background image

Katherine Stone

Syn innego mężczyzny

Przekład

Joanna Nałęcz

1

background image

Prolog

Montlake High School

Seattle, stan Waszyngton

Środa, 12 września

Osiemnaście lat wcześniej

Jest coś, co powinien pan wiedzieć, panie Collier, zanim spotkamy się z Kathleen.

Janowi Collierowi nie podobał się ani ton dyrektorki szkoły - trochę złowieszczy - ani 

zakłopotanie na jej twarzy. Czuł, że o tym „czymś" powinien zostać powiadomiony znacznie 

wcześniej.

Kathleen Cahill przyznano w tym roku stypendium Rain Mountain. Był to pomysł 

Iana i jego pieniądze. Jednak decyzję, któremu z uczniów ostatnich klas sfinansować studia na 

wymarzonej uczelni, Ian pozostawił szkolnej komisji.

Wszyscy ubiegający się o stypendium w pełni na nie zasługiwali. Wybitnie zdolni 

młodzi   ludzie   z   ubogich   rodzin,   Ian   przyznałby   je   im   wszystkim,   gdyby   mógł.   Ale 

stypendium Rain Mountain zostało ufundowane przez osobę fizyczną, więc mógł je przyznać 

tylko   pewnej   liczbie   uczniów   naraz   -   zwłaszcza   że   pierwsi   trzej,   którzy   je   otrzymali, 

korzystali z niego zgodnie ze swoimi oczekiwaniami - odbierając najlepsze wykształcenie, 

jakie można kupić za pieniądze.

W   tej   chwili   dzięki   trzydziestosześcioletniemu   Ianowi   Collierowi   jedna   osoba 

studiowała na pierwszym roku na Harvardzie, jedna na drugim roku w Stanford i jedna na 

pierwszym w Yale. Księgowy jednak zalecał ostrożność.

Owszem,   wyniki   Rain   Mountain   -   firmy   Iana   -   przeszły   wszelkie   oczekiwania. 

Północny zachód potrzebował jeszcze jednego producenta zimowego sprzętu sportowego. A 

Rain Mountain zaznaczyło też swoją obecność na rynku ogólnokrajowym.

Ale gusta klientów są zmienne, moda nieprzewidywalna, no i trzeba pamiętać, że 

pogoda zawsze robi, co chce. Grudzień był tego najlepszym przykładem. Ulewne deszcze 

padające   między   Bożym   Narodzeniem   a   Nowym   Rokiem   zniweczyły   nadzieje   na   udany 

świąteczny sezon narciarski i mroźny styczeń.

Rain Mountain oczywiście radziło sobie bardzo dobrze. Od Święta Dziękczynienia aż 

2

background image

do   Wigilii   stoki   pokrywał   śnieg.   Produkowane   przez   firmę   narty,   buty,   kurtki   i   gogle 

znajdowały się na listach świątecznych prezentów każdego narciarza, a wełniane swetry i 

rękawiczki z nowej linii rozeszły się jeszcze przed połową grudnia.

Ale gdyby deszcze nadeszły wcześniej...

Bez względu jednak na kaprysy El Nino stypendystom Iana nic nie groziło. Pieniądze 

przeznaczone na ich czteroletnią edukację chronił fundusz powierniczy - tak jak emerytury 

pracowników firmy.

Reszta kapitału Rain Mountain nie miała takiej ochrony, Ian jednak nie dbał o to. 

Przez wiele lat żył w ubóstwie. A teraz chciał wykorzystać bogactwo, do którego doszedł 

ciężką pracą, wspierając edukację wybitnie uzdolnionej młodzieży.

-Coś, co powinienem wiedzieć - powtórzył słowa pani Petersen. - O Kathleen?

-Tak. To znaczy o jej stosunku do tego stypendium. Możliwe, że nie będzie chciała go 

przyjąć.

-Mimo że się o nie ubiegała?

-Cóż, to my złożyliśmy wniosek w jej imieniu. W ubiegłym roku, kiedy mieliśmy 

zamiar przedstawić jej kandydaturę, powiedziała, że postanowiła jednak nie iść na 

studia.   Nie   mogliśmy   w   to   uwierzyć.   Zawsze   marzyła   o   medycynie.   Nie   muszę 

dodawać, że zrobiliśmy to, co zamierzaliśmy, w nadziei, że zmieni zdanie, kiedy wróci 

do szkoły po wakacjach.

-Ale nie zmieniła.

-Nie.

-Wie pani, dlaczego?

-Nie mam pojęcia.

-Domyślam się, że ona nic nie wie o dzisiejszym spotkaniu?

-Nie. Właśnie posłałam po nią mojego asystenta.

Więc   pani   Petersen   zaplanowała   dla   Kathleen   niespodziankę.   Zasadzkę.   Chciała 

dobrze, rzecz jasna. Chciała spełnić jej marzenie.

Tak czy inaczej, była to jednak zasadzka.

Ian nie chciał brać w tym udziału. Ta niechęć miała źródło w jego własnych bolesnych 

doświadczeniach...

Ian   Collier   przeżył   swoją   pierwszą   niespodziankę   w   wieku   dziesięciu   lat.   Chciał 

dowiedzieć  się o  swoich  rodzicach  tego,  co  wszyscy  poza  nim dobrze  wiedzieli  -  i  tym 

samym zrozumieć, dlaczego dobrze sytuowane małżeństwa szukające dzieci do adopcji nigdy 

nie brały go pod uwagę. Więc pewnej nocy włamał się do biura sierocińca.

3

background image

W swojej naiwności, karmionej nadzieją samotnego dziecka, już wcześniej wymyślił 

sobie powód tego stanu rzeczy. Nie mógł zostać adoptowany, bo jego rodzice przyjadą po 

niego lada dzień.

Ale prawda była zupełnie inna. Gordon i Eileen Collier nigdy po niego nie przyjadą, 

Ian został sierotą, właściwie jeszcze zanim przyszedł na świat.

Gordon Collier skatował swoją ciężarną żonę Eileen prawie na śmierć. Utrzymywał ją 

przy życiu respirator - do momentu, gdy dziecko, które nosiła, mogło przetrwać poza jej 

łonem.

Gordon zginął i został pochowany na koszt państwa przed narodzinami Iana. Nie było 

to   samobójstwo   -   wynik   skruchy   czy   poczucia   winy.   Kula,   która   przerwała   jego   życie, 

pochodziła z broni policjanta z Seattle. W starannie wydrukowanym raporcie, który stanowił 

jedyne dziedzictwo i rodowód Iana, nie było nic, co by wskazywało, że Gordon odczuwał 

przed śmiercią choć cień wyrzutów sumienia.

I tak to wyglądało. Prawda, którą ukrywano przed Ianem - zapewne dla jego własnego 

dobra - wyszła na jaw. Był synem mordercy.

Ta wiedza przyniosła mu swego rodzaju wolność. Zrozumiał, że nikt go nie zechce, że 

jego przeznaczeniem jest samotność. Wykorzystał tę wiedzę, by bronić się przed bólem. Już 

nigdy   nie   pozwoli,   żeby   jego   opiekunowie   czy  ktokolwiek   inny  widzieli,   jak   boli   bycie 

niechcianym przez nikogo.

I już nigdy nikt nie będzie wiedział o Ianie więcej niż on sam.

Tak   było   do   czasu,   kiedy   pewna   dwudziestoczterolatka   z   towarzystwa   dała 

osiemnastoletniemu synowi mordercy to, o czym nigdy nawet nie marzył.

- Jestem w ciąży - poinformowała go Vanessa Frances Worthing. - I wiesz co, Ian? To 

twoje dziecko.

Ian ledwie pamiętał Vanessę. Nie różniła się od innych dziewcząt, z którymi uprawiał 

seks.

Vanessę   poznał   podczas   sezonu   narciarskiego   w   Crystal   Mountain,   popularnym 

kurorcie położonym około stu kilometrów od Seattle. Ian pracował tam jako ratownik górski. 

Był to szczyt jego kariery, która rozpoczęła się pięć lat wcześniej od pracy w autobusach 

dowożących narciarzy na stoki. 

Nie pamiętał szczegółów romansu z Vanessą, ale wiedział, że musiało to być między 

północą a świtem. Miał wolne tylko w nocy, kiedy wyciągi były nieczynne, i uznał, że seks z 

chętną młodą dziewczyną to równie dobry sposób na spędzenie wolnego czasu jak każdy 

inny.

4

background image

Weekend, który Vanessa spędziła z przyjaciółmi w Crystal Mountain, należał jednak 

do pamiętnych. Miasteczko, pretendujące do roli organizatora międzynarodowych zawodów 

narciarskich, gościło wielu znanych narciarzy i inwestorów oraz tysiące miłośników sportów 

zimowych. Oczy całego zainteresowanego sportem świata były zwrócone na śnieżne stoki 

Crystal Mountain. Czy dostarczą odpowiednich wyzwań najlepszym alpejczykom?

Powszechnie uznano, że tak, choć byli też przeciwnicy przekonani, że tylko ich miasta 

spełniają stawiane warunki. Wszyscy jednak byli zgodni co do umiejętności - i przyszłości - 

miejscowego narciarza, który wypróbowywał stoki przed zawodami. Nikomu nie przyszło do 

głowy,   by   zmierzyć   mu   czas,   ale   ci,   którzy   oglądali   jego   przejazd   z   największym 

zainteresowaniem - trenerzy z całego świata - przypuszczali, że przejechał trasę tak szybko 

jak Francuz, który potem wygrał zawody. Rekordzista, którego dotąd nikt nie zdołał pokonać.

Ian zjechał bez wysiłku i bez strachu, więc wielu znawców tematu pomyślało, ile 

mógłby uczynić dla niego trening. Było jeszcze coś, co zauważyli - wyraz radości na jego 

twarzy.

W   ciągu   tego   weekendu   Ian   dostał   numery   telefonów   wielu   trenerów,   agentów   i 

sportowców. Zapamiętał też słowa jednego ze szkoleniowców amerykańskich: „Za dwa lata 

olimpiada. Mógłbyś tam pojechać, Ian. Mógłbyś nawet wygrać".

Kiedy weekend dobiegł końca, Ian Collier został także ojcem.

Który,   zdaniem   Vanessy,   nadal   mógł   zostać   mistrzem   olimpijskim.   Owszem, 

wymagałoby to ciągłego podróżowania, ale przecież mogliby podróżować razem. Czy nie 

zauważył, że seks z nią doskonale wpłynął na jego kondycję? A jeśli chodzi o dziecko, można 

by je zostawiać z dziadkami w rezydencji w Seattle. Od tego są pieniądze i opiekunki.

Nie, odparł wtedy Ian, od tego są ojcowie.

Vanessa nie przywykła, by jej odmawiano. Ale jej złość na Iana, gdy oznajmił, że 

zamierza porzucić narciarstwo i poszukać pracy, była niczym w porównaniu z reakcją jej 

rodziców.

Państwo Worthing sprawdzili Iana, tak jak się spodziewał. Odkryli, że rzucił szkołę w 

wieku lat trzynastu, a nie siedemnastu, i że od tego czasu okłamywał swoich pracodawców, 

barmanów i kochanki. Kłamał, pił, palił i miał dopiero osiemnaście lat. Krótko mówiąc, był 

pod każdym względem nieodpowiedni dla ich córki. 

