background image

 

 

Nie ma tego złego 

 

 

PROLOG 

 

 

Park Slope w Brooklynie, Nowy Jork 

 

Nikki  oparła  się  o  ścianę  i  zamknąwszy  oczy,  usiłowała  się  opanować. 

Słyszała bezlitośnie szczerą rozmowę siostry, a każde słowo raniło ją boleśnie. 

- Wybacz - powtórzyła Krista - ale nie rozumiem, po co dzwonisz, skoro 

już znasz moją odpowiedź. Nie mogę. Jestem to winna Nikki. Nie opuszczę jej 
teraz. 

Czemu  nie  mogłam  tego  pojąć,  zastanawiała  się  Nikki.  Dlaczego  nie 

zauważyłam, że potrzeby Kristy są już całkiem inne niż siedem lat temu? 

- Dlatego, że jest moją siostrą! - Krista podniosła głos. - Zrezygnowała ze 

wszystkiego,  żeby  się  mną  zająć.  Co  mam  jej  powiedzieć?  Dziękuję,  że 
uratowałaś  mi  życie,  ale  teraz  cześć,  postanowiłam  wyprowadzić  się  do 
koleżanki? 

Uratowałam  jej  życie?  -  zdziwiła  się  Nikki.  Zrobiłam  przecież  tak 

niewiele. Przyjęcie Kristy do domu po śmierci jej męża wydawało się jedynym 
logicznym  rozwiązaniem.  Rodzina  przede  wszystkim,  zawsze  powinna  być  na 
pierwszym miejscu. 

- Nie mogę i już! Po tym, jak poświęciła się dla mnie, mogę zaoferować 

jej choć tyle. Ma tylko Keli i mnie. Zostaniemy, dopóki będziemy jej potrzebne. 

Nikki  nie  chciała  słuchać  dalej.  Po  cichu  przeszła  przez  hol  do  małego 

pokoiku  służącego  jej  za  gabinet.  Otworzyła  górną  szufladę  biurka  i  wyjęła  z 

background image

niej  grubą,  pozłacaną  kopertę.  Znajdujący  się  wewnątrz  elegancki  bilet  ciążył 
niczym  ołów.  Grawerowany  kawałek  złocistego  metalu  wydawał  się 
rozwiązaniem jej problemów. 

Modliła  się,  by  móc  uniknąć  tak  drastycznego  rozwiązania.  Opanowała 

zduszony  śmiech.  Kupiła  ten  bilet  na  wszelki  wypadek,  bo  sytuacja  w  pracy 
stała się nie do zniesienia. Nie spodziewała się, że znajdzie się drugi powód do 
skorzystania  z  niego.  Podsłuchana  przypadkiem  rozmowa  Kristy  zamknęła  jej 
inne drogi wyjścia. 

Powoli  wyjęła  z  koperty  aksamitną  sakiewkę.  Znajdująca  się  wewnątrz 

sztabka  błysnęła,  napełniając  pokój  olśniewającym,  złotym  blaskiem.  Wielu 
ludziom taki bilet mógł obiecywać spełnienie marzeń. Czemu więc jej kojarzył 
się z koszmarem? 

Niechciana łza spłynęła po policzku Nikki. 

 

 

 

 

 

Chicago, Illinois 

 

- Och, Jonah, przyszedłeś, Bogu dzięki. - Della Sanders rzuciła się synowi 

w objęcia i uścisnęła go mocno. 

- Czyżbyś w to wątpiła? - Cień uśmiechu rozjaśnił ponure oblicze Jonaha 

Alexandra. Delikatnie przytulił matkę. 

Della  była  drobną  kobietą,  emanującą  energią  i  emocjami,  Jonah  przez 

całe życie obserwował, jak matka nieświadomie roztacza wokół siebie czar. W 
jej  orzechowych  oczach  widniała  prostolinijność,  która  w  połączeniu  z 
nieśmiałym uśmiechem zniewalała przeciwników i pozwalała opanować trudne 
sytuacje.  Tymczasem  rodzaj  pracy  jej  drugiego  męża  powodował,  że  trudności 
stanowiły  raczej  regułę  niż  wyjątek.  Mimo  to  Della  zawojowała  Lorena 
Sandersa, chłodnego i opanowanego starego kawalera, w niecałe pięć sekund. 

background image

Zerknęła przez ramię na męża i uśmiechnęła się lekko. 

-  Loren  nie  był  do  końca  przekonany,  czy  zechcesz  wyciągnąć  Erica  z 

jego nowych tarapatów - westchnęła z ulgą. - Mówiąc szczerze, ja również. Tym 
razem Eric naprawdę napytał sobie biedy. 

Jonah podał rękę ojczymowi. 

-  Nie  powinieneś  zwlekać  z  powiadomieniem  mnie,  Loren.  Wiesz 

przecież, że rodzinę zawsze stawiałem na pierwszym miejscu. 

Jeszcze  jako  zbuntowany,  gniewny  nastolatek,  Jonah  przekonał  się  ku 

swemu  zaskoczeniu,  że  ojczym  odpowiada  mu  zarówno  pod  względem 
intelektualnym,  jak  i  emocjonalnym.  Zostali przyjaciółmi.  W  dodatku  głębokie 
uczucie, jakie od dwudziestu pięciu lat Loren żywił niezmiennie do jego matki, 
zaskarbiło mu podziw i wdzięczność Jonaha. 

-  Zawsze  byłeś  dobrym  bratem  dla  Erica  -  powiedział  Loren.  -  Jednak 

europejskie  interesy  tak  cię  pochłaniały,  że  nie  chcieliśmy  cię  tym  obciążać. 
Poza tym, aż do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji. Mamy 
jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. 

Jonah  wypuścił  z  ramion  matkę  i  podszedł  do  wielkiego  okna 

zajmującego  prawie  całą  ścianę.  Z  apartamentu  Sandersów  roztaczał  się 
imponujący  widok  na  jezioro  Michigan.  W  innej  sytuacji  z  całą  pewnością 
skupiłby się na jego podziwianiu. 

-  Opowiedzcie  mi  o  wszystkim  -  poprosił,  odwracając  się  plecami  do 

szklanej tafli. 

- Eric związał się z mężatką - oświadczyła Della. - W dodatku starszą od 

siebie. 

To  niezbyt  mądre  posunięcie  ze  strony  Erica,  ale  jeszcze  nie  powód  do 

tragedii, pomyślał Jonah. 

- I? 

- Ona pracuje u nas - wyjaśnił Loren. - Ten związek przeszkadza zarówno 

jemu, jak i jej. Omal nie stracili przez to rachunku Dearfielda. 

Jonah  zaklął  pod  nosem.  Musi  być  bardzo  źle,  skoro  Eric  przedkłada  tę 

kobietę  nad  jednego  z  najważniejszych  klientów.  Co  on  sobie  wyobraża? 
Najwyraźniej przekazanie nowojorskiej filii firmy przyrodniemu bratu wcale nie 
pomogło mu wydorośleć. 

background image

- Czy ją znam? 

- Nazywa się Nikki Ashton i jest… 

- …szefową Projektów Specjalnych. Owszem, słyszałem o niej, ale chyba 

nigdy  jej  nie  spotkałem.  -  Jonah  pomasował  kark,  usiłując  skoncentrować  się 
pomimo zmęczenia. - Zatrudniłeś ją zaraz po moim wyjeździe do Londynu. Jak 
wygląda? 

- Uderzająco piękna kobieta, typ długonogich rudzielców. 

- Loren - obruszyła się Della - wiesz, że nie znoszę, kiedy wciskasz ludzi 

w stereotypy. 

Loren potarł szpakowate wąsy i przepraszająco wzruszył ramionami. 

- Wybacz, kochanie. Stare nawyki trudno wykorzenić. 

- Wywalcie ją - poradził bez namysłu Jonah. 

- Obawiam się, że nie możemy - chrząknął z zażenowaniem Loren. 

- Czemu nie? 

- Bo firma jej potrzebuje. Po pierwsze, ponieważ jest doskonała - przyznał 

-  a  po  drugie,  dlatego,  że  została  nominowana  do  nagrody  Lawrence'a  J. 
Baumana. Uroczystość za sześć tygodni. Jak będziemy wyglądali, zwalniając z 
pracy kogoś o tym formacie? 

Jonah  zacisnął  zęby.  Niestety,  mieli  rację.  Biznesmeni  płci  obojga, 

przedstawieni  do  nagrody  LJB,  byli  najbardziej  poszukiwanymi  pracownikami 

całym 

kraju. 

Renoma 

International 

Investments 

mogła  ponieść 

niepowetowaną  stratę,  gdyby  z  błahego  powodu  zwolnili  potencjalną 
zwyciężczynię. 

- Czy rozmawialiście o tym z Erikiem? 

-  Nie  -  przyznała  Della.  -  Mieliśmy  nadzieję,  że  sprawa  sama  się 

rozwiąże.  Znasz  Erica.  Zakochuje  się  i  odkochuje  w  zależności  od  podmuchu 
wiatru. 

- Oprócz tego razu. 

Della skinęła głową, w oczach zalśniły jej łzy. 

background image

- Ona musi być wyjątkową kobietą, skoro pozostał przy niej tak długo. 

Jonah  odwrócił  się  w  stronę  okna.  Znał  Erica  wystarczająco  długo,  by 

wiedzieć jakie "zalety" musiała mieć kobieta, by przykuć go do siebie na dłużej. 
Jeśli w jednej dziesiątej jest tak wspaniała, jak twierdzi Loren, zdaje sobie z tego 
sprawę  i  używa  swych  wdzięków  do  uwodzenia  Erica…  Braciszek  zawsze  był 
łasy na zalotne rudowłose kobiety, o zgrabnych nogach nie wspominając. 

-  A  co  z  jej  mężem?  -  spytał  przez  ramię.  -  Panu  Ashtonowi  nie 

przeszkadza, że jego małżonka flirtuje z szefem? 

- Wiemy o nim tylko tyle, że wyjechał z kraju na kilka lat - wyznał Loren. 

-  Podejrzewam  nawet,  że  wcale  nie  nazywa  się  Ashton.  Nikki  wyszła  za  mąż, 
gdy  tylko  zaczęła  u  nas  pracować,  ale  zachowała  panieńskie  nazwisko. 
Sprawdzałem w kadrach, nigdy nie podała im żadnych szczegółów. Mąż nawet 
nie figuruje na liście osób korzystających z rodzinnego ubezpieczenia. Obawiam 
się, że to ślepa uliczka. - Wzruszył ramionami. 

-  Nowoczesne  małżeństwo  -  zauważył  kwaśno  Jonah.  Odwrócił  się  od 

okna, krzyżując ręce na piersiach. - Dobrze, Loren, czego oczekujesz ode mnie? 

-  Czy  nie  mógłbyś  przemówić  Ericowi  do  rozumu?  -  wtrąciła  Della, 

zanim  jej  mąż  zdążył  się  odezwać.  -  A  może  porozmawiasz  z  panią  Ashton? 
Jeżeli  ich  związek  jest  powodem  takich  kłopotów  w  firmie,  może  przenieść 
któreś z nich? 

-  Musimy  postępować  ostrożnie,  Della  -  nachmurzył  się  Loren.  - 

Potrzebuję Erica w Nowym Jorku. Nie licząc incydentu z tą kobietą, jest filarem 
filii. 

-  Widziałem  raporty  -  dodał  Jonah.  -  I  miałem  nadzieję,  że  wreszcie 

poszedł po rozum do głowy. 

- Aż do tej ostatniej niedyskrecji. - Loren ze smutkiem spojrzał na swego 

pasierba. - Z Nikki również musimy obchodzić się w rękawiczkach. Zbyt wiele 
wie o firmie. 

-  Myślisz,  że  mogłaby  nam  poważnie  zaszkodzić?  -  zapytał  Jonah 

gniewnym tonem. 

- Jeśli miałaby taki zamiar - przyznał niechętnie Loren. 

background image

-  A  może  poleciałbyś  do  Nowego  Jorku  i  sprawdził,  co  się  naprawdę 

dzieje? - poprosiła Della. Zaniepokojenie zarysowało zmarszczki na jej czole. - 
Może przesadzamy? 

- Jeśli jest, jak mówicie - pokręcił głową Jonah - to słusznie się martwicie. 

Gdyby  Erie  chciał  poślubić  tę  kobietę,  byłaby  to  dla  niego  tragedia.  Ale  może 
nie, może już przestał się nią interesować. A jeśli to jej na nim zależy? 

- Nie przyszło mi to do głowy. - Loren zbladł. 

- Polecisz jutro rano? - spytała Della, biorąc syna pod rękę. 

- Wyjeżdżam natychmiast. 

-  Musisz  być  wykończony  -  zaprotestowała.  -  Dopiero  co  przyleciałeś  z 

Londynu. Potrzebujesz snu i… 

-  Jestem  twardy,  mamo  -  uśmiechnął  się  Jonah.  -  Nie  wierzę  również  w 

chorobę  odrzutowcową.  Oprócz  tego,  chcę  dotrzeć  do  Nowego  Jorku,  zanim 
Erie zorientuje się, że jestem w kraju. 

 

 

 

 

Nowy Jork 

 

-  Jak  to,  nie  ma  Erica?  -  Jonah  zaczął  tracić  cierpliwość.  -  To  gdzie  on 

jest, do cholery? 

- Przepraszam, panie Alexander - sekretarka Erica skuliła się na krześle - 

ale on wyszedł. 

-  Wyszedł?  -  Jonah  oparł  się  na  biurku.  -  Czy  mogłaby  pani  być  nieco 

bardziej konkretna, pani Sherborne? Dokąd wyszedł i kiedy wróci? 

- Musiał zdążyć na samolot. - Nieśmiało zerknęła w górę. - Jestem jednak 

prawie pewna, że będzie już w poniedziałek. 

background image

-  W  poniedziałek  -  powtórzył  Jonah.  Czyżby  ktoś  dowiedział  się,  że 

wrócił z Londynu i ostrzegł Erica? - Jakaś nagła podróż? 

- Bardzo nagła. Chyba ma jakieś interesy poza miastem. 

Sądząc z nerwowego zachowania kobiety i rumieńców, które wykwitły na 

jej  policzkach,  szanse  na  to,  że  Erie  zniknął  nagle  w  sprawach  czysto 
służbowych zmalały do zera. 

- Gdzie on jest, pani Sherborne? - spytał chłodno Jonah. 

- Hm, dokładnie nie jestem pewna - odchrząknęła - ale zamówił bilet do 

Las Vegas. 

- Nevada? Mamy tam jakieś interesy? Nie mieliśmy żadnych klientów ani 

inwestycji w Nevadzie. 

Widać było, że sekretarka cierpi przygwożdżona lodowatym spojrzeniem 

Jonaha. 

-  Być  może  sekretarka pani  Ashton będzie  wiedziała coś  w tej  sprawie - 

wydusiła wreszcie, wyraźnie pragnąc odesłać go do kogoś innego. - Ma na imię 
Jan i jej biurko stoi po drugiej stronie korytarza. 

Jonah zamarł, w jego orzechowych oczach wzbierała furia. 

-  Sekretarka  pani  Ashton  wie  więcej  o  wyjazdach  służbowych  Erica  niż 

pani? Jak to możliwe? 

- Ależ nie! - przestraszyła się. - Źle mnie pan zrozumiał. Widzi pan, pani 

Ashton  również  poleciała  do  Nevady.  Pan  Sanders  nie  powiedział,  gdzie  się 
zatrzyma,  więc  pomyślałam,  że  skoro  jadą  razem…  -  ciągnęła  z  nieszczęśliwą 
miną. 

Jonah cofnął się, pozwalając jej nabrać oddechu. 

-  Sądziła  pani,  że  to  służbowa  podróż,  pani  Ashton  i  pan  Sanders 

zatrzymają  się  w  tym  samym  hotelu,  a  Jan  może  znać  szczegóły,  prawda?  - 
spytał tonem nie pozostawiającym żadnej wątpliwości, że jakakolwiek plotka na 
ten  temat  przerwałaby  natychmiast  karierę  sekretarki  w  International 
Investment. 

W szeroko rozwartych oczach Sherborne błysnęło zrozumienie. 

- Tak, to właśnie miałam na myśli. 

background image

Bez  słowa  przeszedł  na  drugą  stronę  korytarza.  Jan  wydawała  się  dość 

rozgarnięta, jednak i ona, choć znała sporo szczegółów dotyczących Nikki, nic 
nie  wiedziała  o  planach  Erica.  W  ciągu  paru  minut  Jonah  miał  kopię  jej 
terminarza i zarezerwowany najbliższy lot do Las Vegas, a więc kolejny istotny 
ś

lad, pomyślał z goryczą. 

Nie zwracając uwagi na Jan, wszedł do gabinetu Nikki i zamknął za sobą 

drzwi.  W  pokoju  panował  półmrok,  listopadowe  słońce  pozostawiło  ledwie 
nikłe  wspomnienie  popołudnia.  Niebawem  zacznie  się  piątkowa  godzina 
szczytu.  Jonah  nawet  nie  spojrzał  na  zegarek,  by  zobaczyć,  kiedy  powinien 
wyruszyć na lotnisko La Guardia. Nie pamiętał zresztą, na jaki czas strefowy go 
nastawił. Wiedział tylko jedno, ta mała ekspedycja poszukiwawcza musi dobiec 
końca. 

Gdy  rozglądał  się  po  wnętrzu,  poczuł  delikatny  kwiatowy  zapach  nie 

znanych  mu  dotąd  perfum.  Mogły  należeć  tylko  do  jednej  osoby.  Wciągnął 
głęboko  powietrze,  czując  jak  zapach  Nikki  wypełnia  mu  płuca.  Nie  był  to 
kojarzony  z  rudymi  rozpustnicami  zapach  piżma.  Zamiast  czarnego  atłasu  i 
koronek, jej perfumy przywodziły na myśl wiktoriański salonik pełen świeżych 
kwiatów, słońca i woskowanych mebli. 

Pokręcił  w  zdumieniu  głową.  Sprytna  kobieta.  Wiedziała,  że  ciężki, 

zmysłowy  zapach  przebrałby  miarę.  Erie  przejrzałby  ją  w  jednej  chwili.  Ona 
jednak była inteligentna. Namiętność skrywana pod maską niewinności rzucała 
na kolana większość mężczyzn. 

Podszedł do biurka i włączył silną lampkę, która roztoczyła krąg białego 

ś

wiatła  na  środku  mahoniowego  blatu.  Dokumenty  leżały  ułożone  w  równy 

stosik, z boku stała oprawiona w ramkę fotografia. Podniósł ją z ciekawości. 

Ze zdjęcia spoglądała na niego roześmiana dziewczynka. Nie spodziewał 

się, że Nikki Ashton może mieć dziecko. Karierowiczki pragnące poślubić szefa 
rzadko  obciążają  się  potomstwem.  Przyjrzał  się  uważniej  fotografii. 
Dziewczynka nie mogła mieć więcej jak pięć, sześć lat, jej drobnokościstą twarz 
otaczała  burza  jasnorudych  kędziorków.  Obejmowała  ją  jakaś  kobieta.  Nikki? 
Wygląd  matki  trudno  było  określić.  Większą  część  jej  twarzy  zasłaniały 
rozwiane  włosy  dziecka.  Wyraźnie  widać  było  tylko  jasnoniebieskie  oczy  i 
włosy o ton ciemniejsze niż u małej. 

Niewiele mu to dało. 

Odstawił  zdjęcie  na  miejsce  i  rozejrzał  się,  szukając  czegoś  bardziej 

osobistego,  co  przybliżyłoby  mu  Nikki.  Niestety,  cały  pokój  i  biurko  były 
dokładnie  wysprzątane.  Na  oknie  stało  kilka  doniczek  ze  zmarniałymi 

background image

kwiatkami.  To  go  zainteresowało.  Kwiatki  mogły  stanowić  klucz  do  jej 
osobowości,  ale  zmęczenie  i  protestujący  zegar  biologiczny  nie  pozwalały  mu 
się skupić. Później. Przemyśli to, kiedy będzie miał czas. 

W końcu, cóż innego mogą oznaczać te zmarniałe kwiatki, jak nie kogoś, 

kto nie ma ręki do roślin, ale najwyraźniej tym się nie przejmuje? 

Wreszcie  zajął  się  jej  terminarzem  leżącym  w  pobliżu  lampy.  Bez 

skrępowania  naruszył  jej  prywatność,  pospiesznie  wertując  kartki.  Znalazł 
pozłacaną  kopertę  wetkniętą  między  środę  a  czwartek.  Była  pusta,  nie  licząc 
małej, prostokątnej karteczki. Wyjął ją i przestudiował uważnie. 

-  Bal  Kopciuszka  -  przeczytał  -  "Henrietta  i  Donald  Montague  życzą 

powodzenia w poszukiwaniu małżeńskiego szczęścia". Adres i data. 

Dzisiejsza. 

Nie  potrzebował  dużo  czasu,  by  wszystko  pojąć.  Nikki  poleciała  do 

Nevady  na  jakiś  bal  ze  ślubami.  Przeciągnął  dłonią  po  włosach.  Mogło  to 
oznaczać  tylko  jedno.  Pani  Ashton  pozbyła  się  dotychczasowego  małżonka  i 
znów była do wzięcia. Erie bez wątpienia miał zostać oblubieńcem. 

O,  nie!  Oczywiście,  jeśli  zdoła  coś  na  to  zaradzić.  Gdy  uda  mu  się 

schwytać  piękną  i  podstępną  panią  Ashton,  ta  gorzko  pożałuje,  że  chciała  się 
związać z jego rodziną. Dopilnuje tego osobiście. 

 

 

 

 

  

ROZDZIAŁ  PIERWSZY 

 

Bal Kopciuszka - Forever, Nevada 

 

background image

Nikki  Ashton  przekroczyła  próg  sali  balowej,  usiłując  ukryć 

zdenerwowanie  pod  maską  obojętności.  Nie  miała  żadnych  wątpliwości. 
Musiała postradać zmysły. 

Jak  mogła  uwierzyć,  że  małżeństwo  jest  rozwiązaniem  jej  wszystkich 

problemów? Jak mogła w ogóle wejść do tej sali pełnej obcych ludzi, by znaleźć 
mężczyznę,  który  przez  resztę  życia  będzie  odgrywał  rolę  jej  męża?  To  był 
zwariowany, chory pomysł. 

W dodatku nigdy w życiu nie była tak przerażona. 

Chwyciła głęboki oddech, potem drugi i trzeci. W oczach zamigotały jej 

kolorowe kropki. 

- Hej - rozległ się miły, damski głos. 

Nikki  odwróciła  się  odruchowo  w  tym  kierunku  i  zobaczyła  równie 

zabłąkaną osóbkę. 

- Cześć - powiedziała zdumiona tym, że wydobyła z siebie głos. 

- Możesz usiąść przy mnie na chwilę? 

Obawiając się, że jeśli nie usiądzie, to się przewróci, Nikki osunęła się na 

jeden z foteli ustawionych pod ścianami sali balowej. 

- Dzięki - burknęła, kładąc torebkę na małym stoliku. 

- Wynne Sommers - przedstawiła się jej kobieta. 

- Nikki Ashton. 

Spod blond włosów zerknęły na nią zielone oczy. 

- Przestraszona? - spytała współczująco Wynne. 

Nikki zdobyła się na szczerość. 

- Śmiertelnie. - Zaplotła palce. - Nie jestem pewna, czy zdołam to zrobić. 

- Ale musisz, prawda? Ludzie liczą na ciebie, a to jest jedyna droga, jaka 

ci pozostała. 

- Skąd wiesz? - Nikki popatrzyła w zdumieniu na kobietę. 

background image

-  Chyba  wyczuwam  znajomą  mieszankę  zdecydowania  i  rozpaczy  - 

roześmiała się Wynne. - To samo mnie dotyczy. 

- Musisz wyjść za mąż? 

- Mam dwoje dzieci pod opieką. Jeśli nie wyjdę za mąż, stracę je. 

- Ja również mam krewnych, którzy na mnie liczą. - Nikki nagle zaczęła 

się zwierzać. - Tylko że ja usiłuję się ich pozbyć. 

-  Czasem  trudno  wyrwać  się  spod  opiekuńczych  skrzydeł  -  pokiwała 

głową Wynne. 

Nikki uśmiechnęła się z ulgą, widząc, że spotkała się ze zrozumieniem. 

-  Coś  w  tym  rodzaju.  -  Rozejrzała  się  po  zatłoczonej  sali  balowej, 

zadowolona, że zdołała chwycić oddech. - Jesteś tu od dawna? 

- Od kilku godzin. Montague mają przepiękny dom. Poznałaś ich? 

- Kiedy tylko tu weszłam. Urocza para. 

-  Ich  historia  jest  przy  tym  taka  romantyczna…  Wyobraź  sobie,  że 

zostałaś  przedstawiona  nieznajomemu  na  balu,  zakochujecie  się  w  sobie  i 
pobieracie  jeszcze  tej  samej  nocy  -  westchnęła  Wynne.  -  Od  tej  pory  minęło 
pięćdziesiąt lat, a oni są wciąż tak samo zakochani w sobie, jak wówczas. 

- Nie przypuszczam, że takie coś mi się przytrafi – upierała się Nikki. - To 

oczywiście  miło  z  ich  strony,  że  co  pięć lat  urządzają  Bal  Kopciuszka, by  inni 
też  mieli  podobną  szansę.  Jestem  pewna,  że  jest  mnóstwo  ludzi,  którzy  dzięki 
nim  odnaleźli  prawdziwą  miłość.  Ale  mnie  to  nie  spotka.  Jestem  tu  z  bardzo 
prozaicznego powodu. Muszę wyjść za mąż. 

-  Ja  również.  Jednak…  -  Wynne  wsparła  podbródek  na  dłoni.  -  A 

dlaczego nie miałybyśmy mieć wszystkiego? Ja na pewno będę próbowała. Czy 
wiesz też o Balu Rocznicowym? 

- O czym? 

-  Gospodarze  wydają  co  roku  bal  dla  tych,  którzy  dziś  się  pobiorą. 

Chciałabym na nim być. 

-  Najpierw  musimy  wyjść  za  mąż  -  przypomniała  jej  Nikki.  Patrząc  na 

kobiety  rozmawiające  z  mężczyznami,  usiłowała  stłumić  powracającą  falę 
strachu. - Nie wiem, jak zacząć. 

background image

-  Pierwsze  rozmowy  są  najtrudniejsze  -  uśmiechnęła  się  zachęcająco 

Wynne. - Potem to łatwizna. Daję słowo. 

-  Czy  udało  ci  się  już  kogoś  znaleźć?  -  Nikki  spytała  niepewnie  nową 

znajomą. 

-  O  tak,  już  wybrałam  swojego  przyszłego  męża.  To  on.  -  Wynne 

wskazała jej wysokiego, ogniście wyglądającego mężczyznę, który rozmawiał z 
fertyczną brunetką. - Podoba ci się? 

- Niezupełnie - wydusiła Nikki. 

- Niech cię nie zwiedzie powierzchowność - roześmiała się Wynne. - Nie 

byłby mężczyzną bez odrobiny szorstkości. Ten jest wojownikiem. Potrzebujesz 
wojownika? 

- Na pewno nie może być popychadłem - odparła Nikki, myśląc o Ericu. 

-  Coś  ci  powiem.  A  może  spróbujesz  z  moim  rycerzem?  On  nie  będzie 

miał  nic  przeciwko  temu.  Proszę  cię  tylko  o  to,  że  jeśli  uznasz  go  za 
odpowiedniego, dasz mi jeszcze szansę z nim porozmawiać. Zgoda? 

Nikki popatrzyła na nią w zdumieniu. 

- Wyjaśnijmy coś sobie. Chcesz za niego wyjść, ale pozwalasz mi… 

-  …podejść  do  niego?  Jasne.  -  Wynne  wzruszyła  ramionami.  -  Gdybym 

sądziła, że jest to mężczyzna dla ciebie, to bym ci tego nie proponowała. Jednak 
on  wspaniale  przełamuje  lody.  Nie  wdaje  się  w  czczą  paplaninę  i  od  razu 
przechodzi  do  rzeczy.  Kiedy  nauczysz  się,  jak  to  robić,  reszta  rozmów  będzie 
łatwa. 

- Nie wiem. 

Wynne złapała ją za rękę. 

-  Czy  małżeństwo  jest  dla  ciebie  ważne?  -  spytała  poważnym  tonem.  - 

Czy to najważniejsza decyzja, jaką musisz podjąć w życiu? Jeśli nie, wracaj do 
domu. 

- Nie mogę - szepnęła Nikki. - Nie mam wyboru. 

-  Więc  skoncentruj  się.  To  pomoże  ci  przebrnąć  przez  resztę  wieczoru. 

Zobacz, brunetka odchodzi. Masz szansę, idź się przedstawić. 

background image

Nikki  chwyciła  głęboki  oddech  i  wstała.  Nie  wiedziała  jak,  ale  udało  jej 

się odzyskać panowanie nad sobą. Spojrzała na Wynne. 

- Dziękuję. Zawdzięczam ci więcej, niż przypuszczasz. 

- Tylko pamiętaj o naszej umowie. 

Twierdząco skinęła głową i ruszyła w stronę przyszłego męża Wynne. 

 

 

 

 

 

Jonah zerknął ponownie na zarekwirowaną z notesu Nikki Ashton kartkę, 

potem na taksówkarza. 

- Jest pan pewien, że to tutaj? - spytał z powątpiewaniem. 

-  Bal  Kopciuszka  w  domu  Montague?  -  odezwał  się  znudzonym  głosem 

taksówkarz.  -  Tu  chciał  pan  przyjechać  i  tu  pana  przywiozłem.  Proszę  tylko 
podążać za tymi ludźmi. Wystarczy trzymać się chodnika, to na pewno pan nie 
zabłądzi. 

Zgrzytnął  zębami  i  zanim  wysiadł,  cisnął  parę  banknotów  na  przednie 

siedzenie.  Oczywiście,  że  nie  zabłądzi.  Stał  tu  przecież  tylko  jeden  budynek, 
położony  na  pustyni  Nevada.  Gmach  odcinał  się  od  ciemniejącego  nieba 
kolorowymi  lampionami  i  wyglądał  jak  gigantyczny  tort.  Popatrzył  na  tę 
niedorzeczną architekturę i wzruszył ramionami. Co za różnica? Jeśli tylko uda 
mu  się  dopaść  tu  Nikki  Ashton,  nie  interesuje  go,  że  stanie  się  to  w 
tortokształtnym budynku. 

Przecisnął  się  przez  tłum  do  środka  i  przystanął,  by  zorientować  się  w 

sytuacji.  Marmurowy  hol  zdawał  się  ciągnąć  w  nieskończoność,  grube  filary 
zostały  przystrojone  na  Święto  Dziękczynienia  sosnowymi  girlandami, 
lampionami  i  białą  satyną.  Masywny  żyrandol  rozsiewał  tęczowy  krąg,  lśniąc 
tysiącami  maleńkich  pryzmacików,  błyszczał  jak  słońce.  Ludzie  wchodzili  na 
górę rozwidlającymi się w kształcie serca schodami. 

Jonah chwycił głęboki oddech i ruszył wraz z nimi. 

background image

Na  górze  dołączył  do  kolejki  i  wówczas  zorientował  się,  że  na  ten  bal 

obowiązują  bilety  wstępu.  Sięgnął  do  portfela,  zastanawiając  się,  czy  tu 
honoruje się karty kredytowe. Może uda mu się jakoś wkręcić fuksem. Kolejka 
posuwała  się  naprzód  i  po  kilku  minutach  Jonah  znalazł  się  u  jej  czoła.  Przed 
nim stała niezwykle piękna dziewczyna. Smukła i wysoka, miała bujne, czarne 
włosy odgarnięte do tyłu i upięte w zawiły węzeł. Trzymała koszyk wypełniony 
złotymi sztabkami biletów i uśmiechała się uroczo. 

-  Nazywam  się  Jonah  Alexander  -  zaczął.  -  Posłuchaj,  mam  niewielki 

problem…  -  Nim  jednak  przeszedł  do  wyjaśnień,  dziewczyna  spojrzała  na 
stojącą za Jonahem osobę i w jej wielkich, bursztynowych oczach pojawiło się 
przerażenie. 

- Cześć, Ella - rozległ się tubalny męski głos. Zarumieniła się.  

- Rafe - szepnęła. Koszyk z biletami wypadł jej z ręki.  

Jonah rzuciwszy się na kolana zebrał garść sztabek i włożył z powrotem 

do  Wyściełanego  białym  atłasem  koszyka.  Ella  z  przytłumionym  okrzykiem 
przyklęknęła obok niego, pomagając zbierać bilety. 

- Nic ci nie jest? - spytał szeptem. 

-  Wszystko  w  porządku  -  skłamała,  lecz  zdradziły  ją  drżące  dłonie. 

Podniosła ostatnią sztabkę i wstała. - Dziękuję za pomoc. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. 

Jonah  również  się  podniósł  i  spojrzał  na  stojącego  za  nim  mężczyznę, 

sprawiającego wrażenie, że gotów jest czekać całą wieczność. Zimne spojrzenie 
poinformowało  go,  że  sprawa  pomiędzy  Rafe'em  i  Ellą  ma  wymiar  czysto 
osobisty.  Jednak  Jonah  nie  miał  zwyczaju  uchylać  się  od  walki.  Stanął  między 
nimi jak mur. 

- Czy mogę jeszcze pani jakoś służyć? - zapytał, krzyżując ręce na piersi. 

Dopóki sama nie poprosi go o przejście na bok, potrzeba będzie spychacza, by 
go stąd ruszyć. 

We wzroku Elli widniała rozpacz. 

-  Obawiam  się,  że  nie.  Witam  na  Balu  Kopciuszka.  Życzę  miłej  zabawy 

i… - głos jej zadrżał, lecz opanowała się szybko - radosnej przyszłości. 

Brzmiało to jak pozwolenie przejścia. Chciał zostać i pomóc jej, ochronić 

przed tym wszystkim, czym mógł zagrażać jej Rafę, ale nie śmiał. Udało mu się 

background image

przedostać  na  bal  dzięki  łutowi  szczęścia.  Byłby  głupcem,  gdyby  to 
zaprzepaścił. Ku swemu niezadowoleniu, ociągał się przez chwilę. Stare nawyki 
trudno wykorzenić. 

- Jest pani pewna? - spytał cicho. 

- Powiedz mu, żeby sobie poszedł, Ella - zdenerwował się Rafe. - Wiesz, 

ż

e to prywatna sprawa. 

Ella uśmiechnęła się do Jonaha. 

 -  Rafę  i  ja  jesteśmy  starymi…  -  zawahała  się,  a  uśmiech  stał  się  nieco 

gorzki - …starymi znajomymi. Dziękuję za troskę. 

Jonah  skłonił głowę.  Zrezygnował  z ostrzegawczego  spojrzenia  w  stronę 

adwersarza  i  ubawiony  w  duchu  swoją  postawą  poszedł  do  zatłoczonej  sali 
balowej. Niezależnie od swojej misji, pomógłby Elli, gdyby tylko go poprosiła. 
Nigdy nie zostawiał kobiety w potrzebie. Skoro jednak nie… należało zająć się 
swoimi sprawami. Musi odnaleźć Erica i Nikki, zanim będzie za późno. 

Spoglądając  w  głąb  wielkiej  sali  balowej,  zdał  sobie  sprawę  z  ogromu 

czekającego  go  zadania.  Znalezienie  brata  graniczyło  z  cudem  -  pomimo 
wysokiego  wzrostu  i  złotych  włosów,  Erie  nie  wyróżniałby  się  niczym  w  tej 
ciżbie.  Jonah  zmrużył  oczy.  Może  powinien  skoncentrować  się  na  rudych,  co 
pozwoliłoby wyłowić Nikki Ashton, a gdzie ona, tam też bez wątpienia znajdzie 
Erica.  Nie  chcąc  tracić  czasu,  skupił  się  na  pierwszej  z  brzegu  kandydatce  i 
ruszył w jej stronę. 

Jonah  oparł  się  o  ścianę  i  wpatrywał  w  tańczących.  Niech  to  wszyscy 

diabli!  W  ciągu  półtorej  godziny  przepytał  dziesiątki  rudych  najrozmaitszych 
odcieni,  wzrostu  i  kształtów,  ale  żadna  z  nich  nie  okazała  się  Nikki  Ashton. 
Ziewnął, usiłując pokonać ogarniające go zmęczenie. Rozpaczliwie potrzebował 
kolejnej  kawy.  Nieprawda.  Potrzebował  paru  godzin  snu.  Gdyby  jego  zadanie 
nie było takie pilne, mógłby uznać, że to już noc i położyłby się gdziekolwiek. 

Sprawa  była  jednak  nie  cierpiąca  zwłoki  i  niezależnie  od  zmęczenia 

musiał zajmować się tym dalej. 

Wciągnął  głęboko  powietrze  i  już  zamierzał  zająć  się  następną  z  brzegu 

rudowłosą,  gdy  jego  uwagę  przykuł  znajomy  zapach.  Dolatywał  od  kobiety 
znajdującej  się  o  kilka  kroków  dalej.  Stała  tyłem  do  Jonaha  i  rozprawiała  o 
czymś  z  wyglądającym  na  mola  książkowego  osobnikiem.  W  pierwszej  chwili 
Jonah  zawahał  się.  Nie  można  było  ją  nazwać  rudą,  przynajmniej  nie  miała 

background image

takich płomiennych loków, jak kobieta ze zdjęcia. Wręcz przeciwnie. Włosy, na 
które spoglądał, przypominały raczej połysk wypolerowanego mahoniu. 

Chciał  już  ją skreślić,  kiedy  kobieta poruszyła  się  i  znów  doleciała go  ta 

woń.  Nie  była  identyczna  z  zapachem,  jaki  poczuł  w  gabinecie  Nikki  Ashton, 
ale  bardzo  podobna.  Mniejsza  z  tym,  jego  instynkt  łowiecki  obudził  się  i 
popchnął go do działania. 

-  Ach,  tu  jesteś  -  powiedział,  przerywając  konwersację  z  leniwym 

uśmiechem. - Przepraszam, że trwało to tak długo. 

Kobieta  odwróciła  się  gwałtownie.  Ich  spojrzenia  skrzyżowały  się. 

Natychmiast doszedł do wniosku, że popełnił omyłkę. To nie mogła być Ashton. 
Nie  tylko  włosy  miała  innego  koloru,  ale  również  odcień  oczu  nie  pasował  do 
bladoniebieskich z fotografii. Te były ciemnoniebieskie, wręcz fiołkowe. Znów 
zaczepił  niewłaściwą  osobę.  Wcale  się  tym  nie  przejął.  Był  zły,  zmęczony  i 
należała  mu  się  dziesięciominutowa  przerwa  w  ramionach  pięknej  kobiety. 
Objął ręką jej talię. 

-  Obiecałaś  mi  następnego  walca,  pamiętasz?  -  Zanim  zdążyła 

zareagować, skinął głową w kierunku jej towarzysza. - Proszę wybaczyć - rzucił 
bez cienia przeprosin w głosie i porwał nieznajomą na parkiet. 

Ku  jego  rozbawieniu,  nie  powiedziała  ani  słowa,  tylko  poddała  mu  się 

posłusznie.  Jonah  był  rosły.  Na  wysokich  obcasach  sięgała  mu  zaledwie  do 
brody.  Owionął  go  jej  zapach,  więc  zamknął  oczy,  ulegając  czarowi  chwili. 
Przyciągnął  mocniej  nieznajomą,  a  ta  nie  stawiała  oporu  i  jej  bujne  kształty 
przylgnęły  do  niego,  jakby  byli  dla  siebie  stworzeni.  Przetańczyli  w  milczeniu 
dłuższą chwilę, nim wreszcie zdjęty ciekawością przyjrzał się jej uważnie. 

Boże,  cóż to była  za  wspaniała kobieta. Doskonale  zbudowana,  o  jasnej, 

nieskazitelnej  cerze.  Dopasowany  żakiet  koloru  kości  słoniowej,  przystrojony 
perełkami  i  kryształkami  uwydatniał  zarys  piersi.  Poruszała  się  zwinnie, 
pomimo  wąskiej,  krótkiej  spódniczki.  Rzut  oka  na  długie,  zgrabne  nogi 
przypomniał  mu  wypowiedź  Lorena  opisującego  Nikki  Ashton.  "Uderzająco 
piękna  kobieta,  typ  długonogich  rudzielców".  Jonah  drgnął,  nabierając 
podejrzeń.  Gdyby  nie  fotografia,  kobieta,  z  którą  właśnie  tańczył,  pasowała  do 
tego opisu jak ulał. 

