background image

Ford G. M.

Czarna rzeka

Pośród ślepców jednooki jest królem.

H. G. Wells

1

Środa, 26 lipca, godzina 5.23

Podobnie   jak   prawie   wszyscy   urodzeni   w   blaszanych   budach,   które   stoją   wzdłuż 

brzegów Rio Cauto, Gerardo Limón był niskim mężczyzną o ciemnej karnacji i krzywych 

nogach, stanowiącym podręcznikowy przykład cholo. Przodkowie Limóna jeszcze niedawno 

mieszkali w dżungli. W ich żyłach nie płynęła ani kropla europejskiej krwi, nad czym bolał 

przez   całe   swe   dorosłe   życie.   To,   że   jego   współpracownik,   Ramon   Javier,   był   wysoki, 

elegancki i miał hiszpańskie rysy, tylko dolewało oliwy do ognia.

Gerardo wcisnął się w pomarańczowy kombinezon, po czym zapiął skórzany pas na 

narzędzia. Zepsuty wał rozrządu w silniku ciężarówki stukał w prawie całkowitej ciemności. 

Dwadzieścia   metrów   dalej   Ramon   rozstawił   trzy   pomarańczowe   pachołki   w   poprzek 

podjazdu prowadzącego na tyły osiedla Briarwood Garden Apartments.

To było idealne miejsce. Podjazd dwa razy zakręcał. To skrzydło budynku nie miało 

okien. Kilometrowy pas mokradeł oddzielał osiedle od sklepu z częściami samochodowymi.

- Wolisz rzucać czy łapać? - zapytał Gerardo.

- A jak było ostatnim razem?

- Mieliśmy dwie kolejki, pamiętasz?

Ostatnim   razem   niespodziewanie   spotkali   kibica   i   musieli   rozegrać   dwa   mecze   z 

rzędu.   Ramon   wykrzywił   w   uśmiechu   cienkie   usta   na   wspomnienie   tego   faktu.   Kiedy 

nakładał pas, zastanawiał się, ile już razy udawali ekipę remontową. Na pewno dużo. Stracił 

rachubę wiele lat temu.

Ramon Javier lubił myśleć, że mógłby zostać lekarzem, muzykiem jazzowym albo 

nawet   baseballistą,   gdyby   tylko   wypadki   potoczyły   się   inaczej.   Gdyby   jego   rodzina   za 

pierwszym   razem   dotarła   do   Miami.   Gdyby   nie   zostali   zaciągnięci   z   powrotem   na   tę 

śmierdzącą wyspę, gdzie byli traktowani jak śmieci przez następne pięć lat.

background image

Włożył żółty kask i sprawdził, czy jego pistolet kalibru.22 jest naładowany. Ostrożnie 

nałożył  tłumik na lufę, po czym  umieścił  broń przy pasku w miejscu przeznaczonym  na 

młotek.

Popatrzył na zegarek.

- Trzy minuty - powiedział. - To jak będzie?

- Jak chcesz - odparł Gerardo. - Wszystko mi jedno.

- Nie zapominaj, że mamy ukryć samochód - zauważył Ramon.

Gerardo wzruszył ramionami.

- Ty rzucasz. Ja łapię.

Środa, 26 lipca, godzina 5.24

Podłoga   w   kuchni   skrzypiała,   kiedy   szedł   do   lodówki.   Wyjął   z   niej   brązową 

papierową   torebkę,   położył   ją   na   blacie   kuchennym   i   zajrzał   do   środka.   Dwie   kanapki. 

Wędlina, ser, trochę soli i pieprzu oraz odrobinka sosu Miracle Whip. Zadowolony wyjął z 

lodówki plastikową butelkę z wodą, włożył ją do kieszeni spodni i skierował się do drzwi.

Droga Mleczna była zaledwie plamą na niebie. Za dużo świateł, za dużo ludzi, za dużo 

dymu, żeby widzieć gwiazdy. Otworzył drzwi samochodu. Toyota pikap, rocznik 79, kiedyś 

jasnożółta, obecnie barwy niemytych zębów.

Silnik zaskoczył za pierwszym razem. Uśmiechnął się, po czym zwiększył obroty i 

chwycił   ułamaną   gałkę   radia.   Żeby   się   włączyło,   trzeba   było   złapać   pokrętło   pod 

odpowiednim kątem, a i tak na pierwszym wyboju odbiornik się wyłączał i człowiek musiał 

próbować jeszcze raz.

Popłynęła   jakaś   muzyka.   Chopin,   pomyślał,   kiedy   światło   w   szoferce   zamigotało. 

Wyprostował się i zauważył coś kątem oka. Popatrzył na lewo, myśląc, że to ten złamas, 

który mieszka w suterenie. Gość nigdy nie śpi. I nigdy się nie myje.

To jednak nie był on. Nie, to był ten stary pierdziel. Stał tam z rękami schowanymi za 

plecami, wpatrując się w okno półciężarówki niczym posłaniec śmierci.

Opuścił szybę.

- Chcesz czegoś? - rzucił.

- Jak sobie ze sobą radzisz? - zapytał mężczyzna. - Nie wstyd ci?

Podkręcił   silnik   trzy   razy,   po   czym   odparł:-   Czy   ty   nigdy   się   nie   poddajesz, 

człowieku? To już skończone. Co mam ci powiedzieć? Wypadki chodzą po ludziach.

Gdyby   otrzymał   od   losu   drugą   szansę,   pewnie   wypowiedziałby   inną   kwestię. 

„Wypadki chodzą po ludziach” - to raczej nie najlepsze ostatnie słowa. Tak się jednak składa, 

że nimi były. W tej samej chwili stary pierdziel wyjął zza pleców pistolet i strzelił kierowcy 

background image

cztery razy w głowę.

Kiedy   stał   obok   pikapa,   próbując   ogarnąć   wagę   swego   czynu,   usłyszał   nagle 

dobiegające z radia samochodowego dźwięki muzyki  klasycznej. Rozproszyły jego myśli. 

Popatrzył ze zdziwieniem na broń w swojej dłoni; potem wrzucił ją przez okno na kolana 

kierowcy i powoli odszedł.

Środa, 26 lipca, godzina 5.26

- Co to było? - zapytał Ramon.

- Ciii... - Gerardo przyłożył palec do ust.

Jedynie pulsujące żółte światło rozpraszało ciemność.

-   Dla   mnie   to   brzmiało   jak   strzały   -   wyszeptał   Ramon.   Gerardo   wyjął   pistolet   i 

trzymając go przy prawej nodze, doszedł do końca budynku, po czym wyjrzał na parking. Po 

chwili wrócił.

- Siedzi tam i grzeje silnik, tak jak zawsze.

- Widocznie gaźnik strzelił - powiedział Ramon, nie bardzo wierząc w swoje słowa.

Obserwowali   go   od   tygodnia.   Nauczyli   się   jego   rozkładu   dnia.   Poznali   zwyczaje. 

Gerardo popatrzył na zegarek.

- Jeszcze minuta - wyszeptał.

Sądząc z tego, w jakich warunkach mieszkał, był życiowym nieudacznikiem. Jednego 

jednak nie można  mu było  odmówić - stanowił wcielenie punktualności. Codziennie,  tuż 

przed piątą trzydzieści, wychodził ze swojego zapuszczonego mieszkania. Grzał silnik przez 

trzy minuty, po czym ruszał do pracy - w sam raz, by dojechać do niej za pięć szósta. Jedynie 

w   piątkowe   wieczory   czynił   wyłom   w   swoim   rozkładzie   dnia   i   w   drodze   do   domu 

zatrzymywał się na tankowanie i zakupy.

Cienkie usta Gerarda zaczęły drżeć, kiedy wpatrywał się w zegarek i odliczał czas.

- Trzydzieści sekund - wyszeptał. - Dwadzieścia dziewięć...

Środa, 26 lipca, godzina 5.31

Podpisał swoje przyznanie się do winy, spojrzał na zegarek, a potem zadzwonił na 

policję.

-   Chciałem   zgłosić   morderstwo   w   Briarwood   Garden   Apartments.   Marginal   Way 

South dwadzieścia sześćset jedenaście - powiedział. - Parking na tyłach. Będę tam czekał na 

radiowóz.

- Proszę podać swoje...

Rozłączył się. Potem rozłożył kartkę na blacie i przeczytał jeszcze raz:

Tego ranka, 26 lipca 2000 roku, zabiłem człowieka, który zasłużył na śmierć. Gotów  

background image

jestem ponieść wszelkie przewidziane prawem konsekwencje.

Poniżej widniał jego podpis. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie wyjaśnić powodów 

swojej zbrodni, ale w końcu zrezygnował. Wiedział, że i tak nie zrozumieją. Nie mają pojęcia 

o honorze.

Im dłużej wpatrywał się w słowo „konsekwencje”, tym bardziej przekonywał się, że 

jest napisane niepoprawnie. Być uważanym za mordercę to jedno; uchodzić za nieuka - coś 

zupełnie innego.

Środa, 26 lipca, godzina 5.34

- Spóźnia się - stwierdził Gerardo.

Tym  razem to Ramon  popędził  na koniec  budynku  i wyjrzał  na parking. Widział 

mężczyznę   siedzącego   za   kierownicą,   słyszał   muzykę   i   pyrkotanie   silnika.   Doszedł   do 

wniosku, że pewnie kierowca zasnął. Coś jednak w tym wszystkim nie dawało mu spokoju.

Kiedy obejrzał się za siebie, zobaczył, że Gerardo wyłączył koguta i rzuca pachołki na 

pakę ciężarówki. Pobiegł z powrotem.

- Ciągle tam siedzi - wyszeptał. - Może zaczekamy jeszcze kilka minut.

Gerardo miał ponurą minę.

- Coś jest nie tak - powiedział. - Jedziemy.

Ramon zajął miejsce dla pasażera dokładnie w tej samej chwili, gdy jego towarzysz 

włączył silnik.

- Ty grasz na pierwszej bazie - zadecydował Gerardo. - Ja na trzeciej.

Robili to już tyle razy przedtem, że nie musieli mówić nic więcej. Gerardo ruszył 

wąskim podjazdem, wjechał na parking i zatrzymał się, paką ciężarówki zagradzając drogę 

pikapowi.   Wysiedli   i   zajęli   swoje   zwykłe   pozycje.   Ramon   stanął   na   trawniku   przed 

samochodem, trzymając pistolet oburącz i celując prosto w ciemną przednią szybę, Gerardo - 

pół kroku od bocznej szyby, po stronie kierowcy. Wyciągnął rękę i przyłożył tłumik do ucha 

ofiary.

- Co jest, do kurwy nędzy?! - wykrzyknął.

Kiedy umieścił broń z powrotem przy pasku i schylił się, by spojrzeć przez okno, 

Ramon pobiegł przez trawnik i stanął przy nim. Kierowca siedział z otwartymi ustami. Cztery 

oddzielne  strumyczki  krwi spływały po jego twarzy i znikały za kołnierzem.  Dostał dwa 

strzały w czoło, jeden w prawe oko i jeden obok nosa.

- Ktoś go zastrzelił - zauważył Gerardo, jak zwykle stwierdzając coś oczywistego, 

czym zawsze doprowadzał Ramona do szału.

- Co ty powiesz? - zakpił. Pokazał na pistolet kalibru.22 leżący na kolanach zmarłego. 

background image

- Zabójca porzucił broń - powiedział.

- Co my, do kurwy nędzy, zrobimy? To my mieliśmy sprzątnąć tego gościa. Co za 

kutas mógł zrobić coś takiego?! - pieklił się Gerardo.

- Niech no pomyślę. Ty?

Ramon rozejrzał się po parkingu. Ani żywego ducha. Prawdopodobnie nikt nie słyszał 

wystrzałów.

- Musimy to dokończyć - powiedział po chwili. - Zgodnie z planem.

- Ale to nie my go zastrzeliliśmy.

- Nieważne - rzucił Ramon. - I tak musimy to skończyć.

-   Rozejrzał   się   raz   jeszcze.   Parking   nadal   był   pusty.   -   Tak   jakbyśmy   to   my   go 

wykończyli.

- To nie w porządku - zaprotestował Gerardo. - My mieliśmy to zrobić.

Ramon dobrze znał ośli upór kompana. Wycelował i strzelił w trupa dwa razy. Ciało 

przewróciło się na siedzenie.

- No... to teraz jest tak, jakbyśmy to my go zastrzelili - rzekł. - Lepiej ci?

Gerardo nie odpowiedział. Patrzył z ponurą miną przed siebie.

- No, dalej - zachęcił go Ramon. - Ulżyj sobie, też właduj w niego kilka kulek.

Gerardo potrząsnął głową.

- To nie w porządku - powtórzył.

- Dawaj - nalegał Ramon.

Gerardo wahał się przez chwilę, potem wzruszył ramionami, pochylił się do szoferki i 

strzelił trzy razy. Ramon ruszył.

- Poprowadzę jego samochód. Ty jedź za mną. Zrobimy to zgodnie z planem.

- A jeśli... - zaczął Gerardo.

-   Zamierzasz   wrócić   i   powiedzieć   mu,   że   nam   się   nie   udało?   -   przerwał   mu.   - 

Zamierzasz mu opowiedzieć, jak siedzieliśmy tu na tyłkach, kiedy ktoś inny odwalał za nas 

robotę? - Obaj znali odpowiedź na to pytanie. W ich obecnym położeniu nie mogli sobie 

pozwolić na porażkę.

Ramon otworzył drzwi po stronie kierowcy i zepchnął ciało na podłogę.

- Jedźmy - powiedział. - Zobaczysz, pójdzie gładko jak zawsze.

Gerardo   pobiegł   do   ciężarówki   i   zrobił   miejsce   pikapowi,   za   którego   kierownicą 

siedział jego towarzysz. Zaczekał, aż ten ruszy, po czym pocąc się jak mysz, powlókł się za 

nim na podjazd, a potem na ulicę, gdzie pojechali na północ z prędkością sześćdziesięciu 

kilometrów na godzinę.

background image

Półtora kilometra od Briarwood Garden Apartments ujrzeli migające błękitno-białe 

światła. Zamarli za kierownicami samochodów, patrząc na dwa zbliżające się do nich wozy 

policyjne. Minęły ich jednak i pojechały w kierunku osiedla. Mężczyźni uśmiechnęli się z 

ulgą, patrząc w lusterka wsteczne na znikające w ciemności światła radiowozów.

Środa, 26 lipca, godzina 5.41

Obracające   się   światła   zostały   uchwycone   przez   tęczówkę   pomarańczowego   oka. 

Chwilę   później   w   powietrzu   rozległo   się   trzeszczenie   radia   i   czapla   wzbiła   się   do   lotu, 

wykrzywiając długą szyję i uderzając gniewnie skrzydłami w zimnym nocnym powietrzu. 

Patrzył  przez chwilę na wielkiego ptaka znikającego na czarnym niebie, a potem wyjął z 

kieszeni kurtki swoje przyznanie się do winy i przeczytał je raz jeszcze. Pokonał w ciemności 

drogę do pulsujących niebiesko-białych świateł. Przystanął za rogiem. Wszystko było tak, jak 

sobie wyobrażał - dwa wozy policyjne zatrzymały się pośrodku parkingu, drzwi były otwarte, 

światła   włączone;   czterej   policjanci   stali   obok   siebie   przed   samochodami,   ostry   blask 

reflektorów barwił ich nogi na złoto - wszystko, z wyjątkiem samochodu i spoczywającego w 

nim ciała.

Żółty pikap zniknął. Mężczyzna oparł się o ścianę budynku, żeby nie upaść. Potem 

zerknął raz jeszcze. Dalej samochodu nie było. Zamrugał powiekami z niedowierzaniem, po 

czym bojąc się, że może zasnął, popatrzył na zegarek. Piąta czterdzieści dwie. Jedenaście 

minut od wezwania policji. Niemożliwe, żeby ten zboczeniec przeżył i odjechał. Niemożliwe, 

żeby policjanci zabrali go stąd tak szybko. Puls walił mu w skroniach, kolana się pod nim 

ugięły. W całym swoim dotychczasowym życiu nie był tak oszołomiony. Nie zdając sobie 

sprawy z tego, co robi, oderwał się od ściany.  Jak w transie włożył  kartkę do kieszeni i 

pobiegł z powrotem drogą, którą przyszedł.

2

Wtorek, 17 października, godzina 9.43

Słyszał puls. Ponad szumem ruchu ulicznego i szmerem wiatru dochodziło do jego 

uszu   bicie   tysiąca   serc.   Ten   odgłos   przypominał   trzepot   skrzydeł.   Pomiędzy   strzelistymi 

budynkami widział grzywy fal w Elliott Bay, a w oddali ciemne brzegi Bainbridge Island; 

tłum tylko słyszał.

A potem dotarł do rogu Siódmej i Madison i również go zobaczył. Obszar między 

dwoma ulicami otaczały pomarańczowe barierki. Pomiędzy zgromadzonymi  tam ludźmi a 

gmachem sądu jeździli policjanci na koniach. Ich koledzy w hełmach stali przy barierkach, 

ramię   przy   ramieniu,   z   pałkami   policyjnymi   w   pogotowiu.   Kilkanaście   wozów 

background image

transmisyjnych celowało białymi oczami anten satelitarnych w niebo.

Corso zatrzymał się na chwilę i spojrzał do góry, ciesząc się, że wreszcie przestało 

padać.   Jednak   kłębiące   się   chmury   podtrzymywały   obietnicę   deszczu,   a   powietrze   było 

przesycone  wilgocią. Jesień przyszła pod postacią srebrzystych  strug spadających  z nieba 

dzień w dzień, przez całe tygodnie. Nawet krótka chwila przerwy zmniejszała przygnębienie.

Zrobił głęboki wdech, zadrżał, po czym przeszedł Siódmą Aleję i zaczął iść kładką 

nad   autostradą.   Tłum   przed   nim   wił   się   jak   wąż.   Frank   zatrzymał   się   na   rogu.   Nagłe 

poruszenie przyciągnęło jego wzrok. Fotoreporterzy unieśli aparaty nad głowami i zaczęli 

pstrykać zdjęcia. Kamerzyści na wozach transmisyjnych zerwali się na równe nogi i spojrzeli 

przez wizjery.

Szóstą Aleją szli dwaj mężczyźni  i kobieta - oskarżyciele. Patrząc na nich, Corso 

zaczął wertować w umyśle ich akta. Facet w wymiętym  trenczu to Raymond Butler. Był 

chłopcem na posyłki, zajmował się zbieraniem materiałów. Już podczas pierwszego procesu 

Balaguli w San Francisco oskarżyciele zrozumieli, z kim mają do czynienia. Przekonali się o 

tym  boleśnie  na własnej  skórze,  kiedy ich  główni świadkowie, dwaj  kierownicy budowy 

Joshua Harmon i Brian Swanson, zniknęli z motelu Vallejo. Ich ciała zostały odnalezione w 

San   Pablo   Bay,   wraz   z   ciałami   dwóch   zastępców   szeryfa   hrabstwa   Alameda,   którzy   ich 

ochraniali. Sędziemu nie pozostawało nic innego, jak unieważnić postępowanie. Powszechne 

oburzenie sprawiło, że władze zadecydowały, iż następny proces odbędzie się na północy, w 

Seattle. Miały nadzieję, że tam macki Balaguli już nie sięgają.

Facet   bez   płaszcza   to   Warren   Klein,   złote   dziecko   biura   prokuratora   generalnego 

Stanów Zjednoczonych. Kariera typu  „od pucybuta  do milionera”.  Biedny chłopak, który 

osiągnął czwartą lokatę na roku w Yale, uznany za zbyt nieokrzesanego przez najważniejsze 

firmy   prawnicze,   znalazł   zatrudnienie   w   biurze   prokuratora   generalnego   i   zasłynął   jako 

pogromca przestępczości zorganizowanej w Miami. A to z kolei wywindowało go na pozycję 

głównego oskarżyciela w procesie, który wydawał się najgłośniejszą sprawą od czasów O. J. 

Simpsona. Koledzy uważali go za zimnego, przebiegłego i mówili po cichu, że mianowanie 

go na głównego oskarżyciela z pewnością było przedwczesne. Informatorzy Corsa twierdzili 

co innego. Chodziły słuchy, że Klein trzyma coś w zanadrzu. Że ma świadka, kogoś, kto 

może posłać Nicholasa Balagulę do więzienia. Jeśli to prawda, nieokrzesany czy nie, Warren 

Klein był o krok od zostania jednym z bogatych i sławnych.

Najbliżej   wąskiego  bukszpanowego   żywopłotu   szła   Renee   Rogers,   główna 

oskarżycielka  w poprzednim procesie. Jej do tamtej  pory świetnie rozwijająca się kariera 

zawisła na włosku, kiedy toczący się w zeszłym roku w Seattle drugi proces Balaguli również 

background image

nie przyniósł rozstrzygnięcia. To, że należał do najlepiej ochranianych i najkosztowniejszych 

w historii stanu, podsyciło tylko gniew społeczeństwa, kiedy okazało się, że odosobnieni i 

anonimowi przysięgli nie mogą podjąć jednogłośnej decyzji w sprawie, którą każdy ekspert 

prawniczy w kraju uważał za oczywistą. Prawdopodobieństwo, że dopuściła do tego, by ktoś 

miał   wpływ   na   przysięgłych,   a   także   powtarzające   się   plotki   o   problemie   alkoholowym 

pozbawiły ją jakiejkolwiek szansy na awans. Tym razem musiała zadowolić się staniem w 

drugim szeregu i chodziły słuchy, że rozgląda się za pracą w sektorze prywatnym.

Zamyślony Corso widział paparazzich sunących chodnikiem niczym kawałki jedzenia 

połknięte przez pytona. Nagły stukot obcasów odciągnął jego uwagę i sprawił, że spojrzał w 

bok. Na identyfikatorze kobiety, która podeszła do niego, dostrzegł imię i nazwisko - Sunny 

Kerrigan.   Na   kamerze   i   trzymanym   przez   nią   mikrofonie   zobaczył   logo   KING   5   News. 

Widywał ją już przedtem. Była drugorzędną prezenterką programów weekendowych.

- Panie Corso - zaczęła - czy mogę panu zabrać kilka minut? - Kamerzysta zrobił krok 

w jego stronę. Podstawiła mu mikrofon pod usta. Ominął ją i zaczął przechodzić przez ulicę. 

Stukając obcasami, pobiegła za nim niczym piesek.

- Czy to prawda, że jest pan konsultantem oskarżenia i dlatego jako jedyny widz został 

pan wpuszczony na salę rozpraw?

Przyspieszył   i   skręcił   w   lewo.   Był   już   prawie   po   drugiej   stronie   ulicy,   kiedy 

wyprzedziła go i zagrodziła mu drogę.

- Czy może nam pan powiedzieć...

Znów ją ominął i odtrącił kamerę wycelowaną w jego twarz.

-  Ej!  - wykrzyknął  kamerzysta,  usiłując  utrzymać   kamerę  na  ramieniu.  -  To  było 

niepotrzebne.

- Panie Corso... - zaczęła dziennikarka.

Cokolwiek mówiła, jej słowa zostały zagłuszone przez ryk tłumu. Na południowym 

końcu   ulicy   policjanci   rozdzielili   się,   pozwalając   podjechać   pod   gmach   sądu   czarnemu 

lincolnowi town car. Rozległ się trzask migawek. Tłum otoczył samochód, przesuwając się 

wolno wraz z nim w kierunku budynku. Kerrigan posłała mu pełne obrzydzenia spojrzenie. 

Ona i kamerzysta puścili się biegiem przed siebie i zniknęli między ludźmi. Corso odetchnął z 

ulgą.

Ruszył w odwrotnym kierunku niż tłum, wzdłuż szeregu policjantów w hełmach, aż 

wreszcie dostrzegł sierżanta stojącego za barierką. Uniósł laminowany identyfikator. Sierżant 

zbliżył się, wyciągnął rękę i wyszarpnął go z palców Corsa. Popatrzył na plakietkę, a potem 

na Franka.

background image

- W porządku - powiedział po chwili.

Barierka została odsunięta na bok i Corso znalazł się po drugiej stronie.

- Niezłe widowisko - zauważył.

- Gówno tam - odparł sierżant. - Kalifornia powinna sama prać swoje brudy, zamiast 

przysyłać je do nas.

Święte słowa. Wszystko zaczęło się trzy lata temu, kiedy po niewielkim sejsmicznym 

wstrząsie zachodnia ściana świeżo ukończonego szpitala Fairmont w Hayward, w Kalifornii, 

zawaliła się, grzebiąc pod sobą sześćdziesiąt trzy osoby, w tym czterdzieścioro jeden dzieci. 

Późniejsze   śledztwo   wykryło,   że   budynek   wzniesiono   w   sposób   urągający   wszelkim 

przyjętym zasadom, dzięki serii wyłudzeń, fałszerstw i oszustw, włączając w to niezgodny z 

normami   beton,   nieistniejącą   ochronę   przed   trzęsieniami   ziemi   i   sfabrykowane   raporty   z 

inspekcji   budowlanych.   Odkryto   również,   że   wszystkie   poszlaki   wskazują   na   to,   że   za 

budową stoi Nicholas Balagula, były rosyjski gangster, który przez ponad dekadę budował 

kryminalne imperium pod nosem władz Kalifornii. Ponieważ większość finansów na budowę 

szpitala pochodziła ze środków państwowych, uznano, że sprawa podlega jurysdykcji władz 

federalnych i została przydzielona biuru prokuratora federalnego.

-   Powinni   po   prostu   wziąć   tego   Balagulę   i   wpakować   mu   kulkę   między   oczy   - 

powiedział sierżant.

- Zgadzam się.

Kłębiący się teraz czterdzieści metrów dalej tłum wypełnił całą prowadzącą na północ 

alejkę od Szóstej Alei. Tylne światła lincolna zamrugały dwa razy, po czym zgasły, kiedy 

zatrzymał się przy wejściu do budynku. Otworzyły się tylne drzwi samochodu.

Pierwszy wysiadł Bruce Elkins, adwokat Balaguli. W jednej ręce trzymał aluminiową 

teczkę, w drugiej - brązowy płaszcz. Był  to niski, silnie zbudowany mężczyzna, noszący 

garnitury od Armaniego i szyte na miarę koszule po sto dolarów. Dwa razy usiłował już 

zrezygnować z prowadzenia tej sprawy. Sądy jednak, mając na względzie prawo oskarżonego 

do wybranego przez siebie adwokata, grzecznie odmówiły.

Drugi   wysiadł   Michaił   Iwanow,   prawa   ręka   Nicholasa   Balaguli.   Nijaki 

sześćdziesięciotrzylatek z szopą siwych włosów i twarzą bez wyrazu. Przez pięćdziesiąt lat 

Iwanow pomagał Balaguli czerpać zyski z prowadzonej na trzech kontynentach działalności 

przestępczej, zadowalając się ochłapami z jego stołu, podczas gdy szef zgromadził fortunę 

szacowaną   na   setki   milionów   dolarów.   Wierny   jak   pies,   dwukrotnie,   gdy   wymiar 

sprawiedliwości   deptał   Balaguli   po   piętach,   wziął   winę   na   siebie.   Za   pierwszym   razem 

odsiedział siedem lat, za drugim - cztery. Obecnie oficjalnie pracował jako doradca finansowy 

background image

Balaguli.   Informatorzy   Corsa   twierdzili,   że   ostatnio   odkłada   pieniądze   w   zagranicznych 

bankach. Wyglądało na to, że przygotowuje się do przejścia na emeryturę.

Iwanow   rozejrzał   się   dookoła,   a   potem   pochylił   się   i   powiedział   coś   do   osoby 

siedzącej w samochodzie.

Nicholas Balagula wyskoczył z limuzyny jednym susem. Jego ogolona głowa zabłysła 

w świetle dziesiątek lamp błyskowych. Na rozprawę ubrał się ze stosowną skromnością. Miał 

na   sobie   niebieski   garnitur   z   katalogu   Searsa,   nadający   mu   wygląd   przeciętnego 

przedsiębiorcy budowlanego, którym, wedle słów adwokata, miał być. Pozdrowił napierający 

na niego tłum lekkim machnięciem ręki. Przy wtórze okrzyków i trzasku migawek przeszedł 

chodnik i zniknął za drzwiami wiodącymi do sądu. Michaił Iwanow ubezpieczał tyły.

Elkins   podszedł   do   barierek,   by   porozmawiać   z   mediami.   Przez   ostatni   tydzień, 

podczas   wybierania   członków   ławy   przysięgłych,   był   stałym   gościem   wieczornych 

wiadomości. Według niego fakt, że anonimowi członkowie ławy przysięgłych siedzieli za 

pleksiglasowym oknem weneckim, stanowił oczywiste pogwałcenie prawa jego klienta do 

ujrzenia ludzi, którzy będą go sądzić. Postawienie jego klienta po raz trzeci przed sądem 

uważał   natomiast   za   zemstę   pokonanej   i   upokorzonej   prokuratury,   z   którą,   jak   wszyscy 

wiedzieli, zamierzał wygrać po raz trzeci i ostatni.

- Frank! - rozległ się tymczasem kobiecy okrzyk. Corso odwrócił się. Do szeregu 

policjantów zbliżała  się wysoka kobieta. Meg Dougherty.  Jeden aparat wisiał na jej szyi, 

drugi   był   przewieszony   przez   ramię.   Wszystko   miała   czarne:   ubranie,   martensy,   włosy, 

paznokcie,   wszystko   -   skrzyżowanie   Morticii   Adams   i   Betty   Paige,   w   długiej   czarnej 

aksamitnej pelerynie.

- Co za dzicz - powiedziała, krzywiąc się. Zatrzymała się o krok od policjantów. - Czy 

moglibyście,   chłopcy,   odsunąć   się   na   chwilę,   żeby   dziewczyna   mogła   uściskać   się   z 

chłopakiem?

Corso spojrzał na sierżanta, który zacisnął w zamyśleniu usta.

- Ale pani zostaje po drugiej stronie barierki - zastrzegł. Dougherty skinęła głową. 

Sierżant zerknął na tłum, po czym powiedział:

- Zróbcie pani miejsce.

Dwaj policjanci, którzy stali przed nią, odsunęli się na ulicę.

Corso i Dougherty podeszli do barierki i wymienili uścisk, na tyle długi i mocny, że 

oboje   się   zawstydzili   i   odskoczyli   od   siebie   niczym   dwa   magnesy   jednoimienne.   Corso 

otrzepał płaszcz, a ona naciągnęła z powrotem rękawy na tatuaże na swoich rękach.

- Wygląda na to, że między nami jest jakaś bariera - zażartował.

background image

- Zawsze była, Frank.

Uściskali się jeszcze raz i przypomniał sobie jej zapach - wanilia i cynamon. Odsunęli 

się i stali przez chwilę w milczeniu, patrząc na siebie.

- Co słychać? - zapytał.

- Po staremu - odparła. - A u ciebie?

- Nie mam chwili spokoju.

- Widziałam cię któregoś wieczoru w telewizji. Wzruszył ramionami.

- Mam nową agentkę. Naprawdę przebojowa. Pokazała na ulicę.

- Jak dla mnie, za dużo tu ludzi - powiedziała. - Nigdy nie lubiłam fotografować, gdy 

czułam na sobie czyjś oddech.

- Nad czym pracujesz? - zapytał Corso.

- Nad tym, co zwykle. Chałturzę to tu, to tam. Usiłuję skompletować materiały na 

nową wystawę. - Uśmiechnęła się pod nosem. - Cały czas mam nadzieję, że wpadnę na trop 

jakiejś wielkiej afery, która mnie wywinduje na sam szczyt i uczyni taką sławą jak Frank 

Corso.

Otworzył   usta,   żeby   zaprotestować,   ale   nim   zdążył   to   zrobić,   zapytała:-   Czytałeś 

dzisiejsze gazety? Potrząsnął głową. Popatrzyła na zegarek.

- Więc nie wiesz, co znaleziono zakopane u podstawy mostu?

- Co takiego?

- Pikapa.

- Brakowało mi ciebie - powiedział ni z tego, ni z owego.

Przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę i popatrzyła na stalowe niebo. Bruce Elkins 

porzucił tłum i z uśmiechem podążał do środka budynku.

- Mnie ciebie też - wyznała w końcu.

- Często o tobie myślę. Może byśmy...

- Nie - przerwała mu. - Już to uzgodniliśmy... pamiętasz?

- Z tego, co pamiętam, to raczej ty to uzgodniłaś.

- Wszystko jedno - skwitowała. Corso zacisnął usta i odwrócił się. Skrzywiła się i 

położyła rękę na jego ramieniu.

-   Przepraszam,   nie   chciałam,   żeby   zabrzmiało   to   tak   obcesowo.   -   Kiedy   nie 

zareagował, podeszła bliżej i zniżyła  głos. - Nie wytrzymałam tego wszystkiego. Miałam 

uczucie, jakbym waliła głową w mur.

Odwrócił się i popatrzył na dziewczynę.

- Przynajmniej się nie nudziłaś.

background image

- Ale za to strasznie się męczyłam. Cały czas miałam wrażenie, że jestem na zewnątrz, 

że nie dopuszczasz mnie do siebie. - Machnęła ręką. - Jesteś jak kamień. Ja się dzieliłam całą 

sobą. - Machnęła raz jeszcze. - Chętnie... I z rozkoszą... Tyle że siedem miesięcy później 

wiedziałam o tobie tyle samo co w chwili, kiedy się poznaliśmy.

Zbliżyła się do niego i przyłożyła dłonie do jego twarzy.

- Poza tym...

Policjant po prawej stronie Corsa odwrócił się, jakby zawstydzony, że jest świadkiem 

tak intymnej sceny. Frank odchrząknął.

- Może pójdziemy na kolację? - zaproponował. - Bez zobowiązań. Powspominać stare 

dobre czasy i w ogóle.

- Poza tym - powtórzyła, tym razem głośniej - mam chłopaka. Minął już ponad rok, 

Frank.

Jasne oczy Corsa zabłysły.

- Ludzie łączą się w pary. Tak właśnie się dzieje na Ziemi. To dzięki temu ta planeta 

pozostaje zaludniona.

- Przecież nic nie mówię - zaprotestował. - Powiedziałem choć słowo?

-   Nie   musiałeś.   Wpadłby   w   szał,   gdybym   poszła   na   tę   kolację   bez   niego. 

Opowiedziałam mu o tobie wszystko.

Prychnął.

- Już ja cię znam. Grasz mu na nosie moim statusem sławnego pisarza, prawda?

Roześmiała się.

- Tylko wtedy, gdy naprawdę na to zasłuży. Przeczytał wszystkie twoje książki. Jego 

zdaniem jesteś niezgorszym stylistą.

Corso uśmiechnął się z wyższością.

-  Jest   strasznie   o   ciebie   zazdrosny,   ale   równocześnie   naprawdę   chce   poznać   tego 

sławnego pisarza, z którym kręciłam. - Poklepała Franka po ramieniu. - Sam wiesz najlepiej, 

jak dziecinni są faceci.

- Jasne... Weź go ze sobą. Zakumplujemy się.

- Polubisz go.

- Na pewno nie, ale i tak go zabiłem.

Ponownie się roześmiała tym swoim niskim śmiechem i dźgnęła go w pierś długim, 

polakierowanym na czarno paznokciem.

- Tak tylko sobie gadasz czy naprawdę chcesz się spotkać?

Żeby ułatwić mu podjęcie decyzji, wyjęła z kieszeni peleryny mały,  oprawiony w 

background image

czarną skórę notes. Z wyrazem zdecydowania na twarzy uniosła w oczekiwaniu ołówek.

Corso ciężko westchnął.

- Może spotkamy się w sobotę wieczorem w „Coastal Kitchen”? - zaproponował. - 

Powiedzmy o siódmej.

Zapisała to zamaszyście w swoim notesie, po czym spojrzała w górę.

- Masz być miły.

- Nie martw się. Będę sympatyczny dla twojego chłopaka.

- Też możesz kogoś przyprowadzić. Może dzięki temu... Przerwała, widząc, że Frank 

kręci głową. Westchnęła.

- Wróciłeś do pustelniczego trybu życia, co? Wzruszył ramionami.

- Znasz mnie. Jestem związkoodporny.

- Może byłoby inaczej, gdybyś nie nienawidził wszystkich.

- Wcale nie... - zaczął.

- Tere-fere - przerwała mu Dougherty. - Myślę, że cię przejrzałam.

Sunny Kerrigan i jej kamerzysta prowadzili tłum dziennikarzy w ich kierunku.

- Cholera - wymamrotał Corso.

Dougherty odsunęła się od barierki. Policjanci zwarli szereg. Stanęła na palcach i 

krzyknęła ponad ich głowami:

- Sobota! O siódmej!

Skinął głową i odwrócił się. Słyszał Kerrigan mówiącą do mikrofonu:

- Tu Sunny Kerrigan, KING Five News, na żywo sprzed gmachu sądu, gdzie pisarz-

samotnik Frank Corso...

Naciągnął płaszcz na głowę i zgarbił się, ruszając ulicą. Tego wieczoru wiadomości 

wieczorne pokażą bezgłową postać w czarnym płaszczu otwierającą drzwi budynku sądu i 

znikającą w środku.

3

Wtorek, 17 października, godzina 10.05

Renee   Rogers   zamrugała,   patrząc   na   schody  akurat   w   chwili,   gdy   Corso   pokonał 

ostatnie trzy stopnie i znalazł  się na półpiętrze. Doszła do wniosku, że w rzeczywistości 

wygląda lepiej niż w telewizji - ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, około czterdziestki, w 

czarnej   jedwabnej   koszuli  i   dżinsach  pod  kaszmirowym  płaszczem   za  jakieś  trzy  tysiące 

dolarów.   Człowiek   kontrastów,   pomyślała,   gdy   szedł   po   marmurowej   posadzce   w   jej 

kierunku. Prawdopodobnie właśnie to wpędzało go w przeszłości w tak wiele kłopotów.

background image

Szedł pewnym krokiem. Coś w jego sposobie poruszania się sugerowało, że nie dba o 

to, co o nim myślą ludzie. Zastanawiała się, co ukrywa za tą pozą.

Przystanął przed nią. Wyciągnął rękę i powiedział:

- Frank Corso.Wymienili uściski rąk. Była zaskoczona, jak szorstka i duża jest jego 

dłoń.

- Renee Rogers - przedstawiła się.

Za nim widziała Kleina i Butlera wychodzących razem z męskiej toalety. Wąskie oczy 

głównego oskarżyciela rozszerzyły się na chwilę na widok Corsa. Poprawił kamizelkę i ruszył 

szybko w ich kierunku.

Renee Rogers doskonale wiedziała, co zaraz nastąpi. Klein wściekł się na wiadomość, 

że uczyniono wyjątek od zasady i Frank Corso otrzymał prawo wstępu na salę rozpraw. I 

chociaż szybka reprymenda od samej prokurator generalnej zamknęła mu usta, nie uśmierzyła 

jego gniewu.

Chwycił Corsa za prawy łokieć. Frank ponownie wyciągnął rękę. Klein nawet na nią 

nie   spojrzał.   Wszedł   pomiędzy   niego   a   Rogers.   Jako   mężczyzna   niższy   od   niego   o 

dwadzieścia centymetrów musiał zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy.

- Nie wiem, za jakie sznurki musiał pociągnąć pana wydawca, żeby załatwić panu 

pozwolenie na udział w procesie, ale jakiekolwiek one są, nic dla mnie nie znaczą.

- Chodził do college’u z prokurator generalną - wyjaśnił Corso.

- No tak, goście z Ivy League wspierają się nawzajem, prawda?

- Sam pan powinien wiedzieć najlepiej - odparł Frank. Klein zaczerwienił się.

-   Chodziłem   do   Yale   tylko   dzięki   stypendium.   Nie   miałem   bogatych   rodziców 

płacących za mnie rachunki. Zmywałem talerze i zamiatałem podłogi.

- No cóż, dzięki temu będzie pan miał do czego wrócić, jeśli przegra pan tę sprawę.

Klein uśmiechnął się z wyższością.

-   Niemożliwe,   mądralo.   Nie   dopuszczę   do   tego,   żeby   pan   czy   ktokolwiek   inny 

przeszkodził   mi   we   wsadzeniu   Balaguli   za   kratki.   To,   że   przez   indolencję   niektórych 

zgromadzonych tu osób ośmieszał do tej pory system sprawiedliwości, nie oznacza jeszcze, 

że ja również mu na to pozwolę.

Patrząc ponad ramieniem Kleina, Corso widział twarz Renee Rogers blednącą pod 

wpływem tych słów. Raymond Butler ze wzrokiem wlepionym w posadzkę poprawiał krawat.

-   Jedyną   rzeczą,   która   uszczęśliwiłaby   mnie   bardziej   niż   zobaczenie   Balaguli   w 

więzieniu, byłoby ujrzenie go na krześle elektrycznym, na które, z tego, co wiem, już dawno 

sobie zasłużył - powiedział Corso.

background image

Klein uśmiechnął się przebiegle.

-   W   takim   razie   zarezerwuję   panu   miejsce   w   pierwszym   rzędzie.   -   Palcem 

wskazującym postukał go w pierś. - Ale niech pan nie liczy na nic więcej.

Frank wyjął ręce z kieszeni.

- Niczego więcej nie pragnę - oświadczył.

Renee Rogers czuła napięcie w powietrzu. Klein wyciągnął ponownie rękę.

- Nie rób tego - powiedział cicho Corso.

Klein zatrzymał palec jakieś dwa centymentry od piersi Franka. Zmrużył oczy, patrząc 

do góry.

- Grozisz mi? - zapytał.

- Ależ gdzieżbym śmiał! - odparł Corso. - Ja tylko dałem wyraz gorącemu pragnieniu, 

żebyś mnie nie dotykał. - Uśmiechnął się. - W końcu nie wiadomo, gdzie ten palec przedtem 

tkwił.

Raymond Butler zakrył ręką usta i odwrócił się. Renee Rogers nie kryła rozbawienia. 

Warren Klein popatrzył na nich, skinął głową, zupełnie jakby potwierdziło się coś, co już od 

dawna  podejrzewał,  po czym   odwrócił   się na  pięcie  i  odszedł.  Butler  uśmiechnął  się  do 

Rogers i ruszył za nim.

- Proszę się nie przejmować Warrenem - powiedziała Renee Rogers. - Jest trochę 

podenerwowany. Jego chwila chwały w końcu nadeszła. Nie do końca wie, co z tym fantem 

zrobić.

- Mam nadzieję, że nie myli się co do tej sprawy - odparł Corso.

-  Spokojna  głowa, trzyma  Balagulę   za  jaja.  Jego człowiek   znalazł   świadka,  który 

zezna   przed   sądem,   że   Balagula   świadomie   stosował   beton   o   obniżonej   jakości   i   kazał 

sfałszować próbki rdzeniowe.

Corso gwizdnął cicho.

- Szkoda, że poprzednim razem nie udało się pani dotrzeć do tego gościa.

Przewróciła oczami.

- Ten facet był jednym z podejrzanych. Ray przesłuchiwał go kilka razy. Twierdził, że 

Harmon i Swanson go wrabiają. - Machnęła z rozdrażnieniem ręką. - I, oczywiście, kiedy 

chcieliśmy to zweryfikować, zniknęli.

- A potem, ni z tego, ni z owego...

- Klein wysyła  kogoś po moich śladach i niespodziewanie ten kmiot oznajmia, że 

Balagula uczestniczył w spotkaniu, na którym omawiano przekręt z próbkami rdzeniowymi.

- Skąd nagle taka zmiana zeznań?

background image

- Twierdzi, że myśl o zabitych dzieciach spędzała mu sen z powiek. Że nie odzyska 

spokoju, jeśli nie wyzna prawdy. - Usłyszała gorycz w swoim głosie i przerwała. Zacisnęła 

szczęki.

- Najwidoczniej Klein ma więcej szczęścia niż rozumu - ocenił Corso.

Skrzywiła się.

- To naprawdę nie ma znaczenia. Balagula już raz przekupił jednego z przysięgłych. - 

Uniosła brwi. - Jak pan zapewne doskonale wie.

- Ja też czasami mam więcej szczęścia niż rozumu - przyznał Corso.

Popatrzyła mu w oczy.

- To, co pan ma, panie Corso, to bardzo dobre źródła informacji.

- Co pani powie? - zdziwił się obłudnie, uśmiechając się pod nosem.

- To nie jest śmieszne. Wcale mi się nie podoba, że facet, który pisuje kryminały, 

potrafi zdobyć lepsze i dokładniejsze informacje niż biuro prokuratora generalnego.

- Nie pisuję kryminałów, tylko literaturę faktu - sprostował.

-   Nigdy   nie   zapomnę   dnia,   kiedy   sekretarka   dała   mi   numer   „Time’a”   z   pana 

artykułem.   Gdybym   miała  pistolet   i  wiedziała,   gdzie  pana   znaleźć,  siedziałabym  teraz   w 

więzieniu.

Rozwścieczony   tym,   że   ława   przysięgłych   nie   zdołała   uzgodnić   werdyktu,   Corso 

postanowił odkryć, w jaki sposób namierzono czternastu anonimowych obywateli, a potem 

prawdopodobnie zastraszono lub przekupiono jednego z nich. Tych czternaście osób wybrano 

spośród   ponad   pięciu   tysięcy   wyborców   z   hrabstwa   King.   Kandydaci   na   członków   ławy 

przysięgłych byli przesłuchiwani zza parawanu. Nie dopuszczono do zadawania pytań, które 

mogłyby pomóc ustalić ich tożsamość. Nawet prokuratorzy i obrońcy nie znali nazwisk tych, 

których   wybrano.   Dwunastu   przysięgłych   i   dwóch   rezerwowych   zostało   natychmiast 

ulokowanych w hotelu w centrum miasta pod najściślejszą ochroną, jaką tylko można sobie 

wyobrazić, a i tak Balaguli udało się do jednego z nich dotrzeć. Pytanie tylko, w jaki sposób.

Kilka   tygodni  po   zakończeniu   procesu,   podczas   przeglądania   protokołów,   Corso 

odkrył,   kiedy   Balagula   dostał   w   swoje   łapy   listę   przysięgłych.   Dokładnie   pod   koniec 

pierwszego tygodnia wszystko raptownie się zmieniło. Elkins z dnia na dzień zmienił linię 

obrony, rezygnując z agresywnych prób zdyskredytowania świadków na rzecz strategii grania 

na   zwłokę.   Zasypywał   sąd   coraz   wymyślniejszymi   wnioskami.   Twierdził,   że   jest   chory. 

Twierdził, że Balagula jest chory. W sumie udało mu się przedłużyć proces o jakieś trzy 

tygodnie. W takim czasie każda obrona może dokonać cudów.

Ludzie   Balaguli   nie   próżnowali.   Zanieśli   listę   z   pięcioma   tysiącami   nazwisk   do 

background image

Berkley Marketing, podrzędnej firmy telemarketingowej mieszczącej się w przeciekającym 

magazynie w południowej części Seattle. Zapłacili jej za to, żeby zadzwoniła do każdej osoby 

z listy. Zaledwie trzech dni pracownicy Berkley Marketing potrzebowali, by zawęzić listę do 

trzydziestu trzech osób, których miejsca pobytu z takich czy innych powodów nie można było 

ustalić.

Następnie   wysłali   nazwiska   tych   trzydziestu   trzech   osób   do   Allied   Investigations, 

olbrzymiej   ogólnokrajowej   agencji   ochrony,   która   po   tygodniu   poszukiwań   zredukowała 

liczbę osób do szesnastu.

Potem   sprawę   przekazano   firmie   Henderson,   Bates   &   May,   kancelarii   prawniczej 

specjalizującej się w ustalaniu profili przysięgłych. Znani psycholodzy zaczęli szukać wśród 

nich   słabych   osobowości.   W   tym   samym   czasie   ludzie   Balaguli   zbadali   ich   kondycję 

finansową poprzez bank hipoteczny Fresno Guarantee Trust. Wszystko to robili w nadziei na 

znalezienie słabego ogniwa. I najwyraźniej udało im się tego dokonać.

Bez trudu można  było  wyśledzić  ich poczynania,  ponieważ  na żadnym  etapie  nie 

złamali prawa i, przynajmniej na początku, działali wspólnie. Kiedy federalni ich przycisnęli, 

pracownicy   Berkley   Marketing   i   Allied   Investigations   wyznali,   że   o   niczym   nie   wiedzą, 

ponieważ zlecenia przyszły faksem, a pieniądze pocztą. Tym samym jedynym potencjalnym 

źródłem   informacji   pozostała   kancelaria   Henderson,   Bates   &   May.   Niestety,   kiedy   biuro 

prokuratora generalnego zażądało profili członków ławy przysięgłych, kancelaria odmówiła, 

zasłaniając się ochroną tajemnicy zawodowej w relacjach pomiędzy prawnikiem a klientem. 

Sąd przyznał jej rację.

- Czy w ogóle odkryliście, skąd wyciekła lista kandydatów na przysięgłych? - zapytał 

Corso.

Skrzywiła się.

- Ray jest pewien, że z sekretariatu sądu, ale nie możemy tego udowodnić.

- Co powstrzyma ich przed zrobieniem tego jeszcze raz?

- Zupełnie  nic. Możemy tylko  powiększać  liczbę  kandydatów  na przysięgłych  tak 

bardzo, jak to tylko możliwe, dbać o ich anonimowość i izolować ich od Balaguli. Wobec 

wycieków z urzędów stanu czy hrabstwa jesteśmy bezradni.

- Dobrze by było uporać się z tym jak najszybciej - powiedział Corso.

-   Taki   jest   właśnie   plan   Warrena.   -   Machnęła   lekceważąco   ręką.   -   To   dlatego 

wnieśliśmy pojedynczy akt oskarżenia. Tylko Fairmont. Morderstwo drugiego stopnia.

- Ryzykowne.

- I niezbyt popularne - dodała. - Mieszkańcy hrabstwa Alameda pragną krwi.

background image

- A jeśli znowu się wywinie?

- Wtedy nic mu już nie zrobimy. Nie ma możliwości, żebyśmy oskarżyli go ponownie. 

Jeśli tym razem go nie dorwiemy, nie dorwiemy go nigdy.

- A jeśli go dorwiecie?

- Dostanie dożywocie i wszyscy będą szczęśliwi.

- Rogers! - zawołał Klein z drugiego końca holu. Postukał paznokciem o  cyferblat 

zegarka.

- Lubi stukać w różne rzeczy - zauważył Corso. Uśmiechnęła się.

-   Muszę   już   lecieć.   Miło   było   poznać,   panie   Corso.   Frank   zapewnił   ją,   że   cała 

przyjemność po jego stronie.

Odchodząc, czuła na sobie jego wzrok.

4

Wtorek, 17 października, godzina 15.41

- Wysoki Sądzie, muszę po raz kolejny złożyć sprzeciw.

- To za to w końcu panu płacą, panie Elkins. Sprzeciw oddalony.

Bruce Elkins rozłożył ręce, po czym opuścił je, pozwalając dłoniom uderzyć o boki w 

wyrazie pełnej obrzydzenia rezygnacji.

-   Nie   wiem,   jak   zdołamy   przebrnąć   przez   to   postępowanie,   skoro   panu   Balaguli 

odmawia   się   jego   najbardziej   podstawowych...   najbardziej   fundamentalnych... 

konstytucyjnych praw.

- Jakie konkretnie prawa ma pan na myśli?

- Prawo do stanięcia twarzą w twarz z ludźmi, którzy będą go oskarżać. Prawo do 

kontaktu wzrokowego ze wszystkimi, którzy zadecydują o jego losie.

Sędzia Fulton Howell machnął młotkiem.

-   Jak   pan   doskonale   wie,   panie   Elkins,   sąd   apelacyjny   nie   zgodził   się   z   panem. 

Przyjęto zasadę, że okoliczności tego procesu uzasadniają podjęcie nadzwyczajnych środków 

dla zapewnienia uczciwości postępowania sądowego. Ta kwestia nie podlega dyskusji. Proszę 

przejść dalej.

- Z całym szacunkiem, Wysoki Sądzie... Sędzia machnął tylko ręką.

-   Po   raz   kolejny   dzisiaj  wypada   mi   podkreślić,   że   sąd   nie   przyłoży   ręki   do 

jakichkolwiek   niepotrzebnych   opóźnień.   Albo   przejdzie   pan   do   meritum,   albo   wyznaczę 

innego obrońcę do reprezentowania pańskiego klienta.

Elkinsowi  całe  trzy godziny zajęło  udowadnianie,   że  każda  część  aktu  oskarżenia 

background image

stanowiła, w taki czy inny sposób, naruszenie praw jego klienta. Poszukując błędów, które 

mogłyby doprowadzić do unieważnienia procesu, próbował zmusić sędziego do przyjęcia jak 

największej liczby wniosków, by sąd wyższej instancji nie zgodził się przynajmniej z jednym 

z jego postanowień, co mogło przygotować grunt pod apelację.

Trzeba przyznać, że Elkins znał się na swoim fachu. Każdą odmowną decyzję sądu 

przyjmował z wyrazem głębokiego rozczarowania na twarzy jak dziecko, które w święta nie 

znajduje pod  choinką  żadnej   paczki  ze  swoim  imieniem  i  próbuje być  dzielne.   Wiedział 

doskonale, że chociaż  przysięgli  są oddzieleni od niego plastikową szybą, i tak w końcu 

zaczną mu współczuć.

Nicholas Balagula obserwował to wszystko z obojętną miną. W tanim garniturze i z 

timeksem na ręku siedział, pijąc wodę ze szklanki, która co jakiś czas była  napełniana z 

plastikowego dzbanka stojącego na stole.

- Proszę kontynuować, panie Elkins - powiedział sędzia.

Elkins wrócił do swojego stanowiska i wyciągnął dokument z jednej z brązowych 

teczek, które leżały na stole. Uniósł kartkę papieru na wysokość ramienia, trzymając ją za róg, 

jakby się bał, że się czymś zarazi.

- Z pewnością, Wysoki Sądzie, zgodzimy się wszyscy, że czynione w ostatniej chwili 

uzupełnienia listy świadków szkodzą interesom obrony. - Wyraz twarzy sędziego Fultona 

Howella   wskazywał   na   to,   że   wcale   się   z   tym   nie   zgadza.   Niezrażony   Elkins   pomachał 

dokumentem  i  zaczął  się  zbliżać  do  ławy przysięgłych.   - Po  dwóch  nieudanych   próbach 

udowodnienia   mojemu   klientowi   choćby   zwykłego   wykroczenia,   po   blisko   trzech   latach 

sporu sądowego i trwonienia niezliczonych milionów państwowych funduszy - odwrócił się 

szybko, wymachując dokumentem w stronę oskarżycieli - ci ludzie próbują nam wmówić, że 

nagle znaleźli człowieka, którego zeznanie jest na tyle ważne, że usprawiedliwia dodanie go 

w ostatniej chwili do listy świadków. Na tyle wstrząsające, że usprawiedliwia to rażący brak 

poszanowania dla najbardziej podstawowych zasad postępowania sądowego.

W tym momencie Klein zerwał się na równe nogi.

- Wysoki Sądzie... - zaczął. Elkins uniósł głos, ciągnąc:

- Zupełnie jakby niesprawiedliwe i niesłuszne oskarżenie pana Balaguli nie stanowiło 

już wystarczającej parodii...

- Dosyć, panie Elkins - usiłował mu przerwać sędzia.

-  Zupełnie jakby szkody emocjonalne i widmo finansowej katastrofy, które zawisło 

nad całą rodziną pana Balaguli, nie były hańbą dla naszego systemu sprawiedliwości...

-   Wysoki   Sądzie!   -   zaprotestował   ponownie   Klein.   Obwisłe   policzki   sędziego 

background image

zatrzęsły się, gdy uderzył trzy razy młotkiem.

- Naprawdę wystarczy, panie Elkins - powiedział. Adwokat wyglądał na skruszonego. 

Wymanikiurowanymi paznokciami trącił dokument.

- Wiktor Lebow jest niezadowolonym pracownikiem, Wysoki Sądzie. Człowiekiem 

żywiącym urazę do mojego klienta. Człowiekiem, który chce wyrównać rachunki.

- Uniósł rękę i wycelował palcem w przysięgłych. - Człowiekiem, który spędziłby 

niemało czasu w więzieniu federalnym, gdyby nie to, że... - Dla lepszego efektu zawiesił głos. 

Wydawał się pełen świętego oburzenia.

- Wysoki Sądzie - włączył się po raz kolejny Klein.

- ...gdyby nie to, że ci ludzie zgodzili się, żeby pan Lebow nie poszedł do więzienia w 

zamian za zeznania przeciwko panu Balaguli.

Twarz Kleina stała się czerwona.

- Za pozwoleniem... - zaczął.

- Pan Lebow jest człowiekiem, któremu... - Elkins podszedł do barierki i stanął przed 

niewidocznymi   przysięgłymi  -   ...któremu   obiecano   korzyści   za   złożenie   zeznań.   Sędzia 

Fulton Howell pochylił się w fotelu, opierając  przedramiona na stole. Westchnął ciężko i 

machnął młotkiem w kierunku ławy przysięgłych.

- Przysięgli nie wezmą  pod uwagę wybuchu  pana Elkinsa. - Wstał i popatrzył  ze 

smutkiem na zegarek, po czym wycelował młotkiem w głównego oskarżyciela i adwokata. - 

Panie   Elkins,   panie   Klein   -   zapraszam   do   siebie.   -   Raz   jeszcze   spojrzał   na   zegarek   i 

westchnął. - Odraczam rozprawę do godziny dziesiątej, jutro rano. - Uderzył młotkiem.

Corso patrzył, jak Klein i Elkins wychodzą za sędzią z sali rozpraw. Raymond Butler 

wyjął z kieszeni telefon komórkowy i podszedł do ściany. Renee Rogers zaczęła porządkować 

dokumenty i wkładać je z powrotem do właściwych teczek. Kiedy obrócił głowę w drugą 

stronę, ujrzał Nicholasa Balagulę i Michaiła Iwanowa szepczących do siebie i bacznie mu się 

przyglądających.

* * *

- Nic dziwnego, że ludzie wierzą w Boga - powiedział Nicholas Balagula. Rozejrzał 

się po sali rozpraw z ledwie skrywaną pogardą. - Jak inaczej, jeśli nie boską interwencją, 

można wytłumaczyć to, że tacy głupcy jak ci tutaj tak doskonale się mają?

Michaił Iwanow pochylił się do niego, mając nadzieję, że jego bliskość sprawi, że 

Balagula ściszy głos. Mylił się jednak.

- Jak inaczej wytłumaczyć ten idiotyczny system prawny? - Balagula machnął ręką z 

gniewem. - Dobry dla dzieci i głupców. Karze tylko tych, którzy są na tyle głupi, żeby zdać 

background image

się na jego łaskę i niełaskę.

- Mają więcej ludzi w więzieniach niż reszta świata razem wzięta - przypomniał mu 

Iwanow. Czuł, że przysięgli im się przypatrują.

- Mają w więzieniach kolorowych i biedaków. - Balagula potrząsnął swoją wielką 

głową, jakby w niedowierzaniu.

- W Rosji zamykamy ludzi za politykę. Tutaj zamykają cię za pochodzenie. - Spojrzał 

Iwanowowi w oczy. - Marks miał rację.

Rozpaczliwie   pragnąc   zmienić   temat,   Iwanow   skinął   głową   w   kierunku   drugiego 

końca sali.

-   A   oto   i   nasz   pan   Corso.   -   Mało   który   temat   powodował   tak   natychmiastowe 

przyciągnięcie   uwagi   Nica,   jak   samo   wspomnienie   o   Franku   Corso.   Mimo   gniewnych 

doniesień   mediów   Nico   rzadko   wściekał   się   na   burze   wywoływane   przez   dziennikarzy. 

Nazywał   ich   „psami   kapitalizmu”   i   nie   czytał   gazet   ani   nie   oglądał   wiadomości.   Corso 

stanowił wyjątek od tej reguły. Nico natychmiast chciał zapoznać się ze wszystkim, co o nim 

napisał.

- Wygląda jak jakiś... jakiś hipis.

- Nie daj się nabrać, Nico - wyszeptał Michaił Iwanow.

- To bardzo niebezpieczny człowiek.

Nicholas Balagula wykrzywił swoje grube gumowate usta.

- A my to niby co?

Iwanow westchnął. Ostatnio Nico uważał się za niezwyciężonego. Zupełnie jakby dwa 

z trudem wygrane procesy gwarantowały mu nietykalność.

- Nie o to chodzi, i dobrze o tym wiesz - powiedział.

- Po co niepotrzebnie drażnić niedźwiedzia?

- Od lat depcze nam po piętach. Nęka nas. Wszystkimi tymi artykułami i książkami. 

Chcę po prostu wyrobić sobie opinię o nim. - Zgarbił się i rozłożył wielkie ręce. - Trochę 

pogawędzić. To wszystko.

- Taka pogawędka może być niebezpieczna. Nicholas Balagula roześmiał się.

- Gdybym uważał to za niebezpieczne, Michaił, wysłałbym Gerarda i Ramona. Wtedy 

nasz wścibski Frank Corso przekonałby się na własnej skórze, co to jest niebezpieczeństwo.

Iwanow otworzył usta, by wyrazić swoje wątpliwości, było już jednak za późno. Nico 

zdążył   wstać   i   wyjść   zza   stołu.   Ruszył   przez   cichą   salę   rozpraw.   Ręce   zwisały   po   jego 

bokach, kiedy szedł do samotnego widza po drugiej stronie sali.

Zachowując kamienną twarz, Iwanow zaczął iść w tym samym kierunku, przysięgając, 

background image

że   kiedy   to   wszystko   się   skończy   i   obaj   zostaną   oczyszczeni   z   zarzutów,   przejdzie   na 

emeryturę i zaszyje się w swojej willi w Nicei. Może weźmie sobie kochankę. Na przykład 

jakąś kobietę z dziećmi, z których będzie miał pociechę na stare lata.

Stojący po drugiej stronie sali Raymond Butler przestał rozmawiać i przycisnął telefon 

mocno do piersi. Renee Rogers stała nieruchomo jak skała, kiedy Nicholas Balagula przeszedł 

obok stanowiska oskarżenia, a potem zaczął podchodzić do barierki... prosto do Corsa.

Zatrzymał się niecałe dwa metry od krzesła, na którym siedział Frank.

- Pan Frank Corso, jak mniemam? - zapytał.

Corso wolno wstał. Był jakieś dziesięć centymetrów wyższy od Balaguli, ale ważył od 

niego co najmniej dwadzieścia kilogramów mniej.

- Tak - odparł. - Dobrze pan mniema.

- Zrobił pan sobie ze mnie niezłe hobby.

- Akurat w tym wypadku traktuję to jak pracę.

Dwaj pomocnicy sądowi, którzy stali po obu stronach stołu sędziowskiego, zaczęli iść 

w ich kierunku.

- Jestem tylko biednym emigrantem w pana kraju. Mam...

Corso przerwał mu.

- Najpierw był pan sukinsynem w swoim kraju, teraz jest pan sukinsynem w moim.

Balagula naparł udami na barierkę i pochylił się do Corsa.

- Z lepszych od ciebie mężczyzn robiłem kobiety - powiedział.

Corso uśmiechnął się i pochylił do niego.

- I pewnie jeszcze po wszystkim przysyłali ci kwiaty. Zgadza się?

- Powinieneś nauczyć się pilnować swoich spraw.

- Tak jak te dzieci w Fairmont Hospital?

Michaił Iwanow wszedł pomiędzy mężczyzn. Odepchnął Balagulę do tyłu.

- Samochód czeka - oznajmił. - Musimy iść. Balagula nie odrywał wzroku od Corsa. 

Pomocnicy sądowi weszli pomiędzy nich.

- Jeszcze się spotkamy, panie Corso. Jestem tego pewien.

- Chyba  w piekle - odrzekł Frank, podczas gdy Iwanow ciągnął swojego szefa w 

kierunku drzwi. Nikt się nie poruszył, dopóki drzwi się za nimi nie zamknęły.

Potężne westchnienie Renee Rogers przeniosło uwagę Corsa na kobietę.

- Ma pan podejście do ludzi, bez dwóch zdań - rzekła, zamykając aktówkę. Popatrzyła 

na Raya Butlera dalej rozmawiającego przez telefon, jakby nieświadomego konfrontacji, do 

której przed chwilą doszło. - Po dwudziestu kilku latach małżeństwa Ray i jego żona Junie 

background image

właśnie kupili swój pierwszy dom. W Bethesda. Znów są jak nastolatki.

- To musi być miłe - zauważył Corso z roztargnieniem. Skinęła głową na pomocników 

sądowych.

- Panowie zgodzili się eskortować mnie na parking podziemny. Mam nadzieję, że uda 

mi się dzięki temu uniknąć spotkania z dziennikarzami. Ma pan ochotę się przyłączyć?

Corso wpatrzył się w drzwi.

- Jasne - odparł, nie odwracając od nich oczu.

Po   drugiej   stronie   drzwi   Nicholas   Balagula   odwrócił   się   w   kierunku   Corsa   i 

oskarżycieli. Był bardziej czerwony na twarzy niż zwykle. Iwanow pomyślał, że spotkanie z 

Corsem pozostawiło jego towarzysza z uczuciem niedosytu. Miał pewne podejrzenia co do 

tego, co za chwilę nastąpi.

- Dziś w nocy - powiedział tylko Balagula.

- Musiałbym zamówić kogoś innego - odparł Iwanow.

- Dlaczego?

- Nasz stały dostawca odmówił dalszej współpracy.

- Z pewnością znajdą się inni.

- Nie podobało mu się to, w jakim stanie znajdował się zwrócony przez nas towar.

- Dostawców nie brakuje. Iwanow wzruszył ramionami.

- Nie byłbym tego taki pewien. Niełatwo zaspokoić twoje wymagania.

- Dziś w nocy - powtórzył Nicholas Balagula.

5

Wtorek, 17 października, godzina 16.09

Zdjęła   oliwkę   z   czerwonego   plastikowego   szpikulca,   włożyła   ją   do   ust   i   wolno 

przeżuła.

- Ciekawa jestem, co takiego  w losach Nicholasa Balaguli przyciągnęło  tak twoją 

uwagę - powiedziała, kiedy skończyła jeść.

- Co masz na myśli?

Siedzieli po przeciwnych stronach zniszczonego dębowego stołu, cztery przecznice na 

zachód od budynku sądu. Dwadzieścia lat temu restauracja „U Vita” stanowiła ulubiony lokal 

seattle’owskich   grubych   ryb.   Obecnie   była   jeszcze   jedną   ruderą   czekającą   na   zburzenie. 

Seattle przełomu wieków. Jeśli coś nie jest efektowne, musi zniknąć.

Renee Rogers przełknęła ostatni łyk swojego drugiego martini Bombay Sapphire, po 

czym wytarła wydatne usta serwetką.

background image

- Siedzisz tę sprawę od samego początku. - Zjadła drugą oliwkę i dała znak kelnerowi, 

by przyniósł jej jeszcze jednego drinka. - Pamiętam, że siedziałeś w pierwszym rzędzie na 

balkonie podczas procesu w San Francisco. Widziałam cię tam codziennie i zastanawiałam 

się, kim jesteś.

- Balagula łamie moje poczucie naturalnego porządku rzeczy.

- W jaki sposób? Corso zamyślił się.

- Myślę, że do pewnego stopnia wierzę w coś tak oklepanego jak wyrównywanie 

rachunków.   Jeśli   się   przesadzi   i   zakłóci   naturalny   bieg   rzeczy,   trzeba   się   liczyć   z 

konsekwencjami.

- Poczucie sprawiedliwości?

-   Coś   bardziej   naturalnego.   Może   bardziej   jak   rzeka.   Jeden   z   tych   rdzawych 

strumyków, w których pływa tak dużo toksyn, że w końcu zajmują się ogniem. Wszystko, co 

trzeba   zrobić,  to  powstrzymać  dalsze   zanieczyszczanie,   a  po paru  latach   rzeka  stanie  się 

znowu rzeką. Po dotyku Balaguli nic już nie jest takie samo. Zupełnie jakby rozprzestrzeniał 

jakąś zarazę. - Skrzywił się. - To brzmi głupio, kiedy o tym mówię.

- Rozumiem - powiedziała. - Znam ten typ ludzi. Spędziłam ostatnie siedemnaście lat 

na umieszczaniu takich jak on za kratkami.

- Nie takich jak on. Większość ludzi zabija dlatego, że nie mają innego wyjścia, pod 

wpływem wzburzenia albo dlatego, że pałają żądzą mordu. Balagula podniósł morderstwo do 

rangi strategii biznesowej. I to już na samym początku, kiedy jeszcze grał o niskie stawki.

- Od dnia swojego przyjazdu tutaj.

- Od czasu, kiedy pojawił się na Brighton Beach piętnaście lat temu, twierdząc, że 

prowadzi skup kosztowności. Następna rzecz, o jakiej wiemy, to to, że czterech największych 

jubilerów na Brooklynie zaginęło w ciągu sześciu miesięcy, a Balagula przejął ich interesy.

Kiedy się uśmiechnęła, zobaczył zmarszczki w kącikach jej szarych oczu. Zastanawiał 

się, czy to naturalny kolor, czy nosi soczewki kontaktowe.

- Czyżbym w głosie naszego słynnego pisarza usłyszała nutkę przekonania o własnej 

nieomylności? - zadrwiła.

- Moja mama  zwykła  powtarzać,  że mam  w sobie wystarczająco  dużo moralnego 

oburzenia, żeby obdarować nim pół tuzina kaznodziejów. - Corso napił się piwa i popatrzył 

na zegarek.

- Rozumiem, że masz rok opóźnienia w pracach nad książką.

Uniósł brwi.

- Każda książka potrzebuje zakończenia.

background image

Oparła się na krześle, przytknęła kieliszek do piersi i ze smutną miną potrząsnęła 

głową.

- Zakończenie tej książki niemiłosiernie odwleka się w czasie. - Westchnęła.

- Bez wątpienia mój wydawca by się z tym zgodził.

- Jesteś tak ważny, że zaczeka.

- Tu nie o to chodzi - powiedział Corso. - To nie dotyczy wartości twojej pracy czy 

miłości do słów. To dotyczy pieniędzy, po prostu. Jeśli dajesz wydawcom zarabiać, znoszą 

cię. Jeśli nie, wracasz do swojej dawnej pracy.

Skrzywiła się.

-   Zawsze   uważałam   wydawanie   książek   za   coś   romantycznego.   -   Machnęła 

kieliszkiem. - Niemalże mistycznego.

-  A  ja  myślałem,  że   prawda  i  sprawiedliwość   zawsze  zwyciężają   -  odparł  Corso, 

wzruszając ramionami. Zapadła cisza. Pociągnął łyk chińskiego piwa Tsingtao. - Kto mógł 

przypuszczać? - dodał.

Obok niej pojawił się kelner z kolejnym martini. Poczekała, aż odejdzie, po czym 

uniosła kieliszek.

- Za stracone złudzenia - wzniosła toast.

Corso upił piwa, po czym stuknął szklanką o jej kieliszek i pociągnął kolejny łyk.

- To moja ostatnia sprawa dla prokuratury generalnej - powiedziała.

- Słyszałem.

- Pracowałam w niej przez siedemnaście lat.

- Życie płynie dalej. Jesteś twarda. Uśmiechnęła się cierpko.

- W ustach kogoś takiego jak ty brzmi to jak komplement.

Corso roześmiał się.

- Z pewnością miałem swoje wzloty i upadki.

- Jakieś dziesięć milionów, jak słyszałam.

- Gazeta utargowała do sześciu milionów z hakiem.

- Jak to zrobiłeś?

- Niby co?

- Daj spokój, przecież wiesz, o co mi chodzi.

- Przypominam bohaterów Thomasa Hardy’ego. Po prostu nie ustaję w staraniach.

- Nie żartuj. Nie pracowałam w sektorze prywatnym, odkąd na studiach dorabiałam 

sobie na stoisku z piwem korzennym. Jestem nieudacznikiem.

Corso roześmiał się.

background image

- I oto siedzisz naprzeciwko jednego z najsłynniejszych nieudaczników na tej planecie 

i wydaje ci się, że udzieli ci rady, jak się pozbyć tego przekleństwa.

Zmarszczyła nos i roześmiała się w kieliszek.

- Coś w tym rodzaju.

- Masz jakieś oferty?

- Kilka.

- Ja dostałem  jedną. Od właścicielki  podupadającej gazety,  która tak  rozpaczliwie 

pragnęła   ocalić   pismo,   że   zdecydowała   się   zatrudnić   czarną   owcę   branży  dziennikarskiej 

tylko po to, żeby zyskać trochę rozgłosu.

- No i?

