa 

kieliszki wiśniówki, jeden po drugim.
 

- 14 -

background image

 ROZDZIAŁ IV

 

Pani Katarzyna obudziła się z bijącym sercem i śladami łez na policzkach. 

Usiadła na łóżku i pomyślała gorączkowo: „Zaraz, zaraz, co to za sen miałam?” 
Usiłowała wyplątać z gęstwiny nocnych majaczeń jakiś ukryty sens, ułożyć oderwane 
obrazy w logiczną całość.
 

Jakoś nie szło. Zniechęcona opadła na poduszki.

 

W sąsiednim pokoju zaskrzypiała podłoga, uchyliły się lekko drzwi. Mąż, ubrany 

do wyjścia, zajrzał ostrożnie w głąb zaciemnionego pokoju.
 

- Ja nie śpię, nie śpię - powiedziała prędko pani Kasia chowając nieznacznie pod 

kołdrę papierosa, którego właśnie miała zamiar zapalić. Kazik zawsze gderał, kiedy paliła
na czczo.
 

Mąż wszedł do pokoju, rozsunął firanki i otworzył szeroko okno uchylone na noc.

Usiadł na brzegu łóżka.
 

- Idę na milicję i do prokuratury - powiedział - może uda mi się uzyskać 

zwolnienie Andrzeja za poręczeniem czy kaucją. No, i może dowiem się czegoś w 
sprawie śledztwa.
 

Pani Katarzyna z troską spojrzała na ciemne koła pod oczami męża. Źle wygląda. 

Zdenerwował się i przejął. A już zaczął przychodzić do siebie po paru dniach 
wypoczynku. Pogładziła go z czułością po ręce.
 

- Tylko, Kaziu, proszę cię, panuj nad sobą - powiedziała cicho - irytacja może ci 

zaszkodzić.
 

- Dobrze, dobrze - mruknął niedbale - już chyba gorzej się nie zirytuję niż 

wczoraj przez tego łotra Pilińskiego.
 

- Nie wiesz, dzieci już wstały? - spytała sięgając po szlafrok.

 

- Spotkałem się z Konradem w łazience. Szedł do Kryśki. Płakała całą noc czy 

coś takiego - powiedział niepewnie unikając wzroku żony.
 

- Pójdę do niej - poderwała się pani Kasia wkładając szlafrok i szukając pod 

łóżkiem pantofli.
 

Wyszli razem. Krzysztoń skręcił ku drzwiom wejściowym, a pani Katarzyna 

minąwszy korytarz i alkowę, która służyła za skład domowych rupieci, przystanęła pod 
drzwiami pokoju córki. Nadsłuchiwała chwilę. Za drzwiami panowała zupełna cisza. 
„Może śpi?” pomyślała.
 

Ale już w następnej chwili usłyszała szmer głosów i coś jakby pochlipywanie. 

Zapukała lekko i weszła. Krysia leżała jeszcze, a Konrad przycupnął na brzegu tapczanu. 
Jeden rzut oka wystarczył pani Katarzynie, aby stwierdzić, że córka przepłakała, jeżeli 
nie całą noc, to w każdym razie kilka godzin. Ładna, drobna twarz Krysi była 
zapuchnięta, oczy czerwone i podkrążone, a nos nabrzmiały i świecący. „Przecież ta mała
jest zakochana w Andrzeju” pomyślała pani Kasia. „Nie rozpaczałaby tak po kimś 
sympatycznym, lecz obojętnym. Ale dlaczego mi nic o tym nie powiedziała” - 

- 15 -

background image

rozgniewała się nagle - „przecież nie zabraniałabym jej... wręcz przeciwnie”.
 

Potem przypomniała sobie, że ona też ukrywała przed matką swoje uczucie do 

Krzysztonia. Młode dziewczęta już są takie... Podeszła do tapczanu i siadając z drugiej 
strony pogładziła córkę po zwichrzonych włosach.
 

Tymczasem Konrad wstał z tapczanu i pokręciwszy się chwilę po pokoju 

powiedział:
 

- Mój nos węszy poufne zwierzenia między matką a córką, a mój żołądek domaga

się czegoś treściwszego. Czy można w tym domu liczyć na odrobinę strawy innej niż 
duchowa?
 

- Obawiam się, że nie, Adziu - zaśmiała się matka. - Chyba, że pójdziesz do 

sklepu po masło i bułki.
 

- Cóż robić - westchnął syn - wolę to niż śmierć głodową.

 

- Weź pieniądze z mojej torebki. Leży na toalecie. I kup papierosów - krzyknęła 

za wychodzącym synem. Spojrzała na Krysię, która odwróciła twarz w kierunku okna, 
aby ukryć przed matką łzy natrętnie napływające do oczu. Dziewczyna usiłowała nawet 
uśmiechnąć się, ale usta jej skrzywiły się tylko boleśnie. Matkę wzruszyło to bardzo. 
Pochyliła się i obejmując córkę spytała miękko:
 

- Tak bardzo go kochasz?

 

I aż przeraziła się wybuchu nagłego, gwałtownego szlochu, który wstrząsnął 

drobną postacią córki. Sama poczuła łzy w oczach. Przez chwilę siedziały tak objęte 
ramionami. Po paru minutach łkania Krysi zaczęły cichnąć, ramiona nie trzęsły się już 
febrycznie. Wreszcie Krystyna wytarła energicznie nos i oczy chusteczką wyjętą spod 
poduszki i przełknąwszy posłusznie kilka łyków wody podanej przez matkę uśmiechnęła 
się blado i powiedziała:
 

- Jestem straszna beksa, matuś, ale jeżeli myślisz, że płaczę z żalu czy z tęsknoty, 

to się grubo mylisz. Płaczę ze złości. Jestem wściekła, wściekła! - mówiąc to uderzała 
gniewnie pięścią w Bogu ducha winną poduszkę. - A tego Pilińskiego rozszarpałabym na 
kawałki -
 

krzyknęła. - Wstrętny, podły gad! Mści się na Andrzeju za to, że jest mniej 

zdolny, że jest głupszy, że ja... - urwała nagle i spojrzała na matkę.
 

- Mamuś, ale nie powiesz nic ojcu?

 

- Bądź spokojna.

 

- Więc ci powiem. Leon w zeszłym roku zaczął się koło mnie kręcić, przewracać 

oczami, takie tam kawałki, no wiesz. I dostał po nosie, bo nie cierpiałam go od pierwszej 
chwili.
 

Taki syty prosiak! - zaśmiała się złośliwie. - A zresztą już wtedy zaczęło się z 

Andrzejem...
 

Pani Katarzyna poczuła ponowny przypływ niepokoju. Co się zaczęło? Dokąd 

poniósł córkę jej żywy, nieposkromiony temperament? Czyżby... Spytała usiłując 
uśmiechem pokryć niepokój:
 

- Krystynko, czy pan Andrzej mówił z tobą o małżeństwie?

 

- On? Skądże! - zaśmiała się córka. - Nie masz pojęcia, jaki on jest nieśmiały. 

Przecież dopiero niedawno, tuż przed naszym wyjazdem pocałował mnie pierwszy raz.
 

Pani Katarzyna odetchnęła. Patrzyła teraz na córkę, która uśmiechnięta, 

- 16 -

background image

rozmarzona wsparła głowę na jej ramieniu i milczała długo. „Biedactwo” pomyślała 
matka, ,,wspomina ten pierwszy pocałunek”. Ale córka nie miała marzycielskiego 
usposobienia. Po chwili usiadła na posłaniu i potrząsając energicznie głową zaczęła 
mówić:
 

- Najbardziej mnie złości to, że tyle się nazbierało faktów, które rzeczywiście 

mogą świadczyć przeciwko Andrzejowi. Piliński na pewno przesadza z tym przerażeniem
i zdenerwowaniem na korytarzu. Może po prostu był zaskoczony jak człowiek wyrwany 
z zamyślenia. Albo sprawa płótna. Jestem przekonana, że Andrzej słusznie nie pozwolił 
naciągnąć obrazu na blejtram. Na pewno nie było jeszcze dobrze wyschnięte. Wiesz, jaki 
on jest skrupulatny. Ale dlaczego ukrywał przed nami swoje kontakty z ojcem? Dlaczego 
zniszczył listy? W tym kryje się jakaś zagadka.
 

- Prawdopodobnie - skinęła głową pani Kasia - ale jednego jestem pewna. W tej 

zagadce nie może się kryć nic złego, nic podłego. Andrzej jest szlachetnym, prawym 
człowiekiem.
 

Nie wierzę, aby mógł mieć coś wspólnego z tą całą aferą.

 

Krysia podskoczyła i z dziecinną radością zarzuciła matce ręce na szyję. Pani 

Kasia pocałowała ją i powiedziała:
 

- Słyszę, że Konrad wrócił i gospodaruje w kuchni. Muszę tam iść, zanim przypali

mleko i porozbija wszystkie szklanki. A ty wstań i przyjdź na śniadanie. Zobaczysz, że 
wszystko się dobrze skończy. I nie płacz mi więcej!
 

Niestety biednej Krysi jeszcze nieraz było sądzone wylewać łzy. Ojciec przyniósł 

niepomyślne wiadomości. Śledztwo nie postąpiło ani o krok naprzód, a wszelkie poszlaki
skupiały się na osobie Gniewosza. O wypuszczeniu za poręczeniem władz 
ministerialnych nie mogło być mowy, a zwalnianie za kaucją zostało już prawie 
całkowicie zaniechane.
 

- Jedno tylko mogę wam powiedzieć na pocieszenie - powiedział dyrektor 

Krzysztoń na zakończenie swojej relacji - o ile to oczywiście można uznać za 
pocieszające. Byłem w prokuraturze i tam powiedziano mi, że jeżeli śledztwo nie da 
pozytywnych rezultatów, czyli mówiąc ściślej jeżeli milicja nie znajdzie bezpośrednich 
sprawców kradzieży, a tym samym jeżeli nie potwierdzą się poszlaki co do winy 
Andrzeja, to zostanie on zwolniony, a śledztwo umorzone z powodu braku dostatecznych 
dowodów.
 

- Dziękuję za takie pocieszenie - krzyknęła Krysia - to jak gdyby mu 

powiedziano: „prawdopodobnie jesteś złodziejem, ale ponieważ nie złapano cię za rękę, 
nie będziesz ukarany”. Nie! Andrzej musi mieć pełne zadośćuczynienie za te 
niedorzeczne podejrzenia. Musi zostać całkowicie zrehabilitowany.
 

- To już niestety nie zależy od nas, córeczko - powiedział Krzysztoń. Milicja ma 

wyjątkowo trudne zadanie. Pomyślcie tylko! Żadnych śladów, żadnego włamania i obraz 
wyfruwa z pokoju jakby go duchy wyniosły. Prokurator twierdzi, że po raz pierwszy ma 
do czynienia z tak tajemniczą sprawą.
 

- Myślę, że teraz nic nie możemy zrobić dla pana Andrzeja - wtrąciła pani Kasia. 

Co najwyżej starać się o przyspieszenie śledztwa, aby chłopiec jak najszybciej wyszedł 
na wolność.
 

- Masz rację, moja droga - odparł mąż wstając od stołu i całując żonę w rękę. 

- 17 -

background image

Oboje nie zauważyli, że Konrad i Krysia już przed chwilą opuścili jadalnię.
 

Rodzeństwo bardzo zaaferowane zamknęło się w pokoju Konrada i gorączkowo 

układało plan działania.
 

- Niezależnie od tego, co robi milicja, my musimy rozpocząć poszukiwania na 

własną rękę - mówił Konrad wichrząc sobie włosy. - Zresztą jestem pewny, że w samym 
założeniu śledztwa tkwi błąd. Oni widzą tylko jedną możliwość: Gniewosz współdziałał 
w kradzieży i miał do pomocy kogoś drugiego lub sam był czyimś pomocnikiem. I teraz 
będą węszyć za tym kimś. A odrzucają inną możliwość: że Andrzej jest niewinny, że 
istnieje jakaś trzecia osoba czy grupa osób, które ukradły Czarną Panią. I mimo zgodnej 
opinii ekspertów, że Czarna Pani jako dzieło sztuki nie przedstawia wielkiej wartości, 
twierdzą, iż obraz został skradziony z pobudek materialnych. A ponieważ sprzedanie go 
w kraju byłoby niemożliwe, wysuwają hipotezę przeszmuglowania obrazu zagranicę. 
Powiadomiono już placówki WOP.
 

Zresztą trzeba przyznać, że koperty znalezione u Andrzeja pozornie obciążają 

go... I ten jego ojciec, pracownik muzeum w Hadze...
 

Krysia słuchała brata siedząc w fotelu i paląc gorączkowo papierosa. Była 

zdenerwowana, o czym świadczyły wypieki na policzkach i niezwykły blask oczu.
 

- Odrzucając hipotezę milicji - bo przecież odrzucamy przypuszczenie o winie 

Gniewosza - ciągnął dalej Konrad - musimy wstawić na to miejsce nową, własną 
koncepcję. Mnie osobiście uderza fakt, o którym już wspomniał ojciec. Dlaczego złodziej
wybrał właśnie Czarną Panią? Gdyby chodziło o zysk, to muzeum posiada wiele 
cenniejszych obrazów. I gdyby rzeczywiście Gniewosz był wmieszany w tę aferę, czy nie
lepiej opłaciłoby mu się zwinąć autoportret Rembrandta, który odświeżał na początku 
maja, przed wystawą? Ma przecież zupełnie swobodny dostęp do wszystkich sal, do 
skarbca i safesów.
 

- Jasne - przytaknęła Krysia podciągając nogi pod siebie i zwijając się w kłębek 

na fotelu. - Zakładamy więc, że Czarna Pani została ukradziona z pobudek innych niż 
materialne.
 

Ale jakie to mogły być pobudki? - zamyśliła się.

 

- Słuchaj, ludzie mają różne bziki. Słyszałem o takim wypadku: Pewien 

jegomość, kolekcjoner starej porcelany, kupił cały dom, w którym zauważył brakującą 
mu do serwisu filiżankę. Potem serwis sprzedał za sumę dziesięciokrotnie wyższą niż ta, 
którą zapłacił za kamienicę. Czarną Panią mógł też ukraść taki zwariowany facet.
 

- A może... może Czarna Pani jest jakąś pamiątką rodzinną? Może ukradł ją ktoś, 

komu była bliska i droga? - zamyśliła się Krystyna.
 

- O tym moglibyśmy się przekonać tylko wówczas, gdyby się nam udało 

stwierdzić, czy Czarna Pani jest portretem jakiejś faktycznie istniejącej osoby, czy też po 
prostu płodem wyobraźni autora. No i gdybyśmy ustalili ewentualne nazwisko 
portretowanej. Ale to będzie bardzo trudne.
 

- Dlaczego?

 

- Nie zapominaj, że nawet nie wiemy dokładnie, gdzie obraz znaleziono. 

Szabrownicy mówili coś o zburzonym pałacu leżącym na zachód od Kłodzka. Trzeba by 
przeszukać okolicę w promieniu co najmniej dwudziestu kilometrów, wędrować od wsi 
do wsi, od miasteczka do miasteczka...

- 18 -

background image

 

- A dlaczego nie mielibyśmy spróbować? - zawołała Krystyna zrywając się z 

fotela.
 

- A wiesz, że masz rację - uśmiechnął się brat. - To będą fajne wakacje - taka 

włóczęga z plecakami.
 

- Więc jedziemy?

 

- Jedziemy.

 

- Słuchaj, czy powiemy rodzicom, czy też lepiej zachować to chwilowo w 

tajemnicy?
 

- Ja myślę, że na razie lepiej siedzieć cicho. Możemy się zblamować i potem będą

się z nas latami natrząsać. Jeszcze nas przezwą „Holmes i Poirot” w wydaniu 
kieszonkowym dla ubogich. A poza tym wiesz, że tata jest czuły na punkcie lojalności 
wobec władz. Mógłby dopatrywać się w takich poszukiwaniach na własną rękę 
nieufności wobec milicji... Lepiej nie gadajmy.
 

- No, ale co powiemy? Przecież trzeba będzie jakoś umotywować nasz wyjazd.

 

- Hm... już wiem. Powiemy, że ponieważ sprawa utknęła na martwym punkcie i 

na razie nic się nie da zrobić, więc nie chcemy tracić wakacji i jedziemy na wędrówkę po 
Dolnym Śląsku.
 

- Będą się krzywić...

 

- Najwyżej powiedzą, że nie mamy serca i że jesteśmy nieczuli. Chodzi ci o to?

 

- Nie.

 

- No, to już. Pakujemy plecaki i jutro rano odjazd!

 

- Słuchaj, a co będzie z forsą na drogę?

 

- Właśnie. O to samo chciałem zapytać. Ty masz coś?

 

- Dwieście złotych, A ty?

 

- Ja jeszcze mniej. Niecałe sto. Ciut przymało.

 

- Mogę pożyczyć od Maryli.

 

- Nie! Lepiej nie. Mam inny pomysł.

 

- No?

 

- Spuszczę Heńkowi moje angielskie grafiony. W czerwcu dawał mi półtora 

kawałka.
 

- Konrad - Krysia przytuliła się do brata - jesteś wspaniały!

 

- Dopiero teraz to zauważyłaś? Ja o tym wiem od dawna.

 

- 19 -

background image

 ROZDZIAŁ V

 

Już drugi tydzień Konrad i Krysia przeszukiwali bezskutecznie okolice Kłodzka. 

Wydali pokaźną część sumy uzyskanej ze sprzedaży grafionów, przemierzyli dziesiątki 
kilometrów pociągiem, autobusem, pieszo, rozmawiali z powiatowymi działaczami 
kulturalnymi w Kłodzku, z wiejskimi nauczycielkami i proboszczami. Wszystko na 
próżno. Wątła niteczka domysłów wysnuta z informacji szabrowników, którym ojciec 
odebrał portret, zaginęła w labiryncie dróg, wsi i miasteczek. Nikt nie słyszał o 
zniszczonym w czasie wojny i obrabowanym przez szabrowników zamku niemieckiego 
magnata.
 

Czasem ktoś udzielił młodym wędrowcom informacji, które na moment wracały 

im nadzieję. Kierownik domu wczasowego w Długopolu wspomniał coś o zburzonym 
zamku na Szczerbie. Poszli więc znakowaną drogą sudecką na Jedlnik, zeszli z góry do 
stacji Domaszków i rzeczywiście natrafili na ruiny zamku. Okazało się jednak, że zamek 
został zburzony w 1428 roku, w czasie wojen husyckich.
 

Kierownik szkoły w Ząbkowicach Śląskich zaprowadził ich do ruin 

piastowskiego zamku gotyckiego, zbudowanego w 1522 roku przez ks. Karola 
Ziębickiego. Zamek ten zniszczyły wojska cesarza niemieckiego w 1646 roku.
 

Powoli tracili nadzieję. Zwłaszcza Krysia, tak pełna entuzjazmu i zapału, teraz 

wlokła się apatycznie za bratem zdawszy się całkowicie na jego inicjatywę. Choć nie 
mówili o tym ze sobą, to jednak oboje po cichu krytykowali pomysł włóczęgi w 
poszukiwaniu Czarnej Pani. Po każdym nowym rozczarowaniu mieli szczerą chęć 
przerwać bezsensowną wędrówkę i powrócić do Wrocławia, ale żadne nie chciało 
pierwsze wystąpić z tym projektem. Nie chodziło im o trudy i niewygody podróży, 
jakkolwiek dawały się im one mocno we znaki. Gotowi byli nocować na gołej ziemi i 
jeść suchy chleb, gdyby za tę cenę mogli uzyskać jakieś wskazówki o Czarnej Pani. Ale 
ziemia kłodzka milczała, kryjąc zazdrośnie swoją tajemnicę przed parą młodych 
wędrowców.
 

Dziesiątego dnia podróży nocleg wypadł im w małej wiosce, liczącej zaledwie 

kilkadziesiąt gospodarstw. Wioska nazywała się Czarny Potok. Zjadłszy śniadanie i 
zapłaciwszy należność gospodarzom, u których nocowali, wyszli na zalaną słońcem 
wiejską drogę, po której z krzykiem uganiały umorusane dzieciaki. Był wczesny ranek i 
słońce nie paliło jeszcze mocno. Przyjemny chłodny wietrzyk niósł od pól zapach 
dojrzewającego zboża. W małym strumyku płynącym wzdłuż drogi brodziły gęsi, a 
gęsiarka w czerwonej chusteczce tak zagapiła się na przechodzących turystów, że 
zapomniała przez chwilę o zawodzeniu piskliwym głosem gęsiej pobudki „olahiii, 
olahiii”.
 

Milczenie przerwała Krysia.

 

- Jak myślisz, Konrad - zagadnęła - czy Andrzej już jest na wolności?

 

- Czy ja wiem - mruknął brat przez zęby, w których trzymał źdźbło trawy - to 

- 20 -

background image

zależy od tego, jak daleko postąpiło śledztwo.
 

- Tak bym go chciała zobaczyć - poskarżyła się dziecinnym głosem Krysia. - Co 

on tam musi przeżywać.
 

- Przyjemne to nie jest - przytaknął Konrad - ale jeżeli ma czyste sumienie...

 

- Takim dziwnym tonem powiedziałeś „jeżeli” - przerwała mu siostra. - Więc i ty 

też zaczynasz podejrzewać Andrzeja?
 

- Nie - powiedział stanowczo Konrad - wierzę, że jest uczciwy. Ale pomyśl sama, 

to wszystko brzmi jak bajka. Z zamkniętego, zakratowanego pokoju ktoś kradnie obraz 
nie pozostawiając po sobie żadnego śladu, jak gdyby spadł z nieba i do nieba uleciał. 
Przy tym ten ojciec w Hadze, te zniszczone listy... A może Andrzej milczy, aby nie 
zdradzić kogoś bliskiego... może...
 

- Nie! - zawołała Krysia - nie wierzę w to! Nie wierzę - powtórzyła tupiąc nogą.

 

Szli dalej w milczeniu bocząc się jedno na drugie. W pewnej chwili zza drzew 

rosnących na zakręcie drogi mignęły białe mury kościoła. Kiedy podeszli bliżej, stanęli 
oczarowani barokową fasadą, tak szczelnie pokrytą rzeźbami i złoceniami, że cała 
zdawała się świecić jak słońce. Przez chwilę milczeli podziwiając te mury, które tak 
niespodziewanie ukazały się im na skraju zakurzonej drogi. Potem Konrad zdecydował:
 

- Idziemy obejrzeć go w środku.

 

Kościół był pusty i chłodny. Wbrew zapowiadającej barokowy przepych fasadzie,

wnętrze kościółka było proste i niemal surowe. Cztery niewielkie boczne ołtarze 
ozdobione były skromnymi wotami i bukietami polnych kwiatów. Na ścianach wisiały 
poczerniałe obrazy, stare, lecz bez wartości. Mdły zapach świec, kadzidła i więdnących 
kwiatów drażnił nozdrza.
 

Przez zakurzone kolorowe szybki padały ukośne promienie słońca kładąc się 

barwnymi plamami na posadzce i białych, sztywno wykrochmalonych obrusach.
 

Konrad i Krysia szli w milczeniu, oglądając kościół raczej z nawyku niż z 

rzeczywistego zainteresowania. Nie było tu nic nadzwyczajnego do oglądania. 
Zwyczajny wiejski kościółek, zeszpecony strasznymi malowidłami drogi krzyżowej i 
gipsowymi posążkami, sprzedawanymi masowo w sklepach z dewocjonaliami Bez 
zainteresowania przystanęli przed czarną wmurowaną w ścianę płytą, na której widniały 
rządki zatartych już nieco liter. Zawiły gotyk nie zachęcał do czytania. Poszli dalej. 
Konrad zapatrzył się na chwilę w pięknie sklepiony łuk absydy i stał tak z zadartą głową, 
gdy wtem dobiegł go zduszony szept siostry. Stała pod murem macając ścianę przed sobą
jak ślepa.
 

- Zemdleje - przemknęło Konradowi przez myśl i skoczył ją podtrzymać. Ale 

siostra nie potrzebowała pomocy. Ciężko dysząc skierowała ku nadbiegającemu 
zdumioną, lecz rozradowaną twarz i wskazując palcem przed siebie wyszeptała:
 

- To ona! patrz! to ona! Czarna Pani!

 

Konrad podniósł oczy i zdębiał. Ze ściany patrzyła na nich dokładna kopia 

portretu wykonana w marmurowym medalionie. Od jednego rzutu oka rozpoznał 
pochylenie głowy, wymyślne uczesanie, perły we włosach, kształt palców trzymających 
egzotyczny kwiat. Tak, nie było wątpliwości. Ze ściany małego wiejskiego kościółka 
patrzyła na nich Czarna Pani.
 

Ktoś, mając przed oczyma portret, wykuł w marmurze jego dokładną kopię. 

- 21 -

background image

Zapewne nie był on wielkim artystą, bo biała kamienna twarz nie miała tego uroku, który
urzekał Andrzeja Gniewosza. Spojrzenie oczu było puste, a warg nie osnuwała mgiełka 
tajemniczego uśmiechu. Ale podobieństwo zostało dobrze uchwycone i nie mogło być 
mowy o pomyłce.
 

- Tu jest jakiś napis - gorączkowała się Krysia, która nie znała dobrze języka 

niemieckiego. - Czytaj! czytaj i tłumacz!
 

- Adelajda von Schwarzbach - tłumaczył zwolna Konrad - urodzona 14 lutego 

1775 roku, zmarła 18 maja 1825 roku. Pani i dziedziczka zamku Schwarzbach, córka i 
matka rycerzy.
 

Niech spoczywa w spokoju.

 

- A więc nazywa się Adelajda - zawołała Krysia zapominając ściszyć głos - 

Adelajda von Schwarzbach! O piękna Adelajdo, gdybyś wiedziała, jaką nam sprawiłaś 
radość!
 

Konrad zacierał ręce.

 

- Pierwszy ślad odnaleziony - cieszył się - to znaczy, że nasze rozumowanie idzie 

w dobrym kierunku.
 

W tej chwili drgnęli oboje na odgłos kroków głucho dudniących w pustej 

świątyni. Od strony zakrystii szła ku nim wysoka, pochylona postać w czarnej długiej 
szacie. Krysia ścisnęła brata za ramię.
 

- Co to? - szepnęła z trwogą.

 

- Ksiądz, pewnie proboszcz tutejszy - odparł Konrad. - Może będzie wiedział coś 

o Schwarzbachach.
 

Rzeczywiście, proboszcz parafii Czarny Potok wywabiony z zakrystii 

niecodziennymi odgłosami szedł w kierunku młodej pary z surową twarzą i słowami 
napomnienia na wargach.
 

Nie zdążył jednakże otworzyć ust, gdy młodzi podeszli doń spiesznie i zaczęli 

gorąco przepraszać za swoje niewłaściwe zachowanie.
 

- Spotkało nas w tej chwili coś bardzo radosnego - mówił Konrad. - Z tej wielkiej 

radości zapomnieliśmy, że w kościele nie należy krzyczeć.
 

- W takim razie powinniście najpierw podziękować Panu Bogu - powiedział 

ksiądz wskazując ręką ołtarz.
 

Rodzeństwo spojrzało na siebie z zakłopotaniem. Krysia uratowała sytuację 

mówiąc spiesznie:
 

- My byśmy najpierw chcieli porozmawiać z księdzem proboszczem, oczywiście, 

o ile ksiądz ma czas.
 

Ksiądz miał czas i po chwili wszyscy troje spacerowali po czysto zamiecionej 

ścieżce prowadzącej z kościoła na plebanię. Okazało się, że ksiądz przyjechał do 
Czarnego Potoku już w trzy miesiące po zakończeniu wojny. Na plebanii mieszkał 
jeszcze proboszcz niemiecki, „katolik i całkiem porządny człowiek”, i on to opowiedział 
swojemu następcy o starożytnym rodzie Schwarzbachów, którego ostatni potomek, major
Hermann von Schwarzbach, zginął jako lotnik na froncie wschodnim w 1943 roku.
 

- To był podobno bardzo stary ród, sięgający czasów Barbarossy - mówił 

proboszcz oganiając się od natrętnej muchy, która uparcie krążyła mu koło ucha - i miał 
okresy wielkiej świetności. Ten kościół jest ich fundacją. Rzekomo po klęsce Napoleona 

- 22 -

background image

pod Lipskiem zbudowali go jako ofiarę dziękczynną. Zresztą pewnie widzieliście tablice 
pośmiertne Adelajdy i Fryderyka Schwarzbachów. To byli pradziadkowie tego lotnika 
Hermanna.
 

- A zamek? - spytała gorączkowo Krystyna - czy był tu jakiś zamek?