Vanessa właściwie nie chciała ich prowokować swoją reakcją, ale treść jej odpowiedzi 

była jednoznaczna: nawet jeśli jej nieodpowiedni nastoletni kochanek nie będzie robił nic 

poza chodzeniem z nią do łóżka, wystarczy to do szczęścia - a czy rodzice nie chcą, by była 

szczęśliwa?   Kwestia   szczęścia   Vanessy   i   jego   rozbieżne   definicje   stały   się   motywem 

5

background image

przewodnim tego związku, w którym z roku na rok pojawiało się coraz więcej problemów.

Vanessa zawsze miała skłonność do nieodpowiednich mężczyzn. Tym razem osiągnęła 

jednak szczyt swoich możliwości. Syn mordercy.

O tym, rzecz jasna, nie wiedziała, a kiedy rodzice ją poinformowali, poczuła cichą 

satysfakcję,   Ian   mógł   zrezygnować   ze   sportowej   kariery,   obciąć   włosy,   rzucić   palenie   i 

przynosić   do   domu   czeki   za   ustawianie   towarów   na   półkach   w   sklepie   spożywczym   - 

opiewające na sumy tak niskie, że zdaniem Vanessy nie warto było ich realizować - ale nic nie 

mogło zmienić jego pochodzenia ani tego, jak się czuła, gdy się z nią kochał.

Nie była jednak zadowolona, że Ian tak mało pamiętał z weekendu w Crystal. Nie 

przywykła, by o niej zapominano, tak jak nie przywykła do odmów. Niepokoiło ją także, że 

tak bardzo pożąda tego syna mordercy. W przeciwieństwie do Iana, o niczym innym nie 

myślała w ciągu tych tygodni, które minęły od ich namiętnego spotkania.

Oczekiwała od Iana adoracji, tak jak od wszystkich swoich poprzednich kochanków. 

Oczywiście mężczyzna, który oddał jej serce, zaczynał ją nudzić. Pragnęła wtedy zmiany. Tak 

samo będzie - wcześniej czy później - z Ianem. Uświadomiła sobie, że tego właśnie chce. 

Chociaż miło spędzała z nim czas i chętnie pokazywała się z tym najgorszym kochankiem, 

czuła, że jej ulży, kiedy to szaleństwo się skończy.

Vanessa Frances Worthing była podobna do swoich rodziców bardziej, niż chciała 

przyznać   -   przed   nimi   i   przed   sobą   samą.   Pozycja   w   towarzystwie   miała   dla   niej   duże 

znaczenie. Pozycja, która jej się należała, i odpowiedni mężczyzna u boku. Tak się składało, 

że znała już mężczyznę, którego w przyszłości poślubi. Jedynego, jakiego poślubi.

Ian oświadczył się jej - ze względu na dziecko, nie z miłości... i nie dla pieniędzy.

Vanessa   uważała   jednak,   że  nieślubne   dziecko  to  rozwiązanie  lepsze   od  rozwodu. 

Dziecko nie będzie cierpiało, w każdym razie niedługo. Nie jej dziecko. Zostanie wychowane 

tak, jak została wychowana ona - z klasą. Nauczy się najlepszych manier. Będzie godnym 

dziedzicem Worthingów.

Poza   tym   pomysł,   by   żyć   w   grzechu   w   domku   ogrodnika   na   terenie   posiadłości 

rodziców, był dla niej zbyt pociągający, żeby mogła mu się oprzeć. 

To takie dekadenckie, myślała. Idealny ostatni wybryk, zanim zacznie żyć jak należy.

Idealny... zakładając, że Ian się w niej zakocha i odda bez reszty, żeby mogła go 

porzucić.

A jeśli Ian Collier okaże się oporny, a jej uczucie do niego nie osłabnie? Sama myśl o 

takiej ewentualności przerażała Vanessę. Odrzuciła ją jednak,  Ian zakocha się w niej, jej 

obsesja na jego punkcie minie i będzie żyła długo i szczęśliwie z mężczyzną, który jest jej 

6

background image

pisany.

Ian nie miał pojęcia o planach i pragnieniach Vanessy - poza pragnieniem seksu, które 

zaspokajał   bez   względu   na   to,   jak   był   zmęczony   i   znudzony.   Zależało   mu,   żeby   była 

szczęśliwa, i aż do dnia, kiedy go opuściła, wierzył, że była. Kochał się z nią na każde 

żądanie, a Vanessa rzadko zajmowała się Samem, większość czasu spędzając na zakupach, w 

podróżach i na przyjęciach.

Cztery lata po narodzinach Sama Iana spotkała kolejna niespodzianka. Zbliżało się 

Boże Narodzenie, Ian miał wspaniałe plany na święta. Pewnego wieczoru, wracając z pracy, 

uśmiechał się do siebie na myśl o nich. Wszedł do domku ogrodnika. Sam i Vanessa powinni 

już smacznie spać.

Ale obojga nie było. Nie było też rodziców Vanessy. Vanessa zostawiła tylko krótki 

list, w którym informowała go, że chce, by podpisał pewne dokumenty. Jej prawnik wszystko 

mu wyjaśni.

Vanessa od początku wiedziała to, czego Ian dowiedział się w dniu narodzin Sama. 

Nie miał żadnych praw do tego chłopca, który stał się całym jego życiem. Mogła mu go 

odebrać, kiedy tylko przyszłaby jej na to ochota. Nic nie mógł na to poradzić. Zostały mu ból 

i gniew.  Mógł  tylko przysięgać sobie, że  nigdy nie  przysporzy takiego bólu  innej  żywej 

istocie.

Teraz, tego pięknego jesiennego dnia, Ian Collier stał się mimowolnym uczestnikiem 

zasadzki na szesnastoletnią dziewczynę. Ani jego głos, ani wyraz twarzy nie zdradzały 

wściekłości, jaką czuł.

-Gdzie jest Kathleen? - spytał.

-W sali konferencyjnej - odparła pani Petersen.

-Chciałbym z nią porozmawiać w cztery oczy.

-Och, panie Collier, to chyba nie najlepszy pomysł. Kathleen jest bardzo zdolna. Wie 

pan   o   tym,   oczywiście,   widział   pan   jej   opinie.  Ale   społecznie   jest   trochę...   cóż, 

niedostosowana. Czasami naprawdę trudno się z nią rozmawia.

Ian   był   trochę   zniecierpliwiony,   ale   grzecznie   czekał,   aż   pani   Petersen   powie 

wszystko, o czym już wiedział. Przeczytał opinie nauczycieli o Kathleen. Bardzo uważnie i 

niejeden raz. I był zaintrygowany. 

Kathleen Cahill nie przypominała innych stypendystów. Była wybitnie uzdolniona, tak 

jak oni, ale w przeciwieństwie do nich nie przejawiała żadnych pozaszkolnych zainteresowań 

7

background image

ani talentów. Nie była przewodniczącą samorządu uczniowskiego i nie grała na skrzypcach, 

jak jeden z nich. Nie uprawiała sportów. Nie uczestniczyła w wydawaniu szkolnej gazetki, nie 

grała w szkolnym teatrze.

Opinie nauczycieli o niej także różniły się od opinii o innych stypendystach, zarówno 

pod   względem   treści,   jak   i   stylu.   Brakowało   w   nich   określeń,   takich   jak   „niezwykła 

dojrzałość”,   „wyjątkowe   opanowanie”,   i   przymiotników   w   stylu   „urocza”,   „miła”, 

„czarująca”. Brakowało też ukrytego między wierszami innych opinii pragnienia, by była 

czyjąś córką, siostrą, wnuczką czy siostrzenicą.

Kathleen   Cahill   miała   tylko   jedną   drogę   do   sławy:   swoje   wybitne   zdolności. 

„Zdumiewająca, rzadko spotykana inteligencja, napisał jej nauczyciel matematyki. Nie ma 

najmniejszych   problemów   w   pojmowaniu   nawet   najbardziej   złożonych,   abstrakcyjnych 

zagadnień”.

Kathleen przerabiała szkolny materiał w przyspieszonym tempie. Dopiero skończyła 

szesnaście lat, ale byłoby zbrodnią hamować jej rozwój. Członkowie komisji przyznającej 

stypendia uznali też, że byłoby poważnym błędem z ich strony - jako pedagogów - nie dać jej 

szansy,   by  stała   się   „naukowcem,   który  może   się   przyczynić   do   rozwoju   wielu   dziedzin 

nauki”.

Nic w opisie Kathleen nie przypominało Iana Colliera w wieku szesnastu lat. Ani w 

żadnym innym wieku. Jednak Ian był pewny, że Kathleen Cahill nie cierpi niespodzianek tak 

samo jak on.

-Pani Petersen.

-Tak?

-Gdzie jest sala konferencyjna?

Dyrektorka już otworzyła  usta, by zaoponować, ale nie zrobiła tego. Ian pozwolił 

sobie na okazanie zaledwie cienia irytacji, jaką odczuwał. To jednak wystarczyło.

- Ostatnie drzwi po lewej.

Drzwi były uchylone, ale Ian zapukał lekko i po długiej chwili usłyszał równie cichą 

odpowiedź.

-Proszę wejść...

-Dziękuję.   -   Uśmiechnął   się,   choć   na   twarzy   dziewczyny   siedzącej   przy   wielkim 

drewnianym stole dostrzegł strach. Przerażenie. - Witaj, Kathleen. Jestem...

-Chodzi o moją matkę, prawda? Ona... 

8

background image

-Nie.

-Nie?

-Nie.

Iana znowu ogarnął gniew, gdy zdał sobie sprawę, jak Kathleen zrozumiała nagłe 

wezwanie do sali konferencyjnej. Oczekiwała koszmaru, a nie spełnienia marzeń.

Pani Petersen powinna była wiedzieć. Do diabła, on też powinien był wiedzieć. Czytał 

opinie, znał jej życiorys. Ona także została osierocona jeszcze przed swoimi narodzinami. Jej 

ojciec, tak jak jego, umarł, zanim przyszła na świat. Zginął nagle, jak Gordon. Ale Daniel 

Cahill zginął śmiercią bohatera, służąc swojemu krajowi w wietnamskich dżunglach.

Kiedy   ciężarna   Mary   Alice   Cahill   dowiedziała   się   o   tym,   ona   także   umarła,   a 

właściwie umarło jej serce. W pewnych okresach - zdaniem szkolnego psychologa - Mary 

Alice funkcjonowała całkiem nieźle, była w stanie pracować i nie poddawała się depresji.

Depresja była jednak motywem przewodnim jej życia. Tak jak motywem przewodnim 

życia Kathleen był niepokój o matkę.

Kathleen była opiekunką matki. Robiła zakupy, gotowała, zarządzała ich skromnym 

budżetem i płaciła rachunki. Sama wypisywała czeki i pobierała z banku pieniądze, które 

pochodziły z renty po ojcu i ich wspólnych zarobków.

Kathleen   była   lepszym   pracownikiem   od   matki,   ale   jako   nastoletnia   uczennica 

zarabiała znacznie mniej. Aby utrzymać lepiej płatne zajęcia, zastępowała matkę, kiedy Mary 

Alice nie mogła pracować, albo towarzyszyła jej, gdy matka potrzebowała pomocy.

Ostatnim miejscem pracy matki - i córki - był hotel w okolicach uniwersytetu. Mary 

Alice   została   tam   zatrudniona   jako   pomocnica   pokojówki.   Zbierała   z   pokojów   brudne 

ręczniki i pościel i odwoziła je do pralni.

Nietrudno było sobie wyobrazić obawy Kathleen... Matka w depresji porzuca wózek z 

praniem przy schodach, wchodzi na dach i skacze... Nic dziwnego, że widział przerażenie na 

twarzy dziewczyny. Nie przyszedłem tu w sprawie twojej matki.