Kątem  oka  podchwycił  błysk  ślubnej  obrączki  na  lewym  ręku  i  poczuł, 

jak coś ściska mu trzewia. Nikki miała być przecież mężatką. 

- Najwyższa pora, byśmy się poznali - powiedział. 

background image

Popatrzyła na niego dziwnie. 

-  Domyślam  się,  że  nie  spotkaliśmy  się  wcześniej,  pomimo  tego,  co 

powiedział pan Moreyowi - odparła matowym głosem, w którym pobrzmiewało 
poczucie humoru. 

-  Przyłapałaś  mnie  -  przyznał,  uśmiechając  się  lekko.  -  Jednak  będę 

szczęśliwy, mogąc sprostować to niedopatrzenie. 

- Czyżby z tego również wynikało, że nie obiecałam ci żadnego tańca? - 

Zerknęła na niego figlarnie. - Mam rację? 

Zaintrygowały go te oczy, niezwykła mieszanka kolorów lawendowego z 

niebieskim i przebłyskami indygo. 

- Nie pamiętasz?  

Pokręciła głową i zaśmiała się. 

- Nie jesteś mężczyzną, którego łatwo się zapomina. 

Po  prostu  stwierdziła  fakt.  Gdyby  nie  nabrał  podejrzeń  co  do  jej 

tożsamości, ujęłaby go ta szczerość. 

-  Joe  Alexander  -  powiedział,  używając  na  wszelki  wypadek  zdrobniałej 

wersji imienia. 

- Nikki Ashton. 

Z  najwyższym  trudem  opanował  się,  by  nie  odepchnąć  jej  i  natychmiast 

zasypać  oskarżeniami.  Miał  tylko  nadzieję,  że  Eric  nie  znajduje  się  gdzieś  w 
pobliżu. 

- Kolejny taniec. 

Znów obdarzyła go tym dziwnym spojrzeniem. 

- To nie była prośba, co? 

- Nie. 

Zawahała  się,  lecz  nim  zdołała  odpowiedzieć,  światła  przygasły,  a 

orkiestra zagrała kolejny utwór - powolną, romantyczną melodię zachęcającą do 
intymnych  zwierzeń  na  parkiecie.  Jonah  przytulił  ją  ponownie,  starając  się 

background image

pozostać niewzruszonym mimo tego, co usłyszał. Przylgnęła do niego i w tańcu 
czuł ją całym ciałem. 

Szybko  zorientował  się,  że  nie  tylko  on  jest  pod  wrażeniem.  Policzki 

Nikki zaróżowiły się lekko, oddech przyspieszył. Przyszła mu do głowy szalona 
myśl, że nie zareagowałaby w ten sposób, gdyby była nieprzytomnie zakochana 
w  innym  mężczyźnie.  Może  wcale  nie  jest.  Pragnąc  sprawdzić  tę  teorię, 
przesunął dłonią po plecach Nikki. Pod wpływem tego lekkiego ruchu przywarła 
do niego jeszcze mocniej. 

Jonah  zwolnił  rytm  tańca,  aż  stał  się  po  prostu  pretekstem  do 

zamaskowanej delikatnej gry wstępnej. Na przestrzeni kilku kroków posunęli się 
jeszcze  dalej.  Było  to  niemal  fizyczne  zespolenie.  Piersi  Nikki  ocierały  się  o 
jego tors, on wpierał się w nią udami. Jęknęła ledwie dosłyszalnie, lecz nie uszło 
to jego uwagi. Usłyszał i wiedział, czego ona chce. 

- Czujesz to, prawda? - mruknął. 

- Tak. 

To  wyznanie  wyrwało  się  jej  i  zdumiona  własną  śmiałością  uniosła 

wzrok, spoglądając mu w oczy. Tęczówki jej pociemniały, przypominając barwą 
niebo przed burzą. Jednak nie odsunęła się, czym potwierdziła jego podejrzenia. 
Gdyby kochała Erica, nie zachowywałaby się w ten sposób. 

Postanawiając  zbadać  sprawę  do  końca,  przesunął  się  wraz  z  nią  do 

zacienionego  kąta.  Ich  ruchy  spowolniały,  stając  się  jedynie  pretekstem  do 
maksymalnie intymnego kontaktu. Niezaprzeczalnej atrakcyjności Nikki trudno 
było  się  oprzeć.  Wszystko  w  niej  było  pociągające  -  pełne,  zmysłowe  usta, 
ciemne oczy, gęsta burza włosów i niski, melodyjny głos. 

Jakaś  cząstka  osobowości  Jonaha  walczyła  o  zachowanie  naukowej 

bezstronności.  Jednak  upór,  z  jakim  starał  się  pamiętać,  kogo  trzyma  w 
ramionach, nie miał wpływu na siłę odczuć. Nie wiedział, czy złożyć to na karb 
choroby  odrzutowcowej,  czy  chwilowej  utraty  poczytalności.  Uzmysławiał 
sobie  jedynie,  że  włada  nim  właściwy  wszystkim  mężczyznom  atawizm  - 
instynkt  nakazujący  posiąść  obiekt  pożądania  nawet  siłą,  jeśli  zajdzie  taka 
potrzeba. 

Wsunął dłoń w jej włosy, odchylił głowę do tyłu i przylgnął ustami do jej 

warg.  Nie  silił  się  na  delikatny  pocałunek,  zachował  się  tak,  jakby  chciał 
wycisnąć  na  jej  wargach  swoją  pieczęć.  Nikki  natychmiast  wygięła  się 
rozkosznie,  poddając  tej  brutalnej  napaści.  Ta  nieoczekiwana  kapitulacja 
zupełnie go zamroczyła. 

background image

Mrucząc coś niezrozumiale, rozchyliła wargi, prowokując, zachęcając do 

ś

mielszych  poczynań.  Nie  potrzebując  dalszej  zachęty,  pogłębił  pocałunek. 

Nikki zadrżała, przyciskając się do niego z całych sił, on zaś pieścił ją dłońmi i 
ustami. Gdyby nie znajdowali się w miejscu publicznym, wziąłby bez wątpienia 
to,  co  oferowała  mu  z  taką  uległością.  Jednak  nie  mógł  sobie  pozwolić  na 
pofolgowanie żądzom. 

Nie tu i nie teraz. 

Wreszcie zdawało mu się, że odzyskał panowanie nad zmysłami. 

Ze  zduszonym  westchnieniem  oderwał  się  od  jej  warg.  Spojrzał  i 

zrozumiał,  że popełnił błąd, biorąc  ją  w  ramiona.  Pożądanie dodało  jej  uroku i 
nie  mógł  powstrzymać  się  przed  wyobrażaniem  sobie,  jak  Nikki  wygląda  po 
miłosnej nocy. Sama myśl o jej wspaniałych włosach rozsypanych na poduszce 
w jego łóżku omal nie wytrąciła go ponownie z równowagi. 

Nikki  powoli  otworzyła  oczy  i  Jonah  zobaczył,  że  przyciągały  go  jak 

płomień  ćmę.  Gdyby  jego  młodszy  brat  spotkał  ich  właśnie  teraz,  zapewne 
przeszłaby mu ochota do żeniaczki. Nie wiadomo, czy Nikki chciała powiększyć 
swoje  konto  pieniędzmi  Sandersów,  czy  zrobić  karierę,  lecz  na  pewno  nie 
wychodziła  za  Erica  z  miłości.  Jonah  trzymał  właśnie  w  ramionach  kobietę, 
która  nie  umiała  ukryć  swojego  pożądania,  a  to  był  najlepszy  dowód  na  to,  że 
nie kochała jego brata. 

Gdzie zatem, do diabła, był Eric? Czemu nie ma go tu, by mógł przekonać 

się o dwulicowości swojej narzeczonej? 

Te gwałtowne myśli musiały odbić się na jego twarzy, bo Nikki z lekkim 

pomrukiem zniecierpliwienia próbowała wyswobodzić się z jego uścisku. Jonah 
przytrzymał ją, zastanawiając się, co ma zrobić z tym fantem. 

- Spokojnie - powiedział, przyciągając ją bliżej. - Bez paniki. 

- Joe, proszę… 

W  jej  głosie  zabrzmiała  nutka  przerażenia  i  Jonah  połapał  się,  że  jeżeli 

natychmiast czegoś nie zrobi, Nikki przestraszy się i ucieknie. Wtedy nie będzie 
mógł zdemaskować jej planów na dzisiejszy wieczór. Zamknął ją w ramionach. 

- Już dobrze, Nikki. Uspokój się. 

- Łatwiej powiedzieć, jak zrobić. - Chwyciła głęboki wdech. - Słuchaj, to 

była pomyłka. Może… 

background image

-  Może  przez  kilka  następnych  minut  powinniśmy  grzecznie 

porozmawiać? - zaproponował. 

Z ulgą skinęła głową. 

- To brzmi rozsądnie. 

- Doskonale. - Dotknął sznura pereł i kryształków zdobiących jej żakiet. - 

Wyglądasz  oszałamiająco.  Jak  panna  młoda.  -  Celowo  użył  tego  słowa,  mając 
nadzieję,  że  sprowadzi  konwersację  na  jej  matrymonialne  plany.  Ku  swemu 
zdziwieniu, zobaczył, że w przeciwieństwie do niego przestała być taka spięta. 

Czy nie przeszkadzało jej, że obściskiwała się namiętnie z nieznajomym, 

podczas kiedy narzeczony czekał gdzieś na uboczu? Najwyraźniej nie. 

-  Czyż  nie  na  tym  rzecz  polega?  -  Spojrzała  mu  w  oczy  i  wzruszyła 

ramionami. 

-  Żeby  wyglądać  jak  panna  młoda?  -  Spojrzał  znacząco  na  obrączkę  na 

lewym ręku. - Panny młode na ogół nie są mężatkami. 

- Przepraszam - roześmiała się gorzko. - Noszę ją tak długo, że zupełnie o 

niej zapomniałam. 

- Nie wydaje mi się, żeby twój małżonek o niej zapomniał. 

- Nie mam męża. Dlatego tu jestem. 

- Żeby wyjść za mąż - sprecyzował. 

- To chyba oczywiste. 

- A gdzie przyszły pan młody? 

Uśmiechnęła się do niego tajemniczo i filuternie zarazem. 

- Jeszcze go nie znalazłam. 

- A kiedy go znajdziesz? 

-  Wtedy  się  pobierzemy.  -  Nachmurzyła  się  lekko.  -  Czyż  nie  o  to  tu 

chodzi? 

- Niech mnie diabli, jeśli wiem o co tu chodzi - skrzywił się. 

background image

-  Posłuchaj…  -  Zwilżyła  wargi,  zwracając  uwagę  Jonaha  na  ich 

wydatność. 

Są  tak  obrzmiałe  po  moim  pocałunku,  pomyślał.  Zawrzał  w  nim  gniew. 

Cóż  to  za  kobieta?  Czemu  Eric  nie  zdołał  jej  przejrzeć?  Jak  mogła  swobodnie 
rozprawiać o zamążpójściu, gdy przed chwilą wypuścił ją z ramion? 

- Może to najwłaściwszy moment, by się dowiedzieć. 

- Zdawało mi się, że odpowiedziało na to kilka ostatnich minut - zaśmiał 

się gorzko. 

Jego ironia nie pozostała bez echa. Nikki obronnym ruchem założyła ręce 

przed sobą. 

- Chciałam przez to powiedzieć… Mogę ci zadać kilka pytań? 

- Na jaki temat? 

- Twój. 

- A co chciałabyś wiedzieć? - Popatrzył na nią podejrzliwie. 

- Może zaczniemy od początku… - wzruszyła ramionami. - Skąd jesteś? 

- Skąd pochodzę? Z Chicago. 

- A gdzie ostatnio przebywasz? 

- Za granicą. 

To przykuło jej uwagę. 

-  Mieszkałeś  za  granicą?  -  spytała  z  zadowoleniem.  -  To  wspaniale. 

Przebywasz w kraju na stałe, czy tylko chwilowo? 

- Nie mam sprecyzowanych planów - zniecierpliwił się. - W zależności od 

sytuacji pobędę tu z tydzień lub dwa. 

To wyraźnie rozczarowało Nikki. 

- Jaka szkoda. Czy istnieje możliwość, że zmienisz plany? 

background image

O  co  jej właściwie chodzi?  Czy  miała nadzieję umówić się  w przyszłości 

na  randkę?  Zdenerwował  się,  wiedząc,  że  nie  może  spytać  wprost  bez 
zdemaskowania się. A co z Erikiem? 

- Czego właściwie chcesz? - spytał bez ogródek. 

- Czegoś, co nie zgadza się z twoimi planami - najeżyła się, chowając za 

tarczę opanowania. 

- A skąd to, do diabła, wiesz? 

Szybko  cofnęła  się  o  krok.  Jonah  skrzywił  się,  widząc,  że  ich  wzajemne 

zauroczenie rozwiewa się z każdą chwilą. Zepsuł sprawę i nie wiedział, jak się 
zręcznie wycofać z tej sytuacji. 

-  Jestem  związana  z  Nowym  Jorkiem  -  wyjaśniła.  -  Jeśli  byłbyś  skłonny 

przeprowadzić się tam, może by coś z tego wyszło. Jednak… 

Coś  by  z  tego  wyszło?  Zaślepiła  go  wściekłość.  Złapał  ją  za  ramię  i 

przyciągnął do siebie. 

- Panienko, pytam po raz ostatni. O co ty mnie właściwie prosisz? 

W jej oczach błysnął strach. 

- Przed chwilą prosiłam, żebyś przeprowadził się do Nowego Jorku. Teraz 

chciałabym, żebyś mnie puścił. 

Powoli puścił jej rękę i cofnął się. To skutek wyczerpania. Nic innego nie 

usprawiedliwiało jego zachowania. 

- Przepraszam - mruknął, przesuwając dłonią po włosach. - Nie chciałem 

cię przestraszyć. 

-  Mniejsza  z  tym  -  odcięła  się.  -  Teraz  proszę  mi  wybaczyć,  muszę 

znaleźć mego przyszłego męża. - To mówiąc, zakręciła się na pięcie i odeszła. 

  

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ  DRUGI 

 

Nikki  maszerowała  przez  salę  balową,  pragnąc  znaleźć  się  możliwie 

daleko  od  Joego  Alexandra.  Nigdy,  przez  całe  życie  tak  się  nie  zapomniała. 
Starała się oddychać głęboko i miarowo. Co jej strzeliło do głowy? Opanowanie 
zawsze było dla niej najcenniejsze. 

Tymczasem  straciła  samokontrolę,  gdy  on  tylko  jej  dotknął.  Straciła? 

Bzdura! Poddała się bez walki. Pokręciła głową. Jak mogła być taka głupia? Od 
ś

mierci  rodziców  musiała  zajmować  się  krewnymi  -  Kristą  i  Keli,  wujkiem 

Ernie,  ciocią  Selmą,  kuzynami…  Wszyscy  przychodzili  do  niej  ze  swymi 
kłopotami,  a  ona  rozwiązywała  najtrudniejsze  problemy,  posługując  się 
chłodnym,  logicznym  myśleniem.  Nawet  w  pracy  radziła  sobie  bez  proszenia 
kogokolwiek o pomoc. 

Była  dumna,  że  niezależnie  od  stopnia  trudności  sytuacji,  w  jakiej  się 

znalazła,  nigdy  nie  reagowała  emocjonalnie,  zawsze  wiedziała,  co  zrobić  i  nie 
traciła panowania nad sobą. 

Aż do dzisiejszego wieczoru. 

Zaryzykowała szybki rzut oka wstecz. Joe stał tam, gdzie go zostawiła. Z 

dala od rozbawionego tłumu, z rękami skrzyżowanymi na piersi, przyglądał się 
jej  bacznie  orzechowymi  oczyma.  Odwróciła  się  z  drżeniem.  Co  się  właściwie 
stało?  Najpierw  całował  ją,  jakby  zakochał  się  w  niej  bez  pamięci,  a  w  chwilę 
potem potraktował jak wroga. To wszystko nie miało sensu. 

Zacisnęła pięści. 

Najbardziej  ze  wszystkiego  chciała  o  nim  zapomnieć  i  zwrócić  się  do 

innego mężczyzny. Nie mogła. Joe był zbyt fascynujący. Zauroczył ją w chwili, 
gdy przerwał jej konwersację z Morleyem. Wydawało się, że zna go od zawsze. 

Jakie  on  ma  oczy,  pomyślała.  Wydawały  się  niezwykłe.  Połyskujący  w 

nich chwilami jasny zielony płomień ciemniał do barwy orzecha. Cokolwiek to 
było,  wywołało  u  niej  odzew.  Nawet  gdy  w  jego  wzroku  widać  było  chłód, 
wciąż reagowała podobnie. 

-  Przepraszam  -  przerwał  jej  rozmyślania  przystojny  młody  człowiek, 

poklepując ją lekko w ramię. - Czy można prosić do tańca? 

background image

Niezdolna  do  ułożenia  jakiejś  gładkiej  wymówki,  zgodziła  się.  Na 

użalanie  się  przyjdzie  jeszcze  czas.  Teraz  ma  sprawę  do  załatwienia.  Robi  się 
późno, a ona jeszcze nie znalazła odpowiedniego kandydata na męża. Niestety, 
Joe  Alexander  ostudził  skutecznie  jej  niewielki,  wiążący  się  z  tym  zadaniem 
entuzjazm. Obawiała się, że ciężko jej będzie trafić na kogoś jego formatu. 

Popatrzyła  na  aktualnego  partnera,  usiłując  obudzić  w  sobie  odrobinę 

zapału.  Był  to  przystojny  mężczyzna,  nawet  bardzo.  W  istocie  jego  rysy 
graniczyły z klasyczną urodą, w dodatku zaokrąglony podbródek nie zapowiadał 
nadmiernie  upartej  osobowości.  Nie  miał  również  takich  brwi  jak  Joe  - 
uniesione  domagały  się  natychmiastowej  odpowiedzi.  Brak  mu  było 
przenikliwego spojrzenia, pod wpływem którego czuła pustkę w głowie. 

Prosty,  pozbawiony  intrygującej  krzywizny  nos,  wargi,  bardziej  wąskie 

niż  wydatne,  nie  obiecywały  zmysłowych  pocałunków,  kradnących  serce 
niczego nie podejrzewającej kobiecie, a zamiast grzmiącego, pobrzmiewającego 
głębokim echem barytonu, mówił delikatnym tenorem. 

Był niemal doskonały i równie doskonale nudny. 

Westchnęła.  Musi  z  tym  skończyć.  Nie  może  porównywać  każdego 

mężczyzny  z  Joem.  Znów  zerknęła na partnera,  starając się  znaleźć  w  nim  coś 
pociągającego. Miał ładne, kasztanowe włosy, o ton lub dwa ciemniejsze niż Joe 
i pozbawione takiego połysku. O wzroście nawet nie warto było wspominać. Joe 
musiał mieć ze dwa metry. Szerokimi ramionami i solidną budową wyróżniał się 
spośród wszystkich. Czuło się emanującą z niego siłę i autorytet. 

Więc czemu wszystko, do diabła, źle wyszło? 

-  Nazywam  się  Dan  Forsythe  -  oznajmił  partner.  Przerwała  tę  analizę 

Joego, by mu odpowiedzieć. 

- Nikki Ashton. 

Co powiedziała takiego, czym go zraziła? 

- Miło mi panią poznać.  

Może coś zrobiła nie tak? 

- Chyba, e… skończyła się melodia. 

A może czegoś nie dopowiedziała lub nie zrobiła? 

background image

-  Czy  zechciałaby  pani...  Może  moglibyśmy  porozmawiać  przez  dwie 

minutki, Nikki? - Stali nieruchomo pośrodku parkietu. - Pani Ashton? 

- Przestali grać - uchyliła się od odpowiedzi. 

-  Tak.  -  Popatrzył  na  nią  dziwnie.  -  Myślę,  że  moglibyśmy  z  tego 

skorzystać, żeby porozmawiać. No wiesz, poznać się lepiej. 

Kiedy  schodzili  z  parkietu,  Nikki  odetchnęła  z  ulgą.  Jakże  różniło  się  to 

od  agresywnego  zachowania  Joego.  Jednak  gdyby  to  Dan  zaciągnął  ją  do 
ocienionego kąta i spróbował całować, zapewne dałaby mu w twarz. 

- Czego spodziewasz się po żonie? - spytała bezceremonialnie. 

-  Dzieci  -  odparł  entuzjastycznie.  Spojrzał  gdzieś  poza  nią.  -  Lubisz 

dzieci? 

-  Obawiam  się,  że  jeszcze  nie  dojrzałam  do  macierzyństwa  -  wyznała.  - 

Przynajmniej na razie. 

 -  O!  -  Dan  wciąż  nerwowo  zerkał  gdzieś  dalej,  co  korciło  ją,  by  się 

obejrzeć. Zastanawiała się, czy nie dostrzegł jakiejś atrakcyjniejszej kobiety. 

- Problem polega na tym, że robię karierę. 

- Zatem dzieci odpadają, co? 

Zawahała  się.  Zapomnij  o  Joem.  Skup  się na tym,  po  co  tu  przyjechałaś. 

Wiedziała,  że  dla  osiągnięcia  celu  trzeba  czasem  ustępstw.  Problem  z  Danem 
odzwierciedlał  to,  z  czym  często  spotykała  się  w  pracy.  Dwie  strony  równie 
ambitne,  lecz  mające  rozbieżne  cele  i  potrzeby.  Musi  jedynie  znaleźć 
odpowiednie rozwiązanie dla ich problemu. 

- Nie powiedziałam wcale, że dzieci odpadają. 

-  Ale  teraz  nie  chcesz  ich  mieć.  -  Znów  nerwowo  zerknął  w  przestrzeń 

gdzieś za nią. 

Jeśli szybko nie zareaguje, straci kandydata na męża. 

- Może udałoby się nam osiągnąć kompromis - zaproponowała. - Gdybyś 

był skłonny nieco wstrzymać się z potomstwem… 

-  Daj  spokój…  chyba  do  siebie  nie  pasujemy.  Miło  było  cię  poznać.  - 

Mówiąc to, zniknął w tłumie. 

background image

Nachmurzyła  się.  Dziwne.  Kogo  tam  wypatrywał?  Zachowywał  się, 

jakby…  Zmrużyła  oczy.  Zachowywał  się,  jakby  coś  go  przepłoszyło.  A  może 
ktoś.  Odwróciła  się  i  nie  była  zdziwiona,  widząc  stojącego  w  pobliżu  Joego 
Alexandra. Uniósł w geście pozdrowienia trzymany w dłoni kieliszek szampana. 
Czemu ten okropny, bezczelny…? Czy nie dosyć jej nadokuczał, by udowodnić, 
ż

e się nią nie interesuje? Czemu przepłoszył Dana? 

Klepnęła w ramię znajdującego się najbliżej mężczyznę. 

- Zatańczymy? 

Na  szczęście  nie  odmówił,  jednak  następne  dziesięć  minut  były 

najmozolniejsze w jej życiu. Natychmiast połapała się, że to zarozumiały dupek, 
któremu  bardziej  jest  potrzebna  pokojówka  niż  żona.  Co  gorsza,  tańczyli  na 
małej przestrzeni, więc co chwila widziała stojącego w pobliżu Alexandra. 

Gdy muzyka przestała grać, szybko odeszła, postanawiając znaleźć sobie 

miejsce, gdzie będzie mogła przyjrzeć się kandydatom bez obecności Joego. Te 
rachuby,  niestety,  zawiodły.  W  ciągu  pół  godziny  jej  sytuacja  pogarszała  się  z 
każdą  chwilą.  Nie  ważne,  z  kim  rozmawiała,  zawsze  obok  stał  Joe.  Kilka  razy 
otwarcie  przysłuchiwał  się  jej  rozmowom,  co  tak  ją  rozpraszało,  że  nie  umiała 
mówić składnie. 

W  końcu  nie  mogła  już  dłużej  wytrzymać.  Postanowiwszy  położyć  kres 

tym torturom, przeprosiła kolejnego rozmówcę i poszła zmierzyć się ze swoim 
prześladowcą.  Tym  razem  nie  miała  zamiaru  poddać  się  tak  łatwo.  Za  nic  w 
ś

wiecie nie pozwoli mu się dotknąć. 

Powitał ją leniwym uśmiechem i szelmowskim błyskiem w oku. 

- Dobrze się bawisz? 

-  Nie  i  to  z  twojej  winy.  Czemu  nie  zostawisz  mnie  w  spokoju?  Czego 

chcesz? 

- Od ciebie? Niczego. 

- Więc czemu za mną chodzisz? 

- Z ciekawości. 

-  Z  ciekawości?  -  zdumiała  się.  -  Czemu?  Miałeś  okazję  do  stworzenia 

czegoś  między  nami.  Rozwaliłeś  to,  więc  dlaczego  nie  odejdziesz  i  nie 
pozwolisz mi znaleźć męża? 

background image

- Czy o to ci chodzi? - Przyjrzał się jej uważnie. - Szukasz kogoś? 

-  Usiłuję!  Bardzo  mi  to  jednak  utrudniasz.  Płoszysz  wszystkich 

potencjalnych kandydatów. 

Zauważyła,  że  analizuje  jej  odpowiedzi,  jak  nie  pasujące  elementy 

układanki.  Brwi  uniosły  się  ku  górze,  co,  jak  wiedziała  z  doświadczenia, 
zapowiadało kolejne pytania. 

- Powiedz mi… - Spojrzał na nią z nie skrywanym zniecierpliwieniem. - 

Czy zamierzasz poznać tu swego przyszłego męża? 

- Tak, oczywiście - odparła. - Pod warunkiem, że przestaniesz się do tego 

wtrącać. 

- A gdzie i kiedy zamierzasz go spotkać? 

- Skąd mam to wiedzieć? Nie jestem wróżką. 

Joe nachmurzył się. 

-  Jestem  nieco  zmieszany.  Odniosłem  wrażenie,  że  czekasz  na  kogoś 

wyjątkowego. 

Wzięła się pod boki. 

-  Zgadza  się,  mam  szczególne  wymagania  i  powiem  ci  w  zaufaniu,  że 

jeszcze takiego nie znalazłam. No, może ze dwóch - dodała zgodnie z prawdą. 

Podejrzliwość znów błysnęła w jego wzroku. 

- Może byśmy o nich porozmawiali? 

- Daj spokój - mruknęła. 

Jonah  podjął  decyzję.  Wciąż  nie  wiedział,  czy  chodzi  jej  o  Erica.  Choć 

wolał bezpośrednie podejście, nie  mógł spytać  o to  wprost, nie  demaskując  się 
przy tym. Jednak musiał uzyskać kilka odpowiedzi. Wyciągnie je z niej, tak czy 
inaczej. 

-  Kłócąc  się,  nie  poprawimy  naszej  sytuacji.  Musimy  porozmawiać. 

Zawieszenie broni? 

background image

-  Nie  wiem…  -  zawahała  się.  -  Robi  się  późno,  a  ja  nie  mogę  pozwolić 

sobie  na  zaprzepaszczenie  okazji.  Jeśli  do  niczego  nie  dojdziemy,  stracę 
mnóstwo czasu. 

- To nie potrwa długo. - Położył jej rękę na ramieniu. - Może wyjdziemy 

stąd i porozmawiamy? 

Nie  dał  jej  czasu  na  wynajdywanie  wymówki.  Otworzył  przeszklone 

drzwi  prowadzące  do  ogrodów  i  wyprowadził  ją  z  sali.  Na  zewnątrz  panował 
miły  chłód.  Kamienne  stopnie  tworzyły  kręte  ścieżki  wiodące  między 
egzotyczne  drzewa  i  krzewy,  niezwykłe  na  pustyni  Nevada.  Światło  księżyca 
odsłaniało  skryte  częściowo  w  zaroślach  ławki  i  stoliki.  Tylko  kilka  było 
zajętych, ale Jonah, pragnąc odosobnienia, poprowadził Nikki w głąb ogrodu. 

W  odległym  końcu  znaleźli  wolny  stolik  pod  drzewem  oświetlonym 

migoczącymi  lampkami.  Para,  która  przy  nim  siedziała  właśnie  stamtąd 
odchodziła.  Mężczyzna  wetknął  do  kieszeni  marynarki  plik  papierów  i  objął 
kobietę zaborczym gestem. Ona z kolei wymieniła porozumiewawcze uśmiechy 
z Nikki. 

- Powodzenia - szepnęła, gdy mijając ich, wracała ze swoim towarzyszem 

do budynku. 

- Przyjaciółka? - spytał zdziwiony Jonah. 

-  Spotkałyśmy  się  wcześniej  dziś  wieczorem  -  przyznała  Nikki.  -  Byłam 

trochę zdenerwowana, a ona usiadła przy mnie i porozmawiała. 

- Czemu byłaś zdenerwowana? 

-  To  bardzo  odważny  krok,  nie  sądzisz?  -  Wzruszyła  ramionami.  - 

Powinnam ponownie przemyśleć taki sposób zawierania małżeństwa. 

Taki  sposób  zawierania  małżeństwa?  O  co  chodzi,  do  diabła?  Poczekał, 

aż ulokują się na ławce. Dość tego dobrego. Nadeszła pora odpowiedzi i uzyska 
je. 

- To raczej niezwykłe przyjęcie - zaczął ostrożnie. 

-  Dopóki  nie  przeczytałam  o  tym  w  gazecie,  nie  miałam  pojęcia,  że  coś 

takiego istnieje - zgodziła się. - Bal dla samotnych ludzi, którzy chcą się pobrać. 

Okazuje  się,  że  niedokładnie  odczytał  znalezioną  w  notatniku  Nikki 

karteczkę.  Pomyślał,  że  to  był  bal  weselny.  Wciąż  jednak  nie  miał  pełnego 
obrazu sytuacji. Gdzie jest Eric? 

background image

- Więc dowiedziałaś się o tym z gazety? 

-  Tak,  była  to  lokalna  gazeta.  -  W  ciemności  błysnął  jej  uśmiech.  - 

Pokazała mi ją siostra. Uznała ten pomysł za bardzo zabawny. 

- A ty nie? 

- Nie - przyznała smutno. - Uznałam to natomiast za idealne rozwiązanie. 

- Czego? 

To  niewinne  pytanie dotknęło  ją  boleśnie.  Złożyła  ręce,  w  przyćmionym 

ś

wietle błysnęła jej ślubna obrączka. 

- To… to długa historia - rzekła wreszcie. 

-  Mam  nieskończenie  dużo  czasu  -  powiedział  zgodnie  z  prawdą. 

Postanowił dowiedzieć się wszystkiego, nawet jeśli miałoby to trwać całą noc. - 
Rozmowa o tym może pomóc. 

Zawahała się i Jonah wyczuł, że zastanawia się, czy w ogóle odpowiadać 

na jakiekolwiek pytania. 

- Wydaje mi się, że najlepsza byłaby całkowita szczerość. 

- Chyba nie zawsze tak uważałaś. 

Odwróciła głowę. 

-  Zazwyczaj  przedkładałam  szczerość  ponad  wszystko  -  wyjaśniła  nieco 

chłodniejszym tonem. 

-  Ale  twoja  historia  wiąże  się  z  kłamstwem  -  odparł.  Nie  zamierzał  jej 

oszczędzać, bo mogłaby skłamać, a to z kolei zaszkodziłoby Ericowi. 

- Tak - przyznała bez wahania. - Tak było. 

- Opowiedz mi o tym. 

Nastąpiła  długa  chwila  ciszy,  kiedy  Nikki  starała  się  pozbierać  myśli. 

Nawet w tak krótkim czasie zdołał zauważyć, że była opanowana, precyzyjna i 
wysławiała się rozważnie. W razie czego trudno byłoby ją złamać. 

- To wyłącznie moja wina - zaczęła cichym głosem. - Nie powinnam była 

kłamać, że byłam mężatką. 

background image

Nie takiego wyznania oczekiwał po niej Jonah. 

- Co powiedziałaś? 

Podniosła rękę. Na palcu zalśniła złota obrączka. 

-  Pytałeś  mnie  o  to  wcześniej.  Powinnam  ci  była  wyjaśnić,  że  to  tylko 

dekoracja. Nigdy nie byłam mężatką - roześmiała się cichutko. - W przeciwnym 
razie by mnie tu nie było. 

Puścił tę wypowiedź mimo uszu. Przynajmniej do chwili, kiedy dowie się 

czegoś więcej o tym balu. 

- Po co więc to udawanie?^ 

- Firma, w której pracuję woli ustabilizowanych życiowo pracowników. 

Kto jej o tym, do cholery, powiedział? 

- Więc postanowiłaś im się przypodobać? 

- Rozważałam ten pomysł. Początkowo niezbyt serio, jednak… 

- Jednak co? 

- Pracuje tam pewien mężczyzna. Bardzo miły. Młody. 

-  I  jest  zainteresowany  nawiązaniem  z  tobą  bardziej  osobistych 

kontaktów. - Czy to możliwe? Czy Loren i Della źle ocenili sytuację? A może 
Nikki Ashton jest wytrawną kłamczucha? 

- Bardziej niż zainteresowany. 

- Nadal nie rozumiem. Udajesz mężatkę, ponieważ nie umiesz powiedzieć 

mu nie? Czy to nie lekka przesada? 

- Nie, ponieważ ten mężczyzna jest moim szefem. 

Wstał. Sposób, w jaki to powiedziała, utwierdził go w przekonaniu, że to 

prawda, a przynajmniej w jej pojęciu. Cholerny Eric. Do czego doprowadził? 

- Czemu tu jesteś? 

background image

Nikki  przechyliła  na  bok  głowę  i  przyjrzała  mu  się  uważnie.  Światło 

księżyca podkreśliło jej urodę. Wyglądała na spokojną i pogodną, jednak cienie 
gromadzące się wokół oczu wskazywały na poważne kłopoty. 

- Jestem tu z takich samych powodów, co i ty. Zamierzam spotkać kogoś 

odpowiedniego do zawarcia małżeństwa. 

- Nie możesz zrobić tego w Nowym Jorku? 

-  Może  i tak,  ale  formalności  trwają  bardzo długo.  Biorąc udział  w  Balu 

Kopciuszka, mogę spotkać kogoś, natychmiast weźmiemy ślub i rano wracamy 
do domu. Problem rozwiązany. 

Czegoś  chyba  nie  zrozumiał.  Po  trzydziestu  godzinach  bez  snu  było  to 

całkiem  możliwe.  Zacisnął  zęby.  Lepiej,  żeby  wszystko  okazało  się 
nieporozumieniem, ponieważ nie podobało mu się to, co usłyszał. 

-  To  dlatego  zebrali  się  ci  wszyscy  ludzie?  Żeby  poślubić  kogoś 

nieznajomego?  Chcą  spotkać,  zaakceptować  i  wziąć  ślub,  a  wszystko  w  ciągu 
jednej nocy? 

- Oczywiście - odparła zdumiona. 

- Jasne. - Nagle zdał sobie sprawę, że Nikki mówi to całkiem poważnie. - 

Jeśli  to  prawda,  wszyscy  zebrani  tu  dziś  goście  znaleźli  się  w  prawdziwie 
rozpaczliwym położeniu. 

-  Z  kolei  ja  czegoś  nie  rozumiem.  -  Uniosła  w  górę  brwi.  -  Czyżbyś  nie 

przybył tu z zamiarem znalezienia żony? 

Nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. 

- Skupmy się najpierw na twoim problemie. Mną zajmiemy się później. - 

Nie dopuszczając jej do słowa, pytał dalej: - Chcesz wyjść za mąż, bo twój szef 
nie uznaje odmowy. Czy o to chodzi? 

- Mam również osobiste powody. 

- Jakie? 

Spuściła powieki, by ukryć uczucia. 

- Te, jak mówiłam, są natury osobistej. 

Z trudem ukrył zniecierpliwienie. 

background image

- Zatem z powodów natury osobistej, jak również dlatego, że nie możesz 

w  inny  sposób  okiełznać  swego  szefa,  postanowiłaś  poślubić  kogoś  całkiem 
nieznajomego. 

Pochyliła  głowę.  Nawet  w  ciemnościach  Jonah  mógł  dostrzec,  że  się 

zarumieniła. 

-  Wiem.  To  brzmi  okropnie,  ale  widzisz,  wszyscy  myślą,  że  jestem 

mężatką. 

Jonah skrzyżował ramiona na piersi. 

-  Zatem  postanowiłaś  zmienić  fikcję  w  fakty  -  zauważył  ironicznie.  -  W 

tym jest jakiś sens. 

- Nie mam wyboru - odparła. - Nie jestem zainteresowana małżeństwem. 

Jakimkolwiek, a na pewno nie opartym na czymś tak złudnym jak miłość. 

-  Skoro  tak  uważasz,  czemu  zdecydowałaś  się  na  tak  ryzykowne 

rozwiązanie? 

- Bo to idealne wyjście. 

- Sprawa jest mocno dyskusyjna. 

-  Dobrze  to  przemyślałam  -  zaperzyła  się  Nikki.  -  Oprócz  nie 

rozwiązanych  prywatnych  kłopotów  jest  jeszcze  szef,  który  uważa,  że  jest  we 
mnie zakochany. 

- A jest? - Spojrzał na nią ostro. 

-  Nie,  tak  mu  się  tylko  wydaje.  Dopóki  nie  zmieni  zdania,  potrzebuję 

ochrony prawdziwego męża. 

-  Jako  mąż  mógłby  cię  chronić  przed…  -  niech  to  diabli,  mało  się  nie 

wygadał - jak go tam zwą? 

-  Eric  -  westchnęła  z  ulgą.  -  To  nie  będzie  łatwe.  Potrzebuję  kogoś 

wykształconego  i  dojrzałego,  nieustraszonego.  Problem  częściowo  polega  na 
tym,  że  mówiłam  wszystkim,  iż  mój  mąż  od  kilku  lat  przebywa  za  granicą. 
Niestety, wygląda to tak, jakby nasze małżeństwo przechodziło kryzys. 

-  Dlatego  potrzebujesz  człowieka,  który  rozwieje  te  wątpliwości  - 

wycedził  Jonah.  -  Prawdziwego  męża,  który  potrafi  odegrać  rolę  namiętnego 

background image

kochanka,  przekona  Erica,  że  związek  z  tobą  nie  ma  szans  i  sprawa  wygaśnie 
sama. 

- Właśnie. 

- Więc w czym problem? Skoro zdecydowałaś się na ten szalony pomysł, 

czemu jeszcze nie wyszłaś za mąż? 

Zaśmiała się ponuro. 

-  Problem  polega na tym,  że  nie  spotkałam  nikogo, kto sprostałby  moim 

wymaganiom.  Albo  są  to  mili  dżentelmeni,  z  którymi  Eric  natychmiast  się 
rozprawi,  albo  niezależne  typy  z  własnym  rozkładem  jazdy.  Nie  ma  w  nich 
miejsca na przeprowadzkę do Nowego Jorku na czas trwania naszego związku. 

- Nie wierzę, że nie ma tu nikogo… 

-  Nie?  A  ty  sam?  -  Pochyliła  się  ku  niemu,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  -

Mogę zaoferować mieszkanie, samochód i umiarkowane dochody. To nie musi 
być  stały  związek.  Spotkałam  dziś  jednego  mężczyznę,  który  poszukiwał 
tymczasowej  żony.  Jeśli  tak  wolisz,  zgodzę  się  na  krótkotrwałe  małżeństwo. 
Wynajmę cię w charakterze męża na niezbędny okres, wystarczająco długi, żeby 
rozwiązać problem z Ericem, a potem się rozwiedziemy. 

- Czy to nie lekka przesada? Nie mogłabyś…? - Naszła go pewna myśl. - 

Czy Eric cię molestował, zrobił lub powiedział coś nieodpowiedniego? 

-  Nie,  nic  z  tych  rzeczy  -  odparła  natychmiast.  -  Jest  uprzejmy… 

opiekuńczy. 

- No tak, widzę, w czym może tkwić problem - roześmiał się Jonah. 

- To wcale nie jest śmieszne! Nigdy mnie nie dotknął, przynajmniej nie w 

dwuznaczny  sposób.  Ale  wiem,  co  czuje.  Nie  wymyśliłam  tego  sobie. 
Naprawdę. 

- W porządku. - Uniósł ręce. - Wierzę ci, ale powiedz, skąd wiesz, że tak 

właśnie  jest?  Może  mylisz  przyjacielskie  zachowanie  z  czymś  bardziej 
poważnym? 

