background image
background image
background image

Wstęp

DROGA PRZEZ WSZECHŚWIAT

N

a  początku  była  gorąca  plazma  –  mieszanina  cząstek  elementarnych  i  promieniowania  w  tak

wielkich  ciśnieniach  i  temperaturach,  że  właściwie  trudno  mówić  o  indywidualnych  cząstkach

i  kwantach  promieniowania.  Ale  w  miarę  wszechobejmującej  ekspansji  ciśnienia  i  temperatury

spadały,  a  w  niemal  bezpostaciowej  plazmie  zaczęły  się  pojawiać  zarysy  pierwszych  struktur:

kwarki łączyły się w protony i neutrony – budulce przyszłych jąder atomowych. Tak zaczęła się moja

historia. Była ona z pewnością poprzedzona prehistorią, ale utkaną z tak wielu znaków zapytania, że

lepiej pozostawić ją w mrokach początku.

Gdy  historia  Wszechświata  liczyła  sobie  kilka  minut  (niewyobrażalnie  wiele  w  tamtej  skali

czasu),  temperatura  opadła  na  tyle,  że  protony  i  neutrony  mogły  łączyć  się  w  jądra  najprostszych

pierwiastków chemicznych, głównie wodoru i helu. Tych kilka pierwszych minut było kluczowe dla

mojej  historii  –  to  wówczas  zapadły  pierwsze  decyzje  dotyczące  przyszłego  składu  chemicznego

Wszechświata.  Bardziej  złożone  struktury,  nawet  dużo  prostsze  od  struktury  białka,  były  jeszcze

ciągle  tylko  możliwościami  zawartymi  w  prawach  przyrody,  ale  gdyby  nie  te  możliwości,

Wszechświat na zawsze pozostałby jałowy.

Potem  historia  toczyła  się  coraz  wolniej,  jakby  bardziej  ociężale.  Po  kilkuset  tysiącach  lat

promieniowanie  przestało  oddziaływać  z  cząstkami  elementarnymi,  skutkiem  czego  protony  miały

szanse wyłapać elektrony i utworzyć atomy wodoru. Ale powstanie galaktyk z pierwotnych, małych

zaburzeń  gęstości  wymagało  już  miliardów  lat.  W  galaktykach  rodziły  się  gwiazdy  i  w  swoich

wnętrzach  przepalały  wodór  na  cięższe  pierwiastki.  Droga  od  wodoru  do  węgla,  pierwiastka,  na

którym oparta jest chemia organiczna, także nie była prosta. Ciąg reakcji jądrowych, niezbędnych, by

pokonać tę drogę, wymagał specjalnych warunków fizycznych – ciśnień i temperatur. Gwiazdy rodzą

się,  ewoluują  (spalając  swoje  paliwo  jądrowe)  i  umierają  w  spazmach,  które  kończą  się

gwałtownymi  wybuchami.  Z  prochów  jednych  gwiazd  rodzą  się  następne.  Potrzeba  było  kilku

generacji  gwiazd,  aby  wodór  mógł  się  przekształcić  w  węgiel.  To  był  ważny  krok  w  kierunku

powstania życia.

background image

Materia  kosmiczna  okazała  się  płodna.  Potrzeba  było  tylko  odpowiedniej  niszy,  by  chemia

organiczna,  chemia  związków  węgla,  przekształciła  się  w  biochemię.  Spazmy  rodzenia  się  gwiazd

często  prowadzą  do  powstania  układów  planetarnych.  Grawitacyjna  pępowina  łączy  młode  planety

z  macierzystym  słońcem,  a  prawa  fizyki  rzeźbią  ich  powierzchnie  w  odmienny  sposób  niż

w  gwiazdach.  Możliwości  jest  bardzo  wiele,  ale  tylko  wąski  przedział  fizycznych  parametrów

umożliwia dalszy ewolucyjny postęp.

Ziemia  powstała  około  4,5  miliarda  lat  temu.  Ostatni  wspólny  przodek  wszystkiego,  co  żyje,

zwany przez biologów LUCA (Last Universal Common Ancestor), pojawił się na Ziemi 3 miliardy

lat  temu;  pierwsze  rośliny  –  0,5  miliarda  lat  temu;  pierwsze  ssaki  –  225  milionów  (już  tylko

milionów!)  lat  temu; Homo  sapiens  –  0,2  miliona  lat  temu.  A  Jezus  Chrystus  żył  na  Ziemi  0,002

miliona lat temu.

Historia  biologiczna  wydała  z  siebie  historię  człowieka  –  historię  narodów  i  społeczeństw,

wojen, ale także filozofii, nauki, literatury i sztuki (również zabijania), historię sukcesów i porażek,

dobra i heroiczności, lenistwa i zła.

Nasze  Słońce  ma  jeszcze  zapas  paliwa  jądrowego  na  około  5  miliardów  lat.  Potem  wybuchnie

i  zamieni  się  w  białego  karła.  Na  długo  przedtem  życie  na  Ziemi  będzie  musiało  umrzeć  śmiercią

naturalną.

 

*

 

Jeżeli  jestem  chrześcijaninem  –  naprawdę,  a  nie  tylko  w  sensie quasi-intelektualnej  ozdoby

tradycyjnych  nawyków  –  to  wierzę,  że  Wszechświat,  który  z  takim  mozołem,  ale  i  poświęceniem

badamy, nie jest całą rzeczywistością. Ta Inna Rzeczywistość niekoniecznie rozciąga się gdzieś poza

naszym  Wszechświatem  („gdzieś”  jest  przecież  kategorią  przestrzenną,  a  przestrzeń  należy  do

naszego  Wszechświata);  raczej  przenika  ona  nasz  Wszechświat,  ale  w  jakimś  sensie  poza

Wszechświat  wykracza  –  transcenduje,  jak  mówią  filozofowie.  Nie  będziemy  się  tu  jednak  silić  na

wielką filozofię. Raczej po prostu stańmy na progu Tajemnicy.

Jeżeli  tak  na  to  spojrzymy,  to  nasze  życie  jest  tylko  drogą  przez  Wszechświat.  Rozpad  na

pierwiastki  chemiczne  i  ich  ponowne  włączenie  w  ewolucję  Wszechświata  nie  jest  moim  końcem,

lecz tylko etapem.

 

*

 

Przez Wszechświat podróżuje się nawet, gdy się o tym nie wie. Bo można nie wiedzieć: gdy głowę

background image

do  tego  stopnia  zajmie  się  innymi  „sprawami”,  że  nie  ma  już  miejsca  na  myślenie.  Wówczas

Wszechświat  niesie  człowieka  tak,  jak  nurt  rzeki  unosi  przypadkowo  wrzucony  do  niej  kawałek

patyka.  Z  perspektywy  patyka,  kręconego  przybrzeżnym  wirem,  nie  widać  ujścia  rzeki,  w  którym

łączy się ona z oceanem.

Żeby  nie  dać  się  zredukować  do  roli  patyka,  trzeba  od  czasu  do  czasu  zrobić  w  swojej  głowie

miejsce  na  myślenie.  To  właśnie  nazywam  rekolekcjami.  Mogą  to  być  rekolekcje  w  sensie

tradycyjnym,  z  modlitwą  i  religijnymi  rozważaniami,  ale  mogą  to  także  być  rekolekcje  w  szerszym

znaczeniu – wyłączenie kilkunastu chwil z codziennych spraw i zwrócenie myśli poza to, czego myśl

zwykle bezpośrednio dotyka. W obydwu tych formach rekolekcji książka ta chciałaby pomóc.

Składa się na nią pięć serii rekolekcji, które wygłosiłem (lub napisałem) przy różnych okazjach.

Pierwsze  dwie  serie  noszą  kolejno  tytuły: Usprawiedliwienie  Wszechświata  oraz Rozważania

o  stworzeniu.  Zdecydowałem  się  połączyć  je  w    jedną  całość  pod  wspólnym  tytułem

Usprawiedliwienie Wszechświata. Jest to tytuł książki

1

, w której serie te zostały opublikowane. Gdy

odprawia  się  rekolekcje  i  jeden  człowiek  doznaje  usprawiedliwienia,  usprawiedliwia  się  również

Wszechświat.  I  to  wcale  nie  tylko  w  jednej  swojej  mikroskopijnej  cząstce,  w  tym  konkretnym

człowieku.  W  sprawach  usprawiedliwienia  nie  obowiązuje  zwykła  arytmetyka.  Nie  wiemy,  jaki

pyłek ostatecznie przeważy szalę.

Usprawiedliwienie  uzyskuje  się  przez  odzyskanie  sensu.  Dlatego  w Rekolekcjach I  skupimy  się

na zagadnieniu sensu. Druga część tych Rekolekcji przenosi zagadnienie usprawiedliwienia do kręgu

myśli chrześcijańskiej i jest próbą przemyślenia od nowa chrześcijańskiej doktryny o stworzeniu.

Rekolekcje  zatytułowane Rozmowy  w  nocy  (Rekolekcje  II)  zostały  uprzednio  opublikowane

w  książeczce  pod  tym  samym  tytułem

2

.  Wygłosiłem  je  w  kościele  akademickim  Świętej  Anny

w Krakowie w 1991 roku. W tym wydaniu zdecydowałem się zachować napisany wówczas wstęp,

choć od tamtych czasów – przecież tak niedawnych – dzieli nas cała epoka. Może dobrze przy okazji

porównać siebie obecnego z sobą z tamtego okresu. Czy zmieniłem się aż tak bardzo?

Kolejne rekolekcje wygłosiłem w 1999 roku w Krakowie do pracowników wydawnictwa Znak

i „Tygodnika Powszechnego”. Rok potem ukazały się jako tomik zatytułowany po prostu Rekolekcje

(w  obecnym  wydaniu Rekolekcje  III).  Jako  tytuł  dla  tej  serii  wybrałem  tytuł  jednego  z  rozważań:

Poza bezpośredniość. To sformułowanie, zapożyczone od Leszka Kołakowskiego, uderza trafnością,

zwłaszcza  gdy  się  je  przywołuje  w  atmosferze  rekolekcji.  Bezpośredniość  jest  często  trudną  do

przebicia otoczką…

I  wreszcie  seria  „Tygodnika  Powszechnego”,  drukowana  w  okresie  od  21  lutego  do  28  marca

2009  roku,  pod  wspólnym  nagłówkiem Rekolekcje  wielkopostne  (Rekolekcje  IV).  I  tym  razem  za

tytuł  serii  wybrałem  tytuł  jednego  z  rozważań: Wielki  Nieznajomy.  Trzeba  się  przedrzeć  przez

background image

bezpośredniość, żeby Go dostrzec i rozpoznać.

 

17 listopada 2011

background image

Rekolekcje I

USPRAWIEDLIWIENIE

WSZECHŚWIATA

background image

POTRZEBA USPRAWIEDLIWIENIA

Gdy  Mały  Jaś  opuści  dzień  nauki  w  szkole,  potrzebuje  usprawiedliwienia,  a  gdy  okaże  się,  że

zamiast  na  lekcjach  polskiego  był  z  kolegami  w  parku,  z  usprawiedliwieniem  będą  kłopoty.  Gdy

Duży Jan późno w nocy wraca do domu, musi się gęsto usprawiedliwiać przed żoną, ale gdy żona

skądinąd wie, że powoływanie się na ważną konferencję to zwykłe wykręty, z usprawiedliwieniem

również będą kłopoty.

Usprawiedliwienie  to  poważna  sprawa.  Zarówno  dla  Małego,  jak  i  dla  Dużego  Jana.  Miarą

ważności problemów bywa stopień zaangażowania w nie. Gdy  ktoś  szuka  usprawiedliwienia,  jest

zwykle poważnie zaangażowany. W przeciwnym razie nie zależałoby mu, aby się usprawiedliwiać.

Ale  są  także  usprawiedliwienia,  których  potrzeba  wynika  z  natury  rzeczy,  nawet  wtedy  gdy  nikt

sobie  tego  nie  uświadamia.  I  to  są  usprawiedliwienia  największej  wagi.  W  tym  sensie  grzesznik

potrzebuje  usprawiedliwienia,  choćby  nawet  dobrze  mu  było  z  jego  grzechami.  Szczelina,  jaka

powstała w najgłębszych pokładach ludzkiej istoty, woła swoim rozdarciem. Ludzkie istnienie jest

zagrożone i domaga się, aby ktoś przywrócił mu rację bytu, aby je usprawiedliwił.

W  jakim  znaczeniu  Wszechświat  potrzebuje  usprawiedliwienia?  Badając  Wszechświat,  w  nim

samym  szukamy  racji  jego  istnienia;  chcemy,  by  sam  się  usprawiedliwił.  Leibnizowska  zasada

racji  dostatecznej,  brzytwa  Ockhama  i  wiele  innych  reguł  metodologicznych  to  tylko  różne

odmiany  postulatu  samousprawiedliwienia  się  Wszechświata.  W  gruncie  rzeczy  idzie  tu  o  coś

podobnego  jak  w  przypadku  Małego  i  Dużego  Jana,  z  tym  że  oni  musieli  uzasadnić  swoją

nieobecność, a Wszechświat powinien się usprawiedliwić z tego, że jest i że jest taki, jaki właśnie

jest.

Ale  Wszechświat  potrzebuje  usprawiedliwienia  także  w  sensie  podobnym  do  tego,  jakiego

domaga  się  stan  grzesznika.  Ślepa  bezwładność  praw  przyrody,  ewolucja  materii  dokonywająca

się  metodą  kosztownych  prób  i  niewybaczalnych  błędów,  tęsknoty  ludzkiego  rozumu  ulegającego

niszczącemu działaniu kosmicznego środowiska – to wszystko woła o usprawiedliwienie. I nie idzie

tu  tylko  o  własne  dobre  samopoczucie:  żeby  bezsensowną  układankę  zmusić,  za  pomocą  jakiejś

ekwilibrystyki,  do  wyrażania  narzuconego  jej  wzoru.  Idzie  przede  wszystkim  o  ocalenie

racjonalności. Tej racjonalności, z której wyrasta cała filozofia ludzkości i cała stworzona przez

background image

ludzkość nauka. Jeżeli bowiem nie ma usprawiedliwienia dla Wszechświata, nie ma go również dla

naszych pytań: poczucie racjonalności jest najbardziej irracjonalną sztuczką spłataną nam przez

pozornie tylko istniejące nic.

W  tym  sensie  wszystkie  myślowe  wysiłki  ludzi  są  jedynie  próbami  usprawiedliwienia

Wszechświata.  I  dlatego,  być  może,  tytuł,  jaki  nadałem  rozważaniom,  którymi  obecnie  dzielę  się

z  Czytelnikami,  jest  mało  pokorny.  Tym  bardziej  że  nie  zawierają  one  żadnej  nowej  wizji  ani

żadnej  nowej  teorii  filozoficznej,  dzięki  której  Wszechświat  poczułby  się  bardziej  na  swoim

miejscu.  Rozważania  te  podejmują  jedynie  wątek,  nazywając  go  po  imieniu:  jak  usprawiedliwić

Wszechświat, który nas wyprodukował i do którego należymy?

Wszystkie  myśli  przedstawione  w  tej  książce  mają  raczej  charakter  „refleksji  w  głąb”  niż

systematycznego  studium.  Nie  chcę  przez  to  twierdzić,  że  moje  myśli  są  rzeczywiście  głębokie.

„W  głąb”  jest  kierunkiem  moich  intencji,  a  niekoniecznie  wykonania.  I  z  podobnymi  intencjami

Czytelnik  powinien  nachylać  się  nad  tymi  stronicami.  Bo  jedno  jest  pewne  –  błądząc  po

powierzchni, niczego nie da się usprawiedliwić.

background image

WSZECHŚWIAT I MYŚL

Zamyślenie

Gdy człowiek przeżywa stan zagubienia, poszukiwanie staje się warunkiem przetrwania. Czasem

szuka także ten, kto już posiada – żeby posiadać pewniej. Szukanie jest jedną z najbardziej

ludzkich czynności.

Przedstawiam  Czytelnikowi  tekst  czterech  konferencji  wygłoszonych  podczas  „Rekolekcji  dla

poszukujących”  w  Wielkim  Poście  1979  roku.  Nie  są  to  ani  wykłady  naukowe  –  mimo

rozbudowanej  „części  kosmologicznej”,  ani  kazania  w  zwykłym  tego  słowa  znaczeniu  –  mimo

„zastosowań  moralnych”.  Jest  to  zamyślenie  się  nad  najważniejszymi  sprawami  człowieka.  Ale

zamyślenie  się  w  szerokim  kontekście  tego,  co  współczesna  nauka  mówi  o  miejscu  człowieka  we

Wszechświecie.

Każde szukanie zaczyna się od zamyślenia.

Zawrót głowy

I

dę  ulicą  mojego  miasta.  Przedwieczorny  spacer,  zasłużony  wypoczynek  po  całodziennym

zmęczeniu.  Znam  tu  każdy  kąt.  Wiem,  jaką  wystawę  minę  za  rogiem.  Przechodnie…  niby  obcy,

a  szczelnie  wtopieni  w  scenerię.  Właśnie  tacy  powinni  być.  Bezbarwni,  zaaferowani  swoimi

sprawami,  ale  obecni;  nieznajomi,  choć  dobrze  znani.  Czuję  się  jednym  z  nich.  Grawitacja  mocno

trzyma mnie na Ziemi.

Muszę  być  jednak  nieco  zmęczony,  bo  lekko  kręci  mi  się  w  głowie.  Kontury  mego  miasta

rozmywają się. Ono samo przestaje być ważne. Planeta wiruje nieustannie. Raz na 24 godziny pełny

obrót  dookoła  swojej  osi.  Prędkość  na  równiku  464  m/s.  Ziemia  –  mój  dom,  mały  bąk  wirujący

w przestrzeni.

Myśli,  podobnie  jak  ciała  niebieskiego,  nie  da  się  zatrzymać.  Raz  wprawiona  w  ruch,

nieuchronnie  nabiera  przyspieszenia.  Raz  wyszedłszy  z  ziemskiego  zaścianka,  uparcie  drąży

przestrzenie. Już jej nie wystarcza kręcić się wraz ze swoją planetą dookoła macierzystej gwiazdy –

Słońca, ze średnią prędkością równą 30 km/s.

Najszybszy sygnał istniejący w przyrodzie, promień światła, poruszając się w pustej przestrzeni

background image

z prędkością 300 000 km/s, pokonuje odległość, jaka dzieli Ziemię od Słońca, w ciągu około 8 minut,

ale  do  najbliższej  gwiazdy  musi  podróżować  prawie  4  lata  i  4  miesiące.  Znamy  wszakże  gwiazdy

położone  znacznie  dalej.  Odległości  do  niektórych  z  nich  dochodzą  do  100  000  lat  świetlnych.

Wszystkie gwiazdy tworzą jeden wielki układ zwany naszą Galaktyką.

Myśl ludzka pokonała te odległości. Znamy dziś dobrze budowę naszej Galaktyki, rozumiemy –

i to w zadziwiającej ilości szczegółów – tajniki powstawania i ewolucji gwiazd.

Nocne niebo jest źródłem wielu informacji. Astronomowie i radioastronomowie gromadzą dane,

teoretycy tłumaczą je na wzory i rozszyfrowują. Wszechświat ulega twórczej ciekawości człowieka,

poddaje się jego zaborczej myśli, uchyla rąbka swoich tajemnic.

Nasza  Galaktyka  nie  jest  samotną  wyspą  w  pustym  Wszechświecie.  Znamy  inne  galaktyki.  Od

najbliższej sąsiadki, Wielkiej Galaktyki w Andromedzie, dzieli nas około 2 milionów lat świetlnych.

Galaktyki  są  „wszędzie”;  odległości  od  nich  mierzą  się  milionami  i  miliardami  lat  świetlnych.

Granice ustanawiają tu tylko możliwości naszych obserwacyjnych instrumentów.

Kosmos i mity

Przyzwyczailiśmy  się  traktować  Wszechświat  jako  statyczną  budowlę,  dom,  w  którym  mieszkamy.

Tymczasem  tak  nie  jest.  Świat  jest  raczej  nadymaną  bańką  mydlaną,  a  nasze  materialne  istnienie

przejściowym  epizodem  w  jej  strukturze.  Według  powszechnie  dziś  przyjmowanej  teorii

kosmologicznej,  stanowiącej  najbardziej  spójne  wyjaśnienie  faktów  obserwacyjnych,  odległości

pomiędzy  galaktykami  rosną,  galaktyki  oddalają  się  od  siebie  z  ciągle  rosnącymi  prędkościami.

Wszechświat nadyma się, pęcznieje.

Myśl ludzka wystartowała z ziemskiego podwórka, dziś penetruje już świat galaktyk, przenosi się

z  prędkością  większą  od  prędkości  światła,  przenika  atomy  i  układy  gwiezdne.  I  zaczyna  pytać

o granice swoich możliwości…

Myśl ludzka jest ograniczona czasem. Czas działa na nią destrukcyjnie. W miarę upływania czasu

starzejemy się i umieramy. Czas jest wyzwaniem dla ludzkiej myśli.

Ale tak się dziwnie składa, że przezwyciężaniu jednego ograniczenia przychodzi na pomoc drugie

ograniczenie.  To,  że  w  przyrodzie  istnieje  ograniczona,  maksymalna  prędkość  przenoszenia

informacji – prędkość światła, sprawia, iż myśl ludzka może podjąć wyzwanie czasu, może podjąć

próbę spenetrowania historii Wszechświata wstecz. Zasada jest prosta: gdy patrzy się przez teleskop

na odległe galaktyki, widzi się je takimi, jakie były miliardy lat temu, wtedy gdy opuścił je promień

światła, który obecnie wpada do naszego teleskopu.

Ale  sam  teleskop  nie  wystarczy.  Potrzebna  jest  jeszcze  dobra  teoria.  Nie  wystarczy  patrzeć  –

trzeba rozumieć, co się ogląda. Z wyników obserwacji, przeprowadzonych za pomocą najnowszych

background image

urządzeń  technicznych  i  rozumianych  w  świetle  najbardziej  spójnych  teorii,  wyłania  się  pewien  –

dość  dobrze  zarysowany  –  obraz  kosmicznej  ewolucji.  Nazywamy  go  standardowym  modelem

Wszechświata.

Gdy przez teoretyczne rekonstrukcje standardowego modelu obserwujemy historię Wszechświata

wstecz,  widzimy,  że  Wszechświat  się  kurczy:  wszystkie  galaktyki  niebezpiecznie  zbliżają  się  do

siebie,  wzrasta  ciśnienie  i  temperatura.  Po  kilkunastu  miliardach  lat,  licząc  od  chwili  obecnej,

wszystkie  galaktyki,  gwiazdy,  planety…  zostają  całkowicie  zgniecione.  Wkrótce  temperatura

i ciśnienie stają się tak wysokie, że nawet atomy, jako złożone struktury, nie mogą już istnieć. Kończy

się  era  galaktyczna  w  dziejach  Wszechświata.  Materia  roztapia  się  w  promieniowanie.  Świat  jest

teraz  wypełniony  światłem  –  falami  elektromagnetycznymi,  przemierzającymi  przestrzeń  we

wszystkich  kierunkach  z  jednakową  prędkością.  Tę  erę  nazywamy  świetlną  lub  promienistą.  Trwa

ona „krótko”, tylko kilkaset milionów lat.

Teraz  zdarzenia  dzieją  się  coraz  prędzej,  historia  świata  nabiera  przyspieszenia.  Następna  era,

zwana  leptonową,  trwa  zaledwie  dziesięć  minut.  Na  początku  tej  ery  temperatura  sięga  10

10

K  (w  skali  bezwzględnej),  a  gęstość  materii  w  coraz  bardziej  ścieśniającym  się  Wszechświecie

przybiera  wartość  10

4

  g/cm

3

.  Zapalają  się  reakcje  jądrowe.  Te  egzotyczne  warunki  mogą  jednak

przetrzymać  cząstki  elementarne  zwane  leptonami.  Nimi  jest  wówczas  wypełniony  Wszechświat

(stąd  nazwa  ery).  Po  dziesięciu  minutach  (cofając  się  w  czasie),  gdy  temperatura  wynosi  10

12

kelwinów,  a  gęstość  10

14

  g  /  cm

3

,  leptony  już  „nie  wytrzymują”.  W  takich  supergęstych  stanach

stabilne  okazują  się  tylko  ciężkie  cząstki,  zwane  hadronami.  Era  hadronowa  trwa  tylko  kilka

tysięcznych  sekundy.  Powszechne  zapadanie  się,  gigantyczny  antywybuch  (anty  –  bo  rozważany

w czasie wstecz) powinien ściągnąć Wszechświat do punktu, do bezwymiarowego zera. Jednakże na

10

-44

 sekundy zanim to się stanie, gdy gęstość Wszechświata wynosi 10

93

 g/cm

3

, a temperatura 10

33

 K,

załamuje  się  nasza  obecna  znajomość  fizyki.  Możemy  już  tylko  operować  hipotezami  i  domysłami

oraz  czekać  na  przyszłą  teorię,  która  być  może  pozwoli  rozszyfrować  kolejną  miliardową  część

sekundy  dziejów  Kosmosu.  Niewykluczone,  że  gdy  posuniemy  się  jeszcze  o  ten  kawałeczek  dalej,

okaże  się,  iż  załamują  się  nawet  tak  podstawowe  prawa  fizyki,  jakimi  są  zasady  zachowania  masy

i energii, a pojęcia czasu i przestrzeni po prostu tracą sens. Wielu poważnych uczonych przewiduje

właśnie takie wyniki przyszłej teorii pierwszych ułamków sekundy kosmicznej historii.

Progowe warunki, poza które nie sięgają przewidywania wynikające z naszych obecnych teorii,

nazywa  się  zwyczajowo  warunkami  Plancka.  Próg  Plancka  wyznacza  kres  naszych  współczesnych

dociekań  nad  ewolucją  Kosmosu.  Jest  to  kres  dociekań  bazujących  na  empirii.  Ale  wyznaczanie

granic  myśli  spekulatywnej  oznaczałoby  zdradę  myśli  w  ogóle  (Whitehead).  Właśnie  dopiero  tu

rodzą się znaki zapytania naprawdę interesujące z punktu widzenia naszej egzystencji; znaki zapytania

background image

być  może  szczególnie  powyginane,  lecz  właśnie  dlatego  zmuszające  do  łamania  sobie  głowy  nad

nimi.

We  współczesnej  literaturze  science  fiction  znane  są  wyobrażenia,  według  których  Wielki

Wybuch  –  początek  ewolucji  naszego  Kosmosu,  był  dziełem  jakiejś  supergenialnej  istoty  lub  istot,

które  zabawiły  się  w  pirotechnikę  kosmiczną,  podobnie  jak  my  bawimy  się  od  czasu  do  czasu

w  wybuchy  nuklearne.  My  sami  mielibyśmy  być  rzekomo  ubocznym  produktem  tego  rodzaju

kosmoinżynierii.  Jeśli  ktoś  traktuje  takie  kosmiczne  mity  choć  odrobinę  bardziej  serio  niż  dobrą

zabawę,  automatycznie  ustawia  się  w  szeregu  wyznawców  Zeusa,  sądzących,  że  pioruny  są

bezpośrednim wynikiem działalności bogów.

Milczenie Kosmosu

W nauce obowiązuje pewna taktyka – powiedziałbym mocniej, pewna asceza – od której nie wolno

odstąpić.  Każde  zdyspensowanie  się  od  niej  oznacza  zdradę  nauki.  Naukowa  asceza  polega  na

nieustannym ograniczaniu się. Już w punkcie wyjścia naukowiec musi ograniczyć się do tego, co da

się zmierzyć. Jeżeli istnieją jakieś niemierzalne cechy rzeczywistości (a chyba takie istnnieją, bo jak

na przykład zmierzyć moralną wartość jakiegoś człowieka), to od samego początku znajdują się one

poza zasięgiem metod nauki.

Ale  nauka  to  nie  tylko  mierzenie.  Wyniki  pomiarów  służą  do  sformułowania  wyjściowych

założeń, potem następuje dedukcja. I tu znowu pojawia się istotne ograniczenie: dedukcja nie może

być inna jak tylko matematyczna. Dlaczego? Na to pytanie istnieje właściwie tylko jedna odpowiedź:

bo właśnie taka, a nie inna dedukcja daje dobre wyniki. Przyroda w jakimś sensie jest matematyczna:

tylko matematyczne rozumowanie jest zdolne przenikać jej tajniki.

Matematyczna dedukcja może prowadzić w bardzo wielu kierunkach. Zaczynając od określonego

zbioru  wyjściowych  założeń,  można  zbudować  wiele  różnych  modeli  matematycznych  danej

dziedziny  rzeczywistości.  Tu  również  trzeba  się  ograniczyć.  Należy  porównać  teoretyczne  modele

z wynikami eksperymentów (czyli z wynikami pomiarów) i bezlitośnie odrzucić te wszystkie modele,

które „odstają” od wyników doświadczeń.

Postawa  naukowca  wobec  świata  to  postawa  ascety  abnegata.  Wszystko  to,  co  wykracza  poza

metodę  „pomiarowo-matematyczną”,  musi  wykraczać  poza  krąg  (ciasnych?!)  zainteresowań

naukowca.  Nowożytne  nauki  powstały  w  momencie,  kiedy  uczeni  wpadli  na  trop  tej  metody

i przestali zadawać przyrodzie pytania, być może ciekawe, ambitne i bardzo pasjonujące, na które nie

mogła ona odpowiedzieć, bo nie zostały wypowiedziane w zrozumiałym dla niej języku matematyki.

Tym  razem  postawa  ascetyczna  okazała  się  niezwykle  opłacalna.  Sukcesy  nauk  empirycznych

w krótkim czasie stały się tak zawrotne i tak trwałe, że ludzie bardzo często zapominają o ascezie,

jaka  je  zrodziła,  i  wyobrażają  sobie,  że  nauka  jest  zdolna  odpowiedzieć  na  wszelkie  możliwe

background image

pytania,  z  jakimi  się  tylko  do  niej  zwrócimy.  Tymczasem  jest  to  jedno  z  najniebezpieczniejszych

złudzeń. Metoda naukowa świetnie nadaje się do tego – w tym celu została przecież wynaleziona –

aby wyciskać z przyrody zawarte w niej informacje. Ale człowiek nie żyje wyłącznie informacjami.

Gdyby  człowiekowi  do  życia  wystarczał  jedynie  dopływ  informacji,  byłby  on  wyłącznie

biochemiczną maszyną do porządkowania swoich elementów składowych.

W  centrum  najbardziej  ludzkich  spraw  znajduje  się  nie  kategoria  informacji,  lecz  kategoria

wartości.  Z  chwilą  gdy  maszyna  do  przetwarzania  informacji  otwiera  się  na  wymiar  wartości,

przestaje być maszyną – staje się Człowiekiem.

Nauka milczy o wartościach. Ale nie można mieć o to do niej pretensji, tak jak nie można mieć

pretensji  do  aptekarza,  że  nie  sprzedaje  kotłów  parowych.  Rozważanie  wartości  wykracza  poza

kompetencje  nauki.  Metoda  wypracowana  przez  naukę,  skuteczna  w  dziedzinie  zdobywania

informacji,  jest  całkiem  bezsilna  w  dziedzinie  ocen  i  wartości.  Jest  to  bezsilność  zasadnicza,

wynikająca  z  istoty  metody  empirycznej.  Niemożność  bardziej  zasadnicza  niż  próba  zbudowania

rakiety kosmicznej za pomocą obcęgów i młotka.

Jeśli  się  chce  metodą  empiryczną  pytać  Wszechświat  o  wartości,  Wszechświat  pozostanie

milczący.

Świat wartości

Są  różne  wartości:  większe  i  mniejsze.  Za  większe  jesteśmy  gotowi  zapłacić  wyższą  cenę,  za

mniejsze – niższą. Pewne wartości stawiamy wyżej niż życie. Oznacza to, że jesteśmy gotowi płacić

za nie nawet życiem.

Życie człowieka jest wtopione w cały system wartości. Bez niego byłoby kalekie, zdegenerowane

do poziomu wegetacji opartej na handlu zamiennymi namiastkami wartości.

Mój stosunek do Boga, do innych ludzi, do własnego istnienia, szukanie sensu tego istnienia… to

cała „siatka wartości” wpisująca się w moje istnienie, określająca jego najgłębsze wymiary.

Człowiek  chce  mieć  poczucie  własnej  wartości.  Gdy  je  traci,  to  albo  szuka  ucieczki  przed

koniecznością  myślenia  we  wszystkich  możliwych  środkach  na  bezmyślność,  od  morderczej  pracy

począwszy,  a  skończywszy  na  alkoholu  i  narkotykach,  albo  wpada  w  kryzys  osobowościowy,

w którym środki psychiatryczne mogą być tylko drugorzędną pomocą.

Istnieje  bowiem  doświadczenie  wartości.  Pojęcie  wartości  jest  widocznie  jakoś  wszczepione

w  istotę  człowieka,  bo  tam  właśnie  –  w  sobie  –  je  odnajdujemy.  I  nie  tylko  samo  pojęcie,  także

postulat,  aby  do  wartości  dążyć,  chcieć  ją  osiągnąć.  Co  więcej,  ten  postulat  (imperatyw)  nie  jest

różny od samego pojęcia wartości. Wartość jest tym, do czego się dąży, i dąży się tylko do tego, co

ma jakąś wartość.

background image

Można wartość źle odczytać, to znaczy uznać za wartość to, co nią nie jest, ale nie można dążyć

do czegoś, czego się nie uznaje za wartość. Dla samobójcy szukającego ucieczki przed życiem, które

straciło  dla  niego  wszelką  wartość,  śmierć  staje  się  wartością  i  jako  wartość  (mimo  że  źle

odczytana)  jest  motywem  działania.  To,  że  nawet  nie  można  pomyśleć  działania  „przeciw

wartościom”, świadczy o jakimś podstawowym znaczeniu wartości dla ludzkiego istnienia.

Skąd  się  w  nas  bierze  doświadczenie  wartości?  Czyim  jest  śladem? A  jeśli  imperatyw  dążenia

do wartości jest wpisany w ludzkią naturę i jeśli ktoś ten imperatyw zlekceważy, nie osiągając takich

wartości, do których osiągnięcia był zdolny, to czy istnieje sankcja za zniszczenie tej podstawowej

moralnej struktury stanowiącej osnowę ludzkiego bytu?

Wartość nauki i Wszechświata

Jeśli materialny świat zdefiniować jako to, czym zajmują się nauki, to pytania postawione powyżej

otwierają nas na rzeczywistość wykraczającą poza materialny świat.

Nauka  o  wartościach  nie  mówi,  ale  sama  jest  wartością,  i  to  zarówno  dla  całej  ludzkości,  jak

i  dla  bardzo  wielu  ludzi  uprawiających  naukę.  Wprawdzie  od  czasu  do  czasu  podnoszą  się  głosy

przeciwko  nauce:  że  zagrożenie  atomowe,  że  zniszczenie  środowiska,  że  manipulacja  wolnością

człowieka  itp.,  ale  zapomina  się  wtedy  o  tej  oczywistej  prawdzie,  iż  bez  nauki  nasza  planeta  po

prostu nie mogłaby nas utrzymać; postęp naukowy i techniczny jest procesem nieodwracalnym.

Nauka  jest  także  wartością,  bo  zaspokaja  naturalny  pęd  człowieka  do  zdobywania  informacji;

czasem  ujmujemy  to  bardziej  wzniośle  –  pęd  do  zdobywania  naukowej  prawdy.  Prawda  to  jedna

z naczelnych wartości rządzących działaniem człowieka.

Wprawdzie nauka rozszyfrowuje tylko informacje zawarte we Wszechświecie, a nie jest zdolna

dotrzeć  do  czegoś,  co  można  by  nazwać  „wartością  Wszechświata”,  ale  w  świetle  powyższych

rozważań Wszechświat ukazuje się nam także jako „nośnik wartości”. Nie tylko dlatego że życie jest

dla  nas  wielką  wartością,  a  zostało  ono  zrodzone  przez  Wszechświat,  z  jego  materii,  na  skutek

działania  jego  praw,  ale  przede  wszystkim  dlatego  że  te  najgłębiej  ludzkie  wartości,  zakorzenione

w człowieku, urzeczywistniają się w kontekście Wszechświata.

Wszechświat  jawi  się  współczesnej  nauce  nie  jako  wielka  maszyna,  lecz  jako  wcielenie  myśli.

A myśl jest sobą tylko wtedy, gdy wyraża sens. Sens jest wartością myśli.

W momencie gdy wypowiedzieliśmy słowo „sens”, postawiliśmy problem Boga. Boga nie należy

wyobrażać  sobie  jako  pirotechnika  ukrywającego  się  za  Wielkim  Wybuchem  Wszechświata.  Nie

wolno Go umieszczać poza progiem naszej dzisiejszej wiedzy. Nie znajduje się On poza granicami,

lecz w samym środku. Nie jako robocza hipoteza wyjaśniająca to, czego dziś jeszcze nie rozumiemy,

lecz  w  samym  jądrze  rzeczywistości  jako  ostateczny  sens  wszystkiego,  co  jest.  Sens,  który  ukazuje

swoje  logiczne  oblicze  w  matematyczności  Wszechświata  i  swoje  oblicze  obiektywnego  dobra

background image

w całym systemie wartości wpisanych zarówno we Wszechświat, jak i w nasze ludzkie istnienie.

Żyjemy zanurzeni w wartościach. Ale wartości te mogą pozostać dla nas abstrakcjami; wtedy ich

życiodajna  siła  jest  jakby  zamrożona.  Wartości  muszą  się  urzeczywistniać  w  naszej  codzienności.

Wówczas codzienność ożyje i odnajdziemy w niej wartość życia.

background image

WSZECHŚWIAT I CZŁOWIEK

Początki giną w mroku

D

laczego  istnieje  dziś  tak  wielkie  zainteresowanie  pytaniem  o  to,  czy  oprócz  nas  istnieją  Istoty

Rozumne we Wszechświecie. Mimo że – musimy to sobie otwarcie powiedzieć na samym początku –

pytanie  to  wciąż  jeszcze  należy  bardziej  do  dziedziny science  fiction  niż  do  dziedziny  rzetelnie

naukowych dociekań. Jeżeli nauka coś mówi na ten temat, są to tylko zagadnienia wstępne; czy gdzieś

we Wszechświecie istnieją warunki do powstania życia? Jakie byłyby możliwe sposoby odróżnienia

produktów  działalności  ewentualnych  wysoko  technicznie  rozwiniętych  cywilizacji  od  naturalnych

tworów  przyrody?  Jakie  są  szanse  nawiązania  jednostronnej  lub  dwustronnej  łączności?  Jakim

językiem porozumiewać się, jeśli dojdzie do spotkania? Itp., itd.

Pytań  jest  dużo,  a  –  prawdę  powiedziawszy  –  na  żadne  z  nich  nie  znamy  dotychczas

jednoznacznej odpowiedzi. Przede wszystkim o nas samych wiemy bardzo mało. Z tego, że jesteśmy,

jeszcze nie wynika, że są Inni. Czy życie jest prawidłowością w świecie materii czy raczej patologią,

czymś  w  rodzaju  zrakowaciałej  narośli  na  rządzącej  się  prawami  fizyki  tkance  materii?

Podejrzewamy,  że  to  pierwsze,  może  nawet  wolelibyśmy,  żeby  tak  było,  ale  i  druga  możliwość

pozostaje niewykluczona.

Osiągnięcia  biochemii,  biologii  molekularnej,  cybernetyki  biologicznej  i  innych  nauk

wprzęgniętych  do  trudnego  zadania  rozszyfrowywania  mechanizmów  życia  są  ogromne.  Istnieją

powody, by przewidywać, że tak jak kiedyś fizyka, tak teraz biologia stanie się nauką wiodącą. Ale

wciąż jeszcze jesteśmy bardzo daleko od rozwiązania zagadki istoty życia i jego powstania na naszej

planecie.

Według  współczesnych  danych  obecnie  trwająca  ewolucja  Wszechświata  rozpoczęła  się

około 15–20 miliardów lat temu (licząc od Wielkiego Wybuchu), nasz układ planetarny (a wraz z nim

Ziemia)  powstał  około  4  miliardów  lat  temu.  Najstarsze  ślady  życia  odnaleziono  w  skałach

osadowych,  których  wiek  ocenia  się  od  2,7  do  3,5  miliarda  lat.  W  skałach  tych  znajdują  się  małe

twory  o  średnicy  jednej  setnej  części  milimetra,  zidentyfikowane  jako  zbiorowiska  bakterii

i  pewnego  typu  alg.  Są  to  stosunkowo  rozwinięte  organizmy,  same  będące  już  produktami

background image

zaawansowanej ewolucji. Życie na naszej planecie ma długą historię, ale jej początki giną w mroku.

Jeżeli  nie  znamy  własnej  genealogii,  to  czy  mamy  prawo  snuć  domysły  na  temat  innych

rodowodów?  Jeżeli  nie  wiemy,  czy  gdziekolwiek  poza  naszą  planetą  powstało  życie,  to  czy  warto

pozwalać  sobie  na  spekulacje  dotyczące  wysoko  rozwiniętych  cywilizacji?  Jeżeli  pytanie  o  istoty

rozumne  we  Wszechświecie  jest  ciągle  tak  bardzo  marginesowym  pytaniem  nauki,  to  dlaczego

pasjonuje nas ono aż do tego stopnia?

Myślę, że na to ostatnie pytanie można dać odpowiedź. Nasza ciekawość Innych wynika nie tyle

z naszego zainteresowania zewnętrznym światem, ile raczej z naszej psychologii. Bo gdy odrzucimy

atmosferę  niezdrowej  sensacji  i  całą  grubą  warstwę  dziennikarskiej  płycizny,  to  cóż  zostaje?

Niewątpliwie chęć konfrontacji. Stworzyliśmy sobie w ciągu wieków pewien własny obraz świata,

mamy  piękne  teorie  na  temat  swojego  miejsca  w  świecie.  Znamy  własną  wielkość  i  własną  nędzę.

Szczycimy  się  osiągnięciami  rozumu,  z  lękiem  spoglądamy  w  niebezpieczną  szczelinę  naszego

moralnego  zła.  I  chcielibyśmy  znaleźć  skalę  porównawczą,  punkt  odniesienia.  Spotkanie  z  Innymi

byłoby  sprawdzianem  samych  siebie.  Ciekawość  Kosmosu  jest  przede  wszystkim  ciekawością  nas

samych.

Czy łatwo wyprodukować życie?

Koronnym  argumentem  zwolenników  gęsto  zamieszkanego  Wszechświata  –  i  dotychczas  w  istocie

jedynym argumentem na rzecz tej tezy – jest trudność wyobrażenia sobie, że taki wielki Wszechświat

miałby być tak bardzo pusty. Naukowcy przywołują na pomoc tak zwaną zasadę Kopernika, według

której we Wszechświecie nie ma wyróżnionych miejsc. Jeśli istnielibyśmy tylko my, Ziemia byłaby

niewątpliwie  wyróżnioną  planetą:  wprawdzie  nie  przez  swoje  położenie,  ale  przez  swoje

zaludnienie. Teologowie próbują podbudować to rozumowanie, powołując się na twórczą płodność

Stwórcy,  która  wielki  Wszechświat  winna  wypełnić  wieloma  istotami  rozumnymi.  Bardziej

realistycznie  nastawieni  zwolennicy  takich  argumentów  zwykle  podsumowują  je  stwierdzeniem:

prawdopodobnie istnieją inne cywilizacje, ale prawdopodobieństwo nawiązania z nimi kontaktu jest

bliskie zeru.

Rzecz  jednak  w  tym,  że  zasada  Kopernika  nie  jest  prawem  przyrody,  lecz  postulatem

metodologicznym,  który  w  zastosowaniu  do  świata  martwej  materii  dawał  dotychczas  dobre

rezultaty, ale który może wcale nie odnosić się do świata ożywionego (tak jak na przykład w sposób

oczywisty  nie  odnosi  się  do  historii  ludzkości,  gdzie  każdy  fakt  jest  wyróżniony,  niepowtarzalny).

A  już  dyktowanie  Panu  Bogu  warunków,  którymi  ma  się  kierować  w  swojej  twórczości,  na  pewno

niczego nie dowodzi.

Ostatnio  jednak,  gdy  coraz  więcej  wiemy  o  Wszechświecie  i  zachodzących  w  nim  procesach,

coraz bardziej zaczynamy rozumieć, że Wszechświat musi być bardzo wielki, aby stworzyć warunki

background image

do powstania życia na bodaj jednej planecie. Oto rozumowanie Johna A. Wheelera, znanego fizyka

i  kosmologa.  Jakkolwiek  byśmy  sobie  wyobrażali  mechanizmy  życia,  niezbędne  do  ich  powstania

i  działania  są  ciężkie  pierwiastki  chemiczne  (przez  ciężkie  pierwiastki  chemiczne  rozumiem

pierwiastki cięższe od wodoru). Ciężkie pierwiastki powstają z pierwotnego wodoru drogą syntezy

termojądrowej.  Reakcje  te  zachodzą  we  wnętrzach  gwiazd,  ale  aby  mogły  one  doprowadzić  do

syntezy  ciężkich  pierwiastków,  kilka  pokoleń  gwiazd  musi  palić  się  w  ciągu  kilku  miliardów  lat.

Zgodnie  ze  współczesnym  standardowym  modelem  kosmologicznym  Wszechświat  rozszerza  się

i w ciągu kilku miliardów lat musiał napęcznieć do rozmiarów (liniowych) rzędu kilku miliardów lat

świetlnych. I oto mamy wynik: jedynie po to żeby wyprodukować pierwiastki chemiczne niezbędne

do powstania życia na bodaj jednej planecie, „Wszechświat musi być stary i wielki – jego wiek musi

wynosić przynajmniej kilka miliardów lat, a rozmiary kilka miliardów lat świetlnych”.

Dodajmy do tego najnowsze odkrycia, że istotny udział w powstaniu naszego układu planetarnego

miała  gwiazda  supernowa  (lub,  według  niektórych,  nawet  kilka  gwiazd  supernowych).

Przypomnijmy,  że  gwiazdy  zwane  tradycyjnie,  aczkolwiek  mylnie,  supernowymi,  to  gwiazdy,  które

pod  koniec  swojego  cyklu  ewolucyjnego  doznają  zaburzenia  dotychczasowej  równowagi  pomiędzy

dwiema działającymi przeciwnie siłami, a mianowicie pomiędzy siłą własnej grawitacji (działającą

do  środka)  i  siłą  ciśnienia  promieniowania  (działającą  od  środka);  na  skutek  tego  gwiazda  ulega

rozerwaniu.  W  roku  1969  w  północnym  Meksyku,  w  pobliżu  wioski  Pueblito  de  Allende,  spadł

meteoryt  (zwany  dziś  meteorytem  Allende).  Okazuje  się,  że  meteoryt  zawiera  pewne  izotopy

pierwiastków chemicznych, które nie mogły zostać wyprodukowane w trakcie reakcji zachodzących

w  chmurze  gazu  i  pyłu,  z  jakiej  powstało  nasze  Słońce  i  jego  planety.  Jedynym  rozsądnym

wyjaśnieniem  tej  anomalii  (zaproponowanym  w  1977  roku)  jest  przyjęcie,  że  w  pobliżu  obłoku,

z  którego  potem  powstał  nasz  układ  planetarny,  znalazła  się  gwiazda  supernowa.  Jej  wybuch

zanieczyścił pierwotny obłok produktami rozpadu. Produkty te odnaleźliśmy w meteorycie Allende.

Inne najstarsze meteoryty – jak później stwierdzono – również zawierają izotopowe anomalie, które

wyjaśnia się wybuchem supernowej (lub nawet kilku supernowych).

Bliższa  analiza  tego  zagadnienia  wskazuje,  że  wybuch  supernowej,  znajdującej  się  w  pobliżu

(w  odległości  około  60  lat  świetlnych)  prasłonecznego  obłoku,  nie  tylko  dostarczył  pierwotnej

mgławicy pewnych izotopów, ale odegrał też istotną rolę w powstaniu samego układu planetarnego.

Prawdopodobnie  fala  uderzeniowa,  jaka  powstała  przy  zderzeniu  materii  wyrzuconej  z  supernowej

z prasłonecznym obłokiem, zapoczątkowała kurczenie się tego obłoku, co w efekcie doprowadziło do

powstania Słońca i planet.

