background image
background image

LUKE SKYWALKER I CIENIE MINDORA

MATTHEW STOVER

Przekład

Andrzej Syrzycki

Redakcja stylistyczna

Magdalena Stachowicz

Korekta

Longina Kryszkowska

Elżbieta Steglińska

Projekt graficzny okładki

David Stevenson

Ilustracja na okładce

David Seeley

Skład

Wydawnictwo Amber

Jerzy Wolewicz

Druk

Wojskowa Drukarnia w Łodzi Sp. z o.o.

Tytuł oryginału

Luke Skywalker and the Shadows of Mindor

Published by Random House, Inc.

Copyright © 2008 Lucasfilm Ltd. & TM.

background image

All Rights Reserved.

Used Under Authorization.

For the Polish translation

Copyright © 2009 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-3535-6

Warszawa 2009. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

00-060 Warszawa, ul. Królewska 27

tel. 22620 40 13, 22620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Autor z szacunkiem dedykuje tę powieść legendarnemu Alanowi Deanowi Fosterowi, a także  

pamięci zmarłego wspaniałego Briana Daleya, którzy pokazali, jak powinna wyglądać powieść,  

kiedy wszystko się robi jak należy. Dziękuję Wam, panowie. Jesteśmy Waszymi dłużnikami

WPROWADZENIE

Lorz Geptun stał przed drzwiami kabiny dowodzenia, z trudem przełykając ślinę. Co za 

niesamowite wydarzenie... Został wezwany przed oblicze Luke’a Skywalkera. Jedi. Nie tylko Jedi, 
ale syna Anakina Skywalkera. Miał się z nim spotkać. I to w cztery oczy!

Odciągnął kołnierzyk tuniki niebieskiego munduru i wsunął palec w wolne miejsce, żeby 

zrobić troszkę luzu. Skrzywił się na myśl o tym, jak trudna wydaje mu się tak prosta czynność. Na 
pewno jego krawiec znów się pomylił, bo Geptun nie mógł aż tyle przytyć od czasu uszycia tego 
munduru. A może jednak mógł? Ile czasu upłynęło od tamtej chwili? Trzy standardowe miesiące? 
Był mężczyzną w dosyć zaawansowanym wieku - na pewno nie przeżyje następnych 
siedemdziesięciu standardowych lat - więc powinien się zadowolić obecnymi rozmiarami.

Tak czy owak, bardzo lubił paradować w mundurach. Zostawił własny na rodzinnej planecie 

kilkadziesiąt lat wcześniej, na samym początku Wojen Klonów. Zamienił go wówczas na ubranie 
cywilne, bo agenci Wywiadu Republiki byli w większości tajniakami i nie chodzili w mundurach. 
Opuścił Wywiad Republiki wkrótce po tym, kiedy organizacja zmieniła nazwę na Wywiad 
Imperialny. Jego śledztwo na temat tak zwanej Rebelii Jedi odkryło stanowczo zbyt wiele 

background image

oczywistych prawd, których funkcjonariusz Imperium wolałby nie ujawniać. Kilka następnych lat 
musiał zarabiać na życie jako niezależny handlarz informacjami, starając się nie zwracać na siebie 
uwagi funkcjonariuszy Imperium.

W końcu jednak zaproponował swoje usługi Sojuszowi Rebeliantów. Wprawdzie nigdy nie 

interesował się polityką - jeżeli naturalnie nie liczyć zrozumiałego zainteresowania własnym 
bezpieczeństwem i wygodą - ale rozumiał, że dzięki powszechnej ignorancji i panującemu 
bałaganowi przyszły rząd, który Rebelianci chcieli zainstalować, zapewni mu o wiele więcej okazji 
do działania we własny sposób. Co oznaczało, że będzie mógł żyć i czerpać zyski z pracy w 
mrocznej strefie, bez obawy, że zainteresują się nim oficjalne czynniki.

A dzięki temu jego obecna sytuacja nabierała jeszcze bardziej ironicznej wymowy.
Geptun westchnął. Nic nigdy się nie układa po mojej myśli, doszedł do wniosku. To nie 

oznacza jednak, że nie mogę obrócić i tej sytuacji na swoją korzyść. Jeszcze raz westchnął i uniósł 
palec, żeby przycisnąć guzik kuranta na ścianie obok drzwi kabiny... ale zanim to zrobił, skrzydła 
drzwi same się rozsunęły i rozległ się głos, brzmiący tak, jakby mówiła osoba o wiele starsza i 
bardziej zmęczona, niż Geptun się spodziewał.

- Witam, inspektorze. Zapraszam do środka.
Geptun znów się skrzywił. W ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat zdążył się przyzwyczaić 

do galaktyki bez rycerzy Jedi. Nie był pewny, czy ma się cieszyć z ich powrotu.

Nabrał głęboko powietrza i przeszedł przez próg.
- Witam, panie generale Skywalker - powiedział z lekkim ukłonem. Nie zasalutował, bo 

służby wymiaru sprawiedliwości nie podlegały dowództwu sił zbrojnych. Uśmiechnął się grzecznie. 
- Czym mogę służyć? - zapytał.

Młody generał siedział ze spuszczoną głową i splecionymi palcami na krawędzi blatu 

biurka. Miał na sobie obcisłe, czarne ubranie, w stylu trochę podobnym do tego, jakie nosił jego 
osławiony ojciec. Geptun uświadomił sobie z lekką irytacją, że gdyby wcześniej wiedział, iż 
Skywalker nie będzie w mundurze, przyszedłby na to spotkanie w wygodnym blezerze, zamiast w 
tym przeklętym uniformie.

Skywalker uniósł głowę, jakby wyczuł jego irytację... może zresztą rzeczywiście ją 

wyczuwał, uświadomił sobie agent. Parszywy Jedi, pomyślał.

- Pan inspektor Lorz Geptun - zaczął z namysłem młody generał. - Niewiele wiem o panu. 

Podobno w okresie Wojen Klonów był pan wojskowym gubernatorem i dyrektorem planetarnej 
komórki Wywiadu dla Konfederacji Niepodległych Systemów.

Geptun poczuł, że za ciasny kołnierzyk jeszcze mocniej się wpija w jego szyję.
- Na samym początku... - zaczął.
- A potem został pan szpiegiem Republiki.
- No cóż...
- A jeszcze później zarabiał pan na życie, śledząc cele dla łowców nagród.
- Nie pozostawałem wyłącznie na ich usługach...
- A teraz jest pan śledczym - ciągnął Luke. - W tym wszystkim widzę wspólny mianownik. 

Ma pan talent.

- Naprawdę? - zapytał ostrożnie Geptun.
- Wygląda na to, że potrafi pan dochodzić do prawdy.
Geptun się odprężył.
- Och, no cóż, bardzo dziękuję za... - zaczął.
- I ciągnąć z tego zyski - dokończył Skywalker.
- Uhm... - Geptun odchrząknął i zrozumiał, że nie może nic więcej powiedzieć.
Skywalker zsunął się z biurka i stanął prosto. Miał wymizerowaną twarz pokrytą siecią 

zmarszczek, stanowczo zbyt licznych, zważywszy na to, że generał miał dopiero dwadzieścia cztery 
lata. Wyglądał, jakby od kilku dni nie spał. Poruszał się trochę niepewnie, a cienie pod oczami 
przypominały sińce... walcząc o lepsze z cieniami w samych oczach.

- Tyle o panu wiem - skwitował Luke. - Co pan wie o mnie?
Geptun zamrugał.

background image

- Słucham, panie generale? - zapytał.
- Niech pan da spokój, inspektorze. - Skywalker mówił jak ktoś jeszcze bardziej zmęczony, 

niż na to wygląda. - Każdy coś o mnie wie, ale mnie interesuje to, co wie pan.

- Och, no cóż, tylko to, co wszyscy... Tatooine, Yavin, Endor, Bakura, pierwsza i druga 

Gwiazda Śmierci... - Geptun uświadomił sobie, że głupio gada, i umilkł.

Skywalker pokiwał głową.
- To, co wszyscy - powtórzył. - Historie. Artykuły w prasie. Problem w tym, że te historie i 

artykuły nie mówią wcale o mnie. Mówią o człowieku, jakim zdaniem wszystkich powinienem być. 
Czy pan to rozumie?

Geptun spojrzał ostrożnie na rozmówcę. Wyczuwał, że jest spychany na niebezpieczny 

grunt.

- Obawiam się, że jednak nie rozumiem - powiedział z namysłem.
Skywalker pokiwał głową i ciężko westchnął.
- Bo prawdopodobnie pan nie wie, że niespełna miesiąc temu zabiłem mniej więcej 

pięćdziesiąt tysięcy niewinnych osób - powiedział.

Geptun wytrzeszczył oczy, zamrugał i znowu chrząknął. Starał się zrozumieć, o czym 

właściwie mówi młody Jedi.

- Ma pan na myśli Mindora? - zapytał.
Skywalker zamknął oczy i skrzywił się, jakby zobaczył jakiś przykry widok pod powiekami.
- Tak, Mindora - przyznał ponuro. - Powiedziałem „mniej więcej pięćdziesiąt tysięcy” bo 

nie znam dokładnej liczby. Nikt jej nie zna. Ta informacja zginęła razem z tamtym systemem.

- Z tego, co słyszałem, pańskie zwycięstwo w Bitwie o Mindora nie zasługuje na miano 

morderstwa...

- Z tego, co pan słyszał - podchwycił Luke. - To też są opowieści.
- No cóż, słyszałem... ja, uhm... - Geptun cicho zakasłał. - A więc co miałbym dla pana 

zrobić? - zapytał.

- Jest pan śledczym - przypomniał Luke. - Chcę, żeby pan wszczął dochodzenie.
- W jakiej sprawie?
- Mindora. - Luke Skywalker znów się skrzywił. - I w mojej sprawie.
Wyglądał, jakby go wszystko bolało.
- No cóż, ja, uhm... - Geptun potrafił sobie wyobrazić kilkanaście sposobów, żeby 

wyciągnąć sporą sumę za takie zlecenie. - Czy mogę zapytać, dlaczego zwrócił się pan z tym 
właśnie do mnie?

Skywalker zerknął w bok.
- Polecił mi pana dobry przyjaciel - powiedział.
- Naprawdę? - zdziwił się Geptun. - A jakim cudem pański dobry przyjaciel znał...
- To nie był mój dobry przyjaciel, tylko pański - przerwał Luke. - Nazywał się Nick.
- Nick? - Geptun zmarszczył brwi. - Nie znam nikogo, kto...
- Powiedział, żebym panu to dał. - Skywalker wyciągnął ku niemu zakrzywiony niczym hak, 

prawdopodobnie metalowy przedmiot. - Tylko ostrożnie. Jest bardzo ostry.

Geptun sięgnął po przedmiot... i jak tylko go dotknął palcami, w jego umyśle pojawił się 

pewien obraz: ciemnoskóry mężczyzna o krótko przystrzyżonych włosach, zawadiackim uśmiechu i 
zaskakująco błękitnych oczach.

- Nick Rostu? - szepnął. - Nie myślałem o nim od... wielu lat, a nawet dekad. Sądziłem, że 

nie żyje.

Skywalker wzruszył ramionami.
- Prawdopodobnie rzeczywiście nie żyje - powiedział.
- Nie rozumiem - zdziwił się Geptun. W rzeczywistości jednak rozumiał, przynajmniej 

częściowo. Przedmiot w jego dłoni pochodził z jego ojczyzny... i ojczyzny Nicka Rostu.

To był kolec brązowina.
- A więc pod tym względem Nick miał rację. - Skywalker wskazał kolec ruchem głowy. - 

Powiedział, że umie pan czytać informacje zawarte w przedmiotach. Wystarczy tylko, że pan ich 

background image

dotknie, a wyczuwa pan różne rzeczy dotyczące ich właścicieli.

Geptun wzruszył ramionami. Dlaczego miałby zaprzeczać?
- To taka drobna umiejętność... - zaczął. - Przydaje się jednak do analizowania informacji...
- Albo do prowadzenia śledztwa - dokończył Luke.
Geptun kiwnął nieobowiązująco głową.
- Co jeszcze Rostu powiedział panu o mnie? - zapytał.
- Że jest pan zdeprawowany, przekupny i skorumpowany - odparł Skywalker. - Że nie ma 

pan ani odrobiny przyzwoitości i tyle ludzkich uczuć co lodowcowa jaszczurka.

Geptun pokiwał głową z roztargnieniem.
- To rzeczywiście brzmi jak opinia Rostu... - mruknął.
- Powiedział także, że jest pan niezwykle odważny - ciągnął młody generał. - Podobno jest 

pan najsprytniejszym gościem, jakiego kiedykolwiek spotkał, a jeżeli pan coś zacznie, nigdy, 
przenigdy się nie poddaje. Nie lubi pan Jedi i nie interesuje się, kto rządzi galaktyką... pod 
warunkiem że pozwoli panu wieść wygodne życie. Wszystko to sprawia, że jest pan najbardziej 
odpowiednią osobą do wykonania tego zadania.

- A jakie to zadanie, jeżeli wolno zapytać? - zainteresował się Geptun.
- Zbrodnie wojenne - oznajmił ponuro Skywalker. - Zbrodnie przeciwko cywilizacji, 

zaniedbanie obowiązków i dezercja... tego rodzaju sprawy. Wszystko, co pan potrafi wykryć na ten 
temat.

Geptun przekrzywił głowę.
Kto ma zostać o to obwiniony? - zapytał. - Kto jest tym zbrodniarzem, którego zamierza pan 

postawić w stan oskarżenia?

- Sądziłem, że to oczywiste. - Cienie w oczach Skywalkera pogłębiły się, jakby miały go 

pochłonąć. - Chodzi o mnie.

- Zajmę się tym - obiecał Geptun.

Żadna z historii, jakie ludzie opowiadają o mnie, nie zmieni tego, kim naprawdę jestem.

Luke Skywalker

Sześć miesięcy po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci i obaleniu przewrotnego Imperatora 

Palpatine’a Luke Skywalker i zwycięski Sojusz Rebeliantów nadal walczą z niedobitkami 
imperialnych sił zbrojnych, które są równie zdecydowane jak zawsze, by wykorzenić wszystko, co 
dobre w galaktyce.

Na raczkującą Nową Republikę napadają zakuci w czarne pancerze szturmowcy pod 

dowództwem tajemniczego Lorda Shadowspawna. Dopuszczając się aktów piractwa, łupią i niszczą 
wszystko, co jeszcze pozostało po obaleniu Imperium. Atakując, co popadnie, podkopują w 
galaktyce wiarę, że Nowa Republika potrafi utrzymać porządek i zapewnić bezpieczeństwo swoim 
obywatelom.

W głębinach przestworzy, wzdłuż Trasy na Korelię, piloci najlepszej eskadry gwiezdnych 

myśliwców Sojuszu zastawiają pułapkę na bandytów Shadowspawna...

ROZDZIAŁ 1

Legendarna „Koreliańska Królowa” była największym luksusowym liniowcem, jaki 

kiedykolwiek przemierzał międzygwiezdne szlaki, pałacem uciech i rozrywek, dostępnym jednak 
wyłącznie dla superelity galaktyki - dla istot, których bogactwa przekraczają wszelkie wyobrażenie. 
Plotka głosiła, że za cenę jednego koktajlu w jednej z najmniej ekskluzywnych restauracji 

background image

„Królowej” można było kupić gwiezdny statek, a za cenę całego posiłku nie tylko gwiezdny statek, 
ale także jego macierzysty port, a nawet fabrykę, w której ten statek skonstruowano. Żadna istota 
nie mogła ot, tak po prostu zapłacić za miejsce na pokładzie „Koreliańskiej Królowej”, bo samo 
bogactwo nie wystarczało. Zanim się weszło na pokład, aby rozpocząć podróż w hedonistycznym 
luksusie, trzeba było wykazać, że się pochodzi z odpowiedniego rodu i ma się maniery równie 
wyjątkowe jak późniejszy ból, jaki się odczuwało podczas płacenia rachunku w barze. Dzięki 
wszystkim tym cechom „Koreliańska Królowa” była jednym z ulubionych celów terrorystów. Kogo 
lepiej sterroryzować niż elitę elit, najpotężniejszych spośród potężnych i najwspanialszych wśród 
wspaniałych?

Kiedy więc ewidentnie pozbawiony skrupułów urzędnik średniego szczebla towarzystwa 

Nebula Line zaproponował po cichu wybranym osobom - od Kindlabethii do Nar Shaddaa - kupno 
informacji o sugerowanej trasie lotu „Koreliańskiej Królowej” podczas następnej podróży, jego 
oferta wzbudziła znaczne zainteresowanie.

Tyle że osoba, która wygrała przetarg na zakup tej informacji, nie znała dwóch ważnych 

faktów. Po pierwsze, rzekomo pozbawiony skrupułów urzędnik w rzeczywistości nie był 
urzędnikiem, ale doświadczonym i przedsiębiorczym agentem służb Wywiadu Nowej Republiki. 
Drugim faktem było to, że w tamtym sezonie „Koreliańska Królowa” nie wyruszała na żadną 
wyprawę. Zamiast niej międzygwiezdne szlaki miał przemierzać wypatroszony i z góry spisany na 
straty kadłub wraku, w którym kryła się większa część pułku gwiezdnych myśliwców, 
pilotowanych przez - jak to zwykle bywało podczas takich operacji - doborowych asów Eskadry 
Łotrów.

Mniej więcej w tej samej chwili, kiedy R4-G7 zapiszczał na znak, że zbliżają się nieznane 

jednostki, a wyświetlacz w polu widzenia pilota pokazał zakodowany obraz sześciu zbliżających się 
od strony rufy myśliwców obronnych typu TIE Defender, porucznik Derek „Hobbie” Klivian, 
służący przedtem w Sojuszu na rzecz Przywrócenia Wolności w Galaktyce, a później w siłach 
zbrojnych Nowej Republiki, zaczął podejrzewać, że błyskotliwa zasadzka pomysłu komandora 
Antillesa wcale nie jest pomysłowa ani błyskotliwa. Pilot nie tracił ani chwili, żeby podzielić się z 
innymi tą opinią. Bardzo dobitnie. Jeżeli pominąć niecenzuralne słowa, jego uwaga brzmiała:

- Wedge? Ten plan był głupi. Słyszysz? Głupi, głupi, głu... oj!
Ten okrzyk był wynikiem trafienia przez strzały z wielu działek. Energia tych słów 

zdezintegrowała prawe dolne działko jego maszyny i większą część wysuniętego skrzydła, do 
którego to działko było przytwierdzone. Myśliwiec Kliviana wpadł w korkociąg, a sam pilot, 
trzymając drążek oburącz i depcząc pedały mechanizmów doprowadzających energię do silniczków 
manewrowych, zmagał się z X-wingiem, dopóki nie odzyskał panowania nad sterami. W tej samej 
chwili para defenderów lecących najbliżej ogona jego maszyny zamieniła się w ogromną kulę ognia 
i szczątków. Oba czoła rozprzestrzeniającej się fali udarowej dotarły do niego w najmniej 
odpowiedniej chwili i jego myśliwiec zaczął znów koziołkować. Pozostałe myśliwce szyku 
defenderów zbliżały się na przemian to do ogona, to znów do nosa jego maszyny.

Po chwili pilotowany przez Wedge’a Antillesa myśliwiec przemknął obok niego tak blisko, 

że pilot dostrzegł szeroki uśmiech na twarzy dowódcy. Z głośnika pokładowego komunikatora 
Hobbiego wydobył się cichy trzask.

- Twoim zdaniem to był głupi plan, poruczniku? - zapytał dowódca.
- Uważasz, że to śmieszne? - burknął Hobbie.
- No cóż, jeżeli nawet Wedge tak nie uważa - wtrącił jego skrzydłowy - to na pewno ja tak.
- Kiedy będę chciał poznać twoją opinię, Janson, rozpylę twój myśliwiec na atomy i omiotę 

szczątki promieniami skanerów - odciął się Klivian.

Szaleńcze wirowanie gwiazd za owiewką kabiny przyprawiało go o skurcze żołądka. Bał 

się, że ozdobi kabinę resztkami wędzonej polędwicy terrafinowej, którą jadł na śniadanie. Zmagając 
się z dźwigniami urządzeń kontrolnych, pilot zdołał w końcu odrobinę zmniejszyć tempo 
wirowania, dzięki czemu nos jego myśliwca skierował się w stronę czterech ścigających go 

background image

bandytów. Z trzech pozostałych działek pomknęły nitki czerwonego laserowego ognia i szyk 
defenderów rozpadł się jak przejrzały owoc sneka.

Hobbie zniszczył tylko jednego, ale na spotkanie nieprzyjacielskich maszyn pomknęły także 

dwie wyposażone w zbliżeniowe zapalniki torpedy kasetowe, które posłał w stronę prześladowców. 
Zakończyło się to widowiskowymi eksplozjami, po których trzy pozostałe defendery rozpadły się 
jak zgniłe jaja.

- Co za widok! - zachwycił się pilot, cały czas zmagając się z dźwigniami urządzeń 

kontrolnych, żeby do końca odzyskać panowanie nad uszkodzonym X-wingiem. - Suflet z „gał”!

- Lepiej uważaj, Hobbie - rozległ się głos z pokładowego komunikatora. - Jeżeli będziesz 

nadal tak postępował, ktoś może pomyśleć, że naprawdę pilotujesz swój myśliwiec!

- Ty też przeciwko mnie, Janson? - oburzył się Hobbie. - Zamierzasz wziąć udział w tej 

walce, czy tylko trzymać się z tyłu i uśmiechać, kiedy ja będę odwalał całą ciężką robotę?

- Jeszcze się nie zdecydowałem. - Pilotowany przez Wesa Jansona X-wing pojawił się jakby 

znikąd i przeleciał pionowo przed nosem myśliwca Hobbiego. - Może ci nawet pomogę albo 
wystrzelę kilka torped.

Z otworów wyrzutni myśliwca Jansona wyleciały dwie oślepiająco jasne błękitne gwiazdy, 

które pomknęły w kierunku nadlatujących myśliwców TIE.

- Hej, Wes - zagadnął Hobbie, niemiłosiernie się krzywiąc. - To chyba nie były torpedy 

kasetowe, co?

- Jasne, że były - usłyszał w odpowiedzi. - A co innego mógłbym wystrzelić?
- Nie zauważyłeś, że w tej chwili mam pewne kłopoty z manewrowaniem? - zapytał Klivian.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - odparł Janson, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał. 

Popatrzył chwilę, jak myśliwiec kolegi, bezradnie koziołkując, zbliża się prosto do celu 
wystrzelonych przez jego skrzydłowego torped, i bąknął: - Och... uhm... przepraszam.

Torpedy kasetowe, w jakie wyposażono myśliwce pilotów Eskadry Łotrów, zaprojektowano 

i skonstruowano specjalnie z myślą o tej wyprawie. Ich jedynym zadaniem było eliminowanie 
defenderów.

TIE defendery okazały się najlepszymi maszynami na wyposażeniu sił zbrojnych Imperium. 

Były szybsze i zwrotniejsze niż incomy T-65, powszechnie zwane X-wingami, a nawet szybsze niż 
gruntownie zmodernizowane i udoskonalone myśliwce typu 65B pilotów Eskadry Łotrów. 
Defendery dysponowały także lepszym uzbrojeniem. Miały po dwa identyczne działka jonowe do 
wspomagania ognia laserów, a także uniwersalne rury wyrzutni, z których można było wystrzeliwać 
torpedy protonowe albo rakiety udarowe. Dwa generatory firmy Novaldex wytwarzały pola 
deflektorów równie potężne jak osłony na pokładach okrętów liniowych. Mimo to defendery nie 
zostały wyposażone w osłony przeciwcząsteczkowe. Konstruktorzy widocznie wierzyli, że 
wzmocniony kadłub z titanium pochłonie energię przedmiotów materialnych.

Każda protonowa torpeda, w którą wyposażono X-wingi, zawierała tysiące ostrych 

kawałków durastali, skupionych wokół rdzenia z konwencjonalnym ładunkiem wybuchowym. Przy 
eksplozji drobiny durastali rozprzestrzeniały się w chmurę odłamków. Same rozwijały budzącą 
szacunek prędkość, ale największą skuteczność osiągały, kiedy wystrzelono je na trasie 
nadlatujących defenderów, bo wówczas energia zderzenia zależała od sumy prędkości. Wlecenie z 
prędkością bojową w taką chmurę durastalowych odłamków mogło zmienić gwiezdny myśliwiec w 
nadzwyczaj kosztowną tarkę do sera.

Cztery myśliwce w środku szyku nadlatujących defenderów wleciały w chmurę odłamków i 

po prostu rozpadły się na kawałki. Skrzydłowi dzięki rozpaczliwym manewrom w ostatniej chwili 
ominęli śmiercionośny obłok, ale za to dosięgły ich fale udarowe eksplozji pozostałych defenderów. 
Prześladowany przez pech porucznik Klivian stwierdził, że jego maszyna koziołkuje w kierunku 
miniaturowej mgławicy plazmy. Emitowane przez nią twarde promieniowanie mogło go usmażyć 
jak antrykot z bantha na obsydianowej skale-patelni, kiedy oba słońca Tatooine stoją w zenicie.

- Nie dasz rady, Hobbie! - zawołał Janson. - Wyskakuj!
- Chciałbyś, co? - warknął Hobbie przez zaciśnięte zęby, zmagając się z dźwigniami 

urządzeń kontrolnych X-winga. Zauważył, że tempo koziołkowania maszyny wyraźnie osłabło. - 

background image

Sytuacja opanowana, Wes! - odkrzyknął.

- Nie, wcale nie! Katapultuj się, Hobbie... Wyskakuj!
- Już mam... na pewno się uda! Zaraz... - Po ostatnim koziołku X-winga nos maszyny 

zrównał się z czołem kuli szczątków, rozprzestrzeniającej się w jego kierunku ze sporym ułamkiem 
prędkości światła. Hobbie Klivian, uznany mistrz przekleństw, nie wspominając o niecenzuralnych 
wyrażeniach w językach przeróżnych ras z setek gwiezdnych systemów, nie miał teraz nic innego 
do powiedzenia, jak: - Hej, niech to zaraza.

Ustawił X-winga brzuchem w kierunku zbliżającej się chmury szczątków i przesłał energię 

do jednostek napędu podświetlnego. Już dawno się jednak nauczył, że spośród wszystkich Łotrów 
to właśnie on nie powinien ufać swojemu szczęściu. Wyciągnął więc rękę w stronę włącznika 
katapulty.

Ledwie zdążył jej dotknąć, kiedy myśliwiec zakołysał się i zabrzęczał niczym gong 

Wookiech wzywający na wieczorny posiłek. Metaforyczny kucharz Wookie musiał też być głodny, 
bo dzwonienie stawało się stopniowo coraz głośniejsze, a dźwignia katapulty tajemniczo się 
zablokowała. Niebawem zagadka sama się wyjaśniła: Hobbie usłyszał skowyt atmosfery, 
uciekającej z kabiny przez otwór o poszarpanych brzegach. Jak Hobbie wkrótce się przekonał, 
kawałek metalu, który zrobił otwór, przedzierał się powoli przez pokrywający spód myśliwca 
pancerz z tytanium. Przegryzł także kontrolny panel X-winga i zdążył unicestwić całą część z 
przyciskami spustowymi, a przy okazji lewą dłoń pilota.

Hobbie zerknął na kikut raczej z irytacją niż z paniką. Z przysmażonego nadgarstka 

wydobywały się zamiast krwi iskry i dym z przeciążonych serwomotorów. Pilot od czasu Bitwy o 
Yavina nie miał prawdziwej lewej dłoni.

Bardziej niepokoił go teraz narastający świst uciekającej atmosfery, bo odgłos napływał z 

generatora zasilającego skafander, który miał mu umożliwić przetrwanie w próżni.

Hej, niech to zaraza, pomyślał znowu ponuro. Po wszystkim, co przeżył w trakcie 

Galaktycznej Wojny Domowej, miał teraz zginąć z powodu niewielkiej usterki pokładowego 
sprzętu. To naprawdę parszywa sytuacja, dodał w myśli.

Nie zadał sobie trudu powiedzenia tego na głos, bo i tak w kabinie brakowało powietrza.
Nie mając dłoni, nie mógł zrobić lewą ręką nic pożytecznego, więc postanowił wetknąć 

kikut w otwór w owiewce kabiny. Samouszczelniacz kombinezonu automatycznie wypełnił luki w 
otworze o poszarpanych brzegach, ale to chyba nie zadowoliło generatora wytwarzającego 
mieszankę azotu z tlenem. Pilot zaczynał się czuć, jakby miał przytwierdzony do pleców 
nieosłonięty rdzeń reaktora z uruchomionym procesem syntezy.

Cudownie, nie ma co, pomyślał. Gdzieś muszę mieć jeszcze jedną dziurę.
Wyplątał się z ochronnej sieci, odwrócił w prawo i wyciągnął lewą nogę tak daleko w dół, 

jak mógł. Natknął się tam na drugą dziurę... ale wzrastające ciśnienie wyssało mu przez nią but. 
Wkrótce samouszczelniacz kombinezonu zasklepił do końca także ten otwór. Pilot poczuł parę 
wstrząsów. Był ciekaw, czy coś nie odcięło jego stopy.

Bo od wielu lat nie miał także naturalnej lewej nogi.
Kabina uszczelniła się wreszcie, a generator mieszanki azotowo-tlenowej stopniowo się 

uspokoił. Wypełnił całą przestrzeń nadającą się do oddychania atmosferą, w której wyczuwało się 
słaby odór spalonych włosów. Hobbie zaczął mieć nadzieję, że mimo wszystko przeżyje. Na razie 
miał inny problem: wyplątał się z ochronnej uprzęży, przez co miotało nim po kabinie w wyjątkowo 
niewygodnej pozycji. Nie mógł nawet odwrócić głowy, żeby się zorientować, właściwie w którą 
stronę leci.

- Arfour - odezwał się cicho. - Dasz radę doprowadzić nas do pierwotnego punktu 

zbornego?

Zobaczył jednak, co się dzieje z robotem astromechanicznym. Strzeliły z niego snopy iskier 

i pojawiły się sporadyczne wyładowania elektrostatyczne w resztkach obrotowej kopułki, z której 
pozostała mniej niż połowa.

Pilot ciężko westchnął i przełączył komunikator na nadawanie.
- Mam usterkę mechanizmu katapulty i uszkodzenie astromechanicznego robota - 

background image

zameldował. - Jestem unieruchomiony. Czekam na kogoś, kto mnie stąd wyciągnie.

- Jesteśmy w tej chwili trochę zajęci, Hobbie - usłyszał w odpowiedzi. - Zajmiemy się tobą 

kiedy rozwalimy resztę tych TIE.

- Nie ma pośpiechu, i tak nigdzie się nie wybieram - odparł Klivian. - Tyle że posuwam się 

w tę samą stronę. Powoli. Ba-a-ardzo powoli.

Podczas bitwy cały czas miał nadzieję, że na ratunek pospieszy mu Moc, kiedy Wedge 

przyśle ekipę ratunkową. Proszę, modlił się w duchu, proszę, niech to będzie Tycho, Nin albo 
Standro. Każdy, byle nie Janson.

Wreszcie pogrążył się w stanie przypominającym medytację, podobną do tej, o jakiej 

wspominał kiedyś Luke. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że to Wedge osobiście spieszy na 
ratunek, że bierze jego X-winga na hol, by dotrzeć z nim do punktu skoku. Po jakimś czasie doszedł 
jednak do wniosku, że byłby to nadmiar szczęścia, gdyby przyleciał sam Wedge. Zaczął wyobrażać 
sobie po kolei pozostałych Łotrów, a kiedy się tym znudził, przyszło mu do głowy, że to będzie sam 
Luke albo Leia. Albo, powiedzmy, Wynssa Starflare, wspaniała osoba, która wyglądała jak silna, 
niezależna dama w opałach w przedwojennych imperialnych holodramatach. Uznał, że to, co się z 
nim teraz dzieje, przypomina płaśnie taki holodramat. Rozmyślając nad tym, resztę bitwy spędził 
jak we śnie, chociaż z uśmiechem na twarzy.

Uśmiechał się jeszcze, kiedy pod zamknięte powieki przedarł się szczególnie jaskrawy 

błysk. Hobbie drgnął i oprzytomniał z ponurą pewnością, że to, co eksplodowało tuż obok jego X-
winga, w końcu dosięgnie także jego. Zobaczył drugi błysk, a po nim trzeci. Odwrócił się i chociaż 
zabolał go kark, zobaczył lecący obok niego w odległości zaledwie kilku metrów myśliwiec... Wesa 
Jansona. Zauważył, że pilot przyciska do owiewki kabiny ręczny aparat do rejestrowania obrazów. 
Mógł dzięki temu utrwalić z najdrobniejszymi szczegółami przebieg akcji ratunkowej.

Hobbie znów zamknął oczy. Wolałby chyba, żeby to była eksplozja.
- Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku zdjęć. - Janson uśmiechnął się 

złośliwie. - Wyglądasz jak skrzyżowanie pilota gwiezdnego myśliwca i batraviańskiego wyrywacza 
dziąseł.

Wyczerpany Hobbie pokręcił głową. Zawsze męczyły go żałosne pseudodowcipy Jansona.
- Wes, nie mam pojęcia, o co ci chodzi - westchnął.
- Na pewno masz - usłyszał w odpowiedzi. - Pilot gwiezdnego myśliwca to gość, który lata 

X-wingiem i nie pozwala się trafić. Sprawdź sam w Słowniku basica. Rozumiem jednak, dlaczego 
oba te pojęcia ci się mylą.

- Chodziło mi o... - Hobbie przygryzł wargę aż do krwi. - Hej, Wes? - zagadnął.
- Tak, kolego?
- Czy mówiłem ci dzisiaj, jak bardzo cię nienawidzę?
- O, jasne - odparł beztrosko Janson. - Twoje usta mówią, że mnie nienawidzisz, ale w 

oczach czytam...

- ...że któregoś dnia zamorduję cię we śnie?
Janson zachichotał.
- Mniej więcej - powiedział.
- Bitwa dobiegła końca? - domyślił się Hobbie.
- Ta część bitwy tak - potwierdził Wes. - Większość bandytów uciekła.
- Ilu straciliśmy?
- Tylko „Łotra Osiem” i „Jedenaście” - odparł Janson. - Avan i Feylis dali radę się 

katapultować. Nie odnieśli żadnych obrażeń, których nie wyleczy kilkutygodniowy pobyt w 
zbiorniku bacta. Jest jeszcze mój batraviański skrzydłowy, który pożera dziąsła...

- Sam jesteś tym skrzydłowym, cymbale - odciął się Klivian. - A może powinienem 

powiedzieć: skrzydłoczubkiem? - Znów ciężko westchnął. - Mam nadzieję, że przynajmniej Wedge 
jest uszczęśliwiony. Wszystko toczy się zgodnie z planem...

- Nie znoszę, kiedy wygadujesz takie bzdury.
- Tak? Dlaczego?
- Nie wiem - odparł Janson. - Po prostu... przyprawia mnie to o dreszcz. Daj mi teraz chwilę, 

background image

żebym mógł przyczepić linę holowniczą. Możesz się zdrzemnąć, bo holowanie do PPZ potrwa 
bardzo długo.

- Nie mam nic przeciwko temu - mruknął Hobbie i od razu zamknął oczy. - Naprawdę 

chciałbym zasnąć, to może przyśni mi się znów ten sam sen...

- Dobra robota, Wedge - pochwalił generał Lando Calrissian, dowódca Specjalnych 

Operacji Nowej Republiki. Pokiwał z aprobatą głową w kierunku migotliwego niebieskawego 
holowizerunku Antillesa, unoszącego się zaledwie centymetr nad pulpitem konsolety. - Żadnych 
ofiar?

- Prawie żadnych, generale - odparł Wedge. - Hobbie, to znaczy porucznik Klivian, 

potrzebuje jednak nowej lewej ręki...

Lando się uśmiechnął.
- Który to już raz, jakby dobrze policzyć? - zapytał.
- Straciłem rachubę - wyznał Wedge. - A co u ciebie?
- Wszystko dobrze albo prawie dobrze. - Lando wcisnął guzik wyświetlacza z bieżącym 

raportem. - Wygląda na to, że nasi bandyci mają bazę w systemie Taspana.

Błyskotliwy plan Antillesa stał się takim wyłącznie z konieczności. Stosowana zwykle 

taktyka odnajdywania ukrytych baz bandytów, polegająca na poddawaniu schwytanego pilota 
neuralnemu badaniu, w tym przypadku okazała się o wiele trudniejsza, niż się spodziewano. Na 
razie wyglądało na to, że Shadowspawn bardzo sobie ceni prywatność. W ciągu niecałych dwóch 
miesięcy zorganizował kilkanaście wypraw, których celem były planety usytuowane w głębi 
terytorium Republiki. Wyprawy te pochłonęły życie tysięcy cywilów, ale nie schwytano ani 
jednego żywego bandyty Shadowspawna. Nie chodziło tylko o to, że jego podwładni nie chcieli się 
poddawać, chociaż kiedy groziło im niebezpieczeństwo, wykrzykiwali: „Za Shadowspawna i 
Imperium!” albo „Niech żyje Restytucja!”, po czym wysadzali się w powietrze. Technicy ekip 
dochodzeniowych, którzy badali wraki zniszczonych myśliwców TIE Defender, wysunęli hipotezę, 
że gwiezdne maszyny wyposażono w tajemniczy system sprzężenia z umysłami pilotów. System 
taki miał niszczyć maszynę i powodować śmierć pilota, nawet gdyby ten tylko stracił przytomność.

Najbardziej błyskotliwa część błyskotliwego planu Antillesa polegała na ukryciu setek 

tysięcy miniaturowych półprzewodnikowych transponderów wśród durastalowych igieł 
wykonanych na zamówienie Eskadry Łotrów torped kasetowych. Po gruntownym przetrzepaniu 
skóry bandytom Shadowspawna pozwalano reszcie jego pilotów ratować się ucieczką. W 
przeciwieństwie do zwykłych urządzeń śledzących transpondery nie wysyłały żadnego sygnału, 
dzięki czemu nie musiały mieć źródła zasilania. Były praktycznie niewykrywalne. Pozostawały w 
stanie pasywnym, dopóki nie włączył ich specyficzny podprzestrzenny sygnał, który odbierały i 
odbijały na swój sposób. A skoro transpondery tego wyjątkowego typu znajdowały się wyłącznie w 
torpedach pilotów Eskadry Łotrów, dryfowały do punktu zasadzki w głębinach przestworzy wzdłuż 
Trasy na Korelię. Zagnieżdżały się tylko w elementach opancerzonych kadłubów ściśle określonej 
grupy myśliwców typu TIE Defender, dzięki czemu odnalezienie systemu, do którego odlatywały te 
defendery, nie przedstawiało dużego problemu.

Holowizerunek Wedge’a się zamyślił.
- Taspan - mruknął Antilles. - Brzmi znajomo, ale nie umiem określić miejsca.
- Wewnętrzne Rubieże, obok Hydiańskiej Drogi - podsunął Lando.
- To chyba ta niezupełnie dobra wiadomość.
- To prawda - przyznał Calrissian. - Nie ma tam prostych szlaków, którymi można wlecieć 

czy wylecieć, a większość odcinków między kolejnymi skokami wciąż pozostaje pod panowaniem 
Imperialnych.

- Niemal żałuję, że nie mamy jednego ze starych Zabójców Planet Palpatine’a - mruknął 

Wedge.

- Niemal. - Lando spoważniał. - Imperium miało na Taspanie II fabrykę broni... to właśnie 

tam poddawano testom różne projekty emiterów grawitacyjnych studni.

background image

- Już wiem! - Holowizerunek Antillesa klasnął bezgłośnie w dłonie, bo dźwięk zginął w 

szumach zakłóceń holoprojektora. - Wielki Ścisk!

Lando pokiwał głową.
- Wielki Ścisk - powtórzył.
- Słyszałem, że z Taspana pozostało tylko pole asteroid, podobne do tego, które nazywamy 

Cmentarzyskiem Alderaana - stwierdził Wedge.

- Pozostała jeszcze wewnętrzna planeta... Taspan I to niewielki ośrodek wypoczynkowy, 

zwany Mindorem. Niezbyt dobrze znany, ale naprawdę uroczy. Kiedy byłem dzieckiem, moi 
rodzice mieli tam letni domek.

- Jakieś postępy, jeżeli chodzi o samego Shadowspawna? - zainteresował się Antilles.
- Zdołaliśmy tylko ustalić, że nikt o tym nazwisku nie został i zarejestrowany jako 

imperialny funkcjonariusz - odparł Lando. - To na pewno osoba, która przybrała fałszywą 
tożsamość.

- Ten gość musi być prawdziwym czubkiem - zawyrokował Wedge.
- Bardzo wątpię - sprzeciwił się Calrissian. - Wybór tamtego miejsca na bazę jest genialny. 

Szczątki po Wielkim Ścisku nie miały dość czasu, żeby się skupić na stabilnych orbitach.

- A zatem to naprawdę coś w rodzaju Cmentarzyska Alderaana - mruknął Wedge.
- To coś gorszego, Wedge. O wiele gorszego - stwierdził Lando.
Wizerunek Antillesa ułożył usta jak do gwizdnięcia, ale dźwięk Znów zagłuszyły szumy 

zakłóceń.

- Wygląda to paskudnie - stwierdził Wedge. - Jak mam go tam dopaść?
- Nie ty się tym zajmiesz. - Lando ciężko westchnął. - To jedna z tych sytuacji, dla których 

powołaliśmy do życia Siły Szybkiego Reagowania.

Holowizerunek komandora pokiwał ze zrozumieniem głową.
- To oznacza, że powinniśmy użyć grubej pałki - zdecydował Wedge. - Zadajmy cios i 

uciekajmy stamtąd, najszybciej jak się da.

- To rzeczywiście najlepsza taktyka - przyznał Calrissian.
- Masz rację - odparł Antilles. - Jak zwykle. Żałuję tylko, że mnie tam nie będzie.
- To prawda, ale mamy akurat na głowie inne problemy... a SSR znajdują się w bardzo 

dobrych rękach.

- Co prawda, to prawda. - Wedge bezgłośnie wyszczerzył zęby w uśmiechu. - A skoro 

mowa o dobrych rękach, przekaż moje pozdrowienia generałowi Skywalkerowi.

- Oczywiście, Wedge - zapewnił Lando. - Na pewno nie zapomnę.

ROZDZIAŁ 2

Schematyczna holoreprezentacja systemu Taspana wypełniała całą kabinę dowodzenia 

„Sprawiedliwości”. Upiorne, świecące błękitem chmury cały czas powoli się obracały, łączyły i 
dzieliły, jakby przenikały się nawzajem. Pośrodku pomieszczenia wisiał ciemny dysk wielkości 
mniej więcej ostatniego członu ludzkiego kciuka. Dysk przedstawiał samego Taspana. Planeta 
Mindor wyglądała jak jaskrawo świecąca iskierka, unosząca się na tym etapie symulacji jakiś metr 
od czubka nosa dowodzącego wojskami generała. Luke ledwo ją widział. Cały czas ponuro 
kontemplował fakt, że jest młodszy o co najmniej dziesięć lat od następnej w kolejności osoby w tej 
kabinie.

Był nie tylko najmłodszym, ale także najpóźniej mianowanym generałem Połączonych Sił 

Zbrojnych Republiki, powszechnie znanych jako SZNR. Nie wyglądał na generała, a nawet na 
żołnierza. Łagodne rysy i gładka twarz powodowały, że wydawało się, że ma jeszcze mniej niż 
dwadzieścia cztery standardowe lata, a jego piaskowe włosy, przechodzące w jasny blond dzięki 
promieniowaniu dziesiątków różnych gwiazd, były w większym nieładzie, niż dopuszczał 
wojskowy regulamin. Zamiast polowego munduru generała Luke miał na sobie prosty, obcisły 
kombinezon lotniczy; podobny nosił jako pilot gwiezdnego myśliwca, którym był jeszcze 

background image

niedawno. O jego obecnym stopniu świadczyła tylko plakietka na bluzie, a brak entuzjazmu w 
błękitnych oczach dowodził, że przyszło mu zapłacić wysoką cenę za tę nominację.

Niekonwencjonalna była też jego broń boczna. Zamiast oficerskiego pistoletu blasterowego 

Luke nosił u pasa świetlny miecz. Prawdę mówiąc, żaden generał nie chodził tak uzbrojony od 
czasu Wojen Klonów.

Siedmiu spośród jego dwunastu kapitanów otrzymało dowództwo jeszcze przed wybuchem 

Bitwy o Yavina. Trzech z nich dowodziło okrętami od czasu Wojen Klonów, jeszcze zanim w 
ogóle Luke się urodził... a admirał Kalback, dowódca floty, był dalekim kuzynem samego Ackbara. 
Miał co najmniej sześćdziesiąt kilka lat, ale jeszcze starsza była T’Chttrk, która nawet nie miała 
pojęcia, w jakim jest wieku, bo jej ziomkowie, insektoidalni T’kkrpkowie, zaczęli liczyć czas w 
standardowy sposób, dopiero wtedy, gdy mniej więcej sto lat wcześniej doszło u nich do Wielkiego 
Pojednania. W tym czasie T’Chttrk była już dorosła i cieszyła się dziedzicznym tytułem oficera sił 
obronnych swojej planety.

Na ogół fakt, że jest najmłodszą osobą w otoczeniu, nie martwił młodego generała. Prawdę 

mówiąc, Luke ledwo to sobie uświadamiał. Tym razem niepokoiło go coś innego: wszyscy tutaj 
obecni doświadczeni weterani, a wśród nich najlepsi taktycy i dowódcy, jakich kiedykolwiek miała 
Nowa Republika, tak zaufali jego rzekomej mądrości, że nawet się z nim nie sprzeczają.

Tylko dlatego, że jest Jedi, a zatem musi doskonale wiedzieć, co robi.
Gdyby to była prawda...
Na razie Luke jednego był pewny: nie powinien był dać Hanowi się na to namówić.

- Luke, Luke - powiedział Han, obejmując przyjaciela. - Obowiązki generała nie są takie 

trudne, zobaczysz. - Prawdopodobnie myślał, że Luke nie widzi jego krzywego półuśmiechu. - 
Gdyby to ode mnie zależało, nie miałbyś z tym absolutnie żadnego kłopotu.

- Jeżeli to takie proste, dlaczego sam zrezygnowałeś? - zagadnął Skywalker.
- Miałem do roboty coś lepszego, kolego. - Han przewrócił oczami. - Księżniczka jest 

bardzo ważną osobą, ale nie na tyle ważną, żeby Nowa Republika wyznaczała generała na szofera i 
ochroniarza.

- Ochroniarza? - parsknęła Leia. - Jeżeli jesteś moim ochroniarzem, jak to się dzieje, że cały 

czas to ja muszę cię wyciągać z tarapatów?

- Dowodzisz dzięki temu, że cały czas mnie kochasz. - Han wyszczerzył zęby w uśmiechu i 

odwrócił się do Luke’a. - Poważnie, mały. Na pewno dasz sobie z tym radę. Jesteś... uhm, prawie 
równie sprytny jak ja i o wiele sprytniejszy niż, powiedzmy, Lando. Musisz tylko trzymać gębę na 
kłódkę i słuchać swoich oficerów. Nie pozwól im się kłócić i zawsze udawaj, że wiesz, co robić 
dalej. To proste. Wytłumacz mu, Chewie.

Chewbacca, który, zaplótłszy dłonie za wielką głową, siedział na kanapie obok stanowiska 

do gry, nawet nie otworzył oczu.

Aroowrowr - warknął - Regharrr.
- Naprawdę mi pomogłeś, nie ma co - mruknął sarkastycznie Han. - Luke, nie zwracaj na 

niego uwagi... Chewie nienawidzi generałów.

- Ja też nie jestem do końca pewny, czy mi się podoba, że właśnie nim zostałem - stwierdził 

Skywalker.

Propozycja awansu zupełnie go zaskoczyła, i to niezbyt miło. Kilka miesięcy po pokonaniu 

Ssi-Ruuków Luke spotkał się z naczelnym dowódcą Ackbarem i poprosił o zwolnienie z 
obowiązków wojskowego pilota. Wyjaśnił, że od pewnego czasu czuje, iż może lepiej się przydać 
Nowej Republice jako Jedi niż jako dowódca pułku gwiezdnych myśliwców. Ackbar - 
doświadczony i mądry żołnierz - odpowiedział propozycją wspólnego dowództwa nad tworzonymi 
właśnie oddziałami Sił Szybkiego Reagowania. Była to grupa wielkości floty, zdolna w ciągu 
zaledwie kilku dni przelecieć w dowolny punkt galaktyki, żeby podjąć tam walkę.

- Jeżeli naprawdę chcesz służyć Nowej Republice, młody Skywalkerze, oto zadanie dla 

ciebie - oznajmił Ackbar. - Twoja intuicja Jedi przyda się bardziej w bezpośrednich operacjach 

background image

taktycznych niż podczas medytacji nad tajnikami Mocy.

Luke nie miał na to gotowej odpowiedzi. Mógł tylko poprosić o czas do namysłu. 

Postawiony przed koniecznością podjęcia decyzji, która mogła ukierunkować resztę jego życia, 
wycofał się do miejsca, które najbardziej przypominało mu dom, i żeby porozmawiać z jedynymi 
osobami w galaktyce, w których towarzystwie mógł być sobą.

Teraz próbował wyjaśnić, jak się czuje, Leii, Hanowi i Chewiemu. Wszyscy siedzieli w 

przedziale pasażerskim „Sokoła Millenium”.

- To nie takie proste - powiedział. - Jestem zresztą absolutnie pewny, że nic już nie jest 

proste. Czy wiecie, że teraz produkują holodreszczowce ze mną w roli głównej? Nie chodzi o 
produkcje dokumentalne o szturmie na Gwiazdę Śmierci ani nic w tym rodzaju. Oni wszystko po 
prostu zmyślają.

- Tak, widziałem te programy. - Han wyszczerzył zęby w uśmiechu, wyłowił z konsolety do 

gry w dejarika podręczną holoplanszę i rzucił ją na blat stołu. - Kilka miesięcy temu jedną nawet 
kupiłem. Dzięki temu mam coś do roboty, kiedy czekam, aż Leia zakończy jakieś negocjacje albo 
po prostu się uczesze.

- Żadnych dowcipów na temat mojego uczesania, Solo - ostrzegła księżniczka. - Nie żartuję.
Luke sięgnął po jeden z pionków i kciukiem włączył stronę tytułową Luke’a Skywalkera i 

smoków Tatooine.

- Rany, spójrzcie tylko, co za dziadostwo - skrzywił się, pokręcił z niesmakiem głową i 

rzucił pionek Hanowi, który zręcznie chwycił go w powietrzu. - Właśnie o to chodzi. To wszystko... 
jest po prostu głupie.

- A co, może nie ma smoków na Tatooine? - żachnął się Solo.
- Jasne, że są - odparł Luke. - Smoki krayt. Są niebezpieczne, owszem, zwłaszcza jeżeli 

przydybią cię gdzieś samego... ale spójrzcie, co oni pokazują! W życiu nie walczyłem ze smokiem, 
siedząc na grzbiecie banthy, a w dodatku mogę zagwarantować, że smoki krayt nie zioną ogniem!

- Daj spokój, nie przejmuj się tak, Luke. - Han zważył na dłoni czytnik i ciepło się 

uśmiechnął. - To gra dla dzieciaków, wiesz? I muszę ci powiedzieć, że niektóre z tych gier są 
naprawdę dobre.

- Zwłaszcza te, w których to ty jesteś bohaterem - mruknęła sarkastycznie Leia.
Luke popatrzył na nich z ukosa.
- Chcecie mnie pocieszyć, tak? - zapytał.
Han wzruszył ramionami i lekko się zarumienił... ale tylko lekko, bo nie miał zwyczaju 

odczuwać zakłopotania.

- Wiesz, nie jesteś jedynym bohaterem w Republice - powiedział.
- Hanie...
- Zapytaj go, ile mu za to zapłacili - podsunęła księżniczka.
- Pozwalasz, żeby ci płacono za takie rzeczy? - zdumiał się Skywalker.
- Hej, nie jestem Jedi. - Han uniósł ręce, jakby oczekiwał, że Luke w niego czymś rzuci. - 

Ja, uhm, po Bitwie o Yavina zawarłem kilka umów licencyjnych z producentami takich 
holoprogramów. Chyba rozumiesz.

- Co rozumiem? - zapytał Luke.
- Jeżeli rozumie, może będzie mógł wyjaśnić to mnie - stwierdziła Leia.
- To był pomysł Landa. - Han wyraźnie przeszedł do defensywy. - No dobrze, posłuchajcie. 

Zawarłem te umowy, zanim zrozumiałem, na co się zanosi. Te programy są paskudne, ale 
nieszkodliwe. Han Solo i piraci z Kessel. Han Solo i nora kosmicznych ślimaków...

- Wcale nie są takie nieszkodliwe. - Luke zacisnął zęby. - Czy widziałeś tę chałę pod 

tytułem Luke Skywalker i zemsta Jedi?

Na twarzy Hana pojawiła się niepewność.
- Nie sądziłem, że Jedi są mściwi - powiedział.
- Nie są mściwi - zapewnił Luke. - Nie mam tylko pojęcia, o co tu chodzi. W tym 

holodramacie kazali mi zamordować mojego ojca, żeby pomścić śmierć Palpatine’a. To wszystko 
jest... chore.

background image

- Uspokój się, Luke - przerwał Han. - I co z tego, że scenarzyści trochę koloryzują? Nie ma 

w tym nic złego. Jedna czy druga bajka i wyglądasz na twardziela.

- Nie chcę tak wyglądać - mruknął Skywalker.
- Ludzie potrzebują bohaterów... a takie historie ich kreują.
- Zawsze sądziłem, że bohaterem się staje dzięki bohaterskim czynom - nie dawał za 

wygraną Luke.

- Dobrze wiesz, co mam na myśli - upierał się Solo.
- Wiem, i właśnie na tym polega problem - burknął Luke. - Wszyscy mnie obserwują. 

Wszyscy usiłują odgadnąć, kim się stanę w przyszłości, i znaleźć sposób, żeby wyciągnąć z tego 
jakąś korzyść.

Han rozłożył ręce.
- To właśnie dzięki temu ta galaktyka się kręci, kolego - powiedział.
- Może i tak - przyznał bez przekonania Luke. - Ale ja nie chcę w tym brać udziału. - 

Pewnie dlatego czuję się tak paskudnie w stopniu generała, zupełnie jakbym... no, nie wiem, 
jakbym pchał się sam do przodu. Jakbym namówił Ackbara na ten awans, bo chciałem się stać 
superbohaterem, nadczłowiekiem.

- Jesteś kimś w rodzaju nadczłowieka, Luke - tłumaczył mu Solo. - Zawsze ci to mówiłem.
- Mam być generałem... wysyłać żołnierzy tam, gdzie mogą odebrać komuś życie albo dać 

się zabić... - Luke urwał i pokręcił głową. - To takie... odgrywanie bohatera.

- A kto mówi, że tylko odgrywasz bohatera? - zapytał Han.
- Posłuchaj, Luke, ta nominacja to wspaniała okazja, i to nie tylko dla ciebie - wtrąciła Leia. 

- Władanie Mocą to niejedyny sposób sprawowania władzy. Istnieją o wiele skuteczniejsze sposoby 
udzielania pomocy niż machanie klingą świetlnego miecza. Jako Jedi możesz czasami ratować z 
opresji księżniczki, ale jako generał możesz ocalić życie tysięcy osób. Może nawet milionów. Siły 
zbrojne cię potrzebują, Luke.

- Nie pokonam cię na argumenty, Leio - westchnął Skywalker. - Nie jestem politykiem, a 

szkoła w Anchorhead nie miała kółka dyskusyjnego. Jestem Jedi... jedynym Jedi. A teraz mam być 
generałem... nie wydaje mi się to słuszną decyzją.

- Wiesz co? W tamtym okresie ja też byłem tylko dzieckiem - zaczął z namysłem Solo. - 

Praca dla Shrike’a dawała mi większe powody do niepokoju niż śledzenie bieżących wiadomości, 
jeżeli wiesz, o co mi chodzi... Mimo to jeszcze pamiętam, jak podczas Wojen Klonów twój 
przyjaciel Kenobi też był generałem...

- Wiem - przyznał Luke. - Prawie nigdy o tym nie wspominał.
- Zawsze był skromny - przyznała Leia. - Obi-Wan występował jednak w wielu historiach, 

które mi opowiadał mój oj... uhm, ojczym. Był wielkim bohaterem Republiki. To właśnie dlatego 
zwróciłam się do niego, kiedy odkryto moją prawdziwą tożsamość.

Luke pokręcił głową.
- Nie tak wyobrażałem sobie spędzenie reszty życia - powiedział.
- Ale czy tylko o to chodzi? - zapytał Solo. - Daj spokój, Luke... Nikt nie żyje w taki sposób, 

jak by chciał.

- Nie? - podchwycił Skywalker. - Znam jednego gościa... ma własny statek, zrezygnował ze 

stopnia generała, zakończył współpracę z siłami zbrojnymi i w tej chwili robi właściwie to, co chce. 
Najczęściej lata po galaktyce w towarzystwie drugiego pilota i ratuje księżniczki z opałów. Nie 
odpowiada przed nikim, z wyjątkiem samego siebie...

- Nie odpowiada przed nikim? Chyba żartujesz - zaperzył się Han wyraźnie urażony. - Luke, 

czy spotkałeś kiedykolwiek swoją siostrę? Chłopcze z farmy na Tatooine, pozwól w takim razie, że 
ci przedstawię księżniczkę Leię Organę z... Auu!

- Zamknij się - warknęła Leia wbijając spiczasty łokieć w żebra Hana.
- A ty się uspokój. - Han potarł obolały bok z urażoną miną. - Żarty na bok, Luke. Pomyśl o 

tym - powiedział. - Gdybyśmy obaj mieli spędzić resztę życia tak, jak chcemy, może jeszcze do tej 
pory latalibyśmy w przestworzach Yavina.

- Tak sądzisz? - zapytał Skywalker.

background image

- Jestem tego pewny - odparł Solo. - Jako piloci myśliwców TIE w służbie Dartha Vadera.
Luke odwrócił głowę i spojrzał w bok.
- Czasami należy się cieszyć, że sprawy nie układają się zgodnie z planem - podjął Han. - 

Mimo wszystko trzeba płynąć z nurtem. To znaczy trzeba ufać Mocy. Mam rację? Czy Moc 
stworzyłaby ci taką okazję, gdybyś nie miał z niej skorzystać?

- Nie mam pojęcia - przyznał Luke.
- Dlaczego nie zapytasz o to Kenobiego następnym razem, kiedy ci się ukaże jako duch 

Mocy czy ktoś w tym rodzaju?

- Kenobi nie jest duchem... - zaczął Luke.
- Nieważne - przerwał Solo. - Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
Skywalker pokręcił głową i westchnął.
- On... już mi się nie pokazuje - wyznał. - Nie widziałem go od wielu tygodni. Wygląda na 

to, że dryfuje zbyt daleko, żeby nawiązać kontakt.

- I może właśnie to jest znak - podchwyciła Leia. Luke spojrzał na nią z wyrzutem, a 

księżniczka wzruszyła ramionami i dokończyła: - Wiem o Jedi jeszcze mniej niż ty o polityce... ale 
twoje niezdecydowanie chyba nie oznacza, że skierowałeś się na niewłaściwą ścieżkę życia. Chodzi 
mi o to, że zwykle wiedziałeś, co robić.

- Tak - przyznał cicho Luke. - Zazwyczaj byłem tego pewny.
Usłyszał słowa Yody tak wyraźnie, jakby sędziwy mistrz stał obok: „Jeżeli z daleka od 

Mocy się znajdziesz, wierzyć możesz, że to nie Moc twoimi krokami kieruje”.

- Przypuszczam - zaczął z namysłem - że nie muszę robić dalszej kariery...
Na twarzy Hana pojawił się szeroki uśmiech.
- Czy to oznacza, że się zgadzasz? - zapytał Solo.
- Chyba tak - mruknął cicho Luke.
Han poklepał go po ramieniu.
- Dzięki, kolego! - zawołał. - Jesteś najlepszy!
- Za co mi dziękujesz? - zdziwił się Luke.
Han uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Ackbar przysiągł, że jeżeli cię na to nie namówię, za karę mianuje mnie generałem. Han 

Solo i Siły Szybkiego Reagowania... to nie brzmi wystarczająco poważnie, nie uważasz?

Jeżeli nie liczyć Luke’a Skywalkera, koordynator Wywiadu SSR, komandor Thavish, był 

najmłodszym oficerem w sali odpraw. Nawet Han był od niego o pięć lat starszy. Thavish włączył 
kciukiem guzik na wskaźniku i iskierka Mindora przerodziła się w kulę o średnicy mniej więcej 
dziesięciu centymetrów.

- Oto promień skutecznej grawitacji Mindora - powiedział. - Dzięki standardowemu 

podejściu do planety nasze podwójne siódemki znajdują się w tej chwili tutaj.

W równych odstępach od planety zapłonęły trzy nowe iskry, tworząc trójkąt równoboczny, 

usytuowany mniej więcej równolegle do płaszczyzny ekliptyki systemu. Dwie następne iskierki 
pojawiły się nad i pod tą płaszczyzną. Pięć podwójnych siódemek oznaczało komplet krążowników 
interdykcyjnych typu CC-7700/E, jakimi dysponowały Siły Szybkiego Reagowania. Każdy 
interdyktor mógł wytwarzać symulowaną studnię grawitacyjną o rozmiarach setki razy większych 
od średnicy przeciętnej planety. Kiedy Thavish pokazał na hologramie zasięg grawitacyjnych studni 
podwójnych siódemek, nakładające się na siebie kule objęły obszar o średnicy mniej więcej pięciu 
minut światła - to znaczy około dziewięćdziesięciu milionów kilometrów - w którym jednostki 
napędu nadświetlnego po prostu odmawiały posłuszeństwa.

- Dodatkowe wyposażenie w postaci broni serii E umożliwia wprawdzie podwójnym 

siódemkom punktową obronę, ale każdy interdyktor wymaga osłony w postaci pełnej eskadry 
gwiezdnych myśliwców, bo nie mamy dokładnych informacji o siłach naszych przeciwników - 
stwierdził Thavish. - Możemy mieć przeciwko sobie od kilkudziesięciu do kilku tysięcy myśliwców 
typu TIE Defender. Z zebranych podczas operacji „Spirana” danych wynika, że po galaktyce wciąż 
jeszcze lata dziesięć tysięcy wyprodukowanych defenderów, których nie mogliśmy się doliczyć. 
Naturalnie nie możemy być pewni, że na pozostałych planetach rządzonych przez imperialnych 

background image

lojalistów nie produkuje się następnych, a Shadowspawn może mieć w samym systemie również 
interceptory albo inne myśliwce z jednostkami napędu nadświetlnego.

Komandor Trent, dowódca „Regulatora”, pochylił się nad hologramem.
- A okręty liniowe? - zapytał.
- Siły zbrojne Shadowspawna nigdy nie dysponowały okrętami liniowymi - usłyszał w 

odpowiedzi.

- To jeszcze nie oznacza, że ich nie mają - mruknął nieprzekonany Trent.
- To prawda, panie komandorze - przyznał Thavish. - Z zebranych dotąd informacji wynika 

jednak, że będziemy mieli przeciwko sobie głównie gwiezdne myśliwce. Nie wiemy tylko, w jakiej 
liczbie.

T’Chttrk wyklekotała swoje pytanie. Jej protokolarny android serii D, D-P4M, przechylił 

pokrytą warstwą tungstenu owalną głowę.

- Pani kapitan z szacunkiem pyta, czy usłyszy jakiekolwiek pomyślne informacje - 

wymruczał.

- Pani kapitan, to właśnie była pomyślna informacja - odezwał się Thavish. Przycisnął 

następny guzik na pałeczce-wskaźniku. - A oto ta niepomyślna.

Opalizujące chmury, które przemieszczały się dotąd po holosymulacji, zaczęły nagle 

gęstnieć.

- Oglądamy najlepszą prezentację na podstawie sygnałów z dalekosiężnych skanerów - 

powiedział Thavish. - To pola szczątków, jakie pozostały po zniszczeniu Taspana II. Wielki Ścisk, 
jak się go określa, powstał w wyniku wypadku, do jakiego doszło w imperialnym ośrodku 
badawczym podczas testowania nowego typu emitera grawitacyjnych studni. Cała planeta została 
zniszczona. Pozostały po niej tylko szczątki o rozmiarach od miniaturowych meteorów do 
kilkukilometrowej średnicy asteroid. Do katastrofy doszło zaledwie cztery standardowe lata temu, 
więc szczątki nie zdążyły się jeszcze zgromadzić na stabilnych orbitach. Co gorsza, podczas 
Wielkiego Ścisku planety znajdowały się w koniunkcji, a Mindor krążył wówczas bliżej słońca. 
Kiedy zatem szczątki Taspana II opadały po spirali w stronę gwiazdy, większość spośród nich 
przechwyciła siła ciążenia samego Mindora. Wszystkie one krążą teraz wokół niego po 
dziwacznych, niestabilnych orbitach.

Admirał Kalback pochylił się nad hologramem tak energicznie, że aż zadrżały jego macki 

policzkowe.

- Nie istnieje żaden sposób sprawdzenia tych orbit? - zapytał.
- Panie admirale, nawet gdybyśmy mogli je wszystkie zbadać za pomocą promieni 

skanerów, a nie możemy, żaden komputer nie dałby rady niezawodnie określić ich kształtu - odparł 
Thavish. - Obawiam się, że samo słowo „orbita” sugeruje o wiele bardziej stabilną sytuację niż ta, z 
którą mamy do czynienia. Orbity cały czas na siebie oddziałują i to w niemożliwy do przewidzenia 
sposób, począwszy od wpływów grawitacyjnych, a skończywszy na dramatycznych kolizjach. 
Jeżeli zwróci pan uwagę na te liczby...

Obok każdej chmury pojawiły się płonące jaskrawym blaskiem cyfry, które zaczęły się 

przemieszczać wraz z obłokami. Kiedy chmury szczątków zbliżały się do siebie, w obszarach 
wspólnych pojawiały się dodatkowe liczby, większe niż wszystkie pozostałe.

- Te liczby to nasze najlepsze szacunkowe dane na temat gęstości głównych chmur 

szczątków - wyjaśnił Thavish. - Każda określa istotne pod względem taktycznym obiekty w 
kilometrze sześciennym chmury. Mam tu na myśli szczątki na tyle duże, że mogą uszkodzić okręt 
naszej floty, i to mimo zaporowego ognia obronnego i osłon chroniących przed zderzeniem z 
obiektem materialnym.

Komandor Patrell, posiwiały koreliański dowódca okrętu o nazwie „Chwileczka”, zaklął tak 

soczyście, że kilku stojących w pobliżu oficerów aż się skrzywiło.

- Niektóre z tych liczb sięgają kilkuset! - wykrzyknął.
- Tak jest, panie komandorze - przyznał Thavish.
Dowódcy okrętów wymienili ponure spojrzenia. Perspektywa wpadnięcia w chmury 

szczątków krążownikami, które same zajmowały sporą część kilometra sześciennego, wyglądała 

background image

naprawdę niewesoło.

- Pozwólcie, że przedstawię to w inny sposób. - Thavish pomajstrował przy obudowie 

wskaźnika i na tle chmur pojawiły się inne liczby. - To szacunkowe prawdopodobieństwo 
katastroficznego zderzenia... którego wynikiem może być znaczne pogorszenie właściwości 
bojowych i zmniejszenie liczebności załogi.

Luke zamknął oczy.
- Znaczne pogorszenie właściwości bojowych i zmniejszenie liczebności załogi oznacza, że 

zginą ludzie, prawda? - zapytał. - Okręty zostaną wtedy unieruchomione albo zniszczone, tak?

- Tak, proszę pana - przyznał Thavish.
- A zatem proszę niczego nie ukrywać.
- Słucham pana?
- To rozkaz, Thavish - burknął Luke. - Żadnych eufemizmów. - Ze smutkiem uświadomił 

sobie, że zaledwie pięć lat wcześniej nie miał pojęcia, co oznacza zwrot „zginą ludzie”. A potem 
znalazł zwęglone szczątki wujka Owena i cioci Beru, z których unosił się jeszcze dym w czyste 
tatooińskie niebo...

Od tamtej pory wiele się nauczył. Nie wszystko wiązało się z tym, że jest Jedi.
- Dobrze, proszę pana - odparł Thavish. - Zaraz, zaraz... czy to była jedna z tych sztuczek 

Jedi?

- Nie - zapewnił Luke. - To była sztuczka generała Skywalkera. Kiedy mówi pan o kimś tak 

bezosobowo, ten ktoś musi się czuć jak martwy przedmiot.

- Tak, proszę pana. - Thavish odwrócił się znów do hologramu. - Wykorzystaliśmy 

podwójne siódemki jako jednostki odniesienia, bo są okrętami średniej wielkości wśród wszystkich 
jednostek naszej floty szturmowej. Na tym etapie podwójna siódemka będzie miała 
prawdopodobieństwo rzędu jeden koma osiemdziesiąt pięć procent szansy katastroficznego 
zderzenia...

- To mniej niż jedna na pięćdziesiąt! - Komandor Patrell zachichotał i pokręcił głową. - W 

pierwszej chwili mnie pan przestraszył!

Nie otwierając oczu, Luke zapytał:
- O jaki czas chodzi?
- Słucham pana?
- Jeden koma osiemdziesiąt pięć setnych procent szansy w jakim czasie?
- A, tak - zreflektował się Thavish. - Takie prawdopodobieństwo dotyczy momentu 

wnikania w chmurę szczątków, to znaczy pierwszych kilku sekund.

Komandor Patrell przestał chichotać.
Luke kiwnął głową.
- A później? - zapytał.
- No cóż... statystyczne modelowanie bywa skomplikowane - zaczął Thavish. - Później 

wartość się zmienia. Zakładając, że nie zostaniemy zniszczeni natychmiast, musimy obliczyć...

- Powiedzmy, w ciągu pierwszej godziny - uściślił Luke.
Kiedy w końcu pojawiły się liczby, wszyscy jeszcze bardziej sposępnieli. Po godzinie 

prawdopodobieństwo wzrosło do ponad dwudziestu procent.

- Z tego wynika, że w pierwszej godzinie naszej operacji stracimy dwa okręty - mruknął 

Luke. - I to pod warunkiem, że nieprzyjaciel nie podejmie w tym czasie żadnych wrogich kroków.

- No cóż, obliczenia są trochę bardziej skomplikowane niż... - zaczął Thavish.
- Ale tak to wychodzi - uciął Skywalker.
Thavish przepraszająco pokiwał głową.
- W gruncie rzeczy tak - przyznał w końcu.
- To cmentarzysko - stwierdził Patrell. - Okręty liniowe polecą tam i zostaną zniszczone.
- System Taspana to niemal idealna baza dla eskadr gwiezdnych myśliwców - stwierdził 

Thavish. - Siedząc w kabinie takiej maszyny, jest się nie tylko mniejszym celem dla asteroid, ale 
także ma się większą możliwość manewrowania, żeby uniknąć kolizji. Jeżeli jednak chcemy, aby 
Shadowspawn stamtąd nie czmychnął, musimy mieć interdyktory. W przeciwnym razie jego siły 

background image

zbrojne po prostu znikną w nadprzestrzeni. Tyle że nasze interdyktory są tak wrażliwe, że nie 
możemy sobie pozwolić na ich użycie.

- Lord Shadowspawn nie jest głupcem - mruknął Luke. - Dobrze wiedział, co robi, kiedy 

wybierał Mindora na swoją bazę.

Spojrzał na sufit i głęboko odetchnął. Żałował, że nie może sobie pozwolić na godzinę czy 

dwie odpoczynku i medytacji. Starał się wezwać na pomoc inną umiejętność Jedi, którą 
dysponował, ale po prostu nie mógł sobie na to pozwolić. Nie miał dość czasu. Gdyby tylko Ben, 
mistrz Yoda czy choćby jego ojciec podszepnęli mu mądre słowo... Jeżeli nawet w Mocy pozostała 
jakaś ich aktywna cząstka, prawdopodobnie była zajęta czymś innym, i to już od kilku miesięcy.

Wiedział, że nie dostanie od Mocy żadnej wskazówki. Musi korzystać tylko z tego, czego 

się sam nauczył.

Lepiej, żeby .to wystarczyło, pomyślał i ciężko westchnął.
- Nie możemy czekać, aż stamtąd odlecą, i nie możemy im zadać decydującego ciosu - 

podsumował. - Nie jesteśmy w stanie nawet stoczyć z nimi decydującej bitwy. To daje nam tylko 
jedną możliwość.

Admirał Kalback pokiwał głową.
- Druzgocząca siła - powiedział. - Nagłe uderzenie.
Komandor Thavish wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Może nawet pozwoli to nam na zmniejszenie strat osobowych - odezwał się w końcu. - 

Przynajmniej naszych, a może nawet nieprzyjaciół. Jeżeli nie przyjdzie im do głowy, że mogliby 
uciec, może po prostu się poddadzą.

- Oszczędzanie życia jest bardzo ważne, jeżeli to będzie możliwe - odparł Luke. - 

Ważniejsze jednak jest zwycięstwo. Jeżeli pozwolimy siłom zbrojnym Shadowspawna na ucieczkę, 
mogą rozproszyć się po galaktyce. Zaczną się ukrywać podzielone na niewielkie, niezależne grupy. 
Wiemy lepiej niż ktokolwiek w galaktyce, ile szkód potrafią wyrządzić takie grupy partyzanckie, bo 
właśnie w taki sposób doprowadziliśmy do obalenia Imperium. To może być nasza ostatnia szansa 
stoczenia decydującej bitwy z Lordem Shadowspawnem.

Luke powiódł spojrzeniem po twarzach siedzących przy stole.
- Każdy z was musi to zrozumieć - powiedział. - Posyłamy do walki wszystko oprócz 

niewielkich odwodów, które mają osłaniać nasz odwrót, gdyby sytuacja nie potoczyła się po naszej 
myśli. Rzucamy na szalę to, co mamy. Wszystko albo nic.

Pozostali dowódcy, jeden po drugim, pokiwali głowami z ponurą aprobatą.
- A więc już wszystko jasne - stwierdził Skywalker. - W ciągu następnej godziny chciałbym 

otrzymać wasze raporty o taktycznej gotowości. Ruszamy na trzy.

ROZDZIAŁ 3

Aeona Cantor leżała płasko na szczerbatym szczycie wzgórza. Mrużąc oczy, patrzyła przez 

elektrolornetkę, ale obraz był zamglony. Przednie szkła okazały się widocznie porysowane, zbyt 
często wystawiano je na oddziaływanie chmur niesionego przez wiatr piasku, które na Mindorze 
uchodziły za atmosferę. Sylwetkę kobiety otaczały bryły lawy. Nie musiała się martwić, że wykryją 
ją termiczne czujniki, bo skały wokół niej były wciąż jeszcze ciepłe od południowego żaru, a do jej 
kombinezonu przykleiły się szorstkie kamienie, które zapewniały idealny kamuflaż przed 
promieniami wrażliwych na światło dzienne sensorów. Wszystko to bardzo się przydawało w jej 
sytuacji i w miejscu odległym o niespełna dziesięć kilometrów od dymiącej kopuły wulkanu. To, że 
ogromna wulkaniczna kopuła nie przestawała dymić, w ogóle jej nie interesowało. Aeona zwracała 
uwagę tylko na otaczający kopułę podwójny pierścień broniących dostępu do planety wież 
turbolaserów, a także na roje myśliwców TIE, które wylatywały i jak komary ze wszystkich 
widocznych otworów jaskiń na zboczu góry albo wlatywały do środka.

Wszystko wyglądało dokładnie tak samo już od dawna.
Aeona spiorunowała spojrzeniem kopułę, odgarnęła z czoła pukiel rdzaworudych włosów i 

background image

nastawiła elektrolornetkę na większe powiększenie.

- Nie rozumiem - powiedziała. - Tripp, czy on był pewny, że ma rację, kiedy ci mówił o tych 

urządzeniach zagłuszających?

Leżący kilka metrów niżej mężczyzna, w podobnie ozdobionym bryłami lawy 

kombinezonie, odpowiedział wzruszeniem ramion.

- Mogę ci powtórzyć tylko to, co mi mówi Boakie - powiedział. - Podprzestrzeń jest wolna 

od zakłóceń. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy wysłać sygnał aż do samej Trigaskańskiej Plamy.

- Dlaczego Shadowspawn miałby wyłączać podprzestrzenne urządzenia zakłócające? - 

zastanowiła się głośno kobieta. - Zaraz po takim wypadzie? To przecież nie ma sensu.

- A skąd mam to wiedzieć? - obruszył się Tripp. - Lepiej sama go o to zapytaj.
- Jeżeli kiedykolwiek się spotkamy, będziemy rozmawiać o innych sprawach - mruknęła 

Aeona przez zaciśnięte zęby.

- Coś mam! - wykrzyknął nagle ktoś ukryty jeszcze niżej na zboczu wzgórza, w jaskini, w 

której czekali pozostali jej podwładni. - Hej, Aeono! Hej, coś wykryłem!

Aeona rozpłaszczyła się na skałach.
- Tripp, powiedz temu idiocie, żeby tak nie wrzeszczał! - syknęła.
- Dlaczego? - zdziwił się mężczyzna. - Wokół nie ma nikogo innego, kto mógłby go 

usłyszeć.

- Zamierzasz ze mną dyskutować?
- Au, Aeono, daj spokój...
- Czarne Skorupy mogły zasiać na tych wzgórzach soniczne próbniki, a w pobliżu może 

przechodzić pieszy patrol - wyjaśniła przywódczyni. - Czy wiesz, w jaki sposób odnajdują nas 
topniaki? Ja też nie. Dopóki się tego nie dowiemy, następny, kto się odezwie głośniej niż szeptem, 
zarobi w twarz lufą mojego blastera.

- Aeono...
- A każdy, który będzie ze mną dyskutował, dostanie...
- Dobrze, już dobrze - mruknął z rezygnacją Tripp. - Shee, odpręż się już. - Ślizgając się, 

zszedł na czworakach w dół, w stronę jaskini.

Aeona ponownie przycisnęła do oczu wizjery elektrolornetki. Odprężyć się, dobre sobie! 

Nie wcześniej, aż znajdzie się daleko od tej cuchnącej planety.

Usłyszała dobiegający zza pleców chrobot butów po lawie i domyśliła się, że to Tripp znów 

się do niej wspina.

- To nie było nic ważnego - zameldował podwładny.
- Co takiego nie było ważne? - zapytała Aeona.
Zdegustowany Tripp machnął ręką.
- Naprawdę nic ważnego - powtórzył. - Zwykłe echo.
Aeona spiorunowała go spojrzeniem.
- Echo? - zapytała.
- Tak... jakiś sygnał i echo jak odpowiedź transpondera.
- Wiem, co to echo - wycedziła przywódczyni przez zaciśnięte zęby. - Skąd napłynął 

pierwotny sygnał?

Tripp wzruszył ramionami.
- Prawdopodobnie spoza systemu - powiedział. - Z przekaźnika HoloNetu czy czegoś w tym 

rodzaju.

- A odpowiedź wysłano stąd?
- No cóż, tak - mruknął Tripp. - Jak się tego domyśliłaś?
Zanim skończył, Aeona zaczęła się pośpiesznie wycofywać ze swojego stanowiska 

obserwacyjnego na szczycie wzgórza. Ześlizgnęła się po zębatych skałach do jaskini.

- Wstawać, wszyscy wstawać! - rozkazała.
Podwładni w oklejonych bryłami lawy kombinezonach umożliwiających przeżycie zerwali 

się na nogi.

- Zabieramy się stąd, ludzie. - Aeona zaczęła się przeciskać między nimi w kierunku 

background image

swojego skutera zwiadowczego. - Zanim doliczę do pięciu, w powietrzu mają się znaleźć wszystkie 
śmigacze, grawicykle i ścigacze. Nie brać żadnych zapasów z wyjątkiem broni, energetycznych 
ogniw i zestawów medycznych. Ogłaszam alarm!

- Alarm? - Osłupiały Tripp wgramolił się na siodełko za jej plecami. - Co się dzieje?
- Myślisz, że po tylu miesiącach pracy urządzenia zagłuszające po prostu same się 

wyłączyły? - zapytała przywódczyni. - W samą porę, żeby przepuścić echo transpondera, które 
prawdopodobnie pochodziło z jakiegoś urządzenia namiarowego?

Tripp zmarszczył brwi i zaczął się zastanawiać.
- Wydaje ci się, że to pułapka? - zapytał w końcu.
- To chyba jasne, nie? - burknęła Aeona. - Musimy tylko zrobić wszystko, żeby w nią nie 

wpaść. - Wyciągnęła blaster z kabury, sprawdziła ładunek, zręcznie zakręciła bronią młynka i 
wsunęła ją znów do kabury. Przelotnie się uśmiechnęła. - Zostaniemy tu i będziemy obserwować, 
ale musimy być gotowi do natychmiastowej ewakuacji.

Podpułkownik wojsk lotniczych Klick stał na baczność, przyciskając do boku błyszczący 

czarny hełm osłoniętą czarnym naramiennikiem lewą ręką. Nie zwracając uwagi na błagania, 
przekleństwa, szlochy i krzyki jeńców w Ośrodku Sortowania, spoglądał na ogromną płytę 
durastali. Płyta oddzielała szeroką, sklepioną bramę, przez którą mógłby przelecieć gwiezdny 
myśliwiec, od reszty wulkanicznej pieczary. Niedługo, kiedy płyta się schowa, Pionek przyjdzie na 
wezwanie, a on, Klick, zostanie wezwany przed oblicze Lorda Shadowspawna.

Żeby ponieść konsekwencje swojego niepowodzenia.
Kiedy zdjął hełm, wszyscy, którzy widywali szturmowców, mogli się zorientować, że mają 

przed sobą kogoś wyjątkowego. Wyróżniała go durastalowej barwy siwizna rzadkich włosów, 
pobrużdżona twarz oraz pozostała po oparzeniu blizna, która marszczyła mu policzek i sięgała aż 
do szczątków lewego ucha. Klick był jednym z niewielu pozostałych przy życiu Fettów, weteranem 
Wojen Klonów, w których brał udział, począwszy od Bitwy o Geonosis, a skończywszy na Rebelii 
Jedi. Był z tego bardzo dumny, co zresztą stanowiło jedyny przejaw jego próżności. Pułkownik 
nigdy się nie przejmował niepoważnym brzmieniem swojego pseudonimu, nadanego mu 
dwadzieścia pięć standardowych lat wcześniej przez humorzastego padawana Jedi. „Klick” 
pochodził od słowa „kilometr”, co odnosiło się do identyfikatora jego żłobka. TP 1000.

Ogromną jaskinię, w której stał, powiększono i ukształtowano z miejscowej topiskały, 

zanim sklepienie pokryło się czarnym szkliwem. Ściany i sklepienie połyskiwały w blasku 
chłodnego, zielonego światła, odbitego od rozkołysanych kul, które się unosiły dzięki repulsorom 
na wysokości dziesięciu metrów nad wypolerowanym dnem pieczary. W różnych miejscach stały, 
siedziały albo przechadzały się grupki więźniów, próbujących znaleźć jak najwygodniejsze miejsce 
na nagiej, zimnej skale.

Więźniowie pochodzili z różnych grup społecznych, począwszy od żebraków przez złodziei 

okradających rebelianckich oficerów, a skończywszy na arystokratach. Wszystkich zatrzymali 
piloci dowodzonych przez pułkownika Klicka dywizjonów myśliwców TIE Defender na planetach 
Środkowych Rubieży. W ciągu kilku ostatnich miesięcy chwytano ich po trzech, czterech, pięciu 
albo sześciu, nigdy nie więcej naraz, żeby nie wzbudzać podejrzeń Rebeliantów. Łupy zdobywane 
podczas tych ataków i pozostawiane zniszczenia były kamuflażem, żeby krewni więźniów mogli 
pogodzić się ze stratą bliskich czy przyjaciół, a władze planet uznawały ich za zaginionych lub 
zabitych w masowych rzeziach, do jakich dochodziło podczas tych ataków.

A wszystko po to, żeby nikt nie interesował się prawdziwym losem więźniów.
Jeńcy znikali, a potem odnajdywali się tu, na Mindorze... w Ośrodku Sortowania Lorda 

Shadowspawna.

Za plecami Klicka snuło się pośród więźniów czterech czy pięciu Pionków, zamiatając dno 

jaskini brzegami długich szat. Ilekroć Pionek przystawał, na najbliższego więźnia padał 
czerwonawy cień jego nakrycia głowy w kształcie półksiężyca. Pionki nigdy się nie odzywały i nie 
zmieniały wyrazu twarzy. Nie mogły zresztą, bo ich twarze były tylko wytworzonymi przez Korony 

background image

holomaskami, ale czasami z głębi rękawa powłóczystej szaty wyłaniała się blada dłoń. Jeżeli 
więzień miał dużo szczęścia, gest kończył się krótką serią blasterowych strzałów w plecy; jeżeli 
tego szczęścia nie miał, długi, blady palec, którym Pionek dotykał jego czoła, oznaczał, że więzień 
został zakwalifikowany do grona Pionków.

W pewnej chwili Klick usłyszał dobiegający z jaskini za plecami skowyt neuronowego 

paralizatora. Domyślił się, że właśnie wybrano następnego więźnia. Okazało się, że miał rację. 
Wkrótce pojawiła się para Pionków, ciągnąc między sobą nieprzytomnego chłopca, który mógł 
mieć najwyżej piętnaście albo szesnaście standardowych lat. Durastalowa płyta odsunęła się na bok 
i ukryła bezszelestnie w ścianie, ukazując powstały dzięki procesowi syntezy korytarz. Klick trwał 
w postawie zasadniczej, nie pozwalając sobie na okazanie żadnych emocji. Zaczekał, aż Pionki 
przeciągną młodego mężczyznę przez sklepioną bramę i znikną w głębi korytarza.

Czekał tak, stojąc na baczność, odkąd dowodzony przez niego dywizjon pułku defenderów 

dowlókł się do bazy po zakończonym katastrofą ataku na fałszywą „Koreliańską Królową”. Był 
gotów tak stać cały dzień i jeszcze następny... a gdyby to miało się okazać konieczne, nawet cały 
tydzień.

Nie bał się gniewu Lorda Shadowspawna. Lord Mrocznego Tronu nie był szaleńcem jak 

morderca Vader, który pod wpływem chwilowej irytacji potrafił zabić lojalnego podwładnego. 
Klick stał nieruchomo, bo bardzo chciał się okazać godny zaufania, jakie pokładał w nim Lord 
Shadowspawn. Gdyby takie postępowanie miało pomóc wspaniałej sprawie, Klick mógłby wytrwać 
w postawie zasadniczej, dopóki nie umrze z głodu.

Niespełna rok wcześniej pułkownik lotnictwa Klick był zaledwie dowódcą eskadry... 

tamtego mrocznego dnia, kiedy zdrada Lorda Vadera i tchórzliwe zamordowanie przez niego 
Palpatine’a Wielkiego pozwoliło Sojuszowi Rebeliantów wymknąć się z pułapki na księżycach 
Endora. Zniszczenie drugiej Gwiazdy Śmierci było niczym w porównaniu z druzgoczącą porażką, 
jaką siły zbrojne Imperium poniosły w wyniku straty ukochanego Imperatora. Imperialni wojskowi, 
pozbawieni przywództwa wspaniałego człowieka, podzielili się na rywalizujące frakcje, walczące 
ze sobą o to, jakie resztki zajmowanego kiedyś terytorium miały trafić w ręce miejscowych moffów 
czy regionalnych dowódców admiralicji. Raz po raz dochodziło na tym tle do konfliktów, a nawet 
walk, w których jedni Imperialni walczyli przeciwko innym Imperialnym.

A później pojawił się Shadowspawn.
Nikt nie znał jego prawdziwego imienia ani nazwiska. Nikt także nie wiedział, skąd 

Shadowspawn pochodzi. Wszyscy jednak, kiedy tylko usłyszeli jego głos, od razu zrozumieli, że 
nie mają do czynienia ze zwykłym moffem, generałem czy nawet admirałem cierpiącym na manię 
imperialnej wielkości. Wezwanie przed oblicze Shadowspawna budziło nie mniejszą grozę niż 
kiedyś perspektywa pojawienia się przed samym Imperatorem.

Kiedy po zajmowanych przez Imperium rejonach zaczęły krążyć pogłoski o pojawieniu się 

drugiego Imperatora, dorównującego pierwszemu pod względem mądrości i charyzmy, Klick został 
awansowany do stopnia pułkownika i postawiony na czele pułku gwiezdnych myśliwców. Miał 
wykonywać rozkazy admirała Kravena, samozwańczego Lorda jednej z gwiezdnych gromad 
Środkowych Rubieży. Wysłano go na czele pułku, aby zabił tego parweniusza. Parweniusz jednak, 
zamiast rozpocząć z nim walkę, powitał przyjaźnie pułk gwiezdnych maszyn pod dowództwem 
Klicka... a samemu pułkownikowi pokazał zestaw autentycznych kodów dowodzenia, a nawet 
tajnych kodów samego Palpatine’a, ukrytych bardzo głęboko w podstawowym oprogramowaniu, 
które Klick otrzymał jeszcze podczas dorastania w żłobku na Kamino. Shadowspawn stwierdził, że 
Palpatine osobiście wybrał go na swojego sługę i polecił mu strzec tronu Imperium, dopóki nie 
zasiądzie na nim wybrany następca Palpatine’a. Shadowspawn dowodził także, że sam Palpatine 
przekazał mu te kody, aby każdy lojalny klon wiedział, że to on, Shadowspawn, jest prawowitym, 
chociaż tymczasowym władcą galaktyki.

To właśnie Shadowspawn opowiedział Klickowi historię zdrady Vadera. Podobno ten 

tchórzliwy zwyrodnialec osobiście zamordował swojego wieloletniego dobroczyńcę i przyjaciela. 
Historia była tak ponura, że jeszcze teraz Klick wzdrygał się na samo wspomnienie chwili, kiedy ją 
pierwszy raz usłyszał. Bez opieki i hojności wspaniałego człowieka, którego później zabił, Vader 

background image

dawno by nie żył. Wszystkie klony dobrze wiedziały, że Darth Vader był w beznadziejnym stanie, 
kiedy Palpatine przyjął go do jednego ze swoich wspaniałych ośrodków chirurgicznej rekonstrukcji 
na Coruscant. Dzięki trosce i hojności Palpatine’a Vader nie tylko przeżył, ale także dostał nowe 
mechaniczne ręce i nogi. I ten inwalida stał się prawdopodobnie najpotężniejszą i budzącą 
największy strach osobą w całej galaktyce.

Cała ta historia stała się częścią najwspanialszego holodreszczowca, jaki Klick 

kiedykolwiek oglądał, zrealizowanego zresztą przez samego Shadowspawna i krążącego po 
systemach dochowujących wierności wspomnieniu Palpatine’a: Luke Skywalker i zemsta Jedi.

Holodreszczowiec pokazywał z najdrobniejszymi szczegółami, jak szaleństwo Vadera rosło 

razem z jego niezdrowymi ambicjami i jak Czarny Lord udawał, że zamierza spełnić życzenie 
Palpatine’a, który pragnął wyrwać ostatniego pozostałego przy życiu bohatera Jedi, Anakina 
Skywalkera, ze złowrogiej sieci kłamstw, w którą uwikłała go Rebelia. Pokazywał także dzień, w 
którym Luke Skywalker stanął przed obliczem Palpatine’a na mostku drugiej Gwiazdy Śmierci. 
Imperator oznajmił wówczas, że darzy wielką miłością ojca Skywalkera... który, jak świetnie 
wiedziały wszystkie uczciwe klony, był najbliższym protegowanym Imperatora, dopóki nie zginął 
tragicznie i przedwcześnie podczas Rebelii Jedi. To właśnie wówczas umysł Vadera ostatecznie 
uległ zmąceniu.

To Vader, jak dobitnie pokazywał Luke Skywalker i zemsta Jedi, zawsze skrycie marzył, że 

zostanie następcą Palpatine’a. To ogarnięty szaleństwem Vader uważał, że jest ukochanym 
protegowanym Imperatora. To on usiłował skierować młodego Skywalkera na Ciemną Stronę, żeby 
wykorzystać szlachetnego młodego Jedi do pomocy w realizacji swoich niecnych planów. Na 
szczęście młody Luke bez trudu go przejrzał i zdecydowanie odmówił udziału w tym szaleństwie. 
Tamtego mrocznego dnia pośród księżyców Endora, kiedy Palpatine oznajmił młodemu 
Skywalkerowi, że nowym Imperatorem ma zostać on i tylko on, syn ukochanego przyjaciela 
Palpatine’a i dziecko jedynego Jedi, który podczas Rebelii pozostał lojalny względem senatu i 
kanclerza, Vader nie potrafił dłużej panować nad swoją wściekłością. Rzucił się z rykiem do ataku 
niczym żądny krwi rankor.

Niewinny młody Skywalker patrzył z przerażeniem, jak zakuty w czarny pancerz 

nikczemnik rzucił się na słabego starca, który obdarzył go kiedyś przyjaźnią. Dopiero kiedy 
Palpatine został śmiertelnie ugodzony, młody Jedi otrząsnął się z oszołomienia.

Ogarnięty słuszną furią stawił czoło najstraszliwszemu wojownikowi galaktyki. Powalił 

zakutego w czerń zabójcę, mordercę najlepszego przyjaciela swojego zmarłego ojca. Było jednak za 
późno, żeby ocalić Palpatine’a... Biedny Skywalker mógł tylko pomścić śmierć wspaniałego 
człowieka.

Klick wiedział wprawdzie, że to tylko udramatyzowanie rzeczywistych faktów, ale obraz 

był tak prawdziwy i przekonujący, że musiał zawierać prawdę głębszą niż nagie fakty.

Shadowspawn wyjaśnił mu, że Luke’a Skywalkera pchnęły w objęcia Rebeliantów ból i 

wyrzuty sumienia, bo nie potrafił ocalić Imperatora. Młody Jedi uznał, że nie zasługuje na lepszy 
los, więc dołączył do złodziei, piratów i morderców z Sojuszu Rebeliantów i stał się banitą.

- I właśnie o to cię proszę, dowódco pułku - powiedział Klickowi tamtego dnia Lord 

Shadowspawn. - Przyłączysz się do mnie i pomożesz w wypełnieniu ostatniej woli umierającego 
Imperatora... Uleczysz złamane serce syna ostatniego prawdziwego bohatera Jedi i dopilnujesz, 
żeby Luke Skywalker, prawowity następca Palpatine’a, zajął należne mu miejsce jako absolutny 
władca naszego Imperium Galaktycznego.

Klick był dumny, że mógł oddać swój pułk pod rozkazy Wielkiego Lorda Shadowspawna i 

że weźmie udział w epickich zmaganiach służących zjednoczeniu rozbitej galaktyki. Nie wyobrażał 
sobie większego zaszczytu niż poświęcenie życia w służbie wybranego następcy Palpatine’a. Lord 
Shadowspawn nagrodził oddanie Klicka awansem i powierzeniem mu dowództwa nad własnym 
pułkiem gwiezdnych maszyn. Klick miał tylko nadzieję, że przeżyje zbliżającą się bitwę i któregoś 
dnia dostąpi zaszczytu - uklęknie przed nowym Imperatorem i zaoferuje mu swoje usługi.

W głębi kamiennego korytarza, daleko od łukowato sklepionej bramy, jeden z Pionków 

stanął i odwrócił się, jakby jakimś cudem poznał myśli pułkownika. Wyciągnął bladą rękę i skinął 

background image

na Klicka.

Pułkownik podążył za Pionkami do Ośrodka Elekcyjnego.
Nie pierwszy raz składał tutaj wizytę, więc wiedział, czego się spodziewać. Próbował nie 

zwracać uwagi na Wybrańców i na ich rozpaczliwe wrzaski. Starał się myśleć o nich jak o 
uprzywilejowanych jednostkach, które osiągnęły szczęście, wydobytych z głębin rozpaczy i 
obdarzonych jedyną szansą służenia wspaniałej sprawie.

Starał się, ale bezskutecznie.
Za każdym razem, kiedy wchodził do Ośrodka Elekcyjnego, widział i słyszał, co się dzieje, 

więc nie mógł myśleć o Wybrańcach jako o szczęściarzach. Oni zawsze mieli być przerażonymi, 
bezbronnymi ofiarami, krzyczącymi, szlochającymi i błagającymi o życie. Byli niezbędni, żeby 
Shadowspawn, mógł wykonać swój plan i doprowadzić do zwycięstwa Skywalkera.

Idące przed nim Pionki przyciągnęły oszołomionego więźnia do pustego stołu do 

pionkowania - płaskiej kamiennej płyty, uformowanej z miejscowej topiskały. Oparły go o krawędź 
i wyciągnęły neuronowe paralizatory. Krótki impuls energii z tych urządzeń zmienił 
elektrokrystaliczną strukturę topiskały i przekształcił gładki kamień o rozmiarach trumny w płyn o 
konsystencji zimnej korozupy. Później Pionki uniosły więźnia i położyły go na stole; przycisnęły 
bezwładne ciało do płynnego kamienia, który pochłonął je, pozostawiając nad powierzchnią tylko 
głowę. Ostrożnie podtrzymywały brodę nieszczęśnika, podczas gdy otaczający ciało kamień krzepł 
i przemieniał się w twardą skałę, która otoczyła szyję i dolną szczękę więźnia.

Błyski precyzyjnie odmierzonego promieniowania spaliły wszystkie włosy na jego głowie i 

twarzy. Dopiero wówczas Pionki wyciągnęły laserowe piły do kości i zaczęły odcinać górną część 
jego czaszki.

Na tym właśnie etapie procesu pionkowania rozległy się szlochy i błagania o życie. 

Wybraniec nie był na tyle przytomny, żeby zdawać sobie sprawę z kłopotliwych szczegółów 
usuwania górnej połowy jego czaszki. Szlochanie i błaganie o darowanie życia zaczynało się 
dopiero wówczas, kiedy delikwent się budził, a serie z neuronowych próbników zaczynały 
selektywnie pobudzać różne fragmenty jego odsłoniętego mózgu. Udręka trwała jednak krótko, bo 
neuronowe próbniki szybko identyfikowały dokładny punkt odpowiedzialny, powiedzmy, za 
reakcję na łaskotanie, więc wrzaski niemal natychmiast zastępował chichot. Drażnienie ośrodków 
węchowych sprawiało, że chichoczący Wybraniec prosił o kawałek pieczonego antrykotu z banthy, 
którego zapach rzekomo wyczuwał, a czasami także o kubek rozkosznie pachnącej gorącej 
czekolady.

Następnie w każdym miejscu, począwszy od punktów rejestrujących kolor niebieski, a 

skończywszy na ośrodkach powodujących zginanie palców nóg Wybrańca, Pionki umieszczały 
drobny kryształ topiskały - tego samego kamienia, z którego wykonano stół do pionkowania. Z 
takiego samego materiału wykonano zresztą cały Ośrodek Elekcyjny, a także znajdującą się obok 
pieczarę. W końcu Pionki umieszczały na swoim miejscu pokrywę czaszki, a rozrastające się 
kryształy topiskały zaczynały tworzyć sieć, rozprzestrzeniającą się po wnętrzu głowy Wybrańca.

Klick nie miał pojęcia, jakimi kryteriami się kierowano podczas selekcji Wybrańców. Nie 

rozumiał także subtelnych różnic stopni samych Pionków ani mianowania dowódców, którzy po 
jakimś czasie z powrotem stawali się podwładnymi. Wiedział tylko, że kiedy Wybraniec zostanie 
wyposażony w Koronę o kształcie półksiężyca i zacznie funkcjonować jako dojrzały Pionek, staje 
się natychmiast przełożonym każdego żołnierza, pilota czy oficera. Każde jego życzenie miało być 
odtąd respektowane, jakby pochodziło od samego Lorda Shadowspawna. Pionki na ogół się nie 
odzywały, ale wymowa ich gestów wystarczała, żeby nawet najniżsi stopniem żołnierze 
natychmiast rozumieli wydawane rozkazy. Klick podejrzewał, że może tu chodzić o tajemny sposób 
władania Mocą.

Nigdy nie rozumiał Mocy, chociaż nie wątpił w jej istnienie, bo podczas Wojen Klonów 

widział władających nią Jedi. Zresztą nawet nie starał się jej zrozumieć. Szkolono go nie po to, 
żeby korzystał z Mocy, ale żeby był posłuszny. Moc pozostawała dla niego wygodną tajemnicą, 
która mogła wyjaśniać sprawy trudne do wyjaśnienia w inny sposób.

Jak na przykład to, jakim cudem Lord Shadowspawn potrafi kształtować topiskałę, jakby 

background image

tylko potęgą swojej woli. Na ogół elektromagnetyczny impuls wystarczał, żeby zmienić 
krystaliczną strukturę tej skały, ale to jeszcze nie wyjaśniało, dlaczego, ilekroć Shadowspawn 
znajdował się blisko i tak postanowił, topiskała zachowywała się niemal jak żywa istota. Klick był 
tego świadkiem co najmniej kilka razy. Wystarczyło, żeby Shadowspawn wyciągnął rękę, a kamień 
stawał się płynny i przyjmował dowolny fantastyczny kształt, jaki tylko się zrodził w głowie Lorda.

Tym razem skinął na niego drugi Pionek, stojący przed gładką ciemnoszarą ścianą z 

topiskały. Kiedy pułkownik ruszył w tamtą stronę, Pionek wykonał zamaszysty gest, jakby 
zamierzał go zaprosić do środka. W kamieniu powstały dziury, a sama skała utworzyła szyb o 
długości kilku metrów. Klick wszedł bez wahania do środka i nawet nie mrugnął, kiedy skała za 
jego plecami płynnie zasklepiła powstały wcześniej otwór, odcięła dostęp światła i uniemożliwiła 
mu ucieczkę. Szedł dalej w nieprzeniknionej ciemności, stawiając równe kroki. Był przekonany, że 
szyb będzie się otwierał przed nim i zasklepiał tuż po jego przejściu.

A jeżeli skała przestanie się rozstępować, bo Lord Shadowspawn postanowi pogrzebać go 

żywcem, karząc za porażkę, Klick będzie stał i czekał, aż cały zapas powietrza się wyczerpie, a on 
zaśnie na zawsze. Klony wyhodowane w kaminoańskich kadziach i wyszkolone w żłobku nie 
rozumiały pojęcia klaustrofobii, a tym bardziej nie potrafiły cierpieć z jej powodu.

W pewnej chwili Klick poczuł, że lekki podmuch wichrzy jego włosy, a stukot podkutych 

butów na kamiennym dnie rozbrzmiewa wieloma echami. Niczego wprawdzie nie widział, ale 
wyczuwał, że skała przed nim otwiera się i wpuszcza go do jaskini, w której panuje nieprzenikniona 
ciemność.

- Stań, dowódco pułku. - W absolutnej pustce głos Lorda Shadowspawna napływał zewsząd 

i znikąd, jakby to sama ciemność wypowiadała te słowa. - Czekam na twój meldunek.

- Mój Lordzie... - Klick pochylił głowę. - Z ubolewaniem informuję, że...
- Nie ubolewaj, Klick - usłyszał w odpowiedzi. - Złóż raport.
- Statek, który rozkazałeś nam... który mieliśmy zaatakować, mój Lordzie, leciał Trasą na 

Korelię. Okazało się, że to pułapka, zastawiona przez Rebeliantów. „Koreliańska Królowa” nie była 
nawet statkiem, ale skorupą... makietą, wypełnioną po brzegi gwiezdnymi myśliwcami 
Rebeliantów. Jakimś cudem... - Klick urwał i z wysiłkiem przełknął ślinę. Jego następne słowa 
mogły przynieść komuś śmierć. Możliwe nawet, że jemu. - Jakimś cudem się dowiedzieli, że 
przylecimy.

- Naprawdę?
- Musieli się dowiedzieć, mój Lordzie - powtórzył Klick. - Czekali na nas w zasadzce, a 

przy tym dysponowali nową bronią. Torpedami takiego typu, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem, 
zaprojektowanymi specjalnie do niszczenia naszych świetnych defenderów. Piloci gwiezdnych 
maszyn musieli się wycofać, kiedy ponieśliśmy niemal trzydziestoprocentowe straty. Mój Lordzie... 
- Klick znów przełknął ślinę. - Musimy mieć wśród siebie szpiega Rebeliantów. Tu, na Mindorze.

- Musimy? - powtórzył jak echo Shadowspawn. - Uważasz, że nie istnieje inne wyjaśnienie?
- Ja... nie umiem go sobie wyobrazić, mój Lordzie - odparł Klick.
- A ja umiem... ale mów dalej, bo przecież jest coś jeszcze, prawda?
- Tak, mój Lordzie - przyznał Klick. - Wykryliśmy sygnał, prawdopodobnie jakiegoś typu 

podprzestrzennego transpondera. Doprowadził nas do defenderów uszkodzonych podczas walki na 
Trasie na Korelię. Odkryliśmy go, kiedy... - Klick przełknął z wysiłkiem ślinę, jakby miał piasek w 
ustach. - ...kiedy system zagłuszający podprzestrzeń został wyłączony.

- Ach tak?
- To sprawka tego szpiega Rebeliantów, mój Lordzie. Na pewno.
- Nic podobnego - zaprzeczył Shadowspawn. - Urządzenia zagłuszające wyłączono z 

mojego rozkazu.

- Słucham, mój Lordzie? - Klick raptownie zamrugał, jakby nie mógł uwierzyć własnym 

uszom. Czyżby Shadowspawn zdradził własną wspaniałą sprawę? - Mój Lordzie, obawiam się, że 
te torpedy wykorzystano do umieszczenia jakiegoś urządzenia śledzącego...

- Nareszcie!
- Słucham, mój Lordzie?

background image

- Klick, bardzo dobrze się spisałeś - pochwalił Shadowspawn. - Naprawdę doskonale.
- Mój Lordzie, podejrzewam, że Rebelianci w końcu odkryli naszą bazę! Jeżeli wierzyć 

najnowszym raportom funkcjonariuszy naszego wywiadu, wrogowie postawili w stan gotowości 
całą flotę szturmową, mój Lordzie. Ta flota może w tej chwili być już w drodze.

- Może być? - powtórzył Shadowspawn. - Ona już tu leci.
Klick zamrugał jeszcze szybciej niż przed chwilą.
- Czy powinienem ogłosić alarm, mój Lordzie? - zapytał.
- Ależ skąd - powiedział Shadowspawn. - Nie chcemy, żeby nasi nieoczekiwani goście 

odkryli, że się ich spodziewamy, prawda? Czyżbyśmy mieli się okazać nieuprzejmi?

- Ja, ach, no cóż... - Klick miał nadzieję, że to pytanie było czysto retoryczne.
- Wydaj rozkaz bojowemu patrolowi, żeby się wycofał i powrócił do bazy. Piloci mają 

jednak pozostać w kabinach myśliwców i utrzymywać silniki na biegu jałowym. Wydaj także 
rozkaz, żeby wszystkie załogi broni grawitacyjnej trwały w pogotowiu i czekały na mój rozkaz 
otwarcia ognia.

- A co będzie, jeżeli uderzą, kiedy nasze siły zbrojne będą tkwiły na powierzchni gruntu? 

Nasze straty... mój Lordzie! Przez to możemy przegrać tę bitwę!

- Oczywiście, że przegramy tę bitwę - odparł głos z ciemności. - Nie możemy jej wygrać. 

Tylko w taki sposób uda się przekazać Imperium w ręce prawowitego władcy, Imperatora 
Skywalkera!

ROZDZIAŁ 4

Kiedy samotny pasażerski wahadłowiec opuszczał górne warstwy atmosfery, oświetliły go 

promienie Taspana. Pilot prześlizgnął się zgrabnie między koziołkującymi asteroidami, tłoczącymi 
się na niskiej orbicie Mindora. Opuściwszy orbitę, wszedł w długi, łagodny łuk, żeby uniknąć 
chmur radioaktywnych szczątków, jakie pozostały po licznych eskadrach myśliwców TIE Defender 
Lorda Shadowspawna.