- Wolałabym, żeby tak było. - Pokręciła głową. 

- Przekonaj mnie. 

- Nie rozumiem, czemu miałabym to robić. 

background image

-  Podobno  rozpaczliwie  potrzebujesz  męża,  więc  przekonaj  mnie,  że  tak 

jest naprawdę. 

Znów  przez  dłuższy  czas  rozważała  jego  prośbę.  Po  kilku  chwilach 

skinęła głową. 

- Doskonale. Czy wiesz, kiedy podobasz się kobiecie? 

- Czasami - przyznał. - Jeśli daje to po sobie poznać. 

- No, więc Eric nie pozostawia co do tego wątpliwości. Zaczął, gdy tylko 

się zjawiłam w firmie. 

- I co zrobiłaś? 

-  Powiedziałam  mu,  że  nie  podzielam  jego  uczuć,  a  mieszanie  spraw 

służbowych  z  przyjemnościami  zawsze  uważałam  za  błąd.  Myślał,  że  zmieni 
moje poglądy i wówczas popełniłam pierwszy błąd. 

- Skłamałaś. 

-  Owszem.  Powiedziałam,  że  jestem  zaręczona.  On  mimo  wszystko  nie 

tracił  nadziei.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  W  przystępie  rozpaczy  pojawiłam  się 
któregoś poniedziałku z obrączką na palcu. 

- Kolejny błąd - zauważył sucho Jonah. - Czy obrączka go nie ostudziła? - 

Dawniej to powstrzymywało Erica. 

- Tak. Wydawało się, że pogodził się z brakiem szans na nasz związek. 

- A jednak potem zaszło coś, co wszystko zmieniło. Co? 

-  Na  przyjęciu  w  firmie  zjawiłam  się  sama,  twierdząc,  że  mąż  przebywa 

za granicą. Erie czepiał się tego przez kilka następnych tygodni. Żartował sobie 
nawet  z  przedłużającej  się  nieobecności  męża.  Kiedy  czas  mijał,  a  ja  nie 
przedstawiłam  go  w  firmie,  Eric  zmienił  się…  -  Zawahała  się,  szukając 
właściwego  określenia.  -  Stał  się  nieprzyjemny,  wręcz  zły.  Myślę,  że  zaczął 
nabierać  podejrzeń.  Czuł,  że  coś  ukrywam  i  doszedł  do  wniosku,  że  moje 
małżeństwo rozsypuje się. 

- To wciąż jednak nie oznacza… 

- Nawet więcej - przerwała mu. - Zaczął mi się zwierzać, choć wcale go 

do tego nie zachęcałam. 

background image

- O czym mówił? - zaniepokoił się Jonah. 

- O swojej rodzinie. Głównie o starszym bracie, jak podziwia i naśladuje 

Jonaha,  jak  trudno  mu  żyć  w  jego  cieniu  i  że  nie  jest  łatwo  dorównać  komuś 
takiemu… 

-  Wygląda  na  to,  że  traktował  cię  bardziej  jak  matkę  niż  jak  potencjalną 

kochankę. 

- Wolałabym, żeby tak było. Jednak gdy znajdowałam się blisko niego, z 

trudem  nad  sobą panował.  A  kiedy  patrzył na  mnie…  -  Pokręciła  głową.  -  Nie 
potrafię tego wyjaśnić, powiem tylko, że kobiety czują te rzeczy. 

-  Zatem  małżeństwo  jest  dla  ciebie  jedynym  rozwiązaniem  -  naciskał 

Jonah. 

-  Nie  podoba  mi  się  to,  ale  nie  mam  wyboru.  Muszę  znaleźć  wyjście  z 

sytuacji, zanim całkiem wymknie mi się spod kontroli. To zaczęło przeszkadzać 
nam  w  pracy.  Popełniliśmy  błędy,  które  mogą  być  zauważone,  a  ja  nie  mogę 
stracić tej posady. Jest zbyt ważna dla mnie. - Wstała i podeszła do niego. - Joe, 
pomóż mi. Czy… czy ożenisz się ze mną? 

Domyślał  się,  ile  musiało  kosztować  ją  to  pytanie.  Jednak  nie  zmienił 

zdania. 

- Nie. 

- Czemu nie? - spytała zrozpaczona. - To czego ty chcesz? 

- To, czego chcę, jest w tej chwili nieistotne. Posłuchaj, Nikki. Masz dwa 

wyjścia. Możesz zrealizować ten niedorzeczny plan zamążpójścia lub zrobić coś 
naprawdę rozsądnego. 

- A cóż takiego? 

-  Powiedz  Ericowi  prawdę.  Udawałaś  mężatkę,  bo  nie  chciałaś  żadnych 

romansowych komplikacji w firmie. Wyjaśnij mu, że nie interesuje cię nic poza 
pracą i powiedz mu, że ma zostawić cię w spokoju. Poproś o przeniesienie. 

Cofnęła się o krok. 

- Nie mogę. 

- Dlaczego? 

background image

-  Naprawdę  myślisz,  że  to  takie  łatwe?  -  zdenerwowała  się.  Długo 

tłumione  napięcie  zaczęło  brać  górę.  -  Mam  wkroczyć  uroczyście  do  biura  i 
oznajmić wielką nowinę. Co dalej? 

- Kłopot z głowy. 

- Wcale nie. Pod koniec dnia całe biuro będzie wiedziało, że skłamałam, 

udając  mężatkę,  bo  nie  mogłam  inaczej  poradzić  sobie  z  szefem.  Wieczorem 
drugiego  dnia  będą  wiedzieli  o  tym  nasi  klienci,  a  trzeciego  dojdzie  to  do 
konkurencji.  Zaszarga  to  moją  opinię,  zaszkodzi  Ericowi  i  nadwyręży 
wiarygodność  naszej  firmy.  Wielkie  dzięki.  Wolę  już  wszystko  inne,  nawet 
fikcyjne małżeństwo. 

Jej  upór  w  sprawie  małżeństwa  wstrząsnął  nim.  Może  gdyby  był 

wyspany,  znalazłby  dla  niej  korzystniejsze  wyjście.  Skoro  nie  stać  go  było  na 
taki luksus… 

- Chodź. - Wziął ją za rękę. 

- Dokąd? 

-  Znaleźć  ci  faceta.  Skoro  tak  bardzo  chcesz  zdobyć  męża,  pomogę  ci 

jakiegoś znaleźć. 

- Nie rozumiem. - Usiłowała wyszarpnąć rękę. - Czemu to robisz? 

- Powiedzmy, że zmęczyły mnie już smutne historie. 

-  A  co  z  tobą?  -  zaprotestowała.  -  Robi  się  coraz  później.  Nie  martwisz 

się, że stracisz okazję znalezienia sobie żony? 

- Wierz  mi, poszukiwanie żony najmniej  mnie teraz martwi. - Zatrzymał 

się. - Co jest, Nikki, rozmyśliłaś się? 

Zawahała się przez chwilę. 

- Nigdy nie zmieniam zdania. 

- To idziemy. 

 

 

 

background image

 

Przez godzinę nie udało się im znaleźć nikogo odpowiedniego. Większość 

kandydatów Jonah odrzucił jako zbyt słabych psychicznie. Miała rację, Eric nie 
potraktowałby ich jako poważnych rywali. Ci zaś, którzy by się nadawali, mieli 
własne  wymagania,  co  oznaczało,  że  to  żona  powinna  odpowiadać  ich 
kryteriom. 

-  Tu  stoi  facet,  z  którym  jeszcze  nie  rozmawiałaś  -  powiedział  bez 

entuzjazmu  Jonah.  Niestety,  ten  mężczyzna  był  za  gruby,  za  stary  i  zbyt 
przerażony. Erie przerobiłby go na kotlet mielony. Tymczasem czas uciekał. 

- Nie przejmuj się - pocieszyła go Nikki. - A gdyby tak… - urwała w pół 

słowa. Twarz jej pobladła. - O, nie! 

- Co się stało? Co ci jest? 

Odwróciła się gwałtownie, wręcz wpadając mu w ramiona. 

- Obejmij mnie. Szybko! 

Odruchowo przytulił ją do siebie, przesuwając dłonią wzdłuż jej pleców. 

Poczuła  się  jak  w  niebie,  ciepło  i  bezpiecznie.  Jonah  wchłaniał  jej  niezwykły 
zapach.  Jeśli  do  tej  pory  nie  wierzył  w  chorobę  odrzutowcową,  zaczął  się  nad 
tym  poważnie  zastanawiać,  ponieważ  nie  znajdował  innego  wytłumaczenia  na 
swoją, zbyt gwałtowną jego zdaniem, reakcję. 

Przerażona Nikki oddychała gwałtownie. 

- Co ci jest? Co się stało? - spytał szeptem. 

Podniosła  głowę.  Ich  usta  prawie  się  spotkały.  Dopóki  nie  zobaczył  jej 

przerażonych oczu, myślał, że chodzi o pocałunek. 

- Eric jest tutaj - wyszeptała. 

  

 

 

 

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ  TRZECI 

- Nie do wiary! - krzyknęła Nikki. - Jak mnie tu znalazł? 

Jonah skrzywił się. Domyślał się jak. To robota wyjątkowo sprawnej Jan. 

Zerknął  w  stronę  recepcji.  Stał  tam  Eric  i  z  niewinną  miną  rozprawiał  z 
małżeństwem  Montague.  Najwyraźniej  postanowił  użyć  całego  uroku 
osobistego, by dostać się na bal, a znając Erica nie wątpił, że mu się uda. Zmełł 
w ustach przekleństwo. Sytuacja robiła się poważniejsza, niż przypuszczał. 

- Chodź. - Otoczył Nikki ramieniem i skierował się w stronę najbliższego 

wyjścia. 

Popatrzyła na niego rozszerzonymi z przerażenia oczyma. 

- Co mam teraz robić? 

Jonah  zacisnął  szczęki,  usiłując  podjąć  jakąś  decyzję.  Kapitalnym 

głupstwem  było  wypicie  kieliszka  szampana,  zwłaszcza  po  tym,  jak  nie  spał 
półtorej doby. W tej chwili oddałby diabłu duszę za gorący prysznic i bite osiem 
godzin  snu.  Może  wówczas  potrafiłby  znaleźć  optymalne  wyjście.  Jednak 
uniemożliwiało  mu  to  zmęczenie.  Przychodziło  mu  do  głowy  tylko  jedno 
rozwiązanie. 

-  Nie  mamy  zbyt  wielkiego  wyboru  -  oznajmił.  -  Jeśli  on  jest  tak 

stanowczy, musisz poślubić kogoś, kto nie da mu się zdominować. 

- Przepytaliśmy już niemal wszystkich. To kto pozostał? 

- Ja. 

Minęła  cała  minuta,  zanim  to,  co  powiedział,  wreszcie  do  niej  dotarło. 

Spojrzała na niego zdumiona. 

- Ale przecież mówiłeś… 

- Zapomnij o tym, co mówiłem. 

background image

- Naprawdę zamierzasz się ze mną ożenić? - spytała z niedowierzaniem. - 

Dlaczego?  Nie  chcę,  żebyś  myślał,  że  jestem  niewdzięczna,  ale  -  miejsce 
zdumienia  zajął  sceptycyzm  -  dlaczego  chcesz  pomóc  mi  teraz,  skoro  nie 
chciałeś przed chwilą? 

- Ponieważ dziś wieczorem już raz zostawiłem pewną damę w potrzebie - 

odparł lekko kpiącym tonem. - Nie leży w moim zwyczaju robić tego powtórnie 
tego samego dnia. 

- Nie będę się upierała przy dalszych wyjaśnieniach. 

-  Co  za  ulga.  -  Uśmiechnął  się  blado  i  pokazał  korytarz  wiodący  do 

wewnętrznych  schodów.  -  Czy  możemy  tędy  przejść?  Musimy  dostać 
zezwolenie na zawarcie małżeństwa. Słyszałem, że ktoś załatwia to w bibliotece 
piętro niżej. 

Nikki  nachmurzyła  siei  lekko  pokręciła  głową,  jakby  chciała  dać  do 

zrozumienia,  że  tak  łatwo  namówić  się  nie  da.  Jonah  omal  nie  wybuchnął 
ś

miechem.  Naraża  się  całej  rodzinie,  by  jej  pomóc,  a  ta  wciąż  niezadowolona. 

Gdyby  zamiast  tej  komedii,  na  wstępie  powiedziała  Ericowi  "nie", 
oszczędziłaby  sobie  kłopotów.  On  z  kolei,  dbając  o  dobre  imię  brata  i  usiłując 
uratować  posady  dwóch  filarów  International  Investment  oraz  ich  zagmatwane 
ż

ycie osobiste, musiał działać szybko. 

- Wiem, że nie mam prawa grymasić - powiedziała. 

- To pewne jak diabli.  

Popatrzyła na niego z wyrzutem. 

- Martwi mnie jednak parę spraw. 

- Naturalnie - westchnął. 

-  Po  pierwsze…  spodziewam  się,  że  przekonasz  Erica,  iż  jesteśmy 

szczęśliwą parą. Podołasz temu? 

Najwyraźniej kwestionowała jego zdolności. Niewiele osób odważyło się 

na taką zniewagę i udało się im ujść bezkarnie. 

-  Przekonam  go,  że  jeśli  będzie  chciał  od mojej  żony  czegoś  więcej!  nie 

ograniczy  się  tylko do  stosunków służbowych,  ciężko tego pożałuje.  -  Mówiąc 
to, gniewnie zmarszczył brwi. - A może nie uwierzy mi, że mówię serio? 

Wytrzymała jego spojrzenie przez kilka sekund i zaróżowiła się. 

background image

- Uwierzy. 

- Świetnie, idziemy. 

- Chwileczkę, jeszcze nie skończyłam. 

-  Moja  pani  -  powiedział  z  irytacją  w  głosie.  -  Obiecałem,  że  się  z  tobą 

ożenię. Czego jeszcze chcesz? 

- Muszę się upewnić, że się dobrze rozumiemy. 

-  Możesz  mi  wierzyć  -  skrzywił  się.  -  Rozumiem  cię  lepiej,  niż 

przypuszczasz. 

- Chodzi mi o szczegóły. Nie chcę potem żadnych nieporozumień. 

- To mów szybko, gdyż masz zaledwie trzydzieści sekund - poinformował 

ją. - Potem radź sobie sama. 

Chyba  poważnie  potraktowała  jego  ostrzeżenie,  bo  nie  tracąc  czasu, 

zaczęła wyliczać na palcach swoje wątpliwości. 

-  Dobrze…  Zgodziłeś  się  przekonać  Erica,  że  tworzymy  szczęśliwe, 

stadło. Po drugie, przeprowadzisz się do Nowego Jorku i zostaniesz ze mną tak 
długo, aż sytuacja z Erikiem się unormuje. 

- Dobrze. 

-  Po  trzecie,  rozumiesz,  że  cała  ta  sytuacja  nie  może  zagrozić  mojej 

posadzie. 

-  To  zrozumiałe.  -  Skrzyżował  ręce  na  piersi.  -  To  już  wszystko? 

Skończyłaś? Nie ma żadnego po czwarte, piąte i szóste? 

- Tylko czwarte. 

- Zamieniam się w słuch. 

Gdyby  nie  zauważył  błysku  niepokoju  w  jej  oczach,  sądziłby,  że  ta 

rozmowa  wcale  jej  nie  krępuje.  W  dodatku  wyrzuciła  z  siebie  trzy  poprzednie 
postulaty niczym automat. Teraz zdradził ją nieco ciemniejszy odcień fioletu w 
ź

renicach. Innymi słowy to, co zawierała ostatnia pozycja, powinna umieścić na 

czele listy. 

- Muszę znać twoje oczekiwania. 

background image

Uniósł brew. Spodziewał się czegoś o wiele trudniejszego. 

-  No  cóż,  po  ślubie  ocalę  twoją  śliczną  główkę  i  odstawię  cię  na 

bezpieczne  tory  -  odparł.  Tym  samym  ochroni  International  Investment  od 
kolejnych wpadek i da ochłonąć Ericowi. 

- Czy to wszystko? - Zwilżyła wargi. - Nie stawiasz żadnych warunków? 

Zaczął  się  domyślać  o  co  jej  chodzi  i  natychmiast  pojawiła  się  czysto 

męska  reakcja,  chęć  wykorzystania  sytuacji.  Podszedł  bliżej,  wpatrując  się  w 
punkt pulsujący na jej szyi. 

- Pytasz, czy zamierzam z tobą spać? 

Nikki  pozostała  niewzruszona,  choć  podejrzewał,  że  toczy  ciężką  walkę 

wewnętrzną. 

- Tak. Chyba o to mi właśnie chodziło. 

- Wydaje się, że nie warto tego omawiać bliżej. 

Rozśmieszyło  go,  że  najwyraźniej  odczuła  ulgę.  Czy  podczas  rozmów 

służbowych  jest  równie  mało  pojętna?  Będzie  musiał  to  wyjaśnić.  Nie  można 
narażać  na  szwank  interesów  firmy  z  powodu  niezbyt  rozwiniętych  zdolności 
percepcyjnych Nikki. 

- Czy wyczerpaliśmy już wszystkie twoje wątpliwości? 

- Tak. 

-  W  takim  razie  proponuję,  żebyśmy  stąd  poszli,  zanim  twój  szef 

wynegocjuje  sobie  wejście  i  wytropi  nas.  On  nie  zna  celu  tego  balu,  co?  - 
Zerknął na nią ostro. 

- Chyba nie. Powiedziałam mu, że lecę zobaczyć się z mężem - wyjaśniła, 

spoglądając niepewnie na Jonaha. - Nie wiedziałam, że poleci za mną. Może był 
ciekaw, jak wyglądasz… - westchnęła. - To znaczy, jak wygląda mój mąż. 

-  A  może  nie  uwierzył,  że  masz  się  w  ogóle  z  kimkolwiek  spotkać. 

Miejmy  nadzieję,  że  gospodarze  nie  wdadzą  się  w  szczegółowe  wyjaśnienia 
reguł  balu,  bo  za  chwilę  będziemy  mieli  Erica  na  karku.  -  Złapał  ją  mocno  za 
rękę. - Poszukajmy biblioteki. 

Kamerdyner  wskazał  im  drogę  i  za  masywnym  dębowym  biurkiem 

zobaczyli  urzędniczkę  zajmującą  się  ślubną  dokumentacją.  Z  identyfikatora 

background image

wynikało, że nazywa się Dora Scott. Obok stała tabliczka z napisem: "Przekąska 
przyspiesza  obsługę".  Przed  nimi  ustawiła  się  niewielka  kolejka,  lecz  zanim 
wypełnili odpowiednie formularze, pokój opustoszał. 

- Co my tu mamy? - spytała Dora, a gdy podeszli do niej, wyciągnęła rękę 

po dokumenty. 

Jonah,  zdając  sobie  sprawę,  że  stoi  w  obliczu  katastrofy,  przedstawił  się 

pospiesznie. 

- Joe. Joe Alexander. 

Nikki  mogła  nie  skojarzyć  tego  imienia  z  pełnym  brzmieniem  imienia 

przyrodniego  brata  Erica.  Jednak  gdyby  Dora  odczytała  pełne  brzmienie,  jego 
tożsamość  nie  budziłaby  najmniejszej  wątpliwości.  Tymczasem  nie  zamierzał 
ujawniać swych powiązań z Erikiem, dopóki nie zostaną poślubieni. 

Dora zerknęła na formularz i zachichotała. 

- Świetnie, Joe - powiedziała i zerknęła na drugi formularz. - I Nicole. 

-  Nikki  -  sprostowała  pospiesznie  przyszła  panna  młoda.  -  Niestety,  ale 

nie przynieśliśmy przekąsek - dodała, pokazując tabliczkę. 

-  Całe  szczęście.  Jeszcze  jedna  porcja  zapiekanego  sera  i  pęknę.  No, 

kochani, bierzmy się do roboty. - Objaśniła szczegóły, wypełniając dokumenty, 
a potem wręczyła im je w pięknych, biało-niebieskich kopertach. 

-  Wręczycie  te  formularze  osobie,  u  której  będziecie  chcieli  wziąć  ślub. 

Te  pozłacane  dyplomy  są  jedynie  pamiątką.  Oficjalne  dokumenty  dostaniecie 
pocztą. Są jakieś pytania? 

- Nie mamy żadnych pytań - odparł Jonah. 

- W takim razie - skinęła głową - mam dla was jedną radę. Opiekujcie się 

sobą nawzajem. 

- Jestem w tym dobra - zapewniła ją Nikki. 

- Zabawne - mruknął Jonah. - To właśnie miałem powiedzieć. 

-  Cudownie.  Troskliwa  para  -  roześmiała  się  Dora.  -  Zmykajcie  stąd. 

Musicie się pobrać, a ja mam jeszcze mnóstwo roboty. 

background image

- Lepiej zróbmy to szybko - poradził Jonah, gdy wrócili na salę balową. - 

Jeśli  Ericowi  udało  się  wkręcić,  nie  chciałbym,  żeby  wpadł  na  nas  w  najmniej 
odpowiednim momencie. 

Nikki zatrzymała się przed drzwiami do pierwszego salonu. 

- Wygląda na to, że mamy do wyboru kilka rodzajów ceremonii ślubnych. 

Jaką wolisz? 

- Krótką i rzeczową. 

Otworzył drzwi do najbliższej sali i zajrzał do środka. Nikki zerknęła mu 

przez  ramię  i  jęknęła  cicho  z  dezaprobatą.  Nie  miał  jej  tego  za  złe.  Pokój  był 
urządzony  ładnie,  ale  bardzo  sztywno  i  formalnie.  Kiedy  sędzia  pokoju  skinął, 
by  się  zbliżyli,  Jonah  zawahał  się.  Nie  wiedzieć  czemu  uznał  jasnoniebieskie 
brokaty, orzechowe meble i sztuczne kwiaty za niegustowne. Nikki także się to 
chyba nie podobało. 

Cofnął się i zamknął drzwi. 

- Kiepski wybór. 

- Dlaczego? 

-  Zbyt  długa  kolejka  -  skłamał,  wiedząc,  że  nie  była  w  stanie 

zweryfikować jego twierdzenia. - Spróbujmy gdzie indziej. 

Otworzył drzwi do następnego salonu i z aprobatą skinął głową. Idealnie. 

Mały,  przytulny  salonik  urządzony  został  w  staroświeckim,  niemal 
wiktoriańskim  stylu.  Ściany  pokrywała  tapeta  w  róże,  kanapa  i  krzesła  były 
wyściełane ciemnoczerwonym pluszem oblamowanym białą koronką. Pod jedną 
ś

cianą stała komódka ze srebrną zastawą do herbaty, pod drugą kominek, a nad 

nim lustro obramowane złotymi liśćmi. W kryształowych wazonach stały świeże 
kwiaty, zapach róż mieszał się z żywiczną wonią płonących w kominku głowni. 

Sam nie wymyśliłby lepszej scenerii dla Nikki. 

Weszła do środka i westchnęła z zachwytu. 

- Och, Joe, tu jest cudownie. 

-  Popieram  -  zgodził  się  z  uśmiechem.  Nie  bardzo  wiedział,  czemu  tak 

wielką  wagę  przywiązuje  do  tego  tymczasowego  małżeństwa.  Pewnie  jest 
bardziej zmęczony, niż przypuszcza. 

background image

Z  krzesła  stojącego  obok  kominka  podniósł  się  kapłan.  W  jego  gęstych, 

siwych włosach odbijały się migoczące płomienie. 

- Witajcie - rzekł z uśmiechem. - Rozumiem, że zamierzacie się pobrać. 

- Owszem - odparła bez wahania Nikki. - Natychmiast, jeśli łaska. 

Kapłan uśmiechnął się wyrozumiale. 

- Dobrze, moja droga. Jednak, zanim zacznę, muszę spytać, czy starannie 

przemyśleliście to, co chcecie uczynić. 

Jonah  jęknął  w  duchu.  Jeśli  do  tego  dojdzie,  może  opamiętać  się  i 

wycofać. Trzeba zakończyć sprawę bezzwłocznie. 

-  Proszę  posłuchać,  wszystko  przemyśleliśmy,  podjęliśmy  decyzję  i 

spieszymy  się.  -  Podał  kapłanowi  kopertę  zawierającą  niezbędne  dokumenty.  - 
Czy moglibyśmy już zacząć?  

Kapłan wziął kopertę i poprawił okulary. 

-  Obawiam  się,  że  nie  -  odparł.  Jego  niebieskie  oczy  pociemniały.  - 

Widzicie,  małżeństwo  jest  bardzo  poważnym  związkiem  i  nie  należy  zawierać 
go pochopnie. Proszę zatem, żebyście przyjrzeli się sobie uważnie. Upewnijcie 
się, że dokonaliście właściwego wyboru. 

Jonah,  mnąc  przekleństwo  w  ustach,  odwrócił  się  w  stronę  Nikki,  bo 

uświadomił  sobie,  że  jest  to  jedyny  sposób  na  zawarcie  związku  i  zaczął 
wnikliwie studiować jej postać. 

Najpierw całą sylwetkę. Wysoka, proporcjonalnie zbudowana, uderzająco 

piękna  kobieta.  Bez  mrugnięcia  patrzyła  mu  prosto  w  oczy.  To  ujęło  go  od 
pierwszej chwili. Oczywiście, miała też mnóstwo innych zalet. 

Jej  usta  aż  prosiły  o  pocałunek,  a  skóra  zdumiewała  swą  gładkością. 

Uśmiechnął  się  z  uznaniem  na  widok  starannie  upiętych  na  czubku  głowy 
włosów. Podczas wieczoru kilka kosmyków wymykało się chwilami i niesfornie 
opadało to na czoło, to znów na kark Nikki. 

Potem popatrzył na nią innymi oczyma. 

Uświadomił  sobie  nagle,  że  fryzura  Nikki  odzwierciedla  jej  naturę. 

Walczyła  uparcie  o  zachowanie  spokoju  i  panowanie  nad  sobą,  lecz  nie  do 
końca  jej  się  to  udawało.  Podobnie  wyglądał  konflikt  między  miotającymi  nią 
namiętnościami,  a  koniecznością  wzięcia  ich  w  ryzy.  Pozornie  wszystko 

background image

wydawało  się  w  porządku,  jednak  pod  gładką  powierzchnią  wrzało  i  tym 
właśnie  była  przerażona.  Popatrzył  na  nią  pod  tym  kątem.  Zdradzało  ją  owo 
delikatne  spojrzenie  fiołkowych  oczu,  w  którym  niepewność,  rozpacz  i 
namiętność rywalizowała z siłą i stanowczością. 

Pożądał tej kobiety. Pragnął podsycać drzemiące w niej iskierki buntu, by 

wyzwolić  wewnętrzny  ogień.  Tłumienie  tych  uczuć  szkodziło  jej,  więc 
postanowił  znaleźć  sposób  zburzenia  jej  spokoju.  Do  diaska,  chyba  odda  jej 
przysługę. 

Tymczasem  musi  rozwiać  jej  obawy.  Jakby  pod  wpływem  tych  myśli, 

doleciał go zapach róż. Podszedł do najbliższego wazonu i wyjął z niego kilka 
gałązek zdobiącej kompozycję gipsówki. 

- Podejdź tu - odezwał się ponurym tonem. 

Usłuchała,  lecz  zatrzymała  się  o  dwa  kroki  przed  nim.  Jonah  przybliżył 

się  i  delikatnie  zwieńczył  gipsówką  jej  koczek.  Nikki  chwyciła  go  za  klapy 
marynarki. Pomyślał z żalem, że nie będzie uszczęśliwiona, kiedy odkryje jego 
tożsamość.  Miał  jednak  nadzieję  przekonać  ją,  że  zrobił  to  wszystko  dla  jej 
dobra. 

To przynajmniej usiłował sobie wmówić. 

Nikki  spoglądała  na  Joego,  wpatrując  się  w  jego  męską  twarz. 

Wstrzymała  oddech,  kiedy  wplatał  jej  drobne  białe  kwiatki  we  włosy.  Z 
satysfakcją  przyjrzał  się  swemu  dziełu  i  w  jego  oczach  błysnęła  czułość.  To 
jedno spojrzenie rozwiało jej wszystkie obawy. 

Była bardzo zdenerwowana. Sytuacja, w jakiej się znalazła, przerastała ją. 

Kiedy  kapłan  poprosił  o  ponowne  rozważenie  decyzji,  omal  nie  wybiegła  z 
pokoju.  Nie  powstrzymałby  jej  nawet  strach  przed  spotkaniem  z  Erikiem. 
Pohamowało ją jedynie wspomnienie usłyszanej przez telefon rozmowy Kristy. 

Spojrzenie w orzechowe oczy Joego, emanujący z nich spokój i pewność 

siebie przezwyciężyło jej wahania. Domyślał się chyba, że stanęła na rozdrożu, 
bo pochylił się nad nią. 

- Nie martw się o nic - szepnął pocieszająco. - Zajmę się wszystkim. 

Wziął  w  dłonie  jej  twarz  i  delikatnie  pocałował.  Resztki  obaw  Nikki 

rozwiały się w jego opiekuńczych ramionach. Wszystko się uda. U boku Joego 
rozwiąże wszystkie swoje problemy. 

background image

Ociągając się, wypuścił ją z ramion. 

- Masz jeszcze jakieś wątpliwości? - spytał. 

- Żadnych. 

- Zatem wyjdziesz za mnie, panno Ashton?  

Drżący uśmiech zaigrał na jej wargach. 

- Tak, panie Alexander. Wyjdę za pana. 

- Czy podjęliście już decyzję? - zapytał kapłan. 

- Proszę zaczynać ceremonię - odparła opanowanym tonem. -  Ślub biorą 

Joe i Nikki. 

Jonah  z  szelmowskim  uśmiechem  wyjął  z  najbliższego  wazonu  różę  i 

podał jej. Zdziwione spojrzenie Nikki skwitował wzruszeniem ramion. 

- Panna młoda powinna mieć bukiet. 

Ceremonia  zaślubin  zgodnie  z  ich  życzeniem  trwała  niezwykle  krótko. 

Kapłan, nim ogłosił ich mężem i żoną, zerknął na nich spod okularów. 

-  Czy  chcielibyście  wymienić  obrączki?  -  spytał.  -  Mamy  tu  do  wyboru 

zastępcze. To zwykły tombak, ale możecie z czasem zamienić je na prawdziwe. 

- Ja już mam obrączkę - zwróciła się z wahaniem do Jonaha. - Wszystkim 

wyda się dziwne, jeśli będę miała inną. 

- Daj mi ją. 

Zsunęła obrączkę z palca. 

- A ty? 

- Ja będę potrzebował zastępczej - oświadczył. 

Pasowała  trzecia  z  kolei.  Ku  zdumieniu  Nikła,  wzór  na  obrączce  Jonaha 

był  podobny  do  wzoru  na  jej  własnej.  Gdyby  nie  wiedziała,  że  to  zwykły 
tombak,  dałaby  głowę,  że  jest  prawdziwa,  a  już  na  pewno  poczuła  się 
prawdziwą  mężatką,  gdy  Jonah  wsunął  jej  na  palec  obrączkę.  Była  to  chwila 
poza  czasem  i  przestrzenią,  w  której  ich  małżeństwo  zyskało  wymiar 
prawdziwości i trwałości, jakiego nawet nie podejrzewała. 

background image

To  tylko  tymczasowy  związek,  pocieszała  się.  Tymczasowy.  Jednak 

moment  wymiany  obrączek  zapadł  jej  głęboko  w  pamięć,  więc  kiedy  kapłan 
ogłosił  ich  mężem  i  żoną,  Nikki  uświadomiła  sobie,  że  znalazła  się  w 
poważnych opałach. 

Kiedy  dotarli  do  wynajętego  przez  Nikki  samochodu,  znów  ogarnęły  ją 

wątpliwości.  Czy  postąpiła  słusznie?  Czy  poślubiła  odpowiedniego  człowieka? 
A może postradała zmysły? 

-  No,  to  dokąd  jedziemy?  -  spytał  Jonah,  gdy  znaleźli  się  w  mrocznym 

wnętrzu auta. 

-  Mam  pokój  w  "Grand  Hotelu".  To  niedaleko  stąd.  -  Udało  się  jej 

zachować  nonszalancki  ton.  -  Myślę,  że  możemy  tam  przenocować  przed 
jutrzejszym powrotem do Nowegp Jorku. 

-  Mam  otwarty  bilet.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Jutrzejszy  lot  odpowiada 

mi. 

- Też zatrzymałeś się w "Grandzie"? 

Pokręcił głową. 

-  Nie  byłem  pewien,  czego  mam  się  dziś  spodziewać,  więc 

zarezerwowałem pokój w "Las Vegas". 

Nie  wiedział,  czego  się  spodziewać?  Bez  sensu.  Na  pewno  myślał,  że 

spotka odpowiadającą mu kobietę i ożeni się z nią. 

- Czemu… 

- A właściwie… 

Uśmiechnęła się zmieszana. Jej zdenerwowanie wzrosło. 

- Przepraszam, mów dalej. 

- Skoro twój hotel jest bliżej, czemu nie mielibyśmy z niego skorzystać? 

Zbił ją tym z tropu, wyczerpując tym samym temat. 

- Co z twoim bagażem? Nie chcesz po niego wstąpić? 

background image

- Nie ma potrzeby. Odbierzemy go po drodze na lotnisko. Do tego czasu 

hotel  zaopatrzy  mnie  w  niezbędne  rzeczy.  Mówiąc  szczerze,  skorzystam 
głównie z łóżka. 

Miała  nadzieję,  że  pomyliła  się  co  do  jego  intencji.  Włożyła  kluczyk  do 

stacyjki  i  obrzuciła  Jonaha  badawczym  spojrzeniem,  lecz  w  ciemnym  wnętrzu 
auta niewiele mogła wyczytać z jego twarzy. 

- Musisz być bardzo zmęczony. 

Dotknął jej ręki, zanim uruchomiła silnik. 

-  Nie  popuszczaj  wodzy  fantazji  -  zauważył  z  rozbawieniem.  -  Choć 

perspektywa nocy poślubnej z tobą jest zachęcająca, sen pociąga mnie bardziej. 

- Wiem, co masz na myśli - warknęła urażona tym, że przedkładał nad nią 

sen, a jeszcze bardziej faktem, iż nie widziała w tym nic dziwnego. 

Zbyt  mocno  nacisnęła  pedał  gazu  i  silnik  ryknął.  Cholera,  czemu 

wszystko idzie jej jak krew z nosa? Gdyby choć udawała przed sobą, że ma do 
czynienia  z  trudnym  klientem.  Zawsze  przydzielano  jej  takich  i  dzięki  temu 
powierzono  jej  projekty  specjalne  w  International  Investment.  Posługując  się 
zmysłem  analitycznym,  dedukowała,  o  co  chodzi  klientowi  i  spokojnie, 
rzeczowo przystępowała do negocjacji. 

Przygryzła  wargę.  Niestety,  Joe  nie  jest  jej  klientem,  lecz  mężem. 

Podejrzewała,  że  jeśli  zdecyduje  się  pozostać  niewzruszony,  nie  podziała  na 
niego ani jej logika, ani wdzięk. 

Skręciła  w  drogę  wiodącą  do  hotelu.  Zamierzała  panować  nad  sytuacją. 

Przecież  Joe  nie  interesował  jej  jako  mężczyzna,  przynajmniej  nie  od  strony 
seksu.  Reakcję  na  jego  pocałunki  można  wyjaśnić  jako  zwykły  odzew 
hormonów.  O,  właśnie.  Była  to  absolutnie  normalna,  zdrowa  reakcja,  jaka 
mogłaby  się  przytrafić  każdej  przepracowanej,  zestresowanej  i  zrozpaczonej 
kobiecie, która miałaby do czynienia z atrakcyjnym mężczyzną. Nie miało to nic 
wspólnego  z  emocjonalnym  zaangażowaniem.  Nauczyła  się  tego  ostatnio  w 
dość bolesny sposób. 

Zaangażowanie  emocjonalne  prowadzi  do  cierpienia,  rozczarowania  i 

ruiny finansowej, natomiast logika i opanowanie pozwalają na stworzenie sobie 
bezpiecznego świata. 

Potrzebowała jedynie męża, który rozwiąże problemy z Erikiem i Kristą. 

Gdy  to  już  nastąpi,  unieważnią  swoje  małżeństwo.  Wówczas  będzie  wolna  i 

background image

będzie  mogła  bez  reszty  poświęcić  się  karierze.  Skupi  się  wyłącznie  na  pracy, 
nie zaprzątając sobie głowy niczym innym. Dzięki temu będzie szczęśliwa... 

- Nic ci nie jest? 

-  Czuję  się  świetnie  -  stwierdziła  z  uśmiechem.  -  Wybiegam  myślami  w 

promienną przyszłość. Odrzucam stare, przyjmuję nowe. 

Skręciła  na  parking  przed  hotelem,  gdy  przypomniało  się  jej  pytanie, 

które chciała mu zadać, ale je nie dokończyła. 

- Powiedz mi, czemu nie wiedziałeś, czego się masz spodziewać? 

- Co? - Pokręcił głową. - Nie rozumiem, o co pytasz. 

-  Kilka  minut  temu  powiedziałeś,  że  zarezerwowałeś  pokój  w  "Las 

Wegas", bo nie wiedziałeś, czego spodziewać się po Balu Kopciuszka. 

-  Naprawdę?  -  Wzruszył  ramionami.  -  Jestem  chyba  bardziej  zmęczony, 

niż przypuszczam. Nie przypominam sobie nic takiego. 

Znalazła wolne miejsce, zaparkowała i wyłączyła silnik. 

- Właśnie, że tak. Brzmiało to dokładnie… 

- Chyba nie byłem pewien, czy znajdę odpowiednią osobę - wtrącił. - Nie 

miałem pojęcia, jakie kobiety uczestniczą w takim balu. 

Dopiero w windzie znalazła lukę w jego wypowiedzi. 

- Wciąż nie rozumiem. 

- Czego znowu nie rozumiesz? - spytał spokojnie, choć w oczach zaigrały 

mu gniewne błyski. 

- Nie postawiłeś żadnych warunków. 

Oparł się o ścianę windy i skrzyżował ręce na piersi. 

- Znowu zaczynasz? 

-  Spytałam  cię,  czego  spodziewasz  się  po  małżeństwie,  a  ty  nie  miałeś 

ż

adnych  oczekiwań.  Każdy  mężczyzna,  z  którym  rozmawiałam,  miał  jakieś 

wymagania lub potrzeby. - Popatrzyła na niego. - Z wyjątkiem ciebie. 

background image

- Więc? 

Drzwi windy rozsunęły się i Jonah przepuścił ją przodem. 

-  Jesteś  inteligentny.  Na  swój  sposób  przystojny  -  wycedziła.  -  Jest  to 

widoczne na pierwszy rzut oka dla każdej kobiety. 

- Wielkie dzięki. 

-  Niestety,  jesteś  również  nieco  agresywny  w  stosunku  do  kobiet  - 

wyznała,  przypominając  sobie  jego  namiętne  pocałunki.  Znał  się  na  kobiecych 
potrzebach, bez dwóch zdań. 

- Nie jestem manekinem. Agresję tworzą okoliczności. 

-  A  może  z  natury  jesteś  kłótliwy?  - odgryzła  się.  -  Ale nadal nie  wiem, 

dlaczego nie byłeś pewny, że spotkasz odpowiednią osobę. 

- Chyba mam naturę pesymisty. 

- Ja również, niemniej byłam przekonana, że kogoś znajdę. 

Jonah zatrzymał się na środku korytarza i wyciągnął do niej rękę. 

- Klucz - zażądał groźnie. - Od pokoju. 

- To jest karta, nie klucz. 

- Zatem daj mi kartę. - Nie cofnął ręki. 

Niechętnie sięgnęła do torebki i wręczyła mu cienki pasek plastiku. 

-  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  odkąd  ze  mną  zatańczyłeś,  nie  zwróciłeś 

uwagi  na  żadną  inną  kobietę.  Zamiast  szukać  sobie  panny  młodej,  przez  cały 
wieczór rozglądałeś się za mężem dla mnie. 

- Numer pokoju? 

-  Osiemnaście  dwadzieścia.  Wydałeś  mnóstwo  pieniędzy  na  bilet  i  nie 

szukałeś żony. 

Podeszli do właściwych drzwi. Jonah wsunął kartę w szczelinę zamka. Na 

płytce przy klamce zgasło czerwone światełko i zamek ustąpił. 

background image

- Przeczy temu ceremonia ślubna, w której przed chwilą braliśmy udział. 