Ale  wybuchy  supernowych  nie  są  częstym  zjawiskiem.  W  Galaktyce  jedna  supernowa  wybucha

średnio  raz  na  300–400  lat.  Ponadto  właściwa  supernowa  musiała  się  znaleźć  we  właściwej

background image

odległości  od  właściwego  obłoku.  Zmniejsza  to  radykalnie  prawdopodobieństwo  przypadkowego

zaistnienia  warunków  potrzebnych  do  powstania  życia.  A  od  powstania  życia  do  pierwszej

świadomej myśli istoty rozumnej droga bardzo daleka

3

.

Nie, nie twierdzę, że jesteśmy sami we Wszechświecie. Uważam tylko, że problem jest znacznie

trudniejszy i bardziej skomplikowany, niż się to wydaje domorosłym fachowcom od nazbyt łatwych

sensacji.

Jedno  jest  pewne,  choćbyśmy  nawet  kiedyś  nawiązali  (tryb  superwarunkowy!)  łączność  z  inną

cywilizacją,  nie  liczmy  na  to,  że  Bardziej-od-Nas-Rozwinięci-w-Rozumie  (ciekawe,  że  we

wszystkich science  fiction  zawsze  tylko  takich  spotykamy)  podpowiedzą  nam  rozwiązanie  naszych

egzystencjalnych  problemów.  Problemy  egzystencjalne  wynikają  z  istnienia  –  z  tego,  że  się  jest.

A w istnieniu nikt nas nie może zastąpić.

Genesis

 ducha

Korzeniami  głęboko  wrastamy  we  Wszechświat.  Najprawdopodobniej  nasze  istnienie  stało  się

w ogóle możliwe dzięki temu, że drobny ułamek sekundy po Wielkim Wybuchu zapoczątkowującym

ewolucję  Kosmosu  supergęsta  i  supergorąca  plazma  (mieszanina  cząstek  elementarnych)  nie  była

całkiem  równomiernie  rozmieszczona  w  przestrzeni;  jej  początkowo  nieznaczne  zagęszczenia

sprawiły, że z czasem powstały galaktyki, a potem gwiazdy. Przez kilka miliardów lat we wnętrzach

gwiazd zachodziły reakcje jądrowe, by wreszcie dokonała się w nich synteza ciężkich pierwiastków.

Być może dzięki temu, że jakaś supernowa wybuchła w pobliżu obłoku pyłu i gazu o odpowiednich

rozmiarach,  zaistniał  nasz  Układ  Słoneczny  i  tak  się  złożyło,  że  jedna  z  jego  planet  znalazła  się

w odpowiednich warunkach chemicznych, grawitacyjnych, termicznych i wielu, wielu innych, by na

niej  mogło  zawiązać  się  prymitywne  życie.  Pierwotne  środowisko  nie  zdusiło  życia  w  zarodku.

Zaczęło się ono rozwijać. I znowu, ile sprzyjających czynników dało swój wkład do tego rozwoju!

Aż wreszcie w mózgu wysoko uorganizowanego ssaka błysnęła pierwsza świadoma myśl. Narodził

się Człowiek.

Dopiero dziś zaczynamy rozumieć głęboką prawdę biblijnego obrazu – Boga, który jak garncarz

lepi  człowieka  z  mułu  ziemi.  Poprzez  ten  „muł”  jesteśmy  spokrewnieni  z  gwiazdami,  galaktykami,

Wszechświatem.

Jest w nas jednak coś więcej. Bo oto z chwilą gdy świadoma myśl zabłysła, przestała ona ulegać

bezwładności materii. Ewolucja ducha stała się dalszym ciągiem ewolucji biologicznej. Dramatyczne

sukcesy nowożytnej nauki, a zwłaszcza nauki XIX i XX stulecia, są wymownym dowodem na to, że

myśl ludzka potrafi wykraczać poza materię, poza samego człowieka, w pewnym sensie. Schodzimy

w  naszych  badaniach  do  cząstek  subatomowych,  wznosimy  się  do  świata  galaktyk  i  supergalaktyk,

badamy  własny  organizm;  naszą  wiedzę  potrafimy  wykorzystać  do  podporządkowywania  sobie

background image

środowiska,  a  nawet  –  w  pewnym  zakresie  –  własnego  ciała. A  wszystko  wskazuje,  że  to  dopiero

początek. Spójrzmy wstecz, co z tych rzeczy istniało 300 lat temu, i wybiegnijmy myślą naprzód, co

jeszcze będzie za lat tysiąc lub dziesięć tysięcy.

Ale  nasza  myśl  nie  zadowala  się  podporządkowywaniem  sobie  materialnego  świata.  Stawiamy

pytania jeszcze bardziej dogłębne, jeszcze bardziej wszechprzenikające.

Może kiedyś dowiem się, jak się tu wziąłem na Ziemi, ale ja chcę również wiedzieć po co. I tak

pojawia  się  pytanie  o  sens.  Sens  mojego  istnienia.  Sens  historii  ludzkości.  Sens  całego

Wszechświata.  Na  te  pytania  nauka  nie  może  mi  dać  odpowiedzi.  Moim  poszukującym  wzrokiem

staram  się  przeniknąć  głębię  kosmicznych  przestworzy  –  nie  rozumiem,  ale  może  zaczynam

wyczuwać.

Bo pytania, jakie postawiłem, nie są tylko sprawą myśli. Są także sprawą woli. Zresztą pomiędzy

„myśleć” a „chcieć” nie ma ostrej granicy, jedno zakłada drugie, jedno bez drugiego jest niemożliwe.

Nie  mogę  chcieć  czegoś,  czego  nigdy  nie  poznałem,  a  poznanie  jest  aktem  myśli.  Nie  mogę  myśleć

logicznie,  jeśli  nie  jestem  w  stanie  swobodnie  kierować  własnymi  myślami,  prowadzić  myśli  tam,

gdzie – jak sądzę – znajduje się poprawny wniosek, a nie tam, gdzie by mi kazała ślepa konieczność.

Myśl  bez  wolności  decyzji  mogłaby  być  co  najwyżej  maszyną  do  przeprowadzania  logicznych

operacji, czekającą bezczynnie na swojego programatora.

Świat ludzkiej woli, jeśli nie jest bardziej bogaty, to w każdym razie jest bardziej dynamiczny niż

świat  myśli.  Wola  jest  jeszcze  bardziej  nienasycona  niż  myśl.  Można  dać  komuś  w  prezencie

Wszechświat  i  uważać,  że  to  bardzo  mało.  Niepokój  dążenia  jest  najpotężniejszą  siłą,  jaka

kiedykolwiek  działała  w  obrębie  Wszechświata.  Chętnie  mówimy  wręcz  o  nienasyconości  naszych

pragnień  i  nieskończoności  naszych  ambicji.  Powiedzenia  te,  choć  raczej  nieokreślone,  znaczą  coś

rzeczywiście, gdyż opierają się na naszym własnym wewnętrznym doświadczeniu.

Na  styku  myśli  i  chcenia  rodzą  się  uczucia.  Nie  są  one  ani  myślą,  ani  chceniem.  Są  ich  jakąś

dziwną mieszaniną, przyprawioną sowicie czysto biologicznymi reakcjami. Ale właśnie one, uczucia,

nadają  człowiekowi  jego  specyficznie  ludzki  wymiar.  One  to  sprawiają,  że  myślenie  nie  jest

algorytmem,  a  wola  prostym  prawem  przyciągania  (z  siłą  odwrotnie  proporcjonalną  do  kwadratu

możliwości  osiągnięcia  przedmiotu  pragnienia!),  lecz  chceniem,  ze  wszystkimi  odcieniami

mieszczącymi  się  w  tym  pojęciu.  Ponieważ  uczucia  znajdują  się  znacznie  bliżej  biologii  niż  myśl

i chcenie, jeśli wyrwą się spod kontroli rozumu i woli, mogą łatwo stać się potężną siłą niszczącą.

To  właśnie  przez  nie  prawo  wzrostu  dezorganizacji,  działające  powszechnie  w  świecie  materii,

przenika  do  psychiki  człowieka  i  rozciąga  na  nią  swoją  niszczycielską  działalność.  Ale  z  drugiej

strony  uczucia  otwierają  przed  człowiekiem  zupełnie  nowe  horyzonty.  Im  zawdzięczamy

najpiękniejsze  i  najmocniejsze  przeżycia  w  naszym  życiu,  im  ludzkość  zawdzięcza  świat  piękna,

background image

sztuki, poezji…

Kartezjusz  był  pierwszym  filozofem  czasów  nowożytnych,  który  zauważył,  że  nasza  wiedza

o duchowej rzeczywistości opiera się na doświadczeniu. Jest to doświadczenie jakościowo inne od

doświadczeń,  jakie  przeprowadza  się  w  naukowych  laboratoriach,  ale  jest  to  na  pewno

doświadczenie  bardziej  pierwotne  od  wszelkiego  rodzaju  eksperymentowania  z  rzeczami

materialnymi. To, co pisałem na temat świata myśli, woli i uczuć, opiera się na moim wewnętrznym

doświadczeniu. Z moją myślą, chceniem i odczuciami stykam się bezpośrednio. Myślę, więc jestem.

Myśl  bezpośrednio  informuje  o  istnieniu.  Jeśli  cokolwiek  wiem  o  świecie  zewnętrznym,  to  wiem

poprzez wrażenia, które być może zostały „wprawione w ruch” przez coś z zewnętrznego świata, ale

które niewątpliwie należą do mojego wewnętrznego doświadczenia.

Doświadczenie  wewnętrzne  informuje  mnie  o  duchowej  rzeczywistości  na  pewno  bardziej

bezpośrednio,  niż  doświadczenie  laboratoryjne  informuje  fizyka  na  przykład  o  istnieniu  atomów.

Ażeby  dojść  do  hipotetycznego  wniosku  o  istnieniu  atomów,  fizyk  musi  być  uzbrojony  w  wiele

precyzyjnych  instrumentów  i  w  bardzo  abstrakcyjną  teorię;  przy  czym  między  teorią

a  eksperymentami  zachodzi  swoiste  sprzężenie  zwrotne:  instrumenty  są  zbudowane  na  podstawie

teorii,  teorię  tworzy  się,  opierając  się  na  wynikach  doświadczeń  wykonanych  za  pomocą

instrumentów. A o duchowej rzeczywistości wiem, z chwilą gdy uświadomię sobie, że myślę i chcę.

Pytania egzystencjalne: o nasze miejsce w rzeczywistości, o sens życia, o nasze przeznaczenie…

wynikają  więc  także  z  doświadczenia.  Z  doświadczenia  najbardziej  pierwotnego  i  najgłębiej

domagającego się odpowiedzi. Obok tych pytań nie można przejść obojętnie. Jeśli łudzilibyśmy się,

że nie musimy ich sobie w ogóle postawić, prędzej czy później postawi je przed nami nasza własna

wewnętrzna rzeczywistość. Nie da się uniknąć doświadczenia własnego istnienia.

Mówiąc o ludzkich pytaniach egzystencjalnych, nie sposób uniknąć problemu Boga. Gdy pytamy

o  sens  ludzkiego  istnienia,  sens  ludzkiej  historii  i  sens  Wszechświata,  automatycznie  rzucamy

wyzwanie… Bogu.

Wybór  sensu  nie  jest  wyborem  dowolnym,  takim  jak  na  przykład  wybór  czarnego  czy

granatowego ubrania na dzisiejszy wieczór ani nawet jak wybór studiów czy zawodu, który w dużej

mierze  decyduje  o  całym  późniejszym  życiu.  Wybór  sensu  jest  postulatem  racjonalności.

Opowiedzenie  się  po  stronie  bezsensu  byłoby  zdradą  rozumu,  a  więc  zdradą  tego,  co  jest  istotnym

składnikiem człowieczeństwa.

Boga nie należy wyobrażać sobie jako zegarmistrza nakręcającego zegar Wszechświata ani jako

gracza przestawiającego pionki na szachownicy dziejów. Bóg jest tym, co nadaje sens człowiekowi,

historii i światu.

background image

WSZECHŚWIAT I CZAS

Filozofia zegarka

C

zas  sprawuje  nad  nami  nieubłagane  rządy.  Nic  więc  dziwnego,  że  prowokuje,  by  mu  stawiać

pytania: czym jest? czy można nim zawładnąć? jakie są jego granice?

Zagadnienie  czasu  należy  do  najstarszych  problemów  filozoficznych.  Niektórzy  filozofowie

wyobrażali sobie czas w postaci linii prostej bez początku i bez końca, po której – zawsze w jedną

stronę  –  posuwa  się  wszystko,  co  istnieje;  gdyby  nic  nie  istniało,  istniałby  „pusty”,  ukierunkowany

z  przeszłości  ku  przyszłości  czas  (Newton).  Inni  sądzili,  że  czas  jest  pewnego  rodzaju

uporządkowaniem zdarzeń, tak że jedne zdarzenia następują po drugich; jeśli nie byłoby zdarzeń, nie

byłoby również czasu (Leibniz). Jeszcze inni uważali, że czas jest czysto subiektywnym wrażeniem:

to nie świat zewnętrzny jest pogrążony w czasie, lecz nasz aparat poznawczy wytwarza pojęcie czasu

i rzutuje je na zewnątrz, na świat rzeczy (Kant).

Stare  filozoficzne  pytania  o  naturę  czasu  podjęła  współczesna  nauka;  przeformułowała  je,

postawiła na swój sposób i zaproponowała rozwiązania.

Słowo kosmos znaczy „harmonia, porządek”. I rzeczywiście Wszechświat jest Kosmosem, czyli

zbiorem uporządkowanym, przeciwstawieniem Chaosu. Każdy porządek polega na pewnych regułach

zakazu.  W  mieszkaniu,  w  którym  ma  panować  porządek,  wielu  rzeczy  nie  wolno;  na  przykład:  nie

wolno wchodzić w zabłoconych butach, nie wolno kłaść przedmiotów byle gdzie, nie wolno rzucać

papierów  na  podłogę,  itp.  We  Wszechświecie  każde  prawo  przyrody  jest  taką  porządkującą  regułą

zakazu;  na  przykład:  ciałom  materialnym  w  polu  grawitacyjnym  nie  wolno  poruszać  się  inaczej  jak

tylko zgodnie z prawem grawitacji.

Według  współczesnej  teorii  informacji  (nieco  tylko  rzecz  upraszczając)  istnienie  reguł  zakazu,

czyli  istnienie  ograniczeń,  jest  równoznaczne  z  istnieniem  pewnej  ilości  informacji.  Na  przykład:

chaotyczny  zbiór  czcionek,  w  którym  wszystkie  układy  czcionek  są  dozwolone,  nie  zawiera

informacji; natomiast zbiór uporządkowany według gramatycznych reguł języka polskiego, czyli zbiór

czcionek,  w  którym  obowiązuje  zakaz  układania  czcionek  inaczej  niż  tylko  zgodnie  z  regułami

polskiej gramatyki, daje słowa i zdania, niosące informację.

background image

A  zatem  Wszechświat,  jako  zbiór,  w  którym  obowiązują  ograniczenia,  zawiera  w  sobie

informację.  Tę  właśnie  informację  starają  się  rozszyfrować  naukowcy.  Stare  porównanie  przyrody

do otwartej księgi jest znacznie bardziej celne, niż mogli przypuszczać ci, którzy je ukuli.

Niektóre  spośród  ograniczeń  istniejących  we  Wszechświecie  –  albo,  innymi  słowy:  pewne

informacje  zakodowane  we  Wszechświecie  –  mają  charakter  czasowy.  Podstawowym  tego  rodzaju

ograniczeniem  jest  niemożność  odwrócenia  się  biegu  zdarzeń.  Czas  musi  płynąć  z  przeszłości

w  przyszłość.  Kierunkowość  czasu  należy  do  najbardziej  fundamentalnych  reguł  zakazu

porządkujących Wszechświat.

Nasza codzienna walka z przemijaniem jest więc w istocie walką z Kosmosem.

Przyszłość jest bałaganem

Już  od  połowy  XIX  wieku  fizycy  znajdują  się  na  tropie  prawa  przyrody  odpowiedzialnego  za

kierunek  upływania  czasu.  Wszystkie  prawa  fizyki  są  nieczułe  na  zmianę  kierunku  czasu:  jeżeli

w  równaniu  przedstawiającym  dane  prawo  fizyki  za  „czas”  podstawimy  „minus  czas”,  prawo  nie

ulegnie zmianie, będzie działało tak samo jak przedtem. Istnieje tylko jeden wyjątek od tej reguły –

druga  zasada  termodynamiki  (nauki  o  cieple).  Powiada  ona,  że  w  każdym  układzie  izolowanym

energia  ulega  rozpraszaniu  (mimo  że  ilość  energii  w  tym  układzie  pozostaje  stała).  Miarą

rozpraszania  energii  jest  funkcja  zwana  entropią:  im  rozproszenie  większe,  tym  większa  entropia.

A  zatem  entropia  układu  zawsze  wzrasta.  Wzrost  entropii  można  uznać  za  wskaźnik  kierunku  czasu

rozważanego układu.

Pojęcie entropii pojawiło się w nauce o cieple, ale jego znaczenie wkrótce wyszło daleko poza

czysto termodynamiczne zastosowania. Dość nieoczekiwanie okazało się, że entropia może służyć za

miarę  uporządkowania,  a  co  za  tym  idzie  –  za  miarę  ilości  informacji.  Z  tym  że  zależność  jest  tu

odwrotnie proporcjonalna: im większa entropia, tym mniejsze uporządkowanie (większy bałagan) – i

tym mniej informacji.

Wszystko  wskazuje  na  to,  że  druga  zasada  termodynamiki  działa  także  we  Wszechświecie  jako

całości:  entropia  Wszechświata  rośnie,  stopień  zorganizowania  maleje,  bałagan  wzrasta,  ilość

informacji  zawartych  we  Wszechświecie  nieustannie  maleje.  Jest  to  tak  zwana  termodynamiczna

„strzałka czasu” – fizyczny mechanizm rozróżniania między przeszłością a przyszłością.

Zegar  biologiczny,  jakim  jest  nasz  własny  organizm,  stanowi  szczególny  przypadek  zegara

termodynamicznego.  Starzenie  się  organizmu  mierzy  się  wzrostem  jego  entropii.  Przeciwdziałamy

temu,  dostarczając  organizmowi  świeżych  zasobów  energii  w  pokarmach,  chwilowo  obniżamy

entropię  za  pośrednictwem  środków  farmakologicznych,  ale  z  góry  jesteśmy  skazani  na  przegraną.

Przeciwko nam działa prawo fizyki: w globalnym bilansie entropia musi wzrastać. Kiedyś osiągnie

ona  maksimum.  I  wtedy  organizm  umrze.  Śmierć  nie  jest  zjawiskiem  „prywatnym”,  odosobnionym.

background image

Umierając, uczestniczymy w strukturze Kosmosu.

Pociecha w statystyce

Nie wolno nam jednak przeoczyć tego, że entropia jest pojęciem statystycznym. Jest miarą porządku,

a  porządek  lub  nieporządek  może  istnieć  tylko  wtedy,  gdy  istnieje  wystarczająco  liczny  zbiór

elementów:  elementy  tego  zbioru  można  sortować,  układać,  mieszać,  przestawiać,  a  następnie

mierzyć  stopień  uporządkowania  całości.  Jeśli  istnieje  tylko  jeden  element,  nie  ma  sensu  mówić

o stopniu jego uporządkowania, dokładnie tak samo jak nie ma sensu mówić na przykład o tasowaniu

jednej karty lub o średniej umieralności jednego człowieka.

A zatem kierunek czasu, o ile jest wyznaczany wzrostem entropii, też jest pojęciem statystycznym.

Czas upływa kierunkowo tylko w świecie składającym się z dużej liczby fizycznych jednostek. Jeśli

słuszne  są  nasze  rozważania,  to  pojedynczy  elektron  lub  proton  nie  rozróżnia  między  przeszłością

a przyszłością; dla cząstek elementarnych czas jest wielkością bezkierunkową.

Jednokierunkowe  upływanie  czasu  nie  jest  tak  absolutne,  jak  się  nam  wydaje.  Przemijanie  jest

następstwem  złożoności.  Organizm  ludzki  starzeje  się  i  umiera,  bo  jest  zbudowany  z  około  pięciu

oktylionów  atomów.  To,  co  nie  jest  złożone,  nie  istnieje  w  strumieniu  czasu  i  nie  może  umierać.

W  świetle  tych  rozważań  zaczynamy  lepiej  rozumieć,  co  znaczy  powiedzenie,  że  śmierć  jest

przejściem z czasu do wieczności.

Tajemnicy czasu ciąg dalszy

Nie  koniec  naszych  dociekań  nad  naturą  czasu.  Tajemnica  czasu  przenika  Wszechświat  i  naszą

egzystencję. Dopiero zaczynamy uchylać jej rąbka.

Rozszerzanie  się  Wszechświata,  ucieczka  wszystkich  galaktyk  wzajemnie  od  siebie,  nie  jest

prawem przyrody, jest raczej zaobserwowanym faktem, wynikającym z naszych współczesnych teorii

kosmologicznych.  Okazuje  się,  że  sam  Wszechświat  może  służyć  jako  zegar  wskazujący  kierunek

upływania  czasu.  Rozważmy  bowiem  dwa  różne  stany  Wszechświata,  nie  zakładając  z  góry,  który

z  nich  jest  wcześniejszy,  a  który  późniejszy.  Jeśli  Wszechświat  się  rozszerza,  to  w  jednym  z  tych

stanów średnia gęstość materii będzie mniejsza, w drugim zaś większa. Natychmiast widzimy, że stan

Wszechświata  z  większą  gęstością  materii  jest  wcześniejszy,  a  stan  Wszechświata  z  mniejszą

gęstością – późniejszy. Wynika to oczywiście stąd, że Wszechświat rozrzedza się w miarę ekspansji.

Możemy  więc  mówić  o  zegarze  kosmologicznym  wyznaczającym  kierunek  czasu;  wskazówką  tego

zegara jest średnia gęstość materii we Wszechświecie.

Znowu  chwila  zdziwienia  i  zadumy:  to,  że  dzień  wczorajszy  minął  bezpowrotnie,  wiąże  się

ściśle,  a  może  wręcz  wynika  z  tego,  że  wszystkie  galaktyki  uciekają  od  siebie  z  zawrotnymi

prędkościami.  Wrócić  do  wczoraj  jest  akurat  tak  samo  niemożliwe,  jak  zmusić  galaktyki,  żeby

background image

cofnęły się w swojej kosmicznej ucieczce.

Struktura Wszechświata ingeruje w to, co się dzieje w małej skali. Współczesna fizyka dostarcza

jeszcze  inny  przykład  tej  prawidłowości.  Prawa  rządzące  rozchodzeniem  się  światła  (fal

elektromagnetycznych)  należą  do  najistotniejszych  charakterystyk  materialnego  świata.  Prawa  te  są

wyrażone  w    równaniach  Maxwella.  Teoria  rozchodzenia  się  światła,  stworzona  przez  Jamesa

Clerka  Maxwella  w  drugiej  połowie  XIX  wieku,  przeszła  zwycięsko  wszystkie  testy

eksperymentalne i należy dziś do klasycznego arsenału teorii fizycznych. Ale tu właśnie ukazuje się

rzecz  dziwna:  w  pewnym  sensie  tylko  połowa  teorii  Maxwella  dobrze  opisuje  sytuacje

doświadczalne,  natomiast  druga  połowa  nie  odnosi  się  do  świata,  w  którym  żyjemy,  opisuje  jakiś

świat  fikcyjny.  Ten  drugi,  fikcyjny  świat  jest  ze  wszech  miar  dziwnym  światem,  stanowi  on  jakby

czasowe  odbicie  naszego  świata.  Gdybyśmy  w  tym  dziwnym  świecie  zapalili  pochodnię,  to  nie

wyśle  ona  promieni  świetlnych  w  ciemność,  przeciwnie:  odległe  części  Wszechświata  wyemitują

promienie świetlne w kierunku pochodni; promienie zbiegną się w pochodni dokładnie w momencie

jej  zapalenia.  Wraz  z  odwróceniem  czasu  odwraca  się  przyczynowość:  pochodnia  przestaje  być

przyczyną rozchodzenia się światła, staje się jego skutkiem.

Rozwiązania  równań  Maxwella  poprawnie  opisujące  naszą  rzeczywistość  nazywają  się

rozwiązaniami  opóźnionymi;  rozwiązania  „dziwne”,  odwrócone  w  czasie,  nazywają  się

rozwiązaniami przedwczesnymi lub przyspieszonymi. Podkreślmy – z punktu widzenia teorii obydwa

rodzaje rozwiązań są dokładnie jednakowo uprawnione. Co więc sprawia, że jedne odnoszą się do

rzeczywistości, a drugie nie?

Wydaje się, że dziś już znamy odpowiedź na to pytanie. Realistycznie rzecz biorąc, światło nie

rozchodzi  się  w  pustej  przestrzeni,  lecz  we  Wszechświecie.  Nie  należy  więc  rozwiązywać  równań

Maxwella „w próżni”, lecz w jakimś konkretnym modelu Wszechświata, i może się tak zdarzyć, że

Wszechświat  zadziała  jak  doskonały  absorber,  pochłaniając  niejako  rozwiązania  przedwczesne,

a  pozostawiając  w  mocy  wyłącznie  rozwiązania  opóźnione.  (Nieco  ściślej:  do  jednoznacznego

określenia  równań  Maxwella  nie  wystarczą  same  równania,  należy  przyjąć  również  tak  zwane

warunki  początkowe.  Otóż  może  się  tak  zdarzyć,  że  struktura  Wszechświata  wyklucza  warunki

początkowe  prowadzące  do  rozwiązań  przedwczesnych).  Taka  idea  przyświecała  wielu  pracom

publikowanym  w  ostatnich  latach.  Niestety,  prace  te  nie  dawały  zdecydowanych  wyników.  Sprawa

wydawała się zagmatwana i prawie beznadziejna. Tymczasem rozwiązanie okazało się stosunkowo

proste i bardzo logiczne. Najbardziej znane, standardowe modele kosmologiczne (tak zwane modele

Friedmana)  są  modelami  znacznie  wyidealizowanymi.  Między  innymi  przyjmuje  się  w  nich,  dla

uproszczenia, że materia wypełniająca Wszechświat ma własności doskonałej cieczy. Następstwem

tego założenia jest fakt, że w standardowych modelach kosmologicznych entropia nie rośnie, lecz jest

background image

wielkością  stałą.  W  modelach  tych  działa  tylko  zegar  kosmologiczny  (rozszerzanie  się

Wszechświata),  natomiast  zegar  entropijny  nie  wskazuje  określonego  czasu.  Modele  te  –  jak

wykazały wspomniane prace – nie potrafią też zadowalająco wybrać opóźnionych rozwiązań równań

Maxwella, a odrzucić przedwczesnych.

Okazuje  się  jednak,  że  gdy  wziąć  pod  rozwagę  nie  zwykłe  modele  standardowe,  lecz  modele

kosmologiczne,  wypełnione  materią  o  własnościach  niedoskonałej  cieczy  (tak  zwana  ciecz  lepka),

w których entropia rośnie zgodnie z drugą zasadą termodynamiki, to wprawdzie rachunki są znacznie

trudniejsze, ale wyniki bardziej obiecujące.

Przede  wszystkim  zegary  kosmologiczny  i  entropijny  w  takich  modelach  nie  są  od  siebie

niezależne.  Rozszerzanie  Wszechświata  powoduje  wzrost  entropii  „niedoskonałej  cieczy”,  z  kolei

wzrost entropii sprawia, że rozszerzanie Wszechświata staje się nieodwracalne, to znaczy przyszłość

nie  jest  tylko  zwierciadlanym  odbiciem  przeszłości,  lecz  różni  się  od  niej  istotnie.  Strzałka  czasu

wskazuje ku przyszłości.

A  co  z  teorią  Maxwella  w  takim  Wszechświecie?  Można  przypuszczać,  że  jeżeli  w  modelu

kosmologicznym  istnieje  kierunek  czasu  określony  wzrostem  entropii,  to  w  modelu  tym  obowiązują

tylko rozwiązania opóźnione, czyli te, które rzeczywiście działają w otaczającym nas świecie.

Po tych abstrakcyjnych rozważaniach spójrzmy na nasz ręczny zegarek. Czy przypuszczaliśmy, jak

ogromny mechanizm kryje się za tymi małymi wskazówkami?

Historia i świadomość

Bezpośrednim  następstwem  istnienia  strzałki  czasu  jest  to,  że  każde  zdarzenie  we  Wszechświecie

posiada swoją przeszłość i swoją przyszłość. Przeszłość danego zdarzenia to wszystko to, co może

ono  pamiętać,  czyli  zbiór  wszystkich  zdarzeń,  które  mogą  w  jakikolwiek  sposób  wpływać  na  dane

zdarzenie.  I  symetrycznie:  zbiór  tych  wszystkich  zdarzeń,  na  które  dane  zdarzenie  może  wpływać,

stanowi  jego  przyszłość.  Dzięki  temu  Wszechświat  jest  historyczny;  każde  zdarzenie  rozgrywające

się we Wszechświecie ma swoją historię.

Kierunkowość  strumienia  czasu  nabiera  nowego  znaczenia  w  obrębie  pewnej  szczególnej  klasy

zdarzeń,  a  mianowicie  w  obrębie  zdarzeń  rozgrywających  się  w  naszej  świadomości.  Świadomość

znajduje  się  zawsze  w  „teraz”,  które  dzieli  przeszłość  od  przyszłości.  Przeszłość  staje  się  historią

nieustannie  nawarstwiającą  się  w  świadomości,  przyszłość  –  polem  możliwości.  Struktura  czasu

warunkuje  strukturę  świadomości.  Jednowymiarowość  czasu  sprawia,  że  i  nasza  świadomość  jest

w  pewnym  sensie  jednowymiarowa.  Chociaż  czasoprzestrzeń  nie  jest  ani  punktem,  ani  linią,  nasze

świadome „teraz” podobne jest do punktu poruszającego się po linii następujących po sobie zdarzeń,

których jesteśmy świadomi.

Historia  wprawdzie  –  jak  mówimy  –  już  minęła,  ale  jest  rzeczywistością,  czymś  dokonanym,

background image

czego już nie można zmienić. Aby zmienić swoją historię, trzeba by zmienić Wszechświat, bo to, co

się  już  dokonało,  stało  się  częścią  rzeczywiście  istniejącego  Wszechświata.  Z  nieodwracalności

czasu wynika nieodwracalność historii.

Historia  jest  czymś  zaszłym,  zamrożonym  w  przeszłości,  raz  na  zawsze  uniezależnionym  od

naszych  ingerencji.  Natomiast  przyszłość  jest  polem  możliwości,  jest  otwarta,  można  na  nią

wpływać,  kształtować  ją  zgodnie  z  naszymi  możliwościami. Ale  każda  przyszłość  przejdzie  kiedyś

do  przeszłości,  stanie  się  dokonaną  historią.  Taka  jest  bowiem  natura  czasu.  Lub  odwrotnie:  każda

historia  była  kiedyś  przyszłością,  na  którą  mogliśmy  oddziaływać.  W  ten  sposób  historia  zawiera

ślady naszej działalności. Jesteśmy odpowiedzialni za własną historię.

I tu dochodzimy do centralnego punktu naszego rozważania. Moralny problem odpowiedzialności.

Choć jest to problem na wskroś moralny, łączy się on istotnie z kosmologią. Struktura Wszechświata,

fakt, że świat jest „uczasowiony” i że czas posiada kierunek z przeszłości w przyszłość, warunkuje

możliwość odpowiedzialności. Czyny przez nas dokonane nie znikają, nie zapadają się w nicość, lecz

stają się częścią przeszłości, istnieją w naszej historii, Wszechświat zawiera ich ślady; przestają być

tylko  nasze  własne,  są  składowymi  elementami  Kosmosu.  Dotyczy  to  nie  tylko  samych  czynów,  ale

również  ich  moralnej  wartości.  Czyn  zły  pozostaje  utrwalony  w  naszej  historii  jako  czyn  zły,  czyn

dobry istnieje wtopiony w strukturę Wszechświata jako dobry. Historii nie da się pozbyć. Wraz z nią

istnieje w nas dobro i zło, których jesteśmy autorami.

Metoda  naukowa  „chwyta”  jedynie  ilościowe  związki  pomiędzy  mierzalnymi  własnościami

materii,  nie  potrafi  ujmować  wartości,  ale  Wszechświat  jest  przeniknięty  wartościami.  Posiadamy

wewnętrzne  doświadczenie  wartości,  niektóre  wartości  potrafimy  tworzyć  sami.  Jako  skutki  naszej

działalności nie znikają one, lecz istnieją nadal we Wszechświecie.

To,  iż  potrafimy  być  twórcami  wartości,  sugeruje,  że  źródłem  wartości  jest  świadomość.  Coś

może być mniej lub bardziej warte jedynie dla kogoś. Ale odpowiedzialność za własną historię nie

jest  wyłącznie  odpowiedzialnością  wobec  siebie.  Nasza  historia  nie  jest  tylko  naszą  historią.

Krzyżując  się  z  historiami  innych  ludzi,  stała  się  częścią  Wszechświata.  Wartości  istnieją

w materialnym świecie, ale swoim znaczeniem wykraczają poza świat materii. Wskazują ku swemu

Źródłu.

Filozof z Królewca Immanuel Kant w zakończeniu Krytyki praktycznego rozumu pisał:

 

Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej nad nimi się zastanawiamy:

niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Nie potrzebuję ich szukać ani jedynie domyślać się poza polem mego widzenia

jako spowitych w ciemnościach lub znajdujących się poza granicami mego poznania; widzę je przed sobą i wiążę je bezpośrednio ze

świadomością  mego  istnienia…  Pierwszy  widok,  widok  nieskończonej  mnogości  światów,  niejako  unicestwia  moją  ważność  jako

zwierzęcego  stworzenia,  które  musi  z  powrotem  zwrócić  materię,  z  której  się  poczęło,  planecie  będącej  jedynie  punktem  we

Wszechświecie, gdy skończy się krótki czas, przez który było (nie wiadomo, w jaki sposób) obdarzone siłą życiową. Drugi natomiast

background image

podnosi moją wartość, jako inteligencji, nieskończenie dzięki mej osobowości, w której prawo moralne objawia mi życie niezależnie od

zwierzęcości, a nawet od całego świata zmysłów, przynajmniej o ile to daje się wnosić z celowego określenia mego istnienia przez to

prawo, które (to określenie) nie jest ograniczone do warunków i granic tego życia, lecz sięga w nieskończoność

4

.

background image

WSZECHŚWIAT I EWOLUCJA

Horyzonty ewolucji

W

szechświat istnieje w czasie. Kierunkowe upływanie czasu należy do najbardziej „głębokich”

charakterystyk  świata.  Czas  oznacza  zmienność.  Istnienie  w  czasie  jest  nieustannym  stawaniem  się.

Czas stanowi miarę zmienności. Zmienność ukierunkowana nazywa się ewolucją.

Termin ewolucja zrobił zawrotną karierę w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat. Pojawił się on

w  biologii.  24  listopada  1859  roku  na  półkach  księgarskich  Londynu  ukazała  się  książka  Karola

Da r w i na O  pochodzeniu  gatunków  drogą  doboru  naturalnego,  czyli  o  utrzymaniu  się

doskonalszych  ras  w  walce  o  byt.  Wydawca  nie  przewidywał  większego  zainteresowania  tym

specjalistycznym  dziełem  i  wydrukował  jedynie  1250  egzemplarzy.  W  ciągu  kilku  dni  cały  nakład

został wyczerpany. I od tej chwili każda książka mająca w tytule wyraz „ewolucja” może liczyć na

żywe  zainteresowanie  czytelniczego  rynku.  Kiedyś  teoria  ewolucji  była  naukowym  skandalem.  Do

dziś dla wielu ludzi pojęcie ewolucji ma posmak sensacji.

Pojęcie  ewolucji  ma  także  swoją  ewolucję.  Narodziło  się  ono  w  biologii,  ale  szybko  wyszło

daleko  poza  jej  ramy.  Wypada  tu  wspomnieć  dwóch  filozofów:  Herberta  Spencera  i  Henriego

Bergsona.  Choć  bardzo  różni  od  siebie,  są  typowi  pod  pewnymi  względami.  Obydwaj  uczynili

z  ewolucji  podstawowe  prawo  czy  raczej  zasadę  filozoficzną,  rządzącą  całą  rzeczywistością  –  od

świata  atomów,  przez  wszystkie  przejawy  życia  i  działalności  człowieka,  aż  po  najodleglejsze

gwiazdy  i  galaktyki.  Spencer  traktował  ewolucję  na  sposób  mechaniczny:  wszystkie  zmiany

sprowadzają  się,  według  niego,  do  podziałów  na  części  składowe  i  połączeń  według  nowych

proporcji. Bergson natomiast dopatrywał się wszędzie działania „siły życiowej” (élan vital), istotnie

różnej  od  wszystkich  znanych  sił  fizycznych.  Siła  życiowa  przenika  wszystko  i  dodaje  do  świata

element  dynamicznej  i  twórczej  zarazem  zmienności.  Dwa  często  i  dziś  spotykane  stanowiska;

ewolucja – zrozumiały mechanizm, i ewolucja – tajemnicza dynamis.

We  współczesnej  teologii  także  zadomowił  się  ewolucjonistyczny  sposób  myślenia.  Do

zamierzchłej przeszłości należą czasy, kiedy to kreacjonizmowi przeciwstawiano ewolucjonizm: to,

co  stworzone,  nie  mogło  podlegać  ewolucji,  a  ewolucją  wyjaśniano  nie  tylko  zmienność,  ale

background image

i  istnienie.  Dziś  teologowie  chętnie  posługują  się  pojęciem  kreacjonizmu  ewolucyjnego.  Jest  to

doktryna korzeniami sięgająca poglądów świętego Augustyna z Hippony, według której świat został

stworzony nie w stanie statycznego istnienia, lecz w stanie ustawicznego stawania się. Ewolucja jest

ciągle trwającym stwarzaniem. Nie bez wpływu na współczesne ujęcia kreacjonizmu ewolucyjnego

pozostawała  wizja  świata  zaproponowana  przez  Teilharda  de  Chardin.  Według  niego  ewolucja

w  swojej  istocie  polega  na  nieustannym  różnicowaniu  się  i  wzroście  złożoności,  który  po

przekroczeniu pewnego progu wytwarza „nową jakość”. Ewolucja biologiczna jest dalszym ciągiem

ewolucji  fizycznej  i  wstępem  do  ewolucji  ducha.  W  niektórych  kręgach  wpływ  Teilharda  jest  tak

duży,  że  podejmuje  się  próby  przeformułowania  całej  teologii  chrześcijańskiej  w  duchu

ewolucjonizmu.

Myślenie  w  kategoriach  ewolucji  stało  się  faktem  dokonanym.  Zacieśnijmy  jednak  nieco  zakres

naszych  rozważań.  Zasygnalizowaliśmy  najszersze  horyzonty  ewolucji,  zejdźmy  teraz  do

„szczegółów”, bez których łatwo można popaść w ogólnikowość.

Ewolucja mechanistyczna

Pojęcie  ewolucji  było  już  znane  mechanice  klasycznej.  Być  może  filozof  ewolucjonista  zarzuciłby

pojęciu ewolucji w mechanice ubóstwo treści, ale z całą pewnością było ono jasno sprecyzowane.

Prawa  ruchu  mechaniki  klasycznej  są  wyrażone  w  postaci  równań  różniczkowych.  Prawa  te,  czyli

równania  różniczkowe,  są  „zadane  z  góry”;  właśnie  takie,  a  nie  inne  prawa  rządzą  światem

mechaniki.  Ale  żeby  znaleźć  rozwiązanie  odpowiedniego  układu  równań,  czyli  żeby  określić  ruch

danego  ciała  materialnego,  nie  wystarczy  znać  same  równania;  należy  ponadto:  po  pierwsze,

wiedzieć, pod działaniem jakich sił ciało się porusza, oraz, po drugie, znać „warunki początkowe”

rozwiązania,  czyli  położenie  i  pęd  danego  ciała  (lub  ciał)  w  pewnej,  dowolnej  chwili.  Prawa

(równania) są narzucone z góry przez naturę „mechanicznego świata”; siły określa się z rozważań nad

charakterem  fizycznej  sytuacji;  „warunki  początkowe”,  w  zasadzie  dowolne,  są  przypadkowym

elementem teorii.

Jeżeli znamy warunki początkowe ruchu jakiegoś ciała (lub układu ciał) pod działaniem danych

sił,  to  z  równań  ruchu  mechaniki  klasycznej  możemy  odtworzyć  (wyliczyć)  położenia  i  pędy  ciała

w  dowolnej  chwili  czasu.  Innymi  słowy:  historia  układu  mechanicznego  jest  raz  na  zawsze

zdeterminowana przez stan układu w jednej chwili. Przy czym jest najzupełniej obojętne, czy jest to

stan  chronologicznie  początkowy  czy  jakikolwiek  późniejszy  stan  układu.  Historia  układu  jest

jednotorowa,  układ  nie  może  wybierać  między  możliwościami;  żadnych  możliwości  nie  ma.  Jeśli

znamy  stan  układu  w  jednej  chwili,  prawa  mechaniki  jednoznacznie  przepowiadają  stan  układu

w każdej innej chwili. Powiadamy, że mechanika klasyczna jest teorią deterministyczną.

Właśnie na tej podstawie Newton wyobrażał sobie, że Pan Bóg stworzył świat w pewnej chwili

background image

absolutnie  (to  znaczy  niezależnie  od  czegokolwiek)  płynącego  czasu,  „zadając”  w  tej  chwili

położenia  i  pędy  wszystkich  nowo  powstałych  materialnych  cząstek,  i  natychmiast  mógł  rozpocząć

szabatni  odpoczynek.  Resztę  pracy  wykonują  za  niego  prawa  mechaniki.  Inspirowany  tym  samym,

ściśle deterministycznym obrazem rzeczywistości Pierre Simon de Laplace twierdził, że gdyby ktoś

mógł  znać  położenia  i  pędy  wszystkich  cząstek  we  Wszechświecie  w  jednej  tylko  chwili  i  był

w stanie rozwiązać odpowiednio wielki układ równań różniczkowych, to wiedziałby wszystko, byłby

posiadaczem Bożej wszechwiedzy.

Teorie  mechaniki  klasycznej  odnosiły  się  tylko  do  materialnego,  nieożywionego  świata,  ale

wystarczyło  zrobić  jeden  lub  dwa  kroki,  by  dojść  do  twierdzenia,  że  podobnie,  deterministycznie,

rozwija  się  świat  ożywiony,  człowiek,  społeczeństwo.  Taki  pogląd  zdejmował  z  człowieka

obowiązek  wysiłku.  Ewolucja  nie  ma  niczego  do  wyboru,  nasz  wkład  nie  jest  w  stanie  zmienić

„programu” zakodowanego w „warunkach początkowych”.

Tymczasem jednak na samym obrazie mechanistycznym zaczęły się pokazywać groźne pęknięcia.

Jak  wiadomo,  żadnego  pomiaru  nie  da  się  wykonać  z  dowolną  dokładnością,  a  zatem  stan

początkowy  możemy  znać  tylko  z  pewnym  marginesem  błędów  pomiarowych.  Okazuje  się,  że  gdy

dane  początkowe,  wyznaczone  w  granicach  błędu,  wstawimy  do  równań  ruchu,  chcąc  wyliczyć

ewolucję układu, z czasem błąd tak narasta, że informacja o odpowiednio oddalonych w czasie (od

stanu początkowego) stanach układu staje się całkiem bezużyteczna.  Co  więcej,  istnieją  spekulacje,

że program Laplace’a (wyliczenie historii Wszechświata ze znajomości położeń i pędów wszystkich

cząstek w pewnej chwili) jest niewykonalny ze względów zasadniczych. Nawet jeśli przyjmiemy, że

Wszechświat składa się z klasycznych cząstek, których położenia i pędy możemy mierzyć z dowolną

dokładnością,  to  komputer,  który  byłby  w  stanie  rozwiązać  odpowiednią  liczbę  równań

różniczkowych, musiałby być zbudowany z większej liczby cząstek niż… cały Wszechświat.

Ewolucja prawdopodobieństw

Ale  nie  musimy  się  odwoływać  aż  do  tego  rodzaju  rozważań,  żeby  odrzucić  obraz  ewolucji

mechanistycznej.  Wiemy  dziś  dobrze,  że  podstawowym  budulcem  Wszechświata  nie  są  klasyczne

grudki  materii,  lecz  cząstki  elementarne  opisywane  przez  mechanikę  kwantową,  a  w  mechanice

kwantowej klasyczny determinizm załamuje się całkowicie.

Istota problemu kryje się w tym, że początkowego stanu układu kwantowego nie da się wyznaczyć

z dowolną dokładnością. I to wcale nie z powodu błędów pomiarowych. Natura rzeczywistości jest

kwantowa: przyroda jest tak zbudowana, że cząstce elementarnej nie można przypisać równocześnie

ściśle  określonego  położenia  i  ściśle  określonego  pędu.  Im  dokładniej  określimy  położenie,  tym

większa będzie niepewność co do pędu cząstki: i odwrotnie – im dokładniej wyznaczymy pęd, tym

mniej  wiemy  o  położeniu.  Skutkiem  tego  wyraz  „cząstka”  powinniśmy  ujmować  w  cudzysłów.

background image

Cząstka elementarna nie ma nic wspólnego z potocznym wyobrażeniem małej grudki materii. Jest ona

raczej  podobna  do  kłębka  fal,  z  tym  że  nie  są  to  fale  czegoś  materialnego,  lecz  pewne  konstrukcje

czysto  matematyczne,  którym  nie  potrafimy  przypisać  żadnej  „dotykalnej”  rzeczywistości.  Fale  te

jednak  nie  są  fikcją,  pewne  wielkości  charakteryzujące  je  mają  ściśle  określoną  interpretację

fizyczną.  I  tak  kwadrat  amplitudy  takiej  fali  wiąże  się  z  prawdopodobieństwem,  że  daną  „cząstkę”

możemy  znaleźć  w  danym  obszarze  przestrzeni.  Dlatego  też  fale  te  nazywa  się  falami

prawdopodobieństwa.

Rozchodzenie  się  fal  prawdopodobieństwa  opisuje  w  mechanice  kwantowej  równanie

deterministyczne  (równanie  Schrödingera).  Natura  rozchodzenia  się  tych  fal  jest  więc  w  zasadzie

taka  sama  jak  natura  rozchodzenia  się  na  wodzie  fal  powstałych  przez  wrzucenie  kamyka  do

sadzawki.  Z  tym  jednak  że  fale  na  wodzie  są  rzeczywistością  fizyczną,  którą  można  badać

doświadczalnie,  natomiast  fale  mechaniki  kwantowej  służą  do  obliczania  matematycznego

prawdopodobieństwa,  że  dany  układ  kwantowy  znajduje  się  w  danym  stanie.  Innymi  słowy:

prawdopodobieństwa  są  określone  jednoznacznie,  ale  stany  cząstek  kwantowych  są  określone

z pewnym prawdopodobieństwem.

Jeżeli  pomiar  wykazał  (w  granicach  dokładności  dozwolonych  przez  mechanikę  kwantową),  że

w jakiejś chwili cząstka kwantowa znajduje się w danym stanie, to w następnej chwili „cząstka” ma

„do  wyboru”  bardzo  wiele  stanów,  przy  czym  dla  każdego  z  tych  stanów  istnieje  ściśle  określone

prawdopodobieństwo, że „cząstka” znajdzie się właśnie w tym stanie.

 

Mechanika  kwantowa  tym  różni  się  od  wszystkich  dotychczasowych  teorii  klasycznych,  że  teorie

klasyczne  były  tylko  teoriami  przyrody,  natomiast  mechanika  kwantowa  jest  po  raz  pierwszy  teorią

przyrody i naszej wiedzy o niej.

Ewolucja kosmiczna

Przyjrzeliśmy się dwóm zasadniczym teoriom ewolucji: klasycznej i kwantowej. Zobaczmy teraz, jak

one działają we Wszechświecie.