- No i jakoś zaczęło się kręcić. Opublikowaliśmy kilka głośnych materiałów. Gazeta 

się utrzymała. Ja napisałem książkę. Stała się bestsellerem. Więc napisałem drugą. - Wzruszył 

ramionami. - Życie toczyło się dalej.

- Poczułeś się zrehabilitowany?

- Chodzi ci o to, czy się po tym podniosłem? - Tak.

Potrząsnął głową.

- To wszystko było zbyt przypadkowe.

- Dlaczego przypadkowe? Corso zamyślił się.

- Przez całe życie  marzyłem,  żeby zostać dziennikarzem.  Nie pierwszym  lepszym 

dziennikarzem, ale najlepszym. Miałem dostać Pulitzera. I literackiego Nobla. To miało być 

moje przeznaczenie. - Wlepił wzrok w stół, a potem popatrzył na Renee Rogers. - Rozumiesz, 

o co mi chodzi? To była droga, którą miałem podążać. Tymczasem życie... - machnął ręką - 

okazało się błądzeniem po lesie. Nic nie poszło tak, jak to zaplanowałem. Wszystko było 

przypadkowe.

- Czytałeś wczorajszy „Post Intelligencer”?

- Nie. Dlaczego pytasz?

-   Jest   w   nim   duży   artykuł   na   twój   temat:   POJAWIENIE   SIĘ   MIEJSCOWEGO 

PISARZA SAMOTNIKA. Jest tam wszystko. O tym, jak dopuszczono cię do rozprawy.

O tym, jak wylali cię z „New York Timesa” za sfabrykowanie materiału, o procesie i 

ugodzie,   o   tym,   jak   zostałeś   autorem   bestsellerów   i   tak   dalej.   -   Zjadła   kolejną   oliwkę  i 

pociągnęła  łyk  martini.  - Podobno nigdy nie podałeś swojej wersji historii z „New York 

Timesem”.   I   podobno   ciągle   dostajesz   propozycje   rozmowy   od   Barbary   Walters.   Czy  to 

prawda?

- Tak.

background image

- Dlaczego w takim razie nie skorzystasz z okazji? Większość ludzi wystąpiłaby u 

niej, żeby przedstawić swoją wersję wydarzeń.

- Dlatego że nikt przy zdrowych zmysłach by mi nie uwierzył.

- Spróbuj, może ze mną ci się uda.

- Nie, dzięki.

- To nie fair. Ty znasz moją historię. O tym, jak pozwoliłam przekupić jednego z 

przysięgłych.

- Jak rozumiem, żądasz wzajemności? Zmrużyła szelmowsko oczy.

- Coś w tym stylu. Corso westchnął ciężko.

- Przedobrzyłem - powiedział. - Byłem zbyt pewny siebie i zacząłem wierzyć w to, że 

naprawdę   zasługuję   na   Pulitzera.   Wpadłem   na   trop   gościa   pokroju   Balaguli.   Wszystko 

wydawało się iść po mojej myśli. Świadkowie sami wychodzili z ukrycia, żeby podpisać 

zeznania. To miała być największa afera od czasów Watergate.

- I nie włączyły się żadne dzwonki alarmowe?

- Byłem tak bardzo zadufany w sobie, że wydawało mi się, że to przeznaczenie.

Skinęła głową.

- Pamiętam to uczucie - wyznała ze smutkiem. - Byłam na sto procent pewna, że nikt 

nie dotrze do moich przysięgłych. - Wpatrywała się przez chwilę w Corsa, który obracał 

szklankę pomiędzy dłońmi. W końcu zapytała:

- Dlaczego w gazetach twoje nazwisko pojawia się zawsze z dodatkiem „samotnik”?

- Mam swoje piętnaście minut sławy. Potem przyjdzie kolej na kogoś innego.

Dopił piwo. Zimnemu napojowi nie udało się zlikwidować suchości w gardle.

- Muszę już lecieć - powiedział. - Czas i terminy nie czekają na nikogo. - Sięgnął do 

kieszeni, ale powstrzymała go.

- Ja zapłacę - oświadczyła z uśmiechem. - Powiedzmy, że na to idą twoje podatki.

- Dzięki - odparł Corso. - Do jutra.

Wstał i zdjął płaszcz z wieszaka przy drzwiach. Kiedy nakładał okrycie i szedł do 

drzwi ze szkła witrażowego, czuł na sobie jej wzrok.

Deszcz   wreszcie   spadł.   Wielkie   srebrne   krople   uderzały   gwałtownie   o   asfalt. 

Samochody rozchlapywały wodę na Piątej Alei, jadąc w srebrnych baldachimach mgły. Corso 

postawił kołnierz i ruszył pod górę.

6

Wtorek, 17 października, godzina 16.13

background image

Nie miał połowy palca wskazującego. Woda kapała z kwadratowego koniuszka, kiedy 

pokazywał w kierunku ledwie widocznych zza zasłony deszczu dwóch budynków stojących 

przy końcu parkingu. Mężczyzna po pięćdziesiątce, o pociągłej twarzy, która nie widziała 

żyletki od tygodnia, w gumiakach, nieprzemakalnym stroju i kapeluszu wojskowym z rondem 

nasuniętym na oczy.

- Budynek po prawej! - powiedział, przekrzykując hałas. - Nazywa się Bali, Joe Bali. 

Jest brygadzistą. Jeśli ktokolwiek może pani pomoc, to tylko on.

- Dzięki! - krzyknęła Meg Dougherty z samochodu. Skinął głową i strumyczek wody 

spłynął z ronda kapelusza, spadając na ziemię u jego stóp.

- Jestem tutaj jakieś dwadzieścia lat! - krzyknął. - I nie pamiętam, żeby tak padało.

- Ja też nie. - Strząśnięte krople zamoczyły lewy policzek Meg. Położyła palec na 

pokrętle szyby, ale zawahała się.

- Nigdy nie lało tak mocno i długo! - ciągnął mężczyzna.

- To prawie potop - zgodziła się. Uśmiechnął się, odsłaniając wielkie, krzywe zęby.

-   Jakbym   słyszał   swoją   starą   -   zauważył.   -   Mówi,   że   nadchodzi   Dzień   Sądu.   Że 

wszyscy zapłacimy za grzechy.

- Mam nadzieję, że nie - zdołała wydukać. Znowu wyszczerzył zęby.

-   To   jest   już   nas   dwoje,   proszę   pani   -   powiedział.   Odwrócił   się   i   poszedł   do 

zdezelowanego chevroleta pikapa. Pomachał jej na pożegnanie, po czym wsiadł do wozu.

Dougherty zasunęła szybę i ruszyła żwirową drogą w kierunku budynków w oddali.

Duże krople deszczu bębniły o karoserię jej małego samochodu. Wycieraczki ledwie 

nadążały.   Przejechała   jakieś   pół   kilometra.   Z   odległości   pięćdziesięciu   metrów   wyraźnie 

zobaczyła   budynki.   Dwa   staroświeckie   hangary   z   napisem   EVERGREEN   EQUIPMENT 

wymalowanym   na   froncie   każdego   z   nich.   Na   czarnej   tabliczce   wiszącej   na   drzwiach 

budynku po prawej stronie ujrzała napis: BIURO. WSTĘP WZBRONIONY!

Dougherty zaparkowała toyotę przed budynkiem, jak najbliżej drzwi prowadzących do 

biura. Wyłączyła silnik, naciągnęła na głowę kaptur peleryny, a potem siedziała przez chwilę, 

zbierając się na odwagę, by wyjść na ulewę. Z westchnieniem otworzyła drzwi, wysiadła i 

pobiegła do drzwi.

Biuro było stare i puste. Znajdujący się w prawym kącie piecyk  gazowy grzał za 

mocno. Za zniszczonym kontuarem stały dwa szare metalowe biurka, których blaty pokryte 

były stertą papierów. Za nimi wisiała pomarańczowa tabliczka z napisem NIE PALIĆ. Ściany 

pokrywały   pożółkłe   plakaty   firm   produkujących   maszyny   i   narzędzia.   Kilka   ledwo   się 

trzymało   i   zwijało   na   krawędziach.   CATERPILLAR,   PETERBILT,   BRUNSWICK 

background image

BEARINGS. Pomiędzy nimi  wisiał kalendarz  Arcadia Machinę Shop z hojnie obdarzoną 

przez naturę blondyną, która miała  na sobie jedynie czerwone figi. Znajdujące się z tyłu 

pomieszczenia drzwi były uchylone.

- Dzień dobry! - zawołała Meg. Odczekała chwilę, po czym krzyknęła ponownie, tym 

razem głośniej. Bez skutku. Bramka przy kontuarze skrzypnęła, kiedy Dougherty ją pchnęła. - 

Dzień   dobry!   -   krzyknęła   po   raz   trzeci.   Znów   bez   rezultatu.   I   wtedy,   gdzieś   z   wnętrza 

budynku, dobiegł głos. Nie słowa, raczej jakiś pisk. Może to pies.

Minęła   biurka   i   otworzyła   tylne   drzwi.   Ogromny   jak   hangar   budynek   śmierdział 

starym tłuszczem i tanimi cygarami. Pod ścianami znajdowały się stoły warsztatowe. Wokół 

zalegały stosy narzędzi. Pomieszczenie wypełniały maszyny o różnym stopniu zużycia. Pod 

przeciwną ścianą stała równiarka, jej lemiesz był zdjęty i leżał tuż obok wielkich kół. Dwie 

wywrotki stały zderzak w zderzak na środku hali. Pod przeciwną ścianą Dougherty zobaczyła 

przerdzewiały   spychacz,   którego   części   walały   się   po   podłodze   jak   szkielet   jakiegoś 

pradawnego zwierzęcia.

Do jej uszu dobiegł znów głos, wysoki i niewyraźny.  Poczekała chwilę, aż wzrok 

przyzwyczai  się do mroku,  a potem ruszyła  w kierunku,  skąd dobiegał  dźwięk, omijając 

ostrożnie leżące na podłodze części maszyn. Przeszła obok wywrotek i otworzyła usta, by 

ponownie zawołać, kiedy nagle usłyszała słowo, które zrozumiała.

- Proszę - szlochał ktoś. - Proszę.

Znieruchomiała. Wyczuwała w tych słowach strach i rozpacz. Uspokoiła się, stojąc 

przy brudnym błotniku, po czym zrobiła kolejny krok naprzód. Była już teraz bardzo blisko. 

Usłyszała stęknięcie, a potem pociągnięcie nosem.

Wyjrzała zza stosu beczek na ropę. Był po czterdziestce. Łysy. Klęczał na podłodze, 

dwadzieścia   metrów  od  niej,  ręce   miał  złożone  jak  do  modlitwy.   Usta   mu   drżały,   kiedy 

szeptał swoją litanię. Jego policzki były mokre od łez.

- Na miłość boską, człowieku, mam trójkę dzieci - łkał.

- Trzeba było przedtem o tym pomyśleć - rozległ się drugi głos.

- Zanim wszystko spieprzyłeś - dodał ktoś trzeci. Klęczący mężczyzna wymachiwał 

przed sobą złożonymi rękami, jakby uderzał w dzwon.

- Skąd mogłem wiedzieć...

- Bierzesz forsę za ukrycie samochodu, to samochód nie ma prawa się znaleźć.

- Pieprzysz robotę, to masz przechlapane - powiedział drugi głos.

- Odpuścimy ci, to sami będziemy mieli przechlapane - dodał trzeci.

- Proszę - zawodził mężczyzna. - Błagam.

background image

- Stul mordę.

- Skąd miałem...

Dougherty usłyszała przytłumiony odgłos. Zobaczyła, że mężczyzna zachwiał się do 

tyłu.  Jego ręce rozdzieliły się, a ramiona rozpostarły niczym  skrzydła. Sapnęła na widok 

małego   czerwonego   kwiatu   rozkwitającego   w   jego   prawym   oku   i   strumyczka   krwi 

spływającego po twarzy. Stała jak sparaliżowana, kiedy przewracał się na bok. Z jego ust nie 

wydobył się już żaden dźwięk, a jedyne oko, jakie mu pozostało, wpatrywało się bez życia w 

podłogę.

Przyłożyła dłoń do ust i zaczęła się cofać.

- Dobij go - powiedział drugi głos.

Usłyszała chrząknięcie i dwa kolejne przytłumione wystrzały. Kiedy odwróciła się i 

zaczęła biec, uderzyła ręką w jakiś przedmiot. Poleciał do góry. Nie zamierzała czekać, aż 

spadnie.

7

Wtorek, 17 października, godzina 16.16

Ramon Javier podszedł do ofiary, przyłożył tłumik do jej głowy i pociągnął dwa razy 

za   spust.   Spoczywająca   na   podłodze   głowa   podskoczyła,   zupełnie   jakby   trup   chciał 

zaprotestować.   Zadowolony   Ramon   wyjął   z   kieszeni   chusteczkę   i   zaczął   wycierać   broń. 

Nagle usłyszał jakiś hałas. Odgłos metalu uderzającego o podłogę, a potem stukot obcasów.

Ruszyli   równocześnie.   Ramon   uniósł   pistolet   do   prawego   ucha   i   zaczął   iść   w 

kierunku, z którego dobiegł hałas. Gerardo pobiegł do samochodu.

Ramon szedł wzdłuż rzędu beczek na ropę, pozostając w ukryciu na wypadek, gdyby 

intruz był uzbrojony. Ukucnął i wyjrzał zza nich. Akurat w samą porę, żeby zobaczyć kobietę, 

zanim zniknęła za wywrotką.

Teraz ruszył sprintem; jego długie nogi poniosły go w mrok. Do czasu gdy dobiegł na 

środek hali, zrozumiał, że był zbyt ostrożny; kobieta znajdowała się dopiero w połowie drogi 

do drzwi.

Zaraz ją załatwi. Żaden problem.

Skręcił w lewo, starając się znaleźć najlepszy kąt do oddania strzału. Czekał spokojnie 

na chwilę, gdy zarys jej postaci pojawi się w świetle wpadającym z biura. Słyszał stukot 

obcasów na podłodze. Uśmiechnął się, unosząc pistolet. I wtedy ją zobaczył.  Wysoka, w 

czarnej pelerynie. Widział jej twarz, rozszerzone oczy, kiedy patrzyła za siebie w ciemność, 

usta pociągnięte ciemnoczerwoną szminką. Zerknął na lufę. Wypuścił powietrze.

background image

I wtedy, niespodziewanie, zahaczył lewą stopą o jakieś żelastwo leżące na podłodze. 

Poczuł ból promieniujący na całą nogę i zatrzymał się, skacząc na zdrowej kończynie. Drzwi 

biura trzasnęły o futrynę, odbiły się od niej, po czym zamknęły. Przeklinając pod nosem, 

pokuśtykał za uciekającym cieniem.

Dotarł jakoś do drzwi i otworzył je. Kostka piekła go, kiedy kuśtykał wokół kontuaru. 

Drzwi prowadzące na dwór chybotały się na wietrze, ich metalowe żaluzje brzęczały. Przez 

szum wiatru i deszcz słyszał odgłos włączanego silnika. Raz jeszcze zaklął i zbliżył się do 

drzwi, trzymając pistolet z tłumikiem oburącz.

Pięć metrów od niego obdrapana niebieska toyota próbowała ruszyć na błotnistym 

żwirze, jej tyłem  zarzucało, kiedy opony walczyły o przyczepność. Przez zamgloną tylną 

szybę   Ramon   ledwo   widział   kobietę   za   kierownicą.   Wycelował   i   wystrzelił.   Szyba 

roztrzaskała się w drobny mak. Mógł teraz zobaczyć wyraźnie tył głowy kobiety, jej czarne 

włosy  podskakujące,   kiedy  kręciła   kierownicą,   próbując   utrzymać   panowanie   nad   małym 

samochodem.

Dziwka nie będzie miała szczęścia po raz drugi, pomyślał.

Wymierzył  starannie. Samochód stanął, koła buksowały w błocie. Miał jakieś pięć 

metrów do tyłu jej głowy. Uśmiechnął się, odetchnął i zaczął wolno naciskać spust, dokładnie 

w chwili, gdy tył samochodu odbił w lewo. Obracające się koła nagle natrafiły na twardy 

grunt i wyrzuciły błoto i żwir prosto w jego twarz, dławiąc go i oślepiając. Posłał pocisk 

gdzieś w niebo.

Ramon   wytarł   twarz   rękawem,   a   potem   zakaszlał,   wypluwając   kamyk.   Próbował 

zeskrobać resztę błota z twarzy, ale udało mu się tylko je rozmazać. Jego prawe oko było 

pełne ziemi, lewego nie mógł otworzyć. Usta miał pełne żwiru. Cały czas starał się odzyskać 

wzrok, kiedy Gerardo w mercedesie zatrzymał się przy nim.

- Wsiadaj, facet! - krzyknął. - Wsiadaj!

Ramon dokuśtykał do samochodu i wskoczył na siedzenie obok kierowcy. Gerardo 

nacisnął   pedał   gazu,   ruszając   gwałtownie.   Drzwi   od   strony   pasażera   zatrzasnęły   się   z 

impetem. Ramon oparł się na bolącej nodze. Jęknął z bólu.

Gerardo wcisnął gaz do dechy. Toyota była pięćdziesiąt metrów przed nimi, jechała 

do bramy i wyrzucała spod kół fontanny błota.

- Musimy ją złapać - wycedził przez zęby Ramon. - Nieważne jak.

Toyota wyjechała przez bramę. Skrócili dystans o połowę. Przed nimi kilometr drogi 

dojazdowej   prowadzącej   do   magazynów   i   ramp   biegnących   wzdłuż   wschodniej   strony 

Western Avenue. Słowa były zbędne. Musieli ją dorwać, zanim dojedzie do ulicy.

background image

Mercedes potrzebował jedynie dwustu metrów na dotarcie do toyoty. Usta Gerarda 

otworzyły się, kiedy zbliżyli się do jej tyłu. Ramon podparł się na desce rozdzielczej, gdy 

Gerardo uderzył w toyotę przednim zderzakiem, posyłając malutki samochodzik w lewo, a 

potem w prawo. Przez chwilę wydawało się, że kobieta straciła kontrolę nad pojazdem i 

wjedzie na bagna, gdzie z łatwością z nią skończą. Zamiast tego jednak toyota zakołysała się, 

a potem nagle wyrwała do przodu, w kierunku magazynów.

Ramon wychylił  się przez okno, próbując utrzymać  rękę na lusterku, i oddał dwa 

strzały. Chybił. Przeklął podskakujący samochód.

- Złap ją - powiedział w równej mierze do siebie, jak do Gerarda. - Złap.

Byli teraz piętnaście metrów za nią i wciąż przyspieszali. Kobieta spróbowała przy 

pełnej prędkości skręcić w lewo. Patrzyli z nadzieją, jak toyota zaczyna najpierw przechylać 

się na bok, a potem jechać tylko na dwóch bocznych, kołach. Przez brudną przednią szybę 

Ramon   widział   podwozie   przewracającego   się   samochodu.   Gerardo   wdepnął   hamulec, 

wchodząc   w   kontrolowany   poślizg.   Mężczyźni   poczuli,   że   ją   dostaną.   Gerardo   zaledwie 

muskał pedał gazu, gotów w każdej chwili zahamować. Ramon przełożył pistolet do lewej 

ręki, a prawą położył na klamce u drzwi, gotując się do wyskoczenia i zakończenia zabawy.

Zamiast jednak wylądować na boku, toyota uderzyła dachem o ścianę z pustaków. 

Samochodzik odbił się od niej i wylądował z powrotem na czterech kołach, po czym ruszył 

zygzakiem wąską alejką.

Gerardo ponownie wcisnął pedał gazu. Mercedes ruszył naprzód, wciskając Ramona z 

powrotem w siedzenie. Mężczyzna wystawił głowę przez okno, akurat w momencie, kiedy 

toyota skręciła za budynek, odbiła się od ogrodzenia i zniknęła im z oczu. Deszcz smagał 

policzki Ramona, kiedy Gerardo wjechał między budynek a ogrodzenie. I wtedy świat stał się 

nagle czerwono-niebieski.

Olbrzymia  ciężarówka   cofała   się  na  rampę  rozładunkową,   jej   ogromna  czerwono-

niebieska naczepa zupełnie zastawiała drogę. Ramon zdążył jeszcze tylko ujrzeć oczy kobiety 

w lusterku wstecznym jej samochodu. Dostrzegł w nich panikę, która wyjaśniała, dlaczego 

ani razu nie zahamowała.

Toyota uderzyła w naczepę przy pełnej prędkości. Gerardo zahamował gwałtownie. 

Ramon wychylił się przez okno i patrzył, jak przód małego samochodu znika pod naczepą, 

przednia szyba roztrzaskuje się w drobny mak, a dach zwija się w rolkę niczym wieczko 

otwieranej konserwy.

Gerardo   zakręcił.   Stali   teraz   przodem   do   drogi,   którą   przyjechali.   Popatrzył   na 

Ramona. Biała ślina zebrała się w kącikach jego ust.

background image

- Skończ z nią - powiedział. - Dobij.

Ramon   poczuł   lekki   ból   kostki,   kiedy   ruszył   do   toyoty.   Nie   mógł   w   tej   chwili 

przypomnieć sobie, co go spowodowało. Szczątki samochodu parowały w strugach deszczu. 

Gdzieś we wraku wciąż szumiał wentylator chłodnicy. Przednia szyba była rozbita w drobny 

mak.   Spod   naczepy   wystawał   jedynie   bagażnik   samochodu   ze   spoczywającymi   na   nim 

resztkami dachu.

Był nie więcej niż cztery metry od tyłu toyoty, kiedy usłyszał czyjeś głosy. Ktoś po 

drugiej stronie ciężarówki powiedział:

- Jasna cholera!

- Robby, dzwoń po karetkę! - krzyknął drugi.

Ramon zaczął się cofać. Kiedy ujrzał nogi idące w stronę przodu ciężarówki, odwrócił 

się i pobiegł do mercesedsa.

Gerardo wycofał za budynek.

- Skończyłeś z nią? - zapytał.

- Nie - odparł Ramon. - Mieliśmy kibiców.

Gerardo   spojrzał   na   swojego   współpracownika.   Po   raz   pierwszy   w   ciągu   ich 

dwudziestoletniej współpracy zobaczył go naprawdę roztrzęsionego.

- Nie ma mowy, żeby przeżyła. Zmiotło jej połowę głowy.

- Widziałeś to? 

- Tak.

Nastąpiła dłuższa chwila milczenia. W końcu Gerardo zapytał:

- Co teraz?

- Lepiej posprzątajmy bałagan, który zostawiliśmy po sobie w hali - odparł Ramon.

Gerardo ruszył.

8

Wtorek, 17 października, godzina 21.11

Deszcz padał strugami przypominającymi srebrne strzały, zamazywał szyby i tłukł z 

furią o kadłub. Lampa sufitowa skrzypiała, kiedy Pianościgły przechylał się z boku na bok. 

Odbijacze uderzały o nabrzeże.

Te dźwięki odciągnęły uwagę Corsa od klawiatury komputera. Wstał i przeciągnął się. 

Chociaż mieszkał na jachcie od lat i rzadko zauważał poruszenia łodzi, tego wieczoru czuł 

wyraźne kołysanie. Ziewnął, poszedł do kambuza i wylał zimną kawę do zlewu.

Napełnił ponownie kubek, dodał trochę śmietanki i łyżeczkę cukru. Kiedy włączył się 

background image

alarm,   spojrzał   do   góry.   Ostatnie   sześć   metrów   nabrzeża   było   wyłożone   sztuczną   trawą, 

rzekomo dla zapewnienia lepszej przyczepności, w rzeczywistości jednak po to, by ukryć 

przewody alarmowe, które zapowiadały Corsowi pojawienie się gości.

Stali   pochyleni   na   wietrze,   trzymając   przed   sobą   parasol   niczym   taran.   Nawet   w 

półmroku,  patrząc przez zasnute deszczem okna, nie miał wątpliwości, że tych  dwóch to 

gliniarze. Zdjął z wieszaka żółty płaszcz przeciwdeszczowy i wyszedł na pokład.

Na dworze słychać było ryk wiatru i szum deszczu. Powietrze wypełniały odgłosy 

pluskających fal, skrzypiących drzew i dzwonienie setki fałów, trzepoczących na wietrze w 

całej przystani. Na czubkach kołyszących się masztów wirowały wiatromierze.

Stali na nabrzeżu skuleni pod jednym parasolem i mrużyli oczy na deszczu. Nowy 

rodzaj gliniarzy - dwóch maklerów giełdowych o grubych szyjach. Ten po lewej mógł się 

poszczycić rudą czupryną targaną przez wiatr. Drugi nosił czarną wełnianą czapkę. Obaj mieli 

około   trzydziestki  i   najwyraźniej  lubili   przychodzić  bez   zaproszenia.   Stojąc   na  nabrzeżu, 

musieli   nieźle   zadzierać   głowy,   by   zobaczyć   Corsa.   Wyczuwał,   że   bardzo   im   się   to   nie 

podoba.   Uśmiechnął   się.   Od   linii   wody   do   pokładu  Pianościgły  miał   blisko   dwa   metry. 

Dostanie się na pokład bez trapu było prawie niemożliwe. Człowiek ryzykował, że zaklinuje 

się pomiędzy kadłubem z włókna szklanego a betonowym nabrzeżem, utopi się w lodowatej 

wodzie albo zostanie zmiażdżony.

- Pan Frank Corso? - zagaił ten z rudymi włosami.

- Zależy, kto pyta.

Zagłębili dłonie w kieszeniach płaszczy. Wyjęli identyfikatory Departamentu Policji 

Seattle.   Wyciągnęli   je   na   długość   ramion.   Corso   wychylił   się   za   reling.   Przed   nim   stali 

detektywi Troy Hamer (ten z rudymi włosami) i Roger Sorenstam (ten w czapce).

- O co chodzi? - zapytał.

- O Margaret Dougherty - odparł Hamer.

- Meg?

- Tak - powiedział drugi gliniarz.

- Co z nią?

Wymienili spojrzenia. Hamer skulił się na wietrze i pokazał na łódź.

- Może...

- Co z Meg? - nie dawał za wygraną Corso.

- Miała wypadek przy Western Avenue - odrzekł Sorenstam.

- Zderzyła się z ciężarówką - dodał Hamer.

- Coś jej się stało?

background image

- Prowadzimy śledztwo w sprawie tego wypadku - powiedział Sorenstam.

- Coś się jej stało? - powtórzył Corso, tym razem głośniej i wolniej.

- Moglibyśmy wejść do środka i... - zaproponował nieśmiało Hamer.

- Co się stało? - zapytał Corso.

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko...

- Mam.

- Jest w szpitalu Harborview.

Sorenstam zrobił smutną minę i machnął ręką.

- Lekarze twierdzą, że nie wiadomo, czy przeżyje. Corso poczuł, że robi mu się zimno. 

Odniósł wrażenie, jakby czyjaś dłoń naciskała jego pierś. Było tak dojmujące, że aż spojrzał 

w dół, jakby chciał strącić tę przeszkadzającą rękę.

Westchnął, uniósł trap z nierdzewnej stali, który leżał przy ścianie sterówki i zahaczył 

go o nadburcie.

- Zapraszam.

Poprowadził ich przez pokład. Sorenstam zapobiegliwie zostawił parasol na zewnątrz, 

zanim wszedł do środka i rozejrzał się wokół.

- Miło tu. Ładnie pan to wszystko urządził.

- Nie narzekam - odparł Corso.

- Fajny widok na miasto - powiedział Hamer, zaczynając rozpinać płaszcz.

Corso uniósł rękę.

- Chwila, moment, proszę się za bardzo nie rozgaszczać. Zaraz jadę do Harborview. 

Będziecie tu tylko do przyjazdu taksówki.

Wziął   telefon   komórkowy   i   wcisnął   przycisk   ze   słuchawką.   Podał   swój   numer, 

nazwisko i adres. Położył telefon na stole.

- Samochód w warsztacie? - zapytał Hamer.

- Nie mam samochodu - odparł Corso.

- A nie jeździ pan przypadkiem czarnym mercedesem? Frank włożył portfel do tylnej 

kieszeni spodni.

- Mam jedną trzecią udziałów w subaru outback. Kupiłem go do spółki z dwoma 

kolegami z przystani. Mieliśmy kłopot z miejscami parkingowymi, a poza tym żaden z nas 

nie potrzebuje samochodu przez cały czas, więc się złożyliśmy.

-  To dosyć niezwykłe - rzekł Hamer. - Tak słynny i bogaty pisarz jak pan nie ma 

samochodu.

Corso wyjął z szafy płaszcz.

background image

- Widać już taki niezwykły ze mnie facet - powiedział. - O co chodzi z tym czarnym 

mercem? Ma coś wspólnego z tym wypadkiem?

- Jesteśmy jeszcze na wczesnym etapie śledztwa. My... Corso przerwał mu.

- Czy wy, chłopcy, chcecie mnie zbyć, czy mi się wydaje? Zadzwonił telefon. Głos z 

taśmy powiadomił go o przyjeździe taksówki.

Włożył płaszcz. Wrzucił telefon do kieszeni. Policjanci stali z kamiennymi twarzami, 

podczas gdy Corso zdjął  z wieszaka baseballówkę  Mariners, przełożył  swoją kitkę przez 

otwór z tyłu, po czym włożył czapkę na głowę.

Pokazał ręką w kierunku wyjścia.

- Proszę bardzo - powiedział.

Zszedł z policjantami po trapie. Hammer ruszył naprzód. Zagrodził Frankowi drogę.

- Wydaje mi się, że prawdziwy przyjaciel pani Dougherty powinien być bardziej skory 

do pomocy.

- A mnie się wydaje, że dwóch gliniarzy powinno mieć lepsze rzeczy do roboty, niż 

zawracać mi dupę po nocy.

- O co panu chodzi? - zapytał Sorenstam.

- Mam uwierzyć, że dwa psy przychodzą tutaj w taką noc jak ta tylko w sprawie 

wypadku   samochodowego?   -   Wzruszył   ramionami.   -   Naprawdę   tak   już   się   uspokoiło   na 

mieście, że przydzielają detektywów do wypadków? Co jest grane?

Sorenstam sięgnął do kieszeni. Wyjął czarny skórzany notes i otworzył go.  Corso. 

Sob. 19. Coastal Kitchen. Pismo Dougherty.

- To jest grane - odparł. Hamer zbliżył się do Franka.

- A do tego mamy jeszcze świadka, który zeznał, że widział na miejscu wypadku 

czarnego mercedesa. I uzbrojonego faceta, który wsiadł do tego mercedesa i nim odjechał. 

Facet był wysoki i miał ciemne włosy. I kucyk.

-   Proszę   do   tego   dodać   świeże   dziury   po   pociskach   w   karoserii   samochodu   pani 

Dougherty - uzupełnił jego towarzysz. - I dostanie pan powód do zastanowienia.

-   Powód   do   zastanowienia   -   powtórzył   Hamer.   Sorenstam   zdawał   się   czytać   w 

myślach Corsa.

- Samochód był podziurawiony jak sito - powiedział.

- A dziury świeże jak pupcia niemowlęcia.

- I dlatego przyjechaliście do mnie?

- Figuruje pan w naszej kartotece. - Sorenstam powiedział to tak, jakby mu było z tego 

powodu przykro. - Był pan oskarżony o czynną napaść i napaść z użyciem niebezpiecznego 

background image

narzędzia.

- W obu wypadkach pana ofiarami byli dziennikarze - dodał Hamer.

- Meg to moja przyjaciółka.

- Z jej dziennika wynika, że była nawet kimś więcej.

- Przez chwilę łączyło nas coś poważniejszego.

- Rzuciła pana? - zapytał Hamer.

- Po prostu się rozstaliśmy - odparł. - Tego ranka zobaczyłem ją po raz pierwszy od 

sześciu albo siedmiu miesięcy.

Usiłowali zachować obojętne miny, ale Corso ujrzał zaskoczenie w ich oczach.

- Tego ranka? - zapytał Hamer.

- Koło południa. Może trochę przed.

- Gdzie to było?

- Przed sądem federalnym.

- Po prostu na siebie wpadliście? Corso wzruszył ramionami.

- Sprowadziły nas tam obowiązki. Ich twarze pozostały nieprzeniknione.

-   Proces   Balaguli   -   wyjaśnił   Corso.   -   Piszę   o   nim   książkę.   Ona   robiła   zdjęcia. 

Wpadliśmy na siebie.

- Tak zupełnie przypadkiem - zakpił Hamer.

- I to po tylu miesiącach - dodał jego towarzysz.

Corso chciał zaprotestować, ale zmienił zdanie. Bez słowa ruszył przed siebie. Przy 

końcu nabrzeża dwie dzikie kaczki zaskrzeczały gniewnie, przedzierając się przez wyrzucone 

na brzeg resztki. Corso popchnął bramę i zaczął iść w kierunku parkingu. Poprzez ryk wiatru 

usłyszał tupot stóp biegnących za nim policjantów.

Był już jedną nogą na parkingu, kiedy Sorenstam dobiegł do niego i zagrodził mu 

drogę, zmuszając do zatrzymania się.

- Do wypadku doszło około czwartej po południu - powiedział. Był tak blisko, że 

Corso czuł jego miętowy oddech. Obejrzał się za siebie. Hamer ubezpieczał tyły. Wciągnął 

powietrze.

- Ułatwię wam sprawę, chłopcy. O czwartej po południu byłem na drinku z prokurator 

Renee Rogers.

- Gdzie?

- W restauracji „U Vita” przy Madison.

Za kryształową zasłoną deszczu pojawiły się światła taksówki.

- Zatrzymała się w Madison Renaissance - powiedział Corso. - Zadzwońcie do niej.

background image

Odsunął się od policjantów i odszedł.

9

Wtorek, 17 października, godzina 21.29

Kiedy Corso wszedł do sali, oprócz Meg zastał w niej jeszcze trzy osoby.

Dougherty   leżała   na   plecach,   z   głową   zabandażowaną   jak   u   mumii.   Jej   czarna 

peleryna wisiała na wieszaku na ścianie. Kilka rurek wystawało z ciała. Corso skrzywił się na 

ten widok.

Mniej   więcej   szesnastoletnia   dziewczyna   odwrócona   plecami   do   drzwi   łazienki 

obgryzała nerwowo paznokieć. Miała na sobie biały fartuch z biało-czerwonymi  paskami. 

Obok łóżka stało dwóch sanitariuszy, nieudaczników pod trzydziestkę, którzy spędzali upojne 

noce na opróżnianiu basenów. Jeden z nich, rudzielec mogący się poszczycić pokaźną łysiną, 

trzymając   ręce   w   kieszeniach   spodni,   patrzył   na   łóżko.   Jego   towarzysz   właśnie   unosił 

koniuszkiem długopisu rąbek koszuli szpitalnej Dougherty.

- Popatrz tylko na to gówno - wyszeptał do rudzielca. - Obrzydlistwo.

Corso poczuł, jak wzbiera w nim gniew. Podbiegł do rudzielca, chwycił go za kołnierz 

i przewrócił na ziemię, po czym powlókł przez salę na tyłku. Potem chwycił drugiego gościa 

za kręcone czarne włosy, tak że tamten musiał stanąć na palcach.

Facet wrzasnął, kiedy Corso pociągnął go przez linoleum i uderzył  jego twarzą o 

drzwi. Gdy go odsunął i otworzył drzwi, pod mężczyzną ugięły się kolana, a krzyk przerodził 

się w charczenie. Wciąż trzymając go lewą ręką za włosy, prawą chwycił go za pasek spodni i 

wyrzucił na korytarz. Kiedy drzwi się za nim zatrzasnęły, okazało się, że widać na nich plamę 

krwi.

Corso pokazał na rudzielca i dziewczynę.

- Tu nie cyrk - powiedział. - Jeszcze raz coś takiego zobaczę, to i wy znajdziecie się na 

intensywnej terapii. Zrozumiano?

Pomiędzy   chlipnięciami   rudzielec   zdobył   się   na   niepewne   skinienie   głową. 

Dziewczyna szlochała i obgryzała już prawie całą pięść.

- Spieprzać mi stąd - powiedział Corso.

Nie odrywając od niego wzroku, wycofali się przez drzwi.

Frank podszedł do Meg. Miała zamknięte oczy. Bandaż przylegał ściśle do czaszki. 

Musiano ogolić jej głowę. Góra bandaża była ubrudzona żółtą cieczą. Koniuszkami palców 

dotknął   jej   policzka,   po   czym   spróbował   opuścić   koszulę   szpitalną.   Niezadowolony   z 

efektów, wziął niebieski bawełniany koc złożony w nogach łóżka, rozpostarł go i przykrył 

background image

przyjaciółkę.

Nagle drzwi otworzyły się z impetem. Do środka wpadł ogromny czarny ochroniarz, 

wymachując   pojemnikiem   z   gazem   pieprzowym.   Za   nim   weszła   pielęgniarka.   Minęła 

ochroniarza   i   stanęła   przed   Corsem   z   rękami   na   biodrach.   Na   szeleszczący   biały   kitel 

narzucony miała zielony sweter. Popatrzył na plastikowy identyfikator, na którym znajdował 

się napis: RACHEL TAYLOR PRZEŁOŻONA PIELĘGNIAREK.

Miała około czterdziestki. Szczupła, z owalną twarzą i wielkimi brązowymi oczami. 

Prawdopodobnie biegaczka, pomyślał Corso. Twarz miała czerwoną z wściekłości.

-   Proszę   natychmiast   opuścić   tę   salę   -   powiedziała.   -   Ta   kobieta   jest   w   stanie 

krytycznym. Pańska obecność zagraża jej życiu.

- Nie wyjdę, dopóki nie otrzymam gwarancji jej bezpieczeństwa.

- Napadł pan na jednego z moich ludzi - zauważyła. - Policja jest już w drodze.

- Jakoś pani nie przeszkadza, że pani „ludzie” upokarzali i poniżali tę kobietę. To 

jakoś na panią nie działa, co, skarbie?

- Którzy moi ludzie niby to robili?

- Te dwa durnie i dziewczyna.

- O czym pan mówi? - zapytała.

Opowiedział jej o wszystkim. Nie trwało to długo. Gdy skończył, twarz Rachel Taylor 

nie była już czerwona. Miała szary odcień.

Otworzyła usta, a potem je zamknęła. Coś w jego sposobie zachowania przekonało ją, 

że mówił prawdę. Odwróciła się i powiedziała do stojącej na korytarzu dziewczyny:

- Morgan, poproś doktora Hayesa, żeby opatrzył Roberta. Potem chcę widzieć was 

troje w moim gabinecie. Zaczekacie tam na mnie. Słyszysz?

Odwróciła się z powrotem i popatrzyła na ochroniarza.

- W porządku, Quincy. Możesz iść. Spróbuj odwołać tę policję.

Quincy nie był zadowolony. Przeszył Corsa spojrzeniem, które miało być najbardziej 

złowrogim na świecie. Coś w tym mężczyźnie działało mu na nerwy.

-   Jest   pani   pewna?   -   zapytał,   nie   spuszczając   wzroku   z   Franka.   Skinęła   głową. 

Wyszedł z ociąganiem, powłócząc nogami.

- Chyba należą się panu przeprosiny - zauważyła kobieta. - Tego rodzaju zachowania 

nie będziemy tolerować w naszym szpitalu. Mogę pana zapewnić, że osoby zamieszane w tę 

sprawę nie będą tu dłużej pracować.

Corso skinął głową i podszedł do Dougherty.

- Nienawidzi strojów, które zbyt dużo pokazują - powiedział. Spojrzał na pielęgniarkę. 

background image

- Nie ma pani czegoś, co zakryłoby ją trochę bardziej?

- Na przykład czego?

-   Na   przykład   czegoś   z   długimi   rękawami   i   nogawkami.   Zastanawiała   się   przez 

chwilę.

- Kitle chirurgiczne - powiedziała w końcu. - Mogą być z długimi rękawami.

- Byłoby świetnie, gdyby udało się je załatwić.

- Zaraz kogoś po nie wyślę.

- Naprawdę będzie wdzięczna - zapewnił ją Corso.

- Zajmę się tym - obiecała kobieta. Ton jej głosu przekonał go, że nie uważała, by strój 

mógł coś w tej sytuacji zmienić.

Stali w milczeniu. Między nimi zawisło pytanie.

- W jak ciężkim jest stanie? - zadał je w końcu Corso.

- Trudno powiedzieć. Znów zapadła cisza.

- A jakie są rokowania? Skrzyżowała ręce na piersi.

- Przy tego rodzaju obrażeniach nie można ani mieć nadziei, ani wpadać w rozpacz. 

Po prostu nie sposób przewidzieć.

- Dlaczego?

- Wszystko może się zdarzyć. Może usiąść jutro po południu i poprosić o lody, ale 

może też nigdy już nie wstać z łóżka. Trudno powiedzieć.

- Czy mogę coś zrobić?

- Jest pan wierzący? - zapytała.

- Nie.

Wzruszyła ramionami.

- W takim razie chyba zrobił pan już wszystko. Patrzyła w milczeniu na Corsa, który 

podszedł do okna i spojrzał na Pioneer Square i rzekę Duwamish płynącą w kierunku dalekich 

świateł zachodniego Seattle.

- Mózg nie wykazuje oznak uszkodzenia, ale ma lekki obrzęk.

- Co to znaczy?

- To, że jeśli obrzęk się powiększy, trzeba będzie zmniejszyć ciśnienie przez wycięcie 

otworu w czaszce.

Kiedy znów wyjrzał przez okno, zapytała:

- Dobrze ją pan znał?

- Tak... przez jakiś czas.

- Czy już wtedy miała te tatuaże?

background image

- Owszem.

Wiedział, o co zamierza zapytać, zanim jeszcze zebrała się na odwagę.

- Dlaczego ktoś miałby... - zaczęła.

- To się stało wbrew jej woli - powiedział. - Ktoś jej to zrobił.

Usłyszał, jak wstrzymała oddech.

- Ach - jęknęła. - To ona jest tą biedaczką, którą... ten chłopak... odurzył, a potem...

Corso skinął głową.

- Tak. To ona.

Kilka   lat   wcześniej   Meg   Dougherty   była   dobrze   zapowiadającą   się   młodą 

fotograficzką.  Zdążyła  już mieć  kilka  udanych  wystaw  w mieście  i zaczynała  przyciągać 

uwagę znaczących galerii w kraju. Umawiała się z modnym w Seattle tatuażystą. Gościem, 

który wyglądał jak Billy Idol. Byli modną parą. Pojawiali się ciągle razem na zdjęciach w 

pismach alternatywnych - wariackie uśmiechy i ciemne okulary w nocy.

Niestety, podczas gdy ona robiła coraz większą karierę, on coraz bardziej uzależniał 

się od kokainy. Postanowiła, że muszą się rozstać. Myślała, że się z tym pogodził. Umówili 

się   na  pożegnalną  kolację.   Wypiła   pół  kieliszka  wina   i  nagle   pociemniało   jej   w  oczach. 

Obudziła się trzydzieści sześć godzin później w szpitalu Providence. W szoku. Ledwie żywa. 

I   wytatuowana   od   stóp   do   głów   w   obrazy,   wzory   i   hasła,   które   zamieniły   jej   ciało   w 

obsceniczne dzieło sztuki.

Spędziła miesiąc w szpitalu, a potem, przez kilka lat, przechodziła niekończące się 

serie zabiegów, które pozwoliły usunąć maoryskie wzory z twarzy i czerwone litery z dłoni. 

Jeśli chodzi o resztę, pogodziła się z myślą, że będzie musiała jakoś z tym żyć.

Corso odwrócił się od okna i popatrzył na pielęgniarkę.

-   Proszę   dopilnować,   żeby   zostawiono   ją   w   spokoju.   Żeby   uszanowano   jej 

prywatność.

- Ma pan na to moje słowo, panie...

- I proszę załatwić te kitle.

- Ma pan to jak w banku.

Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął swoją wizytówkę. Tylko podstawowe dane. Imię, 

nazwisko i numer telefonu.

- Gdyby był jakiś problem albo zmienił się jej stan...

- Dam panu znać. - Spojrzała na karteczkę i zmarszczyła  brwi. Wpatrywała się w 

wizytówkę   przez   dłuższą   chwilę,   zanim   wreszcie   skojarzyła.   -   Pan   jest   tym   pisarzem!   - 

wykrzyknęła.

background image

Ale jego już nie było.

Wtorek, 17 października, godzina 23.22

Michaił Iwanow przeczytał kiedyś w „San Francisco Chronicie”, że własnoręcznie 

zabił ponad czterdzieści osób. Wiedział, że to gruba przesada. Chociaż nigdy tego nie liczył, 

był pewien, że w rzeczywistości liczba jego ofiar jest o połowę mniejsza.

Niezależnie  od tego  Michaił Iwanow niewielu  rzeczy w życiu  żałował.  W swoim 

odczuciu po prostu robił to, co do niego należało. Nie miał głowy do interesów. Nico się tym 

zajmował.  Już jako dziecko  przejawiał nadzwyczajne  zdolności  pod tym  względem.  Tam 

gdzie inni widzieli niewielki stosik monet, Nico dostrzegał górę pieniędzy. Zupełnie jakby się 

z tym  urodził. Iwanow uważał, że z kolei jego rola polega na dopinaniu wszystkiego na 

ostatni guzik.

Z  wielu zadań,  jakie wykonał  przez  lata,  tylko  jedno go zmroziło.  Może, tak  jak 

sugerował   Nico,   był   w   gruncie   rzeczy   pruderyjny.   Niewiele   lepszy   od   tych   wszystkich 

kretyńskich fundamentalistów religijnych. A może po prostu, jak zaczął myśleć ostatnimi 

czasy, niektóre ludzkie czyny były tak bardzo wbrew naturze, że trwale naznaczały sprawców 

i napełniały ich dusze ciemnością.

W   każdym   razie   zadawanie   się   z   sutenerami   przyprawiało   go   o   gęsią   skórkę. 

Ostrzegano   go   przed   człowiekiem,   który   dzisiaj   przyjdzie.   Podobno   miał   nóż   i   lubił   go 

używać. Jednak z powodu zerwania współpracy z dotychczasowym dostawcą Iwanow nie 

miał wyjścia, musiał go wezwać.

Stojąc przy sobie w hotelowym korytarzu, wyglądali jak ojciec i syn. Mężczyzna był 

po czterdziestce, miał chudą twarz pokutnika i rozbiegane oczka.

- Jesteś Rosjaninem? - zapytał.

Iwanow   potwierdził   i   otworzył   drzwi,   wpuszczając   ich   do   środka.   Chłopak   nosił 

czerwony płaszcz przeciwdeszczowy i buty w takim samym kolorze. Miał prawdopodobnie 

dwanaście albo trzynaście  lat, ale był  niski jak na swój wiek. W każdym  razie zrobiono 

wszystko, żeby wyglądał na dziesięć. Nico nie da się jednak oszukać i będzie niezadowolony. 

Iwanow westchnął.

- Dobra - powiedział.

Mężczyzna uniósł chłopca za łokcie i posadził na krześle obok drzwi. Zdjął mu buty, a 

potem postawił go na dywanie. Zaczynając od dołu, odpiął sześć czarnych guzików płaszcza. 

Złożył okrycie na siedzeniu krzesła, po czym postawił na nim buty.

Chłopiec   nie   miał   teraz   na   sobie   nic   z   wyjątkiem   obroży   ze   strasów   i   czarnych 

winylowych majtek. Iwanow spojrzał w kierunku drzwi łączących pokoje, a potem podszedł 

background image

do nich bezgłośnie i zapukał. Zza drzwi dobiegł gardłowy dźwięk. Otworzył je, wepchnął 

chłopca do pokoju, po czym zamknął.

Mężczyzna stał z rękami w kieszeniach, dopóki Iwanow nie wyjął zwitka banknotów i 

nie zaczął liczyć.

- Za każde złamanie płaci dodatkowo - powiedział sutener.

Iwanow dalej liczył.

- Słyszałem jakieś paskudne plotki - kontynuował mężczyzna.

Iwanow nie przerywał liczenia.

10

Środa, 18 października, godzina 8.34

Michaił Iwanow stał w drzwiach i patrzył na sutenera. Wcisnął guzik windy już trzeci 

raz, a wciąż nie chciała przyjechać. Przeniósł wzrok z Iwanowa na chłopca, a potem znów 

popatrzył na Rosjanina. Wyszeptał coś do swojego towarzysza, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Dobiegający z głębi apartamentu szum prysznica syczał w uszach Michaiła Iwanowa. 

Zastanawiał się, ile pryszniców sam będzie musiał wziąć, zanim poczuje się znowu czysty. Z 

jego porów wydobywał się odór zepsucia. Musi go zmyć raz na zawsze. Westchnął.

Stłumiony dzwonek obwieścił w końcu przybycie windy. Sutener wszedł do środka. 

Chłopiec zawahał się. Spojrzał na Iwanowa. Jego twarz była jak piąstka. Z windy wynurzyła 

się ręka i wciągnęła go do kabiny.

Iwanow odwrócił się. Wrócił do apartamentu i zamknął drzwi. Żołądek podchodził mu 

do gardła. Stojąc na środku pokoju, oddychał głęboko i myślał o swoim domu w Nicei. O 

jasnobłękitnym Morzu Śródziemnym widocznym ze wszystkich okien. O zapachu piasku i 

morza. I o tym, że już niedługo skończy z tym wszystkim.

Środa, 18 października, godzina 13.24

Warren Klein rozpoczął od zaprezentowania wizualizacji Fairmont Hospital, jednego 

z   tych   wyidealizowanych   obrazków,   które   przygotowuje   się   przed   przystąpieniem   do 

realizacji projektu. Budynek wyglądał na nim tak pięknie, że oglądający nabierał ochoty na 

znalezienie się w tym szpitalu bez względu na to, czy był chory, czy nie.

- Właśnie to obiecano społeczeństwu - oznajmił Klein. - Supernowoczesny obiekt, z 

którego można być dumnym. Budynek, który będzie służył za wzór obiektom stawianym w 

przyszłości w całym kraju.

Elkins zaczął wstawać. Sędzia Howell machnął ręką, żeby usiadł z powrotem.

Klein posłużył się staromodnym wskaźnikiem, by zakreślić tekst pod rysunkiem.

background image

- Panie i panowie przysięgli, chciałbym zwrócić państwa uwagę na ten fragment u 

dołu strony - powiedział. Odwrócił się do przysięgłych skrytych za ciemną szybą. - Prosiłbym 

o przejście do dowodu rzeczowego numer jedenaście.

W   sali   rozpraw   rozległ   się   odgłos   poprawiania   się   na   krzesłach   i   szelest 

przewracanych kartek. Klein poczekał chwilę, a potem zaczął czytać.

-   Nowatorski   projekt   Fairmont   Hospital   praktycznie   wyklucza   niebezpieczeństwo 

zawalenia czy poważnego zniszczenia podczas wstrząsów sejsmicznych.

Oskarżyciel pozwolił, by końcówka wskaźnika stuknęła o podłogę.

- Panie i panowie przysięgli, ekspertyzy dowodzą, że Fairmont Hospital, który leży 

niecałe piętnaście kilometrów od uskoku San Andreas, został w rzeczywistości zbudowany 

bez jakiejkolwiek troski o ludzkie bezpieczeństwo.

Elkins zerwał się na równe nogi.

- Wysoki Sądzie, proszę... Klein uniósł głos.

- W  jednym  z najbardziej  narażonych  na wstrząsy sejsmiczne  regionie  świata  ten 

człowiek - skierował wskaźnik w stronę stołu, przy którym siedział oskarżony - Nicholas 

Balagula,   troszcząc   się   tylko   o   własną   kieszeń,   sfałszował   raport   inspekcji   budowlanej, 

ryzykując życie blisko czterystu ludzi...

Sędzia uderzył młotkiem.

- Panie Klein.

-   ...i   doprowadził   do   przedwczesnej   śmierci   sześćdziesięciu   trzech   osób,   w   tym 

czterdzieściorga   jeden   dzieci.   -   Klein   stał   nieruchomo,   wciąż   celując   wskaźnikiem   w 

Balagulę, chcąc, by niewidoczni za szybą przysięgli zdali sobie sprawę z wagi jego słów.

Zadowolony z efektu oskarżyciel odwrócił się z powrotem do sztalugi.

Elkins sprawiał wrażenie głęboko zranionego.

- Jeśli Wysoki Sąd pozwoli...

- Tak, panie Elkins - powiedział sędzia.

-   Chciałbym   ponownie   wnieść   sprzeciw   wobec   używania   przez   oskarżenie   tego 

rodzaju materiałów. Jak Wysoki Sąd wie, mam...

Sędzia przerwał mu.

-   Jak   z   kolei   pan   wie,   panie   Elkins,   ustaliłem   już   zasady   dotyczące   stosowania 

fotografii.

- Tak, Wysoki Sądzie, ale muszę zaprotestować przeciwko...

- Pański protest został zaprotokołowany, panie Elkins. - Sędzia przeniósł uwagę na 

Kleina. - Proszę kontynuować.

background image

Klein ponownie zwrócił się bezpośrednio do przysięgłych.

- Panie i panowie przysięgli, zanim przejdę dalej, czuję się w obowiązku przygotować 

państwa   na   to,   co   zaraz   nastąpi.   Fotografie,   które   państwo   obejrzycie,   można   nazwać   w 

najlepszym razie... - przez chwile udawał, że szuka odpowiedniego słowa - ...wstrząsającymi. 

Uprzedzam, że są drastyczne i mogą sprawić, że poczują państwo dyskomfort. - Chodził teraz 

z jednego końca ławy przysięgłych na drugi. - Zapewniam jednak, że bez względu na to jaki 

dyskomfort   państwo   poczują,   jest   on   niczym   wobec   ostatnich   chwil   tych   sześćdziesięciu 

trzech   nieszczęśników,   którzy   zginęli   pod   gruzami   Fairmont   Hospital,   i   wobec   bezmiaru 

cierpień doznanych przez ich bliskich.

Podszedł   do   stołu   i   podał   wskaźnik   Raymondowi   Butlerowi.   Kiedy   zmierzał   z 

powrotem do sztalugi, w powietrzu czuć było napięcie. Pokazał na wizualizację szpitala.

- Oto, co obiecano mieszkańcom hrabstwa Alameda w Kalifornii. - Jednym ruchem 

ściągnął zdjęcie ze sztalugi i ustawił ją dokładnie naprzeciwko ławy przysięgłych.

- A oto, co otrzymali - powiedział podniesionym głosem.

Liczące   metr   na   metr   dwadzieścia   barwne,   nieco   nieostre   zdjęcie   przedstawiało 

zawaloną   tylną   ścianę   szpitala.   Bryły   rozbitego   betonu,   wstęgi   poskręcanych   drutów   i 

pojedynczy pasek brudnego bandaża. Ale i tak uwagę przyciągało przede wszystkim to, co 

znajdowało się na dole fotografii  - wystająca z gruzu malutka stopka, delikatna, różowa i 

tłuściutka, z niebiesko-białą opaską z napisem „MICHAEL”.

Zza szyby, za którą siedzieli przysięgli, dobiegł cichy szloch. Ktoś inny jęczał. Rogers 

i   Butler   odwrócili   wzrok.   Twarz   sędziego   była   popielata.   Pomocnik   sądowy   stojący   po 

drugiej stronie sali pochylił się do przysięgłych, po czym podszedł do sędziego Howella i 

zaczął szeptać mu coś na ucho.

Usta sędziego były mocno zaciśnięte, gdy uderzył młotkiem.

- Członkowie ławy przysięgłych  proszą o przerwę. Rozprawa zostanie  wznowiona 

dzisiaj, o godzinie czternaście trzydzieści.

Warren Klein był rozpromieniony, wracając do swoich kolegów.

- Na miłość boską, Warren, zasłoń to zdjęcie - wyszeptała Renee Rogers.

Zrobił zdziwioną minę.

- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - zapytał. - Chcę, żeby oni...

-   Już   uzyskałeś   to,   co   chciałeś.   Pozostawienie   tego   zdjęcia   zakrawa   na   zwykłe 

okrucieństwo.

- Ona ma rację - zgodził się Butler. - Jest cienka linia między przykuciem uwagi 

przysięgłych a urażeniem ich.

background image

- Ale z was trusie - zakpił Klein. - Nic dziwnego, że poprzednim razem wypuściliście 

go z rąk. - Popatrzył na Balagulę. - Z takim bydlakiem nie można się patyczkować.

Renee Rogers chciała zaprotestować, zmieniła jednak zdanie i zamiast tego minęła 

Kleina, podeszła do sztalugi i zakryła zdjęcie. Główny oskarżyciel ruszył za nią. Znów był 

czerwony na twarzy. Jego szept był słyszalny w całej sali.

- Zapomniałaś, kto tutaj rządzi? - zapytał.

- Trudno o tym zapomnieć, skoro na każdym kroku o tym przypominasz.

Nie poruszyła się, kiedy Klein przystanął tuż przed nią.

- Zamierzam włożyć tę małą stopkę prosto w dupę Balaguli - powiedział. - Patrz i ucz 

się. - Wykrzywił usta w szyderczym uśmieszku, po czym wrócił do stołu i zaczął zbierać 

notatki do aktówki. - Co powiecie na lunch? - zapytał.Kiedy Rogers i Butler popatrzyli na 

niego, jakby oszalał, roześmiał się głośno.

- Nic dziwnego, że Balagula skopał wam dupy. Jesteście za delikatni do tej roboty. - 

Wyszedł, machając aktówką i gwiżdżąc.

Renee Rogers podeszła do Corsa.

- Warren szuka kompanów do lunchu. Frank potrząsnął głową ze smutną miną.

- Muszę to jeszcze przemyśleć - odparł. - Widok martwych dzieci odbiera mi apetyt.

- Lepszy byłby drink - zauważyła.

- Albo dziesięć - dodał Corso.

- To potem. „U Vita”.

- Dzisiaj nie mogę. Mam coś do załatwienia. Uniosła brwi.

- Czy ma to coś wspólnego z policjantem dzwoniącym do mnie, żeby potwierdzić, że 

wczorajsze popołudnie spędziliśmy razem?

Corso opowiedział jej o Dougherty.

- Jak ona się miewa?

- Dzwoniłem dziś rano do szpitala. Powiedzieli mi, że jej stan się nie zmienił.

Położyła rękę na jego ramieniu.

- Przez chwilę miałam straszliwą ochotę powiedzieć coś głupiego. Na przykład, że 

wszystko będzie dobrze albo że na pewno jej się polepszy.

Corso wyraził skinieniem głowy podziękowanie.

- Dlaczego ktoś chciałby zabić fotoreporterkę?

- Nie mam pojęcia - odparł - ale na pewno się dowiem.

***

Nicholas Balagula obserwował tę scenę ze swojego miejsca za stołem.

background image

- Wygląda na to, że nasz pan Corso stał się członkiem kręgu przyjaciół - zauważył.

- Pani Rogers i pan Butler liczą zapewne na życzliwe wzmianki w jego książce - 

powiedział Michaił Iwanow. - Ci Amerykanie uwielbiają grzać się w blasku sławy.

- Wydaje mi się, że ona na niego leci - rzekł Balagula. Ich rozmowa została przerwana 

przez Bruce’a Elkinsa, który pochylił się do nich.

- Czy wy dwaj naprawdę myślicie,  że możecie tu sobie siedzieć z zadowolonymi 

minami? Niezmiernie mi pomożecie, jeśli nie będziecie patrzeć na zdjęcia martwych dzieci, 

jakbyście siedzieli na ławce w parku. Przysięgli dostrzegają takie rzeczy, nie myślcie, że nie.

- Oczywiście, masz rację... - zaczął Iwanow. Balagula wszedł mu w słowo.

- Zajmij się lepiej swoimi obowiązkami - powiedział prawnikowi - a reszta sama się 

załatwi.

Elkins potrząsnął głową.

- Pewnego dnia, Nico... Pewnego dnia twoja arogancja zemści się na nas wszystkich.

- Ale jeszcze nie dzisiaj - odrzekł Balagula z uśmiechem.

Elkins pozostał nieporuszony.

- Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć? - zapytał.

- Na przykład co? - odpowiedział pytaniem na pytanie Iwanow.

- To wy mi powiedzcie - zażądał Elkins. - Nie mam zamiaru uczestniczyć w jakimś 

nieetycznym przedsięwzięciu. Rozumiemy się?

Jednak   Nicholas   Balagula   odwrócił   się   już   od   niego   i   przyglądał   się   bacznie 

oskarżycielom.

Michaił Iwanow patrzył w milczeniu, jak Elkins zbiera swoje rzeczy i kieruje się w 

stronę drzwi na swoje codzienne spotkanie z mediami.

- On ma rację, wiesz? - rzekł po chwili. - Arogancja to niebezpieczna rzecz. Balagula 

zignorował go.

- Niech Gerardo i Ramon śledzą pana Corso. Niech się dowiedzą, gdzie nasz wścibski 

przyjaciel nocuje.

- Dlaczego?

-   Dlatego   że   tak   powiedziałem.   -   Balagula   popatrzył   Iwanowowi   w   oczy.   -   Nie 

potrzeba żadnych więcej powodów, prawda?

Iwanow poczuł, że robi mu się gorąco.

- Zajmę się tym - obiecał.

Podszedł do drzwi i zerknął przez szparę. Nie dlatego że interesowało go, co ma do 

powiedzenia Elkins, ale dlatego że nie chciał, by Nico widział jego wyraz twarzy.

background image

11

Środa, 18 października, godzina 15.52

Corso odsunął nogą zwiniętą gazetę, przestąpił próg mieszkania i zamknął za sobą 

drzwi. Stał przez chwilę w wąskim przedpokoju, patrząc na srebrny klucz w dłoni. Westchnął 

ciężko. Kiedy Dougherty nie poprosiła o zwrot klucza, pomyślał, że zmieniła zamek. On by 

tak zrobił. Fakt, że klucz wciąż pasował, zasmucił go.

Schował go do kieszeni i przeszedł po zielonym chodniku do salonu. Wszystko było 

takie,   jak   pamiętał   -   bordowy   orientalny   dywanik   i   jaskrawozielona   kanapa,   dwa 

palisandrowe chińskie stoliki, plakaty w ramkach. Wszystko - z wyjątkiem fotografii. Tam 

gdzie   przedtem   były   jego   zdjęcia...   ich   zdjęcia...   teraz   wisiały   fotografie   przedstawiające 

rudego faceta o krótko przyciętej brodzie i w okularach, śmiejącego się i opierającego głowę 

na ramieniu Meg.

Odwrócił się od tych zdjęć i otworzył mahoniowe drzwi, za którymi znajdowała się 

niegdyś   garderoba,   którą   Dougherty   przed   nadejściem   ery   fotografii   cyfrowej 

wykorzystywała jako ciemnię; obecnie pomieszczenie służyło za prowizoryczny gabinet. Z 

tyłu, na wbudowanym w ścianę biurku, stał komputer. Po lewej stronie - trzy zniszczone szafy 

na dokumenty. Na górze - dwie półki zawalone książkami i czasopismami.

Policjanci dokonali przeszukania. Zostawili szuflady otwarte, a teczki porozrzucane 

jak liście. Na szczycie sterty leżała jego czarno-biała fotografia - stał na skale na Stuart Island, 

wejście do Roach Harbor było ledwie widoczne w oddali. Odwrócił zdjęcie na drugą stronę. 

Na odwrocie napisane było:  Frank Corso, Stuart Island, 9/11/99.  To pewnie tej fotografii 

zawdzięczał wizytę gliniarzy.

Usiadł w fotelu i przesunął dłońmi po jego poręczach. Przypomniał sobie tydzień na 

wyspie. Nie mieli tam ani telefonu, ani elektryczności, zupełnie nic... z wyjątkiem siebie. 

Spacerowali po lesie i zbierali małże na plaży. Leżąc na pokładzie, patrzyli, jak zapada mrok, 

a potem wchodzili do środka jachtu. Noce wypełniały ciche jęki pośród szelestu drzew i 

śpiewów nocnych ptaków.

Wstał. Przesunął jedną dłonią po twarzy, a drugą po włosach. W głowie słyszał coraz 

silniejszy głos, który mówił mu, żeby wziął się do roboty, przestał rozpamiętywać i zaczął 

rozglądać się za jakimś tropem, wskazówką, odpowiedzią na pytanie, dlaczego ktoś chciał ją 

zabić. Pozbierał teczki z biurka i włożył je do szafy na dokumenty.

Policjanci mieli jej czarny notes. Zawsze nosiła go przy sobie, kiedy wyjeżdżała na 

zdjęcia. W domu przedstawiała koleje swego życia w liczących piętnaście na dwadzieścia 

background image

centymetrów zeszytach, które kupowała w Urban Outfitters. Nazywała je zeszytami myśli.

Zapełniała dwa albo trzy w ciągu roku i nigdy żadnego nie wyrzuciła. Cała górna 

półka   nad   biurkiem   była   zapełniona   starymi   zeszytami   w   fioletowych,   czerwonych, 

niebieskich i zielonych okładkach. Podobnie jak teczki wszystkie leżały w nieładzie. Cegła, 

która służyła jako podpórka, została zdjęta. Ustawił je z powrotem, położył cegłę na miejsce i 

wziął fioletowy zeszyt stojący na końcu. W środku, na stronie tytułowej napisała: „styczeń-

lipiec 2000. Pocorsowy dziennik nr 2”. Palce mu zdrętwiały, kiedy kartkował dziennik. Był 

wypełniony   grubym,   pochyłym   pismem   i   zapisany   do   końca,   co   znaczyło,   że   zapewne 

rozpoczęła następny.

Wolno przeszedł przez gabinet, szukając aktualnego dziennika, po drodze porządkując 

jej rzeczy. Były tylko trzy możliwości: albo miała go ze sobą w samochodzie, albo gliniarze 

znaleźli go, kiedy tu myszkowali, i zabrali ze sobą, albo cały czas gdzieś tutaj jest. Pięć minut 

zajęło mu przekonanie się, że ta ostatnia możliwość nie wchodzi w rachubę.

W   końcu   usiadł   ponownie   w   fotelu   i   wcisnął   przycisk   na   klawiaturze   jej 

landrynkowego iMaca. Dźwięki muzyki symfonicznej wypełniły niewielkie pomieszczenie. 

Poczekał, aż komputer się uruchomi, po czym przeszedł od razu do Photoshopa. Kliknął na 

folder MOJE ZDJĘCIA i przejrzał daty. Po prawej stronie ujrzał folder zatytułowany MOST 

MAGNOLIA 17/10/00. Kliknął dwa razy. W środku znalazł trzydzieści dwie fotografie placu 

budowy.  Otworzył  zdjęcie pikapa wystającego  z nasypu.  Powiększył  je dwukrotnie, żeby 

przyjrzeć się tablicy rejestracyjnej, była jednak za bardzo umazana błotem, by mógł odczytać 

numery.   Dopiero   jedno   z   następnych   zdjęć   ukazywało   tablicę   opłukaną   wodą   z   węża 

strażackiego. Znajdowały się na niej numery ze stanu Waszyngton: 982-DDG. Zapisał je w 

notesie, po czym wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił.

- Słucham - odezwał się szorstki męski głos.

- Z Ellen Gardner proszę - powiedział.

- Chwileczkę.

Okropna   instrumentalna   wersja  Three   Little   Birds  Boba   Marleya   zmusiła   go   do 

odsunięcia telefonu od ucha. W połowie refrenu muzyka się urwała.

- Gardner, słucham.

- Tu Frank.

- Czym mogę panu służyć?

- Waszyngtońskie numery: dziewięćset osiemdziesiąt dwa - DDG.

- To potrwa z pięć minut.

- Inny numer. - Wyrecytował z pamięci. - Proszę tylko puścić sygnał. Oddzwonię.

background image

- Dlaczego mnie to nie dziwi, proszę pana? Też życzę panu miłego dnia. - Odłożyła 

słuchawkę.

Dziewięć minut później, kiedy przeszukał już malutką kuchnię, stanął w drzwiach 

sypialni. Nie mógł zmusić  się do przekroczenia jej progu, zapierał  się o framugę  rękami 

niczym Samson przed zburzeniem świątyni. Nagle rozległ się pojedynczy dzwonek telefonu. 

Z westchnieniem wszedł do sypialni.

Czarno-złota narzuta była wgnieciona w miejscu, gdzie Meg ostatnio siedziała. Stanął 

przy łóżku i wybrał numer. Tym razem to Gardner odebrała.

- To ja - powiedział.

-   Zarejestrowany   na   Donalda   Bartha.   Marginai   Way   South   dwadzieścia   sześćset 

jedenaście, Renton w stanie Waszyngton,  dziewięćdziesiąt osiem sto dziewięć. Pan Barth 

pracuje w dziale konserwatorskim okręgu szkolnego Meridian.

- Czek przyjdzie pocztą.

- Dziękuję, proszę pana - powiedziała, przeciągając głoski.

Corso otworzył szufladę w szafce nocnej. Był tam. Błyszczący, czarny, z błękitnym 

zamknięciem.   Otworzył   zeszyt   w   miejscu,   w   które   wetknięty   był   długopis.   Na   ostatniej 

stronie napisane było: Consolidated, Rough and Ready, Baker Brothers, Evergreen, Maison  

and Mayer. Przeczytał tę listę kilka razy. Nazwy brzmiały dziwnie znajomo, nie umiał jednak 

powiedzieć, z czym są związane.

Odwrócił   kartkę.   Jakieś   godziny,   skróty.  Lotnisko-David-Wt.,   American   1244.  Nic 

więcej. Cofnął się o cały tydzień, lecz nie znalazł wśród wpisów nic, co sugerowałoby jakieś 

tragiczne konsekwencje.

Włożył dziennik z powrotem do szafki i przeszedł do salonu. W umyśle odtwarzał 

swoje kroki. Szukał czegoś, co mógł przegapić albo błędnie zinterpretować. Nic nie przyszło 

mu do głowy.

Nagle szczęknął klucz w zamku i drzwi się otworzyły. Pojawił się w nich znany mu ze 

zdjęć rudy mężczyzna, wpatrzony w nagłówki w gazecie. Przez ramię miał przewieszoną 

torbę, a za sobą walizkę na kółkach. Na widok Corsa stanął jak wryty, opuszczając gazetę.

- Co pan tu...? - zaczął, w następnej chwili jednak go rozpoznał. - Pan jest...

- Frank Corso. A pan to pewnie David, prawda?

Mężczyzna nie dał po sobie poznać, że usłyszał słowa Franka. Wstawił walizkę do 

przedpokoju i rzucił na nią gazetę.

- Jak się pan tutaj dostał? - zapytał.

Nie miał więcej niż trzydzieści lat. Około metra osiemdziesięciu wzrostu, szczupły. 

background image

Jego broda była bardziej ruda niż czupryna, ale nie tak czerwona jak twarz w tej chwili. 

Powtórzył pytanie.

- Meg jest ranna - powiedział Corso. Mężczyzna wydawał się jednak go nie słyszeć.

-   Tylko   dlatego,   że   jesteś   słynnym   pisarzem,   wyobrażasz   sobie,   że   możesz 

przychodzić do cudzych mieszkań bez zaproszenia? - Pokazał na drzwi. - Wynoś się, ale już.

- Posłuchaj... - zaczął Corso.

David uniósł pięść i ruszył do przodu. Frank zatrzymał go wyciągniętą ręką.

- Spokojnie - wyszeptał. - Meg leży w Harborview. Miała...

Nie dał mu szansy wyjaśnienia. Bez ostrzeżenia zamachnął się pięścią. Corso cofnął 

głowę. Chwycił mężczyznę za rękę i wykorzystał jego impet, by wepchnąć go do salonu. 

Odwrócił się plecami do otwartych drzwi.

-  Uspokój   się,  człowieku  -  powiedział.   -  Ona   wymaga  spokoju.  Jest...Tym   razem 

David rzucił się na niego z opuszczoną głową, chcąc rąbnąć go bykiem. Corso odsunął się 

niczym matador. Kiedy mężczyzna przebiegał obok niego, Frank wysunął pięść, uderzając go 

w szczękę. David uderzył głową w drzwi, po czym wypadł na korytarz. Rozległ się huk. 

Kiedy   Corso   wyszedł   z   mieszkania,   ujrzał   go   leżącego   nieruchomo   pod   drzwiami 

naprzeciwko.

Schylił się i dotknął szyi mężczyzny. Jego puls był szybki i mocny. Z westchnieniem 

ulgi podszedł do drzwi mieszkania Dougherty. Miał je już zamknąć, kiedy zobaczył zdjęcia 

na pierwszej stronie „Seattle Times”.