Pozwól przodem. 

Zawahała się. 

- Tak, ale nie jestem prawdziwą żoną. Ty zaś nigdy nie wyjaśniłeś, czemu 

właściwie chciałeś się ożenić.  

Zadrgały mu mięśnie szczęki. 

- Jeśli się nie mylę, to jesteś absolutnie prawdziwą żoną. Rzadko się mylę. 

-  Położył  dłoń  na  jej  plecach  i  delikatnie  przepchnął  przez  próg.  -  Nie 
potrzebowałem żony. To wszystko. 

Odwróciła  się,  gdy  tylko  drzwi  zatrzasnęły  się  za  nimi.  Jonah  stał  przed 

nią, niczym wielka, szczelna bariera. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że ten 
agresywny mężczyzna jest jej mężem. Może, gdyby byli w biurze, nie w hotelu, 
a  zamiast  nocy  poślubnej  byłoby  to  służbowe  spotkanie,  nie  czułaby  się  taka 
zdenerwowana. W dodatku miał tak ponurą minę. Złożyła razem ręce. Opuściła 
ją pewność siebie. Odchrząknęła. 

- Jeśli nie potrzebowałeś się żenić, to czemu…? 

- Nie potrzebuję żony - powtórzył, przechodząc korytarzykiem do pokoju. 

-  Nie  wszyscy  pobierają  się  dlatego,  że  jest  to  jedyne  wyjście  z  opałów. 
Niektórzy robią to z tak prozaicznych powodów, jak na przykład z przyjaźni, z 
chęci posiadania dzieci, a przede wszystkim… z miłości. 

Cofnęła się o kilka kroków, robiąc wielkie oczy. 

- To dlatego chciałeś się ożenić, dla miłości? 

- Skąd to nagłe zainteresowanie, Nikki? - zapytał tonem, który wcale się 

jej nie podobał, ponieważ usłyszała w nim zmęczenie, zniecierpliwienie i złość. 
-  Mieliśmy  cały  wieczór  na  rozmowę.  Mogłaś  pytać  o  wszystko,  ale  nie 
interesowało cię nic, prócz sposobu rozwiązania swoich cholernych problemów. 
Więc o co ci teraz chodzi? 

Pokój wydał się jej nagle bardzo ciasny. 

- Bo… bo po prostu zastanawiałam się, czemu ożeniłeś się ze mną? 

- Ponieważ rozwiązując twoje problemy, rozwiązuję moje. 

- Nie rozumiem. 

background image

Jonah zdjął marynarkę i cisnął na najbliższe krzesło. 

- Nie oczekuję tego po tobie. Przynajmniej na razie. 

Zanim zdążyła zadać kolejne pytanie, podszedł do niej. Cofnęła się, lecz 

wpadła na łóżko i usiadła na nim gwałtownie. 

-  To  łóżko  jest  podwójne  -  wyjaśniła.  -  Kiedy  zdałam  sobie  sprawę  z 

pomyłki,  chciałam  zamienić  pokój  na inny,  z  dwoma  pojedynczymi.  Hotel  jest 
jednak pełny i wszystkie pokoje są pozajmowane. Może na kanapie… - Skinęła 
w stronę stojącego pod ścianą mebla. 

- Żadne z nas nie będzie spało na kanapie. - Materac jęknął pod ciężarem 

Jonaha. - Jesteśmy mężem i żoną. 

Złapał ją, zanim zdołała się odsunąć. Spoglądała na niego z przerażeniem. 

-  Ale  obiecywałeś,  że  nie  będziemy…  nie  chciałeś…  -  Gorączkowo 

usiłowała przypomnieć sobie jego słowa. - Mówiłeś, że nie chcesz ze mną spać! 

-  Powiedziałem  tylko,  że  rzecz  nie  jest  warta  omawiania.  Bo  nie  jest. 

Pewne  sprawy  nie  podlegają  negocjacjom,  a  ta  właśnie  do  nich  należy.  -  We 
wzroku zapłonęło mu pożądanie. - Koniec dyskusji i przetargów. Przyszła pora 
działania. 

- Nie… 

- Tak, pani Alexander. Zdecydowanie tak. 

Ujął  w  dłonie  jej  głowę  i  delikatnie  pocałował,  potwierdzając  w  ten 

sposób  jej  opinię  o  nim.  Ten  mężczyzna  naprawdę  znał  się  na  całowaniu. 
Drażnił, kusił, uwodził… 

Znów  ożyły  drobne  płomyczki  drażniące  jej  skórę,  wnikające  w  każdy 

mięsień  i  zakończenie  nerwów.  Usiłowała  się  oprzeć,  wytłumaczyć,  że  ich 
związek  powinien  pozostać  platoniczny,  ale  słowa  umknęły  gdzieś,  a  pojawiła 
się większa potrzeba, która zaćmiła racjonalne myślenie. 

Guziki od żakietu rozpięły się i usta Jonaha przesunęły się wzdłuż jej szyi. 

Nikki  czuła,  że  stoi  na  krawędzi  kapitulacji.  To  był  jej  mąż.  Pomógł  jej 
wydostać  się  z  trudnej  sytuacji.  Pragnęła  go.  Zważywszy  te  okoliczności,  czy 
kochanie się z nim byłoby czymś niestosownym? 

-  Nikki  -  mruknął  stłumionym  przez  namiętność  głosem.  -  Przepraszam, 

ale nie mogę się powstrzymać. 

background image

- Wiem - szepnęła - czuję to samo. 

- Dzięki za zrozumienie. 

Delikatny  zarost  na  policzku  otarł  się  o  jej  wrażliwą  skórę  i  Nikki 

wstrzymała  oddech,  czując,  że  doprowadza  ją  to  do  szaleństwa.  Dotknął  jej 
piersi, przesuwając palcem wzdłuż krzywizny stanika i… nic. 

- Joe? - mruknęła, wysuwając się spod niego. 

Nie  odpowiadał,  a  jej  pożądanie  nagle  gdzieś  się  rozwiało.  Zwilżyła 

wargi. 

-  Jesteś  pewien?  -  spytała  nieśmiało.  -  Nie  sądzisz,  że  powinniśmy 

poczekać, aż się lepiej poznamy? Joe? Joe! 

Wtedy zdała sobie sprawę, że jej mąż śpi. 

 

 

 

  

ROZDZIAŁ  CZWARTY 

 

Nikki drgnęła. Dwa różne dźwięki wdarły się do jej świadomości. 

Znajomy szum prysznica i gwałtowne pukanie do drzwi. 

Wszystko to nie miało żadnego sensu. Jednak bez dwóch filiżanek mocnej 

kawy  miała  co  rano  kłopot  z  pozbieraniem  myśli.  Przekręciła  się  na  plecy  i 
otworzyła oczy, zastanawiając się, czemu sypialnia wygląda tak dziwnie. 

Nagle przypomniała sobie wszystko. 

Szybko zerknęła na drugą połowę łóżka. Joe zniknął. O tym, że spał obok, 

ś

wiadczyła  jedynie  zmięta  pościel.  To  by  wyjaśniało  szum  wody.  Jej  mąż  - 

trudno  było  się  do  tego  przyzwyczaić  -  musiał  być  pod  prysznicem.  Woda 
akurat przestała lecieć, kiedy ktoś znów zapukał. 

background image

Zdaniem  Nikki  konfrontacja  z  nieznajomą  osobą  za  drzwiami  powinna 

być  o  wiele  łatwiejsza  niż  spotkanie  z  zawiniętym  w  ręcznik  mężem. 
Wyskoczyła z łóżka, włożyła szlafrok i podeszła do drzwi. Pewnie Joe zamówił 
ś

niadanie przed pójściem pod prysznic. Odgarnęła włosy z twarzy i otworzyła. 

- Cześć, Nikki - przywitał ją z zakłopotaną miną Eric. - Niespodzianka. 

Przymknęła drzwi i spoglądała na Erica przez kilkucentymetrową szparę. 

- Skąd się tu wziąłeś? - zapytała wściekłym szeptem. - Zwariowałeś? 

- Czy to ktoś z obsługi? - zagrzmiał nagle z tyłu głos Jona-ha. - Królestwo 

za kawę. 

- To nie obsługa hotelowa - odpowiedziała, nie odwracając się. - Odejdź, 

Eric! 

Ericowi w pierwszej chwili opadła szczęka. 

- Nigdzie nie pójdę, póki się nie dowiem, co tu robi mój brat. 

- Co? Kto?! - Oczy rozszerzyły się jej z przerażenia. 

-  Tuż  za  tobą.  Mój  brat,  Jonah.  Co  robi  razem  z  tobą  w  pokoju 

hotelowym? W dodatku niekompletnie ubrany! 

Odwróciła  się  i  wręcz  ugięły  się  pod  nią  kolana.  W  życiu  nie  widziała 

nikogo  równie  podniecającego.  Joe  stał  na  środku  pokoju  zasłonięty  jedynie 
ręcznikiem.  Skórę  miał  koloru  złocistego,  szeroką  pierś  bujnie  owłosioną. 
Ruszył w stronę drzwi krokiem gladiatora gotowego podjąć walkę. Z całej jego 
sylwetki  emanowała  siła.  Widać  ją  było  w  mądrych  orzechowych  oczach, 
szerokich barach i muskularnych nogach, gdy poruszał się z gracją i pewnością 
zwycięskiego  wojownika.  Mogła  tylko  stać  i  patrzeć,  nieświadoma  reguł  tego 
szczególnego starcia. 

Jonah objął ją. 

- Dzień dobry, kochanie - mruknął jej do ucha swym szorstkim głosem. 

Jęknęła z rozkoszy pod jego dotknięciem. 

- Joe, jak to… 

background image

- Ani słowa - szepnął jej prosto w ucho. Oszołomiła ją kryjąca się w jego 

tonie  stanowczość.  -  Potwierdzaj  wszystko  albo  przysięgam,  że  gorzko  tego 
pożałujesz. 

Otworzyła  usta,  by  zaprotestować,  lecz  przeczuwając  to,  pocałował  ją. 

Był to powolny, zmysłowy pocałunek, który wygnał jej z głowy wszelkie myśli. 
Nie  mogąc  się  powstrzymać,  poddała  mu  się  ochoczo.  Jak  on  to  robi?  - 
zastanawiała  się.  W  jaki  sposób  potrafi  jednym  pocałunkiem  zmienić 
odpowiedzialną,  logiczną,  inteligentną  kobietę  w  bezwolną  lalkę?  Czy  to  w 
ogóle możliwe? 

- Co się tu, do diabła, dzieje?! - ryknął Eric. 

Nikki  aż  podskoczyła,  bo  zupełnie  o  nim  zapomniała,  ale  Joe,  czy  też 

raczej  Jonah,  ani  drgnął.  Spokojnie  dokończył  pocałunek  i  dopiero  wtedy 
podniósł  głowę.  Popatrzył  na  Nikki  i  przesunął  palcem  po  jej  zaróżowionych 
policzkach. Wreszcie zwrócił uwagę na Erica. 

-  Witaj,  braciszku.  Chciałem  się  tu  schronić  z  żoną  na  romantyczny 

weekend, ale udało ci się mnie wyśledzić. Ciekawe, jak? 

- Cco… jak? - zająknął się Erie. 

Jonah westchnął niecierpliwie. 

-  To  sprawka  Jan,  zgadza  się?  Wypaplała.  -  Rzucił  Nikki  ostrzegawcze 

spojrzenie  i zmierzwił dłonią  jej  i  tak nie  uczesane  włosy.  -  Powinnaś  mocniej 
trzymać  w  ryzach  swoją  sekretarkę,  kochanie.  Cóż  to  takiego  pilnego,  że 
zakłóca nam odpoczynek służbowymi sprawami? 

- Ja… - Nikki otwierała i zamykała usta jak ryba.  

Jonah natychmiast zwrócił się do brata. 

- Zatem, co to za sprawa nie cierpiąca zwłoki? 

- Nie myślałem… 

- Coś ci powiem - przerwał mu Jonah. - Na dole jest restauracja. Zamów 

wielki dzban kawy, a my tymczasem ubierzemy się i zejdziemy na śniadanie. - 
Nie czekając na odpowiedź, zatrzasnął mu drzwi przed nosem. 

- Co do… 

Jonah zasłonił jej usta ręką. 

background image

- Czekaj! - rzucił półgłosem, znacząco pokazując głową drzwi. Odciągnął 

ją w najdalszy kąt pokoju i dopiero puścił. - Teraz możesz dokończyć. 

- Kim ty, do diabła, jesteś? - wyszeptała z furią. 

- Twoim mężem. 

- Nie o to pytam. Nazywasz się Joe Alexander? 

-  Nie.  -  Skrzyżował  ręce  na  piersiach,  eksponując  przy  tym  imponujące 

bicepsy. 

Boże,  ależ  on  jest  wspaniały,  zauważyła  niechętnie.  W  dodatku 

niesamowicie mnie rozprasza. Zamknęła oczy, pragnąc skupić się na pytaniu. 

- Jesteś Jonah Alexander, brat Erica? 

- Tak. Skróciłem sobie imię, żebyś się nie połapała. 

Zdążyła  się  tego  domyślić,  lecz  wstrząsnęło  nią  to  bezpośrednie 

wyznanie. Opadła na krzesło i przypatrywała się Jonahowi z niedowierzaniem. 

- Dlaczego? 

- Zgadnij - uśmiechnął się cynicznie. 

Kiedy tak stoi przede mną prawie nagi? Nie ma mowy. 

- Może byś się ubrał? - zasugerowała nieśmiało. 

-  Oczywiście  -  odparł  rozbawiony.  -  Jak  tylko  dostarczą  mi  ubranie  ze 

sklepu. Zapomniałaś? Nie mam bagażu. 

Pochyliła głowę, starając się na niego nie patrzeć. 

- Nadal nic nie rozumiem - szepnęła. 

- Co sprawia ci szczególną trudność? 

Dosłyszała w jego głosie drwinę i to ją rozwścieczyło. 

-  O  co  w  tym  wszystkim  chodzi?  Dlaczego  byłeś  na  Balu  Kopciuszka? 

Czemu się ze mną ożeniłeś? 

Nagła myśl sprawiła, że poderwała gwałtownie głowę. 

background image

- Czy jesteśmy legalnym małżeństwem? 

- Jak najbardziej. 

- Ale posłużyłeś się fałszywym imieniem. 

- Jeśli pofatygowałabyś się, by spojrzeć na świadectwo ślubu, ujrzałabyś 

tam  imię  Jonah  figurujące  w  pełnym  brzmieniu.  Wtedy  łatwo  mogłabyś 
skojarzyć mnie z Erikiem. 

- Ale wówczas nie wyszłabym za ciebie. 

- Nie wątpię. 

- W dalszym ciągu nie odpowiedziałeś na moje pytanie.  

Przeciągnął  dłonią  po  ciemniejszej  od  reszty  twarzy  szczęce  i  Nikki 

przypomniała  sobie  ten  jego  jednodniowy  zarost  ocierający  się  o  jej  szyję. 
Delikatny ból zmieszał się z głęboką przyjemnością. Efekt był elektryzujący. A 
gdyby tak poczuła dotyk jego zarostu na piersiach? Na samą myśl zrobiło się jej 
gorąco. Zacisnęła pięści, próbując się opanować. 

- Słucham - warknęła. 

Wzruszył ramionami. 

- Przyjechałem na ten bal, by powstrzymać cię od poślubienia Erica. 

- Co? Wcale nie miałam zamiaru… 

- Teraz to wiem. 

- Ale ubiegłej nocy… - zaczęła się domyślać. 

- Nie, przynajmniej do chwili naszej dłuższej pogawędki. 

- Tej w ogrodzie… - Jego zachowanie ubiegłej nocy stało się zrozumiałe. 

-  To  dlatego  zadawałeś  mi  dziwne  pytania  i  starałeś  się  wysondować,  kto  ma 
być panem młodym. Nie rozumiałeś, w jakim celu organizowany jest ten bal. 

- Absolutnie - przyznał. 

- Po co, twoim zdaniem, tam się znalazłam? 

- Żeby spotkać się z Erikiem. 

background image

- Nie mogę w to uwierzyć - mruknęła, łapiąc się za głowę. 

- Dowody były niepodważalne - wyjaśnił bez cienia skruchy. - Zwłaszcza 

gdy  dowiedziałem  się,  że  ty  i  Erie  polecieliście  do  Nevady  w  sprawach 
International Investment. 

- Nie prowadzimy tu żadnych interesów - odparła odruchowo. 

-  Jestem  tego  świadom  -  powiedział  i  dodał:  -  Podobnie  jak  cały  nasz 

personel. 

Nikki nie potrafiła ukryć przerażenia. Najwidoczniej Eric jej poszukiwał, 

a to dało ludziom do myślenia, nie licząc zwykłych plotek. 

- Ale nie podróżowaliśmy razem - zaprotestowała. - Nie miałam pojęcia, 

ż

e Eric podąża za mną aż do chwili, kiedy pojawił się na balu. 

-  Najważniejsze  było  to,  że  oboje  polecieliście  do  Nevady  i  mieliście 

rezerwację  w  tym  samym  hotelu.  Tymczasem  już  krążyła  plotka  o  waszym 
romansie.  W  tym  przypadku  dwa  plus  dwa  wynosiło  pięć,  lecz  postronny 
obserwator nie miał tu żadnych wątpliwości. 

- Szybko wyciągasz wnioski. 

-  Naprawdę?  Nie  zapominaj  o  drobnym  szczególe,  jakim  był  Bal 

Kopciuszka.  Z  informacji,  jakie  uzyskałem  na  jego  temat,  wynikało,  że  jest  to 
uroczystość,  podczas  której  zakochane  pary  biorą  ślub.  Kiedy  zadzwoniłem  do 
"Grand  Hotelu",  potwierdzono  mi,  że  większość  gości  wybiera  się  na  ten  bal. 
Też chciałem dostać tu pokój, ale wszystkie były już pozajmowane. 

-  Skąd  dowiedziałeś  się  o  Balu  Kopciuszka?  -  Spojrzała  na  niego 

podejrzliwie. 

- Zostawiłaś ogłoszenie na biurku. 

- Przeszukiwałeś moje biurko? - oburzyła się. 

-  Jeśli  spodziewasz  się  przeprosin,  to  się  ich  nie  doczekasz.  Miałem 

zadanie do wykonania i zrobiłem to. 

- Więc przyleciałeś do Nevady w przekonaniu, że ja i Erie zamierzamy się 

pobrać,  a  ty  nas  powstrzymasz.  Czemu?  Cóż  to  byłaby  za  różnica,  gdybym 
wyszła za twojego brata? 

background image

-  Nie  licząc  tego,  że  udawałaś  mężatkę  i  jesteś  od  niego  o  kilka  lat 

starsza? 

- Tak, nie licząc tego - mruknęła. 

- Wasz… związek zaczął przeszkadzać wam w pracy. Sama przyznałaś to 

wczoraj. Jak sądzisz, czemu Loren wezwał mnie z Europy? 

- To Sandersowie, twoi rodzice, wiedzą? - przestraszyła się. 

-  Wiedzą,  a  raczej  wiedzieli,  że  Eric  ma  romans  ze  starszą,  zamężną 

kobietą.  Plotki  na  ten  temat  krążą  po  całej  firmie.  W  dodatku  omal  nie 
straciliście rachunku Dearfielda. 

- No, nie! 

- Tak, tak - odparł brutalnie. - Poradziłem im cię wylać. Gdyby nie to, że 

nominowano cię do nagrody Lawrence J. Baumana, już byś u nas nie pracowała. 

- Dlaczego? - spytała. - Bo śmiałam spodobać się synowi szefa? 

- Nie, bo pozwoliłaś, aby twoje prywatne życie kolidowało z pracą. 

-  Zatem  Jonah  Alexander,  ostatnia  deska  ratunku,  wybitny  finansista  i 

były  zdobywca  nagrody  LJB  przybył  na  odsiecz.  Zgadza  się?  -  Nie  próbowała 
ukryć ironicznego tonu. 

- Tak jest. 

- A rozwiązaniem problemu było poślubienie mnie? 

- Nie od razu. To ty uznałaś ślub za sposób na kłopoty. Jedynie ci w tym 

pomogłem. 

- Dlaczego? 

-  A  jakie  miałem  wyjście?  -  Po  raz  pierwszy  dosłyszała  w  jego  głosie 

gniew.  -  Nie  mogłem  wyperswadować  ci  pomysłu  z  małżeństwem  ani  znaleźć 
odpowiedniego  męża.  Potem  pojawił się  Eric  i  mogłem  albo ożenić  się  z  tobą, 
albo zdemaskować twoje kłamstwa. - Podszedł do niej z ponurą miną. - Proszę 
mi  jednak  wierzyć,  pani  Alexander,  że  gdybym  nie  uważał,  że  ujawnienie 
prawdy  może  zaszkodzić  opinii  International  Investment,  rzuciłbym  panią  na 
pożarcie. 

- Musiałam coś zrobić z Erikiem - broniła się. 

background image

-  Nie  musiałaś  kłamać.  Jeżeli  w  życiu  prywatnym  podejmujesz  takie 

głupie decyzje, zastanawiam się, jak postępujesz w pracy. 

To bardzo ją zabolało. 

- Moja praca jest bez zarzutu! 

- Oprócz rachunku Dearfielda. O reszcie dowiemy się w swoim czasie. 

- O czym ty mówisz? 

- O tym, że zamierzam przeanalizować twoje posunięcia z ostatniego roku 

i jeśli coś wygrzebię, to nie pomoże ci żadna nominacja i wylecisz z pracy. 

Zerwała się na równe nogi. Zacisnęła pięści. 

- Skoro tak uważasz, to czemu ożeniłeś się ze mną? 

-  Myślisz,  że  dla  przyjemności?  -  Wściekłość  rozpaliła  w  jego  oczach 

złote płomienie. - Nasze małżeństwo jest niewygodnym sposobem wybrnięcia z 
niezręcznej  sytuacji.  Ty  zaś,  moja  przypadkowa  żono,  jesteś  jedynie 
tymczasową niedogodnością. 

- Jak śmiesz… 

-  Och,  daruj  sobie  te  dąsy  -  parsknął.  -  Wykorzystałaś  mnie  z  równym 

brakiem skrupułów, jak i ja ciebie. Przecież przyznałaś, że nie chodzi jedynie o 
Erica, lecz również o pewne kłopoty natury osobistej. 

Ta uwaga ostudziła ją. Jak mogła zapomnieć o Kriście i Keli. 

- Tak - przyznała. Gniew przeszedł jej równie szybko, jak się rozpalił. 

- Cóż, przynajmniej Eric przestał już być problemem. 

- Dlaczego? - zdziwiła się. 

- Nie będzie bruździł - wyjaśnił Jonah. - Po tym, co widział dziś rano, nie 

tylko  nie  będzie  wątpił,  że  jesteśmy  małżeństwem,  lecz  uwierzy,  że  łączy  nas 
namiętne  uczucie.  O  ile  go  znam,  będzie  wściekły,  że  nie  powiedzieliśmy  mu 
prawdy. Jednak wszelkie uczucia, jakie do ciebie żywił, szybko mu przejdą. 

Odwróciła  się  tyłem  do  niego.  Nigdy  nie  chciała  skrzywdzić  Erica,  a 

jedynie  znaleźć  wyjście  z  niezręcznej  sytuacji.  Niestety,  wszystko,  co  robiła, 
tylko ją pogarszało. 

background image

- Jak mu wyjaśnimy nasz związek? 

-  Powiemy,  że  zaręczyliśmy  się  przed  moim  wyjazdem  do  Londynu,  a 

pobraliśmy podczas jednego z moich wypadów do Stanów. Utrzymywaliśmy to 
w tajemnicy, bo nie chcieliśmy, by szkodziło to twojej pozycji w pracy - rzekł z 
cynizmem  w  głosie.  -  Wyjaśnimy  mu,  że  chciałaś  awansować  bez  protekcji. 
Uwierzy. 

- Mów dalej. - Zacisnęła usta. 

-  Obchodziliśmy  pierwszą  rocznicę  odnowienia  ślubów  na  balu  u 

Henrietty  i  Donalda  Montague  i  zaraz  potem  mieliśmy  zamiar  ogłosić  wielką 
nowinę rodzinie. 

- Wszystko przemyślałeś - zauważyła, nie mogąc ukryć niechęci. 

- Ktoś musiał. 

-  Wiesz,  że  panowałam  nad  sytuacją  -  odparła  szybko.  -  Twoja 

interwencja nie była konieczna. 

- Nad czym panowałaś? - zakpił. 

- Skoro wyszłabym za mąż… 

-  Dobrze.  Zacznijmy  od  tego  miejsca.  W  życiu  nie  słyszałem  o  niczym 

równie  zwariowanym  jak  Bal  Kopciuszka.  Naprawdę  miałaś  zamiar  poślubić 
kogoś nieznajomego? 

- Tak. - Siliła się na nonszalancję. - Co w tym złego? 

- Cóż… - zmełł w ustach przekleństwo. - Niczego o mnie nie wiedziałaś. 

Nie  znałaś  nawet  mojego  prawdziwego  imienia.  Mógłbym  okazać  się 
psychopatą z siekierą lub kimś gorszym. 

- Kto może być gorszy od maniaka z siekierą? - mruknęła. 

-  Nie  kuś  mnie,  żebym  ci  pokazał.  Jak  mogłaś  być  taka 

nieodpowiedzialna? 

-  Jestem  pewna,  że  na  balu  nie  było  żadnego  maniaka  z  siekierą  -  nie 

ustępowała.  -  Gospodarze  zapewniają  bezpieczeństwo.  Przed  wydaniem 
zaproszeń sprawdzają wszystkich gości. 

- Niewiele z tego wynika. 

background image

Jego głos znów stał się niebezpiecznie aksamitny. Otoczył ją ramionami i 

przyciągnął  do  siebie.  Mruknęła  z  dezaprobatą,  lecz  nie  zwrócił  na  to  uwagi. 
Bawełniana koszula nocna Nikki stanowiła równie umowną barierę, co ręcznik 
Jonaha. Zarzuciła mu ręce na szyję. 

-  Joe,  Jonah,  przestań.  Nadal  nic  nie  rozumiesz.  To  wszystko  było 

absolutnie bezpieczne. 

-  Naprawdę?  A  więc  przyjmij  do  wiadomości,  moja  droga  żono,  że  nie 

miałem  zaproszenia.  Wszedłem  frontowymi  drzwiami  i  nikt  mnie  nie 
zatrzymywał. A teraz powiedz jeszcze raz, że wszyscy zostali sprawdzeni i nie 
było tam nikogo groźnego. A może ja jednak jestem groźny, co? 

Spojrzała w płonące, orzechowe oczy. Siłę jego wzroku wzmacniała jakaś 

dziwna  moc  wewnętrzna.  Chciała  odwrócić  wzrok,  lecz  bała  się,  że  wówczas 
podda się bez walki. 

-  Jesteś  -  odparła  cierpko,  przypominając  sobie,  jak  próbował  ją  uwieść, 

gdy  tylko  dotarli  do  hotelu.  -  Przynajmniej  dla  mnie.  Zeszłej  nocy  dowiodłeś 
tego ponad wszelką wątpliwość. 

- Naprawdę? - Zmrużył oczy i natychmiast pożałowała swojej uwagi. - Po 

trzydziestu  godzinach  bez  snu,  wszystko  jawi  mi  się  jak  przez  mgłę.  Nie 
przypominam sobie zakończenia, z wyjątkiem… 

- Do niczego nie doszło! - przerwała mu gwałtownie. 

W  oczach  błysnęły  mu  zielone  iskierki.  Na  ustach  wykwitł  leniwy 

uśmiech. Położył ręce na jej biodrach. 

- Nie tak to sobie zapamiętałem - rzekł, przyciągając ją bliżej. 

Opór  był  beznadziejny.  Z  obawy  przed  konsekwencjami,  prawie 

wstrzymała oddech. 

- Myślałam, że niczego nie pamiętasz.  

Roześmiał się cicho. 

-  Przyznaję,  że  nie  za  wiele.  Ostatnią  impresją  było  to,  że  usnąłem  na 

najwygodniejszej poduszce w życiu. - Nikki zaczerwieniła się i spuściła wzrok. 
Pierś  zaczęła  jej  falować.  -  Nie  miałbym  nic  przeciw  temu,  by  ponownie 
spróbować. 

background image

-  Daj  mi  spokój.  -  Bała  się,  że  zaraz  ją  pocałuje.  Wówczas  byłaby 

zgubiona, podobnie jak za każdym razem, gdy to robił.  

On również zdawał sobie z tego sprawę. 

-  Potem  już  niewiele  pamiętam.  -  Zmarszczył  brwi.  -  Na  pewno  nie 

przypominam  sobie,  żebym  się  rozbierał.  A  jednak  rano  okazało  się,  że  ktoś 
zdjął mi buty… - Uniósł brew. - Ty? 

- Może ja. 

- A koszulę? Też ty? 

Nagle  powróciło  wspomnienie  ubiegłej  nocy.  Kiedy  minęła  jej  już  złość 

spowodowana  jego  zaśnięciem,  nie  chciała  zostawić  go  w  ubraniu  na  noc. 
Zdjęcie  butów  było  łatwe.  Z  koszulą  frakową  poszło  nieco  trudniej.  Nigdy  nie 
widziała,  jak  ktoś  się  w  to  ubiera,  więc  znalezienie  haftek  trwało  nieznośnie 
długo. W dodatku musiała włożyć nieco siły w przekręcenie śpiącego męża. 

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 

-  Kiedy  już  odkryłam,  jak  rozpina  się  taką  koszulę,  reszta  to  pestka. 

Spinki położyłam na toaletce. 

Nie dodała przy tym, ile nerwów ją to kosztowało. Przez cały czas miała 

wrażenie,  że  ciało  Jonaha  parzy  ją  w  palce.  Wyciągnął  się  w  poprzek  łóżka  w 
rozpiętej koszuli i musiała się nim zająć. Gdy jednak doszła do ramion i rąk, nie 
mogła  się  powstrzymać,  by  nie  pogłaskać  jego  wspaniałych  mięśni.  Czy 
wiedział o tym? Czy mógł czuć, jak gładziła każdy centymetr torsu, muskularny 
brzuch i pięknie rzeźbione bicepsy? 

Zaryzykowała  spojrzenie  mu  w  twarz,  lecz  z  miny  Jonaha  nie  mogła 

niczego wyczytać. Przytrzymywał ją tak blisko, że włoski na torsie drażniły jej 
policzek,  budząc  w  niej  pożądanie,  jakiego  nie  spodziewała  się  po  sobie  i  o 
jakim  nie  śmiałaby  mu  nawet  wspomnieć.  Te  same  odczucia  przenikały  ją, 
kiedy rozpinała mu spodnie. Była tak samo przerażona. Zeszłej nocy zerwała się 
z łóżka i zamknąwszy w łazience, długo stała pod gorącym prysznicem. Potem 
przykryła wspaniałe ciało Jonaha kocem i położyła się obok. Zwinąwszy się w 
kłębek na drugim końcu wielkiego łoża, czekała, aż w końcu zmorzy ją sen. 

- Gdzie przebywasz myślami, Nikki? - spytał cicho. 

background image

Popatrzyła  na  niego  nieprzytomnym  wzrokiem  i  pokręciła  głową.  Nigdy 

nie  powie  mu  o  swoich  myślach.  Na  szczęście  od  odpowiedzi  uwolniło  ją 
pukanie do drzwi. 

- Chyba w przyszłości warto będzie wrócić do tej rozmowy - powiedział. 

- Nie zgadzam się. Otworzysz? 

- Zastanawiam się. 

- Nie ma nad czym dumać. Straciliśmy mnóstwo czasu. - Wysunęła się z 

jego objęć. - Miejmy nadzieję, że to twoje ubranie, a nie Eric. 

To było ubranie. Jonah podpisał rachunek i odwrócił się w stronę żony. 

- Przy odrobinie szczęścia Eric wyciągnie prawidłowe wnioski z naszego 

spóźnienia  i  zacznie  się  zastanawiać  nad  wytłumaczeniem  swojego  pobytu  w 
Nevadzie.  -  Otworzył  paczkę  z  ubraniem  i  rzucił  ręcznik  na  podłogę.  -  Ty  też 
mogłabyś się ubrać. 

Nikki złapała torbę z ubraniem i zatrzasnęła drzwi od łazienki. Dopiero po 

pięciu minutach uspokoiła się na tyle, że zdołała się ubrać. Kolejne pięć zajął jej 
makijaż,  dzięki  któremu  zatarła  ślady  niewyspania.  Wreszcie  wyłoniła  się  z 
łazienki ubrana w dopasowany złoty kostium. Włosy starannie upięła w kok. 

Na jej widok Jonah pokręcił głową i skrzywił się. 

- Nie ma mowy. 

- Co znów ci nie odpowiada? - zjeżyła się. 

-  Wyglądasz  jak  moja  sekretarka,  a  nie  jak  żona.  -  Rozpiął  trzy  górne 

guziki jej bluzki i wyjął spinki przytrzymujące włosy. - Aż do powrotu do pracy 
będziesz nosiła je rozpuszczone. 

- Czemu? 

- Staramy się stworzyć pewną fikcję, nie pamiętasz? Kiedy wejdziemy do 

jadalni,  chcę,  żeby  Erie  był  przekonany,  że  ubieraliśmy  się  w  pośpiechu,  bo 
kochaliśmy się po jego wyjściu. - Obrzucił ją krytycznym spojrzeniem. - Żadnej 
biżuterii oprócz obrączki ślubnej. Włóż te szpilki, które miałaś wczoraj. 

- Ale są koloru kości słoniowej. Nie pasują. 

- O to chodzi. Zapomniałaś? Ubieraliśmy się w pośpiechu. Idziemy. 

background image

Włożyła  wskazane  buty,  wzięła  torebkę  i  pospieszyła  za  nim.  Zjeżdżali 

windą w milczeniu. Dopiero tuż przed rozsunięciem się drzwi Jonah wycisnął na 
jej ustach krótki, silny pocałunek. 

- Nie cierpię tego - zaprotestowała, gdy wypuścił ją z objęć. 

- Skoro tego nie cierpisz, przestań miąć mi koszulę. Kiedy dołączymy do 

Erica, podtrzymuj moją wersję, zrozumiałaś? 

- Nie. 

- Ale zrób tak. Gotowa? 

- Postaraj się go nie zranić. 

- Na to trochę za późno, ale obiecuję, że więcej nie będę. 

Wziął  ją  pod  rękę  i  poprowadził  na  najtrudniejszą  rozmowę  w  całym  jej 

ż

yciu. 

-  Jak  to,  lecimy  do  Chicago?  -  spytała  Nikki,  kiedy  wchodzili  do  holu 

dworca lotniczego. - Muszę wracać do Nowego Jorku. 

-  I  wrócisz  -  odparł,  stając  w  krótszej  kolejce  dla  pasażerów  pierwszej 

klasy. - Do Chicago wpadniemy tylko zobaczyć się z moimi rodzicami. 

To nie brzmiało dobrze. 

- Musimy? - zaprotestowała nieśmiało. 

-  Owszem.  -  Spojrzał  na  nią,  prawidłowo  odgadując  jej  reakcję.  -  Nie 

martw się, biorę na siebie wyjaśnienia. 

Znów będzie cierpiała męki jadowitych spojrzeń i wymownego milczenia, 

jak podczas spotkania z Erikiem? Nie ma mowy. 

-  Tego  się  właśnie  obawiam.  Ostatnio,  kiedy  ty  mówiłeś  za  nas  oboje, 

czułam się fatalnie… 

- Wyrzuty sumienia? 

Spojrzała na niego ostrym wzrokiem. 

- Robisz to celowo, prawda? Przekręcasz wszystko, co tylko powiem. 

background image

-  Nie  muszę  niczego  przekręcać.  Wplątałaś  się  w  tę  sieć  na  własny 

rachunek.  Próbuję  jedynie  to  odkręcić.  Jeśli  w  trakcie  tego  czujesz  się  niezbyt 
dobrze, to nie moja wina. 

- Nie? - Wzięła się pod boki. - Więc ty z kolei przyjmij do wiadomości, że 

nie tylko ja miałam problem zeszłej nocy, ale ty też. Poradziłabym sobie sama. 
Wszystko dobrze zaplanowałam. 

Uniósł  wysoko  brwi  i  wydał  dźwięk  niebezpiecznie  przypominający 

parsknięcie. 

- Udział w Balu Kopciuszka uważasz za dobry plan? 

-  Tak.  -  Zaczęła  wyliczać  kolejne  jego  punkty.  -  Uczestnictwo  w  balu  i 

znalezienie  sobie  męża.  Wielkie  halo  z  przedstawieniem  go  w  pracy.  Ułożenie 
sobie  spraw  osobistych.  Delikatne,  podkreślam,  delikatne  odstawienie  Erica. 
Czy  ty  w  ogóle  znasz  sens  tego  słowa?  -  Zerknęła  na  męża.  -  Powinien  je 
rozumieć człowiek, którego pod tym warunkiem poślubiłam. 

-  Rozumiem.  Wprowadzenie  nowego  aktora  na  scenę  miało  uprościć 

akcję,  zwłaszcza  kogoś,  nie  znającego  roli.  W  dodatku  miałby  być  delikatny.  - 
W jego głosie pobrzmiewała kpina. - Trochę sprzeczne wymagania. 

Nikki  ugryzła  się  w  język.  Wiedziała,  kiedy  trzeba  się  wycofać  z 

godnością i akurat teraz nastąpił taki moment. 

Ś

niadanie z Erikiem przebiegło dokładnie tak, jak przewidział Jonah. Erie 

przedstawił  mętny  wywód  na  temat  potencjalnego  klienta,  jako  wytłumaczenie 
swej  bytności  w  Nevadzie.  Jonah  powtórzył  historyjkę  o  ich  zaręczynach  i 
ś

lubie. Nikki tymczasem sączyła kawę i udawała zakochaną do nieprzytomności 

w jednym z braci, unikając zarazem wzroku drugiego. 

-  Co  zamierzasz  powiedzieć  swoim  rodzicom?  -  zapytała,  chwytając 

głęboki wdech. 

- Prawdę. To przynajmniej jakaś miła odmiana. - Podszedł do kontuaru i 

postawił bagaż na wadze. 

-  Proszę  o  zmianę trasy  z  jednodniowym  postojem  w  Chicago  -  zażądał, 

wyciągając  bilety.  -  O  której  odlatuje  w  poniedziałek  rano  pierwszy  samolot  z 
Chicago do Nowego Jorku? 

-  Niemożliwe  -  zawołała  Nikki.  -  Wieczorem  muszę  być  w  domu. 

Oczekują mnie. 

background image

-  Zmiana  planów  -  odparł  bez  cienia  litości.  -  Za  tobą  są  aparaty 

telefoniczne.  Jestem  pewien,  że  niezawodna  Jan  jest  w  stanie  zmienić  twój 
poniedziałkowy rozkład spotkań z zawiązanymi oczyma. 

Wiedząc,  że  dalsza  dyskusja  nie  ma  sensu,  poszła  do  telefonu.  Najpierw 

zadzwoniła do siostry, starając się rozmawiać z nią wesołym tonem. 

-  Obawiam  się,  że  nie  wrócę  do  domu  przed  poniedziałkiem.  Interesy 

zajmą  mi  więcej  czasu,  niż  się  spodziewałam.  No  i  mam  dla  ciebie… 
niespodziankę. 

- Dla mnie? - zdziwiła się siostra. - Przecież nie musiałaś… 

- To znaczy niezupełnie dla ciebie. To coś dla mnie. Ale chyba będziesz 

zadowolona. 

- Co to takiego? - zaciekawiła się Krista. - Powiedz. 

-  Nie  mogę.  Jestem  trochę  zbita  z  tropu…  -  Nikki  zerknęła  na  szerokie 

bary Jonaha i przełknęła ślinę. Raczej całkowicie zbita z tropu, dodała w myśli. 

- Ty? Niemożliwe. 

-  Całkiem  możliwe.  Zobaczymy  się  w  poniedziałek,  choć  dokładnie  nie 

wiem kiedy. I przyprowadzę moją niespodziankę. Spodoba ci się. 

W słuchawce zapanowała cisza. 

- Och, Nikki - zmartwiła się Krista. - Coś ty zrobiła? 

- Coś cudownego - upierała się Nikki. - Zobaczysz jutro. 

- I porozmawiamy? 

- Dobrze - jęknęła. - Kocham ciebie i Keli. Muszę kończyć. 

- Nikki, kochanie? 