 

- A jakże - przytaknął ksiądz. - O, stąd go widać - pociągnął rodzeństwo w stronę 

dzwonnicy.
 

Wspiąwszy się na palce ujrzeli bielejący na szczycie zalesionego wzgórza 

rozległy dom otoczony smukłymi kolumnami. Z daleka trudno było rozpoznać styl 
budowy, ale jedno nie ulegało wątpliwości. Pałac nie był zrujnowany.
 

- Czy tam ktoś teraz mieszka? - spytał Konrad.

 

- A owszem, owszem - kiwnął głową proboszcz. - Pałac został odnowiony i teraz 

mieści się tu prewentorium dla dzieci.
 

- Czy może był zniszczony w czasie wojny?

 

- Tak, ja sam widziałem go jeszcze przed remontem. Tu gdzieś niedaleko 

przebiegała linia frontu i kilkanaście pocisków artyleryjskich zniszczyło część pałacu. 
Lewe skrzydło było prawie zupełnie zrujnowane, a nad resztą brakowało miejscami 
dachu. Ale jakoś pomału załatano dziury i teraz niemal nie znać zniszczeń.
 

Rodzeństwo spojrzało po sobie. Teraz zrozumieli, dlaczego tak trudno było im 

odnaleźć ślad. Pytali o ruiny zamku, podczas gdy zamek już nie był ruiną i nie był nawet 
zamkiem.
 

Ludzie szybko zapominają o przeszłości. W Czarnym Potoku znajduje się 

prewentorium, a zamek w Schwarzbachu to już daleka przeszłość.
 

Rozmawiali jeszcze chwilę z gadatliwym proboszczem i podziękowawszy za 

zaproszenie na obiad pomaszerowali spiesznie do stacji kolejowej najkrótszą drogą 
wskazaną im przez księdza. Po godzinie szybkiego marszu byli na miejscu. Szczęście 
sprzyjało im nadal. Po dwudziestu minutach nadjechał pociąg do Kłodzka, a stamtąd 
można już było bez kłopotu dostać się do Wrocławia.
 

Siedząc w pustym, wagonie, pachnącym rozgrzanym lakierem omawiali swoje 

odkrycie. Krysia była pełna optymizmu i twierdziła, że teraz, kiedy stwierdzili, kim jest 
Czarna Pani, wykrycie złodzieja będzie dziecinnie łatwe. Ale Konrad ostudził jej zapał.
 

- Nie przeczę, że zrobiliśmy krok naprzód - mówił - ale to jest całkiem mały 

kroczek.
 

Wiemy, że Czarna Pani jest Adelajdą von Schwarzbach i że umarła w 1825 roku. 

Wiemy też, że ród wygasł na majorze Hermannie von Schwarzbach, który zginął w 1943 
roku. I co dalej?
 

W dalszym ciągu nie wiemy, kto mógłby interesować się rodziną Schwarzbachów

lub też portretem prababki Adelajdy.
 

- Więc co teraz będziemy robić? - spytała Krysia.

 

- Teraz to bym najchętniej coś zjadł, bo z pustym brzuchem nie umiem myśleć.

 

- Mamy tylko chleb i jabłka.

 

- Dobre i to. Dawaj!

 

Krysia sięgnęła po plecak leżący na półce. Zdejmując go zrzuciła na ziemię 

gazetę pozostawioną prawdopodobnie przez kogoś, kto już wysiadł z pociągu. Konrad 
sięgnął po nią.

- 23 -

background image

 

Była to gazeta krakowska sprzed trzech dni. Krysia krajała chleb i wydobywała z 

głębi plecaka nadbite papierówki, a Konrad z nudów przeglądał gazetę. Nagle drgnął i 
mruknął przez zęby:
 

- Ciekawe.

 

- Co? - spytała siostra podając mu kromkę chleba.

 

- Posłuchaj. Jest tu taka króciutka notatka zatytułowana „Tajemnicza kradzież w 

sklepie Desy”. W ubiegłym tygodniu nieznani sprawcy dokonali kradzieży w sklepie 
Desy mieszczącym się w Rynku. Skradziono tylko jeden przedmiot. Jest nim malowana 
na kości słoniowej miniatura „Kobiety z kwiatem”, pochodząca prawdopodobnie z końca
XVIII wieku. Śledztwo w toku.
 

Krystyna zamyśliła się:

 

- Sądzisz, że ta kradzież ma coś wspólnego z naszą sprawą?

 

- Właściwie to nie, ale... cóż by nam szkodziło przejechać się do Krakowa?

 

- 24 -

background image

 ROZDZIAŁ VI

 

Kapitan Halski nacisnął guzik dzwonka znajdującego się na biurku. Przez 

uchylone drzwi wsadził głowę dyżurny.
 

- Poproście do mnie porucznika Marczaka - powiedział kapitan nie odrywając 

wzroku od leżących przed nim papierów. Wpatrywał się w nie z takim natężeniem, że nie
podniósł głowy nawet wtedy, kiedy ponownie skrzypnęły drzwi i porucznik Marczak 
zameldował swoje przybycie.
 

- Siadajcie, poruczniku - mruknął kapitan i podsunął w stronę podwładnego ledwo

rozpoczętą paczkę Giewontów. Porucznik Marczak instynktem wyrobionym przez 
długoletnią współpracę z kapitanem wyczuł, że Halski jest w złym humorze. Nachylając 
się nad biurkiem, aby wyłuskać papierosa z paczki, usiłował przeczytać coś w 
rozłożonych aktach, coś, co by wyjaśniło przyczynę niezadowolenia zwierzchnika. „No, 
tak” pomyślał odcyfrowawszy numer sprawy wykaligrafowany czarnym tuszem na 
różowej teczce, „sprawa Gniewosza”.
 

Momentalnie udzielił mu się zły nastrój kapitana. „Co za historia” myślał z 

niechęcią, „w ciągu blisko trzech tygodni śledztwo nie posunęło się ani o krok, choć 
początkowo mogło się wydawać, że sprawa jest zupełnie prosta”.
 

Tymczasem Halski odsunął od siebie teczkę z aktami i podniósł wzrok na 

porucznika.
 

- Wezwałem was w związku ze sprawą Gniewosza - powiedział. - Trzeba jeszcze 

raz zastanowić się, co już zrobiono, a co jeszcze należałoby uczynić. Przejrzałem akta, 
ale wolałbym usłyszeć wszystko z waszych ust. Słucham was, poruczniku.
 

- No, więc w nocy z piątego na szóstego lipca, dokładnie o godzinie 2200 dyżurny

został powiadomiony telefonicznie o dokonaniu kradzieży na terenie Muzeum Śląskiego. 
Dzwonił pracownik tegoż muzeum, Leon Piliński. Pół godziny wcześniej zostaliśmy 
powiadomieni o bójce w restauracji Narcyz i pojechaliśmy tam we czwórkę: Baran, 
Lipowski, Kort i ja. Dyżurny przyjął doniesienie, ale nie miał kogo posłać; w komendzie 
było tylko dwóch ludzi oprócz niego, a i to nowicjusze. Zaczekał więc do mojego 
powrotu.
 

Przyjechaliśmy na miejsce o godzinie 2420. W gabinecie dyrektora czekali 

wszyscy ci, którzy przebywali w czasie kradzieży na terenie muzeum. Przystąpiłem do 
przesłuchania ich.
 

Z tej czwórki najbardziej podejrzany wydał mi się Gniewosz. Zostawiłem w 

gabinecie Barana, a sam wraz z Lipowskim, Kortem i asystentem Pilińskim poszedłem 
dokonać oględzin.
 

Zaczęliśmy od pracowni konserwatorskiej, skąd obraz został skradziony. Mimo 

skrupulatnych poszukiwań nie znaleźliśmy tam nic podejrzanego. W popielniczce był 
jeden niedopałek papierosa marki Giewont, co potwierdzałoby zeznania Gniewosza, 
który oświadczył, że spędził w pracowni około dwadzieścia minut. Okno w gabinecie 
było zamknięte, jedno z dwóch okien w pracowni otwarte. Wszystkie trzy zakratowane. 
Na parapecie otwartego okna nie znalazłem żadnych śladów zadrapań czy odcisków, 

- 25 -

background image

jakkolwiek oglądałem wszystko bardzo dokładnie. Na wszystkich przedmiotach 
znaleziono jedynie odciski palców Gniewosza, woźnego Marca i jego żony, która 
sprzątała pokój wieczorem. Ten fakt jeszcze bardziej skomplikował sprawę. Podłoga, 
parapet, stoły były starte mokrą ścierką i nigdzie nie było kurzu, który ułatwiłby 
zachowanie śladów.
 

Po dokładnych oględzinach pracowni zeszliśmy do ogrodu. Tu dokładne zbadanie

terenu było utrudnione ze względu na nocną porę. Ale przy pomocy silnej latarki udało 
mi się stwierdzić (co zresztą jeszcze raz potem zrobiłem już przy świetle dziennym), że 
ani na rabatach z kwiatami, ani na żwirowanej ścieżce oddzielającej kwietnik od 
trawników nie było najmniejszego śladu stóp ludzkich.
 

Topografia budynku jest mniej więcej taka: - Marczak przysunął sobie blok i 

zaczął szkicować. - Gmach muzeum stoi frontem do ulicy Matejki i jest ogrodzony 
niewysokim murkiem z żelaznymi sztachetami. Odległość od muru do budynku wynosi 
osiemnaście metrów. Po drugiej stronie ulicy, na przestrzeni mniej więcej stu metrów, nie
ma żadnych domów poza kompletnie wypalonymi ruinami dwóch budynków. Muzeum 
znajduje się w dość dużym, mocno zadrzewionym ogrodzie, który otacza, gmach ze 
wszystkich stron. W części północnej ogrodu, a więc od tyłu, znajdują się budynki 
gospodarskie, garaż itp. Brama wjazdowa i znajdująca się obok niej furtka są zamykane 
na noc, a klucze przechowuje woźny, który jest równocześnie portierem.. Drugi klucz jest
w posiadaniu Gniewosza.
 

Kiedy tylko rozwidniło się, przystąpiliśmy do szczegółowego zbadania ogrodu, 

zwłaszcza jego części frontowej. Oto, co znaleziono: osiem niedopałków papierosów, w 
tym dwa Giewonty, jeden Płaski, trzy Sporty i dwa Grunwaldy, szesnaście wypalonych 
zapałek, jedno puste pudełko po Żeglarzach, guzik od damskiej sukni w kolorze białym, 
kawałek czarnego sznurowadła, strzęp gazety. Ustalono, że strzęp pochodził z numeru 
Przekroju sprzed trzech tygodni. Prócz tego znaleziono zardzewiały klucz nie pasujący 
do żadnego zamka w muzeum oraz kawałek czerwonej wstążki długości czterech 
centymetrów szerokości jednego centymetra.
 

Jak więc widzicie, kapitanie, łup wcale obfity, ale nie wnoszący nic istotnego do 

sprawy. Niedopałki papierosów pochodzą od miejscowych ludzi. Piliński pali Grunwaldy,
Gniewosz Giewonty, woźny Marzec Sporty, a czasem dla odmiany Żeglarze. Płaskich nie
pali nikt, ale równie dobrze mógł rzucić niedopałek ktoś ze zwiedzających, którzy 
wchodzą do muzeum właśnie frontową bramą. To samo można powiedzieć o 
sznurowadle, guziku, wstążce i gazecie. Pozostaje tylko klucz. Zabrałem go do badania 
daktyloskopijnego, ale nie udało się odtworzyć odcisków palców. Klucz przeleżał 
prawdopodobnie dość długo w trawie i był cały pokryty rdzą.
 

Przesłuchiwałem dzielnicowego, który około godziny 2140 przechodził ulicą 

Matejki obchodząc swój rejon. Nie zauważył nic podejrzanego. Pamięta, że w dwóch 
oknach muzeum paliło się światło: na parterze w części środkowej gmachu i w lewym 
skrzydle również na parterze. Minąwszy muzeum, chwilę spacerował naprzeciwko baru 
Pod Siódemką. Tam zwykle o tej porze zaczynają się awantury. Ale wtedy było zupełnie 
spokojnie. Przed barem stała taksówka. Szofera nie było, ale po chwili wyszedł i wsiadł 
do auta. Pewnie wstępował na kolację. Taksówka odjechała, a dzielnicowy poszedł dalej.
 

- Kiedy przeprowadziliście rewizję u Gniewosza? - wtrącił po raz pierwszy 

- 26 -

background image

Halski.
 

- Jeszcze w nocy, obywatelu kapitanie, w tym czasie, kiedy nie mogliśmy 

przepatrzyć dokładnie ogrodu.
 

- Jakie odnieśliście wrażenie ogólne? - kapitan Halski lubił wyciągać 

psychologiczne wnioski z drobnych szczegółów dotyczących podejrzanego.
 

- Ogólne wrażenie było bardzo pozytywne - powiedział z przekonaniem Marczak.

- Pokój skromny, porządnie utrzymany. Mało mebli, a wszystkie bardzo proste. Tapczan, 
biurko, stół, dwa krzesła, fotel, szafa i dużo półek z książkami. Książek mnóstwo, około 
sześciuset z różnych dziedzin. Najwięcej jednak dzieł o malarstwie, rzeźbie, 
architekturze. Dużo albumów z kolorowymi reprodukcjami. Te ostatnie przeważnie 
zagraniczne. Wszędzie wielki porządek, wszystko poskładane równiutko, nawet bielizna 
w szafie. W biurku nie znaleźliśmy żadnych niemal papierów poza osobistymi, jak 
metryki, świadectwa, dyplomy. Żadnej korespondencji, za to dużo fotografii.
 

- Jakich? - przerwał kapitan.

 

- Kilka rodzinnych, matka, ojciec, jakieś ciotki, kuzynki, potem sporo zdjęć z 

okresu studiów we Wrocławiu i w Warszawie. Ale najwięcej zdjęć - to fragmenty rzeźb, 
obrazów, zabytki architektury. Trzeba przyznać, że są to naprawdę piękne zdjęcia. W 
aparacie znaleźliśmy niedokończony film, który zabezpieczyłem i dałem do wywołania. 
Zauważyłem, że kiedy brałem film, Gniewosz bardzo się zmieszał i spytał, czy to 
konieczne. Teraz rozumiem, dlaczego.
 

- No?

 

- Wszystkie zdjęcia były robione niedawno w parku Szczytnickim i przedstawiały

tą samą osobę: córkę dyrektora muzeum. Ale wracając do pokoju, to, jak powiedziałem, 
ogólne wrażenie było raczej pozytywne. Typowy pokój poważnego, spokojnego 
człowieka bez nałogów, o zainteresowaniach naukowych i artystycznych. Tylko dwie 
rzeczy psują to wrażenie...
 

- Tak - wtrącił kapitan - koperty.

 

- Koperty - potwierdził porucznik - bez listów, które Gniewosz rzekomo zawsze 

po przeczytaniu niszczy.
 

- Dlaczego mówicie „rzekomo”? - wtrącił kapitan.

 

- Bo w czasie rewizji osobistej, już w areszcie, znalazłem przy nim kilka listów, 

tym razem bez kopert. Wszystkie pochodziły od jednej osoby i były podpisane literą K. 
Gniewosz z niechęcią wyjaśnił, że listy pisała Krystyna Krzysztoniówna.
 

- No, wiecie - zaśmiał się Halski - listy od kobiety, w dodatku od ukochanej 

kobiety, to dla za kochanego skarb, świętość. Któż by je niszczył.
 

- Nie wiem - skrzywił się Marczak.

 

- Nie dostawaliście nigdy listów od ukochanej? - spytał żartobliwie Halski.

 

- Nie mam czasu na głupstwa - mruknął niechętnie porucznik. I jakby chcąc 

podkreślić, że rozmowa na te tematy nie sprawia mu przyjemności, mówił dalej suchym, 
przesadnie służbowym tonem:
 

- Więc wrażenie zepsuły mi po pierwsze koperty, a po drugie...

 

- Po drugie - podchwycił kapitan.

 

- Duże gabinetowe zdjęcie przedstawiające portret Czarnej Pani. Oprawione w 

ramkę, stało na biurku Gniewosza. Wydaje mi się...

- 27 -

background image

 

- Chwileczkę - przerwał mu kapitan - o tym wszystkim wolałbym porozmawiać z 

samym Gniewoszem. Każcie go przywieźć i wróćcie do mnie.
 

Porucznik Marczak stuknął obcasami i wyszedł. Halski znowu zagłębił się w 

leżące na stole akta sprawy Andrzeja Gniewosza. Po chwili wrócił Marczak meldując, że 
wydał odpowiednie polecenia i że za kwadrans podejrzany powinien być na miejscu.
 

Jakoż po kilkunastu minutach zapukano do drzwi i Andrzej Gniewosz wszedł do 

gabinetu kapitana w asyście dwóch milicjantów. Kapitan odprawił eskortę i wskazał mu 
miejsce za biurkiem.
 

Chwilę obserwował go w milczeniu. Młody człowiek był wyraźnie przygnębiony,

apatyczny. Twarz jego była ściągnięta cierpieniem, podkrążone i zaczerwienione oczy 
świadczyły o nieprzespanych nocach. „Albo jest niewinny, albo to genialny aktor” - 
pomyślał Halski.
 

Odsunął się wraz z fotelem od biurka i patrząc przenikliwie w oczy Gniewosza 

powiedział:
 

- Proszę mi wybaczyć, że jeszcze raz pana fatyguję, ale chciałbym usłyszeć z 

pańskich ust odpowiedź na dwa pytania, które mnie intrygują.
 

Na twarzy Gniewosza odbiło się zdziwienie. Ton, jakim przemówił kapitan, był 

nie tylko wyszukanie grzeczny, ale miał również jakiś odcień poufałości stosowany 
raczej w salonie niż w tym surowym służbowym gabinecie. Przy tym wszystkie 
dotychczasowe przesłuchania były prowadzone w sztywnym, urzędowym tonie i 
Gniewosz podczas składania zeznań czuł się nikłym ziarnkiem, które dostawszy się w 
potężne tryby machiny śledczej przestało być człowiekiem, naukowcem, konserwatorem,
a stało się sprawą numer 1618/KS/55.
 

Teraz to uczucie powoli znikało i Andrzej poczuł wdzięczność dla tego 

szczupłego szpakowatego pana w szaroniebieskim mundurze.
 

- Słucham pana, kapitanie - powiedział.

 

- Chodzi mi o taką rzecz, panie magistrze - zaczął Halski bawiąc się ołówkiem - 

czy może mi pan wytłumaczyć, co robiła na pańskim biurku fotografia portretu Czarnej 
Pani?
 

Gniewosz uśmiechnął się z zażenowaniem.

 

- Będzie mnie pan prawdopodobnie uważał za głupca, ale... po prostu chciałem ją 

mieć stale pod ręką... Lubię ten portret i patrzenie nań sprawia mi przyjemność. To 
wszystko.
 

- Tak - bąknął z namysłem Halski. - A koperty? - rzucił nagłe.

 

Uśmiech na twarzy Andrzeja zgasł momentalnie.

 

- Wyjaśniałem to już kilkakrotnie - powiedział' z niechęcią. - Otrzymałem w 

ostatnich miesiącach kilka listów od ojca z Holandii. Mam zwyczaj niszczyć całą 
korespondencję, zresztą nie jest ona obszerna. Prawie że nie mam rodziny, a przyjaciele i 
znajomi mieszkają we Wrocławiu. Ostatnie trzy koperty zachowałem, ponieważ prosił 
mnie o to kolega, który ma brata, zapalonego filatelistę. Nie zdążyłem, mu doręczyć 
kopert, bo właśnie wyjechał na wakacje.
 

- A co było w listach? - kapitan nie spuszczał wzroku z twarzy Gniewosza.

 

- Ojciec wyrażał chęć powrotu do kraju - odpowiedział po chwili namysłu 

Gniewosz -

- 28 -

background image

 

ale bał się, czy nie będzie narażony na jakieś nieprzyjemności w związku z 

pobytem na Zachodzie. Prosił, abym doniósł mu o stosunkach tutejszych, sam bowiem 
nie umie odróżnić plotki od prawdy. Uczyniłem to.
 

- O ile mi wiadomo, ojciec pański nie utrzymywał stosunków z rodziną. Dlaczego

więc teraz napisał do pana?
 

- Tamto - to były sprawy między moimi rodzicami. Przyznaję, że jako młody 

chłopak miałem żal do ojca, nie chciałem go znać, ale teraz... Matka nie żyje, a 
ostatecznie jestem jego synem. Do kogóż miał się zwrócić, jeśli nie do mnie?
 

- Czy mówił pan z kimś o tych listach? Czy pokazywał je pan komukolwiek?

 

- Nie.

 

- Dlaczego?

 

- Ojciec prosił mnie o zachowanie tajemnicy, zanim kwestia jego przyjazdu nie 

będzie ostatecznie pewna. Widocznie na wypadek rezygnacji nie chciał się ośmieszyć... 
Czy ja wiem? Był dosyć znany przed wojną, może wstydził się swoich znajomych, 
kolegów...
 

- Wstydził się? Czego?

 

- Może swoich wahań, swego niezdecydowania... nie wiem.

 

- Jeszcze jedno pytanie, panie magistrze - głos Halskiego brzmiał teraz 

niespodziewanie ostro. - Czy pan nigdy nie miał ochoty wyjechać zagranicę?
 

Gniewosz zmieszał się.

 

- Owszem - odpowiedział - chciałem wyjechać, aby móc uzupełnić swoje 

wykształcenie, składałem nawet podanie.
 

- No i?

 

- Odmówiono mi.

 

- Dlaczego?

 

- Jako powód podano brak stypendiów, ale sądzę, że główne przyczyny były innej

natury...
 

- Jakiej?

 

- Byłem w AK, tu nie mam bliższej rodziny, natomiast na zachodzie mam ojca... 

Przypuszczam, że nie ufano mi.
 

- Tak. No cóż, to mi wystarczy, panie magistrze - powiedział Halski wstając. - 

Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia? - zapytał widząc ruch Gniewosza.
 

- Chciałem zapytać... to jest... czy mógłby mi pan powiedzieć, kiedy odbędzie się 

rozprawa?
 

Halski milczał chwilę, potem powiedział patrząc uważnie na Gniewosza:

 

- W zasadzie nie wolno mi tego mówić, ale sądzę, że nie popełnię wielkiego 

wykroczenia, jeżeli powiem panu, że rozprawy prawdopodobnie nie będzie. Zostanie pan
zwolniony z powodu braku dostatecznych dowodów winy.
 

Umilkł i, nie spuszczając oczu z twarzy podejrzanego, czekał. Spodziewał się 

okrzyku radości, westchnienia ulgi, a tymczasem na twarzy młodego człowieka wyczytał 
oburzenie.
 

- Jak to? - zawołał Gniewosz wstając - więc nie będę całkowicie oczyszczony z 

tego idiotycznego zarzutu? Więc w dalszym ciągu ludzie będą myśleli, że ukradłem 
obraz, ale że byłem zbyt chytry, aby pozostawić jakiś obciążający ślad? Nie zgodzę się na

- 29 -

background image

to, panie kapitanie.
 

- Śledztwo będzie się toczyć w dalszym ciągu, a tylko pan zostanie zwolniony z 

aresztu
 

- powiedział Halski i nacisnął guzik. Przekazał więźnia eskorcie i podchodząc do 

okna zwrócił się do milczącego przez cały czas Marczaka:
 

- No, co powiesz?

 

- Mam wrażenie, że to jest spryciarz kuty na cztery łapy.

 

Halski milczał chwilę bębniąc palcami o parapet okna, potem nie odwracając się 

powiedział:
 

- A ja jestem wręcz przeciwnego zdania.

 

 ROZDZIAŁ VII

 

Wnętrze sklepu było chłodne i ciemnawe. Wszedłszy tu z zalanego słońcem 

Rynku mieli wrażenie, że zstąpili do piwnicy.
 

Z głębi sklepu nadszedł, cicho stąpając po puszystym dywanie, wysoki starszy 

pan i spytał ich, czego sobie życzą. Usłyszawszy, że chcieli rozmawiać z kierownikiem, 
wskazał im dwa wygodne fotele i zalecił cierpliwość. Kierownik wyszedł, ale miał 
nadejść lada chwila.
 

Usiedli więc, z pewnym zażenowaniem ukrywszy plecaki pod złoconym 

empirowym stolikiem, i czekali. Powoli wyparowywało z nich zmęczenie nagromadzone 
podczas nocnej jazdy zatłoczonym pociągiem i włóczęgi po rozgrzanych ulicach w 
oczekiwaniu na otwarcie sklepu. Chciało im się palić, ale w sklepie panował nastrój tak 
dostojny, wręcz muzealny, że nie śmieli tego uczynić. Czekali więc tylko i rozglądali się 
ciekawie dokoła.
 

Wnętrze krakowskiej Desy było urządzone pomysłowo i z gustem. Stare meble, 

cenne dywany, miniaturowe cacka, kosztowna porcelana i artystyczne tkaniny były tak 
ustawione i ułożone, aby piękno uwypuklało się jak najbardziej, aby oglądający miał 
możność ocenić przedmiot ze wszystkich stron.
 

Środek sklepu zajmował wspaniały komplet Chippendale. Na osiemnastowiecznej

sekreterze puszyły się dwa pękate Delfty. Mały mahoniowy stolik dźwigał tacę z 
japońskim serwisem o ściankach tak cienkich, jak skorupka jaja. Na stołach mieniły się 
złotem słuckie pasy. Gdzieś w głębi połyskiwała rubinami głownia oprawnej w jaszczur 
szabli. Ściany okrywały dywany z Persji, Samarkandy, Taszkientu. Gdzieś w kącie 
przycupnęły, jakby wstydząc się swej nachalnej barwności, kilimy i łyżniki wyrabiane 
nad Prutem i Czeremoszem. Pękata serwantka była pełna sewrskich figurek, indyjskich 
słoni, chińskich małpek i innych zbytkownych przedmiotów, bezużytecznych, a 
pięknych.
 

Za szklaną taflą wystawowej szyby szumiało ludzkie mrowie, dzwoniły tramwaje 

i trąbiły auta. Tu panował spokój, jak gdyby te wspaniałe stare meble, tkaniny i obrazy 

- 30 -

background image

były gdzieś poza życiem, wyłączone ze współczesności, żyjące własną pełną chwały 
przeszłością.
 

Czasem tylko zaskrzypiały drzwi i do sklepu wchodził człowiek zwabiony i 

urzeczony pięknem. Kupował jakiś drobiazg, częściej jednak oglądał tylko 
nagromadzone cuda, stawał w zachwycie nad niezrównanymi proporcjami starego mebla,
kiwał w zamyśleniu głową nad subtelnością rysunku i koloru jakiejś miniatury i... 
wychodził. Wszystkich obsługiwał z jednakową uprzejmością i taktem siwy pan, 
wychylający się na pierwsze skrzypnięcie drzwi z ciemnego wnętrza sklepu.
 

Stary złocony zegar wskazywał godzinę jedenastą, kiedy drzwi otworzyły się z 

hałasem i do sklepu wszedł, a raczej wbiegł mały, gruby człowieczek w białym 
płóciennym ubraniu, na którego widok Konrad i Krysia zamienili radosne i zdziwione 
spojrzenia.
 

- Dzień dobry, panie Stanisławie - powiedzieli prawie równocześnie podnosząc 

się ze złoconych foteli.
 

- Kto?... Co u Boga Ojca? Konrad! Krysia! Skąd wy tutaj? A to awantura arabska!

-
 

gruby człowieczek porwał rodzeństwo w ramiona i całował zamaszyście. Był to 

pan Stanisław Kalczyński, długoletni współpracownik i przyjaciel Krzysztonia, znający 
Krysię i Konrada od dzieci.
 

- Siadajcie u Boga Ojca! Co za dobre wiatry was tu przygnały? No, mówcie, bo 

konam z ciekawości.
 

- Te wiatry wcale nie były takie dobre, ale o tym później. Tymczasem niech pan 

mówi, co pan tu robi? Pracował pan przecież w Warszawie? - spytał Konrad.
 

- Ano, porzuciłem faktyczną stolicę dla historycznej. A dokonał tego Eros, 

Kupido, Hymen i kilku innych bożków przy okazji. Mówiąc po prostu - ożeniłem się.
 

- Pan? - wykrzyknęli równocześnie Krysia i Konrad.

 

- Pan? - powtórzyła Krystyna - taki wróg małżeństwa i kobiet?

 

Gruby człowieczek uśmiechnął się z zażenowaniem:

 

- Mój Boże, ludzie zmieniają wiarę, poglądy polityczne, nawet kolor włosów, 

dlaczegóż więc ja nie miałem zmienić moich zapatrywań na małżeństwo?
 