Na mostku bojowym „Sprawiedliwości” porucznik Tubrimi łypnął znad konsolety 

ogromnym czarnym okiem.

- To nieuzbrojony wahadłowiec, panie admirale - zameldował. - Wykrywam tylko jedną 

formę życia... istotę ludzką, panie admirale! Ten człowiek wywołuje nas zgodnie z warunkami 
zawieszenia broni. - Czerwono-złote cętki na tęczówce porucznika rozjarzyły się z podniecenia. - 
To sam Shadowspawn, panie admirale!

Admirał Kalback pochylił się do przodu na fotelu dowodzenia. Błony mrużne na chwilę 

przysłoniły jego oczy i zaraz się cofnęły do połowy, co u Kalamarian oznaczało to samo co u ludzi 
pełen satysfakcji uśmiech.

- Odpowiedzieć na wezwanie - rozkazał Kalback.
Porucznik wykonał błoniastą dłonią kilka skomplikowanych ruchów w powietrzu nad 

pulpitem konsolety i natychmiast do życia obudziły się holoprojektory mostka.

Ukazały wizerunek stojącego bez ruchu wysokiego mężczyzny w szacie tak długiej, że 

owijała się wokół kostek jego nóg. Nieznajomy zaplótł na piersi ręce, a dłonie schował w długich i 
obszernych rękawach. Miał twarz bladą i bez wyrazu, jakby trupią, i oczy otoczone czarnymi 
obwódkami. Nosił dziwny kapelusz w kształcie odwróconego półksiężyca, szerokości jego 
rozrośniętych ramion. Jego twarz na tym tle wyglądała jak słońce do połowy ukryte za horyzontem.

- Wzywam niezidentyfikowany rebeliancki krążownik dowodzenia - odezwał się wizerunek 

tonem mrocznym jak podziemna jaskinia. - Jestem Lord Shadowspawn. Przyznaję, że nas 
pokonaliście. Z szacunkiem proszę o pozwolenie wejścia na pokład. Chciałbym przedstawić 
oficjalną prośbę o darowanie życia moim podwładnym.

- To wszystko - oznajmił porucznik Tubrimi, po czym wizerunek zamigotał i zniknął.
Admirał Kalback na ogół nie pozwalał sobie na okazywanie uczuć, ale tym razem, kiedy się 

zwrócił do stojącego przed nim młodego mężczyzny, w jego głosie było zadowolenie.

background image

- Wygląda na to, że należą się panu gratulacje, panie generale - powiedział.
Generał stał jednak zupełnie nieruchomo, jak zresztą podczas całej wojskowej operacji. 

Złączył ręce za plecami i lekko zmarszczył brwi, jakby coś nie dawało mu spokoju. Obok niego, 
przytwierdzony dzięki elektromagnesom do płyt pokładu, stał z elektroniczną cierpliwością mały 
robot typu R2. Generał wyglądał, jakby wsłuchiwał się w cichy sygnał napływający z daleka, spoza 
okrętu. Wszystko wskazywało, że nie podoba mu się to, co słyszy.

Głos Shadowspawna... Nie umiałby powiedzieć, gdzie już go słyszał. Brzmiały w nim 

niezwykłe echa, które wydawały się aż nazbyt znajome. I była w tym głosie złość.

- Panie generale? - powtórzył admirał Kalback. - Moje gratulacje...
- Jeszcze na to za wcześnie - uciął ponuro Luke.
Bitwa potoczyła się zgodnie z planem. Niespodziewane wyskoczenie z nadprzestrzeni 

Dwudziestego Trzeciego Skrzydła Gwiezdnych Myśliwców Bojowych na samym skraju 
grawitacyjnej studni Mindora wyraźnie zaskoczyło siły zbrojne Shadowspawna. Y-wingi wykonały 
dwa druzgoczące naloty torpedowe na bazę Lorda, zanim piloci pierwszych patrolujących 
przestworza TIE defenderów zdążyli wrócić, żeby nawiązać kontakt bojowy z pilotami X-wingów i 
B-wingów Dwudziestki Trójki. Potem podczas zaciętej bitwy piloci Y-wingów dokonali jeszcze 
kilku takich nalotów. Bitwa na skraju atmosfery Mindora ściągnęła z całego systemu pilotów 
pozostałych patroli bojowych Shadowspawna, dzięki czemu na ich miejsca wskoczyło wszystkich 
dwanaście okrętów liniowych Sił Szybkiego Reagowania Nowej Republiki.

Pięć podwójnych siódemek wyskoczyło z nadprzestrzeni w idealnie precyzyjnym szyku 

dwóch złączonych podstawami czworoboków, w których środku znajdował się Mindor. Kiedy 
operatorzy okrętów włączyli generatory grawitacyjnych studni, objęli zasięgiem planetę cieniem 
masy o średnicy większej niż siedem minut świetlnych. Zanim jednak to zrobili, do obszaru 
wskoczyło siedem innych jednostek Republiki. Była to pstrokata zbieranina różnych stylów i 
kształtów, począwszy od pary udoskonalonych krążowników szturmowych typu Acclamator II, a 
kończąc na starym, pokiereszowanym pancerniku typu Bulwark, należącym kiedyś do Unii 
Technokratycznej i pochodzącym jeszcze z okresu sprzed Wojen Klonów. Wszystkie okręty 
wyposażono jednak w jednostki napędu nadświetlnego klasy 0,6, generatory deflektorów i osłony 
przeciwcząstkowe o polach zachodzących na siebie, a także w środki do transportu co najmniej 
trzech pełnych eskadr gwiezdnych myśliwców. Kształty okrętów psuły liczne przytwierdzone 
dzięki elektromagnesom do kadłuba i pochodzące z okresu poprzedzającego Wojny Klonów 
lądowniki typu Jadthu, które nie tylko chroniły dodatkowo pancerz kadłuba krążowników, ale także 
zapewniały czterem nienadającym się do lotów w atmosferze jednostkom szybkie 
przetransportowanie oddziałów piechoty morskiej na powierzchnię gruntu.

Ostatnią jednostką była „Sprawiedliwość”, okręt flagowy Sił Szybkiego Reagowania Nowej 

Republiki. Był to smukły krążownik klasy Mon Calamari, bliźniak legendarnej „Wolności”. 
„Sprawiedliwość” miała tysiąc dwieście metrów długości i podobnie jak „Wolność” była 
prawdziwym dziełem sztuki. Oba okręty budowano równocześnie, więc „Sprawiedliwość” była 
niezwykle podobna do słynnej siostry „Sprawiedliwość” miała wspomagać szybszą i bardziej 
niszczycielską „Wolność” silniejszymi polami osłon, dodatkowymi hangarami z lądowiskami i 
znacznie większymi możliwościami transportowania oddziałów wojska. Kalamariańscy projektanci 
współpracowali ściśle z obdarzonymi równie bujną wyobraźnią strategami, którzy wiedzieli, że 
wysadzanie naziemnych obiektów w powietrze to rzecz dobra i potrzebna, ale wygrywanie wojen 
zależy od liczby żołnierzy na powierzchni gruntu. Jak największej.

Spośród osiemnastu tysięcy republikańskich żołnierzy piechoty morskiej, którymi 

dysponowały SSR, niemal osiem tysięcy stacjonowało na pokładzie „Sprawiedliwości”. Dzięki 
dodatkowym hangarom okręt wyglądał - jak powiedział Luke Skywalker, kiedy go pierwszy raz 
zobaczył - „trochę jak dama w ciąży”. Dzięki temu jednak „Sprawiedliwość” mogła pomieścić 
dziesięć eskadr gwiezdnych myśliwców, a także urządzenia do ich konserwacji i naprawy, jakimi 
nie dysponowała większość republikańskich doków.

Krążowniki zajęły pozycje pośrodku każdego boku tych czworoboków, w których 

wierzchołkach tkwiły już podwójne siódemki. Z hangaru każdego krążownika wyleciały dwie 

background image

eskadry gwiezdnych maszyn. Podwójne siódemki dysponowały każda jedną eskadrą. Pozbawieni 
możliwości ucieczki do nadprzestrzeni i obezwładnieni siłą ognia krążowników oraz dwudziestu 
eskadr gwiezdnych myśliwców bandyci zostali szybko pokonani. Strzeżonego obszaru nie opuścił 
ani jeden defender Imperialnych.

Zanim jednak „Sprawiedliwość” majestatycznie zajęła miejsce na geostacjonarnej orbicie 

nad obiektem, którym mogła być tylko naziemna baza bandytów, bo roiło się tam od baterii 
turbolaserów i jonowych dział planetarnej obrony, piloci ocalałych z pogromu maszyn bandytów 
schronili się w podziemnych hangarach.

Bitwa dobiegła końca.
Jedyną osobą na pokładzie „Sprawiedliwości”, która się z tego nie cieszyła, był Luke 

Skywalker.

- Bitwa się jeszcze nie zakończyła - oznajmił stanowczo.
Admirał Kalback zamrugał.
- Plan był błyskotliwy... - zaczął.
- Równie błyskotliwy co oczywisty - stwierdził Luke.
- Przecież wszystko potoczyło się dokładnie, jak pan przewidział.
- I właśnie na tym polega cały problem.
- Słucham, panie generale?
- Kiedy ostatnio pan słyszał o bitwie, która przebiegała dokładnie tak, jak planowano?
Kalback łypnął z ukosa prawym okiem. Sędziwy oficer pochylił się w stronę generała.
- A kiedy ostami raz słyszał pan o bitwie zaplanowanej przez Jedi? - zapytał.
- Nie mam pojęcia - przyznał Skywalker. - Jestem jednak gotów się założyć, że żadna z nich 

nie przebiegła równie gładko jak ta. A od kiedy to Lord Imperium troszczy się o życie swoich 
ludzi?

Kalback łypnął dla odmiany lewym okiem, co oznaczało tyle, co u ludzi wzruszenie 

ramionami.

- Oczyściliśmy miejscowe przestworza, a jego siły zbrojne są unieruchomione na planecie, 

czyli teraz musimy tylko posprzątać - powiedział. - Teraz pańska kolej, generale.

- Musimy dokonać najlepszego spośród złych wyborów - odparł Luke. - Proszę mu 

powiedzieć, żeby zastopował i przedstawił swoje propozycje. Możemy prowadzić negocjacje na 
odległość.

Kalback odwrócił się do porucznika Tubrimiego.
. - Przygotuj się do przekazania mu tej informacji - rozkazał.
Kiedy podwładny zasygnalizował gotowość, admirał wstał.
- Lordzie Shadowspawn, mówi admirał Kalback - zaczął. Godność w jego głosie aż nadto 

wystarczała, żeby dorównać tonowi głosu Shadowspawna. - To nie jest rebeliancki krążownik. 
Rebelia już nie istnieje. To „Sprawiedliwość”, flagowy okręt Sił Szybkiego Reagowania Nowej 
Republiki. W imieniu połączonego dowództwa jesteśmy gotowi rozważyć warunki waszej 
kapitulacji. Proszę zastopować i przekazać je nam, kiedy będzie pan gotów.

Dał znak Tubrimiemu, żeby przerwał połączenie.
- Dajmy mu trochę czasu, żeby to przemyślał - powiedział.
- To ja muszę mieć trochę czasu, żeby to przemyśleć. - Luke zaczął spacerować po mostku 

bojowym, ze zmarszczonym czołem obserwując wskazania różnych sensorów. - Moim zdaniem to 
pułapka - oznajmił w końcu.

Kalback zamrugał.
- Pułapka? - powtórzył z niedowierzaniem. - Na kogo? Jakiego rodzaju? Przecież 

zmiażdżyliśmy nieprzyjaciół.

- Mimo to nadal uważam, że to pułapka - upierał się Luke.
- Czy to intuicja Jedi? - zagadnął Kalamarianin. - Wyczuwa pan to w Mocy?
Luke pokręcił głową.
- Artoo, wyświetl taktyczny schemat sytuacji - polecił.
R2-D2 radośnie zaświergotał i odtoczył się na bok. Wyciągnął manipulator z końcówką 

background image

systemu informatycznego i wsunął ją do najbliższego gniazda. Porucznik Tubrimi odwrócił się i 
machnął płetwiastą ręką.

- Już go mam, panie generale - zameldował.
- Proszę pozostawić to Artoo - odparł Luke. - Pan niech obsługuje swoje stanowisko.
- Ale... z całym należnym szacunkiem, panie generale, nawet dla astromechanicznych 

robotów o wiele nowocześniejszych i bardziej zaawansowanych niż Artoo nasza technika 
informatyczna jest niemal niemożliwa...

Porucznik urwał, bo do życia obudził się zestaw holoprojektorów mostka bojowego i w 

pomieszczeniu pojawił się schematyczny hologram systemu Taspana.

Luke lekko się uśmiechnął.
- Ten stary Artoo nie jest zwyczajnym robotem astromechanicznym - powiedział. - Ufam 

mu bardziej niż większości znanych mi ludzi.

Błony mrużne porucznika przysłoniły do połowy jego oczy i zadrgały, ale oficer odwrócił 

się do konsolety. U Kalamarian było to równoznaczne z rumieńcem zakłopotania.

- Tak, ja... przepraszam, panie generale - bąknął Tubrimi. - To już się więcej nie powtórzy.
Luke łagodnie położył dłoń na jego ramieniu.
- Ależ powinno się powtórzyć, poruczniku - powiedział. - Jestem generałem, ale to wcale 

nie oznacza, że jestem nieomylny.

- Ale, panie generale... jest pan także Jedi - przypomniał Tubrimi.
Luke westchnął.
- Jedi także nie są nieomylni, panie poruczniku - oznajmił cicho. Odwrócił się do Kalbacka. 

- Gdyby pan stacjonował w tym systemie, w jaki sposób zaprojektowałby pan jego obronę? - 
zapytał.

Kalback przewrócił wielkimi oczami, żeby jednym spojrzeniem objąć cały zasnuty mgłami 

system, i powoli pokiwał głową.

- Gdybym nie miał okrętów liniowych, prawdopodobnie założyłbym bazy gwiezdnych 

myśliwców na większych asteroidach - powiedział w końcu.

- Ja też - przyznał Luke. - Na miejscu Shadowspawna nawet bym nie pomyślał o zakładaniu 

bazy na planecie. Kazałbym wydrążyć kilkadziesiąt największych asteroid i urządziłbym w nich 
małe bazy z hangarami. Nie musiałbym się nawet bardzo starać, żeby były praktycznie 
niewidoczne. Asteroidy to doskonały kamuflaż.

- A więc mamy szczęście, że nie jest pan Shadowspawnem - stwierdził admirał.
- Ben Kenobi mawiał, że nic takiego jak szczęście nie istnieje - przypomniał Luke. - Proszę 

się zastanowić: jestem nowo mianowanym generałem, a kilka tygodni temu byłem tylko pilotem 
gwiezdnego myśliwca. Skoro ja mogłem wpaść na taki pomysł w ciągu kilku sekund, jakim cudem 
Shadowspawn mógłby coś takiego przeoczyć, mając wiele miesięcy na przygotowania? - Luke 
przeszedł przez schematyczny holowizerunek systemu Taspana i machnął dłonią w kierunku 
iskierek przedstawiających krążowniki typu CC-7700/E. - Niech pan tylko spojrzy na te chmury 
asteroid - powiedział po chwili. - Ile w nich idealnych miejsc na ukrycie interdyktorów!

Kalback się zamyślił.
- A więc co by pan zrobił, wiedząc, że nieprzyjaciel musi ściągnąć okręty liniowe, i dobrze 

się orientując, gdzie te okręty powinny się znajdować? - zapytał Skywalker.

- Zatkałbym odpowiednie miejsca minami - odparł bez namysłu Kalback. - I 

skoncentrowałbym w pobliżu eskadry moich gwiezdnych maszyn.

- A jednak Shadowspawn założył bazę na planecie i właśnie tam trzyma swoje myśliwce. - 

Luke kiwnął głową w stronę R2-D2. - Artoo, pokaż to - polecił.

Niewielki błyszczący dysk Mindora rozrósł się, aż objął i unicestwił resztę systemu. Planeta 

wyglądała szkaradnie.

Była zielonym, pięknym ośrodkiem wypoczynkowym, zanim stała się jałową skalną bryłą, 

pozbawioną wszelkich form życia przez nieustannie padające deszcze meteorytów, które pozostały 
po Wielkim Ścisku. Jedyną charakterystyczną cechą krajobrazu były wszechobecne wulkany, z 
których wydobywały się gazy i lawa. Nawet oceany wyschły i skurczyły się do tego stopnia, że 

background image

obecnie wyglądały jak pojedyncze toksyczne bajora. Burzyły się w nich osady zalegające kiedyś na 
dnie. Atmosfera była tak przesycona cząstkami metali i solami minerałów, że skutecznie utrudniała 
wszelką komunikację w normalnych przestworzach. To dlatego prośba Lorda Shadowspawna o 
zawieszenie broni została przesłana tylko przy użyciu głosu, przez który przedzierały się trzaski i 
szum zakłóceń.

Nawet sygnały potężnych sensorów „Sprawiedliwości” z trudem przenikały przez tę 

przeszkodę, prezentując bardzo nieostre obrazy. Jedynym sposobem lokalizacji bazy 
Shadowspawna były więc wrażliwe na widzialne światło czujniki optyczne. Nawet używając 
najlepszych sensorów Sił Szybkiego Reagowania nie można było ustalić z dużym 
prawdopodobieństwem, ilu żołnierzy, ile okrętów i stanowisk artylerii może się kryć w naziemnej 
bazie. Z orbity było widać tylko główne stanowiska obronnej artylerii.

Luke pokręcił głową i jeszcze bardziej się zasępił.
- Shadowspawn założył bazę na planecie, która nie ma zasobów wody pitnej ani zapasów 

żywności, a atmosfera jest tak skażona, że oddychanie nią może wyrządzić płucom nieodwracalne 
szkody. Zakłócenia w atmosferze ogromnie utrudniają łączność z jednostkami swojej floty. Jedyne, 
do czego ta baza się naprawdę nadaje, to bombardowanie z orbity.

Kalback wytrzeszczył oczy, co u Kalamarian było równoznaczne ze zmarszczeniem czoła.
- Panie generale, w gruncie rzeczy nie jesteśmy zobowiązani do przestrzegania warunków 

zawieszenia broni - powiedział. - Shadowspawn nie walczył jak żołnierz, lecz jak pirat. - Odwrócił 
prawe oko w kierunku naziemnej bazy. - Szkoda byłoby, żeby tak kuszący cel się zmarnował.

- Mowy nie ma - sprzeciwił się stanowczo Luke. - Jeżeli rozejdzie się, w jaki sposób 

traktujemy Imperialnych, którzy się nam poddają, nikt więcej się na to nie zdecyduje. A pokonanie 
Imperium będzie wymagało o wiele większego przelewu krwi.

- A więc co powinniśmy zrobić w takiej sytuacji? - zapytał Kalback.
- Nie mam pojęcia - przyznał Luke tonem jeszcze bardziej ponurym. - Po prostu tego nie 

wiem.

Nagle rozległ się dźwięk, który zabrzmiał jak plusk lodowatej wody na kamieniach. 

Przyciągnął uwagę porucznika Tubrimiego, który odwrócił się szybko do konsolety.

- Wiadomość z pokładu wahadłowca - zameldował.
Kalback kiwnął głową.
- Odtwórz ją - rozkazał.
- Zaraz, zaraz - wtrącił Luke. - Pozwoli pan, admirale?
Kalamarianin zgodził się, odwracając lewe oko.
- Panie poruczniku, proszę odtworzyć nagranie tylko w wersji dźwiękowej - rozkazał Luke. 

- Artoo, wyświetlaj nadal taktyczny schemat naszej sytuacji. Pokaż na nim „Sprawiedliwość”, 
wahadłowiec i wektor jego lotu.

- Panie generale... - Zaniepokojony Kalback pochylił się w stronę Luke’a tak gwałtownie, aż 

zafalowały krótkie macki na jego brodzie. - Jakiś problem?

- Raczej tak - przyznał Skywalker. - Panie poruczniku...
Tubrimi machnął ręką. Mroczny głos Shadowspawna dobiegł jakby ze wszystkich miejsc 

równocześnie, a na taktycznym holoschemacie sytuacji rozjarzyły się plamki przedstawiające 
pozycje „Sprawiedliwości” i wahadłowca Lorda.

- Jak mam zaproponować warunki kapitulacji, skoro nasze oczy nie widzą się nawzajem? - 

zapytał Shadowspawn. - Czy mogę zaryzykować życie moich podwładnych, zanim ocenię, jak wam 
z oczu patrzy? - W jego głosie brzmiała dezorientacja i ból, jakby Shadowspawn miał się za chwilę 
rozpłakać. Luke przestał marszczyć brwi i obrzucił gniewnym spojrzeniem miejsce, w którym 
poprzednio pojawił się holowizerunek przeciwnika. Zrozumiał, że Lord wykorzystuje cywilizacyjne 
obyczaje Kalbacka... Ziomkowie kalamariańskiego admirała oceniali charakter rozmówcy poprzez 
wyraz jego oczu. - Czy moglibyście spełnić pokorną prośbę pokonanego nieprzyjaciela? - podjął 
Shadowspawn. - Nie zmuszajcie mnie, żebym uzależniał życie podwładnych od nadziei na waszą 
litość.

Kalback odwrócił głowę w stronę Luke’a, a macki na jego brodzie rozchyliły się na boki.

background image

- Panie generale? - zapytał.
Luke wyglądał, jakby go ktoś zahipnotyzował. Ten głos... Dopiero teraz rozpoznał jego 

cechy. Głos był elektronicznie syntetyzowany i modulowany w taki sposób, żeby brzmiał głęboko i 
ponuro. Miał wiele subtelnych harmonicznych, które oddziaływały na ludzkie mózgi. Domagały się 
od nich natychmiastowej uwagi. Szacunku. Posłuszeństwa. Wzbudzały grozę.

O to właśnie chodziło: Shadowspawn mówił zupełnie jak Vader.
Do tej pory tylko raz Luke słyszał taki mroczny głos... równie niepokojący i lodowaty. 

Syntetyzowany głos, który wydobywał się z wyświetlanego przez holoprojektor obrazu usianego 
gwiazdami.

Czy możliwe, żeby to był on?
Luke zacisnął zęby.
- To Blackhole - powiedział.
Kalback łypnął na niego wielkim okiem.
- W pańskich ustach zabrzmiało to jak przekleństwo - zauważył.
- Dla mnie to jest przekleństwo - przyznał ponuro Luke. - Już kiedyś miałem z nim do 

czynienia. Ten gość jest Ręką Imperatora... a ściślej był nią, póki Imperator żył. Widziałem 
meldunki, z których wynikało, że w czasach Bitwy o Yavina mógł być dyrektorem Imperialnego 
Wywiadu. Powinienem był wcześniej go rozpoznać, choćby po tym dziwacznym nakryciu głowy... 
tyle że takie ataki nie są w jego stylu.

- Nie? - zapytał zdezorientowany Kalamarianin.
- Blackhole zachowywał się kiedyś jak, boja wiem... aktor na scenie - stwierdził Luke. - 

Pojawiał się zawsze niczym holoprojekcja pustych przestworzy... wie pan, zarys sylwetki, świecące 
w oddali gwiazdy, ale... - W jego oczach pojawił się lęk. - Nigdy, przenigdy osobiście nie odwalał 
brudnej roboty.

Podszedł do przemieszczającej się gwiazdy, która na hologramie przedstawiała 

wahadłowiec Shadowspawna. Doszedł do wniosku, że gwiazda porusza się zdecydowanie za 
szybko.

- Czy to wierny obraz? - zapytał.
Chorąży przy taktycznej konsolecie wzruszył ramionami.
- Tak jest, panie generale - powiedział. - Prawdę mówiąc, ten gość nie tylko nie zastopował, 

ale cały czas przyspiesza.

- Wyświetl przewidywaną trajektorię lotu jego wahadłowca - rozkazał Skywalker.
Z iskierki pojazdu wydobył się stożek błękitnej mgły.
- Przy założeniu stałego przyspieszenia... zaraz, zaraz gość zwiększa przyspieszenie! Osiem 

gie, jedenaście...

Stożek rozszerzał się cały czas, aż w końcu objął cały holowizerunek „Sprawiedliwości”.
- Proszę polecić piechocie morskiej, żeby udali się do lądowników, a wszyscy na pokładach 

mają włożyć próżnioszczelne skafandry - powiedział Luke.

Kalback zamrugał.
- Co takiego, panie generale?
- Pana też to dotyczy, panie admirale. - Luke podszedł do szafki i zaczął z niej wyciągać 

skafandry. - Podejdź tutaj - polecił stojącemu w pobliżu marynarzowi. - Weź stąd, ile zdołasz, i 
rozdaj wszystkim na mostku. Tylko szybko!

Admirał chyba nie pozbył się wątpliwości.
- Spodziewa się pan bezpośredniego ataku? - zapytał.
- Albo czegoś w tym rodzaju - potwierdził Luke i odwrócił się do dowódcy artylerzystów. - 

Proszę mi podać namiary celownicze dla obiektu poruszającego się z przyspieszeniem od piętnastu 
do dwudziestu pięciu gie. Załogi wszystkich pobliskich baterii niech zablokują namiar celu i 
przygotują się do wystrzelenia torped.

- Słucham, panie generale? - Porucznik odwrócił się do Skywalkera i ze zdumienia aż 

zamrugał.

- Odwołuję ten rozkaz! - wybełkotał Kalback, pryskając śliną. - Ten... ten wahadłowiec nie 

background image

jest uzbrojony!

- To rozkaz, poruczniku. - Luke odwrócił się do Kalbacka. - Powinienem był uprzedzić, że 

to rozkaz, panie admirale. Proszę mi wybaczyć, że rozkazuję podwładnym na mostku pańskiego 
okrętu, i powiedzieć wszystkim, żeby wykonywali moje rozkazy.

- Ale... przynajmniej powinniśmy go ostrzec!
- Zostanie ostrzeżony, kiedy jego sensory odbiorą nasze sygnały namiaru celu - burknął 

Luke.

- Postępujemy jak Imperium! - oburzył się admirał. - Zamierza pan zniszczyć nieuzbrojony 

statek? To będzie zwykłe... morderstwo!

- Panie admirale? - Głos chorążego brzmiał dziwnie głucho. - Pilot wahadłowca coś wyczuł 

i wykonuje uniki. Cały czas przyspiesza.

- Żaden cywilny wahadłowiec nie ma urządzeń przeciwdziałających namierzaniu - 

stwierdził Luke. - Panie admirale, proszę wydać rozkaz otwarcia ognia!

- Ale skoro ten statek nie ma systemów uzbrojenia...
- Sam wahadłowiec jest uzbrojeniem. - Luke doskonale to rozumiał. - To latająca bomba!
- Ale... ale pilotuje go sam Shadowspawn...
- Nie ma go na pokładzie tego wahadłowca - uciął Luke. - Proszę tylko spojrzeć na sposób, 

w jaki robi uniki. Za sterami siedzi pilot imperialnego myśliwca. I do tego doskonały.

- Panie admirale... - Głos chorążego brzmiał tylko trochę głośniej niż syk. - Zmienia wektor 

lotu. Kurs na przechwycenie z przyspieszeniem równym dwudziestu pięciu standardowym 
współczynnikom grawitacji. Pięć sekund.

- Panie admirale - przynaglił Luke tonem absolutnie spokojnym. - Natychmiast!
Błony mrużne Kalbacka przesłoniły jego ogromne oczy, ale tym razem nie cofnęły się od 

razu.

- Niech moja ławica i wszyscy moi przodkowie mi wybaczą - mruknął admirał. - Otworzyć 

ogień!

Z pokładów „Sprawiedliwości” pomknęły słupy turbolaserowych strzałów. W mgnieniu oka 

dotarły do wahadłowca i unicestwiły go. Statek zniknął w rozbłysku aktynicznej bieli.

Kula eksplozji nie zaczęła się jednak rozprzestrzeniać we wszystkie strony, jak powinna, ale 

ułożyła się w płaszczyznę podobną do planetarnego pierścienia albo do wychwytującego materię 
dysku czarnej dziury. Oślepiająco biały dysk pomknął z prędkością światła w stronę 
„Sprawiedliwości” i gładko pokonał jego osłony. Przedarł się także przez kadłub i pokłady.

A okręt po prostu... rozpadł się na kawałki.

Chask Fragan właśnie zaczął się odprężać po bitwie. Wyłączył obraz na projekcyjnym 

wyświetlaczu swojego B-winga, rozsiadł się wygodniej w fotelu pilota i głośno westchnął przez 
szczeliny skrzelowe nad oczami. Siedzący za jego plecami na fotelu Strzelca Kort Habel wygwizdał 
jakieś nienadające się do druku przekleństwo.

- Co się stało? - Chask odwrócił się pod takim kątem, żeby spojrzeć na ekrany 

wyświetlaczy... ale jego partner nie patrzył na nie. Wbijał wzrok w oślepiająco jasną, biała gwiazdę, 
która nagle rozbłysła stanowczo zbyt blisko miejsca, gdzie znajdowała się „Sprawiedliwość”, w 
odległości zaledwie pięciu sekund świetlnych od ich B-winga. - Na wszystkie czarne dziury! - 
zaklął soczyście. - Co to było?

- Nie mam pojęcia - mruknął Kort przez zaciśnięte żuchwy. - Nie mam niczego na ekranach 

skanerów... zaczekaj, komunikator też nie działa! Z podprzestrzeni napływa tylko szum zakłóceń. - 
Spochmurniał. - Ktoś nas zagłusza.

- Kto?
- Komunikatorowe wróżki, ty chitynowy móżdżku! - odparł Kort. - Skąd mam to wiedzieć?
- Spróbuj na zakresie promieniowania elektromagnetycznego w normalnych przestworzach - 

doradził Chask.

- Masz na myśli radio? - zdziwił się strzelec. - Jesteśmy w odległości pięciu sekund 

background image

świetlnych...

- Czy to oznacza, że ta eksplozja miała miejsce dwanaście sekund temu? - zapytał Fragan.
- Nie ma nic na zakresie fal EM - zameldował Kort. - Zupełna pustka. Tylko jazgot... 

chwileczkę, coś się pojawiło!

Z urywków rozmów i niewyraźnych meldunków wywnioskował, że „Sprawiedliwość” 

została trafiona przez niezidentyfikowaną broń, i to bardzo mocno. Uszkodzenia okrętu były tak 
poważne, że ogromny krążownik szturmowy rozpadł się na orbicie. Liczba ofiar pozostawała na 
razie nieznana, ale piloci eskortujących okręt myśliwców zameldowali, że widzieli odłączające się 
od wraku lądowniki i kapsuły ratunkowe. Kilka sekund później ci sami piloci zameldowali o 
pojawieniu się dużych sił nieprzyjaciół, którzy otworzyli ogień do kapsuł i lądowników.

- Zamierzają wszystkie doszczętnie zniszczyć!
- Kto taki?
- Mam zgadywać? - Kort wysunął żuchwę w kierunku setek asteroid koziołkujących przed 

nosem ich B-winga... asteroid, które rozjarzyły się nagle tysiącami błysków gazów wylotowych z 
nastawionych na pełną moc silników jonowych. - Oni!

Chask bluzgnął serią przekleństw jeszcze paskudniejszych niż przedtem Kort. Szarpnął 

drążki dźwigni urządzeń kontrolnych swojego B-winga, żeby włączyć na maksimum wszystkie 
osłony i przesłać pełną energię do silników. Okazało się jednak, że to były ostatnie słowa w jego 
życiu. Jakaś niewidzialna siła przedarła się przez osłony B-winga tak łatwo, jakby ich w ogóle nie 
było, i rozerwała maszynę na dwie części.

- Straciliśmy sygnał, panie komandorze - zameldował podporucznik Horst Devalo. Oficer 

łącznościowiec „Lansjera” zmarszczył brwi i spojrzał na pulpit swojej konsolety. - 
„Sprawiedliwość” się nie zgłasza.

Komandor Tirossk pochylił się nad ramieniem podwładnego i z niedowierzaniem omiótł 

spojrzeniem pulpit podporucznika.

- To nasz problem czy ich? - zapytał. Pytanie wydawało się uzasadnione, bo „Lansjer” był 

ponadstuletnim udoskonalonym frachtowcem, znanym przez wszystkich, którzy kiedykolwiek 
służyli na jego pokładzie, pod pieszczotliwą nazwą „Przywal Tej Przeklętej Łajbie”, bo na ogół 
właśnie tak wyglądały próby naprawienia pojawiających się bezustannie drobnych awarii. - Postaraj 
się skontaktować z „Paleo” i „Nieopiewanym”, żeby przekonać się, czy i oni mają podobne 
kłopoty.

System Taspana znajdował się tak głęboko w Wewnętrznych Rubieżach, że przestworza 

były zatłoczone. Nie istniały tu bezpieczne proste trajektorie. Klika ostatnich odcinków musiało 
przypominać szaleńcze skoki o długości zaledwie kilku lat świetlnych każdy, zanim statek mógł 
wyskoczyć z nadprzestrzeni, żeby zmienić wektor lotu. Ostatni punkt wylotowy znajdował się w 
międzygwiezdnych przestworzach, niespełna dwa lata świetlne od planety. Siły rezerwowe mogły 
wykorzystać do skoku dowolny spośród kilku uprzednio zaprogramowanych zestawów 
współrzędnych, po czym wyskakiwały w różnych odległościach od Taspana i samego Mindora. 
Następnie przyspieszały do prędkości światła, żeby służyć siłą ognia tam, gdzie by się najbardziej 
przydała, czy to w celu wsparcia szturmu, czy osłony planowanego odwrotu. Dzięki 
nadprzestrzennemu sygnałowi śledzący przebieg walki oficerowie łącznościowcy tej grupy byli 
świadkami zwycięstwa i późniejszych nieudanych negocjacji.

- To nasz problem - zameldował w końcu podporucznik Devalo. - Nie mogę nawiązać 

łączności nawet z pozostałymi.

- Ta niewydarzona łajba, która ma wyglądać jak fregata... - zaczął komandor, ale Devalo nie 

pozwolił mu dokończyć.

- Nie chodzi o nasz statek, panie komandorze - powiedział takim tonem, jakby miał gardło 

ściśnięte z przerażenia. - To podprzestrzenne zakłócenia... coś nas zagłusza, panie komandorze.

- Z tak daleka? - zdziwił się dowódca. - Dasz radę zlokalizować źródło sygnału 

zagłuszającego?

- Skuteczność sensorów zmalała do połowy, panie komandorze - odparł Devalo. - A nawet 

do czterdziestu procent. To musi być coś miejscowego, panie komandorze. Zagłuszają wszystkie 

background image

zakresy naszych sensorów i sygnałów komunikatorów.

- Alarm bojowy! Przesłać pełną moc do jednostek napędowych! - rozkazał Tirossk tonem 

podobnym do odgłosu ocierania się o siebie dwóch zardzewiałych kawałków metalu. - Wyskoczyć 
do normalnych przestworzy, nawiązać kontakt z „Paleo” i „Nieopiewanym” i powiedzieć im, żeby 
przygotowali się do skoku.

- Słucham, panie komandorze?
- Słyszałeś, co powiedziałem - burknął dowódca. - Nie mamy pojęcia, co się dzieje, a to 

jedyny sposób, żeby się dowiedzieć.

- Fala grawitacyjna! - zameldował oficer nawigacyjny. - Wiele punktowych źródeł... w 

ruchu!

Tirossk był oficerem zbyt długo, żeby pozwalać sobie na przekleństwa, ale kilka przyszło 

mu do głowy.

- Wektory? - zapytał.
Oficer nawigacyjny przeczytał kilka zestawów liczb. Wynikało z nich, że energia 

grawitacyjna rozprzestrzenia się i tworzy półkulę otaczającą wszystkie wiodące na zewnątrz 
nadprzestrzenne szlaki. Półkula ciągle się powiększała i wkrótce miała objąć zasięgiem samą 
planetę.

- Grawitacyjne miny - wychrypiał Tirossk. - Starają się nas przyszpilić!
- Nadlatują nieprzyjacielskie myśliwce! - zameldował zwięźle oficer taktyczny. - Czwarta 

Eskadra ma ich na optycznej. To TIE defendery. Nasi toczą walkę z wieloma „straszydłami”...

- W jaki sposób przekazali nam tę informację? - zainteresował się Tirossk.
- Za pomocą sygnału elektromagnetycznego w normalnych przestworzach, panie 

komandorze - odparł Devalo.

Tym razem Tirossk naprawdę zaklął... ale tak cicho, że nie usłyszałby go nawet inny 

Bothanin. Podprzestrzenne sygnały wlokły się w normalnych przestworzach zaledwie z prędkością 
światła, co oznaczało, że nadlatujące „straszydła” mogą się znaleźć w pobliżu za mniej więcej...

Właśnie się znalazły.
W czołowych iluminatorach pojawił się oślepiający biały błysk, a „Lansjer” zakołysał się 

jak rozwścieczony dewback. Wstrząs był tak silny, że mostek zadygotał, chociaż fregatę 
wyposażono w generator antyprzyspieszeniowego pola. Tirossk przytrzymał się za oparcie fotela 
dowodzenia, żeby móc stać prosto, ale o mało nie wybił sobie stawu barkowego. Chwilę później za 
czołowymi iluminatorami pojawił się znów widok przestworzy.

Wszędzie, jak okiem sięgnąć, roiło się od myśliwców TIE, a także od krzyżujących się linii 

strzałów z działek i wirujących gwiazd gazów wylotowych torped protonowych.

- Meldować o uszkodzeniach - warknął Tirossk. - I jak najszybciej zabrać nas z tego piekła! 

Spalić silniki, gdyby miało się to okazać konieczne. Musimy wskoczyć do nadprzestrzeni. 
Natychmiast!

- Ale... dokąd powinniśmy przeskoczyć, panie komandorze? - zapytał podwładny.
- Te defendery musiały się skądś pojawić - odparł dowódca. - Na pewno mają czystą trasę 

powrotną.

- Słucham, panie komandorze?
- Mindor - wyjaśnił ponuro Tirossk. - Lecimy w okolice samej planety.

Na poły oślepiony, walczący z mdłościami, i ogłuszony przez zawodzenie alarmowych 

syren i skrzeczenie przeciążonych regeneratorów atmosfery Luke wysłał myśli do Mocy, chociaż z 
jego oczu płynęły łzy. Dziesięć metrów dalej otworzyło się wieko pleksilitowej skrzynki kontrolnej 
i zadziałał ręczny przełącznik systemu tłumienia płomieni na mostku.

Z otworów kratowanych płyt pokładu wystrzeliły strumienie lodowatego gazu i owinęły się 

wokół konsolet, z których cały czas strzelały snopy iskier i wydobywały się kłęby dymu. Luke 
ruszył w kierunku komunikacyjnej konsolety, ale po drodze potknął się o coś miękkiego. 
Przyklęknął na jedno kolano.

background image

To było ciało Kalbacka. Zauważył, że połowa twarzy kalamariańskiego admirała jest 

zmiażdżona, jakby zderzył się twarzą z kantem konsolety po jednym z wielu wstrząsów, po których 
wszyscy na mostku bojowym potoczyli się po płytach pokładu niczym wyrzucone z kubka kości. 
Luke spuścił głowę, położył łagodnie dłoń na pozostałej połowie twarzy Kalbacka i polecił Mocy 
jego ducha.

Kiedy nawiązał z nią kontakt, nabrał pewności, że jeżeli natychmiast nie zacznie działać, 

wkrótce będzie musiał polecić Mocy duchy wszystkich osób pozostałych na pokładzie 
„Sprawiedliwości”, łącznie ze swoim. Ta prawda była w Mocy równie oczywista jak pokład pod 
jego kolanem. „Sprawiedliwość” była skazana na zagładę.

W końcu wstał i dotarł do komunikacyjnej konsolety. Na fotelu wciąż jeszcze siedział 

porucznik Tubrimi, ale trzymając się za zakrwawione ramię. Wyglądał na oszołomionego i 
wstrząśniętego.

- Co... co to było? - powtarzał raz po raz.
- Panie poruczniku, proszę wezwać do ewakuacji wszystkich członków załogi - rozkazał 

Skywalker. - Piechota morska ma dotrzeć do lądowników, a pozostali do kapsuł ratunkowych. 
Opuszczamy okręt.

- Admirał... On nie... Nie możemy... - wyjąkał Tubrimi.
- Admirał nie żyje, poruczniku. Niech pan się weźmie w garść - burknął Luke.
- Ale... Nie mamy jeszcze nawet raportu o stratach i uszkodzeniach...
- Raportu? - powtórzył Luke. Mostek znowu zadygotał i w pomieszczeniu rozległo się 

zawodzenie syren alarmowych. - Poczuł pan to? - zapytał Skywalker. - Właśnie eksplodował 
następny kawałek okrętu. Proszę zarządzić ewakuację wszystkich członków załogi, a później 
samemu udać się do kapsuły. To rozkaz.

- Panie generale, ja... rozumiem, proszę pana. - Z ponurą i zdesperowaną miną Tubrimi 

odwrócił się znów do swojej konsolety. - Dziękuję panu.

Luke ruszył dalej. Zauważył na pokładzie leżącego R2-D2. Z korpusu automatu 

wydobywała się strużka dymu. Luke nawiązał kontakt z Mocą i postawił prosto robota.

- Wszystko w porządku, Artoo. Jestem tu - powiedział, kucając obok niego. - Zobaczmy, co 

ci się stało.

R2-D2 zagwizdał płaczliwie i zrobił małe kółko na pokładzie. Jedno z jego ramion 

wspornikowych było zgięte, ze stawu wydobywały się iskry, a gąsienica po tej samej stronie w 
ogóle nie działała i ślizgała się, kiedy robot wlókł ją po pokładzie.

- Już dobrze, widzę - mruknął Skywalker. - To nie wygląda zbyt poważnie... 

Prawdopodobnie sam dasz radę się naprawić, kiedy wybrniemy z tej sytuacji. Chodź.

Tym razem mały robot astromechaniczny zaświergotał bardziej stanowczo.
- Wybij to sobie z głowy - odparł Luke. - Nie zamierzam cię tu zostawiać. Razem się z tego 

wyplączemy.

- Panie generale - odezwał się Tubrimi z niepewnym uśmiechem - nie wiadomo, czy w 

ogóle się stąd wydostaniemy.

Luke wstał i ręką rozpędził chmurę dymu kłębiącego się wokół konsolety porucznika.
- Niech pan mi to pokaże - rozkazał.
Rozmyty, zamglony obraz, który pojawił się nad konsoletą, nie wyglądał dobrze. 

„Sprawiedliwość” już się przełamała. Trzy największe kawałki koziołkowały bezradnie przez 
zapchaną asteroidami orbitę Mindora. Wokół każdego kłębiły się roje X-wingów i TIE defenderów, 
których piloci toczyli zacięte pojedynki. Od dwóch większych fragmentów odrywały się błękitne 
smugi gazów wylotowych lądowników piechoty morskiej i kapsuł ratunkowych, które pryskały we 
wszystkie strony przez pole bitwy. Z najmniejszego fragmentu „Sprawiedliwości” wydobywały się 
kłęby zamarzającej od razu atmosfery.

- Ten mały fragment to my, panie generale - oznajmił Tubrimi. - Sekcja mostka została 

wielokrotnie trafiona przez torpedy. W miejscach, w których znajdowały się kapsuły ratunkowe... 
uhm, nie pozostała ani jedna. Nie mamy nawet sprawnych wyrzutni. Nie mamy... nie mamy 
niczego.

background image

Luke powstrzymał potok wymowy porucznika, stanowczym gestem kładąc dłoń na jego 

ramieniu.

- Ilu członków załogi zostało uwięzionych razem z nami? - zapytał.
Tubrimi przełknął z wysiłkiem ślinę.
- Nie wiem, panie generale - powiedział. - Możliwe, że nawet kilkuset, ale nie pobędą z 

nami długo. - Wyciągnął płetwiastą rękę i bezradnie wskazał wyświetlacze. - W ciągu najwyżej 
pięciu minut ten mostek pozostanie jedynym miejscem ze sprawnymi systemami podtrzymywania 
życia. Kiedy okręt się przełamał, straciliśmy regeneratory i urządzenia zapobiegające ucieczce 
atmosfery... to znaczy także w naszej części okrętu. - Zadrżał. - A ściślej w tym, co z niej pozostało.

- Proszę wziąć się w garść, poruczniku - powtórzył surowo Skywalker. - Wyciągałem 

podwładnych z gorszych tarapatów. - Wszedł na pomost dowodzenia i podniósł głos, żeby mogli go 
słyszeć pozostali członkowie załogi. - Uwaga, personel mostka! - zawołał. - Wszyscy wracać na 
swoje stanowiska. Zabezpieczyć rannych i zmarłych, a później przypiąć się do swoich foteli. - 
Odwrócił się do pilota. - Wszyscy prócz pana - dodał. - Pan musi się przypiąć gdzie indziej. 
Zajmuję pańskie stanowisko.

- Pan? - Zdumiony pilot zamrugał. - Ale, panie generale... kalamariańskie systemy kontrolne 

nie są przystosowane do obsługiwania przez istoty ludzkie...

- To mój problem. - Luke usiadł na fotelu pilota. - Pański to znalezienie wolnego fotela. 

Wygląda na to, że droga będzie bardzo wyboista.

- Słucham, panie generale?
- Członkowie załogi są uwięzieni w wielu pomieszczeniach, gdzie wkrótce skończy się 

atmosfera - wyjaśnił Skywalker. - Musimy ją im dostarczyć. - Wskazał za iluminator, gdzie 
widniała pomarańczowa krawędź dysku Mindora. - Na planecie, praktycznie pod naszym nosem, 
jest jej pod dostatkiem.

- Panie... generale! - zachłysnął się Tubrimi. - Nie mamy silników... nie mamy nawet 

repulsorów! Chyba pan nie sugeruje, żebyśmy doprowadzili te resztki okrętu do atmosfery, 
korzystając z pomocy samych silniczków manewrowych?

- To chyba oczywiste - uciął Luke. - Niczego takiego nie sugeruję. Rozkazuję. I nie 

zamierzam nas zabrać tylko do atmosfery.

Wyciągnął rękę, zagłębił dłonie w elektrostatycznym polu kontrolnym nad konsoletą pilota i 

lekko się uśmiechnął. Pierwszy raz od wielu tygodni czuł się znów jak Jedi. - Zamierzam 
wylądować na powierzchni planety!

Żaden żołnierz ani członek załogi okrętu Sił Szybkiego Reagowania nie zauważył 

fragmentów „Sprawiedliwości” nurkujących w głąb atmosfery Mindora. Nikt też nie zwrócił uwagi 
na wielokilometrowy warkocz ognia i dymu, który wydobywał się z płonącego kadłuba okrętu 
flagowego. Żołnierze Nowej Republiki mieli do rozwiązania o wiele bardziej naglący problem: jak 
pozostać przy życiu.

W całym systemie zaczęły powstawać grawitacyjne studnie. Cień ich masy rozprzestrzeniał 

się niczym zmarszczki po wrzuceniu garści kamyków do spokojnego stawu. Łączność 
podprzestrzenna i sygnały sensorów były zagłuszane, więc dowódcy okrętów Nowej Republiki nie 
mieli pojęcia, ile grawitacyjnych min czy emiterów studni może się kryć pośród chmary asteroid. 
Nakładające się na siebie obszary interdykcyjnych pól uniemożliwiały podróżowanie w 
nadprzestrzeni, a w dodatku niespodziewanie - i w wielu przypadkach z tragicznymi skutkami - 
zmieniały i tak niestabilne orbity wszystkich obiektów w systemie, mniejszych od średniej 
wielkości księżyca. Wskutek tego ten niebezpiecznie zatłoczony obszar stał się koszmarem pełnym 
przecinających nawzajem swoje tory skalnych brył.

A z tych ulew wyłaniały się, eskadra po eskadrze, formacje myśliwców typu TIE 

Interceptor.

Myśliwiec przechwytujący TIE Interceptor nie był tak groźny jak jego następca TIE 

defender. Nie miał równie grubego pancerza, silnego uzbrojenia, generatorów osłon ani jednostki 

background image

napędu nadświetlnego. Mimo to, a raczej właśnie dlatego, interceptory były niewiarygodnie 
zwrotne i szybkie. Ich piloci byli najczęściej bardzo trudnymi przeciwnikami, zwłaszcza kiedy się 
pojawiali w dużej liczbie. W przestworzach Mindora - jak ku swojemu przerażeniu odkryli 
bohaterscy piloci X-wingów i B-wingów Republiki - duża liczba oznaczała (słowami dowódcy 
jednego klucza) tysiące skosów nadlatujących ze wszystkich stron naraz.

Pośród chaosu koziołkujących we wszystkie strony asteroid brak osłon interceptorów 

stanowił zaletę, bo pola deflektorów nie zmieniały trajektorii lotu obiektów materialnych. Dzięki 
temu piloci pozbawionych deflektorów maszyn TIE Interceptor mogli przesyłać większe ilości 
energii do jednostek napędowych, osiągać większe przyspieszenie i szybciej ładować kondensatory 
laserowych działek. Nieprzyjacielskich maszyn było tyle, że roiły się wokół myśliwców Republiki 
jak periańskie krwawowrony wokół cudojastrzębia. A jeszcze wystarczało ich do ostrzeliwania 
okrętów liniowych. Nikt jednak nie śledził wskazań optycznych sensorów ani nie monitorował 
zakresu fal elektromagnetycznych nadajnika z pokładu „Sprawiedliwości”. Wydobywał się z niego 
w kółko niski, nadludzko spokojny głos Luke’a Skywalkera, przekazywany przez krążącą wokół 
Mindora awaryjną boję sygnałową:

- Tu krążownik Nowej Republiki „Sprawiedliwość”. Mówi Luke Skywalker. Admirał 

Kalback nie żyje. Przejąłem dowodzenie. Kadłub okrętu się rozłamał, a na pokładzie nie pozostała 
ani jedna kapsuła ratunkowa. Przejąłem stery z zamiarem wylądowania fragmentem okrętu na 
Mindorze za linią porannego terminatora nad północnym zwrotnikiem. Należy rozpocząć 
poszukiwania rozbitków w miejscach o współrzędnych, które podaję na zakodowanej 
częstotliwości rezerwowej. Powodzenia i niech Moc będzie z wami. Skywalker przerywa 
połączenie.

Jedynie załoga „Lansjera”, niespodziewanie wyszarpniętego z nadprzestrzeni przez 

imperialne miny grawitacyjne w odległości pół godziny świetlnej od Mindora miała okazję 
obserwować miejsce awaryjnego lądowania najmniejszego fragmentu „Sprawiedliwości”.

Po odebraniu sygnału z awaryjnej boi sygnałowej oficer łącznościowiec, porucznik Devalo, 

zbladł jak ściana. Kiedy przekazał informację komandorowi Tirosskowi, dowódca rozkazał 
natychmiast skierować najpotężniejsze optyczne teleskopy „Lansjera” na linię terminatora 
oddalonej planety. Zaledwie sensory starego statku zdołały się skupić na długim, bardzo długim 
warkoczu dymu i podążyć za nim na powierzchnię planety, zarejestrowały oślepiający biały błysk, 
a zaraz potem rosnącą kulę dymu, naszpikowaną jęzorami ognia.

- Ojej - jęknął Tirossk. Nawet nie przeklął, bo tego, co czuł, i tak nie dałoby się wyrazić 

żadnymi słowami.

- Czy to była... - Devalo musiał przełknąć ślinę, zanim zdołał dokończyć: - Czy to była 

„Sprawiedliwość”?

- Obawiam się, że to nie mogło być nic innego - przyznał Tirossk, ciężko siadając w fotelu 

dowodzenia. - Obawiam się też...

- Okręt generała... Skywalkera?
- Nikt nie mógłby przeżyć takiej eksplozji - stwierdził komandor. - Znajdujemy się od nich 

w odległości pół godziny świetlnej. To, co widzieliśmy, wydarzyło się trzydzieści minut temu.

Wstrząśnięty Devalo nie mógł nawet zadać pytania, ale nie musiał.
- Generał zginął pół godziny temu. - Tirossk pokręcił głową, jakby wciąż jeszcze nie mógł 

uwierzyć własnym oczom. Wyglądał na wstrząśniętego, bo też ogromny ciężar niespodziewanie 
spoczął na jego barkach. - Luke Skywalker nie żyje.

ROZDZIAŁ 5

Siedząc w fotelu w sali konferencyjnej, Han Solo zaplótł palce za głową, wyciągnął przed 

siebie nogi i odchylił fotel do tyłu tak mocno, że musiał zaklinować się kolanem pod blatem stołu, 
żeby zachować równowagę. Wbił spojrzenie w sufit i po raz nie wiadomo który tego dnia zaczął się 
zastanawiać, czy z nudów można umrzeć.

background image

Znowu doszedł do wniosku, że gdyby coś takiego było możliwe, umarłby co najmniej dwa 

dni wcześniej. Jeżeli w całej galaktyce istniało coś, czego nienawidził bardziej niż wielogodzinnego 
siedzenia w zamkniętej sali i słuchania, jak inteligentne istoty paplą o byle czym, było to 
wielogodzinne siedzenie w zamkniętej sali i słuchanie, jak paplą Mandalorianie.

O rety, jak on ich nienawidził!
Nie był świętoszkiem i mimo niefortunnych doświadczeń z konkretnym mandaloriańskim 

łowcą nagród - który, jeżeli Moc była sprawiedliwa, powinien już dawno się roztopić w sokach 
trawiennych sarlacca - na ogół nie czuł niechęci do Mandalorian. Nie spotkał ani jednego z tych 
samozwańczych mistrzów wszelkich parszywych technik walki, który potrafiłby powiedzieć „dzień 
dobry” bez podtekstu, który mógł brzmieć tak: „Lepiej żeby ten dzień był dobry, bo jeżeli 
wykręcisz jakiś numer, bez wahania jariler twój miękki, miłujący pokój koreliański zadek, aż 
przestaniesz się orientować, w jakiej jesteś galaktyce”.

Tak, nie czuł niechęci do Mandalorian; nienawidził tylko tych, z którymi się kiedyś spotkał. 

Co więcej, jakieś pokrętne poczucie honoru, etniczna duma czy jeszcze coś innego zakazywały 
Mandalorianom mówienia w basicu. Naturalnie taki drobiazg nie powstrzymywał ich od gadania. 
Po prostu paplali w Mando'a, języku, który dla niechętnego ucha Hana brzmiał jak wycie 
piaskowych panter, usiłujących wykrztusić z paszczy kulę kłaków wielkości jego głowy. Najgorsze 
jednak, że odgłosy towarzyszące wykrztuszaniu tej kuli musiały być wiernie tłumaczone na basie 
dla wygody głównej negocjatorki Nowej Republiki. Zajmował się tym jej niezwykle nerwowy, 
nadwrażliwy i pedantycznie dokładny android protokolarny, który - chociaż podobno znał ponad 
sześć milionów sposobów komunikowania się istot najróżniejszych ras - nie stracił 
charakterystycznego dla planet Jądra galaktyki snobistycznego akcentu. Słuchając go bez przerwy 
kilka dni, Han miał ochotę kopnąć go tak mocno, żeby android wylądował gdzieś na Tatooine.

Od skopania androidowi złocistego tyłka powstrzymywała go tylko obecność głównej 

negocjatorki Nowej Republiki. Młoda kobieta była tak piękna, że Han nie mógł na nią patrzeć, bo 
serce zaczynało mu od razu walić w piersi.

Młoda kobieta była nie tylko urodziwa, ale także błyskotliwa i niezwykle odważna. Zrobiła 

w życiu tylko jedno naprawdę wielkie głupstwo: kilka lat wcześniej zakochała się w zuchowatym, 
ale zubożałym kapitanie gwiezdnego frachtowca - w dodatku okrytego niesławą przemytnika, który 
uciekał przed funkcjonariuszami Imperium, kilkoma łowcami nagród i szefami świata 
przestępczego, ale kogo to mogło interesować? Han nie potrafił się pozbyć wrażenia, że gdyby 
zrobił coś paskudnego androidowi imieniem Threepio, który w końcu starał się, jak mógł, Leia 
może nagle się ocknąć i uświadomić sobie, jakie głupstwo popełniła.

Naturalnie nigdy by się do tego nie przyznał, nawet w rozmowie z Chewiem. Na ogół nie 

przyznawał się do tego także przed sobą, bo w jego słowniku nie było miejsca na wyraz 
„wątpliwości”. W rzadkich przypadkach, kiedy był zirytowany i przygnębiony, kiedy miał zbyt 
wiele czasu na rozmyślania i nic do roboty, krążyły mu jednak po głowie właśnie takie myśli. Mógł 
je uciszyć, tylko składając sobie solenną przysięgę, że nigdy, przenigdy nie da ukochanej kobiecie 
powodu do żałowania, że się w nim zakochała.

Siedział więc w sali konferencyjnej na nienazwanej asteroidzie w tak zapadłym systemie 

Wewnętrznych Rubieży, że nie potrafił sobie nawet przypomnieć jego nazwy, i udawał, że pilnie 
słucha, jak C-3PO tłumaczy na basie kolejną serię zdań mandaloriańskiej paplaniny.

- Przywódca powtarza, że poddanie się po prostu jest wykluczone. Przypomina, że jedyne 

pokojowe rozwiązanie tej niefortunnej sytuacji nastąpi, kiedy wszyscy Rebelianci - naturalnie 
chodzi mu o Nową Republikę, gdyż przywódca chyba nie rozumie tej różnicy, bo gdyby rozumiał, 
świadomie popełniłby gruby nietakt, ale to w tej chwili nieważne - a więc kiedy wszystkie siły 
zbrojne Rebeliantów natychmiast odlecą z tego systemu. Oczywiście przywódca nie użył dokładnie 
tych słów. Dosłowne tłumaczenie, pozbawione wulgaryzmów, brzmiałoby mniej więcej tak: jeżeli 
wy, Rebelianci, zostaniecie, wszyscy zginą; jeżeli wy, Rebelianci, odlecicie, wszyscy będą 
zadowoleni. Muszę jednak dodać, że takie tłumaczenie całkowicie pozbawia całą wypowiedź 
brutalności. Doprawdy, księżniczko, nie mogę uwierzyć, że muszę tłumaczyć teksty z tak 
ordynarnego języka. Kondensatory mojego filtru wulgaryzmów są bliskie przebicia!

background image

Han niezupełnie rozumiał, o co chodzi w tych negocjacjach. Nie miał pojęcia, gdzie i kiedy 

stoczono tę bitwę, bo on i Leia przebywali wówczas w odległym zakątku galaktyki. Omawiali tam 
szczegóły przyłączenia się do Nowej Republiki niewielkiej gromady gwiezdnej, zamieszkanej 
głównie przez włochate pająkopodobne stworzenia. Sam ich widok przyprawiał Hana o dreszcze, 
bo w przeciwieństwie do większości pająkopodobnych istot te miały niemal ludzkie twarze, a pyski 
pełne błyszczących, białych, zupełnie ludzkich zębów.

Tak czy owak, zanim zdążył ściągnąć tu Leię, po pilnym wezwaniu przedstawicieli 

miejscowych władz, imperialne siły zbrojne zostały całkowicie pokonane i rozproszyły się po 
wszystkich zakątkach galaktyki. W systemie pozostało tylko pięciuset czy sześciuset 
mandaloriańskich najemników, którzy okopali się wokół kilku trójneutronowych siłowni na 
głównej zamieszkanej planecie systemu. Mandalorianie oznajmili, że są gotowi i chętni do 
wysadzenia siłowni w powietrze w chwili, kiedy na planecie wyląduje pierwszy republikański 
okręt. Wszyscy wiedzieli, że taka eksplozja wysterylizowałaby całą planetę, a przy okazji zabiła 
trzy i pół miliarda jej mieszkańców.

Krótko mówiąc, Mandalorianie wzięli planetę na zakładnika.
W ciągu niekończących się godzin pełnych napięcia negocjacji Han zdążył się zorientować, 

że przed odlotem imperialny dowódca rozkazał Mandalorianom, aby „za wszelką cenę” 
uniemożliwili opanowanie planety przez Republikę. Mandaloriański przywódca zinterpretował 
słowa „za wszelką cenę” w taki sposób, że może nawet zabić wszystkich mieszkańców, nie 
wyłączając swoich podwładnych. Nowa Republika nie zamierzała jednak zrezygnować z systemu, 
który był nie tylko bogaty w cenne minerały i miał rozwiniętą bazę przemysłową, ale także jego 
mieszkańcy w obejmujących całą ludność referendum opowiedzieli się niemal jednogłośnie za 
dołączeniem do Nowej Republiki. Wyglądało na to, że chce do niej wstąpić dziewięćdziesiąt 
siedem procent ludności. W głębi duszy Han miał nadzieję, że pozostałe trzy procent 
zatwardziałych sympatyków Imperialnych mieszka w najbliższym sąsiedztwie trójneutronowych 
siłowni.

Negocjacje utknęły w martwym punkcie. Rozsądek i siła perswazji Leii spotkały się z 

żelaznym uporem przywódcy najemników, twierdzącego, że Mandalorianie „nigdy się nie 
poddają”. Doszło nawet do tego, że Han zaczął się cieszyć na myśl o przylocie Landa.

Zdziwiło go to nieco. Nie chodziło nawet o samego Landa - którego znał od dawna, chociaż 

nie zawsze przeżywał w jego towarzystwie szczęśliwe chwile, a mimo to najczęściej bardzo go 
lubił - ale raczej o to, kogo Lando miał przywieźć do negocjacyjnego stołu.

W przeciwieństwie do swojego dobrego kumpla Hana, Lando Calrissian ucieszył się z 

awansu do stopnia generała. W obecnej chwili był dyrektorem specjalnych operacji. Jego funkcja 
wymagała, żeby Lando ubrał się tego dnia w fantazyjny mundur szofera. Wracał z 
mandaloriańskich przestworzy, dokąd poleciał, żeby odszukać jedynego gościa w całej galaktyce, 
który mógł jego zdaniem wpłynąć na przebieg negocjacji: Wielkiego Szefa Mandaloriańskich 
Protektorów i Samozwańczego Lorda Mandalora, słynnego Fenna Shysę.

A ściślej, jak Han na ogół o nim myślał, Fenna-Jeżeli-Choćby-Tylko-Jeszcze-Raz-

Spojrzysz-W-Taki-Sposób-Na-Leię-Przysięgam-Że-Rozwalę-Twój-Mandaloriański-Łeb-Jak-
Pęcherzoowoc-Shysę.

Jego podwładni przestali być najemnikami, a sam Mandalor przekształcił swoją kadrę w 

zalążek Protektorów - czyli myślących kategoriami społecznymi polityków, policjantów i 
niezależnych dobroczyńców. Oznaczało to, że Shysa jest nie tylko urodzonym Mistrzem-
Wszelkich-Możliwych-Parszywych-Technik-Walki, ale także facetem szlachetniejszym, bardziej 
skłonnym do poświęceń i szanowany niż wszyscy pozostali.

Gdyby Han chciał być wobec siebie zupełnie szczery - a nie miał takiego zwyczaju - 

powinien przyznać, że jego problem z przywódcą Protektorów wynika z głęboko skrywanego 
przekonania, iż Fenn może być także przystojniejszy niż on. Nie podobała mu się zwłaszcza uwaga, 
jaką bohater Mandalory poświęca Leii... i fakt, że sprawia jej to wielką przyjemność.

Tym razem Han był jednak skłonny się zgodzić - chociaż niechętnie - żeby Shysa cieszył się 

przyjemnością spędzania czasu w tym samym pomieszczeniu co Leia, to znaczy w sali 

background image

konferencyjnej, w której siedzieli także Han i kilkudziesięciu oficerów w charakterze przyzwoitek. 
Ale pod jednym warunkiem - pat w negocjacjach zostanie w końcu przełamany. Cóż, takie 
podejście chyba dowodzi, że nareszcie dorósł. Może.

Wkrótce sobie uświadomił, że nie ma racji. Leia odwróciła się do niego, położyła dłoń na 

jego ramieniu i pochyliła się, żeby szepnąć mu parę słów do ucha. Han spodziewał się, że mu 
powie, jak bardzo się cieszy na ponowne spotkanie z Shysą. Zamiast tego księżniczka szepnęła 
pełnym napięcia tonem:

- Hanie, Luke wpadł w tarapaty.
Han oparł z cichym stukiem przednie nogi fotela na podłodze.
- Słucham? - zapytał.
Leia ledwo zauważalnie pokręciła głową w sposób, który Han znał aż nazbyt dobrze. Mogło 

to oznaczać: „Nie mam pojęcia, dlaczego, ale wcale mi się to nie podoba”.

- To tylko... przeczucie - powiedziała. - Luke mógł...
- Hej, mnie też obchodzi jego los, ale... - Han położył dłoń na jej ramieniu. - Luke umie 

zatroszczyć się o siebie, wiesz? Potrafi wyprawiać takie rzeczy...

Urwał, bo poczuł, że jej ręka zesztywniała, i domyślił się, że zamiast ją pocieszać, wprawił 

ją w jeszcze większe przerażenie.

W kąciku ust Leii pojawił się dołek. Najwyraźniej księżniczka przygryzła wewnętrzną 

powierzchnię policzka.

- Nie chodzi tylko o tę wyprawę na Mindora - szepnęła. - Wydaje mi się, że... czeka tam na 

niego... coś strasznego. Coś bardzo złego.

- Coś, z czym Luke sobie nie poradzi? - domyślił się Solo. - Mówimy przecież o Luku, 

Luku-Muszę-Sam-Stawić-Czoło-Vaderowi-i-Palpatine’owi Skywalkerze, pamiętasz? - Zabrzmiało 
to głupio nawet w jego uszach. Mimo to postanowił kuć żelazo, póki gorące. - W jak poważne mógł 
wpaść tarapaty? - zapytał.

- Ja... nie mam pojęcia, Hanie! - Niepewność w jej oczach zmroziła jego serce. - Gdybym 

wiedziała, nawet bym ci o tym nie wspomniała... bo już dawno bylibyśmy w drodze.

- Bardzo przepraszam... Błagam o wybaczenie, księżniczko. - C-3PO pochylił się, aż jego 

głowa znalazła się między nimi. - Filtr mojego wokabulatora i podprogram analizujący poziom 
napięcia w głosie sugerują wprawdzie, że to prywatna rozmowa, ale przywódca mandaloriańskich 
najemników coraz bardziej się niecierpliwi. Żąda, żebym przetłumaczył jego słowa. Nie okazuje w 
nich specjalnego szacunku, jeżeli wolno dodać.

- Zapytaj go, czy chce, żebyś przetłumaczył mu to... - zaczął Han, ale nie wykonał 

zamierzonego gestu, powstrzymany zaciśnięciem palców Leii na ramieniu.

- Hanie, czy mógłbyś się dowiedzieć, co się tam stało? - poprosiła księżniczka. - Spróbuj 

zacząć od ośrodka łączności. Siły Szybkiego Reagowania powinny utrzymywać kontakt przez 
podprzestrzeń. Po prostu... upewnij się, czy wszystko jest w porządku, i powiedz mu, żeby był 
ostrożny. - Jej pełen napięcia szept stał się ledwie słyszalny. - Powiedz mu, że jestem pełna 
najgorszych przeczuć.

Han biegł truchtem po lądowisku wydrążonego w litej skale ogromnego hangaru, zapinając 

w biegu pas z blasterem i przywiązując do nogi kaburę. Przedarł się przez grupy techników 
personelu naziemnego, zajętych parkowaniem gwiezdnych myśliwców i wahadłowców, i skrzywił 
się, czując cierpki odór petrochemicznych gazów wydechowych z rur przeciążonych naziemnych 
holowników. Kiedy znalazł się blisko „Sokoła”, zauważył, że w cieniu jego sterburtowej żuchwy 
leży stosik wymontowanych elementów i rozebranych na części podzespołów, z których większość 
- na jego aż nazbyt doświadczone oko - stanowiła część panelu kontrolnego sterburtowego 
generatora pól deflektorów. Osoba odpowiedzialna za to bezmyślne niszczenie jego własności stała 
w najbliższym dolnym włazie. Han widział tylko porośnięte rdzawobrązową sierścią ogromne 
stopy, oparte na sporym pudle w kształcie trumny, czyli na skrzynce z narzędziami. Trumna 
spoczywała na pomoście zardzewiałego i powyginanego fragmentu rusztowania, które wyglądało, 
jakby służyło kiedyś za stół piknikowy. Reszta kosmatego ciała kryła się głęboko we 
wnętrznościach statku Hana.

background image

- Chewie... hej, Chewie! - ryknął Solo.
Stopy nie zareagowały, co nie było niczym niezwykłym. Warkot silników naziemnych 

holowników i elektronicznie wzmacniane rozkazy dyspozytorów techników powodowały taki hałas, 
że Han z trudem słyszał sam siebie. Sięgnął po leżący w pobliżu magnetyczny klucz i wyrżnął nim 
w kadłub „Sokoła” tak mocno, że pojawiła się na nim nowa błyszcząca szrama. Z głębi włazu 
dobiegło stłumione łupnięcie, które Han poczuł pod palcami, bo zadrżał cały kadłub statku. 
Chewbacca miał tak twardą głowę, że mógłby nią wgnieść nawet durastal. Chwilę później rozległo 
się krótkie, ale soczyste przekleństwo w mowie Wookiech, które mogłoby zbić z pantałyku niemal 
wszystkie istoty ludzkie w galaktyce. Niemal.

- Skończ to, co tam robisz, i doprowadź „Sokoła” do porządku! - wrzasnął Solo. - Nie 

możemy wylądować nigdzie na dłużej niż dwadzieścia minut, bo od razu zaczynasz go rozbierać na 
kawałki!

Geeroargh hroo owwweragh! - odwarknął Chewie. Znaczyło to mniej więcej: „Hej, 

gdybym nie miał okazji rozbierania go na kawałki, wkrótce w ogóle nie mielibyśmy statku”. Było 
to tak oczywiste, że Han nie mógł zaprzeczyć, więc postanowił zmienić temat rozmowy.

- Lando wysyła lądowniki, które pojawią się tu za mniej więcej dwanaście minut - 

powiedział. - „Sokół” musi być gotów do startu. Kontrola lotów wyłączy przeciwcząsteczkowe 
pole, żebyśmy mogli się stąd wymknąć.

Chewbacca zmarszczył krzaczaste brwi i zamruczał pytająco.
- Nie, nie, nic w tym rodzaju - odparł Solo. - Nikt nie zamierza nas ścigać.
Garouf?
- To... zadanie do wykonania, nic więcej - odparł Han. - Musimy, uhm, polecieć do Luke’a. 

Złożymy mu krótką wizytę. To będzie, uhm, wizyta towarzyska.

Rhouergh hweroo garoohnnn?
- O co chodzi? - żachnął się Solo. - Nie chcesz zobaczyć się z Lukiem? Co, już go nie 

lubisz?

Lowerough. Lowerough garoohnnn?
- Nie, ona z nami nie leci - wyjaśnił Han.
Garouf?
- Bo tak postanowiłem - burknął Korelianin. - Czyżbym już nie był kapitanem?
Hnerouggrfnerrolleroo! - Chewbacca podniósł głos i pomachał kapitanowi przed nosem 

ogromnym włochatym paluchem. - Sscheroll ghureeohhh...

- Dobrze, dobrze... mów ciszej, co? - Han rozejrzał się dyskretnie po hangarze. Chciał się 

upewnić, że nikt nie stoi wystarczająco blisko, aby słyszeć ich rozmowę. - Właśnie wracam z 
ośrodka łączności - wyjaśnił cicho. - Straciliśmy kontakt ze wszystkimi okrętami grupy szturmowej 
Luke’a Skywalkera. Nasi nie mieli od nich żadnej wiadomości, odkąd tamci wyskoczyli z 
nadprzestrzeni... a rezerwy Luke’a skończyły się mniej więcej dziesięć minut temu. - Spochmurniał. 
- A Leia ma przeczucie, że Luke wpadł w tarapaty.

Chewbacca mruknął pytająco, ale Han nie dał mu dojść do słowa.
- Nie mam pojęcia, co możemy zrobić w tej sprawie - powiedział. - Może nic, ale 

przynajmniej się dowiemy, co się tam dzieje. Nie mogę... Chewie, przecież mnie znasz. Rozumiesz, 
o co mi chodzi. Nie mogę tak po prostu go tam zostawić.

Ghn lowerough?
- Nie, Leia poprosiła mnie tylko, żebym się z nim skontaktował - odparł Solo. - Nie ma 

pojęcia, że wybieramy się w drogę.

I się nie dowie. Nie ma mowy, żebym pozwolił jej lecieć z nami.
Howergh? - zapytał Wookie.
- Bo... - Han się skrzywił. - Bo ja mam też złe przeczucia - dokończył i wbiegł po rampie 

lądowniczej.

Lando zszedł po pochylni promu dowodzenia. Wyglądał w każdym calu jak generał - 

którym zresztą był - począwszy od ułożonego idealnie prosto rąbka połyskującego płaszcza, a 
skończywszy na wypolerowanych do najwyższego połysku, aż opalizujących butach. Elegancki, 

background image

obcisły kombinezon lekko się mienił, odbijając kolory otoczenia. Dżentelmen i oficer nie mógłby 
nosić niepasujących do siebie części stroju. Kombinezon leżał na nim, jakby został zrobiony na 
zamówienie, co, oczywiście, było prawdą. Lando sam go zaprojektował.

Przerzucił przez ramię wojskową bluzę, która sięgała mu zaledwie do pasa - naturalnie 

czarną jak smoła, bo czarny pasował do Wszystkiego. Musiał ją zamówić, kiedy Ackbar i inni 
wojskowi dostojnicy Republiki kategorycznie się sprzeciwili, żeby generał paradował w 
operetkowej pelerynie. Obok Landa kroczył Fenn Shysa, jak zwykle ubrany w obszarpany lotniczy 
kombinezon. Lando musiał przyznać, że właśnie taki strój idealnie pasuje do Mandalorianina.

Kiedy Lando wszedł pierwszy raz do kabiny promu w swoim lśniącym stroju, Shysa 

prychnął pogardliwie.

- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział choćby tylko holowizerunek 

Madine’a paradującego w czymś takim - powiedział.

- To dlatego, że Crix nie dałby rady go ściągnąć - odparł Lando, wzruszając ramionami i 

dyskretnie podziwiając krój bluzy w ogromnym lustrze. - Trochę się marszczy na plecach, jeżeli 
wiesz, o co mi chodzi.

- A ty się dziwisz, dlaczego mandaloriańscy najemnicy cię nie doceniają - odciął się Fenn.
Lando wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Lubię być niedoceniony.
- Wydaje mi się, że najbardziej lubisz cyrkowe stroje - nie pozostał mu dłużny 

Mandalorianin.

- Gdyby noszenie porządnych ubrań stało się kiedykolwiek przestępstwem, mój drogi 

przyjacielu, jestem gotów odsiedzieć nawet dożywocie - stwierdził Calrissian.

Shysa ruszył przez zatłoczone lądowisko, stawiając sprężyste, długie, wojskowe kroki. 

Lando został w tyle. Od czasu do czasu kiwał głową jakiemuś technikowi czy pracownikowi 
personelu naziemnego. Większość witał po nazwisku i przedstawiał się tym, których jeszcze nie 
znał. Ta sama znakomita pamięć, która mu pozwalała zapamiętywać taktyki i sztuczki tysięcy 
hazardzistów w galaktyce, umożliwiała mu także pamiętanie nazwisk wszystkich, których 
kiedykolwiek poznał w życiu - a często nawet imion ich dzieci i warunków życia na ich rodzinnych 
planetach. Chodziło jednak o coś więcej niż o zwykłą sztuczkę. Lando naprawdę lubił ludzi i stąd 
brała się jego niezwykła popularność wśród najniższych stopniem żołnierzy SSR. Przez to jednak 
zbyt wolno przedzierał się przez tłum, i trochę się spóźnił, więc nie zdążył usłyszeć, co Leia mówi 
Fennowi. Kiedy dotarł do nich, dowiedział się tylko, że C-3PO czeka w sali konferencyjnej z 
raportem o aktualnym stanie negocjacji i opisem ich dotychczasowego przebiegu.

Lando zauważył, że na policzkach Leii wykwitły mocne rumieńce. Podejrzewał, że to 

skutek niezdarnego komplementu Shysy. Jak mógł z nim konkurować taki nieobyty w świecie, 
prostacki pilot? Podszedł i skłonił się nad wyciągniętą ręką Leii.

- Księżniczko, z góry przepraszam za moją nieśmiałość - powiedział - ale jak zwykle na 

widok twojej urody zapominam języka w gębie.

- Przestań. - Leia wyszarpnęła dłoń z jego palców i Lando zrozumiał, że rumieńce na jej 

policzkach to prawdopodobnie wynik wściekłości. - Lepiej odpowiedz mi na jedno pytanie.

Lando zamrugał.
- Słucham, księżniczko? - zapytał, zaskoczony.
- Dlaczego jedynym znanym mi mężczyzną w wieku poniżej sześćdziesiątki, który 

zachowuje się mniej więcej jak dorosły, jest mój własny brat? - wycedziła Leia przez zaciśnięte 
zęby.

Zanim Lando zdążył wykrztusić coś, co mogłoby uchodzić za odpowiedź, księżniczka 

odwróciła się i ruszyła korytarzem w kierunku wrót hangaru. Szła szybko, sztywno wyprostowana, i 
wyglądała równie groźnie jak socorrański granitowy jastrząb.

- Co ją ugryzło? - szepnął Fenn Landowi do ucha.
- Wygląda na to, że jest trochę zdenerwowana - odparł generał.
- Myślałem, że jest dyplomatą - zauważył Mandalor. - Czy nie powinna być bardziej, no, nie 

wiem... opanowana?

background image

- Jest opanowana - odparł z naciskiem Calrissian. - Kiedyś była przesłuchiwana przez 

samego Dartha Vadera i nawet nie mrugnęła. Sprawdź w HoloNecie, co znaczy słowo „nieugięta”, 
bo to świetnie określa jej charakter.

- Wygląda na to, że właśnie się lekko ugina - mruknął Shysa.
- Ja też tak uważam - przyznał cicho Lando.
- Masz pomysł, co mogło tak rozdrażnić równie nieugiętą kobietę?
- Nie co, ale kto - odparł Lando, uśmiechając się półgębkiem. Nie od razu to sobie 

uświadomił. - Na jej obronę mogę tylko powiedzieć, że ten mężczyzna mógłby doprowadzić do 
szału nawet mistrza Jedi.

Shysa pokiwał głową.
- Czyżbyś miał na myśli Hana Solo? - powiedział.
Wpadając do hangaru z lądowiskiem, Leia przyspieszyła, ale zaraz szybko stanęła, bo 

zauważyła brak znajomej sylwetki, którą spodziewała się zobaczyć w doku remontowym, za 
szeregami myśliwców i wahadłowców. Przemknęła między technikami personelu naziemnego do 
miejsca, w którym spoczywał kiedyś „Sokół”, ale nie znalazła niczego z wyjątkiem plam smaru i 
chłodziwa na płycie lądowiska. Zauważyła także płatki lakieru z pancerza kadłuba, porzucone 
podzespoły elektroniczne i samotny klucz magnetyczny z lekko wygiętą głowicą. Zacisnęła zęby, 
podniosła klucz i zważyła go w dłoni. Potem opuściła rękę i wbiła spojrzenie złowieszczo w mrok 
przestworzy za ochronnym polem zewnętrznych wrót hangaru.

Zrozumiała, że nie powinna była zlecać Hanowi takiego zadania. Lepiej, żeby siedział w 

dusznej sali konferencyjnej, słuchając, jak C-3PO próbuje znaleźć uprzejme słowa na 
przetłumaczenie mandaloriańskich szyderstw. Już wiedziała, jaki błąd popełniła. I dlaczego.

Dlatego, że nie traktowała siebie wystarczająco poważnie.
Po tylu miesiącach wciąż jeszcze nie mogła uwierzyć, że w jej żyłach płynie krew Jedi... w 

dodatku krew niewątpliwie najpotężniejszego Jedi w historii galaktyki. Nie oswoiła się z prawdą, że 
jej instynkty, intuicja i przeczucia są czymś więcej niż tylko zjawiskami psychologicznymi, bo 
podszeptami samej Mocy. Wysłała Hana, bo w głębi duszy wierzyła, że Korelianin pobiegnie do 
ośrodka łączności i sprawdzi, czy z okrętów SSR pod dowództwem Luke’a nie nadeszły 
podprzestrzenne raporty o bieżącej sytuacji. Spodziewała się, że kiedy Han odkryje, że wszystko 
jest w porządku, po prostu wróci i jej to powie, dodając kąśliwą uwagę w rodzaju: „Czyżby w 
kanale kobiecej intuicji pojawiły się dzisiaj jakieś zakłócenia?”

Luke’owi pogodzenie się z dziedzictwem Jedi musiało sprawić mniej kłopotów. Chłopak 

dorastał na planecie Zewnętrznych Rubieży, więc słabo się orientował, kim są Jedi. W 
przeciwieństwie do niego Leia wychowywała się w rodzime, która bardzo szanowała zakon Jedi i 
wszystkie jego ideały. Mężczyzna, którego wciąż jeszcze uważała za swojego ojca - królewski 
małżonek, książę Bail Organa - był niewyczerpanym źródłem opowieści o rycerzach Jedi. Niektóre 
pochodziły z okresu Wojen Klonów, inne z wcześniejszego okresu Republiki. Bail zawsze wyrażał 
się o Jedi z niezwykłym szacunkiem dla sposobów, w jakie poświęcali życie sprawie 
sprawiedliwości i pokoju w galaktyce. A w tragicznym okresie Wojen Klonów poświęcali także 
życie w najbardziej dosłownym sensie.

Co więc w tym dziwnego, że wciąż nie potrafiła uwierzyć, że jednym z tych legendarnych 

bohaterów był jej prawdziwy ojciec, Anakin Skywalker? I że ten legendarny bohater stał się później 
najbardziej bezwzględnym i przerażającym narzędziem imperialnej tyranii? Czy ktokolwiek 
mógłby uwierzyć, że niewinny wieśniak z Tatooine, który wpadł do jej celi w bloku więziennym 
Gwiazdy Śmierci, żeby ją uratować - kierując się wyłącznie naiwną wiarą w sprawiedliwość we 
wszechświecie - jest w rzeczywistości jej bratem bliźniakiem, który liczył na to, że siostra pójdzie 
w ślady ich ojca?

To wszystko było zbyt absurdalne, żeby Leia mogła w to uwierzyć. Prędzej by uwierzyła, 

gdyby coś podobnego przydarzyło się... komuś innemu.

Uważała tak do chwili, kiedy zaszło coś równie absurdalnego. Siedząc w ponurej sali 

konferencyjnej, w głębi pozbawionej powietrza asteroidy, nagle zyskała pewność, że jej brat - od 
którego dzieliło ją tysiące lat świetlnych - ma ogromne kłopoty, że grozi mu śmiertelne 

background image

niebezpieczeństwo.

Przez chwilę miała ochotę uznać, że to po prostu śmieszne, dopóki nie dotarło do niej 

dodatkowe przeczucie. Bo teraz, podczas cierpliwego czekania na powrót Hana, uświadomiła sobie, 
że on wkrótce wpadnie w takie same tarapaty. Nawet kiedy zaniepokojenie kazało jej przeprosić 
Mandalorian i wybiec z sali konferencyjnej, postanowiła pokonać całą drogę do ośrodka łączności, 
żeby osobiście sprawdzić, co się dzieje. Tam się dowiedziała, że podprzestrzenne bieżące raporty o 
sytuacji okrętów SSR nagle umilkły - i że Han był w ośrodku zaledwie kwadrans wcześniej i 
usłyszał tę samą informację. - Pobiegła więc prosto do pieczary z lądowiskiem, bo dobrze 
wiedziała, że Han odleci, kiedy tylko silniki „Sokoła” zaczną pracować pełną mocą.

Wiedziała także dlaczego. Han nie potrafiłby opuścić przyjaciela w niebezpiecznej sytuacji. 

To po prostu było sprzeczne z jego naturą. Domyślała się, że nie poinformuje jej o swoim zamiarze. 
Han wiedział, że pod tym względem Leia niczym się od niego nie różni. To troska o 
bezpieczeństwo Leii nakazała mu ją zostawić. Han nie chciał jej narazić na utratę życia albo 
zdrowia. Leia zamierzała mu dobitnie wykazać śmieszność takiego postępowania. Pomyślała, że 
może go pokonać paroma ciosami magnetycznego klucza.

Problem w tym, jak go dogonić.
Rozejrzała się po hangarze, ale oprócz krzątających się wszędzie techników, 

przejeżdżających w pobliżu holowników, i chmur gazów wydobywających się z sykiem z 
wymienników nie znalazła niczego, co by jej w tym pomogło. Co zrobiłby w takiej sytuacji Luke? - 
zadała sobie pytanie, zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać. Szybko poczuła, w którą stronę 
powinna się skierować.

Kilka minut błąkała się bez celu po pieczarze, czekając, aż intuicja podszepnie jej coś 

jeszcze. Była tak pogrążona w myślach, że dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że zna 
przystojnego pilota, który pojawił się przed nią. Pilot rozmawiał z technikami personelu 
naziemnego, którzy podkładali klinowate wsporniki pod jego B-winga. Leila nie tylko go znała. 
Pilot był jej przyjacielem.

- Tycho! - wykrzyknęła, pomachała ręką i od razu skierowała się w jego stronę. - Nie masz 

pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę!

Tycho Celchu powitał ją z niedowierzaniem.
- Księżniczka? - zdziwił się. - Czy nie powinnaś w tej chwili uczestniczyć w negocjacjach?
- Daj spokój negocjacjom - powiedziała Leia. - Muszę dokądś polecieć. To niecierpiąca 

zwłoki sprawa dyplomatyczna.

Tycho zmarszczył brwi.
- Naprawdę? - bąknął niepewnie.
- Jestem dyplomowanym strzelcem takich myśliwców jak ten - przypomniała Leia, 

wskazując na B-winga. - Chciałabym, żebyś go przygotował do lotu tak szybko, jak to tylko 
możliwe.

Pilot zmarszczył brwi jeszcze mocniej.
- Księżniczko, jesteś cywilem... - zaczął.
- A moja matka była twoją królową. - Nie znosiła podkreślać swojego pochodzenia, ale tym 

razem sytuacja była naprawdę wyjątkowa. - Byłeś Alderaaninem, zanim zostałeś oficerem. Zrobisz 
to dla mnie, czy mam poprosić kogoś innego?

- A o co chcesz prosić? - Obok niej wyrósł jak spod ziemi Wedge Antilles. - Cześć, 

księżniczko. Jak postępują negocjacje?

- Cześć, Wedge. - Leia skrzywiła się na myśl, że będzie musiała skłamać kolejnemu 

przyjacielowi. - Uhm... wydarzyło się coś niezwykłego - zdecydowała w końcu. - Muszę 
wypożyczyć Tycha i jego B-winga. Może tylko na kilka godzin.

- Gdyby to zależało ode mnie... - Wedge rozłożył ręce przepraszającym gestem. - Jednak 

Lando... to znaczy generał Calrissian... jest naprawdę miłym gościem, niefrasobliwym i pogodnym, 
wyłącznie kiedy nie paraduje w mundurze. Dopiero jeśli złamiesz jego rozkazy, przekonasz się, że 
nie ma zupełnie poczucia humoru.

Leia przeniosła spojrzenie z jego twarzy na twarz Tycha. Ciekawe, dlaczego Moc 

background image

skierowała ją w tę stronę, skoro nie było najmniejszej szansy, żeby... Spróbowała zgadnąć, co w 
takiej sytuacji zrobiłby Luke.

Nabrała powietrza, zamknęła oczy i wypuściła powietrze z płuc. Kiedy otworzyła oczy, 

wyraźniej zobaczyła rolę obu stojących przed nią pilotów. Tycho był dla niej tylko sposobem 
wydostania się z asteroidy, Wedge zaś zwykłą przeszkodą. Obaj jednak byli porządnymi gośćmi i 
przyjaciółmi, których wyraźnie martwił jej niepokój. Nie zasługują na karę za to, że zdecydowali 
się jej pomóc.

- Luke’owi grozi niebezpieczeństwo - wyjawiła w końcu cicho i najspokojniej jak umiała.
Wedge i Tycho wymienili zagadkowe spojrzenia.
- Jakie niebezpieczeństwo? - zapytał w końcu Antilles.
- Śmiertelne - odparła bez ogródek księżniczka, nie mogąc zapanować nad drżeniem głosu.
Tycho znów spojrzał na Wedge’a, który zacisnął wargi i wbił spojrzenie w płyty lądowiska. 

Już po chwili ciężko westchnął i stanowczo kiwnął głową. Tycho odwrócił się na pięcie i odbiegł.

Leia obserwowała, jak Alderaanin przedziera się przez chaos w hangarze. Odwróciła się do 

Antillesa.

- Dokąd on pobiegł? - zapytała.
Wedge, który właśnie kierował się w kierunku swojego X-winga, odwrócił się i stanął.
- Zebrać pozostałych Łotrów! - krzyknął. - Daj nam kwadrans, dobrze?
Lando usiadł w sali konferencyjnej w zwolnionym przez Hana fotelu. Tuż po zakończeniu 

prezentacji przestał słuchać, jak Fenn Shysa kłóci się z przywódcą najemników. Znał wprawdzie 
niewiele słów języka Mando’a - tyle, żeby prowadzić zwykłą rozmowę albo oskubać 
nierozważnego Mandalorianina podczas gry w sabaka - ale w ciągu mniej więcej trzydziestu sekund 
zdążył się zorientować, że przywódca najemników zupełnie się nie przejmuje słowami Fenna 
Shysy. Shysa albo mówił kategorycznym tonem: „Lord Mandalor ci rozkazuje”, albo apelował do 
społecznej odpowiedzialności, wzywając do „obrony naszego honoru”. Lando powinien był 
wspomnieć Fennowi, zanim weszli do sali, że podobne argumenty działają tylko na umysły osób, 
które w nie wierzą, a tacy niezbyt często zgadzają się przelewać krew za imperialne kredyty.

Jak większość przyzwoitych osób Fenn chyba wierzył, że w głębi duszy każdy jest z gruntu 

przyzwoity. Pewnie uważał, że skoro sam był kiedyś najemnikiem, wszyscy inni najemnicy są do 
niego podobni: pod maską cynizmu ukrywają wrodzoną szlachetność. Problem w tym, że Fenn 
nigdy nie był najemnikiem w pełnym znaczeniu tego słowa.

W przeciwieństwie do niego Lando był hazardzistą. I to bardzo skutecznym. Jak wszyscy 

hazardziści dobrze wiedział, że o „wrodzoną szlachetność” jest w galaktyce jeszcze trudniej niż o 
pozbawiony najmniejszej skazy klejnot corusca, i że na dłuższą metę wygrywają ci, którzy 
zakładają, że motorem działania wszystkich obywateli galaktyki jest chciwość, strach i głupota.

Po półgodzinie Lando zaczął się zastanawiać, jakim cudem Han wysiedział w tej sali całe 

dwa dni i nie popełnił samobójstwa. Po godzinie doszedł do wniosku, że ani Han, ani Leia nie 
wrócą szybko do stołu negocjacji. Dopiero jednak po dłuższym czasie do sali wrócił chorąży, 
którego Lando wysłał z rozkazem odszukania księżniczki Leii. Po jego minie Lando poznał, że 
poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem.

Korzystając z tego, że przywódca mandaloriańskich najemników rozpoczął kolejne długie i 

obraźliwe przemówienie, Lando pochylił się, żeby szepnąć do ucha Fenna:

- Muszę wyjść na minutę czy dwie. Zastąp mnie, dobrze?
Shysa bez wahania pokiwał głową. On także chyba nie wsłuchiwał się w przemowę.
- Nie mam ci tego za złe - mruknął półgębkiem. - Masz dość tego samego gościa co ja?
- Nigdy nie mam dość inteligentnych osób - odparł z uśmiechem Calrissian. - Zaraz wracam.
Kiedy wyszedł na korytarz, młody chorąży wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię.
- Księżniczkę widziano ostatni raz, jak wsiadała do kabiny B-winga porucznika Celchu, 

panie generale - zameldował.

- Naprawdę? - Lando nie przestał się uśmiechać. Był zbyt doświadczonym hazardzistą, żeby 

cokolwiek dać po sobie poznać. - A kiedy ostatni raz widziano pana porucznika? - zapytał.

- No cóż, ja... mam nadzieję, panie generale, że pan wie... Bo pan wie, prawda?

background image

Lando uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Udawajmy, że nie wiem.
- Ponad godzinę temu wyleciała stąd Eskadra Łotrów, panie generale... - zaczął chorąży. - 

Kontrola Lotów twierdzi, że polecieli na jedną z pańskich... specjalnych wypraw, panie generale.

- Jedną z... moich specjalnych wypraw? - powtórzył Lando.
- Tak jest, panie generale - przytaknął podwładny. - Komandor Antilles podał kod 

weryfikacyjny.

- Ach, tak? Coś podobnego...
- Tak jest, panie generale. Czy... czy coś nie w porządku, panie generale?
- Dlaczego coś miałoby nie być w porządku? - zdziwił się Lando.
- Bo... bo księżniczka była niedawno w ośrodku łączności, panie generale - wyjaśnił 

chorąży. - Wypytywała o generała Solo.

- Nic dziwnego, że tam była - stwierdził Calrissian.
- A generał Solo pojawił się tam jakiś kwadrans wcześniej - dodał chorąży. - I pytał o pana 

generała Skywalkera.

- I czego się dowiedział o generale?
- Uhm... właściwie niczego, panie generale - odparł coraz bardziej zdezorientowany 

podwładny. - Chodzi o to, że nie ma z nim kontaktu. Nie ma wiadomości z pokładu żadnego okrętu 
Sił Szybkiego Reagowania Nowej Republiki.

- Nie ma? - powtórzył Lando. - To bardzo ciekawe.
- Tak jest, panie generale - przyznał chorąży. - Ale... jest jeszcze coś, panie generale. - 

Młody mężczyzna wyciągnął rękę z czytnikiem danych. –To transkrypcja wysyłanego 
automatycznie wezwania, powtarzanego co pięć minut w HoloNecie. Transmisja rozpoczęła się 
niecałą minutę po tym, jak straciliśmy łączność z okrętami SSR.

Lando zważył czytnik w dłoni.
- Streść mi tę wiadomość - powiedział.
- Podobno wysłał ją sam Lord Shadowspawn, panie generale - zaczął chorąży. - Ośrodek 

łączności jeszcze nie potwierdził jej autentyczności, ale...

- Ale doszedłeś do wniosku, że warto mnie z nią zapoznać - dokończył Calrissian. - Bo 

przypuszczałeś, że może mieć coś wspólnego z naszą zaginioną księżniczką i jej trzema ulubionymi 
generałami.

- W tej wiadomości, panie generale, Lord Shadowspawn twierdzi, że wziął do niewoli całą 

naszą flotę szturmową - zaczął chorąży. - Mówi, że po upływie trzech standardowych dni 
wszystkich pozabija, jeżeli Republika nie wyrazi zgody na natychmiastowe zawieszenie broni... a 
także nie potwierdzi jego roszczeń do imperialnego tronu.

- Hm - mruknął Lando. - To dziwne, bardzo dziwne.
- Ale jak mówiłem... - chorąży nerwowo zlizał kropelki potu znad górnej wargi... - nie 

wiemy nic pewnego, bo ośrodek łączności jeszcze nie potwierdził, czy tę wiadomość wysłał 
rzeczywiście Lord Shadowspawn. Nie mamy jak się dowiedzieć, czy jest prawdziwa.

- Oczywiście, że prawdziwa. To wszystko prawda - stwierdził stanowczo Lando. - Luke tam 

jest, a Han i Leia już tam lecą... nie wspominając o Eskadrze Łotrów.

- Słucham, panie generale? - zdziwił się podwładny. - Obawiam się, że nie rozumiem - 

bąknął.

- To dlatego, że jeszcze jesteś nowy, synu - pocieszył go Calrissian.
- Słucham, panie generale?
- Przekaż swoje osobiste dane mojemu adiutantowi - rozkazał Lando. - Przyda mi się ktoś 

taki jak ty.

Chorąży otworzył szeroko usta.
- Słucham, panie generale? - zapytał. - Ja nie... Chodzi mi o to, że zawiodłem...
- A kiedy będziesz przekazywał te dane, nie zapomnij dodać, że awansuję cię do stopnia 

porucznika.

Chorąży otworzył oczy równie szeroko jak przedtem usta.

background image

- Jak to, panie generale? - bąknął.
- To za to, że ocaliłeś generała od śmierci z nudów - odparł Lando. - Gdybym przypuszczał, 

że ujdzie mi to na sucho, dałbym ci także medal.

Odszedł, pozostawiając osłupiałego podwładnego na korytarzu.
Kiedy wrócił do sali konferencyjnej, kiwnął głową Fennowi, uśmiechnął się szeroko i nogą 

odsunął na bok stojący na drodze fotel.

- W porządku - powiedział głośno. - Negocjacje dobiegły końca. - Spojrzał na przywódcę 

najemników. - Wygraliście.

Shysa zmarszczył brwi.
- Wygrali? - powtórzył z niedowierzaniem.
- Naprawdę? - zapytał przywódca najemników.
- Jasne - odparł beztrosko Lando. - Zaraz dam wam to na piśmie. Żadne siły zbrojne 

Republiki tu nie wylądują, nie zajmą na stałe miejsca na orbicie ani nie zaczną w inny sposób 
okupować tej planety ani systemu, dopóki żyjecie po to, żeby służyć Imperium. Zadowolony?

- Cóż, ja... uhm, przypuszczam... to znaczy tak - wykrztusił w końcu Mandalorianin.
- To dobrze. - Lando wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. - I co teraz?
- Teraz? - Przywódca był tak zaskoczony, że zupełnie zapomniał, iż rzekomo nie potrafi 

mówić w basicu. - Co pan ma na myśli?

- Tylko to, że zwyciężyliście - odparł Calrissian. - Wasze zwycięstwo jest zupełne. 

Powtarzam: i co teraz?

- No cóż, my... myślę, że... to znaczy...
- Jak wyobrażacie sobie odebranie zapłaty? - uściślił Lando.
- Zapłaty? - powtórzył coraz bardziej zaskoczony przywódca najemników.
- Muszę wyznać, że nasze sensory też nie odbierają żadnych sygnałów, wskazujących, że 

lada chwila z nadprzestrzeni wyskoczą okręty imperialnej floty i wyrzucą za burtę worki z gotówką 
czy czymś innym w tym rodzaju - powiedział Lando.

Przywódca sposępniał.
- Rozumiem, o co panu chodzi - mruknął.
- Wygląda na to - zaczął Lando, przyglądając się swoim starannie wymanikiurowanym 

paznokciom - że brak zapłaty byłby jaskrawym naruszeniem warunków zawartego kontraktu. Nie 
wspominając o tchórzliwym opuszczeniu tego miejsca i skazaniu was na pewną śmierć. Moim 
zdaniem Imperialni doszli do wniosku, że kiedy wszyscy zginiecie, nie będą musieli wam płacić. A 
jeżeli przeżyjecie... no cóż, pozostaniecie uwięzieni na planecie głęboko w przestworzach 
Republiki. Jak wyobrażacie sobie odbiór należności?

Przywódca łypnął na niego wściekle.
- Chcesz mnie wywieść w pole - powiedział.
- Nic podobnego. - Lando mrugnął do niego. - Chcę cię wynająć.
Przywódca najemników zamyślił się na chwilę.
- Czy ty i twoi ludzie bylibyście zainteresowani wykonaniem, uhm, następnego zlecenia? - 

zapytał Calrissian. - Czy nie chcecie popracować dla ludzi, których obchodzi, czy przeżyjecie, czy 
zginiecie? Którzy naprawdę - możesz w to wierzyć albo nie - wam zapłacą?

Im dłużej przywódca zastanawiał się nad tą propozycją, tym głębsza się stawała zmarszczka 

na jego czole. Po długim namyśle Mandalorianin odwrócił się i znów spojrzał groźnie na Landa.

- Z góry? - zapytał podejrzliwie.

ROZDZIAŁ 6

- Na jakiej podstawie pan twierdzi, że Luke Skywalker nie żyje?
Holowizerunek Lorda Shadowspawna miał wprawdzie tylko pół metra wysokości, ale coś w 

jego postawie, w śmiertelnie bladej twarzy czy w zjadliwym sarkazmie, jakim ociekało każde 
słowo, sprawiało, że zdenerwowany podpułkownik lotnictwa, Norris Prang, poczuł się jeszcze 

background image

mniejszy od niego. Czuł się mniej więcej tak jak pochodzący z Kashyyyka myszopająk, 
przeczuwający, że Lord Shadowspawn zaraz go rozdepcze jak ogromny Wookie.

Z wysiłkiem przełknął ślinę i mocniej przycisnął pod pachą błyszczący czarny hełm pilota. 

Czarny pancerz miał tę zaletę, że nie było na nim widać potu, przesiąkającego przez szwy tkaniny i 
ściekającego po wewnętrznej powierzchni napierśnika. Prang zaczął się pocić mniej więcej w tej 
samej chwili, kiedy Lord Shadowspawn się uśmiechnął.

Czy Shadowspawn miał zawsze tak ogromne zęby? I takie białe... białe i spiczaste?
Norris Prang nie pamiętał. Prawdę mówiąc, nie potrafił sobie nawet przypomnieć, czy 

kiedyś widział Shadowspawna uśmiechniętego. Aż do tej pory. Nie wróżyło to dla przyszłości 
podpułkownika nic dobrego.

Może właśnie dlatego jego bezpośredni zwierzchnik, pułkownik Klick, nalegał, żeby Prang 

osobiście złożył raport.

- Ja, uhm, myślałem, mój Lordzie, że uzna pan to za dobrą wiadomość - powiedział 

podpułkownik.

- Myślał pan? - podchwycił Shadowspawn.
- Śmierć Luke’a Skywalkera - ciągnął odważnie Prang - może stać się dla Rebeliantów 

bardzo poważnym ciosem...

- ...ale jeszcze poważniejszym stanie się dla mnie - dokończył Shadowspawn. - Opowiedz 

mi wszystko jeszcze raz. Tylko powoli.

- Grawitacyjna brzytwa zadziałała tak skutecznie, jak można się było spodziewać, 

zważywszy, że to Rebelianci pierwsi otworzyli ogień - zaczął Prang.

- Słyną z tego, że zawsze to robią - burknął Lord.
- Rebeliancki okręt flagowy nie został wprawdzie zupełnie zniszczony, ale grawitacyjna 

brzytwa przecięła go na trzy kawałki - dodał podpułkownik. - Dwa większe koziołkują w tej chwili 
bezradnie na orbicie, a najmniejszy fragment z mostkiem zdołał zachować zdolność mane...

- Panie podpułkowniku - przerwał mu ostro Shadowspawn.
Prang wbrew sobie znów przełknął ślinę.
- Słucham, mój Lordzie? - zapytał.
- Powiedz mi, jak zamierzasz schwytać Luke’a Skywalkera.
- Zamierzam...? Mój Lordzie, jedynym dowodem jego obecności, jakim dysponujemy, jest 

przekazana za pośrednictwem fal elektromagnetycznych pojedyncza niezakodowana wiadomość, 
która równie dobrze może być jakąś sztuczką.

- Sztuczką? Luke Skywalker nie stosuje żadnych sztuczek - zapewnił Shadowspawn. - 

Jedynym dowodem jest to, że ktoś wylądował kawałkiem gwiezdnego okrętu klasy Mon Calamari, 
wykorzystując w tym celu tylko silniczki manewrowe. To musi być sprawka Skywalkera.

- Ale, mój Lordzie, sekcja z mostkiem eksplodowała po zderzeniu z powierzchnią gruntu...
Holowizerunek Shadowspawna groźnie zmrużył czarne jak międzygwiezdna pustka oczy.
- Gdyby Luke Skywalker zginął, wyczułbym to w Ciem... w Mocy - powiedział 

Shadowspawn. - Odszukaj go, podpułkowniku. Odszukaj i sprowadź do mnie. Żywego. Nie może 
mu się stać żadna krzywda. Rozumiesz? Wykonaj rozkaz, jakby od tego miało zależeć twoje życie.

Podpułkownik lotnictwa energicznie zasalutował.
- Zrobię wszystko, co każesz, mój Lordzie - zapewnił.

Luke wspinał się z mozołem po zboczu krateru, który powstał po upadku najmniejszego 

fragmentu „Sprawiedliwości”. Pierścień na wpół stopionej wulkanicznej skały został wyrzucony w 
powietrze na wysokość pięciu metrów ponad wzgórze utworzone z takiej samej skały. Z tego 
miejsca Luke zauważył, że cała planeta powstała z wulkanicznej skały. Wśród czarnych głazów 
były ślady stłumionej czerwieni i błękitu, zgniłej zieleni i brudnej żółci minerałów. Widział także 
opalizujące metaliczne plamy, pozostawione przez meteoryty, których ulewy spadały codziennie na 
powierzchnię planety.

Na skraju krateru Luke przypadł płasko do ziemi i powoli, ostrożnie uniósł sztuczną rękę z 

background image

czujnikiem natężenia promieniowania. Skąpe zasoby bacty, które ocalały z kadłuba wraku, nie 
wystarczały do wyleczenia obrażeń, jakie większość odniosła podczas awaryjnego lądowania, więc 
nie było sensu samemu się narażać na napromieniowanie.

Stojący poniżej R2 zakołysał się z boku na bok i ostrzegawczo zagwizdał.
- Wiem - potwierdził Luke, spoglądając kątem oka na wyświetlacz czujnika natężenia 

promieniowania. - Muszę się jednak upewnić, że resztki wraku uległy zniszczeniu, zanim opuścimy 
to miejsce. Nie możemy dopuścić, żeby ci goście położyli łapy na najnowszym arcydziele 
kalamariańskiej stoczni.

W odpowiedzi R2 karcąco zaświergotał, co rozśmieszyło Luke’a.
- Kiedy uporasz się z naprawą tej gąsienicy, będziesz się mógł znów tym zająć - powiedział. 

- Do tej pory jednak...

Tym razem świergot R2 zabrzmiał miękko, jakby robot się tłumaczył.
- Gdybyś się martwił o siebie tak bardzo jak o mnie, nie byłoby tej rozmowy - odparł 

Skywalker. - Moim zdaniem spędzasz stanowczo zbyt dużo czasu w towarzystwie Threepia.

Czujnik natężenia promieniowania rozbłysnął na niebiesko, potem na czerwono i jeszcze raz 

na niebiesko. Oznaczało to na tyle niski poziom radiacji, żeby Luke mógł zaryzykować wyjrzenie z 
krateru. Lej miał jakieś piętnaście metrów głębokości, chociaż jego średnica wynosiła kilkaset 
metrów. Wyglądało na to, że elastyczne wulkaniczne skały pochłonęły większą część energii 
eksplozji. Jeżeli chodzi o samą „Sprawiedliwość”, Luke miał przed sobą dowód, że kalamariańskie 
ładunki wybuchowe są równie skuteczne jak wszystko, co istoty tej rasy kiedykolwiek stworzyły... 
Nie zauważył ani jednego fragmentu wraku większego niż swoje złączone pięści. Zamierzał potem 
rozejrzeć się dokładniej; na razie gorący wiatr smagał jego twarz kłębami popiołu.

Osunął się poza krawędź. Nie ocierał oczu. Czekał, aż zaczną łzawić, co pomoże wypłukać 

z nich drobiny piasku. Pamiętał, że brakuje bacty, więc podrażniona rogówka na pewno nie 
umilałaby mu życia. Osłonił twarz strzępem bluzy bojowego munduru, wstrzymując oddech. Kiedy 
to zrobił, mocno zawiązał rogi. Wiedział, że oddychanie tym pyłem może być jeszcze mniej 
zabawne niż usuwanie go z oczu. Wszystko to jednak było tylko doraźnym rozwiązaniem, bo sama 
atmosfera była zanieczyszczona. Przebywał na powierzchni ledwie standardową godzinę, a już przy 
każdym oddechu odczuwał drapanie w gardle.