Według standardowego modelu Wszechświata ewolucja kosmiczna rozpoczęła się od Wielkiego

Wybuchu.  W  chwili  „t-zero”  Wszechświat  był  ściśnięty  do  nieskończonej  gęstości.  Ten

superegzotyczny  stan  wymyka  się  wszelkim  badaniom  naukowym.  Ale  już  w  „następnej”  chwili

gęstość materii Wszechświata, choć niewyobrażalnie wielka, stała się skończona. Z obecnego punktu

widzenia warunki były nadal wysoce egzotyczne, ale możemy już domyślać się wielu rzeczy.

Ewolucja,  jaka  wówczas  zachodziła,  musiała  być  kwantowa.  Historia  Wszechświata  nie  była

jednoznacznie zapisana w pierwszych zdarzeniach, tak jak program dla komputera jest jednoznacznie

zapisany na twardym dysku. Świat miał raczej „do wyboru” nieskończenie wiele wariantów, każdy

background image

z określonym prawdopodobieństwem urzeczywistnienia. Wybrany wariant, spośród nieograniczonego

pola  możliwości,  stawał  się  dokonaną  historią.  Z  początku  historia  działa  się  bardzo  szybko.

W pierwszych ułamkach sekundy Wszechświat „przeżył” więcej niż potem w ciągu miliardów lat.

Z  czasem  gęstość  materii,  a  wraz  z  nią  ciśnienie  i  temperatura  malały.  Materia  coraz  bardziej

zaczynała przypominać to, z czym ma do czynienia współczesna fizyka. Oddziaływania grawitacyjne

stawały  się  dominujące.  Efekty  kwantowe  stopniowo  zaczęły  się  „uśredniać”,  coraz  bardziej

przechodząc  w  fizykę  makroskopową.  Prawdopodobieństwo  pewnego  wariantu  historii  stało  się

o  tyle  większe  od  prawdopodobieństw  wszystkich  innych  wariantów,  że  te  inne  przestały  już  po

prostu  wchodzić  w  rachubę,  jako  z  czasem  coraz  mniej  różne  od  zera.  Ewolucja  z  kwantowej

zmieniła się w deterministyczną.

Dziś fizyka klasyczna wystarczająco dokładnie opisuje historię Wszechświata.

Prawo  wzrostu  entropii,  czyli  rozpraszania  energii,  wzrostu  chaosu  i  utraty  informacji,  jest

prawem  fizyki  klasycznej.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  obowiązuje  ono  w  rzeczywistym

Wszechświecie. Ewolucja kosmiczna nie prowadzi świata ku „lepszej przyszłości”.

Ale  entropia  lokalnie  może  maleć:  kosztem  większego  roztrwonienia  (rozproszenia,  nie

unicestwienia)  energii  gdzie  indziej  energia  w  jakimś  miejscu  może  się  koncentrować.  Temu

procesowi zawdzięczamy własne istnienie. Wiemy, że na tej zasadzie – choć nie potrafimy wskazać

dokładnych mechanizmów – powstało i rozwija się życie.

Wzrost  każdego  organizmu  jest  powtórzeniem  tej  samej  historii.  Żywimy  się  ujemną  entropią;

kosztem  wzrostu  bałaganu  we  Wszechświecie  nasz  organizm  tworzy  uporządkowane  struktury  –  na

tym  polega  proces  życia.  Ale  entropia  ostatecznie  musi  rosnąć.  Gdy  procesy  bałaganu  przeważą

w organizmie, a entropia osiągnie maksimum, nastąpi jego śmierć biologiczna. Nasze ciało powróci

do ciągle rosnącego chaosu Wszechświata.

Ewolucja i moralność

Dotychczasowe  rozważania  wyraźnie  wskazują  na  to,  że  zarówno  Wszechświat,  jak  i  nasze

materialne  istnienie  są  przemijającymi  zdarzeniami.  Między  człowiekiem  a  resztą  świata  zachodzi

jednak ważna różnica. Przez fakt posiadania świadomości wznosimy się ponad materię. Świadomość

jest  wielką  zagadką  dla  współczesnej  nauki.  O  naszej  własnej  świadomości  wiemy  dziś  na  pewno

nieporównanie mniej, niż Tales z Miletu wiedział o budowie Wszechświata. Wiemy oczywiście, że

świadomość  pracuje  w  oparciu  o  wysoko  zorganizowaną  materialną  strukturę  mózgu,  ale  o  naturze

samej  świadomości  nie  wiemy  dosłownie  niczego.  Mamy  świadomość  posiadania  świadomości  –

i to wszystko.

Nawet  jeśli  nasza  świadomość  podlega  wszystkim  prawom  fizyki,  to  posiada  wobec  nich

znacznie większą autonomię niż cokolwiek innego. Najbardziej dobitnie przekonuje nas o tym nasze

background image

własne  doświadczenie.  Jesteśmy  zdolni  do  samoorganizacji,  porządkowania  osobowości,

wewnętrznego  rozwoju  na  zupełnie  innej  zasadzie,  niż  na  przykład  kwiatek  w  doniczce  przerabia

rosnący  we  Wszechświecie  bałagan  na  swoją  wewnętrzną  strukturę.  W  kwiatku  dzieje  się  to

mechanicznie:  kiedyś  zawiązała  się  korzystna  reakcja  i  od  tej  pory  lokalnie,  w  kwiatku,  porządek

musi wzrastać, dopóki nie zostanie wchłonięty przez ogólny bezwład Kosmosu. W nas dokonuje się

świadomy  wysiłek  poprzedzony  decyzją  działania.  Mam  wewnętrzną  świadomość,  że  tę  decyzję

mogę podjąć lub nie. Jeśli ją podejmę, czeka mnie trudna droga, którą często nazywam wspinaniem,

a wynik tego wznoszenia się zależy od mojej wytrwałości i ilości pracy, jaką włożę w siebie. Jeśli

decyzji  nie  podejmę  lub  podjętej  nie  zacznę  urzeczywistniać,  z  góry  skażę  się  na  drogę  zstępującą,

pójdę  –  jak  mówimy  –  po  linii  najmniejszego  oporu.  W  takim  wypadku  świadomość  rezygnuje  ze

swoich możliwości i dobrowolnie poddaje się bezwładności materii, z którą jest złączona.

Tu  właśnie  rodzi  się  pojęcie  duchowej  ewolucji  i  moralności.  Duchowa  ewolucja  człowieka

zależy  od  niego  samego.  To,  co  jest  zgodne  z  tą  ewolucją,  jest  moralne;  to,  co  ją  hamuje,  jest

niemoralne.  W  tym  miejscu  bardzo  pięknie  można  wykorzystać  doktrynę  o  kreacjonizmie

ewolucyjnym:  człowiek  został  stworzony  przez  Boga,  ale  został  stworzony  w  stanie  niegotowym.

Wysiłek włożony przez człowieka w swoją duchową ewolucję jest udziałem we własnym tworzeniu.

Ewolucja jest dalszym ciągiem kreacji.

Ale  ewolucja  duchowa  rzadko,  i  tylko  przez  krótkie  okresy,  odbywa  się  liniowo,  po  prostej

gładko  wznoszącej  się  ku  górze.  Z  reguły  dokonuje  się  ona  wzdłuż  bardzo  poplątanej  krzywej.

Świadome wprowadzanie ładu we własnej osobowości, na przekór inercji organizmu i środowiska,

stawia  problem  sensu.  Bo  w  ewolucji  duchowej  człowieka  idzie  o  coś  więcej  niż  tylko

o  przestawianie  „składowych  elementów”,  tak  by  całość  znalazła  się  w  stanie  mniejszej  entropii.

Porządek, który trzeba stworzyć, ma być sensownym porządkiem. Dążenie do ładu plus świadomość

równa się problem sensu.

I tu właśnie powstają wszystkie egzystencjalne zmagania człowieka. Ich codziennością są trudy,

cierpienia,  wzloty  i  upadki.  Ich  świadectwem  i  wyrazem  są  sztuka,  literatura,  wielkie  zamierzenia

świętych i humanistów.

Świadome  porządkowanie  siebie  jest  tworzeniem  sensu.  Ale  tworzenie  sensu  byłoby

bezsensowne,  gdyby  ostatecznie  musiało  się  skończyć  fiaskiem.  I  dlatego  istnienie  Boga  jest

postulatem sensu.

Ewolucja i społeczeństwo

„Lokalna” ewolucja duchowa to rozwój wewnętrzny pojedynczego człowieka; „globalna” ewolucja

duchowa to rozwój całej ludzkości. Ale właśnie: czy rozwój? Istnieją tu dwa – skrajnie przeciwne –

punkty  widzenia.  Bardzo  rozpowszechniony  jest  pogląd  optymistyczny,  głoszący,  że  rozwój

background image

społeczeństw  jest  rzeczą  niewątpliwą.  W  społeczeństwie  działają  pewne  prawa,  które  prowadzą

ludzkość ku coraz to „wyższym formom”. Społeczeństwo nowoczesne jest z pewnością „wyższe” od

społeczeństw  starożytnych.  Pesymiści  nie  przeczą  rozwojowi  cywilizacji,  ale  przeczą  rozwojowi

moralności. Jeżeli porównamy nowoczesne obozy koncentracyjne ze starożytnym niewolnictwem, to

nie wiadomo, na czyją korzyść wypadnie to porównanie.

Rzecz w tym, że społeczeństwo można rozważać z bardzo różnych punktów widzenia. Można je

traktować  jako  masę  statystyczną  bezdusznych  elementów  i  wyznaczać  (przynajmniej  w  zasadzie)

entropię  charakteryzującą  stopień  uporządkowania  (względnie  bałaganu)  w  danym  okresie.  Można

interesować się organizacją społeczeństwa tylko ze względu na interesy takiej czy innej klasy. Naukę

o  społeczeństwie  można  rozumieć  jako  biologię  wielkiego  ludzkiego  stada.  Itd.,  itd.  Gdy  jednak

myślimy o duchowej ewolucji, to społeczeństwo należy rozważać w ten sposób, by nie unicestwiało

ono duchowej ewolucji jednostek. Jeżeli jakakolwiek ewolucja społeczeństwa miałaby sens, to tylko

taka,  która  –  w  miarę  swojego  postępu  –  stwarzałaby  warunki  do  coraz  skuteczniejszej  ewolucji

duchowej swoich członków. I odwrotnie, duchowa ewolucja poszczególnych ludzi winna się składać

na ewolucję całości.

Niezależnie  jednak  od  tego,  czy  duchowa  ewolucja  ludzkich  społeczeństw  jako  całości  istnieje

czy  nie,  winniśmy  do  niej  dążyć  i  robić  wszystko,  aby  stała  się  rzeczywistością.  Nie  żyjemy

w  izolacji  od  innych  i  nie  może  być  mowy  o  doskonaleniu  siebie  przy  równoczesnej  obojętności

wobec spraw innych.

Niektórzy  filozofowie  śnili  o  zbiorowej  świadomości  całej  ludzkości  (filozofowie  arabscy

w  średniowieczu);  takiej  świadomości  nie  ma  (może  kiedyś  powstanie  w  trakcie  ewolucji?!  –

Teilhard  de  Chardin)  i  świadome  porządkowanie  własnej  struktury,  czyli  tworzenie  sensu,  może

dokonywać  się  tylko  na  poziomie  jednostki  (osoby).  Ale  ponieważ  społeczeństwo  składa  się

z jednostek, tworzenie sensu winno być również zadaniem społecznym.

Wszechświat i Sens

Sens,  we  właściwym  tego  słowa  znaczeniu,  odkryliśmy  w  dziedzinie  indywidualnej  świadomości

człowieka; stąd problematykę sensu rozciągnęliśmy na dziedzinę społeczną. Człowiek może tworzyć

sens indywidualnie lub zbiorowo. I jest to prawdziwe tworzenie sensu, polegające na porządkowaniu

własnego,  świadomego  tworzywa.  Kiedyś  to  tworzywo  było  mniej  uporządkowane,  na  skutek

naszych wysiłków stopień jego uporządkowania wzrósł – sens został stworzony. Jednakże warunkiem

sensowności  tego  procesu  jest  istnienie  Sensu  Obiektywnego,  który  gwarantuje,  że  nasza  ewolucja

duchowa prowadzi do tworzenia sensu, a nie do złudzenia. Ten Sens Obiektywny zwykle nazywamy

Bogiem.

Refleksja  nad  własną  świadomością,  otwarte  stawianie  czoła  problemom,  jakie  rodzą  się

background image

w świadomym trudzie tworzenia własnego sensu, są najpewniejszą drogą do znalezienia Boga.

A  gdy  już  odkryjemy  sens,  to  warto  w  jego  świetle  jeszcze  raz  spojrzeć  na  Wszechświat.

Ewolucja kosmiczna nie wyszła z metafizycznej próżni i nie zdąża ku nicości, lecz jest przeniknięta

Sensem.  Chcielibyśmy  łatwo  oglądać  jego  ślady  wyciśnięte  w  Kosmosie,  tak  jak  łatwo  widzi  się

ślady  kogoś,  kto  przeszedł  po  piasku.  Jednakże  takich  śladów  nie  ma  –  i  to  nas  często  wprawia

w zakłopotanie. A nie ma ich, ponieważ sens nie może być wyciśnięty tu i ówdzie; cały Wszechświat

jest śladem Sensownej Myśli. I dlatego jego „śladowość” jest tak trudna do zauważenia.

Sens nie musi oznaczać zrozumiałości. Z tego, że ktoś nie może zrozumieć dzieła naukowego, nie

wynika,  iż  jest  ono  pozbawione  sensu.  Bezradność  wobec  tajemnic  Wszechświata  i  głębi  ludzkich

egzystencjalnych  problemów  nie  ma  nic  wspólnego  z  aprobatą  bezsensu.  Wiara  w  sens  to  postawa

życiowa, a nie gotowa odpowiedź na wszystkie pytania.

Pomiędzy sensem Wszechświata a sensem duchowej ewolucji człowieka, mimo wielu istotnych

pokrewieństw, zachodzi jedna ważna różnica. Sens Wszechświata – włączając we Wszechświat nas

samych jako jego cząstkę – odkrywamy przy pomocy filozoficznej refleksji. Sens własnej, duchowej

ewolucji tworzymy własnym wysiłkiem.

Bez tego tworzenia nie można być pełnym człowiekiem.

background image

 

ROZWAŻANIA

O STWORZENIU

background image

Strategia pytań

Po  pytaniu  albo  następuje  jasna  odpowiedź,  która  ostatecznie  rozstrzyga  kwestię  i  w  ten  sposób

likwiduje  pytanie,  albo  następują  po  nim  dalsze  pytania…  Jest  to  strategia  reakcji  łańcuchowej.

I  jeżeli  łańcuch  nie  kończy  się  na  którymś  ogniwie  całkowitym  rozwiązaniem,  ciągnie  się  on

w nieskończoność.

Wszechświat i myśl – Wszechświat i człowiek – Wszechświat i czas – Wszechświat i ewolucja –

to  były  współczesne  kryptonimy  pytań  od  wieków  napinających  niepokój  ludzkiego  istnienia.

Pytania  te  zawiązały  łańcuchową  reakcję  innych  pytań.  Pytań,  których  nie  można  nie  podjąć.

Łańcuch musi się dziać.

Rozważania  o  stworzeniu podejmują  pytania  zrodzone  z Usprawiedliwienia  Wszechświata.

Zamyślenie  staje  się  jakby  bardziej  skupione,  bardziej  modlitewne  i  może  dzięki  temu  właśnie

bardziej otwarte na wezwanie horyzontów.

Rozważania,  jakie  przedstawiam  w  tej  serii,  wyrosły,  w  przeważającej  części,  z  wieczornych

zmęczeń,  kiedy  przesyt  pracą,  połączony  z  niedosytem  jej  wyników,  wzmaga  naturalny  niepokój

myśli, każąc jej błądzić po łańcuchach pytań. Może tak właśnie być powinno: pytania – zwłaszcza

te  najbardziej  niepokojące  –  nie  są  urlopowym  luksusem;  stawia  je  –  i  ma  skłaniać  do

przemyśleń – codzienność. Codzienność, kończąca się każdego wieczoru.

Arché

 mojego losu

S

tawianie pytań jest warunkiem przeżycia. Pierwsze pytania dziecka są jak rozbijanie sobie głowy

o otaczające przedmioty. W ten sposób mały człowiek uczy się świata. Uczy się swojej odrębności

od całej „reszty”, swojego miejsca wśród tego, co go otacza.

Dorosły człowiek, jeżeli nie stawia pytań innym ludziom, może zabłądzić w obcym mieście, ale

jeżeli nie stawia pytań sobie samemu, na pewno zabłądzi w życiu.

Jednym z podstawowych pytań człowieka jest pytanie o początek. Nie tylko, a nawet nie przede

wszystkim,  w  sensie  czasowym.  W  języku  staropolskim  wyraz  „początek”  –  nie  bez  wpływów

łacińskiego principium  –  znaczył  również  „zasada”,  „coś  pierwotnego”.  Podobnie  zresztą  jak

w  starożytnej  grece.  To  właśnie  grecki  wyraz arché,  zaczerpnięty  z  języka  potocznego,  stał  się

background image

terminem  technicznym,  od  którego  zaczęła  się  cała  filozofia  Europy.  Kluczowym  pytaniem  było:  co

j e s t arché  Wszechświata?  I  bynajmniej  nie  chodziło  o  początek  czasowy,  lecz  o  to,  co  jest

„elementarnym  składnikiem”,  „korzeniem”  uzasadniającym  wszystko  inne.  Odpowiedzi  pierwszych

myślicieli – powietrze, ogień, woda lub ziemia – były naiwne, ale pytanie pozostało do dziś i jego

ciężar gatunkowy nie jest obecnie wcale mniejszy niż za czasów Talesa z Miletu.

Pierwsze  zdanie  Księgi  Rodzaju  powiada:  „Na  początku  Bóg  stworzył  niebo  i  ziemię”

5

:

początek – arché Wszechświata. W pierwszym zdaniu Ewangelii świętego Jana pojawia się podobna

fraza:  „Na  początku  [en  arché  ]  było  Słowo  (…)  i  Bogiem  było  Słowo”:  początek  sięgający

wieczności. O ile początek z Księgi Rodzaju można by jeszcze rozumieć w sensie czasowym, o tyle

w odniesieniu do początku z Ewangelii świętego Jana jest to już zupełnie niemożliwe.

Czas  sam  potrzebuje  usprawiedliwienia.  Filozofowie  wywodzili  go  z  ruchu:  absolutnie

niezmienny  świat  byłby  światem  bez  czasu  –  jak  stojący  zegar,  na  którym  zawsze  jest  ta  sama

godzina.  Współczesna  fizyka  teoretyczna  zastanawia  się,  czy  kierunkowe  upływanie  czasu  jest

następstwem  stopniowego  wyrównywania  się  potencjałów  energetycznych  we  Wszechświecie,  czy

jest związane z jednokierunkowym wypromieniowywaniem fal elektromagnetycznych przez świecące

ciała, czy też może warunkuje je ucieczka wszystkich galaktyk nawzajem od siebie z wciąż rosnącymi

prędkościami.  Nie  będę  teraz  roztrząsał  tych  kwestii.  Samo  ich  postawienie  usprawiedliwia  tezę

o tym, że czas także domaga się usprawiedliwienia. Należy pytać o arché czasu.

Czas  przenika  moje  istnienie.  Ścieśnia  je  do  kształtu  jednowymiarowego  strumienia

skierowanego z przeszłości w przyszłość. Więcej jeszcze – czas sprawia, że istnieję tylko w jednej

chwili,  w  czasowym  punkcie  oddzielającym  to,  co  było,  od  tego,  co  nastąpi.  Delikatna  struktura

teraźniejszej  chwili  warunkuje  kruchość  mojego  istnienia.  Ja  i  teraz  –  to  dwa  imiona  tego  samego.

Pytanie o arché czasu jest pytaniem o arché mojego losu.

Skojarzenia  odgrywają  ważną  rolę  w  historii  myślenia,  często  właśnie  one  wytyczają  kierunek

rozwiązaniom.  Jakkolwiek  byśmy  rozumieli  „początek”,  zawsze  będzie  się  on  nam  kojarzył

z „końcem”. Ale tu również można myśleć głębiej niż tylko w kategoriach czasu. Etymologia słowa

znowu  służy  nam  sugestią.  Dawniejsza  polszczyzna  najprawdopodobniej  ulegała  wpływom  łaciny,

gdy  wyrazu koniec  (łac. finis)  używała  w  sensie  „cel”.  Celowość  wiąże  się  ze  świadomością.

Działanie celowe jest charakterystyczną cechą człowieka. Czynności wykonywane mechanicznie lub

na zasadzie odruchów warunkowych stają się w pełni czynnościami człowieka dopiero wtedy, gdy –

uświadomione sobie przez człowieka – zostają włączone w kunsztowną hierarchię ludzkich środków

i  celów.  Wprawdzie  współczesna  filozofia  nauki  stanowczo  przestrzega,  by  ludzkiego  „instynktu

celowości” nie rzutować na świat przyrody, ale uczestnicząc w przyrodzie, nie możemy przynajmniej

nie postawić pytania o cel. Moje podróżowanie przez czas zmusza do myślenia o końcu, czyli celu tej

background image

drogi. I to jest także częścią pytania o arché.

Pytanie  o arché  rodzi  się  wraz  z  budzącą  się  świadomością  dziecka,  umiera  wraz  z  ostatnią

komórką  gasnącego  mózgu.  Pytanie  pytań.  Pytanie,  które  trzeba  postawić,  zanim  się  zapyta

o  cokolwiek  innego.  Pytanie,  bez  którego  wszystkie  pozostałe  pytania  byłyby  tylko  zawracaniem

głowy sobie i innym.

A odpowiedź? Rzecz w tym, że już w samym postawieniu Pytania mieści się część Odpowiedzi.

Bo  Pytanie  jest  tak  głęboko  związane  z  korzeniami  istnienia,  iż  jego  filozoficzna  uporczywość  już

sama coś mówi o istnieniu − mówi, że istnienie, moje i świata, nie jest odpowiedzią, lecz pytaniem,

nie nieodwołalnym stwierdzeniem, lecz wyzwaniem szukającym racji, nie pewnością kamienia, lecz

niepokojem człowieka.

Informacja  zawarta  w  Pytaniu  leży  u  źródeł  wszystkich  filozofii  i  wszystkich  religii.  Wszystkie

filozofie  i  wszystkie  religie  są  w  gruncie  rzeczy  tylko  opracowaniem  i  rozwinięciem  tego  Pytania-

Odpowiedzi.

Ostatnie  stwierdzenie  jest  w  szczególności  prawdziwe  –  chciałoby  się  powiedzieć:  jest

zwłaszcza  prawdziwe  –  w  stosunku  do  chrześcijaństwa.  Pierwsze  zdanie  Księgi  Rodzaju:  „Na

początku  Bóg  stworzył…”,  i  ostatnie  z  Apokalipsy:  „Amen.  Przyjdź,  Panie  Jezu”.  Alfa  i  Omega.

Początek i Koniec. Historia dziejąca się w czasie: na każdej chwili odciskająca znamię początku –

arché, i każdą chwilą urzeczywistniająca koniec, czyli cel.

Chrześcijańskim rozwinięciem Pytania-Odpowiedzi jest nauka o stworzeniu, o tym, że wszystko,

co istnieje – prócz samego Stwórcy – zostało stworzone przez Boga.

Wielu z nas bywa zawiedzionych taką odpowiedzią na pytanie pytań. Pytanie jest wstrząsające,

a  odpowiedź  jałowa…  jałowa,  bo  zżyliśmy  się  z  nią  od  pierwszych  stron  katechizmu.  Kiedyś

tłumaczyła wszystko:

Nicość.

Jeden akt Wszechmocy.

I oto jest świat. I my.

Nieodparta  logika  prostoty  i  wyjaśnienia  wszystkiego  za  jednym  zamachem.  Ale  potem  rzeczy

zaczęły  się  komplikować.  Świat  przestał  być  lasem,  łąką,  szeregiem  domów  wzdłuż  jednej  ulicy.

Istnienie  wyszło  z  obszaru  wyobraźni,  zderzyło  się  ze  światem,  który  rozrósł  się  prawie  do

nieskończoności  we  wszystkich  możliwych  wymiarach.  I  Bóg  przestał  się  uśmiechać  spoza

dziecinnego pacierza, a jeżeli czasem ujawnia smutne oblicze, to właśnie pytaniem o arché.

Zdanie „Bóg stworzył świat” domaga się przemyślenia na nowo, skonfrontowania z moją obecną

wizją świata, z moim obecnym – dojrzalszym, ale nieco bardziej zmęczonym – istnieniem.

Trzeba  otrząsnąć  się  z  myślowych  nawyków.  Stare  sformułowania  wypowiedzieć  na  nowo.

background image

Usłyszeć w nich nieprzeczuwalną treść. A przede wszystkim pozwolić mówić zdziwieniu. Że jestem.

Że pytam. Że potrafię kochać.

 

*

 

Piszę  te  słowa  w  moim  gabinecie,  przy  biurku,  w  Watykańskim  Obserwatorium  Astronomicznym

w  Castel  Gandolfo.  Za  chwilę  wyjdę  na  taras.  W  dole  światła  Rzymu,  w  górze  gwiazdy.  Podniosę

głowę, aby spojrzeć światu w oczy. Odpowie mi głębią przestworzy.

Język myśli i język istnienia

Wiele  godzin  spędziłem  nad  pewnym  artykułem  z  „Journal  of  Mathematical  Physics”.  Trafiłem  na

słabo  znany  mi  formalizm  matematyczny.  Pierwsze  czytanie  dało  tylko  ogólną  intuicję.  Ponieważ

jednak temat był związany z tym, nad czym obecnie pracuję, nie chciałem zadowolić się intuicjami.

Ale zwięzły artykuł w naukowym czasopiśmie nie jest podręcznikiem. Autor nie zaczyna wszystkiego

od zera. Ażeby zrozumieć używany przez niego symbol lub termin, nieraz trzeba odwoływać się do

innych  artykułów,  grzebać  w  bibliotece,  robić  notatki.  Stopniowo,  krok  po  kroku,  przełamuje  się

niezrozumiałe wzory. Jeden symbol zaczyna wyjaśniać następne. Węzeł powoli się rozplątuje. Sens

był tam od zawsze, ale przewyższał moje możliwości. Skomplikowaną całość musiałem rozłożyć na

prostsze składniki, zredukować do tego, co już mogło do mnie przemówić sensem. Ale to jeszcze nie

koniec.  Potem  znowu  trzeba  wszystko  skomponować  w  pierwotną  całość.  Jeżeli  w  niej  brakuje

choćby  jednego  małego  elementu,  to  cały  wysiłek  na  nic:  formalizm  nadal  milczy  swoją  pustką.

I  dopiero  wtedy,  gdy  ten  ostatni  brakujący  element  wskoczy  na  swoje  miejsce,  dopiero  wtedy

rozbłyska  światło.  Wszystko  jest  tak,  jak  być  powinno  –  proste  i  przejrzyste.  Logiczne

w najmniejszych szczegółach.

Jest  w  nas  instynkt  rozumienia.  Tak  potężny  jak  instynkt  zachowania  gatunku.  Wolimy  raczej

tworzyć pseudotłumaczenia, niż zgodzić się na to, że czegoś wytłumaczyć się nie da.

Instynkt  ten,  zastosowany  sam  do  siebie,  każe  postawić  pytanie:  dlaczego  jest  tak,  że  chcemy

wszystko  zrozumieć?  Jak  zrozumieć  instynkt  rozumienia?  Nie  ma  tu  innego  wyjścia,  jak  tylko

odwołać  się  do  struktury  naszego  umysłu.  Ale  nasz  umysł  –  wbrew  twierdzeniom  bardzo  wielu

filozofów  –  nie  jest  samohodowany  w  inkubatorze  odizolowanym  od  reszty  świata.  Przeciwnie  –

korzeniami swojej ewolucji jest głęboko wrośnięty w świat i jego historię. Struktura umysłu stanowi

część struktury świata. Instynkt rozumienia musi jakoś wiązać się z tym, że świat jest, jaki jest.

Z  instynktu  rozumienia  świata  wyrosły  nauki.  Są  one  tworem  ludzkiego  umysłu,  który  z  kolei

swoją  strukturę  wywodzi  z  przyrody.  Koło  się  zamyka.  Rozumienie  wyrasta  ze  świata  i  do  świata

wraca.

background image

Ale  co  to  znaczy  zrozumieć  świat?  Jest  z  tym  podobnie  jak  z  rozumieniem  matematycznego

artykułu.  Analogia  sięga  głębiej,  niż  na  pozór  by  się  wydawało.  Bo  oto  wielu  współczesnych

filozofów  twierdzi,  że  zrozumieć  świat  to  znaczy,  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko  zbudować  jego

matematyczny  model  i  wywieść  z  tego  modelu  –  również  drogą  matematycznego  wynikania  –

wnioski,  które  by  mogły  zostać  potwierdzone  doświadczeniem  lub  obserwacją.  Właśnie  artykuł

z  „Journal  of  Mathematical  Physics”,  nad  którym  spędziłem  tyle  godzin,  przedstawiał  taki

matematyczny model pewnej dziedziny rzeczywistości.

Język  matematyki  jest  językiem  przyrody.  Jest  jakby  tworzywem,  z  którego  buduje  się

skomplikowane struktury zwane matematycznymi modelami świata. Pomiędzy tego rodzaju modelami

a  samym  światem  występuje  pewien  rezonans:  model  przewiduje  nowe  obserwacje  lub

doświadczenia,  świat  odpowiada  zgodnością  wyników  z  przewidywaniami  modelu.  Jeżeli  taki

rezonans nie zachodzi, model odrzucamy jako nasz wymysł, konstrukcję nieopisującą świata.

Podsumujmy: Istnieje w nas instynkt rozumienia. W ciągu dziejów wypracowaliśmy różne metody

rozumienia świata; niektóre z nich – jak zwłaszcza metoda zmatematyzowanych nauk empirycznych –

okazały  się  bardzo  skuteczne.  Świat  ulega  naszym  instynktom  badawczym,  daje  się  racjonalnie

tłumaczyć.  Można  postawić  pytanie:  dlaczego  świat  jest  poznawalny?  Część  tego  pytania  jest

zaadresowana do naszego umysłu: dlaczego nasz umysł ma taką strukturę, że chce wszystko tłumaczyć

i że bardzo często mu się to udaje?, a część do świata: jakie cechy świat musi posiadać, aby wydać

z siebie ludzki umysł i potem poddawać się racjonalnym pytaniom tego umysłu?

Filozofowie  i  uczeni  stawiali  takie  pytania  w  rozmaitej  postaci.  „Najbardziej  niezrozumiałą

rzeczą  we  wszechświecie  jest  to,  że  wszechświat  jest  zrozumiały”  –  mawiał  Albert  Einstein.

Zdziwienie się głębią i brakiem na nią odpowiedzi. Bo rzeczywiście, nie znam tu żadnej filozoficznej

odpowiedzi,  która  byłaby  czymś  więcej  niż  znowu  pytaniem,  ubranym  tylko  w  nowy  kształt  i  tylko

pozornie bez znaku zapytania na końcu.

Żeby wyjść poza pytanie, żeby sięgnąć do odpowiedzi, trzeba otworzyć się na prawdę religijną.

Doktryna  o  stworzeniu  świata  przez  Boga  jest  religijną  wersją  tego  problemu.  Wersją  rozszerzoną

w  porównaniu  z  czysto  filozoficznymi  dociekaniami,  bo  wychodzącą  poza  samo  tylko  zdziwienie

i otwierającą się na jeszcze szerszy krąg spraw, które przenikają nie tylko ciekawość człowieka, ale

także inne tkanki ludzkiego istnienia.

Struktura świata – a wraz z nią i struktura naszego umysłu – jest racjonalna, czyli poddająca się

racjonalnym metodom badania, bo jest dziełem rozumnego zamysłu Boga; zamysłu, który nazywamy

stworzeniem. Racjonalność świata ma to samo źródło co jego istnienie. Istnienie świata jest skutkiem

rozumnej (racjonalnej) myśli Bożej. Świat jest poznawalny z tego samego powodu, dla którego jest.

Istnienie i racjonalność to jedno.

background image

Ale  istnieje  nie  tylko  świat  badany  przez  nauki  przyrodnicze,  rekonstruowany  przy  pomocy

matematycznych  modeli,  przenikany  pomiarami  i  eksperymentem.  Istnieje  też  świat  człowieka

tęskniącego,  cierpiącego  i  umierającego;  świat,  który  się  czuje,  którym  się  żyje,  w  którym  się

uczestniczy.  Ten  świat  istnieje,  a  więc  musi  być  racjonalny,  musi  mieć  swoje  logiczne  miejsce

w stwórczym zamyśle Boga.

Wiara  w  stworzenie  jest  wiarą  w  sens  wszystkiego.  Także  cierpienia.  Jest  więc  życiową

postawą.

Ale  wierzyć  w  sens  wcale  nie  znaczy  zrozumieć  sens  i  mieć  na  wszystko  gotową  odpowiedź.

Sens niezrozumiany nie przestaje być sensem. Artykuł z „Journal of Mathematical Physics” zawierał

głęboki  sens,  jeszcze  zanim  zdołałem  go  zrozumieć.  Bezsens  jest  sprzecznością,  czymś,  co  przeczy

racjonalności,  a  więc  czymś,  co  nie  może  istnieć.  Sens  niezrozumiany  to  tajemnica.  Wiara  w  Boga

zakłada tajemnicę. Boga zrozumieć do końca może tylko Bóg. Człowiek, przyjmując Boga, przyjmuje

tajemnicę, ale tajemnicę, która jest warunkiem rozumienia.

Sens i Tajemnica splatają się razem w prawdzie o stworzeniu.

 

*

 

W  bezchmurną  noc  otwierają  się  kopuły  astronomicznych  obserwatoriów.  Na  fotograficznych

nośnikach  elektronicznych  skrzętnie  są  gromadzone  informacje  przynoszone  przez  światło,

podróżujące  w  przestrzeniach  nieraz  przez  miliardy  lat.  A  potem,  wielkim  wysiłkiem  przemyśleń

i  teorii,  informacje  te  odczytuje  się  i  organizuje,  tworząc  z  nich  coraz  doskonalsze  modele

rzeczywistości. Nocne niebo mówi wzorami. Język myśli jest językiem istnienia.

Konieczność i tajemnica

„Na  początku  Bóg  stworzył…”  Jesteśmy  dziś  skłonni  wiązać  te  słowa  z  obrazem  Wielkiego

Wybuchu.  Eksplozja  z  zera  czasu  i  przestrzeni.  Nieskończone  gęstości  cząstek  i  promieniowania

rozsadzają próżnię. Ze statystycznych uśrednień mas i energii rodzi się czas i przestrzeń. Narastające

ułamki  sekund  rozciągają  się  fizycznymi  procesami.  Przestrzeń  pęcznieje:  gęstość  i  ciśnienie

gwałtownie spadają.

Taki  obraz  początku  podsuwa  współczesny  standardowy  model  kosmologiczny.  Z  dużym

prawdopodobieństwem możemy sądzić, że początek obecnej fazy kosmicznej ewolucji rozgrywał się

mniej  więcej  według  takiego  scenariusza.  Ale  stworzenie  świata  niekoniecznie  odbywa  się  przy

akompaniamencie  reakcji  jądrowych  w  osobliwie  zakrzywionej  czasoprzestrzeni.  Tajemnica

stworzenia  dokonuje  się  wszędzie  i  nieustannie  tam,  gdzie  cokolwiek  istnieje.  Każda  cząstka

background image

elementarna, każdy kwant pola, każdy pyłek materii jest, bo jest zrozumiały; poddaje się badaniu, bo

jest.  Boga  nie  musi  się  szukać  w  osobliwych  punktach  ewolucji  świata.  Przez  swój  nieustający  akt

stwórczy jest On obecny we wszystkim, co jest. Stwierdzając, że coś jest, afirmujemy Boga.

Są  to  być  może  nawet  głębokie  rozważania,  ale  co  one  dają?  Bo  oto  problem  poznawalności

został zredukowany do problemu istnienia, problem tłumaczenia świata do problemu wytłumaczenia

Boga.  Czy  to  jest  osiągnięcie?  Czy  Bóg  nie  jest  tylko  imieniem  do  ukrywania  naszych  znaków

zapytania? Z definicji niepojęty ma wyjaśnić wszystko?

Pytanie  o  racje  zakłada,  że  to,  o  co  pytamy,  jest  jakoś  przypadkowe,  niekonieczne  lub

przynajmniej – że takim się nam przedstawia. Konieczność, absolut nie dopuszcza kwestionowania,

z  góry  wyłącza  sytuację  pytania.  Od  stwierdzenia  „a  =  a”  nie  wymagamy  uzasadnienia.  Jeżeli  ktoś

rozumie  znaczenie  symbolu  „równa  się”,  automatycznie  ulega  prawdzie,  że  cokolwiek  równa  się

samemu  sobie.  Jeśli  rzeczywistość  jest  sensowna,  racjonalna,  ulegająca  naszym  badawczym

zapędom,  to  znaczy,  iż  gdzieś  u  jej  fundamentu  kryje  się  KONIECZNOŚĆ  –  COŚ,  co  nie  może  nie

być, bo byłoby to największą sprzecznością. COŚ, co nie może nie być takie, jakie jest. COŚ, co jest,

bo jest.

Filozofowie to COŚ nazywają Absolutem, a teologowie – Bogiem. Jam jest, który jest.

Nauki ukazują świat w ogromnym jego bogactwie. Doświadczenie własnej świadomości otwiera

temu  bogactwu  nowe  wymiary  nabrzmiałe  tajemnicą.  Niektórzy  myśliciele  są  zdania,  że  gdyby

istnienie  ludzkości  nie  było  ograniczone  czasem,  to  proces  badania  świata  mógłby  trwać

nieskończenie  długo,  może  co  najwyżej  w  jakiś  asymptotyczny  sposób  zbliżając  się  do  prawdy.

Absolut, który jest źródłem istnienia i sensu tego wszystkiego, jest prosty jak „a = a”, ale ta prostota

niewspółmiernie przewyższa możliwości naszego umysłu. Konieczność staje się Tajemnicą.

I chociaż ta Tajemnica jest fundamentem istnienia, dochodzimy do niej – mozolną drogą tropienia

sensu  –  jako  do  granicy,  która  na  pewno  jest,  bo  wszystko  się  do  niej  zbiega,  ale  która  jest

nieosiągalna.  W  tym  miejscu  zapożyczamy  analogię  z  matematyki  i  powiadamy,  że  Pan  Bóg  jest

nieskończonością.

Nieskończoność.  Zaprzeczenie  tego,  co  znamy  i  co  jest  ograniczone.  Wprawdzie

o  nieskończoności  wiemy  głównie,  czym  nie  jest,  ale  przede  wszystkim  nie  jest  ona  etykietą  naszej

ignorancji.  Nieskończoność  jest  koniecznym  elementem  systemu,  chociaż  zwykle  jako  jego  granica.

Ale granica, bez której system by nie istniał. A to, że ludzki umysł potrafi dojść do tej granicy, mimo

iż  dzieli  go  od  niej  nieskończenie  wiele  wyrazów  ciągu,  świadczy  nie  o  tendencji  rozumu  do

ukrywania  swoich  znaków  zapytania  w  czysto  werbalnych  unikach,  lecz  o  jego  prawdziwie

badawczej pasji i o możliwościach, jakie w tę pasję może inwestować.

Bóg  nie  jest  tworem  naszego  umysłu  do  maskowania  pytajników.  Bóg  jest  tym,  dzięki  czemu

background image

pytajniki mają swoje odpowiedzi.

Absurd to brak sensu, tajemnica to sens, chociaż jeszcze niedoczytany do końca. Rzeczywistość

jest tajemnicą, a absurd nieistnieniem, ponieważ wszystko, co istnieje, jest stwarzane przez Boga.

 

*

 

Być może świat miał początek, wybuchł istnieniem w Wielkiej Eksplozji – jak sugeruje współczesna

kosmologia.  Nawet  jeżeli  tak,  to  chwila  jego  zapoczątkowania  nie  była  bardziej  nadzwyczajna  niż

wszystkie  inne  chwile,  jakie  po  niej  nastąpiły.  Świat  istniejący  w  każdej  chwili  wymaga  takiego

samego uzasadnienia jak świat, który dopiero rozpoczyna przygodę istnienia.

Teorie  początku  świata  mają  dla  nas  głównie  znaczenie  psychologiczne.  Przyzwyczajeni  do

własnego  istnienia,  wtopionego  tak  silnie  w  istnienie  świata,  bywamy  wstrząśnięci  wizją  istnienia,

którego nie było i które się zaczyna. Wówczas wyraźniej dostrzegamy, że istnienie nasze i istnienie

świata  jest  przygodą,  a  nie  oczywistością,  pytaniem  szukającym  uzasadnienia,  a  nie  trywialnym

stwierdzeniem.

Teoria  Wielkiego  Wybuchu  wstrząsa  naszą  obojętnością  na  metafizykę,  ale  metafizyka  jest

wszędzie: w Wielkim Wybuchu, w umarłej gwieździe, w każdym okruchu naszej tęsknoty.

Usprawiedliwienia Wszechświata

Świat  jest  dla  mnie  pełen  znaczeń.  Ten  przedmiot  znaczy  dla  mnie  „stół”,  tamten  odległy  świecący

punkcik – „gwiazda”. Stół jest mi potrzebny: mogę przy nim pisać lub jeść. Gwiazda też mi jest jakoś

potrzebna: może być dla mnie źródłem natchnienia lub przedmiotem bardzo prozaicznych i żmudnych

studiów. Zarówno stół, jak i gwiazda przedstawiają dla mnie pewne wartości.

I  tak  jest  ze  wszystkim.  Wartość  może  mieć  tylko  coś,  co  znaczy,  a  znaczyć  może  tylko  coś  dla

kogoś.  Stół  jest  zbiorem  cząstek  i  pól  fizycznych,  i  niczym  ponadto.  Staje  się  stołem  jedynie  dla

kogoś,  kto  wchodzi  z  nim  w  kontakt  poznawczy  i  rozpoznaje  go  jako  stół.  Środowisko  znaczeń

i  wartości  jest  dla  człowieka  nawet  donioślejsze  niż  powietrze  lub  pokarm.  Bez  powietrza  lub

pokarmu  człowiek  musi  umrzeć,  bez  środowiska  znaczeń  i  wartości  w  ogóle  nie  mógłby  być

człowiekiem.

Z chwilą gdy świat – za pośrednictwem długiego procesu ewolucji – wydał z siebie człowieka,

przestał  być  tym  samym  światem  co  przedtem.  Przez  człowieka  świat  wypełnił  się  znaczeniami

i wszedł w skomplikowaną sieć układów wartości, jaką człowiek utkał ze swoich zdolności myślenia

i chcenia.

Sam  proces  poznawania  ma  dla  człowieka  wielkie  znaczenie,  przedstawia  ogromną  wartość.

background image

W  imię  tej  wartości  człowiek  pragnie  poznać,  jak  wyglądałby  świat  bez  jego  znaczeniotwórczej

obecności, i dlatego wypracował empiryczną metodę badania świata, która świadomie pomija aspekt

ludzkich  znaczeń  i  wartości,  obecny  przecież  wszędzie  tam,  gdzie  obecny  jest  człowiek  ze  swoją

pasją poznawania. Mimo że nauki empiryczne są dla ludzkości wielką wartością, patrzą one na świat

przez  filtr,  który  usiłuje  dokładnie  zatrzymać  wszystkie  wartościujące  oceny.  Nie  może  się  to

całkowicie udać, ponieważ także empiryczna metoda poznawania świata musi korzystać z ludzkiego

języka,  który  od  początku  do  końca  jest  pełen  znaczeń  stworzonych  przez  ludzi.  Nauki  empiryczne

starają się zmniejszyć ten efekt, używając, gdzie tylko się da, języka matematyki. Jest to wprawdzie

także  język  stworzony  przez  ludzi,  ale  stworzony  tak  przemyślnie,  że  jedyną  jego  treścią  jest  jego

forma. A nad formą, raz ustaloną w definicjach, człowiek już więcej nie ma władzy.

Świat fizyki, astronomii, biologii i innych empirycznych nauk o przyrodzie to świat maksymalnie

odczłowieczony. Wprawdzie człowiek coraz częściej pojawia się w nim (zwłaszcza przy stosowaniu

coraz  bardziej  subtelnych  metod,  jak  na  przykład  w  fizyce  kwantowej)  jako  obserwator,  swoim

badaniem zaburzający badany przedmiot, jest to jednak obserwator, który mierzy, lecz powstrzymuje

się od nadawania znaczeń i wartości.

Milczenie  o  wartościach  było  ceną  –  trzeba  przyznać,  rozsądnie  skalkulowaną  –  jaką  należało

zapłacić  za  skuteczność  i  precyzję  metody  empirycznej.  Nieco  rzecz  upraszczając:  obszar  znaczeń

i wartości był za trudny, żeby przymierzać do niego naszą logikę; najpierw trzeba było ją wyostrzyć

na  czymś  łatwiejszym.  Ta  metodologiczna  asceza  opłaciła  się.  Świadczą  o  tym  dzisiejsze  sukcesy

nauk przyrodniczych.

Ale  w  rezultacie  w  umysłach  wielu  współczesnych  myślicieli  utrwalił  się  obraz  wielkiego,

martwego  świata,  całkowicie  wypranego  z  jakichkolwiek  znaczeń  i  wartości;  i  gdyby  nie  gatunek

Homo sapiens na jednej z planet, krążącej wokół jednej z nieprzeliczalnej liczby gwiazd, to nic by

nie znaczyło i nic by nigdy nie miało dla nikogo wartości.

W świetle prawdy o stworzeniu świata przekonania tego nie da się jednak utrzymać. Wprawdzie

bez  człowieka  świat  istotnie  byłby  całkowicie  wolny  od  wszelkich  znaczeń  i  wartości,  jakie

człowiek  nań  nakłada,  ale  też  człowiek  nie  jest  jedynym  –  ani  nawet  nie  jest  głównym  –  twórcą

wartości  i  znaczeń.  Bo  oto  struktura  świata  jest  urzeczywistnieniem  zamysłu  Stwórcy;  jest  więc

całkowicie, bez reszty, przeniknięta Znaczeniem i Wartością. Użyłem tu dużych liter, żeby zaznaczyć,

że słowa Znaczenie i Wartość są w tym kontekście bezsilne wobec tego, co mają znaczyć. Znaczenia

i  wartości,  jakie  my  –  ludzie  –  tworzymy,  są  tylko  cieniem  (żeby  użyć  Platońskiego  wyrażenia)

tamtego Znaczenia – Wartości.

Znaczenie (przez duże Z) świata jest jego sensem. Ponieważ jednak Znaczenia, jakie Bóg nadaje,

nigdy do końca nie zgłębimy, sens świata zawsze pozostanie dla nas niewyczerpaną tajemnicą. Ale

background image

tajemnicą racjonalności, tajemnicą bezpiecznego schronienia dla ludzkiego rozumu czującego odrazę

przed czymkolwiek, co nie ma usprawiedliwienia.

Chciałoby  się  tu  znowu  przywołać  obraz  Wielkiego  Wybuchu,  zapoczątkowującego  przygodę

ewolucji,  która  zmierza  w  zaprogramowanym  kierunku,  bezbłędnie  urzeczywistniając  zamysł  sensu.

Ale  lepiej  powstrzymać  się  od  nazbyt  uproszczonych  –  uproszczonych,  bo  skrojonych  na  miarę

człowieka – schematów. Sens świata jest tworzeniem sensu. Sens jest niezbadany jak Wszechświat.

Usprawiedliwienia historii

Łatwiej jest usprawiedliwić Wszechświat niż ludzką historię. Mniejsze opory budzi twierdzenie, że

sens  Wszechświata  ukrywa  się  w  pięknie  równań  rządzących  jego  strukturą,  niż  bodaj  próba

dopatrywania  się  jakiegokolwiek  znaczenia  w  tym,  co  człowiek  wyprawiał  i  wyprawia  na  scenie

swoich dziejów.

Karl Popper wątpił nawet w samo istnienie historii ludzkości.