- Nie?

Nie.   -   Ian   usiadł   naprzeciw   niej,   to   znaczy   dość   daleko.   Oddzielała   ich   lśniąca 

płaszczyzna lakierowanego drewna. - Naprawdę.

Pod   wpływem   jego   zapewnień   dziewczyna   się   rozluźniła.   Nadal   siedziała 

wyprostowana, ale zaczęła oddychać. A przedtem nie oddychała. Blade, bezkrwiste dłonie 

zaciśnięte na blacie stołu lekko poróżowiały.

Kathleen nie odpowiedziała uśmiechem na uśmiech Iana. Wydawała się pochłonięta 

własnymi myślami i ulgą, jaką odczuła. 

9

background image

Kim był i po co przyszedł, nie miało znaczenia, skoro nie pojawił się, by przynieść złe 

wieści o jej matce.

Ian cierpliwie czekał, aż Kathleen dojdzie do siebie. Podczas gdy ona wpatrywała się 

w swoje paznokcie, on patrzył na nią.

Do jej dokumentów nie dołączono zdjęcia, ale miał swoją wizję Kathleen. Uznał, że 

jest raczej niska, drobna i nerwowa.

Ale   teraz,   kiedy   zdenerwowanie   minęło,   Kathleen   Cahill   wydawała   się   bardzo... 

spokojna. I w przeciwieństwie do jego wyobrażeń była wysoka. Bardzo wysoka. Musiała 

górować nad rówieśnikami.

Mimo to wcale się nie garbiła. Wzrost najwyraźniej jej nie przeszkadzał, a może po 

prostu nie zdawała sobie sprawy ze swojej odmienności.

Widać było, że dba o wygląd. Bordowa bluzka, spłowiały błękitny golf i granatowy 

kardigan na pewno pochodziły ze sklepu z używaną odzieżą, ale były czyste i wyprasowane.

Czyste i lśniące były też jej kruczoczarne włosy. Długie, proste, starannie uczesane - 

poza grzywką, bardzo krótką i wystrzępioną, jakby przycięto ją tępymi nożyczkami. Był w tej 

grzywce jakiś smutek. Może dlatego, że musiała przycinać ją sama, bo matka nie była w 

stanie wykonać nawet tak prostej czynności.

A może byle jak przycięta grzywka to jeszcze jeden dowód spokoju Kathleen, jej 

zgody na to, kim była. Wygląd grzywki nie miał znaczenia. Jej zadaniem było tylko odsłaniać 

świat tym inteligentnym oczom koloru... właściwie jakiego? Ian nie potrafił określić. Gdy 

Kathleen   była   przerażona,   wydawały   się   czarne,   bo   rozszerzone   źrenice   całkowicie 

pochłonęły tęczówki.

A teraz, kiedy już się nie bała? Trudno powiedzieć, bo ciągle patrzyła w dół na swoje 

dłonie.

Przypomniał sobie jednak, że wchodząc do sali, dojrzał w jej oczach skrawek błękitu.

Tak, są niebieskie, pomyślał, kiedy w końcu podniosła głowę i spojrzała na niego.

Niebieskie w zdumiewająco chłodnym odcieniu. Patrzyły zupełnie nieruchomo. Nie 

rozpoznała go.

Twarz Iana bardzo często pojawiała się w telewizyjnych sprawozdaniach z zawodów 

sportowych i przyjęć charytatywnych. Czasami wypowiadał się też na różne tematy, po czym 

zazwyczaj następowało nawiązanie do „niezwykłej historii jego życia", dobrze znanej całemu 

miastu.

Była   to   bardzo   inspirująca   historia.   Od   ubóstwa   do   wielkiej   fortuny.   Historia 

strzaskanych kości w wypadku w Kitzbühel, który zakończył karierę sportową Iana. Właśnie 

10

background image

tam, w austriackim szpitalu, dwudziestoczteroletni Ian Collier wpadł na pomysł założenia 

Rain Mountain. Dzięki życzliwym mu ludziom świata sportu zebrał niezbędne środki do 

czasu, gdy wydobrzał na tyle, by wrócić do domu.

Media wiedziały wszystko o jego ojcu, ale nie wiedziały nic o Vanessie i Samie. 

Rodzice Vanessy sprzedali swoją posiadłość i przenieśli się do południowej Kalifornii trzy 

miesiące   po   nocnej   ucieczce   ich   córki.   Śmietanka   towarzyska   wiedziała,   rzecz   jasna,   o 

związku Vanessy z Ianem, ale nikt z klasą nie mógłby przecież szargać nieskazitelnej poza 

tym reputacji rodziny Worthingów, wywlekając tę sprawę.

Kiedy pytano Iana o tych kilka lat, jakie minęły od jego zjazdu w Crystal do chwili, 

gdy pojawił się na międzynarodowej arenie narciarskiej, kłamał.

Ze względu na Sama, tak jak obiecał Vanessie. Mówił, że trenował. Nikt nie pytał o 

szczegóły i nikt niczego nie podejrzewał. Skoro Ian nie próbował ukryć prawdy o swoim 

ojcu, w jego życiu nie może być żadnych tajemnic - zwłaszcza związku z bogatą dziedziczką, 

nie mówiąc już o odebranym mu dziecku. Nikomu nie przyszło do głowy, że nazwa „Rain 

Mountain" ma ukryte znaczenie. Bardzo osobiste...

Większość nastolatków spoza Seattle natychmiast rozpoznałaby Iana. Jego krótka, lecz 

niezwykła kariera sportowa stała się legendą. Ciągle podziwiano jego styl i odwagę. Nadal 

rozdawał autografy, tak jak wtedy, gdy był u szczytu kariery.

Nigdy jednak nie dał autografu Kathleen Cahill i był prawie pewny, że ona nie jeździ 

na nartach.

Kathleen patrzyła na niego, a on na nią w ciszy, która wydawała się pełna dziwnego... 

spokoju.

W końcu ciekawość zwyciężyła.

-Kim pan jest?

-Nazywam się Ian Collier.

Niespodzianka! Kathleen mogła nie rozpoznać twarzy, ale na pewno znała jego 

nazwisko. I natychmiast domyśliła się przyczyny jego wizyty.

-To jakieś nieporozumienie.

-Masz rację, Kathleen. Żadnemu z nas nie powiedziano prawdy. Ty nie wiedziałaś, że 

w twoim imieniu został złożony wniosek o stypendium, a ja dopiero przed chwilą 

dowiedziałem się, że nie jesteś zainteresowana jego otrzymaniem.

-Otrzymaniem? - W jej ledwie słyszalnym głosie pobrzmiewały nadzieja i zarazem 

obawa. - Ale ciągle może je pan przyznać komuś innemu. 

-Mogę. I zrobię to, jeśli naprawdę go nie chcesz.

11

background image

-Ja... nie, nie chcę. Ale dziękuję.

Ian uśmiechnął się. Patrzył na Kathleen, ale widział też okno, na którego tle siedziała. 

Drzewa w  najpiękniejszych odcieniach jesiennego  złota i czerwieni jaśniały w porannym 

słońcu, Ian uwielbiał jesień. Ciemnozielone świerki wydawały mu się jeszcze piękniejsze, bo 

kryły w sobie obietnicę... Obietnicę nadejścia zimy. Śniegu. Ucieczki.

-Skoro już tu jestem, może mi powiesz, dlaczego zmieniłaś zdanie i nie chcesz już 

zostać lekarzem?

-Wie pan o tym?

-Przeczytałem to w twoim wniosku.

-I że nie chcę spędzić życia na badaniach? Wszyscy uważają, że tym powinnam się 

zajmować.

Ian wyobraził ją sobie w laboratorium, skupioną, odrywającą się od zajęć tylko po to, 

by wsunąć za ucho niesforny kosmyk włosów, szybko i bez spoglądania w lusterko.

Łatwo było to sobie wyobrazić - ale trudno jej tego życzyć, skoro najwyraźniej nie 

tego chciała.

- Nie wszyscy - powiedział - Ja nie. I ty też.

Znowu   zacisnęła   dłonie.   Jej   palce   pobielały   i   Ian   zauważył,   że   ma   obgryzione 

paznokcie.

-A co chciałabyś robić, Kathleen?

-Odbierać porody - wyznała.

-Potrafię sobie wyobrazić, jak to robisz.

-Naprawdę?

-Oczywiście.   -   Prawdę   mówiąc,   było   to   nawet   łatwiejsze:   te   delikatne   dłonie 

pomagające   nowo   narodzonym   pokonać   drogę   z   łona   matek   na   świat.   -   Byłabyś 

doskonałym położnikiem, Kathleen. Bardzo chciałbym opłacić twoje studia.

-Och, panie Collier. Dziękuję.

-Czy to znaczy, że się zgadzasz? - spytał, choć znał odpowiedź, jeszcze zanim się 

odezwała.

-Nie.

-Czy dlatego że matka cię potrzebuje?

-Nie. Nie o to chodzi.

-Więc dlaczego?

Kathleen przygryzła dolną wargę tak gwałtownie, jak pewnie wcześniej gryzła 

paznokcie, Ian czekał.

12

background image

- Nikt nie może się o tym dowiedzieć - powiedziała w końcu. 

- Masz moje słowo.

Nie potrzebowała dalszych zapewnień. Uwierzyła mu natychmiast. A może po prostu 

ta tajemnica dręczyła ją tak bardzo, że musiała ją wyznać.

- Nie wiem, gdzie ona jest! Wyszła pewnego wieczoru i już nie wróciła.

Tak jak Sam.

-Kiedy to było, Kathleen?

-Dwieście   pięćdziesiąt   sześć   dni  temu.  Trzydziestego   grudnia.   Nie  chciałam,   żeby 

wychodziła! Tak strasznie padało.

Prezes   Rain   Mountain   Enterprises   pamiętał   ten   deszcz   i   jego   wpływ   na   sezon 

narciarski. A Ian, człowiek i ojciec, pamiętał chwile, kiedy liczył -w dniach, nie w tygodniach 

czy miesiącach - czas, który minął od zniknięcia Sama.

-Wyszła do pracy?

-Nie, wtedy poszłabym z nią. - Kathleen rozumowała logicznie. Gdyby chodziło o 

pracę, byłyby razem. Ale tego wieczoru Mary Alice nie szła do pracy. - Po prostu 

chciała wyjść. Pobyć z ludźmi w swoim wieku. Trochę się rozerwać.

-Robiła to wcześniej?

-Czasami.

-Wiesz, dokąd poszła?

-Niedokładnie. Do jakiegoś baru albo klubu.

-Pojechała samochodem?

-Nie, nie mamy samochodu. Ale mieszkamy jedną przecznicę od Czterdziestej Piątej 

północnej.

Czterdziesta Piąta północna, przechodząca na skrzyżowaniu z 15 w Czterdziestą Piątą 

północno-wschodnią, była główną arterią w tej części miasta. Jeśli Mary Alice złapała tam 

autobus, mogła pojechać dokądkolwiek

Kathleen była pewna, że jej matka wróciłaby do domu, gdyby mogła -Ian wiedział to 

bez pytania. Widział jej przerażenie, gdy myślała, że przyszedł powiedzieć jej to, co w głębi 

duszy już wiedziała: że Mary Alice nie żyje.

„Nikt nie może się o tym dowiedzieć”, powiedziała. I nikt nie wie, uświadomił sobie 

Ian. Przyjaciółki Kathleen nie zastanawiały się, co się stało z jej matką- bo dziewczyna, 

oddana bez reszty nauce i opiece nad matką, nie miała przyjaciółek. Tak jak Mary Alice. W 

hotelu Kathleen powiedziała zapewne, że matka jest chora, więc ona ją zastępuje. Wcześniej 

często się to zdarzało. 