Terro-weet-weet-weet-weet-weet!
Słysząc natarczywe, ostrzegawcze popiskiwanie Artoo, Luke odwrócił głowę.
- O co chodzi? - zapytał.
Holoprojektor astromechanicznego robota wyświetlił błękitnawe płomienie biegnące po 

schematycznie przedstawionej krzywiźnie powierzchni planety Luke odwrócił się na południe, 
gdzie jaśniejące niebo płonęło pomarańczowo z powodu nadciągającej ulewy meteorytów.

- Cudownie, nie ma co - mruknął. Wyjął komunikator i nastawił go na kanał dowodzenia 

„Sprawiedliwości”. - Tubrimi, zgłoś się - powiedział. - Tubrimi, czy mnie słyszysz?

W odpowiedzi usłyszał tylko szum zakłóceń. Przesycona tlenkami metali i zjonizowana 

atmosfera Mindora w najlepszym razie utrudniała, a w najgorszym uniemożliwiała wszelką 
łączność. Do przesłania wiadomości na odległość większą niż kilometr czy dwa potrzebna była moc 
całego zestawu pokładowych komunikatorów gwiezdnego okrętu, zwłaszcza podczas piaskowej 
burzy. Drobiny kurzu były po większej części także tlenkami metali, pochodzącymi ze szczątków 
meteorytów i bombardowanej przez nie nagiej skały. Luke widział otwory jaskiń, w których 
schronili się pozostali członkowie załogi. Znajdowały się parę kilometrów dalej, pośród łagodnie 
pofałdowanych wzgórz, ale jego komunikator po prostu nie miał dość energii, żeby się z nimi 
skontaktować.

- Artoo! - zawołał. - Wytwórz wąską wiązkę kierunkową i prześlij ostrzeżenie do 

Tubrimiego i Sthonnarta! Powiedz im, żeby opuścili perymetr i schronili się w tamtych jaskiniach...

Zmarszczył czoło, bo wyczuł w Mocy niespodziewany impuls emocji...
To była panika. Przerażenie. Szok i wściekłość. A po chwili dwa kilometry dalej, tam gdzie 

znajdowały się wyloty jaskiń, pojawiły się szkarłatne i białe błyski...

Blasterowe strzały i eksplozje termicznych detonatorów.

background image

Mogło to oznaczać tylko jedno: zaciętą bitwę.
Terro-oo-weet?
- Nie czekaj na potwierdzenie - nakazał robotowi Skywalker. - Chowaj się, gdzie możesz - 

dokończył, zeskakując z krawędzi krateru. - Zaraz sam im to powiem - zdecydował.

Wyskoczył i w biegu zapalił klingę świetlnego miecza.

Porucznik Tubrimi zmiął w sprawnej ręce transkrypcję zaszyfrowanego sygnału 

kierunkowego i wstał.

- Słyszeliście rozkazy - zwrócił się do dwóch obsługujących komunikator chorążych i 

skierował na nich ogromne czarne oczy, żeby nadać większą wagę swoim słowom. - Pakujcie sprzęt 
i pędem do jaskiń! Wszystko ma stąd zniknąć, dopóki nie otrzymamy od dowódcy zaszyfrowanego 
rozkazu wzywającego do wyjścia.

Przy każdym kroku złamana ręka bardzo go bolała, i to pomimo opatrunku z twardniejącej 

pianki, którą spryskał mu ramię jeden z marynarzy. Miał nadzieję, że kiedy stan rannych się 
ustabilizuje, pozostanie trochę bacty.

- Panie majorze! - zawołał, podchodząc do wylotu jaskini. - Generał Skywalker wydał 

rozkaz utworzenia...

Zajrzał do środka i zamarł. Jaskinia była pusta.
Sanitariusze zniknęli. Nawet ranni jakby po prostu się rozpłynęli. Pozostały po nich tylko 

zapasowe koce, pakiety z zasobami wody i zużyte opatrunki z bactą. Tubrimi aż się zachłysnął.

- Majorze Sthonnart, gdzie pan jest? - krzyknął. - Hej, co się tu dzieje? Jest pan tam?
Zza jego pleców napłynęły odgłosy strzałów z nastawionych na automatyczny ogień 

blasterów. Słychać było także ogłuszające huki eksplozji termicznych detonatorów, a ktoś inny 
wykrzykiwał rozkazy. Tubrimi słyszał nawet urwane w połowie wrzaski rannych marynarzy. 
Odwrócił się w stronę obu chorążych, którzy obsługiwali komunikator, i stwierdził, że oni także 
zniknęli, a antena urządzenia leży na boku, kołysząc się w podmuchach przesyconego popiołem 
wiatru.

- Hej! - wrzasnął Tubrimi.
Wspiął się na niewielki pagórek w samą porę, żeby zobaczyć, jak jeden z chorążych - leżący 

na plecach z szeroko otwartymi oczami - pogrąża się w dnie jaskini, jakby wulkaniczna skała miała 
konsystencję gęstego oleju. Skoczył, chcąc pomóc podwładnemu, ale zanim zdążył do niego 
dobiec, chorąży zniknął mu z oczu... a skała zamknęła się nad nim znów twarda i zimna. Tubrimi 
wyprostował się i rozejrzał po jaskini, szukając kogokolwiek z setek żołnierzy i marynarzy. Poczuł, 
że coś dotknęło jego Kostki, i w jego mózgu eksplodowała ciemność.

Biegnąc, Luke obserwował cały czas przebieg bitwy. Posługiwał się Mocą, żeby 

przeskakiwać ze skały na skałę, że prawie frunął - nie musiał nawet uważać, gdzie stawia stopy. 
Pokonał dwa kilometry mniej więcej w dwie minuty.

Bitwa nie zakończyła się jak każda inna. Po prostu ustała. Luke nie widział, żeby 

ktokolwiek wyprowadzał jeńców czy ewakuował rannych.

Nie widział nikogo.
Przed jaskiniami nie leżały żadne ciała. Nie zobaczył w jaskiniach ani marynarzy, ani 

żołnierzy piechoty morskiej. Nie zauważył także żadnego astromechanicznego robota ani 
medycznego androida. Słychać tylko było szept poruszanego przez podmuchy wiatru piasku i 
trzeszczenie stygnących skał. Powietrze w jaskiniach cuchnęło od wystrzelonych nieco wcześniej 
blasterowych błyskawic, a skały w niektórych miejscach wciąż jeszcze jarzyły się żółtawym 
blaskiem, gdzie termiczne detonatory wyładowały część energii eksplozji. Luke nie wyjął blastera z 
kabury i przypiął do pasa rękojeść zgaszonego miecza. Nie wyczuwał absolutnie żadnego 
zagrożenia.

Na dnie jaskini leżały zużyte opatrunki z bactą i pojemniki na wodę, a nawet kilka 

background image

ulubionych przez żołnierzy piechoty morskiej karabinów blasterowych typu DH-17. Luke nawet 
przechadzał się po jaskiniach z przymkniętymi oczami. Pocierając opuszkami palców skały, wyczuł 
blednące echa tych samych emocji, które wyczuwał z większej odległości, z okolic krateru. Były to 
jednak tylko nikłe ślady w Mocy.

Czy to on poprowadził całą grupę szturmową w zasadzkę i stracił albo zgubił kilkaset osób? 

Czyżby zostali schwytani? Na pewno nie przez Imperialnych. A może zostali zabici albo rozpyleni 
na atomy tak skutecznie, że nie pozostał po nich nawet popiół? Ale w jaki sposób?

Coś takiego po prostu było niemożliwe.
Luke nie był nawet zdenerwowany, bo trudno mu było sobie wyobrazić, co się tu 

wydarzyło. Nie mógł się zdobyć na żadną emocjonalną reakcję. Był odrętwiały, oszołomiony.

Oparł się o skałę i spuścił głowę.
- Benie - zaczął cicho, właściwie bez żadnej nadziei. - Słyszysz mnie? Co powinienem był 

zrobić? Mistrzu Yodo, jak mam zareagować?

W szeleście osypujących się ziarnek piasku nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
Wiedział tylko, że zdarzyło się coś złego.
Osunął się i usiadł, oparty plecami o skałę. Odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Poczuł 

się tak, jakby wszystko, co dotąd zrobił, zrobił źle.

Każdego dnia życia dokonywał niewłaściwych wyborów. Oczami wyobraźni ujrzał 

wszystkich, którzy zginęli z jego winy. Zobaczył także wielu innych, którzy zostali ranni. Nie tylko 
tu, na Mindorze, ale także na Endorze, a nawet na księżycu Yavina. Powrócił myślami do osób, 
które zabił osobiście. Ich ciała nadal leżały w zniszczonym wejściu do domu na farmie wilgoci na 
Tatooine, a ze szczątków Owena i Beru Larsów wciąż jeszcze unosiły się strużki dymu. A sądziłem, 
że mam to wszystko za sobą, że nareszcie czeka mnie szczęśliwe zakończenie, pomyślał. Tak mi się 
wydawało. Czy nie zrobiłem wszystkiego, o co mnie poprosiliście? Mistrzu Yodo, chciałeś, żebym 
zakończył okres panowania Sithów. Sithowie zniknęli. Benie, prosiłeś mnie, żebym unicestwił 
Dartha Vadera. Spełniłem twoją prośbę. Ojcze... nawet ty, ojcze, powiedziałeś mi, że razem 
obalimy Imperatora, i zrobiliśmy to. Teraz wszystko się skończyło, ale to jeszcze nie koniec. To się 
nigdy nie skończy.

Nagle jaskinia zadrżała, rozległ się głuchy huk. Luke się domyślił, że to odgłos ulewy skał, 

które zaczęły bombardować okolice niczym ostrzał z orbity. Siedział ze spuszczoną głową, a za 
kołnierz jego bluzy wpadał żwir. Wyobrażał sobie, jak meteoryty spadają na okoliczne wzgórza.

Miałem nadzieję, że po tym wszystkim czeka mnie szczęśliwa przyszłość, pomyślał. 

Pomyliłem się. Byłem gotów zginąć. Nadal jestem gotów oddać życie. Wszystko nadaremnie, 
podobnie jak wszystkie wydarzenia. Nadal toczymy zacięte walki. Zawsze tak będzie. Wygląda na 
to, że w rzeczywistości nikogo nie ocaliłem.

Przeszłość minęła, przypomniał sobie słowa mistrza Yody. Zmienna jest przyszłość. Teraz 

zmienna będzie nawet wieczność. Luke tak rozumiał jego słowa: „Nie martw się o to, co zostało 
zrobione, i nie przejmuj się tym, co zrobisz później. Zrób coś teraz”.

Rada byłaby znakomita, gdyby Luke miał choćby blade pojęcie, czym powinno być to coś. 

Może gdyby miał więcej doświadczenia jako generał, wiedziałby, czy powinien teraz rozpocząć 
poszukiwania zaginionych podwładnych, czy lepiej wrócić na miejsce katastrofy i czekać na ekipę 
ratunkową, czy też w jakiś sposób przekazać rozkaz grupie szturmowców, aby odlecieli w 
przestworza. Nie powinienem był się podejmować tego zadania, pomyślał ponuro. Nie mam 
pojęcia, co generał powinien zrobić w takiej sytuacji. Wiem tylko to, co Jedi...

Niespodziewanie uniósł głowę. Przecież wiem, co w takiej sytuacji zrobiłby Jedi, 

uświadomił sobie. Przede wszystkim nie siedziałby bezczynnie i nie użalał się nad sobą.

Zwłaszcza że grunt pod jego stopami przestał się trząść, a dobiegający z zewnątrz grzmot 

meteorytów przeszedł w wiele pojedynczych sonicznych huków. Młody Jedi wstał i wyszedł z 
jaskini.

Na niebie roiło się od myśliwców TIE. Piloci raz po raz pokonywali barierę dźwięku, 

prowadząc poszukiwania po liniach niewidocznej sieci.

Luke odpiął od pasa świetlny miecz i kciukiem włączył ognistą klingę. W zetknięciu z 

background image

zawieszonymi w powietrzu drobinami pyłu kolumna błękitnego blasku zaczęła syczeć i trzaskać. 
Kiedy pilot jednego z myśliwców TIE wprowadził maszynę w korkociąg i zawrócił, żeby się lepiej 
przyjrzeć niecodziennemu zjawisku, Luke uśmiechnął się do siebie i wykonał klingą zapraszający 
gest niczym technik personelu naziemnego, zachęcający pilota do lądowania.

Zgasił świetlny miecz i usiadł na ciepłej skale, przyjmując pozycję jak do medytacji. Zaplótł 

ramiona na piersi i uzbroił się w cierpliwość.

Wkrótce nad jego głową zaczęło krążyć stadko myśliwców TIE. Zaczekał, aż pojawią się 

także atmosferyczne kanonierki i wylądują kilkaset metrów od niego. Siedział cierpliwie i 
obserwował, jak z kanonierek wysypują się setki zakutych w czarne pancerze szturmowców, jak 
tworzą szyk i ruszają łukiem ku niemu z gotowymi do strzału Masterami. Czekał, aż żołnierz z 
oznakami pułkownika lotnictwa na płycie napierśnika wystąpi do przodu i zawoła:

- Generale Skywalker!
Dopiero wówczas wstał.
Stojący półkolem szturmowcy napięli mięśnie i jak za pociągnięciem sznurka przyłożyli do 

ramienia kolby gotowych do strzału blasterowych karabinów.

- Generale Skywalker! - zawołał pułkownik. - Czy pan się nazywa Luke Skywalker?
- Jeżeli to nie zabrzmi jak wyświechtany frazes, proszę mnie zaprowadzić do swojego 

dowódcy. - Luke wyciągnął ku niemu wyłączony miecz świetlny na otwartej dłoni i się uśmiechnął.

R2-D2 przeczekał ulewę meteorytów w przytulnej małej jaskini w pobliżu krawędzi krateru, 

gdzie beztrosko naprawiał uszkodzoną gąsienicę. Kiedy meteoryty zaczęły bombardować planetę 
tak gęsto, że przeszkodziło mu to w pracy - kilka wstrząsów gruntu zakołysało małym robotem, aż 
R2-D2 poczuł się jak touraniański skokokamień w kubku do gry w kości - mały robot po prostu 
zakotwiczył się, wwiercając końcówki rezerwowych manipulatorów w ściany jaskini, i znów zajął 
się naprawą. Dysponował niewiarygodnie bogatym zestawem osobistych narzędzi, więc usunięcie 
usterki nie przedstawiało dla niego żadnego problemu, ale i tak wpisał do archiwum naprawczego 
uwagę, żeby wymieniono mu gąsienicę na nową przy najbliższej okazji, kiedy odwiedzi dobrze 
wyposażony ośrodek serwisowy.

Wkrótce ulewa skalnych brył ustała i czujniki dźwiękowe robota zarejestrowały 

charakterystyczny dźwięk powietrza omywającego panele akumulatorów myśliwców typu TIE. 
Taki odgłos zawsze powstawał, ilekroć piloci tego typu myśliwców przelatywali przez atmosferę. 
Pokładowy algorytm oceny zagrożenia robota oszacował, że dźwięki napływają z wysokości kilku 
kilometrów, więc szybkie wytknięcie kopułki na zewnątrz nie wiązało się z przesadnie dużym 
ryzykiem. Artoo wysunął najpierw paraboliczną miniantenę i dokonał pospiesznego skanowania 
kilku kanałów sensorów. Nie zarejestrował sygnałów urządzeń do wykrywania automatów, więc 
uruchomił napęd sprawnie już funkcjonujących gąsienic, wykręcił końcówki manipulatorów ze 
ścian jaskini i z cichym pomrukiem wyjechał na zewnątrz.

- Tu jesteś, maluchu! - Czujniki dźwiękowe robota zarejestrowały okrzyk w postaci serii 

impulsów akustycznych, składających się na głos mężczyzny mówiącego w basicu z 
charakterystycznym akcentem Wewnętrznych Rubieży. R2 od razu przesłał kopię nagrania do 
archiwum sygnałów akustycznych, bo z długiego doświadczenia wiedział, jak wielka przyjemność 
sprawia Threepiowi analizowanie charakterystycznego brzmienia spółgłosek i samogłosek w celu 
określenia macierzystej planety - a także jej regionu - mówiącej osoby. Nie tylko zresztą samej 
osoby, ale także jej rodziców, towarzyszy z okresu dzieciństwa, nauczycieli i ewentualnego 
towarzysza czy towarzyszki życia. R2-D2 mógł być pewny - z prawdopodobieństwem 
przekraczającym siedemdziesiąt trzy procent - że mówiąca te słowa osoba jest mieszkańcem 
Mindora, ale postanowił ostateczny osąd w tej sprawie pozostawić ekspertowi. Każdy automat 
musiał być w czymś dobry... a C-3PO, podobnie zresztą jak wielu ludzi, miał niemiły zwyczaj 
upierania się, że jest najlepszy w takich sprawach. R2 postanowił więc zapisać w pamięci, że ma 
udawać całkowitą ignorancję. Oceniał, że dzięki temu zaoszczędzi trzydzieści siedem minut 
bezsensownej sprzeczki z protokolarnym androidem.

Algorytm oceny zagrożenia robota zarejestrował także punkt, z którego dobiegł okrzyk. 

Miejsce znajdowało się osiemdziesiąt siedem stopni od planetarnej północy w odległości niespełna 

background image

trzech metrów... kiedy więc mówiąca osoba złapała małego robota, jego antyamperowe 
kondensatory były w pełni naładowane.

- Aeono! Mam go! - wykrzyknął mężczyzna. - Mam...auuu!...
- Właśnie w taki sposób zareagował na elektrostatyczne wyładowanie, które odrzuciło go o 

dobry metr i pozostawiło drżącego na skale. Z jego na wpół zwęglonych rękawic jeszcze długo 
strzelały skwierczące iskry.

- Boakie! - zawołał inny mężczyzna, ale z takim samym akcentem jak pierwszy. - Ten mały 

potwór zabił Boakiego! Niech ktoś mi poda blaster jonowy...

- Unieważniam ten rozkaz! - Tym razem głos pochodził na pewno z ust kobiety, która - 

sądząc po autorytatywnym tonie - była przyzwyczajona do natychmiastowego wykonywania jej 
rozkazów. - Schowaj ten blaster, Tripp.

- Ale... on zabił Boakiego!
- Boakie żyje - oznajmiła kobieta. - Dostał tylko nauczkę, więc może w przyszłości będzie 

trzymał ręce przy sobie. A teraz schowaj ten blaster, zanim ci go zabiorę i wpakuję ładunek...

- Ale ja tylko...
- Tripp.
- Niech będzie, jak chcesz, Aeono - odparł z rezygnacją podwładny. - Chodziło mi tylko o 

to, że... O rany, nie możesz winić mężczyzny za to, że...

- Jasne, że mogę - ucięła Aeona. - A teraz się cofnij. Chcę porozmawiać z tym robotem.
Pomiędzy skałami coś się poruszyło. Dla zestawu czujników optycznych R2-D2 wyglądało 

to, jakby kawałek lawy wstał i zaczął się zbliżać. Artoo jeszcze nigdy czegoś takiego nie widział, 
więc zaczął wszystko rejestrować.

Poddał potem to nagranie multispektralnej analizie w czasie rzeczywistym i odkrył - dzięki 

kombinacji wyników termicznych i bioelektrycznych pól - że wszystkie okoliczne skały, a było ich 
dziewiętnaście, to przebrani ludzie. Wyglądało na to, że zrobili sobie toporne imitacje pancerzy 
imperialnych szturmowców, przyklejając odłamki lawy do resztek skafandrów umożliwiających 
przeżycie. W uwadze dołączonej do zarejestrowanego nagrania R2 stwierdził, że to szczególnie 
wymowny przykład niezwykłej pomysłowości ludzi w wymyślaniu sposobów kamuflażu.

- Hej, mały gościu - odezwała się przywódczyni grupy. Zbliżała się do R2, demonstracyjnie 

pokazując puste dłonie. Kiedy znalazła się blisko, kucnęła, jakby robot był przestraszonym 
shistavaneńskim szczeniakiem. - Co tu porabiasz sam jak palec? - zapytała. - Na kogoś czekasz?

- Idę o zakład, że na handlarza złomem - burknął Tripp. - Masz pojęcie, jak stary jest ten 

robot? Jeżeli nie jest uszkodzony, to kto by go tu zostawił? Moim zdaniem powinniśmy go rozebrać 
na części.

- Tutaj liczy się tylko to, co ja powiem - przypomniała oschle Aeona, ale zwracając się do 

R2, przywróciła głosowi miękki, przyjazny ton. - Nie zwracaj na niego uwagi - powiedziała.

- Ale... posłuchaj, Aeono. Mówię poważnie - upierał się podwładny. - Nasze trzy ostatnie 

astromechaniczne roboty ledwo funkcjonują... a wszystkie są nowsze niż ten. Naprawdę przydałyby 
się nam jego podzespoły!

Na twarzy kobiety pojawił się wyraz, którego algorytm analizy optycznej obrazów R2 nie 

potrafił zanalizować, a który nakazał jego systemowi oceny zagrożenia umiarkowaną odpowiedź. 
Artoo doszedł do wniosku, że roztropnie będzie ostrzec tych ludzi o możliwych konsekwencjach 
akcji zaczepnej.

Pospiesznie przeszukując bazy archiwalnych danych, natrafił w końcu na nagranie akcji 

ratowania Hana Solo na Tatooine, a także na relację z chaotycznej bitwy, jaka się rozegrała na 
pokładzie żaglowej barki Hutta Jabby nad Wielką Jamą Carkoon. Doszedł do wniosku, że musi 
dokonać kilku poprawek i dodać fragmenty późniejszego nagrania. Postanowił zastąpić 
gamorreańskich strażników i innych sługusów huttańskiego Lorda świata przestępczego ludźmi w 
pancerzach z kawałków lawy, a pokład huttańskiej karaweli - spustoszonym krajobrazem Mindora. 
To wszystko zajęło mu tylko siedemdziesiąt osiem setnych sekundy, a kiedy praca dobiegła końca, 
włączył holoprojektor i wyświetlił rezultaty. W powietrzu przed nim pojawił się miniaturowy Luke 
Skywalker z płonącą zielonym blaskiem klingą świetlnego miecza w dłoni. Skacząc energicznie 

background image

pośród wizerunków osób, które zamierzały schwytać R2, młody Jedi ciął ich i atakował jakby ze 
wszystkich stron naraz.

- Co to ma znaczyć? - zapytał zaskoczony Tripp. - Czyżby ten mały robot... nam groził?
- Zamknij się. - Aeona przyklękła na jedno kolano, żeby się lepiej przyjrzeć wyświetlanemu 

przez R2 holoobrazowi. Po chwili twarz jej złagodniała, oczy się rozszerzyły, a w głosie dało się 
słyszeć zdumienie.

- To Jedi... - zaczęła.
- Chyba w to nie wierzysz, co? - Tripp pokręcił głową i wymownym ruchem położył dłoń na 

kolbie blastera DEMP. - Imperium zabiło wszystkich chyba jeszcze przed moimi narodzinami.

- Ale nie przed moimi. - Kobieta nie odrywała spojrzenia od holowizerunku Luke’a. - Ten 

robot jest własnością jakiegoś Jedi - doszła do wniosku. - To właśnie na niego tu czeka. Moim 
zdaniem powinniśmy zaczekać razem z nim... Naprawdę chciałabym poznać tego Jedi, i mam 
nadzieję, że się tu pokaże. Przydałaby się nam jego pomoc.

- A jeżeli ten ktoś, kto po niego przyjdzie, nie będzie Jedi?
Kobieta wstała, a z jej twarzy znikł wyraz łagodności.
- Wówczas zabierzemy jego statek i pozostawimy go dla Topniaków - oznajmiła, 

wzruszając ramionami. - Przynajmniej nie będziemy musieli sami go zabijać.

Kanonierka łagodnie osiadła na rozległym polu w cieniu wież turbolaserów. Jeden z 

zakutych w czarne pancerze szturmowców zrobił wyrazisty gest karabinem blasterowym.

- Wysiadać - rozkazał.
Luke spojrzał na wieże i setki kanonierek. Ich równe rzędy ciągnęły się w górę aż do 

otworów jaskiń wysoko nad krzywizną wulkanicznej kopuły. Z niektórych otworów jaskiń 
wylatywały chmury myśliwców TIE, do innych zaś wlatywały.

Jego porywacze chyba nie mieli nic przeciwko temu, że zobaczy ich systemy obronne. Luke 

nie był zaskoczony. Miał pewność, że nie zamierzają go zostawić przy życiu.

Otoczył go cały pluton zakutych w połyskujące czarne pancerze szturmowców z gotowymi 

do strzału blasterami. Dwaj idący tuż za nim żołnierze mierzyli z karabinów w jego plecy. Ich 
sierżant szedł na czele całej grupy. Za całą grupą - w odległości, która pozwalała mieć na wszystko 
oko - kroczył osobnik, którego Luke od razu uznał za oficera politycznego. Oficer nie nosił 
pancerza, ale ciemny vaderopodobny strój z peleryną, a także dziwaczny kapelusz - czarną jak 
smoła wersję niesamowitego półksiężyca, jaki miał na głowie wizerunek rzekomego Lorda 
Shadowspawna. Oficer miał trupiobladą, nieruchomą twarz i czarne jak węgiel oczy, podobne do 
oczu samego Shadowspawna... prawdę mówiąc, dokładnie takie same. Luke mógłby zacząć 
podejrzewać, że to Shadowspawn, jednak pod czarną jak smoła peleryną kryło się ciało niskiej i 
dosyć pulchnej kobiety.

Nieznajoma niosła jego świetlny miecz, ale cuchnęło od niej Ciemną Stroną.
Przyleciała na pokładzie kanonierki, którą Luke został przetransportowany z jaskini. Ani 

razu się nie odezwała, ale jej najmniejszy gest wystarczał, żeby wskazany szturmowiec bez słowa 
wykonał każdy rozkaz. Tu, pośród systemów obronnych i setek, a może tysięcy żołnierzy, Luke 
zauważył kilkanaście osób noszących podobne do półksiężyców nakrycia głowy. Wszyscy mieli 
blade, nieruchome twarze - wyglądające jak holomaski - i najwyraźniej cieszyli się szacunkiem 
zakutych w czarne pancerze szturmowców. Nie było tu ani jednego regularnego żołnierza 
Imperium, tylko Czarni Szturmowcy i bladolicy osobnicy obojga płci w Księżycowych 
Kapeluszach.

A od wszystkich Księżycowych Kapeluszy czuć było taki sam odór Ciemnej Strony jak od 

oficera politycznego... woń przewrotności niemal namacalna. Luke mógłby zamknąć oczy i 
wskazywać wszystkie te osoby, jedną po drugiej, dzięki obrzydliwej aurze, jaką emanowały.

Systemy obronne bazy nie wywarły na nim specjalnego wrażenia. W ich skład wchodziło 

pięć turbojonowych podwójnych dział, z których można było ostrzeliwać obiekty na orbicie, a także 
podwójny pierścień baterii turbolaserów ustawionych w taki sposób, że były wymierzone w 

background image

powierzchnię. Były tu także działa przeciwpancerne i inne tego rodzaju. Naturalnie Luke mógł 
zauważyć tylko stacjonarne systemy obronne. Nie potrafiłby zgadnąć, jakie myśliwce trzyma w 
ukryciu Lord Shadowspawn, bo sama baza kryła się wewnątrz wydrążonej wulkanicznej kopuły o 
średnicy przekraczającej pięć kilometrów. Młody Jedi doszedł do wniosku, że mógłby upchnąć w 
niej większość swoich okrętów SSR i pozostałoby jeszcze trochę wolnego miejsca... zwłaszcza że 
nie potrafił ocenić, jak głęboko mogą sięgać bezkresne pieczary, z których wydobywały się strużki 
dymu. Na najwyższej części wulkanicznej kopuły, pośrodku pierścienia dział do ostrzeliwania 
obiektów na orbicie, Luke dostrzegł pojedyncze stanowisko, osłonięte czymś w rodzaju 
opancerzonej skorupy. Skywalker odwrócił się do jednego z idących obok niego szturmowców i 
wskazał tamto miejsce.

- Powiedz mi, co tam jest - zażądał władczym tonem.
Wyczuł impuls w Mocy i obejrzał się za siebie w samą porę, żeby zobaczyć, jak księżycowy 

kapelusz dotyka palcem warg, a potem wyciąga rękę z dłonią skierowaną w dół. Jeden z idących za 
nim szturmowców szturchnął Luke’a lufą w nerkę. Z całej siły.

- Słyszałeś, co powiedziała - mruknął cicho.
- Słyszałem? - zdziwił się Luke.
- Żadnych rozmów - dodał szturmowiec. - Dobrze wiemy, jakie sztuczki potrafią wyprawiać 

Jedi.

Luke wzruszył ramionami i ruszył dalej trochę sztywno, dopóki nie minął mu ból w plecach.
- Nie bij mnie więcej, proszę - powiedział.
Tym razem otrzymał cios kolbą karabinu w tył głowy, wymierzony z taką siłą, że aż ugięły 

się pod nim kolana.

- Czyżbyś mnie za pierwszym razem nie usłyszał? - zapytał szturmowiec.
Luke wyprostował się i pokręcił głową, żeby zgasić świecące w niej gwiazdy. Stanął na 

chwilę i obejrzał się za siebie.

- Słyszałem cię - powiedział - ale nie widzę żadnego konkretnego powodu, żeby cię słuchać.
- To może posłuchasz tego.
Luke usłyszał ostrzegawczy szept Mocy i odwrócił się w samą porę, żeby chwycić 

prawdziwą dłonią kolbę karabinu i przytrzymać ją z całej siły.

- Grzecznie prosiłem - przypomniał.
Zdumiony szturmowiec usiłował wyszarpnąć karabin, ale Luke zacisnął palce na kolbie i 

pozwolił, żeby Moc dodała siły jego dłoni. Machnął ręką i roztrzaskał kolbę karabinu na plastytowe 
drzazgi. Drugi szturmowiec zaklął i wypuścił automatyczną serię ze swojej broni. Luke wyciągnął 
rękę z protezą, która zastąpiła mu dłoń uciętą przez ojca. Precyzyjnie podążając za ruchem lufy 
karabinu, przyjął wszystkie pięć błyskawic na otwartą dłoń.

- Proszę także, żebyście do mnie nie strzelali - powiedział. Pokazał osłupiałemu 

szturmowcowi jedyny skutek stłumionych przez Moc blasterowych strzałów. Z nieuszkodzonej 
dłoni unosiła się tylko wątła strużka dymu. - Spróbujmy zakończyć ten dzień bez przelewu krwi - 
dodał.

Szturmowiec wyszczerzył zęby w pogardliwym uśmiechu.
- Powiedz to Lordowi Shadowspawnowi - zadrwił gniewnie.
- Taki mam zamiar - odparł Luke. - Właśnie po to tu przyleciałem.

ROZDZIAŁ 7

Han Solo żywił głębokie przekonanie, że gwiezdne bitwy - chociaż niektórzy szaleńcy, a 

wśród nich wszyscy piloci Eskadry Łotrów, uważali je za zabawne - robią wrażenie czegoś 
pośredniego między pocałowaniem traptofariańskiego brzytwoślimaka a wrzuceniem głową 
naprzód do beczki wypełnionej odchodami banth. Brał udział w takiej bitwie od niespełna pięciu 
minut i na razie nie wydarzyło się nic, co by go przekonało do zmiany zdania.

Nie chodziło o to, że nie spodziewał się kłopotów. Liczył się z nimi od chwili, kiedy opuścił 

background image

salę konferencyjną z mandaloriańskimi najemnikami. Przeczucie kłopotów przekształciło się w 
absolutną pewność, kiedy on i Chewie wyskoczyli w punkcie odległym o trzy lata świetlne od 
Mindora, bo zostali wyszarpnięci z nadprzestrzeni i napadnięci przez pilotów kilkudziesięciu TIE 
defenderów. Nie uważał tego za specjalnie groźne, bo Han, wbrew głoszonej od czasu do czasu 
opinii Leii, nie był idiotą. Zaprogramował niejako na wyrost ostatni odcinek trasy lotu w pamięci 
nawigacyjnego komputera „Sokoła”, więc wskoczył znów do nadprzestrzeni, zanim osłupiali piloci 
imperialnych maszyn zdążyli krzyknąć: „Na czarne kości Imperatora” albo rzucić inne głupie 
przekleństwo, jak mieli zwyczaj robić, kiedy zostawali przyłapani z opancerzonymi spodniami 
poniżej opancerzonych kostek nóg.

Gdyby Han nie przejmował się tak bardzo losem Luke’a, mógłby nawet pokręcić się po 

okolicy i nauczyć kilku pilotów sztuki przeklinania w prawdziwym koreliańskim stylu. 
Koreliańskie przekleństwa były zlepkiem wulgaryzmów, sprośności i zwykłych bluźnierstw i warto 
było je wypowiadać tylko wówczas, kiedy komuś groziło rozpylenie na pojedyncze atomy.

Zaprogramowana pamięć nawigacyjnego komputera „Sokoła” miała umożliwić 

frachtowcowi wyskoczenie w odległości mniej więcej dwudziestu minut świetlnych od Mindora. A 
to, przynajmniej w teorii, powinno dać Hanowi i Chewiemu mnóstwo czasu, żeby sensory 
średniego zasięgu „Sokoła” zdążyły się zapoznać z sytuacją i żeby Han mógł zdecydować, czy 
lecieć dalej, czy też się wycofać. Solo - mimo nieco wcześniejszej służby w wojsku - nadal usiłował 
przynajmniej w teorii przestrzegać zasad wyliczonych w Litami Bojowej Wyznania Wiary 
Przemytników.

Nigdy nie walcz, jeżeli możesz się wykręcić blefem.
Nigdy nie blefuj, jeżeli możesz uciec.
Nigdy nie uciekaj, jeżeli dasz radę się prześlizgnąć.
Jeżeli nikt się nie dowie, że tam jesteś, zwyciężyłeś.
Przynajmniej tak to brzmiało w teorii. Różnicę między teorią a praktyką wyznaczyły 

zainstalowane w sterowni „Sokoła” klaksony ostrzegające o zbliżaniu się nieznanej masy. Z 
głośników wydobył się ogłuszający jazgot, któremu towarzyszyło bezceremonialne wyszarpnięcie 
frachtowca z powrotem do normalnych przestworzy. Han momentalnie się zorientował, że 
wyskoczył pośrodku pola bitwy między trzema koreliańskimi fregatami oraz sześcioma 
dywizjonami myśliwców Nowej Republiki a gigantyczną chmurą nieprzyjacielskich TIE 
interceptorów, które przemykały - Han nie mógł uwierzyć własnym oczom - wśród jeszcze 
większej ulewy olbrzymich meteorów.

Pilot X-winga i jego skrzydłowy rozpaczliwie kierowali ogień deflekcyjnych strzałów ku 

nadlatującej formacji sześciu TIE interceptorów, kiedy na polu walki niespodziewanie pojawił się 
zabytkowy, pokiereszowany frachtowiec YT-1300, zasłaniając cel ostatnich namiarów.

Skrzydłowy już chciał zażądać wyjaśnienia, co pośrodku gwiezdnej bitwy robi zabytek z 

okresu Starej Republiki, ale urwał i ze zdumienia aż się zachłysnął, kiedy pilot pokiereszowanego 
statku wykonał zdumiewająco precyzyjny zawrót bojowy, po czym posłużył się jednostkami 
napędu nadświetlnego jak bronią, żeby zniszczyć kilka interceptorów. Nieprzyjacielskie maszyny 
zboczyły z kursu tak, że roztrzaskały się o pobliską asteroidę. W następnym ułamku sekundy pilot 
zabytku skierował się w stronę pozostałych czterech interceptorów, które uwięzły w labiryncie 
asteroid. Wykonując beczkę z najwyższą bezpieczną prędkością, przedarł się między smugami 
laserowych strzałów i wystrzelił salwę rakiet udarowych ze zdumiewającą dokładnością albo z 
jeszcze bardziej zdumiewającym szczęściem. Tak czy owak, zanim frachtowiec zniknął w 
labiryncie asteroid, w ciągu niespełna pięciu sekund rozpylił na atomy wszystkie sześć 
interceptorów.

Siedzący w sterowni „Sokoła” Han nie miał jednak okazji, aby cieszyć się zwycięstwem. 

Krwawiąc z niewielkiej rany na czole - zderzył się z przednim wspornikiem iluminatora, bo 
niedokładnie przypiął się do fotela - szarpał rękojeść dźwigni drążka sterowniczego to w tę, to w 
drugą stronę, i w nieregularnych odstępach czasu przyciskał spusty broni. Siedział prosto w fotelu 

background image

albo odchylał się na boki, jakby mógł własnym ciałem zwiększyć zdolność manewrowania statku. 
Starał się unikać kolizji z meteorami, ale nie bardzo mu się udawało. Cały czas wydawał różne 
okrzyki: „Chewie, musimy mieć te deflektory! Naprawdę musimy!” - wołał, albo: „Czy to dym? 
Dlaczego czuję dym?” Z dziobowego włazu umożliwiającego dostęp do mechanizmów i 
podzespołów statku napływały od czasu do czasu paniczne ryki frustracji albo przeprosiny. W 
pośpiechu, w jakim wystartowali, Chewie nie zdążył naprawić do końca zestawu deflektorów, co 
mogło stanowić poważny problem, kiedy statek znalazł się pośrodku chmury liczącej ponad sto 
nieprzyjacielskich interceptorów. Piloci większości z nich postanowili ich ścigać. Han ignorował 
jednak ryki Chewiego, bo zmagał się z czymś, co wywierało zdecydowany wpływ na okoliczne 
przestworza. Nawigacyjny komputer „Sokoła” nie potrafił niczego wywnioskować ze śledzenia 
trajektorii lotu wirujących wokół statku większych i mniejszych skalnych brył, a sam statek 
zaczynał zbaczać z kursu i koziołkować, co przypomniało Hanowi jego legendarny przelot Trasą na 
Kessel, gdzie musiał się zmagać z przyciąganiem czarnych dziur.

- Hej!... - Han wyprostował się i nawet lekko uśmiechnął. To przecież taka sama sytuacja 

jak wówczas w pobliżu Kessel! Dokładnie taka sama! Zerknął na wyświetlacz sensorów i 
stwierdził, że asteroidy gromadzą się wokół potężnej grawitacyjnej studni, niemal na pewno 
wytwarzanej przez grawitacyjną minę albo ukryty gdzieś pośród chmury asteroid generator. - To 
jest to! - wykrzyknął, uszczęśliwiony. - Chewie, daj sobie spokój z deflektorami! Włącz generator 
przedniego pola przeciwcząsteczkowego! Natychmiast!

Chewbacca odpowiedział serią parsknięć i ryków, które oznaczały mniej więcej:
- Lepiej, żebyś nie myślał tego, co moim zdaniem na pewno myślisz!
Han wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, bo przypomniał sobie podobną sytuację 

sprzed wielu lat. Postanowił dać taką samą odpowiedź.

- Byliby szaleni, gdyby nas aż tam ścigali, prawda?
Nie czekając na pojawienie się ochronnych pól ani nawet na odpowiedź Chewiego, 

wprowadził „Sokoła” w ciasny łuk, dzięki czemu frachtowiec wpadł z maksymalną możliwą 
prędkością w największy gąszcz pola asteroid. Osłony przeciwcząsteczkowe obudziły się do życia z 
efektownym błyskiem i zaczęły dezintegrować pył oraz najmniejsze odłamki skał, dzięki czemu 
„Sokół” wyglądał teraz, jakby leciał w ochronnej chmarze fajerwerków.

W pewnej chwili Han uświadomił sobie, że ci szaleńcy z Eskadry Łotrów mogą mieć rację. 

Chociaż raz.

Dla ścigających „Sokoła” pilotów TIE interceptorów statek po prostu zniknął. Pole asteroid 

było gęste i nieprzewidywalne, więc nieprzyjacielski pilot musiał bardzo uważać, żeby jego 
myśliwiec nie znalazł się na trasie lotu koziołkującej asteroidy. A w tym celu musiał polegać na 
zablokowanych namiarach sensorów. Kiedy więc statek niespodziewanie zniknął z ich ekranów, 
piloci interceptorów doszli do wniosku - całkiem słusznie - że kiedy Han znalazł się w głębi chmury 
przesyconych metalami asteroid, zastosował starą sztuczkę przemytników i odciął dopływ energii 
do jednostek napędu podświetlnego oraz do systemów uzbrojenia.

Taki manewr był szalenie niebezpieczny, bo ukryty pośrodku chmury asteroid generator 

grawitacyjnej studni nieustannie zmieniał trajektorie lotu wszystkich skalnych brył i kierował je w 
trudne do przewidzenia strony. Skoro jednak ofiara była pozbawiona systemów uzbrojenia i 
jednostek napędowych, prześladowcy nie musieli się bać niebezpieczeństwa zagłębienia się w 
chmurę asteroid. Większe niebezpieczeństwo groziło ich ofierze, bo stanowiła większy cel i nie 
mogła manewrować bez zdradzania swojej pozycji. A zatem sześciu pilotów klucza myśliwców 
TIE zagłębiło się beztrosko w chmurę i zaczęło ją metodycznie przeszukiwać.

Han jeszcze jako kadet przekonał się, że nawet kiedy leci przez duże pole asteroid, 

zatłoczone ogromnymi skalnymi bryłami, które poruszają się w przypadkowe strony, może liczyć 
na kilka czynników, zmniejszających niebezpieczeństwo zagrażające jego statkowi. Jednym z tych 
czynników był fakt, że skała podążająca w konkretnym kierunku będzie leciała mniej więcej w tę 
samą stronę, dopóki się nie zderzy z innym obiektem albo nie spotka się z działaniem zewnętrznej 
siły. Dzięki temu nawet kolizje stawały się przewidywalne, bo trajektorie obiektów po kolizji 
mogły być przewidziane z dużym prawdopodobieństwem przez każdy standardowy program 

background image

nawigacyjny pokładowego komputera, ponieważ z grubsza zależały od wektorów lotu i energii 
kinetycznej zderzających się obiektów. Dla pilotów myśliwców TIE jedyną zewnętrzną siłą, na 
którą zwracali uwagę, była grawitacja ukrytego generatora, wywierająca wpływ na okoliczne skały. 
Wpływ ten mogły bez trudu przewidzieć pokładowe komputery nawigacyjne ich myśliwców.

Nic więc dziwnego, że dowódca klucza niemal doznał szoku, kiedy zobaczył, jak asteroida 

wielkości mniej więcej rakietowego skutera wykonuje niespodziewany zwrot o czterdzieści pięć 
stopni, jakby odbiła się od niewidzialnej kuli paatchi. Chwilę później skalna bryła wyrżnęła w 
bakburtowy silnik myśliwca dowódcy, zmiażdżyła kabinę i wyleciała po drugiej stronie, przy okazji 
zabierając jego głowę.

Drugiego pilota klucza spotkał podobny los, zanim jeszcze pozostali zobaczyli „Sokoła 

Millenium”. Frachtowiec zataczał wokół nich kręgi, choć wszystko wskazywało na to, że pilot nie 
korzysta z jednostek napędowych. Asteroidy w jego okolicy zachowywały się, jakby za wszelką 
cenę chciały uniknąć kolizji. Usuwały się na boki z możliwej do przewidzenia trajektorii 
frachtowca i obierały nowe... na ogół z katastrofalnym skutkiem dla myśliwców typu TIE.

Zanim zginął ostatni niefortunny pilot, zdążył wrzasnąć w panice do mikrofonu 

pokładowego komunikatora:

- To jakiś parszywy Jedi! Przysięgam, że obrzuca nas skałami! Nie mam pojęcia, w jaki 

sposób to robi... swoim umysłem albo czymś innym...

Transmisja zakończyła się trzaskiem, jakby tytaniowy kadłub myśliwca został zmiażdżony 

przez tonową asteroidę. Prawdę mówiąc, właśnie tak się stało.

Jeżeli napęd repulsorowy ma w pobliżu wystarczająco dużą masę, na którą mógłby 

oddziaływać, jest najskuteczniejszym środkiem transportu, jaki kiedykolwiek wynaleziono w 
galaktyce. Nie zużywa energii, nie wytwarza szkodliwych gazów i nie jest możliwy do wykrycia za 
pomocą urządzeń do pomiaru natężenia promieniowania. Nie wydziela nawet ciepła, więc jedynym 
sposobem jego wykrycia są czujniki wrażliwe na siłę grawitacji. Napędy repulsorowe były tak 
rozpowszechnione w galaktyce, że uważano je za coś oczywistego i wykorzystywano dosłownie 
wszędzie, począwszy od gwiezdnych grawicykli, a skończywszy na niszczycielach. Myśliwce TIE 
Interceptor były jednak transportowane w hangarach gwiezdnych okrętów i przeznaczone do 
działania z daleka od planetarnych mas, które umożliwiały funkcjonowanie repulsorów. Myśliwce 
tego typu nie potrzebowały więc napędu repulsorowego, a krótkowzroczni projektanci imperialnych 
okrętów nie uwzględniali ich w swoich projektach. Z oszczędności sensory na pokładach 
myśliwców TIE wywzorcowano w taki sposób, żeby wykrywały ślady emisji silników napędu 
podprzestrzennego i zestawów naładowanych systemów uzbrojenia, nie zaś zniekształceń pola 
grawitacyjnego, jakie powodowały repulsory... I właśnie dlatego myśliwce TIE nie bardzo się 
nadawały do walki z innymi maszynami. Po prostu nie radziły sobie dobrze z wytwarzaniem 
błyskawicznych skoków przyspieszenia, koniecznych do prowadzenia pojedynków z innymi 
nowoczesnymi myśliwcami.

W przeciwieństwie do nich gwiezdne myśliwce Republiki zaprojektowano tak, żeby mogły 

działać niezależnie od okrętów liniowych. Regularnie wykorzystywano te myśliwce do 
wykonywania niektórych zadań w atmosferze, gdzie oszczędność paliwa liczyła się bardziej niż 
sama prędkość. Jedną z dwóch stosunkowo mało znanych cech napędów repulsorowych było to, że 
urządzenia funkcjonowały nie tylko w grawitacyjnych studniach planetarnych, ale także przy 
grawitacji innego rodzaju... nawet w cieniu mas wytwarzanych przez grawitacyjne miny i 
interdyktory.

Inną mało znaną cechą napędu repulsorowego było to, że działał z poszanowaniem praw 

rządzących każdym ruchem. Napędzał myśliwiec albo okręt, bo działało na niego grawitacyjne pole 
planety: mniejszy obiekt się przemieszczał, bo nie mogła tego zrobić sama planeta. Gdyby jednak 
ktoś chciał wykorzystać napęd repulsorowy do oddziaływania na masę o wiele mniejszą niż masa 
myśliwca - w rodzaju tonowej asteroidy - przemieszczeniu uległaby mniejsza masa, czyli asteroida. 
Czasami działo się to bardzo szybko. Inni piloci przywykli nazywać taki manewr Procą Solo.

background image

Nie dlatego, żeby to Han Solo ją wymyślił - sztuczka była o wiele starsza niż Han - ale 

dlatego, że nikt w całej galaktyce nie potrafił tego robić lepiej niż on.

Kiedy wykonana po mistrzowsku Proca Solo dała „Sokołowi” kilka sekund wytchnienia, 

Han zawołał Wookiego, żeby wrócił do sterowni. Chewbacca wślizgnął się na fotel drugiego pilota, 
przypiął się i stwierdził zwięźle:

Baroough wonnngar row-oo-wargh.
- Sam bym tego nie wyraził lepiej. - Han pokręcił tarczą pokładowego komunikatora. - Cały 

czas zagłuszają sygnały w podprzestrzeni; przełączam na normalne przestworza. Wzywam fregaty 
Republiki. Tu „Sokół Millenium”. Czy mnie słyszycie? Powtarzam, czy mnie słyszycie? - dodał 
głośniej, jakby to mogło mu w czymś pomóc.

Usłyszał jednak odpowiedź, chociaż pełną szumów zakłóceń:
- „Sokole Millenium”, to fregata SSR Nowej Republiki „Lansjer”. Słyszymy cię. Nadamy 

wiadomość. Potwierdź odbiór następującej wiadomości.

Han zmarszczył brwi, spojrzał na Chewiego, wzruszył ramionami i powiedział do 

mikrofonu:

- Nadawajcie.
- Oto treść wiadomości: „Gdzie jest moje osiem tysięcy kredytów, ty złodzieju i piracie”?
Han wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, i? - Wiadomość odebrana - powiedział. - A 

oto odpowiedź: Pozdrawiam pana, komandorze Tirossk. Co pan powie, jeżeli w charakterze 
zadatku zaproponuję generator pola grawitacyjnego?

Chewbacca posłał Hanowi zaskoczone spojrzenie.
Hoowerghrff? - zaryczał.
Han wzruszył ramionami.
- A komu innemu mógłbym być winien taką masę forsy? - zapytał.
Freghrr. Khooherm. Flighwarr... - zaczął Wookie.
- Tak, tak, w porządku. Odpuść sobie - uciął Han.
Z głośnika komunikatora wydobył się kolejny trzask.
- Solo, tu Tirossk. Jeżeli obaj wyjdziemy z tego cało, drogi przyjacielu, uznam nasze 

rachunki za wyrównane. Zgoda?

Han się skrzywił. Żaden Bothanin nie przedstawiłby takiej propozycji, gdyby miał choćby 

cień nadziei na przeżycie.

- Może lepiej będzie, jeżeli wprowadzi mnie pan w sytuację - powiedział.
Wprowadzenie okazało się długą przeplatanką dobrych i złych wieści. Do dobrych należało 

to, że Shadowspawn nie miał dość interceptorów, aby zapewnić obronę wszystkich swoich 
generatorów sztucznej grawitacji. Do złych wiadomości zaliczało się, że tych generatorów były 
tysiące, rozrzuconych w obejmującym cały System polu asteroid. Dobra wiadomość: generatory, 
pozbawione silników okrętów liniowych, które zapewniały im zasilanie, korzystały z 
umieszczonych na samych asteroidach źródeł zasilania i systemów kondensatorów, które - zgodnie 
z najlepszymi ocenami pokładowego komputera „Lansjera” - mogły działać najwyżej cztery 
standardowe doby. Zła wiadomość: tysiące nowych grawitacyjnych studni zdestabilizowały cały 
system i posłały setki dużych grup asteroid po spiralnych trajektoriach w kierunku gwiazdy. 
Pierwsze takie asteroidy miały do niej dotrzeć w ciągu niespełna dwóch standardowych dni. Dobra 
wiadomość: większość asteroid była na tyle mała, że po prostu spłonie w koronie gwiazdy. Zła 
wiadomość: niektóre z pozostałych były olbrzymie. Ich kolizje ze słońcem mogły spowodować 
wybuchy emitujące tyle twardego promieniowania, że cały system uległby sterylizacji. Przy okazji 
zostałby zniszczony każdy okręt, czy to Imperium, czy też Republiki - a także wszelkie formy życia 
na powierzchni Mindora. Kolejna zła wiadomość: każdy generator grawitacji, zniszczony przez Siły 
Szybkiego Reagowania Nowej Republiki, tylko by przyspieszył tempo opadania asteroid, bo 
zewnętrzne studnie grawitacyjne częściowo równoważyły grawitację samej gwiazdy, dzięki czemu 
spowalniały zmniejszanie wysokości orbity krążących blisko gwiazdy asteroid. Najgorsze jednak, 
że dla zrównoważenia tej złej wiadomości nie istniała żadna dobra. Absolutnie żadna. Wszyscy byli 
skazani na zagładę.

background image

Wszyscy.
- Nie kupuję tego - stwierdził Solo. - Nie kupuję tego nawet na chwilę. Żaden imperialny 

dowódca nie spisałby na straty wszystkich swoich podwładnych ani całego tego sprzętu tylko po to, 
żeby zniszczyć kilka okrętów Republiki. Nie mógłby sobie na to pozwolić. Istnieje inne wyjście. 
Musi istnieć inne wyjście. Przedrzemy się na planetę i dołączymy do oddziałów szturmowych, a 
kiedy będziemy mieli wsparcie chłopców Luke’a...

- Jest tego jeszcze więcej - przerwał Tirossk. - Po grawitacyjnym ataku „Sprawiedliwość” 

rozłamała się i rozpadła na orbicie. Generał Skywalker starał się wylądować na powierzchni 
najmniejszym pozostałym fragmentem, ale podczas lądowania doszło do... eksplozji.

Han przestał słuchać. Wyobraził sobie, że przykłada lufę swojego DL-44 do czoła pewnego 

imperialnego Lorda o mrocznym nazwisku.

Chewbacca zasłonił twarz dłonią, oparł łokieć o pulpit konsolety i żałośnie zaskowyczał. 

Han przełknął kluchę w gardle i z przymusem się uśmiechnął.

- Spójrz na to wszystko z jaśniejszej strony, Chewie - powiedział.
 - Browwergh - usłyszał w odpowiedzi.
- Na pewno jest - odparł z przekonaniem Solo. - Dobrze chociaż, że nie poleciała z nami 

Leia i że jest bezpieczna. To też się liczy, nie uważasz?

Z głośnika pokładowego komunikatora „Sokoła” wydobył się kolejny trzask.
- Wiesz, że cały czas masz otwarty kanał, Spryciarzu? - rozległ się głos Leii.
Han otworzył szeroko usta, a Chewbacca znów zaskowyczał.
- Skoro generał Solo pluje sobie w brodę - podjęła księżniczka - to może znajdzie się ktoś, 

kto łaskawie zechce zapewnić osłonę Eskadrze Łotrów, żebyśmy mogli wyeliminować tamten 
generator grawitacji?

- Leio... posłuchaj, Leio, Luke jest... - Han zakrztusił się i musiał chrząknąć, żeby odzyskać 

mowę. - Luke nie...

- Nonsens - usłyszał głos Leii.
- Ty... sama powiedziałaś, że wpadł w tarapaty.
- I nadal w nich jest. - Mimo trzasków i szumu zakłóceń w kanale komunikatora Han 

zrozumiał, że Leia jest tego absolutnie pewna. - Hanie, czy mnie słyszysz? Luke ciągle jeszcze ma 
kłopoty.

Solo uśmiechnął się od ucha do ucha.
- To najlepsza wiadomość, jaką dzisiaj usłyszałem - powiedział.

Kiedy pokonali ostatni zakręt tunelu, wykutego głęboko w wulkanicznej skale kopuły, Luke 

zobaczył sklepione przejście, w którym pulsowało czerwone światło. Szturmowcy dali mu 
kuksańca, żeby szedł dalej. Potem kazali mu wejść na niewielką, łukowatą skalną półkę wysoko 
nad ogromnym jeziorem płynnej lawy.

Po wyjściu z tunelu idąca z tyłu kobieta w Księżycowym Kapeluszu osunęła się na kolana.
Salę tronową Lorda Shadowspawna wykuto w żywej skale. Wyglądała jak ogromna 

pieczara, której sklepienie i ściany niknęły w mgiełce siarkowych gazów. Jedyne oświetlenie 
pochodziło od strumienia rozżarzonej do białości lawy, która spadała z góry do ognistego jeziora. 
Bijący od lawy żar zmniejszały ekrany ochronne. Od półki nad jeziorem odchodził długi, wąski, 
skalny most, prowadzący na platformę z czarnego granitu. W najwyższym punkcie platformy 
uformowano wypolerowany czarny tron wielkości imperialnego promu. Na tronie rozpierał się sam 
Lord Shadowspawn, oświetlony szkarłatnym blaskiem, który promieniował ze strumienia lawy 
spadającego do jeziora w dole.

Luke stanął. Doszedł do wniosku, że to miejsce bardzo mu przypomina kulminacyjną scenę 

Hana Solo i piratów z Kessel. Tak bardzo, że go to ubawiło... chociaż wcale nie było mu do 
śmiechu. Luke wyczuwał w Mocy, że to miejsce przypomina bombę owiniętą ślicznie jak 
urodzinowy prezent.

Jakby Lord Sithów przebrał się za pajaca na przyjęciu dla dzieci.

background image

Czyżby cała ta sceneria miała wywrzeć na nim odpowiednio imponujące wrażenie? A może 

Luke miał ją potraktować jak kiepski żart? Odwrócił się i posłał niedowierzające spojrzenie 
eskortującym go szturmowcom.

Wszyscy stali łukiem z wymierzonymi w niego karabinami. Kobieta w Księżycowym 

Kapeluszu klęczała z pochyloną głową i wyciągała przed siebie drżące ręce z jego świetlnym 
mieczem, jakby zamierzała go złożyć w ofierze.

Luke wreszcie zrozumiał. Tu nie chodziło o niego. Cała ta scena była odgrywana wyłącznie 

na użytek szturmowców i Księżycowego Kapelusza.

I chyba wywołała zamierzony skutek.
Co właściwie zamierzał osiągnąć dzięki temu Blackhole? I czy rzeczywiście to on siedział 

na tronie? Na Vorzydzie Pięć mężczyzna pojawiał się tylko w postaci hologramu... ale Lord 
Shadowspawn na Mrocznym Tronie nie był hologramem. Luke wyczuwał w Mocy mroczną 
przewrotność zdecydowanie ludzkiego pochodzenia - jaskrawą wrogość i paskudną z cudzego 
nieszczęścia radość. Wszystko to promieniowało od siedzącego na tronie mężczyzny.

A Moc aż parzyła od zagrożenia. Luke wyczuwał niebezpieczeństwo gorsze niż zwykła 

śmierć.

- Luke Skywalker! - Głos Lorda Shadowspawna zahuczał w ogromnej pieczarze, 

prawdopodobnie wzmocniony przez ukrytą aparaturę elektroniczną i megafony. - Zadrżyj na mój 
widok!

- Obawiam się, że pomylił mnie pan z jakimś innym Lukiem Skywalkerem - odparł 

spokojnie młody Jedi.

- Uklęknij, Skywalkerze! Jeśli przysięgniesz mi posłuszeństwo, daruję ci życie i oszczędzę 

wszystkich członków twojej załogi!

Luke nie odpowiedział. Shadowspawn wstał. Od jego dziwacznego nakrycia głowy 

promieniowała jasna poświata, która jednak omijała pozbawioną wszelkiego wyrazu, bladą twarz. 
Szaty Lorda połyskiwały szkarłatnym blaskiem, zupełnie jakby ktoś zbryzgał je krwią. Mężczyzna 
nosił na biodrach szeroki pas, z którego zwisała pochwa z mieczem.

- Przyprowadźcie go do mnie! - zahuczał Shadowspawn.
- Oszczędźcie sobie trudu - odparł Luke. - Dam sobie radę.
Ruszył po długim, wąskim moście skalnym, wykorzystując czas o zapuszczenia myśli w 

głąb świadomości Mocy. Coraz wyraźnej wyczuwał, że Shadowspawn zastawił na niego pułapkę.

Kiedy zbliżał się do końca mostu, Shadowspawn uniósł rękę i zacisnął palce w pięść, jakby 

zaraz miały z niej strzelić płomieniste błyskawice.

- Zostałeś pokonany, Skywalker! - wykrzyknął.
- Na twoim miejscu bym się o to nie zakładał, a już na pewno nie stawiałbym swojego życia 

- mruknął młody Jedi.

Pięść Shadowspawna zawisła w powietrzu.
- Dokonałem tego, czego nie zdołał dokonać próżny i arogancki Imperator ani jego żałosny 

piesek Vader! - ryknął Shadowspawn. - Pokonałem samego Luke’a Skywalkera!

- Jeszcze nie - sprzeciwił się Luke. - A gdyby miało ci to poprawić humor, mogę dodać: 

oceniasz zbyt nisko moją potęgę.

- Trzymam w garści twoją flotę! - zagrzmiał Lord. - Moja grawitacyjna broń może 

zniszczyć cały ten system! Zagłady nie uniknie ani jeden okręt!

- To rzeczywiście problem - przyznał Luke. - Ale to także oznacza, że nie odleci ani jeden 

twój okręt. I właśnie w tej sprawie chciałem się z tobą zobaczyć. Nie uważasz, że razem możemy 
znaleźć jakieś... mniej śmiercionośne rozwiązanie?

- Przyszedłeś tu, żeby mnie zabić! - zagrzmiał Shadowspawn.
Luke rozłożył ręce.
- Powiedziałem twoim żołnierzom na zewnątrz, że mam nadzieję zakończyć ten dzień bez 

przelewania krwi - oznajmił.

- I pod tym względem - warknął Shadowspawn, kładąc dłoń na głowicy miecza - spotka cię 

rozczarowanie.

background image

- Nie chcesz tego zrobić - stwierdził Luke.
- Nie działają na mnie twoje umysłowe sztuczki Jedi!
- Nie, nie... Miałem na myśli coś innego. - Luke zmarszczył brwi. - Naprawdę nie chcesz 

tego zrobić. Wyczuwam to. - Podszedł jeszcze bliżej i zniżył głos. - Blackhole... bo przecież tak 
naprawdę się nazywasz, prawda? - zapytał. - O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego zachowujesz 
się jak aktor na scenie?

Rozejrzał się po pieczarze i zagłębił w Mocy. Wyczuwał na sobie spojrzenia wielu osób, nie 

tylko szturmowców na początku mostu. Czyżby ktoś to wszystko rejestrował?

- Głupcze! - ryknął Shadowspawn i wyciągnął miecz z pochwy. - Padnij na kolana albo giń!
Klinga miała szerokość ręki i była półtora raza dłuższa niż klinga świetlnego miecza Luke’a. 

Ostrze miecza Shadowspawna sporządzono z fasetkowego kryształu, który wyglądał jak ogromny 
brylant. Kiedy Lord wyciągnął miecz z pochwy, klinga zapłonęła szkarłatnym blaskiem, jakby 
odbijała blask lawy z jeziora w dole. Młody Jedi zauważył, że ma taki sam kolor jak klinga miecza 
Vadera. Czyżby właśnie dlatego uznał, że jego spotkanie z Lordem Shadowspawnem zostało... 
zainscenizowane?

Zainscenizowane czy nie, istniały pewne granice. A Luke nie zgadzał się dłużej brać udziału 

w tym przedstawieniu.

- Posłuchaj mnie, Blackhole, Shadowspawn czy jak tam się naprawdę nazywasz - 

powiedział cicho. - Jestem Jedi, ale nigdy nie odbyłem szkolenia, jakie podobno przechodzili dawni 
rycerze. Słyszałem, że starali się rozwiązywać konflikty bez używania przemocy... ale ja się jeszcze 
uczę. Rozumiesz? Jeżeli mnie zaatakujesz, wyrządzę ci krzywdę, a jeżeli to nie wystarczy, 
pozbawię cię życia.

- Wydaje ci się, że dasz radę mnie pokonać? - prychnął Shadowspawn. - Ty głupcze! Ta 

klinga to produkt wielu tysiącleci alchemii Sithów! W zetknięciu z taką potęgą twoja zabawka Jedi 
niczym się nie różni od złamanej trzciny!

- Alchemii Sithów? - podchwycił Luke, zerkając na przeciwnika. - Chyba żartujesz!
- Daj spokój, Skywalker! - warknął Shadowspawn. - Włącz swoją klingę i stań do walki! 

Jeżeli mnie zabijesz, moi podwładni będą posłuszni tobie!

Luke zamrugał.
- Słucham? - zapytał, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
- Legiony Cienia! - ryknął na całe gardło Shadowspawn. - Słuchajcie słów swojego Lorda! - 

Uniósł klingę swojego miecza wysoko nad głowę, a cała pieczara zadrżała od siły jego krzyku. - 
Jeżeli to szczenię Jedi zdoła pokonać Lorda Mrocznego Tronu, zostaniecie jego sługami! Macie 
wykonywać wszystkie jego rozkazy równie posłusznie jak wykonywaliście moje! Tak rozkazuje 
wam Lord Shadowspawn!

- Naprawdę? - Luke zmarszczył brwi. - Twierdzisz, że jeżeli cię pokonam...
- Moje legiony są nauczone absolutnego posłuszeństwa - dokończył Shadowspawn. - Będą 

słuchali moich rozkazów aż do swojej albo mojej śmierci... a później zaczną słuchać Luke’a 
Skywalkera.

Młody Jedi wysłał myśli do Mocy i odebrał wyraźne wrażenie, że tym razem Shadowspawn 

- nie wiadomo dlaczego - mówi prawdę.

Luke wyciągnął prawą rękę i po przeciwległej stronie pieczary, na półce u wylotu tunelu, 

wydarzyło się coś niezwykłego. Z rękojeści świetlnego miecza trzymanego przez kobietę w 
Księżycowym Kapeluszu strzeliły płomyki zielonego ognia. Miecz wyrwał się z jej palców, uniósł 
się w powietrze, zawirował, przeleciał łagodnym łukiem nad jeziorem lawy i wpadł do wyciągniętej 
ręki Skywalkera. Młody Jedi przeniósł ciężar ciała na drugą nogę, ciężko westchnął i przyjął 
postawę jak do walki.

- Dobrze, niech ci będzie - powiedział. - Postaraj się najlepiej, jak potrafisz.

ROZDZIAŁ 8

background image

Han skrzywił się i zaczerpnął powietrza, gorzkiego i kłującego mimo maski do oddychania.
- Czy Mindar nie miał być przypadkiem czymś w rodzaju ośrodka wypoczynkowego? - 

zapytał. Odkopał na bok kupkę piasku, który zaczynał się zbierać u stóp rampy towarowej 
„Sokoła”. Omiótł spojrzeniem spustoszony krajobraz - nic, tylko skały i piasek. Podobno to tutaj 
lądowała „Sprawiedliwość”. - To miejsce przyprawiłoby o depresję nawet Tuskena.

Earough - zaryczał stojący na grzbiecie statku Chewie.
- Niech będzie Mindor, wszystko jedno - odparł Solo. - A zresztą kogo to obchodzi? Jeżeli 

zechcę nazywać tę planetę Mindarem, kto się ośmieli mi sprzeciwić? Ty? A może ty, księżniczko?

Leia nie odpowiedziała. Szła powoli, jakby wyczuwając drogę. Wspinała się zygzakami w 

górę zbocza pokrytego stopioną lawą wokół krateru, z którego wydobywało się wciąż jeszcze 
twarde promieniowanie.

Han westchnął, podszedł do dziobowej drabinki i wspiął się do dolnego włazu w kadłubie 

„Sokoła”, żeby dołączyć do Chewiego. Przeszedł w stronę dziobu, żeby uniknąć strumienia gazów 
wylotowych z jednostek napędu podprzestrzennego frachtowca. Postanowił zostawić je na biegu 
jałowym, na wypadek gdyby musieli niespodziewanie odlecieć. Chewbacca siedział na bakburtowej 
przedniej żuchwie i żałośnie pomrukując, spryskiwał pianką do łatania niezliczone wgłębienia w 
pancerzu, skutek kolizji z większymi meteorami.

- Ile czasu upłynie, zanim będziemy mogli odlecieć? - zapytał Solo.
Garhowerarr haroo! - odparł Wookie.
- Może to moja wina, że tamci postanowili toczyć bitwę pośrodku pola asteroid? - żachnął 

się Han.

Meroowargh harrwharrrgf.
- Nie tylko ty się zajmujesz wszystkim na pokładzie tego statku! - zaperzył się Solo. - Czy 

nie sprzątałem ładowni od chwili, kiedy osiedliśmy na powierzchni tej planety? Może nie wiesz, ale 
niemal cały ten pył jest radioaktywny. - Zanim Chewie zdążył coś powiedzieć, Han odwrócił się i 
machnął ręką do Leii. - Masz coś? - zapytał głośno.

- On tu był - stwierdziła księżniczka. Han zrozumiał jej odpowiedź, chociaż głos tłumiła 

maska do oddychania. - To znaczy, chyba był. Właściwie jestem tego pewna... No cóż, prawie 
pewna.

- Czy masz jakieś, no wiesz, przeczucia, dokąd poszedł? - Hana nie interesowało właściwie, 

jaką odpowiedź usłyszy, pod warunkiem że w tamtym kierunku znajdzie coś do jedzenia. Do 
jedzenia i do picia.

Zamierzał uzupełnić zapasy żywności w kambuzie „Sokoła”, zanim jeszcze wydostał się z 

asteroidy, na której uczestniczył w negocjacjach, ale odlatywał tak pospiesznie, że całkiem o tym 
zapomniał. A podczas negocjacji Leia surowo go napominała, że szukanie czegoś do jedzenia przed 
rozstrzygnięciem tak ważnych spraw stanowiłoby poważne naruszenie mandaloriańskiej etykiety 
dyplomatycznej. Wychodziło na to, że od czasu, kiedy zjadł coś bardziej treściwego niż resztki z 
pokładowej zamrażarki „Sokoła”, czyli kilkakrotnie odgrzewany bulion pukkha i duszony korzeń 
stickli, zdążyła upłynąć więcej niż standardowa doba. Nieszczególnie przepadał za tego rodzaju 
posiłkami. Najlepszy dowód, że obie potrawy tkwiły w zamrażarce od mniej więcej pięciu lat.

Zmusił się do ich przełknięcia, zanim jeszcze piloci Eskadry Łotrów przyłączyli się do 

„Sokoła”. Kiedy się przedzierali przez labirynt grawitacyjnych min i roje myśliwców TIE 
Interceptor, zdążając do tego miejsca, wpadli w sam środek zaciętej bitwy. Wykonywali 
mikroskoki, raz po raz zbaczając z prostego kursu w stronę planety. Za każdym razem, kiedy z 
nadprzestrzeni wyrywała ich jakaś grawitacyjna mina, wyskakiwali w środku pola bitwy pośród 
następnej gromady asteroid. Dawało im to przewagę nad zaskoczonymi wrogami, bo wszystkie X-
wingi miały standardowe repulsory, dzięki którym mogły niezauważone manewrować między 
koziołkującymi skałami, a także wykorzystywać Procę Solo.

Kiedy Han wyjaśnił zarysy planu, Wedge spiorunował go spojrzeniem.
- Chcesz, żebyśmy pokonali te interceptory, mając do dyspozycji wyłącznie napęd 

repulsorowy? - zapytał.

- Jasne - odparł beztrosko Solo. - Jak myślisz, jakie doświadczenie mogą mieć ci ujeżdżacze 

background image

„gał” w walce na napędy repulsorowe?

- Nie zgadłbym - przyznał Antilles. - Jestem jednak zupełnie pewny, jakiego doświadczenia 

my nie mamy...

- A więc trzeba mieć nadzieję, że będziemy się uczyć szybciej od nich.
I rzeczywiście tak się stało. Wyszło tak dobrze, że Han Solo chwilami kręcił z podziwu 

głową i cicho pogwizdywał. Musiał przyznać, że piloci Eskadry Łotrów są naprawdę dobrzy. Może 
nawet tak dobrzy jak on. No, prawie. Naturalnie nigdy nie powiedziałby tego na głos.

Bitwa, a ściślej seria bitew, ciągnęła się bez końca. Han i Chewie cały czas brali w niej 

udział, dopóki Wookie nie wpadł na pewien pomysł. Stwierdził, że jeżeli Han da radę lecieć 
dokładnie właściwym wektorem, zdołają zniszczyć generator grawitacji, po prostu wyrzucając 
wiązkę termicznych detonatorów z wyrzutnika śmieci. Grawitacyjna studnia generatora wessie te 
detonatory mniej więcej sekundę przed spodziewaną eksplozją.

Niestety, nawigacyjny komputer „Lansjera” oceniał, że bombardowanie gwiazdy rozpocznie 

się za niespełna dwanaście godzin. Han ucieszył się, że promieniowanie zabije go wcześniej, zanim 
umrze z głodu.

- Leio? - zawołał ponownie. - Masz coś?
- Nie jestem pewna! - odkrzyknęła księżniczka. - Może... tylko, przypuszczam...
- No cóż, lepiej się zdecyduj, panienko! - wrzasnął Solo. - Jeżeli Imperialni zdecydują się 

patrolować atmosferę, wkrótce może się tu stać dość gorąco. A może nawet trochę bardziej niż 
gorąco.

Liczył na to, że gęsty pył, który cały czas wirował w podmuchach porywistego wiatru, 

zasłoni „Sokoła” przed promieniami orbitalnych skanerów. Gdzieś w pobliżu latali także piloci 
Eskadry Łotrów, starając się oczyścić szlak przez labirynt grawitacyjnych studni, które opanowały i 
zablokowały cały system. Han życzył Łotrom wszystkiego najlepszego - zamierzał wykorzystać ich 
hipotetyczną trasę, kiedy tylko odnajdą Luke’a - wolał jednak, żeby piloci pozostali w pobliżu i 
chronili jego wrażliwy, odsłonięty tyłek.

- Wydaje mi się... - Leia wyprostowała się i spojrzała na teren poza „Sokołem”. - Chyba 

powinniśmy się udać w tamtą stronę.

- Dlaczego właśnie tam? - zainteresował się Solo.
- Żeby tamci goście z blasterami, którzy wyłażą spomiędzy skał - odparła Leia, wskazując 

wyciągniętą ręką - nie zdecydowali się nas zastrzelić.

Trzymając ręce daleko od blastera, Han odwrócił się bardzo powoli we wskazaną stronę. 

Zza krawędzi krateru wyłoniło się nagle kilkadziesiąt osób w ochronnych kombinezonach 
oklejonych kawałkami lawy. Niemal wszyscy nosiciele lawy mieli broń długą, począwszy od 
imperialnych DC-17, a skończywszy na czymś tak niezwykłym, jak zabytkowy dubloviański 
karabin płomieniowy. Wszyscy brali na cel Hana i cały czas się zbliżali.

Chewie burknął coś pod nosem i zaczął się prostować, ale Han powiedział cicho, ledwie 

poruszając wargami:

- Siedź w ukryciu, a gdyby zaczęli strzelać, zsuń się z kadłuba. Kiedy znajdziesz się w 

środku, otwórz ogień z dolnego działka.

Garooargh.
- Zapomnij o tym - burknął Solo. - Schowam się za podstawą anteny zestawu sensorów. Ty 

się tam nie zmieścisz.

Hermmmingarouf roog nerhowargh.
Han zmrużył oczy i zobaczył, że po drodze do statku intruzi omijają większe skały. Chewie 

miał rację, to byli wojskowi, ale nietypowi... dezerterzy, najemnicy i tym podobne szumowiny. 
Wyraźnie się spodziewali walki, bo osłaniali się nawzajem.

- Mieliśmy już do czynienia z zawodowcami - przypomniał Han. - Przygotuj się do skoku.
Ruszył naprzód, stanął obok anteny sensorów i od niechcenia oparł prawą dłoń na krawędzi. 

Przechylił się lekko, jakby przenosząc ciężar ciała na rękę, chociaż w rzeczywistości zachowywał 
idealną równowagę. W każdej chwili mógł chwycić kolbę blastera DL-44, zanim którykolwiek z 
intruzów zdążyłby mrugnąć.

background image

- Macie coś dojedzenia? - zagadnął nosicieli lawy.
Przed grupę wystąpiła rudowłosa kobieta. Była jedyną nosicielką lawy, która nie trzymała 

broni, ale wyćwiczone oczy Hana wypatrzyły przywiązaną nisko na biodrze kaburę z wystającą 
kolbą blastera KDY. Sama kabura była wyślizgana do połysku. Widocznie kobieta często 
korzystała z blastera.

- Kim jesteście i co tu robicie? - zapytała władczym tonem.
- Och, przepraszam - odparł Han. - Czy to wasze skały? Tylko je pożyczyliśmy, żeby 

posadzić na nich mój statek. Obiecuję, że kiedy odlecimy, nadal pozostaną na swoich miejscach.

- Hej, to było zabawne - odparła kobieta. - Czy ktoś ci mówił, że masz poczucie humoru?
- Tylko ci, którzy sami mają poczucie humoru. - Han dostrzegł, że kobieta lekko pochyla się 

do przodu i utrzymuje równowagę, stojąc niemal na palcach. Palce lewej ręki wsunęła za klamrę 
pasa, ale prawa dłoń zwisała niebezpiecznie blisko wyślizganej kabury z blasterem. Typowa 
postawa szykującej się do walki wojowniczki. Wbrew swojej woli Han zauważył także, że kobieta 
jest wyjątkowo urodziwa. Żadnych rudych, przypomniał sobie. Miał tyle kłopotów z rudzielcami, 
że wystarczyłoby mu ich na dwa albo nawet trzy życia. A zresztą mój karnecik balowy jest 
wypełniony do ostatniego tańca, pomyślał. Na całą resztę mojego życia, jeżeli będę miał szczęście.

- Spróbujmy się zabawić w zgadywanki - odezwał się przyjaznym tonem. - Co może 

powiedzieć kapitan statku uzbrojonego w parę poczwórnych laserów gościom na tyle głupim, że 
kierują ku niemu lufy blasterów?

- Niech zgadnę - odparła kobieta. - Może: „Proszę, nie zabijajcie mojej przyjaciółki”?
Han obejrzał się za siebie. Zobaczył pięciu innych nieznajomych z karabinami 

wymierzonymi w plecy Leii.

- Może niewłaściwie się do tego zabraliśmy? - zapytał.
- Naprawdę? - Rudowłosa kobieta się uśmiechnęła, ale wcale nie wyglądała na rozbawioną. 

- Czy tak brzmi odpowiedź na twoją zagadkę?

- Tak - odparł Han. - Chyba tak. Posłuchaj, nie mam pojęcia, czego od nas chcecie... nie 

wiem nawet, po której stronie stoicie w tym konflikcie.

- Po naszej - stwierdziła kobieta.
- To co, jesteście tutejsi? - zagadnął Solo.
- W wystarczającym stopniu - burknęła rudowłosa.
- Z tego wynika, że nie jesteście żarliwymi zwolennikami Imperium.
Nietrudno się było tego domyślić, patrząc na stan ich kombinezonów i zbieraninę osobistej 

broni.

- Niezbyt wielkimi - przyznała intruzka.
- No cóż, my też nie. Ani trochę. W najmniejszym stopniu. Po prostu szukamy tu 

przyjaciela.

- Hm, przyjaciela - mruknęła rudowłosa. - My też. Czy to zwykły zbieg okoliczności? - 

Przechyliła głowę na bok. - Czy ten wasz przyjaciel nie jest przypadkiem Jedi?

Han zamrugał.
- Co wiesz na temat tego Jedi? - zapytał.
Kobieta otworzyła szeroko oczy.
- Kryć się! - wrzasnęła. Wszyscy się rozbiegli i padli na powierzchnię gruntu. Pojawiły się 

błyski i płomienie eksplozji, a we wszystkie strony poszybowały odłamki stopionej skały. Był to 
wynik zaporowego ognia laserowych strzałów, które leciały z góry i zza pleców Hana.

Solo spojrzał w górę. Z chmur wyłoniły się dziesiątki myśliwców TIE, których piloci 

najwyraźniej zamierzali dalej ostrzeliwać planetę.

- Co to za pomysły? - mruknął zrezygnowany Han. - I to jeszcze zanim zdążyłem zjeść 

obiad!

Shadowspawn spuścił szkarłatną kryształową klingę na głowę Luke’a z wdziękiem 

wymachującego młotem kopacza przyprawy. Luke bez trudu odparował ten cios, chociaż 

background image

kosztowało go to trochę wysiłku. Kiedy klingi obu mieczy się zetknęły, we wszystkie strony 
strzeliły oślepiające zielone i szkarłatne iskry, a w powietrzu uniosła się woń ozonu.

A co najdziwniejsze, mniej więcej dziesięciocentymetrowy kawałek klingi miecza 

Shadowspawna, cały czas płonąc krwistym blaskiem, odłamał się i upadł z cichym stukotem u stóp 
młodego Jedi.

- Alchemia Sithów, hm? - zadrwił Skywalker.
Shadowspawn warknął i zadał drugi cios. Luke uskoczył pół kroku w bok, a klinga minęła 

jego głowę o włos i wbiła się w kamienne dno pieczary obok jego buta. Shadowspawn wyszarpnął 
miecz ze skały i znów zadał cios.

Luke ponownie przeniósł ciężar ciała na drugą stopę - tylko na tyle, żeby uniknąć ciosu. 

Czarny Lord skoczył ku niemu i zamierzył się mieczem zza głowy. Kryształowa klinga zostawiła w 
powietrzu smugę ognia.

Skywalker wykonał obrót, ale nie zadał ciosu, bo wciąż jeszcze nie zdążył się zorientować, 

jakim stylem walczy Shadowspawn. Czarny Lord bił się tak, jakby tylko słyszał o pojedynkach na 
świetlne miecze, ale nawet nigdy żadnego nie widział. Luke uznałby pewnie nieporadność 
przeciwnika za zabawną, gdyby nie wyczuwał narastającego zagrożenia w Mocy. Było coraz 
silniejsze, a jego cień sięgał w przyszłość młodego Jedi.

Zagrożenie nie miało jednak nic wspólnego ze śmiesznym mężczyzną, nieporadnie 

wymachującym zabawnym mieczem. Czarny Lord tak się dziwnie nazywał...

Chwileczkę, pomyślał Luke. To dziwne nazwisko, Shadowspawn... Lord Shadowspawn...
Wysłał myśli do Mocy, żeby wyostrzyła jego postrzeganie. Jego świadomość zaczęły 

szturmować fale mroku, strachu i przewrotności... im bardziej ten napór się nasilał, tym mocniej 
Luke upewniał się w swoim przekonaniu.

To od początku miał być nieuczciwy pojedynek.
Lord Shadowspawn... Luke otworzył szerzej oczy. Zrozumiał to równie wyraźnie, jakby 

sama Moc szepnęła mu do ucha. Nazwisko nie oznaczało Lorda Nasienia Cieni. W żadnym razie.

To w ogóle nie było nazwisko, ale kalambur. Lord Shadow’s Pawn oznaczało Pionka Lorda 

Cieni.

Przeciwnik Luke’a znowu się zamachnął kryształową klingą, ale tym razem Luke nie 

uskoczył.

Klinga zawisła w powietrzu, kiedy znalazła się centymetr od jego czoła.
Młody Jedi uśmiechnął się i odsunął od miecza, żeby móc wymierzyć precyzyjny cios 

pięścią. Nie celował w szczękę ani w skroń, bo nie chciał, żeby to był konwencjonalny nokaut. Jego 
pięść wylądowała dokładnie w punkcie, który wskazała mu Moc... na czole Shadowspawna, tuż nad 
prawym okiem - i w momencie, kiedy głowa przeciwnika odskakiwała do tyłu, Luke wyciągnął 
drugą rękę i zerwał Księżycowy Kapelusz z jego głowy. Musiał mocno ciągnąć, a kiedy wreszcie 
mu się udało, usłyszał bulgotliwy dźwięk, jakby z kapeluszem oderwał się kawałek czaszki.

A wielki Lord Shadowspawn runął na dno pieczary jak holopotwór na przeciążonej planszy 

do gry w dejarika.

Trupioblada holomaska na twarzy Czarnego Lorda musiała być wytwarzana przez to dziwne 

nakrycie głowy, bo na ułamek sekundy, zanim zamigotała i zniknęła, wyglądało to tak, jakby Luke 
trzymał w garści głowę pokonanego przeciwnika. Księżycowy Kapelusz był dziwnie ciężki - na 
pewno ważył ponad dwa kilogramy - i na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby wykonano go z 
karbonitu, zamarzniętego wokół skomplikowanej siatki krystalicznej jakiegoś minerału, może 
takiego, z jakiego wykonano miecz Shadowspawna... Strzępy kryształu kończyły się w dole 
cienkimi włóknami, których końcówki były wilgotne... od krwi.

A mężczyzna, który leżał skulony u stóp Skywalkera, wcale już nie wyglądał jak 

Shadowspawn. Jego głowa broczyła krwią, wypływającą z setek maleńkich ran, pozostawionych 
przez kryształowe włókna Księżycowego Kapelusza. Widoczna przez tę krew skóra głowy była 
ciemna jak stymkafeina, a kiedy Luke uniósł głowę przeciwnika, zobaczył oczy w niezwykłym 
odcieniu błękitu.

- Zabij mnie - wychrypiał mężczyzna. - Skywalker, musisz mnie... zabić.

background image

- Nieprawda - sprzeciwił się Luke. - Muszę cię uratować.
- Za późno... już jest na to za późno. - Nieznajomy mówił z akcentem, którego Luke nigdy 

dotąd nie słyszał, a jego głos nie był już wcale podobny do posępnego pomruku Vadera, który 
wydobywał się dotąd z gardła Shadowspawna. - Zabij mnie... a później siebie. Jeżeli tego nie 
zrobisz, staniesz się mną...

- Nie ty pierwszy się mylisz co do mojej przyszłości. - Luke przyklęknął obok niego na 

jedno kolano. - Kim naprawdę jesteś? - zapytał.

- Możesz nazywać mnie Nickiem. Myślałem, że ty... - Mężczyzna zakasłał lekko i 

uśmiechnął się bez radości. - Czy jesteś krewnym... Anakina Skywalkera? On... wykurzył mnie bez 
chwili zastanowienia.

- No cóż, jestem - przyznał Luke. - Ale nie stałem się człowiekiem takim jak on.
- Wielka szkoda... przydałby mi się teraz taki ktoś.
- Może wszyscy nosimy to w sobie? - zastanowił się młody Jedi. - Dasz radę wstać?
- Jasne, chłopcze, jasne. Któregoś dnia... - leżący mężczyzna spojrzał w kierunku wylotu 

tunelu, gdzie stojący półkolem szturmowcy zdążyli opuścić blastery. - Nie strzelają - zauważył. - 
Dlaczego nie otwierają ognia?

Luke zmrużył oczy i wpatrywał się w nich chwilę, po czym wzruszył ramionami.
- Może dlatego, że wygrałem - powiedział.
- Co takiego?
- Co pamiętasz ze swoich słów? - zapytał młody Jedi. - Powiedziałeś im, że jeżeli cię 

pokonam, mają słuchać moich rozkazów.

- Och, pamiętam... Chodzi tylko o to... - pokręcił głową że niezupełnie byłem sobą.
- Zdążyłem się tego domyślić - odparł oschle Luke. - Ale jeżeli nawet mieliśmy szczęście, 

oni go nie mieli. - Wstał i wymierzył klingę swojego miecza w stronę dwóch najbliżej stojących 
żołnierzy. - Ty i ty - rozkazał. - Chodźcie tu i pomóżcie temu człowiekowi wstać. To rozkaz.

Nie wahając się ani chwili ani nie patrząc na siebie, żołnierze przewiesili przez plecy 

karabiny i weszli na skalny most.

- To nie może być takie łatwe... - mruknął Luke.
- Masz rację - odparł rzekomy Lord Shadowspawn, a w rzeczywistości Nick. - Posłuchaj... 

to nakrycie głowy. Postaraj się zrozumieć. To urządzenie jest dziełem alchemii Sithów.

- Czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak alchemia Sithów? - zapytał Luke. - To nie miała 

być część przedstawienia?

- Popatrz na moją głowę, Skywalker - odparł Nick. - Czy ta krew wygląda, jakbym tylko 

udawał? - Zamknął oczy i głęboko odetchnął, żeby zebrać resztkę sił. - W moim mózgu 
implantowano... kryształy, a w nakryciu głowy skupia się Ciemność... to, co ty nazywasz Mocą. A 
wszystko po to, żeby Cronal... Blackhole... mógł wykorzystywać mnie jak marionetkę. Może 
widzieć dzięki moim oczom i słyszeć dzięki uszom. Im bardziej ktoś jest wrażliwy na Moc, tym 
więcej można go wykorzystać. To właśnie dlatego zrobił ze mnie Shadowspawna...

Luke zamrugał.
- Ci wszyscy oficerowie... Księżycowe Kapelusze... - zaczął, zdjęty grozą.
- W rzeczywistości żaden z nich nie jest ochotnikiem - zapewnił go Nick. - Wybrano ich 

jako osoby wykazujące pewną wrażliwość na działanie Mocy. To dlatego dokonywano tych 
wszystkich napadów. Shadowspawn ich porywa, poddaje chirurgicznemu zabiegowi i nakłada to 
dziwne nakrycie głowy. Nieszczęśnicy stają się nie tylko jego marionetkami, ale także oczami, 
uszami... i rękami. I ustami.

- Oni wszyscy są niewinnymi ofiarami? - zapytał osłupiały Luke.
- Większość - przyznał Nick. - Niektórzy są podobni do mnie. - Nick przekrzywił głowę. - 

Dawno przestałem być... niewinny.

- Co masz na myśli? - zdziwił się młody Jedi.
- Po pięciu latach wojny nadal niczego nie wiesz? - spojrzał mu w oczy ciemnoskóry 

mężczyzna. - Może nie zwracałeś uwagi? - Machnął ręką. - Zapomnij o tym. Blackhole i ja... nasze 
losy się splątały, kiedy on, uhm... werbował ofiary w Zewnętrznych Rubieżach. Ścigałem go, ale to 

background image

on mnie schwytał.

- Ścigałeś go? - zapytał coraz bardziej zdziwiony Luke.
- Jego i pozostałych - odparł Nick. - Miałem swoje powody... nienawidziłem władców 

Ciemnej Strony. - Znów machnął drżącą ręką. - Każdy... musi mieć jakieś hobby, chłopcze.

Luke uśmiechnął się smutno.
- Teraz już nikt nie nazywa mnie chłopcem - powiedział.
- Hej, przepraszam...
Luke pokiwał głową.
- Ja też - powiedział.
Nick kichnął i zakasłał.
- Wdrap się - powiedział. - Na ten tron.
- Słucham?
- Zrób to! Natychmiast!
Luke położył dłoń na podłokietniku Mrocznego Tronu. Powierzchnia była gładka i chłodna 

jak wypolerowane szkło.

- Dlaczego? - zapytał.
- Tron jest wykonany z obsydianu - wyjaśnił Nick. - Pozostałe kamienie to wszystko 

topiskała. Tamten most też.

- I co z tego?
- Popatrz tylko. - Nick wyciągnął rękę, wskazując zbliżających się szturmowców. Kamienny 

most nagle zaczął się w niewyjaśniony sposób rozciągać, jakby był wykonany z kitu albo z 
miękkiej gliny, ściskanej palcami przez niewidocznego giganta. Szturmowcy się zawahali, a chwilę 
potem kamienny most pękł. Jego końce odskoczyły od siebie jak ucięte fragmenty łodygi 
dryfującego chwastu oceanicznego. Dalszy koniec, na którym stali niepewnie szturmowcy, 
dosłownie zapadł się pod nimi. Żołnierze chwytali rozpaczliwie uciekający spod ich stóp kamień. 
Jeden upadł i, bezradnie machając rękami, wpadł do jeziora rozżarzonej do czerwoności lawy. Na 
powierzchni pojawił się nagły błysk i szturmowiec zniknął. Drugi zdążył się czegoś chwycić i 
wisiał nad lawą, machając nogami, ale tylko chwilę. Na powierzchni kamienia pojawił się błysk 
energetycznego wyładowania. Szturmowiec rozłożył szeroko ręce i poleciał w dół.

Bez jednego ruchu leciał na spotkanie ze swoim losem. Zanim wpadł do jeziora, 

prawdopodobnie był już martwy.

Pozostali szturmowcy i kobieta w Księżycowym Kapeluszu na półce obok wylotu tunelu 

przewrócili się, jakby ogłuszeni przez strzały z blasterów... a sama półka, która ugięła się pod ich 
ciężarem, rozpadła się jak gorące masło z orzechami khaddi. Po chwili wszyscy oni ześlizgnęli się i 
pogrążyli w ognistej otchłani pięćdziesiąt metrów niżej.

A wtedy skalna półka uniosła się znów do góry, aż zasklepiła wylot tunelu.
- To tyle, jeżeli chodzi o likwidowanie świadków - stwierdził Nick.
Luke poczuł nagle ostrzegawczy impuls Mocy, ten sam, który uprzedził go kilka minut 

wcześniej przed zagrożeniem. Chwycił płaszcz rzekomego Shadowspawna i pozwolił, żeby Moc go 
uskrzydliła. Bez trudu uniósł się w powietrze i przefrunął ze skały na wypolerowany obsydianowy 
tron. W miejsce, gdzie chwilę wcześniej stał, uderzyła taka sama skwiercząca błyskawica, która 
pozbawiła życia kobietę i szturmowców.

- No dobrze, jestem na górze - ogłosił Luke. - I co dalej?
- A nie możesz posłużyć się Mocą, żeby nas stąd jakoś wyprowadzić? - zapytał Nick.
- Chyba nie - odparł ponuro Luke. - Gdyby jednak Moc chciała naszej śmierci, mogłaby 

tylko wyłączyć repulsory podtrzymujące albo opuścić ekrany chroniące nas przed żarem.

- Nie zrobi tego - odparł Nick. - Właśnie to staram ci się powiedzieć. Shadowspawn nie 

zamierza cię zabijać. Chce się stać tobą.

Zanim Luke zdążył go zapytać, co ma na myśli, skała pod tronem nagle zmiękła i zamieniła 

się w ogromną dłoń. Wokół nich zamknęły się olbrzymie kamienne palce, każdy trzykrotnie 
dłuższy niż Luke.

Młody Jedi włączył odruchowo klingę świetlnego miecza i uciął u nasady jeden palec, który 

background image

upadł obok niego, roztopił się i objął jego stopy. Już po chwili stwardniał do tego stopnia, że 
uniemożliwił mu swobodę ruchów.

W olbrzymiej pieczarze zagrzmiał drwiący śmiech z ukrytych megafonów.
- Myślę, że najbardziej odpowiednim słowem w takiej chwili jest... ciecie! - zahuczał głos 

fałszywego Vadera.

Błysk błękitnej energii pomknął w górę po nogach Skywalkera i pozbawił go przytomności.

ROZDZIAŁ 9

Katalog preferencji Hana był równie elastyczny jak jego ciało. Kilka eskadr nadlatujących 

prosto ku niemu myśliwców TIE zepchnęło z pierwszego miejsca listy myśl: Przynajmniej się 
upiekę, zanim umrę z głodu i zastąpiło ją przekonaniem: Nie chcę umierać z pustym żołądkiem.

Solo odwrócił się i puścił biegiem w stronę rufy.
- Chewie! Wskakuj na pokład! Jazda, jazda, jazda! - wrzasnął, nie zwracając uwagi na to, że 

Wookie już się ześlizgnął po krawędzi i zgrabnie zeskoczył z kadłuba.

Han puścił się biegiem, chociaż od blasterowego ognia nieprzyjacielskich pilotów wszędzie 

wokół niego eksplodowały wulkaniczne skały. W biegu natrafił na krople stopionego tytanium, 
które były kiedyś pancerzem „Sokoła”. Rozżarzony metal wypalał dziury w jego spodniach i 
koszuli. Potknął się o ewakuacyjny uchwyt, przeturlał i zaczął spadać głową w dół z kadłuba. 
Przytomna część jego umysłu zauważyła, że błyskawice laserowych strzałów mają dużo większą 
średnicę niż normalnie, dzięki czemu nie mogą przebić górnego pancerza jego statku. Ta sama 
część umysłu zanotowała, że przesycona cząsteczkami metali atmosfera zakłóca kolimację 
laserowego promienia. Cała reszta troszczyła się raczej o to, żeby obrócić się w powietrzu, nie 
spadać głową w dół i nie wbić się w popiół u stóp rampy lądowniczej.

Rezultat tej troski nie był rewelacyjny, bo Han wylądował z plaśnięciem na pośladkach, ale 

uznał, że da się to wytrzymać. Kiedy Leia przebiegła obok niego, zdołał nawet z trudem wstać.

- Na górę! - wykrzyknął, ciężko dysząc. - Biegnę zaraz za tobą!
- Czy chociaż raz udało ci się wylądować w takim miejscu, żeby od razu nie wpaść w 

tarapaty, Spryciarzu? - rzuciła księżniczka, zanim zniknęła w otworze włazu u szczytu rampy.

- Co racja, to racja - mruknął Han. Zataczając się, wbiegł po rampie i wcisnął guzik 

automatycznego zamykania. - Leio, ruszaj do dolnej wieżyczki! Chewie, bierzesz górną! Ja zajmę 
się pilotowaniem!

Potykając się, pognał korytarzem do sterowni. Zauważył, że stopy Chewiego właśnie 

znikają we wlocie tunelu umożliwiającego dostęp do górnej wieżyczki. Wiedział, że istoty rasy 
Wookie potrafią się wspinać szybciej niż istoty większości innych ras.

- Nic ci się nie stało? Naprawdę? - zapytała Leia.
- Właściwie nie - odparł Solo. - Przynajmniej nie wylądowałem na mózgu.
- Jeżeli nie powstały trwałe obrażenia.... - Leia błysnęła zębami w przekornym uśmiechu i 

kiedy Han się przeciskał obok niej, lekko poklepała jego stłuczony pośladek. - To twoja ładniejsza 
część ciała... co chyba najlepiej mówi samo za siebie.

- Jesteś cudowna - odparł Han. - A teraz może byśmy się postarali zestrzelić kilku 

parszywych drani, hm?

Statek zakołysał się od następnych strzałów z laserowych działek, ale zaraz rozległ się 

ogłuszający okrzyk wojenny Wookiego i basowe bum-bum-bum-bum serii z górnych działek 
„Sokoła”.

Han wpadł do sterowni i rzucił się na fotel pilota. Wciskając guziczki i pstrykając 

dźwigienkami przełączników, wyszeptał niewyraźnie:

- Bardzodziękujęcizawszystko!
Zwracał się do tej części Mocy, która się opiekowała głupcami, łajdakami i 

zrehabilitowanymi przemytnikami. Był wdzięczny losowi za to, że Imperium nie pomyślało o 
wyposażeniu swoich myśliwców TIE Interceptor w rakiety czy torpedy, zwłaszcza że próbując 

background image

włączyć generator aktywnych osłon, zauważył płonący czerwonym blaskiem napis „usterka”. Han 
zrozumiał, że zanieczyszczona atmosfera wywiera na pola deflektorów i osłony 
przeciwcząsteczkowe podobny wpływ co na promienie laserów.

A to oznaczało, że najskuteczniejszą bronią w tej konkretnej sytuacji pozostają pociski w 

dziobowych wyrzutniach.

- Może być - mruknął Solo. Szarpnął ku sobie rękojeść dźwigni drążka sterowniczego i 

przesłał energię do jednostek napędu podświetlnego. „Sokół” śmignął pionowo w niebo, jakby 
sama planeta wymierzyła mu kopniaka.

Statek przedzierał się przez ulewę strzałów z laserowych działek. Po chwili Han usłyszał 

trzask z głośnika pokładowego interkomu.

- Nic im nie mogę zrobić - zameldowała Leia przez zaciśnięte zęby, zajęta ostrzeliwaniem 

nieprzyjaciół. - Moje strzały ześlizgują się po panelach ich kolektorów. Czyżby coś się stało z 
naszymi działkami?

- Nie, coś się stało z atmosferą! - odkrzyknął Han. - Nie narzekaj, bo na razie to samo 

zjawisko utrzymuje nas przy życiu! Dziobowa część kabiny tych straszydeł jest nieopancerzona... 
powinnaś mierzyć w samą „gałę” i strzelać, kiedy bandyci będą zawracali przed przystąpieniem do 
następnego ataku.

Wykonał statkiem półpętlę i skierował go w stronę nowej linii myśliwców TIE. Ich piloci 

lecieli cały czas szykiem „podążaj za dowódcą” - formacją bardzo przydatną do ostrzeliwania 
celów na powierzchni gruntu.

- Skoro już mowa o „gałach”, czasami moje też się do czegoś przydają - mruknął cicho Han, 

nie troszcząc się o namiar z celowniczego komputera. Kciukiem włączył przycisk spustowy rakiet. 
Na tak małą odległość nie potrzebował namierzania celu. Kiedy z dziobowych wyrzutni „Sokoła” 
wystrzeliły dwie równoległe smugi dymu i dotarły do lecącego na czele szyku interceptora, 
nieprzyjacielska maszyna w mgnieniu oka przemieniła się w rosnącą kulę ognia i szczątków. Kiedy 
po chwili kula objęła dwie lecące tuż za trafionym myśliwcem maszyny TIE, pozostali piloci w 
końcu złamali szyk i się rozproszyli. Lecąc kursem po spiralach, nadal ostrzeliwali cele na 
powierzchni gruntu.

- Hej, chyba zamierzają polować na Mindoran! - wychrypiał Han, kładąc statek na wektor 

ucieczki. - Poślijcie im pocałunek na szczęście, chłopaki... bo myśmy już wam umknęli!

- Hanie... - syknęła Leia przez zaciśnięte zęby. - Posłuchaj, Hanie...
Solo znał ten ton i od razu zrozumiał, co Leia chce mu powiedzieć.
- Nic więcej nie mów - powiedział. - Musimy zawrócić.
- Rozerwą ich na strzępy - stwierdziła księżniczka. - Posłuchaj, Hanie... Oni wiedzą coś o 

Luke’u!

- Jasne, że tak - mruknął Han przez zaciśnięte zęby. Leia nie mogła się powstrzymać, żeby 

nie wypowiedzieć imienia brata. - Ale kiedy wszyscy zginiemy z powodu twojego krwawiącego 
serca, nie szukaj pociechy u mnie...

Wykonał unik i wprowadził „Sokoła” w łagodny łuk. Tym razem włączył celowniczy 

komputer, który od razu go poinformował, że statek nie ma już ani jednej rakiety.

- Co ty powiesz - mruknął rozgoryczony Han. Włączył guzik pokładowego komunikatora. - 

Dowódco Łotrów... wzywam dowódcę Łotrów - powiedział. - Wedge, jesteś tam? Jeżeli nudzisz się 
gdzieś w pobliżu, w tej chwili przydałaby się nam wasza osłona!

Z głośnika komunikatora wydobył się kolejny trzask. Poprzez szum zakłóceń Han usłyszał:
- Wszelka pomoc w tej chwili niemożliwa, „Sokole”. Jak mnie zrozumiałeś? Pomoc 

niemożliwa! Jesteśmy tu jak żywcem pogrzebani! W powietrzu jest więcej myśliwców TIE niż skał 
na powierzchni gruntu! Jak mnie zrozumiałeś? Odbiór!

- Niestety, bardzo dobrze - mruknął Solo. - Dacie radę zabezpieczyć nam drogę ucieczki?
- Nawet nie usiłujcie stamtąd uciekać, „Sokole” - usłyszał w odpowiedzi. - W ogóle nie 

próbujcie żadnych sztuczek! Nieprzyjaciele otoczyli was jak kokonem. Znajdźcie jakąś dziurę, 
ukryjcie się w niej i zamknijcie klapę za sobą! Wrócimy tam, kiedy tylko zbierzemy więcej 
naszych!

background image

- Zaprzeczam - odparł Han. - Przystępuję do wykonania planu Leii. Działamy na własną 

rękę. Kiedy znajdziemy Luke’a, spotkamy się z tobą po przeciwnej stronie punktu wskoczenia do 
nadprzestrzeni.

- Zrozumiałem - odparł Antilles. - Czystego nieba, „Sokole”.
- Do zobaczenia, Wedge - odparł Solo.
- Zrozumiałem, Hanie. Uważaj na twoją piękną damę, żeby nie stała się jej jakaś krzywda.
- Zawsze na nią uważam - obruszył się Han i dopiero po sekundzie uświadomił sobie, że 

Wedge miał na myśli nie jego „łajbę”, jak niektórzy nazywali „Sokoła”, ale Leię. - No jasne, o nią 
też - mruknął i włączył pokładowy interkom. - No dobra, dzieciaki, skoro nie możemy zrobić tego 
po dobroci, zrobimy po złości. Przypnijcie się... droga może być bardzo wyboista.

Celowniczy komputer ostrzegawczo zapiszczał, a na ekranie monitora pojawił się napis: 

„Wykryto sygnał namiaru systemu rakietowego”.

- Namiar systemu rakietowego? - przeczytał głośno zdumiony Han. - Przecież oni nawet nie 

mają... - Przestał się sprzeczać z komputerem, ale na wszelki wypadek raptownie przyspieszył i 
wykonał ciasny łuk. Zanim jednak zdążył dokończyć zdanie, para rakiet udarowych przeleciała tak 
blisko kadłuba, że cała sterownia aż zadrżała. - Kto do nas strzela? - zapytał.

- Nadlatują! - wrzasnęła Leia, próbując przekrzyczeć huk obu poczwórnych działek.
- Zdążyłem ich zauwa... o rany. - Han spojrzał przez dziobowy iluminator na rój rakiet, 

które, wirując w locie, nadlatywały od strony gigantycznej ściany skłębionego pyłu. Chmura 
wzniosła się w powietrze, kiedy pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt ciężkich kanonierek szturmowych 
przeleciało nisko nad odległymi o kilka kilometrów wzgórzami i zatoczyło łuk, żeby ich 
artylerzyści mogli zaatakować „Sokoła”. - Chyba żartujecie!

Arroowerrhowoo! - zaryczał Chewbacca.
- Jasne, śmiej się, futrzaku! - prychnął Han i skierował „Sokoła” z powrotem na kurs 

przechwycenia interceptorów. Ciekawe, co Wookie w tym widzi śmiesznego, pomyślał. - Chewie, 
weź na cel te myśliwce! - rozkazał. - Musimy złamać ich szyk. Księżniczko... hej, zaczekaj!

Po każdym trafieniu w grunt laserowej błyskawicy interceptora spomiędzy skał wokół 

krawędzi krateru wznosiła się skłębiona czerwonawo-czarna chmura pyłu i dymu, na tyle gęstego, 
że całkowicie przesłaniał widok.

Han uświadomił sobie, że szczerzy zęby w szerokim uśmiechu.
- Księżniczko, obierz za cel powierzchnię gruntu - rozkazał.
- Słucham?
- Po prostu to zrób! - odkrzyknął Han. - Skieruj lufy działek pod kątem dziewięćdziesięciu 

stopni i nie odrywaj palców od spustów!

- Ty jesteś kapitanem, kapitanie - powiedziała Leia sceptycznym tonem, ale ułamek sekundy 

później dała ognia z wieżyczki dolnych laserów i zaczęła polewać lawę w dole nieprzerwanym 
strumieniem ognia.

Han wprowadził „Sokoła” w lot nurkowy ku powierzchni, prosto w skłębioną chmurę 

czerwonawego pyłu, wznoszącego się coraz wyżej dzięki laserowym strzałom z wieżyczki Leii. 
Mimochodem zauważył z lekkim zdumieniem, że chyba pierwszy raz w życiu Leia zrobiła to, co jej 
kazał, nie kłócąc się z nim ani nawet nie usiłując przedstawić swoich argumentów. To na pewno 
sprawił ten „kapitan”. Ciekawe, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem? - zadał sobie pytanie. 
Wygiął wargi w przekornym, lekko krzywym uśmiechu.

Wciąż jeszcze się uśmiechał, kiedy „Sokół” wyleciał z rykiem z chmury w otwarte niebo. 

Po chwili o sterburtową żuchwę roztrzaskał się panel kolektora interceptora, którego zaskoczony 
pilot nawet nie miał okazji mrugnąć, zanim jego myśliwiec zmienił się w płonącą kulę, a wrak, 
wirując w locie, poszybował w kierunku aż nazbyt bliskiej powierzchni lawy w dole.

Pod wpływem impetu kolizji „Sokół” też zaczął wirować jak kredytowy żeton na stole do 

sabaka, a z wyrwy w płycie pancerza zaczęły odpadać stopione krople tytanium. Panel kolektora 
myśliwca TIE minął dziobowy iluminator mniej więcej o grubość włosa na nosie Wookiego. Han 

background image

mruknął:

- Niewiele brakowało.
Był szczerze zaskoczony tym, że wciąż żyje. Starając się zapanować nad sterami 

frachtowca, nawet nie zaczął się martwić tym, że w kierunku „Sokoła” lecą następne interceptory, 
nie wspominając o udarowych rakietach, które nadlatywały ze wszystkich stron naraz. Stracił 
namiar celowniczy, kiedy „Sokół” zniknął w chmurze przesyconego związkami metali pyłu.

