background image

Shannon Waverly

Julia czyli Magiczne światło 

księżyca

Tłumaczyła Hanna Wójt

background image

Prolog

Koniec sierpnia 1987…

W powietrzu czuło się zmiany.
Julia   Lewis   dostrzegała   ich   zapowiedź   choćby   w   blasku   gwiazd 

rozświetlających   niebo,   w   zapachu   róż   unoszącym   się   wokół,   w   brzęczeniu 
owadów nad wydmami. Najbardziej jednak zapowiedź zmian widoczna była na 
twarzach wszystkich jej przyjaciół zebranych przy ognisku w ogrodzie Cathryn 
Hill na uroczystości pożegnania lata.

Obecna była cała maturalna klasa plus kilku innych kolegów z tej samej szkoły, 

grono nastolatków dorastających razem w oazie spokoju, na niewielkiej wyspie 
Harmony, która dotąd była ich jedynym światem.

Tylko nieliczni mieli na niej pozostać. Dla reszty nadszedł czas wyjazdu. Szli 

na   wyższe   uczelnie,   do   szkół   pomaturalnych   albo   po   prostu   do   pracy,   i   Julia 
wiedziała, że nigdy już tu nie wrócą.

Mimo że liczba mieszkańców wyspy w sezonie letnim dochodziła do dziesięciu 

tysięcy,   na   stałe   mieszkało   tu   niewiele   ponad   sześćset   osób.   Tak   mała   liczba 
wykluczała   niektóre   zawody:   trudno,   na   przykład,   było   liczyć   tu   na   posadę 
adwokata   albo   księgowego,   nie   można   było   zostać   maklerem   ani   zawodowym 
sportowcem, modelką czy chirurgiem plastycznym. A już na pewno nie było szans 
na karierę w zawodzie prezenterki radiowej, a to dotyczyło Julii bezpośrednio.

Wyspa   leżała   na   południowy   wschód   od   Massachusetts   i   latem   przeżywała 

najazdy zorganizowanych grup i turystów indywidualnych. Poza sezonem żyło się 
tu cicho i spokojnie.

Julia   powiodła   wzrokiem   po   twarzach   oświetlonych   ciepłym   blaskiem 

płomieni:   Lauren   DeStefano,   Amber   Loring   i   Cathryn   –   jej   trzy   najlepsze 
przyjaciółki. Z całej czwórki jedna tylko Cathryn miała  ściśle określone plany: 
zostawała na Harmony i wychodziła za mąż za chłopaka, w którym się kochała 
przez całą szkołę. Ustalono już nawet datę ślubu.

Lauren zamierzała wyjechać na zawsze. Jej rodzice właśnie sprzedali dom i 

opuścili już wyspę. Lauren miała studiować na uniwersytecie, a potem, jak sama 
mówiła,   „robić   duże   pieniądze”.   Amber   planowała   dwuletnie   studia   w 
pomaturalnej szkole dla sekretarek, a następnie pracę w jakiejś firmie.

Julia, dzięki rozmaitym stypendiom i finansowej pomocy Charliego i Pauline 

background image

Slocumów,   którzy   zaopiekowali   się   nią   po   śmierci   matki,   również   zamierzała 
uczyć się dalej. Wkrótce udawała się do Bostonu, żeby studiować dziennikarstwo 
w Emerson College.

Zawsze chciała pracować w radio; przez ostatnie dwa lata prowadziła własny 

program w lokalnej stacji, należącej do miejscowego  dziwaka Prestona  Fincha. 
Było to niezwykle cenne doświadczenie.

Pozwoliło jej odnaleźć się i wyjść z depresji po śmierci matki. Odkryła swoje 

powołanie i wiedziała już, co chce robić przez resztę życia.

Mimo to bardzo przeżywała fakt, że musi opuścić Harmony. Tutaj się urodziła, 

wychowała i tu dorastała; jak wszyscy stali mieszkańcy Harmony kochała swoją 
wyspę. Musiała jednak wyjechać w świat, żeby zdobyć doświadczenie i nauczyć 
się zawodu.

Pamiętała   jeszcze   ciężkie   warunki   panujące   w   jej   rodzinnym   domu.   Matka 

pracowała od rana do wieczora, żeby jakoś związać koniec z końcem. Julia nie 
chciała tak żyć, nie chciała również pozostawać na utrzymaniu męża, być zależna 
od jego kaprysów i widzimisię. Jej własny ojciec przekazał jej przekonanie, że nie 
ma  nic gorszego niż tego rodzaju sytuacja. Już w dzieciństwie postanowiła, że 
kiedy dorośnie, będzie samodzielna i niezależna.

Opuszczenie wyspy oznaczało jednak również rozstanie z przyjaciółmi. Już za 

nimi tęskniła; wiedziała, że przede wszystkim będzie jej brakowało Amber, która 
była jej przyjaciółką od serca.

Amber spojrzała na nią, zupełnie jakby usłyszała jej myśli.
– Dlaczego siedzisz taka zamyślona? – spytała.

– Trochę mi smutno, kiedy pomyślę, że pewnie po raz ostatni jesteśmy  tak 

wszyscy razem.

Amber podciągnęła kolana pod brodę.
– Nie martw się, niedługo znowu się spotkamy. Cathryn już nas wszystkich 

zaprosiła na gwiazdkowe przyjęcie, jak co roku.

Julia w zadumie pokręciła głową.
– Lauren na pewno nie przyjedzie, a Barry będzie w wojsku i nie wiadomo, 

gdzie będzie stacjonował.

Amber również posmutniała.
– Nie pomyślałam o tym.
– A nawet jeśli się spotkamy, nie będziemy już tacy sami. Poznamy innych 

ludzi,   będziemy   mieli   nowe   zajęcia,   kłopoty   i   problemy.   Będziemy   naprawdę 

background image

dorośli i samodzielni.

Amber westchnęła.
– Dotychczas byłyśmy zawsze razem...
Julia skinęła głową.
– Tak, wszystko robiłyśmy razem.
Amber   zapatrzyła   się   w   ogień;   jasne   włosy   otoczyły   aureolą   jej   piękną, 

zamyśloną twarz. Przyjaciółki pod każdym względem bardzo się różniły, ale mimo 
to były sobie niezwykle bliskie.

– My się nigdy nie zmienimy – powiedziała po chwili Amber swoim zwykłym 

wesołym głosem. – Ty i ja na zawsze pozostaniemy takie same. Nawet kiedy nasze 
drogi się rozejdą, zostaniemy przyjaciółkami. Będziemy do siebie dzwonić i się 
odwiedzać. Przecież nasze szkoły będą od siebie oddalone tylko o czterdzieści mil.

Uśmiechnęła się szelmowsko i Julia odpowiedziała jej uśmiechem. Ogromnie 

chciała wierzyć, że tak właśnie będzie.

– Masz rację.
–  Będziemy  sobie  chodzić  do  kawiarni  i po  zakupy   – ciągnęła  rozmarzona 

Amber – no i oczywiście będziesz moją druhną. Pamiętasz? Przyrzekłaś mi.

– A ty będziesz moją, o ile zmienię zdanie i nie zostanę starą panną. A jeśli 

zostanę, będziesz mi pomagała karmić koty.

Roześmiały   się   i   zaczęły   słuchać   piosenki   śpiewanej   przy   dźwiękach   gitary 

przez Setha Connora. Po chwili jednak Amber wyjęła chusteczkę i wytarła oczy. 
Julia spojrzała na przyjaciółkę ze zdziwieniem.

– Co ci jest?
Ludzie na ogół uważali Amber za beztroską ślicznotkę, gdyż była bardzo ładna 

i   zawsze   się   śmiała.   Julia   jednak   wiedziała,   że   jej   przyjaciółka   wcale   nie   jest 
bezmyślna.

– Dziękuję ci za to, że jesteś – szepnęła Amber.
Julia poczuła, że coś ją dławi w gardle.
– To ja ci dziękuję...
Siedzący naprzeciwko nich po drugiej stronie ogniska Mike Fearing podniósł 

się z koca.

– Na mnie już czas; muszę wstać skoro świt.
Mike, podobnie jak jego ojciec, pracował na morzu i wypływał na łowiska 

bardzo wcześnie. Ich kuter stał przycumowany w zatoce.

–   Ja   też   już   pójdę   –   odezwała   się   Lauren.   –   Jutro   odpływam   pierwszym 

promem.

background image

–   Jest   jeszcze   bardzo   wcześnie.   –   Cathryn   próbowała   ich   zatrzymać.   – 

Posiedźmy jeszcze trochę.

Bezskutecznie. Kilka innych osób podniosło się również.
– W takim razie widzimy się w grudniu – dodała Cathryn z rezygnacją w głosie.
– Tak, jasne...
– Na pewno...
– Do zobaczenia.
W niektórych głosach Julia wyraźnie wyczuła wahanie. Przyjaciele rozstawali 

się i coś ostatecznie się kończyło. Nie wiedziała, czy nazwać to dzieciństwem, czy 
młodością, ale jednego była pewna: coś dobiegło końca i odtąd wszystko będzie 
inaczej.

Jeszcze raz powiodła wzrokiem po wszystkich twarzach, tak jakby chciała raz 

na zawsze zapamiętać rysy, które widziała po raz ostatni. Potem powoli wstała i 
zaczęła składać koc.

W powietrzu czuło się zmiany.

1

Jedenaście lat później...

– Kto do mnie dzwoni?
Julia uniosła głowę znad konsoli i spojrzała na młodego producenta stojącego 

za szklaną szybą. Przez słuchawki usłyszała odpowiedź:

– Jakiś gliniarz. Powiedziałem, że jesteś zajęta, ale mówi, że poczeka, bo to 

ważne. Coś ty narozrabiała, Juleczko?

Sama nie miała pojęcia.
– Pewnie chodzi mu o ten bank, który obrobiłam w zeszłym tygodniu...
Producent wybuchnął śmiechem.
– W takim razie lepiej z nim pogadaj.
Julia włączyła mikrofon.
– Słyszeli państwo nasz nowy przebój „Nowhere to Run”. Zostańcie z nami w 

ten gorący dzień, dwudziestego szóstego września...

Mówiąc to, nie spuszczała wzroku z aparatury wykazującej natężenie dźwięku.
– Jest godzina piąta pięćdziesiąt osiem, a to znaczy, że za dwie minuty korek na 

background image

Beverly Kane stanie się nie do zniesienia i czeka was przymusowy postój przy 
dźwiękach naszego radia. Zrobimy wszystko, żeby go wam umilić. A teraz ja, Julia 
Lewis, żegnam się z państwem, do jutra, do godziny pierwszej. Do zobaczenia, Los 
Angeles.

Wyłączyła mikrofon i zdjęła słuchawki.
–   Jak   zwykle,   byłaś   świetna.   –   Tym   razem   usłyszała   głos   producenta   za 

pośrednictwem interkomu.

– Dzięki – odpowiedziała, nie patrząc na niego.
Lubiła swoją pracę i wykonywała ją jak mogła najlepiej, ale świadomość, że jej 

program ma wkrótce zostać „przeprofilowany w stronę jazzu”, zmniejszył nieco jej 
zapał. Wsunęła stopy w pantofle stojące pod konsolą.

– Julia! Pamiętaj, że dzwoni ten gliniarz!
Zupełnie jakby mogła o tym zapomnieć...
– Przyjmij telefon w studio D, tam będziesz miała spokój.
Sięgnęła   po   torebkę   i   opuściła   pomieszczenie,   z   którego   nadawała   swój 

program.

Niewielkie i zakurzone studio D pełne było półek uginających się pod ciężarem 

starych   taśm.   Zapaliła   światło,   usiadła   za   stołem   i   sięgnęła   po   słuchawkę 
telefoniczną.

– Tu Julia Lewis, czym mogę służyć? Przepraszam, że musiał pan czekać.

– Cześć, maleńka! Wiesz, ile to czekanie kosztuje pracowitych mieszkańców 

Harmony?

–   Charlie!   –   W   jej   głosie   zabrzmiało   zdumienie   i   radość.   –   Charlie!   To 

naprawdę ty?

W słuchawce usłyszała śmiech.
– To naprawdę ja, Buziaczku.
Otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Tak jakby fakt, że 

nagle za sprawą czarów znalazła się znowu na swojej wyspie, zepchnął ją gdzieś w 
rejony nierzeczywistości.

– Charlie! – wykrztusiła wreszcie. – O Boże... Powiedziano mi, że dzwoni jakiś 

gliniarz, a nie że chce ze mną mówić sam komendant!

– Chciałem ci zrobić niespodziankę.
– I całkowicie ci się udało!
Julia wygodnie rozparła się na krześle. Od dzieciństwa uwielbiała Charliego. 

Był wielki i mądry, a w jego ciepłych brązowych oczach dostrzegała zrozumienie 

background image

już  w  czasach,  kiedy  razem z   żoną,  Pauline,  przychodził  w  odwiedziny  do  jej 
matki.   Najbardziej   lubiła   jego   sposób   mówienia:   Charlie   wymawiał   słowa   tak, 
jakby każde z nich miało uspokajającą moc.

„Spokojnie, nie przejmuj się, jeszcze się zobaczy, wszystko będzie dobrze... „
Fakt, że nigdy nie miała ojca, pogłębiał jej przywiązanie do Charliego Slocuma 

i idealizował jego obraz. Charlie był szlachetny i odważny, Charlie walczył ze złem 
i pilnował porządku. Jej uwielbienie wzrosło jeszcze z chwilą, kiedy po śmierci 
matki Slocumowie wzięli ją do siebie.

– Jak dobrze cię słyszeć, Charlie.
– Ja też się cieszę.
Ostatnio rozmawiali z sobą dwa lata temu, tuż po śmierci Pauline.
Julia  nigdy  nie pogodziła się  z faktem,  że nie mogła  być na jej pogrzebie. 

Bardzo ją kochała, mimo  że Pauline nie grała w jej życiu tak wielkiej roli jak 
Charlie. Wiadomość o jej śmierci dotarła do Julii z opóźnieniem; była właśnie w 
trakcie przeprowadzki z Mobile do Omahy.

–   Co   u   ciebie?   –   zapytał   Charlie   i   jednocześnie   usłyszała   stukot   lodu   w 

szklance, którą uniósł do ust.

– Wszystko w porządku, jakoś leci.
– Od razu tak sobie pomyślałem, kiedy na święta dostałem twoją kartkę z Los 

Angeles. Moja maleńka w Mieście Aniołów! Ostatnio pisałaś do mnie z Nebraski.

– Tak, ale tamta praca przestała mi się podobać.
Niemal zobaczyła jego myśli: „A która praca podobała ci się dłużej niż przez 

pół roku, maleńka?”

– A jak ci jest w Los Angeles?
– Cudownie – odrzekła z wymuszonym entuzjazmem. – To ogromne miasto, 

zupełnie nie do ogarnięcia...

Charlie nie wydawał się zachwycony.
– A tam, gdzie mieszkasz, jest bezpiecznie?
Uśmiechnęła się do siebie.
– Tak, i mam na miejscu korty, basen i salę gimnastyczną. Musisz kiedyś do 

mnie przyjechać, sam zobaczysz.

Charlie jakby nie dosłyszał zaproszenia.
– Masz kogoś?
Ukryła zniecierpliwienie.

background image

– Nie.
– To oni tam są ślepi w tym Los Angeles?
– Charlie, mam mnóstwo przyjaciół, chodzę na randki, tylko nie mam nikogo 

na stałe.

Zwykle tak mu odpowiadała i na ogół mówiła prawdę. Dotychczas poważnie 

związana   była   jedynie   z   dwoma   mężczyznami:   z   pewnym   dentystą   z   Buffalo 
imieniem   Brian   i   z   Davidem,   kolegą   z   radia   w   Mobile.   Obaj   byli   przystojni, 
zamożni i obaj chcieli się z nią żenić. Nikt nie mógł zrozumieć, że nie skorzystała z 
propozycji i po prostu przeprowadziła się do innego miasta.

– A co z tym facetem z Buffalo? – nie ustępował Charlie.
– Nic, na Boga, przecież to było sześć lat temu...
– Wybacz staremu człowiekowi, że tak się dopytuje.
Po prostu chciałbym, żebyś była szczęśliwa.
– I jestem.
– Zawsze byłaś strasznie samodzielna – mruknął.
– I to mi zostało.
– A jak tam praca? – Zmienił temat na bezpieczniejszy. – Na razie jakoś ujdzie?
– Jest wspaniale. Właśnie to chciałam robić w życiu, dlatego wyjechałam z 

Harmony.

Charlie nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego właściwie opuściła wyspę. Ale jak 

mogła tam zostać? Przecież tam nie było dla niej żadnej przyszłości!

– A teraz powiedz, czemu zawdzięczam twój telefon.
– Julia też wiedziała, kiedy zmienić temat.
Usłyszała, że Charlie pociąga ze szklanki.
– Przepraszam, że dzwonię do ciebie do pracy, ale musiałem. Tutaj jest teraz 

dziewiąta wieczór i jestem wykończony, mam za sobą ciężki dzień. Chciałbym już 
się położyć, a nie chciałem zostawiać ci wiadomości na sekretarce.

– W porządku, słucham.
– Nie mam dobrych wieści, maleńka.
Julia zesztywniała.
– Ale o co chodzi?
– Ktoś tu u nas umarł.
– Kto? Preston Finch?
Tylko on przyszedł jej do głowy. Właściciel jej pierwszej stacji radiowej musiał 

mieć teraz grubo ponad siedemdziesiąt lat.

– Nie! Nasz dzielny Preston niedawno się ożenił.

background image

– Ożenił się!
Nie   mogła   w   to   uwierzyć.   Preston   stanowił   przecież   część   krajobrazu;   był 

niezmienny jak skały, o które rozbijały się fale!

– Nabrała się na niego pewna turystka, bardzo ładna pani z New Jersey.
– Nie do wiary, ale skoro to nie Preston...
Znowu usłyszała stukanie lodu w szklance Charliego.
– Chodzi o kogoś... z twojej dawnej szkoły.
Julia znieruchomiała; tego się nie spodziewała.
– Z mojej szkoły?
Przecież   to   niemożliwe;   jej   koledzy   są   w   jej   wieku,   mają   dopiero   po 

dwadzieścia dziewięć lat.

– O Boże...
W całej szkole była ich setka, a w jej klasie około dziesięciu osób. Wybór jest 

nieduży...

– Kto?
– Strasznie mi przykro, to... Amber – powiedział bardzo zmęczonym głosem.
Julia zastygła ze wzrokiem utkwionym w półki z zakurzonymi szpulami, które 

nagle zlały się w jedną szarą masę.

– Jesteś tam, maleńka?
Była, ale tak jakby jej nie było. Przecież to wszystko nie ma odrobiny sensu.
– Amber? Amber Loring?
– Tak, teraz nazywała się Davoll, po mężu.
– Przecież wiem! Byłam jej druhną!
Głos Charliego zrobił się bardzo łagodny.
– Bardzo mi przykro, ale musiałem ci to powiedzieć.
Jej rodzice mnie prosili, oni i tak już mają dość telefonów do załatwienia.
Julia go nie słuchała.
– Amber? – Głos jej się łamał. – Amber nie żyje?
– Tak, kochanie.
Straszna   wiadomość   wreszcie   do   niej   dotarła.   Poczuła   się   tak,   jakby   nagła 

błyskawica rozświetliła zakurzone studio.

– Nie! To niemożliwe... – -jęknęła.
– Znaleziono ją dzisiaj rano, piętnaście po siódmej naszego czasu.
Serce Julii załomotało.
Znaleziono ją? To znaczy, że... miała wypadek?

background image

Wyobraziła sobie piękną twarz Amber pośród potrzaskanego szkła. A może 

czymś się zatruła? Albo miała jakiś atak?

– Jak to się stało?
Charlie przez chwilę milczał.
– Wszystko wskazuje na to, że... – zaczął z denerwującą powolnością.
– Możesz mówić wprost. Nie widziałyśmy się od lat, przyjaźniłyśmy się jako 

dzieci, ale teraz nasze drogi się rozeszły. Nie bój się, nic mi nie będzie.

– Wszystko wskazuje na to, że sama odebrała sobie życie.
Mimo dzielącej ich odległości Charlie musiał wyczuć, że jego słowa zrobiły na 

niej wielkie wrażenie.

– Wiem, kochanie, że to straszne. Była taka młoda...
Julia poczuła, że ogarnia ją niekontrolowane drżenie.
Przytrzymała się brzegu stołu.
– Jak... ona to zrobiła?
– Zastrzeliła się.
– Co takiego?
– Strzeliła sobie w głowę.
– Czy mówimy o Amber Loring, tej samej dziewczynie, która przed każdym 

wyjściem spędzała dwie godziny przed lustrem, żeby ładnie wyglądać?

– Kochanie, ja wiem...
– Nic nie wiesz, Charlie, przecież ona... – Julia zakryła oczy dłonią. – Co ja 

mówię...  Nie  chciałam  powiedzieć,  że  była  próżna.  Nie,  ona po  prostu  zawsze 
bardzo dbała o swój wygląd.

– Rozumiem.
– Popełniła samobójstwo? Niesamowite...
– Nikt nie może w to uwierzyć.
Julia nagle poczuła, że ogarnia ją gniew.

– Ja też nie mogę w to uwierzyć! Przecież to... absurdalne! Miała przed sobą 

całe   życie.   Była   śliczna,   miała   mnóstwo   przyjaciół,   rodziców,   może   niezbyt 
bogatych, ale przecież miała w nich oparcie... Była szczęśliwa.

– To było dawno.
Julia drgnęła. Charlie ma rację; jej gniew z wolna opadał.
– Tak, upłynęło dużo czasu, dawno mnie tam nie było.
Charlie... – szepnęła.

background image

– Słucham, kochanie.
– Dlaczego ona się zabiła?
– Dlaczego?
– Tak.
Na chwilę zapadła cisza. Wiedziała, że Charlie nie może jej tego tak po prostu 

wyjaśnić jak dawniej.

–   Nie   wiem,   Buziaczku.   Kiedy   ktoś   popełnia   samobójstwo,   nie   zawsze 

wiadomo, dlaczego to robi.

– Nie zostawiła żadnego listu?
– Nie.
– Nic nikomu nie powiedziała?
– O ile wiem, nie.
Julia przeczesała ręką włosy.
– Przecież musi coś być.
– Skoro koniecznie chcesz wiedzieć... – zaczął powoli. – Znaleźliśmy w jej 

apteczce środki antydepresyjne.

– Amber miała depresję?
– Na to wygląda.
Julia wzruszyła ramionami.
– Niemożliwe. Zawsze była taka radosna, taka... beztroska.

– Ostatnio trochę się zmieniła.
– Nie rozumiem.
– Mam na myśli jej rozwód, i w ogóle.
Pokój wokół Julii zawirował.
– Amber się rozwiodła?
– Prawie. Ona i Bruce byli w trakcie rozwodu, za miesiąc miał być koniec. Nie 

wiedziałaś o tym?

– Nie.
– Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałaś?
– Dość dawno. – W jej głosie zabrzmiało poczucie winy.
– Jakiś rok temu coś się między nimi popsuło, zresztą Bruce nigdy nie był 

łatwy...

Julia przełknęła ślinę. Trudno jej było pogodzić się z myślą, że Amber, wesoła, 

uśmiechnięta Amber przeżywała podobny dramat.

– Wiesz już, kiedy będzie pogrzeb?

background image

– Za trzy dni, w poniedziałek, a co? – Charlie na chwilę przerwał, a potem 

zapytał: – Zamierzasz przyjechać?

– Sama nie wiem. Nie wiem, czy będę się mogła zwolnić z pracy.
Charlie westchnął.
– Taka podróż musi być strasznie droga.
Nie odpowiedziała. Czuła, że Charlie czeka.
– Oczywiście, że przyjadę – oświadczyła. – Przecież nie mogę nie przyjechać.
Po głosie zorientowała się, że Charlie się uśmiecha.
– Strasznie się cieszę, Buziaczku. Tak dawno cię nie widziałem.

– Dokładnie siedem lat – uściśliła, uśmiechając się smutno – od ślubu Amber. 

Ja też się cieszę, że cię zobaczę.

– Kiedy przylecisz?
– Nie wiem, muszę zarezerwować bilet.
– Zadzwoń do mnie, jak coś będziesz wiedziała. Wyjadę na lotnisko.
– Nie musisz...
– A gdzie chcesz mieszkać?
– Nie mam pojęcia.
–   Twój   dawny   pokój   zawsze   jest   do   twojej   dyspozycji,   chociaż   szczerze 

mówiąc, od śmierci Pauline w domu jest straszny bałagan.

– Nie szkodzi, zatrzymam się w hotelu.
– Nie ma mowy. Poczekaj, przecież możesz się zatrzymać w domu Prestona!
– Jak to?
– Jego dom stoi pusty, odkąd państwo młodzi w czerwcu wyjechali w podróż 

poślubną. Jeżdżą po całym kraju z przyczepą. Ostatnio Preston dzwonił do mnie z 
Montany. W lecie dom jest wynajmowany, ale teraz nikt tam nie zagląda oprócz 
mnie.

– Przecież nie mogę mieszkać w cudzym domu!
– Niby dlaczego? Stary będzie szczęśliwy, że się u niego zatrzymasz.
Julia poddała się. Kiedy Charlie postanowił kogoś uszczęśliwić, nie było innego 

wyjścia, jak mu na to pozwolić.

–  Dobrze,  zamieszkam  w  domu  Prestona   –  rzekła   zrezygnowana,  wznosząc 

oczy do nieba.

Swoją drogą niepotrzebnie się tak opierała. Dom był stary i przytulny, a widok, 

jaki się z niego roztaczał, należał do najpiękniejszych na całej wyspie. A ponadto... 
tam właśnie znajdowała się lokalna radiostacja, ta sama, w której Julia debiutowała 

background image

jako szesnastolatka.

– W takim razie zaraz do niego dzwonię.
– Dzięki, Charlie.
– Nie ma za co.
– I dziękuję, że do mnie zadzwoniłeś.
– Szkoda tylko, że musiałem to zrobić w takich okolicznościach.
Twarz Julii poszarzała.
– Tak, szkoda – szepnęła.
Odłożyła   słuchawkę   i   spojrzała   na   zegarek.   Przy   odrobinie   szczęścia   złapie 

jeszcze szefa w biurze. Poprosi go o dwa tygodnie urlopu; nie ma sensu odbywać 
tak dalekiej podróży tylko po to, żeby na drugi dzień wracać.

Przez chwilę siedziała jeszcze bez ruchu, jak skamieniała, próbując coś z tego 

wszystkiego pojąć. Zrozumienie jednak nie nadchodziło. Zamiast niego napłynęły 
obrazy: Amber siedząca nad książką w szkolnej ławce, pochylona, odgarnia jasne 
włosy; obie wędrują do szkoły przez zaspy śniegu; Amber śmieje się, lekko mrużąc 
oczy...

Łzy popłynęły jej po policzkach. To prawda, ostatnio ich drogi się rozeszły, ale 

przecież   łączyło   je   tak   wiele.   Nie   kończące   się   rozmowy,   wspólne   wycieczki, 
wypożyczane sobie stroje, obcinanie włosów. Wszystko to składało się na obraz 
wspólnego   życia,   którego   nic   nie   mogło   zastąpić,   a   które   teraz   odpływało   w 
zamkniętą raz na zawsze przeszłość.

Amber   odeszła   i  Julia   wiedziała,   że   nic   nie  wypełni  pustki,   którą   po   sobie 

pozostawiła.

Sposób, w jaki Amber umarła, zwiększył ból po jej stracie. Dlaczego to zrobiła? 

Co ją do tego skłoniło? Czy nikt nie mógł jej pomóc? Dlaczego nikt nie zauważył 
sygnałów, że dzieje się coś niedobrego?

Julia pochyliła głowę, czując, jak ogarniają ją wyrzuty sumienia. Ona też mogła 

pomóc przyjaciółce, mogła częściej do niej dzwonić; wtedy wiedziałaby, co się z 
nią dzieje. Nie zrobiła tego i teraz będzie musiała z tym żyć.

Wytarła nos chusteczką. Nie mogła sobie wyobrazić pogrzebu Amber; przecież 

Amber mogła jeszcze żyć tak długo...

Sięgnęła po jedną z zakurzonych taśm i puściła ją; zabrzmiały dźwięki muzyki.
Wyprostowała się. Widocznie nie znała prawdziwej Amber, słabej i bezbronnej, 

skłonnej do depresji i rozpaczy. A może Amber po prostu zmieniła się w ciągu 
ostatnich lat; nie widziały się tak długo, a trudno przypuszczać, że tam na wyspie 

background image

wszystko trwa w stanie jakiejś dziwnej hibernacji.

To dobrze, że postanowiła pojechać na Harmony. Spotka dawnych przyjaciół, 

porozmawia z ludźmi, może nawet dowie się od rodziców Amber czegoś, co choć 
w części pozwoli jej zrozumieć to, co się stało.

Muzyka, którą machinalnie puściła, właśnie umilkła. Julia odłożyła taśmę na 

półkę i sięgnęła po następną.

Pojedzie na pogrzeb, uczci pamięć przyjaciółki, ale przede wszystkim postara 

sieją zrozumieć. Pozna prawdę albo przynajmniej spróbuje wprowadzić pewien ład 
w chaos, który nagle zapanował w jej świecie.

Przymknęła oczy i pogrążyła się w napływającej falami muzyce. To był jej 

żywioł.   Muzyka   towarzyszyła   jej   zawsze,   dzięki   muzyce   mogła   przetrwać 
najgorsze chwile.

Lekko poruszyła ustami, wymawiając słowa słuchanej piosenki. James Taylor 

śpiewał   o   ulewnym   deszczu   i   słonecznym   żarze.   Julia   poczuła   ciepło   łez   na 
policzkach.

Zawsze myślałam, że jeszcze kiedyś się spotkamy, Amber...

background image

2

Kelly Carter przeciągnęła się jak kotka.
–   Jakie   masz   plany   na   weekend,   Ben?   –   zapytała,   spoglądając   zalotnie   na 

siedzącego po drugiej stronie stołu Bena Granta, właściciela i wydawcę „Island 
Record”, jedynego tygodnika na wyspie Harmony.

Ben zsunął okulary do czytania na czubek nosa i skrzyżował ręce na piersi. 

Redaktor naczelny powinien mieć dobre stosunki z zespołem. Uważał jednak, że 
wspólnie zjedzona w redakcji pizza całkowicie wystarczy. Zawsze  tak robili w 
piątek wieczór, kiedy kończyli pracę.

Wszyscy już wyszli, została tylko Kelly.
– Mam zamiar popływać trochę kajakiem – odpowiedział wymijająco.
– A co robisz wieczorem?
Kelly była bardzo atrakcyjna i bardzo młoda; Ben miał prawie trzydzieści sześć 

lat i  doświadczenie  mówiące,  że  nie  wolno się  wdawać   w romanse   ze  swoimi 
najlepszymi reporterkami.

Kelly przejęła prowadzenie.
– Mam pewien pomysł... – ciągnęła, nie zrażona jego milczeniem. – Zapraszam 

cię do siebie, obejrzymy sobie jakiś film, zjemy coś... Co ty na to?

– Pomysł nie jest zły.
Rzeczywiście, sam pomysł był niezły, ale Ben wiedział, że dalszy ciąg będzie 

gorszy. Spędzą razem noc, jedną albo dwie, a potem zaczną się kwasy i wspólna 
praca stanie się niemożliwa. Do tego Ben nie chciał dopuścić. Nareszcie miał swoją 
własną   gazetę,   wszystko   szło   doskonale   i   czuł,   że   jego   marzenie   wreszcie   się 
urzeczywistnia. Nie poświęci tego dla przelotnego flirtu.

Wyspa urzekła go od pierwszej chwili. Przyjechał na Harmony przed dwoma 

laty z przyjaciółmi na wycieczkę. Pracował wówczas w bostońskim „Globe”. Rok 
temu przeprowadził się na wyspę, wprawiając w zdumienie rodzinę i przyjaciół, nie 
mogących pogodzić się z faktem, że można tak, bez wyraźnego powodu, porzucić 
doskonałą posadę i wielkie miasto.

Miesiące, które spędził na Harmony, utwierdziły go w przekonaniu, że podjął 

właściwą   decyzję.   Głównym   jej   powodem   była   oczywiście   gazeta.   Koledzy   z 
„Globe”   uważali,   że   zwariował,   kupując   jakiś   nikomu   nie   znany   tygodnik   w 
zapadłej dziurze. On jednak był szczęśliwy.

Praca sprawiała mu satysfakcję, a życie na wyspie, gdzie panował ład i spokój, 

background image

jakiego zawsze łaknął, radowało go z każdym dniem bardziej. Ben Grant wiedział, 
że   dobre   pismo   można   robić   wszędzie,   wiedział   również,   że   on   chce   je   robić 
właśnie tutaj.

– Co ty na to?
Kelly zmysłowo dotknęła jego ramienia.
Może   to   kwestia   wieku,   ale   nie   miał   ochoty   na   krótki   romans.   Może   to 

rodzinne...  Ben  pochodził  z  rodziny,  w której ludzie  wiązali  się  z  sobą  raz na 
zawsze i dotrzymywali sobie wierności do końca życia.

Kłopot w tym, że dotychczas nie spotkał nikogo, z kim chciałby zostać dłużej. 

Był zmęczony przelotnymi fascynacjami; może przeżył ich zbyt wiele, a może nie 
był zdolny do trwalszego uczucia.

Kelly czekała na odpowiedź.
– Przykro mi, ale muszę ci odmówić, Kelly.
– Dlaczego?
Postanowił być szczery.
– Nie można mieszać przyjemności z obowiązkami.
Uśmiech na twarzy Kelly zgasł. Widać było, że jest jej przykro.
– Tak tylko chciałam...
– Nic się nie stało, a teraz kończymy i zamykamy interes.
Kiedy wyszła, wstał i podszedł do okna, żeby zaciągnąć żaluzje.
Wtedy   w   zapadającym   zmroku   ujrzał   człowieka,   który   właśnie   przechodził 

przez   jezdnię,   zmierzając   wprost   do   budynku   redakcji.   Rozpoznał   jednego   z 
młodych   policjantów,   których   w   czasie   sezonu   przysyłano   na   wyspę,   żeby 
wzmocnić nieco miejscowe siły.

Otworzył drzwi, nie czekając, aż policjant zapuka.

– Dobry wieczór, czym mogę służyć?
Młody człowiek był w cywilu.
–   Przepraszam,   właściwie   myślałem,   że   już   nikogo   nie   ma.   Ale   potem 

zobaczyłem światło... – Miał zmęczony wzrok i znużenie w głosie. – Czy mógłbym 
chwilę z panem porozmawiać?

Ben poczuł, jak instynkt podpowiada mu, że ta wizyta może okazać się ważna.
– Oczywiście, proszę wejść.
Młody człowiek wszedł i przez chwilę w milczeniu przyglądał się komputerom, 

drukarkom   i   stertom   papieru.   Redakcja   mieściła   się   na   parterze   stuletniego 
budynku w centrum miasta, gdzie dawniej były magazyny. Ben miał mieszkanie 

background image

tuż obok.

Wyciągnął rękę do przybysza.
– Miło mi poznać, jestem Ben Grant.
– Scott Bowen.
Podeszli do biurka; Ben schował nie dopitą butelkę szampana.
– Mieliśmy tutaj taką małą uroczystość – wyjaśnił.
–   Dziś   właśnie   mija   pierwsza   rocznica   mojego   dyrektorowania.   Zespół 

redakcyjny postanowił to uczcić.

Policjant z roztargnieniem pokiwał głową.
– Dziwi mnie, że pan jeszcze nie wyjechał z wyspy – powiedział Ben, układając 

papiery w segregatorze. – Myślałem, że wszyscy młodzi policjanci opuścili już 
Harmony; sezon przecież się skończył.

– Tak, większość moich kolegów już wyjechała, ale kilku zostaje jeszcze na 

wrzesień.

– Rozumiem, we wrześniu są jeszcze turyści.

Poprawił stojące na biurku zdjęcie siostrzeńców i spojrzał pytająco na Scotta.
– Ja również wyjeżdżam – wyjaśnił.
– I dokąd się pan udaje?
Wiedział, że większość młodych policjantów odbywających praktyki na wyspie 

traktuje ten pobyt jako wakacje i wstęp do poważniejszej pracy w jakimś innym 
miejscu.

– Jadę w okolice Bostonu. Mam służyć w Wellington Police Force.
– Gratuluję, to bardzo dobre miejsce.
Chłopak uśmiechnął się, ale widać było, że myślami przebywa gdzieś daleko.
– Dziękuję.
Ben odczekał chwilę.
– Słyszał pan o tym samobójstwie?
Ben skinął głową.
– Tak, miałem telefon z domu pogrzebowego.
Zwykle zawiadamiała go o tym policja.
– Okropne, prawda? Była taka młoda.
– To było straszne.
Chłopak powiedział to z takim przejęciem, że Ben spojrzał na niego uważnie.
– Nie znałem jej – oznajmił. – To znaczy, widziałem kilka razy, to wszystko...
– Byłem pierwszy na miejscu wypadku – przerwał mu Scott.

background image

– Rozumiem.
– Miałem służbę od północy do ósmej rano, dlatego właśnie mnie wezwali.
– Był pan już kiedyś wzywany do samobójcy?

– Nie, nigdy. Pierwszy raz widziałem coś takiego.
I dlatego przyszedłeś z kimś o tym porozmawiać... Rozumiem, pomyślał Ben i 

poczuł się jak stary wyga, do którego młodzież przychodzi ze sprawami, z którymi 
sama   nie   potrafi   się   uporać.   Było   to   jednocześnie   miłe   i   na   swój   sposób 
przygnębiające.

– Właśnie dlatego przyszedłem do pana, panie redaktorze. – Scott spojrzał mu 

w oczy i Ben zrozumiał, że jego przypuszczenie było niesłuszne. – Jestem na tej 
wyspie już po raz trzeci i znam to pismo. Odkąd pan je kupił, zrobiło się bardzo 
dobre. Jest pan świetnym fachowcem.

– Robię, co mogę – bąknął Ben ze zdziwieniem.
– Robi pan znacznie więcej. Robi pan świetną robotę.
Pańskie wstępniaki są po prostu... – przez chwilę szukał właściwego słowa – ... 

dobre. Ludzie wiele o nich mówią.

– Dziękuję – powiedział Ben, nie kryjąc zadowolenia.
– Od razu widać, że pana naprawdę obchodzi to, co się tutaj dzieje, życie ludzi, 

opieka zdrowotna, ekologia, płace. Pan się nie boi mówić o tym, co ważne, nawet 
jeśli to wzbudza kontrowersje.

– Listy od czytelników świadczą, że ludzie tego potrzebują.
– Właśnie.
Wiedział,   że   chłopak   nie   przyszedł   tu   po   to,   żeby   mu   winszować   dobrze 

prowadzonego tygodnika; postanowił mu pomóc.

– Co to ma wspólnego z tym dzisiejszym samobójstwem?
Scott pokręcił, głową.
–   Bardzo   mi   trudno   o   tym   mówić,   bo   komendant   tutejszego   posterunku, 

Slocum,   to   przyzwoity   facet.   Zawsze   był   dla   mnie   bardzo   dobry,   wystawił   mi 
świetną opinię i w ogóle...

Ben wyprostował się.
– Chodzi o Charliego Slocuma?
Scott skinął głową.
– A dokładnie?
– Powiedzmy, że mój  szef mógł dziś rano trochę bardziej przyłożyć się do 

pracy.

background image

– Nie rozumiem.
Scott nerwowo przełknął ślinę.
– Po pierwsze, nawet nie kazał zrobić sekcji zwłok.
Wiedział pan o tym?
– W przypadku samobójstw chyba zawsze przeprowadza się sekcję?
– Nie wszędzie. Jak widać, tutaj nie.
Ben zrozumiał, że oto pojawił się „temat”.
– Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć.
Młody człowiek jakby tylko na to czekał. Opowiedział Benowi o sąsiedzie, 

który   podczas   porannego   joggingu   zauważył   coś   niepokojącego   i   zajrzał   przez 
okno   do   domu   Amber,   a   potem   natychmiast   pobiegł   do   jej   rodziców, 
mieszkających kilka domów dalej. Zadzwonili na policję i...

–  I  wtedy  pan  pojawił  się   na  scenie   –  wtrącił  Ben,  żeby   rozładować   jakoś 

sytuację, ponieważ głos młodego policjanta wyraźnie zadrżał.

– Tak, ja.
– Co było dalej?
– Kiedy wszedłem, jej rodzice już tam byli. Nie czekali na policję.

Ben milczał.
– To było okropne. Najpierw musiałem ich uspokoić, potem zadzwoniłem na 

posterunek, żeby zapytać, czy komendant już do nas jedzie.

– I co?
– Dyżurny powiedział, że tak.
– Szybko dojechał?
– Zabrało mu to jakieś dwadzieścia minut.
Ben pomyślał, że Slocum nie bardzo się śpieszył, i wyczuł, że młody człowiek 

sądzi tak samo.

– Co pan w tym czasie robił?
– Sporządziłem raport, takie tam, wie pan, o której znaleziono ciało, jaka była 

pogoda i tak dalej.

– Obejrzał pan ciało?
– Tylko pobieżnie. Rozejrzałem się też po sypialni i łazience.
Przez chwilę nic nie mówili.
–   W   końcu   komendant   przyjechał,   porozmawiał   z   rodzicami...   denatki,   tak 

jakoś po przyjacielsku, jak to sąsiedzi, myślę, że to dobrze, chociaż...

– ... za mało oficjalnie?

background image

– Tak. Potem zapytał, jak ich córka ostatnio się czuła, jak się zachowywała, 

kiedy widzieli ją po raz ostatni, i tak dalej.

Państwo   Loring   niewiele   mieli   do   powiedzenia.   Córka   odwiedziła   ich 

poprzedniego wieczoru, ale nic nie zauważyli.

Powiedzieli, że ostatnio leczyła się na nerwy, właśnie tak to określili, ale teraz 

już wszystko było dobrze. Znalazłem w łazience jakieś środki uspokajające, w tym 
Valium.

Następnie   zrobił  kilka zdjęć  z  miejsca  tragedii, a  Slocum „pokręcił  się”  po 

mieszkaniu i zadał kilka zdawkowych pytań. Z tonu Scotta jasno wynikało, że nie 
ceni sobie zbytnio śledczych umiejętności szefa.

– Potem zadzwonił do centrali. – Głos młodego człowieka drgnął. – Po prostu 

wziął do ręki słuchawkę, nie zabezpieczył odcisków palców ani innych śladów... 
Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Benowi przemknęło przez głowę, że doświadczenie Scotta nie jest chyba zbyt 

duże.

– Zadzwonił po lekarza sądowego, tak?
– Tak, ale nie słyszałem całej rozmowy, bo posłał mnie po coś do samochodu. 

Kiedy   wróciłem,   zapytałem,   kiedy   przyleci   lekarz.   Odpowiedział,   że   wcale   nie 
przyleci, bo nie ma takiej potrzeby, i wcale nie będzie sekcji.

– Zapytał pan dlaczego?
– Oczywiście. Powiedział, że rozmawiał z lekarzem sądowym przez telefon i 

doszli do wniosku, że to nie jest konieczne. Słyszy pan? Tak po prostu: to nie jest 
konieczne.

Ben zachował spokój.
– To wszystko? Nie powiedział nic więcej?
–   Owszem,   bąknął   coś   o   braku   funduszy,   cięciach   budżetowych,   jednym 

słowem nie ma pieniędzy ani czasu na takie fanaberie.

Ben przez chwilę bawił się piórem.
–   Trochę   go   rozumiem.   To   może   się   wydać   bezduszne,   ale   brak   funduszy 

nieraz...

– Wiem, co pan chce powiedzieć, ale przecież jak trzeba coś zrobić, to jakieś 

wyjście   musi   się   znaleźć.   Powiedziałem   mu   to,   a   on   odpowiedział,   że   to   dla 
rodziny był tak potworny szok, że jeśli można im czegoś oszczędzić, to przede 
wszystkim trzeba to zrobić.

– Coś w tym jest.

background image

Młody człowiek energicznie pokręcił głową.
– Nie. To nie jest wytłumaczenie. Istnieje pewien tryb postępowania w takich 

przypadkach   i   należy   to   honorować.   Oficer   policji   nie   ma   prawa   naginać 
rzeczywistości do swoich potrzeb i opuszczać pewnych etapów śledztwa.

Ben był tego samego zdania, ale na razie zachował to dla siebie.
– Kto sporządził akt zgonu?
– Doktor Winters z tutejszego szpitala. Komendant zadzwonił do niego zaraz po 

rozmowie z lekarzem sądowym. Doktor Winters dość dokładnie obejrzał ciało, ale 
przecież on nie jest anatomopatologiem. Wypisał akt zgonu, jako przyczynę podał 
samobójczy strzał w głowę, i koniec. Potem zabrali ją do kostnicy.

Ben przetarł dłonią czoło.
– Nie wiem, czego się pan po mnie spodziewa.
To nie był materiał na reportaż; brakowało faktów, a samo samobójstwo, ze 

względu   na   rodzinę   i   przyjaciół   ofiary,   nie   mogło   stać   się   tematem   publicznej 
debaty.

Młody człowiek ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami.
– Sam nie bardzo wiem. Pana przy tym nie było, a nie napisze pan przecież 

artykułu   o   czymś,   czego   pan   nie   widział.   Nawet   jeśli   chodzi   o   niechlujnie 
prowadzone śledztwo.

– A pan sam też nie chce nigdzie tego zgłaszać?
– Moi zwierzchnicy nie byliby zachwyceni. – Zawahał się. – Przepraszam, że 

przyszedłem zwalić kłopot na pana, ale ja jutro stąd wyjeżdżam, a wiem, że pan już 
wcześniej coś zarzucał komendantowi.

– Jest pan pewien, że w tym przypadku można mu zarzucić coś konkretnego?
Scott skinął głową.
– Prawda wygląda tak, że komendant Slocum z sezonu na sezon pracuje coraz 

gorzej. Jestem tu po raz trzeci i widzę zmiany na gorsze. On od pewnego czasu 
pije.

Nigdy   nie  pije   alkoholu  w   pracy,   ale  kiedy   przychodzi,   czuje  się   od  niego 

whisky na odległość, mimo że żuje gumę miętową, żeby zabić zapach. Nie wiem, 
może jest już zmęczony i powinien iść na emeryturę.

Uniósł głowę i spojrzał Benowi prosto w oczy.
– Wiem tylko, że dopóki Charlie Slocum jest na wyspie komendantem policji, 

wszystko może się zdarzyć, nawet morderstwo.

Ben poczuł dreszcz podniecenia.

background image

– O czym pan mówi? Albo o czym pan nie chce mówić?
Scott zaczął się wycofywać.
– Nie mam na myśli nic konkretnego. Po prostu zdziwiły mnie jego czynności 

śledcze i pomyślałem, że ludzie nie są tu bezpieczni.

Oczy Bena zwęziły się.
– I co jeszcze?
Scott odwrócił wzrok.
– Niech pan powie, skoro już pan zaczął.
Ben wstał zza biurka i obszedł je dokoła.
– Sam nie wiem, może to rzeczywiście było samobójstwo, może pani Davoll 

naprawdę miała depresję, może nie mogła pogodzić się z myślą o rozwodzie, ale...

– Ale... ?
– Nie wiem, mam takie przeczucie. Myślę, że kobiety nie strzelają sobie w 

głowę. Kobiety  chyba nie biorą do tego broni. Zwłaszcza  kiedy mają  apteczkę 
pełną środków nasennych.

– Jakich środków? Uspokajających? Przeciwbólowych? Antydepresyjnych?
– Takich zwyczajnych, valium i coś jeszcze.
– To także bywa skuteczne, prawda?
– Oczywiście.
A do tego bardziej estetyczne, pomyślał Ben.
– Jak pan wie, kobiety ostatnio bardzo się zmieniły, zwiększyła się również 

liczba   samobójstw   dokonywanych   przez   kobiety   przy   użyciu   broni   palnej   – 
wyrecytował głośno.

Scott pokręcił głową.
– Nie tutaj, nie na Harmony. Tutaj wszystko jest opóźnione o jakieś trzydzieści 

lat. Ponadto  jest  coś  jeszcze.   Na stoliku  przy  łóżku  zobaczyłem dwa  bilety   na 
koncert Stinga. Komendant nie zwrócił na to uwagi, ale ja mam siostrę w wieku tej 
kobiety, więc wiem, że żadna się nie zabije, jak ma szansę zobaczyć Stinga.

Ben o mało się nie uśmiechnął. Wszedł w cień, gdzie nie dosięgało go światło 

lampy, i stamtąd spojrzał na młodego człowieka.

– Pan myśli, że ktoś ją zabił?
Sam nie wierzył, że mógł o to zapytać. Przecież na tej wyspie nikt nikogo nie 

mógł zabić. Harmony jest oazą spokoju i bezpieczeństwa. Tutaj nigdy nic się nie 
dzieje.

– Nie, ale mam pewne wątpliwości. A skoro nie przeprowadzono sekcji, te 

wątpliwości pozostaną na zawsze.

background image

Ben wysunął się z cienia.

– Pozostaną na zawsze – powtórzył cicho Scott.
– Będę o tym pamiętał, ale nie mogę przyrzec, że coś się da zrobić. Dlaczego 

pan nie chce oficjalnie zażądać sekcji zwłok?

– Mam wystąpić przeciwko komendantowi?
– Tak.
Widać było, że chłopiec wolałby, żeby ktoś zrobił to za niego. Odwrócił oczy.
–   Nie   znam   wszystkich   formalności,   nie   wiem,   jak   to   się   robi   –   rzekł 

wymijająco.

– Ja też nie wiem, ale mogę panu dać kilka telefonów, pod którymi wszystko 

panu wyjaśnią.

Scott zawahał się.
– Dobrze, proszę – powiedział w końcu.
Ben zajrzał do kartoteki i szybko coś napisał. Scott wziął od niego kartkę i 

schował ją do tylnej kieszeni spodni. Podziękował, a Ben pomyślał, że kartka zaraz 
wyląduje w najbliższym koszu na śmieci.

Odprowadził młodego policjanta do drzwi i otworzył je. W gęstej mgle światło 

latarni ulicznych wydawało się dochodzić z jakiegoś odległego lądu. Z knajpy na 
rogu usłyszeli dźwięki muzyki.

– To jazz – powiedział Scott. – Jak widać, wyspa bardzo szybko się zmienia.
W jego głosie zabrzmiała ironia.
– Mam nadzieję, że pańska ostatnia noc na Harmony upłynie spokojnie – rzekł 

życzliwie Ben.

–   Oby.   –   Scott   wyciągnął   do   niego   rękę.   –   Bardzo   dziękuję,   że   mnie   pan 

wysłuchał.

– Od tego jestem. – Ben uśmiechnął się skromnie.

Potem patrzył, jak młody człowiek kieruje się w stronę zatoki i wsiąka w mgłę. 

Znowu   pomyślał   o   sobie   jako   o   doświadczonym,   mądrym   człowieku,   jakim 
zapewne jest w oczach tego dwudziestolatka. Doświadczenia mu nie brakowało, 
ale mądrości? Mądry chyba nie był, w tej chwili był tylko zmęczony i smutny.

Zaatakować Slocuma? Zarzucić mu zaniedbanie obowiązków służbowych? Nic 

trudnego. Charlie Slocum należy do starej gwardii „wyspiarzy”, którzy rządzą się 
własnymi prawami i patrzą na ludzi z zewnątrz jak na zło konieczne. Ich zdaniem 
tylko mieszkańcy wyspy z dziada pradziada mają prawo wypowiadać się na jej 

background image

temat. Tylko oni wiedzą, co jest dobre, a co złe. Reszta się nie liczy.

Sami najlepiej damy sobie radę, nikogo nie potrzebujemy – tak brzmiało ich 

motto. Ben nieraz je słyszał.

Charlie Slocum postanowił nie ranić jeszcze bardziej rodziców Amber i Ben go 

rozumiał. Chciał im zaoszczędzić cierpienia.

Ale kto pomyśli o samej Amber? Kto zastanowi się nad powodami, które ją 

pchnęły do straszliwego czynu? Kto wyjaśni tajemnicę jej śmierci? I kto – jeśli to 
nie jest samobójstwo – zapewni bezpieczeństwo mieszkańcom wyspy?

Ben spojrzał prosto w opary mgły. – Stało się. Tylko jeszcze nie wiem co.

background image

3

Julia   przyleciała   na   wyspę   w   niedzielę,   w   przeddzień   pogrzebu.   Po   długiej 

podróży z Los Angeles czekała w Bostonie dwie godziny na połączenie lotnicze z 
Harmony. Mały samolot wystartował z Logan o piątej po południu; na miejscu miał 
wylądować w porze kolacji.

Czuła   narastający   niepokój.   Nie   lubiła   pogrzebów,   a   ten   zapowiadał   się 

wyjątkowo   ciężko.   Najgorsze   było   to,   że   podświadomie   przez   cały   czas 
oczekiwała,   że   Amber   wyjdzie   po   nią   na   lotnisko,   razem   pójdą   na   pogrzeb   i 
wzajemnie będą się wspierać w najtrudniejszych chwilach.

Potem nagle zjawiało się przypomnienie, że to ma być pogrzeb Amber, i serce 

Julii przeszywał ból.

Skierowała   wzrok   w   stronę   okna,   żeby   choć   przez   chwilę   oderwać   się   od 

posępnych   myśli.   Próbowała   wyobrazić   sobie,   jak   obecnie   wygląda   stary   dom 
Prestona i jak to będzie, kiedy Charlie wyjedzie po nią na lotnisko.

Ta   ostatnia   myśl   była   najprzyjemniejsza.   Cudownie   będzie   znowu   spotkać 

Charliego. Odegrał w jej życiu niezwykle ważną rolę; po śmierci matki bez niego 
nie dałaby sobie rady.

Charlie interesował się jej szkołą, pomagał, gdy miała kłopoty, cieszył się z jej 

osiągnięć, a kiedy miała ochotę wypłakać się na czyimś ramieniu, ramię Charliego 
zawsze było w zasięgu jej łez.

Komendant Slocum cieszył się na wyspie ogromną popularnością, ale dla Julii 

był   kimś   zupełnie   wyjątkowym.   Dawał   jej   prezenty   na   Boże   Narodzenie, 
prowadzał do kina i na minigolfa, a kiedyś nawet, razem z Pauline, zabrali Julię do 
Disneylandu.

Jego opieka bywała czasem dokuczliwa. Julii jako nastolatce nieraz doskwierała 

jego   zbytnia   dociekliwość;   Charlie,   żeby   ochronić   ją   przed   kontaktem   z 
narkotykami   i   alkoholem,   ograniczał   jej   wyjścia,   ostro   krytykował   chłopców, 
którzy jej się podobali, i wychwalał takich, którzy nie byli w stanie wzbudzić jej 
zainteresowania.

Przede wszystkim jednak zaprowadził ją do studia, gdzie Preston „robił radio”.
Słowem, był dla niej ojcem i matką w jednej osobie. Własnego ojca nie znała, a 

matka była zbyt zapracowana, żeby poświęcać jej wiele czasu. Kiedy wieczorem 
wracała z pracy, zasypiała przed telewizorem.

background image

Charlie   wzbudził   jej   zainteresowanie   światem   i   była   mu   za   to   wdzięczna. 

Ponadto   bardzo   go   szanowała.   Charlie   Slocum   wykonywał   zawód   policjanta   z 
samozaparciem i poświęceniem; prywatnie był doskonałym mężem, opiekunem i 
przyjacielem.   Julia   zawsze   miała   świadomość,   że   obcuje   z   naprawdę 
wartościowym człowiekiem.

Uśmiechnęła się do wspomnień i wyspy, której zarys wyłonił się właśnie zza 

skrzydła samolotu. Harmony z każdą sekundą robiła się coraz bardziej wyraźna; 
wkrótce można już było dostrzec zatokę, świetlne punkty na krańcach wyspy, a 
nawet hotele i restauracje w samym centrum.

Julia   powstrzymała   oddech;   było   w   tym   widoku   coś   doskonale   znanego   i 

nowego jednocześnie. Tak jakby obrazy zatrzymane pod powiekami zmieniły się 
nagle, oglądane pod nowym kątem lub w innym oświetleniu. Wzgórza, drogi, pola 
i   plamy   lasów,   rozległe   piaszczyste   plaże,   wszystko   to   układało   się   pod   jej 
wzrokiem   w   kolorową   pocztówkę,   na   której   rozróżniała   poszczególne   punkty 
swojego życia, a wśród nich ten najważniejszy: maszt lokalnej radiostacji. Tak, 
maszt  prężący  się przed siedzibą  Prestona Fincha był najważniejszym punktem 
odniesienia; od niego wszystko się zaczęło i w nim wszystko się skupiało. Był jak 
latarnia morska wskazująca podróżnikowi drogę do domu.

Przez   chwilę   miała   wrażenie,   że   naprawdę   do   niego   wraca,   i   ogarnęło   ją 

radosne podniecenie. Nie spodziewała się tego. Przecież nie ma domu i donikąd nie 
wraca. Przyjechała tylko na dwa tygodnie; nie ma tu żadnej rodziny i z nikim nic 
jej nie łączy. Ma tylko Charliego, ale Charlie to przyjaciel, nie należy do rodziny.

Nie   była   nawet   pewna,   czy   ma   jeszcze   na   wyspie   pozostałych   przyjaciół. 

Oczywiście Cathryn jeszcze tu mieszka, jest również Mike Fearing, ale ostatnio 
kontakty z nimi ograniczały się do kartek bożonarodzeniowych.

W   niczym   nie   zmienia   to   faktu,   że   w   oczach   miała   łzy,   a   gardło   dziwnie 

ściśnięte. Człowiek może spędzić wiele lat z dala od swego miejsca urodzenia, ale 
kiedy do niego przyjeżdża, to jednak zawsze się czuje, jakby wracał do domu. 
Zrozumiała, że oto miał miejsce obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni i znalazła się w 
punkcie wyjścia. Geometria serca, pomyślała, absurdalna matematyka uczuć...

Niewielki samolot wykonał skręt i podszedł do lądowania. Julia poczuła, jak 

koła lekko uderzają o pas startowy. Była w domu.

Ben zaparkował samochód na parkingu przed lotniskiem i wysiadł. Dobiegł go 

background image

warkot lądujących i startujących samolotów. W niedzielne popołudnie niewielkie 
lotnisko na Harmony roiło się od turystycznych maszyn, wyrzucających z siebie 
kolorowe korowody gości. Na chwilę pozazdrościł im beztroski.

Od   wizyty   Scotta   Bowena   dręczyła   go   myśl   o   komendancie   Slocumie   i 

nieudolności,   z   jaką   prowadził   sprawę   Amber   Davoll.   Ta   wyspa   i   ci   ludzie 
zasłużyli   na   kogoś   lepszego.   Najpierw   zamierzał   natychmiast   napisać   o   tym 
artykuł, ale po namyśle postanowił czekać. Doświadczenie podpowiedziało mu, że 
nie   można   tak   od   razu,   bez   zastrzeżeń   dawać   wiary   relacjom   młodego 
niedoświadczonego policjanta. Najpierw trzeba wszystko sprawdzić.

Właśnie temu poświęcił całe sobotnie przedpołudnie. Relacje Scotta okazały się 

wiarygodne i Ben sam nie wiedział, czy ma się z tego cieszyć, czy nie. Pozostał 
problem elementarnej przyzwoitości wobec uczuć rodziny ofiary.

Po południu, przy pomocy dawnych znajomości z „Globe”, zasięgnął języka w 

sprawie cięć budżetowych i ograniczeń finansowych, jakie w ostatnich czasach 
dotknęły policję.

Potem próbował telefonicznie porozumieć się z komendantem Slocumem, ale 

zrezygnował. Najlepiej będzie porozmawiać  z nim w cztery oczy. Noc spędził, 
chodząc od baru do baru; na wyspie były trzy nocne lokale; jeden z nich należał do 
Bruce’a Davolla, męża Amber.

W niedzielę rano obudził się z mocnym postanowieniem rozmówienia się z 

Charliem   Slocumem.   Musi   usłyszeć   jego   wersję   wydarzeń;   to   kwestia 
odpowiedzialności   i   uczciwości   dziennikarskiej.   Miał   nadzieję,   że   swoim 
zainteresowaniem   sprawą   pośrednio   skłoni   Slocuma   do   przeprowadzenia   sekcji 
zwłok i ostatecznego wyjaśnienia przyczyn śmierci Amber.

Ubrał   się,   zjadł   śniadanie   i   wystukał   domowy   numer   telefonu   komendanta. 

Odpowiedziała mu automatyczna sekretarka.

Zatelefonował na posterunek policji, gdzie mu powiedziano, że komendant ma 

wolny  dzień.  Zapytał, gdzie  może   go złapać,  i  ku swemu   zdziwieniu otrzymał 
wyjątkowo   precyzyjne   informacje:   Charlie   Slocum   miał   zrobić   zakupy,   iść   do 
fryzjera, a potem, o piątej, wyjechać po kogoś na lotnisko.

Dochodziło wpół do szóstej, kiedy Ben otworzył szklane drzwi prowadzące do 

niewielkiej sali przylotów. Charlie siedział przy barze nad kubkiem kawy.

– Komendant Slocum, prawda?
Charlie Slocum podniósł głowę i spojrzał na Bena, wyraźnie niezadowolony.

– Czy mogę się na chwilę przysiąść?

background image

– Jak pan widzi, miejsce jest wolne.
Ben udał, że nie słyszy sarkazmu w jego głosie. Usiadł i zamówił kawę.
– Doskonałą dziś mamy pogodę – zaczął.
– Czego chcesz, Grant? – warknął Charlie.
– Pogadać.
– Czekam tu na kogoś. Samolot ląduje za pięć minut.
– To mi wystarczy. Poza tym, czartery zwykle się spóźniają.
– W takim razie mów szybko, o co chodzi.
Kelnerka postawiła przed Benem kubek z kawą. Poczekał, aż odejdzie.
– Chodzi o śmierć Amber Davoll.
Charlie odłożył łyżeczkę. Jego czerwona twarz zrobiła się purpurowa.
– Radzę ci nie pisać o tym ani słowa – syknął. – Ci biedni ludzie i tak już dość 

cierpią.

– Nie zamierzam o tym pisać. – Ben posłodził sobie kawę. – Jednak pewne 

aspekty tej sprawy mnie interesują i chciałbym ci zadać kilka pytań.

– Nie ma w tym nic ciekawego; to po prostu rodzinna tragedia. Nie ma się czym 

ekscytować.

– Masz rację, ale podobny wypadek daje mieszkańcom wgląd w pracę policji. 

Dowiadują się, czego mogą oczekiwać od ludzi, którym płacą za zapewnienie sobie 
bezpieczeństwa.

Charlie z wolna zwrócił ku niemu nalaną twarz.
– O czym ty, do cholery, mówisz?
– Słyszałem, że ma nie być sekcji, to prawda?

Charlie nadal patrzył na niego złym wzrokiem.
– Tak, z powodu ograniczeń finansowych – wycedził.
Wypił łyk kawy. – Skąd wiesz? – zapytał po chwili.
– W knajpie tak mówią – odparł nonszalancko Ben, żeby nie narażać swojego 

informatora. – Jak wiesz, plotki szybko się rozchodzą.

– I co z tego?
– Szczerze mówiąc, bardzo mnie to zaskoczyło. Myślałem, że w przypadku 

samobójstwa   zawsze   rutynowo   przeprowadza   się   sekcję.   Nie   było   żadnych 
finansowych   przeszkód,   żeby   to   zrobić.   Dowiedziałem   się,   że   ostatnio   nawet 
dofinansowano policję, żeby mogła częściej korzystać u usług lekarzy sądowych.

