background image
background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miranda  dwa  razy  odwiedzała  Królestwo  Ciemności  i  w  mrocznym  kraju  Timona 

zakochała  się  w  dumnym  Waregu,  Gondagilu.  Bezgranicznie  i  nieszczęśliwie  –  on  bowiem 

nie  mógł  jej  towarzyszyć  do  Królestwa  Światła.  Teraz  mur  został  zamknięty  na  stałe,  a 

Miranda wie, że czas nie sprzyja jej miłości. Kiedy ona  przeżyje miesiąc bez Gondagila, w 

Królestwie Ciemności minie cały rok... 

background image

RODZINA CZARNOKSIĘŻNIKA

 

 

 

 

 

LUDZIE LODU

 

 

 

 

 

INNI 

 

 

 

 

background image

Heinrich Reuss von Gera, zły rycerz, który przeszedł na stronę dobra. 

 

Ponadto  w  Królestwie  Światła  mieszkają  ludzie  z  rozmaitych  epok,  ponieważ  dla 

wszystkich  czas  zatrzymuje  się  bądź  cofa  do  wieku  trzydziestu,  trzydziestu  pięciu  lat  i 

umierają tylko ci, którzy tego pragną. Inni, którzy zmarli nie zaznawszy w pełni smaku życia, 

otrzymują  tu  możliwość  ponownej  egzystencji.  Są  tu  także  Obcy  wraz  ze  Strażnikami, 

Lemurowie, Madragowie,  duchy Móriego, duchy  przodków  Ludzi  Lodu, które zdecydowały 

się  pójść  za  Markiem,  elfy  wraz  z  innymi  duszkami  przyrody,  istoty  natury  zamieszkujące 

Starą Twierdzę oraz wiele różnych zwierząt. 

Poza  tym  w  południowej  części  Królestwa  Światła  żyje  pewna  grupa,  której 

bohaterowie jeszcze nie spotkali i nie wiedzą nawet o jej istnieniu. 

Są  też  nieznane  plemiona  z  Królestwa  Ciemności  oraz  to,  co  kryje  się  w  Górach 

Umarłych, źródło pełnego skargi zawodzenia. Nikt nie wie, co to jest. 

background image

STRESZCZENIE 

Do Królestwa Światła dotarli już wszyscy ci,  których historię kolejno postaramy się 

przedstawić. 

Głównymi  bohaterami  opowieści  będą  reprezentanci  młodszego  pokolenia.  Pojawić 

się  mogą  wprawdzie  nowe,  dotychczas  nie  znane  postaci,  lecz  trzon  niepoprawnej  grupy 

przyjaciół stanowią następujące osoby: 

Jori, syn Taran, chłopak o brązowych, kręconych włosach, który odziedziczył po ojcu 

łagodne spojrzenie, a po matce katastrofalny brak odpowiedzialności. Wzrostem i urodą nie 

dorównuje przyjaciołom, lecz te braki kompensuje szaleństwem i śmiałością. 

Jaskari,  syn  Villemanna,  grupowy  siłacz,  długowłosy  blondyn  o  bardzo  niebieskich 

oczach i muskułach, które grożą rozerwaniem koszuli i spodni. Kocha zwierzęta. 

Armas, w połowie Obcy, wysoki, inteligentny, o jedwabistych włosach i przenikliwym 

spojrzeniu.  Obdarzony  nadzwyczajnymi  zdolnościami  i  wychowany  znacznie  surowiej  niż 

pozostali. 

Elena,  córka  Danielle,  o  beznadziejnej,  jak  sama  twierdzi,  figurze.  Spokojna  i 

sympatyczna, lecz wewnętrznie niepewna, za wszelką cenę pragnie być taka jak wszyscy. Ma 

długą grzywę drobno wijących się loczków. 

Berengaria,  córka  Rafaela,  o  cztery  lata  młodsza  od  pozostałych.  Romantyczka  o 

smukłych  członkach,  długich,  ciemnych,  wijących  się  włosach  i  błyszczących,  ciemnych 

oczach. Jej charakter to wachlarz wszelkich ludzkich cnót i słabości. Bystra, wesoła, skłonna 

do uśmiechu, ma swoje humory. Rodzice bardzo się o nią niepokoją. 

Oko  Nocy,  młody  Indianin  o  długich,  gładkich,  granatowoczarnych  włosach, 

szlachetnym  profilu  i  oczach  ciemnych  jak  noc.  O  rok  starszy  od  czworga  opisanych  na 

początku. 

Tsi-Tsungga,  zwany  Tsi,  istota  natury  ze  Starej  Twierdzy.  Niezwykle  przystojny 

młodzieniec  o  szerokich  ramionach,  cętkowanym  zielonobrunatnym  ciele,  szybki  i  zwinny, 

wprost tchnie zmysłowością. 

Siska,  mała  księżniczka,  zbiegła  z  Królestwa  Ciemności.  Z  wyglądu  podobna  do 

Berengarii.  Ma  wielkie,  skośne,  lodowato  szare  oczy,  pełne  usta  i  bujne  włosy,  czarne, 

gładkie,  lśniące  niczym  jedwab.  Dystansuje  się  od  młodego  Tsi  i  jego  pupila  Czika, 

olbrzymiej wiewiórki. 

Indra, gnuśna i powolna, obdarzona wielkim poczuciem humoru, z przesadą podkreśla 

background image

swoje wygodnictwo. Ma wspaniałą cerę i elegancko wygięte brwi. W tym samym wieku co 

czworo pierwszych. 

Miranda, jej o dwa lata młodsza siostra. Rudowłosa i piegowata. Wzięła na swe barki 

odpowiedzialność za cały świat, postanowiła go ulepszyć. Zagorzała obrończyni środowiska, 

o nieco chłopięcych ruchach. Nieugięta, jeśli chodzi o niesienie pomocy cierpiącym ludziom i 

zwierzętom. 

Alice,  zwana  Sassą,  jedna  z  najmłodszych,  przybyła  do  Królestwa  Światła  wraz  z 

dziadkami. Jako dziecko uległa strasznym  poparzeniom. Marco usunął  jej  wszystkie blizny, 

lecz  dziewczynka  wciąż  pozostaje  nieśmiała,  nie  chce  pokazywać  się  ludziom  ani  z  nimi 

rozmawiać. Ma kota o imieniu Hubert Ambrozja. 

Dolgo,  noszący  niegdyś  imię  Dolg  Ponieważ  dwieście  pięćdziesiąt  lat  spędził  w 

królestwie  elfów,  wciąż  ma  dwadzieścia  trzy  lata,  posiadł  jednak  niezwykłą  mądrość  i 

doświadczenie.  Nie  jest  stworzony  do  miłości  fizycznej.  Jego  najlepszym  przyjacielem  jest 

pies Nero. 

Marco,  wiecznie  młody,  choć  liczący  sobie  już  ponad  sto  lat.  Niezwykle  potężny 

książę Czarnych Sal. On także nie może poznać miłości. 

Ani  on,  ani  Dolgo  nie  należą  do  grupy  młodych  przyjaciół,  są  jednak  dla  nich 

ogromnie ważni. Marco, podobnie jak Indra, Miranda i Sassa, pochodzi z Ludzi Lodu. 

background image

OMÓWIENIE TOMU „MĘŻCZYZNA Z DOLINY MGIEŁ” 

Mimo surowych zakazów Miranda przedostała się przez mur do Królestwa Ciemności. 

Zamierzała zanieść Światło nieszczęsnym plemionom, żyjącym w wiecznym mroku. 

Próba się jednak nie powiodła, a dziewczyna musiała przeżyć wiele dramatycznych i 

bardzo  nieprzyjemnych  spotkań  z  nie  znanymi  istotami.  Co  prawda  udało  jej  się  wyjaśnić 

kilka  tajemnic,  jakimi  zawsze  otoczone  były  Góry  Umarłych,  ale  kiedy  wróciła  do  domu, 

posypały się na nią gniewne wymówki ze strony przywódców Królestwa Światła. 

Przebywając  w  Ciemności,  Miranda  poznała  wspaniałego  Gondagila,  młodego 

człowieka  z  ludu  Timona,  plemienia  osiadłego  w  Dolinie  Mgieł,  i  zakochała  się  w  nim  od 

pierwszego  wejrzenia.  Historia  miłości  tych  dwojga  nie  zdążyła  jednak  wyjść  poza  okres 

wzajemnego zauroczenia i nieśmiałych prób zbliżenia się do siebie. 

Podczas  drugiego  spotkania  młodych  sprawy  ułożyły  się  bowiem  jak  najgorzej. 

Przedstawiciele starszyzny Królestwa Światła towarzyszyli Mirandzie na drugą stronę muru, 

ponieważ  z  pierwszej  swojej  wyprawy  przyniosła  alarmujące  wiadomości  na  temat  Gór 

Czarnych, zwanych inaczej Górami Śmierci lub Górami Umarłych. Zostały nawiązane dobre 

kontakty  z  ludem  Timona  i  jeszcze  jednym  życzliwie  usposobionym  plemieniem,  Miranda 

jednak,  broniąc  Gondagila  przed  napastnikiem,  została  pchnięta  nożem.  Przyjaciele  zdążyli 

przenieść ją z powrotem do Królestwa Światła, ale bramę w murze trzeba było zamknąć na 

zawsze. 

Gondagil  został  po  tamtej  stronie,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  że  jeden  rok  w 

Królestwie  Światła  oznacza  dwanaście  lat  w  jego  krainie.  Miranda  wiedziała  o  tej  różnicy 

czasu i to właśnie pogrążało ją w głębokiej rozpaczy. 

background image

Zbliżał się jeden z najdziwniejszych i otoczonych niezliczonymi mitami  dni w roku. 

Zresztą  to  raczej  noc  jest  taka  wyjątkowa.  Najdłuższy  dzień  w  roku,  mówi  się  dość 

nieprecyzyjnie, bo przecież najkrótsza noc minęła przed dwiema dobami. Ale różnica jest tak 

niewielka,  że  nie  warto  wdawać  się  w  szczegóły.  Noc  środka  lata,  Johannesnatt,  noc 

świętojańska, sobótka... ukochane dziecko nazywane jest wieloma imionami. 

Zgodnie  ze  starymi  ludowymi  wierzeniami  moment,  w  którym  słońce  dokonuje 

zwrotu na niebie, jest krytyczny dla całej natury. Ziemia emanuje wtedy intensywną, cudowną 

życiową  siłą,  jakby  stworzoną  dla  magicznych  ceremonii.  W  tym  okresie  zbiera  się  zioła, 

które  mają  moc  leczenia  chorych  zwierząt,  stroi  się  obejścia  liśćmi  i  zielenią,  by  zapewnić 

obfite zbiory. Dawniej w domach wykładano liście głogu, a na zewnątrz i w pomieszczeniach 

gospodarczych gałązki brzozy, tej nocy bowiem opuszczają swe kryjówki czarownice. 

I nie tylko one. Zmarli odprawiają około północy sobótkowe msze. I mnóstwo złych 

istot,  chodzących i  pełzających oraz takich, których my, ludzie, nie  widzimy, wyłania się z 

ukrycia,  by  próbować  przekabacić  ludzi  na  swoje  kopyto  albo  wypaczyć  ich  dusze.  W 

dawnych  czasach  zatykano  pod  belkami  sufitu  rozchodnik,  dla  każdego  domownika  jedną 

gałązkę. Jeśli roślina zwiędła, oznaczało to, że człowiek, któremu była poświęcona, umrze w 

ciągu najbliższego roku. Palono ogniska, najchętniej nad samą wodą, ponieważ woda posiada 

tej  nocy  cudowną  siłę,  wstawiano  do  ognia  beczki  ze  smołą,  żeby  odpędzić  od  inwentarza 

wszelkie złe moce. 

W Szwecji wznosi się majowe słupy; ich nazwa nie ma jednak nic wspólnego z nazwą 

miesiąca, pochodzi od słowa „maić”, czyli „ozdabiać, oplatać zielenią”. 

Była  to  zawsze  niezwykle  tajemnicza  noc,  pełna  mistycznych  zagadek  i 

niebezpieczeństw,  zwłaszcza  dla  samotnych  wędrowców.  Tej  nocy  nikt  nie  powinien 

pozostawać poza domem sam. 

Ale to  wszystko  działo się dawno, na świecie, na powierzchni  ziemskiego globu.  W 

Królestwie Światła panują chyba inne obyczaje? 

 

Większość z tych, którzy wychodzili na zewnątrz, do Królestwa Ciemności, poddano 

kwarantannie. 

Mirandę przewieziono do stołecznego szpitala. Straciła tak wiele krwi, że nie była w 

stanie  poruszyć  ani  ręką,  ani  nogą,  nie  miała  siły  unieść  powiek  ani  wyszeptać  choćby 

background image

jednego słowa. 

Słyszała  jednak  wszystko,  co  wokół  niej  mówiono.  Wiedziała,  że  brama  w  murze 

została  zamknięta  i  że  Gondagil  na  nią  czeka.  Żeby  uratować  jej  życie,  zgodził  się  na 

przeniesienie  ukochanej  do  Królestwa  Światła.  On  sam  nie  uzyskał  pozwolenia,  by  jej 

towarzyszyć. Przeciwstawił się temu høvding jego plemienia, a przywódcy Królestwa Światła 

ulegli, by nie narażać na szwank paktu z trudem zawartego z dwoma plemionami z Królestwa 

Ciemności. 

Gondagil  wierzył  jednak,  że  Miranda  będzie  mogła  znowu  wyjść  poza  mury,  za 

tydzień,  może  trochę  później.  Nie  wiedział  nic  o  definitywnie  zamkniętych  bramach  ani  o 

tym,  że  tydzień  w  Królestwie  Światła  równa  się  prawie  trzem  miesiącom  u  niego,  w 

Królestwie  Ciemności.  Nie  wiedział,  że  skazano  ich  na  wieczną  rozłąkę,  że  już  się  nie 

zobaczą. 

Gondagil  nigdy  jeszcze  nie  spotkał  takiej  dziewczyny  jak  Miranda.  Rozumieli  się 

nawzajem  bez  słów.  Ona  nie  próbowała  zaciągnąć  go  do  łóżka  tak  jak  dziewczyny  z  jego 

własnego  plemienia,  które  tylko  na  to  czekały.  Zresztą  nie  poznawał  sam  siebie,  upartego 

samotnika,  który  unikał  wszelkich  kontaktów  z  ludźmi.  Po  raz  pierwszy  w  swoim  życiu 

znalazł  kobietę,  z  którą  naprawdę  lubił  rozmawiać.  Kobietę,  którą  chciałby  poznać  bliżej, 

którą pragnął kochać. 

W jego ciele i w duszy płonęła bolesna tęsknota, jakiej w swojej samotności wcześniej 

się nawet nie domyślał. 

 

Miranda leżała na szpitalnym łóżku. To odzyskiwała przytomność, to znowu ją traciła. 

Miała wrażenie, że jest noc, czas snu. Było wokół niej tak cicho, wszelki ruch, różne głosy i 

dźwięki,  szelest  butów  przesuwających  się  miękko  po  podłodze,  wszystko  zniknęło,  świat 

tonął w ciszy. 

Pod skórą chorej, tuż przy nadgarstkach, umieszczono gumowe rurki. Coś leżało na jej 

twarzy. Jakiś przewód albo wężyk, nie wiedziała, co to takiego. 

Myślała, że jest w pokoju sama, ale nie była tego pewna. 

W chwilę później musiała się znowu zdrzemnąć, ponieważ na granicy między snem a 

jawą usłyszała przerażający dźwięk. 

O, jak dobrze to rozpoznawała, jak bardzo tego nienawidziła! 

To  znowu  te  głuche  jęki  z  Gór  Umarłych.  Ciąg  powietrza  świadczył,  że  leży  przy 

otwartym oknie, dlatego te zawodzące wołania brzmiały w nocnej ciszy tak wyraźnie. 

Miranda  była  tam,  na  zewnątrz,  po  tamtej  stronie  muru.  W  Ciemności  słyszała  te 

background image

krzyki z bardzo bliska. 

Teraz  jednak  wydawało  się,  że  przenikają  przez  niewidzialny  mur  do  Królestwa 

Światła i kierują się właśnie ku niej, takie były silne. 

Nagle ponad wszystkim  wzniosło się wyjątkowo gwałtowne wycie, a właściwie ryk, 

przeciągły, donośny, jakby oznajmiał światu jakiś triumf. Miranda poczuła, że przenika ją to 

do szpiku kości, doznawała wrażenia, że dusze potępione wdarły się do szpitalnej izby i wyją 

jej prosto do ucha. 

Drgnęła gwałtownie i obudziła się od tego niepohamowanego, a teraz zamierającego 

wycia, które wciąż trwało w powietrzu rozedrgane, raniąc jej serce. 

Czy  to  sen?  A  może  rzeczywistość?  Ponowny  krzyk  znowu  dotarł  do  jej  uszu,  ale 

może słyszy to z powodu utraty tak wielkiej ilości krwi... 

Te głosy... Tragiczne, nieskończenie smutne, człowiek stawał się przygnębiony, serce 

mu się krajało z powodu tych nieszczęśliwych stworzeń, które są w stanie aż tak zawodzić. 

Gdyby tylko nie te okropne, złowieszcze tony... Czaiło się w nich tyle zła, a teraz pojawiło się 

coś jeszcze. Triumf? 

Nie, musiało jej się przyśnić, krzyki były zbyt silne, zbyt wielką budziły grozę. Sen je 

po prostu spotęgował, nic innego nie mogło się zdarzyć. 

Mimo to Miranda śmiertelnie się przeraziła. 

Oddychała z wysiłkiem. Ostatnie przeżycia to więcej, niż jej słabe ciało mogło znieść. 

Nieustannie  kręciło  jej  się  w  głowie,  nie  zdołała  nawet  zadzwonić  po  pomoc,  chociaż 

trzymała dzwonek w ręce. Palec odmawiał wykonania poleceń wysyłanych przez mózg. 

Gondagil... 

Dlaczego musiałam cię spotkać tylko po to, by cię utracić? Dopóki cię nie poznałam, 

nie wierzyłam, że miłość istnieje. Wiem, że na mnie czekasz. Wiem, że we mnie wierzysz. A 

ja muszę sprawić ci zawód. 

Cicho otworzyły się jakieś drzwi, dotarł do niej szelest pielęgniarskiego fartucha i ktoś 

ujął ją za rękę, szukając pulsu. 

Zaraz też do pokoju weszło kilka innych osób. Jakiś męski głos mówił: 

– Z takimi ranami powinna już co najmniej kilkakrotnie umrzeć. Musiała się kiedyś 

znajdować w bezpośredniej bliskości Świętego Słońca, innego wytłumaczenia nie ma. 

Tak, myślała Miranda. Trzymałam we własnych dłoniach Słońce tak długo, aż zaczęło 

ze mnie emanować niebieskie światło. 

W  całym  tym  nieszczęściu  i  biedzie  stwierdziła,  że  potrafi  się  jeszcze  śmiać.  Nie  w 

sposób widoczny, sama do siebie, w głębi duszy. Ale to dało jej nadzieję na nowe życie. 

background image

Tylko  po  co  jej  właściwie  życie?  Nigdy  więcej  przecież  nie  wyjdzie  poza  mur  do 

Gondagila, a jemu też nie pozwolą wejść do Królestwa Światła. 

Zrobiono jej zastrzyk w ramię. Potem znowu wszyscy opuścili pokój. Tak myślała, ale 

może ktoś jednak został. 

Ogarnęło ją zmęczenie. 

Kiedy obudziła się następnym razem, poczuła się silniejsza. Teraz odnosiła wrażenie, 

że na zewnątrz panuje dzień, ale były to tylko domysły. 

Próbowała  coś  powiedzieć,  ledwo  jednak  poruszyła  wargami  Miała  sucho  w  ustach. 

Język  kleił  się  do  podniebienia  i  jedyne,  co  zdołała  wydobyć  z  gardła,  to  jakieś  słabe, 

bełkotliwe dźwięki. 

Natychmiast  czyjaś  ręka  przysunęła  się  do  jej  twarzy  i  zwilżyła  wargi  nasyconym 

wodą gazikiem. Miranda chciała wyssać więcej wilgoci, ale nie była w stanie. 

Starała się otworzyć oczy, lecz i to okazało się zbyt trudne. Mimo to ten ktoś, kto przy 

niej stał, zauważył, że poczuła się lepiej, i wezwał lekarza. 

–  Muszę  przyznać,  że  jesteś  bardzo  wytrzymałą  dziewczynką  –  powiedział  doktor 

wesoło do leżącej nieruchomo Mirandy. – Nawet jedna pijawka nie pożywiłaby się tą resztką 

krwi, jaka w tobie została. My jednak wpompowaliśmy w twoje ciało nową krew, tak że na 

pewno się z tego wyliżesz. 

– Niezłomna jak zawsze – rzekł znajomy głos. 

To  Indra,  siostra.  Miranda  uśmiechnęła  się  w  duchu.  Czy  Indra  była  tu  przez  cały 

czas? 

Chyba nie. Siostra próbowałaby swoimi złośliwymi komentarzami podtrzymać w niej 

płomyk życia, próbowałaby apelować do jej poczucia humoru. 

Nagle  udało  się  Mirandzie  otworzyć  oczy.  Stało  wokół  niej  wielu  ludzi,  a  wszyscy 

rozjaśnili się stwierdziwszy, że chora na nich patrzy. 

– Hej, żywy trupie! – zawołała Indra wesoło. – Jak ci się udało wykonać zadanie? 

Miranda zachrypiała ostro z ledwo widocznym uśmiechem w kącikach warg: 

– Sama... wi... dzisz... re... zultaty. 

– Oczywiście. Ale witaj z powrotem, witaj w Królestwie, i witaj w życiu! 

Indra jak zwykle mówiła swobodnie, w jej  głosie brzmiała ironia, ale  czyż teraz nie 

wyczuwało się w nim również lekkiego drżenia? 

– Ojciec był tutaj przez cały czas – oznajmiła. – Niczym zmartwiona kura czuwał nad 

swoim pisklęciem, które oddaliło się od domu i zabłądziło. Chociaż akurat teraz ojciec śpi. 

Miranda  zaniepokoiła  się  bardzo.  Próbowała  usiąść,  ale  bez  powodzenia,  opadła  z 

background image

powrotem na poduszki. 

– Jak długo... ja tutaj...? 

– Spokojnie! Tylko jedną dobę. 

– Jedna doba? To dla Gondagila dwanaście dni! Muszę wyjść! Muszę... do Ciemności. 

– No, no – uspokajał ją lekarz. – Nic nie będziesz musiała jeszcze przez długi czas. 

– Ale on czeka. Nie mogę zawieść... 

–  Wiemy  o  tym  –  rzekła  Indra  tak  samo  obojętna  jak  przedtem.  –  Marco  nam 

opowiadał. Nie możesz nic zrobić, dobrze o tym wiesz. 

Ale  Gondagil  musi  dostać  wiadomość,  chciała  zawołać  Miranda.  Chciała  zresztą 

powiedzieć  o  wiele  więcej,  gdyby  ktoś  znowu  nie  zrobił  jej  zastrzyku  w  ramię,  po  którym, 

mimo  gwałtownych  protestów,  natychmiast  zasnęła.  Zachowywali  się  wobec  niej 

niesprawiedliwie, czy oni  naprawdę niczego nie rozumieją? Czy nie domyślili się, jak wiele 

Gondagil i ona dla siebie nawzajem znaczą? 

Nie, żadne z nich zdawało się tego nie pojmować. 

 

Przedziwne  obrazy  pojawiały  się  w  snach  Mirandy.  Były  to  sny  tego  typu,  których 

nienawidziła najbardziej, gdzieś powinna dotrzeć, do jakiegoś miejsca, ale nigdy nie zdołała 

osiągnąć celu. 

Tym  razem  miał  się  odbyć  ślub,  nie  wiadomo  jednak,  kto  się  żenił,  bowiem 

bohaterowie nieustannie się zmieniali. Zadaniem Mirandy było sprowadzenie dużego, silnego 

Warega  z  Królestwa  Ciemności,  ale  Ram  oświadczył,  że  on  już  jest  w  Królestwie  Światła, 

nikt  tylko  nie  chciał  jej  powiedzieć,  gdzie  się  znajduje,  więc  rozpaczliwie  go  szukała.  Pan 

młody  dostał  od  kogoś  w  prezencie  trzy  małe  szczeniaki  i  jeden  z  nich  uciekł  z  koszyka. 

Ponieważ widziała to tylko Miranda, właśnie ona musiała pobiec go szukać. 

Nieoczekiwanie  uświadomiła  sobie,  że  musi  iść  do  lekarza,  który  przyjmował  w 

jakimś domu na najwyższym piętrze. Portier jednak zagrodził jej drogę, ponieważ jakoby tego 

dnia żaden lekarz nie pracował.  Nieubłaganie zbliżała się pora ceremonii  ślubnej  i  Miranda 

zaczynała się bardzo niepokoić, tłumaczyła, że jest właśnie na dzisiaj umówiona z lekarzem. 

Wtedy  portier  zadzwonił  na  górę  do  gabinetu  i  powiedział,  że  rodzina  Mirandy  idzie  do 

lekarza, bo zamówiła wizytę. 

Miranda nie miała czasu tłumaczyć portierowi, o co chodzi, bo oto w pobliżu pokazał 

się szczeniak i pobiegła go złapać, by nie wpadł pod jakiś pojazd. Trzymając psa w objęciach, 

szukała  wejścia  do  domu,  ale  znalazła  się  w  jakimś  garażu,  a  ów  mężczyzna  z  Ciemności, 

którego  tak  polubiła,  chociaż  nie  mogła  sobie  przypomnieć  jego  imienia,  był  bardzo  ładnie 

background image

ubrany.  Jak  ona  sama  zdoła  się  przebrać  we  śnie?  Następne  obrazy  dotyczyły  jakichś 

wysokich  budynków,  Miranda  wciąż  bezskutecznie  szukała  windy,  którą  mogłaby  dojechać 

do lekarza, a przecież musiała się do niego jak najprędzej dostać. 

 

Kiedy następnym razem Miranda ocknęła się ze snu czy omdlenia, trudno stwierdzić, 

w  jakim  stanie  się  znajdowała,  wszystko  wyglądało  lepiej,  w  każdym  razie  pod  względem 

fizycznym. 

Wciąż  jednak  dręczyły  ją  strach  i  zniecierpliwienie.  Gondagil  czekał.  Ile  czasu  już 

minęło? 

Głosy  zebranych  w  pokoju  świadczyły,  że  wszyscy  są  bardzo  podnieceni.  Choć 

mówili  prawie szeptem,  wyczuwała wielkie zdenerwowanie, ludzie wybiegali i  wbiegali do 

środka, był wśród nich ojciec, słyszała to wyraźnie, a przede wszystkim Indra. Słyszała, że są 

też Jaskari i Elena, rozpoznawała obecnych po głosach. 

Trudno  jej  było  natomiast  zrozumieć,  co  mówią,  wykrzykiwali  bowiem  coś  jedno 

przez drugie. 

Miranda  otworzyła  oczy,  uznała,  że  jest  już  prawie  całkiem  wyleczona.  Szklanka  z 

wodą  stała  na  stoliku  tuż  przy  łóżku,  chora  napiła  się,  bo  w  dalszym  ciągu  miała  sucho  w 

ustach. Przypuszczała, że to z powodu masy lekarstw, którymi ją faszerowano. 

Nikt  nie  zwrócił  uwagi,  że  Miranda  nie  śpi,  stali  w  gromadzie  pośrodku  pokoju  i 

dyskutowali, wszyscy byli bardzo poważni. 

– Nie gdaczcie tak – rzekła Miranda ochryple. – Jestem już zdrowa, nie ma się o co 

martwić. 

Wszystkie spojrzenia skierowały się na nią. 

–  To  nie  o  ciebie  się  martwimy,  zarozumialcze  –  powiedziała  Indra.  –  Ty  już  sobie 

poradzisz.  Nie,  w  czasie,  kiedy  leżałaś  tutaj  i  dawałaś  się  rozpieszczać  oszałamiająco 

przystojnym lekarzom, przytrafiły się dużo gorsze rzeczy. 

– O co chodzi, co się stało? 

– Jori. Jori zniknął. 

– Zniknął? 

– Bez śladu! 

background image

– Czy człowiek nie ma prawa skupić na sobie uwagi, żeby mu inni zaraz nie zaczęli 

zazdrościć? – próbowała żartować Miranda. – Co ten szaleniec wymyślił tym razem? 

– Nie wiemy. Wyszedł z domu dwa dni temu. I wszelki słuch po nim zaginął. 

Miranda natychmiast wychwyciła to, co dla niej było najbardziej interesujące. 

– Przed dwoma dniami? A jak długo ja tutaj leżę? 

– Trzy doby. 

– O, nie! 

Trzy  razy  dwanaście?  Trzydzieści  sześć  dni!  Od  trzydziestu  sześciu  dni  i  nocy 

Gondagil czeka na nią i dotychczas nie otrzymał żadnego znaku życia. Co sobie pomyśli? 

– Jori jest w Królestwie Światła bezpieczny – mruknęła. 

–  Istnieje  tylko  jeden  problem,  Mirando  –  oświadczył  Jaskari  spokojnie.  –  Ten 

mianowicie, że wygląda na to, iż Joriego nie ma w Królestwie Światła. 

– Opowiedzcie mi wszystko ze szczegółami! 

– Nie znamy żadnych szczegółów. W każdym razie bardzo niewiele. Oko Nocy szedł 

po  jego  śladach  aż  do  łąk  za  miastem  Saga.  I  tam  się  one  po  prostu  urwały.  Nagle  i 

nieoczekiwanie. 

– A jego powietrzna gondola? 

– Jest w domu. My z początku myśleliśmy tak jak ty, że z łąk odleciał gondolą. Nikt 

go jednak stamtąd nie zabierał. 

– Czy pytaliście wszystkie duchy, elfy i tym podobne? 

Tym podobne? Kto mógłby się kryć pod tego rodzaju określeniem? 

– Oczywiście – odparł Jaskari. – Nikt go nie widział. Taran odchodzi od zmysłów, a 

Uriel z czarnoksiężnikami i z Markiem próbują za pomocą sił psychicznych ustalić, gdzie się 

Jori znajduje. 

Miranda  kiwała  głową,  ale  myślami  była  gdzie  indziej.  Zastanawiała  się,  próbowała 

rozumować jasno, choć to chyba zbyt wielkie wymaganie dla kogoś znajdującego się w takim 

stanie jak ona. Zwróciła się do sympatycznego lekarza i zapytała: 

– Czy to prawda, co powiedziałeś o pijawce? 

– Co takiego? Ach, to! Nie, oczywiście, że nie, ale straciłaś niewiarygodnie dużo krwi. 

Żaden zwykły człowiek nie przeżyłby czegoś takiego. 

W takim razie jestem niezwykła, uznała Miranda. 

background image

Rozejrzała  się  wokół.  W  chwilach  przytomności  stwierdziła  obecność  większości 

członków rodziny i przyjaciół przy swoim posłaniu. Odniosła wrażenie, że czuwają przy niej 

grupami,  na  zmiany.  Pewnego  razu  były  tu  najmłodsze  dziewczynki,  Siska,  Sassa  i 

Berengaria  w  towarzystwie  Oka  Nocy,  Indianina.  Często  przychodziła  Elena  z  Jaskarim. 

Indra  i  ojciec,  oczywiście,  i  różni  przedstawiciele  starszego  pokolenia.  Armas,  tak,  we 

wspomnieniach majaczyła jej również wizyta Dolga i Marca... 

– Gdzie jest Tsi? – rzuciła, patrząc w sufit, 

W pokoju zaległa cisza. Obecni zwrócili się w jej stronę. 

– Tsi-Tsungga? – odezwał się w końcu Armas. – No właśnie, gdzie on jest? 

– Czy nikt go nie zapytał o Joriego? – zdziwiła się Miranda. 

– Niech to diabli! – zawołała Indra. – Zapomnieliśmy o Tsi-Tsundze! 

– Jak, na Boga, można o nim zapomnieć? – mruknęła Miranda. – Nie ucieszyłby się, 

gdyby o tym wiedział. 

Jaskari wezwał Rama, najważniejszego wśród Strażników. Rozmawiali ze sobą krótko 

przez wideotelefon, Miranda dostrzegła na twarzy Rama wyraz zaniepokojenia. 

Nie, nie, nie mogli zapomnieć Tsi-Tsunggi, myślała zgnębiona. Nie mogli zapomnieć 

tego najbardziej wrażliwego stworzenia, choć nie wszyscy to dokładnie rozumieją. Oni myślą, 

że dla Tsi istnieje tylko życie wypełnione zabawą, śmiechem i beztroską. 

A  to  nieprawda!  Nikt  nie  został  obdarzony  taką  uczuciowością  jak  on  i  właśnie  to 

czyni go bezbronnym. 

Przypominała sobie spotkania, kiedy rozmawiali tylko we dwoje. Jak on się cieszył, że 

Miranda znajduje dla niego czas, że chce siedzieć z nim i słuchać jego opowiadań! 

Ta  jego  samotność.  Może  właśnie  dlatego,  że  potrafił  być  taki  wesoły,  wszyscy 

uważają,  że  ma  mnóstwo  przyjaciół.  Tak,  oczywiście,  cała  grupa  młodzieży  jest  z  nim 

zaprzyjaźniona,  z  wyjątkiem  może  Siski,  która  uważa,  że  jego  wiewiórka,  Czik,  jest  zbyt 

dzika, nie nadaje się do towarzystwa. 

Tsi  nie  jest  dziki.  Jest  obdarzony  ogromną  zmysłowością,  prawdę  powiedziawszy 

Miranda stwierdzała to wielokrotnie, ale właśnie tę stronę jego osobowości uważała za bardzo 

interesującą. To on sprawił, że po raz pierwszy mogła poczuć się kobietą. Do niczego między 

nimi  nie  doszło,  ale  to  Tsi  spowodował,  że  dostrzegła  pewien  aspekt  życia,  którego  do  tej 

pory w ogóle nie przyjmowała do wiadomości. 

Widziała go przed sobą, jego działającą na jej wyobraźnię sylwetkę, skórę, brunatną z 

zielonymi  plamami,  niczym  las,  w  którym  żył,  podobną  do  oblicza  fauna  twarz  o  żywych 

zielonych oczach i wydatne usta, spoza których błyskały ostre zęby. Elf ziemi, który nigdzie 

background image

nie był u siebie. Nikt nie chciał go uznać za swego krewnego. Elfy, z którymi mieszkał, kiedy 

trzeba  było  przyjąć  go  do  rodziny,  mówiły,  że  ma  w  sobie  również  obce  geny.  Jego 

krewniacy,  istoty  natury  ze  Starej  Twierdzy,  byli  do  szpiku  kości  przeniknięci  złem  i 

przegonili  go  ze  swojej  osady,  Lemurowie  stali  wysoko  ponad  nim,  choć  przecież  był  w 

połowie jednym z nich. 

Do  ludzi  też  się  nie  zaliczał.  Tylko  ta  grupa  młodzieży,  do  której  należała  również 

Miranda, zaakceptowała go, ale, jak widać, nader łatwo o nim zapomniała. 

Jaskari ponownie zwrócił się do przyjaciół. 

–  Tsi  najczęściej  przebywa  sam  –  rzekł  krótko.  –  Dlatego  nikt  go  o  nic  nie  pytał, 

szczerze mówiąc, po prostu o nim nie pomyśleliśmy. Ram  wyśle zaraz swoich ludzi, by go 

odszukali. Ale, o ile wiem, nie widziano go już od kilku dni. 

Miranda  uniosła  się  i  wsparła  na  łokciu.  Lekarz  jej  w  tym  nie  przeszkadzał,  uznała 

więc, że jest już zdrowa. Tak się w każdym razie czuła. 

– Tsi to mój najlepszy przyjaciel w Królestwie Światła. Łączy nas miłość do natury i 

świetnie  się  nawzajem  rozumiemy.  Dlatego  zdziwiło  mnie,  że  się  tutaj  nie  pokazał.  Jest 

jednak coś dużo bardziej alarmującego: pamiętacie, co miał dostać w Sadze? 

Zebrani spojrzeli po sobie. 

– Gondolę! – wykrzyknął Jaskari. – Dostał ją? 

– Musimy o to zapytać kierownika magazynu – stwierdził lekarz. 

Jaskari  zadzwonił  znowu  do  Rama  i  przekazał  nowe  wiadomości.  Strażnik  obiecał 

zbadać sprawę. 

Odpowiedział  już  po  chwili.  Owszem,  Tsi-Tsungga  dostał  swoją  gondolę.  Trzy  dni 

temu. 

W pokoju zaległo długie milczenie, wszyscy się zastanawiali. 

W końcu Indra wypowiedziała brzemienne słowa: 

– Tsi nigdy by nie uprowadził Joriego. 

– Naturalnie, że nie – odparł Jaskari. – Oni razem wyruszyli na poszukiwanie przygód. 

– I zniknęli – uzupełniła Miranda. – Tak więc mamy teraz dwóch uciekinierów! 

–  W  porządku,  nic  im  nie  grozi  –  rzekł  Jaskari  z  większą  pewnością  siebie,  niż  w 

istocie  odczuwał.  –  Ram  powiada,  że  teraz,  kiedy  wyjaśniło  się,  iż  należy  szukać  gondoli, 

wszystko się zmieni. Uważa, że wkrótce ich znajdziemy. 

–  Nie  mogli  się  przedostać  przez  żadną  bramę  w  murze,  ty,  Mirando,  dobrze  o  tym 

wiesz.  Bramy  są  zbyt  wąskie  dla  gondoli  Ram  jest  też  pewien,  że  nie  pojechali  do  Starej 

Twierdzy. 

background image

– No, a na południu? – wtrąciła Indra ostrożnie. 

–  Wykluczone,  Ram  mówił  to  już  wczoraj.  Nikt  się  tam  nie  wedrze.  W  częściach 

północnych  też  ich  nie  ma,  sprawdził  to  Armas.  Nie,  oni  z  całą  pewnością  znajdują  się  w 

dostępnej  wszystkim  części  Królestwa  Światła,  tutaj,  gdzie  my  jesteśmy.  Tylko  gdzie 

dokładnie? 

– Może krążą w powietrzu? – zastanawiała się Indra. 

– Tsi był oszołomiony myślą o nowej zabawce, sądzę, że od chwili, gdy ją dostał, nie 

wypuścił kierownicy z rąk. 

– Wstaję – oznajmiła Miranda i zaczęła się podnosić. Lekarz popchnął ją delikatnie z 

powrotem na posłanie. 

– Ale przecież muszę poszukać moich przyjaciół – oświadczyła stanowczo. – I muszę 

przesłać wiadomość do Gondagila, że ja... 

Wszyscy zaczęli protestować. Miranda się uspokoiła. 

– Macie nade mną sporą przewagę – zauważyła trzeźwo. – Wiecie o wiele więcej niż 

ja. Starajmy się jednak myśleć logicznie. Co robił Jori ostatniego dnia, kiedy go widzieliście? 

Co mówił? 

– Wrócił do domu rodziców – wyjaśnił Jaskari. 

– No i co? 

Elena wzruszyła ramionami. 

– Taran twierdzi, że zachowywał się jak zawsze. Martwił się tylko o ciebie, Mirando. 

– To miło z jego strony! Czy on wiedział, że ja... że znowu wyszłam na zewnątrz? 

– Myślę, że wszyscy się tego domyślali. 

Miranda  zastanawiała  się.  Jori  obdarzony  był  gorącym  sercem,  zawsze  wszystkim 

chciał pomagać. Tsi też był taki. A poza tym obaj ją lubią... 

Jaskari uśmiechnął się i potrząsnął głową. 

–  Wiem,  o  czym  myślisz,  Mirando.  Ale  przecież  nie  wyjdziesz  do  Królestwa 

Ciemności. To niemożliwe. Ram wszystko przewidział. 

Miranda posmutniała. 

– Nawet gdyby jakimś cudem udało im się wydostać do Królestwa Ciemności, to i tak 

nie mają pojęcia, jak skontaktować się z Gondagilem. Nie wiedzą, jak on wygląda. 

–  Nie  powinnaś  tak  mówić  –  roześmiał  się  Jaskari.  –  Tyle  o  nim  opowiadałaś... 

Otrzymaliśmy dokładny opis jego wyglądu, jego sposobu życia i jego rodzinnych stron. 

–  Naprawdę  taka  byłam  gadatliwa?  –  jęknęła  Miranda.  –  Z  pewnością  wydałam  się 

wam nieznośna! 

background image

–  Oczywiście!  –  oznajmiła  jej  ukochana  siostra.  –  Pierwsza  miłość  jest  zawsze 

męcząca dla innych, którzy muszą o niej wysłuchiwać. 

– Ale on jest naprawdę wspaniały – upierała się pacjentka. 

Indra pogłaskała ją po głowie. 

–  Tak  mówią  wszyscy,  którzy  z  tobą  byli.  Zbyt  dobry  dla  ciebie  i  twojego 

reformatorskiego usposobienia. Ale nas zaraz stąd wypędzą, powinnaś odpoczywać. 

– Odpoczywać? A jak myślisz, co ja robiłam przez ostatnie dni? 

Jej  protesty  jednak  na  nic  się  nie  zdały.  Wszyscy  opuścili  pokój,  a  Miranda  dostała 

kolejną porcję środka nasennego. Tym razem lekarze uciekli się do podstępu, żeby go zażyła, 

gdyż dziewczynę ożywiało pragnienie walki. 

 

Ku  wielkiemu  zaskoczeniu  Mirandy  jeszcze  tego  samego  wieczora  odwiedzili  ją 

niezwykle szacowni goście. 

W progu pokoju stanęli Ram, Armas i Dolgo, wszyscy z bardzo poważnymi minami. 

Ram zwrócił się do chorej stanowczym tonem: 

–  Odkąd  dowiedzieliśmy  się,  że  chłopcy  mieli  gondolę,  sprawa  wygląda  zupełnie 

inaczej. Najpewniej dostali się gdzieś, gdzie nie powinni 

– Nie brzmi to zbyt dobrze – rzekła Miranda przestraszona. Czuła, że to ona znowu 

jest wszystkiemu winna. Głośno dawała wyraz zmartwieniu. 

–  Trudno  –  westchnął  cicho  potężnie  zbudowany,  wysoki  Strażnik.  –  Ponieważ  nie 

znaleźliśmy  ich  nigdzie  w  Królestwie  Światła,  to  trzeba  przyjąć,  że  musieli  wyjść  na 

zewnątrz. 

– Ale tego nie można zrobić! 

Dolgo, niezwykły syn czarnoksiężnika, wyjaśnił: 

– Ojciec, Marco i ja wzywaliśmy ich dzisiaj telepatycznie. Nie nawiązaliśmy jednak 

żadnego kontaktu. Ale teraz, jakąś godzinę temu, odebraliśmy słabe sygnały wysyłane przez 

przerażone dusze. Sygnały bez wątpienia pochodzą z Ciemności. Mur przeszkadza, więc nie 

zdołaliśmy się z nimi porozumieć. 

A więc to mimo wszystko jej wina. To przez ten bezsensowny pomysł, żeby wydostać 

się na zewnątrz na własną rękę. 

– Ale jakim sposobem zdołali wyjść? 

Tym razem odezwał się Armas, syn Obcego, który sam wkrótce miał zostać w pełni 

wykształconym Strażnikiem: 

– Nie istnieje inne wyjaśnienie niż to, że wznieśli się bardzo wysoko. Znaleźli się w 

background image

samym centrum blasku Słońca. 

– Jak Ikar? 

– Można tak powiedzieć – odparł Ram. – Tam w górze, w słonecznym świetle, gdzie 

sklepienie  jest  najwyższe,  znajduje  się  kilka  wąskich  szpar,  coś  w  rodzaju  wentylów,  które 

zrobiliśmy, by trochę ciepła przenikało do nieszczęsnych mieszkańców Ciemności. Można się 

wydostać  na  drugą  stronę  w  niewielkiej  gondoli,  a  gondola  Tsi  nie  jest  przecież  duża. 

Zapomnieliśmy  po  prostu  o  tym  wyjściu,  ponieważ  wieki  minęły  od  czasu,  kiedy  wentyle 

zostały zrobione. Od dawna nikt nie sprawdzał, czy jeszcze funkcjonują. 

– Ale czy oni się nie spalili? Albo nie zostali oślepieni? 

–  To  ostatnie  jest  możliwe,  ale  spalić  się...  Nie,  wiesz  przecież,  że  Święte  Słońce 

niczego nigdy nie spaliło. Jego ciepło jest łagodne. 

Miranda  próbowała  stłumić  rozrastającą  się  w  niej  nadzieję,  że  chłopcy  zdołali 

nawiązać  kontakt  z  Gondagilem.  Teraz  przecież  chodzi  o  ich  bezpieczeństwo,  a  nie  o  jej 

marzenia. 

– Ale gdyby wydostali się na zewnątrz, to co by się z nimi stało później? Nie mogą 

przecież po prostu wlecieć z powrotem do środka? 

Ram skulił się, patrzył na nią z wyrazem troski i powagi. 

– Powinni byli tak zrobić. Ale po pierwsze, gondole nie są stworzone do Ciemności, 

tylko do Królestwa Światła, a po drugie, Dolgo mówi, że znajdują się w bardzo złej sytuacji. 

Wyczuł śmiertelny strach. 

– Boimy się, że zostali zaatakowani  przez dzikie bestie  – wtrącił Armas.  – Gondola 

mogła spaść, a... 

Miranda  uniosła  dłoń,  by  go  powstrzymać.  Okropne  podejrzenie  narastało  w  niej 

niczym krzyk przerażenia. 

–  Nie  –  szepnęła  cicho  ze  wzrokiem  utkwionym  w  okno.  –  Ocknęłam  się  pewnego 

razu tutaj, nie pamiętam kiedy, ale to musiało być podczas którejś z pierwszych nocy. Obudził 

mnie dźwięk... 

Ram i Dolgo popatrzyli po sobie. 

– Ty także? – zapytał Ram. – Nie tylko ty jedna to słyszałaś, wielu obudził ten krzyk. 

Straszne, przeciągłe wycie, prawda? 

Głos Mirandy był teraz ledwie dosłyszalny. 

– Tak. Straszny, złowieszczy krzyk, jakby dochodził z... 

– Właśnie tak – potwierdził Ram, stojący pośrodku szpitalnej sali. – Z czarnych Gór 

Śmierci. 

background image

Informacje Mirandy pozwoliły Dolgowi odtworzyć ostatni fragment układanki. 

Patrzył  teraz  na  nią,  ale  jego  oczy  widziały  coś  innego.  Przebywał  w  swoim 

wyjątkowym  świecie,  w  świecie  jasnowidza.  Teraz  widział  chłopców  wyraźniej,  dostrzegał 

otaczającą  ich  ponurą  ciemność  i  ciała  w  lekkiej  odzieży,  szarpane  lodowatym  wichrem, 

słyszał raz po raz porywy sztormu, ryczące niczym oszalałe duchy otchłani. 

Ale te okropne, przenikliwe wycia ustały. 

Dlaczego? 

Dolgo  nie  mógł  dokładnie  stwierdzić,  gdzie  chłopcy  się  znajdują,  wyczuwał  jednak 

coraz  silniej  ich  przerażenie,  ba,  śmiertelny  strach  przed  tym,  co  czaiło  się  w  ciemności. 

Ogarniało  go  trudne  do  zniesienia  uczucie  bezsiły,  z  jakiegoś  powodu,  którego  nie  umiał 

określić, ale który przejmował go lękiem, wyczuwał, że czas nagli. Nie rozpoznawał rodzaju 

tego lęku ani przyczyny, dla której należało się śpieszyć. 

Bał  się  potwornie,  że  los  Joriego  i  Tsi-Tsunggi  się  dopełnia,  że  są  straceni.  Ram 

obiecał pomóc, ale na to trzeba czasu. A oni czasu nie mieli. 

Był pewien, że chłopcy zdają sobie sprawę z sytuacji, docierało do niego przerażenie 

Joriego,  gdy  tymczasem  Tsi-Tsungga  zachowywał  jeszcze  spokój.  Ten  elf  ziemi  nie  miał 

jednak psychicznej odporności, panika mogła go w każdej chwili sparaliżować. 

Dolgo przymknął oczy. 

– Spieszcie się, Ram! Śpieszcie się, czas nagli, tu chodzi o życie chłopców! 

Wargi Rama zacisnęły się mocno. Zrobił już wszystko, co mógł zrobić. Niezależnie od 

tego jednak wciąż potrzeba czasu. Zbyt wiele czasu. 

background image

Miranda się myliła. 

Gondagil  wcale  nie  myślał,  że  ona  go  zawiodła.  Odczuwał  fizyczny  ból  ze 

zmartwienia  o  nią.  Była  przecież  umierająca,  kiedy  ją  zabrali  od  niego,  by  przenieść 

nieprzytomną  do  Królestwa  Światła.  Będzie  musiała  dostać  mnóstwo  świeżej  krwi, 

powiedzieli.  Co  to  oznacza?  Gondagil  orientował  się,  że  tam,  w  obrębie  murów,  wiedzą 

bardzo  wiele,  że  stworzyli  inną  kulturę,  dużo  bardziej  rozwiniętą  niż  kultura  ludu  Timona. 

Spotkanie  z  Mirandą  przekonało  go  o  tym.  Świadczyło  też  o  tym  wszystko,  co  ze  sobą 

przyniosła,  wszystko,  co  umiała.  Czasami  czuł  się  w  jej  obecności  niemal  jak 

niedorozwinięty,  ona  jednak  nigdy  nie  okazała,  że  mogłaby  go  traktować  jako  kogoś 

gorszego.  Wprost  przeciwnie,  wybrała  go,  podziwiała,  czasami  prosiła  o  pomoc.  Ta 

świadomość napełniała serce Gondagila nie znanym dotąd ciepłem. 

Nie,  potwornie  się  bał,  że  dziewczyna  już  nie  żyje.  Mężczyźni  z  Królestwa  Światła 

zapewniali,  że  jest  nadzieja,  iż  Miranda  może  z tego  wyjść,  trzeba  tylko,  by  znalazła  się  w 

obrębie  murów.  Dlatego  pozwolił  ją  zabrać,  choć  wszystko  w  nim  przeciwko  temu 

protestowało. Ale na jakiej podstawie tamci mogli coś takiego powiedzieć? Gondagil widział 

ludzi, którzy stracili mniej krwi niż Miranda, ale żaden z nich tego nie przeżył. 

Stał  na  skalnym  występie,  tak  jak  to  zwykł  czynić  ostatnimi  czasy,  i  patrzył  w 

kierunku  muru,  za  którym  zniknęła  ukochana.  Stał  tak  nie  wiedząc,  że  droga  została 

nieodwołalnie  zamknięta.  Bardzo  wychudł,  ponieważ  często  zapominał  o  jedzeniu.  Mimo 

wszystko  wyglądał  wspaniałe,  taki  silny,  prawie  dziki,  z  potarganymi  jasnymi  włosami,  z 

przenikliwym  spojrzeniem  bystrych  oczu,  wysoki,  zwinny,  ubrany  w  spodnie  i  kurtkę  z 

cienkich zwierzęcych skór. Specjalnie urodziwy nigdy nie był, ale jego surowa, męska twarz 

była  bardzo  pociągająca.  Dziewczyny  z  plemienia  wiedziały,  że  utraciły  go  ostatecznie. 

Wielokrotnie  próbowały  go  złowić,  wiele  z  nich  o  nim  marzyło,  żadnej  jednak  nie  dopisało 

szczęście.  Teraz  on  dokonał  wyboru,  choć  wybranka  nie  należała  do  ich  szczepu,  wybrał 

całkiem  obcą  dziewczynę  z  Królestwa  Światła.  No  cóż,  żadną  z  nich  by  się  nie  zadowolił, 

zawsze  przecież  czuł  się  lepszy  niż  inni  w  osadzie,  myślały  rozgoryczone  dziewczyny. 

Niespecjalnie przepadały za Mirandą! 

Gondagil  od  dawna  pragnął  znaleźć  się  w  Królestwie  Światła.  Głównie  po  to,  by 

zdobyć tam światło dla swojego ludu. Teraz trawiła go paląca tęsknota. Teraz musiał dostać 

się do środka, ponieważ tam była Miranda. 

background image

Dwukrotnie  w  ciągu  ostatnich  dni  podejmował  próbę  j  sforsowania  bramy.  Za 

pierwszym razem bestie odkryły jego obecność zbyt wcześnie i musiał ratować się ucieczką 

na skały, ścigany przez co najmniej sto potworów. Nie należały do takich, którym mógłby się 

przeciwstawić samotny mężczyzna, on i Haram wielokrotnie mogli się o tym przekonać. 

Ach,  Haram.  Przyjaciel  z  dzieciństwa,  którego  charakter  ukształtował  się  zupełnie 

inaczej  niż  charakter  Gondagila,  Haram  był  złym,  pozbawionym  szacunku  dla  innych 

człowiekiem i był... głupi. Wiele razy narażał życie ich obu na śmiertelne niebezpieczeństwo. 

Haram źle rozumiał życzliwość i przyjaźń, jaką okazywała mu Miranda, wyobrażał sobie nie 

wiadomo  co.  Był  przekonany,  że  żadna  kobieta  mu  się  nie  oprze,  wyglądał  przecież 

wspaniale.  Aż  doszło  do  nieszczęścia.  Gondagil  zdołał  mu  co  prawda  przeszkodzić,  Haram 

nie  zdążył  zgwałcić  dziewczyny,  ale  wściekły  na  przyjaciela  rzucił  się  na  niego  z  nożem. 

Miranda stanęła pomiędzy nimi i cios trafił ją w szyję. Po tym wszystkim Gondagil, oszalały 

z gniewu i rozpaczy, zabił Harama. 

Teraz  nie  był  w  stanie  o  nim  myśleć.  Sprawiało  to  zbyt  wielki  ból  jego  sercu 

pogrążonemu w rozpaczy po utracie Mirandy. Musiał koncentrować się na myślach o niej, by 

w ogóle móc żyć. Ani na moment nie obarczał jej winą za to, że jedyny przyjaciel zginął z 

jego  ręki.  To  stało  się  momentalnie,  w  ciągu  kilku  sekund,  właściwie  tylko  raz  ugodził 

Harama nożem  w pierś i  za chwilę przyjaciel  już nie żył.  Wszystko  wydarzyło  się jakby w 

jednym jedynym okamgnieniu. 

Nie, to zbyt bolesne. Gondagil starał się skupić na obmyślaniu, w jaki sposób wejść do 

Królestwa Światła. 

Kiedy  podjął  próbę  po  raz  drugi,  udało  mu  się  dotrzeć  aż  do  muru.  Ale  chociaż 

wiedział, że trafił we właściwe miejsce i że powinny się tam znajdować znaki, dzięki którym 

mógłby  otworzyć  niewidzialne  drzwi,  to  jednak  nie  odnalazł  niczego,  ani  tych  drzwi,  ani 

znaków. 

Co  się  stało?  Nie  miał  czasu,  by  długo  szukać,  ponieważ  słyszał  w  pobliżu  bestie  i 

wiedział, że zrobią wszystko, by dostać swoją zdobycz, a zdobyczą w tym przypadku był on. 

Ostrożnie więc wycofał się z powrotem na bezpieczne skały, gdzie bestie właściwie nigdy nie 

odważyły się wejść. 

Widział  je  teraz  wyraźnie  na  dole,  pod  sobą.  Niczym  małe  pełzające  robaki  biegały 

tam  i  z  powrotem  wzdłuż  skały,  wokół  swoich  prymitywnych  siedzib,  wydając  charczące 

dźwięki,  które  miały  stanowić  jakiś  język.  Straszni  barbarzyńcy,  stworzenia  plasujące  się 

gdzieś pomiędzy ludźmi a zwierzętami, przypominały jednak tylko to, czym w istocie były: 

bestie. 

background image

Waregowie, Timonowy lud, przez wszystkie czasy podejmowali próby unicestwienia 

tych małych bestii, by móc zająć pożądane tereny w pobliżu muru i dzięki temu może kiedyś 

przedostać się do środka. Ale jak unicestwić te potworki? To po prostu niemożliwe. Mnożą 

się  szybciej  niż  robactwo.  Poza  tym  poruszały  się  zawsze  w  grupach  liczących  około  stu 

sztuk, tak że nieliczni potomkowie Timona nie mieli najmniejszych szans. Obrona własnego 

terytorium  i  jego  mieszkańców  przed  potworami,  które  były  kanibalami  i  nie  lękały  się 

niczego, wyczerpywała wszystkie ich siły. 

Gondagil myślał o tym, czego Miranda zdołała dokonać podczas swoich dwóch wizyt 

tutaj,  w  Ciemności.  Została  nawiązana  przyjaźń  pomiędzy  Waregami  z  Doliny  Mgieł  i 

mówiącym po niemiecku ludem ze średniowiecznej osady ulokowanej wysoko na zboczach 

gór. Oba te plemiona podjęły współpracę z Królestwem Światła, ich celem było przeniesienie 

światła do Królestwa Ciemności. Teraz jednak nie można liczyć na powodzenie. Nie można 

tego  dokonać,  dopóki  w  Ciemności  panuje  tyle  zła.  Święte  Słońce  potęguje  dobro  we 

wszystkich żywych, przyjaźnie usposobionych istotach w takim samym stopniu, jak potęguje 

zło w duszach tych, którzy już i tak mają, łagodnie mówiąc, wątpliwe charaktery. Bestie nie 

mogą się znaleźć w blasku Słońca. To by oznaczało katastrofę dla wszystkich. Poza tym są 

jeszcze  źli  Svilowie,  wysłannicy  Gór  Czarnych,  Gór  Śmierci.  Ale  na  tym  nie  koniec,  w 

oddalonych regionach Królestwa Ciemności żyją inne, nieznane plemiona... 

I same niebezpieczne góry. Nikt nie wie, co się tam ukrywa. Mają wiele nazw. Góry 

Śmierci, Góry Czarne, Góry Umarłych... istnieją różne warianty. Jedyne, co wiadomo, to to, 

że  nieszczęsne  dusze  krzyczą  tam  tak,  iż  ich  wołanie  odbija  się  echem  w  całym  tym 

wewnętrznym  świecie.  Żałosne  krzyki  docierają  również  do  Królestwa  Światła,  mogą 

każdego przyprawić o strach mieszający zmysły. 

Miranda odkryła, co znajduje się w tych przerażających Górach Czarnych. W każdym 

razie część tego, co się tam ukrywa.  I sam Gondagil sprawił, że natrafiła na właściwy ślad. 

Opowiedział jej baśń o źródłach. Ona zaś stwierdziła, że w jej rodzie, w rodzie Ludzi Lodu, 

także istnieje legenda o tych źródłach i nawet coś więcej niż tylko legenda. Jeden z przodków 

Mirandy w świecie na powierzchni Ziemi odszukał kiedyś źródło zła. A inna przedstawicielka 

rodziny,  młoda  dziewczyna,  odnalazła  źródło  jasnej  wody.  Teraz  przywódcy  Królestwa 

Światła  chcieliby  dotrzeć  do  owego  źródła  czystej  wody,  by  dzięki  niej  wyrzucić  zło  z 

ludzkich  serc,  zarówno  tutaj,  jak  i  w  świecie  zewnętrznym.  Mężczyźni,  którzy  przybyli  po 

Mirandę, oświadczyli bowiem, że ludzie mieszkający na powierzchni Ziemi są na najlepszej 

drodze do unicestwienia wszelkiego życia. 

To  akurat  specjalnie  Gondagila  nie  obchodziło.  Dla  niego  ważne  było  to,  że  gdyby 

background image

zdołał usunąć wszelkie zło z Królestwa Ciemności, to mógłby przynieść tutaj Światło. 

I mógłby połączyć się z Mirandą. 

Musi ją odzyskać. Miranda musi żyć. Tylko bowiem w jej obecności Gondagil czuje, 

że  jest  mężczyzną,  a  ona  kobietą.  Oni  oboje  myślą  tak  samo,  w  ten  sam  sposób  odbierają 

wszystko,  co  ich  otacza.  Gondagil  wiedział,  że  Miranda  jest  jedyną  kobietą,  która  mogłaby 

zostać jego towarzyszką życia. 

A może ona już umarła? Nie, tak nie wolno mu myśleć. Przynajmniej dopóty, dopóki 

nie otrzyma wiadomości. 

Myśli Gondagila błądziły dalej. Zastanawiał się, rozważał. 

Jakiś  czas  temu,  nie  pamiętał  już,  ile  dni  minęło,  widział  na  niebie  jakieś  dziwne 

zjawisko. Czy też, dokładniej mówiąc, nie na niebie, lecz w powietrzu, trudno mówić o niebie 

tutaj, w tym ukrytym świecie. 

Był wtedy w swoim domostwie, wysoko w górach. Właśnie miał zamiar wyruszyć na 

ulubione skały, kiedy usłyszał jakiś nieznany dźwięk. 

Z  początku  nie  potrafił  go  zlokalizować.  Minęła  dłuższa  chwila,  zanim odkrył,  skąd 

dźwięk pochodzi. Płynął sponad jego głowy, skądś z wysoka. 

Kiedy  spojrzał  w  górę,  w  oddali  zobaczył  coś  dziwnego.  To  coś  się  przybliżało. 

Jakieś... światło? 

Tak,  można  to  było  porównać  do  tych  dwóch  małych  lampek,  które  Miranda  miała 

przy sobie, kiedy tutaj przyszła. Nazywała je kieszonkowymi latarkami, on i Haram otrzymali 

po jednej. Gondagil wciąż swoją przechowywał, kochał ten przedmiot dlatego, że dawał mu 

światło,  a  poprzez  to  również  władzę,  lecz  także  dlatego,  że  była  to  pamiątka  po  niej. 