Udało się mu wykorzystać wirowanie statku i kiedy zobaczył krzyżujące się smugi dymu 

nadlatujących rakiet, szarpnął rękojeść dźwigni drążka sterowniczego „Sokoła” z taką siłą, że 
ustawił statek pionowo rufą w stronę gruntu. Utrzymywał go w takiej pozycji tylko ułamek 
sekundy, ale to wystarczyło, żeby pierwsze rakiety przemknęły tuż obok kadłuba. Han mógłby 
przysiąc, że poczuł ich zapach. Później ich systemy celownicze znalazły inny obiekt, który mogły 
obrać za cel dalszego lotu: eksplodujący interceptor. Nadlatujące jeszcze później rakiety zdążyły 
namierzyć gazy wylotowe z jonowych silników innych interceptorów, bo zmylone masą 
metalowych cząstek sygnały namiarowe rakiet nie reagowały na informację, czy śledzą obcy, czy 
też swój obiekt. Han w końcu odzyskał panowanie nad sterami „Sokoła” i skierował go w stronę 
zwałów lawy, za którymi schronili się Mindoranie.

Kiedy znalazł się nad ich kryjówką, obrócił „Sokoła” o dziewięćdziesiąt stopni i okrążył 

grupkę z dużą prędkością. W tym czasie Chewie i Leia kierowali ogień poczwórnych laserów na 
powierzchnię gruntu. Ostrzał wzbił ogromną chmurę strzaskanych kawałków skał i drobin metalu, 
która zdaniem Hana powinna osłonić ich przynajmniej minutę przed nadlatującymi kanonierkami. 
Kiedy w końcu statek osiadł pośrodku kręgu, Han opuścił rampę lądowniczą i włączył zasilanie 
zewnętrznych głośników.

- W porządku, zabierajcie się stąd! - zawołał do Mindoran. - Wskakujcie na pokład... do 

momentu B pozostało nam tylko pół godziny, a B oznacza Bagaż Parszywych Drani!

Mindoranie zaczęli wbiegać po rampie. Niektórzy się potykali, inni pomagali wchodzić 

rannym towarzyszom albo po prostu ich wciągali. Rudowłosa kobieta przystanęła na chwilę, żeby 
posłać w stronę sterowni uśmiech. Pocałowała dłoń i dmuchnęła na nią, jakby chciała przesłać 
pocałunek. Wynikało z tego, że była autentycznie wdzięczna.

Han wyłączył zewnętrzne głośniki i ponownie przesłał zasilanie do pokładowego interkomu.
- Chewie, Leio - zaczął. - Mindoranie nie mogli go usłyszeć, ale na wszelki wypadek zniżył 

głos niemal do szeptu. - Zabezpieczcie klapy włazów umożliwiających dostęp do wieżyczek i nie 
ruszajcie się stamtąd, dopóki wam nie pozwolę.

Był pewny, że klapy włazów wytrzymają każdą siłę eksplozji, może z wyjątkiem wybuchu 

ładunków do wysadzania skał w kopalniach.

Chewie zaryczał na znak zgody, ale Leia lekko się obruszyła:
- Hanie, to nie są nasi wrogowie. Wyczuwam...
- Wierzę ci - uciął Solo. - Mimo to wykonaj moje polecenie.
- Hanie...
- Leio!
- No dobrze - zrezygnowała w końcu księżniczka. - Nigdzie się stąd nie ruszę.
- I będziesz gotowa do otwarcia ognia, hm? - Nie czekając na odpowiedź, Han wybrał inny 

kanał interkomu i połączył się z ładownią „Sokoła”. - Hej, wy tam, na dole! - wykrzyknął. - 
Jesteście już tam wszyscy? Nie mamy czasu!

- Jesteśmy wszyscy! - usłyszał w odpowiedzi. - Zamierzasz jeszcze dzisiaj wystartować? - 

Han poznał po głosie, że to rudowłosa przywódczyni. - Czy to w ogóle jest statek? A może tylko cel 
dla systemów artylerii?

- Trochę to, trochę tamto - mruknął Solo. Przesłał energię do silniczków manewrowych i 

jednostek napędowych, po czym śmignął świecą w niebo. - Nadlatują! - wykrzyknął.

Okazało się, że piloci interceptorów nie zrezygnowali z prób zestrzelenia pokiereszowanego 

frachtowca. Kiedy tylko Han wyleciał z chmury, jego statek zadygotał i zboczył z kursu, trafiony 
serią laserowych błyskawic. Chwilę później Han zauważył klucz ciężkich kanonierek szturmowych, 
których piloci zataczali łuk, żeby przystąpić do następnego ataku.

background image

- Mam nadzieję, że ktoś tu ma jakiś pomysł! - zawołał.
Hrowwwroor! - zaryczał Chewie.
- Naturalnie, że nadal strzelaj! - odkrzyknął Han. - Miałem na myśli naprawdę dobry 

pomysł!

Przez trzaski z głośnika interkomu przebił się znów głos rudowłosej Mindoranki:
- Cel siedemdziesiąt siedem punktów od prawdziwej północy! Otworzyć ogień!
Han omiótł spojrzeniem horyzont od północy na wschód. Wszędzie widział tylko pustynię i 

monotonnie ukształtowany teren. Jedynym wyjątkiem były niewysokie, łagodne pagórki.

- Niczego tam nie ma! - wykrzyknął.
- Możemy się o to założyć, ale w tym czasie Imperialni zamienią twój statek w kupę złomu! 

- odkrzyknęła kobieta.

- A może posadzimy cię na kadłubie i wykorzystamy twoją odwagę zamiast płyty pancerza? 

- mruknął Han, ale przesłał energię do silniczków manewrowych i kierunkowych silników 
rakietowych. Kiedy obok statku przemknęło sześć interceptorów, wcisnął odruchowo spust rakiet, 
ale zaraz prychnął do siebie:

- „Co ty wyprawiasz, ptasi móżdżku! Marnujesz czas na próby wystrzelenia nieistniejących 

pocisków?”

Tak czy owak jego głównym problemem nie byli piloci interceptorów, ale klucz ciężkich 

kanonierek, które latały ku niemu, niemal muskając powierzchnię gruntu. Kierowały się ze 
wschodu na północny wschód.

- Czy ty wiesz, że wysyłasz nas prosto na nich? - zapytał.
- Hej, przepraszam - odparła rudowłosa kobieta. - Czy to znaczy, że czujesz się tu 

bezpieczniejszy?

- W ten sposób nigdy do niczego nie dojdziemy - mruknął Solo.
- Przestań, bo się rozpłaczę - zadrwiła Mindoranka. - Zrób coś, żeby piloci tamtych TIE 

zostali tuż za rufą twojego statku... znajdą się wtedy na linii ognia tych kanonierek.

- A kanonierki na linii ognia interceptorów - dokończył Han. Od razu zaczął wykonywać 

manewr lokujący „Sokoła” dokładnie pośrodku między kanonierkami a interceptorami. Działka 
myśliwców TIE nie mogły wprawdzie wyrządzić odległym kanonierkom większej krzywdy niż 
lecącemu bliżej „Sokołowi”, ale artylerzyści kanonierek musieli przerwać ogień, żeby nie trafić 
rakietami maszyn TIE. Han zaczął wierzyć, że może jednak uratuje „Sokoła” z kolejnej opresji.

- Pewnie nie wiesz, ale to nie jest moja pierwsza walka - powiedział.
- Niewiele brakowało, a byłbyś mnie przekonał - odcięła się Mindoranka. - Jak sobie 

radzicie tam, na górze?

- Nieźle - przyznał Solo, ale zaraz zmienił zdanie, kiedy kadłubem „Sokoła” porządnie 

zakołysała następna seria z działek interceptorów. - Tyle że piloci myśliwców TIE nas doganiają... 
niedługo znajdą się tak blisko, że zdołają wyrządzić nam sporo zniszczeń. A piloci kanonierek 
zataczają łuk, żeby puścić się za nami w pościg, kiedy za jakieś pięć sekund ich miniemy. A kiedy 
to się stanie, znajdziemy się naprawdę w sytuacji bez wyj...

- Śmigaj w niebo! - wrzasnęła nieznajoma.
- Słucham?
- Niech to zaraza, śmigaj w niebo! - powtórzyła rudowłosa kobieta. - Najszybciej, jak to 

tylko możliwe!

- Nawet nie widzisz, co się tu dzieje!
- Nic nie szkodzi - warknęła Mindoranka. - Znam tę planetę jak twój tyłek zna twoje 

spodenki, pilociku! Śmigaj w niebo, bo inaczej zginiesz!

- A może chcesz tu przyjść, żeby trochę popilotować? - zapytał Solo, ale zaraz się 

zreflektował: - Zapomnij, że to powiedziałem!

Zgrzytnął zębami i pociągnął ku sobie rękojeść dźwigni drążka sterowniczego. „Sokół” 

drgnął, szarpnął się i strzelił w górę tak szybko, że przeciążeniu uległy nawet inercyjne 
kompensatory. Przyspieszenie wbiło Hana w fotel pilota i na jakiś czas unieruchomiło. Solo miał 
złośliwą nadzieję, że pewna Mindoranka nie miała dość czasu, żeby się przypiąć, przewróciła się i 

background image

coś sobie złamała albo przynajmniej obiła.

Najlepiej swoją niewyparzoną, bezczelną gębę.
Piloci myśliwców TIE Interceptor za rufą puścili się w pościg, ale musieli rozproszyć się na 

boki, żeby zrobić miejsce dla kolegów za sterami kanonierek. Oni z kolei, korzystając z okazji, 
posłali za „Sokołem” grad udarowych rakiet. W sterowni frachtowca znów się rozdźwięczał alarm o 
wykryciu sygnału namiaru. Han zaklął pod nosem, ale pchnął do przodu rękojeść dźwigni drążka 
sterowniczego i obrócił ją, żeby „Sokół” wpadł w korkociąg. W tej samej chwili po całym niebie 
przemknął szkarłatny błysk, a w całym statku rozległ się grzmot harmonicznych magnetycznego 
rezonansu, który dla aż nazbyt doświadczonego ucha Hana zabrzmiał, jakby ktoś o mało ich nie 
trafił z naprawdę wielkiego turbolasera.

- Skąd, u diabła, się to wzięło? - zapytał Solo.
Z głośnika interkomu rozległ się głos Leii, która siedziała cały czas w dolnej wieżyczce 

poczwórnych laserów.

- Obróć statek o dziewięćdziesiąt stopni w lewo, to sam się przekonasz.
Han zrobił, co mu kazano, i przekonał się, co miała na myśli Leia. Od razu zaczął 

przeklinać. Klął, cały czas wykonując gwałtowne uniki. Niebo wokół nich nadal rozbłyskiwało na 
czerwono, a po pomieszczeniach „Sokoła” niosło się dźwięczne echo trafień, zupełnie jakby 
Ruurianin walił w obiadowy gong wszystkimi siedmioma parami rąk.

Świeca, którą wykonał Han za namową rudowłosej Mindoranki, pozwoliła mu przelecieć 

nad ogromną okrągłą górą, która strzelała wysoko w pomarańczowe niebo. Przypominała młodą 
wulkaniczną kopułę, która jeszcze nie całkiem wyłoniła się z krateru. Wokół kopuły Han zauważył 
wieże ogromnych turbolaserów, tak potężnych, że zakłócenia powodowane przez atmosferę 
Mindora nie wywierały na nie wpływu. Miały na tyle dużą średnicę, żeby rozpylić na atomy całego 
„Sokoła”, nie tylko wybić w nim kilka dziur.

- Co to za pomysł? - burknął Solo do mikrofonu interkomu.
- Cudownie, nie ma co. Posłałaś nas prosto do ich głównej bazy.
- Przestań jęczeć! - fuknęła Mindoranka. - Tamte baterie turbolaserów powstrzymają 

ścigających nas pilotów interceptorów, a prawdopodobnie rozwalą też kilka rakiet.

Okazało się, że ruda miała rację, przez co Han jeszcze bardziej ją znienawidził. Ktoś tak 

irytujący jak ona nie miał prawa mieć racji w żadnej sprawie.

- Niedaleko od tej kopuły powinny się znajdować trzy równoległe ślepe kaniony, mniej 

więcej pięć kilometrów w lewo - poinformowała go nieznajoma. - Widzisz je?

- Tak. - Han zobaczył trzy długie wąwozy, wyryte w pokrywającej powierzchnię Mindora 

skorupie lawy. Zaczynały się płytko, ale im dalej na wschód, tym były głębsze. Kończyły się dość 
nagle. Wyglądało to, jakby kilka lat wcześniej spadły tam trzy gigantyczne meteoryty. - I co dalej? - 
zapytał.

- Wybierz kanion z prawej strony i leć nisko nad jego dnem - poleciła rudowłosa 

Mindoranka. - Poniżej powierzchni gruntu znajdziesz wloty bocznych kanionów, jaskinie i inne 
miejsca, w których będziesz mógł ukryć swój statek. Rozwal jakieś skały, żeby narobić kurzu, to 
bez trudu wywiedziesz w pole wszystkich, którzy nas ścigają. W tych kanionach jest po prostu zbyt 
wiele zakamarków, żeby wszystkie przeszukać, a oni mają w tej chwili większe problemy niż 
odnajdywanie małego statku.

Han pokiwał głową i zanurkował „Sokołem” w kierunku wskazanego kanionu. Zauważył 

wiele bocznych odnóg, ale cały czas musiał unikać ognia turbolaserów.

- Nieźle, wcale nieźle - przyznał niechętnie. - Chyba naprawdę znasz tę planetę jak własną 

kieszeń.

- A jak myślisz, co pozwoliło nam tu przeżyć tyle lat? - zapytała nieznajoma. - Sympatyczny 

wygląd?

- Nie - odparł z przekąsem Solo. - Myślę, że to twoja czarująca osobowość.

Kilkaset planetarnych średnic od Mindora przemieszczały się podwójne siódemki.

background image

W ich kierunku dryfowały gromady asteroid, które cały czas przyspieszały. Podążały po 

liniach grawitacyjnej interakcji między generatorami grawitacyjnych studni podwójnych siódemek 
a tysiącami generatorów sztucznej grawitacji wśród samych asteroid. Zjawisko było wyraźnie 
widoczne na wyświetlaczach w polu widzenia pilotów stacjonujących w hangarach „Lansjera” 
gwiezdnych maszyn, dzięki czemu komandor Tirossk wpadł na błyskotliwy pomysł. Był w tej 
bitwie najstarszym dowodzącym oficerem i niespodziewanie został dowódcą całych Sił Szybkiego 
Reagowania Nowej Republiki.

Jak wyjaśnił Wedge’owi i Tychowi w zaszyfrowanej wiadomości, połączone wpływy 

opadających ku słońcu gromad asteroid i grawitacyjnych studni interdyktorów powinny pozwolić 
na wytworzenie połowicznie spójnych planetoid. Wedge i Tycho doszli do rozsądnego wniosku, że 
dziesiątki takich planetoid, krążących po właściwych orbitach, powinny wystarczyć do powstania 
krótkiego „nadprzestrzennego okna” - przedziału czasu, dzięki któremu mogłyby się wymknąć 
przynajmniej niektóre okręty SSR. Nawigacyjny komputer „Lansjera” określił, że takie zjawisko 
może wystąpić co najmniej za osiemnaście godzin... a „okno” otworzy się na krótko kilka razy, ale 
w niemożliwych do przewidzenia odstępach czasu. Gdyby jednak wszystko potoczyło się po myśli 
dowódców floty Nowej Republiki, za mniej więcej dwadzieścia godzin sytuacja się ustabilizuje.

Niestety, nie wszystko szło po myśli dowódców Nowej Republiki. Prawdę mówiąc, bardzo 

niewiele.

Już w obecnej chwili, dzięki zmianom niestabilnych orbit asteroid, zaczynały one wywierać 

wpływ na samego Taspana. Od jakiegoś czasu wzrastał także poziom natężenia promieniowania. 
Imperialni oficerowie, którzy kierowali dywizjonami myśliwców TIE, poznali, na co się zanosi, 
kiedy tylko odkryli, że podwójne siódemki łamią szyk planetarnej interdykcji. Prawdopodobnie 
mieli do dyspozycji nieograniczoną liczbę TIE interceptorów, pilotowanych przez nieograniczoną 
liczbę zdolnych do samobójczych ataków psychopatów. Oznaczało to, że załogi podwójnych 
siódemek muszą bardzo ostrożnie manewrować, przedzierając się przez chmury interceptorów, 
które wirowały i pluły ognistą plazmą, jakby ktoś uzbroił roje gamorreańskich grzmotoos w 
laserowe działka.

Dla wcześniej wyprodukowanych interdyktorów typu CC-7700 byłaby to wyprawa 

samobójcza, i w dodatku bardzo krótka. Późniejsza wersja tych okrętów, CC-7700/E, otrzymała 
jednak najnowszy węglowo-nanowłóknowy pancerz, który wspomagał sześć generatorów 
ochronnego pola. Okręty tego typu były także wyposażone w osiem wieżyczek poczwórnych dział, 
których moc wyjściową powiększono do poziomu bliskiego turbolaserom z ery Wojen Klonów. 
Kolejne udoskonalenie stanowiła para wieżyczek wyrzutni protonowych torped na górze i na dole, 
które mogły być wystrzeliwane we wszystkie strony, a także duża liczba bomb kasetowych do 
zwalczania gwiezdnych myśliwców. Bomby były właściwie zainstalowanymi na kadłubie 
kierunkowymi ładunkami wybuchowymi, które eksplodowały na zewnątrz, wysyłając chmury 
małych pocisków, kiedy czujniki wykryły zbliżanie się nieprzyjacielskiej maszyny. To wszystko 
oznaczało, że piloci interceptorów mogli poważnie zagrozić najnowszym podwójnym siódemkom, 
gdyby przysłali wystarczająco dużą liczbę maszyn i przeciążyli systemy obronne, żeby 
przynajmniej kilku mogło się prześlizgnąć z maksymalną prędkością przez zatłoczone przestworza. 
Nawet jednak bezpośrednie trafienie nie mogłoby wyzwolić dość energii kinetycznej, żeby 
zniszczyć wyposażoną w węglowo-nanowłóknowy pancerz fregatę - chyba że pilot leciałby z 
największą prędkością, jaką dałby radę osiągnąć w normalnych przestworzach.

Dopilnowanie, żeby żaden pilot myśliwca TIE Interceptor nie osiągnął tak dużej prędkości, 

lecąc kursem na zbliżenie do którejkolwiek fregaty, przypadło w udziale pilotom X-wingów. Piloci 
nieprzyjacielskich maszyn przewyższali wprawdzie liczebnie pilotów SSR w stosunku sto do 
jednego, ale ci drudzy mogli przynajmniej częściowo zniwelować tę przewagę liczebną 
przeciwników. Po pierwsze, siły zbrojne Imperium nie mogły rzucić Ido walki wszystkich sił naraz, 
bo to by wymagało ściągnięcia myśliwców z całego systemu. A to naraziłoby generatory sztucznej 
grawitacji na ostrzał okrętów liniowych SSR. Po drugie, piloci interceptorów musieli skupić ogień 
na podwójnych siódemkach, w nadziei, że którąś uda się im zniszczyć, więc nie mieli dość maszyn 
do toczenia powietrznych pojedynków. Po trzecie, chociaż X-wingi - wytwarzane przez incom T-65 

background image

maszyny, najlepiej nadające się do walki w przestworzach - miały o wiele mniejszą zdolność 
manewrowania i niższą prędkość niż interceptory, pod jednym względem nam nimi górowały.

Nie miały opływowych kształtów.
Nie chodziło tylko o systemy uzbrojenia, jakimi dysponował ten typ maszyn Nowej 

Republiki. Chodziło głównie o jakość wykonania i precyzyjne opracowanie szczegółów. Oznaczało 
to, że X-wing mógł znieść takie fizyczne naprężenia, które oderwałyby panele kolektorów 
interceptora. Do takich dużych naprężeń dochodziło na przykład, kiedy X-wing przelatywał 
naprawdę blisko bardzo silnej grawitacyjnej studni.

I właśnie dlatego piloci nowej fali interceptorów znaleźli się pod ostrzałem kluczy X-

wingów, wylatujących spoza planetoid z zainstalowanymi na nich generatorami sztucznej 
grawitacji o wiele szybciej, niż normalnie robiły to X-wingi. Piloci Eskadry Łotrów mieli przewagę, 
bo trajektoria ich lotu między planetoidami wyglądała jak seria wspomaganych przez grawitację 
strzałów z procy. Potrafili jednym muśnięciem rękojeści dźwigni drążka sterowniczego kierować 
X-winga w stronę którejkolwiek z dwóch czy trzech spośród pięciu podwójnych siódemek, na 
której akurat Imperialni próbowali skupić ogień strzałów.

Przewaga liczebna pilotów interceptorów była jednak tak ogromna, że dywizjony X-wingów 

ponosiły coraz cięższe straty. Niektóre myśliwce Nowej Republiki rozlatywały się od ognia 
strzałów z dział własnych okrętów, bo ich piloci latali zbyt szybko, żeby artylerzyści podwójnych 
siódemek - czy nawet sami piloci mimo doskonałego refleksu - zdążyli zareagować podczas 
przelatywania przez pola ostrzału poczwórnych działek. Niektórzy ginęli w wyniku zwykłych 
kolizji, lecąc z ogromną prędkością przez zatłoczone przestworza. Prawie połowa pilotów Zielonej 
Eskadry Dwudziestki Trójki zginęła, zniszczona przez asteroidy, które nie skupiły się w planetoidę 
tak szybko, jak przewidywały to nawigacyjne komputery.

Piloci X-wingów nie mogli nawet policzyć zestrzelonych maszyn Imperialnych, bo TIE 

interceptory nadlatywały ku nim ze wszystkich stron naraz.

- Ci goście nigdy nie przestaną - warknął przez zaciśnięte zęby Wes Janson, wykonując 

dwudziestą czy trzydziestą zbyt ciasną procę. - Wygląda na to, że wszyscy ci wariaci szukają 
śmierci.

- Już są martwi - pocieszył go Hobbie, który leciał w odległości dwustu metrów od 

sterburtowego skrzydła maszyny Jansona. - Pomyśl o tym, kolego... nie mają żadnych osłon ani 
jednostek napędu nadświetlnego. Nie mogą się ukryć ani uciec. Mogą tylko liczyć na to, że ginąc, 
zabiorą nas ze sobą.

Janson lekko zdrętwiał, słysząc te słowa, i na chwilę zapomniał języka w gębie. Wreszcie 

jednak skręcił swoim X-wingiem na sterburtę.

- Mam! - wykrzyknął, kierując myśliwiec w stronę klucza TIE interceptorów i przyciskając 

spusty laserów. - Zrozumiałem, na czym naprawdę im zależy!

- Tak? - zapytał sceptycznym tonem Hobbie. - A mianowicie?
- Na cudzie.
- Skończyć z tą paplaniną! - warknął Wedge. - I sprawdzić wskazania skanerów średniego 

zasięgu!

Janson wykonał polecenie i zauważył, że przez uchylone okno w cieniu masy wyskakuje z 

nadprzestrzeni nowiutki krążownik klasy Mon Calamari z symbolem Nowej Republiki. Z hangarów 
okrętu wylatywało tyle myśliwców, że musiał ich być cały pułk.

- Na wszystkie gorące gwiezdne... - Drugi raz w ciągu paru chwil Janson zapomniał języka 

w gębie. - A skąd, na osiem stalbringiońskich piekieł, on się tutaj wziął?

Z głośnika rozległ się trzask, a zaraz po nim głos dyrektora Specjalnych Operacji, generała 

Landa Calrissiana:

- Czy ktoś tu nie modlił się o cud?

Jaskinia, do której rudowłosa kobieta skierowała Hana, była przestronna i w zewnętrznych 

reflektorach „Sokoła” wyglądała na suchą. Znajdowała się także wystarczająco głęboko w masywie 

background image

górskim, żeby Solo nie musiał się martwić, że zostanie zauważony. Mimo to wcale nie poczuł się 
uspokojony.

Po pierwsze, nie lubił latania z ładownią pełną uzbrojonych nieznajomych, i to bez względu 

na to, jak bardzo nienawidzą Imperium. Po drugie, jaskinia wyglądała trochę jak uśpiony wulkan. A 
po trzecie... no cóż, po prostu nie przepadał za parkowaniem w jaskiniach. Możliwe, że był 
przewrażliwiony, miał jednak przeczucie, że posadzenie statku w olbrzymiej dziurze skalnej nie ma 
prawa się dobrze zakończyć.

Z drugiej strony Mindoranie mogli mieć coś do jedzenia.
Włączył mikrofon interkomu.
- Uwaga, wszyscy - powiedział. - Wygląda na to, że im umknęliśmy. Jesteście jeszcze tam, 

w ładowni? Bez obrazy, ale złóżcie swoje blastery i inną broń w skoczku numer 6, dobrze? Nie 
chodzi o to, że wam nie ufam, ale po prostu tak będzie lepiej.

Z głośnika interkomu rozległ się głos rudowłosej Mindoranki.
- A co z tamtym Jedi? Gdzie on jest?
- Właśnie o to chciałem was zapytać - odparł Han.
- Tak po prostu, prawda? - warknęła nieznajoma. - Coś ci powiem... złożymy broń i 

porozmawiamy o tym Jedi, jeżeli dostarczycie nam bandaże i bactę. Mamy tu wielu rannych.

- W porządku - zgodził się Solo. - Będę u was za nanosekundę.
Kiedy dotarł do dziobowej ładowni, pomieszczenie wyglądało jak szpital połowy blisko linii 

frontu, i to po stronie, która przegrywała. Ludzie siedzieli albo leżeli, rozciągnięci na płytach 
pokładu. Niektórzy zwijali bandaże, inni kręcili się, pojękując cicho, a jeszcze inni po prostu 
wpatrywali się tępo w ściany ładowni, jakby wciąż jeszcze nie mogli uwierzyć, że przeżyli. Leia i 
Chewie opatrywali rany nieszczęśników. Han podszedł szybko do księżniczki.

- Hej, nie przesadzaj z tą bactą, co? - powiedział cicho.
- Hanie, on jest ranny - odparła równie cicho Leia.
- Jasne, wiem, ale jeszcze nie umiera, prawda? - zapytał Solo. - Czy wiesz, ile to kosztuje?
Z lewej strony usłyszał kobiecy głos:
- Możesz mi przedstawić rachunek.
Han odwrócił się na pięcie i wykrzywił wargi.
- A, to ty - prychnął.
- Tak, to ja - odparła urodziwa Mindoranka i posłała mu przekorny uśmiech. Wyglądała 

jeszcze ładniej niż na powierzchni Mindora. Wyciągnęła rękę. - Aeona Cantor - przedstawiła się. - 
To ty jesteś pilotem tej łajby?

- Jestem kapitanem tej łajby - poprawił ją z urazą Han, ale zaraz wyszczerzył zęby w 

szerokim uśmiechu i uścisnął jej wyciągniętą dłoń. Była ciepła i twardsza, niż się spodziewał. Han 
doszedł do wniosku, że nie ma już ochoty na kłótnie. W dodatku Leia mogłaby podejrzewać, że 
flirtuje. - Nazywam się Han Solo - powiedział.

Kobieta otworzyła szerzej oczy.
- Naprawdę? - zapytała. - Ten Han Solo?
Korelianin się zarumienił.
- Jedyny, jakiego znam - odparł cierpko.
- O rany! - Aeona wyglądała na wstrząśniętą. - Miałam na myśli tego Hana Solo, który 

podobno pokonał Gallandra w uczciwej walce.

- No cóż, sama wiesz... - Han nagle uświadomił sobie, że jego twarz staje się gorąca i na 

pewno czerwona. - To nie była zupełnie uczciwa walka... i niezupełnie to ja go pokonałem. Nie 
powinnaś bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co można znaleźć w HoloNecie.

- Toteż nie wierzę - zapewniła Mindoranka. - Zawsze uważałam, że w rzeczywistości 

strzeliłeś mu w plecy.

- Hej, wolnego...
- To twoja broń? - nie dała mu dojść do słowa Aeona. - BlasTech, hm? Trochę staroświecki, 

nie uważasz?

Han musnął rękojeść blastera, jakby nie był pewny, co robić.

background image

- No, może... - bąknął.
- Ja wolę dwudziestkęjedynkę - oznajmiła rudowłosa kobieta i wskazała brodą w kierunku 

spoczywającego w ładowni skoczka numer 6. Na stosie innej broni leżał jej nienagannie utrzymany 
pas z blasterem. Z kabury wystawała tylko rękojeść wykonanego na zamówienie pistoletu KYD, 
która zdradzała ślady częstego używania, ale była równie nienagannie utrzymana jak pas. - Proszę 
bardzo - powiedziała. - Sam wypróbuj. Proszę...

Powoli wyjęła blaster z kabury. Trzymała go dwoma palcami, dopóki się nie upewniła, że 

Han nie zamierza jej zastrzelić. Później zakręciła młynka pistoletem i podała go Hanowi kolbą 
naprzód.

- Sam się przekonaj, jak leży w dłoni - zaproponowała. - To model używany podczas 

zawodów, ale spust został przerobiony, aby się nadawał do prawdziwych akcji. Mógłbyś trafić w 
ogonek ziemnoćmy z odległości siedemdziesięciu pięciu metrów.

Han wziął od niej broń i zważył blaster w dłoni. Musiał przyznać, że KYD jest doskonale 

wyważony. Powiedział jej to.

Aeona uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Wiedziałam, że ci się spodoba - oznajmiła i wyciągnęła rękę w kierunku tkwiącego w 

kaburze blastera rozmówcy. - Można? - zapytała.

Han wzruszył ramionami i podał jej swój blaster. Aeona, mrużąc oczy, spojrzała w optyczny 

elektrowizjer DL-czterdziestki-czwórki i z wrażenia aż gwizdnęła.

- Ładny - przyznała. - Zmodyfikowany, żeby go można było szybko wyciągać, prawda? - 

Zakręciła młynka bronią Hana. - Lufa może trochę zbyt ciężka, nie uważasz? - zapytała. - Zaraz, 
zaraz..., co to za mechanizm? Wykonany na specjalne zamówienie? - Przyjrzała się uważniej 
komorze gazowej i kolimatorowi. - Och, rozumiem... zwiększona moc wyjściowa - stwierdziła. - Ile 
razy, dwukrotnie? - Uniosła głowę i posłała Hanowi kose spojrzenie. - Czyżbyś nie wiedział, że to 
nielegalne?

Han poczuł, że znów się rumieni.
- No to co? Oddaj - powiedział.
- Nie-e - odparła Aeona. - Twój mi się bardziej podoba.
Han zamrugał.
- Co takiego? - zapytał.
- Możesz zatrzymać sobie mój - oznajmiła rudowłosa kobieta. - To uczciwa zamiana. Nawet 

jeżeli wziąć pod uwagę ten wykonany na zamówienie mechanizm, moja broń jest warta dwukrotnie 
więcej niż ten zabytek. Uznajmy, że to uczciwa wymiana, dobrze? - Odwróciła się i podeszła do 
grupy swoich ludzi. - Hej, Tripp, zobacz tylko - powiedziała. - Właśnie zamieniłam się na blastery z 
Hanem Solo, dasz wiarę?

Jedyną osobą, która nie mogła w to uwierzyć, był poprzedni właściciel BlasTecha.
- Wolnego, zaczekaj chwilę... - zaczął.
- Hanie... - Leia chwyciła go za rękę. - Popatrz tylko... Czy to nie Artoo?
Pod przeciwległą ścianą ładowni kilku Mindoran usiłowało zainstalować sworzeń 

ogranicznika astromechanicznemu robotowi serii 4 z błękitną kopułką. Robot wyglądał podejrzanie 
znajomo. Leia podeszła do Mindoran.

- Hej, skąd macie tego robota? - zapytała.
- Znaleźliśmy, widocznie ktoś go porzucił - odparł jeden z mężczyzn. - To złom.
- Złom? - zapytała z oburzeniem. - Jesteście pewni? - Wyprostowała się w sposób, który 

Han znał aż za dobrze, więc tym razem to on chwycił ją za rękę.

- Tylko spokojnie, księżniczko - powiedział kątem ust, i zaraz posłał Mindoranom 

uspokajająco głupi uśmiech. - Grzecznie i powoli. Nie ufam tym żartownisiom.

- Hanie, przecież ci mówiłam, że to nie są nasi wrogowie... - zaczęła księżniczka.
- Ale nie są także naszymi dobrymi przyjaciółmi. - Han zauważył, że Chewie, który 

spryskiwał właśnie krzepnącą pianką kostkę rannego Mindoranina, wpatruje się w niego. 
Przewrócił oczami i kiwnął głową w kierunku skoczka numer 6. Zanim odwrócił się znów do Leii, 
Chewbacca zdążył porozumiewawczo mrugnąć błękitnym okiem. - Posłuchaj, jak ciężko ranni są ci 

background image

goście? - zapytał. - Ile czasu upłynie, zanim będziemy mogli ich gdzieś podrzucić i wyruszyć w 
dalszą drogę?

- No cóż... - Leia przechyliła głowę w namyśle. - Nie są tak ciężko ranni, jak można było się 

obawiać. Większość ma tylko lekkie oparzenia... Ich toporne pancerze z lawy widocznie nie są 
wcale takie toporne.

Han ponuro pokiwał głową.
- A zatem strzały w głowę - powiedział.
- Hanie... - żachnęła się księżniczka.
- Sama widzisz, co zamierzają zrobić Artoo - uciął Solo. Spojrzał z niesmakiem na KYD-21, 

który trzymał w dłoni, i wsunął go do kabury.

Leia pokiwała głową i spojrzała znów na Mindoran.
- Spróbuję wam pomóc z tym „złomem” - powiedziała przyjaznym tonem. Podeszła do 

mężczyzn, którzy usiłowali zainstalować robotowi sworzeń ogranicznika. Nie czekając na 
odpowiedź, łapała za sworzeń, dotykając jednocześnie palców Mindoranina. Posłała mu przy tym 
ostentacyjnie przyjazny uśmiech. Mężczyzna lekko się zarumienił i odpowiedział także uśmiechem.

- Lepiej niech pani uważa - ostrzegł. - Ten mały potworek może i wygląda nieszkodliwie, 

ale potrafi wysyłać tak silne wyładowania elektryczne...

- Nie szkodzi - burknęła księżniczka i jednym energicznym ruchem zdezaktywowała 

sworzeń. - Ten robot należy od dawna do mojej rodziny. Artoo, włącz zasilanie. Co się stało z 
Lukiem?

R2-D2 zagwizdał radośnie i obrócił kopułkę, kierując swój holoprojektor na płyty pokładu. 

Urządzenie obudziło się do życia - i wszyscy zobaczyli wizerunek Aeony Cantor.

- Nie o to chodzi - sprzeciwiła się księżniczka. - Wiemy, kim ona jest. Gdzie Luke?
Mały robot ponownie zagwizdał, tym razem bardziej nagląco, i jeszcze raz wyświetlił 

wizerunek Aeony.

- Artoo... - zaczęła Leia.
- Niech pokazuje, co chce - wtrącił się Han i odruchowo opuścił dłoń do blastera KYD. 

Skrzywił się, kiedy poczuł obcą kolbę. - Chcę to obejrzeć.

Z głośnika R2-D2 przemówił zarejestrowany męski głos:
- A jeżeli ten ktoś, kto po niego przyjdzie, nie będzie rycerzem Jedi?
Odpowiedział mu wizerunek Aeony:
- Wówczas zabierzemy jego statek i pozostawimy go dla Topniaków. Przynajmniej nie 

będziemy musieli sami go zabijać.

Han zaklął pod nosem. Odwrócił się, wyciągnął KDY z kabury, skierował wylot lufy w 

czoło Aeony i nacisnął spust.

Usłyszał tylko suchy trzask.
- O rany, ale jesteś szybki! - Aeona wyszczerzyła do niego zęby w przekornym uśmiechu. - 

Przepraszam za ten blaster... Ktoś musiał z niego wyciągnąć ogniwo energetyczne. Okazuje się, że 
mimo wszystko to nie była uczciwa zamiana, hm?

Wyciągnęła z kabury ukochany BlasTech Hana i wymierzyła w jego twarz.
- Następna wymiana również nie będzie zupełnie uczciwa - oznajmiła. - Bo bardzo podoba 

mi się też twój statek.

ROZDZIAŁ 10

W głębokim mroku, w cieniu ekranu holomontażowego monitora - jedynego źródła światła 

w jaskini - stary mężczyzna pilnie ćwiczył rolę Luke’a Skywalkera, w którego zamierzał się 
wcielić.

- Posłuchaj mnie, Blackhole, Shadowspawn czy jak tam się naprawdę nazywasz - 

powiedział cicho, zmuszając błoniaste usta do artykułowania dźwięcznych samogłosek i miękkich 
spółgłosek charakterystycznego dla Zewnętrznych Rubieży barbarzyńskiego akcentu Skywalkera. - 

background image

Jestem Jedi, ale nigdy nie odbyłem szkolenia podobnego do tego, jakie podobno przechodzili dawni 
rycerze... Nie, nie, nie. Nie „przechodzili”, to ma brzmieć jak „pschoźli”. Prawie nie słychać 
samogłosek. Pschoźli.

Stary mężczyzna westchnął. Miałby przeżyć resztę życia, udając niedokształconego 

wieśniaka? Chyba że w końcu nagroda okaże się warta tego poświęcenia i nikt się nie dowie o jego 
osobistym poniżeniu, ale...

Może po dziesięciu czy dwudziestu latach władania odrodzonym Imperium zacznie 

stopniowo „nabywać” cywilizowanego sposobu mówienia, ale na razie musi udawać. Mógłby 
pożegnać się z ostatecznym zwycięstwem, gdyby rebelianckie szumowiny odkryły, że ich ukochany 
Jedi nagle zaczął mówić z takim akcentem, jakby odebrał wykształcenie na Coruscant, a jego 
nauczycielem był ktoś z planety Dromund Kaas.

Chudym palcem włączył aparaturę do holomontażu i cofnął nagranie o dwie minuty, żeby 

jeszcze raz obejrzeć każdy najdrobniejszy szczegół sposobu zachowania, wysławiania się, gestów, 
przechylania głowy i marszczenia brwi młodego Skywalkera. Dla planów starca to było 
najważniejsze... te kilka obrazów, które zarejestrowały holokamery umieszczone w noszonych 
przez czarnych szturmowców pancerzach ze stygium i ukryte urządzenia rejestrujące w Pieczarze 
Mrocznego Tronu. Starzec nie dysponował niczym więcej, co mogłoby mu pomóc w naśladowaniu 
prawdziwego Luke’a Skywalkera.

Istniały wprawdzie niezliczone holodreszczowce i oglądanie ich pomagało mu w 

przygotowaniach, zwłaszcza w stworzeniu teatralnej osobowości Shadowspawna i zaprojektowaniu 
Mrocznego Tronu... ale wygenerowany przez komputer wizerunek Wieśniaka Bohatera nie 
przekonałby nikogo oprócz tępych, łatwowiernych fanów, którzy uwielbiali oglądać i podziwiać 
takie wymyślone wizerunki.

Kiedy Luke Skywalker ocaleje po Bitwie o Mindora, nikt nie może nawet podejrzewać, że 

legendarny bohater jest w rzeczywistości tylko skorupą... żyjącym i oddychającym systemem do 
podtrzymywania życia i umysłu starego mężczyzny.

Człowieka, którego kiedyś nieliczni znali jako Lorda Cronala, dyrektora Imperialnego 

Wywiadu, a wielu nieszczęśliwych przeciwników Imperium jako Blackhole’a, Rękę Imperatora... i 
który już dwa dni później będzie znany w całej galaktyce jako Luke Pierwszy Skywalker, 
Imperator.

Dążenie do zdobycia władzy przez Cronala rozpoczęło się od wizji: wizji Ciemności.
Prawdę mówiąc, było to coś więcej niż wizja, a nawet zwykła przepowiednia czy przeczucie 

przyszłości. Dla Sióstr Nocy z Dathomiry był to Sercocień. Inni władcy Mocy mieli na określenie 
tego zjawiska inne słowa.

Cronal nazywał to po prostu Ciemnowidzeniem.
Głęboko w rejonie, nazywanym przez Starą Republikę, a później przez Imperium, 

Nieznanymi Rejonami, znajdowała się ogromna chmura pyłu, skał i międzygwiezdnego gazu, która 
pulsowała krwistym blaskiem, wypromieniowując energię usytuowanych w jej środku dwunastu 
gwiezdnych gromad. To była Mgławica Perann, a dwanaście otaczających ją gromad nosiło 
wspólną nazwę Oazy Nihilizmu. Absolutnymi władcami tej Oazy byli przerażający mistrzowie 
ciemnej magii, której tajników nawet Sithowie nie dali rady opanować. Mistrzów tych nazywano 
Czarownikami Rhandu.

Czarownicy Rhandu byli jedyną rodziną, jaką kiedykolwiek miał Cronal. Rhandyci 

wyłuskali go z objęć bezimiennej kobiety, która go urodziła, i utworzyli z niego broń - obudzili jego 
intuicję, wyjałowili wolę i otworzyli umysł na Jedyną Prawdę:

Tylko władza jest rzeczywista, a jedyną rzeczywistą władzą jest niszczycielska potęga. 

Życie jest ulotne. Niszczenie jest wieczne.

Każde nowo narodzone dziecko czekało na nadejście śmierci. Cywilizacje upadały, a ich 

popioły niweczył czas. Gwiazdy się wypalały, ale niszczenie...

Niszczenie było przejawem woli samego wszechświata.

background image

Niektórzy nazywali to entropią i próbowali określić ilościowo czy ograniczyć za pomocą 

praw termodynamiki. Inni wyrażali to samo prostą poetycką deklaracją: „Wszystko się rozsypuje i 
rozpada”. Jeszcze inni starali się umniejszyć wartość tego zjawiska ponurym żartem: „Wszystko, co 
może się potoczyć źle, na pewno się potoczy”. Problem w tym, że to nie był żart ani poezja. To nie 
była wiedza, więc nie poddawała się żadnym prawom.

To była po prostu Droga Ciemności.
Niszczenie było proste... i trwałe. Kiedy jakaś istota zostawała zabita, razem z nią ginęło 

wszystko, co kiedykolwiek zrobiła, miała, widziała lub czuła. A samo morderstwo powodowało 
trwałą zmianę w strukturze wszechświata... pozbawiało go całego życia i pozostawiało tylko pustkę.

To właśnie ta pustka była fundamentem prawdy.
To dlatego Jedi i Sithowie mieli zawsze toczyć ze sobą bezsensowną walkę. Ich filozofia - 

walki Światłości z Ciemnością i poddania z panowaniem - była równie bezużyteczna jak świst 
wiatru między pustynnymi skałami. W obliczu Jedynej Prawdy służenie i panowanie także były 
pojęciami bezsensownymi, a nawet iluzorycznymi. Nieustanne gadanie Jedi i Sithów o Ciemnej 
Stronie Mocy nie pozwoliło jednym i drugim zrozumieć oczywistego faktu, że w rzeczywistości nie 
istniało nic oprócz Ciemności.

Ciemność nie była stroną Mocy i nie była jedynie częścią rzeczywistości. Ciemność była 

jedyną rzeczywistością. Czarownicy Rhandu nigdy nie wymawiali słowa „Moc”, a Cronal aż do tej 
pory nie miał pojęcia, czy wiedzieli, w jaki sposób reszta galaktyki rozumie Moc albo o niej mówi. 
Dla Rhandytów istniała tylko Ciemność, a jedyną istotną cechą Ciemności było to, że poddawała 
się woli właściwie wyszkolonych osób, pod warunkiem, że wola tych osób zgadzała się z Drogą 
Ciemności.

To właśnie Ciemność nastawiała planetę przeciwko innej planecie, dzieci przeciwko 

rodzeństwu albo przeciwko rodzicom. To właśnie Ciemność powodowała epidemie i głód, 
nienawiść i wojny. Ciemność była ukrytą energią samego kosmosu. To ona nakazywała galaktykom 
i gwiazdom oddalać się od siebie, dopóki każda planeta nie zginie w czeluści swojej czarnej dziury 
i nie zacznie się oddalać zbyt szybko od swoich sąsiadów, żeby prześcignęło ją ich światło.

To właśnie dlatego Cronal obrał pseudonim Blackhole: Czarna Dziura. Dążył do tego, żeby 

się stać horyzontem wydarzeń Ciemności.

A ze wszystkich potęg, które Ciemność dawała swoim adeptom, największą było 

Ciemnowidzenie. To właśnie Ciemnowidzenie poprowadziło Cronala w poszukiwaniu 
potwierdzenia własnych wizji daleko od Oazy Nihilizmu, poza Mgławicę Perann i nawet poza same 
Nieznane Rejony. To Ciemność kazała mu wylądować na planecie Dromund Kaas, a tam bez trudu 
przeniknąć do grupy żałosnych, samooszukujących się głupców, którzy wierzyli, że są Prorokami 
Ciemnej Strony, a wreszcie nawet nad nimi zapanować. Nie potrafił sobie wyobrazić, żeby ktoś 
marnował krótkie życie - ulotną chwilę jasności między wcześniejszym nieskończonym mrokiem a 
późniejszym nieskończonym mrokiem - na studiowanie metod władania Ciemną Stroną Mocy tylko 
po to, żeby przewidywać przyszłość.

Z pomocą Ciemnowidzenia Cronal był w stanie tę przyszłość tworzyć.
Znał pojęcia bladej cienioimitacji Ciemnowidzenia, którą podobno pewni wyjątkowi Jedi i 

na pewno Sithowie wykorzystywali do żałosnej kuglarskiej sztuczki, zwanej bitewną medytacją. 
Stosując niezwykłe skupienie i używając energii, wszyscy oni twierdzili, że w subtelny sposób 
wpływają na przebieg konkretnej bitwy. Najbardziej niebezpieczni spośród tych Jedi oraz Sithów, 
którzy potrafili wykorzystywać najpotężniejsze siły, starali się także przewidywać wyniki starć 
armii albo bitew floty. Ich zdaniem uproszczona, wspomagana przez Moc wizja pożądanego 
wyniku potrafiła w subtelny sposób zmienić zasady rachunku prawdopodobieństwa i przynieść im 
powodzenie... Wierzyli, że natchnie ich sojuszników i zdemoralizuje wrogów. Oczywiście takich 
stwierdzeń nikt nie mógł udowodnić ani podważyć. Każdy szarlatan mógł sobie przypisać zasługę 
za przypadkowe zwycięstwo albo przypisać porażkę woli Mocy... czy też temu, że potężniejsi 
władcy Mocy drugiej strony stosowali własną „bitewną medytację”, dzięki czemu wpływali w 
niepożądany sposób na przebieg i wynik konkretnej bitwy.

Bitewna medytacja. Idioci.

background image

Każdy, kto został wyszkolony przez Rhandytów, mógłby im powiedzieć, że wszystkie bitwy 

i wojny z definicji służą wyłącznie jednemu celowi. Ich jedyną racją bytu jest niszczenie. 
Zwycięstwo można osiągnąć tylko wówczas, jeżeli się dąży tylko do zniszczenia.

Kiedy ktoś skupiał całą uwagę na Drodze Ciemności, sama Ciemność stawała się jego 

partnerem we wszystkich poczynaniach.

Cronal był żywym dowodem tej prawdy. To właśnie Ciemnowidzenie Cronala zwróciło 

uwagę Palpatine’a i sprowadziło Vadera na planetę Dromund Kaas. Nawet Kadann - głupiec, który 
udawał, że jest Najwyższym Prorokiem Ciemnej Strony - nigdy nie podejrzewał, jak całkowicie 
jego zakon oddał się nie iluzorycznej potędze Sithów, ale samej Ciemności... bo tak zażyczył sobie 
Cronal. Palpatine wybrał Cronala spośród Proroków, ale nie pozwolił mu się kontaktować nawet z 
innymi swoimi Rękami; szybko sobie uświadomił, że Cronal ma dar, który wykracza poza zwykłą 
zdolność przewidywania przyszłości. Każdy obdarzony taką zdolnością głupiec mógł widzieć echa 
przyszłości - sam Palpatine był w tym zresztą całkiem dobry - ale umiejętności Cronala 
przewyższały taką zdolność, podobnie jak napęd nadświetlny przewyższa ruchy skrzydełek 
cienioćmy.

Palpatine był pod wrażeniem dokładności „przepowiedni” Cronala... ale nawet sam wielki 

Darth Sidious nie podejrzewał, że są one tak dokładne nie dlatego, że Cronal widzi przyszłość, ale 
dlatego, że sam ją wybiera.

Jedną, konkretną przyszłość.
Podjął decyzję, a jego wybór ukształtował historię zgodnie z jego wolą.
To właśnie na tym polegała potęga Ciemnowidzenia: na wyszukiwaniu we wszystkich 

możliwych wariantach przyszłości tego jednego, który najlepiej odpowiadał twoim pragnieniom i 
Drodze Ciemności... a później na określaniu wszystkich kroków, jakie należało podjąć w celu 
zrealizowania tego wariantu przyszłości i wyciągnięcia z niego osobistych korzyści.

Dla osiągnięcia tej umiejętności trzeba było jednak powiązać swoje pragnienia z 

Ciemnością i marzyć tylko o niszczeniu.

Palpatine był głupcem, bo tego nie rozumiał. Zdawało mu się, że potrafi zmusić Ciemność, 

aby mu służyła, zamiast próbować samemu stać się sługą Ciemności. W czasach Starej Republiki, 
jeszcze zanim ujawnił, że jest Sithem, po prostu nie mógł się pomylić. Każdy gest wymachującego 
na oślep bronią Jedi, który dążył do obalenia Palpatine’a, ten obracał na swoją korzyść. Jego celowi 
służyły nawet najzwyklejsze przypadki, normalne zrządzenia losu... bo tym celem było niszczenie. 
Unicestwienie zakonu Jedi i zagłada Republiki. Palpatine służył bezwiednie Ciemności, cały czas 
uważając, że ona jest tylko środkiem do osiągnięcia celu... narzędziem, które miało mu pomóc w 
pokonaniu nieprzyjaciół i oczyszczeniu drogi do absolutnej władzy.

Nigdy jednak nie zrozumiał, że samo niszczenie jest jego władzą.
Kiedy przystąpił do władania galaktyką - do budowania, zamiast do niszczenia - wyrzekł się 

Drogi Ciemności... I do tej pory wszystko, czego się podejmował, obracało się wniwecz. Tam, 
gdzie poprzednio nie mógł ponieść porażki, obecnie nie miał szansy powodzenia, bo kiedy ktoś się 
odwraca plecami do Ciemności, Ciemność odwraca się tyłem do niego.

Zaledwie kilka dni po Bitwie o Yavina Cronal zapuścił myśli w głąb pustki, żeby zobaczyć 

przyszłość pewnego młodego rebelianckiego pilota, który osobiście zniszczył Gwiazdę Śmierci. 
Ujrzał go jako starszego i bardziej doświadczonego mężczyznę, ubranego w ciemne szaty... i 
posługującego się świetlnym mieczem.

Mężczyzna klęczał przed Imperatorem i przysięgał posłuszeństwo Ciemnej Stronie.
Mój los... będzie taki sam jak los mojego ojca, myślał.
To właśnie wówczas Cronal ostatecznie zrozumiał, kim tak naprawdę jest Darth Vader. 

Zobaczył także straszliwą skazę, która miała doprowadzić zakon Sithów do ostatecznej zagłady... - 
ale Cronal postanowił ją przeżyć. Był pewien, że da radę przekuć tę zagładę w wiekuiste 
zwycięstwo Ciemności.

A także, co nie było przypadkiem, w wieczne życie dla siebie.
A przynajmniej prawie wieczne, bo jeżeli samotny osobnik walczył, cierpiał i podsycał 

Ciemność zabijaniem i umieraniem, Cronal zamierzał być cały czas blisko niego. Jego ostateczne 

background image

poświęcenie dla Ciemności oznaczało utrzymywanie przy życiu własnej świadomości, dopóki cały 
wszechświat nie zginie z braku ciepła... i nie zostanie na zawsze połączony z ostateczną zagładą 
wszystkiego, co kiedykolwiek istniało i co jeszcze kiedyś zaistnieje.

Zamierzał być tym ostatnim.
Powoli, dyskretnie, w ciągu miesięcy i lat dzielących Yavina od Endora, Cronal wiernie 

służył swojej wizji. Musiał skrupulatnie utrzymywać delikatną równowagę między Palpatine’em a 
Vaderem i manewrować wśród zawiłości ich związku. Wpajał pojęcie rywalizacji na wpół 
zmechanizowanemu terroryście, którego Palpatine podniósł do godności Lorda Sithów. Mimo 
niewątpliwej fizycznej potęgi Vader nigdy nie był kimś więcej niż tylko tępym narzędziem 
Palpatine’a. Nie rozumiał prawdy o Ciemności ani sposobów osiągnięcia prawdziwej potęgi. Mimo 
wszystko był tylko bandytą ze świetlnym mieczem... i, jak się później okazało, chwiejnym 
emocjonalnie słabeuszem, który w dodatku okazał się zdrajcą.

Vader nie mógł wprawdzie dorównać Cronalowi w umiejętności krążenia labiryntami 

ciemnej potęgi, ale jednak służył celom Cronala. To dzięki Vaderowi Cronal mógł udawać 
zazdrość... a nawet zaryzykować kilka porażek, otwarcie szanując rzekomy autorytet Lorda Sithów. 
Palpatine zaczął nawet podejrzewać, że Cronal celowo sabotuje akcje potwora. To właśnie dlatego 
Cronal subtelnie sugerował - na tyle delikatnie, aby Palpatine wierzył do dnia swojej śmierci, że 
sam doszedł do takiego wniosku - że Cronal mógłby lepiej służyć Imperium z dala od Coruscant, z 
dala od wścibskich optycznych receptorów absurdalnego hełmu Vadera i z dala od zbyt bystrego - 
w optycznym i w mistycznym sensie - wzroku samego Palpatine’a.

Ukrywając się na zapomnianych obrzeżach galaktyki, Cronal chyba czekał na odpowiednią 

chwilę. Dzięki osobistej sieci szpiegów przeprowadzał drobne operacje, ale w rzeczywistości 
poświęcił życie poszukiwaniom zapomnianej wiedzy pradawnych Sithów i innych rzekomych 
mistrzów Ciemności. Jeżeli wyrządzili tyle szkód, w ograniczonym stopniu rozumiejąc pojęcie 
Ciemności, o ile więcej zniszczeń wyrządzi ktoś, kto pozna ich wszystkie tajemnice, a przy tym 
wie, czym jest Jedyna Prawda?

Zapuszczał się potajemnie w głąb Nieznanych Rejonów. Podążając za swoją wizją 

Ciemnowidzenia, odwiedzał planety tak stare, że nawet nie było dla nich miejsca w legendach. 
Pośród wędrownych księżycowych drzew, kwitnących w międzygwiezdnych przestworzach Luki 
Gunninga, odkrył i złożył szczątki Kodeksu Taurannika. Kodeks uległ zniszczeniu setki tysiącleci 
wcześniej w Zagładzie Muurshantre. W zakazanym tomie natknął się na tajemne sugestie, które 
doprowadziły go do Rozpadliny Valtaullu i na poły zniszczonego pasa asteroid. Kamienne bryły 
były kiedyś wielką jak planeta świątynią Kormana Lao, Lorda Niszczyciela dawno zaginionej rasy - 
oddających cześć demonom reptoidalnych istot, zwanych Wygnańcami Kanzera. Informacje ze 
szczątków świątyni dały jednak Cronalowi wiedzę, której potrzebował, żeby schwytać esencję 
zdeprawowanego ducha Dathki Grausa i szarpnięciem uwolnić ją z miejsca dotychczasowego 
spoczynku w Dolinie Golga na Korribanie.

Dzięki temu Cronal mógł poznać i przyswoić sobie jeszcze lepiej tajemną alchemię Sithów - 

wiedzę, którą pradawny tyran zabrał ze sobą do grobu.

Prastara alchemia Sithów dała mu wiedzę wystarczającą do wykucia urządzenia 

umożliwiającego panowanie nad żywym kryształem, którzy tworzył strukturę mindorańskiej 
topiskały...

Imperator zwierzył mu się kiedyś, że przekazanie esencji ducha do ciała innej osoby 

pozwoli mu osiągnąć ostateczny cel każdego Sitha, którym było oszukanie śmierci. Naturalnie 
Cronal też myślał o klonach, ale miał ambitniejsze plany. Gdyby takie osiągnięcie było możliwe, 
wierzył, że coś takiego tylko jemu się uda... Nie chciał jednak wykorzystywać w tym celu własnego 
sklonowanego ciała. Nigdy nie był mocarzem, a służenie Ciemności pochłonęło resztę jego sił. 
Teraz nie potrafił nawet utrzymać się na nogach, nic zjeść ani nawet oddychać bez pomocy 
aparatury do podtrzymywania życia, którą zainstalowano w jego repulsorowym fotelu. Dlaczego 
miałby się zadowolić zamianą swojego słabnącego ciała na inne ciało o podobnych ułomnościach, 
które miałoby go prędzej czy później zawieść?

Jego oddanie Drodze Ciemności ukazało mu ścieżkę wiodącą do potęgi większej nawet niż 

background image

ta, o której marzył Palpatine. Zamierzał przekazać swoją świadomość - umieścić ją w ciele 
człowieka młodego, zdrowego i przystojnego, jakim Cronal nigdy nie był. Zamierzał w tym celu 
wykorzystać kogoś potężniejszego Mocą niż nawet Vader, a możliwe nawet, że sam Palpatine. 
Marzył o ciele prawdziwego bohatera, ukochanego przez wszystkich prawomyślnych obywateli 
galaktyki jako symbol sprawiedliwości i prawdy.

Nie zamierzał zwerbować Luke’a Skywalkera do służenia Ciemności. Dlaczego miałby to 

robić? Luke Skywalker i tak już służył Ciemności, chociaż nawet się tego nie domyślał. 
Dysponował niszczycielską potęgą, wobec której bladła nawet potęga Gwiazdy Śmierci.

Nie. Cronal zamierzał się stać Lukiem Skywalkerem, żeby samemu służyć Ciemności.

Rozparty w fotelu z systemem podtrzymywania życia, Cronal wyłączył holoprojektor 

systemu montażu. Już w obecnej chwili miał dość materiału, żeby przekonująco udowodnić 
Republice, dlaczego szturmowcy go uwolnili, a nawet mu służyli, kiedy stał się Skywalkerem. To 
właśnie dlatego wszyscy jego naczelni dowódcy byli klonami. Cronal liczył na ich bezgraniczne 
posłuszeństwo, nawet jeżeli im wyda najbardziej oburzające rozkazy. Zamierzał potem 
rozpowszechnić w galaktyce własny holodramat, dzięki któremu on - to znaczy Luke - stanie się 
jeszcze bardziej sławny i uwielbiany jako bohater, który samotnie stawił czoło szalonemu Lordowi 
Shadowspawnowi i osobiście zakończył okres panowania jego terroru.

Poczuł lekki zawrót głowy. Zachichotał cicho, kiedy wyobraził sobie, jak pozwala 

Skywalkerowi obudzić się w Ośrodku Elekcyjnym. Chciał, żeby Cronal spędził ostatnie chwile 
życia w rozkładającym się ciele, pusząc się i rozkoszując wyjaśnianiem Skywalkerowi 
najdrobniejszych szczegółów swojego diabelskiego planu.

Dzięki temu nie wypadłby z roli, prawda?
Przynajmniej tak postąpiłby „Shadowspawn”, ale on, niestety, nie zamierzał tego robić. 

Mogłoby to być bardzo zabawne, ale zarazem stanowczo zbyt ryzykowne. Ciemnowidzenie, 
chociaż potężne, nie było doskonałe.

Pozostawał jeszcze problem marionetkowego Shadowspawna, który przeżył kulminacyjną 

scenę prywatnego holodreszczowca Cronala. Ten ostateczny cios pięścią w czoło... to było po 
prostu nie na miejscu. Ostateczny cios powinien zostać zadany klingą świetlnego miecza 
Skywalkera. Przynajmniej tak to Cronal zaplanował... i tak to widział.

Wynikał stąd oczywisty wniosek: coś mogło się jeszcze potoczyć nie po jego myśli. Nie 

mógł tracić ani chwili, próbując naśladować Skywalkera. Musiał to zakończyć. Natychmiast.

Zamknął oczy i wysłał myśli w głąb Ciemności.
Najpierw narzucił swoją wolę sieci cienkich jak włosy kryształów topiskały, które rozrastały 

się w jego ciele... ultradelikatnej sieci, która tworzyła replikę jego systemu nerwowego niczym 
mroczny odlew z kryształów minerału. Później zagłębił dłoń w Ciemność skorupy systemu 
podtrzymywania życia i musnął rękojeść kontrolnej dźwigni, dzięki której Korona Zachodzącego 
Słońca powinna opaść na jego głowę. Kiedy Korona tam spocznie, nie będzie musiał używać 
urządzeń kontrolnych. Nie będzie także potrzebował dłoni, ust ani oczu.

Korona Zachodzącego Słońca była jego genialnym dziełem. To urządzenie powstało w 

wyniku długich badań nad tajnikami alchemii Sithów. Korona była przekaźnikiem i 
transformatorem, który funkcjonował dzięki Mocy, zamiast dzięki potędze pola 
elektromagnetycznego. Korona przekształcała jego zdyscyplinowaną wolę w impuls, który mógł 
oddziaływać bezpośrednio na niezwykłą strukturę topiskały... a także na obce istoty, które 
wykorzystywały topiskałę jako bazę... jako fizyczną formę w celu lokalizowania ich 
wykorzystujących konwencjonalną energię świadomości, podobnie jak ludzki system nerwowy 
lokalizował taką świadomość, zwaną ludzkim umysłem.

Cronal wykorzystywał to urządzenie do tworzenia Pionków. W ten sposób mógł panować 

nad umysłami sztucznie ożywionych trupów, które stawały się jego uszami, oczami i dłońmi. 
Pionki nie tylko przekazywały jego rozkazy, ale były koniecznym stopniem na drodze do jego 
samotransformacji. Każdy Pionek został wybrany, bo potrafił dotknąć Ciemności - wykazywał 

background image

cechę, którą pogrążeni w ignorancji Jedi i pełni złudzeń Sithowie nazywali „wrażliwością na 
oddziaływanie Mocy”. Mógł całkowicie panować nad ich wolą za pośrednictwem Korony 
Zachodzącego Słońca, która wywierała wpływ na kryształy topiskały w czaszkach niewolników. 
Robili wszystko, co im kazał, i w ten sposób zapewniali mu dodatkową energię, której potrzebował, 
żeby się kontaktować z Ciemnością, a w końcu osiągnąć trwałe przekazanie swojej świadomości.

W końcu jego umysł obudził potęgę Korony Zachodzącego Słońca i wysłał swoją 

świadomość na zewnątrz, jako rozprzestrzeniającą się strefę jego woli. Kiedy dotknęła kryształów 
topiskały, w której wykuto wszystkie tunele i jaskinie, każdy zakątek jego ogromnej bazy, kryształy 
wpadły w rezonans z częstotliwością jego pragnienia, niczym membrana o rozmiarach otaczającej 
go wulkanicznej kopuły. Cronal stał się bazą, a baza nim. Wszystko w jej obrębie odbijało się w tej 
części jego mózgu, która kiedyś rejestrowała tylko w fizycznym sensie ruchy jego ciała.

W bazie trzydziestu dziewięciu jego najbardziej wrażliwych na Moc Pionków natychmiast 

przestało się zajmować tym, co robiło, i udało się do Ośrodka Elekcyjnego, w którym Luke 
Skywalker leżał wtopiony w twardniejący kamień głównego stołu do pionkowania. Świetlny miecz 
młodego Jedi spoczywał obok niego, także zatopiony w skale.

Był tu już także czterdziesty i najpotężniejszy Pionek - marionetkowy Shadowspawn, który 

nieoczekiwanie przeżył kulminacyjną scenę prywatnego holodreszczowca Cronala. On także został 
ściągnięty do pieczary. Kiedy to wszystko się zakończy, Cronal postanowił się dowiedzieć, 
dlaczego Korona „Shadowspawna” się nie włączyła. Na razie jednak nie zamierzał się go 
pozbywać. Mężczyzna wykazywał duży potencjał Mocy, co najmniej dziesięciokrotnie większy niż 
u każdego innego Pionka, więc Cronal po prostu polecił, żeby Koronę „Shadowspawna” odzyskano 
i wymieniono. Dodanie mężczyzny do innych Pionków pozwoli osiągnąć lepsze skupienie i 
powinno znacznie przyspieszyć zarówno neurokrystaliczną penetrację, jak i samo przekazywanie 
świadomości.

Inaczej niż podczas standardowego procesu pionkowania, który od początku do końca 

opracował sam Cronal, nie zamierzał obcinać włosów Skywalkerowi ani implantować kryształów w 
jego mózgu. Nie może poddać Skywalkera neurochirurgicznemu zabiegowi, bo po takim zabiegu 
mogłaby pozostać wzbudzająca podejrzenia blizna.

Młody Jedi leżał zatopiony w topiskale, pogrzebany żywcem, nawet bez rurki do 

oddychania. Był tylko na wpół żywy. W stanie pełnego zawieszenia, jakie powodowała thanatizina 
II, miała upłynąć jeszcze przynajmniej godzina, zanim będzie mógł nabrać powietrza do płuc. 
Zanim jednak to nastąpi, połączona potęga i postrzeganie, jakie Cronal przekazał Pionkom, 
powinny nakazać otaczającej ciało Skywalkera topiskale, żeby przebiła jego skórę cienkimi igłami 
z żyjącego kryształu. Igły miały przeniknąć przez wszystkie pory skóry Skywalkera, jego usta i nos, 
uszy i język. Potem dzięki tajemnym mocom, które Cronal odebrał duchowi pradawnego króla 
Sithów, zacznie kształtować te kryształy w ciele Skywalkera, podobnie jak kiedyś kształtował 
kryształy w swoim ciele... aż utworzą sieć identyczną z systemem nerwowym młodego Jedi.

A następnie Cronal po prostu zamknie oczy i przeleje w niego swoją świadomość, jakby 

przelewał wodę do podstawionego dzbanka. Impulsem woli - bo thanatizina II wywierała wpływ 
tylko na organiczne ciało, nie na krystaliczną neurosieć - rozmiękczy topiskałę stołu do 
pionkowania i w dosłownym sensie wstanie jako nowy człowiek. Kiedy ponownie otworzy oczy, 
będą miały barwę czystego błękitu.

A kiedy wyciągnie rękę, Moc pospieszy na jego wezwanie, uwalniając świetlny miecz 

Skywalkera - nie, świetlny miecz Cronala - z objęć tej samej topiskały, bo czymże byłby Jedi bez 
broni Jedi?

A jeśli cokolwiek potoczy się niezgodnie z jego wolą, no cóż...
Jeśli cokolwiek potoczy się niezgodnie z jego wolą, ostatni żyjący Jedi - ostatnia istota w 

galaktyce, której Cronal miał powód się obawiać - i tak jest już żywcem pogrzebana. Cronal 
mógłby zmienić w tym opisie jedynie słowo „żywcem”.

ROZDZIAŁ 11

background image

Lando stał przed dziobowymi iluminatorami na mostku „Wspomnienia Alderaana” i 

obserwował, jak eskadry A-wingów z hangarów ciężkiego krążownika uprzątają z przestworzy 
ostatnie interceptory, których piloci zaatakowali podwójne siódemki. Kiwnął głową - 
Mandalorianie okazywali się godni swojej reputacji - odwrócił się do dowódcy „Wspomnienia 
Alderaana”.

- Dobra robota, panie komandorze - pochwalił. - Proszę wezwać do powrotu pilotów 

wszystkich maszyn i rozpocząć operację poszukiwawczo-ratunkową. A kiedy wyląduje Lord 
Mandalor, proszę także dopilnować, żeby przekazano mu moje pozdrowienia i wyrazy 
wdzięczności, a także prośbę o możliwość dotrzymania mu towarzystwa przy pierwszej 
nadarzającej się okazji.

Dowódca okrętu zasalutował.
- Jak pan generał sobie życzy.
Lando odwrócił się do oficera łącznościowca.
- Proszę mi zapewnić bezpieczny kanał łączności z dowódcą Eskadry Łotrów, komandorem 

Antillesem - rozkazał.

- Niestety, w podprzestrzeni panują bardzo silne zakłócenia, panie generale... - zaczął oficer.
- W porządku - przerwał Lando z łaskawym uśmiechem, pozbawionym jednak 

pobłażliwości. - Skoro pan już mi to wyjaśnił, proszę teraz zapewnić mi bezpieczny kanał łączności 
z komandorem Antillesem.

Oficer łącznościowiec przełknął ślinę i odwrócił się do swojej konsolety.
- Tak jest, panie generale - powiedział.
- A kiedy już udostępni mi pan ten kanał - dodał oschle Calrissian, jakby podjął nagłą 

decyzję - proszę mu powiedzieć, że czekam na niego w hangarze na pokładzie siódmym.

- Rozkaz, panie generale.
- I proszę mu przypomnieć, że czekam tam już jakiś czas - dodał Lando. - Proszę mu także 

uświadomić, że nie znoszę czekania. Aha, i proszę poinformować Lorda Mandalora, gdzie 
jesteśmy. - Odwrócił się i ruszył do szybu turbowindy. Przechodząc obok Threepia, który 
ukradkiem podsłuchiwał rozmowę z okolic inżynierskiej konsolety, wymierzył w niego wskazujący 
palec. - Ty - powiedział. - Chodź ze mną.

- Ja? Naprawdę? - zdziwił się C-3PO. - Ale, panie generale Calrissian...
- Natychmiast - rzucił Lando, mijając androida.
- Nie uważa pan, że to trochę obcesowe traktowanie? - bąknął C-3PO, ale, szurając 

metalowymi stopami, poczłapał za nim do turbowindy. - Generale Calrissian - powiedział. - Jeśli 
mogę zauważyć, wygląda pan na odrobinę... wzburzonego.

- Nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego. - Lando dźgnął palcem guzik punktu 

docelowego i drzwi kabiny się zamknęły.

Turbowinda ruszyła z lekkim pomrukiem i zaraz szarpnęło nią porządnie, tak raptownie, że 

Lando musiał przytrzymać się Threepia, który - jak zwykle na ruchomej powierzchni - włączył 
zasilanie elektromagnesów w stopach, które przywarły do płyt pokładu.

- Co to było? - zapytał Calrissian. - Czyżbyśmy się z czymś zderzyli? Tyle że zderzenie, 

które zatrzęsło całym okrętem, powinno było rozpylić nas na atomy.

- Z całą pewnością tego nie wiem, panie generale - odparł Threepio. - Ale...
- To było retoryczne pytanie, Threepio. - Lando otrzepał mundur z kurzu i skrzywił się z 

niesmakiem, kiedy zauważył na jednym z mankietów maleńką plamę oleju maszynowego. - Nie 
oczekiwałem odpowiedzi.

- Och, tak... całkowicie pana rozumiem - odparł android. - Ja także mam wpisane do pamięci 

mnóstwo grzecznościowych fraz zawierających zerową informację. Wykorzystuję je dla 
podkreślenia wagi moich słów albo...

- Dobrze, dobrze. - Lando wyjął z kieszeni komunikator i zbliżył go do ust. - Tu Calrissian. 

Co się stało? - zapytał.

- Nie wiemy, panie generale - usłyszał w odpowiedzi. - Właśnie się tym zajmujemy.

background image

C-3PO nie przestawał trajkotać.
- Nie wydawało mi się, że to retoryczne pytanie, panie generale, bo mogę uzyskać dla pana 

tę informację - powiedział.

Lando opuścił komunikator.
- Naprawdę? - zapytał.
- Och, naturalnie - odparł android. - Na pewno będzie to wiedział sam okręt.
- Okręt? - powtórzył coraz bardziej zdumiony Lando.
- Oczywiście, panie generale. Kalamariańskie projekty są bardzo inteligentne... o wiele 

bardziej niż jakikolwiek organiczny mózg. - C-3PO wydał z siebie dźwięk, który zabrzmiał jak 
zakłopotane chrząknięcie. - Naprawdę, nie zamierzałem pana urazić...

- Wiem - uspokoił go Calrissian i wymownym ruchem głowy wskazał mu panel 

komunikatora kabiny turbowindy. - Bardzo proszę.

Protokolarny android podszedł do panelu komunikacyjnego i wydał z siebie piskliwy gwizd 

w otoczce białego szumu. Z głośnika aparatury wydobył się taki sam gwizd, którego Lando nie 
potrafiłby odróżnić od poprzedniego.

- Co takiego? - C-3PO przyłożył dłoń do otworu wokabulatora. - Och, to straszne! Wielkie 

niebiosa!

- Co powiedział ci okręt? - zainteresował się Lando. - Co wywołało tamten raptowny 

wstrząs?

- Wstrząs? Nie mam pojęcia - przyznał android.
- Więc w czym problem? - zaniepokoił się Calrissian.
- Okręt złożył mi... nieprzyzwoitą propozycję - odparł oburzony C-3PO.
Lando zamrugał.
- Chyba żartujesz - powiedział.
- Bardzo bym chciał - westchnął android. Zbliżył wokabulator do ucha Calrissiana. - Ta 

okręcica to okropna flirciara - szepnął. - Wie pan, jacy czasem potrafią być marynarze...

- Jasne, że wiem - potwierdził śniadolicy mężczyzna, bo naprawdę wiedział. - Udziel mu 

równie nieprzyzwoitej odpowiedzi.

- Doprawdy, panie generale! - żachnął się osłupiały C-3PO.
- Jeżeli chcesz, żeby jakaś dziewczyna zwierzyła ci się z tajemnicy, bądź gotów 

przynajmniej trącić ją nosem w ucho - doradził Lando..

- Ależ... nigdy bym sobie na to...
- Wiem, ale powinieneś - przerwał z powagą Calrissian.
C-3PO wciąż jeszcze emitował szumy, kiedy drzwi kabiny turbowindy otworzyły się z 

sykiem na pokładzie siódmym. Nie oglądając się za siebie, Lando ruszył w kierunku hangaru dla 
gwiezdnych myśliwców.

Hangary kalamariańskich okrętów były równie eleganckie i funkcjonalne jak wszystkie inne 

pomieszczenia okrętu. Myśliwce wlatywały do hangaru ciągłym strumieniem i wpadały do 
wspomaganej przez siłowe pole sieci chwytającej, która unosiła każdą maszynę i kierowała ją albo 
na wyznaczone miejsce postojowe, albo do miejsca działania potężnego pola transferowego, które 
kierowało poważnie uszkodzone jednostki do pokładowego warsztatu naprawczego ciężkiego 
krążownika. W hangarze nie było widać lekkiego chaosu, jaki panował w podobnych 
pomieszczeniach bardziej konwencjonalnych okrętów. Nawet ryk silników maszyn ograniczały 
działające na zasadzie przesuwania fazy, soniczne tłumiki. Pośród rzędów A-wingów Lando 
zauważył ze zdziwieniem X-winga i bombowego B-winga. Przed swoimi maszynami stali na 
baczność, wyprężeni jak struny, komandor Wedge Antilles i porucznik Tycho Celchu.

- Szybko się zjawiliście - pochwalił Lando, odpowiadając na ich saluty.
- Tak jest, panie generale - odparł Wedge, nie zmieniając postawy. Z tonu jego głosu nie 

dałoby się jednak wywnioskować, że komandor jest niezdyscyplinowanym awanturnikiem, którego 
od degradacji i aresztu dzieli najwyżej średnica atomu. - Jeszcze nie zapomniałem, że pan generał 
nie znosi, jeżeli ktoś każe mu na siebie czekać, panie generale.

- Niech ci się nie wydaje, że się z tego wykręcisz gładką gadką, Wedge... - zaczął Lando, ale 

background image

urwał, kiedy kolejny wstrząs zakołysał okrętem. Zaskoczony Lando znów stracił równowagę, ale 
tym razem chwycił za ramię Antillesa, które było niemal równie twarde jak ramię Threepia. - Niech 
to zaraza! - wykrzyknął. - Co się dzieje?

- Okręt informuje mnie, że to skutek grawitacyjnego ciosu nieznanego pochodzenia - 

zameldował spokojnie C-3PO, podchodząc do Landa od tyłu. - Grawitacja zakłóciła pracę jednostek 
napędowych, pokładowego generatora sztucznego ciążenia i inercyjnych kompensatorów, nie 
wspominając o znacznym naprężeniu fizycznym całej konstrukcji... o rety, o rety, rety! To 
straszliwie niebezpieczne, prawda?

- Też bym to tak określił - przyznał Wedge.
- Ale ja jeszcze nie jestem gotów na zniszczenie! - wybuchnął Threepio.
Nie zważając na paplaninę androida, Antilles odwrócił się do Landa.
- Nazywamy to grawitacyjnymi bombami, panie generale - powiedział. - To punktowe 

źródła sztucznej grawitacji, poruszające się szybciej niż A-wing wpadający do czarnej dziury. 
Działają na zasadzie balistycznej... nie mają jednostek napędowych, więc nie emitują żadnych 
gazów, co oznacza, że nie można ich wykryć, dopóki ktoś albo coś nie znajdzie się w zasięgu ich 
działania. Są niebezpieczne same w sobie... prawdopodobnie taką właśnie bombę umieszczono na 
pokładzie fałszywego promu i to właśnie ona odpowiada za zniszczenie „Sprawiedliwości”, panie 
generale. Najgorsze jednak, że takie bomby wyprawiają piekielne harce z grawitacyjnymi 
generatorami, które Shadowspawn rozmieścił w całym polu asteroid. W całej flocie nie mamy 
nawigacyjnego komputera, który potrafiłby przewidzieć orbitę jakiegokolwiek ciała w całym tym 
systemie... właśnie dlatego generatory sztucznej grawitacji naszych podwójnych siódemek omiatają 
całe pole. Usiłujemy otworzyć okno, żeby wskoczyć do nadprzestrzeni, zanim dojdzie do eksplozji 
samej gwiazdy.

- Rozumiem. - Lando stwierdził, że bardziej go interesuje problem taktyczny, jaki 

przedstawia obecna sytuacja, niż ukaranie Eskadry Łotrów... zwłaszcza że najprawdopodobniej 
będzie jeszcze musiał skorzystać z ich usług. - Jaka jest sytuacja? - zapytał.

- Mogłaby wyglądać lepiej - przyznał Wedge. - Wymierzyliśmy planetoidy w taki sposób, 

żeby proces sam się podtrzymywał, ale ilekroć wykonujemy jakiś ruch, atakują nas roje myśliwców 
TIE. Zgodnie z naszymi najlepszymi ocenami krótkotrwałe okna powinny zacząć się otwierać za 
osiemnaście do dwudziestu godzin.

- To wcale nieźle - mruknął Calrissian.
- Byłoby jeszcze lepiej, gdyby w koronie gwiazdy nie zaczęły się pojawiać potężne 

rozbłyski, do czego dojdzie za niespełna trzy godziny - odparł Wedge. - Nie możemy przewidzieć 
dokładnie, kiedy to się stanie, ani nie wiemy, z jak dużą siłą, bo nie potrafimy tego przewidzieć z 
wystarczająco dużym prawdopodobieństwem... tym bardziej, że te grawitacyjne bomby mogą 
dodatkowo zagmatwać sytuację.

- Te grawitacyjne bomby muszą skądś się brać - powiedział z namysłem Calrissian. - W 

przeciwnym razie dawno by się wypaliły albo o coś rozbiły. Mam rację?

Tycho pokiwał głową.
- Generał Solo zauważył na powierzchni planety dużą bazę, panie generale - powiedział. - 

Prawdopodobnie znalazł ją w głębi krateru wulkanu. Wspominał o tym w ostatniej wiadomości, 
jaką mieliśmy od niego i księżniczki Leii, zanim straciliśmy z nimi wszelki kontakt.

- Han i Leia są na planecie, a my nie mamy z nimi łączności? - Lando z niedowierzaniem 

pokręcił głową. - Co oni tam właściwie robią?

- Uhm, polecieli ocalić Luke’a Skywalkera, panie generale.
- A co Luke... zresztą, nieważne. Nie chcę tego wiedzieć - mruknął Calrissian.
- Mistrzowi Luke’owi grozi jakieś niebezpieczeństwo? - podchwycił przerażony C-3PO. - 

Och, panie generale Calrissian, nie może go pan tam zostawić... a co się dzieje z Artoo?

- Nikt nie zamierza nikogo zostawiać - odparł Lando. - Sygnały skanerów odbijają się od 

atmosfery, w której jest mnóstwo ciężkich metali i panuje bardzo silne pole magnetyczne. Co wam 
wiadomo na ten temat?

Wedge wzruszył ramionami.

background image

- Atmosfera nadaje się do oddychania, jeżeli komuś nie przeszkadza ustawiczne krztuszenie 

się i kasłanie - powiedział. - Jest jednak tak naładowana, że nie znamy sposobu na przesłanie przez 
nią sygnału... Jeżeli ktoś naprawdę chce się zorientować, co się tam dzieje, jedynym sposobem jest 
wylądowanie na powierzchni i rozejrzenie się po okolicy.

- Jeżeli promienie naszych skanerów nie mogą się przebić, ta atmosfera zablokuje również 

każde inne promieniowanie, mam rację? - zapytał Lando.

- No cóż, owszem, ale... - Wedge zmarszczył brwi. - Panie generale, muszę powiedzieć, że 

nie bardzo mi się podoba kierunek, w jakim zaczyna zmierzać ta rozmowa. Nic nam nie wiadomo 
na temat ich systemów obronnych... nie mamy nawet pojęcia, ilu Shadowspawn ma tam żołnierzy!

- To dobrze - mruknął Lando.
- Dobrze?
- Jak mówi czasami mój dobry przyjaciel... - Calrissian wyszczerzył zęby w drapieżnym 

uśmiechu - ...nigdy mi nie mów o prawdopodobieństwach.

Han Solo nigdy nie przepadał za zaglądaniem w wylot lufy blastera. Jego samopoczucia nie 

poprawiało także to, że jest to lufa jego ulubionej broni. Najgorsze jednak, że wszystko się działo w 
towarowej ładowni własnego statku Hana...

Postanowił się nad tym nie zastanawiać. Nie poprawiłby swojej sytuacji, gdyby się dał 

doprowadzić do furii.

- Niech będzie - powiedział, a blaster KYD Aeony nadal wisiał na jego wskazującym palcu 

za osłoną spustu. Rzucił Leii spojrzenie mówiące: „Stań za mną!”, bo nagle cała grupa Mindoran w 
ładowni wyciągnęła spod pancerzy z brył lawy używane podczas napadu małe blastery. Chewbacca 
wciąż jeszcze klęczał na jednym kolanie między dwoma rannymi mężczyznami, których opatrywał, 
ale zacisnął ogromne dłonie w potężne, włochate pięści. Wydał charakterystyczne dla istot rasy 
Wookie warknięcie i obnażył ogromne kły.

- Spokojnie... spokojnie, Chewie - powiedział Han. - Nie musimy załatwiać tego po złości. 

Załatwimy to po dobroci, rozumiesz?

Chewie stopniowo się odprężył i spuścił głowę, ale Han zdążył zauważyć błysk zrozumienia 

w jego jaskrawoniebieskim oku.

- Padnij! - Aeona Cantor chwyciła rękę z bronią, żeby skierować blaster DL-44 Hana prosto 

w nos poprzedniego właściciela. - Natychmiast!

Han westchnął.
- Wybrałaś parszywą porę na porywanie mojego statku, damo - powiedział.
Aeona spojrzała na niego i wzruszyła ramionami.
- Czy kiedykolwiek może być na to odpowiednia pora? - zapytała.
- Jak myślisz, co z nim zrobisz? - Korelianin posłał jej współczujące spojrzenie. - Dokąd 

polecisz? Shadowspawn naszpikował cały system tyloma grawitacyjnymi generatorami, że miną co 
najmniej dwa dni, zanim dokonasz skoku.

- Nie mówiłam ci przypadkiem, że masz się położyć na pokładzie? - warknęła Mindoranka.
- Posłuchaj mnie. - Han zrobił mały krok w jej stronę. - Te asteroidy zaczną wkrótce spadać 

na samą gwiazdę. Jeżeli do tej pory nie wylecisz statkiem z atmosfery, wszyscy się upieczemy.

- To nie twój problem. - Rudowłosa kobieta wymierzyła lufę blastera w prawe oko Hana. - 

Ty masz się tylko rozpłaszczyć na pokładzie, zanim twój mózg ochlapie śliczną buźkę księżniczki.

- Śliczną buźkę? - warknęła Leia groźnym tonem, który Han znał aż nazbyt dobrze. 

Wyciągnął rękę, żeby ją powstrzymać, ale księżniczka zanurkowała pod jego ręką. - Może odłożysz 
ten blaster na bok i powiesz to jeszcze raz?

- Co z wami, ludzie? - zapytała Aeona. - Kładźcie się na pokładzie! Natychmiast!
- Mam lepszy pomysł. - Han wsadził kciuk za pas. - Może byś natychmiast zwróciła mi 

blaster, zanim mój partner ci zademonstruje, co to znaczy „po dobroci”?

Chewbacca udowodnił to bardzo przekonująco. Wyciągnął przed siebie olbrzymie, włochate 

ręce, chwycił za gardło obu siedzących przed nim na pokładzie rannych Mindoran i błyskawicznie 

background image

zderzył ich głowami. Rozległ się trzask, jakby ogromny, wydrążony orzech tok wylądował na 
twardej skale. Obaj mężczyźni osunęli się na pokład. Chewbacca po prostu wstał i uniósł ofiary w 
powietrze. Trzymał je w taki sposób, że go osłaniały.

- Na razie wciąż jeszcze żyją - oznajmił uprzejmie Han. - Właśnie to oznacza „po dobroci” 

w shyriwooku. A zanim wpadniesz na pomysł jakichś sztuczek czy strzałów, powinnaś wiedzieć, że 
kiedy ludzie wokół Chewiego zaczynają strzelać, Wookie staje się bardzo rozdrażniony... a 
wówczas ludzkie głowy zazwyczaj spadają z karków, no i dochodzi do straszliwego zamieszania. A 
teraz zechcesz oddać mi blaster, czy też zaczniemy grać w borglepiłkę głowami twoich ludzi?

Zauważył, że blaster w dłoni Aeony nawet nie drgnął.
- A może zamiast tego zastrzelę cię pierwszego? - zaproponowała.
Han wzruszył ramionami.
- Proszę bardzo.
Kobieta przycisnęła spust, ale rozległ się tylko suchy trzask. Z jej ust wydobyło się 

niezrozumiałe warknięcie, które Han z dużym prawdopodobieństwem uznał za niecenzuralne. 
Otworzył lewą dłoń i pokazał energetyczne ogniwo BlasTecha, które cały czas ściskał w dłoni.

- Myślałaś, że oddam ci naładowany blaster? - zapytał. - Tobie?
Mindoranka wydała wysoki skrzek, znaczący pewnie: „Brać ich!” Rzuciła blasterem w 

głowę Hana i skoczyła ku niemu z wyciągniętymi drapieżnie rękami.

Solo chwycił zręcznie blaster w powietrzu, kciukiem otworzył komorę energetycznego 

ogniwa i umieścił w niej zasobnik, zanim Aeona zdążyła zrobić trzy kroki. Zawdzięczał to nie tylko 
znakomitemu refleksowi Leii, która doskoczyła do Aeony i silnym kopniakiem zwaliła ją z nóg. 
Przycisnęła jej twarz do pokładu, wskoczyła na jej plecy i zaczęła walić jej głową o pokład.

Mniej więcej w tej samej chwili w towarowej ładowni zaczęły się krzyżować ze świstem 

niezliczone wystrzelone na oślep blasterowe błyskawice. Kiedy wszyscy podwładni Aeony 
otworzyli równocześnie ogień z małych blasterów, w powietrzu przelatywały śmiercionośne 
czerwone linie plazmy.

Głównym powodem, dla którego błyskawice nikogo nie trafiły, był Wookie, który - 

podchodząc jak zwykle mało subtelnie do każdej walki - po prostu rzucił obu nieprzytomnych 
Mindoran w tłum podwładnych Aeony. A potem skoczył w ślad za nimi, bo w ciągu wielu lat 
przebywania w towarzystwie Hana nauczył się, że kiedy ktoś jest bezbronny podczas strzelaniny, 
najbezpieczniej znaleźć się pośrodku grupy parszywych drani.

Miał przynajmniej pewność, że kiedy to zrobi, parszywe dranie nie będą do niego strzelać w 

obawie, że zastrzelą albo ranią swoich przyjaciół. Chodziło jednak głównie o to, że każdy, kto 
znajdzie się w zasięgu jego rąk, szybko się przekonuje, iż ktoś taki jak bezbronny Wookie nie 
istnieje - co Mindoranie wkrótce stwierdzili ku swojemu przerażeniu.

Han uzbroił blaster i oddał kilka strzałów do Mindoran, którzy wpadli na pomysł mierzenia 

ponad głowami jego i Leii, w nadziei, że trafią Wookiego. Jeden z Mindoran skulił się i odskoczył 
w bok, drugiego strzał Hana trafił w środek piersi. Mężczyzna runął na wznak, a chmura 
czerwonawo-czarnego dymu unosząca się z jego pancerza przypomniała Hanowi słowa Leii na 
temat tych zbroi z parszywej lawy.

Dopiero wówczas uświadomił sobie, że powietrze w ładowni jest gęste od dymu, który kłuje 

w oczy i drażni gardło. Pancerze Mindoran pochłaniały energię strzałów odbitych od ścian, pokładu 
i sufitu towarowej ładowni, co przypomniało Hanowi, że trzy osoby w tej ładowni nie mają tych 
twardych pancerzy z miejscowej lawy. Próbując ocenić, jak długo on, Leia i Chewie będą mieli 
szczęście, zanim zabłąkana błyskawica trafi któregoś z nich, zmusił się do podjęcia 
natychmiastowej decyzji.

Odwrócił się błyskawicznie i posłał blasterową błyskawicę w przycisk opuszczania rampy 

załadunkowej. Z panelu strzeliły iskry, potem kłęby dymu i rampa zaczęła opadać. Tymczasem 
Leia wciąż jeszcze klęczała na plecach Aeony, trzymając w garści jej długie, rude włosy, i nie 
pozwalała jej wstać z pokładu.

- Hej! - Han doskoczył i chwycił ją za ramię. Musiał krzyczeć, żeby zagłuszyć odgłosy 

blasterowych strzałów i ogłuszające okrzyki wojenne Chewiego. - Zabawa dobiegła końca! Musimy 

background image

się stąd zabierać!

Leia spojrzała na niego z drapieżnym błyskiem w oczach i ciemnym rumieńcem na 

policzkach. Han pomyślał - dziesiąty, setny, a może nawet tysięczny raz - że księżniczka Alderaana 
nigdy nie jest piękniejsza niż wówczas, kiedy wybija z kogoś Sithową plwocinę.

W końcu Leia zerwała się na nogi.
- Gdzie Artoo? - zapytała. - Nie możemy go tu zostawić!
- Ja się nim zajmę! - odkrzyknął Han. - Ty uciekaj!
- Za sekundę!...
Przyklękła na jedno kolano i podniosła blaster KYD-21 z pokładu, gdzie upuścił go Han. 

Solo, prawie nie celując, osłaniał ją strzałami, wytwarzając coraz więcej dymu. W gęstniejącej mgle 
ledwo dostrzegał podwładnych Aeony. W tym czasie Leia przeszukała kieszenie półprzytomnej 
Mindoranki i znalazła ogniwo energetyczne blastera KYD.

- Teraz moja kolej! - wykrzyknęła.
Cały czas klęcząc na jednym kolanie, zaczęła strzelać w kierunku tłumu, pośrodku którego 

ogarnięty szałem radości Wookie kręcił młynka jakimś Mindoraninem. Trzymając go za kostki, 
wykorzystywał jako żywą maczugę, żeby roztrącać innych przeciwników.

- Zabierz Chewiego! - zawołała księżniczka.
Han posłał jej pełne wdzięczności spojrzenie i skoczył w środek całego zamieszania. Nie 

przestając strzelać, Leia zaczęła się wycofywać tyłem po opuszczonej rampie. Han opuścił rękę z 
blasterem i wcisnął się głębiej w tłum. Kopał, odpychał na boki i walił blasterem, dopóki nie 
znalazł się blisko Chewiego. Musiał zanurkować, żeby ogromny Wookie nie rozpłaszczył go 
ciosem wciąż jeszcze żywej maczugi. Chwycił przyjaciela za kosmatą rękę, a ogarnięty bitewnym 
szałem Chewie ryknął i spróbował odrzucić Hana na bok. Solo nie uznał tego za osobistą obrazę. 
Uwiesił się u ręki partnera i wrzasnął:

- Chewie, to ja! Kod czarny, Chewie! Rozumiesz? Ogłaszam kod czarny!
W końcu Chewbacca zamrugał i spojrzał na niego. Han zauważył błysk zrozumienia w 

błękitnych oczach przyjaciela. Po następnym mrugnięciu Wookie od razu ocenił sytuację, która - o 
dziwo - stale się pogarszała. Chewie powalał na pokład kolejnych Mindoran, a im więcej 
przeciwników leżało na pokładzie, tym mniej ich zostawało, żeby wchodzili sobie nawzajem w 
paradę. Właśnie w tej chwili kilku spośród nich przypomniało sobie o stosie broni w szóstym 
skoczku i rzuciło się tam, żeby wygrzebywać blasterowe karabiny. Oznaczało to, że sytuacja, która 
już w obecnej chwili była paskudna jak pijana małpojaszczurka, miała się jeszcze bardziej 
pogorszyć.

Harrraroufgh! - odezwał się Chewie i Han puścił jego rękę. Wookie chwycił 

nieprzytomnego Mindoranina, uniósł go nad głowę i rzucił nim w dwóch stojących koło skoczka 
przeciwników. Zawył, całkowicie akceptując zalecony przez Hana kod czarny, który oznaczał, że 
powinni się wycofać, dopóki jeszcze mogą. Objął kosmatą ręką Hana w pasie, poderwał go w 
powietrze i zbiegł po rampie do jaskini, jakby Han był borglepiłką, a Chewbacca zamierzał strzelić 
gola pieczętującego całkowite zwycięstwo.

- Artoo! - wrzasnął Solo, cały czas strzelając ponad ramieniem Chewiego. - Gdzie się 

podział ten piskliwy automat?

Chwilę później zauważył astromechanicznego robota. R2-D2 stał obok panelu do otwierania 

rampy, który Han chwilę wcześniej zestrzelił. Artoo wtykał w snopy iskier manipulator i końcówkę 
z gniazdem do odczytu danych.

- Hej, Pękaty - wrzasnął Solo. - To nie pora na prowizoryczne naprawy!
W odpowiedzi R2-D2 zagwizdał w zdecydowanie sarkastycznym tonie, a kiedy Chewie był 

już blisko rampy, mały robot wycofał manipulatory i potoczył się za nimi tak szybko, jak tylko mu 
pozwalały gąsienice. Leia uklękła u stóp rampy i nie zawracając sobie głowy mierzeniem, posyłała 
błyskawice w głąb ładowni. Miała nadzieję, że rykoszety nie pozwolą Mindoranom unieść głów.

- Zostaw mnie i wróć po Artoo! - krzyknął Han. Chewbacca usłuchał tak skwapliwie, że 

Solo wylądował obolałymi pośladkami na opuszczonej rampie. Zsunął się po niej aż do miejsca, w 
którym stała Leia, a kiedy Chewbacca wbiegł po rampie, żeby chwycić robota, zaczął posyłać do 

background image

ładowni błyskawice swoich strzałów. R2 zapiszczał, kiedy Chewie unosił go w powietrze. Wookie 
odwrócił się i zbiegł między ulewą blasterowych błyskawic. Han zauważył, że niektóre niosą 
wyjątkowo dużo energii, pozostawiając smugi jak po strzałach z karabinów.

Odwrócił się do Leii.
- Wycofaj się - polecił. - Idź za Chewiem... Sam ich powstrzymam. - Nie na długo, 

pomyślał, ale może dzięki temu Leia i Chewie zdołają uciec.

- Nie opuszczę cię! - odkrzyknęła księżniczka, cały czas strzelając w głąb ładowni. - 

Uciekamy razem albo wcale!

- Ach, na miłość... - jęknął Han. - Dlaczego nie powiesz: „Ty jesteś kapitanem, kapitanie”?
- Czasy się zmieniają - odparła Leia. Ułamek sekundy później zabłąkana błyskawica 

musnęła jej ramię, odrzuciła ją do tyłu, obróciła i posłała na dno jaskini. Dopiero to rozstrzygnęło 
ich spór. Han skoczył, chwycił ją w ramiona i - mimo oburzonych zapewnień, że wszystko jest w 
porządku, że to tylko muśnięcie - pognał tle sił w nogach do wylotu jaskini, gdzie już czekali 
Chewbacca i R2-D2.

- Co z wami, ptasie móżdżki? - wrzasnął do nich Solo. - Dlaczego nie uciekacie?
Chewie odpowiedział burkliwym:
Hrrowrrh.
Dopiero wówczas Han uświadomił sobie, że robot wysunął przez szczelinę w kopułce 

niewielką antenę paraboliczną i szczebiocze coś, co brzmi jak echo przekazywanej bardzo szybko 
zakodowanej elektronicznie wiadomości. Han poślizgnął się, przystanął i obejrzał za siebie.

Nie zobaczył tego, czego się spodziewał - tłumu uzbrojonych po zęby Mindoran 

zbiegających po rampie i strzelających z karabinów. Ujrzał za to na burcie statku zwężającą się, 
oświetloną szczelinę, z której wydobywał się dym, a od czasu do czasu wylatywała także 
błyskawica blasterowego strzału. W końcu rampa się uniosła i zamknęła.

Han zamrugał i spojrzał na R2-D2.
- To twoja sprawka? - zapytał.
Astromechaniczny robot zakołysał się na gąsienicach.
Bee-woop! - powiedział.
- Nieźle, wcale nieźle, Pękaty - przyznał Han. - A możesz także wyłączyć jednostki 

napędowe? Zablokować mechanizmy kontrolne? Cokolwiek?

Tyreepeep loo toooeee wrp! - zapiszczał robot, co Han zrozumiał jednoznacznie: „Może 

gdybyś dał mi okazję trochę nad tym popracować...”

- Hanie, wszystko będzie dobrze - pocieszyła go Leia. - Odzyskamy „Sokoła”.
Han jej nie usłyszał. Stał, trzymając ją w ramionach, i bezradnie obserwował, co się dzieje.
Patrzył, jak ktoś włącza napęd repulsorowy statku i przesyła energię do silników 

kierunkowych napędu podświetlnego. Przyglądał się, jak „Sokół” unosi się powoli w powietrze i 
obraca w kierunku wylotu jaskini. Obserwował, jak z dysz wylotowych strzelają strumienie ognia, 
gdy jednostki napędu podświetlnego wynoszą statek z jaskini.

Nie mógł nie widzieć, jak odlatujący statek wyrywa jego serce i zabiera je ze sobą.
W końcu postawił Leię na twardym gruncie. Księżniczka objęła go za szyję.
- Jak się czujesz, Hanie? - zapytała.
Solo nie zareagował. Mógł tylko stać i wpatrywać się w pusty wylot jaskini.
Chewbacca podszedł do nich i objął plecy Leii.
Rowowr - powiedział cicho. Księżniczka kiwnęła głową i puściła Hana, po czym podążyła 

za Chewiem i R2-D2 w głąb tunelu.

Han stał tak jeszcze długo. W piersi, gdzie powinno bić serce, czuł zaciśniętą, lodowatą 

pięść.

W końcu głęboko odetchnął.
- No cóż, mogło to się potoczyć lepiej - powiedział. Odwrócił się i poszedł za pozostałymi.

W przestworzach wokół „Wspomnienia Alderaana” roiło się od gwiezdnych myśliwców, 

background image

które przemykały we wszystkie strony, zataczały pętle i wirowały tak szybko, że wyglądały jak 
rozmazane smugi. Nawet zestawy sensorów ciężkiego krążownika nie potrafiły w pierwszej chwili 
odróżnić wrogów od przyjaciół, a kiedy wreszcie dokonywały tej sztuki, to tylko z pewnym 
prawdopodobieństwem, zamiast z całkowitą pewnością. Z każdą sekundą świetlną - w miarę jak 
okręt zbliżał się do planety - bitwa stawała się coraz bardziej zażarta.

Lando stał na mostku przed dziobowymi iluminatorami. Zaplótł ręce za plecami, a twarz 

miał pozbawioną wyrazu. Stopień jego koncentracji zdradzały jedynie oczy, którymi nieustannie 
omiatał pole bitwy. Po pokładzie za jego plecami przechadzał się coraz szybciej Fenn Shysa. 
Wpatrzony w eksplodujące jeden po drugim gwiezdne myśliwce Mandalorianin był wyraźnie 
zdenerwowany. Eksplozji w przestworzach było tyle, że wirujące szczątki gwiezdnych maszyn 
przeciążyły przeciwcząsteczkowe osłony „Alderaana” i bombardowały jego kadłub z taką siłą, że 
wszędzie niosło się echo grzechotu kolizji, a transpastalowe płyty iluminatorów pokrywały się 
śladami po trafieniach.

W końcu Shysa miał tego dosyć.
- Lando... generale Calrissian... nie możemy dłużej stać z założonymi rękami! - wybuchnął.
- To ja stoję - odparł Lando. - Ty się przechadzasz.
- Muszę rzucić do akcji moich ludzi - stwierdził Shysa. - Powinniśmy im pomóc!
- Możesz przyłączyć się do bitwy, jeżeli twoim zdaniem to najlepsze, co możesz zrobić - 

oznajmił Calrissian. - Jestem ostatnim człowiekiem w galaktyce, który ośmieliłby się wydawać 
rozkazy Lordowi Mandalorowi. Problem w tym, że komandosi nie są twoimi podwładnymi, 
przynajmniej nie w tej chwili. Pracują dla mnie.

- Ale... ale... - Nie wiedząc, co powiedzieć, Shysa tylko machnął ręką w kierunku toczącej 

się w przestworzach bitwy. - Jesteśmy już w tej chwili odcięci... Niedługo nieprzyjaciele przyszpilą 
nas do planety...

Lando odwrócił się ku niemu ze szczerym uśmiechem.
- Tak uważasz? - zapytał.
- Panie generale! - przerwał mu oficer łącznościowiec, wpatrując się w ekran swojego 

monitora. - Mamy wizualne potwierdzenie... w kierunku słońca leci znaczna masa asteroid. Dotrze 
do korony za... trzy minuty, panie generale!

Lando pokiwał głową.
- Aktywność rozbłysków? - zapytał.
- Już zaczęły się pojawiać, panie generale - zameldował oficer. - Z analizy wskazań 

sensorów wynika, że za mniej więcej dwanaście minut dojdzie do rozbłysku na tyle potężnego, że 
zniszczy wszystkie pola deflektorów w tym systemie. A potem minie może godzina, a 
prawdopodobnie mniej, zanim wszyscy się usmażymy...

- W porządku - odparł Lando i odwrócił się do reszty podwładnych. - Słyszeliście, co 

powiedział ten oficer. Nawiązać łączność ze wszystkimi okrętami naszej floty. Mają zrezygnować z 
dalszego udziału w bitwie, polecieć poza nocną stronę Mindora i wystrzelić tam kapsuły ratunkowe. 
Proszę powiedzieć Łotrom, żeby wysłali jeszcze dwie eskadry i osłaniali te kapsuły...

- Lando, musisz posłać do akcji moich ludzi! - jęknął Shysa. - To będzie krwawa jatka!
- Nieprawda - sprzeciwił się spokojnie Calrissian.
- Trzy eskadry nie dadzą rady ochronić tylu kapsuł, a ci bandyci słyną z tego, że nie biorą 

jeńców!

- To i tak nie ma żadnego znaczenia - odparł zwięźle Lando. - Mogą sobie zestrzeliwać te 

kapsuły ratunkowe. Przynajmniej będą mieli coś do roboty.

- Co takiego?
- Wystrzelimy tylko kapsuły, rozumiesz? - wyjaśnił Lando. - Puste. - Pokręcił głową. - 

Uważasz, że odesłałbym moich ludzi na drugą stronę planety tylko po to, żeby mogli uciec od tych 
parszywych drani? Ten generał tak nie postępuje, mój przyjacielu.

- A zatem... - zaczął Fenn, ale urwał, żeby się zastanowić. Spojrzał przez dziobowy 

iluminator. - Tak, rozumiem - przyznał w końcu. - Pozostając za nocną stroną planety, będziesz 
mógł ją wykorzystać jako osłonę przed gwiezdnymi rozbłyskami. A później polecimy na 

background image

niewielkiej wysokości przez atmosferę. Jeśli jednak zamierzasz wydać rozkaz dowódcom okrętów 
liniowych, żeby zbliżyli się do bazy nieprzyjaciół w wulkanie, powinieneś przedtem wyeliminować 
ich naziemne stanowiska artylerii - turbolasery, działa jonowe, a przede wszystkim grawitacyjne 
działo. Jak zamierzasz tego dokonać?

- To rzeczywiście może być problem - przyznał Lando, cały czas uśmiechnięty. - Nie wiesz 

przypadkiem, gdzie tu można znaleźć pięciuset czy sześciuset mandaloriańskich superkomandosów, 
co?

Fenn zamrugał raz i drugi, dopóki się nie zorientował, że i on zaczyna się uśmiechać.

ROZDZIAŁ 12

Luke był jeszcze niezbyt przytomny, ale uświadamiał sobie, że dzieje się coś złego.
Było mu... zimno.
Potwornie zimno. Już kiedyś czuł taki ziąb - kilka lat wcześniej na planecie Hoth zamarzłby 

na śmierć, gdyby go Han nie znalazł - ale tym razem działo się z nim coś dziwnego. Tym razem 
wrażeniu chłodu towarzyszyło postępujące odrętwienie i osłabienie, a także niezdolność do 
poruszania zmrożonymi mięśniami. Tym razem jednak zimno go mroziło, ale nie przynosiło 
kojącego znieczulenia. Ostre jak igły mikroskopijne kryształki lodu - a raczej czegoś zimniejszego 
niż lód, a zarazem parzącego jak skroplone powietrze - wnikały we Wszystkie pory jego skóry 
niczym zamarzające włosy.

A wraz z zimnem pojawiła się cisza.
Absolutna cisza, jakiej nie doświadcza żadne żyjące stworzenie. Nie chodziło tylko o brak 

dźwięków, ale nawet o brak samego pojęcia dźwięku. Brakowało nawet szmeru oddechu i krwi 
przepływającej przez arterie. Nie było nawet najsłabszego odgłosu bicia serca. Luke nie odczuwał 
najlżejszego drżenia, żadnego nacisku na skórę.

W tym zimnie i ciszy chodziło jednak o coś głębszego niż czysto fizyczne wrażenia. Oba te 

pojęcia przeniknęły do jego snów.

A te sny były powolne jak lodowce, pozbawione wszelkiej akcji. Były niekończącymi się 

godzinami daremnego wpatrywania się w pustą przestrzeń. Godziny ciągnęły się latami, a potem 
rozciągały się w nieskończone tysiąclecia, podczas których gasły kolejne gwiazdy. Luke nie mógł 
nic zrobić, bo nie było niczego do zrobienia.

Z wyjątkiem obserwowania, jak umierają kolejne gwiazdy.
Nie wyczuwał przy tym żadnej obecności. Tylko siebie.
Unosił się jakby na niewidzialnych falach, pozbawiony wszystkiego. Nie odbierał żadnych 

wrażeń, nie potrafił nawet myśleć. Tak miało trwać zawsze.

Niemal zawsze.
Pierwsza myśl, od miliona lat, jaka przyszła mu do głowy, wędrowała przez wiele 

dziesięcioleci: „Sen. To koniec wszystkiego. Nie pozostało mi nic oprócz snu”.

Za to druga myśl pojawiła się prawie natychmiast po pierwszej: „Zaczekaj... Ktoś inny 

myśli twoim umysłem”.

