background image

 
 

Rozdział 22 

UNFORTUNATE RETURNS 

PECHOWE POWROTY 

 
 
 

Znajomość z kierowcami z Los Alamitos, ze względu na plan zdo-

bycia pełnej kontroli nad Czarną Listą, okazała się być całkowicie zbędna. 
Jednak teraz, gdy Jack Lindson potrzebuje odpowiedniego miejsca do tre-
nowania,  ich  przychylność  pozwoliła  mu  oraz  jego  przyjaciołom  na  sko-
rzystanie  ze  znajdującego  się  pod  ich  opieką  opuszczonego  lotniska. 
 

Trudno  wyobrazić  sobie  lepsze  miejsce  do  ćwiczenia  przejazdów 

drag niż dwukilometrowy, całkowicie pusty pas lotniskowy. 
 

- Gotowy? – zapytała Kate siedzącego na miejscu pasażera Jacka. 

 

- Oczywiście – uśmiechnął się. 

 

-  Zobaczmy  więc,  co  potrafi  ten  twój  wóz  –  rzekła,  kilkukrotnie 

wciskając pedał gazu. – Dźwięk silnika już mogę ocenić pozytywnie – za-
śmiała się. 
 

Dziewczyna  odblokowała  dźwignię  hamulca  ręcznego,  naciskając 

jednocześnie na hamulec znajdujący się pod nogą. 
 

- Będziesz musiał popracować nad szybkim operowaniem tą dźwi-

gnią  –  poinformowała,  zaciągając  ją  z  powrotem  ku  górze.  –  I  muszę  cię 
zmartwić, że działa ona trochę opornie – dodała. 
 

- Eee… tak? – zdziwił się Jack. 

 

- W porównaniu z innymi samochodami, szczególnie wyścigowy-

mi, niestety tak. 
 

W  końcu  biały  Milan  ruszył.  Sunął  gładko  po  asfalcie,  najpierw 

powoli,  spokojnie,  dopiero  z  czasem  nabierając  jakkolwiek  zauważalnej 
dla wyścigowca prędkości. 
 

- Będzie coś z tego? – gorączkował się właściciel wozu. 

background image

 

 

- Jack, spokojnie. Jeszcze nic nie wiem – odpowiedziała Kate, sze-

roko się uśmiechając. – Umówmy się, że powiem ci, co i jak, za godzinę. 
 

- Za godzinę? No… dobra – odrzekł, jąkając się z lekka pod wpły-

wem  coraz  silniejszej  ekscytacji,  której  dostarczała  mu  osiągana  przez 
jego wóz prędkość. 
 

Sąsiedni  pas  lotniska,  ten  nieco  krótszy,  również  stanowił  teraz 

pole treningu kierowców. 
 

Raz na jednym jego końcu, raz na drugim, na linii startowej usta-

wiały się czarna Toyota Supra i niebieski Nissan Skyline. 
 

Brian  i  Chris  z  ogromną  przyjemnością  korzystali  z  możliwości 

bezstresowego,  przyjacielskiego  pojedynkowania  się  i  testowania  swoich 
wozów pod kątem wyścigów drag. 
 

-  Łał!  –  krzyknął  rozentuzjazmowany  Jack,  gdy  jadące  z  naprze-

ciwka samochody ze świstem przepruły obok. – Ależ oni zasuwają – dodał, 
oglądając się jeszcze za siebie. 
 

- Jack, skup się lepiej na tym, jak my zasuwamy – skarciła go deli-

katnie Kate. – Chcesz się nauczyć odpowiedniej obsługi swojego wozu czy 
nie? 
 

-  No  pewnie,  że  chcę,  ale  aż  trudno  nie  zwrócić  na  nich  uwagi. 

Dobrze by było, gdyby mój Milan był tak szybki… - rozmarzył się nastola-
tek. 
 

-  Proponowałam  ci  szybszy  samochód  –  przypomniała  miłym  to-

nem Kate. 
 

- Tak, ale ja chcę go zdobyć sam. 

 

-  Rozumiem  i  jak  najbardziej  pochwalam.  Zaimponowałeś  mi  tą 

decyzją – przyznała dziewczyna. – I zrobię wszystko, co w mojej mocy, by 
ci pomóc i nauczyć cię jak najwięcej. 
 

- Dziękuję ci za to – uśmiechnął się nieśmiało Jack. – Powiedz mi, 

czy tego mojego Milana dałoby się trochę podrasować? W sumie chciałbym 
w  niego  zainwestować.  Co  prawda  musi  zachować  homologację,  bo  po-
trzebuję go, żeby dojeżdżać do szkoły, ale chyba jakieś małe modyfikacje 
by mu nie zaszkodziły, prawda? 
 

Kate głośno westchnęła. 

 

-  Oczywiście,  że  nie  zaszkodziłyby,  ale  widzę  dwa  zasadnicze 

problemy. 

background image

 

 

- Jakie? 

 

- Po pierwsze, czy twoi rodzice… no wiesz… 

 

-  Hmm,  no  tak  –  zmartwił  się  Jack.  –  Ale  z  drugiej  strony  nigdy 

nawet  nie  zaglądają  do  mojego  samochodu,  więc  mogą  się nie  zoriento-
wać… - rzekł, sam nie do końca mając przekonanie do wypowiedzianych 
słów. 
 

- Trochę to ryzykowne. 

 

- Ech… wiem. A drugi problem? 

 

- Nie mamy mechanika. Nikki wyjechała, a niestety nikogo innego 

Thomas jak do tej pory nie znalazł. 
 

- Popraw mnie, jeśli jestem w błędzie, ale zdawało mi się, że ma-

cie w zespole dwóch mechaników. 
 

- Tak, przez pewien czas mieliśmy też Sala, ale jak dobrze wiesz, 

on mieszka w Palmont. 
 

-  Nieciekawa  sytuacja  –  podsumował  Jack.  –  A  co,  gdyby  komuś  

z was coś się teraz poważnie schrzaniło w samochodzie? Kto to naprawi? 
 

- Dobre pytanie – odrzekła poważnie Kate. 

 

- A jak radzili sobie ci wszyscy wasi kierowcy, zanim powstał ze-

spół? Gdzie jeździli w sprawie tuningu i napraw? 
 

-  No  wiesz,  dawniej,  kiedy  w  Rockport  pełno  było  wyścigowców, 

mechanika można było znaleźć na co drugiej ulicy. 
 

- No tak – przyjął do wiadomości chłopak. – W takim razie chyba 

pora rozejrzeć się za kimś nowym, bo jeśli Nikki jeszcze długo się tu nie 
zjawi…  Swoją  drogą,  co  się  stało,  że  ich  tak  nagle  z  Clarencem  wywiało  
z Rockport? 
 

-  To  dość…  długa  historia  –  odpowiedziała  wymijająco  Kate.  – 

Poza tym to drażliwa sprawa, rzekłabym nawet – mocno prywatna, dlatego 
wolę o tym nie rozmawiać. 
 

- Rozumiem. 

 

Dziewczyna  rzeczywiście  nie  czuła  się  uprawniona  do  mówienia  

o  takich  rzeczach.  To  kwestie  intymne,  szczególnie  mocno  przeżywane 
przez  Clarence’a,  który  z  pewnością  wolałby,  żeby  wiedziało  o  nich  jak 
najmniej osób. 
 

Dawniej  właścicielka  limonkowego  BMW  miała  wobec  mężczyzny 

mieszane  uczucia.  Z  jednej  strony  wzbudzał  sympatię  -  zawsze  można 

background image

 

było  liczyć  na  jego  pomoc,  podpowiedzi  podczas  wyścigów  i  poza  nimi. 
Przy  tym  był  pierwszą  osobą  spośród  Smoków,  którą  poznała.  Gwoli  ści-
słości  –  był  tą  osobą,  która  do  Smoków  w  ogóle  ją  wciągnęła.  Temu  nie 
dało się zaprzeczyć ani o tym zapomnieć. 
 

Spoglądając  jednak  na  jego  osobę  okiem  bardziej  krytycznym, 

trzeba  było  pamiętać,  że  nie  jest  zbyt  szczerzy  w  swoich  działaniach. 
Oczywiście  nie  tych  wobec  Kate,  ale  wobec  Thomasa  i  Mii.  Teatrzyk,  
w którym odgrywał drugą główną rolę obok Nikki znacznie psuł wizerunek 
jego bardzo pozytywnie postrzeganej osoby. 
 

Później  na  jaw  wyszło,  że  nie  jest  takim  zwykłym  podrywaczem, 

jakiego  mianem  na  podstawie  wcześniejszych  doświadczeń  określali  go 
Mia i Thomas. Wręcz przeciwnie – skrzywdzony swoimi rodzinnymi prze-
życiami, niezwykłą uczuciowość i wrażliwość ukrył pod szczelnym skafan-
drem drania i awanturnika. Dopiero po wyjściu z więzienia postanowił go 
zrzucić  i  wszystko  wskazuje  na  to,  że  poważnie  sobie  tym  zaszkodził. 
Najpierw  bowiem  nie  znalazł  zrozumienia,  a  tym  bardziej  wzajemności,  
w uczuciach do Mii, a później został wykorzystany przez Nikki. „Wykorzy-
stany  w  znaczeniu  metaforycznym  i  dosłownym”  –  jak  to  podsumowała 
sobie w myślach Kate. 
 

Od czasu ich ostatniej, bardzo szczerej rozmowy, dziewczyna nie 

miała już cienia wątpliwości, że chce stać po jego stronie. Może współpra-
ca z Nikki nie była chwalebna, ale błędy trzeba ludziom wybaczać. Szcze-
gólnie wtedy, gdy ich żałują i wyciągają z nich odpowiednią naukę. 
 

Z tych i innych powodów postanowiła z nikim, absolutnie z nikim, 

nie rozmawiać o tym, czego dowiedziała się podczas ich ostatniego spo-
tkania. Zresztą rolą dobrego przyjaciela-spowiednika jest słuchać, ale całą 
wiedzę zatrzymywać dla siebie. 
 