- Tak? 

-  To  nie  twoja  wina.  -  Głos  Kristy  zaczął  się  łamać.  -  Nie  możesz  przez 

całe życie pokutować za jeden błąd młodości. Przestań oskarżać się o to, co się 
wtedy stało. Nie warto rujnować sobie życia przez… 

background image

 -  Skądże  znowu  -  przerwała  jej  Nikki.  -  Po  prostu  zgodnie  z  obietnicą 

dbam o ciebie i Keli. 

- Lepiej zadbałabyś o siebie - odcięła się Krista. - Proszę jedynie o to. 

- Tak też zrobię. Jak tylko zabezpieczę przyszłość rodzinie. 

-  Tak,  kochanie  -  dało  się  słyszeć  ciche  westchnienie  Kristy.  - 

Ucałowania. 

- Nawzajem. Odezwę się niebawem. 

Łzy napłynęły Nikki do oczu i odczekała całą minutę, zanim była gotowa 

do  następnej  rozmowy.  Niepokojona  w  niedzielne  przedpołudnie  Jan  przyjęła 
bez  zdziwienia  dyspozycje  dotyczące  zmian  w  poniedziałkowym  rozkładzie. 
Kiedy Nikki kończyła z nią rozmawiać, podszedł Jonah. 

- Załatwione? 

- Wszystko gra. 

- Doskonale. Musimy się pospieszyć. Odlot za piętnaście minut. 

-  Ale…  czy  nie  powinieneś  zadzwonić  do  rodziców  i  uprzedzić  ich  o 

naszym przyjeździe? - spytała zmieszana. 

- Zatelefonuję z samolotu. Idziemy. 

Lot  trwał  trzy  godziny,  co  dawało  Nikki  mnóstwo  czasu  na  myślenie, 

choć  raczej  martwiła  się,  niż  snuła  refleksje.  Od  chwili  zatrudnienia  w 
International  Investments  widziała  Lorena  Sandersa  najwyżej  dwa  razy.  Choć 
wydawał  się  miły,  od  razu  wyczuła,  że  nie  cierpiał  głupoty.  Matki  Jonaha  nie 
widziała nigdy i słyszała tylko plotki na jej temat. Historyjki o uroku i urodzie 
Delii  bez  przerwy  krążyły  po  biurze.  Już  choćby  dlatego  myśl  o  spotkaniu  z 
Sandersami  napawała  ją  obawą.  Wiedziała  bez  najmniejszych  wątpliwości,  że 
uznają ją za kompletną idiotkę. 

Jonah  miał  rację.  Narobiła  okropnego  zamieszania.  Od  samego  początku 

powinna  skłonić  Erica  do  słuchania.  Zamiast  tego,  maskowała  oszustwo 
podstępem,  aż  się  w  końcu  skompromitowała.  Zdumiewające,  że  Jonah  nie 
pozwolił jej po prostu udławić się tymi kłamstwami. Podkreślił jednak brutalnie, 
ż

e tak by zrobił, gdyby nie zagrażało to dobremu imieniu firmy i że chroniła ją 

jeszcze nominacja do nagrody LJB. 

background image

Pocieszała  się,  że  przynajmniej  zawodowych  posunięć  nie  musi  się 

wstydzić. Niezależnie od wszystkiego, kiedy przejrzy listę jej osiągnięć, będzie 
zachwycony. Z tą myślą zamknęła oczy, próbując zasnąć. 

Jonah  zerknął  na  żonę.  Gdy  tylko  usnęła,  przytuliła  się  do  niego,  jakby 

robiła  to  od  zawsze.  Głowę  położyła  mu  na  ramieniu,  dwa  palce  wczepiła  w 
szlufkę  od  paska  spodni.  Dla  postronnego  obserwatora  musieli  wyglądać  jak 
stare małżeństwo. 

Uznałby to za zabawne, gdyby nie pewien szczegół. Nawet przez sen rysy 

jej  twarzy  zdradzały  zmęczenie  i  troskę.  Wiedział,  że  to  wpływ  stresu 
połączonego  z  wyczerpaniem.  Delikatna,  szara  siateczka  wokół  oczu 
podkreślała bladość cery, a zmarszczone brwi świadczyły, że nawet we śnie nie 
udaje się jej uciec od zmartwień. 

Wygładził palcem jej czoło, ucieszony, że to skutkuje. Na jego dotknięcie 

zareagowała westchnieniem i rozluźniła się jeszcze bardziej. 

-  Przepraszam,  panie  Alexander  -  szepnęła  uśmiechnięta  stewardesa.  - 

Wkrótce lądujemy. Czy mam podać kawę panu i pańskiej małżonce? 

- Dziękuję - skinął twierdząco. - Dla mnie czarna, dla żony dwie filiżanki 

z dodatkową porcją cukru. 

Nie budził jej. Wiedział, że aromat świeżej kawy zrobi to za niego. Nikki 

drgnęła i mocniej pociągnęła nosem. 

- Ja chyba śnię - mruknęła rozespana. - Czy to naprawdę kawa? 

- Nie musisz nawet otwierać oczu. Wystarczy sięgnąć. 

Ku  jego  rozbawieniu,  skorzystała  z  rady.  W  połowie  drugiej  filiżanki 

usiadła  prosto.  Z  lekkiego  zaróżowienia  twarzy  odgadł,  że  budząc  się  w  jego 
ramionach,  poczuła  się nieco  zażenowana.  Zaciśnięte  usta poinformowały  go z 
kolei, że zamierza udawać, iż nic takiego nie miało miejsca. Nie chcąc dopuścić, 
by ten epizod minął bez konsekwencji, Jonah odgarnął jej włosy z policzka. To 
jednak  obróciło  się  przeciwko  niemu.  Zawsze  uważał  porównanie  włosów  do 
jedwabiu  za  przesadne.  Teraz  zrozumiał  swój  błąd.  Nigdy  nie  dotykał  niczego 
równie gładkiego i miękkiego. 

- Tak lepiej? - spytał cicho. 

-  Owszem,  dziękuję.  -  Nadal  unikała  jego  wzroku.  -  Czy  pojedziemy  od 

razu do posiadłości twoich rodziców? 

background image

-  To  apartament.  Tak,  udamy  się  tam  prosto  z  lotniska.  W  niedzielę  nie 

powinno być zbyt dużego natężenia ruchu. Zajmie nam to najwyżej czterdzieści 
minut. 

-  Och…  -  Zwilżyła  wargi  i  zebrała  się  na  odwagę,  by  spytać  o  coś,  co 

gryzło ją od kilku godzin. - Chcesz powiedzieć im całą prawdę. Co konkretnie? 

- To, że Eric zrobił z siebie durnia, ty zaś za mocno zareagowałaś. No i to, 

ż

e  gdybym  nie  usnął  ze  zmęczenia  w  trakcie  nocy  poślubnej,  zakończyłbym 

sprawę bardziej finezyjnie. 

Spojrzała na niego z niepokojem. 

- Uważasz, że to małżeństwo było błędem? 

-  Stanowiło  przesadny  sposób  załatwienia  nie  tak  znów  trudnej  sprawy. 

Nie przejmuj się, zajmę się wszystkim. 

Cień niepokoju odbił się w jej oczach. 

-  Nie  wyszłam  za  mąż  wyłącznie  z  powodu  Erica.  Miałam  też  inne 

powody. 

- Wspominałaś o tym. Czy teraz wreszcie je zdradzisz? 

Spuściła  wzrok,  lecz  zdążył  pochwycić  zażenowanie  w  jej  oczach.  Te 

inne powody najwyraźniej ją niepokoiły, lecz pewnie miała za mało zaufania do 
Jonaha, by się z nich zwierzać. 

-  Wolałabym  się  z  tym  na  razie  wstrzymać  -  odparła.  -  To  sprawy 

natury… 

-  …osobistej.  Wiem.  -  Uniósł  brwi.  -  Tylko  nie  każ  mi  zgadywać.  Przy 

twoich inklinacjach do chaosu, nie sięgam tak daleko wyobraźnią. 

- Powiem ci - zacisnęła usta - jak przyjdzie właściwa pora. 

- Mam nadzieję. W przeciwnym razie mogę sobie nie dać z nimi rady. 

- Nie chcę, żebyś rozwiązywał moje problemy - odparła chłodno. - Sama 

sobie z nimi poradzę. 

-  Raz  już  to  widziałem  -  przerwał  jej,  zanim  zdążyła  powiedzieć  coś 

jeszcze. - Zapnij pas, zaraz lądujemy. 

background image

Zanim  zdołali  odebrać  bagaże  i  dojechać  do  mieszkania  Sandersów, 

zaczęło  się  zmierzchać.  Drzwi  otworzyła  Della  i  swoim  zwyczajem  uściskała 
syna. 

-  Cieszę  się,  że  jesteś.  Obiad  będzie  za  pół  godziny,  więc  jest  mnóstwo 

czasu na odświeżenie się. - Uśmiechnęła się do Nikki i podała jej rękę, witając 
ją z nieco mniejszym entuzjazmem. - Zapewne pani Ashton. Witam. 

-  To  jest  Nikki  -  wtrącił  niedbale  Jonah.  -  Nikki  Alexander,  gwoli 

ś

cisłości. 

- Oczywiście musiałeś się od razu wyrwać! - Nikki odwróciła się w stronę 

męża. Na jej twarzy malowała się furia. 

Tak  jak  się  spodziewał,  chłodna  i  opanowana  kobieta  interesu  zamieniła 

się we wściekłą kocicę. W tym wydaniu podobała mu się o wiele bardziej. 

- Coś nie tak? - spytał niewinnie, wiedząc, że jako pasjonatka spodoba się 

również jego rodzicom. 

-  Jeszcze  pytasz?  -  parsknęła.  -  Nie  mogłeś  przekazać  tych  rewelacji 

matce w łagodniejszy sposób? 

- Zapomniałaś? Nie jestem łagodny.  

Della otworzyła szeroko usta. 

- Jesteście małżeństwem?  

Nikki  wzięła  się  pod  boki.  W  złości,  przynajmniej  zdaniem  Jonaha, 

wyglądała wspaniale. Spojrzał na matkę i skonstatował, że jest raczej zdumiona 
niż zaszokowana. 

-  Nie  przyszło  ci  do  głowy  uprzedzić  ją,  zamiast  robić  to  na  oczach 

wszystkich? 

Wzruszył ramionami, usiłując zachować niewzruszoną minę. 

- Nie przesadzaj. Jedyną osobą w zasięgu wzroku jest moja matka. Wolę 

szybkość od delikatności. 

- To jest aż nadto widoczne. - Popatrzyła na niego z wyrzutem. - Jednak 

wnioskując z charakteru twojej pracy, powinieneś nauczyć się nieco dyplomacji. 

background image

-  Nic  z  tego.  Zawsze  ceniłem  wyżej  umiejętność  robienia  pieniędzy  i 

inteligencję. 

- Loren, pozwól tutaj - powiedziała przez ramię Della.  

W oczach Nikki błysnęło przewrotne poczucie humoru. 

- To pozadyskusyjne. Miałeś do nich zadzwonić z samolotu. 

-  Zrobiłem  to,  kiedy  spałaś.  -  Doszedł  do  wniosku,  że  Nikki  zaczyna 

zrzędzić.  Być  może  wypiła  o  jedną  kawę  za  mało.  -  Powiedziałem  im,  że 
wpadniemy na obiad: 

- Skąd to całe zamieszanie? - Spytał, stając za żoną, Loren. 

-  I  to  wszystko?  Tylko  "wpadniemy  na  obiad"?  -  Nikki  wycelowała  w 

męża  palec  wskazujący.  -  Nie  mogłeś  dodać:  "A  tak  przy  okazji,  to  ja  i  Nikki 
Ashton pobraliśmy się. Wszystko wyjaśnię na miejscu"? 

- Właśnie się pobrali - wyjaśniła mężowi Della. - Jonah i Nikki. 

- Jak mogli się pobrać? - zdziwił się Loren. - Przecież ona już wyszła za 

tego Ashtona. 

-  Widzisz?  Tego  się  spodziewałem  -  wyznał  Jonah,  opierając  się  o 

framugę.  -  O  zawarciu  małżeństwa  rodzice  wolą  dowiadywać  się  w  kontakcie 
bezpośrednim. 

- W korytarzu? - zdenerwowała się Nikki. 

- Chcą dzielić z nami radość i szczęście, niezależnie od miejsca. 

- Nie wyglądają na radosnych i szczęśliwych, raczej na… osłupiałych. 

-  Nie  jestem  osłupiały,  tylko  zdumiony  -  mruknął  do  żony  Loren.  - 

Myślałem, że ona ma romans z Erikiem. 

- A teraz jest żoną Jonaha - wzruszyła ramionami Della. 

- Nie mogłeś poczekać, aż poproszą nas do środka? - Nikki skrzyżowała 

ręce  na  piersi.  -  Może  lepiej  przyjęliby  to  podczas  grzecznościowej  rozmowy 
przy drinkach? 

Jonah z trudem zachował powagę. 

background image

- Musiałem ulec podnieceniu tą radosną chwilą i tak jakoś wyszło. 

- Ty uległeś podnieceniu? - parsknęła. - Prędzej moja ciotka Fanny. Nigdy 

niczego nie robisz bez powodu. 

Loren spoglądał na nich w zdumieniu. 

- Kim, do diabła, jest ciotka Fanny? A skoro już mowa o krewnych, to co 

u licha stało się z panem Ashtonem? Czy dowiemy się tego kiedykolwiek? 

- Nie ma żadnego pana Ashtona - odpowiedzieli zgodnie Nikki i Jonah. 

Loren złapał się za szpakowatą głowę. 

-  Nie  ma  pana  Ashtona?  To  już  niczego  nie  rozumiem.  Może  ktoś 

łaskawie mi wyjaśni, o co w tym wszystkim chodzi? 

-  Lepiej  dokończmy  dyskusję  w  środku,  zanim  sąsiedzi  zaczną  się 

przysłuchiwać naszej rozmowie - zaproponowała Della. 

- Świetny pomysł, mamo - zgodził się Jonah. 

Kiedy przechodzili do salonu, panowała niemiła atmosfera. 

- Co za wspaniały widok! - przerwała milczenie Nikki. 

- Powinnaś zobaczyć to pokryte śniegiem - uśmiechnęła się Della. 

-  Tak,  tak.  Widok  za  oknem  jest  cudowny,  śnieg  jest  cudowny,  cały  ten 

cholerny świat jawi się jako cudowny - nie wytrzymał Loren. - O co jednak w 
tym  wszystkim  chodzi?  Czy  też  może,  oczekując  logicznego  wyjaśnienia, 
żą

damy zbyt wiele? 

- To wszystko moja wina - zaczęła Nikki. 

- Zdaje się, że to ja miałem mówić. - Ton Jonaha nie zachęcał do dyskusji. 

Zadarła głowę. 

-  Doskonale,  masz  wolną  rękę.  -  To  powiedziawszy,  odwróciła  się  do 

okna  i  spoglądała  na  jezioro  Michigan.  Co  za  różnica,  jaką  wersję  wymyśli? 
Jego rodzice będą i tak załamani. 

-  Spróbuję  to  maksymalnie  uprościć.  Nie  ma  żadnego  pana  Ashtona,  tak 

jak i małżeństwa Nikki. Udawała mężatkę, bo Eric czynił wobec niej awanse. - 

background image

Della wydała stłumiony okrzyk. Jonah skinął głową w jej stronę. - Nie, mamo, 
nic  z  tych  rzeczy.  Pozwalał  sobie  jedynie  na  pewne  poufałości.  -  Ku  jego 
rozbawieniu obie panie zaczerwieniły się. 

Loren zmarszczył brwi. 

-  Spróbujmy  to  uporządkować.  Żeby  pozbyć  się  Erica,  panna  Ashton,  to 

jest Nikki, wymyśliła sobie męża? 

-  Na  to  wygląda  -  przyznał  Jonah.  -  Wtedy  jednak  sprawy  zaczęły  się 

wymykać spod kontroli. 

- Rzekłbym, że wymknęły się spod kontroli o wiele wcześniej - zauważył 

z przekąsem Loren. 

Jonah wymienił z ojczymem znaczące spojrzenie. 

- Bez komentarza. 

- Czy możemy skończyć? - odezwała się Nikki. - Wiem, że nawaliłam. To 

ż

aden sekret. 

-  Kiedy  Eric  nie  przestawał  wydziwiać  nad  przeciągającą  się 

nieobecnością pana Ashtona, Nikki postanowiła zmienić tę sytuację. Ubiegłego 
wieczoru  wzięła  udział  w  pewnym  balu  w  Nevadzie  z  solennym 
postanowieniem  znalezienia  sobie  odpowiedniego  męża  i  przedstawienia  go  w 
pracy.  

Della osunęła się na kanapę. 

- Biedactwo! Jak mogłaś? 

- Wówczas wydawało mi się to wprost wspaniałym pomysłem - szepnęła 

Nikki. 

- Tym odpowiednim mężem okazałem się ja. - Jonah spojrzał na rodziców 

z  kamiennym  wyrazem  twarzy.  -  Dopóki  Eric  nie  zrezygnuje  ze  swoich 
zamiarów i nie uregulujemy sytuacji w naszym nowojorskim oddziale, Nikki i ja 
pozostaniemy  małżeństwem.  Będziemy  traktowali  je  jak  prawdziwy  i  trwały 
związek. 

- Myślę, że oboje postradaliście zmysły. - Loren podszedł do baru i nalał 

sobie szkockiej. - Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. 

Jonah spojrzał na matkę i żonę. 

background image

- Zostawcie mnie z nim na minutkę.  

Della wstała i uśmiechnęła się do Nikki. 

- Może sprawdzimy, jak tam obiad? 

- Mamy jakieś inne wyjście? 

- Obawiam się, że nie. 

Jonah poczekał, aż obie panie oddalą się. 

- Niezależnie od tego, czy zgodzisz się z moją decyzją, czy nie - zwrócił 

się  do  ojczyma  -  liczę  na  twoje  poparcie.  Chciałbym,  żebyś  traktował  Nikki  z 
szacunkiem  należnym  mojej  żonie.  Jeżeli  nie  jesteś  w  stanie,  powiedz,  a 
natychmiast wyjdziemy. 

- Mówisz poważnie? - Loren uniósł brwi. 

-  Jak  najbardziej.  Wezwałeś  mnie  do  domu,  żebym  zajął  się  tą  sprawą  i 

właśnie to robię. 

- Martwi mnie sposób, w jaki się za to wziąłeś. 

- Możesz za to winić chorobę odrzutowcową. 

Po raz pierwszy uśmiech zagościł na twarzy ojczyma. 

-  Wydawało  mi  się,  że  nie  wierzysz  w  ten  syndrom  -  powiedział, 

nalewając Jonahowi drinka. 

- Teraz już wierzę - odparł smutno Jonah. 

-  Ale  małżeństwo…  -  Starszy  pan  pokręcił  głową  z  niedowierzaniem.  - 

Nie spodziewasz się chyba, że zaakceptuję taki szalony plan. 

-  Słuchaj,  Loren.  Musimy  za  wszelką  cenę  chronić  International 

Investment,  a  to  oznacza,  że  nie  możemy  jej  zwolnić  ani  na  razie  nigdzie 
przenieść. 

- Co zatem proponujesz? 

-  Coś takiego…  - Jonah pociągnął  zdrowy  łyk  szkockiej.  -  Nagrodę  LJB 

przyznają tuż przed świętami Bożego Narodzenia, więc do tego czasu jesteśmy 
zablokowani.  Mam  świetnego  zastępcę  w  Londynie,  który  może  poprowadzić 

background image

nasze  europejskie  operacje  aż  do  świąt.  Ja  tymczasem  spędzę  kolejne  sześć 
tygodni w Nowym Jorku, udając wzorowego męża. 

- A co naprawdę będziesz robił? - Loren spojrzał bacznie na pasierba. 

-  Sprawdzę  dokumentację  Nikki  i  upewnię  się,  że  wraz  z  Erikiem  nie 

zawalili kolejnych spraw. Kiedy tylko nabiorę przekonania, że wszystko jest w 
porządku,  wracam  do  Londynu.  Odczekamy  pół  roku.  Wówczas  zasugerujemy 
uroczej pannie Ashton, żeby albo przeniosła się tam, gdzie nie będzie pod presją 
Erica, lub niech szuka pracy gdzie indziej. 

-  Takie  rozwiązanie  traktuje  twoją  żonę  dość  brutalnie  -  podsumował 

Loren. 

Gniew błysnął w oczach Jonaha. 

-  Moja  żona  jest  bezpośrednio  odpowiedzialna  za  sytuację  z  Erikiem. 

Gdyby  powiedziała  mu  "nie"  lub  skontaktowała  się  z  nami,  nie  byłoby  tego 
całego zamieszania. 

- Co będzie, kiedy sprawa z Erikiem przestanie istnieć? 

- Nikki i ja rozwiedziemy się. 

- Rozwód? Nie myślałeś o unieważnieniu? 

- To jest już moja sprawa. 

-  Być  może,  ale  to  moja  podwładna.  Teraz  stała  się  w  pewnym  stopniu 

moją krewną. Przynajmniej na razie. 

-  Uwaga  przyjęta.  -  Jonah  dokończył  szkocką  i  odstawił  szklaneczkę  na 

barek. - Kiedy nadejdzie właściwy moment, na pewno rozwiedziemy się. 

 

 

 

 

 

background image

- Tym razem ja będę mówiła - stwierdziła stanowczo Nikki. Przynajmniej 

starała  się,  by  tak  to  zabrzmiało,  znając  niepohamowaną  chęć  Jonaha  do 
załatwienia wszystkiego po swojemu. 

-  Zobaczymy  -  odparł  obojętnym  tonem.  Taksówka  zatrzymała  się przed 

eleganckim domem. - Czy to tutaj? 

- Tak, wynajmuję parter, a my zajmujemy pierwsze piętro. 

- My? 

- Moja siostra Krista i jej córka Keli. Mieszkają ze mną. 

- To ich zdjęcie stoi na twoim biurku? 

-  Skąd…?  -  Zmrużyła  oczy.  -  No,  prawda,  przeszukiwałeś  moje  biurko. 

Tak, to Krista i Keli. Zdjęcie było robione rok temu, gdy Keli miała pięć lat. 

Jonah wyjął bagaże i zapłacił kierowcy. 

- Jak długo tu mieszkasz? - spytał, gdy wchodzili po schodach na górę. 

-  Od  zawsze.  -  Jej  odpowiedź  była  nieco  niegrzeczna,  lecz  nie  chciała 

uchylać  przed  nim  nawet  rąbka  swej  prywatności.  -  Krista  i  ja  dorastałyśmy 
tutaj. 

Zatrzymał się na szczycie schodów. 

- Przypuszczam, że nie powiedziałaś jej o nas. 

-  Nie.  -  Przygryzła  dolną  wargę.  -  I  uprzedzam  lojalnie,  że  Krista  może 

nie zareagować zbyt radośnie na tę wieść. 

 - Nie ma sprawy - odparł kwaśno. - Przywykłem do takich reakcji na tę 

nowinę. Czy siostra jest tym drugim powodem? 

- Tak. Chyba powinnam wyjaśnić to wcześniej - przyznała. 

-  To  mogłoby  być  pomocne  -  zgodził się  obojętnie.  - Czy  Krista  wie,  że 

twoje rzekome małżeństwo było fikcją? 

- Tak, ale nie powinna wiedzieć, że to również. - Niepokój błysnął w jej 

wzroku.  -  To  mi  przypomniało,  że  pod  żadnym  pozorem  nie  może  się 
dowiedzieć o twoim pokrewieństwie z Erikiem, inaczej domyśli się, że i tu coś 
nie gra. 

background image

- Zatem pobraliśmy się z wielkiej miłości? - Uniósł brew. 

-  Tak,  tak…  -  Zerknęła  nerwowo  na  drzwi.  -  Kochamy  się  wręcz 

nieprzytomnie. 

-  Pojmuję.  -  Przechylił  głowę  na  bok.  -  Czy  wytłumaczysz  mi,  czemu 

mamy odgrywać parę namiętnych kochanków? 

- Nie musisz tego wiedzieć. Wystarczy, żebyś udawał zakochanego męża. 

- W jej głosie słychać było zniecierpliwienie. - Podołasz temu zadaniu? 

- Z nawiązką. 

Bez  uprzedzenia  wziął  ją  w  ramiona  i  przycisnął  do  twardego  jak  skała 

torsu. Zanim zdążyła zaprotestować, zamknął jej usta pocałunkiem. Przyszło jej 
na myśl, że powinna się bronić, wymierzyć mu celnego, bolesnego kopniaka w 
kostkę.  Zamiast  tego,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  poddała  się  cudownej 
pieszczocie,  zapominając  o  całym  świecie.  Zauważyła  tylko,  że  Jonah  nacisnął 
dzwonek. Drzwi otworzyły się na oścież. 

- Ciocia Nikki! - zawołał dziecięcy głosik. - Wróciłaś! Och! 

-  Jonah!  -  szepnęła  gorączkowo  Nikki,  usiłując  uwolnić  się  z  uścisku 

męża. - Puść. 

Dziewczynka zachichotała. 

- Mamo, chodź szybko. Jakiś nieznajomy pan całuje ciocię Nikki! 

- Wielkie nieba! Więc o to chodziło? - rozległ się kobiecy głos. 

Nikki  zdołała  się  wyswobodzić  z  uścisku  Jonaha.  Odwróciła  się  i  z 

zakłopotaniem  uśmiechnęła  się  do  siostry,  gdy  siostrzenica  rzucając  się  w 
objęcia cioci, wyparła jej dech z piersi. 

- Czy to ta niespodzianka? - spytała Keli, ściskając mocno Nikki. 

-  Chyba  chodzi  o  mnie.  -  Jonah  pochylił  się  ku  niej.  -  Ty  pewnie  jesteś 

Keli. Jestem twoim wujkiem Jonahem. 

Nikki obserwowała, jak siostrzenica spogląda na niego z zawstydzeniem. 

Jonah, nawet gdy przykucnął, górował nad dzieckiem. Keli przyglądała mu się 
uważnie przez dłuższą chwilę. Jasne włosy tworzyły złocistą aureolę wokół jej 
głowy,  na  twarzyczce  malowały  się  jakieś  wątpliwości.  Po  chwili  uśmiech 
rozproszył je, tak jak słońce rozjaśnia cienie. 

background image

- Hej - powiedziała - nie wiedziałam, że mam wujka. 

- Ja również - odezwała się Krista. Jonah wstał, a ona podała mu rękę. - 

Krista Barrett, siostra Nikki. A pan…? - Uniosła brew. 

- Jonah Alexander, twój szwagier. 

- O Matko Boska! 

- Nie będziemy po raz drugi robili tego na progu - wtrąciła Nikki. 

- Wydaje mi się, że już to zrobiliśmy - uśmiechnął się. 

- Wszyscy do środka! - zadysponowała. - Tam pogadamy. 

Jonah wzruszył ramionami, wziął bagaże i wszedł do środka. 

Keli pobiegła za nim, przyglądając się z ciekawością nowemu wujkowi. 

Krista przytrzymała za rękę przechodzącą obok siostrę. 

- Co się dzieje? - spytała cicho. 

- Wyszłam za mąż. 

-  Tym  razem  naprawdę?  -  Krista  nie  ukrywała  swej  troski.  -  To  nie 

kolejny wybieg z powodu tego Erica Sandersa? 

 -  Małżeństwo  jest  jak  najbardziej  prawdziwe.  -  Nikki  chwyciła  głęboki 

wdech, starając się, by zabrzmiało to równie entuzjastycznie, co przekonująco. - 
Jak  widzisz,  kocham  go.  Oboje  jesteśmy  nieprzytomnie  zakochani.  To  trwały 
związek, no wiesz: "Dopóki śmierć nas nie rozdzieli". 

- Akurat - zadrwiła Krista. 

- Naprawdę! 

Nikki spojrzała błagalnie na Jonaha. Słuchał z zainteresowaniem radosnej 

paplaniny Keli. 

- …a to jest salon - wyjaśniała z przejęciem mała. - Posprzątałyśmy go dla 

cioci  Nikki.  Pracuje  naprawdę  bardzo  ciężko  i  pomagam  jej,  kiedy  trzymam 
zabawki w naszej sypialni. 

- Tej, którą dzielisz z mamą? 

background image

- Skąd wiesz? 

- Odgadłem przypadkowo. - Nikki z niepokojem zauważyła dziwny wyraz 

jego oczu. Znów przybrały odcień złotych, jesiennych liści. 

-  No  cóż  -  powiedziała  z  niedowierzaniem  Krista.  -  Chyba  wypada  mi 

złożyć  wam  gratulacje.  Jestem  przekonana,  że  znajdzie  się  nawet  szampan.  - 
Spojrzała  na  Jonaha.  -  Gdzieś  już  słyszałam  pańskie  nazwisko.  Czy 
przypadkiem się nie znamy, nie mieszka pan po sąsiedzku? 

-  Ani  jedno,  ani  drugie  -  wtrąciła  pospiesznie  Nikki.  -  Właśnie  wrócił  z 

Europy i nie ma gdzie się zatrzymać, co oznacza, że zamieszkamy tu razem. 

-  Zrobi  się  nieco  tłoczno  -  zauważyła  Krista  i  spróbowała  podsunąć 

rozwiązanie.  -  Może  rozpuszczę  wieści  wśród  naszych  przyjaciół?  Na  pewno 
coś mi wynajdą. 

Nikki zmarszczyła brew, usiłując zrobić myślącą minę. 

- To jest jakieś wyjście, ale nie ma pośpiechu. 

-  Wcale  nie  ma  pośpiechu  -  wtrącił  chłodno  Jonah.  -  Tak  naprawdę,  to 

zamierzaliśmy zostawić ciebie i Keli w spokoju. Przeprowadzimy się z żoną do 
mojego apartamentu.  

Nikki otworzyła usta ze zdumienia. 

- Ale… 

-  To  miała  być  niespodzianka,  mój  ślubny  prezent,  kochanie.  Krista,  ten 

dom  należy  do  ciebie  -  oświadczył  nie  znoszącym  sprzeciwu  tonem  Jonah.  - 
Wpadliśmy  tylko  podzielić  się  z  tobą  radosną  nowiną  i  zabrać  trochę  rzeczy 
Nikki. - Objął ją, nim zdążyła zaprotestować. - Prawda? 

-  Cieszę  się,  że  pozwoliłeś  mi  mówić  -  odparła,  widząc  jak  jej  plany 

rozwiewają się jak mgła na wietrze. Niespokojne spojrzenie Kristy sprawiło, że 
szybko dodała: - Kochanie. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - odsłonił w uśmiechu zęby - złotko. 

  

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ  SZÓSTY 

 

- Jak mogłeś? - natarła z furią Nikki. 

- Ja? Jak ty mogłaś? 

- Nie rozumiem. 

-  Krista  jest  twoją  siostrą  -  parsknął  Jonah,  wnosząc  bagaże  do  windy 

towarowej.  Włożył  klucz  uruchamiający  płytkę  sterującą  i  wcisnął  guzik 
wiodący na samą górę. - Czy to nic dla ciebie nie znaczy? 

- Oczywiście, że znaczy. 

- I właśnie dlatego chciałaś wyrzucić siostrę wraz z córeczką z domu? 

Odwrócił  się  do  niej  i  przestronna  kabina  jakby  się  skurczyła.  Miała 

wrażenie, że wpadła do jaskini lwa i stoi oko w oko z olbrzymim kotem, potężną 
dziką bestią, która rozszarpałaby ją z przyjemnością. Nie było to miłe uczucie. 

- Nie zmuszałam Kristy do wyprowadzenia się - broniła się. 

-  Ale  zdołałaś  tak  uprzykrzyć  jej  życie  w  tym  mieszkaniu,  żeby 

wyprowadziła  się  z  własnej  woli,  prawda?  Założę  się,  że  to  jedyny  dom,  jaki 
zna. 

- Krista nie chce już ze mną mieszkać - próbowała wyjaśnić mu Nikki, nie 

ś

miejąc  odpowiedzieć  na  pytania.  -  Pragnie  się  przeprowadzić  do  przyjaciółki. 

Usiłuję jedynie jej w tym dyskretnie pomóc. 

- Rzeczywiście bardzo dyskretnie podpowiedziałaś jej wyjście. Za drzwi i 

na ulicę. 

-  To  nieprawda!  Problem  polega  na  tym,  że  Krista  dlatego  się  nie 

wyprowadza,  bo  nie  chce,  żebym  mieszkała  sama.  Ubzdurała  sobie,  że  ma 
wobec mnie dług. 

Skrzyżował  ręce  na  piersi,  co  znów  zwróciło  jej  uwagę  na  muskulaturę 

męża. W dodatku zdawał się ją poskramiać spojrzeniem. 

background image

- A kto ją tym natchnął, ty? 

Nie  zmusi  jej,  by  wyjaśniła  mu  cokolwiek  ze  swych  rodzinnych 

problemów. 

-  Nie  obchodzi  mnie  wcale,  co  sobie  myślisz  -  oświadczyła  wyniośle.  - 

Powiedziałam  ci  na  samym  początku,  że  potrzebuję  męża  do  pomocy  w 
rozwiązaniu dwóch problemów. 

- Pamiętam: Eric i sprawy natury osobistej. - Rzucił jej ostre spojrzenie. - 

Gdybym  wiedział,  o  jakie  to  sprawy  osobiste  chodzi  i  jak  zamierzasz  je 
rozwiązać, nigdy bym się z tobą nie ożenił. 

- A gdybym ja wiedziała, że będziesz się we wszystko wtrącał, też bym za 

ciebie  nie  wyszła.  -  Straciła  w  końcu  cierpliwość.  -  Krista  i  Keli  to  dla  mnie 
dwie najważniejsze osoby. 

- Bardzo zabawnie to okazujesz - zaśmiał się. 

- Pozwalam ci zajmować się bratem w sposób, jaki uznajesz za najlepszy. 

Czy nie mógłbyś się odwdzięczyć tym samym? 

- Istnieje drobna różnica. Dobro Erica leży mi na sercu. 

- A mnie dobro Kristy! Gdybyś pozwolił mi mówić, zamiast się wtrącać, 

wszystko  dobrze  by  się  ułożyło.  Ty  jednak  zrujnowałeś  to,  co  z  takim  trudem 
zorganizowałam.  Poniosłam  duże  koszty  i  wyszłam  za  mąż  na  darmo!  I  to 
wszystko twoja wina. 

Odwrócił się w stronę drzwi windy. Zacisnął szczęki. 

- No dobrze, moja wina. Jakoś to przeżyję. 

Dolał  tymi  słowami  oliwy  do  ognia.  Nikki  starała  się  opanować 

wściekłość,  poskromić  ją  za  pomocą  logiki  i  zdrowego  rozsądku.  Po  raz 
pierwszy w życiu to się jej nie udało.  

- Nie miałeś prawa się wtrącać. Zaplanowałam wszystko bardzo starannie, 

uprzedzając  jej  ewentualne  wymówki.  Teraz  przez  ciebie  mój  plan  spalił  na 
panewce. 

- Myślisz, że się tym choć trochę przejmuję? - Spojrzał jej prosto w oczy. 

-  Nie  spodziewaj  się,  że  będę  przepraszał,  bo  uchroniłem  Kristę  i  Keli  przed 
twoimi machinacjami. Wręcz przeciwnie, cieszę się z tego. 

background image

-  Niczego  nie  rozumiesz!  -  Zamknęła  oczy,  żeby  ukryć  rozdrażnienie. 

Przez Jonaha Krista prędko się nie wyprowadzi, co było zupełnie zrozumiałe. Po 
co  opuszczać  ciepłe  i  przytulne  gniazdko?  Po  co  narażać  się  na  zetknięcie  z 
okrutnym  światem,  skoro  Nikki  stanowi  doskonałą  wymówkę?  Nikki  jej 
potrzebuje. Krista jest to jej winna. Nikki uratowała jej życie. - Teraz już nigdy 
się nie wyprowadzi. 

- I bardzo dobrze. 

-  Dobrze?  -  Spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  -  A  co  mam  zrobić, 

kiedy  nasze  małżeństwo  się  skończy?  Nie  mogę  wprowadzić  się  na  powrót  do 
Kristy. Nigdy nie weźmie się w garść, jeśli wrócę. 

- Zapobiegłem jedynie wyrzuceniu twojej siostry i siostrzenicy na ulicę. - 

Drzwi  windy  rozsunęły  się  i  Jonah  ponownie  wziął  bagaż.  Postawił  je  przed 
drzwiami apartamentu na poddaszu. - Czemu nie zostawić siostry i jej córeczki 
tam,  gdzie  teraz  mieszkają?  Dzieci  potrzebują  własnego  domu.  Kiedy  się 
rozwiedziemy, znajdziesz sobie jakiś apartament. Coś niekrępującego, gdzie nie 
będziesz się musiała martwić o dzieci zaśmiecające zabawkami podłogę. 

- Nadal niczego nie rozumiesz - powtórzyła. 

- Masz rację. Nie rozumiem. - Otworzył drzwi i wziął ją na ręce. 

- Co robisz? - przestraszyła się. 

-  Przenoszę  pannę  młodą  przez  próg.  Witaj  w  domu,  pani  Alexander.  - 

Postawił ją na podłodze. - Nie przyzwyczajaj się jednak za bardzo. 

Nikki  zamrugała,  walcząc  z  napływającymi  jej  do  oczu  łzami. 

Odwróciwszy  się,  by  nie  widział,  jak  bardzo  ją  dotknął,  przeszła  wykładanym 
czarnym  marmurem  przedpokojem  do  salonu.  Wzdłuż  jednej  ze  ścian  ciągnęły 
się  okna,  odsłaniając  oszołamiającą  panoramę  Manhattanu.  Starannie  dobrane 
meble  przewyższały  swą  okazałością  widok,  choć  miały  zapewnić  domową 
atmosferę.  Wszystko  razem  było  piękne, niewyobrażalnie drogie i przeraźliwie 
chłodne. 

- Utrzymanie tego mieszkanka podczas pobytu w Anglii musiało nielicho 

kosztować  -  mruknęła,  nie  odwracając  się.  Choć  nie  usłyszała,  jak  do  salonu 
wchodził Jonah, jego obecność zasygnalizowała gęsia skórka na jej plecach. 

-  Nie  należy  do  mnie.  International  Investment  używa  go  dla  celów 

wypoczynkowych  -  odparł.  -  Czasem  też  pozwalamy  zatrzymywać  się  tu 
klientom z innych miast. 

background image

- Czy Della i Loren nie będą mieli nic przeciwko temu? 

- To moja decyzja. Czemu mieliby się sprzeciwiać?  

Odwróciła się i spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Czy to nie leży w gestii Lorena? Jest zdaje się prezesem. 

- To ty nic nie wiesz? 

- O czym? 

-  Ja  zostałem  prezesem.  Owszem,  to  najświeższa  decyzja,  ale  kobieta  na 

twoim stanowisku powinna trzymać rękę na pulsie. 

- Eric nic mi o tym nie… - Wzruszyła ramionami. - Mój błąd. 

- Wygląda na to, że nie pierwszy i nie ostatni.  

Postanowiła nie dać się sprowokować. 

- I co teraz? 

-  Teraz  zjemy  lunch  i  idziemy  do  pracy.  Spodziewam  się,  że  Eric  dotarł 

tam  świeży  i  dziarski  z  samego  rana,  rozpowiadając  przy  okazji  o  naszym 
związku.  Przedstawię  cię  jako  panią  Alexander,  przyjmiemy  gratulacje  od 
pracowników, zignorujemy ich szepty, ciekawskie spojrzenia i bierzemy się do 
pracy. 

-  No,  a  co  potem?  -  spytała.  -  To  znaczy,  co  będzie,  kiedy  wrócisz  do 

Anglii? 

-  Mam  zamiar  wyjechać  dopiero  parę  tygodni  po  świętach.  Będziemy 

mieli mnóstwo czasu na omówienie wszystkich wariantów. 

-  Skąd  ta  zwłoka?  Na  balu  twierdziłeś,  że  zostaniesz  w  kraju  zaledwie 

kilka tygodni. 

- Ślub zmienił moje plany. 

- Dlaczego? 

- Wyglądałoby to dziwnie, gdyby  mąż był nieobecny na najważniejszym 

wieczorze  twojego  życia.  No  wiesz,  nagroda  LJB  -  dodał,  widząc  kompletny 
brak zrozumienia w jej oczach. 

background image

W  gorączce  ostatnich  dni  zupełnie  zapomniała  o  tej  ceremonii.  Jonah 

pamiętał. Nagle zrozumiała, że jej nominacja odegrała kluczową rolę w decyzji 
poślubienia jej, gdy na horyzoncie pojawił się nieoczekiwanie Erie. 