To oznaczało, że nie jest sam na końcu wszechświata.
Nawet w zamarzniętych snach o wieczności Moc pozostała w nim bardzo silna. Luke 

otworzył umysł na Myśl o Śnie i wciągnął Moc do środka swojego istnienia. Teraz to ona nim 
kierowała, mógł więc poświęcić czas na badanie tej myśli, na obracanie jej we wszystkie strony jak 
nieznany kamień.

Ta myśl miała masę i strukturę. Wydawała się czymś w rodzaju bryły otaczającego uranowy 

rdzeń wulkanicznego bazaltu. Była irracjonalnie gęsta, a jej powierzchnię zdobiły drobne kamyki, 
jakby kiedyś była miękka i lepka, a ktoś rzucił na nią garść drobnego żwiru. Młody Jedi pozwolił, 
żeby Moc skupiła jego świadomość i zrozumiał, że każdy z tych kamyków jest osobą - istotą ludzką 
albo przynajmniej człekokształtną. Wszystkie razem tworzyły globalny wzór z lodowatego 
kamienia.

background image

Kiedy Moc zaciągnęła go głębiej, zrozumiał, że kamień, który ma w ręku, podtrzymuje go. 

Obrócił go w palcach, a kamień otoczył go i zamknął... stał się więzieniem dla wszystkich tych 
kamyków-żywych istot. A uwięzione żywe istoty więziły także jego.

Odkrył, że to on jest kamieniem... mrocznym zamarzniętym kamieniem, w którym tkwią 

wszystkie żywe istoty. Uwięził je, a one uwięziły jego. Nie mogły go uwolnić, a on nie był w stanie 
uwolnić ich. Byli złączeni ze sobą przez samą tkankę wszechświata.

Zamrożeni przez Ciemność.
Luke stanął oko w oko z następną dziwną zagadką: odkąd to zaczął myśleć o tkance 

wszechświata jako o Ciemności przez duże C? Nawet gdyby w tym posępnym stwierdzeniu krył się 
chociaż cień prawdy, kiedy stał się człowiekiem, który się temu poddaje? Jeżeli Ciemność chciała 
go wciągnąć do wiekuistej pustki, będzie z nią walczył na każdym milimetrze tej drogi.

Zaczął szukać sposobów wydostania się na wolność. A wtedy zrozumiał, że w dziwaczny, 

paradoksalny sposób, oparty na postrzeganiu Mocy, droga na wolność jest zarazem drogą do 
niewoli.

Domyślił się, że urojony myślokamień w jego urojonej dłoni jest metaforą, podobnie jak 

zamarznięty głaz, w który się przeistoczył... chociaż jest także prawdziwy na poziomie głębszym 
niż kiedykolwiek w rzeczywistości. Był tym kamieniem... a zatem nie potrzebował wyciągać rąk, 
żeby dotknąć reprezentowanych przez kamyki żywych istot. Cały czas ich dotykał.

Musiał tylko zwrócić na ten fakt uwagę.
Żaden z tych żywych kamyków nie wydzielał ani odrobiny światła. Nie zdradzał, że 

reprezentuje ludzkie życie. Wydawał się pozbawionym wszelkich indywidualnych cech, matowym 
przedmiotem, podobnym do wygładzonej sferoidy ze sproszkowanego grafitu. Żadna istota, której 
dotykał, nie zdradzała nadziei, celu życia ani marzenia o wydostaniu się z niewoli. Luke wyciągnął 
te istoty ze swojego zamarzniętego serca, połykał je w całości i karmił nimi Ciemność.

A Ciemność nie dawała mu najmniejszego dowodu, że te istoty kiedykolwiek żyły.
Kamyki przekazywały mu łagodne, pozbawione słów błagalnie, żeby pozwolił sobie zasnąć. 

„Wszelka walka jest daremna, bo w końcu i tak wszystko zostanie pochłonięte przez Ciemność”. 
Ciemność pochłonie wszystkie jego nadzieje, obawy i marzenia o bohaterskich czynach, a także 
każdą tragiczną rzeczywistość. Pochłonie najdalszych potomków wszystkich, którzy choćby o nim 
słyszeli. To wszystko kiedyś zniknie, nie pozostawiając nawet sugestii, że ci ludzie kiedykolwiek 
żyli. Jedyną odpowiedzią był sen. Wiekuisty sen.

Sen.
Nigdy, pomyślał Luke.
Odniósł wrażenie, które było po części wspomnieniem, po części domysłem, a może w 

całości sugestią Mocy, że kiedy ponownie obrócił nierzeczywisty kamień w nierzeczywistej dłoni, 
w jednym z nierzeczywistych kamyków ze sproszkowanego grafitu zobaczył szczelinę, która była 
jak najbardziej rzeczywista.

A przez tę mikroskopijną, nieskończenie wąską szczelinę - tak małą, że nawet gdyby była 

rzeczywista, Luke nie zdołałby jej wykryć z pomocą najczulszych przyrządów w galaktyce - 
wydobywał się najsłabszy z możliwych błysk...

Błysk światła.
Korzystając z tego, że Moc kieruje jego poczynaniami, młody Jedi skupił postrzeganie na 

tym praktycznie niewidzialnym włóknie. Przez tę najcieńszą szczelinę w nierzeczywistym 
kamieniu, skąd sączyło się słabe światło, odnalazł wszechświat.

Skupiając się ze wszystkich sił na postrzeganiu Mocy i korzystając z umysłowej dyscypliny, 

którą wbijali mu do głowy Ben i Mistrz Yoda, Luke wysłał cząstkę siebie tym włókienkiem światła, 
żeby zobaczyć - wprawdzie niewyraźnie, z bardzo dużej odległości, jakby poprzez fale - rękawy.

Obszerne rękawy, tak ułożone, żeby ukrywać splecione dłonie... a pod nimi posadzkę z 

wygładzonego do połysku kamienia, oświetloną przez ulotne niebieskie błyski. Wyglądało to, jakby 
źródłem światła był ekran holoodtwarzacza. Luke uczynił wysiłek, żeby unieść głowę i się 

background image

rozejrzeć, ale obraz nie uległ najmniejszej zmianie. Dopiero wówczas młody Jedi uświadomił sobie, 
że oczy, z których korzysta, nie są jego oczami.

Kiedy to zrozumiał, przez jego świadomość zaczęły przepływać dalsze obrazy. Stwierdził, 

że posadzka, na którą patrzą jego pożyczone oczy, jest w jakiś sposób z nim połączona... i że nie 
jest wykonana ze zwykłego kamienia, ale z dziwnego, na wpół koloidalnego, na wpół 
krystalicznego materiału... który w niewytłumaczalny sposób wydaje się żywy.

Kiedy skupił na tym swoją świadomość, wyczuł życie - w podobny sposób, w jaki 

wyczuwał infradźwięki o niewielkim natężeniu, które wywoływały świerzbienie skóry. Tym razem 
jednak nie czuł tego na skórze. To chyba świerzbienie w środku głowy... bo w jego mózgu 
rozrastały się kryształy z tego samego skrystalizowanego żyjącego kamienia.

Nie...
To nie działo się w jego mózgu.
Kryształy rosły w innym mózgu, podłączonym do oczu, które pożyczył spoza tego 

wszechświata. Młody Jedi zaczął o tym myśleć, podobnie jak przedtem o nierzeczywistym 
kamieniu. Podobnie jak ten kamień, on też tkwił wewnątrz pożyczonego mózgu, ale zarazem na 
zewnątrz... starał się wcisnąć do środka, ale bezskutecznie. A kiedy dotknął myślami tych 
kryształów, usłyszał - nie, poczuł - rozpaczliwy szept, głuchy pomruk, który dobiegał z samego 
krańca wszechświata.

„Sen. Wszelka walka jest daremna, bo w końcu i tak wszystko się zakończy. Istnienie to 

jedynie iluzja. Rzeczywista jest tylko Ciemność”.

Wyczuwał obecnie, że szept pochodzi spoza tego pożyczonego mózgu, podobnie zresztą jak 

jego postrzeganie. Uświadomił sobie, że kryształy w jakiś sposób odbierają ten szept i go 
wzmacniają. Dodawały ograniczoną umiejętność władania Mocą tego mózgu do jego zdolności, w 
taki sam sposób jak przedtem robiły to z setkami innych mózgów, które Luke wyczuwał, bo 
wszystkie były dołączone do tego dziwnego systemu.

Na zewnątrz ktoś był.
Blackhole, pomyślał młody Jedi.
A kiedy to sobie uświadomił, wyczuł przewrotność, która podsycała tę domenę Ciemności... 

prastarego, zasapanego inwalidę, zamkniętego jak w grobie w umożliwiającej przeżycie kapsule. 
Starzec wlewał swoją lodowatą nikczemność w obejmującą całe ciało siatkę z kryształu...

Dokładnie takiego samego, jaki rozrastał się w ciele Luke’a.
Az tego zrozumienia narodziła się potęga. Luke narzucił swoją wolę krystalicznej sieci w 

swoim ciele i pozwolił, aby Moc dała siłę jego pragnieniu. Dopiero wówczas dostrzegł wyraźnie 
związek między swoimi kryształami a innymi, które rozrastały się w pożyczonym mózgu. A kiedy 
siłą woli zmusił się do uniesienia głowy, zrobił to bez trudu. Kiedy siłą woli zmusił swoje oczy, 
żeby omiotły pomieszczenie, zobaczył kamienną pieczarę, słabo oświetloną przez fale błękitnych 
wyładowań energetycznych, które pełzały po kamiennych ścianach i suficie jak żywe istoty. 
Wyglądały i skwierczały dokładnie tak samo jak wyładowania, które Luke widział w Pieczarze 
Mrocznego Tronu... tyle że te błyskawice nie robiły krzywdy zgromadzonym w pieczarze osobom.

Tę pieczarę wypełniały Księżycowe Kapelusze.
Każdy stał nieruchomo z nisko opuszczoną głową i z niewidocznymi dłońmi, splecionymi w 

obszernych rękawach. Każdy był zwrócony przodem do wzniesionego pośrodku pieczary 
ogromnego kamiennego piedestału. Piedestał tworzył jedność z kamiennym dnem pieczary, jakby 
po prostu wyrósł ze środka, jak tkanka złośliwego nowotworu. Miał mniej więcej półtora metra 
wysokości i płaski wierzchołek o rozmiarach i kształcie wygodnego łoża dla jednej osoby. Od czasu 
do czasu, ale coraz częściej, jak fala powracającego przypływu, elektrostatyczne wyładowania na 
ścianach i sklepieniu pieczary zamierały i zaczynały drgać w miejscu, jakby schwytane przez 
niewidoczne elektrody.

A po chwili z błyskiem tak intensywnym, że aż raził oczy, skupiały się na szczycie 

kamiennego piedestału i niknęły w głębi.

Luke zrozumiał. To ja, pomyślał. Właśnie tam teraz leżę. Pogrzebany żywcem w litej skale.
Nie przeraziło go to jednak... po spędzeniu wieczności na krańcu wszechświata zwykła 

background image

śmierć nie wywierała już na nim dużego wrażenia. Śmierć była lepsza niż wszystko, co Blackhole 
usiłował mu zrobić. Usiłował z nim zrobić.

Jako on, Luke.
Młody Jedi nie miał pojęcia, czy zdoła ocalić siebie, ale może przynajmniej będzie w stanie 

pomóc tym nieszczęśnikom. To by mu wystarczyło.

Dopomagając sobie Mocą, Luke wysłał myśli przez kryształy, ale nie znalazł niczego 

oprócz pojedynczego, samotnego mózgu, na który mógłby oddziaływać. Wyczuwał wprawdzie 
wyraźnie pozostałe osoby i słyszał szepty kryształów w ich głowach, ale nie mógł znaleźć na tych 
kryształach miejsca, za które mógłby chwycić. Dokładnie jak w jego śnie: ich mózgi były gładkimi 
kamykami z anonimowego sproszkowanego grafitu. Nie wyczuł niczego poza Ciemnością.

Tylko ten jeden kamyk miał pęknięcie, z którego sączyło się słabe światło...
W najgłębszych zakamarkach pamięci znalazł słowa lekcji, jakiej udzielił mu Yoda pewnej 

długiej nocy przesilenia, w głębi dżungli w pobliżu równika planety Dagobah. „Kiedy Mocy 
naprawdę się oddasz, wszystko, co robisz, będzie wyrażało prawdę o kimś, kim jesteś”, powiedział 
wówczas Wielki Mistrz Jedi, pochylając się do przodu, a obozowe ognisko z płonących korzeni 
knattika rzucało niebieskie cienie, uwydatniając głębokie bruzdy na jego prastarej twarzy. 
„Wówczas przez ciebie Moc przepłynie i twoją ręką pokieruje, dopóki z twojego najdrobniejszego 
gestu nie będzie mogło pochodzić największe dobro”.

Luke musiał przyznać, że nigdy dobrze nie zrozumiał tej lekcji. Starał się zawsze żyć w 

zgodzie z tą zasadą, ale obecnie na powierzchni jego świadomości zaczął się pojawiać obraz jego 
własnej ręki, która wymierza silny cios.

Cios blisko środka czoła Lorda Shadowspawna. Z siłą dokładnie taką, jakiej wymagało 

strzaskanie kryształowej matrycy w jego mózgu.

Zwykły akt miłosierdzia, zrodzony z chęci zakończenia konfliktu bez odbierania komuś 

życia, stał się obecnie jego drogą życia. Miał mu pozwolić wyciągnąć siebie z wiekuistej pustki na 
krańcu wszechświata.

Luke wyczuwał ten związek; wyczuwał także władzę, jaką mógłby sprawować dzięki temu 

związkowi. Zwykłą siłą woli mógłby schwytać to ciało i nakazać mu, żeby się stało posłuszne jego 
rozkazom. Czuł także, że mógłby za pośrednictwem Mocy przesłać swoją potęgę do tego ciała, aby 
służyło jego woli. Mógłby sprawić, żeby ten mężczyzna został jego marionetką, co by mu 
dopomogło w ucieczce.

Albo...
...mógłby porzucić wszelkie obawy i wyjawić prawdę o swojej tożsamości.
Dla Luke’a Skywalkera wybór był oczywisty. Zamiast wydawać rozkazy, przesłał przez sieć 

przyjazną sugestię.

Hej, Nick, pomyślał. Dlaczego nie miałbyś się obudzić?

Pierwszą oznaką dla Cronala, że dzieje się coś okropnego, był głośny dźwięk alarmowego 

sygnału w kapsule z urządzeniami do podtrzymywania życia. Sygnał zakłócił jego koncentrację i 
nakazał mu powrócić do swojego ciała. Długi, bardzo długi czas, może całą wieczność, jego 
odwodnione ciało mogło tylko trząść się i dygotać, kiedy Cronal usiłował zaczerpnąć powietrza. W 
końcu zdołał ruszyć ręką na tyle, żeby wyłączyć brzęczyk, unieść Koronę Zachodzącego Słońca 
nad głowę i umieścić ją w komorze za zagłówkiem, a później odpowiedzieć na pilne wezwanie 
podpułkownika Klicka.

Cronal był tak wstrząśnięty niespodziewaną wizytą oficera, że o mało nie zapomniał 

ograniczyć transmisji do syntetyzowanego dźwięku. W ostatniej sekundzie wpisał na klawiaturze 
komunikatora cyfry właściwego kodu, ale jednak musiał kilka razy głęboko odetchnąć, żeby się 
uspokoić. Nie mógł pozwolić, żeby ulubiony dowódca klonów zobaczył głębokie bruzdy na jego 
starej twarzy czy blade, obwisłe wargi, odsłaniające pożółkłe zęby, a także resztki splątanych 
włosów, które pozostały na pomarszczonej głowie, zamiast krzepkiego i potężnego Lorda 
Shadowspawna. Nie mógł dopuścić, żeby Klick usłyszał słaby, świszczący głos Cronala, bo to 

background image

mogłoby spowodować kłopoty, jeżeli nie po prostu katastrofę.

- Panie podpułkowniku - wyskrzeczał Cronal, z wysiłkiem wymawiając słowa. - Czyżby 

moje rozkazy nie były jasne? Nie życzyłem sobie, żeby ktokolwiek mi przeszkadzał.

- Podpułkownik usłyszał oczywiście syntetyzowaną przez komputer wersję grobowego basu 

Shadowspawna.

- Mój Lordzie, atakują nas Rebelianci! - zawołał.
- Czyżby kilka eskadr myśliwców stanowiło tak wielkie zagrożenie, że ośmielasz się 

sprzeciwiać mojemu rozkazowi? - zapytał Shadowspawn. - Zniszcz je i nie zawracaj mi więcej 
głowy!

- To nie tylko myśliwce, mój Lordzie - odparł Klick. - Ciężki krążownik kalamariańskiej 

produkcji rozpoczął bombardowanie planety z orbity. Jego artylerzyści biorą na cel nasze naziemne 
stanowiska artylerii, a zwłaszcza zestawy jonowo-turbolaserowe! Wygląda to na przygotowanie do 
naziemnego szturmu.

- Ciężki krążownik klasy Mon Calamari? - powtórzył zaskoczony Cronal. - Niemożliwe! Ich 

jedyny kalamariański okręt zniszczyła nasza grawitacyjna brzytwa!

- To prawda, mój Lordzie... ale to inny okręt tej samej klasy.
- Niemożliwe - powtórzył z uporem Cronal. - Żaden inny krążownik nie dałby rady tak 

szybko wlecieć do systemu... Nasze generatory grawitacji powinny je utrzymywać w odległości co 
najmniej kilku godzin świetlnych od planety!

- Mój Lordzie, Rebelianci otworzyli krótkotrwałe okno, przez które wskoczyli do systemu!
- Niemoż... - zaczął Cronal, ale zaraz ugryzł się w język. Wszystko wskazywało, że nic nie 

jest niemożliwe. Ci parszywi Rebelianci... Niech Ciemność pochłonie tych wszystkich łajdaków!

Podpułkownik lotnictwa zaczął opisywać szczegóły bitwy, która toczyła się w pobliżu 

rebelianckich interdyktorów. Cronal słuchał z narastającym niedowierzaniem.

- Dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział? - zapytał w końcu.
- Mój Lordzie, pański rozkaz...
- Wysłać do boju wszystkie, eskadry... uruchomić wszystkie rezerwy! Niech każdy 

myśliwiec i okręt przyłączy się do bitwy! Natychmiast, nawet gdybyś musiał wysłać chłopców 
okrętowych, żeby nimi kierowali! Te rebelianckie szumowiny mają być tak zajęte, żeby nie miały 
czasu na unikanie rozbłysków gwiazdy, które ich zabiją, rozumiesz?

- Tak jest, mój Lordzie!
- Wyślij także kompanię naszych najlepszych komandosów do wejścia do Ośrodka 

Elekcyjnego - rozkazał Cronal. - Mają utrzymać tę pozycję za wszelką cenę. Nieważne, co się 
stanie podczas bitwy. Żaden Rebeliant nie może tam się wedrzeć, nie ma prawa przeszkodzić w 
tym, co się tam będzie działo! Rozumiesz? Dopilnuj tego osobiście!

- Tak jest, mój Lordzie! Osobiście obejmę dowodzenie - zapewnił Klick. - Żaden 

nieprzyjaciel nie dostanie się do Ośrodka Elekcyjnego, dopóki chociaż jeden z naszych żołnierzy 
pozostanie przy życiu!

- Niech tak się stanie! - warknął Cronal. - Masz wszelkie możliwości, żeby opanować tę 

sytuację, podpułkowniku... bylebyś już więcej nie zawracał mi głowy.

- Twoja wola jest dla mnie rozkazem, mój Lordzie.
Cronal wcisnął guzik i przerwał połączenie. Jego stawy zatrzeszczały, kiedy próbował 

znaleźć wygodną pozycję na kanapie mory podtrzymującej życie. Tak blisko... był już tak blisko... 
jeszcze tylko kilka minut i uzyskałby młodość, siłę i potęgę Jedi, także nazwisko i twarz bohatera...

Włożył znów Koronę Zachodzącego Słońca na głowę i zamknął oczy.
Nabrał tyle powietrza, ile mogły pomieścić jego zwiotczałe płuca. Wypuszczał je potem tak 

powoli, jak tylko pozwalało mu na to łomoczące serce. Powtórzył tę czynność jeszcze kilka razy, 
dopóki serce nie zaczęło bić wolniejszym rytmem, a w głowie się nie przejaśniło. Dopiero wówczas 
wysłał znowu swoją wolę w głąb Ciemności.

Znalazł tam błyskające niczym ogniomuchy w bezksiężycową noc ciepło i błogostan swoich 

Pionków, tych cząsteczek jego samego, rozrzuconych po Ciemności, żeby wskazywać mu drogę. 
Skupił się i zapuścił na najniższy poziom koncentracji, gdzie mógł chwycić każdą najmniejszą 

background image

cząstkę siebie i ścisnąć, dopóki cały nie znalazł się w środku. Później zaczął powoli, miarowo 
oddychać, dopóki wszystkie Pionki nie zaczęły robić tego samego w idealnie synchroniczny 
sposób... a ich serca nie zaczęły bić zgodnie z rytmem jego serca.

Wszystkie Pionki oprócz jednego.

Nagle w głowie Nicka ktoś włączył źródło światła.
Mężczyzna wzdrygnął się, obudził i zamrugał, żeby jego wzrok odzyskał ostrość.
- O rany, miałem chyba najbardziej dziwaczny sen mojego życia - powiedział.
Chciał unieść ręce, żeby przetrzeć oczy, ale jego palce się zaplątały w coś jakby rękawy. 

Dlaczego był ubrany w piżamę? I to w piżamę uszytą z brokatu tak grubego, że można by go 
wykorzystać do przeżycia na karthreksjańskim lodowcu... Bolała go głowa, a szyję miał sztywną, 
jakby ta głowa ważyła co najmniej kilkadziesiąt kilogramów... Doszedł do wniosku, że musiał 
uczestniczyć w suto zakrapianym przyjęciu, skoro do tej pory nie może się pozbyć kaca. Kiedy w 
końcu wyplątał ręce z fałd materiału, potarł oczy. Poczekał, aż jego spojrzenie nabierze ostrości, 
rozejrzał się po otoczeniu... i znów zamrugał.

Stał w kamiennej pieczarze razem z czterdziestoma innymi osobami. Wszystkie miały na 

głowie zabawne kapelusze i szaty podobne do jego ubrania. Stały w milczeniu i nieruchomo w 
zwartej grupie, twarzami w stronę wielkiego kamiennego piedestału. Miały spuszczone głowy i 
ukryte w rękawach dłonie.

- Wszystko w porządku - mruknął Nick. - To by wiele wyjaśniało.
A zatem to nie był sen.
Nie mógł to być senny koszmar, bo Nick był przytomny, a koszmar trwał. A więc to 

wszystko działo się naprawdę. Rzeczywiście odczuwał ból w stopach, nie wspominając o plecach i 
szyi. A w ogóle jak długo tak stoi? Czuł, że na czole, nad prawym okiem zaczyna się robić spora 
opuchlizna...

O tak, pomyślał. O tak, wszystko pamiętam.
Długi, bardzo długi czas stał nieruchomo.
Nie miał pojęcia, jak długo będzie mógł działać po tym, kiedy zwróci na siebie uwagę 

Blackhole’a, ale dobrze wiedział, jaka będzie pierwsza reakcja tego starego ruskakka. Nie na darmo 
ściany, dno i sklepienie pieczary wyłożono topiskałą.

Na tym właśnie polega problem z Jedi, pomyślał Nick. Ilekroć w pobliżu pojawiał się jakiś 

Jedi, wpadało się w tarapaty, których mogłaby nie przeżyć żadna istota w galaktyce, nawet sam 
Jedi. Tym razem nie chodziło nawet o śmierć. Chodziło o to, żeby na resztę naturalnego życia nie 
zostać bezwolną marionetką Blackhole’a. Co w takim razie miał zrobić?

Wiadomo że, nie robiąc nic, nie poprawiłby swojej sytuacji. Wyczuwał Blackhole’a w 

swojej głowie... niczym zimny, oślizgły śluz, podobny do śladu, jakie zostawia xerthiański 
ogaroślimak w mglisty jesienny dzień. Wiedział także, że Blackhole może przejąć władzę nad jego 
rękami, nogami i mózgiem w każdej chwili, kiedy będzie miał na to ochotę. Jedynym powodem, dla 
którego Nick odzyskał świadomość, było to, że Blackhole koncentrował uwagę na zamrożonym w 
kamiennej płycie chłopaku.

Wygląda na to, że dla obu nie ma żadnego ratunku... ale Nick przypomniał sobie o czymś. 

Ten chłopak to chyba Skywalker. Nick nie był przesądny, ale w tym nazwisku kryła się jakaś 
tajemnica. Niosło ze sobą obietnicę, a przynajmniej możliwość, że wydarzy się coś 
niewiarygodnego, co pozwoli im ocalić życie. Nawet jeżeli sytuacja wydaje się tak beznadziejna, że 
tylko szaleniec podjąłby taką próbę.

Zdecydował się i jednym ruchem zerwał Koronę z głowy.
Zabolało. Nawet bardzo. Nick usłyszał także trzask, jakby ktoś rozerwał jego czaszkę jak 

tanią szmatę.

- Auu! - zawył. Rzucił Koronę na dno pieczary. - O to chodziło! - zdecydował, chociaż jego 

oczy nabiegły krwią z bólu. - Nikt już mi nigdy jej nie nałoży.

- Nie... - jęknął w ciemności Cronal. - To niemożliwe, nie teraz, kiedy znalazłem się tak 

background image

blisko celu!

Wyciągnął rękę i mocno dźgnął przycisk na panelu komunikatora przed kanapą.
- Klick! - wrzasnął. - Zająłeś już pozycję?
- Mój Lordzie! - odkrzyknął pułkownik lotnictwa. - Już spieszymy w tamto miejsce!
Cronal zmełł między żółtawymi kikutami zębów jakieś przekleństwo.
- Kiedy tam się znajdziecie, uszczelnijcie i zabezpieczcie drzwi - rozkazał. - Jeżeli ktoś 

będzie chciał wyjść, zabić!

Uniósł ręce, żeby poprawić Koronę Zachodzącego Słońca na pomarszczonej głowie. 

Wiedział, że potrafi sam zatroszczyć się o wszystko, co może się wydarzyć w Ośrodku Elekcyjnym.

Nick poklepał się po ubraniu, w nadziei, że znajdzie u pasa urządzenie do topienia skały 

albo coś w tym rodzaju. Ktoś z otaczających go ludzi powinien mieć takie urządzenie. Można by 
wtedy zmiękczyć topiskałę i wydostać z niej Skywalkera. Nie było to jednak takie proste. 
Oczywiście nic nie znalazł. Nick był pewny, że tego dnia, kiedy się narodził, Moc spojrzała z góry 
na jego przyszłe życie, uśmiechnęła się i wykonała obsceniczny gest... albo coś w tym rodzaju.

Omiótł spojrzeniem pieczarę. Trzydziestu kilku niemal identycznych Pionków. Który może 

mieć urządzenie do topienia skały? Czy musi wszystkich przeszukać? Przyszło mu jednak do 
głowy, że ładunek, jaki emitował ten aparat, musi być bardzo podobny do tego, jaki wylatywał z 
lufy blastera czy z paralizatora.

Spojrzał z namysłem na swoją Koronę i doszedł do wniosku, że może jeszcze będzie miał z 

niej jakiś pożytek. Podniósł ją z dna jaskini i podszedł do drzwi.

- Strażnik! - warknął basowym głosem, jakim zazwyczaj przemawiał Shadowspawn, i uniósł 

Koronę nad głowę. Kiedy jeden ze stojących na zewnątrz żołnierzy otworzył drzwi, Nick uderzył 
go Koroną. Z całej siły.

Pod szturmowcem ugięły się nogi, a Nick - pamiętając o hełmie żołnierza i o starym 

powiedzonku z ojczystej planety, że „wszystko, co warte jest uderzenia, zasługuje na to, żeby 
uderzyć to dwukrotnie”, wyrżnął żołnierza jeszcze raz, i to mocniej niż poprzednio. Dopiero po tym 
ciosie szturmowiec runął na twarz i zadygotał.

Drugi strażnik drzwi zaklął i z imponującą szybkością uniósł karabin do ramienia, żeby dać 

ognia... ale kilka kilogramów karbonitu zapewniało osłonę lepszą niż maczuga. Nick wcisnął 
Koronę w lufę karabinu i z całej siły odepchnął go. Żołnierz stracił równowagę, a zanim zdążył 
znów unieść broń, Nick schylił się i sięgnął po karabin upuszczony przez pierwszego żołnierza. 
Okazało się, że pancerz szturmowca nie jest równie wytrzymały jak karbonit, jeżeli chodzi o 
pochłanianie energii blasterowych błyskawic.

Za drzwiami długi korytarz prowadził w dół. Wyglądał jak wytopiony w połyskującym 

czarnym kamieniu.

- W dodatku nie mam pojęcia, gdzie, u diabła, jestem - zdążył mruknąć Nick, zanim 

otworzyły się drzwi w odległym końcu korytarza. Wybiegła z nich drużyna szturmowców, którzy 
najprawdopodobniej chcieli się zorientować, jaki był powód strzału.

Moja sytuacja staje się z każdą chwilą ciekawsza, pomyślał Nick. Wciągnął nieprzytomnego 

żołnierza do środka i strzałem z karabinu blasterowego zniszczył panel drzwi, który eksplodował z 
deszczem iskier. Płyty się zasunęły, a Nick mógł tylko mieć nadzieję, że przynajmniej na kilka 
sekund spowolnią nadbiegających z przeciwka szturmowców. Powinno mi to wystarczyć, pomyślał.

Kiedy jednak spojrzał na Pionki, przekonał się, że wszystkie patrzą na niego.
Oho, dzieje się coś niedobrego, pomyślał.
Najbliższe Pionki skupiły się w ciasną grupę, uniemożliwiając mu oddanie strzału do 

grobowca Luke’a na kamiennym piedestale. Pozostałe zaczęły go okrążać. W milczeniu wyciągnęły 
ręce... i chociaż Nick wiedział, że większość w obecnym stanie nie może mówić, poczuł mrowienie 
wzdłuż kręgosłupa. Wyszczerzył zęby i kciukiem nastawił karabin na automatyczny ogień.

Ale się zawahał.
W ułamku sekundy nawiedziła go wyrazista wizja: próbował wyjaśnić mężczyźnie o 

background image

smutnej, cierpliwej twarzy - Luke’owi Skywalkerowi, który kilka godzin wcześniej ocalił go od 
śmierci tylko na podstawie niejasnego przeczucia, że Nick może być niewinny - dlaczego po prostu 
zabił trzydzieści kilka niewinnych osób, żeby go stamtąd wydostać, bo uznał, że tak trzeba. Mógł 
być niemal pewny, że gdyby Luke Skywalker miał ocalić życie trzydzieściorga osób, poświęcając 
własne, nie zawahałby się ani chwili. Czy choćby dziesięciorga niewinnych osób.

Czy jednej.
- Och, do diabła, jednej nie tak znowu niewinnej osoby - mruknął Nick. - Takiej jak ja. - 

Przestawił dźwignię karabinu na ogłuszanie. - Nienawidzę Jedi - powiedział. - Nienawidzę ich. 
Naprawdę, naprawdę, naprawdę ich nienawidzę.

Nie miał pojęcia, jaki skutek może odnieść błyskawica ogłuszającego strzału, kiedy zostanie 

przekazana przez neuronową sieć Koron Pionków bezpośrednio do niechronionego mózgu, ale był 
prawie pewien, że to nie będzie dobrze wyglądało. Nie cieszyła go perspektywa wyjaśniania 
Skywalkerowi, że zabił te wszystkie osoby, bo jest krwiożerczym synem ruskakka. Jeszcze mniej 
uśmiechało mu się jednak tłumaczenie, że zabił wszystkich, bo był zbyt głupi, żeby poszukać innej 
możliwości. Na szczęście nie musiał ich ogłuszać, żeby powstrzymać.

Musiał tylko ostrzelać dno pieczary.
Wymierzył w miejsce przed stopami zbliżających się Pionków i dał ognia. Zauważył, że po 

każdym strzale mniej więcej metr kwadratowy topiskały zamienia się w ciecz o konsystencji 
ciekłego masła z orzechów tok. Pionki zaczęły się przewracać. Nick skierował ogień na część dna 
między sobą a Pionkami zagradzającymi mu dostęp do grobowca na piedestale. One także się 
poślizgnęły i runęły jeden na drugiego. Usiłowały się nawzajem podtrzymywać, ale bez rezultatu.

Nieźle, pomyślał Nick. Może to nie tak śmieszne jak poślizgnięcie się na skórce z raballi, 

ale mimo to zabawne. Gdyby tylko miał prawdziwe urządzenie do topienia skały, mógłby teraz 
spowodować stwardnienie kamienia, co byłoby jeszcze lepsze. Mnóstwo pociesznych możliwości. 
Pionki wciąż próbowały wstać, wspinając się jedne po drugich, ale gdyby chociaż kilku dotarło do 
twardego fragmentu dna pieczary, Nick musiałby przestać chichotać.

- A teraz następna sztuczka - zapowiedział.
Otworzył medyczny pakiet powalonego szturmowca i załadował do chromostrunowego 

pojemnika ampułkę wiwatheriny. Trzymając jedną ręką pojemnik, a drugą karabin, przebiegł trzy 
kroki, przeskoczył nad rozmiękczonym kawałkiem posadzki i wylądował na piersi najbliższego 
powalonego Pionka. Poślizgnął się i o mało nie runął, kiedy Pionek zachłysnął się i chwycił go za 
kostkę. Nick zdążył jednak wyszarpnąć nogę i skoczył naprzód. Szedł po brzuchach i nogach, a 
pewnie także po paru głowach, dopóki nie dotarł do piedestału i nie wspiął się na wierzchołek. 
Pionki podjęły próbę pójścia jego śladem, ale wymierzył lufę karabinu w miejsce między swoimi 
stopami i przycisnął spust.

Piedestał runął jak rozprzestrzeniająca się na boki kolumna półpłynnej mazi, a Nick 

stwierdził, że siedzi na klatce piersiowej Luke’a Skywalkera. Nie zastanawiając się nad tym, jak 
dziwnie obaj wyglądają, przyłożył chromostrunowy pojemnik do szyi młodego Jedi. Znając 
zdolność chromostruny do przyspieszania tempa przyswajania wiwatheriny przez organizm, Nick 
doszedł do wniosku, że Skywalker powinien wrócić do życia lada chwila. I w samą porę, bo kiedy 
piedestał się rozpłynął, on i Luke znaleźli się na dnie pieczary. Wokół nich piętrzyły się stosy 
pokrytych szlamem Pionków, wspinających się jeden po drugim i usiłujących chwytać Nicka za 
nogi. Najwyraźniej usiłowali wciągnąć go do brei na dnie, żeby wspiąć się po nim jak 
piaskoszczury po pniu turkroota. Darli na strzępy jego ubranie i drapali skórę, z każdą chwilą 
wciągając go głębiej w półpłynną skałę. W końcu Nick zanurzył się po uszy. Im bardziej się 
szarpał, tym więcej Pionków próbowało się na niego wdrapać. W pewnej chwili usłyszał 
charakterystyczny odgłos. Dla człowieka rozszarpywanego na kawałki przez bandę żywych trupów 
zabrzmiał on jak najsłodszy dźwięk w całej galaktyce.

Intensywność pomruku narastała i wpadła w dziwny rytm, przypominający terkot 

mechanicznej zabawki. Pionki już po chwili przestały go drapać, a ich ciała zaczęły wiotczeć. 
Nickowi przyszło do głowy, że może nie docenił krwiożerczości Skywalkera. Usiadł, żeby 
zobaczyć, co wyprawia młody Jedi.

background image

A ściślej co wyprawia jego świetlny miecz.
Wirował w powietrzu, chociaż nie trzymała go żadna ręka. Obracał się niczym łopatki 

żyrokoptera - zabawki. Kiedy przelatywał w powietrzu obok głowy jakiegoś Pionka, ten wiotczał i 
schylał się na sekundę... która wystarczała, żeby klinga mogła zadać cios, po którym Pionek tracił 
panowanie nad mięśniami. Wyglądało to niesamowicie, bo żaden nie został nawet skaleczony.

A to dlatego, że klinga świetlnego miecza Skywalkera przecinała tylko Koronę każdego 

Pionka.

Korona spadała w dymiących kawałkach, a Pionek tracił panowanie nad mięśniami i 

wiotczał jak ktoś, kto właśnie przegrywa w sabaka. Nick odwrócił się i spojrzał na Skywalkera.

- Ćśśś. - Luke siedział z zamkniętymi oczami i zmarszczonym czołem, pogrążony w 

medytacji. Prawą rękę uniósł na wysokość głowy i rozpostarł palce. Od stóp do głów pokrywała go 
czarna, oleista warstwa półpłynnej topiskały. - To nie takie łatwe jak mogłoby się wydawać - 
powiedział.

Błyszcząca szmaragdowa klinga wykonała jeszcze kilka okrążeń i ostatnie Korony spadły w 

kawałkach z głów Pionków. Kiedy zwiotczeli ostami nieszczęśnicy, świetlny miecz wskoczył z 
powrotem do dłoni Luke’a, zanim jeszcze zgasła energetyczna klinga.

Młody Jedi otworzył oczy.
- Załatwione - powiedział. - Czego nam jeszcze potrzeba?
- Uhm, wciąż jeszcze jesteśmy w tarapatach... - zaczął Nick.
- Masz na myśli tych szturmowców za drzwiami? - Luke zważył cylinder świetlnego miecza 

w dłoni. - Na pewno coś wymyślimy.

- Nie, nie... chodzi o to, że zabłądziliśmy w głębi czynnego wulkanu i...
- Nie zabłądziliśmy - przerwał Luke.
- Nie? - zdziwił się Nick.
- Nie.
- Cóż, niech ci będzie. - Na podstawie dotychczasowego doświadczenia Nick 

wywnioskował, że kiedy Jedi wyraża się prosto i zrozumiale, zazwyczaj można mu zaufać. - Jest 
jeszcze jeden problemem: całe to pomieszczenie, a zapewne także wszystkie sąsiednie, są wyłożone 
topiskałą... Pamiętasz jeszcze, co się stało z Mrocznym Tronem? Blackhole zamierza wytrząsnąć z 
nas wszystkich ostatni dech, a wówczas...

- Nie zrobi tego - stwierdził z przekonaniem młody Jedi.
- Dlaczego tak ci się wydaje...
- Nick, za bardzo się przejmujesz - uciął Luke.
Zamknął znów oczy i lepka czarna maź, w którą przemieniła się topiskała, zaczęła ściekać z 

jego ciała, ale zamiast spłynąć na dno jaskini dzięki grawitacji, popłynęła do przodu. Oderwała się 
od klatki piersiowej Skywalkera, w postaci unoszącej się swobodnie kuli, przypominającej kroplę 
rtęci. Z nóg Luke’a, z jego ramion, włosów i z dna jaskini wokół jego stóp zaczęły dołączać do kuli 
cienkie wici. Po chwili Luke stał na suchym dnie, a jego ubranie, włosy i twarz były zupełnie 
czyste, pozbawione choćby śladu półpłynnej masy. Unosząca się przed nim w powietrzu kula miała 
wielkość dwóch złączonych pięści.

- „Kuracja” Blackhole’a ma kilka skutków ubocznych, których prawdopodobnie nawet on 

sam nie zaplanował - odezwał się Luke.

- Mogę to sobie wyobrazić - przyznał Nick. - Czy potrafisz zamienić tę kulę w pałkę, tak jak 

on, i zmusić ją, żeby porażała ludzi? - zapytał.

Młody Jedi pokręcił głową.
- Nie wydaje mi się, żeby Blackhole robił coś takiego - powiedział. - Wygląda na to, że 

raczej panuje nad czynnikiem, który tego dokonuje... jeżeli wiesz, co mam na myśli.

- To byłoby bardzo w jego stylu - potwierdził Nick. - Sam pewnie nie chciałby się 

fatygować. - Wymownym ruchem głowy wskazał obezwładnione Pionki. - A co z nimi? - zapytał.

Luke zmarszczył brwi i powiódł spojrzeniem po pieczarze. Żaden Pionek się nie poruszał, 

żaden nie wydawał dźwięku. Młody Jedi uniósł rękę i ściągnął palce, jakby coś chwytał. Głęboko 
odetchnął i zamknął oczy. Wyglądał, jakby coś go bolało. Może głowa?

background image

A może serce?
- Nick... - powiedział cicho. - Nick, oni nie żyją. Oni wszyscy są... martwi.
Nick wzdrygnął się, jakby ktoś go dźgnął.
- Są martwi - powtórzył odrętwiały Luke. - I to ja ich zabiłem.

Cronal pozwolił, żeby jego świadomość wymknęła się z gasnących iskier jaźni pokonanych 

Pionków, a zresztą i tak już ich nie potrzebował. Jego umysł wślizgnął się z powrotem do 
rozrastającej się wzdłuż nerwów kryształowej sieci. Stwierdził, że może znów dotykać struktury 
topiskały, którą było wyłożone całe wnętrze jego wulkanicznej kopuły. A później wprowadził 
umysł w rezonans ze zniewolonymi umysłami obcych istot, które panowały nad skałą. Wyczuł ich 
frustrację i ból, kiedy usiłowały się połączyć z ciekłą topiskałą w pieczarze Skywalkera. Wyczuł 
także opór wspomaganej przez Moc woli młodego Jedi.

Ten Jedi w jakiś sposób opanował sztukę manipulowania topiskałą, wykorzystując do tego 

celu tylko władzę nad Mocą!

Wcale to jednak Cronala nie przeraziło. Wręcz przeciwnie, przekształciło jego frustrację i 

wątpliwości w czystą rozkosz. Co za wspaniały talent! Oznaczało to, że kiedy Cronal zdobędzie 
ciało Skywalkera, nie będzie musiał dłużej nosić Korony Zachodzącego Słońca!

Dysponując fenomenalną łącznością z Mocą młodego Jedi, a także własną głęboką 

znajomością alchemii Sithów, będzie mógł wykorzystać niezwykłe właściwości topiskały do 
niepodzielnego władania galaktyką!

A gdyby przyszła mu taka ochota, sam może stać się galaktyką.
Każda żywa istota będzie musiała wówczas podporządkować się jego woli.
Pozostawało mu już tylko narzucić wreszcie Skywalkerowi swoją wolę, chociaż chłopak 

wykazywał zdumiewający dar krzyżowania wszelkich planów, nawet tych narzuconych przez 
niepojętą potęgę Ciemnowidzenia Cronala. Gdybyż tylko ten Jedi nie został tak bezsensownie 
wyszkolony!

Wykorzystując Ciemnowidzenie, Cronal wysłał myśli. Z narastającym gniewem zaczął 

przeszukiwać otoczenie i znalazł coś, czego się nie spodziewał: inną obecność, bardzo bliską i 
bardzo potężną. Na szczęście stosunkowo słabo wyszkoloną.

Zmarszczył brwi. Dlaczego nie przyszło mu do głowy, że Skywalker może nie być jedynym 

dzieckiem?

Luke stał jak skamieniały, niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu, a nawet do 

myślenia. Patrzył na zabite Pionki... martwych mężczyzn i kobiety, zupełnie niewinnych, którzy 
zginęli z jego ręki. Czuł, że w jego głowie wirują niezliczone strzępki ech jego rozmowy z Nickiem 
na Mrocznym Tronie.

„Oni wszyscy są... niewinnymi ofiarami?” - przypomniał sobie.
„Większość”, odparł wówczas Nick. „Niektórzy są jak ja... Dawno przestałem być... 

niewinny”.

Nick uklęknął obok martwej kobiety w średnim wieku i przyłożył palce do jej szyi, w 

nadziei że wyczuje chociaż słaby puls. Westchnął i spuścił głowę.

- Przypominam sobie, on sprawia, że coś w nas się rozrasta. W naszych czaszkach - 

powiedział. - W czaszkach Pionków. Izolacyjna właściwość kryształów i koron...

- Splot martwego człowieka - mruknął Luke.
Nick spojrzał na niego. Miał obwisłe kąciki ust. Uniósł rękę do siniaka nad prawym okiem.
- Tamten cios... - zaczął.
Luke pokiwał machinalnie głową.
- Musiał uszkodzić ten splot, bo w przeciwnym razie zginąłbyś jeszcze tam, na tronie - 

powiedział.

Nick wytrzeszczył oczy.

background image

- A gdybym zginął, jak ty byś się wydostał... - zaczął.
- Nie wydostałbym się - dokończył Skywalker. - Tamten cios ocalił życie nas obu.
- A zatem chyba obaj mamy szczęście, że jesteś takim przyzwoitym gościem.
- Może i tak - mruknął nieprzekonująco Luke. Jeszcze raz powiódł spojrzeniem po leżących 

Pionkach. - Kłopot w tym, że im na nic się to nie zdało.

- Skywalker... Luke... to nie twoja wina - odparł Nick. - To nie ty ich tu sprowadziłeś. Nie ty 

otworzyłeś ich czaszki i nie ty wepchnąłeś do nich te kryształy... Zrobiłeś wszystko, co było w 
twojej mocy.

- Tak - przyznał młody Jedi tonem wyblakłym i oschłym jak księżycowy pył. - Na pewno 

jakoś to wytłumaczę ich rodzinom.

- To Blackhole odpowiada za śmierć tych ludzi - ciągnął Nick. - To on ich zamordował, 

wpuszczając im do głowy te kryształy.

- A ja się wtrąciłem i pomogłem mu to zrobić.
- To wojna, Luke - przypomniał Nick. - Podczas wojny giną niewinni ludzie.
- Może i tak - odparł łagodnie Skywalker. - Ale na ogół nie giną z ręki Jedi...
Nick wstał.
- Daj spokój, chłopcze - powiedział. - Weź się w garść. Jak powiadał kiedyś mój dobry 

przyjaciel, różnica między udziałem w wojnie a przerzucaniem odchodów grassera polega na tym, 
że podczas wojny nawet dostojnicy brudzą sobie ręce.

Luke spojrzał na niego i Nick westchnął.
- No cóż, przepraszam - powiedział. - Mój inny dobry przyjaciel twierdzi, że słowa wylatują 

z moich ust z prędkością dźwięku. On także był Jedi.

- Znałeś jakichś Jedi ze Starej Republiki? - zdziwił się Skywalker.
- Kilku poznałem - przyznał Nick. - Dobrze znałem tylko jednego. Naturalnie już w tej 

chwili nie żyje.

- Naturalnie - przyznał młody Jedi.
- Z tego, co słyszałem, zabił go sam Vader.
Luke zamknął oczy.
- Vader? - zapytał. - Jesteś tego pewny?
- To musiał być on - stwierdził Nick. - Nikt oprócz niego nie mógłby nawet o tym marzyć.
Luke pokiwał głową. Może zaczynał się przyzwyczajać do informacji tego rodzaju, a może 

wciąż jeszcze w wyobraźni leżał w tamtym kamiennym grobie, zawieszony między Ciemnością a 
krańcem wszechświata? Może wcale stamtąd nie uciekł? Może tylko wywrócił to w swoim umyśle?

Tamta Ciemność... tamta Ciemność... nadal w nim żyła.
Przedostał się z powrotem do iluzorycznego świata światłości - i spójrzcie tylko, co zaraz 

zrobił. Zabił tyle osób. Zmarnował ich życie. Nieważne, czyja to była wina. Może zresztą była 
niczyja. Wszystko, co żyło, walczyło i cierpiało, dwoiło się i troiło w bólu i przerażeniu, żeby 
odepchnąć to, co nieuniknione, z powrotem w głąb Ciemności.

Więc całe to cierpienie, cała ta walka... wszystko na nic?
To nie były jedyne osoby, które zmarnowały życie. Każde życie było marnotrawstwem.
Nie miało znaczenia, czy ktoś osiągnął niezwykły sukces, czy też poniósł klęskę i przeżył 

śmierć swoich marzeń. Bez względu na to, czy wygrał, czy też przegrał, wszystkie jego triumfy i 
radości, jego skrucha, obawy i rozczarowania... wszystko to się skończyło jak gasnące echo.

Winę za to ponosiła sama Moc.
Dlaczego istnieje życie? Dlaczego życie ma być czymś więcej niż cienką warstwą 

szumowin na powierzchni jeziora, powoli dryfujących do nieskończonego morza umarłych? Lepiej 
było się nigdy nie narodzić, niż żyć tak krótko, w zmaganiach i cierpieniu, łudząc się iluzją światła.

Lepiej było się nigdy nie narodzić...
- Hej! Skywalker! Jesteś jeszcze ze mną? Czy ktoś tam w ogóle jest?
- Tak, tak - odparł Luke. Wzdrygnął się i potarł oczy. - Tak, przepraszam. Ja tylko... chyba 

się zamyśliłem.

- Zamyśliłeś? - parsknął Nick. - Odpłynąłeś, chłopcze! Miałeś włączone światła, ale nikogo 

background image

nie było w domu. To było coś niesamowitego.

- To prawda - przyznał młody Jedi. - Dla mnie też.

ROZDZIAŁ 13

W Mrocznym Królestwie zapadała noc.
W samym środku systemu chmury asteroid opadały po spirali w kierunku fotosfery 

Taspana. Wzajemne oddziaływanie generatorów grawitacji i samej siły ciążenia Taspana w 
pewnym sensie je porządkowało: koziołkując w kierunku podsycanego przez reakcje termojądrowe 
pieca na powierzchni gwiazdy, chmury asteroid wydłużały się, zakręcały i łączyły jedne z drugimi. 
Przestawały być osobnymi gromadami, stawały się siecią poskręcanych pasemek, podobnych do 
pasków na błyszczomiętowym lizaku.

Mniejsze skały parowały w koronie i w chromosferze Taspana, ale większe płonęły podczas 

opadania, dzięki czemu wyglądały jak smugi ognia. Przy zderzeniach z fotosferą powstawały z nich 
okrągłe pierścienie o obwodzie dużej asteroidy i wysokości setek kilometrów. Zderzenie 
powodowało także wyrzucanie gwiezdnej materii. Większość jej mijała punkt krytyczny, w którym 
mogłaby ulec grawitacji i polu magnetycznemu samej gwiazdy. To z kolei wywoływało potężne 
eksplozje twardego promieniowania. Zjawisko samo w sobie było fascynujące, bo potrafiło 
unieszkodliwić pola deflektorów wszystkich okrętów jak system długi i szeroki.

Te eksplozje nie potrafiły jednak uszkodzić osłon gwiezdnych myśliwców, których piloci 

przypuszczali szturm na ukrytą w głębi wulkanu bazę Lorda Shadowspawna. A to dlatego, że dzięki 
wywoływanym przez atmosferę zakłóceniom generatory pól deflektorów pozostawały wyłączone, a 
podwójne siódemki i inne krążowniki Republiki schroniły się w cieniu rzucanym przez samego 
Mindora.

Zapadała noc.
Kiedy Mindor odwrócił się od Taspana, z nasyconego czerwienią zachodu nadleciały fale 

republikańskich myśliwców. Ich piloci beztrosko i żywiołowo przypuścili atak na obronne systemy 
kopuły. Częściowo bezużyteczne działka laserowe X-wingów zaczęły ostrzeliwać ciężkie pancerze 
wież turbolaserów. Artylerzyści wież - zainstalowanych na kardanach o rozmiarach gwiezdnego 
okrętu - śledzili przelot myśliwców, a ich ogromne działa wyrzucały plazmę w atmosferę tak 
szybko, że w powietrzu pojawiły się potężne prądy wstępującego powietrza. Towarzyszyły im 
skłębione chmury żrącego pyłu, piasku i dymu, które unosiły się z kopuły aż do stratosfery.

A z tych chmur wyłaniały się, fala za falą, eskadry myśliwców TIE.
Było ich tyle, że wpływ atmosfery na ich działka przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. 

Imperialni piloci mogli niszczyć całe klucze X-wingów tylko dzięki temu, że ich maszyny stawały 
się napowietrznymi przeszkodami. Ich obecność nad kopułą zmuszała pilotów Republiki do 
łamania szyku i ograniczania prędkości, żeby unikać kolizji, chociaż najmniejsze spowolnienie 
mogło okazać się fatalne w skutkach. Od czasu zniszczenia pierwszej Gwiazdy Śmierci technika 
napędu turbolaserów poczyniła znaczne postępy. Działa mogły obecnie strzelać o wiele szybciej, a 
ich udoskonalone oprogramowanie automatycznie określało odległość i trajektorię celu, żeby 
decydować o momencie strzału. Dzięki temu imperialni artylerzyści mogli zestrzelić każdy 
myśliwiec, którego pilot okazał się na tyle nieostrożny, żeby lecieć prosto dłużej niż sekundę.

X-wingi nie miały ochronnych pól, więc strzał z takiego turbolasera, nawet jeśli tylko 

przeleciał w pobliżu, mógłby zamienić maszynę w rozprzestrzeniającą się kulę plazmy.

Mimo to X-wingi wciąż nadlatywały, fala za falą. Ich piloci poświęcali życie, starając się 

osłaniać klucze bombowców B-wing, które nurkowały, żeby zrzucić ładunek torped. Celem pilotów 
B-wingów nie były same wieże, ale sześć potężnie opancerzonych kopuł na najwyższej krawędzi 
wulkanu.

Kopuły te były szczelnie zamknięte, a ich załoga liczyła na to, że gruby na kilka metrów 

pancerz z ceramostopu pochłonie energię eksplozji protonowych torped oraz rakiet z detonitowymi 
głowicami. I rzeczywiście, pancerze spisywały się znakomicie.

background image

- Po eksplozji zostają tylko małe wgniecenia! - krzyknął przez komunikator pilot jednego z 

B-wingów.

- Zamknij się i nie przerywaj ostrzału - rozkazał dowódca jego eskadry.
- Jeżeli te pancerne kopuły pozostaną cały czas zamknięte, nie wyrządzimy im żadnej 

szkody!

- Chodzi o to, że dopóki nie pozwolimy im otworzyć tych kopuł, oni nam nie mogą 

wyrządzić krzywdy!

Wewnątrz opancerzonych kopuł mieściły się planetarne systemy obronne bazy 

Shadowspawna. W pięciu niniejszych kopułach, otaczających ogromną centralną kopułę, 
zainstalowano podwójne jonowo-turbolaserowe działa do ostrzeliwania napowietrznych celów. Oba 
działa każdej baterii pluły ogniem w starannie określonych odstępach czasu, dzięki czemu po 
każdym strzale z jonowego działa, który mógłby unieszkodliwić osłony i urządzenia elektroniczne 
okrętu liniowego, natychmiast następował dezintegrujący strzał z turbolasera. Już działa w 
mniejszych kopułach były śmiertelnie niebezpieczne, ale centralna kopuła kryła broń, której nie 
zdołałby się oprzeć żaden okręt liniowy: działo grawitacyjne.

Po zapadnięciu nocy na polu bitwy każdy liniowy okręt Republiki w systemie, kryjący się 

dotąd w cieniu planety, która go osłaniała przed eksplozjami gwiezdnej materii, znalazłby się w 
polu ostrzału tego działa.

To nie był zresztą jedyny problem, z jakim musieli się uporać dowódcy okrętów Republiki.
Eksplozje gwiezdnej materii były wprawdzie kłopotliwe, ale wynikały tylko z faktu 

przelatywania przez koronę chromosfery i fotosferę Taspana zwykłych gromad asteroid. Gdyby 
jednak pośród tych asteroid znalazł się choćby jeden spośród tysięcy generatorów sztucznej 
grawitacji, zjawisko stałoby się o wiele groźniejsze.

Nienaturalnie duży skok siły ciążenia opadających generatorów spowodowałby skoki 

grawitacyjnych pływów... pęczniejące bąble na powierzchni gwiazdy. Zniekształcając lokalne pola 
magnetyczne, generatory wywoływałyby gigantyczne rozbłyski gwiazdy o rozmiarach 
przekraczających średnicę wielu planet. A wtedy by powstało olbrzymie spiętrzenie 
termojądrowego ognia, sięgające setek tysięcy kilometrów nad powierzchnię Taspana. Ogień 
przemknąłby po skierowanych ku planecie spiralach sztucznej grawitacji generatorów niczym 
gigantyczne ogniste ślimaki kosmiczne.

Zanim te ogniste góry straciłyby impet i powoli opadły na powierzchnię Taspana, 

emitowałyby promienie gamma, które przenikało cały system niczym światła niszczycielskich 
reflektorów. Promieniowanie mogłoby stopić większe asteroidy i w mgnieniu oka zdezintegrować 
niniejsze.

Jeden z takich rozbłysków otarł się o krzywiznę atmosfery Mindora i przeleciał przez 

płaszczyznę ekliptyki. To wystarczyło, żeby zapłonęło kilka kilometrów sześciennych atmosfery.

Zjawisko spowodowało coś w rodzaju spowolnionej eksplozji termojądrowej. Potężne 

wstępujące prądy rozgrzanego powietrza wyssały z planety ogromne ilości pyłu. Powstała ognista 
burza, a płonący pył wyglądał jak rozprzestrzeniający się pierścień ognia. Ogień pomknął po 
spustoszonej powierzchni Mindora w kierunku wulkanicznej kopuły, wokół której toczyła się 
zażarta bitwa.

Sensory w samej bazie i na pokładach liniowych okrętów Republiki mogły bez trudu 

przewidzieć trasę i postępy ognistej burzy. Było prawdopodobne, że burza wygaśnie, zanim 
obejmie całą powierzchnię planety, ale przedtem przetoczy się nad bazą Shadowspawna niczym 
linia grzmotogłowic, które wytwarzają trujący dym i deszcz ognia.

Zjawisko uśmierciłoby wszystkich żołnierzy na otwartej przestrzeni i zmusiło pilotów 

gwiezdnych myśliwców obu stron do wycofania się albo do wylądowania na powierzchni Mindora. 
Wskutek naturalnych zakłóceń sensorów i gęstych chmur ognistego dymu każdy, kto chciałby nadal 
toczyć walkę w atmosferze, musiałby to robić na oślep.

Zjawisko - jak Fenn Shysa zauważył podczas rozmowy z Landem Calrissianem - skłoniłoby 

z pewnością operatorów kopuł do wyłączenia pod nimi systemów obronnych planety, które mogły 
ostrzeliwać obiekty w atmosferze czy na orbicie. Prawdopodobnie przeciążyłoby także na jakiś czas 

background image

wymienniki ciepła, chłodzące turbolasery w pierścieniu mniejszych wież.

- Pozwolę sobie wspomnieć, panie generale - ciągnął Mandalorianin - że do tej pory ten 

gość, ten Shadowspawn, popełnił tylko jeden taktyczny błąd. Skupił wszystkie systemy obrony 
planety w jednym miejscu... na wierzchołku tamtego wysokiego wzgórza.

Lando pokiwał głową.
- Bo jest najłatwiejsze do obrony - powiedział.
- Rzeczywiście - zgodził się z nim Shysa. - Nawet jeżeli wcale nie chodzi o to, żeby go 

bronić. Rozumie pan, o co mi chodzi?

Lando zastanowił się chwilę nad jego słowami. Tylko chwilę, bo nigdy nie wahał się 

skorzystać ze słabości przeciwnika.

- Fenn, mój przyjacielu - powiedział z namysłem. - Czy już ci dzisiaj mówiłem, jak bardzo 

podziwiam sposób twojego rozumowania?

Kiedy nad kopułami przetoczyło się piekło eksplozji grzmotogłowic, z powietrza zaczął 

spadać nie tylko ogień. Na niewielkiej wysokości nadleciały trzy okręty liniowe Republiki, 
osłonięte przez postępujące czoło płomienistego frontu. Ich piloci właściwie na oślep wybierali 
drogę przez atmosferę. Artylerzyści okrętów nie rozpoczęli jednak ostrzału kopuł. Po przejściu 
ognistej burzy wszędzie szalał huragan pyłu, dymu i płomieni, więc chociaż dysponowali dużą siłą 
systemów uzbrojenia, przebicie pancerza kopuł wymagało sporo czasu, czasu, którego siły zbrojne 
Republiki po prostu nie miały.

Z ładowni dwóch okrętów liniowych wyroiły się lądowniki z żołnierzami piechoty morskiej 

Republiki, którzy zajęli pozycje wokół pierścienia baterii dział jonowo-turbolaserowych. Trzecim 
okrętem była „Pamiątka Alderaana”. Żołnierze z lądowników tego okrętu zajęli stanowiska wokół 
centralnej kopuły z grawitacyjnym działem. Z powodu szalejącej burzy ognia na jakiś czas walki 
zupełnie ustały. Piloci gwiezdnych myśliwców nie mogli toczyć pojedynków, wieże przegrzanych 
turbolaserów nie mogły prowadzić ognia, opancerzone kopuły nie mogły zostać otwarte, a żadne 
oddziały naziemne nie mogły opuścić lądowników ani imperialnych bunkrów.

Ognista burza nie trwała jednak długo. W ciągu kilku minut wessała tony pyłu, piasku i 

żwiru i osiągnęła graniczny punkt, po którego przekroczeniu unoszące się szczątki nie mogły dłużej 
podsycać płomieni, a nawet zaczęły je tłumić. Kiedy żywioł stracił impet, trzy ciężkie krążowniki 
Republiki wycofały się w ślad za oddalającym się czołem burzy.

Kilka sekund później - chociaż skały i piasek wciąż jeszcze się jarzyły szkarłatnym 

blaskiem - z luf imperialnych turbolaserów pomknęły kule plazmy w kierunku nadlatujących 
myśliwców Republiki. Kiedy zamknięte na głucho przeciwblasterowe wrota kopuł na szczycie góry 
się otworzyły, ze środka wysypały się strumienie zakutych w pancerze szturmowców i rzędy 
repulsorowych czołgów. W ich kierunku posypały się smugi przeciwpiechotnych strzałów z 
lądowników, a po rampach zbiegły drużyny gotowych do walki żołnierzy piechoty morskiej 
Republiki. Bitwa o Mindora przeniosła się na powierzchnię gruntu. Walczyli twarzą w twarz, 
blaster przeciwko blasterowi...

I nóż przeciwko nożu.

Kiedy podpułownik lotnictwa Klick i jego towarzysze z elitarnego oddziału komandosów 

otworzyli szerokie, łukowato sklepione przejście do Ośrodka Sortowania, w pomieszczeniu 
panował chaos. Bombardowanie powierzchni gruntu wywołało fale udarowe, które przeniknęły 
przez ściany. Dno pieczary zadygotało i zaczęło się przemieszczać, jakby pod wpływem wstrząsów 
gruntu. W pomieszczeniu rozległ się niski pomnik, podobny do długiego grzmotu. Ze sklepienia 
pieczary sypał się drobny pył i odłupane kawałki skał. Ogarnięci paniką więźniowie pospieszyli 
tłumnie do wyjścia. Podwładni Klicka im przeszkodzili. Strzały z nastawionych na ogłuszanie 
blasterów powaliły kilku więźniów na czele tłumu, a szybujące nad ich głowami błyskawice z luf 
nastawionych na pełną moc karabinów zmusiły pozostałych do schronienia się pod ścianami. Klick 
przedarł się przez stos drgających ciał, uniósł swój E-11 i posłał kolejną serię błyskawic nad 
głowami skulonych więźniów.

background image

- Padnij! Twarzą w dół na dno pieczary! Natychmiast! - wrzasnął. Odwrócił się do stojącego 

za nim podwładnego. - Sierżancie, weźcie drugi pluton i zastrzelcie wszystkich, którzy za pięć 
sekund od tej chwili nie będą leżeli. Pozostali, za mną!

Powiódł ich truchtem przez wykonaną za pomocą syntezy jądrowej ogromną pieczarę o 

połyskujących, czarnych ścianach prosto do drzwi Ośrodka Elekcyjnego.

- Czwarty pluton, front i środek! - rozkazał, odchodząc metr w bok. - Uszczelnić te drzwi. 

Nikt nie może przez nie wejść ani wyjść. Pierwszy pluton, zająć pozycje do wspierania ogniem 
Czwórki. Pozostali, przygotować się do odparcia szturmu.

Kilku żołnierzy z czwartego plutonu wyjęło pojemniki z piankoplastem. Przeznaczony do 

szybkiego, chociaż niezbyt higienicznego uszczelniania pęknięć i dziur w próżnioszczelnych 
kombinezonach piankoplast rozprzestrzeniał się, aż wypełnił całą dostępną przestrzeń wokół 
punktu, w którym go zastosowano, a później niemal natychmiast twardniał. Cienka warstwa wokół 
brzegu drzwi uszczelniała je i uniemożliwiała ich otwarcie. Żołnierze z Czwórki uporali się z tym 
zadaniem w ostatniej chwili. Kilka sekund po tym, jak piankoplast stwardniał do końca, Klick 
usłyszał skowyt serwomotorów drzwi, które ktoś usiłował otworzyć z drugiej strony.

- Cofnąć się! - warknął. - Kompania, uformować szyk i uzbroić karabiny! Przygotować się 

do otwarcia ognia na mój rozkaz!

W Ośrodku Sortowania było słychać tylko szczękanie i trzaski przygotowywanych do walki 

blasterów oraz grzechot pancerzy szturmowców, którzy kładli się na dnie jaskini. Stojący w drugim 
rzędzie żołnierze przyklękli na jedno kolano, a ci w trzecim przyłożyli karabiny do ramienia i zajęli 
stanowiska do ostrzału. Klick odszedł od drzwi, bo wiedział, że zamknięte za pomocą piankoplastu 
skrzydła dadzą się otworzyć tylko przy użyciu ładunku wybuchowego.

Na razie nie doszło jednak do żadnej eksplozji. Klick zaczął się już zastanawiać, czy 

przypadkiem nie wyobraził sobie, że słyszy skowyt serwomotorów, kiedy w jednym miejscu po 
prawej stronie pojawiła się ogniście czerwona plama. Po chwili przybrała barwę białą, a następnie 
wyparowała wokół kolumny zielonej plazmy.

No dobrze, istnieją dwa sposoby pokonania uszczelnionych za pomocą piankoplastu drzwi, 

poprawił się w myśli Klick. Ładunek wybuchowy i wypalenie otworu klingą świetlnego miecza.

Zieloną klingą świetlnego miecza!
Klick doznał okropnego przeczucia.
- Wstrzymać ogień! - ostrzegł podwładnych. - Osobiście zabiję każdego, kto odda choćby 

jeden strzał bez mojego rozkazu!

Kolumna zielonej plazmy wycięła w płycie drzwi podłużny otwór o poszarpanych brzegach. 

Kiedy cięcie dobiegło końca, owalny kawałek durastali wypadł w fontannach iskier i z brzękiem 
upadł na wygładzony kamień. Klick nie wydał rozkazu otwarcia ognia. Prawdę mówiąc, nie wydał 
żadnego rozkazu. Po prostu stał jak skamieniały, nie mogąc się ruszyć ani przemówić.

W otworze drzwi stali tylko dwaj mężczyźni. Jeden był dosyć wysoki i chudy jak szczapa. 

Miał ciemną karnację, a po jego gładko ogolonej głowie powoli spływały strużki krwi. Był 
wprawdzie ubrany w strój Pionka, ale na jego ramieniu wisiał karabin E-11. Drugi, niższy 
mężczyzna miał na sobie przemoczony i brudny kombinezon lotniczy Sojuszu Rebeliantów. Jego 
wilgotne, zmierzwione włosy barwy wypłowiałej słomy zwisały w strąkach wokół opalonej twarzy, 
która - jak Klick powoli sobie uświadamiał - wyglądała dokładnie jak twarz z jego najsłodszego 
snu...

Klick poczuł suchość w ustach i odrętwienie nóg. Zdrętwiałymi wargami zdołał z trudem 

powiedzieć tylko dwa słowa:

- Imperatorze Skywalker...
Przyklęknął na jedno kolano, odpiął hełm, zdjął go i z szacunkiem pochylił głowę.
- Opuścić broń! - wrzasnął. - Opuścić broń! Kubły z głów, klękać przed waszym 

Imperatorem! - Uniósł głowę i spojrzał na Skywalkera. - Wybacz mi, mój Lordzie. Nie miałem 
pojęcia, że to będziesz ty! Jeszcze cię nigdy nie widziałem!

background image

Żołnierze piechoty morskiej Republiki okopywali się gorączkowo wokół stanowisk 

podwójnych dział jonowo-turbolaserowych, równocześnie posyłając blasterowe strzały ku 
zbliżającym się szturmowcom. Prowadzili także ostrzał z wyrzutni pocisków rozpryskowych 
Sorosuub w wieżyczkach opancerzonych lądowników, więc cała podstawa bazy rozbłyskiwała 
tysiącami eksplozji. Ich siła rozrzucała we wszystkie strony lecące z dużą prędkością strzałki, ale i 
tak większość z nich odbijała się od skał ze świstem chadiańskiego monsunu.

Szturmowcy zbliżali się biegiem pod osłoną grubo opancerzonych czołgów repulsorowych. 

Artylerzyści przednich działek ostrzeliwali lądowniki i rozrywali na krwawe strzępy żołnierzy 
Republiki. Kierowcy czołgów prowadzili je prosto na osłaniające boki pancerze lądowników. W 
końcu szturmowcy znaleźli się tak blisko, że mogli rozpocząć walkę wręcz. A wtedy ze 
zdumieniem stwierdzili, że żołnierze piechoty morskiej Republiki - w przeciwieństwie do wielu 
poprzednich wrogów - wcale się nie boją ich wibrokastetów. W dodatku ci sami żołnierze piechoty 
morskiej Republiki używali osiemnastocentymetrowych wibrosztyletów aKraB, które potrafiły 
przecinać pancerze Mark III równie łatwo jak stopione gorgańskie sadło.

Wokół kopuły, w której mieściło się grawitacyjne działo, w szyku podwójnego pierścienia 

wylądowało dwanaście lądowników z hangarów „Wspomnienia Alderaana”. Cztery osiadły wokół 
centralnej kopuły, a pozostałe osiem nieco dalej. Te wewnętrzne znalazły się zbyt blisko bunkrów 
piechoty, żeby ktoś mógł ryzykować ostrzelanie ich ze stanowisk artylerii czy z dział czołgów... a 
poza tym artylerzyści wieżyczek przeciwpiechotnych działek nie mogli opuścić luf wystarczająco 
nisko, żeby prowadzić ogień na wprost. Mogli tylko odłupywać kawałki bunkrów od góry i 
centralnej kopuły z grawitacyjnym działem. Po chwili z bunkrów wyroili się zakuci w czarne 
pancerze szturmowcy. Wyglądali jak wygłodniałe padlinożerne żuki. Wykorzystując cztery 
wewnętrzne lądowniki jako osłonę przed ostrzałem działek pozostałych ośmiu maszyn Republiki, 
zaczęli niszczyć ich kadłuby fuzyjnymi palnikami i kierunkowymi ładunkami wybuchowymi. 
Nawet jeżeli któryś ze szturmowców uznał za dziwne, że z żadnego z dwunastu lądowników - w 
przeciwieństwie do tych, które osiadły wokół stanowisk jonowo-turbolaserowych dział - nie 
wysypują się żołnierze Republiki, żaden nie powiedział tego na głos.

Powód tej niezwykłej taktyki odkrył jeden z dowodzących szturmowcami oficerów, który 

podprowadził swoją drużynę do jednego z tych lądowników. Nie zobaczył w środku żadnego 
żołnierza Republiki... tylko zdalnie sterowane łącze komputerowe podłączone do stanowiska pilota 
i drugie, sprzężone z pulpitem ogniowym. Sam lądownik nie był jednak zupełnie pusty. Wręcz 
przeciwnie, od burty do burty i od podłogi do sufitu wypełniał go detonit z zapalnikiem wrażliwym 
na wszystko, co się porusza.

To była ostatnia rzecz, którą oficer zauważył. Jednoczesne eksplozje wszystkich czterech 

lądowników rozpyliły na atomy nie tylko jego i członków jego drużyny, ale także setki innych 
szturmowców, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w pobliżu. A w dodatku wygięły odporne na 
blasterowe strzały wrota bunkrów piechoty.

Większość siły eksplozji była wprawdzie skierowana w stronę tych bunkrów i kopuły 

grawitacyjnego działa, ale rozproszona energia zakołysała ośmioma pozostałymi lądownikami, a 
kilka odepchnęła parę metrów dalej. Zanim lądowniki zdążyły znieruchomieć, otworzyły się ich 
rampy, po których zbiegli żołnierze zupełnie innego rodzaju piechoty.

Nie krzyczeli ani nie wyli; nie trzymali ryczących blasterów. Zamiast tego z cichą 

skutecznością zaczęli posuwać się w stronę bunkrów, kryjąc się wszędzie, gdzie tylko to było 
możliwe.

Zakuty w czarny pancerz oficer zauważył ich przez szczelinę w uszkodzonych 

blasteroodpornych drzwiach bunkra i zmełł w ustach przekleństwo, które zrozumieliby tylko 
zbliżający się przeciwnicy. Nawet i oni jednak uśmiechnęliby się pogardliwie, słysząc akcent z 
planet Jądra galaktyki, który był fałszywą i prostacką wersją ich rodzinnej mowy.

- Wycofać się! - wrzasnął oficer. - Zabarykadować korytarze! Utrzymać narożniki i 

skrzyżowania!

Ostatnią rzeczą, na jakiej zależało temu oficerowi, było marnowanie życia podwładnych, do 

czego by na pewno doszło, gdyby wydał rozkaz walki wręcz z Mandalorianami.

background image

Pieczary, którymi podążali Han, Leia i Chewbacca - a także toczył się R2-D2 - stawały się 

coraz węższe, aż zmieniły się w labirynt tuneli. W świetle ruchomego palnika robota kamień 
wydawał się czarny, ale także jakby przezroczysty. Wewnętrzna struktura krystaliczna 
powodowała, że wyglądał jak harterrański kamień księżycowy.

Milczący Han szedł ze spuszczoną głową między Artoo a Chewiem. Cały czas miał przed 

oczami Mindoran szalejących po pomieszczeniach jego ukochanego „Sokoła”. Kto go teraz 
pilotował? Czyje brudne łapska dotykały delikatnych urządzeń kontrolnych?

Growr - zgodził się z nim cicho Chewie, widząc gniew na twarzy przyjaciela. Później 

uniósł rękę, wskazał prosto przed siebie i powiedział: - Herrowarr hunnoo.

Solo zmarszczył brwi, ale nadal wędrował w milczeniu tunelem. Leia szła bardzo szybko, 

odkąd zapuścili się do labiryntu. Po kilku minutach marszu zrezygnowała z prób nawiązania z nim 
rozmowy i obecnie znajdowała się tak daleko z przodu, że Han widział tylko kołysanie się jej 
jarzeniowego pręta. Po uwadze Wookiego kiwnął głową.

- Uważasz, że jest na mnie wściekła? - zapytał.
Meroo hooerrree - odparł Chewie.
- To nie moja wina. - Han spiorunował go spojrzeniem. Ostatnio mówił to stanowczo zbyt 

często. - To nie moja wina - powtórzył. - Przecież ją ostrzegałem, prawda? Czy nie mówiłem, że 
pożałujemy, jeżeli pospieszymy na ratunek tym szumowinom?

Teeeooorr weep? - Świergot Artoo zabrzmiał oschle i cokolwiek ironicznie, ale Han mniej 

więcej zrozumiał, co mały robot chce mu powiedzieć.

- Wcale mi nie jest przykro, że znalazłem ciebie - powiedział. - Nie to miałem na myśli. O 

rany... ona jest naprawdę wściekła, hm?

Rowroo - przyznał z namysłem Chewbacca.
- Naprawdę? - Han lekko się rozpromienił. - Tak uważasz?
Chewie jeszcze trochę pozrzędził i machnął ręką, żeby Han szedł dalej. Solo przygryzł 

dolną wargę. Spojrzał na Leię, która szła przed nim, kołysząc prętem jarzeniowym, i nagle podjął 
decyzję.

- Może masz rację - powiedział. - Zostań tu z robotem.
Weep weep teeerrr - wtrącił R2.
- Ty też? Posłuchaj, to mój problem i to ja się tym zajmę. - Han ruszył szybko przed siebie, 

aż w końcu przyspieszył do truchtu. - Księżniczko! - zawołał. - Hej, księżniczko! Zaczekaj!

Leia nawet się nie obejrzała. Han jeszcze bardziej przyspieszył, a kiedy ją dogonił, zaczął 

iść obok niej.

- Leio, zaczekaj - poprosił. - Muszę sprawdzić, jak twoje ramię.
- Nie ma czasu.
Han zmarszczył brwi.
- Mówisz, jakbyś wiedziała, dokąd idziemy - powiedział.
- Wiem. Mniej więcej. - Leia wskazała przed siebie ręką z prętem jarzeniowym. - Tam.
Han zmrużył oczy, ale było za ciemno, żeby coś zobaczyć.
- To znaczy dokąd? - zapytał.
- Do Luke’a.
- Do Luke’a? Chyba żar... to znaczy, chciałem zapytać, czy jesteś tego pewna?
Leia nawet na niego nie spojrzała.
- Jestem pewna - stwierdziła.
- Chyba naprawdę jesteś. - Solo przystanął, żeby zaczerpnąć powietrza, ale musiał znów 

podbiec, żeby ją dogonić. - Wiesz, Leio, ta historia z Mocą... czym innym jest widzieć, jak Luke nią 
włada, ale...

- Ale co? - Dopiero teraz Leia przystanęła i spojrzała na niego. Z błysków w jej oczach, w 

których odbiło się światło jarzeniowego pręta, Han wywnioskował, że gdyby miał dość rozsądku, 
powinien wcześniej odgryźć sobie język.

background image

- Chodzi o to, że ty... no wiesz, ty i ja... - zaczął.
- Przykro mi, że przeze mnie czujesz się zakłopotany, generale Solo - odparła cierpko 

księżniczka. - Myślę, że byłoby ci lepiej z kimś w rodzaju...

- A może mnie wyłączysz? - przerwał jej Han. - Chewie miał rację. Naprawdę jesteś 

zazdrosna.

- Co takiego? - żachnęła się Leia. - Co jeszcze opowiadał o mnie ten futrzak? Jak się 

zatrzymamy, ogolę mu...

- Spokojnie, spokojnie - przerwał Solo. - Daj spokój, Leio...
- Nie jestem zazdrosna, jestem wściekła - odparła księżniczka. - Dałeś się tak głupio 

zaskoczyć tamtej babie!

Han się skrzywił.
- To nie tak - zaprotestował.
- Myślisz, że doszłoby do tego, gdyby nie była taka urodziwa?
- Może i nie - przyznał Solo i uśmiechnął się lekko. - Jestem za to pewny, że gdyby nie była 

urodziwa, nie zdzieliłabyś jej tak mocno.

- Mam nadzieję, że złamałam jej nos - mruknęła ponuro księżniczka, ale zauważyła jego 

uśmiech i zachichotała. - „Może mnie wyłączysz”? Naprawdę? - zapytała.

Han wzruszył ramionami i poczuł, że się rumieni. Kolejny raz.
- A, tak sobie gadam - powiedział. - Kiedy się zestarzeję i przestanę wyglądać jak 

zawadiaka, będę musiał się czymś wyróżniać.

- Już w tej chwili się wyróżniasz - stwierdziła Leia. - I zawsze będziesz zawadiaką.
- No wiesz? Ze wszystkiego stroisz sobie żarty.
Kiedy włączył się jego komunikator, oboje aż podskoczyli.
- Hanie! - warknął rozmówca. - Co, u diabła, tam robicie?
Solo wyłowił z kieszeni komunikator.
- Lando? - zapytał. - Stoję w jaskini, ptasi móżdżku! A co, u diabła, ty tam robisz? Dlaczego 

w ogóle przyleciałeś do tego systemu?

- Hanie, ten gość, o którego się niemal otarłeś, to był Hobbie - odparł Calrissian. - Spada na 

planetę... kolejny raz! Wstrzymaj ogień i wynoś się do diabła z pola mojej bitwy!

- Jaki Hobbie? - zapytał osłupiały Solo.
- Hanie, jeżeli natychmiast się nie wycofasz, będziemy musieli cię zestrzelić! - zagroził 

Lando.

Solo zaczął biec. Nie żeby mu się spieszyło, ale czuł, że po prostu musi coś zrobić.
- Tylko nie to! - jęknął do mikrofonu komunikatora. - Lando, niczego nie rozumiesz! To nie 

my lecimy tym...

- Doskonale - uciął Calrissian. - Dowódco Łotrów... zestrzelić ten statek!
- Nie rób tego! - zawył Han. - Wedge, nie wykonuj tego rozkazu! Nie waż się otwierać 

ognia do mojego statku!

- Chyba miałeś na myśli mój statek? - zapytał Lando. - Powinienem był wiedzieć, że to nie 

ty. Pilot leci nim jak bantha w jamie ze smołą, podczas gdy ty pilotujesz raczej jak cierpiący na 
zatwardzenie nerf ze złamaną nogą.

- Lando, mówię poważnie - przerwał Solo. - Jeżeli choćby tylko zadraśniesz „Sokoła”, 

wypruję ci...

- Nawet nie znajdziesz tego draśnięcia pośród tych wszystkich wgnieceń - dokończył 

Calrissian. - Wedge, postaraj się trafić w silniczki manewrowe.

- Lando... Wedge... - Sfrustrowany Han odwrócił się znów do Leii, która stała nieruchomo 

kilka metrów za nim, wyraźnie skupiona. - Daj spokój, księżniczko! - powiedział.

Leia pokręciła głową.
- Coś mi się tu bardzo nie podoba - oznajmiła.
- A to dlaczego? - zapytał sceptycznie Han. - Czy chodzi o to, że zabłądziliśmy w środku 

wulkanu? A może o to, że straciliśmy „Sokoła”, który niedługo może zostać zestrzelony? A może 
raczej o to, że właśnie wciągnęliśmy wszystkich naszych przyjaciół razem z połową Sojuszu w 

background image

śmiertelną pułapkę?

- Nic podobnego - odparła Leia. - Niepokoi mnie to, że krążymy po ciemku w labiryncie 

tuneli i jaskiń, ale jeszcze nie wpadliśmy do żadnej dziury.

- Co takiego?
Leia się odwróciła.
- Artoo, zeskanuj otoczenie i dokonaj analizy - poleciła. - Moim zdaniem te jaskinie nie są 

naturalnego pochodzenia. Coś je wykonało...

Han rozejrzał się i zdrętwiał.
- Chodzi ci o to - odparł z namysłem - że jakieś skałolubne stworzenia mogą nagle wyłonić 

się ze ścian, dna i sklepienia?

- Nie wiem - przyznała księżniczka. - Może...
Stanęła i spojrzała na Hana. Otaczały go dziwne skalne formy, które najwyraźniej wyłoniły 

się ze ścian i dna tunelu.

- Słuszna uwaga - mruknął Solo, ale w tej samej chwili dno tunelu rozstąpiło się pod jego 

stopami i Han zniknął.

- Hanie! - Leia skoczyła ku niemu i poczuła, że dno tunelu stało się nagle miękkie i lepkie. 

Po chwili otworzyło się pod nią i księżniczka runęła w ciemność.

Oficer oddziału szturmowców klęczał na wypolerowanym czarnym kamieniu dna pieczary i 

opowiadał swoją nieprawdopodobną historię. Nawet nie stanął na baczność. Luke i tak go nie 
słuchał. Prawdę mówiąc, przestał zwracać na niego uwagę, kiedy podpułkownik lotnictwa Klick 
zaczął się zachwycać, jak wspaniałym arcydziełem jest Luke Skywalker i zemsta Jedi, które 
zdarzyło mu się nieco wcześniej oglądać. Jeszcze jeden parszywy miłośnik tego parszywego 
widowiska...

Kto by pomyślał, że jedna głupia historia może narobić aż tyle szkód?
- Właśnie to było celem jego wielkiej sprawy! - wykrzykiwał podpułkownik lotnictwa. - 

Ocalenie ciebie przed złą Rebelią i osadzenie na należnym ci tronie!

- Niezupełnie mnie miał na myśli - mruknął Luke.
- Słucham, Lordzie Imperatorze? - zapytał Klick.
- Zapomnij o tym. - Luke powiódł spojrzeniem po dziesiątkach więźniów rozciągniętych na 

dnie pieczary. - Kim są ci ludzie? - zapytał.

- Nikim ważnym, mój Lordzie... to rebelianccy jeńcy, którzy zostaną zatrudnieni w dołach 

dla niewolników - odparł Klick. - Nie warto zawracać sobie nimi głowy.

- W dołach dla niewolników? - powtórzył osłupiały Luke. Jeszcze jeden problem, kolejni 

niewinni ludzie, których życia nie zdołał ocalić. - Ilu niewolników tu trzymacie? - zapytał.

- Zbyt wielu, mój Lordzie Imperatorze - odparł oficer. - Prawdopodobnie kilka tysięcy. 

Chociaż dostają głodowe porcje, z trudem dajemy radę ich wyżywić. Najgorzej jest z wodą...

Luke uniósł rękę.
- Rozumiem - powiedział. Spojrzał ponuro na Nicka, który tylko wzruszył ramionami.
- Nie patrz na mnie - żachnął się Nick. - To nie ja jestem Imperatorem.
Luke poczuł, że jego serce jak pięść ścisnęła Ciemność.
Stał w drzwiach i wpatrywał się w czarne wnętrze ogromnej pieczary, pełnej zakutych w 

pancerze szturmowców. Ich zbroje pasowały do koloru kamienia, chociaż wszyscy klęczeli przed 
nim z odsłoniętymi głowami. Setki ludzi, których jedynym przestępstwem było to, że znaleźli się w 
wybranych przez Blackhole’a miejscach, leżały twarzą w dół na gładkim, zimnym kamieniu z 
rękami na karku. Bali się nawet podnieść głowę i spojrzeć na Luke’a.

- Jestem Imperatorem... - odezwał się do siebie bezbarwnym tonem młody Jedi.
I co w tym złego? Czyżby nie na tym polegał plan jego ojca?
Plan Vadera.
Może Vader dokładnie rozumiał prawdę, którą Anakin Skywalker ledwo poznał... że w 

końcu wszystkie twoje usiłowania obracają się wniwecz. I że jedyną metodą jest brać, co się tylko 

background image

da. Władać w spokoju. Cieszyć się ulotnymi chwilami przyjemności, jakie ofiarowuje ci krótkie 
życie.

Co to za różnica? Bohaterowie, złoczyńcy, królowie i nędzarze... wszyscy zdążali do tej 

samej ostatecznej Ciemności. Czy warto się jej opierać?

Luke nie miał na to odpowiedzi. Pamiętał rady, jakie otrzymał od Bena, Yody, a nawet od 

wujka Owena i cioci Beru. Uważał, że słowa o obowiązku i tradycji, honorze i miłości to czcza 
paplanina - ale żadne z nich tego nie rozumiało.

A może jednak rozumieli?
Bo czym były w rzeczywistości te słowa o obowiązku, honorze i miłości? Czy to nie był 

tylko sposób, żeby go od siebie uzależnić?

- Dobrze się czujesz, Lordzie Imperatorze? - zagadnął Klick.
Luke wzdrygnął się, głęboko odetchnął i spojrzał na Nicka.
- Znów mi się to przydarzyło? - zapytał.
Mężczyzna pokiwał głową.
- Po prostu... odpłynąłeś - powiedział.
Luke uniósł rękę do oczu. Zauważył, że jego dłoń lekko drży.
- On... coś mi zrobił, Nick - powiedział. - Nie wiem, co... nie mogę się z tym uporać.
- Kto ci to zrobił, mój Lordzie? - Oficer szturmowców zerwał się na nogi. Jego twarz 

poczerwieniała aż po korzonki siwiejących włosów. - Podaj nazwisko tego zdrajcy, żeby moi 
podwładni mogli go zabić!

Nick odwrócił się do Luke’a z błyskiem w oku. Uniósł brwi, ale Luke wyciągnął ku niemu 

rękę, jakby chciał powiedzieć: „Daj spokój, nawet o tym nie wspominaj”.

- Nie - oznajmił stanowczo. - Nikt nikogo już dzisiaj nie zabije. Dość śmierci.
Ścianami pieczary zatrzęsły kolejne grzmoty odległych eksplozji. Nick popatrzył na 

sklepienie.

- Tak, nie ma żartów - powiedział. - A ci tam nie pomogą nam tego powstrzymać.
- To prawda - przyznał Luke.
- Skywalker, pomyśl tylko... - zaczął Nick.
- Nie potrafię - przerwał młody Jedi. - Nie potrafię o tym myśleć. Ty tego nie rozumiesz. 

Myślenie o tym odeśle mnie tam... z powrotem w głąb...

Urwał i umilkł. Nie mógł się przemóc, żeby mówić o Ciemności. Przerwałoby to cieniutką 

jasną warstwę, która odgradzała go od nieznośnej prawdy... Unicestwiłoby złudzenie, że tylko ona 
umożliwia mu robienie tego, co słuszne.

- Muszę... muszę udawać, że wierzę w to, co mi wpajano - powiedział. - Muszę się 

zachowywać, jakbym zawsze wierzył, że to wszystko nadal jest prawdą. Że wszyscy oni nie 
kłamali. Że w rzeczywistości nigdy się nie łudziłem, rozumiesz?

- Nic a nic - przyznał Nick. - To znaczy niezupełnie. - W jego żywych, błękitnych oczach 

pojawił się narastający niepokój. - A raczej ani trochę.

- A zatem po prostu uwierz mi na słowo. - Luke przeniósł spojrzenie na podpułkownika 

lotnictwa. Musisz tylko udawać, powiedział sobie. Zrobić to, co byś zrobił, kiedy jeszcze wierzyłeś, 
że życie warte jest ocalenia. Może gdybyś udawał wystarczająco długo, zdołałbyś zapaść w sen o 
jasności... - Podpułkowniku - powiedział. - Wydaję panu nowe rozkazy. Pan i pańscy podwładni. - 
Machnął od niechcenia ręką w kierunku więźniów. - Chcę, żebyście się o nich zatroszczyli.

- Tak jest, mój Lordzie - wyskandował oficer. Odwrócił się do żołnierzy, którzy strzegli 

leżących jeńców, i uniósł rękę. - Drugi pluton, słyszeliście, co powiedział Imperator! - zawołał. - 
Przygotować się do otwarcia ognia na mój rozkaz!

- Nie! - powstrzymał go Luke. - To nie był eufemizm! To był jasny, wyraźny rozkaz! Chcę, 

żebyście się nimi zajęli. Macie opatrzyć ich rany, zdobyć dla nich coś do jedzenia i wodę. Mają być 
bezpieczni! Czy pan mnie rozumie?

Wyraz twarzy podpułkownika lotnictwa wyraźnie dowodził, że imperialny oficer nie 

rozumie, ale mimo to zasalutował.

- Tak jest, mój Lordzie - powiedział.

background image

- Aha i proszę wysłać tych ludzi... nie tylko ich, ale także wszystkich pańskich 

podwładnych... żeby zrobili to samo dla niewolników. Wszystkich niewolników.

- Chce pan, żeby moi piloci wycofali się z pola bitwy? - zapytał zdumiony oficer.
- To nie jest bitwa, to pomyłka - wyjaśnił cierpliwie Skywalker. - Zwyczajne 

nieporozumienie.

- Słucham, mój Lordzie?
- Nieważne - mruknął Luke. - Macie zgromadzić wszystkich niewolników i zadbać o nich. 

Kiedy zapewnicie im bezpieczeństwo, wszyscy musicie się oddać w ręce żołnierzy Nowej 
Republiki - pan nazywa ich Rebeliantami. Odtąd będzie pan ściśle współpracował z wojskowymi 
Republiki, nawet gdyby musiał im pan pomagać w tej bitwie.

- Słucham, Lordzie Imperatorze? - Podpułkownik lotnictwa wyglądał na wstrząśniętego. - 

Chce pan, żebyśmy się poddali i pomagali naszym... wrogom?

- Nie w tym rzecz - tłumaczył Skywalker. - To nie są wasi wrogowie. Już nie. Czy pan to 

rozumie? Od tej chwili pan i pańscy podwładni macie się uważać za element sił zbrojnych 
Republiki. Proszę mnie nie zawieść, podpułkowniku.

- Lordzie Imperatorze! - Oficer o mało się nie rozpłakał, ale obowiązywała go dyscyplina i 

posłuszeństwo. - Mój Lordzie, nie sprawimy ci zawodu!

- Bardzo dobrze - odparł młody Jedi. - Proszę wykonać moje rozkazy.
Podpułkownik jeszcze raz zasalutował i zanim włożył hełm, wykonał regulaminowy „w tył 

zwrot”. Odchodząc, wyszczekiwał rozkazy, których wagę podkreślał dobitnymi gestami. Jego 
podwładni usłuchali bez wahania.

Luke wszystko to obserwował. Nie potrafił wymyślić powodu do odejścia.
- W porządku, jasne, Skywalker. Wszystko rozumiem - odezwał się cicho Nick. - Ale co 

teraz?

- Nie mam pojęcia - przyznał Luke.
- Co to znaczy, że nie masz pojęcia? - żachnął się Nick. - Co się z tobą dzieje?
Odrętwiały Skywalker pokręcił głową.
- Czuję się... czuję się, jakbym wciąż jeszcze tkwił w tamtym kamieniu, Nick - odezwał się 

w końcu. - Tylko tym razem kamień mnie nie otacza, ale jest we mnie... w moim ciele.

- No tak, to ma sens - mruknął starszy mężczyzna.
- Sens nie ma z tym nic wspólnego - sprzeciwił się młody Jedi. - Po prostu tak jest.
- To właśnie o tym mówiłeś, prawda? - domyślił się Nick. - Co tamten ruskakk ci zrobił?
- Zaraził mnie - odparł beznamiętnym tonem Skywalker.
- Zaraził? Czym? Jakąś chorobą? - zapytał Nick. - Pasożytami? Czym?
- Czymś jeszcze gorszym - ciężko westchnął Luke. - Zaraził mnie prawdą.
- Słucham?
- To wszystko żart, i to nawet niezabawny - wyjaśnił Luke. - Bezsensowna, głupia strata. 

Iskierka cierpienia, zduszona tak bezwzględnie, że przeistoczyła się w wiekuistą nicość.

Zorientował się, że Nick go nie rozumie, i stwierdził, że on po prostu nie jest w stanie 

zrozumieć. Jak Luke mógłby mu to wytłumaczyć? Jakich słów użyć, żeby podzielić się z nim 
Ciemnością? Jakie słowa mogą oddać odrażające iluzje, przeżywane przez człowieka 
wychowanego przez kochających rodziców, który naprawdę wierzył w ideały Starej Republiki, 
który zachowywał się, jakby miał pewność, że Jedi są prawdziwymi bohaterami, nie zaś 
bezwzględnymi wykonawcami rozkazów władców Republiki? Jak Luke ma wyjaśnić bezsensowne 
okrucieństwo wszechświata, w którym z rękami skrępowanymi przez szturmowców musiałeś się 
przyglądać, jak Gwiazda Śmierci niszczy twoją ojczyznę bez jakiegokolwiek powodu?

Chwileczkę, pomyślał Luke, chwytając powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba.
- O nie - powiedział na głos. - O nie, nie nie... To niemożliwe... To nie może się dziać 

naprawdę!

Przeniknął go błysk, który nie był wspomnieniem.
Był wizją. Wizją przyszłości.
- Co ci się stało? - zapytał zaniepokojony Nick. - Skywalker, odezwij się do mnie!

background image

Luke wzdrygnął się, jak wybudzony z sennego koszmaru.
- To nie ja tkwię w środku tego kamienia - powiedział. - To nie ja jestem zawieszony w 

Ciemności na końcu wszechświata. To ona. To ma być ona.

- Jaka ona? - zaniepokoił się jeszcze bardziej Nick.
- Leia - odparł Luke. - Moja siostra.
- Masz siostrę?
Luke pokiwał głową.
- A Blackhole właśnie ją odnalazł.

R2-D2 opadał w absolutnej ciemności.
Opadanie nie było właściwym określeniem na to, co wydarzyło się w chwili, kiedy kamień 

pod jego gąsienicami niespodziewanie się roztopił, a on i Chewbacca zaczęli się zagłębiać w dno 
tunelu. Przypominało to bardziej karnawałową przejażdżkę z niespodziewanymi przystankami i 
uskokami w bok, a także zaskakującymi zmianami trajektorii opadania, na które wewnętrzny 
wokabulator R2 po prostu nie miał odpowiednich słów.

Słowo „ciemność” także nie wydawało się odpowiednie. Ludzkie oko wprawdzie nie 

dostrzegłoby niczego poza nieprzeniknioną ciemnością, ale dla R2 nie było zupełnie ciemno. 
Wewnętrzne czujniki robota rejestrowały znaczną część spektrum promieniowania 
elektromagnetycznego, kilkaset tysięcy razy szerszego niż zakres, który ludzie nazywali 
„widzialnym”. Podczas procesu opadania/ześlizgiwania się/obijania się/skręcania/zatrzymywania 
astromechaniczny robot wykrywał rozmaite zakresy tego promieniowania. Szczególnie 
interesowały go pojawiające się od czasu do czasu przebłyski pola magnetycznego o podobnej 
częstotliwości, jaką emitowały niektóre oddychające tlenem istoty organiczne.

Wyglądało to, jakby skała... myślała.
A nawet jakby miała wiele odrębnych umysłów, które - co mogło się wydawać dziwne - 

myślały synchronicznie. Przypominało to procesy myślowe w społecznościach owadów, u których 
dyskusje prowadziły do osiągnięcia porozumienia.

R2 bardzo chciałby dogłębnie zbadać to zjawisko, ale musiał cały czas dokonywać 

kalibracji wewnętrznego stabilizatora żyromagnetycznego, żeby nagle się gdzieś nie roztrzaskać 
albo żeby podczas lądowania nie nadwerężyć uszkodzonej kończyny lokomocyjnej. Powodem były 
niemożliwe do przewidzenia nagłe zmiany parametrów otaczających go pól magnetycznych. Proces 
ten pochłaniał większość mocy obliczeniowej komputera małego robota.

Po kolejnym ześlizgnięciu się w bok, dwóch odbiciach od ścian i ostatnim koziołku R2 

znieruchomiał na chwilę. Powstrzymał opadającego Chewiego, wbijając mu górne chwytaki w 
krótkie żebra z taką siłą, że rosły Wookie aż stęknął i zacharczał, usiłując złapać powietrze. W 
następnej chwili kamień pod nimi rozstąpił się ostatni raz i opadli następne trzy koma sześć metra, 
żeby twardo wylądować na gładkim, kamiennym dnie pieczary.

R2 uruchomił manipulatory, żeby ześlizgnąć się z ciała Chewiego - przy okazji usłyszał jęk 

protestu na poły ogłuszonego Wookiego. Potem stanął prosto na dnie pieczary. Zalewało ją 
widzialne dla oka ludzkiego światło, ale jego źródło kołysało się z boku na bok i z góry na dół tak 
energicznie, że cienie wokół robota wirowały, stapiały się i z powrotem rozdzielały. Zmiany 
zachodziły tak szybko, że obiektywy fotoreceptorów Artoo nie nadążały rejestrować szczegółów 
otoczenia. Astromechaniczny robot włączył więc sensory wrażliwe na promieniowanie 
elektromagnetyczne i spróbował dokonać oceny swojej sytuacji.

Okazało się, że źródłem widzialnego promieniowania jest, o dziwo, jarzeniowy pręt. 

Trzymał go jak prowizoryczną pałkę Han Solo, wymachiwał nim przed tłumem człekokształtnych 
istot i wykrzykiwał:

- Cofnąć się! Zdzielę każdego, który zrobi choćby krok do przodu! Cofnąć się!
R2 doszedł do wniosku, że kapitan Solo jest albo bardzo podekscytowany, albo posługuje 

się mylącym idiomatycznym kodem, który C-3PO określał zwykle mianem przenośni. Dzięki 
swoim sensorom R2 łatwo się zorientował, że otaczające Hana człekokształtne stwory, do których 

background image

się zwracał, nie mają nóg, a tym bardziej stóp, w związku z czym, bez względu na zagrożenie czy 
rozkaz kapitana, po prostu nie mogą się cofnąć ani zbliżyć. Robot z równą jasnością umysłu 
zrozumiał, że te człekokształtne istoty nie są w rzeczywistości żadnymi istotami, a przynajmniej nie 
w sensie zgodnym z definicją zapisaną w jego oprogramowaniu.

Stwory miały z grubsza humanoidalny kształt, to znaczy stały na ogół prosto i miały 

przypominającą głowę narośl na wierzchołku ciała. Miały także po dwie - a niekiedy więcej - 
kończyny górne. Ich dolne kończyny po prostu wyrastały z kamiennego dna pieczary. Istoty 
wyglądały raczej jak ożywione stalagmity niż żywe stwory, a poruszały się, jakby kierowała nimi 
zbiorowa świadomość. Promieniowało od nich to samo dziwaczne pole magnetyczne, które R2 
wykrył podczas wcześniejszego opadania. Szybkie przeszukanie baz danych w celu 
zidentyfikowania tego typu (prawdopodobnie mineralnej) formy życia nie przyniosło żadnych 
rezultatów... może z wyjątkiem wzmianki, którą robot zachował w swojej pamięci krótkookresowej, 
bo nie miał wewnętrznego rozkazu, który by mu powiedział, gdzie ma ją przechować.

Nagranie zawierało odpowiedź Aeony Cantor, która - kiedy jeden z jej towarzyszy zapytał, 

co mają zrobić, jeżeli ten ktoś, kto po niego przyjdzie, nie będzie Jedi, odpowiedziała:

„Wówczas zabierzemy jego statek i pozostawimy go dla Topniaków”.
R2 doszedł do wniosku, że to wystarczająca korelacja, więc stworzył nowy zbiór, do 

którego można było uzyskać dostęp po wypowiedzeniu albo wpisaniu słów: „Mindor, mineralne 
formy życia (minformy) lub Topniaki”.

Cały proces, począwszy od okrzyku Hana Solo do chwili, w której R2-D2 podjął tę decyzję, 

zajął zaledwie sześćset siedemdziesiąt cztery standardowe milisekundy, dzięki czemu robot miał 
mnóstwo czasu na dokonanie samokontroli oraz operacyjnej weryfikacji swoich systemów. W tym 
czasie Chewbacca usiłował wstać i zaczerpnąć powietrza, żeby wydać wojenny okrzyk Wookiech.

Kiedy już tego dokonał, Chewie puścił się ile sił w nogach w kierunku Topniaków - bo 

chyba już nikt nie mógł wątpić, że to właśnie oni - którzy otaczali Hana Solo i księżniczkę Leię. Po 
chwili rozległ się jęk bólu, kiedy składająca się z ciała i kości pięść Wookiego zetknęła się z 
„głową” jakiegoś Topniaka. Ciosowi towarzyszyło błękitne wyładowanie energii pola 
elektrostatycznego. R2 zauważył, że błysk pochodzący z „głowy” zaatakowanego Topniaka miał 
taką samą długość fali i natężenie jak ładunek nastawionego na maksymalną siłę ogłuszania 
blastera. Chewbacca zawył i odskoczył, ale zderzył się przy tym z innym Topniakiem. Wycie 
Wookiego urwało się, kiedy wokół jego ciała owinęła się kolejna błyskawica wyładowania energii 
pola elektrostatycznego. Nieprzytomny Chewie zgiął się w pasie jak składany manipulator i runął 
na dno pieczary.

R2 obserwował obojętnie Hana Solo, który wrzasnął:
- Chewie!
Kapitan skoczył w tłum Topniaków. Zaraz rozbłysły następne błękitne błyskawice, których 

energia powaliła dygoczącego Hana Solo na dno pieczary obok jego drugiego pilota. Upadek Hana 
wyzwolił podobnie emocjonalną, ludzką reakcję u księżniczki Leii, która krzyknęła coś do Hana i 
skoczyła w kierunku Topniaków... ale w ciągu trzystu osiemdziesięciu czterech standardowych 
milisekund, kiedy leciała w powietrzu, R2 przywołał zestaw specjalizowanych podprocedur, 
zainstalowanych mu w charakterze modyfikacji przez Królewskich Inżynierów z Naboo. Potem 
jeszcze te podprocedury uzupełnił i przeprogramował na bardzo specyficzny zestaw zachowań 
wybitnie uzdolniony samouk majsterkowicz, cieszący się w tamtych czasach zasłużoną reputacją 
najlepszego inżyniera galaktyki - Anakin Skywalker.

Turbosilniki w spodzie korpusu astromechanicznego robota pozwoliły mu unieść się w 

powietrze i przelecieć nad tłumem Topniaków. Jego pole antyamperowe zaskwierczało i obudziło 
się do życia z donośnym trzaskiem wyładowania elektrostatycznego. Dysponując potężnym 
źródłem zasilania, R2 obliczył, że jego pole antyamperowe ma trzykrotnie większe natężenie, które 
przekracza wszelkie teoretyczne granice i może dać śmiertelny skutek. Robot zauważył, że kiedy 
najbliższy Topniak wyciągnął w jego stronę kamienną pseudorękę, w zetknięciu z antyamperowym 
polem o potrójnym natężeniu elektrokrystaliczna struktura kamiennego „ciała” stwora natychmiast 
się roztopiła, podobnie jak stojących wokół niego czterech towarzyszy.

background image

Thoperoo HEEE! - wrzasnął Artoo, całkiem nieźle naśladując wojenny okrzyk Wookiech. 

Zaczął przedzierać się przez tłum Topniaków i rozmiękczać tych, którzy znaleźli się blisko niego. 
Dopóki jego źródło zasilania miało choćby erg energii, nie zamierzał dopuścić, żeby księżniczce 
Leii stała się jakakolwiek krzywda. Zauważył jednak pewien błąd w tym postanowieniu. Poziom 
zużywanej energii już w tej chwili przewyższał zdolność jego źródła do samoregeneracji, więc 
sytuacja, w której pozostałby mu tylko „ostatni erg” - jak mógłby powiedzieć C-3PO - nie była 
przenośnią. Tym bardziej że w ścianach i w dnie pieczary tworzyły się coraz to nowe guzy, z 
których miały niedługo się wyłonić następne Topniaki.

Na najkrótszą z możliwych milisekundę R2-D2 doświadczył impulsu energii w 

miniaturowym obwodzie dźwiękowym, związanym ze ściśle określoną komórką pamięci. Usłyszał 
głos Threepia, który krzyknął: „Jesteśmy zgubieni!”

ROZDZIAŁ 14

Oddychając z wysiłkiem, Nick biegł tworzącym łuk tunelem za Lukiem. Jak to się działo, że 

za każdym razem, kiedy spotykał jakiegoś Jedi, gość okazywał się beznadziejnym czubkiem? 
Skywalker zmienił się z brązowego karła w supernową jak za pstryknięciem przełącznika. Nick z 
trudem dotrzymywał mu kroku.

- Zwolnij, co? - wydyszał wreszcie. - Chyba że chcesz, żebym, no wiesz, po prostu tu na 

ciebie zaczekał. Nie miałbym nic przeciwko temu. Tak między nami, przydałaby mi się krótka 
drzemka.

- Nie mamy na to czasu - odparł Skywalker, nie ustając w biegu. - Sam powiedziałeś, że 

Blackhole potrzebuje kogoś, kto potrafi władać Mocą. Moja siostra bliźniaczka jest równie silna 
Mocą jak ja... ale w przeciwieństwie do mnie nie została wyszkolona. Kiedy Blackhole położy na 
niej swoje łapy...

Dopiero wówczas młody Jedi przystanął i odwrócił się do Nicka. Na widok furii w oczach 

Luke’a Nick poczuł, że zbiera mu się na mdłości.

- Nie pozwolę mu na to - ciągnął ponuro Skywalker. - To wszystko. Po prostu mu na to nie 

pozwolę. Bez względu na to, co będę musiał zrobić.

- Uhm... - zaczął Nick, ale Luke znów się odwrócił i pobiegł dalej.
- Daj spokój, chłopcze - parsknął Nick. - Dwie minuty temu wszystko było w porządku, a ja 

ledwo mogłem nakłonić cię do mówienia. Teraz wszystko idzie źle, a ty przyspieszasz do prędkości 
światła bez zadawania sobie trudu wchodzenia na pokład statku!