13

background image

Ian potrafił sobie wyobrazić, czym były dla Kathleen te dni wypełnione czekaniem i 

rozpaczliwą tęsknotą za kobietą, za którą nikt inny nie tęsknił.

Znał ten ból i tę tęsknotę. Chciał, żeby Kathleen nie była już więcej samotna. I jego 

życzenie się spełniło. Teraz on był z nią.

-Nikomu nie powiedziałaś.

-Nie. Ale zadzwoniłam do szpitali, na wypadek gdyby zgubiła dokumenty i została 

przyjęta z amnezją.

Dzwoniła tam z nadzieją. Ale nie potrafiła zrobić tego, co zniszczyłoby tę nadzieję - 

zadzwonić na policję i do kostnicy. Nie była też w stanie czytać gazet, gdzie straszna prawda 

ukazałaby się jej oczom czarno na białym.

Czekała,  pomyślał.  I czekałaby jeszcze  długo. W miarę  upływu  czasu jej   izolacja 

pogłębiałaby się, samotność stałaby się w końcu nie do wytrzymania.

-Chcesz, żebym spróbował się czegoś dowiedzieć?

-Ja... - Zawahała się. Nie chciała poznać prawdy, ale rozumiała, że musi. Niewiedza i 

niepokój wyniszczały ją. - Tak.

Poprosił Kathleen, by opowiedziała mu o matce, i usłyszał wyznanie bezwarunkowej 

miłości. Kathleen była dumna, że matka, choć straciła ukochanego męża, starała się dać jej 

wszystko, na co było ją stać.

Rozumiała, że czasem czuje potrzebę wyjścia z domu. Chciała, by Mary Alice zaznała 

w życiu trochę szczęścia, nawet gdyby miało trwać tylko chwilę.

Mary Alice zawsze nosiła na palcu obrączkę. Tak, nawet kiedy wychodziła wieczorem. 

Zawsze miała też na szyi wisiorek ze zdjęciem męża w mundurze.

- Czy jesteś do niej podobna? - spytał Ian.

Kathleen potrząsnęła głową. Jej włosy zatańczyły wokół głowy, krótka grzywka nawet 

nie drgnęła.

- Nie. Ona jest bardzo piękna.

Trzy dni później Ian odkrył, że Kathleen mówiła prawdę i nieprawdę zarazem.

Zdjęcie   zrobione   w   kostnicy   King   County   rano   trzydziestego   pierwszego   grudnia 

dowodziło, że Mary Alice Cahill była piękna. Nawet po śmierci, nawet zamordowana.

Ale Kathleen była do niej bardzo podobna.

To Ian powiedział Kathleen o śmierci matki i tylko on pomógł jej przejść przez to 

bolesne   pożegnanie.   Nikt   inny  nawet   nie   próbował   pomóc..   Choć   nie   miała   przyjaciół   i 

14

background image

zawsze różniła się od innych, teraz została uznana po prostu za dziwadło. Co z niej za córka, 

skoro nie powiadomiła policji o zaginięciu matki przez tyle miesięcy?

Ian powiedział Kathleen to, czego musiała się dowiedzieć o morderstwie, i zadał jej 

pytania, które musiał zadać. Czy chce mieć obrączkę ślubną matki? Nie, odpowiedziała bez 

wahania. Mary Alice nosiła tę obrączkę za życia i na pewno chciałaby mieć ją na palcu także 

po śmierci... na zawsze.

Kathleen podjęłaby taką samą decyzję odnośnie do wisiorka - gdyby nie fakt, że tej 

deszczowej nocy, kiedy zaginęła Mary Alice, jej naszyjnik także zginął.

Ian   towarzyszył   Kathleen   na   pogrzebie   matki,   a   w   czerwcu   odwiózł   ją,   jako 

stypendystkę Rain Mountain, na lotnisko. Została przyjęta do Johns Hokins na sześcioletnie 

studia medyczne.

Kathleen często pisywała do człowieka, który pomógł jej spełnić marzenia i który 

także podczas studiów był jej jedynym przyjacielem.

„Drogi Panie Collier” - zaczynały się wszystkie listy. Były uprzejme, oficjalne, pełne 

wdzięczności i trochę smutne.

Iana martwił ten smutek. Przypuszczał, że znajomi Kathleen z Baltimore nie wiedzą, 

że jej matka została brutalnie zamordowana. Kathleen na pewno nie chciałaby, żeby wiedzieli. 

W najlepszym wypadku wzbudzałaby niezdrowe zainteresowanie, w najgorszym - litość.

Tak więc dziewczyna, która zawsze trzymała się na uboczu, odizolowała się od ludzi 

jeszcze bardziej, Ian wiedział, że w ten sposób broni się przed bólem. On także wybudował 

mur odgradzający go od świata.

„Droga Kathleen” - odpowiadał, zachęcając ją, by zwracała się do niego po imieniu. A 

ponieważ było oczywiste, że jej życie wypełnia bez reszty nauka, zachęcał ją także, by pisała 

mu o tym, czego się uczy.

Kiedy pisała o studiach, jej listy, choć smutne, były pełne pasji. Nauka była dla niej 

ucieczką, tak jak dla niego ucieczką stały się góry.

Tyle że on odnalazł na ośnieżonych stokach radość.

Kathleen   także   znalazła   pewien   rodzaj   szczęścia,   ale   dopiero   gdy  zaczęła   staż   w 

szpitalu.   Opieka   nad   pacjentami   była   jej   powołaniem.   Cieszyła   się,   że   może   pomagać 

ludziom;  o swoich  pacjentach  pisała  z uczuciem -  tak,  jakby byli  jej   przyjaciółmi  - a  o 

lekarzach i pielęgniarkach, od których tak wiele się uczyła, z wielkim szacunkiem.

Dla   Kathleen   życie   zaczynało   się   i   kończyło   na   szpitalu.   Tylko   tam   czuła   się 

szczęśliwa. Im więcej czasu spędzała w szpitalu, tym więcej radości było w jej listach.

Na ostatnim roku rozpoczęła pracę na oddziale ginekologiczno-położniczym szpitala 

15

background image

Brigham w Bostonie. Trzy miesiące później ukończyła studia z najwyższą lokatą. 

„Droga Dr Cahill” - napisał Ian.

„Drogi Ianie” - odpisała.

Jej listy były teraz mniej oficjalne i pisane w widocznym pośpiechu, Ian doszedł do 

wniosku, że nieczytelne pismo nie jest wrodzoną cechą lekarzy, lecz wynikiem braku czasu. 

Staranne pismo Kathleen zmieniło się, tak jakby jej trzymająca pióro ręka i kartka papieru 

poruszały się w przeciwnych kierunkach, gdy usiłowała przelać na papier jak najwięcej słów.

Kathleen kochała swoją pracę i chciała, żeby Ian o tym wiedział. Ale listy ustąpiły 

miejsca   pocztówkom,   z   których   pierwsza   została   wysłana   dziesięć   dni   po   napisaniu.   Na 

marginesie Kathleen wyjaśniła, że tyle czasu zabrało jej „zorganizowanie się na tyle, by kupić 

znaczki”.

W   odpowiedzi   Ian   wysłał   jej   plik   firmowych   pocztówek   Rain   Mountain, 

zaadresowanych i opatrzonych znaczkami.

Dopiero dziewięć lat po tym, jak Ian odprowadził Kathleen na samolot, w końcu udało 

im się porozmawiać.

Zadzwoniła   do   niego   do   domu.  W   Seattle   była   dziesiąta   wieczorem,   w   Bostonie 

pierwsza w nocy.

- Ian?

Kobiety-kochanki - często do niego dzwoniły. Ale ten głos wydał mu się nieznajomy.

-Tak?

-Mówi Kathleen.

-Kathleen. Witaj.

-Czy to nieodpowiednia pora?

-Żadna pora nie jest nieodpowiednia. Jak się masz, Kathleen?

-Dobrze. A ty?

-Też dobrze. Kathleen? Co się stało?

-Właściwie nic. Tylko że czasami... Czy czasem czujesz złość, jesteś na nią wściekły, 

że pozwoliła się zabić?

-Na twoją matkę?

-Chodziło   mi   o   twoją   matkę,   Ian.   Bo   ja   jestem   wściekła   na   moją.   Chciałabym 

wiedzieć, na ile normalna - czy nienormalna -jest moja reakcja.

-Myślę, że jest całkiem normalna. A ty?

-Sama nie wiem. Bardzo źle się z tym czuję. Wydaje mi się, że to takie egoistyczne. 

Przecież nie chciała napotkać na swojej drodze mordercy. Chciała tylko trochę się 

16

background image

rozerwać.

-Ty też chciałaś, żeby się zabawiła.

-Tak. Ale ona musiała sobie zdawać sprawę, że zawieranie znajomości z mężczyznami 

w   barach   jest   bardzo   ryzykowne.   Miała   nastoletnią   córkę,   którą   potrzebowała   jej 

opieki. Powinna być bardziej ostrożna... bardziej na siebie uważać.

-Jestem pewny, że była ostrożna, Kathleen.

-Ja też. Właśnie dlatego czuję się winna z powodu gniewu, który odczuwam. I że tyle 

myślę o sobie. O mojej stracie. W końcu to ona zginęła. To ona straciła najwięcej.

-Ale i ty poniosłaś wielką stratę. Tym, którzy przetrwali, zostaje cierpienie.

-Ty też przetrwałeś.

-Dlatego znam gniew, o którym mówisz. Pierwszych osiemnaście lat mojego życia 

spędziłem, walcząc z całym światem. Nie pamiętam, żebym był wściekły na matkę, 

ale   gdybym   wiedział,   że   zdawała   sobie   sprawę,   do  czego   zdolny  był   ojciec,   i  że 

celowo go sprowokowała, na pewno trudno byłoby mi jej wybaczyć.

-Mimo że to ona była ofiarą.

-Nie była jedyną ofiarą swojego braku ostrożności.

-Ofiary obwiniające ofiary.

-Może, ale jestem pewny, że nasze matki by to zrozumiały.

-Mam nadzieję. Dziękuję.

Zapadła cisza, ale oboje nie chcieli, by ta rozmowa - czy raczej to milczenie - dobiegło 

końca. Odezwali się w tej samej chwili.

- To miłe - powiedział Ian.

-Walczyłeś z całym światem? - spytała Kathleen. Oboje odpowiedzieli jednocześnie.

-O tak - potwierdził Ian.

-Tak, to miłe - zgodziła się Kathleen.

Uśmiechnęli się oboje, a potem zmarszczyli brwi, bo odezwał się pager Kathleen.

- Nie jestem w pracy, ale poprosiłam lekarza, który ma dyżur, żeby mnie zawiadomił, 

kiedy moja pacjentka zacznie rodzić. Obiecałam jej, że z nią będę.

Ian pomyślał o kobiecie, której Kathleen złożyła tę obietnicę, jednej z wielu pacjentek, 

które jej ufały, które powierzyły jej to, co najcenniejsze. Kathleen była jak przyjaciółka dla 

kobiet znajdujących się pod jej opieką. Ale była to przyjaźń jednostronna, profesjonalna i 

krótkotrwała. Liczyły się tylko nadzieje i problemy pacjentki, a kiedy dziecko przyszło już na 

świat i matka zakończyła wizyty poporodowe, Kathleen mogła ich nigdy więcej nie zobaczyć.