Minęła już prawie godzina, od kiedy czwórka młodych kierowców 

znalazła  się  na  lotnisku  w  Los  Alamitos.  Kate  wiedziała  o  wozie  swojego 
przyjaciela już prawie wszystko. „Ma dobre przyspieszenie, ale w pojedyn-
ku  na  prędkość  maksymalną  trudno  będzie  cokolwiek  zdziałać.  Będzie 
trzeba nauczyć Jacka jeździć na możliwie jak najkrótszych odcinkach”. 
 

- No dobra, chyba pora, żebyśmy się przesiedli – rzekła, zbliżając 

się  Milanem  do  początku  pasa,  gdzie  oddalone  o  kilkanaście  metrów  od 
tego miejsca stało jej BMW. 

background image

 

 

 - OK – odrzekł chłopak, wysiadając z wozu. 

 

Po chwili nastolatkowie ponownie znaleźli się w środku, zamienia-

jąc się jedynie zajmowanymi miejscami. 
 

- To jakie wnioski? – zapytał. 

 

- Zacząć od dobrych czy od złych wiadomości? 

 

- Ech… niech będzie od złych. 

 

-  Tak,  jak  już  wspomniałam,  hamulec  ręczny  jest  trochę  oporny. 

Opuszcza  się  zbyt  wolno  jak  na  tak  zwany  „idealny  start”.  Nawet  jeżeli 
przypilnujesz  odpowiednich  obrotów,  stracisz  nieco  na  tym,  że  ruszysz  
z opóźnieniem. 
 

- Cholera. Da się coś z tym zrobić? 

 

- Nie za bardzo. A jeśli już, to potrzebujemy naprawdę rozgarnię-

tego mechanika. 
 

-  No  dobra,  więc  z  tym  może  przed  moim  rozpoczęciem  kariery 

zdążymy się jeszcze uporać – uśmiechnął się pogodnie Jack. – Co dalej? 
 

-  Będziemy  musieli  dobierać  odpowiednio  długie  albo  mówiąc 

bardziej  precyzyjnie,  odpowiednio  krótkie  odcinki  do  przejazdów.  Twój 
wóz całkiem dobrze się rozpędza, ale tylko do pewnego momentu. Później 
jest nieduża martwa strefa, a jeszcze dalej prędkość rośnie bardzo powoli. 
 

- I tak dobrze, że nie mam tego fabrycznego ogranicznika  - wy-

buchnął śmiechem chłopak. 
 

- Wtedy to nawet nie byłoby o czym mówić. 

 

- Jeszcze coś? 

 

- Nadal nie do końca wyczułam zakres najlepszych obrotów. 

 

- To też pewnie jeszcze opanujemy. A dobre wiadomości? 

 

-  W  przeciwieństwie  do  dźwigni  hamulca,  drążek  biegów  działa 

bez zarzutu. Co więcej, sprzęgło też jest ustawione idealnie jak pod dragi. 
Przyczepność jest, zatem opony są w porządku. Jedyne, co mogę zapro-
ponować,  choć  to  już na  pewno  wzbudziłoby  zainteresowanie  twoich  ro-
dziców, to odciążenie samochodu, czyli na przykład – wyrzucenie kanapy  
z tyłu. 
 

- Rzeczywiście, to na pewno by ich zainteresowało. Zwykli kierow-

cy raczej  nie mają powodów ku temu, by wyrzucać z samochodów fotele 
albo kanapy, także o tym musimy zapomnieć. 

background image

 

 

- W porządku. Zabierajmy się więc do roboty. Prawa ręka przygo-

towana na hamulcu. Nogi na sprzęgle i gazie… 
 

Jack chętnie wsłuchiwał się w porady i dyrektywy wydawane przez 

Kate.  Niemniej  jednak  wciąż  zdarzało  mu  się  otrzymywać  reprymendy  za 
brak  skupienia,  które  wynikało  z  niczego  innego,  jak  tylko  z  fascynacji 
toczącymi się na sąsiednim pasie wyścigami. 
 

Obaj kierowcy zdawali się traktować przejazdy z równie dużą po-

wagą. Żaden z nich nie był w stanie uciec rywalowi, choć co chwilę, to je-
den, to drugi, zdobywał nieznaczne prowadzenie. 
 

Brian  wbił  piąty  bieg.  Jego  Supra  przyspieszyła,  wysuwając  się 

przed  Nissana  na  długość  połowy  auta.  Po  chwili  przewaga  zaczęła  się 
jeszcze powiększać, lecz drugi z kierowców szybko ją zniwelował. 
 

Chris również wbił najwyższy bieg. Wiedział, że w ten sposób do-

goni przeciwnika, dlatego nawet szybko zbliżający się koniec pasa nie był 
dla niego zmartwieniem. 
 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  ten  pojedynek  nie  będzie  miał 

jednoznacznego rezultatu. A przynajmniej nie będzie miał go tutaj, dzisiaj, 
w tym warunkach. 
 

Zarówno Supra, jak i Skyline prezentują wyraźnie bardzo zbliżone 

osiągi. Przy tym ich kierowcy wykazują się identycznymi umiejętnościami  
i stylem jazdy. 
 

Ten  stan  rzeczy  wprawił  Kate  w  duże  zdumienie.  Teraz  to  ona 

straciła  koncentrację  na  treningu  Jacka,  przenosząc  ją  na  zjeżdżające  
z lotniskowego pasa importowane wozy.  

Poczuła delikatny zawód, dochodząc do wniosku, że Chris nie był 

w  stanie  choćby  minimalnie  zaznaczyć  swojej  przewagi  nad  przeciwni-
kiem. Oczywiście to tylko przyjacielskie wyścigi, ale przecież nie dało się 
nie zauważyć, że obaj naprawdę się starali. „Czyżby jednak Brian też miał  
w sobie ten dar? Jeszcze do niedawna bał się nawet wsiąść do wyścigowe-
go wozu, a teraz… No cóż, zawsze jest pora na odkrywanie swoich talen-
tów” – podsumowała w myślach dziewczyna. 

Z  drugiej  strony  możliwe  jest,  że  Chris  robi  wszystko,  co  w  jego 

mocy, jednak Nissan jest nieco słabszy od Supry. Skoro to samochód sa-
mego Sebastiena Hayesa, to trzeba się spodziewać, że jest naprawdę do-
brze  stuningowany.  Co  prawda  dawny  właściciel  skonfigurował  go  pod 

background image

 

drift, jednak to nie stoi na przeszkodzie, by wóz radził sobie dobrze rów-
nież w innych wyścigowych dyscyplinach. W takim wypadku Brian nie mu-
siałby nawet szczególnie mocno naciskać na pedał gazu, a mimo to uzy-
skiwane  rezultaty  mogłyby  być  podobne  czy  właściwie  identyczne,  co  w 
przypadku Chrisa. 

- Ech, za wolno zmieniam te biegi  - wyrwał z zamyślenia dziew-

czynę Jack. 

- Rzeczywiście - odpowiedziała, gdy powracając do obserwowania 

jego  poczynań,  dostrzegła,  że  po  wciśnięciu  sprzęgła  chłopak  za  długo 
zmienia pozycję lewarka skrzyni biegów, tym samym znacznie wpływając 
na obniżenie osiąganej prędkości. - Wiem, że na początku może być trud-
no,  ale  musisz  to  robić  szybciej.  Poza  tym  nie  ściągaj  całkowicie  nogi  
z gazu, kiedy wbijasz sprzęgło. Będzie ci tym sposobem łatwiej szybko go 
z powrotem wcisnąć, kiedy już zmienisz bieg - poradziła przyjacielowi. 

- Ale wtedy silnik trochę wyje. 
-  Tak,  ale  to  tylko  dlatego,  że  za  długo  to  wszystko  trwa.  Na 

szczęście to też da się wyćwiczyć. Po prostu musisz wyczuć, na jakim po-
ziomie pedał gazu już nie reaguje. Mnie się to udało, więc podejrzewam, 
że tobie też pójdzie szybko. W końcu to twój samochód - uśmiechnęła się 
Kate. 

Z kolejnymi minutami Jack  rzeczywiście coraz lepiej panował nad 

maszyną, odpowiednio operując już pedałami, lewarkiem skrzyni biegów, 
a  nawet  tym  nieszczęsnym  hamulcem  ręcznym,  który  dawał  się  we  znaki 
przy każdym ruszaniu. 

Mercury Milan zdecydowanie nie należał do wozów elitarnych, jeśli 

chodzi o wyścigi, jednak zamiary Jacka były obliczone na dostępne środki 
- chciał „ograbić” z jakiegoś wartościowego samochodu osobę, która po-
siada tenże samochód na pokaz, a którym raczej jeździć nie umie. Innymi 
słowy - znaleźć rywala, który o czymś takim, jak „idealny start”, najlepszy 
zakres  obrotów  czy  odpowiedni  nacisk  na  pedał  gazu  podczas  zmiany 
biegu  nie  ma  najzieleńszego  pojęcia.  „Łatwy  cel,  wielki  łup”  -  powtarzał 
sobie w głowie Jack. 

- O rany... - zaczęła niezadowolonym tonem Kate. - Po tym prze-

jeździe  musimy  się  zatrzymać.  Ktoś  do  mnie  dzwoni  -  dodała,  usiłując 
wydobyć wibrujący telefon z wewnętrznej kieszeni płaszcza. 

background image

 

Chłopak zastosował się do jej prośby, parkując wóz na końcu pa-

sa, niedaleko limonkowego BMW. 

-  To  Thomas  -  poinformowała  dziewczyna,  spoglądając  na  wy-

świetlacz urządzenia. - Halo? 

Dłuższą  chwilę,  milcząc,  wsłuchiwała  się  w  słowa  swojego  roz-

mówcy.  Kolejne  sekundy  sprawiały,  że  jej  brwi  były  coraz  mocniej  ścią-
gnięte,  a  lekko  zmrużone  oczy  i  zaciśnięta  szczęka  wskazywały  na  silną 
złość, która ją ogarniała. 

Jack,  nieco  zaniepokojony  jej  zachowaniem,  postanowił  podsłu-

chać, o czym mówi lider Smoków. Niestety wychwycenie choćby pojedyn-
czych słów przychodziło mu z wielkim trudem, jednak z tonu głosu i tem-
pa mowy wywnioskował szybko, że mężczyzna jest przygnębiony. 

- Jak to się stało, do ciężkiej cholery? - zapytała ostro Kate, wciąż 

patrząc w jeden tylko punkt znajdujący się gdzieś w oddali, przed przed-
nią szybą Milana. 