-  W  interesie  International  Investment  nie  leżałoby  pozbycie  się 

kandydatki do nagrody LJB, prawda? 

- Raczej nie. 

- Nominacja nie gwarantuje zdobycia nagrody. Co wtedy? 

-  Nie  jestem  pewien  -  odparł  szczerze,  przechylając  na  bok  głowę.  - 

Zanim podejmę ostateczną decyzję, muszę zbadać jakość twojej pracy. 

- Nie zawiedziesz się - poinformowała go. - Jestem dobra w tym, co robię. 

- Zobaczymy - odparł nieufnie. 

 

 

 

 

 

Krista  wahała  się,  stojąc  przed  stanowiskiem  recepcji  w  International 

Investment, nie wiedząc, czy powinna wpisać się na listę gości, zanim poszuka 
gabinetu Nikki. Ponieważ jednak za biurkiem nie było nikogo, nie mogła spytać 
ani o kierunek, ani o cokolwiek. 

Nigdy  dotąd  nie  nachodziła  siostry  w  pracy,  ale  ostatnie  trzy  tygodnie 

były  jakieś  dziwne.  Coś  tu  nie  grało.  Kilka  razy  odwiedziła  ją  w  jej  nowym 
apartamencie,  ale  nigdy  nie  było  okazji  do  prywatnej  rozmowy.  Zatem 
postanowiła odbyć ją tutaj. Zauważywszy mały tłumek zgromadzony w pobliżu 
dwuskrzydłowych drzwi w końcu korytarza, postanowiła spytać kogoś o Nikki. 

- Przepraszam - spytała wysokiego mężczyznę o kasztanowych włosach. 

-  Cicho.  -  Machnął  ręką,  nie  odwracając  się.  -  To  jest  zbyt  dobre,  by 

uronić choćby słówko. 

background image

-  Ale…  -  W  tym  momencie  usłyszała  krzyki.  Oczy  rozszerzyły  się  jej. 

Mój Boże, przecież to był głos… Nikki. 

-  Co  to  znaczy,  że  przekazałeś rachunek  Stamberga? -  Zwykle chłodny  i 

opanowany głos jej siostry dźwięczał na krawędzi histerii. - To mój rachunek! 

-  Ale  teraz  prowadzi  go  Meyerson  -  rozległ  się  podniesiony  męski  głos. 

Krista  otworzyła  usta  ze  zdumienia.  Jeśli  słuch  jej  nie  mylił,  to  ten  drugi  do 
złudzenia  przypominał  głos  jej  poznanego  przed  trzema  tygodniami  szwagra. 
Zmarszczyła brwi. Nie miała pojęcia, że Jonah pracuje razem z Nikki. 

-  Meyerson?  Ten  idiota?  Nie  potrafi  poradzić  sobie  z  czymś 

nieskomplikowanym,  a  co  dopiero  z  portfelem  rachunkowym  Stamberga. 
Myślałam, że chcesz usprawnić firmę. 

- Owszem. 

- I co z tego? W ten sposób ci się nie uda. 

- Wydaje mi się, że zapominasz, kto dla kogo pracuje. 

- Wątpię, żeby było to istotne na dłuższą metę. 

- Może mi powiesz, co przez to rozumiesz? 

-  Jeszcze  kilka  takich  kretyńskich  decyzji  i  przestaniesz  się  martwić  o 

krnąbrny  personel,  portfele,  rachunki  i  o  to,  kto  dla  kogo  pracuje,  bo  wszyscy 
zostaniemy bez pracy. 

- Nie masz pojęcia, o czym mówisz. 

- Wiem jedno. Awansowanie Meyersona było kapitalnym błędem z twojej 

strony. 

- Meyerson podwoi dochody Stamberga. 

- Nie rozśmieszaj mnie. Co najwyżej podwoi swój podbródek. 

- Może dalibyśmy sobie z. tym spokój? Zamiast gadać, zacznij działać. 

-  Chcesz  działania?  Proszę  bardzo.  Meyerson  nie  tylko  nie  podwoi 

dochodów Stamberga, ale w paru genialnych inwestycjach wszystko straci. 

- A jeżeli się mylisz? 

background image

- To wtedy… 

- Co wtedy? 

- Zatańczę nago na twoim biurku. - Krista zorientowała się, że jej siostra 

nie żartuje. - Ale jeśli ty przegrasz, zrobisz to samo na moim. 

W  tłumie  podsłuchujących  rozległ  się  zbiorowy  jęk.  Krista  oparła  się  o 

ś

cianę, zaszokowana i rozbawiona zarazem. Takiej Nikki nie znała dotąd. 

- Dałbym wszystko, żeby to zobaczyć - mruknął jeden z mężczyzn. 

-  Zamknij  się,  Bentley  -  warknął  mężczyzna,  do  którego  zwróciła  się  na 

samym początku Krista. 

- O Boże, co ja mam zrobić? - jęknął jakiś łysawy jegomość. 

- Lepiej wygraj ten zakład, Meyerson, albo Alexander dostanie twoją łysą 

pałę na srebrnej tacy - uprzedził go Bentley. 

Za  drzwiami  przez  kilka  minut  panowała  cisza.  Potem  Krista  usłyszała 

odgłos odsuwanego krzesła. 

-  Sama  tego  chciałaś  -  powiedział  Jonah.  -  Przygotuj  się  na  przegraną, 

ż

ono. 

- Ha! Nie masz szans wygrania tego zakładu. 

Jej  głos  brzmiał  coraz  donośniej  i  wszyscy  czmychnęli  spod  drzwi. 

Mężczyzna, który kazał Bentleyowi się zamknąć, złapał Kristę za rękę. 

-  Nie  stój  tu  -  powiedział,  wpychając  ją  do  najbliższego  pokoju.  -  Nikki 

nie cierpi, gdy się ją podsłuchuje. 

Górował nad nią, Krista nie mogła złapać tchu. Widocznie nie zdaje sobie 

sprawy,  że  wciąż  mnie trzyma,  pomyślała  zamykając  oczy,  gdy  nieoczekiwane 
ciepło  rozeszło  się  po  jej  ciele.  Stała  prawie  w  niego  wtulona.  Dawno 
zapomniane uczucia odżyły nagle. 

- Przepraszam… - zaczęła. 

- Sekundeczkę - szepnął jej do ucha. Uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz. - 

Właśnie nadchodzi. 

background image

-  Doprawdy?  -  mówiła  z  furią  w  głosie  Nikki.  -  Jeszcze  zobaczymy.  - 

Drzwi otworzyły się szerzej i zatrzasnęły. Policzki Nikki wręcz płonęły. Krista 
pomyślała, że jej siostra nigdy nie wyglądała tak pięknie. 

Drzwi otworzyły się ponownie i tym razem zobaczyła Jonaha. 

-  Ano  zobaczymy.  Tymczasem  szykuj  się  do  rozbierania!  -  Drzwi 

zatrzasnęły się, zagłuszając pointę. 

- Wybaczy pan - szarpnęła się Krista. 

- Najmocniej przepraszam. - Mężczyzna cofnął się o krok, przyjrzał się jej 

i zmarszczył brwi. - Wyglądasz znajomo. Czy skądś się nie znamy? 

-  Wątpię  -  uśmiechnęła  się  z  zawstydzeniem.  -  Nazywam  się  Krista 

Barrett. Nikki jest moją siostrą. 

Zamrugał ze zdziwienia, potem roześmiał się. 

- Nie żartuj. Nazywam się Eric Sanders. Jonah jest moim bratem. 

Popatrzyła  na  niego  w  osłupieniu.  To  ten  mężczyzna,  który  narzucał  się 

Nikki? Brat nowego męża jej siostry? Działo się tu coś bardzo dziwnego. To nie 
mógł być zwykły przypadek. Wynikałoby z tego, że małżeństwo Nikki może nie 
jest  wynikiem  wielkiej  miłości,  jak  sama  twierdzi.  Krista  popatrzyła  badawczo 
na Erica. Prawdopodobnie on wie, o co chodzi i może zechce ją wtajemniczyć. 

-  Posłuchaj,  wiem,  że  to  dość  nieoczekiwana  propozycja,  ale  może… 

poszłabyś ze mną na lunch? - spytał Eric. 

- Sama nie wiem - odparła. - Chciałam się zobaczyć z siostrą.  

Uśmiechnął się w rozbrajający, chłopięcy sposób. 

- To nie jest chyba najlepszy moment, co? 

- Chyba nie. - Przyjrzała mu się i pomyślała, że jest bardzo sympatyczny. 

Zresztą  lunch  mógł  być  doskonałą  okazją  do  wyciągnięcia  od  niego  pewnych 
informacji. - Dobrze, chodźmy. 

- Świetnie. - Ciepłe spojrzenie jego oczu mieszało się z jeszcze czymś… 

Męska akceptacja, domyśliła się w końcu ze zdumieniem i zażenowaniem. Nie 
spotykała  się  z  tym  od  tak  dawna,  że  niemal  zapomniała,  że  jest  atrakcyjną 
kobietą. 

background image

Eric sięgnął do klamki, lecz zawahał się. 

-  Chyba  powinienem  ci  powiedzieć,  że  swego  czasu  byłem  bardzo 

zainteresowany  twoją  siostrą.  Jednak  do  niczego  nie  doszło,  rozumiesz  - 
zapewnił pospiesznie. 

- Rozumiem. - Z trudem ukryła rozbawienie. 

- Poza tym zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. 

- Z czego mianowicie? 

-  Z  tego,  że  Nikki  pasuje  do  Jonaha  jak  ulał.  To  kobieta  sukcesu,  a  ja 

wolałbym żonę w bardziej tradycyjnym znaczeniu tego słowa. - Uśmiechnął się 
i otworzył drzwi. - Powiedz mi, Kristo, czy lubisz dzieci? 

- Zabawne, że o to pytasz - roześmiała się. 

 

 

 

 

 

 

Nikki  weszła  do  swego  gabinetu  i  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi.  Nikt,  w 

ciągu dwudziestu ośmiu lat jej życia nie doprowadził jej do białej gorączki. Dziś 
dokonał tego jeden niemożliwy do wytrzymania człowiek. Jej mąż. 

Spacerowała  po  gabinecie,  usiłując  odzyskać  panowanie  nad  sobą.  Nie 

pomogło, nic nie skutkowało: ani wyglądanie przez okno, ani liczenie taksówek, 
ani  porządkowanie  idealnie  posegregowanych  akt,  ani  też  sprzątanie  czystego 
biurka. W tej sytuacji mogła pomóc tylko jedna rzecz. Wyciągnęła z szafy duży 
karton. Zdjęła z niego wieko i postawiła na podłodze. Wewnątrz znajdowały się 
różne  gatunki  ziemi,  odżywek,  rękawice,  łopatki,  spryskiwacze  oraz  cały 
asortyment  ceramicznych  doniczek  z  podstawkami.  Rozłożyła  wszystko  z 
wojskową precyzją i podeszła do okna po kwiaty. 

Przynosili  je  różni  współpracownicy,  których  łączyła  jedna  cecha  -  nie 

mieli  dobrej  ręki  do  roślin.  Nikki  czerpała  przyjemność  z  kurowania  i 

background image

przywracania  do  zdrowia  kwiatków,  zanim  oddawała  je  właścicielom.  Zawsze, 
gdy  się  nimi  zajmowała,  mijała  jej  złość  i  odzyskiwała  panowanie  nad  sobą. 
Pracowała przez całą przerwę na lunch. 

Po  godzinie  skończyła.  Poczuła  się  odprężona.  Zdjęła  rękawice  i  cisnęła 

je na pokrywkę od pudełka. Pokiwała głową z satysfakcją, zbierając ogrodniczy 
ekwipunek.  Doszła  do  wniosku,  że  dwa  egzemplarze  mogą  być  gotowe  do 
zwrotu pod koniec tygodnia. Niewątpliwie na ich miejsce pojawią się następne. 
Zanotowała  sobie  w  pamięci,  żeby  na  wszelki  wypadek  posprzątać  gabinet. 
Zbliżały  się  święta,  a  wraz  z  nimi  natężenie  prac.  Gdy  kończyła  porządki, 
zadzwonił telefon. 

-  Nikki  Ashton  -  powiedziała  odruchowo,  zanim  poprawiła  się.  -  To 

znaczy Nikki Alexander. 

- Nikki? Tu Selma. 

-  Witaj,  ciociu  Selmo  -  powiedziała,  odgarniając  włosy  za  uszy. 

Uśmiechnęła się z niekłamaną przyjemnością. - Jak się masz? 

- Doskonale. Jestem podniecona i potrzebuję twojej porady. 

- Wiesz, że będę szczęśliwa mogąc ci pomóc - rozjaśniła się Nikki. 

- Wiem, kochanie. Zawsze mogę na ciebie liczyć. 

- O co chodzi? 

- Ernie i ja dostaliśmy rewelacyjną propozycję. - W głosie ciotki słychać 

było podniecenie. - Oczywiście najpierw chcieliśmy omówić to z tobą. 

Nikki  zrzedła  mina.  To  nie  brzmiało  dobrze,  podobnie  jak  inne  pomysły 

Selmy i Erniego. 

- Może byście wpadli jutro do biura? Na przykład w południe. 

-  Nie,  nie.  Koniecznie  musimy  spotkać  się  dzisiaj.  Jesteśmy  tak 

podnieceni,  że  nie  możemy  dłużej  czekać.  Zresztą,  czas  jest  tu  sprawą 
zasadniczą. Przyjdziemy do ciebie. 

Nikki wyprostowała się gwałtownie. 

- Nie sądzę. 

background image

-  Krista  mówiła,  że  twój  apartament  jest  wspaniały  i  chcemy  też  poznać 

twojego uroczego małżonka. Wstydziłabyś się zresztą… Trzymałaś w tajemnicy 
to,  że  wyszłaś  za  mąż,  przez  co  straciliśmy  okazję  podziwiania  twojego  ślubu. 
To o której, kochanie? - zapytała Selma po króciutkiej pauzie. 

- Może o szóstej - zdecydowała się Nikki, bo nie mogła znaleźć gładkiej 

do przełknięcia przez ciotkę wymówki. 

- Szósta? Pasuje. 

Odłożyła  słuchawkę  i  wyciągnęła  się  w  fotelu.  Powinno  się  udać, 

pocieszała się. Przy odrobinie szczęścia Jonah znów zostanie do późna w pracy, 
więc  nie  będzie  się  do  niczego  wtrącał.  Lepiej,  żeby  tego  nie  robił,  bo  ciocia 
Selma i wujek Ernie wymagali bardzo subtelnego traktowania. 

Zamknęła  oczy.  Napięcie  znów  powróciło.  Może  poszuka  gdzieś  -  w 

innych pokojach - zmarniałych kwiatków? 

 

 

 

 

 

 

-  Potrzebujemy  jedynie  wyłożyć  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów  i  mamy  tę 

wyjątkową franszyzę. - Selma zatarła ręce. 

-  Ale  to  oferta  ograniczona  czasowo  -  dodał  Ernie.  -  Jeśli  nie  wpłacimy 

pieniędzy w ciągu dwóch dni, pociąg odjedzie bez nas. 

- Są pociągi, na które lepiej jest się spóźnić - mruknęła pod nosem Nikki. 

- Co, co, kochanie? - zaniepokoiła się Selma. 

-  Nic.  Po  prostu  staram  się  dobrze  zapamiętać  termin.  Pojutrze  - 

powiedziała,  pisząc  wielkimi  literami  słowo  "środa"  w  notesie.  -  A  jak  się 
nazywa ten człowiek, który chce ubić z wami interes? 

- Timothy T. Tucker. Wspaniały mężczyzna, prawda, Ernie? 

background image

-  Ten  to  ma  łeb  do  interesów!  Dzięki  niemu  możemy  potroić  nasze 

dochody w ciągu roku. 

Nikki cisnęła ołówek na stół. 

- Wujku Ernie, nawet ja tego nie potrafię. 

- Tak, kochanie. - Poklepał ją po dłoni. - Wiemy, ale nie mamy ci tego za 

złe. 

Nikki jęknęła. 

- Skąd go znacie? Co o nim wiecie? 

- Spadł do naszej kawiarni prosto z nieba. 

-  Ten  dzień  będziemy  obchodzić  jak  święto  -  zaklinał  się  wujek  Ernie.  - 

Tylko się rozejrzał i już wiedział, że prowadzimy dochodowy interes. 

-  Nie  wątpię  -  warknęła  Nikki.  Zapewne  obserwował  przepływ  gości, 

szybko  przeprowadził  kilka  wyliczeń  i  doszedł  do  wniosku,  że  kawiarnia  musi 
przynosić niezły grosz. Potem zadał kilka pytań jej naiwnym krewniakom… et 
voila. - Czy wspomnieliście mu o waszej hipotece? 

- Nie mamy żadnych długów - zdumiała się Selma. 

- Wiem, ciociu, ale czy pan Tucker o tym wie? Wspominałaś mu? 

- Chyba coś napomknęliśmy na ten temat - wyznała Selma. - Pan Tucker 

był  zainteresowany  otwarciem  wzorcowni  w  tej  okolicy  i  pytał  o  wysokość 
czynszu. 

- Oczywiście nie omieszkaliśmy przyznać, że nie mamy pojęcia - wtrącił 

wujek Ernie. - Ponieważ mamy nasz lokal na własność, słabo orientujemy się w 
obecnych czynszach. 

-  Skoro  ten  pan  sprzedaje  franszyzy,  to  po  co  chce  wynajmować 

wzorcownię? - spytała z rozpaczą Nikki. 

- Żeby zachęcić ludzi do kupowania "Magicznej Szkatułki". 

-  Ale  to  nie  ma  żadnego  sensu.  -  Niestety,  ani  ciotka,  ani  wujek  nie 

grzeszyli  zmysłem  do  interesów.  -  Jeżeli  sprzedaje  franszyzę,  czyli  handluje 
tymi magicznymi szkatułkami, to po co chce otwierać… 

background image

Tym razem Selma poklepała ją po dłoni. 

-  Nie  przejmuj  się,  kochanie.  Nam  też  tak  się  z  początku  wydawało. 

Jednak  pan  Tucker  okazał  mnóstwo  cierpliwości  przy  udzielaniu  wyjaśnień, 
prawda, Ernie? 

-  Odpowiedział  na  każde  nasze  pytanie,  wyjaśnił  sprawę  patentów  i 

naszego  terenu,  starając  się,  żebyśmy  pojęli  cały  ten  techniczny  żargon.  - 
Uśmiechnął  się  z  dumą.  -  Dlatego  mogę  dyskutować  z  każdym  o  faksach  i 
sieciach kablowych. 

-  Rozumiem.  -  Nikki  znów  zaczęła  notować.  -  Timothy  T.  Tucker. 

"Magiczna  Szkatułka".  Pięćdziesiąt  kawałków.  Środa.  Czy  przypadkiem  macie 
może jego wizytówkę? 

- Jasne. - Ernie wyciągnął ją z portfela. - Musi mu się nieźle powodzić. 

- Zastanawiam się, skąd to całe bogactwo? - spytała Nikki, nie dziwiąc się 

wcale, że wujostwo nie dosłyszeli sarkazmu w tym pytaniu. 

- Chyba dzięki takim pomysłom jak "Magiczna Szkatułka" - zadumał się 

wujek Ernie. 

-  Jak  zamierzacie  sprzedawać  te  szkatułki  i  jednocześnie  prowadzić 

kawiarnię? 

- Przy pomocy Gordiego i Cala. 

Nikki  zamknęła  oczy  i  westchnęła  ciężko.  Powinna  się  domyślić,  że 

zaangażują  się  w  to  jej  kuzynowie.  Zapalali  się  do  każdego  najgłupszego 
pomysłu, który dawałby tylko same straty. Wujostwo byli następni w kolejce. 

- Więc jak, dostaniemy te pieniądze? - spytał wujek Ernie. 

- Nie ma mowy - odparła bez zastanowienia. 

- Och, Nikki, proszę, naprawdę bardzo ich potrzebujemy - rozpłakała się 

ciocia  Selma.  -  Jeśli  nie  chcesz  zrobić  tego  dla  nas,  pomyśl  o  biednych 
kuzynach. Taka okazja więcej im się nie trafi. 

- Nie licz na to - jęknęła Nikki. 

- Czy nie mogłabyś nam pożyczyć pod zastaw hipoteki? 

- Już otworzyłam na to konto linię inwestycyjną. 

background image

- A co z naszymi oszczędnościami? - spytała Selma. - Czy nie mamy ich 

wystarczająco? 

- Myślałam, że potrzebujecie tych pieniędzy na otwarcie drugiej kawiarni 

- pokręciła głową Nikki. 

- Możemy z tym poczekać. Tymczasem rozkręcimy sprzedaż… 

- Nie. 

- Dlaczego nie możemy dysponować własnymi pieniędzmi? - zdziwiła się 

Selma. 

-  Ależ  możecie  -  rozległ  się  męski  głos.  Do  salonu  wszedł  Jonah.  - 

Prawda, że mogą, Nikki? 

  

 

 

 

 

ROZDZIAŁ   SIÓDMY 

 

- Nie, nie mogą - odparła Nikki. - Nie wtrącaj się do tego, Jonah, niczego 

nie rozumiesz. 

-  To  już  przestało  mnie  zdumiewać.  -  Cisnął  płaszcz  i  marynarkę  na 

oparcie  fotela.  Teczkę  postawił  na  podłodze.  -  Wszystko  składam  na  karb 
nieporozumienia. 

Zaczerwieniła  się  ze  złości,  w  oczach  pojawiły  się  niebezpieczne 

fioletowe  błyski.  Jonah  uśmiechnął  się  z  satysfakcją.  Wiedział,  że  jeszcze 
trochę,  a  Nikki  straci  panowanie  nad  sobą  jak  rano  w  pracy.  Bawił  się  tym  od 
kilku  tygodni.  Szczególnie  upodobał  sobie  wyprowadzanie  jej  z  równowagi, 
obserwując, jak wewnętrzny płomień topi zewnętrzną chłodną fasadę. 

- Jeśli pozwolisz, to prywatna dyskusja. 

background image

- Oczywiście, kochanie. Zapomniałaś nas przedstawić. - Wyciągnął rękę, 

zastanawiając  się,  kim  są  ludzie,  którzy  powierzyli  swoje  finanse  jego  żonie.  - 
Jonah Alexander, mąż Nikki. 

-  Ernie  i  Selma  Crandell.  -  Uścisnęli  sobie  ręce.  -  Jest  pan  wyjątkowo 

zajętym  człowiekiem.  Chcieliśmy  zorganizować  jakieś  spotkanie,  od  kiedy 
dowiedzieliśmy  się  o  waszym  małżeństwie,  lecz  Nikki  za  każdym  razem 
twierdziła, że ma pan pilną pracę. 

- Ciekawe, szkoda, że nic o tym nie wiedziałem. - Jonah zerknął na żonę. 

-  Kochanie,  powinnaś  bardziej  na  mnie  naciskać.  Gdybym  wiedział,  że  to 
twoi… - zawiesił głos. 

- Wujostwo - szepnęła. 

Na moment zaległa martwa cisza. 

-  Gdybym  wiedział,  że  chodzi  o  twoją  ciocię  i  wujka,  na  pewno 

znalazłbym czas. 

-  Skoro  przepadło  nam  Święto  Dziękczynienia,  to  może  wpadniecie  do 

nas na Boże Narodzenie? - zaproponowała skwapliwie Selma. - Chyba że macie 
inne plany, Nikki nie była pewna. 

Jonah  zacisnął  usta.  Selma  najwyraźniej  nie  zorientowała  się,  że  dopiero 

co dowiedział się o ich istnieniu, ale Ernie był bardziej przytomny. 

-  Może  zjawiliśmy  się  nie  w  porę  -  mruknął  nieco  zmieszany.  -  Nie 

chcielibyśmy uchodzić za natrętnych krewnych. 

- Wcale nie. - Jonah spojrzał z wyrzutem na żonę. Starała się unikać jego 

wzroku, lecz nie mogła ukryć rumieńca zażenowania. - Zobaczę, czy uda mi się 
mieć wtedy czas. Zanotuję to sobie w kalendarzu. 

- Świetnie - ucieszył się Ernie. - Odkąd zostaliśmy jedyną rodziną Kristy i 

Nikki, zawsze spędzaliśmy razem święta. Moja żona i ich matka były siostrami. 

- Były? 

- Nie wspomniałaś o tym? - Ernie spojrzał dziwnie na siostrzenicę. 

-  Widocznie  zapomniała  wspomnieć  o  wielu  sprawach  -  zauważył  z 

przekąsem Jonah. 

background image

-  Jej  rodzice  zginęli  przed  ośmioma  laty  w  katastrofie  statku  -  wyjaśnił 

Ernie. - Nikki była wówczas jeszcze nastolatką, biedna maleńka. 

-  Ani  nastolatka,  ani  maleńka  -  wtrąciła  Nikki.  -  Miałam  wówczas 

dwadzieścia lat i kończyłam liceum. 

- Osiem lat temu - powiedział Jonah, spoglądając uważnie na żonę. Przed 

chwilą  była  czerwona,  teraz  zbladła  jak  papier.  Chęć  chronienia  jej  przed 
bolesnymi wspomnieniami walczyła z ciekawością. Nie wytrzymał. - To Krista 
miała wówczas… 

- Szesnaście lat - podpowiedziała usłużnie Selma. - Następne półtora roku 

było  istnym  pasmem  nieszczęść.  Gdyby  Edward  i  Angeline  żyli,  losy 
dziewczynek potoczyłyby się na pewno inaczej. Jednak najpierw Krista wyszła 
tak młodo za mąż, a Nikki spotkała ta koszmarna historia… 

-  Myślę,  że  wystarczy  -  zareagowała  błyskawicznie  Nikki.  -  Jestem 

pewna,  że  Jonah  nie  chce  wysłuchiwać  nudnych  szczegółów.  Zresztą,  to 
przebrzmiała sprawa. 

Jonah przygwoździł ją wzrokiem. Najwyraźniej została ugodzona w czułe 

miejsce. Interesujące. 

-  Oczywiście.  Możemy  odłożyć  tę  szczególną  rozmowę  na  bardziej 

dogodny moment. 

- Nie potrzeba. - Niepokój błysnął w jej wyrazistych oczach. 

Jeżeli  sądziła,  że  tak  łatwo  go  zniechęci,  była  w  błędzie.  Zamiast  tego, 

tylko  podsyciła  jego  ciekawość.  Podejrzewał,  że  to,  co  wydarzyło  się  przed 
siedmioma  laty  miało  wpływ  na  obecną  osobowość  Nikki,  jak  na  przykład 
kurczowe  trzymanie  nerwów  na  wodzy.  Mogło  to  również  tłumaczyć  dziwne 
stosunki w rodzinie. 

-  Jasne  -  uśmiechnął  się.  -  Nie  pora  gadać  o  przeszłości.  Widzę,  że 

przerwałem  ważną  naradę  finansową.  -  Rozsiadł  się  wygodniej  i  skinął 
zachęcająco. - Proszę, nie krępujcie się. 

- Wydaje mi się, że zakończyliśmy dyskusję - oświadczyła Nikki. 

-  A  co  z  pieniędzmi?  -  Selma  odwróciła  się  w  stronę  Jonaha.  -  Termin 

upływa w środę. 

- Jestem pewien, że Nikki nie sprawi wam zawodu, prawda, kochanie? 

background image

Nikki pozbierała swoje notatki. Znów się zarumieniła. 

- Zastanowię się jeszcze - rzuciła przez zaciśnięte zęby. 

Wujostwo podnieśli się z ociąganiem. 

- No, jeśli tylko tyle zdołasz dla nas zrobić… - mruknęła Selma. Rzuciła 

błagalne spojrzenie Jonahowi. - Prosimy w końcu o tak niewiele. 

Jonah podał im okrycia. 

- Zobaczę, co da się zrobić - szepnął do ucha Selmie. 

-  Dobry  chłopiec  -  powiedziała,  uśmiechając  się  do  niego.  -  Taki 

rozsądny. A swoją drogą, witam w rodzinie. 

- Dziękuję. - Podał rękę Ernie'emu. - Jestem pewien, że Nikki wkrótce się 

z wami skontaktuje. 

- Doskonale, doskonale - odparł kordialnie Ernie, wkładając rękawiczki. - 

Na pierwszy rzut oka widać, że potrafisz przemówić jej do rozsądku. 

- Wujku Ernie… - zaczęła Nikki. 

- Dobrze, dobrze. - Ucałował ją z dubeltówki. - Nie bądź dla siebie zbyt 

surowa,  Nikki.  Robisz,  co  możesz.  Jednak  twój  mąż  wie  to  i  owo  o  finansach. 
Nie zaszkodziłoby, gdyby zerknął na prospekt Tuckera. 

Wreszcie  wyszli.  Jonah  popatrzył  na  żonę.  Stała  tyłem  do  niego, 

wspaniałe  włosy  przytrzymywała  złota  spinka.  Przebrała  się  po  pracy.  Szary 
kostium  zastąpiły  spodnie  koloru  kości  słoniowej  i  za  duży  sweter  o  barwie 
jasnoszmaragdowej.  Wyczuwał  emanujące  z  niej  napięcie.  Czekał  na  wybuch. 
Nie trwało to długo. 

-  Jak  śmiałeś!  -  zaatakowała,  odwracając  się.  Z  oczu  sypały  się  jej 

ametystowe iskry. - Jak śmiałeś wtrącać się w moje rodzinne sprawy? 

- Zapomniałaś? Należę do rodziny. 

Zatrzymała się o dwa kroki od niego. 

- Wolałabym zapomnieć - oświadczyła wyniośle, ciskając notes i długopis 

na stolik do kawy. - Niestety, uniemożliwiasz mi to. 

- To doskonale. 

background image

Obserwował,  jak  z  coraz  większym  trudem  zachowuje  panowanie  nad 

sobą. Przegrywała. 

- Czemu wtrącasz się do nie swoich spraw? 

-  Na  wypadek, gdybyś  nie  była  świadoma  tego  faktu,  to  małżeństwo, do 

zawarcia  którego  tak  się  paliłaś,  wiąże  się  z  różnymi  konsekwencjami.  Należę 
do rodziny, a więc mam prawo się wtrącać. - Podszedł bliżej, nie przejmując się, 
ż

e może to ją onieśmielać. - Dopóki jestem twoim mężem, masz mnie traktować 

z należytym szacunkiem. Czy to jasne? 

- A jeśli nie? 

- Wolałabyś nie znać odpowiedzi. - Przeczesał ręką włosy i popatrzył na 

nią groźnie. - Postawiłaś mnie dziś w głupiej sytuacji. Wyobrażasz sobie, jak się 
czułem? Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie. Selma nie połapała się, ale Ernie 
zorientował się bez wątpienia. Nawet nie pofatygowałaś się, żeby poinformować 
mnie o ich zaproszeniach. 

- Nie myślałam, że to cię zainteresuje - powiedziała, usiłując patrzeć mu 

prosto w oczy. 

-  Nie  kłam,  Nikki  -  warknął.  -  Nie  będę  tego  tolerował.  To  nieprawda  i 

doskonale o tym wiesz. Starałaś się trzymać mnie z dala od cioci i wujka. 

- Nie bez powodu. 

- Tak? A cóż to za powody? 

Założyła przed sobą ręce obronnym gestem. 

- Bo nasze małżeństwo nie jest prawdziwe. 

- A co to za różnica? - wzruszył ramionami. 

-  Wiesz,  co  to  za  różnica.  -  Spojrzała  na  niego  ze  zniecierpliwieniem.  - 

Nie  chciałam,  żeby  przyzwyczaili  się  liczyć  na  ciebie.  Jeżeli  tego  nie 
zauważyłeś, to zwracam ci uwagę, że jest to urocza para naiwnych entuzjastów. 

-  Zauważyłem  -  przyznał,  mając  świeżo  w  pamięci,  jak  szybko 

zaakceptowała go Selma. 

- Właśnie. Są bardzo ufni. Aż nadto… 

- Czy jestem człowiekiem niegodnym zaufania?  

background image

Rozbawiło go, że nie odpowiedziała wprost. 

- Powiedzmy, że ława przysięgłych wciąż jeszcze się naradza - mruknęła. 

-  To  jednak  nie  zmienia  faktu,  że  wkrótce  wracasz  do  Londynu.  Tymczasem 
wszyscy  cię  polubią.  Kiedy  dowiedzą  się,  że  mnie  opuściłeś,  poczują  się 
dotknięci w dwójnasób. 

- A co z tobą? Też będziesz urażona i smutna? 

- Nic a nic - powiedziała bez większego przekonania. - Odczuję ulgę, że 

będę mogła wrócić do dawnego trybu życia. 

- Czy to znaczy, że wprowadzisz się z powrotem do Kristy? 

- W żadnym razie. Wciąż mam nadzieję na uratowanie sytuacji, pomimo 

twojej  interwencji.  To  drugi  powód,  dla  którego  nie  przedstawiłam  cię  moim 
krewnym.  Wtrąciłeś  się  do  spraw  Kristy,  więc  chciałam  tego  uniknąć  w 
przypadku wujka Ernie'ego i cioci Selmy. 

- Wyjaśniłem ci, czemu wtrąciłem się w przypadku Kristy. 

-  Nie  znałeś  całej  sprawy,  podobnie  jak  dziś  wieczór.  W  tej  sytuacji  nie 

miałeś prawa obiecywać wujostwu, że pozwolę im zainwestować te pieniądze. 

- Zgadzam się. 

- Co powiedziałeś? - zamrugała ze zdumienia. 

- Słyszałaś. Odezwałem się bez zastanowienia. 

-  Skoro  już  jesteś  taki  ugodowy,  wyjaśnij  mi,  czemu  wyskoczyłeś  jak 

Filip z konopi? 

- Ponieważ wydawało mi się, że działasz nierozsądnie. 

- Nierozsądnie? Akurat! 

- Nikki. - Rozluźnił nerwowo krawat. Popatrzył ironicznie na żonę. Jak na 

chłodną,  opanowaną  kobietę,  szybko  traciła  cierpliwość.  -  To  są  twoi  krewni, 
nie  klienci.  Może  gdybyś  przestała  traktować  ich  jak  kolejny  rachunek 
inwestycyjny, a bardziej jak rodzinę… 

- Jestem odpowiedzialna za ich stabilizację finansową. 

- Może niepotrzebnie. 

background image

- Nic nie rozumiesz. 

-  Słuchaj,  to  już  zaczyna  robić  się  męczące.  Jak  mam  cokolwiek 

rozumieć,  skoro  niczego  mi  nie  wyjaśniasz?  Tylko  mi  nie  mów,  że  to  nie  mój 
interes, bo teraz już jest mój! 

- A jeśli odmówię jakichkolwiek wyjaśnień? - zaperzyła się. 

- Podejrzewam, że twoi krewni okażą się bardziej przystępni. Oczywiście, 

może cię nieco krępować sytuacja, w której będę wypytywał ich o sprawy, które 
ty powinnaś mi naświetlić. 

- To szantaż. - Znowu się zaczerwieniła. 

Przechylił na bok głowę i spojrzał na nią łobuzerskim wzrokiem. 

- Masz rację. To szantaż. 

- Dlaczego to robisz? - spytała z rozpaczą. - Co cię to obchodzi? To nie są 

twoi krewni. 

-  Diabli  wiedzą.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Chyba  dlatego,  że  poważnie 

traktuję rodzinne zobowiązania. 

- Ale… 

- Dość tego, Nikki. Odpowiesz na moje pytania, czy mam przeprowadzić 

męską rozmowę z twoim wujkiem? 

Uparta  do  końca  rozważała  to  przez  dwie  minuty.  Wiedząc,  że  się  nie 

wykręci,  nie  naciskał  dalej.  Podszedł  do  barku  i  wyjął  butelkę  wina  marki 
Cabernet.  Kiedy  napełniał  kieliszki,  Nikki  podjęła  decyzję.  Jonah  czekał 
cierpliwie, rozumiejąc jej rozterki lepiej, niż się jej zdawało. Żeby opowiedzieć 
mu  o  rodzinnych  problemach,  musiała  zdobyć  się  na  odrobinę  zaufania.  Z 
pewnych względów chciała za wszelką cenę ukryć coś, co wydarzyło się siedem 
lat temu. 

- Słucham - powiedział, podając jej kieliszek z winem. 

Upiła łyk i popatrzyła niechętnie na męża. 

- Co chcesz wiedzieć? 

- Ile lat miała Krista, wychodząc za mąż?  

background image

Nikki osunęła się na kanapę. 

- Siedemnaście. 

- I była w ciąży z Keli? - Nadal go to szokowało. 

-  Tak,  choć  nie  był  to  przymusowy  ślub.  Bardzo  kochali  się  z  Benjie'm. 

Krista urodziła córeczkę na dwa dni przed swymi urodzinami. 

-  Czyli  Keli  ma  teraz  ile?  Sześć?  -  Gdy  Nikki  skinęła  twierdząco,  pytał 

dalej: - A co stało się z Benjie'm? 

- Zginął w wypadku samochodowym w cztery miesiące po ślubie. 

- Jezu, tak mi przykro, Nikki. 

- Wszystkim nam było przykro - podkreśliła. - To nie był dobry okres. 

- Jasne. I co zrobiła Krista? 

Nikki wzruszyła ramionami, kontemplując purpurowy płyn w kieliszku. 

-  Rodzice  Benjie'go  nie  byli  w  stanie  jej  pomóc,  a  po  naszych  zostało 

trochę z ubezpieczenia. Tak więc Krista przeprowadziła się do mnie. 

- I mieszkała z tobą aż do tej pory - zauważył. - Pomagałaś im finansowo? 

-  Krista  pracuje  na  pół  etatu.  Namawiałam  ją,  żeby  u  mnie  została. 

Zarabiałam wystarczająco dużo. 

-  Dlaczego  zmieniłaś  zdanie?  Sprzykrzyło  ci  się  życie  w  ciasnym 

mieszkanku? A może upodobałaś sobie jakiegoś staruszka? 

Nikła  uważnie  odstawiła  kieliszek  na  stolik  do  kawy.  Odwróciła  się  w 

stronę Jonaha z miną tygrysicy broniącej swoich małych. 

 -  Nie  waż  się  tego  powiedzieć  jeszcze  raz.  Nigdy.  Kocham  Kristę  i 

uwielbiam Keli od chwili jej urodzenia, i gdyby chodziło o mnie nie musiałyby 
się wyprowadzać. 

- Więc czemu chciałaś je wyrzucić? 

Na twarzy Nikki malowało się zmęczenie, ból i wściekłość. 

background image

- W końcu zdałam sobie sprawę, że Krista izoluje się od życia. Nigdy się 

z nikim nie umawiała, rzadko wychodziła z przyjaciółmi, całe jej życie kręciło 
się wokół Keli i wokół mojej osoby. Niechcący podsłuchałam  jej rozmowę tuż 
przed  Balem  Kopciuszka.  Tłumaczyła  swojej  przyjaciółce,  że  nigdy  mnie  nie 
opuści,  bo  ma  wobec  mnie  dług  wdzięczności  i  że  ja  jej  potrzebuję…  -  Nikki 
wzięła  kieliszek  i  wychyliła  go  do  końca  jednym  haustem.  Jonah  napełnił  go 
ponownie. 

-  Przez  ten  cały  czas  odgradzałaś  ją  od  życia,  zamiast  ją  do  niego 

zachęcić. 

- Tak. 

- Więc postanowiłaś zwrócić jej wolność. W konsekwencji wyrzuciłaś ją z 

gniazda, nie pytając o zdanie. 

Skinęła głową, w oczach zakręciły się jej łzy. 

-  Codziennie  przez  sześć  lat  Keli  dawała  mi  buziaka  na  przywitanie  po 

pracy, a teraz… - Głos się jej załamał. Ukryła twarz w dłoniach. 

Jonah objął ją. 

- Przepraszam - mruknął. - Masz rację, źle cię zrozumiałem. 

-  Keli  powinna  mieć  ojca,  a  Krista  męża.  -  Nikki  znów  opanowała  się, 

lecz nie starła łez z policzków. - Ale to niemożliwe, dopóki ja tam jestem. 

-  A  co  z  tobą?  -  spytał,  delikatnie  masując  jej  kark.  -  Mówisz,  że  Krista 

chowała  się  za  ciebie,  pragnąc  zapomnieć  o  bólu.  Czy  ty  nie  robiłaś  tego 
samego? 

