background image

Antonio Labriola

Historia, filozofia, 

socjologia i materializm 

historyczny

Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (Uniwersytet Warszawski)

WARSZAWA 2006

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 2 -

www.skfm-uw.w.pl

„Historia,   filozofia,   socjologia   i   materializm 

historyczny”   („Storia,   filosofia   della   storia, 

sociologia   e   materialismo   storico”)   to   jeden   z 

wykładów, które w roku akademickim 1902-1903 

wygłaszał   Antonio   Labriola   na   Uniwersytecie 

Rzymskim.   Wykład   ten,   obok   wielu   innych 

tekstów,  ukazał  się  następnie  w  zbiorze  Antonio 

Labriola,  Scritti  vari  di  fllosofia  e politica,  Bari, 

1906 r.

Podstawa niniejszego wydania: Antonio Labriola, 

„Pisma   filozoficzne   i   polityczne”,   tom   1,   wyd. 

Książka i Wiedza, Warszawa 1962.

Tłumaczenie   z   języka   włoskiego:   Barbara 

Sieroszewska.

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

I

Terminu historia używa się, jakby w celu zmylenia nas, na oznaczenie dwóch całkowicie różnych 

pojęć: całokształtu minionych wydarzeń oraz całokształtu środków pisarskich i naukowych, za pomocą 

których podaje się te wydarzenia do wiadomości.

Wyraz   grecki   odpowiada   temu   drugiemu   znaczeniu,   a   nawet   wyraża   subiektywną   postawę 

badawczą;   wraz   z   ojcem  historii   pojawia   się   literacki  sens  tego   słowa:   „Oto   jest   ekspozycja   badań 

Herodota”. Kiedy w połowie XIX w. zaczęła się przejawiać potrzeba zorganizowanej dyscypliny badań 

historycznych,   Gervinus   wymyślił   nazwę  historica

1

  przez   analogię   z   gramatyką   i   logiką.   Natomiast 

niemiecki wyraz Geschichte, pochodzący od czasownika geschehen – zdarzyć się – reprezentuje tę pierwszą 

kategorię, albo też powiedzieć można, że reprezentuje ciąg kolejnych wydarzeń. Kwestia ta wydaje się 

obojętna,  a   jednak  w  pojęciu  filozofii  historii   staje  się  zagadnieniem  podstawowym;  dość   przytoczyć 

rozliczne   nonsensy,   które   zostały   wypowiedziane   ostatnio   we   Włoszech   w   dyskusjach   na   temat 

materializmu historycznego: w dyskusjach tych wiele nawet wybitnie inteligentnych ludzi nie potrafiło 

zrozumieć,   że   ta   doktryna   dotyczy   znajomości   faktów   i   wydarzeń,  a   nie   filozofii   badań   i   sztuki 

narratorskiej.

Stąd też pytanie, które wielu sobie stawia – czy mianowicie historia może stać się nauką ścisłą – 

wymaga dwojakiego potraktowania, w zależności od tego, czy słowo to bierzemy w pierwszym czy drugim 

znaczeniu. Co się tyczy znaczenia drugiego, trzeba przede wszystkim pamiętać, że przed wiekiem XIX nie 

istniały naukowe metody badań historycznych i że nawet jeśli jakiś poszczególny intelektualista, pisząc o 

jakiejś określonej epoce, przejawiał zmysł krytyczny, to jednak nigdy ta krytyka nie przybierała formy reguł 

i kanonów

2

. Od czasu, kiedy zaistniała potrzeba krytycznego traktowania historii, z poszczególnych doktryn 

uformowały się i wykrystalizowały różne teorie egzegezy i interpretacji, które pozwalają stwierdzić, że ktoś 

się dzisiaj przygotowuje filologicznie do stania się na przykład włoskim mediewistą.

A zatem nie historia w sensie narracyjnym stała się nauką ścisłą, gdyż narracja związana jest zawsze 

z dziedziną intuicji, tylko nasze sposoby odtwarzania przeszłości stały się poprawne, stały się naukowe, na 

przykład na polu lingwistyki, epigrafii itp. Gdyby ludzie rozprawiający o tych rzeczach raczej na chybił 

trafił  chcieli  postawić   zagadnienie  w  sposób   właściwy,  powinni   by  je  sformułować  tak:   Jaki  stopień 

naukowego przygotowania jest potrzebny, aby sięgnąć do dokumentów, które trzeba zbadać dogłębnie, 

chcąc odtworzyć sylwetkę przeciętnego florentczyka z początku wieku XIV?

Jeśli natomiast postawimy dylemat „nauka czy sztuka” w odniesieniu nie do naszych metod, ale do 

całokształtu wydarzeń, przekonamy się wkrótce, że dylemat ten się nie ostoi. Przypuszczalnie nikomu nie 

przyjdzie do głowy pytać fizjologa, czy trawienie jest sztuką czy nauką, jakkolwiek o fizjologii jako takiej 

można powiedzieć, że jest równocześnie sztuką, albo też techniką doświadczalną, a w swoich konkluzjach 

jest nauką. A kiedy mówimy, że historia, jako suma wydarzeń, nie podpada pod dylemat „sztuka czy 

nauka”, to nie jest to zwykła, oczywista uwaga, lecz coś sięgającego w głąb zagadnienia. Jeśli, jak było 

powiedziane wyżej, potrzebujemy rozlicznych sposobów i metod naukowych, aby ustalić prawdę wydarzeń, 

które chcemy następnie odtworzyć jako sztukę opowiadania czy ekspozycji, to dlatego, że historia w sensie 

obiektywnym obecnie nie ukazuje nam się już jako przypadkowy produkt pewnej sumy dowolnych czynów 

ani też jako emanacja woli wyższej, co byłoby jej wytłumaczeniem teologicznym, ale jako coś będącego w 

automatycznym   ruchu,   coś,   co   przedstawia   sumę   działalności   ludzkiej   w   procesie   przemian   samego 

człowieka   od   stanu   zwierzęcego   aż   po   jego   stan   obecny.   A   skoro   zaznajomiliśmy   się   już   z   tym 

wielopostaciowym  procesem,  który   jest  historią   w  sensie  obiektywnym,  absurdem  jest  zadawać  sobie 

pytanie, czy to sztuka czy nauka – jest to bowiem podstawa zarówno wszelkiej sztuki, jak nauki. Wszystkie 

dziedziny sztuki i nauki są aspektami czy momentami tego samego procesu kształtowania się człowieka. 

Kiedy na przykład ustalamy w estetyce kanony poematu epickiego, albo też w dyscyplinach praktycznych 

1

 Termin historica używany był już w dawnej literaturze, np. w książce Vossia z r. 1622. (Przyp. red. wł.).

2

  Również  i to twierdzenie  należałoby  złagodzić, rozumiejąc  je w pewnym przybliżeniu:  zob. G. Gentile,  Contribution  à 

l'histoire de la méthode historique, w «Revue de synthèse historique», V, 129-152. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 3 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

ustalamy zasady prawa i ekonomii, jest to tylko wydobywaniem z historii pewnych jej form szczytowych, 

pewnych elementów decydujących – nie dlatego, jakoby stały ponad nią jako jej reguła i wzór, ale dlatego, 

że są one samą historią w procesie jej stawania się. Rozumie się więc, że przy tym sposobie pojmowania 

historii  jako  obiektywnej  sumy  wydarzeń,  z  tej  nowej  koncepcji  naukowej  wynika  –  dla  tych,  którzy 

uprawiają historię jako dyscyplinę ekspozycyjną i narracyjną – konieczność zmiany kierunku badań.

Wszystko  to  wypowiedziałem  w  sformułowaniach  raczej  trudnych,   właśnie  po   to,   by   przez  tę 

trudność wypowiedzi przypomnieć wam, że znajdujemy się na gruncie nauki, filozofii, nie zaś literatury. 

Albowiem  największą  trudność,  zwłaszcza  dla  umysłowości  włoskiej,   która,  jak  mówią,  jest  z  natury 

artystyczna, stanowi zrozumienie, że historia nie jest rodzajem literackim i nie należy jej uważać, jak to 

bywało niegdyś w książkach traktujących o retoryce, za jeden z działów elokwencji. Ryzykując, że wyda się 

to niepotrzebnym powtarzaniem, powtórzę jednak, w nowym sformułowaniu, co następuje:

Termin historia wyraża dwa rodzaje pojęć: a parte obiecti oznacza sumę wydarzeń; a parte subiecti 

–   sztukę   ich  opowiadania.  Sztuka  ta   zrodziła  się  z  początku  przypadkowo,   dla  drugorzędnych  celów 

wychowania   moralnego   lub   apologii   politycznej,   a   także   w   związku   z   upodobaniem   czy   talentem 

narracyjnym. Dopiero w XIX w. zaczęły kształtować się wokół badań historycznych dyscypliny mniej lub 

więcej naukowe. I oto zaczyna się zależność opowieści historycznej od naukowego przygotowania badań. 