Niekiedy pieścił lampkę i myślał wtedy o Mirandzie i o jej małych dłoniach, które podały mu 

latarkę, przypominał sobie, że dotknęła go wtedy, a on zobaczył, jak różnią się od siebie ich 

ręce. Wtedy właśnie poczuł, że coś obudziło się w jego sercu. Może to czułość? Pragnienie, 

by móc poznać ją lepiej, chociaż zarówno Haram,  jak i  on byli wobec  niej nieprzyjemni,  a 

nawet po prostu źli. 

Gondagil  niecierpliwie  potrząsnął  głową.  Myśli  tej  nocy  miał  niespokojne.  Gdzie  ja 

jestem? Ach, tak, to dziwne zjawisko w górze... 

Światła  nie  były  większe  niż  blask  jego  latarki.  Kiedy  jednak  to  coś  nieznanego 

zbliżyło  się,  mimo  woli  ukrył  się  za  dużym  kamieniem.  Wtedy  coś  usłyszał.  Głosy?  Nie, 

jeden  głos.  To  drugie  to  było...  Jakby  to  określić?  Coś  jakby  cichy  trzask?  Gondagil 

przypominał sobie, że był zły sam na siebie za to, iż nie użył aparatu, dzięki któremu mógłby 

zrozumieć, co ci  na górze mówią. Ale pojazd, bo to  był  jakiś pojazd, przeleciał nad nim w 

background image

oszałamiającym pędzie i zanim Gondagil zdążył cokolwiek zrobić, był już daleko. Jedyne co 

słyszał,  to  pełen  przejęcia  śmiech.  Przypominał,  zdaniem  Gondagila,  śmiech  młodego 

chłopca. 

Odwrócił głowę i przerażony patrzył w ślad za nimi. Nie, nie, powtarzał w myślach. 

Uważajcie, lecicie prosto na górską ścianę! 

W  następnym  momencie  doszło  do  nieszczęścia.  Zderzyli  się  ze  skałą,  ale  nie  tak 

gwałtownie, jak Gondagil się obawiał. Najwyraźniej zdołali w ostatnim momencie skierować 

pojazd nieco w bok, tak że tylko otarli się bokiem o wysoką, jasną górę, dzielącą na dwoje 

Królestwo  Ciemności.  Potem  w  tym  samym  tempie  pomknęli  dalej  na  prawo  od  górskich 

zboczy. Pędzili jak uskrzydleni. 

Gondagil podniósł się i zamyślony patrzył, co się dzieje. 

Tamci znaleźli się teraz na niebezpiecznym terenie! To się nigdy nie kończy dobrze. 

Jeśli dalej będą się posuwać w tym samym kierunku, wkrótce znajdą się w Górach Czarnych. 

Zdawało mu się, że słyszy spłoszone okrzyki. 

Chociaż to ostatnie musiało być przywidzeniem, znajdowali się już za daleko. 

Przepytywał  w  osadzie,  kiedy  przechodził  obok,  czy  inni  również  dostrzegli  owo 

niezwykłe zjawisko. Ale nie, nocny stróż opowiadał, że wszyscy spali, on sam zresztą także 

nie zwrócił na nic szczególnego uwagi. 

Nie,  pojazd  nie  przelatywał  nad  osadą.  Widział  go  więc  tylko  Gondagil  ze  swojego 

samotnego domostwa. 

Ale kiedy tej nocy wspiął się wysoko na swoje skały, znowu przeżył chwile grozy. 

Wołania z Gór Umarłych przenikały Królestwo Ciemności ze straszną siłą. Gondagil 

usłyszał  wrzask  radości  najgorszego  rodzaju,  tak  przepełniony  złem  i  triumfem,  że  musiał 

zatkać sobie uszy. 

Nie  miał  już  najmniejszych  wątpliwości:  tamci  biedacy  znaleźli  się  w  Górach 

Czarnych. Teraz, po kilku dniach, był o tym przekonany. 

Kim oni są i skąd się tutaj wzięli? 

Miranda  opowiadała  mu  o  pojazdach,  unoszących  się  w  powietrzu.  Jak  to  ona  je 

nazywała? Gondole, czy jakoś tak. Przypomniał  sobie to słowo, ponieważ było podobne do 

jego  imienia.  Ale  co  takie  urządzenie  robiło  tutaj?  Zgodnie  z  tym,  co  mówiła  Miranda, 

gondola nie może się przedostać przez bramy w murze. 

Chwileczkę, te jakieś dziwne dźwięki... 

Czy  Miranda  nie  wspominała  o  swoim  najlepszym  przyjacielu,  o  którego  zresztą 

Gondagil był trochę zazdrosny, i o tym, że nie posiada on zdolności mowy? Że wydaje tylko 

background image

jakieś  przypominające  mlaskanie  dźwięki.  Czy  to  możliwe,  że  właśnie  jej  przyjaciel,  Tsi-

Tsungga, znajduje się tutaj? I że to on został teraz uwięziony w złych górach? 

Wstrząśnięty i bezradny Gondagil wrócił do swojego domostwa na zboczu, które teraz 

oczyścił i pięknie przyozdobił, żeby ładnie wyglądało, kiedy Miranda wróci. 

Jeśli wróci. Najwyraźniej wszystko sprzysięgło się przeciwko nim. 

Usiadł  przygnębiony  przed  chatą  na  pieńku,  który  służył  mu  jako  stołek.  Nie  miał 

pojęcia, co dalej, nie wiedział, co począć ani do kogo mógłby się zwrócić. Mur do Królestwa 

Światła został nieodwracalnie zamknięty, jakim sposobem więc mógłby przesłać wiadomość 

do środka? Musiałby mieć pomoc, ale przecież żadnej nie miał. 

Gdzieś  w  pobliżu  trzasnęła  gałązka.  Przywykły  do  obrony  przed  bestiami,  Gondagil 

drgnął i błyskawicznie zwrócił się w stronę, z której mogło mu coś zagrażać. 

Niczego nie widział. Wszędzie panowała cisza. 

Z wyjątkiem może... 

Jakiś  szelest?  Dość  donośny,  podobny  do  mlaskania...  Ale  nie  taki  jak  ten,  który 

docierał do niego z pojazdu, ten był inny. 

Coś  zeskoczyło  na  ziemię  i  cichutko  siedziało  kawałek  od  niego.  Para  lśniących 

czarnych oczek przyglądała mu się z lękiem. 

To jakaś ogromna wiewiórka! 

Sprawia  wrażenie  zupełnie  zagubionej.  Jakby  szukała  u  niego  pomocy.  Serce 

Gondagila  zabiło  mocniej.  Miranda  wspomniała  kiedyś,  że  Tsi-Tsungga  ma  oswojoną 

ogromną wiewiórkę. Jak się to zwierzątko nazywa? Czik? 

Gondagil uświadomił sobie, że wypowiedział imię głośno. 

Wiewiórka podeszła bliżej. 

A jeśli go zaatakuje? 

Nie, zwierzątko wyglądało tak żałośnie, było takie bezradne, może głodne... Gondagil 

wyciągnął rękę po jagody, które wyłożył do suszenia. Potem podał je wiewiórce. Wykonała 

parę podskoków i podeszła aż do jego dłoni. Ostrożnie zaczęła zbierać owoce. 

Gondagil uśmiechał się sam do siebie, w sercu czuł dziwne ciepło. Domyślał się, że 

wiewiórka wypadła z gondoli, kiedy ta zderzyła się z górską ścianą. A teraz szuka ludzi. 

–  Chodź  –  szepnął  głosem  tak  łagodnym,  że  Haram  by  go  nie  rozpoznał.  –  Chodź, 

zobaczymy, może w chacie znajdziemy jakieś orzechy. 

Wiewiórka bez protestu weszła za nim do prymitywnego domostwa pod skalną półką. 

Gondagil usiłował odegnać od siebie natrętne myśli. Czynił to nie po raz pierwszy. 

A  jeśli  w  tej  gondoli  znajdowała  się  też  Miranda?  Jeśli  w  ten  sposób  próbowała 

background image

wydostać się z Królestwa Światła i wrócić do niego? Gondola zdawała się kierować według 

jego znaków... 

Głosu  Mirandy  jednak  nie  słyszał.  Tylko  te  dwa,  należące  do  młodych  chłopców,  z 

których  zresztą  jeden  wcale  nie  posługiwał  się  głosem,  tylko  jakimś  bezdźwięcznym 

mlaskaniem. To jednak nie dowodzi, że w gondoli nie było więcej pasażerów. Ani że Miranda 

z nimi nie leciała. 

Po  prawdzie  nie  był  tak  całkiem  pewien,  że  gondola  zmierzała  ku  jego  terytorium. 

Mogła się tu znaleźć zupełnie przypadkowo. Wykonywała zresztą dziwne manewry, jakby z 

jakiegoś powodu wytracała szybkość,  a wtedy  w głosie tego młodego chłopca słychać było 

podniecenie, mówił ostro, wyraźnie przestraszony. Jakby nie panował nad pojazdem. 

I wtedy gondola wpadła na górską ścianę. 

Dziwne to wszystko. Gondagil nie rozumiał, co się stało, ale też trudno tego od niego 

wymagać,  nie  miał  przecież  żadnego  doświadczenia  z  pojazdami  szybszymi  niż  zwyczajna 

furka. 

Spojrzał w dół na wiewiórkę, która beztrosko zajadała jego zapasy. Zachowywała się 

teraz spokojnie, nie rzucała już nerwowych spojrzeń na wszystkie strony. Musiała być bardzo 

głodna, kiedy tutaj przyszła. 

Gondagil  należał  do  tych  nielicznych  żyjących  obecnie  ludzi,  którzy  znali  drogę  do 

Gór Czarnych. Tyle tylko że nikogo, kto się wybrał tą drogą, nigdy już potem nie widziano. 

–  A  gdybyśmy  tak  spróbowali  znaleźć  naszych  najbliższych,  ty  i  ja?  –  szepnął  do 

Czika. 

Błyszczące  oczka  spojrzały  na  niego  z  nowym  zainteresowaniem.  Gondagil  nie 

przyzwyczaił się jeszcze do myśli, że to małe stworzenie może go rozumieć. 

Czik wskoczył na ramię człowieka, gotowy do drogi. 

Gondagil  był  wzruszony  okazanym  mu  zaufaniem  i  wyraźną  tęsknotą  zwierzątka  za 

ukochanym właścicielem, Tsi-Tsunggą. 

– No dobrze! Nie ma się nad czym dłużej zastanawiać. Ruszamy! 

Była to bardzo niebezpieczna wyprawa, nigdy jeszcze nikt, kto odważył się ją podjąć, 

nie  powrócił  żywy.  Ale  jeśli  Miranda  się  tam  znajduje,  w  szponach  nieznajomych 

mieszkańców złych gór, Gondagil niczego nie może się lękać. 

background image

Zbliżała się noc sobótkowa. 

Za  murami,  w  Królestwie  Ciemności,  potrwa  ona  krótko,  w  obrębie  murów  zaś,  w 

Królestwie Światła, odpowiadać będzie dwunastu nocom w Ciemności. 

Nadchodząca pora wywoływała intensywny niepokój w świecie istot natury. To była 

ich  noc,  przygotowywały  się  więc,  miały  płonące  spojrzenia  i  gorączkowe  rumieńce  na 

policzkach. 

Mimo wszystko w ich oczach czaił się też lęk. 

Odsuwały  go  jednak  od  siebie,  dawały  się  ponosić  ożywieniu  i  radości  Polerowano 

skrzydła,  prano  ubrania  w  źródłach  albo  na  liściach  przywrotnika,  zależnie  od  wielkości 

piorącej  istoty.  Gotowano  tyle,  że  para  unosiła  się  nad  łąkami  i  bagnami,  przygotowywano 

wszystkie  możliwe  rodzaje  jedzenia,  tłoczono  nektar,  a  także  nieco  mocniejsze  napoje  dla 

starszyzny  elfich  rodów,  młodziutkie  panienki  elfów  rozwieszały  girlandy  z  kwiatów  nad 

placem, gdzie miała się odbywać uroczystość. 

Nikt nie chciał opuścić ceremonii obchodów środka lata. 

A  w  ukryciu  poruszało  się  po  okolicy  niczym  cień  dziwne  stworzenie.  Wąskie, 

niewidzialne  oczka  patrzyły  i  rejestrowały,  uszy,  których  nikt  się  nawet  nie  domyślał, 

słuchały i przesyłały wiadomości do pamięci. Dziwne szepty docierały do uszu śpiących istot 

natury,  cieniutkie  firanki  z  pajęczyn  falowały,  kiedy  to  straszne  stworzenie  przesuwało  się 

obok. 

Zły element? W Królestwie Światła? Niewidzialna postać? 

Nikt niczego nie zauważał. 

Nikt, z jednym wyjątkiem. 

 

Żółte niebo nad miastem Saga zaczęło przybierać swój szczególny nocny blask, a Ram 

i najwyższy rangą w gronie Obcych, Talornin, wciąż siedzieli w przepięknym pałacu Marca i 

dyskutowali. 

Ram westchnął ciężko. 

–  Tyle  mamy  problemów  z  tą  grupą  młodych,  chyba  więcej  niż  z  innymi 

mieszkańcami królestwa razem wziętymi. Mimo wszystko młodzi należą do elity. To znaczy 

do  elity  ludzi  –  dodał  pośpiesznie,  istnieli  bowiem  w  Królestwie  Światła  dużo  wyżej 

postawieni  obywatele  niż  zwyczajne  dzieci  człowiecze.  Na  przykład  Obcy.  A  także 

background image

Madragowie, Lemurowie oraz duchy najrozmaitszego rodzaju. 

Marco kiwał głową. 

–  Ci  szaleńcy  stanowią  silną  i  bardzo  zwartą  grupę.  Jaskari  i  Elena,  Jori,  Miranda  i 

Indra,  Oko  Nocy,  Armas,  Berengaria,  Siska  i  Sassa  oraz  Tsi-Tsungga.  Wspaniała  młodzież. 

Ale, ale... 

– Obiecujemy sobie po nich bardzo wiele, dokładnie tak jak po tobie i po Dolgu. I po 

wielu z pokolenia rodziców naszej młodzieży. Zanim jednak tym szaleńcom przytrą się trochę 

rogi,  przeżyjemy  jeszcze  niejedno  zmartwienie,  możecie  mi  wierzyć.  Złamali  już  wszystkie 

tabu.  To,  co  zakazane,  działa  na  nich  niczym  czerwona  płachta  na  byka.  I  właśnie  teraz 

znajdujemy się w naprawdę poważnej sytuacji. 

W  tej  sprawie  wszyscy  trzej  mieli  takie  samo  zdanie.  Powtórzyli  to,  co  już  zostało 

powiedziane: 

– Nie możemy po prostu machnąć ręką na Joriego i Tsi-Tsunggę, musimy ich przecież 

ratować.  Ale  jak?  –  zastanawiał  się  Ram.  –  Nie  mogę  wysyłać  moich  Strażników  na 

niechybną  śmierć  w  Góry  Czarne,  nie  zdołamy  też  wyprawić  tam  większej  ekspedycji. 

Zresztą i tak nie znaleźlibyśmy drogi.. 

– Gondagil ją znał – wtrącił Marco w zamyśleniu. 

–  Owszem,  ale  zamknęliśmy  już  to  wyjście  w  murze.  Potrzeba  długiego  czasu,  by 

otworzyć nowe. 

– Młodzi zdołali to uczynić w ciągu kilku sekund – przypomniał im Marco. 

–  Dziękuję  –  odparł  Ram  cierpko.  –  Wolałbym  uniknąć  robienia  tego  rodzaju 

otworów. To zbyt  ryzykowne. Nie, musimy znaleźć nowe kody, nowe rytuały, by stworzyć 

bramę, której nikt poza nami nie mógłby używać. 

– A może pójść tą samą drogą, co Jori i Tsi? 

–  Nie,  teraz  ja  dziękuję!  W  Królestwie  Ciemności  w  powietrzu  jest  się  bardziej 

narażonym. Góry Czarne zdają się wsysać gondole. Bo przecież nie pierwszy raz coś takiego 

się przytrafiło, chociaż ostatnio mieliśmy z tym do czynienia naprawdę bardzo dawno temu – 

rzekł  władczy  Talornin.  –  W  ten  sposób  traciliśmy  zarówno  mężczyzn,  jak  i  gondole.  Jest 

zresztą tak, jak zawsze podkreślaliśmy: nasze gondole nie zostały zbudowane dla Ciemności 

Nie wyposażono ich na przykład w system oświetlenia, a myślę także, iż źle znoszą tamtejsze 

warunki. 

Młoda kobieta pracująca w pałacu zaanonsowała Mirandę. 

– O Boże – jęknął Marco. – Czy ona nie mogłaby jeszcze trochę poleżeć w łóżku? Ta 

dziewczyna wywołuje katastrofę, jak tylko się ruszy. 

background image

– Ale jest bardzo ładna – uśmiechnął się Ram. 

– Rzeczywiście! Zwłaszcza w obcisłym sweterku. 

Miranda  pospiesznie  weszła  do  sali.  Kiedy  zobaczyła  szacowne  zgromadzenie, 

zawahała się na chwilkę, ukłoniła się uprzejmie, a potem szybko wyłożyła swoją sprawę: 

–  Szanowni  wodzowie  Królestwa  Światła.  Wiem,  że  to  wszystko  moja  wina,  ale 

zgłaszam się dobrowolnie, by pomagać wam na zewnątrz, w Ciemnościach, kiedy wyruszycie 

na poszukiwanie Joriego i Tsi. 

Zagłuszył  ją  chór  protestujących  głosów,  który  odebrałby  odwagę  najbardziej 

zdecydowanej osobie. 

– Oszczędź nam swojej pomocy, Mirando – poprosił Ram z naciskiem. 

–  Jeśli  planujesz  wymknąć  się  w  ten  sposób  na  kolejne  spotkanie  z  Gondagilem,  to 

możesz o tym zapomnieć – oświadczył Talornin nie mniej stanowczo. – Teraz jednak możesz 

tutaj zostać i pomóc nam w planowaniu – dodał bardziej przyjaznym głosem. – Nikt przecież 

nie zna Ciemności lepiej niż ty. 

–  Dziękuję,  chętnie  pomogę  –  odparła.  –  Czy  długo  to  potrwa?  To  znaczy 

przygotowania do wyjścia. 

Marco, który wiedział, jak bardzo jej się śpieszy, rzekł uspokajająco: 

– Ze względu na nieszczęsny pomysł obu chłopców musimy przyśpieszyć akcję. Ale 

trzeba liczyć się z tym, że zajmie nam to parę tygodni. 

– Dni – powiedziała błagalnie Miranda. 

Ram przyjrzał jej się uważnie. 

– Przypuśćmy tydzień. Zresztą na dłużej nie możemy sobie pozwolić. 

Miranda  liczyła  pośpiesznie  w  myśli.  Minęły  już  cztery  dni.  Razem  będzie  to 

jedenaście... to znaczy sto trzydzieści dwa dni na zewnątrz, w Królestwie Ciemności. Ponad 

cztery miesiące. Tyle Gondagil może chyba poczekać. Taką przynajmniej miała nadzieję. 

– W porządku – skinęła głową. 

 

Kiedy Miranda  wyszła z pałacu, świeciło piękne wieczorne słońce. Saga, najnowsze 

miasto  w  Królestwie  Światła,  zaczynała  nabierać  kształtów.  Wszędzie  pomiędzy  białymi 

domami kwitło mnóstwo kwiatów, tak że odnosiło się wrażenie, iż jest to raczej piękna wieś. 

Wszystko  było  takie  harmonijne,  starannie  zbudowane,  trudno  opisać  radość,  jakiej  się 

doznawało na myśl, że człowiek mieszka w takim miejscu. 

Chciała to pokazać Gondagilowi. Chciała sprowadzić go tutaj, dopiero wtedy jej życie 

byłoby  pełne.  Pragnęła,  by  w  tylu  sprawach  uczestniczył  razem  z  nią,  on,  który  całe  swoje 

background image

życie spędził poza murami, w ponurym Królestwie Ciemności. Tutaj, w Królestwie Światła, 

wszystko było takie proste i wygodne, i nieskończenie, niemal boleśnie piękne. Mogliby mieć 

własny dom i... 

Nie, nie wolno aż tak bardzo oddawać się marzeniom! Zanim będą mogli ponownie 

się spotkać, muszą usunąć ze swej drogi tysiące przeszkód. Także największą ze wszystkich, 

która trwała w oddali. Ten niemal niewidzialny mur wokół bajecznego Królestwa Światła. 

 

Najwyższy przywódca Strażników, Ram, nie miał łatwego życia. 

Był teraz wystawiony na nieludzką presję ze strony Taran, ba, ze strony całej rodziny 

czarnoksiężnika, ale najbardziej gnębiła go jednak Taran. Była przecież matką Joriego i nie 

ukrywała lęku o swe jedyne dziecko. 

Chciała  natychmiast  wyruszyć  na  poszukiwania.  Kiedy  jej  tego  zabroniono,  nie 

dawała spokoju Ramowi, żeby jak najszybciej zorganizował ekspedycję, nie ma przecież ani 

minuty do stracenia. 

Ram  odnosił  wrażenie,  że  słyszał  to  już  wielokrotnie,  zwłaszcza  od  Mirandy. 

Uporczywie jednak trwał przy swoim: żadnych gondoli do Królestwa Ciemności nie wyśle, 

one nie znoszą tamtejszego powietrza, zawsze znikały wszystkie razem z załogami i w ogóle. 

Owszem,  może  wysłać  na  poszukiwania  swoich  ludzi,  w  tej  sprawie  nie  ma  żadnych 

przeszkód, ale musi się to dokonać bez użycia gondoli, tyle wiadomo na pewno. Wygląda na 

to, że pojazdy stanowią śmiertelną pułapkę, kiedy znajdą się w Królestwie Ciemności. Czyha 

tam na nie jakieś szczególne niebezpieczeństwo. 

Nie  chciał  przez  to  powiedzieć,  że  łatwo  jest  oddziałom  Strażników  posuwać  się  na 

własnych nogach,  ale wtedy przynajmniej mogą  się bronić. Gondola zaś wiedzie wprost  do 

nieszczęścia. 

Nie, nie potrafi wyjaśnić dlaczego. Wie tylko, że nigdy żadna gondola nie wróciła do 

Królestwa Światła, nie ma też nikogo, kto mógłby powiedzieć, co się stało z pojazdami. 

Taran nie ustępowała. Próbowała nawet ukraść gondolę, by wyruszyć na własną rękę, 

na szczęście jednak w porę ją odkryto. Zadręczała Uriela swoim lękiem o życie syna. 

Uriel jako ojciec Joriego też się przecież niepokoił, ale próbował tego nie okazywać, 

co nie było łatwe. 

Tymczasem  Strażnicy,  Lemurowie  i  Madragowie  pracowali  nieprzerwanie  nad 

przygotowaniem  nowego,  zakodowanego  i  absolutnie  pewnego  otworu  w  murze.  Rodzina 

czarnoksiężnika zaoferowała swoją pomoc, lecz ją odrzucono. Jeśli brama ma być tajemnicą, 

to nikt nie może o niej wiedzieć! Zdobyto już bardzo złe doświadczenia z innymi... 

background image

Tak jak na przykład z wyjściem Mirandy. 

Jori. Wszyscy chcieli odnaleźć Joriego. 

Ale  kto  pytał  o  Tsi-Tsunggę?  Czy  tylko  Miranda  niepokoiła  się  losem  niezwykłego 

elfa ziemi? 

background image

Kilka mrocznych dni wcześniej Gondagil był gotów do drogi. 

Wyjął swoją broń i dokładnie przejrzał. Czik najadł się do syta, a teraz siedział, lizał 

łapy i czyścił sobie uszka. Ponieważ Gondagil miał tym razem aparacik językowy Madragów, 

mógł się bez problemu komunikować z wiewiórką, dokładnie tak, jak robił to Tsi. 

Rozumieli  się  nawzajem  znakomicie.  Gondagil  pojmował  lęk  zwierzątka, 

pozostawionego  samemu  sobie  w  ciemnym  i  obcym,  niebezpiecznym  świecie,  w  którym 

zniknął jego właściciel i w którym wszystko było takie nieprzyjemne. Teraz wiewiórcze serce 

Czika biło spokojniej. Spotkał życzliwą duszę, kogoś, kto dawał mu jedzenie i potrafił z nim 

rozmawiać. 

Gondagil obiecał, że odnajdą Tsi-Tsunggę, i pytał, jak doszło do tego, że Czik się tutaj 

znalazł.  Mężczyzna  przejmował  obrazy  z  mózgu  wiewiórki,  w  jego  głowie  pojawiło  się 

najpierw oślepiająco silne światło, potem wjazd do Królestwa Ciemności. Gondagil odczuwał 

przerażenie Czika, później usłyszał rozmowę chłopców, a w każdym razie jej fragmenty. 

Najpierw byli zdumieni, szybko jednak zaczęli się martwić. Gondola najwyraźniej nie 

chciała ich słuchać, wytracała szybkość. Coś w maszynerii funkcjonowało nie tak jak trzeba. 

Gondagil nie pojmował słowa „maszyneria”, ale przecież sam widział, jak gondola zwalniała 

i  opadała,  obserwował  różne  dziwne  manewry.  W  pamięci  odcisnęło  mu  się  zderzenie 

pojazdu z górską ścianą, właśnie podczas tego uderzenia Czik został wyrzucony na zewnątrz. 

Słyszał krzyk Tsi, wywołany rozpaczą nad utratą przyjaciela i lękiem o niego. 

Upadek...  Wiewiórka  jest  zwinna  i  przywykła  do  długich  skoków  z  wysokości,  ale 

oczywiście Czik się potłukł. Tak jest, Gondagil już wcześniej zwrócił uwagę, że zwierzątko 

utyka na przednią nogę, i dokładnie ją obejrzał. 

Wiedział,  jak  Czik  się  tutaj  dostał,  mógł  się  jednak  tylko  domyślać,  co  działo  się  z 

wiewiórką w  czasie, zanim znalazła się w jego domostwie. Biedactwo  głodowało  i  musiało 

się bać. To małe stworzenie było z pewnością okropnie smutne i samotne, nawet gruboskórny 

Gondagil rozumiał, jakie ciężkie chwile przeżyło. 

Czik  chętnie  poddawał  się  zabiegom.  Wyglądało  na  to,  że  rana  wkrótce  zagoi  się 

sama. Gondagil przewiązał ją tylko opatrunkiem z długich liści, które przymocował źdźbłem 

wysuszonej trawy. 

Postanowił, że dla pewności będzie Czika niósł przez pierwszy odcinek drogi. 

Był  czas  snu  i  wiewiórka  sprawiała  wrażenie  bardzo  zmęczonej  długą  wędrówką  i 

background image

przykrymi przeżyciami, więc Gondagil zdecydował, że zaczekają do brzasku. Poinformował o 

tym Czika. Zwierzątko patrzyło na niego spłoszone, ale też i wdzięczne. 

Gondagil  obiecał  Czikowi,  że  wyruszą  na  długo  przed  końcem  czasu  snu.  Obok 

swojego legowiska urządził małe posłanie i Czik natychmiast się tam ułożył. 

Nie  spali  długo,  Gondagil  obudził  swego  nowego  przyjaciela  bardzo  ostrożnie. 

Zaskakiwało go, jak szybko wiewiórka się u niego zadomowiła, z własnej woli wspinała się 

na jego ramiona. Widocznie Tsi tak ją nosił. 

Gondagil  zabrał  ze  sobą  wszystkie  te  dziwne  rzeczy,  jakie  podarowała  mu  Miranda. 

Kiedy  spotkali  się  po  raz  drugi,  dała  mu  parę  przedmiotów,  ale,  niestety,  ich  zastosowanie 

wyjaśniła tylko z grubsza. 

Na przykład owo tajemnicze urządzenie z dwiema rurkami, czy jak to się nazywa. Nie 

odważył się aż do tej pory zajrzeć do przyrządu, dla wszelkiej pewności jednak zabrał go na 

tę pełną niebezpieczeństw wyprawę. Miranda powiedziała, że to służy do patrzenia w dal, ale 

że on na razie nie powinien korzystać z urządzenia. Czy teraz może się odważyć? 

Znajdowali  się  właśnie  na  wzgórzach,  poza  Doliną  Mgieł.  Poprzez  spotkanego  po 

drodze młodego pasterza Gondagil przesłał do osady wiadomość, że idzie do Gór Czarnych i 

chyba długo go nie będzie. Tak więc lud Timona dowie się, dokąd poszedł. 

Teraz  był  już  wysoko  ponad  rodzinną  krainą.  W  oddali  lśniła  ogromna  kopuła 

wzniesiona  nad  Królestwem  Światła.  Gondagil  zawrócił  i  przyglądał  się  dziwnemu 

przedmiotowi, który trzymał w ręce. Była do niego dołączona jakaś płytka. „Tego używaj w 

ciemności”  –  szepnęła  mu  Miranda,  ale  nie  zdążyła  niczego  dokładnie  wytłumaczyć,  bo 

otaczało ich mnóstwo ludzi. 

Odłożył płytkę na bok. Stwierdził teraz, że „przedmiot” pasuje do jego oczu, i trochę 

przestraszony popatrzył przez okrągłe otwory. 

Widział  bardzo  niejasno.  Wszystko  było  rozproszone.  Co  Miranda  miała  na  myśli, 

dając mu to urządzenie, co miałby przez nie zobaczyć? „Pokręć trochę, aż będziesz widział 

wyraźnie” – tak mówiła. Wtedy nie zrozumiał, ale teraz... 

Kierując się właściwym mężczyznom wyczuciem w obsłudze urządzeń technicznych, 

Gondagil  postępował  słusznie,  chociaż  przesunął  pokrętło  nie  w  tę  stronę  i  wszystko  przed 

jego  oczyma  zrobiło  się  szare.  Natychmiast  zrozumiał,  że  należy  kręcić  odwrotnie,  i  oto 

otworzył się przed nim zupełnie nowy świat! Błąd polegał jedynie na tym, że nie skierował 

lornetki na żaden określony punkt, wobec czego w okularze ukazało się wpatrzone w niego 

ogromne oko. Stłumił okrzyk przerażenia i odsunął lornetkę od Czika. 

Teraz  widział  lepiej.  Patrzył  w  dół  na  swoją  rodzinną  osadę,  widział  dach  domu 

background image

høvdinga  z  tak  bliska,  jakby  mógł  go  dotknąć.  Krzyknął  zdumiony.  Fantastyczne!  Przez 

podwórze szła żona wodza, drapiąc się po karku. Naturalnie obraz był dość niejasny, w jego 

świecie panowała bowiem wieczna ciemność... 

„Używaj tego w ciemności”. 

Płytka! 

Gondagil znalazł  szparę w swoim tajemniczym  aparacie i  wsunął  tam płytkę. Potem 

znowu popatrzył. 

Ooo! 

Teraz widział wyraźniej niż kiedykolwiek w Królestwie Ciemności Wszystko tonęło 

wprawdzie  w  niebieskozielonej  poświacie,  ale  to  nic  nie  szkodzi  Mógł  zajrzeć  do  izby 

høvdinga  przez  małe  okienko,  mógł  w  ten  sposób  oglądać  wszystkie  domy  po  kolei,  w 

jednym  stał  pośrodku  izby  jakiś  mężczyzna  całkiem  nagi..  Nie,  Gondagil  nie  chciał  robić 

czegoś  takiego,  miał  wrodzone  poczucie  dyskrecji.  Haram  cieszyłby  się  pewnie,  że  może 

podglądać łudzi w intymnych sytuacjach. Ale nie Gondagil. 

Skierował teraz lornetkę ku Królestwu Światła. Widok przesłaniał mur, choć sam był 

niewidoczny. Przenikało przez niego tylko trochę światła, nic więcej. 

A może obejrzeć zbocze góry, tej wysokiej, jasnej? 

Gondagil skierował lornetkę w tamtą stronę. Oj! Każda najmniejsza szpara w górskiej 

ścianie  ukazywała  mu  się  jasno  i  wyraźnie.  Odnalazł  miejsce,  o  które  uderzyła  gondola, 

zostawiając długie pęknięcia. 

Przez chwilę stał w takiej pozycji, że nie mógł widzieć Gór Czarnych, tylko nieduży 

kawałek skały daleko po prawej stronie. Obiecał sobie jednak, że obejrzy wszystko dokładnie, 

gdy tylko wejdzie wyżej. 

Jeśli to zrobi. Czy powinien się odważyć na coś takiego? Co właściwie tam zobaczy? 

Odłożył  dar  Mirandy,  głaszcząc  go  pieszczotliwie.  Uważał  się  teraz  za  niemal 

niepokonanego.  Początkowo  myślał,  że  lornetka  to  jakiś  rodzaj  broni,  podobnie  jak  ten 

laserowy pistolet, który miała Miranda. Był więc trochę niepewny, jak posługiwać się darem. 

Lornetka  przypominała  jednak  bardziej  tamten  aparat,  którego  Miranda  używała 

podczas  poszukiwania  wielkich  jeleni.  Dlatego  nietrudno  było  się  domyślić,  w  jaki  sposób 

urządzenie funkcjonuje. 

Zresztą, niech to licho, czy nie mogła mu dać również takiego pistoletu? I o mało do 

tego  nie  doszło,  z  pewnością  dostałby  pistolet,  gdyby  ten  przeklęty  Haram  im  nie 

przeszkodził. O, Gondagil bardzo by chciał posiadać taką broń! Wtedy naprawdę byłby nie do 

pokonania. Łuk i długi nóż to przecież bardzo niewiele jak dla kogoś, kto musi pójść do Gór 

background image

Czarnych. 

Próbował  odtworzyć  w  pamięci  drogę  w  góry,  tak  jak  mu  o  niej  opowiadali  starzy 

członkowie plemienia. 

A  może  nie  starzy?  Dziwne,  ale  nie  mógł  sobie  teraz  przypomnieć,  kto  mu  o  niej 

mówił. Czy to nie dziadek? Tylko że to było całkiem niedawno, a dziadek nie żyje od wielu, 

wielu lat, chociaż, z drugiej strony, Gondagil zawsze myślał, że słyszał o bezpiecznej drodze 

do Gór Umarłych jeszcze w dzieciństwie. Teraz zresztą nie był już niczego pewien... 

No trudno, wszystko  jedno, najważniejsze, że zna tę drogę.  I rzeczywiście, wybierał 

właściwą, przynajmniej na razie. Później będzie z pewnością trudniej. 

– Chodź, Czik, idziemy dalej – rzekł przyjaźnie. – Nasi ukochani czekają. Potrzebują 

nas. 

Wiewiórka parsknęła w odpowiedzi. 

 

W Królestwie Światła babcia Theresa uniosła w górę ramiona, jakby chciała się przed 

czymś bronić. 

Zbliża  się  noc  środka  lata,  myślała.  W  dawnym  świecie  na  powierzchni  Ziemi  to 

piękny czas. Mimo że noc świętojańska, ta najjaśniejsza i najkrótsza w roku, jest tam również 

najbardziej niebezpieczna. Tutaj,  w Królestwie Światła, nic mi nie  grozi.  Czy jednak nigdy 

nie pozbędę się lęku przed tą nocą, podczas której natura budzi się do życia? 

A w tym roku będzie gorzej niż kiedykolwiek. Jeden z ukochanych wnuków zaginął, 

znajduje się gdzieś w nieznanej Ciemności. 

Żeby  mu  się  tylko  nic  nie  stało  podczas  tej  nocy.  Musimy  go  odnaleźć,  zanim  ona 

nadejdzie! 

background image

Wyprawa Joriego i Tsi-Tsunggi! 

Zaczynała  się  w  atmosferze  radości  i  pragnienia  przygód,  a  skończyła  straszną 

katastrofą. 

Jori chodził zły po drogach wokół miasta Saga. Dlaczego zawsze to inni przeżywają 

coś  ekscytującego,  a  on  nigdy?  Miranda  już  dwa  razy  była  na  zewnątrz,  w  Królestwie 

Ciemności. To niesprawiedliwe! 

Ale  teraz  było  mu  jej  żal.  Leży  w  szpitalu,  być  może  śmiertelnie  ranna.  I  Marco 

opowiadał,  że  bardzo  rozpacza  z  powodu  swojego  nowego  przyjaciela,  Gondagila,  którego 

już  więcej  nie  zobaczy.  Mur  został  definitywnie  zamknięty,  a  różnica  w  upływie  czasu 

sprawia, że nigdy nie zdołają się połączyć. 

Jori  nie  mógł  pojąć,  dlaczego  członkowie  wyprawy  do  Królestwa  Ciemności  nie 

zabrali  ze  sobą  Gondagila  do  Królestwa  Światła.  Przeprowadzenie  go  przez  mur  byłoby 

przecież  zupełnie  prostą  sprawą.  Tylko  z  powodu  prestiżu  jakiegoś  głupiego  wodza  dwoje 

zakochanych w sobie ludzi musiało się rozłączyć! 

Gdyby ktoś powiedział Joriemu, że jest romantyczną duszą, to by się pewnie obraził. 

Ale tak było naprawdę. Chociaż on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. 

Tak bardzo chciałby pomóc nieszczęsnej Mirandzie. Nie wiedział tylko jak. 

Kiedy  wracał  do  osady,  zobaczył  zbliżającą  się  z  niezwykłym  szumem  i  w  zupełnie 

wariackim stylu gondolę. Kierowała się wprost na niego i wylądowała, wykonując przedtem z 

niebywałą precyzją wyszukane zwroty. 

– Tsi! – zawołał Jori zachwycony. – Nareszcie dostałeś swoją gondolę? Jaka piękna! 

A jaki z ciebie zdolny kierowca! 

– Mam to wrodzone – oświadczył Tsi-Tsungga z nonszalancją i wysiadł. – No, i jak ci 

się podoba? Nie jest z tych największych, ale tym łatwiej dociera do trudnych miejsc. 

– Wspaniała! Kto ci ją wybrał? 

– Ja sam. Pozwolono mi wejść do magazynu i po prostu wybrać. Chciałem właśnie tę, 

dlatego że jest tak cudownie zielona. Świetnie pasuje do koloru mojej skóry, prawda? No i te 

żółte siedzenia, ta złota kierownica... 

– Jest naprawdę super, Tsi. Czy możemy... 

– Myślałem, że już nigdy o to nie zapytasz. Wskakuj! Zaraz zobaczysz, pokażę ci, jak 

się robi... 

background image

I  tak  dalej.  Tsi  demonstrował  wszystkie  niezwykłe  możliwości  swojego  pojazdu, 

płynącego  ponad  łąkami  i  wioskami.  Jori  był  pełen  podziwu.  Nigdy  przedtem  nie  widział 

swego przyjaciela takim szczęśliwym. 

– Wyżej, Tsi! Zobaczmy, co ona naprawdę potrafi! 

Tsi bez wahania dawał się wciągać w awanturę. 

Wznosili  się  coraz  wyżej  i  wyżej,  krążyli  niczym  orły  pod  wysokim  sklepieniem 

muru, uradowani i roześmiani. 

– Jezu, tak wysoko chyba nikt jeszcze nie był – rzekł Jori zdyszany. 

– Nie – przyznał Tsi. Był taki dumny, taki dumny! – Ale tutaj robi się okropnie jasno. 

–  Zobaczmy  więc,  co  się  kryje  w  tej  światłości!  Z  pewnością  samo  jądro  blasku!  – 

zawołał Jori, mimo że był już niemal kompletnie oślepiony. 

– To na pewno Święte Słońce  – odparł Tsi  nieco bardziej ostrożnie.  – Ale z drugiej 

strony,  jeśli  podejdziemy  do  niego  bardzo  blisko,  staniemy  się  nieśmiertelni.  I  strasznie 

szczęśliwi, tak mówią ci, którzy wiedzą. Słońce daje wszystko, trzeba tylko być dobrym. 

– Właśnie, no a my przecież jesteśmy – roześmiał się Jori. – Spójrz, co to jest? Tam 

wysoko w murze, widzisz? Uff, oczy mnie bolą od światła! 

Tsi spojrzał. Jakieś szczeliny, przez które wydostaje się światło? Podlecieli bliżej. 

– Przecież tędy można by wyjść na zewnątrz!  – zawołał Jori zaszokowany. – Spójrz 

sam! Porównaj to z szerokością gondoli. Jeśli skulimy się i pochylimy głowy, wydostaniemy 

się na pewno. 

– Ty chyba nie masz dobrze w głowie, co mamy do roboty w Królestwie Ciemności? 

– To podniecające, Tsi! Przygoda. I... Tsi, przecież możemy pomóc Mirandzie! 

Zielonobrunatna istota natury ożywiła się na te słowa. 

– Naprawdę? W jaki sposób? 

– Sprowadzimy jej ukochanego Gondagila. 

– Ooo! – Na ruchliwej twarzy Tsi pojawił się zapał. – Oczywiście. Masz rację. Jeśli to 

zrobimy, Miranda będzie uszczęśliwiona, a wtedy polubi nas jeszcze bardziej, prawda? 

– Absolutnie! To co, lecimy? 

– W drogę! 

Śmiali  się,  pełni  oczekiwań.  Po  chwili  ucichli  i  w  napięciu  obserwowali,  jak  pojazd 

przeciska się przez wąski otwór. 

Ciemność łagodziła ból zmęczonych oczu. 

– O, uff, gdzie jesteśmy? – szepnął Tsi. 

– Bardzo wysoko. Musimy zejść w dół. 

background image

– Przecież niczego nie widzimy. 

– Oczywiście,  ale poczekaj  chwilkę, zaraz się wszystko  trochę rozjaśni.  Spójrz tam! 

Widzisz tę dolinę, nad którą unosi się mgła? To musi być kraina Timona. 

– Nie widzę nic. Chociaż, owszem, dostrzegam coś, co prawdopodobnie jest mgłą, ale 

tam jest przecież cholernie ciemno! 

– Rzeczywiście. Chodź, zejdziemy trochę w dół. 

Okrążenie  potężnego  sklepienia  zabrało  im  sporo  czasu,  ale  wkrótce  znaleźli  się  na 

tyle nisko, że dostrzegali grunt. A przynajmniej domyślali się, że on się tam znajduje. Jedyne, 

co  wyróżniało  się  w  ciemnościach  w  tym  strasznym  świecie,  to  właśnie  skłębiona,  nieco 

jaśniejsza  mgła,  która  musiała  skrywać  Dolinę  Mgieł,  Timonowy  kraj.  Tsi  wykonał  śmiały 

manewr i pojazd poleciał w dół. 

– Uważaj, to może być niebezpieczne! – ostrzegł Jori – Nie wiemy, gdzie się kończy 

mgła, a gdzie zaczyna grunt. 

Tsi  ponownie  uniósł  pojazd  i  roześmiał  się  zadowolony,  to  właśnie  ten  jego  śmiech 

usłyszał Gondagil. Wkrótce potem rozbawienie obu pasażerów gondoli zgasło. Wciąż jednak 

nie opuszczała ich odwaga. 

– Jesteśmy niepokonani, Jori! 

– Oczywiście, że jesteśmy niepokonani! Powinni to widzieć nasi przyjaciele. 

Unosili  się  ponad  krajobrazem,  który  słabo  majaczył  w  mroku,  widzieli  niewiele, 

wciąż  jeszcze  oślepieni  niedawną  bliskością  Świętego  Słońca.  Potrzeba  czasu,  by  oczy 

przyzwyczaiły się do mroku. 

Nagle zesztywnieli i przerażeni spoglądali po sobie. 

– Co to jest, Jori? Coś się dzieje z gondolą, wytraca szybkość i opada! 

Jori  przysunął  się  bliżej,  by  mu  pomóc.  Naciskali  różne  guziki,  pociągali  za  drążki, 

obchodzili się z maszyną tak, jak to potrafią tylko młodzi chłopcy. 

W przestrachu zapomnieli o Cziku, który siedział za nimi. 

– Cokolwiek robimy, nic nie pomaga – rzekł Jori bliski paniki. – Gondola leci coraz 

wolniej. I nieustannie opada w dół. Boże drogi, nie możemy tu wylądować! 

Tsi był bliski płaczu. Jego nowa, ukochana gondola, co się z nią dzieje? 

Słyszeli,  oczywiście,  że  gondole  zostały  zbudowane  dla  Królestwa  Światła  i  że  nie 

wiadomo, jaki może być wpływ warunków panujących w Królestwie Ciemności na wrażliwy 

mechanizm.  Zapomnieli  jednak  o  wszystkich  przestrogach,  przepełnieni  pragnieniem 

niesienia pomocy Mirandzie i sprowadzenia do niej Gondagila. 

Właściwie  teraz  dużo  łatwiej  dało  się  manewrować  pojazdem,  trzeba  jednak  się  na 

background image

tym znać. Na pierwszy rzut oka tablica rozdzielcza wydawała się prosta, niewiele było na niej 

niezrozumiałych  przycisków.  Kiedy  się  jednak  zaczną  kłopoty,  wszystko  okazuje  się  zaraz 

skomplikowane. Elektronika, która przestaje działać, to prawdziwy problem. 

– Teraz! Teraz znowu się wznosimy! – zawołał Tsi. 

– Tak! Hura! – wrzasnął Jori. 

Ale  radość  trwała  krótko.  Silnik  nie  reagował  na  ich  poczynania.  Działo  się  coś 

zupełnie innego. Gondola zmieniała kierunek, raz bardziej w lewo, raz w prawo, jakby coś nią 

sterowało, choć oni nie wiedzieli co. 

– Zrobiło się trochę jaśniej!  – wykrzyknął  Jori.  – Spróbuj  jeszcze raz,  może uda się 

nad nią zapanować! 

W jakiś dziwny sposób rzeczywiście zdołali pokierować pojazdem. 

Dopiero  jednak  kiedy  znaleźli  się  w  pobliżu  tego  jaśniejszego  miejsca,  uświadomili 

sobie,  że  to  potwornie  stroma  górska  ściana  koloru  piasku.  Gondola  mknęła  prosto  na  nią. 

Obaj zaczęli krzyczeć, Tsi wykonywał jakieś gwałtowne manewry, by uniknąć katastrofy. 

Udało  im  się  to  tylko  częściowo.  Bok  gondoli  otarł  się  o  skałę,  szorował  po  niej  z 

okropnym  zgrzytem  i  złowieszczym  trzaskiem.  Czik  stracił  oparcie  i  wypadł  z  pojazdu.  Tsi 

wrzeszczał jeszcze bardziej i chciał zawrócić, by ratować wiewiórkę. 

Ale wtedy stało się coś, czego nie pojmowali. 

Gondola  szarpnęła  gwałtownie  i  mimo  wysiłków  Tsi  kontynuowała  lot  wzdłuż 

górskiej ściany, jakby przyciągana przez ogromny magnes. 

–  Tsi!  –  wołał  Jori,  trzymając  się  desperacko  oparcia  –  Tutaj  wieje!  Coś  mi  się  nie 

zgadza, przecież w głębi Ziemi, w samym jej centrum nie ma wiatru, nic nie może wiać! 

– Nie jestem w stanie kierować! – krzyczał Tsi-Tsungga zrozpaczony. - Gondola leci 

sama z siebie, jakby unosiło ją powietrze. Powinienem ratować Czika, ale nie mogę! 

Zewsząd  słychać  było  wycie.  Pewnie,  przynajmniej  częściowo,  sprawiała  to 

niesamowita szybkość pojazdu, po części było to wycie szarpiącego nimi wiatru, najbardziej 

przerażające znajdowało się jednak przed nimi. 

Były to Góry Czarne. Majaczyły im teraz w oddali niczym smoliste cienie w szarym 

mroku.  To  stamtąd  docierały  te  straszliwe  wycia,  które  przerażały  ich  tak  bardzo  w 

Królestwie Światła. Tutaj rozchodziły się bez żadnej osłony, potężne, przejmująco wysokie, i 

tym silniejsze, im bardziej zbliżali się do nieznanego. 

Nagłe  wokół  pociemniało.  Sinoczarna  ciemność  wciągała  ich  pomiędzy  potwornie 

wysokie i ostro zakończone, poszarpane góry. Jednocześnie krzyki narastały, słychać w nich 

było pełen złości triumf. Dwie żywe istoty wpadły w pułapkę! 

background image

 

W Królestwie Światła rozpoczynała się długa doba środka lata. Ta, która kończy się 

nocą świętojańską. 

Tutaj, w Królestwie Ciemności, musi upłynąć dwanaście dób, by wypełnić czas tego 

najdłuższego dnia i najkrótszej nocy. 

background image

Jori uznał, że nie mogą się tak po prostu dać unosić zgodnie z wolą duchów. Trzeba 

coś zrobić, by się zatrzymać. 

Tak, nazywał  duchami te niewidzialne istoty, które się z nimi  w ten okrutny sposób 

zabawiały.  Czyż  nie  tak  mówiono  w  Królestwie  Światła?  Czyż  nie  powtarzano,  że  Góry 

Czarne  są  zamieszkane  przez  duchy  umarłych  i  że  to  właśnie  ich  żałosne  wołania  stamtąd 

docierają?  Tutaj  jednak  nie  było  słychać  żadnej  skargi.  Nie,  raczej  oszołomienie 

zwycięstwem, złą radość! 

Rozumiał, że obaj z Tsi znaleźli się w prawdziwych opałach. Kto im teraz pomoże? 

Nikt, wprost przeciwnie, to oni przyczynią prawdziwych zmartwień mieszkańcom Królestwa 

Światła. Sprowadzą na nich żałobę. 

Poczuł  ukłucie  w  sercu.  Kto  będzie  tęsknił  za  Tsi-Tsunggą,  samotną  istotą?  Minie 

dużo czasu, zanim ktoś w ogóle się zorientuje, że Tsi zniknął. 

–  Musimy  przerwać  ten  lot!  –  krzyczał  ponad  sztormem,  szarpiącym  gondolą  na 

wszystkie strony. – Czy gotów jesteś poświęcić swój pojazd? 

W  oczach  Tsi-Tsunggi  pojawiła  się  prawdziwa  rozpacz,  ale  z  niezwykłą  odwagą 

skinął głową. Joriemu serce się krajało na ten widok. 

– Dostaniesz nową, mogę przysiąc – obiecał Jori trochę może na wyrost.  – Pędzimy 

wciąż dalej w góry. Nie wolno nam do tego dopuścić, musimy się zatrzymać, dopóki nie jest 

za późno. Widzisz tę ścianę na prawo? 

Mimo że broda mu drżała, Tsi odkrzyknął, że owszem, widzi. 

– Widzisz też pewnie, że jest tam długi skalny występ, który wygląda jak droga. Kiedy 

następnym razem gondola przybliży się do góry, chwycimy się obaj krawędzi półki. 

– I pozwolimy, żeby gondola leciała dalej? 

– Niech sobie leci w górskie rejony. Może uda nam się ich oszukać. 

Nie zamierzali się zastanawiać, kim są ci „oni”. 

– A jeśli gondola nie zbliży się już do górskiej ściany? 

– Wtedy trzeba będzie wymyślić coś nowego. 

– Możemy przecież zderzyć się ze ścianą ponad albo poniżej półki. 

– Czy ty zawsze musisz wszystko widzieć w czarnych barwach? 

Tsi umilkł. Wpatrywał się tępo w skalę, jego zielone oczy były pełne łez. Gondola to 

najwspanialszy  prezent,  jaki  w  życiu  dostał.  I  los  pozwolił  mu  ją  zachować  zaledwie  kilka 

background image

godzin. Jori rozumiał go bardzo dobrze, teraz jednak musieli przede wszystkim ratować życie. 

Obaj wiedzieli, że nikt nigdy nie wrócił żywy z Gór Umarłych. 

Oni muszą być pierwszymi. 

– Teraz! – wrzasnął Jori. 

Gondola mknęła w oszałamiającym pędzie ku skalnej ścianie. Troszeczkę zbyt nisko. 

Katastrofalnie nisko, ale wiadomo przecież, że jeśli naprawdę trzeba, człowiek bierze  skądś 

niewiarygodne siły. Tsi-Tsungga natomiast miał tę przewagą, że jako istota natury był zwinny 

i  silny,  potrafił  wykonać  bardzo  długi  skok.  Gorzej  przedstawiała  się  sprawa  z  Jorim. 

Niewysoki, ważył niewiele, wprawdzie on również trenował i był fizycznie sprawny, ale czy 

tutaj  to  wystarczy? Tsi-Tsungga domyślał  się zagrożenia i zawołał,  by Jori  chwycił się jego 

pasa.  Tuż  przed  tym,  zanim  gondola  otarła  się  o  skałę,  obaj  rzucili  się  w  stronę  półki.  Tsi 

skoczył  lekko  na  krawędź  półki  i  zdołał  się  jej  uchwycić.  Jori  wisiał  pod  nim,  desperacko 

szukając jakiegoś oparcia. 

–  Nie  miotaj  się!  –  zawołał  Tsi.  Sytuacja  nie  wyglądała  dobrze,  ponieważ  skórzany 

pas, którego uczepił się Jori, zsuwał się z wąskich bioder Tsi. Kiedy jednak nabrał pewności, 

że lewą ręką trzyma się mocno, prawą wciągnął Joriego na górę, chwytając go za kołnierz z 

taką  siłą,  że  chłopak  o  mało  się  nie  udusił.  Jori  natychmiast  złapał  krawędź  półki  i  obaj  z 

bólem  w  sercach  patrzyli,  jak  gondola  znika  w  ciemnościach,  mknąc  dalej  nie  wiadomo 

dokąd. 

Obaj  mieli  bardzo  silne  ręce,  więc  wspięcie  się  w  bezpieczne  miejsce  nie  stanowiło 

problemu. Akurat tutaj skalna półka była przerażająco wąska, ale nieco wyżej rozszerzała się, 

więc  podczołgali  się  w  tamtą  stronę,  a  wicher  wył  im  w  uszach.  Znaleźli  taki  odcinek,  w 

którym  „ścieżka”  tworzyła  zagłębienie  osłonięte  występem,  nie  musieli  więc  nieustannie 

spoglądać  wprost  w  ziejącą  otchłań.  Tam  właśnie  popełzli,  wstrzymując  oddech  z  wysiłku, 

przemarznięci  do  szpiku  kości.  Nie  przywykli  jeszcze  do  chłodu  panującego  w  Królestwie 

Ciemności. Dygotali śmiertelnie przerażeni. Tsi-Tsungga pociągał nosem. 

– Najpierw Czik. Teraz gondola. Co będzie następne? 

Jori  już  chciał  prychnąć:  „Myślałem,  że  jesteś  weselszym  facetem”,  sam  jednak  nie 

czuł  się  w  tej  chwili  specjalnie  ubawiony.  Poza  tym  wiedział,  że  Tsi  nie  zawsze  jest  tylko 

radosny.  To  niewiarygodnie  wrażliwe  stworzenie,  wielokrotnie  mieli  okazję  się  o  tym 

przekonać. 

Powiedział więc: 

– Tak, to wszystko nie jest zbyt zabawne. 

– Nie. Czy sądzisz, że zdołaliśmy ich oszukać? Tym manewrem z gondolą? 

background image

– Nie wiem. Gdzie my właściwie jesteśmy? 

Tsi  chciał  odpowiedzieć  „nigdzie”,  uznał  jednak,  że  to  głupie.  Ostrożnie  wystawili 

głowy ponad krawędź półki. 

– Żeby tylko nie było tak strasznie ciemno – narzekał Jori. 

Z  tego,  co  widzieli,  rozciągał  się  przed  nimi  ponury  świat.  Niebieskoczarny  mrok, 

przecinany  słabymi  konturami  ostrych,  jeszcze  czarniejszych  górskich  szczytów.  Wyjące 

wichry. Bezdenna otchłań tuż pod nimi. 

A sama skalna półka, na której się znajdują? Widzieli, że z jednej strony robi się coraz 

węższa  i  wznosi  w  górę  ku  niebezpiecznemu,  magicznemu  światu,  który  nazywali  Górami 

Czarnymi. Z drugiej strony półka schodziła w dół, nie widzieli jej końca, wydawało im się, że 

nie jest długa, pewni jednak nie byli. 

– Myślę, że będziemy czekać tutaj  – oznajmił Jori.  – Wygląda na to,  że tu  jesteśmy 

stosunkowo bezpieczni. 

– Będziemy czekać na co? 

– Aż nasze oczy przyzwyczają się do ciemności. Już teraz widzimy dużo lepiej niż w 

chwili, kiedyśmy się tutaj znaleźli. 

– Tak. Masz rację. Ale nie możemy czekać zbyt długo. 

– Nie, oczywiście, że nie. Podejmowanie jednak jakichś działań już teraz nie miałoby 

sensu. 

Kulili  się,  drżąc,  przysunęli  się  do  siebie,  próbowali!  obejmować  ramionami 

przemarznięte ciała, starali się dodawać sobie nawzajem odwagi, której żaden z nich nie miał 

w nadmiarze. 

Jori patrzył na Tsi-Tsunggę, który siedział kawałek od niego, oparty plecami o skałę. 

Dlaczego  ja  to  zrobiłem  własnemu  przyjacielowi?  zastanawiał  się.  To  przecież  ja 

wyciągnąłem  go z Królestwa Światła.  Ile on musiał stracić! Teraz może nawet  straci  życie. 

Albo, co jeszcze gorsze, wolność, Zostaniemy uwięzieni na wieki w tym strasznym świecie. 

Nie wiemy o nim przecież nic, absolutnie nic! 

Nie miał pojęcia, że Tsi dręczą podobne myśli. Że wyrzuca sobie, iż namówił Joriego 

na wyprawę gondolą. Trzeba było tego nie robić. Teraz tkwili w sytuacji bez wyjścia. Uwięźli 

na dobre! 

Spojrzał  w  górę,  przesunął  wzrokiem  po  rozmazanych,  poszarpanych  skalnych 

szczytach. 

– Jori... czy nie uważasz, że czegoś nam tu brakuje? 

– Mnóstwa rzeczy nam brakuje. Nie ma słońca, ciepła, bezpieczeństwa, jedzenia... 

background image

– Tak, tak, ale czegoś, co przedtem było. 

– Czyli czego? 

– Tych błyskawic, szybkich mgnień światła. 

Jori po chwili milczenia odrzekł: 

–  Masz  rację,  leśna  istoto!  Nie  widzieliśmy  ich  ani  razu  od  chwili,  gdy  zostaliśmy 

porwani i rozpoczęliśmy tę szaloną jazdę. Nie słyszeliśmy też śmiertelnego zawodzenia 

– Myślisz, że to  coś znaczy?  – zapytał  Tsi,  szarpiąc nerwowo pas. Nie  był  w stanie 

zwrócić  Joriemu  uwagi,  że  jest  istotą  ziemi,  a  nie  lasu.  Akurat  w  tej  chwili  nie  miało  to 

znaczenia. 

– Myślisz, że ten brak błyskawic coś znaczy? 

– Nie mam najmniejszego pojęcia – odparł Jori. Przez chwilę milczeli. 

– Jori, czy myślisz, że jeszcze kiedyś zobaczymy Królestwo Światła? 

Nie  męcz  mnie,  pomyślał  Jori  ze złością,  odpowiedział  jednak  radośniej,  niż  sam  to 

odczuwał: 

– Oczywiście, że zobaczymy! 

–  Jori...  Dlaczego  my  widzimy  Królestwo  Światła  prawie  z  góry?  Nie  całkiem,  ale 

jednak. 

Tsi miał rację. Kolosalna kopuła wyglądała teraz, jakby znajdowała się nieco poniżej. 

Jori wiedział dlaczego. 

–  Ponieważ  jesteśmy  daleko,  bardzo  daleko  od  domu.  A  wnętrze  Ziemi  ma  kształt 

muszli, prawda? Znajdujemy się dość wysoko na jednej z jej ścian, jeśli rozumiesz, co mam 

na myśli. 

Tsi  w  zadumie  kiwał  głową  i  próbował  sprawiać  wrażenie,  że  rozumie.  Potworny 

strach dławił go w piersiach, ale starał się tego nie okazywać. Chciał być równie dzielny jak 

jego towarzysz. 

Ach, ach! Jedyne, czego Jori w tej chwili nie odczuwał, to właśnie dzielność. 

Skalna ściana miała mnóstwo nierówności, uwierała ich boleśnie w plecy. Trudno też 

było  znaleźć  miejsce  do  siedzenia.  Po  chwili  wszędzie  robiło  się  niewygodnie,  wszystko 

sprawiało  ból.  Strasznie  też  marzli  w  swoich  cienkich  ubraniach  obliczonych  na  stałe, 

znakomicie  dopasowane  do  potrzeb  żywych  istot  ciepło  panujące  w  Królestwie  Światła,  z 

czasem też obaj coraz dotkliwiej odczuwali, że już pora kolacji, na którą, niestety, nie mogli 

liczyć, a także pora snu. 

Jak mieliby tutaj spać? 

Jori zamyślił się. 

background image

– Tsi, my w Sadze, a także we wszystkich miasteczkach i wsiach, zawsze nosimy ze 

sobą  tabletki  nasenne,  na  wypadek  gdyby  nasz  rytm  dobowy  został  zakłócony.  Wiesz 

przecież, jakie to ważne w Królestwie Światła. 

Tsi skinął głową. 

–  My,  młodzi,  dostajemy  te  proszki  dlatego,  że  mamy  brzydki  zwyczaj  wychodzić 

nocą z domu. W każdym razie zabrałem ich kilka. Gdybyśmy mogli je teraz zażyć i pospać... 

powiedzmy siedem godzin... to obudzimy się wypoczęci, z jasnymi umysłami. 