- No i nie żałuje pan? - wtrącił ze śmiechem Konrad.

 

- Ach, nie - zaprzeczył gorąco pan Stanisław - moja żona jest nadzwyczajna. 

Zresztą poznacie ją. Oczywiście zatrzymacie się u nas. No, no, żadnych protestów! 
Zapraszam was i basta!
 

Gestykulując żywo i wyrzucając z ust potoki słów pociągnął rodzeństwo do 

pokoiku za sklepem, gdzie mieścił się mały gabinet. Nie przestając gadać włączył do 
kontaktu sznur elektrycznej maszynki do parzenia kawy i mrugając konspiracyjnie 
czarnym oczkiem wygrzebał z głębin biurka puszkę pełną drobno zmielonego, 
aromatycznego proszku.
 

- Znakomity środek. Już Balzak uważał, że kofeina... ale ja tu gadam jak 

nakręcony i wciąż nie daję wam dojść do słowa. Przecież jeszcze do tej pory nie wiem, 
co was tu sprowadza?
 

Rozsiadł się wygodnie w obszernym fotelu i podparłszy pulchnymi dłońmi gładko

wygolony podbródek powiedział:

- 31 -

background image

 

- No, słucham. I daję słowo, że nie będę przerywał.

 

Konrad oderwał oczy od wspaniałego angielskiego sztychu wiszącego nad 

biurkiem pana Stanisława.
 

- Przyjechaliśmy tu w dosyć przykrej sprawie, w sprawie kradzieży miniatury - 

powiedział.
 

- Dość! - wrzasnął zrywając się z fotela pan Stanisław. - Dość! Ani słowa więcej!

 

Rodzeństwo spojrzało po sobie ze zdumieniem, a pan Kalczyński opadł na fotel i 

zakrywszy oczy ręką zaczął jęczeć:
 

- Oszaleję, jeżeli jeszcze raz usłyszę słowo „miniatura”. Czy nigdy nie będę miał 

spokoju? Dziewięć razy byłem wzywany na milicję, trzy razy do prokuratury, musiałem 
dawać objaśnienia sześciu reporterom, co drugi znajomy na ulicy zaczepia mnie pytając, 
jak to właściwie było z tą miniaturą. I jakby tego wszystkiego było mało jeszcze - i ci 
przyjeżdżają z Wrocławia wiercić mi dziurę w brzuchu! Powiedziałem, dosyć!
 

- Panie Stanisławie - zaczęła cicho i niepewnie Krysia - my naprawdę nie tylko z 

prostej ciekawości pytamy. Przecież u nas w muzeum zdarzyła się podobna kradzież. Czy
nie czytał pan o tym w gazecie?
 

- Nie czytam gazet - wrzasnął pan Stanisław - czytam tylko Przekrój i Szpilki.

 

- Dobre i to - mruknął Konrad.

 

- Mówisz, że u was też popełniono kradzież? - złagodniał nagle pan Kalczyński.

 

Konrad i Krysia zaczęli na wyścigi opowiadać o tajemniczym zniknięciu portretu,

posądzeniu Gniewosza, o wycieczce na Dolny Śląsk i o szczęśliwym przypadku, który 
pozwolił im ustalić nazwisko portretowanej .
 

- I kiedy przeczytaliśmy w gazecie notatkę o kradzieży miniatury, przyszło nam 

na myśl, że między tymi dwoma faktami może być jakiś związek. Przywieźliśmy 
fotografię portretu. Czy chce ją pan zobaczyć?
 

- Dawaj!

 

- Ale przecież mówił pan, że nie może już słuchać o miniaturze - droczył się 

Konrad.
 

- Pokażże prędzej fotografię - zniecierpliwił się pan Stanisław. - To przecież 

pasjonująca historia.
 

Konrad sięgnął do plecaka i wyjął stamtąd sporą tekturową teczkę, zapakowaną w

szary papier. Chwilę mocował się ze sznurkiem i szeleścił papierami. W końcu odwinął 
zdjęcie z celofanowych obsłonek i podał przez biurko panu Kalczyńskiemu.
 

- To jest właśnie portret Adelajdy von Schwarzbach, czyli Czarnej Pani - 

powiedział.
 

Kalczyński milczał przez moment wpatrując się z natężeniem w trzymany w ręku 

kartonik, potem ryknął tak donośnie, że podskoczyły i zabrzęczały stojące na biurku 
szklanki:
 

- Panie Wilczek! Panie Wilczek!

 

Drzwi uchyliły się i wysoki starszy pan zajrzał do gabinetu. Znał widać obyczaje 

swego szefa, bo jego szczupła twarz nie wyrażała ani zdziwienia, ani trwogi.
 

- Słucham pana - powiedział spokojnie.

 

- Ma pan ją, ma pan ją tutaj, swoją „Damę z kwiatem” - ryczał szef wymachując 

sztywnym kartonikiem. - To ona, to na pewno ona! Bodaj mi wszystkie zęby wypadły, 

- 32 -

background image

jeżeli kłamię.
 

Pan Wilczek podszedł do biurka i wziął fotografię z rąk szefa.

 

- Tak - powiedział po chwili - to ta sama twarz. Tylko na miniaturze suknia była 

różowa, a tu jest ciemna.
 

- Czarna - poprawił Konrad.

 

- Więc przeczucie nas nie zawiodło - gorączkowała się Krysia. - Dwie kradzieże 

popełnione w ciągu niespełna trzech tygodni i związane z tą samą osobą. To nie może 
być przypadek!
 

Konrad, nie mniej poruszony od siostry, ale bardziej opanowany, przeczekał, aż 

minie wybuch entuzjazmu i zdziwienia, i wtedy dopiero zabrał głos:
 

- Więc teraz, panie Stanisławie, chyba opowie nam pan, jak to było z tą kradzieżą,

co?
 

Pan Stanisław był pełen dobrych chęci i już otwierał usta, aby rozpocząć po raz 

któryś tam z rzędu opowiadanie o kradzieży miniatury, gdy...
 

- Kawa! - wrzasnął - kawa kipi!

 

Wyłączono kontakt, kawa przestała bulgotać i po chwili wszyscy parzyli sobie 

palce i wargi racząc się brunatnym napojem o nieporównanej mocy i zapachu.
 

Pokrzepiwszy się kilkoma łykami ulubionego napoju pan Stanisław rozpoczął 

opowiadanie:
 

- W tym dniu tak się złożyło, że byłem sam w sklepie. Pan Wilczek - skinął głową

w stronę stojącego w drzwiach pomocnika - poszedł oceniać obraz, który mieliśmy 
zakupić, a drugi pracownik miał zwolnienie lekarskie. Ruch był średni, chociaż dużo 
większy niż normalnie, bo w miesiącach letnich mamy spory napływ turystów. Około 
godziny dwunastej .
 

(dokładnie nie pamiętam) weszła do sklepu grupka ludzi. Jak się okazało, byli to 

aktorzy czechosłowaccy bawiący właśnie na gościnnych występach w Krakowie. Było 
ich sześciu razem z tłumaczem. Zabawili około trzydziestu minut, bo oglądali wszystko 
bardzo szczegółowo, kupili dwa rosenthalowskie puzderka i mały kilim. Jedna z pań 
poprosiła o pokazanie japońskiej szkatułki z laki, która stała na wystawie, więc 
podszedłem do okna i wtedy... Pan Stanisław umilkł i spojrzał tragicznym okiem na 
słuchaczy.
 

- Co wtedy? - zniecierpliwił się Konrad.

 

- Zauważyłem kartkę dość sporego formatu, naklejoną u dołu szyby. Jestem 

krótkowidzem, jak wiecie, i dopiero po chwili spostrzegłem, że kartka jest naklejona nie 
na szybie, a na sporym kwadratowym wycięciu.
 

- Jakto? - nie zrozumiała Krysia.

 

- Po prostu ktoś od zewnątrz wyciął diamentem kwadratowy kawałek szyby, a 

potem otwór zakleił kartką - wyjaśnił uprzejmie pan Wilczek stojący wciąż w drzwiach 
gabinetu.
 

- No i co dalej? - spytał Konrad.

 

- W pierwszej chwili nie zauważyłem, żeby coś brakowało. Dopiero po kilku 

minutach spostrzegłem, że znikła miniatura malowana na kości słoniowej, 
przedstawiająca młodą kobietę w różowej sukni z kwiatem w ręce; był to storczyk czy 
coś w tym rodzaju.

- 33 -

background image

 

- I co pan zrobił? - spytała Krysia.

 

- Przyznam się, że byłem tak zaszokowany i tak zawstydzony obecnością tych 

Czechów, że wyleciałem jak wariat na ulicę i zacząłem wołać „łapaj, trzymaj” czy coś w 
tym guście. Nadbiegł milicjant, ale nie było już kogo łapać. Prawdopodobnie między 
kradzieżą a jej odkryciem przeze mnie upłynęła spora chwila, bo klej na kartce zdążył 
wyschnąć.
 

- Na kartce pewnie było napisane „remanent”? - wtrącił Konrad.

 

- Skąd wiesz? - skoczył pan Kalczyński.

 

- To stary kawał - wyjaśnił Konrad. - W ten sposób obrobiono kiedyś centralę 

jubilerską w Warszawie.
 

- No i co dalej? - niecierpliwiła się Krysia.

 

- Co dalej? Nic. Zaczęły się protokoły, przesłuchiwania, ekspertyzy, istny 

kołowrót. Ale bez rezultatu. Miniatura i złodziej zapadli się pod ziemię. Eksperci tyle 
ustalili, że napis był zrobiony najprawdopodobniej przez osobę w podeszłym wieku 
(pismo było nierówne i jakby drżące) i że osoba ta musiała często posługiwać się pismem
gotyckim, bo litery mają cechy gotyku, jakkolwiek piszący starał się to ukryć. Poza tym 
żadnych śladów, słowem - pustka.
 

Zdjęli wprawdzie odciski palców z kartki, ale cóż to daje!

 

- Zupełnie tak samo jak u nas - szepnęła Krysia.

 

- A czy nikt z przechodniów nie zauważył nic podejrzanego? Przecież wycięcie 

szyby to nie taka prosta rzecz - wtrącił Konrad.
 

- Właśnie. I mnie to zastanowiło. Ja jednakże nic nie zauważyłem, bo byłem 

zajęty Czechosłowakami i właściwie cały czas kręciłem się w głębi sklepu. Ale na ulicy...
Co prawda był duży ruch... Kradzież popełniono w piątek. Jest to dzień targowy i ulice są
pełne.
 

Zwłaszcza na Rynku panuje szalony ruch. Nasze okno wystawowe jest dość małe,

wystarczy, aby trzy osoby stanęły rzędem, a zasłonią je całkiem. Złodziej musiał mieć 
pomocników, którzy stworzyli właśnie taki sztuczny tłum, i wtedy swobodnie wykroił 
szybę.
 

- Najbardziej zastanawiał mnie fakt - wtrącił milczący do tej pory pan Wilczek - 

że złodziej ukradł tylko miniaturę. Przecież obok leżała stara, bardzo cenna bransoleta z 
granatów, a tuż przy niej równie cenny naszyjnik z ametystów. No, ale teraz już 
rozumiem, dlaczego nie tknął żadnej z tych rzeczy.
 

- Zaraz, panie Stanisławie! - krzyknął Konrad. - Zapomnieliśmy o najważniejszej 

sprawie. Skąd pan miał tę miniaturę?
 

- O, w tym nie ma nic tajemniczego. Desa nie tylko skupuje cenne antyki, ale 

przyjmuje również niektóre rzeczy do sprzedaży komisowej. Takie rzeczy, co do których 
mamy wątpliwości, czy znajdą nabywcę. Tak właśnie było z miniaturą. Zaraz ci powiem, 
kto ją do nas przyniósł. Panie Wilczek, może pan będzie uprzejmy podać mi kartotekę... 
nie, tamtą drugą.
 

Tak. Dziękuję.

 

Pan Stanisław przez chwilę przewracał kwity, wreszcie powiedział:

 

- Mam.

 

Dwie pary oczu zawisły na jego wargach. Konrad i Krysia czekali z napięciem.

- 34 -

background image

 

- Tak. Miniaturę oddano do sprzedaży komisowej w dniu szesnastego stycznia 

bieżącego roku. Wartość sprzedaży oceniono na pięćset złotych. Zaraz... zaraz... 
nazwisko sprzedającego... Jest! Jan Kowalik, zamieszkały w Krakowie, ulica Bożego 
Ciała 18, m. 6. Numer dowodu osobistego itd...
 

- Nie wie pan, kto to jest? - spytał Konrad.

 

- Nie. Skądże. Nawet nie pamiętam, jak wyglądał. Tyle ludzi przewija się 

codziennie.
 

- Ale przecież łatwo go odnajdziemy - zawołała Krysia.

 

- Tak. I to jest pierwsza rzecz, którą musimy zrobić. 1 to zaraz - poderwał się z 

krzesła Konrad.
 

- Ta, ta, ta, proszę o głos. Zaraz pójdziemy, ale nie do tego tam Kowalika, a do 

mnie na obiad. Dochodzi pierwsza, a moja teściowa ogromnie nie lubi, kiedy się 
spóźniam. Mieszkam bardzo blisko stąd, na Gertrudy, Za pięć minut będziemy na 
miejscu.
 

- Ależ panie Stanisławie... naprawdę... nie chcemy robić kłopotu...

 

- Żaden kłopot. I w ogóle za dużo gadania. Idziemy i basta! Panie Wilczek, za 

godzinkę wracam.
 

Starszy pan usunął się od drzwi przepuszczając szefa i jego młodych gości. 

Odczekał chwilę, a kiedy upewnił się, że zniknęli za rogiem ulicy, wrócił szybko do 
gabinetu.
 

Na jego szczupłej, miłej twarzy znać było niezwykłe podniecenie, kiedy zdjąwszy

słuchawkę telefonu uważnie nakręcał numer…
 

- 35 -

background image

 ROZDZIAŁ VIII

 

Jan Kowalik zajmował połowę pierwszego piętra brudnej kamienicy, cuchnącej 

kanałami, kiepsko przyrządzanym jadłem i kocimi odchodami. Przedarłszy się przez 
obszerną ciemną sień, zastawioną do połowy kubłami na śmieci, które wielkim głosem 
wołały o wywiezienie, trójka „detektywów” weszła na równie ciemne, obdrapane i 
cuchnące schody.
 

Ostrożnie, trzymając się lepkiej od brudu ściany, dotarli na pierwsze piętro. 

Zapałka oświetliła drzwi opatrzone kratą i licznymi zamkami. Błysnął złociście 
kwadracik wypolerowanego mosiądzu z wygrawerowanym napisem: Janostwo 
Kowalikowie. Przedmiot co najmniej dziwny wśród tego brudu, niechlujstwa i nędzy.
 

Odnaleźli dzwonek. Zadzwonili. Dzwonek nie funkcjonował. Zaczęli stukać. Po 

dłuższej chwili zaszurgotało coś za drzwiami, spadł jakiś potrącony przedmiot, 
zachrypnięty głos zaklął niewybrednie.
 

- Czego tam? - usłyszeli stojący na schodach.

 

- Do pana Kowalika - odpowiedziała Krysia licząc, że damski głos rozbroi 

niewidzialnego cerbera.
 

- Ale czego? - dopytywał się dalej ochrypły baryton, widać żądny bliższych 

szczegółów.
 

- Chcieliśmy porozmawiać z panem Kowalikiem - zaszczebiotała Krysia swoim 

najbardziej uroczym głosem.
 

- Ha? - zabrzmiało za drzwiami.

 

Pan Stanisław stracił cierpliwość.

 

- W sprawie miniatury! - ryknął.

 

Skutek był nieoczekiwany. Usłyszeli szybkie, człapiące kroki, trzask otwieranych 

i zamykanych drzwi i ciszę... Cerber znikł.
 

- Przeraził się pańskiego głosu - powiedział z wyrzutem Konrad. - Ryknął pan jak 

trąba na sądzie ostatecznym.
 

- Bo tu taki pogłos dają te sklepione mury - zaczął usprawiedliwiać się pan 

Stanisław, ale przerwał, bo usłyszano ponowne kroki, tym razem dużo lżejsze od 
poprzednich.
 

- Kto tam? - zapytał dźwięczny tenor,

 

- Do pana Kowalika w sprawie miniatury. Z Desy. - Konrad uprzedził szybko 

szczebiot Krysi i ryk pana Stanisława. Szczęknęły zdejmowane łańcuchy, zachrobotały 
przekręcane w kilku zamkach klucze, wreszcie zgrzytnęła przejmująco jakaś olbrzymia 
zasuwa i drzwi otwarły się. W oświetlonym mdłym światłem niewielkiej żarówki 
przedpokoju stał szczupły, drobny człowieczek w wytartej bajowej kurtce i szerokim 
gestem zapraszał ich do wnętrza:
 

- Państwo pozwolą, tylko proszę ostrożnie, bo tu trochę ciasno. Jeszcze nie 

zdążyliśmy się urządzić.

- 36 -

background image

 

W korytarzu było istotnie dość ciasno. Sądząc jednak po ilości kurzu 

nagromadzonego na licznych kufrach, walizkach, koszach, meblach i różnych gratach, 
państwo Kowalikowie nie zdążyli urządzić się w ciągu ubiegłych trzech lat.
 

Gospodarz, zręcznie lawirując wśród swego bogactwa, dotarł do drzwi i 

otworzywszy je przepuścił gości do wnętrza. Trójka przyjaciół stanęła zdumiona, 
albowiem pokój, do którego weszli, to nie był zwyczajny pokój. To był lamus, to była 
graciarnia, to był sklep że starzyzną, to był skład rupieci, to był magazyn osobliwości, ale
to nie był pokój. Pomieszczenie było ogromne, wysokie, o czterech oknach. 
Zapobiegliwy gospodarz stłoczył w nim, lekko licząc, trzy do czterech kompletów mebli 
łącznie z sypialnią i kuchnią. Krzesła, kanapy, stoły, szafy, kredensy, serwantki walczyły 
ze sobą o odrobinę wolnego miejsca, o szczyptę oddechu. Pod ścianami stały odwrócone 
tyłem do patrzących ogromne obrazy w złoconych ramach. Na zestawionych krzesłach, 
na blatach stołów, na fotelach leżały zwinięte w rulon dywany. Jak gdyby tego jeszcze 
było mało, każdą wolną przestrzeń zajmowały wypchane ptaki, potworne fajansowe 
wazony, bukiety sztucznych kwiatów wyrobione przemyślnie z farbowanych piór, ręcznie
haftowane poduszki, mogące skłonić najłagodniejszego człowieka do zgrzytania zębami, 
poczwarne lalki i pierroty o zezowatych oczach i wykrzywionych w konwulsyjnym 
uśmiechu ustach, malowane papierowe wachlarze, około dziesięciu serwisów, kilka 
starych pistoletów i tysiąc innych przedmiotów niewiadomego pochodzenia i 
przeznaczenia.
 

Krysia utkwiła wzrok w wypchanym krokodylu, zwisającym wdzięcznie z 

potężnych jelenich rogów przybitych między oknami. Gospodarz, widząc jej zdumienie, 
poprawił opadające spodnie i odchrząknąwszy powiedział z godnością:
 

- Państwo się dziwią? Miałem kiedyś sklep antykwaryczny; to tylko mizerne 

resztki, które pozostały z dawnej świetności firmy Kowalik i Syn. Państwo nie słyszeli?
 

Ponieważ państwo jako żywo nic nie słyszeli o firmie Kowalik i Syn, skinęli z 

entuzjazmem głowami i zapewnili gospodarza, że jego firma była znana w całej Polsce, 
ba, nawet w Europie. Pan Kowalik ozdobił najpiękniejszym uśmiechem swą suchą, 
pergaminową twarzyczkę i ze wzruszenia podwójnie szybko zaruszał czarnymi 
wąsikami:
 

- Jacy państwo uprzejmi, doprawdy, jestem wzruszony. - Mówiąc to i walcząc z 

niesfornymi spodniami uprzątał drobiazgi zalegające krzesełka, aby „mili goście” mieli 
na czym usiąść. Czynność tę wykonywał nie przestając zapewniać przybyszów o swej 
wielkiej radości, zaszczycie, jaki go spotkał itd.
 

Jednak Konrad, bystry obserwator, dostrzegł w czarnych rozbieganych oczkach 

lęk i nieufność. Pan Kowalik miał widać nie całkiem czyste sumienie. Kiedy wreszcie 
gospodarz uporał się ze swym dobytkiem i usadowił troskliwie „drogich gości” na 
zniszczonych krzesełkach, stanął przed nimi w napoleońskiej pozie i rzekł:
 

- Teraz słucham.

 

Konrad wyjaśnił pokrótce cel ich wizyty nie wspominając, rzecz jasna, o 

szczegółach afery.
 

- Chodzi nam tylko o to, w jaki sposób skradziona miniatura dostała się do 

pańskich rąk
 

- zakończył i sięgnął do kieszeni po papierosy.

- 37 -

background image

 

Pan Kowalik milczał wpatrując się uparcie w ręce Konrada trzymające pudełko 

Giewontów i zapałki. Wreszcie nie wytrzymał. Przepraszając usilnie, poprosił gości o 
niepalenie, bo „państwo rozumieją, dym szkodzi dziełom sztuki, w muzeum też nie 
wolno palić, ja sam nie miałem nigdy papierosa w ustach”.
 

Konrad i Krysia siłą powstrzymując wybuch niepożądanej wesołości schowali 

papierosy, a pan Stanisław powiedział z całą powagą:
 

- Ma pan rację, drogi panie, dym szkodzi dziełom sztuki, a zwłaszcza wypchanym

ptakom. Czytałem kiedyś pracę naukową na ten temat.
 

Zażegnawszy w ten sposób niebezpieczeństwo pan Kowalik powrócił do sprawy 

miniatury. Najpierw ruszając z zażenowaniem wąsikami oświadczył, że był wzywany na 
komisariat MO, gdzie złożył wyczerpujące zeznania w tej materii, jeżeli jednak mili 
goście chcą z jego własnych ust usłyszeć wszystkie szczegóły, jest gotów. Poprawiwszy 
jeszcze raz nieszczęsne spodnie pan Kowalik oświadczył, że rzeczoną miniaturę odkupił 
całkowicie legalnie od handlarza starzyzny, mającego swoje stoisko na plac« targowym 
zwanym popularnie „tandetą”.
 

Wydała mu się dziełem sztuki, a nie mógł znieść myśli, że dzieło sztuki 

(wymawiając te dwa słowa pan Kowalik robił taki ruch ustami, jakby ssał cukierek) 
poniewiera się między starymi butami, garnkami i częściami rowerowymi. Trzymał ją 
przez jakiś czas w domu, aż dopiero teraz ciężkie warunki materialne zmusiły go do 
sprzedaży tego cacka.
 

- Czy nie pamięta pan, kim był ten handlarz z Tandety? - wtrąca Krysia.

 

- Nie, łaskawa pani, skądże - zaprzecza szybko pan Kowalik - ot, taki sobie 

handlarz, jakich tysiące na placu. Podszedłem, zapytałem o cenę, zapłaciłem i wróciłem 
do domu.
 

Zapada milczenie. Nitka domysłów rwie się w palcach. To jasne, że Kowalik nie 

może wiedzieć, kto mu sprzedał miniaturę. W handlu nie żąda się dokumentów. Ale 
Konrad ani na moment nie przestaje patrzeć w rozbiegane, niespokojne oczka pana 
Kowalika. Czegoś się boi ten mały, zasuszony człowieczek. Ale czego? Milczenie 
przerywa pan Stanisław:
 

- Jedno mnie zastanawia - mówi z namysłem. - Powiada pan, że do sprzedaży 

miniatury skłoniły pana ciężkie warunki materialne. Mówiąc prościej - potrzebował pan 
gotówki. Dlaczego więc wybrał pan przedmiot, który nie jest łatwy do sprzedania? 
Przecież miniatura leżała u nas blisko pół roku i nie znalazła nabywcy. No, i wartość jej 
nie była znów taka duża.
 

Pięćset złotych to nie majątek.

 

Konradowi błysnęły oczy. Prawda. Dlaczego ten handlarz wybrał właśnie 

miniaturę ze swojej graciarni? Przecież gdyby sprzedał choćby wypchane ptaki czy 
kajmana, opłaciłoby się to o wiele lepiej. Szkoły poszukują takich eksponatów do 
gabinetów przyrodniczych.
 

Pan Kowalik jest zmieszany. Ze wzmożoną energią podciąga spodnie i ruszając 

wąsikami usiłuje tłumaczyć, że stracił serce do miniatury, że antykwariusze mają swoje 
fantazje, ale widać, że kłamie.
 

Nagle w bezładne słowa handlarza wpada szorstki, rozkazujący głos:

 

- Powiedz prawdę!

- 38 -

background image

 

Wszyscy obrócili się w stronę drzwi. Unosząc jedną ręką ciężką spłowiałą kotarę 

stała w nich wysoka, tęga kobieta w długim aksamitnym szlafroku. Fryzura jej była 
cudem pomysłowości i fantazji, a tłusta, biała ręka dźwigała co najmniej pół tuzina 
pierścionków. Wąskie szparki oczu patrzyły spod wygolonych brwi władczo i surowo.
 

Pan Kowalik podniósł się z krzesełka i robiąc ręką okrągły ruch w stronę kobiety 

wyszeptał:
 

- Państwo pozwolą, moja żona.

 

Połowica pergaminowego antykwariusza podeszła do osłupiałych gości i 

wyciągnąwszy upierścienioną rękę powiedziała z godnością:
 

- Janowa Kowalikowa jestem, bardzo mi przyjemnie.

 

Potem skierowała surowy wzrok na wystraszonego męża i powiedziała jeszcze 

raz:
 

- Ja ci mówię, powiedz prawdę.

 

Pan Kowalik skurczył się na swoim krzesełku i wyszeptał:

 

- Zosieńko, na miłość boską, zastanów się...

 

- Już się zastanowiłam - przerwała mu żona - i nie będę dłużej tolerować twojej 

głupoty.
 

Jesteś gamoń, idiota i kretyn - mówiła spokojnie nie podnosząc wcale głosu. - 

Przez twoją głupotę straciliśmy sklep, bo nie umiałeś na czas dać łapówki, przez twoją 
głupotę straciliśmy mieszkanie i musimy tkwić teraz w tej ruderze. Jakoś Żaczek 
zatrzymał swoje cztery pokoje na trzy osoby i nikt się go nie czepia. Tylko u ciebie 
musieli wywąchać za duży metraż. Przez twoją głupotę zmarnowałam najlepsze łata w 
sklepie, a teraz duszę się w tej rupieciarni. I pomyśleć, że mogłam wyjść za mąż za radcę 
Szpakiewicza. Oh, Boże, Boże!
 

- Zosieńko, pozwól... - wtrącił słówko mąż w ten wartki potok wymowy.

 

- Nie pozwolę - huknęła małżonka - nie pozwolę, aby moje dziecko straciło ojca. 

Nie pozwolę, abym miała zostać wdową po zakłutym nożem antykwariuszu. To się musi 
skończyć!
 

Pana Kowalika nie było prawie widać za stołem. O tym, że jeszcze nie zemdlał, 

świadczyły tylko szybkie ruchy wąsików. Krysia i Konrad byli zdumieni i przerażeni. Ta 
baba wygląda na wariatkę, a ten Kowalik to pantoflarz pierwszej klasy.
 

- Niechże się pani uspokoi - pan Stanisław skorzystał z przerwy uczynionej przez 

wielomówną damę. - Skoro mąż nie chce czy nie może powiedzieć nam prawdy, to 
przecież chyba pani...
 

- Tak - przerwała mu pani Kowalikowa - ja powiem. Powiem całą prawdę jak na 

spowiedzi. Oddaliśmy tę przeklętą miniaturę do sprzedania, bo chcieliśmy się jej pozbyć.
Bo ona jest niebezpieczna.
 

- Jak to? - woła Konrad. Jest tak podniecony, że zapomina o prośbie gospodarza i 

nerwowo zapala papierosa. Ale pan Kowalik nie zwraca już na nic uwagi.
 

- Tak - ciągnie dalej pani Kowalikowa - groziło nam włamanie, poranienie, a 

nawet śmierć.
 

Dama przerywa na moment opowiadanie i toczy triumfalnym okiem po 

słuchaczach.
 

Efekt jest pierwszorzędny. Słuchacze zastygli w pełnym napięcia milczeniu. 