 

Konkretna  historia  ludzkości  –  pisał  –  musiałaby  być  historią  wszystkich  ludzi.  Musiałaby  być  historią  wszystkich  ludzkich  nadziei,

walk, cierpień. Żaden człowiek nie jest ważniejszy niż inny. Rzecz jasna, taka historia nie może być napisana. Musimy abstrahować,

pomijać,  wybierać.  W  ten  sposób  dochodzimy  do  wielu  historii,  wśród  nich  do  historii  międzynarodowych  przestępstw  i  zbrodni

reklamowanej jako historia ludzkości… Bo historia polityki i siły to nic innego jak historia międzynarodowych przestępstw i masowych

mordów (choć mówi ona także o pewnych próbach ich wyeliminowania)

6

.

 

Być może jest to dobra taktyka: unicestwić historię, żeby nie musieć szukać jej sensu.

Ale  historia  ludzkości  istnieje,  i  jest  to  właśnie  historia  każdego  człowieka.  Człowieka

uwikłanego w swoje głupie i mądre, wielkie i małe – a najczęściej po prostu średnie – sprawy. Bo

historia to nie to, o czym piszą historycy, lecz to, co się dzieje codziennie we wszystkich powiatach

świata. Zebrania Rady Ministrów są tak samo ważne jak jeszcze jedno budzenie się ze snu Starego

Człowieka.

Pierwszym przejawem sensu historii wszystkich ludzi jest to, że ona jest, że się dzieje niezależnie

od  naszych  dekretów  i  wyników  głosowań.  Historia  ludzkości  jest  cząstką  historii  Wszechświata

i dlatego uczestniczy w jej sensie. Znaczenie nadane światu w akcie jego stworzenia przenika także

historię ludzkości zamieszkującej małą planetę Ziemię.

Historia  ludzkości  dzieje  się  na  „podłożu”  Wszechświata,  ale  poza  to  podłoże  niepomiernie

wykracza.  Jak  człowiek  różni  się  od  reszty  świata,  tak  samo  sens  jego  historii  różni  się  od  sensu

Kosmosu.  Wraz  z  człowiekiem  pojawiła  się  w  świecie  zdolność  myślenia  o  świecie  i  o  własnym

myśleniu, zdolność chcenia i dokonywania wyborów. Sens, który przyrodzie został po prostu nadany,

człowiekowi  został  przedstawiony  do  wolnego  zaakceptowania.  Człowiek  stał  się  nie  tylko

wykonawcą, ale i współautorem swojego sensu. A jeżeli nadać czemuś sens oznacza współtworzyć

background image

to, to człowiek współtworzy sam siebie.

Sensu  Wszechświata  można  nie  dostrzec,  ale  nie  można  go  zepsuć.  Swój  własny  sens  człowiek

jest  władny  zdewastować.  Wprawdzie  będąc  elementem  Wszechświata,  musi  spełnić  zamiary

Stwórcy względem wszystkiego, co należy do świata, ale może przekreślić tę część planów Bożych,

która odnosi się do niego jako człowieka.

I  tak  się  raz  stało.  Gdzieś  u  początków  dziejów  ludzkości.  To  był  punkt  zwrotny  historii

człowieka.  Plan  stworzenia  został  zniekształcony.  Odtąd  historia  stała  się  mieszaniną  dobra  i  zła,

wzlotów  i  upadków,  zmagań  się  bohaterów  i  bestii  –  często  w  tym  samym  człowieku. A  ponieważ

historia człowieka, choć niesiona przez historię świata, niepomiernie poza nią wykracza celami, do

jakich człowiek jest zdolny, grzech ludzkiej historii jakoś także przenika historię świata. Bo według

pierwotnego  planu  Stwórcy  człowiek  nie  jest  jednym  z  ogniw  tej  historii,  lecz  –  o  ile  wolno  nam

wnosić – ogniwem ją zwieńczającym.

Stworzenie splata się z upadkiem, a ekonomia stworzenia z ekonomią podnoszenia się z upadku.

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”, ale i „na początku było Słowo”, które „stało się ciałem”.

Z chwilą gdy upadek wszedł do historii, sens dziejów zaczął wołać o Odkupienie.

A  ponieważ  ludzkie  dzieje  rozgrywają  się  w  środowisku  Wszechświata,  Chrystus  ma  wymiary

kosmiczne.

Historia  ludzkości  jest  małym  fragmentem  historii  Wszechświata.  Ze  względu  na  czas  trwania

i  obszar,  na  jakim  się  dzieje,  jest  fragmentem  znikomym. Ale  ze  względu  na  to,  że  każdy  człowiek

swoją  świadomością  –  chciałoby  się  powiedzieć:  nieskończenie  –  wykracza  poza  świat  gromad

galaktyk  i  milionów  świetlnych  tysiącleci,  historia  ludzkości  jest  kluczowym  zwojem  historii

Kosmosu.  Dzieje  Wszechświata  nie  mogłyby  znaleźć  usprawiedliwienia,  gdyby  historia  ludzi

pozostała bezsensem. Odkupienie człowieka staje się odkupieniem świata.

Nie odważam się twierdzić, że dzięki Odkupieniu historia ludzkości została skierowana na drogę

nieustannego  wznoszenia  się,  że  musi  już  teraz  zdążać  ku  swemu  Złotemu  Wiekowi,  który  kiedyś

nieuchronnie nastąpi. To byłaby utopia i traktowanie Odkupienia na sposób mechaniczny. To byłoby

robienie z Chrystusa ideologii do manipulowania historią. Właśnie z tego rodzaju „historycyzmami”

tak zacięcie walczył Popper w imię wolności człowieka i w imię „otwartego społeczeństwa”.

Historia  ludzkości  musi  rozgrywać  się  w  każdym  człowieku.  Nie  ma  innego  wyjścia.  Jeżeli

całość  zgniata  osobę,  zaczyna  się  panowanie  absurdu.  Odkupienie  dotyczy  ludzkości,  ale

w pojedynczych jej członkach. Ono sprawia, że nić historii każdego człowieka może dosięgnąć celu

– i w ten sposób historia ludzkości, w każdym swoim włóknie, doznaje usprawiedliwienia.

Świat  otrzymał  istnienie,  sens  i  wartość  –  trzy  imiona  tej  samej  rzeczywistości  –  w  akcie

stworzenia.  Istnienie,  sens  i  wartość  w  historii  człowieka  urzeczywistniają  się  jako  wolność.

background image

Obdarowanie  wolnością  zawiera  w  sobie  ryzyko  złego  wyboru,  czyli  zniweczenia  sensu.

A zniweczenie sensu jest zniweczeniem stworzenia. Akt stworzenia musiał więc nadawać sens także

możliwości  jego  utraty  na  skutek  wolnego  wyboru  człowieka.  I  w  tym  znaczeniu  Odkupienie  jest

częścią Stworzenia.

Wiara  w  sens  –  stworzony,  zniszczony,  ale  odkupiony  –  jest  fundamentem  chrześcijańskiej

postawy życiowej. Reszta jest już tylko prostą konsekwencją tej wiary.

Usprawiedliwienia ludzkiego istnienia

Człowiek  –  każdy  z  nas  –  jest  niesiony  przez  historię  Wszechświata.  Z  historii  tej  zrodziliśmy  się

i  ona  nas  przenika.  Moje  ciało  jest  zbudowane  z  pierwiastków  chemicznych,  których  synteza

dokonała  się  we  wnętrzu  jakiejś  masywnej  gwiazdy. Ale  budulec  dla  tych  pierwiastków  –  cząstki

elementarne,  a  nawet  niektóre  lżejsze  pierwiastki  –  powstał  już  znacznie  wcześniej:  w  pierwszych

kilku  minutach  po  Wielkim  Wybuchu,  jaki  zapoczątkował  obecną  fazę  historii  świata.  Potem

gwiazda, w której zrodziły się pierwiastki chemiczne, a zwłaszcza istotny dla życia węgiel, wybuchła

jako supernowa i atomy pierwiastków zostały wyrzucone do kosmicznych przestrzeni. Tam błądziły

przez  milionlecia  w  postaci  gazu  i  pyłu  unoszone  polami  ciążenia.  Następnym  ważnym  aktem

antropogenezy  było  powstanie  z  tego  pyłu  i  gazu  nowego  pokolenia  gwiazd  i  planet.  Na  jednej

z  takich  planet,  na  tej,  która  zawierała  odpowiednie  proporcje  odpowiednich  pierwiastków

w  wyjątkowo  odpowiednich  warunkach,  zawiązała  się  ewolucja  biologiczna.  Preludium  do

powstania człowieka zostało rozegrane.

Spoglądam  na  swoją  rękę  trzymającą  pióro.  Materiał,  z  którego  jestem,  łączy  mnie

z  Wszechświatem:  z  jego  początkiem  i  ewolucją,  z  jego  strukturą  i  prawami.  Noszę  to  wszystko

w sobie.

Ale  jestem  też  wytworem  historii  ludzkości.  Ukształtował  mnie  Wszechświat,  lecz  w  nie

mniejszym  stopniu  ukształtowały  mnie  dzieje  kultury  i  cywilizacji.  To  one  zaprogramowały  mi

pierwsze  kierunki  myślenia,  to  one  dały  mi  język  i  dyskretnie  nauczyły,  jakich  odpowiedzi

powinienem oczekiwać na pytania, których bym nigdy nie potrafił postawić, gdybym ich zalążków nie

otrzymał  w  spadku.  Długa  historia  kultury  wytrenowała  mnie  w  odróżnianiu  dobra  i  zła,  wyczuliła

mój instynkt na piękno, podpowiadając mi równocześnie kryteria piękna i brzydoty. Dziś nie jestem

nawet  w  stanie  pomyśleć,  że  „myślę,  więc  jestem”,  tak  bym  równocześnie  nie  wiązał  znaczeń

„myślę” i „jestem” z tym, co mój kulturowy rodowód rozumiał przez te wyrazy.

Jestem cały zbudowany z historii innych ludzi.

Tu rodzą się niepokojące pytania. A raczej różne odmiany tej samej wątpliwości. Czy nie jestem

tylko  ubocznym  produktem  historii  Wszechświata  i  historii  ludzkości?  Może  zrodził  mnie  ślepy

przypadek?  Albo  równie  ślepa  konieczność,  wynikająca  z  „ukrytych  parametrów”  narzucających

background image

absolutny przymus historii świata i – być może – historii ludzkości?

Człowiek  błąkający  się  bez  celu  po  bezdrożach  historii  byłby  najtragiczniejszą  komedią

Wszechświata.

Usprawiedliwienie  mojego  istnienia  jest  mi  bardziej  potrzebne  niż  usprawiedliwienie

Wszechświata. Ale rzecz w tym, że ponieważ jestem produktem Wszechświata i Wszechświat noszę

w sobie, jedno bez drugiego nie może zostać usprawiedliwione.

Usprawiedliwieniem  Wszechświata  jest  jego  stworzenie,  stworzenie  więc  także  musi  być

przynajmniej początkiem mojego usprawiedliwienia.

Mówi się czasem, że człowiek jest „ukoronowaniem stworzenia”. I często rozumie się to w ten

sposób,  że  wszystko,  co  się  dzieje  we  Wszechświecie,  miało  na  celu  wyprodukowanie  człowieka.

Z  chwilą  gdy  wreszcie  człowiek  zjawił  się  na  widowni  świata,  dzieło  w  zasadzie  zostało

zakończone.  Przyroda  niejako  wyczerpała  całą  swoją  pomysłowość  i  odtąd  wszystko,  co  jest

w świecie, powinno służyć człowiekowi.

Takie  rozumienie  miejsca  człowieka  w  stworzeniu  jest  prymitywną  filozofią.  Antropologia

Ptolemeusza  z  małą  geometryczną  poprawką:  człowiek  nie  w  środku,  lecz  na  szczycie  piramidy

istnienia.

Tymczasem człowiek jest po prostu produktem Wszechświata, tak jak produktem Wszechświata

są  atomy,  gwiazdy,  gromady  galaktyk.  Jest  wypadkową  sił  przyrody,  układem  pól  fizycznych,

systemem skomplikowanych sprzężeń zwrotnych, zagęszczeniem kosmicznej informacji. Stwórca nie

działa, udzielając przyrodzie „dodatkowych pchnięć” w krytycznych momentach jej ewolucji. On jest

zawsze  obecny  w  prawach  przyrody,  w  tym,  że  są  i  że  są  takie,  jakie  są.  Prawa  przyrody  są

wyrażeniem stwórczego zamysłu Boga; zamysłu, który zawsze jest i zawsze działa wewnątrz świata.

A  człowiek?  A  człowiek  jest  inny  od  reszty  przyrody,  ponieważ  posiada  świadomość  i  jest

świadom  tego,  że  ją  posiada.  Można  by  tu  użyć  określeń:  świadomość  świadomości,

metaświadomość,  świadomość  refleksyjna.  Nasza  współczesna  wiedza  pozwala  twierdzić,  że

w  znanym  nam  zakątku  Wszechświata  świadomość  refleksyjna  nie  pojawia  się  poza  człowiekiem.

Czy więc człowiek nie jest jednak „koroną stworzenia”? Czy nie przewyższa całej reszty? Można by

się zgodzić na takie określenie, pod warunkiem że się je właściwie rozumie. Osobiście jednak wolę

unikać wszelkiego rodzaju układania „bytów” według stopni wyższości czy ważności. Takie „drabiny

bytów” nazbyt silnie zależą od przyjętych kryteriów, a ich pożytek jest raczej wątpliwy.

Dzięki  świadomości  swojej  świadomości  człowiek  poznaje,  chce,  potrafi  być  dobry  lub  zły,

kochać  lub  nienawidzić.  Nie  będę  analizował  tych  wyposażeń  człowieka.  Takimi  analizami

przepełnione  są  monografie  i  podręczniki  różnego  rodzaju  antropologii.  Pragnę  tu  tylko  zwrócić

uwagę  na  jedną  okoliczność.  Posiadanie  refleksyjnej  świadomości  sprawia,  że  człowiek  nie  tylko

background image

jest we Wszechświecie, ale w nim uczestniczy. To znaczy przez swoje władze zmysłowe i umysłowe,

a także przez swój emocjonalny stosunek do otoczenia człowiek przetwarza zewnętrzne środowisko

na  swoje  wnętrze.  Człowiek  jest  w  świecie,  ale  również  –  w  pewnym  znaczeniu  –  świat  jest

w człowieku.

Szczególnym przypadkiem tego uczestniczenia jest relacja, w jaką człowiek wchodzi ze światem

za pośrednictwem stworzonej przez siebie nauki. Niektórzy naukowcy zwykli podkreślać, że oprócz

rzeczywistości,  którą  człowiek  może  badać  eksperymentalnie,  istnieje  rzeczywistość,  w  której

człowiek  może  tylko  uczestniczyć.  Oprócz  „obserwabli”  istnieją  „partycypable”.  Myślę,  że  jest  to

bardzo trafne ujęcie, ale pragnę dodać, że „obserwable” także są „partycypablami”. Przecież to, że

potrafimy  badać  świat  metodami  eksperymentalnymi,  jest  bezpośrednim  następstwem  faktu

posiadania  świadomości  refleksyjnej.  Co  więcej,  uczony  biorący  udział  (a  więc  znowu

uczestniczący)  w  wielkiej  przygodzie  empirycznego  badania  przyrody  wchodzi  w  bardzo  intymny

kontakt ze światem; jak bardzo intymny i jak bardzo pochłaniający – wiedzą jedynie ci, którzy tego

sami  doświadczyli.  Zadaniem  nauki  jest  odszyfrowanie  informacji  zawartej  w  strukturze  świata;

każdy zaś badacz świata przetwarza tę odkodowywaną informację na to, co jest w nim wewnątrz.

Nauka  jest  przedsięwzięciem  intersubiektywnym:  żaden  poszczególny  człowiek  nie  jest

„nosicielem”  ani  też  „podmiotem”  nauki;  nauka  to  zjawisko  społeczne,  międzyindywidualne.  To

wszystko  prawda.  Ale  też  trzeba  pamiętać,  że  bez  jednostek  nie  byłoby  międzyjednostkowości.

Człowiek  uczestniczący  w  świecie  przez  naukę  automatycznie  uczestniczy  w  innych  ludziach.

I znowu, to uczestniczenie nie jest abstrakcją: wszyscy bardziej czynnie uprawiający naukę doskonale

wiedzą – jest to ich codziennym doświadczeniem – jak bardzo zależą od pracy i osiągnięć innych –

tych,  którzy  już  należą  do  historii,  i  tych,  którzy  teraz  trawią  czas  i  siły,  ślęcząc  nad  pokrewnymi

zagadnieniami.

Uczestniczeniem  w  świecie  –  i  tym  przez  naukę,  i  tym  zwyczajnym:  że  się  jest  i  żyje,  że  się

pracuje i je – człowiek tworzy sens, sprawia, że martwe przedmioty ożywają znaczeniami, nabierają

wartości,  wchodzą  w  orbitę  ludzkich  myśleń  i  chceń.  Człowiek  żyjąc,  tworzy.  Na  skutek  pracy

ludzkich mózgów i rąk materialny substrat Wszechświata przybiera nowe formy. Być może słuszniej

byłoby  to  nazwać  tylko  przetwarzaniem.  Ale  nie,  nawet  ta  działalność  ludzka  jest  jednak  czymś

więcej. W nowym kształcie, w strukturze, którą człowiek ułożył z uprzednio istniejących elementów,

zawsze jest coś nowego, coś, czego przedtem nie było. To myśl zmaterializowana w produkcie. To

wartość,  jaką  człowiek,  pracując,  stworzył  w  sobie  i  –  być  może  –  w  innych.  To  znaczenie,  które

nadał temu, co przedtem nic nie znaczyło.

Skłaniam  się,  by  sądzić,  że  w  tym  właśnie  punkcie  należy  odnieść  do  człowieka  biblijne

powiedzenie, iż jest on „obrazem i podobieństwem” Boga. Podobnie jak jego Stwórca, człowiek jest

background image

władny obdarzać istnieniem. Ludzka miłość, pragnienia, praca, myśl i tęsknoty tworzą nowe światy.

Są  to  siły  potężne  i  władne,  ale  brak  im  Bożej  Wszechmocy.  Załamują  się  na  granicach  czasu,

w  pułapkach  przestrzeni,  rozbijają  się  o  prawa  przyrody,  o  bezwładność  materii  i  własnego  ciała.

Bóg nie podlega tym ograniczeniom. Jego stwórcza moc nie może sprzeciwiać się tylko Jemu samemu

i dlatego może On wszystko, co z definicji nie jest niebytem.

Człowiek nie jest Stwórcą, lecz tylko Jego obrazem i podobieństwem. Tym właśnie antropologia

oparta  na  stworzeniu  różni  się  od  wielu  współczesnych  antropologii,  które  z  człowieka  czynią

absolut, podporządkowując mu całkowicie wszystko i tym samym naiwnie chowając głowę w piasek

wobec tego, czego człowiek by chciał, a nie może.

Wielkość  i  dramat  człowieka!  Obraz  swojego  Stwórcy  z  pragnieniami  dążącymi  do

nieskończoności,  a  równocześnie  stworzenie,  któremu  brak  wszechmocy,  by  wszystkie  swoje

pragnienia  zmaterializować.  Istota  zanurzona  we  Wszechświecie:  z  Wszechświata  wyszła,

Wszechświatem  oddycha,  jej  ciało  nieuchronnie  do  Wszechświata  powróci,  a  Wszechświat  –  choć

jest dla niej wszystkim – jest dla niej za ciasny.

Wszechświat  nabył  sensu  w    akcie  swojego  stworzenia.  Sens  ten  musi  obejmować  również

człowieka wędrującego przez Wszechświat i ten Wszechświat swoją istotą niejako rozsadzającego.

Sens  Wszechświata  bez  sensu  człowieka  byłby  sensem  bezsensownym,  czyli  wewnętrzną

sprzecznością. A zatem ludzki niepokój nie może powrócić na zawsze do elementarnych składników

materii. Chociaż, być może, jest to jego naturalnym przeznaczeniem. Sens Wszechświata mu na to nie

zezwoli. Droga człowieka przez Wszechświat jest jego drogą ku Stwórcy.

Usprawiedliwienie zmęczenia

Biblijny obraz Boga, który zmęczył się stwarzaniem i w siódmym dniu odpoczywa, ma w sobie dużo

poezji i dużo filozoficznej mądrości. Poezja odpoczywającego Boga jest poezją zmęczenia po pracy.

Poezją  spoconego  ciała  i  stwardniałych  rąk.  Poezją  rozluźnionych  mięśni  i  chwili  bezruchu.

A  filozoficzna  mądrość  siódmego  dnia  to  mądrość  radości  z  tworzenia.  Przyglądał  się  logicznej

strukturze dzieła. Cieszył się jej pięknem. I widział, że było bardzo dobre.

Każda  praca  jest  tworzeniem.  Tworzenie  pracą  polega  na  zmaganiu  się  z  bezwładnością

materiału.  Mam  pewną  ideę  wzorczą.  Chcę  ją  urzeczywistnić.  Ale  materiał  stawia  opór.  Więc

zwiększam  siłę  nacisku.  Materiał  zaczyna  ustępować.  Spostrzegam  jednak,  że  nacisk  nie  idzie  we

właściwym  kierunku.  Wycofuję  go.  Materiał  nie  zawsze  elastycznie  powraca  do  dawnego  stanu.

Często  skutki  mojego  działania  są  nieodwracalne.  Muszę  więc  myśleć,  jak  je  przynajmniej

zneutralizować.  Gdy  to  się  nie  daje,  albo  wybieram  inny  wzorzec,  albo  szukam  nowego  materiału.

I zabieram się do dzieła od nowa. Tym razem z większym namysłem. Nie zmniejszam siły nacisku,

ale naciskam delikatnie. Pot występuje mi na czoło.

background image

A  pot  występuje  mi  na  czoło  nie  tylko  dlatego,  i  nie  zawsze  dlatego,  że  naprężam  mięśnie

i  wywieram  siłę  na  materiał,  który  mi  się  opiera.  Najbardziej  słone  krople  potu  spływają  mi  po

twarzy  dlatego,  że  pracując,  muszę  także  zwalczać  bezwładność  mojej  własnej,  wewnętrznej

substancji.  Niekiedy  materiał  mi  ulega  i  wtedy  powstaje  coś  nowego  –  wytwór  mojego  mózgu

i moich rąk. Ale zawsze ilekroć pracuję – pracuję naprawdę, a nie tylko wypełniam czas zajęciami –

tworzę samego siebie. Moja historia jest częścią mnie i gdybym tej pracy nie wykonał, gdybym nie

zmierzył się z bezwładnością siebie, moja historia byłaby uboższa o jedną wartość.

Tworzenie  jest  tajemnicą.  Choć  dokonuje  się  moim  mózgiem  i  moimi  rękami,  nie  potrafię

wyjaśnić, w jaki sposób sprawiam, że staje się coś, czego przedtem nie było.

W świecie martwym panuje prawo degradacji energii, wzrostu entropii, rozpadania się struktur,

zmniejszania się informacji, czyli zapominania. Przemyślna strategia życia tak wykorzystuje fizyczne

prawa rozpadu, że – nie wbrew nim, lecz dzięki nim – potrafi budować struktury, które odżywiając

się ujemną entropią, budują porządek i informację. I to jest niewątpliwie tworzeniem.

Coś podobnego, tylko w jeszcze znacznie większym stopniu skomplikowania i subtelności, dzieje

się w człowieku tworzącym produkt swojej pracy. Z tego punktu widzenia każda praca człowieka jest

twórczością, a każdy produkt pracy – dziełem sztuki.

Współczesna  teoria  informacji  uczy,  że  każde  tworzenie  informacji  jest,  w  swej  istocie,

zawężeniem  możliwości.  Zbiór  czcionek,  w  którym  „wszystko  wolno”,  w  którym  każdy  układ  liter

jest  jednakowo  dopuszczalny,  nie  informuje  o  niczym.  Jeżeli  w  chaosie  bezładnie  porozrzucanych

znaków  pisarskich  zdarzy  się  nawet  jakiś  sensowny  wyraz,  to  i  tak  jego  znaczenie  natychmiast

rozpływa  się  w  bezsensownym  kontekście.  I  odwrotnie:  sensowny  napis  dlatego  jest  sensowny,  że

podlega  różnorodnym  ograniczeniom  nałożonym  przez  reguły  gramatyczne  danego  języka

i ograniczeniom pochodzącym od autora wypowiedzi, który chciał w niej zawrzeć tę właśnie, a nie

inną treść.

Współczesna  teoria  informacji  jest  zaledwie  pierwszym  przybliżeniem  do  zrozumienia  pojęcia

informacji, i to z czysto formalnego punktu widzenia, bez wnikania w treść, jaką informacja zawiera.

Trudno  więc  byłoby  uznać  dzisiejszą  teorię  informacji  za  bodaj  próbę  teorii  tworzenia,  ale  warto

pomyśleć nad sugestiami, które ona podsuwa.

A  więc  nie  ma  tworzenia  bez  ograniczeń  nakładanych  na  siebie.  Każdy  twórca  wie  o  tym

instynktownie,  bez  żadnej  uzasadniającej  teorii.  Nie  tylko  idzie  o  to,  że  chcąc  wykonać

zorganizowaną  robotę,  a  więc  stworzyć  coś,  muszę  zdobyć  się  na  samodyscyplinę  i  odmówienie

sobie bardzo wielu przyjemnych, lecz konkurencyjnych rzeczy. To też jest ważne i istotnie należy do

aktu tworzenia. Ale idzie także o coś więcej. Praca, czyli akt tworzenia, wprowadza ograniczenia do

mojego wnętrza. A ponieważ ograniczenia oznaczają wzrost informacji, po wykonaniu pracy jestem

background image

kimś więcej niż przed jej wykonaniem.

Tak  pojęte  ograniczenie  siebie  nie  jest  wrogiem  rozwoju.  Przeciwnie  –  jest  jego  istotą.  W  ten

sposób dokonuje się każda ewolucja, czyli każdy proces prawdziwie postępowy. Także i ten, dzięki

któremu na naszej planecie zaistniało życie, samo będące przecież nieustannym rozwojem. Rozwijać

się albo umrzeć – taka jest strategia życia. Rozwijać się – to znaczy tworzyć z ograniczeń. Umrzeć –

to znaczy stracić możność ograniczania się, wrócić do chaosu.

Każde  ograniczenie  boli.  Dlatego  do  twórczości  często  stosuje  się  powiedzenie  o  bólach

rodzenia i dlatego pracą bywamy zmęczeni.

Biblijny  obraz  Boga,  który  odpoczywa  po  dziele  stworzenia,  zawiera  w  sobie  zarodek  Dobrej

Nowiny o zbawieniu świata. W Bożym odpoczynku nasze zmęczenie doznaje usprawiedliwienia. Tak

jak nasza praca – w stworzeniu wszystkiego, co jest. Biblia przedstawia Stwórcę jako rzemieślnika

wytwarzającego Wszechświat. Zbawienie świata przychodzi przez pracę. Każdy człowiek jest Synem

Cieśli.

background image

Rekolekcje II

ROZMOWY W NOCY

background image

REKOLEKCYJNE ZAMYŚLENIE

(Wstęp do pierwszego wydania)

Istnieje  w  Krakowie  tradycja,  że  co  roku  po  czwartej  niedzieli  Wielkiego  Postu  naukowcy

krakowskich  uczelni  i  różnych  ośrodków  badawczych  zbierają  się  w  akademickim  kościele

Świętej Anny na doroczne rekolekcje. Tego roku mnie wypadło przewodniczyć tym rekolekcjom.

Kraków  jest  wyjątkowym  miastem.  Każdy  kamień  jest  tu  przepojony  historią.  Oczywiście  nie

mam na myśli rozmaitych tak zwanych osiedli, które zewsząd duszą królewski gród, udając tylko,

że są Krakowem. Barokowe wnętrze Świętej Anny też mówi tradycją, sięgającą daleko wstecz. Tuż

za  progiem  ciemna  bryła  Collegium  Maius  przywodzi  na  myśl  czasy,  kiedy  to  ulicami  miasta

chadzał Mikołaj Kopernik, a trumna z relikwiami świętego Jana Kantego, profesora Uniwersytetu

Jagiellońskiego, 

jest 

bezpośrednim 

świadectwem 

dziedzictwa, 

za 

które 

bierze 

się

odpowiedzialność, modląc się w kościele Świętej Anny.

To  wszystko  zobowiązuje.  Nawet  jeśli  uwzględnić  poprawkę  na  tę  odrobinę  snobizmu,  która

towarzyszy  akademickiej  atmosferze,  a  na  którą  może  sobie  pozwolić  tylko  takie  miasto  jak

Kraków.

Jest rok 1991 w pokomunistycznej Polsce. Pół wieku czekaliśmy na rozpad komunizmu, a teraz

gdy  to  się  stało,  zachowujemy  się,  jakbyśmy  potracili  głowy.  Nie  bardzo  wiemy,  co  zrobić

z  wymarzoną  demokracją.  Energie  potrzebne  do  odbudowywania  zniszczeń  kierujemy  przeciwko

dawnym towarzyszom broni w zwalczaniu potężnego wroga, i to tylko z tego powodu, że ośmielili

się być innego zdania niż ja. Nadal pracujemy jak dla zaborcy, ale już domagamy się owoców, jak

w  dobrze  prosperującym  gospodarstwie.  Jeszcze  nas  nie  stać  na  zachodni  dobrobyt,  a  już

zaczynamy  odurzać  się  jego  odpadami.  Jeszcze  nie  wypracowaliśmy  nowych  wartości,  a  już

odrzucamy te, które pozwoliły nam przeżyć i pokonać przeszłość. A nasza nauka i kultura? Ledwo

zrzuciły z siebie ciężar ucisku i brutalnego manipulowania dla politycznych celów, a już uginają

się z powodu kryzysowych braków i starych bakcyli, które nadal grasują od środka.

Czy w tych warunkach można mówić o czymś innym? Czy nasza obecna sytuacja nie domaga

się,  byśmy  na  niej  skupili  całą  uwagę?  Czy  właśnie  w  trakcie  rekolekcji  nie  należy  tego

wszystkiego  przemyśleć  jeszcze  raz  i  poszukać  środków  zaradczych?  Tym  bardziej  że  istota

background image

rzeczy  –  jak  zawsze  –  kryje  się  we  wnętrzu  człowieka,  a  rekolekcje  to  jedna  z  tych  nielicznych

okazji, kiedy można zajrzeć do wnętrza.

A  jednak  zdecydowałem  się  mówić  o  czymś  innym.  Na  kilka  wieczorów  zapomnieć

o poplątaniach dnia dzisiejszego i zdobyć się na luksus (ale luksus czasem niezbędny) pomyślenia

o  sprawach,  wobec  których  bledną  podwyżki  cen  i  przewidywany  rozkład  mandatów  w  nowym

parlamencie.  Za  czasów  Chrystusa  Palestyna  też  miała  swoje  polityczne  i  społeczne  problemy,

a jednak gdy Nikodem przyszedł w nocy do Jezusa, rozmawiał z Nim o tym, co to znaczy narodzić

się na nowo, a nie o tym, w jaki sposób wyzwolić się spod rzymskiej okupacji.

I  właśnie  dlatego  Rozmowy  w  nocy.  Gdy  po  Mszy  i  rekolekcyjnej  nauce  wychodziliśmy

z kościoła Świętej Anny, było już całkiem ciemno. W słabo oświetlonych ulicach odbijały się echem

własne kroki. Tylko nieco jaśniejsza plama u wylotu ulicy św. Anny świadczyła, że życie na Rynku

wkracza w swoje nocne machinacje. Różnie można wykorzystać dar nocy. Ale „nocne rozmowy” to

nie te w kościele – tłum twarzy i uwaga tak gęsta jak mrok spływający ze ścian – lecz potem, sam

na sam, gdy mówią myśli, nie słowa.

Przekazanie  moim  słuchaczom  (i  tym  z  kościoła  Świętej  Anny,  i  tym  tylko  z  czytania)

rekolekcyjnych rozważań w drukowanej postaci niech posłuży jako zalążek lub okazja do rozmów

najważniejszych.

To  zabawne,  jak  bardzo  –  mimo  naszych  geopolitycznych  ambicji  –  jesteśmy  powiatowi.

Z całym tym naszym środkowoeuropejskim skoncentrowaniem na sobie. Z całą tą Europą, do której

tak uparcie dążymy, chociaż jesteśmy przecież w jej środku (może tylko nieznacznie przesuniętym

na wschód). A nawet z całą Ziemią, która wszak jest tylko pyłkiem we Wszechświecie. Podczas tych

rekolekcji spróbowałem spojrzeć na ludzkie sprawy z najszerszej perspektywy.

A może jest tak, że nawet Wszechświat jest tylko epizodem w prawdziwym istnieniu?

Dostrzeżenie właściwych proporcji jest dobrą szkołą życiowego realizmu. A gdy idzie o życie,

musimy być realistami, bo mamy je tylko jedno i trzeba je dobrze rozegrać.

A  więc  nie  robię  jednak  złej  przysługi  polskiej  teraźniejszości,  gdy  na  kilka  wieczorów

odrywam od niej uwagę i kieruję ją ku sprawom zdolnym nadać sens każdej teraźniejszej chwili.

 

*

 

Zmrok  już  zapada.  Omijamy  kilka  samochodów  zaparkowanych  przy  chodniku  w  niedozwolonym

miejscu. Parę kroków po schodach. Odgłosy miasta pozostawiamy za sobą.

 

marzec 1991

background image

 

 

 

Minęło  –  trudno  uwierzyć  –  tak  wiele  lat  od  dnia,  kiedy  pisałem  wstęp  do  tej  części  Rekolekcji.

Powoływałem  się  wówczas  na  sytuację  polityczną  naszego  kraju,  by  uzasadnić  konieczność

oderwania  się  na  chwilę  od  bieżących  wydarzeń  i  zamyślenia  się  nad  Sprawami  Istotnymi.  Jest

rzeczą  zadziwiającą,  jak  niewiele  retuszy  należałoby  wprowadzić  do  tamtego  uzasadnienia,  aby

uczynić  je  aktualnym  dziś.  To  prawda,  że  w  Polsce  zaszły  procesy,  które  znacznie  ją  odmieniły:

demokracja  okrzepła  (co  wcale  nie  znaczy,  że  stała  się  łatwiejsza),  gospodarka  dokonała

jakościowego  skoku  (co  wcale  nie  znaczy,  że  wszystkim  żyje  się  łatwiej).  Z  kraju  z  trudem

wydostającego  się  z  ekonomicznej  zapaści  staliśmy  się  krajem  zmagającym  się  z  kryzysami

wzrostu. Ale narosły nowe fobie i odżyły stare – zapomniane, zdawałoby się – kompleksy. A pamięć

wielu  ludzi  okazała  się  tak  krótka,  że  zaczynają  już  oni  tęsknić  za  czasem  zniewolenia.  Inni

odczuwają frustrację, niekiedy przeradzającą się w gniew, że miało być tak wspaniale, a jest tak

głupio (bo frustracja i gniew nie przebierają w słowach).

To wszystko sprawia, że mógłbym dziś, tak samo jak wtedy, nawoływać do „wejścia w siebie”,

aby nabrać dystansu do zapętleń i obaw, w jakie jesteśmy uwikłani. Myślę jednak, że powstrzymam

się  od  tego  rodzaju  uzasadnień  (zresztą  poniekąd  już  się  na  nie  powołałem).  Istnieje  bowiem

uzasadnienie głębsze – ponadczasowe, niezależne od bieżących sytuacji i uwarunkowań. Jest nim

ludzka kondycja. Człowiek nie może być w pełni człowiekiem, jeżeli nie próbuje wykraczać ponad

to, czym właśnie jest. A żeby być do tego zdolnym, trzeba niekiedy oderwać się od bieżącej chwili

i podjąć trud myślenia.

Oderwanie się od bieżącej chwili nie jest kosztownym luksusem. Jest koniecznością wynikającą

z kondycji człowieka – istoty, która jest uwikłana w bieżącą chwilę, ale w którą wbudowany jest

ten dziwny mechanizm czasowej asymetrii: być jutro czymś więcej, niż się jest dziś.

 

październik 2002

background image

Rozważanie 1

WSZECHŚWIAT TWÓRCZY

Trwasz

nachylony

nad swoim myśleniem

walczysz z nim

odrzucasz drogi

prowadzące donikąd

rozpoznajesz je

zanim zrobisz pół kroku

rzeźbisz w tworzywie swoich myśli

szukasz kształtu

który jest w nich ukryty od zawsze

ciężar ci dech zapiera

odpadają bloki

pryskają odpadki

wiesz, że gdzieś za bezwładem

na pewno istnieje

kształt doskonałości

już go dotykasz

chcesz zamienić w słowo

i wtedy spokojnie

od nowa

background image

góra urasta aż do nieboskłonu

wiesz, że ją pokonasz

ale jesteś sam

wstępujesz jak w śmierć

samotnie

lecz pełen nadziei

T

ak to jakoś wygląda. Któż z nas nie zaznał bólów tworzenia. Odkąd człowiek wynalazł pierwsze

narzędzia z kamienia, twórczość stała się jego przeznaczeniem.

Prawdziwy  twórca,  to  znaczy  ten,  kto  tworzy  z  pasją,  utożsamia  się  ze  swoim  dziełem.  Sukces

dzieła staje się jego sukcesem, a klęska dzieła – niekiedy największą klęską osobistą. Ale zanim to

nastąpi, twórca wkłada całego siebie w swoje dzieło, żyje w nim i – w jakimś sensie – tworzy się

wraz  z  nim.  Bo  w  twórczości  nie  ma  przedmiotu  i  tego,  kto  go  tworzy.  Twórca  i  dzieło  miłosnym

uściskiem zespalają się w jedno. Dopiero gdy proces tworzenia zostanie ukończony, ta więź pęknie,

rozerwie  się.  Dzieło  zacznie  żyć  własnym  życiem,  a  twórca  pozostanie  sam,  opuszczony.

Rozczarowanie i poczucie bezsiły zapowiadają, że proces nigdy się nie skończy. Po chwili złapania

oddechu i powrotu do względnej równowagi trud tworzenia zostanie podjęty od nowa.

Niespokojne  jest  serce  człowieka,  dopóki  nie  spocznie  w  doskonałości.  Ludzka  twórczość  jest

nieustanną i nienasyconą pogonią za doskonałością.

 

*

 

W książce Krótka historia czasu Stephen Hawking napisał:

 

Jeśli  pamiętasz,  Czytelniku,  każde  słowo  tej  książki,  to  Twoja  pamięć  zarejestrowała  około  dwóch  milionów  jednostek  informacji

i  porządek  w  Twoim  mózgu  wzrósł  o  tyleż  jednostek.  Podczas  czytania  zmieniłeś  jednak  co  najmniej  tysiąc  kalorii  uporządkowanej

energii  w  postaci  jedzenia  na  energię  nie  uporządkowaną,  głównie  w  postaci  ciepła,  które  rozproszyło  się  w  powietrzu  wskutek

konwekcji i pocenia się. To zwiększyło nieporządek we Wszechświecie o jakieś 20 milionów milionów milionów milionów jednostek,

czyli 10 milionów milionów milionów razy więcej niż wyniósł wzrost porządku w Twoim mózgu – i to pod warunkiem że zapamiętałeś

każde słowo.

 

Przyswojenie sobie cudzego tekstu też jest pewną formą twórczości. Hawking ma nadzieję, że po

przestudiowaniu  jego  książki  porządek  w  moim  mózgu  wzrośnie  o  mniej  więcej  dwa  miliony

background image

jednostek (jakich?). O ileż większy porządek produkujemy, gdy sami tworzymy dzieło sztuki (każde

tworzenie  jest  sztuką  i  każdy  jego  wytwór  –  dziełem  sztuki)!  Chcąc  wydać  coś  na  świat,  muszę

najpierw  stworzyć  porządek  sam  w  sobie,  a  dopiero  potem  część  tego  porządku  urzeczywistnić

w  dziele.  Nic  dziwnego,  że  krople  potu  występują  na  czoło,  gdy  zmagam  się  z  bezwładnością

materiału:  z  moją  wewnętrzną  substancją  i  z  zewnętrznym  tworzywem  dzieła.  Ba,  z  całym

Wszechświatem.

Nic  nie  dzieje  się  za  darmo.  Buduję  uporządkowaną  strukturę  kosztem  wzrostu  bałaganu

w  Kosmosie.  Na  skutek  przeczytania  przeze  mnie  jednej  książki  Wszechświat  utracił  10  milionów

milionów  milionów  razy  więcej  ze  swojego  uporządkowania,  niż  ja  zdołałem  stworzyć  w  sobie

porządku i informacji.

Nie są to literackie przenośnie. Mechanizm tego procesu rozumiemy już dziś dość dokładnie.

Wbrew  potocznym  mniemaniom,  wcale  nie  odżywiamy  się  energią  słoneczną.  Jedynie  młody

organizm  potrzebuje  energii  do  wzrostu,  a  dojrzały  do  przybrania  na  wadze.  W  przyrodzie

obowiązuje zasada zachowania energii i o energię potrzebną do funkcjonowania naszego organizmu

nie  musimy  się  tak  bardzo  troszczyć.  Gra  toczy  się  o  coś  innego.  W  fizyce  miarą  nieporządku  jest

wielkość  zwana  entropią,  a  druga  zasada  termodynamiki  mówi,  że  entropia,  czyli  ilość  bałaganu,

musi  we  Wszechświecie  wzrastać.  To  właśnie  przeciw  drugiej  zasadzie  termodynamiki  walczymy,

gdy oddychamy, jemy, uprawiamy gimnastykę, uczymy się, tworzymy dzieła sztuki.

Światło słoneczne niesie stosunkowo niskoentropijną (czyli „uporządkowaną”) energię w postaci

fotonów  widzialnego  światła.  Rośliny  zielone  za  pomocą  fotosyntezy  przetwarzają  ją  na

uporządkowaną strukturę swoich tkanek. Potem my karmimy się tym porządkiem bądź bezpośrednio,

przyjmując  pokarm  roślinny,  bądź  pośrednio,  posilając  się  mięsem  zwierząt,  które  przedtem

spożywały rośliny. A następnie musimy wydalić z siebie bałagan w postaci ciepła, dwutlenku węgla,

ekskrementów. W ostatecznym rozrachunku Ziemia czerpie porządek ze Słońca, a oddaje kosmicznej

przestrzeni  bałagan,  głównie  w  postaci  promieniowania  cieplnego,  które  odznacza  się  najwyższą

entropią spośród wszystkich znanych postaci energii.

 

*

 

Należy  postawić  kolejne  arcyważne  pytanie:  Jak  to  się  dzieje,  że  we  Wszechświecie,  w  którym

obowiązuje  druga  zasada  termodynamiki  –  a  więc  we  Wszechświecie  tak  bardzo  skłonnym  do

nieporządku,  że  najmniejszą  nawet  organizację  trzeba  okupić  ogromnym  wzrostem  bałaganu  –

w  ogóle  możliwe  są  procesy  powstawania  i  rozwoju  uporządkowanych  struktur?  Zważywszy,  że

ewolucja  biologiczna,  która  doprowadziła  do  naszego  zaistnienia,  jest  takim  właśnie  procesem,

background image

pytanie to nabiera najwyższej doniosłości.

Gdybyśmy  znali  tylko  termodynamikę  klasyczną  (którą  symbolicznie  można  nazwać

termodynamiką Carnota), poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie byłoby sprawą beznadziejną. Jest

rzeczą  zadziwiającą,  jak  ludzie  w  końcu  XIX  wieku,  wiedząc  o  drugiej  zasadzie  termodynamiki,

mogli  wierzyć  w  ewolucję  biologiczną.  Ilya  Prigogine  i  Isabelle  Stengers  w  swojej  znanej  książce

Order  out  of  Chaos  (Porządek  z  chaosu)  mówią  wręcz  o  sprzeczności,  jaka  istniała  wówczas

pomiędzy Darwinem a Carnotem. Dziś jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji. Dzięki osiągnięciom tak

zwanej termodynamiki nieliniowej zrozumieliśmy zasadnicze mechanizmy stosowane przez przyrodę,

aby  przy  ogólnym  wzroście  entropii  wypracować  strategię,  dzięki  której  lokalnie  (w  ograniczonym

obszarze przestrzeni i czasu) staje się możliwy przebieg procesów antyentropijnych, to znaczy takich,

które prowadzą do uporządkowanych struktur.

Świat  jest  układem  w stanie  dalekim  od  równowagi,  czyli  w  stanie,  w  którym  nie  zapanował

jeszcze  całkowity  bałagan.  Okazuje  się,  że  w  stanach  dalekich  od  równowagi  równania

termodynamiki  stają  się nieliniowe.  Jest  to  techniczne  określenie  używane  przez  matematyków,

które  –  z  grubsza  rzecz  biorąc  –  wyraża  myśl,  że  suma  dwu  rozwiązań  nie  jest  rozwiązaniem

równania.  Fakt  ten  zawiera  bardzo  ważną  ideę.  Dokładając  klocek  do  klocka  (czyli  tworząc  sumę

dwu  klocków),  a  potem  jeszcze  jeden  klocek,  i  jeszcze  jeden…  możemy  zbudować  dość  złożoną

całość, ale będzie ona strukturą statyczną, zawsze taką samą, niezdolną do dalszego rozwoju – tylko

domkiem  z  klocków.  Gdy  mamy  do  czynienia  ze  strategią  nieliniową,  sytuacja  zmienia  się

drastycznie. Całość przestaje być zwykłą sumą swoich części. Części nie układają się po prostu obok

siebie, ale tworzą pewien naddatek, który nie jest obecny w każdej części z osobna, lecz w pewnym

sensie znajduje się wszędzie: części zaczynają czuć się nawzajem. Tworzy się STRUKTURA.

Ale żeby tak się stało, muszą zostać spełnione pewne warunki. Przede wszystkim układ nie może

być  izolowany  od  otoczenia,  to  znaczy  musi  mieć  możność  wymiany  energii  z  otoczeniem.  Według

znanej  nam  już  taktyki  układ  musi  konsumować  niskoentropijną  energię  z  otoczenia  i  wydalać

wysokoentropijną energię na zewnątrz.

Co więcej, układ musi być narażony na bodźce z otoczenia, czyli drobne fluktuacje, które byłyby

zdolne zaburzyć stan układu. Duże zaburzenia mogłyby uszkodzić układ lub zabić go, ale stosunkowo

niewielkie  odgrywają  ważną  rolę  w  strategii  budowania  struktur.  Tak  zwane  stabilne  układy

nieliniowe  odznaczają  się  niezwykle  interesującą  własnością:  gdy  układ  zostanie  wytrącony  ze

swojej  ewolucyjnej  ścieżki  przez  niewielką  fluktuację  otoczenia,  po  chwili  wraca  do  pierwotnego

stanu i bezpiecznie kontynuuje ewolucję w dotychczasowym kierunku.

I oto właściwie mamy już strukturę: została ona wyodrębniona ze środowiska, ale reaguje na jego

zaburzenia.  Taką  strukturę  fizycy  nazywają strukturą dyssypacyjną, gdyż jej istnienie jest związane

background image

z  dyssypacją,  czyli  rozpraszaniem  energii,  to  znaczy  z  pobieraniem  niskoentropijnej  energii

z otoczenia, przetwarzaniem niskiej entropii na strukturę i wydalaniem wysokoentropijnej energii do

środowiska.  Tego  rodzaju  struktury  nie  są  statyczne,  w  bezruchu,  jak  domek  z  klocków,  lecz

dynamiczne: ich budulcem jest nie tyle materia, ile raczej skoordynowany ruch, czyli dynamika.

To  jeszcze  nie  wszystko.  W  dynamicznej  ewolucji  nieliniowego  układu  można  wyróżnić  pewne

specjalne stadia, w których układ staje się niejako nadwrażliwy na fluktuacje otoczenia. Zaatakowany

przez  bodziec  z  zewnątrz  układ  nie  powraca  na  poprzednią  ścieżkę  ewolucyjną,  lecz  –  jak

powiadamy w technicznym żargonie – doznaje przejścia fazowego, by znaleźć się w nowym reżimie.

W  takiej  krytycznej  sytuacji  układ  ma  do  dyspozycji  wiele  możliwych  reżimów  (wiele  możliwych

ścieżek  ewolucyjnych);  jaki  reżim  obierze  –  zależy  od  wielkości  i  charakteru  bodźca,  który  go

zaatakował.  Bodźce  pochodzące  ze  środowiska  są  przypadkowe,  nieprzewidywalne,  natomiast

prawo,  które  rządzi  całym  procesem  –  ściśle  określone  (deterministyczne).  Nowa  jakość  (nowy

reżim) jest więc wynikiem współdziałania prawa i przypadku.