W  odpowiedzi  znów  nastąpił  dłuższy  monolog,  którego  treść  nie 

koiła zdenerwowania nastolatki, a jedynie je potęgowała. Zakrywając oczy 
dłonią, ciężko westchnęła. 

- Nie wiem, co mam ci powiedzieć - odezwała się znów, gdy męż-

czyzna zamilkł. 

Po  kilkunastu  sekundach  obustronnej  ciszy,  Thomas  pomamrotał 

coś jeszcze, co dla Jacka było już całkowicie niesłyszalne. 

-  Chyba  nie należy  się  jej  dziwić,  prawda?  -  bardziej  stwierdziła, 

niż zapytała zrezygnowanym tonem Kate. 

Cisza. Żadna ze stron nie przerywała jej, nie mając najmniejszego 

pomysłu na to, co dalej nie tyle odpowiedzieć rozmówcy po drugiej stronie 
słuchawki, a raczej co zrobić z całą zaistniałą sytuacją. 

Kate odpłynęła na chwilę, analizując zaistniałe wydarzenia i wizje 

przyszłości, które mogą stać się rzeczywistością. „Przecież teraz wszystko 
legnie  w  gruzach  i  nie  ma  żadnego,  absolutnie  żadnego,  sposobu,  by  to 
zatrzymać.  Stało  się.  Już  nieodwracalnie”  -  pomyślała,  próbując  walczyć  
z  przykrym  uczuciem,  które  zapanowało  nie  tylko  nad  jej  umysłem,  ale 
również zaatakowało ciało, ściskając gardło i paląc wnętrzności. 

Tak naprawdę to nie był jej problem, a jednak wstrząsnął nią moc-

niej  niż  kiedyś  wieść  o  przeprowadzce  do  Stanów.  Znów  pojawił  się  ten 

background image

 

strach  przed  nieobliczalnością  przeznaczenia,  które  traktuje  człowieka 
niczym  kukiełkę,  zupełnie  nie  szanując  jego  uczuć  i  pragnień.  Rzuca  na 
głęboką wodę, stawia przed faktami dokonanymi, nie dając szansy na po-
wiedzenie „nie”. 

Do kogo mieć teraz pretensje? Do Thomasa, bo zachował się nie-

odpowiedzialnie?  Do  siebie,  bo  może  osobiście  udałoby  się  jakoś  temu 
zaradzić? A może do Boga, który stworzył ludzi niedoskonałymi - naiwny-
mi i pełnymi niszczycielskich słabości? 

- Dobrze. Skontaktujemy się jeszcze później - odrzekła dziewczy-

na, gdy Thomas przerwał wreszcie ciszę. - Powiesz mi wtedy, co planujesz 
dalej zrobić. 

Po tych słowach, w sposób całkowicie mimowolny, odłożyła telefon 

do kieszeni, wbijając wzrok w podłogę Milana. 

- Co się stało? - martwił się Jack. 
- Nawet nie wiem, co ci powiedzieć. Brak słów... 
- Coś nie tak z Thomasem? 
- Bardzo nie tak. I nie tylko z nim... - wykrztusiła Kate z trudem, 

uświadamiając sobie w tym momencie, że jest ktoś, kto w całym tym za-
mieszaniu  z  pewnością  cierpi  jeszcze  mocniej  niż  on  sam.  -  Bardzo  cię 
przepraszam,  ale  poćwicz  dalej  beze  mnie  -  dodała,  podejmując  błyska-
wiczną decyzję. 

Wysiadła  z  wozu  przyjaciela,  kierując  się  ku  swojemu  BMW.  Jack 

natychmiast ruszył jej śladem. 

- Kate! - krzyknął, by ją zatrzymać. - Co się dzieje?  
-  Muszę  coś  załatwić.  Powiedz  chłopakom,  że  wypadła  mi  pilna 

sprawa i że widzimy się jutro w szkole. 

- Ale Kate?! - nie dawał za wygraną chłopak. 
-  Porozmawiamy  jutro,  dobrze?  -  odpowiedziała,  odwracając  się 

jeszcze na chwilę. 

- No dobrze... - rzekł cicho, patrząc na limonkowe BMW i wsiada-

jącą za jego kierownicę dziewczynę. 

Po  chwili  samochód  opuścił  lotnisko,  czym  prędzej  zmierzając  

w kierunku Rockport. 

 
 

background image

10 

 

Zimowa  pora,  choć  sympatyczna  i  pełna  świątecznego  uroku, 

rzadko sprzyja kierowcom. Mrok zapada szybko, będąc często poprzedza-
ny  nieprzyjemną  szarówką  -  mglistą i  wilgotną. Mieszanka  pary  i  szybko 
skraplających się w tej części kraju płatków śniegu osadza się na szybach i 
drogach. 

Trzeba  jechać  ostrożnie,  a właśnie  tej  świadomości  brakuje  teraz 

Kate. Kolejne ulice, samochody i krzątający się chodnikami ludzie przemy-
kają jej przed oczyma, lecz ona tego nie rejestruje. 

„Jestem  chyba  jedyną  osobą,  która  może  ją  teraz  wesprzeć...  Bo 

nie ulega wątpliwości, że bardzo tego potrzebuje” - dryfowała w myślach. 

- No szybciej! - denerwowała się, oczekując na zielone światło. - 

Do diabła, jestem wyścigowcem  - rzekła sama do  siebie, naciskając  ner-
wowo na pedał gazu. - I tak jadę samochodem, który jest poszukiwany - 
zakończyła, ruszając z piskiem opon ku kolejnemu skrzyżowaniu. 

Od tej chwili światła, korki i ograniczenia prędkości nie miały naj-

mniejszego  znaczenia.  Nastolatka  gnała  przed  siebie  zapamiętale  -  ni-
czym  w  transie.  Prosiła  los  jedynie  o  to,  by  nie  pojawił  się  na  jej  drodze 
żaden radiowóz. Zdecydowanie nie miała teraz na to czasu. 

- Ależ trzeba być bezczelnym... - pokręciła głową z dezaprobatą, 

nie mogąc uwolnić się od ciągłego analizowania na nowo zaistniałej sytu-
acji. - Skup się na pomocy. Gniew teraz już nic tu nie zmieni - moralizo-
wała  samą  siebie,  zbliżając  się  wreszcie  do  północno-wschodniej  części 
Rockport. 

Ostatecznie Kate udało się przebyć całą drogę bez spotkania z po-

licją, jednak dużą pomyłką byłoby stwierdzenie, że jej sposób przemiesz-
czania się po ulicach nie wzbudził niczyjej uwagi i jednocześnie nie prze-
konał do wykonania telefonu w odpowiednie miejsce. 

Jednostki patrolowe nie zareagowały jednak wystarczająco szybko 

lub jeśli to zrobiły, nie były na tyle skuteczne, by przeszkodzić dziewczy-
nie w dotarciu do Ocean Hill. 

Ta, spodziewając się, że po tych wszystkich wyczynach ktoś jed-

nak może za nią podążać, szybko wjechała za dom Mii, by tam ukryć swój 
wóz.  

Miejsce obok Mazdy było puste. Trudno się jednak spodziewać, by 

Thomas był teraz w domu. Zresztą mówił Kate przez telefon o tym, że jego 

background image

11 

 

ostatnia rozmowa z narzeczoną była bardzo przykra i że po jej zakończe-
niu nie pozostało mu już nic innego, jak tylko zejść jej z oczu. 

Dziewczyna bezzwłocznie opuściła ukryte w garażu BMW, ruszając 

następnie ku wejściu. W drodze spojrzała w stronę domu Nikki. 

- Ciekawe, czy tam jesteś, suko - rzekła cicho, dostrzegając jedy-

nie ciemność w oknach. Znów poczuła, że rozpiera ją złość. 

Niebo było granatowe, a na nim pojawiły się już pierwsze gwiazdy. 

Mimo  to  również  w  domu  Mii  panował  całkowity  mrok.  Zatrzymując  się 
przed  drzwiami,  zapukała.  Bez  odpowiedzi.  Zrobiła  to  więc  raz  kolejny. 
Ponownie bezskutecznie. 

„Czyżby  nie  było  jej  w  domu?”  -  dumała  dziewczyna.  Co  prawda 

Mazda Mii była w garażu, ale zawsze można przecież pójść gdzieś pieszo 
lub  pojechać  innym  samochodem.  W  przypadku  gdy  nie  ma  się  chęci  na 
bycie zauważonym przez policję, jest to nawet bardziej wskazane rozwią-
zanie. 

- A może śpi - zastanawiała się głośno właścicielka BMW, ruszając 

w stronę okna, przez które postanowiła zajrzeć do sypialni. 

Tutaj  również  panowała  ciemność,  a  przez  zasłony,  które  dość 

skutecznie  utrudniały  zobaczenie  czegokolwiek  wewnątrz,  po  dłuższej 
chwili udało się Kate dostrzec, że łóżko jest zaścielone, a pomieszczenie 
puste. 

„Ona na pewno tam jest” - podpowiadała jej intuicja, dlatego po-

stanowiła zapukać do drzwi po raz trzeci. Niestety znów odpowiedziała jej 
cisza. 

Nagle na myśl przyszedł jej niezwykle  prosty i jednocześnie sku-

teczny pomysł. Nacisnęła delikatnie na klamkę, licząc na to, że drzwi ustą-
pią. Udało się. 

Mia  siedziała  przy  stole,  opierając  brodę  na  dłoniach.  Odwróciła 

głowę w stronę wejścia, jednak jej spojrzenie było bardzo krótkie i zobo-
jętniałe. Potem szybko powróciła do swojej poprzedniej pozy, patrząc tępo 
w stół, na którym spoczywały jej łokcie. 

Niewątpliwie zdawała sobie sprawę z tego, że Kate już o wszyst-

kim wie. Przecież gdyby było inaczej, nastolatka nie miałaby żadnego po-
wodu,  by  tak  niespodziewanie  przyjeżdżać  do  Ocean  Hill,  a  tym  bardziej 

background image

12 

 

nie  miałaby  powodu,  by  teraz  patrzeć  na  właścicielkę  domu  z  wyrazem 
twarzy wyrażającym najwyższe współczucie. 