Jeżeli   chcecie   mieć   jasne   pojęcie   o   tym  procesie,   skonfrontujcie   pierwsze   księgi   Tytusa   Liwiusza  z 

pierwszymi rozdziałami Teodora Mommsena: Romulus, Remus, Rea Silvia znikną, za to na ich miejsce 

wejdzie   dokładna  znajomość   stanu   społecznego   antycznych   Italików;   dzisiaj   możemy  już  z   niejakim 

uśmiechem spoglądać na naszego przodka Dantego, który naprawdę sądził, że Eneasz przybył do Italii po 

to, by przygotować papiestwo.

Ale pojęcie historii a parte obiecti zmieniło się dlatego, że zmieniła się nasza podstawowa wiedza o 

człowieku, że utorowaliśmy sobie drogę do powiązania historii z prehistorią, a prehistorii z teologią, że 

zastąpiliśmy koncepcję indywidualnej wynalazczości jasną znajomością sił kolektywnych, innymi słowy – 

znaleźliśmy prawdziwy podmiot procesu historycznego w kształtowaniu się i powstawaniu społeczeństwa. I 

to jest właśnie prawdziwy przedmiot filozofii historii – o tyle, o ile dąży ona do zrozumienia przyczyn 

wydarzeń zweryfikowanych już drogą badań naukowych. Te właśnie badania, o ile nie dotyczą problemów 

ogólnych, dają początek temu, co tradycyjnie nazywa się historią, czyli opowiadaniu i ekspozycji.

Nie zamierzam tu encyklopedycznie opisywać rozlicznych dyscyplin ważnych dla tych, którzy się 

przygotowują   do   badań   historycznych.  Ten   wstęp  metodyczny  nie   ogranicza  się  do   małej  książeczki 

Gervinusa  (tego,  który  wprowadził   termin  historica),   ale  rozciąga   się,  między  innymi,   na  gruby  tom 

Bernheima   –  Podręcznik  metodyki   historycznej.   Oczywiście,   w   zakres  przygotowania   historycznego 

wchodzą   wszystkie  dyscypliny   wydziału   filologii,   ale   i   na   tym  nie   koniec.   Rozumie   się,   że   w   tym 

przygotowaniu zmienia się zarówno materia, jak środki – w zależności od tego, czy chodzi o historię 

starożytną, czy nowożytną. Istnieje dzisiaj filologia Rewolucji Francuskiej, podobnie jak filologia Nowego 

Testamentu;  i   nikogo   nie  dziwi,   że  w   tej  dziedzinie  pracuje  tak  wielu  specjalistów,  ukazuje  się  tyle 

szczegółowych publikacji, tyle jest czasopism historycznych i akademii roztaczających nad tymi studiami 

protektorat.

Na  tym  polu  wciąż  zagraża   nam  nadmierny  empiryzm,  który   wyczerpując  się  w  szczegółach, 

przysparza w rezultacie erudytów, nie będących wcale myślicielami.

Nie   trzeba   nawet   mówić,   jak   w   miarę   wzrastania   masy   szczegółów   zmniejsza   się   zdolność 

ekspozycji   artystycznej;   nadmiar   szczegółów   zawsze   pociąga   trudność   ich   koordynowania,  wiązania 

między sobą i ujawniania ich wzajemnych zależności.

Toteż warto zawsze pamiętać to, co mówi Mommsen, że do pisania historii potrzebna jest przede 

wszystkim  wyobraźnia;   jest   to   największy,   jaki   sobie   można   wyobrazić,   policzek   dla   zawodowych 

erudytów.

Tutaj nadarza  się  okazja  do  rzucenia  nowego  światła  na  stosunek  między dwoma  znaczeniami 

terminu historia, o których była wyżej mowa. Każdy, kto zabiera się do opowiadania, bez względu na ilość 

szczegółów, które zgromadził, i na to, ile trudu włożył w usiłowanie odtworzenia przeszłości z wyczuciem i 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 4 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

zrozumieniem, zaledwie przyłożył rękę do tej pracy, daje sobą powodować pewnym nawykom myślowym i 

uprzedzeniom odnośnie do natury ludzkiej, przeznaczenia człowieka oraz etycznego, teologicznego czy 

filozoficznego sensu wydarzeń.

Pojęcia dotyczące obiektywnej natury wydarzeń oddziałują na sposób ich przedstawiania, toteż nie 

ma historyka, który mógłby o sobie twierdzić, że jest naprawdę bezstronny, gdyż na to musiałby stać poza 

wszelkimi punktami widzenia, co jest przeciwne naturalnej pozycji umysłu, tak samo jak naturalnej pozycji 

oka. Chcę przez to powiedzieć, że ludzi przygotowujących się do studiów historycznych nie można uważać 

za   naukowo   przygotowanych,   dopóki   oprócz   opanowania   właściwych   metod   poznawania   faktów  nie 

zdołają także wytworzyć sobie właściwego pojęcia o zasadach kierujących tymi wydarzeniami, zasady te 

bowiem   zawarte   są   w   samych   wydarzeniach.   Chcę   także   powiedzieć,   że   historykiem   naukowo 

przygotowanym jest ten, kto osiągnął pewien stopień dojrzałości intelektualnej, polegający na tym, że 

potrafi on odpowiedzieć sobie na pytania, które stanowią kwintesencję filozofii historii. Jakże bowiem 

można   by   nazwać   naukowo   przygotowanym   takiego   historyka,   który   po   opanowaniu   środków 

lingwistycznych,   paleograficznych,   epigraficznych   i   tak   dalej,   potrzebnych   na   przykład   do   badania 

najdawniejszych   dziejów   Egiptu,   stanie  w   obliczu   faktów   lepiej   lub   gorzej   wydobytych   na   jaw,  nie 

zająwszy żadnego stanowiska wobec teorii ras czy teorii naturalnego podłoża, nie wiedząc na przykład, czy 

religia jest przyczyną, czy wynikiem warunków społecznych? albo nie zająwszy stanowiska w kwestii 

zwyczajowego czy autorytatywnego pochodzenia prawa? albo nie posiadając tyle znajomości psychologii, 

ile jej potrzeba do określenia wartości jednostki niezależnie od przypadku czy opatrzności, od predestynacji 

czy przyczynowości mechanicznej? Chciałbym, jeśli wolno, zapytać Villariego, jak to możliwe, żeby po 

tylu polemikach, w których uparcie utrzymywał, że historia nie jest nauką

3

 – sam usiłował w szeregu prac 

wyjaśnić pochodzenie przeciętnego florentczyka.

Widzimy  teraz,  do  czego   się  sprowadza   dylemat:   sztuka   czy   nauka?  Obstając  przy  dwojakim 

znaczeniu terminu historia, wykazaliśmy najpierw, że badanie faktów staje się coraz bardziej naukowe. To 

nie znaczy, żeby ostatecznym celem badań nie było  o p o w i a d a n i e . Po drugie, przekonaliśmy się, że 

zrozumienie  faktów  wydobytych  na  jaw  i  sprawdzonych  zależne  jest  od  owej  filozofii,  jaką   historyk 

przyjmuje, implicite  lub explicite, za podstawę swojej interpretacji. W obecnym stanie nauk społecznych 

oraz filozofii naukowej byłoby  absurdem, gdyby  liczne  rzesze badaczy  historii  chciały w interpretacji 

faktów   zdawać   się   wyłącznie   na   własne   wyczucie   i   własną   inteligencję,   niby   nowi   Tukidydesowie, 

Tacytowie   czy  Machiavellowie.  Dobrze  natomiast   uczynią,   czerpiąc  z   wiedzy  innych   tę  dopełniającą 

filozofię, która może im być potrzebna.

Rzeczy te wydawałyby się herezją dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, w okresie upadku filozofii 

w całej Europie. Teraz natomiast Bernheim w zakończeniu swojej rozprawy o metodzie historycznej mówi 

o filozofii historii, czyli o tej interpretacji uzasadniającej, bez której fakty nie mają sensu.