Element  nieprzewidywalności  układu  jest  tu  bardzo  istotny.  Układ  zdeterminowany  raz  na

zawsze,  układ,  którego  wszystkie  przyszłe  ścieżki  da  się  jednoznacznie  przewidzieć,  pozostanie

bezpłodny. Będzie jak płyta gramofonowa, która może w kółko odtwarzać tylko to, co zostało na niej

nagrane. To właśnie dzięki współdziałaniu przypadku i prawa układ staje się otwarty  na  wszystkie

możliwości i jest w stanie skomponować z nich coś, czego nie było w nim nigdy przedtem. Chcąc to

podkreślić, mówimy, że Wszechświat twórczy musi być Wszechświatem otwartym.

Mamy  więc  nie  tylko  dynamiczną  strukturę,  ale  także  jej  prawdziwą ewolucję  z  prawdziwym

wzrostem organizacji. I to wszystko nie jest tylko pięknym schematem wydumanym przez zręcznego

intelektualistę,  lecz  wynikiem  żmudnych  i  ciągle  czyniących  postępy  badań  matematycznych.

W  bardzo  wielu  przypadkach  potrafimy  matematycznie  modelować  tego  rodzaju  procesy

powstawania i wzrostu struktur dyssypacyjnych.

Dzięki  termodynamice  nieliniowej  i  teorii  struktur  dyssypacyjnych  znikła  sprzeczność  między

Darwinem  a  Carnotem.  Wprawdzie  jesteśmy  jeszcze  bardzo  odlegli  od  matematycznego

wymodelowania  tak  złożonej  struktury,  jaką  jest  ameba  lub  inna  żywa  komórka,  ale  nie  można  już

dziś  żywić  wątpliwości,  że  to  właśnie  nieliniowej  strategii  struktur  dyssypacyjnych  zawdzięczamy

nasze  istnienie  jako  organizmów  biologicznych.  I  nie  tylko.  Także  funkcjonowanie  naszej  psychiki

(choć jest dziś ona dla nas nadal nieodgadnioną tajemnicą) również ma u swego podłoża nieliniowe

procesy dynamiczne.

W  ten  sposób  stworzył  nas  Wszechświat.  I  w  podobny  sposób  my  tworzymy  nasze  dzieła.

Wszechświat twórczy musi być Wszechświatem otwartym. I my możemy tworzyć tylko w atmosferze

wolności.

background image

Bardzo  często  ludzie  wyładowują  część  swoich  egzystencjalnych  stresów  w  zainteresowaniach

astrologią  i  horoskopami.  Może  to  i  dreszczyk  emocji  w  doznawaniu  astralnych  wpływów,  może

chęć  przerzucenia  przynajmniej  części  odpowiedzialności  na  gwiazdy,  a  z  pewnością  pragnienie

uchylenia  rąbka  tajemnic,  jakie  kryje  w  sobie  przyszłość.  Ale  są  to  iluzje  i  marzenia  przybrane

w  namiastkę  naukowości.  Istnieje  wszakże  bardzo  intymny  i  bardzo  realny  związek  nas

z Wszechświatem. Po prostu jesteśmy jego „nieliniową częścią”: powstaliśmy i istniejemy na koszt

Wszechświata i każdy nasz twórczy wysiłek jest wkomponowany w strukturę całości.

Na tym szerokim tle naszych powiązań z całością głębiej i rozleglej ukazuje się rola twórczości

jako naszego przeznaczenia i powołania.

 

*

 

Ludzka  twórczość  może  przybierać  rozmaite  formy.  Gdy  mówimy  o  twórczości,  natychmiast

przychodzi  nam  na  myśl  twórczość  artystyczna.  Jest  to  niewątpliwie  w  jakimś  sensie  twórczość

wzorcowa.  Jest  bowiem  –  przynajmniej  w  naszych  przekonaniach  –  najbardziej  zbliżona  do

wyprodukowania czegoś nowego, czego przedtem nigdy nie było, i czegoś autentycznego, co wynika

z osobowości twórcy i gdyby nie on, nigdy by nie ujrzało światła dziennego.

Twórczością jest także praca naukowa. Wprawdzie tu oryginalność jest ograniczona regułami gry

(gdyby nie Szekspir, nie mielibyśmy Hamleta, lecz gdyby nie Einstein, to najprawdopodobniej ktoś

inny  stworzyłby  dotychczas  szczególną  teorię  względności),  ale  jest  to  z  nawiązką  nagradzane

plastycznością materiału, z którego można wydobywać formy, o jakich nie śniło się nawet najbardziej

awangardowym artystom. Na przykład plastyk zawsze będzie mieć do dyspozycji tylko trzy wymiary

przestrzenne  i  jedynie  różnymi  odniesieniami  może  pobudzać  wyobraźnię  odbiorcy  do  prób

przenoszenia  się  do  więcej  wymiarowych  światów.  Matematyk  od  samego  początku,  za  jednym

pociągnięciem  pióra  (lub  kredy  na  tablicy),  może  żonglować  dowolną  liczbą  wymiarów,  nawet

nieprzeliczalną,  jeżeli  zajdzie  taka  potrzeba.  Wiele  spośród  tego  rodzaju  superabstrakcyjnych,  ale

niezwykle  operatywnych  konstrukcji  okazuje  się  potem  niezbędnymi  do  modelowania  fizycznego

świata.

Pójdźmy jeszcze dalej. W gruncie rzeczy twórczością należy nazwać każdą czynność człowieka,

o  ile  prowadzi  ona  do  czegoś  oryginalnie  nowego,  czego  tworzywem  jest  wewnętrzna  ludzka

substancja, to znaczy co nie jest tylko odpadem naszych myśli i czynów, ale w co wkładamy odrobinę

siebie. Wszystko, co powstaje w ten sposób, jest autentycznym dziełem sztuki.

Jeżeli  zgodzimy  się  na  taką  definicję  twórczości,  to  czyż  dziełem  sztuki  nie  jest  na  przykład

uśmiech,  w  którym  ktoś  –  choćby  przelotnie,  na  ułamek  sekundy  –  okazał  drugiemu  szczyptę

background image

życzliwości  lub  uznania?  Niepowtarzalne  ułożenie  warg  –  grymas  zdolny  przekazać  więcej

zaszyfrowanych informacji niż stronice zadrukowanego tekstu.

Cóż  w  takim  razie  powiedzieć  o  pracy  włożonej  w  rozwój  własnej  osobowości:  w  dążenie  do

prawdy,  w  czyny  miłości,  we  wzbogacanie  swoich  możliwości  i  ich  urzeczywistnianie?  Czy  może

być  twórczość  bardziej  twórcza  od  takiej?  Jej  przeciwieństwem  jest  skarłowacenie  osobowości,

pomniejszanie i rezygnacja ze swoich talentów w imię lenistwa, fałszywej pokory lub jakichś innych

dziwnych pomysłów, zamykanie się w sobie i rozmaite formy ucieczki przed życiem.

Ale bywa i druga skrajność, która także może doprowadzić do produkowania życiowych kiczów

zamiast  dzieł  sztuki.  To  puszczenie  życia  „na  żywioł”,  niekontrolowanym  nurtem  wypadków

i  przygód.  Filozofia  doznawania  bez  kontroli  i  bez  sterowania  sobą.  Niekiedy  nazywa  się  to

bogactwem życia. Ale nim nie jest. Jest zbiorowiskiem „wysokoentropijnych” odpadów, które tylko

rozpraszają  twórcze  energie.  Te  wszystkie  drobniutkie  przeżycia,  powierzchowne  przyjemności,

porywy egzaltacji – to nie to, o co rzecz idzie.

Prawdziwa twórczość musi opierać się się na ograniczaniu. Bo przecież ograniczanie jest istotą

twórczości. Nie można stworzyć rzeźby bez odcinania zbędnych, lub tylko zniekształcających, części

tworzywa.  Nie  można  wykrzesać  z  siebie  nic  twórczego  bez  wbijania  dłuta  w  głębokie  warstwy

swojego wnętrza.

Tak jest nie tylko w ludzkiej filozofii życia. Stworzenie jakiejkolwiek uporządkowanej struktury

wymaga  ograniczeń.  Im  więcej  ograniczeń,  tym  doskonalsza  struktura  (doskonałość  tę  mierzy  się

ilością  informacji,  jaką  dana  struktura  w  sobie  zawiera).  W  swej  istocie  entropia  mierzy  brak

ograniczeń  i  dlatego  wzrost  entropii  oznacza  wzrost  bałaganu.  Zresztą  wie  o  tym  doskonale  każdy

artysta: ograniczenia bolą i dlatego tworzy się w bólu. Jeżeli moje życie ma być dziełem sztuki, musi

powstawać w ograniczeniach mojej samowoli.

 

*

 

Sztuka  wydobywa  z  artystycznego  tworzywa  strukturę  ładu,  harmonię  proporcji,  symetrię.  Ale

niekiedy posługuje się zgrzytem, łamaniem symetrii, zakłóceniem porządku na niższym poziomie, by

go  odzyskać  w  jakiejś  innej,  nieoczekiwanej  sferze.  Wszystko  to  po  to  aby  w  patrzącym  –  lub

doznającym – wywołać pewien ruch poznawczy, dążenie wyobraźni, wstrząśnięcie codziennością –

skierowanie ku pięknu. Sztuka jest bowiem ostatecznie tworzeniem piękna.

Odnieśmy  to  do  ludzkiego  życia.  Sztuka  jest  tworzeniem  piękna,  ale  i  odwrotnie  –  każde

tworzenie  piękna  –  także  etycznego  –  jest  sztuką.  Trudno  wyobrazić  sobie  coś  piękniejszego  od

dobrze przeżytego życia.

background image

Zaryzykowałbym  twierdzenie,  że  każda  sztuka  jest poszukiwaniem  obiektywności.  Nawet

najbardziej, wydawałoby się, subiektywna liryka czy utwór muzyczny dążą do ujawnienia czegoś, co

często  nazywa  się prawdą  sztuki,  co  staje  przed  artystą  jako  zadanie  i  co  on  musi  urzeczywistnić.

Dopóki  tego  nie  zrobi,  będzie  doznawał  bólu  i  szukał  w  ciemnościach.  Jeżeli  nie  znajdzie,  jego

dzieło będzie fałszywe.

Dzieło  sztuki,  jakim  jest  ludzkie  życie,  też  ma  swoją  prawdę,  coś  obiektywnego,  co  się  ma  –

i wtedy jest się bogatym, lub czego się nie ma – i wtedy jest się bardzo ubogim. „Każdemu, kto ma,

będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Mt 25,

29).  Nie  idzie  tu  oczywiście  o  jakąś  reformę  własności,  polegającą  na  wykontrastowaniu

nierówności  majątkowych.  To  tylko  metaforycznie  wyrażony  nakaz  tworzenia  swoim  życiem

najpiękniejszego dzieła sztuki, na jakie nas stać.

I  jeszcze  jedna  analogia  ludzkiego  życia  z  dziełem  sztuki.  Tworzy  się  w  bólu.  Cierpienia,  bóle

porodu są nieodłącznymi towarzyszami twórczości. Czy ziarno nie musi obumrzeć, zanim wyda obfity

plon? Zaczynamy podejrzewać, że nawet śmierć odgrywa w tym planie tworzenia jakąś ważną rolę.

Być może śmierć – jak obumieranie ziarna – jest potrzebna po to, by utrwalić przemijające skądinąd

dzieło sztuki. Teraz już nie zginie. Zmierzone, zważone, ocenione, stało się częścią historii świata.

 

*

 

Powiedziałem  już  wiele  o  tworzeniu  i  jego  mechanizmach.  Ale  jest  jeszcze  jedno  tworzenie,

tworzenie  w  najpełniejszym  tego  słowa  znaczeniu.  Nie  znamy  –  nawet  nie  ośmielamy  się

podejrzewać – jego mechanizmów.

Niech się stanie…

I stało się.

Nie wiemy, jak zrodził się zamysł, nie wiemy, czy był ból rodzenia (choćby w jakimś przenośnym

znaczeniu).  Nie  wiemy…  nawet,  o  co  należy  pytać  wobec  ogromu  dzieła,  jakie  mamy  przed  sobą.

Wiemy tylko (i to raczej przez porównanie z własnymi dokonaniami), że musiało być coś w rodzaju

odczucia twórczego spełnienia („I widział, że było dobre”).

Stworzenie  świata  jest  pierwowzorem  wszelkiego  tworzenia.  Z  niego  wszelkie  inne  tworzenie

bierze  początek  i  bez  niego  byłoby  bezpłodne.  Widzieliśmy,  w  jaki  sposób  Wszechświat

współpracuje  z  każdym  naszym  twórczym  wysiłkiem,  ale  Wszechświat  to  przecież  nic  innego  jak

tylko  urzeczywistnione  Twórcze  Zamierzenie.  A  więc  każdy  akt  naszego  tworzenia  jest  udziałem

w  twórczości  Boga  i  nie  należy  tego  rozumieć  jedynie  jako  literackiej  przenośni.  Mechanizmy

twórczości,  jakie  wyżej  przedstawiłem,  wyraźnie  świadczą  o  tym,  że  każdy  nasz  twórczy  czyn  jest

background image

wkomponowany  w  architekturę  całości.  I  to  w  jak  najbardziej  dosłownym  znaczeniu.  Bez

oddziaływania  z  resztą  świata,  bez  współpracy  z  dziełem  Stworzenia,  bylibyśmy  bezpłodnym

skrawkiem  przestrzeni  i  czasu  skazanym  na  bezpardonową  klęskę  w  walce  z  ogólnym  wzrostem

entropii.

Dzieło  Stworzenia  nie  zostało  zakończone,  lecz  złożone  w  nasze  ręce.  My  tworzymy  dalej.

W pocie czoła i w zmęczeniu rąk. Odpoczniemy dopiero Siódmego Dnia.

Rozmowa w nocy

(J 3, 1–21)

Są różne rozmowy. Przelotne – dwa słowa zamienione w pośpiechu. Decydujące – w trakcie których

rozstrzygają  się  losy  ludzi.  Natrętne  –  kiedy  to  chcemy  jak  najprędzej  pozbyć  się  rozmówcy.

I zwyczajne – pogawędki dla zabicia czasu lub rozrywki.

Ta  rozmowa  była  wyjątkowa.  Okryta  płaszczem  nocy.  Czy  ze  strachu  przed  nieżyczliwą  opinią

tych,  z  którymi  należało  się  liczyć?  Niekoniecznie.  Być  może  tylko  noc  mogła  dostarczyć  chwili

dostatecznie wolnej od zajęć. Zresztą nocą nawet błahe słowa nabierają ukrytych znaczeń i odcieni.

A te słowa nie były błahe…

Wątłe  światło  gwiazd  lub  chybotliwe  cienie  kaganka,  jeśli  to  było  w  jakimś  wnętrzu.  Twarze

wynurzające się z mroku. I oczy, które mówiły więcej niż usta.

Gość zaczął pierwszy:

– Wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel.

Co  miało  oznaczać  to  „wiemy”?  My  –  czyli  ja  i  ci  inni,  do  których  grupy  należę?  Rozmowa

zostaje  podjęta.  Pada  odpowiedź  na  niepostawione  pytanie  –  pytanie  „Co  mam  czynić?”,  które  tak

często dręczy każdego:

–  Zaprawdę  powiadam  ci,  jeśli  się  ktoś  nie  narodzi  powtórnie,  nie  może  ujrzeć  Królestwa

Bożego.

Trzeba  zatrzymać  bieg  czasu,  zawrócić  wszystkie  procesy  chemiczne  i  biologiczne  i  wrócić  do

punktu wyjścia…?

– Jakże może się człowiek narodzić, będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej

matki i narodzić się?

Ile  w  tym  pytaniu  realizmu?  Nie,  nie  podejrzewamy  uczonego  o  nieumiejętność  wyjścia  poza

biologiczne konkrety. To raczej zamierzony kontrast, który ma nie tyle zasłonić własną niewiedzę, ile

raczej sprowokować odpowiedź. Odpowiedź pada:

– To, co się z ciała narodziło, jest ciałem. To, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Wiatr wieje

i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, kto narodził

background image

się z Ducha.

Uczony oczywiście w lot chwyta aluzję: nie tylko to, co można dotknąć, jest rzeczywistością. Ale

jest tymi powtórnymi urodzinami wyraźnie zafascynowany, drąży dalej:

– Jakże to może się stać?

– Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby

każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.

Teraz uczony już nie pyta. Dobrze wie, że w 21. rozdziale Księgi Liczb jest opisane, jak Mojżesz

kazał  przybić  do  pala  miedzianego  węża.  Że  idzie  o  urodzenie  się  do  jakiegoś  innego  życia  (które

Rozmówca  nazywa  życiem  wiecznym),  to  dość  oczywiste,  ale  czy  uczony  rozumie  podsuniętą  mu

myśl o związku pomiędzy tym życiem a symbolicznym czynem Mojżesza? Słucha więc dalej:

– Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego

wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.

Rozmowa przybrała tę wyjątkową postać, kiedy jeden z  rozmawiających  pojmuje,  że  najwięcej

zyska, gdy cały zamieni się w słuch.

– … sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność,

bo złe były ich czyny. Każdy, kto dopuszcza się nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do

światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła…

Rozmowa trwała długo. Już świt zaczął się różowić na wschodnim krańcu horyzontu.

background image

Rozważanie 2

DELIKATNE ZESTROJENIE

L

ubię  latać  samolotami.  Gdy  wielki  odrzutowiec  odrywa  się  od  ziemi,  mam  wrażenie,  że

wszystkie kłopoty i troski zostawiam gdzieś daleko za sobą. Przez czas trwania rejsu załoga samolotu

będzie troszczyć się o moją osobę i jej bezpieczeństwo, a ja będę mógł albo zatopić się w lekturze,

albo  przeglądać  kolorowe  czasopismo,  popijając  sok  pomarańczowy,  albo  –  najchętniej  –  czuć  się

po prostu lekkim nad obłokami malującymi pode mną fantastyczne górskie krajobrazy. Ale chociażby

ktoś  nie  wiem  jak  bardzo  lubił  latać  samolotami,  to  po  wylądowaniu  niezmiennie  doznaje  tego

samego  uczucia:  jak  dobrze  jest  mieć  znowu  twardy  grunt  pod  nogami.  Uczucie  to  można  zawsze

wyczytać na twarzach ludzi, którzy dopiero co wyszli z samolotu – jakieś rozluźnienie rysów, ulga,

znowu bezpieczni u siebie na ziemi.

Postawiliśmy  więc  stopę  na  bezpiecznej  ziemi  i  jesteśmy  gotowi  pospieszyć  do  naszych  trosk

i obowiązków… Poczucie bezpieczeństwa to niezwykle ważny czynnik w ludzkim życiu. Bez niego

życie na dłuższą metę byłoby chyba niemożliwe. I może lepiej znowu zanurzyć się w strumień trosk

i  obowiązków,  żeby  nie  mieć  zbyt  wiele  czasu  na  myślenie  o  zagrożeniach  naszego  kruchego

istnienia, które zewsząd na nas czyhają.

W  poprzednim  rozważaniu  mówiłem  o  przedziwnym  zestrojeniu  człowieka  z  Wszechświatem  –

zestrojeniu, dzięki któremu nie tylko możemy istnieć, lecz także wnosić swój twórczy wkład do jego

twórczych  procesów.  Dziś  chciałbym  dalej  rozwijać  ten  temat,  ale  z  nieco  innej  perspektywy.

Wszechświat jest wielki, może nawet nieskończony w swoich rozmiarach, a nasze istnienie kruche.

Czy  życie  człowieka,  lub  wręcz  całej  ludzkości,  nie  jest  tylko  chwilowym  epizodem  w  dziejach

gigantycznej struktury, która wyprodukowała nas mimochodem i zupełnie się z nami nie liczy?

 

*

 

Starożytnych  Greków  fascynowały  pewne  liczby.  Na  przykład  liczba  π.  Nie  została  ona  przez  nas

wymyślona, lecz dana nam z góry. Weźmy jakiekolwiek koło i podzielmy długość jego obwodu przez

background image

długość  jego  promienia;  w  wyniku  zawsze  otrzymamy  liczbę  π.  Obwód  i  promień  są  wielkościami

jednoznacznie  określonymi  dla  każdego  koła.  Jeżeli  dokładnie  zmierzymy  długość  obwodu

i promienia jakiegokolwiek koła i rzeczywiście wykonamy dzielenie, to zawsze stwierdzimy, że π =

3,141592…  ale  choćbyśmy  dowolnie  długo  liczyli,  nie  otrzymamy  dokładnej  wartości  tej  liczby;

zawsze pozostaną przed nami do wyliczenia dalsze miejsca po przecinku.

Albo  liczba  √2  =  1,414…  Geometrycznie  jest  to  liczba  bardzo  dobrze  określona;  wyraża  ona

długość  przeciwprostokątnej  trójkąta  prostokątnego  o  dwu  przyprostokątnych,  których  długości

równają  się  długościom  jednostkowym.  Ale  znowu  –  nie  da  się  jej  wyrazić  skończonym

rozwinięciem  liczbowym  (jest  to  tak  zwana  liczba  niewymierna).  Odkrycie  liczb  o  tej  własności

spowodowało  tak  wielki  szok  myślowy  w  szkole  pitagorejczyków,  że  jej  członkowie  –  jak  głosi

podanie – zdecydowali się zachować swoje odkrycie w najgłębszej tajemnicy.

W  naszych  czasach  także  pewna  liczba  zrobiła  karierę  swoją  tajemniczością  wśród  fizyków

i kosmologów. Tym razem nie idzie jednak o dokładną wartość liczbową, lecz o rząd wielkości. Tą

tajemniczą liczbą jest 10

40

, czyli jedynka, po której następuje czterdzieści zer.

W  kształtowaniu  struktury  świata  ważną  rolę  odgrywają  dwa  typy  oddziaływań:

elektromagnetyczne  i  grawitacyjne.  Oddziaływania  elekromagnetyczne  znamy  z  ich  niemal

codziennych zastosowań. Są one również odpowiedzialne za wiązania chemiczne, czyli, praktycznie

rzecz  biorąc,  za  całą  chemię,  a  więc  także  za  nasze  istnienie.  Natomiast  siły  grawitacyjne,  oprócz

trzymania nas na ziemi (a więc dostarczania nam „twardego gruntu pod nogami”), przejawiają swoje

działanie w największej skali: tworzą architekturę układów planetarnych, zespołów gwiazd, galaktyk

i  gromad  galaktyk;  jednym  słowem  –  kształtują  wielkoskalową  strukturę  Wszechświata.  Siły

grawitacyjne,  choć  tak  potężne  w  działaniu  na  duże  odległości,  w  małej  skali  są  bardzo  słabe.

Okazuje się, że są one 10

40

 razy słabsze od sił elektromagnetycznych.

Pojawienie  się  tu  liczby  10

40

  nie  byłoby  niczym  szczególnym  –  ostatecznie  stosunek  natężenia

dwu  sił  musi  równać  się  jakiejś  liczbie  –  gdyby  nie  to,  że  pojawia  się  ona  jeszcze  w  innych,

zaskakujących sytuacjach.

Na  skutek  tego,  że  w  przyrodzie  istnieje  maksymalna,  nieprzekraczalna  prędkość  przesyłania

sygnałów (jest nią prędkość światła w próżni równa około 300 000 km/s), można mówić o wielkości

obserwowalnego  Wszechświata,  czyli  takiego  obszaru,  który  w  zasadzie  możemy  kontrolować  przy

pomocy obserwacji. Obszar ten wynosi około 10

30

 sześciennych lat świetlnych (liczba 10

30

 nie mówi

nic szczególnego, ponieważ sześcienny rok świetlny jest czysto umowną jednostką objętości). Chcąc

sięgnąć  naszymi  teleskopami  poza  ten  obszar,  musielibyśmy  dysponować  sygnałami  rozchodzącymi

się z prędkością większą od prędkości światła. Okazuje się, że można ocenić, ile jąder atomowych

(barionów) znajduje się w obserwowalnym Wszechświecie. Jest ich (10

40

)

2

 (ta liczba nie zależy od

background image

żadnych umownych jednostek pomiarowych).

Przytoczmy  jeszcze  jeden,  może  najbardziej  wymowny,  przykład  pojawiania  się  tajemniczej

liczby 10

40

.

Jednostki  fizyczne  (centymetry,  sekundy,  gramy…)  są  na  ogół  sprawą  umowy,  ale  niekiedy

przyroda sama dostarcza wzorców fizycznych wielkości. Na przykład naturalną jednostką czasu jest

przedział  czasowy,  w  jakim  światło  przebywa  odległość  średnicy  jądra  atomowego  (zarówno

prędkość światła, jak i rozmiary jądra atomowego są nam dane przez przyrodę; jednostka ta równa

się 10

-23

  czysto  umownej  jednostki,  jaką  jest  sekunda).  Okazuje  się,  że  obecny  wiek  Wszechświata,

mierzony w naturalnych jednostkach czasu, wyraża się liczbą 10

40

 (co w rzędzie wielkości jest równe

10

10

 lat).

Czyżby  przypadek?  Jeżeli  tak,  to  istotnie  wyjątkowy.  Przecież  wiek  Wszechświata  rośnie,

z  każdym  tysiącleciem  Wszechświat  staje  się  starszy.  Dlaczego  –  czyżby  znowu  przypadek!  –

mielibyśmy  żyć  w  okresie,  w  którym  wiek  Wszechświata  (w  naturalnych  jednostkach)  wyraża  się

tajemniczą liczbą 10

40

?

Co więcej, obecny wiek Wszechświata da się wyrazić odpowiednią kombinacją podstawowych

stałych  fizycznych  (stała  grawitacji  Newtona,  prędkość  światła  w  próżni,  stała  Plancka  i  masa

protonu).  Co  stałe  fizyczne  mają  wspólnego  z  wiekiem  Wszechświata?  Czyżby  jeszcze  jeden

przypadek? Fizycy nie lubią takich przypadków. I dlatego już dość dawno temu Paul Dirac wysunął

hipotezę, wedle której stałe fizyczne w rzeczywistości nie są stałymi, lecz zmieniają się w czasie, i to

w taki sposób, że wiek Wszechświata, wyrażony przy pomocy tych „stałych”, zawsze równa się 10

40

naturalnych  jednostek  czasu.  Oczywiście  takie  „uzmiennienie  stałych”  drastycznie  zmienia  całą

fizykę.  Nic  więc  dziwnego,  że  fizycy  odnieśli  się  do  hipotezy  Diraca  z  dużą  dozą  nieufności.

I słusznie, gdyż wkrótce znalazło się prostsze wyjaśnienie.

W roku 1961 Robert Dicke, na łamach czasopisma „Nature” napisał, że… „węgiel jest potrzebny

do  tego,  by  wyprodukować  fizyka”.  „Nature”  nie  publikuje  banalnych  odkryć,  ale  też  odkrycie

dokonane  przez  Dicke’a  wcale  nie  było  banalne.  Aby  wyprodukować  fizyka  (ale  równie  dobrze

kowala  lub  amebę),  potrzebna  jest  chemia  organiczna,  czyli  chemia  związków  węgla,  a  do  tego

oczywiście  niezbędny  jest  węgiel.  Węgiel,  jak  dziś  dobrze  wiemy,  powstaje  we  wnętrzach  gwiazd

jako  wynik  kilkukrotnego  przepalania  paliwa  jądrowego.  Współczesne  teorie  astrofizyczne

i  kosmologiczne  pozwalają  wyliczyć,  że  do  tego,  by  w  ekspandującym  Wszechświecie  mogły

powstać gwiazdy, by mógł się w nich zapoczątkować cykl węglowy, by wreszcie mogły narodzić się

planety  „zanieczyszczone”  odpowiednią  ilością  węgla  –  do  tego  wszystkiego  niezbędny  jest  okres

rzędu  10

40

  naturalnych  jednostek  czasu.  Przed  tą  datą  nie  moglibyśmy  żyć,  gdyż  nie  byłoby  dla  nas

węglowego budulca. Ale i zbyt długo po tej dacie życie również nie będzie możliwe, gdyż – jak uczy

background image

astrofizyka – gwiazdy wypalą zapasy swojego jądrowego paliwa, zgasną i nie będą mogły dostarczać

ciepła potrzebnego do życia.

A więc w historii Wszechświata istnieje tylko stosunkowo wąski przedział czasu, w którym życie

może  się  rozwijać.  Przedział  ten  charakteryzuje  się  rzędem  wielkości  10

40

  naturalnych  jednostek

czasu.  Stałe  fizyczne  nie  muszą  się  zmieniać.  Nie  żyjemy  przypadkiem  w  okresie,  w  którym  wiek

Wszechświata jest równy akurat 10

40

 naturalnych jednostek. Po prostu w innym okresie nie mogłoby

nas być.

„Odkrycie”  Dicke’a  stanowiło  jedną  z  pierwszych  poszlak  wskazujących  na  bardzo  ścisły

związek,  jaki  zachodzi  między  istnieniem  nas  –  organizmów  stworzonych  przez  Wszechświat  –

a obserwowalnymi własnościami samego Wszechświata.

Związek  ten  został  wkrótce  podniesiony  do  rangi  pewnej  metody  czy  stylu  myślenia

w  kosmologii.  W  1973  roku  w  Krakowie,  podczas  sympozjum  Międzynarodowej  Unii

Astronomicznej, Brandon Carter sformułował tak zwaną zasadę antropiczną: „To, co obserwujemy,

jest,  jakie  jest,  dlatego  że  możemy  je  obserwować”.  Przez  teleskopy  obserwujemy  galaktyki

i  gromady  galaktyk,  ponieważ  wtedy  gdy  materia  tworząca  obecnie  galaktyki,  była  jeszcze  gorącą

plazmą,  nie  mogło  nas  być.  Widzimy  gwiazdy  jako  wielkie  kule  gazowe,  gdyż  wtedy  gdy  materia

tworząca  obecnie  gwiazdy  była  chmurami  kosmicznego  pyłu,  nie  mogło  nas  być.  Nasze

radioteleskopy mierzą temperaturę radiowego promieniowania tła wynoszącą 2,7 K, bo gdy świat był

gorętszy,  nie  mogło  nas  być.  Sama  możliwość  naszego  zaistnienia  selekcjonuje  pewną  epokę,

w której możemy żyć i obserwować świat. Kiedy indziej podobne nam istoty nie mogłyby zaistnieć

we Wszechświecie. Samo w sobie jest to dosyć banalnym stwierdzeniem, zadziwiające jest jednak

to, że tego rodzaju efekt selekcji wyjaśnia niezwykle wiele obserwowanych własności świata.

Ten właśnie efekt selekcji Brandon Carter nazwał słabą zasadą antropiczną.

 

*

 

Istnieje  jeszcze  inne,  tak  zwane  mocne  sformułowanie  tej  zasady.  Rozpatrzmy  pewien  przykład.  Od

dawna  w  kosmologii  przyjmuje  się,  a  nowsze  obserwacje  temu  nie  przeczą,  że  rozkład  materii

w  największej  skali  jest  (statystycznie  rzecz  biorąc)  równomierny.  Znaczy  to,  że  gdybyśmy  mieli

możność obserwowania Wszechświata z różnych galaktyk, to z każdej z nich widzielibyśmy (średnio

rzecz biorąc) to samo (stwierdzenie to niekiedy nazywa się zasadą Kopernika, jego bowiem dzieło

sugeruje,  że  Ziemia  zajmuje  przeciętne  miejsce  we  Wszechświecie).  W  roku  1973  Francis  Collins

i  Stephen  Hawking  udowodnili,  że  gdyby  ktoś  wybierał  warunki  początkowe  dla  Wszechświata

przypadkowo,  na  chybił  trafił,  to  prawdopodobieństwo  wyboru  takich  warunków  początkowych,

background image

które  by  prowadziły  do  Wszechświata  z  jednostajnym  rozkładem  materii,  byłoby  równe  zeru.  Jak

więc  wyjaśnić  ten  zadziwiający  fakt,  że  żyjemy  w  tak  szczególnym  świecie?

7

  Nasze  zdziwienie

jeszcze  wzrasta,  gdy  uświadamiamy  sobie,  że  gdyby  materia  w  młodym  Wszechświecie  nie  była

rozłożona  bardzo  równomiernie  (z  małymi  tylko  fluktuacjami  gęstości),  to  nie  mogłyby  powstać

galaktyki, gwiazdy, planety, a w konsekwencji i my – mieszkańcy jednej z planet Galaktyki. Czyżby

świat od początku był zaprojektowany specjalnie dla nas?

Jest  jeszcze  inna  możliwość.  Niewykluczone,  że  istnieje  bardzo  wiele  (nieskończenie  wiele?)

różnych  wszechświatów  z  wszelkimi  możliwymi  rozkładami  materii  i  z  wszelkimi  możliwymi

własnościami  fizycznymi.  Obserwujemy  ten  Wszechświat  (posiadający  cechy  specjalnie

dostosowane do naszego istnienia), a nie inny, bo tylko w tym Wszechświecie mogliśmy zaistnieć.

Wygląda  to  tak,  jakby  zasada  selekcji  działała  nie  tylko  w  naszym  Wszechświecie,  ale

i w zbiorze wszystkich możliwych wszechświatów. Obserwujemy świat taki, jaki jest, bo w innych

światach nie mogłoby nas być. Stwierdzenie to stanowi treść mocnej zasady antropicznej.

 

*

 

Przykładów  podobnego  zestrojenia  własności  Wszechświata  z  naszym  istnieniem  jest  znacznie

więcej.  W  literaturze  poświęconej  zasadzie  antropicznej  na  oznaczenie  tego  subtelnego  rezonansu

między nami a Wszechświatem przyjął się termin fine tuning – „delikatne zestrojenie”. Zestrojenie to

jest istotnie bardzo delikatne: niewielka zmiana pewnych własności Wszechświata uniemożliwiłaby

nasze zaistnienie.

Na  przykład  gdyby  prędkość  eksplozji  Wielkiego  Wybuchu  była  odrobinę  inna,  niż  ta,  która

rzeczywiście  miała  miejsce,  życie  nie  mogłoby  powstać.  Nieco  mniejsza  prędkość  Pierwotnego

Wybuchu  spowodowałaby  ponowne  zapadnięcie  się  Wszechświata  do  jednego  punktu  w  ciągu

bardzo  krótkiego  czasu  (nawet  w  ciągu  ułamka  sekundy,  przy  pewnych  warunkach);  żadna  twórcza

ewolucja  nie  zdążyłaby  się  zawiązać.  Gdyby  natomiast  prędkość  Wielkiego  Wybuchu  była  tylko

trochę większa od tej, jaka rzeczywiście miała miejsce, ekspansja Wszechświata następowałaby tak

szybko, że wygładziłaby wszystkie nierówności w rozkładzie materii, nie dopuszczając do powstania

galaktyk,  gwiazd  i  planet.  To  zestrojenie  prędkości  Wielkiego  Wybuchu  z  naszym  istnieniem  jest

istotnie zadziwiająco „delikatne”. Wystarczyłoby odchylenie od tej prędkości, z jaką Wielki Wybuch

rzeczywiście się dokonał, zaledwie o 10

-55

 (jeden podzielone przez jedynkę, po której następuje 55

zer), a już by nas nie było!

Znamy  dziś  dwie  siły  jądrowe,  tak  zwane  słabe  i  silne.  Gdyby  słabe  siły  jądrowe  były  nieco

silniejsze,  niż  są,  cały  wodór  spaliłby  się  w  Wielkim  Wybuchu,  ulegając  przemianie  na  hel.

background image

Położyłoby to kres dalszej ewolucji chemicznej. Gdyby z kolei słabe siły jądrowe były nieco słabsze,

niż są, neutrony nie mogłyby rozpadać się na protony, co zniszczyłoby wszystkie zapasy pierwotnego

wodoru i też musiałoby spowodować blokadę ewolucji chemicznej.

Podobnie  z  silnymi  siłami  jądrowymi.  Odchylenie  natężenia  tych  sił  o  kilka  procent

w  którąkolwiek  stronę  uniemożliwiłoby  istnienie  jąder  atomowych  w  ich  obecnej  postaci,  a  wśród

nich także jąder węgla, który jest niezbędny do „wyprodukowania fizyka”.

Itd.,  itd.  Fizycy  entuzjaści  zasady  antropicznej  sporządzili  długie  listy  różnych  własności,  które

gdyby  były  tylko  trochę  inne,  niż  są,  wykluczałyby  zawiązanie  się  ewolucji  biologicznej,

a w konsekwencji nasze zaistnienie.

 

*

 

Najpierw był Wielki Wybuch.

W  Wielkim  Wybuchu  powstał  wodór  i  niewielkie  ilości  innych  lekkich  pierwiastków

chemicznych.

Z  pierwotnej  plazmy,  pod  wpływem  niestabilności  grawitacyjnej,  uformowały  się  gwiazdy

i galaktyki.

We  wnętrzach  gwiazd  zaistniały  odpowiednio  wysokie  temperatury,  aby  mogła  dokonać  się

synteza cięższych pierwiastków chemicznych, wśród nich węgla.

Potem  niektóre  gwiazdy  wybuchały  i  zanieczyszczały  środowisko  kosmiczne  pierwiastkami

chemicznymi.

Z  zanieczyszczonych  w  ten  sposób  pyłów  i  gazów  powstawały  następne  generacje  gwiazd

i planet.

Niektóre z nich zawierały węgiel.

Na jednej z takich planet narodził się człowiek.

„Nasze ciała zbudowane są z popiołów dawno wygasłych gwiazd” (James Jeans).

 

*

 

Nasze  istnienie  jest  przedziwnie  zestrojone  ze  strukturą  Wszechświata.  Nie  tylko  my  jesteśmy

przystosowani  do  Wszechświata,  ale  –  i  to  wydaje  się  zaskakujące  i  na  pierwszy  rzut  oka

niezrozumiałe  –  Wszechświat  okazuje  się  przystosowany  do  nas.  Natura  tego  przystosowania  jest

bardzo delikatna. Wystarczyłoby małe zaburzenie struktury Wszechświata, niewielka zmiana jakiegoś

background image

parametru  charakteryzującego  świat,  a  zostalibyśmy  zgnieceni  przez  naruszoną  strukturę  całości.

Więcej  nawet,  w  takiej  sytuacji  nasze  istnienie  byłoby  wykluczone  od  samego  początku,

znajdowalibyśmy się poza polem fizycznych możliwości.

 

Gdyby wolno nam było zaprojektować Wszechświat wyposażony w dowolny zbiór praw fizycznych, do jakiego stopnia moglibyśmy

manewrować  obecnymi  prawami,  zachowując  jednocześnie  nietknięte  najogólniejsze  cechy  Kosmosu?  Jak  bardzo,  dajmy  na  to,

moglibyśmy  „obracać  pokrętłem”,  by  nadal  istniały  atomy?  Jak  wiele  zmienić,  a  mimo  to  zachować  ludzi?  Odpowiedź  brzmi:

doprawdy nie bardzo wiele (Paul Charles William Davies).

 

Nasze istnienie jest kruche. Jakimś dziwnym zgraniem fizycznych parametrów udało się postawić

szpilkę  na  jej  ostrzu.  Szpilka  stoi,  ale  wystarczy  najmniejsze  drgnienie  powietrza  lub  poruszenie

podłoża, by chwiejna równowaga została zaburzona i szpilka upadła.

Po  przemyśleniu  tego  wszystkiego  jakże  inaczej  odczuwam  mój  „twardy  grunt  pod  nogami”.

Wysiadam z samolotu, czuję pod butami płytę lotniska, ale już nie jestem tak bardzo pewien swego

bezpieczeństwa.

 

*

 

Lecz człowiek to nie tylko zestaw fizycznych i biochemicznych właściwości, które swoją względną

trwałość  zawdzięczają  subtelnemu  zestrojeniu  z  własnościami  całego  Wszechświata.  Wraz

z  pojawieniem  się  człowieka  Wszechświat  uległ  zasadniczej  przemianie.  Po  raz  pierwszy  zabłysła

w nim świadomość, która nie tylko rzuciła światu wyzwanie, ale swoimi pytaniami niejako rozsadza

Wszechświat od środka. Człowiek – istota nieznana, człowiek – odwieczna zagadka świata.

Człowiek jest przede wszystkim zagadką sam dla siebie. Oto kilka świadectw typowo ludzkiego

zapętlenia:

Platon (po opisie wznoszenia się człowieka od piękności cielesnej do duchowej): „I nagle mu się

cud  odsłania:  piękno  samo  w  sobie,  ono  samo  w  swej  istocie.  Otwiera  się  przed  nim  to,  do  czego

szły wszystkie jego trudy poprzednie; on ogląda piękno wieczne, które nie powstaje i nie ginie”.

Święty Augustyn: „Zagłębiam się i okiem mej duszy – jakiekolwiek ono było – zobaczyłem ponad

tym okiem i ponad myślą moją światło niezmienne… i było nad myślą moją nie tak jak… niebo nad

ziemią, lecz było wyraźnie, ponieważ ono mnie stworzyło”.

Nietzsche:  „Człowiek  jest  liną  rozpiętą  między  zwierzęciem  i  nadczłowiekiem  –  liną  nad

przepaścią.  Niebezpieczne  to  przejście,  niebezpieczne  podróże:  niebezpieczne  wstecz  poglądanie,

trwożne chwianie i zatrzymywanie się”.

Jaspers: „Tylko przez mój byt jako przez rzeczywistość czegoś »jednego«… mogę otworzyć się

background image

temu Jednemu, którym nie jestem sam”,

Sartre:  „Człowiek  jest  ustawicznie  poza  samym  sobą  i  w  ten  sposób  tworzy  swoje  ludzkie

istnienie, i siebie gubi poza sobą”.

Nie  ulega  wątpliwości  –  człowiek  jest  zdolny  do  wykraczania  poza  samego  siebie:  do

wznoszenia  się  ku  Pięknu  (Platon)  i  Światłu  (Augustyn),  do  otwierania  się  na  to,  co  jest  Jednym

(Jaspers), ale jest równocześnie rozpięty nad przepaścią (Nietzsche) i gubi się poza sobą (Sartre). To

wszystko  nazywa  się  transcendencją  w  człowieku  (od  łacińskiego transcendo  –  wykraczam  poza;

wykraczam poza swoje ograniczenia).

Czy  potrzeba  nam  świadectwa  filozofów?  Czy  nie  czujemy  transcendencji  doświadczalnie

w sobie?

Każde ograniczenie naszych możliwości boli.

Każde niespełnione pragnienie urasta do jeszcze większego pragnienia.

Każda tęsknota sięga poza granice tego, co możemy chcieć.

W naszych własnych przeżyciach gubimy się bardziej niż we Wszechświecie.

Ale człowiek przerasta Wszechświat.

Nasza świadomość nie pozwala ścisnąć się do żadnego punktu czasoprzestrzeni.

Nasza wolność działania jest w stanie sprzeciwić się zewnętrznym naciskom.

Nasza  myśl,  wyzwoliwszy  się  z  konkretów  materii,  może  narzucać  jej  swoje  prawidła

i wykorzystywać ją do swoich celów.

I  przede  wszystkim  –  potrafimy  tworzyć  dobro  w  nas  samych,  wznosić  się  ponad  to,  czym

byliśmy przed chwilą.

Poszukujemy  „ludzkiej  duszy”  poprzez  różne  dociekania  i  filozoficzne  zawiłości,  a  każdy

przebłysk naszego świadomego myślenia to nic innego jak doświadczenie własnego ducha.

Człowiek może nieustannie wykraczać poza własne możliwości, a jeżeli może, staje się to jego

obowiązkiem. Ciężar tego obowiązku decyduje o naszym człowieczeństwie.

Świadomość jest dla nas zagadką. Mimo postępów nauk neurokognitywnych wiemy o niej ciągle

zbyt  mało.  Wiemy  wszakże,  że  nasza  świadomość  odznacza  się  daleko  większym  stopniem

organizacji  niż  cokolwiek  innego  w  świecie.  Ponieważ  jesteśmy  zdolni  do  samoorganizacji,  do

porządkowania  swojej  osobowości,  do  wewnętrznego  rozwoju,  nabierają  sensu  dwa  bliskoznaczne

pojęcia:  duchowej  ewolucji  i  etyki.  Świadome  wprowadzanie  ładu  do  własnej  osobowości,  na

przekór  bezwładności  organizmu  i  środowiska,  a  więc  właśnie  to,  co  nazwaliśmy  duchowym

rozwojem,  stawia  problem  sensu.  Porządek,  który  trzeba  stworzyć,  jest  sensownym  porządkiem.

Dążenie do ładu plus świadomość równa się tworzeniu SENSU.

 

background image

*

 

Warto  w  tym  świetle  jeszcze  raz  spojrzeć  na  Wszechświat.  Ewolucja  kosmiczna  nie  wyszła

z metafizycznej próżni i nie zdąża do absolutnej nicości, lecz jest od początku do końca przeniknięta

Sensem, chociaż Sens ten wykracza poza świat materii i wymyka się analitycznym metodom nauki.

Zasada antropiczna budzi nas z metafizycznego snu. Człowiek i jego egzystencjalne problemy nie

są  „obcym  ciałem”  we  Wszechświecie.  Nie  tylko  człowiek  jest  przystosowany,  aby  żyć  we

Wszechświecie,  lecz  i  Wszechświat  wydaje  się  dziwnie  przystosowany  do  tego,  aby  zrodzić

człowieka i sprostać jego problemom.

 

*

 

– Dlaczego w tym rekolekcyjnym rozważaniu nie było niczego o Bogu?

–  Ależ  było.  Od  początku  do  końca:  Sens,  jaki  przenika  świat  i  jaki  mamy  urzeczywistniać

w sobie, to przecież nic innego jak tylko Logos-Słowo,

które na początku było u Boga

i samo było Bogiem,

a bez Niego nic się nie stało

z tego, co się stało.

A jeżeli ciągle jeszcze jesteśmy zagubieni w tym ogromnym Wszechświecie, który nas przygniata,

i zmęczeni tropieniem w nim śladów sensu, to posłuchajmy:

Pięć wróbli

(Łk 12, 4–7)

Ewangelia  to  dziwna  książka.  Chociaż  zna  się  ją  dobrze,  ciągle  odkrywa  się  w  niej  coś  nowego.

Ostatnio „odkryłem” kilka dobrze znanych zdań z Ewangelii świętego Łukasza. Ale zanim opowiem

o tym, co mnie w nich uderzyło, pomyślmy przez chwilę o swoim życiu. Tak właśnie jest – życie to

najlepszy komentarz do Ewangelii.

Jak my kochamy życie! Mimo że nie szczędzi nam cierpień, chorób, bólów i wszelkiego zła, za

nic nie chcielibyśmy się z nim rozstać. Dla jego ratowania, choćby dla podtrzymania ledwo tlącej się

wegetacji, jesteśmy gotowi na wszystko. Cóż bowiem ma człowiek cenniejszego nad życie!?

I tu właśnie czytam u świętego Łukasza: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic

więcej uczynić nie mogą” (Łk 12, 4).

Patrzcie, jacy oni bezsilni! Mogą tylko zabić, i już zupełnie nic poza tym. Dla mnie to wszystko –

background image

życie, a tu słyszę: tylko zabić.

Ludzka hierarchia wartości zostaje postawiona na głowie.

Nie koniec na tym. Czytam dalej: „Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa grosze? A przecież

żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych” (Łk 12, 6). – Pięć zabitych wróbli… Dla biedoty

na  głodne  śniadanie.  Pięć  za  dwa  grosze…  Zupełnie  nic.  A  jednak  w  Bożej  ekonomii  nie  są  one

zapomniane: mają swoje miejsce i mają swój sens.

Właśnie  sens.  Może  być  tak,  że  życie  kosztem  zbyt  wielkiej  ceny  staje  się  bezsensem,  a  śmierć

nabiera znaczenia.

To wydaje się nadludzkie, niemożliwe! Zbyt wygórowane wymagania! Ale trzeba odpowiednio

wyważyć proporcje. Na jednej szali tylko życie, na drugiej – WSZYSTKO.