- 39 -

background image

Wytrzymawszy po aktorsku dramatyczną pauzę pani Zofia ciągnie dalej:
 

- Mąż kupił miniaturę od znajomego z Tandety. To taki młody chłopak, bardzo 

przedsiębiorczy i zdolny. Wyjeżdżał po wojnie na Zachód i cuda stamtąd przywoził. Ten 
krokodyl też od niego kupiony. I mąż wcale za tym kupnem nie chodził, tylko chłopak 
sam do niego do sklepu przyleciał. Tanio ją sprzedał, tę miniaturę, bo, powiada, 
nieszczęście mu przynosi.
 

Mąż kupił, ale pyta: jakie nieszczęście? Chłopak coś tam kręcił, nie powiedział 

prawdy, pewnie bał się, że mąż zwróci miniaturę. Ale mąż nie jest przesądny i przyniósł 
miniaturę do domu, żeby mnie ją pokazać. Zaraz tego samego dnia skradli nam bieliznę 
ze strychu. - Pani Kowalikowa znów zrobiła pauzę i spojrzała dokoła.
 

- To przykre - bąknęła Krysia usiłując ukryć uśmiech.

 

- To jeszcze nic, proszę pani - krzyknęła pani Kowalikowa. - Jakieś pół roku 

potem w mieszkaniu zaczęło straszyć.
 

- Co? - spytał z głupia frant pan Stanisław.

 

- A czy ja mogę wiedzieć, co - obraziła się pani Zofia - pewnie duchy. Miniatura 

była schowana w biurku męża i w tym biurku w nocy zaczynało coś chrobotać, stękać, 
stukać.
 

Cośmy robili! Wszystko na nic! Poświęcane obrazki kładłam do szuflad, kredą 

święconą znaczyłam drzwi, wreszcie ksiądz przyszedł odprawić egzorcyzmy, wszystko 
na nic.
 

- A dlaczego nie próbowała pani sprzedać biurka? - wtrącił Konrad. - Niech by u 

kogo innego straszyło.
 

- Sprzedać biurko? Moje wyprawowe biurko po babce? - zaperzyła się pani 

Kowalikowa. - Mój panie, u nas w Krakowie meble przechodzą z rodziców na dzieci. A 
cóż by mi moja córka powiedziała, gdybym jej w wyprawie nie dała babcinego biurka?
 

- Kupiłaby na raty w CHPD - bąknęła Krysia pod nosem. Na szczęście pani 

Kowalikowa nie dosłyszała nietaktownej uwagi i mówiła dalej:
 

- Ale to jeszcze nie wszystko. Wyrzucili nas z mieszkania i dali zastępcze w tej 

ruderze, a trzeba państwu wiedzieć, że mieliśmy piękne cztery pokoje z kuchnią w 
alejach Słowackiego. Mąż musiał zlikwidować sklep, tak go przydusili domiarami. 
Pewnie, że gdyby był mądrzejszy, to może by się to odwlekło. Ale kiedy umarła ciotka 
Ziarkowa i cały majątek zapisała nie mojej Jadziuni, a córce brata, która i tak nic nie 
potrzebuje, bo ma męża w ministerstwie, powiedziałam sobie: dość! Musimy się pozbyć 
tej miniatury, bo ona naprawdę przynosi nieszczęście. I kazałam mężowi zanieść ją do 
Desy.
 

- Wszystko rozumiem, ale dlaczego pan obawiał się nam to wszystko 

opowiedzieć? -
 

spytał Konrad.

 

- Bo on sobie ubzdurał, że o tym wszystkim nie można mówić obcym ludziom - 

wyręczyła męża w odpowiedzi pani Zofia. - Taki się zrobił przesądny przez te historie, aż
strach. A ja znowu myślę: lepiej, że państwo dowiedzieli się prawdy.
 

- Pewnie myśli, że teraz te nieszczęścia na nas przejdą - szepnął siostrze do ucha 

Konrad.
 

- A więc nie pozostaje nam nic innego, jak podziękować pani i pożegnać się - 

- 40 -

background image

rzekł pan Stanisław podnosząc się z krzesła.
 

- Chwileczkę - zatrzymał go Konrad. - Pani powiedziała, że mąż kupił miniaturę 

od znajomego. Czy może nam pani podać jego nazwisko i adres?
 

- Nazwiska nie znam - odparła pani Kowalikowa - ani adresu. Ale znajdą go 

państwo na Tandecie, a przezwisko ma ,,piękny Józio”. Tam go wszyscy znają. On sam 
taki przystojny brunet z wąsikami i baczkami.
 

Trójka przyjaciół pożegnała uprzejmie gospodarzy i wyszła pozostawiając pana 

Kowalika na pastwę elokwentnej małżonki.
 

Wyszedłszy z mrocznego, cuchnącego domu na zalaną słońcem ulicę Krysia 

odetchnęła z ulgą i powiedziała:
 

- Nie uwierzyłabym, gdyby mi kto powiedział, że takie mastodonty jeszcze 

chodzą po świecie.
 

- Mastodont też stworzenie boskie - mruknął filozoficznie Konrad.

 

- 41 -

background image

 ROZDZIAŁ IX

 

Każde miasto w Polsce jest inne. Wszystkie place targowe są podobne do siebie. 

Czy to będą warszawskie „ciuchy”, czy wrocławski Nankier, czy krakowska Tandeta, 
wszędzie panuje ten sam klimat i nastrój. Wszędzie spotyka się takie same handlarki 
obwieszone bluzkami, pończochami i szalikami, wszędzie chodzi się między 
rozłożonymi na ziemi stosami butów, zdekompletowanych serwisów, wyleniałych futer i 
zagranicznych szmatek. Wszędzie panuje ten sam zgiełk, jednostajny pomruk tysiąca 
głosów, nad który wybijają się pojedyncze handlowe zawołania w rodzaju: ,,komu, komu,
bo idę do domu”, „praktyczna, elastyczna naprawa pończoch bez użycia igły, jedynie za 
pomocą kleju”, „komu pączki świeże, domowe, komu”.
 

Wszędzie spotyka się kobiety taksujące z wypiekami na twarzy suknię malowaną 

w niebiesko-żółte żyrafy i fioletowe słonie lub wydzierające sobie z szaleństwem w oku 
koronkową halkę żywo przypominającą staroświecki parasol.
 

Wszędzie snują się tacy sami mężczyźni, którzy nic nie obnoszą i nic nie mówią. 

Taksują tylko wprawnym okiem kupujących i upatrzywszy sobie ofiarę odciągają ją na 
bok oferując nie całkiem zepsuty zegarek, rzekomo złoty pierścionek lub tajemniczą 
maszynkę, która bywa, zależnie od okoliczności, aparatem do golenia, kieszonkowym 
barometrem amerykańskim lub patentowaną, supernowoczesną łapką na szczury.
 

Na każdym placu targowym można kupić wszystko, czego brakuje w sklepach. A 

więc żarówki, czeskie i węgierskie pantofle damskie, zatrzaski, zamki błyskawiczne, ba, 
nawet papier toaletowy.
 

Konrad i Krysia wybrali się na Tandetę następnego dnia po wizycie u pana 

Kowalika.
 

Mieli szczęście, bo był to właśnie piątek, dzień targowy i dzień pracy wszystkich 

krakowskich handlarzy.
 

Wysiadłszy z przepełnionego tramwaju poszli nie pytając o drogę za ludzką rzeką,

która płynęła w stronę placu. Znalazłszy się w bezmiernym kłębowisku ludzi, straganów, 
wśród rozgorączkowanych, targujących się i wykrzykujących handlarzy, rozglądali się 
bezradnie dookoła. Jakże w tym tłumie znaleźć człowieka? Piękny Józio skurczył się do 
rozmiarów szpilki, którą ukryto w stogu siana.
 

- Teraz leżymy - mruknął przez zęby Konrad. - Kropka i amen.

 

- Dlaczego? - zaoponowała Krysia, co prawda bez wielkiego przekonania.

 

- Dlatego, że nawet jeżeli ów piękny Józio z baczkami znajduje się w tej chwili na

placu, to trzeba by trąby jerychońskiej lub głośnika radiowego, aby go do nas przywołać.
 

- No, ale chyba nie zrezygnujemy z poszukiwań? - przestraszyła się siostra.

 

- Za kogo mnie masz, kobieto? - oburzył się Konrad. - Jeżeli zatrzymałem się na 

chwilę u progu tego handlowego szaleństwa, to tylko po to, aby skupić myśli, wybrać 
metodę i uderzyć nieomylnie, w sam środek tego bractwa Merkurego.
 

Konrad miał rację. Trzeba było obmyślić plan batalii. Bieganie na oślep po placu i

- 42 -

background image

zaczepianie przygodnych sprzedawców nie miało sensu. Zdecydowali, że najlepiej będzie
udać się po informacje do stałych, zasiedziałych straganiarzy, którzy okupując plac od 
wielu lat znają się między sobą jak łyse konie.
 

Na pierwszy ogień wybrali starą, potwornie grubą babę siedzącą na małym 

stołeczku wśród dziesiątków par filcowych pantofli. Zdawała się drzemać w najlepsze, 
ale kiedy zbliżyli się, natychmiast otworzyła jedno oko, bystre i czujne, jak oko ptaka. 
Widać osądziła, że para młodych opalonych ludzi w krótkich spodniach i sportowych 
koszulkach to nie klientela dla niej, bo po minucie obserwacji zamknęła oko i popadła w 
ponowną drzemkę. Pytanie zadane jej przez Konrada w sprawie pięknego Józia nie 
wyrwało jej ze stanu zobojętnienia. Nie otwierając oka podrapała się brudnym 
paznokciem w bulwiasty nos i mruknęła:
 

- Ja tam nic nie wiem.

 

Nie lepiej powiodło im się u następnego handlarza. Tym razem był to domorosły 

zegarmistrz, starszy człowiek, przybrany w fantastyczny kapelusz z olbrzymim rondem, 
doszytym zapewne dla ochrony przed słońcem. Spod kapelusza patrzyły żywe, bystre 
oczka, bynajmniej nie zaspane. Ręce człowieka poruszały się bezustannie wśród 
rozłożonych na ceratowej płachcie łańcuszków, wag, zębatych kółek, sprężyn i tarcz 
zegarowych. Widząc zbliżającą się parę „zegarmistrz” zagdakał wysokim głosem:
 

- Części do zegarków, części, nowe, używane części!

 

Gdy jednak usłyszał pytanie o pięknego Józia, zobojętniał, skulił się na swym 

stołeczku i potrząsając głową uparcie udawał głuchego. Nie dopisało im też szczęście u 
sprzedawcy krawatów, w budce obwieszonej jaskrawymi koralikami, lusterkami i 
przyborami do szycia, u mężczyzny sprzedającego gumę do żucia i żaróweczki do 
kieszonkowych lampek, u młodej kobiety dźwigającej na ramieniu stos pstrych 
fatałaszków. Wszyscy oni nie umieli czy nie chcieli udzielić im żądanych informacji. 
Krysia miała łzy w oczach, a Konrad klął nieprzystojnie. Zaczepiwszy około 
pięćdziesięciu osób, przewędrowawszy plac wzdłuż i wszerz spróbowali innego sposobu.
Zaczęli szukać przystojnego bruneta z wąsikiem i baczkami. Zaglądali ludziom w twarze,
zapuszczali wzrok pod kapelusze, czapki i fantastyczne nakrycia głowy, sporządzone na 
poczekaniu z przeczytanej już porannej gazety. Potykali się o rozłożony na ziemi towar, 
wciskali się w najgęstszy tłum, wszystko na próżno.
 

Znaleźli wprawdzie kilku osobników posiadających czarne uwłosienie, wąsiki i 

baczki, ale nigdy te trzy cechy nie występowały równocześnie. Płomienny brunet w 
kraciastej koszuli, na którego Krysia rzuciła się z okrzykiem radości, miał wprawdzie nad
górną wargą idealnie przystrzyżoną kreskę, nie posiadał jednak baczków. Inny 
młodzieniec posiadający tę romantyczną ozdobę ciągnącą się od ucha do połowy 
policzków był niestety blondynem.
 

Dochodziło południe. Z nieba lały się strumienie żaru. Na placu temperatura 

podniosła się o kilkanaście stopni, zresztą nie tylko z powodu upału. Wszystkich zaczęła 
ogarniać powoli gorączka handlowa. Sprzedać, zarobić i iść stąd, z tego przeklętego 
słońca do chłodnej knajpy na zimne, pieniste piwo czy po prostu do domu na obiad. 
Głosy stawały się donośniejsze, ruchy szybsze, spojrzenia bystrzejsze. Targowano się 
coraz namiętniej, zachwalano coraz bardziej kusząco.
 

W pewnym momencie Krysia przyłapała się na oglądaniu rzeczywiście ładnej 

- 43 -

background image

plażówki, utrzymanej w trzech wesołych kolorach: żółtym, szafirowym i czerwonym. 
Zgromiona przez brata, oderwała się z żalem od powabnej szmatki i wróciła do 
przerwanego na chwilę zajęcia, to znaczy do oglądania męskich włosów, policzków i 
warg. Po pewnym czasie zaobserwowała z satysfakcją błysk oczu Konrada, który 
zatrzymał się na widok ślicznej sportowej koszulki z białej popeliny.
 

Byli już porządnie zmęczeni. Trzy godziny wałęsania się w tłoku, kurzu i upale 

zrobiły swoje. Kupili dwie flaszki oranżady i przysiadłszy na jakimś słupku odpoczywali.
 

Nagle limoniada zabulgotała dziwnie w ustach Krysi, jak gdyby dziewczyna 

miała się udławić. Zanim brat zdążył się zorientować, o co chodzi, zerwała się ze słupka i
z flaszką w ręce podbiegła do wysokiego mężczyzny w popielatych spodniach i 
niebieskiej trykotowej koszulce. Konrad spojrzał na twarz mężczyzny i z uciechy omal 
nie wyrżnął flaszką o ziemię.
 

W odległości dziesięciu kroków stał przystojny brunet z wąsikami i baczkami.

 

Wypadki potoczyły się teraz z oszałamiającą szybkością. Brunet został osaczony 

z dwóch stron. Równocześnie z ust dwojga rozgorączkowanych młodych ludzi padło 
pytanie:
 

- Czy pan ma na imię Józef?

 

Przystojny brunet chciał widać zyskać na czasie, bo spojrzał najpierw na 

dziewczynę, potem na chłopca, a wreszcie zapytał z głupia frant:
 

- A bo co?

 

- Bo my szukamy kogoś podobnego do pana, kto ma na imię Józef - wypaliła 

Krysia.
 

- A na przezwisko „piękny Józio” - uzupełnił Konrad.

 

- A jak się nazywa naprawdę? - spytał właściciel baczków.

 

- Tego nie wiemy - wyznała ze smutkiem Krysia.

 

- To chyba nie będę ja, bo mnie na chrzcie nadali imię Władysław, a nazywają 

mnie Valentino - oznajmił brunet przeciągając śpiewnie końcówki. - A do czego państwu 
potrzebny piękny Józio? - spytał ostrożnie.
 

- Ach, proszę pana, to bardzo długa historia - zaczęła Krysia, ale urwała, bo but 

Konrada zasygnalizował jej wyraźnie „milcz”.
 

- Bo ja bym go może odnalazł? - zaczął Valentino robiąc wymowny ruch ręką.

 

- Więc pan go zna? - krzyknęła radośnie Krystyna.

 

- Coś mi się tam obiło o uszy - odrzekł wymijająco pan Władysław patrząc 

znacząco na Konrada, jakby chciał powiedzieć: „z kobietami nie gadam o interesach”.
 

- Ile? - spytał rzeczowo Konrad.

 

- A na ile go cenicie? - zapytał ze śmiechem mężczyzna i błysnął białymi zębami.

 

- Jesteśmy w podróży - wyjaśnił Konrad - bez grubszej gotówki. Pięć dych 

starczy?
 

Brunet skrzywił się i powiedział:

 

- To już chyba dla tej pani tak mało wezmę.. Muszę mieć przecież coś za stracony

czas -
 

powiedział i wyciągnął rękę.

 

- Wolnego - osadził go Konrad. - Najpierw zobaczymy Józia, a potem forsa do 

rączki.

- 44 -

background image

 

Valentino spojrzał z uznaniem na chłopca i mruknął:

 

- No, to jazda, idziemy.

 

Rodzeństwo poszło w milczeniu za barczystym przewodnikiem. Z wielkiej 

uciechy ściskali się za ręce i śmiali bezgłośnie. Pan Władysław wyminął uliczkę 
straganów i poprowadził młodych ludzi na przełaj, ścieżkami ku ulicy. Naprzeciwko 
przystanku tramwajowego mieścił się mały bar. Pan Władysław pchnął odrapane drzwi i 
wprowadził rodzeństwo do wnętrza. Z zatłoczonej sali powiało dymem, odorem piwa i 
wódki. Brunet, widać stały bywalec, skinął niedbale dłonią w stronę grubasa za ladą i 
krzyknął:
 

- Mój salon wolny?

 

- Tak jest, proszę pana - zaseplenił gruby. Weszli do małego pokoiku obitego 

tapetą koloru wątroby. Na tym dostojnym tle ktoś wypisał kredą mnóstwo jędrnych 
sentencji dotyczących budowy tudzież funkcji fizjologicznych swoich znajomych.
 

Większą część pokoiku zajmował stół bilardowy okryty jadowicie zielonym 

suknem.
 

Pan Władysław usadowił swych gości na wyplatanej kanapce za okrytym brudną 

ceratą stolikiem i wyciągnąwszy przez stół rękę do Konrada rzekł:
 

- Pięćdziesiątak dla mnie.

 

- Jak to? - zdziwił się chłopak - a piękny Józio?

 

- Tu, we własnej osobie - brunet uderzył się w szeroką pierś aż zadudniło. Musiał 

jednak wyczytać na twarzy Konrada niedowierzanie i nieufność, bo powiedział: 
„chwileczkę” i uchyliwszy drzwi do ogólnej sali wrzasnął: - panie Kozior!
 

Grubas w brudnej kurtce nadbiegł truchcikiem i spojrzał wyczekująco na pana 

Władysława.
 

- Ci państwo - powiedział brunet - chcą wiedzieć, jak mi na imię.

 

- Pan Józef - wyseplenił gruby szeroko otwierając małe oczka.

 

- A jak mnie przezywają w okolicy?

 

- Piękny Józio albo Valentino.

 

- Wystarczy. A teraz zjeżdżaj, szefie, i przynieś trzy bombki jasnego.

 

- Ja poproszę limoniadę - wtrąciła Krysia. Konrad nie czekając ponownego 

wezwania wyciągnął portfel i położył na stole pięćdziesiąt złotych.
 

- To było dobrze rozegrane, panie Józiu - powiedział z uznaniem.

 

- 45 -

background image

 ROZDZIAŁ X

 

Piękny Józio jednym potężnym łykiem opróżnił swój kufel do połowy, osuszył 

usta bajecznie kolorową chustką i zapalając z fasonem papierosa oświadczył, że jest 
gotów do przeprowadzenia wywiadu.
 

Konrad pamiętając o pełnej chłodu rezerwie, wręcz niechęci, z jaką pan Kowalik 

zareagował na pytanie o miniaturę, postanowił tym razem działać ostrożniej. Nie uderzył 
wprost, wybrał drogę okrężną. Dmuchając w szybko opadającą pianę na piwie 
powiedział wyjaśniająco:
 

- Zaczniemy chyba od tego, że przysłał nas do pana niejaki pan Kowalik z ulicy 

Bożego Ciała.
 

- On? - piękny Józio wcale nie wyglądał na zdziwionego. - Znam go dobrze, 

sympatyczny idiota. Ale żoneczkę ma! Na sam jej widok można się rozchorować!
 

- Zgadza się - potwierdził Konrad. - Pan Kowalik nabył od pana w swoim czasie 

pewną rzecz. Nie wiem, czy pan sobie przypomina?
 

- Eeee, niejeden towar mu opchnąłem. My przecie starzy znajomi. Można 

powiedzieć, że ten jego zwariowany sklep to ja mu urządziłem. Ja i moje kumple. Więc 
konkretnie o jaki szczegół chodzi?
 

Konrad milczał chwilę bawiąc się tekturową podstawką do piwa, wreszcie 

powiedział wolno:
 

- O miniaturę.

 

- Cooo? - wrzasnął piękny Józio - o tę malowaną babę w różowej kiecce? - 

Zerwał się gwałtownie, równie gwałtownie wyszarpnął z kieszeni zmięty banknot i rzucił
go na stół: -
 

Masz pan swoje pięć dych i daj mnie pan święty spokój. Żebym wiedział, że to o 

to świństwo chodzi, nawet za pięć patyków bym tu nie przyszedł. Adje!
 

Był już przy drzwiach, kiedy dopędziła go Krysia. Schwyciła chłopaka za ramię i 

patrząc mu błagalnie w oczy zaczęła mówić szybko powstrzymując z trudem nerwowe 
drżenie głosu:
 

- Proszę pana, ja pana bardzo proszę! To takie ważne dla nas. Od tego zależy los 

człowieka! Od tego zależy szczęście dwojga ludzi. Moje szczęście! - krzyknęła 
rozpaczliwie i czując napływające do oczu łzy odwróciła się gwałtownie i ukryła twarz w
dłoniach.
 

Konrad również podniósł się z krzesła i podszedłszy do zdumionego tym 

niespodziewanym wybuchem Józia zaczął mówić poważnie i przekonywająco:
 

- Proszę pana, siostra nic nie przesadziła. Pańskie wyjaśnienia mogą rzeczywiście 

pomóc nam w wyplątaniu z niemiłej afery niewinnie posądzonego człowieka. - Zawahał 
się chwilę i dodał: - mojego przyszłego szwagra. Nie będziemy pana nudzić pytaniami. 
Chodzi nam tylko o to, gdzie i od kogo nabył pan miniaturę i dlaczego chciał się pan jej 
pozbyć.

- 46 -

background image

 

Piękny Józio wahał się przez chwilę stojąc z ręką na klamce drzwi, potem spojrzał

w stronę płaczącej Krystyny i powiedział nieoczekiwanie miękkim głosem:
 

- No, no, niechże pani nie płacze. Dobrze już, dobrze. Opowiem wszystko, tylko 

niech ta słona woda wyschnie. - I zwracając się do Konrada dodał: - Wiedziała pańska 
siostrzyczka, gdzie mnie uderzyć. Na całym Ludwinowie wiedzą, że na łzy patrzeć nie 
mogę. Już taki jestem miękki, psiakrew!
 

Usiadłszy z powrotem na krześle i wypiwszy resztę piwa zaczął:

 

- Wy jesteście młodziaki, więc nie pamiętacie tych czasów, kiedy się na Zachód 

po szaberek jeździło. Ja też wtedy nie byłem starzec, ale swoją drogą osiemnastka 
stuknęła i rozrabiacz byłem nienajgorszy. Razem z bratem Romkiem i ze szwagrem 
starszej siostry ganialiśmy na Zachód jak wariaty. Z początku to pan wie - łatwo było. 
Przywoziło się radioaparaty, maszyny do pisania, elektroluksy, dywany. Potem to już z 
wielkim towarem skończyło się.
 

Trzeba było drobiazgi przywozić. Jednego razu tośmy zawędrowali do Kłodzka i 

tam koleżki z naszej ulicy dali nam informację, że całkiem blisko leży jakiś rozbebeszony
szwabski pałac i pełno w nim rozmaitości. Ja już wtedy z Kowalikami się znałem, a on 
sklepik miał z różnymi cudeńkami. Myślę sobie - warto podskoczyć. No to poderwaliśmy
jakieś auto i gazu! Kołowaliśmy trochę, ale w końcu patrzymy - jest pałac. Duży, piękny, 
z kolumnami. Trochę nadszczerbiony, ale nie całkiem.
 

- Więc jednak Schwarzbach - szepnął do siebie Konrad.

 

- Inna rzecz, że przed nami jakaś konkurencja prawie go na glanc rozpracowała. 

Przyuważyliśmy parę obrazków, trochę srebra, co leżało po kątach, kilka kryształowych 
flakonów i dość. Szkoda było zachodu, bo koszty mieliśmy nieliche. Moje kumple już w 
samochodzie siedzą, a ja furt wałęsam się po pokojach myśląc, że jeszcze coś ustrzelę. 
No i traf, patrzę, stoi biureczko, ładne, zgrabne, trochę tylko porysowane, bo go jakaś 
ofiara gwałtem próbowała otwierać, a było zamknięte. Nic mnie do tego mebla nie 
ciągło. Ładne, bo ładne, ale już nie te czasy byli. Stanąłem sobie jakoś z boku, oparłem 
się o blat, a tu trach! Ażem ścierpł z wrażenia. Odskoczyła jakaś szufladka. To taki mebel
był ze skrytkami. Zaglądam ja do szufladki, a tam leży mały obrazek w złotej ramce. Na 
obrazku fajna babka z dekoltem po pas i z badylem w ręce. „Dobra jest” myślę. Złoto. I 
haps za obrazek. I tu proszę państwa zaczyna się moje nieszczęście.
 

Piękny Józio przerwał i spojrzał tragicznie po słuchaczach.

 

- Jakie nieszczęście? - zniecierpliwił się Konrad.

 

- Zaraz pan usłyszysz. Wolnego. W gardle mi zaschło jak w nieczynnym 

wodociągu.
 

Panie Kozior!

 

Szybkość, z jaką przybiegł grubas, świadczyła o dużej popularności pana Józia. 

Po chwili stal już przed nim kufel jasnego piwa. Popijając przejrzysty bursztynowy płyn 
pan Józio wznowił swoją opowieść:
 

- Trzymam ja obrazek w ręce, a tu nagle coś mi się wali na głowę. Zbaraniałem 

zupełnie, a to coś drapie mnie po twarzy, szarpie za włosy, dusi za szyje. Niewielkie to 
było, chude i kosmate. Przeżegnałem się w duchu i do świętego Józefa westchnąłem, bo 
mi diabeł przyszedł na myśl. Nie mogę się wyplątać z tych uścisków, więc zaczynam 
krzyczeć. A to coś też mi skrzeczy nad uchem. Szczęściem nadbiegł szwagier i 

- 47 -

background image

przepłoszył stworę. I wiecie państwo co to było?
 

- No?

 

- Małpa. Zwykła mała małpka. Żeby ją cholera zatłukła! Ma się wiedzieć, że całą 

drogę do Krakowa miałem zatrutą. Co się brat ze szwagrem spojrzeli na mnie, ryczeli ze 
śmiechu i zoologiem przezywali.
 

- A miniatura? - spytał Konrad.

 

- Eee, miniatury tom nie wypuścił z garści. Przywiozłem ją do Krakowa. Inna 

rzecz, że ramki okazały się fałszywe. Nie złoto to było, a duble. Pewno spadkobiercy 
wymienili. Widzi pan, że wiele nie zarobiłem, a strachu i wstydu się najadłem. To było 
pierwsze moje nieszczęście.
 

- A drugie? - podchwycił Konrad.

 

- O drugim to, słowo daję, wolałbym nie mówić, bo po dziś dzień zła krew mnie 

zalewa.
 

Panie, toż ja całą powagę na Ludwinowie straciłem przez ten landszaft. Ale 

obiecałem tej pani, że powiem wszystko, no, to powiem.
 

Widać było, że wspomnienie tych niemiłych przeżyć sprawia pięknemu Józiowi 

ogromną przykrość. Krzywił się niechętnie, pił piwo, długo zapalał papierosa. W końcu 
jednak przemógł się i zaczął:
 

- Ano przywiozłem miniaturę do Krakowa, ale nie spieszyłem się ze sprzedażą. 

Nie potrzebowałem wtedy forsy, a siostra upatrzyła sobie ten obrazek. Spodobał się jej i 
powiesiła go sobie nad łóżkiem. Nawet mówiła, że ta pani podobna jest do jakiejś 
gwiazdy filmowej, tylko nie pamiętam, do jakiej. Wisiał sobie ten obrazek spokojnie i 
byłby pewnie do tej pory wisiał, gdybym się był nie pokłócił z siostrą. Naurągałem jej i 
miniaturę zabrałem. Na złość smarkuli powiedziałem, że ją sprzedam. Nie byłbym może 
sprzedawał. Chciałem tylko dziewuchę podrażnić, ale słuchaj pan, co mi się zdarzyło.
 

Zachęta wcale nie była potrzebna, bo oboje, Konrad i Krysia, siedzieli jak trusie, 

słuchając.
 