Jest rzeczą oczywistą, że filozofia historii dotyczy wyłącznie historii a parte obiecti, czyli faktów 

stwierdzonych, nie dotyczy zaś historii a parte subiecti, czyli poszukiwania faktów.

Zawsze, gdy mówimy o filozofii historii, odwołujemy się do zasad, którymi się kierujemy badając 

następstwo   wydarzeń  i   które,   z   chwilą   gdy   je   sobie   przyswoimy,   pomagają   nam   zrozumieć   same 

wydarzenia.

Załóżmy, że taką naczelną zasadą w odniesieniu do historii jest postęp – w najszerszym tego słowa 

znaczeniu; pojęcie to, zauważyć trzeba, było nie znane ludziom starożytnym, podobnie zresztą jak nie znane 

było na całej przestrzeni średniowiecza; jest to idea, która nabrała mocy i wyraźnych zarysów dopiero w 

XVIII w. Pojęcie to, raz się pojawiwszy, staje się miarą i kryterium pozwalającym klasyfikować fakty 

historyczne nie w układzie perspektywicznym, ale po linii wznoszącej się ku górze. Stąd też mówimy o 

warunkach prymitywnych i warunkach zaawansowanych, o względnej regresji i zastoju. Pojęcie postępu, 

coraz  częściej   stosowane  do   różnych  warunków   bytu   ludzkiego,   przybiera   obraz  jak   gdyby  drabiny, 

wznoszenia   się,   doskonalenia   się   człowieka   na   drodze   cywilizacji.   Odkąd   przyzwyczailiśmy   się 

3

  Aluzja   do   znanego   artykułu   Villariego  Czy   historia   jest   nauką?,   drukowanego   w   «Nuova   Antologia»  w   r.   1891   i 

przedrukowanego później. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 5 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

porównywać,  wydaje nam się,  że  możemy  mierzyć  pewną  ustaloną  miarą  różnice  zachodzące  między 

Grekami ze świata Homera a Grekami z Aten peryklejskich, między Rzymianami z pierwszego wieku 

cesarstwa   a   barbarzyńskimi  Germanami.   Drogą   takiej,   że   tak   powiem,  kwalifikacji   fakty  historyczne 

nabywają   cech   wartości;   a   gdyby   tych   wartości   nie   było,   byłoby   zbędnym  trudem   męczyć   się   nad 

rekonstrukcją przeszłości, gdyż – za pozwoleniem mego kolegi profesora Ceci, którego artykułu Bibel – 

Babel  jeszcze   nie   czytałem

4

  –   nie   warto   byłoby   trudzić   się   przez   całe   stulecie   nad   krytycznym 

opracowaniem Starego Testamentu ani też nie byłoby warto, żeby wszystkie cywilizowane narody tego 

świata zajmowały się wykopaliskami Niniwy i Babilonu, gdybyśmy w ostatecznym wyniku nie zdołali się 

dowiedzieć, co właściwie była warta ta kultura babilońska – czym była sama w sobie, czym w stosunku do 

Egiptu, do Indoeuropejczyków później ucywilizowanych, jaka była wartość elementów niesemickich, które 

się na nią złożyły początkowo, a jaka – elementów semickich, które ją następnie zasymilowały, a nade 

wszystko – jaką  odegrała  rolę w stosunku  do  małego ludu ze  Starego Testamentu, którego  znaczenie 

historyczno-światowe wydawało się olbrzymie, dopóki historia Azji była nam nie znana, skurczyło się zaś 

niepomiernie z chwilą, kiedy lud ten okazał się drobnym i drugorzędnym ogniwem w wielkim łańcuchu 

faktów z dziejów azjatyckich w ogólności, a semickich w szczególności.

II

Tak więc stopniowo dochodzimy do innego spośród tematów wymienionych na wstępie – do punktu 

historia a socjologia.

Mówiąc   dopiero   co   o   przedmiocie   filozofii   historii,   doszliśmy  pośrednio   do   stwierdzenia,   że 

przedmiot ten zasadza się na różnicach, na porównaniach i następstwie form społecznych.

Nie zamierzam tu rozpatrywać genezy, rozwoju i krytyki pojęcia socjologii od Comte'a poczynając, 

ani też poddawać szczegółowemu badaniu tego, co przez ten termin rozumieli pozytywiści. Kiedy mówię 

socjologia, obejmuję tą nazwą wszystko, co może być obiektem naszej myśli uwarunkowanej istnieniem 

społeczeństwa. W tym sensie socjologia istniała fragmentarycznie na długo przed Comte'em – odtąd, odkąd 

istniała powszechna jurysprudencja zwana „prawem natury” i odkąd istniało zagadnienie wytwarzania i 

podziału bogactw, stanowiące przedmiot ekonomii: obie te dyscypliny właściwe są światu nowożytnemu od 

czasów Odrodzenia. Ale kiedy cofniemy się do czasów starożytnych, okaże się, że wiele problemów tak 

zwanej socjologii wchodziło w zakres tego, co na przykład Arystoteles nazywał polityką; i nawet historycy 

czysto   narracyjni   bezwiednie   zmuszeni   byli   do   wydobywania   na   jaw   tego,   co   obecnie   nazywamy 

stosunkami społecznymi czy środowiskiem społecznym.

Uwagi te nie mają na celu podania w wątpliwość cech niezależnej nauki, jakimi pozytywiści chcieli 

obdarzyć  socjologię,  głosząc,  że  powinna  ona  zajmować  się  w  równej  mierze  wszystkimi  zjawiskami 

społecznymi, wznosząc się ponad partykularyzm prawa, ekonomii, właściwej historii itp. Gdyby przyjąć 

takie założenie, rozumie się samo przez się, że socjologia przyszłości zagarnęłaby całą dziedzinę filozofii 

historii.  Takie  było  na  przykład  przekonanie  Paula  Bartha,  profesora  nadzwyczajnego  uniwersytetu  w 

Lipsku, który przed laty napisał pierwszy tom książki pod tytułem Filozofia historii jako socjologia

5

. Drugi 

tom  nigdy  się  nie  ukazał.  Paul   Barth  zajmował  się  poza  tym  wielu  innymi  rzeczami;  cieszę   się,  że 

pozostawił pierwszy tom bez dalszego ciągu.

A   zatem,   wracając   do   naszego   tematu   i   nie   przejmując   się   zgoła   kwestiami   terminologii, 

kompetencji  i  granic  poszczególnych  dyscyplin,  zamierzałem  i  zamierzam  nadal   powiedzieć,  że  kiedy 

chcemy   badać   najważniejsze   przesłanki   jakiegoś   ruchu   dziejowego,   musimy   przede   wszystkim 

przezwyciężyć narracyjną powierzchowność, aby móc sobie dokładnie odtworzyć charakter i ustrój tego 

określonego społeczeństwa, które nazwiemy, dajmy na to, ludem Izraela przed podbojem asyryjskim czy 

4

 Glotolog Luigi Ceci (1859-1927), profesor historii porównawczej języków klasycznych na Uniwersytecie Rzymskim. (Przyp. 

red. wł.).

5

  Die   Philosophie   der  Geschichte   als   Sociologie;  tom   I   (jedyny,   jaki   wyszedł)   nosi   podtytuł:  Einleitung   und   kritische 

Uebersicht, Lipsk 1897. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 6 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

Rzymianami jako jednym ze społeczeństw na terenie Italii. A wówczas zaczynamy się zastanawiać: czy 

chodzi tu o skupisko duże czy małe, ustabilizowane czy niestałe, osiadłe (rolnicze) czy mające jeszcze 

tendencję do koczownictwa? A dalej: czy jest to skupisko ludzi jednej krwi, tak że przynależność rasowa 

pokrywa się ze społeczną, czy też połączenie różnych grup, z których każda jest pod względem rasowym 

jednolita? Jak daleko sięga zróżnicowanie społeczne – czy wszyscy są wolni, czy też dzielą się na wolnych, 

półwolnych, niewolników, klientów i podopiecznych? Potem stopniowo zarysowują się klasy – ze względu 

na warunki ekonomiczne i spełniane funkcje. I w miarę jak nabieramy wprawy w tej analizie społecznej, 

zaczynamy dostrzegać, na czym naprawdę polega historia, czyli jakimi drogami wytwarzają się pewne 

określone warunki współistnienia; te właśnie drogi i sposoby są przedmiotem naszych badań.