To jest logika Ewangelii. Dopasowywanie bezsensów ludzkiej roztropności do tej logiki jest tym,

do czego On nas wzywa: idź za mną, jeśli stracisz swoje życie, dopiero wtedy je zyskasz…

Nawet tych pięć wróbli – każdy z nich z osobna – ma swoje miejsce w historii Wszechświata.

background image

Rozważanie 3

ZWIĘDŁY LIŚĆ

F

ilozofia  odżywia  się  językiem.  Bez  języka  nie  byłoby  filozofii.  Kunszt  filozoficzny  w  dużej

mierze polega na tym, żeby w jak najprecyzyjniejszym języku wyrazić myśli, których w ogóle nie da

się wyrazić. Niekiedy bywa tak, że filozofia przywiązuje się do słów – jednego lub dwu; one stają

się na jakiś czas jej wizytówką. Dla wielu ludzi słowa takie stają się pułapką, zastępują im filozofię

(a  niekiedy  w  ogóle  konieczność  myślenia).  Z  czasem  tego  rodzaju  słowa  zaczynają  nabierać  cech

słów kluczy, sloganów, wytrycha do wszystkich drzwi. Właściwie każda epoka (i w mniejszej skali

każdy sezon) ma ideologiczne hasło, w którym wyraża swoje tęsknoty i którym usiłuje zasłonić swoje

najsłabsze strony. Funkcję taką spełniały kiedyś słowa: oświecenie, racjonalizm, postęp, ewolucja…

Dziś hasłem dnia jest człowiek.

Trzeba  przyznać  –  jest  to  hasło  dobrze  wybrane  (o  ile  słowa  klucze  są  wybierane  przez

kogokolwiek; one raczej stają się – jak inflacja lub moda na szerokie kapelusze). Gdyby rzeczywiście

wszystkie  ważniejsze  działania  ludzkich  zbiorowości  miały  na  celu  człowieka,  znacznie  lepiej

działoby się na naszej planecie. W niczym to jednak nie zmienia faktu, że w epoce, w której przyszło

nam żyć, słowo „człowiek” nabrało znamion ideologicznego sloganu.

Historycy filozofii twierdzą, że na początku czasów nowożytnych, a konkretnie: w filozoficznym

systemie  Kartezjusza,  dokonał  się zwrot ku podmiotowi.  Przedtem  interesowano  się, jak  się  rzeczy

mają,  teraz  – jak  ja  poznaję  siebie  i  świat.  Kartezjańskie myślę,  więc  jestem  stało  się  granicą

historycznych  okresów.  Metafizyczne  dociekanie  natury  świata  i  jego  tajemnic  ustąpiło  miejsca

żmudnym  analizom  własnej  świadomości,  do  której  im  głębiej  się  wchodzi,  tym  trudniej  znaleźć

drogę  z  powrotem.  Filozofia  Kanta,  nawet  dla  nauk  empirycznych  doszukująca  się  uwarunkowań

w ludzkim poznaniu, i współczesne egzystencjalizmy, które tak wplątały się w krąg ludzkich spraw,

że  poza  nimi  nic  je  już  nie  obchodzi,  są  konsekwencją  i  dalszym  ciągiem  tego  samego  procesu.  To

wszystko stało się środowiskiem, z którego dzisiejsze hasło „człowiek” czerpie żywotne soki.

Jednakże powiedzenie o „zwrocie ku podmiotowi”, jaki dokonał się za czasów Kartezjusza, nie

jest całkiem ścisłe. Ściśle bowiem rzecz biorąc, to nie był zwrot w myśleniu, lecz rozejście się dróg.

background image

Ten  sam  Kartezjusz,  który  wypowiedział myślę,  więc  jestem,  chciał  również  uprawiać  nauki more

geometrico  (na  sposób  geometrii),  czyli  „na  zimno”,  bez  angażowania  „ludzkiej  podmiotowości”.

Drogi  rozdzieliły  się:  jeden  trakt  (filozoficzny)  „zwrócił  się  ku  podmiotowi”,  drugi  powiódł  ku

matematyczno-empirycznej metodzie badania świata.

 

*

 

Ogromne sukcesy nauk przyrodniczych stały się możliwe dzięki temu, że człowiek, uprawiając nauki,

przestał myśleć o sobie samym.

W  dotychczasowej  filozofii  człowiek  („podmiot”  filozofowania)  był  wszystkim:  on  zadawał

pytania, on oceniał, która odpowiedź jest najtrafniejsza, on zdobywał wiedzę i on nabierał pewności,

że ma rację.

Metoda  empiryczna  badania  świata,  jaka  ukształtowała  się  na  przełomie  XVI  i  XVII  wieku,

w  znaczniej  mierze  polegała  na  wstrzymywaniu  się  od  stawiania  pytań,  które  przychodzą  na  myśl

i  wydają  się  interesujące,  a  zadawaniu  tylko  takich,  na  które  można  znaleźć  odpowiedź  na  drodze

doświadczalnej.  Człowiek  sam  wówczas  nie  ocenia,  czy  ma  rację  czy  nie,  lecz  słucha,  co  mają  do

powiedzenia  fakty  doświadczalne.  Wiedza  zdobyta  metodą  empiryczną  nie  jest  własnością

„podmiotu”,  lecz  społeczeństwa,  i  to,  że  ktoś  jest  święcie  przekonany,  iż  ma  rację,  staje  się  rzeczą

zupełnie nieważną. Pojedynczy człowiek liczy się o tyle, o ile dorzuca do wspólnego skarbca.

Można  więc  tu  mówić  o  pewnego  rodzaju  ascezie  nauki:  egzystencjalne  pytania  gnębiące

człowieka  są  za  trudne  dla  metody  doświadczalnej,  więc  się  ich  nie  stawia.  Taka  strategia

umożliwiła sukces, od którego jeszcze dziś kręci się nam w głowie.

Mamy  zatem  szczególną  sytuację,  swoiste  rozdwojenie  jaźni:  sprawy  ludzkie  stały  się  domeną

subiektywistycznie nastawionej filozofii, której postępy optymistom przypominają wspinanie się po

serpentynach  (ale  w  ten  sposób,  że  aby  wznieść  się  o  pół  kroku  do  góry,  trzeba  przebyć  dziesięć

tysięcy  kroków  poziomo),  a  pesymistom  po  prostu  dreptanie  w  miejscu;  natomiast  badanie  świata

zostało  zarezerwowane  dla  nauk,  które  –  wyeliminowawszy  sprawy  ludzkie  z  orbity  swoich

zainteresowań – nabrały takiego przyspieszenia, że tchu w piersiach brakuje.

Sytuacja rozdwojenia jaźni nie jest normalną sytuacją i dlatego każda próba przerzucenia mostu

pomiędzy  dwiema  odnogami  schizofrenicznego  rozwoju  musi  budzić  duże  zainteresowanie.  W  tym

należy  upatrywać  powodu,  dla  którego  zasada  antropiczna,  o  której  mówiłem  w  poprzednim

rozważaniu,  wywołała  aż  taką  sensację.  Choć  dotyczyła  ona  raczej  technicznych  zagadnień

związanych ze strukturą Wszechświata i możliwości biologicznej ewolucji, wypowiedziała również

słowo „człowiek” – i to wystarczyło, aby poruszyć filozoficzną wyobraźnię.

background image

Istnieje  jednak  inny  krąg  zagadnień,  który  może  stanowić  coś  w  rodzaju  przęsła  w  moście

zdolnym  –  czemu  nie?  –  połączyć  kiedyś  dwa  oddzielone  od  siebie  brzegi.  Mam  na  myśli  krąg

zagadnień dotyczących CZASU.

 

*

 

Problematyka czasu coraz bardziej przenika różne działy współczesnej fizyki. Dość nieoczekiwanie

pojawiła się ona w termodynamice w XIX wieku, kiedy to po raz pierwszy zrodziło się podejrzenie,

że kierunek czasu (lub „strzałka czasu” – jak często mówią fizycy) może być czymś, co nie wynika

z  bliżej  nieokreślnej  metafizycznej  natury  rzeczywistości,  lecz  jest  wynikiem  działania  konkretnego

prawa fizyki, a mianowicie drugiej zasady termodynamiki. Mechaniczny ruch cząstek jest nieczuły na

różnicę między „przedtem” a „potem”, ale z chwilą gdy rozważa się go statystycznie, to znaczy jako

pewnego  rodzaju  średnią  związaną  z  wielką  liczbą  cząstek,  zaczyna  nabierać  cech  kierunkowości:

przyszłość przestaje być tylko zwierciadlanym odbiciem przeszłości, element nieodwracalnej historii

zaczyna być częścią całej strategii. Druga zasada termodynamiki wyraża i sankcjonuje tę strategię.

Jednym z największych zgorszeń, wywołanych na początku naszego stulecia przez Einsteinowską

teorię  względności,  były  jej  niezwykłe  wnioski  dotyczące  zależności  czasu  od  wyboru  układu

odniesienia. To, że dwóch bliźniaków może się różnie starzeć w zależności od tego, który z nich się

porusza, a który pozostaje w spoczynku, do dziś budzi emocje i pobudza filozofów do chwytania za

pióra. A najnowsze próby stworzenia kwantowej teorii grawitacji, które na wiele różnych sposobów

sugerują,  że  na  najbardziej  elementarnym  poziomie  fizyki  czas  (podobnie  zresztą  jak  przestrzeń)

w ogóle nie istnieje, lecz wyłania się dopiero w miarę, jak korelacje pewnych wielkości fizycznych

nabierają coraz wyraźniejszego znaczenia, są zapowiedzią, że już wkrótce możemy oczekiwać daleko

idącej rewolucji w naszym rozumieniu świata.

Filozoficzny  „zwrot  ku  podmiotowi”  również  prędzej  czy  później  musiał  doprowadzić  do

zwrócenia  uwagi  na  zagadnienie  czasu.  I  doprowadził.  Już  Kierkegaard  mówił,  a  Sartre  powtarzał

w  różnorakich  odmianach,  że  czas  i  wieczność  „krzyżują  się  w  człowieku”,  powodując  jego

egzystencjalne  rozdarcie.  Nasze  istnienie  jest  doczesne,  czyli  do-czasu,  natomiast  nasze  ambicje

sięgają wieczności i ten rozpaczliwy brak proporcji między przemijaniem a instynktem zachowania

istnienia zadaje człowiekowi cierpienie, nierozerwalnie związane z ludzką kondycją.

Nie trzeba zresztą aż filozofii egzystencjalnej, aby dostrzec związek problematyki sensu z kwestią

uczasowienia naszego istnienia.

 

*

background image

 

Zegarek  stał  się  nieodzownym  towarzyszem  naszego  życia.  Dzień  zaczyna  się  od  alarmu  budzika,

kończy się nastawieniem budzika na dzień jutrzejszy. Zakładamy zegarek na rękę, by – odmierzając

sekundy – brał udział we wszystkich naszych czynnościach.

Istnieją dwa – zasadniczo różne – sposoby doświadczania czasu.

Niekiedy wydaje się, że to, co istnieje „naprawdę”, to my sami, natomiast czas to coś płynnego,

zjawiskowego, nawet jakby w ogóle nieistniejącego. Chwile przeszłe są już tylko domeną zawodnej

pamięci, przyszłości jeszcze nie ma. A czym jest teraźniejszość? Momentem, którego za moment nie

będzie.

Czas  upływa  –  nierealny,  nieistniejący.  Ale  ja  jestem.  Ciągle  ten  sam.  To  ja  byłem  przedtem

i potem. Nie czuję się ograniczony więzami teraźniejszości, ustawicznie je przekraczam.

Ale  oto  i  drugi  sposób  doświadczania  czasu.  Nagle  odczuwam  „ciężar  czasu”.  Czas  staje  się

czymś  realnym,  a  ja  znikomym.  Uświadamiam  sobie  jego  niszczycielską  rolę.  Patrząc  do  lustra,

zaczynam podejrzewać, że ja sprzed pięciu laty i ten drugi, który teraz patrzy na mnie z tamtej strony

zwierciadła, to dwie różne – i obce sobie – osoby.

Oto dwa odmienne sposoby doświadczania czasu, ale nie sprzeczne z sobą. W obydwu mieści się

kawałek prawdy o człowieku.

 

*

 

Lecz  co  ma  wspólnego  egzystencjalny  czas  człowieka,  podmiotowe  doświadczenie  przemijalności,

z czasem, o jakim mówi fizyka, czyli z czasem pokazywanym przez rozmaite precyzyjne zegary? Czy

nie  są  to  dwa  różne  obszary,  raz  na  zawsze  oddzielone  od  siebie  przepaścią  odmiennych  metod

badania  i  przeżywania?  Sądzę,  że  nie.  Istnieje  niewątpliwy  genetyczny  związek  człowieka  ze

strukturą  Wszechświata  i  korzenie  fizycznej  nieodwracalności  czasu  kosmicznego  muszą  głęboko

odciskać  się  na  naszym  doświadczeniu  przemijania.  Doświadczenia  tego  doznajemy  nie  zawieszeni

w  jakiejś  abstrakcyjnej  pustce  metafizycznej,  lecz  za  pośrednictwem  naszego  ciała,  które

nierozerwalnie wiąże nas ze strukturą galaktyk i Wielkiego Wybuchu. Nasz organizm jest delikatnym

zegarem  biologicznym,  a  na  dnie  mechanizmów  zegarowych  działają  fizyczne  procesy  istotnie

spokrewnione z czasem Wszechświata.

Egzystencjalnych problemów człowieka nie da się zredukować ani do praw biologii, ani do praw

fizyki; nie można całości kawałkować na części: tu jest fizyka, odtąd sięga biologia, a to izolowane

od  reszty  jądro  stanowi  siedlisko  metafizycznych  doświadczeń  człowieka.  Chcąc  zrozumieć

człowieka, musimy stawić czoła całości w jej skomplikowaniu i w jej powiązaniach wszystkiego ze

background image

wszystkim.

 

*

 

Aby głębiej wniknąć w nasze kłopoty z czasem, spróbujmy najpierw spojrzeć na czas Wszechświata,

czyli na kosmiczną historię, w świetle najnowszych osiągnięć fizyki i kosmologii.

Wszechświat ma oczywiście swoją historię. Każdy względnie oczytany człowiek naszych czasów

wie,  że  dzieje  Wszechświata  rozpoczęły  się  od  Wielkiego  Wybuchu  i  że  obecnie  Wszechświat

rozszerza się niczym nadmuchiwany balonik lub bańka mydlana. Nieco bardziej wytrwali czytelnicy

popularnonaukowej  literatury  wiedzą  także,  że  na  początku  świat  był  wypełniony  gorącym

promieniowaniem, a teraz „przeważa” materia zawarta w galaktykach i gwiazdach, jak również to, że

pierwotne  promieniowanie  obecnie  stanowi  chłodne  i  równomierne  tło  dla  innych  struktur

kosmicznych.  Specjaliści  wiedzą  oczywiście  znacznie  więcej:  że  historię  Wszechświata  można

podzielić  na  cztery  ery:  hadronową,  leptonową,  promienistą  i  galaktyczną  –  w  zależności  od  tego,

jakie  oddziaływania  fizyczne  dominowały  w  danej  epoce  w  kształtowaniu  struktury  świata;  wiedzą

również, że w bardzo wczesnych etapach ewolucji najprawdopodobniej miało miejsce gwałtowne –

niejako  dodatkowe  –  rozdęcie  się  Wszechświata,  tak  zwany  okres  inflacji;  z  dużą  dozą

prawdopodobieństwa  potrafią  oni  zrekonstruować  przebieg  reakcji  jądrowych,  które  doprowadziły

do  powstania  jąder  atomowych  rozmaitych  pierwiastków  chemicznych,  i  to  dokładnie  w  takich

obfitościach,  w  jakich  je  dzisiaj  obserwujemy.  Specjaliści  potrafią  także  wskazać  kilka  procesów,

które  mogły  doprowadzić  do  powstania  galaktyk,  gromad  galaktyk,  gwiazd  i  planet.  Wszystko  to,

wraz  z  wieloma  nierozwiązanymi  i  ciągle  narastającymi  zagadnieniami,  stanowi  –  jak  mówią

eksperci – standardowy model Wszechświata lub standardowy scenariusz jego historii.

Jest  rzeczą  zupełnie  zrozumiałą,  że  Wszechświat,  jak  wszystko  inne,  ma  swoją  historię…  Czy

rzeczywiście?  Warsztat  dzisiejszego  kosmologa  to  nie  tylko  astronomiczne  i  radioastronomiczne

obserwatoria,  to  także  (a  może  przede  wszystkim)  abstrakcyjne  teorie  fizyczne,  zmatematyzowane

modele,  długie  ciągi  równań,  które  trzeba  rozwiązać.  Kuchnia  tego  teoretycznego  laboratorium  nie

jest  mniej  ciekawa  niż  informacje  przesłane  przez  sondy  kosmiczne.  Z  teoretycznych  rozważań

niedwuznacznie wyłania się wniosek, że posiadanie historii jest dla Wszechświata czymś niezmiernie

wyjątkowym.  Zgodnie  z  teoriami  współczesnej  fizyki  czas  bardzo  ściśle  zależy  od  geometrycznej

struktury świata. Z matematycznego punktu widzenia jest czymś znacznie bardziej naturalnym, gdy nie

istnieje  jeden  czas,  którym  dałoby  się  „pokryć”  całą  kosmiczną  rzeczywistość,  niż  gdy  taki  czas

istnieje.  Znacznie  bardziej  prawdopodobne  są  sytuacje,  w  których  czas  zapętla  się,  płynie  w  kółko

lub rozpada się na szereg nieskoordynowanych z sobą „czasów lokalnych”.

background image

Rodzi  się  pytanie:  czy  świat  mógłby  nas  wyprodukować,  gdyby  nie  miał  jednej  historii?  Czy

ewolucja biologiczna sama nie jest częścią historii świata, i to częścią swoimi korzeniami sięgającą

aż  Pierwotnego  Wybuchu?  A  jeżeli  tak,  to  dlaczego  tak  się  stało  (szczęśliwie  z  punktu  widzenia

naszego  zaistnienia),  że  nasz  świat  ma  jedną  historię,  choć  teoretycznie  rzecz  biorąc,  byłoby

„zwyczajniej”,  gdyby  jej  nie  miał?  Oto  pytania,  które  znowu  wiążą  nasze  istnienie  ze  strukturą

całości, czas naszego życia z historią Wszechświata.

Potrafimy odpowiedzieć przynajmniej na jedno z tych pytań, a mianowicie: co spowodowało, że

nasz  świat  mimo  wszystko  ma  jedną  historię?  Rolę  synchronizatora  różnych  możliwych  czasów  we

wszechświecie  spełnia  wielkoskalowy  rozkład  materii,  a  ściślej  –  bardzo  wyspecjalizowana

symetria  tego  rozkładu.  To  z  kolei  wymaga  niezwykłej  precyzji  Wielkiego  Wybuchu:  gdyby  był  on

nieco  bardziej  chaotyczny,  niż  był  w  rzeczywistości,  stworzyłby  wiele  niedających  się

zsynchronizować  z  sobą  czasów  lokalnych,  wiele  powiatowych  historii,  z  których  żadna  nie

nadawałaby się na powszechną historię świata.

Co  więcej,  wszystko  wskazuje  na  to,  że  nie  tylko  istnienie  historii,  ale  także  sama  natura  czasu

jest ściśle związana ze strukturą Wielkiego Wybuchu. Stwierdzenie, że Wielki Wybuch zaczął się od

momentu, w którym cała późniejsza materia Wszechświata była ściśnięta w jednym punkcie, nie jest

zupełnie  ścisłe.  Klasyczne  teorie  współczesnej  fizyki  (na  podstawie  których  konstruuje  się

standardowy  scenariusz  historii  Wszechświata)  załamują  się  miniułamek  sekundy,  zanim  w  naszej

teoretycznej  rekonstrukcji  dziejów  świata  (wstecz  w  czasie)  zostanie  osiągnięty  punkt  początkowy.

W  chwili  gdy  nasze  obecne  teorie  fizyczne  przestają  obowiązywać,  Wszechświat  ma  gigantyczną

gęstość  10

93

  g/cm³  (dla  porównania,  gęstość  jądra  atomowego  wynosi  10

13

  g/cm³),  ale  mimo

wszystko  jest  to  gęstość  skończona.  Ta  graniczna  chwila  naszej  obecnej  wiedzy  o  dziejach  świata

nazywa się progiem (lub erą) Plancka.

Co  było  przedtem? Ażeby  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  musielibyśmy  dysponować  nową  teorią

fizyczną,  która  powinna  unifikować  w  sobie  matematyczne  metody  teorii  względności  z  metodami

fizyki kwantowej, a także jednoczyć wszystkie znane obecnie oddziaływania fizyczne. Nie znamy dziś

końcowego  kształtu  tej  Ostatecznej  Teorii  Fizyki  lub  teorii  Superunifikacji  (bo  takie  imiona  się  jej

nadaje),  ale  intensywne  poszukiwania  trwają  i  niektóre  kamyki  przyszłej  mozaiki  zaczynają  już  tu

i ówdzie tworzyć kontury poszukiwanego obrazu.

Przede  wszystkim  wiemy,  że  to  coś,  co  obecnie  tak  skutecznie  ukrywa  się  za  progiem  Plancka,

odznacza się niezwykle kunsztowną symetrią. Fizyk teoretyk powiedziałby nawet mocniej: to nie jest

coś, co ma symetrię, lecz to jest sama symetria. Ale symetria inna niż symetria kryształu lub symetria

rozkładu mas w dzisiejszej przestrzeni Wszechświata, pierwotna symetria jest symetrią dynamiczną,

to znaczy ruch i zmiana są w nią wkomponowane, albo – jeżeli to ma w ogóle być symetria czegoś –

background image

nie jest to na pewno symetria materii (bo jej jeszcze nie ma) ani przestrzeni czy czasu (bo ich także

nie ma), lecz symetria ruchu i zmiany lub – ściślej – tego, co z ruchu i zmiany pozostaje, gdy usunąć

z nich materię, przestrzeń i czas.

Szczególnie nas tu interesuje aczasowość Pierwotnej Symetrii. Podkreślamy z naciskiem: czas nie

jest elementem wyjściowego obrazu. Już święty Augustyn pytał: „Co Pan Bóg robił, zanim stworzył

świat?”.  Z  punktu  widzenia  dzisiejszej  fizyki  moglibyśmy  zakwestionować  tylko  jedno  słowo

w  pytaniu Augustyna,  a  mianowicie:  „zanim”.  W  punkcie  wyjścia  nie  było  płynięcia  czasu,  a  więc

„zanim” nie miało sensu: nie było ani „przed”, ani „teraz”, ani „po” – była tylko Pierwotna Symetria.

I  nastąpiło  jej  złamanie.  Pierwotna  jedność  została  naruszona.  Świat  wybuchł  fizycznym

istnieniem. Funkcyjne zależności między zjawiskami zaczęły przejawiać swoje działanie. Korelacje

procesów  stawały  się  coraz  bardziej  wyraźne,  a  przyczyny  i  skutki  wiązały  się  z  coraz  bardziej

zdecydowanymi  prawdopodobieństwami.  W  miarę  gdy  prawdopodobieństwa  te  nabierały  cech

liniowego  porządku  (przyczyna  przed,  skutek  po),  czasowe  następstwo  stopniowo  zaczęło

obejmować  świat  we  władanie.  Najpierw  jeszcze  nieśmiało,  fluktuując,  zapętlając  się  i  cofając,

a  potem  (samo  słowo  „potem”  stopniowo  nabierało  znaczenia)  w  sposób  coraz  bardziej  gładki

i  jednokierunkowy.  Po  przekroczeniu  progu  Plancka  „strzałka  czasu”  była  już  wyraźnie  ustawiona

w przyszłość.

Spróbujmy  sformułować  wnioski,  które  mogłyby  być  przewodnikiem  w  naszych  dalszych

rozważaniach o ludzkich czasowych problemach. Myślę, że takie wnioski są dwa.

Po pierwsze, Wszechświat ma jedną, globalną historię. A to, że ją ma, nie jest oczywiste samo

przez  się,  lecz  stanowi  następstwo  bardzo  specyficznej  architektury  świata.  Czas  jest  potężnym

władcą. Ktoś, kto chciałby mu się sprzeciwić, kto zapragnąłby przezwyciężyć czas, musiałby stawić

czoła całemu Wszechświatowi. Czy to jest zadanie na miarę człowieka?

Po  drugie,  czas  jest tylko  związany  z  Wszechświatem.  Istnienie  aczasowe  nie  jest  metafizyczną

sprzecznością;  przeciwnie,  wszystko  wskazuje  na  to,  że  w  najbardziej  fundamentalnych  warstwach

fizyki  parametr  czasu  w  ogóle  się  nie  pojawia.  Także  istnienie  globalnej  historii  Wszechświata

wydaje  się  raczej  darem  losu  niż  nieuniknionej  konieczności.  Myślę,  że  jest  to  jedno  z  najbardziej

zaskakujących  i  filozoficznie  najbardziej  płodnych  odkryć  współczesnych  teorii  fizycznych

i  kosmologicznych.  Czas  to  potężny  władca,  ale  nie  dość  potężny,  żeby  zapanować  nad  wszystkim.

Istnieją granice jego panowania.

 

*

 

A  człowiek  i  jego  problemy  z  czasem?  Chwyćmy  te  problemy  za  rogi,  wejdźmy  w  ich  środek.

background image

Wszystkie  problemy  człowieka  z  sobą  sprowadzają  się  do  problemów  z  czasem,  a  wszystkie

problemy z czasem mają jedno imię – ŚMIERĆ.

Tego nie trzeba uzasadniać. I nawet nie potrzeba wysilać się na specjalną szczerość wobec siebie

(o którą zwykle tak trudno). Wystarczy tylko wsłuchać się w dobrze znane, choć nieczęsto stawiane

wprost pytania: Czy śmierć mnie zniszczy? (skurcz strachu przed pustką nicości). Czy w jakiś sposób

przeżyję  własną  śmierć?  (odruch  niedowierzania  wobec  czegoś,  co  nie  da  się  wyobrazić).  Czy

religia  nie  jest  w  gruncie  rzeczy  tylko  próbą  oswojenia  własnej  śmierci?  Tylko?  A  może  aż?  Bo

jeżeli śmierć nie jest totalną zagładą, lecz jedynie „wyjściem poza”, to nagle wszystko nabiera innego

znaczenia.  Przede  wszystkim  różnica  między  dobrem  a  złem  przestaje  być  moją  prywatną  sprawą.

Czyn  dobry  i  czyn  zły  nie  roztapiają  się  bezpowrotnie  w  przeszłości,  lecz  z  perspektywy

bezczasowego istnienia stają się tak realne jak każde inne zdarzenie wpisane w historię świata. To

nie  tylko  problem  odpowiedzialności  za  złe  czyny,  ale  to  przede  wszystkim  nowy  wymiar  dla

twórczości dobra. Miarą wartości dzieła sztuki jest jego zmierzenie się z czasem. Za wielkie dzieła

sztuki uznajemy tylko te, które zwyciężają próbę czasu. Jeżeli czas nie niszczy wszystkiego, lecz sam

jest tylko epizodem bezczasowego istnienia, to nawet ulotny gest (podanie życzliwej ręki lub uśmiech

w  stronę  kogoś,  kto  tego  uśmiechu  potrzebuje)  nie  mija  z  chwilą  swego  zaistnienia,  ale  staje  się

trwałą wartością w strukturze rzeczywistości.

Życie  z  groźbą  przemijania  na  karku  jest  ustawiczną  pogonią  za  sensem.  Szukamy  sensu  w  dniu

jutrzejszym,  ale  gdy  już  zbliżamy  się  do  sensu,  gdy  już  mamy  go  uchwycić,  okazuje  się,  że

polowaliśmy  na  mgiełkę,  która  znowu  uciekła  do  horyzontu. Ale  jeżeli  to  prawda,  że  czas  nie  jest

nieubłaganym  odmierzaniem  istnienia,  lecz  tylko  pewną  cechą  architektury  Wszechświata,  to  sensu

nie trzeba szukać w przyszłości; sens po prostu JEST i sam czas pozostaje nim ogarnięty. To jedynie

my, uczestnicząc w przemijającej strukturze świata, dostrzegamy sens mgliście i niejasno, bo jest on

w  całości,  a  my  doświadczamy  zawsze  tylko  jej  ulotnego  fragmentu,  który  nazywamy

teraźniejsząchwilą.

Rzecz zastanawiająca, że teologowie i filozofowie od dawna utrzymywali, iż wieczność nie jest

czasem  bez  początku  i  bez  końca,  lecz  aczasowym  istnieniem  –  pełnią  życia  w  nieprzemijającym

teraz.

 

*

 

Upadł mi do nóg

zwiędły liść

zaszeleścił

background image

Kiedy to było?

wieczność ocali

wszystkie zwiędłe liście

 

*

 

Spróbujmy  poszukać  w  sobie.  Czy  gdzieś  w  naszych  przeżyciach  –  może  na  krótko  i  jakby

w zalążku – nie doświadczamy istnienia nienaznaczonego czasem?

Nietrudno  zauważyć,  że  w  naszej  codzienności  przyszłość  odgrywa  znacznie  większą  rolę  niż

teraźniejszość.  Żyje  się  przecież  dla  przyszłości.  Wszystkie  nasze  działania  i  plany  zmierzają  do

celów,  które  zasłania  niewiadoma  nadchodzących  czasów.  Dzień  jutrzejszy  jest  motorem  dla  dnia

dzisiejszego. Jeżeli „nie widzi się dla siebie przyszłości”, grozi rozczarowanie i rozpacz.

Ale niekiedy, być może rzadko i w bardzo wyjątkowych sytuacjach, doznajemy chwili szczęścia.

Nie  mam  na  myśli  jakiejś  wszystko  ogarniającej  ekstazy,  kiedy  to  człowiek  niemal  doświadczalnie

wznosi  się  ponad  siebie  i  ponad  przemijanie,  ale  chwilę  zwykłego  szczęścia.  Co  to  znaczy

„szczęścia”?  Doświadczam  go  wówczas,  gdy  chciałbym,  żeby  tak  było  zawsze;  gdy  myślę  tylko

o „teraz”, a „potem” jest mi niepotrzebne, a jeżeli pojawia się w mojej świadomości, to jedynie jako

zagrożenie, jako cień na świetlistej smudze teraźniejszej chwili.

Podejrzewam, że w takich chwilach doświadczamy – fragmentarycznie i tymczasowo – istnienia,

nad którym czas już nie ma władania.

Żona siedmiu braci

(Mt 22, 23–33)

Saduceusze  byli  partią  oświeconych  sceptyków.  Drobiazgowo  zachowywali  zewnętrzne  przepisy

Prawa, ale ich wiara była szczątkowa. Wyznawali „światopogląd materialistyczny”: człowiek kończy

się wraz ze śmiercią. Nie uznawali zmartwychwstania.

W polemice z Jezusem sięgnęli po wypróbowaną broń – ironię:

–  „Nauczycielu,  Mojżesz  powiedział: Jeśli  kto  umrze  bezdzietnie,  niech  jego  brat  weźmie

wdowę po nim i wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było u nas siedmiu braci. Pierwszy ożenił

się i umarł, a ponieważ nie miał potomstwa, zostawił swoją żonę bratu. Tak samo drugi i trzeci – aż

do  siódmego.  W  końcu  po  wszystkich  umarła  ta  kobieta.  Do  któregoż  więc  z  tych  siedmiu  należeć

będzie po zmartwychwstaniu?” (Mt 22, 24–29).

background image

Jezus odpowiedział wprost (nie używając przypowieści lub posługując się kontrpytaniem, jak to

miał w zwyczaju), jakby ze smutkiem:

–  „Jesteście  w  błędzie,  nie  znając  Pisma,  ani  mocy  Bożej…  Nie  czytaliście,  co  Wam  Bóg

powiedział  w  słowach: Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba? Bóg nie jest Bogiem

umarłych, lecz żywych” (Mt 22, 29–32).

Życie  to  wielka  rzecz:  oddychanie,  patrzenie,  krążenie  krwi  w  żyłach,  ale  także  światło  myśli,

wysiłek woli, delikatność, a czasem gwałtowność uczuć…

Śmierć to bezruch, zastygnięcie, nieodwracalny bezwład…

Bóg jest Bogiem życia, a nie śmierci.

Ci,  którzy  wierzą,  że  śmierć  kończy  wszystko,  że  ciało  ludzkie  po  rozłożeniu  się  na  związki

chemiczne włącza się w krążenie substancji w przyrodzie i tylko tyle zostaje z tego, co kiedyś było

człowiekiem – ci, którzy tak wierzą, wierzą w Boga śmierci, w Boga nicości.

Błądzą, bo „nie znają mocy Bożej”.

Prawem  życia  jest  przemiana,  a  nie  śmierć.  Rodzimy  się  dwa  razy:  raz  na  początku  ziemskiej

wędrówki, drugi raz – gdy trzeba zrzucić z siebie spracowane i często już umęczone ciało.

„Nie  znacie  mocy  Bożej”  –  powiedział  Chrystus.  Ponieważ  nie  znamy  mocy  Bożej,  tak  łatwo

ulegamy  brakowi  wyobraźni,  która  nie  potrafi  przedstawić  sobie  życia  bez  pomocy  ciała  i  jego

funkcji. Ale jeżeli wierzymy w Boga, Stwórcę Wszechświata, to konsekwentnie powinniśmy wierzyć

w Boga, który swoją stwórczą mocą nie zabija, lecz utrzymuje raz dane życie.

Chrześcijaństwo jest religią życia. Życie swoje własne i innych traktujmy jak świętość. Od Boga

je otrzymaliśmy i Jemu je zwrócimy.

On jest Bogiem Abrahama,

Bogiem Izaaka,

Bogiem Jakuba,

Bogiem moim

Bogiem życia, którego iskrę noszę w sobie.

 

*

 

Swoim życiem jestem spokrewniony z galaktykami, ale wykraczam poza nie. Jestem czymś więcej niż

Wszechświat, przede wszystkim możliwością tworzenia dobra.

– Czy to tylko piękna teoria?

– Nie, to mój codzienny wysiłek.

background image

Jutro będzie następny dzień i to, co w nim stworzę, przetrwa czas i wzniesie się ponad granice

Wszechświata.  Kończymy  rekolekcyjne  rozważania,  ale  pytań  nie  zabraknie  nam  do  końca  życia.

Niech  jedno  z  nich  towarzyszy  nam  jeszcze  przez  jakiś  czas.  Zakończmy  nasze  nocne  rozmowy

pytaniem Nikodema:

– Czy człowiek, będąc dorosłym, może narodzić się na nowo?

background image

Rekolekcje III

POZA BEZPOŚREDNIOŚĆ

background image

BEZPOŚREDNIOŚĆ

Moje życie składa się z następujących po sobie bezpośredniości: z ciągu chwil, z których każda

jest właśnie teraz i które są wypełnione tym, co robię, tym, co wciska się do mnie przez moje

zmysły, o czym w tej chwili myślę. I jeżeli pozwalam, aby moje życie było tylko tym i niczym więcej,

to je zużywam. Jak zapisaną kartkę, którą wyrzuca się, gdy to, co na niej zapisane, straciło

aktualność. Aby życie tworzyć, a nie zużywać, trzeba wychodzić poza bezpośredniość, trzeba

próbować wznieść się ponad przytłaczający mnie czas i nie tylko stawiać sobie pytania, lecz także

być otwartym na przyjęcie odpowiedzi.

background image

DZIEŃ 1

Jak żyć?

P

ytanie,  które  stanowczo  zbyt  rzadko  powraca  w  naszych  rozważaniach,  chociaż  prawie

nieustannie jest jakoś obecne w podświadomości: JAK ŻYĆ?

Wydaje się, że jest to pytanie bez sensu. Bo przecież nie mam wyboru. Muszę wstać na dzwonek

budzika.  Muszę  zjeść  śniadanie.  Muszę  iść  do  pracy.  Muszę  zarobić  na  życie…  Muszę  sprzątnąć,

kupić,  ugotować,  zadbać,  odebrać,  uruchomić,  przepisać,  podpisać,  porozmawiać,  posłuchać…

A potem nie ma już czasu na nic więcej. Budzik znowu zadzwoni i rozpocznie się nowy dzień. Okazja

do Wielkich Wyborów zdarza się rzadko, a to wszystko naprawdę „muszę”.

Tak,  ale  można  to  wszystko  robić  na  różne  sposoby.  Z  rozmaitych  zajęć,  najczęściej  mało

ważnych,  układa  się  jeden  duży  ciąg,  zwany  ludzkim  życiem.  I  doskonale  wiemy,  że  to  samo  życie

można  przeżyć  dobrze  albo  źle.  Pytanie  „Jak  żyć?”  trzeba  stawiać  właśnie  po  to,  by  życie  przeżyć

dobrze.

A więc: Jak żyć?

Jest tu pewien paradoks: mówię już o tym od dobrej chwili, a wiadomo przecież, że odpowiedzi

na to pytanie nie da się udzielić słowami. Odpowiedź na pytanie „Jak żyć?” pisze się całym życiem.

A  gdy  już  wreszcie  odpowiedż  zostanie  poznana,  będzie  za  późno,  żeby  samemu  z  niej  skorzystać

i  komuś  ją  przekazać.  Zresztą  i  tak  odpowiedzi  na  pytanie  „Jak  żyć?”  nikt  by  od  nas  nie  przyjął.

Każdy musi swoje życie przeżyć sam i znaleźć swoją własną odpowiedź.

Ale myśleć nad tym trzeba i próbować swoje przemyślenia wyrażać słowami.

Oto pierwsza, niejako wstępna próba odpowiedzi na pytanie „Jak żyć?”. Przede wszystkim starać

się  wnikać  pod  powierzchnię  rzeczy.  Dostrzegać,  że  dzwonienie  budzika,  bieganie  do  pracy,

kładzenie  się  spać  –  to  jeszcze  nie  wszystko.  Te  codzienne  sprawy  nabierają  sensu  lub  go  tracą  –

zależnie od tego, czy potrafimy wniknąć pod ich, tak trudną do przebicia, powierzchnię.

Można  by  się  zastanawiać,  czy  pod  tym  względem  jest  jakaś  różnica  między  wierzącym

a  niewierzącym.  Owszem,  jest.  Niewierzący  sądzi,  że  jeżeli  przegra  życie,  to  przegra  życie  i  nic

więcej.  Wierzący  wie,  że  życia  przegrać  nie  może,  bo  nie  o  samo  ziemskie  życie  sprawa  się

background image

rozgrywa. I nie jest to tylko kwestia przekonań: że ten sądzi tak, a tamten inaczej. Rzeczywistość nie

zależy od czyichś przekonań.

Jak żyć? – Odpowiedzi szukajmy wobec siebie i wobec Boga.

Nie chciałbym, żeby pytanie „Jak żyć?” miało tylko sens pejoratywny: dotychczas żyłem źle, lub

przynajmniej  nijako,  i  teraz  muszę  coś  zmienić.  Nie,  „Jak  żyć?”  jest  pytaniem  zaborczym:  Jak  żyć

pełniej? Jak z życia czerpać to, co w nim najlepsze? Pozwolę sobie na osobistą refleksję. Pod tym

względem  swoistym  wzorem  jest  dla  mnie  Ernest  Hemingway:  jego  zachłanność  –  nie  przeoczyć

niczego,  choćby  to  się  miało  łączyć  z  cierpieniem.  Chodzi  mi  jednak  o  samą  „filozofię  życia”,

niekoniecznie o jej wykonanie. Myślę, że można by robić to samo, ale bardziej… po chrześcijańsku.

 

*

 

Czasem  łatwiej  na  jakieś  pytanie  dać  odpowiedź  wymijającą.  Niekoniecznie  żeby  się  wykręcić  od

odpowiedzi. Na przykład jeżeli pytanie jest za trudne, niekiedy skuteczniej można przybliżyć się do

odpowiedzi,  gdy  postawi  się  pytanie  przeciwne.  Jak  żyć?  Może  więc  łatwiej:  Jak  nie  należy  żyć?

Odpowiedź na to drugie pytanie może być ważna, bo mówi, czego w życiu nie należy czynić. A to już

duża część SZTUKI ŻYCIA.

Chcę się skoncentrować tylko na jednej odpowiedzi na pytanie „Jak nie należy żyć?”:

Nie należy całego życia ześrodkowywać na sobie.

Przyjrzyjmy się sobie: jaka część naszych myśli i czynów odnosi się do nas samych? 80 procent?

98  procent?…  (I  tu,  być  może,  leży  zasadnicza  różnica  w  porównaniu  z  „filozofią  życia”

Hemingwaya).

Jest  wiele  racji,  dla  których  nie  powinniśmy  ześrodkowywać  się  na  sobie.  Jedna  z  nich  jest…

samolubna,  ale  też  trzeba  ją  brać  pod  uwagę.  Na  ogół  własne  kłopoty  bolą  najbardziej.  Gdy

natarczywie  oczekuję  od  życia,  żeby  mi  było  dobrze,  nawet  małe  niepowodzenie  urasta  do  rangi

tragedii. Chciałem czegoś. Nie udało się. Dramat.

Co to znaczy: nie ześrodkowywać się na sobie?

– To znaczy: otwierać się na innych. Czasem rezygnować z czegoś własnego, żeby drugiemu było

lepiej.  Zwykle  szczęście  łączymy  z  Miłością,  a  nie  ma  Miłości  bez  dawania,  otwierania  się  na

drugiego, czasem nawet bez zapominania o sobie.

–  To  znaczy  także:  uznawać  coś,  co  mnie  przewyższa,  a  nawet  nieskończenie  przewyższa,  dla

czego  byłbym  w  stanie  nawet  oddać  życie.  Jeśli  ktoś  żyje  bez  Ideału,  dla  którego  mógłby  nawet

oddać  życie,  to  istnieje  nikłe  prawdopodobieństwo,  aby  jego  życie  było  szczęśliwe,  i  prawie  na

pewno nie będzie ono udane.

background image

Jak żyć? Odpowiedź na to pytanie pisze się całym życiem. Życie jest dziełem sztuki, które każdy

z nas musi stworzyć. I samo życie osądzi, czy nasze życie jest złe czy dobre.

Dzieło sztuki

Sztuka  wydobywa  z  artystycznego  tworzywa  piękno  ładu,  harmonię  proporcji,  symetrię. Ale  często

posługuje się też zgrzytem, łamaniem symetrii, zakłóceniem porządku. Wszystko po to aby wywołać

w  patrzącym  pewien  ruch  poznawczy,  dążenie  wyobraźni,  wstrząśnięcie  zwyczajnością  –

skierowanie  ku  pięknu.  Sztuka  jest  tworzeniem  piękna.  Niektórzy  teoretycy  sztuki  przeczą  temu,  ale

myślę, że nie mają racji. Jeżeli sztuka niekiedy świadomie posługuje się brzydotą, to tylko po to aby

brzydota, stanowiąc kontrast z pięknem, lepiej je uwypuklała.

Dlaczego  mówię  o  tym  podczas  wielkopostnych  rekolekcji?  Bo  najcenniejszym  dziełem  sztuki

jest  dobrze  przeżyte  ludzkie  życie.  Odpowiedź  na  pytanie  „Jak  żyć?”  jest  zarazem  odpowiedzią  na

pytanie,  jak  to  dzieło  stworzyć.  Sztuka  jest  tworzeniem  piękna. Ale  i  odwrotnie  –  każde  tworzenie

piękna jest sztuką.

Każda  sztuka  to  także  poszukiwanie  obiektywności.  Nawet  najbardziej  –  wydawałoby  się  –

intymna liryka czy najbardziej subiektywny utwór muzyczny dążą do czegoś, co się nazywa prawdą

sztuki, co nie zależy tylko od mojego prywatnego nastroju, lecz staje przede mną jako zadanie, i co

muszę urzeczywistnić w tworzonym przez siebie dziele. Jeżeli nie zdołam tego uczynić, moje dzieło

będzie fałszywe.

Dzieło sztuki, jakim jest ludzkie życie, też ma swoją prawdę, coś obiektywnego, coś, co się ma –

i wtedy jest się bogatym, albo coś, czego się nie ma – i wtedy jest się bardzo ubogim.

 

Każdemu, kto ma, będzie dodane,

tak że nadmiar mieć będzie.

Temu zaś, kto nie ma,

zabiorą nawet to, co ma (Mt 25, 29).

 

Jest to metaforycznie wyrażony nakaz tworzenia swoim życiem najpiękniejszego dzieła sztuki, na

jakie nas stać. Jest to nakaz, ale także przypomnienie o odpowiedzialności. Temu, kto nie ma…

I jeszcze jedna ważna analogia między ludzkim życiem a dziełem sztuki. Dzieło sztuki tworzy się

w  bólu.  Cierpienia,  męki  porodu  są  nieodłącznymi  towarzyszami  twórczości.  Ziarno  musi  umrzeć,

aby  wydać  plon.  Podejrzewam,  że  śmierć  jest  potrzebna  po  to,  aby  utrwalić  przemijające  skądinąd

dzieło sztuki. Teraz już nie zginie. Zmierzone, zważone, ocenione, stało się częścią historii świata.

Realizm Dobra

JAK  ŻYĆ?  Od  tego  pytania  nie  ma  ucieczki.  Życie  jest  utkane  z  wyborów  –  wielkich  i  małych,

background image

a każdy wybór jest jakąś odpowiedzią na to pytanie – wielką lub małą. Częściej małą i pozornie nic

nieznaczącą. Ale z takich małych odpowiedzi układa się odpowiedź końcowa. Kropkę po niej stawia

ostatni wybór.

Jeżeli  pytanie  „Jak  żyć?”  jest  aż  tak  doniosłe,  to  nic  dziwnego,  że  –  jako  chrześcijanie  –

zwracamy się z nim do Źródła:

 

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy

otworzył swe usta i nauczał ich tymi słowami:

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni,  którzy  cierpią  prześladowanie  dla  sprawiedliwości,  albowiem  do  nich  należy

królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią

kłamliwie wszystko złe na was” (Mt 5, 1–11).

 

Odłóżmy na bok uczone rozprawy na temat ośmiu błogosławieństw. Nie jest dla nas w tej chwili

szczególnie ważne to, że Jezus nie wymyślił tej formy sam, lecz skorzystał z „gatunku literackiego”

dobrze znanego zarówno ze Starego Testamentu (na przykład z psalmów), jak i z literatury greckiej.

Nie  jest  istotne,  czy  Jezus  rzeczywiście  wygłosił  osiem  błogosławieństw,  czy  też  późniejsza

katecheza połączyła w jedną całość oddzielne błogosławieństwa wygłoszone przy różnych okazjach.

Nie  będziemy  też  przeprowadzać  analizy  porównawczej  z  „paralelnym  miejscem”  ze

świętego  Łukasza  (6,  20–22),  gdzie  błogosławieństwa  zostały  wygłoszone  w  nieco  innej  postaci.

Raczej,  stawiając  sobie  pytanie:  „Jak  żyć?”,  wsłuchajmy  się  w  słowa  Jezusa,  by  wyczytać  z  nich

odpowiedź.  Pytanie  należy  postawić  sobie,  bo  to  ja  żyję  i  ja  muszę  wiedzieć  jak. Ale  odpowiedź

mamy wyczytać ze słów Jezusa. On jest tym, który uczy.

Bezpośrednia treść błogosławieństw jest oczywista:

Błogosławieni ubodzy (niekoniecznie naprawdę, wystarczy w duchu).

Błogosławieni pogrążeni w smutku,

background image

cisi, pokorni, schodzący innym z oczu,

ci, którzy tęsknią za sprawiedliwością (bo, być może, sami jej nie doznali),

czystego serca,

ci, którzy wprowadzają pokój (by nie użyć skompromitowanego wyrażenia „walczą o pokój”),

i ci, co doznają prześladowania, czy to w imię sprawiedliwości, czy za swoje przekonania…

Błogosławieni  – makarioi,  czyli  po  polsku:  szczęśliwi.  Szczęśliwi,  ponieważ  ich  smutki,

cierpienia, niespełnione tęsknoty zostaną wyrównane i znajdą zaspokojenie: smutni ucieszą się, cisi

i  pokorni  będą  rządzić  innymi  (tak  można  rozumieć  słowa  „posiądą  ziemię”),  pragnący

sprawiedliwości  będą  ją  mieli,  miłosierni  sami  dostąpią  miłosierdzia.  Ubodzy  w  duchu

i prześladowani mają obiecane królestwo niebieskie, a czystego serca – otrzymują zapewnienie, że

będą oglądać Boga.