Na  górze  znajdowała   się fotografia   rozmytego   przez  deszcze  nasypu.   Wystawał   z 

niego przód samochodu. Następne zdjęcie ukazywało wóz strażacki i strażaków spłukujących 

wodą z węży ziemię z samochodu. Trzecia fotografia uchwyciła moment, kiedy dopiero co 

wyciągnięty z nasypu pikap zaczął zagłębiać się w błocie poniżej. Odwrócił gazetę na bok. 

Zdjęcia podpisane były: M. DOUGHERTY.

Nagłe skrzypienie odwróciło uwagę Corsa od gazety. Drzwi naprzeciwko uchyliły się 

i pojawił się w nich łysy mężczyzna. Przeniósł wzrok z Corsa na ciało leżące na progu jego 

mieszkania. David jęknął i przewrócił się na plecy.

- Kiedy już młody się ocknie, proszę mu powiedzieć, że Meg leży w Harborview. Sala 

numer sto dziewięć na intensywnej terapii. Dobrze?

Mężczyzna kiwnął nieśmiało głową i pospiesznie zamknął drzwi. Corso złożył gazetę 

i ruszył korytarzem. Kilka chwil później wyszedł na ulicę.

Drzewa kołysały się na wietrze, a niebo było pocętkowane fruwającymi liśćmi.

Skręcił w lewo i zaczął iść Republican Street w kierunku subaru. Nie zwrócił uwagi na 

background image

stojącego na końcu ulicy brudnego czarnego mercedesa. Kłęby spalin wydobywające się z 

jego rury wydechowej zasłaniały dwie postacie siedzące w środku.

12

Środa, 18 października, godzina 16.41

- Zrobił  się tutaj cholerny bałagan, ot co. - Mężczyzna  miał  około czterdziestki  i 

grdykę wielkości piłeczki pingpongowej. Jego podłużna, nieogolona twarz spochmurniała. - 

Władowaliśmy w remont mostu cały nasz sprzęt i wszystkich ludzi. Miasto zaproponowało, 

że zapłaci nam podwójnie za pracę w nocy, a szefa za cholerę nie można znaleźć.

Corso zdjął płaszcz. W biurze było gorąco jak w saunie.

- Pojechał do domu?

- A gdzie tam! Jego stara nie widziała go od wczorajszego ranka. Biedaczka odchodzi 

od zmysłów. Kiedy nie wrócił na kolację, zadzwoniła na policję. Gliniarze zerwali mnie z 

łóżka za piętnaście trzecia. Kazałem swojej starej siedzieć z nią, dopóki nie wpadniemy na to, 

co się dzieje.

- Co powiedzieli policjanci? Machnął ręką.

- Te ćwoki nie wiedzą nic poza tym, co im powiedziałem. Chcieli wiedzieć, czy miał 

jakąś babę na boku. Powtarzałem im do znudzenia: Joe Bali jest dobrym mężem i ojcem. 

Kilka miesięcy temu kupił dom. Dupy mu nie w głowie. Jak nie ma go tutaj punkt siódma, 

musiało się stać coś złego. Ma to pan jak w banku.

- Kiedy pan widział go po raz ostatni? - zapytał Corso. Mężczyzna westchnął ciężko.

- Powiem panu to samo, co mówiłem im. Ostatni raz widziałem Joego wczoraj, około 

wpół do czwartej. Tutaj, w biurze. Harowałem na budowie przez czternaście godzin. Joe 

siedział tu, kiedy podbijałem kartę. Powiedział, że zobaczymy się rano.

- Był sam?

- Potem przyjechała jakaś dziewczyna.

- Dziewczyna?

-   Byłem   przy   budce   strażniczej,   zbierałem   się   do   wyjścia.   Przyjechała,   kiedy   się 

właśnie   pakowałem.   Powiedziała,   że   jest   reporterką.   Przygotowuje   reportaż   o   remoncie 

mostu. Chciała się dowiedzieć, jakiego sprzętu używamy. Odesłałem ją do Joego.

- Czarne włosy? - Przesunął palcem po czole. - Obcięte tak, jak pokazuję?

Mężczyzna skinął głową.

- To ona.

Po raz trzeci w ciągu godziny Corso wzdrygnął się. Po raz pierwszy dreszcz przeszył 

background image

go, kiedy piętnaście minut po wyjściu z mieszkania Dougherty zobaczył czwartą fotografię w 

gazecie.

Użyła   teleobiektywu,   by   zrobić   zbliżenie   makabrycznej   postaci   siedzącej   za 

kierownicą pikapa. Woda z węża strażackiego oczyściła przednią szybę, odsłaniając zastygły 

uśmiech na twarzy rozkładającego się trupa siedzącego za kierownicą. Głowę miał odrzuconą 

do tyłu, jakby dzielił się z niebem jakimś żartem.

Artykuł   obok   zdjęć   opowiadał   o   tym,   jak   ekipa   budowlańców   przystępująca   do 

remontu mostu Magnolia natrafiła na toyotę zakopaną w nasypie.

Według   „Seattle   Timesa”   policja   doszła   do   wniosku,   że   pi-kap   musiał   zostać 

zakopany jakieś trzy miesiące wcześniej, kiedy ulewne deszcze po raz pierwszy zagroziły 

mostowi. Również wtedy skierowano do jego remontu ekipę budowlaną.

To   nie   potężny   lej   wypłukany   przez   deszcz   czy   szczątki   kierowcy   wstrząsnęły 

Corsem, lecz stojąca obok betoniarka i jej logo. Dwie splecione litery R: ROUGH AND 

READY CONCRETE.

Wjechał subaru na krawężnik, podbiegł do automatu telefonicznego na rogu Piętnastej 

i Republican i zaczął kartkować książkę telefoniczną. Dotarł w końcu do firm ze sprzętem 

budowlanym. Tak jak myślał, były tam wszystkie: Consolidated Trucking, Rough and Ready 

Concrete, Baker Brothers Cranes, Evergreen Equipment, Matson and Mayer Pile Driving. 

Dreszcz numer jeden.

Szybkie przejrzenie adresów firm ujawniło, że siedziba Evergreen Equipment mieści 

się na kawałku osuszonego bagna przylegającym do Western Avenue. Właśnie tam, gdzie 

Meg miała wypadek. Przypomniał sobie, co mówiła o tropieniu wielkiej afery, która wyniesie 

ją na szczyt, i zadrżał po raz drugi.

Mężczyzna   pochylił   się   i   oparł   ręce   na   kontuarze.   Nie   miał   połowy   palca 

wskazującego. Wpatrzył się podejrzliwie w Corsa.

- Wie pan coś o tym? - Zanim Frank zdążył odpowiedzieć, ciągnął dalej: - Stara Joego 

byłaby naprawdę wdzięczna, gdyby rzucił pan trochę światła na to, co się stało. Wiem, że na 

pewno by była. - Pochylił się jeszcze bardziej. Śmierdział stęchlizną. - Ta dziewczyna nie 

zaginęła, co? Corso potrząsnął głową i opowiedział mu o wypadku.

O  świadkach, którzy zeznali, że ścigał ją czarny mercedes, i  o tym, że Dougherty 

zapewne zbierała  materiały do artykułu  o pikapie, który został zakopany w nasypie  przy 

moście. Podczas monologu Corsa mężczyzna przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą i 

pocierał policzek.

- Myśli pan, że zniknięcie Joego i wypadek tej dziewczyny są ze sobą związane? - 

background image

zapytał, kiedy Frank skończył.

- Na pana miejscu nie wyciągałbym pochopnych wniosków.

Mężczyzna zamyślił się.

- Nie podoba mi się to - powiedział w końcu. - Można było regulować zegarek według 

Joego Balia. To do niego niepodobne, że go tu nie ma... I to na dodatek w takim czasie... A 

potem jeszcze ta dziewczyna... Nie podoba mi się to.

- To jest już nas dwóch, kolego - rzekł Corso. Sięgnął do kieszeni i wyjął wizytówkę. - 

Jeśli przypomni pan sobie coś ważnego, proszę zadzwonić, dobrze?

- Nie podoba mi się to - powtórzył mężczyzna.

Środa, 18 października, godzina 16.59

- Nie podoba mi się to - powiedział Gerardo. - Co on tam, do kurwy nędzy, w ogóle 

robi?   Szef   mówił,   że   to   jakiś   wścibski   pisarzyna.   Nie   ma   nic   wspólnego   z   całym   tym 

gównem.

- Spokojnie. Róbmy po prostu to, co nam kazał - odparł Ramon. - Mamy jeździć za 

nim i dowiedzieć się, gdzie mieszka.

Chociaż jego głos był spokojny, Ramon też się martwił. Odkąd odkryli, że ktoś przed 

nimi zabił faceta w pikapie, nic nie układało się tak, jak powinno. Pikap został odkopany. 

Dziewczyna nakryła ich przy robocie. Na miejscu wypadku pojawili się gapie i nie mogli się 

przez nich upewnić, czy dziewczyna nie żyje. Same niedokończone sprawy i partanina.

- Powiemy szefowi, dokąd pojechał? - zapytał Gerardo. - Jeśli to zrobimy, będziemy 

też musieli wspomnieć o dziewczynie. Gerardo zamyślił się.

- Chyba trzeba mu było od razu powiedzieć, że ten gość był już martwy, kiedy do 

niego dotarliśmy. Może wtedy nie wydarzyłoby się to wszystko.

- Nie wydaje mi się - odparł Ramon. - W każdym razie teraz i tak już za późno. Jeśli 

się przyznamy do kłamstwa, ktoś się nami zajmie.

- Nie podoba mi się to - powtórzył Gerardo. - Może po prostu trzeba kropnąć tego 

gościa. Mielibyśmy święty spokój.

- O, ruszył - powiedział Ramon.

Zielone subaru zaczęło jechać drogą dojazdową, kierując się z powrotem na Western 

Avenue. Ramon czekał, dopóki samochód nie skręcił w prawo przy najdalszym magazynie i 

nie zniknął im z oczu. Dopiero wtedy zdjął nogę z hamulca.

- Zobaczymy, dokąd teraz pojedzie - powiedział w równej mierze do siebie jak do 

Gerarda.

background image

13

Środa, 18 października, godzina 18.44

- Wolnych  miejsc brak - oświadczył  mężczyzna.  - Jak są wolne miejsca, stawiam 

tabliczkę na ulicy. Mieszkania nigdy nie są długo wolne.

Azjata.   Nie   więcej   niż   metr   pięćdziesiąt   wzrostu.   Stał   wyprostowany   w  drzwiach 

mieszkania. Po sześćdziesiątce. Krótko ostrzyżone włosy i czarne oczy, których spojrzenie 

mogłoby zrobić dziurę w cegle.

-   Nie   przyszedłem   tu   w   sprawie   mieszkania   -   wyjaśnił   Corso.   -   Chodzi   mi   o 

poprzedniego lokatora, niejakiego Donalda Bartha.

- Aha - powiedział mężczyzna. - To naprawdę smutne.

Była tu wczoraj policja.

- Pan...?

- Pov - przedstawił się szybko. - Nhim Pov. Jestem tutaj administratorem.

Nhim Pov wyszedł na malutki wybetonowany ganek i zamknął za sobą drzwi.

- Dlaczego pan wypytuje o pana Bartha? Jaki interes ma pan w rozgrzebywaniu jego 

tragicznej śmierci?

- Jestem pisarzem - odrzekł Corso. - Próbuję wyjaśnić, co mogło kogoś skłonić, że 

strzelił do niego dziewięć razy, a potem zakopał go i samochód w nasypie przy moście.

- Mówiłem policji. Pan Barth był cichym człowiekiem, bardzo skrytym. Nic nie wiem 

o jego życiu prywatnym.

- Jak długo tu mieszkał?

- Jakieś pięć lat. Jestem administratorem od trzech. Pan Barth był żonaty. W zeszłym 

roku żona go opuściła i od tej pory mieszkał sam.

- Czy miał jakieś konflikty z którymś z sąsiadów?

- Sprawiasz kłopoty,  wylatujesz.  - Pan Pov uśmiechnął  się  słabo. - Prowadzę  ten 

interes, jak to wy, Amerykanie, nazywacie, silną ręką. Ludziom, którzy sprawiają kłopoty, nie 

przedłużam umów najmu.

- Płacił czynsz w terminie?

Mały człowieczek ponownie się uśmiechnął.

- Ta sama odpowiedź. Hrabstwo ma długą listę oczekujących. Ludzie nie mogą już 

sobie pozwolić, żeby mieszkać w tym mieście. Starzeją się. Nie mają pieniędzy. Gdzie indziej 

mogą pójść?

Nhim   Pov   miał   rację.   Ostatnio   w   Seattle,   nazywanym   Szmaragdowym   Miastem, 

background image

nawet   dwupokojowe   mieszkanie   do   remontu   warte   było   około   trzystu   tysięcy.   Porządne 

lokum kosztowało tysiąc dolarów miesięcznie. Ceny mieszkań tak podskoczyły, że zwykłych 

ludzi nie było na nie stać. Zresztą nie tylko zwykłych ludzi. Po drugiej stronie jeziora, w 

modnym   Bellevue,   nowy   burmistrz,   zarabiający   okrągłe   sto   pięćdziesiąt   tysięcy   dolarów 

rocznie, złożył wniosek o dodatek mieszkaniowy w wysokości stu tysięcy, uzasadniając, że 

nie   może   sobie   pozwolić   na   mieszkanie   w  Bellevue,   a   jako   jego   burmistrz   jest   do   tego 

zobowiązany.

- Kiedy pan zauważył, że pan Barth zniknął?

- Po kilku tygodniach - odrzekł Pov. - Płacił czynsz pierwszego. Zawsze. Patrzyłem na 

parking i widziałem, że nie ma jego samochodu. To nie był jeszcze powód, żeby do niego iść 

i dowiadywać się, czy wszystko jest w porządku, prawda? Myślałem, że może wyjechał. Albo 

miał wypadek.

- Zatoczył łuk ręką. - Niektórzy z tych ludzi są bardzo starzy. Jeśli nie mam od nich 

znaku, dzwonię. Nie odpowiadają, pukam do drzwi. Czasami są chorzy. Czasami nie żyją.

- Więc dopiero po kilku tygodniach zaczął się pan zastanawiać.

- Poszedłem do jego mieszkania. - Wzruszył ramionami.

- Wszystko było tak jak zawsze. Chyba. Nigdy przedtem tam nie byłem.

- Co potem?

- Potem poczekałem do końca miesiąca. Kiedy ciągle się nie pojawiał, zabrałem jego 

rzeczy do komórki, posprzątałem i wynająłem jego mieszkanie pani Leng.

- Ma pan jeszcze jego rzeczy?

- A co miałbym zrobić z dorobkiem czyjegoś życia? Sprzedać?

- Wielu ludzi tak by właśnie postąpiło.

- Wielu ludzi nie ma honoru.

- Czy mógłbym je zobaczyć?

- Policjanci już je przeglądali.

- Tylko rzucę okiem. Nie zajmę dużo czasu.

Nhim Pov zamyślił się, po czym nagle wszedł do swojego mieszkania. Przez szparę w 

drzwiach Corso zobaczył grafikę z Buddą na ścianie i ołtarzyk buddyjski w kącie.

Po chwili pan Pov był już z powrotem na ganku, trzymając pęk mosiężnych kluczy w 

jednej ręce, a słownik w drugiej.

- Co znaczy słowo „skłonić”, którego pan użył? - zapytał.

- A kiedy go użyłem?

- Powiedział pan, że chciał pan odkryć, co mogło „skłonić” kogoś do zabicia pana 

background image

Bartha i zakopania ciała.

- To znaczy: doprowadzić albo poruszyć, przez perswazję albo wpływ.

Pov znalazł słowo w słowniku. Jego usta poruszały się leciutko, kiedy czytał.

- W takim razie... to siła idąca z zewnątrz - powiedział.

- Tak - zgodził się Corso. - Widzę, że jest pan badaczem języka.

- Miło, że pan to mówi. - Pan Pov ucieszył się. - Ciężko pracowałem nad swoim 

angielskim.

- Bardzo dobrze pan sobie radzi. Mały człowieczek rozpromienił się.

- Dziękuję. - Ukłonił się głęboko. - W ustach pisarza to najwyższa pochwała.

Włożył czerwoną filcową zakładkę między strony i położył słownik na podłodze za 

drzwiami mieszkania. Zamknął je, pokręcił gałką, by się upewnić, że są zatrzaśnięte, po czym 

odwrócił się do Corsa.

- Panie... - zaczął.

- Corso. Frank Corso. Nhim Pov uśmiechnął się.

- Panie Corso, bardzo uprzejmie „skłonił” mnie pan do pokazania panu rzeczy pana 

Bartha.

Corso poszedł za małym człowieczkiem po chodniku, a potem przez wilgotny trawnik 

pomiędzy   budynkami.   Znaleźli   się   na   trawiastym   obszarze   biegnącym   wzdłuż   mokradeł. 

Nhim Pov zatrzymał się i pokazał na wodę.

- W nocy... czasami... księżyc i woda... przypominają mi ojczyznę.

- To pozostałości Czarnej Rzeki - powiedział Corso.

- Tak? - Pan Pov spojrzał na Corsa. - Jak to pozostałości? Corso podszedł do brzegu.

-   Czarna   Rzeka   była   głównym   odpływem   Jeziora   Waszyngtona.   Małe   strumyki 

wpadały do jeziora, a Czarna Rzeka odprowadzała wodę do rzeki Cedar, a potem do innych, 

dopóki nie łączyły się wszystkie w Duwamish i nie wpadały do cieśniny Puget.

- I co się stało?

- Ludzie po prostu nie mogą zostawić rzeczy w spokoju. Wykopali kanał i obniżyli 

poziom   wody   w   jeziorze   o   trzy   metry.   Czarna   Rzeka   zniknęła.   -   Pośrodku   bagna,   na 

pomarszczonej powierzchni wody unosiło się kilkadziesiąt śpiących kaczek. - Tyle że nie 

umarła - ciągnął dalej Corso. - Zeszła do podziemia. - Zatoczył ręką łuk. - Zamieniła całą tę 

część hrabstwa w mokradła. Nie mogą ich zabudować, więc zamienili je w rezerwat ptaków.

- Jest rzeki naturą rzeką pozostać - powiedział Nhim Pov.

- Tak. To prawda.

- Na tym właśnie polega piękno Ameryki - zauważył pan Pov, kiedy odwrócili się od 

background image

rzeki.

- Na czym?

- Na tym,  że taki człowiek jak ja może tu przyjechać i żyć ze swoją rodziną bez 

zmieniania swoich wierzeń i przyzwyczajeń.

- Od dawna pan tu jest?

- Od dziesięciu lat.

- A skąd pan przyjechał?

- Z Tajlandii. Przez dziewięć lat byłem w obozie dla uchodźców.

- A skąd pan pochodzi?

-   Jestem   Kambodżaninem.   Mieszkam   w   Ameryce,   ale   na   zawsze   pozostanę 

Kambodżaninem. Tak jak ta Czarna Rzeka, na zawsze pozostanę tym, kim jestem.

Weszli za róg ostatniego budynku. Wzdłuż rzędu drzew stały komórki. Nhim Pov 

podszedł do najbliższej, przekręcił klucz w błyszczącej  srebrnej kłódce i otworzył  drzwi. 

Wszedł  do środka, wyciągnął  rękę i pociągnął  za niewidoczny sznureczek.  Słabe światło 

żarówki zalało wnętrze.

Pan Pov skinął głową. Corso wszedł do środka. Pachniało świeżą ziemią i stęchlizną. 

Dobytek Donalda Bartha leżał po dwóch stronach pomieszczenia. Frank podszedł do tylnej 

ściany, nie dotykając niczego, a potem odwrócił się i wyszedł na środek.

Na środku kanapy zobaczył pudełko z kilkoma fotografiami w ramkach. Domyślił się, 

że prawdopodobnie wisiały w mieszkaniu. Stare zdjęcie kobiety w połatanym ubraniu. Jej 

wąskie, pozbawione wyrazu oczy zmrużone były na słońcu - prawdopodobnie matka. Na 

innym - chudy młodzieniec w mundurze marynarki wojennej.

Prosta   drewniana   ramka   podtrzymywała   owalną   fotografię   przystojnej   pary,   która 

uśmiechając się i trzymając za ręce, stała na łukowatym mostku w ogrodzie. Mężczyzna był 

przystojny, miał gęste, ciemne włosy i dołek w brodzie. Kobieta była od niego młodsza - 

ładna dziewczyna z małymi ustami i regularnymi rysami. Uniósł zdjęcie.

- Czy to pan Barth? - zapytał. Nhim Pov skinął głową.

- I pani Barth.

Corso oparł zdjęcie o pudełko i uniósł inne. Fotografia w czarnej metalowej ramce 

przedstawiała   siedzącego   na   plaży   siedmio   -   albo   ośmioletniego   chłopca   w   zielonym 

kostiumie kąpielowym. Za plecami miał coś, co wyglądało na Santa Monica Pier.

Corso porównał zdjęcie pary stojącej na mostku z fotografią chłopca. Podobieństwo 

było uderzające. Pokazał fotografię administratorowi.

- Jego syn - powiedział mężczyzna.

background image

Corso już miał włożyć oba zdjęcia z powrotem do pudełka, kiedy zauważył różnicę w 

kolorze papieru. Chociaż o dziesiątki lat nowsze, zdjęcie zrobione na mostku było pożółkłe i 

bardziej zniszczone.

Schował   zdjęcie   chłopca   do   pudełka.   Odwrócił   fotografię   pary   na   drugą   stronę. 

Prostokątny kawałek tektury podtrzymywało sześć gwoździków.

Popatrzył na pana Pova.

- Czy mogę wyjąć to zdjęcie?

- Pod warunkiem że wsadzi je pan później z powrotem - odrzekł mężczyzna.

Corso   położył   zdjęcie   na   kanapie.   Pogrzebał   w   kieszeni   spodni   i   wyjął   garść 

drobniaków, z których wyłuskał dziesięciocentówkę. Użył jej do podważenia gwoździków, a 

potem palcem wskazującym odgiął je, po czym wyjął tekturkę i odłożył na bok.

Podważył róg fotografii i oderwał ją od szybki. To było zaproszenie na ślub, złożone 

w taki sposób, żeby było widoczne tylko zdjęcie. Pod spodem zobaczył tekst:

Marie Ellen Hall i Donald J. Barth mają zaszczyt zaprosić na ceremonię ślubną.  

GDZIE: Blessed Sacrament Church, 5041 Dziewiąta Aleja NE, Seattle, Waszyngton, 98107.  

KIEDY: w sobotę, 3 kwietnia 1993. Przyjęcie weselne odbędzie się w Parish Hall. RSVP:  

206-324-0098.

-  Czy mógłbym to zabrać? - zapytał Corso. - Oddam,  gdy tylko skończę. Pan Pov 

skinął głową.

- Dobrze - odparł.

Corso spędził kolejne dwadzieścia minut, przedzierając się przez to, co pozostało z 

życia Donalda Bartha.

- To chyba wszystko - powiedział w końcu, otrzepując ręce.

Pan Pov pociągnął za sznureczek przy żarówce i wyszli z komórki. Księżyc spoglądał 

na nich z bezgwiezdnego stalowego nieba. Administrator zamknął drzwi i przekręcił klucz w 

kłódce.

- Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwej wartości człowieka nie powinno się mierzyć 

jego dobytkiem, ale ubóstwem jego potrzeb - oświadczył Corso.

- Ach tak. Co to znaczy „ubóstwo”?

Wyjaśnił mu znaczenie tego słowa, a nawet je przeliterował.

- Jeśli to prawda, pan Barth był bardzo wartościowym człowiekiem - rzekł pan Pov.

Corso podziękował mu za pomoc. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Nhim Pov skręcił 

w   lewo,   kierując   się   do   swojego   mieszkania,   a   Frank   w   prawo,   w   stronę   syczących 

fioletowych świateł parkingu.

background image

* * *

Gerardo kipiał ze złości.

- Co on tu robił przez okrągłą godzinę? Nie ma z tym nic wspólnego. W każdym 

miejscu, w które jedziemy, ten gość wtyka nos w nasze sprawy.

- Wykrył jakiś związek między tym wszystkim.

- Niby czym?

- Pomiędzy dziewczyną i facetem w pikapie. Gerardo skrzywił się.

- To znaczy jaki?

- Niech mnie diabli, jeśli wiem - powiedział Ramon.

- Może dowiedział się, że to Bali zakopał dla nas tego pikapa.

- Skąd niby miałby się o tym dowiedzieć? To tylko wścibski pisarzyna, który bez 

przerwy opowiada bzdury o naszym szefie.

- Odjeżdża - oznajmił Gerardo, wskazując na pociemniałą szybę. Subaru ruszyło spod 

Briarwood   Garden   Apartments   i   wyjechało   na   ulicę.   Gerardo   włączył   silnik   mercedesa. 

Zaczekał, aż Corso będzie w połowie ulicy, zanim włączył światła i ruszył za nim.

- Musimy odkryć, co ten facet wie - powiedział Ramon, kiedy skręcili za subaru na 

drogę szybkiego ruchu.

- Już niedługo się dowiemy - uspokoił go Gerardo. - Zobaczysz, już niedługo.

14

Środa, 18 października, godzina 21.03

- Zatrzymaj - rzucił Ramon.

W połowie Dziewiątej Alei wznosił się ku niebu niczym kamienna rakieta budynek 

szpitala Harborview. Corso zatrzymał się przy szlabanie, wyszarpnął kwit z automatycznego 

dozownika i zniknął im z oczu.

Gerardo podjechał do krawężnika w strefie ograniczonego parkowania.

- Idziesz za nim? 

- Tak.

- Po co?

- Sam nie wiem. Mam przeczucie.

- Co znowu za przeczucie? Ramon spojrzał na zegarek.

- Idzie kogoś odwiedzić.

- Na przykład kogo?

- Tego właśnie chcę się dowiedzieć.

background image

- Ubezpieczać cię?

- Ja tylko idę się rozejrzeć.

Ze szpitala wyszedł ochroniarz. Zaczął iść w ich kierunku.

- Ten złamas chce nas stąd przepłoszyć - powiedział Gerardo.

Ramon wysiadł z samochodu.

- Stań po drugiej stronie szpitala - polecił. - Zaraz wracam. Ochroniarz cały czas szedł 

w ich kierunku.

-  Trzeba  było   wysadzić  tę   jego  tłustą  dupę  w  powietrze  -  psioczył  Gerardo,  lecz 

Ramon już nie słyszał. Pobiegł chodnikiem, skrócił sobie drogę, przechodząc przez kwietnik, 

i   stanął   przy   rogu   budynku,   skąd   patrzył,   jak   Corso   przecina   parking   i   wchodzi   tylnym 

wejściem do szpitala. Ramon przeskoczył ponad krzewami i stanął na chodniku, obserwując 

Corsa idącego lśniącym korytarzem.

Środa, 18 października, godzina 21.29

Sala   była   cicha,   spokój   zakłócał   jedynie   szmer   aparatury   gdzieś   w   budynku. 

Przełożona   pielęgniarek   Rachel   Taylor   pochyliła   się   nad   łóżkiem   Meg   Dougherty, 

manipulując przy kroplówce. Tym razem miała na sobie jaskrawoczerwony sweter. Corso 

odchrząknął. Kobieta obejrzała się, uśmiechnęła i uniosła palec, co miało znaczyć, że Frank 

musi   poczekać   minutę.   Owa   minuta   przedłużyła   się   do   dwóch.   W   końcu   pielęgniarka 

podeszła do niego.

- Czy pani nigdy nie wychodzi z pracy? - zapytał.

- Moja córka twierdzi, że nie - odparła z westchnieniem. - Melissa utrzymuje, że moje 

wysiłki, by ją nakarmić i ubrać, kwalifikują się właściwie jako porzucenie.

- Ile ma lat?

- Czternaście.

- Świetny wiek dla dziewczyny.

-   Tak...   Pod   warunkiem   że   nie   ma   się   nic   przeciwko   temu,   że   jej   mózg   jest 

kontrolowany z przestrzeni kosmicznej.

Corso podszedł do łóżka i spojrzał w dół. Dougherty leżała na plecach. Wczorajszy 

zaplamiony   bandaż   został   zmieniony,   ale   wciąż   była   nieruchawą   plątaniną   rurek   i 

przewodów, sztywną i obojętną pod wykrochmaloną białą pościelą.

- W jakim jest stanie? - wyszeptał.

- Wykazuje więcej objawów czynności życiowych, ale obrzęk mózgu się powiększył.

- Co teraz?

Chwyciła Corsa za ramię.

background image

- Proszę ze mną - powiedziała. Podążył za nią na korytarz.

- Nie cierpię mówić o pacjentach w śpiączce, jakby ich nie było - wyjaśniła. - Zawsze 

mam wrażenie, że słyszą to, co dzieje się wokół.

Corso skinął głową na znak, że rozumie.

- Co teraz? - zapytał raz jeszcze. Zmarszczyła nos.

- Teraz uporamy się z kilkoma sprawami natury administracyjnej.

- Na przykład z jakimi?

-   Odbyłam   dziś   bardzo   nieprzyjemną   rozmowę   z   kierownikiem   administracyjnym 

szpitala.

- No i?

- No i okazało się, że zamierza przenieść panią Dougherty do szpitala Providence.

- Dlaczego?

- Dlatego że mamy pełne obłożenie, a Providence jest zajęty tylko w sześćdziesięciu 

procentach. A poza tym ani pani Dougherty, ani młody człowiek, z którym mieszka, nie mają 

ubezpieczenia.

Corsowi słowa uwięzły w gardle. To, co zaczęło się jako protest, przeszło w ciche 

mruknięcie. Zamknął na chwilę oczy i potarł nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym. 

Oczami wyobraźni zobaczył  niekończące  się korytarze  szpitala  dla weteranów, w którym 

umierał jego ojciec. On, matka, brat i siostra przez siedem lat przyjeżdżali tam w każdy 

wtorkowy wieczór, składając hołd człowiekowi, którego ledwie znali - człowiekowi, który 

zostawił   całą   swoją   przyzwoitość   w   okopie   w   Korei   i   wrócił   do   domu   jako   zwierzę   o 

niedającym   się   ugasić   pragnieniu   i   nieopanowanej   wściekłości.   Corsa   swędział   nos   od 

stęchłego smrodu uryny w labiryncie obdrapanych korytarzy. Widział siedzące przed salami 

widma z szeroko otwartymi ustami, twarzami pokrytymi szczeciną, poczerniałymi zębami, 

podbródkami spoczywającymi na poplamionych szlafrokach. Poparzeni i bez nóg, chromi i 

trzęsący się, śliniący się i umierający, wszyscy stali na korytarzu niczym wartownicy.Kiedy 

otworzył oczy, zobaczył, że pielęgniarka uniosła rękę.

- To standardowy sposób postępowania - powiedziała. - Providence zapewnia pełną 

opiekę...

Corso przerwał jej.

- Providence to umieralnia. Chcę, żeby została tutaj.

- Jeśli tu zostanie, będziemy musieli przenieść ją do wieloosobowej sali.

- Na wspólny oddział?

- Nie ma już - zrobiła palcami znak cudzysłowu - „wspólnych oddziałów”. Największe 

background image

sale są czteroosobowe.

-   Nie   chciałaby   leżeć   w   jednej   sali   z   innymi   pacjentami.   Rachel   Taylor   zrobiła 

zrezygnowaną minę.

- Czasami, panie Corso...

- Pokryję koszty pobytu - powiedział nagle Frank. Pielęgniarka odsunęła się o krok, 

patrząc na niego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu.

- Czy pan ma pojęcie, ile to będzie kosztowało?

- Nie - odparł. - I nic mnie to nie obchodzi. Pokryję wszelkie koszty.

- W tym momencie same koszty pobytu wynoszą... Mówi pan serio, prawda?

- Nie mam zbyt wielu przyjaciół - odparł. - Nie mogę sobie pozwolić na stratę ani 

jednego.

Smutek w jego spojrzeniu przekonał ją, że nie żartuje.

- Trzeba to uzgodnić z administracją.

- Jak to załatwić? - zapytał. Wzięła go pod rękę.

- Musi pan iść do dyżurki i wypełnić odpowiednie dokumenty - powiedziała. Zanim 

się poruszył, uścisnęła mocniej jego rękę. - Jeśli wolno mi zauważyć, pani  Dougherty jest 

bardzo szczęśliwą kobietą, że ma takich przyjaciół jak pan.

Corso odchrząknął i ruszył korytarzem.

* * *

Ramon   cofnął   się   do   wnęki   ze   złożonymi   wózkami   inwalidzkimi.   Patrzył   na 

pielęgniarkę   w  czerwonym  swetrze  i  wścibskiego   pisarza.  Wyszli  razem  z  jednej  z  sal  i 

rozmawiali ze sobą, a potem ruszyli korytarzem i skręcili w lewo. Rozejrzał się wokół. Nic. 

Nikogo. Zaczął iść. Jego buty skrzypiały z każdym krokiem. Wciąż nie było nikogo w zasięgu 

wzroku, kiedy prawą ręką pchnął drzwi sali numer 109 i zajrzał do środka.

W   zielonej   poświacie   urządzeń   wspomagających   życie   zobaczył   zabandażowaną 

postać leżącą  w łóżku. Obrócił  głowę w lewo i ujrzał długą czarną  pelerynę  wiszącą  na 

wieszaku na ścianie. Oddech zamarł mu w piersi. Poczuł żółć wzbierającą w żołądku. Zaschło 

mu w ustach.

Nagle usłyszał czyjś głos:

- Przepraszam, co pan tu robi?

Wystraszony, odwrócił się szybko. Przed sobą ujrzał tęgiego, niskiego Japończyka ze 

stetoskopem przewieszonym przez ramię. Miał na sobie niebieski strój, a na głowie czepek. 

Wyglądał na lekarza.

- Pomyliłem sale - powiedział Ramon z uśmiechem.

background image

- Najlepiej sprawdzić w dyżurce - odparł lekarz. - To jest sala intensywnej opieki 

medycznej. Nie może pan tu wchodzić ot, tak sobie.

Ramon cofnął się i ruszył korytarzem. Mężczyzna skinął głową.

- Na prawo - powiedział.

- Dzięki.

Z uśmiechem przyklejonym do ust niespiesznie szedł korytarzem. Piętnaście metrów 

przed nim jasne światła dyżurki oświetlały ciemny korytarz. Obejrzał się za siebie. Wścibski 

Japoniec wyszedł za róg, patrząc na niego. Będzie mógł wszystko usłyszeć.

- Słucham pana? - zapytała pielęgniarka w czerwonym swetrze.

- Szukam położnictwa - wyjaśnił Ramon, starając się mówić z silnym hiszpańskim 

akcentem.

Pielęgniarka wyprostowała się. Jej kitel zaszeleścił.

- Zabłądził pan. Położnictwo znajduje się na dziewiątym piętrze. Proszę ze mną.

Kiedy wzięła Ramona pod rękę, pisarz i on popatrzyli sobie w oczy. Ramónowi nie 

spodobało   się   to,   co   zobaczył.   Wzrok   mężczyzny   był   twardy  i   pewny.   Nie   było   w  nim 

niepotrzebnej brawury. Facet miał jaja.

Wytrącony   z   równowagi   potknął   się,   idąc   w  kierunku   wind.   Wcisnął   przycisk   ze 

strzałką skierowaną w górę. Srebrne drzwi rozsunęły się niemal bezszelestnie. Ramon dalej 

się uśmiechał, kiedy pielęgniarka wprowadziła go do środka, a potem wcisnęła dziewiątkę.

- Proszę bardzo - powiedziała.

Zwalczył chęć zatrzymania windy. Wybiegnięcia z niej i ucieczki na ulicę. Nie mógł 

tego zrobić. Musiał zachować spokój. Pielęgniarka wyglądała na taką, co to będzie tam stała, 

żeby się upewnić, że winda faktycznie wjechała na dziewiąte piętro. Ramon nie chciał, żeby 

go zapamiętała.

Szpitalne windy mają być wygodne, nie szybkie. Ramon wyszedł na Dziewiątą Aleję 

dopiero pięć minut później. Gęsty lodowaty deszcz bębnił o markizę nad jego głową. Gerarda 

i samochodu nie było w zasięgu wzroku. Czerwono-białe światła koguta karetki zataczały 

koła w ciemności. Sanitariusze z noszami ruszyli w kierunku izby przyjęć. Ramon wsadził 

ręce do kieszeni, skinął głową ochroniarzowi i skierował się na północ, prosto w ciemność.

Był już w połowie ulicy, kiedy zza rogu Dziewiątej i Madison wyjechał mercedes 

Gerarda. Samochód stanął przed nim. Usłyszał odgłos zwalnianej blokady w drzwiach. Kiedy 

wsiadł, rozległ się taki sam odgłos.

- Co teraz? - zapytał Gerardo.

Radio było nastawione na hiszpańskojęzyczną stację radiową, Musica del Mundo. Z 

background image

głośników dobiegały delikatne dźwięki samby.

- Nie wiem - odparł.

Gerardo na chwilę wstrzymał  oddech. Zerknął na Ramona w ciemności. Wyłączył 

radio. Coś było nie tak. Ramon zawsze wiedział, co będzie potem. Przełknął ślinę i czekał w 

milczeniu.

- Mamy problem - rzekł w końcu Ramon.

- To znaczy?

- To znaczy, że ta dziewczyna przeżyła. Jest w szpitalu. To ją odwiedzał.

- Co ten pisarzyna ma z nią wspólnego?

- Nie mam, kurwa, zielonego pojęcia - odparł Ramon. - To wygląda tak, jakby szedł 

naszym tropem.

Gerardo skrzywił się i oderwał ręce od kierownicy.

- Mówiłeś, że widziałeś, jak oderwało jej pół głowy.

- Bo widziałem - odrzekł Ramon. - Widocznie nie było aż tak źle.

- To niedobrze. Widziała nas obu.

- Co ty powiesz? - zadrwił Ramon. Zapiął pas. - Zabierajmy się stąd.

- A co z tym pismakiem?

- Pieprzyć go - odparł Ramon. - Musimy się zastanowić nad tym, co robić. Sprawy 

wymknęły się spod kontroli.

15

Czwartek, 19 października, godzina 9.29

Nazywał się Edward J. Crispin. Tak przynajmniej wynikało z plakietki: EDWARD J. 

CRISPIN, KIEROWNIK ADMINISTRACYJNY HARBORVIEW MEDICAL CENTER.

- Proszę mi wierzyć, panie...

- Corso.

- Po prostu nie mamy dla niej sali.

- To proszę znaleźć.

- Nie rozumie pan. - Mężczyzna westchnął. - Już i tak przesunęliśmy jej operację na 

sobotę w nadziei na to, że do tego czasu coś się zwolni. - Wzruszył ramionami. - Ale wciąż 

nie mamy wolnej pojedynczej sali pooperacyjnej. Ani jednej. - Wstał i położył pulchną dłoń 

na ramieniu Corsa. - W Providence mogą ją zoperować jeszcze dzisiaj po południu. Mają 

masę miejsca. Będzie naprawdę zadowolona z tamtejszej opieki.

Corso popatrzył wymownie na palce zaciśnięte na swoim ramieniu. Edward J. Crispin 

background image

tramie odczytał komunikat i cofnął rękę. Opuścił swój podwójny podbródek na pierś i stał się 

nagle oficjalny.

- Tu nie chodzi tylko o brak miejsca. Chociaż bardzo boleję nad faktem, że muszę 

poruszyć   tak   przyziemną   kwestię   jak   finanse   akurat   w   takim   momencie   -   otworzył 

jasnozieloną teczkę; przemęczony układ krążenia wymalował jasnoczerwone plamy na jego 

policzkach - ale do dzisiejszego ranka - zerknął w dół - koszty opieki wyniosły w sumie 

siedemdziesiąt   jeden  tysięcy  trzysta  sześćdziesiąt   pięć  dolarów   i  trzydzieści   trzy  centy.  - 

Zamknął teczkę. - Plus podatek.

Corso rzucił na jego biurko kartę Visa.

- Pokryję te wydatki - powiedział. - A także dalsze. Crispin tylko prychnął.

- Jeśli pan dobrze policzy, przekona się pan, że obciążenia mogą sięgać - zacisnął 

wargi   -   sumy   siedmiocyfrowej.   -   Odczekał   chwilę,   chcąc,   by   te   słowa   dotarły   do   jego 

rozmówcy. - Z całym szacunkiem, panie Corso, limity na kartach kredytowych nie są aż tak 

wysokie.

- Proszę wziąć tę kartę i przekonać się - zaproponował Frank.

Edward J. Crispin zacisnął usta i uniósł słuchawkę telefonu.

-   Alice,   przyjdź   do   mnie   na   chwilę,   proszę.   -   Niemal   natychmiast   otworzyły   się 

znajdujące się za nim białe drzwi żaluzjowe. Dziewczyna, które przez nie weszła, miała około 

dwudziestu lat. Ubrana była w białą bluzkę i niebieski dżinsowy fartuch. Jej sztywne czarne 

włosy podtrzymywały dwie szylkretowe spinki.

- Tak, panie Crispin? - zapytała.

Podał jej teczkę i kartę kredytową, a potem pochylił się i wyszeptał jej coś na ucho. 

Zaczekał, aż drzwi zamkną się za nią, po czym przeniósł uwagę z powrotem na Corsa.

- Nie musi pan tego robić, wie pan. My jej nie wyrzucamy na ulicę. Każdy, kto się u 

nas znajdzie, otrzyma najlepszą opiekę, jaką tylko potrafimy zapewnić, niezależnie od tego, 

czy może za nią zapłacić, czy nie. W takich sytuacjach jak ta staramy się jednak rozciągnąć 

odpowiedzialność,   jeśli   domyśla   się   pan,   o   co   mi   chodzi.   Providence   jest   powszechnie 

uznanym szpitalem. Jest...

- Chcę, żeby została tutaj.

Crispin   miał   już   coś   powiedzieć,   kiedy   zadzwonił   telefon.   Uniósł   słuchawkę   i 

wsłuchał się w czyjeś słowa.

- Przepraszam na chwilę - wymamrotał, po czym zniknął za drzwiami. Corso słyszał 

szepty, ale nie rozumiał słów.

Po chwili kierownik administracyjny szpitala wrócił do pokoju. Pochylił się i położył 

background image

przed Frankiem kartę kredytową i fakturę. Teatralnym gestem wyjął z kieszeni pióro.

- Proszę podpisać przy krzyżyku. Corso podpisał się.

-   Prosiłbym,   żeby   dopóki   nie   znajdziecie   dla   niej   pojedynczej   sali   pooperacyjnej, 

pozostała tam, gdzie leży obecnie - powiedział.

Crispin wykonał coś pośredniego pomiędzy wzruszeniem ramion a skinieniem głową.

-   Coś   wymyślimy   -   wybąkał   niepewnie.   Przez   chwilę   wydawał   się   całkowicie 

pochłonięty odrywaniem perforowanych pasków z faktury. W końcu podał Corsowi kopię. - 

Jakoś się uda.

-   O   to   właśnie   chodzi   -   rzekł   Frank   na   odchodnym.   Pokonał   schody   wiodące   z 

sutereny na parter, po czym powlókł się przez zapchany hol i wyszedł przez główne wejście 

na Dziewiątą Aleję. Szare chmury kłębiły się nad nim, kiedy sadził długimi susami przez 

ulicę. Znalazłszy się po drugiej stronie, zaczął iść na północ.

Trzy przecznice dalej, na Madison, skręcił w lewo i poszedł w dół stromego wzgórza. 

Wiatr przynosił znad zatoki zapachy soli i wodorostów. W połowie przecznicy w zasięgu 

wzroku   pojawił   się   hotel   Madison   Renaissance   przystrojony   barwnymi   flagami,   które 

pozostawały   sztywne   na   wietrze.   Kolejna   przecznica   i   zza   hotelu   Sorrento   wyłonił   się 

budynek sądu federalnego. Jego ponura, prostacka fasada wydawała się czarna na tle szarego 

nieba.

Hordy dziennikarzy codziennie żywiły się wiadomościami z sądu. Tego ranka przy 

tylnym wejściu brylował Warren Klein. Tłum walczył o jak najlepsze miejsca za policyjnymi 

barierkami. Corso pokonał ulicę i wszedł między ludzi od tyłu.

Kiedy Klein pojawił się przed mikrofonami, chmury nagle się rozproszyły i budynek 

został skąpany w promieniach słońca. Renee Rogers i Raymond Butler stali oparci o ścianę, 

mrużąc oczy.

Corso słyszał pytania wykrzykiwane przez dziennikarzy. Pokazał swój identyfikator 

najbliższemu policjantowi i dał nurka pod barierką. Twarz Kleina była ściągnięta. Osłaniał 

zmrużone oczy dłonią.

- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - a na razie nic nie wskazuje na to, żeby 

miało   być   inaczej   -   zaryzykowałbym   twierdzenie,   że   przysięgli   będą   mogli   rozstrzygnąć 

sprawę już w połowie przyszłego tygodnia. Muszę przyznać, że sędzia Howell bardzo się 

stara, żeby postępowanie skończyło się jak najszybciej.

Corso ruszył wzdłuż ściany budynku, zatrzymując się dopiero przy Renee Rogers.

- Warren będzie wyglądał w telewizji jak kret - wyszeptała kobieta.

- Nie jest za bardzo obyty z kamerami, prawda? - zapytał Corso.

background image

- Zatrudnił konsultanta do spraw mediów - odparł Butler.

- Podobno po to, żeby pomógł mu poprawić wizerunek. Corso nie dosłyszał pytania, 

ale niezależnie od tego, czego ono dotyczyło, Klein rozpoczął swoją codzienną gadkę o tym, 

jak łatwa i oczywista jest ta sprawa. Zamierzał postawić zarzuty wyłudzenia i niedopatrzenia. 

A także udowodnić powiązania Nicholasa Balaguli z firmami odpowiedzialnymi za budowę 

szpitala Fairmont i, co najważniejsze, jego udział w fałszowaniu próbek rdzeniowych.

- Możesz spodziewać się towarzystwa na rozprawie - wyszeptała Renee Rogers. Corso 

uniósł brwi. - Dwie lokalne gazety zaskarżyły decyzję o niewpuszczaniu dziennikarzy na salę 

rozpraw - wyjaśniła. - Sąd okręgowy zajmie się tą sprawą dziś po południu.

- No i co z tego?

- A no to, że ostatnie werdykty były pomyślne dla prasy.

- Klein nie wydaje się tym zmartwiony.

- Warrenowi się zdaje, że nawet to słońce zostało zamówione specjalnie dla niego - 

powiedział Butler.

Roześmiali się cicho. Corso zamknął oczy i odetchnął; ciepłe promienie słońca na 

policzkach poprawiły mu nastrój.

- Wiesz już, dlaczego twoja przyjaciółka miała wypadek? - zapytała Rogers. Otworzył 

oczy. Wpatrywała się w jego twarz, jakby była ona mapą samochodową.

- Na razie nie widzę w tym wszystkim za dużo sensu - odparł. - Poszedłem w kilka 

miejsc. Okazało się, że kierowca pikapa był konserwatorem w jednym z okręgów szkolnych. 

Mieszkał w zaszczurzonej klitce na południu miasta. Facet był tak nijaki, że nikt nawet nie 

zauważył jego zniknięcia.

- Naprawdę?

- I nie to jest w tym wszystkim najlepsze.

- A co takiego?

- Zanim ktoś zadał sobie trud, żeby zakopać go razem z samochodem, strzelił do niego 

dziewięć  razy.  - Corso i Rogers popatrzyli  sobie wymownie w oczy.  - Z trzech różnych 

rodzajów broni. Pięć strzałów oddano już po jego śmierci.

Rogers gwizdnęła cicho.

- Robi się coraz ciekawiej.

- Może komuś puściły nerwy - wysnuł przypuszczenie Butler. - Sprawcy morderstw 

najczęściej są członkami rodziny, którzy tak bardzo się wkurzyli, że po prostu musieli zabić.

- Mam namiary na jego byłą  żonę - rzekł Corso. - Wybieram się do niej dziś po 

południu.

background image

Klein odłączył się od tłumu dziennikarzy.

- Modlę się, żeby ta sprawa faktycznie była tak prosta, jak się Kleinowi wydaje - 

oznajmił Frank.

Rogers i Butler wymienili spojrzenia.

- W ciągu najbliższych dni powinniśmy się przekonać

-   powiedział   Butler.   -   My  będziemy   mieć   swoich   rzeczoznawców.   Elkins   powoła 

swoich. - Wzruszył ramionami.

- Wiele zależy właśnie od nich. Balagula zadał sobie dużo trudu, żeby zatrzeć ślady 

jakichkolwiek powiązań biznesowych. - Machnął ręką. - Na dwoje babka wróżyła. - Popatrzył 

na Renee, jakby szukał poparcia z jej strony.

Podniosła aktówkę z ziemi.

- Obym była złym prorokiem, ale coś mi się zdaje, że Warrena opuści szczęście.

Corso uśmiechnął się.

- Co w tym takiego śmiesznego? - zapytała.

- Przypomniałem sobie, że ktoś kiedyś powiedział, że musimy wierzyć w szczęście, bo 

inaczej nie ma sposobu, żeby wyjaśnić sukces ludzi, których nie lubimy.

Roześmiała się i poszła za Rayem Butlerem do Warrena Kleina, który czekał przy 

grubych zdobionych mosiądzem drzwiach. Corso stał nieruchomo, patrząc, jak wchodzą do 

środka.   Nagle   ktoś   wykrzyknął   jego   nazwisko;   zawtórował   mu   ktoś   inny.   Odruchowo 

odwrócił się do tłumu i znalazł się przed obiektywami kamer telewizyjnych. Powiedział tylko 

jedno   słowo.   To   jedno   słowo   wystarczyło,   żeby   nie   pokazano   go   w   wieczornych 

wiadomościach.

Czwartek, 19 października, godzina 13.51

- Doktorze Goldman, czy zechciałby pan powiedzieć sądowi, czym się pan zajmuje?

Doktor   Hiram   Goldman   wydawał   się   świadkiem   doskonałym:   trochę   po 

sześćdziesiątce, dojrzały, ale nie stary, z wielką szopą siwych włosów zaczesanych do tyłu. 

Odkaszlnął, zasłaniając usta dłonią, po czym oświadczył:

-   Obecnie   jestem   dyrektorem   wykonawczym   National   Information   Service   for 

Earthquake Engineering.

- Gdzie mieści się pana biuro? - zapytał Klein.

- Przy Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley.

- Jak daleko jest stamtąd do Fairmont Hospital?

- W przybliżeniu pięćdziesiąt kilometrów.

Elkins wstał z miejsca ze znudzoną miną.

background image

- Wysoki Sądzie, obrona ma zastrzeżenia co do kwalifikacji świadka w dziedzinie 

sejsmologii.

Sędzia Howell uderzył młotkiem.

- Zaprotokołowane - oznajmił.

Warren Klein przez chwilę szperał w notatkach. W końcu podjął przerwany wątek:

- Doktorze Goldman, czy mógłby pan przedstawić nam krótki, zrozumiały dla laików 

- w tym momencie popatrzył w kierunku ławy przysięgłych - opis uskoku San Andreas?

- Oczywiście - odparł zapytany. - To, co jest powszechnie nazywane uskokiem San 

Andreas, to po prostu licząca  tysiąc  dwieście kilometrów  szczelina  w skorupie ziemskiej 

między dwiema płytami tektonicznymi.

- Tysiąc dwieście kilometrów?

-  Biegnie  w  kierunku  północno-zachodnim  od  Zatoki  Kalifornijskiej   do przylądka 

Mendocino, na północ od San Francisco.

- Czy można twierdzić, że...

Zanim dokończył pytanie, Bruce Elkins ponownie wstał.

- Obrona podważa istnienie związku pomiędzy... Klein uniósł głos.

- Jeśli Wysoki Sąd pozwoli, chciałbym przedstawić sprawę tak, jak uważam to za 

stosowne.

Elkins zrobił zbolałą minę.

- Ja tylko usiłuję wyjść naprzeciw powtarzającym się prośbom o oszczędzanie czasu - 

powiedział. - Boleję nad tym, że pan Klein wyważa otwarte drzwi.

- Wysoki Sądzie, myślę, że naprawdę obejdę się bez wyrazów troski ze strony obrońcy 

- oświadczył oskarżyciel.

Fulton Howell popatrzył na prawników, jakby byli niesfornymi uczniakami, po czym 

dał znak, aby się do niego zbliżyli.

- Proszę do mnie - powiedział.

Renee Rogers pochyliła się do Raya Butlera. Zmarszczyła brwi.

- Od kiedy Elkins tak się zachowuje? - zapytała.

- Przeszkadzał mi cały dzień - odparł. - Wcześniej nie był taki miły.

Odwróciła   się   w   drugą   stronę   i   spojrzała   na   Nicholasa   Balagulę.   Wpatrywał   się 

nieobecnym wzrokiem przed siebie, niczym wąż wygrzewający się na skale.

Klein   działał   jak   rozbitek   rozpalający   ognisko:   uparcie,   ale   z   wielką   ostrożnością 

dodający po jednej gałązce i pozwalający jej się spalić, zanim dorzucił następną.

Elkins nie przepuścił żadnej okazji do przerwania przewodu sądowego. Za każdym 

background image

razem sędzia upominał go za opóźnianie postępowania i kazał mu siadać.

Klein   przepytywał   doktora   Goldmana   blisko   trzy   godziny.   W   końcu   podszedł   do 

swojego stołu i uniósł jeden z leżących na nim dokumentów. Renee Rogers wstała i wzięła go 

za rękę. Pochyliła się do niego i powiedziała mu na ucho:

- Musisz przyspieszyć, Warren. Oni zaraz zasną. - Skinęła w stronę ławy przysięgłych. 

Klein popatrzył na Butlera, który kiwnął głową na znak, że też tak myśli. Główny oskarżyciel 

westchnął ciężko, położył dokument na biurku i odwrócił się do świadka.

- Doktorze Goldman... do ilu trzęsień ziemi dochodzi w Kalifornii w ciągu roku?

- Z pewnością do tysięcy. Dokładna liczba jest trudna do ustalenia.

- Jak to?

- Niektóre wstrząsy są tak małe, że pozostają niezauważone.

- Jakie jest najmniejsze trzęsienie ziemi odczuwane przez ludzi?

- Około dwóch stopni w skali Richtera.

- Czy mógłby pan wytłumaczyć przysięgłym, co to jest skala Richtera?

-   Skala   Richtera   określa   wielkość   trzęsienia   ziemi.   Powinni   państwo   wiedzieć   - 

zwrócił się do niewidocznych sędziów - że jest to skala logarytmiczna.

- To znaczy?

- Na przykład wstrząsy o sile siedmiu stopni są dziesięć razy większe niż wstrząsy o 

sile   sześciu   stopni.   Warto   również   wspomnieć,   że   przy   siedmiu   stopniach   uwalnia   się 

trzydzieści razy więcej energii niż przy sześciu. - Klein otworzył usta, by zadać następne 

pytanie, ale doktor, nie będąc pewien, czy został właściwie zrozumiany, kontynuował: - Jeśli 

przejdziemy oczko wyżej, będą państwo mieć lepsze pojęcie, na jakich zasadach działa ta 

skala. Osiem stopni oznacza - zaczął rysować liczby palcem w powietrzu - trzydzieści razy 

trzydzieści, czyli, inaczej mówiąc, to, że wstrząs jest dziewięćset razy silniejszy niż wstrząs o 

sile sześciu stopni.

Klein   dał   przysięgłym   trochę   czasu   na   połapanie   się   w  tym   wszystkim,   po  czym 

zapytał:

- Jeśli na początku skali znajdują się trzęsienia ziemi o sile mniejszej niż dwa stopnie, 

to co mamy na jej końcu?

Hiram Goldman zamyślił się.

- Dwa największe trzęsienia ziemi, jakie kiedykolwiek odnotowano, przydarzyły się w 

tysiąc dziewięćset szóstym roku na wybrzeżu Ekwadoru i Kolumbii oraz w tysiąc dziewięćset 

dwudziestym trzecim roku na wschodnim wybrzeżu wyspy Honsiu, w Japonii. Oba miały 

osiem i dziewięć dziesiątych stopni w skali Richtera.

background image

- A w Kalifornii?

- Trzęsienie ziemi z tysiąc dziewięćset szóstego roku miało osiem i trzy dziesiąte 

stopnia.

- Panie i panowie przysięgli - powiedział Klein - aby dać państwu jakieś pojęcie o 

skutkach trzęsienia ziemi o sile ośmiu i trzech dziesiątych stopnia, doktor Goldman przywiózł 

eksponat z biblioteki Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.

Odwrócił się na pięcie i skierował do sztalugi. Położył jedną rękę na białym materiale, 

który ją przykrywał, po czym ściągnął go jak magik odsłaniający królika.

Czarno-białe zdjęcie. Przedstawiało ono tłum ludzi stojących wzdłuż postrzępionej 

krawędzi drogi, która była pęknięta na pół. Druga połowa biegła na wysokości ich głów, 

zupełnie jakby ziemia została rozdarta przez jakieś nieznośne dziecko.

-   Doktorze   Goldman,   czy   mógłby   pan   wyjaśnić   przysięgłym,   co   przedstawia   ta 

fotografia?

-   To   zdjęcie   wykonano   po   trzęsieniu   ziemi   w   tysiąc   dziewięćset   szóstym   roku. 

Oglądacie państwo drogę, która biegła w okolicach Tomales Bay. Przesunęła się o ponad 

sześć metrów.

- Czy mógłby pan wyjaśnić powody tego zjawiska?

- Oczywiście. W tym wypadku płyta pacyficzna przesunęła się o sześć metrów na 

północ wzdłuż płyty północnoamerykańskiej. Właśnie tarcie tych dwóch płyt jest powodem 

trzęsień ziemi w tym regionie.

- I to spowodowało trzęsienie ziemi o tak dużej sile jak osiem i trzy dziesiąte stopnia?

- Tak.

- Jak duże było trzęsienie ziemi, które zniszczyło północną ścianę szpitala Fairmont?

- Dwa i jedna dziesiąta stopnia - odparł bez namysłu. Klein udał zdziwienie.

- Wydawało mi się, że mówił pan, że wstrząsy poniżej dwóch stopni są tak słabe, że 

ludzie ich nie wyczuwają?

-   To   prawda   -   odparł   doktor.   -   W   tym   wypadku   możemy   mówić   o   słyszalnym 

pomruku czy też szumie. - Machnął ręką. - Ledwo można było to poczuć.

- Czy oprócz szpitala odnotowano w tej okolicy jakieś inne zniszczenia?

- Żadnych.

Klein ponownie udał zdziwienie.

- Skąd ta pewność?

-   Współpracujemy   z   towarzystwami   ubezpieczeniowymi.   Jeśli   wpływają   do   nich 

jakieś roszczenia, kontaktują się z moimi pracownikami w celu udokumentowania zniszczeń. 

background image

Jeśli   chodzi  o  ten   dzień,   nie  wysunięto   żadnych  roszczeń  -  nie   licząc  szpitala   Fairmont, 

oczywiście.   Do   towarzystw   ubezpieczeniowych   nie   wpłynął   ani  jeden   wniosek   o 

odszkodowanie.

- Nie mam więcej pytań - powiedział Klein. Sędzia spojrzał na zegarek.

- Pana kolej, panie Elkins. Adwokat wstał z miejsca.

- Nie mam pytań do świadka - oświadczył. Sędzia uderzył młotkiem.

-   Sąd   odracza   posiedzenie   do   godziny   dziewiątej   jutro   rano.   Kolejne   uderzenie 

młotkiem.

16

Czwartek,19 października, godzina 17.01

- Jak udało się panu mnie znaleźć? - zapytała Marie Hall.

Corso sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej zwinięte w rulonik zaproszenie 

ślubne. Zdjął z niego gumkę recepturkę, rozwinął zdjęcie i odwrócił w jej stronę.

- Poszedłem do kościoła. Odesłali mnie do pani rodziców. - Wzruszył ramionami. - To 

wszystko.

Zajmowała górę bliźniaka stojącego na południowym końcu Phinney Ridge - ładnie 

umeblowane mieszkanko z jedną sypialnią i widokiem na szkołę podstawową. Wszystko było 

dobrane pod kolor i jakby żywcem przeniesione z książki o dekoratorstwie wnętrz.

Potrząsnęła głową ze skwaszoną miną.

- Myślałam, że to takie romantyczne umieścić na zaproszeniu nasze zdjęcie z ogrodu 

japońskiego  -  powiedziała.   -  Nie  docierało  do  mnie,  że   Donald  zgodził  się   na  nie  tylko 

dlatego, że było za darmo.

Nalała sobie kawy i zaproponowała też Corsowi, który jednak grzecznie odmówił.

- Tak jak już mówiłam przez telefon, nie bardzo wiem, w jaki sposób mogłabym panu 

pomóc. Nie widziałam się z Donaldem od czasu naszego rozstania.

- Kiedy to było?

- Jakiś rok temu.

- Czy mógłbym zapytać, czemu pani od niego odeszła?

- Nie chodzi o to, dlaczego rzuciłam Donalda, tylko raczej o to, jak udało mi się z nim 

wytrzymać przez siedem lat. To dopiero zagadka.

- Wielu ludzi tak myśli po zakończeniu związku. Przez chwilę patrzyła przed siebie 

pustym wzrokiem.

- Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić życia bez mężczyzny. To, że mogłabym żyć 

background image

samotnie, było dla mnie zupełnie nie do pomyślenia. - Wzruszyła ramionami. - To dlatego 

wytrzymałam z nim tak długo. Dlatego żyłam w taki sposób.

Musiała być kiedyś bardzo ładna: lalkowate usta, ładne rysy i duże niebieskie oczy. Po 

trzydziestce i zaokrąglona w biodrach. Blond włosy miały ciemne odrosty i wyglądały, jakby 

sama je obcięła.

- Czy pani były mąż był agresywny? - zapytał Corso. Westchnęła i zamieszała kawę 

łyżeczką.

-   Agresja   agresji   nierówna   -   odrzekła.   -   Jeśli   ma   pan   na   myśli   agresję   fizyczną, 

odpowiedź brzmi „nie”. - Po raz pierwszy spojrzała Frankowi w oczy. - Ale jeśli zapyta mnie 

pan, czy jest mi przykro z powodu jego śmierci, odpowiedź będzie taka sama. - Machnęła 

ręką. - Wiem, jak to zabrzmiało, i wcale nie jestem z tego powodu dumna. - Cały czas nie 

odrywała wzroku od Corsa. - Ale taka jest prawda.

- Jeśli to dla pani jakaś pociecha, wygląda na to, że nie tylko pani tak myśli.

- Dlaczego pan tak uważa?

- Dlatego że Donald Barth zniknął prawie trzy miesiące temu, a nikt nawet nie zgłosił 

jego zaginięcia.

- Donald nie był człowiekiem, który wzbudzał zainteresowanie.

- Dlaczego?

- Dlatego że nie miał w sobie życia.

- Każdy ma w sobie życie.

-   Chodził   do   pracy,   jadł,   spał,   posuwał   mnie   dwa   razy   w   tygodniu,   jeśli   mu 

pozwoliłam. - Machnęła ręką. - To wszystko. Gdy naprawdę chciał zaszaleć, w drodze z 

pracy zatrzymywał się w sklepie spożywczym i kupował maślankę. Maślanka była dla niego 

synonimem wielkiej imprezy.

- Wpatrzyła się w twarz Corsa. - Uważa pan, że zmyślam?

Uniósł rękę.

- Na razie powstrzymuję się od formułowania jakichkolwiek wniosków.

Wyraz jej twarzy stał się niemal tęskny.

- Potrafił być uroczy, gdy tylko chciał. W rzeczywistości był przystojniejszy niż na 

tym   zdjęciu.   -   Podeszła   do   biblioteczki   i   spomiędzy   dwóch   wysokich   albumów   z 

reprodukcjami wyjęła fotografię.

Był na niej szczuplejszy niż na zdjęciu z zaproszenia ślubnego i miał pobrużdżoną 

twarz   wspinacza  górskiego.   Gęste   czarne   włosy  zaczesał  do  tyłu.   Uśmiechał   się  samymi 

ustami; jego oczy mówiły, że chciałby znajdować się gdzie indziej.

background image

- Przystojny mężczyzna - powiedziała. - Miałam dwadzieścia siedem lat, kiedy go 

poznałam. Właśnie próbowałam się pozbierać po pierwszym małżeństwie. Po raz pierwszy 

żyłam na własny rachunek. - Pokręciła ze smutkiem głową.

- Nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, ale tak naprawdę nie miałam własnej 

tożsamości. Stawałam się po prostu częścią mężczyzny, z którym akurat byłam związana.

- Wszyscy błądzimy.

-   Przez   pierwsze   cztery   lata   małżeństwa   myślałam,   że   oszczędza,   żebyśmy   mogli 

kupić dom. Pogodziłam się z tym, że mam tylko trzy sukienki. Wmawiałam sobie, że trzeba 

trochę   pocierpieć,   żeby   dostać   to,   czego   się   pragnie.   Ale   potem,   kiedy   okazało   się,   że 

wszystkie pieniądze oddaje...

- Komu?

-   Prywatnej   szkole   średniej,   a   potem   college’owi.   Zobaczywszy,   że   Corso   zrobił 

zdziwioną minę, dodała:

- Miał syna z pierwszego małżeństwa - Roberta Downsa. Używa nazwiska matki.

- Ile razy był...?

- Ja byłam jego trzecią żoną. - Aha.

- Miał... fioła na punkcie syna. Robert musiał mieć lepsze życie niż on. Musiał chodzić 

do najlepszych szkół i otrzymać jak najlepsze wykształcenie, żeby mógł zostać lekarzem.

- Wielu ludzi pragnie dla swoich dzieci lepszej przyszłości.

- Tak, ale nie do tego stopnia. Dla Donalda to było jak religia. Nie miało znaczenia, że 

sam mieszka w domu komunalnym. Nie miało znaczenia, że przez siedem lat nie wyszliśmy 

ani razu na lunch ze znajomymi ani to, że koleżanki z pracy za moimi plecami śmiały się z 

moich starych ciuchów. Nic z tego się nie liczyło, bo musiał płacić to pieprzone czesne.

- Przecież pani też pracowała.

- Miałam tę samą pracę co teraz, tyle że wtedy wracałam do domu i oddawałam całą 

pensję Donaldowi, który w te pędy wysyłał ją do Harvardu albo gdzie indziej, a my nawet nie 

mieliśmy telewizora i włączaliśmy światło dopiero wtedy, gdy w domu było już tak ciemno, 

że nic nie widzieliśmy. - Dźgnęła środek dłoni palcem wskazującym. - Przez siedem lat ani 

razu nie byliśmy w kinie! - Odwróciła wzrok.

- Wiem, że wychodzę na zołzę, ale taka jest prawda. - Przesunęła dłonią po włosach. - 

Wyrwałam się z tej niewoli po siedmiu latach, mając w kieszeni niewiele ponad tysiąc pięćset 

dolarów.

- A co ze wspólnotą majątkową?

- Jaką wspólnotą majątkową! - prychnęła. - Nie mieliśmy nic z wyjątkiem sterty tanich 

background image

mebli i tego rozpadającego się pikapa, którym jeździł do pracy. Ja musiałam zadowolić się 

jazdą autobusem. - Zatoczyła ręką łuk. - To mieszkanie to może nie jest Ritz, panie Corso, ale 

i tak o niebo lepsze od tego, co Donald kiedykolwiek mi zapewnił.

Miała   rację.   Starannie   dobrane   wyposażenie   mieszkania   było   o   wiele   nowsze   i 

ładniejsze niż rupiecie, które pozostawił po sobie Donald Barth. Pokiwała głową.

- Jestem w połowie studiów. Chodzę wieczorami do Seattle Central. W odróżnieniu od 

mojego męża mam plany na przyszłość.

Frank odchylił się na krześle i skrzyżował ramiona na piersi.

- Podejrzewam, że nie wie pani, z jakiego powodu ktoś chciałby zamordować pani 

męża?

- Jedyną osobą, która mogła mieć powód do zamordowania Donalda, byłam ja.

Uśmiechnął się słabo.

- Co w końcu skłoniło panią do odejścia? Odwróciła się.

- Wiele rzeczy. Po prostu miarka się przebrała. Nie mogłam już pozostawać w tym 

samym pokoju co on. Jakieś pół roku przed rozstaniem przestałam z nim sypiać. - Spojrzała 

wyzywająco na Corsa. - To był jedyny raz, kiedy wpadł we wściekłość. Powiedział mi, że 

jestem jego żoną i mam obowiązek zaspokajać jego potrzeby. - Roześmiała się gorzko.

-   Wyobraża   pan   to   sobie?   Zupełnie   jakbyśmy   zawarli   jakiś   kontrakt   albo   co.   - 

Westchnęła. - Od tego czasu przestał wracać do domu zaraz po pracy. Zaczęłam też mieć 

głuche telefony. - Wstała i zaczęła chodzić po pokoju. - Przeniosłam się do schroniska dla 

kobiet. - Kiedy odwróciła się do Corsa, jej oczy były mokre od łez. - Wie pan co? - zapytała. - 

Tak?

- W ogóle mnie nie szukał. Nie próbował nakłonić mnie do powrotu. W ogóle. Po 

prostu dalej żył, jak gdyby nigdy nic.

- Myśli pani, że miał kochankę?

- Jestem tego pewna. Donald nie mógł funkcjonować bez swojego poniedziałkowego i 

czwartkowego rżnięcia.

- Ale gdyby ją miał, chyba zauważyłaby jego zniknięcie. Roześmiała się.

- Powiedziałam, że Donald lubił seks. To nie oznacza jeszcze, że był w tym dobry.

Uśmiech Corsa ośmielił ją.

- Donaldowi najbardziej podobało się w seksie to, że jest za darmo.

17

Czwartek, 19 października, godzina 18.36

background image

- Nie wpadł na nasz trop - powiedział Gerardo.

- Dlaczego tak myślisz?

- Znowu tu przyjechał. Gdyby wpadł na jakiś trop, nie przyjeżdżałby dwa razy w to 

samo miejsce.

- Hm... - Tylko tyle powiedział Ramon. Zaparkowali kilometr na północ od Briarwood 

Garden Apartments, tyłem do wału, który oddzielał północny koniec osiedla od moczarów.

- Kręci się w miejscu - rzekł Gerardo.

- Jak mu się udało połączyć dziewczynę z facetem z pikapa? - zapytał Ramon.

Gerardo wzruszył ramionami.

- Czy to ważne?

- Tak. Nie poradzimy sobie z tym wszystkim, jeżeli tego nie odkryjemy. Jest w tym 

coś, czego nie możemy  zrozumieć. Dopóki będzie podążał  tropem, którego nie widzimy, 

będziemy mieć kłopoty.

- Nie powinniśmy kłamać w sprawie tego gościa z pikapa - zauważył Gerardo.

Ramon poczuł, że rumieniec gniewu pojawia się na jego policzkach. Rozmawiali już o 

tym z pięćdziesiąt razy.

- A co to, kurwa, za różnica? - wycedził przez zęby. - My do niego strzelaliśmy, jakiś 

inny dupek do niego strzelał. Na jedno wychodzi. I tak zostałby zakopany w samochodzie, a 

potem wysunął się z tego cholernego nasypu i musielibyśmy kropnąć Balia. Nie ma żadnego 

znaczenia, kto to zrobił. Wszystko to i tak by się wydarzyło.

- Nic nie idzie tak jak trzeba, odkąd to się stało - powiedział Gerardo. - Cały świat 

stanął na głowie.

- Tym bardziej powinniśmy się zastanowić, jakim tropem podąża ten pismak, prawda? 

- Popatrzył na Gerarda, który przygarbił się za kierownicą z zaciśniętymi ustami.

- A może po prostu przeciąć mu drogę? Zaczynam myśleć, że to najlepszy sposób na 

załatwienie tego wszystkiego.

Ramon skinął głową.

- Może i tak - przyznał. - Może.

- Mówię ci, że tak.

- Słyszę.

- Więc co?

- Dzisiaj wieczorem go nie zgubimy. Zobaczymy, gdzie mieszka.

Czwartek, 19 października, godzina 18.38

Osiedle   Briarwood   składało   się   z   ośmiu   parterowych   budynków   z   czterema 

background image

mieszkaniami w każdym, znajdujących się po dwóch stronach parkingu. Domy stały do niego 

tyłem, tak że widać go było tylko z okien sypialni i łazienek.

Zanim morderca zakopał Bartha z jego pikapem w nasypie przy moście, musiał go 

skądś przewieźć. Doszedłszy do wniosku, że w grę wchodzi również parking Briarwood, 

Corso zdecydował się popukać do drzwi sąsiadów, mając nadzieję, że ktoś widział lub słyszał 

coś podejrzanego. Przeliczył się jednak.