Charlie spojrzał na zegarek. Pierwsi pasażerowie właśnie zaczęli wchodzić do 

sali.

background image

– Co z tego? – powtórzył.
– Przeprowadzenie sekcji w przypadku tego samobójstwa jest możliwe, trzeba 

tylko zasugerować, że są pewne wątpliwości...

– Ja nie mam żadnych – przerwał mu Charlie.
– Kobiety w celach samobójczych nie posługują się bronią, używają zwykle 

środków   farmakologicznych,   zwłaszcza   jeśli   je   mają   pod   ręką.   Czy   to   nie 
wzbudziło twoich podejrzeń?

Charlie nie odpowiedział. Gruba żyła na jego skroni zaczęła pulsować.
– Ponadto jest świadectwo rodziny i przyjaciół.
Ludzie mi mówili, że Amber wcale nie była w depresji, przeciwnie, ostatnio 

świetnie się czuła – oznajmił Ben i urwał.

Charlie rzucił kilka monet na kontuar.
– Nie podoba mi się to, co mówisz, Grant.
– Powiem wprost: myślę, że powinieneś zażądać przeprowadzenia sekcji zwłok. 

To twój obowiązek jako policjanta.

– I dodatkowe cierpienia dla jej rodziny.
Ben wypił łyk kawy i odstawił kubek z powrotem.
–   Charlie,   proszę,   żebyś   mi   wyjaśnił,   na   jakiej   podstawie   masz   tak 

niewzruszoną pewność, że to było samobójstwo.

Komendant nie odpowiedział; wstał i wyprostował się. Ben wstał również.
–  Czy   wziąłeś  odciski  palców?  Czy  dokładnie  przeszukałeś   cały   dom?  Czy 

dopilnowałeś doktora Wintersa?

Czy przesłałeś próbki do laboratorium?
Charlie odwrócił się, żeby odejść.
– Czy zapytałeś jej męża, Bruce’a Davolla, co robił w nocy, kiedy umarła?
Charlie wzruszył ramionami.
– O co tobie, do cholery, chodzi?
– Chcę jedynie usłyszeć twoją wersję tej historii.
– Nieprawda. Chcesz wyciągnąć ode mnie informacje, upitrasić z tego krwawą 

historyjkę i zamieścić ją w tym swoim szmatławcu, żeby zrobić więcej kasy, a przy 
okazji wyjść na rycerza bez skazy.

– Szkoda, że tak myślisz. Dla mnie najważniejsza jest prawda.
– Akurat.
W   tej   samej   chwili   Ben   poczuł   nagle,   że   nie   są   sami   i   że   czyjeś   baczne 

spojrzenie towarzyszy ich gwałtownej wymianie zdań. Obejrzał się i zrozumiał, że 

background image

miał słuszność. Kilka kroków dalej ktoś stał. Ten ktoś patrzył na niego z wyraźną 
dezaprobatą i złością.

Charlie Slocum, zaskoczony i zmieszany, szybkim krokiem podszedł do młodej 

kobiety. Jego twarz natychmiast się zmieniła.

– Witaj, Buziaczku! – wykrzyknął z rozjaśnionym wzrokiem i wziął kobietę w 

ramiona.

Ona mocno go uścisnęła, nie spuszczając gniewnego spojrzenia z Bena.
Ten zaś nie krył zdziwienia. Dyżurna policjantka powiedziała mu, że Charlie 

pojechał po kogoś na lotnisko, ale nie przypuszczał, że ten ktoś... może tak właśnie 
wyglądać. Młoda kobieta mogła być córką Charliego, ale Ben wiedział, że Charlie 
nie ma córki.

Była bardzo wytworna. Z kieszeni jej podróżnej torby wystawał tomik poezji 

Pabla Nerudy. Kimkolwiek była, robiła wrażenie istoty jakby nie z tego świata.

Zamiast   dżinsów   i   luźnej   koszuli,   noszonych   przez   turystki   odwiedzające 

wyspę, miała  na sobie cienki żakiet koloru płynnego miodu,  o ton ciemniejsze 
spodnie z cienkiego płótna i beżową jedwabną bluzkę. Wyglądała, jakby właśnie 
wyszła z gabinetu jakiegoś wielkiego biura.

Miała   też   cudownie   piękne   włosy.   Długie,   ciemne,   związane   aksamitną 

wstążką; przypominała gwiazdę kina z lat czterdziestych. Jej piękne ciemne oczy 
spochmurniały   i   Ben   zrozumiał,   że   jeszcze   w   nikim   nigdy   nie   wzbudził   takiej 
niechęci.

Ku swojemu ogromnemu zdumieniu uśmiechnął się do nieznajomej.

Ale ten  facet  jest bezczelny! – pomyślała  Julia.  Jak śmie  się tak  niewinnie 

uśmiechać,   skoro   wie,   że   słyszała,   jak   przed   chwilą   dręczył   Charliego!   Nie 
wiedziała, o czym ze sobą rozmawiali, ale przypuszczała, że chodzi o „wywiad”; o 
to, co te hieny z brukowców nazywają w podobnych przypadkach „wywiadem”!

Kim on jest! I za kogo się uważa!
Charlie wypuścił młodą kobietę z objęć i obejrzał ją od stóp do głów.
– Pięknie wyglądasz! – oświadczył z dumą.
Julia opanowała się, zrozumiawszy, że Charlie zamierza udać, że nic się nie 

stało.   Skoro   on   zachowuje   się   jakby   nigdy   nic   –   ona   musi   uczynić   to   samo. 
Przeniosła wzrok z nieznajomego na Charliego Slocuma.

Na widok jego twarzy ścisnęło jej się serce. Charlie bardzo się zmienił. Przed 

siedmioma   laty   miał   we   włosach   zaledwie   kilka   srebrnych   nitek.   Teraz   był 
kompletnie   siwy,   jakby   przyprószony   srebrnopopielatym   pyłem.   Twarz   miał 

background image

czerwoną i spuchniętą; pod oczami sinawe wory.

Nic dziwnego, pomyślała, patrząc na niego ze współczuciem; przecież on ma 

prawie sześćdziesiąt lat... Niepotrzebnie tylko tak strasznie utył. Musiał przybrać 
co najmniej dwadzieścia kilogramów.

Ale jak zawsze jest kochany. Po prostu wygląda trochę inaczej niż przedtem.
– Cześć, Charlie – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Mam nadzieję, że 

nie czekałeś zbyt długo.

– Nie. Dopiero przyszedłem. Jaką miałaś podróż?
– Nużącą, ale wszystko w porządku.
– Musisz być zmęczona.

–   Nie   bardzo,   ale   te   trzy   godziny   różnicy   czasu   to   zawsze   szok.   Człowiek 

dziwnie się czuje.

Charlie rozejrzał się.
– Nie masz innego bagażu?
– Mam jeszcze dwie torby.
Spojrzała   na   stojący   nieco   dalej   wózek   i   jej   wzrok   znowu   padł   na 

nieznajomego. Stał bez ruchu i patrzył na nich uważnie, jakby koniecznie chciał im 
zepsuć powitanie. Nie wiedziała, dlaczego jego obecność tak bardzo ją denerwuje.

Charlie również na niego spojrzał i sięgnął po bagaże – powoli, jakby się wahał, 

czy ma nieznajomego przedstawić Julii.

– Dzień dobry, nazywam się Ben Grant – usłyszała i zobaczyła, że mężczyzna 

podchodzi do niej z wyciągniętą ręką.

Nie podała mu własnej; mruknęła tylko swoje imię i nazwisko. Zawsze, kiedy 

była dla kogoś niegrzeczna, nawet gdy ten ktoś na to zasłużył, długo ją to potem 
dręczyło.

Ben Grant włożył rękę do kieszeni.
– Julia... – powtórzył, jakby smakował jej imię.
Kim on jest?
Wysoki, ciemnowłosy, jakieś trzydzieści kilka lat, płócienne spodnie, błękitna 

koszula,   niedbale   zawiązany   czarny   krawat.   Inteligentny,   wzbudzający   zaufanie 
wzrok.

Wszystko pozory. Patrząc mu  prosto w oczy, poczuła, że nigdy jeszcze nie 

widziała podobnie przenikliwego spojrzenia. Ciemnoniebieskie oczy wycelowane 
były   na   nią   z   siłą   obiektywu   kamery   telewizyjnej,   śledzącej   każdy   ruch   i 
wysysającej najtajniejszy sens.

background image

Nie pochodził stąd. Gdyby kiedykolwiek mieszkał na wyspie, pamiętałaby go. 

Zresztą   w   niczym   nie   przypominał   „wyspiarzy”.   To   był   człowiek   z   wielkiego 
miasta.

Co ktoś taki robi na Harmony?
Charlie uznał, że nie może dłużej zwlekać.
– Ben jest nowym naczelnym „Island Record”.
Julia zmarszczyła czoło.
– Tego miejscowego tygodnika?
– Tak – odparł Ben Grant.
Wszystko zaczynało się wyjaśniać.
– Czy przeszkodziłam panom w wywiadzie?
Charlie ujął ją pod ramię.
– Nie, w niczym mi nie przeszkodziłaś, kochanie. Zresztą Ben już skończył. 

Prawda?

Słowo potwierdzenia nie padło. Charlie lekko pociągnął Julię w stronę wyjścia.
– Miło mi było poznać – usłyszała jeszcze i było w tym krótkim zdaniu coś 

dziwnego, lecz co – nad tym nie miała czasu się zastanowić.

– O co tam chodziło? – zapytała, kiedy zostali sami.
Charlie odchrząknął i lekceważąco machnął ręką.
–   Powiedz   –   nie   ustępowała.   –   Kiedy   do   was   podeszłam,   kłóciliście   się, 

widziałam wyraźnie.

Poczuła, że role się zmieniły i że teraz ona jest gotowa opiekować się Charliem 

i chronić go.

– O co on cię wypytywał? To ma związek ze śmiercią Amber, prawda?
Charlie spojrzał na nią i zaraz odwrócił wzrok.
– Takie tam drobiazgi. Pytał, jak przebiega śledztwo.

– Co go to obchodzi?!
Charlie ujął ją za ramię.
– Kochanie, zrób coś dla mnie, dobrze? Nie zajmuj się w czasie swojego pobytu 

w domu takimi głupstwami jak ta jego gazeta i jego bezpodstawne podejrzenia.

– Jakie podejrzenia?
– Nawet nie warto o tym mówić.

background image

– Owszem, warto. Czego on chce? Co ci zarzuca?
Złapała jedną z toreb, Charlie wziął drugą, i poszli w stronę wyjścia.
– Uważa, że nie dopilnowałem pewnych formalności.
Myśli, że powinienem kazać zrobić sekcję zwłok. – Charlie spuścił głowę. – On 

tego nie widział, nie było go tam.

Nie widział, jak jej rodzice strasznie cierpią. Przecież on ich nawet nie zna.
Otworzył szklane drzwi i Julia poczuła ciepłe, wrześniowe powietrze Harmony.
– Zrobiłem, co mogłem, żeby jak najszybciej zakończyć sprawę i oszczędzić im 

przykrości. Po trzydziestu pięciu latach służby nie potrzebuję, żeby jakiś mądrala, 
co przyjechał nie wiadomo skąd, mówił mi, co mam robić.

Podeszli   do   samochodu;   Julia   z   przykrością   spostrzegła,   że   Charlie   wkłada 

torby do bagażnika z dużym wysiłkiem.

Odczekała, aż wsiądą, i dopiero wtedy się odezwała:
– Chyba nie myślisz, że on chce o tym coś napisać? To byłoby straszne, gdyby 

wysmażył jakiś artykuł.

Charlie wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia.
– Dlaczego on to robi?

Zapięła pasy. Wyjechali z parkingu i skierowali się na szosę.
–   Wiesz,   jacy   oni   są,   ci   dzisiejsi   dziennikarze   –   skrzywił   się   Charlie.   – 

Każdemu z nich się wydaje, że jest supermanem, od którego zależą losy świata. 
Nic   dziwnego!   W   kinie   stale   pokazują   jakiegoś   takiego   bohatera,   dlatego 
poprzewracało im się w głowach.

– Znam takich.
Pracowała   z   takimi   typami   w   stacjach   radiowych   i   telewizyjnych   i   musiała 

przyznać, że zawsze uważała ich towarzystwo za trudne do zniesienia.

– To śmieszne, zwłaszcza tutaj, na Harmony – powiedziała. – A do tego w 

przypadku czegoś takiego jak lokalna gazeta.

– Dlatego uważam, że nie ma sobie czym zawracać głowy. – Charlie skrzywił 

się lekceważąco. – Mówiłem ci.

– Co się stało z dawną właścicielką pisma?
–   Agnes?   W   końcu   poszła   na   emeryturę.   Nigdy   nie   rozumiałem,   dlaczego 

sprzedała pismo komuś obcemu.

Julia otworzyła okno i wystawiła twarz na świeży powiew wiatru.
– A skąd on jest?

background image

– Chyba z Bostonu. Nie mam pojęcia, po co tu przyjechał; zawraca tylko głowę.
– Ożenił się z kimś z wyspy?
– Nie, wcale nie ma żony.
Nie wiedziała, dlaczego, ale tego właśnie się spodziewała.
– Od dawna tu jest?
Pokręcił głową, wyraźnie zirytowany.

– Nie widziałem cię siedem lat – rzekł z przekąsem – i zupełnie nie rozumiem, 

dlaczego marnujemy czas na rozmowę o tym facecie.

Julia przymknęła oczy, rozkoszując się zapachem Harmony.
– Nie mam najmniejszego pojęcia...

Dom   Prestona   Fincha   znajdował   się   na   wzgórzu   w   najmniej   zaludnionej, 

południowej,   części   wyspy.   Julia   zawsze   go   lubiła.   Jako   najwyższy   punkt   na 
Harmony, Pegoty Hill doskonale nadawał się na miejsce dla radiowego nadajnika.

Charlie wjechał na podjazd przed domem i Julia z rozczuleniem spojrzała na 

stojący przed nim maszt. Wspomnienia, jakie ją nawiedziły, należały do bardzo 
ważnych. Charlie przyprowadził ją tu przed laty, jako szesnastoletnią dziewczynę, 
by   spróbowała   swoich   sił   w   radiu   Prestona.   Do   dziś   pamiętała   swój   strach   i 
zdenerwowanie.

Preston był dziwakiem, co na wyspie nie było taką znowu osobliwością. Wyspa 

pełna   była   dziwaków,   lecz   Preston   Finch   należał   do   dziwaków   niezwykle 
przedsiębiorczych. W latach sześćdziesiątych wybudował studio i założył prywatną 
stację   radiową.   Prowadził   ją   przez   całe   lata   po   prostu   dla   przyjemności,   nie 
czerpiąc z tego żadnych zysków.

Zasięg   stacji   pokrywał   się   z   powierzchnią   wyspy   i   to   całkowicie   mu 

wystarczało.   Rozpoczynał   nadawanie   po   kolacji   i   przez   cały   wieczór   puszczał 
swoje ulubione utwory muzyczne.

Kiedy umarła matka Julii, Charlie doszedł do wniosku,
że dziewczynka powinna zająć się czymś, co pozwoli jej przezwyciężyć stres. 

Nie wiedział, że wprowadzając Julię do studia Prestona, wprowadza ją na drogę jej 
życia, pomaga przeznaczeniu i uświadamia cel istnienia.

Julia z przyjemnością spostrzegła, że posiadłość zupełnie się nie zmieniła. Z 

samolotu widziała mnóstwo nowych budowli, ale zmiany na szczęście nie dosięgły 
wzgórza, na którym znajdowała się radiostacja. Ziemia należąca do Prestona w 

background image

dalszym ciągu leżała odłogiem.

Charlie zahamował przed głównym wejściem i wyłączył silnik.
–   Jesteś   pewien,   że   pan   Finch   nie   będzie   miał   nic   przeciwko   temu,   że   tu 

zamieszkam? – zapytała z niepokojem.

– Absolutnie. Powiedział, że zadzwoni do ciebie wieczorem i sam ci to powie. 

Możesz być spokojna, ręczę za wszystko.

Julia otworzyła drzwiczki samochodu i wysiadła. Słony powiew dochodził aż 

tutaj, mieszając się z zapachem laurowych drzew. Zachodzące słońce oświetlało 
złocistym blaskiem wzgórze.

Wyjęła podróżną torbę i spojrzała na wznoszące się przed nią domostwo. Dwa 

skrzydła   budynku   oddzielone   były   od   siebie   potężnym   frontonem.   Symetrię 
zakłócało   studio   dobudowane   przez   właściciela   w   dziesięć   lat   po   skończeniu 
całości. Z domem łączył je wąski oszklony pawilon.

Nawet z daleka studio wydawało się opuszczone i zaniedbane. To po prostu 

brudne okna, pocieszyła się w myślach, nic więcej. Całość robiła wrażenie letniego 
domostwa, opuszczonego przez właścicieli pod koniec wakacyjnego sezonu.

Charlie wyjął klucz i otworzył drzwi wiodące do pawilonu. Mieszkańcy wyspy 

tylko w wyjątkowych okazjach używali frontowego wejścia.

– Nie wejdziesz?
– Tak, oczywiście.
Julia oderwała wzrok od studia i szybko podążyła za Charliem.
Dom  Prestona   pozostał   w   stanie   nietkniętym   od   końca   lat   sześćdziesiątych. 

Podłoga   pokryta   była   brązowawą   wykładziną,   ciężkie   drewniane   meble   z 
rzeźbionymi gzymsami zasłaniały dawno nie malowane ściany. Dom nadawał się 
jednak   do   zamieszkania   i   Julia   bez   przykrości   postanowiła   spędzić   w   nim 
najbliższe dwa tygodnie. W duchu przyznała, że Charlie miał dobry pomysł.

Wniosła   swoje   bagaże   do   małej   gościnnej   sypialni,   którą   gospodarz 

wynajmował w sezonie letnikom. Wychodzący na ocean duży, słoneczny pokój 
Prestona nosił ślady niedawnej bytności gospodarza i pełen był jego osobistych 
rzeczy.

Julia   rozejrzała   się   po   pokoju,   w   którym   miała   mieszkać.   Obydwa   okna 

wychodziły na drogę, w oddali widać było dachy hoteli. Postawiła torbę i walizkę 
przy zasłanym żółtą kapą łóżku i poszła do kuchni, gdzie już gospodarzył Charlie.

Pociągnęła nosem.
– Co tu tak ładnie pachnie?
– Postanowiłem upiec kilka skorupiaków.

background image

– Nie jadłam tego, odkąd... wyjechałam z domu.

Zajrzała d. o lodówki. Charlie zaopatrzył ją w jaja, mleko, soki, masło; nie 

zapomniał też o bananach. Na półce zobaczyła kukurydziane płatki, na blacie pod 
oknem chleb. Zapasów powinno jej starczyć do końca pobytu.

Jak   ona   mu   się   odwdzięczy?   Charlie   jak   zwykle   pomyślał   o   wszystkim. 

Postanowiła, że któregoś dnia zabierze go gdzieś na kolację, ale to przecież i tak w 
niczym nie umniejszy jej długu wdzięczności.

Gdy danie było gotowe, zasiedli przy kuchennym stole. Julia jadła z apetytem, 

od czasu do czasu spoglądając na swojego towarzysza. Charlie jadł niewiele, raz po 
raz dolewając sobie whisky. Była zdziwiona; nie pamiętała, żeby tyle pił, ale może 
dawniej po prostu nie zwracała na to uwagi.

Sprzątali właśnie ze stołu, kiedy zadzwonił telefon. Tak jak zapowiadał Charlie, 

Preston   Finch   telefonował   do   Julii,  by   ją   zapewnić,   że   bardzo   się   cieszy   z  jej 
pobytu w swoim domu.

– Jestem teraz spokojniejszy – mówił – kiedy wiem, że ktoś tam stale jest. 

Możesz też wziąć mój samochód, jeśli masz ochotę. Ostrzegam cię tylko, że stoi w 
garażu już od dawna, i pewnie wysiadł mu akumulator.

Julia   słabo   zaprotestowała,   ale   Preston   tak   bardzo   nalegał,   że   w   końcu   się 

zgodziła.   Zaproponował   jej   też,   by   zajrzała   do   studia,   kiedy   najdzie   ją   ochota 
„trochę pobawić się w nadawanie”.

Podziękowała   mu   za  wszystko,  w  duchu  dodając,   że  ta  ostatnia   propozycja 

chyba nie ma sensu, bo aparatura w studio musi już być tak przestarzała, że o 
żadnym nadawaniu nie może być mowy.

Odłożyła słuchawkę i zauważyła, że Charlie wyciąga pudełko z ciastkami.
– Już nie mogę, dziękuję, może trochę później.
– Napijesz się kawy?
– Nie, dziękuję. – Zawahała się na chwilę. – Wiesz, na co mam teraz ochotę?
Charlie uśmiechnął się, jego oczy rozbłysły.
– Chyba się domyślam. Od razu przyszło mi to do głowy, kiedy usłyszałem, że 

rozmawiasz z Prestonem o nadawaniu.

Wyszli z kuchni, przeszli przez salon i oszklonym pawilonem dotarli do drzwi 

radiowego studia.

Okna pawilonu z jednej strony wychodziły na podjazd, z drugiej na patio, skąd 

widać było morskie fale rozbijające się o skały.

background image

Charlie otworzył drzwi i oddał jej pęk kluczy.
– Możesz je zatrzymać.
Wszedł do środka i zapalił światło; jak wzrokiem sięgnąć, wszystko pokrywała 

gruba warstwa kurzu.

Julia z bijącym sercem weszła za nim do obszernego pomieszczenia; poczuła 

zapach kurzu i pleśni. Potem spojrzała na konsolę, przy której po raz pierwszy w 
życiu przemówiła do mikrofonu.

– Coś ci to może przypomina? – zapytał z uśmiechem Charlie.
Z   roztargnieniem   skinęła   głową   i   podeszła   o   krok   bliżej.   Zamiast 

skomplikowanej aparatury nadawczej, do której w ciągu ostatnich lat zdążyła już 
przywyknąć,   miała   przed   sobą   prymitywne   i   proste   urządzenie;   nieco   z   boku 
umieszczony   był   ciężki,   metalowy   mikrofon.   Rozpoznała   stary   magnetofon   na 
szpule. Preston najwyraźniej nie słyszał o kasetach ani o kompaktach. Pociągnęła 
palcem po blacie konsoli, pozostawiając jaśniejszą smugę w szarym kurzu.

– Czy Preston coś ostatnio nadaje?
– Od czasu do czasu, ale nie są to jakieś regularne audycje.
– Szkoda, że się wycofał. To było coś nadzwyczajnego, takie radio na wyspie.
Charlie zmarszczył czoło.
– Dokonał wyboru i chyba jest szczęśliwy.
Poczuła od niego zapach alkoholu i lekko się skrzywiła. Podeszła do półek 

wypełnionych płytami i taśmami.

– Nie ma tu nic nowego, wszystkie pamiętam z dawnych czasów, Glen Miller, 

Vaughn Munroe, Perry Como...

Nic się nie zmieniło, tylko wszystko jest trochę starsze.
– My też – mruknął znużonym głosem.
Zwróciła ku niemu głowę.
– Charlie...
Podsunął jej stare krzesło na kółkach, którego używano w czasie nadawania 

programu, a sam usiadł obok.

– Kochanie... – zaczął niepewnie – czy ten jutrzejszy pogrzeb nie będzie dla 

ciebie zbyt ciężkim przeżyciem?

Ze   zdziwieniem   zdała   sobie   sprawę   z   faktu,   że   przez   ostatnie   kilka   godzin 

wcale nie myślała o pogrzebie.

– Nie wiem, sama nie wiem, jak to będzie...
Charlie uścisnął jej rękę.
– Czy zamierzasz przyjść do kościoła z kimś z przyjaciół?

background image

Julia pokręciła głową.

–  Miałam  zadzwonić   do  Cathryn  Hill,  to  znaczy,  do  Cathryn  McGrath,   ale 

jeszcze tego nie zrobiłam.

– Może w takim razie spotkamy się przed kościołem?
– Dobrze.
Charlie cofnął się i Julia przytrzymała jego rękę.
– Chciałabym jeszcze chwilę porozmawiać o Amber. .. Wiem, że była w złym 

stanie z powodu rozwodu, ale ja jakoś nie mogę uwierzyć, że to był jedyny powód 
jej samobójstwa. Czy znalazłeś coś innego?

Charlie przecząco pokręcił głową.
– Nie.
– Musi przecież coś być.
– Nic się nie zmieniłaś – powiedział łagodnie. – Mój Buziaczek zawsze musi 

wiedzieć, co i dlaczego.

Julia spojrzała na niego pytająco.
– Zawsze taka byłam?
– Od najmłodszych lat. Zanudzałaś mnie pytaniami, ledwo odrosłaś od ziemi. 

Dlaczego jedne psy są czarne, a inne brązowe? Dlaczego ludzie się zakochują? I 
tak dalej, stale i bez przerwy.

Julia mrugnęła okiem.
– Czy to źle?
–   Nie   wiem.   Wiem   tylko,   że   znowu   mnie   pytasz,   zupełnie   jak   trzyletnia 

dziewczynka.

Twarz Julii spoważniała, w jej oczach ukazały się łzy.
– Ja po prostu nie mogę...
– Tak w życiu bywa, kochanie. Tak po prostu w życiu bywa i chociaż bardzo 

byśmy chcieli dokładnie wiedzieć, dlaczego przytrafiają się nam złe rzeczy, nigdy 
do końca tego nie wiemy. Nie ma racjonalnej przyczyny, nie ma żadnej logicznej 
odpowiedzi na wiele spraw tego świata i musimy się z tym pogodzić. Nie pytaj 
więc, tylko jakoś z tym żyj, albo przynajmniej się staraj.

Charlie na pewno wie, co mówi. Jest policjantem i nieraz już widział rzeczy, o 

których   ona   nie   ma   pojęcia.   Zresztą   wystarczy   takie   doświadczenie   jak   śmierć 
Pauline, która dwa lata temu umarła na raka.

– A jak ty sobie z tym radzisz, Charlie?
Zrozumiał natychmiast, o co jej chodzi.

background image

– Z czasem ból trochę słabnie – odrzekł z pozorną obojętnością.
– Nie przeprowadziłeś się? Dalej mieszkasz w waszym dawnym domu?
– Tak. Może powinienem był to zrobić, ale jakoś nie mogłem.
Julia uważnie przyjrzała się jego zmiętej twarzy. Bardzo się zmienił, nie tylko 

osiwiał i utył... Zmienił się tak jakoś... wewnętrznie.

– Dużo masz pracy?
Nie podniósł na nią wzroku.
– O tak, bardzo dużo.
–   Przykro   mi,   że   nie   mogłam   przyjechać   na   pogrzeb   Pauline.   Bardzo   ją 

kochałam. Była jeszcze taka młoda.

– Tak, i nie zasłużyła na taką straszną śmierć.
Zapadła   cisza;   za   oknem   pokrytym   szarym   kurzem   szumiało   morze,   pod 

wpływem podmuchu wiatru zatrzeszczała framuga.

Charlie spojrzał na zegarek.
– Na mnie już czas, będę leciał.
Julia podniosła się z krzesła.

–   Dziękuję,   że   wyjechałeś   po   mnie   na   lotnisko,   dziękuję   za   ten   dom   i   za 

kolację.

I za całe moje życie, dodała w myślach.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Otworzył drzwi i stanął w progu oszklonego pawilonu. Mrok zgęstniał, szum 

morza stał się bardziej natarczywy.

– Będziesz się tu dobrze czuła taka sama?
–   Jasne,   muszę   się   rozpakować   i   rozgościć.   Potem   może   skorzystam   z 

pozwolenia Prestona i przejadę się po wyspie jego samochodem.

– Mógłbym cię przewieźć.
– Nie żartuj, Charlie.
Spojrzał na nią z lekką urazą i pomyślała, że jest bardzo dobry i kochany.
Kiedy   się   oddalił,   zamknęła   studio   i   udała   się   do   swojego   pokoju.   Stan 

Charliego bardzo ją zmartwił; widać było, że zupełnie nie może się pogodzić ze 
śmiercią żony.

Otworzyła walizkę i zaczęła rozpakowywać rzeczy.
Dziwne, ale nie byłaby tak bardzo przejęta stanem starego przyjaciela, gdyby 

nie   tamto   spotkanie   z   Benem   Grantem   na   lotnisku.   Wierzyła   w   Charliego, 
wiedziała, że jest doskonałym policjantem i na pewno w śledztwie niczego nie 

background image

zaniedbał.   Tylko   dlaczego   tamten   człowiek   zdawał   się   żywić   co   do   tego 
wątpliwości?

Pewnie dlatego, że go nie znał, może dlatego, że był tu obcy i wielu rzeczy nie 

rozumiał... A może po prostu za wszelką cenę szukał sensacji.

Powiesiła   w   szafie   kostium,   który   chciała   włożyć   na   pogrzeb.   Kiedy   się 

odwróciła, jej wzrok padł na miasto widoczne za oknem pod postacią świetlistych 
punktów.

Gdzieś wśród nich znajduje się redakcja tej jego gazety... Poczuła, że powinna 

natychmiast   tam   pójść   i   nauczyć   rozumu   tego   ignoranta.   Dopiero   po   chwili 
przypomniała   sobie,   że   jest   niedziela   wieczór   i   możliwość,   że   Ben   Grant 
przesiaduje o tej porze w redakcji, jest równa zeru.

Postanowiła skupić się na czekającej ją nazajutrz smutnej uroczystości. Pogrzeb 

Amber będzie ciężkim przeżyciem i trzeba się na nie przygotować.

Jednak scena, którą ujrzała na lotnisku, prześladowała ją przez cały wieczór. 

Podobnie jak myśl, że Ben Grant jako właściciel jedynej gazety na wyspie może 
zrobić wszystko; może zniszczyć każdego, może podważyć opinię najuczciwszego 
człowieka. Sprawić, że całe lata pracy obrócą się na marne.

Spojrzała znowu na migocące w dole światła miasta i poczuła dziwny niepokój. 

Nagle   przyszło   jej   do   głowy,   że   ta   wizyta   w   domu   może   się   okazać   znacznie 
bardziej skomplikowana, niż to sobie wyobrażała.

background image

4

Ben wyszedł z redakcji za piętnaście jedenasta, wsiadł do samochodu i po kilku 

minutach   skręcał   już   w   ulicę   wiodącą   do   dwóch   stojących   naprzeciw   siebie 
kościołów zaspokajających duchowe potrzeby wierzących mieszkańców Harmony.

Zaparkował przed jedną ze świątyń – białym skromnym budynkiem należącym 

do kongregacjonistów.  Farmerzy  i  rybacy  zamieszkujący  wyspę przez  całe  lata 
wznosili świątynie na miarę swoich możliwości. Dopiero ostatnio, wraz z nagłym 
napływem turystów, możliwości te uległy zmianie.

Zamykając   drzwi   samochodu,   usłyszał   dźwięk   organów   wydobywający   się 

przez otwarte okna. Odwrócił się i... o mało nie wpadł na Julię Lewis. Serce zabiło 
mu gwałtownie. Od poprzedniego dnia nie przestawał o niej myśleć; nie był nawet 
pewien, czy właśnie w tej chwili również o niej nie myślał.

Wysiadła   ze   starego   pontiaca   zaparkowanego   tuż   obok   forda   bronco   Bena 

Grania. Poznał ją natychmiast, mimo iż była ubrana zupełnie inaczej niż wtedy, 
kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Miała na sobie wytworny kostium miodowo-
złotej barwy, niezbyt pasujący do charakteru uroczystości. Pewnie tak się nosi w 
Kalifornii,   pomyślał.   Pod   żakietem   nie   miała   bluzki,   tylko   maleńką,   ozdobną 
apaszkę.

Nie chcąc zbyt długo wpatrywać się w jej dekolt, opuścił oczy. Jego wzrok padł 

teraz na długie smukłe nogi, wyraźnie widoczne spod krótkiej spódniczki.

– Dzień dobry – powiedział, nie podnosząc oczu.
– Cześć!
Agresywnemu,   nie   wróżącemu   nic   dobrego   słowu   towarzyszyło   trzaśniecie 

drzwiczkami i energiczny krok do przodu.

Ben przypomniał sobie scenę na lotnisku i pełne złości spojrzenie Julii. Teraz 

też nie była do niego dobrze nastawiona. Zerknął w stronę kościoła, nie mogąc się 
zdecydować, czy mą iść sam, czy raczej dotrzymać towarzystwa Julii.

Wybrał to drugie, sam nie bardzo wiedząc, dlaczego skazuje się na niezbyt 

przyjemną wymianę zdań. Na wszelki wypadek, by jakoś usprawiedliwić swoją 
zwłokę, sięgnął do samochodu po sportową marynarkę i zaczął ją wkładać.

– Co słychać? – zapytał głupio i zaraz się poprawił:
– Przepraszam, wiem, że Amber Davoll była pani przyjaciółką.
Od   wczoraj   próbował   się   czegoś   o   niej   dowiedzieć.   Zajrzał   nawet   do 

background image

najbardziej znanej restauracji na wyspie,

w nadziei, że się dowie, kim jest tajemniczy „Buziaczek” Charliego Slocuma. 

W „Water Diner”, w niedzielny wieczór po sezonie, zastał tylko jednego klienta, 
ale nawet on znał Julię Lewis. Razem ze stojącą za barem właścicielką knajpy 
dostarczyli mu podstawowych informacji z życia Julii.

Ben wypił dwie kawy, przekąsił coś i dowiedział się, że Julia Lewis urodziła się 

na wyspie, ojciec opuścił dom, kiedy była niemowlęciem,  matka umarła, kiedy 
Julia chodziła do szkoły; sierotą zaopiekowali się państwo Slocum. Mieszkała z 
nimi   aż   do   matury,   a   potem   wyjechała,   żeby   studiować   na   uniwersytecie. 
Dowiedział się również, że przed laty pracowała w lokalnym radio jako spikerka, i 
zafascynowało go to. Najbardziej jednak zapamiętał wiadomość, że Julia i Amber 
bardzo się przyjaźniły i Julia przyjechała specjalnie na pogrzeb.

Nie dowiedział się nic więcej, bo właścicielka knajpy, Asa Hodge, nie była zbyt 

rozmowna. Widać było, że przestępuje z nogi na nogę, żeby już zamykać, i jedno 
pytanie więcej może spowodować wybuch. Zresztą Ben nie widział powodów, by 
specjalnie nalegać. Właściwie dlaczego tak się dopytuje? Co jest tak ciekawego w 
Julii Lewis? Zwykłe, ludzkie zainteresowanie.

Teraz, stojąc przed kościołem, z pozorną swobodą rozluźnił krawat.
– To wóz Prestona Fincha, prawda?
Wszyscy mieszkańcy wyspy wiedzieli, kto czym jeździ.
Julia rzuciła roztargnione spojrzenie na starego pontiaca.
– Tak.

– Preston wrócił?
Zdziwił się, bo poprzedniego dnia w knajpie nikt o tym nie wspominał.
– Nie. Mieszkam w jego domu i pozwolił mi korzystać z samochodu.
Odpowiedziała mu szybko i niechętnie, jakby każde słowo skierowane do niego 

było niepotrzebną stratą czasu.

– Myślałem, że mieszkasz u komendanta Slocuma...
Julia zarumieniła się.
– Skoro już mowa o komendancie Slocumie...
No, właśnie, pomyślał Ben. W tej samej chwili na parking przed kościołem 

wjechał policyjny samochód. O wilku mowa.

Julia na widok Charliego jakby się odprężyła.
– Mówiłaś coś – przypomniał Ben.
– Tak, chciałam z tobą porozmawiać, ale to nie jest odpowiedni moment. Może 

background image

potem, po pogrzebie?

– Bardzo proszę. Nie mam nic do roboty oprócz pracy, ale jestem dla siebie 

bardzo wyrozumiałym szefem.

Uśmiechnął się do niej, ale nie odwzajemniła jego uprzejmości.
–   Może   pójdziemy   gdzieś   na   kawę   albo   lunch?   –   zapytał   i   jej   spojrzenie 

uświadomiło mu, że działa zbyt pochopnie.

– Nie, dziękuję, chciałam tylko... zamienić kilka słów.
Minęła   go   i   podeszła   do   samochodu   policyjnego,   pozostawiając   po   sobie 

zapach perfum. Był oryginalny i intrygujący.

Ujęła Charliego pod ramię i razem weszli do kościoła. Komendant Slocum tego 

dnia był w pełnym umundurowaniu. Nie spojrzeli na Bena i zrozumiał, że popełnił 
błąd, zapraszając Julię na lunch. Wolnym krokiem ruszył za nimi.

Widok Julii wyprowadził go z równowagi i zburzył jego spokój. Z wysiłkiem 

postanowił skupić się na uroczystości i choć przez chwilę pomyśleć o zmarłej. 
Wiedział jednak, że nie zdoła się opanować i wykorzysta nabożeństwo żałobne do 
obserwacji.   Przecież   to   doskonała   okazja,   żeby   zobaczyć   wszystkich,   którzy   w 
jakiś sposób związani byli z Amber Davoll. Zobaczyć ich i zaobserwować, jak się 
zachowują.

Otworzył drzwi i wszedł do kościoła.

Julia siedziała obok Charliego w zatłoczonej świątyni. Mogło w niej być ponad 

dwieście osób, ale jej umysł zaprzątała tylko jedna z nich. Ben Grant utkwił w jej 
myślach z dręczącą uporczywością kolca. Dlaczego tu przyszedł? Czy znał Amber? 
Czy   przyszedł   do   kościoła,   aby   ją   pożegnać?   Nie   wiadomo   dlaczego   była 
przekonana, że przybył tu z dziennikarskiego obowiązku.

Na   próżno   usiłowała   przestać   o   nim   myśleć   i   skupić   na   odprawianym 

nabożeństwie.   Spojrzała   na   rodziców   Amber   siedzących   w   pierwszym   rzędzie. 
Państwo   Loring   wyglądali   na   bardzo   starych   ludzi,   tak   jakby   niespodziewane 
nieszczęście   przytłoczyło   ich   swoim   ciężarem.   Poczuła,   jak   ogarniają   fala 
współczucia. Nikt nie wie, co oni teraz przeżywają...

Kilka   rzędów  za   nimi   siedział   były   mąż   Amber,   Bruce   Davoll.   Poznała  go 

natychmiast po byczym karku i szerokich barach. Obok niego siedziała szczupła 
jasnowłosa kobieta.

– Z kim on przyszedł? – zapytała Charliego, ruchem głowy wskazując Bruce’a.

background image

– Z narzeczoną.
Julia zamrugała powiekami.
– Na pogrzeb żony? Z narzeczoną?
Charlie położył palec na ustach. Kilka osób odwróciło się i spojrzało na nich. 

Julia znowu utkwiła wzrok w mężu Amber.

Bruce   Davoll   pochodził   z   Harmony,   ale   ponieważ   był   o   kilka   lat   od   nich 

starszy, Julia nie pamiętała go ze szkoły. Amber poznała go kilka lat później, kiedy 
miała dwadzieścia dwa lata i przyjechała odwiedzić rodziców.

Skończyła   już   wtedy   szkołę   dla   sekretarek   i   pracowała   w   wielkiej   agencji 

ubezpieczeniowej w Worcester. Julia, nadal studiująca w Emerson, była z nią w 
ciągłym kontakcie. Bardzo często do siebie dzwoniły, a raz w miesiącu gdzieś się 
spotykały. Myślała, że przyjaciółka jest zadowolona ze swobody i wolności, jaką 
daje życie w dużym mieście samotnej, młodej dziewczynie. Wyobrażała sobie, że 
jeszcze przez długie lata będą się tak spotykały, razem chodziły na obiad i po 
zakupy.

Pewnego   dnia   Amber   zatelefonowała   do   niej   i   oświadczyła,   że   wraca   na 

Harmony.

– Zakochałam się po uszy – oznajmiła ze śmiechem.
Julia ledwo sobie przypomniała chłopaka, o którym jej wtedy powiedziała. Jak 

zza mgły wyłonił się obraz osiłka w otwartym samochodzie, z którego buchały 
dźwięki heavy metalu. Charlie kiedyś go zatrzymał za jakieś przewinienie.

Rodzice Amber początkowo próbowali wyperswadować córce małżeństwo z 

Bruce’em,   ale   nic   nie   wskórali   i   musieli   się   z   tym   pogodzić.   Kupili   nawet 
nowożeńcom dom.

Julia doskonale pamiętała ślub Amber. Musiała przyznać, że Bruce jest bardzo 

przystojny   i   że   ładnie   razem   wyglądają.   Nie   opuszczała   jej   jednak   myśl,   że 
przyjaciółka popełnia błąd.

Nic nie mówiła, by nie psuć Amber nastroju. Zresztą Bruce wyglądał na bardzo 

zakochanego. Może nawet trochę za bardzo...

Przypomniała sobie, że podczas wesela na chwilę schroniły się z Amber, by 

sobie trochę porozmawiać. Julia właśnie zaczęła pracować w małej stacji radiowej 
w   Bostonie   i   chciała   się   podzielić   z   przyjaciółką   pierwszymi   wrażeniami.   Po 
dziesięciu minutach zjawił się Bruce i zażądał, by panna młoda wróciła do gości. 
„Tego   dnia   powinna   siedzieć   obok   mnie”,   oświadczył   takim   tonem,   że   Julia 
natychmiast umilkła, zdumiona jego zaborczością.

Amber roześmiała się zmieszana i chciała coś powiedzieć, ale Julia szybko się 

background image

wycofała, by nie pogarszać i tak już niezręcznej sytuacji. Zrozumiała, że odtąd 
Amber będzie miała własne życie, do którego ona, jej najbliższa przyjaciółka, nie 
ma dostępu.

Teraz,   wpatrując   się   w   szerokie   plecy   Bruce’a,   zastanawiała   się,   co 

spowodowało rozpad tego małżeństwa. Czyżby Bruce zostawił Amber z powodu 
tej szczupłej blondynki, która przy nim siedzi? A może Amber sama doszła do 
wniosku, że do siebie nie pasują i postanowiła się wycofać?

Czyżby poczucie, że dokonała złego wyboru i zmarnowała życie, skłoniło ją do 

pociągnięcia za cyngiel?

Odwróciła wzrok i siłą wygnała obraz Bruce’a z myśli, próbując się skupić na 

muzyce organowej. Udało jej się i już po chwili mogła znowu rozejrzeć się po 
zebranych w świątyni.

– Co to za ludzie w trzecim i czwartym rzędzie?
– To są jej koledzy z pracy – odparł Charlie, pochylając ku niej głowę. – Jest 

dyrektor banku, szef Amber, i jego pracownicy.

Julia przyjrzała się grupie osób, wśród których wyróżniał się wysoki, elegancki 

mężczyzna o gładko zaczesanych włosach. Zauważyła chusteczki w rękach kobiet.

Z   każdą   chwilą   rozpoznawała   nowe   twarze.   Sąsiedzi,   sprzedawcy,   krewni 

Amber i przyjaciele jej rodziców, koledzy ze szkoły. Uśmiechnęła się na widok 
Mike’a Fearinga, z którym kiedyś przez krótki czas się spotykała. Obok siedzieli – 
zupełnie do siebie niepodobni – bliźniacy, bracia O’Banyon. Przy nich zaś... tak, to 
jest Cathryn McGrath.

Julia była pewna, że spotka ją na pogrzebie; przecież Cathryn stale mieszka na 

wyspie. Mimo to poczuła ogromne wzruszenie na widok od dawna nie oglądanej 
przyjaciółki. Nic dziwnego, przecież były ze sobą bardzo blisko. Jeśli się chodzi do 
klasy, w której są tylko cztery dziewczęta, nic dziwnego, że więzy są bardzo silne.

Rozejrzała się, wzrokiem szukając Lauren. Nie dostrzegła jej; Lauren pewnie 

nie mogła przyjechać.

Rozległo się bicie dzwonów. Organista przestał grać i w ciszy, jaka właśnie 

zapadła, Julia usłyszała szum liści za oknem.

Potem   organy   rozległy   się   znowu;   towarzyszył   im   teraz   głos   śpiewający 

żałobną pieśń, której słów Julia nie znała. Obecni powstali, wniesiono trumnę.

Z bijącym sercem Julia śledziła ją wzrokiem, nie mogąc uwierzyć, że asystuje 

przy pożegnaniu Amber.

Po   drodze   jej   wzrok   napotkał   czyjś   profil   i   zatrzymał   się.   Ciemnowłosy 

background image

wydawca miejscowej gazety stał lekko pochylony, spoglądając w jej stronę. Kiedy 
ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się kącikiem ust. Szybko odwróciła wzrok, 
udając, że nic nie spostrzegła, ale wiedziała, że oszukuje samą siebie. Ben Grant 
stał się integralną częścią tego dnia, a może nawet całego jej pobytu na wyspie.

Pracownicy   zakładu   pogrzebowego   ustawili   trumnę   przed   celebransem   i 

wycofali się. Wszyscy z powrotem zajęli miejsca. Śpiew umilkł i rozpoczęła się 
ceremonia.

Była zdumiewająco skromna i prosta. Pastor przeczytał kilka wersów z Biblii, 

organista odśpiewał jakiś psalm, i – to wszystko. Julia pamiętała, że uroczystości 
pogrzebowe zwykle odbywały się na Harmony z większą pompą. Ludzie byli z 
sobą bardzo związani i każde pożegnanie miało w sobie coś niezwykle uroczystego 
i osobistego. Wspominano zmarłego, wychwalano jego zasługi i długo, serdecznie 
żegnano...

Zwykle oprócz pastora głos zabierali również bliscy zmarłego; opowiadali o 

jego życiu rzeczy smutne, poważne, a nieraz nawet zabawne i wywołujące uśmiech 
u słuchaczy.

No i muzyka. Na to Julia była wyjątkowo czuła. Przecież można by dobrać coś, 

co naprawdę pasowałoby do Amber.

Pastor pobłogosławił obecnych i mężczyźni w ciemnych garniturach wstali, by 

wynieść trumnę.

– To ma być wszystko? – zapytała Charliego, nie mogąc się powstrzymać.
Skinął głową.
–   Tak,   wziąwszy   pod   uwagę   okoliczności,   Hank   i   Vivian   postanowili   nie 

przedłużać ceremonii. Nie będzie również stypy.

Julia   westchnęła   i   spojrzała   na   rodziców   Amber,   wolno   postępujących   za 

trumną córki. Pani Loring trzymała męża mocno pod rękę, jakby się obawiała, że 
upadnie.

– Rozumiem ich – szepnęła.
Rozumiała,   ale   nie   mogła   opanować   zawodu.   Była   rozczarowana:   przecież 

Amber zasłużyła na chwilę wspomnień, zasłużyła na to, by ktoś powiedział, jaką 
cudowną była osobą; bez tego cała ta ceremonia nie miała sensu.

Charlie wstał z ławki i przepuścił Julię przed sobą. W tej samej chwili Ben 

Grant oderwał się od ściany i podszedł ku nim. Lekko skłonił się komendantowi.

– Dzień dobry.
Charlie   Slocum   odpowiedział   na   pozdrowienie,   nie   patrząc   w   jego   stronę. 

background image

Potem ujął Julię pod ramię i utorował jej drogę przez tłum ludzi.

–   Będziesz   musiała   sama   pojechać   na   cmentarz   –   powiedział.   –   Jestem 

policyjnym wozem i mogą w każdej chwili gdzieś mnie wezwać.

– Dobrze. – Skinęła głową, widząc kątem oka, jak Ben Grant podchodzi do 

Bruce’a Davolla i ściska mu rękę.

Czyżby mu składał kondolencje?
Wyszli na zewnątrz i Charlie włożył kapelusz.
– Zobaczymy się później.
– Może zjemy razem kolację? Ja zapraszam.

– Zgoda.
Charlie chciał coś jeszcze powiedzieć, ale właśnie zjawiła się Cathryn. Miała 

zaczerwienione oczy i mokre policzki. Objęła Julię i serdecznie ją ucałowała. Julia 
poczuła, że przyjaciółka drży.

– Tak się cieszę, że cię widzę, Cathryn, tylko dlaczego... dlaczego w takich 

smutnych okolicznościach...

Sięgnęła do torebki po chusteczkę, czując, że łzy napływają jej do oczu.
– Nic nie mam, może masz jakieś zapasowe...
– Tak, proszę.
Przez chwilę obie ocierały łzy.
– To straszne... – szepnęła Cathryn, pochlipując.
– Tak...
Odeszły na bok, żeby nie tarasować przejścia. Cathryn uniosła oczy i przez 

krótki moment przyglądała się przyjaciółce z uwagą i podziwem.

– Jak ty cudownie wyglądasz! Podła jesteś!
Julia uśmiechnęła się do niej przez łzy.
– Ty też nic się nie zmieniłaś.
– Nie kłam! Utyłam piętnaście kilo, zostało mi po pięć z każdej ciąży. Nie 

udawaj, że tego nie widać!

Julia nie odpowiedziała, w duszy przyznając jej rację. Cathryn rzeczywiście 

znacznie przybrała na wadze.

Chowając chusteczkę, zauważyła, że Ben przestał już rozmawiać z Bruce’em i 

zwrócił się do kolegów Amber z pracy. Robił wrażenie człowieka niebezpiecznie 
aktywnego. Co on wyprawia? Przeprowadza wywiady? W czasie pogrzebu? Ten 
człowiek jest naprawdę bezczelny.

– Nie wiedziałam, że przyjechałaś – dodała Cathryn,

background image

z powrotem przyciągając uwagę Julii. – Gdzie się zatrzymałaś?
Julia nie zdążyła odpowiedzieć, bo właśnie podeszli do nich Mike i bliźniacy. 

Mike został na wyspie, poszedł w ślady ojca i łowił homary, a bliźniacy mieszkali 
na kontynencie: jeden był adwokatem, drugi – inżynierem.

Przywitali   się,   ucałowali   i   Julia   jeszcze   raz   musiała   powtórzyć,   kiedy 

przyjechała, gdzie mieszka i jak długo zamierza zostać na wyspie. Obiecali sobie, 
że muszą się spotkać i zjeść razem obiad przed jej wyjazdem. Potem wszyscy trzej 
mężczyźni poszli do samochodów.

– Szkoda, że Lauren nie ma – westchnęła Cathryn.
– Myślałam, że przyjedzie.
– Ja też. – Julia skinęła głową. – Mieszka w Bostonie, prawda?
– Tak, jest jakąś bardzo ważną osobą. Dzwoniłam do niej, żeby jej powiedzieć 

o tym, co się stało z Amber, i, mówiła, że jak będzie mogła, przyjedzie na pogrzeb.

Widocznie się nie udało.
Cathryn przerwała, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
– Pozwól, że ci go przedstawię – rzekła nieoczekiwanie.
– Kogo?
– Bena Granta, przecież bez przerwy na niego patrzysz.
Julia zaczerwieniła się; nigdy łatwo się nie czerwieniła.
– Znasz go?
– Oczywiście, jest naczelnym naszej gazety. Pisuję do niej od czasu do czasu. – 

Cathryn skinęła ku niemu głową.

– Niezły jest, prawda?

„Niezły”   to   nie   jest   właściwe   słowo   dla   kogoś   tak   pociągającego   i 

niebezpiecznego jak ten facet, pomyślała Julia.

– Jest bardzo towarzyski i świetnie gotuje – uzupełniła jej przyjaciółka.
To ostatnie zupełnie do niego nie pasowało.
– Co robi? Gotuje?
– Tak. Od czasu do czasu organizujemy tu sobie takie spotkania, takie małe 

kolacyjki, każdy po kolei wymyśla coś smakowitego. Zawsze go zapraszamy.

Julia mimo woli roześmiała się.
– Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić w takiej roli.
– Za dobre, żeby mogło być prawdziwe, tak?
Nie mogła się powstrzymać i spytała:
– Ma tutaj kogoś? Spotyka się z kimś?

background image

–   Oczywiście,   z   mnóstwem   ludzi,   no   i   z   kobietami.   To   słynny   Don   Juan, 

zmienia   damy   jak   rękawiczki.   Boże,   gdyby   nie   to,   że   mam   męża...   –   Cathryn 
położyła   rękę   na   sercu   i   przewróciła   oczami.   –   Chodź,   poznam   was.   Mam 
przeczucie, że powinno coś z tego być.

Julia nawet nie drgnęła.
– Nie jestem zainteresowana tą znajomością. Zapytałam z czystej ciekawości. 

Zresztą, my się już poznaliśmy.

– Kiedy?
– Na lotnisku, kiedy przyleciałam.
– Wszystko jedno, to bez znaczenia.
Julia powstrzymała ją siłą.
– Daj spokój, dlaczego tak się uparłaś? Przecież wiesz, że to bez sensu.
Ciemne oczy Cathryn spochmurniały.

– Wiem. Ty masz swoje życie, jesteś tu tylko przejazdem. Ale zrozum, ja się po 

prostu boję, że zawsze będziesz sama.

Zupełnie jakby słyszała Charliego.
– Dziękuję za troskę, ale nie musisz się o mnie martwić. Lubię być sama. W 

ciągu ostatnich siedmiu lat przeprowadziłam się pięć razy. Naprawdę myślisz, że to 
można zrobić, kiedy się ma rodzinę?

Mina Cathryn nie wróżyła nic dobrego.
– Wtedy nie ma się takiej potrzeby.
Julia ujęła ją pod ramię.
– Nie martw się o mnie – powtórzyła.
Spojrzała na parking; prawie wszystkie samochody już odjechały.
– Chodź, bo się spóźnimy na pogrzeb.

Wyspa   Harmony   powitała   pierwszych   angielskich   osadników   w   1600   roku; 

było to jedenastu śmiałków gotowych rozpocząć nowe życie na nieznanym lądzie, 
w zgodzie z naturą i tubylcami. Prawie im się to udało, jeśli nie liczyć faktu, że 
przywlekli z sobą ospę i zarazili nią całą miejscową populację. Z czasem wszystko 
jakoś się ułożyło i miejscowa ludność zgodnie pielęgnowała kamienne nagrobki 
tubylców i przybyszów  w dobrze  rozumianej  trosce  o przeszłość  i dziedzictwo 
historyczne.

Julia i Cathryn nie zwracały jednak uwagi na napisy zdobiące tablice; zbyt były 

background image

pochłonięte rozmową o zmarłej przyjaciółce.

– Często ją ostatnio widywałaś?
– Nie tak często, jak można by się spodziewać. Amber była strasznie zajęta 

pracą, domem i rodziną. Przyjaźniła się z ludźmi, z którymi pracowała, i często 
gdzieś razem chodzili.

– Spotykała się z mężczyznami?
– Nie, o ile wiem, nie miała męskich przyjaźni. Jak to się mówi „wyszła z 

obiegu”.

– W jakim była nastroju?
– Całkiem niezłym, do głowy mi nie przyszło, że tak strasznie przeżywa ten 

rozwód. Mam okropne wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam nic, żeby jej pomóc.

– Ja też. Nawet nie wiedziałam, że się rozwodzi.
Julia głęboko westchnęła.
– Nie zawiadomiła cię o tym, bo była zbyt dumna – rzekła zamyślonym głosem 

Cathryn.   –   Nie   chciała   się   przyznać,   że   jej   małżeństwo   okazało   się 
nieporozumieniem. Między nami mówiąc, wcale się nie zmartwiłam tym, że oni się 
rozstają. Przecież ten Bruce Davoll to bydlak.

Julia   spojrzała   na   nią   ze   zdziwieniem.   Dawniej   Cathryn   nigdy   nie   używała 

takich słów.

– Może byśmy w tym tygodniu zjadły razem lunch?
– zaproponowała. – Wydaje mi się, że powinnyśmy o tym wszystkim spokojnie 

porozmawiać.

– Przyjdź do mnie dzisiaj, cały dzień siedzę w domu.
Odbiorę tylko mojego najmłodszego z przedszkola.
– Nie chciałabym przeszkadzać.
– W takim razie załatwione, dzisiaj u mnie.
Żałobnicy zatrzymali się przy grobie i pastor zaczął odmawiać modlitwę. Julia 

spojrzała na trumnę i spróbowała skupić myśli na nieżyjącej przyjaciółce, lecz cała 
ta scena miała w sobie coś tak nierealnego, że jej myśli znowu się rozpierzchły.

Zaczęła błądzić wzrokiem po otaczających ją twarzach. Jej uwagę przyciągnęła 

dziewczyna towarzysząca Bruce’owi. Julia była pewna, że ją zna, nie wiedziała 
tylko skąd. Gdzieś już widziała te wielkie, niebieskie oczy...

Nicole. Imię pojawiło się nagle wraz z przypomnieniem. Nicole Normandin, 

młodsza siostra Jake’a, kolegi Julii z klasy. Tak, to ona.

–   Z   prochu   powstałeś...   –   usłyszała   głos   pastora   i   grudka   ziemi   spadła   na 

trumnę.

background image

Julia   przeniosła   spojrzenie   z   Nicole   na   Charliego,   a   następnie   na   rodziców 

Amber i na Bena Granta. Napotkała jego wzrok i natychmiast powędrowała dalej, 
ku bliźniakom i kolegom Amber z banku. Potem znowu powróciła wzrokiem do 
Bruce’a Davolla.

– ... i w proch się obrócisz – zaintonował pastor.
Julia spojrzała na trumnę Amber.
Nie rozumiem, dlaczego umarłaś, kochanie, ale prędzej czy później się dowiem, 

przysięgam.

– Już po wszystkim – oznajmiła gorzko Cathryn. – Szybko i sprawnie.
Julia rozczarowana rozejrzała się wokół. Ludzie się rozchodzili, tylko nieliczni 

się zbliżali do rodziców zmarłej.

– Niedługo do ciebie przyjdę – rzekła Julia do Cathryn, czując, że przyjaciółka 

bardzo się śpieszy – tylko złożę kondolencje państwu Loring.

Rodzice   Amber   właśnie   z   kimś   rozmawiali.   Na   widok   Julii   pani   Loring 

zamrugała zaczerwienionymi oczami.

– To Julia – powiedziała do męża. – Och, kochanie...

Julia objęła ją mocno i usłyszała głuchy szloch. Siłą powstrzymała się, żeby nie 

wybuchnąć płaczem.

– Vivien, uspokój się – odezwał się pan Loring. – Przestań już.
–   Jest   mi   tak   strasznie   przykro   –   wyjąkała   Julia.   –   Zupełnie   nie   wiem,   co 

powiedzieć...

Matka Amber odgarnęła jej włosy z twarzy, tak jak to robiła, kiedy obie z 

Amber były małymi dziewczynkami.

– Nie musisz nic mówić – załkała. – Przyjechałaś specjalnie... po to?
Julia skinęła głową.
– Amber bardzo by się ucieszyła...
Łzy znowu popłynęły po policzkach pani Loring.
– Zostanę tu dwa tygodnie – oznajmiła Julia. – Odwiedzę państwa któregoś 

dnia. Zatrzymałam się w domu Prestona Fincha, gdybym była potrzebna...

– Dziękujemy ci, koniecznie do nas wpadnij.
– Na pewno.
Nic się nie dzieje bez powodu, pomyślała Julia. Amber jest teraz w lepszym 

świecie, nie męczy się tak, jak ostatnio męczyła się tutaj.

Poczuła, że ogarniają niemoc i gniew. Ostatnim spojrzeniem obrzuciła trumnę i 

poszła w kierunku skromnej kamiennej tabliczki, na której wyryto napis „Patricia 

background image

Lewis”. Ogarnęła trochę grób, odmówiła krótką modlitwę, a kiedy się odwróciła, 
ujrzała stojącego obok Bena Granta w rozpiętej marynarce.

– To grób matki? – zapytał.
– Tak.
– Serdecznie współczuję.

Mimo  że słowa współczucia były znacznie opóźnione w stosunku do faktu, 

zabrzmiała w nich szczerość.

– Dziękuję.
– Musiało ci być trudno, straciłaś matkę w tak młodym wieku...
Podszedł bliżej i Julia poczuła zapach dobrej wody po goleniu.
– Na co umarła?
–   Dokładnie   nie   wiadomo.   To   była   bardzo   ciężka   zima,   mama   stale   była 

przeziębiona, potem dostała zapalenia płuc, ale nie chciała się położyć, bo musiała 
pracować.

Julia próbowała jej pomóc; opiekowała się dziećmi sąsiadów, ale dostawała za 

to grosze i nie mogły związać końca z końcem.

– Pewnego dnia serce nie wytrzymało... i odeszła.
Zapadła cisza; słychać było tylko odległy szum fal i ciche brzęczenie owadów.
– Chciałaś ze mną porozmawiać – przypomniał po chwili Ben.
Julia wzięła głęboki oddech, próbując wrócić myślami do sprawy, którą z nim 

chciała omówić.

– Tak. Dziękuję, że na mnie zaczekałeś. Chciałam porozmawiać o Charliem 

Slocumie i o tym, co do mnie dotarło z waszej wczorajszej rozmowy na lotnisku.

Z twarzy Bena nie można było nic wyczytać.
– Dlaczego chcesz o tym mówić?
– Jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni i jeśli masz coś do Charliego, chciałabym o 

tym wiedzieć.

– Po co?

– Może jestem w stanie właściwie naświetlić ci to, co cię interesuje.
Spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Chętnie cię wysłucham.
Julia spojrzała mu w oczy.
– Przejdźmy od razu do rzeczy. Nie podoba ci się sposób, w jaki on prowadzi 

sprawę Amber.

background image

– Właśnie.
– A czego oczekiwałeś?
Ben spoważniał.
– W przypadku samobójstw zwykle dopełnia się tych samych formalności, co w 

przypadku morderstwa. Wiesz o tym, prawda?

Julia bez przekonania skinęła głową. Słowo „morderstwo” uderzyło ją jak bryła 

lodu i głuchym echem rozległo się w duszy.

– Komendant  Slocum postąpił inaczej. Nie zrobił wielu rutynowych rzeczy, 

może dlatego, że przyjaźni się z rodzicami zmarłej...

Julia przerwała mu.
– O co właściwie ci chodzi? Czego konkretnie zaniedbał?
Ben odwrócił wzrok.
– Nie zlecił sekcji zwłok.
Wysoko uniosła głowę i spojrzała na mężczyznę pogardliwie.
– No i co z tego?
– Postąpił niewłaściwie.
– Postąpił jak człowiek, który się liczy z cierpieniem innych ludzi. Państwo 

Loring przeżywają tragedię, Charlie postanowił choć trochę im ulżyć. – Spojrzała 
na niego spod oka. – A może myślisz, że sekcja to dla najbliższych nic takiego?

– Myślę, że sekcja jest koniecznym wymogiem śledczej procedury.
Julia nie zamierzała ustępować.
– Gdyby była taka konieczność, władze stanowe same by zarządziły autopsję.
– Niekoniecznie.
Odrzuciła włosy na ramiona.
– W dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, o co ci właściwie chodzi.
– Mam po prostu kilka pytań. Dlaczego nie dokonano dokładnych oględzin 

miejsca  wypadku? Dlaczego nie zdjęto odcisków palców ze sprzętów w całym 
domu? Dlaczego nie wysłano próbek krwi do laboratorium?

– Skąd ty to wszystko wiesz?
– Sprawdziłem.
– Sprawdziłeś... – powtórzyła przeciągle.
– Tak.
Nie dodał nic więcej; nie powiedział, w jaki sposób tego dokonał.
– Wiele osób zapewne uzna, że Charlie postąpił słusznie i że wykazał wiele 

zdrowego rozsądku, nie wydając pieniędzy na niepotrzebne rzeczy – powiedziała 
Julia opanowanym głosem.

background image

– Skąd można wiedzieć, że to niepotrzebne? Może gdyby zrobiono te rzeczy, 

okazałyby się bardzo potrzebne?