A prawdziwe przyjaźnie? Ian podejrzewał, że w wolnym czasie Kathleen pisała do 

17

background image

niego. Dzisiaj nawet do niego zadzwoniła. 

Teraz nie miała już wolnego czasu.

-Musisz iść.

-Tak, ale...

-Bardzo   bym   chciał,   żebyś   znowu   do   mnie   zadzwoniła,   Kathleen.   Kiedy   tylko 

zechcesz.

-Ty też możesz do mnie dzwonić, Ian. Zwykle jestem tu, w moim mieszkaniu, chyba 

że mam dyżur.

-Ale wtedy śpisz.

-Nie szkodzi. Szybko się budzę.

Ian był zachwycony perspektywą rozmów z Kathleen. Czuł, że musi z nią rozmawiać. 

Ale wiedział też, że są ważniejsze sprawy niż jego potrzeby.

-Potrzebujesz snu.

-Właściwie to nie.

Nie tak, jak ja potrzebuję rozmów z tobą. Ta potrzeba okazała się najważniejsza - dla 

obojga. Kathleen chciała się dowiedzieć wszystkiego o osiemnastoletniej wojnie Iana z całym 

światem, a Ian bardzo chciał jej o tym opowiedzieć. Nigdy nikomu nie mówił o Samie. Ale 

chciał, musiał powiedzieć o nim Kathleen.

Rozdział 1

Sarah's Orchard, stan Oregon

Poniedziałek, 30 grudnia

Godzina 14.00

Czasy obecne

-   Został   jeden   szczeniak,   suczka   -   powiedziała   Marge   Hathaway.   -   Jeśli   jest   pan 

zainteresowany...

-   Jestem   -   odparł   Sam   Collier   cicho.   Nie   rozmawiał   z   nikim   od   miesiąca,   od 

poprzedniej rozmowy z Marge.

Wtedy   zadzwonił   do   niej.   Po   poszukiwaniach   w   Internecie   -   „szczenięta   cocker-

spaniela”   i   „Oregon”   -   znalazł   stronę   Marge:   OceanCrestCockers.com.   Strona   została 

18

background image

ozdobiona   z   okazji   Bożego   Narodzenia   obrazkami   świątecznych   wieńców   i   choinek,   ale 

zainteresowały go głównie fotografie.

Na jednym ze zdjęć była Marge ze swoim mężem Glennem, z którym przez pół wieku 

tworzyła szczęśliwy dom dla ich dzieci, wnuków, prawnuków - i psów.

W ostatnim miocie było osiem szczeniąt. Kolorowe zdjęcie dumnych rodziców - w 

czapkach Świętego Mikołaja - stanowiło gwarancję, że dzieci odziedziczyły po nich złocistą 

lśniącą   sierść,   ciemne   błyszczące   oczy   i   wszystkie   inne   cechy,   jakie   powinny   posiadać 

rodowodowe spaniele.

Pod zdjęciami szczeniąt Marge zamieściła swoje opinie o hodowli psów. Czemu nie? 

To była jej strona. Jej ukochane szczenięta.

W wielu kwestiach Marge miała inne zdanie niż autorzy poradników dla hodowców. 

Jej szczenięta mogły opuścić rodziców dopiero w ósmym tygodniu życia, czyli w przypadku 

tego miotu dwudziestego ósmego grudnia. Ale nawet gdyby wcześniej były wystarczająco 

duże i tak nie oddałaby żadnego z nich przed Bożym Narodzeniem. Szczeniaki wychodzące z 

pudeł ustawionych pod choinkami wyglądają uroczo, lecz - o czym wiedzą wszyscy, którzy 

kochają   psy   -   szczenię   musi   się   przyzwyczaić   do   nowego   otoczenia,   co   świąteczne 

zamieszanie   tylko   utrudnia.   Poza   tym  to   niebezpieczny  okres  dla  maluchów,  które  gryzą 

wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich wzroku.

Szczenięta   Marge   można   było   jednak   zamawiać   z   wyprzedzeniem.   Dla 

zainteresowanych podano numer telefonu.

Chociaż   Marge   nie   opisała   na   swojej   stronie   procedury,   jakiej   poddawała 

potencjalnych nabywców szczeniąt, Sam nie był jednak zaskoczony przesłuchaniem, jakie 

przeprowadziła, kiedy zadzwonił,

Chciała znać jego wiek - trzydzieści sześć lat - i wiedzieć, gdzie mieszka.

-W Sarah's Orchard.

-Ach   tak   -   odparła   ciepło.   Najwyraźniej   znała   to   małe   urocze   miasteczko   i   jego 

przyjaznych mieszkańców. - To wspaniałe miejsce.

-Owszem.

-Od jak dawna pan tam mieszka?

-Od ośmiu lat. Mam tam sad.

-Sad to dobre miejsce dla spaniela. A rodzina? Żona, dzieci? Inne zwierzęta domowe?

-Nie mam rodziny.

-Ale mieszka pan z kimś?

- Nie, mieszkam sam.

19

background image

Zapadła cisza. Długa i ciężka.

- Spaniele to bardzo towarzyskie stworzenia - podjęła wreszcie Marge poważnym 

tonem. - Zwłaszcza nasze spaniele. Kiedy tylko szczenięta trochę podrosną, umieszczamy ich 

kojec na środku salonu, żeby przyzwyczajały się do obecności dzieci, innych psów, a nawet 

kotów.

Ciepłe, pełne ruchu centrum życia rodzinnego. Sam uważał, że to brzmi cudownie. I 

tak obco. Och, widywał takie miejsca. Ale nigdy nie był ich częścią.

- Jestem pewna - dodała Marge łagodniej - że w twoim sadzie dużo się dzieje. Wiem, 

że w Sarah's Orchard lubią psy i jest tam mnóstwo dzieci. Co najmniej dziesięć naszych 

szczeniąt znalazło tam domy.

Z jakiegoś powodu Marge polubiła Sama, próbowała więc przekonać samą siebie, że 

oddanie mu jednego ze szczeniąt będzie dobrym pomysłem.

Sam nie wątpił, że choć żyje samotnie, potrafi stworzyć szczęśliwy dom dla psiaka.

Był pewny, że chce mieć psa i że zrobi wszystko, by ten pies był szczęśliwy. Nie był 

jednak pewny, czy mały, towarzyski spaniel nie czułby się lepiej gdzie indziej. 

Sam marzył o psie, odkąd pamiętał. Już jako dziecko marzył o tym przez cały rok, a w 

okresie Bożego Narodzenia to pragnienie jeszcze się nasilało. W końcu zdobył się na odwagę 

i wypowiedział je głośno, choć z góry znał odpowiedź. „Nie”. Odsunął się wtedy od kręgu 

ciepła i miłości, z którego i tak był wykluczony, by skryć się w ciszy swojego pokoju.

A kiedy w wieku szesnastu lat opuścił dom, by wędrować po świecie, nauczył się 

znajdować spokój w towarzystwie psów.

Psy, które napotykał na swojej drodze, miały domy - w przeciwieństwie do niego. 

Były szczęśliwe, kochane, bezpieczne.

Kiedyś, myślał, on także będzie miał dom. A gdy już znajdzie dom, kupi psa.

Sarah's Orchard było tym domem. Sam uznał, że w tym roku, w czasie tych świąt, 

może wprowadzić pod swój dach psa.

Wydawało się to wspaniałym pomysłem, dopóki ta miła kobieta, z którą rozmawiał 

przez   telefon,   nie   sprawiła,   że   zaczął   się   zastanawiać,   czy   nie   będzie   to   z   jego   strony 

egoistyczne. Wprawdzie ludzie uważali, że potrafi się doskonale porozumiewać z psami, a 

niektórzy nazywali go nawet zaklinaczem psów, lecz Sam znał prawdę. To psy doskonale 

potrafiły porozumiewać się z nim. Wszystkie psy mają swoje sposoby na ludzi.

- Jest jakiś konkretny powód, dla którego chce pan akurat spaniela? -spytała Marge po 

kolejnej chwili ciszy.

Powód? Nie. Uczucie... Tak.

20

background image

Sam   już   dawno   wyparł   z   pamięci   wspomnienia   nieszczęśliwego   dzieciństwa. 

Wspomnienia - i związane z nimi emocje - zostały za zamkniętymi drzwiami. Tylko on miał 

do nich klucz.

Ale były też inne emocje; emocje, których nie potrafił z taką łatwością kontrolować. 

Wzięły się nie wiadomo skąd i budziły nadzieję. Nadzieję... lecz także tęsknotę, której nie 

rozumiał, i ból, zbyt wielki, by go nazwać.

Przyjął te emocje, które pojawiły się bez ostrzeżenia i zaparły mu dech w piersiach. 

Dzięki   nim  poczuł,  że   żyje.  Miał  wrażenie,  jakby  one  same  były  żywymi  istotami,  jego 

przyjaciółmi. Czuł też, że musi żyć w zgodzie z ich nakazami.

Właśnie dlatego zaczął szukać w Internecie informacji o spanielach. Tak jak w innych 

przypadkach wydawało się, że to nielogiczne. Sam bardzo mało wiedział o spanielach. Nie 

była to rasa wybierana przez ludzi, z jakimi pracował - mechaników, rybaków, marynarzy i 

tych, którzy zajmowali się myciem okien, malowaniem mostów czy naprawianiem dachów. 

Ale ilekroć widział spaniela, zalewała go fala tęsknoty i nadziei. Więc w odpowiedzi 

na pytanie Marge powiedział:

-To zawsze była moja ulubiona rasa.

-Moja też. Oczywiście! - wykrzyknęła Marge entuzjastycznie, po czym przeszła do 

wykładu na temat odpowiedzialności związanej z posiadaniem psa. - Każdy pies to 

wielka odpowiedzialność. Zwłaszcza spaniele, bo to długowieczna rasa. Niektóre żyją 

siedemnaście   lat,   a   nawet   dłużej.   Jak   wszystkie   stworzenia   wymagają   troskliwej 

opieki, szczególnie pod koniec życia.

-Zdaję sobie z tego sprawę. Jestem gotów przyjąć na siebie taką odpowiedzialność.

-Wierzę, że tak.

-Ale nie jest pani pewna, czy w mojej sytuacji zapewnię psu dobre życie.

-Tylko dlatego, że mam swoje przyzwyczajenia. A jestem bardzo uparta. Widzi pan, 

zajmuję się hodowlą spanieli od pięćdziesięciu lat i zawsze miałam więcej rodzin - 

rodzin  z dziećmi - zainteresowanych moimi  psami niż  szczeniąt do zaoferowania. 

Podejrzewam, że tym razem będzie tak samo i, szczerze mówiąc, chętniej oddam 

szczenięta do domów z dziećmi.

-To oczywiste - odparł Sam, choć miał ochotę przekonywać Marge, że każdemu jej 

szczenięciu, w ogóle każdemu psu, najlepiej byłoby w jego domu.

-Ale muszę przyznać - ciągnęła - że w tym miocie jest jedna suczka, którą chyba 

wolałabym sprzedać panu.

-Och?

21

background image

-Nie jest tak towarzyska jak jej rodzeństwo. Właściwie wcale nie jest towarzyska. 

Problem w tym, że jest bardzo mała. Może się jeszcze okazać najśmielsza z całego 

miotu. Ale jeśli nie...

-Wezmę ją.

Marge obiecała, że się z nim skontaktuje, i życzyła Samowi wesołych świąt

Przez następne cztery tygodnie Sam przygotowywał się na przyjęcie suczki, choć miał 

nadzieję - ze względu na nią - że wkrótce poczuje się lepiej w pełnym ludzi saloniku Marge.