- Tak, to zabawne, ale czasami się tak dzieje - zgodził się z nim Skywalker. - Umiem sobie 

jakoś radzić, kiedy na świecie górę bierze zło. Jestem do tego przyzwyczajony. Mogę coś z tym 
zrobić. Kiedy jednak coś złego zaczyna się dziać tu... - poklepał się palcami po czole - ...a, to wtedy 
zaczyna się prawdziwy problem.

- To przez te kryształy - domyślił się Nick.
- Nie mam pojęcia - przyznał Luke. - Wiem tylko, że coś nakłania mnie do tego, abym 

zginął. Nie. Nie zginął. Po prostu... stanął.

- A chcesz wiedzieć, co mnie nakłania do tego, żebym po prostu stanął? - zapytał Nick. - 

Perspektywa dalszego biegu, zwłaszcza w tym parszywym, dziesięciokilogramowym płaszczu.

- Naprawdę chcesz tu zostać? Proszę bardzo - odparł z przekąsem Skywalker. - Na pewno 

Blackhole będzie zachwycony i skonstruuje ci następną koronę.

- Jesteś taki miły dla wszystkich, czy robisz wyjątek dla mnie? - odciął się Nick. Westchnął i 

puścił się biegiem za Lukiem. Jak przez mgłę przypominał sobie okres, kiedy sam był 
Skywalkerem, ale pamiętał tyle, żeby się domyślać, dokąd zdążają. - Hej, Skywalker - zagadnął. - 
To nie jest droga do wyjścia.

Luke nawet nie zwolnił tempa.
- Bo wcale nie zamierzamy wyjść - powiedział. - Przybyłem, żeby położyć kres temu 

wszystkiemu, jeszcze zanim się dowiedziałem, co tu się dzieje. Teraz, kiedy wiem, nie odejdę, 

background image

dopóki to się nie zakończy.

- Jak to się ma zakończyć?
- W jakikolwiek sposób.
- Mimo wszystko jesteś chyba prawdziwym Skywalkerem - wysapał z trudem Nick. W 

końcu dogonił młodego Jedi. - Taką sztuczkę mógłby wykręcić Anakin. Ale nie wiedziałem, że 
miał dzieci.

- On też o tym nie wiedział - przyznał ponuro Luke. - Znałeś mojego ojca?
- Słyszałem o nim i kilka razy się z nim spotkałem - odparł Nick. - Po wykonaniu pewnego 

zadania złożyłem mu nawet krótki raport. A zatem naprawdę jesteś jego synem?

- Tak trudno ci w to uwierzyć?
W takim ciężkim płaszczu, niełatwo było wzruszyć ramionami, ale Nickowi jakoś się udało.
- Był wysoki - powiedział.
- Mówiono mi, że jestem bardziej podobny do matki - stwierdził Luke sucho i Nick 

pomyślał, że młody Jedi może się uśmiechnie. Trwało to jednak tylko sekundę.

- Znałeś mojego ojca w okresie Wojen Klonów? - zapytał Luke.
- Chłopcze, w okresie Wojen Klonów znał go dosłownie każdy - odparł Nick. - Twój ojciec 

był największym bohaterem galaktyki. Kiedy zginął, wszyscy odebrali to, jakby skończył się 
wszechświat. - Na samo wspomnienie tamtego okresu Nick poczuł ból brzucha. - Niech to zaraza, 
to przecież był koniec Republiki.

Luke przystanął. Miał ponurą minę, jakby słowa Nicka sprawiły mu przykrość.
- Kiedy... umarł? - zapytał.
Nick także się zatrzymał, oparł dłonie na kolanach, zgiął się wpół i zaczął ciężko dyszeć.
- Z tego, co słyszałem, był ostatnim Jedi, który pozostał przy życiu podczas Masakry w 

Świątyni... kiedy Pięćsetjedynka Vadera wdarła się tam i wymordowała wszystkich padawanów - 
odparł.

- Co takiego? - żachnął się Luke.
- Twój ojciec zginął, broniąc dzieci w Świątyni Jedi - wyjaśnił Nick. - Nie tylko był 

najlepszym spośród wszystkich Jedi, ale także ostatnim. Nikt nigdy nie opowiadał ci tej historii?

Luke pod wpływem nagłego bólu zamknął oczy.
- Słyszałem... że zginął w zupełnie innych okolicznościach - powiedział.
- No cóż, mnie wprawdzie tam nie było, ale... - zaczął Nick.
- To ja jestem ostatnim Jedi - dodał Luke. - Szkolił mnie sam Ben Kenobi.
Nick otworzył szeroko usta.
- Masz na myśli... Obi-Wana? - zapytał. - Przypuszczałem, że to taka, no wiesz, historyjka z 

holodreszczowca. Kenobi wciąż żyje?

- Nie - odparł łagodnie Luke. - A ty kim jesteś?
- Ja? Nikim. Nikim szczególnym - odparł starszy mężczyzna. - Byłem oficerem w WAR... 

Wielkiej Armii Republiki, ale... nie za bardzo podobało mi się nowe dowództwo, jeżeli wiesz, o co 
mi chodzi.

- Oficerem? - Luke zmarszczył brwi. - To ciekawe. Mogłeś się przydać Sojuszowi... nadal 

możesz się przydać Nowej Republice. Co robiłeś w ciągu ostatnich dwudziestu jeden lat?

- Na ogół ukrywałem się przed Vaderem - odparł Nick. - To on był tym dowódcą, który nie 

za bardzo mi się podobał.

- Możesz się przestać ukrywać - zapewnił go młody Jedi. - Vader nie żyje.
- Co, jak w tym holodreszczowcu? - zdziwił się Nick. - To świetna wiadomość.
- Jeżeli tak uważasz... - odparł Luke. - Tego samego dnia zginął także Imperator.
Nick się skrzywił.
- Nie śledziłem ostatnio biegu wydarzeń - powiedział. - Czy to ty go zabiłeś?
- Co takiego? - żachnął się Skywalker. - Nie, nie. Nie zabiłem ani jednego, ani drugiego.
- To niezupełnie jak w Luke ’u Skywalkerze i zemście Jedi, hm?
- Nie - przyznał jeszcze ciszej młody Jedi. - Zupełnie nie tak. Najważniejsze jednak, że obaj 

nie żyją. Ta część odpowiada prawdzie. - Uniósł głowę, jakby wsłuchiwał się w dźwięki, których 

background image

Nick nie mógł usłyszeć. Po chwili ścianami tunelu wstrząsnęła seria następnych eksplozji. - Kiedy 
to wszystko się skończy, będziemy musieli usiąść i odbyć długą, bardzo długą rozmowę.

Nick ledwo zaczął oddychać trochę spokojniej.
- Jestem gotów usiąść nawet w tej chwili - powiedział.
- Kiedy to wszystko się zakończy - powtórzył Skywalker. - Na razie biegniemy dalej.
- Obawiałem się, że to powiesz... - mruknął Nick do oddalających się pleców Luke’a. 

Ciężko westchnął, podciągnął płaszcz i puścił się biegiem za młodszym towarzyszem. Od przodu 
dobiegał przeciągły grzmot eksplozji, od których dygotała cała góra. - Dokąd się tak spieszysz?

- Zaraz ci pokażę - obiecał Skywalker.
Pokonali następny zakręt i stwierdzili, że tunel kończy się wąską półką. Panowała nad nią 

ciemność usiana gwiazdami. Widać było także X-wingi, których piloci nurkowali, szykując się do 
ostrzału. Pod półką ciągnęła się przepaść. Głęboko w dole było widać misę ogromnego prastarego 
krateru, upstrzonego lejami po trafieniach i oświetlonego przez płonące szczątki rozbitych maszyn 
obu walczących stron. Odległa krawędź była nadkruszona, ale reszta wciąż jeszcze jarzyła się 
czerwonym blaskiem od żaru eksplozji, która ją zniszczyła. Przez szczeliny Nick widział głęboko w 
dole krzywiznę wulkanicznej kopuły i obracające się wieże turbolaserów, które wyrzucały w niebo 
porcje niszczycielskiej energii.

- Hej - zaczął, cofając się od krawędzi półki. - Może ja tu po prostu zaczekam?
- Może lepiej nie - sprzeciwił się Luke.
- Czyżbym ci nie wspominał, że mam, no wiesz, lęk wysokości?
- Przykro mi z tego powodu - odparł poważnie młody Jedi.
- Tak czy owak, idziesz ze mną. Mam przeczucie, że będę cię potrzebować.
- Idziesz na ratunek swojej siostrze, prawda? - zapytał Nick. - A kto zajmie się Cronalem? 

Ktoś powinien go wykończyć.

- Zgłaszasz się na ochotnika jako skrytobójca? - zadrwił Skywalker.
Nick przechylił głowę.
- Te kryształy w moim mózgu... mam wrażenie, że go wyczuwam - powiedział. - Potrafię go 

odnaleźć. Dam radę go zabić.

- W to akurat nie wątpię - odparł Luke. - Ale nic z tego. To ostateczna decyzja.
- To może być jedyny sposób ocalenia twojej siostry - tłumaczył Nick. - Nie wspominając o 

tobie.

Luke westchnął.
- A co się stanie, jeżeli on dopadnie ją wcześniej niż ty jego? - zapytał. - Co się stanie, jeżeli 

Leia nie będzie miała przy sobie kogoś, kto wyrwie ją z jego rąk, tak jak ty ocaliłeś mnie?

- Wówczas będziemy musieli... - Nick zobaczył wyraz twarzy Luke’a i urwał. - No tak - 

mruknął. - Tak, rozumiem, że masz z tym pewien problem. Myślę, że powinienem się pospieszyć.

- A ja myślę, że powinieneś robić to, co ci powiedziałem.
- Coś ci powiem, generale Skywalker - wygarnął Nick. - Nie jestem jednym z twoich 

żołnierzy.

- Hej, a to ci nowina... Lordzie Shadowspawn - odciął się Luke z lekkim uśmiechem na 

twarzy, ale z ponurą ciemnością w oczach. - Jesteś jeńcem wojennym.

- Daj spokój, chyba nie mówisz poważnie...
- Powiedziałeś, że znasz Jedi - przypomniał Luke. - Czy kiedykolwiek udało ci się wygrać z 

jednym z nich pojedynek na argumenty?

Nick ciężko westchnął.
- Dokąd się wybieramy? - zapytał.
- Tam. - Skywalker wskazał w dół, w głąb krateru. - Dokładnie tam.
Nick zmrużył oczy. Zobaczył zwyczajną skalną ścianę, usianą szczątkami wraków 

gwiezdnych maszyn.

- Co konkretnego mamy znaleźć? - zapytał.
- Nic takiego - odparł Luke z niezachwianą pewnością siebie.
- Po prostu niedługo właśnie tam się roztrzaska „Sokół Millenium”.

background image

- Co takiego? „Sokół Millenium”? - zdziwił się Nick. - Ten sam, który pokazywali w Hanie 

Solo i norze kosmicznych ślimaków?

- Mniej więcej - przyznał niechętnie Luke.
- Nie żartujesz? - zapytał Nick. - Sądziłem, no wiesz, że Han Solo jest postacią fikcyjną, a te 

historyjki to po prostu, no cóż... tylko historyjki.

Luke zamknął oczy i wyciągnął rękę. Kiedy się odezwał, jego głos miał złowieszcze, 

chociaż monotonne brzmienie.

- To są tylko historyjki, ale Han Solo istnieje naprawdę - powiedział. - Prawdziwy jest także 

jego „Sokół”... unieś głowę.

Nick usłuchał. Usłyszał coraz głośniejszy skowyt dużego i niezupełnie aerodynamicznego 

obiektu, który leciał bardzo, bardzo szybko. Pół sekundy później ogromny, ciemny kształt 
przemknął z rykiem o wiele za nisko, niemal tuż nad jego głową. Wyglądał jak spłaszczony dysk z 
dziobowymi żuchwami załadunkowymi, a trochę jak koreliański lekki frachtowiec. Prawdę 
mówiąc, statek nie tyle leciał, ile koziołkował w powietrzu jak zdeformowana moneta, rzucona 
czyjąś gigantyczną dłonią. Było oczywiste, że pilot stracił panowanie nad sterami. Statek płonął i 
koziołkował w kierunku dna krateru, zdążając ku nieuchronnej zagładzie.

- O rany - odezwał się Nick. - Wiesz co, bardzo chciałbym go poznać... uwielbiam ten 

program...

- Ćśśś! - Luke zmarszczył brwi i zaczął się koncentrować. Wyciągnął w kierunku statku 

otwartą dłoń i głęboko oddychał. - To nie jest moja najlepsza sztuczka.

Zakrzywił palce, jakby przestawiał dźwignię niewidzialnego przełącznika, i daleko, w 

ciemności, na kadłubie koziołkującego frachtowca włączyły się automatycznie silniczki 
manewrowe... na żuchwach górne, a na rufie nad silnikami - dolne. Ich działanie najpierw 
spowolniło, a później zupełnie powstrzymało koziołkowanie statku. Nick usłyszał skowyt 
przeciążanych repulsorów i dziobowe silniczki manewrowe się obróciły, żeby wzmocnić siłę 
napędową pozostałych. W końcu frachtowiec trafił na takie miejsce, gdzie kiedyś musiała się 
znajdować jama z popiołem, bo dziobowe żuchwy wygięły się pod kątem niemal sześćdziesięciu 
stopni i zagłębiły prawie do sterowni. Niemniej statek na dobre znieruchomiał.

I pozostał w miejscu. Nie wpadł w głąb czeluści, nie eksplodował ani nie zrobił nic takiego, 

czego można się było spodziewać.

Nick wpatrywał się w „Sokoła” z szeroko otwartymi ustami. Dopiero po chwili uświadomił 

sobie, że przestał oddychać.

- Czy ty... to znaczy, czy właśnie byłem świadkiem... - O mało się nie zachłysnął.. - Czy ty 

po prostu... schwytałeś ten statek?

Luke otworzył oczy.
- Niezupełnie - powiedział.
- I twierdzisz, że to nie jest twoja najlepsza sztuczka? - wstrząśnięty Nick zamrugał ze 

zdumienia. - A jaka jest najlepsza?

- Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiesz - mruknął młody Jedi. - Chodźmy.

Leia wiedziała, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, jeszcze zanim dno pieczary 

rozpłynęło się pod jej stopami. Na widok Chewiego, który pojawił się niespodziewanie w pieczarze, 
poczuła nadzieję, ale już po chwili Wookie runął pod wpływem wyładowań elektrostatycznych, 
jakimi poraziły go skalne stwory. W tej chwili leżał na dnie pieczary, drżąc spazmatycznie, a z jego 
zwęglonej sierści ulatywały pasemka dymu. A później jedno z tych stworzeń owinęło się wokół 
kostki Hana i poraziło go elektrostatycznym wyładowaniem. Wszystkie włosy na głowie Hana 
stanęły na baczność, a z ich końców strzeliły fontanny iskier i zaczął lecieć dym. Solo runął na dno 
pieczary. Leia zauważyła, że pozostałe skalne stworzenia odwróciły się i zaczęły ku niej sunąć. 
Kiedy skoczyła w stronę Hana, jedno ze skalnych stworzeń przepłynęło nad końcówką jego pręta 
jarzeniowego i pieczara pogrążyła się w nieprzeniknionej ciemności. Inna kobieta pewnie 
porzuciłaby wszelką nadzieję, ale Leia nie była osobą, która traci ducha w takiej sytuacji. 

background image

Świadomość, że po uszy tkwi w kłopotach, pozwoliła jej zachować spokój, skupić się... i znaleźć w 
sobie dość determinacji do działania.

Nawet w tej ciemności wyczuwała, gdzie upadł Han... i gdzie nie ma skalnych stworów. 

Namacała nosek buta Hana i spróbowała przyciągnąć go do siebie. I wtedy usłyszała rozrywający 
bębenki, elektroniczny wrzask:

Thoperoo HEEE!
Po chwili w powietrzu przeleciał R2-D2, otoczony aureolą iskier z przeciążonego pola 

antyamperowego, które oświetlało całą pieczarę jak błyski letnich wyładowań atmosferycznych.

Leia zauważyła, że w zetknięciu z polem skalne stwory zmieniają się w galaretę, i przyszedł 

jej do głowy pewien pomysł.

- Artoo! - wykrzyknęła. - Wystrzel do mnie mały blaster!
Astromechaniczny robot otworzył klapkę schowka w kopułce i obrócił ją. Ukazał się 

sprężynowy wyrzutnik, który niespełna rok wcześniej posłużył mu do wystrzelenia świetlnego 
miecza prosto w dłoń Luke’a Skywalkera. Tym razem ze schowka nie wyleciał jednak świetlny 
miecz, ale używany najczęściej podczas napadów mały blaster firmy SoroSuub typu ELG-5C.

Wirując w powietrzu, kompaktowy pistolet zatoczył łuk, po którym Leia straciła na chwilę 

broń z oczu w niepewnym świetle pieczary, ale wyciągnęła przed siebie rękę i nawet nie była 
bardzo zaskoczona, kiedy blaster wylądował z plaśnięciem w jej otwartej dłoni. Zatoczyła lufą 
szeroki łuk, przyciskając spust prawie bez przerwy. Nastawiona na ogłuszanie broń zapalała błyski 
elektrostatycznych wyładowań u każdego z trafionych skalnych stworzeń, które po kolei miękły i 
zamieniały się w kałuże. Po ścianach pieczary zaczęły pełzać ze skwierczeniem krzaczaste 
pajęczyny błękitnych płomieni.

- Artoo! - wykrzyknęła księżniczka. - Podnieś Chewiego i obaj stańcie za moimi plecami!
Robot zaświergotał twierdząco i wyłączył generator antyamperowego pola. Wysunął parę 

manipulatorów i chwycił nieprzytomnego Wookiego za bandolet. Leia ich osłaniała, powstrzymując 
skalne stworzenia seriami ogłuszających błyskawic. Przeciążone serwomotory lokomotorów R2 
zaskowyczały na znak protestu, kiedy mały robot przeciągał Chewiego do Leii.

- Spróbuj go ocucić! - rozkazała Leia.
Trzymając blaster jedną dłonią, użyła drugiej, żeby potrząsnąć Hanem. Nic to nie pomogło, 

więc z całej siły chlasnęła go otwartą dłonią w twarz, ale usłyszała tylko cichy jęk. W końcu 
uszczypnęła go z całej siły w ucho, wbijając w nie paznokieć kciuka. Dopiero wtedy Solo usiadł, 
otworzył szeroko oczy i stęknął na znak protestu.

- Co to jest? W porządku, już oprzytomniałem! Puść moje ucho, dobrze? - Wstał, ale się 

zachwiał i o mało znów nie upadł. Oszołomiony, chwycił się za głowę. - O rany - mruknął. - Kto 
mnie tak zdzielił?

Leia wycofywała się, cały czas strzelając.
- A jak myślisz, kto? - zapytała. - Do kogo strzelam?
- Dobre pytanie. - Han zamrugał, żeby odzyskać ostrość widzenia, ale dostrzegł tylko błyski 

blasterowych strzałów i elektrostatycznych wyładowań. - Co to są te... rzeczy? - zapytał.

- To nasi wrogowie - wyjaśniła zwięźle Leia, powalając na dno pieczary następnego 

skalnego stwora.

- Tak, na pewno. Wyśmiewaj się z oszołomionego gościa. - Han sięgnął po swój blaster, ale 

jego dłoń natrafiła tylko na pustą kaburę. - Nie widziałaś przypadkiem mojego blastera? - zapytał.

- Mogłabym ci pomóc go odnaleźć, ale, jak widzisz, jestem w tej chwili trochę... - Zatoczyła 

lufą łuk i posłała ognistą smugę, po której trzy czy cztery skalne stworzenia spłynęły na dno jaskini. 
- ...zajęta, rozumiesz? Teraz się wycofujemy.

- Nie ma ich za nami? - zapytał Solo.
- Jeszcze nie.
Han zmrużył oczy.
- Skąd wiesz? - zapytał.
- Chcesz się upewnić? Odwróć się i sam zobacz - odcięła się księżniczka. - Ja po prostu to 

wiem.

background image

- Jasne, jasne, rozumiem. - Han machnął ręką w kierunku R2. - Hej, Pękaty! - wykrzyknął. - 

Trochę światła, co?

Astromechaniczny robot obrócił obiektyw holoprojektora i wysłał szeroki snop jaskrawego 

białego światła. Han spojrzał na zbliżające się szeregi skalnych stworzeń, które ślizgały się po 
kamiennym dnie pieczary - i cały czas wyrastały z galarety, w którą zmieniała je Leia. Postanowił 
nie okazywać depresji.

- Żadnej podpowiedzi ze strony Mocy? - zapytał. - Żadnej wskazówki? Niczego?
- Trzymaj się cały czas z tyłu i pozwól, żebym znów ocaliła ci życie, dobrze? - Leia nie 

przestawała strzelać i znowu stopiła kilka następnych stworzeń. A wtedy Han zauważył w 
niewielkiej kałuży skalnej brei dobrze znany kształt.

- No, nareszcie! To mi się podoba! - wykrzyknął. Rzucił się przed siebie i wyłowił z bajora 

swój DL-44. Potrząsnął nim mocno, żeby oczyścić mechanizmy, zanim kamień zdąży zakrzepnąć. 
Po jego pierwszym strzale z lufy blastera wydobył się tylko kłąb rozpylonej skały, ale przy 
następnym pistolet zaczął się spisywać doskonale. Han spojrzał na Leię.

- Zajmę tu miejsce - powiedział, odszedł kawałek na bok i posłał w ścianę rozmytą wiązkę 

energii, która odbiła się i stopiła trzy skalne stworzenia naraz. - Spróbuj pomóc Chewiemu 
oprzytomnieć i wstać - polecił nawykłym do rozkazywania tonem. - Moje ogniwa energetyczne są 
bliskie wyczerpania!

Kiedy Leia się odwróciła, żeby spełnić jego polecenie, Chewbacca już siedział, chociaż 

wciąż jeszcze trochę zamroczony. Niezgrabnie gramolił się na nogi i mruczał coś, czego 
księżniczce nie pozwoliła zrozumieć wciąż jeszcze ograniczona znajomość shyriwooka.

- Co on mówi? - zapytała Hana. - Chyba to „kod czarny”. Co oznacza „kod czarny”?
- Oznacza: „Rzuć wszystko i zmykaj, ile sił w nogach” - odparł Solo.
Leia obejrzała się przez ramię na tłum skalnych stworzeń, które cały czas parły naprzód, 

chociaż Han trafiał je raz po raz strzałami blastera.

- A więc to on był zawsze mózgiem tej operacji - oznajmiła.
- Mnie też się tak wydawało. - Han wykonywał uniki, bo zauważył, że ze ścian po obu jego 

stronach zaczynają się wyłaniać następne stwory. - Uciekaj! - wrzasnął. - Chewie, bierz robota! 
Pobiegnę tuż za wami!

Chewbacca chwycił R2 w potężne, kosmate ręce, aż się zachwiał, ale kiedy zaczął biec, 

każdy następny sus był pewniejszy niż poprzedni. R2 cały czas kierował obiektyw holoprojektora w 
sklepienie, żeby zapewnić jak najwięcej światła. Leia gnała za nimi, od czasu do czasu oglądając się 
za siebie, aby się upewnić, że Han biegnie za nią. Solo wytężał wszystkie siły i co chwila strzelał na 
oślep z blastera.

Skalne stworzenia rzuciły się w pościg. Wyglądały jak kołysząca się skalna ściana.
W końcu zaczęły biec.
Han zrównał się z Leią i wydyszał:
- Masz pojęcie, dokąd biegniemy?
- Jasne. - Księżniczka także z trudem oddychała. - Jak najdalej od nich.
- Chodzi mi o to, czy masz przeczucie, co może się znajdować przed nami - wychrypiał 

Han.

- Szybko przeszedłeś od opinii „co innego widzieć, jak robi to Luke” do „posłuż się Mocą, 

Leio”, prawda? - zadrwiła księżniczka. Próbowała zachować swój zwykły, cierpki ton, ale 
oddychała ciężko, a w jej głosie brzmiało zmęczenie.

- Zawsze tak postępuję... Trzeba być, elastycznym myślicielem - odparł Solo.
- Po prostu biegnij dalej - doradziła Leia. - Leć... za nim. - Machnęła ręką w stronę 

Chewiego, który biegł skalnym tunelem daleko przed nimi. - Nie mam pojęcia, co się znajduje 
przed nami - wyznała w końcu księżniczka. - Nie damy rady im uciec, to jedno wiem na pewno.

- Moc ci to powiedziała? - zapytał Han.
- Uhm - przytaknęła Leia. - Tunel. - Machnęła lufą blastera w kierunku dna. - Tunel opada...
- To chyba nie jest pomyślna wiadomość...
- Posłuchaj - wydyszała księżniczka. - Dam radę ich spowolnić. Ty biegnij dalej. Dogonię 

background image

cię.

- Nawet o tym nie myśl - zaoponował Han. - Mówisz tak tylko dlatego, bo chcesz mieć 

pretekst do odpoczynku - burknął. - Jeżeli ktokolwiek zrobi sobie przerwę, tymi kimś będę ja. .

Księżniczka posłała mu ciepły uśmiech.
- Na trzy? - zaproponowała.
- Mhm. - Han odpowiedział jej takim samym uśmiechem. - A co powiesz, żeby... na jeden?
- Dobry pomysł. - Niedaleko przed nimi tunel się rozszerzał i przechodził w pieczarę, do 

której już dobiegli Chewbacca i R2. Trudno było ocenić rozmiary jaskini, ale Leia wiedziała, że 
zdołali się tu dostać tylko dlatego, że skalne stworzenia tłoczyły się w stosunkowo wąskim tunelu; 
w szerszym uciekinierzy po prostu nie mieliby żadnej szansy. Kiedy Leia i Han dotarli do wylotu, 
księżniczka nabrała dużo powietrza w spragnione płuca.

- Jeden! - krzyknęła.
Biegnąc ramię w ramię, poślizgnęli się, zatrzymali, odwrócili i zaczęli posyłać w stronę 

skalnych stworów nawałnicę ogłuszających błyskawic. Pierwsze szeregi skalnych stworzeń zmiękły 
i roztopiły się... a te za nimi po prostu stały.

- Hej... hej, co powiesz na to? - Han pochylił się i, ciężko dysząc, oparł dłonie na kolanach. - 

Może... mają dosyć, nie uważasz?

- Yyy... bardzo wątpię - wydyszała Leia.
- Może są równie zmęczeni ściganiem nas... jak my uciekaniem?
Chewbacca zaryczał coś niezrozumiałego, a R2 zaświergotał. Żaden z tych dźwięków nie 

brzmiał zbyt radośnie. Księżniczka odwróciła się i wraz z resztą powietrza puściła grzeczną wersję 
koreliańskiego przekleństwa, które niewątpliwie usłyszała kiedyś z ust Hana.

- A może one się zatrzymały, bo znaleźliśmy się dokładnie w miejscu, do którego i tak 

chciały nas zapędzić? - zapytała po chwili i się rozejrzała.

W pieczarze było pełno ciał.
Martwych ciał.
Dziesiątki, może setki ciał, do połowy pogrążonych w kamieniu, jakby kamień był kiedyś 

płynny i stwardniał wokół nieszczęśników. Jedni byli zanurzeni po uda albo piersi w kamiennym 
dnie pieczary, inni tkwili w ścianach tak głęboko, że wystawały tylko ich twarze albo plecy. 
Niektóre ciała, niewątpliwie ludzkie, miały na sobie coś w rodzaju pancerzy szturmowców, barwy 
równie czarnej jak otaczająca je skała; te, które pogrążyły się później - niektóre ludzkie, inne 
Kalamarian - wyglądały, jakby tylko spały i nosiły lotnicze kombinezony pilotów Nowej Republiki. 
Han odwrócił się do Leii.

- Chcesz znać prawdę? - zapytał. Jego głos lekko drżał. - To właśnie dlatego nie chciałem, 

żebyś dotrzymywała mi towarzystwa.

Wokół „Wspomnienia Alderaana” i innych okrętów liniowych Republiki, zbitych w stado w 

cieniu Mindora, kłębiły się niezliczone roje myśliwców TIE. Operatorzy systemów kontroli ognia 
Republiki dwoili się i troili, żeby namierzać pociski, a artylerzyści posyłali w próżnię błyskawice 
turbolaserowych strzałów, ale zwinne myśliwce gwiezdne były niemal niemożliwe do trafienia. 
Jedynymi maszynami TIE, które znalazły się wystarczająco blisko, żeby wyzwolić ogień 
zespolonych baterii przeciwlotniczych „Wspomnienia Alderaana”, były te, których piloci rozwijali 
maksymalną prędkość, żeby zderzyć się z okrętami przeciwnika.

Inaczej mówiąc, byli to samobójcy.
Nawet lekki myśliwiec TIE, lecąc prawie z prędkością światła, dysponował ogromną ilością 

energii kinetycznej, a przeciwcząsteczkowe osłony okrętów liniowych Republiki nie nadążały z 
rozpraszaniem tej energii. Kilku pilotów samobójców wystarczało, żeby wywołać miejscowy zanik 
przeciwcząsteczkowego pola, a jeżeli pilot kolejnego TIE wybrał odpowiedni moment, żeby 
prześlizgnąć się przez powstałą lukę, wybuch jego maszyny mógł rozerwać na strzępy kilka 
pokładów.

Po trzeciej takiej eksplozji „Wspomnienie Alderaana” zatrzęsło się i zadrżało, a z 

olbrzymich wyrw w kadłubie wydostały się na zewnątrz chmury gazów i skrystalizowanej wody. 
Podobnie jak wszystkie ciężkie krążowniki „Alderaan” został tak zaprojektowany, żeby móc 

background image

pochłaniać maksymalne ilości energii z takich eksplozji, więc okręt był nadal zdolny do walki, ale 
kiedy po ostatnim wybuchu Lando przejrzał wstępny raport o uszkodzeniach i ofiarach, osłabł 
nawet jego legendarny optymizm. Zginęło albo odniosło rany ponad tysiąc członków załogi, 
zniszczeniu i uszkodzeniu uległa jedna trzecia baterii turbolaserów, a jedna z jednostek 
napędowych się przegrzewała, wskutek czego trzeba ją było albo wyłączyć, albo pozwolić, żeby w 
ciągu najbliższych kilku minut się stopiła.

Lando pochylił się nad pulpitem komunikatora na mostku „Alderaana”.
- Gdzie się podziała, do diabła, nasza eskorta myśliwców? - warknął. - Ktoś musi 

powstrzymać tych drani!

Znał jednak odpowiedź na swoje pytanie. Piloci myśliwców eskorty wspierali akcję na 

powierzchni gruntu przeciwko naziemnym stanowiskom baterii dział do ostrzeliwania celów na 
orbicie. Lando nie miał nawet tylu wolnych maszyn, żeby osłaniać swoich żołnierzy piechoty 
morskiej, a co dopiero pozostałe okręty floty.

- Panie generale Calrissian! Panie generale, czy ktoś może mi pomóc? - Przewrócony po 

ostatnim wstrząsie C-3PO zaklinował się jakimś cudem pod pulpitem konsolety systemu 
bezpieczeństwa. - Och, co za straszliwe wgniecenie będę miał w pancerzu!

Lando machnął ręką.
- Niech ktoś pomoże temu androidowi wstać! - rozkazał. - Inaczej ten złom będzie tam leżał 

i narzekał, aż w końcu ktoś go rozdepcze i urwie mu złocistą głowę! - Odwrócił się do oficera 
dyżurnego, Glassferranina, który kierował troje pozbawionych wyrazu oczu na ekrany trzech 
taktycznych holomonitorów. - Zbierz okręty floty, Kartill - powiedział. - Muszą się znaleźć jak 
najbliżej jeden drugiego, żeby zlikwidować luki w naszej osłonie przeciwlotniczej.

- Już w tej chwili praktycznie ocieramy się osłonami pól - odparł Kartill. - I, za 

pozwoleniem pana generała, sam fakt, że okręty znajdują się tak blisko siebie, będzie stanowić 
niedługo poważny problem, kiedy działa wyłonią się zza horyzontu planety.

- Nie musi mi pan tego przypominać. - Lando odwrócił się do oficera łącznościowca. - 

Mamy jakieś wiadomości od Shysy? - zapytał.

- Właśnie w tej chwili odbieramy raport, panie generale - odparł podwładny. - Przekażę go 

od razu na głośnik.

Z głośnika komunikatora wydobyło się jednak tylko skwierczenie turbolaserowych 

błyskawic. Wszystko inne utonęło niemal całkowicie w szumach zakłóceń. Lando pochylił się nad 
pulpitem i spróbował się uśmiechnąć.

- Shysa! - powiedział głośno. - Tu Calrissian. Potrzebuję dobrych wiadomości, Fenn! Od 

otwarcia ognia przez te działa dzieli nas zaledwie osiem minut, a ja mam tu mnóstwo okrętów, 
zwróconych bezbronnymi brzuchami w tamtą stronę!

C-3PO, który w końcu z trudem wstał, poczłapał w stronę Landa.
- Panie generale Calrissian... - zaczął.
- Później - zbył go Lando. - Fenn, jak mnie zrozumiałeś?
Z głośnika komunikatora dobiegły następne odgłosy blasterowych strzałów i głośniejszy 

szum, który mógł być skutkiem eksplozji protonowego granatu.

- Robimy postępy, ale walki toczą się tu o każde pomieszczenie! - zameldował Shysa. - Ci 

goście w czarnych pancerzach okopali się i wygląda na to, że nie zamierzają uciekać!

- Czy to znaczy, że chcą tam zginąć?
- Och, do tego wykazują prawdziwy talent! - oznajmił Fenn. - Problem w tym, że cały czas 

usiłują zabrać ze sobą na tamten świat naszych chłopców!

- Trzymaj się, Fenn! - odparł Lando. - Postaram się zorganizować jakąś pomoc.
- Z radością przyjmiemy wszystko, co ci się uda załatwić - odparł dowódca Mandalorian.
- Panie generale Calrissian, bardzo proszę! - C-3PO nie odstępował od boku Landa. 

Sprawiał wrażenie jeszcze bardziej podnieconego niż zazwyczaj. - Może to pana zainteresować...

- Powiedziałem: później - uciął Lando. Wskazał oficera łącznościowca. - Proszę otworzyć 

dedykowany kanał do komandora Antillesa w kabinie Łotra Jeden - rozkazał.

Oficer pokiwał głową.

background image

- Za dziesięć sekund, panie generale - powiedział.
Lando odwrócił się do Threepia.
- W porządku - zdecydował. - Masz dziesięć sekund. Co takiego ciekawego chciałeś mi 

powiedzieć?

- Mam nadzieję, że uzna pan to za ciekawe, ale nie jestem tego pewny - odparł z rezerwą 

android. - Zresztą ciekawe jednak czy nie, niewątpliwie może się okazać ważne. Przynajmniej 
moim zdaniem.

- Twoim zdaniem?
- Panie generale? Nawiązałem łączność z komandorem Antillesem - zameldował oficer 

łącznościowiec.

- Bardzo proszę o uwagę, panie generale! Moje zdanie jest w tym przypadku absolutnie 

niezawodne!

- Straciłeś swoją szansę - mruknął Lando i odwrócił się do podwładnego. - Posłuchaj, 

Wedge - powiedział. - Zmiana planów. Wycofaj Łotrów znad stanowisk turbolaserów. 
Mandalorianie mają kłopoty z opanowaniem grawitacyjnego działa. Jeżeli z tamtej kopuły posypią 
się strzały, chcę, żeby więcej poleciało w dół niż w górę, rozumiesz?

- Rozumiem, ale straciłem trzy ptaszki - odparł Wedge. Masz eskadrę czy dwie na zbyciu?
- Nie żartuj, Wedge - burknął Lando. - Po prostu tu przyleć. Od tego zależy życie wielu 

osób.

- Zdążyliśmy do tego przywyknąć, panie generale.
- Właśnie dlatego nie powierzyłbym tego zadania nikomu innemu - odparł Calrissian. - 

Czystych przestworzy, Wedge.

- Do zobaczenia po drugiej stronie, panie generale. Dowódca Łotrów przerywa połączenie.
- Ale... ale, panie generale Calrissian!
- Nie teraz, Threepio! - Lando zacisnął szczęki. Cały czas dręczyło go przeczucie, że może 

do tego dojść. - Kartill, ogłoś alarm dla floty. Wchodzimy w głąb atmosfery.

Podwładny oficer zamrugał wszystkimi trzema oczami naraz.
- Słucham, panie generale? - zapytał.
- Słyszałeś, co powiedziałem. Opadamy i lądujemy na powierzchni Mindora - powtórzył 

Calrissian. - Wszyscy. To jedyny sposób. Jeżeli za dziesięć minut będziemy nadal na orbicie, tamte 
turbolasery rozerwą nas na strzępy.

- Mamy wylądować? Gdzie, panie generale?
- Będziemy martwić się o to później, kiedy nadejdzie czas na oddanie strzału przez ich 

działa.

- Rozkaz, panie generale - odparł Kartill.
- Panie generale, panie generale, proszę... - nie dawał za wygraną C-3PO.
- Jeżeli nadal będziesz mi zawracał głowę, Threepio, przysięgam, zdzielę cię tak mocno, aż 

pomyślisz, że jesteś ładowaczem odpadów.

- Ale... panie generale, sądziłem, że zależy panu na znalezieniu kapitana Solo...
- Co takiego? - Lando odwrócił się i wbił spojrzenie w smukłego androida protokolarnego. - 

Wiesz coś na temat Hana?

- Możliwe - odparł C-3PO. - W pańskiej krótkiej rozmowie z nim...
- Tak, to było bardzo dziwne, prawda? - przyznał Calrissian. - Ledwo możemy nawiązać 

łączność z własnymi okrętami, dopóki znajdują się w atmosferze, ale udało nam się skontaktować 
się z Hanem przez komunikator i usłyszeliśmy od niego, że tkwi w jakiejś pieczarze...

- Tak, panie generale. Właśnie o to mi chodzi - odparł C-3PO. - Podczas tamtej rozmowy 

wykryłem subtelną modulację fali nośnej komunikatora. Ktoś mógłby uznać to za coś w rodzaju 
szumu tła.

- Jakiego znowu szumu tła? - zapytał Lando.
- Wydaje mi się, że był to odtworzony prastary ortodialekt surmo-clarithiańskiej 

elektromowy, przetykanej zniekształconymi słowami mieszanego języka imperialnego wariantu 
cyfrowego kodu z Czarnego Karła i neimoidiańskimi szyframi handlowymi... coś fascynującego, 

background image

zwłaszcza przy strukturalnej wymowie...

- Threepio - przerwał mu groźnie Lando.
- Tak, tak. Naturalnie. Krótko mówiąc, ktoś prowadził w tym języku rozmowę w tym 

samym kanale komunikatora, a raczej sygnał komunikatora nakładał się na czyjąś rozmowę.

- Na sygnał innego komunikatora? - domyślił się Calrissian.
- Och, nie, nie, nie. Nic aż tak oczywistego - zaprzeczył C-3PO. - To po prostu inny język... 

elektromowa to coś w rodzaju bezpośredniej modulacji energii wykorzystywanej przez rozmaite 
formy życia do utrzymywania łączności. Moim zdaniem całkowita liczba znanych nauce numerów 
przekracza...

- Zapomnij o tym - przerwał Lando. - Ta elektromowa... czy zdołałeś ją zrozumieć?
Android wyprostował się dumnie.
- Naturalnie - powiedział. - Potrafię się przecież płynnie porozumiewać w ponad sześciu 

milionach form...

- Nie musisz mi podawać ich listy - uciął Calrissian. - Co takiego usłyszałeś?
- No cóż... przetłumaczyłem najlepiej jak potrafię... chyba pan rozumie, że ta istota czy te 

istoty miały barbarzyński akcent. One zamierzały schwytać parę jeńców, istot ludzkich, i dostarczyć 
ich do komory jakiejś krypty.

Lando pokręcił głową.
- Jakiej znów komory krypty? - zapytał. - I kto zamierzał schwytać jeńców?
- Nie potrafię powiedzieć panu na pewno, kim są ich prześladowcy, bo takim językiem 

może władać wiele wykorzystujących energię form życia - odparł C-3PO.

- No to dlaczego marnujesz mój czas tą informacją?
- No cóż, dlatego, że tym jeńcom prawdopodobnie towarzyszył Wookie - odparł android.
- Wookie? - zdziwił się Lando.
- To rzeczywiście nie może być zbieg okoliczności - zgodził się z nim Threepio. - Podczas 

tamtej „rozmowy” wspominano także o robocie... hm, z rozbioru gramatycznego zdania wynikało, 
że to automat o połowę niższy od człowieka i walcowaty jak kolumna. Ma także obrotową 
kopułkę... To na pewno Artoo! Panie generale Calrissian, musimy z tym coś zrobić! Oni mają 
Artoo!

- Dobrze, dobrze, zwolnij trochę - odparł Lando. Jeżeli sprawcy - kimkolwiek są - 

rzeczywiście mieli R2-D2, to może mają także Luke’a... a przynajmniej wiedzą, co się z nim stało. 
Może Lando tylko to sobie wmawiał, ale dzięki temu humor mu się trochę poprawił. Miał 
teoretycznie ważny argument dla konieczności wyprawy ratunkowej, którą wcześniej czy później i 
tak musiał wysłać. - A jak według ciebie ten sygnał przedostał się do nas? - zapytał.

- Właśnie to chciałem powiedzieć, panie generale - odparł android. - Moim zdaniem 

naturalna częstotliwość tej konkretnej, opartej na energii formy życia zgadza się z częstotliwością 
aktywnej pod względem elektromagnetycznym odmiany skały, zupełnie jakby właśnie ta skała była 
naturalnym środowiskiem tych istot. Chociaż ta skała może zakłócać przesyłanie zwykłych 
sygnałów komunikatorów, jej właściwość przewodzenia energii pozwala jej także na wpadanie w 
rezonans i wzmacnianie odpowiednio modulowanej...

- Rozumiem, co chcesz mi powiedzieć - uciął Lando. - Czy potrafisz odtworzyć ten rodzaj 

modulacji? Czy możesz ją przesłać za pomocą pokładowego komunikatora?

- No cóż... prawdę mówiąc, może Artoo byłby bardziej odpowiednią...
Lando zgrzytnął zębami, bo tylko z trudem oparł się pokusie odkręcenia głowy Threepia.
- Dasz radę to zrobić? - warknął gniewnie.
- Posługuję się płynnie ponad... - zaczął android.
- Nie mów tego mnie. - Lando wskazał pulpit komunikatora. - Powiedz to okrętowi.

Luke brnął przez grubą warstwę popiołów, a idący tuż za nim Nick robił to samo. Taspan 

zdążył zajść za horyzont, więc jedyne światło padało z rozrzuconych po dnie krateru płonących 
szczątków, a także od pojawiających się od czasu do czasu błysków i flar toczącej się w górze 

background image

bitwy.

Popiół pod ich stopami chrzęścił i skrzypiał, a w końcu zmienił się w miałki piasek, co 

jeszcze utrudniało przejście. Dno krateru zaśmiecały także większe odłamki - bryły stwardniałej 
lawy i zakrzepłej skały. Miały matowy czarny kolor, przez co trudno było cokolwiek dostrzec. Luke 
zauważył sporą skałę dopiero, kiedy wyrżnął w nią kolanem. Szedłby ostrożniej, ale za pierwszym 
razem, kiedy oderwany od kadłuba myśliwca TIE panel jonowy przeleciał ze świstem obok niego i 
kilkanaście metrów dalej roztrzaskał się na ogniste okruchy, wolał przyspieszyć.

W końcu zaczęli biec. Skywalker, kiedy zdarzało mu się postawić stopę na twardej i 

chwiejnej bryle, mógł przynajmniej posłużyć się Mocą, żeby wyskoczyć w powietrze, wylądować 
parę metrów dalej i nadal biec, ale Nick tego nie potrafił. Mimo to jakimś cudem dotarł do 
względnie bezpiecznej kryjówki za krzywizną kadłuba „Sokoła” niewiele później niż młody Jedi. 
Utykał, miał krwawiące skaleczenia na obu dłoniach i paskudnie wyglądającą szramę na czole.

„Sokół” górował nad nimi, przesłaniając gwiazdy na niebie. Silniczki manewrowe 

frachtowca wysyłały strumienie gazów w nieregularnych odstępach czasu, jakby usiłował się 
oderwać od powierzchni gruntu. Skowyt repulsorów nasilił się tak bardzo, że Luke’a zaczęły boleć 
zęby.

Naburmuszony Nick spojrzał w górę na ciemną sylwetkę statku.
- Co robimy? Zastukamy? - zapytał.
- Nie mamy komunikatorów. - Skywalker przyłożył dłoń do ucha. - Musimy jakoś zwrócić 

na siebie ich uwagę.

- Gdzie jest właz? - zainteresował się starszy mężczyzna.
- Na górze. - Luke wskazał miejsce nad głową. Niestety dolny właz znajdował się bardzo 

wysoko, daleko poza zasięgiem rąk. - Damy radę tam wleźć?

- Żaden problem. Dorastałem w dżungli - odparł Nick. - Potrafię się wspinać po wszystkim, 

co tylko nadaje się do wspinania.

- Zaczekaj chwilę - ostrzegł Luke. - Coś mi się tu nie podoba.
- Coś więcej niż styl czy miejsce lądowania? A w holowideogramach Solo wyglądał na 

znakomitego pilota...

Luke zmarszczył brwi.
- Wyczuwam... strach i gniew - powiedział. - Agresję. Niebezpieczeństwo. Han to mój 

najlepszy przyjaciel, dlaczego więc jego statek miałby wywierać na mnie nieprzyjazne wrażenie?

- Nie mam pojęcia. - Nick rozejrzał się i zauważył w ciemności nad głową coś, co się 

powoli obracało. - Może dlatego, że tamta wieżyczka poczwórnego działka zaczyna się kierować w 
naszą stronę? - zapytał.

Moc dźgnęła Luke’a krótkim, ale obezwładniającym impulsem, ostrzegając go, żeby się 

przesunął, bo inaczej zginie. W mgnieniu oka Skywalker nogą wepchnął Nicka głębiej pod kadłub, 
a sam wyskoczył w powietrze i wykonał salto w tył. Nocną ciszę rozdarł jazgot strzelających 
działek laserowych, a w powietrzu zapłonęły długie błyskawice jaskrawożółtych strzałów. Jama z 
popiołami stała się jasna jak w południe na Tatooine, a naokoło zaczęły latać okruchy rozżarzonej 
do białości skały.

Wieżyczka obracała się w ślad za Lukiem, w przestrzeni między nim a statkiem zaczęły się 

pojawiać rozgrzane do czerwoności kratery niczym ślady stóp niewidocznego bóstwa ognia. 
Skywalker wylądował na powierzchni gruntu i od razu odskoczył w drugą stronę. Zanim lufy 
wieżyczki zwróciły się na niego, znów odskoczył i schronił się za głazem wielkości dorastającego 
bantha. Przytulił się do niego, ale wyczuł, że strzały uderzają w drugi bok głazu. Po ilości dymu i 
fruwających okruchów Luke ocenił, że artylerzysta „Sokoła”, kimkolwiek jest, doszedł do wniosku, 
że najłatwiej go dopadnie, jeżeli po prostu rozłupie tę skałę na kawałki.

Przetoczył się więc u podnóża głazu i zaryzykował rzut oka na frachtowiec. Wyglądało na 

to, że Nick nie żartował, twierdząc, że potrafi się wszędzie wspiąć. Właśnie właził po krzywiźnie 
kadłuba szybciej niż wygłodniały mynock.

- Nick, zeskakuj! - krzyknął Luke.
Starszy mężczyzna dotarł już do kardanowego zawieszenia wieżyczki z poczwórnym 

background image

laserem. Kiedy można go już było dostrzec przez transpastalowy iluminator, artylerzysta „Sokoła” 
przerwał ogień. Luke zauważył, że coś krzyczy, na przykład: „Zabieraj swój tyłek z mojej 
wieżyczki!”

- Mowy nie ma! - odkrzyknął Nick. - Nie zestrzeli mnie, dopóki tu wiszę - rzucił w stronę 

Luke’a. - Rzuć mi swój świetlny miecz, żebym rozsiekał na kawałki tego ruskakka!

- Wykluczone, Nick - wrzasnął Skywalker. - Zeskocz! „Sokół” jest wyposażony...
Nagle po kadłubie frachtowca przemknęła ze skwierczeniem krzaczasta, błękitno-biała 

błyskawica. Nick stoczył się z wieżyczki na grunt i wylądował na plecach z głuchym łoskotem.

- ...emiter przeciwpiechotnego pola - dokończył poniewczasie Luke.
Artylerzysta wznowił ogień. Luke wyciągnął rękę i wezwał Moc. Energetyczne pchnięcie 

przetoczyło Nicka raz i drugi, a Luke doszedł do wniosku, że na jedną noc wystarczy tych prób 
pozbawienia go życia. Głęboko odetchnął i wysłał myśli w głąb Mocy.

Jego zmysły wykryły sylwetkę „Sokoła” i ponad trzydzieści zrozpaczonych istot na jego 

pokładzie. Luke wyłączył je ze swojej świadomości i skupił się na samym statku. Na jednej z 
kontrolnych konsolet znalazł przełącznik, którego poszukiwał... wyczuł nawet echo dłoni Leii, która 
na tym przełączniku spoczywała. Od tego czasu upłynęło zaledwie kilka godzin, a może nawet 
mniej.

Coś jednak nadal rozpraszało jego uwagę... coś więcej niż łoskot laserowych trafień w drugi 

bok głazu. Sama świadomość nieco wcześniejszej obecności Leii na pokładzie „Sokoła” 
wystarczyła, żeby napełnić Luke’a rozmaitymi obawami i nadziejami, które tłumiły zdolność 
postrzegania. Musiał je odsunąć, żeby ponownie się skupić. Odetchnął głęboko kilka razy, dostroił 
umysł niczym celowniczy laser i odzyskał panowanie nad poszukiwanym przełącznikiem. Lekko 
pchnął Mocą i poczuł, że przełącznik obwodu zmienia położenie.

Wieżyczka poczwórnego lasera pociemniała, a działka umilkły. Automatycznie skierowały 

się w miejsce pomiędzy dziobowymi żuchwami.

Luke wyczuł dezorientację i narastającą panikę artylerzysty. Uznał, że ma przynajmniej pięć 

sekund, zanim nieprzyjaciel domyśli się, iż działka zostały wyłączone i unieruchomione w pozycji 
spoczynkowej.

Pięć sekund to było więcej niż Luke potrzebował.
Wstał i uniósł rękę. Wysoko nad jego głową, na krzywiźnie kadłuba, otworzyła się klapa 

spodniego włazu. Światło w otworze utworzyło jasny prostokąt na ciemnym kadłubie. Jednym 
wspomaganym przez Moc skokiem Luke przefrunął nad głazem, za którym się dotąd ukrywał, i 
wylądował obok Nicka.

- Nic mi nie jest - wychrypiał cicho starszy mężczyzna. - Potrzebuję... minuty, żeby... złapać 

oddech. A może tygodnia albo dwóch.

Luke złapał lewą ręką klapę płaszcza Nicka, zgromadził Moc wokół nich obu i wyskoczył w 

górę. Przelecieli nad krawędzią dolnej rampy frachtowca. Statek stał pod takim kątem, że rampa 
wyglądała bardziej jak pochylnia. Nie puszczając Nicka, młody Jedi ześlizgnął się po kadłubie od 
razu do głównej ładowni.

Zastał tam tłum mężczyzn i kobiet w dziwacznych pancerzach, które wyglądały jak 

obłożone bryłami lawy. O razu wszyscy skierowali ku niemu lufy blasterowych karabinów.

Najpierw jedynym dźwiękiem był grzechot broni, unoszonej do opancerzonych ramion. Po 

chwili rozległ się śmiercionośny pomruk zielonej klingi świetlnego miecza, który Luke trzymał 
przed sobą jak tarczę.

- Nie strzelajcie - odezwał się cicho młody Jedi. - Dzisiaj zabiłem już i tak zbyt wielu ludzi.
- Opuścić broń! - rozkazała władczym tonem młoda, rudowłosa kobieta, która wyglądała na 

zaprawioną w bojach przywódczynię. Nad lewym okiem miała nabrzmiałą szramę. Kciuk lewej 
dłoni trzymała od niechcenia za pasem z blasterem, ale prawa kołysała się niedbale w pobliżu kolby 
smukłego pistoletu, jakby zamierzała go zaraz wyciągnąć. - To Jedi! Przybył tu, żeby nam pomóc!

- Owszem - odparł Luke. - Jestem Jedi. I mam nadzieję, że zdołam wam pomóc. - 

Powiedział prawdę. Nareszcie. Ale, z drugiej strony, dopiero drugi raz, kiedy ktoś obcy doszedł do 
wniosku, że skoro on jest Jedi, to lepiej z nim nie zadzierać. Miał nadzieję, że ten trend się utrzyma. 

background image

- Gdzie jest Han? - zapytał.

- Jaki Han? - Rudowłosa kobieta uniosła prawą rękę, ale bez blastera. - Posłuchaj, jesteś 

nam potrzebny... potrzebujemy twojej pomocy. Shadowspawn ma mojego...

- Nie, nie ma - wychrypiał stojący za plecami Luke’a Nick.
- Nick? - W oczach Aeony pojawił się błysk, a jej głos złagodniał. Luke zastanowił się, jak 

mógł zaledwie chwilę wcześniej uznać ją za zaprawioną w bojach przywódczynię, bo kiedy 
rudowłosa przeniosła spojrzenie z niego na Nicka, wyglądała jak tatooińska nastolatka w drodze na 
pierwszy w życiu wieczorek taneczny w ośrodku kulturalnym Anchorhead. Przechodząc obok 
Luke’a, potrąciła go, jakby w ogóle go tam nie było. Podeszła do Nicka i objęła go za szyję.

- Nick! - wykrzyknęła. - Nie do wiary, to ty!
- Czołem, dziecinko - odparł mężczyzna. - Tęskniłaś za mną?
- Czy za tobą tęskniłam? - Aeona przyciągnęła go do siebie i wycisnęła na jego wargach 

namiętny pocałunek, którego żar mógłby wskrzesić trupa.

Luke chrząknął.
- Rozumiem z tego, że się znacie? - zauważył.
- Nick... - Oczy kobiety błyszczały od łez, które zaczęły spływać po policzkach. - Dobrze się 

czujesz? Jak uciekłeś i co robisz w towarzystwie Jedi?

- Dobrze? - powtórzył Nick. - No, mniej więcej. - Potarł krwawe strupy na ogolonej głowie i 

się skrzywił. - A jeżeli chodzi o tego Jedi, cóż, chyba każdy z nas ocalił drugiemu życie. A co do 
ucieczki, chyba zauważyłaś, że statek, na którego pokładzie przebywacie, zarył się dziobem w grunt 
w samym środku wielkiej bitwy.

- To nie ma znaczenia - odparła rudowłosa, głaszcząc go po twarzy. Odzyskaliśmy ciebie. 

Tylko to się liczy.

Nick delikatnie dotknął sinego śladu wokół jej oka.
- Wciąż jeszcze się nie nauczyłaś uników? - zapytał.
- Powinieneś zobaczyć mojego, uhm... przeciwnika. - Aeona uśmiechnęła się przebiegle. - 

Musimy teraz znaleźć dobre miejsce, żeby zaszyć się do końca tej bitwy. Dopiero później będziemy 
mogli na zawsze otrząsnąć pył tej skalnej bryły z naszych butów.

- Chwileczkę - odezwał się cicho Luke. - Nic z tego.
Kobieta spojrzała na niego.
- Co takiego? - zapytała.
- Wracamy po Hana - wyjaśnił Skywalker.
- Pozwólcie, że jeszcze raz zapytam: jakiego Hana?
- Lepiej nie pytaj. - Luke wskazał na zwęglone miejsca i blizny po blasterowych strzałach na 

ścianach, na pokładzie i sklepieniu ładowni. - Chcesz mi powiedzieć, że to wszystko spowodowały 
usterki czyjejś broni?

Nick odwrócił się do niego.
- Aeona nie jest piratką - oznajmił z dużą pewnością siebie.
- A istnieje inne słowo na określenie jej czynu? - zapytał Skywalker.
- Hej, ta balia była porzucona, kiedy ją znaleźliśmy... - zaczęła kobieta.
- Nie wiesz chyba, kogo próbujesz oszukać. - Młody Jedi westchnął. - Wiem, że ich nie 

zabiłaś, ale to jedyny powód, dla którego i ja was nie zabiłem. Problem w tym, że to był dla mnie 
naprawdę bardzo ciężki dzień, a moja cierpliwość jest bliska wyczerpania.

- Hej, nie przesadzaj, Skywalker - odezwał się Nick. - Uspokój się. Na pewno istnieje jakieś 

proste wyjaśnienie...

- ...a ja chętnie je usłyszę - dokończył Luke. - Jak tylko umieścimy Hana, Chewiego i Leię z 

powrotem na pokładzie tego statku.

- Hej, Skywalker - wtrącił się jeden z podwładnych Aeony. - Jesteś może krewnym tego 

gościa z Zemsty Jedi?

- Nie - zaprzeczył Luke trochę bardziej stanowczo niż było to konieczne. - Nie istnieje 

między nami absolutnie żadne pokrewieństwo.

Spojrzał znów na rudowłosą kobietę.

background image

- Gdzie ich zostawiłaś? - zapytał.
Aeona otworzyła usta, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo Luke uniósł rękę ostrzegawczym 

gestem.

- Zastanów się, zanim odpowiesz - warknął. - Nie zapytam cię drugi raz.
Rudowłosa zamknęła usta, spojrzała najpierw na Nicka, a później znów na Skywalkera.
- No, dobrze - odezwała się z namysłem. - Proponuję, żebyśmy zawarli umowę.
- Jasne - odparł Luke. - Oto jej treść. Powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć, i zrobisz 

dokładnie to, co powiem. W zamian za to postaram się zapomnieć, że porwałaś statek mojego 
najlepszego przyjaciela i zostawiłaś jego oraz moją siostrę na pewną śmierć.

- Twoją siostrę? - zdziwiła się młoda Mindoranka. - Twoja siostra to... księżniczka Śliczna 

Buźka?

- Moja siostra jest rzeczywiście księżniczką - przyznał oschłym tonem Skywalker. - To 

księżniczka Leia Organa z Alderaana. Ale jeżeli nazwałaś ją w oczy „księżniczką Śliczną Buźką”, 
to mogę się domyślić, kto ci podbił oko.

Nick przetarł oczy.
- Aeono... - zaczął. - Chyba nie porwałaś tego statku, prawda?
- Taak? A co byś ty zrobił, gdybyś się znalazł na moim miejscu w tamtej klatce na szczury? 

- odcięła się rudowłosa.

- Prawdopodobnie coś gorszego - przyznał Nick. - Nie wygrasz jednak tego pojedynku na 

argumenty, a nie ma czasu na dalsze próby. Źli goście wiedzą, że tu jesteśmy, i nawet już nas 
ścigają.

- Jesteś tego pewny? - zagadnął Luke.
Nick posłał mu ponure spojrzenie i poklepał cieniutką bliznę ciągnącą się od skroni do 

skroni wokół jego głowy.

- I co z tego? - prychnęła Aeona. - Możemy być bezpieczni, dopóki nie spróbujemy stąd 

odlecieć. A zresztą kto by chciał tracić czas na ostrzeliwanie rozbitego statku?

- Zaczekaj pięć sekund, to zadasz takie pytanie naszym prześladowcom.
Ledwo Nick zdążył to powiedzieć, siła pierwszej eksplozji oderwała dolną rampę „Sokoła”. 

Do ładowni wpadł płonący żużel i całe pomieszczenie stanęło w ogniu.

W głębokim mroku pieczary z pogrążonymi do połowy w skale trupami, z daleka od blasku 

holoprojektora R2, Han objął Leię i przyciągnął do siebie.

- Leio, ja tylko... chciałem cię przeprosić za to, że sprawy potoczyły się w taki sposób - 

powiedział. - Chciałbym, żebyśmy spędzali razem więcej czasu.

Księżniczka uśmiechnęła się i pogłaskała go po twarzy.
- Wiem - szepnęła.
- Jak to się dzieje, że całujemy się tylko wtedy, gdy grozi nam śmierć? - zastanowił się Solo.
- Pewnie po prostu mamy takie szczęście. - Leia musnęła go wargami i nawet ten lekki 

dotyk wywołał na twarzy Hana gorący rumieniec żalu za wszystkimi pocałunkami, które - a był 
absolutnie pewny - nigdy nie nastąpią.

Aroo-oo-ergh! - warknął Chewbacca. - Herowwwougrr.
- Co takiego? - Han oderwał się od Leii. - Jesteś tego pewny?
Wookie klęczał obok młodego Kalamarianina, pogrążonego po pachy w dnie pieczary.
Herowwwougrr! - powtórzył Chewie.
Księżniczka zmarszczyła brwi.
- Co on powiedział? - zapytała.
Han już biegł w stronę swojego drugiego pilota. Przyłożył palce do skroni Kalamarianina, 

żeby spróbować wyczuć puls. Wyczuł... słaby i niepewny, ale utrzymujący typowy synkopowany 
rytm.

- Ma rację! - wykrzyknął.
- W jakiej sprawie?

background image

- Ten gość wciąż żyje - stwierdził Han ze zdziwieniem w głosie. - Wygląda na to, że inni 

także żyją. Są wprawdzie zimni jak lód, ale przynajmniej oddychają.

- Co to za naszywki? - Leia podeszła do nich i stanęła obok młodego Kalamarianina. - 

Artoo, skieruj światło w to miejsce. - Kiedy astromechaniczny robot usłuchał, księżniczka wskazała 
na plakietkę obok naszywki ze stopniem wojskowym na bluzie bojowego kombinezonu żołnierza. - 
Hanie, czy to nie „Sprawiedliwość”? Okręt, którym leciał Luke?

Do tej pory Han zdążył wstać i przyjrzeć się pozostałym nieszczęśnikom. Cofając się, 

stwierdził, że im głębiej zapuszczał się do pieczary, tym bardziej jeńcy wyglądają na nieżywych. 
Oprócz republikańskich żołnierzy natrafił także na kilku mężczyzn w pancerzach z mindorańskiej 
lawy. Większość jednak stanowili szturmowcy. Niestety, niemal wszyscy nie żyli.

- Wygląda na to, że te stworzenia zgromadziły ich tu i po prostu o nich zapomniały - 

powiedział.

Chewie coś burknął, a Solo kiwnął głową.
- Tak, ja też nie wyobrażam sobie bardziej parszywej śmierci - powiedział.
R2 gwizdnął ostrzegawczo. Han zerwał się na nogi i wyciągnął blaster.
- To brzmi jak zła wiadomość - zauważył.
- Wystarczająco zła - przyznała Leia, wyciągając używany podczas napadów mały blaster. 

W sączącym się z wylotu tunelu słabym blasku zauważyła, że fala za falą skalnych stworzeń tłoczy 
się i posuwa powoli w kierunku pieczary. - Nie da się uniknąć walki - stwierdziła.

Han odwrócił się i przygotował blaster do strzału.
- Tym razem chyba jej nie wygramy - mruknął ponuro.
- Zaufaj Mocy, Hanie - poprosiła księżniczka.
- Sama możesz zaufać Mocy - odparł Solo. - Ja zaufam mojemu blasterowi.
Leia zmarszczyła brwi i spojrzała na wskaźnik poziomu energii swojego małego blastera.
- Mocy nigdy nie brakuje amunicji - oznajmiła.
- Nie? - zadrwił Han. - A zatem jak to się dzieje, że Moc nigdy nie strzela?
- Co się stało z powiedzeniem: „Nigdy mi nie mów o szansach”?
- Używa się go wtedy, gdy, jakieś szanse istnieją - odparł Solo. - Kiedy ktoś spada z 

wysokiej góry, jaka jest szansa, że roztrzaska się o powierzchnię gruntu?

- To zależy - stwierdziła Leia. - Jak bliskie stosunki łączą cię z „Sokołem”?
- Bardzo śmieszne - mruknął urażony Solo.
Po chwili usłyszał brzęczyk komunikatora. Chwycił go i wrzasnął:
- Tak? Przybywajcie! Mamy tu trochę kłopotów. Czy mnie rozumiecie? Jak mnie 

zrozumieliście? - powtórzył, ale z głośnika wydobył się tylko szum zakłóceń.

Potrząsnął jeszcze raz urządzeniem, a w końcu skrzywił się i wcisnął je z powrotem do 

kieszeni.

- Sekundę wydawało mi się, że nadchodzi pomoc, ale nic z tego - powiedział. - Jeżeli uda 

się nam zatrzymać ich na progu, przynajmniej ich spowolnimy.

Oboje ruszyli w stronę wylotu tunelu i wtedy następne stworzenia zaczęły się wytapiać ze 

ścian pieczary.

W głębokim półmroku komory z aparaturą do podtrzymywania życie Cronal wycofał swoją 

świadomość z królestwa Ciemności. Był niezwykle zadowolony. Każdy, kto nie zna prawdziwej 
potęgi Ciemności, byłby zaskoczony tym, że Skywalker ma siostrę, która nie była nigdy szkolona 
na Jedi. Niewątpliwie byłby zdumiony odkryciem, że ta siostra - prawdopodobnie z własnej woli - 
pojawiła się dokładnie w chwili, kiedy Cronal jej potrzebował. Cóż, Cronal nauczył się oczekiwać 
właśnie takich niespodzianek. Galaktykę pozostawiono samą sobie i wszystko w niej, począwszy od 
gwiazd, a skończywszy na najmniejszych wirusach, służyło Ciemności.

Przynajmniej do chwili, kiedy jakiś parszywy intruz zaczął manipulować Mocą, żeby 

zakłócić naturalny bieg rzeczy.

Właśnie na tym polegał problem z Jedi: na Mocy. Na samym pojmowaniu przez nich Mocy. 

background image

Jedi lubili gadać o życiu, światłości i sprawiedliwości, zupełnie jakby te śmieszne słowa cokolwiek 
znaczyły. Cronal uznałby tych głupców za zabawnych, gdyby nie ich niewytłumaczalna zdolność 
do wtrącania się w Drogę Ciemności.

Palpatine spisał się na medal, przerzedzając szeregi tak zwanych władców Mocy, a sam 

Skywalker o mało nie dokończył jego dzieła, kiedy sprowokował Vadera i Imperatora do pojedynku 
- bo, mimo wszystko, Sithowie potrafili być równie kłopotliwi jak Jedi, jeżeli naprawdę tego 
chcieli. Niestety, trochę później ten sam chłopak, ten Skywalker, przysporzył Cronalowi tyle 
kłopotów, że przestał mieć dla niego jakąkolwiek wartość.

Problem był jednak bliski samoistnego rozwiązania, podobnie jak wszystkie inne problemy, 

ilekroć ktoś naprawdę służył Drodze Ciemności. Prawdę mówiąc, Cronal nie potrzebował już dłużej 
Jedi Skywalkera, bo jego siostra nadawała się nawet jeszcze lepiej do celów Cronala. Nie potrafiła 
na tyle sprawnie władać Mocą, żeby obronić się przed jego zakusami, a w dodatku miała ogromny 
potencjał polityczny. Bohaterka z Endora? Jedyna pozostała przy życiu przedstawicielka ostatniego 
królewskiego rodu Alderaana?

Na razie jedyną trudnością do pokonania było wyciągnięcie dziewczyny z łap dzikich 

Topniaków i rozpoczęcie procesu jej Ciemnienia. To drugie komplikował fakt, że wszystkie jego 
najlepsze Pionki leżały bez życia na posadzce Ośrodka Elekcyjnego. Pokonanie tej trudności miało 
się okazać kolejnym przykładem, w jaki sposób Ciemność przewiduje i pomaga rozwiązywać 
wszystkie problemy swojego najbardziej wytrwałego sługi.

Cronal wciąż jeszcze dysponował prototypem - próbnym poddanym, na którym 

eksperymentował, żeby udoskonalić proces Ciemnienia. Ten poddany nie był wprawdzie 
odpowiednikiem Skywalkera - związek poddanego z Mocą, chociaż zdumiewająco silny, miał o 
wiele bardziej mroczne zabarwienie niż u Luke’a, nie wspominając o tym, że próbny sługa nigdy 
nie przeszedł szkolenia Jedi. Prawdę mówiąc, nie przeszedł żadnego szkolenia i prawdopodobnie 
dlatego Cronal nie przewidział, jaki kłopot może mu sprawić szkolenie Skywalkera. Próbny sługa 
był jednak silny pod względem fizycznym, a w jego krwi buzowała wrodzona dzikość, którą Cronal 
zaczął się trochę za bardzo upajać. Odkąd otrzymał mroczną sieć krystalicznych nerwów z 
topiskały, które przenikały ciało, próbny sługa wyka2ywał związek z fundamentalną potęgą 
Ciemności, którym mógł rywalizować tylko ze związkiem samego Cronala.

Próbny sługa miał jednak kilka wad. Po pierwsze, był dwukrotnie starszy niż Skywalker i 

nie zaliczał się do bohaterów Sojuszu Rebeliantów, a obecnie Nowej Republiki. Był ściganym 
zbiegiem dłużej niż młody Skywalker żył, a za głowę próbnego sługi wyznaczono cały czas wysoką 
nagrodę. Wyglądał także zanadto charakterystycznie, bo miał ponad dwa metry wzrostu i był 
zbudowany jak rankor. Nie wspominając o zębach, ostrych i długich jak kły szablokota. Co więcej, 
dzięki jakiejś strukturalnej anomalii, której Cronal nie dał rady wyeliminować, próbny sługa nie 
mógł się nauczyć mówić jak człowiek.

Z tych wszystkich powodów nie był idealnym ciałem, w którym ktoś chciałby spędzić 

następne kilkadziesiąt lat życia, więc Cronal nigdy do końca nie przekazał mu swojej świadomości. 
Może jednak właśnie dlatego próbny poddany nadawał się jeszcze lepiej do tego konkretnego 
zadania: mógł się stać zdalnie sterowanym ciałem, dzięki któremu Cronal mógłby egzekwować całą 
swoją potęgę, w ogóle się nie narażając.

Kiedy się chce, żeby coś zostało właściwie wykonane...
Cronal zamknął oczy, wyjął Koronę Zachodzącego Słońca i nasunął ją na bezwłosą głowę. 

Kiedy ponownie otworzył oczy, wyglądały zupełnie inaczej.

Zupełnie jak oczy Kara Vastora.

ROZDZIAŁ 15

Luke upadł na pokład i błyskawicznie się przetoczył. Miał na sobie ognioodporny 

kombinezon lotniczy, ale żużel i rozżarzone do białości odłamki pancerza „Sokoła”, które siła 
eksplozji wdmuchnęła przez otwarty właz, wypalały w kombinezonie dziury. Turlanie się nic by 

background image

zresztą nie pomogło, gdyby nie to, że automatyczny system gaszenia pożarów na pokładzie 
frachtowca zaczął spryskiwać ładownię, gasząc ogień mocno chłodzoną pianką. Pokryty grubą 
warstwą brudnej mazi Luke uklęknął i wsparł się na rękach.

Nick, Aeona i większość obecnych także turlali się po pokładzie, ale kilku stało i głośno 

krzycząc, usiłowało stłumić płomienie. Luke nawiązał kontakt z Mocą i pojedynczym silnym 
pchnięciem rozpłaszczył ich na pokładzie. Nie musiał zresztą tego robić, bo siła pobliskich 
eksplozji rzucała statkiem tak mocno, że i tak nie utrzymaliby się długo na nogach. Mimo to Luke 
nie zamierzał ryzykować.

Nogą odepchnął się od ściany i prześlizgnął się po pokrywającej pokład grubej warstwie 

pianki w stronę Nicka i Aeony. Starając się przekrzyczeć huk eksplozji, wrzasnął:

- Niech wasi ludzie się przypną i przygotują do odlotu! Aha, i niech uszczelnią właz tej 

rampy. Znajdziecie parę zestawów do łatania otworów w schowkach na rufie. Jakieś pytania?

- Tak - odcięła się Aeona. - Kto mianował cię dowódcą?
- Ty sama, słoneczko - wyjaśnił jej Nick. - Zostawiając na tej planecie jego siostrę i 

najlepszego przyjaciela. Pogódź się z tym i rób wszystko, co ci każe.

Oczy rudowłosej zabłysły jak nastawiony na przeciążenie blaster.
- Jak będziesz opowiadał takie rzeczy, sam wpadniesz w tarapaty... - zaczęła.
- Jeżeli wyjdziemy z tego żywi, będziesz mi mogła dać klapsa - odparł Nick.
- Nie wyobrażaj sobie, że tego nie zrobię.
Luke spojrzał na Mindorankę.
- Wracaj do sterowni - rozkazał. - Włącz tyle silniczków manewrowych i repulsorów, ile się 

da, a później na mój rozkaz skieruj je do tyłu i daj im tyle energii, ile zdołasz wycisnąć.

- Lecimy do przodu? - zdumiała się Aeona. - Przecież wbijemy się jeszcze głębiej w grunt!
- Któregoś dnia, dziewczyno - wtrącił się Nick - będziemy musieli pogadać na temat 

spierania się z Jedi. Luke ma plan. - Odwrócił się do Skywalkera. - Masz plan, prawda?

- Coś w tym rodzaju. - Luke wstał, chociaż musiał dopomóc sobie Mocą, żeby zachować 

równowagę na pokrytym śliską pianką pokładzie. Ruszył szybko na rufę.

- Mogłeś mnie bardziej uspokoić - mruknął starszy mężczyzna. - Dokąd się tak spieszysz?
- Do wieżyczki czterolufowego działka - odparł młody Jedi, nawet nie zwalniając.
- Skywalker, pozwól, że pójdę do drugiego - poprosił Nick.
Dopiero wówczas Luke stanął i obejrzał się za siebie.
- A potrafisz strzelać? - zapytał.
Nick wstał.
- Potrafię odstrzelić z tysiąca metrów skrzydełko perthrilliańskiej nocnej osy, nawet jej nie 

budząc - zapewnił.

- Nie taką odpowiedź spodziewałem się usłyszeć - burknął Luke.
- Hej, żaden z tych gości w ładowni nawet nie dał rady mnie trafić - oburzył się Nick.
- Słuszna uwaga - odparł Luke. - Chodź ze mną.
Kiedy dotarli do skrzyżowania, obie wieżyczki były puste.
- Wygląda na to, że już im się znudziło strzelanie - zauważył Nick.
Wspiął się do jednej z wieżyczek i popatrzył na widoczne za transpastalową bańką morze 

ognia wypełniające nieckę z popiołem.

- Dziwisz im się? - zapytał.
Nick tylko wzruszył ramionami i przypiął się do stanowiska.
- To jeden z lepszych pomysłów, jaki mieli dzisiaj tamci goście! - odkrzyknął.
Luke także się przypiął do fotela. Muśnięciem Mocy aktywował obwód, który przedtem 

wyłączył, i przesłał energię do działek dolnej wieżyczki.

- Nie ma co, miłych masz przyjaciół - zauważył.
- Aeona nie jest złą kobietą - odparł Nick i na próbę przesunął dźwignię drążka do przodu i 

do tyłu, żeby sprawdzić reakcję serwomotorów wieżyczki. - Po prostu nie ma cierpliwości do 
drobiazgów.

- Takich w rodzaju prawa, sprawiedliwości i życia innych osób? - dokończył Skywalker. Na 

background image

ekranie taktycznego monitora wieżyczki pojawiły się symbole nieprzyjaciół. - Nadlatują! - zawołał.

Nick pociągnął za rękojeść dźwigni kontrolnej i dał ognia, zanim jeszcze lufy działek jego 

wieżyczki zdążyły się skierować na cel. Posłał strumień błyskawic w wewnętrzną ścianę krateru 
dokładnie w chwili, kiedy tuzin albo więcej myśliwców TIE wychynęło znad krawędzi i 
zanurkowało, żeby rozpocząć ostrzał „Sokoła”. Lecący na czele szyku pilot nieprzyjacielskiego TIE 
wpadł prosto w strumienie ognia Nicka i iluminator jego kabiny od razu się rozpadł. Myśliwiec 
TIE, przyspieszając, pogrążył się w trawionej przez ogień jamie z popiołem i eksplodował. Reszta 
strzałów Nicka odbiła się od pancerzy i paneli słonecznych innych TIE.

- Będziemy mieli problem - mruknął Nick. - Ale i tak zestrzeliłem jednego bandytę.
Luke na razie nie otwierał ognia z działek swojej wieżyczki.
- To nie przez te myśliwce nasz krater stanął w ogniu - powiedział. - Miej oko na 

bombowce.

- Zrozumiałem - odparł starszy mężczyzna.
Chwilę później kadłub „Sokoła” zadrżał od strzałów z działek nurkujących TIE. Nick trafił 

następną maszynę w samą „gałę”, a później zestrzelił jeszcze jedną. Krzyknął radośnie.

- Mam już trzy! - pochwalił się. - Ile do tej pory trafiłeś, Skywalker?
- Ani jednej - odparł Luke przez zaciśnięte zęby.
- Co, jestem lepszy niż ty? - Nick wpompował tyle ognia w panel słoneczny następnego 

myśliwca TIE, że pilot stracił panowanie nad sterami i zderzył się ze swoim skrzydłowym. - O 
rany! - wykrzyknął. - Nie szkolą tych Jedi tak dobrze jak kiedyś!

- Nick, bądź cicho! - burknął Luke.
- Hej, nie zamierzałem się chwalić. No cóż, może trochę...
- Wiem - przerwał Skywalker. - Chodzi o to, że muszę się skoncentrować.
- Na czym? - Nick odwrócił się, żeby spojrzeć w górę na młodego Jedi. Przez 

transpastalowy iluminator jego wieżyczki zauważył, co on robi. Teraz zrozumiał, dlaczego do tej 
pory Luke nie zestrzelił ani jednego myśliwca TIE. Luke wcale nie strzelał do myśliwców. Nick 
zrozumiał jednocześnie, dlaczego do tej pory nie rozszarpała ich na strzępy żadna rakieta, bomba 
ani seria strzałów z działek.

Skywalker mierzył nie do myśliwców, lecz do rakiet, bomb i laserowych błyskawic 

lecących ku nim od strony roju nieprzyjacielskich okrętów.

- O rany - jęknął cicho Nick. Odwrócił się i znów zaczął strzelać. Nie mógł się jednak 

powstrzymać, żeby nie zerkać od czasu do czasu na płomienie strzelające w górę z płonącej niecki z 
popiołem. Widział, że chociaż strzały Luke’a przechwytują błyskawice blasterowych dział i rakiety, 
które trafiłyby „Sokoła”, wszystkie niecelne strzały rzucają na frachtowiec tyle stopionej skały, że 
w każdej sekundzie mogły stopić pancerz statku. Kiedy sobie to uświadomił, na ekranie 
taktycznego monitora pojawiło się sześć punkcików oznaczających nadlatujące bombowce TIE. 
Nick wskazał je Skywalkerowi; w odpowiedzi młody Jedi przestawił dźwignię przełącznika 
interkomu.

- Hej! - odwrócił się i spojrzał na starszego mężczyznę. - Jak ona się nazywa? - zapytał.
- Aeona - odparł Nick.
- Aeono, tu Luke. Mam nadzieję, że aktywowałaś silniczki manewrowe i repulsory.
- Upłynie sporo czasu, zanim zaczną pracować pełną mocą - usłyszał w odpowiedzi.
- No cóż, wykorzystajmy to, co mamy - powiedział Skywalker. - Cała naprzód! Ustaw dysze 

silniczków manewrowych tak, żeby dały jak największą siłę ciągu.

- Skywalker? - zagadnął Nick. - Właśnie jej kazałeś, żeby pogrążyła ten statek w morzu 

parszywej, stopionej lawy.

- Wiem - odparł spokojnie Luke. - Ustaw działka w pozycji spoczynkowej i przygotuj się do 

otwarcia ognia na mój rozkaz.

- Wiesz, że pozycja spoczynkowa oznacza do przodu? - upewnił się Nick. - W naszej 

sytuacji to znaczy w dół. - W jego głosie dała się słyszeć desperacja. - Czy wiesz, że dół to 
przeciwna strona góry, a właśnie stamtąd nadlatują ku nam źli goście?

- Nick - powiedział Skywalker - znów wdajesz się w sprzeczkę z Jedi.

background image

W odpowiedzi usłyszał gorzką kwestię starszego mężczyzny, z której zrozumiał tylko coś o 

zwariowanym ruskakku Jedi. Mimo to Nick posłusznie pstryknął dźwigienkami kilku 
przełączników na kontrolnym pulpicie swoich działek.

Luke przestał patrzeć na ekran taktycznego monitora. Nie widział zresztą niczego poza 

transpastalową bańką swojej wieżyczki. Nie musiał, bo zwracał uwagę na to, co się dzieje w 
środku.

W jego głowie. Wewnątrz Mocy.
Wyczuł, że czterolufowe działka wieżyczek „Sokoła” ustawiają się w pozycjach 

spoczynkowych. Wyczuł, że bombowce TIE wylatują spoza krawędzi krateru, a piloci wypuszczają 
niekierowane bomby protonowe w precyzyjnej sekwencji. Poczuł łuk trajektorii lotu opadających 
bomb i przewidział miejsca ich eksplozji. Wyczuł także, jak zasięgi eksplozji rozmieszczą się 
wokół kadłuba „Sokoła” - w taki sposób, żeby frachtowiec został zmiażdżony jak wyrzucone 
opakowanie po racji żywnościowej.

- Nick, teraz - powiedział.
Nastawione na pełną moc działka plunęły ogniem laserowych strzałów prosto w dół, w 

ocean ognia między dziobowymi żuchwami statku. Trafione miejsce rozbłysło jak przegrzana 
plazma, a wysoko nad pancerz kadłuba frachtowca wystrzeliły fontanny płonącej skały. 
Bakburtowe górne silniczki manewrowe plunęły ogniem dokładnie w tej samej chwili co 
sterburtowe dolne. Potężny moment obrotowy w połączeniu z błyskawicami z działek, 
rozpylającymi na atomy i topiącymi popiół przed żuchwami „Sokoła”, dosłownie zaczął wwiercać 
statek w powierzchnię gruntu.

- Myślisz, że to nam pomoże? - wrzasnął Nick.
- Cicho bądź - odparł Skywalker. - To też nie jest moja najlepsza sztuczka.
Luke przestał się skupiać na czymś konkretnym. Wyczuwał teraz wszystko - paplaninę 

Nicka, swoje zmęczenie, toczącą się na zewnątrz bitwę i grożącą Leii zagładę. Przepłynęło to przez 
niego jak fala i nie pozostawiło żadnego śladu. Umysł młodego Jedi stał się czysty jak kryształowy 
dzwon, który lada chwila miał wydać tylko jeden, idealnie klarowny dźwięk.

Ten dźwięk zainicjował drobną zmianę, którą Moc wysłała łagodnie - bardzo łagodnie - w 

górę, w warstwy atmosfery, żeby lekko trącić spadające bomby. To delikatne trącenie zmieniło ich 
trajektorie najwyżej o stopień czy dwa, dzięki czemu zaczęły lecieć po łukach i zamiast wylądować 
w precyzyjnym pierścieniu sto metrów od „Sokoła”, eksplodowały w równie precyzyjnym 
pierścieniu o średnicy czterystu metrów. Oznaczało to, że kratery ich eksplozji nie nałożyły się na 
siebie w miejscu, gdzie spoczywał „Sokół”. Nie zmiażdżyły frachtowca jak opakowanie po racji 
żywnościowej, a tylko bardzo, naprawdę bardzo mocno go ścisnęły, podobnie jak ściskało się w 
palcach łupinę rakmelona. Dzięki temu frachtowiec został pchnięty przez dodatkową siłę.

Prosto w dół.
To powinno stanowić problem, ale siła eksplozji protonowych bomb jeszcze bardziej 

osłabiła i tak już popękaną i nadwerężoną wierzchnią skorupę ogromnego wulkanicznego bąbla, 
który tworzył dno niecki z popiołem. Fale udarowe po wybuchach w połączeniu z ogniem 
laserowych działek „Sokoła” i ruchem obrotowym, jaki mu nadawały silniczki manewrowe, 
roztrzaskały skałę. Statek wbił się w nią i zacząć się pogrążać w naturalnym pionowym szybie o 
głębokości kilkuset metrów. Opadał w towarzystwie głazów, zębatych skalnych brył i płonącego 
popiołu. Z hałasem odbijał się od skał wystających po obu stronach ze ścian szybu.

Nick wydał radosny wrzask i nie przestawał krzyczeć, dopóki nie zabrakło mu powietrza w 

płucach. Luke wygramolił się ze swojej wieżyczki.

- Aeono! - zawołał. - Nastaw silniczki manewrowe na automatyczną sekwencję i prześlij 

energię do repulsorów!

- Naprawdę tego chcesz? - usłyszał w odpowiedzi.
Luke zaparł się w szybie prowadzącym do wieżyczki, a „Sokół” szarpnął i zaczął lecieć 

poziomo. Przeciążone silniki repulsorów zawyły na znak protestu. Statek zderzył się z 
rumowiskiem odłamków skalnych na dnie szybu z jękiem, piskiem i zgrzytem torturowanego 
metalu. W końcu spoczął poziomo, ale na jego górną powierzchnię wciąż jeszcze spadały skały, 

background image

popiół i niezidentyfikowane szczątki.

Nick zamrugał i spojrzał na rumowisko, na którym spoczywała jego wieżyczka.
- No, no... muszę przyznać, że to było coś oryginalnego - powiedział. - Wiesz chyba, że 

gdyby Aeona spóźniła się choć pół sekundy z włączeniem repulsorów, w tej chwili zdrapywałbyś 
szpatułką to, co by ze mnie zostało? - Pochylił się do przodu i spojrzał przez transpastalowy bąbel 
wieżyczki na niewielki, nieregularny krąg światła wpadającego z góry przez otwór o poszarpanych 
krawędziach, którym wlecieli do szybu. - Zrobiłeś to celowo?

- Mniej więcej - odparł Luke. - Wiedziałem, że musimy się znaleźć pod powierzchnią 

gruntu, nie miałem tylko pojęcia, jak to zrobić. Miło ze strony bandytów, że nam w tym pomogli, 
co?

- Przypomnij mi, żebym wysłał im kartkę z podziękowaniami - mruknął Nick.
Luke ruszył na dziób i wyłowił komunikator z kieszeni.
- Aeono, wyłącz dopływ energii do silniczków manewrowych - rozkazał. - Prześlij 

wszystko, czym dysponujesz, do jednostek napędowych repulsorów. Już tam idę.

- Dokąd się wybierasz? - zainteresował się Nick.
- Ktoś musi pilotować tę łajbę.
- Pilotować ją? W takim miejscu?
- Tak - potwierdził Skywalker. - Na ile zdążyłem ocenić umiejętności pilotowania twojej 

przyjaciółki, nie zdecydowałbym się jej powierzyć tego zadania.

- Na pewno dasz radę to zrobić?
- W całej galaktyce żyje tylko jeden człowiek, który potrafi pilotować ten statek lepiej niż ja 

- odparł Skywalker.

- To może powinniśmy go odnaleźć?
- Właśnie taki mam zamiar - stwierdził Luke. - Zajmij się obsługą górnej wieżyczki i 

zwracaj uwagę na ekrany taktycznych monitorów.

- Tak? - zdziwił się Nick. - Na co mam uważać?
- Na myśliwce TIE - odparł spokojnie młody Jedi.
Nick wyciągnął szyję. Przez mały otwór wysoko w górze wpadał do szybu strumień 

gwiezdnych maszyn.

- No, no... coś wspaniałego - mruknął starszy mężczyzna. - Kto ich powstrzyma przed 

rozpyleniem nas na atomy, kiedy ty będziesz usiłował poderwać tę łajbę i odlecieć?

Luke wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu.
- Ty - powiedział i puścił się biegiem do sterowni.

Han i Leia, zetknięci plecami, stali pośrodku zacieśniającego się kręgu skalnych stworzeń. 

Zataczając lufami blasterów krótkie łuki, posyłali ku przeciwnikom ogłuszające błyskawice, ale 
każdy strzał dawał im zaledwie kilka sekund, a żadna z ich broni nie miała energii na więcej niż 
kilka błyskawic. Chewbacca leżał nieprzytomny, do połowy pogrążony w stwardniałym kamieniu, a 
R2-D2 spoczywał na boku. Miał ciemne fotoreceptory, a ze spalonych kondensatorów sączyły się 
pasemka dymu. Jedyne światło w pieczarze rzucały skwierczące błyskawice pełzające po 
stworzeniach, które coraz bardziej się zbliżały.

- Głupio tak umierać! - parsknął Solo, zamieniając w galaretę kilka następnych stworzeń. - 

Nie wiemy, czym są te potwory ani co tu robią. Nie wiemy nawet, dlaczego są na nas tak wściekłe.

- Nie są wściekłe - stwierdziła cicho Leia i wystrzeliła dwukrotnie. - Wyczuwam to. Nie 

chcą nawet wyrządzić nam krzywdy. Chcą nas tylko pogrążyć w skale, żeby mogły się zająć 
swoimi sprawami.

- A więc po prostu pojawiliśmy się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze i 

mamy za to zginąć? - żachnął się Solo.

- Hanie... - Leia nacisnęła spust blastera, ale emiter nie zadziałał. - Hanie, skończyła mi się 

energia - oznajmiła.

- Dobrze, dobrze - burknął Solo przez zaciśnięte zęby. Urządzenie ostrzegawcze w kolbie 

background image

jego blastera informowało go, że i jemu pozostało energii najwyżej na cztery czy pięć ostatnich 
strzałów. Oznaczało to, że wkrótce jej zabraknie, mimo że broń była nastawiona na połowę mocy. 
Han objął Leię za ramiona i zaczęli się wycofywać. Od czasu do czasu posyłał strzał do tyłu, żeby 
w pierścieniu skalnych stworzeń powstała choćby mała luka. - Trzymaj się blisko mnie. Może uda 
nam się wydostać z ich kręgu. Może gdzieś tu jest ukryty naładowany blaster...

- Ktoś nadchodzi! - przerwała księżniczka. - Hanie, ktoś się zbliża! Idzie po nas!
- Czyżby to Luke? Proszę, powiedz, że to on! - Han poprzysiągł sobie w myśli, że jeżeli 

Leia potwierdzi jego przypuszczenie, już nigdy, przenigdy nie zażartuje z Mocy, z Jedi, ich 
świetlnych mieczy czy czegokolwiek innego.

Stojące najbliżej wylotu tunelu stworzenia nagle zamieniły się w kałuże ciekłej skały.
- To nie Luke - odparła półgłosem Leia..
Obszar, w którym stworzenia rozpływały się w kałuże, zaczynał się rozszerzać. Kolejne 

stwory po prostu się topiły, energia ich pola elektrostatycznego znikała, wyładowania cichły i w 
końcu, kiedy upadł ostatni, w pieczarze zapanowała absolutna, czarna ciemność, jakby Han i Leia 
nagle oślepli.

W tej absolutnej ciemności usłyszeli nagle warczenie.
- Co to, do diabła było? - zapytał Solo. - Zabrzmiało, jakby koreliańska pantera piaskowa 

usiłowała ostrzec intruza.

- Wiem, co powiedziało - odparła jeszcze ciszej Leia. - Mówiło tak: „Waszym schronieniem 

jest Ciemność. Schrońcie się w Ciemności, jakby utrudzony wędrowiec pogrążał się we śnie”.

- Co to miało znaczyć? - wybuchnął Han. - A skoro już o tym mowa, co to jest?
- Nie wiem - odparła księżniczka. - Po prostu... w jakiś sposób go rozumiem.
Z ciemności doleciało następne warknięcie. Jego kierunek wskazywał, że istota się porusza. 

Han skierował emiter swojego DL-44 w stronę miejsca, z którego napływały złowieszcze dźwięki.

- Co teraz mówi? - zapytał.
Leia objęła go z całej siły.
- Mówi, że wyczuwa twój strach - oznajmiła.
- Tak? - zadrwił Han. - W takim razie wyczuj jeszcze to! - Posłał w ciemność kolejną 

blasterową błyskawicę i w chwili rozbłysku zobaczył to, a raczej jego. Ciemny kształt, o wiele 
większy niż piaskowa pantera, przemknął wzdłuż ściany pieczary. Han znów dwa razy dał ognia, 
ale jego błyskawice wbiły się nieszkodliwie w kamień. Ten gość, ten potwór, czymkolwiek był, 
poruszał się zbyt zwinnie i szybko, żeby Han mógł go choćby dostrzec. Mimo to Solo zacisnął 
szczęki i dwukrotnie, bardzo lekko, przycisnął spust swojego DL-44. Po chwili przycisnął go 
jeszcze raz, ale usłyszał tylko zlaną w jeden dźwięk sekwencję suchych trzasków. Zmełł w ustach 
przekleństwo.

Warczenie przerodziło się w basowy, paskudny chichot. Han nie musiał korzystać z pomocy 

Leii, żeby zrozumieć jego znaczenie.

- Myślisz, że to zabawne? - zapytał. - Włącz światło, to ci pokażę coś naprawdę śmiesznego!
- Hanie, nie drażnij go - szepnęła księżniczka.
- Dlaczego? - zapytał Solo. - Myślisz, że nasza sytuacja może jeszcze się pogorszyć?
- Tak - odparła bez wahania Leia. - Podejrzewam, że ten potwór przyszedł do mnie. Jeżeli 

będziesz trzymał język za zębami, może pozwoli ci nadal żyć.

W ciemności rozległ się znowu basowy chichot, do którego zrozumienia Han nie 

potrzebował pomocy tłumaczki. Po jego lewej stronie pojawiła się zimna, zielonkawa poświata. 
Przy takim oświetleniu Solo nie potrafiłby wprawdzie ocenić wzrostu istoty ani odległości od niej; 
poświata jednak zaczęła obejmować coraz większą przestrzeń i stała się amorficzną plamą światła. 
Pośrodku plamy widniał cień o kształcie zniekształconej ludzkiej dłoni. W miarę jak blask się 
rozlewał wokół dłoni, zaczęły się z niej wyłaniać wici, rozrastające się jak lodowe kryształy po 
wewnętrznej stronie szyby. W końcu z poświaty wyłoniła się sylwetka potężnego mężczyzny, 
kucającego na posadzce jak gotowy do ataku katarn. Źródłem poświaty były luminescencyjne 
mchy, które wyrastały z dłoni olbrzyma. Szybko się rozprzestrzeniały i w końcu zarosły całą 
posadzkę, ściany i sklepienie pieczary.

background image

Han miał kompletnie wyschnięte gardło. Musiał odkaszlnąć, żeby coś powiedzieć. Odwrócił 

się do Leii.

- Czy to... czy on to zrobił? - zapytał.
- Tak mi się wydaje - szepnęła ochryple księżniczka.
Olbrzym wstał. Han spróbował przełknąć piasek w ustach i z całej siły chwycił kolbę 

blastera. Ich przeciwnik rzeczywiście okazał się olbrzymem.

Był niemal równie wysoki jak Chewbacca, ale przynajmniej dwa razy bardziej rozrośnięty 

w ramionach i w barach. Nosił spodnie gwiezdnego podróżnika, napięte na grubych lędźwiach jak 
skóra na bębnie. Miał potężne uda, większe niż cała klatka piersiowa Hana, a jego skóra była 
ciemna jak timmosłońce. Bezwłosa czaszka lśniła niczym wypolerowana. Kiedy się uśmiechnął, 
ostre, długie zęby mogłyby wzbudzić zazdrość Barabela.

Ogromny ciemnoskóry mężczyzna rozłożył szeroko ręce, jakby ich do siebie zapraszał. 

Wydawał obecnie dziwne dźwięki, brzmiące jak buczenie chmary owadów.

- Mówi: Oto twoje światło - oznajmiła Leia. - I co teraz? Zastrzelisz go ze swojego 

rozładowanego blastera?

- Masz na myśli ten rozładowany blaster? - odparł Solo i strzelił do kolosa.
Ogłuszająca błyskawica rozprysnęła się po ogromnym torsie mężczyzny, który się zachwiał, 

ale nie upadł, więc Han dał ognia ponownie, a później na wszelki wypadek jeszcze raz. To był jego 
ostatni strzał, a on nie wyobrażał sobie, jak mógłby go lepiej wykorzystać.

- Nigdy nie słyszałeś o Pstryknięciu Przemytnika, hm? - zagadnął Han olbrzyma. - Myślałeś, 

że chcę dać ognia z rozładowanego blastera, prawda?

Han zamilkł, bo zauważył, że ogromny mężczyzna uśmiecha się do niego.
Wyglądało na to, że ogłuszające strzały nie wywarły na nim najmniejszego wrażenia. Han 

zauważył jednak ku swojemu zdumieniu, że kolos stoi po kostki w kałuży roztopionego kamienia.

Zanim Han zdążył zrozumieć, co widzi, olbrzym przeskoczył dzielącą ich odległość. Jedną 

ogromną dłonią chwycił go za gardło i bez wysiłku uniósł w powietrze. Han walnął go 
rozładowanym blasterem w twarz, aż na policzku mężczyzny pojawiła się głęboka rana, ale kolos 
chyba i na to nie zwrócił uwagi. Ścisnął Hana za podbródek drugą dłonią i zaczął mu odginać głowę 
do tyłu. Cały czas warczał.

W pewnej chwili Han usłyszał cichy trzask i coś przeskoczyło w szyjnym odcinku jego 

kręgosłupa. Solo mógł tylko cicho charczeć. Doszedł do wniosku, że Leia miała rację, prosząc go, 
żeby nie drażnił potwora. W końcu Leia krzyknęła:

- Przestań! Jeżeli on zginie, ja też!
Han pomyślał, że to śmieszna groźba, bo chyba celem wielkoluda było uśmiercenie ich 

obojga, ale ku swojemu zdumieniu stwierdził, że nacisk na jego kark zelżał, a szum w uszach 
ucichł, kiedy zaczęła w nich znów krążyć krew.

- Puść go! - Leia trzymała rozładowany blaster i, nie odrywając palca od spustu, wciskała 

wylot emitera pod swoją brodę. - Nie żartuję!

Potwór otworzył dłoń i Han, łapczywie chwytając powietrze, osunął się na dno pieczary. 

Mężczyzna ponownie rozłożył szeroko ręce.

- A teraz odejdź od niego! Powoli! - rozkazała księżniczka.
Olbrzym się cofnął, ale tylko o krok.
- Dalej!
Ogromny mężczyzna przyklęknął na jedno kolano i powoli położył prawą dłoń na 

kamiennym dnie jaskini. Kiedy jego palce dotknęły świecących mchów, w jaskini zapanowała 
znów nieprzenikniona ciemność.

Han poczuł silny prąd powietrza, które owionęło go ze świstem. Usiłował kopnąć w tamto 

miejsce, ale chybił. Mógł tylko wychrypieć:

- Leio, uważaj!
- Hanie... - Księżniczka miała tak zdławiony głos, że niczego nie zrozumiał. Słyszał tylko 

stłumione odgłosy walki. Z wysiłkiem wstał w ciemności i skoczył w kierunku źródła dźwięków. 
Coś jednak podcięło jego nogi i Han upadł na dno jaskini.

background image

Padając, usłyszał głośny plusk.
Oho, niedobrze, pomyślał Solo. Z trudem podniósł się na czworaki, ale galaretowate dno 

pieczary już stwardniało i zmieniło się w litą skałę. Unieruchomiło to na dobre jego stopy i łydki, 
kolana i dłonie aż do nadgarstków.

- Puść mnie! - krzyknęła wyraźnie przerażona Leia. - Puść mnie, ty dziwolągu!
- Nie dotykaj jej! - zawtórował Han. - Nie waż się jej nawet tknąć! Leio!
W odpowiedzi usłyszał tylko echo swoich słów, odbitych od ścian pieczary.
Stał na czworakach, z wysiłkiem oddychając. Czuł ból i desperację. Usiłował szarpnięciem 

uwolnić dłonie, ale po kilku takich próbach łokcie zatrzeszczały, a ręce zdrętwiały. Mógł 
wprawdzie poruszać palcami nóg w butach, za to nogi były unieruchomione jeszcze dokładniej niż 
dłonie.

Nie mógł nic zrobić. Zupełnie nic.
A Leia znalazła się w rękach olbrzyma. Kim był? Han nie miał pojęcia. Nic z tego, co się 

wydarzyło, nie miało dla niego najmniejszego sensu.

Pewnie zginie i nigdy się tego nie dowie.
„Zaufaj Mocy”, powiedziała mu kiedyś Leia. Cóż, jeżeli Moc miała jakieś plany, żeby mu 

pomóc, nie wyobrażał sobie lepszej chwili niż obecna.

- I co? - odezwał się głośno. - Jesteś tam? Nie mogłabyś odrobinę ulżyć najlepszemu 

przyjacielowi twojego ostatniego Jedi?

Nagle z kieszeni jego kamizelki dobiegł szum zakłóceń, a zaraz po nim znajomy głos:
- Hanie? Hanie, czy mnie słyszysz? Hanie, zgłoś się! To ja, Luke!
To rzeczywiście mógł być ten przysłowiowy łut szczęścia, a może nawet znak, po którym 

Han uwierzyłby w istnienie Mocy na zawsze... gdyby nie drobny fakt, że miał obie dłonie zatopione 
w litej skale, więc nawet nie mógł wyłowić komunikatora z kieszeni, żeby odpowiedzieć.

Doszedł do wniosku, że Moc - jeżeli naprawdę istnieje i działa w taki sposób, jak zawsze 

twierdzili Luke i Leia - ma bardzo paskudne poczucie humoru.

„Sokół” leciał z szybkością rakiety przez labirynt jaskiń - Nick patrzył przerażony na coraz 

mniejszą odległość od mijanych grzbietów skalnych, które mogły oderwać mu głowę, jeżeli nie całą 
wieżyczkę działka, a także na zębate występy, które statek musiał omijać. Słyszał nieustanny 
łoskot, jęk i zgrzyt metalu ocierającego się o kamienie, a z tyłu widział coraz bliżej małe i zwinne 
myśliwce TIE. Tylko licznym zakrętom, co zmuszało do nieustannych zmian kursu, zawdzięczali, 
że piloci tych maszyn nie mogli otworzyć ognia z laserowych działek. Przelatując przez rzadkie 
proste odcinki, gdzie nieprzyjaciele mogliby zaryzykować strzał, Nick kierował ogień 
czterolufowych laserów z górnej kopułki do tyłu, za rufę „Sokoła”. Przy małej odległości, w 
miejscu, w którym piloci nie mogli wykonywać uników, raz po raz któryś myśliwiec TIE dostawał 
prosto w „gałę” laserową błyskawicę, po czym zderzał się z kamienną ścianą albo eksplodował.

Słowa Nicka o umiejętności odstrzelenia skrzydełka perthrilliańskiej nocnej osy nie były 

czczą przechwałką.

Kierując ogień do tyłu, próbował nie myśleć o rozmytych skalnych ścianach 

przemykających obok jego wieżyczki tak blisko, że gdyby mógł otworzyć panel iluminatora, dałby 
radę ich dotknąć... ryzykując co prawda oderwanie ręki.

- Mam nadzieję, że wiesz, dokąd lecisz! - krzyknął w kierunku Luke’a.
- Wyczuwam drogę! - odkrzyknął niemal pogodnie Skywalker. - Jak sobie tam radzisz?
Nick obrzucił niechętnym spojrzeniem zakręty skalnego tunelu, a także wyloty jego 

bocznych odnóg, które w błyskawicznym tempie pojawiały się i niknęły w absolutnej ciemności za 
rufą „Sokoła”.

- Nic nam nie grozi, dopóki nie wymyślą sposobu strzelania zza zakrętu! - powiedział.
Nagle w ciemności za rufą pojawiła się para płonących błękitnym blaskiem kul energii, 

które zaczęły się zbliżać do frachtowca.

- Pospieszyłem się z oceną sytuacji! - wrzasnął. Przestawił dźwignię drążka kontrolnego i 

background image

spróbował namierzyć zbliżające się do nich kule, lecące łukami z bardzo dużą prędkością. - Od rufy 
nadlatują torpedy - zameldował. - Chyba dopadli nas w końcu piloci tamtych bombowców!

- Weź na cel te torpedy - rozkazał Luke.
- A jak ci się wydaje, co robię? - warknął Nick przez zaciśnięte zęby. Pierwsze błyskawice 

jego laserowych strzałów przecięty tor lotu bliższej torpedy, ale dalsza przeleciała przez miejsce 
eksplozji i nadal się zbliżała. Nick, przeklinając trawers wieżyczki, wykrzyknął:

- Równie dobrze mógłbym w nie rzucać odłamkami skał! - W końcu wycelował prawidłowo 

działka i przechwycił drugą torpedę zaledwie kilkanaście metrów za wylotami dysz jednostek 
napędu podświetlnego „Sokoła”. - Niewiele brakowało! Czy możesz mi przekazać kontrolę nad 
drugą wieżyczką przez tę, z której strzelam?

- Druga wieżyczka jest w tej chwili trochę zajęta - odparł Luke. Z górnego działka trysnęły 

błyskawice jego laserowych strzałów, które przecięły ciemność przed dziobem statku i zburzyły 
ściany przewężenia tunelu.

„Sokół” zderzył się ze skalną ścianą z prędkością wystrzelonego z małej odległości bełta 

kuszy, bo prześwit w miejscu przewężenia okazał się zbyt mały. Rozległ się ogłuszający łoskot 
zderzenia, a jego siła o mało nie przebiła transpastalowego bąbla nad głową Nicka.

- Tam rzeczywiście było trochę ciasno - skomentował Luke. - Moim zdaniem coś 

straciliśmy.

- Wygląda mi to na antenę paraboliczną zestawu sensorów - stwierdził Nick, przyglądając 

się, jak szczątki anteny, koziołkując w locie, przelatują nad jego głową i znikają w ciemności za 
rufą.

- Coś podobnego! - zdziwił się Skywalker. - Han wciąż jeszcze kpi sobie z Landa za to, że 

podczas ataku na drugą Gwiazdę Śmierci stracił jego ostatnią antenę. Tym razem docinkom nie 
będzie końca.

- Nigdy ich nie usłyszysz, jeżeli się stąd nie wyniesiemy! - odkrzyknął Nick, a w tej samej 

chwili z ciemności za rufą wyłoniły się cztery następne błękitne gwiazdy. Na razie były daleko, ale 
zbliżały się tak szybko, że przeistoczyły się z punkcików w obiekty wielkości borglepiłek, zanim 
Nick zdążył jęknąć:

- Cztery? Jakim cudem mam zestrzelić aż cztery?
Wymierzył lufy laserowych działek w sklepienie tunelu tuż za frachtowcem i przycisnął 

spusty. Tunel za nimi wypełnił się chmurą dymu i pyłu, ale nadlatujące torpedy nawet nie zwolniły. 
Nick zauważył jednak, że od sklepienia odpadło kilka dużych skalnych brył. Dopiero one 
powstrzymały nadlatujące torpedy. Pierwsza otarła się o koziołkujący głaz, zmieniła trajektorię lotu 
i wbiła się w sklepienie. Jej eksplozja wyrwała w sklepieniu spory krater, z którego posypały się 
następne głazy. W krótkich odstępach czasu trafiły w następne torpedy, które znalazły się blisko 
statku. Zewnętrzne reflektory „Sokoła” wyraźnie oświetliły ścianę koziołkujących i podskakujących 
głazów, które zamknęły tunel od dna do sklepienia i od ściany do ściany.

- Życzę pilotom bombowców powodzenia, kiedy będą usiłowali oblecieć tę zaporę - 

wymruczał Nick, bardzo zadowolony z siebie. Po chwili uświadomił sobie, że widzi zaporę za rufą 
w tym samym miejscu co dotąd. Oznaczało to, że „Sokół” znieruchomiał.