- Wychodzę ja na plac. a miałem wtedy swoje opłacone miejsce, i między 

różnymi ciuchami stawiam i moją ślicznotkę. Jakoś jednak nikt się o nią nie pytał. Na 
takie rzeczy trzeba amatora. Zostawiam więc brata na stoisku i sam przechadzam się po 
placu. A miniaturę furt trzymam w ręku. Jestem już przy wyjściu, a tu stoi stary dziad z 
katarynką i z małpą na łańcuszku. Dziadek kręci korbą, katarynka rżnie walczyka, a 
małpa wyciąga z koszyczka wróżby. Przystanąłem i gapię się, zresztą dużo tam ludzi 
stało. Wtem ktoś podchodzi do mnie i pyta: „Ten obrazek do sprzedania?” Coś mnie 
skusiło i mówię: „Nie, to na szczęście”. W tej samej chwili dostałem czymś po łbie i 
zwaliłem się na ziemię. Kiedym się ocknął, siedziałem na ziemi pod murem, a kumpel 
zlewał mi głowę wodą. W garści trzymałem tę cholerną babę.
 

Nawet kiedy prasnąłem o kamienie, nie wyleciała mi z rąk. Przykleiła się jak 

smoła. Podnoszę głowę i widzę, że małpa sunie do mnie i gębę obrzydliwie wykrzywia. 
Panie, nie wiem, co się wtedy ze mną stało. Wrzasnąłem jakby mnie kto szydłem kolnął, 
zerwałem się i w nogi. Od tego dnia przez cały miesiąc nie mogłem się na placu pokazać,
bo całe targowisko aż się zataczało od śmiechu. Pobiłem się z paroma kumplami, z 
jednym, takim najserdeczniejszym, cośmy się od szczeniaków znali, przestałem gadać, a 
wszystko przez ten obrazek. Taki wstyd!

- 48 -

background image

 

Doszło do tego. że całymi dniami w domu siedziałem, bo ludziom na oczy bałem 

się nasuwać. Pan nie znasz krakowiaków, jeszcze tych z Ludwinowa. Oni jak się 
zawezmą, to na śmierć człowieka zamęczą samymi tylko prześmiechami. A siostra znów 
obrazek na ścianie powiesiła. Co kto do domu przyszedł, dalejże docinać. Tak ja mówię: 
„dosyć tego”, porwałem ścierwo, zaniosłem do Kowalika i spuściłem mu. A te sto 
złotych, co mi dał, zaraz ze złości przepiłem.
 

- Tanio pan sprzedał tę miniaturę - wtrąciła Krysia.

 

- A bo, proszę pani, nie rozchodziło mi się o pieniądze. Byłbym ją za darmo 

oddał, żeby się raz tego nieszczęścia pozbyć. No i od tego czasu, chwalić Boga, jakoś się 
żyje - zakończył i sięgnął po nowego papierosa.
 

- Panie Józefie, jeszcze jedno pytanie - powiedział Konrad. - Czy nie pamięta pan,

jak wyglądał człowiek, który pana pytał o miniaturę i który prawdopodobnie pana 
uderzył?
 

- Właśnie w tym sęk, że go wcale nie widziałem. Musiał bestia iść za mną i przez 

ramię mnie zagadnął. A zanim się obejrzałem, wyrżnął mnie przez łeb.
 

- Nie dawał pan znać na milicję?

 

- Eee, gdzieżby tam. Żebym jeszcze większy wstyd miał? A zresztą my nie bardzo

lubimy władzy w oczy włazić. Nie żeby tam coś szczególnego, ale lepiej się nie narywać.
 

- 49 -

background image

 ROZDZIAŁ XI

 

Konrad pokiwał ze zrozumieniem głową i spytał jeszcze:

 

- Czytał pan o kradzieży w Desie?

 

- Coś sobie przypominam.

 

- Ukradziono właśnie pańską „babę”, którą pan Kowalik oddał do sprzedania, bo 

z kolei jemu zaczęła przynosić nieszczęście. - I Konrad wyliczył wszystkie klęski, które 
spadły na Kowalików.
 

- Niemożliwe, co pan mówi? No, to jestem odegrany. On jak on, ale że tej jego 

wściekłej żoneczce trochę przypiekło, to mnie cieszy. Nie ma pan pojęcia, jaką mam 
frajdę. - To mówiąc pan Józio wyjął ponownie z kieszeni pięćdziesiąt złotych i kładąc je 
przed Konradem powiedział:
 

- Bierz pan swoją flotę. Honorowy człowiek jestem. Taką mi pan radość sprawił, 

że forsy nie wezmę.
 

Konrad próbował oponować, ale pan Józef wetknął mu pieniądze do kieszeni i 

oświadczył kategorycznie:
 

- Bierz pan, bo się pogniewam. Dla mnie taka nowina warta więcej niż 

pięćdziesiąt złotych. Jeszcze bym panu drugie tyle dołożył, żebym wiedział, że się pan 
nie obrazi.
 

A widząc gest Konrada zawołał:

 

- Nie bój się pan, nie dołożę. Delikatny człowiek jestem i znam się na 

wychowaniu. Ale było nie było - piwo ja stawiam. Panie Kozior, płacić!
 

*

 

Tego samego dnia wieczorem Krystyna, Konrad, pan Stanisław, jego żona i matka

żony siedzieli w małym, pachnącym terpentyną i woskiem saloniku przy ulicy Gertrudy. 
Przez opuszczone do połowy story widać było zakurzoną zieleń plant, z ulicy dobiegało 
dzwonienie tramwaju i gwar głosów. To ludzie czekali niecierpliwie w kolejce po bilety 
na wieczorny seans w kinie Wanda.
 

Z pobliskiego rynku nadpłynęła melodia hejnału, a zaraz potem rozległy się 

głębokie uderzenia zegara.
 

- Siódma - powiedziała matka pani Kalczyńskiej i przesunęła wskazówkę 

staroświeckiego zegara z pasterką, stojącego na konsolce.
 

- Mamy jeszcze półtorej godziny czasu - oznajmił Konrad zaglądając do 

kieszonkowego rozkładu jazdy.
 

- Jak to? - zdziwiła się pani Kalczyńska, szczupła, cicha kobieta o ciemnych 

oczach i czarnych włosach upiętych w staroświecki węzeł.
 

- O dwudziestej czterdzieści pięć mamy pociąg do Wrocławia - wyjaśnił Konrad.

 

- Więc chcecie dziś jechać? - zdumiał się pan Stanisław.

 

- Jasne! - przytaknął Konrad. - Nie mamy tu nic więcej do roboty, a zresztą już za 

długo nadużywamy gościnności państwa.

- 50 -

background image

 

- Patrzcie - fuknęła pani Ewelina Boroniowa. teściowa pana Stanisława - jaki to 

się znalazł dobrze wychowany. „Nadużywamy gościnności”.
 

- Mamo - prosiła cichym głosem pani Janina Kalczyńska.

 

- A czy ja co mówię? - obraziła się starsza pani. - Ale przecież to jest niesłychane. 

Spadli jak z nieba, narobili ruchu, przez dwa dni było w domu wesoło i już chcą 
wyjeżdżać. Przecież macie wakacje. Dokąd wam tak śpieszno?
 

- Mama wie, że nie przyjechali tu dla przyjemności. Mieli do załatwienia ważne 

sprawy, załatwili. je i wyjeżdżają. Nie możemy ich zatrzymywać - tłumaczył cierpliwie 
pan Stanisław.
 

- Pierwszy raz słyszę o jakichś sprawach - rozgniewała się starsza pani. - 

Oczywiście, jak zwykle macie przede mną tajemnice.
 

Pan Stanisław uszczypnął się w ramię, aby samego siebie przekonać, że nie śpi. 

Przecież nie dalej jak wczoraj babcia szeroko rozprawiała z Konradem o miniaturze i 
zapewniała wszystkich o niewinności Gniewosza, do którego, jak twierdziła, poczuła 
wielką sympatię.
 

- Moja mamo, po co mama... - zaczęła pani Janina, ale babcia przerwała jej 

gwałtownie zrywając się z fotela:
 

- ,,Moja mamo, moja mamo” - przedrzeźniała córkę idąc w stronę drzwi. - Już 

wiem, co chcesz powiedzieć. Że mama powinna wynosić się do kuchni i zrobić kolację. 
Pewnie, że pójdę, bo gdyby nie ja to byście wszyscy z głodu poumierali.
 

Wyszła trzasnąwszy drzwiami. Po chwili otworzyła je znowu i zupełnie 

spokojnym głosem spytała:
 

- Co wolicie na kolację, leniwe pierogi czy bliny ze śmietaną?

 

- Bliny! - krzyknęli wszyscy nie wyłączając pana Stanisława.

 

W tej chwili zadźwięczał dzwonek u drzwi wejściowych. Babcia podreptała 

otworzyć.
 

Przez chwilę słychać było jak gdyby sprzeczkę, energiczne protesty babci, czyjeś 

natarczywe słowa, wreszcie rozległy się szybkie kroki, drzwi do saloniku, naciśnięte 
niecierpliwą ręką, otwarły się z hałasem i na progu stanęła jakaś dziwna postać. Krótko 
ostrzyżone włosy, okulary, czarna marynarka, biały kołnierzyk z fantastycznie 
zawiązanym krawatem, wreszcie ciemne wąsiki nad wąską wargą i cień zarostu na 
brodzie wskazywały na płeć męską. Przeczyła temu spódnica obciśnięta na chudych 
biodrach i dziwny głos, głos niedorosłej dziewczynki.
 

Przybyła obrzuciła najpierw bystrym spojrzeniem zebranych w saloniku, wreszcie

zatrzymała wzrok na panu Kalczyńskim i godząc weń kościstym palcem spytała:
 

- Gdzie on jest?

 

Pan Stanisław zdumiał się tak potężnie, że na chwilę zapomniał o przyrodzonym 

człowiekowi darze mowy. Kiedy jednak kościsty palec zaczął przybliżać się do jego 
twarzy godząc wyraźnie w oko, oprzytomniał i zduszonym głosem wyrzucił z siebie 
jedno słowo:
 

- Kto?

 

- Jak to kto? - zasyczała osoba z wąsami. - Onufry Wilczek, pański 

współpracownik!
 

Pan Stanisław przeraził się nie na żarty. Zerwał się z kanapki i zawołał:

- 51 -

background image

 

- Cóż mu się stało u Boga Ojca! Czy zaginął?

 

- Nie wiem - odparła tragicznym głosem właścicielka kościstego palca - nie wiem

- powtórzyła i bez sił opadła na fotelik.
 

Pani Kalczyńska nalała szklankę wody i podsunęła ją przybyłej ze współczuciem:

 

- Proszę, niech się pani napije.

 

Osoba w czarnej marynarce opróżniła szklankę i odetchnąwszy głęboko zaczęła 

mówić ocierając co chwilę oczy kraciastą chustką o rozmiarach średniego obrusa:
 

- Od czterdziestu lat przychodził punktualnie z pracy do domu. Nigdy nie spóźnił 

się ani o minutę. Odkąd pracuje w Desie, ma bardzo blisko, mieszkamy na Stolarskiej. 
Pięć minut po szóstej już siedział przy stole. A dziś... dziś piętnaście po siódmej jeszcze 
nie było go w domu. Cały obiad na nic, pieczeń przypalona, ziemniaki wysuszone, 
śmietanka zwarzona. I gdzie mógł pójść, mój Boże! Przecież on nigdzie sam nie bywa! 
Codziennie o siódmej przychodzi radca Borowski i grają w szachy do dziewiątej.
 

- Przepraszam - wtrącił pan Stanisław korzystając z krótkiego momentu ciszy. - 

Kim pani właściwie jest? Żoną pana Wilczka?
 

- A, broń Boże! - obruszyła się zapytana. - Jestem jego siostrą. Ale bo też ja 

zupełnie zapomniałam się państwu przedstawić. Jestem Honorata Wilczkówna. Od 
czterdziestu lat prowadzę bratu gospodarstwo.
 

- Proszę pani - zaczął pan Stanisław - sądzę, że niepotrzebnie się pani tak 

niepokoi. Pan Onufry zapewne poszedł coś załatwić. Może spotkał znajomych, może 
wstąpił do kawiarni?
 

- Coooo? Onufruś nie ma znajomych i nigdy nie chodzi do kawiarni. Pan go 

widać nie zna. To porządny, spokojny człowiek.
 

- Za przeproszeniem pani - odezwała się babcia stojąca w uchylonych drzwiach - 

ile też latek liczy sobie pani braciszek? Pięć? Dziesięć?
 

- A co też pani wygaduje! - podskoczyła na krzesełku panna Wilczkówna - brat 

skończył w tym roku sześćdziesiąt lat.
 

- No, to na pewno wypuścił się gdzieś na lumpkę - oświadczyła cynicznie babka 

mrużąc jedno oko.
 

- Na co? - nie dosłyszała panna Honorata.

 

- Na lumpkę - powtórzyła dobitnie babka Boroniowa. - Wie pani, na takie małe 

szaleństwo w knajpie, z wódeczką, z kobietami...
 

- Pani chyba sama jest szalona - zawołała panna Wilczek. - Mój brat i knajpa? 

Mój brat i kobiety?
 

- Dlaczegóżby nie? - zdziwiła się pani Ewelina. - Taki przystojny mężczyzna… 

sama bym z nim poszła do restauracji.
 

- Moja droga mamo... - wtrąciła słabym głosem pani Kalczyńska, ale babka nie 

dała jej skończyć:
 

- Co, ty też? Ty, moja droga, masz męża, więc tobie nie uchodzi. - To mówiąc 

zamknęła z rozmachem drzwi i zrejterowała do kuchni.
 

Przez dłuższą chwilę państwo Kalczyńscy uspokajali wzburzoną niewiastę 

tłumacząc jej, że babcia jest bardzo wesoła, że lubi żartować itd. Ale panna Wilczkówna 
nie dała się ugłaskać. Naciągając czarne rękawiczki powtarzała z oburzeniem:
 

- I to starsza osoba! Co za czasy!

- 52 -

background image

 

Kiedy była już w przedpokoju, niepoprawna babka wyjrzała z kuchni i zawołała:

 

- A Onufruś pewnie pod drzwiami stoi i łzami się zalewa.

 

- O Boże! - krzyknęła panna Honorata i zniknęła jakby ją wiatr zdmuchnął.

 

Tymczasem w saloniku zapanowała bezprzykładna wesołość. Krysia i Konrad 

płakali ze śmiechu, pan Stanisław podrygiwał, aż mu się trząsł tłusty brzuszek, nawet 
cicha pani Janina chichotała dyskretnie. A babcia stojąc w drzwiach ubijała śmietankę do 
blinów.
 

Potem przy stole, kiedy każdy miał przed sobą kopiasty talerz złocistobrunatnych,

pachnących blinów, podjęto z powrotem sprawę powrotu młodych do Wrocławia.
 

- Więc naprawdę musicie jechać? - spytała pani Janina.

 

- Tak, proszę pani - odparła Krysia. - Rodzice się już pewnie niepokoją, zresztą 

sami jesteśmy niespokojni. Przecież od dwóch tygodni nie wiemy nic o śledztwie, o panu
Andrzeju.
 

- Biedny człowiek - pokiwała głową pani Janina. - Żal mi go serdecznie.

 

- Tym bardziej, że wyjdzie z jednego więzienia, aby zaraz wleźć do drugiego - 

zauważyła pani Ewelina zabierając pusty półmisek ze stołu i idąc po nową porcję blinów.
 

- Jak to? - przestraszyła się córka.

 

- Ożeni się - huknęła z kuchni babka. Krysia poczerwieniała, a Konrad parsknął 

śmiechem.
 

- Moi drodzy, żarty żartami, ale wydaje mi się, że wasz przyjazd do Krakowa 

przyspieszy rozwiązanie zagadki - powiedział pan Stanisław, pakując sobie całego blina 
do ust.
 

- Bez wątpienia - przytaknął Konrad - choć do całkowitego rozwiązania jeszcze 

bardzo daleko. W każdym razie wiemy, że ktoś poluje na rozsypane po całej Polsce 
podobizny Adelajdy von Schwarzbach. Nie wiemy jeszcze, dlaczego to robi, no i 
najważniejsze - nic nie wiemy o nim samym.
 

- No, tak zupełnie nic, to przesada - zaoponowała Krystyna. - Ekspertyza sądowa 

ustaliła, że napis na kartce nosi cechy ręki starej, drżącej i posługującej się często pismem
gotyckim. Możemy więc założyć, że i obraz, i miniaturę skradł starszy człowiek z 
pochodzenia lub z wykształcenia Niemiec. To by się nawet zgadzało, bo któż inny 
mógłby się interesować podobiznami niemieckiej magnatki?
 

- Zapominasz, moja kochana, o napadzie na pięknego Józia. Widziałaś, jaki to 

kawał chłopa. Wątpię, aby starszy człowiek potrafił zwalić go z nóg jednym uderzeniem. 
To musiał zrobić ktoś młody, a wysportowany. Tym bardziej, że cios został zadany gołą 
pięścią.
 

- Może jest kilku wspólników, jeden stary, drugi młody - upierała się Krysia.

 

- Możliwe, ale to nam wcale nie pomaga w rozwiązaniu zagadki. Nie możemy 

przecież po całej Polsce szukać starszego Niemca i jego wysportowanego pomocnika.
 

- To dziwne - powiedziała pani Janina słodząc herbatę - ciągle coś nowego 

odkrywacie, a właściwie cała sprawa stoi w miejscu.
 

- Tak - przyznał Konrad - ale mam teraz pewien plan, który być może posunie nas

o krok naprzód.
 

- Jaki? - zaciekawił się pan Stanisław.

 

- Jeszcze go nie obmyśliłem dokładnie. Jeżeli wszystko się uda, napiszę do pana. 

- 53 -

background image

Krysiu
 

- zwrócił się do siostry - czy potrafiłabyś zrobić dokładną kopię Czarnej Pani?

 

- Sądzę, że tak - zamyśliła się dziewczyna. - Wprawdzie naszą fotografię oddał 

pan Stanisław milicji, ale w katalogu wystawy malarstwa francuskiego jest kolorowa 
reprodukcja obrazu. Dokładne wymiary też są zanotowane. Ale na co ci to potrzebne?
 

- Zobaczysz - powiedział tajemniczo brat i podniósł się od stołu. - Na nas już 

czas, dziękujemy za wszystko i przepraszamy za najazd.
 

- Co, już idziecie? - poderwała się babcia. - Czekajcie, tu macie prowiant na 

drogę.
 

Smażone kurczątko, bułeczki, pomidory, a tu herbata z soczkiem.

 

- Ależ, babciu, dziękujemy, po co to wszystko? Przecież za niespełna pięć godzin 

będziemy w domu.
 

- Nic nie szkodzi, młodzi muszą dużo jeść.

 

Obładowani zapasami, wyściskani i wycałowani wyszli wreszcie za próg 

gościnnego domu. Ale nie było im sądzone zejść spokojnie na dół. W połowie piętra 
dogoniła ich babcia Boroniowa i wcisnęła do ręki jeszcze jedno zawiniątko.
 

- To są moje specjalne kruche ciastka. Jeżeli ich nie zjecie, to was Pan Bóg skarze

-
 

oświadczyła groźnie.

 

- 54 -

background image

 ROZDZIAŁ XII

 

Krzysztoniowie, uważając swoje dzieci za ludzi o skrystalizowanym już 

charakterze, a przy tym za ludzi prawych i wartościowych, dawali im pełną swobodę i 
darzyli całkowitym zaufaniem. Niemniej tajemnicza wycieczka na Dolny Śląsk, a potem 
niespodziewany powrót... z Krakowa podkopały nieco to zaufanie. Zwłaszcza ojciec 
zarzucał Konradowi lekkomyślność, a Krysi płytkość uczuć pomieszaną z dziecinną 
egzaltacją.
 

- Jak to! - mówił spacerując z papierosem w ręce po swym obszernym gabinecie -

więc tak przejęliście się losem Gniewosza, że wbrew naszym radom przerwaliście 
wakacje na Mazurach, a potem, kiedy naprawdę można było coś zrobić dla. tego 
nieszczęśliwego chłopca, wykręciliście się na pięcie i drapnęliście na wycieczkę? Twoja 
sympatia do Andrzeja, Krysiu, musi być bardzo powierzchowna i dziecinna, skoro 
przepłakawszy całą noc potrafiłaś rzucić wszystko dla przyjemności włóczenia się po 
Śląsku, który i tak znasz bardzo dobrze,
 

- Ależ, tatusiu - wtrąciła Krysia czerwieniąc się z oburzenia.

 

- Teraz ja mówię - przerwał jej ojciec. - Tobie nie dziwię się tak bardzo - ciągnął 

dalej -
 

jesteś jeszcze w gruncie rzeczy dzieckiem, choć przyzwyczaiłem się uważać cię 

za coś w rodzaju kobiety, ale Konrad! Mój drogi, w twoim wieku należałoby mieć trochę 
więcej rozwagi i, nie powiem, serca, ale choćby poczucia obowiązku.
 

Kazimierz Krzysztoń wpadł w zapał i wygłosił jedno ze swoich kazań, które sam 

nazywał potem „tokowaniem z ambony”.
 

Nie było innej rady. Rodzeństwo porozumiało się oczami i Konrad w kilku 

zdaniach wyjaśnił ojcu cel wyjazdu na Dolny Śląsk i do Krakowa. Krzysztoń w pierwszej
chwili zdumiał się, potem rozczulił. Odwołał wszystkie swoje zarzuty, ucałował najpierw
Krysię, potem Konrada, potem znowu Krysię, wreszcie zawołał żonę i opowiedział jej o 
wszystkim.
 

- Popatrz - mówił - nie znamy wcale własnych dzieci. Byliśmy tępi i 

niesprawiedliwi.
 

Posądzaliśmy ich o egoizm i nieczułość. A te dwa biedactwa zrezygnowały z 

zasłużonego odpoczynku, aby pomóc w wyświetleniu zagadki.
 

Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu rodzeństwa ojciec raczej spokojnie 

przyjął wiadomość o ich odkryciach, które oni sami uważali za rewelacyjne. Okazało się, 
że krakowska milicja już zdążyła porozumieć się z Wrocławiem w sprawie identyczności 
osoby wyobrażonej na portrecie i na miniaturze.
 

Fakt, że osoba ta nosiła nazwisko Adelajdy von Schwarzbach i że obie podobizny 

pochodziły z pałacu w Czarnym Potoku, nie wywarł na Krzysztoniu większego wrażenia.
Niemniej zatelefonował natychmiast do kapitana Halskiego i przekazał mu te dane,. jak 
również inne szczegóły odkryte przez dzieci. Kapitan również nie wykazał zbytniego 

- 55 -

background image

entuzjazmu, ale zapowiedział wezwanie młodych Krzysztoniów w celu złożenia 
szczegółowych zeznań i obiecał zbadać nici łączące rodzinę Schwarzbachów z całą 
tajemniczą sprawą. Na koniec uraczył Krzysztonia nowiną, która rozjaśniła oczy 
dyrektora i wywołała na jego ustach dawno nie widziany radosny uśmiech.
 

Odłożywszy słuchawkę telefonu Krzysztoń oznajmił rodzinie, że jutro, a najdalej 

pojutrze Gniewosz zostanie zwolniony z aresztu. Wiadomość ta została przyjęta z 
ogromną ulgą i radością, a pani Katarzyna nie umiała ukryć wzruszenia na widok córki 
płaczącej i śmiejącej się równocześnie.
 

Trzeźwy jak zwykle Konrad zepsuł radosny nastrój pytając:

 

- Czy śledztwo wobec Andrzeja zostało umorzone?

 

- Tak - zasępił się Krzysztoń - tak, ale z braku dostatecznych dowodów winy. A w 

dodatku ministerstwo zażądało zwolnienia go z kierowniczego stanowiska aż do 
zupełnego wyświetlenia sprawy. Dali mi delikatnie do zrozumienia, że dobrze by było, 
aby Gniewosz na razie wziął urlop; słowem chcą usunąć go na jakiś czas od spraw 
muzeum.
 

- Obawiam się, że jeżeli sprawa kradzieży nie zostanie całkowicie wyjaśniona na 

korzyść Andrzeja, jego sytuacja będzie bardzo ciężka. Kto wie, czy pozwolą mu wrócić 
do pracy w muzealnictwie - wtrąciła pani Katarzyna zapalając papierosa.
 

- Ależ, mamo - zawołała z przerażeniem Krystyna - Andrzej nie mógłby żyć bez 

pracy w muzeum. To jest jego żywioł.
 

Matka skinęła głową:

 

- Wiem, ale obawiam się, że nikt nie będzie się bawił w takie subtelności.

 

- Jedno jest dla mnie niewątpliwe - poderwał się Konrad stojący dotąd w 

milczeniu pod oknem - nie powinniśmy ustawać w poszukiwaniach. Musimy całkowicie 
zrehabilitować Andrzeja.
 

- Mój kochany - powiedział ojciec - zostawmy te sprawy fachowcom. Nie 

przeczę, że macie sporo sprytu i szczęście wam do tej pory sprzyjało, ale aparat śledczy 
dysponuje środkami, o jakich my, zwykli cywile, nie możemy nawet marzyć. Czy jesteś 
w stanie rozesłać po całej Polsce listy gończe? Czy masz możność sprawdzić tysiące 
kartotek w biurach meldunkowych? Czy dwie inteligentne, przyznaję, głowy są w stanie 
zastąpić pracę precyzyjnych przyrządów i dziesiątków fachowców, którzy na przykład w 
dziedzinie ekspertyz sądowych czynią wręcz cuda? Dajcie więc spokój tej zabawie w 
detektywów, a lepiej pomyślmy jak przygotować się na przyjęcie Andrzeja. Musimy mu 
choć w części wynagrodzić doznaną krzywdę i starać się uprzyjemnić mu życie. To 
wydaje mi się w tej chwili waszym obowiązkiem.
 

- Tatusiu, zrobimy wszystko, żeby Andrzej jak najprędzej zapomniał o tym 

wstrętnym więzieniu i o wszystkich przykrościach, które przeżył. Ale mamy do ciebie 
jedną prośbę...
 

- No, słucham cię, córeczko.

 

- Nie pozwól Andrzejowi wyjechać. Niech zostanie z nami we Wrocławiu. Niech 

na razie weźmie urlop, bo mu się należy odpoczynek, ale niech nie wyjeżdża. W innym 
środowisku, wśród obcych ludzi mógłby się załamać, zniechęcić, a tutaj my już go jakoś 
rozruszamy.
 

Konrad spojrzał z uznaniem na siostrę. Chciał o to samo prosić ojca. Co prawda 

- 56 -

background image

kierowały nim nieco inne pobudki niż wzruszająca troskliwość Krystyny...
 

Tego samego dnia popołudniu rodzeństwo przystąpiło do realizowania planu 

Konrada. I znowu musieli działać w największej tajemnicy... tym razem nie tylko ze 
względu na rodziców. Krysia wyszperała w swoich papierach katalog wystawy malarstwa
francuskiego i wycięła zeń sporą barwną kopię portretu Czarnej Pani. Mając ten wzór i 
znając dokładne wymiary obrazu mogła przystąpić do sporządzania kopii.
 

Niestety, nie było mowy o malowaniu w domu. Zachowanie tajemnicy przed 

rodzicami byłoby wówczas niemożliwe. W tych kłopotach przyszła im z pomocą 
przyjaciółka Krysi, również studentka Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, która 
dysponowała własną pracownią. W czasie roku akademickiego dzieliła ją wprawdzie z 
dwiema innymi koleżankami, ale teraz dziewczęta były nad morzem, a ona miała również
opuścić Wrocław. Uszczęśliwiona Krystyna dostała więc klucze od pracowni i już 
następnego dnia przystąpiła do pracy.
 

W pracowni stały porządne sztalugi, a nawet okazało się, że jeden z licznych 

blejtramów zalegających kąty pokoju posiada wymiary idealnie zgodne z wymiarami 
portretu. Płótno i farby przyniósł Konrad. Po dość żmudnym nanoszeniu proporcji Krysia
przystąpiła do właściwego kopiowania. Biedaczka miała ogromną tremę, gdyż była to jej 
pierwsza praca tego rodzaju, a przy tym cel, do którego Konrad potrzebował kopii 
obrazu, wydawał się jej niezwykły. Toteż drżała jej ręka, kiedy zaznaczała kontury 
sylwetki Czarnej Pani. Konrad pocieszał ją jednak, że nie chodzi mu bynajmniej o 
idealną zgodność kopii z oryginałem, lecz raczej o uchwycenie właściwych proporcji, jak
również kolorytu tła, sukni i twarzy Czarnej Pani.
 

Krysia malowała zapalczywie przez cały dzień. Gdyby nie brat, byłaby 

zapomniała o jedzeniu. Pod koniec drugiego dnia wytężonej pracy, gdy na obrazie 
zaczęły się już wyłaniać rysy pięknej Adelajdy, Konrad przyszedł po siostrę i prawie 
przemocą odciągnął ją od sztalug.
 