Tsi-Tsungga  był  zmęczony.  Spoglądał  poza  krawędź,  by  zobaczyć,  czy  nie  czai  się 

tam jakieś niebezpieczeństwo, ale widział jedynie głęboką ciemność. Akurat  teraz życzyłby 

sobie,  żeby  jedna  z  takich  strasznych,  przewalających  się  z  grzmotem  błyskawic  rozjaśniła 

górski  świat,  ale  błyskawice  ustały  widocznie  dlatego,  że  oni  się  tutaj  zjawili.  Że  on  i  Jori 

tutaj są, a nie mają prawa niczego zobaczyć. 

Patrzył  też  w  górę,  rozglądał  się  we  wszystkich  kierunkach,  ale  zewsząd  dochodził 

tylko  ten  ryczący  wicher,  a  poza  tym  nic.  Żadnych  krzyków,  skarg,  niczego.  Bardziej 

wymarłego miejsca nie można sobie wyobrazić, myślał. 

Skulił się. 

– Tak. Trzeba się przespać – powiedział z uczuciem, że jest najmniejszą i najbardziej 

bezradną istotą na świecie. 

Musieli połykać tabletki bez odrobiny płynu do popicia, zajęło im to więc sporo czasu. 

Tsi pogryzł swoje lekarstwo na kawałki i krzywił się, bo było gorzkie. W końcu jednak każdy 

okruch znalazł się tam, gdzie powinien. 

Dla  zachowania  chociaż  odrobiny  ciepła  przytulili  się  mocno  do  siebie,  leżeli  z 

otwartymi  szeroko  oczyma  i  wsłuchiwali  się  w  ryk  złych  sztormów  szalejących  ponad  ich 

obolałymi głowami. 

Jori stwierdził, że Tsi-Tsungga robi coś za jego plecami. 

– O co chodzi? 

– Przywiązuję swój pas do twojego. Zdarza mi się wstawać we śnie. Bardzo bym nie 

chciał  znaleźć  się  po  tamtej  stronie  krawędzi.  Schody  są  troszkę  za  wysokie,  można 

powiedzieć. 

– Postanowiłeś więc zabrać mnie na te swoje nocne wędrówki? – uśmiechnął się Jori. 

–  Serdeczne  dzięki!  Ale  dobrze  zrobiłeś,  w  ten  sposób  będziemy  bardziej  bezpieczni, 

związani na dobre i na złe. 

– Mhm. 

Tsi-Tsungga leżał i rozmyślał o tym, co utracił. O ukochanym Cziku, który zniknął i 

background image

któremu  nikt  nie  pomoże.  Łzy  płynęły  mu  z  oczu.  Myślał  o  dziewczynach  z  ich  grupy.  O 

Elenie,  z  którą  kiedyś  mógłby  się  kochać,  ponieważ  oboje  byli  bardzo  podnieceni.  Uważał 

jednak,  że  byłoby  to  w  stosunku  do  niej  nie  w  porządku,  że  zrobiłby  jej  krzywdę.  Teraz 

żałował. Będzie musiał umrzeć, nie zaznawszy rozkoszy miłości 

Miranda... Odczuwał  dla Mirandy wielką słabość, ale ona myślała teraz wyłącznie o 

Gondagilu. Tsi-Tsungga powinien był się pośpieszyć, zdobyć ją, zanim znalazła w Królestwie 

Ciemności tego dzikusa. Teraz z pewnością tamten będzie się kochał z Mirandą. Tsi-Tsungga 

rozmawiał  z  nią  o  tym.  Powiedziała  mu,  że  Gondagil  bardzo  ją  pociąga,  że  jest  pod  jego 

urokiem do tego stopnia, iż odczuwa mrowienie w całym ciele, kiedy Gondagil jej dotyka. 

Jakby  Tsi-Tsungga  nie  wiedział,  co  się  w  takich  momentach  czuje.  Miranda  nie 

domyślała się nawet, że wielokrotnie miał ochotę wziąć ją gwałtem, ponieważ jej obecność 

działała  na  niego  tak  strasznie  podniecająco.  Nigdy  jednak  tego  nie  zrobił.  Miranda  to 

wspaniała dziewczyna, za nic nie wyrządziłby jej krzywdy. A widocznie dla dziewcząt z rodu 

ludzkiego to ważne, by zachować czystość dla tego, za którego wyjdą za mąż. 

Elfy nie myślą w ten sposób. Do nich jednak nie miał przystępu, ponieważ pochodził z 

innej rasy. 

Niech  to  licho,  teraz  leży  tu  okropnie  podniecony!  Żeby  tylko  Jori  niczego  nie 

zauważył! 

Nie, Jori najwyraźniej śpi, niech losowi będą dzięki. Nie mógł nic zrobić z tym swoim 

podnieceniem, bo towarzysz leżał zbyt blisko niego. Nie było też wody, by ugasić pożar. 

Pomyśl o czymś smutnym, Tsi, zapomnij o Mirandzie, zapomnij o jej nagich udach, 

zapomnij, co czułeś w jeziorku, kiedy podpłynęła do ciebie i oplotła cię ramionami. 

Nie,  nie  powinien  o  niej  myśleć!  Najlepszym  sposobem  ugaszenia  namiętności  było, 

rzecz  jasna,  rozważanie  sytuacji,  w  której  się  znaleźli.  Chłód  przenikał  go  do  szpiku  kości. 

Wiatr szarpał cienkim ubraniem, ze wszystkich stron czaił się strach. 

Był pewien, że nigdy więcej nie zobaczy Królestwa Światła. 

Czika też nie. 

Czika, którego zawiódł. Choć przecież tego nie chciał. 

Na szczęście, kiedy wylewał łzy nad swoim losem, wzburzone zmysły się uspokoiły. 

Tsi-Tsungga starał się odprężyć. 

Udało mu się. W końcu powieki zaczęły opadać. Ale... 

Istniało  jedno  wielkie  ale,  które  ujawniło  się  teraz,  podczas  snu.  Dobrze,  że  tak  się 

stało, ponieważ potrzebowali wypoczynku. 

Nabrała  znaczenia  różnica  czasu.  Jori  nastawił  swój  zegarek  tak,  by  maleńki  budzik 

background image

zadzwonił po siedmiu godzinach. 

Tak się też stało. 

Ale zegarek to mechanizm. Różne rytmy dobowe nie mają na niego wpływu. Zegarek 

chodził  według  reguł  obowiązujących  w  Królestwie  Światła.  Zadzwonił  po  siedmiu 

godzinach w tamtym królestwie. 

W  chwili  kiedy  Jori  próbował  wyłączyć  piszczący  automat,  ponieważ  sygnał  działał 

mu  na  nerwy,  a  nie  mógł  tego  zrobić,  bo  Tsi-Tsungga  przyciskał  jego  rękę,  w  Królestwie 

Ciemności mijało właśnie nie siedem, lecz osiemdziesiąt cztery godziny. 

Chłopcy spali trzy i pół doby! 

background image

Ocknęli się prawie równocześnie. 

Jori  usiadł,  dzwoniąc  zębami.  Ciało  zesztywniało  mu  z  zimna  i  niewygody.  Usta 

popękały z pragnienia. 

Tsi-Tsungga  czuł  się  niewiele  lepiej.  Dygotał  i  otrząsał  się  niczym  koń,  Jori  bał  się, 

żeby nie wypadł poza krawędź półki. 

– My nnnig... dy... sssię... nnnie rozgrzejemy – jąkał Tsi. 

– Oczywiście, że się rozgrzejemy. Wiesz, teraz widzę lepiej. 

– Ja też. Ciemność nie jest już taka czarna. 

– Nie, jest jasnoczarna – chichotał Jori. – Nasze oczy przywykły do ciemności. Widzę 

teraz  mnóstwo  okropnych  szczytów.  Stoją  bardzo  blisko  siebie,  a  my  znaleźliśmy  się  w 

wąskim przejściu. W naprawdę okropnym przejściu! 

– Łagodnie mówiąc! Ruszamy do domu. Nie, przecież nie mamy gondoli! O rany, co 

teraz zrobimy? 

Jori  spojrzał  na  datę  na  swoim  zegarku.  Nie  mógł  sobie  jeszcze  uświadomić,  że 

zgodnie z miarą czasu w Królestwie Ciemności upłynęło trzy i pół doby. Stwierdzał tylko, że 

zaczął się nowy dzień. 

–  Noc  Johanna  –  rzekł  i  w  rozmarzeniu  spoglądał  przed  siebie,  a  na  jego  wargach 

pojawił  się  delikatny  uśmiech.  –  Prababcia  Theresa  nazywa  tę  noc,  która  się  zbliża,  nocą 

Johanna.  My  mówimy  o  niej  „noc  środka  lata”,  „noc  sobótkowa”,  „noc  świętojańska”.  Ale 

kochana, wspaniała Theresa, którą wszyscy uwielbiamy, pochodzi przecież z Austrii i nazywa 

tę  noc  tak,  jak  ją  nazywała  w  dzieciństwie.  Johannisabend.  Albo  Johannisnacht.  Podobno 

mogą się wtedy dziać bardzo dziwne rzeczy. Natura budzi się do życia. Również to, co nie 

powinno. Dobre siły, to prawda, ale również złe. My żyjemy jednak zawsze obok duchów i 

różnego rodzaju sił natury, więc dla nas to nic dziwnego. 

Nawet teraz siedzę obok kogoś takiego, pomyślał. Obok sympatycznego i przyjaznego 

małego elfa ziemi (zresztą nie tak znowu małego), który jest śmiertelnie przerażony tym, co 

nas otacza. 

Prababka  Theresa.  Na  myśl  o  jej  łagodnym,  ciepłym  uśmiechu  i  serdeczności,  którą 

okazuje  nawet  wówczas,  gdy  upomina  swoje  szalone  prawnuki,  w  oczach  Joriego  pojawiły 

się łzy. Zatęsknił rozpaczliwie, by znowu ją zobaczyć. Ale akurat w tej chwili widoki na to 

miał jak najgorsze. Odwrócił się, udawał kaszel, by otrzeć łzy i zachować męską godność. 

background image

Na Boga, w jaką to straszną awanturę się wplątali? 

Niestety, miało być jeszcze gorzej! 

Spojrzał  na  Tsi-Tsunggę  i  stwierdził,  że  ten  za  chwilę  straci  wszelką  odwagę  oraz 

kontrolę nad sobą, postanowił więc porozmawiać z towarzyszem o czym innym, tak by myśli 

obu nie krążyły wyłącznie wokół strasznej sytuacji, w jakiej się znaleźli. 

– Tsi – zaczął. – Czy ty czujesz to samo co ja? 

– Pragnienie? Głód, strach? Czy czuję, że natychmiast muszę zrobić siusiu, że jestem 

kompletnie opuszczony? 

–  Nie,  nie,  nie!  To  wszystko  jest  oczywiste,  ale  czy  nie  dostrzegasz  czegoś  innego? 

Czegoś przyjemniejszego? Nie? 

– Nie. O co ci chodzi? 

Jori wyciągnął w górę ramiona. 

– Ja czuję się taki łagodny, taki dobry! I silny. Stałem się dobrym człowiekiem, pod 

każdym względem. Jestem niezwyciężony z powodu tej dobroci i wewnętrznej siły. Kocham 

wszystkie stworzenia na świecie, wszystko,  co kiełkuje i  rośnie, wszystkie kamienie, skały, 

każdą najmniejszą grudkę ziemi, płynącą wodę, powietrze, którym oddychamy... 

–  Ja  też,  ale  przecież  zawsze  tak  było  –  powiedział  Tsi-Tsungga  ufnie.  –  Zawsze 

kochałem wszystko w naturze. Miranda także. 

– W porządku, czy jednak zawsze czułeś, że jesteś dobry? I łagodny? 

Tsi zamyślił się. 

– Nigdy nie jestem na nikogo zły. Najwyżej robi mi się smutno. 

Jori skinął głową. 

– To prawda. Taki jesteś. 

A  my  nigdy  tego  naprawdę  nie  ceniliśmy,  pomyślał  z  poczuciem  winy,  elf  ziemi 

natomiast wstał. 

Tsi zaczął się głębiej zastanawiać nad słowami przyjaciela. 

–  Nie,  oczywiście,  że  to  nieprawda.  Potrafię  być  zły.  Od  czasu  do  czasu  bardzo 

rozkosznie jest oddać, jeśli ktoś jest wobec ciebie niedobry. To pewnie mało szlachetne? 

– Rzeczywiście – zachichota! Jori. – Ale bardzo ludzkie. I myślę, że niekiedy również 

słuszne.  Człowiek  nie  powinien  pozwolić,  by  po  nim  deptano,  bo  wtedy  nie  budzi  się  w 

innych ani sympatii, ani dobrej woli. Tylko niechęć. Nie, ale czy wiesz, co ja myślę? Ja nie 

zawsze jestem równie miły i dobry jak ty. Natomiast teraz czuję się jakiś rozjaśniony. Sądzę, 

że  to  dlatego,  iż  znajdowaliśmy  się  tak  blisko  Świętego  Słońca  i  jego  siła  mogła  na  nas 

podziałać. W każdym razie na mnie, jestem teraz jak nowy. Ty żyjesz tutaj dłużej niż ja. 

background image

–  W  Starej  Twierdzy  tak  –  odparł  Tsi  z  goryczą.  –  Tylko  czy  to  mogłoby  stanowić 

przewagę? Dobroczynne światło Słońca aż tam nie dociera. 

– Masz rację. Cóż, jesteś po prostu dobry sam z siebie. 

– Tak – odparł Tsi z tą niezwykłą naturalnością, która go zawsze charakteryzowała. – 

Ale gdyby się tak zastanowić, to przecież żyłem w tym świecie nie tak znowu dużo dłużej niż 

ty. Byliśmy prawie rówieśnikami, kiedyśmy się spotkali. 

– Tak, rzeczywiście. 

Tsi filozofował, wciąż stojąc, i skrobał paznokciami w skalnej szczelinie w nadziei, że 

znajdzie choćby parę kropel wody do zwilżenia warg. Na próżno, wszędzie tylko sucha skała. 

– Wiesz, istoty natury w Starej Twierdzy nie są chyba aż tak miłe, ale stanowią część 

tamtejszych lasów i  pól. A natura sama w sobie nie jest zła. I oni  też nie zawsze byli tacy. 

Musisz pamiętać, że zostali podporządkowani tym strasznym ludziom-jaszczurom... kiedyś w 

przeszłości... 

–  O,  tak.  Silinom,  uff!  Ojciec  i  mama  opowiadali  o  tym.  Prawdopodobnie  twoi 

przodkowie, istoty natury, są z nimi spokrewnieni i przejęli część ich zła. 

–  Właśnie  tak  –  potwierdził  Tsi  z  zapałem.  –  Ale  wiesz,  nie  wszyscy  w  moim 

plemieniu mają w żyłach ich krew. Moja mama na przykład nie miała, pochodziła z czystej 

rasy, uważana była za lepszą od pozostałych. 

– Poza tym jesteś na pół Lemurem – przytaknął Jori. – A oni zostali wyniesieni! Tak, 

mój przyjacielu, ty jesteś dobrą istotą, taki się po prostu urodziłeś. Ty nie potrzebujesz światła 

Słońca.  W  każdym  razie  nie  do  tego  stopnia  co  ja,  pechowiec  Jori,  który  wciąż  wpada  w 

tarapaty. 

Tsi-Tsungga  poczuł  ciepło  w  sercu,  słysząc,  że  Jori  zwrócił  się  do  niego  per  „mój 

przyjacielu”. Wciąż odczuwał rozpaczliwą potrzebę słuchania takich słów. On, bastard, który 

nigdzie  nie  miał  swego  domu,  którego  wszyscy  akceptowali,  ale  nikt  naprawdę  nie  chciał 

dzielić  z  nim  życia.  Bali  się,  zarówno  istoty  natury,  jak  Lemurowie,  elfy,  Obcy,  a  także 

ludzie,  że  któregoś  dnia  zechce  wejść  z  nimi  w  związki  krwi  i  zniszczy  ich  geny.  Był 

wyjątkowy,  jedyny  w  swoim  rodzaju,  po  prostu  Tsi-Tsungga.  Sympatyczny,  miły  i 

spontaniczny,  nikt  jednak  nie  pragnął  mieć  w  swojej  rodzinie  potomka  z  brunatnozieloną 

skórą, przenikliwie zielonymi oczyma i połyskującymi zielenią włosami. 

Niepokój  jak  najbardziej  uzasadniony,  Tsi-Tsungga  bowiem  obdarzony  został 

niezwykłą zmysłowością, był szalenie pociągającym młodzieńcem, zwłaszcza dla niemądrych 

istot rodzaju żeńskiego. 

Falę współczucia Joriego dla samotnego Tsi gwałtownie powstrzymało oświadczenie 

background image

towarzysza: 

– Nie, teraz już dłużej nie wytrzymam! Tylko gdzie mam to zrobić? 

– Na drugą stronę krawędzi oczywiście – odparł Jori. 

– A może ten nocniczek wydaje ci się za mały? 

Tsi roześmiał się, bez skrępowania odsłonił swoją imponującą męskość i skierował ją 

ku otchłani. 

– Zdaje mi się, że na dole widzę jakieś postaci – rzekł z udaną powagą. – Mogę na nie 

nasikać? 

– Postaci, aleś wymyślił! Zapewniam cię, że nikogo tuj nie ma – syknął Jori, siedząc 

wciąż oparty o skałę. – Skąd wzięłyby się tu jakieś postaci? 

– Nie, oczywiście nie, nawet ja to rozumiem, pod nami nie ma absolutnie niczego  – 

odparł Tsi, wrócił i usiadł obok przyjaciela. – Och, jakaż ulga! Żeby tylko jeszcze zdobyć coś 

do picia. Język zamienił mi się w ścierny papier, a żołądek jest jak pusta dziura. 

–  Mój  także.  To  znaczy  język.  Nie  mogę  nim  poruszać.  A  poza  tym  chcę  ci 

powiedzieć,  że  dziura  jest  na  ogół  pusta,  ale  nie  będę  małostkowy.  Trochę  jedzenia 

rzeczywiście by się przydało. Albo trochę ciepła. Albo jakiś ratunek. 

– Jesteś piekielnie wymagający – krzywił się Tsi-Tsungga. – Ja proszę o dużo mniej, 

wystarczyłby mi niewielki cud. Jakaś droga, którą moglibyśmy stąd wyjść. Ale nie wygląda 

na to, żeby coś takiego się tu znajdowało. Ani z jednej, ani z drugiej strony. 

– Nie. 

Przez dłuższy czas siedzieli pogrążeni w ponurych myślach. 

Jori zastanawiał się nad swoim życiem. Ojciec i mama mieli w związku z nim wielkie 

ambicje, a on często kłócił się, że sam potrafi decydować o swoim życiu. 

Teraz żałował, że nigdy im nie okazywał, jak bardzo ich kocha. Tata Uriel, który, jak 

mówią,  był  niegdyś  prawie  aniołem,  gotowym  do  wstąpienia  w  wymiar  przeznaczony  dla 

tych  bezcielesnych  istot,  wybrał  życie  na  ziemi  z  miłości  do  szalonej  matki  Joriego,  Taran. 

Och, jakież to romantyczne! 

Ciekawe, czy ojciec kiedyś tego żałował? Jori uważał, że nie. Jeśli istniała na świecie 

jakaś zakochana para, to byli to jego rodzice. 

I  czyż  Królestwo  Światła  nie  jest  więcej  warte  niż  krążenie  po  nieboskłonie, 

wykrzykiwanie „alleluja” i sławienie Boga, który po prostu śpi, kompletnie obojętny na to, co 

się dzieje na Ziemi? 

Nie,  nie  wolno  tak  myśleć,  to  bluźnierstwo,  ojciec  tego  nie  lubi.  Mimo  wszystkich 

niezwykłych zmian w swoim życiu, ojciec zachował wiarę. Jori szanował to, chociaż on sam 

background image

bardziej wierzył w oddziaływanie Świętego Słońca. 

Jori miał zostać Strażnikiem, to jedna z najwyższych godności w Królestwie Światła. 

Strażnik  to  nie  tylko  policjant,  to  dużo,  dużo  więcej.  Dotychczas  Jori  zdołał  zostać  jedynie 

strażnikiem przez małe s, ale jego czas nadejdzie. 

Miał nadejść. 

Teraz  jednak  on  sam  pozbawił  się  wszelkiej  przyszłości.  Wyprawił  się  w  tę  szaloną 

podróż,  pociągając  za  sobą  niewinnego  Tsi,  napełniając  smutkiem  i  strachem  serca 

najbliższych. Ojca i mamy, dziadka i babci, Theresy... 

Tsi-Tsungga drgnął. Nerwowo uderzył przyjaciela w ramię. 

– Jori, Jori – szepnął gorączkowo. – Czy słyszysz to samo co ja? 

Nasłuchiwali. Spoglądali po sobie, wytrzeszczając oczy. 

– Uff – jęknął Tsi bezdźwięcznie. 

Poprzez wycie wichru docierało do nich coś, co mroziło im krew w żyłach. 

Jakieś  groteskowe,  szumiące,  parskające  dźwięki,  jakby  je  wydawał  cały  tłum 

piekielnych istot. 

– A jednak ktoś tutaj jest – mruknął Jori. – Na tych gładkich górskich ścianach? Ktoś, 

kto wyłonił się z otchłani? 

Oczy Tsi zrobiły się okrągłe ze strachu. 

– Odważymy się spojrzeć poprzez krawędź, Jori? 

Jego towarzysz przełknął ślinę. Chodzi o to, by uchronić odwagę nas obu, pomyślał. 

Jak jednak uchronią odwagę, której nie ma? Przynajmniej we mnie. 

Pochylili się do przodu i spojrzeli w dół. 

– Och, nie – szepnął Jori. – O, nie, nie. 

Zdjęci grozą spoglądali na to, co ukazało się ich oczom. 

Jak widać, nikogo nie oszukali pustą gondolą. Przynajmniej nie na długo. 

background image

Samotny Gondagil dobrze się czuł w towarzystwie Czika. Wiewiórka to podskakując 

biegła u jego boku, to siedziała na jego ramieniu. Podążali szybko naprzód, Gondagil wiedział 

bowiem dobrze, że nie mają czasu do stracenia. 

Wziął jedzenia na wiele dni, zabrał też wszystko, co, jak sądził, mogło mu się przydać. 

Wszystko, co Miranda dała mu, zanim wydarzyła się katastrofa i dziewczyna została od niego 

zabrana.  Zbadał  dary  dokładnie,  z  wyjątkiem  tej  lornetki,  którą  odważył  się  wyjąć  dopiero 

teraz, wiedział, że jest w posiadaniu wielu cennych przedmiotów, które z pewnością pomogą 

mu nie raz. Niczego nie pokazał żadnemu Waregowi. Strzegł swojej własności, jakby to było 

złoto. 

Właściwie chyba jeszcze bardziej, bo na co by mu się tutaj zdało złoto? Wysoko cenił 

sobie na przykład linę, którą Miranda nazywała sznurem  elfów. Dostała kawałek od Dolga, 

wyjaśniła Gondagilowi. 

Lina nie była długa, Miranda zdążyła mu ją jednak zademonstrować. Otóż sznur mógł 

się  rozciągać  zgodnie  z  życzeniem  właściciela.  Czyż  człowiek  poruszający  się  po 

pustkowiach mógł otrzymać cenniejszy dar? 

Obaj z Czikiem gnali do przodu, jakby ich ktoś gonił. Szybciej nie można się chyba 

poruszać  po  tych  kamienistych  przestrzeniach.  Dawno  temu  opuścili  wszystko,  co  mogło 

przypominać siedziby i osiedla, a także wszelkie ukryte nory zwierząt. Znajdowali się teraz w 

głębi  przerażającego  obszaru,  na  którym  żadne  rozsądne  stworzenie  nie  chciałoby  postawić 

stopy. 

Gondagil  jednak  musiał.  Bo  może  gdzieś  tutaj,  w  tych  niebieskoczarnych  górach, 

które otaczały go ze wszystkich stron, znajdowała się Miranda. 

Gondagil dużo lepiej widział w ciemnościach niż ludzie z Królestwa Światła. Wiedział 

również, jak należy się chronić przed ewentualnymi obserwatorami, wypatrującymi z wysoka. 

Patrzył, jak gondola była wciągana pomiędzy szczyty, słyszał o ludziach, którzy podejmowali 

próbę wejścia na ten teren, zawsze jednak natychmiast porywały ich złe triumfujące duchy i 

żaden ze śmiałków nigdy nie powrócił. 

Gondagil  znał  właściwą  drogę.  Przed  wieloma  laty  opowiadał  mu  o  niej  dziadek. 

Chłopiec zapamiętał wszystkie szczegóły, ponieważ w tamtych czasach, kiedy był dzieckiem, 

uważał,  iż  zbadanie  Gór  Czarnych  mogłoby  być  pełną  napięcia  przygodą.  Kiedy  był 

dzieckiem...? Czy to naprawdę tak dawno temu? Miał wrażenie, że dopiero co. 

background image

Teraz  jednak  wyprawa  nie  wydawała  mu  się  przygodą.  Widział  ją  jako  absolutną 

konieczność,  zdawał  sobie  też  sprawę,  że  najpewniej  przypłaci  ją  życiem.  Jednak 

świadomość, że być może Miranda znajduje się tutaj w strasznym niebezpieczeństwie, dawała 

mu niezbędną odwagę. 

Nie chciał nawet pomyśleć, że dziewczyna prawdopodobnie straciła już życie. 

Szli przez wiele dni i nocy, on i Czik. Zatrzymywali się na odpoczynek tylko wtedy, 

kiedy nogi nie chciały ich już nieść. Przesypiali parę godzin i spieszyli dalej. 

Czik  wiedział,  o  co  chodzi,  Gondagil  mógł  bez  problemów  komunikować  się  z 

wiewiórką. Czik tęsknił za swoim panem tak samo, jak mężczyzna pragnął odzyskać swoją 

kobietę. 

W  tych  rzadkich  przypadkach,  kiedy  zatrzymywali  się  na  odpoczynek,  zdążył 

przemyśleć własny stosunek do Mirandy. 

Tyle się w nim zmieniło od czasu, kiedy ją spotkał. Ona wydobyła z niego najlepsze 

cechy.  Sam  był  trochę  zdumiony  tym,  jak  bardzo  począł  się  różnić  od  prymitywnego  Ha-

rama. Dawniej się tym nie przejmował. Miranda postawiła wszystko w jaśniejszym świetle. 

Tak  cudownie  było  się  przekonać,  że  on  sam  stał  się  dużo  bardziej  wartościowy,  że  mógł 

mierzyć się z nią pod względem intelektualnym, on, który w kraju Timona nigdy nie miałby 

takich możliwości. Teraz wiedział, że jest równy najmądrzejszym. 

No  i  inne  uczucia,  które  wzbudziła  w  nim  Miranda.  Czułość,  pragnienie,  by  się  nią 

opiekować, chronić ją. 

I jeszcze więcej... Teraz, kiedy siedział w najdzikszym pustkowiu, przypominał sobie 

dokładnie, co przeżywał kiedy trzymał ją w ramionach. 

Zaczął  być  świadomy  swego  ciała  w  zupełnie  inny  sposób  niż  dotychczas.  Kiedy 

przesuwał  ręką  po  barkach,  mięśnie  grały  mu  pod  skórą.  Jego  uda  były  twarde  i  silne, 

wyćwiczone podczas licznych wędrówek po lesie, brzuch płaski i jakby podzielony twardymi 

mięśniami. Miranda wzbudziła w nim także bardziej mroczne instynkty. Teraz, kiedy o niej 

myślał,  odczuwał  rozkoszne  mrowienie  w  ciele,  mrowienie,  które  koncentrowało  się  w 

jednym  punkcie.  Dawniej  także  od  czasu  do  czasu  przeżywał  coś  podobnego  nad  ranem, 

nigdy  jednak  w  taki  sposób  jak  teraz.  Teraz  było  to  silniejsze,  bardziej  podniecające,  krew 

pulsowała  w  nim  boleśnie  i  oczyma  duszy  widział  Mirandę,  przypominał  sobie,  jak  bluzka 

napina się jej na piersiach. Albo wtedy, kiedy leżała przy nim na skale tak blisko, tak blisko... 

– Chodź, Czik, musimy iść dalej – rzekł krótko. 

Kiedy  mężczyzna  jest  kompletnie  sam,  myślenie  o  swojej  kobiecie,  której  nie  może 

dotknąć, sprawia wielki ból. 

background image

Zresztą czy Gondagil ma prawo nazywać Mirandę „swoją kobietą”? Akurat teraz nie 

był tego taki pewien. Do niczego jeszcze między nimi nie doszło. Kilkakrotnie trzymał ją w 

ramionach, dotykał policzkiem jej policzka, ale nic więcej; wiedział, że ona odczuwa to samo 

co on: oddanie, zrozumienie i... Owszem, wierzył, że jej miłość jest równie silna jak jego. W 

tej chwili jednak nie był tego taki pewien. Ludzie z niemieckiego plemienia zamieszkującego 

sąsiednią  krainę  opowiadali  sporo  o  Górach  Czarnych  tamtego  dnia,  kiedy  odwiedzili  ich 

Waregowie  i  wysłannicy  z  Królestwa  Światła.  Pewien  człowiek,  mówili,  dawno  temu 

wyruszył  do  Gór  Umarłych,  dokładnie  tą  samą  drogą,  którą  teraz  szedł  Gondagil.  Tamten 

mężczyzna  nie  odważył  się  zajść  zbyt  daleko,  opowiadał  jednak  o  silnych  prądach 

powietrznych,  o  niemal  nieznośnym  przyciąganiu  ze  strony  górskiego  świata.  Słyszał 

dzwoniące  głośne  śmiechy  pomiędzy  szczytami  i  widział  owe  błyski  światła  rozrywające 

mrok wokół niego. Nagle został jakby wessany w zupełnie nieprzeniknioną ciemność. Był to 

jednak człowiek bardzo silny, zdołał się mocno uchwycić najpierw kamienia, a potem otoczył 

ramieniem ostatnie drzewo, które rosło przy „ścieżce”. Nie była to żadna ścieżka ani droga, 

po prostu lekkie zagłębienie w skale wiodące do siedziby tego czegoś przerażającego. Kiedy 

wlókł się z powrotem krok za krokiem, słyszał żałosne, płaczliwe wołania, wydawało mu się, 

że  to  męski  głos  zawodzi,  słów  jednak  nie  zdołał  zrozumieć.  W  końcu  udało  mu  się  jakoś 

wydostać  z  niebezpiecznej  strefy  i  dotrzeć  do  miejsca,  do  którego  ta  wsysająca  siła  już  nie 

sięgała. Stamtąd, jak tylko mógł najszybciej, popędził do rodzinnej osady. Całe to wydarzenie 

jednak  bardzo  go  wyczerpało  i  nadszarpnęło  jego  zdrowie,  ledwie  pół  roku  po  swojej 

niefortunnej wyprawie zmarł. 

Ale kto w takim razie mógł był opowiedzieć legendę o dwóch źródłach? Legendę, o 

której  Ludzie  Lodu  twierdzą,  że  jest  prawdziwa?  Kto  dostał  się  tak  daleko  w  góry  i  wrócił 

stamtąd, by móc ją opowiedzieć? 

Zagadki, zagadki. Góry Czarne pełne były zagadek. 

Wokół  Gondagila  pociemniało.  Czik  skulił  się  na  jego  ramieniu,  mężczyzna  czuł 

łaskotanie miękkiego futerka na policzku. Wiewiórka bała się i szukała opieki u człowieka, 

który ją uratował i mógł doprowadzić do przyjaciela, Tsi-Tsunggi. 

A właśnie, błyski światła... 

Gondagil zastanawiał się. W ciągu ostatnich dni pojawiały się zdumiewająco rzadko. 

Normalnie, kiedy obserwował je z domu, z Doliny Mgieł, rozpłomieniały się wielokrotnie w 

ciągu  dnia.  Odkąd  jednak  zobaczył  gondolę  znikającą  w  Górach  Czarnych,  błyski  mógł 

policzyć  na  palcach  jednej  ręki.  Jeśli  w  ogóle  jakieś  zauważył.  Po  tym  ohydnym, 

triumfującym wyciu śmierci prawie ustały. 

background image

Dlaczego? 

Myśl, która przyszła mu do głowy, poraziła go. A może to dobry znak? Może „oni”, 

kimkolwiek  są,  chcieli,  żeby  ofiary,  które  znalazły  się  w  górach,  czegoś  nie  zobaczyły?  A 

może  chcieli,  żeby  było  kompletnie  ciemno,  wtedy  łatwiej  im  będzie  zwabić  zdobycz  do 

pułapki? 

Jeśli tak było, jeśli Gondagil rozumował prawidłowo... To by oznaczało, że ofiary nie 

zostały jeszcze pojmane? 

Uczepił się mocno tej szalonej myśli, ponieważ dawała nadzieję, że nie przyjdzie za 

późno.  Że  Tsi-Tsungga,  którego  głos  naprawdę  słyszał,  i  jego  młody  towarzysz  oraz 

ewentualnie Miranda wciąż jeszcze żyją. A może po prostu nie zaszli jeszcze wystarczająco 

daleko? 

Mężczyzna z niemieckiej osady wspominał o jakichś błyskawicach, które ustały, kiedy 

on  się  zbliżał.  Gondagil  przypominał  sobie  jak  przez  mgłę,  że  coś  takiego  zostało 

powiedziane, ale może to z jego strony tak zwane życzeniowe myślenie? 

– Czik – powiedział. – Uważam, że ty powinieneś tutaj zostać i czekać. 

Wiewiórka wczepiła się mocniej w jego ramię. 

– Nie, Czik, nie powinienem brać cię ze sobą tam, bo być może nie będę mógł się tobą 

odpowiednio  opiekować. Chciałbym,  żebyś został  tutaj,  gdzie jest trochę  bezpieczniej. A ja 

pójdę i spróbuję przyprowadzić ci twojego przyjaciela. 

Wiedział, że Czik uważa Tsi-Tsunggę za swego przyjaciela, a nie pana i właściciela. 

Ale  wiewiórka  gwałtownie  protestowała.  Parskała  przestraszona  i  zdenerwowana, 

wreszcie Gondagil pojął jej myśli: „Ja jestem mniejsza i bardziej zwinna niż ty. Łatwiej mi się 

schować. I wejdę tam, gdzie ty się nie dostaniesz”. 

Gondagil zastanawiał się. Dla małej wiewiórki on, wysoki, potężny człowiek z dzikich 

pustkowi, był uosobieniem bezpieczeństwa. 

–  Masz  rację  –  rzekł  w  końcu.  –  Rozumiem,  że  cię  nie  przekonam.  I,  oczywiście, 

potrzebuję cię! Zarówno jako towarzysza, jak i pomocnika w chwili konieczności. W takim 

razie idziemy dalej. 

Czik był bardzo zadowolony. Ruszyli przed siebie w tę wciąż gęstniejącą ciemność. 

Nagle Gondagil rzucił się na ziemię. 

– Czik, tam w mroku coś jest, ale nie mogę zobaczyć co. 

Leżeli  bez  ruchu,  przywierając  do  podłoża.  W  oddali  słyszeli  szumiące,  zawodzące 

dźwięki, obce dla nich obu. 

Czik dał znać, że chce zbadać to, co zdziwiło człowieka. 

background image

–  Tak,  ale  ostrożnie  –  upomniał  Gondagil.  –  Nie  może  ci  się  tutaj  nic  stać,  wiesz  o 

tym! 

Samotna, zabłąkana wiewiórcza dusza przyjęła jego słowa z wdzięcznością. 

Czik  ruszył  przed  siebie  w  krótkich,  jakby  niepewnych  podskokach.  To,  do  czego 

zmierzał, leżało troszkę w bok od ich szlaku. Pośrodku gęstych, kłujących zarośli. 

Wiewiórka podchodziła ostrożnie, a potem nagle zawróciła i bardzo szybko przybiegła 

do Gondagila. Nie doszła do samego celu. Parskała podniecona. 

– Cicho, cicho – szeptał Gondagil. – Mogę przecież czytać w twoich myślach, wiesz o 

tym, nie powinniśmy niepotrzebnie zwracać na siebie niczyjej uwagi. 

Czik umilkł i Gondagil powoli przyjmował do wiadomości jego meldunek: 

– Co ty mówisz, nie, nie myślisz tak naprawdę! „Tam leży ta nowa, piękna gondola 

Tsi. Ta, w której tutaj przylecieliśmy i z której wypadłem. Leży, ale nikogo w niej nie ma”. 

Chodź, Czik, musimy to obejrzeć! Jesteś naprawdę zdolny, dziękuję ci bardzo! 

Gondagil podczołgał się na brzuchu do pojazdu, ostrożnie obserwując, czy gdzieś tutaj 

nie zastawiono pułapki. Przezorności nigdy za wiele. 

Kierował swoje myśli do Czika, starając się jednocześnie uważnie oglądać ten dziwny 

pojazd, coś, o czym Miranda mu opowiadała i co widział niedawno. Teraz, kiedy znalazł się 

bardzo blisko, zrozumiał, że to imponujące urządzenie. 

„Czik,  dlaczego,  u  licha,  to  tutaj  leży?  Czy  oni  z  tego  wyszli  właśnie  tu,  czy  też 

wypadli wcześniej, jak ty? Nie, w to nie wierzę. Spójrz na te rysy po otarciu o twardą skałę. 

Pojazd  narażony  był  na  wiele  uderzeń.  Patrz,  powyginane  po  obu  stronach,  musiało  nim 

rzucać w tę i z powrotem...” 

Gondagil  uniósł  głowę  i  patrzył  na  wysokie  ściany,  zamykające  dolinę  przed  nimi. 

„Sądzę, że pasażerowie znajdowali się w środku, Czik. Wydaje mi się, że pojazd doleciał tam 

i... Wiesz, mam uczucie, jakby został z powrotem... wypluty. Rozumiesz, o co mi chodzi?” 

Teraz  zamknął  swoje  myśli  przed  Czikiem.  Nie  chciał  mu  przekazywać,  czego  się 

obawiał: że ci, którzy znajdują się w górach, przyciągnęli do siebie gondolę z ludźmi, a potem 

odrzucili ją jako... niestrawną. 

Nie, to zbyt makabryczne, to się nie mogło stać! 

„Ukryjemy  gondolę,  Czik,  pomożesz  mi?  Mam  wrażenie,  że  pojazd  wyszedł  z  tego 

wszystkiego w stosunkowo dobrym stanie. Różne pęknięcia i załamania, ale nie wygląda to 

groźnie. I wszystkie te dziwne rzeczy (miał na myśli instrumenty) są chyba nie uszkodzone”. 

Gondagil  z  tęsknotą  gładził  pojazd,  przykrywając  go  gałęziami  i  ziemią.  Bardzo  by 

chciał coś takiego mieć. Naprawdę bardzo. Pomyśleć, jakie wielkie oczy zrobiliby ludzie w 

background image

Dolinie  Mgieł!  I  czego  z  czymś  takim  można  dokonać!  Mógłby  oglądać  z  góry  całe 

Królestwo  Ciemności,  widzieć,  którędy  chodzą  zwierzęta,  wiedzieć,  gdzie  ukrywają  się 

wrogowie... 

Mógłby ich atakować z powietrza. Mógłby... 

Wyprostował się. 

Nie wiedział przecież jednak, jak się z tym obchodzić. 

Jedyne  co  widział,  to  to,  że  pojazd  jest  bardzo  kolorowy,  chociaż  w  mroku 

niedokładnie odróżniał barwy. Polubił to urządzenie i trudno mu było się od niego oddalić. 

Gondagil  był  szlachetnym  stworzeniem.  To  jasne,  że  pragnął  posiadać  pojazd,  ale 

nawet przez moment nie przyszło mu do głowy, że lepiej byłoby dla niego, gdyby właściciele 

nigdy się nie znaleźli. 

Nie, całym sercem pragnął odszukać i uratować nieszczęsnych. Razem z nimi mogła 

być Miranda, ale nawet gdyby jej nie było, pragnął nieść pomoc. Jeden z zaginionych to jej 

przyjaciel i towarzysz Czika i chociaż sprawiała mu ból myśl, że Miranda ma oprócz niego 

jeszcze innych przyjaciół, godził się z tym. Przecież znała ich, zanim spotkała jego, zanim w 

ogóle dowiedziała się, że Gondagil istnieje. 

O tym drugim nie wiedział nic, nic ponad to, że ma młody i radosny głos. 

Zresztą mogło ich lecieć więcej w tym dziwnym, obcym pojeździe. 

Kiedy  gondola  została  starannie  ukryta,  wyruszyli  dalej  ku  przerażającej,  gęstej 

ciemności. 

Nigdy  nie  znajdował  się  w  aż  tak  upiornej  części  Królestwa  Ciemności.  Tu  i  tam 

napotykał  drzewa,  ale  wszystkie  były  martwe,  miały  tylko  szare,  nagie,  połamane  gałęzie. 

Wszędzie leżało mnóstwo wielkich kamieni i głazów, miał wrażenie, że ukrywają się za nimi 

straszne,  złowieszcze  istoty.  Czające  się,  gotowe  rzucić  się  na  każdego,  kto  wejdzie  im  w 

drogę. 

Nie,  to  przecież  tylko  okropne  historie,  które  słyszał  w  dzieciństwie!  Nie  może  się 

ośmieszać! 

Ale  w  tej  okolicy  nie  było  nic  śmiesznego.  Wszystko,  co  widział,  budziło  w  nim 

grozę, wymagało całej odwagi, jaką potrafił z siebie wykrzesać. 

Zmuszał się, by iść dalej. 

– Czik, tu wieje – mruknął do towarzysza i mocniej przytulił do siebie wiewiórkę. – A 

myślałem,  że  w  naszym  świecie  nie  ma  wiatrów.  Chociaż  człowiek  z  niemieckiej  wsi 

wspominał o czymś takim... 

W następnym momencie poczuł, że jakaś potężna siła ciągnie go naprzód. 

background image

10 

Trzy najmłodsze przedstawicielki dużej rodziny, Berengaria, Sassa i Siska, siedziały z 

Theresą,  niegdyś  księżniczką  z  rodu  Habsburgów,  a  teraz  po  prostu  „babcią  Theresą”. 

Dziwnie było nazywać ją prababcią, skoro wyglądała na osobę trzydziestopięcioletnią. 

– Kochana babciu Thereso, opowiedz nam o nocy świętojańskiej – prosiła Berengaria, 

wnuczka Theresy. Dwie pozostałe dziewczynki nie były w ogóle z księżną spokrewnione, ale 

czuły się również jej wnuczkami. 

Przez twarz Theresy przemknął cień. 

– Ależ kochane dzieci, dzisiaj nie jestem w stanie niczego opowiedzieć! Przecież Jori 

zniknął! 

– I Tsi-Tsungga – dodała Berengaria. – Wiemy o tym i bardzo się o nich martwimy. 

Musimy jednak się czymś zająć, skoro nie pozwolono nam iść szukać zaginionych. 

Theresa zadrżała na myśl o tym, że te trzy delikatne stworzenia miałyby wyruszyć na 

poszukiwania  do  Królestwa  Ciemności.  Wiedziała,  że  bardzo  chętnie  by  się  tego  Pojęły, 

Matko Boska, chroń je od wszelkiego złego! 

Może  więc  lepiej  spróbować  odwrócić  ich  uwagę  od  tej  sprawy?  Rozejrzała  się  po 

pokoju, który umeblowała w starym stylu, na wzór dworu Theresenhof. Był to jedyny pokój 

w tym domu urządzony meblami barokowymi, z epoki jej rodziców. Tu i tam znajdował się 

jakiś przedmiot w stylu rokoko, ale było ich niewiele. Nie mogli przecież zabrać ze sobą w 

drogę wyposażenia domu. Na szczęście w stolicy mieszkali artyści, którzy zrobili co trzeba 

według wskazówek Theresy. 

Pokój prezentował się naprawdę bardzo pięknie, Theresa go kochała. Zwykle jednak 

przebywała w supernowoczesnych pomieszczeniach w innych częściach domu. 

Westchnęła cicho. Jej córka, Tiril, oraz zięć Móri przeżywali za młodu wiele bardzo 

niebezpiecznych przygód. Wtedy jednak często ona sama i przyjaciel Erling im towarzyszyli. 

Potem Theresa wyszła za Erlinga za mąż i razem zaopiekowali się dwojgiem dzieci, Rafaelem 

i Danielle, rówieśnikami jej własnych wnuków: Dolga, Villemanna i Taran. Boże, cóż to była 

za młodzież i w jakie wdawała się awantury! Teraz wszyscy przebywali w krainie spokoju, w 

Królestwie Światła, i Theresa miała nadzieję na trochę wytchnienia. Ale nic z tego! Kolejne 

pokolenie okazało się najbardziej szalone ze wszystkich. 

Przed  kilkoma  dniami  rodzinę  dotknęło  straszne  nieszczęście.  Jori,  ukochany  i 

niezwykle  żywotny  syn  Taran  i  Uriela,  zaginął.  A  razem  z  nim  Tsi-Tsungga,  istota  natury, 

background image

którego  Theresa  dobrze  znała  i  bardzo  lubiła,  wiedziała  jednak,  że  nie  będzie  dla  Joriego 

wsparciem. Raczej wręcz przeciwnie. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  trzy  dziewczynki  siedzą  i  czekają  na  opowieści  o 

świętojańskiej nocy. 

Theresa i  Erling prowadzili w Królestwie Światła bardzo szczęśliwe życie. Jedynym 

zmartwieniem  były  niepohamowane  wyczyny  wnuków  i  prawnuków.  Ledwo  zdołano 

sprowadzić  z  zewnętrznego  świata  Móriego  oraz  Dolga,  a  piątka  młodych  zwiastunów 

nieszczęścia zaczęła łamać wszelkie zakazy. Potem Elena wdała się w jakąś straszną historię 

z  mieszkańcami  miasta  nieprzystosowanych,  a  teraz,  kiedy  trzeba  było  naprawiać  szkody, 

jakie  ściągnęła  na  siebie  Miranda  na  zewnątrz,  w  Królestwie  Ciemności,  powstało  nowe 

zamieszanie. No i wreszcie Jori... 

Czy nigdy nie będzie temu końca? 

Błądząc  myślami  gdzie  indziej,  Theresa  zaczęła  opowiadać  o  dziwnych  ludowych 

wierzeniach ze świata swojej młodości. 

–  Jest  w  roku  kilka  takich  dni,  kiedy  ludzie  uważają,  że  powinni  być  szczególnie 

ostrożni.  Bo  w  te  właśnie  dni,  a  zwłaszcza  w  następujące  po  nich  noce  wszelkie  złe  siły 

wychodzą z ukrycia. 

– Złe? – zapytała Sassa z Ludzi Lodu. – Jak to? 

Och,  jak  zdołam  jej  wytłumaczyć  coś  takiego?  zastanawiała  się  Theresa.  Te  dzieci 

przecież dorastają w otoczeniu duchów i traktują je jak przyjaciół. 

–  Dawniej  ludzie  byli  bardzo  przesądni  –  rzekła  wymijająco.  –  Wszystkiego  się 

obawiali.  Wierzyli,  że  w  ciemnościach  kryją  się  okropne  stworzenia,  że  trzeba  się  mieć  na 

baczności i robić wszystko, by nie zetknąć się z mieszkańcami podziemi. No cóż, z tych tak 

zwanych  niebezpiecznych  dni  trzeba  wymienić  wieczór  Valborgi,  czyli  po  niemiecku 

Walpurgisnacht,  noc  Walpurgi,  trzydziestego  kwietnia.  Wtedy  wychodzą  na  świat  istoty 

zajmujące się czarami, tak ludzie opowiadali. Wiedźmy i  inne takie stworzenia. Gorzej  jest 

jednak w noc środka lata, tę noc, do której się właśnie zbliżamy. Po norwesku nazywano ją 

Jonsoknatt,  w  innych  krajach  nocą  sobótkową  albo  nocą  świętojańską.  Ja  znam  ją  jako 

Johannisnacht. Ludzie wierzyli, że wtedy wszystko w naturze budzi się do życia, również to, 

co  nie  powinno.  A  ten,  kto  tej  nocy  przebywa  poza  domem,  musi  chronić  się  amuletami  i 

zaklęciami, by nie wpaść we władzę niewidzialnych sił. 

– Ależ ludzie byli głupi – stwierdziła Berengaria. 

– Oczywiście! W Skanii, w Szwecji, znajdował się na przykład wielki kamień, zwany 

Maglehen.  Wierzono,  że  niekiedy  nocą  unosi  się  on  w  górę,  a  pod  nim  tańczą  elfy.  Tego 

background image

rodzaju kamienne bloki znajdują się również na Islandii. W niektórych krajach za najbardziej 

niebezpieczną noc w roku uważana jest noc Wszystkich Świętych, następująca po pierwszym 

dniu  listopada.  Poza  tym  obchodzona  bywa  noc  świętej  Łucji,  która  wypada  trzynastego 

grudnia. Wtedy po świecie błądzą gromadami różne duchy. Rzecz jasna, taką wyjątkową porą 

jest  również  noc  wigilijna,  dawniej  wierzono,  że  zmarli  odprawiają  wtedy  nabożeństwa  po 

kościołach. No i jeszcze dzień, w którym wszystkie czarownice wyruszają na sabat na górze 

zwanej  Blokksberg.  I  tak  dalej.  Wracając  jednak  do  nocy  świętojańskiej,  to  wiąże  się  z  nią 

piękna  tradycja.  Młode  dziewczyny  wychodzą  wieczorem,  by  zebrać  siedem  rodzajów 

kwiatów, najlepiej u rozstaju dróg. Kładą je sobie potem pod poduszkę. Nikomu nie należy 

mówić,  że  się  te  kwiaty  zebrało.  Ludzie  powiadają,  że  w  nocy  przyśni  się  takiej  pannie 

kawaler, za którego wyjdzie za mąż. 

– To ja tak zrobię! – zawołała Sassa pospiesznie. 

– I ja też – przyłączyła się Siska, czarująca mała księżniczka z Królestwa Ciemności. 

Siedziała przytulona do Theresy, którą uwielbiała, i wpatrywała się w nią swoimi ogromnymi 

szarymi oczyma. Theresa zawsze na widok Siski odczuwała tkliwość w sercu. Co mogłabym 

uczynić dla tego dziecka? zastanawiała się. Wiem, że znakomicie jej się powodzi u Sassy i jej 

dziadków, Ellen i Nataniela. Wiem też, że Berengaria jest jej „starszą siostrą” i  idolem,  ale 

człowiekowi  robi  się  smutno  na  myśl  o  tym,  co  musiała  w  życiu  przejść!  Mała  córeczka 

wodza, która miała zostać zhańbiona i zamordowana przez owładniętych żądzą mężczyzn z 

własnego plemienia, a potem złożona w ofierze. Po tym  wszystkim  nigdy  chyba nie będzie 

mogła wrócić do kraju dzieciństwa. 

Zresztą do tej pory mała nie okazywała najmniejszej  tęsknoty za rodzinnym krajem. 

Zapomniała o swoich manierach księżniczki, rzadko już wspominała, że w rodzinnej osadzie 

była boginią. Mimo to człowiek chciałby coś dla niej uczynić. 

Berengaria rzekła wyniośle: 

– Ja też tak zrobię. Dobrze byłoby wiedzieć. 

O, ty zawsze dasz sobie radę, pomyślała Theresa. Chłopcy w mieście Saga już dawno 

kręcą się koło twojego domu. Siska znajdzie wielbicieli za parę lat, mogę to zagwarantować. 

Jest przecież taka śliczna. 

Gorzej  ma się sprawa z  Sassa, najmłodszą. Marco dokonał  cudu, usuwając brzydkie 

blizny z jej twarzy, ale dziewczynka pozostała nieśmiała, więc głupi młodzi chłopcy pewnie 

nie zauważą, jaka jest ładna. 

Ale ona ma jeszcze dość czasu. Być może z latami nabierze pewności siebie. Już teraz 

jest dużo lepiej niż wtedy, kiedy razem z Mórim, Dolgiem i członkami Ludzi Lodu przybyła 

background image

do Królestwa Światła. Uff, nigdy nie nauczę się, że Dolg nazywa się teraz Dolgo, to imię na 

zawsze pozostanie dla mnie obce. Zresztą wiem, że inni też się na to jego nowe imię zżymają. 

Czy nie mogą Włosi nazywać go sobie Dolgo, a my pozostać przy swoim przyzwyczajeniu i 

zwracać się do niego per Dolg? Muszę porozmawiać o tym z Ramem. I oczywiście również z 

Dolgiem. 

Dziewczęta  miały  tysiące  pytań  w  sprawie  niewidzialnych  istot.  Theresa  musiała 

siedzieć i opowiadać im o huldrach i wiedźmach, o gnomach, trollach i innych takich, ale jej 

myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. 

Bardzo się martwiła o Mirandę. Wiedziała, że dziewczyna rozmawia teraz z Ramem 

na  temat  możliwości  podjęcia  nowej  podróży  na  zewnątrz.  Ona  się  nigdy  nie  podda.  Czy 

świadomość,  że  w  pośpiechu  pracują  nad  nowym  otworem  w  murze,  nie  może  jej 

wystarczyć? 

Ale dla Mirandy liczyła się każda minuta. Theresa wiedziała zresztą dlaczego. Jeden 

dzień tutaj to w Królestwie Ciemności dwanaście dni. Dla młodej dziewczyny zakochanej w 

mężczyźnie stamtąd różnica czasu musiała być udręką. 

Na  dawnym,  zewnętrznym  świecie  opowiadanie  o  istotach  natury  nie  było  żadną 

sztuką. Ale co można mówić komuś, kto wie, że takie istoty naprawdę istnieją? Przecież te 

dziewczynki  spotykają  się  z  duchami  i  innymi  stworzeniami  jako  z  czymś  zupełnie 

oczywistym. 

Theresa westchnęła i odpowiedziała Berengarii: 

– Nie, to głupia historia. Przecież ktoś, kto zetknął się z elfami, doświadczył jedynie 

życzliwości. Popatrz tylko na Dolga, który żył wśród elfów przez dwieście pięćdziesiąt lat i 

któremu one nie zrobiły nic złego, wprost przeciwnie! 

Ach, Święta Maryjo, Matko Boża, to nie jest wcale łatwe! Zwłaszcza dla mnie, która 

zachowałam gorącą katolicką wiarę. Powinnam przecież powiedzieć dziewczynkom, że żadne 

czary nie istnieją, a jeśli  są, to  należą do szatana. Ale jak mam im to  wyjaśnić? Przecież na 

przykład  teraz  poszukujemy  również  Tsi-Tsunggi.  Mam  tego  radosnego,  wrażliwego, 

obdarzonego  gorącym  sercem  chłopca  nazwać  pomiotem  szatana,  którego  powinny  się 

wystrzegać? 

To  by  było  bezlitosne.  Nie  mogę  też  prosić,  by  trzymały  się  z  daleka  od  duchów 

Móriego czy duchów Ludzi Lodu. Albo żeby omijały Madragów, chociaż oni należą do innej 

klasy, nie są duchami, są istotami stworzonymi przez Boga bardzo, bardzo dawno temu. W 

Królestwie Światła znajduje się mnóstwo różnych istot, a wszystkie są naszymi przyjaciółmi 

Czy mam mówić, że to potępieńcy? Duchy odepchnięte łagodną ręką Pana? 

background image

Święta Panienko, przecież nie mogę tego zrobić. Wchodzę w konflikt z tym, co ustalili 

ojcowie Kościoła, twierdząc, że wszystko, co niewidzialne dla zwykłych ludzi, jest złe, i tym, 

co czytamy w Biblii o dobroci Boga wobec wszelkiego stworzenia na tej Ziemi. 

Wybacz  mi,  jeśli  popełniam  błąd.  Uważam  jednak,  że  to  ostatnie,  iż  należy  być 

dobrym dla wszystkiego, co istnieje na Ziemi, jest właściwe i najbardziej godne Ciebie oraz 

Pana Naszego. 

Pożegnała  się  z  dziewczynkami,  które  pobiegły  zbierać  kwiaty.  Usłyszała  jeszcze 

słowa Berengarii: 

– Nie chce mi się chodzić daleko. Czy myślicie, że jeśli włożę pod poduszkę kwiaty z 

ogrodu,  to  wróżba  będzie  ważna?  A  dwie  krzyżujące  się  żwirowane  alejki  chyba  mogą 

uchodzić za rozstajne drogi? 

Theresa uśmiechnęła się. Cała Berengaria! Ze wszystkiego próbuje się wywinąć tanim 

kosztem. 

Rozejrzała się po swoim pięknym pokoju i jak zwykle doznała wyrzutów sumienia. 

Czy ja mam do tego wszystkiego prawo? Co właściwie mówi nasz Pan na temat tego 

życia  poza  czasem  i  przestrzenią?  Czy  oszukaliśmy  Boga  i  Śmierć  oraz  wszystko  to,  co 

naturalne? 

Czy mamy prawo być tacy szczęśliwi? 

Theresa  została  wychowana  w  lęku  przed  piekłem.  Dekalog  zabraniał  jej  uznawać 

innych  bogów  poza  tym  jednym.  Wiara  w  Chrystusa  i  kult  Dziewicy  Maryi,  i  święci 

oczywiście  też,  bo  oni  są  pośrednikami  pomiędzy  człowiekiem  a  Bogiem.  Mogą  więc 

wstawiać się u niego za grzesznymi ludźmi. 

Mieszkańcy  Królestwa  Światła  jednak  przekroczyli  wszystkie  granice.  Piekło,  jak 

można się bać piekła po śmierci, skoro człowiek może żyć wiecznie? Jak wierzyć w karzące 

archanioły, które odróżniają zło od dobra? W Królestwie Światła nie istnieje przecież żadne 

zło, tylko ci z miasta nieprzystosowanych nie pogodzili się z panującymi tutaj warunkami i 

tęsknią do zewnętrznego świata. Zresztą oni też nie są źli, chociaż czasami przychodzą im do 

głowy niewłaściwe pomysły. 

Wiara  i  poglądy  Theresy  doznawały  wstrząsów,  od  kiedy  się  tutaj  znalazła.  Mimo 

wszystko nadal miała w domu ołtarzyk, a Erling towarzyszył jej w modlitwach. 

Bardzo by chciała wiedzieć, co Bóg o tym wszystkim sądzi. 

Ale Pan zachowywał milczenie. 

Może  to  dobry  znak?  Theresa  wolała  przyjąć,  że  tak  właśnie  jest.  Wtedy  jej  życie 

byłoby pełne. 

background image

Gdyby tylko chłopcy... 

Nie, nie była w stanie myśleć, co mogło się z nimi stać. Tak długo się o nich martwiła, 

że teraz musi zacząć myśleć o czym innym albo zwariuje. 

Chciała tylko patrzeć na swój fantastyczny ogród, zagłębić się w jego urodzie i czuć, 

że w Królestwie Światła nie istnieje żadne zło. 

 

Theresa nie wiedziała jeszcze o strachu i gorączkowym niepokoju elfów. 

Trudno  im  się  było  skoncentrować  na  przygotowaniach  do  nadchodzącej  nocy. 

Zapowiadało  się,  że  najbardziej  czarodziejska  noc  w  roku  może  się  przemienić  w  koszmar 

trudny do pojęcia. 

Duchy  Ludzi  Lodu  i  Móriego  nic  o  tym  wszystkim  nie  wiedziały,  one  żyły  swoim 

życiem w innej części królestwa. Natomiast elfy i pozostałe istoty natury ogarniał niepokój, 

chociaż  złe  przeczucia  miały  nie  tylko  one.  Daleko  na  bagnach  i  mokradłach  małe  istotki 

zastanawiały  się  nad  tym  nowym,  co  wdarło  się  do  ich  bezpiecznego  świata,  ale  nie  miały 

odwagi rozmawiać z karłami ani leśnymi krasnoludkami, ani z elfami, nie wiedziały, że oni 

wszyscy mają te same zmartwienia. 

Był  jednak ktoś,  kto  martwił się bardziej, wiedział  bowiem  więcej  o tym strasznym, 

nie miał tylko odwagi nikomu tego powiedzieć. 

A noc świętojańska się zbliżała. 

background image

11 

W świecie zewnętrznym wysoko ponad Ziemią wisiał księżyc. Nie miał akurat teraz 

wielkiej siły, ponieważ była noc świętojańska, najkrótsza noc w roku. 

Z  letniskowego  domku  w  wyludnionych  okolicach  Skandynawii  wyszła  kobieta. 

Zatrzymała  się,  wchłaniając  w  siebie  niezwykłe  zapachy  nocy,  ciszę,  tajemniczość, 

wpatrywała się w zaczarowany krajobraz. 

Była całkiem sama. Inne domki stały puste, ich właściciele przyjeżdżali tutaj tylko na 

polowania i na Wielkanoc. 

Tej  nocy  wszystko  było  jak  odmienione.  Krzewy  łozy  wokół  działki  kołysały  się 

lekko,  poruszane  niemal  niedostrzegalnym  wiatrem.  Kobiecie  zdawało  się,  że  ukrywają  się 

pod nimi małe podziemne istotki, które ją obserwują. Zadrżała. 