Nie mogę powiedzieć, że doszliśmy już do tego punktu, w którym możemy umiejscowić wszystkie 

fakty historyczne w określonych formach socjologicznych, ani też, że sztuka narracji dorównywa naukowej 

precyzji w odtwarzaniu faktów. Gdyby tak było, problem, a raczej problemy filozofii historii byłyby już 

rozwiązane i przestałyby istnieć różnice między historią a filozofią historii.

Nawet te formy socjologiczne, które łatwiej dają się scharakteryzować, w konkretnych wypadkach 

mają zawsze pewne cechy szczególne i odchylenia; bo choć abstrakcyjnie możemy traktować fazę rolniczą 

jako coś wyraźnie odrębnego od fazy przemysłowej, to przecież w rzeczywistości nigdy nie istniał lud, 

który   byłby   wyłącznie   jednym  czy   wyłącznie   drugim.   I   właśnie   specyficzny   stosunek,   w   jakim  ów 

względny przemysł (który zawsze w pewnej mierze istniał nawet tam, gdzie życie rolnicze zdecydowanie 

dominowało) pozostawał do innych dziedzin życia zbiorowego, zadecydował na przykład o obliczu Rzymu 

w pewnym okresie, wyraźnie odrębnym w porównaniu z innymi krajami aryjskimi, skądinąd do niego 

zbliżonymi.

To samo powiedzieć można o handlu, którego uprawianie może stać się dominującą cechą całego 

ludu, tak jak to właśnie było ze starożytnymi Fenicjanami; ale w mniej lub bardziej elementarnej formie 

istnieje on wszędzie, przynajmniej jako niezbędne dopełnienie prymitywnej gospodarki ludów pierwotnych.

Za pomocą tych krótkich uwag chciałem wykazać, że historyk musi mieć się na baczności przed 

naciąganymi klasyfikacjami schematycznej socjologii, z których można by wnosić, że za pomocą kilku 

rysów   da   się   odtworzyć   obraz   życia   jakiegoś   określonego   skupiska   ludzkiego.   Rzecz   w   tym,   że 

społeczeństwo staje się obiektem historii dopiero wtedy, kiedy jest już skomplikowane i zróżnicowane. 

Przedhistoryczną hordę możemy widzieć w postaci jednolitej grupy ludzi jednej krwi, którzy, odseparowani 

terytorialnie   i   drogą   selekcji   od   innych   zbiorowości,   reprezentują   w   swej   pierwotnej   obyczajowości 

niezróżnicowaną bryłę prawa, moralności i religii. Ale z chwilą kiedy stwierdzamy, że w danej gromadzie 

zrodziła się na przykład sekta kapłanów – choćby byli to tylko magowie i wróżbici – albo, że wytworzyła 

się klasa wojowników, a z ich przywilejów wypływają nierówności z wszystkimi konsekwencjami tychże w 

postaci niewolnictwa itp., i że powstaje potrzeba wodza, co daje początek dynastiom – jesteśmy już bardzo 

daleko od pierwotnej jednolitości i zbliżamy się stopniowo do walk wewnętrznych i zewnętrznych, które 

stanowią główny wątek historii.

Jeżeli zastanowicie się uważnie nad tymi spostrzeżeniami, noszącymi nowe cechy ścisłej krytyki, 

znajdziecie  w  nich  nie  tylko  uzupełnienie  poprzednich  wykładów,  w  których  postawiony  był  dylemat 

sztuka  czy  nauka;  znajdziecie tam także właściwą odpowiedź na to nowe zagadnienie: socjologia czy 

filozofia historii.

Streścimy tu pokrótce, ma czym ta odpowiedź polega:

a. Kiedy przystępujemy do historycznego rozważania jakiejś serii wydarzeń z dziejów ludzkich, np. 

wojen  punickich  czy  reformacji   w  Niemczech,  musimy  przede  wszystkim  rozejrzeć  się  w  stosunkach 

społecznych – nie tylko dla rozpoznania terenu, na jakim wypadki się rozgrywają, ale po to, by dostrzec 

motywy   danej   walki   klasowej  czy   wojny,   czy   przemiany  w   instytucjach   prawnych   albo   w   ustroju 

gospodarczym. Pod tym względem socjologowie mają rację twierdząc, że w miarę jak badania historyczne 

zbliżają się do naukowego sposobu myślenia, znajdują one pomoc i oparcie w kierunku socjologicznym 

skłaniającym do traktowania zbiorowisk ludzkich jako składników morfologicznych.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 7 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

b.   Byłoby   jednak   poważnym   błędem   przyjęcie   poglądu   zawodowych   socjologów,   jakoby 

przeznaczeniem historii było wchłonięcie jej przez socjologię. Socjologia operuje typami, czyli względnymi 

abstrakcjami, odrywając się od konkretu historii. Kiedy, dajmy na to, socjolog mówi o typie feudalnym, 

abstrahuje on, poza feudalizmem, od wszelkich innych elementów, które składają się na przykład na Francję 

XII wieku; a przecież gdyby te elementy nie istniały tam częściowo, nie rozwinęłyby się następnie w to, co 

później   nazwane   zostało   władzą   monarszą   czy   władzą   sądowniczą,   czy   warstwą   kupiecką,   a   więc 

mieszczańską   itp.   Oto   dlaczego   nie   można   stosować   w   socjologii   pojęcia   organizmu:   gdyż   przede 

wszystkim trzeba byłoby założyć, że np. społeczeństwo feudalne stało się automatycznie mieszczańskim, 

bowiem walka klas możliwa jest tylko tam, gdzie klasy już istnieją.

c. Historyk pracuje zawsze nad tym, co heterogeniczne – nad narodem, który podbił inny naród, 

klasą,   która   zgniotła   inną   klasę,  kapłanami,   którzy   pognębili   laików,   i   laikami,  którzy   dali  nauczkę 

kapłanom.   Otóż  wszystko  to  są   fakty  socjologiczne,   ale  nie  mieszczące  się  w   typowych  schematach 

socjologii; zrozumieć je można tylko drogą poznania empirycznego, a to poznawanie stanowi właśnie całą 

trudność badań historycznych, gdyż żadna abstrakcyjna socjologia nie pozwoli mi pojąć, jakim sposobem w 

warunkach  ogólnego   procesu  kształtowania  się  klasy  burżuazyjnej  jedynie  we  Francji  nastąpiło  to,  co 

nazywamy Wielką Rewolucją. Rad jestem, że będąc z zawodu filozofem, a nie historykiem, i wykładając 

filozofię historii, broniłem zawsze specyficzności metod badawczych nie dlatego, iżbym był wielbicielem 

szczegółów, ale dlatego, że, jak twierdzę, zainteresowanie, które nas skłania do studiów historycznych, nie 

opiera się wyłącznie na schematach socjologicznych, które zresztą są tu dużą pomocą, ale na ufności, że 

interpretacja historii jako powiązanego łańcucha faktów musi nas doprowadzić do głębszego jej wyrażenia; 

w języku ideologii nazywa się to „zrozumieniem ludzkich przeznaczeń”.

d. Na tym właśnie złożonym sensie ogólnym opiera się filozofia historii, o ile bierzemy pod uwagę 

nie zasadnicze formy społeczne (gospodarka oparta na niewolnictwie czy na robotnikach najemnych), ale 

złożoność tych form, określonych nazwą czy to życia ateńskiego, czy życia rzymskiego, Rzymian okresu 

republiki czy okresu cesarstwa, neo-Germanów czy neo-Latynów, odkrycia Ameryki i kolonii, wieku XIX i 

rynków światowych itd. itd. Tylko w odniesieniu do tych konkretnych i złożonych form dostrzegamy 

pojęcie tego, co się nazywa „wartością historyczną”, ona zaś odsyła nas do ogólnej i skomplikowanej idei 

postępu.

e. Przy takim sprecyzowaniu znaczenia słowa postęp nikt już nie pomiesza go z nieszczęsną ideą 

ewolucji,  która  ponosi  odpowiedzialność  za  wszystkie  mniej  lub  więcej  tryumfujące  dzisiaj  głupstwa. 

„Ewolucja” to termin zbyt ogólny, obejmujący wszelkie formy stawania się.