- Nie bądź wariatką, dziewczyno – powiedział - przecież nikt cię nie goni. To 

dopiero początek sierpnia, a więc do rozpoczęcia roku mamy jeszcze niemal dwa 
miesiące. Rozchorujesz się i kto wykończy obraz?
 

Szli potem pieszo brzegiem Odry. Słońce zachodziło za wieże katedry na 

Ostrowie Tumskim, a zapadający mrok uczynił z tych ciężkich brył kamienia lekkie i 
płaskie sylwetki.
 

Na placu Grunwaldzkim zapalały się liczne lampy. Obozujący na rozległym polu 

cyrk rozpoczynał wieczorne przedstawienie. Gdzieś z boku bielała sylwetka lodziarza, 
który nawoływał monotonnie: - Looody Pingwin, looody!
 

Było już ciemno, kiedy wchodzili do domu. Drzwi do gabinetu ojca były 

uchylone. Sączyła się stamtąd strużka światła i dochodził szmer głosów. Prawie 
równocześnie podbiegli do drzwi i otworzyli je na oścież. Krystyna zbladła i słowa 
powitania zamarły jej w gardle. Na wprost drzwi, w jasnym świetle lampy stał Andrzej 
Gniewosz.
 

- 57 -

background image

 ROZDZIAŁ XIII

 

Punktualnie o godzinie 1310 zadźwięczał dzwonek w mieszkaniu przy ulicy 

Gertrudy.
 

Babcia Boroniowa, odpasując po drodze kuchenny fartuch, podreptała śpiesznie 

do drzwi.
 

Otworzyła je i wróciła do kuchni, nie odpowiedziawszy na słowa powitania ani 

nie zaszczyciwszy jednym spojrzeniem zięcia, który wszedł, a raczej wtoczył się do 
mieszkania.
 

„Oho, babcia nie w humorze” pomyślał pan Stanisław idąc do łazienki, aby się 

umyć.
 

Po chwili siedział już przed talerzem smakowicie pachnącej zupy mając po 

prawej ręce puste krzesło żony, a po lewej nachmurzone oblicze teściowej.
 

- Znakomita zupa, babciu - powiedział, aby przerwać niemiłe milczenie.

 

- Jeszcze by miała być niedobra - odburknęła pani Boroniowa. - Wiesz, po ile 

płaciłam dziś kalafiory? Skandal!
 

Zapadło ponowne milczenie. Pani Boroniowa była naprawdę w złym humorze. 

Pan Stanisław zjadłszy zupę rozsiadł się wygodnie czekając na drugie danie i łowiąc z 
niepokojem odgłosy dochodzące z kuchni. Wprawne ucho odróżniało trzask 
przesuwanych energicznie garnków od brzęku lecących na ziemię pokrywek. 
Grzechotały wesoło noże, dźwięczały zatrważająco talerze. Wreszcie coś stuknęło tak 
głośno, że pan Stanisław odruchowo poderwał się z krzesła. Nasłuchiwał chwilę, 
wreszcie uspokojony pomyślał: „To nic, to tylko jakiś stołek stanął babci na drodze”.
 

Powściągnął mimowolny uśmiech, bo do jadalni wkraczała teściowa niosąc dwa 

talerze pierożków z wiśniami polanych obficie śmietaną. Z chmurną miną podsunęła 
zięciowi kopiastą porcję. Pan Stanisław jadł spiesznie myśląc równocześnie z 
przerażeniem o maksymie pewnego lekarza, który zalecił swoim pacjentom przeżuwać 
każdy kęs kilkadziesiąt razy.
 

Pod koniec obiadu przy herbacie humor babci uległ zmianie. Przestała ciskać 

groźne spojrzenia, wygładziła ponure zmarszczki między brwiami i zaczęła wzdychać 
ciężko, a znacząco. Mieszała przy tym herbatę z twarzą tak nabrzmiałą cierpieniem, że 
pan Stanisław nie wytrzymał i spytał:
 

- Czy babcia miała dziś jakąś przykrość?

 

O nieszczęsny, cóżeś uczynił! Lekkomyślne pytanie otwarło upusty bogatej 

wymowy pani Boroniowej. W ciągu pięciu minut zięć dowiedział się, że świat jest 
zepsuty, ludzie podli, nawet rodzone dzieci odpłacają rodzicom czarną 
niewdzięcznością... Że on, pan Stanisław, jest zimnym, pozbawionym serca egoistą, że 
potrafił przerobić nawet to złote dziecko, Janeczkę, że...
 

Pan Stanisław przymknął oczy i zgarbił się pod ciężarem tych zarzutów. Szybko 

przypomniał sobie zdarzenia minionego ranka. Co tak bardzo rozgoryczyło babcię? Może

- 58 -

background image

goląc się zostawił nie umyty pędzel? Może wychodząc zapomniał powiedzieć do 
widzenia? Może...
 

(to byłoby najgorsze, na samą myśl o tym pan Stanisław poczuł zimny dreszcz) 

może wypalił papierosem dziurkę w pościeli?
 

Ale babcia udzieliła mu odpowiedzi, i to w formie tak gwałtownej, że biedny pan 

Stanisław poczuł w żołądku skutki niedokładnego żucia pierogów:
 

- Proszę, tak się postępuje ze starszą kobietą, w dodatku z kobietą, która jest 

równocześnie matką i teściową - powiedziała gromko i rzuciła w kierunku zięcia... 
zwykły list w niebieskiej kopercie.
 

Pan Stanisław spojrzał podejrzliwie na list, potem na babcię i spytał inteligentnie:

 

- Co to jest?

 

- List - wyjaśniła zwięźle babka.

 

- No więc?

 

- List z Wrocławia - wypaliła pani Boroniowa - i do tego ekspres polecony.

 

- Z Wrocławia?

 

- Tak, z Wrocławia - rozpoczęła ponowną perorę babcia. - Nie udawaj, że nie 

wiesz, od kogo. Wiesz doskonale. Oboje wiecie. Tylko ja nic nie wiem, co się w tym 
domu dzieje! Ciągle spiskujecie poza moimi plecami! Ciągle macie jakieś konszachty, 
jakieś tajemnice!
 

- Ależ, babciu - przerwał pan Stanisław przyjrzawszy się bliżej kopercie - to list 

od Konrada.
 

- Od kogo? - zdziwiła się babka.

 

- Od Krzysztoniów. Przecież byli u nas niedawno!

 

- Nic o tym nie wiem - obraziła się babcia. - Pewnie znowu jakieś tajemnice.

 

- Babciu, na miłość boską! - zdenerwował się zięć - przecież piekła babcia dla 

nich kruche ciasteczka na drogę.
 

- Aaa, no to trzeba było mi od razu powiedzieć, że list jest od tych kochanych 

dzieci. Ty naprawdę masz okropne usposobienie. Gadasz i gadasz bez końca zamiast 
krótko wyjaśnić, o co chodzi. No, czytaj prędzej, co oni piszą. Ciekawam, czy im 
smakowały ciasteczka.
 

Pan Stanisław nieznacznym ruchem otarł pot z czoła i rozerwał kopertę. Przebiegł

szybko oczyma pierwszą stronę i zaczął czytać na głos: „Kochany Panie Stanisławie! 
Przede wszystkim jeszcze raz najserdeczniej dziękujemy za gościnę i przepraszamy za 
nasz niespodziewany najazd. Bardzo miło wspominamy pobyt u Państwa, a Krysia do 
dziś nie może zapomnieć ciasteczek Babci i Jej smażonych kurcząt.”
 

- Kochane dziecko - szepnęła pani Boroniowa.

 

„Wyjeżdżając - czytał dalej pan Stanisław - obiecałem donieść panu o wynikach 

naszych poszukiwań. Wspominałem, zdaje się, o pewnym planie, który powziąłem 
jeszcze w Krakowie. Plan ów przeprowadziliśmy, ale niestety zagmatwał on sprawę tak 
dokładnie, że teraz chyba nigdy jej nie rozplączemy. Ale zacznę od początku. W kilka dni
po naszym powrocie do Wrocławia został zwolniony z aresztu Andrzej Gniewosz «z 
braku dostatecznych dowodów winy». Nie muszę chyba podkreślać, jak bardzo biedny 
chłopak jest zgnębiony całą tą historią. Schudł, zaniedbał się, stał się milczący, unika 
spotkań z kolegami. Odniosłem wrażenie, że nawet nasze towarzystwo go krępuje. Co 

- 59 -

background image

gorsza, został przez ministerstwo zawieszony w czynnościach kierownika pracowni 
konserwatorskiej aż do zupełnego wyświetlenia sprawy. Chłopak gryzie się tym 
niesłychanie. Na domiar złego ubzdurał sobie, że w tych warunkach nie ma prawa wiązać
się z żadną kobietą, i choć jest zakochany w Krystynie po uszy, unika jej, co znowu 
wpływa fatalnie na samopoczucie mojej siostrzyczki. Słowem, dom jest pełen wzdychań, 
łez i ponurych nastrojów.
 

Ale wracam do mojego planu. Otóż postanowiłem zastawić coś w rodzaju pułapki

czy przynęty dla złodzieja. Korzystając z tego, że Krystyna maluje, zamówiłem u niej 
kopię portretu Czarnej Pani. Krysia wywiązała się z zamówienia całkiem nieźle i choć 
kopia posiada sporo błędów, do moich celów okazała się dobra. Potem przeprowadziłem 
drugą część mego planu. W redakcji jednej z wrocławskich gazet pracuje mój kolega 
gimnazjalny, morowy chłop, z którym przyjaźnię się od wielu lat. Dzięki niemu udało mi 
się przemycić do gazety notatkę informującą o rzekomym odnalezieniu skradzionego 
obrazu i o powrocie Czarnej Pani na dawne miejsce do muzeum.
 

Rozumie Pan, na czym polegał mój plan? Liczyłem na to, że złodziej, 

przeglądający na pewno pilnie prasę (choćby po to, aby dowiedzieć się czegoś o własnej 
sprawie), przyjdzie do muzeum po prostu sprawdzić, czy przypadkiem nie ukradł 
falsyfikatu. Mieliśmy zamiar na spółkę z Krystyną pełnić od dnia ukazania się notatki 
dyżury w głównej sali. Tymczasem notatka wpadła w oko najpierw ojcu, a potem 
kapitanowi Halskiemu z MO, który prowadzi śledztwo. Zrobił się niebywały skandal. 
Ojciec zmieszał nas z błotem, nie omieszkawszy zresztą pochwalić Krystyny za 
sporządzenie dobrej kopii. Kapitan Halski był oburzony. Przez chwilę miałem wrażenie, 
że ma ochotę nas zamknąć. Potem jednak, kiedy wyłuszczyłem mu moje zamiary, uznał, 
że pułapka jest niezłym pomysłem. Pozwolił na nasze dyżury, ale dodał nam dwóch 
funkcjonariuszy milicji, którzy w charakterze woźnych mieli obserwować salę, a 
szczególnie gości zbyt natrętnie przyglądających się portretowi.
 

Notatka ukazała się czternastego sierpnia rano. Jeszcze przed otwarciem sal udało

się nam niepostrzeżenie powiesić obraz na dawnym miejscu. W muzeum pracuje stary 
woźny Marzec, który zna nas niemal od dzieci, a szczególnie przepada za Kryśką. To on 
ułatwił nam zadanie. Jasne, że poza nim nikt z pracowników muzeum nie wiedział o 
naszej akcji. Po burzliwej rozmowie z ojcem i jeszcze burzliwszej z kapitanem Halskim 
około południa wróciliśmy do muzeum, już z dwoma przebranymi milicjantami. Marzec 
zaraportował, że ruch był nieduży. Muzeum zwiedziła w czasie naszej nieobecności tylko
wycieczka dzieci szkolnych i kilka pań, które nawet nie rzuciły okiem na Adelajdę von 
Schwarzbach. Po południu zjawił się w muzeum Halski. Uradziliśmy, że będziemy 
dyżurować również w nocy. I tu następuje przedziwna historia: „Jest godzina dwudziesta 
trzecia z minutami. Obydwaj milicjanci drzemią, ukryci w głębokich niszach, w których 
znajdują się kaloryfery. Krysia i ja przycupnęliśmy za kotarą zasłaniającą drzwi do 
dalszych, nieczynnych sal. Jest zupełnie ciemno. Noc chmurna, bezksiężycowa. W 
pewnej chwili słyszymy leciutkie skrzypnięcie drzwi. Wytężamy wzrok aż do bólu, ale 
nie widzimy nic. Słyszymy tylko ostrożne, ciche kroki kogoś; ktoś skradał się ku 
środkowej ścianie, na której wisi portret. Ściskamy się z całej siły za ręce. Kroki milkną. 
Mija długa chwila ciszy i znowu słyszymy skrzypienie podłogi. Przez cały czas myślę, 
czy milicjanci nie śpią i czy nie wyskoczą za wcześnie. Nie możemy spłoszyć ptaszka. 

- 60 -

background image

Przez głowę przelatują mi tysiące myśli. Kto to jest? Którędy wszedł? Jak otworzył 
drzwi? Wyobraża Pan sobie tę sytuację? Siedzimy przyczajeni, a o kilka kroków od nas w
nieprzeniknionych ciemnościach stoi złodziej! Mamy go prawie w ręku. Nie może nam 
umknąć. Umówiliśmy się, że milicjanci natychmiast odetną drogę do drzwi. Okna są 
zakratowane. Ptaszek wpadł w potrzask!
 

Kiedy moje nerwy były już tak napięte, że z trudem panowałem nad sobą, nagle z 

ciemności wytrysnął strumień oślepiającego światła wprost na portret Czarnej Pani. W 
jednym ułamku sekundy poczułem podziw dla złodzieja. Co za świetna orientacja! 
Poruszając się w zupełnej ciemności zatrzymał się idealnie na wprost portretu. Nagle coś 
się zakotłowało, usłyszeliśmy zduszony krzyk, odgłosy szamotania i stuk padającego 
ciała. W jednej sekundzie byłem przy wyłączniku. Jasne światło sześciu lamp oświetliło 
salę. Przy drzwiach stali obaj milicjanci z pistoletami gotowymi do strzału, a na ziemi u 
stóp portretu Adelajdy von Schwarzbach tarzali się w dzikiej bójce asystenci: Andrzej 
Gniewosz i Leon Piliński.”
 

- Niesłychane - wykrzyknęła pani Boroniowa i w roztargnieniu wzięła papierosa z

leżącej na stole papierośnicy zięcia. Widząc jego zdziwiony wzrok zmieszała się lekko, a 
potem wyjaśniła: - Palę od czasu do czasu. To mi dobrze robi na nerwy.
 

Pan Stanisław pokiwał głową i pomyślał, że babcia przypomina wielkanocne 

drewniane pisanki dla dzieci, zawierające kilka coraz to mniejszych jajeczek. Otwierasz 
jedno, drugie, trzecie, myślisz, że to już koniec, a tu jeszcze dziewiąte, dziesiąte, a kiedy 
sądzisz, że już zgłębiłeś tajemnicę ostatniego jajka, z wnętrza wyskakuje zajączek albo 
kurczątko dyndające zabawnie na drucie.
 

Babcia zaciągnęła się nonszalancko i powiedziała:

 

- Czytajże dalej, umieram z ciekawości.

 

Pan Stanisław zebrał posłusznie rozsypane kartki i odszukawszy właściwy ustęp 

zaczął czytać: „Wyobraża Pan sobie nasze zdumienie? Takiego zakończenia nie 
przewidziałem. Jasne, że obydwaj asystenci zostali zatrzymani. W kilkanaście minut 
potem przyjechał wezwany telefonicznie kapitan Halski. Aż do rana ciągnęło się 
przesłuchanie. Obydwaj zeznali mniej więcej to samo. Przeczytawszy notatkę o 
znalezieniu obrazu domyślili się, że chodzi o pułapkę. Nie wiedzieli tylko, że sala jest 
obstawiona i że sami wpadną w potrzask. Okazało się, że Piliński przekonany o winie 
Gniewosza, kalkulował tak: Gniewosz, nawet po przeczytaniu notatki, w ciągu dnia nie 
pokaże się w muzeum, aby nie wzbudzić podejrzeń. Wykorzysta swoją świetną 
znajomość terenu i przyjdzie w nocy sprawdzić, co się kryje za sprawą notatki o 
rzekomym odnalezieniu obrazu. Kiedy Halski zwrócił mu uwagę, że Gniewosz jako 
specjalista i pracownik muzeum na pewno wiedział doskonale, iż zniknął oryginał 
obrazu, Piliński odparł, że Andrzej obawiał się może przyłapania swoich wspólników i 
chciał się o tym naocznie przekonać. Przyznam się Panu, że jakkolwiek do tej pory byłem
święcie przekonany, że Gniewosz jest niewinny, to jednak po tej awanturze moja 
pewność nieco się zachwiała, tym bardziej, że Gniewosz bardzo głupio tłumaczy swoją 
nocną eskapadę. Oświadczył ni mniej ni więcej, że miał nadzieję sam złapać złodzieja, 
którym według niego jest... Piliński.
 

Okazuje się, że obaj śledzili się nawzajem, a bójka pod obrazem była „łapaniem 

złodzieja”, to znaczy Piliński łapał Gniewosza, a Gniewosz Pilińskiego. Najgorzej na tym

- 61 -

background image

wszystkim wyszedł kapitan Halski, który ma teraz już dwóch podejrzanych, a ciągle nie 
może znaleźć ani złodzieja, ani obrazu. Gniewosz pozostaje nadal na wolności, ale musi 
codziennie meldować się na milicji. Krystyna po owej nocy dostała gorączki i już 
czwarty dzień leży. Przypuszczam, że i ona zachwiała się w swojej pewności, bo ani 
słowem nie wspomina o Andrzeju.
 

Mama nie wychodzi z jej pokoju, a ojciec cały dzień miota się po gabinecie. Ja 

jeden usiłuję zachować coś w rodzaju równowagi ducha, ale dość trudno mi to 
przychodzi. W każdym razie rzuciłem całą sprawę do kosza. Ojciec miał rację. To jest 
rzecz milicji i tylko milicji. Kończę mój aż nadto długi list, zasyłam serdeczne 
pozdrowienia i ukłony dla całej Pańskiej rodziny, a specjalne ucałowania rączek dla 
Babci.
 

Szczerze oddany Konrad Krzysztoń P. S. Czy panna Honorata Wilczkówna 

odnalazła swego braciszka?” Pan Stanisław umilkł, złożył starannie list i wsunął go do 
koperty. Chwilę milczał bębniąc palcami po stole, potem powiedział:
 

- Nie spodziewałem się tego po Konradzie. Opuszczać przyjaciela w 

nieszczęściu? Muszę mu natychmiast napisać, co o tym sądzę.
 

To mówiąc pan Kalczyński podbiegł drobnym kroczkiem do biurka, przygotował 

papier i pióro i po chwili pisał już zamaszyście zapełniając stronę po stronie drobnymi, 
starannymi literkami.
 

- Ha! - krzyknął nagle tak głośno, że zatrwożona babka przydreptała z kuchni.

 

- Oni popełnili zasadniczy błąd szukając ciągle nieuchwytnego złodzieja 

zamiast... To jasne! Powinni teraz cały wysiłek myśli skupić na innym zagadnieniu. Nie 
kto ukradł, ale jak ukradł! To jest w tej sprawie najciekawsze.
 

Znowu pióro pana Stanisława zaczęło w zawrotnym tempie posuwać się po 

papierze.
 

Babcia Boroniowa widząc, że zięć położył u dołu strony swój zamaszysty podpis, 

zapytała:
 

- A o panu Onufrym napisałeś?

 

- Zupełnie zapomniałem. Dobrze, że mi babcia przypomniała.

 

Wziął nową kartkę papieru i dopisał co następuje: „Onufry Wilczek odnalazł się.

 

Wbrew przewidywaniom naszej babci nie czekał na siostrę pod drzwiami. Wrócił 

o godzinie jedenastej w nocy. I wtedy dopiero okazało się, że mój czcigodny 
współpracownik prowadził
 

«podwójne życie». Miał kobietę. Do tej pory udawało mu się ukrywać przed 

siostrą ten niesłychany fakt, bo korzystając z mojej nieobecności telefonował po swoją 
ukochaną i spotykali się w sklepie. Teraz sprawy już zaszły za daleko. Chce się żenić. 
Narzeczona zażądała, aby skończył z panowaniem siostry, która trzymała go z 
przeproszeniem za mordę. Pierwszym krokiem miała być eskapada do teatru. Pan 
Wilczek zdobył się na odwagę i po raz pierwszy od czterdziestu lat złamał domowe 
rygory. Zresztą podobno buntuje się coraz bardziej. Przestał grać w szachy z panem radcą
i popołudnia spędza z narzeczoną w kawiarni lub, co gorsza, idzie z nią do kina. Podobno
we wrześniu ma być ślub.
 

Panna Honorata spokorniała i zdecydowała się już prowadzić gospodarstwo 

młodej parze.” Pan Stanisław podpisał się po raz drugi, zakleił starannie kopertę i 

- 62 -

background image

oświadczył teściowej, że pędzi na dworzec, aby list jak najszybciej odszedł.
 

Pani Boroniowa mruknęła pod nosem: „zwariowany dom” i poszła do kuchni 

zmywać naczynia.
 

- 63 -

background image

 ROZDZIAŁ XIV

 

Było upalne sierpniowe popołudnie. Na czystym błękitnym niebie nie było ani 

jednej chmurki. Tylko we Wrocławiu zdarzają się takie dni, kiedy człowiek zdaje się 
poruszać w atmosferze jakiegoś płynnego gorąca. Obfitość wody i kotlinowate położenie 
sprawiają, że upał jest w tym mieście wilgotny, wręcz tropikalny. Kto może, ucieka 
wówczas z rozgrzanych murów miejskich nad Odrę, na Morskie Oko, na Niskie Łąki.
 

Krystyna Krzysztoniówna, jeszcze osłabiona po niedawnej chorobie, musiała 

zadowolić się spacerem do parku Szczytnickiego. Tam, skulona na ławeczce ocienionej 
potężnym pniem rozłożystej lipy, siedziała już od kilku godzin wodząc obojętnym 
wzrokiem po malowniczym łuku żelaznego mostka, przerzuconego nad czymś, co 
zapewne kiedyś było uroczym stawkiem, a teraz stało się wysychającym bajorem, 
pełnym śmiecia, zeszłorocznych liści i wcale nie pachnącego błota.
 

Obok ławki przebiegały z krzykiem goniące się dzieci, przejeżdżały statecznie 

młode matki popychając z dumą lakierowane wózki, spacerowali starsi panowie 
zatrzymując się co kilka kroków dla dokładniejszego omówienia pochłaniającej ich 
kwestii. Dookoła ćwierkały ptaki, gdzieś dalej ujadał rozbawiony szczeniak, całkiem 
daleko zgrzytał hamujący na zakręcie tramwaj.
 

Krystyna zdawała się nie zwracać uwagi na wszystkie te odgłosy i widoki. Z 

odrzuconą na oparcie ławki głową, z przymrużonymi oczyma śledziła refleksy słońca 
układające się na leniwej fali jeziorka, cała pogrążona we własnych ciężkich i przykrych 
myślach.
 

Po raz dziesiąty przeżywała całą gorycz ostatnich tygodni. Tysiące myśli kłębiło 

się pod boleśnie zmarszczonym czołem.
 

„... Nie kocha mnie, to przecież jasne jak słońce. Potraktował to jak 

najzwyklejszy w świecie flirt, a ja, głupia gęś, poleciałam na romantyzm, na sentymenty i
od razu wyimaginowałam sobie wielką miłość. Idiotka!... A może to jednak jest miłość? 
Był taki blady w ten wieczór, kiedy weszliśmy do gabinetu ojca. Drżała mu ręka przy 
powitaniu, czułam to. Ale dlaczego przywitał się tak sztywno, tak oficjalnie? Ze względu 
na ojca? Jak ja musiałam wyglądać z tym wzruszeniem, z tym ruchem ramion, które 
miałam ochotę zarzucić mu na szyję.
 

I dlaczego potem unikał mnie? Dlaczego ani przez chwilę nie chciał zostać ze 

mną sam na sam? «Pani wybaczy, ale mam pilną sprawę do załatwienia». Jak sucho 
brzmiał jego głos, kiedy zaproponowałam ma spacer do parku. «Pani wybaczy»... a 
przecież przed wakacjami zaczął mi mówić po imieniu. Czyżby Konrad miał rację? Może
Andrzej rzeczywiście nie chce i nie może myśleć o miłości, o... o małżeństwie, dopóki 
nie wyjaśni się cała ta absurdalna afera...
 

„Co za głupota! Przecież nie oświadczył mi się. Skąd mi do głowy przychodzą 

takie myśli? No, pewnie... chciałabym... która nie chciałaby takiego męża... młody, 
przystojny, mądry, dobry... I świetny fachowiec, i doskonale tańczy, znakomity narciarz i 

- 64 -

background image

pływak... I taki miły...” Krysia poczuła napływające do oczu łzy rozżalenia. Potrząsnęła 
energicznie głową, przesunęła dłonią po powiekach i, aby nie poddawać się smutnym 
nastrojom, wyciągnęła z wiklinowego koszyka, który służył jej jako torebka, duże 
czerwone jabłko. Trudno być sentymentalnym, kiedy zatapia się zęby w pachnący miąższ
znakomitego owocu. Toteż myśli Krystyny pobiegły teraz innym torem: „... A może, 
może on naprawdę ma coś wspólnego z kradzieżą portretu? Wcale tak nie myślę, ale 
przecież... tyle się nazbierało podejrzeń... i jeszcze ta ostatnia nocna wycieczka. Po co on 
tam polazł? Żeby złapać złodzieja? Nonsens! I to podejrzenie rzucone na Pilińskiego.
 

On wprawdzie jest zdolny do wszystkiego, ale... I na dobitek Konrad rezygnuje z 

dalszych poszukiwań. Nic mi nie mówi, ale czuję, że i on zaczyna coś podejrzewać.
 

Nie! Ja jestem naprawdę durna i do tego podła! Jak mogę coś podobnego myśleć! 

Andrzej nie popełnił nic złego, nic! Jeżeli się kogoś kocha naprawdę, trzeba mu wierzyć 
bez zastrzeżeń... Tylko to tak trudno wierzyć na przekór wszystkim i wszystkiemu. Och, 
Boże! Boże! A swoją drogą Andrzej też jest niemądry. Jak może przypuszczać, że mnie to
robi jakąś różnicę. Dlatego, że wplątał się w idiotyczną historię, miałabym go przestać 
kochać? Pójdę do niego, jeszcze dzisiaj pójdę choćby do jego pokoju. Chyba mnie nie 
wyrzuci?.... Wytłumaczę mu wszystko... A jeżeli on powie: «Pani się pomyliła, ja pani 
nigdy nie mówiłem o miłości»...?” Krysia z wściekłością cisnęła ogryzek jabłka na 
środek jeziorka. Przez chwilę patrzyła, jak po wodzie rozchodzą się coraz szersze kręgi, 
potem spojrzała na sąsiednią ławkę, do połowy ukrytą za wspaniałym krzakiem bzu.
 

- Tak, tego tylko brakowało! Co za bezwstyd! Całować się w biały dzień na 

głównej alejce parku!
 

Odwróciła głowę, ale po chwili spojrzała znowu w stronę ławeczki. Między 

gęstwiną liści widać było wyraźnie dwie jasnowłose głowy zbliżone tak dokładnie, jak 
tego wymagał pocałunek. Opalone ramię chłopca odcinało się wyraźnie od jasnej 
sukienki dziewczyny.
 

- Szczęśliwi - westchnęła z zazdrością Krysia - oni na pewno nie są wplątani w 

żadną tajemniczą kradzież.
 

Potem pomyślała, że tak niedawno, dwa miesiące temu siedzieli na tej samej 

ławce z Andrzejem i też... Jasne głowy za krzakiem bzu odskoczyły od siebie 
gwałtownie. Ktoś widać nadchodził. Krysia uniosła głowę i zobaczyła idącego, nie, 
biegnącego Andrzeja, który miał twarz tak rozpromienioną, że pomyślała momentalnie: 
„Obraz się znalazł”!
 

Andrzej dobiegł do ławki, na której siedziała Krysia, i zatrzymał się z 

westchnieniem ulgi.
 

- No, nareszcie cię znalazłem - powiedział ujmując leżącą na kolanach szczupłą, 

opaloną rękę dziewczyny i podnosząc ją do ust.
 

- Andrzeju... co się stało? Jesteś taki podniecony - zawołała Krystyna.