- Hej, dlaczego zastopowaliśmy? - zapytał.
- Spójrz do przodu - usłyszał w odpowiedzi.
Nick obrócił wieżyczkę czterolufowych laserów.
- O rany - jęknął.
Wydostali się z tunelu, a przed nimi widniała gładka kamienna ściana. Nick uświadomił 

sobie, że przed chwilą zatkał jedyną drogę ucieczki, i to szczelniej niż skarbiec z hrthgingiańskimi 
ognioklejnotami.

- Uhm, Luke - powiedział z namysłem. - Nie próbuj się wycofywać.
Siedzący w sterowni Luke wpatrywał się z ponurą frustracją w kamienną ścianę przed 

dziobem frachtowca. Był pewny, że lecą we właściwą stronę. Tak było zawsze, ilekroć Moc mówiła 
mu, że ma się czuć pewnie. Odwrócił się do Aeony, siedzącej w ochronnej uprzęży na fotelu 
drugiego pilota.

background image

- Nic nie rozumiem - przyznał, kręcąc głową. - Coś tu jest nie w porządku. Tego nie 

powinno tu być.

- Nie trać czasu na kombinowanie, co powinno, a czego nie powinno być - odparła 

Mindoranka, marszcząc brwi. - Martw się tym, co jest.

Skywalker postanowił nie zdradzać kobiecie, że mówi jak Yoda.
Aeona wyglądała na zmęczoną, a w jej głosie słychać było żal.
- Pomyśl lepiej, jak się stąd wydostać - dodała.
Luke posłał jej współczujące spojrzenie.
- Cierpisz na klaustrofobię? - zapytał.
- Odrobinę - przyznała rudowłosa, niechętnie kiwając głową. - Mimo to trudno mi się z tym 

uporać.

- Mnie też, zwłaszcza dzisiaj. Nie martw się - pocieszył ją młody Jedi. - Pierwszą rzeczą, 

jaką trzeba zrobić, jeżeli ktoś się zgubi, to zatrzymać się i poprosić o wskazówki. - Przeniósł 
spojrzenie na system łączności i wpisał kod komunikatora Leii. - Leio? - zapytał. - Leio, 
odpowiedz, proszę. Tu Luke.

Nie usłyszał jednak nawet szumu zakłóceń.
- Leio, zgłoś się - nalegał.
- Możesz o tym zapomnieć - stwierdziła Aeona i machnięciem ręki pokazała ścianę przed 

dziobem statku. - Widzisz, jak opalizuje ten czarny kamień? Jak błyszczy? Wygląda na to, że przez 
tę całą jaskinię biegnie żyła topiskały... a to jest rodzaj skały, która...

- Wiem, co to jest. - Luke zgiął i rozprostował palce. Wyczuwał mroczne echo swojego 

systemu nerwowego - cieniutkich nitek kryształów, które rozprzestrzeniały się w jego ciele. - Co to 
ma wspólnego z łącznością? - zapytał.

- Topiskała blokuje częstotliwości sygnałów komunikatorów - wyjaśniła Aeona. - Musiałbyś 

dysponować zestawem systemu łączności okrętu liniowego, żeby uzyskać chociaż szansę przesłania 
swojej wiadomości.

- Tylko o to chodzi? - Luke uśmiechnął się krzywo; tak samo często uśmiechał się Solo. 

Zaczął przerzucać dźwigienki przełączników i wciskać klawisze. - Daj mi minutę, dobrze?

- Mówię ci, że to nic nie pomoże - prychnęła Mindoranka.
- Ten statek był kiedyś osobistym środkiem transportu dowodzącego generała w Sojuszu 

Niepodległych Planet - przypomniał Luke. Skończył wpisywać sekwencję kodu i w tylnej ścianie 
otworzyła się klapa włazu, a za nią pojawił się ogromny, najnowocześniejszy komunikator. - Han 
wprawdzie zrezygnował ze służby w siłach zbrojnych, ale nie należy do ludzi, którzy 
zrezygnowaliby z takiego udoskonalenia na pokładzie własnego statku. Dzięki temu zestawowi 
można przesłać sygnał aż na kraniec galaktyki. Co prawda, posłużenie się tym komunikatorem 
pochłonie większą część rezerwy energii z rdzenia reaktora, ale i tak nigdzie się nie wybieramy. - 
Spojrzał na komunikator. - Leio, jesteś tam? - zapytał, ale nie usłyszał odpowiedzi. Zmarszczył 
brwi i przełączył komunikator na kod Hana. - Hanie! Hanie, czy mnie słyszysz? Hanie, zgłoś się! 
To ja, Luke!

Usłyszał trzask i do życia obudził się głośnik komunikatora.
- Generale Skywalker! Słyszymy, że masz trochę kłopotów!
Luke zmarszczył brwi.
- Lando? - zdziwił się. - A ty co robisz w tym systemie?
- Zadaję sobie to samo pytanie mniej więcej sześćdziesiąt razy na godzinę - odparł 

Calrissian. - Gdzie się w tej chwili znajdujesz?

- Nie mam pojęcia. Gdzieś pod powierzchnią gruntu - przyznał Skywalker. - Staram się 

odnaleźć Leię. Jeszcze do niedawna czułem dzięki Mocy, że jest gdzieś w pobliżu, ale w tej chwili 
już jej nie wyczuwam.

- Straciliśmy kontakt z Hanem i Leią dopiero kilka minut temu - poinformował go Lando. - 

Han wspomniał, że znajdują się w pieczarze. To dlatego prowadzimy nasłuch na częstotliwości jego 
komunikatora. Posłuchaj, nie tylko ty masz kłopoty. Wkrótce możemy stracić całą naszą flotę 
szturmową.

background image

- Stracimy coś więcej niż tylko flotę - mruknął Luke.
- Słucham? Nie zrozumiałem, co powiedziałeś. Mógłbyś to powtórzyć?
- Nieważne - odparł młody Jedi.
- Luke, staram się jak mogę, ale naprawdę potrzebujemy ciebie do tej walki - oznajmił 

Calrissian. - Jak szybko możesz znów objąć dowodzenie?

- W ogóle nie mogę - odparł Luke. - Nie mam czasu, żeby wszystko ci wyjaśnić. Ty 

dowodzisz podczas tej bitwy, Lando. I tak zresztą jesteś lepszym generałem niż ja kiedykolwiek 
będę.

- Na razie nie mogę tego udowodnić - usłyszał w odpowiedzi. - Informuj mnie na bieżąco. 

Wystarczy, jeżeli powiesz słowo, a przekażę ci dowodzenie. Posłuchaj, mam tu kogoś, kto bardzo 
chciałby z tobą porozmawiać.

- Och, och, panie Luke! Och, dzięki niech będą niebiosom za to, że dobrze się pan czuje!
- Dobrze to lekka przesada - odparł Luke. - Miło mi jednak słyszeć twój głos, Threepio.
- Och, panie Luke! Jestem bardzo poważnie zaniepokojony! - ciągnął C-3PO. - Księżniczce 

i kapitanowi Solo grozi straszliwe niebezpieczeństwo... panu także, jeżeli mogę tak powiedzieć.

- Wiem - odpowiedział Skywalker. - Ale skąd ty to wiesz?
- Monitoruję częstotliwości systemów łączności ich napastników, pomimo ich 

barbarzyńskiej dykcji - odparł C-3PO. - W końcu potrafię się płynnie porozumiewać w ponad...

- Już mi to mówiłeś - przypomniał młody Jedi. - O jakich napastników ci chodzi? Gdzie się 

w tej chwili znajdują?

- Proszę, niech pan się pospieszy, panie Luke! Możliwe, że do tej pory Artoo został już 

zniszczony!

- Threepio, powiedz mi chociaż, gdzie ci napastnicy są!
- Prawdę mówiąc, całkiem blisko pana... nie dalej niż piętnaście metrów - usłyszał w 

odpowiedzi. - Prosto w górę, wzdłuż planetarnego promienia.

- Chcesz powiedzieć, że oni są dokładnie nad nami? - zapytał zdumiony Skywalker.
- O tak - przyznał C-3PO. - Ci napastnicy zlokalizowali pana bardzo dokładnie... właśnie się 

zastanawiają, czy pana... to wyrażenie można przetłumaczyć mniej więcej jak „uwięzić” albo 
„izolować”, ale to na pewno będzie jakiś rodzaj ataku... już w tej chwili, czy też może ruszyć w 
pościg za Połówką, kimkolwiek ona może być.

Luke przestał go słuchać. Zmarszczył brwi i spojrzał podejrzliwie na sklepienie z gładkiego 

czarnego kamienia nad sterownią.

- Piętnaście metrów... to mnóstwo skały do przebicia - mruknął do siebie. - Nawet klingą 

świetlnego miecza.

- To nie jest zwyczajny kamień - przypomniała Aeona. - To topiskała.
- Nie rozumiem, o co tu chodzi - odparł Luke.
- No to twoi przyjaciele mają szczęście, że tu jestem, bo ja wiem, o co chodzi - odcięła się 

Mindoranka. - Mam nadzieję, że im to powtórzysz, bo kiedy ich odnajdziemy, czuję, że mogą być 
na mnie trochę... wściekli.

Sięgnęła do włącznika systemu przeciwpiechotnego i włączyła generator pola 

elektrostatycznego. Po kadłubie „Sokoła” zaczęły z trzaskiem sunąć krzaczaste błyskawice.

- Wystartuj i leć w górę - poleciła. - Grzecznie i powoli.
- Coś podobnego! - odezwał się Luke, bo wreszcie zrozumiał, co Aeona chce zrobić, kiedy 

ogłuszające pole objęło cały kadłub frachtowca. - Na pewno bym się tego sam domyślił - 
powiedział. - Wcześniej czy później.

- Jasne - mruknęła współczująco rudowłosa kobieta. - Miałeś dzisiaj bardzo ciężki dzień.
- Można tak powiedzieć. - „Sokół” wzniósł się w powietrze i dotknął przesyconego 

topiskałą sklepienia tunelu. Kamień natychmiast się stopił i zaczął spływać po pancerzu kadłuba, 
tworząc kałuże na dnie tunelu pod statkiem. - Ile czasu upłynie, zanim te kałuże zakrzepną? - 
zainteresował się młody Jedi.

- Nie mam pojęcia - przyznała Aeona. - Dlaczego pytasz?
- Myśliwce typu TIE nie mają przeciwpiechotnych systemów, a ich laserowych działek nie 

background image

da się nastawić na ogłuszanie.

Rudowłosa pokiwała z namysłem głową.
- A zatem nie musimy się martwić o nieproszonych gości - powiedziała. - Jak daleko 

jeszcze?

Luke poszukał odpowiedzi w Mocy.
- Już... prawie... jesteśmy... na miejscu - powiedział.
W końcu „Sokół” przebił powierzchnię galaretowatego kamienia jak aquariańska 

demonokałamarnica polująca na skaczącego gnooroopa. Strumienie topiskały spłynęły po kadłubie 
i po bardzo brudnym mężczyźnie, który trzymał się jedynej części statku niepokrytej błyskawicami 
elektrostatycznych wyładowań o napięciu kilku tysięcy woltów - panelu okna sterowni.

- Luke... - Głosu nie było słychać, ale młody Jedi zrozumiał, czytając z ruchu warg Hana. - 

On ją porwał, Luke. Leia zniknęła.

Cronal stanął w kolebkowo sklepionym wejściu do Pieczary Mrocznego Tronu. Jego tron 

unosił się cały czas na platformie z topiskały. Wyglądał ponuro i złowieszczo w krwistoczerwonym 
blasku spadającego za nim strumienia płonącej lawy. Wodząc oczami Kara Vastora po pieczarze, 
poczuł smutek. Naprawdę bardzo żałował, że tak wspaniale zainscenizowany i rzeczywisty 
holodramat nigdy nie dotrze do masowego odbiorcy, na co w pełni zasługiwał.

Tak właśnie zmieniały się koleje losu życia i sztuki. Zamiast ubolewać nad swoim 

zmarnowanym arcydziełem, Cronal postanowił się skupić wyłącznie na najważniejszym zadaniu: 
zdobycia nowego, zdrowego ciała. Musiał także pamiętać, żeby zabić wszystkich, którzy mogli 
wiedzieć albo choćby tylko podejrzewać, że ta młoda i piękna kobieta jest w rzeczywistości starym, 
odrażającym mężczyzną.

Uniósł ciało nieprzytomnej Leii potężnym ramieniem ukradzionego ciała i delikatnie ją 

położył.

Nie mógł się powstrzymać, musiał poświęcić chwilę na jej podziwianie. Leia leżała na 

kamieniu, niezwykle piękna, chociaż nieprzytomna. Cronal przypomniał sobie, że obserwował ją 
podczas wielu lat służby w Imperialnym Wywiadzie. Monitorował jej działalność dosyć długo, 
zanim otwarcie opowiedziała się przeciwko Imperium, a później nawet je zdradziła podczas afery z 
Alderaanem. Młoda senator Organa, pomyślał. W ciągu tych wszystkich lat księżniczka Leia 
Skywalker ukrywała się na widoku. Kto mógłby pomyśleć?

Niemal pod każdym względem była lepszym wyborem niż jej brat. Głównie dlatego, że nie 

była wyszkoloną Jedi. Cronal wiedział, że kiedy zawładnie jej ciałem, nikt nie będzie podejrzewał, 
że to on przemierza wzdłuż i wszerz galaktykę, ryzykując życie, żeby ocalić obce osoby. Po 
traumatycznych doświadczeniach ostatniego okresu Leia, choć niechętnie, przejdzie na częściową 
emeryturę. Przeżyła, chociaż Imperium zastawiło na nią pułapkę, w której zginęli jej brat, jej 
ordynarny amant i wielu jej przyjaciół albo sojuszników. Przestanie pędzić życie pełne przygód i 
poświęci się tylko polityce.

Była po prostu idealna.
Cronal zamknął oczy i pozwolił, żeby część jego umysłu wróciła do starego, więdnącego 

ciała w komorze z systemami podtrzymywania życia. Z wnętrza tamtej czaszki mógł wysyłać umysł 
do skały, z której ukształtowano tę pieczarę, i kierować wolą stworzeń, które wykorzystywały skałę 
jako budulec swoich ciał.

Most łączący brzegi pieczary z Tronem znowu wyrósł, dzięki czemu mogli po nim przejść 

Kar Vastor i Leia. Zanim pomost zniknął, zdążyli wejść na platformę Mrocznego Tronu. Kamień 
platformy zafalował, rozpłynął się i uniósł, żeby pogrzebać nieprzytomną dziewczynę i 
nieruchomego człowieka w litej skalnej skorupie, która unosiła się wysoko nad powierzchnią 
jeziora płonącej lawy.

Cronal uznał, że to wystarczy, aby nikt mu przeszkodził w tym, co chce zrobić.
Pozostawało mu już tylko dopilnować, żeby jego nowe ciało nie zostało pochłonięte przez 

gwiezdną pożogą, która właśnie się rozpoczynała. Sparaliżowana dłoń natknęła się w ciemności na 

background image

modulator głosu, który powinien zmienić jego chrapliwy świst w płynny bas Shadowspawna. 
Wcisnął włącznik ustawionego zawczasu bezpiecznego kanału komunikatora.

- Słucham, mój Lordzie? - usłyszał. - Czy już pora?
- Tak - odparł po prostu Cronal. - Włączaj!
Ponownie zamknął oczy i skierował świadomość z powrotem do ciała Vastora. Nie zadał 

sobie trudu otworzenia skradzionych oczu skradzionego ciała, bo wewnątrz kamiennego grobowca i 
tak panowała ciemność. Oczy mu były niepotrzebne.

Dostroił skradziony mózg do odpowiedniej częstotliwości i pchnął. Kamień grobowca 

posłusznie zareagował. Przez pory ciała Leii zaczęły przenikać cienkie jak włos wici kryształów, a 
wraz z kryształami dotarła tam pełna potęga jego woli.

Sen. Sen to kres wszystkiego. Nie pozostało nic oprócz snu.
Wiekuistego snu.
Zaledwie dno pieczary zdążyło stwardnieć w wystarczającym stopniu, żeby utrzymać ciężar 

„Sokoła”, Luke wylądował i opuścił rampę towarową w przedziale inżynieryjnym. Odpiął pasy 
ochronnej uprzęży, wstał z fotela pilota i popatrzył na Aeonę.

- Chodź ze mną - powiedział.
Młoda Mindoranka spojrzała przez transpastal sterowni.
- Ja... nie mogę - wyjąkała. - Nie mogę wyjść na zewnątrz.
- Owszem, możesz.
- Nie... nie żartuję, Jedi. Nie masz pojęcia, czym jest to miejsce.
- No to mi to powiedz - zażądał Skywalker.
- To krypta Topniaków. - Aeona otarła dłonią usta. - Topniaki są... nie mam pojęcia, czym 

albo kim one są. Słyszałeś słowa swojego przyjaciela przez komunikator. Napastnicy, o których 
wspominał, to na pewno Topniaki. Oni po prostu wyłaniają się ze ścian albo wyrastają z dna 
pieczary. Wszędzie tu jest topiskała. Jeżeli ciebie dotknie, zareagujesz jak po porażeniu przez 
ogłuszający strzał z blastera, a one cię zabiorą do krypty i wepchną w głąb skały.

Skierowała na Luke’a wystraszone oczy.
- I pozostawią cię w niej na zawsze - dodała.
Luke popatrzył w kierunku ofiar częściowo zatopionych w ścianach i w dnie pieczary.
- Widzę - powiedział.
- Spędziłam na tej planecie wiele tygodni, starając się odnaleźć i ocalić Nicka - podjęła 

Mindoranka. - To właśnie dlatego sprzymierzyłam się z Mindoranami. Potrzebowali przywódcy, a 
mnie byli potrzebni żołnierze. Topniaki jednak... - Urwała i pokręciła głową. - Zaatakują cię bez 
jakiegokolwiek ostrzeżenia. Czasem udawało się ich powstrzymywać wystarczająco długo, żeby 
uciec... a kiedy indziej musieliśmy zostawiać kompanów w ich łapach. Kilku później znaleźliśmy. 
Niektórzy nawet wciąż żyli, ale nie byli już tacy sami. Nie po tym, kiedy spędzili trochę czasu w 
ciemności.

- Mogę to sobie wyobrazić - mruknął Luke.
- Możesz sobie wyobrazić, że zostałeś w taki sposób uwięziony? - zdziwiła się Aeona. - 

Sam? W ciemności? W czymś mroczniejszym niż ciemność? Ciemniejszym nawet niż pustka 
przestworzy?

- Tak - przyznał spokojnie Skywalker. - Mogę.
- To właśnie po tych przeżyciach zaczęłam cierpieć na lekką klaustrofobię, rozumiesz? - 

zapytała rudowłosa Mindoranka. - Nie istnieje nic ciemniejszego niż wnętrze tej pieczary.

Luke mógłby jej powiedzieć, że nie ma racji.
- Jeżeli tak uważasz - odparł tylko.
- A zatem rozumiesz, dlaczego nie mogę zejść do krypty Topniaków?
- Rozumiem, dlaczego nie chcesz tego zrobić, ale mimo to tam pójdziesz - zawyrokował 

Luke.

- Co, zamierzasz mnie do tego zmusić? - zapytała buntowniczym tonem Aeona.
Luke przekrzywił głowę.
- Tylko w ten sposób mogę powstrzymać Hana, żeby cię nie zabił, jak tylko cię zobaczy.

background image

Młoda kobieta zbliżyła dłoń do przywiązanej kabury z blasterem.
- Nie tak łatwo mnie zabić - oznajmiła.
- Nie rozumiesz - odparł łagodnie Luke. - Han jest moim najlepszym przyjacielem. Jeżeli 

jedno z was będzie musiało zginąć, tym kimś będziesz ty.

- Aha - mruknęła wyraźnie speszona Aeona.
- Chciałbym, żebyś to dobrze zrozumiała - ciągnął Skywalker. - W twoim umyśle nie 

powinny pozostać najmniejsze wątpliwości. Absolutnie żadne.

- Rozumiem, co mówisz - stwierdziła rudowłosa. - Naprawdę.
- No to ruszajmy.
Skierowali się głównym korytarzem na rufę, unikając przechodzenia obok ładowni 

towarowych, w których wciąż jeszcze przebywali jej podwładni. Kiedy dotarli do przedziału 
inżynieryjnego, Luke gestem polecił Aeonie, żeby zaczekała przed włazem, a sam wszedł do śluzy. 
Han, z rękami i nogami pokrytymi odłamkami zakrzepłej topiskały, stał w windzie towarowej, 
drżąc z niecierpliwości.

- Luke! - wykrzyknął na jego widok. - Spieszmy się, musimy się stąd zabierać! Musimy ich 

ścigać! Pomóż mi!

Luke westchnął.
- Widziałeś osobę, która towarzyszyła mi w sterowni? - zapytał.
- Był tam ktoś z tobą? - zdziwił się Solo. - Jak ocaliłeś „Sokoła” z rąk tych piratów? Proszę, 

powiedz mi, że wszystkich zabiłeś! Zwłaszcza tę rudą jędzę...

- Niezupełnie. - Luke odwrócił się i gestem przywołał Aeonę. - Jest tu, żeby cię przeprosić - 

powiedział.

Zauważył, że jej twarz pociemniała.
- Przeprosić? - powtórzyła kobieta. - Nie mówiłeś nic o...
- Więc mówię teraz - uciął Luke.
Han odskoczył do tyłu i wyciągnął blaster. Na twarzy Korelianina malowała się żądza 

mordu.

- To ty! - wykrzyknął. - To ty porwałaś mój statek!
Mindoranka błyskawicznie ukryła się w odległym kącie śluzy.
- Właśnie ci go zwróciłam, prawda? - zapytała.
- Hanie, schowaj blaster - rozkazał młody Jedi. Chyba opłaciło mu się być kilka miesięcy 

generałem, bo słysząc władczy ton jego głosu, Solo natychmiast zamarł. - Nie żartuję.

- Ach, co mi tam - mruknął Han i z niesmakiem wzruszył ramionami. Obrócił blaster na 

palcu. - I tak jest rozładowany.

Luke pokiwał głową.
- A ty, Aeono? - zapytał.
Kobieta z wyraźnymi oporami podeszła do otworu śluzy.
- Hej, Solo, przepraszam - bąknęła. - Naprawdę.
- Przepraszasz? - Han aż się zarumienił z wrażenia. - Przepraszasz?
- Hej, czego ode mnie chcesz? - żachnęła się młoda Mindoranka. - Kazał mi cię przeprosić, 

więc przeprosiłam.

- Aeono - odezwał się cicho młody Jedi. - Powiedz mu, dlaczego to zrobiłaś.
- A co to ma za znaczenie?
- Może i ma - stwierdził Luke. - Zwłaszcza dla niego.
Rudowłosa westchnęła.
- Potrzebowałam twojego statku, Solo - zaczęła. - Mój... uhm, tu jest ten gość, a my 

jesteśmy czymś w rodzaju pary...

Han zmrużył oczy i zacisnął wargi.
- Jesteś w nim zakochana, a on ma poważne kłopoty - zgadł.
- Prawdę mówiąc, on znajduje się teraz w wieżyczce jednego z twoich działek...
Han zbył ją machnięciem ręki.
- Liczy się tylko to, że go kochasz - powiedział.

background image

Aeona odwróciła głowę.
- Zdawało mi się, że otwarty szturm będzie moją jedyną szansą przywrócenia go do życia - 

stwierdziła. - Nie mogłam nawet o tym marzyć, dopóki nie miałam statku, a po prostu nie miałam 
dość czasu, żeby udawać słabą kobietkę, rozumiesz?

- Mogłaś poprosić - burknął Solo.
- Ale gdybyś mi odmówił, musielibyśmy stoczyć walkę... i to bez przewagi, jaką dało nam 

zaskoczenie - wyjaśniła Mindoranka. - Ty zdążyłbyś się przygotować, a to, jak słyszałam, nie byłby 
najlepszy pomysł.

Han jeszcze bardziej poczerwieniał.
- No cóż... - zaczął niepewnie.
- Łatwiej uzyskać przebaczenie niż zgodę, mam rację? - zapytała Aeona. Czyżbyś nie 

postępował tak samo, kiedy twojej ukochanej zagrażało niebezpieczeństwo? Chyba przypominam 
sobie kilka historii...

- Dobrze, dobrze - przerwał Solo. - Daj już spokój.
- Nie proszę was, żebyście się polubili - wtrącił się młody Jedi. - Wymagam jednak, 

żebyście przynajmniej się tolerowali. Wszelkie kontrowersje między wami będą musiały zaczekać, 
dopóki nie przebrniemy przez te kłopoty. Czy to jasne?

- A ciebie kto zrobił dowódcą? - zapytał Solo.
Aeona parsknęła.
- Zadałam mu kiedyś to samo pytanie - przypomniała.
- Pozwólcie, że wytłumaczę to w inny sposób - kontynuował cierpliwie młody Jedi. - Każdej 

sekundy, jaką będę musiał stracić, zastanawiając się, czy wy oboje nie zaczniecie do siebie strzelać, 
może nam zabraknąć, żeby ocalić Leię, a nas zabrać z tej planety i z systemu, zanim to wszystko 
stanie w ogniu.

Wskoczył na platformę windy towarowej.
- Aeono, wezwij swoich Mindoran i zajmijcie się tymi, którzy jeszcze żyją - rozkazał. - 

Hanie, zaopiekuj się Chewiem. Upewnij się, że nikogo nie zabije, kiedy odzyska przytomność, 
dobrze?

- Tak, rankiem bywa zazwyczaj bardzo zrzędliwy - przyznał Solo. - Co zamierzasz teraz 

zrobić?

- Ja? - Luke spojrzał na swoją lewą, prawdziwą dłoń. Zgiął palce w pięść i znów je 

rozprostował. Poczuł nową energię, która przepływała przez krystaliczną sieć dublującą jego nerwy. 
Zamknął na chwilę oczy i, głęboko oddychając, nawiązał bardziej intymny kontakt z Mocą, żeby go 
poprowadziła. Dotknął myślami mrocznej sieci w swoim ciele i nagiął ją do swojej woli. Kiedy 
znów otworzył oczy, z czubków jego palców sterczały połyskujące, czarne kryształowe nitki, 
cieńsze niż ludzkie włosy.

Han zamrugał zdziwiony.
- A to co znowu? - zapytał.
Luke uruchomił windę i uklęknął. Zanim platforma ruszyła w górę, opuścił dłoń aż do dna 

pieczary.

- To sposób, w jaki zamierzam porozmawiać z Topniakami - powiedział.

Najtrudniejszym zadaniem nie było wcale nawiązanie kontaktu z Topniakami. Luke po 

prostu położył lewą dłoń na błyszczącym, czarnym kamieniu. Pęk mrocznych nerwów z czubków 
jego palców od razu się wtopił w krystaliczną strukturę kamienia... i Luke ich odnalazł. Wyczuł, że 
tam są.

Wrażenie było dziwne; czuł się prawie tak, jakby ich zobaczył... wyczuwał ich obecność w 

kamieniu, podobnie jak człowiek mógłby widzieć z dużej odległości inną, obcą formę życia.

Nietrudno było zwrócić na siebie ich uwagę. Topniaki uświadomiły sobie jego obecność w 

tej samej chwili, kiedy i on ich „zobaczył”... co więcej, najwyraźniej wiedziały także, że ich 
zauważył. Wyczuł ich natychmiastowe zaciekawienie i dezorientację, a także szybką jak światło 

background image

wymianę impulsów energetycznych, podobną do rozmowy w języku, którego nie rozumiał.

Najtrudniejsze zadanie polegało na tym, jak do nich przemówić, żeby go zrozumiały.
Topniaki wysłały ku niemu próbne, pytające impulsy energii, które sprawiały wrażenie 

nieśmiałego powitania. Luke wyczuł reakcję w swojej mrocznej sieci, ale to nie była odpowiedź na 
impulsy Topniaków. Przypominała dalekie echo... jakby jego system nerwowy wpadało w jakiś 
rodzaj rezonansu z ich sygnałem. Pragnąc się z nimi porozumieć, musiałby wysłać cały swój umysł 
do obcej sieci biegnącej wzdłuż jego nerwów... w swoją wewnętrzną pustkę, która pochłaniała 
nawet wspomnienie światła. Musiałby przyłączyć się do nich w ciemności.

A ściślej, w Ciemności.
Dostrojenie świadomości do rezonansu z Topniakami wymagałoby nie tylko wpatrzenia się 

w tę pustkę, ale nawet zanurkowania w nią głową naprzód. Luke musiałby się w niej zatopić, 
pozwolić, żeby ciemność zamknęła się wokół niego, wsączając się w oczy, uszy i gardło, a wreszcie 
pogrzebała go w pustym, pozbawionym znaczenia krańcu wszystkiego.

Ale...
W środku tej pustki tkwiły Topniaki. Wszystko w końcu w jakiś sposób do nich wracało. 

Topiskała była ich ciałem, a raczej ich ciałami. Była ich środowiskiem. Była też aktywnym 
składnikiem Koron Pionków. Zawierała kontrolne kryształy i umożliwiała uzyskanie morderczego 
sprzężenia z mózgiem każdego Pionka. Była podstawową strukturą całej bazy Blackhole’a. Była 
mroczną siecią, którą Blackhole wykorzystywał, aby zarazić Luke’a rozpaczą.

Była też tym, czym Blackhole zamierzał się posłużyć, żeby porwać ciało Leii.
Wszyscy oni znajdowali się w Ciemności. Nie w zwykłej ciemności, ale w Ciemności.
A Luke się bał.
Obawiał się, że Ciemność istnieje rzeczywiście. Że jest jedyną realną prawdą. Że wszystko, 

co ma dla kogoś znaczenie, jest tylko ułudą, odwróceniem uwagi. Jest grą, utrzymującą umysł w 
nieświadomości, że oto nadciąga wiekuiste zapomnienie. Luke spędził w Ciemności całą wieczność 
i dobrze znał jej straszliwą potęgę.

„Wszystko umiera”, miał słyszeć już zawsze w swoim sercu. Nawet gwiazdy się wypalają.
Wiedział, że jeżeli w obecnej chwili zawiodą go nerwy, pozostawi Leię w Ciemności. Samą. 

Na zawsze. Ciemność pochłonie ją, jakby nigdy nie istniała. Czy będzie miała szansę ucieczki? Nie 
była nawet Jedi. W jaki sposób odnajdzie drogę do światłości?

Bo właśnie to robią Jedi, prawda? - pomyślał Skywalker. Do tego zostaliśmy stworzeni.
To my jesteśmy tymi, którzy sprowadzają światłość.
Zebrał całą odwagę i skupił umysł, żeby otworzyć kanał do Mocy. Jeżeli zamierzał 

zanurkować w absolutne zaprzeczenie światłości, powinien ją zabrać ze sobą.

Pozwolił, żeby jego świadomość dotknęła horyzontu wydarzeń - czarnej dziury, mrocznej 

sieci. Prześlizgnął się przez krawędź i pogrążył na zawsze w Ciemności.

Nick, boleśnie skrzywiony, zdjął płaszcz Shadowspawna i właśnie usiłował wcisnąć obolałe 

ciało do zapasowego kombinezonu lotniczego. Obserwująca go Aeona robiła współczującą minę po 
każdym jego grymasie.

- Hej, co ci jest? - zapytała w pewnej chwili.
- Jak to? - mruknął Nick.
- Wyglądasz, jakby cię coś bolało. Potrzebujesz bacty?
- To zależy - odparł mężczyzna. - Czy bacta da radę wyleczyć paskudny przypadek choroby, 

zwanej, jestem zbyt stary na takie rzeczy”?

- Co ty gadasz! - Aeona podeszła i objęła go. - Jesteś jeszcze młody. Zupełne dziecko.
- Akurat - mruknął Nick. - Dziecko, które spędziło kilka dni pod ciosami pałek bandy 

pijanych Gamorrean.

Aeona zerknęła w stronę Skywalkera, który klęczał z lewą dłonią do połowy zatopioną w 

kamieniu.

- Kiedy zamierzasz mu to powiedzieć? - zapytała cicho.

background image

- Co takiego? - zainteresował się Nick.
- O Karze - odparła Mindoranka. - Słyszałeś, co Solo mówił o mężczyźnie, który uprowadził 

Księżniczkę Piękną Buźkę. To na pewno Kar. To nie mógł być nikt inny.

Nick zmarszczył brwi.
- To nie był Kar, to był Blackhole - powiedział.
- Który posłużył się ciałem Kara.
Nick odwrócił głowę i milczał dłuższą chwilę.
- To prawda - mruknął w końcu.
- Nie pozwoliłabym nawet Jedi, żeby stanął do walki przeciwko Karowi - zapowiedziała 

Aeona.

- Ja też nie - przyznał Nick. - Gdybym miał jakikolwiek wybór.
- A zatem...?
- A zatem staram się podjąć jakąś decyzję - odparł Nick. - Nie wiem, czy dobrze będzie 

powiedzieć prawdę. Skywalker jest inny niż jego ojciec. Ma wrażliwe serce, rozumiesz? Gdybym 
mu wytłumaczył, że Kar jest jeszcze jedną z ofiar Blackhole’a, Luke może zaniechać wszelkich 
działań, a jeżeli jednak postanowi stanąć do walki z Vastorem, po prostu zginie.

- Zapytam jeszcze raz: czujesz do niego sympatię?
Nick spojrzał jej prosto w oczy.
- Do tej pory ocalił nam życie dwa, a może i trzy razy, a znamy go nie dłużej niż trzy 

godziny - zauważył. - Uważasz, że jeżeli Luke zginie, galaktyka stanie się lepszym miejscem?

Aeona pokręciła lekko głową i wskazała w kierunku klęczącego Luke’a.
- Dobrze, rozumiem - powiedziała. - To wspaniały gość, ale Kar jest członkiem twojej 

rodziny. Jest najbliższym krewnym, jaki ci jeszcze pozostał.

- Tak, ale... przecież znasz Kara - odparł Nick. - Prawdę mówiąc, to nie jest całkiem 

porządny gość.

- Ty też nie jesteś - stwierdziła rudowłosa.
Nick pokiwał głową.
- A gdybym dał radę wydostać stąd oboje dzieci Anakina Skywalkera? - zapytał. - Albo 

przynajmniej jedno? To byłoby warte życia Kara. Mojego także.

- Wcale tak nie uważam - sprzeciwiła się Aeona. - Idę o zakład, że nasz Urodziwy Chłopiec 

Jedi też tak nie uważa.

- Dlatego mu nie pozwolę, samemu podjąć decyzji - odparł Nick.
- Jasne, wyświadczysz mu wielką przysługę - parsknęła kobieta. - Nakłonisz go do zabicia 

niewinnego człowieka.

- Kar? Niewinny? - żachnął się Nick. - Żartujesz, prawda?
- Mogłabym zrozumieć, gdyby Skywalker chciał go zabić za to, co wydarzyło się na Haruun 

Kai, na Kessel czy na Nar Shaddaa - odparła jego towarzyszka. - Nie kiwnęłabym palcem, żeby go 
ocalić. W tym przypadku jednak Kar nie jest winowajcą. Jest ofiarą.

- Dla mnie to nie ma żadnego znaczenia.
- Jeżeli tak uważasz... - Aeona posłała mu sceptyczne spojrzenie. - Gdybyś chciał się 

założyć, stawiam trzy do jednego, że to będzie miało znaczenie dla Skywalkera.

Okazało się, że tu, w Ciemności, wszystkie jego zmysły są całkowicie bezużyteczne.
Niczego nie widział, nie słyszał ani nie czuł. Nie był także świadomy swojego ciała.
Ledwo sobie uświadamiał, że jest cząstką czegoś w rodzaju niezidentyfikowanego pola 

energetycznego... A może to on sam był tym polem? Oprócz świadomości własnego istnienia 
docierały do niego tylko dziwne modulacje tego energetycznego pola: niemożliwe do odebrania 
sygnały, niedotykalne struktury, niewidzialne kolory. Wszystko było nieodwracalnie obce. Zimno i 
prastare istoty, które nigdy nie doświadczyły bicia serca, dotknięcia ręki ani smaku powietrza. 
Niewiarygodnie odległe, niematerialne, zrodzone z wymarłych gwiazd.

Gwiazdy, pomyślał Luke. Tak, o to właśnie chodzi. Z gwiazd. To właśnie stamtąd one 

background image

pochodzą. To tam się spotykały, bo ja także tym jestem.

Wszystko we wszechświecie rodziło się z umierających gwiazd. Każdy pierwiastek 

powstawał w piecu fuzyjnym gwiezdnych jąder. Każdy istniejący atom był kiedyś cząstką dawno 
zgasłej gwiazdy... a ta gwiazda była cząstką innej, która istniała długo przed nią. W taki sposób 
tworzył się nierozerwalny łańcuch związków, mający początek w jądrze pojedynczej kuli 
kosmicznego ognia. To właśnie ona zdecydowała o narodzinach wszechświata.

To śmierć gwiazd dała życie całemu wszechświatowi. Starając się skupić na nich 

wyobraźnię, Luke zobaczył wyraźniej swoją sytuację. Zamiast pozbawionego kształtów pola ledwo 
dostrzegalnej energii uświadomił sobie, że sam jest częścią gwiezdnej gromady... ogromnej, 
chociaż ledwo dostrzegalnej. Obce modulacje energii stały się odległymi gwiazdami.

Prawdę mówiąc, każda prawdziwa gwiazda pod względem funkcjonalnym jest taka sama: to 

zawieszony w przestworzach piec fuzyjny. Mimo to każda jest inna. Jedna może być większa, inna 
zaś gorętsza. Jedna dobiega kresu cyklu życia, by zmienić się w kolaps, który doprowadzi do jej 
zniszczenia, a inna może być całkiem młoda, powstała dzięki gromadzeniu się pyłu i gazów 
prastarych supernowych. W swojej wyobraźni Luke mógł odczytywać ich indywidualne spektra, 
zupełnie jakby rozpoznawał ludzkie twarze. Wszystkie wyglądały na zmęczone i stare, wypalające 
się z daleka od siebie w bezkresnej Ciemności.

On także był gwiazdą, chociaż wydzielanym przez niego światłem była Moc.
Każda odległa gwiazda, na której skupiał uwagę, choćby nie wiem jak słabo świeciła, 

natychmiast się rozjarzała, bo podsycała ją jego światłość. Zwabione przez energię Luke’a i 
podsycane przez jego grawitacyjne pole gwiazdy, zbliżając się jedna do drugiej, zaczynały świecić 
jaśniej. Emitowały więcej egzotycznych cząstek, tworząc radosny nastrój. W końcu wszystkie 
zajęły miejsca na orbicie wokół niego i stworzyły nowy system o nieskończonym stopniu 
komplikacji. Wirowały teraz w Ciemności jak w radosnym tańcu.

Właśnie tu jesteśmy, w Ciemności, pomyślał Luke. A Ciemność nie jest pustką. Dopóki w 

niej istniejemy, ma znaczenie.

Każda osoba w tej Ciemności, której dotykał palcem Mocy, łączyła się z nim przez 

pulsujące nici światłości i zyskiwała na potędze. Niektórzy byli uwięzieni w mrożącej Ciemności 
od tak dawna, że mogli jedynie sami emitować coraz słabszy blask, aż w końcu jeden po drugim 
gaśli i przestawali istnieć...

Nagle Luke doznał olśnienia: przecież on ich zna.
Nie dlatego, że powiedzieli mu coś o sobie. Pomiędzy nimi nie było żadnej rozmowy. Luke 

jednak tego nie potrzebował... Był teraz połączony z nimi dzięki Mocy. To było tak, jakby sam 
przeżył ich życie. Utożsamiał się z nimi w światłości Mocy.

Znał ich równie dobrze jak oni siebie. Tworzyli zbiorowe istnienie, które jednak składało się 

z indywidualnych osób. Byli węzłami świadomości w większej sieci umysłu. Czy zostali... 
zrodzeni? stworzeni? przemienieni? Czyżby ulegli ewolucji? Czyżby pierwszy raz zaczęli być 
świadomi siebie jako żywe istoty na skalistej, pozbawionej powietrza siostrzanej planecie Mindora, 
którą Luke znał tylko jako Taspana II? Nie liczyła się nazwa planety. Wszyscy oni żyli niezliczone 
tysiąclecia, skąpani w nieprzefiltrowanym blasku samego Taspana. Nie bali się niczego oprócz 
zmian w topiskale, która była ich domem dzięki promieniowaniu pochodzącemu z pojawiających 
się od czasu do czasu plam na jego powierzchni albo ze słonecznych burz.

Nie mieli pojęcia, co spowodowało Wielki Ścisk, a już zupełnie ich nie obchodziła 

imperialna wojskowa placówka badawcza na powierzchni Taspana II. W tamtych czasach nawet nie 
wiedzieli, kim są ludzie, bo nigdy nie doświadczyli obecności form życia nieopartych na krysztale. 
Wielki Ścisk nie był zatem dla nich katastrofą, wręcz przeciwnie. Zniszczenie planety zmieniło jej 
skorupę w ogromną chmurę o rozmiarach i powierzchni o wiele większej niż poprzednio. Ta wielka 
chmura mogła pochłonąć energię gwiazdy. Dla Topniaków Wielki Ścisk był zbyt krótko trwającym 
Złotym Okresem. W całym systemie rozkwitła ich cywilizacja i umysł i poczuli się jak w Raju.

Dla Topniaków Złoty Okres Raju dobiegł niespodziewanego katastrofalnego kresu, kiedy 

szczątki ich rodzimej planety, dryfując w przestworzach, przecięły orbitę Mindora. Schwytane 
przez jego ciążenie, spadły na powierzchnię w niezliczonych skalnych nawałnicach. Topniaki już 

background image

wkrótce się przekonały, że ich nowy dom nie jest żadnym domem, ale więzieniem. Ciemnicą. 
Lochem.

Obozem zagłady na kosmiczną skalę.
Wielu, zbyt wielu poszczególnych Topniaków zginęło, kiedy tworzące ich skały spłonęły w 

warstwach atmosfery Mindora, a tych, którzy przeżyli, zdolność do pochłaniania promieniowania 
przez topiskałę osłaniała przed życiodajnym promieniowaniem Taspana. Ci, którzy przeżyli, powoli 
umierali z niedostatku energii.

Topili się w Ciemności.
Każda skalna nawałnica sprowadzała nowych Topniaków do śmiercionośnej pustki 

Mindora, a każdy meteor, płonący w atmosferze, pogłębiał mrok, który ich zabijał.

Ten sam mrok odcinał także ich od reszty - od innych, rozproszonych wśród asteroid 

Topniaków, bo po prostu nie dysponowali mocą konieczną do przesłania sygnału na tak dużą 
odległość do atmosfery planety. Mogli tylko czekać, walczyć o przetrwanie i próbować pocieszać 
nowe ofiary, które codziennie spadały do planetarnego więzienia.

Topniaki początkowo pragnęły uzyskać pociechę także od ludzi. Okazało się, że ludzki 

system nerwowy wytwarza śladowe ilości energii o takiej samej długości fali, na jaką były 
wrażliwe umysły Topniaków. To dlatego Topniaki ciągnęły do ludzi, jak nocne owady ciągną do 
światła jarzeniowego pręta.

Jaskiniowe owady, pomyślał Luke. Może właśnie to przydarzyło mu się w tamtej 

pieczarze... może w topiskale kryło się coś, co kradło światłość z jego wnętrza.

Kiedy organiczne formy życia, mikroskopijne źródełka ciepła i światła świecące w 

permanentnej ciemności Mindora zaczęły razić Topniaków błyskawicami ogłuszających strzałów, 
które rozpuszczały strukturę mikrokryształów topiskały, Topniaki zaczęły izolować od siebie ludzi, 
działając w samoobronie. W ich atakach nie było żadnej złości. Topniaki nawet nie rozumiały, że 
ich ofiary umierają. Nie miały pojęcia, czym jest śmierć dla istoty organicznej. To nie było 
morderstwo, wojna ani nawet przemoc, bo Topniaki nie znały żadnego z tych pojęć. Swoją 
kampanię przeciwko ludziom traktowały jak tępienie szkodników.

Kiedy wszystkie te informacje przeniknęły do jego świadomości, Luke w końcu zrozumiał, 

że gwiezdna gromada, której był ośrodkiem, jest bytem samym w sobie. Przetacza się przez 
Ciemność, jakby krążyła po orbicie wokół nieskończenie mocniejszego źródła siły grawitacji... tak 
gigantycznego i mrocznego, że wpływało na gwiazdy Topniaków w jego gromadzie. Jedna po 
drugiej wyrywało je z jego gromady i zmuszało do lotu po spirali w bezlitosnej próżni. W końcu 
każda rozbłyskiwała ostatnim, krótkim błyskiem, zapadała się za niewidzialny horyzont wydarzeń i 
na zawsze znikała.

Horyzont wydarzeń Ciemności, który pochłaniał resztkę światła w jego wszechświecie.
Już wiem, pomyślał Luke. Rozumiem. To czarna dziura.
Jak się to miało do przydomka samego Blackhole’a, który znaczył „czarna dziura”? 

Wydawał się w tej chwili dziwnie stosowny. Luke doszedł do wniosku, że to Blackhole sprawuje 
władzę nad Topniakami. To Blackhole musiał je w jakiś sposób wabić i separować od siebie 
nawzajem, żeby jedyne źródło ich światła pochodziło właśnie od niego...

Samo myślenie o tym zwiększało gradient grawitacji nierzeczywistej czarnej dziury. Luke 

stwierdził, że dryfuje coraz bliżej horyzontu wydarzeń i przyspiesza, w miarę jak jego spiralna 
orbita się zacieśnia. Wokół niego spadało coraz więcej gwiazd. Niektóre ginęły w nienasyconej 
paszczy czarnej dziury, inne wymykały się ku wyższym orbitom, aż młody Jedi został absolutnie 
sam. Między nim a paszczą czarnej dziury nie płonęła już żadna gwiazda...

Z wyjątkiem jednej.
Jedna jedyna gwiazda, niepodobna do pozostałych, krążyła pod nim po orbicie. Tą gwiazdą 

był błękitnobiały supergigant, o wiele większy i jaśniejszy niż każda gwiazda, którą do tej pory 
stworzyła jego wyobraźnia. Ta gwiazda nie karmiła się światłością jego Mocy, ale miała własną, 
równie jaskrawą i potężną jak jego. Opadała po zacieśniającej się spirali w głąb grawitacyjnej 
studni czarnej dziury, a przyciąganie pustki pozbawiało ją stopniowo energii i masy. Wyglądało to, 
jakby fontanna gwiezdnej materii wyrywała się z jej serca, wsysana przez horyzont wydarzeń i 

background image

niknąca na zawsze w ciemności poza Ciemnością.

Luke zrozumiał, że ta gwiazda to Leia.
Wyciągnął do niej ręce, ale nie miał jak jej chwycić. Nie widział także ręki, za którą mógłby 

ją pociągnąć. Kilka sekund żywił szaloną nadzieję, że ją przytrzyma i, lecąc po spirali o 
rozszerzających się kręgach, oboje wystrzelą z czeluści czarnej dziury. W porę sobie przypomniał, 
że to jednak tylko wizja. Gdyby starał się ją rozciągnąć na rzeczywistość, od razu by zniknęła. 
Postanowił wysłać w stronę siostry skupiony promień swojej Mocy.

- Leio, trzymaj się! - postarał się jej powiedzieć. - Nie poddawaj się Ciemności. Lecę ci na 

ratunek. Trzymaj się.

Nie wyczuł odpowiedzi, tylko obezwładniający smutek i miażdżącą rozpacz. Wyczuł także 

pozbawioną wszelkiego znaczenia pustkę na krańcu wszechświata. Nie potrafiłby nawet 
powiedzieć, czy źródłem tej pustki jest on sam, czy ona. Starał się skupić Moc na siostrze, żeby 
promyk jego światłości przydał jej sity, która mogłaby ją ocalić. Pamiętał, że mikroskopijna, 
świetlista szczelina, którą znalazł kiedyś w nierzeczywistym kamyku, ocaliła jego. Problem w tym, 
że jego światłość nie mogła wspomóc jej światłości. Płonęła innym kolorem, chociaż nie mniej 
jasno.

Pamiętał aż za dobrze tamtą straszliwą pustkę, bezgraniczny brak wszystkiego, głębszy niż 

najgłębsza ciemność. Gdyby tylko istniał jakikolwiek sposób pokazania Leii, że to ona płonie 
jedynym blaskiem... że całe światło, jakiego potrzebuje... ale to była tylko przenośnia.

A może jednak nie?
To, co Ben i Yoda nazywali Ciemną Stroną, w rzeczywistości nie było wcale ciemne. Nie 

miało nic wspólnego z widzialnym spektrum. Słowa „Ciemna Strona Mocy” były bardzo 
wygodnym skrótem myślowym, mającym oddawać szeroki zakres ujemnych cech.

Były przenośnią.
Mogli to także nazwać „złą stroną”, „stroną śmierci i zniszczenia” albo „stroną zniewalającą 

całą galaktykę”. Jednak tego nie zrobili.

Nazwali to „Ciemną Stroną”, a przecież nigdy nie widzieli ciemności takiej jak ta. A może 

jednak widzieli?

Może znaleźli się w tym miejscu, u kresu wszystkich rzeczy... albo przynajmniej tu zajrzeli? 

Może poznali prawdę o Ciemności? Może dlatego nigdy nie wspominali o „Jasnej Stronie”, bo 
żadna jasna strona nie istniała?

Luke spojrzał jeszcze raz na jasno płonący punkcik, którym była jego siostra. Brak „Jasnej 

Strony” nie oznacza jednak braku światła, pomyślał.

Zawsze dotąd uważał, że, trzymając się Mocy, wniesie wraz ze sobą światłość do tej 

ciemności. Obecnie jednak widział, że światłość Mocy nie pada na niego. Świeci poprzez niego.

To on był tą światłością w ciemności.
Dostrzegł to i nareszcie zrozumiał, dlaczego ta sama światłość promieniowała poprzez Leię. 

Gdy tylko to zrozumiał, zaczął dostrzegać w ciemności inne źródła światła - krążące daleko od 
niego malutkie gwiazdki. Niektóre rozpoznawał: Hana i Landa... Wedge’a i Tycha, Hobbiego, 
Wesa i pozostałych Łotrów... Nicka i Aeonę Cantor, porucznika Tubrimiego, komandora Tirosska i 
wielu, wielu innych... marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej. Dostrzegał także nieskończenie 
odległy pył niknących, słabiutkich gwiazdek. Musieli to być szturmowcy, bo nawet oni byli 
światełkami w tej ciemności. Wszyscy płonęli jasnym blaskiem.

A każda gwiazda, każde życie, było piękne.
Problem w tym, że Leia nie mogła ich widzieć. Nie mogła nawet spojrzeć w ich stronę. Już 

nie. Jej gwiazda krążyła po coraz ciaśniejszej spirali, jak ciągnięta do czarnej dziury... silne ciążenie 
nie pozwalało Leii nawet odwrócić głowy. A Luke nie potrafił zwrócić na siebie jej uwagi.

A czarna dziura wiedziała o jego obecności. Otchłań, w którą się wpatrywał, patrzyła na 

niego. Czuł jej ogrom, którego nic nie dałoby rady wypełnić. Czuł jej głód, którego nikt i nic nie 
mogłoby zaspokoić. W swoim umyśle dostrzegał, jak pustka się rozciąga, zupełnie jak szczęki 
otwartej paszczy, która pragnie pochłonąć nie tylko jego, ale także cały wszechświat, schwytać 
każdą odrobinę światłości, nadziei i miłości, którą Luke mógłby przekazać za pośrednictwem 

background image

Mocy. Im dłużej się wpatrywał w tę czeluść, tym bardziej czuł się zagubiony. Zorientował się, że 
nie może zrobić absolutnie nic, co by w jakikolwiek sposób pomogło Leii.

Zrozumiał też, że kiedy te szczęki zamkną się wokół niej, siostra zostanie na zawsze 

pochłonięta przez Ciemność.

Nie ma rady, pomyślał. Chyba będę musiał to zrobić w staromodny sposób.
Otworzył oczy. Obok niego klęczał Han, a na jego ciemnej twarzy malował się niepokój.
- Hej, kolego - powiedział. - Dobrze się czujesz?
- Nie - odparł Skywalker.
Han zacisnął wargi.
- A Leia? - zapytał.
- Żyje.
- I co?
Mrok z serca Luke’a przedostał się do oczu. Han nie potrzebował innej odpowiedzi.
- Dobrze, chociaż, że żyje - mruknął i ponuro kiwnął głową. - Co teraz?
Luke wstał.
- Hej, Nick - powiedział.
Siedzący obok jednej z płóz lądowniczych „Sokoła” Nick drgnął jak przebudzony ze snu.
- Co takiego? - zapytał.
- Kim jest Kar i dlaczego nie chcesz, żebym się o nim dowiedział? - zagadnął Skywalker.
Nick otworzył szeroko usta.
- Ty... w jaki sposób ty... to znaczy, o co ci chodzi? - wyjąkał.
Luke nie zmienił wyrazu twarzy. Po prostu czekał.
- No, wiesz... - Nick przyłożył dłoń do blizny na głowie. - Rozumiem - westchnął. - Co 

właściwie chcesz wiedzieć?

- Wszystko, co zdążysz mi powiedzieć w ciągu pięciu minut - odparł młody Jedi. - Bo mniej 

więcej tyle mamy czasu, żeby wygrać tę walkę.

Cronal wydał rozkaz do kontrataku, już po sekundzie pełniący służbę szturmowiec włączył 

przekaźnik, który zainicjował zawczasu zaprogramowane instrukcje dla personelu obsługującego 
zestaw grawitacyjnych stanowisk pod powierzchnią Mindora. Nikt oprócz obsługujących je 
szturmowców nie miał pojęcia o istnieniu tych stacji. Rozlokowane w taki sposób, że tworzyły 
pierścień wokół Mrocznej Bazy, różniły się bardzo od generatorów grawitacji, umieszczonych 
pośród asteroid, zarówno pod względem technologii, jak i sposobu funkcjonowania. Stacje nie 
emitowały standardowych studni grawitacyjnych. Wywoływały za to zjawisko podobne do 
grawitacyjnego ostrza, którym Shadowspawn zniszczył „Sprawiedliwość”. Zastosowana technika 
była dziełem imperialnej wojskowej placówki badawczej na siostrzanej planecie Mindora, która 
podobno została zniszczona podczas Wielkiego Ścisku.

Prawdę mówiąc, efekt wywoływany przez te podziemne stacje był dokładnie tym samym, 

który wywołał Wielki Ścisk.

Podziemne stacje otrzymały zasilanie. Porcje niewidzialnej energii zaczęły się przeciskać 

między dzielącymi te stacje skałami pod ogromną wulkaniczną kopułę Mrocznej Bazy. W 
miejscach, w których płaszczyzny się przecinały, powstawały linie grawitacyjnego gradientu, 
podobnego do tego, jaki panował wewnątrz niewielkich czarnych dziur. Grawitacyjny gradient w 
jednej chwili pochłonął skały, których dotknął, i wytworzył gigantyczną dawkę wyjątkowo 
twardego promieniowania, które zamieniło pobliskie skały w superprzegrzaną plazmę. Reakcja 
łańcuchowa wywołała silniejsze promieniowanie, które rozpyliło jeszcze więcej skał na atomy. 
Lawina skalnej magmy wydostała się na powierzchnię i utworzyła pierścień wokół skalnej bazy.

Żołnierze obsługujący wieżyczki turbolaserów na powierzchni gruntu zginęli w mgnieniu 

oka. Płonący wał promieniowania wydobył się spod gruntu pod ostrym kątem i objął wieże, które w 
ułamku sekundy wyparowały. Republikańscy żołnierze piechoty morskiej i zwykli żołnierze, 
okopani wokół jonowo-turbolaserowych dział samej kopuły, zdążyli tylko zauważyć oślepiającą 

background image

biel, zanim stopiła ich pancerze i zmieniła każdego odsłoniętego żołnierza w miałki, czarny popiół. 
Pozostały po oderwaniu się kopuły pusty krater błyskawicznie się wypełnił płynną lawą, która 
wylała się na zewnątrz i rozprzestrzeniła we wszystkie strony. Przy okazji pochłonęła wszystkich, 
którzy przeżyli początkową eksplozję.

Fenn Shysa i Mandalorianie, toczący zacięte walki w bunkrze grawitacyjnego działa, 

odczuli tylko nagłą utratę łączności, a zaraz potem usłyszeli głuchy pomnik i poczuli drgania jak 
przy odległym trzęsieniu gruntu. Niebawem każdy z nich poczuł lekki wzrost siły grawitacji, jakby 
nagle stał się o kilogram czy dwa cięższy.

Walczący w atmosferze nad bazą piloci Eskadry Łotrów zobaczyli dziwne zjawisko: cała 

wulkaniczna kopuła znalazła się w powodzi niewiarygodnie jaskrawego światła, które szybko 
zgasło. Jonizujące promieniowanie zapaliło atmosferę i wytworzyło ognistą burzę, a niesione przez 
nią piasek, pył i odłamki skał przyćmiły jaskrawość ognia w misie. W kabinach X-wingów rozległ 
się także pisk czujników informujących o skoku natężenia promieniowania. Piloci zwrócili jeszcze 
na coś uwagę: czujniki dowodziły wprawdzie, że ich myśliwce znajdują się cały czas wysoko nad 
planetą, ale na własne oczy widzieli, że szybko opadają w kierunku kopuły.

Pierwszy zorientował się Wes Janson, i zaraz wrzasnął przez komunikator:
- Zaczekajcie! Już rozumiem! To nie my opadamy w kierunku bazy... To baza zbliża się do 

nas!

O dziwo, zwięzłej analizy sytuacji pierwszy dokonał Lando Calrissian. Stojąc na mostku 

„Wspomnienia Alderaana”, które tkwiło z pozostałymi okrętami grupy szturmowej w ogromnym 
kraterze za horyzontem Mindora, zauważył błysk promieniowania i gigantyczne grzyby chmur... a 
później obserwował, jak cała wulkaniczna kopuła wyłania się z tych chmur, przyspiesza i kieruje 
się ku przestworzom.

Instynktownie zrozumiał, co się stało. Sam wulkan był skorupą niewrażliwego na 

promieniowanie litego kamienia, więc baza mogła wytrzymać nawet potężną siłę gwiezdnych 
płomieni. Ci spod kopuły musieli tylko odlecieć poza perymetr grawitacyjnej studni, a następnie 
użyć wulkanu jako osłony przeciwko promieniowaniu. Mogli także zapewnić schronienie wielu 
mniejszym jednostkom, które miały się im jeszcze przydać do wskoczenia do nadprzestrzeni.

Zapewne dzięki zdobywanym przez całe życie umiejętnościom błyskawicznej oceny szans i 

możliwości Lando od razu zrozumiał tyleż przewrotny, co chytry pomysł. Zarejestrował go, żeby 
zastanowić się nad nim później. W galaktyce istniało wiele systemów, w których silne 
promieniowanie gwiezdne praktycznie uniemożliwiało lądowanie konwencjonalnym jednostkom. A 
gdyby ktoś dysponował latającym polem, które by zapewniło osłonę lądującym i startującym 
statkom?

W tym pomyśle kryło się wiele ciekawych możliwości.
A później inna część umysłu Landa - ta, która ignorowała szanse i możliwości, żeby się 

skupić bezpośrednio na zagrożeniu dla zdrowia i życia - przypomniała mu, że każda z tych 
„ciekawych możliwości” pozostanie niewykorzystana, jeżeli jego okręt ulegnie zniszczeniu razem z 
pozostałymi jednostkami Sił Szybkiego Reagowania. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia 
niestety wzrastało, bo stanowiska jonowo-turbolaserowych dział i piekielnie niebezpiecznego działa 
grawitacyjnego znajdowały się na górnej krzywiźnie kopuły. Oznaczało to, że artylerzyści tych 
dział właśnie wznieśli się w powietrze razem z resztą bazy. A z tego wynikało, że kiedy baza 
znajdzie się na orbicie, musi tylko wykonać półobrót, żeby lufy tych dział skierowały się w dół, ku 
powierzchni Mindora. Na wszystko, co się tam znajdowało, nie wyłączając kraterów, w których 
właśnie w tej chwili ukrywało się „Wspomnienie Alderaana” i pozostałe okręty Sił Szybkiego 
Reagowania. Okręty nie mogły opuścić swoich kryjówek, bo gdyby się wyłoniły z cienia planety, 
słoneczne promieniowanie, a zwłaszcza rozbłyski gwiazdy, niezawodnie by je zniszczyły.

Dokonana przez Calrissiana zwięzła analiza sytuacji dałaby się zamknąć w zaledwie 

czterech słowach:

„Mamy tu poważny problem”.

ROZDZIAŁ 16

background image

Obserwując, jak odlatujący wulkan powoli obraca się wokół osi na tle nocnego nieba 

Mindora, Lando poczuł na czole krople potu. Porucznik z działu taktycznego zameldował, że do 
otwarcia ognia w stronę powierzchni planety przez pierwsze działo jonowo-turbolaserowe zostało 
mniej więcej osiemdziesiąt sekund, a po następnych dwudziestu do strzału będą gotowe wszystkie 
pozostałe baterie, włącznie z grawitacyjnym działem. Calrissian wyjął komunikator.

- Fenn, proszę o jakąś dobrą wiadomość - mruknął. - Nie żartuję.
Kiedy jego prośba dotarła do Fenna Shysy, dowódca Protektorów leżał właśnie, 

rozpłaszczony za szczątkami roztrzaskanej przez siłę eksplozji ściany w jednej z komór bunkra 
grawitacyjnego działa. Obok niego leżeli dowódca najemników i sześciu komandosów. Pokrywała 
ich gruba warstwa skalnego pyłu, otaczały kłęby dymu. Wszyscy próbowali udawać, że są 
kilkusetosobowym oddziałem krwiożerczych Mandalorian. Chodziło o to, aby wywrzeć 
odpowiednie wrażenie na dwóch kompletnych kompaniach uzbrojonych po zęby szturmowców, 
którzy bronili redut po obu stronach odpornych na blasterowe strzały drzwi, wyglądających, jakby 
mogły wytrzymać siłę eksplozji sporej bomby fuzyjnej. Podwładni Shysy zamierzali odwrócić 
uwagę szturmowców od istniejącej kilkusetosobowej naprawdę grupy krwiożerczych Mandalorian, 
którzy mieli się wedrzeć przez boczną ścianę reduty. W każdej chwili.

A ściślej, każdej minuty.
Przynajmniej Shysa miał taką nadzieję.
- Nie mam ci nic do powiedzenia, Lando - wrzasnął Fenn. Musiał krzyczeć, żeby go nie 

zagłuszyły skowyty blasterowych strzałów i huk eksplozji termicznych detonatorów, a także trzask 
ognia z ciężkiej broni. Wystawił lufę karabinu nad rumowisko i posłał na oślep w kłęby dymu kilka 
błyskawic. - To miejsce jest opancerzone jak skarbiec Hutta... Nasze ładunki wybuchowe nie mogą 
mu nic zrobić. Może żołnierze twojej piechoty morskiej dysponują czymś cięższym?

Na mostku „Wspomnienia Alderaana” Lando przetarł oczy. Oceniał, że gigantycznej 

eksplozji nie przeżył ani jeden żołnierz piechoty morskiej z wyjątkiem tych, którzy walczyli w 
wieżach jonowo-turbolaserowych dział. Głęboko odetchnął.

- No dobrze, przechodzimy do planu B - zdecydował.
Wychrypiał serie rozkazów, po których członkowie załogi mostka otworzyli usta ze 

zdumienia.

- Słyszeliście! - krzyknął Calrissian. - Do roboty!
Oficerowie mostka drgnęli i odwrócili się do swoich pulpitów kontrolnych. Lando spojrzał 

groźnie na Threepia.

- A ty na co czekasz? - zapytał.
- Ja? - Android przyłożył dłoń do klatki piersiowej. - A co ja mam zrobić?
- Ten okręt ma kalamariańskie systemy, zapomniałeś? A okręty interdykcyjne 

skonstruowano na Korelii - wyjaśnił Lando z taką cierpliwością, na jaką potrafił się zdobyć. - 
Systemy jednych i drugich nie porozumiewają się między sobą w tym samym języku.

- No cóż, to oczywiste - przyznał C-3PO i wydał odgłos, który zabrzmiał jak pogardliwe 

prychnięcie. - Jeszcze nigdy nie widziałem koreliańskiego systemu, który miałby przyzwoite 
maniery, podczas gdy systemy „Wspomnienia Alderaana” - mimo oryginalnego poczucia humoru - 
wykazują wyjątkową subtelność, powiedziałbym nawet, że są eleganckie...

- Wystarczy - przerwał mu Lando. - Komputery tych koreliańskich okrętów nie mają także 

wystarczającej mocy obliczeniowej, żeby dokonać tej sztuki... Musimy udostępnić im zestaw 
procesorów „Alderaana”.

- Wielkie nieba! - wykrzyknął android. - Coś takiego wymaga umiejętności...
- ...najzdolniejszego i wyjątkowo zaawansowanego androida protokolarnego, jakiego 

kiedykolwiek skonstruowano - dokończył Calrissian z zachęcającym uśmiechem. - Bierz się do 
roboty.

C-3PO aż się zachłysnął.
- Panie generale! Ja? Co za nieoczekiwana pochwała! Doprawdy, jestem bardzo 

background image

wdzięczny...

- Bądź wdzięczny, ale zacznij pracować. - Lando odwrócił się i ponownie włączył osobisty 

komunikator. - Fenn, macie się wycofać - rozkazał.

Na sekundę zapadła cisza, a później Lando usłyszał ponure pytanie:
- Jak daleko?
- Jak najdalej - powiedział. - Kiedy to grawitacyjne działo otworzy ogień, odpowiemy 

swoim ogniem. Ze wszystkich sił.

- Czy widziałeś, jak to miejsce jest opancerzone? - zapytał Shysa. - Przebicie go zajmie 

wam przynajmniej kilka godzin.

- Owszem... jeżeli będziemy strzelali do pancerza - odparł Lando.
Zapadła kolejna krótka cisza.
- Pilnie wszystko obserwuję - odezwał się w końcu Mandalorianin. - Nie czekaj na nas, 

Lando.

- Fenn...
- W żadnym razie nie zdążymy. Róbcie, co musicie. Ocalcie flotę.
- Nie rozumiesz, co się za chwilę wydarzy... - zaczął Calrissian.
- Jesteśmy Mandalorianami - przypomniał Shysa. - Po to się urodziliśmy i po to żyjemy... i 

po to zginiemy.

- Przestań! Nie znoszę tego bełkotu! - Lando, zagryzł nerwowo wargi, głęboko westchnął i 

zebrał się na odwagę. - Sekcja taktyczna, czy „Lansjer”, „Paleo” i „Nieopiewany” dotarły na 
pozycje? - zapytał.

- Z raportów systemów skanowania wynika, że tak - usłyszał w odpowiedzi.
- Kiedy podwójne siódemki trafią swoje cele, strzelajcie bez rozkazu.

Z głośnika transpondera w kabinie myśliwca Wedge’a Antillesa rozległ się ostrzegawczy 

sygnał informujący pilota, że właśnie się znalazł w strefie rażenia swojej strony. Szybki rzut oka na 
ekran monitora skanerów bliskiego zasięgu ukazał komandorowi trzy zmodyfikowane koreliańskie 
frachtowce, które przecinały cień Mindora i zbliżały się do lecącego wulkanu. Niedaleko za nimi 
cztery ocalałe podwójne siódemki tworzyły dziwny szyk w kształcie linii łamanej. Wedge nie 
domyślał się, o co chodzi ich dowódcom, a nie miał czasu, żeby się nad tym zastanawiać. 
Wszystkie trzy zmodyfikowane frachtowce zataczały łuk obok burty jego myśliwca i powoli 
zaczynały się obracać wokół podłużnej osi... zgodnie ze stosowaną od dawna w marynarce sztuczką 
zapewniającą maksymalne natężenie ognia zaporowego. Szybkość strzelania głównych baterii dział 
frachtowców była ograniczona przez zdolność do rozpraszania ciepła i tempo ładowania się 
kondensatorów, a taki powolny obrót wokół osi pozwalał na kierowanie ku nieprzyjacielowi coraz 
to nowych baterii dział, żeby te, z których już wystrzelono, zyskiwały czas na zgromadzenie 
wystarczającej energii do następnego strzału.

Wedge włączył pokładowy komunikator i zaczął zataczać swoim X-wingiem łagodny łuk, 

żeby oddalić się od lecącego wulkanu. Przełączył urządzenie na kanał wspólny.

- Myśliwce Republiki, przerwać walkę i się wycofać! - rozkazał. - To gorące przestworza. 

Powtarzam, znajdujemy się w gorących przestworzach!

Gwiezdne myśliwce rozproszyły się jak zaskoczone przez blask słońca karaluchoszczury. 

„Lansjer”, „Paleo” i „Nieopiewany” otworzyły zsynchronizowany ogień ze wszystkich dział 
burtowych - w precyzyjnej kolejności, pilnując, żeby na wieże jonowo-turbolaserowych dział i 
działa grawitacyjnego spadała ciągła ulewa przegrzanej plazmy. Nie chodziło o to, żeby baterie 
dział uszkodzić, ale żeby zakłócić sygnały ich sensorów, bo rozproszone przez ogień zaporowy 
promieniowanie uniemożliwiało artylerzystom tych dział namierzanie celów na powierzchni gruntu.

Dwie baterie jonowo-turbolaserowe zostały skutecznie zagwożdżone przez żołnierzy 

piechoty morskiej Republiki, ale trzy pozostałe otwarły ogień wzdłuż wektorów nadlatujących 
błyskawic. Bezgłośne eksplozje wykwitły na burtach trzech koreliańskich okrętów i wkrótce ich 
artylerzyści musieli prowadzić ogień przez chmury rozpylonych na atomy pancerzy kadłubów. W 

background image

końcu centralna kopuła nad grawitacyjnym działem powiększyła się niczym źrenica ogromnego 
bladego oka.

- Uwaga, wszyscy! Chwytajcie się, czego możecie! - ryknął przez komunikator komandor 

Tirossk, chociaż zupełnie niepotrzebnie. - Zaczyna się!

Artylerzyści grawitacyjnego działa otworzyli ogień.
Bystrooki obserwator, patrząc we właściwe miejsce w odpowiedniej chwili, mógłby nawet 

dostrzec nadlatujące bomby grawitacyjne. Przelatując przez burzę plazmy wytworzoną przez 
zsynchronizowane strzały turbolaserów, mikroskopijny horyzont wydarzeń bomb pochłonął 
wszystkie naładowane cząstki, które odpowiadały za wytworzenie płynącego w kierunku wulkanu 
strumienia twardego promieniowania. Wkrótce cząstki na zawsze zniknęły z tego wszechświata. 
Promieniowanie naładowało otaczającą je plazmę i w mgnieniu oka wytworzyło błękitnobiałe 
rozbłyski, proste niczym promienie lasera.

Z grawitacyjnego działa bomby wylatywały co trzy sekundy. Zmierzały po spiralach w 

kierunku okrętów Republiki, chociaż wcale nie musiały ich trafić.. Nawet oddalony wybuch jednej 
takiej bomby mógł dosłownie rozerwać okręt na strzępy.

Tymczasem cała wiązka grawitacyjnych bomb eksplodowała w pobliżu „Nieopiewanego”.
Członkowie załóg na mostkach „Lansjera” i „Palea” mogli tylko bezradnie obserwować, jak 

„Nieopiewany” skręca się wzdłuż osi i rozpada na kawałki. Kadłuby obu ocalałych okrętów 
zadygotały pod wpływem fal grawitacyjnych wstrząsów, chociaż od miejsca katastrofy dzieliło je 
dobre kilkaset kilometrów.

Zagłada „Nieopiewanego” wyrwała na krótko lukę w ogniu zaporowym. Kiedy artylerzyści 

nieprzyjaciół namierzyli w końcu dwa pozostałe okręty, na ich mostkach rozjęczały się alarmowe 
syreny.

- Przygotować się do zwiększenia intensywności ostrzału o pięćdziesiąt procent! - 

wychrypiał Tirossk. - Zsynchronizować ostrzał z bateriami „Palea”. - Koordynator kontroli ognia 
zaprotestował, twierdząc że wykonanie tego rozkazu może przeciążyć, a nawet spalić turbolasery, 
ale Tirossk tylko wzruszył ramionami. - Na pewno się spalą, kiedy wasz okręt się rozpadnie - 
warknął. - Wykonać!

W kierunku obu jednostek leciały coraz to nowe wiązki grawitacyjnych bomb. Kierowały 

się w stronę grupy okrętów liniowych, cały czas bezradnie skupionych w cieniu Mindora: okrętów 
bez osłon, pancerzy czy systemów uzbrojenia, które mogłyby je ocalić od zagłady.

Okrętów, których jedyną tarczą była pomysłowość generała Landa Calrissiana.
Na czele szyku podwójnych siódemek leciał „Zaczekaj Minutę” pod dowództwem 

komandora Java Patrella, posiwiałego weterana, który od trzydziestu pięciu standardowych lat 
służył na okrętach interdykcyjnych, a później nimi dowodził. Kiedy jego oficer nawigacyjny 
zameldował o wykryciu pierwszej fali nadlatujących bomb grawitacyjnych, Patrell nawet się nie 
zawahał.

- Uwaga, wszystkie okręty - powiedział. - Wykonać!
Członkowie załogi odwrócili się do swoich konsolet, żeby wykonać rozkaz dowódcy. 

Pierwszy oficer podszedł bliżej i nachylił się do Patrella.

- Naprawdę pan uważa, że to się uda? - zapytał cicho.
- To jasne, że się uda! - warknął Patrell z imponującą pewnością siebie. Tak naprawdę był 

przekonany, że nie istnieje absolutnie żaden sposób, żeby ktokolwiek dokonał tej sztuki. Pozorna 
pewność siebie wynikała z długiego doświadczenia. W ciągu tych wszystkich lat służby na 
pokładach koreliańskich interdyktorów nigdy nie znalazł wskazówki, jak wytwarzane przez nie 
sztuczne studnie grawitacyjne dostroić albo zsynchronizować w czasie z precyzją, jakiej wymagała 
obecna sztuczka.

Tyle że jego trzydzieści pięć standardowych lat doświadczenia nie obejmowało działania 

interdyktora pod kontrolą głównego zestawu procesorów ciężkiego krążownika klasy Mon 
Calamari.

Kiedy pierwsze wiązki grawitacyjnych bomb minęły „Lansjera” i „Palea”, w przestworza 

pomknęły impulsy z generatorów grawitacyjnych studni interdyktora „Zaczekaj Minutę”. 

background image

Wzajemne oddziaływanie obu potężnych źródeł sztucznej grawitacji zepchnęło bomby o kilka 
stopni z kursu. Po chwili operatorzy następnej podwójnej siódemki przesłali w podobnej sekwencji 
impulsy grawitacyjnej energii ze swojego emitera, a wtedy lecące bomby jeszcze bardziej zmieniły 
trajektorie lotu. Nie tylko chybiły okręty grupy szturmowej, ale nawet samą planetę. Ostatnie dwie 
podwójne siódemki były jednak usytuowane po przeciwnej stronie trajektorii lotu grawitacyjnych 
bomb. Operatorzy generatorów pierwszej powinni tylko skierować je z powrotem w stronę 
Mindora. Bomby nie miały jednak trafić w samą planetę, a przelecieć nisko nad jej powierzchnią po 
paraboli, która pozwoliłaby operatorom ostatniego interdyktora na kolejną zmianę ich trajektorii 
lotu. Odtąd miały lecieć kursem ściśle wytyczonym przez zestaw procesorów - główny mózg 
„Wspomnienia Alderaana”.

W ciągu całego okresu szkolenia komandora Patrella podkreślano, że emitery 

grawitacyjnych studni interdyktorów nie mogą być włączane w głębi naturalnej studni 
grawitacyjnej, podobnej do tej, jaką wytwarzała sama planeta, bo produkują o wiele za silne własne 
pola grawitacyjne. W przypadku Mindora wyglądałoby to tak, jakby cztery średniej wielkości 
księżyce znalazły się zbyt blisko samej planety.

Pierwsze wstrząsy sejsmiczne rozpoczęły się zaledwie kilka sekund po tym, kiedy 

operatorzy „Zaczekaj Minutę” zainicjowali sekwencję. Całe odcinki planetarnej skorupy w ściśle 
określonych sekwencjach unosiły się i opadały, skręcały i wyginały. Amplitudę wstrząsów 
wzmocnił bliski przelot strumienia grawitacyjnych bomb po zmienionej trajektorii, wytwarzając 
efekt podobny do strzału z procy. Generał Calrissian zareagował na niego słowami:

- Macie z powrotem to, co nam posłaliście, wy szumowiny. Ciekawe, jak wam się to 

spodoba.

Po upływie mniej więcej ośmiu i pół minuty pierwsze zawrócone bomby grawitacyjne miały 

dotrzeć w pobliże lecącego wulkanu i zacząć go niszczyć.

Niestety przy tak skomplikowanej operacji wszystkie obliczenia były obarczone 

niepewnością.

To właśnie dzięki tej niepewności operatorzy drugiego w zębatej linii szyku interdyktorów, 

„Zatrzymaj Ich” - zamiast skierować jedną z bomb grawitacyjnych dalej od Mindora i okrętów 
grupy szturmowej Republiki, wysłali ją w stronę kadłuba swojego okrętu, w kierunku dziobu, 
blisko bakburtowego zestawu emiterów. Kapitan „Zatrzymaj Ich” miał tylko tyle czasu, żeby 
zrozumieć, co pokazują mu odczyty sensorów i warknąć:

- O, niech to zaraza!
Po chwili z burtą jego okrętu zetknęło się czoło fali udarowej po eksplozji grawitacyjnej 

bomby.

Punktowa masa grawitacyjnej bomby przecięła niemal bez oporu kadłub „Zatrzymaj Ich”. 

Zadziałała podobnie jak grawitacyjna brzytwa, która odcięła podstawę lecącego wulkanu: 
natychmiast wyzwoliła energię promieniowania o tak potężnym natężeniu, że unicestwiła duży 
fragment okrętu i wyrwała w nim potworną dziurę, przez którą mógłby przelecieć pilot X-winga. 
Fala udarowa rozłamała okręt na dwie części, które, koziołkując w atmosferze, zaczęły się oddalać 
jedna od drugiej.

Zanim zgasł błysk promieniowania z „Zatrzymaj Ich”, komandor Patrell włączył nadajnik 

komunikatora.

- Panie generale Calrissian - odezwał się cicho. - Mamy spory problem.
- Widzę. - Lando cały czas obserwował prostą jak promień lasera, błękitnobiałą linię 

promieniowania, które znaczyło trajektorię lotu pierwszej fali grawitacyjnych bomb podczas 
wnikania w warstwy atmosfery Mindora. Fala udarowa rozjarzyła odległy horyzont planety niczym 
eksplozja bomby fuzyjnej. - Zabieram resztę grupy szturmowej z powrotem na orbitę, bo to nasza 
najlepsza szansa przeżycia. Tyle że...

Ultranowoczesne sensory „Wspomnienia Alderaana” zdążyły wykryć rozszerzającą się 

anomalię grawitacyjną - zwaną potocznie czarną dziurą - pełzającą po skorupie planety od 
ogromnego krateru, pozostałego po odlocie wulkanu. Mózg okrętu zdążył obliczyć, że w ciągu 
mniej więcej dwóch standardowych godzin planeta przestanie być planetą i stanie się puchnącą 

background image

sferoidą nieco wcześniej powstałych asteroid... a zderzenie z każdą następną bombą grawitacyjną 
jeszcze bardziej będzie skracać ten okres.

A kiedy planeta się rozpadnie, zniknie cień, który dotąd osłaniał okręty Republiki przed 

coraz bardziej intensywnymi rozbłyskami Taspana.

Kiedy grupa szturmowa opuściła atmosferę, Lando mógł już tylko spoglądać na płomienie 

w dole. To nie może się dziać naprawdę. Luke był gdzieś tam, na dole, podobnie zresztą jak Han i 
Leia. A Lando właśnie pomagał rozerwać planetę na kawałki.

Pocieszało go tylko to, że nie dożyje tej chwili. Nie przeżyje tego zresztą nikt. Lando 

popatrzył na płonący wulkan i pomyślał o zawróconym dzięki zjawisku strzału z procy strumieniu 
grawitacyjnych bomb. W atmosferze leciało ich jeszcze osiem albo dziesięć. Lando obnażył zęby 
we wściekłym grymasie.

- Nie będziecie żyć wystarczająco długo, żeby się z tego cieszyć - warknął w kierunku 

wulkanu.

Przekazał następne rozkazy. Piloci ocalałych okrętów grupy szturmowej utworzyli szyk i 

przygotowali się do ataku. „Wspomnienie Alderaana” wzniosło się na orbitę, a miejsca na jego 
flankach zajęły cztery ciężkie krążowniki. W szyku znalazło się także miejsce dla dwustu 
gwiezdnych myśliwców. Ich piloci zatoczyli szeroki łuk i zaatakowali wulkan zacieśniającą się 
pętlą, która pozwalała im kierować lufy w stronę nieprzyjaciela i jednocześnie pozostawać poza 
polem ostrzału nieprzyjacielskich okrętów liniowych. Operatorzy trzech ocalałych podwójnych 
siódemek zaczęli odciągać grawitacyjne bomby tak daleko od okrętów własnej floty, jak tylko 
mogli.

- Nie pozwólmy im się domyślić, że zamierzamy ich ostrzelać ich własną bronią - ostrzegł 

Lando. Odwrócił się do swojego pierwszego oficera. - Ognia!

Artylerzyści wszystkich okrętów grupy szturmowej posłali strumienie niszczycielskiej 

energii w kierunku odlatującego wulkanu. Skalna czasza nie miała własnych osłon ani nawet 
pancerza, więc ogromne bryły wulkanicznych skał zamieniały się w chmury superprzegrzanej 
plazmy. Energię turbolaserowych błyskawic i eksplozji protonowych torped pochłonął gigantyczny 
rozżarzony całun. Okazało się, że właśnie o to chodziło Calrissianowi. Generał postanowił, że teraz 
trzeba doprowadzić do tego, aby gromada ośmiu czy dziesięciu grawitacyjnych bomb kierowała się 
bez przeszkód ku miejscu, skąd zostały wystrzelone.

Zanim planeta zacznie się rozpadać, a burza gwiezdnej energii Taspana pochłonie okręty 

grupy szturmowej, zamierzał z satysfakcją obserwować, jak odlatujący wulkan zostaje kompletnie 
zniszczony przez własną broń. Nie spodziewał się wprawdzie, żeby sprawiło mu to szczególną 
radość, ale nic innego mu nie pozostało. Wszystkim innym też.

To bardzo samotne miejsce na śmierć, pomyślał. I co za pech dla Republiki, żeby stracić 

Luke’a, Hana, Leię i Chewiego. A także Łotrów... i mnie.

Przynajmniej zabierzemy ze sobą tych parszywych drani, pomyślał.
Zaczął się zastanawiać, ile historii się tu zakończy... w tym małym, zacofanym systemie, 

odległym o sześć skoków od Hydiańskiej Drogi. Był ciekaw, który producent holodreszczowców 
opowie, co się tu stało. Przeczuwał, że to będzie bohaterska i chwalebna historia... na przykład 
Legendarny ostatni punkt oporu ostatniego Jedi plus romans Skazani na śmierć kochankowie, albo 
Zreformowany hazardzista, który okazuje się bohaterem... i nikt się nie dowie, czym to było 
naprawdę.

A prawda wygląda tak, że zostaliśmy pokonani, pomyślał. Dostaliśmy lanie. Nasi 

nieprzyjaciele ułożyli lepszy plan. Wciągnęli nas do swojej pułapki, a myśmy zanurkowali do niej 
głową naprzód, bo uważaliśmy się za niezwyciężonych. Zdawało się nam, że dobrzy goście zawsze 
wygrywają.

Spośród nich wszystkich może tylko Luke nie miał złudzeń. No cóż, przynajmniej nie 

zawsze. Han powiedział kiedyś Calrissianowi, że po wydarzeniach na Bespinie coś w osobowości 
Luke’a uległo zmianie... Luke chyba tam zrozumiał - w sposób, którego Lando nigdy nie pojął, a 
Han, Leia i Chewbacca po prostu nie potrafili - jak mrocznym miejscem jest w rzeczywistości 
wszechświat.

background image

Lando domyślał się, że to właśnie tam Luke nabrał pokory i życzliwości. Zaczął wierzyć, że 

ludzie potrafią się zmieniać na lepsze. To pewnie właśnie dlatego rzadko się uśmiechał i niemal 
nigdy nie opowiadał dowcipów. Ta dobroć była wszystkim, co miał. Taki był cel jego życia. 
Traktował to jak rodzaj sznura, na którym kołysał się nad przepaścią.

A my powinniśmy go naśladować, pomyślał Calrissian. Luke był naszą nadzieją. Dopóki 

żył, zawsze można się było spodziewać, że jakimś cudem wszystko potoczy się po naszej myśli.

To właśnie dlatego Republika tego dnia przegrywała.
Zabrakło nadziei.
Zważywszy na to, co się działo z planetą, Luke prawdopodobnie już nie żył. A jeżeli nawet 

jakimś cudem nadal żył, co mógł w tej chwili robić? Czy istniał dobry powód, żeby na jednym 
człowieku opierać nadzieje całej galaktyki?

Chociaż Lando nie wypowiedział swoich pytań głośno, otrzymał na nie odpowiedź. 

Porucznik z sekcji łączności zameldował przyciszonym i chrapliwym tonem:

- Panie generale Calrissian, odbieram sygnał... z pokładu statku lecącego kursem na 

przechwycenie... Panie generale, sygnatura transpondera została potwierdzona - to „Sokół 
Millenium”!

Lando poczuł się, jakby wszechświat fiknął koziołka.
- Co takiego? - zapytał.
Czy taki przypadek był w ogóle możliwy?
- Nadają, panie generale - poinformował go podwładny. - Na wszystkich zakresach.
- Przełącz na głośnik - rozkazał Lando.
- ...Skywalker. Dowódcy wszystkich okrętów Republiki, przerwać walkę i się wycofać. 

Wszystkie wojska Imperium, podpułkownik lotnictwa GC-100 zostaje od tej chwili awansowany do 
stopnia marszałka wojsk powietrznych. Panie marszałku wojsk powietrznych GC-1000, od tej 
chwili dowodzi pan wszystkimi wojskami Imperium w systemie Taspana. Proszę zarządzić 
wyłączenie urządzeń zakłócających sygnały w podprzestrzeni, przestać przesyłać energię do 
wszystkich grawitacyjnych stacji i ogłosić bezwarunkową kapitulację tak szybko, jak to tylko 
możliwe. Kiedy procedura kapitulacji zostanie zakończona, będzie pan pomagał w ewakuacji 
wszystkich cywilów.

Powtarzam, mówi Luke Skywalker. Dowódcy wszystkich okrętów Republiki...
- Proszę to wyłączyć - rozkazał Calrissian. Okres, który wydawał się całą wiecznością, mógł 

tylko stać i wpatrywać się w przestworza. Czy naprawdę to usłyszał? Czy Luke naprawdę wierzył, 
że może po prostu rozkazać imperialnym szturmowcom, żeby się poddali?

Coś takiego nie mieściło mu się w głowie. To było po prostu zupełnie, absolutnie szalone.
- Panie generale? - zagadnął dowódca sekcji taktyczno-operacyjnej. - Piloci myśliwców TIE 

przerywają walkę i się wycofują.

- Co takiego? - zapytał Lando.
Porucznik łącznościowiec obejrzał się przez ramię.
- „Zaczekaj Minutę” melduje, że grawitacyjne działo wstrzymało ogień. - Oficer zamrugał z 

wrażenia. - Łączność podprzestrzenna została przywrócona.

- Słucham?
Dowódca sekcji taktyczno-operacyjnej mógł tylko pokręcić głową.
- Cienie mas nikną... Grawitacyjne stacje przestają działać, panie generale! - powiedział. - 

Przewidujemy, że okno umożliwiające dokonanie skoku otworzy się mniej więcej za dwanaście 
minut.

Ku swojemu zdumieniu Lando stwierdził, że jego stopy ruszają naprzód i zabierają ze sobą 

resztę ciała. Ręce zaczęły gestykulować, a usta wykrzykiwać następne rozkazy, podające 
współrzędne skoku i punktów zbornych, a także priorytety akcji poszukiwawczo-ratunkowych. 
Tymczasem umysł zadawał sobie w kółko to samo pytanie:

Co się dzieje?

background image

Fenn Shysa przycisnął plecy do grodzi i spojrzał z nadzieją na błyskający czerwono 

wskaźnik naładowania swojego karabinu blasterowego. Dziesięć strzałów. Jeden granat. Może 
wystarczy, żeby przeżyć do chwili, kiedy kontratak Calrissiana rozpyli wroga na atomy.

Wymienił ponure spojrzenie z dowódcą komandosów, który stał w identycznej pozie po 

drugiej stronie ziejącej między nimi dziury otwartego włazu. Dowódca komandosów trzymał się 
blisko niego zgodnie z dumną mandaloriańską tradycją: zamierzał osłaniać odwrót swoich 
podwładnych albo zginąć podczas tej próby. Fenn Shysa nie znalazł się jednak w tym miejscu 
dlatego, że był dowódcą. I nie dlatego, że był przywódcą mandaloriańskich Protektorów ani nawet 
dlatego, że był Lordem Mandalorem. Stał tu dlatego, że nazywał się Fenn Shysa.

W pewnym momencie walki ściągnął z głowy i odrzucił hełm, bo odbity od niego rykoszet 

unieruchomił wyświetlacz w polu widzenia właściciela, a usterka zmusiła autopolaryzator do 
przyciemnienia przesłony i Shysa przestał cokolwiek widzieć. Miał świeże oparzenie na skroni, 
gdzie przypadkowy strzał zwęglił jego włosy. Mgłę w bunkrze rozjaśniały raz po raz rozbłyski 
szkarłatnych błyskawic blasterowych strzałów, a w powietrzu unosiła się woń dymu, przypiekanego 
mięsa i ozonu.

Fenn zauważył w pewnej chwili, że w otworze włazu nie widać błyskawic blasterowych 

strzałów. W tym czasie do włazu wpadła para termicznych detonatorów, które potoczyły się po 
posadzce i znieruchomiały. Fenn natychmiast przeskoczył na drugą stronę otworu i skręcił w 
prawo, po czym, cały czas biegnąc, wystrzelił własny granat przeciwpancerny. Z kłębów dymu 
poleciały ku niemu błyskawice blasterowych strzałów, a po chwili dowódca najemników przemknął 
przez otwór włazu i od razu skoczył w lewo. Milisekundę później snop ognia z eksplozji 
termicznych detonatorów wystrzelił z rykiem przez otwór włazu za jego plecami.

Fenn w końcu zlokalizował źródło strzałów. Nie mierząc, przycisnął spust i wypuścił w 

tamtą stronę strugę ognia ze swojego karabinu, żeby nieprzyjaciel nie mógł wychylić głowy. 
Odrzucił na bok rozładowany blaster i skoczył ku punktowi oporu, starając się trzymać z daleka od 
błyskawic lecących ku pozycji szturmowców z karabinu dowódcy najemników. Zaatakował punkt 
oporu szturmowców, bo chciał zrobić użytek z ostrzy w rękawicach, a gdyby przyszło do walki 
wręcz, mógł się posłużyć Masterami zabitych przeciwników... ale zrobił to głównie dlatego, że był 
Fennem Shysą. Jeżeli tego dnia miał zginąć, postanowił umrzeć z zębami zatopionymi w gardle 
napastnika.

Zanim zdążył dobiec do punktu oporu, przez dym przebiła się seria blasterowych błyskawic 

posyłanych z innego miejsca bunkra. Fenn zacisnął zęby i nadal biegł. Wiedział, że nawet jeśli 
zostanie trafiony, zdoła uśmiercić kilku przeciwników. Okazało się jednak, że te strzały chyba nie 
były do niego kierowane. Ogniste smugi przelatywały wysoko nad jego głową i nad hełmami 
szturmowców, których zamierzał zaatakować. Błyskawicom towarzyszyły żądania, żeby się 
poddali, ale Fenn Shysa był gotów na śmierć, więc je zignorował. Pochylił głowę i nawet nie 
zwolnił. Dopadł najbliższego szturmowca i sięgnął lewą dłonią pod górną płytę jego pancerza. Już 
miał zagłębić w jego gardle ostrza z prawej z rękawicy...

Ale zrezygnował.
Szturmowiec wcale nie zamierzał stawiać oporu. Wyglądało na to, że w ogóle zrezygnował 

z dalszej walki. Stał po prostu nieruchomo z uniesionymi rękami, jakby czekał, aż Fenn go zarżnie 
jak wypasionego grundilla.

Fenn zamrugał, nie wierząc własnym oczom. Jeszcze mniej skłonny był uwierzyć w to, co 

zobaczył po chwili. Zakuty w czarny pancerz szturmowiec przekroczył próg włazu, skąd sypały się 
ostatnie strzały. Shysa napiął mięśnie i skoncentrował uwagę, ale szturmowiec uniósł opancerzoną 
rękę i skierował ją w stronę Shysy.

Ni dinu ner gaan naakyc, jorcu ni nu copaani kyr’amur ner vod - odezwał się.
Fenn Shysa mógł tylko z niedowierzaniem patrzeć na to, co się dzieje.
Przeciwnik miał dziwny, zdecydowanie koreliański akcent, ale jego słowa były absolutnie 

zrozumiałe. Nieprzyjaciel posługiwał się językiem Mando’a niemal bezbłędnie. A oto, co 
powiedział:

- Przyjmij, proszę moją propozycję rozejmu, bo świadomie nie przeleję krwi moich braci.

background image

- Co takiego? - zapytał Shysa.
- Lordzie Mandalorze, Imperator Skywalker przesyła pozdrowienia - odezwał się 

szturmowiec tym razem w basicu. Z oznak na pancerzu wynikało, że to podpułkownik lotnictwa. - 
Sytuacja uległa radykalnej zmianie.

Osłupiały Fenn otworzył usta.
- Imperator... Skywalker? - wyjąkał, wciąż jeszcze nie wierząc własnym uszom.
Słowa „sytuacja uległa radykalnej zmianie” były chyba niedopowiedzeniem dekady.
- Zabezpieczyliśmy stanowiska dział naziemnych do ostrzału celów na orbicie - ciągnął 

podpułkownik. - Generał Calrissian prosi, żeby pomógł pan nam ewakuować cywilów. Jest ich tu 
kilka tysięcy, a Imperator Skywalker dał nam wyraźny rozkaz ich ochrony.

Shysa zastanowił się chwilę, czy przypadkiem nie oberwał w głowę zbyt wiele razy. Ale i 

tak razem z dowódcą najemników podążyli za podpułkownikiem lotnictwa przez kolejne komory z 
posadzkami zasypanymi szczątkami, gdzie powietrze cuchnęło ozonem i spalenizną. W końcu 
dotarli na miejsce bitwy, gdzie dwie reduty chroniły odporne na blasterowe strzały, masywne wrota. 
Podpułkownik lotnictwa wystukał na kontrolnym panelu obok wrót właściwy kod, po czym 
ogromne durastalowe płyty zgrzytnęły i zaczęły się rozsuwać.

Za wrotami mieściła się sterownia grawitacyjnego działa. W pomieszczeniu stało na 

baczność kilkudziesięciu szturmowców w zwartej grupie, jakby przygotowanych do inspekcji. 
Wszyscy mieli dłonie splecione na karku, a swoje karabiny ustawili z niezwykłą precyzją na 
posadzce, pośrodku pomieszczenia. Broń boczna leżała obok w idealnie równych odstępach. Za 
karabinami stała piramida połyskujących czarnych hełmów szturmowców, która przypominała 
Fennowi koszmarne stosy odciętych głów, ustawione przez członków plemienia Jaltiri z 
Toskhowwla VI.

- Nie mogę w to uwierzyć, to niesamowite - powiedział Fenn. - Nie zdążyliśmy nawet dojść 

blisko, próbowaliśmy wyciąć otwory w ścianach, ale to nam nic nie dawało.

- To dlatego, że nie miał pan odpowiednich kodów otwierających wrota - odparł całkiem 

rozsądnie podpułkownik.

- Więc oni się po prostu... poddali? - zapytał Shysa.
- Z mojego rozkazu. - Podpułkownik mówił tak spokojnie, jakby podobne cuda działy się 

codziennie. - Jestem ich najwyższym stopniem zwierzchnikiem. Żaden szturmowiec nawet nie 
pomyślał o nieposłuszeństwie.

- A gdyby jednak? - zagadnął Mandalorianin.
- To mogłoby sprawić pewną trudność, zwłaszcza że Imperator rozkazał mnie i moim 

podwładnym zminimalizowanie dalszego przelewu krwi - odparł oficer. - Jestem rad, że nie 
musiałem podejmować tej decyzji.

- Panie podpułkowniku... - zaczął Fenn.
- Marszałku sił powietrznych - poprawił go stanowczo oficer z ledwo ukrywaną dumą. - 

Otrzymałem awans na polu bitwy od samego Imperatora.

- Imperatora... Skywalkera? - upewnił się Fenn, próbując wydobyć z tej rozmowy choć 

trochę sensu.

- Wybranego następcy Palpatine’a Wielkiego - potwierdził poważnie świeżo mianowany 

marszałek. - Czyżby pan nie oglądał Luke ’a Skywalkera i zemsty Jedi?

- Uhm... - mruknął Shysa.
- Naturalnie to zostało udramatyzowane - dodał szturmowiec.
- Naturalnie.
- Chociaż oparte na rzeczywistych wydarzeniach.
- Uhm...
- To piękny holodramat, prawdziwe arcydzieło - oznajmił marszałek wojsk powietrznych. - 

Zmieniło moje życie.

Fenn bez skutku usiłował cokolwiek zrozumieć.
- Kiedy jakiś gość mówi, że holodramat zmienił jego życie - odezwał się w końcu - 

zazwyczaj przesadza.

background image

- Ja nie przesadzam.
- Zaczynam panu wierzyć.
- A teraz może pan zechce wezwać swoich podwładnych i pójść ze mną - powiedział 

marszałek, odwrócił się i szybko odszedł. - Wprawdzie siły zbrojne generała Calrissiana starają się, 
jak mogą, żeby temu zapobiec, ale niszczenie tego obiektu może rozpocząć się już za sześć minut - 
dodał jeszcze.

Ledwo wypowiedział te słowa, posadzka opadła o jakiś metr, a potem mniej więcej o tyle 

samo podskoczyła i wszystkich zwaliła z nóg. W tej samej chwili jakby zewsząd dobiegł straszliwy 
ryk, uderzył w ich uszy, jak niewidzialny drewniany młot i wycisnął powietrze z płuc. Echo ryku 
zatrzęsło kopułą, która zaczęła się wyginać i opadać. Od ścian i sklepienia odpadły bryły 
permabetonu...

Kiedy ryk w końcu przeszedł w przeciągły pomruk, Fenn usiadł z wysiłkiem i zaczął kasłać, 

żeby usunąć z płuc permabetonowy pył.

- Byłeś wyjątkowym optymistą, mówiąc o tych sześciu minutach, prawda? - zapytał cierpko 

marszałka wojsk lotniczych.

ROZDZIAŁ 17

Pierwsza bomba grawitacyjna trafiła dokładnie w cel. Siła uderzenia oderwała prawie 

kilometrowy fragment krawędzi lecącego wulkanu i zmieniła go w gromadę asteroid, otoczoną 
szybko rozszerzającą się chmurą plazmy. Zniszczeniu uległy dwa zestawy ogromnych generatorów 
sztucznej grawitacji, od których zależała zdolność manewrowania, a koordynujący centralny rdzeń 
został uszkodzony, co zdestabilizowało pracę pozostałych trzech zestawów generatorów. Ten brak 
stabilizacji spowodował, że wulkan zaczął się obracać i pluć ogniem w przypadkowe strony, bo 
chociaż automatyczne kompensatory robiły co mogły, nie zdołały ustawić konfiguracji, dzięki 
której baza mogłaby nadal lecieć zaprogramowaną trajektorią.

Powstałe naprężenia zaczęły rozrywać Mroczną Bazę na kawałki.
Proces uległ znacznemu przyspieszeniu, kiedy w wulkan trafiły w krótkich odstępach czasu 

pozostałe bomby grawitacyjne. Trzy ocalałe podwójne siódemki poleciały z maksymalną 
prędkością w różne strony. Ich dowódcy przeciążali generatory grawitacji w daremnej nadziei 
zboczenia z kursu na tyle, żeby ocalić wulkaniczną górę, ale grawitacyjne bomby nadlatywały o 
wiele szybciej niż interdyktory się oddalały, bo bomby osiągnęły ogromną prędkość, oddalając się 
od Mindora jak wyrzucone z procy.

Oznaczało to, że trzy tysiące czterystu dwudziestu sześciu cywilów - obywateli Republiki, 

którzy zostali porwani, zmuszeni do niewolniczej pracy i stłoczeni w miejscu, które kiedyś było 
Ośrodkiem Sortowania - miało przed sobą mniej więcej cztery minuty życia.

W czasie trochę krótszym niż te cztery minuty siła wybuchu Mrocznej Bazy miała przerwać 

ciśnieniową uszczelkę wokół Ośrodka Sortowania i wystawić wszystkich na oddziaływanie 
absolutnej próżni. Co więcej, jedyne lądowniki, które mogłyby pomóc w ewakuacji niewolników - 
chociaż mogły pomieścić najwyżej dziesięć procent ogólnej liczby nieszczęśników - były 
zacumowane na zewnętrznej powierzchni lecącego wulkanu. Pragnąc się do nich dostać, 
niewolnicy musieliby przebiec setki metrów w tej samej idealnej próżni, i to bez ochrony 
próżnioszczelnych skafandrów.

Han wpatrywał się w transpastalową szybę sterowni z twarzą równie nieogadnioną jak 

pustka przestworzy.

- Nie mają szansy - oznajmił w końcu.
- Mają - sprzeciwił się Nick z fotela za plecami Chewiego. - Mają taką samą szansę, jaką 

miałeś ty. Mają po swojej stronie Skywalkera.

- Uważasz, że to im wystarczy? - zapytał powątpiewająco Solo.
- Tobie wystarczyło - stwierdził Nick. - Skywalker ma plan. On zawsze ma jakiś plan. - 

Odwrócił się do Luke’a i zniżył głos. - To co, masz jakiś plan? - zapytał.

background image

- Prawdę mówiąc, tak - odparł młody Jedi.
Jeszcze zanim objął dowództwo, zapoznał się z każdym szczegółem każdego okrętu, 

tworzącego siły Nowej Republiki. Wiedział zatem, że trzy koreliańskie fregaty stanowiące część 
grupy szturmowej były kiedyś ciężkimi frachtowcami. Wiedział też, że część ich pierwotnego 
wyposażenia zachowano w oryginalnej konfiguracji po prostu dlatego, żeby uniknąć absurdalnie 
kosztownych przeróbek.

Jednym z elementów tego wyposażenia był taśmowy pomost, którym można było przesyłać 

towary z ładowni jednego statku bezpośrednio do ładowni drugiego... nawet wówczas, kiedy statek 
znajdował się poza atmosferą. Pomost składał się ze szkieletu wspierającego pas transmisyjny o 
szerokości sześciu i długości kilkuset metrów. Całość zamknięto w chronionym przez pole siłowe 
tunelu, żeby zapobiec ucieczce atmosfery. Na pokładzie fregaty przechowywano także wiele 
małych generatorów sztucznej grawitacji. Miały one zapewnić stabilność przekazywanych towarów 
i pilnować, żeby przesyłanie odbywało się „z góry na dół”.

„Lansjer” i „Paleo”, które zostały wyposażone w takie taśmowe pomosty, znajdowały się 

najbliżej lecącego wulkanu. „Lansjer” mógł nawet dostosować własną trajektorię lotu do trajektorii 
lotu wulkanu, a operatorzy potrafiliby wysunąć taśmowy pomost z idealną dokładnością, i to w 
ciągu niespełna dwóch minut.

W miejscu o podanych przez Luke’a współrzędnych operatorzy „Lansjera” odkryli ogromny 

płaskowyż z litej skały. Komandor Tirossk, co całkiem zrozumiałe, miał pewne opory. Wolałby nie 
ryzykować życia członków załogi podczas procesu zrównywania trajektorii lotu i zbliżenia okrętu 
do lecącej góry. Obawiał się, że jego okręt rozpadnie się, instalując taśmowy pomost, z którego nikt 
nie będzie w stanie skorzystać. Włączył komunikator.

- Co mam robić, kiedy już zakotwiczę pomost i wpompuję powietrze do środka? - zapytał. - 

Czy ta skała w magiczny sposób się otworzy i wypuści więźniów?

Dowódca „Lansjera” od czasu do czasu oddawał się przyjemności oglądania 

holodreszczowców w rodzaju Luke 'a Skywalkera i smoków z Tatooine, więc kiedy Luke odparł po 
prostu: „Owszem, tak właśnie będzie”, Tirossk doszedł do wniosku - wbrew zdrowemu rozsądkowi 
- że mu wierzy.

Han Solo nie podzielał tej wiary. Nie została mu ani odrobina zaufania. Pochylił się nad 

pulpitami kontrolnymi „Sokoła” i od czasu do czasu zerkał z ukosa na transpastal sterowni. 
Przyglądał się z coraz większym przerażeniem, jak Mroczna Baza rośnie stanowczo zbyt powoli. 
Miał zbielałe kłykcie palców od zaciskania na rękojeści dźwigni drążka i od czasu do czasu zgrzytał 
zębami, jakby chciał zmusić statek do szybszego lotu po prostu siłą woli. Wreszcie odwrócił się i 
spojrzał na Luke’a, który przykucnął za fotelem Chewiego.

- A co na to twoi nowi przyjaciele, Topniaki? - zapytał. - Jak masz zamiar tego dokonać, 

kiedy od położenia dłoni na tej skale dzielą nas dobre dwie minuty?

- Artoo, chciałbym, żebyś wzmocnił sygnał - odezwał się Skywalker.
Astromechaniczny robot, przypięty do fotela za plecami Hana, wyciągnął w kierunku 

Luke’a manipulator z końcówką systemu informatycznego, jak podające rękę ufne dziecko. W tej 
samej chwili gniazdo systemu łączności na jego kopułce otworzyło się i wysunęła się z niego mała 
antena paraboliczna. Luke chwycił wyciągnięty manipulator z końcówką systemu informatycznego, 
a Han ze zdumieniem obserwował, jak z palców Luke’a znów wyrastają nici z połyskującego 
czarnego kryształu i wbijają się w poszczególne gniazdka końcówki.

- Nie obraź się, Luke, ale to mnie naprawdę przyprawia o dreszcze - skrzywił się Han.
- W takim razie wyobraź sobie, co ja czuję - mruknął młody Jedi.
- Wolałbym tego nie robić - przyznał Solo.
Luke nawet się nie uśmiechnął.
- Muszę mieć teraz sekundę czy dwie spokoju, żeby się skoncentrować - powiedział.
„Lansjer” zatoczył łuk i zajął odpowiednią pozycję, a jego taśmowy pomost wysunął się 

niczym jęzor. Po chwili, kiedy wokół pomostu powstał tunel z błękitnawym błyskiem siłowego 
pola, skała zmiękła i zaczęła się topić. Cofała się jak lodowiec pod wpływem letnich upałów. 
Powstał otwór, przez który wystrzelił snop światła, skierowany w taki sposób, żeby oświetlić 

background image

wnętrze tunelu. Taśmowy pomost wsunął się w głąb otworu aż do miejsca, w którym już czekali 
cywile, szturmowcy i Mandalorianie.

Pierwsi na taśmę wskoczyli dwaj mandaloriańscy najemnicy. Zdradzając duże 

doświadczenie, obrócili się w locie o dziewięćdziesiąt stopni, żeby dostosować ciało do zmiany 
kierunku wektora siły ciążenia. Dzięki sztucznej grawitacji pomost wydawał się idealnie poziomy. 
„Lansjer” sprawiał wrażenie, jakby spokojnie unosił się obok wulkanu, zamiast nad nim. 
Mandalorianie szybko pobiegli w kierunku przeciwnym do ruchu taśmy, żeby pomagać innym w 
pokonywaniu zmiany kierunku wektora siły ciążenia.