Nikt już w tych czasach nie wierzył w istnienie tego rodzaju stworzeń. Dawno minął 

rok dwutysięczny. Ziemia została zrujnowana przez niczego nie rozumiejących ludzi. Jeszcze 

nadawała  się  do  zamieszkania,  jeszcze  można  było  oddychać,  jeszcze  produkowano  trochę 

jedzenia. Ale zasoby topniały błyskawicznie w miarę przybywania ludzi 

W  Skandynawii  na  razie  panował  względny  spokój.  Księżyc  świecił  nad  rozległymi 

pustkowiami, nie zamieszkanymi lasami i górami, daleko od stłoczonych miast, budowanych 

tak  blisko  siebie,  że  się  ze  sobą  zlewały.  Kobieta  liczyła  sobie  dwadzieścia  siedem  lat, 

nazywano ją Paula. Teraz była dosyć dziwnie ubrana. Miała na sobie tylko długi, niebiesko-

czarny  kaftan  i  sandały  zrobione  z  kilku  rzemieni,  przeciągniętych  pomiędzy  palcami  stóp. 

Nie  przywykła  do  takiego  obuwia,  właściwie  nigdy  w  czymś  takim  nie  chodziła,  kupiła  je 

wyłącznie  na  tę  chwilę  i  teraz  z  trudem  utrzymywała  je  na  nogach.  Na  szyi  zawiesiła 

„alraunę”,  to  znaczy  nie  prawdziwą,  nigdzie  nie  zdołała  takiej  znaleźć,  ale  korzeń  imbiru 

przypominał  do  złudzenia  magiczny  korzeń.  Pospolitej  barwy  popielatoblond  włosy 

umalowała  kruczoczarną  farbą,  twarz  pokryła  wrzaskliwym  makijażem.  W  tajemniczym 

woreczku trzymała różne czarodziejskie rekwizyty. 

Ponieważ nie udało jej się znaleźć prawdziwej księgi czarów, zebrała wszystko, co jej 

zdaniem  mogło  pasować  do  takiej  sytuacji.  Garść  różnego  rodzaju  kamieni,  kupionych  w 

sklepiku z kryształami, które nabyła, nie wiedząc, do czego mogłyby zostać użyte. Miała też 

mały  woreczek  z  prawie  cmentarną  ziemią.  Prawie,  bo  nie  odważyła  się  wejść  za  bramę, 

zebrała ziemię na zewnątrz spod muru. Z pewnością w dawnych czasach pochowano tu kilku 

grzeszników,  myślała  napełniając  woreczek.  Pozostałe  przedmioty  były  jeszcze  bardziej 

background image

dziwaczne. 

W  jej  środowisku  od  dawna  wszyscy  chichotali,  gdy  twierdziła,  że  jest  prawdziwą 

wiedźmą. Nie wiedzieli jednak, co mówią. Wierzenia w wiedźmy i czary, podobnie jak okres 

new age, minęły dawno temu. W dalszym ciągu jednak spotykano takie oryginalne postaci jak 

ona, które pociągała wszelka tajemnica. 

Chociaż  w  przypadku  Pauli  to  raczej  znajomym  należałoby  przyznać  rację.  Jej 

ponadnaturalne zdolności sprowadzały się do tego, że wydawało jej się czasami, iż dostrzega 

jakieś dziwne zjawiska kątem oka, miewała przeżycia typu déjà vu, ale kto ich nie miewa, i 

kilkakrotnie  w  życiu  zdarzyło  jej  się,  że  dokładnie  wiedziała,  co  ktoś  powie,  zanim  się 

odezwał. 

Z pewnością więc jestem czarownicą, myślała. 

Oczekiwała, że tej nocy otrzyma potwierdzenie. 

Potykając  się  w  tych  swoich  spadających  sandałach  i  długim  kaftanie,  brnęła  przez 

trawę  w  stronę  małego  cypla,  który  przypominał  przyrośniętą  do  stałego  lądu  wysepkę, 

przesmyk ziemi był bardzo wąski. Cypel stanowiło wzniesienie pozbawione drzew, chociaż 

dalej wzdłuż brzegu rosły i brzozy, i zarośla łoziny. 

Kiedy Paula stanęła w końcu na szczycie wzniesienia, poczuła, że to bardzo uroczysta 

chwila.  Księżyc  przeglądał  się  w  wodzie,  wszystko  było  spokojne,  mroczne  i  niesamowite. 

Naprawdę odpowiedni nastrój. 

Niech to licho, za dnia te eksperymenty wydawały jej się niesłychanie podniecające! 

Teraz wstrząsnął nią zimny dreszcz strachu. Była tu przecież całkiem sama. A gdyby jej się 

tak naprawdę udało? 

Udało się, co? 

Tego,  szczerze  mówiąc,  sama  właściwie  nie  wiedziała.  Zamierzała  przywołać  do 

siebie ponadnaturalnego kochanka, oszałamiająco zmysłową istotę z tamtego świata, ale teraz 

wydawało  jej  się  to  zbyt  ponure.  Zawsze  była  pewna,  że  to  wzniesienie  nad  wodą  już  w 

pogańskich  czasach  musiało  być  wyjątkowym  miejscem,  być  może  przed  setkami  lat 

znajdowała się tu świątynia. Wybrała je właśnie dlatego. 

Dlaczego,  do  diabła,  to  zrobiła?  Co  się  stanie,  jeśli  wywoła  jakiegoś  upiora?  Jakąś 

straszną postać z zamierzchłych epok? O zgrozo! 

Paula, niestety, nie cieszyła się specjalnym powodzeniem wśród młodych mężczyzn. 

Była na to trochę zbyt ekscentryczna. Panowie uważali, że to dość męczące ciągle rozmawiać 

o magii, alternatywnej medycynie i duchach. Paula próbowała w ten sposób wyróżniać się w 

towarzystwie,  uważała,  że  to  jej  jedyna  szansa  na  zdobycie  zainteresowania  mężczyzn,  ale 

background image

niestety jej mistyczne opowieści i relacje o dziwnych przeżyciach w sferze duchowej odnosiły 

odwrotny skutek. Po prostu odstraszała ich od siebie. Chociaż sympatyczna, nie odznaczała 

się  szczególną  urodą  i  wdziękiem.  Gdyby  przestała  rozprawiać  o  tych  swoich  tajemnicach, 

byłaby normalną dziewczyną. Ona jednak nigdy nie miała dość. 

Coś  zaszeleściło  w  zaroślach  na  brzegu.  Paula  odwróciła  się  błyskawicznie,  a  serce 

podeszło  jej  do  gardła.  Niczego  tam  jednak  nie  było.  W  każdym  razie  niczego,  co  można 

zobaczyć. 

Noc  weszła  w  swoją  najciemniejszą  fazę.  Półmrok,  wszystko  było  zmienione, 

zaczarowane, nie do pojęcia piękne i straszne. Moc księżyca została dodatkowo ograniczona, 

ponieważ  przesłoniła  go  przepływająca  chmura.  Delikatne,  spokojne,  ledwie  dosłyszalne 

uderzanie  fal  o  brzeg  odczuwało  się  jako  pociechę  w  samotności.  Jakby  jakieś  żywe  małe 

istoty  przemawiały  do  niej  szeptem.  Spontanicznie  szepnęła  „hej”  i  drgnęła  na  dźwięk 

własnego głosu. 

Nie,  teraz  trzeba  się  skoncentrować.  Pora  zaczynać.  Spojrzała  na  dziewiczą  trawę 

porastającą  wzniesienie,  na  której  teraz  było  widać  ślady  jej  stóp.  To  świętokradztwo 

naruszać coś takiego, ale skoro powiedziało się A, to należy powiedzieć B. 

Drżącymi  ze  zdenerwowania  rękami  wydobyła  z  worka  niedużą  narzutę  ze  skóry  i 

rozłożyła  ją  na  trawie.  Na  tym  posłaniu  ułożyła  wzór  z  kamieni.  Nawet  prosta, 

niewykształcona  czarownica  skręcałaby  się  ze  śmiechu,  widząc  coś  tak  patetycznego,  a 

zarazem amatorskiego, ale Paula oddawała się temu seansowi całym sercem i duszą. Czuła się 

teraz  w  swoim  żywiole  i  niczego  już  się  nie  bała.  Potrafi,  potrafi  to  zrobić!  Zajęta  pracą 

zapomniała  o  całym  świecie.  Teraz  trzeba  wyjąć  ziemię  spod  cmentarza.  A  teraz  imbir-

alrauna, którą zdjęła z szyi i pięknie ułożyła pośrodku. 

Kiedy wszystko było tak, jak powinno... to znaczy, kiedy wszystko było tak, jak Paula 

uważała,  że  powinno,  nadszedł  czas  na  najważniejsze.  Na  sam  rytuał.  Paula  głęboko 

wciągnęła powietrze, przetarła dłonią oczy, tak że czarny tusz rozmazał się aż na policzki, ona 

jednak  tego  nie  widziała,  powoli  zdejmowała  z  siebie  kaftan  zdecydowana,  rozdygotana. 

Niech to  licho, że też musi  być tak zimno! Ogniska nie odważyła się rozpalić. Na to  Paula 

miała zbyt wiele szacunku dla Matki Ziemi. Nie chciała się przyczyniać do bezsensownego 

niszczenia  przyrody.  Chociaż  w  tym  przypadku  niewielkie  ognisko  na  oddalonym  cyplu, 

dokładnie  otoczonym  wodą,  nie  stanowiłoby  niebezpieczeństwa,  ale  sama  myśl  o  spalonej 

trawie przepełniała ją zgrozą. 

Jeszcze  jedno  pośpieszne  spojrzenie  w  stronę  brzegu.  Czy  w  zaroślach  nie  czają  się 

jakieś istoty i nie obserwują jej? Nie patrzą pełnym pożądania wzrokiem? Na myśl o tym jej 

background image

ciało przeniknęła fala gorąca, zaczęła badać je rękami. Ciału na razie nic złego się nie stało, 

wciąż  jeszcze  po  dziewczęcemu  szczupłe,  może  cieniutka  warstewka  tłuszczu  pomiędzy 

klatką piersiową a linią bioder, ale co tam! Oni z pewnością lubią mieć za co złapać! 

Jacy oni? 

Ci,  którzy  stoją  na  brzegu?  Ci,  których  ona  nie  widzi,  ale  wyczuwa  ich  obecność 

instynktem wiedźmy? 

Niech stoją! Niech patrzą, jestem gotowa! 

Prawdę  powiedziawszy,  Paula  przed  wyjściem  wypiła  parę  małych  drinków.  Nie 

mogła  postąpić  inaczej,  noc  wydawała  się  taka  pusta  i  ponura.  Alkohol  zaczął  działać, 

wszelkie  wątpliwości  ustąpiły.  Rozpostarła  na  ziemi  kaftan  i  uklękła  na  nim.  Po  kolei 

podnosiła kamienie kupione w sklepie z kryształami i przyciskała je do piersi, szepcząc przy 

tym specjalne zaklęcia. 

Wzywała męskie istoty nocy, prosiła, by choć jeden z nich przyszedł tutaj i wziął ją w 

posiadanie, tylko na tę noc, dodała pośpiesznie, a ona ofiaruje mu całe ciepło, jakie w sobie 

zgromadziła.  O  mało  nie  powiedziała:  „zmagazynowałam  ciepło”,  ale  uznała,  że  to  kojarzy 

się z jakąś głupią techniką, elektrycznością czy czymś takim, więc użyła innego słowa. 

Oczywiście, że od dawna gromadziła w sobie erotyczne ciepło! Wiele lat minęło już 

od  czasu,  kiedy  po  raz  ostatni  trzymała  w  ramionach  mężczyznę,  a  samotne  chwile  z 

podniecającą erotycznie literaturą nie były specjalnie radosne. 

Paula nie chciała wiązać się z żadnym pospolitym chłopem, jak się wyrażała, byli tacy 

nudni.  Teraz  otwierała  się  przed  nieznajomą  istotą  z  innego  wymiaru.  Niech  przyjdzie 

ktokolwiek. Wodnik, duch wodospadu, król gór, król elfów, jakaś demoniczna istota – choć 

lepiej nie za bardzo – po prostu ktokolwiek! Chciała, żeby kochał ją gwałtownie, posiadł jej 

ciało i duszę! 

Och,  co  za  noc,  jaka  nierzeczywista,  jaka  magiczna  i  tajemnicza!  Noc  środka  lata, 

Jonsoknatt,  noc  sobótkowa,  noc  świętojańska.  Dziwne,  że  Hans  i  Jan  to  właściwie  to  samo 

imię! Oba pochodzą od Johannesa. 

Paula  wiele  podróżowała,  podświadomie  szukała  mężczyzn  z  cieplejszych  krajów,  i 

poznała wiele języków. W każdym razie trochę słów z każdego języka. Dotykała dłonią piersi 

i czuła, jak bardzo się napinają, musiała zacisnąć uda, ale nie nazbyt długo, tylko na chwilkę. 

Ta zagadkowa noc nazywa się po angielsku „midsummer night”. No i nie ma w tym 

niczego niezwykłego. Po niemiecku „Johannisnacht”, znowu nazwa pochodzi  od Johannesa. 

Podobnie  po  francusku:  „la  Saint-Jean”.  I  po  hiszpańsku  „noche  de  San  Juan”.  Jak  się  to 

nazywa  we  Włoszech,  nie  wiedziała,  domyślała  się  jednak,  że  coś  w  rodzaju  „notte  di  San 

background image

Giovanni”. Nie była zbyt mocna we włoskim, pojechała tam tylko raz i przeżyła na miłosnym 

froncie takie upokorzenie, że nie chciała więcej wracać. 

Musiała  porządnie  pociągnąć  z  butelki,  piła  gin  pomieszany  z  sokiem 

pomarańczowym i wodą mineralną, wszelkie opory rozwiały się teraz zupełnie. Gładziła się 

po  wewnętrznej  stronie  ud,  pobudzała  sama  siebie,  ale  nie  chciała  doprowadzić  do  końca. 

Pochyliła się w przód tak, że ciało wygięło się niczym most, nie wytrzymała jednak długo w 

tej pozycji, dawał o sobie znać brak fizycznej sprawności, nogi się pod nią ugięły i upadła z 

głuchym łoskotem na leżący na ziemi kaftan. 

Skrępowana  rozejrzała  się  wokół,  patrzyła  w  zarośla  na  brzegu,  ale  niczego  nie 

widziała. 

Położyła się znowu, podciągnęła w górę kolana i prężyła ciało w rozkoszy. 

– Chodź – szeptała. – Chodź do mnie! 

Nie mogła przestać myśleć o tym, że jest noc świętojańska. Święty Jan Chrzciciel. A 

może to  był  Jan Apostoł? Nie, z pewnością Chrzciciel.  Był  bardziej seksowny niż Apostoł. 

Salome,  córka  Heroda,  chciała  zdobyć  Jana  Chrzciciela.  Pragnęła  go  ze  względu  na  jego 

urodę i nieprzystępność. On jednak pozostał niezłomny. 

Wtedy zażądała jego głowy na tacy. I otrzymała ją. Po co jej to było? Szkoda takiego 

pięknego mężczyzny! 

O, Paula wołałaby uwieść Jana Chrzciciela! Pragnąłby jej od pierwszej chwili, gdyby 

ją tylko zobaczył. 

Myśl  wydała  jej  się  oszałamiająca,  ale  też  trochę  przerażająca.  Trzeba  się  od  niej 

uwolnić, nie pasuje do tej atmosfery. 

Dzisiaj  idzie  o  nią  i  o  niewidzialnych.  O  męską  istotę  z  podziemnych  otchłani,  czy 

skądkolwiek, byleby tylko pochodziła ze świata istniejącego równolegle ze światem ludzi. Z 

tego  świata,  który  tak  niewielu  zna,  a  jeszcze  mniej  ma  odwagę  o  nim  mówić.  Jakieś 

dwadzieścia lat temu mówiono o tym dużo więcej, ale Paula była wtedy dzieckiem, opowieści 

fascynowały ją i trochę przerażały, pobudzały jej wyobraźnię. 

Teraz  pobudzenie  jest  znacznie  bardziej  konkretne.  Cudownie,  cudownie!  Chodź  do 

mnie, połóż się przy mnie, pieść mnie, aż będę nieprzytomna z rozkoszy i uczynię wszystko, 

co  zechcesz!  Chcę  być  twoją  posłuszną  niewolnicą,  możesz  robić  ze  mną,  co  ci  się  tylko 

podoba, ponieważ dłużej już tego nie zniosę, pożądanie przenika nawet moją skórę, koniuszki 

moich palców są z pragnienia niczym rozedrgane skrzydełka motyli, muszę poczuć na sobie 

ciało mężczyzny, dotykałam go tak dawno temu, że niemal całkiem zapomniałam, a poza tym 

moim kochankiem był nieśmiały nastolatek. 

background image

Teraz  pragnę  dorosłego  mężczyzny,  który  będzie  nade  mną  dominował,  będzie  ode 

mnie silniejszy, posiądzie mnie, a ja stanę się jego chętnym narzędziem. Chcę robić dokładnie 

to,  co  mi  każe,  jeśli  zechce,  bym  robiła  rzeczy,  o  których  tylko  czytałam,  zrobię  je  bez 

wahania! 

Gin, czarodziejska księżycowa noc, atmosfera całkowitej beztroski wzniecały w ciele 

Pauli  ponurą  gorączkę.  Kręciło  jej  się  w  głowie,  nie  zauważała  już  chłodu,  gotowa  przyjąć 

każdego, kto by do niej przyszedł. 

Rozkoszne mrowienie narastało, na sekundę otworzyła oczy i napotkała zimną twarz 

księżyca, nic więcej. 

Tak,  ty  też  możesz  na  mnie  patrzeć,  może  ty  też  odczuwasz  to  mrowienie?  Myśl 

wydała  jej  się  jednak  zbyt  frywolna,  dlatego  zamknęła  ponownie  oczy  i  przeciągała  się 

rozkosznie. Zaczęła snuć marzenia. Wyobrażała sobie, że ktoś zakrada się na wzniesienie od 

strony lądu, czyż nie słyszała cichych kroków w trawie? 

Owszem,  słyszała!  Pilnie  uważała,  by  nie  dotykać  najbardziej  wrażliwych  punktów, 

ponieważ  pragnęła  zachować  wszystko  dla  tego,  który  przyjdzie.  Okazało  się  to  jednak 

trudne, niemal nieznośne, była strasznie rozpalona. 

Kto by to mógł być? Jest wysoki i  przystojny, co do tego miała całkowitą pewność. 

Wygląda  zupełnie  wyjątkowo,  tak  jak  powinien  wyglądać  ktoś  z  innego  świata,  trochę 

demonicznie,  ale  tylko  trochę,  i  jest  taki  pociągający,  że  nigdy  nie  byłaby  w  stanie  mu  się 

oprzeć... 

Nagle ręce zatrzymały się, Paula przestała na kilka sekund oddychać. 

Co to? 

Jakiś dziwny szum? 

Który... który narasta do łoskotu! 

Skąd pochodzi? 

Czy to jezioro się wzburzyło? Czy też głos płynie z powietrza? Paula zerwała się na 

równe  nogi  i  naciągnęła  na  siebie  kaftan  szybciej  i  bardziej  nerwowo  niż  kiedykolwiek  w 

życiu.  A  jeśli  to  jakiś  helikopter...?  Ale  dźwięk  był  dużo  silniejszy  niż  odgłos  silnika 

helikoptera. 

Nie, nie pochodził też wcale z powietrza, docierał do niej z... O Panie Boże, co to jest? 

– Nie! – wrzasnęła przerażona. 

Próbowała  uciekać,  ale  dokąd  miała  się  kierować?  Boso,  potykając  się,  biegła  w 

kierunku lądu, lecz mały przesmyk został zamknięty. Paula z krzykiem zawróciła i próbowała 

walczyć, ale bez rezultatu. 

background image

Zimna dłoń zamknęła jej usta i uspokoiła ją szybko i skutecznie. 

Paula straciła świadomość. 

Księżyc gapił się w dół na krajobraz, który znowu trwał w ciszy i spokoju. 

W  jakiś  czas  potem  dokonano  dziwnego  odkrycia.  Znaleziono  parę  porzuconych 

sandałów,  małą  skórzaną  narzutę,  na  której  leżały  jakieś  kamienie  i  kryształy,  oraz  dziwny 

korzeń. 

Nigdy jednak nie natrafiono na ślad samej Pauli. 

background image

12 

Paula nie była taka samotna nad jeziorem, jak myślała. Nad małą zatoczką, kawałek 

od niej, chodziła niespokojnie pewna kobieta. Ona nie miała tutaj domku, chciała po prostu 

znaleźć się jak najdalej od ludzi, nie wiedziała też nic o Pauli Nie orientowała się wcale, że 

nad jeziorem stoją jakieś domki, zbyt dobrze były ukryte w zieleni. 

Kobieta  nie  zwracała  uwagi  na  żadne  zjawiska  towarzyszące  nocy  środka  lata,  nie 

zauważała,  że  znad  wody  zaczyna  się  podnosić  delikatna,  jakby  tańcząca  mgła,  nie 

interesował jej zdradziecki blask chłodnego księżyca. 

Oriana była z pochodzenia Włoszką, ale wyszła za mąż za Skandynawa, który uległ jej 

ogromnym, czarnym oczom i pieniądzom jej ojca. 

Teraz  Oriana  nie  była  już  ani  młoda,  ani  ładna,  jej  mąż,  Kent,  znalazł  sobie  inną  i 

zadręczał Orianę komentarzami na temat każdej oznaki starości, jaką w niej dostrzegł. Poza 

tym był wściekły, że nie dobrał się do jej pieniędzy. 

Rozwodzić  się  jednak  nie  chciał.  Najpierw  życzył  sobie  dostać  po  niej  spadek. 

Tymczasem  kiedy  małżeńskie  problemy  Oriany  zostały  ujawnione,  pieniądze  złożono  na 

zamkniętym koncie i to właśnie było jego największym problemem. 

Ojciec Oriany nigdy nie ufał swemu zięciowi, ale teraz ojciec umarł, ona zaś czuła się 

jeszcze bardziej samotna w obcym kraju niż kiedykolwiek przedtem. 

Wszystko by się pewnie dało jakoś ułożyć, mogła wrócić do Włoch, gdyby nie wizyta 

u lekarza jakiś czas temu. 

Długo zwlekała, niepokojąc się różnymi symptomami, kiedy wreszcie wybrała się na 

badania,  okazało  się,  że  jest  za  późno.  Wszelkie  kuracje  byłyby  już  tylko  udręką,  nie 

przynoszącą żadnego pożytku. 

Kent  nie okazał  najmniejszego współczucia. Natomiast  Oriana usłyszała, jak kiedyś, 

gdy  sądził,  że  jest  w  domu  sam,  mówił  przez  telefon  do  kochanki:  „Musimy  wytrzymać 

jeszcze trochę. Ona nie ma oprócz mnie żadnych spadkobierców. Żeby się tylko pośpieszyła i 

umarła, tak mi przykro, że...” 

Nad  jeziorem  panowała  kompletna  cisza.  Czasami  z  szumem  skrzydeł  przeleciał  w 

pobliżu jakiś drapieżny ptak, poza tym żadnych oznak życia. 

Ale dusza Oriany była niespokojna, zrozpaczona, głęboko nieszczęśliwa. 

Poprzedniego dnia chora kobieta rozmawiała ze swoim adwokatem, wydała mu nowe 

dyspozycje.  Teraz  przygotowała  się  już  do  drogi  Chciała  wyruszyć  w  swoją  najdłuższą 

background image

podróż. 

Decyzja była ostateczna. Dlatego z pełną świadomością nie zwracała uwagi na urodę 

krajobrazu. Nie chciała niczego żałować. Bo co by to dało? Kilka miesięcy cierpień? 

Przygotowała  wszystko  starannie.  Tu,  nad  wodą,  znalazła  sobie  miejsce  pod 

kamieniami  Tam  wpełznie,  nikt  jej  nie  znajdzie.  Przynajmniej  dopóki  ciało  nie  ulegnie 

rozkładowi. A wtedy nic nie będzie już miało znaczenia. 

Samochód schowała w lesie przy drodze, też nikt go szybko nie odkryje. Nad samotne 

jezioro przyszła piechotą. 

Wypity koniak zaczynał działać. Teraz czas najwyższy zażyć tabletki. Tyle, ile tylko 

można. 

A niech to! W końcu jednak o czymś zapomniała. Nie wzięła nic, do popicia. 

Nie chciała pić wody z jeziora, nie wyglądała bowiem na zbyt czystą. 

Och, zaczyna być śmieszna! Jakie to ma znaczenie, czy woda będzie smaczna czy nie? 

Teraz? 

Trudno jednak pić z dłoni i jednocześnie zażywać tabletki, zwłaszcza że koniak bardzo 

ją oszołomił. Gdzie się podziała butelka? Próbowała sobie przypomnieć, ale głowę miała jak 

we mgle, nie była w stanie zebrać myśli. 

Ach, tak. Pod kamieniem. 

Udało jej się wydobyć zgubę z ukrycia – trzeba pamiętać, by ją potem znowu odłożyć 

na  miejsce  –  butelka  była  ubrudzona  ziemią,  więc  z  przyzwyczajenia  ją  wytarła.  Potem 

napełniła wodą z jeziora, niczego innego w pobliżu i tak by nie znalazła. Z trudem utrzymała 

równowagę, mało brakowało, a byłaby wpadła do wody głową w dół. Chichotała cicho sama 

do siebie. 

Taka pijana jak teraz jeszcze nie była, Oriana należała do kobiet eleganckich i nigdy 

nie wywoływała skandali. 

Usiadła  na  ziemi  w  pobliżu  kamieni  tak,  by  później,  kiedy  połknie  już  wszystkie 

tabletki, po prostu wpełznąć do kryjówki. 

Strasznie  dużo  tych  pigułek!  A  wydawało  jej  się  jeszcze  o  wiele  więcej,  kiedy 

patrzyła, jak piętrzą się w zagłębieniu dłoni. 

Za pierwszym razem wzięła do ust zbyt dużo, zakrztusiła się, musiała kaszleć, jakoś 

udało jej się w końcu przełknąć, ale później uważała już, by zażywać mniejsze ilości. 

Czuła ból w gardle. Pojękując, przełykała kolejne porcje. 

Tylko nie myśleć! Nie masz po co żyć. Nie masz dzieci, mąż cię oszukuje i pragnie się 

ciebie pozbyć, ale wolności ci nie zwróci. Zresztą i tak już niedługo czeka cię śmierć, więc 

background image

nad czym się tu zastanawiać? 

Włochy? Ten ciepły, radosny, wolny kraj... 

Nie, nie należy wspominać! Skoro zdecydowałaś się to zrobić, zrób natychmiast! 

Potrząsnęła  głową,  próbowała  przetrzeć  oczy,  zdawało  jej  się,  że  widzi  kogoś  na 

ścieżce. 

Nikt nie wie, że ona tutaj jest. Nie chciała, żeby jej ktoś przeszkadzał. 

List  do  Kenta  zostawiony  w  domu.  Jeśli  on  nie  jest  u  swojej  młodej  pani,  to  z 

pewnością już go znalazł... 

Z  lasu  wybiegł  jakiś  mężczyzna  A  więc  jednak  widziała  kogoś  na  ścieżce.  Panował 

taki półmrok, jaki zwykle bywa w noc środka lata, trudno było skupić wzrok i... 

Kent! O, nie! 

Mężczyzna był wściekły. 

–  Co  ty  do  diabła  wyprawiasz?  Czy  naprawdę  chcesz  mi  zrobić  coś  takiego? 

Naprawdę  chcesz  zapisać  cały  majątek  na  badania  naukowe?  Jaki  diabeł  przejmuje  się 

badaniami, zresztą oni i tak mają fury szmalu! 

Szarpnął ją, podniósł z ziemi i nie przestawał nią potrząsać. 

–  Do  cholery,  jesteś  kompletnie  pijana!  Czyś  ty  straciła  rozum?  Ty?  Zawsze  taka 

elegancka... 

Spostrzegł resztę tabletek rozsypanych wśród kamieni na brzegu. 

– A to  co znowu?  Ile tego zjadłaś? Przecież ty  w ogóle nie możesz się utrzymać na 

nogach. Włóż palec do gardła! Wsadź palec do gardła, mówię, nie dam ci spokoju, dopóki nie 

anulujesz tego ostatniego testamentu! Zrozumiałaś? 

Potrząsał nią z wściekłością. Oriana znajdowała się jednak jakby poza tym czasem i 

miejscem, nie była w stanie nawet podnieść ręki, by się bronić. Wyglądała niczym szmaciana 

lalka, kiedy szarpał ją z całych sił. 

– Jak mnie odszukałeś? – wykrztusiła. 

– Ślady samochodu. Nietrudno znaleźć. Samochód też odkryłem... Do diabła, Oriana... 

Minęła dłuższa chwila, zanim Kent usłyszał dźwięk. 

Nie wiadomo, skąd dochodził, ale narastał, przybierał na sile, stawał się ogłuszający. 

Mężczyzna zamarł i patrzył przed siebie. 

Nagle  zobaczył  to  coś,  co  wydawało  dźwięk.  Wtedy  puścił  ramię  Oriany,  a  ona  jak 

długa runęła na ziemię. 

Kent nie przejmował się nią. Teraz ważne było, by ratować własną skórę. 

– Co to, do cholery, jest? – jęknął i biegiem ruszył w stronę ścieżki. – Co, do diabła... 

background image

Co to za noc, zdążył jeszcze pomyśleć. 

Tu jednak jego ucieczka dobiegła końca. Nigdy nie zdołał opuścić tego brzegu. 

Zimne obce dłonie zdławiły krzyk śmiertelnego przerażenia. 

background image

13 

Gondagil był lepiej poinformowany niż mężczyzna z niemieckiej wsi. Przygotował się 

na  to,  co  może  go  spotkać,  chociaż  nie  oczekiwał  tego  jeszcze  teraz.  Ale  zachowywał 

czujność, zdążyłby uskoczyć w bok, gdyby coś miało się stać. 

Teraz,  kiedy  właśnie  coś  się  stało,  rzucił  się  do  drzewa  i  wczepił  w  nie,  w  małą, 

powykrzywianą  sosenkę.  Gondagil  wiedział,  że  sosnowe  gałęzie  łatwo  się  łamią,  toteż 

trzymał się mocno pnia, wołając do Czika, żeby nie wypuścił z łapek jego pasa. 

–  Nie  wszystkimi  pazurami  –  jęknął  w  chwilę  potem,  gdy  ogromna  wiewiórka 

wykonała  polecenie  dokładniej,  niżby  sobie  życzył.  Nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  że 

wiewiórka może mieć takie ostre pazury. 

Kiedy  znowu  znaleźli  się  na  bezpiecznym  gruncie,  Gondagil  zsadził  na  ziemię 

przestraszonego Czika. 

–  To  się  na  nic  nie  zda  –  mruknął.  –  Podziurawisz  mnie  na  wylot,  mimo  skórzanej 

kurtki i w ogóle. Lepiej wsunę cię za pazuchę... 

To  też  nie  było  łatwe.  Czik  miał  przecież  wzrost  niedużego  psa  i  upłynęło  trochę 

czasu, zanim usadowił  się jak trzeba. Gondagil  musiał  mocniej  zacisnąć pas, by Czik  mógł 

spokojnie odpoczywać pod jego kurtką i nie wypaść. 

Wiewiórka zastrzegła sobie jednak prawo wyglądania pod jego brodą, jeśli oczywiście 

widoki nie będą zbyt przerażające. 

–  Jak  myślisz,  Czik,  czy  powinniśmy  odważyć  się  tam  pójść?  –  zapytał  Gondagil, 

spoglądając  na  ponure  góry.  –  Kiedy  wejdzie  się  dalej  w  głąb,  nie  będzie  się  tam,  moim 

zdaniem, czego trzymać. Zastanawiam się, czy... 

Podniósł wzrok i przyglądał się wyższym partiom gór. 

– Zastanawiam się, czy ten wiatr wieje tylko tutaj, w przejściu przed nami, czy szaleje 

również wysoko w górach. Bo jeśli nie... 

Przypomniał  sobie,  że  unosząca  się  w  powietrzu  gondola  była  w  oszałamiającym 

pędzie  wciągana  przez  jakąś  potężną  siłę,  i  zrozumiał,  że  wiatr  może  być  w  górach  równie 

silny. 

Gdybym tylko widział dokładniej... 

Lornetka  Mirandy!  Wyjął  urządzenie  i  przystawił  sobie  do  oczu.  Pozwalało  mu  to 

wejrzeć  w  głąb  górskiego  świata,  ale  nie  był  zadowolony.  Wszystko  tonęło  w  wiecznych 

ciemnościach. 

background image

Gondagil odszukał więc płytkę i włożył na miejsce. 

Nagle  zobaczył  wszystko  wyraźniej  niż  kiedykolwiek  w  rodzinnym  kraju.  Wolno 

przesuwał lornetkę ponad przejściem między górskimi ścianami, oglądał uważnie fragment po 

fragmencie, ale nigdzie nie dostrzegał znaku życia. 

Dopóki... Trzymał teraz lornetkę nieruchomo. 

Tam,  daleko  w  przejściu,  wysoko  na  bardzo  stromym  zboczu  góry,  coś  jednak 

zobaczył. 

Gondagil  próbował  lepiej  ustawić  soczewkę.  Ponieważ  nie  był  kompletnie  głupi, 

szybko zrozumiał zasadę działania lornetki. Po chwili szepnął: 

– Tam są, Czik! Ci dwaj. Dwie postaci. Prawdopodobnie dwaj mężczyźni. Nie mogę 

dostrzec nikogo trzeciego. Więc Mirandy chyba z nimi nie ma. Jeśli się nie mylę, to jeden z 

nich wygląda na twojego przyjaciela Tsi-Tsunggę. 

Wiewiórka parsknęła podniecona. 

–  Tak,  to  musi  być  on.  Kolorem  nie  przypomina  człowieka.  Tamten  drugi  jest 

mniejszy  i  ma  jaśniejszą  skórę.  To  chyba  młody  chłopiec,  nic  więcej  nie  mogę  rozróżnić. 

Czik, oni znaleźli się w okropnej sytuacji! Co robić, jak się do nich dostaniemy? 

Samotny  Gondagil  uważał,  że  to  wspaniale  mieć  kogoś,  z  kim  można  rozmawiać, 

nawet jeśli to jest tylko wiewiórka. Uważał, że wiele ich łączy: obaj szukają przecież swoich 

ukochanych. 

Ale Mirandy tam w górze najwyraźniej nie było. Nie wiedział, czy przyjąć to z ulgą, 

czy z rozczarowaniem. Jak pięknie byłoby uratować ją z katastrofy! 

W następnym momencie ogarnęła go jednak wielka ulga, że jej tam nie widzi. 

Bo przechylił  lornetkę tak, by sprawdzić, jak mogliby się dostać do uwięzionych na 

wąskiej  skalnej  półce  w  upiornym,  wymarłym  i  groźnym  krajobrazie.  Wtedy  też  spojrzał 

odrobinę niżej i mignęło mu coś jeszcze. 

Odsunął  lornetkę,  długo  ją  przecierał,  by  lepiej  widzieć,  po  czym  znowu  spojrzał  w 

dół. 

Nie mógł uwierzyć własnym oczom. 

– No, Czik – rzekł, złowieszczo przeciągając słowa, a serce tłukło mu się w piersi z 

przerażenia.  –  No  to  musimy  wszystko  postawić  na  jedną  kartę,  wykorzystać,  co  tylko 

możemy, by uratować tych dwóch, i to jak najszybciej. 

Znowu odsunął lornetkę. 

– Jeśli uratowanie ich jest w ogóle możliwe. 

 

background image

Jori i Tsi z panicznym strachem wpatrywali się w to, co pełzło i czołgało się pod górę. 

Do nich. 

Bardzo trudno było coś dokładnie zobaczyć w tym ołowianoszarym mroku. Ale i to, 

co dostrzegali, było wystarczająco straszne. 

Jakieś trupioblade cienie, wzdychając i jęcząc, mozolnie wspinały się ku zdobyczy na 

skale. Znajdowały się jeszcze dość daleko, wyglądały jednak na bardzo zdecydowane, więc 

nie minie wiele czasu, a dotrą do nieszczęsnej półki. 

Nie mogli to być Svilowie, ich wygląd nie zgadzał się z opisami Mirandy i Marca. Te 

istoty  były  inne,  wydawały  się  długie  i  żylaste.  Barwą  przypominały  białe  piaski,  jakie 

istnieją na powierzchni Ziemi. Z ciężkimi, bezwłosymi głowami, wytrzeszczonymi oczyma i 

wielkimi, rozdziawionymi gębami. Miały palce, którymi wyszukiwały najmniejsze szczeliny i 

wczepiały się w nie mocno, długie, białe palce... 

Twarzy chłopcy nie widzieli dokładnie, wszystko wydawało się jedynie czarno-białe, i 

na tym tle z ciemności wyłaniały się przede wszystkim oczy i gęby. 

Stwory miały po sześć odnóży. Trudno jednak określić, czy ta dodatkowa para to były 

ręce, czy raczej nogi Zwinnie wspinały się w górę. Wszystkie trochę większe niż człowiek, a 

było ich mnóstwo. Jori zdążył naliczyć piętnaście sztuk. 

– Nie czuję się całkiem dobrze – szepnął Tsi niepewnie. 

– Ja też nie. Co robimy? 

Zdążyli  już  przedtem  odkryć,  że  półka  kończy  się  kawałek  pod  nimi.  Pozostawała 

więc tylko jedna droga, w górę. 

Bardzo  chętnie  z  niej  skorzystali,  byleby  tylko  uniknąć  spotkania  ze  zbliżającym  się 

paskudztwem! 

– Nie, Tsi, nie biegnij – syknął Jori. – Uspokój się, nie chcesz chyba zlecieć w dół? 

Elf zatrzymał się. Dostał czkawki ze strachu. 

–  Pomyśleć,  że  stąd  nie  uciekniemy!  Pomyśleć,  że  nasze  życie  skończy  się  właśnie 

tutaj! 

–  Myśl  pozytywnie,  przestań  widzieć  świat  w  czarnych  barwach  –  rzekł  Jori,  choć 

dręczyły go dokładnie te same przeczucia co przyjaciela. Zdawało mu się, że widzi, iż półka 

im wyżej, tym jest węższa. 

Nie, to niemożliwe! Nie może tak być, nie może! Naprawdę nie może być aż tak źle! 

Jori skupił całą siłę ducha na czymś w rodzaju modlitwy, skierowanej do wszystkich 

świętości, jakie mogły przyjść mu do głowy. Do Świętego Słońca, którego tutaj przecież nie 

było,  do  jego  szczęśliwych  kamieni,  od  których  też  znajdował  się  bardzo  daleko,  do 

background image

katolickich  dziewic  babci  Theresy  i  innych  jej  świętych,  wymieniał  pospiesznie  Boga 

protestantów  i  w  ogóle  chrześcijan,  zwracał  się  też  do  Allacha  i  do  Buddy  oraz  do  tych 

religijnych władców, których potrafił sobie przypomnieć. Błagał o wybaczenie głupstw, jakie 

popełnił,  zwłaszcza  zaś  tego  arcyidiotycznego  ostatniego  pomysłu,  by  opuścić  Królestwo 

Światła. Błagał swego opiekuna i pomocnika o wsparcie... 

Chyba nigdy nie popłynęła w górę bardziej intensywna modlitwa. 

Od  Tsi  nie  mógł  oczekiwać  wielkiej  pomocy,  raczej  przeciwnie.  Towarzysz  stracił 

zupełnie  panowanie  nad  sobą,  wyrzucał  z  gardła  frenetyczne,  nieartykułowane  dźwięki  tak 

silne, że przypominały krzyk. 

Co  ja  zrobię,  co  ja  zrobię,  co  ja  zrobię,  zastanawiał  się  Jori  gorączkowo.  Błagam, 

niech  ta  półka  wznosi  się  wyżej,  dlaczego,  na  wszystkie  świętości,  nie  mogłoby  tak  być? 

Przecież  my  tego  potrzebujemy,  czy  wy  tam  nic  nie  rozumiecie?  zakończył  wołanie  do 

wszystkich  bóstw,  do  których  zwracał  się  teraz  w  wielkiej  potrzebie,  on,  który  nigdy  nie 

zastanawiał się nad tym, czym jest modlitwa. 

Modlitwa  jest  sama  w  sobie  wielką  duchową  siłą,  która  może  dokonywać  cudów, 

zwykła mawiać babcia Theresa. Tak, oni teraz potrzebowali właśnie cudu. Dlatego błagania 

Joriego były bardziej natrętne niż modlitwa niejednej całej parafii. 

Ale  na  próżno.  Wkrótce  desperacka  ucieczka  w  górę  po  coraz  węższym  i  bardziej 

stromym występie musiała się zakończyć. 

Skalna półka wtapiała się po prostu w skałę. Dalej była tylko gładka ściana. 

Wokół  panowała  ciemność  i  wrogie,  wyjące  wichry.  Dygotali  z  zimna,  z  głodu  i 

pragnienia, obaj czuli w sobie ssącą pustkę. 

Pod  nimi  zaś,  coraz  bliżej,  wspinała  się  świadoma  celu,  a  sądząc  po  odgłosach, 

również  wygłodniała  horda  mlaszczących,  żółtobladych  koszmarnych  potworków,  które 

wyłoniły się wprost z otchłani. 

– Ja chcę do domu – wymamrotał Tsi żałośnie. 

Jori kiwał głową, zgadzał się z przyjacielem z całego serca. Oto noc świętojańska w 

swojej ekstremalnej postaci, pomyślał. O domu, ukochany domu! 

background image

14 

Gondagil już jakiś czas temu odkrył, że wsysający, koszmarny strumień powietrza jest 

ograniczony. Powiedział do Czika: 

–  Chłopcy  siedzą  tam  przecież  na  górze.  Nie  zostali  wciągnięci  w  głąb  górskiego 

świata przez straszny wicher. Musieli się chyba znaleźć poza niebezpieczną strefą. 

Zastanowił  się  nad  wszystkim,  co  mu  wiadomo,  i  uznał,  że  największe 

niebezpieczeństwo  stwarza  właśnie  owo  okropne  przejście.  Chodząc  tam  i  z  powrotem 

pomiędzy nim a wyżej położonym wzgórzem, ustalił miejsce, w którym  można bezpiecznie 

przebywać. 

Wsysający ciąg zdawał się przepływać nisko, Gondagil nie wiedział, że Jori w złości 

stwierdził, iż to jest tak, jakby jakiś potężny odkurzacz zamiast kurzu wciągał w siebie ludzi i 

wszystko,  co  nadaje  się  do  jedzenia.  Bardzo  bym  chciał  zobaczyć  całe  urządzenie.  Nie, 

zresztą nie chcę! 

–  Chodź,  Czik  –  zwrócił  się  do  wiewiórki.  –  Łańcuch  szczytów,  musimy  na  niego 

wejść. – Przystanął i ponownie posłużył się lornetką. – Siedzą tam całkowicie uwięzieni. A to 

coś  niepojętego,  co  pełznie  w  górę  po  gładkiej  górskiej  ścianie,  znajduje  się  już  naprawdę 

bardzo  blisko.  Nigdy  w  życiu  nie  zdążymy  przyjść  im  z  pomocą,  Czik.  Nigdy  w  życiu. 

Gdybym tylko mógł... Nie, tego zrobić nie mogę. 

Mówiąc te słowa, ruszył wolno w kierunku gondoli. 

Stał i przyglądał się niewielkim widocznym spod gałęzi fragmentom pojazdu. 

– Nie poradzę sobie z czymś takim, co ja sobie wyobrażam? I nie będziemy mogli do 

nich polecieć, zostaniemy porwani przez prąd powietrza. Musimy... 

Znowu mierzył wzrokiem odległość. 

– Gdybyśmy ten przedmiot wyciągnęli dalej, za ten mały łańcuch gór, który widzisz... 

i  gdybyśmy  go  tam  uruchomili  na  zboczu  góry...  Ale  co  wtedy?  Jak  takie  monstrum 

uruchomić? Czy ty wiesz, Cziku? 

Ale wiewiórka patrzyła na niego bezradnie. 

Gondagil z lękiem i szacunkiem spoglądał na to  zielono-żółte cudo, które dopiero co 

tak starannie przykrył. Teraz zaczął odrzucać gałęzie... 

Długo trwało, zanim gondola znowu leżała odsłonięta. 

To jednak była najłatwiejsza część całego przedsięwzięcia. 

Pełen niepokoju z wielkim respektem patrzył na deskę rozdzielczą. 

background image

Pomocy! 

To  urządzenie  wyprzedzało  jego  epokę  o  wieleset  lat.  Ale  mężczyźni  miewają 

wrodzoną smykałkę do techniki 

Gondagil  był  zainteresowany  maszyną,  a  to  bardzo  dobry  początek.  Nie  rozeznawał 

się  w  najmniejszym  stopniu  w  tych  wszystkich  barwnych,  okrągłych  guzikach  ani 

dziwacznych  przyciskach  czy  rączkach  do  pociągania,  ale  potrzeba  łamie  wszelkie  opory, 

musiał  się  więc  zacząć  uczyć.  Na  własną  rękę,  choć  był  Waregiem,  bez  żadnego  pojęcia  o 

technologii dwudziestego wieku. Tymczasem ta technika była jeszcze o wiele, wiele bardziej 

zaawansowana. O tym jednak Gondagil nic nie wiedział. 

Jego jedyną szansą było próbować uruchomić pojazd. 

Wziął ze sobą Czika do gondoli, bo przecież nie wiadomo, jak takie urządzenie może 

się  zachować.  Gdyby  nieoczekiwanie  ruszyło  z  miejsca,  to  Gondagil  musiałby  zostawić 

swego przyjaciela na dole w tym wymarłym krajobrazie. 

Jak to działa? 

Kiedy ostrożnie wypróbowywał po kolei wszystko, co widział na desce rozdzielczej, 

po głowie krążyły mu kompletnie irracjonalne myśli. 

Zastanawiał się nad swoim stosunkiem do Mirandy. 

Och,  wciąż  widywał  ją  przy  sobie  w  swojej  małej  chacie!  Nieustannie  marzył,  by 

wziąć ją na pokrytym skórami posłaniu. Za każdym razem jednak przypominał sobie wstrętne 

zachowanie Harama wobec kobiet i wtedy marzenia gasły. 

Aha, to chyba jest przycisk startowy! 

W chwilę potem gondola szarpnęła, ruszyła gwałtownie i wpadła w gęste zarośla tak, 

że gałęzie leciały wysoko w górę i łamały się niczym zapałki. 

Zawołał do Czika, wczepiającego się mocno wszystkimi pazurami w jego skórę: 

– Jak się to zatrzymuje? Jak, do cholery, zastopować to urządzenie? 

Rzeczywiście,  ważne  pytanie.  Oprócz  tego  miał  jeszcze  inne,  mianowicie  co  zrobić, 

by pokierować gondolą. 

Wpadli  na  jakieś  zbyt  krzepkie  drzewo,  które  się  nie  złamało,  pojazdem  szarpnęło 

gwałtownie  i  obaj  pasażerowie  wylecieli  z  gondoli  na  łeb  na  szyję,  gdy  tymczasem  ona  na 

pustym biegu zaryła w ziemi. 

Gondagil  zdołał  się  podnieść  i  ustawić  pojazd  jak  trzeba,  wciąż  jednak  nie  potrafił 

zatrzymać silnika. Rozglądał się za Czikiem i nagle usłyszał histeryczne parskanie w pobliżu. 

–  Chodź  –  powiedział,  jedną  ręką  wciąż  dotykając  różnych  przycisków  na  desce 

rozdzielczej. 

background image

Czik  wskoczył  na  pokład  i  Gondagill  ponownie  dodał  gazu.  Nie  było  czasu  na 

wahania, wiedział, że budzące grozę istoty na górskiej ścianie są już przerażająco wysoko. 

Chyba nigdy w swoim życiu tak się nie bał. Nie tych groteskowych paskudztw, lecz 

maszyny.  Chciał  ją  opanować,  urządzenie  jednak  nie  poddawało  się,  nie  słuchało  jego 

rozkazów,  w  ogóle  nie  rozumiało  intencji,  reagowało  na  ogół  w  zupełnie  inny  sposób,  niż 

oczekiwał. 

Gondagil przełknął ślinę, by pozbyć się ucisku w gardle, ale się nie poddawał. 

Bum! 

Znowu  znaleźli  się  na  ziemi.  Teraz  jednak  rozumiał  dlaczego  i  nacisnął  właściwy 

przycisk. 

Prawie właściwy. 

Gondola niczym błyskawica uniosła się w górę, Gondagil w ostatniej sekundzie zdołał 

złapać Czika i... 

I gondola znalazła się w pozycji właściwej dla lotu. 

– A nie mówiłem, Czik – mruknął do śmiertelnie przerażonej wiewiórki. – Gondagil 

wszystko załatwi. Absolutnie wszystko! O, nie, co to... co to znaczy? 

 

Tsi  przestał  panować  nad  sobą.  Bełkotał  coś  po  swojemu  z  językiem  na  brodzie  ze 

strachu i próbował wspinać się w górę po skale. 

Jori, sam śmiertelnie przestraszony, starał się uspokajać przyjaciela. 

– Nigdzie nie wejdziemy, Tsi. Musimy czekać tutaj, a kiedy oni się zbliżą, będziemy 

ich kopać i strącać w dół. Jeśli to nie pomoże, trzeba będzie skakać. Wolę umrzeć, niż stać się 

świątecznym obiadem tych tam! 

Elf ziemi dyszał z wysiłkiem. Łzy płynęły z jego zielonych oczu. 

– Tak. Będziemy skakać. Lepsza śmierć. O Jori! Tak się boję! 

– Ja też – przyznał przyjaciel, dzwoniąc zębami. – Ale nie poddamy się bez walki. 

Tsi próbował się uśmiechać. 

– Nie. Nie poddamy się. Będziemy kopać i spychać ich... Jori, ja się już nigdy nie będę 

skarżył. Jeśli tylko wyjdziemy stąd żywi, nigdy nie będę narzekał, że jestem sam i że jest mi 

źle.  Nigdy  też  nie  będę  zazdrosny.  Tak  strasznie  tęsknię  za  swoim  zielonym  lasem  i 

wszystkimi przyjaciółmi. Mam ich tak wielu, zarówno wśród ludzi, jak i elfów, i... Na co ja 

się w ogóle skarżyłem? Tak mi teraz wstyd! 

Jori chciał wrzasnąć, by tamten się zamknął, ale nie miał serca tego zrobić. Doskonale 

rozumiał, jak Tsi się czuje, on sam przeżywał podobne stany. Na co kiedyś w domu narzekał, 

background image

czy ktoś mógł mieć lepiej niż on? A mimo to wciąż szukał przygód, występował przeciwko 

wszelkim  zakazom  i  zachowywał  się  okropnie  dziecinnie.  Teraz  pojmował,  jak  bardzo 

uprzywilejowani są mieszkańcy Królestwa Światła. Teraz, kiedy on i Tsi stali twarzą w twarz 

ze śmiercią. I to z jaką! 

Bestie zbliżały się niebezpiecznie. Jori z trudem przełknął ślinę i odważył się spojrzeć 

w dół. Pospiesznie cofnął się z powrotem. 

–  Uff  –  szepnął.  –  Te  środkowe  odnóża  to  przyssawki!  Dlatego  wspinają  się  z  taką 

łatwością. 

– Co to za jedni? – szepnął Tsi. Był zielonoblady, a z oczu wciąż płynęły mu łzy. 

–  Nie  wiem,  Tsi.  To  nie  są  zwierzęta,  a  ludzie  też  nie,  są  jakby  czymś  pośrednim, 

podobnie  jak  inne  istoty,  które  zamieszkują  złe  okolice  Królestwa  Ciemności.  Słyszałeś 

przecież o Svilach. Kiedyś były to po prostu szczury, które podeszły za blisko do źródła zła. 

Myślę,  że  tutaj  mamy  do  czynienia  z  podobnym  zjawiskiem.  Jakieś  niewinne  stworzenia, 

które  zostały  dotknięte  bliskością  zła.  Może  dzikie  bestie,  przebywające  w  pobliżu  murów, 

również wywodzą się stąd, z Gór Czarnych? Pochodzą po prostu z niepamiętnych czasów. 

Tsi zadrżał, ale kiwał głową. Nie odważył się spojrzeć w dół. 

– Jak blisko już podpełzły? 

–  Znajdują  się  jakieś  pięćdziesiąt  metrów  pod  nami.  Potrzebują,  jak  widać,  sporo 

czasu. 

Jori  nie  chciał  opowiadać,  jak  potwory  wyglądają  z  bliska.  Osobiście  nazwałby  je 

pożeraczami padliny, to pierwsze określenie, jakie przychodziło mu do głowy, tylko że Jori 

zawsze  wyrażał  się  przesadnie  dramatycznie.  Pełznące  po  skale  istoty  były  trupio  blade, 

wyglądały jak wielkie, białe larwy.  Ich  ciała, w  części  smukłe, a w części  dziwnie rozdęte, 

przywodziły  na  myśl  właśnie  larwy.  Ale  ręce  wyglądały  jak  ręce,  z  długimi  chwytnymi 

palcami,  głowy  też  miały  ludzkie,  z  oczyma,  uszami,  nosami  i  ustami.  Przede  wszystkim 

widziało  się  jednak  czarne  oczodoły  i  rozwarte  paszcze.  Teraz  Jori  dostrzegał  również 

spiczaste zęby, długie i bardzo ostre. 

Gdyby  tylko  mieli  coś  do  obrony,  jakiś  nóż,  coś,  co  można  by  rzucać  w  dół, 

cokolwiek, ale oni nie mieli absolutnie nic. Nie zabiera się broni, jeśli pragnie się wykonać 

spacerową  rundę  ponad  pięknymi  łąkami  i  bezpiecznymi  osadami  Królestwa  Światła. 

Pozostawały im tylko własne stopy, którymi mogli kopać, na dodatek Tsi-Tsungga był bosy. 

Dotychczas Jori potrafił zachowywać chłód i opanowanie, jakby patrzył na film, jakby 

to,  co  się  dzieje,  go  nie  dotyczyło.  Teraz  zaczynała  się  w  jego  umyśle  budzić  nieubłagana 

pewność  i  raz  za  razem  ogarniały  go  fale  przerażenia,  chciał  wzywać  pomocy,  lecz  nie 

background image

wiedział,  kto  mógłby  go  usłyszeć.  Próbował  oczywiście  wzywać  Marca  i  dziadka  Móriego 

oraz  innych,  z  którymi  można  nawiązać  telepatyczny  kontakt,  ale  mur  stanowił 

nieprzeniknioną  przeszkodę.  Myślał  tak,  jak  powiedział,  że  raczej  rzuci  się  w  otchłań,  niż 

pozwoli  pożreć  tym  potworom.  Czy  jednak  chciał  umrzeć?  Bał  się  strasznie,  że  będzie  się 

rozpaczliwie trzymał życia do samego końca. 

Te mrożące krew w żyłach dźwięki! Rozlegały się teraz bardzo blisko, słyszało się w 

nich oczekiwanie. Mlaskania, siorbania, charczenia. 

Pojękiwał ze strachu, a Tsi kompletnie nad sobą nie panował. Chłopcy znajdowali się 

tak wysoko na skalnej półce, jak tylko to było możliwe. Dalej iść już nie mogli. Ale... 

Jori popatrzył pytająco na Tsi, dostrzegł zdumienie w przenikliwie zielonych oczach 

przyjaciela i zrozumiał, że tamten słyszy to samo. 

Poprzez makabryczny zgiełk, dochodzący z dołu, usłyszeli inny dźwięk. Jakieś pełne 

przejęcia  mlaszczące  mamrotanie,  płynące  z  jakiegoś  miejsca  poniżej  na  skalnej  półce,  na 

skos od nich. 

Popatrzyli na siebie, nie będąc w stanie do końca zrozumieć. 

– Czik? – zapytał Tsi-Tsungga z niedowierzaniem. 

background image

15 

Spojrzeli  obaj  w  stronę,  skąd  wydobywał  się  ten  zdumiewający  dźwięk,  i  w  oddali 

mignął  im  pyszczek  wiewiórki  wystający  zza  skały.  W  tym  akurat  miejscu  skała  była 

pochylona, więc nie mogli zobaczyć więcej. Ale i tak widzieli wystarczająco dużo. 

–  Ach,  Czik,  czy  to  naprawdę  ty?  –  zawołał  Tsi  z  radością,  a  zarazem  rozpaczą  w 

głosie. – Myślałem, że już nigdy więcej cię nie zobaczę, o, jak się cieszę, że żyjesz! Ale nie 

wolno ci tutaj przychodzić! Czy ty tego nie rozumiesz, oni mogą porwać także ciebie, uciekaj 

jak najszybciej, szybko, szybko, to niebez... 

Jori,  do  którego  słowa  Tsi  docierały  dzięki  aparatowi  językowemu  Madragów, 

przerwał potok okrzyków przyjaciela: 

– Zamknij się! Czy nie słyszysz, że on chce coś powiedzieć? 

Nerwy  Joriego  były  napięte  niczym  struny.  Może  właśnie  dlatego  odezwał  się  tak 

niegrzecznie. Sytuacja była przecież nieznośnie denerwująca. 

Tsi umilkł i zaczął słuchać, coraz bardziej zakłopotany. 

–  Możemy  zostać  uratowani?  Jeśli  zejdziemy  jeszcze  trochę  niżej?  Ale  przecież  to 

śmiertelnie  niebezpieczne,  wtedy  oni  znajdą  się  bliżej  nas!  Nie,  Czik,  ty  nie  możesz  nas 

uratować. Ratuj siebie, błagam cię! 

Jori był wzruszony troską Tsi o wiewiórkę, ale zareagował bardziej rozsądnie. 

– Mówisz poważnie, Czik? – spytał. – Że mamy zejść w dół? I że mamy się śpieszyć, 

zanim oni podejdą zbyt blisko? Chodź, Tsi! 

Pociągnął za sobą opierającego się z całych sił towarzysza w dół skalnej półki, wprost 

do miejsca, gdzie zatrzymały się obrzydliwe bestie. 

– Szybko! Szybko! – parskał Czik. 

– Nie możemy, one tam przecież są, pożrą nas natychmiast! – zawodził Tsi-Tsungga. 

– Milcz! – syknął Jori. Próbował zrozumieć parskanie Czika. – „Duży, sympatyczny 

mężczyzna – przekazywała wiewiórka. – On życzy nam dobrze”. Dziękuję, dziękuję, Czik! 

– Nie możemy schodzić w dół, nie możemy – powtarzał rozpaczliwie Tsi. 

– A czy mamy jakiś wybór? – syknął Jori. – Jak myślisz, jak długo wytrzymamy tutaj 

na górze? 

Brutalnie szarpnął przerażonego elfa. 

Tsi  spojrzał  poprzez  krawędź  skały,  by  zobaczyć,  czy  nie  lepiej  skoczyć  w  dół,  ale 

stwierdził, że to by oznaczało natychmiastowy koniec. 

background image

Wspinać się po skale w górę też nie mogli, już tego próbowali, aż pozdzierali sobie 

paznokcie, a palce i kolana broczyły krwią. 

– Jaki mamy wybór? – powtórzył Jori. 

O, jak to dobrze, że jest przy mnie Jori, ale czy on naprawdę uważa, że powinniśmy 

posuwać się ku tym potworom z otchłani? zastanawiał się Tsi. 

– No, chodź już! Nie wahaj się, nie rozmyślaj! 

Tsi nie odpowiedział. Wstydził się, że się tak potwornie boi, kiedy Jori jest odważny, 

ale on jako dziecko natury nie umiał maskować swych uczuć. Zawsze był otwarty. Okazywał 

radość, zapał,  żal,  gniew, miłość, lęk... Nigdy nie potrafił tego ukryć.  Teraz był  śmiertelnie 

przerażony, że zostanie pożarty przez te potworne stworzenia, i nie znajdował żadnej ochrony 

przed tym strachem. Okazywał jedynie troskę wiewiórce, swemu najlepszemu przyjacielowi 

Jori bał się co najmniej tak samo. Jego jednak, jako człowieka, od dzieciństwa uczono 

sztuki panowania nad sobą. Nie był pewien, czy zawsze płynie z tego pożytek, tutaj jednak 

mógł przejąć dowodzenie i stanowić oparcie dla zupełnie zagubionego Tsi-Tsunggi. 

Znaleźli  się  na  dole  na  wysuniętym  skalnym  uskoku.  Ale  ohydne  monstra  niemal 

równocześnie znalazły się tuż przy nich. 

Czik  zbiegł  w  podskokach  na  dół.  Tsi  patrzył  oniemiały,  nagle  stwierdził,  że 

wiewiórka jest przywiązana liną. 

Nie  było  czasu  na  gadanie.  Jori  i  Tsi  odwiązali  Czika,  Tsi  posadził  go  sobie  na 

ramieniu,  tymczasem  Jori  przewiązał  siebie  i  Tsi  końcem  liny.  Musieli  ratować  się 

jednocześnie, innej możliwości nie było. Tsi zobaczył wstrętną łapę, chwytającą się krawędzi 

skały,  nie  wiedział,  czy  to  z  rozpaczy,  czy  ze  śmiertelnego  strachu,  ale  z  całych  sił  kopnął 

upiorną  wychylającą  się  gębę.  Nie  pomyślał,  jak  wiele  ryzykuje,  bestia  mogła  go  przecież 

złapać za nogę. 

Długie  pazury  puściły  skalną  krawędź,  ale  przyssawki  trzymały  się  mocno,  więc 

chłopcy  zdążyli  zobaczyć  długi,  żółtobiały  brzuch  chudego  stwora,  zanim  pazury  znalazły 

nowe oparcie. 