Kiedy   zapukał   do   trzecich   lub   czwartych   drzwi   z   kolei,   otworzyła   mu   rodzina 

emigrantów z Somalii. Zaprosiła go do swojego mieszkania i pozwoliła się rozejrzeć. To 

wtedy zorientował się, że traci czas. Układ mieszkań uniemożliwiał wyglądanie na parking. 

Jeśli chciało się wyjrzeć przez okno sypialni, trzeba było stanąć na łóżku; zobaczenie czegoś 

przez okno łazienki było możliwe tylko wówczas, gdy stanęło się na klozecie. Zupełnie stracił 

nadzieję.

Ze   dwunastu   mieszkańców   w   ogóle   nie   odpowiedziało   na   pukanie.   Niektóre 

mieszkania były ciemne i puste. Z innych dobiegało szuranie butów lub sapanie, ale nikt nie 

otwierał. Kilka osób powiedziało, żeby sobie poszedł. Na dłużej zatrzymał się dopiero przy 

jednym   z   mieszkań   w   budynku   F.   Drzwi   otworzył   mu   facet   w   podartym   T-shircie 

poplamionym sosem do spaghetti, bokserkach i czarnych skarpetach.

- Czego? - zagrzmiał, a wygasły pet sterczał mu z kącika ust. - Masz do mnie jakiś 

interes, chłopczyku?

Corso chciał odpowiedzieć, ale facet mu przerwał.

- Bo jeśli nie, i zamierzasz mi sprzedać jakieś gówno, którego nie chcę, zaraz skopię ci 

dupę.

Miał około czterdziestki, był prawie równie szeroki jak wysoki, a policzki zaciemniał 

mu trzydniowy zarost. Jego ręce i nogi pokrywały kręcone czarne włosy, tak gęste, że nie 

widać było spod nich skóry.

Za nim na ekranie telewizora leciał film porno. Mnóstwo jęków, krzyków i kwestii w 

rodzaju: „Och, kotku, nie przestawaj... nie przestawaj... już, już...”. - Corso stał pod dość 

dużym   kątem   do   ekranu.   Z   tego   miejsca   obraz   wyglądał   jak   tłoki   działające   na 

podwyższonych obrotach.

- Nic nie sprzedaję - powiedział.

- To o co chodzi? - zapytał facet.

Wyjaśnił   mu   powód   swojej   wizyty.   Ostry   glos   w   telewizorze   domagał   się   teraz 

„mocniej i głębiej”.

- Chodzi ci o tego faceta stamtąd? - Mężczyzna kiwnął w stronę budynku D.

background image

- Tak - odparł Frank.

-   Mieszkał   tu   przede   mną   -   powiedział   mężczyzna.   -   Zniknął,   zanim   się   tu 

wprowadziłem.   Ale   dopiero   co   gadałem   ze   staruchą   z   ID,   która   mieszkała   obok   niego. 

Widziałem się z nią wczoraj. Powiedziała mi, że byli tutaj gliniarze. Rozmawiałeś już z nią?

Zgiełk   w   telewizorze   przybrał   na   sile.   Corso   odniósł   wrażenie,   że   wszyscy 

bohaterowie filmu zaczęli równocześnie szczytować.

- Pogadaj z nią - poradził mu mężczyzna. - Nie ma nic do roboty poza wtrącaniem się 

do cudzych  spraw. - Obejrzał się za siebie. - Teraz będzie  niezły kawałek - powiedział, 

mrugając. Po raz pierwszy uśmiechnął się, odsłaniając rząd dużych, żółtych zębów. - Może 

wejdziesz na chwilę, chłopczyku? - Złapał się za skryte pod bokserkami genitalia i potrząsnął 

nimi.

Corso odmówił, po czym odwrócił się i zaczął odchodzić.

- Nie bądź taki nieśmiały - rzucił za nim facet. - Może odnajdziesz swoje prawdziwe 

ja. - Jego rechot ścigał Franka jeszcze wtedy, gdy skręcił za róg.

Nad schodkami do mieszkania ID zbudowano podjazd ze sklejki, który umożliwiał 

dostanie się do środka na wózku inwalidzkim. Nacisnął dzwonek, ale nic nie usłyszał, więc 

zapukał.   Na   malej   mosiężnej   tabliczce   przybitej   do   drzwi   znajdowało   się   nazwisko 

KILBURN. Raz jeszcze zapukał. Z mieszkania dobiegło szuranie. Po chwili rozległ się szczęk 

zamka.

Jasnobiałe halogenowe światło lampy nad schodami rozproszyło ciemność i sprawiło, 

że Corso musiał zmrużyć oczy i osłonić je ręką. Drzwi się uchyliły.

- Czego pan chce? - dobiegł głos z ciemności. - Nie przyjmuję akwizytorów.

- Ja nic nie sprzedaję.

- Czy pan Pov wie, że pan tutaj jest?

- Znam pana Pov - zapewnił Corso.

- Jak ma na imię?

- Nhim - odparł. - Pan Nhim Pov.

Drzwi zamknęły się na chwilę, a potem otworzyły szeroko. Miała z dziewięćdziesiąt 

lat.  Okulary ze szkłami  jak denka od butelek.  Gęste siwe włosy uczesane  w staromodną 

fryzurę na pazia. Trzymała gałkę u drzwi w jednej ręce, a kij golfowy w drugiej.

- Czego pan chce?

- Usiłuję ustalić przyczyny śmierci Donalda Bartha. Mężczyzny z mieszkania obok, 

który zaginął kilka miesięcy temu.

Przypatrzyła mu się baczniej.

background image

- Jest pan policjantem?

- Pisarzem - odparł.

Przyglądała się Corsowi przez dłuższą chwilę.

- To pan pisze te książki kryminalne - powiedziała w końcu.

- Tak, proszę pani. Frank Corso.

- Widziałam pana kilka razy w telewizji.

- Zgadza się, to ja. Odsunęła się.

- Co pan tu stoi jak słup, proszę wejść. Poprowadziła go do wytartej zielonej kanapy. 

Mieszkanie było tak zagracone, że ledwo można się było w nim ruszyć. Corso nie zauważył 

jednak nic godnego uwagi. Prawie każdy centymetr ścian pokrywały fotografie w ramkach.

Staruszka używała kija golfowego jako laski. Usiadła w brązowym fotelu naprzeciwko 

kanapy.

- Żyję stanowczo za długo - oświadczyła.

- Słucham?

- Powiedziałam, że żyję stanowczo za długo. Miałam sześcioro dzieci i wszystkie je 

przeżyłam. Z szesnastu wnucząt przeżyłam pięcioro.

Corso zastanawiał się przez chwilę, czy wyrazić żal z tego powodu, ale w końcu się 

rozmyślił.

- To nie w porządku przeżyć wszystkich, którym na tobie zależało. Wbrew naturze. - 

Machnęła kijem. - Widział pan te reklamy w telewizji? Te, w których mówią, że pewnego 

dnia wszyscy będą mogli dożyć setki?

- Tak, proszę pani, widziałem.

- Niech pan im powie, że poznał pan Delores Kilburn i że ten pomysł w ogóle jej się 

nie podoba.

- Z pewnością to zrobię - zapewnił ją.

- Jakiś czas temu byli już tu policjanci.

- Słyszałem.

- Powiem panu to samo co im. Mieszkałam obok tych dwojga przez pięć lat i przez te 

wszystkie lata nie zamieniłam z żadnym więcej niż dziesięć słów. - Raz jeszcze machnęła 

kijem. - Jedni z najmniej sympatycznych ludzi, jakich poznałam w całym swoim życiu. Jeśli 

szuka pan jakichś brudów, to muszę panu powiedzieć, że źle pan trafił, bo nic o nich nie 

wiem.

Popatrzyła   na   swoją   rękę   i   uświadomiła   sobie,   że   cały   czas   wymachuje   kijem 

golfowym. Odwróciła się z jękiem i oparła kij o ścianę.

background image

- Biedny pan Pov zaznał już tylu kłopotów, że starczyłoby ich na trzy życia.

- Chodzi pani o pobyt w obozie?

-  To   i  wszystko   inne.  -  Pochyliła  się   do  przodu.  -  Stracił  prawie   całą   rodzinę   w 

Kambodży,   wie   pan.   -   Przeciągnęła   palcem   po   szyi.   -   Zaszlachtowani   przez   Pol   Pota   i 

Czerwonych Khmerów. Zabili ich wszystkich. Jego żonę i dzieci, rodziców, wszystkich. Ot 

tak, po prostu.

- Straszliwa tragedia - przyznał Corso.

- A potem jeszcze śmierć siostry. - Machnęła ręką. - To cud, że ten człowiek znalazł 

siłę, żeby to wszystko przetrwać.

- Przetrwanie jest tym, co ludziom wychodzi najlepiej. To dlatego tak wielu z nas 

chodzi jeszcze po ziemi.

- Po tych wszystkich ciężkich latach, po całej tej walce skończyło się to tak, jak się 

skończyło.

- Co się stało?

- Nie słyszał pan?

- Nie, proszę pani.

Rozejrzała się po pokoju, jakby szukała podsłuchu.

- Biednemu panu Pov zajęło prawie dziesięć lat ściągnięcie tutaj jego siostry Lily z 

Kambodży. Najpierw walczył z biurokracją. Twierdzili, że nie mogą jej wypuścić, a potem, 

że Ameryka nie może jej przyjąć... Wydał prawie wszystkie swoje pieniądze.

- No i?

- No i wszystko w końcu załatwił. Znalazł jej męża, i w ogóle. Miłego Kambodżanina 

z Seward Park. Właściciela sklepu spożywczego. Jeździł pięknym nowym lincolnem.

- Jak rozumiem, do ślubu nie doszło? Zmrużyła oczy.

- Zabiła się. Powiesiła w pralni.

- Wiadomo dlaczego? Zamyśliła się.

- Lily była o wiele młodsza od pana Pov. Bardziej zamerykanizowana. - Wzruszyła 

ramionami. - Kto wie, co kieruje tymi ludźmi? Żyją w zupełnie innym świecie niż reszta z 

nas. Mają własne poglądy na dobro i zło, które niekoniecznie coś łączy z przekonaniami 

takich ludzi jak pan i ja. Przyjeżdżają tutaj, żeby żyć, ale nie tak jak my. - Oczy jej zabłysły. - 

To nie znaczy, że nie są do nas przyjaźnie nastawieni. Byłam z nimi na pogrzebie w tym ich 

kościele czy jak to się tam nazywa, tutaj, przy Rainier Avenue. - Popatrzyła  na Corsa. - 

Przyszło mnóstwo ludzi. Pan Pov jest grubą rybą w miejscowej społeczności kambodżańskiej, 

wie pan. Było tam chyba z pięćset osób. - Wycelowała we Franka palcem. - I powiem panu 

background image

jedno,   panie   pisarzu.   Ci   Azjaci   traktują   takie   stare   kobiety   jak   ja   o   wiele   lepiej   niż 

Amerykanie. Znaleźli mi miejsce w pierwszym rzędzie. Obchodzili się ze mną jak z jajkiem. 

Corso powstrzymał westchnienie.

- Wróćmy do pana i pani Barth.

- Stłamsił ją. To było widać na jej twarzy. Była jak łania w świetle reflektora. Bała się 

wszystkiego, co widziała. Mówiłam jej „dzień dobry”, a ona bąkała coś i odwracała się, jakby 

czegoś się wstydziła albo co.

Corso wstał.

- Bardzo pani dziękuję - powiedział.

Wyciągnęła rękę. Podszedł i pomógł wstać staruszce z fotela.

- Powie im pan, że Delores Kilburn uważa sędziwy wiek za przereklamowany?

- Powiem - obiecał.

Stanął na schodkach i wsłuchał się w szczęk zamków zatrzaskujących się za nim. 

Księżyc pływał wysoko po niebie, wyglądając zza grubych czarnych chmur. Corso włożył 

ręce w kieszenie, kiedy szedł chodnikiem, a potem skręcił w lewo, kierując się z powrotem do 

centrum osiedla.

Zadzwonił do drzwi.

- Już idę - rozległ się głos w środku.

Chwilę później drzwi otworzyły się i w wejściu ukazał się Nhim Pov.

- O - zdziwił się - pan Corso.

Frank wyjął z kieszeni spodni zaproszenie na ślub Donalda Bartha.

- Chciałem to oddać - wyjaśnił.

- Dziękuję - odparł mały człowieczek. - Ale może zechce pan to zrobić osobiście. - 

Zmrużył  oczy,  widząc  wyraz   zdziwienia  na  twarzy  Franka.  - Jest  tutaj  syn  pana  Bartha. 

Właśnie poszedł do komórki.

18

Czwartek, 19 października, godzina 19.07

Corso oparł się o ścianę i patrzył na Roberta Downsa, który przeglądał rzeczy ojca. 

Był to wysoki, szczupły młodzieniec z prostymi, ciemnymi włosami, które zapewne straci, 

zanim dobiegnie  czterdziestki.  Światło  pojedynczej  żarówki rzucało jego cień na ścianę i 

sufit, kiedy grzebał w kartonowych pudłach.

Dziesięć minut później Downs usiadł na poplamionej kanapie z głową pochyloną do 

przodu i rękami zwisającymi pomiędzy kolanami.

background image

- Nie za dużo tego, prawda? - zapytał.

- Podejrzewam, że więcej nie potrzebował - odparł Corso.

- Ani kawałka papieru... - zaczął.

- Prawdopodobnie policja zabrała wszystkie dokumenty. Downs klepnął się w czoło.

- Oczywiście. Nie myślę za jasno - wyjaśnił.

- Trudno się dziwić. To dla pana na pewno szok. Młodzieniec rozejrzał się, jakby 

widział to miejsce po raz pierwszy.

- Administrator, pan...

- Pov - podsunął mu Corso.

-   Właśnie,   pan   Pov...   pokazał   mi   jego   dawne   mieszkanie.   Zajmuje   je   teraz   jakaś 

staruszka, ale nie miała nic przeciwko temu.

- To miło z jej strony.

- To nie było... to nie było to, czego się spodziewałem.

- Pański ojciec prowadził skromne życie.

- Nie miałem o tym pojęcia. Z jego listów wynikało, że zajmuje się obsługą techniczną 

budynków.

- Bo się zajmował.

Downs przesunął wypielęgnowaną dłonią po włosach.

- Ale zawsze wydawało mi się, że to było... coś... - Szukał przez chwilę właściwych 

słów, ale nie udało mu się znaleźć.

- Coś bardziej znaczącego - zasugerował Corso. Skinął głową.

- Jakby miał swoją firmę czy coś w tym stylu.

- Kiedy ostatni raz widział pan swojego ojca?

- Ma pan  na myśli osobiście? - Widząc zdziwiony wyraz twarzy Corsa, wyjaśnił: - 

Kilka razy wysłał mi taśmę wideo na święta.

- A osobiście?

-   Kiedy   miałem   jedenaście   lat.   Mieszkał   wtedy   w   Kalifornii.   Pojechałem   na   dwa 

tygodnie   do   Los   Angeles.   Zabrał   mnie   do   Disneylandu.   Miał   ładne   mieszkanie   w  Santa 

Monica, dosłownie kilka ulic od plaży.

- W którym to było roku?

- W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym.

- Szmat czasu temu. Downs potwierdził.

- Moja matka była rozgoryczona - powiedział. - Nie chciała, żebym się z nim spotykał.

- Co było powodem tego rozgoryczenia?

background image

- Zawsze twierdziła, że ją oszukał.

- Podejrzewam, że nie utrzymywali ze sobą kontaktu?

- Zdecydowanie nie - odparł. - Dopiero gdy miałem jakieś sześć albo siedem lat, po 

raz pierwszy wspomniała o ojcu. Powiedziała, że mieszka gdzieś na Zachodnim Wybrzeżu. - 

Przewrócił oczami. - Trzy lata przekonywałem ją, żeby pozwoliła mi pojechać do Kalifornii. - 

Rozejrzał się wokół raz jeszcze, po czym wsadził ręce do kieszeni. - Jak on mógł w ogóle żyć 

w takim miejscu?

-  Jego  była   żona  twierdzi,  że   to  dlatego,  że   ładował   wszystkie   pieniądze   w pana 

czesne. Jego twarz nabrała szarej barwy.

- Nie  miałem  pojęcia,  że żyje  w takich  warunkach - poskarżył  się sufitowi. - Te 

mieszkania   to...   nory.   -   Podszedł   do   rzeczy   ojca   i   zaczął   grzebać   w   otwartym   pudle   z 

artykułami gospodarstwa domowego. - Proszę popatrzeć na te talerze. - Pokazał palcem. - Co 

to   w   ogóle   jest?   -   zapytał   retorycznie.   -   To   ma   być   dorobek   czyjegoś   życia?   Te   kilka 

rozwalających się mebli i parę kartonowych pudeł?

Ton jego głosu zdenerwował Corsa.

- Chce pan powiedzieć, że gdyby pan wiedział, że ojciec mieszka w nędzy, odesłałby 

mu pan pieniądze i przeniósł się na uniwersytet stanowy?

Downs zmrużył oczy. Otworzył usta, żeby się bronić, ale zmienił zdanie. Mięśnie na 

jego twarzy zadrgały. Ukrył twarz w dłoniach i pozostał w tej pozycji przez dłuższą chwilę.

- Ma pan rację - rzekł w końcu. - Zachowałem się jak palant. Kim ja jestem, żeby go 

osądzać? Po tym wszystkim, co dla mnie zrobił... oddał mi wszystko... i oto stoję tutaj i kręcę 

nosem.

Odwrócił się od Corsa i oparł głowę o metalową siatkę. Zrobił kilka wdechów, a 

potem   zaczął   płakać.   Frank   wpatrywał   się   w   niego.   Kiedy   ramiona   młodego   człowieka 

przestały drżeć, na stosie rzeczy znalazł papierowe ręczniki i podał mu jeden.

Kilka minut minęło, zanim Robert Downs się pozbierał. Wydmuchał nos, po czym 

rzucił zmięty papierowy ręcznik na podłogę.

- Dlaczego ktoś miałby zabijać mojego ojca? - zapytał.

- Miałem nadzieję, że pan mi to powie.

- Policja dzwoniła do mnie wczoraj rano.

- Gdzie?

- Do Bostonu. Mieszkam w Bostonie. - Wyjął z kieszeni spodni chusteczkę i wytarł 

nos. - Pytali, co chciałbym zrobić z ciałem. - Popatrzył na Corsa, jakby prosząc o wybaczenie. 

- Musieli mi dwa razy powtórzyć jego nazwisko, zanim zrozumiałem, o kim mówią. Ze to 

background image

mój ojciec nie żyje. I że... że nie ma nikogo innego, kto zająłby się jego rzeczami.

- Zna pan szczegóły? - zapytał Frank.

- Powiedzieli, że został znaleziony w swoim samochodzie. Zakopany w wale przy 

moście.

- Zabity.

- Tak powiedzieli.

- Moi informatorzy twierdzą, że lekarz sądowy znalazł w jego ciele dziewięć kul z 

trzech rodzajów broni.

- To nie ma sensu.

- To prawda, najmniejszego - zgodził się z nim Corso.

- Nic z tego nie ma najmniejszego sensu.

Stali w milczeniu. Gdzieś na parkingu zgasł silnik samochodu. Trzasnęły drzwi auta. 

Słyszeli cichnący odgłos kroków.

- Wraca pan do Bostonu? - zapytał  Corso. Downs zaczął chodzić  w kółko, jakby 

zmieszany.

- Mam... to znaczy... miałem... - Popatrzył na zegarek.

- Żenię się za trzy tygodnie - powiedział nieobecnym głosem, po czym sięgnął do 

wewnętrznej kieszeni sportowej marynarki i wyciągnął bilet lotniczy. - Rano mam samolot, 

ale myślę... myślę, że zostanę tu jeszcze trochę.

- Może to nie najlepszy pomysł, żeby pan przy tym grzebał - zauważył Corso.

- Dlaczego?

Opowiedział mu o Dougherty.

- Myśli pan, że to, co spotkało pana przyjaciółkę, ma związek z jej zainteresowaniem 

śmiercią mojego ojca?

- Tak podejrzewam.

- Niby jak...

- Nie mam zielonego pojęcia - przerwał mu Corso. - Ale nie spocznę, dopóki się tego 

nie dowiem.

- Nie mogę tak po prostu wyjechać. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę. To tak, jakbym 

coś znalazł i w tej samej chwili stracił. - Popatrzył na Corsa, szukając zrozumienia. - Wie pan, 

co mam na myśli?

Corso skinął głową. Przypomniał sobie wojskowy kufer z wielką mosiężną kłódką, 

który   jego   ojciec   trzymał   pod   plandeką   na   krokwiach   w   garażu.   Po   powrocie   z   wojny 

otworzył go tylko raz, kiedy przyjaciel z wojska zatrzymał się u niego pewnego sierpniowego 

background image

popołudnia. Siedzieli razem cały dzień, rozebrani do podkoszulków, pocąc się w dusznym 

garażu, rozmawiając cicho i oglądając zdjęcia. Opróżnili butelkę whisky, a potem, późnym 

popołudniem, padli sobie w objęcia i zapłakali.

Wciąż słyszał suchy trzask drewna, kiedy dzień po śmierci ojca rozdarł skobel łomem 

i otworzył wieko. Wciąż czuł pieczenie na policzkach, kiedy próbował zignorować poczucie 

winy - straszliwe poczucie winy - z powodu ulgi, którą poczuł, gdy lekarz powiadomił go o 

śmierci ojca. Z powodu tego, że jego pierwszą myślą  nie było  to, że go stracił albo jak 

przyjmą to najbliżsi, ale to, że będzie mógł dostać się do kufra na krokwiach i że teraz, po 

śmierci ojca, wreszcie rozwiąże zagadkę, której rozwiązanie nie było możliwe za jego życia.

- To bardzo ważne śledztwo. Policjanci, którzy je prowadzą, robią wszystko, co w ich 

mocy, żeby doprowadzić sprawę do końca.

- To samo mi powiedzieli. - Downs machnął ręką. - Nie mogę nic zrobić, wiem. Ale... 

jakoś... z jakiegoś powodu, którego nie rozumiem, nie mogę też wrócić do Bostonu, dopóki 

nie postaram się uporządkować wszystkich spraw tutaj. Czy to nie brzmi głupio?

- Brzmi - przyznał Corso. - Ale czasami życie właśnie takie jest.

Robert Downs przesunął dłońmi po włosach.

- Nie wiem, od czego zacząć.

- W tym akurat mogę panu pomóc.

- To znaczy?

- Ma pan samochód?

- Jasne. Wynająłem chevroleta.

- Proszę zacząć od policji - powiedział Corso. - Mimo powszechnej opinii gliniarze są 

naprawdę dobrzy w tym, co robią. Niech wizyta na policji będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobi 

pan jutro rano. Przekona się pan, jak daleko zaszli. Kiedy już pan tam będzie, niech pan 

poprosi o kopie rachunków ojca.

Downs chciał zadać jakieś pytanie, ale Corso nie dopuścił go do głosu.

- Jeśli nie miało to związku z seksem, prawdopodobnie dotyczyło pieniędzy.

- Ale mój ojciec nie miał...

- Zacznijmy od wykluczenia najoczywistszych rzeczy.

- Dobrze. - Downs westchnął. - Najpierw policja.

- Musi pan też dotrzeć do aktu zgonu - powiedział Corso. - Na pewno się przyda.

- A potem?

Frank sięgnął do kieszeni spodni i wyjął wizytówkę.

- Kiedy już pan to wszystko zrobi, proszę do mnie zadzwonić. Pojedziemy razem do 

background image

siedziby okręgu szkolnego, w którym pracował.

- Proszę posłuchać, nie musi pan... Ja nie miałem na myśli...

Corso uniósł uspokajająco rękę.

- Panie Downs, gdyby pan mnie lepiej znał, wiedziałby pan, że moja propozycja nie 

ma nic wspólnego z dobroczynnością. Z panem czy bez pana zamierzam odkryć, co się stało 

mojej przyjaciółce i dlaczego. Jeśli przy okazji pomogę panu dowiedzieć się czegoś o ojcu, 

którego pan nigdy nie znał, tym lepiej. Prawda jest taka, że wydaje mi się, że może mi się pan 

przydać.

- Jak to?

-   Jako   syn   jest   pan   wiarygodny.   Gliniarze   powiedzą   panu   rzeczy,   których   nie 

powiedzieliby   nikomu   innemu.   Okręgi   szkolne   to   najbardziej   hermetyczne   instytucje   na 

świecie. Można co najwyżej usłyszeć, że ktoś rzeczywiście u nich pracował.

- Dlaczego pan uważa, że mogą coś wiedzieć?

- Pański ojciec spędzał jedną trzecią życia w pracy. To, jak mi się wydaje, daje nam 

jedną trzecią szansy, że to, co go spotkało, miało z nią związek.

- A co z... to znaczy... widziałem pana w telewizji. Ma pan na głowie proces tego 

gangstera, prawda?

- Jutro będą próbowali znaleźć związek między Balagula a jego interesami. Osiem 

godzin diagramów i wykresów, a wszystkie już widziałem. Jeśli mam przegapić któryś dzień 

procesu, jutrzejszy jest wymarzony.

- Nie wiem, co powiedzieć.

- I dobrze.

Czwartek, 19 października, godzina 20.21

Lake Union było spokojne i nieruchome, błyszczało jak ogromna plama oleju pod 

księżycem w pełni. Corso poczuł na sobie czyjś wzrok, gdy wysiadł z samochodu. Zwolnił, 

pozwalając oczom przyzwyczaić się do ciemności i wpatrzył  się w mrok. Gwizdał cicho, 

kiedy ruszył wzdłuż szeregu samochodów w kierunku ulicy. Przy Fairview Avenue zasyczał 

autobus z krzykliwymi  reklamami  Experience Music Project. Pomiędzy samochodami nie 

było nikogo. Tak samo na chodniku. Poszedł dalej, patrząc za ogrodzenie. Nic.

Wzruszył ramionami, wydłużył krok i zaczął iść szybciej w stronę przystani. A potem 

zatrzymał się nagle i wstrzymał oddech, nasłuchując. Nie ulegało wątpliwości - słyszał stukot 

obcasów. Wciąż zastanawiał się, co ma robić, gdy czyjeś głosy sprawiły, że odwrócił głowę.

Szli z doku C w górę rampy. W przyćmionym fioletowym świetle wyglądali, jakby 

wynurzyli się nagle spod ziemi. To była para z jachtu Grisswold, Marla i Steve Jacyśtam z 

background image

Gig Harbor. Korzystali z łodzi może za dwa razy w roku. Kiedy wychodził tego ranka, stali 

na   nabrzeżu   z  Martym   Krollem.   Zdaje  się,   że   Marty  przedstawiał   im   kosztorys   remontu 

jachtu.

Marla usiłowała się uśmiechnąć, ale jej się nie udało.

- Cześć, Frank - powiedziała. Dobiegała pięćdziesiątki, była wysoka i ciemnowłosa i 

poruszała się z dziewczęcą gracją, która zadawała kłam jej wiekowi.

- Co słychać? - zapytał Corso.

-   Daj   spokój,   okazało   się,   że   koszty   remontu   wyniosą   prawie   piętnaście   patoli   - 

burknął Steve.

Steve był wielkim, muskularnym osobnikiem, czerwonym na twarzy i hałaśliwym. 

Miał słabość do sandałów i hawajskich koszul, które wkładał niezależnie od pogody. Czymś 

tam handlował.

- I to bez nowych żagli - dodała Marla.

- A te będą kosztować co najmniej dziesięć patoli - powiedział Steve.

Etykieta nakazywała okazać współczucie. Zwłaszcza że ci niedzielni żeglarze odkryli 

właśnie, że bezczynne stanie w porcie wcale nie służy ich łódce.

- Te koszty są dobijające - przyznał Corso.

-   Zamierzam   ją   sprzedać   -   obwieścił   Steve.   Ponad   jego   ramieniem   Corso   ujrzał 

poruszenie pośród ciemnych filarów budynku kapitanatu.

-   Ale   najpierw   musimy   ją   wyremontować   -   powiedziała   Marla.   -   Jeśli   mamy   ją 

sprzedać.

Steve popatrzył na Corsa.

- Ten, kto będzie zainteresowany jej kupnem, będzie chciał najpierw ją sprawdzić - 

wyjaśnił Frank. - Marla ma rację. Żaden bank nie da kredytu, jeśli wszystko nie będzie z nią 

w porządku.

- Cholera. - Steve splunął w ciemność. Marla szarpnęła go za rękę.

- Chodź, skarbie. Coś przegryziemy i od razu poczujesz się lepiej.

-   Tylko   niech   to   będzie   Burger   King   albo   coś   równie   taniego   -   gderał   Steve, 

pozwalając się ciągnąć za rękę. - Ja po prostu chciałem mieć miejsce, w którym moglibyśmy 

zostawać, kiedy jesteśmy w mieście - narzekał. - Do diabła, a mogliśmy zatrzymywać się w 

Four Seasons. Mogliśmy...

Corso widział to już wiele razy przedtem. Zawsze smutno było patrzeć na to, jak 

dorosły mężczyzna w końcu zaczyna rozumieć bezsens posiadania łodzi. Zastanawiał się, czy 

Steve  kiedykolwiek  wygłosił  bardziej  prawdziwe zdanie.  Faktycznie,  łódź była  dziurą,  w 

background image

którą wrzuca się pieniądze. Teraz wiedział już wszystko, co wiedzą prawdziwi żeglarze. W 

każdej chwili każdego dnia twoja łódź gnije pod tobą i mimo używania papieru ściernego i 

cetolu, mimo polerowania mosiądzu i malowania dna i tak przegrasz z żywiołami.

Patrzył, jak wsiadają do szarego cadillaca  Seville,  cofają, a w końcu wyjeżdżają z 

parkingu. Stał nieruchomo jeszcze przez chwilę, czekając, aż tylne światła cadillaca staną się 

czerwoną plamką przy końcu Fairview Avenue, a potem odwrócił się i ruszył w dół rampy.

Przekręcił   klucz   w   zamku   bramy.   Zaskoczył   ze   szczękiem.   Łodzie   stały   cicho   w 

rzędzie, kiedy szedł do  Pianościgłego  zacumowanego na końcu nabrzeża. Był  w połowie 

drogi, gdy bezwiednie podniósł kołnierz płaszcza i uświadomił sobie raz jeszcze, że czuje na 

sobie czyjś wzrok.

19

Piątek, 20 października, godzina 10.34

Stała   się   cyborgiem.   Ludzkim   organizmem,   który   żyje   tylko   dzięki   urządzeniom 

technicznym. Jej serce zostało zredukowane do serii zielonych elektronicznych fal, funkcje 

mózgu - do drgającej czerwonej linii na jaskrawobiałym ekranie, płuca - do wznoszenia się i 

opadania małych czarnych miechów. Rurki wchodziły w nią i z niej wychodziły, a ona i tak 

leżała  jak martwa, z rozwartymi  palcami  i nieruchomymi  gałkami ocznymi  skrytymi  pod 

powiekami.

Corso przyłapał się na niewesołych myślach. O naturze życia i o tym, jak niewiele 

wspólnego ma to, co nazywamy „ciałem”, z osobą, którą w istocie jesteśmy. Ciało to niewiele 

więcej  niż naczynie  skrywające  to coś, co czyni  nas żywymi  i wyjątkowymi,  i w sumie 

znaczy tyle samo co czerwone aksamitne pudełeczko, w którym leży pierścionek z brylantem.

Ciche skrzypnięcie drzwi oderwało jego uwagę od Meg. Do sali weszła pielęgniarka, 

wysoka, rzeczowa Murzynka. Miała najwyżej trzydzieści pięć lat.

- Na górze jest pewien młody człowiek... - zaczęła.

- Chłopak Meg? Skinęła głową.

- Wydaje się trochę...

- Tak - powiedział Corso. - Wiem. Już wychodzę.

- Sprzeciwia się pańskiej obecności tutaj.

- Mieliśmy nie najlepszy początek znajomości - wyjaśnił. - Z czasem mu przejdzie. - 

Wziął płaszcz z łóżka i zaczął go wkładać. - Ma pani mój numer telefonu?

- Tak, proszę pana. Zarówno pani Taylor, jak i pan Crispin poinstruowali mnie, że 

mam pana niezwłocznie powiadomić o choćby najmniejszej zmianie stanu pani Dougherty.

background image

Spojrzenie w jej oczy przekonało go, że była trochę rozdrażniona tymi dodatkowymi 

instrukcjami i chciała wiedzieć, o co ten cały szum.

- Dziękuję - powiedział. - Jestem zobowiązany. Pielęgniarka skierowała się do łóżka, a 

Corso do drzwi.

W korytarzu skręcił w prawo do wind przy końcu korytarza. W chwili gdy nacisnął 

guzik, jego telefon komórkowy zadzwonił cicho w kieszeni. Wyjął go i wysunął antenkę.

- Corso, słucham.

- Tu Robert Downs.

- Gdzie pan jest?

Kiedy otrzymał odpowiedź, zapytał:

- Był pan na policji? Downs potwierdził.

Corso wyjaśnił mu, jak dojechać do szpitala.

- Będę czekał na pana przed głównym wejściem - zakończył.

Piątek, 20 października, godzina 10.53

Corso przedzierał się przez stos papierów leżących na jego kolanach. Wyjął formularz 

zeznania podatkowego.

- W zeszłym roku pański ojciec zarobił trzydzieści siedem tysięcy dolarów. - Uniósł 

kartkę, pokazując ją Downsowi. - Proszę skręcić w następny zjazd i trzymać się lewej strony.

Młody człowiek włączył kierunkowskaz i wjechał w Martin Luther King Way South. 

Potem ruszył na południe, jadąc obok nitki autostrady prowadzącej na północ.

- Trzydzieści siedem tysięcy dolarów rocznie oznacza, że na rękę dostawał ponad dwa 

tysięce miesięcznie. - Corso cały czas wertował dokumenty. - Z tego, co mi się udało ustalić, 

osiemset przeznaczał na życie, a tysiąc dwieście na pańską edukację.

Downs przełknął ślinę, ale nie odrywał wzroku od drogi. Corso znalazł wyciąg z konta 

bankowego.

-   W   chwili   śmierci   miał   sto   trzydzieści   dziewięć   dolarów   na   rachunku 

oszczędnościowym.   -   Spojrzał   na   dół   rachunku.   -   Średnia   z   ostatnich   dwóch   lat   to   sto 

pięćdziesiąt trzy dolary dwanaście centów.

- Nie rozumiem - powiedział Robert Downs.

- Czego pan nie rozumie?

- Dlaczego ta średnia nie jest wyższa.

- Czemu?

- Na początku mojego ostatniego roku studiów, jakieś półtora roku temu, przegapił 

kilka płatności. Zacząłem dostawać listy z Harvardu. Grozili, że jeśli nie zapłacę, wyrzucą 

background image

mnie.

- I co?

- Zadzwoniłem do niego. Nie było go w domu, więc zostawiłem wiadomość.

- Jak długo nie płacił?

-   Trzy   albo   cztery   miesiące.   Poszedłem   do   banku.   Złożyłem   wniosek   o   kredyt.   - 

Spojrzał na Corsa. - Powiedziałem mu, żeby się nie martwił. Ze to dla mnie żaden problem.

- I jak to się skończyło?

- Pokrył wszystkie zaległości. Ni z tego, ni z owego. Wszystko. Mało tego, opłacił 

czesne do końca roku.

- Ile tego było?

- Czterdzieści kilka tysięcy. Corso odchylił się do tyłu.

- Serio?

- To nie wszystko. Gdy rozmawialiśmy ostatni raz...

- Kiedy to było?

- Parę miesięcy temu.

- To co?

- Powiedziałem mu, że prawdopodobnie pójdę pracować do przychodni. Że nie stać 

mnie na razie na otwarcie prywatnej praktyki, więc muszę przez kilka lat oszczędzać, zanim 

będę mógł pomyśleć o pracy na swoim.

- No i?

-   No   i   powiedział   mi,   żebym   się   z   tym   wstrzymał   i   na   razie   do   niczego   się   nie 

zobowiązywał. Twierdził, że może da radę mi pomóc. - Machnął ręką. - Jakim cudem facet ze 

średnią   oszczędności   sto   pięćdziesiąt   dolarów   mógł   myśleć   o   tym,   żeby   mi   pomóc   w 

założeniu prywatnej praktyki?

- Nie mam zielonego pojęcia - przyznał Corso. - Niech pan skręci w prawo.

Downs wykonał gwałtowny skręt, wjeżdżając wypożyczonym samochodem na drogę 

pomiędzy hipermarketem Fred Meyer a osiedlem mieszkaniowym.

- Ile musiałby pan włożyć w prywatną praktykę?

- Minimum sto tysięcy. - Popatrzył błagalnie na Franka. - To dlatego myślałem, że on 

jest... że ma...

- Odpowiednie środki - podsunął Corso.

- Dawał do zrozumienia, że to dla niego żaden problem. Jakby musiał tylko skądś 

wypłacić pieniądze i już.

Corso przerzucił kilka kartek.

background image

- Gdyby miał jakieś akcje, musiałby płacić od nich podatki. - Odwrócił formularz 

zeznania podatkowego na drugą stronę. - Oświadczył, że nie ma nic oprócz pensji i pieniędzy 

na rachunku oszczędnościowym.

Wyraz  twarzy Roberta Downsa powiedział Corsowi, że młodzieniec jest tak samo 

skonsternowany jak on.

- Niech pan na światłach skręci w prawo. W Renton Avenue. To powinno być gdzieś 

po prawej.

Kilometr   dalej   ujrzeli   siedzibę   okręgu   szkolnego   Meridian.   Był   to   elegancki, 

nowoczesny budynek po drugiej stronie South Sound. Robert Downs wjechał na usiane liśćmi 

miejsce do parkowania z napisem „DLA GOŚCI”, po czym  wyłączył  silnik. Westchnął i 

spojrzał na Corsa.

- Co teraz?

-   To   samo   -   odparł   Frank.   -   Cały   czas   podążamy   śladem   pieniędzy.   Trzeba   się 

dowiedzieć, czy pana ojciec wypłacał coś ze swojego funduszu emerytalnego. Czy miał polisę 

ubezpieczeniową,   z   której   mógłby   podjąć   pieniądze.   Czy   należał   do   kasy   pożyczkowej. 

Szukamy wyjaśnienia,  skąd człowiek z oszczędnościami  mniejszymi  niż dwieście dolców 

mógł wytrzasnąć w razie konieczności ponad czterdzieści tysięcy.

Downs chwycił klamkę u drzwi.

- Idzie pan? - zapytał.

- I tak każą mi zaczekać na zewnątrz - odparł Corso. - Lepiej będzie, jeśli załatwi pan 

to sam. - Młodzieniec westchnął ciężko i wysiadł. Kiedy stał przez chwilę przy otwartych 

drzwiach, Corso słyszał szum ruchu ulicznego i łopotanie na wietrze barwnych chorągiewek 

na parkingu.

Roberta Downsa nie było przez trzydzieści trzy minuty. Wrócił z grubą kartonową 

teczką. Do tego czasu Corso zdążył dwa razy przejrzeć rachunki Donalda Bartha.

- I co? Znalazł pan coś? - zapytał młodego człowieka, który usiadł za kierownicą.

Downs rzucił teczkę pomiędzy siedzenia.

- Nic - odparł. - Miał trzydzieści trzy tysiące dolarów na funduszu emerytalnym  i 

dziesięć tysięcy dolarów na polisie ubezpieczeniowej, ale nie tknął tych pieniędzy.

- Dziedziczy pan po nim?

- Tak - wymamrotał, odwracając wzrok.

- Nie ma co się smucić, chłopcze. Właśnie tego chciał. Jest pan już prawie w połowie 

drogi do prywatnej praktyki.

Downs oparł głowę o szybę.

background image

- To nie w porządku.

- Co takiego?

- To, że wypełniałem tak wielką część jego życia, podczas gdy... no, wie pan.

Corso milczał. Downs wytarł twarz.

- Poświęcił dla mnie całe życie, a ja - no, wie pan - w ogóle o niego nie dbałem. Był 

dla mnie tylko mieszkającym  daleko palantem, o którym  mówiła matka. Podczas gdy on 

wypruwał sobie żyły, żebym ja...

Przerwał i popatrzył na Franka.

- Proszę nie zwracać na mnie uwagi - westchnął - gadam jak bohater telenoweli.

- Tak to już bywa z ojcami - powiedział Corso. - Tylko kłopoty z nimi. Człowiek musi 

później jakoś dźwigać ten ciężar.

Downs zgodził się z nim w milczeniu, przekręcił kluczyk i włączył silnik.

- Dostałem adres bazy konserwatorów. Miał tam swoją szafkę. - Otworzył teczkę i 

wyjął kawałek żółtego papieru w linie. - To instrukcje, jak tam dojechać.

Corso wziął od niego kartkę, popatrzył na nią chwilę, po czym wskazał przeciwny 

koniec parkingu.

- Proszę wyjechać tamtędy. A potem skręcić w prawo.

- Znalazł pan coś? - zapytał Downs.

- O wiele ważniejsze jest to, czego nie znalazłem.

- Na przykład?

- Na przykład jakichkolwiek dowodów wpłat na konto pana szkoły medycznej.

- Naprawdę?

- Miał wszystkie dowody wpłat z czterech lat, które spędził pan na Harvardzie. Każdy 

rachunek, każdy list, każdą fakturę. - Corso rozłożył ręce. - Potem, przez ostatnie dwa łata, 

nic.

- Myśli pan, że policja... - Downs skierował chevroleta w górę stromego wzgórza, 

wjeżdżając w obskurną podmiejską dzielnicę.

- Gdy tylko wrócimy do miasta, spotka się pan z nimi raz jeszcze. Żeby się upewnić, 

że czegoś nie przeoczyli.

- Może trzymają coś przed nami w tajemnicy.

- Może - przyznał Corso, nie wierząc w to, co mówi. - A potem zadzwoni pan na 

Harvard. Poprosi pan o przysłanie pełnej historii płatności. Zarówno za college, jak i za studia 

na wydziale medycznym. Musi pan to mieć na jutro.

background image

20

Piątek, 20 października, godzina 11.47

- Powiem panom to samo, co powiedziałem już policji. Donald Barth pracował tu 

przez dziewięć miesięcy. Wzorowy pracownik. Ani jednego dnia na zwolnieniu.

Dennis („dla przyjaciół Denny”) Ryder był brygadzistą w bazie West Hill. Wiek nadał 

jego gęstym blond włosom barwę brudnego mosiądzu, ale to nie powstrzymywało  go od 

zaczesywania ich w fantazyjną fryzurę, której nie powstydziłby się Elvis. Przy tylnej ścianie 

biura stał czarny harley davidson road king classic. Corso mógł się założyć, że należy do 

Denny’ego.

Ryder   otarł   kąciki   ust   kciukiem   i   palcem   wskazującym,   po   czym   przyjrzał   się 

ukradkiem Robertowi Downsowi, który trzymał przed sobą koszulę ojca, wpatrując się w 

materiał, jakby był całunem turyńskim.

- Miły, cichy facet. Robił, co do niego należało. Bez potrzeby nie otwierał ust.

- Gdzie przedtem pracował? - zapytał Corso.

Ryder cały czas rzucał ukradkowe spojrzenia na Downsa.

- To znaczy, przed czym?

- Przed tymi dziewięcioma miesiącami spędzonymi tutaj.

- Pewnie w jakiejś innej bazie w naszym okręgu.

- Nie jest pan pewien?

- Dostawał dodatek za wysługę lat, więc musiał przedtem pracować w naszym okręgu.

- Ale nie ma pan całkowitej pewności?

- Nie zajmuję się przyjmowaniem i zwalnianiem pracowników - odparł. - To mądrale 

z kadr to robią. Ja tylko przydzielam im robotę, kiedy tutaj przychodzą.

Ponownie rzucił ukradkowe spojrzenie na Roberta Downsa, który przewiesił przez 

rękę dwie koszule ojca i teraz stał nieruchomo, patrząc ponuro przed siebie.

-   Jak   już   mówiłem,   nie   znałem   go   za   dobrze.   Corso   odwrócił   się   do   młodego 

człowieka.

- Jesteś gotowy? - zapytał.

Downs sprawiał wrażenie wystraszonego pytaniem.

- A... tak,  jasne. - Zadrżał.  Wyciągnął  rękę.  - Dziękuję  za pomoc,  panie  Ryder  - 

powiedział.

Denny Ryder złożył mu kondolencje, po czym podążył za Corsem do drzwi, gdzie raz 

jeszcze   pozwolił   sobie   na   ukradkowe   spojrzenie   i   niezręczne   wyrazy   uznania   dotyczące 

background image

Donalda Bartha. Cóż, o zmarłych nie wypada źle mówić.

Tymczasem na dworze rozpętało się istne piekło. Z południa nadszedł gwałtowny 

deszcz.   Jeszcze   jakąś   godzinę   temu   niebo   było   błękitne,   teraz   przypominało   czarny   koc 

wiszący tuż nad wierzchołkami drzew.

Robert Downs miał już ruszyć  biegiem do auta, kiedy Corso położył  mu rękę na 

ramieniu.

- Spotkamy się w samochodzie - rzekł, przekrzykując wycie wiatru.

- Ja... - zaczął jąkać się Downs.

- Zaraz wracam - zapewnił go Corso.

Młody człowiek skinął głową i zaczął biec. Corso poczekał, aż drzwi wozu zamkną się 

za nim, po czym odwrócił się i wszedł po trzech schodkach do biura.

Wyraz twarzy Dennisa Rydera sugerował, że spodziewał się powrotu Corsa i że jego 

widok wcale go nie cieszy.

- Zostawił pan coś? - zapytał.

- Tak - odparł Frank. - Ale nie jestem do końca pewien co.

- To znaczy? - Głos mężczyzny nabrał wyzywającego tonu.

- To znaczy, że słyszałem, jak pan mówił, ale nie słyszałem, żeby pan tak naprawdę 

coś   powiedział.   Przypominał   mi   pan   sąsiadów   tego   psychopaty   Jeffreya   Dahmera.   Też 

twierdzili, że miły i cichy był z niego chłopiec.

Ryder podrapał się w kark i westchnął.

- A co miałem mówić przy jego synu?

- Rozumiem.

Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu.

- Barth był skończonym dupkiem. Kompletnym nieudacznikiem i odludkiem. Miał się 

za lepszego od innych.

-   Machnął   ręką.   -   Największy   sukinkot,   jakiego   spotkałem   w   życiu.   -   Pokazał 

kciukiem za siebie na maszynę z napojami. - Nigdy nie widziałem, żeby kupił sobie coś do 

picia.   Nigdy   nie   widziałem,   żeby   kupił   czipsy   albo   batonik.   Dwie   kanapki   i   butelka 

przegotowanej wody. - Machnął ręką.

- To wszystko. Przez pięć dni w tygodniu.

- Dlaczego pan powiedział, że nie wie, skąd Barth został przeniesiony?

Ryder zmrużył oczy.

- Wcale tak nie powiedziałem. Ja tylko wyjaśniłem, że to mądrale z kadr zajmują się 

takimi rzeczami. A oni nie przekazali mi tej informacji.

background image

- Ale trochę pan popytał, prawda?

- A pan by tak nie zrobił na moim miejscu? Przychodzę tu kiedyś w poniedziałek 

rano... - Zatoczył łuk ręką

- Pamiętam, że to było piętnastego, bo to dzień wypłaty. Więc przychodzę tutaj w 

poniedziałek rano, a tu nagle zjawia się gość, którego mądrale z okręgu przysłali na pełny 

etat. Powiedzieli, że pracuje u nas od siedmiu i pół roku, czyli więcej niż ktokolwiek tutaj z 

wyjątkiem mnie. - Potrząsnął głową, sprawiając, że jeden z żółtych loków opadł mu na czoło. 

- Więc to chyba naturalne, że chciałem się dowiedzieć, skąd ten facet się tu wziął. I wie pan, 

co mi powiedzieli? - Zawiesił dramatycznie głos. - Powiedzieli, że to nie mój zasrany interes. 

Mam po prostu przydzielić mu robotę. I tyle.

- I co pan zrobił?

- Zadzwoniłem do związków.

- Co na to związki?

- Że jeśli utworzyli dla niego dodatkowe stanowisko, to nic nam do tego.

- Ale i tak rozpytał pan o niego, co?

- A pewnie, że tak.

- No i?

- Odkryłem, że przedtem pracował w bazie North Hill. Zadzwoniłem do Sammy’ego 

Harrisa - jest tam szefem - i zapytałem go, o co chodzi, a on mi powiedział to samo, co 

powiedziałem już panu. Gość jest odludkiem. Tak jakby myślał, że jest lepszy od innych albo 

co. Zjada lunch samotnie w swoim pikapie. Słucha muzyki  poważnej. Nie uczestniczy w 

żadnych imprezach. Po prostu przychodzi, robi, co do niego należy, i wraca do domu. - Ryder 

przerwał i wyjrzał przez okno. Pod wejście podjechał biały pikap z logo okręgu szkolnego 

Meridian. Potem drugi. I trzeci.

- Ekipy wracają na lunch - wyjaśnił Ryder.

- Więc dlaczego przenieśli Bartha tutaj? - zapytał Corso.

-   Pytanie   za   sto   punktów,   nie?   -   Raz   jeszcze   rozejrzał   się   po   pomieszczeniu.   - 

Wygląda na to, że nasz przyjaciel Barth miał czteromiesięczną przerwę w pracy. Kiedy chciał 

wrócić, okazało się, że w North Hill już go nie potrzebują, więc odesłali go do nas.

- Czteromiesięczną?

- Tak... w pracy, w której, jeśli cię nie ma dłużej niż trzy dni z rzędu, musisz przynieść 

zwolnienie od lekarza, inaczej obetną ci pensję.

- Dziwne - orzekł Corso. - Kiedy to było?

-   Pojawił   się   tu   prawie   dokładnie   rok   temu.   Więc   musiał   zniknąć   gdzieś   tak   na 

background image

początku czerwca.

- Czy ktoś panu powiedział, dlaczego zniknął? Potrząsnął głową.

-   Nie.   W  okręgu   nic   nie   wiedzieli.   Po   prostu   przyjęli   go   z  powrotem   do  roboty. 

Powiedzieli, że to jakaś poufna sprawa.

- A co Sammy miał do powiedzenia na ten temat? - zapytał Corso.

Ryder roześmiał się.

-   Sammy   też   nie   miał   pojęcia.   Pewnego   ranka   zadzwonili   do   niego   z   kadr. 

Powiedzieli, że Bartha nie będzie przez jakiś czas. I tyle. Koniec, kropka. Po prostu nie będzie 

go przez jakiś czas. Ale nie zwolnili go.

Corso wyjął z kieszeni płaszcza notes.

- Czy ja dobrze rozumiem? Ostatniego lata Barth nie pojawił się w pracy i nie było go 

przez ponad cztery miesiące.

Ryder skinął głową.

- Od czwartego czerwca  do jedenastego października.  Sprawdziłem to wczoraj na 

prośbę gliniarzy.

Podjechały kolejne dwa pikapy.

-  Potem   pojawił   się  tutaj  pewnego   ranka  i  musiał  go  pan   przyjąć   do  pracy  i  nie 

zadawać pytań.

- Właśnie.

- A potem co?

- Potem? Kilka miesięcy temu przestał przychodzić do roboty. Odczekałem kilka dni - 

wie pan, kadrowiec przedtem powiedział mi, że to nie moja sprawa - więc odczekałem kilka 

dni i zadzwoniłem. Powiedzieli, żebym się wstrzymał. Nie skreślał go z listy płac. Nic nie 

robił. Po prostu się wstrzymał.

- I?

Nozdrza Dennisa Rydera zadrgały, zupełnie jakby nagle poczuł obrzydliwy smród.

- Wstrzymywałem się do momentu, kiedy gliniarze pojawili się tutaj we wtorek po 

południu. Pokazali mi zdjęcia tego, co zostało z Bartha i jego samochodu. - Przypatrzył się 

baczniej Corsowi. - Byłem szczery wobec pana. Czas, żeby pan się odwdzięczył. Wie pan, co 

się   tutaj   dzieje?   W   końcu   nieczęsto   naszego   kolegę   z   pracy   ktoś   zakopuje   jak   jakiegoś 

Jimmy’ego Hoffę albo kogoś.

- Nie mam pojęcia - odparł Corso. - Wiem tyle samo co pan: Barth był odludkiem, 

stroniącym od wszystkich wokół. - Wzruszył ramionami. - Jeśli już mowa o wadach, to chyba 

trochę za bardzo lubił kobiety.

background image

- Kto panu to powiedział?

- Jego była żona.

Ryder nabrał powietrza, po czym po raz kolejny rozejrzał się wokół.

-   Proszę   się   na   mnie   nie   powoływać.   -   Zmrużył   oczy.   -   Za   takie   rzeczy   można 

wylecieć.

- Nie ma sprawy. Wypuścił powietrze przez nos.

- Były dwie skargi. - Jakiego rodzaju?

- Molestowanie seksualne w miejscu pracy.

- Mów pan.

- Jedna w North Hill, a druga tutaj.

- A o co konkretnie chodziło?

Ryder prychnął i zrobił pełną niesmaku minę.

- A kto to może wiedzieć w dzisiejszych czasach? Kichniesz, a ktoś będzie miał za złe. 

Powiesisz   kalendarz   z   dziewczynkami,   a   ktoś   poczuje,   że   zostały   pogwałcone   jego 

konstytucyjne prawa.

- Naprawdę nie wie pan, o co chodziło? Brygadzista potrząsnął głową.

- Nikt tutaj nie jest rozmowny, jeśli chodzi o takie sprawy. - Zrobił palcami znak 

cudzysłowu. - Poufne - powiedział. - Nawet nie pytałem.

Corso zamyślił się.

- A kim jest osoba, którą podobno molestował, kiedy pracował już tutaj?

Ryder potrząsnął głową.

- Tego nie mogę panu powiedzieć. W minutę by mnie stąd wykopali.

- Czy ona... domyślam się, że to była ona. Ryder skinął głową.

- Tak.

- Czy ona dalej tu pracuje?

- Dlaczego pan o to pyta?

- Pomyślałem sobie, że może mógłby pan ją zapytać - wie pan, poufnie - czy nie 

chciałaby mi o tym opowiedzieć?

Ryder zagryzł dolną wargę.

- Jeśli odmówi, odpuszczę - zapewnił go Corso.

Mężczyzna   zastanawiał   się   przez   chwilę.   W   końcu   machnął   ręką,   odwrócił   się   i 

podszedł do drzwi, na których wisiała tabliczka TYLKO DLA PERSONELU.

- Proszę chwilę poczekać - powiedział, odwracając się za siebie.

Sekundnik na zegarku Corsa zatoczył  cztery koła, zanim drzwi się otworzyły i do 

background image

biura weszła kobieta. Była młodsza, niż się spodziewał: około trzydziestu lat, zmarszczki w 

okolicach oczu i ust, wąska w biodrach i płaska w biuście, ciemne włosy sięgające do ramion, 

blada owalna twarz. Na plakietce napisane miała imię KATE. Trzymała pół kanapki w jednej 

ręce i puszkę dietetycznej pepsi w drugiej.

- Gliniarze byli tu wczoraj - powiedziała.

- Nie jestem z policji - odparł Corso. - Jestem dziennikarzem.

Wzdrygnęła się lekko.

- Nie chcę zobaczyć swojego nazwiska w gazecie.

- Nie ma sprawy - zapewnił ją. - Ja piszę książki.

- Nie chcę też zobaczyć swojego nazwiska w książce.

- To również nie problem - uspokoił ją. - Ja tylko próbuję ustalić, jak ktoś taki jak 

Donald Barth mógł skończyć zakopany w nasypie przy moście.

Potrząsnęła głową.

- Dziwne, nie? Coś takiego przydarzyło się tutaj pierwszy raz. - Ugryzła kanapkę. 

Żując, przyjrzała się Frankowi. Po pociągnięciu wielkiego łyka pepsi dodała: - To czego pan 

ode mnie chce? - Ton jej głosu sugerował, że jest otwarta na propozycje wykraczające daleko 

poza zwykłą rozmowę.

- Skarżyła się pani na Bartha.

Ściągnęła z kanapki folię, zmięła ją i wrzuciła do kosza na śmieci, po czym pociągnęła 

łyk pepsi.

- Był z niego kawał drania.

- Czy molestował panią?

- Wkurzył mnie - odparła.

Corso milczał, domyślając się, że nie zgodziłaby się na rozmowę, gdyby nie chciała 

opowiedzieć swojej historii.

-   Chodziliśmy   ze   sobą   przez   jakiś  czas.   Nic   poważnego,   ale...   było   nam   ze   sobą 

zupełnie miło.

- Wszyscy twierdzą, że był odludkiem. Że każdą rzecz robił sam. Jak się udało pani z 

nim związać?

Wyraz jej twarzy dowodził, że nigdy się nad tym nie zastanawiała.

- Chyba właśnie to mnie w nim pociągało - odrzekła z wahaniem. - Roztaczał wokół 

siebie aurę tajemniczości. Był małomówny i zamknięty w sobie. Inny. Po prostu siedział i 

czekał, jak pająk. - Zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. - Teraz, jak tak na to wszystko 

patrzę, to myślę, że miał taką taktykę. Robił to po to, żeby uganiać się za nim.

background image

- I uganiała się pani?

Podeszła do okna, rozwarła żaluzje palcami i wyjrzała.

- Wie pan, dzięki temu było to bardziej podniecające. - Odwróciła się do Corsa i 

pokazała w kierunku pomieszczeń socjalnych. - Reszta tych gości nie ma za grosz fantazji. 

Zawsze to samo.  Najpierw standardowe: „Och, kochanie, kochanie”,  a potem...  - Zrobiła 

sugestywny ruch rękami i biodrami. - To było coś nowego.

- No i?

- Wciskał  mi  głodne  kawałki, że  od lat  nikogo nie  miał.  Że  od rozwodu nie był 

związany z żadną kobietą. - Uśmiechnęła się krzywo. - Wie pan, na tym też polegał jego urok. 

Miało się wrażenie, że jest się kimś wyjątkowym.

- Mhm.

Przyłożyła dłoń do szyi.

- Wiedziałam, że jestem czysta. Badałam się za każdym razem, kiedy... no, wie pan... 

zaczynałam zawiązywać  nową przyjaźń,  że się tak wyrażę. A on podobno od lat żył  jak 

mnich, więc robiliśmy to bez zabezpieczeń, co było przyjemnością samą w sobie, jeśli wie 

pan, co mam na myśli.

Wydawało się, że skinienie głowy Corsa podziałało na nią zachęcająco.

- Prawie od razu - gdy tylko minęło pierwsze zauroczenie - poczułam, że coś jest nie 

tak.   Nigdy   nie   zapraszał   mnie   do   siebie.   Zawsze   jeździliśmy   do   mnie.   Nigdzie   też   nie 

chodziliśmy razem, bo, wie pan, pracowaliśmy razem i ludzie mogliby mieć nam za złe, że 

mieszamy interesy z przyjemnością. - Zrobiła smutną minę. - Przynajmniej tak twierdził.

Oparła się biodrem o biurko i skrzyżowała ramiona.

- W końcu zaczęłam podejrzewać, że jest żonaty albo co. - Uniosła rękę. - Mam jedną 

zasadę. Nie umawiam się z żonatymi. Koniec, kropka.

- No i?

- Mam przyjaciółkę w płacach, która powiedziała mi, że jest sam. Ma syna, ale nie jest 

on na jego ubezpieczeniu, co znaczy, że albo jest dorosły, albo jest na ubezpieczeniu kogoś 

innego.

- Każda z tych możliwości powinna pani odpowiadać.

- Jasne - odparła. - Nie szukałam związku na całe życie. Chciałam tylko się upewnić, 

że nie niszczę życia jakiejś innej kobiety.

- I co potem?

-   Potem   wszystko   diabli   wzięli   -   oznajmiła.   -   Byliśmy   razem   może   jakieś   dwa 

tygodnie i nagle nie przyszedł do mnie po pracy jak zawsze. Nie powiedział ani słowa, po 

background image

prostu przestał przychodzić. - Oderwała się od biurka i położyła rękę na biodrze. - Więc 

zaczepiłam go w pracy i mówię: „Ej, co jest grane? Ostatnio się nie widujemy”. Wie pan, co 

mi odpowiedział?

- Co takiego?

- Żebym spróbowała o wszystkim zapomnieć. Że on jest już na innym etapie życia i ja 

też powinnam. - Położyła drugą rękę na drugim biodrze. - Jakbym była jakąś smarkulą.

- Ach tak - powiedział Corso. - Urażona kobieca duma. Roześmiała się.

- Nie, nie - zaprzeczyła. - Pogodziłam się z tym. Wciąż się łudziłam, że obudziłam 

tego faceta po długiej hibernacji i po prostu wpadł w amok. - Wzruszyła ramionami. - To się 

zdarza. Wie pan, jacy są faceci.

- Mhm.

- A potem zwierzyłam się Susie - Susie to ta przyjaciółka z płac. W każdym razie 

kilka   dni   potem   zadzwoniła   do   mnie   i   powiedziała,   że   przejrzała   jego   akta   i   niech   pan 

zgadnie, co odkryła.

- Że był wcześniej oskarżony o molestowanie seksualne w miejscu pracy.

- Bingo. - Uśmiechnęła się. - No to teraz dopiero się naprawdę wkurzyłam. Wzięłam 

nazwisko   tej   dziewczyny   i   znalazłam   jakiś   pretekst,   żeby   pojechać   do   bazy   North   Hill. 

Okazało się, że wciskał jej dokładnie ten sam kit co mnie. - Uniosła głos i zanuciła: „Nie 

byłem od lat z żadną kobietą. Nie wiem, czy jeszcze pamiętam, jak to się robi”. Mój Boże. - 

Potrząsnęła głową. - Dokładnie ta sama śpiewka. - Machnęła ręką. - Nie do wiary.

- A potem ją rzucił.

- Nawet nie  zawracał  sobie głowy,  żeby ją o tym  powiadomić.  Musiała sama  się 

domyślić.   -   Corso   milczał,   czekając,   aż   kobieta   będzie   kontynuować..   -   Tak...   No   więc 

pewnego wieczoru wraca do bazy po jakąś rzecz, której zapomniała, i nagle go widzi. Siedzi 

w tym swoim gracie na parkingu, obłapiając jakąś małą Azjatkę.

- Niedobrze.

- Cholernie niedobrze. Zadawanie się z tym dupkiem zagrażało życiu. Uprawiałyśmy 

seks bez zabezpieczeń z kolesiem, który pieprzy wszystko, co się rusza.

- Hm.

- Nie przyszłoby mi do głowy, żeby złożyć skargę, gdyby tamta - ta druga dziewczyna 

- nie powiedziała mi, dlaczego ona ją złożyła. - Kiwnęła nieznacznie głową, zupełnie jakby 

utwierdzała  się w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję.  - Dobrze zrobiłam.  Ten facet 

wystawiał  nasze życie  na niebezpieczeństwo.  Mam nadzieję, że narobiłam temu  dupkowi 

trochę smrodu.

background image

Na zewnątrz rozległ się dzwonek.

- Muszę już iść - oznajmiła i skierowała się do drzwi. Nagle zatrzymała się i obejrzała 

za siebie.

- Z tego, co wiem, Donald Barth dostał to, na co zasłużył.

- Dziękuję, że poświęciła mi pani swój czas - powiedział Corso.

Uśmiechnęła się do niego kokieteryjnie.

- Proszę tu kiedyś jeszcze wpaść.

- Nie byłem od lat z żadną kobietą - odparł, uśmiechając się.

Wybuchnęła śmiechem.

- Akurat!

21

Piątek, 20 października, godzina 17.05

Warren Klein krążył przed ławą przysięgłych niczym lew w klatce. Ray Butler stał w 

pogotowiu przy sztaludze,  na której  znajdowała  się fotografia  ukazująca zawaloną  ścianę 

szpitala   Fairmont.   Wykonana   została   pod   innym   kątem,   tak   że   nie   widać   było   na   niej 

dziecięcej stopki. Renee Rogers przedzierała się przez stertę dokumentów, podając Kleinowi 

coraz to nowe teczki za każdym razem, kiedy szedł w jej kierunku.

- Panie Rozan - powiedział główny oskarżyciel - czy może pan określić siłę trzęsienia 

ziemi, które powinno wyrządzić aż takie szkody?

Sam   Rozan   wyglądał   jak   właściciel   warzywniaka:   łysy   mały   człowieczek   z 

sumiastymi   wąsami   i   grubymi   nadgarstkami.   Tak   naprawdę   jednak   był   głównym 

sejsmologiem   stanu   Kalifornia   i   ekspertem   o   światowej   renomie.   Człowiekiem,   który  od 

piętnastu   lat   dokonywał   ekspertyz   po   każdym   większym   wstrząsie   tektonicznym   na   tej 

planecie.

- Wszystko zależy od stanu gruntu.

- Czy miał pan okazję zbadać grunt wokół Fairmont Hospital?

- Tak.

- W jakim był stanie?

- W zasadzie był nieporuszony. 

- W zasadzie?

- Nie odnotowaliśmy w tym miejscu żadnych oznak trzęsienia ziemi.

- Co to powinny być za oznaki? Zaczął liczyć na palcach.

-   Pęknięcia   gruntu,   przesunięcia,   osiadanie.   -   Zatrzymał   się   na   chwilę,   trzymając 

background image

uniesione trzy palce. - I wreszcie powstawanie osuwisk.

- Więc twierdzi pan, że...

-   Sprzeciw.   -   Elkins   zerwał   się   z   miejsca.   -   Wysoki   Sądzie,   pan   Klein   sugeruje 

świadkowi odpowiedź. Jeśli pan Klein chce...

- Podtrzymuję - powiedział Fulton Howell.

- Zadam to pytanie inaczej - zaproponował Klein. Okazało się jednak, że nie musi. 

Rozan powiedział:

- Na miejscu katastrofy nie zaobserwowałem żadnej z tych oznak.

- Żadnej?

- Nawet w najmniejszym stopniu.

- Czy po przekonaniu się, że nie ma mowy o tych oznakach, pan i pańscy koledzy 

zrobiliście dalsze badania, żeby ustalić, co w takim razie mogło być przyczyną zawalenia się 

ściany szpitala?

- Tak. Mój zespół i ja przeprowadziliśmy w tym miejscu dokładne badania.

- Czy sformułowaliście państwo wnioski dotyczące przyczyn tej tragedii?

- Oczywiście.

Klein popatrzył w kierunku ławy przysięgłych jak dobry wujek.

-   Żeby   nie   było   żadnych   wątpliwości:   twierdzi   pan,   że   potrafiliście   dojść   do 

wniosków, czy że do nich doszliście?

- I jedno, i drugie - odparł Sam Rozan bez wahania. - Powody uszkodzenia elementów 

konstrukcyjnych były dla nas jasne prawie od samego początku. Każdy głupi by się połapał.

Cała   sala   wstrzymała   oddech,   czekając,   aż   Elkins   zerwie   się   z   miejsca,   jednak 

adwokat siedział przy swoim stole z obojętną miną.

- Może nam pan powiedzieć, do jakich wniosków doszliście?

- Budynek nie spełniał wymogów, które zapewniają ochronę przed trzęsieniami ziemi.

- A jakie one są? Rozan machnął ręką.

- Nie ma, oczywiście, idealnego rozwiązania dla wszystkich typów budynków. - Klein 

chciał już zadać kolejne pytanie, ale Rozan ciągnął dalej: - Są jednak  pewne podstawowe 

wytyczne.

- Czy mógłby je pan wymienić? Rozan znów zaczął liczyć na palcach.

- Po pierwsze: budynek powinien być lekki i nie należy go poddawać niepotrzebnym 

obciążeniom. Po drugie: powinien być prosty, symetryczny i regularny. - Popatrzył w stronę 

ławy przysięgłych. - Niedobrze, jeśli budynek jest o wiele wyższy niż szerszy. Po trzecie: 

wytrzymałość   konstrukcji   musi   być   znacznie   większa   niż   konstrukcji   wybudowanych   w 

background image

regionach nienarażonych na trzęsienia ziemi.

- Od czego to wszystko zależy?

- Przede wszystkim od jakości materiałów oraz fachowości ekipy.

-  Twierdzi  pan,   że  szpital  Fairmont  został  zbudowany bez   spełnienia  tych   dwóch 

warunków? - Klein popatrzył w stronę ławy przysięgłych i wycelował palcem w sufit. - Jak to 

możliwe,   panie   Rozan,   że   w   najbardziej   narażonym   na   trzęsienia   ziemi   rejonie   kraju   z 

publicznych środków postawiono budynek, który nie spełnia norm?

- Nie trzymano się specyfikacji. Klein wyglądał na zaskoczonego.

-   Z   pewnością   musiał   być   jakiś   system   kontroli   na   miejscu   budowy,   który   miał 

zapewnić,   że   ekipa   będzie   się  trzymać   wytycznych   dotyczących   ochrony  przed   skutkami 

trzęsień ziemi?

-   Przy   tak   dużych   projektach   zwykle   na   placu   budowy   są   stale   obecni   dwaj 

inspektorzy budowlani.

- Czy tak było również w tym wypadku?

- Owszem.

- Czy byli to Joshua Harmon i Brian Swanson?

- Tak, właśnie oni.

- Czy ktoś z pańskiego zespołu rozmawiał z nimi?

Po raz pierwszy Sam Rozan sprawiał wrażenie zbitego z tropu.

- To było niemożliwe - odpowiedział z wahaniem. - Jak pan wie, obaj... obaj zostali...

Elkins zerwał się na równe nogi.

-   Sprzeciw   -   powiedział   zmęczonym   głosem.   -   To   oczywiste,   dokąd   zmierza   pan 

Klein, Wysoki Sądzie.

-   Ja   tylko   pytam   swojego   świadka   o   standardowe   procedury   stosowane   w   takich 

wypadkach.

Elkins prychnął.

- Pan Klein dąży do zasypania przysięgłych faktami, które nie są poparte materiałem 

dowodowym. Dąży do...

Tego było już Fultonowi Howellowi za wiele.

- Do mnie proszę - zakomenderował.

Kiedy Elkins i Klein szli do stołu sędziowskiego, Renee Rogers odchyliła się do tyłu i 

wyszeptała do Corsa:

- Mam nadzieję, że Warren ma coś w zanadrzu. To bardzo ryzykowne posunięcie.

Frank uniósł brwi. Rogers popatrzyła w kierunku stołu sędziowskiego, przy którym 

background image

toczyła się prowadzona stłumionymi głosami dyskusja.

- Zwykle nie możemy wspominać o innych przestępstwach niż to, którego dotyczy 

proces.   -   Znów   zerknęła   na   przód   sali.   -   Nie   możemy   nawet   wspominać   o   innych 

przestępstwach, które popełnił oskarżony. Chyba że, tak jak teraz, pytamy rzeczoznawcę o 

jego metody działania...

Odgłos kroków sprawił, że odwróciła głowę. Klein miał na twarzy wyraz triumfu.

- Panie Rozan, proszę pozwolić, że nieco inaczej sformułuję swoje poprzednie pytanie 

-   zaczął.   -   Kiedy   powierza   się   panu   przeprowadzenie   dochodzenia   w   takiej   sprawie   jak 

sprawa szpitala Fairmont, do kogo pan i pański zespół na ogół najpierw się udajecie?

- Do inspektorów budowlanych obecnych na terenie danej budowy.

- Zawsze?

- Takie zasady obowiązują w naszym zawodzie. - Wzruszył ramionami. - Powiedzmy, 

że wymaga tego grzeczność.

- Jednak w tym wypadku nie mogliście tego uczynić.

- To prawda.

- Dlaczego?

- Po raz kolejny, Wysoki Sądzie... - zaczął Elkins. Sędzia tylko machnął ręką.

- Proszę pozwolić świadkowi udzielić odpowiedzi.

- Muszę zaprotestować...

- Protest został zaprotokołowany, panie Elkins. Klein podszedł do świadka.

- Panie Rozan, czy mógłby pan nam powiedzieć, dlaczego nie mógł pan porozmawiać 

z inspektorami budowlanymi?

- Nie żyli.

- Wnioskuję o unieważnienie procesu z powodu...

-   Wniosek   odrzucony   -   warknął   sędzia.   Machnął   młotkiem   w   kierunku   Bruce’a 

Elkinsa. - Jak już wyjaśniłem panu podczas rozmowy przy moim stole, pytania pana Kleina 

dotyczące   panów   Harmona   i   Swansona   służą   jedynie   wyjaśnieniu   sposobu   prowadzenia 

dochodzenia   przez   pana   Rozana.   Informacja   ta   może   być   włączona   do   materiału 

dowodowego.