To,  co  dotychczas  odczytaliśmy  z  ośmiu  błogosławieństw,  jest  piękne,  ale  jeżeli

poprzestalibyśmy  tylko  na  tym,  nie  dotarlibyśmy  do  sedna.  Sedno,  jak  sądzę,  polega  na  tym,  że

błogosławieństwa  proponują  całkowitą  zmianę  perspektywy.  Być  może  nie  widzimy  tego  na

pierwszy rzut oka, ponieważ wyrastaliśmy i żyli w tej nowej perspektywie i wszystko, co w naszym

życiu  było  z  nią  niezgodne,  traktowaliśmy  jako  błąd,  odstępstwo  od  zasady.  Wystarczy  jednak

przenieść się myślą w czasy, w których Jezus wypowiadał swoje błogosławieństwa, lub tylko nieco

dokładniej  rozejrzeć  się  wokół  nas,  w  świecie,  w  którym  dokonuje  się  –  w  to  już  dziś  mało  kto

wątpi  –  erozja  chrześcijaństwa,  aby  przekonać  się,  że  perspektywa  błogosławieństw  jest  istotnie

rewolucyjna  (albo  naiwna,  ale  zważywszy  na  moralną  głębię  ośmiu  błogosławieństw,  zarzut

naiwności  należy  co  prędzej  oddalić).  Kreślenie  obrazu  współczesności,  w  której  bynajmniej  nie

cisi, nie ubodzy i nie czystego serca odnoszą sukcesy i rządzą światem, byłoby zbyt tanim zabiegiem.

I niepotrzebnym. Kontrast dwu różnych perspektyw jest aż nazbyt widoczny.

Wydaje  się,  że  te  dwie  różne  perspektywy  to  dwie  różne  racjonalności.  Jeżeli  racjonalność

polega na dobieraniu właściwych środków do założonych celów, to która z tych dwu perspektyw jest

bardziej racjonalna? Sprawiedliwi wciąż pragną sprawiedliwości, a cisi wcale nie rządzą ziemią…

Problem jednak sprowadza się do tego, że wprawdzie dobieranie środków do celu jest częścią

racjonalności,  ale  dowolne  wybieranie  sobie  celów  wcale  nie  musi  być  racjonalne.  Żeby  było

racjonalne, cele muszą być tak dobrane, aby wkomponowywały się w rzeczywistość. Nieliczenie się

z  rzeczywistością  jest  w  najwyższym  stopniu  irracjonalne.  I  dlatego  racjonalność  może  być  tylko

jedna. Bo jest jedna rzeczywistość i jedna logika, która nią rządzi.

Mogą istnieć dwie perspektywy, ale jeżeli są one z sprzeczne, tylko jedna z nich jest racjonalna.

Która?  Sądzę,  że  decydujący  jest  tu  czynnik  czasu  –  bezstronne,  chłodne,  obiektywne,  niszczące

wszelkie przesądy upływanie czasu. Najjaskrawiej ujmuje to znany „zakład Pascala”: jeżeli Boga nie

background image

ma, to żyjąc dobrze, tracę tylko kilkadziesiąt lat mojego życia; jeżeli Bóg jest, a ja tak żyję, jakby Go

nie było, tracę całą wieczność.

Czujemy,  że  takie  „wyrachowanie”,  choć  logicznie  bez  zarzutu,  nie  jest  całkiem  na  miejscu.  Bo

można mówić o czymś takim jak racjonalność dobra, ale racjonalności tej nie mierzy się ważeniem

argumentów pro  i contra,  lecz  oceną  wartości.  Już  Sokrates  dowodził,  że  czynić  dobro  jest

mądrością, a czynić zło jest głupotą.

Nie powinniśmy zapominać, że błogosławieństwa są tylko wstępem do Kazania na Górze. Myśli

wyrażone  w  tym  zbiorze  pouczeń  mają  raczej  charakter  plastycznych  obrazów  niż  abstrakcyjnych

idei.  Nie  znajdziemy  w  nich  wyrafinowanej  analizy  dobra  i  zła,  lecz  szereg  nakładających  się  na

siebie obrazów, przeplatanych krótkimi – wręcz sloganowymi – stwierdzeniami. Są to stwierdzenia:

tak  się  rzeczy  mają,  ale  wyraźnie  słychać  w  nich  tryb  rozkazujący:  stwierdzam  coś  i  tym  samym

nakazuję  (uczy  „jako  władzę  mający”).  Język  Kazania  na  Górze  (podobnie  jak  język  przypowieści

Jezusa) jest skrajnie prosty, z absolutnie niezbędnym minimum abstrakcji (bez której język nie mógłby

funkcjonować).  Jest  tu  mowa  o  soli,  o  lampie,  o  człowieku,  który  swojego  bliźniego  nazywa

głupcem,  o  oku,  które  jest  światłością  ciała,  i  o  tym,  żeby  się  modlić  w  swoich  czterech  ścianach.

Język dotyka naszej codzienności, jakby sam chciał się w nią przeobrazić. Jezus mówi nam, że dobro

jest  wtopione  w  tę  rzeczywistość,  jest  jej  częścią  i  jeżeli  nie  jesteśmy  dobrzy,  jest  to  niezgodne

z  rzeczywistością,  a  więc  nierealistyczne.  Jest  to  realizm  w  czystej  formie,  realizm  wolny  od

wszelkiej dialektyki

8

.

Możemy  więc  mówić  o  racjonalności  błogosławieństw.  Zawiera  się  w  nich  logika  dobra,

a kierowanie się w życiu tą logiką jest życiową mądrością.

Wróćmy  jednak  do  wyjściowego  pytania:  „Jak  żyć?”.  Wyrośliśmy  w  racjonalności  dobra,

o  której  Jezus  nauczał.  Nie  trzeba  nas  do  niej  specjalnie  przekonywać.  Tkwi  ona  w  nas  głęboko.

Może  nawet  za  bardzo  przyzwyczailiśmy  się  do  niej.  Obłożyliśmy  ją  kompromisami  i  zbyt  łatwo

pozwalamy sobie wybierać inną perspektywę. Owszem, odczuwamy wtedy moralny dyskomfort, ale

dość  łatwo  przechodzimy  nad  nim  do  porządku  dziennego.  Nie  szukajmy  gdzieś  daleko,  skierujmy

myśl ku naszemu wnętrzu. Mądrość życiowa tam jest. Logikę dobra możemy odkryć w sobie.

Otwórzmy Ewangelię według świętego Mateusza, początek rozdziału piątego:

 

Jezus (…) usiadł [i] przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swe usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy

w duchu…

 

Jego słowa nie roznoszą się gdzieś po zboczach góry, nie porywa ich wiatr i nie powtarza echo.

Te słowa zapadają w ludzkie wnętrza. Tam je znajdziemy. On mówi we mnie.

background image

DZIEŃ 2

Poza bezpośredniość

L

eszek  Kołakowski,  przez  wielu  uważany  za  najwybitniejszego  polskiego  filozofa  naszych

czasów,  był  niewątpliwie  myślicielem  poszukującym.  Nie  chcę  dziś  streszczać  jego  poglądów;

pragnę  jedynie  skupić  uwagę  na  jednym  zdaniu  wypowiedzianym  przez  niego  w  książce Obecność

mitu. Zdanie to brzmi:

 

(…) można bowiem zużyć życie, nie wykraczając poza bezpośredniość.

 

Przede  wszystkim:  co  to  znaczy  „nie  wykraczając  poza  bezpośredniość”?  Bezpośredniość  to

wszystko  to,  co  robimy  na  co  dzień:  wstawanie  rano,  bieganie  do  pracy,  robienie  zakupów,

sprzątanie, gotowanie, kładzenie się spać, urlop, rozrywka, znowu praca… Te codzienne czynności

pochłaniają nas, nie zostawiają czasu na myślenie. Są czymś bezpośrednim.

Nie  wykraczając  poza  tę  bezpośredniość,  można  zużyć  swoje  życie.  To  dobre  określenie.  Nie

„przeżyć” lub nawet „zmarnować”, ale właśnie „zużyć”. Tak jak się zużywa ubranie lub buty. Zużyło

się je, a potem – znoszone czy schodzone – stają się niepotrzebne.

Należałoby teraz zadać pytanie: jak można nie wykraczać poza bezpośredniość? Zamiast wprost

poszukiwać  odpowiedzi  na  to  pytanie,  przyjrzyjmy  się  pracy  artysty.  Oto  artysta  kładzie  farbę  na

płótno.  Farba  łączy  się  z  podłożem,  układa  się  w  warstwy.  Ale  tu  nie  chodzi  o  farbę,  warstwy,

podkład.  Tworzywo  odnosi  się  do  czegoś  innego.  Zamysł  i  talent  artysty  przekształcają  materiał.

Powstaje  DZIEŁO  SZTUKI.  Dzieło  sztuki  wykroczyło  poza  bezpośredniość  farby,  płótna

i pociągnięć ręki artysty.

Nie można żyć inaczej, jak tylko jedząc, pracując, odpoczywając i zarabiając pieniądze na życie.

Idzie jednak o to, żeby to wszystko ułożyło się w dzieło sztuki. O wielkości dzieła często decydują

szczegóły. Jedno właściwe pociągnięcie pędzla może podnieść wartość obrazu o kilka klas.

Jezus  przyszedł  kiedyś  do  swojego  rodzinnego  miasta  Nazaretu.  Swoim  zwyczajem  w  szabat

uczył  w  synagodze.  Warto  przeczytać  odnośny  fragment  z  Ewangelii  świętego  Marka  (6,  1–6).

background image

Ewangelista  odnotowuje,  że  Jezus  „dziwił  się  ich  niedowiarstwu”.  On  mówi  im  o  najważniejszych

sprawach ludzkiej egzystencji, że Jego czyny świadczą o Nim, a oni, że cieśla, że znają Jego Matkę,

i braci, i siostry. Nie potrafili wyjść poza bezpośredniość.

Tkwienie w bezpośredniości jest rodzajem niewiary – niewiary w to, że poza bezpośredniością

cokolwiek istnieje.

 

Dziwił się ich niedowiarstwu.

 

(…) można bowiem zużyć życie, nie wykraczając poza bezpośredniość.

 

Pierwszym  krokiem  wychodzenia  poza  swoją  bezpośredniość  musi  być  głęboka  refleksja  nad

zużywaniem własnego życia.

Horyzont ludzkiej historii

Chciałbym  się  przez  chwilę  zastanowić  nad  dość  abstrakcyjną  kwestią:  czy  można  zbudować

Królestwo  Boże  na  ziemi?  Nie  przerażajmy  się  „literacką  formą”  tego  pytania.  „Królestwo  Boże”

jest  albo  nobliwym  terminem  teologicznym,  albo  zwrotem  wypranym  z  głębszego  znaczenia  zbyt

częstym  nadużywaniem. Ale  właśnie  o  coś  takiego  mi  chodzi:  tradycja  i  pustawe  slogany,  a  my?  –

gdzieś pośrodku.

Oczywiście „Królestwo Boże” można traktować jako synonim życia  wiecznego. Ale  przy  takim

rozumieniu  nasza  codzienna  modlitwa  „Przyjdź  Królestwo  Twoje”  byłaby  trochę  tautologią  –

niezależnie  od  naszych  próśb  Królestwo  Boże  i  tak  przyjdzie.  Może  więc  należałoby  sięgnąć  do

dalszych  słów Modlitwy  Pańskiej:  „jako  w  niebie,  tak  i  na  ziemi”.  Myślę,  że  wyrażenie  „tak  i  na

ziemi”  jest  celowo  niedookreślone,  otwarte,  dopuszczające  wiele  rozumień.  Tak  otwarte  jak

przestrzeń  poza  horyzontem…  Niech  mi  więc  będzie  wolno  z  tego  pola  znaczeń  wybrać  jedno

i sformułować postawione na początku pytanie w następujący sposób: czy jest możliwe, by ludzkość,

zdana sama na siebie, na swój własny rozum i swoje własne metody działania, była w stanie… nie

oczyścić  świat  ze  zła,  bo  taki  zamiar  od  początku  byłby  utopią,  lecz  przynajmniej  zminimalizować

skutki jego działania?

Zauważmy,  że  pytanie  to  zostało  tak  przeformułowane,  iż  mieści  się  całkowicie  w  ziemskim

horyzoncie.  Dzisiejsi  ludzie  chętnie  zadowoliliby  się  czymś  znacznie  mniejszym  niż  życie  wieczne,

byleby przynajmniej tymczasem mieć bezpieczny grunt pod nogami. Rozważając to pytanie, nie chcę

jednak  zamykać  się  w  tej  perspektywie.  Owszem,  żyję  na  ziemi,  w  tej  konkretnej  epoce  –  horyzont

naszej  małej  planety  i  horyzont  naszych  krótkich  czasów  przesłania  mi  szersze  widoki  –  ale  mimo

wszystko chcę uniknąć podwórkowej perspektywy, chcę wyjść poza bezpośredniość.

background image

Kiedy  się  patrzy  na  tak  zwaną  arenę  dziejów,  samo  postawienie  pytania,  tak  jak  zostało  ono

postawione,  wydaje  się  jednak  utopią.  Historia  ludzkości  wygląda  jak  jeden  makabryczny  dramat,

składający  się  z  wielu  równie  makabrycznych  dramatów,  tyle  że  na  mniejszą  skalę.  Jedynie  tu

i ówdzie, jak rodzynków w skąpo pieczonym cieście, można dopatrzyć się bardziej optymistycznych

plamek na tle wszystko ogarniających różnych odcieni szarości lub nawet makabrycznej czerni. Ale

mimo  to  nie  brakowało  głosów  –  i  to  wcale  nie  tak  rzadkich  –  które  usiłowały  wywieść  z  tego

smętnego  obrazu  nuty  optymizmu.  I  to  –  optymizmu  sięgającego  niekiedy  głębokich  warstw

rzeczywistości  (malkontent  mógłby  powiedzieć,  iż  nic  dziwnego,  że  trzeba  szukać  głęboko,  skoro

w  wierzchnich  warstwach  niczego  nie  widać).  Przypomina  się  pogląd  Sokratesa  (o  którym  już

wspomniałem), że cnota jest mądrością, a jej brak głupotą i wystarczy uczyć ludzi mądrości, by stali

się dobrymi. Choć niestety tak nie jest (bywają dobrzy, ale głupawi, i źli, którzy potrafią rozsądnie

myśleć), ale przyznam się, że sympatyzuję z poglądem Sokratesa. Coś jest jednak w tym, że człowiek

naprawdę  mądry  nie  postępowałby  źle  (choćby  tylko  dlatego  że  to  się  jednak  może  źle  skończyć).

Albo  na  przykład  idea  oświeceniowego  postępu:  człowiek  jest  z  natury  dobry,  wystarczy  mu

stworzyć  dobre  warunki  i  wszystko  pójdzie  we  właściwym  kierunku.  Oczywiście  istnieje  postęp:

naukowy,  techniczny,  postęp  dobrobytu  –  w  niewielkich  obszarach  na  naszej  planecie,  ale  gdyby

oświeceniowi  myśliciele  mogli  zobaczyć,  do  czego  to  wszystko  zwykle  prowadzi,  wątpię,  czy

pozostaliby  nadal  tak  wielkimi  optymistami.  Do  teoretycznego  i  praktycznego  absurdu  ideę  postępu

doprowadził  marksizm,  głosząc,  że  historią  rządzą  nienaruszalne  prawa,  które  i  tak  sprawią,  iż

zwieńczający  dzieje  ludzkości  cel  zostanie  osiągnięty.  Historii  trzeba  tylko  trochę  pomóc,  aby

zechciała  przyspieszyć  swój  bieg,  przez  porządkowanie  stosunków  produkcyjnych  i  przez

zorganizowanie  od  czasu  do  czasu  bratobójczego  przelewu  krwi.  Jak  na  ironię,  marksizm  uczył,  że

kryterium  prawdy  stanowi  praktyka,  zwłaszcza  praktyka  produkcyjna.  I  rzeczywiście  –  praktyka

niemiłosiernie wywiązała się z tego zadania w stosunku do samego marksizmu.

Stosunkowo łatwo jest poddawać druzgocącej krytyce poglądy innych w tak trudnych sprawach,

jakimi  są  problemy  związane  z  historią  i  kwestiami  społecznymi.  Postawmy  jednak  pytanie

skierowane  pod  własnym  adresem:  czy  chrześcijaństwo  nie  ma  czegoś  do  powiedzenia  na  temat

budowania Królestwa Bożego na ziemi?

Myślę, że chrześcijaństwo nie ma gotowych recept na problemy tego świata, ale daje ono pewną

wizję  rzeczywistości,  w  świetle  której  należałoby  poszukiwać  rozwiązań  także  i  ziemskich

problemów.

A  więc  przede  wszystkim:  czy  istnieją  jakieś  historyczne  konieczności?  Lub  jeszcze  bardziej

podstawowo: o jaką historię chodzi? Ostatni rozdział Społeczeństwa otwartego… Poppera nosi tytuł

„Czy  historia  ma  jakiś  sens?”.  Chcąc  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  Popper  zastanawia  się  najpierw

background image

nad tym, czy historia w ogóle istnieje. I odpowiada, że to, co ludzie zwykle rozumieją przez słowo

„historia”,  jest  bardzo  wybiórcze;  przeważnie  jest  to  „historia  międzynarodowych  przestępstw

i masowych mordów”, chociaż niekiedy zawiera także opisy „pewnych prób, by je przezwyciężyć”.

Dla  żadnego  rozsądnego  humanisty,  zwłaszcza  chrześcijanina  (dodaje  Popper),  nie  może  istnieć

historia  ludzkości.  Przecież  żaden  człowiek  nie  jest  ważniejszy  od  innego  człowieka.  „Historia

ludzkości,  gdyby  była  możliwa,  musiałaby  być  historią  wszystkich  ludzi.  Musiałaby  to  być  historia

wszystkich  ludzkich  nadziei,  zmagań  i  cierpień”.  W  swych  nadziejach  i  zmaganiach  stary  człowiek,

który walczy sam z sobą, żeby jeszcze ten kolejny dzień utrzymać się na powierzchni, nie jest mniej

ważny  od  prezydenta  Stanów  Zjednoczonych.  Oczywiście  takiej  historii  –  historii  wszystkich  ludzi

i wszystkich ich przeżyć – nie da się napisać, ona jednak istnieje, i to istnieje bardziej „naprawdę”

niż  jakakolwiek  historia  pisana.  Chociaż  w  tym  przypadku  „naprawdę”  nie  znaczy  „w  sposób

bardziej trwały”. Tu także tkwi jakaś filozoficzna prawda: historia zapisana w książce trwa, dopóki

nie  spali  jej  jakiś  ogień  albo  jakiś  mól  nie  zje,  natomiast  „prawdziwa”  historia  przemija  sama

z  siebie.  Obudzona  ludzka  nadzieja  czy  odruch  strachu  w  jakiś  niewytłumaczony  sposób  wynurzają

się  z  nieistniejącej  jeszcze  przyszłości,  na  mgnienie  oka  rejestrują  się  w  rzeczywistym  „teraz”

i natychmiast zapadają się w przeszłość, której już nie ma i którą właśnie trzeba by nazwać historią.

Jednak  tylko  taka  historia  –  składająca  się  z  nieustannych  przemijań  –  naprawdę  istnieje,  tylko  ona

jest  realna.  Wszystkie  inne  historie:  historia  narodu,  przemian  społecznych,  kultury…  –  to  tylko

abstrakcje wywiedzione z wydarzeń, jakie przydarzyły się wielu konkretnym ludziom i przez jakichś

inteligentnych historyków zostały uśrednione w ten sposób, że lepiej czy gorzej układają się w pewne

całości.

Czy zatem takimi konkretnymi, rzeczywistymi ludzkimi historiami rządzą jakieś odgórne prawa?

Niewątpliwie  ludzkie  historie  zazębiają  się,  „nikt  nie  jest  samotną  wyspą”,  działania  jednych  ludzi

wpływają  na  zachowania  innych;  ponieważ  ludzi  jest  dużo,  zaczynają  działać  prawa  statystyki

i jednostka czuje się ograniczona, a niekiedy wręcz zgnieciona przez masę. To wszystko prawda, ale

jest  w  nas  coś,  co  należy  do  naturalnego  wyposażenia  człowieka  i  co  nazwałbym  wewnętrzną

przestrzenią  wolności.  Można  ją  w  sobie  zachować  nietkniętą  nawet  wtedy,  gdy  zła  wola  innych

odbierze nam wolność zewnętrzną: zamknie w więziennej celi lub skuje kajdanami.

Wewnętrzna  przestrzeń  wolności  nie  została  nam  dana  raz  na  zawsze,  w  postaci  gotowej,  jako

coś, co trwa bez zmian. Przeciwnie – powiedziałbym, że jest ona raczej wiotka, delikatna i łatwo ją

w sobie zredukować do zwyrodniałego minimum, jeśli nie otacza się jej troskliwą pieczołowitością.

Jednym  z  najskuteczniejszych  i  najbardziej  rozpowszechnionych  środków  jej  karłowacenia  jest

„upodabnianie się do środowiska”: czynienie i myślenie w określony sposób, bo tak czynią i myślą

inni.

background image

Ale z drugiej strony wewnętrzna przestrzeń wolności, pielęgnowana i rozwijana, staje się jedną

z  najpotężniejszych,  a  w  każdym  razie  najbardziej  zdumiewających  sił,  jakie  istnieją  we

Wszechświecie.  Właśnie  dzięki  niej  jednostki  mogą  wpływać  na  tak  zwaną  historię  ludzkości.

Mówiąc  bardziej  chrześcijańskimi  kategoriami,  ludzie  zostali  obdarzeni  rozumem  oraz  wolną  wolą

i  dzięki  temu,  poprzez  swoje  działania,  mogą  wpływać  na  ulepszanie  międzyludzkich  stosunków.

Historią  ludzkości  (jeśli  już  mamy  pozostać  przy  tym  tradycyjnym  określeniu)  nie  rządzą  żadne

aprioryczne prawa, ale ludzie mogą ją prowadzić ku lepszemu przez swoje mądre działania. Jest to

przedsięwzięcie  bardzo  trudne,  zwykle  pełne  klęsk,  niepowodzeń,  cofania  się  i  potknięć,  ale

możliwe. A jeśli możliwe, to jest ono naszym obowiązkiem.

Jak  wspomniałem,  chrześcijaństwo  proponuje  pewną  wizję  rzeczywistości  i  gdy  myślimy

o  budowaniu  „Królestwa  Bożego  na  ziemi”,  trzeba  odwołać  się  do  tej  wizji  i  głęboko  przemyśleć

wynikający  z  niej  wniosek  o  wewnętrznej  przestrzeni  wolności  jako  zaczynie  zdolnym  ulepszać

historię ludzi.

Chrześcijańska  wizja  świata  ma  jednak  w  tej  sprawie  jeszcze  coś  więcej  do  powiedzenia.

Powróćmy do Kazania na Górze:

 

Dlatego  powiadam  wam:  Nie  troszczcie  się  zbytnio  o  swoje  życie,  o  to,  co  macie  jeść  i  pić,  ani  o  swoje  ciało,  czym  się  macie

przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani

żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej

trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom

na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna

z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was,

małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać?

Bo  o  to  wszystko  poganie  zabiegają.  Przecież  Ojciec  wasz  niebieski  wie,  że  tego  wszystkiego  potrzebujecie.  Starajcie  się  naprzód

o królestwo [Boga] i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6, 25–33).

 

Czyż nie jest to zniechęcające? Po co w ogóle zabiegać o ulepszanie jakiejś historii? Ptaki o nic

się nie troszczą, a żyją. Polne kwiaty się nie troszczą, a żyją i są piękne. Wprawdzie do czasu, ale

dokładnie tak jak my. Więc po co?

Przeczytajmy  jednak  ten  tekst  dokładnie  i  nie  wyrywajmy  go  z  kontekstu  życia.  Ewangelia  jest

pisana dla ludzi umieszczonych w konkretnych sytuacjach i czytanie jej in abstracto może prowadzić

na manowce. A więc spójrzmy na ludzi wokół nas i na siebie. Ogromna większość z nas jest niemal

bez reszty pogrążona w trosce o ziemskie sprawy: o jedzenie, picie, mieszkanie, zdrowie, urządzenie

sobie  życia,  a  niekiedy  także…  o  ulepszanie  historii.  I  rzeczywiście,  ci  z  nas,  którzy  nie  potrafią

spojrzeć poza krąg tych spraw, stają się podobni do zwierząt lub polnej trawy, które są całkowicie

zajęte zbieraniem pożywienia, wyciąganiem soków z gleby i zapewnianiem ciągłości gatunku. Trzeba

background image

czasem wstrząsnąć ludźmi, by wychylili się poza swój ciasny horyzont.

 

Przecież  Ojciec  wasz  niebieski  wie,  że  tego  wszystkiego  potrzebujecie.  Starajcie  się  naprzód  o  królestwo  [Boga]  i  o  Jego

sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.

 

A więc przede wszystkim sprawiedliwość Bożego Królestwa, także Królestwa Bożego na ziemi,

ale z zachowaniem właściwej hierarchii wartości. Jeżeli tylko w „tym świecie” widzimy najwyższą

wartość, poza którą nasz wzrok nie sięga, jesteśmy skazani na fiasko.

Czy jednak taka interpretacja ewangelicznego tekstu, ten nasz zabieg egzegetyczny, nie sprowadza

się ostatecznie do złagodzenia kontrastu – kontrastu pomiędzy wymaganiami Królestwa Bożego a tym

wszystkim,  co  i  tak  ma  być  nam  przydane?  Czy  nie  jest  ustępstwem  na  rzecz  naszych  zwyczajów

i  zadawnionych  sposobów  myślenia?  Jeżeli  tak,  to  musimy  się  wycofać  i  wrócić  do  radykalizmu

Ewangelii. Kontrast pomiędzy wiecznym Królestwem Bożym a „trawą, która dziś jest, a jutro będzie

w piec rzucona”, nie jest tylko figurą literacką, lecz czymś zamierzonym.

 

(…) można bowiem zużyć życie, nie wykraczając poza bezpośredniość.

 

Wysiłek  włożony  w  ulepszanie  siebie  i  ludzkiej  historii  tylko  wtedy  ma  sens,  gdy  zostaje

wkomponowany w większą całość – w całość, która rozsadza wszystkie nasze horyzonty.

Wina

Każdy z nas przeżywał kiedyś uczucie winy. Przeżywać – to dobre słowo. Bo to się przeżywa: wstyd,

poczucie  niesmaku,  niechęć  do  siebie  samego.  Ale  to  jeszcze  nie  wszystko.  Nie  da  się  tego  ująć

w  słowa.  Jest  to  po  prostu  sprawa  bolesnego  doświadczenia  jednego  z  najbardziej  bolesnych

ludzkich  doświadczeń.  Uczyniłem  źle  –  doskonale  wiem,  co  to  znaczy,  choć  nie  potrafię  tego  ująć

w  słowa.  Próbuję  się  usprawiedliwić,  ale  wszystkie  wykręty  pozostają  bezsilne.  Czasem  wtedy

mówię, że czuję się paskudnie.

Poczucie winy nie jest jedynie wiedzą, czynnością intelektu, podobną do tego, gdy się wie, że się

popełniło błąd w rachunkach. Uczyniłem źle – wie o tym nie tylko rozum, wiem o tym całym sobą.

Niektórzy  myśliciele  (na  przykład  Leszek  Kołakowski)  twierdzą,  że  zło  ma  w  jakimś  sensie

wymiary kosmiczne. Czując w sobie ten niepokój, który nazywa się wyrzutem sumienia, zdaję sobie

sprawę  z  tego,  że  moje  miejsce  w  kosmicznym  porządku  zostało  zaburzone.  Była  harmonia,  ład,

a  teraz  coś  zostało  poruszone,  przestawione  i  już  nie  jest  tak,  jak  trzeba.  Mówiąc  o  „kosmicznym

porządku”,  nie  mam  na  myśli  Wszechświata  w  rozumieniu  współczesnej  nauki,  lecz  raczej  Kosmos

w  znaczeniu  greckim,  jako  coś,  co  mnie  ogarnia  i  co  znajduje  się  we  mnie;  sam  jestem

background image

mikrokosmosem.

Nie, nawet nie lękam się jakiejś zemsty ze strony Kosmosu, że może mnie zgnieść, zgubić za moje

zuchwalstwo.  O  tym  nawet  nie  myślę.  Raczej  odczuwam  smutek,  że  ład,  jaki  panował

w rzeczywistości (także we mnie samym), został naruszony.

Proszę  zwrócić  uwagę,  że  w  tym  opisie  poczucia  winy  ani  razu  nie  odwołałem  się  do  Boga.

Celowo. Myślę, że nawet ludzie niewierzący jakoś tak odczuwają popełnione przez siebie zło. Dla

wierzącego „kosmiczny porządek” utożsamia się z Autorem tego porządku, a poczucie winy nabiera

sensu  zerwania  –  lub  przynajmniej  naruszenia  –  bardzo  intymnych  związków  pomiędzy  dwiema

osobami: mną i moim Bogiem. Coś pękło, coś się zerwało. Była szansa na największą rzecz mojego

życia,  na  NAJWIĘKSZE  ODNALEZIENIE,  a  tymczasem…  W  najlepszym  razie  zamiast  wielkości

jest tylko przeciętność.

Nie  będę  dalej  prowadzić  tego  wątku.  Chcę  tylko  postawić  problem  i  zaprosić  do  jego

samodzielnego rozważenia. Nie da się postąpić inaczej, bo problemem jestem ja sam. Poczucie winy

to  sygnał,  że  problem  stoi  przede  mną  i  domaga  się  rozwiązania.  A  rozwiązanie  istnieje:

w  chrześcijańskiej  wizji  rzeczywistości  wina  nie  jest  nieodwracalna.  Nieodwracalny  jest  czas

i  nieodwracalne  są  raz  dokonane  czyny,  ale  –  i  to  jest  zupełnie  niebywały  DAR

CHRZEŚCIJAŃSTWA – wina będąca wynikiem popełnionych czynów może zostać zmazana.

Tak,  wina  ma  wymiary  kosmiczne,  nawet  najmniejsze  zło  dzieje  się  „na  miarę  Kosmosu”. Ale

jeżeli tak, to i dobro, nawet najmniejsze dobro wykonane przeze mnie, przemienia świat. Nie tylko

przywraca  naruszony  ład,  ale  tworzy  nową  harmonię.  Historia  świata  jest  zmaganiem  się  dobra  ze

złem, ale DOBRA NOWINA chrześcijaństwa sprowadza się do tego, że zło nie ma szans. Już zostało

pokonane.  Jednak  w  swojej  niepojętej  dla  nas  ekonomii  On  potrzebuje  sprzymierzeńców.  Chce,  by

ostateczny kształt Wszechświata, w którym zapanuje dobro, był także naszym dziełem.

Pomyślmy  o  tym,  gdy  będziemy  się  zastanawiać  nad  poprawianiem  świata  oraz  nad  dobrem

i złem naszego życia.

background image

DZIEŃ 3

… co gwiazdy porusza i słońce

W

  naszych  rozważaniach  przewijało  się  pytanie:  JAK  ŻYĆ?  Powróćmy  do  niego  jeszcze  raz.

Gdybyśmy zechcieli to pytanie ubrać w bardziej religijną – i być może bardziej tradycyjną – formę,

zapytalibyśmy zapewne: Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?

 

A  oto  powstał  jakiś  uczony  w  Prawie  i  wystawiając  Go  na  próbę,  zapytał:  „Nauczycielu,  co  mam  czynić,  aby  osiągnąć  życie

wieczne?”.  Jezus  mu  odpowiedział:  „Co  jest  napisane  w  Prawie?  Jak  czytasz?”.  On  rzekł:  „Będziesz  miłował  Pana,  Boga  swego,

całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jezus rzekł

do niego: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył” (Łk 10, 25–28).

 

Tak, to jest napisane w Prawie, a w chrześcijaństwie jest największym przykazaniem. Ale w jaki

sposób Miłość może być nakazem? Czyż nie jest ona porywem serca, uczuciem, namiętnością? Jak to

wszystko można sobie nakazać?

Myślę, że często popełniamy tu bardzo poważny błąd. Poryw serca i namiętność pozostają tylko

porywem  serca  i  namiętnością  i  nie  zasługują  na  nazwę  Miłości,  jeżeli  nie  towarzyszy  im  jeden

konieczny warunek: gotowość do poświęceń, stawianie wyżej od siebie, dar z życia. Są to pozornie

trzy różne określenia, ale stanowią one jedno. Porywy i namiętności mijają i jeżeli Miłość tylko do

nich by się ograniczała, niewiele różniłaby się od rozczarowania, a nawet tragedii.

Można  to  opisać  bardziej  filozoficznie.  Każdy  ma  pewną  hierarchię  wartości  –  taką,  że  jest

zdecydowany  wartości  niższe  podporządkowywać,  a  w  razie  potrzeby  poświęcać,  wartościom

wyższym. Jeżeli jakaś osoba w mojej hierarchii wartości stoi bardzo wysoko, to kocham ją, a jeżeli

stoi  na  najwyższym,  pierwszym  miejscu,  to  kocham  ją  nade  wszystko.  W  religii  chrześcijańskiej  to

najwyższe miejsce jest zarezerwowane dla Boga. Do tego sprowadza się przykazanie miłości Boga

nade  wszystko.  Uznaję,  że  On  jest  na  pierwszym  miejscu,  i  jestem  gotów  swoim  postępowaniem

zagwarantować Mu to miejsce w całym moim życiu.

I tylko tak rozumiana Miłość może być nakazem. Powróćmy do myśli z pierwszego dnia. Nakaz

Stwórcy jest zawsze rozpoznaniem. Taka jest rzeczywistość i tak masz czynić. Jeżeli czynisz inaczej,

background image

jesteś w opozycji do rzeczywistości. Ja jestem tą rzeczywistością. Bóg jest Miłością.

Ale czy nie jest to miłość wyrozumowana, filozoficzna, przeintelektualizowana, pozbawiona tego

„egzystencjalnego dreszczu”, który powstaje w nas, gdy spotykamy się z Miłością? Święci i mistycy

w  swoich  kontaktach  z  Bogiem  niekiedy  przeżywali  tego  rodzaju  przeniknięcie  Miłością  (nam,  być

może,  bywa  to  czasem  dane  w  jakiejś  mocno  wycieniowanej  wersji),  ale  nie  jest  to  –  jak  sądzę  –

istota Miłości, lecz najwyżej jej objaw. Prawdziwa Miłość wymaga czego innego: „nie ma większej

Miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13). To jest właśnie to, co

w  Miłości  sięga  do  trzewi  istnienia.  Nie  dreszcz,  nie  uniesienie,  ale  życie  –  całe  życie,  wszystko.

Oddać przyjacielowi: masz, jest Twoje.

Myślę, że jednak nie bez powodu mądrość, zaklęta w genezie języka, każe używać tego samego

wyrazu  na  określenie  Miłości  do  Boga  i  Miłości  ludzkiej,  cielesnej.  Miłość  jest  z  natury  płodna.

W  porywie  Miłości  cielesnej  poczyna  się  życie.  Dante  okazał  się  wielkim  teologiem,  gdy Boską

komedię kończył strofą:

 

Fantazji wzniosłej tu zabrakło lotu,

ale mej woli i mych pragnień gońce

w ruch już wprawiła, na kształt kół obrotu Miłość, co gwiazdy porusza i słońce

(przekład Aliny Świderskiej).

 

Miłość porusza Wszechświat. Jej innym wcieleniem (a może tylko cieniem) jest twórczość poety,

który potrafi wznieść się ponad swoje ograniczenia i dostrzec rzeczy przed innymi zakryte.

Teologia uczy, że akt stworzenia świata jest aktem Miłości. Powinniśmy tę prawdę traktować nie

jako  scholastyczne  stwierdzenie,  lecz  jako  nieudolne  wyrażenie  w  słowach  tego,  że  Najwyższa

Miłość  jest  ze  swej  natury  Najwyższą  Płodnością.  I  nie  powinniśmy  się  wahać  wyciągać  z  tego

konsekwencji.

Nasze doświadczenie mówi, że płodność wiąże się z cierpieniem. Jest rzeczą zastanawiającą, że

„miłość  seksualna”  w  procesie  ewolucji  biologicznej  pojawiła  się  razem  z  koniecznością  śmierci.

Przed  pojawieniem  się  seksualności  nie  było  śmierci,  był  podział  osobnika,  ale  nie  jego  zagłada.

Dopiero  wyodrębnienie  się  płci  sprawiło,  że  dwa  osobniki  przeciwnej  płci,  po  spełnieniu  swego

biologicznego  zadania,  nieuchronnie  starzeją  się  i  umierają.  Niezależnie  od  tego,  czy  tkwi  w  tym

jakaś głębsza „ontologiczna” prawidłowość, czy jest to tylko rodzaj ewolucyjnej sztuczki, z własnego

doświadczenia  wiemy,  że  twórczość  (będąca  płodnością)  zawsze  łączy  się  z  cierpieniem,

wyczerpywaniem  życiowych  energii,  bólem  rodzenia  czegoś  nowego.  Tak,  owszem,  nasze  istnienie

jest  skażone  jakimś  fundamentalnym  złem,  ale  czy  nie  mamy  prawa  przypuszczać  –  skoro  jesteśmy

„na  obraz  i  podobieństwo”  naszego  Stwórcy  –  że  to,  co  u  nas  jest  czernią,  plamą,  u  Niego  jest

background image

kontrastem,  niezbędnym  elementem  całości?  Płodność  wymagała  stworzenia,  a  Miłość  tego,  by

stworzenie  obdarować  wolnością.  Bez  wolności  nie  może  być  odpowiedzi  Miłością  na  Miłość,

a wolność nieuchronnie łączy się z ryzykiem odmowy, z zaprzeczeniem Miłości, a więc ze złem. Czy

jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Trzeba było niewyobrażalnie Mądrej Miłości, aby znaleźć właśnie

takie  rozwiązanie:  „nie  ma  większej  Miłości  od  tej,  gdy  ktoś  życie  swoje  oddaje  za  przyjaciół

swoich” – wziąć ryzyko odmowy na siebie i całkiem dobrowolnie ponieść wszystkie konsekwencje

tego kroku.

Warto w tym miejscu przypomnieć mądrą i niesłusznie zapomnianą książkę Antoniego Gołubiewa

Listy do przyjaciela. Przyjaciel, do którego Gołubiew pisze list-książkę, buntuje się przeciwko złu.

Wojna  jeszcze  krwawi  świeżą  raną  i  doświadczenie  cierpienia  boli  chyba  bardziej  niż  w  innych

okresach  historii.  Gołubiew  przywołuje  wszystkie  teologiczne  argumenty,  które  mają  jeśli  nie

wyjaśnić,  to  przynajmniej  „oswoić”  problem  zła,  ale  mimo  długich  wywodów  czuje  ich

nieskuteczność; pisze:

 

Musimy  szukać  ratunku.  Nad  całą  ziemią  w  słońcu  widzę  wielki  cień  krzyża.  I  aczkolwiek  nie  zaprzeczam  niczemu,  co  dotąd

napisałem,  czuję  bolesną  niewystarczalność  wypowiedzianych  słów.  Nie  pozostaje  mi  nic  innego,  jak  iść  tą  smugą  cienia  przez

rozświeconą  ziemię,  aż  do  jego  podnóża,  do  owego  wzniesienia,  gdzie  przed  dwoma  tysiącami  lat  wkopano  pionową  belkę

z zawieszonym na niej Synem Człowieczym, który przyjął na swe wyciągnięte ramiona wszystkie cierpienia świata. Nie pozostaje mi

nic innego – a to jest konkret, który nie przestając być Tajemnicą, stanowi jedynie możliwą Odpowiedź. Dotykam czołem tej belki i

jakoś niezdarnie (…)

9

.

 

Przerwijmy ten cytat, cokolwiek byłoby dalej, byłoby „niezdarnie”…

 

*

 

– Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?

– Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego

bliźniego jak siebie samego.

– To czyń, a będziesz żył.

 

*

 

A bliźniego swego jak siebie samego. Są to słowa, które zmieniły oblicze świata. Kto wie, czy nie

najdonioślejsze  ze  wszystkich  słów,  jakie  kiedykolwiek  miały  wpływ  na  ludzką  historię.  Mordów

i zbrodni przeciw ludzkości jest dziś z pewnością więcej niż w innych epokach, ale spotykają się one

z coraz bardziej rosnącą reakcją opinii publicznej, a nawet sami ich sprawcy (nie licząc fanatyków-

background image

zboczeńców) popełniają je na ogół pod płaszczykiem dobrej sprawy.

Uniwersalizm  miłości  bliźniego  jest  najbardziej  wyróżniającą  jej  cechą.  „Wszystko,  co

uczyniliście  jednemu  z  tych  braci  moich  najmniejszych,  Mnieście  uczynili”  (Mt  25,  40).  Nie

wykluczać  nikogo,  nawet  wrogów,  spod  działania  kryterium  „jak  siebie  samego”.  Jest  to  zaczyn,

który  nadal  przeobraża  ludzką  historię,  ale  jednocześnie  stawia  ideał,  od  którego  ciągle  jesteśmy

odlegli o lata świetlne. Zarówno w życiu społecznym, jak i na naszym własnym podwórku.

Nie  wolno  nam  się  usprawiedliwiać,  że  to  jest  dopiero  drugie  przykazanie,  że  pierwsze  jest

ważniejsze. W jakimś sensie między tymi dwoma przykazaniami został postawiony znak równości:

 

Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;

byłem spragniony, a daliście Mi pić;

byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;

byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;

byłem chory, a odwiedziliście Mnie;

byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie (Mt 25, 35–36).

 

Są to słowa uroczyste, jak uroczysty jest każdy wyrok sądowy. A oto i uzasadnienie wyroku:

 

Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40).

 

*

 

Chciałbym  jeszcze  zwrócić  uwagę  na  jeden  związek  –  Miłości  z  Prawdą.  Trwała  Miłość  rodzi  się

zawsze  z  rozpoznania  jakiejś  prawdy.  Bardzo  często  to  rozpoznanie  nie  jest  stopniowym,

dyskursywnym  dochodzeniem  do  wniosków,  lecz  czymś  w  rodzaju  doświadczenia  lub  nawet

oświecenia. Ale  bardzo  wyraźnie  ma  to  charakter  rozpoznania.  Z  drugiej  jednak  strony  Miłość  jest

gwarancją Prawdy. Osobie wypróbowanej w miłości wierzy się bez zastrzeżeń. I nie jest to czymś

irracjonalnym.  Wręcz  przeciwnie  –  byłoby  rzeczą  bezrozumną  nie  pokładać  całkowitego  zaufania

w kimś, kto nigdy nie zawiódł. Pawłowe „Miłość (…) wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada

nadzieję”  z  Pierwszego  Listu  do  Koryntian  (13,  7)  nie  jest  deklaracją  naiwności,  lecz  wyznaniem

bezgranicznego zaufania do Tego, kogo się bezgranicznie kocha, kogo się w miłości sprawdziło. Bo

miłość z natury rzeczy jest „sprawdzająca”.

Ta  „filozofia  Miłości”  jest  cechą  charakterystyczną  chrześcijaństwa,  wyróżniającą  je  spośród

wszystkich  innych  religii.  „Po  tym  wszyscy  poznają,  żeście  uczniami  moimi,  że  będziecie  się

wzajemnie  miłowali”  (J  13,  35).  Ten  swój  „znak  rozpoznawczy”  chrześcijaństwo  przyjęło

bezpośrednio  od  swojego  Założyciela.  I  na  tym  polega  etyczna  wzniosłość  i  niezwykłe  piękno

background image

doktryny  chrześcijańskiej.  Co  więcej,  ten  niezmiernie  wysoki  standard  moralny  staje  się

równocześnie  gwarancją  prawdziwości  chrześcijańskiego  przesłania.  Związek  Miłości  z  Prawdą

ujawnia  się  tu  jeszcze  raz.  Tak  bardzo  etycznie  wymagająca  doktryna  nie  może  być  oparta  na

kłamstwie.  Jan  Apostoł  w  swoim  Pierwszym  Liście,  tym  samym,  w  którym  zamieścił  to

fundamentalne stwierdzenie:

 

Bóg jest miłością:

kto trwa w miłości, trwa w Bogu,

a Bóg trwa w nim (1 J 4, 16),

 

pisze:

 

[To wam oznajmiamy]

(…) co ujrzeliśmy własnymi oczami,

na co patrzyliśmy

i czego dotykały nasze ręce (1 J 1, 1).

 

Te  dwa  stwierdzenia  wzajemnie  się  wspierają.  Połączenie  Wielkiej  Filozofii  Miłości

z  cynicznym  kłamstwem  („czego  dotykały  nasze  ręce”)  byłoby  jakąś  karkołomną  moralną

sprzecznością. I nie dotyczy to tylko świadectwa Jana, lecz również setek lub nawet tysięcy innych

świadectw.  Wiemy,  choćby  z  najnowszej  historii,  jak  łatwo  zmieniać  przekonania  oparte  na

kłamstwie,  i  to  wcale  nie  za  cenę  życia,  lecz  dla  małych,  doraźnych  korzyści.  Ilu  wyznawców

„jedynie słusznej ideologii” zrobiło to niemal z dnia na dzień?

W  chrześcijańskiej  wizji  świata  Miłość  i  Prawda  to  dwa  oblicza  Tego  Samego.  Jeżeli  Miłość

„porusza słońce i gwiazdy”, to ten, kto naprawdę kocha, ma udział w tym, co naprawdę JEST. Kto

kocha, ma udział w Prawdzie; kto łączy się z Prawdą, poddaje się Miłości.

 

*

 

Lecz wy starajcie się o większe dary: a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

i znał wszystkie tajemnice,

i posiadał wszelką wiedzę,

i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,

background image

a miłości bym nie miał,

byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,

a ciało wystawił na spalenie,

lecz miłości bym nie miał,

nic bym nie zyskał.

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą,

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje,

[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,

albo jak dar języków, który zniknie,

lub jak wiedza, której zabraknie.

Po części bowiem tylko poznajemy

i po części prorokujemy.

Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,

zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem,

mówiłem jak dziecko,

czułem jak dziecko,

myślałem jak dziecko.

Kiedy zaś stałem się mężem,

wyzbyłem się tego, co dziecięce.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;

wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz.

Teraz poznaję po części,

wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:

z nich zaś największa jest miłość

(1 Kor 12, 31–13, 1–13).

 

*

 

background image

Niewątpliwie  jednym  z  najwybitniejszych  teologów  katolickich  XX  wieku  był  Karl  Rahner.  Dwa

miesiące  przed  jego  śmiercią,  która  nastąpiła  w  kwietniu  1984  roku,  odbyła  się  we  Fryburgu

uroczystość  w  związku  ze  zbliżającymi  się  osiemdziesiątymi  urodzinami  Rahnera.  Na  zakończenie

zabrał głos sam jubilat i mówił o Doświadczeniach katolickiego teologa. Przedstawił kilka swoich

doświadczeń  jako  katolickiego  teologa,  ale  chcę  dziś  zwrócić  uwagę  tylko  na  jedno  z  nich.  I  tak

Rahner  podkreślił,  że  bardzo  silnie  przeżywał  to,  co  „w  naszej  teologii  jest  centrum  wszystkiego,

o czym mamy mówić”. Człowiek tej miary musiał głęboko wniknąć w chrześcijaństwo. Ciekawe jest

dla nas, co uznał za najważniejsze.

 

Tak więc prawdziwym i jedynym centrum chrześcijaństwa i jego orędzia jest dla mnie rzeczywiste samoudzielanie się Boga w Jego

najbardziej własnej rzeczywistości i wspaniałości [podkr. Rahnera], jest przyznanie się do tej zupełnie nieprawdopodobnej prawdy, że

Bóg sam w swojej nieskończonej rzeczywistości i wspaniałości, świętości, wolności i miłości rzeczywiście do końca może się dawać

nam samym w stworzoności naszego istnienia i że wszystko inne, co chrześcijaństwo nam daje albo czego od nas żąda, jest wobec

tego tylko czymś tymczasowym czy też wtórną konsekwencją.

 

Ta  prawda  jest  tak  wielka,  tak  przepastna,  tak  nieprawdopodobna  właśnie,  że  wielu  ludzi

odrzuca  chrześcijaństwo,  bo  nie  są  w  stanie  jej  przyjąć,  nie  są  w  stanie  udźwignąć  jej  ciężaru.