Roześmiała się z przymusem.
– A w tym konkretnym przypadku, co twoim zdaniem dałoby zdjęcie odcisków 

palców? Dowiodłoby, że ktoś inny pociągnął za cyngiel?

Ben nie odpowiedział. Spojrzał na nią tak dziwnie, że krew odpłynęła jej z 

policzków. Czy on naprawdę... czy on podejrzewa...

–   To   absurd!   Na   Harmony   od   osiemdziesięciu   kilku   lat   nikt   nikogo   nie 

zamordował!

– Dokładnie od osiemdziesięciu trzech.
Miała ochotę go kopnąć.
–   Zresztą   –   dodał   Ben   obojętnym   tonem   –   ja   wcale   nie   wspomniałem   o 

morderstwie.

– Ale przecież cały czas to sugerujesz.
– Nie.
– O co ci w takim razie chodzi?
Milczał.
– Wiem – zaczęła po chwili Julia w przedłużającej się ciszy – że jakiś czas 

temu napisałeś coś niepochlebnego o miejscowym komendancie policji. Czy teraz 
zamierzasz   uczynić   to   samo?   Chcesz   wykorzystać   ten   przypadek   i   narobić   mu 
kłopotów?

– Może, jeszcze nie wiem.
– Jako przyjaciółka Charliego jestem temu przeciwna. Jako przyjaciółka Amber 

będę boleśnie zraniona.

– Rozumiem, ale...
– Nie rozumiesz! Nigdy nie zrozumiesz, co czują jej rodzice.
– Staram się...
– Nieprawda! Nic cię to nie obchodzi!
– Dlaczego tak mówisz?
–   Jesteś   jednym   z   tych   dziennikarzy,   którzy   dla   sensacji   zrobią   wszystko. 

Przejdą   po   trupach   i   wejdą   z   buciorami   do   cudzej   duszy,   żeby   tylko   mieć 
odpowiedni tytuł w swojej gazecie. Czy ty myślisz, że dostaniesz za to nagrodę 
Pulitzera?

– Nie potrzebuję Pulitzera.
– Akurat!
– Już raz go dostałem.

background image

Strzał był celny. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
– Zamknij usta, strasznie głupio wyglądasz.
Posłuchała go i usiłowała się opanować. Co z tego, że kiedyś dostał największą 

nagrodę, jaką dostać może dziennikarz? Przecież to nie znaczy, że nie może się 
mylić. Zresztą może on kłamie.

–   Jeśli   nie   robisz   tego   dla   sensacji,   to   dlaczego   to   robisz?   Dlaczego 

prześladujesz dobrych, uczciwych ludzi takich jak Charlie, jak państwo Loring? 
Oni nie potrzebują żadnej afery.

Ben przeczesał ręką włosy.
– Dręczy mnie to. Cała ta sytuacja nie daje mi spokoju. Dlatego to robię.
Spojrzała na niego niechętnie.
– Chodzi ci o spokój sumienia, o prawdę i o sprawiedliwość? Znam pewnego 

naprawdę sprawiedliwego człowieka i muszę powiedzieć, że nie jesteś godny, żeby 
mu sznurować buty.

Ben machnął ręką.
– Może byśmy dali temu spokój...
Nie chciała spokoju, chciała wyładować swój gniew. Ben Grant postanowił do 

tego nie dopuścić.

–   Wiem,   że   Charlie   jest   dla   ciebie   kimś   bardzo   ważnym   –   powiedział 

polubownie. Chciała mu przerwać, ale nie dopuścił jej do głosu. – I dlatego tak 
trudno ci jest zrozumieć moje stanowisko. Musisz jednak wiedzieć, że Charlie nie 
pierwszy   raz  dopuszcza   do  pewnych  zaniedbań.   Pisałem  już   o  tym,   jak  wiesz. 
Opublikowałem   wszystkie   listy   od   czytelników,   jakie   nadeszły   w   odpowiedzi. 
Próbuję być obiektywny.

– Dlaczego tak się upierasz, że to nie było samobójstwo?
– Nie upieram się, chciałbym tylko zobaczyć dowody.
Nie mogę... nie mogę tego tak zostawić.
Julia westchnęła. Przecież to i tak nic nie zmieni.
– Nie mogę o tym zapomnieć – mówił dalej Ben – muszę zadawać pytania i 

będę to robił. Charlie Slocum mi w tym nie przeszkodzi.

Spojrzała na niego z bólem w oczach.
– Dlaczego? – zapytała cicho.
Spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
– Nie mogę inaczej.
Mimo   woli   poczuła   coś   jakby   podziw.   Gdyby   spotkali   się   w   innych 

background image

okolicznościach, gdzie indziej, w jakimś innym świecie...

Potrząsnęła głową.
– Coś ci powiem. Nie musisz mi wierzyć, nie znasz mnie przecież, ale spróbuj 

mnie wysłuchać.

– Ja słucham każdego.
– W takim razie posłuchaj, co ci powiem. Ja rozumiem, że dla kogoś z zewnątrz 

pewne sprawy...

– Dla kogoś z zewnątrz? – Brwi Bena uniosły się.
– Z kontynentu, ze Stanów. Ja nie zamierzam pochwalać anarchii ani samosądu, 

ale to jest mała społeczność, Ben. Wszyscy się znają od pokoleń. Jesteśmy w stanie 
rozwiązywać   nasze   problemy   bez   udziału   biurokracji   z   zewnątrz.   Zbytnie 
formalizowanie nieraz tylko wszystko komplikuje i pogarsza.

Widać było, że go uraziła, usuwając poza obręb wyspiarskiej społeczności.
– Charlie to bardzo mądry człowiek – ciągnęła. – Jest bardzo doświadczony, 

pracuje w policji od trzydziestu pięciu lat i jeśli ocenia sytuację w jakiś konkretny 
sposób, możesz być pewien, że ma rację.

–   Chciałbym   ci   wierzyć.   Jestem   pewien,   że   kiedyś   był   naprawdę   dobrym 

policjantem, ale to już dawne czasy.

Teraz, kiedy stracił cały zapał, chęć i...
– .. . żonę – dokończyła z goryczą w głosie.
Ben zamrugał oczami.
– Co takiego?
– Jego żona umarła dwa lata temu, nie wiedziałeś?
– Tak, słyszałem.
– Naprawdę nie jesteś w stanie go zrozumieć?
Ben milczał; odpowiedź odczytała w jego wzroku i nagle wszystko, co w niej 

obudził w czasie tej rozmowy, gdzieś się ulotniło.

– Rozumiem. Jesteś gotów iść po trupach.
– Po prostu sądzę, że ta wyspa zasłużyła sobie na kogoś lepszego.
Spojrzała na niego bez uśmiechu, nie siliła się nawet na uprzejmość.
– W takim razie zostaw w swojej gazecie dużo miejsca na korespondencję od 

czytelników.

– Dlaczego? Zamierzasz coś napisać?
– Owszem, i możesz być pewien, że pójdzie ci w pięty.
Nieoczekiwanie   się   uśmiechnął   i   jego   uśmiech   w   jakiś   cudowny   sposób 

background image

przekształcił całą jego twarz.

– Jestem do usług – oznajmił.
Nie mówiąc  do siebie nic więcej, wolnym krokiem skierowali się w stronę 

samochodów stojących za ogrodzeniem cmentarza.

– Byłaś druhną na ślubie Amber?
– Tak – odrzekła automatycznie. Skąd on to wie? Nie na darmo dostał kiedyś 

nagrodę Pulitzera.

– Byłaś z nią w kontakcie?
– Od czasu do czasu. A ty ją znałeś?
–   Trochę.   Lepiej   znam   jej   męża.   Gramy   w   koszykówkę,   jesteśmy   w 

przeciwnych drużynach.

Cmentarz   był   pusty.   Przy   grobie   Amber   został   tylko   grabarz.   Julia   uniosła 

wzrok na Bena.

– Jak myślisz, dlaczego ona to zrobiła?
– Dziwne. Właśnie miałem cię zapytać o to samo.
Spojrzeli   sobie   w   oczy   i   Julia   zrozumiała,   że   w   gruncie   rzeczy   Ben   szuka 

odpowiedzi na te same pytania co ona.

– Robi się chłodno – powiedział.
– Tak. – Rozejrzała się, a potem spojrzała na jasnobłękitne niebo. – Szkoda, że 

to wrzesień.

– Rozumiem, że kiedy się przyjeżdża z Kalifornii, chciałoby się, żeby wszędzie 

był lipiec.

– Nie rozumiesz. Jesień to moja ulubiona pora roku.
Dlatego to wszystko jest jeszcze bardziej ciężkie.
Szybko otworzyła drzwi starego pontiaca.
–   Muszę   jechać,   umówiłam   się   na   lunch   z   przyjaciółką.   –   Wsiadła   do 

samochodu.  – Mam nadzieję, że sobie  przemyślisz  sprawę Charliego – dodała, 
wychylając się ku niemu przez okno.

Ben lekko pokręcił głową.
– Zdania i tak nie zmienię, to byłoby wbrew mojemu sumieniu...
– Mylisz się, bardzo się mylisz.
W milczeniu odsunął się od samochodu i patrzył, jak odjeżdża. Julia spojrzała 

na niego w lusterku i wyraz jego twarzy powiedział jej więcej niż jakiekolwiek 
słowa.

background image

5

Z ulgą wróciła do siedziby na wzgórzu, która na przeciąg dwóch tygodni miała 

się stać jej domem. Prosto z cmentarza pojechała do Cathryn i zjadła lunch z nią i 
jej uroczymi dziećmi. Potem rysowała z nimi jesienne liście i przyklejała rysunki 
na oknach jadalni, zachwycała się okiennymi zasłonami i kapami, które Cathryn 
sama szyła i haftowała.

Potem wypiła filiżankę kawy i zjadła kilka pysznych czekoladowych ciasteczek 

roboty pani domu, a potem obejrzała jej ogród i szczerze podziwiała hodowlę róż.

A mimo  to do swojej samotni wróciła z westchnieniem ulgi, szczęśliwa, że 

nareszcie może być sama ze swymi myślami. To, co Cathryn powiedziała jej o 
Amber, kiedy na chwilę zostały same, wytrąciło ją z równowagi.

– Wiedziałaś, że Bruce ją bił?

Julia miała wrażenie, że kuchnia nagle zawirowała.
– Chyba... żartujesz...
– Niestety, nie. Podłe bydlę.
Cathryn   zauważyła,   że   jej   słowa   wywarły   na   przyjaciółce   wstrząsające 

wrażenie. Ujęła jej rękę.

– Nie chciałam cię martwić, Julio. O ile wiem, to się zdarzało niezbyt często i 

nie było bardzo dotkliwe, ale...

Na szczęście, postanowiła od niego odejść.
Nie było to bardzo pocieszające.
Na prośbę Julii opowiedziała, jak Amber przychodziła do niej po radę i pomoc. 

Jak   początkowo   nie   chciała   nawet   słyszeć   o   opuszczeniu   Bruce’a,   jak   się 
dopytywała, co Cathryn robi, że jej małżeństwo jest takie dobre.

–   To   było   naprawdę   strasznie   przygnębiające.   Brała   ode   mnie   przepisy 

kucharskie, zupełnie jakby to mogło coś zmienić.

Julia poczuła, jak serce jej się ściska na myśl o tej nowej Amber, której nie 

znała. Przecież Amber zawsze była tak bardzo pewna siebie, zwłaszcza wobec osób 
płci odmiennej. Widocznie ten bydlak potrafił nawet jej odebrać wiarę we własne 
siły.

– Wszystko przez tę jego dziką zaborczość, prawda?
– spytała Julia, przypominając sobie epizod z wesela.
Cathryn ponuro skinęła głową.

background image

– Pierwszy raz usłyszałam, że coś jest nie tak, kiedy kupili dom i zaczęli go 

urządzać. Amber szalała z radości.

Pewnego dnia Bruce przyszedł i zrobił jej scenę, mówiąc, że pośrednik się do 

niej zaleca. Wyrzucił go za drzwi, a potem wziął się do niej.

–   O   Boże...   –   jęknęła   Julia,   wyobrażając   sobie,   co   to   może   oznaczać   w 

wykonaniu kogoś, kto waży sto kilogramów i składa się z samych mięśni.

– Potem to się powtarzało. Jak jakiś facet szedł po tej samej stronie ulicy, Bruce 

robił awanturę, że mają romans.

Co gorsza, utrzymywał, że to ona go sprowokowała.
Wszystko urojenia. Znasz Amber i wiesz, jaka była otwarta i serdeczna. Wobec 

wszystkich. Później zaobserwowałam w niej pewne zmiany. Nie przychodziła już 
do mnie pytać o radę. Przestała widywać się z ludźmi, nie była już taka towarzyska 
jak   dawniej.   Jasne,   że   robiła   to   wszystko   dla   niego,   ale   on   wcale   nie   był 
zadowolony.   Przez   ostatnie   lata   żyła   w   stałym   napięciu.   To   było   nie   do 
wytrzymania.

Pocieszające w jej opowieści było jedynie to, że Amber postawiła na swoim i 

nie zrezygnowała z pracy. Mąż żądał, by odeszła z banku i zaczęła pracować w 
jego barze. I tak prowadziła mu już księgowość, lecz chciał, żeby oprócz tego 
pracowała u niego jako kelnerka. Stanowczo odmówiła, i to ostatecznie ich z sobą 
skłóciło.

– Decyzję o rozwodzie podjęła z wielkim trudem – ciągnęła Cathryn. – Kiedy 

się z nią spotkałam, była bardzo zdenerwowana i niepewna, czy dobrze robi. Z 
Bruce’em   wiele   ją   łączyło.   Po   pewnym   czasie   okrzepła   i   przestała   się   wahać. 
Wynajęła adwokata i sprawa ruszyła naprzód.

Na   nieszczęście,   kłopoty   Amber   na   tym   się   nie   skończyły.   Bruce   stale   ją 

nachodził z nowymi pretensjami; powodem przedłużania się procesu rozwodowego 
stały się nie rozwiązane sprawy majątkowe.

– Amber znosiła to wyjątkowo dobrze. Tak jakby wraz z decyzją o rozstaniu 

spadł  jej  kamień   z  serca.  Miałam  wrażenie,  że  znowu   stała  się   dawną  Amber, 
znowu była sobą.

Dlaczego w takim razie pociągnęła za cyngiel? To pytanie dręczyło Julię przez 

drogę   powrotną   i   nie   dawało   spokoju   po   powrocie   do   domu   pod   radiowym 
masztem.   Czy   Bruce   po   rozstaniu   w   dalszym   ciągu   dręczył   żonę?   Czy 
prześladował   ją   tak   strasznie,   że   nie   widziała   innego   sposobu   ucieczki   przed 
koszmarem, jak odebranie sobie życia?

Przebrała się w dżinsy i sweter, wyszczotkowała włosy i spięła je na karku.

background image

Może   Cathryn   niewłaściwie   rozumiała   zachowanie   Amber?   Może   Amber 

ostatnio przez cały czas była w złym stanie psychicznym, może depresja wcale nie 
minęła...

Przecież Cathryn sama powiedziała, że Amber przestała bywać w towarzystwie. 

Musiała się czuć strasznie samotna, zwłaszcza kiedy zobaczyła Nicole Normandin 
u boku Bruce’a... Mogła przecież również poczuć się zagrożona pod względem 
materialnym.

Wynajdując   coraz   to   nowe   powody   desperackiego   kroku   przyjaciółki,   Julia 

wyszła   z   sypialni.   Nieoczekiwanie   Amber   stała   się   dla   niej   zagadką   i   jednym 
wielkim znakiem zapytania.

Weszła do kuchni i zerknęła na zegar; dochodziło wpół do szóstej. Przyrządziła 

zupę pomidorową z puszki, nalała zimnego mleka do szklanki, usmażyła omlet i 
posmarowała pajdę chleba masłem. Postawiła wszystko na tacy i skierowała się w 
stronę oszklonego pawilonu prowadzącego do studia. Nie rozumiała, dlaczego to 
robi; po prostu wiedziała, że tam jej będzie najlepiej.

W zaniedbanym pomieszczeniu panował półmrok.

Przetarła brudne szyby i nieco światła wsączyło się do środka. Zasiadła do 

posiłku w miejscu, na które padał jeden z ostatnich promieni zachodzącego słońca i 
z przykrością spostrzegła, że światło wydobyło na jaw grube pokłady kurzu.

Szybko zjadła zupę i poszła do kuchni po szmaty i kubeł z wodą. Starannie 

przetarła   stół   i   mikrofon,   a   potem   wzięła   się   do   aparatu   telefonicznego, 
magnetofonów, krzeseł, framug i całej reszty. Pod energicznymi ruchami jej rąk 
szara warstwa znikała, z zapomnienia wydobywały się dobrze znane przedmioty. 
Zupełnie   jakby   za   jakimś   tajemniczym   podszeptem   nagle   zaczęła   ożywać 
przeszłość.

Tymczasem słońce zaszło, ostatnim różowym blaskiem oświetlając wzgórza i 

morskie fale. Widok był tak przepiękny, że Julia zamarła w pół ruchu i zapatrzyła 
się w obraz, który miała przed sobą. Ostry ból uświadomił jej, że Amber już nigdy 
tego nie zobaczy. Szybko znowu zabrała się do sprzątania i ból na chwilę zniknął.

Znalazła   w   schowku   odkurzacz   i   oczyściła   podłogę   i   półki   z   taśmami. 

Następnie, czując, że jej zapał maleje, odniosła wszystko z powrotem do kuchni. 
Napełniła szklankę winem i wróciła do studia. Zupełnie machinalnie zasiadła na 
swoim dawnym miejscu przed konsolą.

Na swoim dawnym miejscu, na swoim miejscu...
Sączyła   wino,   patrząc   na   zachodzące   słońce,   a   potem   w   nagle   pociemniałe 

background image

niebo. W oddali zapaliły się światła. Srebrna wstęga latarni morskiej oświetliła 
kawał morza i ześliznęła się po skałach.

Nagle zrozumiała, dlaczego tak starannie oczyściła studio: musiała zrobić coś, 

co rozładuje emocje nagromadzone w ciągu tego przygnębiającego dnia. Musi... 
musi wyjść w eter, poruszyć radiowe fale.

Jak w transie podeszła do nadajnika i włączyła go.
– Chyba zwariowałam...
Automatycznie nacisnęła przycisk i zapaliła żółte światełko. Wieczornej ciszy 

nie zakłócał żaden dźwięk i wyraźnie słyszała wibrację masztu znajdującego się w 
odległości dziesięciu metrów od niej. Zupełnie jakby był żywą istotą, z którą łączy 
ją jakaś niewidzialna więź.

Sięgnęła do plastikowego pudła, wyjęła z niego notatnik, w którym Preston 

zapisywał pory nadawania, czas trwania audycji i częstotliwość. Wpisała dokładną 
godzinę i określiła przypuszczalny czas emisji.

Podeszła do półek i przebiegła wzrokiem po grzbietach pudełek ze szpulami i 

płytami.   Wybrała   kilka   z   nich   i   położyła   na   podłodze   obok   swojego   krzesła. 
Przypomniała sobie, że wzięła z sobą do samolotu kilka nagrań i poszła po nie do 
sypialni.

Kiedy wróciła, zegar wskazywał szóstą czterdzieści dziewięć. Poczuła, jak wali 

jej serce, a żołądek ściska się boleśnie. Już nic nie oddziela jej od mikrofonu; tutaj 
nie ma reklam ani przerw na drobne ogłoszenia. Nie ma nic, tylko ona.

Nic nie szkodzi, powiedziała do siebie uspokajająco; nie panikuj, i tak nikt cię 

nie usłyszy. Przecież nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że dzisiaj ktoś może 
nadawać ze studia Prestona.

Nie mogła się skupić nad wyborem muzyki. Ręką machinalnie pogrzebała w 

stosie płyt; zegar tykał i czas rozpoczęcia audycji zbliżał się nieubłaganie.

Niemal na oślep natrafiła na płytę z największymi przebojami Johna Denvera. 

Dziwna zbieżność losów spadła na nią jak grom: John Denver, zupełnie jak Amber, 
też zginął śmiercią tragiczną.

Włożyła   słuchawki,   nastawiła   płytę   i   zawisła   wzrokiem   na   wskazówkach 

zegara.

Nerwy miała napięte do granic wytrzymałości. Dokładnie o siódmej włączyła 

mikrofon i opanowanym głosem wyrecytowała:

– Tutaj radio wyspy Harmony, własność Prestona Fincha, nadajemy na falach o 

częstotliwości   91,2   megaherca   zgodnie   z   obowiązującą   ustawą   o   mediach   i 

background image

radiostacjach prywatnych. Jesteśmy radiostacją niekomercyjną nadającą programy 
w ramach Atlantic Network News. Rozpoczynamy naszą codzienną audycję.

Włączyła muzykę i nieco się uspokoiła. Czuła, że serce przestaje jej walić jak 

oszalałe,   ręką   powoli   przetarła   czoło.   Kiedy   melodia   się   skończyła,   nastawiła 
następną płytę. Tym razem były to „Światła portu”, piosenka z czasu drugiej wojny 
światowej. Oparła się wygodnie i z przyjemnością wysłuchała utworu do końca.

Wybrała album Johna Denvera zupełnie przypadkowo, ale teraz nie mogła się 

nie uśmiechnąć do samej siebie. Słowa piosenki mówiącej o powrocie do domu 
wydały jej się bardzo znaczące. Podświadomość najwyraźniej cały czas pracowała.

Muzyka ucichła.
–   Dobry   wieczór   –   powiedziała   swobodnym   głosem.   –   Witam   wszystkich 

słuchaczy.   Słuchali   państwo   piosenek   Johna   Denvera   z   początku   lat 
siedemdziesiątych.   Mówi   do   was   Julia   Lewis.   Zastępuję   dziś   Prestona   Fincha, 
który   niedawno   wyjechał   na   wakacje.   Będę   z   państwem   przez   następne   trzy 
godziny. Razem będziemy słuchali wspaniałych nagrań, jak to zwykle w naszym 
radio.   Proponuję   wyłączyć   telewizor,   nalać   sobie   kieliszek   wina   i   usiąść   przy 
odbiorniku. Zostańcie ze mną.

Zapisała tytuł następnej piosenki i odczekała chwilę.
– Jest godzina siódma dwadzieścia, dwudziestego dziewiątego września. Jest 

cudowny wieczór, świecą gwiazdy i księżyc, niebo jest czyste i wielkimi krokami 
zbliża się październik. Czujecie to, prawda?

Poczuła, że nerwy ustępują, serce bije wolno i rytmicznie, a skurcz żołądka 

gdzieś zanika.

– W takim razie teraz Roger Williams zaśpiewa nam coś o jesieni.
Rozległy się dźwięki muzyki i w tej samej chwili zapaliło się światełko przy 

aparacie telefonicznym. Julia zmarszczyła brwi. To na pewno jakaś pomyłka.

– Słucham? – spytała niepewnym głosem.
– Cześć, właśnie wynosiłem śmieci i zobaczyłem, że czerwone światełko na 

maszcie się pali.

Czerwone   światełko!   Zapomniała,   że   podczas   nadawania   zawsze   się   pali 

czerwone światełko!

Preston zapalał je nie ze względu na samoloty, maszt był na to za niski; zapalał 

je dla swoich słuchaczy, którym w ten sposób sygnalizował, że stacja funkcjonuje i 
można posłuchać muzyki. Ludzie z okien mogli dostrzec jego sygnał i włączyć 
radioodbiorniki.

– Nigdy cię chyba nie słyszałem. Kim jesteś?

background image

W głosie dzwoniącego zabrzmiało prawdziwe zainteresowanie.
– Nazywam się Julia Lewis, zastępuję dzisiaj Prestona Fincha.
– Tylko dzisiaj?
– Tak.
– Masz cudowny radiowy głos.
– Bardzo dziękuję.
Uśmiechnęła się na dźwięk dobrze znanego komplementu.
– Ale kim jesteś? Powiedz o sobie kilka słów.
Julia spojrzała na stoper.
– Nie będziesz miał nic przeciwko temu, jeśli odpowiem ci w trakcie trwania 

audycji?

– Nic a nic. Miło mi się rozmawiało, nazywam się Norm Silvia.
Muzyka właśnie ucichła.
– Zadzwonił do mnie przed chwilą pewien słuchacz – zaczęła Julia, wkładając 

jednocześnie płytę z powrotem do koperty – który mnie zapytał, kim jestem. Zaraz 
mu odpowiem. Nazywam się Julia Lewis i od siedmiu lat pracuję jako radiowa 
prezenterka muzyki. Dawno temu, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, pracowałam 
w radio Harmony. Prowadziłam audycję pod tytułem „Popołudnie z Julią” i przez 
dwie   godziny   codziennie   torturowałam   mieszkańców   naszej   wyspy   muzyką 
rockową.

Wsunęła kasetę do magnetofonu i mówiła dalej:
– Potem nieco zmieniłam repertuar. Nadawałam jazz, muzykę country, nieco 

lżejszy rock. Dzisiaj zamierzam zaproponować wam mieszankę różnych melodii; w 
zbiorach Prestona znajdziemy wszystko. Proponuję zatem dorzucić kolejne polano 
do kominka, objąć kogoś bardzo miłego i wysłuchać następnej piosenki. Zostańcie 
ze mną.

Rozległy się dźwięki „Tonight, Tonight” w wykonaniu Mello-Kings. Światełko 

zapaliło się znowu. Tym razem to już na pewno musi być pomyłka.

– Halo?
– Cześć, Julia, mówi Mike Fearing.
Kolega z klasy, którego spotkała na pogrzebie Amber.
– Cześć! Miło cię słyszeć.
– Dzwonię w dwóch sprawach. Po pierwsze, chciałem ci powiedzieć, że jesteś 

wspaniała, po prostu cudowna, zupełnie jakby od czasów „Popołudnia z Julią” nic 
się nie zmieniło, a po drugie...

background image

Julia pociągnęła łyk wina.
– Tak?
– Możesz zagrać coś na zamówienie?
– Oczywiście. A co byś chciał?
– Macie tam „Niezapomnianą” w wykonaniu Nata King Cole’a i jego córki?
– Chyba nie, u Prestona nie ma takich nowości. – Spojrzała w stronę półek. – 

Ale mam to chyba na jednej z taśm, które przywiozłam. Zaraz ci znajdę, dobrze?

Mike przez chwilę milczał.
– A będzie można to komuś zadedykować? – zapytał po chwili.
– Jasne. Kim jest ta szczęściara?
– To nie to, co myślisz. – Mike zawahał się. – Myślałem o Amber.
Julia zesztywniała.

– Można będzie?
– Oczywiście.
– Dzięki, i do zobaczenia.
Powoli włączyła mikrofon i zamyślonym głosem zaczęła mówić:
–   Dwa   dni   temu   byłam   w   Los   Angeles,   spokojnie   sobie   pracowałam   i   nie 

podejrzewałam, że tak szybko znajdę się z powrotem na Harmony. Nie mam tu 
żadnej   rodziny,   mam   tylko   serdecznych   przyjaciół.   Myślałam,   że   tak   będzie 
zawsze, że nic się nie zmieni, i wszystko zostanie tak, jak było.

Nagle w piątek dowiedziałam się, że moja przyjaciółka umarła. Przyjechałam 

na jej pogrzeb, odbył się dzisiaj rano. Jak wszyscy się domyślacie, chodzi mi o 
Amber   Loring   Davoll.   Nie   zamierzałam   dzisiaj   o   niej   mówić,   ale   właśnie 
zadzwonił do mnie pewien słuchacz i poprosił, żebym zadedykowała jej piosenkę. 
Zaraz ją nadam, ponieważ podobnie jak ty, Mike, uważam, że Amber była i jest...

Zwiększyła   natężenie   dźwięku   i   zabrzmiał   ciepły,   głęboki   głos   Nata   King 

Cole’a:

– Niezapomniana...
Telefon znowu zamrugał.
– Tak, słucham.
– Julia! Tu Cathryn! Właśnie dzwonił do mnie Mike.
Co   ty   tam   wyprawiasz?   Przepraszam,   możesz   nie   odpowiadać,   to   głupie 

pytanie. Jesteś cudowna! Nie wiem, co powiedzieć. Zaraz dzwonię do mojej mamy, 
żeby włączyła radio. Pa! Do zobaczenia.

Pierwsza godzina programu z wolna dobiegała końca, kiedy telefon odezwał się 

background image

znowu. Męski głos po drugiej stronie słuchawki był spokojny i dystyngowany.

– Chciałbym poprosić o nadanie pewnej piosenki.
Czy ma pani przypadkiem piosenkę o kobiecie w czerwonej sukni?
– Chyba nie, ale zaraz sprawdzę.
– Byłbym bardzo zobowiązany. To była ulubiona piosenka Amber.
Julia zaskoczona nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.
– Czy my się znamy? – wykrztusiła wreszcie.
– Nie, nigdy się nie spotkaliśmy. Byłbym wdzięczny, gdyby pani puściła tę 

piosenkę. „Kobieta w czerwonej sukni”.

Odłożył słuchawkę. Julia przez chwilę siedziała zamyślona, a potem zbliżyła 

usta do mikrofonu.

– Dobry wieczór państwu. Panu, który prosił o nadanie piosenki o kobiecie w 

czerwonej sukni, chciałabym z przykrością odpowiedzieć, że nie mamy tej płyty w 
naszych   zbiorach.   To   rzeczywiście   była   ulubiona   piosenka   Amber.   Pamiętam 
nawet, że specjalnie kupiła sobie czerwoną sukienkę, jak ta kobieta z piosenki. 
Włożyła   ją   potem   na   jakiś   bal   i   od   razu   trzech   panów   zaproponowało   jej 
małżeństwo, a kilku następnych coś jeszcze innego.

Roześmiała się; napięcie ustąpiło bez śladu.
– Jeśli jest jakaś piosenka, którą mogę panu puścić w zamian, proszę znowu do 

mnie zadzwonić. Tymczasem puszczę inną melodię, za którą Amber przepadała. 
Mówi Julia Lewis, radio Harmony, zostańcie ze mną.

„Simply Irresistible” popłynęło falami eteru prosto w noc. Nie można się jej 

oprzeć... Telefon nie próżnował.

– Cześć, nazywam się Angie i jestem fryzjerką, przez ostatnie pięć lat robiłam 

Amber pasemka we włosach.

– Witaj, Angie, miło cię słyszeć.
– Rzadko dzwonię do radia, ale teraz to co innego.
Na pewno.
– Czym mogę służyć?
– Chciałam tylko powiedzieć, że Amber była słodka i kochana. Właśnie tak, 

była słodka i kochana.

– Wiem.
– Nigdy o nikim nie powiedziała złego słowa, nie jak te inne baby, co tylko 

plotkują. Była bardzo dobra i pełna wdzięku, bardzo ją lubiłam.  Nie mogę  się 

background image

pogodzić z jej śmiercią.

– Ja też nie.
– To wszystko, chciałam powiedzieć tylko to. I jeszcze jedno... Ona miała takie 

cudowne włosy.

Julia przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem, mimo że w oczach miała 

łzy.

– Dziękuję za telefon.
Szkoda, że słuchacze nie mogli słyszeć tej rozmowy. Gdyby mogła ją nagrać, 

puściłaby ją później. Spojrzała na konsolę i zobaczyła przycisk pozwalający na 
kierowanie telefonicznych rozmów wprost na antenę. Ale ze mnie idiotka...

Przełączyła   telefon   i   zaczęła   czekać.   Może   już   nikt   nie   zadzwoni,   może   ta 

fryzjerka była ostatnim słuchaczem radia Harmony tego wieczoru, a może nie...

Ben siedział nad przenośnym komputerem,  sporządzając notatkę z pogrzebu 

Amber Davoll, kiedy nagle odezwał się aparat, na którym można było odbierać 
policyjne   pasma.   Dyżurny   policjant   łączył   się   właśnie   z   Charliem   Slocumem 
patrolującym miasto.

– Szefie, dzwonił Bob Willis z Briggs Road i powiedział, że coś dziwnego 

dzieje się u Prestona Fincha. Ktoś nadaje z jego studia. Pytał, czy o tym wiemy.

Ben oderwał oczy od ekranu komputera.
– Ktoś nadaje ze studia Prestona?
– Tak mówi Willis.
Slocum wybuchnął śmiechem.
– A to dopiero!
– Wiedział pan o tym, szefie?
– To Julia Lewis. Preston o tym wie, pozwolił jej.
Wszystko w porządku, Bill.
Ben   natychmiast   włączył   radio.   Niecierpliwie   odszukał   pasmo   Harmony. 

Piosenka właśnie dobiegła końca.

– Słyszeli państwo „Kobietę w czerwonej sukni”. Bardzo dziękuję pani Wilson 

z Barney Cove Road, że mi przyniosła tę płytę.

Ben siedział wsłuchany w dźwięk płynący z radia. Nigdy jeszcze nie słyszał tak 

ciepłego, czarującego i melodyjnego głosu. Jedwab i czekoladowy krem, pomyślał.

– Tu radio Harmony, jest godzina ósma pięć. Mamy właśnie kolejny telefon. 

Słucham?

background image

– Mówi Gray McCord z Piney Point Road.
– Dobry wieczór, Gray.
– Wiesz, co mi się kojarzy z Amber Loring?
– No, słucham?
–   Nasza   wspólna   jazda   moim   starym   cadillakiem   podczas   parady   z   okazji 

Święta Pracy.

– To był twój samochód?
– Tak.
– Musiał być niesamowity.
– Dzięki, ona też była niesamowita. Wyglądała przepięknie w białej balowej 

sukience   i   diademie   we   włosach,   zupełnie   jak   Kopciuszek   na   balu   u   księcia. 
Pamiętam, że miała bukiet z czerwonych róż.

– Tego roku została wybrana królową balu.
– Tak. Byłem bardzo dumny. Wszyscy na wyspie byliśmy z niej dumni. Potem 

dała mi jedną taką różę. Przechowywałem ją przez kilka lat, ale potem moja żona ją 
wyrzuciła.

W głosie Julii słychać było uśmiech.
– Dzięki za telefon, Gray.
Ben przysunął się z krzesłem do odbiornika, jakby chciał być bliżej płynącego z 

niego kobiecego głosu.

Julia wspomniała coś o romantycznym księżycu, nocnej poświacie, o morskich 

falach,   i   nastawiła   następną   płytę.   Ben   rozpoznał   ścieżkę   dźwiękową   z   filmu 
„Dying Young”.

„Umrzeć młodo... „ Czyżby puściła to specjalnie? Telefon odezwał się dopiero 

po trzech następnych utworach.

– Witam, czym mogę służyć?
Ben poczuł dreszcz. Głos Julii, w połączeniu z nocą, zabrzmiał tak niezwykle 

zmysłowo, że miał  wrażenie, iż zwraca się bezpośrednio do niego. Dopiero po 
chwili uświadomił sobie, że każdy ze słuchaczy czuje to samo.

Zdumiał go kontrast istniejący pomiędzy jej głosem a osobą, jaką była w ciągu 

dnia. Julia jest przecież oschła i wyniosła, pełna dystansu i pogardy. A teraz... teraz 
otwiera się, przygarniając do siebie wszystkich ludzi, którzy jej słuchają.

– Cześć, to jeszcze raz ja, Mike. Skończ już z tymi księżycami, kwiatkami, z 

tym całym romantycznym balastem. Słucham tego całego gadania o tym, jaka to 
Amber   była   cudowna   i   myślę   sobie,   że   z   niej   przede   wszystkim   była   niezła 

background image

zgrywuska. Pamiętasz, jak nas namówiła, żebyśmy sobie wszyscy wymoczyli tyłki 
w zatoce i poszli do domu w mokrych gaciach przez całe miasto? To się nazywało 
„pogoń za ostatnim promem”.

Rozległ się perlisty śmiech Julii.
– Pewnie, że pamiętam. Charlie Slocum o mało mnie nie zabił, kiedy zjawiłam 

się w domu w mokrych szortach.

Ben   spróbował   wyobrazić   sobie   Julię   w...   „mokrych   gaciach”   i   poczuł,   że 

wyobraźnia go zawodzi.

–   Nie   wiem,   czy   wiesz,   ale   pogoń   za   ostatnim   promem   wymyślona   przez 

Amber stała się odtąd tradycyjną rozrywką podczas uroczystych obchodów Święta 
Pracy.

– Żartujesz!
Ben uśmiechnął się; w głosie Julii zabrzmiała dziecięca radość z udanego figla.
– Wcale nie. Z roku na rok coraz więcej ludzi to robiło.
– Tak się przechodzi do historii...
– Chciałem tylko powiedzieć, że Amber była świetna i że bez niej świat będzie 

o wiele nudniejszy.

Rozległy się ciche dźwięki piosenki Cindy Lauper „Bo dziewczęta chcą się 

bawić”.

– Mike, dziękuję ci za telefon.

Ben odsunął się od odbiornika. Nie mógł wyjść z podziwu. Jak ona to robi? 

Zwłaszcza   mając   do   dyspozycji   taki   prymitywny   sprzęt!   Profesjonalizm   Julii 
zdumiał go i zaskoczył. No i ten jej głos... Taki głos to skarb dla każdej radiostacji. 
Kiedy mówiła, człowiek nie myślał o treści wypowiadanych słów; mogła mówić 
byle co, a I tak potrafiła przykuć słuchaczy do odbiorników.

Dźwięk telefonu wyrwał go z zamyślenia.
– Słucham – warknął niezadowolony, że ktoś mu przeszkadza.
– Mówi Scott Bowen.
Głos Bena natychmiast złagodniał.
– Witam. Co nowego?
– Chciałem, żeby pan wiedział, że zadzwoniłem pod te telefony, które mi pan 

dał.

Kolejna niespodzianka. Tego się nie spodziewał; najwyraźniej nie docenił tego 

chłopca.

– I czego się pan dowiedział?

background image

– Zaraz wszystko opowiem.
Po   kilku   minutach   Ben   odkładał   słuchawkę   z   przekonaniem,   że   młodemu 

policjantowi   należy   się   medal.   Nazajutrz   na   wyspie   miał   wylądować   lekarz 
sądowy, specjalnie oddelegowany do sprawy Amber Davoll.

– Czas nam szybko upłynął i nasza dzisiejsza audycja dobiega końca...
Głos Julii przestawił myśli Bena na inny tor i wywołał w nim dziwne wyrzuty 

sumienia.

– Pytali mnie państwo, czy podczas mojego pobytu na wyspie będę co wieczór 

nadawać swoje audycje. Szczerze mówiąc, nie planowałam tego, ale dzisiejszego 
wieczoru było nam ze sobą tak dobrze, że postanowiłam tak zrobić. W takim razie 
do jutra o tej samej porze na tej samej częstotliwości.

Ben   wstał   i   podszedł   do   okna;   z   miejsca,   w   którym  stał,   widział   maleńkie 

czerwone   światełko   na   maszcie   Prestona.   Wyobraził   sobie   Julię   siedzącą   przy 
mikrofonie, uśmiechniętą i nareszcie pogodzoną z całym światem. Jego poczucie 
winy jeszcze wzrosło.

–   Chciałabym   się   z   państwem   pożegnać   pieśnią,   którą   w   moich   czasach 

śpiewano na zakończenie roku szkolnego. Nie wiem, czy teraz też tak jest, ale 
dawniej tak było. Żegna się z państwem Julia Lewis z radia Harmony. Dobranoc. A 
ty, Amber, śpij sobie spokojnie, kochanie.

Poczuł dziwny ucisk w piersi, kiedy z radia rozległy się pierwsze słowa starej 

pieśni „Gdyby nigdy, przenigdy nie było rozstania... „

Julia   będzie   wściekła,   kiedy   jutro   o   wszystkim   się   dowie;   będzie   zła   i 

rozgoryczona. To, co się stanie, na pewno bardzo ją zrani. Poczuł, że musi sam ją o 
wszystkim zawiadomić; tak będzie najlepiej. Przecież w gruncie rzeczy, gdyby nie 
on, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Tylko   jak   to   zrobić?   Jak   jej   powiedzieć,   że   nazajutrz   ciało   jej   przyjaciółki 

zostanie ekshumowane?

Radio zamilkło i Ben wyłączył odbiornik. Znowu zasiadł do komputera, ale 

dopiero po dłuższej chwili powrócił do przerwanej pracy.

background image

6

Kiedy   samochód   podjechał   pod   dom,   Julia   siedziała   na   podłodze   w   studio, 

przewijając taśmy. Wstała, obciągnęła na sobie sweter i poszła otworzyć drzwi. Na 
widok czarnego forda Bena poczuła gwałtowne bicie serca. Co on tu robi? A dzień 
zapowiadał się tak miło... Obudziła się o siódmej, wyspana i w doskonałej formie. 
Audycja   poświęcona   Amber   przyniosła   jej   ulgę,   tak   jakby   garść   wspomnień   o 
zmarłej przyjaciółce uwolniła jej sumienie od poczucia niedosytu wywołanego zbyt 
skromną ceremonią pożegnalną. Teraz może rozpocząć prawdziwe dwutygodniowe 
wakacje.

Podśpiewując, wzięła prysznic i ubrała się w sportowy strój, w którym można 

było zarówno pobiegać sobie wokół domu  Prestona, jak i pospacerować doliną 
pełną kwitnących krzewów dzikiej róży.

Po   powrocie   z   przechadzki   odsłuchała   wiadomość   od   Cathryn,   nagraną   na 

automatycznej sekretarce. Cathryn miała zamiar przed jej wyjazdem zorganizować 
przyjęcie dla wszystkich dawnych przyjaciół – coś między „klasowym spotkaniem” 
a wieczorem poświęconym pamięci zmarłej koleżanki.

– To nie będzie nic nadzwyczajnego – wyjaśniła Cathryn, kiedy Julia do niej 

zadzwoniła. – Po prostu spotkamy się u mnie w ogrodzie i pogawędzimy sobie o 
starych dobrych czasach. Może nawet wzniesiemy jakiś toast. Możemy też wybrać 
się na cmentarz. W ten sposób ci, którzy nie mogli być na pogrzebie, będą mieli 
okazję odwiedzić grób Amber. Wieczorem pójdziemy coś zjeść w jakiejś miłej 
knajpce. Co ty na to?

Julia   była   zachwycona;   zaofiarowała   przyjaciółce   wszelką   pomoc   w 

organizowaniu spotkania.

– Kiedy to ma być?
– A kiedy wyjeżdżasz?
– Od tej niedzieli za tydzień.
– W takim razie spotkajmy się w sobotę. Wtedy ludzie mają najwięcej czasu. 

Chyba że nie chcesz mieć żadnych zajęć w przeddzień wyjazdu...

– Nie, w sobotę będzie doskonale.
Po rozmowie z Cathryn zabrała się do przygotowywania wieczornego programu 

radiowego. Po południu czekały ją zakupy, a potem kolacja z Charliem.

Studio   radiowe   w   świetle   dziennym   prezentowało   się   znacznie   gorzej   niż 

wieczorem, a aparatura wymagała natychmiastowej, choć drobnej, naprawy. Julia 

background image

postanowiła najpierw uporządkować taśmy i wtedy właśnie przyjechał Ben Grant.

Dokładnie   pamiętała   ich   wczorajszą   rozmowę   na   cmentarzu.   Przez   chwilę 

myślała wtedy, że uda jej się zmienić jego stosunek do Charliego, ale szybko się 
przekonała, że Ben jest nieprzejednany.

Musiała przyznać, że nie tylko ta cecha zrobiła na niej wrażenie. Był niezwykle 

atrakcyjny i nic dziwnego, że na jego widok odczuwała pewien niepokój. Tak czy 
inaczej, postanowiła czym prędzej go spławić i wrócić do przerwanej pracy.

Stała w drzwiach i zza szyby patrzyła, jak Ben wysiada z auta, bierze coś z 

tylnego siedzenia i kieruje się w stronę domu. Nie mogła nie zauważyć, że porusza 
się zwinnie jak drapieżnik i podąża przed siebie pewnym, opanowanym krokiem 
człowieka, który ani na chwilę nie wątpi, że postępuje słusznie.

Ze  zdumieniem   spostrzegła,   że  paczka,   którą   wziął  z   samochodu,   to   bukiet 

kwiatów w celofanowym opakowaniu. Chyba nie dla niej...

Poczuła dziwną słabość i zganiła się w duchu za swoją. .. babską reakcję.
Ben spojrzał na nią i przyśpieszył kroku.
– Dzień dobry. Co słychać?
Obrzuciła go nieprzyjaznym spojrzeniem.
–   Czego   chcesz?   –   zapytała,   starając   się,   żeby   jej   głos   zabrzmiał   sucho   i 

odpychająco.

Ben wszedł na schody; dzieliła ich teraz tylko szklana szyba.
– Chciałbym cię przeprosić.
– Za co?
– Za ten zły początek. Każde z nas może mieć przecież swoje własne zdanie na 

jakiś temat, a mimo  to możemy  zachowywać się tak, żeby nie zepsuć twojego 
pobytu na wyspie. Wpuścisz mnie? Zawahała się.

– Nie zajmę ci dużo czasu. Muszę wracać do redakcji.
Otworzyła drzwi i cofnęła się, wpuszczając go do szklanego pawilonu. Podał jej 

bukiet kwiatów, kupionych pewnie na targu za kilka groszy. Taki banalny gest nie 
może niczego między nimi zmienić.

– Po co mi to przyniosłeś?
– Na dobrą zgodę. Mam coś jeszcze.
Podał jej świeże wydanie swojego tygodnika.
– Właśnie się ukazało.
Przyjęła jego dary, ani na chwilę nie zapominając, że ma przed sobą wroga, 

człowieka,   który   postanowił   obsmarować   Charliego   w   prasie   i   zbrukać 

background image

wspomnienie jej najlepszej przyjaciółki.

– Dziękuję, ale przyniosłeś to niepotrzebnie.
Ben   przechylił   głowę   i   lekko   się   uśmiechnął.   Zauważyła,   że   ma   dołek   w 

prawym policzku.

– Może... Chociaż sądzę, że kiedy przejrzysz gazetę, przekonasz się, że jestem 

prawdziwym dziennikarzem, a nie jakimś potworem uganiającym się za sensacją.

Siłą się powstrzymała, żeby nie zajrzeć do trzymanego w ręku pisma.
– Mam coś jeszcze...
Dopiero wtedy spostrzegła pudełko, które trzymał pod pachą.
– Słuchałem wczoraj twojej audycji i pomyślałem, że to ci się może przydać.

– Słyszałeś mnie? – zapytała słabym głosem. – Nie byłam wczoraj w najlepszej 

formie.

Niebieskie oczy Bena rozjaśniły się.
– Byłaś cudowna.
– Dziękuję.
Wzrok   Julii   mimo   woli   powędrował   w   stronę   pudła   z   kasetami.   Spośród 

wszystkich   prezentów,   jakie   mężczyzna   mógł   jej   ofiarować,   tylko   takiemu   nie 
potrafiła się oprzeć.

– Wejdź. Wstawię kwiaty do wody i zobaczę, co tu przyniosłeś.
Poprowadziła go do studia, położyła kwiaty na konsoli i poszła do kuchennego 

kącika po jakieś naczynie. Znalazła szklankę i nalała do niej wody.

Po   powrocie   zastała   Bena   rozglądającego   się   po   zastawionym   sprzętami 

wnętrzu.

–   Nigdy   tu   nie   byłem   –   przyznał   zaciekawiony.   –   Widziałem   już   w   życiu 

niejedno studio radiowe, ale nigdy nie widziałem czegoś podobnego. To naprawdę 
niesamowite.

Wzruszyła ramionami.
– Niesamowite... – powtórzył.
Podeszła do stołu i umieściła kwiaty w prowizorycznym wazonie.
–   Rzeczywiście,   to   studio   trochę   się   różni   od   tego,   do   czego   jestem 

przyzwyczajona.   Tutaj   nie   jest   się   tylko   prezenterem,   jest   się   inżynierem, 
kierownikiem produkcji, a czasem nawet elektrykiem i hydraulikiem.

Ustawiła kwiaty i przyjrzała im się z dezaprobatą.
–   U   mnie   w   redakcji   jest   podobnie.   –   Ben   nie   spuszczał   oczu   z   półek 

zawalonych pudłami. – Ja też jestem wszystkim po trochu: fotografem, reporterem, 

background image

korespondentem sportowym, gońcem... To duża satysfakcja tak robić wszystko.

– Sama nie wiem...
Julia znowu podeszła do kwiatów i spróbowała jakoś lepiej je ułożyć w ciasnej 

szklance. Poczuła wzrok Bena na swoich rękach i drgnęła. Trochę wody rozlało się 
na stół. Co się z nią dzieje w obecności tego mężczyzny?

– Kiedy cię słuchałem, miałem wrażenie, że prowadzenie audycji sprawia ci 

przyjemność.

Julia zamrugała powiekami.
– Coś trzeba z sobą robić, jak się ma wolne całe dwa tygodnie.
Spojrzał na rozrzucone na podłodze taśmy.
– Właśnie je przegrywałaś?
– Najpierw muszę zrobić coś z przewodami.
Przykucnął   i   spojrzał   na   nią   z   dołu.   Pomyślała,   że   musi   okropnie   brzydko 

wyglądać   w   tym   wyciągniętym   swetrze   i   bez   makijażu.   A   do   tego   włosy   ma 
zebrane w koński ogon, jak jakaś szara myszka...

– Znasz się na elektryczności? Preston cię tego nauczył?
– Nie. Charlie Slocum.
Zebrała machinalnie jakieś pyłki ze stołu, zawinęła je w papier od kwiatów i 

wrzuciła do kosza na śmieci.

– Uznał, że skoro przez całe życie mam pracować przy elektrycznym sprzęcie, 

powinnam mieć o tym jakie takie pojęcie.

Patrzył na nią, jakby była jakimś cennym i nieodgadnionym prezentem, który 

człowiek boi się rozpakować.

– Zgodziłabyś się... udzielić mi wywiadu?
– Nie.
– Dlaczego? Masz bardzo ciekawą pracę, sama jesteś niezwykle interesującą 

osobą...

Przygryzła   wargi,   próbując   nie   okazać   zadowolenia   z   nieoczekiwanego 

komplementu.

– Przykro mi, ale nie znoszę wywiadów.
– Mogłabyś zrobić wyjątek. Nie obawiaj się, nigdy nie mieszam prywatnych 

spraw z zawodowymi.

– Nie o to chodzi.
Ben zmarszczył czoło i przyjrzał jej się uważnie.
– O co w takim razie chodzi? Nie chcesz mieć nic wspólnego z moją gazetą?

background image

Niezupełnie, ale nie chciała wdawać się w szczegóły.
– Tak, właśnie tak.
Jego jasne oczy pociemniały i dostrzegła w nich złość.
– Ja po prostu – wyjaśniła szybko – nie lubię o sobie mówić. Jestem bardzo... 

nieśmiała.

– Interesujące  – wycedził Ben. – Bardzo interesujące,  jeśli się weźmie  pod 

uwagę, jaką pracę wykonujesz. Zawsze taka byłaś?

– Właśnie na takie pytania nie lubię odpowiadać.
– Jesteś pewna?
– Najzupełniej.
– Jesteś uparta jak osioł.
Bezpośredniość tej opinii rozbroiła ją. Uśmiechnęła się lekko.
– Czy w takiej sytuacji odbierzesz mi swoje zabawki?

– To nie są żadne zabawki.
– Tak łatwo mnie nie przekupisz.
– Łatwo? Co ty sobie wyobrażasz? – W głosie Bena zabrzmiała niezupełnie 

udana uraza. – Masz przed sobą piętnaście kaset z mojej osobistej kolekcji, co 
moim zdaniem sprawia, że są to rzeczy bezcenne.

Nagle   zdała   sobie   sprawę,   że   dobrze   się   czuje   w   jego   towarzystwie.   Ben 

również wyglądał jak ktoś, kto nieźle się bawi.

– Napijesz się kawy?
– Oczywiście, jeśli jest gotowa.
Rozsiadł się na obrotowym krześle przy konsoli, nie spuszczając oczu z Julii, 

która zaczęła się krzątać w mikroskopijnej kuchence. Jestem tchórzem, pomyślał; 
poprosiłem o kawę, żeby zyskać na czasie i nie musieć jej mówić o tym, z czym 
przyszedłem.

– Nie gwarantuję, że będzie dobra! – krzyknęła Julia z kuchenki. – Tyle razy 

była parzona, że może być ohydna.

– Nie szkodzi.
Podeszła i wręczyła mu kubek pełen gorącego napoju.
– Dziękuję. – Pociągnął łyk i omal się nie skrzywił.
Kawa rzeczywiście była ohydna. – Bardzo mi się podobała twoja wczorajsza 

audycja.

Stała   przed   nim,   drobna   i   zgrabna   w   długim   ciemnozielonym   swetrze,   w 

czarnych   obcisłych   spodniach,   z   czarnymi   włosami   zebranymi   z   tyłu   głowy. 

background image

Wyglądała jak młody chłopak albo leśny elf, a nie jak właścicielka najbardziej 
zmysłowego głosu, jaki kiedykolwiek w życiu słyszał.

– Muszę przyznać – powiedziała – że sprawiło mi to przyjemność. Nawet się 

nie spodziewałam. To bardzo odbiegało od tego, co ostatnio robiłam.

– Tak? Dlaczego?
– W nowoczesnym studio wszystko jest zautomatyzowane. Moja rola ogranicza 

się do naciskania guzików we właściwym czasie.

Ben uśmiechnął się w duchu. Słuchał jej z ogromną przyjemnością; w głosie 

Julii   odnajdywał   cień   głosu   tamtej   kobiety,   która   tak   bardzo   go   poruszyła 
poprzedniego wieczoru. Podobał mu się również szczery i prosty sposób, w jaki 
mówiła.

– Nie brzmi to zbyt zachęcająco.
Zmarszczyła brwi.
–   Da   się   wytrzymać.   Dużo   zarabiam,   mam   opiekę   medyczną,   może   nawet 

zabezpieczenie   emerytalne.   Chociaż   to   ostatnie   nie   bardzo   mnie   interesuje,   bo 
zamierzam pracować do końca życia.

Ben podparł się na łokciu i przez chwilę uważnie się jej przyglądał. Musiała 

zrozumieć jego spojrzenie, bo szybko dodała:

– To oczywiście nie wszystko. Moja obecna praca to nie tylko duże pieniądze. 

Zawsze chciałam pracować w branży muzycznej, spotykać ciekawych ludzi. Lubię 
z nimi pracować, mam kontakt ze sztuką.

Wypiła łyk kawy.
– A jak przestanie mi się podobać... zawsze mogę przenieść się gdzie indziej.
– Czy to znaczy, że w twoim życiu nie ma nikogo, kto mógłby tu stanowić 

problem?

– Masz na myśli mężczyznę? Nie, nie mam takiego problemu – stwierdziła.
Sam był zdziwiony, dlaczego ta ostatnia wiadomość tak bardzo go ucieszyła.
– Myślałaś kiedy, żeby tu wrócić i dalej prowadzić lokalną radiostację?
Roześmiała się, niemal prychając kawą.
–   A   z   czego   bym   żyła?   Musiałabym   chyba   zatrudnić   się   w   hotelu   jako 

pokojówka!

Zapytał tylko tak sobie, żeby podtrzymać rozmowę, lecz teraz, kiedy to pytanie 

już padło, wcale nie wydało mu się takie niedorzeczne.

– Preston mógłby ci płacić...

background image

– Chyba żartujesz! – Spojrzała na niego, jakby miał dwie głowy. – Przecież ta 

stacja nie przynosi żadnych pieniędzy!

Teraz Ben spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– To z czego on opłaca licencję, elektryczność i całą resztę?
–   Traktuje   to   jako   hobby.   Ma   trochę   pieniędzy   i   wydaje   je   właśnie   w   ten 

sposób.

Ben uśmiechnął się przepraszająco.
– Rozumiem.
Szkoda; miło byłoby słyszeć co wieczór jej głos i wybrane przez nią piosenki. 

Wiedział również, że nie jest to jedyny powód, dla którego nagle zapragnął, by 
Julia na zawsze została na wyspie.

–   To   dokąd   w   takim   razie   pojedziesz,   kiedy   się   zdecydujesz   opuścić   Los 

Angeles?

– Nie wiem. Tam, gdzie będzie najlepsza praca.

– Czy to znaczy, że jest ci wszystko jedno, gdzie mieszkasz, bylebyś miała 

dobrą pracę?

– Nie. Miejsce też się liczy. Wiem już, że nie lubię takich zim jak w Buffalo, 

upałów, jakie przeżywałam w Mobile, i wielkich miast w rodzaju Los Angeles... – 
Urwała, a potem dodała: – Jak widzisz, mam już za sobą kilka przeprowadzek.

– A jakie lubisz audytoria? Czy ważna jest dla ciebie liczba słuchaczy?
Zamyśliła   się   i   przygryzła   wargi.   Wyglądała   teraz   jak   mała   dziewczynka, 

próbująca   znaleźć   odpowiedź   na   trudne   pytanie,   i   Ben   zapragnął   wziąć   ją   w 
ramiona. Od dłuższej chwili myślał już tylko o tym.

– To nigdy nie było decydujące, nigdy nie pragnęłam pracować dla wielkich 

stacji. Choć trzeba przyznać, że duża liczba słuchaczy zapewnia stacji stabilność 
materialną.

Stabilizacja, zabezpieczenie finansowe, emerytura i ubezpieczenie... Myśli Julii 

nieustannie skupiały się na tym, czego, jak się domyślał, boleśnie brakowało w jej 
dzieciństwie. Zabezpieczenie materialne... jej matka nigdy tego nie miała. Ludzie 
powiedzieli Benowi, że ojciec Julii porzucił ją w dzieciństwie, a matka wcześnie ją 
osierociła, ale nikt nie wspomniał, jakie głębokie ślady wszystko to pozostawiło w 
psychice dorosłej już osoby.

– Nie chciałbym cię urazić, ale odnoszę wrażenie, że całe życie przed czymś 

uciekasz.

– Co?

background image

– Przenosisz się z miasta do miasta, szukając gotowego ideału, zamiast osiąść 

gdzieś   na   stałe   i   spokojnie,   konsekwentnie   zacząć   budować   swoją   sytuację 
zawodową i finansową.

Tym razem spojrzała na niego tak, jakby miał trzy głowy.
– Dlaczego jesteś tak bardzo mało pewna siebie?
Już miała mu odpowiedzieć, żeby się nie wtrącał w jej sprawy, ale zamiast tego 

nieoczekiwanie wyznała prawdę.

– To chyba dlatego, że jako dziecko żyłam w stałej niepewności.
Zapatrzyła się w okno; jej profil czysto zarysował się na tle błękitnego nieba.
– W domu stale brakowało pieniędzy. Pewnie zauważyłeś, że na Harmony nie 

ma wiele okazji do znalezienia pracy.

– Nie bardzo mogę się z tobą zgodzić. Ja wszędzie widzę okazje, wszędzie 

dostrzegam jakąś szansę. Jest tu mnóstwo rzeczy do zrobienia, a przy okazji można 
zarobić spore pieniądze.

Spojrzała na niego z wyrzutem.
– To nie są szanse dla wszystkich. Moja matka pracowała w hotelach, podczas 

sezonu w dwóch jednocześnie, a potem, kiedy nie było już gości, w jednym, który 
był czynny przez cały rok. Harowała jak wół i nigdy nie mogła związać końca z 
końcem. Kiedy umarła, przyrzekłam sobie dwie rzeczy: nigdy nie pozostanę na tej 
wyspie i nigdy nie uzależnię się od mężczyzny. Żadnemu nie można wierzyć.

– Jako mężczyzna i wielbiciel tej wyspy, dziękuję za komplement.
– Bardzo proszę.

Jego przekorne spojrzenie na chwilę złagodniało.
– Czy to znaczy, że nie zamierzasz nigdy wyjść za mąż?
Otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale zawahała się i spojrzała na niego z urazą.
– Dlaczego przeprowadzasz ze mną wywiad, skoro już wiesz, że sobie tego nie 

życzę?

Ben uśmiechnął się.
– Po prostu tak sobie rozmawiamy.
– Doskonale. W takim razie powiedz mi, co ty właściwie robisz na Harmony?
– Co robię?
– Tak. Dlaczego tu przyjechałeś?
–   To   miejsce   bardzo   mi   się   podoba.   Przyjechałem   tu   kiedyś   na   wakacje   i 

postanowiłem zostać.

Założył nogę na nogę i odchylił się do tyłu.

background image

– Tak po prostu?
– Tak po prostu.
Julia gwałtownie pokręciła głową; koński ogon zawirował.
– Nie wierzę. Masz przecież gdzieś jakieś życie.
– Owszem. Cała moja rodzina mieszka w Bostonie.
Moi rodzice, moje  dwie siostry  z mężami,  mój  brat i siostrzeńcy. Jesteśmy 

bardzo zżyci.

– Miałeś tam dobrą pracę.
– Tak, pracowałem dla „Globe”.
– Chyba rozumiesz, że ludzie nie rzucają tak dobrej pracy i nie przenoszą się w 

inne miejsce bez jakiegoś wyraźnego powodu.

– Tak. Miałem taki powód: własne pismo.

– Czyli „Island Record” – rzekła z niedowierzaniem.
– Tak.
– Wolałeś „Island Record” od „Boston Globe”?
– Zawsze chciałem mieć własną gazetę.
Oczy Julii zrobiły się ogromne.
– Własną gazetę... na własność?
– Tak. – Skrzywił się. – Wiem, że ludzie uważają, że zwariowałem. Trudno, 

kocham moją pracę. Wszystko tutaj mi się podoba, ludzie, z którymi pracuję, fakt, 
że jestem swoim własnym szefem i to, że nie uczestniczę w wyścigu szczurów.

– Czy aby – spytała podejrzliwie – nie ma w twojej przeszłości czegoś, przed 

czym uciekasz?

– Nie.
Roześmiał się.
– Nie wierzysz?
– Wierzę. Wszystko jest możliwe. Jesteś z tym szczęśliwy?
– Bardzo.
Spoglądała teraz na niego jak na kogoś nieuleczalnie chorego.
– I zamierzasz spędzić resztę życia na Harmony, pracując w redakcji „Island 

Record”?

– Mam nadzieję. Chciałbym również spotkać kogoś miłego, założyć rodzinę i 

mieć mnóstwo dzieci. W mojej rodzinie to właśnie jest najważniejsze.

Julia   skrzyżowała   ramiona   i   zmarszczyła   brwi,   niezadowolona   z   przebiegu 

rozmowy. Zupełnie niepotrzebnie zeszli na tematy zbyt prywatne.

background image

– Wszystkiego najlepszego w takim razie – powiedziała tonem świadczącym, 

że zamierza zakończyć konwersację.

We wzroku Bena dostrzegła niedowierzanie.
– Naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego – powtórzyła. – A teraz musisz 

chyba wracać do pracy.

Wstała i uczyniła ruch, jakby chciała swojego gościa odprowadzić do drzwi.
Ben wolno podniósł się z krzesła.
– Może rzucisz okiem na te moje taśmy  i zobaczysz, czy coś z tego ci się 

przyda.

–   Rzeczywiście,   zupełnie   zapomniałam.   –   Otworzyła   pudło.   –   Zaraz 

zobaczymy...

Znajdowała się teraz bardzo blisko Bena i za każdym ruchem niemal dotykała 

jego ciała.

– Nie chciałbym ci niczego wciskać...
– Nic mi nie wciskasz, są wspaniałe. Masz doskonały gust.
– Chyba w to nie wątpiłaś.
Uśmiechnęła się, a on zaraz dodał:
– Mam tego w domu całe mnóstwo. Zawsze możesz wpaść i pobuszować sobie 

w moich zbiorach.

– To mi wystarczy, nie zamierzam siedzieć tutaj zbyt długo. Zresztą, nie znam 

twojego adresu.

