background image

         

Lew i Lwica

            Szkarłatne kwiaty rozłożone na jej białej koronkowej spódnicy. Zakrwawione i poplątane 
włosy. Nieskazitelna skóra, teraz znieważona przez cięcia i siniaki. Dzieło człowieka. 

Kto mógł to zrobić? - pomyślał, biorąc jej delikatną dłoń w swoje. Nie mógł zrozumieć 
zdemoralizowanego umysłu człowieka, jak czyjeś serce może być tak okrutne. Nawet on, straszliwy 
potwór, krwiopijca, bezduszny demon, nie mogący odczuwać przyjemności z leczenia ludzi. Wciąż 
mógł wyczuć jak wolno bije jej puls i jak słabo pulsuje jej krew. Jęknęła i ucichła, by po chwili 
wydać jeszcze jeden dźwięk. Sporadyczne łomotanie mówiło, że powoli umierała.  Nie miała zbyt 
wiele czasu. Wiedział, iż jego decyzja nie może być pochopna by jej serce nie ucichło na zawsze. 
Patrzył na jej twarz. Pod brudnymi zadrapaniami, pod cięciami i stłuczeniami, pod ranami i bólem, 
mógł zauważyć jak była bardzo piękna. 
Jednak czy była wystarczająco śliczna?
Myślał o powrocie do domu i czekającego na niego mrocznego, ponurego chłopaka z zielonymi 
oczami.
Może ona wystarczy? Może rozjaśni jego uśmiech? Niewykluczone, że  ofiaruje mu to, czego 
najbardziej potrzebuje – delikatne pieszczoty kobiety, ekstazę namiętność, palące pocałunki, kojące 
słowa i serce, które wlałoby w niego miłość i go uzdrowiło?
Cichy dźwięk wydostał się z jej ust – ostatnie wołanie o pomoc, ciche westchnienie akceptacji, 
gorzkie słowa, wyrazy oburzenia – że nikt nic nie wie. Ale będzie miała możliwość ich 
wypowiedzenia , ponieważ decyzja została podjęta. 
Podniósł jej wątłe, skalane ciało za ramiona. Jej głowa spoczęła w zagięciu jego szyi, opuścił usta 
do jej ucha. 
- Będziesz żyła.
Obiecał... 
Potwierdził...
Miał nadzieję...
                                                    
                                                        A potem zaczął biec. 

*#*#*#*#*#*#*#

- Co ona tu robi?

Carlisle podniósł głowę i zobaczył  tajemniczego chłopca stojącego nad nim. Jego oczy 
pociemniały, a wargi zacisnęły się w cienką linię. Przeniósł wzrok z młodzieńca na piękną 
dziewczynę, leżącą przed nim na łóżku i pogrążoną w agonii. Krzyknęła z bólu, jad już 
rozprzestrzeniał się w jej krwiobiegu.  

Carlisle jak najszybciej wrócił do domu, przywitała go Esme, a widząc pobitą dziewczynę w jego 
ramionach, rzuciła się by przygotować dla niej łóżko w pokoju gościnnym. 
- Czy ona wyjdzie z tego? - słowa delikatnie popłynęły z ust Esme, kiedy oparła dłoń na ramieniu 
męża. Jego zastanawiało to samo, choć nie powiedział tego na głos. Jej serce było już tak słabe, że 
nie było go słychać, nawet przy tak dobrym słuchu  jaki posiadał. Powoli wysunął zęby muskając 
nimi jej szyję. Pachniała śmiercią. Carlisle wiedział, iż  nie ważne jak dobry był to uczynek, 
przeciwstawia się on naturalnemu porządkowi rzeczy. Jednak teraz myślał tylko o tym smutnym 
chłopcu. 

background image

Zatopił zęby w jej szyi, jad płynął z jego warg. Smak jej krwi pozostał w ustach, jednak był tak 
dobrze wyszkolony, aby być obojętnym, że jej intrygujący zapach i smak był dla niego ledwie 
zauważalny. 
Nie poruszała się.
Brak reakcji. 

Esme odważyła się złapać spojrzenie męża. Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, żałowała tej 
decyzji. Jej anioł, jej zbawca zawiódł, a na myśl, iż inna dusza przegrała, przyniesie mu cierpienie. 
- Przynajmniej próbowałeś. 
Nie wystarczająco. 
Nie wystarczająco dla człowieka, który chciała zbawić świat. 
A wtedy – rozbrzmiał, mrożący krew w żyłach, krzyk istoty pogrążonej w agonii. Dźwięk radości 
dla uszu wybawcy. 