Otóż jeśli językoznawca do głębi prześledził proces powstawania form neolatyńskich z łaciny, nie 

znaczy   to,   że   rozumie   ewolucję   grzybów   i   historię   naturalną   raka.   Idea   ogólna   ewolucji   pozostaje 

postulatem tego, co Arystoteles nazywał „pierwszą filozofią”, a poszczególne nauki mają do czynienia ze 

swymi  poszczególnymi   ewolucjami.   Idea   ogólna   postępu   implikuje   takie  pojęcie   ewolucji,   które   nas 

upoważnia do oceniania rozmaitych form życia ludzkiego. Abstrakcyjne cechy pojęcia ewolucji nabierają w 

odniesieniu do historii tyle konkretności, ile jej daje właśnie konkretna ocena.

Kiedy mówimy, że kulturalnie poszliśmy naprzód w porównaniu z ludźmi innych epok, nie chcemy 

przez to powiedzieć, że abstrakcyjna istota – ludzkość – oblokła nową skórę czy porosła nowym włosem, 

ale że na przykład nie ma już niewolników, że wszyscy ludzie są równi wobec prawa, że żon się nie kupuje, 

dzieci nie sprzedaje, że księża nie mają prawa posyłania nas do raju wedle swego upodobania, i tak dalej, aż 

po fakt, że świadomość postępu stała się wiarą w postęp, a z wiary zmieniła się w cel, i że gdyby to pojęcie 

usunąć,   studia   historyczne   straciłyby   rację   bytu   albo   ograniczyłyby   się   do   niepotrzebnego   mnożenia 

szczegółów.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 8 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

III

Dokonana przez nas analiza pojęcia socjologii w zestawieniu z historią oraz pytanie, któreśmy sobie 

postawili:  czy  problemy  filozofii  historii   dają  się  rozwiązywać  na  płaszczyźnie  zwykłej  socjologii?  – 

prowadzą nas do zbadania kierunku myśli zwanego materializmem historycznym.

Przede wszystkim trzeba zauważyć, że w rozlicznych broszurach i artykułach publikowanych w 

czasopismach we Włoszech dyskutowało się nad tą nazwą –  materializm historyczny  – z przedziwnym 

zapałem,   zalatującym   werbalistyczną  sofistyką.  Ktoś   nawet   wyraził   się   ciekawie   –   i  honoris   causa 

powiemy, że był to profesor Asturaro

6

 – że rzecz sama w sobie byłaby dobra, gdyby nie psuła jej nazwa. 

Ktoś inny byłby gotów rozmiłować się w tej teorii, gdyby na nieszczęście jej głównymi szerzycielami nie 

byli najzagorzalsi komuniści Marks i Engels, którzy oczywiście nie posiadali orderów ani Czerwonego 

Orła, ani świętego Maurycego i Łazarza.

Takim krytykom, którzy uznaliby teorię za dobrą pod warunkiem usunięcia nazwisk jej twórców, 

nikt nie ma obowiązku poważnie odpowiadać.

Rozumiem, że wartość rzeczy pozostałaby ta sama także pod innym imieniem i że w gruncie rzeczy 

w   dyskusji   chodzi   o   to:   czy   znaleziono,   czy   też  nie,   ową   sławetną  nić   przewodnią   tych   warunków 

materialnych życia ludzkiego, których zmiana pociągnęłaby za sobą zmianę całego układu. Ale nie jest 

rzeczą obojętną również obrona nazwy, gdyż w niej streszcza się historyczno-psychologiczne pochodzenie 

doktryny.   Wiadomo,   że  idealizm  dialektyczny  Hegla   znalazł  negatywne  rozwiązanie  w   materializmie 

Feuerbacha.   Otóż   materializm   Feuerbacha,   negując   ideologiczne   założenie   doktryny   Heglowskiej   i 

stawiając   jednostkę  ludzką  naprzeciw  przyrody,  sprowadzał   religię  do   zwykłej   projekcji  fantastycznej 

potrzeb jednostki. Materializm Feuerbacha pozostawiał poza swoim zasięgiem świat historyczny, podobnie 

jak go pozostawiał materializm wieku XVIII, reprezentujący dokładnie te same żądania, jakie stawiała 

Wielka Rewolucja, która w imię prawa natury negowała prawa dziejowe. Otóż kiedy Marks i Engels pod 

wpływem  współczesnego  ruchu  socjalistycznego  zaczęli  krytykować  Feuerbacha,  Stirnera  i  heglowską 

lewicę, doszli do przekonania, że materializm tradycyjny aż do Feuerbacha nie tłumaczył wcale historii – i 

stąd  zrodziła   się  owa   nazwa.  Można  sobie   zadawać   pytanie,  czy   udało   im  się  stworzyć   materializm 

historyczny, ale nie można twierdzić, że doktryna jest prawdziwa, a błędna jej nazwa.

Wyjaśnię to na przykładzie.

Owa schematyczna psychologia ogólna, której zarys dałem w moim poprzednim kursie

7

 opiera się 

głównie  na  założeniu,  że  zjawiska  psychiczne  zaczynają  się  i  kończą  wraz  z  życiem  jednostki.  Otóż, 

przyjmując hipotezę materialistyczną, zrozumieć można, że sensualiści skłonni byli uważać, iż wszystkie 

skomplikowane   zjawiska   psychiczne   powinny   znajdować   wyjaśnienie   w   prymitywnych   danych 

wrażeniowych. Ale nasza świadomość indywidualna zawiera mnóstwo różnych elementów, których bez 

istnienia społeczeństwa i historii wyjaśnić niepodobna. Mówicie nie dlatego, że jesteście jednostkami, ale 

dlatego, że jesteście członkami społeczeństwa. To samo odnosi się do prawa, religii i idei moralnych, które 

istnieją w nas tylko za pośrednictwem historii i społeczeństwa.

Materializm  biologiczny   nie   tłumaczy  wcale,  skąd   się   wzięły   dogmaty   chrystianizmu   ani   jak 

powstały formy gramatyczne neołacińskie, ani w ogóle istnienia więzi społecznych.

Wykryć  warunki   materialne  świata   historyczno-społecznego  –   takie  było   zadanie  materializmu 

historycznego. Zadanie równoległe, nie zaś wynikające z tego, co czyści pozytywiści nazwali socjologią. 

Tutaj chciałbym mimochodem zauważyć, że ja, kiedy wymawiam słowo „pozytywizm”, czynię to zawsze z 

pewnym wahaniem, gdyż pozytywizm taki, jak go ukształtowali Saint-Simon i Littré, był przede wszystkim 

historyzmem, czyli tendencją do wyjaśniania historii, a tymczasem we Włoszech wszyscy, którzy nazywają 

siebie pozytywistami, z wyjątkiem jednego tylko Angiullego, który w gruncie rzeczy wywodzi się ze szkoły 

Hegla, popadają w materializm sprzed Feuerbacha, wychodzą od jednostki i do jednostki powracają, nie 

6

 Prof. Alfonso Asturaro, wykładowca na uniwersytecie genueńskim. (Przyp. red. wł.).

7

 W ramach kursu normalnego filozofii teoretycznej Labriola wykładał w tymże samym roku 1902-1903 Psychologią funkcji 

operatywnych. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 9 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

chwytając morfologii historycznej; nasi pozytywiści stoją na ogół niżej od Comte'a, który był do tego 

stopnia rzecznikiem historyzmu, że negował możliwość psychologii indywidualnej.

Przyjmijmy, że w tym wypadku nazwa nie jest ani przypadkowa, ani obojętna, a nawet, że ukazuje 

ona   pochodzenie   tej   doktryny   i   jej   pozycję   w   stosunku   do   innych,   współczesnych   jej   lub   niewiele 

późniejszych, które usiłują wyjść poza granice idealizmu i ideologii; zanim przejdziemy do omówienia 

istotnej treści samej doktryny, w tej mierze, w jakiej wchodzi to w zakres moich specyficznych zadań jako 

filozofa historii, musimy w ogóle ustalić pojęcie zjawiska społecznego.