Posłuchajmy dalej Rahnera:

 

Ale najpobożniejsze naśladowanie Jezusa-człowieka, największe zaangażowanie dla sprawiedliwości i miłości w tym świecie, wszelki

humanizm,  który  pragnie  użyć  Boga  dla  człowieka  i  który  nie  rzuca  człowieka  w  otchłań  Boga,  byłby  dla  mnie  jedynie  religią

niewypowiedzianie biednego humanizmu…

 

A więc nie „używać Boga dla człowieka”, lecz „rzucić człowieka w otchłań Boga”.

I  to  właśnie  z  tej  racji,  z  powodu  tego  nieprawdopodobnego  samoudzielania  się  Boga

człowiekowi  –  jak  mówi  Rahner  –  „Jezus  jest  tym,  na  kogo  jedynie  można  liczyć  w  życiu  i  przy

śmierci”.

Nie dlatego że – zwłaszcza przy śmierci – Bóg jest potrzebny człowiekowi, lecz dlatego że Bóg

sobą obdarza w MIŁOŚCI, zarówno w życiu, jak i w śmierci.

„Rzucić się w otchłań Boga…” Jeżeli nie potrafimy tego w życiu, to przynajmniej przygotowujmy

się do tego, by nasza śmierć była kiedyś „rzuceniem się w otchłań Boga”. Ale nie takim jak rzucenie

się samobójcy w ziejącą przepaść, lecz takim, jakim jest rzucenie się w ramiona kogoś, kto bardzo

kocha… Ramiona delikatne, ale potężne, przenikające sobą cały czas i całą wieczność…

background image

Rekolekcje IV

10

WIELKI NIEZNAJOMY

background image

TEN, KTÓRY JEST

Intelektualiście – a kto nim nie jest? – grozi ucieczka w abstrakcję. Myśląc o własnym życiu,

o tym, że należy zamieniać je w twórczość, a nie tylko zużywać, wznosimy się w abstrakcyjne

obszary Dobra, Prawdy i Piękna i, być może, odnajdujemy tam rodzaj ukojenia i wzniosłości. To

dobrze, ale to jeszcze nie wszystko. W chrześcijaństwie Dobro, Prawda i Piękno przybrały

konkretną Postać. Ewangelię przyniósł na świat Jezus Chrystus i On jest jej wypełnieniem. Nawet

jeśli Go jeszcze nie ma i nadal na Niego czekamy, On jest Wielkim Nieobecnym. Ale jest to

nieobecność swoistego typu. Jeżeli się przez nią przeniknie, to On jest. Jest bardziej niż wszystko

inne.

Mądrość życia

G

dyby ktoś kazał nam wymienić kilka cnót, z pewnością byśmy powiedzieli: pobożność, miłość

bliźniego,  sprawiedliwość…  Czy  ktoś  wymieniłby  mądrość?  A  przecież  jest  ona  cnotą

chrześcijańską.  Zalicza  się  do  darów  Ducha  Świętego.  Co  więcej:  myślę,  że  jest  to  jedna

z najważniejszych cnót chrześcijańskich. Ona niejako steruje innymi. Przecież idzie o to, żeby mądrze

rozegrać  swoje  życie.  Na  czym  polega  mądrość  jako  cnota?  Chyba  do  końca  nie  da  się  tego  ująć

w słowa, ale wymienię przynajmniej dwie jej cechy.

Najpierw umiejętność przewidywania, czyli poczucie czasu. Głupiec nie przewiduje, lecz działa

pod wpływem impulsu. I potem zbiera tego owoce. Pamiętamy Chrystusową przypowieść o pannach

mądrych i głupich (nowy przekład Ewangelii łagodzi to wyrażenie i mówi o pannach nierozsądnych,

Mt 25, 1–28). Były głupie, bo nie przewidywały, że skończy im się oliwa w lampach.

W religii chodzi o przewidywanie na długą skalę. Dziś, jutro, pojutrze… Ale co potem? I jeszcze

bardziej potem…? Ileż to ludzkich tragedii rozegrało się, bo było „za późno”. Czas ukazuje właściwą

hierarchię wartości. W danej chwili możemy nawet zło cenić sobie wyżej niż dobro, ale upływający

czas się nie myli, bezlitośnie obnaża wszystkie pozorne wartości.

Drugą  cechą  mądrości  jest  poczucie  konsekwencji,  czyli  umiejętność  logicznego  wyciągania

wniosków. Jeżeli powie się „2 + 2”, to musi się powiedzieć „4”. Jeżeli życie jest krótkie, jeżeli mam

poczucie upływania czasu, jeżeli wiem, że „potem” nadejdzie, to muszę stawiać na te wartości, które

background image

przetrwają  próbę  czasu.  Jeżeli  wiem,  że  życie  etyczne  jest  dobre,  to  konsekwentnie  muszę  etykę

wcielać w życie, czyli muszę postępować etycznie.

Często  słyszymy  o  łasce  Bożej,  ale  nie  bardzo  wiemy,  co  to  takiego.  Myślę,  że  działanie  łaski

Bożej w dużej mierze polega na oświecaniu przez Boga rozumu człowieka, żeby łatwiej dojrzał, co

jest dobre, i wcielał to w życie. To jest dar konsekwentnego myślenia, czyli dar Mądrości.

 

*

 

W Księdze Mądrości czytamy:

 

Przeniosłem  ją  [Mądrość]  nad  berła  i  trony,  i  w  porównaniu  z  nią  za  nic  miałem  bogactwa  (…)  bo  wszystko  złoto  wobec  niej  jest

garścią piasku i srebro wobec niej ma wartość błota (Mdr 7, 7–11).

 

Leżę na plaży. Nabieram w dłoń trochę piasku. Przepuszczam go przez palce. Jaką wartość ma ten

piasek dla mnie? Żadną. W porównaniu z Mądrością wszystko inne, nawet złoto, jest garścią piasku.

O  jaką  Mądrość  chodzi?  Czy  o  tę,  którą  zdobywa  się  w  szkołach  i  na  uniwersytetach?  Tam

zdobywa się wiedzę, nieczęsto Mądrość. Można dużo wiedzieć i być głupim. Bo chodzi o Mądrość

życia; o to, by mądrze żyć.

A  więc  –  życie  dobrze  zaplanować?  Zdobyć  wykształcenie  (odpowiednie  kwantum  wiedzy)  –

takie,  które  byłoby  zgodne  z  moimi  zdolnościami,  ale  także  zapewniłoby  mi  właściwą  pozycję

w  życiu?  To  oczywiście  ważne  i  należy  o  to  zabiegać,  ale  życie  szybko  przeminie,  dnie  i  lata

przesypią się przez palce. Kupka piasku na ziemi.

A więc – może spotkać właściwych ludzi? Związać się z nimi? Dla nich pracować i dla nich żyć?

To oczywiście ważniejsze niż „dobre ustawienie się w życiu”. Dwie razem splecione ręce. Ale przez

nie też piasek szybko się przesypie. I zostaną dwa małe kopczyki piasku.

A  więc  –  może  przestać  myśleć  o  tych  sprawach  i  zająć  się  po  prostu  codziennym  życiem,  by

przeżyć je wygodnie i w miarę uczciwie? Ale czyniąc tak, sprawimy tylko, że piasek w klepsydrze

naszego  życia  przesypie  się  jeszcze  szybciej  i  pytanie  o  Mądrość  życia  stanie  się  jeszcze  bardziej

palące.

 

*

 

We wszystkich tych retorycznych figurach ważną rolę odgrywa przesypywanie się piasku, klepsydra,

czyli  upływanie  czasu.  Właśnie:  kryterium  życiowej  mądrości  jest  czas.  To  on  odsiewa  życiową

background image

głupotę od życiowej mądrości.

Wyobraźmy  sobie  dzień,  który  na  pewno  nadejdzie,  a  w  której  będziemy  mieć  przed  sobą  już

tylko kilka chwil życia.

Co wtedy będzie dla nas ważne?

Odpowiedź jest jedna: Bóg i nasza wieczność.

I nic więcej?

O  nie!  Całe  nasze  życie  będzie  wtedy  niezmiernie  ważne.  I  to,  jak  je  planowaliśmy,  jak

zrealizowaliśmy nasze plany, z jakimi ludźmi się związaliśmy, jak spełnialiśmy nasze obowiązki. Bo

to wszystko jest życiową mądrością. Ale jest nią nie wtedy, gdy żyjemy tylko chwilą obecną i chcemy

z niej wycisnąć wszystko, co się da, lecz wtedy, gdy chwilę obecną wkomponowujemy w Całość –

tak żeby nabrała wartości z celu, do którego zmierza.

Życie  jest  piękne  (choć  trudne)  właśnie  dlatego,  że  przemija,  że  z  każdym  dniem  mogę  być

lepszym człowiekiem. Że nie jest stagnacją, lecz ruchem. Ruchem ku swemu celowi. Mądrość polega

na tym, by o tym wiedzieć i na tej wiedzy budować.

 

*

 

Mijające chwile nie są jak ziarnka piasku, które wiatr rozniesie i nic z nich nie zostanie. Wszystkie

one  powrócą  do  nas.  Zostaną  odzyskane,  ale  dopiero  wtedy  gdy  mądrze  przeżyjemy  życie,  które

zostało nam dane.

Pokój jak rzeka

Każdy z nas ma wrodzone, mniejsze lub większe, poczucie porządku. Czasem odczuwamy niechęć do

posprzątania, ale zawsze lubimy, gdy w mieszkaniu jest czysto i porządnie. Nic więc dziwnego, że od

najdawniejszych  czasów  ludzie  dopatrywali  się  we  Wszechświecie  ładu,  porządku  i  harmonii.

Komos po grecku to „Piękny”, „Harmonijny”.

Ład we Wszechświecie utrzymują prawa przyrody. Jeśli ma być porządek w mieszkaniu, muszą

w  nim  obowiązywać  pewne  zakazy:  nie  wolno  wchodzić  w  zabłoconych  butach,  nie  wolno  rzucać

śmieci na podłogę, trzeba wszystko kłaść na swoim miejscu. Podobnie jest we Wszechświecie: nie

wolno  planetom  i  gwiazdom  poruszać  się  byle  jak,  kamienie  muszą  spadać  na  ziemię  zgodnie

z prawami Newtona, a elektrony w atomach muszą się zachowywać tak, jak im każą prawa mechaniki

kwantowej.

Odkrywaniem ładu kosmicznego zajmuje się nauka. Ale Kosmos to nie tylko martwa przyroda. To

także człowiek z jego światem działań, intencji i woli. W tym świecie także musi panować ład – ład

background image

moralny,  będący  częścią  ładu  kosmicznego.  Nic  więc  dziwnego,  że  odkrywamy  w  sobie  prawa

moralne, strzegące ładu w naszym wewnętrznym świecie, podobnie jak prawa przyrody strzegą ładu

w świecie, który nas otacza.

Istnieje  wszakże  zasadnicza  różnica  między  prawami  przyrody  a  prawami  moralnymi.  Praw

przyrody nie można „nie przestrzegać”, nie można działać wbrew nim. Człowiek, jeżeli je zna, może

co najwyżej wykorzystywać je do swoich celów. W ten sposób powstaje technika, ale nie jest ona

„przeciw przyrodzie”, lecz z nią współpracuje. Natomiast praw  moralnych  można  nie  przestrzegać,

można  działać  wbrew  nim. Ale  wtedy  porządek  moralny  zostaje  naruszony. A  ponieważ  porządek

moralny  jest  częścią  porządku  kosmicznego,  coś  złego  dzieje  się  nie  tylko  w  nas,  lecz  również

w  strukturze  całego  Wszechświata.  Naruszenie  ładu  moralnego  nie  jest  więc  sprawą  prywatną,  jest

sprawą o wymiarze kosmicznym.

Naruszenie porządku domaga się jego przywrócenia. Równowaga dobra w ostatecznym bilansie

musi zostać zachowana. Tu pojawia się problem sprawiedliwości i sankcji za naruszenie moralnego

porządku. Nie można bezkarnie niszczyć harmonii Kosmosu.

Chrześcijańska  nauka  o  moralności  uczy,  że  źródłem  dobra  jest  ten  sam  Stwórca,  który  jest

źródłem  istnienia  Wszechświata  i  zapewnia,  iż  równowaga  dobra  w  ostatecznym  rozrachunku

zostanie przywrócona.

 

Gdy  myślimy  o  prawie  moralnym  i  odnosimy  je  do  siebie,  niejako  automatycznie  myślimy  o  jego

naruszeniu,  a  więc  o  tym,  co  jest  złe.  I  wówczas  rodzą  się  wyrzuty  sumienia.  (Nawiasem  mówiąc,

wyrzuty  sumienia  także  są  znakiem  istnienia  ładu  moralnego:  naruszenie  tego  ładu  powoduje  zgrzyt

w naszej psychice). Ale trzeba również myśleć o tym, co jest dobre. Przecież każdy nasz dobry czyn

wpisuje  się  w  kosmiczny  ład  i  błyszczy  tam  jak  drogocenny  klejnot.  Przez  dobry  czyn  nie  tylko

stajemy się lepsi, ale także lepszy staje się Wszechświat.

Mój  dobry  czyn,  nawet  najmniejszy,  nie  jest  przemijającym  zdarzeniem,  czymś,  co  było  i  nigdy

nie wróci. Trwale włączony w historię Wszechświata, czeka na godzinę swojego triumfu.

 

*

 

Zadajmy  sobie  pytanie:  Czego  nam  naprawdę  brak?  Oczywiście  brak  nam  wielu  rzeczy,  o  które

staramy się i zabiegamy. Ale czego brak nam naprawdę? Brak tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie

z tego sprawy?

Nasze życie jest zagonione. Obowiązek goni obowiązek; troska goni troskę. Zdarzenia następują

po  sobie  jak  scenki  w  wideoklipie.  Nawet  w  chwili  wypoczynku  nasze  myśli  wcale  nie  zwalniają

background image

tempa, a może nawet biegną jeszcze bardziej chaotycznie, jeszcze bardziej bezładnie skaczą z tematu

na temat.

Naprawdę  brak  nam  wewnętrznego  pokoju.  Pokoju,  który  nie  jest  bezruchem,  lecz  głębią;  który

nie  jest  zawieszeniem  w  próżni,  lecz  pełnią  człowieczeństwa.  Pokoju,  który  wynika  z  moralnego

porządku.

Prorok Izajasz był wielkim poetą nie tylko wtedy, gdy pisał: „Oto Ja skieruję do niej [do Nowej

Jeruzalem]  pokój  jak  rzekę”  (Iz  66,  12).  Piękna,  wręcz  wstrząsająca  literacka  metafora:  potężne

wody rozlewającej się szeroko rzeki, ale nie niosą one zniszczenia, lecz życiodajną siłę. Zapewniają

całej okolicy żyzność i plon.

Ta rzeka ma przepływać przez moje wnętrze. To ja mam być „człowiekiem pokoju”. Ten pokój

jest  darem  Boga,  ale  darem,  pod  który  trzeba  samemu  przygotować  właściwy  grunt.  Pokój  Boży

spocznie tylko na tym, kto już w jakimś sensie jest człowiekiem pokoju, człowiekiem wewnętrznego

ładu.

 

Myślę, że są dwa warunki, które trzeba spełnić, aby zyskać wewnętrzny pokój.

Przede  wszystkim  czyste  sumienie.  Czyste  sumienie  nie  polega  na  tym,  żeby  być  bez  grzechu

i winy. Czyste sumienie polega na tym, aby uzyskać od Boga przebaczenie swoich win i grzechów.

I drugi warunek: bezwzględne kierowanie się w życiu dobrem, i tylko dobrem. Bo Dobro i Pokój

to właściwie dwa oblicza tego samego.

Z tych dwu warunków wynika jeszcze trzeci. Jest ich naturalnym następstwem. Pokój wewnętrzny

sprawia, że łatwiej nam zachować pokój z innymi, że stajemy się bardziej wyrozumiali i tolerancyjni.

Wewnętrzny  pokój  jest  zaraźliwy,  przelewa  się  na  innych.  Nie  znaczy  to,  że  przychodzi  łatwo.

Wszystko, co dobre, trzeba wypracowywać i utrwalać niełatwym wysiłkiem. Wysiłkiem, który nigdy

się nie kończy.

Pokój, jaki dziś rozważamy, nie jest chwilowym nastrojem, który powstaje nie wiadomo czemu

i mija jeszcze szybciej, niż przyszedł. Pokój jest jak rzeka, która nie przerywa swojego biegu, dopóki

nie połączy się z oceanem.

Rozsunąć ściany swojego domu

Wygrzebałem  w  mojej  bibliotece  stary  podręcznik  etyki  katolickiej  (wydany  w  1947  roku)  i

znalazłem  w  nim  następujące  zdanie:  „Jeżeli  ściany  domu  rodzinnego  rozsuniemy  tak  szeroko  i  tak

daleko,  by  znalazły  się  aż  na  granicach  Rzeczypospolitej,  otrzymamy  w  przybliżeniu  pojęcie

Ojczyzny”

11

. Tak, to prawda. Wiemy wszyscy, jak silne są więzy rodzinne.Jeżeli pojmiemy je trochę

szerzej,  tak  by  objęły  cały  naród,  to  otrzymamy  wielki  dom  rodzinny  –  Polskę.  Więzi  narodowe  są

background image

niejako  rozszerzeniem  więzi  rodzinnych.  Głową  domu  jest  ojciec.  Dlatego  o  tym  drugim  domu

mówimy OJCZYZNA.

Niekiedy  używamy  zwrotu  „miłość  Ojczyzny”,  a  niekiedy  „patriotyzm”,  ale  te  dwa  określenia

znaczą mniej więcej to samo.

 

(…)  patriotyzm  określimy  przede  wszystkim  jako  stałą,  rzetelną,  z  głębokiego  przekonania  osobistego  płynącą  służbę  Ojczyźnie.

Służba ta zaś powinna obejmować całego człowieka-obywatela, więc w pierwszym rzędzie jego rozum, wolę, uczucie, następnie zaś

wszystkie  potrzebne  czy  wymagane  wysiłki  i  ofiary  jego  fizycznego  organizmu  i  materialnych  zasobów,  aż  do  poświęcenia  życia

włącznie

12

.

 

Może  zbyt  wzniosły  to  styl,  dziś  wolimy  bardziej  codzienne  sformułowania,  ale  treść  etyczna

doniosła  i  całkiem  aktualna.  Zastanówmy  się  jeszcze  raz  nad  niektórymi  myślami  zawartymi  w  tym

tekście. „Patriotyzm jest służbą” – a więc, czy mi się to podoba czy nie, pewne rzeczy muszę z siebie

dać. Jak na służbie: przychodzi godzina i trzeba służbę wykonać. „Winniśmy służyć Ojczyźnie także

materialnymi zasobami” – czyli zarobionymi przez nas pieniędzmi. I właśnie dlatego uchylanie się od

płacenia  słusznych  podatków  nie  jest  kwestią  życiowego  sprytu,  lecz  naruszeniem  etyki  i  sprawą

sumienia. „… aż do poświęcenia życia włącznie” – warto pomyśleć o tych, którzy zginęli na frontach

wielu wojen, w powstaniach, z okazji strajków, pomordowani przez wrogów i przez własnych braci

w służbie obcych. Nas to nie spotkało. Żyjemy niejako na kredyt, którego oni nam udzielili. I to jest

wielkim darem. Dopóki kredyt nie został spłacony, nasze życie nie jest tylko naszą własnością. Nie

da  się  tu  uniknąć  wielkich  słów  –  nasze  życie  jesteśmy  winni  Ojczyźnie.  Niekoniecznie  w  postaci

ofiary śmierci; na pewno w postaci życia – w codziennym trudzie i wysiłku.

Mówiąc  dziś  o  miłości  Ojczyzny,  nie  można  nie  wspomnieć  o  jednym  bardzo  niebezpiecznym

zagrożeniu  –  o  ciasnym  nacjonalizmie,  o  gardzeniu  innymi  narodami,  bo  są  inne.  Trzeba  jeszcze

trochę  rozszerzyć  ściany  rodzinnego  domu  tak,  aby  objął  całą  planetę.  Miłość  Ojczyzny  i  miłość

wszystkich ludzi to dwie miłości, które muszą się uzupełniać, a nie wykluczać.

Kilkakrotnie użyłem tu wyrażenia „miłość Ojczyzny”. Dziś używamy go tak rzadko, że w naszych

uszach  brzmi  prawie  egzotycznie. Ale  jest  to  określenie  w  pełni  uzasadnione,  także  pod  względem

religijnym.  Bo  miłość  Ojczyzny  jest  przecież  częścią  przykazania  miłości  bliźniego  –  tego

przykazania,  które  jest  wręcz  dowodem  tożsamości  każdego  chrześcijanina:  „Po  tym  wszyscy

poznają,  żeście  uczniami  moimi,  jeśli  będziecie  się  wzajemnie  miłowali”  (J  16,  35).  Jeżeli  mamy

kochać wszystkich ludzi, to przecież także i tych, z którymi łączą nas więzy historii, kultury, pracy…

Jednym  słowem  –  tych,  których  obejmują  ściany  wspólnego  domu.  A  jeżeli  miłość  Ojczyzny  jest

częścią miłości bliźniego, to jest też Bożym przykazaniem.

 

background image

*

 

Istnieje dziwna prawidłowość: wolność Ojczyzny staje się ważna, gdy tej wolności nie ma. Gdy jest,

przestaje  się  o  niej  myśleć.  Wówczas  wolność  nagle  zawęża  się  do  naszej  osobistej  wolności.

I strzeżemy jej wręcz zaborczo. Ograniczenia wolności uważamy za największe zagrożenie osobiste.

Każdy  zakaz  traktujemy  jako  zamach  na  naszą  wolność.  Niekiedy  także  na  zobowiązania  etyczne

patrzymy w ten sposób i staramy się z nich „wyzwolić”.

Prawdziwe zagrożenia wolności istnieją, choć nie zawsze pochodzą z tej strony, z której byśmy

się  ich  spodziewali.  Najniebezpieczniejsze  z  nich  są  te,  których  nie  widać,  które  mieszają  się

z  dobrem  i  wraz  z  tym  dobrem  je  akceptujemy.  Ma  to  miejsce  wtedy,  gdy  przestajemy  myśleć

samodzielnie.  Bezmyślnie  powtarzamy  za  innymi  (sądząc,  że  są  to  nasze  własne  przemyślenia),

ulegamy  stylowi  życia  –  „bo  tak  wszyscy  robią”.  Reklama,  moda,  „duch  czasu”  sterują  naszym

postępowaniem. Ulegając tym naciskom, sądzimy, że jesteśmy bardzo nowocześni i wyzwoleni.

Jest jeszcze inne, równie niebezpieczne zagrożenie naszej wolności.  Ma  ono  miejsce  wówczas,

gdy wszędzie dopatrujemy się manipulacji, propagandy, ukrytych mechanizmów historii, wrogich sił

(antypolskich,  antyreligijnych,  antynarodowych…),  które  starają  się  nas  wykorzystać  do  własnych

celów. Nie można być ślepym, ale nie można także widzieć wszystkiego w jednym kolorze.

 

I  jeszcze  inne,  bardzo  „chytre”  zagrożenie  –  zacietrzewienie,  upieranie  się  przy  własnym  zdaniu.

Mamy  prawo  nie  godzić  się  z  naszym  rozmówcą,  ale  mamy  obowiązek  wysłuchać  jego  racji,

zrozumieć  jego  stanowisko.  Uświadomić  sobie,  że  jego  intencje  nie  muszą  być  złe.  Bo  rzadko  jest

tak, że ktoś kieruje się wyłącznie złymi intencjami. Najczęściej po prostu inaczej ocenia sytuację niż

my.  Powtarzam:  mamy  prawo  się  nie  zgadzać,  ale  mamy  obowiązek  zrozumieć.  I  przy  okazji

krytycznie skontrolować własne poglądy. A może to ja popełniam jakiś błąd? Przyznanie się wobec

siebie do błędu świadczy o dużej osobistej kulturze duchowej.

Wszystkie  te  zagrożenia  wolności  są  odstępstwami  od  życiowej  mądrości.  Jak  się  przed  nimi

uchronić?  Myślę,  że  trzeba  sobie  uświadomić,  iż  wolność  utożsamia  się  z  prawdą.  Tylko  ten  jest

wolny, kto żyje prawdą: prawdą o sobie, prawdą o innych, prawdą o świecie.

Prawdziwa  wolność  to  wolność  zakorzeniona  w  mądrości,  to  wolność  ducha,  który  nie  tylko

zapanował nad zewnętrznymi naciskami, ale który – mimo tych nacisków – potrafi stworzyć w sobie

mądrą  „przestrzeń  wolności”,  to  znaczy  wewnętrzny  obszar,  w  którym  panują  ład  moralny

i przylgnięcie do prawdy.

Okrucieństwo Boga

background image

Pierwszym  ludzkim  odruchem  jest  oskarżenie  Boga  o  okrucieństwo.  Jak  można  wymagać  od  kogoś,

żeby zabił swojego syna? Czytajmy:

 

Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: „Abrahamie!”. A gdy on odpowiedział: „Oto jestem” – powiedział: „Weź twego

syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę” (Rdz 22,

1–2).

 

Gdy zbliżali się do wyznaczonej góry, Abraham zostawił towarzyszących mu służących i

 

zabrawszy  drwa  do  spalenia  ofiary,  włożył  je  na  swego  syna  Izaaka,  wziął  do  ręki  ogień  i  nóż,  po  czym  obaj  się  oddalili.  Izaak

odezwał się do swego ojca, Abrahama:

„Ojcze mój…”

A gdy ten rzekł:

„Oto jestem, mój synu”, zapytał:

„Oto ogień i drwa, a gdzie jest jagnię na całopalenie?”

Abraham odpowiedział:

„Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój”.

A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka,

położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swojego syna (Rdz 1, 6–10).

 

Pamiętamy,  jak  się  to  skończyło.  Bóg  kazał  wstrzymać  egzekucję:  „Nie  podnoś  ręki  na  chłopca

i  nie  czyń  mu  nic  złego!  Teraz  poznałem,  że  boisz  się  Boga,  bo  nie  odmówiłeś  Mi  nawet  twojego

jedynego syna”.

Ten  biblijny  epizod  w  kontekście  obu  Testamentów  –  Starego  i  Nowego  –  ma  oczywiste

znaczenie. Nie tyle chodzi o Abrahama i Izaaka, ile raczej jest to czytelna prorocza zapowiedź tego,

o  czym  Ewangelia  świętego  Jana  powie:  „Tak  bowiem  Bóg  umiłował  świat,  że  Syna  swego

Jednorodzonego  dał  (…)”  (J  3,  16).  Zresztą  i  w  Starym  Testamencie  mamy  niejako  komentarz  do

sceny  z  Abrahamem  i  Izaakiem.  Znajduje  się  on  w  Księdze  Proroka  Izajasza,  który  żył  w  VIII

wieku przed Chrystusem.

 

W 53. rozdziale swojej Księgi Izajasz opisuje kogoś, kogo nazywa Sługą Jahwe:

 

Lecz on się obarczył naszym cierpieniem,

on dźwigał nasze boleści,

A myśmy go za skazańca uznali,

Chłostanego przez Boga i zdeptanego.

Lecz on był przebity za nasze grzechy,

Zdruzgotany za nasze winy.

Spadła nań chłosta zbawienna dla nas,

background image

A w jego ranach jest nasze uzdrowienie.

(…)

Jak baranek na rzeź prowadzony,

Jak owca niema wobec strzygących ją,

Tak on nie otworzył ust swoich!

 

To jest istotnie komentarz do sceny z Izaakiem: „baranek na rzeź prowadzony”. Jak Izaak niosący

drwa  na  górę,  na  swoje  własne  spalenie.  Jest  tylko  jedna  różnica:  w  przypadku  Jezusa  żaden  anioł

nie powstrzymał bogobójczej ręki. Ofiara została dokonana.

Spróbujmy  zastanowić  się:  co  się  właściwie  stało,  że  Bóg  swojego  Syna  złożył  w  ofierze?

Widocznie  grzech  –  i  to  nie  tylko  grzech  pierworodny,  ale  zbrodnie  całej  ludzkości  wszystkich

czasów, i winy każdego z nas – są jakąś straszną tragedią w dziejach Wszechświata, tragedią, która

powoduje  fundamentalną  destrukcję  porządku  moralnego.  Destrukcję  tak  wielką,  że  aby  ją

zrównoważyć, potrzeba było ofiary większej niż ofiara Izaaka. Miłość Boga do swojego stworzenia

jest tak wielka, że nie zawahał się On własnego Syna wydać na śmierć.

Czy więc Bóg jest okrutny?

Uświadommy  jednaksobie,  że  na  nikogo  nie  zrzucił  On  konieczności  zadośćuczynienia  za  zło

ludzkości. Bo jego Syn to On sam. Bóg jest przecież tylko JEDEN (choć w Tajemnicy Trójcy). To

Bóg sam wziął na siebie nasze zło i zniszczył je, umierając na krzyżu.

Jest  zwyczaj,  żeby  rekolekcyjne  rozważania  kończyć  jakąś  refleksją  nawiązującą  do  naszego

życia. Tym razem jest to zbyteczne. Ciężar biblijnego epizodu o niedoszłej ofierze Izaaka – i o innej

Ofierze, która została dokonana – jest tak wielki, że warto go przetrawić sam na sam z sobą.

Są sprawy, w które zanurzone jest całe nasze życie.

Wielki Nieobecny

Wprawdzie  Jezus  żył  dawno  i  nigdy  nie  widzieliśmy  Go  oczyma  ciała,  ale  jest  On  dla  nas  kimś

bliskim, z kim zżyliśmy się od dawna, kto wie o wszystkich naszych krokach, komu mówimy (często

bez słów) o wszystkich naszych problemach; Kimś – o kim jeżeli nawet zapominamy na jakiś czas, to

czujemy wtedy pustkę i winę.

Być dobrym chrześcijaninem znaczy świadomie rozbudowywać tę więź z Jezusem. Ale powinna

ona być oparta nie na odczuciach (które dziś są, a jutro ich nie ma), lecz na DOBRU naszego życia.

Długa historia ludzkości, od odejścia Jezusa z tej ziemi aż po jego powtórne przyjście, to okres

rozstania. Historia toczy się swoimi drogami, dobro walczy ze złem. Nasze indywidualne czyny raz

popierają  dobro,  kiedy  indziej  przyczyniają  się  do  chwilowych  zwycięstw  zła.  Dziwne  i  często

złowieszcze rzeczy wyprawia człowiek na arenie dziejów i zapisuje je na kartach historii. A Jego nie

ma. Ale nawet jeśli Go jeszcze nie ma, jest Wielkim Nieobecnym. Ludzkie dzieje raz na zawsze są

background image

naznaczone  piętnem  Jego  Osoby.  Bo  nawet  jeśli  Go  nie  ma  dostrzegalnie,  to  On  jednak  jest.  Jako

punkt odniesienia, jako Norma, jako Ten, który znowu przyjdzie.

Czy  nigdy  nie  czekaliśmy  na  kogoś  bliskiego,  kto  wyjechał,  ale  jest  bardziej  obecny  niż

otaczające  przedmioty,  i  czas  odmierza  się  odległością  od  chwili,  w  której  znowu  zadzwoni  do

drzwi?  Z  Jezusem  jest  podobnie.  Wiemy,  że  On  już  jest,  ale  czekamy,  aż  przyjdzie.  I  to  będzie

moment  Spotkania.  Wielkie  wypełnienie  naszego  życia.  Ogromna  radość,  do  której  wiedzie  ciasna

brama.  W  gruncie  rzeczy  boimy  się  tylko  ciasnej  bramy,  a  każda  komórka  naszego  jestestwa

nieśmiało, ale całą sobą domaga się tego, co jest po drugiej stronie.

Nasza religia wyznacza bardzo swoisty stosunek między człowiekiem a Bogiem. Bóg powiedział

do nas, ustami Jezusa: „Jam jest Droga”. Nie są to słowa wyryte na kamiennych tablicach, ale słowa

wypowiedziane przez Człowieka, Jezusa z Nazaretu.

 

*

 

Często  mówił  do  nas  w  przypowieściach.  Niektóre  stały  się  własnością  światowej  literatury.  Któż

z  nas  nie  pamięta  przypowieści  „o  bogaczu  i  Łazarzu”  (Łk  16,  19–31)?  Dialog  z  końcówki  tej

przypowieści  jest  wręcz  niesamowity.  Jezus  udramatyzował  go  w  maksymalnym  stopniu.  Oto

jesteśmy świadkami pośmiertnego dialogu człowieka sukcesu z człowiekiem marginesu. Tyle że nie

chodzi  tu  o  majątek  i  pozycję  społeczną.  Luksusy  bogacza  i  skrajna  nędza  Łazarza  są  jedynie

dekoracyjnymi  elementami,  które  uwypuklają  dramatyzm  sytuacji.  Sam  dramatyzm  polega  na  czym

innym: na wewnętrznej pustce jednego i wewnętrznym bogactwie drugiego.

 

Bogacz  po  śmierci  rozmawia  z  Abrahamem,  który  odgrywa  rolę  sędziego,  ale  także  pośrednika

w  rozmowie,  bo  dyskusja  w  istocie  toczy  się  pomiędzy  pustym  życiem  bogacza  a  bogatym  życiem

Łazarza. Nie chodzi o samo pośmiertne wyrównywanie społecznych nierówności. Chodzi o to, że –

jak wyjaśniał Jezus w innej przypowieści – jeden pomnożył otrzymane w depozyt talenty, a drugi nie

tylko nie oddał tego, co otrzymał, lecz zaprzepaścił wszystko.

Jeżeli  spróbujemy  wgłębić  się  w  myśl  zawartą  w  Jezusowej  przypowieści,  być  może

zrozumiemy,  że  jest  to  przypowieść  o  celu  ludzkiego  życia.  Życie  bez  celu,  jeżeli  nie  ma  być  tylko

wegetacją,  musi  w  końcu  stać  się  nieustannym  gwałceniem  swojego  rozumu,  by  nie  myśleć,  by

z zamkniętymi oczami skakać z jednego dnia w drugi. Taka polityka prowadzi do używania życia za

wszelką  cenę.  Częstą  formą  używania  życia  za  wszelką  cenę  jest  wygodnictwo.  Byle  nikt  mi  nie

wchodził w drogę. Ja sam też pozostaję dla innych doskonale obojętny.

Przypowieść Jezusa o bogaczu i Łazarzu skierowuje uwagę na nasz prawdziwy cel. Nie znajduje

background image

się on w tym życiu, chociaż to życie oświetla i organizuje. Człowiek jest ograniczoną istotą, ale ma

nieograniczone  tęsknoty.  Małe  szczęście  nie  może  ich  zaspokoić.  I  dlatego  cel  człowieka  nie  może

być  mniejszy  od  czegoś,  co  nigdy  nie  da  się  wyczerpać.  To  jest  owa  „iskra  Boża”  w  nas,  ślad,  że

z  Nieskończoności  wyszliśmy,  do  Nieskończoności  dążymy  i  że  Nieskończoność  –  choć  tylko

w pragnieniach – nosimy w sobie.

Jak  taki  zawrotny  cel  „rozmienić  na  drobne”,  sprawić,  by  się  zrealizował  w  życiu?  Tu  właśnie

trzeba  przywołać  ten  niesamowity  dialog  z  finału  Jezusowej  przypowieści.  Bogacz  mówi  do

Abrahama:  „Proszę  cię,  ojcze,  poślij  Łazarza  do  domu  mojego  ojca.  Mam  bowiem  pięciu  braci:

niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”.

Abraham  odpowiada,  trzeba  przyznać,  dość  lakonicznie  i  stanowczo:  „Mają  Mojżesza

i Proroków, niechże ich słuchają”.

Bogacz nie ustępuje, jest natarczywy i – trzeba przyznać – zjednuje mu to naszą sympatię: „Nie,

ojcze Abrahamie, lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”.

Pada odpowiedź, która jest zakończeniem całej przypowieści, a więc odpowiedź zawierająca jej

istotną  treść:  „Jeżeli  Mojżesza  i  Proroków  nie  słuchają,  to  choćby  kto  z  umarłych  powstał,  nie

uwierzą”.

Mam  na  ziemi  do  dyspozycji  wszystkie  środki  potrzebne  do  osiągnięcia  mojego  ostatecznego

celu.  Winienem  ich  po  prostu  mądrze  używać.  Umarli  z  zaświatów  nie  przyniosą  rozwiązania.  Bo

problem, jedyny problem, kryje się w ludzkim wnętrzu. I tylko tam.

Dwie rozmowy

Fragment z Ewangelii (J 3, 1-21), nad którym chcę się zastanowić, ma w sobie coś poruszającego.

Jest jakoś bardziej osobisty niż inne opisy ewangeliczne. Noc. Nikodem – jak mówi tekst, dostojnik

żydowski  –  przychodzi  do  Jezusa,  żeby  z  nim  porozmawiać.  Musiało  go  coś  głęboko  nurtować,  że

wybrał się na tę rozmowę. Oczywiście bał się kompromitacji. Dlatego wybrał noc. Ale rozumiał, że

nie może tych spraw pozostawić na boku.

Nikodem rozpoczyna spotkanie od uprzejmości, ale i pewnego usprawiedliwienia swojej wizyty:

– Rabbi, wiemy, że od Boga wyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić znaków,

jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim.

Jezus wie, co gnębi Nikodema, i od razu kieruje rozmowę na właściwe tory:

–  Zaprawdę,  zaprawdę  powiadam  ci,  jeśli  się  ktoś  nie  narodzi  powtórnie,  nie  może  ujrzeć

Królestwa Bożego.

Można  przypuszczać,  że  Nikodem  doskonale  rozumie,  o  jakie  narodziny  chodzi,  ale  się  broni.

Próbuje całą rzecz sprowadzić do absurdu:

background image

– Jakżeż człowiek może narodzić się, będąc starcem? Czyż może wejść powtórnie do łona swej

matki i narodzić się?

Jezus cierpliwie, ale z naciskiem, wyjaśnia:

– Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść

do Królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z ducha narodziło, jest

duchem. (…) Wiatr wieje, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd pochodzi i dokąd

zdąża. Tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha.

Nikodem nie daje za wygraną:

– Jakżeż to się może stać?

Jezus mu odpowiada pytaniem:

– Ty jesteś nauczycielem w Izraelu, a tego nie wiesz?

Uczony w Piśmie powinien znać tę biblijną historię:

– Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego. Tak

bowiem  Bóg  umiłował  świat,  że  Syna  swego  Jednorodzonego  dał,  aby  każdy,  kto  w  Niego  wierzy,

miał życie wieczne.

 

Teraz Nikodem nie pyta. Wygląda na to, że jakiś opór w jego wnętrzu został przełamany. Nikodem

rozumie  aluzję  do  „węża  wywyższonego  na  pustyni”,  choć  zapewne  nie  docenia  dosłowności

porównania. Wie, że w 21. rozdziale Księgi Liczb jest opisane, jak Mojżesz kazał przybić do pala

miedzianego węża. Przy końcu swojej Ewangelii, w 19. rozdziale, święty Jan opisuje, jak po śmierci

Jezusa Józef z Arymatei, „który był uczniem Jezusa, lecz ukrytym z obawy przed Żydami”, i Nikodem,

„ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy”, udali się do rzymskiego namiestnika Piłata

i  prosili  o  ciało  Jezusa,  by  je  pogrzebać.  Ciekawe,  czy  gdy  Nikodem  zdejmował  ciało  Jezusa

z krzyża, przypomniał sobie o tym wężu, którego Mojżesz kazał przybić do pala, i czy pamiętał słowa

Jezusa, że „Bóg tak umiłował świat, że dał Syna swego…”. Nie wiemy, co myślał wtedy Nikodem.

Ale jest faktem, że śmierć Jezusa na krzyżu była jakimś domknięciem tamtej nocnej rozmowy.

 

*

 

Inna  rozmowa.  Bardzo  zwięzła.  Tylko  dwa  zdania.  Po  jednym  wypowiedzianym  przez  każdego

z rozmówców. Ale zdania o wielkim ciężarze gatunkowym. Każde jest, w pewnym sensie, owocem

całego  życia.  Teraz,  gdy  życie  dobiega  końca,  gdy  ma  potrwać  jeszcze  tylko  kilka  lub  kilkanaście

minut, zdania te nabierają ogromnej wagi. Tylko dwa zdania.

background image

Pierwsze:  „wspomnij  na  mnie,  gdy  przyjdziesz  do  swojego  królestwa”  (Łk  23,  42).  To  nie  był

tylko chwilowy odruch, lecz dojrzała, choć szybka decyzja. Wynik bilansu dobra i zła całego życia:

„my przecież sprawiedliwie odbieramy karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił” (Łk 23,

41).  Nawrócenie  może  być  szybkim  aktem,  podjętym  nawet  w  ostatniej  chwili,  ale  musi  być

zdecydowanym opowiedzeniem się po stronie dobra. Wówczas odpowiedź przychodzi natychmiast.

Drugie zdanie: „Dziś jeszcze będziesz ze mną w raju” (Łk 23, 42). Dziś jeszcze. On wie.

Na  krzyżu  widnieje  napis  w  trzech  językach:  „Jezus  Nazarejczyk,  król  żydowski”.  Na

pośmiewisko,  dla  wyszydzenia.  Wiotki  znak  niezależności  rzymskiego  namiestnika.  Jeszcze  tak

niedawno Piłat zadał Mu pytanie:

– Czy Ty jesteś królem żydowskim?

– Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi

biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd” (J 18, 33–36).

Dziwne  królestwo:  TERAZ  i  nie  STĄD.  Żyjemy  w  naszym  TERAZ  i  w  naszym  TU.  Zanurzeni

w tym po uszy. Poza ciasno nas otaczającą linią horyzontu nie dostrzegamy nic. To jest nasze TERAZ

i nasze TU. Ale wiemy, jak szybko TERAZ przemija. Zanim zdążymy wypowiedzieć słowo „teraz”,

TERAZ  już  przeminęło.  Już  je  wyparło  inne  TERAZ.  TU  jest  nieco  trwalsze,  ale  i  ono  dzieli  losy

TERAZ: jutro nasze TU będzie całkiem inne niż dziś.

Zadomowiliśmy  się  w  naszym  TERAZ  i  TU,  ale  jest  to  złudne  zadomowienie.  Naprawdę  nasz

Dom nie jest stąd.

W  scenie  z  Łotrem  –  a  scena  ta  rozciąga  się  na  wszystkie  pokolenia,  na  tak  długo,  jak  długo

będzie  czytana  Ewangelia  –  Jezus  z  krzyża  wskazuje  na  prawdziwy  Dom.  Ale  krzyż  jest  twardo

umocowany  w  ziemi.  Obszar  czasu  i  obszar  wieczności  wzajemnie  się  przenikają.  Czas  przemija

i prowadzi do wieczności, ale wolno nam wierzyć, że w wieczności czas zostanie jakoś odzyskany.

Wszystko, co zrobiliśmy dobrego, zostanie nam zwrócone w ogromnym zwielokrotnieniu.

On sam przecież powiedział, że ziarno wrzucone w glebę wydaje plon: „jedno trzydziestokrotny,

inne sześćdziesięciokrotny, a jeszcze inne stokrotny” (Mt 13, 8).

1

 Michał Heller, Usprawiedliwienie Wszechświata, Kraków: Wydawnictwo Znak, 1984, 1995.

2

 Tenże, Rozmowy w nocy, Tarnów: Biblos, 1991, 2002.

3

  Odkrywane  ostatnio  coraz  liczniejsze  układy  planetarne  wokół  innych  (niż  Słońce)  gwiazd  istotnie  zwiększyły  prawdopodobieństwo

występowania  warunków  niezbędnych  do  zawiązania  się  ewolucji  biologicznej  poza  Ziemią,  ale  nie  zmieniły  zasadniczo  mojej
pesymistycznej oceny możliwości spotkania z Innymi. Co nie znaczy, że nie warto myśleć o takim spotkaniu. Byłoby ono niezwykle
interesujące  z  teologicznego  punktu  widzenia.  Oceniając  znaczenie  Objawienia  chrześcijańskiego  z  tej  perspektywy,  nie  należy
myśleć geocentrycznie. Dla Nieskończonego Boga każda cywilizacja i każda istota rozumna jest jedyna i wyjątkowa. I wobec każdej
z nich Bóg może stosować inną ekonomię zbawienia.

background image

4

 Immanuel Kant, Krytyka praktycznego rozumu, tłum. Jerzy Gałecki, Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1972, s. 256–

257.

5

 Wszystkie cytaty z Biblii Tysiąclecia.

6

 Karl Popper, The Open Society and Its Enemies, London 1945; wyd. pol. Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie, tłum. Tadeusz

Korczyc  (Halina  Krahelska),  Warszawa:  Niezależna  Oficyna  Wydawnicza,  1987.  Cyt.  z  fragmentu:  Czy  historia  ma  jakiś  sens?,
tłum. Halina Bortnowska, „Znak” 1975, nr 257–258, s. 1384–1395.

7

 Dziś istnieją już „nieantropiczne” próby odpowiedzi na to pytanie; jednej z nich dostarcza tak zwany inflacyjny model Wszechświata.

8

 Por. Alfred N. Whitehead, Religia w tworzeniu, tłum. Adam Szostkiewicz, Kraków: Wydawnictwo Znak, 1997, s. 61.

9

 Antoni Gołubiew, Listy do przyjaciela. Gdy chcemy się modlić, wyd. 1, Warszawa: Pax, 1955, s. 304–305.

10

1 Rekolekcje pierwotnie opublikowane w „Tygodniku Powszechnym”.

11

 Ks. Józef Winkowski, Zarys etyki i ascetyki katolickiej, Kraków: Wydawnictwo Mariackie, 1947, s. 359.

12

 Tamże, s. 360.

background image

Spis treści

Karta tytułowa
WSTĘP. DROGA PRZEZ WSZECHŚWIAT
REKOLEKCJE I. USPRAWIEDLIWIENIE WSZECHŚWIATA

POTRZEBA USPRAWIEDLIWIENIA
WSZECHŚWIAT I MYŚL

Zamyślenie
Zawrót głowy
Kosmos i mity
Milczenie Kosmosu
Świat wartości
Wartość nauki i Wszechświata

WSZECHŚWIAT I CZŁOWIEK

Początki giną w mroku
Czy łatwo wyprodukować życie?
Genesis ducha

WSZECHŚWIAT I CZAS

Filozofia zegarka
Przyszłość jest bałaganem
Pociecha w statystyce
Tajemnicy czasu ciąg dalszy
Historia i świadomość

WSZECHŚWIAT I EWOLUCJA

Horyzonty ewolucji
Ewolucja mechanistyczna
Ewolucja prawdopodobieństw
Ewolucja kosmiczna
Ewolucja i moralność
Ewolucja i społeczeństwo
Wszechświat i Sens

ROZWAŻANIA O STWORZENIU

Strategia pytań

Arché mojego losu
Język myśli i język istnienia
Konieczność i tajemnica
Usprawiedliwienia Wszechświata
Usprawiedliwienia historii
Usprawiedliwienia ludzkiego istnienia
Usprawiedliwienie zmęczenia

REKOLEKCJE II. ROZMOWY W NOCY

Rekolekcyjne zamyślenie (Wstęp do pierwszego wydania)
Rozważanie 1. WSZECHŚWIAT TWÓRCZY

background image

Rozmowa w nocy (J 3, 1–21)

Rozważanie 2. DELIKATNE ZESTROJENIE

Pięć wróbli (Łk 12, 4–7)

Rozważanie 3. ZWIĘDŁY LIŚĆ

Żona siedmiu braci (Mt 22, 23–33)

REKOLEKCJE III. POZA BEZPOŚREDNIOŚĆ

BEZPOŚREDNIOŚĆ
DZIEŃ 1

Jak żyć?
Dzieło sztuki
Realizm Dobra

DZIEŃ 2

Poza bezpośredniość
Horyzont ludzkiej historii
Wina

DZIEŃ 3

… co gwiazdy porusza i słońce

REKOLEKCJE IV. WIELKI NIEZNAJOMY

TEN, KTÓRY JEST

Mądrość życia
Pokój jak rzeka
Rozsunąć ściany swojego domu
Okrucieństwo Boga
Wielki Nieobecny
Dwie rozmowy

Karta redakcyjna


Document Outline