Prawy but Kleina skrzypiał, kiedy prawnik wracał do stołu.

- Hrabstwo Alameda - powiedział scenicznym szeptem. Rogers podała mu jasnożółtą 

teczkę. Prokurator przeszedł obok ławy przysięgłych, kierując się do przodu sali.

- Przysięgli zechcą zapoznać się z wynikami autopsji przeprowadzonej przez pana 

Eugene’a Berryego, lekarza sądowego hrabstwa Alameda.

background image

- To oburzające! - zagrzmiał Elkins.

- Ja tylko usiłuję potwierdzić zeznanie pana Rozana. Wyjaśnić, dlaczego nie mógł 

poprowadzić swojego dochodzenia tak, jak wymaga procedura.

- Proszę kontynuować.

Klein machnął dokumentem w stronę ławy przysięgłych.

- Albo odczytamy raport w całości, albo przedstawię tylko skróconą wersję, uznając, 

że jego ustalenia są powszechnie znane.

-   Proszę   się   streszczać   -  zdecydował   Howell.   -   Ograniczyć   się   do   podstawowych 

faktów.

Klein odwrócił się twarzą do ławy przysięgłych.

- Siedem tygodni po zawaleniu się Fairmont Hospital ciała pana Joshuy Harmona i 

pana Briana Swansona zostały wyłowione z zatoki San Pablo. Do każdej z tych osób oddano 

dwa strzały w tył głowy. Lekarz sądowy uznał rany odniesione w wyniku tych strzałów za 

przyczynę śmierci.

Klein rzucił raporty na biurko protokólantki i podszedł do świadka.

-  Wspominał  pan,  że  pana  zdaniem  powody zawalenia  się  szpitala  Fairmont   były 

oczywiste... - Zawahał się, przykładając palec do skroni. - Zdaje się, że użył pan zwrotu: 

„każdy głupi by się połapał”. Zgadza się?

- Tak.

- Czy mógłby pan jakoś wytłumaczyć ten brak wątpliwości? Sam Rozan popatrzył na 

Raya   Butlera   stojącego   przy  sztaludze.   Ray   zdjął   z   niej   zdjęcie   gruzowiska.   Następna 

fotografia   przedstawiała   roztrzaskany   betonowy   blok.   Przy   jego   podstawie   została 

umieszczona żółta linijka.

- Panie Rozan, czy mógłby pan nam powiedzieć, co przedstawia to zdjęcie?

- Jest to fotografia jednego z filarów podtrzymujących tylną ścianę szpitala Fairmont. - 

Zaczął wstawać z miejsca. Nagle zamarł i popatrzył na sędziego. - Czy mogę...?

Sędzia Howell skinieniem głowy wyraził zgodę. Rozan podszedł do dużej fotografii i 

postukał w nią palcem.

- Tutaj - w miejscu, gdzie odpadła zewnętrzna warstwa - widzą państwo, jak skruszały 

jest ten betonowy blok. - Uniósł głos. - Proszę pamiętać, że stanowi on główne podparcie 

konstrukcji. Musi być solidny. - Przesunął wierzchem dłoni po zdjęciu. - To po prostu nie 

mieści mi się w głowie.

- Czy ten defekt występuje również w innych filarach podtrzymujących tylną ścianę?

- Występuje praktycznie we wszystkich elementach konstrukcji.

background image

- Co, pana zdaniem, o tym zadecydowało?

-   Wszystko   -   odparł   pospiesznie   Rozan.   -   Wszystkie   fazy   produkcji   betonu. 

Wyprodukowano go tanio, szybko i niechlujnie. - Pokazał raz jeszcze na zdjęcie. - Można 

było strącić zewnętrzną warstwę jednym kopnięciem.

Klein zaprezentował jeszcze cztery zdjęcia. Elkins tylko chrząkał od czasu do czasu. 

Kiedy główny oskarżyciel podziękował świadkowi i usiadł na krześle obok Rogers, słychać 

było, jak przysięgli poprawiają się na swoich miejscach.

- Świadek do dyspozycji obrony - powiedział sędzia. Elkins nie ruszył się z krzesła.

- W tej chwili nie mam pytań, Wysoki Sądzie. Chciałbym jednak zachować prawo do 

przesłuchania świadka w innym terminie.

Klein wstał.

- Podobnie jak i ja, Wysoki Sądzie.

- Zaprotokołowane. - Uderzenie młotka. Sędzia odchylił się w fotelu i westchnął. - 

Znacznie przekroczyliśmy zwyczajową godzinę zakończenia sesji. Skoro pan Elkins nie chce 

przesłuchać świadka, wygląda na to, że można ogłosić przerwę weekendową. - Popatrzył na 

obu prawników. - Chyba że któryś z panów zgłosi sprzeciw.

Piątek, 20 października, godzina 17.28

Bruce Elkins usiadł przy stole i spojrzał na swojego klienta, Nicholasa Balagulę.

- Płacisz mi za obsługę prawną - powiedział.

Balagula skinął głową.

- I to niemało - zauważył. Wzrok Elkinsa stał się twardy.

- Zmieniłem zdanie co do naszej taktyki. Mam obowiązek zapewnić ci możliwość 

znalezienia nowego obrońcy, jeśli nie zgodzisz się na to, co ci zaproponuję.

- Co to za nowa taktyka? - zapytał Balagula. Elkins pochylił się do klienta.

-   Wydaje   mi  się,   że   powinniśmy   zaprzestać   dalszej   obrony.   Balagula   i   Iwanow 

wymienili spojrzenia.

- A to niby czemu? - zdziwił się ten drugi.

- W obecnym stanie rzeczy to najlepsze, co mogę zaproponować.

- A jeśli się nie zgodzę?

-   Wtedy   poradzę   ci,   żebyś   przyznał   się   do   winy.   Balagula   machnął   ręką,   jakby 

odganiał muchę.

- Nie chcę o tym nawet słyszeć. Elkins przesunął dłonią po włosach.

- Też mi się to nie podoba - przyznał. - Ale słyszałeś to zeznanie. Jeśli uda im się 

połączyć  cię w jakiś sposób z fałszowaniem  próbek, więzienie  będzie  ostatnim  z twoich 

background image

zmartwień.   -  Popatrzył   przenikliwie  na   Nicholasa  Balagulę.   -  Możesz   się  znaleźć   w celi 

śmierci.

- Dlaczego mamy się nie bronić? - zapytał Balagula.

- Dlatego, że jeśli Lebow zezna, że brałeś udział w spisku, będziesz miał podstawy do 

apelacji, utrzymując, że obrona była niekompetentna.

- Pan Lebow nie zezna, że brałem udział w spisku - zapewnił Balagula.

- Moi informatorzy twierdzą co innego. Podobno oświadczył, że był przy tym, jak 

poleciłeś sfałszować próbki rdzeniowe. - Balagula zaczął coś mówić, ale Elkins nie dopuścił 

go do głosu. - Jeśli tak się stanie, masz przechlapane. Ani ja, ani nikt inny nie da rady cię z 

tego wyciągnąć.

Nicholas Balagula wstał.

- Rób, co uważasz za stosowne - powiedział.

22

Piątek, 20 października, godzina 17.54

Była tam, gdzie spodziewał się ją znaleźć. Siedziała w boksie restauracji „U Vita”, do 

połowy   opróżniony   kieliszek   martini   stał   przed   nią   na   stole.   Z   szafy   grającej   dobiegały 

dźwięki I’ve Been Loving You Too Long Otisa Reddinga.

Corso przystanął w wejściu, czekając, aż jego oczy przyzwyczają się do półmroku. 

Kilku   stałych   bywalców   siedziało   na   stołkach   barowych.   Renne   Rogers   miała   wszystkie 

boksy dla siebie.

Podszedł do stolika. Uniosła wzrok i popatrzyła mu w oczy.

-   Patrzcie   państwo.   -   Westchnęła.   -   A   myślałam,   że   jestem   trochę   mniej 

przewidywalna. - Pokazała Corsowi miejsce naprzeciwko.

- Dobrze, że Elkins nie chciał dziś przesłuchiwać świadka - powiedział.

- Całe szczęście. - Uniosła kieliszek w toaście, po czym wypiła łyk przezroczystego 

trunku.

- Klein ma fart.

Nagle spoważniała.

- Za łatwo to wszystko idzie - doszła do wniosku.

- Jak to? Zamyśliła się.

- Trudno to opisać - powiedziała w końcu. - Gdybyś tkwił w tym tak długo jak ja, 

wyczuwałbyś   rytm   procesu.   Przypływy   i   odpływy.   Procesy  sądowe   mają   swój   rytm,   jak 

piosenki.

background image

- No i?

Machnęła ręką i spojrzała w sufit.

- Coś jest nie tak. Raymond też to czuje. Trudno to opisać. Za szybko to idzie. To tak, 

jakbyśmy zjeżdżali z góry bez hamulców. - Popatrzyła na Corsa i skrzywiła się. - Takie tam 

przeczucia.

- Mówiłaś o tym Kleinowi? Prychnęła.

- I ja, i Ray próbowaliśmy, ale Warren nie chce o niczym słyszeć. Jest przekonany, że 

już   właściwie   wygrał   tę   sprawę,   że   Elkins   w   końcu   się   podda   i   pogodzi   z   tym,   co 

nieuchronne.

-   Kiedy   ostatnim   razem   widziałem   dowody   na   powiązania   Balaguli   z   firmami 

budowlanymi, wydały mi się naprawdę naciągane.

-  I  dalej  takie   są.  To  słaby  punkt  oskarżenia.  Balagula   odizolował  się  od  swoich 

interesów. Nieważne, jak dokładnie będziesz szukać, trop budowlany zawsze poprowadzi cię 

z powrotem do Harmona i Swansona.

- Czyli do ludzi, których wyłowiono z zatoki San Pablo.

- I jedynych ludzi na świecie, którzy mogli powiązać Balagulę bezpośrednio z firmami 

budowlanymi. - Pociągnęła kolejny łyk martini. - Byłeś na drugim procesie. Elkins wnosił 

sprzeciw   przy  każdym   diagramie,   wykresie   i  świadku,  jakiego  przedstawiłam.   Znajdował 

kontrargumenty na wszystkie moje twierdzenia.

- Pamiętam.

- W porównaniu z tym, co działo się wtedy, teraz jest dobrym wujkiem. Protestuje na 

tyle często, żeby wyglądało, że coś robi. Ostatnim razem dwa tygodnie zajmowaliśmy się 

tym,  z czym  teraz uporaliśmy się w dwie godziny.  Stwarza pozory.  Nie rozumiem,  o co 

chodzi.

- Może Klein ma rację. Może złapał Balagulę za jaja. Skinęła głową, nie wydawała się 

jednak przekonana.

- Może - przyznała. - Jeśli uda nam się udowodnić, że Balagula i Iwanow stoją za 

sfabrykowaniem   próbek   rdzeniowych,   udowodnimy   też,   że   musieli   być   jakoś   związani   z 

firmami budowlanymi. Inaczej przecież nie mieliby powodu, żeby tak wiele ryzykować.

- A Lebow nie połączy tego wszystkiego ze sobą?

- Twierdzi, że był przy tym, jak omawiano całą sprawę. Ze zarówno Iwanow, jak i 

Balagula byli w tym czasie w pokoju i że ten ostatni wydał polecenie dokonania fałszerstwa.

- To powinno wystarczyć - zauważył Corso.

Renee Rogers podrapała się w nos, po czym machnęła ręką.

background image

- Skończmy już z tym. - Westchnęła. - Nie wiem, dlaczego nie daje mi to spokoju. Tak 

czy inaczej, odchodzę zaraz po procesie.

Do stolika podszedł kelner. Corso zamówił wodę z lodem. Rogers przykryła dłonią 

kieliszek i potrząsnęła głową.

- A co u ciebie? - zapytała. - Jak czuje się twoja przyjaciółka?

- Bez zmian.

- Zrobiłeś jakieś postępy?

Przesuwała   placem   po   krawędzi   kieliszka,   kiedy   opowiadał   jej,   co   mu   się   udało 

ustalić.

- Seks i pieniądze - powiedziała, kiedy skończył. - Zabójcza mieszanka.

- Nic z tego nie przybliżyło mnie ani trochę do wyjaśnienia, co tak naprawdę się stało.

- Skądś to znam - wyszeptała.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Kelner przyniósł wodę z lodem. Corso wychylił 

duszkiem pół szklanki.

- Gdzie jest ten targ z rybami?  - zapytała.  - Wiesz, ten, który ciągle  pokazują w 

telewizji.

- Pike Place Fish Market. Przy Pierwszej i Pike. Cztery przecznice na zachód i sześć 

na północ stąd. A dlaczego pytasz?

- Mam wolny weekend, więc pomyślałam  sobie, że może  trochę pozwiedzam.  W 

zeszłym roku spędziłam tu cztery miesiące i nie widziałam nic z wyjątkiem hotelu, baru i 

sądu.

Patrzyła, jak Corso pije kolejny łyk wody, a potem opiera się na krześle. Jej oczy 

zabłysły.

-   Nie  chwyta   pan   za   szybko,   panie   Corso.   Jego   wyraz   twarzy   pozostał 

nieprzenikniony.

- To znaczy?

- To jest ten moment konwersacji, w którym z galanterią powinieneś zaproponować, 

że pokażesz mi miasto.

- Wiem - odrzekł ze śmiechem.

- Jeśli nie wyrazisz takiej ochoty, sprawisz, że zacznę podejrzewać, że straciłam urok. 

Wpadnę w kompleksy albo co.

Znów się roześmiał.

- Twój urok ma się dobrze.

- To jak będzie?

background image

- Nie znam się za bardzo na atrakcjach turystycznych.

- Możesz pokazać mi coś innego. Coś, co znają tylko miejscowi. Coś znanego tylko 

prawdziwym kronikarzom miasta takim jak ty.

Corso zamyślił się.

- Przywiozłaś ze sobą dżinsy i jakieś buty z prawdziwego zdarzenia?

Spojrzała w dół na swoje stopy, a potem znowu na Corsa.

- Tak, a czemu pytasz?

Rzucił banknot pięciodolarowy na stolik i wstał.

- Chodźmy - powiedział.

- Daj mi godzinę - zaprotestowała, zbierając swoje rzeczy. Wyglądał, jakby nadepnęła 

mu na odcisk.

- Nie spędzasz za dużo czasu z kobietami, prawda? - zapytała.

Piątek, 20 października, godzina 19.32

Corso wychylił się z okna sterówki.

- Dobra, teraz cuma rufowa! - krzyknął. Renee odwiązała linę z pachołka i popatrzyła 

na Corsa zza chmury spalin. - Po prostu weź ją ze sobą - powiedział, nie chcąc ryzykować, 

żeby rzuciła ją na pokład. Gdyby chybiła, cuma mogłaby wpaść do wody niebezpiecznie 

blisko śruby.

Ruszyła nabrzeżem, a potem wspięła się na pokład po trapie z nierdzewnej stali. Corso 

otworzył drzwi na sterburtę i wpuścił ją do środka. Odbijacz zaskrzypiał, kiedy jacht sunął 

wzdłuż nabrzeża. Corso włączył wsteczny bieg i dodał trochę gazu.

Renee weszła po trzech stopniach do sterówki.

- Niezupełnie miałam na myśli właśnie to - zauważyła.

- Mówiłaś, że chcesz zobaczyć coś, co znają tylko miejscowi. - Corso trzymał koło 

sterowe, pozwalając łodzi wypłynąć na Lake Union. - Weź ster - powiedział.

- Ale ja nigdy...

Chwycił ją za rękę i przyciągnął do steru. Odruchowo oburącz złapała wielkie tekowe 

koło.

- Kieruj się po prostu na drugi brzeg jeziora, starając się nie uderzyć w nic po drodze.

Niecałe   pięć   minut   zajęło   mu   schowanie   trapu,   uporządkowanie   lin   i   wciągnięcie 

odbijaczy na pokład. Wszedł do kambuza. Renee popatrzyła na niego ze sterówki.

- To naprawdę coś - powiedziała. - Nie miałam pojęcia, że w środku miasta macie tu 

takie wielkie jezioro.

Corso schował płaszcz, po czym wszedł do sterówki.

background image

Zielona   powierzchnia   jeziora   była   wzburzona   i   spieniona.   Fale   kłębiły   się. 

Pianościgły  podskakiwał   nieznacznie.   Do   ich   uszu   zaczęło   dobiegać   potężniejące   wycie. 

Hydroplan Lake Union Air Service przeleciał z warkotem nie więcej niż kilkanaście metrów 

nad pokładem.

- O rany - powiedziała cicho Renee, spoglądając na żółto-biały de havilland beaver 

schodzący do lądowania. Sto metrów przed nimi jego pływaki wyrysowały srebrzyste linie w 

ciemnej   wodzie.   Patrzyli,   jak   hydroplan   się   zatrzymuje.   Pilot   skręcił,   tak   że   stanął 

naprzeciwko nich.

Ponad samolotem widzieli na tle czarnego nieba wysokie, migoczące budynki.

Corso zamknął oczy i pozwolił wodzie ściągnąć ciężar z ramion, a ruchowi łodzi i 

głębokiemu   pomrukowi   silników   rozpuścić   brud   mijającego   dnia.   Wydawało   mu   się,   że 

płynie w dół zielonej wody, z buczeniem silników w uszach i smakiem wody w ustach.

- Hej! - krzyknęła Rogers. Otworzył oczy. Płynęli ku południowemu brzegowi jeziora. 

Przed nimi pojawiło się Wooden Boat Museum. - Co teraz?

- Opłyń dookoła tę czerwoną boję - polecił, pokazując ręką.

Opłynęła boję z daleka. Corso przesunął manetkę do przodu. Osiemset obrotów na 

minutę. Jakieś pięć węzłów.

- Mój ojciec miał łódź - powiedziała - kiedy byłam dzieckiem.

- Jaką?

- Chris craft. - Zatoczyła ręką łuk. - Nie taki pałac jak to. Po prostu zwyczajna łódka, 

którą on i mój wujek George wypływali na ryby. Może miała z sześć metrów długości,  to 

wszystko.

- Czym zajmował się twój ojciec?

- Był szeryfem hrabstwa.

- Którego?

- Anderson w Wirginii.

- Gdzie to jest?

- W południowej części stanu. Prawie w Karolinie Północnej.

- Żyje jeszcze?

- O, nie - westchnęła. - Umarł w dziewięćdziesiątym pierwszym. - Zerknęła na niego. 

- A twój?

Uśmiechnął się blado.

- Mój był stałym gościem szeryfa hrabstwa.

- Żyje?

background image

Potrząsnął głową.

- Wątroba wysiadła mu, gdy miał czterdziestkę.

- Szkoda.

- My tak nie myśleliśmy - powiedział.

Linia brzegowa za sterburtą była usiana barkami mieszkalnymi. Kiedyś znajdowały 

się   tu   przytulne   weekendowe   ustronia,   teraz   -   cacka   za   milion   dolarów   dla   armii 

komórkowych   i   komputerowych   milionerów,   którzy   zaroili   miasto   niczym   karaluchy   z 

teczkami w rękach.

- Dokąd płyniemy? - zapytała.

- Przecież ci mówiłem: zobaczyć coś, co znają tylko miejscowi.

- Nie zamierzasz mi powiedzieć, prawda? - Nie.

- To dziecinada.

- Wiem.

Udając   irytację,   zmarszczyła   brwi.   Rozglądała   się   wokół,   chcąc   zobaczyć   jak 

najwięcej.

- Spójrz na to wszystko. Czy wszyscy w tym mieście mają łodzie?

- Czasami można tak pomyśleć - przyznał Corso. - Podobno w Seattle przypada więcej 

łodzi na głowę niż w jakimkolwiek innym mieście w tym kraju.

Odgrywał  rolę przewodnika, kiedy przepływali  pod mostem  na zachodnim  krańcu 

Portage Bay, obok Uniwersytetu Waszyngtońskiego i jachtklubu, a także przez Montlake Cut, 

obok ogromnego Husky Stadium i dalej przez Union Bay, gdzie znów przestawił manetkę do 

przodu, osiągając tysiąc pięćset obrotów na minutę i rozwijając dwadzieścia węzłów.

-   Księżyc   musi   być   cały   czas   po   prawej   -   powiedział.   Przez   pięć   minut   płynęli 

równolegle do Evergreen Point  Floating Bridge, gdzie reflektory samochodów formowały 

snop żółtego światła, który wydawał się ślizgać po wynurzającym  się z wody moście jak 

sztuczny wąż.

Przy   końcu   mostu   Corso   w   końcu   przejął   ster   i   dopłynął  Pianościgłym  do 

południowego   brzegu   Jeziora   Waszyngtona.   Przed   nimi   w   ciemności   górowała   nad 

połyskliwą powierzchnią wody Mercer Island.

Zwolnił   i   popłynął   w   kierunku   brzegu.   Sprawdził   kurs,   a   potem   przełączył   na 

autopilota.

- Chodźmy na pokład. Stamtąd będzie lepszy widok. Wschodni brzeg był upstrzony 

posiadłościami   wartymi  miliony   dolarów:   sterylnymi,   stalowo-szklanymi   bryłami, 

klasycystycznymi budowlami przypominającymi posiadłość Tara z  Przeminęło z wiatrem  

background image

replikami budynków w stylu Tudorów. Wszystkie rozpychały się na wąskim brzegu. Corso i 

Renee stanęli na pokładzie.

- Tam - powiedział. - Widać go z jeziora tylko o tej porze roku, kiedy liście opadły już 

z drzew.

Renee zmrużyła oczy, wpatrując się w mrok. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na 

park. Potem odnosiło się wrażenie,  że to jedno z modnych  centrów handlowych.  Leżący 

wśród drzew i skał budynek miał jakieś dwieście metrów długości.

Obrysowała go palcem.

- Czy to jest jeden...

- Tak, to wszystko jeden dom - odparł Corso.

- Kto...

- Bill Gates - odparł. - Kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych. Wart jakieś sto 

dziesięć milionów dolarów.

- Nie żartuj.

- Dają ci tam specjalnego pilota. Kiedy chodzisz po domu, regulujesz nim wszystko, 

co tylko chcesz. Temperaturę, światło, nawet zmieniasz obrazy na ścianach.

- Zastanawiam się, czy chciałabym mieszkać w czymś takim.

- Kiedy Bill ożenił się z Melindą, ta oświadczyła, że to jak mieszkanie w centrum 

kongresowym. Zatrudniła sztab dekoratorów, żeby zamienić to w coś bardziej nadającego się 

do życia.

- Zabawne, jakie to wszystko względne. Jeszcze godzinę temu uważałam twoją łódź 

za przejaw ekstrawagancji. W porównaniu z tamtym - pokazała w kierunku brzegu - wygląda 

jednak jak łódź wiosłowa.

- Myślisz, że posiadanie takiego domu zmieniłoby twoje życie?

Popatrzyła na niego, jakby oszalał.

- To znaczy?

- Czasami przepływam tędy i zastanawiam się, czy gdybym miał to wszystko, moje 

życie wyglądałoby inaczej.

- Inaczej o jakieś sto milionów dolarów - zakpiła.

- Nie licząc pieniędzy.

- Nie ma czegoś takiego jak „nie licząc pieniędzy”.

- Byłabyś szczęśliwsza?

Popatrzyła mu w oczy, szukając śladów ironii.

- Mówisz poważnie, prawda?

background image

- Ja bym nie był. Gdyby Bill dał mi jutro cały ten dom i zapewnił zwolnienie od 

podatku...

- Tak?

- ...kiedy już przestałoby mi szumieć w głowie z wrażenia, zaprosiłbym wszystkich 

znajomych na kolację i przyzwyczaił się do posiadania najdroższej rezydencji w Ameryce... - 

Zawahał się. - Tydzień później nie byłbym szczęśliwszy, niż byłem dzisiaj rano.

Podczas gdy dom przesuwał się wolno na rufę, Renee wydawała się zastanawiać nad 

swoją odpowiedzią. Księżyc wisiał teraz nad ich głowami. Powierzchnia jeziora lśniła jak 

stopione szkło.

- Ja też nie - przyznała w końcu.

- Jesteś głodna? - zapytał Corso.

- Raczej spragniona.

- Czego byś się napiła?

- A co masz?

- Bourbon.

- To niech będzie bourbon. - Uniosła rękę w toaście wyimaginowaną szklanką. - Po 

głębokim namyśle dochodzę też do wniosku, że jestem głodna.

Corso   otworzył   barek   i   wyjął   dwulitrową   butelkę   jacka   danielsa.   W   szafce   nad 

kuchenką   znalazł   dwie   szklaneczki   z   grubego   szkła.   Wypełnił   je   lodem,   po   czym   wlał 

bourbon. Podał szklankę Renee i wzniósł toast:

- Za wsadzenie za kratki Nicholasa Balaguli.

Stuknęli   się   szklaneczkami.   Corso   wypił   łyk.   Renee   opróżniła   jednym   haustem 

połowę szklanki. Postawił bourbona na suszarce przy zlewie.

- Butelka jest tutaj - powiedział. - Od tej pory samoobsługa.

- Właśnie tak lubię.

- W drodze powrotnej możemy zrobić steki, jeśli chcesz.

- Nie będę za bardzo przydatna.

- Zajrzyj do lodówki. Wydaje mi się, że na dole powinna być sałata.

Przeszła przez kambuz, otworzyła lodówkę i wyjęła plastikową torebkę z sałatą. Corso 

wyłączył   silniki.   Przez   chwilę   wielka   łódź   płynęła   w  ciszy.   Potem   wcisnął   chromowany 

przycisk na konsoli i generator ożył.

- Gotujesz dla siebie? - zapytała.

- Cały czas.

- Ja jadam na mieście. Albo biorę jedzenie na wynos, a w hotelu zamawiam posiłki do 

background image

pokoju.

-   Był   taki   czas,   że   nie   mogłem   się   ruszyć   bez   przyciągania   tłumów   i   aparatów 

fotograficznych wycelowanych we mnie. Nabrałem zwyczaju jedzenia u siebie.

Przez chwilę oddawał się wspomnieniom. Twarz mu spochmurniała.

- Naprawdę tego nie cierpisz, co? - zapytała.

- Czego?

- Tego wszystkiego, co wiąże się ze sławą.

- A inni to lubią?

- Większość twierdzi, że tego nie znosi, ale nie sądzę, żeby mówili szczerze. Myślę, że 

to modne udawać, że się nie lubi być sławnym. Na ogół ludzie, którzy już poznali, jak to jest, 

za nic by jednak z tego nie zrezygnowali, niezależnie od tego, co mówią publicznie.

- Sława to opium dla mas. Roześmiała się.

- Coś w tym jest.

Podbijała torebkę z sałatą na dłoni.

- Co do tego dodamy?

- Popatrz na drzwiczki lodówki. Powinnaś coś tam znaleźć. Wybierz, co lubisz.

Przypatrywała   się   przez   chwilę   i   w   końcu   zdecydowała   się   na   buteleczkę   sosu 

miodowo-musztardowego.

- Może być? - zapytała.

- Jasne - odparł.

Dopiła   drinka   i   nalała   sobie   następnego,   po   czym   od   razu   wypiła   połowę.   Corso 

posypał solą i pieprzem dwa steki.

- Idę na rufę przygotować grilla - powiedział. Otworzył tekową szafkę nad zlewem. 

Talerze, szklanki, sztućce. - Nakryj do stołu, a potem dołóż trochę sosu do sałaty i wymieszaj. 

Myślisz, że sobie z tym poradzisz?

Pociągnęła łyk.

- Żartujesz ze mnie?

- Tylko troszeczkę - odparł

23

Piątek, 20 października, godzina 22.53

Gerardo poznał rozkład dnia szpitala. Spędził w nim cały dzień. Właśnie miała się 

skończyć zmiana. Przez następne dziesięć minut korytarze szpitalne będą praktycznie puste. 

Jedna zmiana lekarzy, pielęgniarek i sanitariuszy opuści oddział, a następna dopiero zacznie 

background image

obowiązki.

Dopchnął   swój   błyszczący   aluminiowy   wózek   do   ściany   korytarza   i   udawał,   że 

przestawia   środki   do   czyszczenia.   Dwadzieścia   metrów   dalej   dwie   ubrane   na   biało 

pielęgniarki wyszły z sali numer 109 i ruszyły w stronę dyżurki.

Obgadał to wszystko z Ramónem; w sumie ostatnio zamienili ze sobą więcej słów niż 

przez całe piętnaście lat, które razem przepracowali. Ostatnimi czasy nic nie szło tak, jak 

powinno. Właśnie dlatego muszą po sobie posprzątać. Najlepiej by było, gdyby Gerardo mógł 

zapewnić wsparcie, tak dla pewności. Większość personelu pracowała właśnie w tej części 

szpitala. Dobrze by było mieć zabezpieczenie na wypadek, gdyby ktoś przeszkodził. W końcu 

nigdy nic nie wiadomo.

- Zaraz wracam.

Ramon Javier wyglądał, jakby szedł na zebranie zarządu. Miał na sobie szary garnitur, 

niebieski krawat i wyglansowane mokasyny. Pistolet kalibru.22 z tłumikiem miał wetknięty z 

tyłu za pasek spodni, dzięki czemu nic nie wypychało mu marynarki. Wysiadł z windy i 

ruszył korytarzem.

Zobaczył   Gerarda   stojącego   za   wózkiem   pełnym   ścierek.   Miał   na   sobie   gumowe 

rękawice i jasnoniebieski kitel. Nie do twarzy mu było w tym kolorze. Wyglądał jak troll. 

Ramon udał, że go nie zauważa, i skierował się do sali 109. Prawdopodobnie uda mu się tam 

po prostu wejść i władować jej kulkę. Ostatnio jednak nic nie szło za dobrze, więc musieli 

zachować ostrożność. Nie powinno mu to zająć więcej czasu niż minutę. Za minutę będą w 

połowie drogi do normalności, za którą Ramon tak tęsknił.

Na   rogu   zatrzymał   się   i   popatrzył   na   Gerarda.   Jego   wspólnik   skinął   nieznacznie 

głową, co miało znaczyć, że sala jest pusta, po czym zajął się przestawianiem pojemników ze 

środkami czyszczącymi. Ramon wziął głęboki oddech, otworzył drzwi i wszedł do środka.

* * *

Kiedy drzwi zamknęły się za Ramónem, Gerardo zaczął w myślach odliczać. Jeśli 

dojdzie do stu, to oznacza kłopoty. Będzie musiał wkroczyć do akcji. Matka powtarzała mu, 

że kłopoty chodzą trójkami. Szesnaście, siedemnaście, osiemnaście... Mieli już trójkę: trupa 

faceta, pikapa, który został odkryty, i dziewczynę, która weszła im w drogę. Dwadzieścia 

trzy,   dwadzieścia   cztery...   Nie   potrzeba   więcej   cholernych   katastrof.   Po   prostu   czyste 

zabijanko i wypad. Rozejrzał się po korytarzu. Nie było na nim nikogo z wyjątkiem dupiastej 

pielęgniarki, która stała z rękami na biodrach na drugim końcu korytarza. Trzydzieści siedem, 

trzydzieści osiem...

***

background image

Salę oświetlały jedynie urządzenia otaczające łóżko. Ramon wyjął dwudziestkędwójkę 

z tyłu spodni, odbezpieczył ją i przyłożył  koniec tłumika do boku obandażowanej głowy. 

Nasłuchiwał odgłosu kroków na korytarzu, niczego jednak nie usłyszał, i pociągnął za spust. 

Zwój bandaży podskoczył gwałtownie, a potem opadł z powrotem na miejsce. Elektroniczne 

wykresy oszalały, tańcząc na monitorach. Mała symetryczna dziurka zaczynała już krwawić, 

kiedy Ramon przyłożył tłumik do czubka głowy i wystrzelił raz jeszcze. Dla pewności.

***

Doszedł do pięćdziesięciu jeden, gdy usłyszał głos.

-   Ej,   ty!   -   zawołała   z   drugiego   końca   korytarza.   Czarna   dziwka.   Tak   wielka,   że 

mogłaby zaorać pole. Gerardo udał, że nie słyszy.

- Mówisz po angielsku? Habla inglesi.

Gerardo zaczął cicho gwizdać i poprawiać stos ręczniczków. Jego ręka spoczęła na 

pistolecie. Zrobiło mu się gorąco, kiedy do jego uszu dobiegło skrzypienie butów. Szła w jego 

kierunku.

- Nie słyszałeś mnie? - zapytała. - Trzeba posprzątać w sto sześćdziesiąt cztery.

Nagle na korytarzu pojawił się rudy facet około trzydziestki. Jego broda potrzebowała 

przystrzyżenia. Pod pachą trzymał gazetę. Kiedy doszedł do sali 109, zawahał się, a potem 

chwycił gałkę u drzwi, otworzył i wszedł do środka.

- Głuchy jesteś czy co? - zapytała. Była już teraz nie więcej niż dziesięć metrów od 

niego. Gerardo odbezpieczył pistolet spoczywający pod ręczniczkami i skierował jego lufę w 

stronę kobiety,  uśmiechając się do niej głupkowato. Pokazał na swoje ucho, jakby chciał 

powiedzieć, że nie słyszy. Kiedy zerknął do tyłu, korytarz okazał się pusty.

* * *

Ramon był w połowie drogi do drzwi, gdy zaczęły się one otwierać. Ukrył się szybko 

w ciemności za nimi, a one otwierały się coraz szerzej, aż w końcu musiał przywrzeć do 

ściany. Do sali wszedł jakiś mężczyzna. Stał przez chwilę nieruchomo, pozwalając oczom 

przyzwyczaić się do mroku. Ramon już ruszył w jego stronę, kiedy mężczyzna wydał cichy 

jęk i podbiegł do łóżka. Jasnobiały dotąd ekran był teraz czarny. Zielona linia uderzeń serca, 

która przedtem biegła zygzakiem, była płaska. Mężczyzna dotknął głowy pacjentki, uniósł 

rękę do swojej twarzy, wpatrywał się przez krótką chwilę w plamę krwi, po czym odwrócił 

się z szeroko otwartymi oczami do drzwi. Z odległości pół metra Ramon strzelił mu między 

oczy.

* * *

Rozległ się dzwonek. Kobieta wzięła go pod rękę i ruszyła korytarzem. Dłoń Gerarda 

background image

spoczywała na kolbie pistoletu. Osiemdziesiąt trzy, osiemdziesiąt cztery... Już podjął decyzję 

- dojdzie do stu i dziwka zginie. I wtedy, chwilę później, na korytarzu pojawił się Ramon. 

Kiwnął nieznacznie do towarzysza, co znaczyło, że robota została wykonana, po czym zaczął 

iść w ślad za nimi.

- Chodź. - Dziwka pociągnęła go mocniej za rękę. Gerardo obejrzał się za siebie. 

Ramon skręcił w lewo do wyjścia z oddziału i schodów. Na drugim końcu korytarza trzy 

pielęgniarki wbiegły do sali 109. Usłyszał krzyk, a potem drugi. Czarna dziwka puściła jego 

rękę. Drzwi sali 109 otworzyły się na oścież. Wybiegła przez nie pielęgniarka. Przód stroju 

miała   umazany   krwią.   Jej   usta   były   szeroko   otwarte.   Gerardo   zawinął   pistolet   w   czysty 

ręczniczek i włożył go pod pachę. Przez dwadzieścia metrów szedł za swoją porywaczką, 

która pospieszyła w kierunku krzyków i zamieszania. Kiedy zobaczył tabliczkę z napisem 

„wyjście”, pchnął drzwi i zaczął wbiegać po schodach. Dotarłszy na parter, otworzył drzwi 

wyjścia awaryjnego i po chwili znalazł się na chłodnym nocnym powietrzu.

-   Jeden   kłopot   z   głowy.   Został   jeszcze   tylko   drugi   -   wyszeptał   do   siebie,   idąc 

chodnikiem.

24

Piątek, 20 października, godzina 22.57

Przy północnym brzegu Lake Union stał prom Kalakala. Przypominał rozkładające się 

szare zwłoki wyrzucone przez przypływ. Stanowiąca niegdyś dumę floty Seattle, utrzymana 

w stylu art deco łajba została uratowana przez sentymentalnego miejscowego biznesmena, 

który nie mógł się pogodzić z myślą, że prom z czasów jego dzieciństwa dożywa swych dni 

jako przetwórnia ryb na Alasce.

Nie licząc się z kosztami, ściągnął go tutaj i umieścił na starym miejscu tylko po to, by 

się przekonać, że inni mieszkańcy Seattle nie podzielają jego sympatii. Nie tylko nie chcieli 

partycypować   w   kosztach   wielomilionowego   remontu,   ale   widzieli   w   promie   tylko   stare 

szkaradzieństwo   i   domagali   się,   by   niezwłocznie   usunąć   go   z   widoku   publicznego.   Pod 

naciskiem   władz   miasta   niefortunny   nowy   właściciel   zaczął   poszukiwać   odpowiedniego 

kupca.

Gdy   mijali   zardzewiały   kadłub,   Renee   Rogers   podeszła   do   lodówki   i   napełniła 

szklaneczkę kostkami lodu, które następnie utopiła w bourbonie.

- Warrenowi by się to nie spodobało - orzekła.

- Co takiego?

- To nasze kręcenie się w kółko po jeziorze. Niedawno uraczył mnie małą prelekcją na 

background image

temat tego, co nazwał naszym wzajemnym użalaniem się nad sobą.

- Czy naprawdę właśnie to robiliśmy?  Myślałem,  że po prostu wymienialiśmy się 

informacjami.

Roześmiała się i rozejrzała dookoła.

- Jesteśmy już prawie w porcie, wiesz? - zapytała.

- Jeszcze trochę do przodu, a potem w lewo. Purpura zniknęła z horyzontu. Niebo było 

ciemnografitowe.   Powietrze   zaczęło   tężeć   od   mgły,   zamieniając   księżyc   w   rozmazaną 

pięciocentówkę.

Renee wypiła kolejny łyk bourbona.

- Jak to się stało, że nigdy się nie ożeniłeś? - zapytała ni stąd, ni zowąd.

Corso   oderwał   wzrok   od   jeziora   i   spojrzał   na   nią.   Jej   oczy   sprawiały   wrażenie 

zmęczonych, a głos był już nieco bełkotliwy.

- Skąd wiesz, że nigdy nie byłem żonaty? Roześmiała się.

-   Czytałam   twoje   akta.   Nie   myśl   sobie,   że   wpuścilibyśmy   kogoś   do   sądu   bez 

wcześniejszego sprawdzenia.

- A ty? - odpłacił jej pięknym za nadobne Corso. - Ty również nigdy tego nie zrobiłaś.

Zacmokała.

- Ty z kolei czytałeś moje akta?

- Oczywiście. Roześmiała się raz jeszcze.

- Zauważyłeś, jak bardzo kuleje rozmowa, gdy znasz akta swojego rozmówcy?

Ramiona Corsa zatrzęsły się ze śmiechu. Dobra chwila minęła, zanim mógł się znowu 

odezwać.

- Zwłaszcza gdy ten rozmówca o tym nie wie. Renee Rogers odrzuciła głowę do tyłu i 

roześmiała się.

- Wyobraźmy sobie, że rozmawiasz z nowo poznaną osobą. Wiesz już wszystko, o co 

pyta   się   w   normalnych   okolicznościach,   więc   jeśli   nie   jesteś   wystarczająco   ostrożny,   po 

pięciu minutach rozmowy pytasz ją o ten pieprzyk, który niedawno usunęła, czyli  o coś, 

czego na pewno ci nie mówiła.

- I przez resztę wieczoru patrzy na ciebie spod oka. Znów się roześmieli. Po chwili 

Corso zapytał:

- To co? Jak to się stało, że nigdy nie wyszłaś za mąż?

- To ja pierwsza zapytałam. Zamyślił się.

- Kiedyś byłem tego bliski, ale życie potoczyło się inaczej - odparł po chwili. - To nie 

tak,   że   to   planowałem.   Zawsze   wydawało   mi   się,   że   ustatkuję   się   po   następnym 

background image

dziennikarskim śledztwie albo następnym dużym artykule. - Wzruszył ramionami. - Po prostu 

odsuwałem to od siebie, aż wreszcie przywykłem do tego stanu rzeczy - zdjął jedną rękę z 

koła sterowego - i przestało to stanowić problem.

Skrzyżowała ramiona na piersi i wpatrzyła się przed siebie.

- Lubisz żyć sam? - zapytała po krótkim milczeniu.

- Przyzwyczaiłem się. Z biegiem czasu coraz bardziej mi to odpowiada.

- Nie czujesz się samotny?

- Możesz mieć żonę i pięcioro dzieci i też czuć się samotny.

Machnęła szklaneczką.

- Wysoki Sądzie, świadek nie wykazuje gotowości do współpracy. Proszę nakazać mu 

odpowiadanie na pytania.

Zachichotał.

- Tak... Czasami byłoby miło porobić coś wspólnie z drugą osobą.

- Nie cierpię jadać sama na mieście - rzekła.

- Ja też. To również dlatego gotuję w domu. Dopiła drinka.

-  Kiedy  wrócę  do  siebie,  odkurzę  wszystkie   książki  kucharskie,  jakie  do tej   pory 

dostałam w prezencie, i zacznę próbować swoich sił w kuchni. - Uniosła dwa palce, jakby do 

przyrzeczenia   skautowskiego.   -   Niniejszym   zobowiązuję   się   być   większą   domatorką.   - 

Mówiła coraz mniej wyraźnie. Chyba zdała sobie z tego sprawę i odwróciła twarz do okna.

Corso   pociągnął   do   tyłu   manetkę,   pozwalając,   by   wiatr   i   woda   spowolniły   łódź. 

Pianościgły zaczął wyhamowywać przy pływającym pomoście.

Renee podniosła się.

- Pomogę - zaproponowała.

- Nie trzeba - odparł Corso. - Ja to zrobię. Przybijanie do brzegu jest łatwiejsze - 

skłamał.

Zszedł  szybko  na pokład.  Najpierw poszedł  do przodu i rzucił  na nabrzeże  cumę 

dziobową, potem chwycił trzy odbijacze i wyrzucił je za burtę po drodze na rufę. Kiedy 

opuścił trap, wiatr odepchnął łódź dwa metry od nabrzeża i Corso musiał wrócić do środka i 

podpłynąć raz jeszcze. Zobaczył, że Renee opiera się o zlew, przykładając szklankę z lodem 

do czoła. Wyszedł z powrotem na pokład, zszedł po trapie i zeskoczył w dół na nabrzeże.

Pięć minut zajęło mu zacumowanie jachtu i podłączenie prądu i linii telefonicznej. 

Kiedy wrócił i wszedł do kambuza, zobaczył Renee pochylającą się nad blatem kuchennym i 

oddychającą przez otwarte usta.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

background image

W milczeniu pokręciła głową, wpatrując się w zlew. Corso wyłączył silniki.

- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał. Wyprostowała się i przyłożyła rękę do szyi.

- Nie wiem, to chyba przez to kołysanie. Kręci mi się w głowie.

- Chodź - powiedział, podając jej rękę, po czym zaprowadził ją do salonu i posadził na 

kanapie. - Odpręż się.

Oparła   się,   przyłożyła   rękę   do   czoła,   zamknęła   oczy   i   zrobiła   kilka   głębokich 

wdechów.

- Tak mi wstyd - wyjęczała.

- Woda różnie działa na ludzi. Masując kark, skinęła głową.

- Odpręż się - poradził ponownie Corso. - Muszę jeszcze zrobić kilka rzeczy. Zaraz 

wracam.

Zajęło mu prawie dziesięć minut zgarnięcie wszystkich talerzy i szklanek, wypłukanie 

ich i odłożenie na suszarkę do naczyń. Kiedy wrócił do salonu, okazało się, że Renee nie 

ruszyła się z miejsca, w którym ją zostawił. Usiadł obok niej na kanapie i trącił ją w ramię. 

Próbowała trzy razy, zanim udało jej się otworzyć oczy.

- Jak się czujesz? - zapytał.

- Lepiej nie pytaj. Czułam się dobrze i nagle...

- Słuchaj - przerwał jej. - Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Mam naprawdę 

wygodną kajutę gościnną. Może się tam położysz, aż poczujesz się lepiej?

Zaczęła protestować, ale Corso mówił dalej.

- Odpoczniesz i wezwiemy taksówkę. Możesz też zostać na noc. Prześpisz się, a rano 

zrobię ci śniadanie. Co ty na to?

Usiłowała wstać.

- Nie mogę, naprawdę. - Jej ręka ześlizgnęła się z poręczy. Opadła na plecy na kanapę.

Corso wyciągnął do niej rękę.

- Chodź - powiedział.

Trzymał dłoń wyciągniętą, dopóki jej nie chwyciła. Wolno podciągnął ją na nogi i 

poprowadził do czterech schodków prowadzących na dół do kajuty. Potknęła się na drugim 

stopniu, ale Corso chwycił ją za ramiona i pomógł jej dostać się na dolny pokład.

Otworzył drzwi kajuty.

- Proszę. Odpocznij sobie chwilkę. Zobaczymy, jak się poczujesz.

- To straszne - wyszeptała. - Tak mi wstyd.

- Nie ma się co wstydzić - zapewnił ją, popychając ją, aż wreszcie uderzyła nogami o 

koję. - Czuj się jak u siebie w domu.

background image

Ściągnęła narzutę, usiadła i położyła nogi na łóżku, po czym zauważyła, że jest w 

butach. Użyła prawej stopy do zzucia tenisówki z lewej nogi, potem ściągnęła tenisówkę z 

prawej. Corso postawił jej buty na podłodze przy koi.

- Tylko do chwili, kiedy poczuję się lepiej - oznajmiła.

- Pozamykam wszystko na noc, a potem przyjdę sprawdzić, jak się czujesz. Ustalimy 

wspólnie, co dalej.

- Dobrze - powiedziała, zamykając oczy.

Po chwili już spała. Przykrył ją narzutą i wyszedł. Wyłączył światła i ogrzewanie, po 

czym po namyśle włączył  alarm. Zastanawiał się, czy nie wciągnąć trapu, ale doszedł do 

wniosku, że lepiej  poczekać i zobaczyć,  co się dzieje z Renee. Przechodząc  przez salon, 

uchylił okno.

25

Sobota, 21 października, godzina 1.34

Wysuszone zboże stało nieruchomo na polu, połamane łodygi wydawały się blade w  

porównaniu ze zmarzniętą, brązową ziemią. Tu i tam w bruzdach zalegał śnieg wyglądał jak  

koronka przy sukience.

Pastor musiał poprosić operatora koparki o wyłączenie silnika, by było go słychać  

mimo wycia wiatru. Zaczął mówić o umarłych, którzy dostąpią nadziei zmartwychwstania, i o  

tym, że śmierć jest częścią wielkiego boskiego planu. Żałobnicy stali ramię przy ramieniu,  

czekając, aż wreszcie skończy i będą mogli umieścić skrzynię w ziemi. Gdy już to zrobią, w  

końcu uwolnią się od tego wszystkiego. W każdym razie taką mieli nadzieję.

Kiedy czytał urywek z Biblii, niebo pociemniało i rozległ się szum skrzydeł. Nad ich  

głowami pojawiło się stado kosów. Ptaki skręciły, a potem, jak na jakiś znak, wylądowały na  

polu, gdzie natychmiast przystąpiły do ucztowania. Nagle, ponad buczącym głosem pastora,  

ponad wyciem wiatru i szumem ptaków, rozległo się głuche metaliczne dzwonienie: dryń...  

dryń... dryń...

* * *

Corso   usiadł   na   koi.   Do   jego   uszu   dobiegało   przytłumione   dzwonienie   systemu 

alarmowego.   Popatrzył   na   cyfrowy   zegar.   Pierwsza   trzydzieści   pięć.   To   pewnie   pies, 

pomyślał. Ten wielki paskudny owczarek, którego trzymali na catalinie 36.

Położył się z powrotem i czekał, aż pies sobie pójdzie i alarm ucichnie. Wiatr się 

uspokoił.  Pianościgły  kołysał się lekko przy nabrzeżu. W chwili gdy usłyszał, że łódź się 

poruszyła, serce zaczęło mu gwałtowniej bić. Ktoś wchodził po trapie, którego nie wciągnął. 

background image

Nikt z portu nie wszedłby na cudzy jacht bez pozwolenia. Tego się po prostu nie robi. Woła 

się z nabrzeża. Uderza się w kadłub. Cokolwiek, ale nie wchodzi się na pokład bez zgody 

właściciela. Znów usiadł i wcisnął guzik, wyłączając alarm. Wtedy łódź zachwiała się raz 

jeszcze, jakby ktoś drugi wchodził na pokład, i Corso poczuł suchość w ustach.

Stoczył   się   z   koi.   Mając   na   sobie   tylko   koszykarskie   spodenki,   wszedł   po   trzech 

stopniach do kambuza. Może Renee wstała i błąka się wokół. Jedno spojrzenie wystarczyło 

jednak, żeby go zmroziło.

Dwa cienie - jeden wysoki, drugi niski. Niski pierwszy wszedł na łódź. Był w połowie 

drogi na rufę, kiedy włożył palce w szparę okna i otworzył je całkiem. Może to gliniarze?

Wyższy   pierwszy   wszedł   przez   okno.   Z   gracją   gimnastyka   zeskoczył   miękko   na 

kanapę, po czym sięgnął ręką do okna. Druga ręka podała mu pistolet z tłumikiem. Corso 

poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. To chyba jednak nie byli gliniarze. Wyższy położył 

pistolet  na kanapie i wysunął obie ręce przez okno. Widok strzelby powtarzalnej  w jego 

rękach spowodował, że Corso odzyskał sprawność w nogach.

Przełknął ślinę i wycofał się po schodkach. Kiedy już był  na dole, cicho zamknął 

drzwi zejściówki. Wiedział, że zamek nie zatrzymałby nawet dziecka; miał jednak nadzieję, 

że ich zwolni. Kołysanie pod stopami obwieściło mu, że również drugi mężczyzna pojawił się 

w salonie. Corso dał nurka pod schodki.

Jego  palce  drżały,  gdy odsuwał  mosiężne  zasuwki  grodzi   maszynowni,  ale  umysł 

znów zaczął pracować jak należy. Wiedział już, co robić. Spodziewają się tylko jednej osoby 

na pokładzie. Jeśli pójdą dalej, znajdą Renee, zabiją ją i dopiero potem zaczną szukać jego. 

Musiał przyciągnąć ich do siebie, a potem przejść przez maszynownię do Renee, która spała 

w kajucie. Miał nadzieję, że nie znają się na budowie jachtów i nie od razu zdadzą sobie 

sprawę z tego, że wystarczy, by wyszli na pokład główny, by mieli dostęp wszędzie.

Wysunął  trzy szuflady,  które  były  wbudowane  w  grodź.  Uniemożliwiały  otwarcie 

drzwi do środka. Uderzył mocno pięścią w drzwi i wślizgnął się pod schody. Ruszyli w jego 

stronę. Usłyszał szczęk klamki i trzask drewna. Ktoś poszedł z powrotem do salonu, a potem 

wrócił.

Chwilę później rozległ się głęboki, stłumiony huk i drzwi zejściówki stały się ledwie 

wspomnieniem. Powietrze wypełniły kawałki materiału i włókien. Użyli poduszki z kanapy 

do stłumienia wystrzału ze strzelby. Kolejny wystrzał rozwalił szuflady. Odłamki unosiły się 

wciąż w powietrzu, kiedy Corso dał nura do maszynowni i zamknął za sobą grodź.

Sięgnął   na   prawo,   zapalił   światło   i   ruszył   tak   szybko   i   cicho,   jak   to   tylko   było 

możliwe, na dziób. Pochylony pokonał drogę pomiędzy dwoma silnikami Lahmana, ostrożnie 

background image

przecisnął   się   nad   kolektorami   wydechowymi   i   kablami.   Wreszcie   dotarł   do   grodzi 

wodoszczelnej. Usiadł i zrobił głęboki wdech. Jeśli go rozszyfrowali i czekają tam teraz na 

niego, już po nim.

Otwarcie grodzi zajęło mu strasznie dużo czasu. W końcu się uspokoił i udało się. 

Pociągnął grodź do siebie. Wystawił głowę i popatrzył do góry na schody. Nie było ich tam. 

Wynurzył się na korytarz i podszedł do drzwi kajuty.

Renee Rogers siedziała na koi. Miała na sobie wyglądającą na drogą szarą bieliznę. Na 

jego   widok   zmarszczyła   brwi.   Przyłożył   jej   dłoń   do   ust.   Chwyciła   go   za   nadgarstek   i 

próbowała ją oderwać.

- Ciiii - wyszeptał. Zaczęła się wyrywać, wbijając w jego nadgarstek paznokcie. Corso 

sięgnął po jej drugą rękę, ale nie udało mu się jej złapać. Zakrzywiła palce i była na najlepszej 

drodze do wydłubania mu oczu, kiedy nagle w korytarzu padł strzał i powietrze wypełnił dym 

i   odłamki.   Jej   paznokcie   zatrzymały   się   centymetr   od   jego   twarzy.   Kiedy   cofnął   rękę, 

otworzyła ze zdumienia usta.

Corso wstał na kolana i otworzył górny właz. Strzelba huknęła raz jeszcze. Corso 

usłyszał, jak napastnicy kopią pozostałości drzwi. Pokazał na właz.

Nie musiał jej nic mówić; wspięła się natychmiast. Przełożył ramiona przez wąski 

otwór, a potem podciągnął się na pokład. Wziął ją za rękę. Po lewej stronie mieli nabrzeże. Za 

prawą burtą - Lake Union. Pociągnął ją w stronę jeziora.

- Skaczemy - wyszeptał. - To nasza jedyna szansa. Skinęła głową i uniosła nogę nad 

relingiem.

- Trzymaj się blisko mnie - powiedział.

- Nie umiem pływać - wyznała. Usta jej drżały.

- Zajmę się tobą - uspokoił ją.

Skoczyli razem. Miała szeroko otwarte oczy. Instynktownie podciągnęła kolana pod 

brodę, zanim wpadli w czarną toń.

Lodowata woda drapała go w skórę jak paznokcie, zmroziła powietrze w jego płucach 

i przyprawiła o chwilowy ból głowy. Wypłynął na powierzchnię, rozpryskując wodę. Po jego 

lewej   stronie   Renee   robiła   gwałtowne   wdechy   i   rozrzucała   wodę   w   desperackiej   próbie 

utrzymania się na powierzchni. Chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Twarz miała 

białą z przerażenia. Otoczyła go rękami i nogami w desperackim uścisku, wciągając ich oboje 

pod powierzchnię. Corso wstrzymał oddech i wyswobodził się. Odwrócił ją plecami do siebie, 

po czym objął ramieniem w klasycznym chwycie ratownika wodnego.

Dyszała i jęczała ciężko. Dygotała z zimna, kiedy Corso zaczął płynąć w stronę rufy. 

background image

Jego „ciii” nie powstrzymało jej dyszenia. Wysiłek sprawił, że nogi zaczęły go boleć. W 

prawej łydce złapał go skurcz.

Z   wnętrza   jachtu   dobiegły   kolejne   dwa   strzały   ze   strzelby.   Za   chwilę   napastnicy 

pojawią się na pokładzie. Corso chwycił jedną ręką trap rufowy. Drugą obrócił Renee Rogers 

w wodzie. Wsunął kolano między jej nogi i użył go do przytrzymywania jej na powierzchni.

- Posłuchaj - powiedział. Jej usta stały się sine, ale skinęła głową. - Musimy się dostać 

pod trap. Można pod nim oddychać. Dobrze?

Nie czekał na odpowiedź, tylko otoczył ją ręką w pasie i wciągnął pod wodę. Udało jej 

się   go   kopnąć   dwa   razy,   po   czym   spróbowała   wyrwać   się   z   jego   objęć.   Wypłynęła   na 

powierzchnię, uderzając głową o spód trapu.

Corso cały czas ją trzymał. Przestrzeń pomiędzy spodem trapu a powierzchnią wody 

była na tyle duża, że mogli wystawić głowy nad wodę. Przyłożył palec do ust. Trzęsła się tak 

gwałtownie, że nie umiał powiedzieć, czy zrozumiała. Jej twarz nabrała barwy jasnego beżu. 

Łapczywie łapała powietrze.

Trap kończył się kratownicą z teku, co miało powstrzymać wodę przed zbieraniem się 

na powierzchni. Mogła przełożyć dłonie przez otwory, przytrzymując się. Niestety, każdy 

patrzący z rufy mógł zobaczyć jej palce, a wtedy oboje byliby martwi.

Corso pokazał na jej ręce i potrząsnął głową.

- Puść.

- Nie - wydyszała.

Podpłynął do tyłu trapu i przycisnął plecy do kadłuba jachtu. Pokazał jej, żeby się do 

niego zbliżyła. Nie ruszyła się.

- Zobaczą  twoje palce  - wyjąkał.  Popatrzyła  do góry,  potem na Corsa i w końcu 

zaczęła płakać. Wyciągnął rękę. Jego nogi zaczęły się robić zdrętwiałe z zimna. Ledwo mógł 

nimi poruszać. - Chodź - powiedział.

Zaczęła się do niego przybliżać, cały czas trzymając się kratownicy. Wreszcie była 

przy nim.

- Uwieś się na mnie - wyszeptał. Próbowała coś powiedzieć, ale usta odmówiły jej 

posłuszeństwa. Ledwo złapała się go kurczowo, kiedy poczuł poruszenie się kadłuba. Wyszli 

na rufę. Przyłożył palec do ust.

Dziesięć   sekund   później   pierwszy   intruz   wszedł   na   trap.   Corso   widział   jedynie 

podeszwy   jego   butów.   Ktoś   powiedział   coś   po   hiszpańsku   i   stopy   zniknęły.   Pół   minuty 

później delikatne kołysanie kadłuba powiedziało mu, że przynajmniej jeden z nich zszedł na 

nabrzeże.

background image

Nie był pewien, ale chyba poprzez cichy plusk fal i szczękanie swoich zębów słyszał 

odgłos kroków na przystani.

Czekał. A jeśli to pułapka? A jeśli jeden z nich pozostał na pokładzie? Renee łkała 

teraz cicho. Przycisnął ją mocniej  do siebie i czekał  dalej. Wydawało  mu się, że minęła 

godzina, aż wreszcie zrozumiał, że jeśli zaczeka choćby chwilę dłużej, zginie. Utopi się dwa 

metry od bezpiecznego schronienia, ponieważ nie zdoła się tam dostać.

Odepchnął się od kadłuba bolącymi nogami, wypychając ich spod trapu. Lewą ręką 

otaczał Renee. Prawą ręką chwycił się kratownicy.

- Musisz mi pomóc - wyszeptał jej na ucho. - Już prawie jesteśmy na miejscu. - Drżała 

mocniej, ale otworzyła oczy. - Po prostu podciągnij się na trap. - W spowolnionym ruchu 

chwyciła   lewą   ręką   kratownicę.   Jej   zęby   szczękały   jak   kastaniety.   Poczuł,   że   jej   uścisk 

złagodniał. Opuścił się w wodę i chwycił ją w pasie.

- Gotowa? Raz... dwa... trzy! - Podłożył rękę pod jej pośladki i popchnął ją z całej siły 

do góry. Po chwili była już na trapie. Przewróciła się na brzuch i zaczęła wymiotować. Corso 

zebrał siły i przerzucił kolano ponad krawędź kratownicy, ale nie dał rady sam się dostać na 

górę. Poczuł na sobie jej ręce i spróbował raz jeszcze. W końcu wylądował obok niej na 

brzuchu, dysząc ciężko jak parowóz.

Podniósł się z mozołem na kolana. Chwycił się skostniałą ręką szczebla trapu i wstał z 

drudem. Oparł się o pawęż. Nie czuł nóg. Nagle łódź zakołysała się... dwa razy. Jego serce 

zabiło tak mocno, że wydawało się, że rozsadzi mu pierś. Musieli być niedaleko... patrząc... 

czekając.

Renee Rogers też to poczuła. Spojrzała w górę, wyczytała wyraz bezsilności na twarzy 

Corsa i zaczęła szlochać. Byli teraz na rufie, tuż nad ich głowami. Kiedy spojrzał do góry, 

zobaczył lufę pistoletu. Zamknął oczy i czekał na śmierć.

- Franku Corso - rozległ się głos - aresztuję pana pod zarzutem zabójstwa Davida 

Rosewella   i   Margaret   Dougherty.   Wszystko,   co   pan   od   tej   chwili   powie,   może   być 

wykorzystane przeciwko panu. Ma pan prawo do adwokata. Jeśli nie ma pan środków...

Drugi głos zaczął mówić w tle:

- Tu Sorenstam. Przyślijcie karetkę. Fairview czterdzieści siedem dziewięćdziesiąt. 

Mogą być nawet dwie, jeśli się da.

26

Sobota, 21 października, godzina 2.04

Dopiero gdy mundurowi przynieśli portfel Renee Rogers, detektywi Troy Hamer i 

background image

Roger Sorenstam zaczęli traktować to, co mówił Corso, poważnie. Nic sobie nie robili ze 

zniszczeń na łodzi. Przybyli tu w sprawie zbrodni w afekcie. Mieli świadków: sąsiada Meg, 

który zeznał, że Corso pobił się z jej chłopakiem, pielęgniarkę, która oświadczyła, że chłopak 

sprzeciwiał się obecności Corsa u Dougherty w szpitalu, i drugą, która widziała wysokiego 

mężczyznę z kucykiem wychodzącego bocznymi drzwiami ze szpitala zaraz po popełnieniu 

morderstw. Przyłapany na gorącym uczynku. Włączyć syreny.

Corso siedział na kanapie zawinięty w wełniany koc. Ostatni z sanitariuszy był jeszcze 

z Rogers, kiedy mundurowy podał jej portfel Hamerowi.

- Mówi to samo co on - wyszeptał i spojrzał na Corsa. Hamer zrobił kwaśną minę.

- Lepiej wezwijmy tu techników - powiedział Sorenstam. Corso wstał.

- Czas na mnie - oznajmił.

- Wciąż jeszcze prowadzimy tu dochodzenie - burknął Hamer.

- Jadę do szpitala - rzekł Frank. - W razie gdybyście czegoś ode mnie chcieli, będę 

tam. - Czuł się jak drwal, kiedy powłócząc nogami, szedł po dywanie.

Schody i korytarz pokrywały odłamki drewna. Świeże drzazgi wyglądały jak zęby. 

Corso wysunął buty spod stołu, po czym je włożył.

Kawałki drewna trzaskały i łamały się pod jego nogami, gdy szedł do kajuty. Całe 

ciało go bolało, jakby był obity, a palce miał spuchnięte i ledwo poradził sobie z włożeniem 

koszuli i dżinsów.

Sanitariusze natychmiast wstawili ich pod prysznice. Zostawili ich pod ciepłą wodą, 

dopóki terma się nie zbuntowała.

- Nic tam po panu - powiedział Sorenstam.

- Nie szkodzi. I tak pojadę.

- Jezu, ale z ciebie dupek, człowieku. - Hamer westchnął.

- Im dłużej ci się przyglądam, tym bardziej jestem przekonany, że chcesz spalić za 

sobą wszystkie mosty. - Ręką zatoczył łuk. - Komuś naprawdę bardzo zależało na tym, żeby 

cię sprzątnąć. - Odczekał chwilę. - Coś mi mówi, że ci ludzie nie poprzestaną na jednej 

próbie.

- Może po prostu wy, chłopcy, powinniście lepiej służyć i chronić.

- Może po prostu już czas, żebyś zaczął z nami współpracować - odparł Sorenstam.

- To znaczy?

Hamer podrapał się w głowę.

- Zobaczmy, co tu mamy. Twoja dziewczyna... - Corso chciał zaprzeczyć, ale policjant 

tylko machnął ręką - robi zdjęcia, dwóch bandziorów w czarnym mercu zaczyna ją ścigać i o 

background image

mało jej nie zabijają. W taki czy inny sposób odkrywają, że wciąż jest wśród żywych, i biegną 

w te pędy do Centrum Medycznego  Harborview, gdzie wykańczają zarówno ją, jak i jej 

chłopaka, a potem - zawiesił głos

- przyjeżdżają tutaj, żeby dobrać się do twojej chudej dupy.

- Chcesz nam podsunąć jakąś wskazówkę? - zapytał Sorenstam. - Wygląda na to, że 

zalazłeś komuś za skórę.

Corso   popatrzył   na   nich.   Mimo   wysiłków   na   jego   ustach   pojawił   się   szyderczy 

uśmieszek.

- Gówno macie, co?

- Mamy ciebie - odparł Hamer.

- Pracujecie nad tym od czterech dni i zupełnie nic nie macie. - Starał się, by w jego 

głosie   nie   było   słychać   obrzydzenia.   Starał   się   nadać   mu   neutralny   ton.   Próbował   się 

opanować, ale nic z tego nie wyszło. - Na co wy, kurwa, traciliście do tej pory czas?

- Przyglądaliśmy się tobie i chłopakowi Meg Dougherty - warknął Sorenstam.

No tak. Takie są procedury. Najpierw bada się najbliższych ofiary,  potem dopiero 

rozszerza się krąg podejrzanych. Po raz pierwszy, odkąd usłyszał wiadomość o śmierci Meg, 

zrobiło mu się naprawdę ciężko na duszy. W głowie usłyszał znajomy głos, który powiedział, 

że na pewno jakaś inna dwójka gliniarzy sprawdza właśnie Donalda Bartha. I że nie ma 

powodu,   żeby   wtajemniczać   w   to   tych   dwóch   palantów   -   z   jednym   wyjątkiem.   W   tym 

momencie głos się zmienił. Z wyjątkiem tego, że Dougherty nie żyje i że mógł w jakiś sposób 

niechcący   przyczynić   się   do   jej   śmierci.   Nowy   głos   zapytał   go,   co   by   się   stało,   gdyby 

podzielił się z gliniarzami tym, co wie.

- To ma coś wspólnego z tym gościem zakopanym w samochodzie - powiedział.

Sorenstam wyjął notes i ołówek.

- Nazywał się Donald Barth. - Całe pięć minut zajęło Frankowi opowiedzenie całej 

historii. - Teraz już wiecie wszystko - zakończył. - Sugerowałbym znalezienie kogoś, kto 

widział pikapa, i kogoś, kto szukał Joego Balia. Może jedna z tych osób powie coś naprawdę 

ważnego.

Sorenstam przejrzał notatki.

- Twierdzisz, że zaginięcie Joe Balia, zakopanie faceta w pikapie, napad na twój jacht 

i morderstwa w szpitalu są ze sobą powiązane?

- Na to wygląda.

- Na czym według ciebie miałby polegać ten związek?

- Nie mam pojęcia.

background image

- Więc czy może nam to w jakiś sposób pomóc? - zapytał Hamer.

- Nie może - odparł Corso.

- Skąd on chciał wytrzasnąć czterdzieści tysięcy?

- Nie mam pojęcia.

- Myślisz, że jedna z tych kobiet, które wykorzystał... Corso potrząsnął głową.

- Nie.

Podszedł do szafy i wyjął z niej czarną skórzaną kurtkę. Włożył w nią jedną rękę.

- Znajdźcie tych gości - powiedział. - Znajdźcie ich, zanim ja to zrobię.

- Jeśli tam pojedziesz... - Hamer dźgnął go palcem - zakłócisz przebieg śledztwa. - 

Corso włożył kurtkę i ruszył na dziób. - Słyszysz, co mówię? - rzucił za nim Hamer.

Policjant był wściekły. Corso nie miał o to do niego pretensji. Stracili masę energii, 

drepcząc   w   kółko.   Ostatnia   rzecz,   jakiej   chcieli,   to   usłyszeć   od   jakiegoś   wścibskiego 

pisarzyny, że wszystko spieprzyli.

Korytarz   był   wciąż   zablokowany   przez   gliniarzy   i   sanitariuszy.   Corso   musiał   się 

przepchać między nimi. Renee Rogers siedziała na koi. Miała na sobie ubranie, w którym do 

niego   przyjechała.   Odniósł   wrażenie,   jakby   się   skurczyła.   Wyglądała,   jakby   chodziła   w 

ciuchach starszej siostry.

- Jak się czujesz? - zapytał. Zastanawiała się przez dłuższą chwię.

- Jakbym naprawdę już nigdy nie miała się ogrzać - odparła w końcu.

- Jadę do szpitala.

Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.

- Ach tak, twoja przyjaciółka. Bardzo mi przykro. Skinął głową.

- Możesz normalnie chodzić? - zapytał po chwili.

- Nogi mam jak z waty, ale jakoś sobie radzę.

- Chodźmy stąd. Technicy są w drodze. Zaraz zaroi się tu od glin.

Położyła rękę na jego dłoni.

- Uratowałeś mi życie.

- Mieliśmy szczęście.

Jej wzrok mówił, że nie uwierzyła w jego słowa, ale nie miała siły, by się spierać.

- Podrzucę cię do hotelu. Popatrzyła mu prosto w oczy.

- Jesteś pewien, że chcesz jechać do szpitala?

- Nigdy nie uwierzę w jej śmierć, dopóki nie przekonam się na własne oczy.

Zapewniła go, że rozumie, po czym wstała.

- Chodźmy - powiedziała.

background image

Zaczęli  nieciekawie  - Renee  omal  nie spadła  z trapu.  Wzajemnie  się podpierając, 

powlekli się nabrzeżem do bramy. Kiedy znaleźli się u dołu rampy, Corso zaczął z trudem 

piąć się pod górę. Wykończona Renee została na dole, kręcąc głową. Wziął ją za rękę i 

przyciągnął do siebie. Udało im się jakoś dotrzeć do parkingu.

Wciąż   trzymali   się   za   ręce,   kiedy   lampy   błyskowe   rozproszyły   mrok,   a   zza 

samochodów wyszli reporterzy, zasypując ich pytaniami. Słyszeli o strzelaninie. Czy Corso 

mógłby   im   powiedzieć   coś   więcej?   Czy   był   w   to   zamieszany?   Czy   policja   ma   jakiegoś 

podejrzanego?

Nagle usłyszał, jak ktoś mówi:

-   To   Rogers.   Wiecie,   ta   oskarżycielka   w   procesie   Balaguli.   -   Zaczęto   wymieniać 

nazwisko prokurator, gdy przepychali się przez tłum w kierunku samochodu.

Dziesięć metrów od bezpiecznego schronienia Rogers została popchnięta i upuściła 

torebkę. Cześć zawartości wysypała się na ziemię.

Corso odsunął najbliższego fotografa, zapoczątkowując reakcję łańcuchową potknięć, 

podczas gdy Renee schyliła się, by włożyć rzeczy z powrotem do torebki. Lampy błyskowe 

oślepiały go, kiedy prowadził ją do samochodu. Wepchnął ją do środka, po czym sam zajął 

miejsce za kierownicą.

Sobota, 21 października, godzina 2.40

- Przepraszam, ale nie może pan...

Corso   dał   nurka   pod   taśmą   policyjną   i   ruszył   w   dół   po   schodach.   Policjanci 

zablokowali drzwi wind w suterenie, a na klatkach schodowych rozciągnęli tyle taśmy, że 

mogliby nią opasać kulę ziemską.

Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.

- Proszę - jęknęła, kiedy chwycił za poręcz i ruszył po schodach w dół. Na półpiętrze 

obejrzał się. Stała wciąż nieruchomo u góry. - Policja... - zaczęła.

Na dole pchnął drzwi, wystawił przez nie głowę i popatrzył w jedną stronę, a potem w 

drugą. Korytarz był pełen ludzi. Na lewo stali głównie pracownicy szpitala, których policja 

chciała przesłuchać, zanim wypuści ich do domu. Na prawo znajdowała się sala 109, przed 

którą dwóch kryminalistyków w jaskrawożółtych kurtkach piło kawę z plastikowych kubków, 

rozmawiając z policjantami.

Jego wzrok zatrzymał się na dwóch metalowych noszach na kółkach stojących pod 

ścianą. Leżały na nich czarne gumowe worki na zwłoki, z czerwonymi paskami wiodącymi 

przez piersi i kostki. Poczuł się tak jak zawsze w obliczu śmierci - bezwładny i oszołomiony. 

Jakby oderwany od rzeczywistości.

background image

Nogi zabolały go, kiedy zaczął iść korytarzem. Głos za nim zawołał:

- Ej!

Szedł jednak dalej. Otworzyły się drzwi sali 109. Wyszła z niej Rachel Taylor. Zanim 

drzwi   się   za   nią   zamknęły,   Corso   usłyszał   zagniewane   głosy   w   środku.   Na   jego   widok 

pielęgniarka się zatrzymała.

- O - wyjąkała. - Pani Dougherty...

Drzwi znów się otworzyły. Na korytarzu pojawił się „Edward J. Crispin, czerwony na 

twarzy i rozczochrany, wyglądał, jakby dopiero co wyciągnięto go z łóżka. Za nim wyszło 

dwóch gliniarzy.