Teraz ponury chłopiec stał przed nim. Carlisle mógł poczuć jak jego oczy wwiercają się mu w 
skórę, przeszukując jego umysł. 
- Była tak pobita, tak bliska śmierci, Edwardzie - wyjaśnił, choć nie musiał. Edward mógł to 
zobaczyć, a nawet i więcej niż to. 
- Przyniosłeś ją dla mnie?
Carlisle próbował znaleźć inny powód, dla którego ratował życie tej pięknej dziewczyny. Westchnął 
głęboko, nie był w stanie jednak odezwać się jako pierwszy.
- Edward, ja chcę tylko byś był szczęśliwy – przemówił w końcu - Chcę byś miał to co mam ja i 
Esme. Cierpię widząc cię w tym stanie. 

To prawda. Od czasu kiedy wybawca wniósł złamane ciało Esme przez drzwi, podarował jej nowe 
życie i zrobił z niej stały dodatek do ich egzystencji, Edward odsunął się od nich jeszcze bardziej. 
Wydawał się nawet mniej zadowolony ze swojego istnienia. Carlisle czasami zastanawiał się, czy 
nie było błędem ratowanie Edwarda, chociaż takie założenie bolało bardzo, gdyż kochał go jak 
własnego syna. Chciał przede wszystkim aby chłopak był szczęśliwy. 
- Dasz przynajmniej jej szansę? - Carlisle spojrzał błagalnymi oczami na swojego syna. 
Edwarda zacisnął usta.
- Czy ty w ogóle wiesz, co ona przeszła?  - powiedział z goryczą. 
Carlisle złapał oddech 
- Mam swoje przypuszczenia...
- Ale nie możesz tego wiedzieć – nawet bolesność tej transformacji nie przyczyni się do eliminacji 
bólu zadanego jej wcześniej... - Edward rzucił okiem na dziewczynę będącą w agonii. 
Esme starała się jak mogła ją umyć i ubrać w czystą sukienkę, lecz siniaków na jej twarzy nie 
można było ukryć. 
- Wątpię by zechciała być kiedykolwiek blisko mnie.
Carlisle westchnął. 
- Masz rację. Przykro mi. Może jednak to będzie korzystne dla was obojga, wzajemnie uleczycie 
swoje rany...
Wieczny optymista - pomyślał Edward. 
Zbawca był wiecznym optymistą, w przeciwieństwie do mrocznego chłopca. Edward zażartował w 
myślach by sprawić mu przyjemność. Co innego mógł zrobić dla człowieka, który stał się mu tak 
bliski jak ojciec?
- Zobaczymy. Zobaczymy...

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*

Dziewczyna nie wiedziała gdzie jest. Nie poznała ciemnej sypialni, miękkiej pościeli, którą była 
owinięta, a nawet stroju który nosiła. 

background image

Nawet nie poznała siebie. 
Ta istota, czuła się tak kompletna, pełna życia i energii – to nie mogła być ona.
Ona była poraniona, bezradna – ona nie żyła.
Drzwi do pokoju zaskrzypiały, otwierając się wolno, natychmiast zacisnęła swoje oczy. 
- Ona nie śpi – mruknął niski głos. 
Zmusiła się siłą woli by nie oddychać  i gdy tylko wstrzymała oddech ogarnęło ją dziwne uczucie. 
Zdała sobie sprawę z tego, iż nie musiała wcale oddychać. Rzeczywiście muszę być martwa
pomyślała zdziwiona. 

Człowiek. Wiedziała, że jest to człowiek, chociaż nie widziała go. Wydał lekko zdławiony chichot. 
Poczuła też jak do pokoju weszła kolejna osoba. Inny człowiek, zdecydowała. Spoczął na krawędzi 
jej łóżka. 

Czekała aż jej serce zacznie łomotać w klatce piersiowej i była w szoku gdy stwierdziła, że nie 
mogła wyczuć jego bicia wcale, nawet jednego, lekkiego, słabego. 
- W porządku – szepnął głos - Możesz otworzyć oczy. Nie zrobimy ci krzywdy. 
Głos był intrygujący i wabiący. Słowa były łagodne i pocieszające. Otworzyła oczy. 

Najpiękniejsza istota, jakiej jeszcze nie widziała nigdy w swoim życiu, siedziała przed nią. 
- Gdzie jestem? - w końcu udało jej się wymamrotać, zaskakując samą siebie czystością swojego 
głosu. 
Odpowiedział jej tajemniczy chłopiec, znajdujący się w kącie. Chociaż jego głos był szorstki i 
obojętny to słowa, które wypowiedział, dały jej poczucie nadziei.
- Jesteś w domu.