– Mieszkam nad redakcją.
Musiał jeszcze bardziej się zbliżyć, bo te słowa musnęły jej policzek.
Chciała się odsunąć, ale nie była w stanie zrobić ruchu.
– To bardzo wygodnie – szepnęła tylko.
– Tak, ale w lecie jest tam straszny hałas.
Spojrzała   na   niego   zmieszana   i   spostrzegła,   że   Ben   obserwuje   ją   z 

intensywnością równą zainteresowaniu, jakie on sam w niej wzbudził. Bała się 
odetchnąć, jakby myślała, że z każdym oddechem zmniejszy jeszcze dzielącą ich 
odległość.

Nagle zapragnęła pocałować go w usta.
Wiedziała,   że   Ben   myśli   o   tym   samym.   Siłą   przerwała   magiczny   krąg 

fascynacji i postąpiła krok do tyłu.

– Dziękuję... dziękuję ci za taśmy... – wybąkała. – To bardzo miło z twojej 

strony.

– Bardzo proszę.

background image

Przez chwilę stał jakby czymś oszołomiony, a potem nagle się zreflektował.
– Na mnie już pora, mój zespół czeka.
Podszedł do drzwi i zatrzymał się w progu.
– Chciałem...
– Tak?
–   Chciałem   cię   jeszcze   o   czymś   uprzedzić.   Właściwie   po   to   do   ciebie 

przyjechałem...  Przepraszam,  że   zabrałem  ci  tyle  czasu,   zamiast   powiedzieć  od 
razu, ale obawiam się, że to nie będzie miła wiadomość.

– O co ci, na Boga, chodzi?
Ben nerwowo odrzucił włosy z czoła.
–   Dowiedziałem   się   wczoraj,   że   sekcja   zwłok   Amber   Davoll   chyba   jednak 

zostanie przeprowadzona.

– Co takiego?
– Bardzo mi przykro, ale dojdzie do autopsji. Po południu ma przylecieć lekarz 

sądowy.

Wszystko to było całkowicie niedorzeczne. W głowie Julii zapanował zamęt; z 

gonitwy myśli wyłoniła tę najważniejszą.

– Przecież... przecież pogrzeb już się odbył.
– Czasem mimo to przeprowadza się sekcje.
Ośmielił się położyć dłoń na jej ramieniu i strząsnęła ją, jak się strząsa gada.
– Czasem... mimo to... mówisz, że przeprowadza się sekcje? Jak w ogóle do 

tego doszło?

Ben zrobił niewinną minę i spojrzał na nią jasnym wzrokiem.
Poczuła zawrót głowy.
– O Boże, co oni zrobią, ci nieszczęśliwi Loringowie... A Charlie! Jak on to 

przeżyje, to będzie dla niego straszny cios.

Spojrzała na Bena oczami jak sztylety.
– Co ty zrobiłeś?
– Dlaczego ja? Oskarżasz mnie, a nie wiesz...
– A któż by inny! Tylko ty jeden od samego początku domagałeś się sekcji! – 

Zatrzęsła   się   z   gniewu   i   bezsilnej   wściekłości.   –   A   ja,   głupia,   uwierzyłam,   że 
przyszedłeś tu tak sobie, z przyjaźni.

– Jedno nie wyklucza drugiego – rzekł bezradnie.
– Owszem, wyklucza.
W jej głosie wyraźnie słychać było rozpacz.

background image

– Poczekaj... – Gwałtownym ruchem zwróciła się do stołu i sięgnęła po pudełko 

z kasetami. – Możesz sobie to zabrać, i swoją gazetę też. I kwiaty.

Podała mu bukiet tak gwałtownie, że woda spryskała przód jego koszuli. Nie 

przyjął ich, może dlatego, że miał już ręce zajęte czym innym, a może z jakiegoś 
innego powodu. Przez chwilę chciała je cisnąć na ziemię, ale w końcu położyła je 
na stole.

– Mylisz się – powiedział cicho. – To nie ja zażądałem autopsji.
– Kto w takim razie?
– Nie mogę ci powiedzieć. Spróbuj mi zaufać.
– Przykro mi, ale to niemożliwe i byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś już 

sobie poszedł.

– Nie chcę odchodzić w takiej chwili.
– Lepszej już nie będzie. Myślałeś, że będę zachwycona?
– Chciałbym, żebyś sobie to wszystko spokojnie przemyślała. Jestem pewien, 

że zrozumiesz.

– Na dzisiaj dość już powiedziałeś.
Otworzyła na oścież drzwi i niemal wypchnęła go na dwór.
– Idę już, idę. Nie musisz mnie wyrzucać. Właściwie cię rozumiem.
Szybkim krokiem podszedł do swojego samochodu.
– Zasłużyłem sobie na coś podobnego! – krzyknął w stronę domu, ale Julia nie 

usłyszała jego słów. – Na co ja właściwie liczyłem, przychodząc tutaj? – dokończył 
nieco ciszej.

Julia zatrzasnęła za nim drzwi. Nie słyszała, jak odjeżdżał, nie słyszała, jak 

szumią fale, słyszała jedynie łomot w skroniach i bicie własnego serca.

Dwie godziny później, jeszcze nie ochłonąwszy z wrażenia, pojechała do miasta 

po zakupy. Nie miała na to ochoty, ale wiedziała, że musi coś z sobą zrobić. W 
przypadku podobnie silnego wzburzenia najgorsza jest bezczynność.

Na nieszczęście, najkrótsza droga do miasta wiodła obok cmentarza. Nawet nie 

patrząc   w   stronę   grobu   Amber,   mogła   zauważyć   kilku   oficjalnie   ubranych 
mężczyzn i policyjne wozy zaparkowane przed cmentarną bramą. Samochód Bena 
również tam był. Ten facet jest wszędzie; dwoi się i troi, żeby tylko zdobyć jakiś 
materiał dla swojego szmatławca.

background image

Chciała się zatrzymać, ale zrezygnowała. Po co? Po to, żeby im powiedzieć, że 

to, co robią, jest głupie, bezmyślne, nieludzkie i niegodne? Przecież wydano w tej 
sprawie oficjalne rozporządzenie i jej słowa niczego tu nie zmienią. Ekshumacja i 
tak się odbędzie. *

Kiedy w godzinę później wracała tą samą drogą, cmentarz był już pusty.
Pośpiesznie, byle jak zrobiła zakupy i zajechała na posterunek policji.
– Cześć, Madeleine.
Kobieta   w   średnim   wieku,   rozwiązująca   właśnie   krzyżówkę,   raptownie 

podniosła głowę.

– Julia! O Boże!
– Myślałam, że mnie nie poznasz.
– Jakżebym mogła! Nic się nie zmieniłaś! Co słychać?
– Wszystko w porządku. – Julia uśmiechnęła się z wysiłkiem. – Gdyby nie ta 

sprawa z Amber...

Kobieta westchnęła głęboko.
– Tak, to straszne, naprawdę straszne.
– Komendant jest u siebie?
– Nie, ale lada chwila ma przyjechać. Miał dzisiaj bardzo ciężki dzień.
Julia zamilkła na chwilę; mogła sobie wyobrazić,
czym było dla Charliego to, co go spotkało przez tego... Bena Granta.
– Mieliśmy iść dzisiaj na kolację. Wpadłam, żeby się z nim umówić.
– Zaczekaj na niego, to nie potrwa długo.
Julia zawahała się na moment.
– Myślisz, że mogłabym poczekać w jego pokoju?
Dawniej zawsze tak robiła.
– Oczywiście, na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu.
– Dziękuję.
Niedużym   korytarzem   dotarła   do   dobrze   znanych   drzwi   i   otworzyła   je.   W 

pustym pokoju paliło się światło. Weszła do środka.

Wnętrze właściwie się nie zmieniło, było tylko może bardziej zaniedbane. Na 

ścianach dostrzegła te same  półki pełne książek  poświęconych kryminologii,  te 
same  nagrody i puchary oraz zdjęcia, na których Charlie ściskał dłonie jakichś 
dygnitarzy. Było też zdjęcie z prezydentem i nowa amerykańska flaga.

Odetchnęła   głęboko,   próbując   odzyskać   spokój.   Może   tutaj,   w   tym   dobrze 

znanym otoczeniu, które zawsze kojarzyło jej się z bezpieczeństwem i oparciem, 
wreszcie uda jej się opanować to potworne zdenerwowanie...

background image

Podeszła do biurka i zrozumiała ogrom swej pomyłki.
Na   biurku   Charliego   leżały   rozrzucone   zdjęcia   Amber.   ..   takiej,   jaką   ją 

znaleziono tamtego ranka. Powiększenia i zbliżenia były tak dokładne, że mogła 
zobaczyć pory na skórze przyjaciółki.

Poczuła, jak zalewa ją mieszanina gniewu i goryczy;

krew napłynęła jej do głowy i odebrała zdolność logicznego myślenia. Stała jak 

przymurowana do podłogi, słysząc tylko szum w uszach i szaleńcze bicie serca. 
Nawet nie usłyszała, że ktoś wszedł do pokoju.

–   Witaj,   kochanie.   Madeleine   właśnie   mi   powiedziała...   –   Charlie   nagle 

przerwał i dodał zupełnie już innym głosem: – Nie powinnaś tego oglądać, to nie są 
widoki dla ciebie.

Szybko zebrał zdjęcia i wrzucił je do szuflady.
– Przepraszam, wiem, że nie powinnam wchodzić do twojego pokoju.
– Nie, to ja nie powinienem tego zostawić na wierzchu. Ale miałem taki dzień, 

że   nie   pomyślałem,   żeby   to   gdzieś   schować.   Postaraj   się   o   tym   nie   myśleć, 
kochanie.

Wyrzuć to z głowy i zapomnij, dobrze?
–   Spróbuję   –   powiedziała,   nie   mając   wątpliwości,   że   to,   co   przed   chwilą 

zobaczyła, zostanie w jej pamięci wyryte na zawsze.

– Usiądź.
Poczuła od niego ciężki zapach alkoholu i przymknęła oczy.
Charlie, czemu to robisz, przecież i bez tego wszystko jest takie okropne...
Nie wolno jej go sądzić. Nic strasznego się nie stało. Pewnie był z tymi ludźmi 

na lunchu i wypił jakiś koktajl. Zawsze tak jest, jak ktoś przyjeżdża.

– Słyszałam, że mają przeprowadzić sekcję – oznajmiła, siadając po drugiej 

stronie biurka. – Właściwie dlaczego?

Brwi Charliego podjechały do góry.

– To pomysł jakiegoś nadgorliwego dupka z Bostonu.
Położył kapelusz przed sobą i podrapał się w głowę.
– Taka tam burza w szklance wody, nic wielkiego. Za tydzień wszyscy o tym 

zapomną.

Chciała w to wierzyć, ale wiedziała, że nie ma tak gorliwego dupka w całym 

Bostonie,   który   mógłby   wydać   podobne   polecenie,   gdyby   nie   było   po   temu 
powodów.

background image

Czuła, jak ogarnia ją gniew i bezbrzeżne współczucie. Biedny Charlie! Teraz 

całe miasto się dowie, że w porę sam nie zażądał przeprowadzenia autopsji.

– Co się za tym kryje? A raczej kto, nie wiesz?
– Całą sprawę zaczął jeden z tych młodych policjantów, którzy byli tutaj na 

praktyce.   On   był   pierwszy   na   miejscu...   wypadku   –   rzekł   Charlie   głuchym, 
zmęczonym głosem. W jego oczach dostrzegła pustkę.

– To znaczy, że Ben Grant nie maczał w tym palców?
Spojrzał na nią zdziwiony.
– Nie! Skąd ci to przyszło do głowy?
Dziwne uczucie ulgi przepełniło ją całą, obezwładniając jeszcze bardziej.
– Tak sobie pomyślałam... A jak to znieśli rodzice Amber? – zmieniła szybko 

temat.

– Nawet lepiej, niż myślałem.
– Naprawdę? To dobrze.
Charlie spojrzał na zegar wiszący na ścianie.
– Przyszłaś tu tylko z tego powodu?
– Nie, chciałam ci przypomnieć, że wybieraliśmy się dzisiaj razem na kolację.
Skrzywił się.
– Po tym wszystkim, co dzisiaj zaszło...

– Tak sobie właśnie myślałam.
– Odłożymy to na jakiś inny wieczór, dobrze?
– Oczywiście, kiedy będziesz chciał. Po prostu mi powiesz.
Julia wstała i Charlie odprowadził ją do drzwi.
– Kiedy dostaniesz wyniki sekcji? – zapytała jeszcze.
– Za jakieś dwa dni; zwykle to trwa długo.
Przerzuciła torbę przez ramię.
– Jestem pewna, że wszystko dobrze się skończy. Jak powiedziałeś, to tylko 

burza w szklance wody.

Charlie uśmiechem podziękował jej za słowa pocieszenia.
Nie mogła dostrzec wyrazu jego oczu. Pomyślała, że może dobrze się stało i 

wynik sekcji nareszcie zamknie usta takim ludziom jak Grant.

Pocałowała Charliego w policzek.
– Trzymaj się.
– Dobrze, a ty już idź. Postaraj się trochę wypocząć, przecież to twoje wakacje.

background image

Przez pierwszą godzinę wieczornego programu musiała odpowiadać na pytania 

dotyczące   autopsji.   Kilka   osób   zadzwoniło   z   pretensjami,   pytając,   dlaczego 
właściwie miejscowe władze pozwalają, żeby ktoś z zewnątrz wtrącał się w nie 
swoje sprawy. Był jeden telefon w sprawie biurokracji jako takiej i jeden w obronie 
Charliego.

Julia starała się nie przeciągać podobnych rozmów, przypominając słuchaczom, 

że jej program jest audycją wyłącznie muzyczną.

O dziesiątej wszystko dobiegło końca i powitała ten fakt westchnieniem ulgi. 

Mimo   nieoczekiwanych   wtrętów   program   przebiegł   sprawnie.   Tego   wieczoru 
nadawała   wyłącznie   to,   co   Preston   zwykle   nazywał   „kanonem   amerykańskiej 
muzyki”: Rosemary Clooney, Tony Bennett, Ella Fitzgerald i Frank Sinatra; od 
czasu   do   czasu   wtrącała   krótkie   informacje   z   wyspy   i   ze   świata.   Przeczytała 
również   kilka   wierszy   jakiegoś   miejscowego   autora,   którego   tomik   znalazła   na 
biurku Prestona.

Celowo   nie   chciała   wdawać   się   w   dyskusje   na   temat   autopsji.   Najpierw 

zamierzała   wykorzystać   swoje   radio   do   obrony   Charliego,   żeby   w   ten   sposób 
zrównoważyć atak, jakiego spodziewała się ze strony Bena Granta i jego gazety. 
Potem   uznała   jednak,   że   najlepiej   będzie   nie   uprzedzać   faktów   i   spokojnie 
poczekać na rozwój wypadków.

Wyłączyła mikrofon, zgasiła nadajnik, uporządkowała taśmy i ułożyła na stole 

notatki dotyczące nadawania programu. O jedenastej leżała już w łóżku, zmęczona, 
ale spokojna, myśląc o porannych zakupach czekających ją z Cathryn.

Zamknęła oczy i wtedy zrozumiała, że cały ten spokój jest tylko iluzją. Pod 

zamknięte powieki natychmiast napłynęły obrazy ujrzane na zdjęciach w pokoju 
Charliego. Amber leżąca na łóżku z małą  czerwoną dziurką w prawej skroni i 
plamą zakrzepłej krwi na jasnych włosach...

Jak   w   mgnieniu   błyskawicy   zrozumiała   nagle,   że   fakt,   iż   zrezygnowała   z 

obrony Charliego na falach eteru nie miał nic wspólnego z logicznym powodem, 
jaki podsuwał jej rozsądek. Zrobiła to pod naporem podświadomości.

Postąpiła tak, bo jej pamięć automatycznie zanotowała strój, jaki Amber miała 

na sobie w chwili śmierci. Znała dobrze swą przyjaciółkę: Amber mogła włożyć te 
sprane dżinsy i wypłowiałą koszulkę do trzepania dywanów, ale nigdy by się tak 
nie ubrała, wiedząc, że będą ją w tym stroju oglądać ludzie w najtragiczniejszym 
momencie jej istnienia.

background image

7

Ben lubił środy. Środek tygodnia był zwykle dniem największej aktywności: w 

redakcji bez przerwy dzwoniły telefony, szumiały  komputery, biegali ludzie, w 
powietrzu krzyżowały się pytania i komentarze.

Tego   dnia   jednak   wszystko   wyglądało   inaczej.   Siedział   bez   ruchu   przed 

ekranem komputera, nad kubkiem wystygłej kawy, i nie mógł myśleć o niczym, co 
nie miało związku z jego wizytą w domu Julii.

Najgorsze, że sam nie wiedział, co właściwie tak bardzo go gnębi. Przecież nie 

po raz pierwszy w życiu komuś się naraził, nie po raz pierwszy ktoś na niego 
krzyczał i obrażał się; bywało już znacznie gorzej. A mimo to nigdy dotąd nie czuł 
się tak podle. Może dlatego, że rzuciła mu jego dary w twarz? Nie, nie miał jej tego 
za złe, sam by tak zrobił na jej miejscu.

Może  czuł się  podle, bo wiedział, że  przynosi złe nowiny? Ale  przecież  te 

nowiny według niego nie były złe, to tylko Julia tak sądziła.

Spojrzał   na   ekran   komputera   nie   widzącym   wzrokiem.   Nie   rozumiał   sensu 

słów, nie pojmował znaczenia zdań. Nie lepiej szło mu tego dnia odczytywanie 
własnego   stanu   ducha.   Coś   mu   szepnęło,   że   sam   się   oszukuje,   próbując   nie 
dostrzegać prawdy. A prawda była taka, że Julia bardzo mu się podobała i fakt, że 
mimo  woli ją do siebie zraził, przygnębiał go i uniemożliwiał pracę. Wszystko 
sprzysięgło się przeciwko niemu: Julia niedługo opuści wyspę, wróci do Kalifornii 
i już nigdy się nie zobaczą. I właśnie to kompletnie wytrącało go z równowagi.

Przeniósł  wzrok  z  ekranu  na  aparat  telefoniczny.   Może  do  niej  zadzwonić? 

Porozmawiać z nią, wszystko jej powiedzieć, spojrzeć w jej wielkie ciemne oczy, 
przytulić ją do siebie. A potem... Potem sam już nie wiedział, co chce robić z Julią 
Lewis, wziąwszy pod uwagę fakt, że znał ją dopiero od kilku dni.

I to właśnie było najbardziej dziwne i szalone. Jak nieprawdopodobnie szybko 

go zafascynowała! W jakim błyskawicznym tempie doszedł do wniosku, że byłoby 
cudownie być razem! Tyle różnych rzeczy ich dzieliło, a jednak miał nieodparte 
wrażenie, że byłoby cudownie. Wiedział, że tak silne przekonania na ogół bywają 
prawdziwe.

Spróbował   skupić   się   nad   tekstem,   ale   właśnie   wtedy   zadzwonił   telefon.   Z 

uczuciem ulgi podniósł słuchawkę.

– „Island Record”, słucham.
– Ben, mówi Kelly.

background image

Natychmiast się zmobilizował; swą najzdolniejszą reporterkę posłał przecież na 

posterunek policji po najnowsze wiadomości.

– Coś się dzieje?
– Dzieje się, i to niemało.
Od   czasu   tamtej   pamiętnej   propozycji   zachowanie   Kelly   wobec   naczelnego 

uległo całkowitej zmianie. Było profesjonalne i nienaganne.

– Mów.
– Slocum powiedział, że o czwartej ogłosi komunikat.
Ben spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do trzeciej.
– Nic nie wspomniał o wyniku sekcji?
– Wszystko ma powiedzieć o czwartej. Co o tym myślisz?
Ben skrzywił się.
– Sam nie wiem.
– Może to nic nie znaczy – rzekła z namysłem Kelly – ale właśnie do niego 

przyjechał ten lekarz sądowy.

Ben   dokonał   w   myślach   szybkiego   przeglądu   aktualnych   wiadomości, 

zastanawiając się, gdzie dać treść komunikatu komendanta.

–   Zrobimy   z   tego   coś   krótkiego,   Kelly.   O   czwartej   sam   tam   przyjadę   i 

postanowimy, co i jak, a na razie miej uszy i oczy otwarte.

Szybko   przeczytał   tekst,   który   miał   na   komputerze,   przeczuwając,   że 

najważniejsza wiadomość dopiero nadejdzie. Po niecałej godzinie był już gotów do 
wyjścia; zdążył jeszcze zamienić kilka słów z kolegami z redakcji i oczywiście 
pomyśleć o Julii. Właściwie myślał o niej przez cały czas, tylko nieraz jej obraz 
zacierał się nieco w jego świadomości.

Ciekawe, gdzie Julia teraz jest i czy już wie, że Slocum postanowił przemówić.
Nie namyślając się długo, wystukał z pamięci telefon Prestona Fincha; Julia 

odezwała się prawie natychmiast.

–   Mówi   Ben.   Poczekaj,   zanim   odłożysz   słuchawkę,   chciałbym   ci   coś 

powiedzieć. Wynik sekcji jest już znany.

Chyba o tym nie wiedziała, bo odpowiedziało mu milczenie.
– Nie wiemy jeszcze, jak brzmi, ale komendant oświadczył, że o czwartej poda 

wszystko do wiadomości publicznej. Chciałem, żebyś o tym wiedziała. To tyle.

Rozłączył się, zanim zdążyła się odezwać.

background image

Weszła do budynku komendy, chcąc na własne uszy usłyszeć komunikat, o 

którym powiedział jej Ben. Ze zdziwieniem rozejrzała się dokoła: hol wypełniony 
był   po   brzegi.   Wśród   zebranych   rozpoznała   kilka   lokalnych   znakomitości.   W 
tłumie spostrzegła również Bena Granta i już zamierzała do niego podejść, kiedy 
przypomniała sobie, że nie są bynajmniej po tej samej stronie. Ben Grant nie jest 
jej sojusznikiem, mimo że to właśnie on zawiadomił ją o tym spotkaniu.

Zresztą Ben był w towarzystwie. Kobieta stojąca przy nim była energiczna, 

atrakcyjna i raz po raz spoglądała na niego wzrokiem pełnym uwielbienia. Coś 
nieuchwytnego   podpowiedziało   Julii,   że   muszą   razem   pracować.   Ciekawe,   co 
jeszcze razem robią, pomyślała i natychmiast zganiła się za głupie przypuszczenia i 
za ukłucie zazdrości, które im towarzyszyło. Ben jest niezwykle przystojny...

I co z tego? Znała mnóstwo  przystojnych mężczyzn, a właśnie  na tego nie 

powinna zwracać uwagi.

W tej samej chwili Ben odwrócił się i zauważył ją. Szybko odwróciła wzrok, 

ale nie udało się: musiał spostrzec, że na niego patrzyła.

Nie było czasu rozdzielać włosa na czworo, bo właśnie otworzyły się drzwi od 

gabinetu   komendanta   i   ukazał   się   w   nich   młody   człowiek   w   granatowym 
garniturze. Utorował sobie drogę przez tłum i przeszedł do sąsiedniej sali. Julię 
dobiegły   szepty   mówiące,   że   to   właśnie   jest   lekarz   sądowy.   Za   nim   podążał 
Charlie. Był purpurowy na twarzy, a jego ręce odsuwające ludzi na bok dziwnie 
drżały.

– Dziękuję państwu za cierpliwość – powiedział, kiedy wszyscy znaleźli się w 

sali. – Wiem, że bardzo wiele osób dzwoniło do nas, żeby się dowiedzieć o wynik 
sekcji,   ale   z   pewnych   względów   nie   mogliśmy   wcześniej   zaspokoić   państwa 
ciekawości. Musieliśmy jeszcze uzgodnić pewne sprawy.

Stała daleko z tyłu i nie mógł jej widzieć. Odnosiła wrażenie, że w ogóle nikogo 

nie widzi. Wzrok miał wbity w guziki koszuli osoby stojącej naprzeciw niego.

– Znane są już wyniki sekcji zwłok Amber Davoll – kontynuował powolnym 

głosem, jakby ważył każde słowo – i na tej podstawie mogę państwu powiedzieć, 
że śledztwo dotyczące śmierci Amber Davoll... zostaje wznowione.

Szmer przeszedł wśród zgromadzonych i rozległ się echem w głowie Julii.
– Nie czas tu i miejsce, żeby się wdawać w szczegóły – ciągnął bezbarwnym 

głosem Charlie. – Mogę tylko powiedzieć, że pewne fakty wskazują na to, że ofiara 
mogła już być nieprzytomna, kiedy pociągnięto za cyngiel.

Sala zafalowała. Julia dłonią zakryła usta, żeby nie krzyknąć.

background image

–   Jednym  słowem   –   usłyszała   jasny   i  wyraźny   głos   Bena   Granta  –   Amber 

Davoll została zastrzelona, czy tak?

Charlie uniósł na niego zmęczone spojrzenie.
– Prowadzimy teraz śledztwo w sprawie zabójstwa.
Rozległy się głosy oburzenia, gniewu i rozpaczy. Głos Bena przebił się przez 

szum sali i utonął w gwarze.

– Gdyby mógł nam pan powiedzieć coś więcej...
Charlie przetarł czoło.
–   Na   tym   etapie   śledztwa   nic   więcej   państwu   powiedzieć   nie   mogę.   Jutro 

zwołamy konferencję prasową i wtedy być może wydamy bardziej szczegółowy 
komunikat.

Serdecznie zapraszam wszystkich na jutro.
Nie zważając na pomruki niezadowolenia i rozczarowane spojrzenia, szybkim 

krokiem   opuścił   salę   i   pomaszerował   do   swego   gabinetu.   Trzask   zamykanych 
drzwi rozszedł się echem po korytarzach.

– Cholera jasna! – zaklął Ben.
– Święte słowa, sama bym tego lepiej nie określiła.
– Kelly wzruszyła ramionami i wyłączyła magnetofon.
Ale   Ben   nie   miał   na   myśli   lakonicznej   wypowiedzi   szefa   policji   ani   jego 

pośpiesznej ucieczki. Odwrócił się, żeby zobaczyć reakcję Julii.

– Muszę lecieć, Kelly. Zostań tu jeszcze trochę i zorientuj się, co i jak. Trzeba 

się czegoś dowiedzieć.

Spojrzała na niego zdumiona.

– Jasne, a dokąd ci tak spieszno?
Nie odpowiedział; biegł już w stronę wyjścia.
– Dziękuję, Kelly, zadzwonię do ciebie później! – krzyknął w przelocie.
Błyskawicznie zbiegł po schodach i rozejrzał się po parkingu. Stary pontiac stał 

na swoim miejscu, ale Julii w nim nie było. Spojrzał w stronę zatoki i ujrzał drobną 
postać,   oddalającą   się   szybkim,   nerwowym   krokiem,   jakby   goniły   ją   demony. 
Mając świadomość, że folguje swym masochistycznym skłonnościom, dogonił ją.

– Julia!
Nie zatrzymała się i nie spojrzała na niego.
– Julia, poczekaj! – krzyknął głośniej, jakby myślał, że go nie usłyszała.

background image

Żadnej reakcji. Chwycił ją za ramię i zmusił do zwolnienia kroku.
– Posłuchaj...
– Ręce przy sobie i zjeżdżaj, Grant.
Puścił jej ramię.
– Co ja takiego zrobiłem?
– Nie mogłeś się powstrzymać, prawda? Musiałeś za mną biec i triumfować!
– Naprawdę myślisz, że triumfuję?
– A co! Przecież to ty miałeś rację, a ja cały czas się myliłam!
Jej podejrzenia sprawiły mu ogromną przykrość. Nawet nie podejrzewał, że tak 

bardzo liczy się z jej zdaniem.

– Bardzo się o ciebie martwiłem i dlatego za tobą biegłem. Możesz mi wierzyć, 

w tym przypadku wolałbym wcale nie mieć racji.

Spojrzała na niego nieco mniej wrogo. Ruszyli przed siebie powolnym krokiem.
– Może gdzieś przysiądziemy i napijemy się czegoś?
Tu niedaleko jest mała knajpka...
Odsunęła się.
– Chciałabym się przejść, najchętniej sama.
Zatrzymał się i Julia przystanęła również. Lekko się zachwiała.
– Strasznie dużo czasu spędzasz sama.
Odrzuciła włosy z czoła.
– Lubię własne towarzystwo.
– Ale nieraz jest łatwiej znieść przeciwności, jak się ma kogoś obok siebie.
Zrobiła minę osoby całkiem opanowanej.
– Już wszystko w porządku, nic mi nie jest.
– Jasne.
Uniósł rękę i delikatnie otarł łzę z jej policzka. Tym razem też się odsunęła, ale 

nieco mniej gwałtownie.

– Lepiej mnie zostaw – powiedziała – dla swojego własnego dobra. Jestem dziś 

w marnej formie.

– Trudno, zaryzykuję.
Ruszyła przed siebie i Ben poszedł za nią.
Zeszli do portu i znaleźli się na pomoście, przy którym zacumowano jachty. 

Maszty dostojnie kołysały się w rytm fali. W oddali widać było ciężką sylwetkę 
promu   powracającego   z   kontynentu   na   wyspę.   W   lecie   kursował   dziesięć   razy 
dziennie, po sezonie tylko raz. W porcie roiło się od łodzi rybackich; o tej porze 

background image

wszystkie wracały z morza.

– Jak się czujesz? – ostrożnie zapytał Ben.
– A jak myślisz?

Otuliła   się   szczelniej   swetrem,   jakby   chroniąc   się   przed   podmuchem   bryzy 

wiejącej od morza, i energicznie ruszyła przed siebie, głośno stukając obcasami.

– Jestem wściekła. Wracam do domu, myśląc, że moja najlepsza przyjaciółka 

popełniła samobójstwo,  i po tygodniu wyrzutów sumienia  i wszelkiego  rodzaju 
zadręczania się zostaję poinformowana, że to wcale nie było samobójstwo. I że całe 
to zawracanie głowy na próżno.

Bardzo ciekawy punkt widzenia, pomyślał Ben, dziwny i równie niedorzeczny 

jak jej poprzednie oskarżenia.

Minęli   kolejne   sklepy   i   restauracje,   i   znaleźli   się   na   Water   Street.   Znowu 

zaproponował, żeby gdzieś usiedli. Gwałtowność, z jaką ponownie odrzuciła jego 
propozycję, zaniepokoiła go nieco.

– Ale to nie dlatego jestem taka wściekła...
Tak właśnie myślał i czekał na dalszy ciąg. Nie czekał długo. Julia nagle stanęła 

jak   wryta,   rozłożyła   ramiona,   a   potem   opuściła   ręce   gestem,   w   którym   była 
bezsilna wściekłość.

– Jak on mógł to zrobić? Jak mógł tak pokpić sprawę!
– Kto?
– Charlie, oczywiście!
Jednym słowem, teraz jej gniew skierował się przeciwko Charliemu...
– Jak mógł nie spostrzec czegoś, co miał pod nosem...
– W jej ciemnych oczach pojawiły się łzy.
Ben rozejrzał się dokoła. Stali obok sklepiku z lodami,  zamkniętego  już po 

sezonie.

– Chcesz usiąść? – zapytał, wskazując pustą ławkę.
– Nie, nie usiedzę na miejscu! Muszę iść...

– To nie jest najlepsze miejsce na spacery, to jest przecież najruchliwsza ulica 

naszego miasta.

Poszedł jednak za nią, a po chwili odważył się przerwać milczenie.
– Chcesz porozmawiać o Charliem?
Julia znowu się zatrzymała i tym razem siarczyście zaklęła. Potem szybkim 

krokiem ruszyła przed siebie, wykrzykując i gestykulując.

background image

– W porę nie zrobił tego, co trzeba, i teraz wszystko diabli wzięli! Nie znam się 

na policyjnej robocie, ale każdy głupi wie, że najważniejsze są dwadzieścia cztery 
godziny od chwili popełnienia zbrodni. Potem wszystko się zaciera, świadkowie 
zapominają, ślady nikną...

Minęli Brass Anchor, ale Ben nie zaproponował jej, żeby weszli do środka. To 

nie był najlepszy pomysł; nie mogli jednak bez końca tak chodzić po mieście.

– ... a przecież chodzi o morderstwo – ciągnęła Julia. Jej usta drżały, w oczach 

lśniły łzy. – Minął już cały tydzień.

Ktokolwiek to zrobił, zdążył już zatrzeć wszystkie ślady, wyrobić sobie alibi i 

tak dalej. Nigdy go się nie znajdzie.

–   Może   nie   jest   tak   źle.   Mordercy   czasem   są   po   prostu   głupi   i   popełniają 

mnóstwo błędów.

– Sam mi mówiłeś, że Charlie niezbyt dokładnie przeszukał dom Amber i nie 

zabezpieczył śladów.

– Może  jednak to zrobił, wszystkiego nie wiem.  Może  coś ważnego da się 

jeszcze znaleźć. Na szczęście opieczętował dom i ogrodził całość taśmą.

Dopiero   w   tym   momencie   Julia   zauważyła,   że   znajdują   się   pod   drzwiami 

redakcji. Ze zdziwieniem spojrzała na Bena.

– Jak myśmy się tutaj znaleźli? I co ja tu robię? A na dodatek rozmawiam z 

tobą o Charliem...

Lekko dotknął jej ramienia.
– Zapraszam cię na drinka.
Spuściła głowę.
– Chyba rzeczywiście mi się należy.
Zaprowadził   ją   do   wejścia   z   tyłu   budynku,   którędy   wchodziło   się   do   jego 

prywatnego mieszkania.

– To na specjalne okazje – wyjaśnił w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.

Szła za nim po schodach, zastanawiając się, czy robi dobrze. Właściwie nie 

miała   wyboru.   Nie   mogła   teraz   zostać   sama.   Nie   mogła   usiąść   za   kierownicą 
samochodu i prowadzić z oczami zalanymi łzami, gotowa na coś się wpakować; a 
nie bardzo miała dokąd pójść.

Doszli do drzwi i Ben włożył klucz do zamka.
– Odrywam cię od obowiązków – powiedziała, żeby coś powiedzieć. – Przecież 

background image

to środek dnia pracy.

– Raczej koniec. Zresztą ktoś mnie zastąpi i zamknie za mnie sklepik. Wejdź, 

proszę, rozgość się.

Mieszkanie   Bena   zaskoczyło   ją.   Obszerne,   jasne   pomieszczenie,   podłoga   z 

desek, białe ściany i mnóstwo okien.

– Musi być koszmarnie drogie.
– Było, ale to jednorazowy wydatek. Kupiłem je razem z redakcją. Teraz nie 

muszę płacić czynszu.

Spojrzała na niego inaczej niż dotąd. Nie przypuszczała, że poczynił na wyspie 

tak poważne inwestycje.

– Usiądź, a ja tymczasem przygotuję nam coś do picia.

Poszedł do kuchni i zaraz z niej wyjrzał.
– A może wolisz kawę albo herbatę?
– Nie, dziękuję.
Zwykle nie pijała alkoholu, ale tym razem miała ochotę na coś mocniejszego.
Ben   wrócił   ze   szklankami   i   butelką   w   ręku.   Postawił   szklanki   na   stoliku   i 

napełnił je; nie widziała nalepki i nie zapytała, co będą pili. Pociągnęła łyk i na 
początku nic nie poczuła; dopiero po chwili żar wypełnił jej żołądek i gorącą falą 
zalał płuca.

Spojrzała   w   niewinne   oczy   Bena   i   pomyślała,   że   nalał   jej   pewnie 

dwudziestoletniej szkockiej whisky.

Znowu napełnił jej szklankę.
– Dziękuję, wystarczy – mruknęła i wzdrygnęła się.
– Zimno ci?
Wstał i nie czekając na odpowiedź, zaczął rozniecać ogień na kominku.
–   Pod   koniec   września   robi   się   chłodno.   Ale   dzisiaj   jest   już   pierwszy 

października, prawda?

Patrzyła, jak Ben uwija się przy palenisku, przygotowując papier i drewno. Jest 

bardzo   miły,   pomyślała   z   dziwnym   jakimś   żalem,   nie   bardzo   potrafiąc 
wytłumaczyć jego przyczynę.

Ben   zapalił   zapałkę   i   przytknął   ją   do   kawałka   papieru.   Poczekał,   aż   ogień 

buchnie jasnym płomieniem i dopiero wtedy wrócił na miejsce. Wygodnie rozsiadł 
się w fotelu.

– To był bardzo ciężki dzień – rzekł z westchnieniem.
Julia   poczuła,   że   coś   ją   dławi   w   gardle,   i   zamrugała   powiekami,   żeby 

background image

powstrzymać łzy. Nie udało jej się.

– Julia, co ci jest? – spytał z niepokojem w głosie.

Spróbowała odwrócić głowę i jakoś się opanować, ale wzburzenie okazało się 

silniejsze.

– Boże – wyszeptała – ktoś ją zamordował...
Zakryła ręką usta.
– Amber została zamordowana.
Ben bez słowa objął ją i przytulił. Próbowała się uwolnić z jego ramion, ale 

szybko zrezygnowała.

–   W  porządku,   kochanie,   popłacz   sobie,   to  ci   przyniesie   ulgę.  Nikt   się   nie 

dowie, płacz.

Głos Bena brzmiał tak łagodnie i kojąco, że bez zastanowienia przytuliła głowę 

do jego piersi i rozpłakała się. W jego ramionach czuła się bezpieczna.

– Płacz, kochanie, płacz...
Tulił   ją   i   kołysał   tak   długo,   aż   jej   łkanie   z   wolna   się   uspokoiło.   Uniosła 

zapłakaną twarz i zobaczyła czarne smugi na koszuli Bena.

– Strasznie cię pobrudziłam, przepraszam...
Bezradnie dotknęła palcem zabrudzonego materiału.
– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się do niej tym swoim cudownym uśmiechem, 

nie puszczając jej z ramion.

Pod   palcami   czuła   jego   umięśnione   ciało,   na   biodrach   czuła   jego   dłonie. 

Wyprostowała się, odsunęła, obciągnęła na sobie sweter.

– Mogę skorzystać z łazienki? Chciałabym umyć twarz.
– Oczywiście, drzwi są zaraz przy wejściu.
– Dziękuję.
Kiedy wróciła kilka minut później, Ben wychodził właśnie z sypialni. Miał na 

sobie świeżą niebieską koszulę, podkreślającą błękit jego oczu.

– Lepiej ci? – zapytał, zapinając prawy mankiet.
Skinęła głową i pomyślała, że powinna już iść. Nie odpowiada za siebie, kiedy 

jest   sam   na   sam   z   tym   mężczyzną.   Był   zbyt   pociągający,   zbyt   atrakcyjny   i... 
zbytnio jej się podobał.

Najpierw jednak musi go prosić o wybaczenie.
– Ben, przepraszam za wszystkie niedorzeczne podejrzenia. Sama nie wiem, co 

mnie napadło.

background image

Podszedł i stanął przed nią.
– Daj spokój. Po tym wszystkim,  co usłyszałaś  dzisiaj na policji, przeżyłaś 

szok.

Uniosła na niego oczy.
– To prawda, ale teraz już mogę racjonalnie myśleć.
W dalszym ciągu jestem wściekła, ale przynajmniej mogę jakoś zebrać myśli.
Gniew na Charliego opuścił ją, nie myślała już nawet o tym, że popełnił błąd w 

śledztwie. Jej głowę zaprzątało teraz tylko jedno.

– Ktoś zabił Amber i musi za to ponieść karę. Trzeba znaleźć mordercę.
Ben skinął głową.
– Tak, teraz właśnie to jest najważniejsze.
Spojrzał na nią uważnie i nieco uspokojony poszedł do kuchni.
– Kto mógł to zrobić? – Julia spojrzała w ślad za nim.
– Kto mógł pragnąć jej śmierci? Amber nie miała wrogów.
– To właśnie jest pytanie.
Powiedział to tak zagadkowym tonem, że spojrzała z nowym zainteresowaniem 

na stojącego przy kuchennym blacie mężczyznę.

– Podejrzewasz kogoś? Kogoś z wyspy? Znam go?
Ben postawił garnek na kuchence, wyjął z lodówki jakąś puszkę, otworzył ją i 

przelał jej zawartość do garnka.

– To mógł być ktoś przyjezdny.
Julia zmarszczyła czoło.
– Ale skoro upozorował samobójstwo... Boże, a jeśli ona wpadła w jakieś złe 

towarzystwo? Może spotykała się z jakimiś niebezpiecznymi ludźmi.

Położył na blacie sałatę, ogórki i pomidory.
– Możliwe.
Spojrzała na niego błędnym wzrokiem.
– Co ty robisz?
– Przygotowuję dla nas kolację.
– Ja nie mogę zostać, mam swój program.
– Zaczynasz dopiero za dwie godziny, zdążymy coś zjeść.
Julia pociągnęła nosem.
– Ładnie pachnie. Co to takiego?
– Zupa rybna. Zostań, proszę, zjemy razem.
– Dobrze, ale pod warunkiem, że ci pomogę.

background image

– Może być. Zrób sałatę.
Podeszła  do kuchennego blatu i zabrała się do pracy. Ben miał  znakomicie 

wyposażoną kuchnię; z sufitu zwieszały się rondle różnej wielkości i pęki ziół, na 
półkach stały słoje i puszki z przyprawami.

– Nic dziwnego, że nikt nie zauważył, że miała depresję. Mówię o Amber... – 

Julia zaczęła rwać sałatę na kawałki i wrzucać ją do szklanej misy. – Nie miała 
żadnej depresji... – Zabrała się do krojenia pomidora. – Trochę mi nawet ulżyło, 
kiedy to sobie uświadomiłam, chociaż to pewnie bez sensu.

Ben wyjął przyprawy do sałaty i wymieszał je.
–   Doskonale   to   rozumiem.   Ja   też,   jak   się   dowiedziałem,   że   popełniła 

samobójstwo, miałem wyrzuty sumienia, chociaż prawie jej nie znałem.

Julia uśmiechnęła się.
– To dziwne, że tak sobie rozmawiamy.
– Chyba nie. Zawsze myślałem, że może do tego dojść, jeśli damy sobie szansę.
– Nie rozpędzaj się tak. Nie sądzę, żebym cię jeszcze lubiła po tym, co teraz 

napiszesz w tej swojej gazecie.

– Czy to znaczy, że teraz mnie lubisz?
– Nie bądź za bardzo ciekawy.
Mrugnął okiem.
– Miałaś już okazję zajrzeć do mojej gazety?
–   Owszem,   przelotnie,   jest   bardzo...   absorbująca,   świetnie   wchłania   tłuszcz. 

Smażyłam dzisiaj ryby i sam rozumiesz...

Nie   dokończyła,   bo   rzucił   w   nią   mokrą   gąbką.   Po   chwili   oboje   znowu 

spoważnieli.

– Biedny Charlie – zauważyła Julia, unosząc oczy znad miski z sałatą. – Będzie 

teraz   w  kłopocie,  nigdy  dotąd  nie  prowadził  sprawy  o  morderstwo.  A  do  tego 
alkohol zmniejszył jego możliwości...

Przerwała, nagle spłoszona.
– Co ja mówię, nie powinnam...
Zwłaszcza w obecności naczelnego redaktora miejscowej gazety! Ben jakby nie 

dosłyszał jej słów; w każdym razie ani słowem ich nie skomentował.

– Może zostawi tę sprawę i odda ją policji stanowej – odrzekł zamyślony.
Odstawił garnek z ognia i spojrzał na nią.
– Nie zamierzasz zmienić terminu wyjazdu?
– Nie, a dlaczego pytasz?

background image

– Mam wrażenie, że prasa weźmie się teraz za Charliego. Nadejdą dla niego 

trudne chwile. Chyba nie chciałby, żebyś go widziała w takiej sytuacji? To będzie 
dla niego krępujące.

– Chcesz się mnie pozbyć?
Tak sobie gawędzili, żartując swobodnie i zupełnie bezpiecznie. Przynajmniej 

Julia   dotąd   tak   myślała.   Ale   kiedy   podszedł   i   położył   jej   ręce   na   biodrach, 
zrozumiała, że nie doceniła niebezpieczeństwa.

– Dla mnie możesz tu zostać na zawsze...
Wstrzymała   oddech,   nie   wiedząc,   co   zrobić   ani  co   powiedzieć.   Ben   jednak 

szybko   ją   puścił   i   zaczął   nakrywać   do   stołu.   Zrozumiała,   że   tak   tylko   sobie 
zażartował, i poczuła się jak idiotka.

Zanim usiedli do stołu, Ben puścił muzykę. Poznała jedną z taśm, które jej 

przyniósł poprzedniego dnia. Przypomniała sobie, jak go wtedy potraktowała.

– Muszę cię przeprosić za coś jeszcze – powiedziała.
Ben napełnił kieliszki i spojrzał na nią pytająco.
–   Przepraszam,   że   cię   oskarżyłam   o   to,   że   spowodowałeś   przeprowadzenie 

sekcji. Teraz już wiem, że domagał się tego jeden z pomocników Charliego.

Ben spuścił oczy.
– Muszę przyznać, że trochę mu pomogłem...
– W takim razie cofam swoje przeprosiny.

Wcale się nie pogniewała, przeciwnie: jego szczerość zrobiła na niej wrażenie. 

Cokolwiek zrobi czy powie, jestem zachwycona, pomyślała z niesmakiem. Dobrze, 
że chociaż zdaję sobie z tego sprawę.

– Oczywiście moja kolekcja stoi przed tobą otworem.
– Ben ruchem dłoni wskazał kasety i kompakty ustawione równo na półce.
– Dziękuję, chętnie skorzystam, a teraz może wreszcie zaczniemy jeść.
Skosztowała zupy i z niekłamanym zachwytem spojrzała na Bena.
–   Doskonałe,   jak   ty   to   robisz?   Cathryn   mówiła   mi,   że   jesteś   świetnym 

kucharzem, ale nie potraktowałam tego poważnie.

– To tylko takie moje hobby.
– Niezłe i bardzo pożyteczne.
Przez chwilę gawędzili, jedli i cieszyli się, że potrafią rozmawiać i jeść przy 

dźwiękach muzyki.

Potem oboje niemal równocześnie wrócili myślami do bulwersującej sprawy 

morderstwa.

background image

– Ciekawa jestem, czy wiesz coś o jej byłym mężu?
– zapytała Julia.
Ben uniósł kieliszek z winem i odstawił go na stół.
– Bruce Davoll... – Zmarszczył czoło. – Nie podoba mi się sposób, w jaki gra w 

kosza – rzekł powoli. – Jest strasznie agresywny. A co ty o nim wiesz?

– Cathryn mówiła mi, że bił Amber.
Ben skinął głową.
–   Słyszałem   o   tym.   Czy   Cathryn   powiedziała   ci   coś   o   problemach   z   ich 

rozwodem?

–   Mieli   podobno   jakieś   nie   rozwiązane   sprawy   finansowe,   ale   nie   wiem 

dokładnie, o co chodziło.

– Chyba o dom i knajpę. To była wspólna własność.
Julia uniosła kieliszek do ust i upiła łyk wina.
– Rozumiem.
– Co masz na myśli?
Zmarszczyła brwi.
– To, że Bruce skorzystał na jej śmierci.
Przez chwilę słychać było jedynie tykanie zegara.
– Myślisz, że Bruce Davoll zamordował swoją żonę?
Julia skrzywiła się.
– Miał powód.
– Żeby oskarżyć człowieka o morderstwo, trzeba czegoś więcej niż powód.
– Jest coś więcej. Znęcał się nad nią.
Ben w zamyśleniu pokręcił głową.
– To do niego nie pasuje, to jest zbyt chłodne i przemyślane. Bruce raczej by ją 

udusił gołymi rękami.

– Może masz rację, ale jakoś nikt inny nie przychodzi mi do głowy.
Znowu zamilkli i siedzieli tak bez słowa, z kieliszkami w rękach, zapatrzeni w 

ogień płonący na kominku.

– Nic nie wymyślimy – oświadczyła w końcu Julia.
– Lepiej pozmywam naczynia.
Ben zerwał się od stołu.
–   Wykluczone,   od   tego   mam   zmywarkę.   Zapomniałaś,   że   musimy   iść   po 

samochody?

On   też   zostawił   samochód   pod   komendą   policji.   Wieczór   był   łagodny   i 

background image

spokojny, i Julia z przykrością pomyślała, że nazajutrz wszystkie dzienniki Nowej 
Anglii ogłoszą wszem i wobec, że na cichej, uroczej wyspie Harmony popełniono 
morderstwo.

– Nie wysłuchaliśmy wiadomości o szóstej.
– Posłuchamy, co powiedzą o jedenastej.
Szła obok niego, starannie unikając jego bliskości, bo kiedy tylko musnął ją w 

przelocie, traciła wątek i nie potrafiła się skoncentrować.

–   Nie   męczy   cię   ta   codzienna   praca   w   redakcji?   –   zapytała,   żeby   coś 

powiedzieć.

– Nie. – Ben lekko się uśmiechnął. – Sam się w to wpakowałem i niczego nie 

żałuję.

Doszli do samochodu Julii i Ben spojrzał na nią w zamglonym świetle ulicznej 

latarni.

– Przyjdziesz jutro na tę konferencję prasową?
– Tak.
Otworzyła drzwiczki i położyła pudło z kasetami na siedzeniu. Chciała usiąść 

za kierownicą, ale Ben chwycił ją za ramię.

– Poczekaj.
Zwrócił ją ku sobie i stali teraz bardzo blisko siebie. Niewidzialny fluid, jaki 

między nimi był, stał się wyraźnie wyczuwalny.

– Pomyślałem, że Charlie bardzo cię zawiódł i...
Zamierza rozmawiać z nią o Charliem i zawodzie, jaki jej sprawił?
– I co?
– Zrobisz, co zechcesz, to nie moje sprawy, ale on teraz będzie miał wszystkich 

przeciwko sobie i może potrzebować kogoś bliskiego.

Ten facet nie przestaje jej zdumiewać!

– Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś – powiedziała ironicznie i rozejrzała się 

po parkingu.

Samochodu Charliego nie było.
– Wpadnę do niego po drodze – dodała poważniejszym głosem.
– Bardzo dobrze.
Rozmowa   wyglądała   na   skończoną   i   Julia   schyliła   się,   żeby   wsiąść   do 

samochodu.

– Poczekaj – rzekł Ben i jej serce ponownie mocniej zabiło.
– Co jeszcze?

background image

– Bardzo cię proszę, żebyś dzisiaj wieczorem dobrze zamknęła drzwi na klucz.
Odprężyła się nieco, niebezpieczeństwo minęło.
– Dobrze, ale chyba nie ma powodu do obaw.
– Wiem, ale zamknij drzwi na klucz.
– Zamknę, a teraz dobranoc, i jeszcze raz dziękuję za kolację.
Odwróciła się.
– Jest jeszcze coś...
– Słucham?
Odpowiedzi   nie   usłyszała;   zamiast   niej   poczuła   usta   Bena   na   swoich.   Nie 

odsunęła   się,   nie   zrobiła   żadnego   ruchu,   nie   była   w   stanie.   To   był   cudowny 
pocałunek...

– A teraz możesz jechać – szepnął.
Wolno otworzyła oczy i ujrzała jego przystojną, uśmiechniętą twarz. Chciała 

coś powiedzieć, ale nie mogła. Ben lekko dotknął palcem jej nosa.

– Dobranoc, i do jutra.

Niemal zapomniała odwiedzić Charliego. Dopiero po chwili świeże powietrze 

wpadające przez otwarte okno samochodu nieco ją orzeźwiło i pozwoliło zebrać 
myśli.

Komendanta  zastała za kuchennym stołem;  siedział, popijając wódkę. Przed 

nim stała napoczęta butelka. Julia zapukała i mimo braku zaproszenia weszła do 
środka.

– To nie jest najlepszy moment na wizyty – oznajmił Charlie, nie zwracając w 

jej stronę głowy. Nie widzącym wzrokiem patrzył tępo przed siebie.

– Wiem, widziałam cię przez okno.
Julia przysunęła sobie krzesło i usiadła. Gdyby nie zastała go nad butelką, może 

byłaby bardziej wyrozumiała, ale teraz cały jej gniew obudził się na nowo.

– Znasz nowiny?
– Tak – odparła, z trudem się hamując.
– Wiem. Ktoś mi powiedział, że widział cię w komendzie.
Julia odsunęła butelkę.
– Nie czekałam na ciebie, bo po tym, co usłyszałam, chciałam przez chwilę być 

sama – rzekła przez zęby.

–   Strasznie   mi   przykro,   to   wszystko   moja   wina.   –   W   głosie   Charliego 

zabrzmiało  pijackie rozrzewnienie. – Od trzydziestu lat robię w tym zawodzie, 
ludzie mi ufają, a teraz... – Pociągnął z kieliszka. – Najgorsze, że ja naprawdę 

background image

myślałem, że robię dobrze, ale nic mi nie wychodzi. Coś się porobiło i nie jestem 
już taki jak dawniej.

Julia oparła brodę na łokciach.
– Daj spokój i przestań się nad sobą rozczulać. Niedobrze mi się robi, jak tego 

słucham.

Spojrzał na nią zdumiony.

–   Zrobiłeś   błąd   i   sam   o   tym   wiesz.   Uznałeś   za   samobójstwo   coś,   co   było 

morderstwem.  Trudno, stało się, było, minęło. Teraz musisz  się zastanowić, co 
dalej.

Spojrzenie Charliego zmętniało; ręce opadły mu bezwładnie.
– Podam się do dymisji.
– Nie sądziłam, że z ciebie taki mięczak.
Nie zareagował tak, jak się spodziewała. Wzruszył tylko ramionami.
– Tak będzie najlepiej. Przyjedzie ktoś młodszy i lepszy ode mnie, i wszystkim 

się zajmie.

– Jednym słowem, zamierzasz pogrzebać całą swoją karierę i odejść ze sceny w 

niełasce?

Charlie przeczesał drżącą ręką siwe kosmyki.
– Co innego mi pozostało?
Spojrzała na niego ze złością, gotowa wypalić kazanie. Potrzebny mu będzie 

ktoś bliski... Przypomniała sobie słowa Bena i jej gniew się rozpłynął. Złość nic tu 
nie pomoże, krzykiem nic nie zwojuje, tylko jeszcze dodatkowo kopnie leżącego.

Usiadła bliżej i objęła Charliego ramieniem.
– Sam zadecydujesz, co masz zrobić. Oczywiście, możesz się podać do dymisji, 

wolny wybór, ale pamiętaj, że cię kocham i będę cię kochała bez względu na to, co 
zrobisz. Chciałam ci tylko powiedzieć, że nie powinieneś robić uników.

Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy.
– Wiem, że robisz to dla mojego dobra, ale nie rozumiesz jednego: ja jeszcze 

nigdy nie prowadziłem śledztwa w sprawie morderstwa.

– Wiem, ale sam mi zawsze mówiłeś, że wszystko kiedyś robi się pierwszy raz. 

Mówiłeś mi to przy tym stole, tutaj.

Charlie z uporem pokręcił głową i Julia mocniej go objęła.
–   Zrobisz   to,   jeśli   zechcesz.   To   tylko   zagadka,   a   każdą   zagadkę   można 

rozwiązać.   Porozmawiasz   z   ludźmi,   którzy   znali   Amber,   wyślesz   materiały   do 

background image

laboratorium. Po co ja ci to wszystko mówię? Przecież sam najlepiej wiesz, co 
robić. Zawsze mi mówiłeś, że po prostu trzeba zacząć, postawić pierwszy krok, a 
potem drugi, trzeci i tak dalej, aż do końca. Układanka sama się ułoży, zobaczysz, 
zacznij tylko działać.

Charlie wyprostował zgarbione plecy; Julia, zachęcona, mówiła dalej:
– Pomogę ci, jak tylko będę mogła. Zostaję tu jeszcze przecież ponad tydzień.
Spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa.
– Wolałbym, żeby cię przy tym nie było. Nie chcę, żebyś mnie widziała w 

takim stanie.

– Trudno, i tak zostanę.
Uśmiechnął się i to była dla niej największa nagroda.
– Nie wiem, od czego zacząć, maleńka, a tak bardzo chciałbym doprowadzić do 

końca tę sprawę.

Wiedziała, że nie ma wyjścia. Nie wolno jej dopuścić do jego dymisji; to by 

oznaczało koniec. Charlie zniszczy całą swoją przyszłość i zniweczy przeszłość, 
ludzie będą go źle wspominali, a on sam będzie żył w nieustannym poczuciu winy.

Nie zasłużył na taki los.

– Musisz to zrobić dla samego siebie, nie wolno ci się poddawać. Jest jednak 

jedno   „ale”:   przede   wszystkim   musisz   natychmiast   odstawić   wódę.   Alkohol 
niszczy cię fizycznie i okalecza emocjonalnie. To tylko chwilowo przynosi ulgę, 
Charlie.

Nigdy   nie   widziała,   żeby   się   czerwienił,   ale   właśnie   teraz   jego   policzki 

napłynęły krwią. Ujął jej rękę i lekko pocałował palce.

–   Masz   nieco   ponad   pięćdziesiąt   lat,   Charlie.   Możesz   przeżyć   w   zdrowiu 

następne trzydzieści, i dobrze o tym wiesz.

Pokręcił sceptycznie głową.
– Wiem, co mówię. Pauline umarła, ale ty musisz żyć.
Masz przed sobą kawał życia i musisz je przeżyć godnie.
Dlatego powinieneś się za siebie wziąć.
Teraz ona uniosła jego dłoń i przytuliła ją do swego policzka.
–   Zrób   to   dla   mnie,   Charlie,   jesteś   mi   bardzo   potrzebny.   Nie   mam   nikogo 

oprócz ciebie.

Odwrócił głowę, a potem zwrócił w jej stronę odmienioną nagle twarz.
– Najważniejszy jest pierwszy krok, prawda? – odezwał się mocnym głosem.
Poczuła, że w jej serce wstępuje nadzieja.

background image

– Tak, i na pewno trzeba go uczynić.

background image

8

Zgodnie   z   przewidywaniami   Bena,   media   rzuciły   się   na   sprawę   Amber   jak 

hieny.   Następnego   dnia   w   komendzie   policji   kręcili   się   telewizyjni   reporterzy; 
przybyło również czterech dziennikarzy z kontynentu. Julia weszła do niewielkiego 
pomieszczenia, gdzie miała się odbyć konferencja prasowa i przez chwilę miała 
ochotę zatkać sobie uszy. Harmider panował nieopisany.

– Julia!
Ben machał do niej z krzesła. Skierowała się w jego stronę.
– Zająłem ci miejsce.
– Dziękuję, nie spodziewałam się podobnych tłumów.
– I proszę, wykołowałaś ich wszystkich.
Uśmiechnął   się   do   niej   łobuzersko   i   siłą   się   powstrzymała,   żeby   nie 

odwzajemnić jego uśmiechu. Okazja nie była po temu.

Poprzedniego wieczoru, w czasie jej radiowego programu, telefon dzwonił bez 

przerwy.   Wiadomość   o   zabójstwie   Amber   rozeszła   się   lotem   błyskawicy   i 
zszokowała   bez   wyjątku   wszystkich.   Ludzie   nie   wierzyli   własnym   uszom   i 
dopytywali się, co zostało w tej bulwersującej sprawie zrobione.

Początkowo   Julia   nie   zamierzała   poświęcać   sprawie   morderstwa   zbyt   wiele 

czasu,   ale   wkrótce   została   do   tego   zmuszona.   Mogła   przecież   z   całą 
odpowiedzialnością potwierdzić ten trudny do zrozumienia fakt; była obecna przy 
oświadczeniu   Charliego   i   czuła   się   w   obowiązku   rozpowszechnić   prawdę. 
Najpierw   chciała   po   prostu   podać   sensacyjną   wiadomość   w   krótkim   serwisie 
informacyjnym z kraju i ze świata, ale potem postanowiła pominąć formalności i 
opowiedzieć o wszystkim ciepło i bezpośrednio, w stylu, w jakim zawsze zwracała 
się do swoich słuchaczy.

Kiedy skończyła i nastawiła muzykę, zadzwonił Ben.
– Co ty tam kombinujesz? – zapytał bez wstępów.
Głos miał serdeczny i porozumiewawczy, przywołujący wspomnienie bliskości, 

jaka się między nimi zrodziła tego wieczoru.

– Nic nie kombinuję – odparła swobodnie i wyobraziła sobie jego twarz tuż 

przy swojej w świetle księżycowej poświaty.

– Znam cię, ty czarownico.
– A co, moje prawo! Ja też pracuję w mediach.

background image

Powiedziawszy   to,   uświadomiła   sobie,   że   jako   osoba   dysponująca   nadającą 

codzienny program stacją radiową ma o wiele większy wpływ na opinię publiczną, 
niż ktoś redagujący tygodnik, w którym może co najwyżej skomentować minione 
już wydarzenia.

– Dobrze, nie będę cię dłużej zatrzymywał. Wiem, że pracujesz. Powiedz mi 

tylko, czy zjesz ze mną jutro lunch po tej konferencji prasowej?

Zawahała się, nie wiedząc, czy należy zacieśniać ich znajomość i dodatkowo 

komplikować sytuację. Z drugiej strony, można było to omówić właśnie podczas 
lunchu.

– Chętnie, to dobry pomysł. Masz coś jeszcze?
– Tak, puścisz coś specjalnie dla mnie?
– Jasne, a co chciałbyś usłyszeć?
– Piosenkę Lindy Ronstadt „Nawet nie wiesz, co do ciebie czuję”.
Powiedział   to   takim   zmysłowym   głosem,   że   odsunęła   słuchawkę   od   ucha, 

ogarnięta nagłym dreszczem. Chyba naprawdę będą musieli porozmawiać o tym, 
co się z nimi dzieje.

Konferencja prasowa nie była do tego najodpowiedniejszym miejscem. Właśnie 

wszedł Charlie i zajął miejsce na podium. Miał zaczerwienione oczy i spuchnięte 
powieki. Chyba wcale nie spał tej nocy, pomyślała Julia i zacisnęła dłonie, modląc 
się, żeby udało mu się godnie przedstawić oficjalny punkt widzenia.

Komendant   najpierw   podziękował   dziennikarzom   za   zainteresowanie   i 

przybycie na wyspę, po czym przyrzekł, że udzieli im wszelkich informacji – pod 
warunkiem,  że  nie  będą one  godzić  w dobro śledztwa.   Następnie  przeszedł  do 
omówienia   sprawy,   podając   podstawowe   dane:   imię   i   nazwisko   ofiary,   datę 
znalezienia zwłok i przypuszczalną godzinę śmierci. Nadmienił również, że zanim 
przeprowadzono   sekcję,   wszystko   wskazywało  na  to,  że  Amber  Davoll  zginęła 
śmiercią samobójczą.

–   A   teraz   proszę   państwa   o   pytania   –   zakończył   i   Ben   Grant   natychmiast 

podniósł rękę.

Czyżby   zamierzał   zapytać,   dlaczego   sekcję   przeprowadzono   z   takim 

opóźnieniem i zapędzić Charliego w kozi róg?

Inne ręce podniosły się również.
Charlie powiódł po sali zmęczonym wzrokiem i ku przerażeniu Julii zatrzymał 

się na Benie. Julia wstrzymała oddech; przecież on wie, że Ben może go zapytać o 
powód zaniedbań w śledztwie, że może go wydać na żer tych pismaków...

– Pan Grant, słucham.

background image

Charlie idzie prosto w paszczę lwa. Co za głupota...
Dopiero w sekundę później uświadomiła sobie, że to, co pochopnie uznała za 

głupotę, jest po prostu odwagą. Charlie postanowił stawić czoło najgroźniejszemu 
przeciwnikowi. Jego zachowanie było godne najwyższego szacunku. Poczuła, jak 
ogarnia ją radość i nadzieja.