Szczęka mu opadła, gdy ujrzał Corsa idącego w jego kierunku.

-   Nie   ma   jej   tutaj   -   powiedział.   Frank   zatrzymał   się.   -   Pana   przyjaciółki   -   dodał 

Crispin. - Nie ma jej już tutaj.

Corso przeniósł wzrok na worki ze zwłokami.

- Nie - zaprzeczył Crispin. - To... - Spojrzał na Taylor, oczekując pomocy.

- Pani Guillen - uzupełniła pielęgniarka. - Ruth Guillen.

- Pana przyjaciółce znalazłem inną salę - wyjaśnił Crispin. Rachel Taylor podeszła do 

Corsa i wzięła go za rękę. Popatrzyła wrogo na dyrektora administracyjnego.

- Pan Crispin ominął normalne procedury obowiązujące przy przydziale sal. - Rzuciła 

mu kolejne wrogie spojrzenie.

- Druga zmiana zobaczyła, że sala jest pusta, i położyła w niej panią Guillen.

-   Ranna   w   wypadku   samochodowym   -   dodał   Crispin,   jakby   mogło   to   stanowić 

okoliczności łagodzące.

- Pan Rosewall, chłopak pani Dougherty, też o niczym nie wiedział - dodała Taylor. - 

Po prostu przyszedł o nieodpowiedniej porze.

- Nie rozumiem - wyznał Corso, czując, że zaczyna się chwiać.

- Pani Dougherty jest na górze, na chirurgii - wyjaśniła Rachel Taylor.

27

Sobota, 21 października, godzina 6.10

Zrobili jej dziurę w głowie.

-   Niezbyt   dużą   -   poinformowała   go   z   uśmiechem   pielęgniarka   z   pooperacyjnego. 

Rozdzieliła palce na jakieś dwa centymetry. - Wielkości znaczka pocztowego.

Zmieniła kroplówkę, po czym poprawiła pościel.

- Dziś rano odnotowaliśmy wyraźną poprawę - oznajmiła. - Myślę, że doktor będzie 

background image

zadowolony. - Nie wymieniła nazwiska owego „doktora”. Powiedziała tylko „doktor”. Corso 

odchrząknął.

Siedział pod oknem, na brązowym krześle ze sztucznej skóry, wciągając przez słomkę 

letnią kawę i starając się nie myśleć o tym, że mogło być gorzej.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła jeszcze jedna pielęgniarka. Rzuciła mu na 

kolana poranne gazety. Stanęła przed nim z rękami opartymi na szerokich biodrach, czekając, 

aż łaskawie zwróci na nią uwagę. Nie unosząc wzroku, Corso podziękował, złożył gazety i 

umieścił   je  pomiędzy   siedzeniem   a   poręczą.   Naburmuszyła   się,  popatrzyła   na   koleżankę, 

jakby chciała powiedzieć „a to dopiero”, po czym wyszła. Pielęgniarka z pooperacyjnego 

wciąż   jeszcze   chichotała,   kiedy   kończyła   wykonywanie   swoich   obowiązków,   a   potem 

wymknęła się z sali.

Corso odczekał dłuższą chwilę, po czym podszedł do łóżka. Meg nie była już tak 

spokojna jak przedtem. Jej kończyny drgały, jęczała, zupełnie jakby chciała powiedzieć, że 

już wystarczy,  i ruszała głową. Miał chęć nasunąć pościel na wzory, które pokrywały jej 

odkryte ramiona, ale wydawało mu się, że jest tak krucha i tak słabo trzyma się życia, że nie 

mógł się na to zdobyć.

Wrócił na krzesło i spojrzał na gazety. Dwoma palcami uniósł jedną z nich i położył 

na siedzeniu. „Seattle Times”. Ogromne zdjęcie. On i Renee Rogers, trzymający się za ręce 

na   górze   rampy.   Wyglądali   na   skrajnie   wyczerpanych.   Nagłówek:   STRZAŁY   PRZY 

EASTLAKE.  Skrzywił   się.  Przeszedł   do  następnej   gazety.   Czy  po  „Timesie”  mogło   być 

jeszcze coś gorszego?

Okazało   się,   że   tak.   STRZELANINA   NA   PRZYSTANI.   Fotoreporter   „Post 

Intelligencer”   uchwycił   ich   przy   samochodzie:   Corso   warczący   na   dziennikarza,   Renee 

Rogers   zbierająca   rzeczy   do  torebki.   Widoczne   wyraźnie   jak   w  dzień   ramiączko   i  jedna 

miseczka   jej   biustonosza.   A  małe   mokre   zawiniątko   leżące   w   torebce   to   pewnie   majtki. 

Warren naprawdę będzie wściekły, pomyślał.

Wrzucił obie gazety do kosza na śmieci w łazience. Szedł z powrotem do krzesła, 

kiedy detektyw Sorenstam wetknął głowę w szparę w drzwiach i wywołał go machnięciem 

ręki na korytarz.

Hamer opierał się o ścianę, gryząc kawałek plastiku. Sorenstam wyjął notes.

- Rozmawialiśmy z Jonesym i jego partnerem - powiedział. - Sprawdzili tego Bartha. - 

Corso czekał, aż przejdzie do konkretów. - Komputer odczytał to tak samo jak ty. Facet klepał 

biedę od lat. Wysyłał wszystkie pieniądze swojemu synkowi, żeby mógł się kształcić.

- A potem, kiedy synek był na ostatnim roku studiów, zaczął mieć zaległości - dodał 

background image

Hamer.

- Studia medyczne kosztują.

Hamer żuł kawałek plastiku jak cygaro.

- Próbował pożyczyć trzydzieści patyków z kasy pożyczkowej, ale mu odmówili. W 

tym czasie w Bostonie jego synalek próbował sam zaciągnąć kredyt.

-   I   nagle   bingo!   -   Sorenstam   pstryknął   palcami.   -   Ni   z   tego,   ni   z   owego   spłacił 

wszystko. Aż do końca roku.

Hamer rzucił kawałek plastiku na podłogę.

-   W   tym   czasie   Barth   wychodził   codziennie   z   domu,   całował   swoją   kobitkę   na 

pożegnanie i jechał... no właśnie, dokąd? - Nie czekając na odpowiedź, dorzucił: - Bo na 

pewno nie do swojej pracy w okręgu szkolnym. Nie było go tam od czerwca do września 

dziewięćdziesiątego dziewiątego.

- Sąsiedzi twierdzą, że wszystko było tak jak dawniej. Jego pikap wyjeżdżał i wracał o 

takich samych porach jak zawsze. - Sorenstam wzruszył ramionami. - Eksżona zaklina się, że 

wszystko biegło po staremu.

- Więc dokąd jeździł? - zapytał Corso.

- W jakieś miejsce, gdzie można zarobić czterdzieści patyków - rzekł Hamer.

- A co z Joem Ballem?

- Nie odnalazł się - odparł Hamer.

-   W   wydziale   osób   zaginionych   mają   zeznania   faceta,   który   twierdzi,   że   twoja 

przyjaciółka była ostatnią osobą, która widziała Balia przed jego zaginięciem.

Corso uniósł rękę.

-   Załóżmy,   że   to   nasz   przyjaciel   Bali   jest   odpowiedzialny   za   zakopanie   Donalda 

Bartha i jego pikapa.

- Dlaczego miałby to zrobić? - zapytał go Hamer.

- Prawdopodobnie dlatego, że ktoś mu za to zapłacił.

- No dobrze.

- Ci, którzy mu za to zapłacili, pewnie nie byli za bardzo zadowoleni, kiedy deszcz 

odsłonił pikapa.

Hamer oderwał się od ściany i zaczął chodzić po korytarzu.

- Myślisz, że twoja dziewczyna przeszkodziła im w wyrażeniu tego niezadowolenia?

- Niewykluczone.

- Ruszają za nią w pościg - wysnuł przypuszczenie Sorenstam.

- Ona się rozbija.

background image

- Jeden z nich wysiada z samochodu, żeby ją dobić, ale przeszkadzają mu w tym 

ludzie, którzy się tam pojawiają.

- Skąd jednak wiedzieli, że przeżyła? - zapytał Corso. - Skąd wiedzieli, w którym 

szpitalu jej szukać?

- Może pojechali za karetką - zasugerował Hamer.

- Może - wymamrotał Corso, ani chwili w to nie wierząc.

- To jednak nie wyjaśnia, dlaczego chcieli sprzątnąć ciebie - zauważył Hamer.

- Rzecz jasna zakładając, że to w ogóle ci sami ludzie - dodał jego partner.

Stali przez chwilę w milczeniu. W końcu Corso zapytał:

- Postawicie kogoś pod drzwiami? Hamer wyglądał na zdezorientowanego.

- Którymi drzwiami?

- Tymi.

- Po co?

- Ktoś próbował ją zabić, nie zauważyliście tego?

- Nic jej tutaj nie grozi. Nikt nie wie, gdzie jest - rzekł Hamer.

- Nie figuruje na liście pacjentów - zapewnił go Sorenstam.

- Wy ją jakoś znaleźliście - zauważył Corso.

- Co chcesz przez  to powiedzieć? - zapytał Hamer. Corso pochylił się i przybliżył 

twarz do twarzy policjanta. - Wybaczcie, chłopcy, że to mówię, ale nie jestem za bardzo pod 

wrażeniem waszej dotychczasowej pracy.

Hamer opuścił ręce wzdłuż tułowia i naparł na Corsa piersią.

- Na twoim miejscu zatroszczyłbym się o własną dupę. - Ja na twoim miejscu do tej 

pory zakończyłbym to śledztwo.

Sorenstam rozdzielił ich.

- Ejże, uspokójcie się. Jesteśmy po tej samej stronie barykady. - Patrzył to na jednego, 

to na drugiego, nic jednak nie udało mu się wskórać.

- Ona potrzebuje ochrony - obstawał przy swoim Corso.

Hamer wyjął coś spomiędzy zębów, a potem wypluł to na podłogę.

- Jeśli tak uważasz, to jej zapewnij - powiedział z uśmiechem. - Jeśli wierzyć gazetom, 

jesteś ekspertem w ratowaniu dam z opresji.

28

Sobota, 21 października, godzina 12.09

Joemu Bocco po prostu zdarzyło się być Włochem. Kiedy ktoś ma takie nazwisko, 

background image

bliznę na policzku i zarabia na życie łamaniem nóg, do głowy przychodzi od razu wiele 

wyświechtanych myśli, z których nie ostatnie jest przypuszczenie, że z takim pochodzeniem i 

zawodem   ten   ktoś   musi   być   częścią   pewnej   większej,   bardziej   znanej   organizacji 

przestępczej, w której skład wchodzą inne osoby o nazwiskach kończących się na samogłoski.

Nic   z   tego.   Joe   pracował   na   własny   rachunek.   Przedstawiał   się   jako   prywatny 

ochroniarz. Jeśli sobie życzyłeś, mógł podrzucić któremuś z twoich wrogów tarantulę albo 

pójść z tobą do meliny po świeży towar.

Poznali   się   pięć   lat   wcześniej,   kiedy   Corso   pracował   nad   artykułem   o   związku 

zawodowym   robotników   portowych.   Większość   pieniędzy   na   emerytury   zaginęła.   Ludzie 

myśleli, że odpowiada za to przewodniczący związku Tony Trujillo. Niektórzy z nich chcieli 

jego śmierci. W upalny sierpniowy dzień Corso przeprowadził z Trujillo wywiad na molo. Joe 

Bocco siedział nieopodal, mając na sobie golf i pełnej długości płaszcz przeciwdeszczowy. W 

ogóle się jednak nie pocił. Ani razu też nie mrugnął. Dwa dni później jakichś dwóch ludzi 

próbowało zepchnąć limuzynę  Trujilla  z Fourth Avenue Bridge. Bocco zabił kierowcę, a 

pasażer dzięki niemu został sparaliżowany od pasa w dół. Wiadomość o tym wydarzeniu 

znalazła się na pierwszych stronach gazet.

Bocco sprawdził dokładnie salę, po czym spojrzał na Dougherty.

- To ta, o której trąbią w wiadomościach?

- Tak.

Podrapał się po brodzie.

- Ale nie ta, z którą cię sfotografowali?

- Nie.

Zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę, a potem znów przeniósł wzrok na Meg.

- Słyszałem, że ktoś próbował ją sprzątnąć, ale zamiast tego zabił dwie inne osoby.

Corso zasępił się.

- Skąd o tym wiesz? Ta wiadomość nie przeniknęła do prasy.

- Za to przeniknęła do radia.

- Cholera - zaklął Corso.

- Lepiej, żeby ci, co ją chcieli sprzątnąć, o tym się nie dowiedzieli, nie? Wkurzą się, 

jak nie wiem. - Otworzył drzwi łazienki i zajrzał do środka. - Oczywiście boisz się, że wrócą.

- To możliwe.

- I chcesz, żebym zadbał o to, żeby nie miała niezapowiedzianych gości.

- O to właśnie mi chodzi.

- Podałem ci przez telefon swój cennik. Pasuje? 

background image

- Tak.

- Prędzej czy później zasnę.

- Nie masz jakichś odważnych kolegów? Pokiwał głową.

- Znam kilku, którzy by się nadali.

- Niech jeden z nich cię zluzuje.

- To będzie następne siedemset pięćdziesiąt.

- A Greenspan twierdził, że nie ma inflacji. Joe Bocco uśmiechnął się kpiąco.

- Spokój sumienia  jest bezcenny - odparł, zupełnie  jakby występował  w reklamie 

towarzystwa ubezpieczeniowego.

Sobota, 21 października, godzina 13.13

Ani słowa przez sześć godzin. Od samego rana, kiedy z wiadomości telewizyjnych 

dowiedzieli się, że ta dziwka wciąż jeszcze żyje. Po prostu siedzieli na łóżku, czyszcząc swoje 

pistolety wciąż od nowa i patrząc przez okno na rzekę. Kiedy Ramon w końcu zaczął mówić, 

Gerardo omal nie zadławił się przyniesionym do pokoju hotelowego buritto.

- Nadszedł czas na słuchanie - powiedział nagle Ramon. - Świat mówi do ciebie, 

próbuje cię ostrzec. Wszystko, co masz robić, to nadstawić uszu i słuchać.

- To właśnie robiłeś? - zapytał Gerardo z ustami pełnymi bułki. - Słuchałeś świata?

Ramon czuł, że za chwilę straci cierpliwość.

- Mówiłem, no wiesz, metaforycznie.

Gerardo zanurzył dwie frytki w keczupie, po czym włożył je do ust.

- Co to znaczy? - zapytał. - No wiesz, to meta... - zamachał ubrudzonymi keczupem 

palcami - ...coś tam. Co to znaczy?

- To znaczy, że może powinniśmy na chwilę przystopować - powiedział w równej 

mierze do siebie, jak do Gerarda. - Trochę odpocząć. - Popatrzył na towarzysza. - Mógłbyś 

odwiedzić swoją siostrę na Florydzie.

Gerardo popił burrito colą.

- Jej dzieciaki muszą już być teraz duże. - Zadumał się. Rzucił okiem na Ramona. - A 

ty mógłbyś pojechać do swojej mamy.

Ramon westchnął.

- Nie mamy sobie nic do powiedzenia.

- To twoja matka, człowieku.

- Mówię ci. Nie z mojej winy, tylko z jej. Nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Ma 

nowego   męża.   Gra   w   pieprzonego   golfa.   Nie   chce,   żeby   przypominać   jej   o   zasranej 

przeszłości. Z moją siostrą też nie rozmawia.

background image

Gerardo przestał żuć. Zasępił się.

- Powiemy ruskim?

- Kurwa, zapomnij. Od razu by nas sprzątnęli. Gerardo zaczął protestować, ale Ramon 

mu przerwał.

- Sprzątnęliby nas tak, jak my sprzątnęliśmy tych  Kolumbijczyków. - Uniósł dwa 

palce. Dwie kulki w łeb. - Nie pozwolą, żebyśmy im się tutaj kręcili. Nie zapominaj, że 

wiemy, gdzie są pochowane wszystkie ciała.

Gerardo machnął swoim burrito.

- To jeszcze jedna z tych metacośtam, tak?

Ramon chciał wyjaśnić, że tak, i zarazem nie, ale w końcu uprościł sprawę.

- Tak - powiedział.

- Kiedy wyjedziemy?

- Jak tylko wywiążemy się z aktualnych zleceń.

Sobota, 21 października, godzina 13.13

- Mówiłem, że ona na niego leci - powiedział Nicholas Balagula po rosyjsku. Głos mu 

nieco drżał, ponieważ szwedzka masażystka właśnie okładała pięściami jego plecy. Była to 

rosła, rumiana kobieta o cienkich blond włosach i dużych czerwonych dłoniach, tak silnych, 

że mogłaby nimi zadusić jałówkę.

Chwyciła rękami jego gumowate ciało i zaczęła ugniatać je jak chleb. Balagula włożył 

okulary i przeczytał tekst pod zdjęciem przedstawiającym Renee Rogers wkładającą bieliznę 

do torebki. Spojrzał na Michaiła Iwanowa, który trzymał gazetę przed jego oczami.

- To chyba nie ty... Iwanow uniósł brwi.

- Oczywiście, że nie.

- I nie Kubańczycy? - upewnił się Balagula.

- Poleciłem im zrobić to, co kazałeś - odparł Iwanow. - Śledzili go do łodzi, a potem 

zdali relację. To wszystko.

Balagula skinął głową.

- Kiedy już to wszystko się skończy... - zaczął.

- Osobiście tego dopilnuję - zapewnił go Iwanow. Już to kiedyś uzgodnili. Gdy tylko 

proces dobiegnie końca, obaj się wycofają. Nie będą im dłużej potrzebni tacy ludzie jak 

Ramon i Gerardo.

Szwedka używała  boków dłoni jak tasaków, wędrując w górę i w dół kręgosłupa 

Balaguli. Jego gruba skóra tułowia wibrowała od uderzeń.

- Zastanawiająca zbieżność w czasie.

background image

- Też tak pomyślałem.

- A może po prostu pan Corso ma talent do robienia sobie wrogów?

- Nie byłbym zdziwiony - odparł Iwanow.

Balagula sięgnął do tyłu i chwycił kobietę za nadgarstek.

-  Wystarczy  -  powiedział   po angielsku.   Masażystka  odsunęła  się,  skinęła  głową  i 

przeszła przez apartament do czarnej torby sportowej, którą zostawiła na barku. Wyjęła z niej 

biały ręczniczek i wytarła ręce.

- Doliczyć do rachunku? - zapytała.

- Tak, proszę - odparł Iwanow. Kobieta zniknęła za drzwiami.

Nicholas Balagula zsunął ręcznik z pośladków i usiadł.

- Przydałoby się jakieś towarzystwo na noc - zauważył. Iwanow odwrócił wzrok. - 

Coś świeżego. Tym razem coś mniej dojrzałego.

- Myślisz, że to takie proste? - burknął Iwanow. - W obcym mieście?

Nicholas   Balagula   przeszedł   przez   pokój,   powłócząc   nogami.   Położył   rękę   na 

ramieniu towarzysza.

- Już niedługo, Michaił, ta farsa się skończy i będziesz mógł wyjechać do swojego 

domu we Francji. Znajdziesz sobie jakieś krówsko, które będzie cię obsługiwać. - Iwanow 

odsunął się. - Do tego czasu jednak...

- Zrobię, co tylko będę mógł - zapewnił go Iwanow.

29

Sobota, 21 października, godzina 16.54

Jego matka, siostry i bracia - wszyscy byli w domu z dalszymi krewnymi, tłocząc się  

wokół   potraw   i   kawy.   Prowadzone   stłumionymi   głosami   rozmowy   dotyczyły   przejścia   do  

lepszego świata i tego, że jest to częścią boskiego planu, którego nie rozumieją tacy prości  

ludzie jak oni.

Stał   na   brudnej   podłodze   garażu,   patrząc   do   góry   na   kufer   na   krokwiach,   jakby  

spodziewał się, że zaraz pojawi się jakiś duch i zacznie pytać, dlaczego nie jest w domu z  

matką i co, do diabła, on sobie wyobraża. Zadrżał.

Pchnął zardzewiałą taczkę na środek pomieszczenia, stanął na niej i chwycił kufer 

oburącz. Jakoś zawsze sobie wyobrażał, że powinien być ciężki, tak więc na chwilę zachwiał 

się do tyłu, kiedy okazał się leciutki.

Metalowe taśmy były zimne w dotyku, kiedy pochwycił kufer w ramiona, a potem 

zszedł na podłogę i ruszył w kierunku stojącego w garażu starego pikapa GMC.

background image

Nie   tracił   czasu.   Po   prostu   postawił   kufer   z   tyłu   na   pace,   pospieszył   do   stołu 

warsztatowego   i   chwycił   młotek   stolarski.   Gdzieś   prawdopodobnie   był   mosiężny   klucz 

pasujący do zamka w kufrze, ale nie zawracał sobie głowy szukaniem.

Młotek z trzaskiem strącił skobel z kufra. Zaczerpnął tchu i uniósł wieko. Na górze  

leżała   płaska   tacka   z   przegródkami.   Na   niej   -   dwa   zardzewiałe   identyfikatory   i   trzy  

zaśniedziałe  mosiężne  łuski. Po  prawej  złożona w trójkąt  amerykańska flaga.  Plik  listów  

napisanych  dziecięcym  charakterem  pisma jego  matki.  Wyjął   jeden  z nich  z koperty,   ale  

odrzuciło   go   na   widok   słów   „Kochany   Way   nie”.   Stosik   naszywek   wojskowych.   Mała  

porcelanowa figurka uśmiechającej się  tancerki hula z napisem HAWAJE namalowanym u  

podstawy.

Chwycił mosiężne uchwyty tacki i odstawił ją na bok. Pod spodem zobaczył starannie  

złożony mundur galowy i czapkę.  Ostrożnie wyciągnął  je z kufra i położył  na tacy.  Pod  

złożonymi spodniami ujrzał brązową papierową torbę z Baxters Market.

Zajrzał   do   środka.   Oddech   uwiązł   mu   w   gardle.   Patrzyła   na   niego   szczuplejsza,  

młodsza wersja jego ojca. Stał w śniegu po kolana, opierając się na karabinku Ml. Wyglądał,  

jakby wolał przebywać w jakimś innym miejscu. Pod fotografią widniał nagłówek: JENIEC  

WRACA DO DOMU. Ręce mu się trzęsły, kiedy wyjmował pożółkły kawałek gazety z torebki i  

ostrożnie   go   rozkładał.   „Bufford   County   News”,   z   datą   10   listopada   1954:   „Długoletni  

mieszkaniec  Tiree,  Wayne  D. Corso, powrócił  do  żony  i  rodziny  po  blisko  trzech  latach  

spędzonych   w   obozie   jenieckim   w   Korei   Północnej.   Schwytany   na   początku   wojny   pan  

Corso...”.

Kiedy  tak stał, patrząc na te wszystkie skarby, poczuł, że jego dziecięce  poczucie  

pewności odpływa i znika w zimowym niebie, a on pozostaje z niepokojącym podejrzeniem, że  

od tej chwili świat już zawsze będzie czymś innym, niż wydawał się początkowo. Ta myśl  

sprawiła, że zadrżał w tym ciemnym garażu, czując się bardziej samotny niż kiedykolwiek w  

całym swoim życiu.

I wtedy silna ręka pochwyciła go za ramię i wiedział już, że to On powrócił, by...

Corso otworzył oczy. Obok krzesła stał Joe Bocco.

- Wydaje mi się, że się ocknęła - powiedział.

Frank zamrugał dwa razy, przesunął dłonią po twarzy, po czym wstał.

Coś z pewnością się zmieniło. Była niespokojna, próbowała poruszyć rękami, które 

przywiązano   do   metalowych   poręczy   łóżka   za   pomocą   elastycznych   bandaży,   co   miało 

zapobiec zerwaniu rurek i przewodów wyrastających z jej ciała jak pnącza.

Podszedł do łóżka i położył rękę na jej ramieniu. Drgnęła, jakby przestraszona.

background image

- Mam kogoś zawołać? - zapytał Bocco.

Corso potwierdził. Joe zapiął płaszcz i wyszedł z sali dokładnie w tej samej chwili, 

kiedy otworzyła oczy. Popatrzyła w dół i skrzywiła się z bólu, starając się podnieść głowę i 

rozejrzeć po sali. Jęknęła, a potem spróbowała coś powiedzieć. Bez skutku.

Corso podniósł chromowany dzbanek stojący przy łóżku, nalał  wody do szklanki, 

wziął jedną ze szpitalnych słomek i włożył ją w usta Meg. Dopiero za trzecim razem udało jej 

się pociągnąć. Zamknęła oczy. Wolno, ale pewnie opróżniała szklankę, wydając przy tym 

odgłosy jak dziecko mające zły sen. Kiedy wypuściła słomkę, napełnił ponownie szklankę i 

cały proces się powtórzył.

Była w połowie drugiej szklanki, gdy Joe Bocco wrócił z pielęgniarką. Miała może 

trzydziestkę, była duża, ale ładnie zbudowana. Rumiane policzki i błyszczące błękitne oczy, 

włosy   odrobinę   zbyt   intensywnie   rude,   by   był   to   naturalny   kolor.   Na   plakietce   z 

diamencikami przy krawędziach zobaczył nazwisko TURNER.

- Spokojnie - powiedziała do Dougherty, wyjmując szklankę z ręki Corsa. - Nie ma 

pośpiechu.

Meg otworzyła oczy, słysząc obcy głos.

- Cieszymy się, że jest już pani z nami - oświadczyła pielęgniarka i zaczęła rozwijać 

bandaże z jej rąk. - Proszę nie odpowiadać, tylko słuchać - mówiła. - Teraz uwolnię pani ręce. 

Musi pani jednak trzymać je z dala od głowy.

Dougherty   usiłowała   skinąć   i   natychmiast   tego   pożałowała,   ponieważ   nawet   tak 

nieznaczny ruch spowodował, że oczy zamknęły się jej z bólu. Kiedy pielęgniarka przeszła na 

drugi bok łóżka, Meg przyłożyła uwolnioną rękę do brzucha. Popatrzyła na Corsa.

- Hej - wychrypiała.

- Hej - odparł.

Przełknęła dwa razy ślinę i zapytała:

- Ile?

- Ile czasu minęło od wypadku?

Mrugnęła, co Corso uznał za potwierdzenie. Zaczął liczyć w myśli.

- Cztery dni - powiedział.

- Dzień?

- Sobota, dwudziesty pierwszy.

- David?

Corso spojrzał na pielęgniarkę, która z posępną miną pokręciła głową.

- Często tu przychodził - zapewnił ją, po czym szybko zmienił temat. - Po prostu 

background image

mrugaj, jeśli będę miał rację, dobrze? - Mrugnęła. - Byłaś świadkiem jakiegoś zdarzenia w 

Evergreen Construction, prawda? - Mrugnięcie.

- Zabicia kogoś? - Mrugnięcie. - Widziałaś zabójców?

- Mrugnięcie. - Ścigali cię? - Mrugnięcie. - Zderzyłaś się z ciężarówką? - Mrugnięcie. 

- To wszystko, co wiesz? - Mrugnięcie.

Popatrzyła   ponad   ramieniem   Corsa.   Dopiero   teraz   zauważyła   Joego   Bocca. 

Zmarszczyła brwi i wymamrotała:

- Kto to?

- Ma na imię Joe - odparł Corso. - Będzie tu siedział na wypadek, gdybyś czegoś 

potrzebowała. - Na potwierdzenie tych słów Bocco przeszedł przez salę i zajął miejsce na 

jednym z krzeseł, twarzą do drzwi.

Pielęgniarka podeszła do Franka.

- Pana przyjaciółka na razie więcej nie wytrzyma - powiedziała. - Może przyjdzie pan 

jutro? Na pewno już wtedy będzie się lepiej czuła. - Corso zaczął protestować, ale kiedy 

spojrzał na Dougherty, zobaczył, że Meg oczy ma zamknięte, a usta otwarte. Najwyraźniej 

zasnęła.

Popatrzył na Joego Bocco.

- Masz wszystko, czego potrzeba?

- Marvin zmieni mnie o dziesiątej i zostanie tu do szóstej - odrzekł. - Potem znów 

przyjdę.

Corso pozwolił pielęgniarce wziąć się pod rękę i poprowadzić do drzwi. Obejrzała się 

za siebie.

- Pan też - powiedziała do ochroniarza. Corso uwolnił rękę.

- Pan Bocco zostaje - oświadczył.

Chciała zaprotestować, ale spojrzenie Corsa spowodowało, że nagle ją oświeciło.

- Aha... chodzi panu o to, żeby zapobiec temu, co stało się na dole.

Otworzył drzwi i wyszedł z nią na korytarz.

30

Niedziela, 22 października, godzina 9.41

Corso wstrzymał oddech, kiedy liny zaczęły się napinać. Gdzieś pod jego stopami 

drewno zaskrzypiało, a potem do uszu dobiegł odgłos spadającej wody, kiedy silnik zawył i 

dźwig zaczął wyciągać Pianościgłego, unosząc jacht coraz wyżej, dopóki nie wyszedł z doku 

i nie zakołysał się łagodnie pomiędzy olbrzymimi kołami maszyny.

background image

Erie, syn Paula, dodał gazu i dźwig zaczął ciągnąć Pianościgłego rampą, do warsztatu 

szkutniczego.

- Mówiłeś, że dzwoniłeś do Dave’a Williamsa.

Od ponad siedemdziesięciu lat warsztat ten należał do rodziny Paula Hansena.

-   Tak   -   odrzekł   Corso,   patrząc   na  Pianościgłego  odjeżdżającego   po   asfalcie.   - 

Powiedział, że we wtorek rano zajmie się stolarką.

-   Co   w   praktyce   oznacza   czwartek   albo   piątek.   -   Hansen   machnął   podkładką   do 

pisania. - Sam wiesz, jaki on jest. Przepadnie gdzieś z jakąś Betty i będę musiał wysłać 

jednego z chłopaków na poszukiwania.

- Ale fachowiec z niego pierwsza klasa.

- Najlepszy - zgodził się Hansen. - Pod warunkiem że ci się nie spieszy.

- Jak myślisz, ile to zajmie? - zapytał Corso. Hansen popatrzył na listę.

- Minimum dziesięć dni. A w razie jakichś niespodziewanych problemów nawet dwa 

tygodnie.

-   Jestem   pewien,   że   pompa   zęzowa   pracuje,   więc   pewnie   jest   gdzieś   dziura   po 

pocisku.

- Słyszałem, że miałeś tu w nocy małe zamieszanie?

Po drugiej stronie placu staruszek z siwą brodą przecierał papierem ściernym stolarkę 

na starej łajbie, na której przetartym i złuszczonym kadłubie znajdował się napis Cheryl Anne 

IV.  Nucił podczas pracy. Nie całą piosenkę, ale jedynie mały kawałek, który powtarzał w 

kółko.

- Chciałbym, żeby miała taki sam kolor jak teraz - powiedział Corso.

Hansen zachichotał i zapisał to.

- Tej twojej łódce należał się remont już wiosną, nawiasem mówiąc.

- Przekaż swoim ludziom, że jestem im bardzo wdzięczny, że przyszli do pracy w 

niedzielę.

Wzruszył ramionami.

- Święta idą. Każdy potrzebuje dodatkowej kasy.

Jego krótkofalówka zatrzeszczała. Wyjął ją z tylnej kieszeni spodni, przycisnął do ust 

i powiedział kilka słów. Dobiegł jeszcze jeden trzask.

- Bernie mówi, że twoja taksówka czeka pod bramą.

- Pozwolisz jej tu wjechać? Mam trochę gratów. Nie chce mi się tachać ich tak daleko. 

- Corso pokazał w kierunku nabrzeża, gdzie stertę tworzyły walizka, torba, plecak i lodówka 

turystyczna.

background image

Hansen powiedział Berniemu, żeby wpuścił taksówkę, po czym włożył krótkofalówkę 

z powrotem do kieszeni.

- Gdzie się zatrzymasz?

- Zadzwonię do ciebie - odparł Corso. Hansen uśmiechnął się pod nosem.

- Masz rację, że jesteś ostrożny - powiedział. - Bądźmy w kontakcie. Sam wiesz, jak to 

jest. Zawsze może wyskoczyć coś, czego nie uwzględniliśmy w kosztorysie.

- Po to w końcu ma się ubezpieczenie.

- Dzwoniłeś już do nich?

- Powiedzieli, że przyślą tu kogoś jutro.

- Ile możesz odliczyć?

- Tysiąc pięćset.

Paul Hansen prychnął.

- To ile ci się zwróci? Jakieś pięć procent? Corso wzruszył ramionami.

- Wolałbym odzyskać łódź.

Corso odwrócił głowę, gdy usłyszał nadjeżdżającą taksówkę. Podszedł do sterty na 

przystani, narzucił  na ramię  plecak, podał torbę i lodówkę Paulowi Hansenowi, po czym 

chwycił walizkę.

Zadowolony, że ciężka robota nie spadła na jego barki, taksówkarz wysiadł z wozu i 

otworzył  bagażnik. Hansen i Corso wrzucili bagaż do środka. Frank westchnął i powiódł 

wzrokiem po łodziach.

Paul Hansen uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.

- Masz spojrzenie starego wilka morskiego, Frank.

- Jakiego znów wilka morskiego? - zapytał Corso. Hansen skinął głową w kierunku 

staruszka na Cheryl Anne.

- Skończysz jak Ole, zobaczysz. Widzę, na co się zanosi.

- To znaczy?

- Dzieci kupiły mu ładne mieszkanko we Fremont. Płacą za niego wszystkie rachunki.

- Miłe dzieciaki.

- Jeździ tam tylko po to, żeby się wykąpać i zrobić pranie.

- Dlaczego?

- Dlatego że może już spać tylko na łodzi. Nieważne, czy jest na wodzie, czy cumuje 

w przystani. To jedyne miejsce, gdzie może zmrużyć oko.

- Zadzwonię - powiedział Corso, wsiadając do taksówki. - Do Marriotta przy Fairview 

- rzucił do kierowcy.

background image

Cały czas starał się patrzeć przed siebie. Jakoś widok  Pianościgłego  w warsztacie 

szkutniczym zawsze go przygnębiał. Zupełnie jakby oznaczało to, że jego jacht znajduje się o 

krok bliżej legionu wraków, które zostały wyciągnięte z wody do remontu, a potem, z takiego 

czy innego powodu, nigdy już nie wróciły na wodę i teraz marniały na podwórkach, przy 

szlakach  wodnych  albo w zapomnianych  kątach  stoczni,  mając  nadzieję  na ułaskawienie, 

podczas gdy mosiądz zaczynał śniedzieć, a odpryskująca farba spadała na ziemię.

Kierowca skręcił w prawo, w Leary Way, jadąc wzdłuż kanału, przy którym ostatnie z 

seattle’owskich   warsztatów   szkutniczych   i   suchych   doków   sprzeciwiały   się   ekspansji 

terytorialnej   japiszonów,   których   nienasycony   apetyt   na   mieszkanie   przy   nabrzeżu 

zredukował to, co było kiedyś istotą tego miasta, do grupki niedobitków, którzy zaszyli się w 

forcie i choć byli odważni i aroganccy, wiedzieli doskonale, że prędzej czy później zapadnie 

mrok i Apacze przyjadą i zabiją wszystkich.

Dzwonek  telefonu   wyrwał   Corsa   z   zamyślenia.   Wyciągnął   komórkę   i   spojrzał   na 

numer na wyświetlaczu. Nie znał go, więc pomyślał, że musi to być Robert Downs.

- Corso - powiedział. Usłyszał kobiecy głos.

- Mam nadzieję, że dzień zaczął się dla ciebie lepiej niż dla mnie - powitała go Renee 

Rogers. - Właśnie przed chwilą dzwoniła do mnie osobiście prokurator generalna.

- Żeby wymienić się z tobą przepisami?

- Żeby mnie wywalić.

- Nie żartuj.

Usłyszał jej westchnienie.

-   Oczywiście   nie   wprost.   W   zakamuflowany   sposób   dała   mi   do   zrozumienia,   że 

powinnam sama zrezygnować. Miły list polecający i za drzwi.

- Rozumiem, że Warren był bardzo niezadowolony.

- Właściwie, prawdę mówiąc, drań był w siódmym niebie.

- Domyślam się.

- Jutro jest mój ostatni dzień pracy. Przyślą zastępstwo na wtorkową rozprawę.

- Przykro mi... jeśli tobie również.

- Mówiąc szczerze, mam mieszane uczucia. Jakaś cząstka mnie podpowiada, że stało 

się dobrze, że trzeba zapomnieć i zacząć nowy rozdział życia.

- Rozumiem.

- Ale jednocześnie czuję się, jakbym coś spaprała. Jakbym została odesłana do domu 

w niesławie, z piętnem wypalonym na policzku.

- Doskonale znam to uczucie - zapewnił ją Corso. Westchnęła raz jeszcze.

background image

- Założę się, że znasz.

Po chwili milczenia zapytała:

- Jak się czuje twoja przyjaciółka?

Corso zdał jej relację. Podniósł ją nieco na duchu.

- Przynajmniej jedna dobra wiadomość - powiedziała.

- Tyle że nie wie, że jej chłopak nie żyje.

- Boże... Odchrząknął.

- Nie chciałem, żeby moje życie tak niekorzystnie odbiło się na twoim - zapewnił ją.

- Daj spokój, Corso. I tak już byłam na wylocie. - Usłyszał jej śmiech. - To w równej 

mierze twoja wina jak moja. Sama wymogłam na tobie zaproszenie.

Miał ochotę podyskutować na temat tego, kto był bardziej winny, ale w końcu sobie 

darował.

- Będziesz jutro w sądzie? - zapytała.

- Nie odmówię sobie tego za żadne skarby świata.

- Lebow powinien zeznawać po południu.

- Będę.

- To do jutra - pożegnała się.

- Do jutra.

Pokazał na Fremont Bridge i zachodni brzeg Lake Union.

- Proszę jechać tamtędy - powiedział taksówkarzowi. - Przy jeziorze zwolnijmy.  - 

Przesunął się pod okno od strony jeziora, opuścił szybę i wciągnął w nozdrza słonawą bryzę.

Zamknął oczy i pozwolił, by wiatr zabrał go na wodę. Popłynął obok boi, a potem na 

północ, gdzie pod kadłubem czaiły się baśniowe stwory. W końcu znalazł się wśród wysp. 

Oczami wyobraźni ujrzał Meg pochyloną na dziobie, pokazującą mu kierunek. Kiedy płynęli 

przez Thatcher Pass,  Pianościgły  był  tak blisko skał, że mogli wyczuć zapach pąkli, gdy 

prześlizgiwali się przejściem do pobliskiego akwenu, gładkiego i czarnego w unoszącej się 

porannej mgle. A kiedy zostawili skały za rufą, Meg pokazała północny brzeg Blakey Island - 

jelenie, które pojawiły się na brzegu i przypominały rozmazane kreski zrobione ołówkiem.

31

Niedziela, 22 października, godzina 10.59

Joe Bocco opierał się o ścianę. Skrzyżował nogi i miał wyraz twarzy osoby skrajnie 

znudzonej.   Sierżant   Sorenstam   wyciągnął   magazynek   z   groźnie   wyglądającego   glocka   i 

otworzył go. Jeden z naboi upadł na podłogę, gdzie niechcący kopnął go, po czym podniósł i 

background image

schował do kieszeni. Sierżant Hamer w okularach-połówkach spoczywających na końcu nosa 

czytał dokument, który trzymał w rękach.

- Co to? - zapytał Corso.

-   Tydzień   dobroci   dla   głupków   -   odparł   Bocco.   Hamer   podszedł   i   pomachał   mu 

palcem przed nosem.

- Drugi raz tego nie powiem. Stul gębę, słyszysz? Sorenstam schował broń.

-   Obecny   tu   -   popatrzył   na   Joego   z   obrzydzeniem   -   pan   Bocco   twierdzi,   że   go 

zatrudniłeś.

- To prawda.

- W jakim charakterze?

- Jako prywatnego doradcę do spraw bezpieczeństwa.

- Który niby czym się zajmuje?

- Który zajmuje się tym, czym nie zajmujecie się wy, chłopcy, chociaż powinniście. 

Ochranianiem pani Dougherty.

Policjanci wymienili spojrzenia. Bocco popatrzył na Corsa, po czym wskazał Hamera.

- Ten dupek powiedział jej o chłopaku - wyjaśnił. Hamer ruszył do niego. Sorenstam 

wszedł pomiędzy nich, rękami utrzymując swojego partnera na dystans.

- Spokojnie, spokojnie.

Hamer cofnął się, poprawił kurtkę i wzruszył ramionami.

- Skąd, do diabła, miałem wiedzieć?

- Musiało cię nie być na zajęciach z wrażliwości - rzekł Bocco.

Tym razem to Corso wszedł pomiędzy mężczyzn.

- Coś nie tak z jego pozwoleniem na broń? - zapytał Hamera.

-   Powiem   ci,   kiedy   skończę   przeglądać   jego   papiery.   Corso   przeniósł   uwagę   na 

Sorenstama.

- Jego licencja jest w porządku?

- Na to wygląda.

- Więc o co chodzi?

- Chodzi o to - odparł Hamer - że nie lubimy podróbek policjantów.

Bocco wybuchnął śmiechem.

- Podróbek policjantów? Jaja sobie ze mnie robisz? Kto niby jest tą podróbką? Ja? 

Wolałbym już sprzątać kible.

Hamer zrobił się czerwony na twarzy i znów rzucił:

- Stul gębę.

background image

Sorenstam westchnął, wyjął z kieszeni magazynek i włożył do niego brakujący nabój. 

Z   drugiej   kieszeni   wyciągnął   glocka.   Trzymając   lufę   skierowaną   do   podłogi,   włożył 

magazynek, po czym skierował pistolet kolbą do przodu i oddał ochroniarzowi.

- Postaraj się nie zrobić sobie krzywdy - powiedział. Bocco oderwał się od ściany, 

włożył pistolet do kabury na biodrze, po czym obszedł Sorenstama i wyciągnął rękę.

- Czego? - burknął Hamer.

- Moje papiery.

- Jeszcze ich nie sprawdziłem - oświadczył Hamer.

- Chodźmy - powiedział Sorenstam.

Przez chwilę stali nieruchomo jak słupy soli. Bocco z wyciągniętą ręką, Hamer z jego 

dokumentami. Sorenstam ruszył w końcu korytarzem.

- Chodź, Troy. On nie jest wart zachodu.

Hamer rozwarł palce, pozwalając dokumentom spaść na podłogę, po czym odwrócił 

się i poszedł za swoim partnerem.

Bocco zaczekał, dopóki nie zniknęli z widoku, a wtedy podniósł z podłogi swoją 

licencję ochroniarską i pozwolenie na broń.

- Czy tylko mnie się wydaje, że gliniarze kiedyś byli bardziej kompetentni? - zapytał.

- Nie denerwuj mnie - warknął Corso. Joe Bocco schował dokumenty do portfela.

- Nie miałem nawet szansy, żeby zobaczyć, jak przyjęła tę wiadomość. W chwili gdy 

zacząłem się na nich wściekać, wywlekli mnie na korytarz. I wtedy właśnie przyszedłeś.

- Idź na dół i napij się kawy - powiedział Frank. - Ja sprawdzę, jak się czuje.

Stał przez chwilę na korytarzu, zbierając się w sobie, a potem otworzył drzwi i wszedł 

do sali. Leżała na prawym boku, twarzą do ściany. Kiedy szedł przez pokój do jej łóżka, 

delikatne wzruszenie ramion powiedziało mu, że jest świadoma jego obecności.

Stanął i położył ręce na poręczy łóżka. Zakopała się głębiej w pościeli i pociągnęła 

nosem.   Czekał,   jak   mu   się   wydawało,   nieskończenie   długo,   zanim   w   końcu   ostrożnie 

przewróciła   się   na   plecy   i   spojrzała   na   niego.   Mógł   dostrzec   dawną   dziewczynkę   w   jej 

zapłakanej twarzy. Straciła swojego kotka i nie wierzyła już w bajeczki o kocim niebie.

- Przykro mi, że dowiedziałaś się o tym w taki sposób - powiedział.

Zaczęła płakać.

- Był dla mnie taki dobry... - zaczęła, po czym nadeszła seria przejmujących szlochów. 

Corso nie znosił  widoku płaczących  kobiet. Zawsze wtedy czuł, że coś powinien  zrobić. 

Rozwiązać problem. Cofnąć czas, jeśli to było konieczne. Zrobić cokolwiek, byleby tylko 

powstrzymać ten płacz, nie tyle nawet dla cierpiącej, ile dla siebie, ponieważ z powodów, 

background image

których nie rozumiał, cudze cierpienie łączyło go od razu ze źródłem smutku, które miał w 

swoim sercu, i zmuszało do zastanowienia się raz jeszcze, dlaczego jego ból był o wiele 

łatwiejszy do zniesienia niż ból innych.

Zacisnął  szczęki,   powstrzymując  się  przed  wygłoszeniem   kaznodziejskiej  mowy  o 

życiu i o śmierci, która jest częścią boskiego planu. O boskiej sprawiedliwości, pogodzeniu 

się z losem i o tym, że czas leczy rany. Zamiast tego położył jej rękę na ramieniu.

Niedziela, 22 października, godzina 21.00

- We wtorek wracam do Bostonu - oznajmił Robert Downs. - Nie udało mi się nic 

osiągnąć. - Przesunął dłonią po włosach i rozejrzał się po apartamencie hotelowym.

Była  już prawie siódma  wieczorem,  gdy Corso, po pochłonięciu zamówionego do 

pokoju cheeseburgera i popiciu go dwoma heinekenami, w końcu sprawdził wiadomości na 

komórce: sześć, a wszystkie od Roberta Downsa.

- Tutaj tylko wyrzucam sobie, że nie znałem ojca, a to równie dobrze mogę robić w 

domu.  - Wyciągnął  z tylnej  kieszeni  spodni garść papierów i rzucił  je na stolik.  - Moje 

rachunki z Harvardu - powiedział. - College i medycyna. Wszystko.

- Niedługo się pan żeni, prawda?

- Za siedemnaście dni.

- Pewnie ma pan jeszcze dużo rzeczy do załatwienia w Bostonie.

Młody człowiek wypuścił powietrze spomiędzy ust.

- Pamela - moja narzeczona - odchodzi od zmysłów. Dzwoni do mnie co piętnaście 

minut. Jakbym miał... - Przerwał. - Proszę posłuchać. - Usiadł na krześle po prawej stronie 

Corsa. - Chciałbym podziękować panu za pomoc - powiedział.

Frank machnął ręką.

- Już panu mówiłem. Miałem w tym własny interes. Okręg szkolny odesłałby mnie w 

diabły. Nigdy bym nie dotarł do tego. - Pokazał na plik papierów na stoliku. - Jesteśmy kwita.

- Przeczytałem  Stojące wody - oznajmił Downs, wymieniając tytuł książki Corsa - i 

jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób opisuje pan ludzi, których pan nie znał. Tchnął pan 

w nich życie. - Machnął ręką. - Próbowałem zrobić coś podobnego ze swoim ojcem: zebrać 

wszystkie niedające się połączyć informacje i jakoś ułożyć z nich obraz człowieka, który by 

do mnie przemawiał. Tyle że się nie udało.

- To prostsze, gdy się kogoś nie zna - wyjaśnił Corso.

- Dzięki temu można zacząć od zera, bez z góry przyjętych założeń.

- Ale skąd pan wie, że idzie pan we właściwym kierunku?

- Nie wiem. Tego nigdy się nie wie. Można tylko patrzeć na to, co ktoś po sobie 

background image

pozostawia. Na dzieło jego życia.

Przyglądać się jego dzieciom. Uczuciom, które żywią do niego inni. Potem drobnym 

szczegółom  z jego życia.  Pytać  ludzi  o to, jakim  był  kierowcą.  Sprawdzić,  czy oddawał 

rzeczy w terminie. Czy pamiętał o urodzinach? Przysyłał kartki na święta? Pojawiał się na 

uroczystościach wręczania dyplomów? Kiedy już ma się wystarczająco dużo tego rodzaju 

informacji, zaczyna się z nich układać obraz postaci, której działania mają sens dla innych 

osób.

-  Właśnie.   -   Downs   zasępił   się.   -   Nie   umiem   za   żadne   skarby   świata   zrozumieć 

fiksacji, którą ten człowiek miał na punkcie mojej nauki. Ledwie się znaliśmy. Nie widziałem 

go prawie od dwudziestu lat, a potem okazało się, że cały swój życiowy dorobek przeznaczał 

na mnie, podczas gdy ja... całe lata spędziłem, nawet o nim nie myśląc.

- Jeśli chodzi o przyczyny ludzkich zachowań, to trzeba zachować jak największą 

ostrożność   -   powiedział   Corso.   -   To   właśnie   na   tych   wszystkich   bzdurach   żerują 

psychoterapeuci.

- Dlaczego pan tak myśli?

- Przede wszystkim dlatego, że kiedy człowiek zaczyna określać przyczyny zachowań 

innych ludzi, zakłada, że wiedzieli oni, dlaczego robili to, co robili, prawda? - Corso nie dał 

Downsowi szansy na odpowiedź. - To zupełnie nie współgra z moimi doświadczeniami. Mnie 

się wydaje, że ludzkie zachowanie jest tak samo tajemnicze dla osoby, która coś robi, jak dla 

tych, którzy to obserwują. - Wzruszył ramionami. - Powiedzmy, że dowiedzieliśmy się” że 

pański   ojciec   miał   trudne   dzieciństwo.   Dowiedzieliśmy   się,   że   zawsze   chciał   być 

wykształcony, ale okoliczności pokrzyżowały mu plany. Naturalną rzeczą będzie wysnucie 

przypuszczenia, że jego pragnienie zobaczenia w panu lekarza było po prostu zaspokojeniem 

jego własnych pragnień.

- Nic nie wiem o jego dzieciństwie - rzekł ze smutkiem Downs.

- To nie ma znaczenia - odparł Corso. - Ponieważ cokolwiek powiemy po fakcie, 

nawet jeśli wydaje się to idealnie pasować, będzie oparte na domysłach. Możemy być pewni 

jedynie tego, że pana ojciec robił to, ponieważ uważał, że to było dla niego najlepsze. Z 

takich czy innych powodów o wiele większą przyjemność sprawiało mu wysyłanie pieniędzy 

do szkół, do których pan chodził, niż wydawanie ich na siebie.

Downs wstał. Włożył ręce głęboko do kieszeni.

- Nie zostawia pan za dużo miejsca na altruizm czy poświęcenie, prawda?

- Prawda - przyznał Corso. - Matka Teresa też robiła to, co robiła, bo tak było najlepiej 

dla niej. Może miała szerszy światopogląd niż reszta z nas. Wiem jednak na pewno, że pana 

background image

ojciec miał z tego wszystkiego coś dla siebie.

- To dosyć cyniczne podejście.

- Proszę zapytać bohaterów wojennych, a wszyscy powiedzą panu to samo. Dokonali 

bohaterskich czynów, zanim zdążyli pomyśleć, co robią. Byli tak przestraszeni, wściekli albo 

oburzeni, że działali pod wpływem impulsu. A wie pan dlaczego?

- Dlaczego?

- Dlatego że dla nich bycie bohaterami było pójściem po linii najmniejszego oporu.

- Jak to możliwe?

- A tak, że coś w środku powiedziało im, że nie będą mogli spojrzeć sobie w oczy, 

jeśli nic nie zrobią.

W pokoju zaległa cisza. Corso wstał, wszedł do kuchni i nalał sobie wody do szklanki. 

To był jeden z tych apartamentów dla biznesmenów: salon, kuchnia i mała część biurowa na 

dole; na górze łazienka i sypialnia. Nazywało się to „apartamenty na wydłużony pobyt”.

- Co robi pan jutro? - zapytał. Downs chodził po salonie.

- Muszę podpisać papiery z ubezpieczenia i funduszu emerytalnego.

- A co pan zamierza zrobić z jego rzeczami?

- Pan Pov się nimi zajmie.

- Zapewne znajdzie chętnych na większość.

- Nie chce mi się w to wierzyć.

Młodzieniec przestał krążyć po salonie i odetchnął głęboko.

- Da mi pan znać, jeśli coś się wyjaśni? Jeśli odkryje pan, co się za tym wszystkim 

kryje?

- Do diabła, jeśli to odkryję, napiszę o tym książkę. Downs wszedł do kuchni i podał 

mu rękę.

- Dziękuję - powiedział. Pożegnali się, po czym Downs odwrócił się i ruszył do drzwi. 

Nie   zawracał   sobie   głowy   rzucaniem   ostatniego   spojrzenia.   Po   prostu   otworzył   drzwi   i 

wyszedł.

Wyglądało na to, że szum drzwi i szczęk zamka stanowiły dla Corsa sygnały, że pora 

się zatrzymać i odpocząć. Nagle poczuł się obolały, zmęczony i stary. Jego gardło było suche. 

Oczy go piekły, jakby ktoś sypnął w nie piaskiem.

Idąc do salonu, dopił wodę, po czym usiadł na kanapie. Postawił szklankę na blacie 

stolika i uniósł rachunki ze szkoły Downsa. Rozwinął dokumenty i wyprostował je dłonią.

Później, kiedy przypomniał sobie tę chwilę, wiedział, że w książce musi ją trochę 

podkoloryzować. Dodać odrobinę dramaturgii. Musi napisać, że przeglądał rachunki całymi 

background image

godzinami i już zamierzał je rzucić w kąt, kiedy nagle, w przebłysku geniuszu, to do niego 

dotarło.   Czytelnicy   nie   będą   chcieli   słyszeć,   że   w  rzeczywistości   właśnie   rozprasowywał 

dłonią rachunki Downsa, kiedy ostatnia kartka oddzieliła się od pozostałych. Spojrzał na nią i 

przeczytał   ostatnią   pozycję,   spis   osób   i   instytucji,   które   do   tej   pory   korzystały   z   tych 

dokumentów. Pan Donald Barth - trzynaście razy. Pan Robert Downs - cztery razy. South 

Puget Sound Public Employees Credit Union - raz. Fresno Guarantee Trust - raz. Boston 

Hanover Bank - raz.

32

Poniedziałek, 23 października, godzina 11.23

Sam Rozan, główny sejsmolog  stanu Kalifornia, podkręcał koniec wąsa, kiedy się 

zastanawiał nad odpowiedzią na pytanie.

-   Naprawdę   trudno   powiedzieć   -   oświadczył   w   końcu.   -   Co   najmniej   trzydzieści 

milionów dolarów.

Warren Klein pochylił się do ławy przysięgłych.

-   Więc   sprawcy   tego   oszustwa,   pana   zadaniem,   zyskali   sumę,   którą   szacunkowo 

można określić na trzydzieści milionów dolarów, tak?

- Skromnie licząc - dodał Sam Rozan.

- Dziękuję panu. To byłoby wszystko. Sędzia pokazał na Bruce’a Elkinsa.

- Pańska kolej.

Adwokat wstał niespiesznie z miejsca.

- W tej chwili nie mam pytań, Wysoki Sądzie.

Fulton   Howell   zrobił   gniewną   minę.   Otworzył   usta,   by   zganić   Elkinsa,   lecz 

zrezygnował i przeniósł uwagę na oskarżyciela.

- Panie Klein, czy ja dobrze rozumiem, że pański świadek będzie zarazem ostatnim?

- Tak, Wysoki Sądzie? - Klein zrobił minę niewiniątka. Sędzia przewertował leżące 

przed nim kartki. Nie mogąc  znaleźć tego, czego szukał, pochylił  się i wyszeptał coś do 

urzędnika sądowego, który przedarł się przez stos teczek, by wreszcie jedną z nich podać 

sędziemu.

- Panie Elkins - rozpoczął Howell. - W swojej mowie  wstępnej oznajmił  pan, że 

zamiarem obrony jest powołanie dziewięciu świadków. Czy byłby pan łaskaw powiadomić 

sąd, ile czasu, konkretnie dni, zajmie panu ich przesłuchanie, tak żebyśmy mogli zakończyć 

sprawę?

- Zamiarem obrony jest jak najszybsze zakończenie procesu, Wysoki Sądzie.

background image

- Bez przesłuchiwania świadków?

- Tak, Wysoki Sądzie.

Sędzia kiwnął palcem do obydwu prawników.

- Do mnie, proszę. - Zanim Elkins i Klein zdołali do niego podejść, nagle zmienił 

zdanie i krzyknął: - Nie! Zostać na miejscach. Chcę to mieć w protokole.

Po   raz   pierwszy  sędzia   Fulton   Howell   był   wyraźnie   zdenerwowany.   Wymachując 

palcem jak rodzic do niegrzecznego dziecka, skupił cały swój gniew na adwokacie.

- Panie Elkins, jeśli choć przez chwilę pan pomyślał, że uda się panu unieważnić 

proces pod pretekstem niekompetentnej obrony, uprzedzam, że może pan uzyskać coś zgoła 

odmiennego. Słyszy mnie pan?

- Wysoki Sądzie...

-   Cisza!   Ponieważ,   panie   Elkins,   jeśli   takie   właśnie   ma   pan   intencje,   osobiście 

postawię   pana   przed   komisją   etyki   i   postaram   się,   żeby   pan,   oprócz   tego,   że   zostanie 

wykluczony z palestry, poniósł również karę, jaką przewiduje w takich wypadkach kodeks 

karny. Czy wyrażam się jasno?

- Tak, Wysoki Sądzie. Zapadła cisza.

- No i? - upomniał się w końcu o odpowiedź sędzia.

- Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że w interesie mojego klienta leży, żebym 

zaprzestał prób jego obrony.

Fultonowi Howellowi zaczęły drżeć ręce. Na jego twarzy pojawił się rumieniec.

- Może byłby pan tak łaskaw i wyjaśnił sądowi, jak pan doszedł do tej konkluzji.

- Oczywiście, Wysoki Sądzie - powiedział Elkins. - To bardzo proste. Nie wierzymy, 

że   oskarżenie   dowiedzie   winy   mojego   klienta.   Nie   wierzymy,   że   uda   się   przedstawić 

przysięgłym   choćby   jeden   dowód   na   powiązania   Nicholasa   Balaguli   z   którymkolwiek   z 

przedsiębiorstw odpowiedzialnych za tragedię, do której doszło w szpitalu Fairmont. Choćby 

jednego wiarygodnego świadka. Choćby kawałek dokumentu z nazwiskiem mojego klienta. - 

Uniósł głos. - To oskarżenie w całości opiera się na sugestiach i insynuacjach. - Uderzył w 

stół.   -   Wierzę,   że   zaprzestanie   obrony   najlepiej   wyraża   naszą   całkowitą   pogardę   dla 

bezpodstawnych plotek, które prokuratura nazywa oskarżeniem. I wierzę, że nasza taktyka 

pozwoli przysięgłym odróżnić kłamstwo od prawdy.

Fulton Howell wydawał się nieprzekonany.

- To dosyć ryzykowne, panie Elkins.

- Przedyskutowałem tę kwestię z klientem i zaproponowałem zmianę obrońcy, jeśli 

takie by miał życzenie.

background image

Howell spojrzał na Nicholasa Balagulę.

- Czy to prawda, panie Balagula? - Tak.

- I rozumie pan, że pan Elkins kładzie na szali pańskie życie?

- Rozumiem. Jestem niewinny - odparł Balagula. - Nie mam powodu do obaw.

Howell przyjrzał się mu, szukając wyrazu ironii na jego twarzy. Nie znalazłszy go, 

odchylił się w fotelu.

-   Zostałem   poinformowany,   że   ze   względów   bezpieczeństwa   na   piętnaście   minut 

należy opróżnić salę, żeby umożliwić bezpieczne dostarczenie ostatniego świadka oskarżenia. 

- Popatrzył na zegarek. - W normalnych okolicznościach z nadejściem południa zarządziłbym 

przerwę w obradach. Jednak z powodu wyjątkowych środków bezpieczeństwa będziemy mieć 

tylko dwadzieścia minut przerwy. - Uderzył młotkiem. - Rozprawa zostanie wznowiona o 

godzinie jedenastej pięćdziesiąt. - Raz jeszcze uderzył młotkiem. - Proszę opuścić salę.

Warren   Klein   wdał   się   w   dyskusję   z   urzędnikiem   sądowym.   Ray   Butler   i   Renee 

Rogers zebrali dokumenty i teczki na środku stołu. Na drugim końcu sali Balagula, Iwanow i 

Elkins, szepcząc, niespiesznie podążali do drzwi.

- Cześć.

Corso   odwrócił   głowę.   To   była   Renee   Rogers.   Czarną   skórzaną   torbę   miała 

przewieszoną przez ramię. Trzymała wielką stertę teczek.

- Spóźniłeś się.

-   Zaspałem   -   wyjaśnił.   Miał   za   sobą   dwanaście   godzin   snu.   Gdyby   w   końcu 

pokojówka nie zapukała, pewnie dalej leżałby w łóżku.

- Ja przespałam całą niedzielę - powiedziała. - Po prostu nie mogłam się wyspać.

Corso otworzył barierkę. Renee przeszła przez nią i zaczęli iść razem do drzwi.

- Pomógłbym ci z tymi teczkami - oznajmił - ale boję się, że wyglądałoby to tak, 

jakbym niósł za tobą książki.

Roześmiała się.

- Cały świat już i tak myśli, że ze sobą sypiamy. Wczoraj wieczorem pokazywali nas 

w CNN. Widziałeś?

- Nie oglądam za dużo telewizji.

- Ja też nie, ale Warren zadzwonił i powiedział, żebym włączyła.

- To miło z jego strony.

- Od razu chce się żyć. Wyglądaliśmy, jakbyśmy wyszli prosto spod prysznica.

Corso   otworzył   drzwi   i   przepuścił   przed   sobą   Renee.   Wyszli   do   holu.   Drzwi 

prowadzące na ulicę były otwarte. Wiatr przywiał hałas tłumu, wirując wokół marmurowego 

background image

kanionu niczym szkwał.

- Rano dzwoniła moja mama - rzuciła Renee. - Twierdziła, że przystojniak z ciebie, a 

na dodatek, jeśli wierzyć wiadomościom telewizyjnym, całkiem dobra partia. Przykazała mi 

jednak, że powinniśmy unikać rozgłosu. Powiedziała, że listonosz patrzył na nią dzisiaj trochę 

dziwnie.

Corso roześmiał się.

- Co sądzisz o tej obronie bez obrony? - zapytał. Wzruszyła ramionami.

- Ryzykowne - orzekła. - Wszystko i tak zależy od tego, czy przysięgli uwierzą w 

zeznania Lebowa.

- A z jakiego powodu mieliby nie uwierzyć?

- Przysięgli nie przepadają za świadkami, którzy otrzymali gwarancję nietykalności.

- Elkins z pewnością właśnie na to liczy.

- Na pewno się przygotował. Myśli, że zdyskredytuje Lebowa w oczach przysięgłych. 

Jeśli mu się to uda, wysadzi nas z siodła.

- Jakim typem świadka jest Lebow? Machnęła wolną ręką.

-   Widziałam   lepszych.   Nie   od   razu   zaczął   współpracować   -   Elkins  na   pewno   to 

wykorzysta. A poza tym jest notowany.

- Wpadłem wczoraj wieczorem na pewien trop - powiedział Corso.

- Jakiego rodzaju?

- Coś, co może wyjaśnić nam, w jaki sposób Balagula przekupił jednego z twoich 

przysięgłych.

- Naprawdę?

- Rogers! - rozległ się czyjś głos. Nie odrywała wzroku od Corsa.

- Jesteś tego pewien?

- Nie do końca.

- Musimy się wziąć do roboty, Rogers! - krzyknął Warren Klein. - Sala C. Za dwie 

minuty. - Uniósł dwa palce, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł. Ray Butler podążał za 

nim niczym objuczony muł.

Corso przez chwilę myślał, że Renee rzuci w Warrena teczkami. Rozsądek jednak 

zwyciężył. Poprawiła torebkę na ramieniu i odwróciła się do Franka.

- Będę profesjonalistką do samego końca - rzekła z emfazą.

- Do samego końca - powtórzył.

- Albo do chwili, gdy go zabiję - dodała i ruszyła przed siebie.

Corso   podszedł   do   otwartych   drzwi.   Ze   względów   bezpieczeństwa   wszyscy 

background image

dziennikarze stali w wyznaczonym  obszarze przylegającym  do tylnych  drzwi sądu. Bruce 

Elkins był na zewnątrz, mówił do zgromadzonego tłumu.

-   ...całe   oskarżenie   jest   oparte   na   zeznaniach   przestępcy:   człowieka,   który   został 

skazany za krzywoprzysięstwo. Człowieka, któremu zagwarantowano, że uniknie skazania w 

zamian   za   zeznania   obciążające   mojego   klienta,   i   którego   jedynym   zadaniem   będzie 

wmieszanie mojego klienta w spisek.

O jedenastej czterdzieści pięć drzwi sali sądowej zostały ponownie otwarte. Kiedy 

minutę później Corso wszedł do środka, okazało się, że Elkins, Balagula i Iwanow siedzą już 

przy stole. Z przodu sali stało dwunastu policjantów, którzy patrzyli beznamiętnie na puste 

miejsca dla publiczności.

Chwilę później weszli oskarżyciele. Renee Rogers rzuciła Corsowi spojrzenie, które 

zdawało się mówić „życz nam szczęścia”. Frank wstał i zdjął kurtkę. Ledwie przewiesił ją 

przez oparcie krzesła i usiadł z powrotem, sędzia Howell zajął swoje miejsce i chwycił za 

młotek. Rozległ się odgłos uderzenia.

33

Poniedziałek, 23 października, godzina 11.53

- Imię i nazwisko świadka.

- Wiktor Lebow.

W   odróżnieniu   od   poprzednich   świadków   Lebow   nie   wzbudzał   zaufania.   Był   to 

szczupły mężczyzna pod sześćdziesiątkę, z tłustymi włosami. Mrugał nerwowo lewym okiem 

za każdym razem, gdy Klein zadawał mu pytanie. Siedział na miejscu dla świadka, pocąc się 

w szarym wełnianym garniturze, który wyglądał, jakby należał do kogoś innego.

Jak można się było domyślić, Warren Klein nie zamierzał ryzykować. Wypytywał 

świadka o wszystkie wydarzenia jego życia, od dzieciństwa aż do chwili, gdy wziął udział w 

spisku. Tak samo nietrudno się było domyślić, że Bruce Elkins będzie wnosił sprzeciw po 

każdym słowie, które padnie z ust Wiktora Lebowa.

Jednak   w   drugiej   minucie   zeznań   świadka   sędzia   Howell   stracił   cierpliwość   i 

postraszył Elkinsa, że wyrzuci go z sali, jeśli nie usiądzie i nie zamilknie, co adwokat przyjął 

ze stoickim spokojem.

-   Panie   Lebow,   czy   mógłby   pan   nam   wyjaśnić,   na   jakim   stanowisku   był   pan 

zatrudniony przy budowie szpitala Fairmont? - zapytał Klein.

Lebow zakaszlał, zasłaniając usta dłonią.

- Pełnomocnik do spraw inspekcji.

background image

-   A   mógłby   pan   wyjaśnić   przysięgłym,   czym   ten   -   Klein   zrobił   palcami   znak 

cudzysłowu - „pełnomocnik do spraw inspekcji” się zajmuje?

Lebow zamyślił się na chwilę.

- Pośredniczyłem między laboratorium a inspektorami nadzoru budowlanego.

- Na czym dokładnie polegały pana obowiązki?

- Pobierałem próbki rdzeniowe z miejsca budowy i dostarczałem je do laboratorium na 

testy.

- Testy czego?

- Wytrzymałości.

- Czy mógłby nam pan powiedzieć coś o tym, jak wyglądają takie testy?

Lebow skrzyżował i rozkrzyżował nogi.

- Oczywiście - powiedział. - Kładzie się materiał pod prasę hydrauliczną i poddaje 

obciążeniu aż do punktu krytycznego.

- Które laboratorium wykonywało testy?

- Phillips Engineering Technology z Oakland.

- Jak często je przeprowadzano?

- Raz w tygodniu.

- A zatem  raz  w tygodniu  brał pan próbki rdzeniowe  betonu z budowy Fairmont 

Hospital i zawoził do laboratorium.

- Sprzeciw, Wysoki Sądzie. To nie jest pytanie.

- Podtrzymuję.

Klein podszedł szybko do stołu. Ray Butler podał mu kartkę papieru.

- Panie Lebow, czy może nam pan powiedzieć, jaki nacisk próbki rdzeniowe powinny 

wytrzymać, żeby budynek nie runął?

- Mówi się o trzech i pół tony na centymetr kwadratowy - odrzekł Lebow. Rozejrzał 

się   po   sali,   jakby   szukał   kogoś,   kto   zakwestionuje   jego   odpowiedź.   -   Przynajmniej 

teoretycznie - dodał.

Klein podszedł do niego, podał mu kartkę papieru i spojrzał na sędziego.

-   Wysoki   Sądzie,   podałem   panu   Lebowowi   kopię   dowodu   rzeczowego   numer 

trzydzieści osiem, już włączonego do materiałów dowodowych.

- Zaprotokołowane - powiedział sędzia. Klein przybliżył się do świadka.

- Czy może mi pan powiedzieć, czy rozpoznaje pan dokument, który pan trzyma w 

ręce?

Oczy Lebowa błyszczały. 

background image

- Tak.

- Czy mógłby nam pan powiedzieć, co to jest? Wiktor Lebow raz jeszcze nerwowo 

rozejrzał się po sali.

- To zestawienie wyników cotygodniowych testów próbek rdzeniowych.

- Czy ten podpis na dole każdego dokumentu potwierdza ważność wyników? - Lebow 

skinął głową, nic nie mówiąc. - Proszę potwierdzić to głośno do protokołu, panie Lebow.

- Tak - wyjąkał. - To mój podpis.

-   Co   właściwie   potwierdza   pański   podpis,   panie   Lebow?   Świadek   wyglądał   na 

zmieszanego.

- Nie rozumiem... - wydukał.

- No cóż, nie nadzorował pan testów osobiście. - Klein odwrócił kartkę na drugą 

stronę.   -   Wyniki   zatwierdzało   kilku   pracowników   Phillips   Engineering.   Zakładam,   że   to 

właśnie   ich   podpisy   potwierdzają   ważność   tych   wyników.   Pytam   więc,   co   właściwie 

potwierdzał pański podpis?

Lebow zamyślił się.

- Myślę, że potwierdzał on, że próbki, które przekazałem im do badania, były tymi 

samymi próbkami, które dostałem od inspektorów na budowie.

- A były?

- Nie rozumiem?

-   Czy   próbki   dostarczane   do   Phillips   Engineering   do   testów   były   tymi   samymi 

próbkami, które zabierał pan z placu budowy?

Lebow spojrzał na sędziego, jakby prosił go o pomoc. Fulton Howell popatrzył na 

małego człowieczka surowo niczym starotestamentowy Jahwe.

- Proszę odpowiedzieć na pytanie.

- Nie - wyszeptał Lebow. Klein przyłożył rękę do ucha.

- Czy mógłby pan powiedzieć to głośniej?

- Nie - wypalił Lebow ze złością. - To nie były te same próbki, które brałem z placu 

budowy.

Klein wykorzystał tę chwilę do granic możliwości, przenosząc wzrok z sędziego na 

przysięgłych i w końcu na Bruce’a Elkinsa, jakby wyzywając go, żeby wniósł sprzeciw.

-   Panie   Lebow,   jeśli   próbki,   które   pan   dostarczał   na   testy   i   których   ważność 

potwierdzał pan własnym podpisem, nie pochodziły z placu budowy, to w takim razie skąd?

- Były specjalnie przygotowywane.

- A zatem próbki, które dostarczał pan Phillips Engineering...

background image

Elkins zerwał się na równe nogi.

- Wysoki Sądzie!

Sędzia Howell tylko machnął ręką.

- Niech pan idzie dalej, panie Klein, odpowiedź na to pytanie już znamy.

- Kto fabrykował próbki, które zawoził pan do Phillips Engineering?

-   Nie   wiem.   -   Lebow   uniósł   ręce.   -   To   znaczy,   nie   byłem   świadkiem   ich 

przygotowywania.

Po raz pierwszy od wielu dni Warren Klein wyraźnie sposępniał.

- Kto w takim razie je panu dawał, panie Lebow?

- Dostawałem je od inspektorów znajdujących się na placu budowy.

- To znaczy od Joshuy Harmona i Briana Swansona? 

- Tak.