Zjawiskiem  społecznym   jest  takie  zjawisko,  które   zachodzić   może   jedynie   tam,  gdzie   istnieją 

rzeczywiste stosunki współżycia i współpracy między ludźmi. Mało ważny jest tutaj zasięg tych form 

współżycia. Może tu wchodzić w grę nawet mały szczep topograficznie odizolowany od reszty rodzaju 

ludzkiego. Otóż nawet najmniejszy taki szczep nie mógłby istnieć, gdyby nie zachodziły w nim zjawiska 

korelacji, nie mające bezpośredniego uzasadnienia w warunkach biopsychicznych każdej poszczególnej 

jednostki, a wypływające tylko z faktu, że jednostki te pozostają we wzajemnej współzależności. Aby w 

łonie takiego szczepu istniało normalne współżycie, konieczna jest mowa, będąca rezultatem stopniowego 

przystosowania się jednostek do określonych i trwałych skojarzeń pomiędzy wrażeniami, wspomnieniami 

itp. – z jednej strony – a dźwiękami i formami gramatycznymi z drugiej. Wspólne pochodzenie, stabilizacja 

i rozwój języka – to najogólniejsza i najbardziej bezpośrednia wskazówka istnienia psyche społecznej. 

Istotnie,   tym,   co   dało   początki   koncepcji   psychologii   społecznej   w   jednym   z   odgałęzień   szkoły 

herbartowskiej,   było   właśnie   usiłowanie   wprowadzenia   do   nauki   o   języku   solidnych   kanonów 

interpretacyjnych. To samo powtarza się w formach obyczajowych, które poprzedzają albo zastępują prawo. 

Nade wszystko powtarza się to w elementarnych formach zdobywania dóbr materialnych, czyli w tym, co 

później wyodrębnia się pod nazwą ekonomii.

Ci, którzy zajmują się psychologią, trwając przy schemacie psychologii indywidualnej, nie mogą 

wyjść poza sferę czystej abstrakcji. Na przykład, jeśli ktoś przystępuje do badania form woli, przyjmując 

takie założenia, jakie sobie nakreśliłem w moich wykładach filozofii teoretycznej – nie wiem już, jaką jej 

część zdołam rozwinąć – musi niemal zawsze abstrahować od istotnej treści form woli, gdyż treść ta jest 

zawsze społeczna.

Ta tworząca się wola nie jest wolą, która pragnie sama siebie, ale taką, która sprawia, że ktoś uczy 

się szyć buty, a ktoś inny grać na fortepianie, recytować wiersze jak Pastonchi, lub też czytać tak źle, jak 

Formiggini

8

.

Tych parę ogólników, które tu wypowiedziałem na temat cech faktu społecznego, nie ma ambicji 

stania się czymś w rodzaju wstępu do socjologii, a tym mniej – rozdziałem konkretnej logiki w stylu 

Wundta i ski. Przemawiając do studentów, a nie do członków jakiejś akademii, chciałem ukazać najbardziej 

elementarne  warunki  charakteryzujące  fakt   społeczny   jako  realną  podstawę   i   podmiot   historii,   jak  to 

stwierdziliśmy w swoim czasie, rozważając zagadnienie: socjologia czy filozofia historii?

Wskazując   sumarycznie,   gdzie   właściwie   zaczynają   się   istotne   trudności   rozumienia   faktu 

społecznego, i dając te wskazówki już po własnej obronie nazwy „materializm historyczny”, nie miałem 

bynajmniej intencji przypisania twórcom tej doktryny zasługi odkrycia zjawiska społecznego. Nie zaliczam 

się do znakomitej kompanii tych darwinistów, którzy nieomal przypisują Darwinowi odkrycie przyrody. 

Uzasadniając termin „materializm historyczny”, patrzyłem na to pod kątem kryzysu wewnętrznego, przez 

który   musiał   przejść   Marks,   oddalając   się   od   heglowskiego   idealizmu.   Ale   niezależnie   od   tego 

wyodrębnianie zjawiska społecznego dokonywało się w ciągu wieku XIX poprzez badania w dziedzinie 

prawa, ekonomii, mitologii, lingwistyki i tak dalej, tak że w rezultacie – terminu „socjologia” zaczęto 

używać i używa się obecnie raczej w sensie encyklopedycznego streszczenia całego nowego obrazu życia 

ludzkiego niż w sensie jednej specjalnej nauki posługującej się własną metodą.

8

  Żartobliwa aluzja do Francesca  Pastonchi, znanego z recytacji wierszy  pisanych w różnych miastach włoskich, oraz do 

jednego ze słuchaczy Labrioli, dra A. F. Formigginiego z Modeny, któremu właśnie zawdzięczamy spisanie wykładów obecnie 

tu publikowanych. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 10 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

W   stosunku   do   całego   tego   wielkiego   ruchu   materializm  historyczny   reprezentuje   przypadek 

szczególny; i teraz, kiedy z góry wystąpiliśmy w obronie nazwy, możemy przejść z kolei do istoty rzeczy.

Mówiłem niejednokrotnie, że historia nie może być surogatem nauki ścisłej, a wszystkie opowieści i 

ekspozycje historyczne nie dadzą się sprowadzić do rozwiązań schematycznych. Ale zauważyłem także w 

swoim czasie, że o ile historia pozostaje tym, czym była – odtwarzaniem minionych wydarzeń – to jednak 

nastawienie naszego umysłu w rozważaniu faktów historycznych zmieniło się w związku z ogromnym 

postępem nauk społecznych. Pamiętacie zapewne, że negowałem możliwość zastąpienia historii socjologią. 

A zwłaszcza przeciwstawiałem się temu, by można było uznać za równorzędną z historią ową socjologię 

abstrakcyjną, która rozpatruje na przykład społeczeństwo feudalne w oderwaniu, jako zjawisko samoistne, 

podczas gdy historia konkretna nie zna, odkąd istnieją różnice klasowe i władza państwa, żadnego okresu 

całkowicie jednorodnego pod względem typu społecznego. Zważywszy to wszystko, co wynika z wyżej 

wypowiedzianych uwag, kiedy mówię o materializmie historycznym, nie powołuję się na socjologię, która 

wyizolowuje, powiedzmy, społeczeństwo feudalne z historycznego konkretu, a następnie usiłuje wykazać 

analitycznie, że instytucje polityczne i obyczaje moralne są odpowiednikiem tego typu ekonomicznego. Ja 

natomiast,   kiedy   mówię   o   materializmie   historycznym,   rozumiem   przez   to   historię   opowiedzianą 

materialistycznie, jak dałem tego próbkę w ciągu dziesięciu czy dwunastu lat rozważań nad określonymi 

fragmentami historii. Robiłem to, nie troszcząc się bynajmniej o dwie sprawy, najzupełniej mi obojętne, a 

mianowicie: czy jestem w tym wypadku prawym spadkobiercą Karola Marksa i czy mówiąc tak służę czy 

też nie pewnej określonej sprawie politycznej. Na przykład, ostatni cykl wykładów, który wygłosiłem, 

kiedy miałem jeszcze do swojej dyspozycji organ pedagogiczny i demokratyczny – głos

9

, poświęcony był 

ukazaniu pokrótce całokształtu życia na przełomie wieku XIX i nowego. Obraz ten bynajmniej nie wróżył 

rychłego  zwycięstwa   demokracji   i   socjalizmu.   Bo  choć  do   odkrycia  ostatecznych   zasad   materializmu 

historycznego potrzeba było geniuszu komunisty Marksa, który właśnie dlatego, że stał się komunistą, był 

nieskończenie   daleki   od   stawania   w   obronie   obecnego   ustroju   społecznego   (zrozumieć   znaczy 

przezwyciężyć – mówi Hegel), nie znaczy to, że dalsze losy materializmu historycznego jako doktryny 

zależą  od  séances  pratiques  socjalizmu.   Przypuśćmy,   że   obecny   ustrój   społeczeństw  europejskich,   z 

panowaniem  klasy   burżuazyjnej,   utrzymałby  się   jeszcze   przez   wieki,   nie   przeczyłoby   to   w   niczym 

materializmowi   historycznemu,   gdyż  takie  trwanie  dowodziłoby   jedynie,   że   społeczeństwo   oparte  na 

konkurencji ma jeszcze możność istnienia. Co prawda, Bebel kilka lat temu obiecywał republikę socjalną w 

Niemczech w roku 1910; ja jednak nie jestem pewien, czy Bebel nie drwił sobie z bliźnich, a po wtóre – 

nigdy nie zaofiarowałbym Beblowi katedry filozofii historii.

A   zatem   nie   socjologia   abstrakcyjna   i   nie   troska  praktyczna:   „kiedy   nastąpi   socjalizm?”,  ale 

rzeczywista filozofia historii, taka, jak zdefiniowaliśmy ją powyżej, czyli historia wyłożona w taki sposób, 

aby się ją rozumiało.

Włączę tu, niejako nawiasowo, coś, co wchodzi w zakres poprzedniego kursu filozofii teoretycznej.