– Wspomniał pan wczoraj, że strzał, który spowodował śmierć Amber Davoll, 

padł zapewne w chwili, kiedy ofiara była już nieprzytomna. Czy mógłby pan jakoś 
rozwinąć ten temat?

Do podziwu  dla  odwagi Charliego doszło  jej teraz  zdumienie  zachowaniem 

Bena.   Pytanie   było   tak   niewinne,   że   mógł   je   zadać   tylko   ktoś,   kto   chciał 
komendantowi ułatwić sytuację. Charlie zrozumiał to tak samo i uśmiechnął się 
pod nosem.

–   Tak,   mógłbym   –   odparł.   –   W   ciele   ofiary   znaleziono   ślady   silnego   leku 

psychotropowego...   –   zerknął   w   kartkę   –   flunitrazepamu,   którego 
rozpowszechnianie   jest   w   naszym   kraju   zakazane,   a   który   przenika   do   nas   z 
Meksyku   i   krajów   Ameryki   Południowej,   gdzie   jest   lekiem   oficjalnie 
dopuszczonym   do   sprzedaży   jako   preparat   uspokajający.   Jest   to   lek   o   bardzo 
silnym działaniu, bezwonny i pozbawiony smaku, dlatego łatwo go podać w jakimś 
napoju.   Ostatnio,   niestety,   bardzo   często   spotyka   się   go   w   miasteczkach 
uniwersyteckich. Głos zabrał inny dziennikarz:

– Czy ofiara została zgwałcona?
Julia zastygła sparaliżowana strachem.
– Nie.
Odprężyła się i usiadła nieco wygodniej.
– Czy przed śmiercią miała stosunek seksualny?
Charlie znowu zaprzeczył.
– Czy można przypuszczać, że ofiara została uśpiona flunitrazepamem, żeby 

można było łatwiej upozorować samobójstwo?

Charlie skinął głową.
– Jest to dopuszczalna hipoteza.
– Do kogo należała użyta broń?
– Broń była własnością ofiary. Zgodnie z zeznaniem ojca ofiary, Amber Davoll 

zakupiła broń, ponieważ mieszkała sama i obawiała się o swoje bezpieczeństwo. 
Trzymała ją zwykle przy łóżku.

Nikt   nie   zapytał,   czego   Amber   tak   bardzo   się   bała   na   spokojnej   wyspie 

Harmony, gdzie nikt nigdy na nikogo nie napadał. Julia pomyślała, że chodziło o 

background image

Bruce’a.

Pytania padały teraz jedno za drugim.

– Czy znaleziono jakieś ślady świadczące o tym, że do domu ofiary zabójca 

dostał się siłą?

– Nie.
– Czy stąd wniosek, że znała mordercę?
Charlie zastanawiał się tak długo, że Julia pomyślała, że musi nie mieć żadnych 

wątpliwości.   Amber   musiała   znać   swojego   mordercę;   morderca   też   ją   znał, 
wiedział, że ciężko przeżywa rozwód i ma w domu środki uspokajające; wiedział 
też, że przy łóżku trzyma rewolwer...

Wiedział,   że   wszyscy   uwierzą   w   jej   samobójstwo.   Wszystko   do   siebie 

doskonale pasowało.

– Wolałbym na razie wstrzymać się od odpowiedzi.
Nie znamy  jeszcze  dokładnego wyjaśnienia  w tej sprawie, a nie chciałbym, 

żeby moja wypowiedź stała się źródłem nie sprawdzonych pogłosek.

Ben znowu podniósł rękę.
– Czy ktoś z sąsiadów coś widział? Może zauważono blisko domu pani Davoll 

jakieś podejrzane samochody?

– To dosyć odludne miejsce, najbliższe domy znajdują się w sporej odległości. 

Nikt niczego nie zauważył.

– Czy już kiedyś spotkał się pan z tym narkotykiem na wyspie Harmony? – 

zapytał ktoś z drugiego końca sali.

– Nie, nigdy.
Ręka Bena znowu powędrowała do góry.
– Czy wiadomo, skąd się tutaj wziął?
– Na razie nie, ale wszczęto w tej sprawie energiczne śledztwo.
Julia oczami duszy ujrzała „energiczne śledztwo” wszczęte przez Charliego i 

jego liczącą dwie osoby ekipę.

Przymknęła   oczy.   Na   chwilę   zwątpiła,   czy   mordercę   Amber   kiedykolwiek 

dosięgnie sprawiedliwość...

– Kto ostatni widział Amber Davoll?
Charlie przechylił głowę i spod oka spojrzał na pytającego.
– Gdybym to wiedział, mógłbym spokojnie zamknąć śledztwo.
Na sali rozległy się ironiczne śmiechy. Ben zbliżył usta do ucha Julii.

background image

– Doskonale sobie radzi, od razu widać doświadczonego gliniarza.
Zerknęła na niego bez przekonania.
– Powiedz – szepnęła – dlaczego go oszczędzasz?
Ben wzruszył ramionami.
– To nasza wyspiarska sprawa, nikomu nic do tego.
Dopadnę go później.
Na twarzy Julii odmalował się podziw. Z każdą chwilą lubiła go coraz bardziej, 

zresztą nie tylko za jego lojalność wobec lokalnej społeczności... Przede wszystkim 
pociągał ją fizycznie, a oprócz tego lubiła w nim wszystko: jego poczucie humoru, 
błyskotliwość, dystans do samego siebie i sposób, w jaki gotował.

Charlie zaś mówił dalej:
– Pani Amber Davoll spędziła swój ostatni wieczór w towarzystwie rodziców. 

Wyszła z biura około piątej, poszła do domu, przebrała się, nakarmiła psa i udała 
się do mieszkających kilka ulic dalej rodziców na kolację. Wyszła od nich około 
wpół do dziewiątej, mówiąc, że zamierza obejrzeć telewizję i położyć się spać. Nic 
nie wskazywało na to, że czegoś się obawia.

Julia z wahaniem uniosła rękę i zapytała o to, o czym myśleli wszyscy.
– Czy kogoś już pan podejrzewa?
Charlie przesłał jej zupełnie prywatny uśmiech.
–   Nie,   na   razie   przesłuchujemy   ludzi,   badamy   ślady,   jesteśmy   w   stałym 

kontakcie ze stanowym laboratorium.

Jestem pewien, że wkrótce będziemy coś wiedzieli.
Odpowiedział jeszcze na kilka pytań i konferencja prasowa dobiegła końca. 

Komendant wycofał się do gabinetu i obecni z wolna zaczęli się rozchodzić.

Na schodach Ben niespodzianie objął Julię.
–   Jak   się   czujesz   po   tych   wszystkich   dodatkowych   szczegółach?   –   zapytał 

troskliwie.

Westchnęła.
– Nadspodziewanie dobrze. Mam takie wrażenie, że podanie pewnych faktów 

sprawiło, że sprawa Amber stała się po prostu łamigłówką, którą trzeba rozwiązać 
sprawnie i szybko.

– Jak to się mówi, została zobiektywizowana. – Ben uśmiechał się lekko. – Też 

myślę, że dobrze się stało.

Julia uniosła na niego oczy.
– A co z naszym lunchem?

background image

– Jestem do usług.
– Dokąd pójdziemy?
– A masz jakieś swoje ulubione miejsce?
Otworzył przed nią drzwiczki i wśliznęła się do samochodu.
– Co byś powiedział na lokal Bruce’a Davolla?
– Dlaczego akurat tam?
Ben usiadł za kierownicą.

– Słyszałam, że robią tam prawdziwą włoską pizzę, taką na cienkim spodzie.
Zwrócił ku niej zdziwione spojrzenie.
– Nie udawaj, przecież wcale nie masz ochoty tam iść.
Julia oparła się wygodnie i wsunęła ręce w kieszenie swetra.
– Nigdy cię nie interesowało, jak on reaguje na to wszystko?
– Nie, ponieważ nie podejrzewam go o popełnienie tej zbrodni. A ty?
Przygryzła wargi.
– Sama nie wiem, może.
– Chyba już o tym wczoraj rozmawialiśmy.
– Tak, ale mąż i narzeczony są zwykle najbardziej podejrzani.
– Komendant Slocum też pewnie to wie i wyciąga z tego odpowiednie wnioski.
– Skąd ta pewność? – zapytała i natychmiast poczuła się winna.
Ben położył rękę na jej ramieniu.
– Ty nie powinnaś wątpić w jego możliwości.
Drgnęła.
– Wcale w nie nie wątpię.
– To dlaczego w takim razie sama chcesz się zabawiać w detektywa?
– Zabawiać? Nie traktuj mnie jak małą dziewczynkę, którą można odesłać do 

kącika z lalkami.

Ben westchnął i uniósł oczy do nieba.
– Boże broń, nawet mi to do głowy nie przyszło. Zastanawiam się tylko, po co 

mamy tam iść. Wejdziesz do baru i powiesz: cześć, Bruce, zastanawialiśmy się 
właśnie z Benem, czy aby nie zabiłeś swojej żony, i wpadliśmy, żeby cię o to 
zapytać?

Julia roześmiała się cicho.
– Może rozegram to bardziej finezyjnie.
– Mam nadzieję, bo Bruce to facet, któremu raczej nie warto się narażać.
Spoważniała.

background image

– Coś o tym wiem.
Ben położył dłonie na kierownicy.
– W dalszym ciągu masz ochotę tam jechać?
– Tak, podobno mają bardzo dobrą kuchnię.
– W takim razie jedziemy, ale musisz uważać.

Bruce   Davoll   zrobił   pieniądze   głównie   na   turystach,   i   to   zwłaszcza   tych 

młodych. Jego lokal mieścił się tuż przy zejściu na plażę i od rana do wieczora 
rozbrzmiewał muzyką i gwarem mniej lub bardziej pijanych głosów. Muzyka była 
głośna,   potrawy   pikantne   i   gorące,   a   alkohol   podawano   bez   względu   na   wiek 
klienta.

Po   sezonie   stoliki   wstawiano   do   środka   i   bar   Davolla   stawał   się   po   prostu 

zwykłą nocną knajpą.

Bruce   zmienił   wystrój   wnętrza,   zastępując   muszle   i   plecionki   poprzedniego 

właściciela   elementami   sportowymi;   zainstalował   też   wielki   telewizor   stale 
nastawiony na jakiś sportowy kanał.

Latem organizował na plaży zawody siatkówki, zimą  grywał w kosza. Stąd 

właśnie znał go Ben.

Kiedy weszli, Bruce stał za barem i podrygiwał w rytm jakiegoś utworu Guns 

N’Roses. Żadnego klienta nie było.

Ben   wszedł   do   środka   z   lekkim   ociąganiem,   niepewny,   czy   dobrze   zrobił, 

przyprowadzając   tutaj   Julię.   Instynkt   mówił   mu,   że   Bruce   nie   zabił   żony   – 
potwierdzało to jego zachowanie w czasie pogrzebu – ale bał się, że gdyby Bruce 
jednak   to   uczynił,   Julia   swoimi   pytaniami   i   podejrzeniami   ściągnie   na   siebie 
niebezpieczeństwo.

– Cześć, Bruce – powiedział od progu.
Bruce obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem.
– Można jeszcze coś zjeść?
– Tak, ale trzeba poczekać jakieś dziesięć, piętnaście minut.
Bruce podniósł dwa kartony puszek z piwem, jakby nic nie ważyły, i ustawił je 

na półce. Miał na sobie obcisłą koszulkę, pod którą prężyły się mięśnie. Zlepione 
żelem krótkie jasne włosy błyszczącym hełmem opinały mu czaszkę.

Jego spojrzenie popłynęło ku Julii. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że dla 

własnego   dobra   powinien   przez   chwilę   zachowywać   się   jak   istota   ludzka   i 

background image

uśmiechnął się uprzejmie.

Skoro   był   właścicielem   baru,   musiał   od   czasu   do   czasu   krzywić   twarz   w 

uśmiechu, ale Ben nigdy jeszcze tego nie widział. W czasie meczu koszykówki 
Bruce nie uśmiechał się nigdy.

Ben objął Julię i wprowadził do środka. Czuł, że jest zdenerwowana i napięta. 

Nie   wiedział,   czy   z   powodu   miejsca,   w   którym   byli,   czy   też   z   powodu   jego 
bliskości.   Na   razie   wolał   w   to   nie   wnikać.   Nie   można   wykluczyć,   że   z   obu 
powodów naraz.

Poprzedniego dnia, kiedy ją pocałował, wiedział już,
że   będą   tego   następstwa.   Wiedział   to   właściwie,   zanim   ją   pocałował. 

Niepotrzebnie   pogłębiał  ich  znajomość.   To  nie   ma   sensu,   nie  mają  przed  sobą 
przyszłości. Wiedział to i ona to wiedziała. A jednak pocałował ją. Nie mógł się 
powstrzymać, a od tamtej pory marzył tylko, żeby pocałować ją znowu.

Wiedział, że Julia mimo przyjemności, jaką jej sprawił, żałowała, że pozwoliła 

mu na to. Dosłyszał to w jej głosie, kiedy wieczorem zadzwonił do studia.

Najrozsądniej byłoby dać sobie spokój. Zapomnieć o niej, wycofać się. Ale Ben 

wcale nie chciał zachowywać się rozsądnie i nie chciał o niej zapominać. Wolał 
zapomnieć   o   tym,   że   Julia   niedługo   wyjedzie   i   –   nacieszyć   się   jej   krótką 
obecnością.

Nie wiedział, co robić, i miał nadzieję, że Julia uczyni coś, co zasugeruje jakieś 

wyjście. Julia tymczasem podeszła do baru i wyciągnęła do Bruce’a rękę.

– Cześć.
– Witaj, widziałem cię na pogrzebie.
– Przepraszam, że nie podeszłam, żeby ci złożyć kondolencje.
Ben   próbował   ukryć   zdumienie.   Biorąc   pod   uwagę   to,   co   wiedziała   o   jego 

stosunkach z Amber, zachowywała się zdumiewająco.

–   Byłabyś   jedyna.   Nikomu   jakoś   nie   przyszło   do   głowy,   żeby   mi   składać 

kondolencje.

–   Wiem,   że   byliście   w   trakcie   rozwodu,   ale   przecież   siedem   wspólnie 

spędzonych lat też coś znaczy. Wierz mi, bardzo ci współczuję.

– Dziękuję. Czego się napijecie?

Błyskawicznie   położył   przed   nimi   podstawki.   Bruce   był   zwalisty,   ale   nie 

ociężały. Był szybki i wcale niegłupi. Ben, który rozgrywał z nim mecze, wiedział, 
że jako przeciwnik może być bardzo niebezpieczny.

– Dla mnie jakiś zimny napój – rzekła Julia, sadowiąc się na stołku.

background image

– Sam Adams – dopowiedział Ben.
Bruce zaczął przygotowywać napoje.
– Nie wiedziałem, że się znacie.
– Bo wcale się nie znamy – szybko odparowała.
– Dopiero się poznajemy – wyjaśnił Ben z uśmiechem.
Bruce postawił przed nimi szklanki.
– Uważaj na niego – zwrócił się do Julii. – To niebezpieczny facet.
– Doprawdy? – Julia obdarzyła swojego sąsiada powłóczystym spojrzeniem i 

zamrugała rzęsami.

Na zapleczu coś się poruszyło i po chwili do sali weszła młoda kobieta. Julia 

poznała Nicole Normandin, kelnerkę i przyjaciółkę Bruce’a. Nicole ubrana była w 
czarną   minispódniczkę   i   obcisły   sweterek   ze   złotymi   aplikacjami.   Bez   słowa 
zaczęła przecierać stoliki, od czasu do czasu zerkając w stronę nowych klientów.

–   Te   ostatnie   wiadomości   o   okolicznościach   śmierci   Amber   są   naprawdę 

straszne. – Julia przyciszyła głos i wzdrygnęła się.

Niezła komediantka, pomyślał z podziwem Ben.
– Chodzi ci o to, że to mogło być morderstwo? – zapytał Bruce.
Ben porozumiewawczo ścisnął ramię Julii, lecz nie zwróciła na niego uwagi.

– Tak, właśnie.
– Pewnie, że to okropne. – Bruce potrząsnął głową, ale jego twarz nie zmieniła 

wyrazu.

Julia pociągnęła łyk ze szklanki, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia.
– Wracamy prosto z konferencji prasowej – dorzuciła jakby nigdy nic. – Podali 

mnóstwo szczegółów.

– Tak?
Bruce bez zainteresowania zaczął przecierać blat.
–   Powiedzieli,   że   podczas   sekcji   wykryto,   że   przed   śmiercią   została 

oszołomiona za pomocą jakiegoś narkotyku.

Powiedziała   to   spokojnym   i   pewnym   głosem,   ale   jej   ręce   pod   stołem   nie 

przestawały   miąć   papierowej   serwetki.   Ben   opiekuńczym   ruchem   otoczył   ją 
ramieniem. Bruce pozostał niewzruszony.

– Wiem, też o tym słyszałem. Komendant Slocum był u mnie dziś rano.
– Charlie tutaj był?
– Tak.
Ben poczuł, jak plecy Julii sztywnieją.

background image

– Czego chciał? – zapytała.
Teraz się zacznie, przeszło przez myśl Benowi.
– Pytał, czy Amber coś mi mówiła, czy czegoś się bała, takie tam, jak zwykle. – 

Bruce wytarł ręce o koszulkę. – Niestety, niewiele mogłem mu pomóc, bo sam nic 
nie wiem. Nic a nic.

Mówiąc   to,   spojrzał   na   Julię   jakoś   tak   dziwnie   i   Ben   poczuł,   że   sprawy 

przybierają niedobry obrót. Głos Julii leciutko zadrżał.

– W każdym razie mam nadzieję, że ktokolwiek to zrobił, szybko go złapią. – 

Rozejrzała się. – Miłe miejsce, nigdy tu nie byłam.

Twarz Bruce’a jakby się rozjaśniła.
– To wszystko moje dzieło!
– Możesz być z niego dumny. – Julia odwróciła się na stołku i spojrzała na salę. 

– Gdzie mamy usiąść?

– Gdzie chcecie, a ja tymczasem zajrzę do kuchni – odrzekł Bruce i zwracając 

się do kelnerki, dorzucił: – Nicky, masz klientów!

Julia błyskawicznie odsunęła się od baru. Nie mogła ani sekundy dłużej patrzeć 

na   tego   bydlaka.   Miała   ochotę   złapać   go   za   kudły   na   piersi,   potrząsnąć   nim   i 
wykrzyczeć, że wie, jak podle traktował Amber. Opanowała się jednak i teraz była 
z tego dumna.

– I co o tym sądzisz? – zapytał Ben, kiedy usiedli przy stoliku.
– ...

– Chciałaś zobaczyć jego reakcję.
– Nie reaguje normalnie, cały czas jakby się czaił.
Ciekawe dlaczego.
Przerwała,   bo   do   stolika   podeszła   Nicole.   Położyła   przed   nimi   menu   i   z 

wymuszonym uśmiechem zapytała, czy mają ochotę na specjalność zakładu.

Bruce najwyraźniej lubił określony typ kobiet. Podobnie jak Amber,  Nicole 

była bardzo ładna, miała długie jasne włosy i niebieskie oczy. W przeciwieństwie 
do Amber jednak, w jej spojrzeniu było coś twardego.

Widać   było,   że   bardzo   dba   o   swój   wygląd.   Była   starannie   umalowana   i 

uczesana,  elegancko ubrana, drugie kolczyki miała  dopasowane do aplikacji na 
swetrze. Paznokcie miała pomalowane na ten sam kolor co usta. Julia mogła się 

background image

założyć, że ma również pomalowane paznokcie u nóg. Ben pytająco spojrzał na 
swoją towarzyszkę.

– W dalszym ciągu masz ochotę na pizzę?
– Tak.
– W takim razie poprosimy dwie pizze.
Nicole wyjęła ołówek i notesik.
– Jakiego rodzaju?
– Może z tymi tutejszymi kiełbaskami, co ty na to?
– zwróciła się Julia do Bena.
– Doskonale.
Nicole   przyjęła   zamówienie,   odwróciła   się   i   zamierzała   odejść,   kiedy   Julia 

nagle ją zatrzymała.

– Jeszcze chwileczkę.
– Tak? Słucham, coś podać?
– Nie przypominasz mnie sobie?
Nicole z namysłem zmarszczyła czoło.
– Może, coś jakby...
– Nazywam się Julia Lewis. Chodziłam do szkoły z twoim bratem.
– Ach, tak. – Nie była zaskoczona, tak jakby od początku o tym wiedziała. 

Może rozmawiała z bratem? Julia przypomniała sobie, że braci Normandin było 
dwóch.

– To ty prowadzisz tę audycję w radio – rzekła Nicole.
– Tak.
– Słuchałam cię wczoraj. Nie pracowałam, a ponieważ jakiś klient mówił coś o 

twoim programie, postanowiłam posłuchać. Bardzo mi się podobało.

Do Nicole znacznie bardziej pasowałby program, jaki Julia robiła w Kalifornii...
– Dzięki. A jak tam Jake?
–   W   porządku.   Mieszka   na   Rhode   Island   i   pracuje   na   statku   rybackim. 

Przynajmniej tak było, kiedy z nim rozmawiałam ostatnim razem.

– Ożenił się?
– Jest rozwiedziony.
– Możesz mi podać jego adres albo numer telefonu?
Nicole przez chwilę się namyślała.
– Niestety, nie mam przy sobie.
– Mogłabym do ciebie zadzwonić?

background image

– Jasne. – Uważniej przyjrzała się Julii. – Chcesz się skontaktować z moim 

bratem?

Przeniosła wzrok na Bena, jakby chciała sprawdzić, jak zareaguje.
–   Tak.   Koleżanka   za   tydzień   organizuje   spotkanie   naszej   klasy.   Mieszkam 

daleko stąd i dla mnie to jedyna okazja, żeby wszystkich zobaczyć.

Szczere zdziwienie Bena uświadomiło jej, że nie zdążyła mu o tym powiedzieć.
– Będzie fajnie – uśmiechnęła się Nicole.
– Mam nadzieję.
W   tej   samej   chwili   ukazał   się   Bruce;   spojrzał   na   Nicole   i   dziewczyna 

natychmiast gorliwie zaczęła układać na stole sztućce.

–   Pizza   będzie   gotowa   za   jakieś   piętnaście   minut   –   powiedziała   szybko.   – 

Gdyby coś było potrzebne, proszę zawołać.

Uśmiechnęła się nerwowo i zniknęła w kuchni.

Julia odezwała się dopiero po chwili:
– Miałam wrażenie, że cały czas czegoś się boi, a ty?
– Też tak myślę.
Pociągnęła łyk mineralnej wody.
– Mam nadzieję, że ta mała wie, co robi, spotykając się z Bruce’em. Myślisz, że 

mieszkają razem?

– Nie, on ma mieszkanie tutaj, nad restauracją, a ona wynajmuje mały domek 

na Old Harbor Road.

– Mieszkają oddzielnie, bo on jeszcze nie ma rozwodu, tak?
– Nie mam pojęcia. Myślę raczej, że on nie traktuje ich związku aż tak bardzo 

poważnie. Coś kiedyś wspominał, że chodzi mu tylko o seks.

Julia skrzywiła się.
– Rozmawia o tym z ludźmi? Może w takim razie wiesz, od jak dawna są 

razem?

– Od jakichś dwóch miesięcy. Słyszałem plotki, że Nicole zawsze się w nim 

podkochiwała, nawet kiedy był jeszcze z Amber.

– Ciekawe...
Powiedziała to tak dziwnym głosem, że Ben odstawił szklankę i spojrzał na nią 

zaskoczony.

– Co masz na myśli?
– Pomyślałam, że oto zjawiła się druga osoba, której Amber przeszkadzała.
Wzruszył ramionami.

background image

– Przecież to niepoważne.
–   Przeciwnie.   –   Julia   odwróciła   się,   szukając   wzrokiem   Nicole.   –   Ciekawe 

swoją drogą, gdzie ona była w czwartek wieczorem.

Twarz Bena spoważniała.
–   Chyba   jednak   przesadzasz.   Jeśli   koniecznie   chcesz,   zapytaj   Charliego. 

Komendant nie ma zwyczaju rozmawiać o tej sprawie z osobami postronnymi, ale 
sądzę, że dla ciebie jest gotów zrobić wyjątek.

Teraz ona spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Strasznie cię to poruszyło. O co ci chodzi?
Powiódł wzrokiem po jej twarzy i zatrzymał go na ustach.
– Przepraszam – rzekł łagodniejszym już głosem. – Wiem, że nie mam prawa 

mówić ci, co masz robić, ale bardzo się o ciebie boję.

Spuściła oczy i wbiła wzrok w papierową serwetkę.
– To miło, ale nie ma takiej potrzeby.
Zrozumiała, że nadszedł właściwy czas; trzeba sprawę postawić jasno.
– Ben, musimy chyba porozmawiać.
– O czym?
– O tym, co się wydarzyło wczoraj wieczorem.
– Masz na myśli to, że cię pocałowałem?
Niepotrzebnie zaczęła, skoro nie wiedziała, co chce mu powiedzieć.
– Ben, posłuchaj – wybąkała – ja nie mam ochoty na żaden związek, w ogóle o 

tym nie myślę. To nie jest właściwy moment, a już na pewno nie mam ochoty 
związać się z kimś z tej wyspy. Chyba o tym wiesz.

Ben patrzył na nią bardzo spokojnie.
–   Może   cię   zawiodę,   ale   wczoraj   zamierzałem   tylko   cię   pocałować,   a   nie 

zaproponować ci małżeństwo.

Julia gwałtownie się zaczerwieniła; chyba oszalała,
żeby mówić takie rzeczy komuś, kto wszystko bierze tak lekko.
– Wiem – odrzekła z udaną swobodą – ale wiele rzeczy zaczyna się właśnie od 

pocałunku, a w ciągu tygodnia niejedno może się wydarzyć.

Ben zmrużył oko.
– Mam nadzieję.
– Jesteś okropny.
– Wcale nie. Po prostu myślę, że świetnie do siebie pasujemy i że możemy 

spróbować, co też ten tydzień nam przyniesie.

background image

Powiedział to z rozbrajającą szczerością i postanowiła dorównać mu pod tym 

względem.

–   Nie   zamierzam   ukrywać,   że   bardzo   mi   się   podobasz,   ale   uważam,   że 

powinniśmy trochę bardziej nad sobą panować.

– Dlaczego? Oboje jesteśmy dorośli, nie mamy innych zobowiązań.
– W takim razie co proponujesz?
–   Nie   mam   żadnych   konkretnych   planów,   jestem   otwarty   na   wszystko.   – 

Pochylił się i ujął jej rękę. – Sądzę, że możemy spokojnie zaufać instynktowi i 
zobaczyć, co z tego wyniknie.

Poczuła jakiś dziwny ból w sercu.
– Nie mogę – powiedziała.
– Dlatego, że za tydzień wyjeżdżasz?
– Może i tak.
– Nie uważasz, że to mógłby być cudowny tydzień?
Czuła, że brakuje jej tchu.
– Ja nie chcę... sobie... komplikować życia.

– Wcale ci nie chcę go komplikować.
– W takim razie nic już nie mów.
Ben zamilkł; przez chwilę namyślał się.
– Przykro mi, ale nic ci nie mogę obiecać.
– Przestań!
Uśmiechnął się.
– Dobrze, już nic nie mówię, teraz twoja kolej. Następny ruch należy do ciebie. 

Co ty na to?

– To bardzo dobrze. W ten sposób mamy gwarancję, że następnego ruchu nie 

będzie.

Roześmiał się, dźwięcznie, intrygująco.
– Jesteś bardzo pewna siebie!
– Możemy się nawet założyć.
Wcale nie była pewna siebie, niczego już nie była pewna, gdy tak patrzyła w 

jego niebieskie oczy.

Na szczęście do stolika właśnie podeszła Nicole i wręczyła Julii karteczkę z 

numerem swojego telefonu.

– Dzisiaj krócej pracuję. Możesz zadzwonić do mnie po ósmej.
Julia miała ochotę ją zapytać, czy w tamten czwartek też tak krótko pracowała, 

background image

ale Nicole wydała jej się tak drobna i krucha, że wszystkie podejrzenia, jakie w 
stosunku do niej żywiła, nagle się rozwiały.

– Dziękuję – powiedziała tylko i schowała kartkę do torebki.
Potem zaczęła opowiadać Benowi o planowanym przyjęciu u Cathryn i nie było 

już mowy o tym, co się między nimi dzieje.

Przekonała   Charliego,   że   powinien   wziąć   udział   w   jej   programie   i   przez 

godzinę,   od   wpół   do   ósmej   do   wpół   do   dziewiątej,   odpowiadać   na   pytania 
słuchaczy.  Charlie  ustąpił   dopiero,  gdy  mu  powiedziała,   że  kiedy  wypowie   się 
przez radio, ludzie przestaną zamęczać go pytaniami, dzwoniąc na posterunek i do 
domu.

Toteż przez całą godzinę odpowiadał na pytania słuchaczy telefonujących do 

studia. Był bardzo rzeczowy i opanowany, mimo że telefon dzwonił bez przerwy. 
Pytania były sformułowane dość sensownie, ale z wszystkich przebijał strach. Tak 
jakby   nagle   na   wyspie   wszystko   się   zmieniło.   Ludzie   zdali   sobie   sprawę,   że 
mordercą   może   być   każdy:   sąsiad,   przypadkowy   przechodzień,   jakiś   człowiek, 
którego   niechcący   potrąciło   się   na   poczcie.   Nikt   otwarcie   nie   podważał 
kompetencji komendanta Slocuma, ale z wielu wypowiedzi przebijał brak poczucia 
bezpieczeństwa. Kilka osób zapytało nawet, czy komendant dostanie jakieś posiłki 
z zewnątrz...

Julia nie chciała powiększać obaw słuchaczy. Przeciwnie, miała nadzieję, że 

rozmowa z Charliem uspokoi ludzi i sprawi, że nabiorą pewności siebie. Kiedy 
jednak spoglądała w ciemniejące nad zatoką niebo, czuła, jak ją też ogarnia jakiś 
dziwny niepokój.

– Chciałam państwu przypomnieć – powiedziała na zakończenie audycji – że 

możecie dzwonić do komendanta Slocuma z każdą informacją. Może ktoś z was 
widział coś w ostatni czwartek, może wydarzyło się coś, co wtedy wydało się wam 
zwyczajne,   ale   teraz   może   dostarczyć   jakiejś   dodatkowej   ważnej   informacji   i 
skierować śledztwo na właściwy ślad.

Podała numer policji, ale kiedy po chwili znowu zadzwonił telefon, zrozumiała, 

że chyba nie wszyscy go zanotowali.

– Mieszkam na Settlers Neck Road – powiedziała jakaś kobieta, nie podając 

swojego nazwiska – i zwykle wypuszczam wieczorem psa około dziesiątej, żeby 
sobie godzinkę pobiegał. O tej porze nikomu nie przeszkadza, za domem jest las, 
pies sobie biega i węszy za królikami. W tamten czwartek wrócił zziajany po kilku 

background image

minutach, cały był czymś popryskany, jakby amoniakiem czy czymś takim. Musiał 
w lesie kogoś spotkać, ale kto o tej porze chodzi po lesie?

Julia   uprzejmie   podziękowała   słuchaczce   za   telefon   i   opanowanym   głosem 

przypomniała numer posterunku policji. Dopiero po chwili poczuła, że włosy jeżą 
jej się na głowie. Nie musiała sprawdzać na mapie: wiedziała, że las, o którym 
mówiła kobieta, zaczyna się tuż za domem Amber.

background image

9

Zerknęła na zegar; dochodziło wpół do dziewiątej.
–   Niestety,   czas   spędzony   z   naszym   gościem   dobiegł   końca   i   musimy   już 

pożegnać   komendanta   Charliego   Slocuma.   W   imieniu   własnym   i   wszystkich 
słuchaczy dziękuję, że zechciał tu do nas przyjść pomimo nawału zajęć, jakie ma 
ostatnio.

– Bardzo państwu dziękuję – dodał Charlie z wyraźną ulgą w głosie.
– Przechodzimy do naszej cowieczornej audycji muzycznej. Tu radio Harmony, 

mówi   Julia   Lewis.   Będę   z   wami   do   godziny   dziesiątej,   więc   usiądźcie   sobie 
wygodnie przy kominku i zostańcie ze mną.

Puściła muzykę i z uśmiechem spojrzała na Charliego.
– Byłeś doskonały.
Potarł ręką czoło.

– Robiłem, co mogłem.
– Wiem, a jak tam śledztwo?
– Pomalutku.
– Co myślisz o tym ostatnim telefonie?
Machnął lekceważąco ręką.
– To była Dottie Carrolton, poznałem po głosie. Ten jej głupi, stary pies pewnie 

spotkał w lesie skunksa.

Julia spojrzała na niego spod oka.
– Słyszałam, że dziś rano odwiedziłeś Bruce’a.
– To chyba zrozumiałe. Bez przerwy z kimś gadam;
słyszysz, jaką mam chrypę?
Postanowiła   go   nie   naciskać;   Charlie   naprawdę   robił,   co   mógł,   żeby   nie 

powiedzieć nic konkretnego w sprawie śledztwa.

– Nie musisz mi nic mówić, ale nie kryję, że bardzo jestem ciekawa, czy ten typ 

ma jakieś alibi na czwartkowy wieczór – powiedziała mimo to.

Charlie skinął głową.
– Do jedenastej siedział w swojej knajpie, kelnerka to poświadczyła.
Teraz   nie   miała   już   wątpliwości,   że   Charlie   przesłuchiwał   Bruce’a   jako 

podejrzanego.

– Ale przecież Amber mogła zginąć po godzinie jedenastej. Wiadomo tylko, że 

background image

zamordowano ją przed północą.

– Tak, może nawet później. Ale Davoll zeznał, że po pracy poszedł do swojej 

dziewczyny i przebywał u niej całą noc.

W jego głosie wyraźnie usłyszała wahanie.
– Na pewno?
–   Dziewczyna   to   potwierdza   –   oznajmił,   dając   tym   samym   mimo   woli   do 

zrozumienia, że przesłuchiwał również Nicole. – Trochę to się wszystko co prawda 
kupy nie trzyma, bo na przykład samochód Davolla całą noc stał pod barem, ale...

– I jak oni to tłumaczą?
– Powiedzieli, że w samochodzie Bruce’a wyczerpał się akumulator i pojechali 

do Nicole jej samochodem.

– Wierzysz im?
– Jestem gliną, maleńka. Nikomu nie wierzę, ale dopóki nie mam dowodów, nic 

nie mogę zrobić. – Skrzywił się. – No, na mnie już czas.

Klepnął się po kolanie, ale nie wstał, jakby coś go jeszcze męczyło.
– Strasznie mi przykro, że tak wyszło. Myślałem, że spędzimy więcej czasu 

razem, że sobie pochodzimy, pogadamy, ale ta sprawa zabiera mi każdą wolną 
chwilę.

– Nie przejmuj się. Mam co robić, wcale się nie nudzę.
– Widziałem cię dziś rano z Benem Grantem. Co się dzieje?
– Sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami.
– To niedobrze.
Próbowała uśmiechnąć się pocieszająco.
– Nie martw się, nic z tego nie wyjdzie. Wiem, że go nie lubisz. Zresztą, za 

tydzień już mnie tu nie będzie.

– Tak mówisz, jakbyś żałowała.
Spojrzała przed siebie, wprost na widoczne za oknem światła zatoki.
– A gdyby tak było?
Czekała, aż Charlie się obruszy, ale nic takiego nie nastąpiło.

– Powiedziałbym, że życie nie jest łatwe.
– Bo nie jest.
Charlie wstał.
– Teraz naprawdę muszę już iść.
Odprowadziła go do drzwi.
– Może znowu tu wpadniesz jutro pogadać ze słuchaczami?

background image

– Nigdy w życiu. – Zatrzymał się w progu. – Ale ty możesz jutro do mnie 

zadzwonić. Powiem ci, jak będzie coś nowego.

– Dobrze. Trzymaj się, Charlie. – Pocałowała go w policzek. – I dobrze się 

wyśpij.

– Przyrzekam. A ty zamknij drzwi na klucz.
Stała przez chwilę w drzwiach, patrząc na niknące w oddali światła samochodu 

policyjnego. Na wyspę zeszła spokojna, cicha noc. W Los Angeles nie widywało 
się takich nocy. Nigdy dotąd nie zwróciła jednak uwagi na to, jak bardzo ciemno 
jest na Harmony. W porcie błyskało kilka świateł, ale na terenie posiadłości Fincha 
panował gęsty mrok. Wzdrygnęła się mimo woli.

Lubiła ciszę, spokój i samotność, ale po tej ostatniej rozmowie telefonicznej 

wolałaby widzieć obok siebie jakąś żywą istotę. Wokół domu Fincha również były 
lasy.   Pomyślała,   że   Charlie   chyba   niesłusznie   tak   zbagatelizował   telefon 
właścicielki psa.

Automatycznie jej myśli pobiegły w stronę Bena; cóż łatwiejszego, jak wziąć 

telefon   i   wystukać   jego   numer...   Ben   natychmiast   przyjedzie   dotrzymać   jej 
towarzystwa. Przecież sam powiedział, że następny ruch należy do niej.

Ale   czy   tylko   dotrzyma   jej   towarzystwa?   Czy   nie   stanie   się   nic   więcej? 

Przyznał przecież, że dzieje się z nimi coś dziwnego. Ona też nigdy nie czuła 
czegoś podobnego w stosunku do żadnego mężczyzny. Żaden w tak krótkim czasie 
nie stał się jej tak bliski. Zanim się spostrzegą, coś się wydarzy i ona...

Ona zostanie ze złamanym sercem.
Odrzuciła myśl o wezwaniu Bena i wróciła do studia. Najlepszym lekarstwem 

na takie stany ducha jest praca.

Następnego dnia północny wiatr gnał po niebie ciemne chmury, w każdej chwili 

grożąc ulewą. Harmony szykowała się do jesieni. Julia jak zwykle rano włożyła 
sportowe   buty   i   pobiegła   na   codzienny   jogging.   Pomyślała,   że   warto   by   się 
przebiec   po   lasku,   o   którym   wspomniała   Dottie   Carrolton.   Zwykle   robiła   to 
niedaleko domu Prestona.

Skręciła w najbliższą ścieżkę i po kilku metrach została zatrzymana. Strażnik 

powiedział,   że   do   lasu   nikomu   nie   wolno   wchodzić   i   nie   kwapił   się   wyjaśnić 
dlaczego.   Julia   zbytnio   nie   nalegała;   zrozumiała,   że   Charlie   stanął   jednak   na 
wysokości zadania.

Skoro już wyszła z domu, postanowiła załatwić kilka spraw. Poszła do banku 

background image

zrealizować czek, zrobiła jakieś zakupy, zajrzała na pocztę. W pewnej chwili ze 
zdumieniem spostrzegła, że stale krąży wokół budynku redakcji „Island Record”.

Poprzedniego wieczoru Ben nie zadzwonił. Czekała na jego telefon, ponieważ 

zwykle kontaktował się z nią wieczorem, i poszła spać zawiedziona jak dziecko, 
któremu przed snem odmówiono czekoladki.

Myślała,   że   przez   noc   o   nim   zapomni,   ale   obudziła   się   z   myślą   o   nim   i 

nieprzepartą chęcią zobaczenia go natychmiast.

Po raz któryś mijała jego biuro, zastanawiając się, pod jakim pretekstem może 

do niego wejść. Mimo że sama się przed sobą do tego nie przyznawała, czuła, że 
jego widok jest jej potrzebny jak powietrze. Przy Benie czuła się lekka, radosna i 
szczęśliwa.

Najlepszy powód, żeby natychmiast stąd prysnąć.
Poszła w stronę domu i przypomniała sobie, że zamierzała zajrzeć do Nicole. 

Dzwoniła do niej poprzedniego wieczoru, ale nikt nie odpowiadał.

Mogła oczywiście jeszcze raz do niej zadzwonić, ale wolała spotkać się z nią 

osobiście.

Domek, w którym mieszkała Nicole, był maleńki i niemal całkowicie zasłonięty 

starymi   sosnami.   Wejście   zagradzały   zwalone   pnie.   Julia   podeszła   pod   drzwi   i 
przez chwilę wahała się, czy zapukać.

Nie miała zwyczaju składać wizyt bez zaproszenia. Znajdowała się jednak na 

Harmony, a tu panowały  nieco inne obyczaje niż w wielkich miastach.  Ludzie 
zachowywali się bardziej swobodnie i często wpadali do siebie bez uprzedzenia. 
Zapukała głośno kilka razy.

Drzwi otworzyły się po dłuższej chwili. W wąskiej szczelinie ukazała się twarz 

Nicole. Dziewczyna miała na sobie zielone kimono, głowę – zawiniętą grubym 
ręcznikiem. Bez makijażu wyglądała o wiele młodziej.

– O co chodzi?
–   Przepraszam,   że   ci   przeszkadzam,   ale   właśnie   tędy   przechodziłam   i 

przypomniałam sobie, że miałyśmy się skontaktować.

Drzwi   otworzyły   się   nieco   szerzej.   Oczy   Nicole   też   się   rozszerzyły   ze 

zdziwienia.   Wydawała   się   nie   kojarzyć,   po   co   właściwie   miałyby   się 
„kontaktować”.

– Miałaś mi dać telefon swojego brata – przypomniała jej Julia.
Lodowate   spojrzenie   Nicole   nie   zmieniło   się   ani   na   jotę.   Błękit   jej   oczu 

przywodził na myśl dalekie lodowce. Julia poczuła się nieswojo.

background image

– Będziesz mogła  mi go podać? Nie zajmę ci dużo czasu; widzę, że jesteś 

zajęta.

–   Owszem,   mam   bardzo   dużo   pracy   w   barze,   więc   jak   mam   trochę   czasu, 

staram się coś zrobić w domu.

Mimo  to otworzyła drzwi na całą szerokość i zaprosiła Julię do środka. W 

starej, ale dobrze utrzymanej kuchni unosił się zapach papierosów.

Wszędzie znać było ślady robienia porządków. Na suszarce stały świeżo umyte 

naczynia, uprane tenisówki suszyły się na grzejniku, kosz z mokrą bielizną stał na 
kuchennym stole.

Mimo że w kuchni było kilka krzeseł, Nicole nie poprosiła, by Julia usiadła. 

Szybkim krokiem podeszła do telefonu i spisała numer brata z małego, leżącego 
obok aparatu notesiku. Bez słowa podała swemu gościowi karteczkę.

Kiedy   to   robiła,   zielone   kimono   rozchyliło   się   lekko   i   Julia   ujrzała   na   jej 

ramieniu wielki siniak.

– Dziękuję – wykrztusiła.
Nicole   skierowała   się   ku   drzwiom,   lecz   Julia   nie   poszła   za   nią.   Nie   miała 

zamiaru wychodzić. Wiedziała, że podobna okazja może się już nie powtórzyć.

– Czy mogłabym chwilkę z tobą porozmawiać?
Nicole wymownie spojrzała na zegar i niechętnie skinęła głową.
– To ważne. Chodzi o Bruce’a.
– Co ma do tego Bruce?
Julia ujęła ją za rękę i wskazała rozległy siniak.
– To.
Nicole przez chwilę jakby nie rozumiała; potem gwałtownym ruchem zakryła 

ramię.

– Uderzyłam się o stół, w pracy.
Julia   nie   zamierzała   z   nią   dyskutować;   wiedziała,   że   wtedy   Nicole   jeszcze 

bardziej się w sobie zamknie. Nie zamierzała jednak ustępować.

– Po prostu martwię się o ciebie, Nicole. Wiem, jak Bruce obchodził się z 

Amber, a agresywny mężczyzna nigdy się nie zmienia.

– On mnie nie bije.
– Może, ale to tylko kwestia czasu.
– Nic nie rozumiesz, on mnie kocha.
– Amber też kiedyś kochał.
– Tak, ale ona tego nie doceniała – oświadczyła Nicole zaciętym głosem. – 

background image

Zadawała się z każdym napotkanym facetem, nawet w obecności Bruce’a. Sama to 
widziałam. A co robiła, kiedy nikt jej nie widział... Żaden mężczyzna nie zniósłby 
czegoś podobnego.

– I dlatego, twoim zdaniem, miał prawo ją bić?
–   Nie,   ale   świetnie   rozumiem,   dlaczego   to   robił.   Ja   jestem   zupełnie   inna, 

zupełnie.

Julia westchnęła z rezygnacją. Nicole nie chciała znać prawdy i broniła się 

przed nią wszelkimi siłami.

– Posłuchaj – rzekła. – Wiem, że mi nie wierzysz, ale przyrzeknij, że będziesz 

na siebie uważać. To bardzo niebezpieczny facet; nawet się nie domyślasz.

– Nie rozumiem.
Julia spojrzała jej prosto w oczy.
– Przecież wiesz, kto skorzystał na śmierci Amber.
Bruce.
–   To   nie   znaczy,   że   ją   zabił.   On   nawet   muchy   by   nie   zabił.   Jest   bardzo 

wrażliwy. – Odwróciła wzrok. – Nic mu nie udowodnicie, całą noc był ze mną. Już 
to powiedziałam na policji, oboje to powiedzieliśmy.

– Byłaś z Bruce’em przez całą czwartkową noc?
Nicole spojrzała na nią z nie skrywaną niechęcią.
– Tak. Kiedy ktoś mordował twoją przyjaciółkę, my kotłowaliśmy się w łóżku.
Chciała ją zranić i osiągnęła swój cel. Julia z trudem zachowała spokój.
– Wiem, że to zabrzmiało paskudnie – ciągnęła Nicole – ale chcę być z tobą 

szczera.   Nie  mogę   udawać,   że  lubiłam  Amber.  Jest   mi  oczywiście   przykro,  że 
zginęła, i tak dalej, ale jestem zadowolona, że zniknęła z życia Bruce’a. Chciała mu 
zabrać wszystko: dom, samochód, łódź. A przede wszystkim jego bar. Nie zależało 
jej na tym, żeby mieć tę knajpę, ona po prostu chciała, żebyśmy my nic nie mieli. 
Chciała nam zatruć życie. Nie lubiłam jej i nie zamierzam jej opłakiwać. Teraz 
nareszcie Bruce może znajdzie trochę szczęścia.

– Nie wiedziałam, że między wami to takie poważne.
– Oczywiście, że poważne, a jak myślisz?
Nicole urażona otworzyła przed Julią drzwi.

– A teraz muszę już cię pożegnać, mam kupę roboty.
– Dziękuję za telefon brata i przepraszam, że ci zajęłam tyle czasu.
Nicole milczała.

background image

– Wiesz, kto mógł zabić Amber? – zapytała niespodziewanie Julia.
– Nie mam zielonego pojęcia.
Lodowate spojrzenie było puste i mroczne.
– Gdybyś się czegoś dowiedziała, zadzwoń na policję, dobrze?
Nicole z ociąganiem skinęła głową.
– A gdybyś chciała z kimś porozmawiać, zadzwoń do mnie. Będę tu jeszcze 

przez jakiś czas.

– Dobrze, oczywiście.
Mówiąc te słowa, Nicole zamknęła Julii drzwi przed nosem.

Wróciła do domu, rozpaczliwie pragnąc wypełnić czymś popołudnie. Starannie 

opracowała wieczorny program, a potem zadzwoniła do Cathryn, żeby się jakoś 
umówić.

Przyszła do niej i pomagała jej w ogródku, podczas gdy Bethany, pięcioletnia 

córeczka   Cathryn,   jeździła   wokół   nich   na   trzykołowym   rowerku.   Przyjaciółka 
koniecznie   chciała   zatrzymać   ją   na   kolacji,   lecz   Julia   odmówiła,   nie   chcąc 
nadużywać jej gościnności.

–   W   takim   razie   masz   przyjść   na   kolację   jutro.   Nie   chcę   słyszeć   żadnych 

wymówek.

Następnego dnia była sobota i zapowiadał się najbardziej samotny wieczór w 

tygodniu, więc Julia wyraziła zgodę. Wieczorem po prostu zapowie słuchaczom, że 
w sobotę audycji nie będzie, i nieco sobie odpocznie. Nie ma przecież obowiązku 
nadawać codziennie; robi to społecznie, z dobrej woli; jeśli zechce, może wcale nie 
nadawać. Mimo to czuła się odpowiedzialna za radiosłuchaczy i nie chciała ich 
zawieść.

Wieczór   wreszcie   nadszedł,   niosąc   z   sobą   zimny   deszcz.   Julia   siedziała   w 

studio i nadawała muzykę, od czasu do czasu spoglądając w okno; po szybach 
spływały strugi wody. Częściowo odnalazła już spokój ducha, który opanowywał ją 
zwykle, kiedy pracowała. Coś jednak nadal było nie tak. Tylko co?

Telefon zadzwonił dopiero po godzinie. Podniosła słuchawkę z przekonaniem, 

że dzwoni słuchacz z prośbą o jakiś konkretny utwór, a także z nadzieją, że może 
jednak to Ben. Na samą myśl o tym mocno zabiło jej serce.

W miarę jednak, jak słuchała relacji swego rozmówcy, uśmiech znikał z jej 

twarzy. To nie był słuchacz, i nie był to Ben. Telefon dotyczył Amber, a informacje 
były porażające.

background image

Ben właśnie pisał artykuł, słuchając audycji Julii, kiedy na biurku zadzwonił 

telefon. – Ben? To ja, Julia.

Serce   zabiło   mu   mocniej.   Przez   cały   dzień   nieustannie   o   niej   myślał, 

zastanawiając   się,   pod   jakim   pretekstem   do   niej   zatelefonować   albo   wpaść. 
Wyrzucał sobie, że zbyt pochopnie przerzucił piłeczkę na jej pole i teraz nie może 
zrobić żadnego ruchu.

– Witaj – powiedział swobodnym głosem. – Co tam u ciebie?
– Nie mogę długo mówić, prowadzę audycję, ale pomyślałam, że może jesteś 

ciekaw, czego się właśnie dowiedziałam.

Ben   podszedł   do   okna   tak   blisko,   jak   na   to   pozwalał   sznur   telefoniczny,   i 

spojrzał   w   stronę   masztu.   Z   powodu   deszczu   czerwone   światełko   było 
niewidoczne.

Usłyszał stłumiony ze wzruszenia głos Julii:
– Czy wiesz coś o... romansie Amber?
– O romansie? – Ben ze zdziwienia uniósł wysoko brwi. – O jakim romansie?
– Z pewnym żonatym mężczyzną.
– Amber miała romans z żonatym facetem?
– Przed chwilą właśnie się o tym dowiedziałam.
– Od kogo?
– Tego ci nie mogę powiedzieć.
– Charlie już o tym wie?
– Jeszcze nie. Zadzwonię do niego zaraz po rozmowie z tobą.
Ben namyślał się przez chwilę.
– Czy znam tego faceta?
– Wolałabym o tym nie mówić przez telefon.
Już  miał   zapytać  „dlaczego  nie?”, ale  powstrzymał   się,  dostrzegając  w  tym 

szansę. Uśmiechnął się do siebie.

– Bardzo jesteś zajęty? – zapytała Julia cichutko.
Omal nie zapiał z zachwytu.
– Zaraz do ciebie jadę.
W mroku nocy, za zasłoną deszczu, dom Prestona i radiowe studio tonęły w 

morzu świateł.

background image

–   Jaka   to   mądra   dziewczynka   –   mruknął   do   siebie   Ben,   wyskakując   z 

samochodu.

Julia otworzyła drzwi, zanim zdążył zastukać.
– Cześć, wejdź.
Jej piękne, ciemne oczy miały jakiś niezwykły wyraz.
Poszedł za nią w kierunku studia, nie spuszczając wzroku z jej bioder opiętych 

spódniczką, na którą opadał luźny czerwony sweter. Już sam jej widok budził w 
nim nieopisaną radość.

– Poczekaj chwilkę – rzekła, siadając za konsolą.
Usadowił się na krześle naprzeciwko niej, podparł ręką brodę i wsłuchał w 

cudowny głos Julii.

– Na termometrze mamy dziś sześć stopni i pada deszcz, barometr ciągle spada. 

Nad ranem może się nieco rozjaśnić i temperatura ma się podnieść w ciągu dnia. 
Jeśli chcecie jutro spędzić dzień na świeżym powietrzu, nie rezygnujcie!

Zerknęła w swoje notatki.
– Co my tu dzisiaj mamy? Aha, dzwoniła Lillian Dumont z Billings Road i 

mówiła, że ma do oddania dwa szczeniaki. Jeśli kogoś to interesuje, niech do niej 
zadzwoni pod numer 2927. A teraz z aksamitnej mgły wyłoni się sam Mel Torme.

Zdjęła słuchawki i Ben poczuł, jakby i on zanurzył się w aksamitnej mgle.
– Jesteś niesamowita.
Zaczerwieniła się.
– Dzięki. Napijesz się kawy?
– Nie. Powiedz mi, czego się dowiedziałaś o Amber.
Co z tym romansem?

Julia   odwróciła   się   na   obrotowym   krześle   w   jego   stronę,   podkuliła   nogi   i 

obciągnęła spódnicę.

–   Osoba,   która   do   mnie   dzwoniła,   pracowała   z   Amber   w   banku.   Prosiła   o 

niepodawanie jej nazwiska, więc wybacz, że dotrzymam tajemnicy.

– Jasne.
– Powiedziała, że przyjaźniła się z Amber i wie, że Amber spotykała się z ich 

szefem, Jeffem Parkerem.

– Z Jeffem? Kto by pomyślał!
– Znasz go?
– Grywam z nim w kosza.
Julia uśmiechnęła się i Ben poczuł, że jeszcze chwila, a eksploduje.

background image

– Czy tutaj nikt nie robi nic innego, tylko gra w koszykówkę? – zapytała.
– Zimy na wyspie są długie. Nie ma co robić, więc gramy w kosza, gawędzimy 

sobie o polityce, chodzimy do kościoła na zebrania...

– I romansujemy – dokończyła Julia. – Zupełnie nie mogę uwierzyć, że Amber 

się na coś takiego zdobyła!

– I to z Jeffem Parkerem. Przecież on musi mieć co najmniej czterdzieści pięć 

lat.

– Tak, ale świetnie się trzyma. I jest bardzo przystojny.
Jej uwaga nie wiedzieć czemu rozdrażniła go.
– A do tego żonaty i dzieciaty – dodał z przekąsem.
– Moja informatorka też mi to powiedziała. Jeff Parker ma troje dzieci, które 

uwielbia, nowy wielki dom przy Settlers Neck Road i żonę, która zamieniłaby mu 
życie w piekło, gdyby się dowiedziała, że ją zdradza.

Julia wstała, nastawiła nową taśmę, i wróciła do poprzedniej pozycji.
– Czy jego żona mogła się czegoś domyślać? – zapytał Ben.
– Chyba tak. Moja informatorka powiedziała, że w zeszłym tygodniu Amber 

pokłóciła się z Jeffem w biurze.

Mówili cicho, więc nie słyszała szczegółów, ale się domyśliła, że Jeff chce 

przestać się z nią spotykać. Amber się na to nie zgadzała i groziła mu, że jeśli ją 
zostawi, nada sprawie rozgłos.

Przez chwilę patrzyli sobie znacząco w oczy.
– Niesamowite! – westchnął w końcu Ben. – Jeff robił wrażenie takiego fajnego 

faceta. Można powiedzieć: wzorowy ojciec rodziny.

–   Do   tego   ma   niezłą   pozycję.   Jak   się   dowiedziałam,   jest   prezesem   Izby 

Handlowej.

– Tak. Należy do wszystkich bardziej szacownych stowarzyszeń na wyspie, 

udziela się w kościele, wszędzie go pełno. Pewnie dlatego jego żona niczego się nie 
domyślała; takiego zajętego faceta trudno podejrzewać, że kręci coś na boku.

Oczy Julii rozbłysły.
– Może w końcu jednak czegoś zaczęła się domyślać.
Może to ją należy podejrzewać!
Ben zawahał się, potem otrząsnął i w końcu wzruszył ramionami.
– Powód to nie wszystko. Gdybyśmy podejrzewali każdego, kto miał powód...
– Masz rację. Ale bywają powody i powody. Żona Jeffa jest bardzo bogata, on 

sam sporo zarabia, ale to nic w porównaniu z jej majątkiem. Dziesięć razy mogłaby 

background image

go kupić. W razie rozwodu jej prawnicy nie zostawią mu ani grosza. Jest jeszcze 
kwestia   dzieci.   Gdyby   się   rozstali,   ona   zabrałaby   prawdopodobnie   dzieci   do 
Michigan, skąd pochodzi.

– Skąd ty to wszystko wiesz?
Nie mógł dłużej wytrzymać; wyciągnął rękę i dotknął jej włosów.
– Od mojej informatorki, pani X.
– Jakaś stara plotkara...
Lekko dotknął palcem jej nosa.
– Nie sądzę.
Pani   X   samotnie   wychowywała   dziecko   i   bardzo   jej   zależało   na   stałych 

dochodach;   nie   zaryzykowałaby   dobrze   płatnej   pracy   w   banku,   żeby   sobie   po 
prostu poplotkować.

– Dzwoniłaś do Charliego?
– Tak.
– I co on na to?
– Był bardzo zdziwiony. – Julia zmarszczyła brwi. – Obiecał, że to wszystko 

posprawdza, ale... sama nie wiem. Nieraz myślę, że niepotrzebnie go namówiłam, 
żeby sam prowadził tę sprawę. Może dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby ją oddał 
w ręce policji stanowej.

Ben nie spodziewał się podobnie krytycznej opinii. Zaczął już pisać artykuł o 

sprawie Amber Davoll, ale postanowił wstrzymać się z publikacją do następnego 
numeru.   Uznał,   że   warto   dać   Slocumowi   tydzień   na   rozkręcenie   śledztwa.   Na 
komentarze   i   zarzuty   zawsze   będzie   czas.   Nie   zamierzał   oczywiście   czekać   w 
nieskończoność; społeczność wyspy ma prawo domagać się sprawnie działających 
organów ścigania.

Nie odezwał się. Bez względu na to, jak oceniał pracę komendanta, wolał, żeby 

Julia nie straciła do niego zaufania. Jest przecież w jej życiu kimś bardzo ważnym.

– Czy mógłbym sam coś wybrać? – zapytał, zmieniając temat i ruchem głowy 

wskazując półki z nagraniami.

– Bardzo proszę.
Wstał i podszedł do półek. Julia powiodła za nim wzrokiem.
–   Nie   wiem,   dlaczego   pani   X   nie   zadzwoniła   najpierw   do   Charliego. 

Powiedziałam, żeby ze wszystkim dzwonili na policję.

– Wszystkiemu winien twój głos. Sposób, w jaki mówisz, i to co mówisz. W 

twoim wykonaniu wszystko jest intymne i osobiste. Ludzie uważają, że jesteś kimś 
bardzo bliskim. – Spojrzał na nią przez ramię. – Na pewno już ci to mówiono.

background image

Odwróciła wzrok. Owszem, już to słyszała, ale nigdy od kogoś takiego jak Ben.
Ben   zaś   wybrał   płytę   w   starej,   zmiętej   okładce   i  położył   ją   przed   Julią   na 

konsoli.   Było   to   „Heavenly”   w   wykonaniu   Johnny’ego   Mathisa,   niezwykle 
romantyczna płyta sprzed czterdziestu lat.

Julia spojrzała na okładkę.
– Którą piosenkę wybierasz?
– Wszystko jedno, każda jest dobra.
Wrócił na swoje krzesło, nie przestając  na nią patrzeć. Ręce Julii zadrżały; 

drżały też, kiedy włączała aparaturę i kładła płytę na adapterze. Jej profil delikatnie 
rysował się na tle zalanej deszczem szyby. Po chwili znowu zabrzmiał jej magiczny 
głos i Ben leciutko przymknął oczy.

Wymieniła tytuł piosenki i zamilkła, bo Ben przekręcił obrotowe krzesło, na 

którym siedziała, w swoją stronę. Zrobiła zdziwioną minę.

– Wezwałaś mnie tutaj tylko dlatego, że chciałaś mi powiedzieć o romansie 

Amber?

Chciał, by mu wyznała prawdę i żeby sama zdała sobie sprawę z tego, co czuje.
– Ja... chciałam cię zapytać, czy... mamy coś z tym zrobić...
– Reszta należy do Charliego. Przekazałaś mu informacje i niech z nimi robi, co 

chce.

Z   ociąganiem   skinęła   głową.   Wiedziała,   że   Ben   ma   rację,   ale   miała   zbyt 

osobisty stosunek do tej sprawy, żeby tak od razu zrezygnować z poszukiwania 
mordercy na własną rękę.

Ben przysunął się i położył dłonie na poręczach jej krzesła.
– To wszystko?
Przygryzła wargi.
– Jesteś pewna?
Po co właściwie go wzywała? Przecież mogła mu wszystko powiedzieć przez 

telefon.

–   Chciałam   z   tobą   porozmawiać   o   tym,   o   czym   mówiliśmy   wczoraj   przy 

lunchu.

– A o czym mówiliśmy?
Żeby chociaż trochę się odsunął... Czuła się uwięziona i przyparta do muru.
– Zastanawialiśmy się, czy mamy się widywać. Myślałam o tym i doszłam do 

wniosku,   że   byłoby   głupio,   gdybyśmy   z   tego   zrezygnowali.   Musimy   tylko 
pamiętać, że ja za kilka dni wyjeżdżam... Ale możemy przecież przez ten czas się 
spotykać. Powinniśmy tylko uważać, żeby sprawy nie zaszły za daleko.

background image

– Narzucić sobie pewne ograniczenia, czy tak?
– No właśnie.
Ujął jej dłonie i pocałował czubki palców.
– Mam nadzieję, że nie przekroczyłem jeszcze żadnych granic?
– Nie.
– A teraz?
Delikatnie pocałował ją w usta.
– Jak to oceniasz? – zapytał.
– Przestań się tak dopytywać, bo zwariuję!
Jednym ruchem podniósł ją z krzesła i więcej już o nic nie pytając, zamknął w 

ramionach. Natychmiast pożałowała, że kazała mu przestać gadać.

Jego następny pocałunek w niczym nie przypominał poprzedniego. Był długi i 

namiętny; więcej mówił o pożądaniu niż najdłuższe tyrady.

– Poczekaj – szepnęła, wyrywając się z jego objęć.
– Płyta zaraz się skończy.
Niechętnie   ją   puścił,   a   ona   rzuciła   się   ku   konsoli,   przez   chwilę   nie   bardzo 

wiedząc,   co   właściwie   ma   zrobić.   Potem   sięgnęła   po   płytę,   którą   zamierzała 
nastawić, ale płyta wyśliznęła się jej z drżących rąk i upadła na podłogę. Julia 
pochyliła się, by ją podnieść, ale tylko niezręcznie popchnęła ją nogą jeszcze dalej. 
Czas naglił.

Ben chwilę wcześniej odwrócił się w stronę okna i zapatrzył w padający deszcz. 

Julia ze zgrzytem włączyła mikrofon.

– Słyszeliście... – zaczęła nieswoim głosem – płytę Johnny’ego Mathisa... – 

odchrząknęła – to znaczy „Heavenly”...

Ben podszedł, stanął za nią i zaczął całować jej włosy.
Modliła się, żeby nikt nie zauważył, co dzieje się z jej głosem, ale to było chyba 

niemożliwe.

Całował teraz jej kark... Zadrżała. Zerknęła na zegar i termometr; powinna teraz 

podać czas i temperaturę... Pokój wokół niej zawirował i nie miała już wątpliwości, 
że   kiedy   się   odezwie,   wszyscy   zrozumieją,   co   się   dzieje   w   radiowym   studio 
Prestona Fincha.