Wzdłuż całej długości pomostu rozstawiło się kilkanaście par mandaloriańskich 

komandosów. Zachowali zimną krew i spokojnie zorganizowali cywilów na dnie pieczary. 
Uprzejmi szturmowcy pomagali każdemu, kto nie mógł sam wskoczyć na taśmę z powodu wieku, 
odniesionych obrażeń albo choroby. Rozmieszczeni wzdłuż pomostu Mandalorianie przypominali 
wszystkim: „Idźcie spokojnie, nie biegnijcie. Jeżeli któryś z was upadnie i nie będzie mógł wstać, 
niech się przesunie na bok taśmy i spokojnie czeka na pomoc”. Dzięki tej sprawnej akcji 
ratunkowej Ośrodek Sortowania zaczął się szybko wyludniać, i to mimo falowania dna pieczary, 
wywoływanego przez nieustanne niszczenie Mrocznej Bazy.

Nikt z jeńców nie wiedział, że odczuwane wstrząsy są o wiele mniej groźne niż te, jakie 

występowały w innych częściach bazy. Nie mogli również wiedzieć, że o odpowiedni skład 
atmosfery w Ośrodku Sortowania dbają liczne rzesze Topniaków, które nie tylko się starały, żeby 
pieczara była cały czas uszczelniona, ale także manipulowały topiskałą, żeby zmniejszyć amplitudę 
podskoków dna. Wszyscy jednak widzieli, jak dalsze części pieczary wybrzuszają się albo 
zapadają, a niektóre fragmenty znikają w pojawiających się otworach jak olbrzymie krople 
połyskującej, czarnej mazi.

W pewnej chwili jedna z takich ogromnych kropli spłynęła w czeluść, ukazując kadłub 

lekkiego koreliańskiego frachtowca.

W tej samej sekundzie, kiedy „Sokół” osiadł na dnie pieczary, pękła i odleciała ciśnieniowa 

uszczelka włazu. W powstałej szczelinie powinna się pojawić dolna rampa statku. Tymczasem 
opadła winda towarowa, a przez oba otwory zaczęły wypływać rzesze uchodźców - zarówno 
Mindoran zorganizowanych przez mężczyznę o nazwisku Tripp, jak i żołnierzy Republiki pod 
dowództwem kalamariańskiego porucznika, niejakiego Tubrimiego.

W ciągu kilku sekund w ładowniach „Sokoła” nie pozostała ani jedna osoba.
W sterowni Luke położył dłoń na ramieniu Hana.
- Jesteś w tym dobry? - zapytał. - Liczę na ciebie.
- Nie podoba mi się to - mruknął Solo.
- Wiem, ale musimy to załatwić w taki sposób - odparł Skywalker, włączając komunikator. - 

Panie marszałku wojsk powietrznych, pan i pańscy podwładni musicie natychmiast wejść na 
pokład. Do startu pozostała zaledwie minuta.

- Według rozkazu, Lordzie Imperatorze! - napłynęła natychmiast odpowiedź oficera.
Han się skrzywił.
- Kiedyś będziesz musiał mi wyjaśnić tę bzdurę z „Imperatorem Skywalkerem” - 

powiedział.

- Mowy nie ma - odparł Luke. - Nigdy ci tego nie wyjaśnię.

W absolutnej ciemności wewnątrz Mrocznego Jaja Cronal miał do rozwiązania już tylko 

jeden problem.

Mroczne Jajo, jak je nazwał w chwili stworzenia, było zaimprowizowanym kokonem z 

topiskały w Pieczarze Mrocznego Tronu. Kokon unosił się w miejscu, gdzie kiedyś sterczał 
Mroczny Tron, i na tych samych repulsorach. Nie było już wodospadu płonącej lawy ani jeziora 
stopionej lawy w dole. To, co jeszcze pozostało z życiodajnej krwi wulkanu, kiedy Mroczna Baza 
oderwała się od planety, rozlało się po jej dnie w płomienistym potopie. Mroczne Jajo kołysało się 
łagodnie w powietrzu, wstrząsane falami udarowymi Mrocznej Bazy, która właśnie ulegała 

background image

zagładzie.

Zagłada Bazy nie stanowiła jednak problemu dla Cronala. Prawdę mówiąc, Cronal liczył na 

taki rozwój sytuacji. Gdyby siły zbrojne Republiki nie wpadły na pomysł zawrócenia 
grawitacyjnych bomb w stronę bazy, Cronal musiałby osobiście wysadzić ją w powietrze.

Bitwę o Mindora powinna przeżyć tylko jedna osoba.
Cronal nie martwił się także tym, że jego przygotowania do rozpoczęcia nowego życia 

bazowały na wcieleniu się w młodego Luke’a Skywalkera, nie w jego siostrę. Pracując u boku 
Palpatine’a, poznał wartość elastycznego planowania. Wcielając się w Leię, mógł po prostu udawać 
amnezję... traumatyczne uszkodzenie mózgu, bo to powinno idealnie wyjaśniać wszystkie 
potknięcia i gafy, jakie mógł popełniać podczas spotkań z dawnymi znajomymi księżniczki. Potem 
mógł dyskretnie zaangażować jednego z niezliczonych gryzipiórków, piszących scenariusze 
holodreszczowców, żeby wymyślił coś ciekawego. Cronal uznał, że mógłby nawet wyprodukować 
własny holodreszczowiec. Miał kilka gotowych pomysłów na tytuł takiego arcydzieła. Na przykład: 
Księżniczka Leia i mroczna pułapka albo Księżniczka Leia i czarne dziury Mindora.

Nie martwił się także tym, jak ucieknie z własnej pułapki, kiedy skończy przekazywanie 

swojej świadomości. Pogrążony w topiskale niedaleko Ośrodka Elekcyjnego, stał ukryty, wykonany 
na zamówienie statek, żeby nim uciec jako Luke. Statek wyglądał jak bardzo zwyczajny prom klasy 
Lambda T-4a, ale kadłub miał wyłożony tak grubymi płytami pancerza, że w ładowniach nie było 
miejsca na żadne towary, nie mówiąc o pasażerach. Sterownia była także fałszywa; pilot i najwyżej 
dwie czy trzy inne osoby musiałyby zostać upchnięte do niewielkiej kapsuły, otoczonej dodatkową 
osłoną przeciwpromienną pośrodku dawnego przedziału pasażerskiego.

Zaplanował wszystko, jak należy. Przewidział każdą trudność i zapobiegł wszelkim 

możliwym niespodziankom. Z wyjątkiem jednej.

Wola tej parszywej dziewuchy okazała się po prostu zbyt silna, żeby mógł ją złamać.
Proces wtapiania kryształów przebiegł bez zakłóceń, bo mocne ciało Vastora pozwoliło 

Cronalowi na rozprzestrzenienie mrocznej sieci kryształowych nerwów w jej ciele z prędkością 
zarastania superschłodzonej transpastali. Cronal miał do dyspozycji niewiele czasu, brakowało mu 
także gotowego zapasu thanataziny II, więc nie mógł skorzystać z narkotycznego oszołomienia 
swojej ofiary. Ta pozornie słaba dziewczyna, wykazywała - dzięki genetycznemu kaprysowi - 
wyjątkowo potężną więź z niewielką cząstką Ciemności, którą ignoranccy Jedi nazywali Mocą. 
Cronal powinien był pokonać opór Leii dzięki samej brutalnej sile fizycznej.

Odebrał jej wzrok, odciął słuch, wyeliminował zmysły smaku, węchu i dotyku. Pozbawił ją 

także wrażenia kinetycznego, żeby nie uświadamiała sobie istnienia własnego ciała. Zlikwidował 
również aktywność niektórych przekaźników nerwowych w jej mózgu, żeby Leia nie pamiętała, jak 
się czuje żywa osoba.

Księżniczka mu się nie opierała. Nie wiedziała, w jaki sposób to zrobić. Cronal zresztą nie 

pozwolił jej pamiętać, czym jest stawianie oporu.

A jednak nie chciała mu się poddać.
Miała coś, czego brakowało jej bratu... - jakąś wewnętrzną iskrę bezkompromisowości, 

która nie pozwalała jej poddać się Ciemności. Cronal nawet się nie domyślał, czym może być ta 
iskra... podejrzewał tylko, że to prymitywne, dziewczęce emocje. Tak czy owak, musiał je 
wykorzenić raz na zawsze, bo księżniczka musiała zasnąć. Problem polegał na tym, jak tego 
dokonać, żeby jej nie zabić. Mroczne nerwy z topiskały miały zawierać tylko świadomość, a Cronal 
chciał, aby jej mózg dobrze działał i mógł pełnić autonomiczne funkcje. Nie zadał sobie tego całego 
trudu tylko po to, żeby zamienić swoje więdnące ciało na inne, martwe.

Cały proces zajmował stanowczo zbyt dużo czasu. Chłopak Jedi już dawno byłby gotów 

wślizgnąć się w głąb Ciemności. Co prawda Cronal miał z Lukiem więcej roboty. Młody Jedi nosił 
w sobie wewnętrzną ciemność, która niewątpliwie zdumiałaby jego siostrę, gdyby Leia żyła 
wystarczająco długo, żeby zdążyć to zauważyć. Gdyby Skywalker nie uszkodził kontrolnych 
kryształów Shadowspawna, żadne z nich nie byłoby mu w ogóle potrzebne. W obecnej sytuacji 
Cronal mógł jednak tylko wysłać swoją wolę jeszcze głębiej w Ciemność... przełamując opór Leii z 
wytrwałością klepthiańskiej skalnej wydry, wgryzającej się w skorupę bazaltowych małży.

background image

Cronal wiedział jednak, że kiedy w końcu pokona jej opór, jej umysł nie będzie słaby i 

lękliwy, ale twardy jak kamień. Zapłonie jaskrawym, białym światłem, bardzo rzeczywistym. To 
światło mogło zadawać ból, jak dźgnięcie nożem w oko.

Ujął więc kamień jej umysłu w dłoń sporządzoną z Ciemności i młotem Ciemności w niego 

uderzył. W tej samej chwili młot pękł w jego nierzeczywistej dłoni. Rzucił się na kamień jak na 
upragniony klejnot i umieścił go w schowku twardym jak diament, a mimo to kamień wypalił sobie 
drogę na zewnątrz. Cronal zmienił w pięści całe galaktyki i zwarł je ze sobą, żeby zgnieść kamień 
w maleńką gwiazdkę, ale kiedy pogrążył się znów w głębi Ciemności, okazało się, że 
mikroskopijna gwiazdka nadal płonie.

- Co się z tobą dzieje? - wrzasnął, patrząc z wściekłością na gwiazdkę. - Kim jesteś? 

Dlaczego nie chcesz zginąć?

- Mogę ci to powiedzieć. - Głos napływał zewsząd i znikąd. To był tenor młodego 

mężczyzny, o nosowym akcencie mieszkańca dalekich Zewnętrznych Rubieży.

Cronal drgnął i wyprostował się w absolutnej ciemności swojego Mrocznego Jaja.
- Jeżeli zaprzyjaźniłeś się z Topniakami, zamiast zrobić z nich swoich niewolników, mogłeś 

zauważyć rozmaite rzeczy, które potrafią zrobić. - Tym razem głos pojawił się w środku głowy 
Cronala. - A jeżeli chodzi ci o to, gdzie jesteś, no cóż...

Wewnątrz Mrocznego Jaja pojawiło się nagle jaskrawe błękitne światło... Jego źródłem było 

skwierczące wyładowanie energii, które przemknęło po wewnętrznych ścianach Jaja. Po chwili 
skorupa pękła i rozprysnęła się wokół stóp Cronala, a następnie zaczęła zmiękczać repulsorową 
platformę, która kiedyś wspierała obsydianowy Mroczny Tron.

Dwadzieścia metrów dalej, na półce, która wystawała ze ściany u wylotu tunelu, stał 

szczupły młody mężczyzna w lotniczym kombinezonie Republiki. W jednej dłoni trzymał od 
niechcenia świetlny miecz, którego klinga płonęła jaskrawym zielonym blaskiem.

Luke starał się oddychać powoli i miarowo, ale jego serce obijało się o żebra jak schwytany 

piaskoszczur o pręty klatki. Po nieskończenie długiej chwili od momentu, kiedy stopniał kokon z 
topiskały, Luke mógł tylko mu się przyglądać i myśleć: co za olbrzym...

Kar Vastor przykucnął za obsydianowym tronem jak szykujący się do skoku szablokot. 

Jedna z jego ogromnych dłoni spoczywała na kuli z topiskały na oparciu tronu. Vastor cofnął wargi 
i ukazał kły - długie, zakrzywione i ostre jak sztylety. Luke zamrugał. Każdy z jego bicepsów jest 
grubszy niż moja głowa, pomyślał.

A w dodatku wokół Vastora wirowała burza ciemności. Takiej nawałnicy Luke nie 

doświadczył od śmierci Imperatora. Taka ciemność mogła zdmuchnąć jego wątłą światłość niczym 
płomyk świecy.

Skywalker pamiętał, że strach może wziąć nad nim górę tylko wówczas, kiedy mu na to 

pozwoli. Cały czas głęboko, powoli oddychał, a przy każdym wydechu otwierał duszę, żeby cały 
jego lęk, całe napięcie oraz wszystkie troski i niepokoje odpłynęły od niego jak najdalej.

Jak postąpiłby w tej sytuacji Ben? - zadał sobie pytanie.
Dopiero ta myśl go uspokoiła. Wyobraził sobie, że Ben stoi u jego boku, i zobaczył blisko 

siebie ciepły, miły uśmiech starego Jedi.

- Blackhole - powiedział z takim spokojem, że kiedy go usłyszał w swoim głosie, nabrał 

jeszcze większej pewności siebie. - Masz tylko jedną szansę łatwego wyplątania się z tej sytuacji.

W odpowiedzi Blackhole wydał głuche warknięcie, które przełożyło się w umyśle Luke’a 

na następujące słowa:

- Proponuję wymianę. Jeżeli chcesz, żebym uwolnił twoją siostrę, poddaj się i zostań moim 

ciałem.

Skywalker pokręcił głową i zważył w dłoni rękojeść swojego miecza świetlnego.
- Jeżeli rozpoczniesz ze mną walkę, zginiesz - zapowiedział.
Tym razem w głosie Blackhole’a zabrzmiała kpiąca nuta.
- Uważasz, że dasz radę mnie pokonać, chłopcze?

background image

- Zabiłem dzisiaj już i tak zbyt wiele osób - odparł Luke.
- A więc co zamierzasz ze mną zrobić?
- Pamiętasz Nicka, prawda? - zagadnął młody Jedi. - Twojego marionetkowego 

Shadowspawna? A pamiętasz jego dziewczynę? Nazywa się Aeona. Widzisz, Nick wie o tobie 
wszystko.

- W takim razie przyprowadź go tu, żeby mógł widzieć, jak umierasz - warknął Vastor.
- Och, nie ma go tu ze mną - wyjaśnił Skywalker. - Idąc tutaj, rozstałem się z nim i z Aeoną. 

Siedzą w tej chwili w twoim wykonanym na zamówienie promie.

- Co takiego?
- Powiedziałem ci, że Nick wie o tobie wszystko - powtórzył Luke. - Myślałeś, że kłamię? 

On i Aeona już pewnie odlecieli. Lecą do twojego prawdziwego ciała.

Tym razem Vastor nie odpowiedział. Zapadła krótka cisza.
- Założę się, że jeżeli zamkniesz oczy i skupisz myśli, wyczujesz, gdzie prom się w tej 

chwili znajduje - podjął Luke. - Jestem zupełnie pewny, że dasz radę. Nick wyczuwa, gdzie ty 
jesteś. Proszę bardzo, sam spróbuj.

W oczach ciała Vastora pojawiła się pustka. Spokojny Luke, pogodny i skupiony w Mocy, 

wyczuwał miejsce pobytu Nicka jako pomruk w topiskale, która tworzyła mroczną sieć jego 
nerwów: daleko, bardzo daleko. Nick leciał przez przestworza, unikając kolizji z asteroidami i 
zataczając szerokie łuki. Powinien przechwycić na orbicie pewną konkretną asteroidę... skalną 
bryłę, która pozostała po Wielkim Ścisku... taką, która różni się od pozostałych, chociaż na pozór 
wygląda zupełnie zwyczajnie. Niczyje oko nie potrafiłoby jej odróżnić od tysięcy innych skał, 
rojących się ze wszystkich stron. Żaden przyrząd nie mógłby wykryć najmniejszej anomalii.

Nick nie potrzebował jednak przyrządów i nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, gdzie 

asteroida się znajduje.

Ta skalna bryła - prawdę mówiąc, głaz z czystej topiskały - była jednak zupełnie niezwykła. 

Kryła w sobie wydrążony rdzeń z ukrytymi jednostkami napędowymi i potężnym silnikiem napędu 
nadświetlnego. W rzeczywistości była to komora z systemami podtrzymywania życia bardzo 
starego, cherlawego mężczyzny, który z tego idealnie zamaskowanego miejsca posługiwał się 
wytworzonym dzięki alchemii Sithów urządzeniem do sprawowania władzy nad tym systemem, ale 
także do terroryzowania całej galaktyki.

- Czy mnie zrozumiałeś? - zapytał Luke. - Już za kilka minut do twojej kapsuły z systemami 

podtrzymywania życia przyleci bardzo rozgniewany mężczyzna. Ten mężczyzna nie podziela 
moich zastrzeżeń w kwestii pozbawienia cię życia. Pewnie właśnie w tej chwili usiłuje 
rozstrzygnąć, czy wysadzić cię w powietrze, czy też może wedrzeć się do twojej kapsuły i zatłuc cię 
na śmierć gołymi pięściami. Ale wciąż możesz się z tego wyplątać. Odejdź stąd. Wycofaj się z ciała 
Vastora i powróć do swojego. Twoje grawitacyjne stacje nie mają zasilania. Masz jeszcze czas, 
żeby wyskoczyć z tego systemu, zanim Nick dotrze do twojego ciała. Pamiętaj jednak, że nie masz 
dużo czasu. Przypominam ci jeszcze raz: jeżeli staniesz ze mną do walki, zginiesz.

- Nie zapominaj, że cały czas mam dziewczynę - warknął mściwie Vastor.
Wyciągnął rękę do bezkształtnej bryły topiskały na Mrocznym Tronie. Położył na niej dłoń, 

poczekał, aż się rozpuści, i tą samą potężną dłonią chwycił Leię za szyję i uniósł ją w powietrze. 
Księżniczka zwisała z jego pięści bezwładnie, jak martwa. Jedynie dzięki Mocy Luke mógł się 
zorientować, że jego siostra nadal żyje. Vastor cały czas warczał.

- Wciąż jeszcze może zginąć - wychrypiał. - Oboje możecie.
Luke westchnął.
- W takim razie zrezygnujemy z łatwego sposobu - zdecydował. Trzema susami doskoczył 

do krawędzi półki i z niej sfrunął.

Moc poniosła go nad czeluścią, w której kiedyś mieściło się jezioro roztopionej lawy. Luke 

wykonał w powietrzu salto i zaczął lecieć wyprostowany jak struna, z wyciągniętą przed siebie 
klingą świetlnego miecza. Vastor puścił Leię i też wykonał salto, żeby wylądować na Mrocznym 
Tronie. Pogardliwie warknął, kiedy Luke zakończył lot, wbijając klingę świetlnego miecza w 
platformę.

background image

Skywalker skoczył i wylądował obok nieprzytomnej Leii. Uniósł świetlny miecz, jakby 

trzymał gardę.

- Ostrzegałem cię, żebyś nie lekceważył mojej potęgi - powiedział.
- Czyś ty oszalał? - warknął Vastor. - Nigdy nie będziesz w stanie mi dorównać, głupcze!
- Nie mierzyłem w ciebie - wyjaśnił młody Jedi.
Vastor przeniósł spojrzenie z twarzy Leii na dziurę w platformie, wyciętą przez świetlny 

miecz. Z otworu tryskały snopy iskier i wydobywały się kłęby dymu śmierdzącego jak uszkodzony, 
płonący repulsor. Vastor wytrzeszczył zdumione oczy.

- Coś ty zrobił? - zapytał.
Wraz z ostatnim kłębem czarnego, smolistego dymu napęd repulsorowy tronu uległ 

całkowitemu zwarciu, a Mroczny Tron runął w przepaść jak kilkutonowa bryła skały i obsydianu. 
Zamiast jednak wylądować kilkaset metrów niżej, na skalistym dnie dawnego zbiornika lawy, po 
przeleceniu dwudziestu kilku metrów osiadł z impetem na szczycie kadłuba lekkiego 
koreliańskiego frachtowca. To z jego włazu wyślizgnął się Luke i skoczył w kierunku ściany, żeby 
rozpocząć powolną, długą wspinaczkę na skalną półkę.

Upadek Tronu wywołał wstrząs, który zwalił Vastora z nóg. Trzymając Leię w objęciach, 

Luke opadł delikatnie jak wspomagana przez Moc puchowa poduszka.

Vastor zerwał się na nogi i obnażył kły z drapieżnym parsknięciem.
- Pozabijam was wszystkich! - wycharczał.
- Nie zrobisz tego - odparł spokojnie Skywalker.
Popatrzył w bok, a Vastor zrobił to samo. Zobaczył kompletną kompanię zakutych w czarne 

pancerze szturmowców na biegnącej górą półce, przynajmniej trzy metry nad nim. Wszyscy 
mierzyli z karabinów w jego potężną klatkę piersiową.

Luke uniósł głowę.
- Marszałku Klick! - zawołał. - Proszę powiedzieć Karowi Vastorowi, jakie otrzymał pan 

rozkazy.

Oficer w czarnym pancerzu wystąpił sprężyście z szeregu podwładnych.
- Karze Vastorze, dostałem rozkaz, żeby nie dopuścić do wyrządzenia krzywdy tej kobiecie, 

Imperatorowi Skywalkerowi i do uszkodzenia tego statku - wyskandował. - Wolno mi w tym celu 
użyć wszelkich niezbędnych środków.

- Imperatorowi Skywalkerowi! - Tym razem warknięcie Vastora ociekało odrazą.
- Proszę, żebyś zachował spokój i nie podejmował żadnych agresywnych kroków - ciągnął 

marszałek Klick. - Imperator nie życzy sobie niepotrzebnego przelewania krwi.

W tym czasie Luke podszedł do frachtowca. Klapa górnego włazu natychmiast się 

otworzyła, a z otworu wyłoniły się potężne, włochate ramiona, w które Luke złożył swoją siostrę.

Worrough? - zapytał troskliwie Chewbacca, trzymając Leię tak, jakby nic nie ważyła.
- Nie - odparł młody Jedi. - Żyje, ale stała się jej krzywda. Zabierz ją na dół i powiedz 

Hanowi, żeby przygotował się do zabrania nas stąd.

Odwrócił się znów do Vastora.
- Teraz twoja kolej, Blackhole - powiedział. - Wróć do swojego ciała. Wciąż jeszcze masz 

szansę, że zdążysz wskoczyć do nadprzestrzeni, zanim Nick cię zabije.

Vastor przykucnął przed nim.
- Teraz rozumiem - warknął. - Rozumiem, w jaki sposób mnie pokonałeś. Udało ci się, bo 

straciłem swoją drogę. Starałem się budować coś, co powinienem był zniszczyć. Porzuciłem Drogę 
Ciemności, a Ciemność opuściła mnie.

- Nic mnie to nie obchodzi - parsknął Luke. - Chcę tylko wiedzieć, czy będziemy musieli cię 

zabić. Jeżeli po prostu opuścisz to ciało, będziemy mogli wszyscy wrócić do domu.

- Opuszczę - warknął potwór. - Ale jeszcze nie w tej chwili. Przedtem odpowiesz mi na 

jedno pytanie, Skywalker.

Luke wzruszył ramionami.
- Jeżeli w ten sposób uda się to zakończyć, proszę bardzo - odparł.
- O tak, z pewnością się uda - obiecał Vastor. - Odpowiedz mi, dlaczego pancerze 

background image

szturmowców są czarne.

Luke zmarszczył brwi. Nigdy dotąd się nad tym nie zastanawiał; myślał, że to po prostu taki 

styl, że kolor munduru ma ich odróżniać od szturmowców Palpatine’a.

- Dam ci pewną wskazówkę - zaproponował Vastor. - To nie jest tylko kwestia barwnika.
Luke zmrużył oczy i spojrzał na kompanię zakutych w czarne pancerze szturmowców na 

górnej półce. Uwolnił myśli i wysłał je do Mocy. Nawiązał z nią najsilniejszy kontakt, jaki potrafił, 
ale nie wykrył niczego niezwykłego w tych pancerzach, poza kolorem. A kolor był, no cóż, po 
prostu czarny. A może jednak nie? Czerń miała lekko opalizujące błyski, przypominające 
powierzchnię perły. Nasuwało to jakieś skojarzenia, ale Luke nie potrafił przywołać ich na 
powierzchnię świadomości. Nie dawało mu to spokoju, jak świerzbienie, które w końcu zmienia się 
w silny ból, tyle że Luke go odbierał, jakby dręczył kogoś innego.

W końcu zrozumiał. Odbierał ten ból za pośrednictwem sieci mrocznych nerwów. Właśnie 

tam się usadowił, w wewnętrznej krystalicznej sieci...

Ledwo mógł oddychać.
A więc tkanką tego czarnego pancerza, jego fundamentalną strukturą, nie była wcale 

ceramika.

Luke zamrugał i wypowiedział tylko jedno słowo:
- Topiskała.
Jakby na potwierdzenie jego domysłu pod Vastorem załamały się nogi i potwór runął na 

pokład.

- Hanie - bąknął niepewnie Luke. - Hanie, moim zdaniem powinniśmy się stąd zabierać.
- Luke! - zaskrzeczał głośnik jego komunikatora. - Coś złego dzieje się z Leią! Ona... nie 

wiem, ale chyba ma atak epilepsji czy coś w tym rodzaju. Luke, co mam robić?

- Nie wiem - jęknął Skywalker. Zauważył, że ciało Vastora zachowuje się równie dziwnie - 

zwija się w powolnych konwulsjach jak riddelliański krwaworobak na rozgrzanej patelni. Z góry 
napłynął dziwny szczęk. Luke zauważył, że blasterowe karabiny wyślizgują się z dłoni 
szturmowców i odbijają od biegnącej kręgiem skalnej półki. Pod żołnierzami ugięły się nogi. Po 
kolei padali na skałę w bolesnych drgawkach. Sięgali do hełmów dłońmi w rękawicach, jakby 
chcieli wydrapać sobie oczy.

- Hanie - powiedział ostrym tonem Luke. - Startujemy. Natychmiast.
Uwolnił myśli i posługując się Mocą, zatrzasnął klapę włazu „Sokoła” w tej samej chwili, 

kiedy ciało Vastora zerwało się na nogi i jednym błyskawicznym ruchem doskoczyło do Luke’a. 
Niewiarygodnie potężne dłonie chwyciły młodego Jedi za ramiona. Vastor uniósł go w powietrze 
jak szmacianą lalkę, potrząsnął nim i ryknął. W jego nabiegłych krwią oczach nie było nic 
ludzkiego, wyłącznie żądza krwi i wściekłość. Vastor zagłębił kły w jego gardle i zacisnął mocarne 
szczęki.

A leżący na półce szturmowcy zaczęli głośno krzyczeć.

ROZDZIAŁ 18

Marszałek wojsk powietrznych Klick nie potrafił zidentyfikować tego dźwięku. Zwijając się 

jak w agonii, czuł ból tak silny, że nie mógł go dłużej znosić. Był absolutnie pewny, że nigdy dotąd 
nie słyszał takiego głosu i nawet nie umiał sobie wyobrazić, skąd może pochodzić. Za to doskonale 
rozumiał powód swojego bólu.

Wnętrze jego pancerza było najeżone igłami.
Ostrymi igłami.
Wkłuwały się w każdy centymetr jego ciała, począwszy od stóp, a na czubku głowy 

kończąc. A co najgorsze, nie przestawały rosnąć po przebiciu skóry. Wbijały się coraz głębiej w 
jego ciało. Przenikały także do naczyń krwionośnych i pękając rozrywały je od środka. Wędrowały 
w górę nosa, przebijały się przez kości czaszki i nakłuwały jego mózg. Mózg nie czuł wprawdzie 
bólu, ale Klick wiedział, co przecinały igły.

background image

Przecinały jego honor i zdyscyplinowanie. Przecinały oddanie Imperatorowi i dumę z 

podwładnych. Przecinały jego wspomnienia, sny, nadzieje i obawy. Igły w jego mózgu niszczyły 
wszystko, czym kiedykolwiek był, ale coś za sobą zostawiały. Każde puste miejsce w jego mózgu 
płonęło dziką, nieuzasadnioną wściekłością.

Zanim go opuściła świadomość, Klick zrozumiał, czym jest ten dźwięk, który słyszy. To był 

jego głos.

To on krzyczał.
Własny krzyk był wszystkim, co zabrał ze sobą na drugą stronę, kiedy pogrążał się w 

ciemności. Później czuł już tylko wściekłość i potrzebę pozbawienia kogoś życia.

Kogokolwiek.

Kanapa, do której był przypięty Nick, nie była właściwie kanapą. Wyglądała bardziej jak 

miękka półka w poszerzeniu rury, która biegła od samotnego fotela pilota gwiezdnego promu. Nick 
leżał z zamkniętymi oczami i obserwował mroczną gwiazdę w swojej głowie.

Prawdę mówiąc, to nie była obserwacja. Nie posługiwał się zmysłem wzroku, chociaż w 

jego oczach mroczna gwiazda wyglądała jak łata głębszego mroku w nieskończonej czerni 
międzygwiezdnej pustki. Nick nie dotknął gwiazdy, chociaż gdyby poczuł, jak bardzo jest zimna, 
domyśliłby się, że gwiazda jak bezdenna czeluść pochłonęła całe ciepło we wszechświecie. W 
uszach Nicka dzwoniła absolutna cisza, a w jego nosie i umyśle istniały tylko zepsucie i rozkład.

Nick starał się jednak ze wszystkich sił ignorować te sensacje, bo żadna z nich nie mogła 

mu pomóc w zabiciu tego parszywego syna ruskakka.

Zamknął oczy i spróbował poświęcić cały umysł tej czynności. Na razie zorientował się, że 

ta mroczna gwiazda znajduje się przed nim, na obecnym kursie gwiezdnego promu. Wiedział, że się 
przemieszcza, i w pewnej chwili stwierdził, że emituje pasmo promieniowania charakterystyczne 
dla dokonywanego skoku.

- Wskoczył - oznajmiła siedząca na fotelu pilota Aeona. - Chyba że więcej niż jedna z tych 

asteroid ma zainstalowaną jednostkę napędu nadświetlnego.

- Tak - burknął Nick. - To nie ma żadnego znaczenia.
- Nasz komputer nawigacyjny twierdzi, że jego wektor nie pozwoli mu dolecieć do punktu, 

w którym udałoby się wyskoczyć - oznajmiła Mindoranka.

- On nie zdąża do takiego punktu - stwierdził Nick. - Leci w kierunku głębokich 

przestworzy.

- No to jak go odnajdziemy? - zdziwiła się Aeona. - Zgadując?
- Potrafię go odnaleźć - odparł Nick. - Może uciekać, ale nie da rady się ukryć. Nie przede 

mną. Wejdź na jego wektor i skocz.

- Jak daleko?
- Wystarczy dostać się na zewnątrz systemu - zdecydował Nick.
- Ty jesteś szefem. - Aeona wypowiedziała te słowa takim tonem, jakby wzruszała 

ramionami.

- Gdybyś tylko wiedziała, jak długo czekałem, aż to usłyszę - mruknął mężczyzna.
Usłyszał klekot klawiszy i domyślił się, że rudowłosa kobieta wpisuje rozkaz do pamięci 

nawigacyjnego komputera. Usłyszał także narastający skowyt jednostki napędowej. Statek 
przyspieszył i pewnie zaraz miał wskoczyć...

Później skowyt ucichł, a jednostka napędu nadświetlnego się wyłączyła.
Nick usiadł tak raptownie, że aż uderzył głową o sklepienie rury.
- Co się dzieje? - zapytał. - Dlaczego nie...
- Włączyły się zabezpieczenia - wyjaśniła przerażona Aeona. Odwróciła się i spojrzała na 

niego, a na widok jej przerażonej twarzy Nick poczuł ucisk w żołądku. - Znajdujemy się w 
grawitacyjnej studni.

Odwróciła się, żeby sprawdzić wskazania sensorów promu.
- Wszędzie wokół nas znajdują się cienie masy - oznajmiła wreszcie, powoli i ponuro. - 

background image

Ponownie przesłali zasilanie do grawitacyjnych stacji.

- Co takiego? - zdziwił się Nick. - Których?
Aeona spuściła głowę.
- Wszystkich - szepnęła.
- To niemożliwe - parsknął Nick. - To jest absolutnie wykluczone!
- Wszystkie te okręty, wszyscy ci ludzie. Po obu stronach. - Aeona ponownie się odwróciła i 

spojrzała na niego. Z jej oczu wyzierał strach. - Nikt z nich się nie wydostanie. Ani jedna osoba.

Nick poczuł się tak, jakby był pusty w środku. Skierował wzrok na ochronne pole o 

grubości kilku metrów, które wypełniało całe wnętrze promu.

- Tylko my - powiedział. - Nikt inny nie ma szansy.
Aeona pokiwała głową.
- Też uważam, że tylko my mamy szansę to przeżyć - stwierdziła.

Leia wciąż jeszcze się skręcała i dygotała w konwulsjach, chociaż Han i Chewbacca robili 

wszystko, co mogli, żeby ją unieruchomić i uspokoić.

- Zabierz ją do sterowni i przypnij do swojego fotela, żeby nie zrobiła sobie krzywdy - 

polecił Han. - Ja idę ratować Luke’a.

Howergh! - odparł Chewie.
- On zrobiłby to samo dla mnie - odparł ponuro Han. - Prawdę mówiąc, zrobił.
Argharoo-oo hrf?
- Nie liczyłem. - Han pobiegł korytarzem i wspiął się, żeby otworzyć klapę górnego włazu. 

Kiedy wychylił głowę, zobaczył, że potulni szturmowcy Luke’a na biegnącej kręgiem w górze 
półce skręcają się i dygoczą jak w bolesnej agonii.

- Hej, kubłogłowi! - wykrzyknął Solo. - Co się z wami dzieje? Gdzie jest Lu... uhm, gdzie 

jest wasz Imperator?

W odpowiedzi usłyszał głośniejsze krzyki, więc wszedł na wyższy stopień drabinki i 

rozejrzał się wokół. Aż się skrzywił na widok zniszczonej górnej kopułki czterolufowego działka 
laserowego. Pozostała z niej tylko spłaszczona masa zgniecionej transpastali pod błyszczącymi 
bryłami skały, która wyglądała jak obsydian. Postanowił zapamiętać, żeby rachunek za naprawy 
przedstawić Calrissianowi.

Wszedł jeszcze trochę wyżej i dopiero wówczas dostrzegł nad rumowiskiem czubek łysej 

głowy rosłego mężczyzny. Jeszcze krok i zobaczył bezwładne ciało Luke’a, zwisające z dłoni 
olbrzyma, który... wgryzał się w gardło Skywalkera!

Han natychmiast wyskoczył z włazu. Zanim jego stopy zetknęły się z krzywizną kadłuba, 

trzymał już w dłoni blaster.

- Hej, małpi móżdżku! - wykrzyknął do olbrzyma. - Ugryź raczej to!
Nie mógł jednak strzelić z biodra, żeby nie trafić Luke’a; zresztą wiedział, że przeciwko 

komuś takiemu jak Vastor nastawiona na ogłuszanie broń będzie i tak bezużyteczna. W ułamku 
sekundy, jaki zajęło mu przyłożenie swojego DL-44 do oka i wymierzenie w Vastora, olbrzym 
oderwał prawą dłoń od ramienia Luke’a z przyprawiającym o mdłości trzaskiem. Z ramienia 
Skywalkera w miejscu, w którym Vastor trzymał dłoń, wyrastała wiązka czarnych, połyskliwych 
kryształów... takich samych jak kryształowe włosy w krypcie Topniaków. Z dłoni Vastora 
wystawały zresztą takie same kryształy... a kiedy Han starał się to sobie jakoś wytłumaczyć, 
niewidzialna siła wyszarpnęła blaster z jego dłoni.

Będę musiał się nauczyć trzymać broń oburącz, pomyślał Solo. Skoczył do przodu, 

odepchnął na bok zębatą bryłę obsydianu wielkości swojej głowy i rzucił się do ataku. Niektóre 
bryły musiał odrzucać, żeby zrobić przejście, aż wreszcie sam rzucił się na Vastora. Przeskakując 
nad rumowiskiem, zanurkował ku niemu z uniesioną nad głową skalną bryłą, lecz szkarłatna 
błyskawica blasterowego strzału śmignęła obok jego twarzy i wyrwała mu bryłę z ręki.

Han o mało nie upadł na twarz, ale jakimś cudem udało mu się przekręcić w powietrzu. 

Oszołomiony wylądował na wznak i zaczął chwytać oddech, jakby się dusił. Uświadomił sobie po 

background image

chwili, że patrzy w wylot emitera własnego blastera. Trzymał go Luke.

- Nie mówiłem ci, że masz stąd odlecieć? - zapytał Skywalker.
- O rany. Ładny strzał... jak mi się wydaje - wymamrotał oszołomiony Solo. Tymczasem 

ogromny potwór w ciele Vastora jęknął boleśnie, wyraźnie przerażony. Zacisnął olbrzymią dłoń i 
wyrżnął Luke’a w pierś. Dopiero wówczas Han się zorientował, że to raczej Vastor, nie Luke, 
znalazł się w tarapatach, i to Vastor desperacko usiłuje uciec. Chwilę później wyciągnął z szyi 
Luke’a ostre kły... w ustach miał pełno czarnych, kryształowych włosów. Rana w szyi Skywalkera 
nie krwawiła, bo wyrastała z niej szczecina tej samej czarnej sierści, która zwijała się, skręcała i 
wydłużała jak żywa. Vastor zachłysnął się jak tonący człowiek i oderwał drugą dłoń od ramienia 
młodego Jedi. Zanim Han zdążył choćby odrobinę się zorientować w sytuacji, Vastor odwrócił się 
gwałtownie, przebiegł parę kroków, a kiedy nabrał szybkości, sfrunął z kadłuba statku.

Han nie miał pojęcia, czy olbrzym zabił się podczas upadku, czy wisiał gdzieś uczepiony 

skalnej ściany, czy zaczął machać rękami i poleciał na orbitę. Wpatrywał się oszołomiony w 
swojego młodego przyjaciela.

- Luke, co tu, u diabła, się dzieje? - mruknął.
- Mało brakowało, a byłbyś go zabił - wyjaśnił spokojnie młody Jedi.
- I co z tego? - zapytał Solo. - Przecież zabijamy złych gości. To właśnie tym się 

zajmujemy.

- Ja nie - sprostował Luke. - Nie zabijam ich, jeżeli mogę to załatwić inaczej. Już nie. - 

Spojrzał z pewnym zaskoczeniem w dół, na Hana, i drgnął, jakby dotąd śnił i dopiero w tej chwili 
uświadomił sobie, gdzie obaj się znajdują. Lekko się uśmiechnął, obrócił na palcu blaster Hana i 
podał mu go lufą naprzód. - Proszę - powiedział. - Może ci być potrzebny.

- Do czego? - zapytał Han, jakby dopiero zaczynał sobie uświadamiać, że w szybie wokół 

„Sokoła” zapadła nagle cisza.

Szturmowcy przestali krzyczeć.
- Coś się dzieje - powiedział Solo.
Wyłuskał swój blaster z dłoni Luke’a i wstał. W następnej sekundzie poszybowała ku nim z 

wyciem plazma setek blasterowych strzałów. Luke zapalił klingę świetlnego miecza i tnąc w prawo 
i w lewo, posyłał błyskawice na boki albo je odbijał z powrotem, żeby trafiały w ściany szybu. 
Tam, gdzie energia blasterowych strzałów stykała się z energią klingi Luke’a, powstawały chmury 
czerwono-czarnego dymu. Wkrótce otoczyły ich ponurą mgłą, tak gęstą że światła pozycyjne 
„Sokoła” wyglądały jak żółtawa poświata.

- Trzymaj się blisko mnie. - W głosie Skywalkera brzmiał niepokój. - Nie przyzwyczaiłem 

się do ochraniania kogoś innego oprócz siebie.

- Nie musisz mi dwa razy tego mówić. - Han z trudem wcisnął się w ciasną przestrzeń za 

plecami młodego Jedi. Ledwo zdążył pożałować, że nie zna żadnego Jedi wyższego niż Luke, bo w 
następnej chwili „Sokół” mocno się zakołysał, zupełnie jakby ktoś go kopnął. Han musiał chwycić 
za ramię Luke’a, aby zachować równowagę.

- Chewie, co jest? Niech to zaraza! - wykrzyknął.
- To nie jego wina - wychrypiał z trudem Skywalker, wzniecając kłęby dymu, ilekroć jego 

klinga stykała się z błyskawicami zabłąkanych strzałów. - To nie statek się poruszył. To ten szyb. 
Góra, w której tkwimy, właśnie się rozpada.

- Cudownie - mruknął Solo. - Masz jeszcze dla mnie jakieś dobre nowiny?
- Tak - odparł Luke. - Właśnie ktoś wdarł się na pokład.
Przez gęsty dym zobaczyli, że z góry zeskakują ku nim mroczne cienie. Domyślili się, że to 

szturmowcy sfruwają z półki w górze. Han warknął coś niecenzuralnego, dobitnie dając do 
zrozumienia, jak się poczuje, kiedy imperialne buciory dotkną pokładu jego statku. Położył lufę 
blastera na ramieniu Skywalkera i dwoma szybkimi strzałami powalił dwóch szturmowców, zanim 
jeszcze zdążyli wylądować. Siła strzałów odrzuciła ich tak daleko do tyłu, że koziołkując w locie, 
zniknęli w czeluści szybu. Ale i tak dziesiątki innych wylądowały na kadłubie, a do skoku 
szykowali się już następni. Han był przekonany, że nawet w najbardziej korzystnych 
okolicznościach nie da rady wygrać z ponad setką szturmowców... zwłaszcza że obecne 

background image

okoliczności do takich się nie zaliczały.

- Biegnij do włazu! - zawołał Han i wystrzelił jeszcze dwukrotnie. Powalił tylko jedną 

mroczną postać, ale drugą zmusił do obracania się w locie. W tym czasie Luke odbijał na boki istny 
potop blasterowych błyskawic. - Przekonajmy się, jak tym synom małpojaszczurek spodoba się 
idealna próżnia otwartych przestworzy!

- Ty pierwszy - polecił młody Jedi.
- To jeszcze jedna rzecz, której nie musisz mi dwa razy powtarzać - odparł Han. Zauważył, 

że przez kłęby dymu lecą ku niemu płonące czerwone kule: termiczne detonatory. Niektóre odbiły 
się i odtoczyły na pewną odległość od „Sokoła”, ale dzięki magnetycznym chwytakom cztery czy 
pięć przyssało się do kadłuba. - Co teraz, Luke? - zapytał.

- Widzę je - odparł Skywalker. Przerzucił świetlny miecz do lewej dłoni i wzniecając 

rozbłyski zderzających się energii, zaczął odbijać na oślep nadlatujące błyskawice blasterowych 
strzałów. Wyciągnął prawą rękę w kierunku detonatorów, a wtedy wszystkie niespodziewanie się 
oderwały od kadłuba i zniknęły poza krawędzią statku. Po chwili kadłubem zatrzęsła siła wielu 
eksplozji. - Biegnij, Hanie! - wykrzyknął Luke. - Natychmiast!

Trzema susami Han pokonał odległość od włazu. Poślizgał się na kadłubie i wpadł do 

środka przez krawędź, łapiąc się za uchwyt, żeby wylądować stopami na pokładzie.

- Już tu jestem! - wykrzyknął. - Luke, teraz twoja kolej!
Eksplozje następnych detonatorów rozjaśniły kłęby dymu krwistym blaskiem, ale Luke się 

nie pojawił. Han zaczął się wspinać po szczeblach metalowej drabinki.

- Luke, nie bądź idiotą! - wrzasnął.
- Zamierzam ścigać Vastora! - Skywalker pochylił się w kierunku ulewy blasterowych 

błyskawic, ześlizgując się po kadłubie statku. - Leć sam! Ocal Leię! Nie czekaj na mnie!

- Nie ruszymy się stąd bez ciebie! - odkrzyknął Solo. - A jeżeli zamierzasz dogonić tego 

pogromcę grzmotów, idę z tobą. Będziesz mnie potrzebował. Na pewno ci się przydam.

- Jedyną osobą, która cię potrzebuje, jest Leia - odparł młody Jedi. - Powstrzymanie tego 

parszywego drania to zadanie dla mnie. Twoje polega na ocaleniu księżniczki.

- Odkąd to masz prawo wydawać mi rozkazy? - obruszył się Solo.
Luke zerknął na niego z ukosa, a na jego twarzy pojawił się jeden z dawnych, promiennych, 

typowych dla chłopaka z farmy uśmiechów, którego Han nie widział od czasu Bitwy o Hotha.

- Uważaj na palce - ostrzegł.
- Słucham? - Klapa włazu opadła na głowę Hana z taką siłą, że Solo znów runął na pokład. 

Usiadł i zaczął pocierać obolałe miejsce na głowie, gdzie już zaczynał się pojawiać siniak.

- Luke! - wrzasnął.
Wspiął się po metalowych szczeblach, ale stwierdził, że na panelu kontrolnym włazu nie 

płonie żadna lampka, a ręczne otwarcie klapy jest niemożliwe. Parsknął z niesmakiem i zaczął 
walić w klapę kolbą blastera, ale zaraz sobie przypomniał, że na kadłubie roi się od imperialnych 
szturmowców, specjalnie szkolonych w sztuce wdzierania się na pokłady statków. W każdej chwili 
jeden z nich, jeśli nie był akurat zajęty polowaniem na Luke’a, mógł rozpruć kadłub „Sokoła” i 
wedrzeć się na pokład, żeby zabić Wookiego oraz Hana.

I Leię.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, mały - mruknął Solo. To była jego wersja ostatecznego 

pożegnania.

Wcisnął blaster z powrotem do kabury i biegiem ruszył do sterowni.
- Chewie! - wrzasnął. - Zmiana planu! - Poślizgnął się i zamarł na progu drzwi. - Pole 

ogłuszające, Chewie! - rozkazał. - Prześlij energię do generatora!

Growf! Heroo geeorrough?
- Nie zamierza tu wrócić. - Han dał susa i opadł na siedzisko fotela pilota. Sam włączył 

generator przeciwpiechotnego pola i z zadowoleniem zauważył, jak kilku szturmowców spada 
przed iluminatorami sterowni, a błękitne, krzaczaste wyładowania pełzają po ich czarnych 
pancerzach. Może innego dnia zdecydowałby się z nimi toczyć walkę, ale jego serce ranił widok 
Leii, która cały czas dygotała i jęczała, przypięta do fotela Chewiego.

background image

- Luke wyznaczył sobie specjalne zadanie - powiedział. - My mamy do wykonania swoje.
Poderwał statek i obrócił go tak, żeby dziobowe żuchwy były skierowane w stronę dna 

szybu. Przesłał do jednostek napędowych całe zapasy energii, jakie zdołał wycisnąć z reaktora. 
Statek zanurkował w kierunku litego skalnego dna. Han przesłał część energii do zasobników 
działek w pozostałej wieżyczce i, korzystając ze zdalnego sterownika, zaczął przyciskać spust. 
Strumienie laserowych błyskawic wgryzły się w skały na dnie, ale ich nie przebiły.

- Przypnij się - polecił Chewiemu przez zaciśnięte zęby i z całej siły chwycił rękojeść 

drążka sterowniczego. - Za chwilę będzie nami trochę rzucało.

Przez system Taspana przemknął śmiercionośny huragan.
Żaden żołnierz Republiki nie widział wprawdzie całego zjawiska, ale ten fragment, co każdy 

z nich zobaczył, i tak wprawiał w przerażenie.

Lando Calrissian na mostku „Wspomnienia Alderaana” obserwował nad ramieniem 

nawigacyjnego oficera, jak pokładowy wyświetlacz sensorów wykazuje w okolicznych 
przestworzach pojawianie się i rozprzestrzenianie setek grawitacyjnych studni. Rozmnażały się jak 
turraniańskie grzyby na zwłokach.

- To się nie może dziać naprawdę - wyjąkał tylko.
Wedge Antilles i piloci Eskadry Łotrów wpatrywali się z osłupieniem i przerażeniem, jak 

spomiędzy asteroid wylatują tysiące myśliwców TIE Interceptor i z maksymalną prędkością kierują 
się w stronę okrętów Republiki. Ilekroć jakiś TIE wyłaniał się z cienia asteroidy, trafiał w pełen 
blask rozbłysków Taspana. Śmiercionośne promieniowanie zmieniało każdy interceptor w ognistą 
gwiazdę, pogrążającą się w otchłań zniszczenia, a pilot płonął żywcem w swojej kabinie. Dopóki 
żył, leciał na oślep, nie troszcząc się o wykonywanie manewrów, o przestrzeganie reguł taktyki czy 
choćby tylko o zachowanie szyku. Pierwszy myśliwiec zniknął w bezgłośnej kuli ognia, kiedy 
artylerzyści okrętów liniowych i piloci gwiezdnych maszyn Republiki naszpikowali przestworza 
niszczycielską energią. Mimo to następni piloci myśliwców TIE nie zrezygnowali ze swoich 
zamiarów. Przelatywali przez chmury szczątków maszyn swoich towarzyszy, aby dokonać 
samobójczych ataków na ukryte w cieniu Mindora okręty Republiki.

„Zaczekaj Minutę” unosił się najbliżej chmury nadlatujących TIE. Jego nastawione na 

bezpośrednią odległość działa obronne zniszczyły dziesiątki interceptorów, ale w końcu pilot 
jednego przedarł się przez ogień zaporowy. Kiedy eksplozja na pokładzie okrętu wyeliminowała 
dwie wieże dział, komandor Patrell polecił wykonywać powolny obrót, a artylerzystom kazał 
wzmóc ogień. Po chwili drugi myśliwiec TIE eksplodował kilka metrów od pierwszego, a później 
w kadłub trafiły dwie inne nieprzyjacielskie maszyny.

Okręt przełamał się i eksplodował, a z przestworzy nadlatywały nadal, fala za falą, 

myśliwce TIE.

Ich piloci przelatywali przez pole szczątków i skręcali dopiero na widok najbliższego 

okrętu. Niebawem Wedge, pozostałe Łotry i piloci w kabinach innych myśliwców Republiki zaczęli 
przecinać przestworza przed nadlatującymi TIE błyskawicami laserowych strzałów. W 
przestworzach rozkwitły setki ognistych kul eksplodujących interceptorów. Imperialni nawet nie 
usiłowali podejmować walki, jednak Wedge nie musiał korzystać z pomocy swojego komputera 
nawigacyjnego, aby zrozumieć, jakie są szanse ocalenia choć jednego okrętu Republiki.

Były równe zeru.
Krzyk szturmowców stłoczonych w ładowni „Lansjera” jeżył włosy na karku Fenna Shysy. 

Mandalorianin nie miał wprawdzie pojęcia, co się dzieje, ale aż za dobrze rozumiał podstawowe 
reguły walki... a jedna z nich brzmiała następująco: „Kiedy nie masz pojęcia, co się dzieje, dzieje 
się zawsze coś niedobrego”.

Kiedy szturmowcy dostali konwulsji, Fenn wskoczył na kontener towarowy i ryknął po 

mandaloriańsku:

- Zabezpieczyć ich broń! Natychmiast!
Tylko dlatego rzeź, która później nastąpiła, nie okazała się o wiele straszniejsza... ale i tak 

background image

była wystarczająco potworna.

Najemnicy zajęli się wykonywaniem rozkazu jak zdyscyplinowani wojownicy, którymi 

zresztą byli. Przedzierali się przez tłum w takim szyku, żeby mieć wolne pole ostrzału i wyciągać z 
opresji swoich kolegów, a także - gdyby to okazało się konieczne - otwierać ogień do wijących się i 
dygoczących szturmowców. Niestety żadne szkolenie ani zdyscyplinowanie nie mogły umożliwić 
niewielkiemu oddziałowi najemników zapanowania nad liczącą kilka tysięcy osób grupą 
ogarniętych paniką cywilów.

Niektórzy z nich mieli dość wojskowego doświadczenia, aby zrozumieć, że najlepsze, co 

mogli zrobić w obecnej sytuacji, to zejść z linii ostrzału. Upadli na pokład i pociągnęli za sobą 
innych cywilów, ale pozostawało ich wciąż jeszcze ponad tysiąc. Jedni stali jak skamieniali, inni 
wrzeszczeli albo usiłowali uciekać.

To oni pierwsi zginęli.
Atak konwulsji minął równie szybko, jak się zaczął. Ci szturmowcy, których nie zdążono 

rozbroić, zerwali się na nogi albo przyklękli w pozycjach strzeleckich i otworzyli ogień do tłumu 
cywilów. Najemnicy odpowiedzieli ogniem i w ciągu sekundy czy dwóch cała ładownia wypełniła 
się mgiełką blasterowych strzałów i odorem płonących ciał. Rozbrojeni szturmowcy wciąż mieli 
ostrza pochowane w rękawicach. Rzucili się na najbliższych cywilów jak wygłodzone nomariańskie 
grzmotorekiny na pożywienie. Cięli, siekali i kroili na kawałki swoje ofiary, nie zważając na to, że 
ich koledzy padali pod ostrzałem najemników albo rzucali na oślep granaty w stronę krzyczącego 
tłumu.

- Opuścić blastery! - ryknął Shysa, bo zauważył, że strzały najemników powodują tyle samo 

ofiar wśród cywilów co działania oszalałych szturmowców. - Opuścić blastery i wysunąć klingi!

Fenn Shysa był jednym z przywódców, którzy wierzą w zasadę dowodzenia przez dawanie 

przykładu. Zeskoczył z kontenera towarowego i wylądował na plecach zakutego w czarny pancerz 
szturmowca. Pierwsze ostrze wbił w kark przeciwnika. Zanim szturmowiec zdążył się zorientować, 
że nie żyje, Fenn przetoczył się i dźgnął następnego szturmowca w nerki, a kiedy imperialny 
żołnierz odwrócił się, żeby zobaczyć, kto go zranił, dowódca Protektorów wbił klingę głęboko w 
jego podbródek. Gdy martwy szturmowiec upadł, Shysa rozejrzał się w poszukiwaniu następnego 
celu.

Miał mnóstwo celów do wyboru i nie spodziewał się, że mu ich zabraknie w najbliższym 

okresie... okresie, który - jak przewidywał - miał się zakończyć jego śmiercią.

Mroczna Baza oderwała się na dobre od planety. Jeden z uszkodzonych napędów 

grawitacyjnych oderwał się z zamocowań i odleciał. Wirując w przestworzach, zniszczył duży 
kawał podstawy Bazy. Pozostałe dwie jednostki napędu grawitacyjnego zaczęły emitować fale 
grawitacji, które rozdzierały szczątki Bazy. Walczący na powierzchni żołnierze piechoty morskiej 
Republiki stwierdzili, że ich dotychczas potulni więźniowie przestali być potulni. Lekceważąc 
własne życie, stłoczyli się wokół swoich porywaczy - żołnierzy Republiki. Ci w pierwszym szeregu 
przyjmowali na siebie błyskawice nadlatujących strzałów, a ci, którzy szli za nimi, musieli się 
przedzierać przez stos trupów i ginących kolegów.

W całym taspańskim systemie tliła się jednak tylko jedna słaba iskierka nadziei.
Głęboko w szczątkach Bazy, w sercu samego Centrum Elekcyjnego, kryjący się tam Kar 

Vastor stwierdził, że nie ma dokąd uciec.

Kar przyklęknął, a jego nagie plecy zetknęły się z lodowatą ścianą pełnej zwłok kamiennej 

pieczary. Trupy w długich szatach zaścielały dno, a wszędzie unosił się odór rozkładu. Jedyne 
światło pochodziło z pełzających po sklepieniu łańcuchów błękitnych iskier. Serce Vastora obijało 
się o żebra, a oddech z trudem wydobywał się z gardła. Olbrzym obnażył zęby w mimowolnym 
warknięciu, a palcami skrobał kamień, jakby uważał, że w ten sposób przedostanie się na drugą 
stronę ściany. A wszystko to ze strachu przed niewysokim, jasnowłosym mężczyzną.

Tym samym niewysokim, jasnowłosym mężczyzną, który stał teraz po drugiej stronie stosu 

trupów. Nie wyglądał groźnie i miał przyjazny wyraz twarzy. Nie trzymał broni, a ręce, szeroko, 
zapraszająco rozłożył na boki.

Kar nie miał pojęcia, co to za miejsce ani w jaki sposób się tu znalazł. Nie pamiętał, żeby 

background image

był kiedykolwiek w podobnym kamiennym labiryncie, zaludnionym tylko przez stosy trupów. 
Wiedział tylko, że jeszcze nigdy nie był tak przerażony.

Nie bał się tak jako dziecko, zagubione i samotne w morderczych dżunglach rodzinnej 

planety. Nie bał się na ławie oskarżonych Galaktycznego Sądu na Coruscant ani nawet w 
śmiertelnej ciemności kopalń przyprawy na Kessel. Przyszedł do siebie pośrodku bitwy, oślepiony 
przez wściekłość i otoczony przez uzbrojonych mężczyzn na kadłubie gwiezdnego statku. Pamiętał, 
że złapał tego niewysokiego mężczyznę niemożliwym do rozerwania chwytem i zagłębił spiczaste 
kły w jego gardle. Wgryzał się w to gardło niczym winoroślowy kot, duszący wilka akk.

Pamiętał także, co ten mężczyzna mu zrobił.
Z palców, którymi drapał ścianę za plecami, nadal wyrastały włosy z czarnych kryształów. 

W ustach też miał pełno tych włosów, twardych i ostrych jak igły. Kiedy ruszał szczęką, kaleczyły 
mu podniebienie i wbijały się w dziąsła. Najgorsze jednak, że wyczuwał je w głębi ciała, jakby 
zaraził się martwym kamieniem.

Z jego ust wydobywały się zwierzęce odgłosy.
- Kim jesteś? - wycharczał w końcu.
Niewysoki blondyn ruszył w jego stronę.
- Nie jestem twoim wrogiem, Karze - powiedział.
- Trzymaj się ode mnie jak najdalej.
- Nie mogę - odparł Luke. - Zależy ode mnie życie zbyt wielu osób.
- Zabiję cię. - Kar zebrał siły do skoku. - Urwę ci głowę. Pożywię się twoimi 

wnętrznościami.

- Nie ma nic złego w tym, że się boisz, Karze - oświadczył Skywalker. - To przerażające 

miejsce. Wyrządzono ci krzywdy, jakich nie powinno się nigdy robić nikomu.

- Wszystko tu takie... martwe - wybełkotał Vastor i wtedy coś się w nim załamało. 

Wściekłość i przerażenie gdzieś się ulotniły i Kar osunął się na kolana. - Wszędzie tylko kamień i 
trupy. Wszyscy nie żyją. Są martwi w środku. Martwi na zewnątrz. Na zawsze pozostaną martwi.

- Nie wszystko tu jest martwe. - Niewysoki, młody mężczyzna musiał przejść nad 

zwłokami, żeby dotrzeć do Vastora, ale na jego twarzy malowały się współczucie i litość. - Ty 
jesteś żywy, Karze. Ja także.

- To nic nie znaczy. - Oczy Kara zapłonęły. - My wszyscy nic nie znaczymy.
- W rzeczywistości tylko my coś znaczymy - sprzeciwił się młody Skywalker, wyciągając 

do niego rękę. - Zaufaj mi albo mnie zabij, Karze - powiedział. - Wiedz jedno: z pewnością nie 
wyrządzę ci krzywdy.

- Kim jesteś? - Głos Kara przybrał płaczliwy ton. - Czego ode mnie chcesz?
- Jestem Jedi. Nazywam się Luke Skywalker - odparł niewysoki, jasnowłosy mężczyzna. - 

Chcę tylko, żebyś ujął mnie za rękę.

Głęboko w nadprzestrzeni Cronal wyciągnął ręce po Mroczną Koronę. Jego kapsuła z 

systemami podtrzymywania życia kryła się wewnątrz asteroidy z topiskały, a Mroczna Korona 
skupiała i wzmacniała jego wolę. Cronal chętnie rozłupałby kamień, który osłaniał iluminatory jego 
kapsuły, żeby napawać się widokiem nieskończonej pustki przestworzy.

Lubił patrzeć w nadprzestrzeń, w nicość poza wszechświatem... w miejsce z daleka od 

wszystkich innych miejsc. Zwykli śmiertelnicy czasami wpadali w szał, poddając się delirium 
hiperekstazy, tylko dlatego, że zbyt długo wpatrywali się w tę pustkę. Cronal uważał ją za kojącą, 
bo umożliwiała mu zajrzenie w nicość poza końcem wszystkiego.

Dla niego nadprzestrzeń wyglądała jak Ciemność.
Znalazłby w tym pociechę po ciężkiej frustracji kilku ostatnich dni. Jakim cudem wszędzie, 

dokądkolwiek by się zwrócił, widział Skywalkera czekającego, żeby uniemożliwić mu dalszą 
drogę?

Ale i tak słabość młodego Jedi była dla niego istnym darem. Jakie to szczęście, że zabrakło 

mu siły charakteru, aby po prostu zabić Cronala.

background image

Nawet przedzierając się przez pozbawione szlaków pustkowia, na których zabłądził, zdołał 

zadać raczkującej drugiej Republice cios, po którym nie miała się już nigdy podnieść. Nie 
wspominając o tym, że nadal dysponował niezwykłą techniką grawitacyjną, którą zapewniały mu 
właściwości topiskały. Miał także samą Mroczną Koronę.

Tak, stracił wprawdzie najlepszą szansę zawładnięcia młodym, potężnym i wpływowym 

ciałem, w którym miał zawrzeć swoją świadomość, ale nadal miał oryginalne ciało z całą jego 
nietkniętą potęgą. W ciągu kilku dni - to wystarczy, aby się upewnić, że na pokładzie każdego 
okrętu Republiki w systemie Taspana pozostały tylko trupy - mógł wrócić, zebrać topiskałę z 
gromady asteroid i rozpocząć wszystko od nowa.

Nie zamierzał jednak popełniać dwukrotnie tego samego błędu. Nigdy więcej nie będzie 

tworzyć ani budować, ale niszczyć. Nigdy więcej nie stworzy niczego oprócz narzędzi służących do 
niszczenia.

Nigdy więcej nie wyrzeknie się Drogi Ciemności.
Jego władza nad galaktyką nie będzie tylko Drugim Imperium. To będą Rządy Śmierci. 

Będzie władał wszechświatem, w którym istnieje tylko bezkresne cierpienie. Jedynym kresem tego 
wszechświata będzie niepamięć, podobnie pozbawiona znaczenia jak samo życie.

Zostanie autorem ostatniego aktu w dziejach galaktyki.
Marzenie to koiło go podczas chwilowego wygnania, nasunął więc Mroczną Koronę na 

głowę i wysłał swoją wolę do Ciemności poza ciemnością, żeby przejąć władzę nad umysłem w 
kamieniu.

Tam jednak, gdzie powinna panować Ciemność, znalazł tylko światłość.
Białe światło, jaskrawe, niemal oślepiające, płonęło chyba w jego głowie, jakby narodziła 

się tam młoda gwiazda. Ten blask pokonał jego umysł i usunął z niego nawet wspomnienie 
ciemności. Cronal wzdrygnął się konwulsyjnie jak robak na rozżarzonym do czerwoności kamieniu. 
To było coś więcej niż zwykła światłość. To była Światłość.

Wystarczająco potężna, żeby dać odpór Ciemności.
To było nie do pomyślenia. Co mogło rozgrzać jego absolutny chłód? Co mogło skazać na 

wygnanie jego bezkresną noc?

„Powinieneś to wiedzieć - usłyszał nagle głos w swojej głowie. Głos Światłości właściwie 

nie był głosem. Mówił bez słów, porozumiewał się za pośrednictwem myśli. Cronal wszystko 
rozumiał. - Sam mnie tu zaprosiłeś”.

Skywalker? Tą Światłością miałby być Skywalker?
W ułamku sekundy, kiedy przyszło mu do głowy to nazwisko, Cronal ujrzał go przed sobą. 

Człowiek, uformowany z absolutnej, bezgranicznej światłości, klęczał w Centrum Elekcyjnym, w 
najciemniejszym sercu Mrocznej Bazy, ściskając w dłoniach masywne łapska Kara Vastora. 
Połączył swoje mroczne nerwy z jego nerwami, jakby intymny konflikt między nimi dwoma 
ciągnął się do samego Mrocznego Lorda.

W Ciemności Cronal zobaczył, że Skywalker się uśmiecha.
„Dziękuję ci, że się do mnie przyłączyłeś - usłyszał w głowie. - Już się martwiłem, że 

możesz się stąd wydostać dzięki swojej śmiesznej koronie”.

To było po prostu niemożliwe. To musiała być jakaś halucynacja, pokręcony wytwór jego 

oszalałego Ciemnowidzenia. Znajdował się przecież w nadprzestrzeni! Nadprzestrzeń nie mogła, 
nie potrafiła się łączyć z prawdziwymi przestworzami...

„Ja też byłem w nadprzestrzeni z Benem Kenobim, kiedy Ben poczuł zagładę Alderaana - 

przypomniał mu głos w głowie. - Żadne ściany nie stanowią przeszkody dla potęgi Mocy”.

Moc, Moc! Ten żałosny Jedi cały czas mamrotał coś o Mocy! Czy którykolwiek spośród 

nich choćby tylko odrobinę rozumiał, jak wszyscy są głupi i naiwni? Gdyby którykolwiek z nich 
zerknął choć raz na prawdziwą potęgę Ciemności, ten widok zgasiłby jego żałosny umysł, jak 
huragan gasi płomyk świecy...

Czyżby właśnie w taki sposób zgasł mój żałosny umysł? - pomyślał Luke. Musiałem 

przeoczyć tę chwilę.

Cronal wyczuwał jego wyrozumiałe rozbawienie, zupełnie jakby tolerancyjny wujek nabijał 

background image

się z fochów siostrzeńca. Furia zaczęła wypełniać go jak płynna lawa, która wzbiera w głębi krateru 
czynnego wulkanu. Czyżby ten prostoduszny młodzik się łudził, że jego skromniutkie światło 
wypełni bezgraniczną Ciemność? Niech sobie płonie sam w wiekuistej nocy.

Cronal otworzył cały umysł na Ciemność, aż nic już nie zostało. Rozszerzył potęgę swojej 

władzy niczym horyzont wydarzeń, rozdziawiający paszczę, jakby chciał połknąć cały 
wszechświat. Otoczył Ciemnością światłość Skywalkera i wzruszył ramionami, przekonany, że ta 
potęga ją pochłonie.

Pod tym względem umysły wystawione na oddziaływanie Ciemności współzawodniczyły 

nawet poza nadprzestrzenią. W tym miejscu po prostu nie istniały pojęcia takie jak wiek, zdrowie 
czy fizyczna siła. W takim miejscu liczyła się jedynie potęga woli. Skywalker i jego tak zwana Moc 
nie dadzą rady sprostać jego mistrzowskiemu opanowaniu Drogi Ciemności.

Na tym poziomie Cronal był Blackhole’em. Z jego pięści nie mogłoby uciec żadne światło.
Ja? Miałbym uciekać? - pomyślał Luke, a Cronal odebrał jego myśli w swojej głowie. - 

Czyżbyś już zapomniał, że to ty uciekasz?

Cronal poczuł nagle niewytłumaczalne, i niemiłe, ciepło.
W pierwszej chwili zlekceważył to uczucie. Był zbyt doświadczonym sługą Ciemności, 

żeby zwracać uwagę na drobną usterkę aparatury podtrzymującej życie w tej kapsule. Stopniowo 
zaczął sobie uświadamiać, że jego ciało nie jest wcale cieplejsze niż poprzednio. Prawdę mówiąc, 
było zimne. Zimne i wilgotne.

Jakby jakimś cudem nagle zaczął się pocić.
Skierował znów swój umysł do Ciemności i jeszcze raz stał się ostateczną czarną dziurą. 

Zaczął badać ciemną otchłań, w którą się przeistoczył, i przekonał się, że jest nienaganna. Idealna. 
Stał się ostatecznym wcieleniem absolutnej potęgi Ciemności.

Ten chłopak, ten dziecinny Jedi, wyobrażał sobie, że tej potędze oprze się jego nikłe 

światełko? Kiedy czarna dziura Cronala pochłonęła ostatni lumen, światełko Skywalkera zniknęło 
raz na zawsze. Głupiutka sztuczka ze światłością Mocy nie wyrządziła Cronalowi najmniejszej 
krzywdy.

To dlatego, że się o to nie starałem. Cronal ponownie usłyszał w głowie myśli Skywalkera. 

Robię coś przez ciebie, nie tobie.

- Co takiego? - zapytał Cronal.
Zastanowił się, jakim cudem Skywalker może nadal myśleć.
Samozadowolenie Cronala zaczęło ustępować miejsca pełzającemu przerażeniu. A jeżeli 

Skywalker mówił prawdę? A jeżeli chłopak dał się tak łatwo pokonać, bo od samego początku miał 
taki zamiar? Przecież posłużył się wcześniej swoim drobnym darem Mocy, żeby za pośrednictwem 
Kara Vastora nawiązać łączność z nim, z Cronalem. A co, jeżeli światełko Skywalkera nie zostało 
unicestwione, kiedy wpadło w głąb czarnej dziury umysłu Cronala?

A jeżeli po prostu przeniknęło przez ten umysł?
To właśnie w tym miejscu wy, władcy Ciemnej Strony, zawsze się potykacie - odparł Luke. 

- Co jest przeciwieństwem czarnej dziury?

Cronal już kiedyś słyszał tę kosmologiczną teorię, w myśl której materia wpadająca do 

czarnej dziury przenika do innego wszechświata... i że w ten sposób może przeniknąć do naszego 
świata, gdzie płonie jak czysta, nieskalana energia.

A zatem przeciwieństwem czarnej dziury jest świetlista fontanna.
Dałem się podejść jak małe dziecko, pomyślał Cronal. Alchemia Sithów, dzięki której 

stworzył Mroczną Koronę, wyposażyła ją we władzę nad topiskałą we wszystkich formach. 
Zamierzając utopić Skywalkera w Ciemności, Cronal otworzył mu kanał do samej Korony. Przez 
Koronę.

I okazało się, że przez Mroczną Koronę światłość Skywalkera mogła padać na każdy 

mikroskopijny kryształ ciemności.

Mogła oddziaływać na umysł każdego mrocznego szturmowca. Na każdą stację 

grawitacyjną. Na każdy milimetr mrocznej sieci krystalicznych nerwów w każdym ciele, w ciele 
Vastora, a nawet...

background image

W jego ciele!
Cronal parsknął i wepchnął swój umysł z powrotem do ciała. Sekundę później ściągnął 

Koronę z głowy...

A ściślej ściągnąłby, gdyby miał nadal władzę nad rękami...
W migotliwej poświacie sączącej się z monitorów kapsuły Cronal mógł tylko siedzieć i z 

przerażeniem obserwować, jak z jego skóry zaczyna wyciekać czarny olej. Wypływał ze wszystkich 
porów jego ciała, z uszu i z nosa, z ust i z oczu. Taki sam czarny olej sączył się nawet z kanalików 
Mrocznej Korony.

A Cronal nie mógł zaczerpnąć powietrza, dopóki z jego ciała nie wypłynęła ostatnia kropla.
Nie miałby zresztą czasu na więcej niż pojedynczy oddech, bo topiskała zaczęła twardnieć i 

otoczyła go kamiennym sarkofagiem. Krążące wokół jego kapsuły asteroidy z topiskały stopiły się, 
rozpadły i wyparowały w chwili, kiedy przeniknęły do normalnych przestworzy. Niebawem od 
kapsuły odpadła jednostka napędu nadświetlnego.

A sama kapsuła, pozbawiona ochronnej otoczki rzeczywistości, jaką jej dotąd zapewniała 

jednostka napędu nadświetlnego, po prostu się roztopiła.

Cronal miał tylko tyle czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. Dość czasu, żeby poczuć, jak 

jego ciało traci spójność. I dość czasu, żeby poczuć, jak każdy atom jego ciała traci kontakt z 
rzeczywistością i znika w bezkresnej nicości nadprzestrzeni.

Han siedział na podtrzymującym życie wielowarstwowym kocu pod sterburtową żuchwą 

„Sokoła”. Objął rękami kolana i czekał na wschód słońca. Obok Hana leżała Leia, oddychając 
powoli i bez trudu. Wyglądała, jakby spała.

Han postanowił jej nie budzić.
Jedynym słowem, jakie dotąd wypowiedziała, było „światło”. Prosiła o światło, chociaż 

każde jego źródło na pokładzie frachtowca zostało nastawione na maksimum. Widocznie chodziło 
jej o inny rodzaj światła.

A kiedy Lando przekazał im ponure wiadomości o aktualnej sytuacji, Solo doszedł do 

wniosku, że równie dobrze może dać Leii to, o co prosiła.

Wszyscy i tak mieli umrzeć. Z tej pułapki nie było ucieczki. Mogli najwyżej wybrać, czy 

chcą zginąć w rozpadzie Mindora, czy też upiec się żywcem w śmiercionośnych rozbłyskach 
Taspana.

Han osiadł więc „Sokołem” na rumowisku, w jakie przekształciło się pole bitwy, rozłożył 

koc i postarał się zapewnić im maksymalną wygodę. Chewbacca nie dołączył do nich, wolał zostać 
na pokładzie. Czuwał nad ich bezpieczeństwem ze sterowni „Sokoła”, bo rozumiał, że w takich 
chwilach jak obecna ludzie chcieliby mieć trochę prywatności.

Han pilnował Leii, dopóki ataki konwulsji nie ustały. Był przy niej, kiedy przez wszystkie 

pory jej skóry wyciekały strumyczki oleistej, czarnej jak smoła topiskały, która utworzyła kałuże na 
kocu. Zamierzał zostać, dopóki wstrząsy gruntu się nie nasilą, a zza horyzontu nie ukaże się 
zabójcze słońce.

Pozostanie u jej boku, dopóki planeta nie eksploduje.
Co za gorzka ironia: Leia wiele wycierpiała, zmuszona do oglądania, jak rozpada się na 

kawałki jej macierzysta planeta. Obecnie zaś miała zginąć w podobnie koszmarnych 
okolicznościach jak jej rodzina i wszyscy ziomkowie.

To właśnie dlatego Han postanowił jej nie budzić.
Moc jednak jeszcze raz okazała paskudne poczucie humoru. W pewnej chwili Leia się 

poruszyła i zamrugała.

- Hanie...? - zapytała.
- Jestem tu, Leio - odparł Solo, czując się tak, jakby za chwilę miało mu pęknąć serce. - 

Jestem przy tobie.

Księżniczka chwyciła go za rękę.
- Tak ciemno... - szepnęła.

background image

- Tak - przyznał Han. - Ale za chwilę wzejdzie słońce.
- Nie... nie tu - sprostowała księżniczka. - Tam, gdzie przebywałam. - Głęboko odetchnęła i 

powoli wypuściła powietrze z płuc. - Nawet nie masz pojęcia, jak tam było ciemno. Tak bardzo, że 
przestałam pamiętać, kim jestem. Niczego sobie nie przypominałam.

Otworzyła oczy i skierowała spojrzenie na jego twarz.
- Z wyjątkiem ciebie - dodała po chwili.
Han przełknął ślinę i ścisnął jej dłoń. Nie ufał swojemu głosowi.
- Czułam się tak... jakbyś był tam ze mną - szepnęła Leia. - Byłeś wszystkim, co mi 

pozostało... i nie potrzebowałam niczego innego.

- Jestem teraz z tobą - wychrypiał Solo niepewnie. - Jesteśmy razem... i zawsze będziemy.
- Hanie... - Księżniczka usiadła z wysiłkiem i przetarła oczy. - Masz coś do jedzenia?
- Słucham? - zapytał osłupiały Solo.
- Jestem głodna - wyjaśniła Leia. - Masz coś do jedzenia? - powtórzyła.
Zdezorientowany Han pokręcił głową i wskazał na leżących wokół szturmowców.
- Nie mam nic, może z wyjątkiem... no wiesz, ich polowych racji żywnościowych - 

powiedział. - Prawdopodobnie są nieświeże.

- Nieważne - stwierdziła księżniczka.
- Żartujesz?
Leia wzruszyła ramionami i obdarzyła go uśmiechem, po którym nawet w takiej chwili i w 

takim miejscu, kiedy od śmierci dzieliły ich minuty, serce Hana zabiło żywiej, a oddech stał się 
płytki, urywany.

- Urządzimy sobie piknik - zaproponowała Leia. - Będziemy obserwowali wschód słońca. 

Ten jeden, ostatni raz.

- Tak - odparł bez przekonania Han. - Świetny pomysł.
Wstał, żeby zabrać kilku poległym szturmowcom ich racje żywnościowe, po czym usiadł na 

kocu obok Leii. Jedli w milczeniu, dopóki nie zauważyli, że horyzont zaczyna płonąć, jakby cała 
planeta stanęła w ogniu.

- No cóż, jedno wiem na pewno. - Han spróbował przywołać na twarz swój dawny, 

łobuzerski uśmiech. - Nie zapomnimy tego śniadania do końca życia?

Leia się uśmiechnęła, chociaż w jej oczach zakręciły się łzy.
- Zawsze jesteś kpiarzem - stwierdziła. - Nawet tu. Nawet teraz.
Han pokiwał głową.
- No cóż, sama wiesz, że staję się romantykiem, kiedy zagraża nam śmiertelne 

niebezpieczeństwo. Zaczyna mi to wchodzić w nawyk.

Grunt pod nimi zatrząsł się raz i drugi.
- Moim zdaniem powinniśmy uszanować tę tradycję - stwierdziła księżniczka.
- Tak uważasz? - zapytał Solo.
- Pocałuj mnie, Hanie. Ten jeden, ostatni raz. - Leia położyła dłoń na jego policzku. Palce 

miała ciepłe i suche, a ich dotyk był dla niego wszystkim. - Za wszystkie pocałunki, których już 
nigdy nie wymienimy.

Han porwał ją w ramiona i zbliżył wargi do jej ust...iw tym samym momencie ze sterowni 

rozległo się radosne wycie Wookiego - tak głośne, że Han uniósł głowę i otworzył oczy.

- Co się stało? - zapytał. - Chewie, jesteś tego pewny?
Chewbacca wyrżnął kilkakrotnie pięścią w transpastalowy iluminator i zaczął machać 

rękami, gorączkowo zapraszając ich do powrotu. Han zerwał się na nogi i uniósł Leię lekko jak 
piórko.

- Hanie, o co chodzi? - zaniepokoiła się przejęta księżniczka. - Co on powiedział?
- Wspomniał o tych wszystkich pocałunkach, których podobno już nigdy nie mieliśmy 

wymienić - odparł Solo z szelmowskim błyskiem w oczach niosąc Leię do windy towarowej. - 
Powiedział, że jeżeli się pospieszymy, może jeszcze zdążymy!

background image

Luke czuł, jak gwiazdy w jego głowie rozbłyskują i gasną, jedna po drugiej.
Połączony z Cronalem przez umysł Kara Vastora, przez Cronala z jego Mroczną Koroną, a 

przez prastarą potęgę alchemii Sithów z umysłami wszystkich Topniaków w każdym zakątku 
galaktyki, Luke mógł ich oświetlić światłością Mocy. Światłość ta wabiła ich jak światło księżyca 
wabi cienioćmy i wkrótce Topniaki poczuły, że wypełnia je niewyczerpany potok światłości. Nigdy 
odtąd nie miały się żywić światłością, bo nigdy więcej nie miały odczuwać takiej potrzeby. Odtąd 
na zawsze miały płonąć własnym blaskiem.

Zaczęły wyłaniać się ze wszystkich miejsc, w których umieściła ich Ciemność.
Luke to wyczuwał.
Wyczuwał, jak opuszczają grawitacyjne stacje. Wyczuwał, jak wypływają z Mrocznej 

Korony, jak opuszczają ciała Cronala, Leii, Kara i jego.

Wyczuwał także szturmowców, rozsianych tysiącami po całym systemie. Wyczuwał 

każdego mężczyznę, zakutego w czarny pancerz Cronala. Wyczuwał ich niepohamowaną 
wściekłość i żądzę krwi, bezmyślną bitewną gorączkę, którą kryształy Cronala wyzwoliły w ich 
mózgach i którą próbowały podtrzymać. Wyczuwał obrażenia, jakie zadała im brutalna siła 
rosnących kryształów.

Wiedział też, co będzie, kiedy kryształy wypłyną.
Nie odwrócił głowy, żeby spojrzeć w inną stronę. Nie przestawał skupiać na nich swojej 

uwagi. Przynajmniej tyle był im winny. Może i byli jego nieprzyjaciółmi, ale przede wszystkim byli 
ludźmi.

Nikt spośród nich nie chciał tego, co się stało. Nikt się nie zgłaszał na ochotnika. Nikt nawet 

nie współpracował. Zrobiono im krzywdę, nie dbając o ich ludzkie uczucia. Luke nie zamierzał 
dopuścić, żeby ich życie spotkał równie nędzny koniec.

Został więc z nimi, kiedy topiskała w ich ciałach i ich mózgach zaczęła się topić. Został z 

nimi, kiedy wypływała przez wszystkie pory skóry. Był z nimi, kiedy wszyscy, jeden po drugim, 
umierali.

Luke wyczuwał śmierć każdego z nich.
Niczego więcej nie mógł dla nich zrobić.

Kiedy w końcu wycofał swój umysł z Ciemności, znalazł się w ciemności zupełnie innego 

rodzaju. Z pieczary, w której znajdowało się kiedyś Centrum Elekcyjne, zniknęły migotliwe 
rozbłyski energetycznych wyładowań.

Luke uklęknął i usłyszał, że z tej ciemności napływa głęboki głos, w którym Moc pozwoliła 

mu rozpoznać słowa:

- Jedi Luke Skywalker! Czy to się skończyło? - pytał Kar.
Młody Jedi sięgnął w głąb Mocy i wyczuł, że ocalałe okręty Republiki wylatują z cienia 

planety, a sztuczne cienie zniszczonych stacji grawitacyjnych kurczą się i znikają. Wyczuł 
nieunikniony rozpad Mrocznej Bazy i zbliżające się ostateczne zniszczenie Mindora pod wpływem 
zabójczego promieniowana rozbłysków Taspana.

Wszystko dobiegło albo dobiegało końca. Wszystko znikło.
Odtąd nie miało być już więcej cieni.
- Tak - odparł Luke. - Tak, to się skończyło.
- Więc właśnie tu mamy zginąć?
- Nie mam pojęcia - przyznał młody Jedi. - Ale chyba tak.
- Ile jeszcze zostało czasu?
Luke westchnął.
- Tego też nie wiem - powiedział ponuro. - Uszczelniłem pieczarę, kiedy wszedłem, więc 

jakiś czas będziemy mieć w niej powietrze. Nie wiem jednak, jaka jest po rozpadzie góry grubość 
otaczającego nas kamienia i ile promieniowania zdoła powstrzymać. Może już w tej chwili 
zaczynamy się gotować?

- I nie ma nikogo, kto by pospieszył nam na ratunek.

background image

- Ich też nie ochronią pancerze okrętów. Nie przed promieniowaniem o takiej sile.
- A zatem właśnie tu zakończy się nasze życie.
- Prawdopodobnie tak - powtórzył Skywalker.
- Nie podoba mi się to miejsce. Nie mam pojęcia, jak się tu znalazłem, ale na pewno sam go 

nie wybrałem.

- Nikt z nas go nie wybierał - przypomniał Luke.
- To paskudne miejsce na śmierć.
- To prawda.
- Gdybym miał wybór, nie zginąłbym u boku Jedi.
- Przykro mi - odparł Luke. Naprawdę było mu przykro.
- Znałem kiedyś Jedi. Wiele, bardzo wiele lat temu. Wcale mnie to nie cieszyło. Myślałem, 

że już nigdy żadnego nie poznam. Cieszę się jednak, że moje przypuszczenie okazało się błędne. 
Cieszę się też, że cię poznałem, Jedi Luke Skywalker. Jesteś kimś więcej niż tamci w dawnych 
czasach.

- To... - zaczął Skywalker i urwał. Pokręcił głową i zamrugał w ciemności. - To znaczy, 

dzięki, ale o tamtych właściwie nic nie wiem - powiedział.

- Ale wierzysz mi, prawda? - chciał wiedzieć Kar. - Mówię ci, że jesteś większy niż Jedi z 

dawnych czasów.

Luke mógł tylko zmarszczyć brwi i jeszcze raz pokręcić głową.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytał.
- Bo w przeciwieństwie do dawnych rycerzy, Jedi Luke Skywalker... W przeciwieństwie do 

nich nie boisz się ciemności.

R2-D2 przylgnął do powierzchni niewielkiej asteroidy, która, koziołkując w locie, powoli 

opadała po spirali w kierunku ognistej kuli Taspana.

Asteroida miała z grubsza kulisty kształt i średnicę mniej więcej o połowę mniejszą niż dysk 

„Sokoła Millenium”. Obracała się tak powoli, że mały robot astromechaniczny mógł pełznąć po jej 
powierzchni w kierunku ciemnej strony, trzymając się skały manipulatorami. Asteroida 
pozostawała cały czas między robotem a rozbłyskami Taspana... wybuchami, które w ciągu 
sekundy mogły na dobre usmażyć jego obwody.

R2 obliczył, że dzięki temu zachowa zdolność operacyjną w ciągu następnych siedmiu 

koma trzy dziesiąte standardowych godzin. Dopiero później asteroida przeleci między Taspanem a 
gęstą chmurą innych asteroid, które odbiją wystarczającą ilość twardego promieniowania w 
kierunku ciemnej strony jego asteroidy - mały robot oceniał prawdopodobieństwo takiego zdarzenia 
na 89,756 procent - żeby jego obwody uległy katastrofalnemu uszkodzeniu.

Po prostu przestaną funkcjonować.
Gdyby jednak jakimś cudem przetrwał, mógł mieć rozsądną szansę - z 

prawdopodobieństwem rzędu 83,973 procent - że wytrzyma także następne dwie koma trzy 
dziesiąte standardowej godziny.

Nie był zaniepokojony możliwością katastrofalnego uszkodzenia. Poświęcił kilka sekund na 

obliczenie szansy przetrwania, zanim rozważnie przeprogramował wyrzutnik odpadów „Sokoła”, 
żeby nakłonić urządzenie do wyrzucenia go w przestworza w ciągu niespełna sekundy, zanim statek 
oderwał się od rozpadającej się Mrocznej Bazy. Szansa była tak nikła, że aż nieprawdopodobna, ale 
robot obliczył, że mniej więcej taką samą szansę miałby, przechodząc kwantową zmianę fazy, która 
miała go w mgnieniu oka przekształcić w lofquariańskiego ptaka gooney.

Teraz jednak został poinstruowany, i to więcej niż raz, i to bardzo stanowczo, przez samą 

księżniczkę Leię, żeby zatroszczył się o Luke’a Skywalkera. Rozważania na temat osobistego 
bezpieczeństwa i szans przetrwania nie miały znaczenia wobec wyznaczonego mu zadania.

Nie obchodziło go, czy przetrwa, czy też nie. Poświęcał jednak sekundę z każdej minuty, 

żeby uzyskać dostęp do nowych kierunków w niezwykle rozległym rejestrze swoich przygód z 
jedynym androidem, którego przez większość swego istnienia mógł naprawdę określić mianem 

background image

przyjaciela: C-3PO. Nie spodziewał się, że zatęskni za Threepiem. Nie spodziewał się zresztą, że 
potrafiłby w ogóle za kimś zatęsknić. Doświadczał jednak dziwnego wrażenia w swoich 
podprogramach interakcji społecznej za każdym razem, kiedy uzyskiwał dostęp do tych baz danych. 
To wrażenie było jednocześnie przyjemne, i niezbyt miłe, w dodatku - ku zakłopotaniu robota - 
wymykało się możliwości określenia liczbowego.

Po dokonaniu wielu obliczeń R2-D2 doszedł do wniosku, że jednak żałuje, iż już nigdy nie 

zobaczy swojego przyjaciela. Jego żal koiła tylko świadomość, że przyjaciel był - i w możliwej do 
przewidzenia przyszłości miał pozostawać - zupełnie bezpieczny.

Świadomość ta pozwalała mu się całkowicie skupić na wykonywaniu zleconego zadania.
Kiedy „Sokół” odleciał z Lukiem na pokładzie, R2 wiedział dokładnie, na co zamierza się 

porwać. Teraz właśnie to robił. Wyrzucony ze zbiornika odpadów, dostroił zestawy sensorów, żeby 
rejestrować osobistą sygnaturę chemiczną pana Skywalkera, czyli jego zapach. Odtąd śledził jego 
poczynania w Mrocznej Bazie aż do miejsca, w którym ślad niespodziewanie się urywał - przed 
kamienną ścianą. Nie mając instrukcji ani podprogramów, które mogłyby mu podsunąć skuteczną 
alternatywną akcję, postanowił uzbroić się w cierpliwość i zaczekać.

Czekał, kiedy grawitacyjne stacje straciły zasilanie, a flota wyleciała z cienia Mindora. 

Czekał, aż Mroczna Baza się rozpadnie, a sama planeta rozleci na kawałki. Cały czas czekał... aż do 
obecnej chwili.

Był całkowicie pewny, że Luke znajdował się po drugiej stronie tej kamiennej ściany, która 

była powierzchnią niewielkiej asteroidy.

Luke tkwił uwięziony w skalnej kuli, i chociaż jego szanse na przetrwanie były tylko 

ułamek procenta większe niż szanse R2 - które praktycznie w ogóle nie istniały - astromechaniczny 
robot zamierzał nadal pełznąć po ciemnej stronie asteroidy i zachować wszystkie funkcje, dopóki 
może... bo, mimo wszystko, istniała bardzo niewielka - naprawdę minimalna - szansa, że zdoła 
udzielić Luke’owi pomocy.

W pewnej chwili jego uwagę zwrócił dziwny ruch w roju asteroid. Pewna skalna bryła, 

odbijająca bardzo silne promieniowanie Taspana, przemieściła się w poprzek płaszczyzny ekliptyki 
systemu. Co więcej, ten jaskrawo świecący punkt poruszał się wyraźnie w kierunku przeciwnym 
niż kierunek obrotu Mindora wokół Taspana... kierował się mniej więcej w tę samą stronę, co pole 
asteroid. A w dodatku: ten punkcik światła nie przemieszczał się ze stałą prędkością, czego można 
byłoby się spodziewać po obiekcie, którego prędkość zależała od niezmiennych praw mechaniki. 
Przyspieszał, a potem zwalniał, żeby po chwili znów nabierać większej prędkości.

Istniało tylko jedno prawdopodobne wyjaśnienie.
R2-D2 skorzystał z teleskopowej właściwości sensora optycznego, żeby potwierdzić swoje 

obliczenia: ten obiekt był w rzeczywistości gwiezdnym statkiem.

A ściślej promem typu Lambda T-4a.
R2-D2 otworzył klapkę systemu komunikatora w kopułce i wysunął niewielką antenę 

paraboliczną. Skierował jej czaszę, po uwzględnieniu opóźnienia, jakie powodowała prędkość 
światła, dokładnie w miejsce, w którym znajdzie się prom, kiedy dotrze do niego sygnał z anteny 
robota, i zaczął nadawać sygnał alarmowy, wykorzystując do tego wszystkie rezerwy energii. Kiedy 
nawiązał łączność z mózgiem promu, wyjaśnił mu swoją sytuację, licząc na to, że mózg statku 
poinformuje o tym ważnym fakcie pilota promu.

I rzeczywiście, wektor lotu promu zaczął ulegać wyraźnej zmianie. Mały statek z godną 

pochwały skwapliwością ruszył kursem na przechwycenie asteroidy z robotem. Zatoczył łuk wokół 
jej jasnej strony, wysunął ramię dokujące i chwycił asteroidę. Przyciągnął ją blisko siebie, otoczył 
swoją osłoną nadprzestrzenną, a później przyspieszył do prędkości światła.

R2-D2 podczas pobytu w nadprzestrzeni, sprawdzał swoje obliczenia, ale nie wykrył w nich 

najmniejszego błędu.

Plany błyskotliwego, ale przewrotnego mężczyzny zostały pokrzyżowane. Luke miał 

przeżyć, księżniczka Leia i Han Solo uciekli, C-3PO był zdecydowanie bezpieczny, a R2-D2, jeżeli 
wierzyć najlepszym autodiagnostycznym podprogramom, mimo wszystko nie przeszedł kwantowej 
zmiany fazy i nie przeistoczył się w lofquariańskiego ptaka gooney.

background image

Prawdopodobieństwa takiego rozwoju sytuacji po prostu nie dawało się obliczyć.
R2 doszedł do wniosku, że wszechświat jest zdumiewającym miejscem.

ZAKOŃCZENIE

Geptun przesunął palcem pod kołnierzykiem tuniki munduru i skrzywił się, bo poczuł 

wilgoć. Naprawdę w kwaterze Skywalkera było niemiłosiernie gorąco. Geptun nadal jednak 
spacerował po salonie, mimo niezaprzeczalnego faktu, że wskutek tego jeszcze bardziej się pocił. 
Gdyby usiadł, upał w salonie stałby się niemożliwy do zniesienia.

Jak to możliwe, że był aż tak zdenerwowany? Trudno sobie wyobrazić, że w jego wieku, po 

tak długim i urozmaiconym życiu, uległ uczuciu, które można było określić tylko mianem 
„autorskiej próżności”.

To niezwykłe, jak bardzo pragnął - po prostu potrzebował - żeby Skywalkerowi spodobała 

się ta historia.

Kiedy młody Jedi odwrócił się do niego twarzą, jego mina sugerowała raczej, że - podobnie 

jak w wielu innych sprawach - Geptuna czeka rozczarowanie.

Mało brakowało, a Skywalker rzuciłby w niego holoczytnikiem.
- Co to ma być, co to za śmiecie? - zapytał.
- Ach... - Geptun w końcu usiadł na kanapie i powoli, głęboko odetchnął. - A więc moje 

dzieło nie przypadło panu do gustu.

- Dzieło? Do gustu? - powtórzył oburzony Luke. Poczerwieniał na twarzy, a żyły na jego 

czole uwydatniły się z wysiłku, żeby zapanować nad gniewem. - To jest okropne. To najgorsza 
rzecz, z jaką się kiedykolwiek zetknąłem.

- No tak. - Geptun pochylił się i powoli wyjął holoczytnik spomiędzy palców Skywalkera. - 

Cóż, przykro mi, że się panu nie spodobało. A zatem... no cóż, chyba już pójdę.

- Nie ma mowy. - Skywalker nie był wprawdzie wysokim mężczyzną, ale kiedy stanął przed 

Geptunem, górował nad nim jak wieża. - Zatrudniłem pana do przeprowadzenia śledztwa. Zleciłem 
napisanie raportu, aktu oskarżenia. A zamiast tego przynosi mi pan to? To czyta się jak jeden z tych 
parszywych holodreszczowców.

- No cóż, to prawda - przyznał inspektor. - Musiało się tak stać.
Skywalker znieruchomiał.
- Co takiego? - zapytał.
- No cóż, ja... - Geptun zakasłał. - Już sprzedałem prawa do wersji holograficznej.
Skywalker cofnął się i bezwładnie opadł na krzesło. Z jego policzków zniknęły rumieńce.
- Nie do wiary - mruknął.
Rozczarowanie Geptuna także gdzieś zniknęło, bo mężczyzna organicznie nie potrafił 

okazywać zakłopotania czy wstydu.

- Czyżbyśmy się od początku nie zrozumieli? - zapytał. - Jak pan myśli, dlaczego w ogóle 

się zgodziłem na pańską propozycję?

- Dla pieniędzy. - Skywalker prawie wypluł te słowa. - Za coś takiego jednak panu nie 

zapłacę.

- Jak pan chce - odparł beztrosko inspektor. - Firma produkująca holodreszczowce zapłaciła 

mi już dziesięć razy więcej niż pan chciał dać, i to za same prawa do produkcji, bo po puszczeniu w 
obieg dreszczowca zastrzegłem sobie także prawo do udziału w zyskach. Mój scenariusz spodobał 
się im tak bardzo, że zaproponowali mi napisanie następnych dwóch odcinków Przygód Luke ’a 
Skywalkera.

- Następnych dwóch? - Luke osłupiał. - Niech pan powie, że to żart.
- Mam opinię kawalarza - przyznał Geptun. - Rzadko jednak żartuję w sprawach interesów, 

a już absolutnie nigdy w sprawach finansowych.

- Zaplanował pan to - rzucił oskarżycielskim tonem Luke. Od samego początku pan to 

planował.

background image

- O, tak - przyznał beztrosko inspektor. - To szczera prawda.
Skywalker przestał się złościć i obecnie wyglądał tylko na zmęczonego. Bardzo 

zmęczonego i o wiele starszego niż przed godziną.

- Czy zadał pan sobie choćby trud wszczęcia dochodzenia? - zapytał.
- Naturalnie - odparł Geptun. - Musiałem zadbać o wiarygodność mojej historii... o to, żeby 

się zgadzała ze stanem faktycznym. To dla mnie jest bardzo ważne. Mogę zaświadczyć o 
prawdziwości każdego słowa.

- Żeby się zgadzała? - żachnął się młody Jedi. - Nie pokonałem Kara Vastora w pojedynku, 

nawet z nim nie walczyłem. Vastor był zdezorientowany i przerażony, a jeżeli nie liczyć tego, że 
raz mnie ugryzł, po prostu uciekł. Nie obciąłem mu rąk klingą mojego miecza świetlnego i nawet 
nie mam pojęcia, co to „wibrotarcza”.

- Pozwoliłem sobie wprowadzić kilka upiększeń - przyznał inspektor. - Może pan to nazwać 

swobodą twórczą.

- To wszystko jest... - Skywalker pokręcił bezradnie głową i w pierwszej chwili Geptun 

zaczął się obawiać, że młody Jedi się rozpłacze. - Przedstawił mnie pan jak jakiegoś bohatera - 
dodał z niesmakiem.

- Przecież jest pan bohaterem, panie generale - stwierdził inspektor. - Przynajmniej pod tym 

względem może mi pan zaufać. W całym moim życiu poznałem zaledwie czterech prawdziwych 
bohaterów, a jednym z nich jest pan.

- Proszę mnie także nie nazywać generałem - zażądał Skywalker.
- Słucham?
- Zrezygnowałem ze służby w wojsku - wyjaśnił młody Jedi. - Nie jestem już żołnierzem i 

nigdy więcej nim nie zostanę.

- Ach... - westchnął Geptun. - A zatem kim pan jest?
W oczach Skywalkera pojawiła się pustka.
- Ci wszyscy nieszczęśnicy, a ja ich zabiłem. Wszystkich, co do jednego - powiedział.
- Nie miał pan wyboru - podsunął inspektor.
- Zawsze istnieje jakiś wybór - sprzeciwił się Luke.
- Jeżeli to prawda, dokonał pan właściwego - odparł Geptun. - To właśnie o tym opowiada 

ta historia. Czy pan naprawdę nic nie rozumie? Jest pan w tej chwili kimś więcej niż zwykłym 
człowiekiem. Jest pan symbolem wszystkiego, co dobre w galaktyce podczas tej straszliwej wojny 
domowej? Daje pan ludziom nadzieję. Świeci pan przykładem. Odtąd będą się starali panu 
dorównać. Przez sam fakt swojego istnienia nakłania pan ludzi, żeby stawali się lepsi niż naprawdę 
są.

- Ale przecież to nie ja - sprzeciwił się Luke. - To jakiś wymyślony gość, który nosi moje 

imię i nazwisko. Bohater holodreszczowca. Książę ze scenariusza.

- Jeżeli pan tak uważa... - mruknął inspektor.
Skywalker ukrył twarz w dłoniach i długo siedział w milczeniu i bez ruchu. W końcu 

powiedział:

- Nie napisał pan niczego o moim pożegnaniu z Nickiem.
- Rzeczywiście nie - przyznał Geptun. - Było zbyt mało emocjonalne. Historia musi mieć 

miłe, zgrabne zakończenie. Spodobał mi się natomiast pański mały robot astromechaniczny. Chyba 
to na nim zakończę moją opowieść.

- Później, na pokładzie promu, kiedy zapytałem Nicka o jakiegoś śledczego, a on 

opowiedział mi o panu, na krótko zanim Nick i Aeona odlecieli... - Luke urwał i chwilę się 
zastanawiał. - Nick przypomniał mi, że nigdy mu nie zdradziłem, na czym polega moja najlepsza 
sztuczka. Wie pan, co mu odpowiedziałem? Że właśnie ją zobaczył.

Oderwał dłonie od twarzy, a jego oczy posmutniały. Miały nawiedzony, zraniony wyraz.
- Moją najlepszą sztuczką jest zrobienie jednego małego posunięcia, dokonanie prostego 

wyboru, i zabicie tysięcy ludzi. Tysięcy, czy pan to rozumie?

Geptun pokiwał niezobowiązująco głową.
- Jeden z tych bohaterów, o których panu wspomniałem, od czasu do czasu lubił mówić: 

background image

„Jedi nie są żołnierzami. Jesteśmy strażnikami pokoju w galaktyce”.

- Strażnikami pokoju - powtórzył z namysłem Luke. - Tak. Tak. To mi się podoba. Myślę, 

że to prawda. Jesteśmy światłością, która płonie w ciemności.

- Co za poetycka przenośnia - pochwalił inspektor.
- Nic dziwnego, że się panu podoba, skoro sam ją pan wymyślił - odparł młody Jedi. - 

Uważam jednak, mam nadzieje, że to nie tylko przenośnia. Moim zdaniem to szczera prawda.

- A ja tylko się dzielę tą światłością z całą galaktyką - stwierdził Geptun. - Liczyłem na to, 

że pan mi w tym pomoże.

- A ja liczyłem... - Luke głęboko odetchnął. - Może pan ma rację - dokończył po chwili. - 

Jak wielką szkodę może to wyrządzić?

- No cóż... - Geptun poruszył się niespokojnie na kanapie. Miał dziwne przeczucie, że zaraz 

zrobi coś, czym się najbardziej brzydzi: powie prawdę.

Skywalker miał w sobie coś, co go po prostu do tego zmuszało.
- Niech opowiadają swoje historie - podjął Luke. - Niech produkują holodreszczowce czy 

cokolwiek innego. To i tak nie ma żadnego znaczenia. Żadna z tych historyjek o mnie nie zmieni 
tego, kim naprawdę jestem.

- To prawda - przyznał z ciężkim sercem Geptun. - Mogą jednak zmienić to, co ludzie o 

panu myślą. A to, mój młody przyjacielu, może wyrządzić znaczne szkody. Niech pan tylko spojrzy 
na Luke 'a Skywalkera i zemstą Jedi.

Luke pokiwał z namysłem głową.
- Moim zdaniem... Jeżeli ludzie mają i tak opowiadać o mnie historie, powinienem chociaż 

się postarać, żeby mówili prawdę - powiedział.

- Po obejrzeniu mojej nie będzie miał pan powodów do narzekań - zapewnił inspektor. - Po 

prostu niech pan nie wierzy w to, co napiszą.

- Bez obawy - odparł Skywalker. - Nie jestem wytrwałym czytelnikiem, a holodreszczowce 

mnie po prostu nudzą. Będzie pan musiał jednak dokonać kilku zmian w swoim scenariuszu.

- Naprawdę? - zdziwił się Geptun. - Moim producentom podobała się taka wersja, jaką 

dostali.

- A gdybym tak ich odwiedził i postarał się przekonać, żeby zmienili zdanie? - 

zaproponował Luke. - A przy okazji mogliby także zmienić zdanie na temat finansowania tej 
produkcji.

- Och, bardzo proszę - przestraszył się inspektor. - Po tych wszystkich grubych pieniądzach, 

które utopiłem w tym przedsięwzięciu?

- Potrafię być naprawdę przekonujący - odparł łagodnie Skywalker.
- Cóż, chyba panu wierzę. - Geptun westchnął. - Jak pan chce. Jakie to mają być zmiany?
- W pana scenariuszu mroczni szturmowcy zginęli jakby przez przypadek - zaczął Luke. - 

Jakbym nie wiedział, że coś takiego się wydarzy. Problem w tym, że jednak to wiedziałem. Dobrze 
wiedziałem, na co się decyduję. W pańskiej historii to powinno zostać wyraźnie podkreślone.

- No cóż...
- A ten pojedynek świetlnym mieczem przeciwko wibrotarczy? - ciągnął młody Jedi. - To 

także musi zniknąć, bo to po prostu głupota. A poza tym, kto zechce mnie oglądać, jak siekam 
jeszcze jednego złoczyńcę moim świetlnym mieczem? Czy nie uważa pan, że coś takiego już się 
ludziom opatrzyło?

- Może rzeczywiście powinno się tu dołożyć trochę prawdy - przyznał Geptun.
- A ta historia z Aeoną Cantor... - ciągnął Skywalker. - Nie zakochałem się w niej ani nawet 

się nią nie interesowałem. Aeona jest po prostu kobietą Nicka. Koniec, kropka. A poza tym w ogóle 
nie jest w moim typie. Jest zbyt zachłanna, zbyt zaborcza, a zresztą nie lubię rudych.

- Postaram się zwrócić na to uwagę - obiecał inspektor. - A co właściwie się stało z Nickiem 

i Aeoną? Co się stało z Karem?

Luke wzruszył ramionami.
- Nick przypuszcza, że Blackhole nadal gdzieś żyje - powiedział.
- Naprawdę?

background image

- Tak powiedział - przypomniał Luke. - On i Kar sądzą, że mają z nim rachunki do 

wyrównania. A jeżeli Blackhole rzeczywiście żyje, sama świadomość, że Nick, Kar i Aeona depczą 
mu po piętach, powinna mu kazać oglądać się za siebie tak często, że nie będzie miał czasu na 
knucie żadnych intryg. A teraz proszę posłuchać. W pańskiej historii, niektóre z użytych przez pana 
porównań są, cóż, nie jestem wprawdzie krytykiem literackim, ale...

Geptun westchnął i niechętnie sięgnął po holonotatnik. Podejrzewał, że to będzie długi i 

mozolny proces.

Doszedł do wniosku, że przeróbki to coś okropnego.

PODZIĘKOWANIA

Autor pragnie gorąco podziękować następującym osobom, bez których ta powieść nie 

zaistniałaby w obecnej formie:

Mike'owi Kogge'owi za sugestię, żebym zainteresował się końcowym okresem wojskowej  

kariery Luke 'a; Karen Traviss za stosowny fragment tłumaczenia; Sue Rostom, Lelandowi Chee i  
wszystkim pracownikom z Lucasfilm za niesłabnące poparcie i pomoc; Shelly Shapiro, mojej  
redaktorce z Del Rey, za zachętę, dzięki której mógłbym przeskakiwać nad budynkami jednym  
susem, za cierpliwość potężniejszą niż lokomotywa i za szybszą niż lecąca kula umiejętność  
doprowadzenia tej powieści od początku do ostatecznej postaci. Dziękuję także Robin, mojej 
ukochanej żonie i tymczasowej
 wdowie pisarza powieści z cyklu Gwiezdne Wojny, której udało się 
dokonać najbardziej bohaterskiego wyczynu: mieszkać ze mną, kiedy mozolnie przedzierałem się  
przez tę opowieść.

Spis Treści

WPROWADZENIE
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ZAKOŃCZENIE
PODZIĘKOWANIA

 

background image