Wtedy jednak oni obaj i wiewiórka zostali już poderwani ze skalnej półki i dyndali w 

powietrzu, jeśli ich ciała nie odbijały się z głuchym łoskotem od skały. Jori obawiał się, że 

będą  musieli  wspinać  się  sami  po  takiej  cienkiej  i  gładkiej  linie,  co  wydało  mu  się  prawie 

niemożliwe, okazało się jednak, że ktoś podnosił czy też ciągnął ich w górę. A może to lina 

sama z siebie się kurczyła? Na to wyglądało. 

– Czyżby to sznur elfów? – krzyknął Jori. – Jakim sposobem się tutaj znalazł? 

W  chwilę  później  uzyskał  odpowiedź.  Odprowadzani  nieznośnym  rykiem 

background image

rozczarowania  docierającym  z  dołu  byli  unoszeni  ponad  łańcuchem  gór,  pomiędzy  ostrymi 

niczym igły szczytami. Lina została zamocowana wokół takiego właśnie szczytu, a obok stała 

wysoka, bardzo silna postać i wciągała ich z wysiłkiem. Był to milkliwy wojownik o blond 

włosach,  prymitywnie  ubrany,  ale  o  niezwykle  ujmującym  wyglądzie  mimo  kanciastych 

rysów twarzy. Wkrótce Jori i Tsi z Czikiem znaleźli się na bezpiecznym gruncie. 

– Czy to sznur elfów? – zapytał Jori. – W takim razie ty musisz być Gondagil. 

Jakiś  jasny  błysk,  który  mógł  być  nieśmiałym  uśmiechem,  pojawił  się  na  surowym 

obliczu. 

– Tak właśnie myślałem! Wyglądasz dokładnie tak jak mężczyzna, w którym Miranda 

może się zakochać. 

Brwi tamtego uniosły się w górę. 

– To był komplement – wyjaśnił pospiesznie Jori. – I... Wybacz, że mówię to dopiero 

teraz: dziękujemy. Dziękujemy za ratunek. Nic nie mogło nam sprawić większej radości. 

Tsi kiwał głową, choć minę miał nieco naburmuszoną. 

– Gondagil? W takim razie powinienem być o ciebie trochę zazdrosny. Ale nie jestem. 

Skończyłem już z taką małostkowością – oznajmił uroczyście ze śmiertelnie poważną miną. 

Imponujący Wareg spojrzał na Joriego, który, jego zdaniem, był z tych dwóch bardziej 

inteligentny. 

– Miranda? Czy ona...? 

– Miranda jest bezpieczna – zapewnił go Jori. – Na pewno wyzdrowieje. 

Opuścili Królestwo Światła, zanim Miranda odzyskała świadomość, nie mieli pojęcia, 

jak się teraz czuje. Ale słowa pociechy zawsze są mile widziane, więc Jori ich nie żałował. 

Ratunek nadszedł tak szybko i nieoczekiwanie, że Tsi i on jeszcze nie do końca zrozumieli, co 

się stało. Wszystko wydawało się takie nierzeczywiste. Jakby oglądał film. 

Rozwiązując linę, Gondagil popatrzył na chłopów i powiedział: 

– A ty musisz być Tsi-Tsunggą? Miranda mówiła o tobie. 

– Naprawdę? – rozjaśnił się Tsi. – A co mówiła? 

– Że wyglądasz tak, jak wyglądasz  – odparł Gondagil krótko.  Nie miał  teraz ochoty 

wdawać się w bardziej szczegółowe wyjaśnienia. Zwrócił się do drugiego chłopca. – A ty kim 

jesteś? 

– Jori Nie słyszałeś o mnie? 

Gondagil dostrzegł rozczarowanie w oczach młodzieńca, rzekł więc krótko: 

– Słyszałem. 

Chociaż nie był tego całkiem pewien. Miranda miała tak wielu przyjaciół, nie był w 

background image

stanie spamiętać wszystkich. 

– Idziemy! 

Ruszyli  za  nim.  Prowadził  ich  poprzez  ostre,  strome  szczyty.  Tsi  spoglądał 

przerażonym  wzrokiem  na  groźny,  poszarpany  górski  krajobraz  pod  ciemnym, 

ołowianoszarym  niebem.  Nieskończenie  daleko  stąd  dostrzegał  cudowną  poświatę  nad 

Królestwem  Światła, był bliski  płaczu, gdy uświadomił  sobie, jak ogromna odległość dzieli 

ich od domu. 

Ale przecież zostali uratowani! 

– Musimy stąd uciekać – rzekł Gondagil. – Tamci pewnie ciągle się wspinają. 

Na  te  słowa  Tsi  podskoczył  wysoko  i  wydał  z  siebie  pełne  niepokoju  gdakanie. 

Przyspieszył  też  kroku.  Jeśli  „oni”  weszli  tak  wysoko  na  górę,  to  muszą  pewnie  bardzo 

szybko biegać po płaskim podłożu? 

–  Musimy  ci  jak  najgoręcej  podziękować,  Gondagilu  –  powiedział  Jori,  a  Tsi 

pospieszył z zapewnieniami, że on też dziękuje. Jori mówił dalej: – Uratowałeś nam życie, ty 

i Czik. Nie rozumiem jednak, w jaki sposób dostaliście się tutaj i nikt was nie zatrzymał, a my 

nie mogliśmy przejść? 

Gondagil  wytłumaczył  im,  że  zły,  wsysający  wszystko  ciąg  powietrza  znajduje  się 

tylko w zagłębieniu, które właśnie opuścili. 

–  Aha,  ten  potężny  odkurzacz  –  rzekł  Jori.  –  Rzeczywiście  sam  też  tak  myślałem. 

Zastanawiam się tylko, gdzie on ma swoje źródło. Ale nie chcę tego badać. Absolutnie nie! 

No dobrze, powiedzcie nareszcie, w jaki sposób dostaliście się tutaj tak szybko? 

Gondagil okrążył jedną z tych okropnych skał i pokazał palcem. 

– Spójrz tam. 

–  Moja  gondola!  –  zawołał  uszczęśliwiony  Tsi-Tsungga.  –  Najpierw  Czik,  mój 

najlepszy przyjaciel, a teraz gondola. Czy to może być prawda? 

– Bardzo trudno tym kierować – rzekł Gondagil przepraszającym tonem. – Kilka razy 

zły prąd o mało nas nie wessał. (To dziwne, że kiedy mówię o wiewiórce i o sobie, zawsze 

używam  słowa  „my”.  Ale  Czik  jest  rzeczywiście  bardzo  uczłowieczony.  I  lepszy  niż  wielu 

ludzi, pomyślał Gondagil). Poza tym gondola raz po raz uderzała o skały. Nie wiedziałem nic 

o tym tutaj – dodał, wskazując na przyciski na tablicy rozdzielczej. 

Chłopcy  wyrazili  podziw,  że  w  ogóle  potrafił  uruchomić  pojazd.  Naprawdę  im 

zaimponował. Gondagil wolał nie wspominać o tym, jak przeorał zarośla, ani o zderzeniu z 

ziemią  nieco  później,  kiedy  Czik  i  on  sam  wylądowali  głowami  w  dół  na  twardych 

kamieniach, ani o tym, jak wypróbowywał aparaturę do mierzenia wysokości i utrzymywania 

background image

pojazdu  w  pozycji  poziomej.  Uznał,  że  nieważne  są  również  problemy,  jakie  miał  przy 

lądowaniu. 

Musiał wytłumaczyć chłopcom, w jaki sposób znalazł najpierw Czika, czy też w jaki 

sposób Czik znalazł jego, a później gondolę, po czym wszyscy wsiedli do pojazdu. 

– To wszystko z łatwością zostanie naprawione – mruknął Jori, chcąc pocieszyć Tsi, 

ponieważ gondola rzeczywiście nie prezentowała się najlepiej. W każdym razie z zewnątrz. 

Wyglądało na to, że silnik i wszystkie urządzenia lepiej zniosły tamtą podróż. 

Unikali  siadania  w  najbardziej  uszkodzonych  miejscach.  Jori  stał  przez  chwilę  i 

rozglądał się wokół po tym przerażającym świecie, widział teraz lepiej i dalej niż przedtem. 

Dostrzegał poszarpane ostre skały o groteskowych kształtach, na które poprzednio nie zwrócił 

uwagi. Panujący tu mrok przeszkadzał w dokładniejszych oględzinach, ale Jori stwierdzał, że 

najbliższe  skały  przypominają  jakieś  istoty  z  nieznanych  światów.  Potworne,  podobne  do 

ludzkich ręce, wydłużone twarze, szczyty, które sterczały niczym pożądliwe palce... 

Zadrżał. 

Nigdy więcej, myślał. Jeśli wydostaniemy się stąd żywi, już nigdy więcej nie będę się 

wybierał do tych ponurych siedzib kamiennych istot! 

background image

16 

Na  chwilę  zaległa  pełna  skrępowania  cisza.  Każdy  z  trzech  mężczyzn  sprawiał 

wrażenie, iż chciałby kierować gondolą. Kiedy jednak Gondagil spostrzegł, że Jori daje znak 

Tsi,  by  ten  zajął  miejsce  przy  kierownicy,  on  również  się  wycofał.  Co  prawda,  to  prawda, 

gondola należy do Tsi-Tsunggi. 

Elf ziemi powierzył Czika ich opiece. Nie wolno dopuścić, by wiewiórka jeszcze raz 

wypadła za burtę. 

–  Musimy  się  przez  cały  czas  trzymać  lewej  strony  –  ostrzegł  Gondagil.  –  W 

przeciwnym  razie  prąd  powietrza  nas  porwie.  Jest  niebezpieczny,  nie  wiemy  dokładnie, 

którędy przebiega poza obrębem Gór Czarnych. 

Jego towarzysze skinęli głowami. Spojrzeli obaj w stronę, gdzie musiał się znajdować 

łańcuch jaśniejszych gór, chociaż stąd nie było go widać. To tam zostali zatrzymani i mogli 

sobie wyobrazić, że stamtąd wiedzie szlak w głąb przeklętej doliny. 

Tsi sprawdził wszystkie instrumenty, by się przekonać, czy działają, poprosił ich, by 

dobrze  trzymali  Czika,  i  wystartował.  Początkowo  trochę  niepewnie  i  zdenerwowany,  z 

czasem jednak styl Tsi dawał się bez trudu rozpoznać. Odważne zwroty, wykonywane z miną 

i  stanowczością  doświadczonego  kierowcy  rajdowego,  poprzedzane  głośnym,  radosnym 

śmiechem. 

Gondagil  siedział  w  milczeniu  i  przyglądał  się  brunatno-zielonemu  przyjacielowi 

Mirandy.  Już  w  chwili  spotkania  stwierdził, że  z  tej  istoty  emanuje  siła,  która  musi  działać 

niczym  magnes  na  dziewczęta  W  tym  dziwnym  młodzieńcu  było  jednak  jednocześnie  tyle 

naturalności, tyle spontanicznej naturalności i witalności, że musiał go polubić. 

Mimo to z bólem myślał, że Tsi jest dobrym przyjacielem Mirandy. Znali się od tak 

dawna.  I  właśnie  o  to  Gondagil  był  trochę  zazdrosny.  Miranda  zapewniała  go,  że  nie  ma 

między nimi niczego oprócz przyjaźni, ale i tak Gondagil odczuwał lekkie ukłucia w sercu. 

Chciał zachować prawo pierwszeństwa, jeśli chodzi o jej przyjaźń. 

Trwało tak dopóty, dopóki nie opowiedziała mu, jak bardzo Tsi-Tsungga jest samotny. 

Nagle  od  strony  Gór  Umarłych  dotarł  do  nich  ryk  rozpaczy.  Pełen  desperacji  i 

wściekłości  długo  dźwięczał  w  powietrzu.  Mówił  wszystko  o  rozczarowaniu,  ponieważ 

zdobycz się wymknęła. Z pewnością jednak nie wydawały go tamte pełzające potworki. 

Tsi spojrzał za siebie na ponure góry. 

–  Tak,  teraz  wiem,  że  nigdy  tu  już  nie  przyjdę.  Byłem  dumny  z  tego,  że  zostałem 

background image

wybrany, ale nigdy więcej, dziękuję! Nigdy, nigdy więcej! 

– Możesz być pewien – powiedział Jori, który myślał dokładnie o tym samym. – Jesteś 

teraz pierwszym, który się stąd wydostał. Ty i ja, i Gondagil. Wiem, że wy dwaj zostaliście 

wybrani,  ale teraz i  ja mogę się do  was przyłączyć.  Niestety. Jesteśmy tymi,  którzy wiedzą 

najwięcej o Górach Czarnych. 

– Nieee – rzekł Tsi-Tsungga, otwierając usta ze zdumienia. 

–  Nie  rozumiesz  tego?  Oczywiście,  że  jesteśmy  jedynymi,  bo  o  ile  wiem,  to  nigdy 

żadna  żywa  istota  stąd  nie  wróciła.  My,  dzięki  Gondagilowi,  jesteśmy  pierwszymi. 

Dziękujemy ci bardzo, pozostaniemy twoimi przyjaciółmi do końca życia, Gondagilu. 

Tsi zgadzał się z nim co do joty. 

– Dziękuję – rzekł Gondagil cierpko. Zawsze był dość szorstki w zachowaniu, kiedy 

się wzruszał. 

– Co możemy zrobić, by ci się odwdzięczyć? – zapytał Jori. – Proś, o co tylko chcesz! 

Gondagil zastanawiał się nie dłużej niż sekundę. 

– Zabierzcie mnie ze sobą do Królestwa Światła! 

– To rozumie się samo przez się – odparł Jori odrobinę skrępowany. 

Wareg patrzył na nich z nowym błyskiem w oczach. 

– Teraz to ja zaciągam wobec was dług wdzięczności. 

– Nonsens! 

–  Oczywiście.  Istnieje  jednak  coś,  czego  nie  rozumiem.  Jest  wiele  takich  spraw,  ale 

jedna szczególnie. 

– Co takiego? 

Gondagil  patrzył  w  zamyśleniu  przed  siebie,  kiedy  gondola  ostrożnie  manewrowała, 

by podejść możliwie jak najbliżej jasnych gór. Mocno przyciskał do siebie Czika, bardzo się 

zaprzyjaźnił z tą sympatyczną wiewiórką. 

– Słuchajcie, ja dowiedziałem się o drodze do Gór Umarłych od swojego dziadka. On 

tę  wiedzę  otrzymał  od  swoich  przodków.  Niemcy  mówili  to  samo,  oni  też  mówili,  którędy 

należy  iść.  Ale  to  przecież  najbardziej  niebezpieczna  trasa!  Uważam,  że  to  jedyna 

niebezpieczna trasa. O co w tym wszystkim chodzi? 

– Indoktrynacja – mruknął Jori. 

Gondagil spojrzał na niego pytająco. Jori wytłumaczył: 

–  Zastanawiam  się,  czy  ktoś  z  Gór  Czarnych  nie  mógł  przyjść  do  waszej  części 

Królestwa  Ciemności  i  nie  rozpuszczał  pogłosek  o  tej  właśnie  drodze.  By  tam  kierować 

śmiałków. 

background image

Gondagil zadrżał. 

–  To  brzmi  potwornie.  I  nieprawdopodobnie.  A  w  każdym  razie  musiałoby  się 

przytrafić bardzo dawno temu. 

– Owszem, z pewnością tak było – rzekł Jori, podczas gdy Tsi wznosił gondolę ponad 

łańcuchem wzgórz. – Czy wiadomo ci, by ktoś z Królestwa Ciemności próbował iść tą drogą? 

–  Oczywiście  –  odparł  Wareg  cierpko.  –  Nawet  wielu,  ale  nikt  ich  nigdy  potem  nie 

widział. 

Podróż przebiegała spokojnie. Znajdowali się już poza niebezpieczną strefą. 

– No to mamy noc świętojańską – westchnął Jori. 

Dwaj pozostali spojrzeli na niego zdumieni. 

Jori wyjaśnił: 

– Tak jak już mówiłem do Tsi, babcia Theresa wie o tej nocy wszystko. O tym, jak złe 

istoty  i  inne  paskudztwa  wychodzą  z  otchłani  i  napadają  na  ludzi.  Bo  człowiek  to  dziwne 

stworzenie i w gruncie rzeczy pragnie, by różne potworności od czasu do czasu się zdarzały. 

Chce  przeżywać  napięcie  i  podniecenie.  Ale  my  chyba  mamy  już  dość  napięcia,  prawda? 

Można powiedzieć, pełen nocnik. 

Tsi skulił się. 

– Oczywiście, tak można powiedzieć. Skąd wylazły te żółtoblade pełzacze? 

Gondagil oświadczył: 

– Ja widziałem więcej niż wy, a to dzięki lornetce, którą dostałem od Mirandy. 

Z dumą pokazał chłopcom aparat. 

Joriemu bardzo to zaimponowało. 

– No, no, Miranda nie jest mimo wszystko taka głupia. Wie, co komu dać. Czy mamy 

sądzić, że to właśnie dzięki temu nas uratowałeś? 

– Absolutnie – odparł Gondagil. 

– No dobrze, co to mówiłeś? – zapytał Tsi. 

–  Według  mnie  wyglądało  na  to,  jakby  wylazły  z  otchłani.  Bo  tam  pod  tą  skałą,  na 

której siedzieliście, niczego chyba nie było. Tylko potwornie głęboka rozpadlina. 

– Ja też odniosłem takie wrażenie – rzekł Jori zamyślony. – Właściwie to powinniśmy 

mieć  wyrzuty  sumienia,  że  zrobiliśmy  im  nadzieję  na  wyszukany  posiłek,  a  potem...  – 

westchnął z ulgą. – Dobrze, że nie dane nam było przekonać się, co jeszcze noc świętojańska 

trzyma dla nas w zanadrzu. Dziękujemy ci, Gondagilu! Z całego serca dziękujemy! 

Gondagil próbował robić obojętną minę, ale nikt się na to nie nabrał. 

– To zasługa Czika – mruknął ochryple. 

background image

Gondola przesuwała się z cichym szumem ponad łąkami Królestwa Ciemności. Kiedy 

tak rozmawiali, Gondagil poznał największą przeszkodę, jaka dzieliła go od Mirandy. 

Zapytał Joriego, jak się Miranda czuje, czy już całkiem wyzdrowiała. 

Jori  ścierpł  na  niewygodnym  siedzeniu  i  próbował  zmienić  pozycję,  ale  cały  pojazd 

zatrzeszczał niebezpiecznie. Tsi wykrzykiwał jakieś ostrzeżenia i Jori usiadł jak poprzednio. 

Spoglądał przestraszony na potężne uszkodzenia z jednej strony gondoli i mocno trzymał się 

oparcia. 

– Jeszcze nie całkiem – odpowiedział na pytanie Gondagila. – Leżała przecież ledwie 

dzień.  Nie,  teraz  to  już  chyba  dwa  albo  trzy,  zresztą  człowiek  traci  rachubę  czasu  w  tym 

opuszczonym przez bogów świecie. 

–  Dwa  albo  trzy?  –  zapytał  Gondagil  z  niedowierzaniem.  –  Co  chcesz  przez  to 

powiedzieć?  Przecież  ja  tutaj  czekałem  na  nią  całą  wieczność.  Minęło  co  najmniej 

pięćdziesiąt czasów snu. 

Jori popatrzył na niego zaskoczony. Nagle twarz mu się rozjaśniła. 

–  Och,  naturalnie,  rozumiem!  Ty  przecież  mieszkasz  w  Królestwie  Ciemności  i  nie 

wiesz,  że  my  mamy  inny  czas.  My  w  Królestwie  Światła  bardzo  długo  jesteśmy  młodzi, 

ponieważ czas u nas posuwa się dwanaście razy wolniej niż tutaj u was. 

Gondagil przyglądał mu się w półmroku. Jori ciągnął dalej: 

–  Wy  macie  ten  sam  czas,  co  na  świecie  zewnętrznym.  To  nasza  rachuba  jest 

opóźniona. Po to, byśmy mogli żyć niemal wiecznie. 

Teraz cała groza sytuacji zaczęła powoli docierać do Gondagila. 

– Nie – wyszeptał. – Nie, to nie może być prawda! 

–  To,  niestety,  jest  prawda.  Miranda  wiedziała  o  tym,  kiedy  przenoszono  ją  stąd  do 

Królestwa  Światła.  Dlatego  bezgranicznie  cierpiała,  że  nie  może  cię  ze  sobą  zabrać,  zanim 

bramy zostaną zamknięte na zawsze. 

– Bo mój wódz nakazał mi zostać – z wolna szepnął Gondagil pobielałymi wargami. – 

Jori... ja muszę się tam dostać. Teraz! 

–  Oczywiście,  już  ci  to  przecież  obiecałem  –  odparł  młody  chłopiec.  –  Myślisz,  że 

nam się to uda? Że nie doprowadzi to do rozłamu pomiędzy twoim plemieniem a Królestwem 

Światła? 

Gondagil uśmiechnął się z goryczą. 

– Przekazałem wiadomość pewnemu  pasterzowi, że wybieram  się do Gór Czarnych. 

Ludzie pomyślą więc, że zaginąłem. Nikt nie będzie mnie szukał. 

Wykonał  gwałtowny  ruch,  który  spowodował,  że  gondola  znowu  złowieszczo 

background image

zatrzeszczała. Przestraszony zamarł. 

– Jori i Tsi, ja muszę koniecznie spotkać Mirandę. Jeśli brama została zamknięta, to 

ona nie wyjdzie z Królestwa Światła. 

– Nie. 

– A jak wy się wydostaliście? 

–  Znaleźliśmy  potajemne  otwory,  o  których  nikt  nigdy  nie  mówił.  Uważam,  że 

Strażnicy  również  o  nich  zapomnieli.  Gondagil,  to  ty  uratowałeś  nam  życie,  więc  my  teraz 

zrobimy dla ciebie wszystko. Wejdziesz z nami do Królestwa Światła, a my ukryjemy cię i 

postaramy  się  o  to,  by  do  Królestwa  Ciemności  dotarły  pogłoski,  że  zostałeś  wciągnięty  w 

głąb Czarnych Gór. To uspokoi twojego høvdinga. 

W jaki sposób zdoła rozpuścić jakiekolwiek pogłoski w świecie, do którego nie będzie 

w stanie dotrzeć, Jori się nie martwił. Niewiele spraw niepokoiło szalonego syna Taran. Teraz 

czuł,  że  jest  niezwykle  szlachetny.  Robi  bowiem  wszystko,  by  romantyczna  i  tragiczna 

zarazem historia miłosna skończyła się dobrze. 

– Dziękuję wam, drodzy przyjaciele – rzekł Gondagil z powagą. – Tam u was będę też 

miał większe możliwości działania na rzecz przekazania Słońca mojemu ludowi w Królestwie 

Ciemności. 

Jori zaniepokoił się odrobinę. 

– Myślę, że Strażnicy nie powinni wiedzieć, iż znajdujesz się w naszym królestwie, 

– Możesz mieszkać ze mną i z Czikiem – wtrącił Tsi-Tsungga z zapałem. – Mnie i tak 

nikt nie odwiedza. 

– Tsi, coś ty – bąknął Jori z nieczystym sumieniem. – Przecież wszyscy ciągle o tobie 

myślimy. 

Nie wiedział jeszcze, że tylko jedna Miranda zapytała o elfa, kiedy chłopcy zniknęli. 

– Nie, myślę, że jednak popełniamy błąd – westchnął Jori z żalem. – Gondagilu, nie 

możemy cię trzymać w ukryciu, to by się dobrze nie skończyło. Możesz oczywiście mieszkać 

z Tsi, dzięki czemu również on będzie miał towarzystwo. A w końcu, skoro ludzie Timona 

nie będą cię szukać, to nie grożą żadne nieporozumienia. 

Gondagil potakiwał. 

–  Dziękuję  ci,  Tsi,  z  radością  przyjmuję  twoją  propozycję.  Ale  teraz...  tam  dalej  – 

powiedział,  wskazując  w  dół.  –  Tam  znajduje  się  moje  domostwo.  Czy  nie  moglibyśmy 

wstąpić do niego tak, by nas nie widziano z osady? Jest tam parę rzeczy, które muszę zabrać. 

Tsi-Tsungga  z  dumą  zaprezentował  swoje  talenty  kierowcy.  Towarzysze  bali  się,  że 

ledwie  trzymająca  się  kupy  gondola  w  wyniku  jego  śmiałych  manewrów  rozleci  się  na 

background image

kawałki, i Jori rozpaczliwie próbował zapobiec katastrofie. Ale wszystko poszło dobrze. 

Kiedy  znaleźli  się  na  dole  i  Gondagil  zebrał  już  wszystko,  czego  potrzebował, 

rozejrzał  się  jeszcze  po  swojej  tak  dobrze  znanej  siedzibie.  Teraz  opuszczam  to  miejsce, 

myślał. I chyba już tu nie wrócę. Wszędzie jest czysto i ładnie, ponieważ tutaj czekałem na 

Mirandę. Ona też już chyba tego nie zobaczy. 

Gondagil  nie  był  sentymentalnym  marzycielem,  na  takie  sprawy  nie  ma  czasu  na 

dzikich  pustkowiach.  Teraz  jednak  odczuwał  skurcz  serca  na  widok  dwóch  sosen,  które 

wyrastały w jego obecności. Patrzył, jak wykiełkowały z ziemi, i obserwował, jak stawały się 

wysokimi,  pięknymi  drzewami.  Jego  mieszkanie,  początkowo  zwyczajna  jaskinia  pod 

skalnym  nawisem,  zostało  później  przebudowane.  Obił  ściany  drewnem,  urządził  wszystko 

tak, że można to było nazwać domem. Ile różnych dóbr tutaj zgromadził na własny użytek, ile 

wszystkiego  było  wewnątrz...  Teraz  to  zostawia...  Zabrał  ze  sobą  tylko  najpotrzebniejsze 

rzeczy  oraz  kilka  drobiazgów,  które  przeznaczył  na  prezenty  dla  Mirandy,  gdyby  miała  do 

niego przyjść. Resztę trzeba było porzucić. 

Otrząsnął się ze smutnych myśli i wsiadł do gondoli. 

Jori wybuchnął krótkim śmiechem. 

– Jacy my jesteśmy głupi, przecież i tak nie moglibyśmy cię ukrywać, Gondagilu. Gdy 

się  tylko  zjawimy,  skierują  nas  wprost  na  kwarantannę  i  będą  nas  dokładnie  szorować. 

Zwłaszcza  ciebie,  który  spędziłeś  życie  poza  murem.  Prawdę  powiedziawszy,  my  z  Tsi  też 

potrzebujemy  gruntownego  oczyszczenia!  Nie  sądzę,  żeby  Góry  Czarne  ze  wszystkimi 

swoimi okropnymi mieszkańcami były najbardziej sterylną okolicą świata! 

Gondagil słuchał bardzo uważnie, chociaż nie rozumiał, co to jest kwarantanna. Nie, 

jego myśli obejmowały jak gdyby dwa plany, musiał całym wysiłkiem woli je rozdzielać. 

Przede wszystkim rozmyślał o tajemnicy, która dręczyła go od dawna. Poza tym myśli 

wypełniały mu dużo przyjemniejsze tematy. 

Tajemnicza  sprawa  została  bardzo  szybko  odrzucona,  bo  dlaczego  miałby  się 

zastanawiać nad czymś, na co trudno było znaleźć odpowiedź. 

Dlaczego, dlaczego, u licha, jego dziadek powiedział, że droga przez ciasną dolinę jest 

jedynym  szlakiem  wiodącym  w  głąb  Gór  Czarnych?  Nie  ma  w  tym  twierdzeniu 

najmniejszego sensu, jest to przecież droga najgorsza. 

I  czy  to  rzeczywiście  jego  dziadek  tak  twierdził?  Czy  działo  się  to  w  czasach 

dzieciństwa Gondagila? 

Wszystko  to  wydawało  mu  się  jakieś  okropnie  niezrozumiałe,  bo  nie  mógł  sobie 

przypomnieć ani jednej takiej sytuacji ze swojego dzieciństwa, kiedy by się zastanawiał  nad 

background image

tą  drogą  albo  też  znał  kogoś,  kto  miał  coś  wspólnego  z  wejściem  w  obręb  wysokich, 

mrocznych gór, których cały lud Timona bał się bardziej niż samej śmierci. Była to dla niego 

prawdziwa zagadka. 

Otrząsnął się z ponurej zadumy, tymczasem Jori i Tsi-Tsungga dyskutowali o czymś, 

ale on tego nie słuchał, jego myśli wędrowały dalej własnymi drogami. 

Miranda... 

Zawsze tak było, wciąż wracał do Mirandy, nie umiał już przypomnieć sobie czasów, 

kiedy  Mirandy  nie  było  jeszcze  w  jego  świecie.  Uważał,  że  wyobrażać  sobie  jej  twarz  to 

najwspanialsze zajęcie. 

Miranda,  kiedy  ją  o  to  poprosił,  zgodziła  się  zostać  poza  murami,  w  Królestwie 

Ciemności.  Dla  niego  była  gotowa  poświęcić  więcej,  niż  był  w  stanie  pojąć.  Wiedziała,  że 

życie tutaj będzie krótkie. Ktoś kiedyś wspomniał, że ona sama jest prawdopodobnie niemal 

nieśmiertelna. W takim razie on by umarł na długo przed nią... 

Na myśl o tym robiło mu się słabo. 

To  właśnie  w  jednym  z  takich  momentów  Gondagil  uświadomił  sobie,  że  Miranda 

naprawdę go kocha. I że jest mu głęboko oddana. 

Uśmiechnął  się  sam  do  siebie.  Mirando,  nie  jesteś  sama,  jeśli  chodzi  o  tę  wielką 

miłość, powtarzał w duchu, czując, że ogarnia go wielka fala ciepła. 

I pełne niepokoju oczekiwanie. 

background image

17 

Gondagil przyniósł ze swego domu naczynie z wodą i chłopcy pili niczym spragnione 

cielęta. Tsi uniósł twarz znad orzeźwiającego płynu i zdyszany spytał: 

– Polecimy z powrotem tą samą drogą? 

– A czy mamy jakiś wybór? – odparł Jori. – Gondagil, a może wziąłeś też ze sobą coś 

do jedzenia? 

Wareg uśmiechnął się pod nosem. 

– Wziąłem co nieco dla Czika, myślę jednak, że i dla was wystarczy. 

Podzielili się zapasami. Gondagil spoglądał na nich zaniepokojony. 

– Czy nie powinniśmy trochę zostawić na potem? 

–  Zostawić  jedzenia?  Nie,  trzeba  ci  wiedzieć,  że  w  Królestwie  Światła  mamy 

żywności pod dostatkiem – roześmiał się Jori. 

– Ale jeszcze tam nie dotarliśmy – przypomniał mu Gondagil. 

–  Wkrótce  dotrzemy  –  prychnął  Tsi  zarozumiale.  –  Teraz  wzniesiemy  się  aż  do 

samego stropu kopuły. 

Poprosili  Gondagila,  by  zasłonił  sobie  oczy,  kiedy  będą  przelatywać  przez  otwór 

wysoko  w  górze.  On  w  ogóle  nie  był  przyzwyczajony  do  światła,  a  tam  czeka 

najintensywniejszy blask, jaki istnieje w ich królestwie. Będą bardzo blisko samego Słońca. 

Tsi-Tsungga siedział przy kierownicy trochę przestraszony. W głębi duszy zastanawiał 

się, czy Gondagil jest naprawdę sympatycznym  stworzeniem, czy też należy do złych ludzi 

Bo  w  takim  razie  bliskie  sąsiedztwo  Słońca  mogłoby  go  przekształcić  we  wściekłą  bestię, 

która rzuci się na Joriego i Tsi, poprzegryza im gardła, zagarnie dla siebie piękną gondolę Tsi, 

który nigdy więcej jej nie zobaczy. 

W  tym  miejscu  Tsi,  dziecko  natury,  zauważył,  że  w  jego  rozmyślaniach  coś  się  nie 

zgadza, nie miał jednak czasu zastanawiać się, co mianowicie. Zbliżali się właśnie w wielkim 

pędzie do muru otaczającego Królestwo Światła. 

Pociągnął  za  dźwignię,  wznosili  się  teraz  na  oszałamiające  wysokości.  Joriego  i 

Gondagila dosłownie swędziały palce, by przejąć kierowanie pojazdem,  ponieważ beztroski 

Tsi  sprawiał  wrażenie,  że  sobie  nie  poradzi  z  zadaniem,  ale  mimo  wszystko  była  to  jego 

gondola. 

– Czy moglibyśmy ci w czymś pomóc? – zapytał Jori ostrożnie, z nadzieją w głosie. 

– Tak, pilnujcie Czika i trzymajcie się z daleka od najsłabszych miejsc gondoli! 

background image

– I nic więcej? 

– Owszem. Wypatrujcie wentyli! Ja jakoś żadnego nie widzę. 

Wkrótce  uświadomili  sobie,  że  od  strony  Ciemności  wentyle  trudniej  było  dostrzec. 

Prawdopodobnie to wynik celowego działania. Wtedy, przed wieloma laty, kiedy tworzono te 

otwory, tak właśnie się zabezpieczono. 

Nie  udało  im  się  zlokalizować  żadnego  z  wąskich  przejść,  dopóki  Gondagil  nie 

zauważył, że w pewnym miejscu, które właśnie mijali, wieje ciepły wiatr. Wiedzieli, że teraz 

znajdują się mniej więcej w samym środku Ziemi, ponieważ mur ciągnął się aż do centrum tej 

wielkiej pustej przestrzeni we wnętrzu globu. Świadomość tego wprost oszałamiała. 

– W takim razie jedziemy! – zawołał Tsi przejęty. 

– Gondagilu, masz coś, czym mógłbyś zasłonić sobie oczy? – zapytał Jori. 

– Nie, ja chcę widzieć! Chcę widzieć wszystko! 

–  Ale  nie  możesz,  zostaniesz  oślepiony.  No  dobrze,  tylko  zaciśnij  mocno  powieki, 

kiedy znajdziemy się już w środku! 

Gondagil skinął głową. Ale nie zamierzał ani na moment zamykać oczu. 

Tsi wybrał jeden z otworów. 

– Na podłogę! – zawołał. 

Skulili się przy siedzeniach. Jori nie spuszczał wzroku z Czika. 

Jednym  fenomenalnym  manewrem  Tsi-Tsungga  zdołał  przecisnąć  gondolę  przez 

otwór  tak,  że  nie  otarła  się  o  mur.  A  chodziło  dosłownie  o  milimetry  i  Jori  pomyślał,  że 

naprawdę nie doceniał zdolności swego przyjaciela. Po prostu chyba nikt nie oczekiwał, że ta 

istota natury mogłaby opanować różne techniczne finezje. Ich zdaniem miał po prostu biegać 

boso po swoim lesie i czarować dziewczęta. 

Gondagil krzyknął głośno i zasłonił rękami oczy, kiedy spojrzał w promienne światło 

Świętego Słońca. Wszystko było skąpane w intensywnym, ciepłym i łagodnym blasku. Ale tej 

łagodności nie wyczuwało się tutaj, w miejscu, gdzie siła światła była największa. 

Teraz zobaczymy, czy on jest dobry, czy zły, pomyślał Tsi. Zabrakło mu odwagi, by 

odwrócić  się  i  spojrzeć  w  tym  momencie  Gondagilowi  w  twarz.  Poza  tym  miał  pełne  ręce 

roboty, musiał manewrować gondolą tak, by jak najszybciej znaleźć się możliwie najdalej od 

Słońca. 

Jori nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy Gondagil mógłby być złym człowiekiem. 

Miranda  opowiadała  o  nim  jako  o  istocie  dość  prymitywnej  i  dzikiej,  ale  to  było  przecież 

następstwem warunków, w jakich Gondagil musiał żyć. Z opowiadań Mirandy wynikało też, 

że bardzo się różnił od niemiłego, niebezpiecznego Harama. 

background image

Tsi  mógł  się uspokoić. Kiedy z szybkością strzały przybyli w okolice,  gdzie światło 

miało normalne natężenia, Gondagil roześmiał się trochę zawstydzony i powiedział: 

–  Nic  nie  widzę.  Jestem  kompletnie  oślepiony  i  pewnie  już  nigdy  nie  odzyskam 

wzroku. Ale czuję się tak, jakby mnie ktoś  odmienił. Taki  jestem  czysty  i  silny. Przepełnia 

mnie  miłość  do  wszystkiego,  co  istnieje,  to  naprawdę  fantastyczne,  nie  wiem,  jak  mam  to 

wytłumaczyć.  Jakbym  był  częścią  jakiejś  wielkiej  wspólnoty.  Jakbyśmy  wszyscy  byli 

jednością.  Życie  wydaje  się  takie  lekkie,  cieszę  się  i  wierzę,  że  stałem  się  dobrym, 

szlachetnym człowiekiem! 

– Och, jak to dobrze – szepnął Tsi-Tsungga z westchnieniem ulgi. 

– Witaj w naszej wspólnocie, Gondagilu – powiedział Jori ciepło. 

W następnej  sekundzie omal nie wpadli na jeden z wielkich ekranów rozstawionych 

wokół Słońca. Była właśnie noc, noc świętojańska, ogromna aparatura została ustawiona tak, 

by ochraniać dzieci wnętrza Ziemi przed zbyt wielką ilością światła. 

Tsi jednym pięknym manewrem uniknął zderzenia z ekranem. Trzeba powiedzieć, że 

było to posunięcie godne mistrza kierownicy. 

 

Nie, noc świętojańska w Królestwie Światła jeszcze nie minęła. Właściwie dopiero co 

się rozpoczęła. 

Najmłodsze  dziewczęta  spały  w  swoich  łóżkach,  a  pod  poduszkami  leżały  kwiatki. 

Sassa,  zawsze  taka  onieśmielona,  miała  jasny,  czysty  wyraz  twarzy,  a  od  czasu  do  czasu 

wzdychała cichutko.  Siska, księżniczka z dzikich lasów, wyglądała na zdumioną. Poruszała 

głową,  jakby  chciała  się  od  czegoś  oddalić,  po  chwili  jednak  uspokoiła  się,  rysy  jej 

złagodniały, chociaż wciąż oddychała z drżeniem. 

Berengaria natomiast oszukiwała. Nazbierała kwiatów w ogrodzie, na najpiękniejszym 

klombie swojej matki,  gdzie krzyżowały się żwirowane alejki, toteż nic się jej nie śniło. W 

każdym razie nic ważnego. 

A  poza  ludzkimi  siedzibami,  w  lasach  i  na  łąkach,  ożywała  natura  W  każdym 

najmniejszym  krzewie,  koło  każdego  kwiatka,  w  strumieniach  i  jeziorkach,  na  górskich 

zboczach i pod kamieniami znajdowały się jakieś istoty, a to mały elf, a to duch wodny albo 

innego  rodzaju  istota,  należąca  do  tego  miejsca.  Dla  nich  była  to  wyjątkowa  noc,  wszystkie 

miały się zebrać w lesie elfów. 

Nadchodziły  wielkimi  gromadami,  podniecone  i  zaciekawione.  Ubrane  w  swoje 

najpiękniejsze  stroje,  zbierały  się  na  wielkiej  polanie,  gdzie  wszystko  zostało  już 

przygotowane  do  uroczystości  Ogromne,  ciężkie  duchy  gór,  karły  z  wnętrza  skał,  małe, 

background image

ubrane  na  szaro  krasnoludki  ze  Starej  Twierdzy  i  z  najstarszych  domów  w  Królestwie 

Światła. Nowo przybyłe karły przyłączały się do nich. Z rzek i jezior wychodziły stworzenia, 

które  miały  tam  swoje  siedziby,  przezroczyste,  pełzające  stwory,  o  tęsknych  spojrzeniach, 

podstępne. Krzykacze z pustych przestrzeni, bagienne ogniki i huldry, leśne boginki i różne 

takie  istoty,  które  ludzie  przez  wieki  nazywali  niebezpiecznymi.  Małe  ludziki  i  podziemne 

duszki były oczywiście także. Niektóre rosłe, trzymetrowej wysokości, inne całkiem nieduże. 

Przybywały,  rzecz  jasna,  również  elfy.  Elfy  wszelkich  rozmiarów  i  najrozmaitszych 

rodzajów. Maleńkie elfy kwiatów, wielkie elfy z doliny Gjáin i stworzenia, o jakich ludziom 

nigdy się nie śniło. 

To była noc istot natury. 

Na  polanie  trwało  niezwykłe  ożywienie.  Oczywiście  odczuwano  brak  młodego 

księżyca i czarownej mgły ze starego świata, ale tak dobrze jak tutaj tam nigdy im nie było. 

Jedzenia i picia zgromadzono aż nadto, przez cały czas grała muzyka, pozdrawiali się starzy 

przyjaciele, którzy nie widzieli się przez cały rok. 

Powinno  to  być  święto  w  wielkim  stylu,  ponieważ  wszyscy  zrobili  co  mogli,  by 

spotkanie się udało. Nikt nie mógł się skarżyć, jeśli tylko ktoś czegoś zapragnął, natychmiast 

słodkie, małe panienki z rodu elfów przybiegały, by spełnić życzenie. 

Ale noc świętojańska nie była już tą wielką uroczystością, jaką bywała niegdyś. Jakieś 

dwa  czy  trzy  lata  temu  do  bezpiecznego  świata  we  wnętrzu  Ziemi  zakradło  się  coś  złego. 

Istoty natury lepiej niż ludzie znały się na górach i dolinach, one wiedziały, że teraz jest tutaj 

o jednego czy o jedno za dużo. Nie wiedziały jedynie, o kogo czy o co chodzi. 

Tylko jedna mała panienka z rodu elfów domyślała się, ona jednak nie odważyłaby się 

powiedzieć  tego  głośno,  czuła  się  bowiem  zbyt  mała  i  zbyt  głupia,  by  otworzyć  usta  w 

obecności tych wszystkich potężnych istot zebranych w lesie. 

Ale mała panienka posiadała zdolność, którą obdarzonych zostało bardzo niewielu. To 

ona  prowadziła  Dolga  Lanjelina  do  tajemniczych  sal  w  dolinie  Gjáin.  To  ona  pomogła  mu 

odnaleźć  czerwony  farangil.  I  właśnie  dlatego,  że  dotknęła  czerwonego  kamienia,  oraz 

dlatego,  że  przebywała  obok  niebieskiego  szafiru,  widziała  więcej  niż  inne  elfy  i  pozostałe 

istoty natury. 

Jej  imię  brzmiało  Fivrelde.  Dawniej  tak  nazywano  pięknego  motyla,  do  niej  nazwa 

również  pasowała,  bo  panienka  była  naprawdę  nieduża.  Uwielbiała  Lanjelina,  towarzyszyła 

mu w drodze do tego świata w głębi Ziemi, a kiedy on schwytany przez złych rycerzy został 

po  tamtej  stronie  Wrót,  jej  małe  serduszko  o  mało  nie  pękło.  Być  może  cierpiała  po  jego 

stracie równie mocno jak Tiril, matka Dolga. 

background image

Fivrelde znajdowała się w lesie Madragów tamtego dnia, kiedy młodzi ludzie wycięli 

dziurę  w  murze,  by  przeprowadzić  Siskę  do  Królestwa  Światła.  Razem  z  wielu  innymi 

niewidzialnymi elfami przyglądała się temu szaleństwu, ale ona, tylko ona, zwróciła uwagę na 

niezwykłe  zjawisko.  Kiedy  potwory  strumieniem  płynęły  przez  dziurę  w  murze  do 

Królestwa... 

Wkrótce potem przybył do Królestwa Światła Dolg Lanjelin i szczęście Fivrelde było 

znowu  pełne.  Nigdy  nie  dopuściła  do  tego,  by  Dolg  ją  poznał,  ale  często  przebywała  w 

pobliżu  niego,  mogła  siedzieć  i  godzinami  mu  się  przyglądać,  a  czasami  mu  pomagała, 

znajdowała rzeczy, których szukał, albo we śnie szeptała mu do ucha odpowiedź na pytanie, 

nad którym się zastanawiał w ciągu dnia. 

Dolg  domyślał  się  niekiedy,  że  otrzymuje  pomoc.  Nie  wiedział  tylko,  skąd  ona 

nadchodzi. Od czasu do czasu szeptał krótkie „dziękuję” przed siebie, w powietrze, a wtedy 

Fivrelde  promieniała  niczym  słoneczko,  a  jej  skrzydełka  podobne  do  skrzydeł  ważki 

poruszały się z zapałem. 

Teraz siedziała tutaj w lesie elfów i uczestniczyła w obchodach nocy świętojańskiej, 

ale  nie  odważyła  się  powiedzieć  nikomu,  co  widziała  tamtego  razu  koło  muru.  Nie 

powiedziała tego, mimo że wiedziała, iż wszystkie elfy są zmartwione. 

Ale  jak  mogła  oznajmić  coś  takiego?  Widziała  coś,  to  prawda,  wiedziała  też,  co 

martwi elfy, ale jak miała im to wytłumaczyć? Jak połączyć te dwa zjawiska? Była przecież 

tylko maleńką panienką z rodu elfów mieszkającą w krainie niebieskich dzwonków. Źdźbła 

trawy były wyższe niż ona sama, a mały żuk to wielka bestia. 

Czy  takie  nic  nie  znaczące  stworzenie  mogło  przemawiać  do  potężnego 

zgromadzenia? 

background image

18 

Chociaż  nie  wiadomo,  jak  do  tego  doszło,  to  wkrótce  Gondagil  odzyskał  wzrok. 

Akurat w odpowiednim czasie, by popatrzeć w dół na piękne kwitnące łąki w okolicach stacji, 

w której odbywano kwarantannę. Sama stacja tonęła w ogrodzie pełnym kwiatów. 

A  ja  chciałem  pokazać  Mirandzie  moje  żałosne  zbocze,  myślał  przejęty.  Te 

nieszczęsne kwiatki na wątłych łodyżkach. Dwie sosny i mieszkanie w grocie... 

Tymczasem  ona  przez  cały  czas  posiadała  to!  I  gotowa  była  wszystko  zostawić,  by 

zamieszkać ze mną. 

To, co widział, odbierało mu mowę. Czuł, że szczęście rozsadza mu piersi. 

Ale  spotkanie  z  personelem  stacji  przeznaczonej  na  kwarantanny  nie  było  już  takie 

zabawne... 

Miranda wciąż jeszcze rozmawiała z Ramem na temat, co trzeba zrobić, żeby odnaleźć 

chłopców (i przekazać wiadomość Gondagilowi), kiedy zadzwonił telefon. 

Dzwoniono  ze  stacji,  Ram  słuchał  z  niedowierzaniem.  Miranda  słyszała  tylko  jego 

krótkie  komentarze,  które  jednak  oznaczały,  iż  chłopcy  się  znaleźli.  To  oczywiście  wielka 

radość, ale... 

W pewnym momencie Ram powiedział: 

– Naprawdę to zrobił? Ależ to fantastyczne!  I zabrali go ze sobą? Tutaj, do naszego 

królestwa? Jakie to nieprzemyślane... 

Miranda zerwała się na równe nogi 

– Kogo? – zapytała teatralnym szeptem. 

Ram machnął ręką, żeby się uspokoiła. 

–  Nie  wypuszczajcie  go  ze  stacji  –  mówił  do  telefonu.  –  Chłopców  zresztą  też  nie. 

Jeśli byli w Górach Czarnych, to są z pewnością oblepieni bakteriami i innym paskudztwem. 

Tak,  wiewiórkę  też!  Te  same  zabiegi  dla  wszystkich.  Gondola  powinna  zostać 

zdezynfekowana...  To  już  tylko  wrak...?  Prawie.  Rozumiem.  Ta  wyprawa  to  prawdziwy 

hazard. 

Kiedy nareszcie zakończył rozmowę, zwrócił się do zniecierpliwionej Mirandy. 

– Tak, to on. Gondagil. No, no, żadnych łez, proszę, masz tu chusteczkę. On uratował 

chłopców od straszliwej śmierci, tak przynajmniej opowiada Jori ludziom z kwarantanny. A 

teraz Gondagil jest tutaj w... 

– Idę tam natychmiast! 

background image

Ram złapał ją za rękę. 

– Mowy nie ma! On musi odbyć kwarantannę, tyle chyba rozumiesz, musi tam zostać 

co najmniej do jutra. Absolutnie nie możesz się z nim spotkać. 

– W takim razie rozbiję namiot koło stacji. 

– Proszę bardzo – Ram uśmiechnął się z odrobiną szyderstwa. 

Z czułą wesołością patrzył, jak dziewczyna wybiega niczym strzała. Z pewnością jest 

zadowolona, pomyślał. Jak to dobrze, że problemy rozwiązały się tak nieoczekiwanie. Teraz 

będzie  chciała  pokazać  Gondagilowi,  że  bardzo  go  kocha  i  że  czeka  na  niego.  Jakby  ktoś 

mógł mieć co do tego wątpliwości. 

Piękna  twarz  Rama  o  rysach  Lemura  spoważniała.  Mnie  też  ulżyło,  pomyślał  teraz. 

Bardzo  mi  ulżyło.  Chłopcy  są  bezpieczni  I...  nie  byłoby  lekko  przerywać  tych  więzi,  jakie 

powstały między Mirandą a jej dzikim mężczyzną. 

Znowu  jego  twarz  rozjaśniła  się  w  uśmiechu.  Wrócili  żywi  z  Gór  Czarnych?  Nigdy 

przedtem nic takiego się nie przytrafiło! No tak, ale to zupełnie wyjątkowa grupa, ci młodzi 

szaleńcy. Dzielni, spragnieni życia, odważni aż do głupoty, niekiedy naprawdę człowiekowi 

chce się płakać, ale w przyszłości na pewno wyrośnie z nich prawdziwa elita. 

Przygotował się do wyjazdu na stację kwarantanny. Było już późno, od dawna trwał 

czas  snu,  on  jednak  musiał  natychmiast  porozmawiać  z  odnalezionymi  uciekinierami, 

wydobyć z nich wszystkie informacje, które jeszcze na świeżo tkwią im w pamięci. 

To  oczywiste,  że  będzie  z  nimi  rozmawiać  przez  kraty.  Nie  chciał  tylko  mówić 

Mirandzie,  że  istnieje  taka  możliwość.  Żadna  dziewczyna  nie  powinna  okazywać  zanadto 

swoich  uczuć,  Miranda  zaś  nigdy  nie  potrafiła  niczego  ukryć.  Była  jak  Tsi-Tsungga.  Nic 

dziwnego, że się tak zaprzyjaźnili. 

Ale  Gondagil  jest  człowiekiem  jak  najbardziej  odpowiednim  dla  Mirandy,  to  Ram 

zauważył na samym początku. I Miranda także jest dla niego odpowiednia. Ona potrafi nadać 

sens życiu Gondagila. Na szczęście nie będzie musiał ich rozdzielać. 

Spojrzał  w  górę  ku  Świętemu  Słońcu,  które  jest  bóstwem  Lemurów,  i  westchnął  z 

wdzięcznością. 

 

– Niczego nie rozumiem – rzekła Paula głucho. – Absolutnie niczego! 

–  Ja  też  nie  –  odparła  Oriana  szeptem.  Po  pompowaniu  żołądka  bardzo  bolało  ją 

gardło. Obie panie dopiero co się sobie przedstawiły. 

Oriana  leżała  na  łóżku  w  płaszczu  kąpielowym  z  jasnoniebieskiej,  delikatnej  i 

przewiewnej  tkaniny  froteé,  nigdy  przedtem  takiego  materiału  nie  widziała.  Paula  chodziła 

background image

tam  i  z  powrotem  po  białym,  przestronnym  pokoju  w  bardzo  podobnym  płaszczu 

kąpielowym. 

–  Dopiero  co  byłam  na  cyplu  nad  jakimś  jeziorem  –  mówiła  Paula,  wymachując 

rękami. – Była noc, świecił księżyc, wokół mnie panowała  cisza.  I nagle  jestem  tutaj! A w 

ogóle, co to znaczy „tutaj”? 

Oriana z rozmarzeniem wpatrywała się w sufit. 

–  Ja  też  byłam  nad  jeziorem.  Nagle  nadszedł  mój  mąż.  Był  na  mnie  wściekły, 

ponieważ ja... A zresztą, nieważne. Potem nie pamiętam już absolutnie niczego, dopóki  nie 

obudziłam się w tym pokoju. Wygląda strasznie obco. – Roześmiała się krótko. – Przyszła mi 

do głowy absurdalna idea... 

– Czy mogłabym ją usłyszeć? 

–  Nie,  to  głupie!  A  zresztą,  po  prostu  chciałam  odebrać  sobie  życie.  I  teraz 

pomyślałam,  że  jestem  martwa.  I  trafiłam  do  nieba.  Bo  przecież  jest  tu  tak  cicho,  czysto  i 

pięknie. Ale czy w niebie człowieka może boleć gardło? 

Roześmiały  się  obie,  ale  był  to  bardzo  niepewny  śmiech,  sytuacja  przedstawiała  się 

groteskowo. 

Rozmawiały  ze  sobą  jeszcze  chwilę  i  ustaliły,  że  znajdowały  się  nad  tym  samym 

jeziorem. Ale co się stało potem i w jaki sposób dostały się tutaj, żadna nie pojmowała. 

Chociaż  bardzo  się  od  siebie  różniły,  łatwo  nawiązały  porozumienie.  Trochę 

niepohamowana  w  swoich  zachowaniach  Paula  przejęła  maniery  i  sposób  mówienia 

wyrafinowanej Oriany, chociaż od czasu do czasu dawała o sobie znać jej gwałtowna natura. 

Oriana powiedziała odrobinę skrępowana: 

– Muszę przyznać, że tam nad jeziorem mogło się stać naprawdę wszystko, a ja i tak 

niczego bym nie zauważyła. Ponieważ byłam porządnie pijana. Wypiłam pół butelki koniaku 

i zjadłam mnóstwo barbituratów. 

– Barbi...? 

–  Tabletek  nasennych.  Żeby  umrzeć.  Ale  myślę...  myślę,  że  zrobiono  mi...  płukanie 

żołądka. Bogu dzięki, że byłam nieprzytomna! To potwornie upokarzający zabieg. Człowiek 

nie ma ochoty o nim mówić. 

–  Tak,  ja  też...  mój  stan  nie  był  wcale  lepszy,  spiłam  się  kompletnie  –  rzekła  Paula 

szczerze. Opowiedziała już przedtem o czarodziejskiej ceremonii, która albo się po prostu nie 

udała,  albo  wprost  przeciwnie,  spełniła  wszelkie  oczekiwania.  –  Mówiłaś,  że  twój  mąż  też 

tam był? Co się z nim stało? 

Oriana wzruszyła ramionami. Im mniej wiem o Kencie, tym lepiej. 

background image

– Wspomniałaś, że jesteś śmiertelnie chora – mruknęła Paula takim tonem, jaki się w 

tego rodzaju sytuacjach życiowych przyjmuje. Cicho, z szacunkiem, ale i z ciekawością. 

Oriana nie chciała o tym rozmawiać. 

– Tak – rzekła krótko. – Widziałaś tu jakichś ludzi? 

–  Nie,  obudziłam  się  w  pokoju  obok,  a  ponieważ  drzwi  do  ciebie  były  otwarte, 

weszłam. 

– Myślisz, że mogłybyśmy po kogoś zadzwonić? 

– Nigdzie nie widziałam dzwonka. Wyjdę na zewnątrz i się rozejrzę. 

– Pójdę z tobą – postanowiła Oriana i wstała. Jeśli nie liczyć bólu w przełyku, czuła 

się  zupełnie  normalnie.  Pijackie  oszołomienie  ustąpiło,  słabość  po  tabletkach  nasennych 

także. Początkowo trochę się zataczała, ale to pewnie dlatego, że leżała tak długo, podążała 

jednak za Paulą na korytarz. 

Znajdowały się w długim hallu, w dole zaś, piętro niżej, widziały jeszcze większy hall. 

Najpierw wszędzie panowała cisza, ale po chwili z jakichś drzwi wyszły dwie kobiety, 

przeszły przez hall i zniknęły za innymi drzwiami. Nie spojrzały w górę, ale Paula i Oriana 

wyraźnie dostrzegały ich twarze. 

– Widziałaś je? – zapytała Paula, niepotrzebnie wytrzeszczając oczy. – Na Boga, co to 

za rasa? 

–  Pojęcia  nie  mam  –  odpowiedziała  Oriana  zdumiona.  –  Nigdy  przedtem  nie 

widziałam  niczego  takiego.  Te  ich  ogromne,  czarne  jak  węgiel  oczy.  Ale  ubrane  były  jak 

pielęgniarki. 

–  Jeśli  się  natychmiast  nie  dowiemy,  co  to  wszystko  znaczy,  to  zacznę  histerycznie 

krzyczeć – zagroziła Paula. – Ciii! Znowu ktoś idzie. 

Cofnęły się obie o parę kroków, by ich nie zauważono. Tym razem z pokoju wyszedł 

młody  mężczyzna.  Ten  przynajmniej  wyglądał  normalnie.  Brązowe  loki,  piegi,  pogodna 

twarz,  przystojny,  choć  nie  był  specjalnie  wysoki.  Miał  na  sobie  tylko  żółty  ręcznik 

kąpielowy owinięty wokół bioder. 

Kobiety ledwo zdążyły wymienić spojrzenia, a z tego samego pokoju wyszedł jeszcze 

jeden mężczyzna. 

Paula zdławiła ciche „oj”. Wysoki blondyn, podobny do wikinga – młoda kobieta nie 

wiedziała, jak blisko jest prawdy – który każdą kobietę mógł przyprawić o drżenie. 

Tego  chciałabym  widywać  częściej,  pomyślała.  Moglibyśmy  razem  robić  różne 

rzeczy. 

Nie  zdążyła  jeszcze  ochłonąć  ze  zdumienia,  kiedy  drzwi  otworzyły  się  ponownie  i 

background image

wyszedł z nich ktoś trzeci. Obie panie przestały oddychać. 

Dobry Boże, myślała Oriana. A to co takiego? 

Ten  miał  zielone  włosy!  Jego  ciało  pokrywała  brązowozielona  skóra,  twarz  nosiła 

wyraźne podobieństwo do fauna, na głowie sterczały spiczaste uszka, a szerokie, radosne usta 

świadczyły  o  zmysłowości.  Stopy  kończyły  się  palcami,  którymi,  gdyby  chciał,  mógłby 

chwytać przedmioty. 

Przypadek sprawił, że ta istota stała dokładnie pod nimi, sama ich nie widząc. Oriana 

zdążyła jednak poczuć w swoim ciele jakieś drżenie, o którym już dawno zapomniała. Gorące 

pragnienie, pożądanie. 

Z Paulą było jeszcze gorzej. Musiała zaciskać uda, by powstrzymać tęsknotę, która się 

nagle w niej rozpaliła. Ten mężczyzna na dole promieniał tą zmysłowością i seksualnością, 

której  tak  bardzo  brakowało  zwyczajnym  mężczyznom.  Nie  przypominał  człowieka,  ale 

akurat  ten  fakt  był  jej  teraz  kompletnie  obojętny.  Paula  zbyt  długo  żyła  bez  męskiego 

towarzystwa, bardzo chętnie by więc... 

Dziwne stworzenie odeszło. Kobiety popatrzyły po sobie. 

– Na Boga... – zaczęła Paula. 

–  Czy  to  teatralny  makijaż?  –  zastanawiała  się  Oriana.  –  Może  to  charakteryzacja, 

może  chciał  wyglądać  jak  Puk  w  Szekspirowskim  „Śnie  nocy  letniej”? A  może  jak  Piotruś 

Pan? Ale sprawiał wrażenie takie... – zniżyła głos do szeptu – takie prawdziwe! 

Bo on jest prawdziwy, myślała Paula z egzaltacją. To jest on! Udało mi się! 

Głęboko wciągnęła powietrze. 

–  Wszystko  moja  wina  –  oznajmiła.  –  Tej  nocy  czarowałam.  To  noc  środka  lata. 

Próbowałam wywołać jakąś istotę natury, może króla gór, kogokolwiek. I to jest właśnie on! 

Bardzo mi przykro! 

Ale  w  jej  głosie  absolutnie  nie  wyczuwało  się  przykrości.  Głos  brzmiał  radośnie, 

chociaż dało się w nim słyszeć również zaskoczenie. 

Oriana wpatrywała się  w towarzyszkę, jakby  chciała się przekonać, czy  Paula mówi 

poważnie, czy też zwariowała. Potem zaproponowała: 

– Chodźmy stąd! Zejdźmy na dół, wyjdźmy na zewnątrz, trzeba znaleźć kogoś, z kim 

mogłybyśmy porozmawiać. Trzeba wyjaśnić, gdzie się znajdujemy. 

Paula  uznała,  że  to  bardzo  dobry  pomysł,  ruszyły  wobec  tego  ku  drzwiom 

wyjściowym w hallu na dole. 

Ale drzwi były zamknięte na klucz. 

– Co to,  u diabła, może  znaczyć? Czy znalazłyśmy się  w więzieniu w jakim obcym 

background image

państwie? – zastanawiała się Oriana niepewnie. 

Zanim  zdecydowały,  co  dalej,  znowu  otworzyły  się  drzwi  za  nimi  i  wyszedł  z  nich 

mężczyzna w takim samym płaszczu kąpielowym jak one. Ten wyglądał ponuro. 

– Kent? – rzekła Oriana z umiarkowanym entuzjazmem. – Ty tutaj? Czy możesz nam 

powiedzieć, co się stało? 

Odepchnął ją i podszedł do wyjścia. 