- O czym ty mówisz? - zaniepokoiła się. 

-  Myślę,  że  nie  tylko  Krista  ucierpiała  przed  siedmioma  laty.  Selma 

powiedziała… 

- Ciotka za dużo gada. 

- Chodziło o mężczyznę, prawda? 

- Nie roz… 

background image

Nie  mogąc  już  tego  słuchać,  zamknął  jej  usta  pocałunkiem.  Smakowała 

jak  wino,  lecz  bardziej  słodko.  Wolałby  nie  odrywać  się  od  niej,  lecz  wciąż 
potrzebował odpowiedzi na mnóstwo pytań. 

-  Nie  okłamuj  mnie  -  szepnął  jej  prosto  w  usta.  -  Więc  był  w  tym 

mężczyzna, czy nie? 

- Był. 

Uniósł jej głowę, by spojrzeć w oczy. 

- Co się stało? Czy opuścił cię z powodu Kristy? 

- Nie zgadłeś - roześmiała się gorzko. 

- Ale kochałaś go, a on cię opuścił. 

- O, tak. Odszedł. 

- I przez sześć czy siedem lat żyłaś równie samotnie jak Krista. 

- Nie wstąpiłam do klasztoru, tylko robiłam karierę. 

-  Naprawdę?  -  Delikatnie  musnął  dłonią  jej  policzek.  -  To  ilu  miałaś 

mężczyzn  w  ciągu  tych  siedmiu  lat?  -  Usiłowała  się  wyrwać,  ale  trzymał  ją 
mocno. - Jednego, dwóch… czy żadnego? 

- Żadnego - szepnęła, przestając się bronić. 

- Ponieważ wszyscy chcieli tylko brać, zamiast dawać. 

-  Czy  nie  na  tym  polega  właśnie  miłość?  -  spytała  cynicznie.  -  Na 

bezgranicznym oddawaniu się drugiej istocie? 

- Tak jak w przypadku Kristy i Keli? 

- To coś innego, to rodzina. 

- A cóż za różnica? Dajesz im cząstkę siebie. 

Łzy znów powróciły i Nikki spojrzała na niego oczyma lśniącymi niczym 

klejnoty. 

-  Tylko  że  one  nie  potrafią  skorzystać  z  tej  cząstki  -  szepnęła.  - 

Rozmieniają ją na drobne. 

background image

Jonah  nigdy  nie  słyszał  równie  ciętej  definicji,  opisującej,  jak 

bezinteresowne  uczucie  może  przekształcić  się  w  pustoszącą  energię.  Nie 
potrafiąc  się  powstrzymać,  przytulił  ją  mocniej.  Z  niewyobrażalną  wprost 
czułością pocałował jej drżące usta. 

Człowiek, który ją zdradził, musiał być głupcem. Mieć taki skarb i obejść 

się  z  nim  tak  bezceremonialnie,  było  zbrodnią.  Nie  musiał  jej  kochać,  ale  nie 
miał prawa jej niszczyć. 

Wyjął  spinkę  przytrzymującą  włosy  Nikki.  Odkąd  po  raz  ostatni  gładził 

jej  jedwabiste  loki,  minęło  parę  tygodni.  Przyłapywał  się  na  tym,  że  chciał  to 
robić  w  najdziwaczniejszych  momentach:  kiedy  siedzieli  naprzeciwko  siebie 
przy obiedzie lub w biurze, gdy machinalnie kręciła niesforny kosmyk na palcu. 
Nawet  podczas  gwałtownych  sprzeczek.  Jednak  aż  do  tej  chwili  nie  trafiła  mu 
się  okazja.  Nikki  była  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  spotkał  w  życiu.  Kiedy  z 
pasją odpowiadała na jego pocałunki, stawała się jeszcze piękniejsza. 

- Jonah - szepnęła, rozpinając mu guziki koszuli. - Chcę cię tylko dotknąć. 

Pomógł  jej,  ściągając  krawat,  koszulę  i  wyswobadzając  się  ze  spodni. 

Potem  skierował  uwagę  na  Nikki.  Sięgnął  pod  jej  sweter,  napotykając  gładką 
skórę.  Z  lekkim  westchnieniem  dotknął  jej  piersi,  a  Nikki  odetchnęła 
gwałtownie, z cudownym przydechem, którego mógłby słuchać bez końca. 

Lecz wciąż było mu mało. Chciał więcej… 

Niechętnie oderwał usta od jej warg i zdjął z niej sweter. Znieruchomiała. 

Chłodne  powietrze,  owiewając  jej  skórę,  oprzytomniło  ją.  Jonah  zawahał  się, 
gotów  w  każdej  chwili  przestać.  Jednak  pod  jego  dotknięciem  znów  zadrżała, 
wyginając się lekko w przód. 

-  Są  bardziej  miękkie,  niż  mi  się  zdawało  -  powiedział;  pieszcząc  jej 

piersi. Ku jego rozbawieniu, dwudziestoośmioletnia żona pokraśniała. 

- Myślałam, że twoje wspomnienia z nocy poślubnej są bardzo mgliste. 

-  Nie  wszystkie.  Byłem  wówczas  zbyt  zmęczony,  żeby  wykorzystać 

okazję. - Spojrzał jej wymownie w oczy. - Dziś jestem w formie. 

Oczy  Nikki  przybrały  ciemnofioletową  barwę.  Pragnął  się  z  nią  kochać, 

jak  z  żadną  inną  kobietą.  To  go  zaszokowało.  Od  paru  tygodni  zdawał  sobie 
sprawę  z  pożądania,  lecz  sądził,  że  jest  to  wynik  zwykłej  fizjologicznej 
potrzeby.  Nikki  była  tak  piękna,  że  pociągałaby  każdego  normalnego 
mężczyznę. Tu jednak chodziło o coś głębszego. 

background image

Trawiła  go  ciekawość,  czy  jej  piersi  są  tak  miękkie,  jak  to  sobie 

zapamiętał, skóra tak biała i gładka, a nogi długie i zgrabne. Wiedział, że musi 
zbadać te kobiece sekrety kryjące się pod ubraniem, bo inaczej oszaleje. 

Nie  pragnął  już  wyłącznie  jej  ciała,  chciał  mieć  również  na  własność  jej 

umysł i duszę. 

W  efekcie  naciskał  dziś  dość  ostro,  przełamując  jej  opory.  Zdarł  z  niej 

większość  osłon  i  był  mile  zaskoczony  tym,  co  pod  nimi  się  kryło.  Zamiast 
zimnej,  wyrachowanej  istoty,  jaką  spodziewał  się  znaleźć,  odkrył  ciepłą, 
szlachetną kobietę gotową poświęcić szczęście osobiste dla dobra rodziny. 

Wydawała  się  przy  nim  taka  krucha,  delikatna  i  bezbronna.  Nie  spieszył 

się.  Rozgrzewając  dłońmi  i  ustami  jej  chłodną  skórę,  podsycał  płomień,  który 
mógł  pochłonąć  ich  oboje.  Kiedy  coraz  wyraźniej  zaczęła  odpowiadać  na  jego 
pieszczoty, zdjął z niej spodnie, odsłaniając smukłe nogi. Dotknął miejsca, gdzie 
delikatna  kostka  przechodziła  w  łydkę.  Wzrok  Nikki  zmącił  się,  westchnęła 
cicho. Przesunął dłoń wyżej, nad kolano, a potem wzdłuż uda w pobliże miejsca, 
gdzie skrył się ostatni sekret. Pożądanie przyspieszyło mu oddech. 

Zdał sobie sprawę, że nie zdoła nad sobą zapanować. Spojrzał na nią i to, 

co zobaczył, sprawiło, że zamarł w bezruchu. W jej fiołkowych oczach było tyle 
namiętności  zmieszanej  z  przerażeniem,  że  sam  się  przestraszył.  Zdał  sobie 
sprawę,  że  posuwając  się dalej,  popełni  niewybaczalny  błąd. Niechętnie  cofnął 
rękę. 

- Nie wykorzystam mojej przewagi. Nie jestem taki. 

- Wiem, że nie. 

- Nie chcę żadnych żalów rano, a jeśli się nie mylę, wyglądasz, jakbyś już 

ż

ałowała. 

Zwilżyła wargi koniuszkiem języka. 

- Nie. Wszystko w porządku.  

Jednak strach w jej oczach pozostał. 

- Ale dla mnie nie wszystko jest w porządku. 

Nie mógł dosięgnąć jej swetra, więc okrył ją swoją koszulą. Nie zasłoniła 

jej  całkowicie,  lecz  pomogła  stłumić  żar  do  znośnego  poziomu.  Popatrzył  jej 
prosto w oczy. 

background image

- Na wypadek gdybyś nie wiedziała, moja droga żoneczko, kochanie się, 

nie sam seks, lecz uprawianie miłości, oznacza chwilowe zapomnienie. Dotyczy 
to obu stron. 

- Wiem… 

-  Nie,  chyba  tego  nie  wiesz.  Podejrzewam,  że  zmuszano  cię,  byś  tylko 

dawała,  a twój partner  wyłącznie brał.  Są  mężczyźni,  którzy  w  tym  gustują. Ja 
się  do  nich  nie  zaliczam.  Pragnę  kobiety,  która  będzie  w  pełni 
współuczestniczyła.  Nie  chcę  niczego,  czego  sam  nie  mógłbym  dać.  Dopóki 
tego nie zrozumiesz i nie zaufasz mi, mówię pas. 

- Zaufać ci? - Cichy  śmiech Nikki rozdzierał mu serce. - Nie sądzisz, że 

pragniesz zbyt wiele? 

Nic  nie  powiedział,  tylko  patrzył  na  nią  swymi  orzechowymi  oczyma. 

Usiadła  i  podwinęła  nogi.  Kusiło  ją,  żeby  opowiedzieć  mu  wszystko:  o 
"Magicznej  Szkatułce",  o  śmierci  rodziców  i  o  tym,  co  potem  się  stało. 
Zwłaszcza kusiło ją, żeby opowiedzieć mu o pewnym wstydliwym incydencie. 

Był jednak tylko tymczasowym partnerem jej życia i ponieważ uważał ją 

za "przypadkową" żonę, pewnie już teraz żałował swojej pochopnej decyzji. Nie 
mogła  na  nim  polegać.  Mogła  jedynie  liczyć  na  siebie.  Przed  siedmioma  laty 
dostała  bolesną lekcję  i nie  zamierzała  powtarzać błędów.  Wystarczy,  że  przez 
te wszystkie lata płaciła za ten jeden jedyny. 

Jednak  po  raz  pierwszy  pragnęła  mieć  kogoś  bliskiego.  Potrzebowała 

tego. Narastała w niej konieczność zaufania komuś. 

- Jonah… 

- Spokojnie, kochanie - powiedział łagodnie. - Nigdzie nie idę. 

- Jeszcze nie. 

- Nie. Idź do łóżka. Porozmawiamy rano. 

- Może wówczas trochę oprzytomnieję - mruknęła:. 

- Nie liczyłbym na tyle szczęścia - uśmiechnął się Jonah. 

 

 

background image

 

 

  

ROZDZIAŁ  ÓSMY 

 

Rano  Nikki  stwierdziła,  że  Jonah  czeka  na  nią  ze  śniadaniem.  Przez 

poprzednie tygodnie starannie unikali  się nawzajem,  lecz  widocznie ten ostatni 
wieczór zmienił wszystko. 

Napełnił  dwie  filiżanki  świeżą,  gorącą  kawą  i  postawił  przed  nią.  Ku  jej 

uldze  odezwał  się  dopiero,  kiedy  wypiła  pierwszą  filiżankę.  Potem  sam  sobie 
nalał kawy, a na stole postawił tacę z grzankami. Wtedy sam też usiadł. 

-  Nie  myśl,  że  jestem  niewdzięczna,  ale  skąd  ta  nagła  troskliwość  i 

zainteresowanie kuchnią? - spytała podejrzliwie, częstując się grzanką. - A może 
wolałabym nie wiedzieć? 

- Na pewno wolałabyś nie wiedzieć. 

- Ale i tak mi to powiesz, prawda? 

- Tak. - Oparł się i skrzyżował ręce. Ten ruch naciągnął białą koszulę na 

jego  szerokich  ramionach.  Jak  żywy  stanął  jej  przed  oczyma  widok  nagiego 
torsu  Jonaha.  Aż  nazbyt  żywy.  -  Nie  zdążyliśmy  omówić  wczoraj  problemu 
Ernie'ego i Selmy. 

- Hm.  Zajmowaliśmy się akurat czymś innym - mruknęła, ,   opuszczając 

wzrok na filiżankę z kawą. 

- Mam nadzieję, że było miło. 

Nie  śmiała  zająć  stanowiska  w  tej  sprawie,  zwłaszcza  że  dostrzegła 

zielonkawy błysk w jego orzechowych oczach. 

-  Co  chciałbyś  wiedzieć?  -  zapytała,  mając  nadzieję,  że  skieruje 

konwersację  na  bezpieczniejsze  tory.  Jak  na  ironię,  omawianie  tematów 
rodzinnych było dla niej najbezpieczniejsze. 

Przelotny uśmiech zrozumienia zagościł na jego wargach. 

background image

-  Oczywiście,  chciałbym  wiedzieć  wszystko.  Zacznijmy  może  od  twojej 

roli finansowego doradcy. Jak do tego doszło? 

-  Dostałam  to  w  spadku  -  wzruszyła  ramionami.  -  Mój  ojciec  prowadził 

rodzinne finanse. Kiedy zginął, wszyscy zwrócili się do mnie, bo byłam w tym 
najbardziej biegła. 

Jonah napił się kawy i popatrzył uważnie na żonę. 

- Nie byłaś zbyt młoda, jak na tak odpowiedzialne brzemię?  

W duchu zgadzała się z nim w zupełności. 

- Nie ufali nikomu innemu - odparła. 

- Jasne, kwestia zaufania tłumaczy wszystko. 

-  Możemy  przejść  do  innych  kwestii?  -  Dla  niepoznaki  wzięła  kolejną 

grzankę. Chciała za wszelką cenę uniknąć pytań o przeszłość. Skoro przyszłość 
rysowała  się  niewesoło,  pozostawała  tylko  teraźniejszość.  Ku  swemu 
zaskoczeniu  doszła  do  wniosku,  że  najlepiej  byłoby  opowiedzieć  mu  o 
"Magicznej  Szkatułce".  Poważna  zmiana  w  stosunku  do  wczorajszego  dnia. 
Albo robi się nieostrożna, albo rzeczywiście zaczyna mu ufać. 

-  Wciąż  mam  dwa  pytania  dotyczące  twojej  przeszłości.  Twoja  ciotka 

wspomniała o jakimś incydencie, w który byłaś zamieszana sześć lub siedem lat 
temu. O co chodzi? 

- To cię nie powinno interesować - odparła ze sztucznym spokojem. - Co 

się z tobą dzieje, Jonah? - ironizowała. - Myślałam, że chcesz poznać gorszące 
szczegóły  o  tym,  jak  zostałam  wyzutą  z  uczuć  sknerą  i  nie  chcę  oddać  moim 
krewnym ich pieniędzy. Zamiast tego upierasz się przy jakiejś starej historii. 

-  Być  może  starej,  ale  ważnej.  -  Nie  połknął  haczyka.  -  Nie  możesz  w 

nieskończoność  uchylać  się  od  rozmów  o  przeszłości.  Zdajesz  sobie  chyba  z 
tego sprawę? 

-  Wcale  nie.  -  Popatrzyła  na  niego.  -  Zamierzam  jedynie  naświetlić  ci 

obecną sytuację, żebyś wiedział, co robię i dlaczego. Jednak moja przeszłość ani 
przyszłość nie powinna cię obchodzić. 

- Nie uwierzysz, ile spraw mnie interesuje - uśmiechnął się. 

Nikki odegrała całą scenkę z dosładzaniem sobie kawy. 

background image

-  Nie  ma  sensu,  abyś  zbytnio  angażował  się  w  moje  sprawy.  Nasz 

związek, jak pamiętasz, jest krótkotrwały. 

- Pamiętam aż za dobrze. - Nachylił się i złapał ją za rękę. - Zawrzyjmy 

umowę. Ty zostawisz w spokoju cukiernicę, ja dam spokój twojej przeszłości. 

- Zgoda. 

-  Przynajmniej  do  czegoś  doszliśmy.  -  Rozbawienie  błysnęło  w  jego 

oczach. - Opowiedz mi o tej inwestycji. 

- Słusznie. Inwestycja. - Wyrwała rękę z uścisku i wstała, by dolać sobie 

kawy  do  cukru  w  filiżance.  -  Wujostwu  złożono  nieprawdopodobną  ofertę 
otrzymania franszyzy na coś zwanego "Magiczną Szkatułką". 

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem. 

- Naprawdę? - udała zdziwienie. - Ale to wspaniały interes. Wszyscy rwą 

się to niego. 

- Co to jest ta „Magiczna Szkatułka"? 

-  Zaraz,  co  ja  z  tego  zapamiętałam?  -  Odwróciła  się  od  niego  i  łyknęła 

kawy. Skrzywiła się, teraz z kolei było za mało cukru, ale obiecała więcej go nie 
brać. - To skrzyżowanie faks-modemu z automatyczną sekretarką, telewizorem i 
wideo w jednej funkcjonalnej obudowie. 

- Założę się, że jeszcze zmywa naczynia i wydaje resztę z dolara. 

-  Na  razie  nie,  ale  to  tylko  przez  ograniczoną  inwencję  wynalazcy.  - 

Nachmurzyła się. - Problem polega na tym, że "Magiczna Szkatułka" wydaje się 
czymś w zasięgu ręki dla ludzi pokroju Ernie'ego i Selmy. 

- Atrakcyjny pomysł…  

Nikki parsknęła śmiechem. 

- Nie powiedziałam ci jeszcze najciekawszego. 

- Tak? Więc nie trzymaj mnie w niepewności. 

-  Wujek  i  ciotka  mogą  wykupić  tę  lukratywną  franszyzę  za  drobne 

pięćdziesiąt kawałków. 

Tym go zaskoczyła. 

background image

- Żartujesz. 

-  Mówię  całkiem  poważnie.  Nie  tylko  sami  postanowili  zbić  na  tym 

fortunę,  lecz  wciągnęli  do  tego  kuzynów.  Oznacza  to,  że  wszyscy  zajmą  się 
sprzedażą "Magicznej Szkatułki" i zaniedbają prowadzenie kawiarni. 

- Zanim połapią się, że to blaga, interes diabli wezmą. 

-  A  moja  rodzina  będzie  podejrzewana  o  machlojki.  Jeśli  nie  stracą 

kawiarni  przez  zaniedbanie,  pójdzie  na  honorarium  dla  adwokatów.  Skutek 
będzie  taki  sam.  Gotowi  są  natychmiast  wydać  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów, 
ż

eby w efekcie stracić lokal i zbankrutować. 

- Przepraszam, Nikki. Powinienem był… 

- …zaufać mi? - Uniosła brwi. 

- Coś w tym guście - przyznał. 

- W porządku. Sama mam również pewne kłopoty w tej materii. - Dopiła 

kawę i wypłukała filiżankę. - Powiem ci, w jaki sposób mógłbyś mi pomóc… 

-  Chcesz,  żebym  im  wyjaśnił,  że  nie  mogą  wydać  swoich  pieniędzy  - 

powiedział z rezygnacją. 

- Wielkie dzięki. Przyjmuję propozycję - uśmiechnęła się. - Jedziemy do 

pracy, czy wpadniemy do kawiarni? 

- A mam jakiś wybór? 

-  Najpierw  kawiarnia  Ernie'ego.  Coś  ci  powiem.  Tym  razem  ty  będziesz 

mówił. 

 

 

 

 

 

 

background image

Jan zajrzała do gabinetu. 

- Przepraszam, że ci przeszkadzam. 

Nikki zerknęła znad papierów na sekretarkę. 

- O co chodzi? - spytała 

-  Na  drugiej  linii  czeka  jakiś  człowiek,  który  chce  z  tobą  koniecznie 

rozmawiać.  Nie  przedstawił  się  i  dzwoni  już  po  raz  trzeci.  Mam  go  połączyć, 
czy dowiedzieć się najpierw kto to? 

Nikki pokręciła głową. 

-  Nie  kłopocz  się.  Odbiorę.  -  Wcisnęła  odpowiedni  guzik.  -  Nikki 

Alexander  -  powiedziała  odruchowo.  Z  gorzkosłodkim  uśmiechem  zauważyła, 
ż

e coraz bardziej przyzwyczaja się do nazwiska męża. Miała nadzieję, że równie 

łatwo oduczy się go używać. 

- Pani Alexander. Nareszcie. Jest pani trudno uchwytną kobietą. 

- Z kim mam przyjemność? 

- Timothy T. Tucker. Jestem pewien, że pani o mnie słyszała. 

-  Nie  do  wiary.  -  Nikki  wyprostowała  się  w  krześle.  -  "Magiczna 

Szkatułka" we własnej osobie. 

-  Ten  jeden  i  niepowtarzalny.  Rozmawiałem  dziś  z  pańskim  wujkiem  i 

ciocią. Wynikł pewien drobny problem. 

- O! A cóż takiego? 

- Ernie ma kłopoty z uzyskaniem pieniędzy, żeby zainwestować w interes, 

który mu zaproponowałem. 

- I to on dał panu mój numer? 

- Nawet kilka - powiedział po krótkiej przerwie Tucker. 

Przymknęła  oczy.  Co  to  miało  znaczyć?  Czyżby  wujek  Ernie  był  tak 

głupi,  że  podał  mu  numer  telefonu  do  apartamentu  Jonaha?  A  co  z  domem? 
Myśl, że pan Tucker mógłby nękać Kristę była bardzo niemiła. 

- Czego pan chce? - spytała nieprzyjaznym tonem. 

background image

-  Chcę  pieniędzy,  które  obiecali  mi  Ernie  i  Selma.  Dokładnie 

pięćdziesięciu tysięcy. 

-  Przykro  mi,  panie  Tucker.  Być  może  wujostwo  zapomnieli  powiedzieć 

panu o tym, ale postanowili nie inwestować w pański chlam - celowo odczekała 
sekundę, nim się poprawiła - to znaczy w pański wynalazek. 

- Chyba pani nie rozumie… 

- To raczej pan nie rozumie - poinformowała go szorstko. - Może wujek i 

ciotka są naiwni, ale ja nie. Zbadałam pański prospekt i zamierzam przedstawić 
go odpowiednim władzom. 

- O czym, do diabła, pani mówi? 

- Mówię o oszustwie. - Odwróciła się w stronę okna. - Technologia, którą 

pan rzekomo posiada, jeszcze nie istnieje. 

- Moja szkatułka… 

- …jest równie lipna, jak pan sam. Żegnam, panie Tucker. 

-  Na  pani  miejscu  jeszcze  bym  się  nie  rozłączał.  Lepiej  niech  pani  da 

wujkowi te pieniądze, bo pani pożałuje. 

- Nie sądzę. 

- Nie? Pani ciotka i wujek są nie tylko naiwni, ale gadatliwi. Ja zaś jestem 

wdzięcznym  słuchaczem.  Cały  czas  chwalili  się  zdolną  siostrzenicą.  Dziś 
wybitną. 

- Do rzeczy, panie Tucker. - Powoli wyprostowała się. 

-  Nie  była  pani  tak  wybitna  siedem  lat  temu,  co?  Wydaje  mi  się,  że 

komitet LJB byłby bardzo zainteresowany wysłuchaniem tej smutnej historii. 

- Grozi mi pan? - Ścisnęła słuchawkę. 

- Ależ skąd. Daję tylko stuprocentową gwarancję, że jeśli zniweczy pani 

mój interes z wujostwem, wyciągnę ten szkielet z pani szafy. Proszę uważać to 
za  inwestycję  we  własną  "Magiczną  Szkatułkę".  Pięćdziesiąt  tysięcy  w  zamian 
za taką szkatułkę, to mniej niż nic. Daję osobistą gwarancję, że nikt do niej nie 
zajrzy - zarechotał ubawiony własnym dowcipem. - To jak, umowa stoi? 

background image

Nikki zamknęła oczy. Właśnie przepadło siedem lat pracy i wysiłku, żeby 

wybrnąć  z  tej  strasznej  katastrofy.  Wiedziała,  jak  ludzie  zinterpretują  tamte 
wypadki.  Nie  tylko  straci  nominację  do  nagrody,  lecz  również  i  pracę.  Jednak 
nie  zamierzała  płacić  pięćdziesięciu  tysięcy  dolarów  w  zamian  za  wątpliwą 
obietnicę milczenia. 

-  Nie  ma  mowy  -  szepnęła.  -  Nie  płacę  szantażystom.  Niech  pan  robi  to 

ś

wiństwo. 

- Taki mam zamiar - warknął i odłożył słuchawkę. 

Nikki  gapiła  się  w  okno.  Co  powinna  teraz  zrobić?  Bez  zastanowienia 

podeszła  do  szafy  i  wyjęła  z  niej  pudło  z  zestawem  ogrodniczym.  Przez 
następną  godzinę  pracowała  przy  kwiatach,  rozważając  wszystkie  możliwości. 
Gdyby tak poprosić Jonaha o pomoc. Pewnie by ją zrozumiał. Pomógł przecież 
w  sprawie  Kristy  i  wujostwa.  Nawet  poszedł  do  nich  i  wyjaśnił  im,  że  Tucker 
jest łajdakiem. Załatwił to w bardzo dyplomatyczny sposób, o wiele lepiej, niż 
zdołałaby  to  uczynić  sama.  Zrobił  nawet  więcej,  przeforsował  jej  pomysł,  by 
otworzyli drugą kawiarnię i zatrudnili w niej kuzynów. Zanim od nich wyszedł, 
zakochali się w nim. 

Zupełnie jak ona. 

Ta nagła myśl sprawiła, że zamknęła oczy i wstrzymała oddech. Nie. Nie 

może  być  taka  nieodpowiedzialna.  Nie  mogła  się  w  nim  zakochać.  Miłość  jest 
dobra dla głupców, zmusza człowieka do odsłonięcia się. To nie dla niej. Jednak 
nigdy przedtem się nie okłamywała i teraz też nie powinna próbować tego robić. 
Powoli, starannie zbadała swoje uczucia i odkryła prawdę. 

Sama  nie  wiedziała,  jak  i  kiedy  to  się  stało,  być  może  całkiem 

nieświadomie.  Nie  mogła  zaprzeczyć,  zakochała  się  w  nim  na  zabój.  Zawsze 
sądziła, że jej serce i dusza są nieuleczalnie chore, teraz nagle ozdrawiały dzięki 
temu jednemu człowiekowi. 

Jonahowi. 

Dlaczego  musiała  się  w  nim  zakochać?  Pokręciła  głową.  Co  za  głupota. 

Jeśli  go  kocha,  to  również  ufa.  A  skoro  mu  ufa,  powinna  powiedzieć  także  o 
Tuckerze. 

Zadrżała. Nie może zrzucić tego na Jonaha. Gdyby on ją również kochał, 

zaryzykowałaby i opowiedziała mu o przeszłości. Bolało ją, że on jej nie kocha. 
Owszem,  pragnął  jej  i  sprawiało  mu  przyjemność  przebywanie  w  jej 

background image

towarzystwie. Jednak  w  końcu odejdzie  i Nikki  znów  zostanie sama.  Tak  więc 
podstawowe pytanie nadal pozostawało bez odpowiedzi. 

Co robić? 

Nic, postanowiła wreszcie. Nie wierzyła do końca, że Tucker spełni swoje 

groźby. W ten sposób sam by się zdemaskował, tymczasem takie kreatury wolą 
na ogół pozostawać w cieniu, nie zwracać na siebie uwagi. 

Rozległo się pukanie do drzwi. 

-  Nikki,  chciałbym  z  tobą  porozmawiać.  -  Jonah  wszedł  do  gabinetu  i 

stanął jak wryty. - Co ty wyrabiasz? 

-  Sadzę  kwiatki  -  odparła,  wzdrygając  się  mimowolnie.  -  Raczej 

przesadzam je. Zajmuję się tym zawsze, kiedy mam coś do przemyślenia. 

Jonah uważnie zlustrował pusty parapet. 

- A więc nie mordujesz kwiatków, tylko je leczysz. 

Chciała  ująć  się  pod  boki,  ale  w  ostatniej  chwili  przypomniała  sobie,  że 

włożyła gumowe rękawice. 

- Sądziłeś, że zabijam kwiatki? - spytała, ściągając rękawice. Odłożyła je 

na pokrywę pudełka. - Celowo? 

-  Wybacz  mi  moją  ignorancję  -  rzekł.  -  W  chwili  kiedy  dochodziłem  do 

tego wniosku, nie wiedziałem, że drzemią w tobie tak silne uczucia matczyne. 

Nikki osłupiała. Nigdy nie podejrzewała się o to. Przede wszystkim była 

kobietą  sukcesu.  Nigdy  nie  myślała  o  dzieciach.  Z  wyjątkiem  Keli.  Przygryzła 
wargę. Nawet nie powinna, jeśli jej plan miałby się powieść. 

- O czym myślisz? 

-  O  niczym  specjalnym.  -  Zdjęła  fartuch  i  zaczęła  pakować  do  pudełka 

narzędzia ogrodnicze. 

- Myślałaś o Keli, prawda?  

Zdumiała ją jego domyślność. 

- Tak - przyznała, bo zaprzeczanie byłoby bezcelowe. 

background image

-  Czy  kiedykolwiek  zastanawiałaś  się  nad  małżeństwem?  -  Oparł  się  o 

biurko. - Takim prawdziwym? O własnych dzieciach? 

- Raz. 

-  Aha.  I  to  było  siedem  lat  temu?  Najwyższy  czas  to  wszystko 

powyjaśnać. 

-  Czy  ci  już  mówiłam?  Kawa  bez  cukru  smakuje  mi  coraz  bardziej.  - 

Uważając  temat  za  zamknięty,  pchnęła  pudełko  w  stronę  szafy.  -  Zdaje  się,  że 
przyszedłeś tu w jakiejś sprawie. 

-  Niezupełnie.  -  Silne  dłonie  ujęły  ją  w  pasie  i  odsunęły  na  bok.  - 

Pozwolisz? - Z denerwującą łatwością podniósł pudełko i umieścił je bez trudu 
w szafie. 

- Dziękuję - mruknęła. 

- Nie ma za co. - Jakby od niechcenia odsunął jej kosmyk z czoła. Potem 

wsunął palce w jej upięte w kok włosy. Rozsypały się wokół jej twarzy. 

- Kusicielko - mruknął, przyciągając ją do siebie. 

- Jonah… 

Pocałunkiem  zgasił  rodzący  się  protest.  Uciekły  gdzieś  wszystkie  myśli. 

Wszystko  stało  się  łatwiejsze,  zwłaszcza  że  oboje  pragnęli  tego  samego. 
Zarzuciła mu ręce na szyję i wcale nie protestowała, gdy przycisnął ją mocno do 
siebie. 

-  Czy  przypadkiem  nie  przeszkadzam?  -  Rozbawiony  głos  rozległ się od 

strony drzwi. Obejrzeli się gwałtownie. O framugę opierał się Eric. - Tyle czasu 
zajęły ci dodatkowe wyjaśnienia w sprawie rachunku Dearfielda - zwrócił się do 
Jonaha - że postanowiłem cię poszukać. 

Jonah zaklął pod nosem. 

- Słusznie. Rachunek Dearfielda.  

Rumieniec pokrył policzki Nikki. 

- Mam to w moich aktach. Zaraz ci przekażę. 

- Miesiąc miodowy jeszcze się nie skończył, co? - spytał niewinnie Eric. 

background image

Nikki spojrzała na niego z przerażeniem. 

- Co ty, do diabła, wygadujesz? - warknął Jonah. 

- Tak mi to po prostu wyglądało - wzruszył ramionami Eric. 

- Myliłeś się - wykrztusiła Nikki. 

-  Oczywiście.  -  Eric,  uśmiechając  się,  wszedł  do  gabinetu.  -  Jednak 

dobrze, że nie jestem klientem. Kochanie się na podłodze nie świadczy dobrze o 
profesjonalizmie. A może zamierzaliście skorzystać z biurka? 

-  Idź  do  diabła,  braciszku  -  wybuchnął  Jonah.  -  Kiedy  będę  potrzebował 

twojego kazania o profesjonalizmie… 

-  Dobrze,  już  dobrze.  -  Eric  podniósł  obie  ręce  w  górę.  -  Jednak 

następnym razem polecałbym zamknięcie drzwi na klucz. 

- Uważaj! - Jonah zacisnął pięści. 

- Przestańcie! - Ku przerażeniu Nikki w jej oczach pojawiły się łzy. To na 

pewno  skutek  stresu.  Przytłoczona  przez  problemy  rodzinne,  małżeństwo  i 
Tuckera,  cudem  jeszcze  nie  zwariowała.  -  To  są  te  dane.  -  Cisnęła  akta  na 
biurko.  -  A  teraz,  przepraszam.  -  Wybiegła  z  pokoju,  zanim  całkiem  się 
rozkleiła. 

Jonah ruszył za nią, ale Eric przytrzymał go za rękę. 

- Nie podziękowałaby ci za to. Kobiety wolą wypłakać się w samotności. 

- Płakała? 

- Miała łzy w oczach - wzruszył ramionami Erie. 

- Niech to diabli - zmartwił się Jonah. - Może mi powiesz, od kiedy stałeś 

się ekspertem w tych sprawach? 

- Po prostu skorzystałem ze zdrowego rozsądku. A skoro już o niej mowa, 

nie ponaglaj jej. Pierwszy rok małżeństwa często okazuje się najtrudniejszy. 

- Czy nie mówiłem ci…? 

-  Jest,  jak  jest.  Nie  licz  na  udany  pierwszy  rok.  Nie  spędzacie  ze  sobą 

wiele czasu - zauważył nie bez racji Eric. 

background image

- Ja… ona… 

- Tak? 

- Daj spokój! 

-  Twoja  żona  była  naprawdę  zmartwiona.  Pewnie  jest  w  stresie.  To  nie 

jest pobudzenie na tle seksualnym. Widziałem to na własne oczy. 

 

 

 

To nie jest pobudzenie na tle seksualnym. 

Jonah rozważał to przez trzy dni. Pobudzenie na tle seksualnym. Pogmerał 

widelcem  po  talerzu  i  zaklął  pod  nosem.  On  sam  był  bardzo  pobudzony  i 
narastało to z każdą chwilą. Ukradkiem zerknął na żonę. 

Nikki  wpatrywała  się  w  talerz,  próbując  wzbudzić  w  sobie  chęć  do 

jedzenia.  Przez  trzy  ostatnie  dni  zastanawiała  się  nieustannie  nad  mężem, 
miłością, zaufaniem i tym strasznym człowiekiem, który jej groził. Rozmyślała 
też, w jaki sposób poradzić sobie z tym fantem. W istocie codziennie biła się z 
myślami,  czy  zaufać  ukochanemu  człowiekowi,  chociaż  on  jej  nie  kocha. 
Dyskretnie zerknęła na męża spod rzęs. 

Cisnął  widelec  o  stół.  Gdyby  był  tu  jego  brat,  udusiłby  przemądrzałego 

gówniarza… 

- Mówiłeś coś? - spytała Nikki. 

- Tak. Powiedziałem: dość tego. 

- Nie smakuje ci? - Popatrzyła na gulasz. - Za tłusty, co? 

-  Właściwie,  to  zmieniłem  zdanie.  Nie  mam  dość,  a  wręcz  przeciwnie  - 

wstał - i zamierzam natychmiast to zmienić. 

Nikki pochyliła na bok głowę. Blask świec odbił się w jej włosach. 

- Chcesz dokładkę? 

- Jeszcze nie zacząłem. 

background image

- Nie rozumiem. 

-  Zaraz  zrozumiesz.  -  Obszedł  stół  i  bez  dalszych  wyjaśnień  wziął  ją  w 

ramiona. - Zrozumiałaś? 

- Jonah! Co ty wyprawiasz? 

-  Robię  to,  co  powinienem  zrobić  pierwszej  nocy,  gdybym  nie  był  taki 

zmęczony.  To,  co  powinienem  zrobić  trzy  noce  temu,  gdybym  nie  odgrywał 
szlachetnego  męża.  -  Kopniakiem  otworzył  drzwi  do  sypialni.  -  A  teraz  zrobię 
to, na co miałem ochotę od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem. 

Rzucił ją na łóżko i czekał na protest. 

Nie powiedziała ani słowa. 

Popatrzył jej w oczy, spodziewając się ujrzeć w nich strach, nadający im 

odcień ametystu. Powoli zmieniały barwę na pełen namiętności fiolet. 

Czekał, aż się zerwie. Leżała nieruchomo. 

Ten  brak  reakcji  przypieczętował  jej  los.  Podszedł  bliżej,  nie  mogąc 

oderwać  od  niej  oczu.  Ściągnął  koszulę,  buty,  rozpiął  pasek  spodni.  Wreszcie 
sięgnął do zamka błyskawicznego. Nikki patrzyła na niego szeroko rozwartymi 
oczyma i koniuszkiem języka zwilżała dolną wargę. 

Pragnę całować te wargi, pomyślał. Gdy już nacieszę się jej ustami, będę 

całował jej całe ciało, a potem znów te słodkie usteczka. 

- Do diabła z gulaszem - powiedział, kładąc się obok niej. - Nic nie może 

się równać z taką ucztą. 

Nikki  spoglądała  na  niego  w  niemym  podziwie.  Po  trzech  dniach  mąk  i 

wątpliwości,  w  ułamku  sekundy  pojęła  prawdę.  Nie  tylko  kocha  Jonaha, 
również mu ufa. W dodatku bezgranicznie. Wraz z tą świadomością poczuła się 
nagle  wolna.  Będzie  mogła  mu  wszystko  powiedzieć,  a  on  ją  zrozumie. 
Przysunął się bliżej, zanurzył ręce w jej włosach. 

- Mów, żono - mruknął, całując ją - albo zatrzymaj swój sekret na zawsze. 

-  Wolę  potrzymać  cię  w  ramionach  -  odszepnęła  i  oplatając  mu  szyję 

rękoma,  odwzajemniła  pocałunek.  Porozmawiają  jutro.  Teraz  mieli  ważniejszą 
sprawę. 

background image

Rozbieranie Nikki wymagało dużej cierpliwości. Zamek błyskawiczny jej 

spódniczki  zacinał  się.  Każdy  guzik  bluzki  stawiał  opór.  Trzeba  było  znaleźć 
sposób  na  koronkowe  podwiązki,  by  uwolniły  jedwabne  pończochy.  Rozpięcie 
biustonosza  też  nie  było  łatwe.  Jednak  Jonah  cierpliwie  i  zręcznie  pokonał 
wszystkie kolejne przeszkody. 

Końcowy  rezultat  przeszedł  jej  wszelkie  oczekiwania.  Leżała  w  jego 

objęciach  i  rozgrzewana  jego  dotykiem,  płonęła.  Odkryła  też,  że  mówił  jej 
prawdę.  Kochanie  się  jest  partnerstwem.  Wszystko,  co  mu  oferowała, 
otrzymywała  z  powrotem.  Im  bardziej  otwierała  się  przed  nim,  tym  więcej  on 
odsłaniał się przed , nią. Gładziła jego szerokie ramiona, gdy on powoli pieścił 
jej piersi. Kiedy nieśmiało przeszła do bardziej intymnych pieszczot, on odsłonił 
przed nią tajemnice, dając jej niespotykaną rozkosz. 

- Ufasz mi? - spytał. 

W oczach Nikki pojawiły się łzy. Musiała je powstrzymywać. 

- Nie śmiałam. Aż do tej chwili. 

- Jesteś tego pewna? 

- Tak - szepnęła. - Jestem. 

Po tych słowach połączył się z nią, robiąc to z niezwykłą czułością. Było 

to tak, jakby własnym ciałem potwierdzał jej wybór i zaufanie. Nikki oddała mu 
się bez lęku, wahań i rozmyślania o tym, co może przynieść jutro. Gdy wreszcie 
nadeszło  spełnienie,  przeżyła  je,  leżąc  bezpiecznie  w  ramionach  swego  męża, 
człowieka, którego pokochała na wieki. 

 

 

 

 

 

Nikki  leżała  cicho,  obserwując,  jak  świt  oznajmia  koniec  nocy.  Świat 

powoli budził się do życia. Czekała, kiedy obudzą się jej wątpliwości i obawy. 
Nie wróciły. Jeśli mogłaby komukolwiek zaufać, tym człowiekiem był Jonah. 