Niejednokrotnie   przy   omawianiu   dotychczas   poruszanych  tematów  i   przy   okazji  definiowania 

kompleksu   społecznego   jako   podmiotu   historii   zdarzało   mi   się   posłużyć   wyrażeniem  „świadomość 

społeczna”. Ale ponieważ tego terminu używają i nadużywają socjologowie wszelkiego rodzaju, tak że 

budzi on w umysłach czytelników wrażenie całkowicie chaotyczne, i wiele osób posługuje się nim jak 

gdyby na oznaczenie rzeczy ukrytych i tajemniczych, sądzę, że przyda się gwoli lepszego wyjaśnienia 

tematów poprzednio omawianych poddać ten termin krytycznej ocenie.

Wykładnikiem świadomości społecznej bywa często słowo „my”. Otóż zwróćcie uwagę na zmienną 

treść tego my. „My” oznaczać może nas wszystkich przynależnych do tej samej rodziny, noszących to samo 

nazwisko, żyjących z takich, a nie innych zasobów, z takiego, a nie innego zajęcia, i ze względu na te 

warunki naszego bytu czujemy się wyodrębnieni w stosunku do reszty świata. Kiedy indziej przez „my” 

rozumieć   będziecie   nas,   studentów   i   profesorów,   wspólnie   stanowiących   ten  uniwersytet,  do   którego 

wszyscy przynależymy, pozostając zarazem jednostkami, które mogą wchodzić – i pozostać w nich – do 

9

 Aluzja do choroby krtani, która zmusiła Labriolę w ciągu ostatnich lat do zrezygnowania z wykładów; pod koniec ograniczać 

się musiał do dyktowania konspektu wykładów. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 11 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

szeregu innych zakresów, również oznaczających „nas” – nas, Rzymian, nas, Włochów, nas, katolików itp. 

Owo my nie zawiera więc nic mistycznego ani tajemniczego, nic zaskakującego czy nadprzyrodzonego, i 

tylko w takiej mierze jest czegoś oznajmieniem i wykładnikiem, w jakiej jednostki, z których każda mówi o 

sobie ja, posiadają świadomość tego, co je wiąże z daną rodziną, gromadą, narodem, partią, a choćby nawet 

z mafią czy szajką bandycką, co z punktu widzenia psychologii jest całkowicie obojętne. Na względnie 

wysokim szczeblu rozwoju kultury i myśli owo my  może być tak pojemne, że obejmie na przykład całą 

społeczność indoeuropejską. Jeżeli odbierzecie owemu my naturalny punkt oparcia w tych wszystkich ja

które czują się wspólnotą, my  stanie się czystym i pustym symbolem.  My  istnieje tylko w świadomości 

każdego  z  nas  jako  jednostki.  Ale  nie  jest  sumą  jednostek,  gdyż  ma  swoją  własną   treść   w  więziach 

pomiędzy   jednostkami,   które   to   więzie   są   przede   wszystkim   materialne   –   więzie   pokrewieństwa, 

współżycia, współmieszkania, współpracy gospodarczej.

W   samym   sformułowaniu  tego   faktu,   takim,  jakie   daliśmy  tu   w   paru   słowach,  zawarta   jest 

wskazówka, powiedziałbym – decydująca, jak ów fakt należy tłumaczyć. Wobec rozciągłego znaczenia, 

jakie nadaliśmy pojęciu świadomości reprezentującej bądź aspekt sytuacji biologicznej, bądź społecznej, 

pomiędzy treścią ja i my nie zachodzi rozbieżność.

Kiedy psychologia nie była jeszcze nauką, kiedy spirytualiści wszelkiego rodzaju mogli dziwaczyć, 

czyniąc z ja pozaczasowy atrybut ducha stojącego ponad wszelką genezą, kiedy idealiści w ślad za Fichtem 

przypisywali temuż ja transcendentną samoistność, problem my jeszcze się nie pojawił albo też pojawiał się 

spleciony   z   wyobrażeniem,  mniemanego  ducha   kolektywnego,   pozaindywidualnego.   Ale   teraz,   kiedy 

uważamy ja  za zmienny wykładnik wewnętrznej apercepcji naszych zmiennych warunków, kiedy zatem 

poza ja empirycznym, dającym się wyrazić na przykład zdaniem: ja teraz dyktuję, nie dopuszczamy pojęcia 

jakiegoś ja czysto transcendentnego – zrozumiałe jest, że funkcja apercepcji jednego i tego samego dążenia 

świadomości  może  mieć  dwojaki  wykładnik:  ja  i  my,  co  nie  znaczy,  że  ci  wszyscy,  którzy  się  tymi 

terminami posługują, nie mylą się, gdyż do prawidłowego ich używania dojść można tylko drogą głębokiej 

wiedzy psychologicznej.

Drobny komentarz rozjaśni trochę te wywody, które wymagałyby doprawdy szerszego rozwinięcia. 

Jest rzeczą oczywistą, że w zaawansowanym stadium naszej cywilizacji jednostki mogą błądzić, operując 

pojęciem  ja  w zestawieniu z pojęciem  my, gdyż większość nie wie, że to, co się zwykło przypisywać 

świadomości jednostkowej, jest najczęściej tylko osadem pozostawionym przez obyczaj i tradycję. Ale sam 

ten błąd, w który tak łatwo może popaść każdy, kto nie jest w ścisłym znaczeniu naukowcem, dowodzi, że 

w miarę wzrostu kultury rośnie też w jednostkach tendencja do rozszerzania zasięgu swego „ja”, a im dalej 

w przeszłość się cofamy, tym większą widzimy przewagę zbiorowości nad indywidualnością. Jest dziś 

rzeczą pewną, empirycznie stwierdzoną, że rodzaj ludzki wyszedł z gromady, hordy, będącej kontynuacją 

stada zwierzęcego. W takiej hordzie my było wszystkim, było wykładnikiem konieczności życia w formach 

zwartych, bez których walka o byt nie byłaby możliwa. Pojawienie się świadomości jednostkowej jest 

późnym produktem dalszych dziejów. Ów subiektywizm świadomości etycznej czy estetycznej wydaje się 

nam przyrodzony, gdyż nasza edukacja nie wykracza poza starożytną Grecję, gdzie Solon nadaje prawa, 

Herodot pisze historię, a Alkajos uprawia gniewną osobistą poezję; wydaje nam się niepojęte, że miliony 

ludzi rozmaitych ras mogły żyć w ciągu tysięcy lat czy stuleci z osobowością wchłoniętą przez powszechną 

obyczajowość, z „ja” wtopionym w my.

Jeżeli choć trochę oddalimy się od prozaicznych wywodów, jak te oto, natychmiast popadamy w to, 

co nasz Marucci

10

 i inni jemu podobni wściekli pozytywiści w braku właściwszej nomenklatury nazywają 

metafizyką.

Całe nieszczęście w tym, że tę metafizykę socjologii uprawiają właśnie pozytywiści, którzy zalewają 

świat,   a   raczej   chciałem   powiedzieć   –   papier  drukowany,  nieskończoną   ilością   symboli   dotyczących 

organizmu społecznego, ducha zbiorowości itp.

10

 Inny spośród słuchaczy Labrioli. (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 12 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

Nasze  prozaiczne  wywody,   gdyby  chcieć  je  powtórzyć  w  skrócie,  sprowadziłyby  się  do   tego: 

przyroda wytwarza istoty męskie i żeńskie pewnej określonej rasy. Ale te istoty, przyszedłszy na świat, nie 

rozwijają się jako odosobnione jednostki w obliczu natury. Rozwijają się natomiast w pewnym środowisku 

społecznym, które wytwarza w każdym osobniku pewne cechy jednorodne, będące właśnie produktem owej 

korelatywności   społecznej:   pewien   sposób   mówienia,   pewien   rytm   uczuciowy,   pewne   wspólne 

wyobrażenia, a przede wszystkim naśladowanie pewnych funkcji operatywnych. W miarę kształtowania się 

wewnętrznej świadomości własnego istnienia (tego, co nazywamy ja) funkcje te naturalnym biegiem rzeczy 

rozdwajają się na „ja” i „my”, jakkolwiek poszczególne jednostki mogą się mylić, łącząc jakiś określony 

materiał doświadczalny raczej z podmiotem „ja” niż z podmiotem „my”. Wszyscy ci mniejsi i więksi 

skretyniali uczeni starej daty, którzy wywodzili język, prawo, obyczaj, państwo – z inicjatywy i woli 

jednostkowej, nie wiedzieli o tych dwóch rzeczach zasadniczych: że jednostki wyodrębniły się z gromad i 

że świadomość indywidualna wyrażająca się w pojęciu „ja” rodzi się właśnie w łonie pojęcia „my”.