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*

Nazywała się Rosalie.
To imię pasowało do niej. Była piękna jak kwiat, którego imię nosiła. Była mściwa. Była słodka. 
Była odważna. Była nieśmiała. Jej umysł był płytki, a zarazem głęboki. Była prosta do 
rozszyfrowania, ale jednak pełna tajemnic. 
Rosalie oczarowała i zachwyciła Edwarda. 
Ponury chłopak usiadł i czytał w jej myślach, próbując ułożyć  poszczególne elementy w jedną 
całość, chciał ją rozszyfrować. 
- Co o niej sądzisz? - zapytał wybawca, zauważywszy jak tajemniczy chłopiec patrzy na nią z 
daleka. 
Piękna dziewczyna pomagała Esme zawiesić pranie na sznurkach z tyłu ogrodu. Ich dom znajdował 
się dość daleko od miasta, więc nie musieli się ukrywać. Promienie światła, odbijające się od skóry 
Rosalie, sprawiały, że wyglądała ona jak tysiące skrzących się kryształków. 
Edward nie umiał jej zrozumieć. Nie wiedział co ma o niej myśleć. Wiedział natomiast, iż 
odpychając ją od siebie, jeszcze bardziej pragnie tą piękną kobietę.

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*##**#*#*#*#*

Słońce zachodziło czerwienią na miękkim różowym niebie. Patrzył jak jego korona zapada się za 
horyzont. Początkowo jej nie zobaczył, ciche, lekkie kroki były ledwo słyszalne na suchych 
liściach. 
Edward
Nie wypowiedziane głośno słowo, ale usłyszane przez jego umysł. Jak miękkie westchnienie, 
płynące od niej  i mieszające się z powietrzem tak, że mógł pomyśleć, iż tak naprawdę tego nie 
usłyszał. 

background image

Odwrócił się. 
Szkarłatne słońce odbiło się od jej granitowej skóry, oświetlając idealnie jej ciało i doskonałą twarz. 
Istota blasku, usposobienie doskonałości, pragnienie każdego mężczyzny. 
Z wyjątkiem ponurego chłopca. 
- Edward - powiedziała głośno tym razem, zbliżając się wolnym, uwodzicielskim krokiem w jego 
stronę, mrużąc do tego oczy w intrygujący sposób.
Powiedzieć, że nie był w niej zadurzony, byłoby kłamstwem. Rękami oplotła jego tułów, 
niebezpiecznie przesuwając je blisko paska spodni. 
Zesztywniał.
- Dlaczego musisz mnie zawsze odpychać? - Wydęła wargi, zwracając twarz w jego kierunku. 
Nie odpowiedział, tylko zacisnął usta w cienką kreskę. Oparła swoje ręce na jego zimnej, jak głaz, 
klatce piersiowej, obrysowując kontury jego skóry przez cienki materiał koszuli. 
- Rosalie - jęknął, chwytając jej rękę, którą oparł na swym sercu - Proszę...
- Czy nie jestem wystarczająco piękna dla ciebie? - zapytała figlarnie. Mroczny chłopiec mógł 
zobaczyć mały uśmiech w kącikach jej ust. 
Wiedziała, że przewyższa swą urodą nawet najbardziej ekscytujących śmiertelników. 
- Oczywiście, iż jesteś piękna - mruknął, biorąc kosmyk jej włosów i zakładając go delikatnie za 
ucho. 
- Zatem, pozwól mi cię mieć, Edwardzie. Twoje serce jest z kamienia. Pozwól mi je ogrzać. Pozwól 
mi cię wyleczyć. 
Jej słowa były rozpaczliwe. Szarpnęła guziki przy jego zapiętej koszuli by móc położyć swoją dłoń 
na jego wyrzeźbionej klatce piersiowej, w miejscu gdzie niegdyś biło serce. 
- Potrzebuję cię Edwardzie - szepnęła, opierając policzek o jego pierś - Potrzebuję cię.
Pokazała mu ból w swoim umyśle. Pokazała otwartą ranę, która rozdarła jej serce. Pokazała mu 
gorzkie łzy, gdyż nie mogła już płakać. Pokazała tajemniczemu chłopcu obraz samej siebie. Zimno, 
ciemność, samotność oraz ból. W jej umyśle piękna dziewczyna uśmiechała się spowita słońcem. 
Przed nią stał uśmiechnięty mroczny chłopiec. Jego brązowe włosy mieniły się w blasku skóry 
pięknej niewiasty. Oczy błyskały raz po raz jaskrawą zielenią. Piękna dziewczyna tańczyła w jego 
ramionach, a on trzymała ją w objęciach, zmuszając do namiętnego pocałunku. Stąpali po ziemi. 
Płaszcz światła słonecznego topniał, pozostawiając ich całkowicie odkrytymi dla świata.
Edward odsunął swój umysł od jej fantazji i złapał spojrzenie tej pięknej kobiety. Nie były to te 
same oczy, które przed chwilą mu pokazała, na zewnątrz były inne. Jednak pod warstwą żalu i bólu, 
widział ten słaby błysk. Tak jak ona dostrzegła wątłą iskrę zieleni w sino-czarnych oczach 
tajemniczego chłopca. 
Bardzo wolno, ponury chłopiec, pochylił się, by zrównać swoje usta z jej. Delikatne westchnienie 
wyszło od niej, gdy zakończył pocałunek. 
Upadli na ziemię, łagodnie oderwał swoje usta od jej. 
- Jesteś piękna - powiedział. Słowa tym razem były pełne wzruszenia.
Delikatnie rozpiął guziki jej sukni, leżała dalej więc jej odsłonięte ramiona były nagie. Nachylił się 
przyciskając swoje wargi do jej zimnej skóry. Zamknęła oczy, rozkoszując się uczuciem jego ust na 
na sobie. Zrzucali swoje ubrania, równocześnie, walcząc ze swoimi emocjami i rosnącym 
podnieceniem. Pragnęli by każdy krok był powolny. 
Tajemniczy chłopiec położył się na niej, delikatnie opuszczając jej głowę na ziemię, pochylił się by 
pocałować szyję. Ciche westchnienie wydobyło się ponownie z jej ust i nagle to wszystko stało się 
dla nich już nie do zniesienia. Rosalie objęła go nogami w pasie, jęczała, krzyczała, czerpała  czystą 
przyjemność i rozkosz z każdego jego dotknięcia i kontaktu z nim. 
Mając go w sobie zapomniała o wszystkim... 
Zapomniała o bólu...
Zapomniała o sobie...
Nawzajem uzdrowili się.