–  Nie  chcę  mieć  z  tobą  do  czynienia  –  warknął.  –  Zawiodłaś  mnie  w  najbardziej 

ordynarny sposób. 

Szarpnął za klamkę. 

– A to co znowu za głupoty? Oriana, natychmiast dawaj klucz! 

–  Jesteśmy  zamknięte  tak  samo  jak  ty.  Czy  wiesz,  gdzie  się  znajdujemy?  I  jakim 

sposobem się tutaj dostaliśmy? 

– Skąd ja to niby mam wiedzieć? Powinienem... 

Zamilkł,  jakby  się  zastanawiał,  czy  nie  wybić  okna,  ale  uznał,  że  chyba  nie.  Podjął 

więc znowu to bezowocne szarpanie drzwiami. 

W końcu gdzieś za nimi pojawiła się jedna z tych dziwnych kobiet. 

– Bardzo mi przykro – powiedziała łagodnym i przyjemnym głosem. – Wkrótce będą 

państwo mogli stąd wyjść. Tymczasem jednak bądźcie tak uprzejmi i wróćcie do siebie! 

W jakiś sposób zdołała ich ulokować, każde w swoim pokoju. Oriana usłyszała zgrzyt 

klucza w zamku i ujęła klamkę. 

Została zamknięta. 

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że tamta kobieta mówiła jakimś zupełnie nieznanym 

językiem. Mimo to wszyscy troje rozumieli każde jej słowo. 

 

Ram rozmawiał przez telefon z jednym ze swoich ludzi. 

– Wróciliście więc? 

– Tak, trwało to bardzo krótko. Mieliśmy problemy. Zobaczyli nas jacyś ludzie, więc 

musieliśmy ich zabrać ze sobą. Najchętniej unikamy mordowania. 

–  Tak,  słyszałem,  że  jakichś  troje  nowych  odbywa  kwarantannę,  pominąwszy  tych 

troje, którzy wrócili z Królestwa Ciemności. Postąpiliście słusznie, ale nie jestem pewien, czy 

ci wszyscy nowi pasują tutaj. 

– Rzeczywiście, może być trochę problemów. Kobiety są chyba dobre. Jedna z nich 

była silnie zatruta, więc najpierw musieliśmy ratować jej życie. Druga z nich znajdowała się 

w stanie kompletnego upojenia. Dostała specjalną dawkę i  teraz jest znowu trzeźwa. Obyło 

background image

się bez kaca, mam nadzieję, że nam za to podziękuje. Ale ta pierwsza kobieta jest śmiertelnie 

chora i powinna natychmiast po kwarantannie znaleźć się w szpitalu. Tutaj szybko wróci do 

zdrowia! 

– Znakomicie, A mężczyzna? 

–  Tamta  chora  kobieta  i  mężczyzna  nie  znoszą  się  nawzajem.  A  ponieważ 

powiedziałem właśnie, że kobiety są wystarczająco dobre, to... 

– To on jest słabym ogniwem, rozumiem. Do miasta nieprzystosowanych? 

– No, spróbujemy coś z nim zrobić. Ale jeśli tam też nie będzie pasował, to... 

–  Rozumiem.  Zobaczymy,  jak  się  sprawy  rozwiną.  Gdy  tylko  kobiety  będą  gotowe, 

należy je ulokować może w... Niech no się zastanowię, może w Sadze? 

– To powinno być dla nich odpowiednie miejsce. I chora kobieta uniknie widywania 

swego męża. 

– Dobrze! No cóż, to powodzenia w nowej podróży – zakończył Ram. – Zobaczymy 

się później. 

Stał pogrążony w myślach. 

– Co za noc – szepnął. – I chłopcy przebywali w Królestwie Ciemności! Dobrze, że to 

się skończyło, tak jak się skończyło. 

background image

19 

Nareszcie noc świętojańska dobiegła końca. 

Mieszkańcy Królestwa Światła nie mieli pojęcia, co się stało w ich spokojnej krainie, 

nie  wiedzieli  tego  nawet  Ram  ani  Strażnicy,  Elfy  też  nie  wiedziały  niczego  konkretnego, 

wyczuwały  jedynie  niepokój.  Teraz  elfy  spały,  oszołomione  świętem,  nektarem  i  miodem, 

jagodami i innymi smakołykami dostarczonymi przez naturę. 

W  myślach  Fivrelde  krążyło  nieustannie  jakieś  wspomnienie  z  minionej  nocy, 

prawdopodobnie  z  porannego  snu,  w  którym  widziała  coś,  była  pewna,  że  dzieje  się  coś 

złego,  a  może  już  się  to  wydarzyło  podczas  nocy  świętojańskiej,  nie  mogła  jednak  pojąć, 

czego  to  wszystko  dotyczy.  To  bardzo  nieprzyjemne  mieć  świadomość,  że  jest  się  jedyną 

istotą,  która  coś  wie,  a  mimo  to  ta  wiedza  jest  tak  bardzo  niekonkretna.  A  może  powinna 

porozmawiać ze swoim bohaterem? Nie, nie odważyłaby się mu przeszkadzać. 

Theresa spotkała najmłodsze dziewczęta przy śniadaniu na tarasie domu Rafaela. 

Jak  większość  młodych  ludzi  były  dość  zaspane,  siedziały  pogrążone  we  własnych 

myślach. To z wiekiem człowiek staje się rześki rankami. 

– No, panienki? Śniło się wam coś? – powitała je ze śmiechem. 

Berengaria, która w tym towarzystwie miała najwięcej pewności siebie, odpowiedziała 

jak zwykle pierwsza. 

–  Zupełnie  nic,  babciu.  Nic,  o  czym  warto  wspominać.  Tylko  róże  poplamiły  mi 

poduszkę. 

–  A  więc  mimo  wszystko  użyłaś  ogrodowych  kwiatów?  A  to  powinny  być  kwiaty 

polne, moje dziecko. Trzeba je zbierać na rozstajnych drogach, daleko od ludzi. A ty, Sasso? 

Młoda potomkini Ludzi Lodu uśmiechnęła się tajemniczo. 

– Tak, ja miałam sen. 

– I o kim to? – chciały natychmiast wiedzieć obie przyjaciółki. 

– Nie, to zupełna niespodzianka – rzekła Sassa skrępowana. – Nigdy bym się tego nie 

spodziewała. Ale to był... piękny sen – dodała tak cicho, że ledwo ją usłyszały. 

– No to co, jesteś zakochana? – uśmiechnęła się Berengaria. 

Sassa spojrzała na nią rozmarzonym wzrokiem. 

–  Co?  Zakochana?  Nie,  chyba  zwariowałaś!  To  było  tylko  trochę  podniecające,  nic 

więcej. 

– A ty, Sisko? – zapytała Theresa z rozbawieniem. 

background image

– Ech! – westchnęła mała księżniczka z mrocznych lasów. – Ech, nie, to był głupi sen. 

Głupi, głupi, głupi! 

Na  moment  zapomniała  o  swoich  przyjaciółkach  i  pogrążyła  się  w  dziwnych 

rozmyślaniach. Szybko się jednak otrząsnęła i zaczęła pić herbatę. 

Dziewczęta  i  Theresa  czekały,  ale  kiedy  nie  powiedziała  już  nic  więcej,  Theresa 

oznajmiła: 

– Przychodzę tu  w konkretnej sprawie. Sisko,  Najwyższa Rada wzywa cię na swoje 

spotkanie. Masz tam pójść natychmiast. 

– Ja? 

– Tak, chcą cię przesłuchać w jakiejś sprawie, ale nie wiem, w jakiej. 

– Przecież ja nie zrobiłam nic złego! 

– Wiemy o tym. Oni też o tym wiedzą. Pośpiesz się teraz. Czeka na ciebie gondola z 

kierowcą. 

–  Nie,  ratunku,  co  ja  mam  na  siebie  włożyć,  jak  ja  wyglądam,  spójrzcie  na  moje 

włosy... 

– Jesteś śliczna – zapewniały jedna przez drugą. – Ruszaj teraz, tylko pamiętaj, żeby 

nam o wszystkim opowiedzieć po powrocie! 

 

Siska zdążyła się opanować, zanim dotarła do czarnej sali w pałacu Marca. Na widok 

szacownego  zgromadzenia  drgnęła  wprawdzie,  jakby  chciała  się  cofnąć,  zaraz  jednak  się 

wyprostowała. 

Byli tam naturalnie Marco i Ram, a także ów dostojny Obcy, Talornin. Poza tym Móri 

oraz Dolg, a także Cień. 

Co on tutaj robi? 

Pierwszy odezwał się Talornin. Skłonił się lekko przed Siską. 

– Bądź pozdrowiona, księżniczko z mrocznych lasów – rzekł uroczyście. – Nigdy nie 

zapominamy, że jesteś córką wodza, pamiętaj o tym! Pewnego dnia, kiedy będziesz dorosła, 

zasiądziesz w tej radzie, zajmiesz w niej miejsce odpowiednie dla swojej rangi. 

Ja?  Naprawdę  ja?  chciała  zapytać  zdumiona,  uznała  jednak,  że  powinna  się 

zachowywać godnie, jak tego wymaga jej tytuł, więc pochyliła lekko głowę. 

– Dziękuję – rzekła po prostu. 

–  Ty  i  księżna  Theresa.  Ona  wielokrotnie  już  odpowiadała  odmownie  na  nasze 

propozycje,  kiedy  jednak  dowiedziała  się,  że  ty  masz  być  członkinią  rady,  postanowiła 

również się do nas przyłączyć, by zapewnić ci kobiece wsparcie. 

background image

Siska uśmiechnęła się niepewnie. Stała wyczekująco. 

– Usiądź – rzekł Talornin i wskazał jej miejsce przy stole. Wszyscy usiedli. 

– Sisko – zaczął Talornin. – Wezwaliśmy cię tutaj, ponieważ pragniemy zapytać cię o 

radę. 

Mnie? Ci potężni panowie? Czekała w milczeniu. 

–  Czy  ty  jeszcze  pamiętasz  stosunki  panujące  w  twojej  rodzinnej  osadzie?  Byłaś 

wprawdzie tylko dzieckiem, ale... 

–  Nikt  nie  wie  więcej  niż  ja  –  odparła  z  godnością.  –  Byłam  przecież  ich  boginią-

dziewicą. 

– Oczywiście. W takim razie posłuchaj. Czy słyszałaś kiedyś, by mówiono, że istnieje 

potajemna droga do Gór Czarnych? Droga, którą można bezpiecznie przejść? 

Zamyśliła się. W sali panowała zupełna cisza. 

– Nie. Nigdy! 

– A jak wiele wiedzieliście o Górach Czarnych? 

–  O  Górach  Umarłych?  Wiedzieliśmy,  że  nikt  żywy  nigdy  stamtąd  nie  wrócił.  Że 

zginęli  tam  ludzie,  którzy  próbowali  przecisnąć  się  pomiędzy  wysokimi  skałami  Nie,  nie 

istniała żadna droga, którą można by było bezpiecznie przejść. 

Mężczyźni patrzyli po sobie i dyskutowali półgłosem. 

Siska przerwała im. 

– Czy mogłabym zapytać, co to wszystko oznacza? 

Ram, pochodzący z Lemurów Strażnik, odwrócił się ku niej. 

– Dzisiejszej nocy miałem długą rozmowę z dwoma chłopcami, Jorim i Tsi-Tsunggą. 

Rozmawiałem  też z Waregiem  Gondagilem,  który  przybył  do naszego królestwa, dokładnie 

tak,  jak  ty  przed  rokiem.  Wygląda  na  to,  że  ktoś  pochodzący  z  Gór  Czarnych  rozsiewał 

dziwne  pogłoski  w  jego  części  Królestwa  Ciemności.  O  ile  dobrze  cię  zrozumieliśmy,  nic 

takiego nie wydarzyło się po twojej stronie wielkiej, jasnej góry. 

– Zechcielibyście wytłumaczyć to dokładniej? 

– Ktoś opowiadał ludowi Gondagila i innym plemionom, a wygląda na to, że działo 

się to dawno temu, choć co do tego Gondagil nie ma pewności... Opowiadano im mianowicie, 

że  istnieje  bezpieczna  droga  w  góry.  I  mówiono  tak  po  to,  by  wabić  ludzi  na  tę  drogę. 

Tymczasem  ona  wiedzie  wprost  do  katastrofy.  Gondola  chłopców  została  wciągnięta  przez 

jakieś  prądy  do  doliny.  Gondagil  znał  drogę,  ale  w  porę  odkrył  niebezpieczeństwo  i  zdołał 

uratować chłopców. 

–  Oj  –  westchnęła  Siska  cicho.  –  Nie,  niczego  takiego  nigdy  nie  słyszałam.  A 

background image

powinnam była słyszeć. 

–  Tak  właśnie  myśleliśmy  –  rzekł  Talornin  przyjaźnie.  –  To  przecież  ty  posiadałaś 

wszelką wiedzę, prawda? 

– Tak jest. Ale Góry Czarne stanowiły tabu. Nie tylko nie wolno tam było chodzić, nie 

wolno było również o nich mówić. Co najwyżej wspominano je szeptem. 

– I nigdy nie szeptano o żadnej dziwnej dolinie w górach. Nie, przecież droga do niej 

wiedzie przez inną część Królestwa Ciemności, tę, która znajduje się bliżej] nas. A z tego, co 

wiemy, ty jesteś jedyną żywą istotą, która zdołała pokonać łańcuch jasnych gór. 

– To prawda. 

– To tłumaczy, dlaczego nigdy nie słyszeliście o strasznej dolinie. No cóż, jeśli cię to 

interesuje, to możesz dowiedzieć się więcej na temat tego, co prawdopodobnie ma się stać w 

Królestwie Światła. 

– Bardzo chętnie posłucham, dziękuję. 

Siska  uznała,  że  to  przywilej  móc  uczestniczyć  w  tej  naradzie.  Czuła,  że  w  końcu 

odzyskała swoją dawną godność. 

Nigdy co prawda nie tęskniła za życiem w oddalonej samotnej osadzie w lasach, ale, 

oczywiście, miło jest być znowu kimś uznanym! Ktoś, kto urodził się księżniczką, ma to już 

we krwi. I nigdy się tego nie pozbędzie. 

Znowu powróciły wspomnienia nocnego snu, skuliła się nagle przestraszona. Chciała 

nabrać dystansu do tego snu, ale on wciąż wracał, był taki... denerwujący? 

Uff, nie! Trzeba słuchać, co mówią szacowni panowie. 

–  Sisko  –  rzekł  Ram.  –  Zarówno  Dolg,  jak  i  Cień  mają  do  opowiedzenia  dziwne 

rzeczy. No właśnie, księżna Theresa prosiła nas, byśmy zwracali się do Dolga jego dawnym 

imieniem,  byśmy  nie  mówili  do  niego  Dolgo.  A  ściślej  biorąc,  by  każdy  mówił,  jak  chce. 

Dolg również z ulgą powrócił do dawnej formy swego imienia. Zechcesz zacząć, Dolgu? Zdaj 

nam sprawę ze swoich przeżyć. 

– Tak, oczywiście – odparł urodziwy syn czarnoksiężnika. 

Siska zawsze uważała, że jest on najdoskonalszym stworzeniem. Indra twierdziła, że 

Dolg  ze  swoją  skórą  koloru  kości  słoniowej  i  czarnymi  lokami  oraz  niezwykłymi  rysami 

stanowi  prototyp właściwego secesji stylu  w sztuce. Jest  taki piękny i  romantyczny.  Gdyby 

chociaż  nie  miał  tych  wielkich,  skośnych  i  kompletnie  czarnych  oczu  Lemura...  Ale  one 

jeszcze pogłębiały jego oszałamiającą urodę. 

Teraz patrzył prosto na nią i mówił, a ona była tak przejęta, że nie potrafiła spojrzeć 

mu w oczy. Musiała się bardzo starać, by nie trzepotać rzęsami 

background image

–  Od  jakiegoś  czasu  mam  uczucie,  że  ktoś  chce  ze  mną  porozmawiać,  lecz  nie  ma 

odwagi. Ktoś, kto ma mi do powiedzenia coś niezwykle ważnego. Nie domyślasz się może, 

kto by to mógł być? 

Siska była zmartwiona, że i tym razem nie może udzielić pozytywnej odpowiedzi. 

–  Nie.  Niestety.  W  naszym  kręgu  wszyscy  jesteśmy  bardzo  otwarci,  jak  wiesz.  Z 

wyjątkiem Eleny naturalnie... 

– Nie, Elenę już pytałem, ponieważ myślałem dokładnie tak jak ty. Nie, to nie ona. 

– Skąd wiesz, że ktoś chce z tobą rozmawiać? 

Dolg uśmiechnął się krzywo. 

–  Świetne  pytanie!  Wiesz,  że  posiadam  specjalne  zdolności.  Wyczuwam  to  teraz 

bardzo  intensywnie,  jest  tak  jak  mówię,  nie  może  być  żadnych  wątpliwości  Gdybym  tylko 

wiedział, kto to jest, sam zacząłbym rozmowę, ale... 

Wzruszył ramionami, jakby przepraszał. 

– A teraz ty, Cieniu – rzekł przyjaźnie Ram. 

–  Tak  –  odparł  potężny  Lemur.  –  Wiesz,  że  mam  wielu  przyjaciół  wśród  elfów  i 

innych istot poruszających się bezgłośnie po polach i lasach. Ostatniej nocy, Johannesnatt, jak 

ją  określa  nasza  droga  Theresa,  te  istoty  miały  wielkie  spotkanie.  Obserwowały  je  duchy, 

zarówno  duchy  Móriego,  jak  i  duchy  Ludzi  Lodu.  Johannesnatt,  jak  wiesz,  jest  nocą 

wszystkich sił natury, zbierają się one wtedy na wielkich uroczystościach. No cóż, dziś rano 

Nidhogg przyszedł z raportem. Coś się dzieje w Królestwie Światła. Nic na ten temat jeszcze 

do  ludzi  nie  dotarło,  ale  wszyscy  nasi  niewidzialni  przyjaciele  są  przerażeni.  Okazuje  się, 

Sisko, że coś ich przyzywa i wabi. Coś im mówi, że zdobędą wielką cześć i szczęście, jeśli 

opuszczą  Królestwo  Światła  i  przeniosą  się  do  Gór  Czarnych.  Opowiada  im  się  o  dolinie, 

która jest bezpieczna i pewna... 

– Oj – jęknęła Siska. – Chodzi o tę samą dolinę? 

– Bez wątpienia. 

– Ale kto ich wabi i przyzywa? 

– Tego właśnie nikt nie wie. Wszyscy słyszeli zapewnienia, nikt jednak nie wie, skąd 

pochodzą. 

– Jakie to dziwne! 

–  Tak.  Najdziwniejsze  jednak  jest  to,  że  dokładnie  to  samo  mówi  Gondagil.  O  tym 

samym opowiadali też mieszkańcy niemieckiej osady. Wielu z tej  części Królestwa Światła 

zna  tę  historię.  Tylko  nikt  nie  potrafi  sobie  przypomnieć,  skąd  ją  zna.  Większość  sądzi,  że 

słyszeli  ją  kiedyś  w  dzieciństwie,  Gondagil  jednak  twierdzi,  że  to  nieprawda.  Elfy  i  inni 

background image

niewidzialni nie wspominali o tym aż do tej pory. Dopiero w ciągu ostatniego roku... 

Siska patrzyła na niego zamyślona. 

– Czy oni pragną tam pójść? 

–  Stawiasz  właściwe  pytania  –  rzekł  Marco.  –  Będziesz  bardzo  wartościowym 

członkiem naszej rady. 

– Dziękuję! – Siska była uradowana i dumna, lecz wrodzona godność nie pozwalała 

jej tego okazać. O, znowu jest księżniczką! Księżniczką i boginią-dziewicą. Jak łatwo wejść 

w dawną rolę! 

Cień odpowiedział na jej pytanie. 

– Nidhogg donosi, że część poszła już w stronę Gór Śmierci. Pozostali najwyraźniej 

nie są jeszcze do końca przerobieni. 

– Powiadasz „przerobieni”? Co to oznacza? 

Potężni  panowie  popatrzyli  na  nią  z  uznaniem.  Siska  będzie  silną  osobowością,  to 

pewne. 

– Oni sami nie wiedzą, jak to się stało – odpowiedział Cień. – Niektórzy sądzą, że im 

się to wszystko przyśniło. Najważniejsze jest to, że są porządnie przestraszeni, wszyscy co do 

jednego.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  dowiedzieli  się  o  przygodzie  chłopców.  Teraz  bowiem 

wiedzą, że dolina jest śmiertelnie niebezpieczna. 

Siska raz jeszcze dowiodła, że godna jest tytułu bogini. Zwróciła się ku Dolgowi. 

–  Zastanawiam  się...  czy  to,  co  mówi  Cień,  może  mieć  jakiś  związek  z  impulsami, 

które docierają do ciebie z nieznanego źródła? 

Dolg uśmiechnął się ciepło. 

– Dlatego właśnie dzisiaj tutaj jestem. Ponieważ myślę to samo, co ty. 

Milczała długo, zanim odezwała się znowu. 

–  Zastanów  się,  czy  nie  znasz  kogoś,  kto  nie  ma  odwagi  się  do  ciebie  zwrócić! 

Pomyśl, czy ty, który posiadasz tak wielkie zdolności telepatyczne, nie mógłbyś wpłynąć na 

tego  kogoś  i  dodać  mu  odwagi.  Przesyłaj  w  jego  stronę  całą  miłość,  ciepło,  zrozumienie  i 

łagodność, jaką tylko w sobie posiadasz! Myślisz, że potrafiłbyś to zrobić? 

Teraz wtrącił się Móri, ojciec Dolga. 

–  Znam  kogoś,  nie  chcę  go  nazywać  po  imieniu,  kto  przywykł  siedzieć  w  swoim 

szałasie i udzielać dobrych rad. Naprawdę dobrych! 

Opanowana dotychczas twarz Siski rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. 

–  Dziękuję!  Z  całym  szacunkiem  dla  moich  przyjaciółek,  ale  ja  do  tego  właśnie 

zostałam urodzona i wychowana. 

background image

Członkowie rady wymieniali ze sobą spojrzenia. Potem głos zabrał Talornin. 

– Sisko... wprawdzie nie jesteś jeszcze dorosła... ale czy zechciałabyś uczynić nam ten 

zaszczyt i zostać członkiem rady już teraz? Jeszcze dzisiaj? 

– Najpierw do rady musi zostać przyjęta księżna Theresa – odparła stanowczo. – Nie 

wolno nam jej pominąć. 

– Na pewno tego nie zrobimy. 

– W takim razie mówię „dziękuję” – rzekła Siska. 

Zazwyczaj  członków  rady  wybierano  nie  ze  względu  na  ich  wysoką  pozycję,  lecz  z 

powodu ich mądrości, bystrości umysłu, miłości do ludzi i innych dobrych cech. Ale te dwie, 

Theresa i Siska, takich właśnie cnót miały pod dostatkiem, w dodatku do swoich książęcych 

tytułów. Było więc rzeczą naturalną, że obie powinny zasiadać w radzie. Obie przywykły do 

decydowania za innych, robiły to od dzieciństwa. To doświadczenie uczyni je jeszcze bardziej 

wartościowymi członkami Najwyższej Rady. 

– Księżniczko – rzekł Talornin łagodnie, wyciągając rękę do Siski. – Czy zechciałabyś 

uczynić mi ten zaszczyt i pozwolić, bym poprowadził cię do stołu? 

Siska przemilczała, że wyszła z domu bezpośrednio po śniadaniu, łaskawie pochyliła 

głowę  i  położyła  swoją  małą  rękę  na  arystokratycznej  dłoni  Obcego  o  typowych  dla  nich, 

sześciograniastych palcach. 

Znowu była wśród najwyżej postawionych! 

background image

20 

Gondagil,  który  przywykł  do  dzikich  przestworzy  i  prymitywnych  warunków, 

rozglądał  się  z  podziwem  po  antyseptycznych  pomieszczeniach  stacji,  w  której  odbywał 

kwarantannę. 

Wszystko tu było takie białe, takie lśniące i czyste. Oczy młodego Warega zaczęły się 

przyzwyczajać do światła, ale nie chciały wierzyć temu, co widzą. 

Wszyscy  trzej  młodzi  mężczyźni  oraz  Czik  odespali  już  straszną  noc  w  Górach 

Czarnych. Personel stacji zachowywał się bardzo dyskretnie podczas dezynfekcji, chociaż Tsi 

wcale dyskretny nie był. Jori szczerze cierpiał z powodu tego, co się z nim działo, natomiast 

Gondagil po prostu doznał szoku. 

Wtedy  Jori  poklepał  go  po  ramieniu  i  powiedział:  „Jeśli  czujesz,  że  zaraz  utracisz 

godność, Gondagilu, wtedy śmiech jest najlepszym lekarstwem”. 

Gondagil  spróbował,  najpierw  nieśmiało,  a  wkrótce  potem  wszyscy  trzej  śmiali  się 

głośno. 

Teraz  siedział  na  krawędzi  swego  łóżka,  a  jego  koledzy  nadal  spali.  Miał  na  sobie 

biały  płaszcz  kąpielowy  i  czuł  się  dość  niepewnie.  Tamci  byli  przyzwyczajeni  do  takich 

rzeczy, on zaś wygłupi się jeszcze co najmniej ze sto razy. Uśmiechnął się znowu pod nosem 

i  zauważył,  że  to  pomaga.  Zgadzał  się  z  Jorim,  że  człowiek,  który  się  zblamował  i  potem 

usiłuje  za  wszelką  cenę  zachować  godność,  przedstawia  sobą  bardzo  żałosny  widok.  Jego 

przyjaciel Haram był właśnie pozbawiony poczucia humoru? 

A niech tam, mogę się wygłupiać, pomyślał Gondagil. Mój szacunek do samego siebie 

jakoś  to  zniesie.  Przynajmniej  dopóki  potrafię  się  z  siebie  śmiać.  Światło  połyskiwało  od 

czasu do czasu  w instrumentach i  na białych, wyłożonych kafelkami  ścianach. Gondagil za 

nic na świecie nie odważyłby się dotknąć żadnego aparatu. Myślał jednak z dumą, jak pięknie 

manewrował  gondolą  „po  kilku  zawstydzających  pomyłkach”,  z  czasem  nauczy  się  z 

pewnością wszystkiego. To będzie jego cel. 

Weszła jedna z kobiet, Gondagil pospiesznie poprawił płaszcz kąpielowy na kolanach, 

chociaż nie było takiej potrzeby, ubranie sięgało aż do ziemi. 

Podała mu taki mały aparacik, jaki kiedyś widział u Mirandy. 

– Telefon do Gondagila. Proszę bardzo – powiedziała przyjaźnie. – Możesz wejść do 

tego małego pokoiku obok, wtedy moja obecność nie będzie ci przeszkadzać. 

Co  się  z  tym  robi?  myślał,  kiedy  został  sam.  Jak  to  się  trzyma?  Spróbował  unieść 

background image

aparat w górę. 

– Halo? – odezwał się niepewny głos, choć Gondagil nikogo nie widział. 

– Mi... Miranda? – szepnął, czując, że oblewa go fala gorąca. – Czy to ty? 

– Oczywiście! Och, Gondagil! 

Słyszał, jak bardzo jest wzruszona. 

– Jestem tu, w Królestwie Światła – odparł z dumą. 

–  Tak,  słyszałam  już  o  tym.  Pozwolono  mi  do  ciebie  zadzwonić,  bo  wiesz,  wiesz... 

przez telefon nie zarażasz... – głos jej się załamał. 

–  Nie  zarażam?  –  roześmiał  się  Gondagil.  –  Przecież  ty  i  ja  byliśmy  wiele  razy  tak 

blisko siebie! 

– Tak, wiem. Ale ja też musiałam przejść kwarantannę, kiedy wróciłam do królestwa. 

Wszyscy muszą. 

– Tak, Jori mi wytłumaczył. 

O rany, dlaczego tracą czas na takie głupstwa? 

– Mirando, będę tutaj musiał zostać jakiś czas. 

– Wiem. Ale możemy ze sobą rozmawiać w ten sposób. Wiele razy w ciągu dnia, jeśli 

zechcesz. Zostawię ci swój numer telefonu. Zapiszesz sobie? 

Zapiszesz? O co jej chodzi? 

–  Tak  –  skłamał  i  starał  się  zanotować  w  głowie,  to  co  mówiła.  Poprosił,  by 

powtórzyła  liczby  jeszcze  raz,  stwierdził,  że  zapisał  błędnie.  Teraz  zapamiętał  numer  i 

postanowił, że nigdy go nie zapomni. 

Pisać? Czytać? Musi się tego nauczyć jak najszybciej! 

Jori. 

Resztę dnia Gondagil spędził częściowo przy telefonie, częściowo z Jorim, zeszytem i 

ołówkiem.  I  Jori,  i  Tsi  obiecali,  że  nie  wygadają  i  że  będą  kontynuować  lekcje  również  po 

zakończeniu kwarantanny. 

Trochę  godności  musiał  przecież  zachować.  Śmiali  się  serdecznie  wszyscy  razem, 

kiedy to powiedział. Rozpoczął bardzo pożyteczną naukę. 

 

Dolg zrobił tak, jak radziła Siska: koncentrował się i szukał telepatycznego kontaktu. 

Nie  było  to  takie  łatwe,  ponieważ  w  Królestwie  Światła  roiło  się  od  elfów  i  innych  istot 

natury,  nie  mówiąc  już  o  ludziach,  Lemurach,  Obcych,  Madragach  i  wszystkich  innych.  W 

tym przypadku zwierząt nie należało wyłączać. 

Dolg miał jednak przeczucie, że wezwania pochodzą od niewidzialnych. 

background image

Może to błąd mówić o wezwaniach. Ale ktoś chciał mu coś powiedzieć, zabrakło mu 

jednak odwagi. 

Dlaczego  akurat  jemu?  Dlaczego  ten  ktoś  nie  szuka  kontaktów  z  Markiem,  Mórim 

albo z Ramem? Albo z którymś z potężnych Obcych? 

Dolg  próbował  wyróżnić  grupę,  z  którą  miał  nawiązać  kontakt.  Ograniczyć  liczbę 

istot, wyeliminować zbędne. Odsiał wszystkich, których z całą pewnością sprawa nie mogła 

dotyczyć. Kto utrzymywał z nim specjalne kontakty? 

Jakaś lękliwa dusza... 

Kiedy już wyrzucił z myśli tych, którzy nie mogli tu wchodzić w rachubę, postanowił 

wysyłać specjalną informację, że ten ktoś, kto chciałby z nim porozmawiać o czymś, co mu 

leży na sercu, będzie powitany serdecznie. Nikt nie powinien się niczego lękać. 

Potem już nic więcej zrobić nie mógł. Pozostawało tylko czekać. 

Zdecydował się wyjść poza ludzkie siedziby, by temu, kto poszukiwał z nim kontaktu, 

ułatwić zadanie. Poszedł do lasu elfów, do miejsca, o którym wiedział, że niewidzialne istoty 

mają zwyczaj się tam zbierać na swoje uroczystości. 

Usiadł w zielonym cieniu i czekał. Zmobilizował całą swoją życzliwość i kierował ją 

na owo niepewne stworzenie, które go poszukiwało. 

Nie  trwało  długo,  a  zauważył,  że  nie  jest  sam.  Wobec  tego  jeszcze  intensywniej 

przekazywał  swoją  informację:  Nie  ukrywaj  się,  daj  się  poznać,  witam  cię  serdecznie,  mój 

przyjacielu! 

Nagle usłyszał delikatny szmer przy swoim ramieniu... 

Czy to jeden z maleńkich elfów? 

Coś dotknęło jego kieszeni na piersi. 

Informacja dotarła do niego w postaci stukania w mózgu. 

–  To  ty?  Moja  mała  przyjaciółka  z  Gjáin!  Nie  wiedziałem,  że  znajdujesz  się  w 

Królestwie Światła! Czy możesz mi się ukazać? 

Mała  panienka  z  rodu  elfów  wyszła  z  cienia,  a  on  wziął  ją  i  ostrożnie  posadził  na 

swojej dłoni. Uśmiechała się skrępowana, ale rozpromieniona wpatrywała się w swego idola. 

–  Jak  dobrze  znowu  cię  widzieć  –  rzekł  Dolg  ciepłym  głosem.  –  Ale  ja  nawet  nie 

wiem, jak ci na imię. 

– Fivrelde – szepnęła bez tchu. 

– Świetnie do ciebie pasuje, mój mały motylku. Czy to ty mnie szukałaś? 

–  Tak  –  westchnęła,  rozdygotana.  Musiała  odkaszlnąć.  –  Wydaje  mi  się,  że  coś 

widziałam, ale nie odważyłam się nikomu tego powiedzieć, bo jestem taka maleńka i głupia. 

background image

–  Maleńka  jesteś  naprawdę,  ale  głupia?  Nie.  Czyż  ty  i  ja  nie  dokonaliśmy  razem 

wielkiego czynu? Bez twojej pomocy nigdy bym nie znalazł farangila, dobrze o tym wiesz. 

Słuchała tego z przyjemnością. Śmiała się od ucha do ucha. 

– No, a co chcesz mi teraz opowiedzieć, o co chcesz zapytać? 

Fivrelde  rozsiadła  się  wygodnie  we  wgłębieniu  jego  dłoni,  tuż  przy  palcach 

wskazującym i środkowym, i wpatrywała się w Dolga z powagą. Jej głosik był tak delikatny i 

dźwięczny, jak szum pokrytych szronem traw na wietrze. 

–  Ty  wiesz,  Lanjelin,  że  bliskość  dwóch  szlachetnych  kamieni  dała  mi  specjalne 

zdolności. 

– Oczywiście. Ale co masz na myśli? 

– To, że widzę więcej niż moi krewniacy. 

– Wspaniale! I co widziałaś? 

Fivrelde  wciągnęła  głęboko  powietrze,  by  się  opanować.  Dolg  podparł  ją  kciukiem. 

Ostrożnie, by nie połamać kruchych skrzydełek. 

–  No  więc,  to  było,  zanim  ty  przybyłeś  do  Królestwa  Światła,  Lanjelinie.  Strasznie 

rozpaczałam,  że  ciebie  tu  nie  ma,  bo  byłeś  moim  najlepszym  przyjacielem  i  przeżyliśmy 

razem tyle pięknych rzeczy. 

– Najpiękniejszych, jakie mi się przydarzyły – potwierdził z powagą. 

Maleńka panienka zarumieniła się i spuściła oczka, uszczęśliwiona jego słowami. 

– No i, widzisz, którejś nocy byłam razem z innymi elfami w lesie. Widzieliśmy, jak 

ci młodzi ludzie żeglują po Złocistej Rzece, i chcieliśmy się dowiedzieć, co zamierzają. 

–  Ach,  to  było  wtedy!  Tak,  pamiętam  bardzo  dobrze,  ojciec,  Marco  i  ja  też  tam 

poszliśmy! To było tej nocy, kiedy przybyliśmy do Królestwa Światła. 

–  No  właśnie!  No  i,  zanim  ty  przyszedłeś,  obserwowaliśmy  z  lasu  gromadkę 

bezmyślnej młodzieży. Widzieliśmy, jak pomogli małej, biednej dziewczynce przedostać się 

przez dziurę w murze. 

–  Małej  Sisce,  tak.  Zrobili  coś  absolutnie  niedozwolonego,  rozcięli  mur,  ale  dzięki 

temu ją uratowali. 

– Tak. My, elfy, byliśmy przerażeni ich zachowaniem, a potem, kiedy bestie tłoczyły 

się  do  środka,  przeraziliśmy  się  tak  bardzo,  że  uciekliśmy.  Wtedy  jednak  przyszedłeś  ty, 

Lanjelin, a ja odwróciłam się i poszłam za tobą. Och, byłam taka szczęśliwa. Nie wierzyłam 

już, że jeszcze kiedykolwiek tak się będę cieszyć! 

Wyglądało na to, że opowiadanie dobiegło końca. 

– No i co? – rzekł Dolg z zaciekawieniem. – Co takiego wtedy zobaczyłaś? 

background image

Mała panienka podskoczyła na jego dłoni tak, że on sam również drgnął. 

– Co? Och, nie, zapomniałam teraz o tej strasznej sprawie. No więc, to się stało, zanim 

ty  i  twoi  przyjaciele  przybyliście,  by  ratować  młodych.  To  było  wtedy,  kiedy  bestie 

przedostawały się tłumnie do środka. 

Wróciła we wspomnieniach do tamtej chwili i znowu zadrżała. 

– Pojawiło się coś jeszcze... 

Dolg czekał. 

– Tak? 

Fivrelde spojrzała mu głęboko w oczy. 

– Nie mogę ci powiedzieć, co to było, Lanjelinie. Ale kiedy wszystkie bestie weszły 

już do środka, pojawiło się za nimi coś innego. Jakiś... coś w rodzaju ślizgającego się cienia, 

co wiło się ponad górną krawędzią otworu w murze, przesunęło się i mknęło dalej, pełznąc 

pomiędzy  korzeniami  i  kamieniami  w  głąb  Królestwa  Światła.  Widziałam,  że  pełznie 

błyskawicznie, czasem wspina się na drzewo, przeskakuje na następne i znowu zsuwa się na 

ziemię. W końcu zniknęło w głębi kraju, pomiędzy wzgórzami. 

– Jak wąż? 

–  N-n-iee  –  rzekła  z  wahaniem.  –  To  było  większe  i  paskudniejsze.  Coś  w  rodzaju 

prymitywnego  człowieka,  chociaż  kształty  miało  niewyraźne.  Jakaś  taka  szaroczarna  masa, 

rozciągała się i kurczyła, pełznąc przed siebie. 

Dolgowi przyszło do głowy porównanie. 

– Jak Sigilion? 

–  Słyszałam  o  Sigilionie,  człowieku-jaszczurze  –  powiedziała  panienka  z  powagą.  – 

Nie, to nie on. To było jakby bardziej niekonkretne. (Piękne słowo, z którego mała musiała 

być dumna). 

Dolg zastanawiał się, a panienka z rodu elfów patrzyła na niego ufnie i z podziwem. 

– Fivrelde, czy kiedyś później widziałaś jeszcze tego cienia? 

Ożywiła się. 

– Na początku widywałam to często, jak węszyło w lesie elfów, ale zawsze bałam się 

tak samo. Potem zniknęło. Nie widziałam go bardzo długo. 

– Czy w jakiś sposób łączysz z nim ten nieprzyjemny nastrój, jaki zapanował wśród 

elfów? To, że tęsknicie, by wyruszyć do Gór Czarnych? 

– Ja nie tęsknię do nich, Lanjelinie, o, nie, chcę zostać tutaj, gdzie ty jesteś. O innych 

też nie można powiedzieć, że tęsknią. Oni są jakby przez coś zmuszani, by chcieli tam pójść. 

– Rozumiem. Bardzo mądrze to sformułowałaś, Fivrelde. Wiesz co, myślę, że oboje, 

background image

ty i ja, powinniśmy odwiedzić mego przyjaciela Marca. 

– O, o, och – szepnęła Fivrelde przejęta. 

 

–  Dolg,  skąd  wziąłeś  tę  śliczną  panienkę?  –  rzekł  Marco  swoim  najłagodniejszym 

głosem, kiedy zobaczył, kto siedzi na ramieniu przyjaciela. 

Tym razem Dolgowi towarzyszył również Nero, pies i Fivrelde zostali przyjaciółmi od 

chwili, gdy tylko Dolg wyjaśnił Nerowi, że nie wolno witać się tak gwałtownie z tak małym 

stworzeniem. Marco i Nero byli przyjaciółmi od dawna, pies czuł się tu jak u siebie w domu, 

ułożył się więc na najlepszym dywanie, nie zwracając uwagi na to, o czym rozmawiają ludzie. 

Gdy  Marco  usłyszał,  co  Fivrelde  miała  do  powiedzenia,  natychmiast  wezwał  Rama,  który 

znajdował się akurat w Sadze i dlatego dołączył do nich w ciągu niewielu minut. 

– Bardzo interesujące – stwierdził Ram. – Czy wiesz, Marco, o co tu chodzi? 

– Myślę, że wiem – odparł urodziwy książę. – Czy ty sam nie mówiłeś wczoraj, że w 

mieście nieprzystosowanych panuje dziwny niepokój? 

–  Owszem,  zgadza  się.  Teraz  jest  już  znacznie  spokojniej,  ponieważ 

przeprowadziliśmy  oczyszczanie,  mieliśmy  nadzieję,  że  wszystko  będzie  dobrze. 

Rozmawiałem  jednak  z  kilkoma  tamtejszymi  mieszkańcami,  twierdzą  oni,  iż  niektórzy 

osadnicy chcą opuścić Królestwo. Jakby coś wzywało ich do Gór Czarnych. Obiecuje im się, 

że droga w góry jest bezpieczna. 

–  Zdaje  mi  się,  że  te  same  słowa  słyszałem  już  wcześniej  –  rzekł  Marco  z  ponurą 

miną. – Fivrelde, czy to nie w okolicy miasta nieprzystosowanych zniknęła twoja paskudna 

istota,  kiedy  opuściła  wasz  las?  Musi  się  znajdować  właśnie  tam,  bo  tu  do  nas  jeszcze  nie 

dotarła. 

– Ty z pewnością wiesz o tej istocie coś więcej, Marco – rzekł Dolg spokojnie. 

Marco westchnął. 

– To możliwe. Znacie wszyscy rzymską boginię Famę, prawda? 

– Inaczej Pogłoska – rzekł Dolg. – Ale przecież Fama to alegoria. Wymyślona bogini. 

Stworzyli ją poeci, Wergiliusz i Owidiusz. 

– Tylko że teraz prawdopodobnie chodzi nie o Famę Rzymian, lecz o Feme Greków. 

O  istotę  z  ludowych  wierzeń,  czyli  bardziej  prawdziwą  niż  Fama.  Sami  wiecie,  że  znamy 

różne istoty pochodzące z ludowych wierzeń, i traktujemy je jak naprawdę istniejące. 

– No, nieźle – rzekł Ram sucho. 

– Fama wędruje po niebie i rozsiewa wokół siebie najrozmaitsze pogłoski. Feme jest 

bardziej ostrożna. Wciska się do ludzkich myśli. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy tutaj mieli do 

background image

czynienia z Feme. Dziękuję ci,  Fivrelde  – rzekł Marco i  pogładził delikatnie małą istotę po 

złocistych włosach. – Szczerze i serdecznie ci dziękujemy za okazaną czujność. Wiesz, kiedy 

owa zła istota zrobi co trzeba w mieście nieprzystosowanych, bez wątpienia przyjdzie tutaj do 

nas. Do stolicy i innych miast Królestwa Światłości. 

– Nie odważyłabym się niczego powiedzieć, gdybym nie miała Lanjelina  – szepnęła 

zawstydzona. – Właściwie w ogóle nie odważyłabym się zabrać głosu, ale my dwoje jesteśmy 

przyjaciółmi. 

Ram uśmiechnął się, ale natychmiast spoważniał. 

–  Ta  cała  Feme  jest  prawdopodobnie  wysłanniczką  z  Gór  Czarnych,  ma  odmienić 

uczucia  ludzi  i  innych  istot.  By  ich  przekonać,  że  mogą  bezpiecznie  przejść  przez  dolinę. 

Kiedy więc Gondagil oraz Niemcy mówią, że nie pamiętają, kiedy dowiedzieli się o przejściu 

–  uważają,  że  musiało  się  to  stać  kiedyś  w  dzieciństwie  –  to  mówią  prawdę,  a  zarazem  się 

mylą.  Feme  mogła  do  nich  przyjść  całkiem  niedawno.  A  może  kilka  lat  temu.  Gondagil 

opowiadał  przecież  o  wiedzy,  którą,  jak  mu  się  zdawało,  odziedziczył  po  swoim  dziadku. 

Może dziadek słyszał o tym parę lat temu i przekazał pogłoski Gondagilowi, nie zdając sobie 

sprawy z tego, że sam dopiero co się o tym dowiedział. A może Gondagil słyszał wszystko 

sam. Sądzę, że Feme potrafi tak zamącić uczucia człowieka, że traci on poczucie czasu. 

– Zapewne – rzekł Marco. – Czyżby to oznaczało, że Królestwo Światła jest cierniem 

w oku mieszkańców Gór Czarnych? Że chcą oni je zająć, a przynajmniej zniszczyć? 

– To brzmi prawdopodobnie – odparł Ram. – W takim razie przekazuję wam trzem, 

znającym się na czarach, Marcowi, Dolgowi i Móriemu, prośbę, byście korzystając z pomocy 

Fivrelde spróbowali odnaleźć Feme i unieszkodliwić ją. 

Wszyscy  kiwali  głowami.  Chociaż  wszyscy  mieli  różne  zastrzeżenia. W jaki  sposób 

można unieszkodliwić pogłoskę? 

W drodze do domu Fivrelde była tak podniecona, że Dolg obawiał się, by nie dostała 

gorączki 

–  Och,  i  ja  będę  mogła  być  z  wami  –  mówiła,  jąkając  się.  –  Będę  uczestniczyć  w 

wypełnianiu zadania. To będzie moje drugie wielkie zadanie, prawda, Lanjelin? 

Dolg zapewniał ją, że tak właśnie jest i że bez niej by sobie nie poradzili. 

Maleńka panienka była z dumy czerwona niczym różyczka. 

–  Tak,  bo  inne  elfy  o  niczym  nie  wiedzą.  One  by  ci  nie  pomogły,  Lanjelinie,  one  o 

niczym nie wiedzą. 

– No, no, nie trzeba być takim  pewnym  siebie  – uśmiechnął  się Dolg. – Jeszcze nie 

pojmaliśmy  Feme.  Ale  wspaniale  będzie  współpracować  z  tobą,  znowu  zrobić  coś 

background image

pożytecznego, prawda? 

Fivrelde też tak uważała. Zgadzała się ze wszystkim, co mówił Dolg. 

Dotarli do jego domu, który był wyraźnie mniejszy niż dom Marca. Dolg zapewniał ją, 

że taki właśnie chce mieć, ponieważ nie jest księciem, a Marco przewyższa go pod różnymi 

względami. 

Wzrok Fivrelde mówił, że nikt pod żadnym względem nie przewyższa Lanjelina. 

Dolg  miał  tyle  do  zrobienia,  że  podziękował  małej  za  towarzystwo  i  poprosił,  by 

powróciła do niego niedługo. Zapewniał, że było mu bardzo miło gościć ją tutaj. 

Elfy nie mają poczucia czasu, nie znają w ogóle takiego pojęcia. Nim minęła godzina, 

mała panienka wróciła do Dolga. 

background image

21 

Jori  i  jego  towarzysze,  zostali  przedstawieni  dwóm  odbywającym  kwarantannę 

paniom.  Obie  przybyły  dopiero  co  tutaj  z  Ziemi  i  Jori  dopytywał  się  zaciekawiony,  co  tam 

słychać. 

–  Niedobrze  –  odparła  bardzo  kulturalna  pani  imieniem  Oriana.  –  Nieprzerwanie 

podejmowane są rozpaczliwe próby naprawienia poprzednich błędów, ale to wciąż oznacza tę 

samą  walkę  z  ludźmi  żądnymi  zysku.  Pieniądze  przeciwko  środowisku.  A  wiadomo,  kto 

zazwyczaj w tej konkurencji wygrywa. Ale niedługo będzie za późno, naprawdę niedługo! 

Paula i Oriana dowiedziały się, że przebywają na kwarantannie w krainie znajdującej 

się poza możliwością pojmowania zwyczajnych ludzi. Kenta nie widziały ostatnio, domyślały 

się jednak, że wszczynał awantury i został odizolowany. Oriana miała wrażenie, że słyszała 

histeryczne  wrzaski,  docierające  z  jakiegoś  odległego  pokoju,  i  nie  wątpiła,  że  tam  właśnie 

znajdował się Kent. Zawsze, kiedy nie panował nad sytuacją, wściekał się na innych. Teraz 

obie kobiety mogły już zakończyć kwarantannę. 

– Wojna? – pytał Jori. 

Kąciki ust Oriany opadły na moment. 

–  A  kiedy  tam  nie  ma  wojny?  Po  wydarzeniach  roku  tysiąc  dziewięćset 

osiemdziesiątego  dziewiątego,  kiedy  nastąpiło  odprężenie,  wszyscy  mieli  nadzieję  na 

szczęśliwą przyszłość, ale niestety każde dziesięciolecie, właściwie każdy rok, upływało pod 

znakiem  wojny  w  jakimś  miejscu  na  świecie.  Gdyby  tylko  udało  się  zakończyć  wojny 

religijne,  byłoby  dużo  spokojniej.  Pozostałyby  jednak  wojny  etniczne...  A  jak  jest  w  tym 

kraju? 

– Tutaj nie ma wojen – odparł Jori. 

– Och, to pięknie! 

–  Ale  mamy,  niestety,  Ciemność...  Czyli  krainę,  leżącą  po  tamtej  stronie...  Na 

szczęście  nie  musicie  tam  chodzić  –  dodał,  rzucając  pospieszne  spojrzenie  na  swoich 

towarzyszy. – Zresztą o wszystkim dowiecie się później. 

Paula  nie  miała  czasu  go  słuchać.  Po  pierwsze,  żałowała,  że  to  nie  ona  nosi  takie 

wspaniałe imię jak Oriana, powinny by się chyba zamienić imionami, myślała rozgoryczona, 

bo Paula to brzmi okropnie staroświecko, natomiast Oriana... 

Po drugie, wpatrywała się jak zaczarowana w dwóch milczących towarzyszy Joriego. 

Wahała  się  nieustannie,  którego  woli.  Niesłychanie  seksowny  faun  wyglądał  dokładnie  tak, 

background image

jak  istota  z  jej  snów,  ale  teraz,  kiedy  miała  go  nareszcie  w  zasięgu  wzroku,  ogarniały  ją 

wątpliwości. Zresztą i tak nie mogli się do siebie zbliżyć, ponieważ oddzielała ich barierka. 

Żeby  trzymać  różne  bakterie  z  daleka  od  siebie,  zażartowała  jedna  z  kobiet  pracujących  na 

stacji. 

Wszyscy tutaj byli bardzo życzliwi. Ciekawe byłoby zobaczyć, jak też jest poza stacją. 

Do jakiego to kraju obie się dostały. Paula niezupełnie pojmowała, gdzie się znajdują. 

Tamten  drugi  mężczyzna,  przystojny,  podobny  do  wikinga...  miał  jeszcze 

kontynuować kwarantannę, jak słyszała, bo przybył z bardzo niebezpiecznych okolic. 

Paula z łatwością mogłaby wyobrazić sobie spędzoną z nim noc, może nawet niejedną. 

Ale kiedy od czasu do czasu napotykała jego spojrzenie, nie znajdowała w nim odpowiedzi, 

patrzył na nią z zaciekawieniem, ale nie było w tym żadnych uczuć. 

To  już  tamten  wspaniały  zielony  wydawał  się  bardziej  zainteresowany.  Bez 

skrępowania przyjrzał się jej figurze, a potem równie nieskrępowany uśmiechnął siej do niej. 

Był po prostu smakowity! Czy powinna się odważyć? Może jednak później. 

O  czym  oni  rozmawiają?  Oriana  zadawała  tyle  pytań.  Musi  być  potwornie 

inteligentna. A może Paula powinna teraz zademonstrować swoje ponadnaturalne zdolności? 

By wzbudzić zainteresowanie panów. 

Nieoczekiwanie dwie pielęgniarki przeprowadziły obok nich Kenta, który szarpał się i 

stawiał opór. Syknął do Oriany: 

– Nie myśl, że z tobą skończyłem! Muszę dostać swoje pieniądze, nie odbierzesz mi 

ich! 

Oriana przymknęła oczy i mruknęła: 

– Pieniądze? Tutaj? Co ty sobie wyobrażasz? Pieniądze są w banku. Nigdy więcej ich 

nie dotkniemy i niech tak będzie. Koniec z pieniędzmi, a przede wszystkim z małżeństwem! 

 

Nareszcie Gondagil także zakończył kwarantannę. 

Ubrany w nowe rzeczy, które przypominały jego dawne, ponieważ w takich czuł się 

najlepiej, wyszedł na słońce. 

Wszystko było tak bezgranicznie piękne, że aż ścisnęło go w gardle. Mój lud, myślał, 

a serce krajało mu się z rozpaczy. Timonowy lud z Doliny Mgieł... Dlaczego, dlaczego oni 

muszą  żyć  w  takich  upokarzających  warunkach,  w  wiecznej  ciemności,  skoro  tak  blisko 

istnieje Królestwo Światła? 

Ale przecież znał odpowiedź. Najpierw trzeba przynieść jasną wodę ze źródła dobra 

znajdującego  się  w  Górach  Czarnych.  Zanim  się  tego  nie  zrobi,  święte  Słońce  nie  może 

background image

oświetlać  większych  obszarów  tutaj  wokół  środka  Ziemi,  doprowadziłoby  to  bowiem  do 

katastrofy. 

Teraz  Gondagil  miał  już  za  sobą  pobyt  w  Górach  Śmierci.  Wiedział,  jakie  się  tam 

czają  niebezpieczeństwa,  przynajmniej  na  krańcach  rozległego  terytorium.  Nie  odczuwał 

jednak  żadnego  lęku,  może  wybrać  się  tam  ponownie.  Jeśli  tylko  będzie  mógł  dać  Słońce 

Waregom i innym plemionom, podejmie się wszystkiego. 

Szczerze  powiedziawszy,  gnębiły  go  wyrzuty  sumienia,  że  dopisało  mu  szczęście  i 

mógł  przyjść  tutaj,  podczas  gdy  tamci...  Nie,  cierpieli  to  może  nieodpowiednie  słowo,  ale 

musieli walczyć o istnienie w półmroku, żyć w Wiecznej Nocy. 

– Gondagil! 

Na  dźwięk  tego  radosnego  głosu  wszystkie  ponure  myśli  ulotniły  się  natychmiast. 

Czuł, że zalewa go fala radości. 

Miranda biegła w jego stronę, ale nieoczekiwanie zatrzymała się w pewnej odległości. 

Widział, jaka się nagle zrobiła nieśmiała. 

On  odczuwał  to  samo.  Co  innego  rozmawiać  przez  telefon,  a  zupełnie  co  innego 

stanąć tak twarzą w twarz z osobą, o której się od dawna myślało dniem i nocą. Tak, bo dla 

Gondagila minęło wiele czasu. Tęsknił za Mirandą dwanaście razy dłużej niż ona za nim. Na 

niej także rozłąka pozostawiła ślady. Właściwie nigdy przez telefon nie rozmawiali o miłości, 

omijali ten temat, chociaż w ich słowach było tyle oddania i tęsknoty. 

I teraz stoją oto naprzeciwko siebie. Ale żadne nie jest w stanie nic wykrztusić. 

Chciałbym  ją  wziąć  w  ramiona,  myślał  Gondagil.  Ale  odwaga,  którą  okazałem  w 

Górach  Czarnych,  teraz  gdzieś  się  ulotniła.  A  jeśli  ona  mnie  odepchnie?  Jeśli  będzie  mnie 

unikać, może nie otwarcie, nie w widoczny sposób, ale tak, że to odczuję? Teraz bym tego nie 

zniósł! 

Miranda  dostrzegła  jego  wahania  i  uśmiech  na  jej  wargach  zbladł.  Musiała  się 

zmuszać, by wyglądać na po prostu uradowaną. 

– Witaj w Królestwie Światła, Gondagilu! Czy... czujesz się dobrze? 

–  Oczywiście  –  odparł  zdumiony,  jak  ochryple  brzmi  jego  głos.  Znowu  ogarnął  go 

gniew, że tracą czas na jakieś nic nie znaczące słowa, ale nie był  w stanie zachowywać się 

inaczej. 

Miranda powiedziała: 

–  Mam  tutaj  swoją  gondolę.  To  znaczy,  nie  swoją,  oczywiście,  pożyczyłam  od  taty. 

Indra i on czekają w domu i bardzo chcą cię poznać, poczynili już przygotowania... 

Przerwała  potok  niepotrzebnych  słów.  Gondagil  wiedział  przecież  o  wszystkim, 

background image

nieustannie rozmawiali o tym przez telefon. Że dostanie własny dom niedaleko miasta Saga, 

w pobliżu indiańskich osad, Miranda miała nadzieję, że z pewnością polubi Oko Nocy, a poza 

tym  Tsi-Tsungga  mieszka  w  pobliskim  lesie,  więc  nie  zabraknie  Gondagilowi  przyjaciół. 

Najpierw tylko zostanie przedstawiony rodzinie i przyjaciołom Mirandy. 

Szli obok siebie w stronę gondoli. 

– Jaki jesteś piękny – rzekła Miranda. Obecność Gondagila bardzo na nią działała, z 

całą siłą uświadamiała sobie, jaki jest wysoki, potężny i jak bardzo ją pociąga. – Chodzi mi o 

ubranie. Jest prawie takie samo jak stare, ale to jest... – Już chciała powiedzieć „czystsze”, ale 

w porę się spostrzegła i wykrztusiła: – z... innego materiału. 

– Tak. 

Pachniał  też  bardzo  przyjemnie,  a  jego  włosy  lśniły  w  słońcu  jak  złoto,  silne,  nagie 

ramiona budziły zaufanie.  Zachował  jednak trochę własnego męskiego zapachu, stwierdziła 

Miranda zadowolona. 

Gondagil  niósł  łuk  i  wszystko,  co  posiadał.  Złożył  rzeczy  w  gondoli,  jak  zauważył, 

zupełnie  innego  typu  niż  gondola  Tsi.  Ta  była  większa,  można  by  ją  nazwać  pojazdem 

rodzinnym. Zastanawiał się, czy Miranda potrafi kierować pojazdem, ale oczywiście umiała. 

Ogarnęła go wielka ochota, by samemu spróbować. 

Miranda  chyba  to  zauważyła,  ponieważ  bez  słowa  wskazała  mu  miejsce  przy 

kierownicy. 

– Prowadziłeś przecież gondolę Tsi – rzekła lekko. 

–  Prowadziłem,  ale  ta  jest  zupełnie  inna  –  rzekł  z  wahaniem,  mimo  to  zajął 

proponowane mu miejsce. Tak więc wahanie nie było chyba całkiem poważne. 

Jacy  byli  sztywni  i  jak  niezdarnie  się  zachowywali!  Obojgu  sprawiało  to  przykrość, 

ale  nie  potrafili  przełamać  niewidzialnego  muru.  Szczerze  mówiąc,  spotkali  się  przedtem 

zaledwie dwukrotnie, i to zawsze w dramatycznych okolicznościach. Czasami niebezpieczne 

wydarzenia  mogą  stwarzać  pewien  typ  romantycznego  nastroju  pomiędzy  dwojgiem  ludzi, 

pomyślała Miranda z goryczą. Czy w naszym  przypadku tak właśnie było? Czy to  napięcie 

płynęło z zewnątrz? Czy uczucia wygasły, gdy nastały zwyczajne, spokojne dni? 

Spojrzała na Gondagila, na jego wyrazisty profil, i wiedziała, że tak nie jest. Kochała 

go tak bardzo, że sprawiało jej to ból. Nie była tylko w stanie do niego dotrzeć. Miranda nie 

miała  doświadczenia  w  miłosnych  kontaktach,  nie  wiedziała,  jak  powinna  się  teraz 

zachowywać. Zwłaszcza że Gondagil wyglądał na rozgniewanego. 

Po  paru  próbach  i  przy  dyskretnych  wskazówkach  Mirandy  Gondagil  zdołał 

wystartować, wznieśli się w powietrze. Pojazd był bardzo ładny, wnętrze obito złocistą, grubą 

background image

i miękką tkaniną. 

Miranda  usiadła  obok  ukochanego,  ale  miała  wrażenie,  że  znajduje  się  o  milę  stąd. 

Pokazywała  i  objaśniała  mu  okolice.  Stolica,  piękne,  białe  miasto  z  wysokimi  wieżami. 

Liściaste lasy elfów, rozległe, ciągnące się pośród gór i dolin. Idylliczne małe wioski, takie 

piękne, że miało się ochotę tam wylądować. Zaproponowała, by polecieli nad Starą Twierdzę, 

widok  zafascynował  Gondagila.  Potem  odwiedzili  też  miasto  nieprzystosowanych,  które  go 

przestraszyło,  nie  pasowało  do  Królestwa  Światłości  ze  swoimi  brzydkimi  czworokątnymi 

domami. 

Gondagil  siedział  milczący  i  spoglądał  na  wzgórza  mieniące  się  różnobarwnymi 

kwiatami,  na Złocistą Rzekę wijącą się pomiędzy  wzgórzami. Patrzył  na jeziora, w których 

romantyczne wierzby płaczące zanurzały gałęzie... 

Miranda widziała, że Gondagil cierpi, i to sprawiało jej ból. Chciała go ucieszyć, a nie 

sprawić, by stał się markotny i przygnębiony. 

– O co chodzi, Gondagilu? – zapytała cicho. 

On westchnął głęboko i przesunął dłonią po tablicy rozdzielczej. 

– Nie należę do tego wszystkiego – rzekł gniewnie. – Jestem dzikusem, który do tego 

nie  pasuje.  Spójrz  na  swoje  ubranie!  Takie  lekkie,  takie  jasne  i  piękne,  nawet  pracownice 

stacji,  w  której  odbywałem  kwarantannę,  wyglądały  jak  anioły,  natomiast  ze  mnie  pod 

prysznicem spływała czarna woda. Jedzenie też przygotowuje się tutaj zbyt smakowite, nawet 

nie wiem,  jak należy  to  jeść, a teraz, kiedy mam spotkać twego ojca i  siostrę, i  wszystkich 

twoich wykształconych, wspaniałych przyjaciół, czuję się jak idiota! 