Na pewno tak właśnie będzie, powiedział sobie, po czym wysprzątał wszystkie cztery 

pokoje swojego domu. Wyszorował nawet drewniane podłogi.

Tak, suczka na pewno zrobi się śmielsza, a on zadzwoni do innych hodowców, na 

wszelki wypadek. Nie zrobił tego jednak. Nigdy nie porzuciłby szczenięcia, które jeszcze 

mogło należeć do niego. 

Dziesiątki razy wracał w myślach do rozmowy z Marge, powtarzając sobie wszystko, 

co powiedział i czego nie powiedział, i zastanawiał się nad innymi rozmowami, które Marge 

mogła odbyć...

Wiele szczeniąt Marge trafiło do Sarah's Orchard. Znalazły domy w rodzinach, które 

starannie wcześniej sprawdziła. Jak matka, która chce mieć pewność, że jej dziecku nie stanie 

się krzywda. Teraz mogła zadzwonić do kogoś, kogo znała.

I czego dowiedziałaby się o Samie od dobrych ludzi z Sarah's Orchard?

Że kiedy pojawił się tu na swoim harleyu, byli pewni, że należy do Aniołów Piekła. 

Wszystko na to wskazywało: długie włosy, czarna skórzana kurtka, ponury wyraz twarzy. 

Zatrzymał się, żeby zatankować motor - ot, zwykła przerwa w drodze na wybrzeże. Czuł na 

sobie podejrzliwe spojrzenia mieszkańców miasteczka i ich ulgę, kiedy pojechał dalej.

Opuszczony sad znajdował się trzy kilometry za miastem. Tabliczka z napisem  N

A

 

SPRZEDAŻ

 chyliła się ku ziemi, tak jak zaniedbane jabłonie.

Sam jechał szybko, spiesząc nad morze, kiedy nagły żal chwycił go za serce.

Żal mu było tych opuszczonych drzew.

Zatrzymał się i poczekał, aż jego oddech się uspokoi. Tak, czuł żal, ale ten żal obudził 

w nim nadzieję. Nadzieję, która kazała mu wrócić do miasteczka.

Przez ponad dziesięć lat imał się niebezpiecznych, ale dochodowych zajęć, miał więc 

dość pieniędzy, by kupić opuszczony sad. Zostało mu nawet trochę na fryzjera i furgonetkę.

Sarah's Orchard słynęło z jabłek, tak jak pobliskie Medford było znane z gruszek. 

Jednak   w   Sarah's   Orchard   nie   było   odpowiednika   Harry'ego   i   Davida.   Zamiast   jednego 

wielkiego przedsiębiorstwa działało tu wiele małych firm, z których każda produkowała tylko 

22

background image

jeden rodzaj przetworu z jabłek.

Mieszkańcy   miasteczka   wątpili,   czy   drzewa   Sama   jeszcze   kiedykolwiek   będą 

owocować. On początkowo też. Zwłaszcza gdy po lekturze książek, które kupił w miejscowej 

księgarni, przekonał się, że nie ma pojęcia o drzewach owocowych... ani o żadnych innych 

drzewach, jeśli chodzi o ścisłość.

Ale   albo   Sam   Collier   umiał   czytać   między   wierszami,   albo   był   urodzonym 

sadownikiem. Zdania co do tego były podzielone. Nikt jednak nie kwestionował wyników - 

sad znowu owocował, jabłek było więcej niż kiedykolwiek i były jeszcze lepsze.

Sam   wiedział,   że   nie   miało   to   nic   wspólnego   z   jego   osobą.   On   tylko   zastosował 

ogólnie znane zasady dotyczące przycinania, nawożenia, podlewania i zbierania. Robił to, 

kiedy   trzeba   -   to   wszystko.   Ziemia   leżała   odłogiem   dość   długo.   Drzewa   trwały   jak   w 

hibernacji. Sad odpoczął i znów mógł rodzić owoce.

Tak   czy   inaczej,   gdyby   Marge   o   niego   zapytała,   dowiedziałaby   się,   że   Sam   jest 

urodzonym ogrodnikiem i kurą znoszącą złote jajka. Dzięki niemu miejscowa gospodarka 

znowu przeżywała rozkwit. Sarah's Orchard wiele mu zawdzięczało.

Gdyby zagadnęła kogoś  bardziej rozmownego, mogłaby usłyszeć, że Sam nie jest 

Aniołem Piekła - choć może być upadłym aniołem. Mężczyźni go podziwiają. A kobiety... 

Cóż, niepodobna patrzeć na Sama, słuchać jego głosu - i nie myśleć o seksie. Ale to tylko 

niewinne   fantazje.   Jest   zbyt   zamknięty   w   sobie   i   zbyt   inteligentny,   by   romansować   z 

kobietami z Sarah's Orchard.

Sam przypuszczał, że Marge nie zgorszyłoby takie wyznanie.

Problem w  tym, że  pewnie nikt  nie  powiedziałby jej  tego, co  najbardziej  pragnął 

usłyszeć: jeśli ktoś powinien mieć psa, to właśnie on. Jaki szczęśliwy byłby ten pies!

Niestety, żadna z tych rozmów nie trwałaby dość długo, by mogły paść te decydujące 

słowa.   Wszyscy   byliby   przekonani,   że   zaszła   jakaś   pomyłka.   To   niemożliwe,   żeby   Sam 

Collier zadzwonił do Marge w sprawie psa. Przecież nawet nie ma go teraz w mieście. Zimą, 

gdy jego sad zapadał w sen, zawsze wyjeżdżał. Nikt nie wiedział dokąd, ale wszyscy byli 

pewni, że wiedzą: na spotkania z dawnymi albo nowymi kochankami.

Początkowo seks oczywiście był głównym powodem, dla którego Sam wyjeżdżał z 

Sarah's Orchard pierwszego grudnia. Seks i dojmująca tęsknota, którą zawsze budziło w nim 

zbliżające się Boże Narodzenie. Ale w tym roku - mimo tęsknoty, a może dlatego że wiązała 

się ze wspomnieniem niechcianego chłopca, który bardzo pragnął mieć psa - Sam został w 

domu.

Ludzie mogliby też powiedzieć Marge, że to nie Sam dzwonił do niej w sprawie 

23

background image

szczenięcia,   bo   gdyby   chciał   kupić   psa,   byłoby   to   zwierzę   podobne   do   niego,   dzikie   i 

niebezpieczne. Może wilczur, może nawet prawdziwy wilk. I na pewno byłby to dorosły pies, 

nie szczeniak. Owszem, Sam Collier potrafił opiekować się drzewami. Ale to coś zupełnie 

innego niż opieka nad psem, prawda?

Więc jeśli ktoś dzwonił do Marge, na pewno nie był to Sam. Nie ma sensu do niego 

oddzwaniać. Wróci do Sarah's Orchard dopiero na początku marca. A choć bardzo dobrze zna 

się na komputerach i chętnie pomaga tym, dla których nowoczesne technologie stanowią 

problem, nie ma ani automatycznej sekretarki, ani poczty głosowej. 

Nikt nie wiedział dlaczego. A powód był prosty: nigdy dotąd nie zdarzyło się, by 

oczekiwał telefonu.

A teraz czekał na telefon od Marge i wiedział, że podniesie słuchawkę. Jeśli Marge 

zadzwoni.

Zadzwoniła trzydziestego grudnia.

I miała dla niego szczeniaka.

Jeśli nadal jest zainteresowany, rzecz jasna.

-Jestem zainteresowany - zapewnił. - Przyjadę po nią od razu, jeśli można. Zajmie mi 

to jakieś półtorej godziny.

-Nie ma problemu, ale może najpierw powiem panu o niej coś więcej? - W głosie 

Marge   brzmiała   ostrzegawcza   nuta.   Uważała,   że   powinien   dowiedzieć   się   czegoś, 

zanim ruszy w drogę. Czegoś, co być może sprawi, że się rozmyśli.

Sam był pewien, że nie zmieni decyzji i weźmie to niechciane szczenię. Ale skoro 

Marge woli powiedzieć mu wszystko teraz...

-Dobrze.

-Cóż,   chyba   nie   muszę   mówić,   że   nie   stała   się   bardziej   towarzyska.   Pod   tym 

względem jest nawet gorzej, niż było. Ale to naprawdę słodkie, łagodne stworzenie. 

Jest bardzo wrażliwa. Denerwuje ją nawet najmniejsze zamieszanie. Lubi ciszę. Nawet 

telewizja, która zazwyczaj uspokaja szczenięta, kiedy ludzi nie ma w pobliżu, źle na 

nią wpływa.

-Ja nie oglądam telewizji.

-Nie? To dobrze. To jej się spodoba. Przeniosłam ją do sypialni, z dala od zgiełku. Tam 

jest spokojniejsza, mniej lękliwa. Bawi się i w końcu zaczęła jeść tyle, ile powinna. 

Wcześniej prawie wcale nie jadła. Była zbyt nerwowa, jak sądzę. Ale teraz przybrała 

na wadze i ma brzuszek jak reszta szczeniaków. Poza tym cieszy się doskonałym 

zdrowiem. Nasz weterynarz, do którego mam całkowite zaufanie, twierdzi, że jest 

24

background image

bardzo silna. Tylko nieśmiała. Mniej boi się dorosłych niż dzieci i muszę powiedzieć, 

że zdecydowanie woli mężczyzn. Powinna czuć się dobrze w pana towarzystwie. A 

może nie. Może nigdzie" nie będzie czuła się naprawdę dobrze. Ale tak czy inaczej 

będzie miała dom. Jeśli jej pan nie weźmie, my ją zatrzymamy.

-Chcę ją wziąć.

-To wspaniale. Musi pan wiedzieć, że ona potrzebuje dużo miłości i czułości. Więcej 

niż   inne   szczenięta.   Tak   już   jest   z   trudnymi   dziećmi,   prawda?   Wszystko   jest   w 

porządku, jeśli dostają tyle miłości, ile potrzebują.

„Jeśli”.   Zepchnięte   w   najciemniejszy   kąt   pamięci   wypłynęło   na   powierzchnię. 

Pierwsze wyraźne wspomnienie. Sam właśnie skończył sześć lat. Jego młodszy brat Tyler 

miał przyjść na świat za niecały miesiąc. Sam już nie mógł się tego doczekać - do chwili, gdy 

usłyszał przypadkiem rozmowę matki z ojczymem. O nim, ich trudnym dziecku.

-Nie chcę, żeby Sam kręcił się w pobliżu mojego syna, Vanesso.

-Naszego syna, Mason!

-

Tak,   kochanie,   naszego   syna.   Naszego   Tylera.   Którego   musimy   chronić   przed 

Samem.

-Naprawdę sądzisz, że Sam mógłby skrzywdzić Tylera?

-Nie wiem. Ale istnieje takie ryzyko, a ja nie chcę ryzykować. Z Samem jest coś nie 

tak. Oboje o tym wiemy. Może powinien znowu zaczął przyjmować leki.

-To kiepski pomysł. Sam jest spokojny, nawet kiedy nie dostaje valium. Zresztą nigdy 

nie zachowywał się agresywnie.

-Jeszcze nie. Ale geny mogą w końcu dojść do głosu. Nie myślałaś, żeby odesłać go 

do ojca?

-Ależ Mason! Wiesz, co to za człowiek! Ian to potwór. Nie kochał mnie. Nie chciał 

mnie... ani Sama.

-Wiem.