Odwróciła się w jego stronę i stwierdziła, że nie śpi. 

background image

- Dzień dobry - szepnęła. 

-  Miło  jest  budzić  się  u  twojego  boku  -  mruknął.  -  Jednak  lepiej  byłoby 

budzić się w twoich objęciach. 

Uśmiechnęła się i przytuliła do niego. Delikatnie ujął jej twarz i popieścił 

kciukiem policzek. Nadeszła chwila prawdy. 

- Jonah? 

- Jestem, kochanie. Chwyciła głęboki oddech. 

- Potrzebuję twojej pomocy - powiedziała i od razu poczuła się lepiej. 

Kciuk nie przestawał gładzić jej policzka. 

- W czym mam ci pomóc? - spytał po prostu. 

  

 

 

 

ROZDZIAŁ  DZIEWIĄTY 

 

-  Nikki,  kochanie,  gdzie  jesteś?  -  spytał  Jonah,  mnąc  w  ręku  gazetę.  W 

oczach ciemniało mu z wściekłości. 

- Tutaj. - Wybiegła z sypialni, nie zważając na to, że ma na sobie jedynie 

czarne, jedwabne majteczki i kusą koszulkę. 

W  innej  sytuacji  zaciągnąłby  ją  z  powrotem  do  łóżka,  zdarł  te  szmatki  i 

kochał  się  z  nią  do  utraty  tchu.  Zamiast  tego,  podał  jej  grubą  sukienkę  z 
dzianiny. 

- Włóż to, musimy pogadać. 

Ciepły uśmiech zakwitł na pełnych wargach Nikki. 

- Nie mogę rozmawiać z tobą w bieliźnie? 

background image

- To zależy od rodzaju prowadzonej rozmowy. 

Wetknął  sobie  gazetę  pod  pachę  i  pomógł  jej  ubrać  się.  Kiedy  zapinał 

kołnierzyk,  objął  ją  i  pocałował.  Jak  zwykle  wtuliła  się  w  jego  ramiona  i  jak 
zawsze zatraciła się bez reszty w pocałunku. Niechętnie oderwał się od niej. 

Popatrzyła  mu  w  oczy  miękkim,  łagodnym  wzrokiem.  Boże,  dopomóż, 

pomyślał Jonah. Odkąd żona zaufała mu,  nie mógł stosować półśrodków. Wóz 
albo przewóz. 

Popchnął ją w kierunku kuchni. 

- Przygotuj kawę. 

Coś ją tknęło i spojrzała na niego uważnie. 

- Kawy, czy czegoś mocniejszego? 

- Wolałbym coś mocniejszego, ale zadowolimy się kawą. - Błyskawicznie 

napełnił  filtr  czarnym  proszkiem,  wlał  wody  do  zbiorniczka  i  wcisnął  guzik.  - 
Możesz ją sobie nawet posłodzić. 

- Więc stało się to najgorsze - mruknęła. 

-  A  stało  się.  -  Cisnął  gazetę  na  kuchenny  blat.  Był  to  jeden  z 

popularniejszych brukowców. 

"Nominowana  do  nagrody  LFB  sprzeniewierzyła  rodzinne  pieniądze", 

krzyczał wielki nagłówek. Skuliła się. 

- Czy jestem zwolniona? 

- Jak możesz w ogóle o to pytać? 

-  Musisz  ochraniać  International  Investment.  Rozumiem  to  i  jestem 

gotowa złożyć dymisję - odparła z taką chłodną logiką, że pragnął całować ją, aż 
znów zapomni o całym świecie. Zamiast tego, włożył ręce do kieszeni. 

- International Investment poradzi sobie z tym problemem bez teatralnych 

gestów z twojej strony, daj więc spokój. 

-  Nie,  tak  będzie  najlepiej.  Wiedziałam,  że  to  się  tak  skończy,  kiedy 

odmówiłam współpracy z Tuckerem. 

background image

-  Odmowa  jakichkolwiek  układów  z  szantażystą  była  twoją 

najinteligentniejszą decyzją, jaką podjęłaś od chwili, kiedy cię poznałem, jednak 
trzeba było mi o tym powiedzieć. 

- To nie była twoja sprawa - upierała się. 

-  Wczoraj  prosiłaś  mnie  o  pomoc.  Powiedziałem  ci,  że  zajmę  się 

Tuckerem, wiec zamiast się poświęcać, zaufaj mi, do diabła. Powstrzymam tego 
gada, nawet gdyby to była ostatnia rzecz, jaką miałbym w życiu zrobić. 

-  A  co  do  tego  czasu?  Jak  długo  będziesz  mógł  mnie  bronić,  jeśli 

International  Investment  zacznie  tracić  klientów?  Wykiwałam  własną  rodzinę, 
czemu nie miałabym oszukać ich? 

- Nikogo nie wykiwałaś! 

W nagłej ciszy rozległo się burczenie ekspresu od kawy. 

- Dziękuję za poparcie - roześmiała się gorzko. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  -  Napełnił  trzy  filiżanki  i  dwie 

postawił przed Nikki. - Kochanie… 

- To nie wszystko? - spytała, sięgając po cukier. 

- Niestety - westchnął. 

- Powiedz mi resztę. - Napiła się kawy. 

-  Komitet  LJB  pragnie  przesłuchać  cię  na  specjalnym  posiedzeniu,  żeby 

zdecydować o losie twojej nominacji. 

- Kiedy? 

- Dziewiątego, w poniedziałek rano. 

- Trzy dni - przygryzła wargę. - Kto wniósł oskarżenie? 

- Tego nie chcą powiedzieć, ale oboje wiemy kto. 

-  Nie  mogę,  Jonah.  -  Zmarszczyła  brwi.  -  Nie  stanę  przed  tymi  ludźmi  i 

nie  opowiem  im  o  mojej  przeszłości.  To  obcy.  Nawet  tobie  z  trudem  o  tym 
opowiedziałam. - W jej głosie brzmiał strach. - Nie zrozumieją mnie. 

- Postaramy się, żeby cię zrozumieli. 

background image

- My? 

- Będę przy tobie. 

Zdumiała się. Poczuła, jak wraca jej nadzieja. 

- Wybierasz się tam ze mną? 

- Oczywiście. Jesteś moją żoną. Nie zostawię cię samej w trudnej sytuacji. 

 

 

 

Poniedziałek nadszedł o wiele za szybko. Jonah dużą wagę przywiązywał 

do stroju, w jakim Nikki ma stawić się przed "inkwizycją", jak nazywał komisję. 
Kiedy wyjęła z szafy czarny kostium, zaprotestował kategorycznie. 

- Zbyt przygnębiający. Oprócz tego sprawia wrażenie, jakbyś była winna. 

-  To  co  mam  na  siebie  włożyć?  -  zapytała  z  rozpaczą  w głosie.  -  Ślubną 

suknię, bo chyba nie mam nic innego. 

-  To  jest  myśl,  sekundeczkę…  -  Wyciągnął  z  szafy  stylowy  kostiumik 

koloru kości słoniowej i odpowiednią jedwabną bluzkę. - Oprócz tego biżuteria i 
szpilki. 

- Chyba nie mówisz poważnie? - Spojrzała na niego zdziwiona. - To nie 

jest strój urzędowy, kupiłam te rzeczy na ubiegłą Wielkanoc. 

-  Właśnie.  Chcę,  żeby  patrząc  na  ciebie,  myśleli  "niewinna".  W  tym  tak 

właśnie będziesz wyglądała. 

- Przypominam ci, że jestem niewinna. 

- Pamiętam o tym. Ale komisja nie może w to wątpić. Włóż to i rozpuść 

włosy. 

- Coś jeszcze? 

-  Tak.  Nie  zapomnij  o  jedwabnej,  koronkowej  bieliźnie,  podwiązkach  i 

tych szykownych pończochach. 

background image

- To też ma przekonać komisję o mojej niewinności? 

- Nie, to dla mnie. Komisja będzie się zastanawiała, co masz pod spodem. 

Ja będę wiedział. 

- Jesteś niemożliwy - uśmiechnęła się. Nigdy nie przypuszczała, że w tej 

trudnej sytuacji coś ją zdoła rozbawić, ale mąż nie przestawał jej zdumiewać. 

-  To  będzie  nasz  mały  sekret.  -  Zatarł  ręce.  -  Ilekroć  stracę  cierpliwość, 

pomyślę  o  tych  fikuśnych  podwiązkach  i  powstrzymam  się  od  wybuchu 
wściekłości. 

- Wspaniale, a o czym ja mam myśleć? 

- Pomyśl o tym, co ja noszę pod garniturem - szepnął jej do ucha. 

- Włożyłeś coś niezwykłego? - ucieszyła się. 

-  Może…  -  uśmiechnął  się  zmysłowo.  -  Przekonasz  się  po  powrocie  z 

przesłuchania. 

- Mam czekać tak długo? To nie fair - zaprotestowała. 

-  Wiem,  ale  to  moja  metoda.  Ilekroć  wpadniesz  w  panikę,  spróbuj 

zgadnąć, co to może być. 

- I to ma mnie uspokoić? 

- Jeśli nie uspokoi, to na pewno rozśmieszy. - Ubieraj się, a ja przygotuję 

coś na ząb. 

To  pomogło  jej  przetrwać  śniadanie  i  podróż  taksówką  do  siedziby 

komitetu. Pierwszy atak tremy miała w windzie. Jonah musiał czuć to samo, bo 
złapał ją za rękę. 

- Białe? - spytał. 

- Co? - Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Podwiązki. 

Poczerwieniała ku uciesze reszty ludzi. 

-  Są  kremowe  -  szepnęła.  -  W  różyczki.  -  Zerknęła  na  niego  i  spytała:  - 

Bokserki? 

background image

- Nie powiem. 

Wyobraziła  sobie  Jonaha  w  kolorowych  bermudach  i  omal  nie 

wybuchnęła śmiechem. Drzwi rozsunęły się. Ścisnął mocniej jej dłoń. 

- Jesteśmy. Nie trać wiary, mamy rację. 

- Słucham państwa - odezwał się recepcjonista. 

- Pan i pani Alexander na spotkanie z komitetem. 

- Oczekują państwa, proszę za mną. - Przeszedł korytarzem i zapukał do 

dwuskrzydłowych drzwi. 

Nikki tknięta nagłą myślą złapała Jonaha z rękę. 

- Czekaj… ty nie masz nic pod spodem? 

- Nonsens. - Otworzył drzwi. 

Na  ich  widok  dwie  kobiety  i  trzej  mężczyźni  zerwali  się  równo  jak  pod 

sznurek. Podszedł do nich wysoki, poważnie wyglądający mężczyzna. 

-  Bill  West,  przewodniczący  komitetu.  -  Podał  im  rękę.  -  Nie 

spodziewaliśmy się tu pana, panie Alexander. 

- Nie, ale mimo to przyszedłem. Chyba nie ma pan nic przeciwko temu? 

-  Nie  -  uśmiechnął  się  z  przekąsem  Bill.  -  Jest  pan  pożądanym 

obserwatorem.  Proszę  jednak  nie  zapominać,  że  to  wobec  pańskiej  żony 
wysunięto oskarżenie i ona ma udzielić na nie odpowiedzi. 

-  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  prosił  nas  pan  o  wyjaśnienie  kilku 

drobiazgów.  Przyszliśmy  tu  z  grzeczności,  bez  korzystania  z  pomocy  prawnej. 
Jeśli  w  trakcie  tego…  spotkania,  sytuacja  ulegnie  zmianie,  dam  panu  znać.  - 
Przez  chwilę  spoglądał  przewodniczącemu  prosto  w  oczy.  -  Mam  nadzieję,  że 
się rozumiemy. 

-  Oczywiście,  doskonale.  -  Bill  skinął  w  stronę  stołu  konferencyjnego.  - 

Proszę siadać. Coś podać, wody, kawy? 

-  Trzy  kawy.  Dwie  z  cukrem,  jedna  gorzka  -  odparł  natychmiast  Jonah. 

Potem odprowadził Nikki do stołu. 

- Nie potrzebuję żadnej kawy - szepnęła mu na ucho. 

background image

- Wiem, po prostu chciałem zbić go z tropu. 

Zerknęła na męża spod rzęs. 

-  Chciałam  cię  tylko  poinformować,  że  moja  bielizna  składa  się  z  pięciu 

części. 

- Oto kawa - powiedział pospiesznie Bill. - Czy możemy zaczynać? 

- Jesteś gotowa, Nikki? 

- Jak nigdy. 

Bill dołączył do pozostałej czwórki przy drugim końcu stołu. 

-  Przede  wszystkim  chciałbym  przeprosić  za  kłopot  panią  Alexander  - 

zaczął.  -  Niestety,  musimy  dowieść,  że  każda  osoba  nominowana  do  nagrody 
Lawrence'a  J.  Baumana  jest  poza  wszelkimi  podejrzeniami.  Dlatego  kandydaci 
muszą pracować w którejś z renomowanych firm. 

- Pracuję właśnie w takiej firmie - odparła Nikki. 

- Ta renomowana firma popiera w pełni panią Alexander - dodał Jonah. 

-  Tak, panie  Alexander  -  westchnął  Bill.  -  Zdajemy  sobie  z  tego sprawę, 

jak również z pozycji pańskiej firmy. Niemniej powaga zarzutów zmusza nas do 
ich  pełnego  wyjaśnienia.  Mamy  informacje  od  człowieka,  którego  nazwisko 
muszę przemilczeć… 

- Timothy T. Tucker - wtrąciła Nikki. 

- Zna pani tego człowieka? 

-  Tak.  Usiłował  sprzedać  mojemu  wujkowi  i  cioci  swój…  hm… 

wynalazek. Kiedy odwiodłam ich od tego, zagroził, że opublikuje pewne fakty z 
mojej przeszłości. 

- Powiedz im wszystko - zachęcił ją Jonah. 

- Pan Tucker zaproponował również, że zachowa milczenie, jeśli zmienię 

zdanie i namówię wujostwo, żeby zapłacili mu pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Komitet naradzał się przez chwilę. 

background image

-  Podejrzewaliśmy,  że  motywy,  którymi  kierował  się  pan  Tucker, 

informując nas o pani przeszłości, są wątpliwe moralnie - rzekł w końcu Bill. - 
Jednak musimy je sprawdzić. 

- Może przeszlibyśmy do meritum - odezwał się Jonah. 

-  Otóż  to.  -  Bill  zerknął  do  notatek,  potem  na  Nikki.  -  Czy  wzięła  pani 

pieniądze krewnych i zainwestowała w bezwartościową nieruchomość? 

-  Chwileczkę…  -  Jonah  pochylił  się  ku  żonie.  -  Mów  całą  prawdę.  Nie 

ociągaj się z odpowiedziami. Na razie niczego nie wyjaśniaj. Oczekują po tobie 
przyznania się, nie wykrętów. 

-  Chcesz,  żebym  przyznała  się  do  wszystkiego?  -  Nikki była półżywa  ze 

strachu. 

- Tak. Zaufaj mi. 

- Ufam ci. - Popatrzyła na Billa Westa i zaczerwieniła się. 

- Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć pytanie. 

- Czy wzięła pani pieniądze krewnych i zainwestowała w bezwartościową 

nieruchomość? 

- Tak - odparła, nie patrząc na Jonaha. 

Jej odpowiedź najwyraźniej zdziwiła Westa. Znów wsadził nos w notatki. 

- Czy pożyczyła pani pieniądze z banku na kolejny zakup? 

- Tak. 

- I straciła pani te pieniądze? 

- Tak. 

-  Czy  bank  przejął  hipotekę,  bo  nie  była  pani  w  stanie  spłacać 

miesięcznych należności? 

- Owszem. 

-  Czy  wtedy  okazało  się,  że  wartość  tej  nieruchomości  jest  mniejsza  od 

sumy, którą pani pożyczyła? 

background image

- Mniej więcej dwukrotnie. 

Bill West cisnął długopis na stół i przyglądał się jej z niedowierzaniem. 

-  Brak  mi  słów.  To  są  bardzo  poważne  zarzuty  i  potwierdziła  je  pani 

wszystkie. 

- Tak, panie West. Jednak te pytania nie uwzględniały okoliczności. Czy 

mogę je wyjaśnić? 

- Jeśli pani zdoła. 

Spojrzała na Jonaha i chwyciła głęboki wdech. 

- Przed ośmioma laty zmarli moi rodzice… - zaczęła. 

Siwowłosa kobieta siedząca po lewej ręce Westa podniosła głowę. 

-  Nie  bardzo  rozumiem,  co  śmierć  pani  rodziców  ma  wspólnego  ze 

sprawą... 

- Moja żona uprzejmie wysłuchała i odpowiedziała na wszystkie pytania - 

przerwał jej blady z wściekłości Jonah. - Jesteście jej to samo dłużni. 

- On ma rację, Claro. Pozwólmy opowiedzieć jej wszystko - rzekł Bill. - 

Proszę kontynuować, pani Alexander. 

- Ich śmierć ma z tym dużo wspólnego. Jak zapewne państwo rozumiecie, 

wszyscy  przechodziliśmy  ciężkie  chwile. W  dodatku  rodzice  byli  finansowymi 
doradcami rodziny. Ponieważ akurat studiowałam zarządzanie, obciążono mnie 
tym  obowiązkiem  -  uśmiechnęła  się  z  przekąsem.  -  Właściwa  młodości 
arogancja sprawiła, że myślałam, iż temu podołam. 

- I od tego wszystko się zaczęło - mruknął Bill. 

-  W  moim  przypadku  był  to  profesor,  który  stale  doradzał  mi  i  zachęcał 

do  działania.  Przychodziłam  do  niego  z  różnymi  problemami.  Kiedy 
skończyłam  dwadzieścia  jeden  lat,  porzucił  uniwersytet,  by  zająć  się  czymś 
bardziej dochodowym.  

- Pewnie nieruchomościami - dopowiedział Bill. 

- Inwestycją w nieruchomość, dzięki której składam teraz wyjaśnienia. 

background image

-  Żeby  było  jasne  - odezwał  się Jonah.  - Moja  żona utrzymywała  w  tym 

czasie  ciężarną  siostrę,  która  właśnie  owdowiała.  Chociaż  rodzice  Nikki 
pozostawili  polisy  ubezpieczeniowe,  podejrzewam,  że  nie  wystarczało  to  na 
pokrycie niezbędnych wydatków. 

-  Nie  wystarczało  -  przyznała  Nikki.  -  Może  dlatego  byłam  podatna  na 

propozycję profesora Wymana. 

- Profesora Wymana - przerwała jej ponownie Clara. - Profesora Wilberta 

Wymana? 

- Tak, chociaż wolał, gdy nazywano go Bert. Zna go pani? 

-  Moja…  córka  go  poznała.  -  Ścisnęła  długopis.  -  Przepraszam,  proszę 

mówić dalej. 

-  Bert  powiedział  mi  o  pewnej  nieruchomości,  która  miała  dać  pewny 

zysk. Zabawne, wciąż pamiętam jej nazwę; Sunrise Center. Powiedział, że jeśli 
ja  nie  schwytam  tej  okazji,  on  to  zrobi.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Więc  ją 
złapałam. 

- Udała się pani po pieniądze do rodziny? 

-  Tak,  podjęłam  resztę  ubezpieczenia,  oszczędności  wujostwa,  nawet 

fundusze moich kuzynów na opłacenie studiów. 

- Nie uważała pani tego za ryzykowne? 

-  Codziennie  tego  żałuję.  Jednak  Bert  powiedział,  że  nie  ma  zysku  bez 

ryzyka. 

- Co się stało potem? 

-  Kiedy  sfinalizowałam  transakcję,  Bert  wystąpił  z  kolejną  propozycją. 

Chciał, żebym pożyczyła pieniądze pod zastaw tej nieruchomości. 

- Po co potrzebne były mu te pieniądze? 

-  Sugerował,  że  puścimy  je  w  krótkoterminowy  obrót.  Podwoimy  je  w 

kilka miesięcy… - Wypiła łyk kawy. - To brzmiało zbyt pięknie, by mogło być 
prawdziwe.  Później  zorientowałam  się,  że  Bert  przekupił  urzędnika,  by  wyżej 
wycenił nieruchomość. 

- A pieniądze? 

background image

- Wręczyłam mu czek. - Uśmiechnęła się. 

-  Domyślam  się,  że  Bert  zniknął  z  pieniędzmi  -  rzekł  Bill.  -  I  co  pani 

wtedy zrobiła? 

Nikki zebrała całą wewnętrzną siłę. 

- Przez siedem lat harowałam jak mało kto. Nauczyłam się wszystkiego o 

finansach,  więc  nie  dałam  się  już  podejść.  Stopniowo  spłaciłam  bank  i  całą 
rodzinę.  W  zeszłym  roku  dzięki  paru  legalnym  inwestycjom  wyrównałam 
rachunki. 

- A co się stało z profesorem Wymanem? 

- Nie mam pojęcia. Pewnie naciąga kolejne naiwne studentki. 

- Już nie - odezwała się Clara. - Pięć lat temu trafił za kratki. 

Bill bez słowa pozbierał notatki. 

- Dziękuję, pani Alexander. To wszystko. 

-  Nie,  do  diabła,  wcale  nie  wszystko  -  warknął  Jonah.  -  Czy  jest  nadal 

nominowana, czy też mam skontaktować się z moimi prawnikami? 

- Jonah! 

-  Chwileczkę…  -  Komisja  naradzała  się  przez  moment.  -  Nie  mamy  nic 

przeciwko  podaniu  wam  natychmiastowej  decyzji.  Przyjmując,  że  nie 
znajdziemy  żadnego  kłamstwa  w  pani  oświadczeniu,  nominacja  pozostaje  w 
mocy. 

- A jak długo potrwa sprawdzanie? - dopytywał się Jonah. 

-  Uroczystość  odbędzie  się  w  sobotę.  Jeśli  decyzja  ulegnie  zmianie, 

powiadomimy o tym w piątek. 

Nikki wstała, bojąc się, że Jonah coś jeszcze powie. 

- Dziękuję za umożliwienie mi złożenia wyjaśnień - powiedziała i niemal 

siłą wyprowadziła męża z pokoju. 

- Jedziemy natychmiast do domu, uparciuchu. 

- Skąd ten nagły pośpiech? - Spojrzał na nią podejrzliwie. 

background image

- Nie spocznę, dopóki nie dowiem się, co masz pod spodem. - Przesunęła 

ręką po biodrze męża. - O rany, Jonah, ty naprawdę nie masz… 

Drzwi windy zamknęły się. 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ  DZIESIĄTY 

 

- Nie denerwujesz się? - dziwiła się Selma. 

- Kiedy ja… 

- A to niby dlaczego? - zbyła ciotkę Krista. - Jest faworytką. 

- Wątpię… - Wzruszyła ramionami Nikki. 

- Niech diabli porwą tego Tuckera - odezwał się z głębi limuzyny Ernie. - 

Czemu nas przed nim nie ostrzegłaś, Nikki? Udusiłbym gada. 

- Przecież właśnie… 

- Dziękujmy Bogu za Jonaha - powiedziała Selma. - Nie wiem, co byśmy 

zrobili bez jego rad. 

- Tak. Dzięki Bogu byłem na miejscu - rzekł Jonah, obejmując ramieniem 

Nikki. - Obowiązkiem moralnym męża jest ochrona żony. 

- I jej rodziny? - nie wytrzymała. 

- Owszem. Lepiej ci teraz? 

Skinęła głową. 

- Świetnie. Czy już mówiłem, że pięknie pani wygląda, pani Alexander? - 

Przytulił się mocniej. 

background image

-  Hej,  nic  z  tych  rzeczy  -  zaprotestował  Eric.  -  Świętować  będziecie 

dopiero po jej zwycięstwie. 

-  Jeżeli  wygram  -  sprostowała  pospiesznie.  -  Co  jest  bardzo  wątpliwe. 

Mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani. 

-  Nikt  nie  będzie  rozczarowany.  -  Jonah  wyjrzał  przez  okno  limuzyny, 

która zatrzymała się przed hotelem. - Już są. 

- Kto? - dopytywała się Nikki, bo Jonah jej zasłaniał. 

- Mama i tata - odparł. - Przyjechali taksówką, zamiast tłoczyć się z nami 

w limuzynie. 

- Chyba się pochoruję - jęknęła. - Nie uprzedziłeś mnie. 

- Są tu, żeby cię wesprzeć, jak my wszyscy. - Uścisnął jej dłoń. - Beżowe? 

- szepnął. 

- Czarne - westchnęła z ulgą. - Bokserki? 

- Skórzane. 

- Nie żartuj - zachichotała. 

- A kto tu żartuje? 

Drzwi  otworzyły  się,  co  zakończyło  przekomarzania.  Loren  i  Della 

pospieszyli  uściskać  Nikki.  Zachowywali się,  jakby  była  prawdziwą synową,  a 
ona zapragnęła nagle, by nie była to jedynie ulotna fantazja. 

W  hotelu  skierowano  ich  do  wielkiej,  rzęsiście  oświetlonej  sali  balowej. 

Ich stolik stał blisko podium. Inni kandydaci również siedzieli w pobliżu. Obiad 
i przemówienia ciągnęły się w nieskończoność. Wreszcie głos zabrał Bill West. 

- Zanim podam nazwisko - zaczął - opowiem wam nieco o tegorocznym 

zdobywcy  nagrody  Lawrence'a  J.  Baumana.  Osoba,  którą  wybraliśmy, 
odpowiada  wszystkim  kryteriom  stawianym  kandydatom.  Jest  błyskotliwa, 
oddana,  posiada  duże  umiejętności  i  co  najważniejsze:  prawość  i  uczciwość. 
Dlatego nasz komitet nie miał kłopotu z dokonaniem jednogłośnego wyboru. 

- To o tobie - szepnęła Selma. 

Łzy  napłynęły  do  oczu  Nikki.  Pokręciła  głową.  Kiedy  usłyszała  słowo 

"prawość", była pewna, że Bill mówi o kimś innym. 

background image

-  Ta  osoba  musiała  zmierzyć  się  ze  strasznymi  przeciwnościami  losu  - 

ciągnął Bill. - I nie tylko nauczyła się czegoś na błędach z przeszłości, potrafiła 
także skorzystać z tej nauki. W trudnej sytuacji dokonała właściwego moralnie 
wyboru,  choć  przyznaję,  że  mało  kto  odważyłby  się  na  to.  Tak  więc  mam 
zaszczyt  wręczyć  tegoroczną  nagrodę  imienia  Lawrence'a  J.  Baumana…  pani 
Nikki Ashton Alexander. 

Nikki  była  tak  zaskoczona,  że  nie  mogła  się  ruszyć  z  miejsca.  Jonah 

przyszedł jej z pomocą. Podniósł ją z krzesła i gorąco ucałował, a potem pchnął 
ją w kierunku podium. 

- Zasłużyłaś na to, kochanie. Idź. 

Jak nieprzytomna przeszła między stolikami i weszła na scenę. Bill West 

uścisnął  jej  rękę  i  wręczył  kryształowo-złotą  statuetkę.  Spoglądając  na  piękny 
wzór,  Nikki  z  trudem  hamowała  wzruszenie.  Po  skandalu,  który  wybuchł, 
uważała za szczęście, że nie wycofano jej nominacji, ale nie spodziewała się, że 
zwycięży. Nagle ze zgrozą uświadomiła sobie, że będzie musiała przemówić, a 
odkąd z podium padło jej nazwisko, miała pustkę w głowie. 

-  Ja…  ja…  -  Ścisnęło  się  jej  gardło,  zniknęło  gdzieś  opanowanie.  W 

ostatniej  chwili  spojrzała  na  Jonaha.  Wystarczył  jeden  rzut  oka,  by  odzyskała 
spokój. Chwyciła głęboki oddech. 

-  Dziękuję  komitetowi  LJB  zarówno  za  to  wyróżnienie,  jak  i  za 

umożliwienie  mi  wyjaśnienia  pewnych  spraw.  -  Spojrzała  na  Lorena  i  Delię.  - 
Dziękuję  również  International  Investment  za  poparcie  udzielone  mi  w  trudnej 
sytuacji. To więcej, niż się spodziewałam i zasłużyłam. 

Trzęsły się jej ręce, lecz postanowiła powiedzieć wszystko, co teraz czuła, 

dziękując ludziom, którym winna była podziękowanie. 

-  Dziękuję  również  mojej  rodzinie  za  pokładane  we  mnie  zaufanie  i 

miłość, jaką mnie obdarzała. Oni zasłużyli na tę nagrodę nie mniej ode mnie. 

Ernie i Selma promienieli Krista pokręciła ze zdumienia głową. 

-  Na  końcu  chciałabym  podziękować  mojemu  mężowi  Jonahowi  - 

zwróciła się wprost to niego. - Dałeś mi coś, co, jak zdawało mi się, utraciłam 
na  zawsze.  Udowodniłeś  mi,  że  trzeba  ufać,  bo  bez  zaufania…  -  Głos  się  jej 
załamał.  Sala  umilkła,  bo  wszyscy  chcieli  usłyszeć,  co  powie  dalej.  Nikki 
przestraszyła się i omal nie uciekła z podium, jednak zwyciężyło postanowienie, 
ż

e  dopowie  wszystko  do  końca.  -  Dziękuję  ci,  że  nauczyłeś  mnie  ufać,  bo  bez 

tego nie ma miłości. 

background image

Nie pamiętała, jak z powrotem znalazła się przy stoliku. Wszyscy rzucili 

się  do  niej  z  gratulacjami,  lecz  ona  pragnęła  jak  najszybciej  znaleźć  się  w 
ramionach  Jonaha.  Stał  z  boku  i  z  tajemniczym  uśmiechem  przyglądał  się,  jak 
inni adorują jego żonę. 

- Teraz powinniśmy pójść na przyjęcie - zaproponowała Krista, kiedy sala 

zaczęła pustoszeć. - Szampan, kawior, te rzeczy… 

Eric skinął głową. 

- W końcu mamy dwa powody do radości: nagrodę Nikki i… - podniósł 

lewą rękę Kristy, na jej palcu lśnił pierścień z brylantem -  …nasze zaręczyny. 

Nikki  spojrzała  na  nich  w  zdumieniu,  wręcz  zaniemówiła.  Krista 

zachichotała i przytuliła się do Erica. 

-  Twój  wyraz  twarzy  jest  wart  wszystkich  pieniędzy,  siostrzyczko.  Tego 

się nie spodziewałaś. 

- Nie musicie już dłużej udawać małżeństwa - dodał Eric, spoglądając na 

Jonaha. 

Nikki otworzyła usta. 

- Co? - wykrztusiła. 

- Bal Kopciuszka - wyjaśniła Krista. - Eric i ja domyśliliśmy się, że Jonah 

postanowił ożenić się z tobą dla naszego wspólnego dobra. A nie ma tego złego, 
co by na dobre nie wyszło.  

Nikki popatrzyła na męża. Miał nieodgadniona minę. 

- Nie rozumiem, skąd się znacie? - spytała siostrę. 

- Przyszłam do twojego biura, ale byłaś bardzo zajęta. Wpadłam na Erica, 

a on zaprosił mnie na lunch. 

- I tak to się zaczęło - powiedział Eric. - Doceniamy wasze poświęcenie, 

ale nie musicie już więcej udawać. Chyba że naprawdę zakochaliście się w sobie 
i postanowiliście pozostać małżeństwem. A nie ma tego złego… 

- Wystarczy - uciął Jonah i podał bratu rękę. - Moje gratulacje. Zgadzam 

się  też,  że  jest  to  warte  uczczenia,  prawda?  -  Po  raz  pierwszy  zwrócił  się  do 
Nikki. - Wreszcie osiągnęłaś wszystko, czego chciałaś. 

background image

Nie była pewna, czy powinna się z tego cieszyć. 

- I co dalej? - spytała, gdy wracali do domu z przyjęcia. 

- Jeśli pytasz o najbliższą przyszłość, lecę jutro do Londynu. 

- Do… Londynu? Nic nie wspominałeś… 

- Nie wspominałem, bo były ważniejsze sprawy. 

- Czy ten wyjazd jest… na stałe? - Zaplotła palce, by ukryć drżenie rąk. 

- Jeszcze pytasz? 

Nagle wydał się jej obcy. 

- Przepraszam. - Pochyliła głowę. - Obiecałeś Ernie'emu i Selmie wspólne 

ś

więta. Trudno. 

- Czy kiedyś nie dotrzymałem obietnicy? - warknął. 

- Nie. Wypełniłeś wszystkie. Dziękuję. 

-  Nie  potrzebuję  twoich  podziękowań.  Wolałbym  raczej  coś,  co  wydaje 

się niemożliwe, mimo twego przemówienia. 

- Chodzi ci o zaufanie? Masz je. 

- Naprawdę? Udowodnij mi to. 

- Ale jak? 

 

 

 

 

Ostatnie  dni  przed  świętami  były  dla  Nikki  bardzo  trudne,  ale  Wigilia 

wydawała  się  jej  dłużyć  w  nieskończoność.  Wczesnym  popołudniem  wszyscy 
pracownicy poszli do domu. Budynek zrobił się nagle cichy i zimny. Niechętnie 
wróciła  do  pokoju,  w  którym  brakowało  Jonaha  i  stanęła  przy  oknie, 

background image

spoglądając na kłębiący się w dole tłum. Wszyscy spieszyli do domu, by dzielić 
się radością i ciepłem z najbliższymi. Jakże pragnęła tego samego! 

Widziała, jak pierwsze płatki śniegu zawirowały w powietrzu. Pomyślała, 

ż

e  Keli  będzie  zachwycona  śniegiem  na  święta.  Zamknęła  oczy,  usiłując 

pohamować łzy. Czy ten śnieg nie opóźni przylotu Jonaha? 

Pragnęła  go,  potrzebowała  jego  siły,  czułości  i  miłości.  Czemu  nie 

powiedziała  mu  prawdy,  kiedy  miała  okazję?  Jak  mogła  zaryzykować  stratę 
najdroższego na świecie człowieka? Żeby tylko nic mu się nie stało! 

Pochyliła głowę i zaczęła łkać. 

Nagle z tyłu coś upadło na biurko. Odwróciła się. Teczka z aktami, której 

tu  przedtem  nie  było.  Nie  wierząc  własnym  oczom,  przeczytała:  "Rachunek 
Stamberga". 

Przez pokój przeleciała koszula, po niej krawat i pasek do spodni. 

-  Jonah!  -  krzyknęła,  zawieszona  gdzieś  między  śmiechem  a  płaczem.  - 

Co tu robisz?  

- Dotrzymuję warunków zakładu. 

Zakryła dłonią usta. Anielskie chóry nie mogły równać się z aksamitnym 

głosem Jonaha.  

- Chcesz zatańczyć nago na moim biurku? 

- Chyba że masz lepsze miejsce na takie pląsy.  

-  Mam,  oczywiście,  że  mam.  Chodźmy  szybko  do  domu.  Muszę  ci  coś 

wyznać.  

- Wszyscy sądzą, że jesteś w ciąży. Jesteś, czy nie?  

- Nie - zmarszczyła brwi. - Myślę, że chyba nie. 

- Szkoda, to by wszystko ułatwiło. 

- Wybieram zawsze trudniejsze warianty - wyznała. 

- Zauważyłem to - rzekł z czułością. - O czym to chciałaś mi powiedzieć? 

background image

-  Nie  zdążyłam  ci  powiedzieć,  że  cię  kocham.  Nie,  nie  tak…  że  cię 

bardzo, bardzo mocno kocham. 

Jonah uśmiechnął się. 

- Czy mogę trzymać cię za słowo? 

-  Tak.  -  Zerknęła  na  niego  spod  rzęs.  -  Bo  wydaje  mi  się,  że  ty  mnie 

również kochasz. 

- Wydaje ci się? - Uniósł brwi. 

-  Wiem  -  poprawiła  się  szybko.  -  Wiem,  że  mnie  kochasz  i  wymyśliłam 

sposób, by dowieść ci moich uczuć. 

- Jaki, pani Alexander? - Był wyraźnie uradowany. 

- Cóż… - Objęła go mocno. - Musisz poczekać do jutra. Jednak mam też 

kilka pomysłów na teraz. 

- Czy któryś z nich dotyczy zdjęcia reszty ubrania? 

-  Przynajmniej  jeden  -  roześmiała  się.  -  Może  jednak  poczekamy,  aż 

znajdziemy się w domu. 

- Jeszcze nie pojęłaś, że kiedy trzymam cię w ramionach, jestem w domu? 

A swoją drogą, żoneczko, to ja również bardzo mocno cię kocham - powiedział, 
zanim  ją  pocałował,  udowadniając  tym  samym  ponad  wszelką  wątpliwość,  że 
Boże Narodzenie jest wciąż świętem pełnym cudów. 

W  pierwszy  dzień  świąt  Nikki  obudziła  się  w  ramionach  Jonaha  i  po 

namiętnym  pocałunku  kochali  się  i  kochali.  Gdy  wreszcie  wstali  z  łóżka, 
pokazała mu, co zmieniło się w apartamencie. Wszędzie stały kwiaty. 

- Z twoimi kwiatkami jest to wreszcie prawdziwy dom - zauważył Jonah. 

- Nie byłby domem bez ciebie - zaprotestowała, przytulając się do niego. - 

Kwiatami chciałam ci tylko udowodnić, że zostaję tu na zawsze. 

Krewni  zaczęli  przybywać  od  wczesnego  popołudnia,  wnosząc  dużo 

ś

miechu  i  radości.  Nikki  jednak  ciągle  wyglądała  przez  drzwi,  gdy  tylko 

usłyszała kroki na korytarzu. 

- Spodziewasz się kogoś? - spytała Krista. - Myślałam, że są już wszyscy. 

background image

- Bo są. 

Rozległo się pukanie do drzwi i Nikki popędziła otworzyć. 

- Jonah, to do ciebie! - zawołała. - Szybko! 

Nie  ruszył  się  wystarczająco  szybko,  więc  podbiegła  do  niego  i 

pociągnęła za rękę. Zaciekawiona reszta rodziny ustawiła się za nimi półkolem. 
W  progu  stał  posłaniec  w  biało-złotej  liberii.  Był  ubrany  identycznie  jak 
kelnerzy na Balu Kopciuszka. 

- Domyślam się, że to pilne - uśmiechnął się szeroko i wręczył Jonahowi 

pięknie opakowaną paczuszkę. - Wesołych Świąt. 

- Otwórz to - nalegała Nikki, gdy tylko zamknęli drzwi. 

Z  uśmiechem  rozerwał  złocony  papier.  Wewnątrz  znajdowało  się 

prostokątne  pudełeczko.  Otworzył  pokrywkę  i  zajrzał  do  środka.  Jego 
beznamiętna reakcja rozczarowała Nikki. Zamknął pudełko i zaprowadził ją na 
balkon. Na zewnątrz panował przenikliwy ziąb, ale nie czuła go wcale. 

- Jonah - spytała - nie podoba ci się mój prezent? 

Z kieszeni wyciągnął małą paczuszkę. 

- Podoba. A teraz zobacz, co ja mam dla ciebie. 

Niecierpliwie zdarła opakowanie i powoli otworzyła czerwone, aksamitne 

wieczko. Wewnątrz znajdowały się dwie złote obrączki. 

- Och, Jonah - szepnęła, łzy zakręciły się jej w oczach. 

-  Są  zrobione  z  biletów-sztabek  na  Bal  Kopciuszka.  To  dziwne,  ale 

Henrietta  i  Donald  Montague  powiedzieli  mi,  że  jesteśmy  już  drugim 
małżeństwem, które zamówiło u nich takie obrączki. 

- To wspaniały pomysł. Dziękuję ci. 

- Doszedłem do wniosku, że powinniśmy mieć prawdziwe obrączki, a nic 

lepszego  nie  przyszło  mi  do  głowy…  -  Po  raz  pierwszy  usłyszała  wahanie  w 
jego głosie. 

Gęste płatki śniegu zaczęły spadać na jej włosy i rzęsy. 

- A ty podarowałaś mi bilety na Bal Rocznicowy… 

background image

-  Bo  tam  wszystko  się  zaczęło  -  przytaknęła.  -  Tam  się  w  tobie 

zakochałam, a potem zaczęłam ci ufać. 

Scałował śnieżynkę z jej warg. 

- Nigdy nie zawiodę twego zaufania, Nikki. Przysięgam. 

- Wierzę ci - powiedziała, a potwierdził to fiolet jej oczu. 

Od strony salonu rozległy się oklaski rodziny.