Kate ruszyła w głąb salonu, powoli zbliżając się do milczącej ko-

biety.  Dopiero  teraz,  na  własne  oczy  widząc  jej  rezygnację  i  ból,  jeszcze 
wyraźniej zrozumiała, jak beznadziejna jest sytuacja, w której się znalazła. 
Położyła dłoń na jej ramieniu, a po chwili, czując, że ten gest jest absolut-
nie niewystarczający, objęła ją ramieniem i przytuliła policzek do głowy. 

Mia wciąż trwała nieruchomo, walcząc z kolejnym już pewnie ata-

kiem  łez,  które  usiłowały  wydostać  się  z  jej  oczu.  Minęło  jeszcze  kilka 
długich  sekund,  nim  zdecydowała  się  w  końcu  wtulić  twarz  w  czarny 
płaszcz Kate. 

 
 

*** 

 
 

Ucieczka  rzadko  bywa  skutecznym  rozwiązaniem  problemu.  Ma 

jednak  pewną  zaletę  -  pozwala  złapać  dystans,  spojrzeć  na  coś  mniej 
emocjonalnie, a bardziej zdroworozsądkowo. 

Tak  było również w przypadku Clarence’a. Czas spędzony w No-

wym  Jorku  skłonił  go  do  podjęcia  bardzo  poważnej  decyzji.  Mężczyzna 
miał tylko nadzieję, że jego zamiary będą mogły stać się rzeczywistością. 

Będąc już z powrotem na obszarze zachodniego wybrzeża, wsia-

dał do taksówki, która oczekiwała na niego przed wejściem do głównego 
gmachu lotniska w Los Angeles. 

- Dzień dobry - przywitał się z kierowcą. - Bardzo proszę do ho-

telu The Varden na Pacific Avenue w Rockport. 

- Dzień dobry panu. Już ruszamy. 
Droga  do  „miasta  Czarnej  Listy”  zdawała  się  ciągnąć  w  nieskoń-

czoność.  Korki  i  inne  utrudnienia  drogowe  spowodowane  nieprzyjaznymi 
warunkami  atmosferycznymi  znacznie  wydłużały  czas  podróży.  Clarence 
wykorzystał go jednak do maksimum.  

Wciąż  nie  miał  odwagi  i  chęci  na  rozmowę  z  Toru  lub  Ronniem, 

jednak  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  będzie  zmuszony  spotkać  się  
z nimi, chociażby ze względu na potrzebę odebrania swojego wozu z ga-

background image

13 

 

rażu przynależącego do ich mieszkania. Z tego właśnie powodu wysłał do 
nich wiadomości tekstowe informujące o powrocie do miasta. Odpisał też 
na najnowszego sms’a odebranego od Thomasa. 

 

Cześć.  Jestem  już  w  drodze  z  Los  Angeles  do  Rockport.  Kiedy  

 

najbliższe spotkanie zespołu? 

 
Później  zadzwonił  do  Joe. Mężczyzna  uczestniczył  właśnie  w  wy-

ścigach  odbywających  się  w  Los  Alamitos,  jednak  telefon  od  przyjaciela 
ucieszył go tak bardzo, że zapominając zupełnie o tym, czym aktualnie się 
zajmował,  kolejne  prawie  trzydzieści  minut  spędził  z aparatem  przytulo-
nym do ucha. 

-  Mówię  ci,  gościu,  wszystko  idzie  w  jak  najlepszym  kierunku. 

Sporo się działo, kiedy cię nie było - opowiadał z ekscytacją. - Ale musisz 
się  teraz  szybko  wziąć  do roboty,  bo  ludzie  czyhają  na  twoje  miejsce  na 
stanowej liście. 

-  Obiecuję,  że  tak  będzie  -  odpowiedział  Clarence  z  uśmiechem 

na twarzy. - A jak sprawy u ciebie? 

-  Ścigam  się  tu  i  tam...  -  rzekł  z  zadowoleniem  w  głosie  Joe.  -  

A  poza  tym  gram:  na  wszystkich  urządzanych  przez  nas  zlotach,  w  na-
szym klubie, gdy jest zjazd, a i w Los Alamitos nawet ostatnio mnie najęli. 

-  To  dobrze.  Bardzo  się  cieszę.  A  jeśli  już  mowa  o  naszych  zlo-

tach,  to  kiedy  jakieś  najbliższe  spotkanie?  Wysłałem  już  wiadomość  do 
Thomasa, ale jak na razie mi nie odpisał. Coś wiesz? 

- Nie. I nie wiem też, z jakiego powodu odwołał dzisiejsze spotka-

nie. Słuchaj, a może wpadniesz do nas, do Los Alamitos? Jeśli oczywiście 
czujesz się na siłach. 

-  W  sumie...  chyba  nie  mam  nic  do  stracenia,  prawda?  -  zaśmiał 

się  Clarence.  -  Odstawię  tylko  walizki,  pójdę  do  chłopaków  po  Mustanga  
i jadę do ciebie. 

- OK. 
- Gdzie cię szukać? U naszych małych potworków

1

- Tak jest. Od razu wbijaj na tor, bez uprzedzenia. 

                                                           

1

 Chodzi oczywiście o członków zespołu The Monsters, wobec których w oryginalnej 

wersji Clarence również zastosował zdrobnienie - 

„our little monsters”. 

background image

14 

 

- No dobra. To do zobaczenia. 
- Do zobaczenia. 
Kończąc rozmowę, wyścigowiec zorientował się, że jest już prawie 

u celu. Mijał właśnie rockporckie lotnisko, przesuwając się dalej na połu-
dnie. 

Niestety  warunki  pogodowe  nie  ulegały  zmianie.  Dodatkowo 

zmrok zapadł już na dobre, co jeszcze spotęgowało problemy komunika-
cyjne generujące się na ulicach. Kierowcy trąbili na siebie, tracąc już cier-
pliwość. 

Clarence,  również  oczekując  na  szybkie  wydostanie  się  z  korka, 

powrócił do kontemplacji rozpoczętych jeszcze przed opuszczeniem lotni-
ska. Przede wszystkim zastanawiał się, jak wrócić do normalnego funkcjo-
nowania  pośród  Smoków  -  z  kim  trzymać  się  blisko,  na  kogo  uważać, 
komu ufać, co począć w sprawie Ronniego i Toru, jak rozmawiać z Mią i - 
co najważniejsze - jak zachowywać się wobec Nikki. 

W przypadku tej ostatniej miał co prawda pewien pomysł, ale życie 

bardzo niechętnie uwzględnia ludzkie plany, dlatego trzeba być przygoto-
wanym na wszelkie możliwości. 

Sama myśl o spotkaniu z nią wprawia go w zakłopotanie i niemoc. 

Z  jednej  strony  nie  może  się  doczekać,  ale  z  drugiej  jeszcze  mocniej  się 
tego boi. Mimo wszystko chce dać jej szansę. Wciąż wierzy, że ich związek 
ma możliwość zaistnieć, a później trwać. Trzeba się tylko trochę postarać. 

I właśnie to chciałby powiedzieć Nikki. Dać jej do zrozumienia, że 

tak łatwo nie da za wygraną, że jest w stanie przełknąć i zapomnieć o tym, 
jak  zachowała  się  ostatniego  dnia  przed  jego  wyjazdem  z  Rockport. 
Wszystko to, ponieważ szczerze ją kocha i nie potrafi już wyobrazić sobie 
swojego życia w żaden inny sposób, jak tylko u jej boku. 

„A może by tak powiedzieć o tym Ronniemu i Toru?” - zastanawiał 

się. - „Tak wprost, bez żadnych ogródek. W końcu mieli do mnie pretensje 
o Mię, a teraz, gdy powiem im o Nikki, pewnie się uspokoją”. 

Oczywiście to nie zmieniało faktu, że Clarence bardzo zawiódł się 

na swoich kumplach. Powinni wspierać go niezależnie od tego, co plano-
wał, ale nie chciał mieć ich już dłużej za wrogów, dlatego postanowił wciąż 
na  nich  uważać  i  raczej  ograniczać  zaufanie,  jednak  zaprzestać  wreszcie 
unikania i milczenia. 

background image

15 

 

Dopiero po dwudziestu minutach od momentu znalezienia się na 

obrzeżu  Rockport,  taksówka  trafiła  na  Pacific  Avenue.  Po  uregulowaniu 
rachunku jej pasażer ruszył ku wejściu do hotelu. 

Wewnątrz  połyskiwał  na  złoto  ogromny  żyrandol,  którego  blask 

rozświetlał główny hol. W sąsiedztwie schodów, znajdujących się po pra-
wej stronie pomieszczenia, umiejscowiona była recepcja. 

Mężczyzna  ruszył  szybko  w  jej  kierunku,  ciągnąc  za  sobą  dwie 

walizki na kółkach. 

-  Dobry  wieczór  -  rzekł  miłym  tonem,  ściągając  z  dłoni  czarne, 

skórzane rękawiczki. - Chciałbym się zameldować. Pokój 27. 

- Witam pana serdecznie w naszym hotelu - odpowiedziała młoda 

recepcjonistka.  -  Bardzo  proszę  się  tu  podpisać  -  poprosiła,  podsuwając 
Clarence’owi  grubą  księgę  obitą  brązową  skórą.  -  Pobyt  został  opłacony  
z  góry,  zatem  już  teraz  życzę  miłego  pobytu  i  mam  nadzieję,  że  będzie 
pan  zadowolony  z  naszych  usług  -  mówiła  dalej  kobieta,  gdy  nowy  gość 
hotelu złożył już podpis. - A to klucz do pańskiego pokoju - dodała, uro-
czo się uśmiechając. 

- Dziękuję - odrzekł, chwytając go w zmarzniętą dłoń. - Do zoba-

czenia - zakończył równie sympatycznym uśmiechem, udając się w stronę 
windy. 

Wewnątrz  grała  piosenka,  której  słowa  Clarence  znał  prawie  na 

pamięć, dlatego chętnie w czasie swojej podróży na górę przyjął rolę dru-
giego jej wykonawcy, śpiewając z rozbawieniem: 

 

You have my heart 
And we'll never be worlds apart 
Maybe in magazines 
But you'll still be my star 
Baby, ‘cause in the dark 
You can't see shiny cars 
And that's when you need me there 
With you I'll always share 
Because 
When the sun shines, we shine together 
Told you I'll be here forever 

background image

16 

 

Said I'll always be a friend 
Took an oath, I'm a stick it out till the end 
Now that it's raining more than ever 
Know that we'll still have each other 
You can stand under my umbrella 
You can stand under my umbrella 
Ella, ella, eh, eh, eh...