 

- Coś dobrego, coś bardzo dobrego! Zaraz ci opowiem. Otóż dziś rano 

otrzymałem list od ojca. Nie otwierając go pobiegłem do kapitana Halskiego. Tam w jego
obecności i po sprawdzeniu, że koperta jest nienaruszona, odczytałem treść. Ojciec pisze,
że zdecydował się już całkowicie na powrót do kraju, kończy likwidację swoich spraw w 
Hadze i zapowiada przyjazd w ciągu września.
 

- To cudowne, Andrzej! Co na to Halski?

- 65 -

background image

 

- Musiał przyznać, że najpoważniejsze podejrzenie odpada. Nie ma motywu 

kradzieży, rozumiesz? Nie wykradłem obrazu po to, aby go przesłać do muzeum w 
Holandii. To oczywiście jeszcze nie znaczy, abym został całkowicie oczyszczony, ale sam
Halski przyznaje, że teraz musi skierować śledztwo w inną stronę.
 

Krysia patrzyła na siedzącego obok mężczyznę i nie poznawała go. Jedna 

pomyślna wiadomość rozjaśniła jego smutne oczy, wygładziła zmarszczki na czole, 
wyprostowała pochylone plecy. Gniewosz odżył. A w dodatku... czy jej się zdaje, czy 
rzeczywiście w oczach Andrzeja odnajduje ten sam wyraz sprzed trzech miesięcy? Więc 
może to jest naprawdę miłość?
 

Starsza pani idąca wolniutko alejką odwróciła głowę i pomyślała z oburzeniem: 

„Co za bezwstyd! Całować się w biały dzień! Publicznie!” Minęła ławeczkę, obejrzała 
się jeszcze raz i pokiwała głową: - ,,Szczęśliwi! I tacy młodzi!” A tymczasem Konrad 
wałęsał się samotnie po rozpalonych upałem ulicach. Miał ochotę wykąpać się, ale kiedy 
przyszedł nad Odrę i zobaczył kolorowe kłębowisko ciał, pokrywające dokładnie każdy 
centymetr kwadratowy zieleni, zrezygnował. Wrócił więc do miasta, wstąpił na lody, a 
potem łaził bezmyślnie po rynku płosząc gołębie i gapiąc się na koronkowe ornamenty 
pokrywające cały ratusz. Wybiła godzina szósta. Słońce nie świeciło już tak oślepiająco, 
ale upal wcale nie zelżał. Idąc ulicą Kuźniczą w kierunku uniwersytetu czuł fale gorącego
powietrza bijące od nagrzanych słońcem murów.
 

Wszedł na most uniwersytecki. Stanąwszy przy balustradzie zagapił się na 

leniwie płynącą wodę. Przed sobą miał skłębioną zieleń Ostrowu Tumskiego i strzelające 
ponad drzewa wieże kościołów, za sobą - płaski nowoczesny budynek wodnej 
elektrowni.
 

W kieszeni spodni namacał szeleszczący list. Już trzy razy odczytywał płomienną 

epistołę pana Kalczyńskiego i coraz mocniej czuł, że starszy pan ma rację. Że nie wolno 
stawać w pół drogi. Że nie wolno opuszczać przyjaciela w nieszczęściu. I co 
najważniejsze - że trzeba zmienić metodę.
 

„Staruszek ma rację” myśli Konrad. „Najważniejsze jest to, jak dokonano 

kradzieży.
 

Skoro odrzucamy koncepcję, że Andrzej podał obraz komuś stojącemu pod 

oknem, to trzeba wymyślić inną możliwość. Zresztą pod oknem nikt nie stał! Nie było 
żadnych śladów! Tak, to jest zasadnicze pytanie - jak skradziono obraz. Ale odpowiedź 
nie jest wcale łatwa. Łatwo jest tylko dawać innym zbawienne rady.” Konrad odwraca się
plecami do balustrady, aby zapalić papierosa. Wiatr wiejący znad Odry gasi mu trzy 
zapałki, jedną po drugiej. Wreszcie czwarta zapala się czerwonawym płomieniem. 
Konrad siada na kamiennej ławce i bezmyślnie obserwuje gromadkę dzieci i dorosłych, 
którzy przyglądają się czemuś z zainteresowaniem.
 

Przy balustradzie mostu stoi uliczny fotograf. Wszyscy wrocławianie znają 

doskonale tę postać, która od wiosny do późnej jesieni snuje się po najruchliwszych 
ulicach miasta z Leicą przewieszoną przez piersi.
 

Obok fotografa, rozciągnięty na chodniku, leży ciężko dysząc olbrzymi 

bernardyn. Jest mu bardzo gorąco. Otworzył pysk i wysunął długi różowy jęzor. Za to 
mała zwinna małpeczka czuje się doskonale w tym skwarze. To spaceruje po żelaznej 
balustradzie mostu, to wskakuje na ramię swemu właścicielowi i skubie go pieszczotliwie

- 66 -

background image

za ucho, to przykuca przy psie i z wielką powagą rozgarnia mu kudły w poszukiwaniu 
pcheł.
 

Konrad zaczyna z zainteresowaniem śledzić ruchy małpki. Jest to mały rezus o 

zielonkawoszarej sierści i mądrych oczkach, patrzących bystro spod nawisłych brwi. 
Małpce sprzykrzyło się widać zaczepianie nieruchomego psa, podbiega więc do słupa, na
którymi fotograf przypiął karton z naklejonymi odbitkami. Przez chwilę siedzi spokojnie 
u stóp słupa drapiąc się to jedną, to drugą łapką, chudą, zakończoną bardzo długimi 
czarnymi palcami. Wreszcie podskakuje, wdrapuje się na słup i oderwawszy pluskiewkę 
przytrzymującą dolną część kartonu usiłuje zwinąć go w rulon. Fotograf karci zwierzę i 
przywołuje do siebie, ale małpka uparcie wraca do swej zabawy.
 

W pewnej chwili grupa widzów obserwujących małpkę odwraca się, aby śledzić 

inną sensację. Niektórzy opuszczają swe miejsca i dążą na sam brzeg trotuaru, by nie 
uronić ani jednego szczegółu pasjonującego widowiska.
 

Oto dwa mijające się tramwaje zostały zatrzymane przez stojący w poprzek szyn 

wózek z lodami. Jedno z kół wózka utknęło w tramwajowej szynie i lodziarz mimo 
wysiłków nie może go wyciągnąć. Lodziarz sapie i klnie, klną obydwaj tramwajarze, 
pasażerowie wyglądają ciekawie z wozu, aby zbadać przyczynę nadprogramowego 
postoju. Wokół człowieka w białym kitlu formuje się coraz ciaśniejsze kółko gapiów.
 

I Konrad patrzy z zainteresowaniem na wysiłki spoconego lodziarza. Wreszcie 

wózek, wsparty przez właściciela i jednego z widzów, podskakuje gwałtownie i lodziarz 
oddycha z ulgą. Droga jest wolna. Obydwa tramwaje ruszają z impetem, aby nadrobić 
stracony czas.
 

Konrad patrzy przez chwilę za oddalającą się białą skrzynią z czerwonym 

napisem LODY i nagle...
 

- Idiota! Co za idiota ze mnie! - wykrzykuje niemal głośno.

 

Rozgląda się niespokojnie. Nie, na szczęście nikt nie słyszał kompromitującej 

samokrytyki. Widząc przejeżdżającą taksówkę Konrad zatrzymuje ją gwałtownym 
machnięciem ręki:
 

- Do komendy miasta - rzuca szoferowi - ale pełnym gazem!

 

- 67 -

background image

 ROZDZIAŁ XV

 

Dyrektor Krzysztoń był niezmiernie zdziwiony, kiedy syn zażądał od niego 

zgromadzenia w głównym hallu muzeum punktualnie o godzinie dwudziestej pierwszej 
wszystkich ludzi, którzy byli obecni w budynku w momencie zniknięcia portretu Czarnej 
Pani.
 

Ku swemu wielkiemu oburzeniu ojciec przekonał się, że niepoprawny syn nie 

zrezygnował bynajmniej z zamiaru ostatecznego rozplątania zagadki. Dyrektor miał 
właśnie wygłosić surową reprymendę, kiedy w gabinecie zjawił się kapitan Halski i 
swoim urzędowym autorytetem poparł projekt Konrada. Co więcej, wyraził się z 
uznaniem o samym planie i jego inicjatorze.
 

- Pański syn - powiedział - ma głowę nie od parady. Umie patrzeć i umie myśleć. 

Dzięki niemu zamyka się koło, w pośrodku którego tkwi skradziony portret Adelajdy von
Schwarzbach. Wszystkie szczegóły uzgodniliśmy wspólnie. Proszę postępować ściśle 
według poleceń syna.
 

To powiedziawszy kapitan zasalutował i wycofał się dyskretnie z gabinetu.

 

Mimo nalegań Konrad nie zdradził ojcu szczegółów planu.

 

- Tatusiu - powiedział - nie chcę cię pozbawić przyjemności. To będzie najlepsze 

przedstawienie, jakie oglądałeś w życiu. Zresztą uzgodniliśmy z kapitanem, że przed 
czasem nikt nie będzie o niczym wiedział. A więc pamiętaj, punktualnie o dwudziestej 
pierwszej w hallu.
 

- Po tych słowach ulotnił się nie mówiąc nikomu, dokąd idzie, tak że pani 

Katarzyna na próżno trzykrotnie odgrzewała obiad.
 

Dyrektor zapowiedział zainteresowanym pracownikom godziną tajemniczej 

zbiórki i wyszedł do miasta. Nie mógł usiedzieć w gabinecie. Był zdenerwowany, a przy 
tym paliła go ciekawość. Przy bramie zatrzymał go młodszy woźny Kulesza.
 

- Panie dyrektorze - powiedział - kręcąc srebrny guzik swego uniformu - czy ja 

mógłbym być obecny na tej zbiórce? Wprawdzie nie było mnie w czasie kradzieży, ale...
 

- Sądzę, że tak - odparł Krzysztoń. - Przecież mnie też nie było, a na zbiórkę 

przyjdę.
 

- Dziękuję - skłonił się niezgrabnie woźny i zawrócił w stronę muzeum.

 

Punktualnie o godzinie dwudziestej pierwszej do głównego hallu wszedł kapitan 

Halski.
 

Wyglądał inaczej niż zwykle, gdyż był w cywilnym ubraniu. Powiódł wzrokiem 

po zgromadzonych, sprawdził godzinę i powiedział:
 

- Panie Konradzie, sądzę, że możemy rozpocząć przedstawienie. Przystąpimy do 

rozdania ról.
 

Konrad skinął głową i powiedział z uśmiechem: - Primadonna już czeka w 

garderobie.
 

Tremy nie stwierdziłem.

- 68 -

background image

 

- Niech pan idzie do niej. Ja zajmę się resztą.

 

Konrad wyszedł z hallu przesyłając siostrze stojącej obok Gniewosza 

porozumiewawczy uśmiech.
 

- A więc - powiedział Halski - przystąpimy teraz do małego eksperymentu, który, 

jak muszę lojalnie przyznać, jest pomysłem obywatela Krzysztonia juniora. Eksperyment 
ten nie wskaże nam bezpośrednio złodzieja. Eksperyment ma na celu odtworzenie 
sposobu dokonania kradzieży. Przyznaję ze skruchą, że zasugerowany okolicznościami 
obciążającymi tego oto młodego człowieka - wskazał na Gniewosza - zmyliłem ślad. 
Szukałem złodzieja, zrezygnowałem natomiast z wyświetlenia zagadki samej kradzieży. 
A teraz wyjaśnię państwu, na czym polega nasz eksperyment: Główni aktorzy znajdują 
się poza terenem muzeum, spośród nas będzie aktywny tylko jeden człowiek. Tym 
człowiekiem jest oczywiście pan - skinął na Andrzeja, który nie wiadomo dlaczego 
zaczerwienił się. - My będziemy tylko widzami. Pan postara się dokładnie odtworzyć 
cały przebieg owego fatalnego wieczoru. Oczywiście od momentu, kiedy to wróciwszy z 
kolacji poszedł pan do swojej pracowni. Panie Piliński. proszę udać się do swego pokoju.
Pan będzie drugim aktorem, ale tylko przez chwilę.
 

Halski jeszcze raz sprawdził godzinę i dodał:

 

- Oczywiście wszyscy państwo proszeni są o za chowanie spokoju i ciszy. 

Żadnych zbędnych gestów, żadnych okrzyków. Zaczynamy! Proszę zgasić światło.
 

Przekręcono wyłącznik i hall zaległa ciemność. Po chwili oczy obecnych oswoiły 

się z mrokiem. Światło księżyca wpływające przez okna korytarza łagodnie oświetlało 
sylwetkę Andrzeja i zarysy stłoczonej w hallu grupy ludzi. Przez chwilę panowała głucha
cisza.
 

Krysia stojąca między ojcem i matką zacisnęła kurczowo dłonie. Było coś 

niesamowitego w tej ciszy, w tym napiętym oczekiwaniu. Stojący za nią woźny Marzec 
sapał głośno.
 

Jego żona pociągała nosem. Cisza przedłużała się nieznośnie. Wreszcie Halski dał

znak. Sylwetka Gniewosza oderwała się od zwartej grupy i młody człowiek zaczął 
posuwać się w głąb korytarza. Krystyna widziała zarys jego szerokich ramion. Biała, 
sportowa koszulka srebrzyła się w świetle księżyca.
 

... Gniewosz idzie równym, elastycznym krokiem. W połowie korytarza przystaje,

podchodzi do okna, wyjmuje z kieszeni papierosy. W ciszy słychać wyraźnie trzask 
zapałki. Błyska czerwony ognik oświetlając na moment skupioną, poważną twarz 
mężczyzny. Potem znowu mrok i widać tylko żarzący się punkcik papierosa.
 

Gniewosz patrzy na zalany srebrnym światłem park i nagle stwierdza, że znowu 

tak jak tamtego wieczoru myśli o Krystynie. Jest tam, niedaleko. Pewnie denerwuje się. 
Szkoda, że nie można podejść do niej, przygarnąć, uspokoić. Ale nie. Wszystko musi się 
odbyć tak jak wówczas...
 

... Skrzypią uchylone drzwi, zapala się światło. Andrzej odwraca się gwałtownie. 

Słyszy trochę niepewny głos Pilińskiego:
 

- To ty? Myślałem, że włamywacz.

 

- Głowa mnie boli - odpowiada Gniewosz i podchodzi do wyłącznika, aby zgasić 

światło. - Dobranoc.
 

W ciemności idzie teraz korytarzem w stronę pracowni. Słyszy za sobą szmer 

- 69 -

background image

kilkunastu ostrożnie stąpających nóg. Teraz dopiero Gniewosz zaczyna się denerwować. 
Co za pomysły ma ten Halski! Czy nie można było przeprowadzić eksperymentu bez tej 
całej szopki?
 

Ale oto jest już przed drzwiami pracowni. Wyjmuje klucz, otwiera drzwi i 

wchodzi do wnętrza. Jakże dawno tu nie był. A nic się nie zmieniło. Ten sam zapach, ten 
sam nieporządek. Zaraz, trzeba sobie dokładnie przypomnieć, co robił owego wieczoru. 
A więc nie zapalać światła w gabinecie, wejść do pracowni. Robiąc to Andrzej słyszy, że 
gabinet powoli zapełnia się ludźmi. Po chwili mały pokoik jest pełny. Halski wydaje 
szeptem jakieś polecenia.
 

Andrzej zapala światło w pracowni i widzi leżący na stole portret Czarnej Pani. 

Oczywiście wie, że jest to kopia zrobiona przez Krysię, ale i tak wrażenie jest ogromne. 
Wolnym krokiem podchodzi do portretu. Tak, wtedy też przyglądał mu się długo. Aha, 
trzeba jeszcze otworzyć na oścież okno. Ostry zapach farb miesza się z chłodnym 
powietrzem sierpniowej nocy.
 

Gniewosz bierze krzesło i siada przy stole. „Krysia jest bardzo zdolna” myśli. „Ta

kopia wcale nie jest zła. Krysia... Krystynka...” Z rozmarzenia wyrywa go ostry szept 
Halskiego:
 

- Panie Andrzeju, dalej!

 

Dobrze, ale co ma być dalej? Naprawdę nie pamięta, co robił wtedy. Aha, oglądał 

obraz od spodu. Sprawdzał, czy podklejone płótno dobrze wyschło i czy na powierzchni 
obrazu nie ma zmarszczek.
 

W tym momencie dzwoni telefon. Andrzej wzdryga się. Nie, tego już za wiele! To

zaczyna być niesamowite! Zupełnie tak samo jak wtedy...
 

Mechanicznym ruchem rozpościera obraz na stole i idzie do gabinetu. Telefon 

dzwoni jak opętany.
 

Andrzej przechodzi między szpalerem stłoczonych w gabinecie ludzi. Widzi 

pobladłą twarz Krysi, życzliwe oczy pani Katarzyny, krzepiący uśmiech dyrektora. Widzi
spokojną twarz Halskiego i czerwone, spocone policzki Marca. Widzi tłuste fałszywe 
oblicze Pilińskiego.
 

Telefon dzwoni bez przerwy. Andrzej pewnym ruchem ujmuje słuchawkę. Jakiś 

męski głos pyta o dyrektora muzeum... W tym momencie... ależ tak! Coś wyraźnie 
zachrobotało za oknem. Andrzej z całych sił ściska słuchawkę w ręce. Nie słucha głosu, 
który dudni w telefonie. Oczy ma wbite w jeden punkt pokoju. Zresztą wszyscy patrzą w 
ten sam punkt.
 

Okno pracowni uchyla się bezszelestnie i przez kratę przechodzi coś małego i 

kosmatego. Małpa! Wskakuje zwinnie na stół, pochyla się nad obrazem, zwija płótno w 
rulon i wziąwszy je pod pachę tą samą drogą wychodzi z pracowni.
 

Słuchawka wypadła Andrzejowi z ręki.

 

- 70 -

background image

 ROZDZIAŁ XVI

 

Mimo dość późnej pory Halski nie pozwolił uczestnikom eksperymentu rozejść 

się. Korzystając z zaproszenia dyrektora zgromadził wszystkich w obszernym gabinecie 
Krzysztonia.
 

Na honorowym miejscu za biurkiem ojca usiadł Konrad trzymając na kolanach 

bohaterkę eksperymentu, małą szarą małpkę. Oczy wszystkich zwrócone były na zwinne 
zwierzątko, które nie bacząc na powagę chwili usiłowało dosięgnąć kosmatą łapką 
czupryny swego przygodnego opiekuna.
 

Kapitan Halski odchrząknął i poprawiwszy niesforny węzeł krawata powiedział:

 

- Zanim zabierze głos rzeczywisty bohater dzisiejszego wieczoru, chciałbym 

zagaić sprawę. Otóż eksperyment, którego świadkami byliście przed chwilą, odkrył nam 
sposób dokonania kradzieży. Jest chyba rzeczą dla wszystkich niewątpliwą, że kradzieży 
tej nie mogła dokonać małpa na swoją, że tak powiem, łapę. Musiała mieć wspólników, a
raczej mocodawców. I jakkolwiek pewne osoby miały wątpliwości co do roli milicji w 
całej tej sprawie - tu Halski nie wytrzymał i uśmiechnął się złośliwie do Krystyny - mogę
wam zakomunikować, że dwóch przestępców już mamy. Brakuje nam tylko trzeciego. 
Ale i tego znajdziemy niebawem. A teraz, panie Konradzie, prosimy o szczegółową 
relację.
 

Konrad wstał i usiłował pozbyć się małpki, którą chciał przesadzić na kolana 

siedzącego obok ojca. Ale małpa widać upodobała sobie jego towarzystwo, bo oplótłszy 
kosmatym ramieniem szyję chłopca zaczęła gwałtownie protestować przeciwko zmianie 
miejsca. Stroiła przy tym iście małpie grymasy i skrzeczała tak rozdzierająco, że chłopiec
z rezygnacją pogłaskał ją po małym zgrabnym łebku i zostawił w spokoju na własnych 
kolanach.
 

Konrad rozpoczął swoją relację od małej teoretycznej dygresji:

 

- W sprawach kryminalnych przypadek nie powinien odgrywać zasadniczej roli. 

Wykrycie przestępcy powinno wyniknąć z logicznie ułożonego łańcuszka zdarzeń, które 
genialny detektyw odczytuje z wrodzoną mu łatwością. Tymczasem wyznaję ze skruchą, 
że moje odkrycie, które w efekcie doprowadziło do dzisiejszego eksperymentu, czyli 
wykrycia sposobu kradzieży, jest owocem przypadku. Przypadkowo znalazłem się przed 
kilku dniami na moście uniwersyteckim i przypadkowo zwróciłem uwagę na figle 
małpki, która uparcie starała się zwinąć w rulon reklamowy karton fotografa z 
nalepionymi kolorowymi odbitkami zdjęć.
 

Znacie zapewne takie stany umysłowe: człowiek patrzy na coś pozornie 

bezmyślnie, nie kojarząc spostrzeganego zjawiska z żadnym konkretnym zdarzeniem. 
Potem, kiedy patrzy już na coś zupełnie innego, paf! - następuje coś w rodzaju olśnienia. 
Jakiś genialny przebłysk świadomości.
 

- Nie można powiedzieć, aby mój braciszek był skromny - szepnęła Krystyna do 

ucha Andrzejowi.

- 71 -

background image

 

- Właśnie mnie zdarzyła się podobna historia - mówił dalej Konrad. - 

Zapomniałem już o małpce obserwując zbiegowisko uliczne, gdy nagle olśniła mnie 
myśl: przecież to małpa mogła zwinąć obraz w rulon i wynieść go przez kratę. To 
tłumaczyłoby zupełny brak śladów pod oknem i na ścieżce, jak również tajemnicze 
zniknięcie obrazu z zamkniętego pokoju w czasie, gdy kolega Andrzej znajdował się tuż 
obok. Tylko małpa mogła prześliznąć się przez kratę nie robiąc przy tym żadnego hałasu.
 

Olśniony tą myślą złapałem taksówkę i pojechałem do kapitana Halskiego. Muszę

podkreślić, że kapitan przyjął moją koncepcję dość życzliwie i nawet dał się namówić na 
wspólną rozmowę z fotografem. Rozmowy tej nie będę powtarzał. Ważne jest to, że w jej
wyniku fotograf wypożyczył nam małpkę na kilka dni. Rozpoczęliśmy próby. 
Przyniosłem naszą kopię obrazu na milicję, rozłożyłem ją na stole i wpuściłem małpkę do
pokoju. Pokręciła się chwilę po kątach, zresztą była niespokojna nie widząc swego pana, 
wreszcie wskoczyła na stół i z wyraźną radością zwinęła obraz w rulon. Potem zaczęła 
się rozglądać jakby w poszukiwaniu wyjścia. No, ale ta część eksperymentu nie była nam
chwilowo potrzebna. Wiedzieliśmy, że małpa została wytresowana w kierunku zwijania 
w rulon każdego sztywnego papieru lub obrazu większych rozmiarów. Przekonaliśmy się 
o tym podsuwając jej różne kartki, mniejsze lub większe, ale czyste. Brała je do łap. 
wąchała, darła, nigdy jednak nie próbowała ich zwijać. Natomiast sztywny barwny karton
zwijała z wyraźnym upodobaniem.
 

Konrad przerwał dla nabrania oddechu i stwierdził z satysfakcją, że audytorium 

słucha jego relacji z olbrzymim zainteresowaniem.
 

- Potem - ciągnął dalej - kiedy mieliśmy już pewność, że małpę odpowiednio 

wytresowano, przeprowadziliśmy drugą część naszego eksperymentu. Poszliśmy z 
małpką pod muzeum. Było to zeszłej nocy. Kapitan Halski czekał ze zwierzątkiem w 
ruinach po przeciwnej stronie ulicy, ja zaś wszedłem do pracowni Andrzeja, zapaliłem 
światło i uchyliłem okno.
 

Sam czekałem w gabinecie. Nie czekałem długo. Po paru minutach małpa była w 

pokoju.
 

Kapitan Halski stojąc pod murem na ulicy rozwijał długą linkę, za pomocą której 

kierował ruchami małpy. Zresztą pobiegła prosto w kierunku oświetlonego okna. I tego ją
nauczono.
 

Jak więc państwo widzicie, nasz dzisiejszy eksperyment zaaranżowaliśmy 

specjalnie dla was, bo my - tu Konrad spojrzał z wyższością na obecnych - my już 
wiedzieliśmy, jak się sprawa przedstawia.
 

- Niesłychane - mruknął Krzysztoń i spojrzał na syna wzrokiem, w którym, 

czułość mieszała się z podziwem, a nawet czymś w rodzaju szacunku.
 

- Pozwolicie państwo - zabrał głos kapitan Halski - że teraz wyręczę pana 

Konrada i zreferuję wam pewne sprawy związane z moją koncepcją. Od pierwszej chwili 
wiedziałem, że tak zuchwałej, a precyzyjnej kradzieży złodziej nie mógł dokonać sam. 
Potrzebował jednego lub dwóch wspólników. W pierwszej fazie śledztwa wina obywatela
Gniewosza wydawała mi się bezsporna. Szukałem tylko jego wspólników. Niemniej ta 
hipoteza mimo poważnych plusów miała i minusy. Oto one sformułowane w pytaniach: 
Dlaczego główny konserwator, mający dostęp do najcenniejszych eksponatów, wybrał 
jako przedmiot kradzieży obiekt o stosunkowo niewielkiej wartości? Dlaczego, ciesząc 

- 72 -

background image

się pełnym zaufaniem dyrektora, nie wyniósł po prostu obrazu w jakiś mniej 
skomplikowany sposób? Dlaczego nie postarał się o usunięcie kompromitujących kopert 
z holenderskimi znaczkami? Dlaczego wreszcie wybrał taki sposób kradzieży, który jego 
przede wszystkim stawiał w mocno dwuznacznej sytuacji?
 

W drugiej fazie śledztwa uznałem winę Gniewosza za wątpliwą i zacząłem 

rozglądać się za innym rozwiązaniem. Materiały dostarczone mi przez pana Konrada i 
jego siostrę, identyfikujące osobę przedstawioną na portrecie i na skradzionej w 
Krakowie miniaturze, były bardzo ciekawe, ale na razie nie wniosły nic konkretnego do 
moich rozważań. Interesowało mnie co innego. Przyjąłem za pewnik zeznania 
Gniewosza. Uwierzyłem na chwilę w jego całkowitą niewinność. I zacząłem odtwarzać 
sobie, szczegół po szczególe, kolejne fakty kradzieży. W rezultacie zadałem sobie trzy 
pytania, na które trzeba było znaleźć odpowiedź: 1. Dlaczego złodziej nie ukradł portretu 
wówczas, kiedy wisiał on w sali?
 

2. Skąd wiedział, że obraz znajduje się w pracowni konserwatorskiej?

 

3. Dlaczego działał w momencie, kiedy Gniewosz znajdował się w pracowni?

 

Na pierwsze pytanie udzieliłem sobie odpowiedzi prawie natychmiast, a 

eksperyment z małpą dowiódł, że miałem rację. Kradzież obrazu z sali musiałaby być 
połączona z włamaniem, czego widocznie złodziej chciał uniknąć. Pomysł użycia małpy 
jako bezpośredniego sprawcy wykluczał prawie całkowicie pozostawienie śladów 
przestępstwa, ale nastręczał tę trudność, że obrazu w ramie nie można było zwinąć w 
rulon i przejść z nim przez kratę. Dlatego też kradzież obrazu z sali muzeum była 
niemożliwa.
 

Pytanie drugie i trzecie utwierdziło mnie w przekonaniu, że złodziej musiał mieć 

wspólnika. I to wspólnika dokładnie obeznanego z wewnętrznymi sprawami muzeum. Tu
muszę się przyznać, że znowu wróciłem do pierwotnej koncepcji winy, a w najlepszym 
wypadku współdziałania w przestępstwie pana Gniewosza. Któż bowiem lepiej od niego 
mógł informować złodzieja o sprawach muzeum?
 

A potem znalazłem w protokole zeznań świadków drobny szczegół, który pchnął 

moje podejrzenia w innym kierunku. Wszyscy państwo zgodzicie się chyba ze mną, że 
człowiek, który w zeznaniach swoich przekręca pewne fakty lub je zataja, rzuca na siebie
podejrzenie.
 

Przeglądając dokładnie pierwszy protokół śledztwa sporządzony przez jednego z 

moich podwładnych, jak i późniejsze uzupełnienia dokonane już przeze mnie, znalazłem 
człowieka, który skłamał. Teraz trzeba było zapytać, dlaczego to zrobił. Odpowiedź 
mogła być tylko jedna: aby ukryć fakt swego udziału w kradzieży. Innej możliwości nie 
widziałem.
 