Klein krążył przed ławą przysięgłych. - Jeśli wolno spytać, dlaczego zgodził się pan 

wziąć udział w tym oszustwie?

Wiktor Lebow zawahał się, po czym spojrzał w dół.

- Potrzebowałem pieniędzy.

- Słucham? - Klein udał, że nie dosłyszał.

- Powiedziałem,  że potrzebowałem pieniędzy - odparł gniewnym  tonem Lebow. - 

Miałem swoją firmę, ale wszystko poszło w cholerę... - Spojrzał na sędziego. - Przepraszam. 

Zbankrutowałem. Znalazłem się pod wielką presją.

- Ile płacono panu za udział w tym oszustwie?

- Dwa tysiące dolarów tygodniowo.

- Jak długo?

- Przez cały czas trwania budowy.

- Sześćdziesiąt kilka tygodni. 

- Tak.

Lebow kręcił się na krześle, jakby był na rożnie.

- Czy mógłby nam pan powiedzieć, jak doszło do tego, że wziął pan udział w tym 

spisku?

- Wiedzieli  o moich  problemach  finansowych.  - Raz jeszcze  zerknął na sędziego, 

poprawił   kołnierzyk,   po   czym   kontynuował:   -   Powiedzieli,   że   wyjdę   z   długów,   jeśli   się 

zgodzę.

- Na co?

- No wie pan, jeśli będę wyrzucał prawdziwe próbki i zastępował je tymi, które oni 

background image

przygotowali.

- Będzie pan wyrzucał?

- Tak - odrzekł Lebow. - Z łódki. Mam łódkę. Wie pan, lubię od czasu do czasu 

wybrać  się na ryby.  - Rozejrzał się wokół, jakby miał  nadzieję, że znajdzie zrozumienie 

obecnych na sali innych wędkarzy. - Zabierałem je w sobotę rano ze sobą i wyrzucałem, 

kiedy byłem na rybach.

-   Proszę   mi   powiedzieć,   panie   Lebow,   czy   widzi   pan   na   tej   sali   osobę,   która 

zaproponowała panu dwa tysiące dolarów tygodniowo za podmianę próbek?

Wiktor Lebow wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki okulary w czarnej oprawce. 

Nałożył   je   i   wolno   potoczył   wzrokiem   po   sali.   Usatysfakcjonowany,   umieścił   okulary   z 

powrotem w kieszeni.

- No i? - zapytał Warren Klein. Lebow spojrzał na sędziego.

- Proszę odpowiedzieć na pytanie, panie Lebow. Lebow ponownie rozejrzał się  po 

sali.

- Nie - powiedział cichym głosem.

- Słucham? - udało się wyjąkać Kleinowi.

- Powiedziałem, że nie.

Nicholas Balagula nawet nie mrugnął. Podobnie jak i Iwanow. Siedzieli, jakby byli na 

widowni   w   kinie.   Bruce   Elkins   popatrzył   ze   zdziwieniem   na   swojego   klienta,   po   czym 

niepewnie zaczął wstawać.

- Zapewne nie zrozumiał pan mojego pytania, panie Lebow... - zaczął Klein.

- Wysoki Sądzie - przerwał mu Elkins.

- Tak, panie Elkins? - zapytał sędzia.

Adwokat przyłożył rękę do czoła, po czym potrząsnął głową.

- Nieważne, Wysoki Sądzie. Proszę wybaczyć, że przerwałem - powiedział, siadając.

Warren Klein z porozumiewawczym uśmiechem podszedł do świadka i pochylił się ku 

niemu.

- Chyba mnie pan źle zrozumiał, panie Lebow. Zaczniemy od początku, dobrze?

- Jak pan sobie życzy.

- Pytałem, czy osoba lub osoby odpowiedzialne za wciągnięcie pana w ten spisek są 

obecne dziś na tej sali.

- A ja odpowiedziałem, że nie.

Zanim   Klein   zdołał   dojść   do   siebie,   Fulton   Howell   wychylił   się   zza   stołu 

sędziowskiego i potrząsnął młotkiem w kierunku świadka.

background image

- Panie Lebow - zaczął drżącym głosem. - Czy zawodzi mnie pamięć, czy też podpisał 

pan zeznanie, w którym twierdził pan, że oskarżony Nicholas Balagula i jego wspólnik pan 

Iwanow byli obecni przy tym, jak ustalono, że próbki będą fałszowane? Czy to prawda, panie 

Lebow?

Wiktor Lebow siedział z opuszczonym wzrokiem.

- Panie Lebow - naciskał sędzia. - Polecam panu odpowiedzieć na moje pytanie. Czy 

podpisał pan zeznanie, w którym oświadczył pan, że oskarżony Nicholas Balagula był obecny 

przy tym, jak powzięto plan fałszowania próbek?

- Tak, podpisałem - odrzekł Lebow, nie patrząc na niego.

- Czy zaprzecza pan teraz twierdzeniom zawartym w tym złożonym pod przysięgą 

zeznaniu?

- Tak. Chyba tak.

- Tu nie ma miejsca na żadne „chyba”, panie Lebow. Czy pan Balagula i pan Iwanow 

byli obecni przy tym, jak złożono panu propozycję uczestniczenia w oszustwie?

Lebow wyjął okulary z kieszeni, nałożył je i spojrzał w kierunku oskarżonych.

- Nigdy przedtem nie widziałem żadnej z tych osób na oczy.

34

Poniedziałek, 23 października, godzina 14.09

Na   sali   nagle   zrobiło   się   duszno   -   zupełnie   jakby   ktoś   wypompował   z   niej   całe 

powietrze.   Bruce   Elkins   z   niedowierzaniem   popatrzył   na   swojego   klienta,   następnie   się 

odwrócił. Zobaczył, że Nicholas Balagula szepcze do Michaiła Iwanowa, zasłaniając ręką 

usta. Elkinsowi zrobiło się nagle zimno, nie mógł złapać tchu. Tak wyobrażał sobie zawsze 

atak serca. Potem, niemal bezwolnie, wstał ze swojego miejsca.

- Wnoszę o natychmiastowe oddalenie oskarżenia - powiedział.

Twarz Fultona Howella zdążyła po raz kolejny zmienić odcień. Teraz była sina.

-   Pański   wniosek   został   zaprotokołowany,   panie   Elkins.   A   teraz   proszę   siadać.   - 

Wyrzucał z siebie słowa, jakby pluł.

- Wysoki Sądzie... - zaczął Klein. Sędzia machnął ręką.

-   Siadać   -   powiedział   tylko.   Wychylił   się   znów   zza   stołu   sędziowskiego.   -   Panie 

Lebow, czy mógłby pan powiedzieć sądowi, dlaczego złożył pan fałszywe zeznanie w tak 

poważnej sprawie?

Wiktor Lebow najwyraźniej był przygotowany na to pytanie.

- Zastraszyli mnie - odparł.

background image

- Kto pana zastraszył, panie Lebow? Pokazał w kierunku oskarżycieli.

- Tamci - powiedział. - Oni.

- Ma pan na myśli pana Kleina, pana Butlera i panią Rogers?

- Nie ją. Tych dwóch.

- Czym pana straszyli?

- Więzieniem. Ciągle powtarzali, że czeka mnie długa odsiadka. Straszyli mnie też 

okropnymi   rzeczami,   które   mnie   tam   spotkają.   Że   mnie   tam   zerżną   i   tak   dalej.   Ciągle 

powtarzali,   że   będę   jedynym,   który   zbierze   cięgi.   I   że   prawdziwi   sprawcy   pozostaną   na 

wolności, a zamiast nich pójdę siedzieć ja.

- I dlatego zdecydował się pan obciążyć pana Balagulę? Pokręcił głową.

- Nigdy o nim nie słyszałem, dopóki pan Klein nie zaczął powtarzać tego nazwiska.

- Co jeszcze mówił?

- Że Harmon i Swanson byli opłacani przez Balagulę.

- I to już wystarczyło, żeby uwierzył pan w winę pana Balaguli?

Lebow wzruszył ramionami.

- Prawdę mówiąc - wyznał zrezygnowany - gdy zaczęli przebąkiwać, że nie pójdę do 

więzienia, jeśli Balagula zostanie skazany, podpisałbym już wszystko, co by mi podsunęli.

- Wysoki Sądzie - zaprotestował Klein - mamy kopie i taśmy z naszych rozmów z 

panem Lebowem i zapewniam, że...

Fulton Howell zdawał się go nie słyszeć.

- Panie Lebow, czy zdaje sobie pan sprawę, że pańskie dzisiejsze zeznanie przekreśla 

wszelkie   uzgodnienia   dotyczące   nietykalności,   jakie   zawarł   pan   w   zamian   za   zeznania 

przeciwko panu Balaguli?

Lebowowi zaczęły drżeć usta.

- Wiem - odparł.

-   I   że   wedle   wszelkiego   prawdopodobieństwa   spędzi   pan   długi   czas   w   więzieniu 

federalnym?

- Tak, wiem.

- I mimo to wciąż pan twierdzi, że pana Balaguli nie było przy tym, jak został pan 

wciągnięty w spisek, i że pana wcześniejsze zeznania były fałszywe?

- Tak.

Sędzia odchylił się w fotelu.

- Czy mógłby pan wyjaśnić sądowi, czemu zdecydował się pan na zmianę zeznań?

- Musiałem to zrobić - wyjąkał Lebow. - Gdybym podtrzymał wcześniejsze zeznania, 

background image

posłałbym   niewinnego   człowieka   do   więzienia,   a   prawdziwi   sprawcy,   odpowiedzialni   za 

śmierć tych wszystkich biednych dzieci, dalej chodziliby spokojnie po ulicach.

- A zatem zmienił pan zeznanie w imię sprawiedliwości?

- Tak, właśnie tak.

- Dlaczego tak długo pan z tym zwlekał? - Sędzia uniósł głos. - Na miłość boską, 

człowieku, dlaczego dopuścił pan do zmarnowania tylu pieniędzy i czasu, zanim powiedział 

pan prawdę? Powinien był pan to zrobić wiele miesięcy temu.

- Bałem się - odrzekł Lebow. - Ludzie mówili, że oni mnie zabiją. Nie wiedziałem, co 

robić.   Ja...   chciałem...   -   Nagle   zaczął   szlochać.   Sędzia   patrzył   na   niego   przez   chwilę   z 

niedowierzaniem, a potem opuścił ręce na stół i z miną pełną obrzydzenia pokręcił głową.

- Chcę widzieć pana Kleina i pana Elkinsa w swoim gabinecie. Pan Lebow zostaje 

tymczasowo aresztowany. - Pokazał na oskarżycieli. - Proszę mi jak najszybciej dostarczyć 

zapisy i nagrania rozmów z panem Lebowem.

- Będę potrzebował trochę czasu, Wysoki Sądzie - zaprotestował Warren Klein.

Howell zignorował go, przenosząc uwagę na Elkinsa.

- Chcę, żeby przemyślał pan swoją postawę zaprezentowaną podczas tego procesu, jak 

również konsekwencje nakłaniania świadka do krzywoprzysięstwa.

Elkins nadąsał się.

-   Protestuję   przeciwko   wygłaszaniu   podobnych   uwag,   Wysoki   Sądzie.   To 

niedopuszczalne...

-   Protest   zaprotokołowany.   Rozprawa   zostanie   wznowiona   w   środę,   o   godzinie 

dziewiątej rano. Do tego czasu rozpatrzę wniosek pana Elkinsa o oddalenie oskarżenia.

Fulton Howell wskazał kciukiem ścianę za sobą.

- Do mojego gabinetu - warknął.

Klein podszedł do Raya Butlera. Przez chwilę stali razem, szepcząc, po czym główny 

oskarżyciel udał się do gabinetu sędziego.

***

Bruce Elkins pozostał na swoim miejscu. Przysięgli wychodzili bocznymi drzwiami, 

inni uczestnicy rozprawy znikali za drzwiami z przodu sali. Adwokat pochylił się i popatrzył 

najpierw na Balagulę, a potem na Iwanowa.

- To wy przygotowaliście to wszystko, prawda? Żaden z mężczyzn nie odpowiedział.

- Wy to wszystko zaaranżowaliście - nie ustępował adwokat.

- Wydaje mi się, że czekają na ciebie - zauważył Nicholas Balagula.

-   Nie   będę   w   tym   uczestniczył   -   oświadczył   ze   złością   Elkins.   -   Nie   zamierzam 

background image

siedzieć bezczynnie, pozwalając, żebyście kpili z systemu sprawiedliwości. - Uderzył pięścią 

w stół. W następnej chwili opanował się i rozejrzał po sali. - Rezygnuję, zanim stanę się 

częścią tego... - przez chwilę szukał odpowiedniego słowa - tego obrzydlistwa.

Balagula popatrzył na niego, jakby miał przed sobą dziecko.

- Sam  twierdziłeś, że oskarżenie jest niesprawiedliwe i niesłuszne - zauważył. - Po 

prostu rób, co do ciebie należy. Cały czas ci powtarzam, że jestem niewinny. Reszta załatwi 

się sama.

- Panie Elkins - powiedział jeden z pomocników sądowych. - Sędzia czeka.

Adwokat wstał z ociąganiem. Balagula uśmiechnął się do niego.

- Czyżbyś nie wierzył, że prawda i sprawiedliwość zwyciężą? - zapytał.

Wychodząc z sali, prawnik mówił coś cicho do siebie.

***

Renee Rogers odsunęła krzesło do tyłu i wstała. Przeciągnęła się, po czym podeszła do 

Corsa.

- Możesz w to uwierzyć? Potrząsnął głową.

- To wszystko było  ukartowane. Balaguli  wystarczyło  jedno spojrzenie na Kleina, 

żeby domyślił się, że jeśli dostarczy nowego świadka, Warren połknie haczyk.

- Ale Wiktor Lebow pójdzie do więzienia. Jak, do jasnej cholery,  możesz skłonić 

kogoś do pójścia do więzienia za ciebie?

- Ile dostanie?

- Od ośmiu do piętnastu lat.

- Po ilu może wyjść?

- Najwcześniej po czterech.

- Milion dolców.

- Co takiego?

-   Jesteś   spłukana.   Czeka   cię   oskarżenie   o   spowodowanie   katastrofy   budowlanej. 

Rodziny ofiar grożą ci śmiercią. Właśnie ogłosiłaś upadłość. I wtedy zjawia się Balagula z 

ofertą nie do odrzucenia. Zgłoś się na policję. Powiedz, że to Balagula dawał ci podrobione 

próbki rdzeniowe. Zacznij twierdzić, że tam byłaś. Że ty to robiłaś. Po tym, co przytrafiło się 

Harmonowi  i Swansonowi, będą cię strzec jak Fort Knox. Potem,  kiedy przyjdzie  co do 

czego, zmień śpiewkę. Zbierz cięgi. Pozwól, żeby wszystko ucichło, żeby wszyscy o tobie 

zapomnieli, i wyjdź cztery lata później, a okrągły milion będzie na ciebie czekał. Dwieście 

pięćdziesiąt   tysięcy   za   rok.   Dwadzieścia   tysięcy   miesięcznie.   Wolne   od   podatku.   Nie 

skusiłabyś się na jego miejscu?

background image

Zamyśliła się.

- Załóżmy, że masz rację. Czy twoim zdaniem Elkins wiedział o wszystkim?

- Musiałby być największym aktorem, jakiego w życiu widziałem - odparł. - Był tak 

samo porażony tym wszystkim jak my. - Pokiwała głową. Corso mówił dalej: - Nie było 

powodu, żeby go w to wtajemniczać. Za bardzo lubi pojawiać się w talk-show, żeby zgodzić 

się na zapłacenie komuś za krzywoprzysięstwo. Balagula musiał tylko pozwolić Elkinsowi 

wykonywać robotę i czekać.

- Ciągle nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Renee. - Ten sukinsyn znowu zrobił z 

nas głupków. Wywinie się.

- Sędzia powiedział, że chce zobaczyć zapisy z przesłuchań.

Roześmiała się.

- Które tylko dowiodą, że Lebow mówił prawdę. Dokładnie tak to wyglądało, jak 

opowiadał. Najpierw ich postrasz, a potem zaproponuj drogę wyjścia. Normalka.

- Jeszcze nie wiadomo, jak na te wszystkie  rewelacje zareagują przysięgli. Bywają 

nieobliczalni.

- Daj spokój - żachnęła się. - Howell nie dopuści do tego żadnej ławy przysięgłych. 

Balagula wyjdzie stąd jako wolny człowiek.

Drzwi   otworzyły   się.   Do   sali   wszedł   policjant.   Słychać   było   dobiegające   sprzed 

budynku krzyki dziennikarzy. Potem, kiedy drzwi się zamknęły, znów zapadła cisza.

- Wygląda na to, że media już wiedzą - zauważył Corso.

- To zadziwiające, jak szybko to działa.

Milczeli.   Policjant   przeszedł   obok   nich,   otworzył   barierkę   i   przystanął   obok 

najbliższego pomocnika sądowego. Pochylili się razem w ożywionej dyskusji.

- Jeszcze jedno pytanie - powiedział Corso.

- Mianowicie?

- Poprzedni proces. Tu, w Seattle. 

- Tak?

- Trzymaliście przysięgłych pod kluczem w hotelu w czasie jego trwania.

- Aha.

- W którym?

- W Carlisle Tower.

- I karmiliście ich trzy razy dziennie, zgadza się?

- Co najmniej.

- Kto za to wszystko płacił?

background image

- Na bieżąco czy ostatecznie?

- I tak, i tak.

- Hrabstwo King, które potem dostało zwrot od GAO.

- Czy, twoim zdaniem, hrabstwo przedstawiło szczegółowe rachunki?

Zacisnęła usta.

- Znając GAO, przypuszczam, że hrabstwo musiało się rozliczyć do ostatniego centa. 

Dlaczego o to pytasz?

- Który wydział, twoim zdaniem, tym się zajmował?

- Podejrzewam, że księgowość.

Drzwi gabinetu sędziego otworzyły się na oścież i uderzyły o ścianę. Warren Klein 

wpadł do sali rozpraw. W pędzie narzucił płaszcz na ramię i chwycił swoją teczkę. Potem 

przeniósł uwagę na Renee Rogers. Już na samym początku jego przemowy wiedziało się dwie 

rzeczy: po pierwsze, przygotował ją, po drugie, potrzebowała dopracowania.

- Jeśli twoje burzliwe życie towarzyskie ci na to pozwoli, dołącz do nas. Będziemy 

pracować w hotelu po południu.

O   drugiej.   -   Pokazał   dwa   palce.   -   Mimo   twojego   żałosnego   statusu   nieudacznika 

mamy nadzieję, że weźmiesz udział w naszej ostatniej naradzie. Będziemy mówić o tym, jak 

uniknąć tego nieuchronnie zbliżającego się kataklizmu, który ty i inne niekompetentne osoby 

na nas ściągnęły.

- Zobaczę, czy uda mi się was wpisać do swojego karneciku - odparła.

Stali przez chwilę, przeszywając się gniewnymi spojrzeniami, po czym Warren Klein 

ruszył do drzwi.

- Profesjonalistka do samego końca - wyszeptał Corso.

W połowie drogi pomiędzy stołem sędziowskim a stanowiskiem oskarżenia stał Ray 

Butler z telefonem komórkowym przy uchu. Od czasu do czasu poruszał ustami, ale głównie 

słuchał.

Ruchy jego dłoni przykuły uwagę Renee. Pokazał na telefon i przewrócił oczami. 

Zaczął iść w jej kierunku, mówiąc teraz do aparatu:

-   Tak...   tak,   rozumiem.   Zobaczę...   Tak.   -   Słuchał   przez   pełną   minutę,   po   czym 

westchnął  ciężko  i  schował   telefon   do  kieszeni.   Wyraz   jego  twarzy  mówił  jasno,  że  nie 

gawędził z żoną o nowym domu.

Popatrzył na Renee.

- Chcesz wiedzieć, co nas czeka? - zapytał. - Jutro rano jemy śniadanie z prokurator 

generalną.

background image

- Przylatuje tutaj?

- Tak wynikało z naszej rozmowy.

Zacisnęła usta tak mocno, że stały się prawie niewidoczne.

- Chce się upewnić, że uprzątniemy całe to gówno?

- Możemy potrzebować taczek - zauważył Butler.

- Raczej całej śmieciarki - sprostowała.

35

Poniedziałek, 23 października, godzina 16.21

- Proszę spróbować w księgowości - poradziła.

- Już tam byłem - odrzekł Corso. - I w rachunkowości. A także w archiwum. - Zanim 

odpowiedziała, dodał:

- Otrzymałem zapewnienie, że materiały, których szukam, muszą być gdzieś u pani.

Ze znużeniem popatrzyła na zegar.

- Zaraz zamykamy. Proszę przyjść jutro, a wtedy może...

-   Naprawdę   muszę   to   mieć   dziś   wieczorem   -   przerwał.   Uśmiechnął   się   do   niej 

przymilnie.

Kobieta wzruszyła ramionami.

- W takim razie ma pan pecha. Co innego, gdyby była tu Marcy.

- Marcy?

- Wyjechała z siostrą na wakacje. Dwa tygodnie na Maui.

- Ponownie spojrzała na zegar. - Ja jestem z rachunkowości. Tylko ją zastępuję.

Corso zaczekał, nic nie mówiąc. Kobieta wychyliła się zza kontuaru i scenicznym 

szeptem powiedziała:

- Nie chcę o nikim źle mówić, ale lepiej, żeby wróciła cała i zdrowa.

- Dlaczego?

-   Dlatego   że   gdyby   coś   się   jej   stało,   zabrałaby   ze   sobą   do   grobu   swój   system 

przechowywania dokumentów i wtedy nikt już nigdy nic by tu nie znalazł.

Odwróciła się plecami do Corsa i zaczęła się zbierać.

Przesunęła rzeczy na biurku, zasunęła krzesło. Kiedy weszła w długi szereg szarych 

szaf na dokumenty i zaczęła je zamykać, Corso odezwał się cicho:

- Mam pomysł.

Zatrzymała się i spojrzała na niego z powątpiewaniem. 

- Jaki?

background image

- Rachunki, których szukam, pochodzą z drugiej połowy zeszłego roku. Czy mogłaby 

pani przejrzeć dokumenty z tego właśnie okresu?

- Pewnie, że mogłabym - odparła. - Gdyby nie to, że Marcy nie układa dokumentów 

datami czy rodzajami. Ani jakąkolwiek inną powszechnie znaną metodą. - Machnęła ręką. - 

Trzeba by było zacząć od przodu sali i stopniowo przesuwać się do tyłu, żeby cokolwiek 

znaleźć.

- Może nie będzie takiej potrzeby - powiedział Corso. Uniosła brwi i powróciła do 

zamykania szaf.

- W której z nich znajdują się rachunki z drugiej połowy zeszłego roku?

Zatrzymała się i weszła pomiędzy rzędy szaf. Pokazała przedostatnią.

- Gdzieś tutaj.

- Proszę ją otworzyć - zaproponował Corso. Raz jeszcze uniosła brwi.

- Proszę - powtórzył. Westchnęła i otworzyła szafę.

- Proszę po prostu wyciągnąć największą teczkę. Jeśli to nie będzie ta, której szukam, 

dam pani spokój.

- Największą?

- Najgrubszą. Tę, w której jest najwięcej kartek. Popatrzyła na Corsa, a potem na 

zegar. Pochyliła się i wysunęła najniższą szufladę. Potem następną i jeszcze następną, aż w 

końcu najwyższą. Zasunęła dwie najniższe i sięgnęła do trzeciej z kolei.

- Tamte były puste - wyjaśniła. - A w tej szufladzie najgrubsza jest ta teczka.

Zasunęła stopą pozostałe szuflady, zaglądając do środka teczki.

- Hm... - zasępiła się. Znów spojrzała na Corsa.

- Co tam jest? - zapytał.

- Wydatki sędziów przysięgłych.

- To właśnie ta. Ważyła teczkę w dłoni.

- Tak grubej teczki jeszcze nie widziałam.

- Czy mogłaby pani skserować jej zawartość?

- Żartuje pan, prawda?

- A wyglądam na żartownisia?

Pokazał   na   wiszącą   na   ścianie   tabliczkę   z   napisem:   KSERO   -   1   DOLAR   ZA 

STRONĘ.

- Słyszałem, że ostatnio podrożało do dwóch dolców za stronę - powiedział.

- Do trzech - sprostowała z kamienną twarzą.

- Ci cholerni republikanie.

background image

Poniedziałek, 23 października, godzina 19.45

Oddzieleni od przyjaciół i rodzin, zamknięci na cztery spusty w hotelu w śródmieściu 

na   całe   miesiące   przysięgli   brali   odwet,   zamawiając   najbardziej   wyszukane   potrawy   z 

hotelowego menu. Owoce morza. Ogromny befsztyk z polędwicy. „Proszę pamiętać o sosie 

serowym do szparagów”. W końcu jednak przestali pałać żądzą zemsty i wyraźnie popadli w 

rutynę. Niektórzy prawie zupełnie przestali jeść. Przy końcu pobytu przysięgły numer 3 żył o 

samych płatkach zbożowych i grzankach. Dla odmiany przysięgły numer 5 wcinał wszystko, 

jak leci. Corso doszedł do wniosku, że albo spędzał całe godziny w hotelowej siłowni, albo 

przybyło mu jakieś dwadzieścia kilogramów.

Na   rachunkach   figurowali   jako   numery   od   1   do   12.   Przysięgli   rezerwowi   byli 

natomiast  oznaczeni  jako 13R i 14R. Wydatki każdego były  umieszczone  w oddzielnych 

dokumentach. Rozpoczął od przysięgłego numer 1. Pracował już blisko dwie godziny i był 

dopiero w połowie, kiedy zza baru wyszła kelnerka z dzbankiem kawy. Nie patrząc do góry, 

Corso powiedział:

- Nie, dziękuję.

- Zamykam o ósmej - oświadczyła.

- Dobrze - odparł, nie odrywając wzroku od dokumentów.

- Może nawet trochę wcześniej, bo muszę zdążyć na autobus.

Zaczął się śmiać.

- Ja cię sunę... - wymamrotał.

- Ejże, proszę pana... - zaczęła. Postukał palcem w kartkę.

- Wiedziałem. - Sięgnął po następną kartkę, a potem po trzecią. - Co wieczór. To 

samo.

- Wszystko w porządku? - zapytała. Spojrzał na nią i uśmiechnął się.

- Zależy, o kogo pani pyta - powiedział. Przejrzał plik kartek i wybrał sześć, które 

złożył  i  umieścił  w wewnętrznej  kieszeni  kurtki.  Położył  dwadzieścia  dolarów na stole  i 

wyszedł z boksu.

- Nie ma pan drobnych? - zapytała.

Corso   otoczył   ją   ramieniem.   Uniosła   parujący   dzbanek,   jakby   chciała   się   bronić. 

Pocałował ją w policzek.

- Wie pani co? Proszę wyrzucić te papiery i zatrzymać resztę. Zgoda?

- Pewnie - odparła bez wahania.

Corso poklepał ją po ramieniu i skierował się do drzwi.

Niebo było czarne jak smoła. Mrok rozświetliła jedynie błyskawica nad Elliot Bay. Z 

background image

południa nadciągnął lodowaty deszcz. Corso zaklął w myśli, żałując, że rano zostawił subaru 

przed  szpitalem,   po czym  poszedł  do  sądu na  piechotę.   Zwłaszcza   że  Dougherty spała  i 

spędził półtorej godziny, rozmawiając z kolegą Joego Bocco, Marvinem, którego cała wiedza 

chyba pochodziła z programów sportowych.

Uniósł kołnierz i zaczął biec pod górę. Mimo wysiłku cały czas się uśmiechał. Nie 

mógł się doczekać, kiedy opowie o wszystkim Dougherty. Da jej inny temat do rozmyślań niż 

David.

Kiedy dotarł do Dziewiątej Alei, zaczęło brakować mu tchu, więc zwolnił. Nie chciał 

mieć zadyszki, kiedy będzie jej o tym mówił. Centrum Medyczne Harborview wyłoniło się 

zza   zasłony   deszczu,   jego   kontury   były   rozmyte   na   tle   nieba.   Corso   zatrzymał   się   pod 

płócienną markizą zakładu poligraficznego i strząsnął krople deszczu z ubrania i włosów.

Stojąc tam, odwrócony od ulicy, z deszczem bębniącym o markizę, nie usłyszał nawet, 

że ktoś się zbliża. Wciąż mruczał do siebie, ćwicząc swoją przemowę do Dougherty, kiedy 

nagle stalowy drut otoczył jego szyję i Corso wylądował na ziemi.

Odruchowo wepchnął palce pomiędzy drut a szyję. Szarpał się, choć wiedział, że już 

za późno na opór. Głowa bolała go, jakby miała eksplodować. Próbował się wyswobodzić, ale 

jego   napastnik   stał   nieruchomo.   Oczy   go   piekły,   obraz   zaczął   się   zamazywać.   Następną 

rzeczą,  jaką zobaczył,  były  czyjeś nogi na chodniku, a potem but zbliżający się do jego 

twarzy. Szarpnął głową w lewo. Chwilę przed ciosem zobaczył stojącego przy krawężniku 

czarnego mercedesa z otwartymi drzwiami.

36

Poniedziałek, 23 października, godzina 19.51

Kiedy czterech mężczyzn, trzymając w rękach liny, opuszczało trumnę w zamarzniętą  

ziemię, ptaki umilkły, a niebo stało się białe...

Corso nagle się ocknął, uszy zakłuły go od czyichś głosów.

- Damy go tam, gdzie daliśmy tego skurwysyna Balia. Skoro tak strasznie tam się 

pchał, będzie tam tkwił do końca świata.

Drugi głos, bardziej oddalony, zapytał:

- Odzyskał przytomność?

- Zaczyna już do siebie dochodzić.

- Musi się ocknąć. Nie zamierzam za niego dźwigać tego dziadostwa.

- Znowu to zrobimy? Każemy mu to nieść?

- A chcesz to zrobić? Bliższy głos zachichotał.

background image

- Wiesz, co myślę, człowieku?

- Co takiego?

- Myślę, że cały ten pieprzony bajzel rozpoczął się od tego dupka w pikapie, którego 

mieliśmy kropnąć, ale okazało się, że ktoś nas wyprzedził.

- Tak.

- I od tego, że wzięliśmy forsę za coś, czego nie zrobiliśmy.

- Do czego zmierzasz?

- Do tego, że teraz, gdy kropniemy kogoś za darmo, wszystko się w końcu wyrówna. 

To była ta metacośtam, co mi mówiłeś.

Corso   leżał   na   podłodze   między   siedzeniami   jadącego   samochodu.   Ręce   miał 

związane za plecami. Stopa nagle nacisnęła mocno na jego szyję, wciskając mu twarz w 

gumową wycieraczkę.

- Nie ruszaj się, hombre - rozległ się głos. - Zaraz będziemy na miejscu.

Wydawało   się,   że   jazda   trwała   godzinę,   ale   tak   naprawdę   minęły   najwyżej   trzy 

minuty. Samochód nagle zaczął zwalniać, a potem skręcił i wjechali na jakąś polną drogę. 

Słyszał uderzanie źdźbeł trawy o podwozie.

- Damy go do tego drugiego - powiedział mężczyzna siedzący z przodu.

Samochód sunął płynnie przez wyboje, po czym zakręcił i zatrzymał się. But na jego 

karku  zastąpił  dotyk  zimnego  metalu.  Samochód  zakołysał  się, kiedy kierowca  wysiadł  i 

otworzył tylne drzwi.

- Już? - zapytał kierowca.

Facet na tylnym siedzeniu chwycił Corsa za pasek od spodni. Kierowca wziął go za 

ramiona. Wyciągnęli go z wozu. Wylądował brzuchem na mokrej trawie. Usłyszał, że drzwi 

samochodu się zamykają.

-  Popatrz  - powiedział  ten  z  tylnego   siedzenia.  -  Stopy tego   piździelca  zaczynają 

wypływać. Musimy go bardziej obciążyć.

-   Naszego   wścibskiego   pisarzynę   będziemy   musieli   obciążyć   dwoma   blokami   - 

powiedział mężczyzna z przedniego siedzenia.

A potem chwycili go za łokcie i podciągnęli na nogi.

- Dalej, wścibski człowieku, idź. Nikt tu nie będzie cię dźwigał.

Kiedy   zaczęli   go   ciągnąć   za   ramiona,   Corso   uświadomił   sobie,   że   nie   czuje   rąk. 

Kolana uginały się pod nim. Odzyskał równowagę i zaczął iść chwiejnym krokiem. Spojrzał 

na mężczyzn. Było ich dwóch - jeden prawie dorównywał mu wzrostem. Długie czarne włosy 

zaczesane   miał   w   kucyk.   Drugi   był   prawie   karłem,   niskim,   z   ospowatą   twarzą,   ciemną 

background image

karnacją i jednym uchem położonym wyżej niż drugie.

- Dalej - powiedział karzeł. - Tędy, aż do końca. Corso rozejrzał się dookoła. Coś w 

tej okolicy było znajomego, lecz nie wiedział co.

- Pomyśleliśmy sobie, że skoro tak bardzo lubisz tu przyjeżdżać - rzekł ten z kucykiem 

- to pozwolimy ci tu zostać.

I   wtedy   Corso   zobaczył   jasne   światło   odbijające   się   w   wodzie   po   lewej   stronie. 

Popatrzył na południe i ujrzał moczary, a za nimi Briarwood Garden Apartments. Zatrzymali 

się na wale, który biegł przy północnym brzegu Czarnej Rzeki. Woda była kropkowana przez 

padający deszcz, jej migoczącą taflę przerywały to tu, to tam trawiaste pagórki i połamane 

pniaki sterczące ponad powierzchnią. Trzcina kołysała się na wietrze niczym proporce.

Jedyne światło pochodziło z neonu Speedy Auto Parts górującego nad drogą. Kiedy 

popatrzył   na   bagno,   zobaczył   dwie   stopy   wystające   z   wody.   Sznurówki   były   rozerwane, 

kostki spuchnięte. Stopy sterczały ponad powierzchnią wody, zupełnie jakby ktoś skoczył na 

główkę i utkwił w błocie.

Podjechali tak daleko, jak tylko mogli. Trzy betonowe słupy zastawiały zarośniętą 

trawą  drogę,  która  biegła   wzdłuż  wału.  Mężczyzna  z  kucykiem   stanął  przed  Corsem.   W 

prawej ręce trzymał srebrzysty pistolet z szarym tłumikiem.

- Otwórz usta - powiedział. Kiedy Frank nie posłuchał, szturchnął go lufą w splot 

słoneczny. Corso jęknął i zgiął się wpół. Nagle poczuł, że w ustach ma kawałek metalu, a 

tłumik uderza o jego zęby, zmuszając go do wyprostowania się.

- Stój nieruchomo, wścibski człowieku - powiedział facet z kucykiem, popychając 

głowę Corsa do tyłu, podczas gdy jego kolega zaczął rozwiązywać mu ręce.

Krople   deszczu   uderzały   o   jego   twarz,   mocząc   policzki,   zmuszając   powieki   do 

trzepotania.   Kiedy   ostatni   węzeł   został   rozwiązany,   ręce   uderzyły   bezwładnie   o   boki. 

Nadgarstki go piekły i czuł mrowienie w palcach. Tłumik wysunął się wolno z ust.

Mężczyzna z kucykiem dał znak pistoletem.

- Tędy - powiedział.

Corso zawahał się i w następnej chwili otrzymał cios w nerki.

- Rusz dupę - warknął karzeł.

Rozcierając nadgarstki, ruszył chwiejnym krokiem przed siebie; ręce zaczynały mu 

mrowić, kiedy wszedł pomiędzy słupy w sięgającą do kolan trawę.

Przed   nim,   w   ciemności,   droga   była   zablokowana   przez   stertę   gruzu.   Karzeł 

wyprzedził Corsa i podszedł do niej. Pokazał na miejsce mniej więcej w połowie stosu.

- Ten - powiedział. - Ten pierwszy.

background image

Kiedy   Corso   się   zbliżył,   zobaczył,   że   to,   co   wydawało   mu   się   stertą   gruzu,   w 

rzeczywistości   było   stosem   rozbitych   betonowych   płyt.   Czyjś   podjazd,   rozkruszony   na 

kawałki, załadowany na ciężarówkę i ukradkiem wysypany na wale.

- Ten tutaj - powiedział karzeł.

Kawałki   miały   pomiędzy   piętnaście   a   dwadzieścia   centymetrów   grubości,   były 

gładkie na górze, poszarpane i szorstkie na dole. Karzeł klepnął stertę kamieni.

- Chodź, dupku. Pospiesz się.

Kawał   betonu,   który   wskazywał,   miał   kształt   trójkąta.   Prawie   metr   długości   u 

podstawy.

- Dalej - powiedział mężczyzna z kucykiem, szturchając Franka pistoletem.

Corso ukląkł, wsunął lewe przedramię pod roztrzaskany kawał betonu i zaczął się 

podnosić. Kloc musiał ważyć z siedemdziesiąt kilogramów. Zakołysał się, chwycił lepiej i 

odwrócił się w stronę drogi, którą przyszli.

Mężczyzna  z kucykiem trzymał  pistolet przy boku. Cofnął się, przywołując Corsa 

wolną ręką.

- Chodź - powiedział.

Frank ostrożnie  ruszył.  W głowie mu  szumiało,  czuł pulsowanie  w skroniach.  By 

utrzymać równowagę, powłóczył nogami, uginając się pod ciężarem. Kiedy znalazł się na 

wysokości zatopionego ciała, mężczyzna z kucykiem zatrzymał go ręką.

- Zrzuć go z góry - powiedział.

Corso chwiejnym krokiem podszedł do krawędzi wału. Bagno było dwa metry niżej. 

Dopiero kiedy dostrzegł drżącą, kropkowaną kroplami deszczu powierzchnię czarnej wody, 

przypomniał sobie, że pada. Pochylił się wpół i pozwolił, by blok betonu wysunął mu się z 

rąk. Upadł na strome zbocze, potoczył się i w końcu utknął gdzieś w dole, na płyciźnie.

- Idź do niego - powiedział karzeł.

Corso wykonał polecenie, ześlizgując się po błotnistym brzegu w zimną, sięgającą do 

kostek wodę. Nie mogąc sięgnąć pod blok, musiał wziąć go w ramiona. Zachwiał się i ukląkł 

na jednym kolanie, po czym wyprostował się.

Karzeł stanął obok niego. Woda, która Frankowi sięgała do łydek, jemu sięgała nad 

kolana. Machnął w kierunku na wpół zatopionego trupa, znajdującego się prawie cztery metry 

od brzegu.

- Połóż mu to na nogach - rozkazał. - Za kolanami. Kiedy Corso był już na miejscu, 

lodowata, błotnista woda sięgnęła mu do kolan. Metr pod powierzchnią leżały szczątki Joego 

Balia,   spuchnięte   i   rozdęte,   jego   tułów   spoczywał   pod   połyskującą   powierzchnią, 

background image

przygnieciony innym blokiem betonu.

Z   jakiegoś   dziwnego   powodu   Corso   zapragnął   być   delikatny.   Tak   jakby   chciał 

oszczędzić umarłemu dalszych upokorzeń, ostrożnie położył blok z tyłu jego kolan i puścił 

go. Kiedy się wyprostował, okazało się, że stopy trupa zniknęły.  Gdyby został zatopiony 

latem, ciało zaczęłoby się już rozkładać. Jego części wypływałyby na powierzchnię, gdzie 

byłyby odrywane i zjadane przez ptaki, aż wreszcie nic by nie pozostało z Joego Balia z 

wyjątkiem kości.

- Chodź - powiedział karzeł.

Corso, z trudem wyciągając stopy z bulgoczącego błota, z mozołem wracał na brzeg. 

Gardło miał ściśnięte, ale umysł pracował pełną parą, próbując znaleźć wyjście z tej sytuacji. 

Tłumiąc   przemożną   chęć   ucieczki,   wrócił   na   szczyt   wału.   Wiedział,   że   lada   chwila   go 

zastrzelą i zaciągną do wody, by dołączył do Joego Balia, leżąc twarzą w błocie.

- Chodź. Przynieś jeszcze jeden blok - polecił karzeł. Corso uspokoił się i wrócił po 

swoich śladach do sterty rozbitego betonu. Mężczyźni szli po jego obu bokach, z pistoletami 

w   pogotowiu.   Drugi   betonowy   blok   był   prawie   kwadratowy   i   trudniej   go   było   dźwigać. 

Musiał poprawiać uścisk, kiedy powłócząc nogami, szedł wzdłuż wału. W końcu puścił go i 

kawał betonu spadł do wody, koziołkując.

- Jeszcze jeden - powiedział mężczyzna z kucykiem.

Corso zaczął się trząść. Ze strachu, od lodowatego deszczu - trudno orzec. W głowie 

słyszał coraz głośniejszą muzykę, chóralną i organową. Zupełnie jakby przez całe swoje życie 

przechowywał  gdzieś  ścieżkę   dźwiękową,  która  miała   towarzyszyć  mu   w chwili   śmierci. 

Nogi mu drżały, kiedy zaczął iść z powrotem. Karzeł szturchał go w bok pistoletem.

- Weź jeszcze ten jeden, wścibski człowieku. Jak będziemy musieli go dźwigać za 

ciebie, właduję ci kulkę w jaja. Będziesz tam leżał i wił się z bólu, zanim cię kropnę.

Ruszył do przodu, jak we śnie. Ponura muzyka ryczała mu w uszach.

-   Ten.   -   Mężczyzna   z   kucykiem   pokazał   postrzępiony   blok   betonu   nieznacznie 

mniejszy od innych. Kiedy Corso chwycił go i zaczął podnosić, sterta nagle runęła, posyłając 

kilkanaście kawałków betonu w dół na trawę u stóp karła.

- Cholera! - wrzasnął mały człowieczek, chwytając się wolną ręką za kostkę. Jęknął, 

złapał kawałek betonu, który go uderzył, i wrzucił go do bagna, gdzie wylądował z pluskiem.

- Ty sukin...

Nie dokończył.  Poruszenie w bagnie odwróciło jego wzrok od Corsa. Rozległ  się 

trzepot długich skrzydeł i wielka czapla poderwała się do lotu. Frank wsunął rękę i łokieć pod 

blok betonu, a potem, z całej siły, rzucił nim w karła.

background image

Wylądował na jego kostkach. Karzeł zawył jak zwierzę i upadł na plecy, krzycząc 

wniebogłosy. Ledwo wyrwał spod kawałka betonu jedną nogę, gdy Corso rzucił się na niego i 

obiema rękami chwycił pistolet. Nagle rozległ się cichy wystrzał pistoletu z tłumikiem. Corso 

poczuł   ból   w   lewej   dłoni.   Wytrzymał   jednak   i   drugą   ręką   wyrwał   pistolet   małemu 

człowieczkowi, po czym zjechał na brzuchu po zboczu wału. Kiedy uniósł pistolet, poczuł 

szarpnięcie pocisku przy kołnierzu kurtki, zanim jeszcze usłyszał cichy wystrzał.

Mężczyzna z kucykiem był w połowie drogi, kiedy Corso wystrzelił po raz pierwszy. 

Pocisk ugodził jego prześladowcę w prawe ramię. Pistolet wypadł mu z ręki. Upadł na jedno 

kolano,   po   czym   zerwał   się   na   równe   nogi,   rozglądając   się   gorączkowo   wokół   w 

poszukiwaniu broni.

Corso wyczołgał się na górę wału.

- Nawet nie próbuj - powiedział tylko.

Mężczyzna   z   kucykiem   stał   nieruchomo,   trzymając   się   za   zranione   ramię.   Nagłe 

poruszenie przyciągnęło wzrok Corsa do sterty betonowych bloków. Karzeł uwolnił drugą 

stopę i klęczał teraz w trawie.

- Chodź tutaj - polecił Frank, lecz mały człowieczek tylko splunął na ziemię. Corso 

skierował pistolet w jego kierunku i wystrzelił. Kula uderzyła  w kawał betonu jakieś pół 

metra od głowy mężczyzny, wzbijając gejzer kamieni i pyłu. Karzeł skulił się, zasłaniając 

głowę rękami.

- Tutaj - powtórzył Corso. Tym razem karzełek podniósł się i pokuśtykał przez wał do 

kolegi.

- Kluczyki są w samochodzie - powiedział mężczyzna z kucykiem.

Corso ruszył w stronę wozu.

-   Lepiej   wyjedź   gdzieś   daleko   -   poradził   mu   karzeł   -   bo   to   jeszcze   nie   koniec, 

skurwysynu. - Wycelował palcem w Corsa. - Znajdziemy cię. Może nie dzisiaj. Może nie 

jutro. Ale możesz być tego pewien.

- Tę tłustą cipę ze szpitala też dorwiemy - dodał mężczyzna z kucykiem, uśmiechając 

się. - Lepiej pilnuj jej wielkiej dupy.

Jego usta poruszały się jeszcze, lecz Corso nie słyszał słów, ponieważ muzyka w jego 

głowie stała się ogłuszająca, przenikając go do szpiku kości. Kiedy uniósł pistolet, przybrała 

jeszcze na sile.

Z   odległości   dwóch   metrów   strzelił   karłowi   między   oczy.   Na   twarzy   mężczyzny 

pojawił się wyraz zaskoczenia. Upadł na kolana, a następnie na plecy, drgając konwulsyjnie.

Usta mężczyzny z kucykiem były szeroko otwarte, kiedy ukląkł przy swoim koledze.

background image

- Gerardo - wyszeptał, potrząsając ramieniem małego człowieczka, jakby chciał go 

obudzić. - Gerardo! - Zacisnął szczęki, ale było już za późno, by obrócił złość przeciwko 

Frankowi. Tłumik znalazł się nie więcej niż trzydzieści centymetrów od jego skroni. Corso 

nacisnął spust i mózg mężczyzny rozbryznął się po ciele jego towarzysza. Upadł na plecy i 

zamarł w bezruchu. Strużka krwi wypłynęła z kącika jego ust. Nagle zapadła cisza.

Corso   stał   przez   chwilę,   oddychając   głęboko   i   wsłuchując   się   w   szum   deszczu. 

Dopiero wtedy palący ból lewej dłoni dotarł do jego świadomości. Przyciskając rękę do piersi 

i jęcząc, podszedł do mężczyzn. Stał nad nimi przez chwilę na trzęsących się i niepewnych 

nogach, a potem wycelował i władował każdemu z nich jeszcze po kulce w głowę. A potem 

zaczął strzelać na oślep, dopóki nie opróżnił całego magazynka.

Ukląkł   na   kolanie.   Rzucił   pistolet   w   trawę   i   zdrową   ręką   przeszukał   obydwu 

mężczyzn. Wyjął z ich kieszeni portfele i nogą strącił z wału do wody najpierw jednego, a 

potem drugiego. W końcu podniósł pistolet i z całej siły cisnął go w bagno, po czym zaczął 

iść chwiejnym krokiem w kierunku samochodu.

37

Poniedziałek, 23 października, godzina 21.09

Recepcjoniście ani trochę nie podobało się to, co widział. Facet stojący przed nim 

wyglądał, jakby ostatni tydzień spędził pod mostem. Jedną rękę trzymał w kieszeni kurtki, 

jakby miał w niej pistolet albo co. Kiedy podszedł do kontuaru, recepcjonista wcisnął guzik z 

napisem OCHRONA.

- Ja do Roberta Downsa - wychrypiał mężczyzna.

Dopiero   kiedy   się   zbliżył,   recepcjonista   zauważył,   że   zostawiał   mokre   ślady   na 

dywanie. I że nie nosi skarpet. Ze jego spodnie są mokre od kolan w dół i że chociaż ma 

kurtkę zapiętą aż po szyję, w poprzek jego gardła biegnie wyraźna fioletowa pręga. Ponownie 

nacisnął guzik. A potem jeszcze raz.

- Numer pokoju? - zapytał.

- Nie znam numeru pokoju - odparł mężczyzna ostrym tonem.

- Nie mogę pana połączyć, skoro pan nie zna numeru pokoju.

- Proszę do niego zadzwonić - wychrypiał mężczyzna.

- Proszę powiedzieć, że na dole czeka Frank Corso i musi z nim porozmawiać.

W holu pojawili się dwaj hotelowi ochroniarze. Recepcjonista odetchnął z ulgą, kiedy 

skierowali się w stronę recepcji.

Facet musiał wyczytać coś w jego oczach, bo obejrzał się za siebie. Gwałtowny ruch 

background image

spowodował, że stęknął.

- Proszę - powiedział. - Wiem, że nie najlepiej wyglądam, ale proszę zadzwonić do 

pana Downsa.

Recepcjonista   uniósł   rękę.   Ochroniarze   zatrzymali   się   jakieś   dwa   metry   od 

mężczyzny. Wybrał numer i czekał przez chwilę.

-   Dzień   dobry   panu   -   przywitał   się.   -   Tu   Dennis   z   recepcji.   Tak,   proszę   pana. 

Przepraszam za kłopot, ale jest tu w holu ktoś, kto o pana pyta. - Słuchał przez chwilę, po 

czym popatrzył na nieznajomego.

- Frank Corso - powiedział mężczyzna.

- Frank Corso - powtórzył recepcjonista. Przycisnął słuchawkę mocniej do ucha.

- Ach, tak... Proszę pana, tak się zastanawiam, czy zamiast wysyłać  tego pana na 

górę... tak się zastanawiam, czy nie zechciałby pan zejść do niego do holu... - Skinął głową.

- Tak, proszę pana. Dziękuję. - Odłożył słuchawkę. - Pan Downs za chwilę tu będzie.

Chwila przedłużyła się do pięciu minut. W końcu Robert Downs pojawił się na dole. 

Miał na sobie czarny golf i pogniecione szare spodnie. Jego włosy były zmierzwione, a twarz 

spuchnięta. Podszedł do Corsa.

-   Poszedłem...   wcześnie...   -   wyjąkał.   Kiedy  się   zbliżył,   jego   wzrok  padł   na   szyję 

Franka. - Co się... - zaczął.

Corso przyciągnął go do siebie.

- Musimy iść na górę - wyszeptał.

Robert wahał się przez chwilę, ale w końcu skinął głową. Wziął Corsa pod ramię i 

odprowadzany nienawistnymi spojrzeniami ochroniarzy poprowadził go przez hol do windy. 

Czekali nie dłużej niż trzydzieści sekund. Gdy rozległ się przytłumiony dzwonek i drzwi 

kabiny się rozsunęły, Downs objął Corsa ramieniem w pasie i wciągnął do środka.

Nie rozmawiali w czasie drogi na trzecie piętro ani kiedy szli długim korytarzem. 

Przed pokojem Downsa Frank oparł się o ścianę. Młody człowiek trzy razy wkładał kartę do 

czytnika, zanim drzwi się w końcu otworzyły. Odsunął się na bok i wpuścił go do pokoju. 

Pokazał na fotel.

- Proszę siadać - powiedział. Corso potrząsnął głową i poszedł wolno do łazienki. 

Downs ruszył za nim. Frank skrzywił się, gdy pomału wyjmował lewą dłoń z kieszeni kurtki i 

wkładał ją do umywalki.

Czarna  skarpetka  okrywająca  jego dłoń była  przesiąknięta  krwią. Drugą skarpetkę 

miał nałożoną na prawą dłoń, kiedy jechał mercedesem, żeby nie zostawić odcisków palców 

na kierownicy.

background image

- Jezu - wyszeptał Downs i zaczął ściągać skarpetę z dłoni Corsa. Zatkał się otwór 

odpływowy umywalki. Frank jęknął, gdy Robert uniósł jego rękę i zdjął do końca skarpetkę.

- Teraz proszę się nie ruszać - powiedział i odkręcił wodę, po czym sprawdził palcem, 

czy nie jest za gorąca.

Zadowolony delikatnie włożył dłoń Corsa pod ciepłą strużkę. Frank raz jeszcze jęknął. 

Downs zmarszczył brwi, gdy odwrócił jego dłoń i obmył jej wierzch.

- To... - zaczął - rana postrzałowa.

- Miło wiedzieć, że lata studiowania na Harvardzie przynoszą jakieś efekty - wycedził 

Corso przez zaciśnięte zęby.

Wbrew sobie Robert się uśmiechnął.

- Niech pan się tym zajmie - poprosił Corso.

- Musimy pojechać do szpitala - oświadczył Downs. Corso potrząsnął głową.

- Nie mogę jechać do szpitala. Gdy zobaczą, że to rana postrzałowa, wezwą policję. 

Musi pan poradzić sobie z tym sam.

- Dłoń jest unerwiona - powiedział Downs. - Nie ma możliwości, żebym... - Rozejrzał 

się wokół. - W takim miejscu...

Corso przybliżył do niego twarz.

- Musi pan zrobić wszystko, co w pana mocy.

- Pana ręka może nigdy nie być w pełni sprawna.

- Jestem przygotowany na takie ryzyko.

Downs uniósł wzrok. Wyszedł z łazienki i przeczesał palcami włosy.

- Czy to... czy to miało związek ze śmiercią mojego ojca? - zapytał.

- Tak - odparł Corso.

- Czy wie pan, kto...

- Tak mi się wydaje.

Młody człowiek zamyślił się na chwilę. Corso wyobrażał sobie, że Downs na jednej 

szali  kładzie   zobowiązania  wobec  niego,   a  na  drugiej  swój   dyplom   lekarski.  Potem,  bez 

słowa, wrócił do łazienki, wziął Corsa ponownie za rękę i włożył ją pod ciepłą wodę, dopóki 

nie była oczyszczona z krwi, po czym przyłożył myjkę do rany.

- Niech pan się nie rusza - powiedział. - Przez chwilę będzie bolało. - Wziął ręcznik 

do rąk, zwinął go, po czym włożył go pod rękę Corsa. - Jeszcze chwila - wyszeptał, kiedy 

owijał ręcznikiem dłoń tak ciasno, jak tylko mógł. Na chwilę Frankowi pociemniało przed 

oczami. Kiedy kolana się pod nim ugięły, przytrzymał się umywalki.

Downs wziął Corsa pod ramię i zaprowadził do małej sofy stojącej przy oknie.

background image

-   Trzeba   zdjąć   kurtkę   -   powiedział   i   pomógł   Corsowi   zrzucić   okrycie.   Delikatnie 

popchnął głowę Franka do tyłu i obejrzał fioletową pręgę na jego szyi.

- Paskudne - wyszeptał do siebie. Corso wydawał się nie słyszeć.

- Czy w mieście jest jakaś apteka całodobowa? - zapytał Downs.

- Bartell’s przy Broadway Street - wychrypiał Corso.

- Jak tam dojechać?

Corso udzielił mu wskazówek.

- Zaraz wracam - powiedział młody człowiek.

Corso zaczekał, dopóki nie był pewien, że Robert Downs wyszedł, a potem uniósł 

kurtkę z podłogi. Położył na łóżku portfele i przejrzał je. Dwa prawa jazdy z Florydy: Gerardo 

Limón i Ramon Javier. Kubańczycy, zgadywał. Limón mieszkał w Miami, Javier był z Boca 

Raton. Rzucił prawa jazdy na sofę i siedział przez chwilę z odrzuconą do tyłu głową, starając 

się zebrać siły.

Poczuł mdłości. Chwiejąc się na nogach, podszedł do szafy wnękowej i otworzył ją. 

Na półce nad deską do prasowania znalazł to, czego szukał - dodatkową poduszkę. Zaniósł ją 

na sofę, gdzie, posługując się zdrową ręką i stopą, zdjął z niej powłoczkę.

Wyjął kluczyki do mercedesa z kieszeni spodni i wrzucił je do powłoczki, a następnie 

umieścił   tam   również  portfele  i   prawa  jazdy.   Podszedł   do  biurka,   podniósł  dużą  szklaną 

popielniczkę i wrócił do sofy. Dodatkowo obciążył nią powłoczkę.

Zawiązał ją na supeł i podszedł z tobołkiem do zasłon. Znalazł sznurek i odsłonił 

szklane drzwi. Wychodziły one na jeden z tych fałszywych balkonów, które były niewiele 

więcej niż barierką powstrzymującą gości przed wpadnięciem do cieśniny Puget. Kiedy oparł 

się   o   ścianę,   zbierając   siły,   przypomniał   sobie   pochodzące   z   lat   sześćdziesiątych   słynne 

zdjęcie Beatlesów, łowiących ryby z okna w tym hotelu. Potem do okien dodano te balkony i 

zakazano wędkowania.

Kiedy jego żołądek się uspokoił, otworzył drzwi balkonowe. Słyszał plusk fal i ostre 

krzyki mew. Wyczuwał zapach kreozotu i słonej wody. Opierając się o balustradę, otworzył 

usta, zamachnął się i rzucił tobołek przed siebie. Powłoczka uderzyła o powierzchnię wody, 

unosiła się na niej przez chwilę, a potem szybko zniknęła w odmętach.

Wysiłek wyczerpał go. Zatoczył się i upadł na sofę bez czucia. Śniło mu się, że lata. 

Wystarczyło   tylko,   by   rozpostarł   ramiona,   a   wiosenny   wiatr   niósł   go   ponad   gałęziami. 

Szybował i brykał po niebie w promieniach jasnożółtego słońca.

***

Kiedy   otworzył   oczy,   Robert   Downs   klęczał   przy   nim,   otwierając   niebiesko-białe 

background image

pudełko z bandażem. - Stracił pan przytomność - powiedział.

- Tak. - Tylko tyle zdołał wydusić z siebie Corso.

- To nawet lepiej. Dzięki temu nie wyszarpywał się pan, kiedy zszywałem ranę.

Corso spojrzał   na  rękę.  Postrzępiona   dziura  w jego dłoni   została  zszyta  czarnymi 

nićmi. Tak samo z tyłu.

-   Za   jakiś   tydzień   proszę   wziąć   nożyczki   do   paznokci,   przeciąć   supły,   a   potem 

wyciągnąć wszystkie kawałki nici - powiedział Downs. Popatrzył Corsowi w oczy, starając 

się coś z nich wyczytać.

- Dobrze się pan czuje? - zapytał. 

- Tak.

Wziął   rękę   Corsa   i   zaczął   ją   obandażowywać.   Kiedy   bandaż   się   skończył,   dłoń 

wyglądała jak ręka boksera gotowego do wyjścia na ring. Downs przykleił do końca bandaża 

kawałek taśmy i spojrzał na Franka.

- Muszę zadzwonić na lotnisko i przebukować lot - powiedział.

Corso przełknął ślinę.

- Niech pan wraca do Bostonu.

- Jeśli mogę coś zrobić...

Chwycił młodego człowieka za ramię i uścisnął je mocno.

- Leć do domu, synku. Wracaj do swojej dziewczyny. Ożeń się z nią. Nie masz tu nic 

do roboty.

- A pan...?

- Nic mi nie jest.

Robert Downs popatrzył Corsowi w oczy, po czym sięgnął do białej plastikowej torby, 

która leżała na podłodze. Wyciągnął plastikową buteleczkę i postawił ją na stole obok Corsa; 

potem wstał i poszedł do łazienki.

Corso  usłyszał  szum   wody.  Chwilę   później  Downs  wrócił   do  pokoju  ze   szklanką 

wody. Postawił ją obok buteleczki.

- Proszę brać trzy razy dziennie po dwie - powiedział, wytrząsając z buteleczki na dłoń 

dwie pomarańczowe kapsułki. - Przeciw infekcji. Proszę je wziąć do końca.

Kapsułki   stukały   o   zęby   Corsa   niczym   kamyki;   popił   je   wodą,   opróżniając   całą 

szklankę. Następnie uniósł swoją zabandażowaną rękę do gardła, skrzywił się i opuścił ją z 

powrotem na kolana.

- Zdezynfekowałem ranę na szyi - powiedział Downs. - Trudno na razie orzec, czy 

zostanie po niej blizna. Zagoi się, ale nie mogę teraz nic zrobić, żeby to lepiej wyglądało.

background image

Corso wyszeptał słowa podziękowania i wstał. W tym momencie zauważył, że nie ma 

na   sobie   spodni.   Rozejrzał   się   po   pokoju   i   zobaczył,   że   wiszą   na   kaloryferze.   Przeszedł 

ostrożnie przez pokój, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Włożenie spodni 

zajęło dwa razy więcej czasu niż zwykle i prawdopodobnie nie udałoby mu się nigdy zapiąć 

paska, gdyby Downs nie zlitował się nad nim i nie pomógł. Corso usiadł na brzegu łóżka.

- Nie ma pan jakichś skarpetek? - zapytał. Downs zmarszczył brwi.

-   Pewnie,   że   mam   -   odparł.   Po   mniej   więcej   trzydziestu   sekundach   grzebania   w 

walizce wyjął zrolowane, włożone jedna w drugą, sportowe skarpety. - Czyste - oznajmił, 

rozdzielając je i rzucając na kolana Franka.

Ze skarpetkami poszło łatwiej niż ze spodniami, podobnie z butami. Corso popatrzył 

na swoją pierś. Zielona koszulka polo była poplamiona krwią i ubrudzona trawą i kawałkami 

drewna. Ściągnął ją przez głowę i rzucił na podłogę. Uśmiechnął się do Roberta Downsa.

- Prędzej czy później to musiało się stać.

Downs sprawiał wrażenie zmieszanego.

- Co takiego, panie Corso?

- To, że ktoś ściągnie panu koszulę z grzbietu. Młody człowiek popatrzył na swój golf.

- Ma pan na myśli to? - Dotknął ręką materiału. - Mój golf?

- Właśnie on - powiedział Corso.

- Jest brudny. Nosiłem go kilka...

- Nieważne.

Robert wzruszył ramionami i ściągnął golf przez głowę. Wyciągnął rękę do Corsa, 

lecz nagle zmienił zdanie i cofnął ją. Przełożył golf przez głowę Franka. Naciągnięcie rękawa 

na lewą rękę przyprawiło Corsa o zadyszkę. Rękawy były kilka centymetrów za krótkie, ale 

poza tym golf pasował.

Robert Downs poprawił go, a potem cofnął się, podziwiając swoje dzieło.

- Jak na człowieka, który jednego wieczoru został postrzelony i prawie uduszony, 

wygląda pan całkiem nieźle - ocenił.

- Rozumiem, że mam to uważać za komplement. Downs pomógł mu włożyć kurtkę, a 

potem ją oczyścił.

- Jedzie pan do domu?

- Wolałbym nie okłamywać swojego lekarza - odrzekł Corso, przeszukując kieszenie 

kurtki. Wyjął  drugą skarpetkę i rzucił ją na koszulę leżącą na podłodze. W wewnętrznej 

kieszeni znalazł kserokopie rachunków, niemal całkowicie przemoczone, ale do odczytania. Z 

innej kieszeni wyjął komórkę. Wytarł ją o bok kurtki, po czym włączył kciukiem. Działała. 

background image

Chciał ją przełożyć do drugiej ręki, jednak rozmyślił się i położył telefon na łóżku. Wybrał 

numer.

-   Proszę   o   taksówkę   do   Edgewater   Hotel   -   powiedział.   Odwrócił   się   do   Roberta 

Downsa. - Dziękuję, że pan się mną zajął.

Młody człowiek wzruszył ramionami.

- Jesteśmy kwita. Corso skinął głową.

- Powinien pan trochę odpocząć - zauważył Robert. Frank uśmiechnął się blado.

- Dziękuję, panie doktorze.

- Mówię poważnie.

- Zobaczę, czy pewna pani nie ma trochę maślanki - powiedział Corso.

38

Poniedziałek, 23 października, godzina 23.23

Jedno błękitne oko. Trzy mosiężne łańcuchy. Tyle udało mu się dojrzeć przez szparę 

w drzwiach.

- Jest już późno - wyszeptała. - Jutro mam egzamin. Nie mogę...

- Zajmę tylko chwilę - zapewnił ją Corso.

- Chodzi o Donalda? - Tak. Westchnęła.

- To już przeszłość. Nie chcę...

- To dotyczy również pani - powiedział. - Chyba lepiej będzie, jeśli pani otworzy te 

drzwi.

Wbrew   jego   radzie   drzwi   się   zamknęły.   Czekał   w   milczeniu   przez   chwilę, 

zastanawiając się, czy wróciła do łóżka, ale w końcu usłyszał brzęk łańcuchów.

Marie Hall miała na sobie jedną z tych luźnych flanelowych koszul nocnych, które tak 

lubią samotne kobiety w zimne noce - spraną i z różyczkami na dole - a do tego błękitne 

skarpetki  ze   Strusiem  Pędziwiatrem.  Zamknęła   drzwi  za   Frankiem  i   stanęła   z  rękami  na 

biodrach.

-   Być   może   dla   takiego   słynnego   pisarza   jak   pan,   panie   Corso,   to   jest   środek 

popołudnia, ale ja muszę pracować na życie, więc bardzo proszę jak najszybciej powiedzieć, 

co uważa pan za tak ważne, żeby zawracać mi głowę o tej porze.

- Chcę, żeby wyznała mi pani prawdę. Zaczęła nerwowo stukać nogą.

-   Zaczyna   mnie   pan   wkurzać,   wie   pan?   Wtajemniczyłam   pana   w   swoje   życie 

prywatne. Odpowiedziałam na pana pytania. A pan ośmiela się nachodzić mnie w środku 

nocy i jeszcze mnie obraża! - Otworzyła drzwi. - Pan wybaczy, ale... - Pokazała ręką na 

background image

korytarz. Corso ruszył jednak w przeciwnym kierunku.

- Nie sądzę, żeby chciała pani, żeby sąsiedzi to słyszeli.

- Wynoś się pan!

- Chcę się dowiedzieć, jak to było z tymi pieniędzmi.

- Mam wezwać policję?

- Założę się, że policjantów bardzo zaciekawi to, co mam do powiedzenia.

Zamknęła drzwi i ruszyła  do telefonu wiszącego na ścianie kuchni. Corso ciągnął 

dalej:

- Chętnie usłyszą na przykład o tym, że pani mąż, Donald, był jednym z przysięgłych 

w czasie drugiego procesu Balaguli. - Zamarła ze słuchawką uniesioną do ucha.

- A także o tym, że sprzedał się Nicholasowi Balaguli za jakieś sto tysięcy dolców, i o 

tym, że udało się pani w jakiś sposób pozbawić go połowy tych pieniędzy.

- Pieniędzy? Nie było żadnych pieniędzy - odparła, naciskając klawisz na telefonie. 

Popatrzyła na Corsa wymownie, jakby dawała mu znać, że ma ostatnią szansę na wyjście.

- Jeśli wciśniesz drugi klawisz, Marie, gliniarze przyjadą. Bez względu na wszystko. 

Nie będzie możliwości wycofania się. - Jej palec zadrżał. - Wiesz, co myślę? - zapytał Corso. 

Nie odpowiedziała. - Myślę, że gdybym dokładnie sprawdził, na pewno odkryłbym, że uwiłaś 

sobie gdzieś przytulne gniazdko. Trochę włożyłaś w czesne w college’u, trochę też

- pokazał ręką dookoła pokoju - w te wszystkie ładne mebelki - zaczęła protestować, 

Corso jednak tylko machnął ręką - ale resztę na bank umieściłaś w jakimś milusim funduszu 

inwestycyjnym albo czymś takim.

- Nie bądź...

-  Tak  sobie  myślę,   że  gdybym   pojechał  do  ciebie   do pracy i  rozpytał   się  wokół, 

odkryłbym, że przez większą część poprzedniego lata nie jeździłaś do pracy autobusem tak 

jak zwykle. Założę się, że docierałaś tam żółtym pikapem.

- Zwariowałeś, wiesz? - Ton jej głosu był pewny, wzrok twardy, dolna warga jednak 

drżała.

- Donald nie potrzebował samochodu. Siedział zamknięty w hotelu w centrum miasta. 

- Corso sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki. Wyjął z niej listę wydatków przysięgłych i 

rzucił ją na stół. - Zamawiał każdego wieczoru na kolację steki i popijał je maślanką.

- Wynoś się stąd.

Odwrócił się na pięcie i skierował do drzwi. Zatrzymał się z ręką na gałce.

- Wyjdę - oznajmił. - Nie zajmuję się straszeniem ludzi. Ale musimy to wyjaśnić. - 

Wydawała się uważać, więc ciągnął: - Dwoje niewinnych  ludzi zginęło dlatego, że tobie 

background image

zapłacono za milczenie. - Pogroził kobiecie palcem. - Ostrzegam cię, Marie. Od jutrzejszego 

ranka zacznę rozpytywać o ciebie. Za tydzień będę wiedział o tobie i twoim życiu rzeczy, 

których nawet ty nie wiesz. Będę znał cię lepiej niż twoi rodzice i kochankowie. - Ponownie 

pogroził jej palcem. - Jeśli odkryję, że zrobiłaś cokolwiek, bezpośrednio czy pośrednio, co 

pomoże Nicholasowi Balaguli pozostać na wolności, to nie tylko podam to do publicznej 

wiadomości, ale o wszystkim zawiadomię prokuraturę.

Dla lepszego efektu trzasnął drzwiami i zaczął schodzić po schodach, głośno tupiąc. 

Zdążył dotrzeć zaledwie na półpiętro, kiedy drzwi na górze się otworzyły.

- Proszę - powiedziała stłumionym głosem. - Mam tak niewiele.

Zaczęła  szlochać. Zanim Corso zrozumiał,  o czym  mówi,  zniknęła  w mieszkaniu, 

zostawiając drzwi szeroko otwarte.

Stał u podstawy schodów. Rozpoznał tę dziwną mieszankę triumfu i odrazy, którą 

zawsze czuł w takich chwilach jak ta, kiedy udało mu się zrobić wyrwę w zestawie prawd, 

półprawd i zwyczajnych kłamstw, które tworzą historię naszego życia.

Niespiesznie  wszedł  z   powrotem  na   górę.  Po  wejściu  do  mieszkania   rozejrzał  się 

wokół.

Nie   zamknęła   drzwi   do   łazienki.   Klęczała   przed   sedesem.   Odgłosy   torsji   drapały 

powietrze jak papier ścierny.

Przeszedł do salonu, podchodząc do wieży stereo, skąd już jej nie widział. Odgłos 

dalej   jednak dobiegał   do jego  uszu.  Zaczął  przeglądać  płyty  CD.  Heart.   Barry Manilow. 

Barbra Streisand. Wszelkie odmiany muzyki  łatwej, lekkiej i przyjemnej. W odtwarzaczu 

płyta Ricky’ego Martina. Obok - Sarah McLachlan.

Kiedy uniósł wzrok, stała w przedpokoju z ręcznikiem przyciśniętym do ust.

- Opowiedz mi o wszystkim - poprosił.

- To nie byłam ja! - zaszlochała.

- Wiem. Chcę tylko wiedzieć, jak to się odbyło.

- Przyszli któregoś wieczoru. Jakieś dwa dni po rozpoczęciu procesu.

- Jesteś pewna, że to było tak wcześnie? - zdziwił się Corso.

- Na sto procent - odparła. - W pierwszą środę.

- Kto przyszedł?

- Trzej mężczyźni.

- Jak wyglądali?

Opisała ich. Starszy mężczyzna mówiący ze wschodnioeuropejskim akcentem i dwóch 

Latynosów.   Jeden   wysoki,   drugi   niski.   Starszy   Europejczyk   wydawał   rozkazy.   Corso 

background image

domyślił się, że był to Michaił Iwanow w towarzystwie naszych drogich nieobecnych Gerarda 

Limóna i Ramona Javiera.

- I co się stało?

- Wtargnęli do mieszkania. - Znów zaczęła szlochać.

- Spokojnie - powiedział. - Po prostu mi o tym opowiedz.

Ukryła twarz w ręczniku i płakała przez dłuższą chwilę.

- Kazali mi zadzwonić do Donalda - wyznała, kiedy w końcu się uspokoiła.

- Mogłaś dzwonić do męża?

- Codziennie wieczorem pomiędzy siódmą trzydzieści a ósmą trzydzieści.

- Bezpośrednio?

- Oj, nie. Najpierw telefon odbierał policjant, który się upewniał, kto dzwoni. Trzeba 

było podać kod i dopiero po chwili łączyli.

- Więc zadzwoniłaś do męża. Co stało się potem? Wyglądała, jakby miała się znowu 

rozpłakać.

- Nie wiem - odparła. Jej usta drżały. - Przyłożyli mi pistolet do głowy. Zabrali mnie 

do sypialni, podczas gdy ten starszy gość rozmawiał z Donaldem.

- A potem?

- Po chwili ten gość wszedł i powiedział, że Donald chce ze mną mówić. - Wytarła 

usta ręcznikiem, po czym rzuciła go na oparcie krzesła. - Donald powiedział, że nie mogę 

nikomu mówić o wizycie tych ludzi. Powiedział, że to bardzo ważne. Ze nasze życie od tego 

zależy.