2

 

 

 

Dośpiewał jeszcze sam:  

Under my umbrella,  
ella, ella, eh, eh, eh, 

gdy wysiadał już na drugim piętrze budynku. 
 

- Numer 27. Jest - rzekł cicho, zatrzymując się przed drugimi ze 

sprawdzanych drzwi. Delikatnie włożył klucz do zamka, przekręcił go i po 
chwili znalazł się w niedużym, przytulnym przedpokoju. 
 

Po prawej stronie, na ścianie, zawieszone było duże, prostokątne, 

obite w drewniane ramy lustro. Obok niego wejście do eleganckiej łazienki. 
Dalej, na końcu korytarza, znajdowało się przejście do znacznie większego 
pomieszczenia  -  pokoju  podzielonego  na  dwa,  gdzie  jedna  z  części  sta-
nowić miała sypialnio-przebieralnię, a druga salon z elementami kuchni. 
 

Clarence z radością wymalowaną na twarzy rzucił się na obszerne 

łóżko,  całkowicie  zapominając  o  ciągniętych  za  sobą  dotychczas  waliz-
kach. Te pozostały na środku pokoju, podobnie zresztą jak gruby płaszcz, 
który mężczyzna zdjął z siebie jeszcze w windzie. 
 

Wkrótce  stanął  ponownie  na  nogi,  po  czym  zbliżył  się  do  okna, 

spoglądając  na  rozciągające  się  przed  jego  oczyma  Downtown.  Przypo-
mniał sobie szybko o tym, że musi odwiedzić Ronniego i Toru. 
 

Wybór hotelu, w którym na dłuższy czas postanowił się zatrzymać, 

nie  był  przypadkowy.  Wyścigowiec  chciał  przebywać  blisko  mieszkania 
swoich  kumpli.  Nie  dlatego  jednak,  że  planował  często  ich  odwiedzać,  
a  raczej  z  powodu  umiejscowienia  należącego  do  nich  garażu,  w  którym 
ukryty był również jego wóz. 

                                                           

2

 Słowa  pochodzą  z  piosenki  wykonywanej  przez  Rihannę  i  Jay-Z’ego  pod  tytułem 

„Umbrella”  wydanej w 2007 roku. 

background image

17 

 

 

Pomimo  chłodnych  w  ostatnim  czasie  relacji,  panowie,  a  ściślej 

mówiąc, Ronnie będący właścicielem mieszkania i garażu, mocno sugero-
wał Clarence’owi, by nadal przetrzymywał samochód pod jego opieką. 
 

Choć  na  ową  opiekę  nie  umawiali  się  na  czas  pobytu  w  Nowym 

Jorku,  bo  do  wyjazdu  doszło  nagle  i  bez  jakiegokolwiek  uprzedzenia,  to 
wyścigowiec był absolutnie pewien, że pod okiem Ronniego jego Mustan-
gowi  nie  ma  prawa  stać  się  nic  złego.  Teraz  jednak  nadeszła  najwyższa 
pora, by zgłosić się po swoją własność. 
 

Mężczyzna  ponownie  ubrał  płaszcz,  a  chwilę  później  był  już  na 

korytarzu,  ponownie  przekręcając  klucz  w  zamku  drzwi.  Tym  razem  nie 
korzystając  z  windy,  zbiegł  na  dół  po  schodach,  prawie  od  razu  trafiając 
pod  wyjście  z  hotelu.  Zrobił  jeszcze  kilka  kroków,  przepuścił  wchodzącą 
właśnie do środka grupkę ludzi i sam znalazł się wreszcie na ulicy. 
 

Zakładając  jeszcze  rękawiczki,  a  następnie  wkładając  dłonie  do 

kieszeni  płaszcza,  ruszył  w  stronę  apartamentowca,  w  którym  mieszkali 
jego kumple. 
 

Droga  nie  była  długa.  Wystarczyło  pokonać  dwa  skrzyżowania, 

przejść na drugą stronę jezdni i już można było znaleźć się przy wejściu 
do mało okazałego, jednak schludnego budynku, wybudowanego na wyso-
kich fundamentach. 
 

Clarence udał się na drugie piętro i po krótkiej chwili niepewności, 

zapukał do jasnobrązowych drzwi. Prawie od razu usłyszeć się dało dźwięk 
wskazujący na to, że ktoś się zbliża. 
 

-  To  ty?!  -  ucieszył  się  na jego  widok  Toru.  -  Kumplu,  gdzieś  ty 

był? Dlaczego miałeś wyłączony telefon? - pytał Japończyk, ciągnąc go za 
rękaw w głąb mieszkania. 
 

Słysząc  tę  wrzawę,  najwyraźniej  również  obecny  na  miejscu  

Ronnie wyłonił się szybko z kuchni. 
 

-  Clarence,  co  się  z  tobą  działo?  Ja  rozumiem,  że  może  byłeś  na 

nas trochę zły, ale bez przesady. Nie mogłeś nam powiedzieć, że wyjeż-
dżasz? 
 

- Przepraszam, byłem wtedy trochę skołowany.  Poza tym potrze-

bowałem na jakiś czas oderwać się od wszystkiego i odpocząć - tłumaczył 
Clarence, uśmiechając się przyjaźnie. 

background image

18 

 

 

- Słuchaj, napędziłeś nam stracha - mówił groźnym tonem Ronnie, 

choć  jego  złość  była  zauważalnie  pozorowana.  -  Wszyscy  myśleliśmy,  że 
pojechaliście gdzieś razem z Nikki, ale ona już wczoraj wróciła, a po tobie 
dalej nie było śladu. O co tu chodzi? 
 

„Nikki  wczoraj  wróciła?  Skąd?”  -  zastanawiał  się  wyścigowiec,  nie 

mając pojęcia, o czym mówi jego kumpel. 
 

- Byłem w Nowym Jorku. Sam - odpowiedział w końcu. 

 

Toru i Ronnie spojrzeli na niego z niemałym zdziwieniem. 

 

- Co robiła w tym czasie Nikki, nie mam pojęcia - tłumaczył dalej 

mężczyzna. - Ja pojechałem do rodziny. Nawet jeżeli nie lubię tego moje-
go, pożal się Boże, ojca, to mamę i siostrę chyba pasuje od czasu do czasu 
odwiedzić. 
 

-  No  pewnie...  -  odpowiedział  Ronnie,  nadal  będąc  jednak  pod 

wpływem silnego szoku. 
 

-  Przechodząc  do  rzeczy,  przyszedłem  pożyczyć  klucz  do  bramy 

garażu. 
 

- Zaraz, zaraz, bez pośpiechu - przemówił Toru. - Może najpierw 

pogadamy. Bo widzisz... - opuścił głowę. - trochę nie najlepiej to wszystko 
się  potoczyło  między  naszą  trójką.  Zawiedliśmy  cię  z  Ronniem.  Powinni-
śmy stanąć po twojej stronie... 
 

- Bardzo dobrze, że tego nie zrobiliście - przerwał mu Clarence. - 

Mieliście rację. 
 

- Co? - zdziwił się Ronnie. 

 

- Mieliście rację - powtórzył właściciel Mustanga. - Mia i Thomas 

to świetna para. Trzeba być skończonym draniem, żeby próbować ich roz-
dzielić. Poza tym, chłopaki, od samego początku, może tylko podświado-
mie, ale czuliście, jaka jest prawda. To ja byłem głupi i tego nie zauważa-
łem. Owszem, zależy mi na Mii, ale w ostatnim czasie zrozumiałem, że to 
nie jest ten typ miłości, w jaki wierzyłem. Zawsze stanę w jej obronie, zaw-
sze jej pomogę i zrobię wszystko, co w mojej mocy, by była szczęśliwa, ale 
dlatego, że jest dla mnie jak najlepsza przyjaciółka albo nawet siostra. 
 

- Przepraszam, że to powiem - zaczął Toru. - ale tak właśnie mi 

się wydawało - że wyznaczyłeś sobie cel, taki punkt honoru - zdobyć Mię. 
Nie  udało  ci  się  tego  zrobić  kiedyś,  więc  teraz  wróciło  to  do  ciebie  ze 
wzmożoną siłą, choć niestety - tak naprawdę wcale jej nie kochasz. 

background image

19 

 

 

- Masz rację - potwierdził Clarence. - tak właśnie było. Na szczę-

ście ta prawda wreszcie do mnie dotarła. Jest też druga część tej historii,  
z  której,  podobnie jak  w  przypadku  Mii,  zdaliście  sobie  sprawę na  długo 
przede mną. 
 

- Nikki - rzekł poważnie Ronnie. - Co planujesz w jej sprawie? 

 

- To będzie bardzo trudne - westchnął Clarence. - ale chciałbym  

z nią być. Rzecz polega jednak na tym, że ona nawet nie bierze takiej opcji 
pod uwagę. Wydaje mi się, że Thomas jest jedyną, absolutnie jedyną oso-
bą, z którą ona chciałaby kiedykolwiek na stałe się związać. 
 

-  To  chyba  ma  dziewczyna  problem  -  podsumował  z  ironicznym 

uśmiechem właściciel mieszkania. 
 

-  Przepraszam,  że  nie  mogę  teraz  zostać  dłużej,  ale  Joe  dzwonił 

do  mnie,  żebym  przyjechał  do  Los  Alamitos.  Obiecałem  mu,  że  niedługo 
się zjawię. 
 

- Jedziemy z tobą - oświadczył szybko Toru. 

 

- Zapraszam serdecznie - odpowiedział Clarence z niekrytą rado-

ścią. 
 
 

*** 

 
 
 

Mia  wciąż  pozostawała  przy  salonowym  stole.  Nie  miała  siły  ani 

ochoty czegokolwiek zmieniać, mimo tego że od momentu, kiedy przy nim 
zasiadła, a było to w chwilę po tym, gdy Thomas opuścił dom, minęły już 
ponad trzy godziny. 
 