-Może siedzi w więzieniu... albo już nie żyje. Jak mogłeś pomyśleć o oddaniu Sama 

ojcu?! Rozumiem, że nie chciałeś go adoptować. Chociaż nie było mi łatwo zmusić 

Iana do zrzeczenia się praw rodzicielskich.

-Wiem, że nie było ci łatwo, kochanie. To wszystko było dla nas bardzo trudne. Ale 

Sam nie nazywa  się Hargrove, a Tyler będzie  nosił  to nazwisko. Musimy myśleć 

przede wszystkim o Tylerze.

-Sam? - spytała Marge - Jest pan tam?

-Jestem - powiedział - ale wyjeżdżam za pięć minut. Będę u pani około czwartej.

25

background image

Rozdział 2

Queen Anne Medical Center

Oddział ginekologiczno-położniczy, Seattle

Poniedziałek, 30 grudnia

Godzina 15.45

Okno   gabinetu   doktor   Kathleen   Cahill   wychodziło   na   zachód,   na   zatokę   i   góry. 

Zimowe niebo pociemniało, zachodzące słońce zabarwiło wiszące nisko chmury na kolor 

lawendy - ulubioną barwę Kathleen. 

Nigdy  nie   zastanawiała   się,   dlaczego   lubi   ten   kolor.   Rzadko   zastanawiała   się  nad 

takimi rzeczami, nie miała na to czasu. Ale patrząc z zachwytem na wspaniały zachód słońca, 

pomyślała, że może jakaś jej część tęskni do takich pogodnych wieczorów, kiedy niebo jest 

czyste, a matki bezpiecznie wracają do swoich córek.

Wreszcie była w domu. Tam, gdzie jej serce. Tam, gdzie Ian.

To była długa podróż - osiemnaście lat, podczas których starali się utrzymywać ze 

sobą kontakt...

Po tym pierwszym telefonie często ze sobą rozmawiali, czasem do późna w nocy, 

całymi godzinami, Ian opowiedział Kathleen o Samie.

-Miał   siedem   minut,   kiedy   pozwolili   mi   wziąć   go   na   ręce.   Już   wcześniej 

postanowiłem, że będę dobrym ojcem, takim, jakiego sam nie miałem. Ale dopiero 

gdy  wziąłem   Sama   w   ramiona,   zrozumiałem,   co   to   znaczy.   Chciałem   go   kochać, 

chronić, poruszyć niebo i ziemię, byleby był zawsze bezpieczny i szczęśliwy. Zresztą 

nie muszę ci tłumaczyć. Pewnie codziennie widujesz takie reakcje.

-Niecodziennie, Ian. Ale ilekroć je widzę, ogarnia mnie radość.

-Dzielisz radość rodziców.

-Tak. Och, Ian.

-O co chodzi?

-Sam umarł, prawda? Twój ukochany syn umarł.

-Nie, nie umarł. Ale straciłem go. Choć tak naprawdę nigdy nie był mój.

-Jak to?

-Nie był moim biologicznym dzieckiem. Przez pewien czas byłem dawcą krwi. W 

26

background image

banku krwi powiedzieli mi, że moja grupa - AB - jest bardzo rzadka. Dziecko ojca o 

grupie  AB   niekoniecznie   musi   mieć   taką   samą   grupę   krwi.   Zależy   to   od   kilku 

czynników, w tym od grupy krwi matki. Ale jednej  grupy krwi moje  dziecko nie 

mogło mieć.

-Sam miał grupę 0 - powiedziała Kathleen cicho.

-Tak.

-Kiedy się dowiedziałeś?

-Kilka godzin po jego narodzinach. Byłem w szpitalu, kiedy przyszły wyniki badania 

krwi. Sam miał grupę 0, a ja AB. Wierz mi, upewniłem się, że nie było żadnej pomyłki 

- cały czas ukrywając to, czego się dowiedziałem, przed Vanessą.

Nie   chciałeś   stracić   swojego   małego   synka,   pomyślała   Kathleen.   Bo   Sam   był   już 

wtedy   twoim   synem.   Od   chwili,   kiedy   pierwszy   raz   wziąłeś   go   w   ramiona.   Inny 

osiemnastolatek nie posiadałby się z radości, wiedząc, że to odkrycie pozwoli mu zrzucić z 

ramion ciężar odpowiedzialności. Ale nie ty. Przyjąłeś na siebie tę odpowiedzialność z taką 

samą radością, z jaką wziąłeś w ramiona nowo narodzone dziecko.

-Czy   miałeś   jakieś   powody,   by   podejrzewać,   że   nie   była   pewna,   kto   jest   ojcem 

dziecka?

-Nie. Ale kiedy odeszła, zabierając Sama dowiedziałem się, że była w ciąży, jeszcze 

zanim się poznaliśmy.

-

A biologiczny ojciec Sama?

-O niczym nie wiedział albo niewiele go to obchodziło. Pewnie był to jeden z facetów, 

którymi przestawała się interesować po pierwszej wspólnej nocy.

-Tobą nie przestała się interesować.

-To był tylko kolejny cios w jej nieustającej wojnie z rodzicami. Wybrała mnie, bo 

byłem najbardziej nieodpowiedni ze wszystkich.

-Ale pragnęła cię.

Ian pomyślał o tym, jak pragnęła go Vanessa. Seksualnie. Zachłannie. Kathleen miała 

na myśli coś zupełnie innego - pragnienie jedności z drugim człowiekiem.

-Oczywiście. Przez jakiś czas. Ale w końcu się mną znudziła, miała ochotę na coś 

nowego. Problem w tym, że nie zauważyłem, kiedy się to zaczęło. Sądziłem, że jest 

szczęśliwa, że odpowiada jej życie, jakie prowadziliśmy. Nawet nie przyszło mi do 

głowy, że czegoś jej brakuje.

-Dlatego że byłeś bardzo szczęśliwy - powiedziała Kathleen. - Z Samem. Czy Vanessa 

była dobrą matką?

27

background image

-Nawet bardzo dobrą, kiedy miała na to ochotę. Nie spędzała z Samem dużo czasu. Ja 

chciałem spędzać z nim każdą wolną chwilę. Ale nie przeszkadzało mi to, a w każdym 

razie tak mi się wtedy wydawało. Ja zajmowałem się Samem, a ona brylowała w 

towarzystwie i flirtowała, co było jej żywiołem.

-Kiedy odeszła?

- Osiem dni przed Bożym Narodzeniem, kiedy Sam miał cztery lata. Latem była na 

spotkaniu klasowym z okazji dziesięciolecia matury. Spotkanie zaczęło się od pikniku w 

rezydencji jednej z koleżanek. Vanessa chciała zabrać na piknik Sama. Uwielbiała się nim 

chwalić przed przyjaciółmi. Był cudownym małym chłopcem, pogodnym, uśmiechniętym, 

ślicznym.

- Domyślam się, że lubiła chwalić się także tobą.

Pokazywać swojego kochanka. Syna mordercy.

- Owszem. Chciałem pojechać na ten piknik ze względu na Sama. Nie obawiałem się, 

że będzie się źle czuł wśród tylu obcych osób. Był bardzo towarzyski. Ale było tam jezioro, 

przystań,   łódki...   a   Vanessa   bywała   bardzo   nieuważna,   kiedy   pochłaniały   ją   towarzyskie 

podboje.  Spotkanie okazało się bardzo przyjemne. Były tam też inne dzieci z rodzicami. 

Podobało mi się zwłaszcza, jak niejaki Mason Hargrove bawił się z Samem. Mason spotykał 

się  z  Vanessą,   kiedy oboje   byli  jeszcze   w  szkole.   Później   ich  drogi   się  rozeszły.   Mason 

pracował na Wall Street w firmie swojego dziadka i niedawno odziedziczył rodzinny dom w 

Greenwich.

-Mam złe przeczucia co do tego człowieka - mruknęła Kathleen.

-Nie był zły i sądzę, że jeszcze w szkole jego uczucia do Vanessy były znacznie 

głębsze niż jej do niego. A wtedy... - urwał. - Wieczorem były tańce. Nie poszedłem. 

Wolałem spędzić wieczór z Samem. Vanessa nie miała nic przeciwko temu. Pokazała 

nas już w towarzystwie i chciała odświeżyć znajomość z Masonem. W grudniu byli 

już gotowi do małżeństwa. Pewnego wieczoru wróciłem z pracy do pustego domu. 

Czekał na mnie tylko list od Vanessy. Napisała, że świetnie się ze mną bawiła, ale 

miłością jej życia jest Mason. Chciała, żebym podpisał jakieś dokumenty, tak szybko, 

jak to tylko możliwe. Miał je jej prawnik, który czekał na telefon ode mnie.

-Chciała, żebyś zrzekł się praw rodzicielskich?

-Też   tak   przypuszczałem   i   byłem   gotów   walczyć   o   Sama   do   upadłego,   błagać, 

zaciągać pożyczki, kraść. Zrobiłbym wszystko, żeby pokonać Worthingów w sądzie. 

Ale od prawnika dowiedziałem się, że Vanessa od początku znała prawdę o Samie. 

Wiedziała, że nie jestem jego ojcem. Żadne pieniądze nie mogły tego zmienić. Nie 

28

background image

mogłem nawet twierdzić, że przyznanie opieki nad Samem mnie będzie w interesie 

dziecka.   Vanessa   była   jego   matką,   a   Mason   człowiekiem   o   wielu   przymiotach   i 

nieposzlakowanej opinii.

-Co więc miałeś podpisać?

-Oświadczenie, że Sam nie jest moim synem i że nie roszczę do niego żadnych praw. 

Znajdowała się tam także klauzula, w myśl której zrzekałem się wszelkich roszczeń do 

majątku Worthingów.

-Podpisałeś to?

-Tak, w końcu podpisałem. Ale najpierw zażądałem rozmowy z Vanessą. Musiałem się 

upewnić, że Sam rozumie, co się dzieje, i nie cierpi z tego powodu. Vanessa zapewniła 

mnie, że wszystko jest w porządku. Skonsultowała się z psychologiem dziecięcym, 

który   poradził   jej,   żeby   zabrała   Sama   tak,   jak   to   zrobiła.   Dramatyczna   scena 

pożegnania   zostałaby   na   zawsze   w   jego   pamięci,   co   było   zupełnie   niepotrzebne. 

Zdaniem psychologa Sam był w takim wieku, że prawdopodobnie zapomni o swoim 

życiu w Seattle... zwłaszcza jeśli szybko pojawią się nowe, radosne doświadczenia. 

Dlatego właśnie Vanessa i Mason postanowili przeprowadzić się w grudniu, tak żeby 

Boże Narodzenie było pierwszym wspomnieniem Sama związanym z domem Masona. 

Vanessa twierdziła, że wszystko poszło zgodnie z planem. Sam i Mason razem ubierali 

choinkę i rozmawiali o Świętym Mikołaju. Psycholog zasugerował Vanessie, żeby w 

czasie świątecznego zamieszania obserwowała, jak Sam się czuje, nazywając Masona 

„tatą”.

-Musiało ci być bardzo ciężko słuchać tego wszystkiego.

-To prawda. Ale cieszyłem się, że Vanessa zrobiła to, co było najlepsze dla Sama, a 

rady psychologa wydawały się sensowne.

-Co Vanessa powiedziała Samowi o tobie?