- Zgodziłaś się utrzymać to w tajemnicy? Skinęła głową, robiąc pełną żałości minę.

-   To   najlepsze,   co   mogłaś   zrobić   -   przyznał   Corso.   Wielkie   łzy   spływały   jej   po 

policzkach.

- Mogłam...

- Gdyby któreś z was odmówiło, zabiliby cię na miejscu. Donald ich nie widział. Ty 

byłaś   jedynym   naocznym   świadkiem.   Nic   nie   ryzykowali.   Gdyby   Donald   zawiadomił  o 

wszystkim policję, proces zostałby unieważniony, a ktoś znalazłby twoje ciało.

- Nie rozumiem - wybąkała.

-   Jeśli   nie   mylisz   się   co   do   daty   ich   wizyty,   od   samego   początku   mieli   listę 

przysięgłych.   Szukali   słabego   ogniwa  i  znaleźli   Donalda.   Miał   hopla   na   punkcie 

wykształcenia syna. Zalegał w opłatach za czesne na Harvardzie. Podnieśli hałas, że wyrzucą 

jego dzieciaka. Złożył podanie o kredyt, ale odrzucono je. Donald był dokładnie tym, kogo 

szukali.

background image

- Jakiś miesiąc później znalazłam w skrzynce pokwitowanie.

- Jakie pokwitowanie?

- Z Harvardu. - Wyglądała na zmieszaną. - Otworzyłam kopertę nad parą.

- Opłacił całe czesne.

- Czterdzieści dwa tysiące dolarów.

- Wtedy dodałaś dwa do dwóch. Skrzyżowała ramiona na piersi.

- Nieważne, co pan sobie o mnie myśli, panie Corso, nie jestem głupia. Oczywiście, że 

się wszystkiego domyśliłam. - Wpatrzyła się we Franka, jakby chciała, żeby się nie zgodził. - 

Wie pan, co usiłował mi wmówić? - Nie zaczekawszy na odpowiedź, dodała: - Usiłował mi 

wmówić, że pieniądze, które wysłał na Harvard, to wszystko, co dostał. Że znów jest bez 

grosza.

- A ty co na to?

- Powiedziałam, że opłata za czesne na Harvardzie wynosiła czterdzieści dwa tysiące. 

Opłata za moje milczenie wynosi dokładnie tyle samo.

- Zapłacił?

- Żałuję, że nie zażądałam więcej.

- Czy odkryłaś, ile dokładnie dostał? Potrząsnęła głowa i znów zaczęła płakać.

- Co się ze mną stanie? - zapytała, chlipiąc. - Pójdę do więzienia?

- Jesteś współwinna przekupstwa i zastraszania przysięgłych. Jeśli prokurator będzie 

chciał być wredny, oskarży cię również o utrudnianie śledztwa w sprawie o morderstwo i 

składanie fałszywych zeznań.

- To nie fair! - krzyknęła. - Zasłużyłam na każdą dziesięciocentówkę z tych pieniędzy! 

Żyłam z nim tyle lat, obywając się bez tylu rzeczy... Miałam prawo... ja tylko wzięłam, co mi 

się należało.

- I tak zapłacisz mniejszą cenę niż Donald.

Uniosła wzrok, przestając na chwilę użalać się nad sobą.

- Nie rozumiem. Było już po wszystkim. Dlaczego zabili Donalda?

- Podejrzewam, że znów próbował coś od nich wyciągnąć.

- Jak to?

- Jego syn potrzebował pieniędzy na otwarcie prywatnej praktyki. Pewnie nigdy tego 

nie udowodnię, ale myślę, że Donald dowiedział się pewnego dnia, że Balagula wraca do 

Seattle na następny proces, i postanowił znów go naciągnąć. - Pokręcił ze smutkiem głową. - 

Co akurat w przypadku kogoś takiego jak Balagula było bardzo złym pomysłem.

Zebrała się w sobie.

background image

- Nie będę zeznawać - powiedziała. Ton jej głosu sprawił, że Corso jej uwierzył. - Nie 

zamierzam  spędzić  reszty życia  w strachu, oglądając się za siebie,  czekając  na cios. Nie 

zniosłabym tego. Wolę już iść do więzienia.

Z   trudem   powstrzymał   się   od   uśmiechu.   Było   dokładnie   tak,   jak   mówiła   Renee. 

Najpierw ich postrasz, a potem zaproponuj drogę wyjścia.

- A gdybym ci powiedział, że jest sposób na to, żebyś uniknęła zastraszenia przez 

Balagulę i może nawet nie poszła do więzienia?

W jej oczach pojawiły się iskierki nadziei.

- Och, proszę... - zaszlochała.

- Musiałabyś zrobić to, co ci powiem.

- Zrobię.

- Musiałabyś być dobrą aktorką.

Usiadła prosto, jakby była w szkole. Poprawiła koszulę nocną.

- Co mam zrobić? Proszę tylko powiedzieć, a to zrobię.

- Wszystko, co musisz zrobić, to gdzieś zadzwonić - oznajmił Corso z uśmiechem.

39

Wtorek, 24 października, godzina 9.11

Kartki zatrzepotały, kiedy książka przeleciała przez salę i uderzyła Corsa w pierś.

- Kto cię prosił, żebyś płacił za mój pobyt w szpitalu? - zapytała Dougherty. Siedziała 

na łóżku w kitlu chirurgicznym. Zrobiła zagniewaną minę. Joe Bocco skulił się na krześle, 

ukrywając uśmiech za dłonią.

- Niech cię diabli, Corso. Gdybym potrzebowała twojej pomocy, poprosiłabym o nią. - 

Rozglądała się przez chwilę po sali, szukając następnej rzeczy, którą mogłaby w niego rzucić, 

ale nie znalazła nic, co nie byłoby połączone z nią lub jej łóżkiem.

Corso schylił się i uniósł książkę.

- Dobra? - zapytał.

- Ponura - odparła, po czym wycelowała w niego długi, wymanikiurowany palec. - 

Nie zmieniaj tematu.

Bocco wstał z krzesła.

- Nie obraźcie się - rzekł z pełnym wyższości uśmieszkiem - ale wolę poczekać na 

korytarzu, aż wyjaśnicie sobie wszystko.

Podszedł do drzwi, otworzył je i pozwolił sobie na ostatnie potrząśnięcie głową, zanim 

zniknął im z oczu.

background image

Corso zbliżył się do łóżka i rzucił książkę na kolana Meg.

- Wygląda na to, że czujesz się trochę lepiej.

-   Czułam   się   lepiej   do   momentu,   gdy   zapytałam   o   swój   rachunek   w   szpitalu,   i 

przyszedł do mnie ten Crispy i powiedział, że wszystko już zapłacone.

- On się nazywa Crispin - poprawił ją Corso.

- Wszystko jedno. - Sięgnęła po książkę. Corso zrobił krok do tyłu.

- Nie chciałem cię stracić.

- Coś ty powiedział?

- Powiedziałem, że nie chciałem cię stracić.

- Nie potrzebuję żadnych podtatusiałych lowelasów. Nie chcę być niczyją utrzymanką. 

Jestem dorosła, w pełni sprawna i niezależna finansowo. Gdybym chciała... - Zawiesiła głos. 

Nagle   rozpogodziła   się.   -   Jezu,   Corso,   przestań   się   o   mnie   troszczyć.   Zniszczysz   mi 

wizerunek.

- To tylko pieniądze - powiedział.

- Nie masz szacunku dla pieniędzy.

- Pieniądze nie są ważne, chyba że się ich nie ma.

- Łatwo ci mówić.

- Uważałem tak samo, kiedy ich nie miałem. Nigdy o nie nie dbałem. - Machnął ręką. 

- Jestem jak sito: forsa po prostu przeze mnie przelatuje.

Ruch   jego   prawej   ręki   przyciągnął   wzrok   Meg   do   jego   lewej   dłoni,   która   tkwiła 

głęboko w kieszeni spodni.

- Czemu trzymasz rękę w kieszeni? - zapytała.

- Co? To już nie wolno trzymać rąk w kieszeni?

- Nie, jeśli się jest Frankiem Corso. To zupełnie nie w twoim stylu - orzekła. - Co się 

dzieje? - Corso nie odpowiedział.  - I jeszcze ten kretyński  golf. Wyglądasz  jak postać z 

marnego zagranicznego filmu.

Ostrożnie wyjął zabandażowaną rękę z kieszeni.

- Miałem mały wypadek - wyjaśnił. - Oparzyłem się przy gotowaniu.

- Przy gotowaniu - powtórzyła. 

- Tak.

- Chodź tutaj - poleciła. Nie ruszył się z miejsca. - No chodź - nie dawała za wygraną.

Tym   razem   Frank   posłuchał.   Podszedł   do   łóżka.   Przyjrzała   się   mu,   po   czym 

wyciągnęła rękę i odchyliła kołnierz golfu. Skrzywiła się.

-   O   w   mordę,   Corso.   To   wygląda   naprawdę   paskudnie.   Zupełnie   jakby   to,   co 

background image

próbowałeś ugotować, chciało ci się odwdzięczyć tym samym.

- Zabieram ze sobą Joego - powiedział. Puściła materiał.

- Zdaje się, że potrzebujesz go bardziej niż ja.

- Tak.

- Przestaniesz finansować moje leczenie i powiesz Crispy’emu, że odtąd będę płacić 

za siebie, dobrze?

- Jasne.

Przypatrzyła się mu uważnie.

- Ty kłamco. Nie masz najmniejszego zamiaru tego zrobić, co?

- Nie.

- W takim razie zabieraj się stąd. Jeśli nie zamierzasz mi okazywać szacunku, wynoś 

się.

Corso wsunął zranioną dłoń do kieszeni kurtki i w milczeniu wyszedł na korytarz. Joe 

Bocco opierał się o ścianę.

- I jak? Wyjaśniliście już sobie wszystko? Corso nic nie odpowiedział.

- Już nie musisz tu tkwić - oświadczył.

- Więc nasi przyjaciele...

- Nie wrócą - dokończył za niego Frank.

Niemal mógł zobaczyć, jak w mózgu ochroniarza obracają się trybiki.

- W takim razie wydaje mi się, że muszę ci oddać...

- Będę cię potrzebował dziś w nocy. I Marona też.

- A co trzeba będzie zrobić? Corso mu wyjaśnił.

- Mówisz, że ten gość jest zawodowcem?

- O, to pewne.

- Wygląda na to, że trzeba będzie nająć jeszcze kogoś dodatkowego do pomocy.

- Masz kogoś konkretnego na myśli?

- Kobitkę, z którą pracowałem już kilka razy. Na pewno się przyda.

- Weź ją.

- O której to ma być?

- Myślę, że zaczniemy punkt jedenasta.

- Jeśli gość jest ostrożny, powinniśmy być na miejscu wcześniej.

- Ten gość jest bardzo ostrożny - powiedział Corso. - I bardzo niebezpieczny.

- To będzie cię sporo kosztowało - oznajmił Joe Bocco.

- Też mi nowina.

background image

Wtorek, 24 października, godzina 9.22

Michaił  Iwanow  nabrał   powietrza   w  płuca  i   zakaszlał  w  dłoń.  Głos  nie   może  go 

zdradzić.   Wiedział,   że   błędem   byłoby   nie   doceniać   Ramona   i   Gerarda.   Uzupełniali   się 

nawzajem. Siły jednego maskowały słabości drugiego. Ramon był bystry, ale odrobinę za 

introspektywny jak na człowieka swojej profesji. Gerardowi brakowało trochę inteligencji i 

finezji,   ale   nadrabiał  to  tym  zwierzęcym   instynktem,   który  pozwala   wyczuwać  trzęsienia 

ziemi z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Przemyślał   to   już   wcześniej   i   doszedł   do   wniosku,   że   ostateczne   rozliczenie   z 

Gerardem i Ramónem nastąpi po ich powrocie do Bay Area, dzięki czemu będzie miał więcej 

czasu na opracowanie scenariusza ich całkowitego wyeliminowania.

Wystukał numer. Telefon zaczął dzwonić i dzwonić. Stał z aparatem przyciśniętym do 

ucha   przez   pełne   dwie   minuty,   zanim   zrezygnował.   Nie   mógł   sobie   przypomnieć,   żeby 

kiedykolwiek nie odebrali. Doszedł do wniosku, że pewnie źle go połączyło, i spróbował raz 

jeszcze, ale z tym samym skutkiem.

Michaił   Iwanow   był   szczerze   zaniepokojony,   kiedy   otworzył   drzwi   i   wyszedł   na 

korytarz. Widok, który tam zobaczył, zepsuł mu nastrój do reszty.

W korytarzu stał sutener. Oddalony dwadzieścia metrów od niego, pukał do drzwi 

Nica.

- Mogę w czymś pomóc? - zapytał spokojnie Iwanow, ruszając w jego kierunku.

-   A   pewnie,   że   tak,   cholera   jasna   -   odparł   mężczyzna.   Wprawne   oko   Iwanowa 

dostrzegło,   że   jego   prawa   ręka  jest   napięta,   jakby   trzymał   coś   ciężkiego.   Szedł   dalej, 

dochodząc w końcu do mężczyzny.

- Co mogę dla pana zrobić?

Ospowata,   pokryta   zmarszczkami   twarz   była   jeszcze   bardziej   wymizerowana   niż 

ostatnim razem. Wyglądał, jakby nie spał od paru nocy.

- Spaprał mi chłopaka.

- Otrzymał pan zapłatę za jego usługi - odparł Iwanow.

- W środku - powiedział mężczyzna. - Rozerwał mu tam wszystko.

- Lepiej będzie, jeśli pan sobie pójdzie - poradził mu Iwanow.

Mężczyzna poczerwieniał.

- Nie słyszysz, skurwysynu? Lekarze mówią, że... Kiedy zaczął wyjmować rękę z 

kieszeni, Michaił Iwanow  był już gotowy. Chwycił go żelaznym uściskiem za nadgarstek i 

uniósł wysoko jego rękę. Srebrny nóż zabłysł w świetle. Kiedy mężczyzna popatrzył w górę 

na swoją broń, Iwanow kopnął go kolanem w krocze, a potem, kiedy alfons zgiął się wpół z 

background image

bólu, jeszcze raz w twarz. Po chwili sutener leżał na plecach w hotelowym korytarzu, podczas 

gdy Iwanow stał nad nim, poprawiając garnitur i przyglądając się nożowi.

Pomiędzy stęknięciami mężczyzna próbował coś powiedzieć.

- Dopadnę cię... Jeszcze cię...

Iwanow   przycisnął   kolanem   pierś   mężczyzny,   tak   że   nie   mógł   on   oddychać.   Ku 

przerażeniu sutenera włożył mu ostrze noża do ust.

- To, co zrobisz, mój przyjacielu, to wsiądziesz do windy, pojedziesz na dół do holu, a 

potem pobiegniesz ile sił w nogach z powrotem do tego zaszczurzonego chlewu, w którym 

takie wypierdki jak ty mieszkają. A kiedy już tam będziesz - zadzwonił ostrzem noża o zęby 

mężczyzny - podziękujesz Bogu, że darowałem ci życie.

Iwanow pokręcił dwa razy dłonią. Mężczyzna wydał żałosne wycie. Iwanow wstał. 

Głos mężczyzny brzmiał, jakby płukał gardło. Przyłożył ręce do ust. Przez chwilę wpatrywał 

się z niedowierzaniem w zakrwawione dłonie, a potem z powrotem przyłożył je do rozciętych 

warg. Kiedy z mozołem wstawał, krople krwi z rozciętych kącików ust spadły na czerwony 

chodnik i znikły.

Krew spływała pomiędzy jego palcami, kiedy czekał na windę. Chwiał się, zawodząc i 

kołysał do przodu i do tyłu, zupełnie jakby tańczył w rytm muzyki, którą tylko on słyszał.

Iwanow   starannie   wytarł   nóż   w   chodnik   i   schował   do   kieszeni.   Kiedy   spojrzał 

ponownie na korytarz w kierunku windy, po sutenerze nie było śladu.

Wtorek, 24 października, godzina 10.02

Niebo miało różne odcienie szarości: jaśniejszy na zachodzie ponad Elliott Bay, gdzie 

Bainbridge Island było  niewiele więcej  niż plamą we mgle; ciemniejszy i groźniejszy na 

wschodzie, gdzie zaciągało się ponad budynkami Beacon Hill.

Corso stał na rogu Drugiej Alei i Royal Brougham Way. Wybrał właśnie to miejsce, 

ponieważ leżało dokładnie pomiędzy Safeco Field i nowym stadionem futbolowym,  który 

microsoftowy miliarder Paul Allen zbudował za własne pieniądze dwie przecznice dalej. W 

tej dzielnicy limuzyny były normalnym widokiem dwadzieścia cztery godziny na dobę przez 

siedem   dni   w   tygodniu.Lśniący   cadillac   zatrzymał   się   bezgłośnie   tuż   przy   nim.   Drzwi 

otworzyły się, jak mu się zdawało, automatycznie. Renee Rogers siedziała na odchylanym 

siedzeniu, twarzą do tyłu samochodu, z aktówką na kolanach. Miała nieodgadniony wyraz 

twarzy superprofesjonalistki.

Corso wsiadł i zamknął drzwi. Po drugiej stronie rozległej, obitej brokatem kanapy 

siedziała prokurator generalna Stanów Zjednoczonych. Wyglądała bardziej jak miła ciotka 

albo małomiasteczkowa bibliotekarka niż szefowa prokuratury najpotężniejszego państwa na 

background image

świecie. Samochód ruszył Royal Brougham Way.

Przyjrzała się Corsowi.

- Widziałam pana kiedyś w Good Morning America. Nie wiedziałam, że jest pan aż 

tak wysoki.

Corso nie bardzo wiedział, jak zareagować, więc tylko skinął głową. Wysunęła brodę.

- Nigdy nie odbyliśmy tej rozmowy. Rozumie pan? 

- Tak.

Popatrzyła na Renee.

- Pani Rogers twierdzi, że wymyślił pan sposób na wyjście z tej godnej pożałowania 

sytuacji.

- Mam nadzieję, że tak.

- W takim razie słucham.

- To wymaga powrotu do drugiego procesu - zaczął Corso.

Prokurator generalna uniosła brwi.

- Jeśli pani Rogers może wytrzymać to wspomnienie, to ja również.

- Cała historia zaczyna się od niejakiego Donalda Bartha. Był przysięgłym podczas 

drugiego procesu.

Spojrzała na niego znad okularów.

- W jaki sposób doszedł pan do tego wniosku, panie Corso? Dane przysięgłych zostały 

dawno temu zniszczone.

Opowiedział jej, że Balagula od samego początku dysponował listą przysięgłych. O 

Berkley Marketing, Allied Investigations i Henderson, Bates & May. I w końcu o przyznaniu 

się Marie Hall.

- Niech mnie diabli! - wykrzyknęła. - Proszę mówić dalej.

Słuchając,  wyjęła   zestaw do  czyszczenia  szkieł   ze  schowka  w drzwiach  i  zaczęła 

przecierać okulary. Bez grubych soczewek powiększających wyglądała starzej. Nie odezwała 

się, aż skończył i oparł się na siedzeniu.

Umieściła okulary na nosie i westchnęła.

-  Kiedy  powiedziałam   pańskiemu  wydawcy,  Noelowi  Crossmanowi,  że   pozwalam 

panu na uczestniczenie w procesie, miałam nadzieję, że uda się zamknąć tę sprawę.

W aucie zapadła cisza.

- Odpowiedź, oczywiście, może być tylko jedna. - Zerknęła na Renee Rogers, a potem 

na Corsa. - Jeśli uda się zrealizować pański scenariusz... - wzruszyła ramionami - stanie się 

częścią naszego planu, który ma na celu wsadzenie Nicholasa Balaguli za kratki.

background image

- Oczywiście - zgodził się Corso.

- Jeśli natomiast coś pójdzie nie tak... - wydęła wydatne usta - wtedy... - Popatrzyła na 

Corsa z wypranym z emocji wyrazem twarzy.

- Wtedy departament wyprze się, że cokolwiek wiedział o tej akcji - dokończył Corso 

za nią.

Przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do niego.

- Skąd ten cytat? - zapytała.

- Z Mission Impossible. Głos nagrany na taśmie zawsze mówił to, zanim wiadomość 

ulegała spaleniu.Przestała się uśmiechać.

- Właśnie to zrobimy - powiedziała.

- Pani Rogers musi mieć uprawnienia do zawarcia umowy. Musi być upoważniona do 

zaproponowania...

Prokurator generalna uniosła rękę.

- Jeśli sprawa zakończy się szczęśliwie, działania pani Rogers zostaną uznane za część 

planu,   a   jej   uprawnienia   do   zawierania   umów   zostaną   zatwierdzone   bezpośrednio   przeze 

mnie.

- A jeśli nie zakończy się szczęśliwie? - zapytał Corso.

- Wtedy uznamy,  że znacznie przekroczyła  swoje uprawnienia i wszystkie umowy 

przez nią zawarte siłą rzeczy będą nieważne i pozbawione mocy prawnej. - Machnęła ręką.

- W najlepszym razie. - Zawiesiła głos dla lepszego efektu.

- Nawet jeśli wszystko pójdzie zgodnie z pańskim panem, panie Corso, elektoratowi to 

się nie spodoba. - Corso chciał coś powiedzieć, ale prokurator generalna nie dopuściła go do 

głosu. - Ludzie lubią proste rozwiązania: dobro zwycięża, zło przegrywa. Ta sprawa może ich 

doprowadzić do szału. - Siedziała przez chwilę, tocząc w myślach dyskusję z sobą samą. - 

Nigdy nie odbyliśmy tej rozmowy - powiedziała w końcu. Poprawiła się na tylnej kanapie i 

wyjrzała przez okno.

Jechali w milczeniu.

- Rozumiecie? - zapytała.

Potwierdzili.   Musiała   mieć   jakiś  znak   umówiony   z   kierowcą   lub   ukryty   przycisk, 

ponieważ kilka chwil później samochód zatrzymał się przy krawężniku na Royal Brougham 

Way, dokładnie po przeciwnej stronie ulicy od miejsca, w którym Corso wsiadł do niego 

dwadzieścia minut wcześniej. Drzwi auta się otworzyły.

-  Wybaczcie  -  powiedziała   prokurator  generalna   -  ale   o  wpół   do  dwunastej  mam 

konferencję prasową.

background image

Corso   wysiadł   na   deszcz,   pochylił   się   i   wyciągnął   rękę   do   Renee.   Chwyciła   ją   i 

dołączyła do niego na chodniku. Stali obok siebie w mżawce i patrzyli, jak wielka czarna 

limuzyna rozpływa się we mgle.

Wtorek, 24 października, godzina 14.51

Marie Hall raz jeszcze przeczytała scenariusz.

- Nie jestem pewna, czy sobie poradzę. - Przyłożyła rękę do szyi. - Tak bardzo się 

denerwuję...

- To dobrze - zapewnił ją Corso. - Powinnaś być zdenerwowana. Dzięki temu będziesz 

autentyczna.

- A jeśli...

- Po prostu trzymaj się scenariusza.

Przymocował mikrofon do telefonu i sprawdził głośność magnetofonu.

- Włączę, kiedy będziesz gotowa.

Zrobiła głęboki wdech i zaczęła wybierać numer. Po chwili rozległ się pogodny głos:

- Weston Hotel.

- Poproszę z pokojem dwadzieścia trzy - powiedziała.

- Proszę bardzo - odparł głos.

Po dwóch sygnałach słuchawka została podniesiona. 

- Tak?

- Pan Iwanow? Milczenie.

- Widziałam dziś w gazecie pana zdjęcie.

- Kto mówi?

- Był pan u mnie w domu.

- Odkładam słuchawkę.

- Przystawił mi pan pistolet do głowy.

- Nie wiem, o czym pani mówi.

- Pan i dwóch innych mężczyzn. W zeszłym roku. Kazał mi pan zadzwonić do hotelu, 

do męża. - Odczekała dłuższą chwilę. - Pamięta pan? Wiem, że pan pamięta.

- Czego pani chce?

- W gazecie napisali, że pan i ten zabójca dzieci nie pójdziecie do więzienia.

- Czego pani chce? - powtórzył Michaił Iwanow.

- Stu tysięcy dolarów - powiedziała. - I to jeszcze dzisiaj.

- Pani chyba zwariowała.

- Kto zwariował, to zwariował - powiedziała prawie szeptem. - Założę się, że to pan 

background image

zwariuje, kiedy opowiem o wszystkim glinom. Słyszy mnie pan? Zaraz do nich idę. Niech 

pan nie myśli, że tego nie zrobię.

Nastąpiło dziesięć sekund ciszy.

- Może moglibyśmy dojść do porozumienia - rzekł w końcu Iwanow.

- Lepiej, żeby tak się stało.

Wtorek, 24 października, godzina 15.09

Michaił Iwanow rzucił banknot dziesięciodolarowy na wózek, który kelner popchnął 

w kierunku drzwi.

- Dziękuję, proszę pana - wymamrotał mężczyzna. Iwanow podszedł i przytrzymał mu 

drzwi. Kelner podziękował raz jeszcze, po czym wyszedł.

Nicholas   Balagula   na  ogół   ucinał   sobie   drzemkę   zaraz   po  lunchu,   więc   obecność 

Iwanowa w jego pokoju o tej porze była raczej niezwykła. Wytarł kąciki ust lnianą serwetką.

- Tak? - zapytał.

- Mamy poważny problem. 

- O?

- Kobieta, której mąż... ten, co został zakopany.

- Jego żona. 

- Tak.

- Co z nią?

- Dzwoniła. Powiedziała, że widziała mnie na zdjęciu w gazecie. Rozpoznała, że to ja 

byłem u niej w domu z Kubańczykami.

- I?

- Zażądała stu tysięcy dolarów za milczenie. Albo dostanie je jeszcze dzisiaj, albo o 

wszystkim zawiadomi policję.

- Ależ sobie moment wybrała - zirytował się Balagula.

- Nie mogła gorszego. Balagula potrząsnął głową.

- Czy ci ludzie naprawdę myślą, że uda im się mnie szantażować?

- Wygląda na to, że mamy do czynienia z nadzwyczaj zachłanną rodziną.

- Czy śmierć męża niczego jej nie nauczyła?

- Najwidoczniej nie.

- Nie można jej pozwolić, żeby pomieszała nam szyki

- doszedł do wniosku Balagula. - Ta farsa kończy się jutro.

- Popatrzył na Iwanowa i wzruszył ramionami. - Trzeba coś wymyślić. Wyślij do niej 

naszych przyjaciół Kubańczyków.

background image

- Właśnie w tym problem.

- Co znowu za problem?

- Nie mogę skontaktować się z naszymi przyjaciółmi. Nie odbierają telefonów.

- Od kiedy?

- Od dzisiejszego ranka. Jakąś godzinę temu poprosiłem pokojówkę, żeby weszła do 

ich pokoju. Nie spali tej nocy w hotelu. Portier sprawdził, czy na parkingu jest ich samochód.

- Nie było go.

- Nie.

Balagula wstał z krzesła i zaczął chodzić w kółko.

- Ten problem musi zostać rozwiązany - powiedział po dłuższej chwili. - Zaszliśmy za 

daleko, żeby pozwolić komuś pomieszać nam szyki.

- Wiem.

Nicholas Balagula zatrzymał się i raz jeszcze wzruszył ramionami.

- Wygląda na to, Michaił, że na razie musisz przełożyć emeryturę.

- Tak... na to wygląda.

- Będzie sama - powiedział Balagula.

- Tak myślisz?

- Jeśli jest na tyle głupia, żeby próbować mnie szantażować, na pewno chce zgarnąć 

całą forsę dla siebie. Nie, na pewno będzie sama.

- Powiedziała, że zadzwoni jeszcze raz wieczorem i powie, gdzie chce się spotkać.

Nicholas Balagula zamyślił się.

- Weź pieniądze. Jeśli sytuacja na to pozwoli, zabij ją. Jeśli nie, zapłać jej, a później 

wyślemy do niej Kubańczyków.

40

Wtorek, 24 października, godzina 23.03

Michaił Iwanow rozpoznał ją już z daleka. Nabrała trochę ciała, ale w świetle lamp 

ulicznych   wciąż   miała   takie   same   błękitne   oczy   jak   jego   matka.   Przypomniał   sobie 

przerażenie w tych oczach, kiedy Gerardo przystawił jej pistolet do głowy i zaciągnął ją do 

sypialni, i to że nie mogła przestać płakać, gdy usłyszała głos męża w słuchawce. Nigdy by 

nie przypuszczał, że na coś takiego się odważy.

Wybrała   kiepskie   miejsce   na   spotkanie:   ruiny   jakiegoś   grobowca   na   otwartym 

powietrzu,   trzy   kolumny   stojące   na   krawędzi   zaniedbanego   parku.   Czekał   tu   prawie   od 

półtorej godziny i podczas gdy ruch uliczny nie ustawał, pieszych było naprawdę niewielu. 

background image

Ci, którzy szli Pine Street, woleli drugą stronę ulicy. Był pewien, że bez trudu wywiąże się ze 

swego zadania.

Jedynym problemem był menel śpiący na ławce, która stała najbliżej Pine Street, nie 

więcej niż dziesięć metrów od miejsca, gdzie Michaił Iwanow chciał ją załatwić. Podczas 

jego bytności tutaj pijaczyna obudził się trzy razy: dwa, żeby pójść w głąb parku za potrzebą, 

i trzeci raz, pół godziny temu, żeby kupić w sklepie po drugiej stronie ulicy trzy wysokie 

puszki   czegoś,   co   chyba   było   piwem   słodowym.   Po   wypiciu   zawartości   puszek   chrapał 

nieprzerwanie i z zadowoleniem. Kto wie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, może 

obudzi się z zakrwawionym nożem w ręce?

Przeszła na drugą stronę parku i rozejrzała się wokół. Odcinająca się na tle czarnego 

nieba  kobieca  postać stała w starych  ruinach na skraju dzielnicy nędzy.  Michaił  Iwanow 

przełożył czarną torbę sportową do lewej ręki i ruszył naprzód. W następnej chwili o mało nie 

wpadł na wózek dziecięcy.

-   Przepraszam   -   wymamrotał   do   krępej   kobiety,   która   przyjęła   przeprosiny   z 

uśmiechem i skinieniem głowy. Patrząc przez chwilę na jej kołyszące się biodra, oddychał 

głęboko i zbierał  się w sobie. Usatysfakcjonowany swoim opanowaniem przepuścił  kilka 

samochodów, po czym przeszedł przez jezdnię.

Chodziła nerwowo w kółko, pozostając tam, gdzie chciał, po stronie Pine Street. Kilka 

samochodów osobowych, ciężarówek i furgonetek stojących przy krawężniku, kiedy tu się 

pojawił, stało tam w dalszym ciągu. Zapewne zaparkowano je na noc. Nico miał rację, była 

sama. Natrafił prawą ręką na znajdujący się w kieszeni płaszcza nóż sutenera.

Kiedy   przyspieszył,   idąc   po   chodniku,   zaczął   przypominać   sobie   uścisk   śmierci   - 

chwyt,   którego   nauczył   się   dawno   temu   na   spacerniaku,   tak   lekki,   że   w   odpowiednich 

warunkach ofiara opierająca się o ścianę albo ogrodzenie zastygała w bezruchu martwa.

Kiedy mijał śpiącego menela, zatrzymał się, pochylił i spojrzał na jego brudną twarz. 

Koniuszek różowego języka wystawał z kącika ust. Cicho pochrapywał. Uspokojony poszedł 

po nierównych kamieniach w kierunku kobiety chodzącej pomiędzy kolumnami.

Zobaczył, że jej oczy się rozszerzyły, kiedy go rozpoznała. Widział, jak się zbierała na 

odwagę, kiedy się zbliżał. Obejrzał się za siebie, żeby się upewnić, że menel w dalszym ciągu 

śpi na ławce. Kobieta z wózkiem po drugiej stronie Pine Street zatrzymała się i poprawiała 

coś przy dziecku. Na Boren Avenue chodniki były puste.

Wydłużył krok, zaszedł ją od prawej i położył torbę na ławce. Tak jak się spodziewał, 

nie mogła zignorować torby pełnej pieniędzy. Wyciągnęła rękę i chwyciła jej rączkę. W tej 

samej chwili złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Jego lewa ręka była teraz z tyłu jej 

background image

głowy, przyciskając jej twarz mocno do płaszcza, tłumiąc krzyki, kiedy wyciągał nóż w górę 

do ciosu. Stęknęła od siły uderzenia nożem. Gdyby jej nie podtrzymał, upadłaby na kolana. A 

jednak... coś było nie tak. Czuł to.

Poczuł,   że   nóż   przebija   jej   płaszcz,   ale   to   wszystko.   Nie   wyczuł   tego   nagłego 

osłabienia napięcia towarzyszącego wbijaniu noża w ciało... Cios został sparowany.

Wyciągnął nóż i uderzył raz jeszcze z całej siły. Znów stęknęła. Raz jeszcze nogi się 

pod nią ugięły. I znów nóż został odepchnięty przez coś, co tkwiło pod jej płaszczem. A 

potem   usłyszał   tupot   stóp,   odgłos   rozsuwanych   drzwi   samochodu   i   nagle   cała   ulica   się 

ożywiła. Z całej siły wyciągnął ostrze. Szantażystka osunęła się na kolana.

Ręka chwyciła go za nadgarstek - to był menel. Druga ręka menela otoczyła go w 

pasie   i   zaczęła   ciągnąć   do   tyłu.   Kątem   oka   zobaczył   kobietę   biegnącą   w   jego   stronę   z 

pistoletem w ręce. Puścił swoją ofiarę i odwrócił się twarzą do napastnika. Zaatakował go 

nożem, usłyszał jęk i upuścił nóż na kamienie. Jego dłoń spoczęła na pistolecie w kieszeni. W 

tym samym momencie poczuł dotknięcie zimnej stali na skroni.

- Nie waż mi się poruszyć choćby jednym pieprzonym mięśniem - rozległ się głos. 

Iwanow spojrzał w kierunku, skąd dobiegał. Mężczyzna miał przerzedzające się czarne włosy 

i szramę na lewym policzku. Miał również obrzyna, którego przyciskał do głowy Iwanowa.

- Ten kutas mnie zaciął - wyjęczał menel. Usta Marie Hall były szeroko otwarte, kiedy 

się podnosiła. Podeszła chwiejnym krokiem do menela, ściągnęła chustę z głowy i zaczęła 

okręcać ją wokół jego zranionego nadgarstka.

- Cholera... - zawodził menel.

Druga ręka chwyciła Iwanowa za dłoń i zaczęła ją wyciągać z kieszeni płaszcza.

- Lepiej, żebyś nic nie miał w tej ręce, kiedy ją już wyjmiesz z kieszeni, koleś - 

powiedział facet z obrzynem. Iwanow wypuścił pistolet z dłoni. Mężczyzna włożył rękę do 

jego kieszeni i wyciągnął broń. Nacisnął mocniej obrzynem na jego skroń i drugą ręką skuł go 

za plecami.

- Dobrze go sprawdź - powiedział do kobiety. Uklękła na jedno kolano i zaczęła go 

obszukiwać. Pięć  sekund zajęło jej znalezienie beretty przywiązanej paskiem do jego lewej 

kostki. Położyła ją na kamieniach i dokończyła przeszukanie.

- Chcę się skontaktować z adwokatem - powiedział Iwanow.

Ktoś   się   roześmiał   w   ciemności.   Rosjanin   odwrócił   się.   Zza   najbliższej   kolumny 

wyszedł Frank Corso.

- Jest czysty - oznajmiła kobieta.

- Chodźmy - powiedział Corso, biorąc torbę z pieniędzmi.

background image

Lufa obrzyna odsunęła się od jego głowy. Kobieta chwyciła go za skute nadgarstki i 

popchnęła   do   przodu,   w   kierunku   stojącego   przy   krawężniku   czerwonego   minivana   z 

otwartymi przesuwanymi drzwiami. Za sobą usłyszał głos Corsa:

-   Mary   Anne,   ty   i   Marie   zawieziecie   Marvina   do   Harborview.   -   Kiedy   Iwanow 

próbował się obejrzeć za siebie, mężczyzna z obrzynem chwycił go za ramię i pchnął do 

przodu, tak że potknął się na kamieniach i o mało nie upadł.

Mężczyzna z obrzynem wsiadł do samochodu pierwszy, zajmując siedzenie w trzecim 

rzędzie. Kobieta pomogła Iwanowowi wsiąść, po czym zasunęła drzwi. Włóczęga w parku 

trzymał   się   za   rękę.   Marie   Hall   zrzuciła   płaszcz   i   właśnie   zdejmowała   kamizelkę 

kuloodporną. Lodowata lufa obrzyna spoczywała z tyłu szyi Iwanowa, kiedy Corso zajmował 

miejsce obok kierowcy. Siedząca za kierownicą postać w czapce włączyła silnik i minivan 

ruszył.

41

Wtorek, 24 października, godzina 23.17

Minivan zatrzymał się.

- Co to? - zapytał Iwanow.

Ulica była pusta. Corso obrócił swój fotel, tak że siedział teraz twarzą do niego.

- To jest, panie Iwanow, tak zwana oferta nie do odrzucenia. - Skinął głową. - W tym 

budynku po drugiej stronie ulicy mieści się więzienie hrabstwa King. - Uniósł kamerę wideo. 

- Mam nagraną pana próbę zabójstwa Marie Hall. - Odłożył kamerę, wziął za to mały szary 

magnetofon. Nacisnął guzik. Był to zapis jego rozmowy z szantażystką.

- Założę się, że to pan zwariuje, kiedy opowiem o wszystkim glinom. Słyszy mnie pan?  

Zaraz tam idę. Niech pan nie myśli, że tego nie zrobię.

- Może moglibyśmy dojść do porozumienia.

- Lepiej, żeby tak się stało.

- Może być trudno zdobyć tak dużą sumę o tej porze.

- Nie zaczynaj ze mną. Pójdę prosto na policję.

- Nie powiedziałem, że tego się nie da zrobić, tylko że będzie trudno. Może jeśli...

Corso zatrzymał taśmę.

- Czego pan chce? - zapytał Michaił Iwanow.

- Głowy Nicholasa Balaguli - odparł Corso.

Gdyby nie lufa przyciśnięta do karku, Michaił Iwanow odrzuciłby głowę do tyłu i 

roześmiał się.

background image

- Żarty się pana trzymają.  Już dwa razy udało mu  się was przechytrzyć.  Chcecie 

spróbować ponownie?

Corso odwrócił się do kierowcy, który do tej pory nie powiedział ani słowa.

- Ile dostanie za przekupienie przysięgłego i próbę zabójstwa? - zapytał.

Kierowca   zdjął   niebieską   baseballówkę.   Kaskada   brązowych   włosów   spadła   na 

ramiona. Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy Michaiła Iwanowa.

-   Od   dwudziestu   lat   do   dożywocia.   Najwcześniej   wyjdzie   za   szesnaście   lat   - 

powiedziała Renee Rogers. - Najwcześniej.

- Będzie pan miał prawie osiemdziesiątkę - zauważył Corso. - Odpowiada to panu? 

Jeśli powiążemy to, co mamy na taśmie, z zeznaniem pani Hall, będzie pan załatwiony na 

cacy. Zamierza pan spędzić resztę życia za kratkami, żeby chronić Balagulę?

Iwanow był wyraźnie wstrząśnięty widokiem Renee Rogers.

- Nie może pani... - wyjąkał. - To nie...

- Mogę i zrobię to - przerwała mu.  - Już nie przestrzegam zasad. Jeśli to jedyny 

sposób, żeby posłać do więzienia Balagulę, nie zawaham się tego zrobić.

- Proszę więc to przemyśleć - powiedział Corso. - Albo pomoże pan nam załatwić 

pańskiego szefa, albo przejdziemy na drugą stronę ulicy i dostarczymy pana miejscowym 

władzom pod zarzutem przekupstwa i usiłowania zabójstwa.

- Wszystko zależy od pana - dodała Renee.

Iwanow odwrócił głowę i przez chwilę patrzył przez boczną szybę.

- Idźcie do diabła - rzucił w końcu.

-   Dobra   -   zdecydowała   Rogers.   -   Zabieramy   go.   Corso   wysiadł   z   samochodu   i 

przesunął drzwi. Wziął Iwanowa pod ramię i zaczął go wyciągać na chodnik. Nagle Rosjanin 

wyrwał rękę i powiedział:

- Chwileczkę. - Popatrzył na Corsa, potem przeniósł wzrok na Rogers i z powrotem na 

Corsa. - A co... co proponujecie w zamian? Zawrzemy umowę?

- Zniknie pan - powiedziała Renee. Iwanow uśmiechnął się szyderczo.

-   Obejmie   mnie   ten   wasz   debilny   program   ochrony   świadków?   -   prychnął   z 

lekceważeniem. - Nie ma mowy.

- Zniknie pan sam - odparła Rogers. - Na własną rękę. Zabierze pan to, co pan ma, i 

zniknie.

Iwanow zmrużył oczy.

- Tak po prostu?

- Tak po prostu - potwierdziła Renee.

background image

Po   drugiej   stronie   ulicy   z   wyciem   silnika   zatrzymała   się   śmieciarka.   Pośród 

szczękania opróżnianych kontenerów Iwanow powiedział:

- Od dzieciństwa...

- Co takiego? - zapytała.

- Trzymaliśmy się razem od dzieciństwa - wyjaśnił ze smutkiem.

- I przez cały ten czas - włączył się Corso - to zawsze pan ryzykował. Jeśli ktoś miał 

iść do więzienia, to zawsze pan.

- Byłem...

- Czy on kiedykolwiek, chociaż raz, przejął pałeczkę? Czy chociaż raz się dla pana 

poświęcił? Kiedykolwiek?

- Teraz z pewnością również tego nie zrobi - dodała Rogers. - Wyjdzie jutro z sali 

rozpraw   jako   wolny   człowiek   i   zniknie,   zanim   wymyślimy,   o   co   jeszcze   możemy   go 

oskarżyć, a pan będzie gnił w więzieniu.

Iwanow zrobił kilka głębokich wdechów.

- Co mam zeznać?

-   Chcemy,   żeby   zeznał   pan,   że   był   pan   obecny   przy   tym,   jak   powstawał   plan 

sfałszowania próbek rdzeniowych - powiedziała szybko Renee Rogers. Zanim Iwanow zdołał 

zareagować,   kontynuowała:   -   Chcemy   również,   żeby   przyznał   się   pan   do   zlecenia 

zamordowania Donalda Bartha, Josepha Balia, Briana Swansona i Joshuy Harmona.

Iwanow prawie się uśmiechnął.

- Chcecie załatwić wszystko za jednym razem, co?

- To jeszcze nie koniec - powiedział Corso.

Rosjanin odwrócił wzrok i potrząsnął głową z miną pełną odrazy.

- Przyzna się pan również do tego, że osobiście zamordował pan Gerarda Limóna i 

Ramona Javiera, próbując w ten sposób załatwić własne sprawy.

- Wszystko to na rozkaz pana Balaguli, oczywiście - dodała Renee Rogers.

Iwanow wolno odwrócił głowę i popatrzył na Corsa. Na jego twarzy pojawił się wyraz 

podziwu.

- Coś takiego... - wyszeptał. Skinął głową dwa razy, jakby zgadzając się ze sobą. - 

Mówiłem Nico, że jest pan niebezpiecznym człowiekiem. Nie miałem jednak pojęcia...

- To jak? - przerwała mu Rogers. - Jak będzie?

- Ale ja nie... - zaczął.

- Nic to nas nie obchodzi - oświadczyła. - Odkąd wyjdzie pan z sali rozpraw jutro 

rano,   będzie   pan   miał   siedem   dni   na   wyjazd   z   kraju.   Zachowamy   w   tajemnicy   pańskie 

background image

przyznanie się do popełnienia morderstw. Ale jeśli pokaże się pan znowu w zasięgu naszych 

radarów,   oskarżymy   pana   o   nie.   Jeśli   nie,   oficjalnie   zobowiążemy   się   do   tego,   że   nie 

zażądamy pana ekstradycji z jakiegokolwiek kraju, w jakim pan się osiedli.

Iwanow przeniósł na nią wzrok.

- Ma pani upoważnienie do podpisania takiego zobowiązania?

- Tak - skłamała Rogers.

- Na piśmie?

- Owszem.

- Nadchodzi taki moment, że człowiek musi zatroszczyć się o siebie - dodał Corso.

Śmieciarka odjechała, pozostawiając w nocnym powietrzu kłęby spalin.

- Wiecie, co jest najśmieszniejsze w tym wszystkim? - zapytał Iwanow.

- Co takiego? - zainteresował się Corso.

- Zawalenie się szpitala to nie była nasza wina. Pogorszyliśmy jakość betonu zaledwie 

o dziesięć procent. Robiliśmy to przedtem setki razy. - Pokręcił ze smutkiem głową. - To była 

sprawka tych dwóch inspektorów, Harmona i Swansona. - Popatrzył na Corsa. - Na własną 

rękę   odjęli   kolejne   dziesięć   procent.   I   nagle   zaczęli   jeździć   samochodami   sportowymi   i 

kupować domy w hrabstwie Marin.

- Chciwość to straszna rzecz, prawda? - zapytał  Corso. Iwanow nie odpowiedział, 

tylko odwrócił wzrok.

- Zgadza się pan na nasze warunki? - zapytała Renee Rogers.

Opuścił głowę.

- Tak - odparł.

Wysiadła z samochodu i stanęła na ulicy, po czym wcisnęła kilka klawiszy na swoim 

telefonie   komórkowym.   Zaczęła   mówić,   najpierw   się   przedstawiając,   a   potem   wydając 

polecenia.

- Dwóch policjantów na róg Czwartej i Cherry. Tylko migiem.

Joe Bocco przesunął do przodu siedzenie, wysiadł z samochodu, ukląkł na jednym 

kolanie   i  wytrząsnął  na  chodnik  trzy  naboje. Po  schowaniu  do  kieszeni  amunicji   wsunął 

obrzyna w rękaw wszyty w podszewkę płaszcza przeciwdeszczowego i wstał.

- Jeśli nie macie nic przeciwko temu, zmyję się, zanim przyjadą gliny. - Pokazał na 

Iwanowa. - On i tak nigdzie stąd nie ucieknie.

- Zadzwonię jutro - poinformował go Corso.

- Dziękuję, panie Bocco - powiedziała Renee Rogers. Zasalutował dwoma palcami i 

odszedł. Corso i Rogers stali razem na ulicy, patrząc za nim, dopóki nie skręcił w Spring 

background image

Street, znikając im z oczu. Położyła ręce na biodrach i westchnęła.

- Nie czuję się z tym wcale tak dobrze, jak myślałam.

- Dlaczego?

Popatrzyła na vana i siedzącego w nim Iwanowa.

- Nie mogę uwierzyć, że puścimy tę gnidę wolno. Przecież on również odpowiada za 

wszystko, co się stało. - Potrząsnęła głową. - To po prostu nie w porządku.

- A co porządek ma z tym wspólnego?

- Lubię myśleć, że wszystko.

- Chyba pomyliłaś prawo ze sprawiedliwością.

- Proszę, przestań...

-   Prawnicy...   sądy...   wy   wszyscy...   tylko   wydajecie   wyroki.   Sprawiedliwość   tak 

naprawdę wymierza się w ciemnych uliczkach.

Zmrużyła oczy.

- To dosyć banalne stwierdzenie, nie sądzisz?

- Na tyle banalne, że prawdziwe.

Zacisnęła szczęki. Skinęła głową i wsadziła ręce do kieszeni.

- Myślę, że już najwyższa pora, żebym zniknął w jednej z takich ciemnych uliczek - 

powiedział Corso.

Przypatrzyła się mu uważnie.

- Nie będzie cię jutro w sądzie?

- Obejrzę to sobie w wiadomościach.

Stali przez chwilę, nie wiedząc, co zrobić. W końcu Renee Rogers podeszła i uściskała 

go. Zawahał się, po czym otoczył ją ramionami.

- Dziękuję, że uratowałeś mi życie - wyszeptała i puściła go.

- Już ci mówiłem... - zaczął.

Uniosła rękę i przyłożyła dwa palce do jego ust.

- Wiem, wiem, pan twardziel po prostu ratował siebie. - Popatrzyła mu w oczy. - 

Wiesz, tamtej nocy miałam na ciebie ochotę.

- Sprawy trochę wymknęły nam się z rąk - przyznał Corso, wzruszając ramionami.

Oczy rozbłysły jej z radości.

- Przynajmniej ponosiłam sobie dobrą bieliznę.

-   Mama   byłaby   z   ciebie   dumna   -   zapewnił   ją   Corso.   Udało   jej   się   uśmiechnąć. 

Odwróciła się do samochodu i Iwanowa.

- Do zobaczenia - rzucił Corso i ruszył ulicą. Przeszedł może z pięć metrów, kiedy 

background image

zatrzymał się i odwrócił.

- Hej!

Obejrzała się za siebie.

- Co takiego?

- Słyszałaś, co Iwanow powiedział o Harmonie i Swansonie? No wiesz, że kupili sobie 

domy w hrabstwie Marin?

- Tak.

- Pewien facet powiedział mi to samo o Joem Ballu. O tym, że on i jego żona właśnie 

kupili sobie dom. Wygląda na to, że wszyscy ludzie, którzy byli zamieszani w interesy z 

Balagula i Iwanowem, kupują jakieś nieruchomości.

Zastygła w bezruchu.

- No i?

- Kiedy już Iwanow się przyzna  do wszystkiego,  zapytaj  go, od kogo wzięli listę 

przysięgłych z poprzedniego procesu. Założę się, o co chcesz, że wymieni Raya Butlera.

Milczała przez dłuższą chwilę.

- Wiesz co? - zapytała w końcu. - Czasami nie jestem pewna, czy cię lubię.

- Witaj w klubie.

42

Środa, 25 października, godzina 10.04

Sędzia Fulton Howell długo usadawiał się za stołem sędziowskim. Zadowolony, że 

jego fotel jest dokładnie we właściwym miejscu i że fałdy togi dobrze się ułożyły, odwrócił 

swoją posępną twarz w kierunku prawie pustej sali rozpraw. Uderzył młotkiem.

- W świetle zeznania Wiktora Lebowa... - zaczął. Renee Rogers wstała.

- Wysoki Sądzie...

Zaskoczony sędzia popatrzył na Warrena Kleina, który siedział z kamienną twarzą za 

stołem. Ponieważ Klein wyraźnie unikał jego wzroku, sędzia przeniósł uwagę z powrotem na 

oskarżycielkę.

- Tak, pani Rogers? - zapytał.

- Oskarżenie chce powołać ostatniego świadka.

Sędzia skrzyżował ramiona na piersi i odchylił się w fotelu.

- Odnoszę wrażenie, że ostatnim świadkiem oskarżenia miał być pan Lebow.

- Tak, Wysoki Sądzie. Do poniedziałkowego popołudnia to pan Lebow był naszym 

ostatnim świadkiem.

background image

- I co się zmieniło? - zapytał sędzia.

-   Nowe   śledztwo   dostarczyło   nam   informacji,   które,   jak   uważamy,   w   imię 

sprawiedliwości, powinny być przedstawione sądowi.

- W imię sprawiedliwości?

- Tak, Wysoki Sądzie.

- Z tego, co pamiętam,  ostatnie  zeznanie pana Lebowa zostało poczynione z tych 

samych powodów.

- Tak, Wysoki Sądzie.

Sędzia popatrzył w kierunku stołu obrony. Bruce Elkins siedział z rękami pod brodą. 

Dla odmiany Nicholas Balagula porzucił swoją codzienną niedbałą pozę i wyprostował się na 

krześle.

- Panie Elkins?

- Miałem wrażenie, że oskarżenie już zrezygnowało z prowadzenia tej sprawy.

-   Nieprawda,   Wysoki   Sądzie   -   zaprzeczyła   Rogers.   Fulton   Howell   pogłębił   swój 

grymas niezadowolenia, po czym wezwał protokólantkę, która razem z urzędnikiem sądowym 

podeszła do stołu sędziowskiego z kilkoma kartkami protokołu. Po chwili sędzia zerknął do 

góry i powiedział do Bruce’a Elkinsa:

-   Najwyraźniej   pana   wrażenie   jest   fałszywe,   panie   Elkins.   Oskarżenie   nigdy   nie 

wyrażało podobnych opinii.

Elkins wzruszył ramionami.

- Jak to już przedtem ustalono, Wysoki Sądzie, obrona nie chce uczestniczyć w tym 

niesprawiedliwym   postępowaniu.   Pozostajemy   przekonani,   że   sędziowie   przysięgli   ujrzą 

prawdę wśród tych  wszystkich  insynuacji, którą oskarżenie  nazywa  procesem,  i wydadzą 

sprawiedliwy wyrok.

- Jak rozumiem, nie zgłasza pan sprzeciwu, panie Elkins?

- Nie - odparł adwokat i machnął ręką.

Fulton Howell miał na twarzy wyraz niesmaku. Odwrócił głowę z powrotem do Renee 

Rogers.

- Zanim rozstrzygnę tę kwestię, pani Rogers, pozwolę sobie zauważyć, że nie będę 

tolerował dalszych prób ośmieszenia aparatu sprawiedliwości.

- Tak, Wysoki Sądzie - powiedziała. Zaczął unosić głos.

- Nie pozwolę na zrobienie z sądu jeszcze większego pośmiewiska. Lepiej więc, żeby 

zeznanie pani świadka było wiarygodne i istotne dla sprawy. Czy wyrażam się jasno?

Renee Rogers uniosła głowę.

background image

-   Zeznanie   to   okazało   się   na   tyle   istotne   i   wiarygodne,   że   wszczęliśmy   śledztwo 

przeciwko jednemu z członków naszego zespołu.

Sędzia popatrzył na Kleina, a potem na Rogers.

- Czy to ma tłumaczyć nieobecność pana Butlera na dzisiejszej rozprawie?

- Tak, Wysoki Sądzie. Przeniósł uwagę na stół obrony.

- A pan Iwanow? - zapytał. Elkins rozłożył ręce.

- Nie mam pojęcia, gdzie aktualnie przebywa pan Iwanow.

- Panie Balagula?

- Pan Iwanow jest niedysponowany.

- Niedysponowany? - Tak.

- W jakim sensie niedysponowany?

W tym momencie do rozmowy włączyła się Renee Rogers.

- Wysoki Sądzie...

- Prosiłbym, żeby pani... - zaczął jadowitym głosem.

- Wysoki Sądzie - powiedziała raz jeszcze - za pozwoleniem Wysokiego Sądu, to 

właśnie pan Iwanow będzie naszym następnym i ostatnim świadkiem.

W sali zapanowała całkowita cisza. Sędzia Fulton Howell przenosił wzrok ze stołu na 

stół, jakby oglądał mecz tenisowy rozgrywany na zwolnionych obrotach.

- Zrób coś - powiedział Nicholas Balagula do swojego obrońcy. Wyciągnął rękę i 

szturchnął Elkinsa w plecy raz, potem drugi. Mocno. - Zrób coś, do diabła! - krzyknął. Kiedy 

nie otrzymał odpowiedzi, zerwał się na równe nogi i ruszył do drzwi. Był w połowie drogi, 

kiedy dwaj policjanci oderwali się od ściany, zagrodzili mu drogę, a potem, kiedy próbował 

się przepchać, powalili go na podłogę. Został skuty i postawiony na nogi.

Większość osób obecnych w sali rozpraw uważała, że Bruce Elkins ukrył twarz w 

dłoniach w wyrazie rozpaczy. Prawda była jednak taka, że uczynił to, by ukryć usta, które 

mimo jego usilnych starań rozciągnęły się w uśmiechu.

43

Środa, 25 października, godzina 10.14

Podczas   gdy   nadzieja   żyje   wiecznie,   wiara   najwyraźniej   wymaga   towarzystwa 

metalowych krat. Siedziba Ming Ya Buddhist Foundation leżała przy Martin Luther King 

Way   South,   wciśnięta   pomiędzy   opuszczoną   hutę   a   stację   benzynową   Arco.   Okna   o 

czerwonych   framugach   na   dwóch   dolnych   piętrach   były   chronione   przez   pręty   z   kutego 

żelaza, których ozdobne pętle i spiralne wzory bardziej kojarzyły się z Nowym Orleanem niż 

background image

z New Delhi.

Corso zaparkował w bocznej uliczce. Na ganek prowadziły drewniane schody. Ponad 

wąskimi drzwiami połyskiwało kilkanaście złotych chińskich znaków. Na obydwu końcach 

podestu schodów znajdowały się czerwone latarnie.

Stanął przed świątynią. Wysoko, ponad okapem ujrzał słońce, a po jego bokach dwa 

złote smoki.

Zapukał  do czerwonych  metalowych  drzwi.  Odpowiedziała  mu  cisza.  Zapukał  raz 

jeszcze, tym razem mocniej, i poczekał. Wciąż nic. Odwrócił się i popatrzył na drogę, którą 

przyszedł, kiedy usłyszał skrzypienie drzwi.

Chłopiec miał jakieś dwanaście, czternaście lat. Ogolony na łyso i na bosaka, zmierzył 

Corsa spojrzeniem. Przytrzymał drzwi i przechylił głowę, jakby zamierzał o coś zapytać.

- Chciałbym z kimś porozmawiać - powiedział Frank.

Chłopiec bez wahania pchnął drzwi. Otworzyły się na oścież. Corso wszedł do środka. 

Stopy chłopca tupały o gołą podłogę, kiedy krzątał się wokół niego. Pokazał na jego buty, a 

potem na trzcinową matę na prawo od drzwi, gdzie stały już sandały Nike.

Corso ukląkł na jedno kolano, a potem na drugie, ściągając obuwie. Umieścił je obok 

sandałów. Chłopiec pobiegł korytarzem. Przy jego końcu zatrzymał się, po czym zasunął za 

sobą drzwi. Corso pozostał na miejscu. Usłyszał stłumione głosy. Po chwili chłopiec wyszedł 

na korytarz i stanął z opuszczonymi rękami, nie ruszając się. Corso ruszył do niego. Pochylił 

głowę w drzwiach. Na podłodze siedział ze skrzyżowanymi nogami buddyjski mnich. Na 

widok Corsa poprawił szafranową szatę i uśmiechnął się. Brązową ręką pokazał na lewo. 

Corso usłyszał, że drzwi za nim się zasuwają.

Przeszedł  cicho przez salę, usiadł na podłodze i z trudem skrzyżował  nogi. Okna 

zakryte były zasłonami z papieru ryżowego. Powietrze wypełniał przyjemny zapach kadzidła. 

Pomieszczenie   było   zdominowane   przez   posąg   Buddy   wielkości   człowieka.   Złoty   i 

błyszczący, siedział pomiędzy dwoma niskimi stolikami, okryty czerwonym jedwabiem. Na 

stolikach migotały świece.

- W czym mogę panu pomóc, panie...

- Corso. - Ach.

- Mam kilka pytań.

- Ach - powtórzył mnich.

- Dotyczą kobiety nazywającej się Lily Pov.

- Tragedia. - Tak.

- I czego pan szuka?

background image

- Zrozumienia.

- Zrozumienia czego? Corso powiedział mu.

* * *

- Nie wydaje mi się, żeby pan mógł to zrozumieć, panie Corso - rzekł mnich.

- Proszę mi zaufać.

- Mówił pan o pogrzebie Lily Pov. Tutaj, w tej świątyni. 

- Tak.

Wzruszył brązowymi ramionami.

- W tradycji buddyjskiej nie ma czegoś takiego. Zwykle w takiej sytuacji rodzina i 

przyjaciele przychodzą do domu zmarłego. Przynoszą ze sobą pieniądze, by pomóc pokryć 

koszty pochówku. Może tam pojawić się ahjarsa.

- Co to takiego?

- W chrześcijaństwie nazywa się to diakon.

- Ktoś w rodzaju pośrednika między światem duchowym a świeckim?

- Tak.  Ahjar sar  błogosławi dary i żałobników. Podaje się jedzenie. To może trwać 

cały dzień.

- Jeśli podobne uroczystości zwykle odbywają się w domu, dlaczego - Corso przez 

chwilę szukał odpowiedniego słowa - utratę Lily Pov opłakiwano tutaj, w świątyni?

- Pan Pov miał wielu przyjaciół w miejscowej społeczności Khmerów, zbyt wielu, by 

pomieścił ich w domu. Przez grzeczność zaproponowaliśmy świątynię.

- Wie pan, że popełniła samobójstwo?

- Tak mi powiedziano.

- Nie wie pan, dlaczego?

- Nie jesteśmy tacy jak księża katoliccy. Ludzie nam się nie spowiadają.

- Na pewno się o tym mówiło.

- Ludzie w ogóle dużo mówią.

- Porozmawiajmy czysto hipotetycznie... - zaproponował Corso.

- Hipotetycznie - powtórzył mnich.

- Załóżmy, że kobieta, która blisko dziesięć lat czekała na przyjazd do tego kraju, 

która była zaręczona z Kambodżaninem...

- Zaręczona?

- Przyrzeczona mu. 

- Ach.

-   Kobieta,   która   miała   wsparcie   starszego   brata   i,   jak   pan   powiedział,   całej 

background image

społeczności kambodżańskiej - taka kobieta wybiera śmierć z własnej ręki. Dlaczego?

Mnich wzruszył ramionami.

- Kto to może wiedzieć? Może taka była jej powinność?

- Powinność? - Corso zasępił się. - A jeśli przyszły mąż zmienił zdanie i postanowił, 

że nie chce jej wziąć za żonę?

- Bez powodu? 

- Tak.

- W takim wypadku pan Pov mógłby zabić niedoszłego męża. Zgodnie z tradycją 

kambodżańską miałby prawo to uczynić.

- A jeśli... przed ślubem... była związana z innym mężczyzną?

Pytanie wyraźnie zaskoczyło mnicha.

- W takim wypadku mężczyzna, któremu została przyrzeczona, miałby prawo ją zabić. 

Podobnie jak i jej brat. Jej powinnością byłoby oszczędzenie im kłopotu i wzięcie sprawy we 

własne ręce. - Przypatrzył się badawczo Frankowi. - Jestem pewien, że to wszystko wydaje 

się   panu   cokolwiek   osobliwe   i   makabryczne,   panie   Corso,   ale   jak   już   wspomniałem 

wcześniej, nasze zwyczaje często wydają się dziwne ludziom z zewnątrz.

- Ludzie często zmieniają zdanie.

- W pańskiej tradycji, panie Corso, nie w naszej.

- Póki śmierć nas nie rozłączy.

- Hm... - mruknął mnich.

44

Środa, 25 października, 11.01

Po   drugiej   stronie   mokradeł,   na   wale,   stały   trzy   białe   furgonetki   z   otwartymi 

drzwiami.   Pomarańczowe   światła   migotały.   Corso   patrzył,   jak   dwóch   mężczyzn   w 

jaskrawożółtych kurtkach pcha wózek, a potem wkłada do jednej z furgonetek duży czarny 

worek.   Przebiegł   wzrokiem   po   powierzchni   wody.   Patrzył   na   sitowie   kołyszące   się   w 

jesiennym  wietrze,  trawiaste pagórki wznoszące się tuż nad wodą, przegniłe  pniaki,  lilie, 

porozrzucane   to   tu,   to   tam   na   migoczącej   tafli.   I   w   końcu   na   brzeg,   na   którym   stał 

wyprostowany mały człowieczek, z palcami splecionymi za plecami.

Corso ruszył przez trawę i stanął w milczeniu przy nim.

- Wszystkie ptaki odleciały - powiedział Nhim Pov po chwili. - Nie mają cierpliwości 

do hałasu i świateł.

- Wrócą - odparł Corso.

background image

Pan Pov skinął głową na furgonetki.

- Cały ranek tu byli. Od kiedy mieli tyle światła, żeby coś widzieć.

- Jutro będą już gdzie indziej. Administrator przekrzywił głowę.

- Na pewno, w końcu na świecie nie brakuje śmierci i nieszczęścia.

- Nie... nie brakuje.

- Syn  pana Bartha... dzwonił. Powiedział,  że wrócił do Bostonu. Poprosił mnie  o 

rozdanie rzeczy swojego ojca.

- Najwyższy czas, żeby rozpoczął własne życie. Nhim Pov skinął głową.

-   Trzeba   iść   naprzód.   Czas   nigdy   się   nie   ogląda.   -   Wyciągnął   ręce   zza   siebie   i 

westchnął ciężko. Po raz pierwszy spojrzał na Corsa.

- Dalej pan pracuje nad swoją historią?

- Historia dobiegła już końca - odparł Frank. - Dziś rano pewien mężczyzna przyznał 

się do zamordowania Donalda Bartha.

Nhim Pov odwrócił wzrok.

- Jak to wy, Amerykanie, mówicie? Spowiedź jest czymś tam dla duszy.

- Pokrzepieniem - powiedział Corso - Spowiedź jest pokrzepieniem dla duszy.

- Tak. Skażą go?

- Nie - odrzekł. - Przyznanie się do winy było częścią umowy zawartej z prokuraturą. 

Sprawa zamknięta.

- Na zawsze? 

- Tak.

- Myśli pan, że lepiej się teraz czuje, kiedy zrzucił ciężar?

Zastanawiając się nad odpowiedzią, Corso patrzył, jak wiatr marszczy powierzchnię 

wody.

- Wydaje mi się... że tak jak większość nas po prostu zrobił to, co czuł, że musi zrobić.

- Czasami tylko to pozostaje.

- Albo tak mu się wydawało. Nhim Pov roześmiał się z ironią.

- Nie ma miejsca na pomyłki. Wszystko dąży do zamierzonego końca. Jeśli to ten 

mężczyzna zabił Donalda Bartha, jestem pewien, że miał powód.

- A jeśli tak naprawdę kto inny zabił pana Bartha?

- To dlaczego ten pierwszy mężczyzna się przyznał, jeśli był niewinny?

- Może ktoś go do tego skłonił. Nhim Pov uśmiechnął się.

- Stosując perswazję albo wpływ. 

- Tak.

background image

- W takim razie trzeba założyć, że prawdziwy morderca miał wystarczająco dobry 

powód do zabicia. Wszystko ma swój powód.

- Jaki może być wystarczająco dobry powód do zabicia drugiego człowieka?

- Honor - odparł Nhim Pov bez wahania.

- Czyj honor, zabójcy czy zabitego?

- Obydwu. Żyć bez honoru to żyć jak zwierzę. Umrzeć bez honoru... - Przerwał i 

popatrzył na Corsa. Dwóch mężczyzn stało w milczeniu przez chwilę, która wydawała się 

wiecznością.

- A co ze strachem? - zapytał w końcu Corso. - Co z człowiekiem, który zabija ze 

strachu?

Nhim Pov westchnął.

- Co jest bardziej powszechnego od strachu? Co człowieka czyni bardziej ludzkim niż 

strach? Człowiek bez strachu w ogóle nie jest człowiekiem.

Kilometr od nich trzy białe furgonetki ruszyły, jedna za drugą, i skierowały się na 

drogę. Ich pomarańczowe światła przypominały płomienie.

Dwaj mężczyźni stali w ciszy, patrząc na kawalkadę wyjeżdżającą na drogę i kierującą 

się na północ, do drogi szybkiego ruchu. Corso odwrócił się, by odejść. Stary administrator 

chwycił go za rękę. Zaczął coś mówić, ale przerwał. Frank pokazał na niebo.

Ponad linią drzew leciało kilkanaście kaczek. Zaczęły krążyć nad bagnem, a potem 

spadać   z   pluskiem   do   wody,   gdzie,   pośród   niecierpliwego   kwakania   i   trzepotu   skrzydeł, 

przystąpiły do uczty.

45

Środa, 25 października, godzina 13.19

Prokurator generalna Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej stała za gąszczem 

mikrofonów. Jej krótkie włosy były potargane na wietrze.

- Bardzo się cieszę, że przysięgli tak szybko i jednoznacznie doprowadzili tę sprawę 

do   końca,   dzięki   czemu   cierpiące   w   milczeniu   ofiary   przestępczego   imperium   Nicholasa 

Balaguli   w   końcu   odnajdą   spokój   i   będą   mieć   poczucie,   że   ta   historia   została   wreszcie 

zamknięta - zakończyła.  Dziennikarze zaczęli zarzucać  ją pytaniami, lecz zignorowała je. 

Uśmiechając się i machając ręką jak królowa, odwróciła się i zeszła z podwyższenia.

- Ile czasu obradowali przysięgli? - zapytał Corso.

- Dwadzieścia osiem minut. Uznali go za winnego wszystkich sześćdziesięciu trzech 

zarzutów.

background image

Meg Dougherty wcisnęła guzik na pilocie. Ekran telewizora stał się czarny.

- Czy mnie się zdaje, czy ta kobieta spija całą śmietankę?

- Nie całą - odparł Corso. - Tę gorzką część zostawiła innym.

- Więc wreszcie poznałeś zakończenie swojej nowej książki.

Corso nie mógł nic na to poradzić - roześmiał się głośno.

- Zgadnij, co się stało? - zapytała Dougherty.

- Zamieniam się w słuch.

- Towarzystwo ubezpieczeniowe „Timesa” pokryło koszty mojego leczenia. Ponieważ 

wypadek przydarzył się w czasie, kiedy pracowałam nad materiałem dla nich, uznali, że tak 

będzie w porządku.

- Nie mówiąc już o dobrej reklamie.

- Otóż to.

Corso podszedł do okna i odsunął zasłonę. Poranne słońce zalało podłogę. Podczas 

gdy stał, patrząc na Dziewiątą Aleję, Meg Dougherty zapytała:

- Wszystko w porządku?

Nie odwracając się do niej, odparł:

- Tak sądzę.

- Chcesz mi coś opowiedzieć? Pokręcił głową.

- Aż tak źle?

- Nie najlepiej  - wyznał. Puścił zasłonę i ruszył  do łóżka, po czym  zatrzymał  się 

pośrodku sali i wzruszył  ramionami. - Chodzi o to, że jeden z moich ulubionych filmów 

zmienił swoje zakończenie.

Przechyliła głowę na poduszce.

- Co to za film?

- Western. Ten, w którym  nieustraszony szeryf...  - tu wskazał palcem na siebie - 

stawia czoło wyjętym spod prawa bandytom. - Machnął ręką. - I to zupełnie sam. - Popatrzył 

na nią. Miała zmieszaną minę. - No wiesz, słońce prosto nad głową, mnóstwo kurzu, gość z 

gwiazdą na piersi. Tego rodzaju rzeczy.

- W samo południe?

- Mniej więcej.

- No i?

Zawahał się, wydając się wsłuchiwać w jakiś wewnętrzny głos. W końcu powiedział:

-   No   i   może   nie   okazałem   się   aż   tak   dzielny   i   nieustraszony,   jak   sobie   zawsze 

wyobrażałem.

background image

- Jak to? Skrzywił się.

-   To   było   o   wiele   bardziej   dwuznaczne,   niż   myślałem.   Czasem   trudno   odróżnić 

dobrych  ludzi od złych.  Nie ma  w tym  wszystkim  porządku moralnego.  Wszyscy razem 

taplają się w błotku i babrają w gnoju.

- A ty uwielbiasz porządek moralny.

Skinął głową ze smutną miną, ale nic nie powiedział.  Smuga światła  słonecznego 

uwydatniała drobinki unoszące się w powietrzu, wypełniając salę błyszczącą mgiełką. Corso 

włożył prawą dłoń w połyskujący snop światła, odwrócił ją, a potem, zadowolony, że słońce 

dotknęło jej całej, schował ją do kieszeni.

- Kiedy pozwolą ci wyjść? - zapytał w końcu.

- Za dwa tygodnie - odparła.

- Mniej więcej tyle czasu powinno mi zająć dokończenie książki o Balaguli - ocenił. - 

Potem mógłbym ci trochę pomóc w...

Machnęła ręką.

- Dzięki - powiedziała - ale mam mnóstwo ran do wyleczenia. Mnóstwo...

Z trudem powstrzymała uśmiech, kiedy zaczął mówić z chłopięcym entuzjazmem:

- Może moglibyśmy... no wiesz... gdy już je wszystkie wyleczysz...

- Zobaczymy. - Odwróciła głowę.

Zawahał się, a potem podszedł do łóżka. Przystanął, patrząc na nią. Pochylił się i 

niespodziewanie  pocałował  ją w policzek,  ociągając  się chwilę,  zanim  się wyprostował  i 

skierował do drzwi.

- Corso.

Zatrzymał   się   i   odwrócił   za   siebie.   Miała   łzy   w   oczach.   -   Jesteś   najlepszym 

przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałam.

Nie  potrafiła  orzec,  czy skinął  głową, czy raczej  się wzdrygnął.  Jakkolwiek było, 

chwycił klamkę, uchylił lekko drzwi i zniknął.