W parze z brakiem jakiegokolwiek ruchu szło milczenie. Właściwie 

jedyną  oznaką  tego,  że  dziewczyna  wciąż  żyła,  było  to,  że  od  czasu  do 
czasu zamykała i otwierała powieki. 
 

Kate  postanowiła  jej  nie  przeszkadzać.  Bywa,  że  nie  rozmowa,  

a wspólne zachowanie ciszy jest najlepszym wyrazem wsparcia. Nie zada-
wała więc żadnych pytań, nie próbowała pocieszać ani tłumaczyć, że to nie 
jej wina. Puste gadanie i tak nie mogło już nic zmienić, również w samo-
poczuciu Mii.  

background image

20 

 

 

Z czasem jednak kobieta poczuła, że nie chce dłużej dusić w sobie 

tego wszystkiego, co teraz ją dręczy.  
 

Wprawdzie na początku, gdy Kate zjawiła się w jej domu, nie była 

przekonana,  czy  chce  wyjawić  jej  choć  jedno  słowo  z  tego,  co  się  stało.  
W chwilę później uświadomiła sobie jednak, że dziewczyna na pewno zna 
całą sytuację i pomimo tego, że jest oddaną przyjaciółką Thomasa, teraz 
zdecydowała  stanąć  po  jej  stronie.  Biorąc  zresztą  pod  uwagę,  jak  bardzo 
jest uczulona na punkcie nienagannej moralności, narzeczony Mii musi się 
jej teraz jawić w tragicznym świetle. 
 

- Kiedy weszłam do domu, siedział na kanapie - opowiadała wła-

ścicielka domu, w czasie gdy Kate wracała do stołu z przygotowanymi dla 
nich  obojga  filiżankami  z  herbatą.  -  Spoglądając  na  jego  twarz,  od  razu 
wiedziałam, że stało się coś okropnego i jednocześnie coś, za co jest  mu 
strasznie wstyd - mówiła, wyciągając drżącą dłoń w stronę tacki. - Nie był 
nawet w stanie spojrzeć mi w oczy. 
 

- Nie rozumiem, co go podpuściło, żeby do niej leźć. Przecież nie 

od wczoraj wiadomo, że to wprawna kombinatorka - pasjonowała się Kate. 
- Uwierz mi, Mia, jestem tak  wściekła na tę sukę, że gdybym tylko miała 
pewność, że teraz tam  u siebie siedzi, to poszłabym ją zatłuc na śmierć.  
I żebyś sobie nie myślała, nie próbuję wybielać czynów Thomasa. Jemu też 
należałoby  się  przetrzepanie  skóry.  Tak  na  oprzytomnienie.  Dobrali  się, 
psia jego mać... manipulantka i naiwniak. 
 

-  Wiesz,  że  po  alkoholu  ludzie  tracą  zdolność  do  myślenia.  Bar-

dziej trzeba mieć do niego pretensje o to, że dał się jej upić. Tym bardziej, 
że  osoby,  które  nie  piją,  po  jednej  takiej  akcji  są  zazwyczaj  całkowicie 
rozbrojone. 
 

- No ale jak dał się upić? Przecież chyba nie mógł za dużo wypić,  

a  wtedy,  prawdopodobnie  oczywiście,  jakieś  resztki  rozumu  człowiekowi 
pozostają. To co, zapomniał sobie nagle o twoim istnieniu? 
 

- Nie mam pojęcia - odrzekła Mia, wzruszając ramionami. 

 

Kate splotła palce dłoni, opierając następnie na nich czoło. Pokrę-

ciła głową, wciąż nie mogąc pogodzić się z faktami. Nie sądziła, że kiedy-
kolwiek  tak  bardzo  się  na  kimś  zawiedzie.  Thomas  był  dotychczas  przy-
kładem uczciwości i wzorem dla wszystkich mężczyzn będących w związ-
kach. Zdawało się, że już nic nie będzie w stanie stanąć na jego i Mii dro-

background image

21 

 

dze. Nawet Clarence zmienił swoje plany. Tymczasem przy swoich dotych-
czasowych  zamiarach  pozostała  Nikki  i  to,  jak  widać,  wystarczyło,  by  
w  końcu  wszystko  zniszczyć.  Najwyraźniej,  co  ma  zawisnąć,  nigdy  nie 
utonie. 
 

Dochodząc  do  tego  wniosku,  Kate  pomyślała,  że  może  koniec 

końców  dobrze  się  stało.  Przecież  lepiej,  żeby  Thomas  i  Mia  rozstali  się 
teraz,  niż  po  ślubie.  Tak,  zdecydowanie  to  byłoby  lepsze  rozwiązanie, 
gdyby nie jeden bardzo znaczący szczegół. 
 

- Co planujesz teraz zrobić? - zapytała dziewczyna. 

 

- Nie mam najzieleńszego pojęcia - odpowiedziała gorzko Mia. 

 

- Wiem, że to nie będzie łatwa ani przyjemna decyzja, bo bardzo 

ugodzi  w  twoją  godność,  ale  chyba  ten  jeden  raz  będziesz  musiała  mu 
wybaczyć.  Takich  rzeczy  absolutnie  nie  powinno  się  odpuszczać,  ale  
w waszym wypadku jest to chyba konieczne. 
 

Mia spojrzała na Kate z zaskoczeniem. 

 

- Skąd wiesz, że jestem w ciąży? - zapytała, będąc przekonana, że 

właśnie o to chodzi dziewczynie. 
 

- Tak podpowiada mi intuicja. Poza tym, bez urazy - uśmiechnęła 

się życzliwie nastolatka. - ale już odrobinę to widać. 
 

- No tak, trudno temu zaprzeczyć - uśmiechnęła się również Mia, 

spoglądając  na  swój  brzuch.  -  Szkoda  tylko,  że  nie  zdążyłam  mu  o  tym 
powiedzieć. 
 

W tej chwili to Kate spojrzała powiększony oczami na swoją roz-

mówczynię. 
 

- A może właśnie nie szkoda... - dodała szybko Mia. 

 

- To on nic o tym nie wie? - zapytała żywiołowo zszokowana na-

stolatka. 
 

- Sama upewniłam się w swoich podejrzeniach dopiero niedawno. 

Planowałam powiedzieć mu za kilkanaście dni, kiedy będzie miał urodziny. 
 

- Miałby przepiękny prezent... - stwierdziła Kate, wpadając w za-

dumę.  -  Oczywiście  gdyby  potrafił  docenić  prawdziwą  miłość,  możliwość 
zostania twoim mężem i ojcem dla twojego dziecka - sprostowała szybko. 
 

- Chciałabym móc powiedzieć mu, że teraz, po tym, co zrobił, nie 

znaczy dla mnie już nic.  Musiałabym jednak kłamać, bo doskonale wiem, 
że już nigdy nie dam rady uwolnić się  ani zapomnieć o tym, co do niego 

background image

22 

 

czuję

3

 - oświadczyła Mia, ponownie spoglądając na swój brzuch.  - Czło-

wiek  jest  bardzo  naiwną  istotą  -  zaczęła  znów.  -  Zewsząd  słyszy  o  nie-
udanych związkach, rozwodach i zdradach, ale wciąż marzy i wierzy, że te 
wszystkie  tragedie  nigdy  nie  będą  dotyczyć  jego  samego.  Zatapia  się  
w  swoim  szczęściu,  zupełnie  zapominając  o  krytycznym  myśleniu.  Prze-
staje  widzieć  oczywiste  rzeczy,  ignoruje  je,  bo  przecież  mnie,  w  moim 
idealnym związku nie może spotkać nic złego. Ale wszystkie dobre rzeczy 
kiedyś  się  kończą

4

.  Widocznie  teraz  nadeszła  pora,  abym  i  ja  wróciła  na 

ziemię. 
 

- Wiem, że to kiepskie pocieszenie, ale ja też pod koniec stycznia 

mam urodziny i informacja, że jesteś w ciąży jest dla mnie fantastycznym 
prezentem.  Co  prawda  przedwczesnym,  ale  to  nie  ma  znaczenia.  Cieszę 
się z tego bardzo mocno i chcę ci powiedzieć, że niezależnie od tego, jaką 
podejmiesz decyzję, będę cię w niej wspierać. 
 
 

*** 

 
 
 

Deszcz,  śnieg  i  lód nie  są rzeczami,  które  mogłyby  sprawić  jaki-

kolwiek problem kierowcom pojedynkującym się na torze w Los Alamitos. 
„Rozciągnięcie” dachu to zaledwie kilkanaście minut pracy. Jest to zresztą 
czynność, którą wykonują za każdym razem, gdy się tu zjawiają. 
 

Joe i jego tutejsi znajomi znów katowali swoje, odpowiednio skon-

struowane  do  tego  typu  wyścigów,  hot  rody.  Za  mistrza  uznawano  tego, 
kto przez kilka okrążeń potrafił nie wychodzić z kontrolowanego poślizgu, 

                                                           

Może to być jedynie nadmierna gorliwość ze strony tłumacza, jednak ta wypowiedź 

Mii zdaje się być parafrazą wersów: 

You don't mean nothing at all to me  oraz But 

you got what it takes to set me free pochodzących z piosenki Nelly Furtado - „Say It 
Right” wydanej w 2006 roku. Szczególnie wyraźnie widać to w tekście w wersji ory-
ginalnej.

 

4

 To zdanie kojarzy się natomiast z wersem 

Why do all good things come to an end? 

pochodzącym z utworu „

All Good Things”, kolejnego utworu autorstwa Nelly Furta-

do (2007). 

background image

23 

 

radując  tym  niesamowitym  manewrem  oczy  obserwatorów  i  zasypując 
falami piachu tych, którzy znaleźli się zbyt blisko toru. 
 

- Eh, dalej niczego się nie nauczyłem - westchnął Clarence, stając 

się ofiarą takowej właśnie fali. - Już raz popełniłem ten błąd. Tu nie trzeba 
podchodzić - tłumaczył swoim kumplom, również porządnie oprószonym 
piachem. 
 

- Wy pewnie do Joego  - stwierdził szybko jeden z nieścigających 

się obecnie kierowców, należących zapewne do Monsters. 
 

- Tak, ale niech sobie nie przeszkadza. Nigdzie się nie spieszymy 

- odpowiedział właściciel czarnego Mustanga. 
 