Miranda włączyła automatycznego pilota i popatrzyła na Gondagila surowo. 

– Wszystko można o tobie powiedzieć, tylko nie to, że jesteś idiotą, Gondagilu! 

Zauważyła, że on nie odrywa oczu od jej cieniutkiego, jasnego rękawa bluzki. Uniósł 

rękę, jakby chciał dotknąć materii, ale zaraz cofnął ją ze złością. 

–  A  moi  współplemieńcy?  Mieszkają  w  tej  strasznej  krainie,  gdzie  każdego  dnia, 

każdej godziny muszą walczyć o życie. Szczerze mówiąc, to ja ich zdradziłem, oni wszyscy 

powinni zobaczyć to tutaj, powinni otrzymać Światło... 

Miranda wiedziała, że gondola z niczym się nie zderzy. Została wyposażona w radar i 

jak nietoperz unikała wszelkich przeszkód. Dlatego dziewczyna mogła skoncentrować się na 

rozmowie z Gondagilem, który nawet nie zauważył, że gondola porusza się bez ich pomocy. 

–  Czy  myślisz,  że  nie  przeżywaliśmy  tego  samego  po  przybyciu  do  Królestwa 

Światła?  –  zapytała  cicho.  –  Poczucie  winy  z  powodu  przeżyć  w  tym  raju  jest  udziałem 

wszystkich.  A  także  skrępowanie  wobec  nowych,  pięknych  i  bezbłędnie  działających 

background image

urządzeń.  Nie  wyobrażaj  sobie,  że  życie  na  powierzchni  Ziemi  było  idyllą!  O,  nie,  wprost 

przeciwnie. 

Czuli  na  policzkach  powiew  wiatru.  Tylko  że  to  nie  był  wiatr,  lecz  powietrze 

poruszane  przez  szybko  mknącą  gondolę.  Miranda  nie  zastanawiała  się,  dokąd  pojazd 

zmierza,  mogli  długo  tak  krążyć,  przez  nikogo  nie  niepokojeni.  Gondagil  zrobił  ruch,  jakby 

chciał ująć kierownicę, ale ona bez słowa potrząsnęła głową. 

Patrzył na nią wciąż tym samym wzrokiem, gniewny i niezdecydowany. 

– Czy to prawda, że też byliście niepewni, kiedyście tutaj przyszli? Zachowujecie się 

tak swobodnie. 

–  Oczywiście,  że  byliśmy  niepewni!  Wszyscy,  jak  jeden.  No,  może  z  wyjątkiem 

Obcych, ale ich pochodzenia nikt nie zna. Wielu, którzy tutaj przybywają, myśli, że umarli i 

znaleźli się w raju. Inni sądzą, że trwają w jakimś absurdalnym śnie. Potrzeba czasu, żeby się 

zaaklimatyzować, Gondagilu, naprawdę nie ty jeden masz takie kłopoty. I pamiętaj, Strażnicy 

wpuszczają do środka tylko tych, którzy są tego warci! 

– Ja dostałem się tutaj podstępem. 

– Ale zostałeś wysłany na kwarantannę – odparła Miranda spokojnie. – Gdyby cię nie 

uznali za godnego, nigdy byś tam nie trafił. 

Przeszła  na  tył  gondoli,  która  nadal  poruszała  się  sama.  Gondagil  pośpieszył  za  nią, 

usiedli  na  wyłożonej  dywanem  podłodze,  oparli  się  wygodnie.  On  był  wciąż  milkliwy, 

oszołomiony i bezradny. 

Ponieważ przez dłuższy czas się nie odzywał, siedział po prostu i spoglądał w dół na 

piękne pola pod nimi, Miranda zapytała cicho: 

– Żałujesz? 

Gondagil drgnął. 

– Co? Czy żałuję? Nie, coś ty! Jestem tylko taki... 

– Ja wiem – przerwała mu. – Nie musisz niczego tłumaczyć. Przecież ty i ja zawsze 

wyczuwamy nastrój drugiego, prawda? 

– Owszem – przyznał głucho. 

Ale  to  nie  do  końca  była  prawa.  Akurat  teraz  żadne  z  nich  nie  wiedziało,  co  czuje 

drugie ani co się stało z dawnym zauroczeniem. 

Znowu zaległo milczenie. Gondagil wsłuchiwał się w szum pojazdu i powoli spływał 

na niego spokój. Nikt ich tutaj nie widział. Byli wolni niczym orły, nikogo nie obchodziło, co 

widzą albo robią, ich też nikt nie obchodził. Panowała wszechogarniająca cisza. 

Ja nigdy nie wykażę inicjatywy, myślała Miranda. Nigdy w życiu, to nie w moim stylu 

background image

To on powinien zburzyć ten mur, ale skoro nie chce, to niech tak będzie. 

Indra poradziłaby sobie z tym znakomicie. Berengaria również, ponieważ ona zawsze 

robi, co chce. Natomiast Elena nie, jest na to zbyt niepewna siebie... 

Jak  to  dobrze,  że  nie  ma  wśród  nas  żadnej  Bodil!  Uff,  Bodil,  nie,  nawet  nie  mogę 

myśleć o tym, co ona by tu wyprawiała! 

Ale ja? Myślę, że jeśli o to chodzi, jestem dość staroświecka. Chcę być zdobywana, a 

nie zdobywać. Poza tym myślę, że Gondagil też tak chce. Jest bardzo dumnym mężczyzną, a 

ostatnie dni nadwerężyły trochę jego godność i spokój. Nie panuje jeszcze nad nową sytuacją. 

Gdybym ja podjęła inicjatywę zbliżenia, mogłabym wszystko popsuć. 

O, jak bardzo miłość może zmienić człowieka! Ja, która nigdy się niczego nie lękałam, 

gdy chodziło o ochronę środowiska lub zwierząt, mogłam iść na czele demonstracji, mogłam 

wzniecać bunty, siedzę teraz kompletnie onieśmielona i bezradna. 

Muszę czekać. Ale to nie będzie łatwe. On jest taki piękny i pociągający, kocham go 

bardziej niż kiedykolwiek. 

Ale dlaczego on nie reaguje? Czy jest rozczarowany ponownym spotkaniem? 

Bardzo trudne pytania. 

Gondagil czuł niepokój w całym ciele i wiedział, że musi nad tym panować. Miranda 

była teraz zupełnie inna, jakby nie bardzo zadowolona z tego, że do niej przyszedł. Jej piękne, 

zwiewne ubranie czyniło z niej delikatną, śliczną istotę. Sukienkę miała tak krótką, że widział 

jej  opalone  uda.  Miała  naprawdę  cudownie  piękne  nogi,  za  każdym  razem  kiedy  na  nie 

spoglądał, przenikała go fala gorąca. Była taka apetyczna, a on nie miał odwagi jej dotknąć, 

nie zrobiłby tego, nawet gdyby krążyli w tej gondoli sami przez całą wieczność. Bo w tym 

dziwnym locie był jakiś element wieczności. 

Znajdował  się  oto  w  Królestwie  Światła.  Kiedy  spoglądał  w  górę,  w  to  łagodne, 

złociste światło, wydawało mu się, że zaraz pęknie mu serce. Z pewnością ze szczęścia, nie 

był w stanie go ogarnąć, więc szczęście mieszało się ze smutkiem i żalem. Wszystko, co go 

otaczało, było zbyt piękne dla kogoś, kto żył w zimnym uścisku ciągłego mroku, w strachu i 

śmiertelnym  niebezpieczeństwie.  Potrzebował  czasu,  żeby  przyjąć  całe  otaczające  go  teraz 

piękno. 

Nagle Miranda powiedziała coś, co go bardzo ucieszyło: 

–  Czy  pamiętasz,  co  mówiłeś  kiedyś,  kiedy  Haram  zachowywał  się  nieprzyzwoicie? 

Mówiłeś tak: „Nie jesteśmy barbarzyńcami, Haram!”. I natychmiast wszystko znajdowało się 

na swoim miejscu. Jesteś człowiekiem o wrodzonej kulturze, której nie można ci odebrać, nie 

zniszczyło  jej  w  tobie  nawet  to  prymitywne  życie,  które  byłeś  zmuszony  prowadzić.  Czy 

background image

myślisz,  że  Jori  i  Tsi  tego  nie  zauważyli?  Albo  Marco  i  Ram  oraz  Rok,  nie  mówiąc  już  o 

Obcym,  Strażniku  Słońca?  Nie  masz  się  czego  obawiać  ze  strony  mieszkańców  Królestwa 

Światła,  oni  są  obdarzeni  szerokimi  horyzontami  i  pełni  wyrozumiałości.  Co  innego,  jeśli 

chodzi o miasto nieprzystosowanych. Ale tam nie musimy jeździć, jeśli nie będziesz chciał. 

My. Powiedziała my, a nie ty. Lodowy pancerz Gondagila zaczynał topnieć. Spokój, 

ciepło i to łagodne światło zrobiły swoje. 

Nie mógł już dłużej zapanować nad ciekawością. Wyciągnął rękę i dotknął zwiewnego 

rękawa Mirandy. Materiał zniknął prawie w jego palcach, taki był cieniutki. 

Gondagil westchnął ciężko. 

Miranda uśmiechnęła się. 

–  To  jest  materiał  przypominający  jedwab.  Nie  jesteśmy  na  tyle  okrutni,  by 

wykorzystywać larwy jedwabników do produkcji włókna, bo one giną podczas tego procesu. 

Żadne  zwierzęta  nie  umierają  tutaj  dla  naszej  wygody.  Nie  jadamy  też  mięsa.  Te  drobiowe 

wędliny,  które  jadłeś,  a  także  mięso,  którym  karmiono  cię  podczas  kwarantanny,  to 

syntetyczne produkty. Lemurowie są ekspertami w tego rodzaju sprawach, byli zmuszeni się 

tego  nauczyć,  bo  kiedy  tutaj  przybyli,  nie  mieli  żadnych  zwierząt.  Później  owszem,  ale  to 

było  bardzo  dawno  temu,  Obcy  sprowadzili  różne  pożyteczne  zwierzęta,  natomiast  dzikie 

zwierzęta same znalazły drogę tutaj z powierzchni Ziemi. 

Gondagil wskazał na łąkę w dole, gdzie pasły się krowy i owce. 

– Tak, widzę, że macie domowy inwentarz. One z pewnością zapewniłyby wam pod 

dostatkiem mięsa? 

–  Nie,  to  niemożliwe.  Wykorzystujemy  mleko,  wełnę,  jajka  i  tak  dalej.  To  znaczy 

produkty  zwierzęce.  Ale  nie  zabijamy  samych  zwierząt,  by  je  zjadać.  To  stadium 

zostawiliśmy już daleko za sobą. Zwierzęta są naszymi przyjaciółmi, Gondagilu. 

Gondagil zamyślił się i nie odpowiadał. 

– Co się stało, Gondagilu? Wyglądasz jakoś tęsknie. 

– Mówisz o zwierzętach, które same znalazły tutaj drogę z powierzchni Ziemi. Ale nie 

wszystkie dotarły do Królestwa Światła. Tak samo jak mój lud, różne gatunki zwierząt miały 

pecha i dotarły do Królestwa Ciemności. 

– Myślisz o...? 

– Tak, o świętych zwierzętach. One powinny dostać się tutaj. I żyć w bezpieczeństwie. 

– Wielkie jelenie, oczywiście! – zawołała Miranda z entuzjazmem. – Gondagilu, my je 

tutaj sprowadzimy! 

Zaraził  się  jej  zapałem.  Co  tam  mur,  co  tam  bestie  i  wszelkie  niebezpieczeństwa, 

background image

akurat teraz widzieli tylko sukces. Megaceros wspaniale by pasował do Królestwa Światła. 

Radość  z  tego,  co  postanowili,  ponownie  ich  połączyła.  Gondagil  patrzył  w 

roześmiane oczy Mirandy i poczuł ciepło w sercu. Teraz ona znowu jest moja, pomyślał. 

Krew pulsowała w nim z tęsknoty. Nie tylko za tym, by ją zdobyć, lecz także za tym, 

by się nią opiekować, ochraniać ją, przytulać czule do siebie, czuć, że ona jest jego kobietą, 

oddaną i kochającą. 

–  Oj  –  jęknęła  Miranda,  spoglądając  w  dół.  –  Tam  znajduje  się  Saga.  Jesteśmy  w 

domu, lądujemy? 

Nie,  pomyślał,  zamykając  oczy.  Nie,  najpierw  muszę  cię  wziąć  w  ramiona,  pragnę 

kochać się z tobą tutaj w górze, w tym cudownym świecie, muszę ugasić głód mego ciała. 

Nagle zobaczył przed sobą Harama, przypomniał sobie, jak tamten brał swoje kobiety 

gdzie  popadło  i  kiedy  popadło,  a  potem  spojrzał  na  tę  śliczną  istotę  z  rozjaśnioną  twarzą  i 

stłumił  w  sobie  pożądanie,  nie  zdobył  się  na  tyle  odwagi.  Jeszcze  nie  teraz.  Najpierw  musi 

pozbyć się wspomnienia Harama, musi wyrzucić z pamięci wszystkie obrazy jego chutliwych 

uścisków i szklanych, zmęczonych rozkoszą oczu kobiet. 

Przeklęty  Haram!  Nawet  po  śmierci  budzi  wstręt  w  Gondagilu  i  potrafi  zbezcześcić 

obraz pojednania z Mirandą. 

– Tak. Lądujemy – rzekł lekko zdławionym głosem. 

Właśnie wtedy Miranda odkryła i w jego głosie, i w wyrazie twarzy wielką tęsknotę. 

Ale było już za późno. 

background image

22 

–  Wspaniały  –  powiedziała  Indra,  gdy  Gondagil  został  przedstawiony  rodzinie.  – 

Absolutnie  wspaniały!  Ojciec  też  go  polubił.  Sama  chciałabym  znaleźć  się  poza  murami  i 

sprowadzić sobie kogoś takiego! 

– Ale ty mi go nie uwiedziesz? – rzekła Miranda spłoszona. 

– Zwariowałaś? Ja nie jestem Bodil. Nie uwodzę kawalerów własnej siostry, zresztą u 

niego nie mam szans. Kompletnie stracił dla ciebie głowę! 

Miranda zarumieniła się. 

– Chyba nie. 

– Nie? Myślisz, że nie wiem, jak się zachowuje mężczyzna, który chciałby znaleźć się 

ze swoją wybranką w najbliższym łóżku? A właśnie, jaki on jest jako kochanek? 

– Niestety, nie mam pojęcia. 

–  Więc  wy  nie...?  No  dobrze,  nic  nie  jest  takie  męczące  dla  obserwatorów,  jak 

zakochana para i jak obściskująca się para. Potrzymaj go jeszcze jakiś czas, to rezultaty będą 

gorętsze. 

Miranda była wdzięczna, że panowie wyszli do nich na taras. 

Gabriel zaproponował, że odprowadzi Gondagila do jego nowego domu. 

Nie, nie, Miranda nie musi się fatygować, jest z pewnością zmęczona, więc powinna 

odpocząć. 

Miranda musiała się zadowolić gorącym, tęsknym spojrzeniem Gondagila. 

– Powinnam była wytłumaczyć ojcu – powiedziała Indra, kiedy mężczyźni odeszli. – 

Ale  on  z  pewnością  chciał  dobrze,  więc  nie  mogłam  mu  powiedzieć,  że  zachowuje  się  jak 

słoń w składzie porcelany. 

– Dziękuję ci, Indro – mruknęła Miranda. – Jesteś najlepszą siostrą, jaka mogła mi się 

trafić. 

– Myślę, że bardzo się do siebie zbliżyłyśmy tutaj w Królestwie Światła – przytaknęła 

Indra. – Na Ziemi żyłyśmy bardziej każda swoim życiem. 

– Tak, to prawda. 

W tym momencie wrócił Gabriel. 

–  Zapomniałem  ci  powiedzieć,  Mirando,  że  Ram  chce  rozmawiać  z  Gondagilem  i  z 

tobą. Czeka na was po południu w pałacu Marca. 

Dzień zapowiadał się więc znowu radośnie. Miranda westchnęła przejęta, zobaczy go 

background image

znowu, i to już wkrótce! 

– A dla mnie tam nie będzie miejsca? – zapytała Indra zaczepnie. 

Gabriel uśmiechnął się. 

– Możesz się tam wślizgnąć podstępem. Tak, żeby cię nikt nie zauważył. 

– Żeby mnie nikt nie zauważył? – roześmiała się Indra, udając obrażoną. – Nie może 

tak być, kiedy tylko się pojawię, wszystkie oczy zwrócą się na mnie. 

– Chodź z nami – zaproponowała Miranda ciepło. – Będziesz mnie wspierać. 

Indra przyjęła to szczerym, serdecznym śmiechem. 

 

W wytwornej rezydencji Marca zebrali się wszyscy „wielcy”. Ram, rzecz jasna, Rok i 

Talornin,  Strażnik  Słońca,  Móri  i  Dolg.  Miranda  zdążyła  przywitać  się  z  Gondagilem  i 

zapytać, jak mu się podoba jego nowy dom. Owszem, wszystko jest wspaniałe, Miranda musi 

przyjść  i  zobaczyć.  Chętnie,  zgodziła  się  Miranda,  ale  udało  im  się  zamienić  jeszcze  tylko 

parę słów. 

Wszyscy  usiedli  wokół  dużego  stołu.  Gondagil  został  przedstawiony  tym,  którzy  go 

jeszcze nie widzieli, witano go serdecznie. W chwilę potem przyszli spóźnialscy, Jori i Tsi-

Tsungga, ten ostatni z Czikiem na ramieniu. Zjawił się także Nataniel. Wszyscy oni byli na 

zewnątrz, w Królestwie Ciemności, myślała Miranda, z wyjątkiem Indry i Nataniela. Móri i 

Dolg też nie wychodzili poza mur. Co w takim razie tutaj robią? 

Wkrótce miała się tego dowiedzieć. 

Gondagil  siedział  naprzeciwko  niej,  mogli  więc  patrzeć  na  siebie  do  woli  i  nie 

szczędzili sobie tego. Marco powitał zebranych, a kiedy umilkł na chwilę, Tsi wykrzyknął: 

– Ależ Fivrelde, ty też tutaj jesteś? 

– To ty ją widzisz? – uśmiechnął się Dolg. 

– Oczywiście, siedzi na twoim ramieniu, tak jak Czik na moim. 

Miranda nie widziała niczego. 

– To Fivrelde jest powodem, dla którego się tutaj zebraliśmy – rzekł Marco i poprosił 

Dolga, by wyjaśnił, co zaobserwowała mała panienka z rodu elfów. 

– Czy nie moglibyśmy jej zobaczyć? – poprosiła Indra. 

– Nie wiem – odparł Dolg. – Czy to możliwe? Niektórzy z was pewnie widzą, ale... 

– Zaraz to umożliwię wszystkim – rzekł Marco spokojnie i wyciągnął rękę, dotykając 

palcami  czegoś  na  ramieniu  Dolga.  Powoli  wyłoniła  się  z  nicości  niezwykle  czarująca 

panienka, zarumieniła się ślicznie i kłaniała z promiennym uśmiechem. 

– Nie wiedziałem, że wy się znacie? 

background image

– Ja znam w lesie elfów każdą panienkę – zachichotał Tsi-Tsungga. – Tylko nie wolno 

mi ich dotykać. Mam na myśli te duże. 

Zauważył, że się zagalopował, i umilkł. 

– No więc chodzi o to – zaczął Ram – że prosiłem właśnie Dolga i Fivrelde, by razem 

z  Markiem  i  Mórim  ustalili,  gdzie  się  teraz  znajduje  Feme.  Uczynili  to  bez  trudu,  nic  nie 

wskazuje  na  to,  że  miałaby  opuścić  miasto  nieprzystosowanych.  Ale  wiedzieć,  gdzie  ona 

mniej  więcej  przebywa,  to  jedna  sprawa  Czymś  zupełnie  innym  jest  ją  zobaczyć,  a  już 

całkiem  specjalne  zadanie,  to  unieszkodliwić  ją.  Marco  i  jego  przyjaciele  proszą  o  pomoc, 

ponieważ  chcą  ją  okrążyć.  A  do  tego  potrzeba  wielu,  ponieważ  Feme  jest  gładka  i  śliska 

niczym  węgorz,  potrafi  się  wymknąć  z  najbardziej  przemyślnej  pułapki.  Mamy  tutaj  cały 

oddział Strażników oraz ochotników, którzy otoczą miasto nieprzystosowanych, podczas gdy 

wy,  wybrani,  wejdziecie  do  miasta  i  odszukacie  ją.  Niektórzy  z  was  będą  musieli 

porozmawiać z mieszkańcami i wyjaśniać pogłoski na temat, jakoby istniała bezpieczna droga 

do  Gór  Czarnych.  Pamiętajcie,  że  Feme  jest  samą  Pogłoską.  Najlepszym  sposobem 

rozbrojenia  jej  jest  sprawić,  by  nikt  w  nią  nie  wierzył.  A  teraz  mamy  przecież  wielu 

świadków, którzy potwierdzą, że droga w góry jest śmiertelną pułapką. Tsi-Tsungga, ty nie 

możesz  chodzić  do  miasta  nieprzystosowanych,  to  by  się  mogło  źle  skończyć,  bo  tam  nie 

tolerują nikogo, kto się wyróżnia z tłumu... 

– Ale ja też chcę brać udział w akcji! 

–  Oczywiście,  że  weźmiesz  udział,  jesteś  przecież  jednym  ze  świadków  tego,  co  się 

wydarzyło w Górach Czarnych. Ty i Fivrelde musicie natychmiast wyruszyć do lasu elfów i 

wyjaśniać pogłoski o tym, co czeka śmiałków w Górach Śmierci. 

– Ale Lanjelin i ja... – zapiszczała Fivrelde. 

– Ja wiem. Później. Będziecie mieli dość czasu. To bardzo poważne zadanie, Fivrelde, 

ty  i  Tsi-Tsungga  zostaliście  specjalnie  wybrani.  Kiedy  będziecie  już  pewni,  że  wszyscy 

mieszkańcy  lasu  elfów  pojęli  powagę  sytuacji  i  nikt  nie  tęskni  do  Gór  Czarnych,  również 

powrócicie do miasta nieprzystosowanych, gdzie zadanie będzie dużo trudniejsze i zabierze 

więcej czasu. Potem będziesz mogła przebywać z Dolgiem Lanjelinem, jak długo zechcesz. 

Dolg nawet drgnięciem powieki nie zdradził, co o tym myśli. Fivrelde natomiast nie 

ukrywała swoich uczuć. 

–  Chodź,  ruszamy  natychmiast  –  powiedział  Tsi  do  panienki.  –  Im  szybciej 

skończymy, tym szybciej będziemy z powrotem. 

– Tylko żadnego oszukiwania! – zawołał za nimi Ram. Wiedzieli jednak, że żartuje. 

Fivrelde  ruszyła  z  zapałem  w  ślad  za  Tsi,  cmoknąwszy  Dolga  na  pożegnanie  w 

background image

policzek. Syn czarnoksiężnika sprawiał wrażenie zawstydzonego. 

Wtedy Ram zwrócił się do reszty zebranych i przydzielił im zadania. Strażnik Słońca i 

Talornin  mieli  zająć  się innymi  obszarami  królestwa,  nie  powinni  pokazywać  się  w  mieście 

nieprzystosowanych.  Ponieważ  jednak  potrzeba  było  wielu,  by  zatrzymać  Feme  w  osadzie, 

wysłano  tam  również  kobiety.  Miranda,  Indra  i  Elena,  Taran,  Danielle,  Tiril...  wszystkie, 

które się zgłosiły. 

–  No  dobrze,  a  jak  zdołamy  pochwycić  tę  Feme,  skoro  jej  nie  można  zobaczyć  ani 

przytrzymać? – zapytała Indra. 

–  Nie  musicie  jej  łapać,  to  by  się  wam  nie  udało  –  odparł  Ram.  –  Musicie  tylko 

zawiadomić, gdyby zdołała wymknąć się z miasta. Zresztą pomożemy wam, będziecie mogli 

ją widzieć. Marco, zajmiesz się tym? 

Książę Czarnych Sal wstał. 

– W dniu, kiedy zbierzemy się, by okrążyć miasto nieprzystosowanych, przekażę wam 

wszystkim zdolność widzenia. Ale tylko na krótko. Dopóki Móri, Dolg i ja nie zdołamy jej 

unieszkodliwić. Wiemy już jak, ale o tym powiemy później. 

Wyjaśnienia  przyjęto  z  zadowoleniem  i  spotkanie  dobiegło  końca.  Miranda  miała 

jeszcze tylko gorącą prośbę: 

– Ale poczekajcie na Fivrelde, bądźcie tak dobrzy! 

– Oczywiście, że poczekamy – obiecał Dolg z uśmiechem. 

Gondagil podszedł do Mirandy. 

– Dokąd zamierzasz teraz pójść? – zapytał cicho. 

Otworzyła  usta,  by  mu  odpowiedzieć,  gdy  władczy  Talornin  położył  rękę  na  jej 

ramieniu. Czuła płynącą z niej siłę i ciepło. 

– Pozwolisz, Mirando, że zabiorę ci na chwilę Gondagila? Szczerze mówiąc, możesz 

wrócić do domu, bo zajmie nam to trochę czasu. 

Popatrzyli po sobie tęsknie, Gondagil i ona. Ale nikt nie odmawia Talorninowi. 

– Tak, naturalnie – powiedziała cierpko. – Dziękuję za dzisiejszy dzień! 

No i tak się skończyło. 

Kiedy nareszcie będziemy mogli ze sobą porozmawiać, zastanawiała się zrozpaczona. 

Porozmawiać naprawdę, bez tego skrępowania,  które odczuwaliśmy  w  gondoli. Kiedy będę 

mogła mu opowiedzieć...? Cierpliwość nie była największą cnotą Mirandy. 

background image

23 

Samozwańcza czarownica Paula przebywała w Królestwie Światła od kilku dni i czuła 

się tu wspaniale. To naprawdę fantastyczna przygoda! Ci, których nazywano Lemurami, i ci 

jacyś Strażnicy, wszyscy tacy przystojni! Krótka przygoda z kimś takim... 

Podniecające! 

Tamtych dwóch z kwarantanny więcej nie widziała. Ani wikinga, ani fauna. Wszędzie 

jednak było mnóstwo innych bardzo męskich istot, naprawdę jest na co popatrzeć. 

A przecież Paula wciąż jeszcze nie wiedziała, co naprawdę znajduje się w Królestwie 

Światła. 

Nie widywała też Oriany. Orianę umieszczono w szpitalu, Paula pomyślała nawet, że 

chyba  powinna  ją  odwiedzić.  Ale  szpitale  są  takie  nieprzyjemne,  takie  sterylne.  Nie  ma  w 

nich nic mistycznego. Poza tym całe dnie miała wypełnione zwiedzaniem tego niezwykłego 

kraju. 

Paula natychmiast przyjęła do wiadomości, że znajduje się w świecie istniejącym we 

wnętrzu jej dawnego świata, nie miała z tym żadnych problemów, zawsze przecież pociągały 

ją zjawiska ekstremalne. 

Dzisiaj  zamierzała  pojechać  do  stolicy  gondolą  odbywającą  tam  regularne  kursy. 

Chciała  spędzić  ten  dzień  jako  zwyczajna  mieszczka.  Sąsiadka  mówiła,  że  w  stolicy  jest 

cukiernia z najpyszniejszymi ciastkami świata. 

W  godzinę  później  Paula  mogła  się  osobiście  o  tym  przekonać.  O,  jakie  szczęście! 

Będzie tutaj przychodzić częściej. 

Na ulicach nie było dużo ludzi, kobieta za ladą powiedziała, że większość udała się do 

miasta nieprzystosowanych jako ochotnicy czy coś takiego, Paula nie do końca pojęła, o czym 

tamta mówi. 

Ale przy stoliku  obok siedziała samotna dziewczyna, zwyczajny  człowiek, nie żaden 

Lemur, i Paula zaczęła z nią rozmawiać. 

Zaczęła łgać w dobrym starym stylu. 

–  O,  tak,  to  prawda  –  odparła  z  nonszalancją  na  zadane  z  wytrzeszczonymi  oczyma 

pytanie. – To prawda, jestem jasnowidzem. Na świecie zewnętrznym często policja zasięgała 

u mnie rady. 

Była  to  prawda,  ale  z  pewnymi  modyfikacjami.  Paula  miała  w  dalszej  rodzinie 

komisarza policji, z nim rozmawiała o sprawach kryminalnych i w ogóle. To wszystko. 

background image

Paula  zaczęła  chwalić  się  swoimi  zdolnościami,  zaczęła  je  też  prezentować, 

opowiadała, że widzi aurę dziewczyny, jakieś anioły i mistyczne znaki, a dziewczyna chciała 

się dowiedzieć więcej. 

–  Co  tam  –  rzekła  Paula  lekko.  –  Nie  ma  czego  ukrywać,  właściwie  jestem 

czarownicą. Prawdziwą czarownicą. Mam na imię Oriana. 

Dziewczyna  dopytywała  się,  jakiego  rodzaju  czarownicą  Paula  jest,  bo  przecież 

istnieje  wiele  różnych.  Czarownice  piaskowe,  czarownice  ziemne,  czarownice  morskie, 

czarownice  od  wiatru,  ognia  i  tak  dalej,  a  Paula  patrzyła  zdumiona,  bo  po  raz  pierwszy 

słyszała  te  nazwy.  Może  kiedyś  czytała  o  czarownicach  piaskowych,  ale  to  brzmiało  jakoś 

pospolicie. Sucho, szczerze powiedziawszy. 

– Jestem czarownicą morza – rzekła swobodnie. – Mieszkałam nad morzem. 

Uważała, że najlepiej zdecydować się właśnie na taką czarownicę, ponieważ tutaj, w 

Królestwie Światła, nie ma żadnego morza, tylko jeziora i  rzeki,  więc nikt  nie będzie mógł 

niczego sprawdzić.  Zorientowała się, że weszła na niepewny  grunt,  więc z ulgą przyjęła do 

wiadomości,  że  dziewczyna  musi  już  iść.  Ona  również  zgłosiła  się  jako  ochotniczka  na  tę 

obławę, czy co to było, wokół miasta nieprzystosowanych. 

Paula nie pojmowała, jak ktoś może chcieć mieszkać w tamtym mieście. Czy można 

źle się czuć w tym niewiarygodnie fascynującym kraju? Jest jak stworzony dla niej! 

Siedziała jeszcze długo, piła kawę i zajadała się ciastkami. 

 

Oriana nie czuła się tak dobrze. Szczerze mówiąc, akurat w tym momencie czuła się 

fatalnie. 

Szpital był jasny i wesoły, a personel bardzo życzliwy. Zaprzyjaźniła się zwłaszcza z 

młodym  kandydatem  na  lekarza  imieniem  Jaskari.  Na  razie  Orianie  robiono  tylko  badania, 

mogła więc wstawać i wychodzić, jeśli chciała. Jaskari często z nią rozmawiał, starał się jej 

objaśnić ten cudowny świat. 

–  Musisz  poznać  moją  prababkę,  księżnę  Theresę  –  powiedział  młody  człowiek.  – 

Macie bardzo wiele wspólnego. Obie posiadacie wrodzoną kulturę. 

Oriana podziękowała mu za te słowa, ale zastanawiała się bardzo, jak to jest możliwe, 

że  jego  prababka  nadal  żyje.  Ponadto  Jaskari  twierdził,  iż  Theresa  wygląda  jak 

trzydziestopięciolatka i że Oriana również wkrótce tak będzie wyglądać. Udręczona Włoszka 

potrząsała ze smutkiem głową. Wiedziała bardzo dobrze, że nie ma już dla niej żadnej nadziei 

Jaskari uśmiechał się. 

–  Rozmawiamy  o  tym,  co  uważasz  za  dziwne  i  niezwykłe  w  Królestwie  Światła, 

background image

Oriano. Dlaczego więc nie chcesz wierzyć, że znowu będziesz zdrowa? 

Spuściła wzrok, by ukryć łzy. 

–  Bardzo  bym  chciała  –  odparła.  –  Tak  bardzo  bym  chciała  żyć  w  tym  raju,  ale 

musiałby się zdarzyć cud! 

– Zrobimy wszystko, co tylko można zrobić w szpitalu – rzekł Jaskari przyjaźnie. – A 

potrafimy sporo, możesz mi wierzyć! Jeśli jednak naszej wiedzy i umiejętności nie wystarczy, 

to  możemy  też  sprawić  cud.  Czy  nie  słyszałaś  jeszcze  o  Marcu?  Ani  o  Dolgu  i  jego 

niezwykłym kamieniu? O niebieskim, czyniącym cuda klejnocie? 

Na to Oriana nie chciała odpowiedzieć. Wolała nie ufać fałszywym nadziejom. 

Tego  wyjątkowego  dnia,  kiedy  tak  wielu  zgromadziło  się  w  okolicy  miasta 

nieprzystosowanych, Oriana odebrała telefon. Dzwonił jej mąż, Kent, i na dźwięk jego głosu 

skuliła się instynktownie. 

Poinformował ją, że jest właśnie z wizytą w stolicy. Szczerze mówiąc, znajduje się w 

szpitalu, ponieważ opiekunom nie podobał się stan jego zdrowia. Czy mogliby się spotkać? 

On nie jest już zły. Teraz, kiedy opuścili tamten świat i powodzi im się tak dobrze, mogliby 

odrzucić dawne urazy i rozstać się jak przyjaciele... 

Oriana  zwróciła  uwagę  na  te  ostatnie  słowa.  Gdyby  powiedział,  że  chciałby 

spróbować od nowa zacząć wspólne życie, odmówiłaby natychmiast. Ale to „rozstać się jak 

przyjaciele” brzmiało sympatycznie i sprawiło, że się zgodziła. 

Kent tłumaczył, że właściwie już dawno powinien był wrócić do swojej osady, więc 

nie  mogą  się  spotkać  w  publicznym  miejscu.  Czy  Oriana  nie  mogłaby  zejść  do  niego  do 

szpitalnej  piwnicy?  Wytłumaczył  jej  dokładnie,  gdzie  będzie  na  nią  czekał.  Czy  mogłaby 

zjechać w dół windą? 

Oriana poinformowała pielęgniarkę, że wychodzi na spacer. 

– Świetnie, idź się przewietrzyć, ale pamiętaj, że za dwa dni masz operację, więc nie 

pozostawaj zbyt długo poza szpitalem. 

Pielęgniarka odeszła do innego pacjenta. 

Oriana  poczekała,  aż  tamta  zniknie  jej  z  oczu,  nie  chciała  bowiem  zdradzić  Kenta, 

chociaż tak bardzo go nie lubiła. Wzięła ze sobą telefon komórkowy, który zawsze musiała 

nosić, była przecież bardzo chora i w każdej chwili mogła potrzebować pomocy. 

Miała  się  kontaktować  właśnie  z  doktorem  Jaskarim.  Nie  był  jeszcze  do  końca 

wykształconym lekarzem, zaledwie kandydatem, ale wszyscy nazywali go doktorem. Wprost 

urodził  się  na  lekarza,  tak  przynajmniej  uważano.  Rosły,  silny,  budzący  poczucie 

bezpieczeństwa,  zawsze  miał  mnóstwo  cierpliwości  dla  pacjentów.  Inna  sprawa,  że  on  sam 

background image

najchętniej zostałby weterynarzem i spędzał wiele czasu na świeżym powietrzu. 

Oriana zjechała windą do piwnicy i poszła drogą, jaką wskazał jej Kent. 

Sądziła,  że  znajdzie  się  w  ciemnych  i  pustych  pomieszczeniach,  ale  teraz  szła  po 

rzadko  wprawdzie  uczęszczanych,  ale  jasnych  korytarzach  pełnych  rur  i  dziwnych  maszyn. 

Mimo wszystko powinna zachowywać się ostrożnie, skoro Kent pozostał w stolicy dłużej niż 

mógł. 

W końcu zobaczyła męża. Choć najchętniej myślałaby o nim jako o byłym mężu. 

–  Kent,  jak  to  miło  z  twojej  strony,  że  chcesz  się  pogodzić  –  rzekła  z  chłodnym 

spokojem. – Mimo wszystko byliśmy przecież małżeństwem przez wiele lat. 

Jego twarz była nieprzenikniona. Jak mogłam kiedykolwiek kochać tego człowieka? 

myślała Oriana. Mój Boże, nie ma chyba nic bardziej martwego od umarłej miłości! 

Objął ją i pociągnął w głąb korytarza. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ idąc tutaj nie 

spotkała żywego ducha. 

Tam za rogiem, w jakiejś niszy, Kent położył przed nią papier. 

– Tutaj. Podpisuj! 

– Co mam podpisywać? – zapytała przestraszona jego lodowatym głosem. 

– Że zanim umrzesz, anulujesz tamten idiotyczny testament. 

Czy on musi się wyrażać tak brutalnie? 

–  Ale  czemu  to  ma  służyć?  –  zapytała  Oriana.  –  Nigdy  przecież  nie  wrócimy  do 

zewnętrznego świata, czy ty tego nie rozumiesz? Kent, uspokój się, masz tu wszystko, czego 

potrzebujesz, na co ci pieniądze? 

–  Kto  ci  nawbijał  do  głowy  tych  głupstw?  Skoro  tutaj  przyszliśmy,  to  możemy 

również stąd wyjść, to  chyba proste. Jeśli masz wszystko, czego  ci  potrzeba, to  nie istnieje 

żaden powód, byś nie oddała mi tego, na co czekałem przez wiele lat. Jak myślisz, dlaczego 

wytrzymałem tak długo ze starą makaroniarą, która jeszcze na dodatek zrobiła się brzydka? 

Spadek musi być mój, i tak się stanie, jeśli anulujesz tamten testament. Wtedy ja będę mógł 

zacząć nowe życie z młodszą i ładniejszą kobietą. 

– Ona jest dla ciebie za młoda, prawdopodobnie wkrótce cię rzuci. Nie ośmieszaj się, 

Kent,  to  naprawdę  niegodne!  Masz  pięćdziesiąt  dwa  lata.  A  ona...  Ile  ona  ma  lat? 

Dziewiętnaście? 

Ścisnął ją jeszcze mocniej za ramię. 

– Nie ma we mnie nic śmiesznego, dobrze o tym wiesz! Potrzebujemy pieniędzy. 

– Panienka jest, zdaje się, kosztowna. 

– Zamknij się! Pisz! 

background image

Oriana  patrzyła  na  niego  przestraszona.  Choroba  sprawiała,  że  czuła  się  potwornie 

zmęczona,  te  wszystkie  badania  i  analizy,  przez  które  tutaj  przeszła...  Była  też  zmęczona 

rozmową z tym  człowiekiem, chciała po prostu  spać. Jakie znaczenie ma kawałek papieru? 

Kent zdawał się nie pojmować, że nigdy stąd nie wyjdzie. 

Bardzo by chciała, żeby zniknął. Wtedy wszystko byłoby idealnie. 

Z  westchnieniem  ujęła  pióro  i  napisała  własne  nazwisko  na  tym  pozbawionym 

znaczenia papierze. 

– Teraz jesteś zadowolony? 

– Nie, nie całkiem. 

– Muszę wracać, będą mnie szukać. 

Kent mówił teraz łagodnym głosem. 

–  Nie  sądzę.  Nie  zamierzam  ryzykować,  że  oni  cię  wyleczą  i  że  wrócisz  do 

normalnego świata. Chcę moje pieniądze wydawać w spokoju. 

– Ale... 

– Droga Oriano, podpisałaś właśnie swój wyrok śmierci. 

Gwałtownie jedną ręką otoczył od tyłu jej szyję i mocno przycisnął. 

Oriana zareagowała spontanicznie. Kiedyś przeszła kurs samoobrony i teraz wbiła mu 

mocno łokieć w bok. Kent jęknął i zwolnił uścisk na tyle, że mogła mu się wyrwać i uciec. 

Ale nie miała prawie wcale siły. Rozpaczliwie starała się przyśpieszyć kroku, wkrótce 

uświadomiła sobie jednak, że nie zdoła mu uciec. Gorączkowo chwyciła telefon komórkowy i 

wciąż biegnąc wzywała Jaskariego. Telefon połączony był bezpośrednio z jego aparatem. 

Kent  deptał  jej  po  piętach,  nogi  odmawiały  jej  posłuszeństwa,  rozpaczliwie 

wykrzykiwała jakieś oderwane słowa do słuchawki. 

Kent  jednym  uderzeniem  wytrącił  jej  aparat  z  ręki.  Oriana  z  głośnym  jękiem 

próbowała podnieść telefon z podłogi, ale Kent był od niej silniejszy i szybszy. 

background image

24 

Mała  Fivrelde  wróciła  do  Dolga,  kiedy  ochotnicy  zbierali  się  na  łąkach  w  pobliżu 

miasta nieprzystosowanych. 

–  Udało  nam  się,  Lanjelin  –  szczebiotała  z  daleka.  –  I  otrzymaliśmy  pochwałę!  Od 

jednego  z  tych  oślepiająco  pięknych  Obcych.  On  teraz  rozmawia  z  Tsi-Tsunggą.  Jak  ci 

pomogę, Lanjelinie, także dostaniesz pochwałę. 

–  Dziękuję  ci,  moja  przyjaciółko  –  rzekł  Dolg  sucho  i  wsadził  ją  do  kieszeni  na 

piersiach,  gdzie  umościła  się  bardzo  zadowolona.  –  Rozmawialiście  ze  wszystkimi  elfami  i 

istotami natury? 

–  Oczywiście,  i  było  to  bardzo  łatwe!  Ja,  to  znaczy  chciałam  powiedzieć  my, 

rozmawialiśmy z królem elfów, nie z tym z doliny Gjáin, wiesz, bo on nadal jest tam, ale z 

tym  tutaj  z  Królestwa  Światła.  Ostrzegliśmy  go  przed  tą  okropną  Feme,  którą  tylko  ja 

widziałam, i on obiecał przekazać to swojemu ludowi i innym. 

– Więc król elfów cię wysłuchał? 

– Oczywiście – odparła z dumą. – No, to raczej... to znaczy Tsi-Tsungga rozmawiał, 

ale przecież ja wiedziałam, kim ona jest. To znaczy Feme. 

– Wspaniale, Fivrelde! Teraz zobaczymy, jak tutaj sprawy się mają. 

– Możesz być całkiem spokojny, Lanjelinie – rzekła Fivrelde z powagą. – Jestem przy 

tobie. 

Podeszli do organizatorów poszukiwań, zgromadzonych wokół Marca. 

Była tam też Miranda, a Gondagil stał za nią z dłońmi na jej ramionach. Dawało jej to 

zupełnie dotychczas nieznane poczucie bezpieczeństwa. Pragnęła, aby te tłumy ludzi i innych 

istot zabrały się stąd jak najszybciej. 

Uprzejmie jednak słuchała, co mówiono. 

Marco trzymał w dłoniach piękną misę. Jego ciepły głos unosił się ponad tłumem. 

– Dotknąłem wody w tej  misie  – mówił.  – Teraz podawajcie sobie naczynie i  niech 

każdy umoczy palec, a potem postara się, by kropla wody dostała mu się do oka. To znaczy 

do  obojga  oczu.  Dzięki  temu  uzyskacie  zdolność  jasnowidzenia  w  ciągu  najbliższej  doby, 

będziecie  mogli  dostrzec,  czy  przypadkiem  Feme  nie  próbuje  opuścić  miasta.  Wtedy 

natychmiast musicie dać sygnał o tym, co widzicie, i dokąd ona zmierza. Tymczasem Móri, 

Dolg i ja będziemy próbowali odszukać ją w mieście. 

– I ja – zapiszczało w kieszeni Dolga. 

background image

Marco uśmiechnął się. 

– Naturalnie, Fivrelde. Bez ciebie się nie ruszymy! 

Mała była zadowolona. 

– Czy Feme potrafi latać? – zapytał Armas. 

– Nie sądzę – odparł Dolg. – To Fama potrafi latać. Ta, której szukamy, nie. 

– A w jaki sposób ją unieszkodliwicie? – zapytała Tiril, która również tu była. 

– To już nasze zmartwienie – uśmiechnął się Móri. 

W tej chwili zadzwonił telefon Jaskariego. Wyjął słuchawkę zakłopotany. 

– Halo? Halo, nic nie słyszę... 

Do  jego  uszu  docierały  gwałtowne  trzaski  i  krzyk,  którego  nie  rozumiał.  W  końcu 

odłożył słuchawkę. 

– Nie pojmuję tego. To była Oriana. Mówiła kompletnie rozhisteryzowana, dotarło do 

mnie tylko coś w rodzaju: „...mój mąż... morduje mnie...”. 

Na moment zapadła cisza, a potem Ram powiedział: 

– Ale jej mąż jest chyba tutaj, w mieście nieprzystosowanych? Oriana natomiast leży 

w szpitalu. Rok, zadzwoń tam, a ja połączę się z policją w mieście nieprzystosowanych. 

Po kilku krótkich rozmowach wyjaśniło się, że Kenta nie widziano w domu, w którym 

umieszczano  nowo  przybyłych.  Owszem,  jest  możliwe,  że  pojechał  do  stolicy,  jeśli  miał 

ważną  sprawę.  Ale  jaką  sprawę  mógł  mieć,  to  chyba  niemożliwe?  Coś  musiał  widocznie 

wymyślić. 

W  szpitalu  pielęgniarka  poinformowała,  że  Oriana  wyszła  na  spacer.  Ma  do  tego 

prawo. Nie, jeszcze nie wróciła. 

Zbliżył się do nich jeden ze Strażników. 

– Jest tutaj pewna młoda dziewczyna, która dopiero co spotkała Orianę – oświadczył. 

– Słyszała, o czym mówicie, i zgłosiła się do mnie. 

– Znakomicie – rzekł Ram. – Możesz nam powiedzieć, jak to było? 

Dziewczyna podeszła bliżej. 

– Tak, bo Oriana to przecież nie jest popularne imię. Tak mi się przynajmniej zdaje. 

Rozmawiałam  z  nią  w  cukierni,  w  stolicy.  Kiedy  wychodziłam,  ona  jeszcze  została,  a  ja 

przyjechałam prosto tutaj. 

Rok  natychmiast  zabrał  dziewczynę  do  swojej  superszybkiej  gondoli.  Mknęła  w 

powietrzu niczym błyskawica, 

– Rok wszystko załatwi – rzekł Ram spokojnie. – Możemy kontynuować? 

Niebieska misa krążyła  w dumie, podawana z rąk do rąk. Wszyscy bardzo starannie 

background image

pocierali oczy palcami i przekazywali naczynie następnym, bardzo ciekawi, co też zobaczą. 

 

W  stołecznej  cukierni  Paula  zbierała  się  właśnie  do  wyjścia,  bardzo  zadowolona  po 

zjedzeniu trzech ciastek i wypiciu trzech filiżanek kawy. 

Nagle  do  środka  wbiegło  dwoje  ludzi.  To  znaczy  jeden  człowiek,  ta  młoda 

dziewczyna, z którą niedawno rozmawiała, oraz jeden... och, Lemur! Jaki fantastyczny! 

– To ona – rzekła dziewczyna, wskazując na Paulę. 

Przystojny Lemur zatrzymał się w drzwiach. 

– To nie jest Oriana! To Paula! 

Uff, a niech to! Wygląda na to, że będą nieprzyjemności! 

No  i  rzeczywiście,  zanim  Paula  zdołała  wymyślić  jakieś  wyjaśnienie,  Lemur  się 

wściekł. 

–  Czemu  to  wszystko  ma  służyć?  –  krzyczał.  –  Opóźniasz  nasze  poszukiwania,  te 

twoje  głupstwa  mogą  Orianę  kosztować  życie!  Od  tej  chwili  będziesz  się  posługiwać 

wyłącznie własnym imieniem, jest wystarczająco dobre! 

Oboje  odwrócili  się  i  wyszli,  zostawiając  za  sobą  zawstydzoną  Paulę.  A  taki  był 

piękny! 

 

Ram odebrał raport zdenerwowanego Roka i sam zdenerwował się również. 

– Głupia krowa – mruknął. Zwrócił się do stojących najbliższej. – No to wpadliśmy. 

Jeśli Oriana wyszła na spacer, to  mogła spotkać  swego męża  gdziekolwiek. A przecież jest 

bardzo słaba... 

– Z własnej woli by go nie spotkała – wtrąciła Miranda. – Nie, musiał się gdzieś na nią 

zaczaić. 

Ram  zatelefonował  do  recepcji  szpitala  i  zapytał,  czy  portier  widział  wychodzącą 

Orianę. Nie, nikt jej nie widział. A czy w pobliżu szpitala widziano może jej męża? 

Podał portierom jego imię oraz opisał wygląd. 

Recepcjonista odrzekł cokolwiek zdumiony: 

–  Taki  człowiek  przyszedł  tutaj  przed  kilkoma  godzinami.  Chciał  rozmawiać  z 

doktorem Jaskarim, więc go skierowaliśmy na oddział. 

Ram zwrócił się do Jaskariego. Nie, Kent w ogóle nie odwiedzał doktora ani  go nie 

szukał. Kolejne pytanie do recepcji: 

– Kiedy ów Kent opuścił szpital? 

Docierała  do  nich  pośpieszna  rozmowa,  jakieś  pytania,  ci,  którzy  otaczali  Rama, 

background image

usłyszeli w końcu krótką odpowiedź: 

– Nikt nie widział, żeby wychodził ze szpitala. 

Ram  natychmiast  zaczął  działać.  Kierowanie  akcją  przekazał  Marcowi,  a  sam 

zarządził: 

– Jaskari! Idziesz ze mną! Gdzie jest Elena? 

–  Ona  miała  przyjść  później.  Miranda,  pójdziesz  z  nami.  Tak,  Gondagil  również, 

potrzebujemy silnego, rosłego mężczyzny. 

W jednej  chwili cała czwórka znalazła się w  gondoli Rama, poruszającej  się równie 

szybko jak pojazd Roka, i bezzwłocznie wyruszyli w drogę. 

 

Oriana uzyskała chwilową przewagę. 

Dzięki  kursowi  samoobrony  zdołała  raz  jeszcze  wyrwać  się  z  morderczego  uścisku 

Kenta,  znalazła  jakieś  drzwi,  wbiegła  do  pomieszczenia  i  zamknęła  je  na  klucz.  Niestety, 

znalazła  się  w  ślepym  zaułku,  trafiła  do  małego  magazynku,  ciemnego,  wypełnionego 

niesprawną aparaturą. 

Mogła  jednak  przynajmniej  usiąść  na  podłodze  i  odetchnąć.  Z  największym  trudem 

wciągała  powietrze,  udręczone  płuca  pracowały  ze  świstem,  a  nogi  dłużej  by  jej  już  nie 

utrzymały. 

Słyszała, że Kent wali w drzwi, potem jednak zaległa cisza. 

On czai się za drzwiami, myślała. Boże, żeby tylko nie znalazł w pobliżu strażackiego 

toporka albo czegoś w tym rodzaju. 

Nie,  bardzo  szybko  uświadomiła  sobie,  co  Kent  zamierza.  Znalazł  coś,  czym  mógł 

podważyć drzwi, jakiś metalowy pręt, wsunął go w szparę przy podłodze i unosił, prędzej czy 

później wyrwie zamek. 

Oriana kurczowo ściskała ręce na piersiach i szeptała błagalne modły: Spraw, żeby tu 

przyszedł jakiś dozorca albo inny silny mężczyzna, który przeszkodzi Kentowi! Nie pozwól 

mu się do mnie włamać! 

Zdołała się już pogodzić ze śmiercią, uczyniła to zresztą dawno temu. Ale, na miłość 

boską, nie w ten sposób! Nie chciała aż takiego cierpienia, nie chciała nienawiści w ostatnich 

chwilach, zanim pożegna się z życiem. 

Z życiem, którego teraz znowu zapragnęła, po tym, jak znalazła się w tym cudownym 

świecie, gdzie spotykała wyłącznie dobrych, przyjaznych ludzi. 

W świecie bez Kenta. 

Teraz sprawy przybrały inny obrót. Kent będzie mógł tutaj żyć, on, który tak tęsknił, 

background image

żeby uciec z Królestwa Światła. Tymczasem ona musi umrzeć. 

Jaki niemiłosierny bywa czasami los. Jak często zdarzało się coś takiego na zewnątrz, 

w  tamtym  wielkim  świecie,  tam  naprawdę  życie  jest  niesprawiedliwe.  Bogaci  ludzie 

otrzymują  jeszcze  więcej,  mogą  za  darmo  korzystać  z  luksusów.  Biedni  natomiast,  którzy 

bardzo by potrzebowali błysku światła w codzienności, są wypluwani niczym pestki wiśni z 

biur, które powinny pomagać, ale najczęściej brak im zarówno zdolności, jak i woli niesienia 

pomocy. 

Natomiast tutaj... doktor Jaskari opowiedział jej, jaki wspaniały system panuje w tym 

świecie z baśni. 

Kent  zaklął  siarczyście,  ponieważ  narzędzie,  którym  usiłował  wyważyć  drzwi, 

złamało się. Oriana słyszała, że poszedł szukać czegoś nowego. 

Boże! Dobry Boże, pomóż mi, modliła się Oriana. Święta Dziewico Maryjo, wesprzyj 

mnie!  Nie  pozwól  mu  wyważyć  drzwi,  bym  nie  musiała  umierać  w  ten  sposób,  taki 

upokarzający,  taki  niegodny,  zamordowana  przez  człowieka,  którego  kiedyś  wybrałam  na 

towarzysza życia. 

Na zewnątrz panowała cisza. 

Długo. Bardzo długo. 

Czyżby dał za wygraną? Czyżby sobie poszedł? 

Oriana nie była w stanie myśleć, w jej mózgu panował chaos, ze strachu, wzburzenia i 

zmęczenia serce biło panicznie. 

Na chwilę straciła świadomość, nie była pewna, czy minęły minuty, czy godziny. W 

maleńkim  pomieszczeniu  robiło  się  coraz  duszniej,  wkrótce  w  ogóle  zabraknie  powietrza. 

Musiała  zużyć  cały  tlen  przy  tym  swoim  świszczącym  oddechu.  Próbowała  oddychać 

spokojniej, ale wtedy serce biło jeszcze mocniej. 

Powoli  ogarniała ją panika. Oriana szlochała cicho. Świadomość, że człowiek, który 

kiedyś  był  jej  taki  bliski,  teraz  ma  jej  dość,  nienawidzi  jej  tak,  że  pragnie  jej  śmierci,  była 

nieznośna. Już więcej nie wytrzymam, nie mam siły! 

Boże, uchroń mnie od takiej śmierci! Bądź miłosierny, błagała z głębi serca. 

background image

25 

Ponieważ gondola leciała bardzo szybko, Ram naciągnął nad pojazdem przezroczysty 

dach. 

– Siedzimy tutaj jak w małym domku – stwierdził Gondagil zachwycony. Obejmował 

mocno Mirandę, bo bał się prędkości. 

Ona zaś przytuliła się mocno do niego i powiedziała ze śmiechem: 

– Ostatnio spotykamy się przeważnie w gondolach. Trzeba z tym skończyć! 

Popatrzył na nią pytająco. 

Och, jak lubiła jego twarz! 

– To tylko takie wyrażenie – wytłumaczyła, skuliła się i przysunęła bliżej. Skoro miała 

go nareszcie przy sobie, to chciała wykorzystać okazję. Nie będzie już więcej tracić czasu na 

pełne skrępowania oczekiwanie inicjatywy z jego strony! 

Gondagil  czuł  się  oczywiście  znakomicie.  Obejmował  ją  i  przyciskał  do  siebie  tak 

mocno,  że  o  mało  nie  połamał  jej  żeber.  Długo  jednak  szczęście  trwać  nie  mogło,  gondola 

wkrótce dotarła do celu. Z ciężkim westchnieniem oboje pośpieszyli za Ramem do szpitala. 

W wielkim westybulu czekał Rok i szpitalni dozorcy. Przeszukali już dokładnie cały 

budynek,  ale  Oriany  nie  znaleźli.  Teraz  zamierzali  właśnie  zejść  do  piwnicy,  jedynego 

miejsca, którego jeszcze nie sprawdzili. 

– W takim razie chodźmy! – zawołał Ram. 

Minęło  mnóstwo  czasu,  myślała  Miranda  zatroskana.  Czy  uda  nam  się  odnaleźć  ją 

żywą, jeśli to prawda, że mąż nastawał na jej życie? Bo jeśli nie... to byłby bardzo głupi żart, 

przemknęło przez myśl dziewczynie, która nie znała Oriany. 

Przez cały czas trzymała Gondagila za rękę, a może to on trzymał ją, w każdym razie 

nie chciała, żeby było inaczej. Jak dobrze tak iść ręka w rękę, on też nie sprawiał wrażenia, że 

chciałby ją puścić. 

Teraz jesteś mój, Gondagilu, myślała Miranda. Teraz już ode mnie nie odejdziesz. 

Cała grupa znalazła się w szpitalnej piwnicy. Ani Miranda, ani Gondagil nigdy by nie 

przypuszczali, że jest taka wielka, pocięta tak licznymi korytarzami. 

 

Minęło już naprawdę wiele czasu, nawet Oriana zdawała sobie z tego sprawę, chociaż 

była oszołomiona i raz po raz ciemniało jej w oczach. 

Wzywanie pomocy nie miało sensu. Kent hałasował przecież okropnie, więc gdyby w 

background image

tej  części  piwnicy  ktoś  się  znajdował,  to  już  dawno  by  do  nich  przybiegł.  Widocznie  Kent 

bardzo starannie wybrał miejsce. 

Dlaczego powiedziała pielęgniarce, że wychodzi ze szpitala? Dlaczego zjechała na dół 

windą tak, że nikt jej nie widział? Szła niczym bezbronna ofiara wprost do pułapki. 

Nie, teraz powietrze stało się już tak gęste, że naprawdę nie mogła oddychać. Wciąż 

siedziała na podłodze. 

Powoli  podniosła  się  i  stanęła  na  sztywnych,  obolałych  nogach,  potem  chwyciła 

klamkę. 

– Kent? – rzekła cicho, niepewnym głosem. Za drzwiami panowała martwa cisza. Po 

kilku następnych pełnych napięcia minutach powoli przekręciła klucz w zamku. Nic. 

Ostrożnie  uchyliła  drzwi  Przynajmniej  w  ten  sposób  wpuści  trochę  świeżego 

powietrza. 

Za drzwiami wciąż panowała niczym nie zmącona cisza. 

Oriana uchyliła drzwi szerzej. 

Wtedy  Kent,  który  stał  za  drzwiami,  z  rykiem  szarpnął  klamkę  i  wyciągnął  żonę  na 

korytarz. W uniesionej ręce trzymał ciężką stalową rurkę. Oriana szarpnęła się i cios zamiast 

w głowę trafił ją w ramię, pozbawiając czucia w całej ręce. Krzyczała, próbowała uciekać na 

czworakach, nie widziała nic z powodu łez, bólu i rozpaczy. 

Kent znowu do niej dopadł. 

Ale  w  tym  momencie  usłyszała  czyjeś  pośpieszne  kroki.  Naprawdę  tak  było,  Kent, 

zaskoczony, rozluźnił uchwyt, ale podniósł ją z podłogi i zasłaniał się nią niczym tarczą. 

Tym razem Oriana nie miała już siły się bronić. Widziała jednak, że nadbiega wiele 

osób, widziała niewyraźnie, bo nie mogła podnieść ręki, by otrzeć łzy. 

Miranda dopiero teraz uświadomiła sobie z przerażeniem, jak poważna jest sytuacja. 

Odnaleźli Orianę, wciąż jeszcze żyła, ale jej szanse wyglądały marnie. Jej zdesperowany mąż 

ściskał  w  dłoni  jakiś  papier.  Gdyby  go  wypuścił,  mógłby  chwycić  ją  mocniej,  a  wtedy... 

Widać jednak nie chciał utracić papieru. 

– Nie zbliżajcie się, bo ją zastrzelę – syknął. 

–  To  blef,  on  nie  ma  pistoletu  –  mruknął  Ram.  –  Jaskari  i  Miranda,  zajmijcie  się 

pacjentką, a my zrobimy resztę. 

To  prawda,  że  Kent  nie  miał  broni,  przy  tym  grozić  Orianie  ciężką  stalową  rurką, 

trzymając równocześnie szarpiącą się żonę i ten jakiś dokument, było mu zbyt trudno. Zanim 

zdążył się zastanowić, co dalej, Jaskari pociągnął ku sobie Orianę, która umęczona bezwolnie 

oparła się o niego. 

background image

Kent  uniósł  stalową  rurkę,  wciąż  jeszcze  próbował]  uderzyć  żonę,  ale  trafił 

atakującego Roka w rękę, dzięki czemu zyskał pewną przewagę. Utracił jednak rurkę, która z 

łoskotem potoczyła się po podłodze. Uciec nie mógł w żadnym razie, ale skorzystał z jedynej 

szansy,  jaka  się  nadarzyła,  i  chwycił  nową  tarczę,  Mirandę,  pochylającą  się  właśnie  nad 

Orianą. 

Tego nie powinien był robić. 

Bardzo szybko to sobie uświadomił. 

Został  uniesiony  w  górę  przez  dyszącego  z  wściekłości  Gondagila,  który  zamierzał 

cisnąć nim z całej siły o ścianę. 