A teraz kończę już z wyjaśnianiem, bo jeżeli to, co powiedziałem dotychczas, nie wystarcza, to 

dalsze roztrząsanie może jedynie bardziej rzecz zaciemnić.

Uwaga:  Ponieważ w poprzednich wykładach pojawiło się pojęcie materializmu historycznego i 

przypadkowo padły też pewne napomknienia o socjalizmie, nie od rzeczy będzie tu może uwaga, że dzisiaj 

wielu   ludziom   wydaje  się,   iż   rozumieją   dążenia   socjalizmu,   kiedy   wywołują   sobie   w   umyśle   obraz 

kolektywistycznego   społeczeństwa,   w   którym   pierwiastek  ja  zostanie   na   nowo   pochłonięty   przez 

pierwiastek  my, czyli po prostu – wyobrażają sobie nawrót do warunków pierwotnych. Nie tyle gwoli 

objaśnienia socjalizmu, ile w związku z tezą moich wykładów pragnę przypomnieć, że nic nie wskazuje na 

to, aby jednostka miała utracić to, co zdobyła, a nawet postęp społeczny ostatnich czasów coraz bardziej 

pozycję   jednostki   umacnia.   Kiedy   teoretycznie   wyobrażamy   sobie   społeczeństwo   komunistyczne   w 

ekonomicznym sensie tego słowa, mamy na myśli po prostu, że środki i narzędzia produkcji nie będą już 

stanowiły własności prywatnej, lecz kolektywną własność tych, którzy wytwarzać będą dobra materialne. 

Oznacza to, że wielka liczba jednostek obecnie podporządkowanych woli pracodawcy uzyska większy 

zakres wolności, gdyż z chwilą kiedy praca jednych (których jest wielu) nie będzie służyła do wytwarzania 

bogactw   dla   innych   (nielicznych),   wszystkim  dane   będą   maksymalnie   sprzyjające   warunki   rozwoju 

intelektualnego i moralnego. Wy wszyscy tu obecni możecie oczywiście uważać, że jest to czystą utopią; ja 

jednak, skoro już mówimy o świadomości społecznej i świadomości jednostkowej, chciałbym, abyście 

zrozumieli, że ta tak zwana utopia nie głosi nawrotu do pierwotnych warunków ludzkości i nie ma nic 

wspólnego z wyświechtanym staroegipskim symbolem węża, który pożera własny ogon, i temu podobnymi 

starymi  rekwizytami   retoryki,   należącymi  do   wymarłych   kultur,   w   których   tak   się   lubuje  znakomity 

profesor  Loria

11

.  Starożytni  Egipcjanie  nie  mają  najmniejszego  prawa  po  temu,  by  ich  wyobrażenia  i 

symbole traktować jako źródło inspiracji nowoczesnej nauki, bo przecież nie stworzyli ani nauki greckiej, 

ani  państwowości  latyńskiej,  ani  prawa   rzymskiego  i  nic  w  ogóle  z  tego,   na  czym  opiera  się  nasza 

cywilizacja.

Po  dygresji   na  temat   świadomości  społecznej  sprowadzonej   do  pierwiastka  my  i  prozaicznego 

wyjaśnienia tegoż pierwiastka, mając na uwadze to wszystko, co wyżej powiedziałem, aby sprowadzić 

pojęcie  historii  do  właściwych  terminów,  możemy   teraz  pokrótce  rozważyć  istotny   sens  materializmu 

historycznego, którego definicji, rzec można, szukaliśmy.

Stwierdzenie, że podstawą społeczeństwa są materialne warunki jego bytu, może się na pierwszy 

rzut oka wydawać zbędne, bo jest to przecież sformułowanie pospolitego komunału.

Odsuńcie na bok ludzi zajmujących się nauką i sztuką, odsuńcie kategorie – często niepotrzebne – 

profesorów i księży, odsuńcie, jednym słowem, tych wszystkich ludzi, którzy żyją z wytworów pracy 

cudzej; podstawowy podział społeczeństwa opiera się na stosunkach zachodzących między tymi, którzy 

11

 Prof. Achilles Loria (1857-1943), wpierw z uniwersytetu w Padwie, następnie w Turynie, autor kilku książek z dziedziny 

palingenezy społecznej, jak  La rendità  della terra,  Analisi della proprietà  capitalista  i inne. O tej ostatniej książce Labriola 

mawiał, że w samym tytule zawiera trzy błędy, gdyż: 1) nie jest analizą; 2) własność jest kategorią prawną, a nie ekonomiczną; 

3) błąd gramatyczny (w tytule oryginalnym użyte jest słowo capitalista zamiast capitalistica). (Przyp. red. wł.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 13 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – Historia, filozofia, socjologia i materializm historyczny (1902/1903 rok)

bezpośrednio pracują, i tymi, którzy posiadają narzędzia i dobra materialne. Oto co Marks nazywał formą 

produkcji. Że podstawowa struktura społeczeństwa, czyli jego rozczłonkowanie ekonomiczne, zmieniło się 

od czasów prehistorycznych do naszych czasów, jest rzeczą oczywistą; a że te przemiany mają swój własny 

rytm i zawierają w sobie znamiona pewnego procesu, wydaje się więcej niż prawdopodobne, jeżeli się 

weźmie pod uwagę to, co było powiedziane wyżej o zbliżaniu się historii do nauk ścisłych. Historia – to 

przede   wszystkim  przemiany   w   podstawowych   powiązaniach   i   podziałach.   Otóż   więc,   co   stanowi 

specyficzny charakter materializmu historycznego? Ten specyficzny charakter wyraża się przede wszystkim 

w bardzo prostym stwierdzeniu: że ludzie tworzyli prawo i wszelkie swoje organizacje, nie wyłączając 

politycznych,   zawsze   proporcjonalnie   do   aktualnej   struktury   ekonomicznej.   Drugie   twierdzenie   ma 

charakter bardziej hipotetyczny: oto że pojęcia mitologiczne, a więc także religijne, oraz postawy moralne 

ludzi są zawsze odpowiednikami pewnych określonych warunków społecznych, tak że historia religii i etyki 

jest psychologią w szerokim sensie tego słowa.

W  koncepcji  tej  zawarty  jest  inny  istotny  moment:  że  mianowicie  zróżnicowania  społeczne  są 

zróżnicowaniami o tyle, o ile społeczeństwo ma postać hierarchii, czyli układu ludzi współdziałających, 

podzielonych   na   rody   i   rodzimy   oraz   klasy   i   pozostających   w   różnym   stopniu   współzależności   i 

podporządkowania. Dlatego właśnie społeczeństwo miało zawsze tendencję do niestałości, a to z kolei 

prowadzi  do  kontrastów  i  rozprzężenia,  do  postępów  i  regresji.  Doktryna  materializmu  historycznego, 

uwzględniająca dwa czynniki podziałów ekonomicznych i konfliktów klasowych, staje się kluczem do 

zrozumienia rewolucji, czyli tych przemian w złożonej strukturze społeczeństwa, które pociągają za sobą 

innowacje w dziedzinie prawa, nowe kierunki polityczne i nowe nastawienie moralne.

Jak sobie przypominacie, omawiając zagadnienie, czy historia jest nauką, czy sztuką, powiedziałem, 

że narracja nie dopuszcza surogatów. Z chwilą kiedy materializm historyczny sprowadzi do najprostszej 

formuły sumę warunków koniecznych do przejścia, dajmy na to, z epoki feudalnej w kapitalistyczną, uczyni 

wszystko,   co   trzeba,  dla   zrozumienia   ogólnych   przyczyn   Rewolucji   Francuskiej.   Ale   kiedy   chodzi   o 

sugestywne zobrazowanie tego  unicum, jakim jest sama rewolucja, nie możemy obejść się bez pomocy 

kanonów ekspozycji i narracji; te zaś nie będą z doktryną w rozdźwięku, o ile narrator zastosuje wobec 

wszystkich szczegółów to samo kryterium, zachowując przy naświetlaniu wydarzeń nieustanną troskę o to, 

by harmonizowały z całością.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 14 -

www.skfm-uw.w.pl