- I tak zaraz kończy przejazd. Powiem mu, że czekacie na widow-

ni, bo tu zdecydowanie lepiej tego nie robić - rzekł nieznany Clarence’owi 
mężczyzna,  przyglądając  się  z  dyskretnym  uśmiechem,  jak  ten  wciąż 
otrzepuje z siebie przylegający do ubrania piasek. 
 

- OK, dzięki. 

 

Po tej krótkiej rozmowie panowie ruszyli ku najbliższemu rzędowi 

krzesełek,  z  radością  stwierdzając,  że  ta  odległość  dzieląca  ich  od  toru 
będzie wystarczająca, aby uniknąć kolejnej nieprzyjemnej niespodzianki. 
 

Oczekiwanie na Joego rzeczywiście było bardzo krótkie. Po przeje-

chaniu jeszcze kilku okrążeń mężczyzna opuścił tor, parkując swój zielony 
pojazd pośród innych maszyn znajdujących się nieopodal części trybuny, 
na której przebywali wyścigowcy z Rockport. 
 

- No nareszcie, dobrze cię widzieć - rzekł z szerokim uśmiechem 

kierowca hot roda, znajdując się już obok swoich kumpli. Najpierw podał 
dłoń Clarence’owi, a później uściskał go najmocniej, jak tylko potrafił. 
 

-  Cześć,  chłopaki  -  Poprzez  podanie  ręki  przywitał  się  również  

z nimi. - Widzę, że wy też trochę się dzisiaj nudzicie. 
 

-  Ja  jestem  jedynie  znudzony  długą  podróżą  -  oświadczył  

Clarence. - ale wiem, co masz na myśli. Zadzwonię do Thomasa i zapytam 
go, dlaczego nie ma dzisiaj spotkania. Przy okazji dam mu znać, że jestem 
już w Rockport. 
 

Próby skontaktowania się z liderem zespołu nie przyniosły jednak 

żadnego  skutku.  Mężczyzna  miał  wprawdzie  włączony  telefon,  lecz  nie 
odpowiadał. 

background image

24 

 

 

-  Nic  z  tego  -  poddał  się  po  kolejnym  już  podejściu  Clarence.  - 

Zadzwonię w takim razie do Kate. Może ona coś wie. 
 

Na liście kontaktów w aparacie wyścigowca znajdowała się oczywi-

ście również Mia, która jako niezaprzeczalnie najbliższa Thomasowi oso-
ba,  na  pewno  zna  odpowiedź  na  nurtujące  dzisiaj  wszystkich  pytanie. 
Dzwonienie do niej jest jednak w przypadku Clarence'a nieco... kłopotliwe. 
 

Wybrał  więc  Kate,  czego  absolutnie  nie  żałował,  bowiem  możli-

wość ponownego jej usłyszenia napawała go ogromną radością. Poza tym 
to  prawdopodobnie  jedyna  osoba,  z  której  strony  nie  grożą  mu  pytania 
dotyczące jego nagłego wyjazdu z Rockport. 
 

- Halo, cześć, Kate - przywitał się ciepłym tonem, gdy ta odebrała 

już połączenie. 
 

- Cześć - odpowiedziała arcyponurym tonem. - Co u ciebie? 

 

- Wróciłem już do Rockport. Coś się stało? Twój głos nie wskazuje 

na zbyt dobry humor. 
 

Dziewczyna westchnęła ciężko, po czym zamilkła, jakby nie mając 

pomysłu na stosowną odpowiedź. Należy podejrzewać, że w rzeczywisto-
ści tak właśnie było. 
 

- Widzisz, Clarence, obawiam się, że nie mam dla ciebie dobrych 

wieści - przemówiła w końcu. - Następnego dnia po tym, jak wyjechałeś, 
zniknęła też Nikki. Wczoraj jednak wróciła i od razu narobiła takiego bała-
ganu,  że  chyba  będzie  dumna  z  siebie  do  końca  życia  -  relacjonowała 
Kate. - Ech, pechowe są te wasze powroty. Ona rozrabia, a ty jesteś jedną 
z tych osób, które będą musiały sobie z tym jakoś poradzić - podsumowa-
ła smętnie. 
 

- Przyznam szczerze, że bardzo mnie zaskoczyłaś. Czy możesz... 

czy możesz powiedzieć coś więcej? - zapytał mężczyzna, mając wrażenie, 
że  Kate  nie  ma  możliwości  w  tej  chwili  rozmawiać  lub,  ze  względu  na 
miejsce, w którym się znajduje, nie ma możliwości rozmawiać teraz o tej 
konkretnej sprawie. 
 

-  Chwilowo  jestem  u  Mii,  ale  jeśli  masz  czas,  to  spotkam  się  

z tobą jeszcze dzisiaj i wytłumaczę ci, o co chodzi. 
 

Clarence  nie  zdążył  odpowiedzieć,  nie  zdążył  się  nawet  zastano-

wić, gdy dziewczyna rzekła znów: 
 

- Czekaj, Mia sugeruje, żebyśmy spotkali się w trójkę u niej. 

background image

25 

 

 

Mężczyzna  milczał,  analizując  myśli,  które  pojawiły  się  teraz  

w jego głowie. „Kate jest zdołowana, prawdopodobnie czymś dotyczącym 
Mii. Thomas nie odbiera telefonu, co może mieć z tą sprawą jakiś związek. 
Ja też, według Kate, nie będę zadowolony, gdy już dowiem się, o co cho-
dzi,  a  wszystkiemu  winna  jest  Nikki...”  -  próbował  poskładać  w  całość 
wszystkie wiadomości. - „O nie, tylko nie to...” - przeraził się wnioskami. - 
„Ale przecież to niemożliwe. Nie, to nie może być to. Nadmiernie panikuję” 
- próbował się uspokoić. 
 

- W porządku. To kiedy mam się zjawić? - zapytał w końcu. 

 

- Właściwie możesz w każdej chwili. 

 

- Będę za pół godziny. 

 

- Czekamy. Do zobaczenia - rzekła Kate, rozłączając się. 

 

-  Co  tam?  -  zapytał  beztrosko  Ronnie,  nie  zdając  sobie  sprawy  

z  tego,  że  zakończona  przed  chwilą  rozmowa  telefoniczna  nie  należała 
raczej do przyjemnych. 
 

-  Na  razie  nic  się nie  dowiedziałem,  ale  jadę właśnie spotkać  się  

z Kate i Mią. Dam wam znać, co i jak, kiedy już z nimi porozmawiam. 
 

- Już nas opuszczasz? - zdziwił się Joe. 

 

- Przepraszam. Zależy im na tym, żebym się z nimi spotkał. Zdaje 

się, że to jakaś poważniejsza sprawa - tłumaczył właściciel czarnego mu-
scle cara, starając się jednocześnie nie zdradzać zbyt wiele. 
 

- Coś się stało Thomasowi? - zmartwił się Toru. 

 

-  Nie  mam  pojęcia.  Miejmy  nadzieję,  że  nie.  Dobra,  lecę  -  rzekł 

Clarence, chcąc już uciec przed kolejnymi pytaniami. - Zadzwonię do was 
później! - dodał głośniej, znajdując się już przy przejściu z toru do klubu. 
 

„Co się stało, do cholery?” - rozmyślał nerwowo, będąc w  drodze 

do swojego Mustanga pozostawionego pośród innych wozów na parkingu 
wewnątrz budynku kryjącego hot rody należące do Monsters. 
 

To  pytanie  nie  opuszczało  go  przez  kolejne  dwadzieścia  kilka 

minut,  które  spędził  za  kierownicą,  chcąc  jak  najszybciej  znaleźć  się  
w Ocean Hill. 
 

Podobnie jak wcześniej Kate, tak teraz i on gnał drogami zapamię-

tale, martwiąc się i bojąc o to, że stało się coś naprawdę strasznego. Jeśli 
to  ból,  który  według  nastolatki,  ma  dotyczyć  zarówno  Mii,  jak  i  jego,  
a przyczyną tego wszystkiego ma być zachowanie Nikki i prawdopodobnie 

background image

26 

 

w jakimś stopniu również zachowanie Thomasa, to to może być tylko jed-
no. 
 

„Ale  dlaczego  tak  nagle?  Z  jakiego  powodu  Thomas  zmienił  zda-

nie?” - zadawał sobie pytania zaniepokojony kierowca. 
 

W końcu  znalazł się na miejscu. Nim wysiadł z wozu, odruchowo 

odwrócił  głowę,  by  spojrzeć  w  stronę  domu  Nikki.  W  oknach  panowała 
ciemność. 
 

-  No  tak,  przecież  na  pewno  już  jej  tutaj  nie  ma  -  podsumował 

sobie  cicho.  -  Pytanie  tylko,  gdzie  w  takim  razie  jest?  -  dodał,  ruszając 
chodnikiem  w  stronę  drzwi  Mii.  Wtedy  zapukał  delikatnie,  czekając  na 
odpowiedź. 
 

Przy wejściu prawie natychmiast ukazała się Kate. 

 

- Cześć - rzekła poważnym tonem, ściskając mocno dłoń Claren-

ce’a,  a  następnie  odsuwając  się  na  bok,  by  pozwolić  mu  na  swobodne 
przejście do środka. 
 

Jego spojrzenie natychmiast spotkało się ze wzrokiem Mii. Kobieta 

wciąż  siedziała  przy  salonowym  stole.  Jej  wyraz  twarzy,  wskazujący  na 
rozpacz i zmęczenie godzinami płaczu, sprawił, że Clarence jeszcze w tej 
samej chwili musiał postawić opór własnym oczom, aby samemu nie uro-
nić łez. 
 

Usiadł szybko na sąsiednim krześle, pytając łamiącym się głosem: 

 

- Co się stało, Mia? Dlaczego jesteś taka smutna? 

 

Nim otrzymał odpowiedź, Kate również zasiadła przy stole. 

 

- Przepraszam, że się wtrącę - rzekła. - ale będzie chyba łatwiej, 

jeśli  najpierw  powiesz  Mii  o  tym,  co  działo  się  przed  twoim  wyjazdem. 
Prosiłeś  mnie,  żebym  z  nikim  o  tym  nie  rozmawiała,  więc  dotrzymałam 
słowa  -  poinformowała  dziewczyna,  dając  jednocześnie  Clarence’owi  do 
zrozumienia,  że  Mia  nie  została  jeszcze  wtajemniczona  we  wspomniane 
wydarzenia. 
 