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#

background image

Otaczała ich teraz ciemność, okryli się kocem z fioletowego aksamitu. Tajemniczy chłopiec i piękna 
dziewczyna leżeli razem. Nadzy, we wzajemnym uścisku, patrząc w górę na sklepienie nieba z 
niezliczoną ilością gwiazd.
- Myślisz, że zastanawiają się gdzie jesteśmy? - mruknęła Rosalie, ustami dotykając szyi Edwarda. 
Wiedział, że ma na myśli wybawcę i jego żonę.
- Byłbym zdziwiony, gdyby nie wiedzieli gdzie się znajdujemy - powiedział, chichocząc i 
przeczesując palcami jej włosy. Delikatnie pocałował ją w czoło, pozwalając by przez moment jej 
wargi błądziły po jego gładkiej skórze. 

Melodyjny śmiech Rosalie zamienił się w głęboki śmiech, gdy rozejrzała się po okolicznym lesie i 
spustoszeniu, które spowodowali. Wysokie drzewa były połamane w pół. Ogromne głazy 
roztrzaskane i pokruszone. Huragan miłości spowodował burzę namiętności. 
Delikatnie czubkiem palca obrysowywał kształt jej ciała. Długość od jej piersi do uda. Drżała po 
nim, pragnąc jego dotyku. 
- Powinniśmy wrócić za  niedługo do domu - szepnął, gryząc delikatnie jej ucho.
- Nigdy! - zaśmiała się Rosalie, przerzucając swoje ciało nad nim i unieruchamiając jego ramiona 
na ziemi.
- Jesteś moim więźniem! - Przycisnęła swoje ciało mocniej do niego sprawiając, że zajęczał z 
przyjemności.
- Rosalie... - ostrzegł, ale nie próbował zrzucić jej z siebie. Przejechał palcem wzdłuż jej piersi, 
śledząc kontur jej ciała.
- Nie możesz uciec – zagroziła mu palcem piękna dziewczyna, obejmując rozpaczliwie jego usta 
swoimi - Jesteś mój. Na zawsze. 
Tajemniczy chłopiec uwolnił się objęć, łapiąc jej twarz w swoje dłonie.
- Na zawsze - Powtórzył - Na wieczność.

Tłumaczenie : Mercy (Tuś)
Dzieło : The Lion and the Lioness 

Permanent Rose