– Puścimy... teraz coś... innego... to znaczy za chwilę... Tu Julia Lewis... radio 

Harmony...

Uniosła oczy na Bena.
– Zostańcie ze mną.

background image

10

Ledwo zdążyła powiedzieć te słowa i odsunąć usta od mikrofonu, Ben znowu 

zaczął ją całować. Przechyliła się do tyłu na obrotowym krześle, ryzykując, że się 
przewróci na podłogę. Była jednak w tak przedziwnym stanie, że nie zdziwiłaby 
się, gdyby po upadku zaczęła unosić się nad ziemią.

– Boże – szepnął Ben – coraz lepiej nam to wychodzi. Wzrokiem poszukał 

potwierdzenia   w   jej   oczach.   Milcząc,   lekko   powiodła   palcem   po   jego   ustach. 
Podniósł ją z krzesła i przytulił całym ciałem. Objęła go za szyję, nie walcząc już 
dłużej z tym, co działo się między nimi. Ich usta spotkały się znowu.

Muzyka   wypełniająca   studio   stanowiła   romantyczne   tło   rozgrywającej   się 

sceny.   Julia   miała   wrażenie   czegoś   nierealnego   i   całkowicie   oderwanego   od 
rzeczywistości, uczucie potęgowane jeszcze przez strugi deszczu i nieprzenikniony 
mrok za oknem. Tak jakby jej marzenia spełniały się oto w ramionach mężczyzny, 
który sprawiał, że odrywała się od ziemi i szybowała gdzieś w przestrzeni.

Ben całował ją i czuła, że coraz bardziej go pragnie. Nie była niewinna, ale jej 

doświadczenie w sprawach seksu było raczej skromne. Na studiach miała przelotny 
romans z kolegą – jak to później zrozumiała, z ciekawości raczej niż z miłości – 
potem kolejno nastali Brian i David. Żaden z tych związków nie satysfakcjonował 
jej   w   pełni.   Jej   dotychczasowa   wstrzemięźliwość   nie   miała   nic   wspólnego   z 
wyrzeczeniem; spowodowana była raczej brakiem potrzeb.

Nie   znała   dotąd   tego   ognia,   który   rozpalał   w   niej   Ben;   tej   ociężałości   w 

piersiach i gotowości oddania się mężczyźnie. Ben całował teraz jej szyję. Gdy 
poczuła  jego ręce  pod swoim swetrem,  jej  piersi  naprężyły  się.  Usłyszała  jego 
szept:

– Kochanie, tutaj pewnie jest jakieś wygodniejsze miejsce? Długo tak stać nie 

mogę...

Otworzyła oczy i powiodła zamglonym wzrokiem po wnętrzu studia. Widziała 

tu tylko krzesła...

– Chyba nie będziesz chciała stąd wyjść.
– Nie mogę, mam jeszcze godzinę programu.
– Trudno, chodź tutaj.
Ben opadł na obrotowe krzesło i pociągnął ją za sobą.
Płyta   dobiegała   już   końca,   kiedy   usłyszeli,   że   przed   dom   podjeżdża   jakiś 

samochód. Julia szybko obciągnęła spódnicę.

background image

– Och, nie, tylko nie to – jęknęła, słysząc, że ktoś parkuje na podjeździe.

Ben lekko rozluźnił uścisk.
– Spodziewasz się kogoś?
– Nie. – Siedziała bez ruchu, nie mając siły wstać z jego kolan. Odsunęła się 

nieco. Po chwili wstała z ociąganiem i dłonią przeczesała włosy, zapięła stanik i 
podeszła do okna. Ze zdziwieniem spostrzegła, że samochód zawraca i odjeżdża. 
Mimo deszczu i mgły poznała wóz policyjny Charliego.

Poczuła, jak zalewa ją fala wstydu. Charlie tu był! Charlie zobaczył samochód 

Bena   i   wycofał   się!   Ciekawe,   co   sobie   pomyślał.   Jeśli   słuchał   radia,   musiał 
zauważyć, że tego wieczoru puszcza płyty w całości, utwór po utworze, czego 
nigdy dotąd nie robiła.

Lekko dotknęła palcem nabrzmiałych ust, czując żal, że jej przerwano. Ben 

podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.

– Kto to był? Slocum?
– Tak.
Czuła się tak, jakby właśnie zdradziła Charliego. Ben obrócił ją ku sobie, ale 

nie uniosła ku niemu twarzy.

– Wolisz zapomnieć o tym, co tu przed chwilą robiliśmy?
Przełknęła ślinę i skinęła głową. Ramiona Bena opadły; cofnął się o krok.
– Jednym słowem, musimy się „hamować”?
Prawie się roześmiała. Jak mogła kiedykolwiek myśleć, że to, co między nimi 

jest, można powstrzymać?

Ben ujął ją za rękę i podprowadził do konsoli.
– Mam wrażenie, że twoi słuchacze na dzisiaj mają dość Johnny’ego Mathisa.

Został przy niej do końca audycji, a potem, kiedy przestała nadawać, poszedł z 

nią do salonu i pokazał, jak rozpalić ogień w starym kominku Prestona Fincha.

Przyniosła z kuchni ser i krakersy oraz butelkę wina i siedząc, zapatrzeni w 

ogień, zaczęli sobie opowiadać o tym, co działo się z nimi do chwili, kiedy się 
spotkali.   Wspomnienia   z   dzieciństwa,   lata   szkolne,   ulubione   książki   i   filmy, 
zwierzęta, które hodowali – wszystko to pojawiało się przed nimi niczym stary 
film, i zanim się spostrzegli, zegar wskazał drugą nad ranem.

Julia odprowadziła Bena do drzwi, czując, że musi  się jeszcze wiele o nim 

dowiedzieć. Mogłaby go tak słuchać bez końca. Było już jednak bardzo późno i nie 
chciała   przesadzać.   I   tak   udało   im   się   w   miarę   rozsądnie   zakończyć   wieczór 

background image

rozpoczęty szaleństwem w studio.

– Co robisz jutro? – spytał, zapinając kurtkę.
– Jutro... – Z trudem zebrała myśli. – Jutro idę na kolację do Cathryn.
– Może przedtem wybrałabyś się ze mną na wycieczkę kajakiem?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Miałabym pływać kajakiem?
– To bardzo łatwe; na pewno ci się spodoba.
Patrzył na nią tak, że miała ochotę odwrócić się i uciec, zatrzaskując za sobą 

drzwi.

– Dobrze – odparła pośpiesznie – ale ranek muszę mieć dla siebie.
Musi przecież zrobić kilka rzeczy; między innymi musi zadzwonić do brata 

Nicole Normandin.

–   Jasne,   jak   mogłem   o   tym   zapomnieć   –   odparł   lekko   drwiącym   tonem.   – 

Zresztą, ja przecież też mam rano mnóstwo zajęć.

– A co zamierzasz robić?
Pytanie zabrzmiało zdawkowo, ale kryło w sobie pragnienie poznania każdej 

chwili jego życia.

– Muszę iść do pracy. Mamy lekkie opóźnienie. Zwykle oddajemy materiał do 

drukarni w piątek po południu, ale tym razem z powodu tego, co zaszło, muszę 
wprowadzić pewne zmiany. Tytułową stronę trzeba przerobić, napisać komentarz, 
dołączyć kilka zdjęć, i tak dalej. Słowem, jest co robić nawet w sobotę.

Trzeba   przerobić   tytułową   stronę?   Napisać   komentarz?   Dołączyć   zdjęcia? 

Ciekawe, jak on zamierza naświetlić rewelacje dotyczące śmierci Amber?

Ben czytał w jej myślach.
– Nie martw się, będziesz zadowolona. Jeden z moich dziennikarzy zrobił o niej 

świetny reportaż; rozmawiał z ludźmi, którzy ją znali, w tym z waszymi dawnymi 
nauczycielami. Do tego zdobył doskonałe zdjęcia: Amber jako królowa piękności, 
Amber na lipcowej paradzie. Do tego damy wzmiankę dotyczącą przestępczości na 
wyspie i kilka fotografii historycznych.

– A jaki będzie twój wkład w tak starannie opracowany numer?
W dalszym ciągu była zaniepokojona pomysłem wydania numeru specjalnego z 

okazji morderstwa.

– Jak zwykle napiszę artykuł wstępny.
– Rozumiem, i wspomnisz w nim o tym, że niesłusznie odwleczono sekcję.
Skinął głową.

background image

– Nie mogę tego pominąć, przecież to bardzo ważny epizod tej sprawy.
Nie potrafiła ukryć smutku. Ben ujął jej twarz w dłonie, jego błękitne oczy 

poszukały jej spojrzenia.

–   Nie   przejmuj   się.   Postaram   się   nikogo   za   to   nie   obwiniać.   Charliemu 

potrzebny jest spokój, a nie nękanie oskarżeniami.

Nie odwróciła wzroku.
– Jak długo potrwa ten okres ochronny?
– Nie wiem. Może jeszcze tydzień. Potem rzucam rękawicę. Dotyk jego dłoni 

na jej twarzy sprawił, że przestała myśleć o tym, co Ben opublikuje w gazecie. On 
też zdawał się o tym zapominać, lecz oboje wiedzieli, że to nie jest dobry pomysł. 
Gdyby teraz zaczęli się całować, nie poprzestaliby na jednym pocałunku, a potem... 
potem mogłoby się stać to, do czego nie chcieli dopuścić.

Delikatnie uwolniła się z jego ramion.
– O której mam być jutro gotowa?
Zrozumiał, dlaczego się wycofała, i westchnął z rezygnacją.
– Wpadnę po ciebie w południe. Nic nie jedz, zrobimy sobie piknik.
– Dobrze.
Spojrzał na nią zawiedzionym wzrokiem.
– W takim razie do jutra.

Nazajutrz   wcześnie   rano   Julia   zadzwoniła   do   Jake’a   Normandina.   Podniósł 

słuchawkę prawie natychmiast.

– Tu Jake, słucham.

Uśmiechnęła się, słysząc jego tak dobrze znany, nieco ochrypły głos.
– Witaj, mówi Julia Lewis.
Na chwilę zapadła cisza, tak jakby Jake szukał czegoś w pamięci.
– Julia! – wykrzyknął wreszcie. – Co tam u ciebie słychać?
– Pomalutku, a jak ty?
Próbowała   go   sobie   wyobrazić;   ciekawe,   jak   wygląda   Jake   o   dziesięć   lat 

starszy? Pewnie utył, ale jego otwarta, szczera twarz na pewno się nie zmieniła.

– Można wytrzymać.
Przez   jakiś   czas   rozmawiali   o   swojej   pracy,   o   tym,   gdzie   mieszkają   i   jaką 

straszną tragedią jest śmierć Amber. Potem Julia wyjaśniła prawdziwą przyczynę 
swojego telefonu.

background image

Pomysł klasowego spotkania przypadł Jake’owi do gustu.
– Kto jeszcze przyjdzie?
– Na razie wiadomo, że na pewno będzie Cathryn, ja, Mike Fearing, Tyler 

O’Banyon i Barry Devine. Reszta ma jeszcze odpowiedzieć. Nie wiedzą, czy im się 
uda przyjechać.

– Jak to ma wyglądać?
– Cathryn chce, żeby wszyscy przyjechali na wyspę w piątek wieczorem. W 

sobotę rano spotkamy się u niej w domu, pogadamy sobie, zjemy wczesny lunch i 
resztę dnia spędzimy razem. Towarzysze i towarzyszki życia są oczywiście mile 
widziani.

– Podoba mi się, możecie na mnie liczyć.

– Cudownie. Przy okazji będziesz mógł odwiedzić swoją siostrę. Pewnie się u 

niej zatrzymasz? Nie będziesz musiał wynajmować pokoju w hotelu.

Jake przez chwilę milczał.
–   Może...   –   odparł   z   wahaniem   –   chociaż   my   ostatnio   nie   jesteśmy   w 

najlepszych stosunkach.

Julia wiedziała, że w takich sytuacjach najlepiej o nic się nie dopytywać, tym 

razem jednak nie mogła się powstrzymać.

– A co się stało?
– Nic takiego. Po prostu od pewnego czasu nie rozmawiam z naszym młodszym 

bratem   i   Nicole   nie   może   mi   tego   darować.   Zawsze   miała   do   Chrisa   słabość; 
między nimi jest tylko rok różnicy.

– A o co pokłóciłeś się z Chrisem?
Jake milczał tak długo, że Julia pomyślała, że połączenie zostało przerwane.
– Głupi smarkacz władował się w jakieś afery, jak tylko wyjechał z wyspy. 

Zwrócił się do mnie o pomoc i oczywiście mu jej nie odmówiłem.

– To było coś poważnego?
– Raczej tak. Włamania do samochodów, drobne kradzieże, takie tam różne. 

Potem któregoś dnia zjawił się u mnie, mówiąc, że się zmienił i szuka uczciwej 
pracy. Poleciłem go znajomemu właścicielowi kutra, żeby go zatrudnił. To była 
dobra praca, nieźle płatna, tylko trzy, cztery dni na morzu, reszta tygodnia wolna. 
Ale Chris oczywiście znalazł sposób, żeby z niej wylecieć.

Julia nie mogła się powstrzymać od dalszych pytań.
– Jak mu się to udało?

background image

– Wszystkiemu winne narkotyki. Jest tego teraz od groma w każdym porcie. 

Robiłem, co mogłem, żeby go wyciągnąć. Potem dałem sobie spokój; jest dorosły, 
niech robi, co chce. Ostatnio widziałem go jakieś dwa lata temu.

– Wiesz coś o nim?
– Niewiele. Podobno się przeprowadził, kupił jakąś łódkę, łowi ryby. Jeśli cię to 

interesuje, musisz zapytać Nicole, ona wie więcej.

– Rozmawiałam z nią wczoraj.
– Z Nicky?
– Tak. Jest teraz z Bruce’em Davollem.
– Wiem, słyszałem. Następna, co zgłupiała na jego punkcie.
Zrozumiała, że Jake ma na myśli swoją siostrę.
– Może jej się naraziłam – podjęła temat – mówiąc, że powinna uważać, ale 

kiedy   ktoś   się   spotyka   z   Bruce’em...   Dałam   jej   do   zrozumienia,   że   gdyby 
potrzebowała pomocy, chętnie służę.

– Dlaczego to zrobiłaś?
– Jest mi jej żal. Musi być bardzo samotna i bezbronna. Nie ma tutaj nikogo.
– Rozumiem, ale musisz wiedzieć, że ona tylko tak wygląda, bo naprawdę jest 

silna.

– Mam nadzieję. Bruce też nie jest słaby.
Jake westchnął.
– Dobra, zadzwonię do niej i zapytam, jak leci. Jesteś zadowolona?
– Bardzo.
Pożegnali   się   i   Julia   wystukała   numer   Cathryn,   żeby   jej   powiedzieć,   że 

zawiadomiła Jake’a Normandina o spotkaniu.

– Bardzo dobrze, zawsze go lubiłam – odrzekła Cathryn.
– Ja również. A swoją drogą to ciekawe, jak rodzeństwo wychowane w tym 

samym domu, w takich samych warunkach może być tak całkowicie różne.

Zamierzała zakończyć rozmowę, gdy Cathryn dodała:
–   Poczekaj.   –   W   jej   głosie   zabrzmiała   przekora.   –   Chciałam   ci   tylko 

powiedzieć,  że  zaprosiłam  dziś  na kolację  Bena  Granta.  Wpadnie  po ciebie  za 
piętnaście szósta.

Julia nie bardzo zrozumiała swoją reakcję na te słowa. Można by powiedzieć, 

że doznała wrażenia, jakby nareszcie ten wieczór miał być dokładnie taki, jaki być 
powinien.

–   Jesteś   zadowolona?   –   zapytała   Cathryn,   nieco   zaniepokojona   milczeniem 

przyjaciółki.

background image

– Owszem, cóż mi to może przeszkadzać?
W   głosie   Julii   był   spokój   i   obojętność,   lecz   w   środku   cała   się   gotowała. 

Wystarczył dźwięk jego imienia, żeby przenieść ją w inny wymiar.

– W takim razie widzimy się o szóstej.
– Tak. Trzymaj się.
Julia rozłączyła się i natychmiast zaczęła przygotowywać do następnego punktu 

programu.

Ben wystawił ciało na ciepłe strumienie prysznica. Czuł się wspaniale; dawno 

już nie miał tak cudownej soboty.

Pojechał po Julię o dwunastej, zawiózł ją nad rzekę, wsiedli do kajaka i kilka 

godzin   pływali   po   spokojnych   wodach   Creek   River.   Rzeka   była   cudownie 
spokojna, widoki boskie, niebo błękitne, ciepłe słońce, nawet wiatr nie ośmielił się 
im przeszkadzać.

Potem usiedli na piaszczystym brzegu, zjedli kurczaka na zimno, popili winem i 

ułożyli się w słońcu.

Julia powiedziała, że nigdy jeszcze nie pływała kajakiem.  Znała oczywiście 

Creek River, przychodziła tu w dzieciństwie, ale jakoś nigdy nie przyszło jej do 
głowy pływać łódką. Ben wprowadził ją w tajniki kajakarstwa, z przyjemnością 
obserwując przy tym wyraz jej twarzy. Julia niczym dziecko była zafascynowana 
wszystkim: leniwie płynącą wodą, roślinnością rosnącą na brzegu, wędrownymi 
ptakami ciągnącymi po niebie.

Rozstali się niedawno, żeby się umyć i przebrać przed kolacją u Cathryn, ale 

już za nią tęsknił.

Wytarł się do sucha i podszedł do lustra, żeby po raz drugi tego dnia się ogolić.
Przez cały dzień bardzo oboje uważali, żeby nie „przekroczyć pewnych granic”, 

jak to określiła Julia. Pocałował ją jedynie, kiedy tak leżeli w słońcu, na wpół 
uśpieni. Nie chciał posuwać się dalej; przecież wyraźnie mu powiedziała, że nic 
więcej nie wchodzi w rachubę. Teraz będą się kochać, a potem będą tego długo 
żałować. Nazwała to „komplikowaniem życia”...

Spojrzał na siebie uważnie i pomyślał, że będzie długo żałował, jeśli nie będzie 

się kochał z Julią w tym krótkim czasie, jaki im jeszcze pozostał. Tego właśnie 
zamierzał żałować do końca swoich dni.

Skończył się golić, przeczesał włosy i poszedł do sypialni, żeby się ubrać.

background image

Miał również do załatwienia pewien telefon. Usiadł na łóżku i wystukał numer 

Scotta Bowena.

– Cześć, Scott, Ben Grant przy telefonie.
Scott właśnie się gimnastykował i był nieco zdyszany.
– Miałeś niesamowite wyczucie, gratuluję, stary. Sekcja była konieczna, znasz 

zresztą wyniki.

– Zawsze tak się robi, to rutyna.
– Będzie z ciebie doskonały gliniarz, znasz się na rzeczy.
– Dziękuję. Coś jeszcze?
– Co sądzisz o tym narkotyku, który wykryto w ciele ofiary? Wiesz, jaką drogą 

tu dotarł?

–   Nie   mam   pojęcia.   Tego   lata   było   mnóstwo   narkotyków   na   wyspie,   ale 

głównie lekkie, takie jak marihuana.

Była też koka, ale tego świństwa nie widziałem.
Ben skrzywił się.
– Nie wiedziałem, że tyle tu tego jest. Widocznie obracam się w niewłaściwych 

kręgach.

– W lecie tak jest zawsze, a w tym roku było tego więcej niż zwykle.
– Kto tym obraca? Tutejsi mieszkańcy?
– Nie, na ogół turyści. Dzieciaki, które przypływają promem i ludzie z jachtów 

cumowanych w zatoce.

– A gdybym tak ja chciał sobie sprokurować coś takiego? Do kogo musiałbym 

się   zwrócić?   Kto   to   sprzedaje?   Znasz   jakieś   nazwiska,   może   kogoś   ostatnio 
zatrzymaliście?

– Tak z głowy nie pamiętam.
– A mógłbyś jakoś sprawdzić?
– Musiałbym wykonać kilka telefonów, zajrzeć do policyjnego komputera... – 

Zamilkł. – Po co ci to? Masz zamiar prowadzić prywatne śledztwo?

– Można tak to nazwać.
Chłopak roześmiał się.
– Na dodatek trochę mi się śpieszy – dorzucił jeszcze Ben.
Scott spoważniał.
– Przyrzeknij mi, Ben, że jak czegoś się dowiesz, powiesz o tym, komu trzeba.
– Przyrzekam. Wiem, że jestem tylko skromnym dziennikarzem.
– Bardzo dobrze. Będziesz dłużej żył.
– I o to chodzi, Scott.

background image

– Zadzwonię, jak tylko będę mógł.
– Z góry dziękuję.

Julia czuła się dość dziwnie, składając przyjaciołom wizytę w towarzystwie 

Bena.

Cathryn i Dylan zaczęli z sobą chodzić już w szkole średniej; Cathryn była 

wtedy w pierwszej klasie, a Dylan w maturalnej. Wbrew wszystkim i wszystkiemu 
przetrwali razem cztery lata i pobrali się zaraz po maturze Cathryn. Zostali na 
wyspie, zbudowali duży dom, dali życie trójce dzieci, pracowali i doskonale sobie 
radzili.

Kiedy tak siedzieli w czwórkę za stołem, Julia miała wrażenie, że są po prostu 

dwoma   zaprzyjaźnionymi   małżeństwami   podczas   rewizyty.   Chwilami   odnosiła 
wrażenie,   jakby   szczęśliwe   małżeństwo   przyjaciółki   odbijało   się   w   nich   jak   w 
lustrze i formowało na swój obraz i podobieństwo ich związek.

Obecność Bena zmieniała wszystko. Gdyby przyszła tu sama, byłaby po prostu 

sobą,   dawną   Julią.   Lecz   gdy   tylko   przestąpili   próg,   Cathryn   obrzuciła   ich 
spojrzeniem,   w   którym   można   było   wyczytać   słynne:   „Ale   to   piękna   para”.   I 
wszyscy bez wyjątku – nawet pięcioletnia Bethany – uważali ich za parę.

Buntowała   się   przeciw   temu.   Oni   nie   są   parą,   nie   są   razem.   Są   dwojgiem 

niezależnych ludzi, którzy po prostu w tym samym czasie wpadli kogoś odwiedzić. 
Potem ona wyjedzie i wszystko się skończy. Może będą jeszcze przez jakiś czas do 
siebie pisać, a potem nawet i to ustanie.

Kłopot   w   tym,   że   tylko   ona   jedna   zdawała   się   tak   myśleć.   Z   przykrością 

obserwowała, jak Ben doskonale się czuje w tym domu.

Oczywiście, znał już Cathryn i Dylana. Kiedy remontował budynek redakcji, 

zaangażował   Dylana   do   pomocy.   Zaprzyjaźnili   się   w   czasie   pracy.   Nie   znał 
natomiast ich dzieci, a sposób, w jaki natychmiast się do nich zbliżył, uświadomił 
Julii, jak bardzo rodzinnym jest człowiekiem i... jak dobrym ojcem będzie pewnego 
dnia.

Cathryn powiedziała coś na temat jego doświadczenia z dziećmi, a Ben odparł, 

że praktykował na swoich siostrzeńcach.

Po kolacji mężczyźni pomogli sprzątnąć ze stołu i zeszli do piwnicy, gdzie stał 

stół do ping-ponga, a Julia poszła z Cathryn wykąpać małą. Nawet w łazience 
słychać było podochocone męskie głosy dochodzące z dołu.

background image

– O, rany, ale fajnie! – Bethany z rozkoszą usiadła w wannie pełnej piany. 

Wyglądała jak mała wróżka w białej muślinowej, pienistej szacie.

Julia przysiadła na brzegu wanny, siłą się powstrzymując, by nie pocałować 

różowej buzi. Czuła się jakoś inaczej niż zwykle. Może to wiek, pomyślała; czas 
płynie i odbiór rzeczywistości się zmienia, ja też się zmieniam. Dotąd nigdy nie 
myślała o dzieciach. Teraz na widok małej Bethany, która nazywała ją ciocią, jej 
serce topniało jak lód.

– Ciociu – zaszczebiotała dziewczynka – wyjdziesz za Bena za mąż, prawda?
Było to tak nieoczekiwane, że Julia omal nie wpadła do wanny.
– N... nie, kochanie.
– A dlaczego? Nie lubisz go?
– Lubię, ale on mieszka tutaj, a ja daleko stąd.
Bethany plasnęła rączkami w pachnącą pianę.
– Chyba możesz się tu przeprowadzić.
Julia błagalnie spojrzała na Cathryn, lecz przyjaciółka zdawała się czekać na 

odpowiedź z równą niecierpliwością co córka.

– Nie, kochanie, ja tutaj nie mam pracy.
Bethany wśliznęła się pod wodę; z piany wystawała teraz tylko zarumieniona 

buzia.

– Nie musisz pracować, Ben pójdzie do pracy, a ty sobie zostaniesz z dziećmi w 

domu.

Z dziećmi... Poczuła dziwne ukłucie w sercu. Dzieci... Jej dzieci...
– Ale ja lubię swoją pracę – powiedziała z wysiłkiem.
– Bardziej niż Bena?
Tym razem zaniemówiła. I tym razem Cathryn przyszła jej z pomocą.

– Przestań już męczyć ciocię i wyłaź z tej wody. Masz gęsią skórkę.
Dziewczynka nie od razu posłuchała. Skusiła ją dopiero obietnica bajki przed 

snem.

–   Przepraszam   za   to   przesłuchanie   –   powiedziała   później   Cathryn,   kiedy 

ułożywszy małą, zeszła na dół.

– Nic nie szkodzi. Jest bardzo mała i nie wszystko rozumie.
Cathryn wydęła wargi.
– Przez usta maluczkich... przemawia prawda.
Weszły   do kuchni  i Cathryn  krzyknęła na  dół  do „chłopaków”,  że  daje  im 

background image

jeszcze piętnaście minut.

– Napijesz się kawy? – spytała, zwracając się do Julii.
– Chętnie. – Julia ujęła kubek w dłonie i przez chwilę milczała. – Powiedz mi – 

odezwała się  potem – czy nigdy ci nie przeszkadzało,  że jesteś  tak całkowicie 
zależna finansowo od Dylana?

Cathryn przysunęła sobie krzesło.
– Przecież on też jest ode mnie zależny. To partnerski układ. Masz pojęcie, ile 

by go kosztowało, gdyby ktoś mu za pieniądze robił to wszystko co ja? Zresztą nie 
ma takich pieniędzy, bo ja to robię z miłości.

Julia popatrzyła na nią; życie przyjaciółki było uporządkowane i stabilne. A co 

będzie, jeśli on cię zostawi? – pomyślała. Jak zapłacisz za dom i co postawisz na 
stole? I co się stanie z twoimi dziećmi, kiedy na cały dzień będziesz musiała pójść 
do pracy, żeby zarobić na życie?

Nie mogła o to zapytać; nie wolno jej było zarażać przyjaciółki swoją trwogą.
– Jakoś nie widzę siebie w takiej roli – oznajmiła po namyśle. – Pamiętam, 

jakie trudne życie miała moja matka. Bałabym się, że pewnego dnia zostanę na 
lodzie. Różowe policzki Cathryn poczerwieniały.

– Przepraszam, że to mówię, ale nie wszyscy mężczyźni są tacy jak twój ojciec.
– Ale podobnych nie brakuje. W tym kraju połowa małżeństw się rozwodzi.
– Tak, ale nie tylko z powodu mężczyzn.
– Jeszcze jeden dowód na to, że miłość na dłuższą metę się nie sprawdza – 

zakończyła Julia z goryczą w głosie i dodała, żeby zatrzeć ponure wrażenie: – 
Przepraszam,   że   tak   kraczę.   Ty   masz   takie   udane   małżeństwo,   a   ja   ci   tu 
przedstawiam ciemne strony życia. Okropne.

Cathryn uśmiechnęła się.
– Nie masz za co przepraszać. Zastanawiam się tylko, przed czym ty się stale 

tak bronisz.

Julia   poczuła,   że   przyjaciółka   czyta   w   jej   myślach.   Pochyliła   głowę,   jakby 

chciała w ten sposób ukryć myśli pod włosami, które ciemną falą opadły jej na 
twarz.

– Wiesz, Cath, ja bardzo go lubię.
Cathryn wzruszyła ramionami.
– Przecież to jasne.
– Dla mnie to nowość. Zawsze byłam zdeklarowaną samotnicą.  Oczywiście 

spotykałam się z mężczyznami, ale zawsze unikałam stałych związków. Nigdy nie 
zamierzałam z nikim się wiązać.

background image

– A teraz?
Julia zalała się rumieńcem.
– Też nie! Skądże!
Po co w takim razie cała ta przemowa...

– Znam Bena dopiero od tygodnia. Nie myślę o naszej znajomości w takich 

kategoriach.

– Zakochałaś się w nim, prawda?
Julia  zmarszczyła  czoło.  Czy   się  w nim  zakochała?  Może...  Dotąd  przecież 

myślała, że to jedynie fascynacja seksualna.

– Nie rób takiej zrozpaczonej miny – roześmiała się Cathryn. – Gorsze rzeczy 

się zdarzają.

Na szczęście gracze właśnie się zjawili i można było porzucić niebezpieczny 

temat.

Zostali u Cathryn i Dylana do jedenastej i wreszcie z ociąganiem zaczęli się 

zbierać do wyjścia.

– Są bardzo mili – zauważył Ben w powrotnej drodze.
Julia w milczeniu skinęła głową.
– I mają bardzo miłe dzieci – dodał.
Znowu odpowiedziała tylko skinieniem głowy. Dopiero po pewnym czasie Ben 

rzucił jej znad kierownicy krótkie spojrzenie.

– Coś się stało?
– Nie. Co się mogło stać?
Po prostu całą drogę zastanawiała się, jak by to było, gdyby ona miała takie 

życie.   Pomysł,   że   mogłaby   być   czyjąś   żoną   i   czyjąś   matką,   zaczynał   jej   się 
podobać. Jak to jest tulić dziecko w ramionach albo kłaść się wieczorem obok 
mężczyzny, wiedząc, że będzie tu również rano, następnego dnia i za czterdzieści 
parę lat?

Co za głupie myśli! Nie czas teraz ani miejsce na podobne mrzonki! Nie ma 

sensu   analizować   życia   i   robić   planów   na   przyszłość.   Wszystko   to   wina   tego 
ciepłego,   domowego   nastroju,   jaki   panował   u   Cathryn.   Oszołomiło   ją   to   i 
zamroczyło. Prześpi się, otrząśnie, i rano obudzi się równie trzeźwo myśląca jak 
zwykle.

Trzeba zachować większy dystans; zbytnio się zbliżyła do Bena i rzeczywiście 

może się w nim zakochać; Cathryn ma rację. Kiedy myśli o dzieciach, oczami 
duszy   widzi   jego  dzieci;   kiedy   rozpatruje   możliwość   stałego   związku   z   jakimś 

background image

mężczyzną, widzi tylko Bena. Oczywiste szaleństwo, jeśli się weźmie pod uwagę, 
że znają się dopiero od kilku dni. Zachowuje się zupełnie jak nastolatka, która 
wypisuje na zeszytach imię chłopaka, którego zna z widzenia.

Ben   zaparkował   przed   domem   i   wysiadł   z   samochodu,   żeby   przed   Julią 

otworzyć drzwi. Noc była cicha i bezwietrzna, na niebie świecił księżyc, cicho 
szumiały fale. Cudowne zakończenie pięknego dnia.

Podeszła do drzwi, otworzyła je, ale nie weszła do środka. Bała się, że jeśli to 

zrobi, Ben podąży za nią i nie będzie miała siły, żeby go odprawić. Odwróciła się, 
by go pożegnać na progu domu.

– Dziękuję, że mnie dzisiaj zabrałeś – powiedziała, nerwowo skubiąc pasek 

torebki. – Było bardzo miło.

Ben ujął jej rękę i uniósł do ust.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Poczuła na skórze ciepło jego oddechu. Przytulił ją, a ponieważ stała nieco 

wyżej, ich twarze znalazły się na tym samym poziomie.

– Jakie masz plany na jutro? – zapytał lekko schrypniętym głosem.
Z   trudem   zbierała   myśli;   w   jego   ramionach   stawała   się   bezwolna   i 

rozkojarzona.

Jutro? Jakie jutro? O czym on mówi?
– Może byśmy razem zjedli drugie śniadanie w Surfie? Robią tam najlepsze 

naleśniki świata. – Pocałował jej skroń. – Ze świeżymi truskawkami. – Pocałował 
ją w szyję. – I z bitą śmietaną.

– Tak – odparła, wcale nie mając na myśli naleśników z truskawkami ani bitej 

śmietany. – Och, tak...

Powtórzyłaby to jeszcze tysiąc razy, lecz Ben zaczął ją całować w usta. Jego 

pocałunek wywoływał w niej spustoszenia niczym rozprzestrzeniający się pożar. 
Kiedy wreszcie oderwała się od niego, w jej głowie panowała pustka.

– Może byśmy weszli do środka – zaproponował.
Do środka? Też bardzo tego pragnęła, ale to wszystko działo się tak szybko, tak 

potwornie szybko...

–   Może   lepiej   już   powiemy   sobie   dobranoc...   –   szepnęła.   –   Przepraszam   – 

dodała, widząc rozczarowany wyraz jego twarzy. – Jeszcze raz... przepraszam.

Ben spuścił głowę.
– Nie jesteśmy dziećmi – rzekł, nie patrząc jej w oczy.
– Już od dawna nie robiłem takich rzeczy, stojąc w progu.

background image

Poczuła się urażona, mimo że wiedziała, iż nie ma do tego prawa.
–   Nie   wiedziałam,   że   idziesz   do   łóżka   z   każdą   kobietą,   którą   zabierasz   na 

kolację.

– Tego nie powiedziałem.
– Ale tak to zabrzmiało.
Przymknął oczy i z trudem się opanował. Po chwili był już spokojniejszy.
– W porządku, masz rację. Na tym powinniśmy skończyć.

– Ja po prostu nie chcę żadnego z nas zranić.
Uśmiechnął się z wysiłkiem.
– Rozumiem.
Julia zawahała się.
– Co w takim razie z jutrzejszym śniadaniem?
– Bez zmian – oświadczył, nie patrząc jej w oczy. Jego usta zadrżały. – Wpadnę 

do ciebie o dziesiątej.

Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł w stronę samochodu.

Ledwo zgasiła światło, usłyszała warkot silnika. Jakiś samochód zatrzymywał 

się   na   podjeździe.   Usiadła   na   łóżku   z   bijącym   sercem.   Czyżby   Ben   wrócił? 
Dlaczego?

Ześliznęła   się   z   łóżka,   włożyła   szlafrok   i   zbiegła   na   dół.   Przez   szybę   w 

wewnętrznych drzwiach zobaczyła, że to nie jest samochód Bena. Przed domem 
zatrzymał się okazały saab.

Zapięła szlafrok wysoko pod szyję, żałując, że nie zdążyła się ubrać. W tym 

stroju   czuła   się   prawie   naga.   Bezbronna   i   samotna.   Wrażenie   to   pogłębiło   się 
jeszcze, gdy rozpoznała mężczyznę wysiadającego z auta: był to Jeff Parker, żonaty 
kochanek Amber.

background image

11

Julią wstrząsnął dreszcz. Co Jeff Parker robi tutaj o tej porze? Co on w ogóle 

tutaj robi? Przecież wcale się nie znają.

Spojrzała na drzwi: nie były zamknięte. Z bijącym sercem, drżącymi rękami 

dotknęła zardzewiałej zasuwki. W końcu jakoś zdołała ją zasunąć. Z trudem łapiąc 
oddech, próbowała nie wpadać w panikę.

Jeff Parker jej nie widział; nawet nie wysiadł jeszcze z samochodu. Miotał się w 

środku, najwyraźniej próbując zarzucić na siebie kurtkę. W końcu zrezygnował i 
odrzucił ją na siedzenie obok.

Ciekawe, co mu jest? Jest ranny? Wreszcie niezgrabnie wysiadł, rozprostował 

się na całą wysokość i zatrzasnął drzwiczki samochodu, a potem odwrócił się i 
ruszył   w   stronę   domu.   Kiedy   zaczął   chwiejnie   wstępować   na   schody,   Julia 
spłoszonym wzrokiem zmierzyła odległość dzielącą ją od telefonu. Nieproszony 
gość nacisnął klamkę, a widząc, że drzwi są zamknięte, uniósł wzrok i spostrzegł 
Julię stojącą za szybą.

– Panno Lewis – powiedział sztucznie opanowanym głosem. – Nazywam się 

Jeffrey Parker i jestem wiceprezesem Banku Atlantyckiego na Harmony.

– Wiem. Czego pan chce?
Sama nie wiedziała, dlaczego zaraz nie rzuciła się do telefonu, by zaalarmować 

Bena albo Charliego. Może z ciekawości. Ciekawe, po co tu przyszedł? Poczuła 
zapach alkoholu i nieco się uspokoiła; po tym, co wypił, Jeff Parker nie może być 
zbyt niebezpieczny.

Co w niczym nie zmieniało faktu, że jest sama w nocy w pustym domu na 

odludziu...

I może nie docenia przeciwnika.
– Chciałbym z panią porozmawiać.
– Trochę późna pora, jak na rozmowy.
– Ale ja muszę! – warknął. – I to zaraz!
Przyglądając   mu   się,   Julia   zaczynała   rozumieć,   dlaczego   Amber   się   z   nim 

związała. Był wysoki, przystojny, doskonale ubrany; miał regularne rysy i starannie 
ostrzyżone włosy.

– O czym? – zapytała krótko.
– O czym? – żachnął się. – Jak to, o czym? O Amber, oczywiście. O Amber i o 

mnie.

background image

Spojrzał na nią rozwścieczonym wzrokiem. Mogła udawać, że o niczym nie 

wie, ale żeby nie tracić czasu, postanowiła grać w otwarte karty.

– Rozumiem. Chodzi o romans, jaki mieliście...
– Właśnie, doskonale rozumiesz – przerwał jej, nieoczekiwanie przechodząc na 

ty. – Chodzi o nasz romans, o którym doniosłaś Slocumowi.

W jego wzroku dostrzegła nienawiść.
– Komendant Slocum rozmawiał z tobą? O tym, co cię łączyło z Amber? – 

zapytała, usiłując zachować spokój.

–   Przylazł   do   mnie   do   pracy,   wypytywał   o   wszystko   w   banku,   tam   gdzie 

wszyscy mnie znają i znają moją żonę...

Kilka   razy   ze   złością   szarpnął   klamką.   Julia   nakazała   sobie   spokój   i   co 

dziwniejsze, udało jej się posłuchać samej siebie. , – Skąd wiesz, że komendant 
dowiedział się tego ode mnie?

– Bo nikt inny o tym nie wiedział. My... my oboje...
– język mu się zaplątał – byliśmy bardzo dyskretni.
Coś   w   jego   głosie   przyciągnęło   jej   uwagę;   zupełnie   jakby   już   kiedyś   go 

słyszała. Przypomnienie przyszło nagle: poznała głos słuchacza, który pierwszego 
wieczoru poprosił ją o nadanie piosenki o kobiecie w czerwonej sukni...

– Skoro to była taka tajemnica, skąd ja miałabym o tym wiedzieć?
Wahał się chwilę.
– Amber do ciebie napisała – oznajmił Parker, wymawiając słowa ze sztuczną 

starannością   osoby   niezupełnie   trzeźwej.   –   Sam   widziałem   list   na   jej   stole,   w 
kuchni.

Kazałem jej go podrzeć, ale powiedziała, że musi ci o wszystkim opowiedzieć. 

Jesteś jej najlepszą przyjaciółką i wszystko sobie mówicie, więc musi ci napisać, 
jaka jest szczęśliwa.  Zresztą, skąd byś się dowiedziała?  Mieszkasz  daleko. Nie 
pozwoliłem jej wysłać tego listu, ale mnie nie posłuchała.

Już   miała   mu   wyjawić,   skąd   naprawdę   zna   jego   tajemnicę,   ale   się 

powstrzymała.   Przecież   tamta   kobieta   pracuje   u   niego   i   bardzo   zależy   jej   na 
anonimowości.

– Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – odrzekła obojętnym głosem.
Zbliżył twarz do szyby; jego usta pobielały z wściekłości.
– Chcę ci powiedzieć, że to, co zrobiłaś, było podłe.
Dopiero   po   chwili   zrozumiała,   że   chodzi   mu   o   to,   iż   powiedziała   o   jego 

romansie Charliemu.

– Ja? Przypominam ci, że to ty zdradzałeś żonę.

background image

–   Nie   twój   interes!   Nic   ci   do   tego!   –   Przez   chwilę   miała   wrażenie,   że   w 

kącikach jego ust zaraz ukaże się piana. – Słyszysz?!

On chyba jednak może być groźny, nawet jeśli niezupełnie pewnie trzyma się 

na nogach.

– To nie twoja sprawa! Ani Slocuma! Ani mojej żony!
Niczyja!
W każdej chwili może stłuc szybę w drzwiach i wtargnąć do środka.
–   Jeśli   jeszcze   komuś   o   tym   powiesz   albo   piśniesz   słówko   w   tej   swojej 

cholernej audycji, pożałujesz!

– Grozisz mi? – zapytała chłodno.
– Radzę ci posłuchać.
– A ja ci radzę wynosić się stąd. W przeciwnym razie zastanie cię tu policja.
– Radzę ci nie dzwonić na policję, ostrzegam.
Odszedł od drzwi, a potem znowu się odwrócił.

– I zamknij się raz na zawsze, dość już szkody wyrządziłaś.
Z   trudnością   zszedł   po   schodach   i   wężykiem   dotarł   do   samochodu.   Julia 

patrzyła w ślad za nim. Trudno, niech jedzie pijany, nie będzie go zatrzymywać; 
zresztą Parker do pewnego stopnia panuje nad sobą, skoro nie uległ pokusie i nie 
wyważył drzwi.

Wróciła   do   domu,   sprawdziła   wszystkie   pokoje,   zamknęła   okna   i   zapaliła 

światła.   Całkowicie   rozbudzona,   przysiadła   na   kanapie,   zastanawiając   się,   czy 
dzwonić do Charliego albo Bena.

Jest bardzo późno, a zresztą, co im powie? Że Jeff Parker odwiedził ją w nocy 

kompletnie pijany? To jeszcze nie zbrodnia. I co oni niby mają zrobić? Przecież już 
sprawę załatwiła. Poszedł sobie i nic się przecież nie stało. Nic się nie stało, a ona 
jest zupełnie spokojna. No, może niezupełnie...

Gdy rozległ się dźwięk telefonu, podskoczyła przerażona. Boże, żeby to tylko 

nie był Parker!

– Słucham – powiedziała sucho.
– Julia, to ty?
Kurczowo objęła palcami słuchawkę.
– Ben!

Ton jej głosu bardzo go zaskoczył. Powiedziała to tak, jakby mówiła „dzięki 

background image

Bogu!”.

–   Strasznie   przepraszam,   że   dzwonię   o   tej   porze.   Nie   mam   nic   na   swoje 

usprawiedliwienie...

Nie wiedział, jak jej to wytłumaczyć, skoro sam nie bardzo rozumiał, dlaczego 

do niej zadzwonił.

Czuł się okropnie; był rozbity i przygnębiony, sfrustrowany i niezaspokojony. 

Wrócił do domu, zrobił sobie drinka i położył się na kanapie z jakąś durną książką 
w ręku.

Chyba zasnął, bo następną rzeczą, jaką spostrzegł, było to, że książka ześliznęła 

mu się z piersi i upadła na podłogę. Usiadł i natychmiast pomyślał o Julii, co o tyle 
nie było dziwne, że od kilku dni myślał o niej bez przerwy. Tym razem jednak 
myśl o niej pełna była jakiegoś niezrozumiałego niepokoju.

Wstał i ruszył w stronę sypialni, zamierzając się położyć, lecz nie opuszczało 

go wrażenie, że w domu Prestona dzieje się coś niedobrego.

Usiłował   zbagatelizować   niedobre   przeczucia,   ale   nie   był   w   stanie   się 

powstrzymać i mimowolnie wystukał numer Julii, mając nadzieję, że w najgorszym 
razie jedynie się wygłupi.

– Obudziłem cię?
– Nie... Siedziałam i... czytałam.
Siedziała sobie i spokojnie czytała, a on wydzwania do niej po nocy jak idiota.
– Dobrze, że zadzwoniłeś. Sama chciałam to zrobić.
Teraz zaniepokoił się naprawdę.
– Czy coś się stało?
– Po twoim wyjściu miałam gościa.
Opowiedziała mu o niespodziewanych odwiedzinach Jeffa i o rozmowie, jaką z 

nią odbył.

– Zaraz do ciebie jadę. Nie możesz być sama w tym domu.
– Uspokój się, Ben. On już nie wróci. Pewnie pojechał do siebie i już smacznie 

śpi.

– Zawiadomiłaś o wszystkim Charliego?
– Nie. Co miałam mu powiedzieć? Że Jeff Parker wpadł do mnie po pijaku i 

trochę się zdenerwował?

– Właśnie to, i to, że ci groził.
– Dobrze, zadzwonię do niego.

background image

– Kiedy?
– Jutro rano.
– Nie. Teraz, natychmiast, jak tylko się rozłączymy.
– A przewidując opór z jej strony, dodał: – Jeśli tego nie zrobisz, sam do niego 

zadzwonię.

– Dobrze, już dzwonię.
– A ja już do ciebie jadę.
– Nie.
– Julia, zrozum, to nie przelewki. Ten facet może popełnił morderstwo, a teraz 

jest na ciebie wściekły. On jest niebezpieczny.

Julia  nie  odpowiedziała;  słyszał   tylko  jej oddech.  Dlaczego  Ben   tak mówi? 

Czyżby naprawdę uważał, że Jeff Parker zamordował Amber?

– To naprawdę niepotrzebne, Ben, ale skoro się upierasz...
– Będę u ciebie za pięć minut.

Postawiła   dwa   kubki   grzanego   wina   na   małym   kuchennym   stole   i   usiadła 

naprzeciwko Bena. Była spięta i zdenerwowana.

– Przypomnij sobie – poprosił Ben – czy Jeff coś jeszcze powiedział?
W zamyśleniu uniosła kubek do ust.
– Nie, i nie mogę sobie darować, że nic z niego nie wyciągnęłam. Był przecież 

kompletnie pijany. Trzeba go było o wszystko wypytać, jak się poznali, jak to się 
zaczęło, jak się skończyło, co czuje po śmierci Amber, i tak dalej. A ja zamiast się 
tego   dowiedzieć,   kazałam   mu   się   wynosić   i   zagroziłam   policją.   Straciłam  taką 
okazję! Ben ujął jej rękę.

– Nie wyrzucaj sobie tego. Nic innego nie mogłaś zrobić. I byłoby najlepiej, 

gdybyś nie zapominała zamykać drzwi.

Zmarszczyła czoło.
– Charlie powiedział mi to samo, kiedy z nim rozmawiałam.
Pogładził ją po dłoni; była tak gładka i delikatna jak srebrne światło księżyca, 

które nieśmiało zaglądało do kuchni.

– Mówił, co zamierza teraz zrobić? Po tej wizycie Jeffa?
Julia wyprostowała się na krześle.
–   Na   razie   nic.   Nie   chce,   żeby   Jeff   się   dowiedział,   że   natychmiast 

zawiadomiłam policję. Powiedział, że robi tak ze względu na moje bezpieczeństwo. 
Ma zamiar go obserwować.

background image

Ben   nie   był   pewien,   jak   oceniać   postępowanie   komendanta:   czy   chodzi   tu 

rzeczywiście   o   względy   bezpieczeństwa,   czy   raczej   o   niechęć   do   otwartego 
wystąpienia przeciwko komuś tak potężnemu jak Jeff Parker.

–   A   wie   przynajmniej,   co   Parker   robił   tamtej   nocy,   kiedy   zamordowano 

Amber? Przecież z nim rozmawiał.

Julia skinęła głową.
– Powiedział mu, że wieczorem jechał na spotkanie z ekologami, ale złapał 

gumę   i   musiał   wrócić   piechotą   do   domu   po   podnośnik.   Zanim   zmienił   koło, 
upłynęło   sporo   czasu   i   kiedy   wreszcie   dojechał   na   miejsce,   spotkanie   już   się 
skończyło.   Nikt   go   oczywiście   nie   widział   i   nie   ma   żadnego   świadka,   ale 
przysięgał, że tak właśnie było.

– Jak się domyślam, Charlie nie ma przeciwko niemu żadnych dowodów?
– Nawet gdyby je miał, nie powiedziałby mi tego.
Zresztą chyba nic nie ma. Jeff, kiedy tutaj był, wcale nie brał pod uwagę, że 

może być podejrzany o morderstwo.

Wściekał się tylko, że ktoś się dowiedział o jego miłosnej przygodzie.
– Może rzeczywiście nie ma nic innego na sumieniu.
– Może.
Wyjęła dłoń z rąk Bena i lekko się odsunęła.
–   Biedna   Amber   –   rzekła   cicho.   –   Była   taka   łatwowierna,   jeśli   chodzi   do 

mężczyzn.   Nieraz   jej  mówiłam,   że  powinna  bardziej  uważać,   ale  ona  strasznie 
łatwo się zakochiwała. Zwłaszcza wiosną. Kiedy tylko nadchodziła wiosna, od razu 
była zakochana.

Ben nie spuszczał z niej zaciekawionego spojrzenia, jakby oczekiwał, że to, co 

powie dostarczy mu informacji również o niej samej.

– Jestem pewna, że kochała Jeffa. Nawet w takim stanie, w jakim był dzisiaj, 

dało   się   zauważyć,   jak   bardzo   jest   atrakcyjny.   Ma   klasę   i   pieniądze,   pozycję 
społeczną...

Cóż z tego, że jest żonaty i ma dzieci. Dla Amber, po kimś takim jak Bruce, 

musiał być niczym książę z bajki.

– I pewnie był.

– Przynajmniej przez jakiś czas. – Twarz Julii stężała i Ben odczytał jej myśli; 

podejrzewała, że kochanek Amber mógł być również jej mordercą.

–   Ona   nieraz   sama   nie   bardzo   umiała...   –   Julia   zacisnęła   wargi.   –   Bardzo 

żałuję...

background image

– Czego żałujesz?
– Że nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły.
– Ale dlaczego tak się stało?
Przez pewien czas nie podnosiła wzroku, wpatrzona w swoje ręce.
– Tak  jakoś... Amber  miała  swoje  życie, rodzinę, męża.  Ja już do tego nie 

pasowałam.

Bardzo chciał, żeby mówiła dalej; może wreszcie się o niej czegoś dowie, może 

nareszcie zrozumie, co dzieje się pod tym pozornym spokojem i opanowaniem. 
Julia jednak nie dała mu szansy, bo nagle zmieniła temat.

– Powiedziałam Charliemu, że jedziesz do mnie.
– No, dobrze...
Przytaknęła z uśmiechem.
– Tak. Nie skomentował tego, oczywiście, ale wyczułam, że jest zadowolony, 

że nie będę sama.

Ben wzruszył ramionami.
– Przecież ja i Charlie możemy się jeszcze kiedyś zaprzyjaźnić.
– Raczej na to nie licz. Powiedział, żebyś uważał, bo w przeciwnym razie słono 

za to zapłacisz.

– A gdybym... nie uważał? Doniesiesz na mnie?
– Oczywiście.
Ben żartobliwie wzniósł oczy do nieba. Julia dopiła wino i wstała od stołu.

– Idę do łóżka. Jestem tym wszystkim wykończona, muszę się położyć.
Ben odsunął krzesło.
– A gdzie ja będę spał?
Pytanie   było   niewinne,   ale   zważywszy   na   okoliczności,   zabrzmiało   raczej 

dwuznacznie. Kiedy tak siedział  w nocy z Julią przy stole w kuchni, w której 
siadywały całe pokolenia kobiet i mężczyzn, nie mógł nie myśleć, jak to by było, 
gdyby byli małżeństwem, gdyby zaraz mogli iść na górę do sypialni, położyć się do 
łóżka i nie martwić się, co będzie nazajutrz.

– Możesz się położyć na kanapie w salonie. Dam ci poduszkę i koce.
– Nie ma tu drugiego łóżka?
– Jest, ale skoro zjawiłeś się tu w roli ochroniarza – wyjaśniła z uśmiechem – 

powinieneś   chyba   spać   na   parterze,   żeby   lepiej   słyszeć,   czy   wróg   nie   atakuje 
naszego zamczyska.

Ma   rację;   z   niechęcią   musiał   to   przyznać.   Spojrzała   w   stronę   korytarza 

background image

prowadzącego do drzwi wejściowych.

– Za to łazienka jest tylko na górze.
–   W   porządku.   Znieś   mi   te   koce,   potem  sobie   pościelę,   teraz   pójdę   zrobić 

obchód.

– Dziękuję i dobranoc, Ben.
Obszedł   cały   dom  od  piwnic   po  strych,  sprawdził   drzwi  i   okna;  zajrzał   do 

garażu i starej stodoły. Światło latarni morskiej szeroką jasną struną omiatało przed 
nim drogę i sunęło w stronę morza.

Okrążył   dom  po   raz   drugi,   żeby   dać   Julii   czas   na   spokojnie   ułożenie   się   i 

zaśnięcie. Pragnął uniknąć dodatkowych pokus związanych ze świadomością, że 
nie będzie spała, kiedy on wróci do domu.

Podszedł do okna, za którym było studio, i zapatrzył się w ciemność. Widział 

teraz to samo, co widywała Julia, kiedy nadawała swój program. Ogrom pustej 
przestrzeni i kilka światełek migoczących w oddali. Pustka i samotność.

Nagle zdał sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest jej życie. Zwykle bardzo 

stanowczo broniła swojej samodzielności i samowystarczalności. Była niezamężna, 
bezdzietna,   wolna   i   z   nikim   nie   związana.   Nie   miała   stałej   pracy   ani   grona 
przyjaciół.

„Bardzo żałuję, że nasze drogi się rozeszły”, powiedziała, myśląc o Amber, i 

prawdopodobnie było to jedyne szczere wyznanie, jakie w jego obecności uczyniła. 
„Bardzo żałuję... „

Była   potwornie   samotna.   Łaknęła   miłości,   przyjaźni   i   serdeczności   jakiejś 

ludzkiej istoty. Nietrudno było odgadnąć, dlaczego tak się broniła przed okazaniem 
prawdziwych uczuć i emocji. Powody większości zahamowań można znaleźć w 
dzieciństwie,   a   czymże   było   dzieciństwo   Julii?   Ojciec   opuścił   ją,   kiedy   była 
dzieckiem;   matka   pracowała   i   nie   miała   dla   niej   czasu;   nie   było   nikogo,   kto 
zauważyłby jej wrażliwość.

Miała tylko pracę. Miała jedynie swój głos, którym mogła docierać do ludzkich 

istot   rozproszonych   po   wyspie.   Ben   nagle   zobaczył   głos   Julii   pod   postacią 
promienia zataczającego świetlisty krąg po Harmony w poszukiwaniu zrozumienia 
i   bliskości.   Rzucała   wołanie   w   ciemność   i   pustkę   i   odnajdywała   odległe   echo 
odpowiedzi.

Nagle poczuł się spokojny i silny. Odnalazł do niej klucz, wiedział już, czego 

się trzymać. Julia nie może spędzić w ten sposób całego życia; musi w pewnej 
chwili zrozumieć, że nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu, że nie można istnieć, 

background image

nadając komunikaty z wieży z kości słoniowej.

Jakiś szelest wyrwał go z zamyślenia. Wielki groźny cień oderwał się od muru i 

dziki królik, pomniejszony  nagle i niegroźny w świetle księżyca, oddalił się w 
podskokach, znikając w krzakach.

Skoro dzikie króliki hasają sobie tak swobodnie, to znak, że nastała głęboka 

noc.

Wrócił do domu, starannie zamykając drzwi na klucz. Potem poszedł do salonu, 

wziął torbę ze swoimi rzeczami i cicho, by nie obudzić Julii, udał się na górę. W 
holu paliło się światło, ale w jej pokoju panowała ciemność.

Szedł cicho, starając się robić jak najmniej hałasu. Kiedy mijał sypialnię Julii, 

usłyszał nagle cichy głos:

– Ben...
To niemożliwe, niemożliwe, nie...
– Tak?
Nie odpowiedziała. Wyciągnął rękę w stronę klamki i zawahał się.
– Ben, wejdź na chwilę, dobrze?
Wszystko tylko mu się śni; to przecież nie może być jawa...
Nacisnął klamkę i zajrzał do środka. W pokoju panowała ciemność, światło 

padające z korytarza oświetlało tylko kawałek ściany i łóżko.

– Słucham – powiedział, postępując krok do przodu.

Postać w łóżku usiadła, podciągając prześcieradło pod samą szyję. Dobiegł go 

zaniepokojony głos Julii:

– Wszystko w porządku?
– Tak. Dlaczego pytasz?
– Tak długo cię nie było.
– Wszystko w porządku, śpij spokojnie.
Gratulując sobie opanowania i kontroli nad zmysłami, odwrócił się, żeby wyjść.
– Ben...
– Tak?
– Mógłbyś przy mnie usiąść na chwileczkę?
Niebywałe. Dwie godziny temu wyrzuca go z domu, a teraz zaprasza do swojej 

sypialni... Podszedł i stanął w nogach łóżka.

– Przyrzekam, że wcale nie będę cię wodzić na pokuszenie...
Uśmiechnął się w duchu. Dobre sobie...
– Coś cię dręczy? – zapytał głośno.

background image

– Nic specjalnego, po prostu nie mogę  zasnąć i tak sobie myślę o różnych 

rzeczach. Może moglibyśmy chwilę porozmawiać... jeśli chcesz.

Odsunęła   się,   robiąc   mu   miejsce   obok   siebie.   Usiadł,   starając   się   jej   nie 

dotknąć, i oparł się o wezgłowie łóżka.

– A o czym chciałabyś porozmawiać?
– Powiedz, dlaczego do mnie zadzwoniłeś? Nie wyjaśniłeś tego jeszcze...
Powiedziała to swoim radiowym głosem i poczuł, że zmysłowy aksamitny głos, 

który miał już okazję słyszeć z odległości, jest teraz tuż obok niego. Przypomniał 
sobie złociste pasmo wędrujące po wyspie.

– Tak zadzwoniłem, po prostu. Zdrzemnąłem się i obudziłem z poczuciem, że 

dzieje się coś złego i że potrzebujesz mojej pomocy.

Julia uniosła głowę.
– Tak tylko żartujesz, prawda?
– Wcale nie.
– Często masz... takie przeczucia?
Nie widział wyrazu jej twarzy, lecz miał wrażenie, że po raz pierwszy zdołał 

czymś obudzić jej ciekawość.

– Nie, to mi się zdarzyło chyba po raz pierwszy.
Julia znowu opadła na poduszki.
– Pewnie to był tylko zbieg okoliczności. Musiałeś myśleć o sprawie Amber, 

powiedziałeś mi, że powinnam zamknąć drzwi...

– Tak, coś mi się po prostu przywidziało.
– Pewnie tak, ale dziękuję, że się o mnie bałeś.
Pragnął   dotknąć   jej   ramienia,   pragnął   pogładzić   jej   włosy,   pragnął   choć   na 

krótką chwilę wziąć ją w ramiona. Na wszelki wypadek położył sobie ręce pod 
głowę.

– Nie mogę przestać myśleć o sprawie Amber.
– Ja też.
Julia na chwilę zamilkła; szczelniej otuliła się kołdrą.
– Jeff Parker powiedział mi dziś coś dziwnego.
– Co?
– Powiedział, że Amber napisała do mnie list, w którym wspomniała o tym, co 

ich łączy.

Głos Julii zadrżał. Ben z wahaniem dotknął jej włosów. Przyjęła jego gest z 

wdzięcznością.

background image

–   Strasznie   się   z   tym   czuję   –   westchnęła.   –   Amber   chciała   mi   wszystko 

powiedzieć, ale nie wysłała tego listu. Może dlatego, że Parker jej nie pozwolił, a 
może dlatego, że nasze drogi się rozeszły i myślała, że jej nie zrozumiem.

Pogłaskał ją po włosach.
– Nie ma w tym twojej winy. Mieszkałaś daleko, bo tam miałaś pracę.
– Tak, wiem, ale byłam jej najlepszą przyjaciółką i...
zostawiłam   ją.   Nie   myślałam,   że   byłam   dla   niej   kimś   tak   ważnym.   Ja   nie 

wiedziałam... – zamilkła.

– Nie wiedziałaś, że ktoś może cię tak kochać? – podpowiedział.
Nie musiał na nią patrzeć, by dostrzec łzy w jej oczach.
– Nie przypuszczałam, że mam tu kogoś tak bliskiego.
Uważałam,  że nie mam już prawdziwych przyjaciół. – Otarła oczy rąbkiem 

prześcieradła. – Ja się nie skarżę, Ben. To częściowo moja wina, ale jestem tak 
strasznie...

– Jej głos załamał się. – Jest mi żal Amber i żal mi siebie, i... Czy możesz mnie 

przytulić?

Nie   wierzyła,   że   mogła   to   powiedzieć,   że   mogła   poprosić   kogoś,   by   ją 

pocieszył. A do tego mężczyznę... Kiedy jednak Ben objął ją i przytulił, wszystko 
nagle stało się zrozumiałe. To nie był jakiś obcy człowiek, to był Ben. Przylgnęła 
do niego, siłą powstrzymując łzy.

– Nie jesteś sama – powiedział, tuląc ją w ramionach.
– Nie jesteś sama.
Czuła, jak jej oddech z wolna się uspokaja, a serce zaczyna bić spokojnie i 

miarowo.

Nie jest już sama, ma przy sobie Bena. Zawsze tego pragnęła, ale bała się. Tej 

nocy bardziej przestraszyła się samotności i ten lęk zwalczył tamten.

Usiadła, pochyliła się nad Benem i delikatnie pocałowała go w usta.
– Dziękuję ci – szepnęła.
– Za co?
– Za to, że czekałeś.
Wiedziała, że nie od razu zrozumiał, co to oznacza; spojrzał na nią pytająco, z 

nadzieją.

– Czy... jesteś tego pewna?
– Całkowicie – odparła z uśmiechem.
Oczy Bena zwęziły się.

background image

– Uprzedzam, że to będzie noc, której nigdy nie zapomnisz.
– Właśnie na to liczę.
– W takim razie...
Przyciągnął   ją   do   siebie   i   zaczął   całować   w   sposób,   w   jaki   jeszcze   jej   nie 

całował. Julia nigdy czegoś takiego nie doświadczyła; nigdy nawet o czymś takim 
nie   marzyła.   Straciła   kontakt   z   otaczającą   rzeczywistością   i   jej   jedyną 
rzeczywistością stał się Ben.

W pewnej chwili Ben przestał ją całować.
– Co się stało? – spytała rozczarowana.
Wstał i jednym ruchem zrzucił kołdrę na podłogę.
– Bez tego będzie nam lepiej.
Spojrzała mu w oczy i pod wpływem jego spojrzenia ogarnęło ją drżenie, nie 

mające nic wspólnego z nocnym chłodem.

– Jesteś taka piękna...
Przez chwilę patrzył na nią, a potem wrócił do łóżka i położył się przy niej.
– Jest jeszcze jedno. Czy jesteś zabezpieczona?

Julia pokręciła głową.
– Czy to znaczy, że nie masz...
–   ...   prezerwatyw?   Mam,   oczywiście.   Nie   dlatego,   żebym   się   czegoś 

spodziewał, skądże. Po prostu miałem nadzieję, że pewnego dnia zmienisz zdanie i 
chciałem być przygotowany.