Halski przerwał i powiódł swymi bystrymi, zimnymi oczyma po słuchaczach. 

Zauważył, że przy jego ostatnich słowach oczy czworga osób powędrowały w kierunku 
osoby Pilińskiego, który siedział w szerokim klubowym fotelu zakrywszy twarz ręką. 
Halski uśmiechnął się nieznacznie myśląc, że Konrad kazał się niespodziewanie 
dyskretny. Więc przemilczał wszystko nawet przed rodzicami, nawet przed siostrą i 
Andrzejem?
 

Przelotny uśmiech zgasł jednak szybko i kapitan Halski ciągnął dalej:

 

- Gdy pan Konrad wysunął koncepcję współudziału małpy w kradzieży, wyłoniły 

- 73 -

background image

się nowe, dodatkowe pytania i przyznam się, że do tej pory nie potrafiłem znaleźć na nie 
odpowiedzi. Wszystko mogło się wprawdzie odbyć tak, jak to pokazaliśmy wam przed 
chwilą.
 

Złodziej, poinformowany już przez kogoś o fakcie przeniesienia obrazu z sali do 

pracowni, czekał ukryty w ruinach. Musiał również wiedzieć, że obraz zdjęto chwilowo z
blejtramu.
 

Czym jednak wytłumaczyć fakt, że złodziej, który zadał sobie tyle trudu, aby 

zmniejszyć do minimum ryzyko przyłapania, wtedy, w ów decydujący wieczór, 
przystępuje do akcji w momencie zdawałoby się najgorzej wybranym? W momencie, 
kiedy w pracowni znajduje się główny konserwator. Na co liczył? Co chciał przez to 
uzyskać? Czy może było mu na rękę zamieszanie w kradzież osoby trzeciej, na którą 
padło całe podejrzenie?
 

- Rzeczywiście - wyrwało się Gniewoszowi - dlaczego nie zaczekał, aż wyjdę z 

pracowni?
 

- Na to pytanie otrzymamy odpowiedź nie opuszczając tego pokoju - 

odpowiedział Halski i nie zmieniając spokojnego tonu głosu zapytał: - Dlaczego złodziej 
nie zaczekał, aż pan Gniewosz wyjdzie z pracowni, panie Marzec?
 

Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku woźnego, który zerwał się z krzesła i 

wybełkotał z przerażeniem:
 

- Ależ, panie kapitanie... ja nic .. dlaczego ja miałbym o tym wiedzieć?

 

- Dlaczego? - powtórzył grzmiącym głosem Halski wstając z krzesła i prostując 

się na całą wysokość. - Dlatego, że pan jest człowiekiem, który skłamał!
 

Głucha cisza zaległa pokój po tych słowach. Zdumienie wywołało nie tylko 

niespodziewane wystąpienie Halskiego, ale przede wszystkim fakt zamieszania w sprawę
kradzieży jednego z najstarszych i najbardziej cenionych pracowników muzeum. 
Dyrektor Krzysztoń spoglądał z osłupieniem na starego woźnego. W głowie nie chciało 
mu się pomieścić, że ten spokojny, sumienny człowiek mógł popaść w kolizję z prawem.
 

Nie mniej zdumiona była Krystyna, która Marca bardzo lubiła i którego razem z 

bratem wtajemniczyła w niektóre szczegóły poszukiwań. Przecież to właśnie on, Marzec 
pomagał im w zastawieniu pułapki na złodzieja.
 

Odczekawszy dobrą chwilę, aby słuchacze mogli otrząsnąć się z wrażenia, Halski 

znowu zabrał głos:
 

- Precyzując moje oskarżenie stwierdzam stanowczo, że woźny Marzec primo: 

pozostawał w kontakcie ze złodziejami, secundo: udzielił im informacji w sprawie 
przeniesienia obrazu z sali do pracowni, tertio: prawdopodobnie pomógł przestępcom w 
zorganizowaniu kradzieży:
 

- No, a kłamstwo, panie kapitanie, gdzie jest kłamstwo? - krzyknęła pani 

Katarzyna wzburzonym głosem.
 

- Chwileczkę, proszę pani - powiedział Halski i zwrócił się do woźnego: - 

Obywatelu Marzec, zeznaliście w czasie przesłuchania, że nie słyszeliście, kiedy 
Gniewosz wrócił do domu, ponieważ poszliście wcześnie spać, a Gniewosz ma własny 
klucz od bramy i nie musiał was budzić dzwonieniem. To samo zeznał obywatel Piliński, 
który na polecenie milicji zgromadził wówczas wszystkich - obecnych w tym pokoju. 
Czy tak było, panie Piliński?

- 74 -

background image

 

- Tak jest - poderwał się asystent - musiałem dosyć długo stukać, zanim się 

obudzili i otworzyli drzwi.
 

- Dziękuję. A więc zestawmy fakty. Gniewosz wrócił do muzeum mniej więcej o 

godzinie 2120. Potwierdza to zresztą pan Piliński, który rozmawiał z nim w kilka minut 
potem. O godzinie 2200 Piliński pobiegł do mieszkania Marców i stwierdził, że byli 
pogrążeni w głębokim śnie. Oczywiście nie stwierdził tego naocznie. Swoje zeznania 
oparł na słowach samego Marca. A około godziny 2140 przechodzi! ulicą Matejki 
dzielnicowy, który zeznaje, że w dwóch oknach muzeum paliło się światło: na parterze w 
środkowej części budynku, a więc tam, gdzie się znajduje pracownia konserwatorska 
Gniewosza, oraz w lewym skrzydle gmachu, również na parterze, tam właśnie, gdzie jest 
pańskie mieszkanie, panie Marzec. A przecież o godzinie 2140 już pan rzekomo spał? 
Czy ma pan zwyczaj sypiać przy świetle? Chyba nie, bo kolega Piliński zeznaje, że kiedy
pan się obudził, w pokoju było ciemno. A więc jak to było z tym spaniem? Dlaczego pan 
skłamał, panie Marzec?
 

Woźny podniósł głowę i spojrzał na Halskiego oczyma zaszczutego zwierzęcia. 

Chwilę milczał, potem powiedział martwym głosem:
 

- Skoro już... skoro pan i tak wszystko wie, panie kapitanie...

 

Umilkł, a wszyscy z napięciem czekali na jego dalsze słowa.

 

- 75 -

background image

 ROZDZIAŁ XVII

 

- No, cóż się tak gapisz, stary, nie poznajesz mnie? - zahuczał wesoły bas i mały, 

gruby człowieczek rzucił się oszołomionemu Krzysztoniowi w objęcia.
 

Dyrektor, strząsając resztki snu z powiek, zamrugał gwałtownie oczyma, a potem 

odwzajemnił uścisk klepiąc grubasa po ramionach i wykrzykując radośnie:
 

- Staszek! Kalczyński! Co cię tu przyniosło, ty molu antykwaryczny?

 

Głośna rozmowa powitalna ściągnęła do przedpokoju pozostałych członków 

rodziny.
 

Dopiero wówczas pan Kalczyński przypomniał sobie o żonie stojącej skromnie w 

kąciku i zaczął ją gwałtownie przedstawiać. Pani Janina witała dyrektora i jego żonę 
przepraszając za niespodziewany najazd.
 

- To pomysł Stasia - mówiła uśmiechając się z zakłopotaniem.

 

- A gdzie babcia? - krzyknął Konrad i wychylił głowę z drzwi łazienki.

 

- O, babcia została w domu, oświadczyła, że ma wstręt do pociągów - wyjaśnił 

pan Stanisław. - Ale powiem wam w tajemnicy, że cała ta zwariowana jazda to pomysł 
mojej teściowej. Przeczytała w gazecie wiadomość o odnalezieniu portretu i od tego dnia 
zaczęła systematycznie dręczyć listonosza, nie mówiąc już o mnie.
 

- Ale dlaczego? - zdziwiła się pani Katarzyna.

 

- Bo czekała na wiadomość od tych tam pędziwiatrów - pan Stanisław machnął 

ręką w kierunku Konrada i Krysi.
 

- Ach, mój Boże, jak mogliśmy zapomnieć! - zmartwiła się Krysia.

 

- Właśnie, właśnie - zahuczał pan Stanisław - jak mogliśmy...

 

- No, ale dlaczego my stoimy ciągle w hallu? - zatroszczyła się pani Kasia. - 

Prosimy dalej. Zaraz podam śniadanie. A może państwo bardzo zmęczeni, może 
chcielibyście się zdrzemnąć?
 

- Nie, dziękujemy, spaliśmy w pociągu - wyjaśniła pani Kalczyńska.

 

- No, ale na pewno zechcecie się umyć? Krysiu, przygotuj kąpiel. Konrad, skocz 

no po mleko. Kazik, zaprowadź państwa do pracowni. - Pani Katarzyna wydawała 
rozkazy tonem wodza przed bitwą. Po chwili hall był pusty, tylko w głębi mieszkania 
huczał donośny śmiech pana Kalczyńskiego.
 

Przy śniadaniu powrócono oczywiście do sprawy portretu.

 

- Panie Stanisławie - tłumaczył Konrad - myśmy z radości potracili głowy. 

Zresztą to wszystko stało się tak niedawno. W środę miną trzy tygodnie od chwili, kiedy 
kapitan Halski przywiózł odnaleziony obraz i miniaturę.
 

- Miniatura też się znalazła? A to awantura arabska! - zawołał pan Stanisław.

 

- Ależ oczywiście, czy nie dostałeś pisma, że muzeum pragnie zakupić miniaturę 

do swoich zbiorów? - zdziwił się Krzysztoń.
 

- Nic nie dostałem.

 

- Jak to, przecież natychmiast pisałem o tym do Warszawy! Ministerstwo miało 

- 76 -

background image

cię zawiadomić.
 

- No, jeżeli ministerstwo, to możemy być spokojni, że pismo przyjdzie w grudniu.

 

Pani Katarzyna podsunęła milczącej pani Kalczyńskiej talerz z babką domowego 

wypieku. „Jak to dobrze, że mam zwyczaj piec coś na niedzielę” pomyślała. „Ale obiad 
trzeba będzie podać wystawniejszy”.
 

- No, moi państwo, my tu uprawiamy iście gargantuowskie obżarstwo, milczymy 

zaś o sprawach najważniejszych, to znaczy o portrecie - odezwał się pan Stanisław 
przełykając ostatni łyk kawy i ocierając pulchne usta serwetką.
 

- Nie, to nie jest historia, którą można opowiadać przy śniadaniu - skrzywił się z 

niesmakiem Konrad. - Do tego trzeba nastroju, skupienia, może nawet odrobiny czegoś 
mocniejszego - zerknął wyczekująco na matkę.
 

- Przede wszystkim trzeba, abyśmy byli wszyscy razem - wtrąciła Krysia.

 

- A kogóż tu jeszcze brakuje? - zdziwił się pan Stanisław. - Ach prawda, gdzież 

jest ten domniemany złoczyńca?
 

- Zaraz przyjdzie - powiedziała prędko Krysia. - Skoczę po niego, dobrze?

 

Ale ciekawość pana Kalczyńskiego miała być jeszcze długo wystawiona na 

próbę. Okazało się, że Gniewosz wyszedł do miasta, a Krzysztonia zaraz po śniadaniu 
wezwano do muzeum, gdzie zjawiła się jakaś zagraniczna wycieczka. Pani Katarzyna z 
Krysią przeprosiwszy gości wymknęły się do kuchni przygotowywać obiad. Pani Janina 
wbrew protestom gospodyni oświadczyła, że będzie pomagać, toteż pan Kalczyński z 
Konradem musieli zadowolić się własnym towarzystwem. Starszy pan burczał 
niezadowolony, ale Konradowi udało się namówić go na spacer do ogrodu zoologicznego
i pan Stanisław rozchmurzył się szybko. Spędzili tam kilka rozkosznych godzin karmiąc 
zwierzęta i bawiąc się z małymi misiami. W rezultacie spóźnili się na obiad i oberwali 
dwie bury - jedną od mamy Krzysztoniowej, drugą od pani Janiny.
 

Po długim i obfitym obiedzie całe towarzystwo nieco ociężale przeszło do 

gabinetu Krzysztonia na czarną kawę i „odrobinę czegoś mocniejszego”. Tym razem nie 
brakowało już nikogo, bo Andrzej stawił się na obiad i zaznajomiwszy się szybko z 
panem Stanisławem rozprawiał z nim żywo o fryzie świeżo odkrytym w jednej z 
zabytkowych szesnastowiecznych kamienic.
 

Pani Katarzyna nalała kawy do filiżanek, a dyrektor napełnił kieliszki 

bladoróżowym płynem roztaczającym aromat, który pan Stanisław z lubością wciągał w 
nozdrza.
 

- Likier różany mojego wyrobu - wyjaśnił dyrektor i wznosząc kieliszek w górę 

powiedział:
 

- Za pomyślność tych, którzy rozwiali ponury cień Czarnej Pani.

 

- Teraz może wreszcie puścicie farbę - mruknął pan Kalczyński odstawiając 

kieliszek.
 

- Stasiu - zgorszyła się pani Janina - co za wyrażenia!

 

- Już się robi, panie Stanisławie - roześmiał się Konrad. - Zacznę chyba od końca, 

bo koniec tej historii jest właściwie jej początkiem.
 

- Skomplikowany wstęp - mruknął grubasek.

 

- Jak państwu wiadomo, oba skradzione przedmioty pochodziły z pałacu dawnej 

magnackiej rodziny von Schwarzbachów i przedstawiały jedną z jej protoplastek, panią 

- 77 -

background image

Adelajdę von Schwarzbach. Ta zacna kobieta zmarła sporo lat temu, bo w roku 1825. Z 
niewiadomych przyczyn rodzina połączyła z jej imieniem legendę, która mówi, że jak 
długo portrety babki Adelajdy będą znajdowały się w rękach jej potomków, tak długo 
trwać będzie świetność rodu.
 

Z chwilą gdy babcia przejdzie w obce ręce, ród Schwarzbachów upadnie. Zresztą 

ostatni potomek pięknej Adelajdy zginął jeszcze wówczas, kiedy pałac stał nietknięty, 
portret wisiał bezpiecznie w salonie, a miniatura spoczywała w antycznym biurku. 
Potem, jak wiadomo, obok Schwarzbachu przeszedł front, pałac ograbiono, a nasi 
ukochani rodacy, znawcy dzieł sztuki, wywieźli z pałacu obie podobizny hrabiny 
Adelajdy. Cóż, skończyła się chwała rodu Schwarzbachów. Prawdopodobnie nie tylko 
dlatego, że portret zawisł w naszym muzeum, a miniatura zawędrowała do mieszkania 
krakowskiego szabrownika.
 

Zdawałoby się, że nie ma już nikogo, kto chciałby walczyć o przywrócenie 

świetności rodowi Schwarzbachów. Ale właśnie w tym sęk, że ktoś taki się znalazł. 
Pamięta pan, kiedy mówiłem, że Adelajdę mógł skraść tylko ktoś, kto w jakiś sposób był 
z tym portretem związany? I rzeczywiście tak było.
 

W pałacu Schwarzbachów pracował od lat w charakterze kamerdynera niejaki 

Fryderyk Janda, starzec już dziś blisko siedemdziesięcioletni. Cała rodzina Jandy była 
związana z rodziną Schwarzbachów. Ojciec starego był przez długie lata pałacowym 
lokajem, a jego dziadek woził panią Adelajdę do Berlina na cesarskie recepcje poszóstną 
złoconą karocą. Syn Jandy również pracował w pałacu, ale spełniał nowocześniejszą 
funkcję: był szoferem młodego Hermanna. Zresztą zginął w czasie ataku na Polskę 
gdzieś na przedpolach Warszawy.
 

Stary Janda chował wnuka i strzegł pańskiego dobra. Potem widać coś mu się 

pomieszało w siwej głowie, bo po śmierci Hermanna ubzdurał sobie ni mniej ni więcej, 
że jest jedynym spadkobiercą i potomkiem rodu Schwarzbachów. Zresztą wcale bym się 
nie zdziwił, gdyby tak było naprawdę. Pani Adelajda prowadziła światowe życie i często 
wyjeżdżała, a hrabia Fryderyk miesiącami polował na dziki i... na wiejskie dziewoje. 
Mógł więc przy okazji „ustrzelić” babcię naszego Jandy. A może sama pani Adelajda 
„zapomniała się” ze swoim stangretem? Miała podobno tuziny dzieci, mogła więc jedno 
oddać ,,na wychowanie” Jandzie.
 

Zresztą mniejsza o to, jak naprawdę było. Faktem jest, że Fryderyk Janda czuł się 

prawnukiem Adelajdy i człowiekiem, na którym ciąży obowiązek odbudowania 
świetności Schwarzbachu.
 

- Kapitalne - westchnął pan Stanisław i nalał sobie nowy kieliszek likieru.

 

- Otóż stary Janda - mówił dalej Konrad - zaczął działać ściśle wedle legendy. 

Postanowił odzyskać zaginione portrety prababki. Wierzył biedaczysko święcie w swoich
Schwarzbachów, wierzył we wszystko, co słyszał w pałacu. Prawdopodobnie sądził, że 
wystarczy, aby podobizny Adelajdy wróciły do pałacu, a wszystko zmieni się gruntownie.
Z magnackiej rezydencji znikną kaszlące dzieci, salony zaś zaroją się tłumem 
wyfraczonych panów i ubrylantowanych dam. A on, Fryderyk Janda, już nie będzie stał u
szczytu schodów w liberii i anonsował nadchodzących gości, ale jako prawy właściciel i 
spadkobierca będzie czynił honory domu.
 

W swój plan wtajemniczył wnuka, który, jak sądzę, mniej się przejmował 

- 78 -

background image

legendą, miał natomiast chrapkę na obrazy posiadające wedle słów dziadka olbrzymią 
wartość. No cóż, stary Janda nie znał się na sztuce... Aha, zapomniałem dodać, że 
ekskamerdyner Schwarzbachów pozostał w pałacu po jego odrestaurowaniu. Zarząd 
prewentorium zatrudnił go jako dozorcę.
 

Trzeba przyznać, że Jandowie mieli dobrego nosa. Szukali Adelajdy w muzeach. 

Stary sądził, że tak cenna rzecz nie mogła pozostać długo w prywatnych rękach. Zresztą 
może jakiś fragment awantury mojego papy na rynku kłodzkim dotarł do Czarnego 
Potoku.
 

Przyjechali do Wrocławia wstąpili do muzeum i znaleźli swoją antenatkę. Wedle 

relacji samego Jandy kręcili się tu dość często, ale dostęp do obrazu był trudny.
 

W tym czasie młody Janda, Anton, skończył szesnaście lat, mógł więc zacząć 

pracować.
 

Zgłosił się do muzeum i przypadek zrządził, że w tym czasie potrzebny był 

goniec. Chłopiec był miły, rozgarnięty, mówił świetnie po polsku, spodobał się ojcu i 
został przyjęty. Pamiętam go doskonale. Był sprytny, nie wykręcał się od roboty, a swoim
zainteresowaniem dla sztuki zaskarbił sobie sympatię wszystkich pracowników muzeum. 
Nikomu przez myśl nie przeszło, że smarkacz wkręcił się tu z gotowym planem.
 

Tymczasem dziadek na własną rękę szukał szabrowników, którzy wynieśli z 

pałacu miniaturę. Prawdopodobnie musiał podsłuchać ich rozmowę, bo wiedział, że 
przybyli z Krakowa. I cóż robi mój Janda? Kupuje katarynkę, zabiera ze sobą małpkę, 
która pozostała w pałacu po majorze Hermannie i jedzie do Krakowa. Kombinował 
sprytnie. Kataryniarz z małpką wszędzie się wciśnie, wszystko zobaczy. Zaczął węszyć 
po placu między handlarzami. Coś musiał wyniuchać, bo wezwał wnuka do Krakowa.
 

Anton zwolnił się z pracy natychmiast. Ojciec nie zatrzymywał go, bo chłopak 

powiedział, że chce pracować w górnictwie. Ale Anton zamiast do kopalni, pojechał do 
Krakowa i tam już, już byłby odzyskał miniaturę, gdyby ta nie przykleiła się jak smoła do
ręki pięknego Józia.
 

- Ach, więc to tak było! - wykrzyknął pan Stanisław.

 

- Tak. Pamięta pan, co mówił Józio? Powtarzałem panu dokładnie naszą 

rozmowę. Zanim go napadnięto, widział kataryniarza z małpką. To był właśnie stary 
Janda.
 

Konrad przerwał i podsunął matce pustą filiżankę. Dostał świeżą porcję kawy, 

wypił ją dwoma łykami i zapaliwszy papierosa ciągnął dalej:
 

- Sprawa była tym razem przegrana. Ale stary uparł się i postanowił spróbować 

jeszcze raz. Anton pracując w muzeum zaprzyjaźnił się z woźnym Marcem. Odwiedzał 
go od czasu do czasu niby z sentymentu, a naprawdę dlatego, aby spenetrować, co się 
dzieje w muzeum.
 

Pewnej niedzieli, obchodząc razem z Marcem sale, zauważył brak portretu 

Adelajdy. Pyta, co się z nią stało, a Marzec powiada, że obraz oddano do konserwacji i 
przeniesiono do pracowni. To była rewelacja. Anton jedzie do Czarnego Potoku i razem z
dziadkiem układają plan akcji. Anton sądzi, że ma Marca w ręku. Kiedyś podpatrzył, że 
stary parę razy wyniósł i sprzedał „na lewo” trochę pozłotki do ram, kilka tub droższych 
farb. Ta wiadomość posłuży za broń przeciwko Marcowi. Wyciągają starego na rozmowę,
wykładając karty na stół. Ale nie mówią całej prawdy. Potrzebują portretu tylko na jakiś 

- 79 -

background image

czas. Potem go zwrócą. Hermann von Schwarzbach ukrył w ramie swój testament. Muszą
go odzyskać. Potem obraz wróci do muzeum, a Jandowie wyjadą.
 

Stary Marzec, chłop niezbyt rozgarnięty, dał się nabrać na te baśnie. Zresztą bał 

się denuncjacji. Przyrzekł pomoc. Plan Jandów był niezwykle sprytny. Nie chcieli 
dokonywać ordynarnego włamania, wymyślili coś o wiele bardziej subtelnego. Kradzieży
miała dokonać...
 

małpka Hermanna.

 

- Kapitalne - stęknął pan Stanisław i otarł pot z łysiny.

 

- Stary Janda upewniwszy się, że konserwacja obrazu potrwa kilka tygodni, 

wrócił do domu i zajął się tresowaniem małpy. W ciągu dziesięciu dni nauczyła się 
zwijać w rulon rozłożone na stole obrazy, włazić bezszelestnie przez okratowane okno i 
wychodzić tą samą drogą. Wyćwiczył ją też w trafianiu do oświetlonego okna. Rola 
Marca polegała po pierwsze na dokładnym sprzątnięciu pokoju wieczorem w 
umówionym dniu, aby utrudnić rozpoznanie ewentualnych śladów, po drugie na 
uchyleniu zamkniętego okna. Po trzecie stary miał rozłożyć obraz na stole i 
przypilnować, aby w pobliżu nie leżały inne obrazy. Na wypadek jakichś 
nieprzewidzianych przeszkód miał telefonować ze swojej dyżurki do czekającego w 
pobliskim barze Antona.
 

Akcja była wyznaczona na godzinę 2120. Marcowi polecono wejść nieco 

wcześniej do pracowni, otworzyć okno, przygotować obraz i zapalić światło. Czekający 
w ruinach naprzeciwko stary Janda miał na widok zapalonego światła podejść pod 
ogrodzenie i rozwijając długą linkę puścić małpę w kierunku oświetlonego okna.
 

Tymczasem zaszła niespodziewana trudność. O godzinie 2120 wrócił Gniewosz i 

udał się do pracowni. Śledzący go Marzec zadzwonił momentalnie do baru i powiadomił 
Antona, że nie zdążył niczego przygotować i że w pracowni jest Gniewosz.
 

Młody Janda błyskawicznie zmienia plan. Podwórze baru ma połączenie z 

ruinami, w których czeka jego dziadek. Anton biegnie do niego i mimo że w oknie 
pracowni płonie już światło, nie pozwala mu puścić małpy wcześniej niż za pięć minut. 
Znając doskonale teren muzeum wie, że obok pracowni znajduje się gabinet. Wraca więc 
do baru i telefonuje do Gniewosza. Zmyśla naprędce historię o rzekomym odnalezieniu 
cennego obrazu na strychu szkoły. Mówi specjalnie wolno i dużo, aby dać więcej czasu 
dziadkowi. Rozmowa trwa przeszło trzy minuty. W tym czasie małpa wchodzi przez 
okno, zwija obraz i wychodzi. Kiedy Gniewosz wraca do pracowni, stary Janda z małpą i 
obrazem są już z powrotem w ruinach.
 

Tak przedstawia się kradzież numer jeden.

 

- Fenomenalne, słowo dają - pan Stanisław jest tak podniecony, że zrywa się z 

fotela i zaczyna krążyć po pokoju. Po chwili zatrzymuje się i pyta:
 

- No, a drugi numer? Co się stało z moją miniaturą?

 

- To już krótsza historia - mówi Konrad. - Po pierwszym niepowodzeniu Janda nie

zrezygnował z odszukania miniatury. Zeznaje, że w ciągu ostatnich trzech lat był 
szesnaście razy w Krakowie. Zwiedził prawdopodobnie wszystkie sklepy komisowe i 
antykwaryczne, aż wreszcie trafił do Desy. Sam pan mówił, że okno wystawowe w 
pańskim sklepie jest stosunkowo wąskie. Obaj Jandowie i katarynka zasłonili je 
całkowicie. Potem kilka cięć diamentem, jeden szybki ruch ręki, nalepienie kartki z 

- 80 -

background image

napisem „remanent” i koniec. Przy tym trochę szczęścia i dużo bezczelności - to 
wszystko.
 

- Tak, teraz to wszystko wydaje się bardzo proste, ale z początku błąkaliście się w 

zupełnych ciemnościach - odezwała się po raz pierwszy pani Janina.
 

- No dobrze - przerwał jej mąż - to wszystko jest naprawdę pasjonujące, ale mnie 

interesuje inna rzecz. Jak doszliście do prawdy?
 

- To nie my - prostuje Konrad - to jednak kapitan Halski. Wprawdzie nasze 

odkrycia wyjaśniły sporo zagadek, ale głównym informatorem był sam Marzec. Kapitan 
doszukał się w jego zeznaniach pewnych nieścisłości. Mogły one być przypadkowe, ale 
mogły też być podyktowane chęcią zatajenia prawdy. Halski przyjął za pewnik to drugie. 
Powiedział Marcowi wprost, że skłamał, bo chciał ukryć swój udział w kradzieży. I niech
pan sobie wyobrazi, że Marzec połknął haczyk! Przyznał się do wszystkiego.
 

Niezależnie od tego po naszym powrocie z Krakowa kapitan Halski pchnął 

jednego ze swoich ludzi do Czarnego Potoku. Był on już na tropie, kiedy przyjechał 
Halski z konkretnymi wiadomościami. Przyparli do muru Jandów, znaleźli portret i 
miniaturę i po krzyku. Teraz Jandowie siedzą i czekają na rozprawę. Staremu pewnie nic 
nie zrobią, bo ma oczywistego fioła. Ale młody może posiedzieć.
 

- A Marzec? - spytała pani Janina.

 

- Marzec nie popełnił jeszcze przestępstwa. Okoliczności, jakie zaszły, 

wykluczyły jego udział.
 

- A co się stało z małpą?

 

- Małpę Jandowie sprzedali ulicznemu fotografowi. Od niego trafiła do nas.

 

- Swoją drogą, co za historia! Babcia mnie zamęczy. Będę jej musiał ze trzy razy 

wszystko opowiedzieć - westchnął Kalczyński.
 

Wszyscy się roześmiali. W tej chwili zadźwięczał dzwonek.

 

Konrad skoczył do przedpokoju i wrócił trzymając w ręce depeszę.

 

- Do pana, panie Stanisławie - powiedział ze zdumieniem.

 

- Matko Boska! - krzyknęła pani Janina - może mamie coś się stało!

 

Pan Stanisław rozerwał papier i przebiegł szybko oczyma tekst depeszy. Potem 

zaśmiał się swoim potężnym basem i podając depeszę żonie powiedział:
 

- Babcia musi mieć we wszystkim ostatnie słowo.

 

Pani Janina drżącym jeszcze głosem przeczytała: „Serdeczne pozdrowienia dla 

wszystkich stop dużo życzeń dla młodej pary stop wyrazy współczucia dla pana Andrzeja
stop Stanisław znowu zostawił mydło w wodzie Ewelina Boroniowa” KONIEC
 

- 81 -