–  Gondagil,  nie!  –  zawołała  Miranda.  –  Nie  rób  tego  po  raz  drugi,  nie  tutaj,  w 

Królestwie Światła! 

W  pamięci  stanęło  mu  zabójstwo  Harama  i  opanował  się.  Postawił  rozdygotanego 

Kenta z powrotem na podłodze i mocno przycisnął do ściany. 

Pobladły z gniewu wysyczał przez zęby: 

– Jeśli jeszcze kiedyś tkniesz moją dziewczynę choćby jednym palcem, zmiażdżę cię 

jak tę wesz, którą w istocie jesteś! 

Miranda  rozpromieniła  się  w  wielkim  uśmiechu.  Natychmiast  jednak  spoważniała 

znowu, bo sytuacja wcale nie była zabawna. 

– Dziękuję, Gondagilu – powiedział Ram spokojnie. – Teraz my się nim zajmiemy. 

Dwaj dozorcy szpitalni wyprowadzili Kenta. 

– Co się z nim stanie? – zapytała Miranda. 

– Filtracja – odparł Ram krótko. – Nie możemy takich tutaj trzymać. Szczerze mówiąc 

to  szkoda,  Gondagilu,  że  nie  oszczędziłeś  nam  kłopotu,  ale  Miranda  miała  rację.  Nie 

chcielibyśmy obciążać cię jeszcze jednym zabójstwem. Sami się z nim rozprawimy. 

–  Czym  właściwie  jest  filtracja?  –  zapytała  Miranda,  wciąż  opierając  się  o  ścianę, 

ponieważ po wszystkich przeżyciach nogi się pod nią uginały. 

Jaskari zaniósł chorą Orianę na oddział, jej siły wyczerpały się kompletnie. 

W  rzeczywistości  Miranda  wcale  nie  chciała  wiedzieć,  czym  jest  filtracja,  czy  też 

oczyszczenie, jak niekiedy mówiono, ale ciekawość zwyciężyła. Zwykle tak się dzieje. 

– Och, to może oznaczać wiele – odparł Ram wymijająco, szykując się do wyjścia. – 

Mamy  różne  metody.  Przestępcom,  takim  jak  Kent,  którzy  pragną  wrócić  do  zewnętrznego 

świata, dajemy szansę. Wyrzucamy ich do Królestwa Ciemności. 

Miranda zadrżała. 

– Jak Johna Eleny? 

background image

– Tak. 

– Uważasz, że to humanitarne? – zapytała przeciągle. 

–  Nie,  ale  dostają  możliwość.  Istnieje  droga  na  zewnątrz  z  Królestwa  Ciemności. 

Wprawdzie nikt z tamtejszych mieszkańców jej nie zna, ale ona jest. My też nigdy z niej nie 

korzystamy, jest za trudna. Lecz szansa istnieje. 

Miranda westchnęła. Ram zakończył: 

– Muszę załatwić parę spraw związanych z Kentem, to nie potrwa długo. Kiedy już o 

trzaśniesz się z szoku, Mirando, idźcie z Gondagilem do gondoli. Ja zaraz tam przyjdę. 

Obaj  z  Rokiem  wyszli.  Miranda  chciała  pójść  za  nimi,  ale  Gondagil  chwycił  ją  i 

mocno objął. 

Popatrzyła na niego pytająco. Wzrok młodego mężczyzny świadczył, że wciąż jeszcze 

nie  doszedł  do  siebie  po  wzburzeniu,  które  dopiero  co  przeżył,  w  jego  oczach  płonął  jakiś 

przerażający żar. 

Gdy tylko tamci zniknęli za rogiem, przycisnął Mirandę mocno do ściany. 

–  On  chciał  cię  porwać  –  wyszeptał  gorączkowo.  –  Chciał  wyrządzić  ci  krzywdę, 

mógłbym go zabić! 

– Dobrze, że tego nie zrobiłeś – odparła zatroskana, jak to będzie w przyszłości. – W 

Królestwie Światła nie odbiera się nikomu życia. 

– Wiem o tym, zrozumiałem bardzo dobrze. Ale to było straszne... Mirando, ja... 

Nie  zdołał  dokończyć  zdania.  Przyciskał  ją  do  siebie  tak  mocno,  że  ledwo  była  w 

stanie oddychać, gładził swoim policzkiem jej twarz, chciał zrobić dla niej coś wspaniałego, 

ale pojęcia nie miał, jak obchodzić się z kobietą. 

Sądzę,  że  on  nawet  nie  wie,  czym  jest  pocałunek,  pomyślała  zaskoczona.  Może  w 

Dolinie  Mgieł  w  ogóle  nie  ma  takich  obyczajów?  A  może  zbyt  długo  żył  w  cnocie?  Może 

powinnam mu trochę pomóc na początek? Tak strasznie bym chciała go pocałować. Ale czy 

mogę pierwsza okazywać inicjatywę... W każdym razie powinnam go chyba trochę nauczyć? 

Zrobić to tak ostrożnie, by nie zauważył, że to moja inicjatywa, tylko że on tak chciał. 

Leciuteńko  przesuwała  wargami  po  jego  policzku,  delikatnie  niczym  skrzydełka 

motyla, nieskończenie wolno zsuwała wargi w dół, aż natrafiła na jego usta i... 

Do licha, ja też nie wiem dużo więcej! 

Ale oglądałam przecież filmy. I oczywiście całowali mnie młodzi chłopcy, chociaż to 

było coś całkiem innego. 

Gondagil  zapomniał  oddychać.  Miranda  czuła  mocne  uderzenia  jego  serca  tuż  przy 

swoich piersiach, które stały się ciężkie i twarde. 

background image

Zrobię to, bo jak nie, to mnie rozsadzi, myślała. 

Leciutko  przycisnęła  swoje  wargi  do  jego  ust.  Potem  natychmiast  je  cofnęła  i  z 

westchnieniem zaczęła przesuwać je po drugim policzku Gondagila. W końcu oparła czoło na 

jego ramieniu. 

– Nie – syknął, a ona myślała, że jest na nią wściekły. Tak jednak nie było, wcale nie, 

wprost przeciwnie! – Zrób to jeszcze raz! 

– Sam to zrób – szepnęła. 

On cofnął się odrobinę i popatrzył na nią, nie wypuszczając jej z objęć. Jego oczy były 

ciemne z... Niech tam, jest w nich coś wspaniałego, uznała Miranda, Gondagil drżał na całym 

ciele. 

I zrobił to! 

Miranda myślała, że absolutnie panuje nad sytuacją, że może nawet bawić się trochę 

jego brakiem doświadczenia, ale nie brała pod uwagę reakcji własnego ciała na jego bliskość. 

Czuć  jego  wargi  na  swoich  w  prawdziwym  pocałunku...  Wszystko  stało  się  tak  nagle,  że 

doznała wstrząsu. 

Małe igiełki rozkoszy przesuwały się pod skórą Mirandy i rozpalały ogień, którego się 

nie spodziewała. Przynajmniej nie tutaj, w tej sterylnej, szpitalnej piwnicy. 

To był naprawdę długi pocałunek, ponieważ żadne nie chciało go przerwać. Miranda 

czuła przy sobie jego silne ciało, przenikały ją słodkie dreszcze. 

Gdzieś daleko rozległ się głos Rama: 

– Miranda? Co się z wami dzieje, ruszamy! 

Gondagil trzymał ją mocno, Miranda nie miała wątpliwości, co by się stało, gdyby ona 

teraz się nie opanowała. 

Bardzo niechętnie, ale stanowczo wyrwała się z jego objęć i wyjąkała: 

– Widać zawsze ktoś musi nam przeszkadzać. Trzeba iść. 

– Nie. Jeszcze nie! 

Miranda  odsunęła  ręce  Gondagila,  które  usiłowały  wślizgnąć  się  pod  jej  bluzkę. 

Zawołała do Rama, że już idą. Do Gondagila zaś szepnęła: 

– Przecież niedługo znowu się spotkamy... 

Oddychał z wysiłkiem, nigdy go jeszcze nie widziała w takim wzburzeniu. W końcu 

przełknął z trudem ślinę i z udanym spokojem powiedział: 

– Nie widziałaś jeszcze, gdzie mieszkam. Przyjdziesz do mnie dzisiaj wieczorem? 

Miranda zapytała z lękiem: 

– Czy ty mieszkasz niedaleko Tsi-Tsunggi? 

background image

– Nie. Nie widziałem go w pobliżu mojego domu. 

Uspokojona dziewczyna odparła: 

– Przyjdę bardzo chętnie. A teraz chodź! 

Gondagil położył jej rękę na karku i pocałował po raz ostatni, krótko, ale serdecznie. 

Nie  rób  tego,  Gondagilu,  pomyślała.  Nie  rób  tego!  Następnym  razem  wywołam 

skandal! 

Oboje pobiegli ku schodom. 

background image

26 

Rozalinda  była  jedną  z  wielu  mieszkanek  miasta  nieprzystosowanych,  na  którą 

podziałały pogłoski. 

Nie  mogła  pojąć,  co  się  z  nią  dzieje.  Nagle  zaczęła  tak  strasznie  tęsknić  do  Gór 

Czarnych. Kto w ogóle tęskni do tej okolicy? 

Ale ona pragnęła się tam dostać. Jej sąsiedzi również, cała rodzina. Tamci to w ogóle 

zachowywali się jak szaleni, popakowali wszystko i siedzieli gotowi do drogi. Rozalinda nie 

wiedziała tylko, w jaki sposób można by teraz pokonać mur. 

Ale słyszała, choć nie pamięta skąd, że jest jakieś swobodne przejście, a dalej istnieje 

absolutnie bezpieczna droga w teren złych gór. Które zresztą wcale nie są złe. Można tam żyć 

dokładnie  tak  samo  jak  na  Ziemi,  tak,  mówiono  nawet,  że  można  stamtąd  na  Ziemię 

powrócić. 

Znowu  do  starego  świata!  Wielu  mieszkańców  miasta  było  gotowych  do  wyjazdu. 

Organizowali spotkania, by zastanowić się, jak  przejść przez mur. Może Strażnicy pozwolą 

im  odejść?  Strażnicy  byli  przecież  tak  zmęczeni  ciągłymi  awanturami  w  mieście 

nieprzystosowanych,  że  powinni  się  ucieszyć,  gdy  co  najmniej  połowa  obywateli  zechce  je 

opuścić. 

Rozalinda  słyszała  też,  że  wielkie  tłumy  mieszkańców  innych  części  Królestwa 

Światła zbierają się na równinie poza ich miastem. Co to oznacza? Czy to jakaś obława? Czy 

zamierzają wejść również do miasta? Dlaczego? Czy po to, by nie pozwolić ludziom opuścić 

domów? 

Nie, to z pewnością coś innego. 

Ale ta cała sprawa z Górami Czarnymi brzmi znakomicie! Może w końca uda im się 

znaleźć drogę wyjścia z zaniknięcia? 

Rozalinda w zamyśleniu przeglądała swoje  rzeczy. Chyba pora się pakować. Trzeba 

być przygotowanym. 

 

Kiedy Ram i jego orszak przybyli na równinę pod miastem, zebrani tam zaczynali się 

już  rozchodzić.  W  pięknej  misie  nie  została  ani  kropla  wody,  ale  Marco  osobiście  dotknął 

oczu Gondagila, Mirandy i pozostałych, a potem wszyscy wkroczyli do miasta. 

Jaskari dyżurował w szpitalu przy Orianie, co wszyscy znakomicie rozumieli. Jej stan 

był krytyczny już przedtem, a teraz, po tym, jak Kent ją potraktował, czuła się jeszcze gorzej. 

background image

Miranda rozejrzała się wokół. 

– Gondagilu, nie jesteśmy tutaj sami! 

– Nie, zdążyłem zauważyć. A co to za grupa ludzi ubranych tak po staroświecku? 

–  To  są  duchy  Ludzi  Lodu  –  rzekła  wzruszona.  –  To  moi  przodkowie!  Chodź, 

pójdziemy się przywitać! 

Poszedł za nią z wahaniem. Był pewien, że chwyta powietrze, kiedy jedno po drugim 

przedstawiało  się  Mirandzie  i  jemu,  ale  ich  dłonie  okazały  się  zdumiewająco  rzeczywiste, 

choć  trochę  zbyt  chłodne.  Zresztą  nie  wszyscy  podawali  rękę,  część  kłaniała  się  tylko 

uprzejmie i uśmiechała do nich. 

Jakaś niezwykle piękna młoda kobieta rozmawiała z Markiem. Miała na imię Sol. Sol 

z Ludzi Lodu. Marco najwyraźniej zapraszał ją do miasta, a ona śmiała się uszczęśliwiona. 

Znajdowała  się  też  inna  grupa  dziwnych  stworzeń,  z  nimi  z  kolei  rozmawiali  Móri 

oraz  Dolg.  To  duchy  Móriego,  wyjaśniła  Miranda.  Nigdy  przedtem  ich  nie  widziała,  ale 

nietrudno się domyślić, kto to. Duchy Móriego miały też w swoim gronie piękne zwierzę, z 

którym Nero witał się wzruszony. 

Wszędzie  kręciło  się  mnóstwo  istot  natury...  Tłoczyły  się  jak  okiem  sięgnąć. 

Oczekiwały rozwoju wydarzeń, one zostały już uwolnione spod władzy Feme. 

Och,  chciałabym  na  dłużej  zachować  tę  zdolność  widzenia,  myślała  Miranda. 

Wiedziała jednak, że potrwa to najwyżej dobę. Szkoda, naprawdę szkoda! 

Widziała, jak bardzo przejęci i zdumieni są inni ludzie. Wszyscy bowiem widzieli to 

samo,  co  ona.  Niektórzy  bali  się,  ale  takich  nie  było  wielu.  Większość  przeżywała  swoje 

wielkie chwile. 

Gorący dreszcz przeniknął Mirandę. Na dzisiejszy wieczór umówiła się z Gondagilem. 

Oj, musi zdążyć wziąć przedtem prysznic i umyć włosy! Musi być czysta i apetyczna! 

Ci,  których  zadaniem  było  pójść  do  miasta,  by  odszukać  Feme,  wyruszyli  w  drogę. 

Pozostali utworzyli dwa łańcuchy. Zewnętrzny będzie stał poza miastem i informował, gdyby 

Feme udało się wymknąć. Wewnętrzny łańcuch miał się powoli przybliżać do miasta, potem 

przejść ulicami i krok po kroku zmniejszać teren, na którym mogła się ukrywać. 

Miranda chętnie poszłaby z Markiem, ale mogła tylko na nich popatrzeć: Marco, Móri 

i Dolg, ten ostatni z Fivrelde szczebioczącą mu nad uchem, oraz piękna wiedźma, Sol z Ludzi 

Lodu. 

No, niech tam, ona ma przecież Gondagila. Wsunęła rękę w jego dłoń i czekali. 

 

Wkrótce  grupa  Marca  znalazła  się  wśród  zabudowań.  Wszyscy  krzywili  się  z 

background image

obrzydzenia na widok miasta, które zaczynało przypominać najgorsze, najbardziej zaniedbane 

metropolie  starego  świata.  Wewnętrzny  łańcuch  posuwał  się  za  nimi,  ale  miał  ograniczone 

możliwości działania. Feme mogła ukrywać się w jakimś domu, a w takim razie nie będzie 

łatwo ją odnaleźć czy też zatrzymać, gdyby chciała uciec. 

Dolg  niósł  kilka  wielkich  zwojów  samoprzylepnej  taśmy.  Tajemnicze  oczy 

czarnoksiężnika  Móriego  przeszukiwały  ulice  i  place,  ściany  i  okna.  Wszystkie  zmysły  Sol 

były napięte, wiedźma szukała z sadystycznym zapałem. 

Zadanie nie będzie łatwe! 

Ale  Marco  zwrócił  uwagę  na  dziwne  zachowanie  ludzi.  Pospiesznie  porządkowali 

swoje  domy,  tak  się  przynajmniej  zdawało,  jedne  rzeczy  wyrzucali  i  palili,  inne  zbierali. 

Kiedy zauważył Rozalindę na podwórzu jej domu, zatrzymał swoich towarzyszy i podszedł, 

by wypytać, co się tu dzieje. 

Owszem,  Rozalinda  wyjaśniła,  o  co  chodzi,  otóż  mianowicie  ludzie  chcą  opuścić 

Królestwo  Światła  i  przenieść  się  do  Gór  Czarnych.  Stamtąd  podobno  można  też  wyjść  do 

starego  świata,  jeśli  ktoś  zechce.  Nie,  ona  sama  nie  rozumie,  skąd  się  nagle  wzięła  ta  chęć 

przeprowadzki, ale tak po prostu jest. 

– Wszyscy chcą stąd wyjść? – dopytywał się Móri. 

– Nie, jeszcze nie wszyscy. Ale to się rozprzestrzenia, coraz to nowi ludzie podejmują 

decyzję. 

Tak  więc  mogli  się  wreszcie  czegoś  dowiedzieć!  Marco  stawiał  szybkie,  krótkie 

pytania, a kobieta odpowiadała jak potrafiła. Myśl o wyjeździe przenosiła się jakby z domu 

do  domu.  Najpierw  opanowała  tych,  którzy  mieszkają  w  dzielnicach  położonych  niżej. 

Później wschodnią część miasta, a teraz dzielnicę, w której mieszka Rozalinda. Przenosi się to 

z  sąsiada  na  sąsiada.  Nie,  nie  tak  szybko.  Jak  się  bliżej  zastanowić,  to  wychodzi,  że 

codziennie  przyłącza  się  jedna  rodzina...  A  gdzie  znajdują  się  ci,  którzy  nie  chcą  się 

przeprowadzać? Przynajmniej jeszcze nie chcą? 

To przeważnie mieszkańcy zachodnich dzielnic. 

Marco poprosił, by poszła z nimi kawałek i pokazała, gdzie to jest. Rozalinda zgodziła 

się chętnie, miło jest się przejść w towarzystwie trzech przystojnych mężczyzn. Sol była dla 

niej niewidoczna, Marco wolał, żeby tak się stało. Piękna wiedźma miała w mieście pozostać 

niewidzialna. 

Pół  godziny  później  mogli  sami  zobaczyć,  którędy  przebiega  granica  pomiędzy 

domami  tych,  którzy  chcą  się  wyprowadzać,  a  tych,  którzy  do  całej  sprawy  odnoszą  się  z 

zupełnym  spokojem.  Podziękowali  Rozalindzie  za  pomoc,  nie,  teraz  już  dadzą  sobie  radę 

background image

sami. 

Kobieta opuściła ich z ciężkim westchnieniem, nie dowiedziawszy się, czego szukają. 

Oni tymczasem zaczęli sprawdzać teren. 

–  To  musi  być  ten  dom  –  rzekł  Dolg,  wskazując  na  niewielki,  parterowy  budynek. 

Mały,  przytulny  domek,  wyglądał,  jakby  pochodził  z  dziewiętnastego  wieku,  ściany 

pokrywały pnące róże. 

–  Mieliśmy  szczęście  –  rzekł  Marco.  –  Mógł  nam  się  trafić  wysoki,  wielopiętrowy 

gmach. 

Kiedy szli przez miasto, ludzie patrzyli na nich i pośpiesznie usuwali się z drogi. Trzej 

mężczyźni nie byli podobni do tutejszych mieszkańców, poza tym mieli bardzo surowe miny. 

Lepiej takim nie nasuwać się przed oczy! 

Ale  w  tej  części  miasta  panował  spokój.  Napotkali  kilka  domowych  zwierząt,  poza 

tym dzielnica sprawiała wrażenie nie zamieszkanej. 

Zaglądali do domu przez okna. Nie bardzo to piękne zachowanie, ale potrzeba łamie 

zasady. Zobaczyli, że w łóżku w jednym z pokojów ktoś śpi, widzieli zarys ludzkiej postaci 

pod kołdrą. 

– Moim zdaniem ona jest tutaj – rzekł Marco cicho. – Wygląda na to, że wchodzi do 

jakiegoś domu i tłoczy mieszkańcom do głów swoje pogłoski o wspaniałych warunkach życia 

w  Górach  Śmierci.  Szepcze  te  swoje  informacje  śpiącym  ludziom  do  ucha.  Przeszukamy 

dom? 

Dolg  i  Sol  zabrali  się  natychmiast  do  zaklejania  samoprzylepną  taśmą  wszelkich 

otworów, dziurek od kluczy, szczelin w ścianach. Opatrzyli każdą najmniejszą szparkę. Sol z 

łatwością  wspięła  się  na  niski  dach,  położyła  płaski  kamień  na  kominie,  a  potem  wszystko 

oblepiła  taśmą.  Feme  potrafiła  wyciągać  swoje  ciało  tak,  że  mogła  się  prześlizgnąć  przez 

najwęższą szczelinę. Gdy wszystko było gotowe, Sol zeskoczyła na ziemię. 

Dolg  miał  szczerą  nadzieję,  że  nikt  nie  widział  jej  manewrów  na  dachu  ani  przy 

oknach. Wiedźma z przełomu szesnastego i siedemnastego wieku z dużą rolką nowoczesnej 

taśmy  samoprzylepnej,  poruszająca  się  na  oczach  wszystkich,  to  naprawdę  dziwny  widok. 

Gdyby ktoś potrafił ją dostrzec, oczywiście. 

Sol bawiła się znakomicie. Takie właśnie zajęcia uwielbiała: łapać draństwo, najlepiej 

rodzaju  żeńskiego.  Dlatego  Marco  ją  wybrał.  Wiedział,  że  zaangażuje  się  w  sprawę  całym 

sercem. 

Kiedy uznali, że wszystko jest już uszczelnione, Dolg powiedział cierpko: 

– A jeśli jej tam nie ma? 

background image

Wtedy Sol wybuchnęła radosnym śmiechem. 

– Wszystko oblepione, caluteńki dom! 

– Ona tam jest – zapewnił Marco spokojnie, ale również on uśmiechnął się pod nosem. 

– Wchodzimy! Cicho! 

Drzwi nie były zamknięte na klucz. Tych drzwi oczywiście wcześniej nie zakleili, ale 

Dolg i Sol zrobili to błyskawicznie, od wewnętrznej strony, gdy tylko wszyscy znaleźli się w 

środku. Potem krok po kroku przeglądali mały domek. 

W  łóżku  w  izbie  leżała  jakaś  starsza  kobieta  i  odpoczywała  po  obiedzie.  Marco 

jednym ruchem dłoni sprawił, by się nie obudziła, niezależnie od tego, co się stanie. 

– Ona jest tam – szepnął Dolg. 

Teraz mogli ją zobaczyć, wszyscy. Podobna do cienia szaroczarna istota, najbardziej 

ze  wszystkiego  przypominająca  wielką  pijawkę,  leżała  na  poduszce  tuż  przy  uchu  śpiącej 

kobiety. 

W jednym momencie uszczelnili wszystkie możliwe wyjścia z pokoju. Sol musiała się 

zajmować najtrudniej dostępnymi miejscami, ponieważ była niewidzialna. 

Ale  Feme  ich  odkryła.  Zerwała  się  i  zwinnie  niczym  wąż  pomknęła  ku 

wywietrznikowi  Sol  była  jednak  szybsza  i  zalepiła  taśmą  nos  paskudztwa,  czy  coś,  co  go 

przypominało.  Usłyszeli  syk,  wydawany  przez  to  obrzydliwe  stworzenie,  a  potem  w  ich 

głowach pojawiły się sygnały. O pięknych osadach wewnątrz Gór Czarnych, o drogach... 

Zaklęcia  obu  czarnoksiężników  przerwały  ten  uwodzicielski  szept.  Feme  musiała 

zamilknąć,  choć  bardzo  ją  to  denerwowało.  Pomknęła  ku  drzwiom,  a  stwierdziwszy,  że  są 

zamknięte,  zawróciła  do  okna.  Miotała  się  po  pokoju,  ale  wszędzie  Sol  albo  już  była,  albo 

natychmiast pojawiała się przed nią. 

–  O,  nie,  ty  oślizgła  stara  ropucho!  –  zawołała  piękna  czarownica,  której  Feme  nie 

widziała. – Zasadziłaś już swoje ostatnie nasiona! 

Ruchem  dłoni  strąciła  przebiegłą  istotę  akurat  w  momencie,  gdy  ta  próbowała  się 

przecisnąć przez wąziutką szczelinę pod sufitem. 

–  Teraz  spotkałaś  kogoś  silniejszego  od  ciebie,  moja  mała  Feme,  ty  paskudny  stary 

trollu! 

– Ja nie jestem Feme – syknął potworek wściekle. – To była moja prababka. 

– Nie ma znaczenia, jak się nazywasz, i tak jesteś paskudna – rzekła Sol i wyciągnęła 

tamtą ze szczeliny w podłodze, chociaż i tak potwór nie mógłby się tamtędy wydostać. – Fuj, 

co ja złapałam? Jakiś śluz? 

– Czy to ona, Fivrelde? – zapytał Marco. 

background image

– Tak – szepnął elf. – Dokładnie ta sama, którą widziałam. Uff, ale wstrętna! 

–  Tak,  rzeczywiście  tak  można  powiedzieć!  Ale  takie  właśnie  są  plotki,  Fivrelde. 

Zawsze  są  wstrętne,  potrafią  zamordować  człowieka  skuteczniej  niż  miecz.  Móri  i  Dolg, 

przytrzymajcie ją swoimi runami, to ja zajmę się resztą! 

Obaj czarnoksiężnicy natychmiast osaczyli paskudztwo. Feme, czy też jej potomkini, 

musiała  zastygnąć,  nie  mogła  się  poruszyć,  zdążyła  się  tylko  zawinąć  w  białą,  robioną  na 

szydełku kapę na łóżko. 

–  Co  miałeś  na  myśli,  mówiąc,  że  plotki  i  pogłoski  są  bardziej  niebezpieczne  niż 

miecz, wielki Marcu? – pisnęła Fivrelde. 

– Chodzi o to, że plotka zabija godność człowieka, jego cześć. A to, Fivrelde, gorsze 

niż morderstwo. 

– Aha, rozumiem – rzekła niepewnie, ponieważ nie zrozumiała ani słowa. 

– Sol, czy zechciałabyś mi pomóc? – poprosił Marco. 

Podczas gdy Móri i Dolg trzymali złą istotę w szachu, Marco i Sol zabrali się do jej 

unicestwiania. Plotki nie trzeba mordować, wystarczy ją unieszkodliwić. 

Walczyła z całych sił, a trzeba pamiętać, że plotka ma porażającą moc. Była wielka, 

większa  niż  się  spodziewali,  tak  duża,  że  nawet  maleńka  Fivrelde  zobaczyła  ją,  kiedy 

przemykała się przez dziurę w murze. Wydawała z siebie wściekły syk, ale nie była w stanie 

zejść z łóżka, runy trzymały ją w miejscu. 

–  A  teraz  milcz,  ty  stara  wstrętna  babo!  –  prychnęła  Sol.  –  Twoje  uwodzicielskie 

sztuczki na nas nie działają! O, fuj, do diabła, jaka ona paskudna! 

Stwór wściekał się nieustannie. 

– Przestańcie nazywać mnie „ona”! Nie jestem istotą żeńską! 

–  O,  uff,  co  ty  powiesz  –  ironizowała  Sol.  –  W  takim  razie  jesteś  „on”?  Dobrze, 

dobrze, nam jest zupełnie wszystko jedno. 

Marco uśmiechnął się krzywo. 

–  Okazaliśmy  się  bardzo  naiwni,  uważaliśmy,  że  jest  stworzeniem  żeńskim,  bo 

nazywaliśmy ją Feme. Ale rodzaj męski może być równie zdolny w rozsiewaniu szkodliwych 

plotek. 

Męski krewniak Feme zaczął złościć się nie na żarty. Słyszeli jego syczenie: 

– Nie jestem byle kim, jestem silniejszy, niż wy wszyscy razem wzięci. 

To mogła być prawda, oni jednak nie zamierzali się poddawać. 

Paskudny stwór donosił z dumą: 

– Zostałem wybrany, by służyć tutaj w samym środku Ziemi... 

background image

– Znakomicie! – drwiła Sol. – W takim razie wystarczy, że cię unieszkodliwimy, a raz 

na zawsze uwolnimy się od plotek i pogłosek 

–  Nie,  nie,  nie,  nie  –  pośpiesznie  wyjaśniał  stwór.  –  Jest  nas  więcej  w  Górach 

Wspaniałych. 

Nikt mu jednak nie wierzył. Był tym, czym był, po prostu pogłoską. 

– Aha, u was to one się nazywają Góry Wspaniałe – uśmiechnął się Móri. – Można się 

było tego spodziewać. 

– Och, nie wiecie, co się tam ukrywa! – wykrzyknął potomek Feme. 

Marco przerwał mu. 

– Owszem, wiemy. Ale teraz dość gadania. Przynajmniej jeśli o ciebie chodził 

Zabrali się do dzieła. Soi wyszła z domu, bo swoje już zrobiła. Móri i Dolg nadal za 

pomocą  run  utrzymywali  potworka  na  miejscu,  podczas  gdy  Marco  przygotowywał  się  do 

wypełnienia zadania. 

Z  jego  dłoni  wybuchnął  snop  niebieskich  iskier,  on  sam  wypowiedział  kilka  słów, 

których nikt nie zrozumiał. 

Istota próbowała odpowiedzieć, lecz nie wydobyła z siebie ani jednego dźwięku. Było 

tak, jakby jej ktoś zawiązał pysk sznurkiem. Ale mimo to nie rezygnowała. 

„Ja  nie  potrzebuję  głosu”,  dotarło  do  ich  myśli.  „Moje  ukryte  insynuacje,  moje 

zabójcze plotki, moje naprawdę złe pogłoski i tak trafią do ludzkich dusz!” 

Pang!  Przed  potworkiem  rozbłysła  niebieska  błyskawica,  po  czym  z  jego  strony  nie 

pojawiła już się ani jedna myśl. 

Sol  przyniosła  sporą  butelkę  z  przykrywką  i  wsunęła  do  środka  porażonego 

rozsiewacza  plotek.  Starannie  zamknęła  przykrywkę  i  owinęła  wszystko  resztką  taśmy 

samoprzylepnej. Marco powiedział, jakby przesyłał ostatnie pozdrowienie: 

– Wyniesiemy cię z powrotem do Królestwa Ciemności, nie wiem, jak to zrobimy, ale 

poradzimy  sobie.  Nie  możemy,  jak  powiedziano,  cię  zamordować.  Myślę  jednak,  że  jesteś 

unieszkodliwiony. 

Niemy,  pozbawiony  telepatycznych  zdolności  potworek  siedział  w  butelce  i 

wykrzywiał się. 

background image

27 

Gondagil czekał na nią na skraju lasu. 

Miranda  szła  ku  niemu  z  bijącym  sercem.  W  dalszym  ciągu  posiadali  zdolność 

jasnowidzenia,  ale  dokoła  panował  spokój,  nigdzie  nie  było  widać  ani  elfów,  ani  w  ogóle 

nikogo. 

Bardzo dobrze! 

Miranda  nie  miała  ochoty  być  obserwowana  w  chwili,  kiedy  spotyka  miłość  swego 

życia. 

Długo  musieli  walczyć  o  siebie  nawzajem.  Musieli  pokonać  wielkie 

niebezpieczeństwa. Mimo to nigdy nie denerwowała się tak jak teraz. Wiedziała, co się stanie, 

to było nieuniknione, ona jednak bała się bardzo. Wciąż miała wątpliwości, czy powie to, co 

trzeba, czy się sprawdzi, czy cała sprawa nie zakończy się fiaskiem... 

Cóż,  zachowywała  się  mniej  więcej  tak,  jak  większość  dziewcząt  zachowywała  się 

przez stulecia. 

Gondagil  uśmiechał  się  do  niej.  Początkowo  trochę  niepewnie,  ale  kiedy 

odpowiedziała mu uśmiechem, jego twarz się rozjaśniła. Wziął ją za rękę. 

– Chodź, pokażę ci swój dom! 

Miranda poszła za nim bez słowa. Ogarnął ją lęk, że wzbudzi jego pragnienia już tutaj, 

w tym pięknym lesie, za nic nie chciała, by różne ciekawskie elfy stały i przyglądały im się w 

najbardziej intymnej chwili. Może istoty natury same uległyby nastrojowi... 

Nie, nie wolno przywoływać takich fantastycznych obrazów! 

W milczeniu szli przez las, po miękkiej trawie, pod szumiącymi liściastymi drzewami. 

Żadne  nie  powiedziało  ani  słowa.  Napięcie  było  zbyt  wielkie,  a  jednocześnie  nastrój  tak 

piękny, że nie chcieli go zepsuć. 

 

W szpitalu dwóch lekarzy rozmawiało z Ramem. 

– To się na nic nie zda – mówił ordynator. – Teraz mamy już wyniki wszystkich badań 

Oriany. Nie będziemy w stanie jej uratować, nasz szpital nie posiada takich środków, a poza 

tym jest za późno. 

– Szkoda – powiedział Ram. – To taka piękna kobieta, bardzo szlachetna. 

Drugi lekarz wtrącił ostrożnie: 

– Mamy jeszcze jedno wyjście... 

background image

– Wiem – rzekł Ram. – Waśnie o tym myślę. 

– O którym z nich? 

–  Nie  o  Marcu  –  oznajmił  stanowczo  Ram.  –  On  by  mógł,  sądzę  jednak,  że  nie 

powinniśmy wykorzystywać jego zdolności zbyt często. Tylko w wyjątkowych przypadkach, 

takich jak dzisiaj eliminacja tego rozsiewacza plotek. 

– No, a czarnoksiężnik? 

Ram wahał się. 

– Nie wiem, czy jego siła tutaj wystarczy. Nie, ja myślałem raczej o Dolgu... 

– Ja również. Ale i on musi mieć środki pomocnicze. 

–  No  właśnie.  Wiemy  wprawdzie  także,  że  kilku  Obcych  posiada  nieznane 

możliwości,  ale  nie  możemy  ich  nawet  o  to  zapytać.  Nie  mamy  prawa.  Mogę  natomiast 

porozmawiać  ze  Strażnikiem  Słońca  na  temat  niebieskiego  szafiru.  Zapytam,  czy  go  nam 

pożyczą. 

– Jest tylko jeden człowiek, którego polecenia kamienie wypełniają. 

– Dolg, tak. Natychmiast tam idę. – Stał jeszcze przez chwilę, nim odszedł. – Jest też 

parę innych spraw, które muszę załatwić. 

– Jakie to sprawy? – spytali lekarze. 

Ram patrzył na nich z zatroskaną twarzą. 

– Chodzi o tego Kenta. Zdołał nam się wymknąć. Wkrótce go jednak złapiemy. No i 

ten  wybrany...  Musimy  przyśpieszyć  podróż  do  Gór  Czarnych,  a  ten  drań  nie  jest  jeszcze 

gotowy.  –  Nagle  rozjaśnił  się  w  szatańskim  uśmiechu.  –  Wydaje  mi  się  jednak,  że  wiem, 

komu  zlecę  to  zadanie.  Myślę,  że  znam  kogoś,  kto  potrafi  dać  sobie  radę  z  takim  małym 

diabłem. 

Potem wyszedł, podśpiewując coś pod nosem. 

 

Przejściowe mieszkanie Gondagila mieściło się w małym leśnym domku na wzgórzu. 

Zresztą właściwie trudno mówić o wzgórzu, było to  tylko  lekkie wzniesienie w płaskim na 

ogół  krajobrazie.  Oko  Nocy  i  większość  Indian  też  mieszkali  w  okolicy,  nie  był  to  jednak 

żaden ponury rezerwat, przenieśli się tutaj, bo nie najlepiej czuli się w miastach. 

–  O,  jaki  śliczny  mały  domek  –  zawołała  Miranda  zachwycona.  –  Chętnie  bym  tu 

zamieszkała! 

– Dom jest niewielki – rzekł Gondagil z dumą, jakby to on był jego właścicielem. – 

Ale widok stąd rozciąga się naprawdę piękny. I jestem tutaj swobodny. Indianie znajdują się 

daleko poza zasięgiem mojego wzroku. 

background image

Moglibyśmy zbudować większy dom, myślała Miranda. 

– Wiesz, ja mieszkam w tym samym domu, co ojciec i Indra – rzekła głośno. – Każde 

ma swoje mieszkanie, ale tutaj wydaje mi się znacznie lepiej. 

Gondagil zamierzał pokazać jej całe domostwo, ale zdążył zademonstrować tylko tacę, 

na której przygotował coś, czego nie zdołała zidentyfikować, ponieważ w korytarzu pomiędzy 

kuchnią  a  pokojem  dziennym  przestał  nad  sobą  panować.  Nagle  Miranda  stwierdziła,  że 

znowu  została  przyciśnięta  do  ściany,  pocałunki  Gondagila  świadczyły,  iż  od  kiedy  się 

rozstali,  płonął  z  tęsknoty.  Teraz  z  pewnością  weźmie  mnie  na  ręce  i  zaniesie  do  sypialni, 

pomyślała.  Tak  przynajmniej  powinien  zrobić,  ale  jak  mu  o  tym  powiedzieć,  by  nie  urazić 

jego męskiej dumy? 

Co tam, do diabła z konwencjami, trzeba brać, co los daje, zdecydowała. 

I postąpiła tak, jak jej serce podpowiadało. Jednym ruchem ściągnęła z siebie ubranie i 

rzuciła je na podłogę, wciąż w tym wąskim korytarzyku, a potem już ani ona, ani Gondagil 

nie  wiedzieli,  gdzie  się  znajdują,  Miranda  starała  się  pokazać  mu,  że  usta  nie  są  jedynym 

miejscem,  które  może  całować,  stwierdziła,  że  jego  skóra  jest  rozpalona,  że  Gondagil  nie 

potrafi  już  czekać.  Tylko  jeden  jedyny  raz,  kiedy  zdejmował  z  siebie  ubranie,  zamarł  na 

moment i popatrzył na nią. 

–  Nie  chcę  zachowywać  się  jak  Haram  –  szepnął  udręczony.  –  Nie  jestem  bestią. 

Wyobrażałem  sobie  to  tak  pięknie.  Marzyłem,  że  wszystko  odbędzie  się  powoli,  z  wielką 

czułością i miłością do ciebie. 

Miranda odgarnęła mu włosy z czoła. 

–  Ty  nigdy  nie  będziesz  jak  Haram.  Ja  sama  tego  chcę,  Gondagilu.  Chcę  cię  mieć, 

ponieważ do siebie należymy. Jesteś moim pierwszym, podobnie jak ja twoją pierwszą. 

Wtedy  uśmiechnął  się  z  ulgą,  nie  potrzebowali  już  więcej  słów.  Miranda  drżącymi 

rękami  pomogła  mu  zdjąć  koszulę  tak,  by  mogła  dotykać  go  całym  ciałem,  a  on  bez  trudu 

znalazł do niej drogę. 

Początkowo był rzeczywiście dość ostrożny, w swoim oszołomieniu zdołał zachować 

troskliwość o nią. Była mu za to wdzięczna, bo przecież niełatwo jest początkującej kobiecie 

nie odepchnąć kochanka, kiedy ból przeszywa niczym ostrze noża. 

Później  żadne  nie  zastanawiało  się,  czy  dobrze  się  sprawili.  Było,  jak  było,  miłość, 

oddanie, czułość wystarczą za wiele. 

Po  dziesięciu  minutach,  kiedy  sztorm  przycichł,  Miranda  poprosiła,  by  pomógł  jej 

wstać. Próg boleśnie uwierał ją w plecy. 

Gondagil  czynił  sobie  wyrzuty,  że  zachował  się  tak  gwałtownie,  naprawdę  nie  miał 

background image

takiego zamiaru. 

– Gdybyś był łagodny i cierpliwy, nie byłbyś sobą  – uśmiechnęła się Miranda. – Ty 

jesteś Gondagil, i w takim właśnie się zakochałam. Takiego chcę mieć. 

Wtedy on znowu wziął ją w ramiona. 

– Teraz mogę powiedzieć, że dostałem od życia wszystko – rzekł cicho. – Absolutnie 

wszystko! 

background image

28 

W szpitalu rozpoczął się nowy dzień. Oriana leżała zamyślona w swoim łóżku. 

Czuła, że coś się dzieje, tak jak poprzedniego wieczora domyśliła się, że lekarze nie 

mogą już dla niej nic więcej zrobić. Przerzuty raka objęły całe ciało, choroba toczyła organy, 

które najtrudniej leczyć. 

Będzie więc znowu musiała pogodzić się z myślą o śmierci. Tym razem wydawało się 

to  szczególnie  trudne.  Atak  Kenta  poważnie  podkopał  jej  zdrowie,  wszelkie  siły  się 

wyczerpały,  powróciły  straszne  bóle,  choć  przedtem  tutaj  w  szpitalu  lekarze  potrafili  już 

utrzymywać je w szachu. 

To  był  fantastyczny  szpital,  z  niezwykłym  personelem  i  nieprawdopodobnymi 

możliwościami. Ale wobec tak ciężkiego przypadku choroby nowotworowej również tutejsi 

lekarze musieli ulec. 

Oriana płakała  cicho. Tak bardzo chciałaby żyć  w tym  świecie, w którym  mieszkali 

tylko szczęśliwi, życzliwi ludzie. Kent miał zostać odesłany z powrotem, tak powiedział ów 

sympatyczny Ram, ale sprawiał wrażenie zagniewanego, kiedy wyznała, że niepokoi się o los 

Kenta.  O,  nie,  nie  powinna  martwić  się  o  tego  człowieka.  Teraz  Oriana  też  tak  myślała. 

Skończyła z nim definitywnie i jego odejście przyjmie jako wielką ulgę. 

Zresztą on pewnie już wyjechał. 

Wokół  panował  spokój.  Od  czasu  do  czasu  słyszała  na  korytarzu  energiczne  kroki 

pielęgniarki, która miała dziś nowe buty, poza tym było cicho. To cudowne słoneczne światło, 

które zdawało się wypełniać wszystko, płonęło za oknem i stanowiło jednak jakąś pociechę. 

Oriana nie chciała myśleć, bo nie widziała przed sobą przyszłości. 

Tylko śmierć. Wielkie nieznane. 

Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł ktoś cicho. 

Oriana spojrzała na niego z zaciekawieniem. Był to nieziemsko piękny mężczyzna. O 

czarnych oczach tak mądrych, jakby skupiła się w nich cała wiedza świata. 

Lemur?  Nie,  nie  wyglądał  dokładnie  tak  jak  oni.  Istota  jakby  stanowiąca  pośrednie 

ogniwo  pomiędzy  Lemurami  i  romantycznymi  młodzieńcami,  którzy  istnieli  w  czasach 

Schillera i Goethego. Lord Byron... Wszyscy ci utalentowani młodzi ludzie z weltschmerzem 

w spojrzeniu. 

Kto to, na Boga, jest? I czego od niej chce? 

– Dzień dobry, Oriano – przywitał się dziwnie śpiewnym głosem. – Jestem Dolg. Albo 

background image

Dolgo,  jeśli  wolisz,  bo  przecież  jesteś  Włoszką  i  pewnie  bardziej  podoba  ci  się  ta  forma 

mojego imienia. 

Dolgo? Syn czarnoksiężnika! 

Tak, to może być on. Ale czego od niej chce? 

 

Strażnicy  świętych  kamieni  pozwolili,  by  Dolg  pożyczył  szafir.  Prawdę 

powiedziawszy  tylko  on,  i  jeszcze  dwóch  czy  trzech  innych  miało  prawo  zbliżać  się  do 

kamieni. Czerwony farangil nie znosił, kiedy podchodził do niego ktoś obcy, jakiś czas temu 

zdarzyło  się  straszne  nieszczęście,  kiedy  jeden  z  mieszkańców  miasta  nieprzystosowanych 

zdołał  zakraść  się  do  pomieszczenia,  zamkniętego  dla  wszystkich,  do  którego  zaglądano 

jedynie przez grube szklane szyby. Otóż ten człowiek skończył bardzo źle. Migotliwe światło 

mieniące  się  czerwienią,  błękitem  i  fioletem  oślepiło  go  tak,  że  nie  widział  nic.  Był  jednak 

zdecydowany  przywłaszczyć  sobie  szlachetne  kamienie  i  poprzez  to  zdobyć  władzę  nad 

innymi, więc po omacku brnął dalej. 

Niebieskiego  kamienia  może  mógłby  dotknąć,  nigdy  się  tego  nie  dowiedzieli. 

Człowiek  ów  bowiem  najbardziej  pożądał  bajecznie  pięknego  farangila,  a  ten  go  po  prostu 

spalił, unicestwił w jednym okamgnieniu, zanim Strażnicy zdążyli dobiec. Pozostało im tylko 

zmieść na kupkę popiół, jaki został z nieszczęśnika. 

Ale  Dolg  mógł  tam  wchodzić  bez  obawy.  To  przecież  on  uratował  kamienie,  on 

spełnił marzenie wielu tysięcy lat, dzięki niemu cudowne klejnoty znalazły się w Królestwie 

Światła. 

Tak  więc  Dolg  poszedł  do  skarbca,  zatrzymał  się  w  progu  i  pozdrowił  kamienie  z 

wielkim szacunkiem. 

–  Moi  drodzy  przyjaciele  –  powiedział,  a  pokój  wypełniał  się  coraz  jaśniejszym 

mieniącym się czerwono i niebiesko światłem. – Pomogliście mi przejść przez wiele trudnych 

prób, przeżyć wiele ciężkich chwil. Czy pomożecie mi raz jeszcze? 

Fajerwerk światła był odpowiedzią. 

– Muszę prosić niebieski szafir o uratowanie życia pewnej dobrej kobiety. 

Nie  oczekiwał  reakcji,  jaka  nadeszła.  Czerwony  farangil  rozpłomienił  się  tak 

intensywnym, płonącym światłem, jakby klejnot zanosił pokorne modły. 

Dolg zwrócił się ku niemu. 

–  Czy  ty  również  pragniesz  pomagać?  –  zapytał  zdumiony.  –  Owszem,  mój  drogi 

przyjacielu, zaraz to załatwimy! 

Nie rozumiał, co się dzieje. Farangil nie był przecież kamieniem pociechy, on nikogo 

background image

nie  ratował.  To  był  agresywny  kamień  służący  do  obrony,  bardzo,  ale  to  bardzo 

niebezpieczny. 

Obcy, którzy byli strażnikami w tej świątyni, pełni obaw pozwolili Dolgowi zabrać ze 

sobą oba kamienie, umieszczone każdy w swoim złotym pojemniku. 

I oto teraz Dolg znajdował się z nimi u Oriany. Siedział na krawędzi łóżka Włoszki, a 

klejnoty położył ostrożnie przy sobie. 

– Słyszałem, że jesteś ciężko chora – rzekł łagodnie. 

– Jestem, niestety. A tak bardzo chciałabym tutaj pożyć. 

Udręczona Oriana patrzyła na młodego człowieka. On uśmiechał się do niej łagodnie. 

–  Dlatego  właśnie  jestem  u  ciebie  –  oznajmił.  –  Sam  nie  potrafiłbym  dokonać  zbyt 

wiele, ale mam tu dwóch przyjaciół, którzy chyba potrafią więcej. 

– Nikt nie może mi pomóc – westchnęła Oriana. – Na to trzeba by cudu. 

– I właśnie tego teraz spróbujemy. 

Co on chce przez to powiedzieć? Czyżby on był... 

Przestała w ogóle cokolwiek myśleć, kiedy Dolg wyjął z jednego pojemnika mieniącą 

się kulę. Wprost nie mogła się napatrzyć temu klejnotowi, który wypełniał pokój migotliwą 

niebieską poświatą. Wszystko wokół niej stało się niebieskie. Delikatnie i ciepło niebieskie. 

– Czy to jest kamień? – spytała z niedowierzaniem. – Kamień szlachetny? 

Skinął głową. 

– To szafir. Nie ma sobie równego. 

– W to mogę uwierzyć – rzekła matowym głosem. – Jaki wielki! 

Dolg musiał trzymać klejnot obiema rękami, rzeczywiście był ogromny. 

Syn  czarnoksiężnika  miał  poważny  dylemat.  Co  zrobić  z  farangilem?  Czerwony 

kamień  sam  chciał,  żeby  go  tutaj  przyniesiono.  Ale  on  przecież  może  zabijać!  Co  się  więc 

stanie, jeśli zostanie wyjęty...? Mogą pojawić się trudności. 

Ostrożnie zajrzał do drugiego pojemnika. Farangil pulsował stłumioną czerwienią, ale 

bardzo, bardzo słabo. Dolg, który potrafił tłumaczyć jego sygnały, skinął głową. 

– Zachowujesz się wyczekująco – szepnął. – To bardzo dobrze. 

Potem znowu odwrócił się do Oriany. 

– Rozmawiałem z ordynatorem twojego oddziału, powiedział mi, które części twojego 

ciała są najbardziej chore. Wygląda na to, że choroba się rozprzestrzeniła. Zacznijmy wobec 

tego od głowy, podobno cierpisz na silne bóle. 

– Tak, z każdym dniem coraz straszniejsze. 

–  Zobaczymy,  czy  uda  się  temu  zaradzić.  Niebieski  szafir  posiada  cudowne 

background image

właściwości,  dobrze  o  tym  wiem,  ponieważ  pomógł  mi  pewnego  razu  na  Islandii,  kiedy 

stoczyłem  się  ze  zbocza  i  bardzo  potłukłem.  Nie  mówiąc  już  o  tym,  co  zrobił  dla  mojego 

ojca... 

– A cóż on takiego zrobił dla twojego ojca, czarnoksiężnika? 

– Wskrzesił go do życia – odparł Dolg cicho. 

– Ooo – szepnęła Oriana. Nie bardzo wiedziała, czy ma w to wierzyć, czy nie. 

Dolg oparł roziskrzony szafir o jej czoło. Oriana leżała spokojnie i czuła, jak potworny 

ból ustępuje, najpierw w karku i ramionach, potem w głowie. Czuła ulgę ponad karkiem, w 

szczękach,  w  skroniach,  ból  przesuwał  się  i  zbierał  w  jednym  punkcie,  tam,  gdzie  kamień 

dotykał czoła. 

Miała wrażenie, jakby szafir wyjął ból z jej głowy i wessał go w siebie. 

–  Och,  Dolgo  –  wyszeptała,  bo  rzeczywiście  wolała  nazywać  go  włoską  odmianą 

imienia. – Dolgo, to cudowne! 

–  Widzę  –  uśmiechnął  się.  –  No  to  jedźmy  dalej.  Lekarz  powiedział,  że  cały  układ 

kostny jest zaatakowany. Czy pozwolisz, że będę dotykał twojej skóry? 

Wahała się przez chwilę. 

– Naturalnie, czyniący cuda Dolgu – mruknęła odrobinę skrępowana. 

Dolg  właśnie  zamierzał  odsunąć  na  bok  kołdrę,  kiedy  oboje  podskoczyli,  bo  drzwi 

zostały gwałtownie otwarte. Oczy Oriany rozszerzyły się z przerażenia. 

– Kent! 

– Tak, właśnie – syknął jej znienawidzony mąż. – Czy oni naprawdę wierzyli, że mnie 

pokonają? Mnie? A teraz ty zapłacisz za całe upokorzenie, jakie musiałem znieść... Kto to, do 

cholery, jest? Czy już zdążyłaś poszukać sobie kochanka? 

Dolg siedział w milczeniu i patrzył, jak czerwona poświata rozrasta się w pojemniku z 

farangilem.  Widział,  że  szalony  z  wściekłości  człowiek  trzyma  w  ręce  kuchenny  nóż  i  nie 

zawaha się przed jego użyciem. 

Wiedział również, że strażnicy ścigają tego nędznika. 

Spokojnie wyjął farangil. 

Tylko Dolg mógł trzymać kamień w rękach. Żaden ze Strażników nie byłby w stanie 

tego robić, Obcy także nie, nawet Móri. Jak było z Markiem, nikt nie wiedział, ale jest mało 

prawdopodobne, by potrafił panować nad nie poddającym się nikomu kamieniem. 

Dolg  uniósł  farangil  w  stronę  Kenta,  a  mordercze  ciemnoczerwone  promienie 

natychmiast spaliły człowieka, który najpierw wrzeszczał i wił się w potwornych boleściach, 

potem umilkł, a wkrótce jego ciało przemieniło się w szary popiół. 

background image

Klejnot dokonał tego, czego chciał, i żar powoli wygasał, przemieniał się w pulsującą, 

mroczną  czerwień.  Dolg  odłożył  kamień  z  cichym  podziękowaniem.  Oriana  była 

wstrząśnięta. Bała się, że serce odmówi posłuszeństwa, ale widocznie było jeszcze silne. Ten 

niezwykły młody człowiek, obdarzony wiedzą niczym Matuzalem, zwrócił się do niej i spytał 

spokojnie: 

– Możemy kontynuować? 

 

Tak  więc  brzemienna  w  ważne  wydarzenia  noc  świętojańska  pozostała  już  tylko 

wspomnieniem  w  pamięci  tych  wszystkich,  którzy  podczas  jej  trwania  zostali  zaczarowani, 

omamieni lub przestraszeni. 

Miranda  z  błogosławieństwem  taty  Gabriela  przeniosła  się  do  domu  Gondagila. 

Przedtem  jednak  ich  związek  został zalegalizowany  przez  władze.  Jakiś  porządek  powinien 

mimo wszystko panować. Postanowiono zbudować dla nich dom w lesie, bo mała chatka była 

potrzebna jako przejściowe mieszkanie dla nowo przybyłych. 

Najbliższym  sąsiadem  młodej  pary  miał  być  Oko  Nocy,  co  wszystkich  troje  bardzo 

cieszyło. 

Tsi-Tsungga dostał od Strażników nową gondolę. Nie dlatego, że sobie na to zasłużył, 

ale tak strasznie rozpaczał po utracie starego pojazdu, że Strażnicy się zmiłowali. Podejmował 

teraz codzienne podniebne wyprawy i budził dreszcz grozy we wszystkich, których napotykał 

po drodze. Czik wiernie siadywał u jego boku, teraz w małej klatce na stałe wbudowanej w 

gondolę. Tsi nie chciał ryzykować, że po raz drugi utraci przyjaciela. 

Kiedy  nie  podejmował  swoich  szalonych  wypraw  gondolą,  z  upodobaniem  spędzał 

czas  w  lesie  na  drzewie  i  na  swoim  flecie  wygrywał  smutne  melodie  o  bezgranicznej 

samotności.  Nikt  tego  jednak  nie  traktował  poważnie,  Tsi-Tsungga  miał  na  to  zbyt  wielu 

przyjaciół. 

Jori odgrywał rolę centrali informacyjnej dla całego królestwa, jeśli chodzi o sprawy 

Gór Czarnych, a przynajmniej ich przedpola. Nikt tak się nie przechwalał szaloną wyprawą 

jak on. Jego  opowiadania przerażały słuchaczy,  zwłaszcza że ubarwiał je wytworami swojej 

fantazji. 

Trzy  najmłodsze  dziewczyny  nie  rozmawiały  ze  sobą  o  snach,  jakie  miały  w  noc 

świętojańską.  Berengaria  obiecała  solennie,  że  w  przyszłym  roku  nazbiera  prawdziwych 

polnych kwiatów, a Sassa prychała i nie chciała powiedzieć, kto jej się wtedy przyśnił. Siska 

chodziła zamyślona. Nie, ona też nie chciała ujawnić, kto ukazał jej się w roli kandydata do 

ręki,  nigdy w życiu! W  jej oczach jednak  często  widziało się zdumienie. W ogóle miewała 

background image

ostatnio  tajemniczą  minę,  ale  to  pewnie  dlatego,  że  została  wybrana  do  Najwyższej  Rady. 

Zasiadały tam obie z księżną Theresą i miały wiele wspólnych tematów. 

Theresa przypominała sobie ze smutkiem wszystkie noce świętojańskie, jakie przeżyła 

w  zewnętrznym  świecie.  Teraz  i  tych,  spędzonych  w  Królestwie  Światła,  też  było  coraz 

więcej.  Kiedy  Theresa  myślała  o  ostatniej,  zawsze  przenikał  ją  dreszcz  i  biegła  szybko  do 

małego  ołtarzyka  z  wizerunkiem  Madonny,  by  podziękować  jej  za  powrót  ukochanego 

prawnuka Joriego z diabelskiej siedziby, jak nazywała Góry Czarne. 

Paula  przeżyła  porządny  wstrząs,  nie  tylko  z  powodu  trudnych  do  zrozumienia 

wydarzeń  nocy  świętojańskiej,  lecz  także  dlatego,  że  została  skrzyczana.  To  rzeczywiście 

głupi  pomysł  nazywać  się  Orianą,  rozumiała  to  teraz  sama.  Mogła  przecież  w  ten  sposób 

przyczynić się do śmierci prawdziwej Oriany. A przecież wcale tego nie chciała, Paula była 

przyjazną duszą i lubiła Orianę. Z opowieściami  na temat swoich czarodziejskich zdolności 

też była ostrożniejsza, bo tutaj takie gadanie mogło mieć konsekwencje. Wszędzie aż się roiło 

od  prawdziwych  znawców  magicznych  sztuk,  więc  jej  amatorszczyzna  zostałaby  bardzo 

szybko odkryta. 

W królestwie elfów ponownie zaprowadzono spokój. Nikt już nie tęsknił, by wyruszyć 

do  Gór  Czarnych,  mieszkańcy  królestwa  nie  myśleli  o  niczym  takim,  pragnęli  pozostać  w 

swoim cudownym lesie. 

No,  może  jednak  był  ktoś,  kto  tęsknił  do  przeprowadzki.  Mała  Fivrelde  nieustannie 

dawała do zrozumienia swojemu Dolgowi Lanjelinowi, że w dużym lesie czuje się niedobrze. 

Źle sypia, bo w jej domu jest zimno i potwornie wieje. Dolg w to oczywiście nie wierzył, bo 

przecież w Królestwie Światła nie ma ani wiatru, ani przeciągów. Mała panienka z rodu elfów 

znajdowała setki innych wymówek, jak na przykład to, że Dolg potrzebuje kogoś, kto by go 

pilnował, a ona czuje się samotna i tak dalej. 

W końcu pozwolił jej zamieszkać w swoim pięknym ogrodzie. Obiecał, że będą razem 

jadać  śniadania  na  tarasie.  Będą  razem  spacerować.  Postawił  tylko  warunek,  że  nigdy  nie 

wolno jej wchodzić do wnętrza domu, pragnął zachować mimo wszystko trochę prywatności. 

Fivrelde  była  wzruszona  i  natychmiast  się  przeprowadziła,  zajęła  najpiękniejsze 

miejsce,  pod  oknem  jego  sypialni,  ponieważ,  jak  twierdziła,  Dolg  potrzebuje  ochrony,  na 

wypadek gdyby zagroził mu ktoś z Królestwa Ciemności albo z miasta nieprzystosowanych. 

Ignorowała przy tym kompletnie fakt, że Dolg ma znakomitego obrońcę Nera. To absolutnie 

nie to samo. 

Tak  więc  noc  świętojańska  minęła  szczęśliwie  dla  wszystkich  z  wyjątkiem  istot 

obdarzonych  złymi  charakterami.  Potomek  Feme  skończył  w  zamknięciu.  Kent  został 

background image

unicestwiony,  paskudne  pełzające  stwory  na  górskiej  ścianie  straciły  obiad,  a  wszystkie 

nieznane i niewidzialne bestie z Gór Czarnych musiały patrzeć, jak zdobycz wymyka im się z 

rąk. 

Mieszkańcy miasta nieprzystosowanych uspokoili się, tam też nikt już nie tęsknił do 

złych  gór.  Znowu  było  jak  przedtem,  wszyscy  się  na  coś  skarżyli  i  wszyscy  czuli  się  źle, 

ponieważ  oni  w  ogóle  źle  się  czuli.  Byli  to  po  prostu  pospolici,  pozbawieni  wdzięku  i 

wyobraźni  ludzie,  oni  skarżyliby  się  również  na  Ziemi,  tęsknili  do  obecnych  warunków  i 

mówili: „W Królestwie Światła wszystko było inaczej! Tam to dopiero było życie!” 

Tego dnia, kiedy Oriana opuściła szpital w eskorcie Jaskariego, radosna, szczęśliwa i 

zdrowa, Indra została wezwana na spotkanie do pałacu Marca. 

– No popatrz, popatrz – śmiała się Indra do siostry, która właśnie przyszła odwiedzić 

rodzinę. – No i nadeszła moja kolej, teraz ty jesteś zużyta i wyrzucona na śmieci. 

Miranda wiedziała doskonale, że siostra ma taki właśnie sposób mówienia. 

Ale rzeczywiście nadeszła kolej Indry. 

Nigdy by się nie spodziewała tego, co usłyszała w pałacu. Wszyscy zebrani przyjęli ją 

z  wielką  powagą.  Indra  początkowo  nie  była  w  stanie  rozmawiać,  stojąc  twarzą  w  twarz  z 

tyloma ważnymi osobami. 

A zadanie? Ona, jedyna ze wszystkich, została wyznaczona, by wychować wybranego 

chłopca, który poprowadzi ich do Gór Czarnych. Nie będzie to łatwe zadanie, mówił potężny 

Talornin. 

Indra wtrąciła, że przecież nie wie kim jest ten chłopiec 

Nie,  oczywiście,  że  nie,  nigdy  go  jeszcze  nie  spotkała.  Teraz  będzie  musiała  się 

wybrać w długą podróż, by go przywieźć do stolicy. 

Kiedy Indra usłyszała, dokąd pojedzie, z podniecenia dostała gęsiej skórki. 

Mieli jechać do nieznanych, zakazanych, południowych części Królestwa Światła.