– Nie musisz się tłumaczyć. Bardzo dobrze, że jesteś przygotowany.
Objęła go za szyję ruchem, który świadczył, że dyskusję uważa za zakończoną.
– Ben...
Jego dłonie poczęły wędrować po jej ciele i jej ciało zaczęło odpowiadać na 

jego wezwanie.

– Jesteś cudowna, szaleję za tobą...
Nigdy   nie   słyszała   takich   słów   i   dopiero   teraz   czuła,   jak   bardzo   były   jej 

potrzebne.

– Usiądź – powiedziała.
A kiedy spełnił jej prośbę, rozpięła mu koszulę i zaczęła pieścić jego skórę. Ben 

zdjął jej koszulę nocną i odrzucił daleko w mrok. Mimo ciemności czuła, jak jego 
ciało odpowiada na dotyk jej dłoni.

– Jesteś pewna, że chcesz? – zapytał jeszcze raz. – Muszę mieć pewność.
Objęła go znowu i spojrzała mu prosto w oczy.

background image

– Ben, ściągnij wreszcie spodnie.
Zrobił to, o co prosiła. Był cudownie zbudowany.
Przesunęła dłonią po jego ciele i zatrzymała się onieśmielona. Ben kilkoma 

ruchami przywrócił jej odwagę.

Czuła się dziwnie rozdwojona; wiedziała, że powinna czuć lęk i niepewność 

wobec nieznanej sytuacji, a jednocześnie, w ramionach Bena, czuła się wyjątkowo 
pewnie   i   bezpiecznie.   Przy   nim   nareszcie   mogła   być   sobą;   mogła   bez   strachu 
okazywać swoje potrzeby i bez obawy domagać się uczucia. Była wolna; wolna i 
bezpieczna. Ben był cierpliwy i wspaniałomyślny; spokojnie i pewnie czerpał z 
nieprzebranych zasobów swych pieszczot, obdarzając ją hojnie rozkoszą.

– Czy nie sprawiam ci bólu? – spytał w pewnej chwili.
– Nie. Ja...
– Spójrz na mnie.
Otworzyła oczy, przebijając się przez ostatnią zasłonę, za którą była już tylko 

ekstaza. Nabrzmiała rozkoszą i bólem, pomyślała, że niedługo opuści Harmony i 
już   nigdy   nie   zobaczy   Bena.   Nagle   jej   myśli   rozpierzchły   się   pod   wpływem 
ostatecznego momentu i przyjęła to, co działo się z Benem, jak część samej siebie.

Opadli potem oboje na łóżko i przez chwilę panowała cisza przerywana tylko 

ich z wolna uspokajającymi się oddechami.

– Boże... – szepnął wreszcie Ben.
Uniósł głowę i spojrzał Julii w oczy. Nie odezwała się, nie znajdując słów, aby 

wyrazić pełnię i błogostan, w jakim się znajdowała. Schyliła się, podniosła kołdrę z 
podłogi i przykryła ich oboje. W chwilę potem zapadli w głęboki sen.

background image

12

Czas płynął, a oni się kochali.
Całą noc i większą część dnia spędzili w łóżku. Od czasu do czasu zapadali w 

krótki sen, po czym zaczynali kochać się ponownie, rozbudzeni bliskością swych 
ciał. Pragnęli siebie tak bardzo, że każda chwila, w której nie obejmowali się i nie 
całowali, wydawała im się daremnie utraconym czasem.

W niedzielę zbudzili się wyczerpani. Dochodziło południe; przespali kontrolny 

telefon Charliego, przespali dźwięk kościelnych dzwonów wzywających wiernych 
na   modlitwę,   przespali   wszystko   oprócz   samych   siebie.   Byli   dla   siebie   całym 
światem, nareszcie nasyceni; mieli spokój w duszy, ciele i w myślach.

Zbudzili się, ale nie od razu wstali. Donikąd im się nie śpieszyło. Świat nie miał 

im   nic   do   oferowania.   Leżeli   objęci,   zastanawiając   się   głośno,   co   zrobić   na 
śniadanie czy też na lunch, a może nawet już na kolację, zawieszeni w czasie i 
zagubieni w przestrzeni. Ben lekko gładził plecy Julii, Julia wsuwała dłonie we 
włosy Bena.

W końcu postanowili napić się kawy i wypili ją w łóżku, aby nie tracić sił 

nadwątlonych przez miłość.

Potem wzięli razem kąpiel i Julia zaznała nie znanej jej dotąd rozkoszy, jaką 

jest leżenie w wannie z ukochanym mężczyzną. Wszystko od poprzedniego dnia 
robiła po raz pierwszy. Kochała się w nowy, nieznany sposób, doświadczała siebie 
niczym nieznanej, wspaniałej istoty, myła plecy Bena i pozwalała, by łagodnymi, 
sprawnymi ruchami on mył jej głowę.

Rozmawiali   przy   tym,   pryskali   na   siebie   wodą,   wycierali   sobie   załzawione 

oczy, i wyszli z wanny dopiero, gdy woda kompletnie już wystygła.

Ubrali   się,   zeszli   do   kuchni,   usmażyli   sobie   jajka   na   bekonie,   potem  zjedli 

jeszcze grzanki z serem. Później zrobili sobie świeżą kawę i z kubkami w rękach 
wyszli na patio pogrzać się w słońcu.

Po południu udali się na daleki spacer po okolicznych wzgórzach i nadmorskich 

skałach.   Wędrowali,   trzymając   się   za   ręce,   i   opowiadali   sobie   całe   swoje 
dotychczasowe   życie.   Byli   jak   para   nastolatków,   którzy   po   pierwszej   wspólnie 
spędzonej nocy pragną przekazać sobie całą swoją przeszłość, aby oddanie stało się 
jeszcze bardziej pełne. Usiedli potem u stóp latarni morskiej i Julia opowiedziała 
Benowi znane  sobie z  dzieciństwa  historie  o zaginionych żeglarzach  i statkach 
widmach nawiedzających wody zatoki.

background image

Potem wstali i poszli dalej, co jakiś czas przystając, by na dłużej zatrzymać w 

oczach ulotną chwilę i utrwalić ją za pomocą aparatu fotograficznego. Starali się 
nie myśleć o rozstaniu, by nie niszczyć cudownego dnia.

Kolację   zjedli   w   domu   Bena,   gdzie   wpadli   na   chwilę,   bo   Ben   chciał   się 

przebrać. Ben usmażył steki, ugotował ryż, zrobił sałatę, a do tego podał czerwone 
francuskie wino, przechowywane na specjalną okazję.

Tego   wieczoru   Julia   nie   miała   ochoty   prowadzić   audycji,   bo   wolała   kilka 

dodatkowych godzin spędzić z Benem, lecz w piątek, kiedy zapowiadała sobotnią 
przerwę, przyrzekła słuchaczom, że w niedzielę będzie na posterunku. Nie mogła 
ich zawieść.

Robienie audycji razem z Benem okazało się bardzo zabawne. Ucieszyli się 

bardzo, kiedy w pewnej chwili jakiś słuchacz zadzwonił i zapytał, dlaczego tego 
wieczoru   wszystkie   „kawałki”   są   takie   romantyczne.   Przyznali   mu   rację,   Julia 
natychmiast   puściła   piosenkę   Tony’ego   Bennetta   „Zabierz   mnie   na   Księżyc”   i 
zaczęła z Benem tańczyć w studio.

Znacznie później, kiedy już pożegnała słuchaczy, zadzwoniła do Charliego, by 

mu powiedzieć, że wszystko w porządku i żeby się o nią nie martwił.

A   potem,   kiedy   już   poszła   z   Benem   do   sypialni   i   otrzymała   swoją   porcję 

miłości, ułożyła się wygodnie w ramionach kochanka i jeszcze raz przypomniała 
sobie   tamten   moment.   Ona   i   Ben   tańczą   w   studio   przy   dźwiękach   piosenki   o 
miłości...

Łzy napłynęły jej do oczu.
Przeżyła właśnie najpiękniejsze doświadczenie swojego życia. Gdy unosiła się 

w tańcu w ramionach Bena,

czuła, że naprawdę frunie w stronę Księżyca ku drżącym na niebie gwiazdom. 

Wiedziała, że taka chwila zdarza się tylko raz i że tylko raz w życiu słyszy się takie 
słowa jak te, które szeptał jej Ben.

Kiedy nagranie dobiegało końca, złożyła głowę na jego ramieniu i wiedziała, że 

nie wyszepcze „kocham cię”, bo wyszeptać tego nie może.

Teraz zamknęła oczy, pozwoliła łzom płynąć po policzkach i nie zastanawiała 

się, czy płacze ze szczęścia, czy z rozpaczy.

Nastał poniedziałek i natychmiast zeszli na ziemię. Rzeczywistość osaczyła ich 

i   zmusiła   do   działania.   Ben   pojechał   do   siebie   wykąpać   się   i   przebrać   przed 
pójściem   do   pracy,   a   Julia   sprzątnęła   kuchnię,   wyprała   pościel   i   pojechała   na 

background image

policję, żeby się dowiedzieć, co nowego słychać w sprawie morderstwa Amber. 
Poprzedniego   wieczoru   słuchacze   dopominali   się   o   wiadomości   i   ze   wstydem 
musiała przyznać, że nic nie wie.

Gdy weszła, Charlie właśnie rozmawiał z kimś przez telefon.
–   Bardzo   dziękuję,   to   bardzo   ważne   –   usłyszała   tylko,   zanim   odłożył 

słuchawkę.

Zwrócił ku niej uśmiechniętą twarz.
– Co tam masz? – zapytała ciekawie.
– Zamknij drzwi, maleńka.
Zrobiła, o co prosił, i usiadła naprzeciw niego przy biurku. Charlie rzucił na nią 

wzrokiem i... jakby zapomniał, co miał powiedzieć. Zarumieniła się gwałtownie. 
Czy naprawdę wszystko po niej widać?

– Był z tobą ten Grant?
– Charlie, daj spokój... No dobrze, był.
– Cokolwiek między wami jest, to sprawa bez przyszłości, chyba wiesz?
Nie miała nastroju do wysłuchiwania kazań. Dość miała własnych problemów i 

wątpliwości.

– Miałeś mi coś powiedzieć? Kto dzwonił?
Twarz Charliego stężała.
–   To   tylko   do   twojej   wiadomości,   rozumiesz?   Nikomu   tego   nie   wolno 

powtarzać. Właściwie i tobie nie powinienem mówić.

– Ale mów, słucham.
Charlie sapnął.
– Zrobiłem mały wywiad i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy o Jeffie 

Parkerze.

Jeff Parker. Julia zmarszczyła brwi. Jego nocna wizyta w domu na wzgórzu 

wydała jej się odległa o kilka tysięcy lat świetlnych.

–   Zaraz   po   skończeniu   studiów   zaczął   pracować   w   pewnej   firmie 

ubezpieczeniowej w Hartford, w stanie Connecticut. Kiedy był tam zatrudniony, 
wybuchła   jakaś   afera,   ktoś   zdefraudował   pieniądze,   wystawił   fałszywe   polisy, 
zagarnął pieniądze klientów. Winnego nigdy nie znaleziono, ale Parker znajdował 
się w gronie podejrzanych.

Julia miała nadzieję, że jej rozczarowanie nie jest zbyt widoczne. Co jakieś 

finansowe nadużycia sprzed dwudziestu lat mogą mieć wspólnego z morderstwem 
Amber?

background image

– Potem zaczął pracować w biurze maklerskim w Nowym Jorku. Teraz jest 

tutaj. W międzyczasie przez pół roku był ekspedientem w sklepie obuwniczym.

– A co się stało wtedy, kiedy był maklerem?
–   Wybuchła   nowa   afera,   znowu   zniknęła   spora   suma,   przeprowadzono 

śledztwo, ale nikogo oficjalnie nie oskarżono. W takich sprawach strasznie trudno 
coś dowieść.

Wiadomo tylko, że do defraudacji doszło w jego dziale.
– Coś w tym jest.
Charlie nareszcie wzbudził jej zainteresowanie.
–   Po   tym   wszystkim   związał   się   z   Atlantic   Trust;   najpierw   pracował   w 

Bostonie, a potem przysłali go tutaj.

– I co?
– Podczas jego pobytu w Bostonie doszło do pewnego epizodu: ktoś pocztą 

elektroniczną przelewał pieniądze firmy na prywatne konto.

Julia pochyliła się ku niemu.
– I co? Mów!
– Nie znaleźli przeciwko niemu dowodów. – W głosie Charliego zabrzmiało 

rozczarowanie. – Jedynym podejrzanym był jego bezpośredni zwierzchnik, jemu 
postawiono zarzuty i jego skazano. Ale Parker przy okazji chyba niejednego się 
nauczył, jak myślisz?

Julia zmarszczyła czoło.
– Myślisz, że w banku na wyspie dzieje się coś niedobrego?
– Nie wiem. Może to tylko zbieg okoliczności, że gdzie tylko Parker się zjawia, 

zaraz coś zaczyna śmierdzieć, ale tak czy inaczej, będę się musiał zainteresować 
działalnością Atlantic Trust na Harmony.

Uniosła na niego oczy.
– Myślisz, że Amber coś o nim wiedziała?
Charlie wzruszył ramionami.

– Nie można tego wykluczyć.
Niczego nie można wykluczyć, ale nadużycia finansowe zdarzają się wszędzie. 

To, że Jeff Parker pracował w instytucjach, gdzie zdarzały się również, niczego nie 
dowodzi.   Nie   można   zaraz   podejrzewać,   że   w   miejscowym   banku   doszło   do 
defraudacji i że Amber została zamordowana, bo o tym wiedziała. Charlie tylko 
spekuluje, nie ma żadnych dowodów.

background image

W   każdym   bądź   razie   dobrze,   że   energicznie   zabrał   się   do   śledztwa.   Nie 

podejrzewała, że jest do tego zdolny. Teraz ona musi powiedzieć ludziom, jakiego 
mają   komendanta,   bo   od   pewnego   czasu   dają   się   słyszeć   głosy   poddające   w 
wątpliwość jego kompetencje. Nawet jej słuchacze narzekali, że uznał zbrodnię za 
samobójstwo,   a   w   dwóch   gazetach   napisano   coś   o   jego   „nieudolności”.   Ben 
również planuje atak. Charlie nie ma dużo czasu. Jeśli natychmiast nie popisze się 
skutecznością, nic go nie uratuje.

– Powiedziałem ci to wszystko – odezwał się – żebyś się miała na baczności. 

Parker może być bardzo niebezpieczny. Trzymaj się od niego z daleka.

– Przecież to on do mnie przyszedł.
–   Wiem   i   nie   zamknąłem   go   tylko   dlatego,   że   nie   chcę   drania   spłoszyć. 

Poczekam na wynik kontroli w banku.

Julia rozejrzała się po gabinecie i znowu spojrzała na Charliego.
– Masz jakieś wyniki z laboratorium?
Skrzywił się.
– Mam, ale nic nowego nie wnoszą.
– Żadnych śladów? Żadnych odcisków palców?
Pokręcił głową.

– Nie ma cudzych włosów, próbek skóry, śladów krwi... Nic takiego?
– Nic a nic.
– A co z alibi Parkera? Nic nowego nie wiesz?
W oczach Charliego w końcu zabłysło nikłe światełko.
– Rozmawiałem z ludźmi z warsztatu samochodowego. Parker nie był u nich od 

dwóch lat, nie miał kłopotów z kołem i nic nie wymieniał.

Może Charlie jednak słusznie podejrzewa Parkera?
–   Ale   skąd   taki   szanowany   obywatel   jak   Jeff   Parker   miałby   wytrzasnąć 

narkotyk?

– Szanowani obywatele też nieraz dają sobie w żyłę, moja droga. Mógł się 

zaopatrzyć w Bostonie; lata tam raz na miesiąc w sprawach służbowych.

Julia wstała i przysiadła na biurku komendanta.
– A co z Bruce’em?
– Zaczął się interesować domem byłej żony. Tym też się będę musiał zająć. 

Rodzice Amber poprosili o pozwolenie zabrania z domu osobistych rzeczy córki, 
zanim on wszystko zagrabi.

Julia poczuła, jak ogarnia ją gniew.

background image

– To on na dodatek dostanie jeszcze jej dom?
– I knajpę, i wszystko, co było ich wspólną własnością.
Zaklęła brzydko pod nosem.
– Rozumiem, co czujesz, kochanie – odezwał się Charlie. – Ja myślę tak samo, 

ale jesteśmy bezsilni. Nie mam żadnych dowodów, a bez dowodów nic mu nie 
mogę zrobić.

Julia schyliła się po leżącą na podłodze torebkę.

– W takim razie szukaj. Jestem pewna, że coś się znajdzie.
– Będę szukał, a ty możesz powiedzieć swoim słuchaczom, że śledztwo trwa, 

ludzie mi pomagają i wszystkim jestem bardzo za to wdzięczny.

Podeszła do niego i pocałowała go w policzek.
– Trzymaj się, Charlie.
Uśmiechnął się.
– Będę się trzymał. Wypijam już tylko jedną szklaneczkę whisky przed snem. 

Nie mogę stać się aniołem z dnia na dzień.

– Jesteś aniołem i zawsze nim byłeś, pamiętaj o tym.

Czas pędził jak oszalały. Z poniedziałku zrobił się wtorek, a z wtorku środa, 

która właśnie mijała.

Ben   żył   jak   w   amoku.   W   pracy   przysypiał,   pismo   redagował   niedbale, 

interesował się tylko sprawą Amber, i to jedynie dlatego, że miała coś wspólnego z 
Julią. Całe jego życie toczyło się wokół Julii. Razem jadali lunche, po pracy jechał 
do niej i zostawał do rana. Stała się jego obsesją. Julia, Julia, Julia. W głowie miał 
tylko Julię.

Kiedy   Scott   Bowen   zatelefonował   do   niego   w   środę,   z   trudnością   sobie 

przypomniał, o co go prosił.

– Zająłem się tymi narkotykami i chyba znalazłem coś ciekawego – powiedział 

bez wstępów młody policjant.

Ben siedział właśnie wpatrzony w jedno ze zdjęć Julii, jakie zrobili sobie na 

skałach.

– Tak? Słucham.
– Trzy tygodnie temu niejaki Kenny Lopes został aresztowany i oskarżony o 

gwałt.   Jego   ofiara   została   zbadana   w   szpitalu   i   wykryto   u   niej   ślady   silnego 
narkotyku. Sprawa ma zostać skierowana do sądu i Lopes będzie miał kłopoty. 

background image

Zainteresowało   mnie   najbardziej   to,   że   Lopes   dzwonił   do   kogoś,   żeby   go 
wyciągnął. Ten ktoś nazywa się Chris Normandin. Czy to nazwisko coś ci mówi? 
Ben skoczył na równe nogi.

– Normandin! Pewnie, że mi mówi! Tak właśnie nazywa się nowa dziewczyna 

Bruce’a Davolla, męża Amber.

– Chris jest jej młodszym bratem.
Ben przypomniał sobie, że Julia wspominała coś o bracie Nicole. Miał chyba na 

imię Jack, a może Jake.

– I co? Ten Chris zgłosił się po Lopesa?
– Tak, i mówił do niego „szefie”.
– Szefie? Co to może być za interes?
– Też jestem ciekaw. Oficjalnie mówi się, że Chris Normandin jest rybakiem, 

ma własną łódź.

Ben spróbował się skupić.
– Czyli jak to z nim jest?
–   Chris   może   spokojnie   dostawać   narkotyki   od   takiego   Lopesa,   dawać   je 

siostrze, a ona przez Bruce’a rozprowadza je po całej wyspie. Prowadzą przecież 
nocny lokal.

W kartotece Chrisa roi się od notatek o zatrzymywaniu go z narkotykami.
– Sprzedawał je?
– Nie, tylko posiadał. Ale może i handluje, to nie jest pierwszy taki przypadek. 

Właściciele kutrów często sobie dorabiają w taki sposób.

Ben nie był zaskoczony. Już nieraz słyszał o tym, co dzieje się w zatoce – o 

rybackich   łodziach   podpływających   do   jachtów   pod   osłoną   nocy,   o   niejasnych 
transakcjach dokonywanych na plaży i w dyskotekach, o tajemniczych ładunkach 
przekazywanych z pokładu na pokład. Jak dotąd, były to jednak tylko pogłoski.

– Czy wiesz coś o jego pobytach na Harmony?
– Niewiele. Przez jakiś czas miałem praktyki w urzędzie celnym, nauczyłem się 

rozpoznawać ludzi, łodzie...

– Chris łowił tutaj w okolicy?
– Nie. Kiedy przyjeżdża, większość czasu spędza w knajpie Bruce’a; siedzi, 

rozmawia z ludźmi, opala się na pomoście. Właśnie to jest najciekawsze. Niewielu 
rybaków może sobie pozwolić w sezonie na takie marnowanie czasu.

Ben spróbował być bezstronny.
– Jego siostra tam pracuje, może ją odwiedza.
– Możliwe, ale to nie wyjaśnia, skąd bierze pieniądze.

background image

Benowi wydało się, że Scott coś wie. On sam też miał wrażenie, że dostrzega 

jakiś ślad, wątłą linię wskazującą rozwiązanie.

Do ostatecznego rozwikłania zagadki było jednak jeszcze daleko.
– Nie zostawię tego tak – oznajmił Scott. – Może wybiorę się do Provincetown; 

Chris trzyma tam swój kuter.

– Zawiadom mnie, jak coś znajdziesz.
– Jasne.
– Zatem do usłyszenia.

Zaraz po wyjściu z redakcji Ben udał się prosto do komendanta Slocuma, by go 

poinformować o telefonie Scotta.

Charlie potraktował jego relację z wielką ostrożnością.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – zapytał podejrzliwie.
Ben wzruszył ramionami.
– Prowadzisz w tej sprawie śledztwo. Komu innemu miałbym to powiedzieć?
Mógł   to   po   prostu   zatrzymać   dla   siebie   i   czekać   na   dalsze   wiadomości   od 

Scotta, a potem, po zakończeniu śledztwa, zarzucić Charliemu, że przeoczył ważny 
ślad, na który wpadł młody praktykant.

Komendant obrzucił go uważnym spojrzeniem.
– Tak bardzo ci na niej zależy? – zapytał, rozumiejąc nagle właściwą przyczynę 

wizyty Bena i jego gotowości do współpracy.

– Na kim?
– Na Julii. Zależy ci na niej.
Ben poczuł, że Charlie czyta w nim jak w otwartej książce.
– Tak, bardzo mi na niej zależy.
– Jej na tobie też.
Ben spuścił oczy.
– Nie na tyle, żeby tu zostać.
Spojrzenie Charliego stwardniało.
– A prosiłeś ją, żeby została?
Ben uśmiechnął się ironicznie.
– Nie muszę, znam odpowiedź.
– Musisz zrozumieć, że praca w radio jest dla niej wszystkim. Przed laty sam ją 

prosiłem, żeby nie wyjeżdżała, ale mi odmówiła. Nie chciałem jej nic narzucać.

background image

– Ja też nie chcę.
– Ale nie chcesz też, żeby wyjechała.

– Nie.
– Co w takim razie zamierzasz robić?
Ben westchnął.
– Nie wiem. Porozmawiam z nią. Może coś wskóram.
Ona nie jest szczęśliwa w Los Angeles. Mówi, że jest jej tam dobrze, ale wcale 

bym się nie zdziwił, gdyby się stamtąd wyniosła jeszcze w tym roku. Dlaczego nie 
miałaby przyjechać tutaj? Jeśli chodzi o pieniądze, to przecież bym jej pomógł. 
Opłaciłbym Prestonowi  wszystkie koszty  radia Harmony  i mogłaby  w dalszym 
ciągu prowadzić swój program.

Charlie uśmiechnął się ze współczuciem.
– To niczego nie załatwi. Mógłbyś być bogaty jak Rockefeller, a ona i tak by 

się   nie   zgodziła.   Raz   na   zawsze   postanowiła,   że   będzie   absolutnie   niezależna 
finansowo.

Ben zamyślił się.
– Spróbuj mi to wyjaśnić – powiedział po chwili. – Ja oczywiście rozumiem ten 

punkt widzenia, ale co jest tak bardzo złego w tym,  że facet pomaga  kobiecie 
finansowo?

– To wszystko się bierze z sytuacji, jaką miała w rodzinnym domu. Tyle się 

teraz pisze o wpływie rozstania rodziców na dzieci, ale nikt jeszcze nie napisał, jak 
głęboko sięgnąć mogą te wpływy i jak bardzo potrafią okaleczyć na całe życie.

– Może dlatego nie mogę tego pojąć. Pochodzę z bardzo szczęśliwej rodziny. – 

Ze zdziwieniem spojrzał na Charliego, słysząc, że komendant parsknął śmiechem. 
–   Nie   byliśmy   nigdy   specjalnie   bogaci;   ojciec   był   kierowcą   w   metrze,   matka 
siedziała w domu i zajmowała się dziećmi. Było nas czworo: ja, dwie siostry i brat. 
Nie pamiętam,

żeby kiedykolwiek się skarżyła, że jest człowiekiem drugiej kategorii. Zawsze 

mówiła,   że   praca   w   domu   jest   najważniejszym   i   najbardziej   odpowiedzialnym 
zajęciem.

–   Szczęśliwy   z   ciebie   człowiek.   –   Charlie   przestał   się   uśmiechać   i   nagle 

spoważniał. – Musisz mieć bardzo kochającą rodzinę.

– Tak. Nikomu z nas nigdy nie przyszłoby do głowy, że ojciec może nagle nas 

zostawić. Nigdy. Zawsze był z nami.

Charlie spojrzał na niego z nowym zainteresowaniem.

background image

– Myślisz o Julii jako swojej żonie?
Ben nie od razu odpowiedział.
– To nie jest pytanie fair. Znamy się dopiero od dwóch tygodni. Musimy się 

jeszcze przekonać, jak silne jest to, co do siebie czujemy. A właśnie może nie 
starczyć nam czasu.

Ben ciężko oparł się o biurko.
– Nie wiem, co ci radzić, synu. Bóg jeden wie, jak bardzo bym chciał, żeby 

tutaj została. Chciałbym ją mieć tuż obok, chciałbym, żeby miała rodzinę, męża, 
dzieci.

Tylko w ten sposób mogę kiedyś mieć wnuki... Ale chciałbym również, żeby 

robiła to, co dla niej najlepsze.

– Wiem.
– Jeśli to cię pocieszy, wiedz, że jestem po twojej stronie.
Ben wstał.
– Dziękuję, i bardzo się cieszę z naszej rozmowy.
Charlie nieco się zmieszał.
– Pogadaliśmy sobie jak dwie stare baby u fryzjera.
Ben   już   miał   się   żegnać,   ale   nagle   zatrzymał   się,   przypomniawszy   sobie 

prawdziwy powód wizyty.

– Może byłoby dobrze, gdybyś zadzwonił do Scotta Bowena. Na razie robi to 

wszystko z własnej inicjatywy.

Moglibyście połączyć wysiłki dla dobra śledztwa.
Charlie zjeżył się, a potem złagodniał.
– Pomyślę o tym.
Ben wyciągnął do niego rękę i Charlie mocno ją uścisnął.

Tego   samego   dnia   wieczorem,   w   czasie   kolacji,   Ben   z   Julią   rozmawiali   o 

ewentualnej roli, jaką Chris Normandin mógł odegrać przy dostarczeniu narkotyku 
na wyspę. Nie wykluczali przy tym, że wszystko to mogło być jedynie wynikiem 
zbiegu okoliczności. Albo mogło tylko potwierdzać fakt, że Chris ma kontakty w 
świecie przestępczym, co wcale automatycznie nie dowodzi, że ma jakiś związek z 
zabójstwem Amber. Sprawa pozostawała otwarta.

Następnie   Julia   zaczęła   swą   audycję,  a   Ben   poświęcił   się   rozmyślaniom   na 

temat najbliższej przyszłości. W niedzielę Julia ma opuścić wyspę i muszą o tym 

background image

porozmawiać. Musi ją skłonić do zmiany planów albo chociaż do obietnicy, że 
niedługo wróci.

Mimo to nie zaczął tej rozmowy. Bał się zakłócić te krótkie, szczęśliwe chwile, 

które im jeszcze pozostały.

W   nocy   nie   zmrużył   oka.   Świt   zastał   go   wpatrzonego   w   sufit,   pełnego 

wyrzutów sumienia, że stchórzył. Skoro nawet nie zapytał, to skąd może wiedzieć, 
co Julia myśli na interesujący go temat?

Odwrócił się ku niej, zastanawiając się, czy ma ją budzić, czy jeszcze poczekać, 

i spostrzegł, że Julia również nie śpi.

Poczuł, że kocha ją jak nikogo na świecie.

– Dzień dobry, kochanie.
Pocałował jej zaróżowiony policzek.
– Coś się stało? Nie spałeś całą noc.
– Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać.
– Nie o to chodzi. Widzę, że coś cię dręczy.
Usiadła, oparła się o poduszkę i objęła rękami kolana.
– O co chodzi?
Ben również usiadł; wziął głęboki oddech.
– Nie wiem, jak zacząć. Całą noc o tym myślałem i nic nie wymyśliłem.
– Po prostu powiedz. Cokolwiek to jest, lepsze to niż taka niewiedza.
Położył rękę na jej dłoni.
– Chodzi o twój niedzielny wyjazd.
– A konkretnie?
Opuścił wzrok, nie chcąc widzieć wyrazu jej twarzy.
–   Tak   sobie   myślałem...   że   ponieważ   jest   tak   dobrze,   to   może...   byś   tutaj 

została. Nie chcę, żebyś wyjeżdżała.

– Ja też będę za tobą tęsknić.
– Tęsknić? Nie zrozumiałaś mnie. Ja chcę, żebyś tutaj została ze mną. I bardzo 

cię o to proszę. Proszę, żebyś ze mną została.

Julia  nie  odzywała  się  i jej  milczenie   napawało  go trwogą.  Kiedy  wreszcie 

odważył się na nią spojrzeć, na jej twarzy nie dostrzegł nic dobrego.

background image

13

Spuściła nogi z łóżka i usiadła do niego tyłem.
–   Doszło   chyba   do   nieporozumienia.   Myślałam,   że   jest   oczywiste,   że   w 

niedzielę stąd odlatuję i wszystko, co między nami było, odchodzi w przeszłość.

Ben wyprostował się. Nadeszło to najgorsze...
– Tak miało być na początku, ale potem wszystko się zmieniło.
Spojrzała na niego przez ramię.
– Nie.
– Co, nie?
– Nie mów tak. Zanim się powie pewne rzeczy, trzeba się głęboko zastanowić.
–   Dlatego   właśnie   potrzebujemy   więcej   czasu.   Musimy   zrozumieć,   co   nas 

naprawdę łączy.

Czuł, że zaczyna tracić cierpliwość.

– Ja nie mam czasu, Ben.
– A może mogłabyś trochę znaleźć!
Mimo nikłego światła dostrzegł, że bardzo zbladła.
– Nie, bo nie mogę rzucić pracy!
Wstała i kilka razy nerwowo przeszła się po pokoju.
–   Mam   pracę,   środowisko,   kolegów!   Mam   możliwości!   Mam   mieszkanie, 

meble, książki, płyty. Trzy razy w tygodniu chodzę na aerobik i prenumeruję pięć 
pism.   Mam   swoje   życie!   Czy   kiedykolwiek   zastanawiałeś   się   nad   tym,   kim   ja 
jestem poza tą wyspą?

Ben powoli oparł głowę o ścianę.
– Masz  rację. Wiem o tobie tylko tyle, ile zobaczyłem na Harmony. Może 

rzeczywiście   powinienem  się   zastanowić   nad  tym,   kim  jesteś   tam,   daleko.  Jest 
jednak jeszcze coś. Istnieje nasze wspólne życie tutaj. Ono jest równie rzeczywiste 
jak to, co zostawiłaś w Los Angeles.

Julia zatrzymała się, oparła dłoń o najbliższe krzesło.
– O co ty mnie właściwie prosisz? Chcesz, żebym tu z tobą została? Pytam z 

czystej ciekawości.

– Bardzo bym chciał, żebyś została ze mną, ale wcale nie musisz tego robić. 

Możesz mieszkać sama, ale widywalibyśmy się i spotykali, i dali sobie czas, żeby 
zrozumieć, co między nami jest.

background image

Podeszła do łóżka i splotła ramiona na piersiach.
– Tak tylko pytam: jak długo miałby trwać ten eksperyment?
Poczuł się przyparty do muru. Julia żądała gwarancji, których nie mógł jej dać.
– Nie wiem... Tak długo, aż się zdecydujemy zostać razem na zawsze.

– Na zawsze – powtórzyła.
– Tak albo nie.
Znowu ruszyła przed siebie, ale natychmiast się zatrzymała.
– Zupełnie jakbyś nie słyszał, co przed chwilą powiedziałam. Tutaj nie ma dla 

mnie pracy!

– Posłuchaj, przecież ci pomogę. Moje pismo przynosi spory dochód. A jeśli 

będziesz chciała pracować, zawsze masz jeszcze radio Harmony.

– Radio Harmony?!
– Tak. Mogę opłacić Prestonowi czas antenowy i będziesz miała swój program.
Spojrzała   na   niego   z   takim   zdumieniem,   jakby   powiedział   coś   całkiem 

absurdalnego.

– Jak będzie trzeba, kupię od niego całą stację – ciągnął nie zrażony. – Będziesz 

sobie mogła robić to, co zechcesz, będziesz miała radio na własność i będziesz 
całkiem niezależna. Pomyśl, jaka to szansa i jakie możliwości!

– Chyba zemdleję z wrażenia.
Podeszła do toaletki i gwałtownymi ruchami zaczęła szczotkować włosy.
Zrozumiał,   że   radio   Harmony   jest   dla   niej   niczym,   po   prostu   chwilową 

rozrywką. On też chyba jest dla niej tylko chwilową rozrywką...

– Myślałem, że jakoś ci zależy na tej radiostacji. Przepraszam, jeśli się myliłem.
– Zależało mi, bo to przyjemna praca, ale na tym nie można zarobić. Nikt mi za 

to nie będzie płacił. Muszę mieć prawdziwą pracę. A jeśli idzie o twoją propozycję, 
to wolałabym się zatrudnić jako pokojówka w hotelu, niż pozwolić, żebyś za mnie 
płacił. Nie zamierzam być... utrzymanką.

Gdyby nie to, że bardzo go zraniła, chybaby się roześmiał. Ciekawe, dlaczego 

jego matka nie czuła się jak utrzymanką, kiedy ojciec kładł jej na stole wypłatę? 
Był pewien, że nigdy tak się nie czuła.

Z trudem się opanował.
– Staram się jakoś to wszystko ułożyć, żebyśmy mogli spróbować zostać razem. 

To wcale nie musi  wyglądać tak, jak powiedziałem.  To była tylko propozycja, 
jestem otwarty na twoje sugestie. Słucham, pomóż mi.

Wzruszyła ramionami, spojrzała na siebie w lustrze i spięła włosy szylkretową 

background image

spinką.

– Nie mam żadnych propozycji.
– Może byś sobie znalazła jakąś pracę bliżej Harmony? Tak, żeby można się 

było często widywać.

– A co to by dało?
Ogarnęła go nagła rozpacz.
– Moglibyśmy się spotykać.
Zwróciła się ku niemu nagłym ruchem.
– A może by tak nieco odwrócić sytuację? Dlaczego ty nie miałbyś pojechać ze 

mną? Dlaczego nie rzucisz wszystkiego i nie wyjedziesz do Los Angeles?

Ben zmartwiał.
– Przecież wiesz, co to miejsce dla mnie znaczy. Tu mam swoją gazetę, tu jest 

mój dom.

Była teraz wściekła.
– Więc to ja mam ze wszystkiego zrezygnować? Tylko twoje życie się liczy! 

Twoja praca! Twoje potrzeby!

Uważasz, że to słuszne?

Zrozumiał, że Julia ma rację. Żądał od niej ofiary ze wszystkiego, chciał, żeby 

dla niego poświęciła to, co z takim trudem zdobyła. Myślał, że warto.

Ona widocznie myśli inaczej.
–   Dobrze,   zapomnijmy   o   tym.   Chcesz   wrócić   do   Kalifornii,   wracaj   do 

Kalifornii. I pomyśl o mnie czasem jak o miłej wakacyjnej przygodzie.

Ręce Julii opadły.
– Wiesz przecież, że to dla mnie nie była przygoda.
– Nie?
Pośpiesznie zaczął się ubierać.
– Oczywiście, że nie!
– Niczego nie musisz udawać.
W oczach Julii ukazały się łzy, chociaż jej cudowny, magiczny głos w dalszym 

ciągu był niezłomny i stanowczy.

– Ben, chyba rozumiesz...
– Wszystko doskonale rozumiem. Dla ciebie to był tylko seks. Doskonale, jakoś 

to   przeżyję.   Każdy   facet   w   mojej   sytuacji   byłby   szczęśliwy,   że   udało   mu   się 
uniknąć komplikacji.

Włożył spodnie, buty, zapiął koszulę.

background image

–   Przecież   to   wymarzona   sytuacja   –   mówił   dalej.   –   Kilka   dni   z   piękną 

dziewczyną,   a   potem   do   widzenia,   żadnych   zobowiązań.   Czysta   przyjemność. 
Marzenie każdego samotnego faceta.

Uniósł oczy na Julię i zobaczył, że jej twarz przybrała dziwny wyraz.
– Postępujesz nie fair... – powiedziała cicho.
Nerwowo przeczesał ręką włosy.

– Przepraszam, ale nie zamierzam zaczynać tej rozmowy od początku.
Widać było, że Julia nie chce mu pomóc. Wszystko się skończyło.
– Może lepiej od razu teraz się pożegnamy – rzekł zdławionym głosem.
– Tego właśnie chcesz?
– Wiesz, czego chcę. Powiedziałem ci już.
Miał nadzieję, że Julia się zawaha. Odwróciła wzrok, po jej bladym policzku 

spłynęła łza. Sięgnął po torbę.

– Lepiej już sobie pójdę.
– Nie zjesz śniadania?
– Nie.
Ruszył ku drzwiom i Julia poszła za nim.
– To szaleństwo... To wszystko stało się tak nagle...
Nie czuł współczucia, zbytnio go zraniła.
– Nieważne, nagle czy powoli – oświadczył. – I nie zamierzam więcej o tym 

debatować. To bez sensu. Zbyt wiele... zbyt wiele już w to włożyłem.

Usłyszał krótkie westchnienie i jakby szloch. Miał ochotę wziąć ją w ramiona i 

odwołać ostatnie słowa, lecz tego nie uczynił. Zrobił kilka kroków i znalazł się w 
korytarzu; jeszcze kilka i był już na schodach; jeszcze kilka i wsiadł do samochodu, 
i odjechał.

Cathryn zadzwoniła do niej w najbardziej właściwym momencie. Julia musiała 

czymś   się   zająć,   żeby   kompletnie   nie   zwariować.   Prośbę   przyjaciółki,   żeby   jej 
wyświadczyła przysługę, przyjęła z wielką ulgą. Przynajmniej przez pewien czas 
nie będzie myślała o Benie i o ich rozstaniu. I tak całe przedpołudnie spędziła na 
rozpamiętywaniu każdego słowa – i pochlipywaniu.

Na szczęście był już czwartek; jeszcze tylko dwa dni i opuści wyspę. Piątek 

jakoś minie na przygotowaniach do koleżeńskiego spotkania, a sobota – na samym 
spotkaniu. A potem raz, dwa i będzie już daleko.

background image

Zresztą przecież kiedy wiązała się z Benem, zdawała sobie sprawę z grożącego 

jej  niebezpieczeństwa.  Nie   może   udawać,  że   nie  wiedziała,  jak  bardzo  bolesne 
będzie rozstanie.

Cathryn   prosiła,   by   Julia   pojechała   do   portu   i   poczekała   na   kuter   Mike’a 

Fearinga. Mike miał dostarczyć kraby na sobotnie przyjęcie i Cathryn obiecała je 
odebrać. Nie mogła jednak tego zrobić, bo akurat szła do lekarza z Bethany.

Julia   zapewniła  przyjaciółkę,  że   bardzo  chętnie  ją  wyręczy,  przemyła  twarz 

zimną   wodą,   lekko   się   umalowała   i   pojechała   do   portu.   Spotkanie   z   Mikiem 
wypadło bardzo przyjemnie. Przełożyli ładunek do samochodu Julii i poszli coś 
zjeść.   Dwie   następne   godziny   spędzili   w   małej   restauracyjce,   gawędząc   o 
wszystkim i o niczym.

Po   kolacji   Julia   poczuła   się   znacznie   lepiej.   Dostarczyła   kraby   Cathryn   i 

posiedziała u niej aż do czasu rozpoczęcia audycji. Dobrze się czuła w kuchni 
przyjaciółki,   zawalonej   przepisami   i   listami   zakupów   na   sobotnie   przyjęcie. 
Pomogła   jej   sprzątnąć   dom   i   sama   odkurzyła   salon.   Zaproponowała   także,   że 
nazajutrz pójdzie z nią na targ, ale Cathryn zapewniła, że sama doskonale da sobie 
radę.

Po powrocie do domu włączyła automatyczną sekretarkę. Serce biło jej mocno 

w oczekiwaniu na głos Bena. Dlaczego czeka na to z taką niecierpliwością? Skąd ta 
nagła zmiana? Przecież tego samego dnia rano odrzuciła jego propozycję.

Usłyszała jednak tylko głos matki Amber.
– Julio, to ja, Vivien Loring.
Poczuła wyrzuty sumienia. Przyrzekła, że ją odwiedzi, ale pochłonięta własnym 

szczęściem, zapomniała o cudzym cierpieniu.

– Przepraszam, że dopiero teraz dzwonię – ciągnęła zgnębionym głosem pani 

Loring – ale wcześniej nie mogłam. Po tym wszystkim, czego się dowiedziałam o 
śmierci   Amber...   Rozumiesz,   prawda?   Bardzo   bym   chciała   się   z   tobą   spotkać. 
Może jutro? Zadzwoń do mnie, jak wrócisz.

Natychmiast to uczyniła; nie musiała szukać numeru; był na zawsze odciśnięty 

w jej pamięci.

– Dzień dobry, mówi Julia.
– Jak dobrze, że dzwonisz. Zaraz ci powiem, o co chodzi. – Pani Loring od razu 

przeszła do sedna sprawy.

–   Policja   nareszcie   odplombowała   dom   Amber   i   Bruce   na   pewno   tam   się 

wybiera. Dostałam pozwolenie i mogę wejść pierwsza, żeby zabrać osobiste rzeczy 
Amber. Czy mogłabyś mi towarzyszyć?

background image

Julia nerwowo przetarła ręką czoło; nie wiedziała, co powiedzieć. Wizyta w 

domu, w którym zamordowano jej przyjaciółkę, była ostatnią rzeczą, na jaką miała 
ochotę.

– Proszę, chodź ze mną – rzekła matka Amber błagalnym tonem. – Tam jest 

mnóstwo zdjęć i pamiątek, coś z tego może będziesz chciała sobie wziąć.

Julia głęboko odetchnęła i wyprostowała się z determinacją.
– Dobrze. O której się spotkamy?
– Ja będę tam od drugiej do piątej. Wpadnij, kiedy chcesz.
– W takim razie do zobaczenia.

Noc zapowiadała się długa i bezsenna.
Ben wsparł się o stół i zrezygnowanym spojrzeniem obrzucił wystygłe jedzenie. 

Nie mógł jeść, na samą myśl robiło mu się niedobrze. Lunchu nie jadł wcale, od 
rana wypił tylko kubek kawy.

Muzyka,   jaką   tego   wieczoru   nadawało   radio   Harmony,   też   mu   nie   służyła. 

Bluesy, wolne liryczne piosenki. Utwory zdolne rozbić go do reszty i zapewnić 
beznadziejnie długą i bezsenną noc. Właściwie powinien zgasić radio i odciąć się 
od tego głosu.

Tego jednak nie potrafił zrobić. Nie mógł tak po prostu zerwać z Julią. Cienka, 

świetlista linia jej głosu była jedynym łącznikiem pomiędzy nią a jego sercem i nie 
był w stanie tego zniszczyć. Mógł zrobić jeszcze coś...

Kompletne szaleństwo!
Szybko włączył magnetofon i zaczął nagrywać.
– Słyszeliśmy właśnie Franka Sinatrę. Mówi do was Julia Lewis, jestem razem 

z wami w ten smutny, jesienny wieczór.

Ben wbił wzrok w światełko wskazujące natężenie dźwięku i zapatrzył się w 

wizualne wibrowanie jej głosu. Przez chwilę miał wrażenie, że obserwuje bicie 
serca Julii. Wyobraził ją sobie siedzącą przy mikrofonie: czarna fala włosów opada 
na czoło, drobna dłoń odgarnia ją, odsłaniając różowy policzek. Julia przybliża usta 
do mikrofonu...

Zdawał sobie sprawę z tego, że ogarnia go szaleństwo i wiedział, że nigdy, 

przenigdy nie wymaże tego obrazu z pamięci.

Może   Julia   ma   rację?   Może   zachował   się   jak   zwykły   męski   szowinista? 

Przerzucił całą odpowiedzialność za ich związek na nią. Może powinien sprzedać 

background image

swoje pismo, zamknąć redakcję i podążyć za Julią na koniec świata...

Musiałby wówczas na zawsze opuścić Harmony i wschodnie wybrzeże, gdzie 

mieszka cała jego rodzina.

Tego zrobić nie mógł. Nigdy nie miał ochoty mieszkać nad Pacyfikiem i nigdy 

nie zamierzał prowadzić koczowniczego trybu życia. Dlaczego? Dlaczego nagle 
stanął przed takim wyborem?

Może jest jakaś inna droga? Mogliby na przykład być „parą na odległość”; 

wiele osób tak robi. Mieszkają na dwóch krańcach kontynentu i spotykają się w pół 
drogi.

Tylko skąd brać na to pieniądze? Samoloty są strasznie drogie. Takie ciągłe 

podróże szybko pochłoną wszystkie ich zasoby. Jest jeszcze kwestia czasu; nie 
można pracować ani normalnie żyć, kiedy się połowę życia spędza w podróży. 
Przede wszystkim jednak: cóż to byłoby za życie? Czy taki związek na odległość w 
ogóle jest prawdziwym związkiem dwojga ludzi?

– A teraz usłyszymy Barbrę Streisand. Mówi Julia Lewis, pomału zbliżamy się 

do końca naszego dzisiejszego programu.

Wstał i przygotował sobie drinka. Julia ma rację. Sytuacja jest bez wyjścia. 

Każde z nich ma swoje życie i żadne nie jest skłonne z niego zrezygnować. Julia 
ma absolutną rację.

Wypił   i   znowu   sięgnął   po   butelkę.   Noc   zapowiada   się   długa,   bezsenna   i 

rozpaczliwie beznadziejna.

Następnego   dnia   po   południu,   kiedy   Julia   podjechała   pod   dom   Amber, 

samochód pani Loring już tam stał. Był zaparkowany obok policyjnego wozu.

Julia wyłączyła silnik i niechętnie wysiadła. Miała przed sobą drewniany dom, 

przypominający  stylem większość  domów  na wyspie. Ślady Amber widać było 
jednak wszędzie: oto jej ukochane skrzynki z kwiatami stojące na oknie, ulubiona 
tkanina osłaniająca drzwi, rękawica ogrodowa leżąca na skrzynce na listy.

Nie  zastanawiaj   się  i  nie  myśl,   powiedziała  do  siebie;   w  przeciwnym  razie 

nigdy nie wejdziesz do tego domu.

W progu wpadła w ramiona pani Loring. Spojrzały na swoje zmienione twarze.
W domu Amber, oprócz nich, znajdował się jeszcze policjant przysłany przez 

komendanta Slocuma. Matka Amber łamiącym się głosem wyjaśniła, że zaczęła już 
robić przegląd rzeczy. Większość ubrań córki odłożyła na bok z zamiarem oddania 
ich potrzebującym; kilka sztuk porcelany chciała zabrać do siebie.

background image

– Daliśmy to jej na prezent urodzinowy...
– Miała bardzo miły dom – szepnęła Julia przez łzy.
– Nigdy tu nie byłaś?
Julia schyliła głowę. Jak cudownie byłoby znaleźć się tutaj z Amber, dumnie 

pokazującą   każdy   szczegół   wyposażenia   i   objaśniającą,   co   z   tego   wszystkiego 
zrobiła sama, a co gdzie i przy jakiej okazji kupiła...

– Mam tu też coś dla ciebie. – Pani Loring ze sztucznym ożywieniem sięgnęła 

po pudło stojące na małym stoliku.

Julia zerknęła do środka i usta jej zadrżały.
– O Boże... – wyszeptała.
W środku, starannie ułożone, leżały listy, jakie w ciągu tych wszystkich lat 

napisała   do   przyjaciółki.   Pierwszy   nosił   stempel   Disneylandu...   Miała   wtedy 
jedenaście lat.

W pudle znajdowały się również zdjęcia. Na jednych były we dwie, na innych – 

w towarzystwie koleżanek i kolegów.

– Nie chce ich pani zatrzymać? Naprawdę mogę je zabrać?
–   Naprawdę.   Ja   i   tak   mam   wiele   różnych   pamiątek   po   mojej...   córeczce... 

Pamiętasz to? – Pani Loring uśmiechnęła się przez łzy. – Przypominasz sobie to 
zdjęcie? Zrobiłyście sobie na wiosnę trwałą, same, w domu...

– Oczywiście, że pamiętam. O mało nie spaliłyśmy przy tym włosów.
W pudle, wśród innych przedmiotów, Julia ujrzała też kryształowe kieliszki, 

które sama podarowała Amber i Bruce’owi z okazji ślubu.

– Jest pani pewna, że Bruce nie zechce ich zatrzymać?
– Nie sądzę, ale wygląda na to, że sama go będziesz mogła zapytać, bo właśnie 

przyjechał. – Pani Loring machnęła ręką w stronę okna. – Właśnie parkuje. Mam 
nadzieję, że przyjechał tu bez tej... O nie, ona też jest!

Julia odeszła od pudła i stanęła obok pani Loring.

Czarna   corvette’a   ostro   zahamowała,   a   po   chwili   rozległo   się   energiczne 

trzaśniecie drzwiami. Bruce bez pukania wtargnął do domu, nie oglądając się na 
Nicole.

– Dzień dobry – powiedział, przenosząc wzrok z teściowej na Julię.
W ślad za nim nieśmiało wśliznęła się Nicole. Oczy miała spuszczone. Julia 

poczuła, że ma ochotę natychmiast stąd wyjść. Nie wiedziała tylko, co zrobić z 
pudłem.

– Jeszcze  nie skończyłyśmy, Bruce – oznajmiła pani Loring nie znoszącym 

background image

sprzeciwu głosem. – Mamy sporo do zrobienia, zostaniemy tu jeszcze trochę.

Bruce wzruszył szerokimi barami.
– Nic mnie to nie obchodzi, chcę tylko zobaczyć, co zamierzacie zabrać.
Matka Amber pokazała mu stertę ubrań do oddania i porcelanę, którą chciała 

zatrzymać. Niedbale przerzucił zawartość pudeł i poszedł do kuchni.

– Te kuchenne urządzenia mają zostać na miejscu – oświadczył.
Julia uznała, że powinna zapytać go o kieliszki.
– To był prezent dla nas obojga, o ile pamiętam – odrzekł znacząco Bruce.
Nicole stała obok bez słowa, wpatrzona w okno.
– Julio, chciałabym ci jeszcze coś pokazać. – Pani Loring niemal popchnęła 

Julię przez niewielki korytarzyk do sypialni Amber. – Jest tu pewna rzecz, którą 
chcę ci podarować.

Julia jej nie słuchała. W sypialni panował sztuczny, wzorowy porządek. Łóżko 

ktoś starannie zasłał czystym prześcieradłem.

Bruce ruszył za nimi. Nicole towarzyszyła mu jak cień. Ciekawe, pomyślała 

Julia, czy tutaj zamieszkają? Będą spać w tej sypialni, kochać się na tym łóżku... 
Zrozumiała nagle, dlaczego Nicole jest tak potwornie blada. Biedna dziewczyna.

Pani Loring otworzyła ścienną szafę i wyjęła coś starannie zapakowanego w 

papierową torbę.

– Co to jest?
– To narzutka z norek. Pamiętasz? Należała do jej babki. Przerobiłyśmy ją, 

kiedy Amber zrobiła maturę.

Julia doskonale pamiętała tę narzutkę. Kiedy miała siedemnaście lat, te norki 

wydawały się jej najcudowniejszym strojem, jaki w życiu widziała.

– Są prawie nie używane, Amber bardzo je oszczędzała. Włożyła je tylko kilka 

razy na jakiś bal. Chciałabym, żebyś je wzięła.

– Ja?  – Julia pytająco zerknęła na Bruce’a, który stał w progu z kamienną 

twarzą.

Widocznie nawet on nie był w stanie oświadczyć, że narzutka z norek przyda 

się... jemu.

– Tak, ty. Są twoje. Nie odmawiaj, proszę.
Wyszeptała słowa podziękowania i pani Loring szybko zatrzasnęła drzwi szafy.
Bruce tymczasem podszedł do biureczka żony i wysunął jedną z szufladek; 

potem drugą i następną.

– Były tu monety, cała kolekcja. Co się z nimi stało?

background image

– Nie mam pojęcia i nie podoba mi się twój ton.
Pani Loring spojrzała na niego z pogardą, ale Bruce nie zareagował.

– Były w takiej brązowej książce, no, w takim albumie. .. Gdzie on się podział?
Pani Loring wzruszyła ramionami.
– Brązowy album? Widziałam coś takiego w schowku na korytarzu.
Bruce znacząco spojrzał na Nicole, a ona natychmiast zrozumiała jego milczący 

rozkaz. Wyszła z pokoju i po chwili wróciła.

– Tak. Jest – zameldowała cichym głosem.
Bruce otwierał właśnie kasetkę z biżuterią żony.
– Gdzie te brylantowe kolczyki, co jej dałem na Boże Narodzenie?
– Tutaj, nie widzisz?
Pani   Loring   powiedziała   to   wyraźnie   podniesionym   głosem   i   napięcie   w 

sypialni sięgnęło zenitu.

– A gdzie ten złoty łańcuszek, który jej dałem na pierwszą rocznicę?
Pani Loring z trudem się opanowała. Z podejrzaną starannością zaczęła układać 

pierścionki i bransoletki córki.

– To możesz sobie wziąć, Julio. Należało do mojej matki.
– Zapytałem, gdzie ten złoty łańcuch?
Matka Amber spojrzała na swego zięcia lodowatym wzrokiem.
– Masz na myśli ten ze złotym serduszkiem, na którym kazałeś wyryć napis: 

„Jedynej kobiecie, którą kocham”?

Tym razem nawet Bruce nieco się zmieszał.
– Właśnie – bąknął.

Julia   mimo   woli   spojrzała   na   twarz   Nicole   odbitą   w   lustrze   ,   ciekawa,   jak 

dziewczyna znosi tę sytuację. Ich oczy spotkały się. W oczach Nicole było napięcie 
tak   wielkie,   że   Julia   nagle   poczuła   współczucie.   Zrozumiała,   że   uczucie 
przykuwające tę dziewczynę do Bruce’a jest katastrofą, zdolną pochłonąć młode 
istnienie.

Bruce bardzo szybko odzyskał tupet.
– Zapłaciłem za niego trzysta kawałków, to było najlepsze złoto. Mam nadzieję, 

że go nie sprzedała.

– Nie, nie sprzedała go. Teraz sobie przypominam.
– Pani Loring szybko poruszyła powiekami, nie pozwalając wypłynąć łzom. – 

Miała go wtedy... tego wieczoru, kiedy...

background image

Odwróciła głowę i przełknęła łzy. Julia poczuła, że jeszcze chwila, a ucieknie 

stąd; Nicole zapewne musiała czuć to samo.

– Miała go na szyi, kiedy od nas wychodziła – dzielnie dokończyła pani Loring. 

– Dobrze pamiętam, bo nawet zwróciłam jej na to uwagę. Zapytałam, dlaczego go 
nosi, a ona mi odpowiedziała, że po prostu lubi ten łańcuszek i że to nieważne, od 
kogo go dostała. Możesz więc być spokojny, Bruce, łańcuch nie zginął. Musi być 
albo tutaj, w domu, albo w depozycie na policji.

Po raz ostatni rozejrzała się po sypialni córki.
–   Nie   ma   powodu,   żeby   Julia   dłużej   to   znosiła.   Odprowadzę   ją   tylko   do 

samochodu i zaraz wracam.

Julia odetchnęła z ulgą; ta scena stawała się dla niej nie do zniesienia.
Wróciła  do  domu  i  zaniosła   prezenty   do  swojego   pokoju.  Nadal   nie  mogła 

uwierzyć, że stała się posiadaczką narzutki z norek. Postanowiła bardzo o nią dbać 
i wkładać tylko na specjalne okazje.

Żeby się czymś zająć, sprzątnęła dom Prestona, chcąc wszystko zostawić w 

należytym porządku. W sobotę będzie przyjęcie u Cathryn i nie starczy jej na nic 
czasu.

O   zwykłej   porze   rozpoczęła   nadawanie   wieczornego   programu,   starając   się 

myśleć tylko o przyjemnych rzeczach.

Już jutro zobaczy swoich przyjaciół. Dobrze będzie spotkać ich wszystkich...
Wszystkich?   Amber   przecież   nie   będzie.   Amber   nie   zobaczy   już   nigdy. 

Przyjechała tu, żeby zrozumieć tajemnicę jej śmierci, i co? Nic nie zrozumiała, 
niczego się nie dowiedziała. Tajemnica była głębsza i trudniejsza do przeniknięcia 
niż przedtem.

Dlaczego Amber zginęła? Wiadomo już, że została zamordowana, ale przez 

kogo? Kto ją zabił?

Podeszła do okna i zapatrzyła się w ciemną noc. Właściwie nic nie zrobiła, w 

żaden sposób nie przyczyniła się do rozwiązania sprawy, nie posunęła śledztwa ani 
o krok naprzód. A przecież sobie przyrzekła, przyrzekła zmarłej przyjaciółce...

Może Charlie wpadnie jednak na jakiś trop. Tak bardzo chciała, żeby mu się 

udało; również  ze  względu na  niego  samego.   Charliemu  potrzebny   był sukces; 
komendant   Slocum   musi   dowieść   mieszkańcom   wyspy,   jak   bardzo   jest   im 
potrzebny. W przeciwnym razie...

Zadrżała na samą myśl o tym, jaki koniec może czekać Charliego.
Tymczasem jej audycja trwała; kolejna płyta właśnie dobiegała końca.

background image

– Słyszeliśmy wielki przebój lat pięćdziesiątych, piosenkę Rosemary Clooney 

„Przyjdź do mojego domu”, dedykowaną Cathryn McGrath z West Shore Road. A 
teraz posłuchamy Peggy Lee i jej przeboju „Dopóki tu byłeś”.

To   dla   ciebie,   Ben,   dodała   w   myślach   i   poczuła   się   bardzo   nieszczęśliwa. 

Pochyliła głowę i włosy opadły jej na twarz. Jeśli chce jakoś przeżyć to wszystko, 
nie wolno jej myśleć o Benie.

Wiedziała,   że   kiedy   już   wkrótce   znajdzie   się   w   swoim   supernowoczesnym 

studio w Los Angeles, zatęskni za zakurzonym pomieszczeniem w domu Prestona 
Fincha. Zatęskni za starymi, romantycznymi przebojami, za swoimi słuchaczami, 
za  ich  telefonami  i  prośbami.  Zatęskni  nawet   za  starą,  niewygodną   aparaturą  i 
ręcznym   przewijaniem   taśm.   A   wszystko   to   dlatego,   że   zostawi   za   sobą 
doświadczenie   jedyne   w   swoim   rodzaju,   coś   niezwykle   osobistego   i 
niepowtarzalnego.

Coś własnego, coś, czego nikt jej nie narzucał. Ben coś takiego powiedział. 

Mówił, że tutaj byłaby niezależna. Może ma rację? Tutaj mogłaby robić swoje 
własne radio; sama wybierać piosenki, prowadzić rozmowy na dowolny temat. Po 
raz pierwszy propozycja Bena wydała jej się sensowna i realna.

A ponadto bardzo kusząca...
Tylko   że   niezbyt   łatwo   ją   przyjąć.   Oznaczałaby   przecież   zależność   innego 

rodzaju – rezygnację z pewnego sposobu życia, całkowitą zmianę.

Gorąco   pragnęła   odczuwać   to   wszystko   inaczej;   spojrzeć   na   życie   oczami 

Cathryn,   być   taka,   jak   Cathryn   wobec   Dylana.   Bezgranicznie   ufna,   szczera   i 
otwarta, wyzbyta lęku i niepokoju. Chciała raz na zawsze uwierzyć, że będą razem 
zawsze, dziś, jutro i za pięćdziesiąt lat.

Nie   mogła.   Nie   potrafiła.   Lęk   i   nieufność   były   w   niej   zakodowane   zbyt 

głęboko.

Drgnęła. Coś jakby trzask łamanej gałązki przyciągnął jej uwagę w stronę okna. 

Ściszyła odbiornik i zaczęła nasłuchiwać. Podejrzany dźwięk nie powtórzył się. 
Pewnie wiatr...

Trzecia   godzina   programu   dobiegała   końca.   Jeszcze   jeden,   dwa   utwory, 

kilkuminutowe   pożegnanie   i   jakiś   wiersz   na   zakończenie.   Wybrała   poemat 
zatytułowany „Nie mówmy o pożegnaniu”. No i ostatnia piosenka z kolekcji Bena.

Boże! Jak mogła o tym zapomnieć? Kolekcja Bena! Przecież przed wyjazdem 

musi mu oddać jego nagrania.

Właśnie gorączkowo się zastanawiała, jak to zrobić, kiedy dobiegł ją dźwięk 

kroków.   Zupełnie   jakby   ktoś   się   skradał   od   strony   kuchennego   wejścia.   Ale 

background image

przecież   to   niemożliwe.   Nie   słyszała   podjeżdżającego   samochodu,   nie   widziała 
żadnych świateł...

Nagle   zdała   sobie   sprawę,   że   siedzi   w   oświetlonym   pomieszczeniu   wśród 

morza ciemności. Nie widzi, co dzieje się na zewnątrz, ale sama jest doskonale 
widoczna. Zadrżała i podeszła do okna, chcąc zaciągnąć zasłony.

Uspokój   się,   nic   się   nie   dzieje,   pomyślała.   Wiatr   targa   gałęziami,   polne 

zwierzątka wychodzą na nocne łowy, trzeszczą dachówki na wypaczonym dachu... 
Zasunęła zasłony, próbując nie patrzeć w gęsty mrok.

Wróciła na swoje miejsce i zastygła z przerażenia. Dźwięk kroków dobiegał 

teraz z wnętrza domu.

Ktoś tu jest... Jak się dostał do środka? Przecież starannie zamknęła wszystkie 

drzwi!

To musi być wytwór jej wyobraźni, nikogo nie ma. Sprawdziła przecież nawet 

okna.

Nie zamknęła tylko na klucz drzwi wiodących do studia... Po co miałaby się 

zamykać, skoro zamknęła cały dom?

Zastygła   w   nagłej   ciszy   ze   wzrokiem   wbitym   w   klamkę.   Musi   wstać   i 

zaryglować te drzwi, może to śmieszne, ale musi to zrobić dla własnego spokoju.

Światło lampy ledwo sięgało tamtego kąta, ale i tak spostrzegła, że klamka 

lekko się poruszyła. Julia poczuła, jak krew ścina jej się w żyłach. Znowu była 
tamtą małą dziewczynką, która wpatrzona z przerażeniem w drzwi szafy czekała, 
aż wyjdzie z niej potwór, którego sapanie słyszała bardzo wyraźnie.