-  Uważasz,  że  ta  sprawa ma  teraz  znaczenie?  -  zapytał  mężczy-

zna. 
 

- Ogromne - odrzekła Kate. 

 

Mia spoglądała na dyskutującą obecnie dwójkę, czując zaciekawie-

nie ich wspólną tajemnicą, która najwyraźniej dotyczyła również jej samej. 

background image

27 

 

Mimo to nie odnalazła w sobie sił, aby zapytać, czego owa tajemnica kon-
kretnie dotyczy. 
 

Odpowiedź miała jednak nadejść bardzo szybko. 

 

- Otóż widzisz, Mia - zaczął wyścigowiec. - na krótko przed wy-

jazdem  doszedłem  do  bardzo  ważnego  wniosku.  Zanim  przejdę  dalej, 
muszę cię przeprosić, bo tkwiłem w straszliwym błędzie. Jestem zakocha-
ny  w  Nikki.  Ciebie  również  kocham,  ale  to  coś  zupełnie  innego.  Byłbym 
przeszczęśliwy,  gdybym  miał  taką  siostrę  jak  ty.  Dlatego...  -  zamilkł  na 
chwilę. - jeszcze raz, bardzo, bardzo serdecznie cię przepraszam - konty-
nuował, przykładając dłoń do serca. 
 

Mia  pokiwała  głową  ze  zrozumieniem.  Tylko  na  tyle  mogła  się 

teraz zdobyć. 
 

-  Jest  mi  za  siebie  wstyd  -  mówił  dalej  Clarence.  -  ale  mam  na-

dzieję, że będę mógł się jakoś wobec ciebie zrewanżować. A wracając do 
Nikki  -  rzekł,  spoglądając  przelotnie  na  Kate.  -  tak,  jak  powiedziałem, 
zależy  mi  na  niej  i  chciałbym  się  z  nią  na  stałe  związać.  Problem  jednak 
polega na tym, że ona mnie nie chce. Wciąż trzyma się swojego planu, jeśli 
rozumiesz, co mam na myśli. 
 

- Tak. Aż za dobrze - przemówiła w końcu Mia, lecz jej ton wciąż 

wskazywał na całkowitą apatię. 
 

-  Obiecałem  Nikki,  że  zachowamy  w  tajemnicy  przed  Thomasem 

pewną...  dotyczącą  nas  obojga  kwestię  -  opowiadał  dalej  kierowca  Mu-
stanga. - Ale wtedy moje zaufanie do niej nie było jeszcze tak nadszarp-
nięte  i  mimo  wszystko  miałem  nadzieję,  że  pewnego  dnia  zdecyduje  się 
odpuścić i związać ze mną. Jednak kolejnego dnia po tamtej rozmowie, no 
cóż... - westchnął mężczyzna. - nazwijmy to delikatnie - „znów odpowie-
działa na głos natury”. 
 

- Ciekawostka - wtrąciła Kate, zwracając się do Mii. - odbyło się to 

z tym tajniakiem, który podczas zlotu robił zdjęcia między innymi twoje-
mu wozowi. 
 

W  odpowiedzi  kobieta  uśmiechnęła  się  z  lekka,  aczkolwiek  z  za-

uważalną drwiną. 
 

-  Miałem  nikomu  o  tym  nie  mówić,  bo  jakby  nie  było,  to  czyjeś 

prywatne sprawy - ciągnął swoją opowieść Clarence. - ale w obecnej sytu-
acji widzę, że jest to chyba konieczne. Jeśli więc Thomasowi, nie daj Boże, 

background image

28 

 

przyszedł  do  głowy  taki  pomysł,  aby  dać  Nikki  drugą  szansę,  to  chyba 
powinien najpierw usłyszeć i wziąć pod uwagę wszystkie fakty, które mogę 
mu przedstawić. 
 

- Za późno - stwierdziła Mia, zdobywając się wreszcie na bardziej 

energiczną reakcję. - Thomas dopisał się już do jej listy. 
 

Clarence  ściągnął  brwi,  patrząc  na  swoją  rozmówczynię  z  niedo-

wierzaniem. 
 

- Co ty mówisz? - szepnął. 

 

- Jeszcze trzydzieści minut temu nie uwierzyłabym, ale teraz ro-

zumiem, co Kate miała na myśli, mówiąc, że ty też będziesz cierpiał, kiedy 
już się dowiesz. Przykro mi, Clarence. Chciałabym, żebyś chociaż ty mógł 
się od tego uwolnić. 
 

-  Mój  Boże...  -  rzekł,  zakrywając  twarz  rękoma,  które  następnie 

oparł ciężko na blacie stołu.  - Ja myślałem... myślałem, że w najgorszym 
wypadku, w najbardziej śmiałych myślach, po prostu zdecydowali się wró-
cić  do  siebie  i  wyjechali  razem  do  Palmont  -  kontynuował,  z  trudnością 
łapiąc  powietrze.  -  Wtedy  wszystko  dałoby  się  jeszcze  odwrócić,  zatrzy-
mać, a teraz... 
 

- A teraz niech już idą razem do diabła - dokończyła Mia, pokle-

pując Clarence’a po ramieniu. 
 

- Ale jak to jest możliwe? Dlaczego? - pytał przez łzy, nie mogąc 

pogodzić się z tym, co się stało. 
 

-  Upiła  go  -  wyjaśniła  właścicielka  domu.  -  Albo  oboje  się  upili. 

Mniejsza o to, jak było... 
 

- Niezawodna technika - dodała z ironią Kate. 

 

- I co my mamy teraz zrobić, Mia? - zapytał wyścigowiec, przecie-

rając twarz rękawem płaszcza. 
 

-  Nie  wiem,  Clarence.  Naprawdę  nie  wiem  -  odpowiedziała,  spo-

glądając posępnie w stronę okna. 
 

- To niby nie jest jeszcze koniec świata  - zaczął ponownie. - ale 

jak  tu  żyć  z  takim  człowiekiem,  który  już  raz  cię  zdradził?  Bojąc  się,  że 
kiedyś znowu może to zrobić? Tak się nie da... 
 

-  Masz  całkowitą  rację  -  zgodziła  się  z  nim  kobieta,  ponownie 

kładąc dłoń na jego ramieniu. 

background image

29 

 

 

- Poza tym to uwłaczające godności i, przynajmniej według mnie, 

obrzydliwe  żyć  z  takimi  osobami.  A  mieć  jakikolwiek  bliższy  kontakt  
z  Nikki  to  jest  jeszcze  po  tysiąckroć  gorsza  obrzydliwość  -  oświadczyła 
Kate. - Bez urazy, Clarence - dodała, przypominając sobie, że on już nie-
stety takowy kontakt miał. 
 

Ten  odpowiedział  jedynie  beznamiętnym  machnięciem  ręki,  po 

czym odchylił się na krześle z rezygnacją. 
 

Kolejne kilkadziesiąt sekund cała trójka spędziła w milczeniu. Nie 

pozostało  już  prawdopodobnie  nic,  co  można  by  w  tej  chwili  dopowie-
dzieć. 
 

-  Cieszę  się,  że  przynajmniej  sytuacja  między  nami  wreszcie  się 

wyjaśniła - przerwała przeciągającą się ciszę Mia, zwracając się do właści-
ciela Mustanga. - Ja też chcę ci powiedzieć, że byłabym bardzo zadowolo-
na,  gdybym  miała  takiego  brata  jak  ty.  Oczywiście  mojemu  Mike’owi  ni-
czego nie brakuje i bardzo go kocham, ale przecież zawsze można kochać 
dwóch braci, prawda? - uśmiechnęła się nieznacznie. 
 

- Pewnie, że tak - odpowiedział Clarence, nie kryjąc radości, którą 

wywołała w nim usłyszana właśnie deklaracja. 
 

- Wiem, że to nie najlepsza pora na takie tematy - zaczęła Kate. - 

ale  chcę  wam  tylko  zasugerować,  że  pomimo  zaistniałych  wydarzeń,  nie 
powinniśmy rezygnować ze wspólnego udziału w wyścigach. Ja przynajm-
niej  mam  zamiar  nadal  ścigać  się  na  Czarnych  Listach  i  jeśli  mielibyście 
oczywiście  takie  życzenie,  to  prawdopodobnie  po  paru  zmianach  nasz 
zespół nadal mógłby trzymać się razem. W końcu odpadałyby w ten spo-
sób tylko dwie osoby... 
 

-  Sam  kiedyś  Mii  o  tym  wspomniałem.  To  jak  najbardziej  da  się 

zrobić - potwierdził wyścigowiec. - I masz rację - to nie jest rozmowa na 
teraz.  Myślę,  że  potrzebujemy  odrobiny  czasu,  żeby  chociaż  trochę  się 
otrząsnąć.  Wtedy  zastanowimy  się,  co  dalej  z  zespołem.  Tymczasem  nie 
będę ci już dłużej przeszkadzał - zwrócił się teraz do swojej towarzyszki 
w niedoli. - Mimo że rzeczywiście jest to nasze wspólne nieszczęście, to 
uważam,  że  każde  z  nas  musi  sobie  jakoś  z  tym  poradzić  samodzielnie. 
Dlatego  żegnam  się  z  wami,  dziewczyny  -  mówił,  podnosząc  się  powoli  
z krzesła. - i do zobaczenia. Mam nadzieję, jak najszybszego. 

background image

30 

 

 

Mia  poszła  w  ślad  za  nim,  również  zdobywając  się  wreszcie  na 

podniesienie od stołu, przy którym niemal nieruchomo spędziła kilka po-
przednich godzin. 
 

- Do zobaczenia, Clarence. Trzymaj się jakoś - rzekła, przytulając 

się do niego. - i pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. Niezależnie od sytu-
acji. 
 

- Ty na mnie również - odpowiedział, opierając podbródek na jej 

ramieniu. - Dobrze jest wiedzieć, że oprócz miłości istnieje jeszcze przy-
jaźń.  Zresztą  zaczynam  odnosić  wrażenie,  że  jest  to  uczucie  nawet  cen-
niejsze.