To   tylko   halucynacje,   przywidzenia,   nic   poza   tym.   Wbrew   jej   bezgłośnym 

zaklęciom, klamka poruszyła się jednak znowu i drzwi powoli zaczęły się otwierać. 
Chciała wstać, ale nie mogła. Chciała krzyknąć, ale nie mogła wydobyć głosu. 
Drzwi otwierały się coraz szerzej, coraz bardziej nieubłaganie.

Za nimi była noc.
A potem raptownie otworzyły się na całą szerokość. W progu stała Nicole z 

pistoletem w dłoni. W jej oczach był lodowaty chłód.

background image

14

– Nicole?!
Dziewczyna   weszła   do   studia,   nie  spuszczając   z  Julii   oczu.   Ubrana   była  w 

czarne   spodnie   i   ciemną   marynarkę.   Jedną   ręką   ściągnęła   czarną   opaskę 
podtrzymującą włosy, drugą skierowała broń w stronę Julii.

– Nie ruszaj się.
Julia zastygła z przerażenia.
– Nicole, co ty robisz?
Spojrzała na wycelowany w siebie pistolet i zrozumiała cały absurd swojego 

pytania.

– Jak się tu dostałaś?
– Jak to jak? Drzwi kuchenne mają  taki zamek,  że nawet dziecko może  je 

otworzyć. Nie wstawaj, siedź spokojnie i puść jakąś muzykę. Tylko nie próbuj 
żadnych sztuczek.

To niemożliwe, to musi być tylko sen, przebiegło przez głowę Julii. To znaczy, 

że to Nicole zamordowała Amber? A teraz przyszła tutaj...

Starała się jakoś uporządkować fakty i wprowadzić nieco ładu w uciekające 

myśli, ale nie potrafiła.

Nicole stanęła za nią i Julia poczuła chłód metalu na karku. Płyta skończyła się 

kilka   minut   wcześniej   i   na   antenie   panowała   cisza.   Julia   drżącym   głosem 
przeprosiła słuchaczy i na chybił trafił sięgnęła po następny utwór.

– Jest za jedenaście minut dziesiąta – powiedziała.
Do końca programu pozostało jej właśnie te jedenaście minut. Rozległ się głos 

Neila Diamonda; nie lubiła tej piosenki.

Przez sekundę miała zamiar nie wyłączać mikrofonu, żeby wszyscy mieszkańcy 

wyspy mogli usłyszeć, co dzieje się w studio, ale Nicole była szybsza.

– Wyłącz to, ale już. Mówiłam, żebyś nie robiła głupstw.
Dotyk stali na karku przekonał Julię ostatecznie. Jednym ruchem wyłączyła 

mikrofon.

Potem odwróciła się w stronę swojej prześladowczym.
– To ty zabiłaś Amber, prawda?
– Po co pytasz? Przecież dobrze wiesz.
Dlaczego Nicole tak myśli? Skąd niby miałaby to wiedzieć?
– A kiedy zrozumiałaś, że wiem? – zapytała, blefując.

background image

– Dzisiaj u niej w domu.
Julia spróbowała dokładnie odtworzyć w pamięci scenę z domu Amber, ale 

pamięć   ją   zawodziła.   Wszystko   mieszało   się   i   ginęło,   tłumione   panicznym 
strachem.

Zresztą nieważne, jak Nicole do tego doszła; ważne, że przyszła tu z takim 

przekonaniem.

Julia zaczerpnęła powietrza i z trudem zadała następne pytanie:
– Przyszłaś tu... właśnie dlatego?
Nicole   skinęła   głową.   Była   bardzo   blada,   w   jej   oczach   widniały   rozpacz   i 

determinacja.

Wzrok Julii powędrował w ślad za lufą.
– Nie teraz – rzekła Nicole martwym głosem. – Jeszcze nie teraz. Dopiero jak 

skończysz z tym tutaj.

Julia zerknęła na zegar. Do końca programu pozostało siedem minut. Siedem 

minut łączności ze światem, siedem minut szansy, ostatnie siedem minut.

Czy istnieje jakiś sposób wezwania ratunku?
Jakiś   pewnie   jest,   tylko   jak   go   znaleźć   i   wprowadzić   w   czyn?   Postanowiła 

spróbować. Znowu powoli zwróciła twarz w stronę Nicole.

– Muszę wziąć z półki taśmę – oznajmiła.
– A te ci nie wystarczą? – Nicole ruchem głowy wskazała taśmy leżące na stole.
– Te już nadawałam. Ludzie się zorientują, że coś jest nie tak, jeśli zacznę się 

powtarzać. Nigdy tego nie robię.

– Dobrze, tylko pamiętaj, nie wygłupiaj się.
Julia   wstała   i   na   uginających   się   nogach   podeszła   do   półki.   Przebiegła 

wzrokiem tytuły albumów.

– Szybciej. Ależ ty się guzdrzesz!
Wreszcie   znalazła   to,   czego   szukała.   Wybór   melodii   z   najbardziej   znanych 

filmów kryminalnych.

–   Słyszeli   państwo   Neila   Diamonda,   a   teraz   posłuchamy   muzyki   z   filmu 

„Laura”,   pochodzącego,   jak   wszyscy   zapewne   wiedzą,   z   tysiąc   dziewięćset 
siedemdziesiątego piątego roku.

Mówiąc te słowa, kątem oka zerknęła na Nicole. Ciekawe, czy się zorientuje? 

Twarz   Nicole   jednak   nawet   nie   drgnęła;   dziewczyna   widocznie   nie   była 
kinomanką.

background image

– Mówi Julia Lewis z radia Harmony. Zostańcie teraz ze mną.
Czy ktokolwiek zauważy napięcie w jej głosie? Czy ktokolwiek się zastanowi, 

że   podając   datę   powstania   słynnego   filmu,   pomyliła   się   o   trzydzieści   lat?   Czy 
ktokolwiek skojarzy, że „Laura” jest filmem o tajemniczym morderstwie?

Czy ktokolwiek w ogóle ją słyszy?
Spojrzała na ciemną, nieruchomą postać dziewczyny.
– To długi kawałek. Możemy sobie porozmawiać.
Powiedziała to tak swobodnie, jakby przyjmowała przyjaciółkę na herbatce.
– Porozmawiać? O czym?
– Na przykład, jak to zrobiłaś. Jak zabiłaś Amber.
Nicole trzymała teraz broń obiema rękami. Czyżby zaczynała się męczyć?
–   Przyznaję,   że   zrobiłaś   to   doskonale.   Nie   zostawiłaś   żadnych   śladów, 

odcisków   palców,   nic.   To   naprawdę   wyglądało   na   samobójstwo.   Niepotrzebnie 
tylko podałaś jej ten narkotyk.

– Wcale nie – obruszyła się Nicole. – To było potrzebne, i gdyby nie ta sekcja, 

wszystko by się udało. I uda się, jestem tego pewna.

To pewnie powszechnie znana nieudolność Charliego spowodowała, że Nicole 

myślała,   że   autopsji   nie   będzie.   A   może   przypuszczała,   że   w   przypadku 
samobójstwa nigdy nie robi się sekcji?

Zadzwonił telefon i obie gwałtownie drgnęły. Palce Nicole zacisnęły się na 

rewolwerze.

– Odbierz, tylko nie mów nic głupiego.
Julia sięgnęła po słuchawkę. Jakaś kobieta zauważyła jej pomyłkę i dzwoniła, 

żeby   podać   prawdziwą   datę   powstania   „Laury”.   Julia   podziękowała   i   właśnie 
szukała w myślach czegoś, co mogłoby zaalarmować jej rozmówczynię, kiedy ta 
szybko się pożegnała i rozłączyła.

Nicole wyjęła słuchawkę z rąk Julii i położyła ją na stole.
– Teraz nikt nam nie będzie przeszkadzał.
Jeśli ktoś zadzwoni do studia, usłyszy taki sygnał, jakby telefon był zajęty.
Może to niegłupi pomysł...
Julia   niemal   się   uśmiechnęła.   Zazwyczaj   nagrywała   wszystkie   rozmowy 

telefoniczne, a teraz, kiedy słuchawka była odłożona, mogło się nagrać to, o czym 
rozmawiały w studio. Zawsze to jakaś pociecha. Ponadto w czasie programu nigdy 
z nikim tak długo nie rozmawiała. Jeśli Charlie wystuka jej numer, natychmiast się 
zorientuje, że dzieje się coś niedobrego. Albo przynajmniej powinien...

background image

Nieco uspokojona podjęła przerwaną rozmowę.
– Ciekawi mnie tylko, jak zdobyłaś te narkotyki.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Kupiłam.
– Tutaj? Na naszej wyspie?
Nicole wydęła wargi.
– Za dużo chcesz wiedzieć.
Julia machnęła ręką.
– Przepraszam.

Oparła   się   wygodnie,   starając   się   przybrać   neutralny   wyraz   twarzy.   Nie 

wiedzieć czemu uważała, że musi sprawić, by Nicole przestała być tak potwornie 
spięta. Kiedy zacznie mówić, może uda się znaleźć sposób, żeby ją przechytrzyć.

– Usiądź, Nicole – powiedziała, wskazując fotel.
– Po co? Denerwuję cię, kiedy tak stoję?
– Nie, ale mam wrażenie, że jest ci niewygodnie.
– Nie gadaj tyle, tylko kończ te swoje kawałki.
Julia spojrzała na czasomierz.
– Ten utwór skończy się dopiero za minutę.
Nicole, nie spuszczając jej z oka, przysunęła sobie fotel i przysiadła na poręczy.
– Co słychać u twojego brata? – rzuciła od niechcenia Julia.
Nicole pobladła jeszcze bardziej.
– Co?
– To od niego kupiłaś te prochy? Od Chrisa?
– Zamknij się, do cholery!
– Najpierw odpowiedz, naprawdę jestem ciekawa.
W oczach Nicole po raz pierwszy, oprócz chłodu, pojawiło się coś jeszcze.
– Nie wiem, skąd to wszystko wiesz, ale Chris nie jest złym chłopcem – rzekła 

szybko. – On po prostu... nieraz coś komuś sprzeda, ale tylko trochę. Robi to... bo 
potrzebuje pieniędzy.

– Rozumiem. Zresztą nie mógł wiedzieć, co z tym zrobisz.
– Właśnie, Chris nie miał o tym zielonego pojęcia.
Chciał   je   sprzedać   komuś   na   plaży,   ale   odebrałam   mu   te   prochy,   bo   nie 

chciałam, żeby się narażał. Powiedziałam mu, że wyrzuciłam je do ubikacji.

–   W   porządku,   w   takim   razie   nic   mu   nie   grozi.   Skoro   nie   wiedział   o 

przestępstwie, nie jest w nic zamieszany.

background image

– Chris jest niewinny.
– Nie bój się. Nic mu nie grozi.
Nicole wyraźnie się uspokoiła. Muzyczny temat z „Laury” dobiegł końca, ale 

Julia nie poruszyła się.

– Nie dasz teraz nic nowego? – zapytała niespokojnie Nicole.
– Zaraz będzie następny utwór, z tej samej płyty. Często tak robię, możesz być 

spokojna.

Zabrzmiały pierwsze takty „Body Heat”. Jeśli Charlie jej słucha, nie może nie 

zorientować   się,   jakie   utwory   nadaje.   Jeśli   jej   słucha,   musi   się   tu   zjawić,   by 
sprawdzić,   co   się   dzieje.   Poprzednim   razem   przecież   wpadł,   kiedy   go   coś 
zaniepokoiło. Tylko czy dzisiaj jej słucha?

– Przyszłaś tu ścieżką przez las?
Źrenice Nicole zwęziły się.
– Skąd wiesz?
– Do spodni przyczepiła ci się gałązka.
Dziewczyna rzuciła okiem na wskazane miejsce.
– Rzeczywiście.
– Do Amber też przyszłaś leśną ścieżką?
Na wargach Nicole pojawił się słaby uśmiech.
– Nasze domy są od siebie bardzo oddalone, jak się idzie drogą. Ale przez las to 

tylko pół mili.

– Bardzo sprytnie. Amber  się nie zdziwiła, że przychodzisz tak późno, bez 

samochodu. To musiała przecież być już... chyba jedenasta, prawda?

– Było wpół do jedenastej. Amber wcale się nie zdziwiła, no, może trochę, ale 

jej   powiedziałam,   że   samochód   mi   się   zepsuł   niedaleko   jej   domu   i   muszę 
zadzwonić.

Julia próbowała nie wyobrażać sobie tej sceny, ale sugestywny obraz pojawił 

się nieproszony.

– Potem zapytałam, czy ma coś do picia, bo strasznie się zgrzałam, idąc przez 

las. Otworzyła butelkę wody mineralnej i nalała do szklanek.

– A ty wsypałaś jej narkotyk?
Nicole skinęła głową.
Obraz Amber przyjmującej w swoim domu osobę, która przyszła ją zabić, miał 

w sobie coś makabrycznego.

– A potem to już poszło szybko...

background image

Głos Nicole stał się obojętny, mechaniczny.
– Zaprowadziłam ją do łóżka i pomogłam się położyć.
Ledwo się poruszała, lała się przez ręce...
Julia uczepiła się myśli, że Amber była nieprzytomna i nie zaznała panicznego 

strachu; ta myśl sprawiła jej ulgę.

–   Wyjęłaś   pistolet   z   jej   nocnego   stolika   i   zastrzeliłaś   ją,   tak?   –   zapytała 

zdławionym głosem.

W oczach Nicole dostrzegła pustkę.
– Tak.
– I włożyłaś jej broń do ręki?
– Tak.
Muzyka   umilkła;   zegar   wskazywał   za   trzy   minuty   dziesiątą.   Trzy   minuty   i 

wszystko   się   skończy.   Zabrzmiały   pierwsze   takty   kolejnego   utworu   z   płyty 
„najsłynniejszych utworów kryminalnych”.

– Potem musiałaś jeszcze posprzątać, umyć szklanki i tak dalej...

–   Umyłam   je   i   odstawiłam   na   miejsce,   potem   wytarłam   wszystko,   czego 

dotykałam.

Jakiś  cień padł na twarz Nicole; coś jak gdyby przypomnienie  błędu, który 

popełniła.

– Zrobiłam tylko jedno głupstwo...
– Jakie?
– Wróciłam do sypialni i wzięłam ten łańcuszek.
Łańcuszek? Jaki łańcuszek? O czym ona mówi?
Julia   nagle   przypomniała   sobie   słowa   Bruce’a;   niemal   usłyszała   jego 

nieprzyjemny, napastliwy głos: „Gdzie ten złoty łańcuszek, który jej dałem... „

– Jak tylko na mnie spojrzałaś, wtedy, w tym lustrze, od razu wiedziałam, że się 

domyśliłaś. Widziałaś go przecież u mnie w domu...

Głos Nicole dotarł do niej jak z bardzo daleka.
Spuściła oczy, żeby ukryć zdumienie. Nareszcie zrozumiała. Nicole pomyliła 

się; tym razem naprawdę popełniła błąd. Julia w jej domu nie widziała żadnego 
łańcuszka.   Zbyt   była   zaaferowana,   żeby   się   przyglądać   ozdobom   leżącym   na 
kuchennym stole. Owszem, teraz sobie przypominała: były tam kolczyki, jakieś 
spinki, bransoletka, może i łańcuszek z breloczkiem...

– Dlaczego to wzięłaś, Nicole? – zapytała spokojnie.
– Nie wiem, z głupoty.

background image

Lufa rewolweru obniżyła się; celowała teraz w kolana Julii.
– Chodziło ci o ten napis?
Nicole otrząsnęła się; lufa wróciła na swoje poprzednie miejsce.
– Jaki napis?

– „Jedynej kobiecie, którą kocham”.
Wyraz twarzy Nicole zdradził jej, że trafiła w sedno.
– Czy on naprawdę kochał tylko Amber? – spytała łagodnie.
–   Stale   tam   chodził,   mówił,   że   idzie   porozmawiać   o   rozwodzie,   aleja 

wiedziałam... Stale do niej chodził...

– Głos Nicole rwał się, jej pierś falowała.
– Myślałaś, że nigdy od niej nie odejdzie?
Oczy Nicole wypełniło cierpienie.
– Dlatego ją zabiłaś?
Niemal jej współczuła. Oto do czego może człowieka doprowadzić miłość.
Ale to nie była miłość, to była groźna choroba, obsesja, która niszczy ludzkie 

istnienia.

– Myślałam, że jak ona zniknie, to on wreszcie mnie zauważy, zobaczy, że 

zawsze przy nim jestem, bo go kocham.

– Przecież jesteście razem.
– Tak jak mu wygodnie.
– Myślisz, że chodzi mu tylko o seks?
Nicole niechętnie skinęła głową.
– I o rozładowanie frustracji?
– On... on mnie nie bije. – Nicole jakby się uśmiechnęła. – Może popchnął mnie 

raz czy dwa, ale nigdy mnie nie uderzył. On wie, że Chris by mu nie darował. Mój 
brat zna różnych niebezpiecznych ludzi.

– Bruce wie, że Chris handluje narkotykami?
– Bruce wie wszystko.
– I to, że zabiłaś Amber?
Rewolwer w dłoni Nicole niebezpiecznie zadrżał.

– Powiedziałam mu, że to nie ja, ale on chyba wie, nie jest głupi. Musi się 

domyślać, przecież mamy wspólne alibi.

Julia nie wszystko rozumiała. Jakoś nie bardzo miała ochotę wierzyć, że Bruce 

podejrzewa Nicole. Znała go na tyle, by wiedzieć, że gdyby rzeczywiście uważał, 

background image

że   to   zrobiła,   ani   jej   brat,   ani   jego   koledzy   nie   powstrzymaliby   go   przed 
wymierzeniem kary albo pójściem na policję. Chyba że...

Chyba że kryjąc Nicole, kryje samego siebie.
– Co ty o nim wiesz? W co on jest zamieszany?
Nicole milczała. Jakby nagle przebudzona, powiodła wzrokiem w stronę zegara.
– Już dziesiąta – odezwała się. – Powinnaś kończyć.
Julia zrobiła nieokreślony ruch ręką.
– Zaraz kończę, ale porozmawiajmy jeszcze chwilę.
– Nie ma o czym mówić. Sprawa jest jasna. Tylko ty jedna wiesz, że byłam u 

Amber tamtej nocy, i taki ktoś nie jest mi potrzebny.

– Przecież nie mam żadnych dowodów. Weź ten przeklęty łańcuszek i wrzuć go 

do wody. Nie będzie żadnych śladów.

– Wystarczy, że ty wiesz. Będziesz o tym gadać.
– Nie. Mogę ci przyrzec, nie powiem nikomu słowa.
Nicole przez chwilę się zastanawiała, a potem przecząco pokręciła głową.
– Nie wierzę ci. Kończ już, powiedziałam.
Julia ze ściśniętym sercem zbliżyła usta do mikrofonu.
– Chciałam się z państwem pożegnać. Było mi bardzo miło. – Gdyby tylko 

mogła   wykrztusić   to   jedno   jedyne   słowo:   „Na   pomoc!”   Chłodny   dotyk   lufy 
skutecznie ją jednak od tego odwiódł.

– Dobranoc, Harmony – powiedziała tylko.
Nicole niecierpliwym ruchem wyłączyła mikrofon.
– Wystarczy, idziemy.
– Dokąd?
– Na spacer.
Julia   z   wolna   zaczęła   podnosić   się   z   krzesła   i   wtedy   usłyszały   dźwięk 

wjeżdżającego na podjazd samochodu. Nicole zaklęła.

Julia poznała samochód Bena. Przymknęła oczy i wydała głębokie westchnienie 

ulgi. Ben zrozumiał, że jest w niebezpieczeństwie i przybywa na pomoc. Ben...

W tej samej chwili ogarnęło ją przerażenie na myśl o tym, co mu grozi.
– Szybko! – Nicole popchnęła ją w stronę drzwi.
Było jednak za późno; gdyby teraz wyszły przed dom, znalazłyby się wprost w 

świetle reflektorów.

– Spław go, rób, co chcesz, ale masz go spławić. Jeśli zrobisz jakiś numer, 

strzelam.

Usłyszała znajome kroki na podjeździe, a potem na schodach. Po chwili Ben 

background image

pukał już do drzwi.

– Julia! To ja.
Nicole wsunęła jej lufę pod żebro.
– Idź tam i pogadaj z nim. Tylko pamiętaj: jedno nieostrożne słowo i zastrzelę 

cię. Zastrzelę was oboje.

Przekręciła   wyłącznik   i   studio   pogrążyło   się   w   ciemności.   Julia   ostrożnie 

podeszła do drzwi i stanęła twarzą w twarz z Benem. Nagle zrozumiała, że jeśli 
teraz umrze, Ben nigdy nie dowie się, kim dla niej był.

Uchyliła drzwi.
– Słucham?
Spojrzał na nią niepewnie.
–   Przyjechałem   tak   nieoczekiwanie,   bo...   –   Urwał   i   jakby   się   nad   czymś 

zastanawiał. – Dzwoniłem, ale stale było zajęte. Myślałem...

– Miałam dziś mnóstwo telefonów od słuchaczy.
Spojrzał ponad jej ramieniem w kierunku ciemnego studia.
– Mogę wejść?
– To nie jest najlepszy pomysł. Ja...
Tak strasznie chciała, by został, ale nie mogła go narażać. Wiedziała, że Nicole 

jest zdecydowana na wszystko.

– Jestem strasznie zmęczona. Przepraszam, zadzwonię do ciebie jutro.
Chciała zamknąć drzwi, ale Ben przytrzymał je ręką.
– Nie mogę czekać do jutra – oświadczył i wszedł do środka. – Dużo myślałem 

o tym, co powiedziałaś, i...

Rozpaczliwie próbowała zagrodzić mu drogę.
– Nie teraz, Ben...
– Owszem, teraz!
Odsunął ją energicznie, wszedł do studia, zapalił światło i... ujrzał Nicole z 

wycelowaną w siebie bronią.

Z całej ich trójki to ona właśnie była najbardziej przerażona. Stała tak niczym 

parodia   telewizyjnego   rewolwerowca,   na   ugiętych   nogach,   drżącymi   rękami 
ściskając broń.

 O Boże... O Boże... – szeptała do siebie.
Sytuacja wyraźnie ją przerosła i teraz nie miała pojęcia, co robić. Ben natomiast 

nie wahał się ani przez chwilę.

background image

Błyskawicznym ruchem wepchnął Julię za swoje plecy, chroniąc ją własnym 

ciałem.

– Uciekaj – szepnął. – Klucze są w stacyjce.
– Nie ruszać się! – krzyknęła Nicole piskliwym głosem. – Zastrzelę was oboje/
Drżała na całym ciele. Julia wiedziała, że dziewczyna w każdej chwili może 

spełnić swoją groźbę.

– Uspokój się, Nicole – rzekł łagodnym głosem Ben.
– Przecież sama wiesz, że nikogo nie chcesz zastrzelić.
Dziewczyna postąpiła krok do tyłu.
– Nie ruszaj się – syknęła. – Jeszcze jeden ruch...
Ben spojrzał na nią z wyraźnym współczuciem.
– Spójrz na siebie, Nicky. Cała drżysz, jesteś blada jak ściana.
Postąpił krok w jej stronę.
– Ben, nie rób tego – szepnęła Julia błagalnym tonem.
– W porządku. Nicole jest mądrą dziewczyną i nie popełni żadnego głupstwa.
Jednak popełniła głupstwo. Kula przeszła tuż obok głowy Bena i utkwiła we 

framudze drzwi.

– Julia!
– Nic mi nie jest.
Spojrzenie Bena stało się ostre, hipnotyzujące.
– Oddaj broń, Nicole, nie wygłupiaj się.
Dziewczyna parsknęła nerwowym śmiechem.
– Nie mam już nic do stracenia. Co za różnica, czy będę siedzieć dwa lata czy 

pięćdziesiąt. I tak nikt na mnie nie będzie czekał. A tak, może mam jeszcze jakąś 
szansę...

Jej twarz rozjaśniła się.

– Mogę zadzwonić do brata, ukryje mnie gdzieś. Zanim zaczną was szukać, 

będę już daleko.

Wyglądała jak dziecko, które rozpaczliwie próbuje wzbudzić w sobie nadzieję.
– Brat chyba nie będzie mógł ci pomóc – oznajmił Ben spokojnym głosem. – 

Dziś po południu został aresztowany.

Nicole jęknęła.
– Co?
– To, co słyszałaś. Wygląda na to, że tylko ty sama możesz sobie pomóc.
Rozczarowanie jakby nagle odjęło jej wszystkie siły. Zrobiła niepewny krok do 

background image

przodu i zachwiała się. Ben runął ku niej, jednocześnie z całej siły odpychając 
Julię.

– Uciekaj!
Julia zatoczyła się na półki z taśmami i albumami. Czy on nie rozumie, że ona 

nigdy nie ucieknie, nigdy go nie zostawi?

– Uciekaj!
Ben upadł wraz z Nicole na ziemię i w tej samej chwili huknął strzał.
– Julia! Uciekaj! – jęknął Ben.
Rzuciła się ku niemu, nie wiedząc, co robić i jak mu pomóc. Rozległ się kolejny 

strzał i Ben zwinął się z bólu. Julia ujrzała krew sączącą się z jego rozerwanej 
koszuli.

Poczuła, jak ogarnia ją dzika, zwierzęca wściekłość. Rozejrzała się z furią po 

pokoju. Jej wzrok padł na ciężki, metalowy mikrofon; chwyciła go i podeszła do 
Nicole.

Ale Nicole tylko na to czekała; klęczała na podłodze z bronią gotową do strzału.

– Zostaw to – rzekła rozkazującym głosem.
Julia nie zamierzała jej słuchać. Ben leżał, zwijając się z bólu i brocząc obficie 

krwią. Nie zamierzała słuchać niczego i nikogo. Musi unieszkodliwić Nicole, w 
przeciwnym razie Ben zginie. Miała tylko jedno wyjście.

Zbliżyła   się   i   z   całej   siły   uderzyła   Nicole   w   nadgarstek.   Broń   upadła   na 

podłogę. Gdy Julia schyliła się, by ją podnieść, Nicole z całej siły kopnęła ją w 
żebra. Julia straciła z bólu oddech, pokój wokół niej zawirował.

Nie wolno mi zemdleć, nie wolno. Jeśli stracę przytomność, Ben zginie.
Uklękła, dłonią szukając rewolweru. Nicole jednak była szybsza. Jej palce jak 

szpony zacisnęły się na rękojeści.

– Zostaw to, ręce do góry!
Ten   rozkazujący   głos   nie   mógł   należeć   do   Bena.   Ben   właśnie   stracił 

przytomność i leżał bez ruchu. W drzwiach stał Charlie Slocum ze służbową bronią 
w ręku.

– Wszystko skończone, Nicole – rzekł. – Wszystko skończone.

background image

15

Tej samej nocy Julia opuściła wyspę sanitarnym helikopterem, który przybył 

zabrać   Bena   do   szpitala   w   Providence.   Światła   wyspy   oddalały   się   szybko, 
pozostając w dole, ale nie widziała tego i nie słyszała warkotu silnika. Oczy miała 
wpatrzone w Bena, uszy wsłuchane w jego urywany oddech. Podczas gdy lekarze 
walczyli o jego życie, nie wypuszczała jego dłoni z rąk, przemawiając do niego i 
mówiąc mu, że nie może umrzeć, bo ona go kocha.

Potem  wylądowali   na   dachu   szpitala;   Bena   natychmiast   zawieziono   na   salę 

operacyjną, a ją umieszczono w poczekalni, gdzie następne trzy godziny spędziła 
na czuwaniu i modlitwie. Na szczęście, był z nią jeden z ludzi Charliego, więc nie 
była tak beznadziejnie sama.

Modliła   się   o   ratunek   dla   Bena,   płakała,   rozmyślała   i   robiła   rozmaite 

postanowienia,   owładnięta   jedną   tylko,   banalną   myślą,   że   człowiek   nigdy   nie 
docenia tego, co ma, zanim tego nie utraci.

Nad   ranem   zjawił   się   Charlie.   Nie   mógł   przylecieć   wcześniej,   bo   musiał 

przesłuchać Nicole. Pocałował Julię w policzek i mocno ją przytulił.

– Strasznie się boję, Charlie...
Otarł jej łzy z policzków.
– Wiem, ale wszystko będzie dobrze. On z tego wyjdzie, to mocny facet. Tacy 

tak szybko nie umierają.

Bardzo chciałaby uwierzyć w słowa Charliego bez zastrzeżeń, ale paniczny lęk 

nie ustępował łatwo. Charlie spojrzał na siedzącego obok policjanta.

– Bill, możesz iść napić się kawy. Dobrze ci zrobi.
Policjant uśmiechnął się, wstał i odszedł.
Charlie spoczął na zwolnionym przez niego miejscu. Julia usiadła obok niego. 

Przez chwilę milczała.

–   Jestem   taka   głupia...   –   powiedziała   wreszcie   –   taka   beznadziejnie   głupia, 

Charlie.

Spojrzał na nią, unosząc jedną brew.
– A to dlaczego?
– Wszystko robię nie tak. Pędzę gdzieś, szukam czegoś, sama nie wiem po co i 

dlaczego, zmieniam prace, miejsca zamieszkania...

– Przecież każda twoja kolejna praca jest coraz lepsza i ty też jesteś  coraz 

lepsza w tym, co robisz.

background image

Przytaknęła.
– Tak, ale mogłabym się doskonalić zawodowo również w jednym miejscu.
Charlie pokiwał głową.

– Dziwny moment sobie znalazłaś na rozmowy o pracy, kochanie.
– Ja nie mówię tylko o pracy, mówię o wszystkim, o życiu, o ludziach...
– A może doszłaś przy okazji do jakiegoś wniosku?
– Tak. Jestem po prostu do niczego.
Charlie wzruszył ramionami.
– Chyba trochę przesadzasz.
Uniosła na niego oczy.
–   Odkąd   pamiętam,   zawsze   lubiłam   być   sama.   Nie   dopuszczałam   ludzi   do 

siebie, bo nikomu nie ufałam.

Trzymałam wszystkich z daleka od siebie i bałam się zaangażować.
– Mylisz się. Miałaś wielu przyjaciół. Sam znam ludzi, z którymi byłaś bardzo 

blisko. Jeden z nich siedzi tu teraz przy tobie.

– Wiem, ale...
–   Lubisz   ludzi   i   potrzebujesz   ich.   Nie   możesz   tylko   uwierzyć,   że   oni   cię 

kochają.

Spojrzała na niego z bezgranicznym zdumieniem.
– Skąd... skąd ty to wszystko wiesz?
– Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam.
Uśmiechnęła się.
– Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, Charlie, i dobrze o tym wiesz.
– A co to wszystko ma wspólnego z Benem?
Sięgnęła do torebki po czystą chusteczkę.
– Właśnie w tym przypadku okazałam się prawdziwą idiotką. Ben dzisiaj w 

nocy ryzykował dla mnie życie.

Szkoda, że go nie widziałeś. Rzucił się na Nicole, jakby zupełnie się nie bał. 

Jakby nie widział broni. Myślał tylko o tym, żeby mnie ratować.

– To się nazywa miłość, kochanie.
– Wiem, ale ty nie wiesz, że ja tę jego miłość odrzuciłam. Dlatego mówię, że 

jestem głupia.

Charlie objął ją i mocno przytulił.
– Wszystko będzie dobrze. On z tego wyjdzie, zobaczysz.
– Może...

background image

Westchnęła i wtuliła się w Charliego. Wcale nie była tego taka pewna. Gdyby 

teraz Ben, wyzdrowiawszy, nie chciał z nią mieć nic wspólnego, zrozumiałaby to. 
Przecież nie jest znowu tak nadzwyczajna, by oddać za nią wszystko, zdrowie, 
życie...

Zza   szklanych   drzwi   z   napisem:   „Prosimy   nie   wchodzić”   wyszedł   młody 

chirurg w zielonym stroju.

– Pani Julia Lewis?
Wstała, czując, że serca w niej zamiera.
– Tak, to ja.
–   Nazywam   się   Flynn   i   jestem   jednym   z   lekarzy,   którzy   operowali   pani 

przyjaciela.

– Tak, słucham?
– Operacja się udała.
To nie była zadowalająca odpowiedź na jej pytanie.
– Jak on się czuje? Rany są bardzo groźne? – Charlie wstał również i pytająco 

spojrzał na lekarza.

– Było lepiej, niż myśleliśmy. Kula przeszła tuż obok serca i utknęła w lewym 

płucu.

– A co z postrzałem w nogę?
– Stracił dużo krwi, ale kość jest nie naruszona.

Julia odetchnęła.
– To znaczy, że będzie całkiem zdrowy?
– Tak. – Uśmiechnął się lekarz. – Będzie zupełnie zdrowy.
– Mogę do niego pójść? – spytała z wahaniem.
– Jeszcze się nie obudził, ale może pani do niego na chwilę zajrzeć.
Poszła na oddział pooperacyjny, przez całą drogę powtarzając sobie, że musi 

być   przygotowana   na   okropny   widok.   Widywała   już   bardzo   chorych   ludzi   i 
spodziewała się odczłowieczającej plątaniny plastikowych rurek i aparatów. Kiedy 
jednak ujrzała Bena, zrozumiała, że wygląd i otoczenie nie jest ważne: miała przed 
sobą mężczyznę swojego życia i tylko to się liczyło.

Pocałowała go w czoło, odgarnęła włosy i powiedziała, jak bardzo go kocha. 

Potem do pokoju wszedł lekarz i Charlie, i obaj przekonali ją, że powinna wracać 
do domu, by trochę odpocząć. Benowi już nic nie grozi. Zawiadomiono też jego 
rodzinę, która ma niedługo przyjechać. Ben nie będzie sam.

background image

Dopiero kiedy  niewielki samolot  wzbił się w powietrze, biorąc kierunek na 

Harmony, Julia i Charlie zaczęli rozmawiać o Nicole i wydarzeniach poprzedniej 
nocy.

– Teraz sobie coś przypomniałam – rzekła Julia, przekrzykując hałas silnika. – 

Ben wspomniał o aresztowaniu Chrisa. Jak to było?

– Zaraz ci powiem. Ten facet, którego oskarżono o gwałt, zeznał, że Chris też 

był w to zamieszany. Policja z Providence przymknęła go, a w jego mieszkaniu 
znaleziono pięć kilogramów marihuany i niezły zapas prochów.

– Wiedzą już, że dostarczył narkotyku, który posłużył do popełnienia zbrodni?
– Oczywiście. Od trzech dni jestem z nimi w stałym kontakcie, pomaga mi ten 

młody policjant, Scott Bowen.

Będzie z niego znakomity gliniarz.
– Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie. Jesteś naprawdę niesamowity, Charlie.
Mrugnął okiem.
– Może mam powody.
Powiedział   jej   też,   że   Bruce   Davoll   od   pewnego   czasu   trudnił   się   handlem 

narkotykami.   Policja  znalazła  w  mieszkaniu   Chrisa   notatnik,  w   którym między 
innymi notował transakcje zawierane z Bruce’em.

– To dlatego nie doniósł na Nicole! – zawołała Julia.
– Trzymała go w garści!
– Można powiedzieć, że jedno drugie trzymało w garści.
– Aresztowaliście go?
– Tak, zaraz dziś w nocy.
Pozostał jeszcze tylko kochanek Amber, Jeff Parker.
– Wynika z tego, że on nie miał nic wspólnego z morderstwem? – zapytała 

Julia.

Charlie pokręcił głową.
– Nie. Jeff Parker nie jest mordercą, jest jedynie niewiernym mężem. Zdradzał 

żonę nie tylko z Amber. Kiedy się zorientował, że go podejrzewam o morderstwo, 
przyszedł do mnie i wszystko mi wyśpiewał. Tego wieczoru, kiedy zabito Amber, 
był u swojej nowej kochanki.

– Stąd ta cała historia o złapanej gumie, i tak dalej.
– Właśnie. Zresztą teraz Parker będzie miał ciężkie życie. Zrobił się szum i 

żona o wszystkim się dowiedziała.

background image

Podobno ma teraz piekło w domu. Jakoś dziwnie mu nie współczuję, zasłużył 

sobie na to. Jest dorosłym facetem i powinien wiedzieć, co robi. Zresztą opuścił 
Amber w najtrudniejszej chwili.

Zapatrzyli się w ciemne niebo; pod nimi był równie mroczny ocean.
– Chciałam cię jeszcze o coś zapytać, Charlie, i to już będzie moje ostatnie 

pytanie. Skąd wiedziałeś, że potrzebuję pomocy? Jak to się stało, że zjawiłeś się u 
mnie dokładnie w chwili, kiedy cię potrzebowałam?

Rzucił na nią okiem i wzruszył ramionami.
– Też pytanie! Wiesz, ile osób dzwoniło na posterunek, żeby powiedzieć, że się 

o ciebie boją, bo coś niedobrego się u ciebie dzieje?

– Naprawdę?
– Mówili, że masz taki dziwny głos, że puszczasz jakieś starocie, że nie zgasiłaś 

światełka na maszcie, że...

Julia złapała się za głowę.
– Nie zgasiłam go? O Boże! Rzeczywiście!
Harmony   była   teraz   ciemną   plamą   na   tle   nieco   jaśniejszego   morza. 

Gdzieniegdzie migotały światła: jedno z nich było czerwone. Julia spojrzała na nie 
i uśmiechnęła się. Po raz pierwszy w życiu naprawdę miała wrażenie, że wraca do 
domu.

Nazajutrz w domu Cathryn panowała atmosfera w niczym nie przypominająca 

zwykłego koleżeńskiego spotkania. Julia zjawiła się ostatnia. W ciągu tych kilku 
godzin,   które   przespała,   cała   wyspa   dowiedziała   się   już   o   jej   niezwykłych 
perypetiach. Kiedy tylko podjechała pod dom przyjaciółki, wszyscy rzucili się w jej 
stronę,   zasypując   ją   pytaniami.   Musiała   opowiedzieć   im   wszystko   z 
najdrobniejszymi szczegółami.

Raz po raz ze współczuciem spoglądała na Jake’a Normandina. On nie ponosi 

przecież żadnej odpowiedzialności za wyczyny rodzeństwa.

Po zaspokojeniu ciekawości goście rozproszyli się po ogrodzie, od czasu do 

czasu   podchodząc   do   stołu,   zastawionego   smakołykami   przygotowanymi   przez 
Cathryn. Zaczęły się wspomnienia i rozmowy o teraźniejszości; ktoś zaczął robić 
zdjęcia.

Julia   z   ożywieniem   podeszła   do   Lauren   DeStefano.   Lauren   była   typową 

„kobietą sukcesu”; tak jak planowała, zrobiła karierę i świetnie jej się powodziło. 
Od jedenastu lat jej noga nie stanęła na Harmony.

background image

– Kiedy stąd wyjeżdżałam – powiedziała do Julii w swój zwykły ironiczny 

sposób   –   przyrzekłam   sobie,   że   nigdy,   za   żadne   skarby   świata,   tu   nie   wrócę. 
Przyjechałam na naszą wysepkę tylko po to, żeby cię zobaczyć. Nigdy bym sobie 
nie darowała, że straciłam taką okazję.

Następnie   Julia   porozmawiała   z   Sethem   Connorem   i   jego   żoną,   którzy 

przylecieli na spotkanie z New Haven. Seth pracował w szkole jako nauczyciel 
angielskiego.   Później   zamieniła   kilka   słów   z   Mikiem   Fearingiem  i   bliźniakami 
O’Banyon, których widziała już na pogrzebie, ale nie mieli okazji porozmawiać. 
Pogadała   też   z   Barrym   Devine’em,   który   odchodził   właśnie   z   lotnictwa 
wojskowego i miał teraz zamiar latać na liniach pasażerskich.

Nalała sobie kolejny kubek kawy i zamyśliła się; zamyślenie przerwała cisza, 

która   nagle   zapadła.   Jake   Normandin   stał   na   środku   trawnika   i   zamierzał   coś 
powiedzieć. Zrobił to jak wszystko, co robił, po prostu i szczerze.

–   Wszystkich   przepraszam   za   to,   co   zrobiła   moja   siostra.   Jest   mi   strasznie 

przykro – oznajmił i rozejrzał się po otaczających go twarzach.

Julia podeszła i pocałowała go w policzek.
– Tak się cieszę,  że jednak przyszedłeś.  Teraz już są wszyscy... – jej oczy 

pociemniały – z wyjątkiem Amber.

– Moglibyśmy chyba... – chrząknęła Lauren – wybrać się kiedyś do niej na 

cmentarz.

Cathryn natychmiast przejęła sprawy w swoje ręce.
– W takim razie chodźmy zaraz.

Zatrzymali   się   nad   szarym   kamieniem.   Cathryn   położyła   na   grobie   bukiet 

jesiennych chryzantem i cofnęła się, żeby stanąć w kręgu wraz z innymi.

– Nie przygotowałam żadnego oficjalnego przemówienia. Pomodlimy się za nią 

po cichu i każdy sam powie w myślach, co mu się wydaje najstosowniejsze.

Spuścili głowy, poruszyli wargami, wzięli się za ręce.
Julia spojrzała na szary kamień i przypomniała sobie swoją pierwszą wizytę 

przy grobie Amber. Stała tu wtedy targana gniewem i zgnębiona bezradnością. 
Teraz w jej sercu panował dziwny spokój. Dług został spłacony, sprawiedliwości 
stanie się zadość. Wiedziała już, jak i dlaczego zginęła jej przyjaciółka i na swój 
sposób przyczyniła się do ujęcia sprawcy.

To jednak nie przywróci życia Amber. Ból po jej stracie pozostanie na zawsze. 

Ból i wiedza, że nic nie jest dane raz na zawsze i że wszystko w każdej chwili 

background image

można utracić.

Modlitwy ucichły i przyjaciele zaczęli oddalać się od grobu. Julia spojrzała na 

zegarek. Ciekawe, co teraz robi Ben?

Cathryn natychmiast zrozumiała jej gest.
– Myślisz o nim? – zapytała cicho.
Julia skinęła głową.
– Chcesz do niego pojechać?
Julia nie odpowiedziała; zresztą Cathryn wcale jej o nic nie pytała, stwierdziła 

tylko oczywisty fakt.

– Nie wiem, czy wypada. Tak starannie przygotowałaś to nasze spotkanie, nie 

chciałabym ci go popsuć – rzekła z wahaniem w głosie.

Cathryn poklepała ją po ramieniu.
– Niczym się nie przejmuj, tylko do niego leć.
– Nie bardzo mogę. Muszę się jeszcze spakować przed jutrzejszym wyjazdem.
–   Przecież   ty   nigdzie   nie   wyjedziesz   i   doskonale   o   tym  wiesz   –   oznajmiła 

spokojnie Cathryn. – Ani jutro, ani nigdy.

Julia spuściła oczy, obcasem buta grzebiąc w ziemi.
– Chyba zostanę kilka dni dłużej, żeby zobaczyć, jak on się czuje.
–   O   czym   mówicie?   –   Lauren   podeszła   do   nich   i   stała   teraz,   przenosząc 

pytający wzrok z Julii na Cathryn i z powrotem.

– Julia nie wie, czy nie obrazi naszego małego zgromadzenia, jeśli się wymknie 

i pojedzie odwiedzić swojego księcia w jego zamku.

– Kochanie – rzekła Lauren protekcjonalnym tonem – posłuchaj naszej drogiej 

Cathryn. To kobieta doświadczona i wie, co mówi.

– Ale on wcale nie jest moim księciem. Po tym, co przeze mnie wycierpiał, na 

pewno nawet nie zechce na mnie spojrzeć. Pewnie mnie znienawidził.

Wtedy podszedł do nich Mike Fearing.
– Mówicie o Benie? Ten facet za nią szaleje.
Julia zaczerwieniła się jak piwonia.
Bliźnięta też dorzuciły swoje trzy grosze.
– Jak za tobą szaleje, to o co chodzi? Leć i pogadaj z nim.
Lauren skrzywiła się z niesmakiem.
– Jak długo można tak marudzić?! Robisz się nudna, moja droga.
– Wygląda na to – dodał Mike – że ona dobrowolnie nas nie opuści. Chyba 

musimy jej pomóc.

– Jedziemy wszyscy na lotnisko! – krzyknął Tyler. – Na lotnisko, chłopaki!

background image

Julia roześmiała się. Wszystko nagle stało się łatwe i zwyczajne. Wpadli na 

chwilę   do   jej   domu,   żeby   mogła   zabrać   najpotrzebniejsze   rzeczy,   i   trzema 
samochodami ruszyli na lotnisko Harmony, gdzie dopilnowali, by kupiła bilet do 
Providence, a potem długo stali i machali rękami na pożegnanie.

Samolot wzbił się w błękitne niebo i Julia spojrzała w słońce, uśmiechając się 

do swoich myśli.

Pod   drzwiami   szpitalnego   pokoju   cała   odwaga   ją   opuściła.   Dochodzące   ze 

środka głosy świadczyły o tym, że przy łożu chorego zebrała się cała rodzina.

Spojrzała na bukiet czerwonych róż, które kupiła w przyszpitalnej kwiaciarni i 

poczuła, że jest tu nie na miejscu.  Jak Ben ma  ją przedstawić rodzicom?  Jako 
kobietę,   dla   której   zaryzykował   wszystko,   by   mogła   sobie   dalej   wieść   swoje 
samolubne, bezużyteczne życie? Jako kogoś, kto odrzucił jego miłość? Kogoś, kto 
mu nie ufał i obrażał swoimi podejrzeniami? Na pewno będą zachwyceni, że mogą 
ją poznać.

Nie, Ben wcale jej nie przedstawi. W ogóle nie wpuści jej do pokoju. Po co ona 

tu właściwie przyszła?

Zerknęła   w   stronę   windy,   ogarnięta   chęcią   natychmiastowej   ucieczki. 

Wystarczy jeden krok i będzie bezpieczna.

– Nie! Tym razem nie! Żadnych uników!
Zapukała i z uniesioną głową weszła do pokoju Bena.
Siedział w fotelu ubrany w ciemny szlafrok, śmiejąc się i żartując z rodziną. 

Wyglądał cudownie! Oczy mu błyszczały, na twarz wróciły rumieńce. Julia nigdy 
nie czuła takiej ulgi... i tak wielkiej miłości.

Gdy spojrzał w stronę drzwi, uśmiech na jego wargach zamarł. Wszyscy obecni 

odwrócili   w   jej   stronę   głowy.   Zapadła   cisza.   Julia   na   uginających   się   nogach 
weszła do środka.

– To jest Julia – oznajmił Ben zupełnie zwyczajnym głosem. – Moglibyście na 

chwilę zostawić nas samych?

Zachowanie jego bliskich świadczyło o tym, że wiedzą o niej wszystko. Wyszli, 

nic nie mówiąc i zamykając za sobą drzwi.

Julia i Ben patrzyli sobie w oczy. Kiedy się odezwali, uczynili to jednocześnie:
– Tak bardzo mi przykro, przepraszam...
Znowu zapadła cisza.
– Za co przepraszasz? – zapytał w końcu. – Przecież to moja wina.

background image

– Twoja? Jak to?
– Zachowałem się ubiegłej nocy zupełnie nieodpowiedzialnie. Naraziłem nas 

oboje.

Julia wybuchnęła nerwowym śmiechem.
– Ty? Nieodpowiedzialnie? Jesteś najodważniejszym człowiekiem na świecie! 

To ja jestem wszystkiemu winna i za wszystko bardzo cię przepraszam. Wcale się 
nie zdziwię, jeśli nie będziesz chciał już ze mną mieć nic wspólnego, ale proszę, 
jeśli możesz, zastanów się jeszcze.

– Już się zastanowiłem i zamierzam ci oświadczyć, że przenoszę się do ciebie 

na   zachodnie   wybrzeże,   ponieważ   to   właśnie   uważam   za   jedynie   słuszne 
rozwiązanie.

– O czym ty mówisz?
Uśmiechnął się z absolutną pewnością siebie.
– Popełniłem błąd, obarczając ciebie całą odpowiedzialnością za nasze przyszłe 

życie. Nie miałem prawa wymagać, żebyś dla mnie cokolwiek poświęcała. Ja mogę 
pracować   wszędzie,   to   będzie   dla   mnie   po   prostu   nowe   wyzwanie.   Ty   jesteś 
związana z Los Angeles i nie możesz rzucić pracy. Dlatego...

– Masz przecież swoje wymarzone pismo, kochasz tę wyspę...
– Tak, ale ciebie kocham bardziej.

Chciała coś dodać, ale jego ostatnie słowa całkiem zbiły ją z tropu.
– Co ty powiedziałeś?
Ben z trudem powstał z fotela, przenosząc cały ciężar ciała na lewą nogę, i 

głęboko odetchnął.

– Powiedziałem, że cię kocham i jeśli stąd wyjedziesz, pojadę z tobą.
Patrzyła na niego jak zaczarowana, nie wierząc, że naprawdę słyszy te słowa. 

Przecież on jest zupełnie nadzwyczajny! Jego szlachetność i wielkoduszność nie 
mają granic! Nigdy się nie spodziewała, że ktoś może być zdolny do podobnego 
poświęcenia.

Chciała mu powiedzieć, jak bardzo go kocha, ale nie mogła wykrztusić słowa. 

Łzy dławiły ją w gardle.

– Doskonale rozumiem – mówił Ben – że boisz się zaangażować, ale daj mi 

szansę. Daj szansę nam obojgu.

Pozwól mi z tobą jechać.
Julia przełknęła łzy. On się boi, że ona odrzuci jego propozycję, boi się, że nie 

będzie chciała spróbować.

background image

–   Głupi   jesteś,   okropnie   głupi.   –   Roześmiała   się   i   objęła   go   za   szyję.   – 

Oczywiście, że dam nam obojgu szansę.

Ale wcale nie musisz nigdzie wyjeżdżać. Zamierzam dać szansę również tej 

wyspie.

– Czy to znaczy, że...
– To znaczy, że zostaję tu z tobą, o ile oczywiście tego chcesz.
– To ty jesteś okropnie głupia. – W jego wzroku dostrzegła ogromną czułość. – 

Powiem ci tylko, że jeśli nie uda nam się tutaj, natychmiast się przeprowadzimy w 
inne miejsce.

Usta Julii zadrżały; uśmiechnęła się.
– Zgoda.
Ben schylił się i pocałował ją.
– Jak ty się właściwie czujesz? – zapytała.
– Cudownie – odparł rozmarzony i zaraz dodał: – Masz na myśli moje rany? 

Trochę pobolewa, ale lekarz obiecuje, że będę żył.

Mimo że powiedział to żartobliwym głosem, twarz Julii spochmurniała.
– Boże, myślałam, że cię stracę... Przyrzeknij, że już nigdy, przenigdy tak mnie 

nie przestraszysz!

– Słowo honoru.
Stali tak, trzymając się w objęciach, aż do chwili, kiedy pielęgniarka zajrzała do 

pokoju i zapytała, czy rodzina chorego może do niego zajrzeć, bo trochę się już 
niepokoi.

Ben zerknął na Julię.
– Jesteś gotowa na spotkanie z moją rodziną?
Julia głęboko odetchnęła.
– Dobra, niech wejdą.

background image

Epilog

Julia delikatnie poruszyła dłonią, poprawiając rękaw ślubnej sukni, i ułożyła 

welon, który Cathryn, w zastępstwie matki, przypięła jej do włosów. Przez otwarte 
okna   sypialni   Charliego   Slocuma   wpadało   ciepłe   wiosenne   słońce   i   zapach 
krokusów.   W   oddali   widniały   wzgórza   Harmony   pokryte   białym   kwieciem 
kwitnących drzew.

Zapięła ostatni guzik i odwróciła się, żeby przyjaciółka mogła ją obejrzeć.
W oczach Cathryn zobaczyła łzy.
– Wyglądasz... jak księżniczka z bajki!
Julia z nieśmiałym uśmiechem spojrzała w lustro i zaniemówiła. Nigdy jeszcze 

nie była tak piękna – piękna, spokojna i pewna siebie. Wiedziała, że postępuje 
słusznie, a wspólne życie, jej i Bena, będzie życiem pełnym satysfakcji i szczęścia.

Mieszkała już teraz na Harmony od pół roku. Ben nie chciał jej ponaglać i 

dawał   pełną   swobodę   wyboru,   gotów   w   każdej   chwili   podążyć   za   nią,   gdyby 
wynikła taka potrzeba. Czekali długo i czekali cierpliwie, aż doszli do wniosku, że 
dojrzeli do małżeństwa i mogą planować weselną uroczystość.

– Właściwie jesteśmy gotowe – oznajmiła Cathryn.
– Możemy iść.
W   tej   samej   chwili   do   pokoju   wtargnęła   Lauren,   druhna   panny   młodej,   w 

zielonym   kostiumie   wspaniale   pasującym   do   ognistorudych   włosów.   Cathryn 
spojrzała na nią z wyrzutem.

– Gdzie się podziewałaś?
– Ugrzęzłam w korku na naszej kochanej wyspie, gdzie moja noga miała już 

nigdy   nie   stanąć   –   wyjaśniła   jak   zwykle   ironicznie   Lauren.   –   A   po   drodze 
obejrzałam jeszcze pewną posiadłość do kupienia... Co tak na mnie patrzysz? Julio, 
wyglądasz jak anioł. Ten twój Ben pewnie się nie może doczekać, aż go zabierzesz 
wprost do nieba!

Cathryn z Julią wymieniły zdumione spojrzenia.
– Oglądałaś tutaj posiadłość? – wykrztusiła wreszcie Cathryn.
– A co? Ziemia to najlepsza lokata kapitału. Nie wiecie o tym, moje panie?
Lauren energicznym ruchem poprawiła maleńki bukiecik kwiatów wpięty we 

włosy.

– Już rozumiem, dlaczego wy z Benem kupiliście tę ruinę starego Fincha. To 

background image

dobry interes.

– Potrzebny jest co prawda remont kapitalny – wtrąciła Julia – ale i tak jesteśmy 

zadowoleni z zakupu.

Preston Finch powrócił w listopadzie z podróży dookoła świata i postanowił, że 

wytworna   siedziba   jego   małżonki   jest   znacznie   właściwszym   do   zamieszkania 
miejscem niż stary, rozlatujący się dom obok radiowego masztu. Wystawił go na 
sprzedaż, a Julia i Ben nie wahali się ani chwili.

Julia  cieszyła się zwłaszcza  z tego, że  Preston  przy okazji  przepisał  na nią 

radiostację i była teraz jedynym właścicielem jedynego na wyspie radia.

Przedłużyła czas nadawania do czterech godzin i udostępniła czas antenowy 

prywatnym przedsiębiorcom, którzy za pomocą reklam sowicie zasilili pustą dotąd 
kasę radia.

Ktoś zapukał i po chwili do pokoju zajrzał Charlie.
– Czas iść do kościoła, Buziaczku. Jesteś gotowa?
– Prawie. Wejdź i sam zobacz.
Wszedł i niepewnie rozejrzał się po swojej sypialni, czasowo zamienionej na 

alkowę panny młodej. Julia obejrzała go sobie od stóp do głów.

– Ale ty jesteś przystojny – powiedziała z podziwem.
– Będę o tym pamiętała podczas tańców.
Charlie machnął ręką.
– Daj spokój, nie żartuj.
Nie   tylko   życie   Julii   uległo   w   ciągu   ostatnich   sześciu   miesięcy   kompletnej 

przemianie.   Charlie,   natychmiast   po   zakończeniu   sprawy   Amber,   odszedł   na 
emeryturę. Zegnano go bardzo uroczyście i z wielką pompą.

Żył   teraz   spokojnie,   chodził   na   ryby   i   prowadził   zajęcia   z   młodzieżą 

zgrupowaną wokół kościoła. Od czasu do czasu wygłaszał odczyty dla młodych 
policjantów,   zapraszany   przez   nowego   komendanta,   młodego   człowieka 
przysłanego z New Hampshire. Cathryn podała Julii bukiet.

– Idziemy. Jesteś gotowa?
Julia uśmiechnęła się promiennie.
– Po prostu nie mogę się doczekać, kiedy mnie wreszcie wydasz za mąż.
Kryjąc wzruszenie, Charlie otworzył drzwi i Julia przekroczyła próg.

Późnym wieczorem Ben przywiózł Julię do położonej na wzgórzach posiadłości 

background image

należącej   kiedyś   do   Prestona   Fincha   i   poprowadził   ją   do   domu.   Szła   powoli, 
wsparta na jego ramieniu, zaczepiając długim welonem o muszle na podjeździe, 
rozmarzona i szczęśliwa.

Gdy dotarli do drzwi, Ben wziął ją na ręce.
– Możesz mnie na chwilę postawić – szepnęła, tuląc się do niego. – Musisz 

przecież otworzyć drzwi.

Ben miał rozpięty kołnierzyk; marynarkę i krawat zostawił gdzieś na przyjęciu.
– Dam sobie radę. O, zobacz. – Ben schylił się, zachwiał, z trudem umieścił 

klucz w zamku i otworzył drzwi.

– Jesteś pijany, mój drogi.
– Chyba ma pani rację, pani Grant.
Wniósł   ją   do   salonu   o   odrapanych   ścianach   i   nierównym,   skrzypiącym 

parkiecie, i nucąc „Zawsze będę kochał cię”, delikatnie postawił na ziemi. Przyjrzał 
jej się w srebrnej poświacie księżyca i nagle spoważniał.

– Jaka ty jesteś piękna... Bardzo cię kocham. – Patrzył na nią z tak wielkim 

uwielbieniem   w   oczach,   że   poczuła   dziwną   słabość.   –   Czasem   myślę,   że   to 
wszystko tylko mi się śni i że zaraz się obudzę i...

– Nic nie mów. – Położyła mu palce na ustach. – Nic nie mów. Ja też bardzo cię 

kocham i nigdy stąd nie wyjadę.

Zawsze będę przy tobie.
Ucałował jej oczy.
– Piękny mieliśmy ślub – powiedziała – prawda?
– Piękny? Tego się nie da określić słowami.
Uśmiechnęli się do siebie, wspominając wydarzenia kilku ostatnich godzin.
Kościół był wypełniony po brzegi. Mieszkańcy wyspy przybyli tłumnie, żeby 

na własne oczy zobaczyć legendarną Julię i nie mniej słynnego Bena na ślubnym 
kobiercu.   Rodzina   Bena   zjawiła   się   w   komplecie;   nie   zabrakło   również   jego 
bostońskich przyjaciół. Rodzinę Bena Julia poznała już wcześniej, w szpitalu, a w 
Święto Dziękczynienia odwiedziła ją razem z Benem.

Sama uroczystość zaślubin odbyła się niesłychanie romantycznie; otaczało ich 

mnóstwo zapalonych świec, kwiatów, grały organy i śpiewał chór.

Na koniec, kiedy pastor wypowiedział sakramentalne „teraz możesz pocałować 

pannę młodą”, Ben natychmiast skorzystał z pozwolenia. Zrobił to tak gorliwie, że 
przez   kościół   przeszedł   szmer   podziwu   i   rozbawienia.   Potem   przy   dźwiękach 
marsza   weselnego   państwo   młodzi   wyszli   z   kościoła,   a   na   dziedzińcu   zostali 
zasypani ziarnkami ryżu i płatkami róż.

background image

Po krótkiej wizycie w zakładzie fotograficznym udali się do najlepszego hotelu 

na wyspie na przyjęcie weselne.

Siedzieli za ogromnym stołem z panoramicznym widokiem na ocean i wznosili 

toasty szampanem, a potem tańczyli do upadłego.

– Twoja rodzina potrafi się bawić – powiedziała Julia w pewnej chwili.
– Twoi przyjaciele też nie podpierają ścian.
– Są wspaniali, prawda? – zapytała, dumna z grona najbliższych sobie ludzi, 

którzy bez wyjątku zjawili się, by uczestniczyć w jej wielkim święcie.

– Zwłaszcza to, co przygotowała dla nas Lauren, było niesamowite.
Przyjęcie dobiegało już końca i państwo młodzi zbierali się do wyjścia, kiedy w 

niebo   wystrzeliły   nagle   kolorowe   fajerwerki.   Race   wzbijały   się   ze   świstem, 
obsypując granatowe niebo garściami różnobarwnych gwiazd. Prezent ślubny od 
Lauren okazał się godnym zwieńczeniem wieczoru.

–   Zawsze   udaje   taką   praktyczną,   zajętą   tylko   interesami   i   lokowaniem 

pieniędzy, a przecież to był najbardziej romantyczny gest, jaki można było zrobić.

Ben mocniej przytulił żonę do siebie.
– Dlaczego ona taka jest? Zawsze taka była?
–   Nie.   Zrobiła   się   taka   dopiero   później,   ale   to   długa   i   niewesoła   historia. 

Opowiem ci ją kiedyś. Dotyczy Camerona Hathawaya.

– Cama? Tego z marynarki?
– Cama z najbogatszej rodziny na wyspie – poprawiła z lekkim sarkazmem 

Julia. – Nie przyszedł na wesele.

–   Mówił   mi,   że   ma   wcześniejsze   zobowiązania.   Co   takiego   się   wydarzyło 

pomiędzy nim a Lauren?

– Opowiem ci kiedy indziej. – Julia zerknęła w stronę kuchni. – Jesteś głodny?
Mimo   obficie   zastawionych   stołów   państwo   młodzi   ledwo   mieli   czas   coś 

skubnąć. Oczy Bena zaświeciły się.

– I to jak jeszcze...
Pocałował   ją,   i   całował   nieprzerwanie   przez   całą   drogę,   gdy   niósł   ją   po 

schodach do sypialni.

Julia obudziła się w środku nocy z głębokiego snu bez marzeń sennych. Ben, 

uśpiony, leżał obok niej.

Wstała ostrożnie i cichutko podeszła do okna; delikatnym ruchem rozsunęła 

zasłony.

background image

Była pełnia i okrągły złoty księżyc oświetlał wyspę. Wokół niego unosiła się 

szeroka   świetlista   aureola.   Julia   wiedziała,   że   to   zjawisko   ma   na   pewno   jakąś 
naukową nazwę i można je logicznie wytłumaczyć. Nie obchodziło jej to jednak. 
Wolała w nim widzieć dar niebios i magiczną zapowiedź szczęśliwego losu.

Nagle w jej myślach pojawiła się Amber. Nie było jej na weselu. Najlepsza 

przyjaciółka Julii nie mogła być jej druhną. A tak pięknie wyglądałaby za stołem, 
pośród kwiatów, niby najpiękniejszy z nich złoty pąk. Tańczyłaby i śpiewała, tak 
jak tańczyła i śpiewała na swoim własnym weselu siedem lat temu...

Gdyby nie umarła, pomyślała nagle Julia, nigdy bym tu nie przyjechała, nie 

poznałabym Bena i nie byłoby dzisiejszego dnia. Ale nie chciała o tym myśleć w 
ten   sposób;   wolała   wierzyć,   że   Amber   gdzieś,   w   tajemniczy   jakiś   sposób 
asystowała przy jej szczęściu.

Dotknęła obrączki symbolizującej wierność i miłość,
które na zawsze połączyły ją z Benem. Czy wieczna miłość jest możliwa? Tak, 

i ona zrobi wszystko, żeby taka właśnie okazała się ich miłość. Ben jej pomoże.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Leżał, równo oddychając, ufny i spokojny. 

Wiedziała,   że   kocha   go   miłością   zdolną   przenosić   góry.   Życie   jest   wielką 
przygodą. Coś się dzieje i nagle wracamy do punktu wyjścia, a tam okazuje się, że 
właśnie po długiej wędrówce dotarliśmy do celu.

Julia uśmiechnęła się do księżyca; poczuła, jak srebrne światło spływa na nią 

niby błogosławieństwo, i wróciła do łóżka.


Document Outline