-Że   byłem   jej   bliskim   przyjacielem   i   bardzo   go   lubiłem,   ale   nie   jestem   jego 

prawdziwym ojcem. Wyjaśniła, że Mason jest jej jeszcze bliższy i to on będzie teraz 

jego tatą. Na początku Sam był trochę zdezorientowany, ale powtarzała mu to, ilekroć 

zaszła taka potrzeba, czyli tylko wtedy, kiedy pytał o mnie. Poza tym przystosował się 

do nowej sytuacji szybciej, niż przypuszczał psycholog. Vanessa uważała, że wkrótce 

w ogóle nie będzie mnie pamiętał.

-Och, Ian. To musiało być dla ciebie okropne.

-Nie przeczę. Ale podpisałem te papiery, bo wierzyłem, że to najlepsze, co mogę 

zrobić dla Sama. Podpisałem też oświadczenie, że nigdy nie podam do publicznej 

29

background image

wiadomości faktu, iż dzieliłem życie z Vanessą i Samem. I że nigdy nie będę próbował 

się z nim kontaktować. W zamian wymogłem na Vanessie dwie obietnice. Gdyby Sam 

jednak mnie zapamiętał albo chciał się dowiedzieć, jak wyglądały pierwsze cztery lata 

jego   życia,   miała   mu   powiedzieć,   że   choć   nie   jestem   jego   biologicznym   ojcem, 

kochałem go jak własnego syna i zawsze może się ze mną skontaktować.

-Skontaktował się?

-Nie. Ja też dotrzymałem obietnicy i nie próbowałem go odszukać. I aż do dziś nigdy 

nikomu nie powiedziałem o Samie i Vanessie... ani o tym, dlaczego nazwałem swoją 

firmę Rain Mountain.

-A dlaczego tak ją nazwałeś? Z powodu Sama?

-Tak. Z naszego domu przy ładnej pogodzie widać było Mount Rainier. Tysiące razy 

opowiadałem Samowi o tej górze i o śniegu. Przez pierwsze dwa lata tylko słuchał. 

Ale słuchał uważnie, szybko się uczył, więc kiedy zaczął mówić...

Tata! Tata! Tata! Zapadła cisza.

-   Rain   Mountain   -   tak   Sam   nazywał   Mount   Rainier,   prawda?   –   spytała   w   końcu 

Kathleen. 

- Tak. To była nasza ulubiona zabawa. Ilekroć góra ukazywała się naszym oczom i ja 

mówiłem, jak wspaniale jest znowu widzieć Mount Rainier, Sam potrząsał głową i mówił 

„Rain Mountain”.

-Piękna nazwa.

-Piękne wspomnienie. Jedno z tych, które - miałem nadzieję - zostaną w pamięci 

Sama.

-Może tak się stało.

-Nie sądzę. Nigdy się z nim nie skontaktowałem bezpośrednio, ale kiedy zbliżały się 

jego szesnaste urodziny, akurat otwierałem swoją firmę. Wysłałem Vanessie broszurę. 

Było tam zdjęcie góry, historia firmy i parę słów o mnie.

-Chciałeś, żeby dała broszurę Samowi?

-Tylko jeśli uzna, że będzie zainteresowany. Nie wiem, czy mu ją dała. Nie dostałem 

odpowiedzi od żadnego z nich.

-Powiedziałeś, że wymogłeś na Vanessie dwie obietnice.

-Tak. Chciałem też, żeby podarowała Samowi pod choinkę szczeniaka. Boja mu to 

wcześniej obiecałem.

30

background image

Podczas kolejnych wieczornych rozmów Ian opowiedział Kathleen o szczęściu, jakim 

było   jego   życie   z   Samem,   i   o   pustce,   która   zajęła   miejsce   szczęścia,   kiedy  to   życie   się 

skończyło.

Ian nigdy się nie pogodził ze stratą syna. Postanowił, że nie będzie miał więcej dzieci. 

„Więcej” - bo bez względu na biologię uważał Sama za własne dziecko.

-Byłbyś takim wspaniałym ojcem. Byłeś wspaniałym ojcem.

-Czas przeszły, Kathleen.

-Ale kiedyś się ożenisz.

-Nie.

-Przecież spotykasz się z kobietami.

-Oczywiście. Ale kobiety, z którymi się spotykam, znają zasady. Wiedzą, czego nie 

mogą oczekiwać.

-Ja też nigdy nie będę miała dzieci.

-Ależ oczywiście, że będziesz miała.

-Nie, Ian.

-Nigdy nie chciałaś mieć dzieci?

-Nie. Przed śmiercią mojej matki w ogóle o tym nie myślałam, a kiedy zginęła... Jej 

utrata wpłynęła na mnie tak, jak na ciebie utrata Sama. To był ból, jakiego już nigdy 

nie chciałabym doświadczyć.

-Byłabyś cudowną matką.

-Och... Sama nie wiem. I nigdy się nie dowiem. 

-Pewnego dnia pani się zakocha, pani doktor, i wtedy wszystko się zmieni.

Kathleen wiedziała, że nigdy się nie zakocha. I wiedziała, że nikt nigdy nie zakocha 

się w niej. Było to silne przekonanie oparte na faktach. Owszem, podobała się mężczyznom. 

Po matce odziedziczyła regularne rysy twarzy i smukłą sylwetkę. Ale mężczyźni czuli do niej 

tylko pociąg fizyczny. Rzadko ktoś chciał spotkać się z nią więcej niż raz. Kathleen straciła 

dziewictwo w takiej samej sytuacji, jaka jej matkę kosztowała życie.

Po tym doświadczeniu został jej tylko kac. Przekonała się, że - nawet pozbawiona 

wszelkich zahamowań - nie lubi, kiedy ktoś ją dotyka. Nic dziwnego, że ten mężczyzna był 

nią wyraźnie rozczarowany.

-Dzięki tobie - powiedziała do Iana - robię to, o czym zawsze marzyłam. I jeszcze 

kilka rzeczy.

-To znaczy?

-Już jako szesnastolatka wiedziałam, że chcę odbierać porody. Ale nie wiedziałam 

31

background image

wtedy, że będę mogła specjalizować się w leczeniu bezpłodności i prowadzeniu ciąż 

wysokiego ryzyka związanego z konfliktem serologicznym.

-Tym chcesz się zajmować?

-Tak.   Złożyłam   podania   na   kilku   oddziałach   położniczych,   które   się   w   tym 

specjalizują. Najbardziej chciałabym pracować w NYU na Manhattanie.

-Na pewno cię przyjmą. Złożyłaś jakieś podania w Seattle?

-Nie.

-Nie ma tu żadnych interesujących programów?

-Są. Ale...

W Seattle zamordowano jej matkę. Ale chodziło o coś więcej niż niechęć do powrotu 

do miasta, gdzie wydarzyła się ta tragedia.

Kathleen miała ogromne poczucie winy. Nie obwiniała się o depresję Mary Alice. Jako 

lekarz zdawała sobie sprawę, że nie miała na to wpływu. Wiedziała też, że jej zachowanie, po 

zaginięciu matki było całkowicie zrozumiałe. Ale przez to, że nie zgłosiła zaginięcia matki, 

policja straciła bezcenny czas. Nikt, rzecz jasna, nie powiedział tego pogrążonej w rozpaczy 

córce. Lecz Kathleen czytała gazety i oglądała programy telewizyjne. Było zdecydowanie za 

późno.   Mimo   uderzającej   urody   Mary Alice   i   pamiętnej   ulewy,   która   spadła   w   dniu   jej 

śmierci, nikt jej nie pamiętał - ani kierowcy autobusów, do których być może wsiadała, ani 

barmani, którzy podawali jej drinki, ani ludzie, którzy spędzali wieczór w tym samym barze, 

w którym spotkała swojego mordercę. 

Kathleen obwiniała się jednak nie o to, co zrobiła jako szesnastolatka, lecz swoje 

dalsze postępowanie.

Wyjechała   z   Seattle,   żeby   realizować   swoje   marzenia,   jakby   matka   nic   jej   nie 

obchodziła, jakby zupełnie o niej zapomniała. A przecież powinna była pozostać w kontakcie 

z policją z Seattle, przypominać im o pięknej kobiecie, która została brutalnie zamordowana, 

sprawić, by nigdy nie przestali szukać mordercy.

Może   nie   jest   za   późno,   powiedziała   Ianowi   pewnego   wieczoru.   Musi   tylko 

dowiedzieć się, z kim powinna się spotkać, umówić się z tą osobą i wręczyć jej powiększone i 

poprawione cyfrowo zdjęcie wisiorka, który zaginął. Ale na samą myśl o rozmowie na temat 

morderstwa matki ogarniała ją panika i coś zaczynało ją ściskać w gardle, tak że nie była w 

stanie mówić...

W tym momencie poczucie winy ogarnęło Iana. Tak się składa, powiedział, że on 

pozostał w kontakcie z policją. Mary Alice nie została zapomniana i nigdy zapomniana nie 

będzie. A jeśli Kathleen prześle mu zdjęcie wisiorka, on przekaże je prokuratorowi Jamesowi 

32

background image

Gannonowi. Poznał go na przyjęciu charytatywnym, na którym zbierano fundusze dla ofiar 

zbrodni. Gannon został niedawno szefem wydziału prowadzącego śledztwa w sprawach, które 

kiedyś  utknęły w martwym punkcie, a teraz można je rozwiązać dzięki zaawansowanym 

technologiom oznaczania DNA.

Ian może spotkać się z Jamesem, mogą też spotkać się z nim razem, jeśli Kathleen 

sobie tego życzy.

Jakiś czas później Ian zadzwonił do Kathleen z wiadomością, że sprawa Mary Alice 

Cahill pozostaje otwarta. Nie udało się oznaczyć DNA sprawcy. Nie doszło do zbliżenia, nie 

było też żadnych tkanek należących do mordercy pod paznokciami uduszonej kobiety.

Dlatego, pomyślała Kathleen z rozpaczą, że jej matka także obgryzała paznokcie. Ona 

przestała w końcu to robić. Ale przycinała je krótko ze względu na swoją pracę - tak krótko, 

że gdyby przydarzyło jej się to, co Mary Alice, nikt nie znalazłby za jej paznokciami żadnych 

dowodów.

Kathleen opowiedziała Ianowi o porażkach, jakie poniosła jako córka. Ale nigdy nie 

mówiła mu o porażkach, jakie poniosła jako kobieta.

Powinna była mu o tym powiedzieć, ostrzec go przed ich kolejnym spotkaniem - 

pierwszym od czternastu lat. Kathleen właśnie skończyła staż i rozpoczęła pracę w jednym z 

nowojorskich szpitali.

Ian   chciał   załatwić   w   Nowym   Jorku   pewne  sprawy  związane   z   firmą,  ale   przede 

wszystkim chciał spotkać się z Kathleen. Zabrał ją na kolację do Le Cirque. 

Stanowili   niezwykłą   parę,   wszyscy   oglądali   za   piękną   kobietą   i   przystojnym 

mężczyzną.  Ale   kolacja   nie   należała   do   udanych.   Było   sztywno   i   oficjalnie.   Z   powodu 

Kathleen. Ian bardzo jej się podobał i patrzył na nią w sposób, za jaki każda inna kobieta 

dałaby się pokroić na kawałki. Jego spojrzenie mówiło wyraźnie, że chętnie nawiązałby z nią 

bliższy kontakt - przy założeniu, oczywiście, że i ona ma na to ochotę.

Kathleen chciałaby mieć ochotę na fizyczną bliskość. Pod każdym innym względem 

już byli sobie bliscy. Gdyby poczuła choć cień pożądania... Rozpoznałaby je na pewno, choć 

nigdy dotąd nie było jej dane go zaznać. Ale czuła tylko narastający niepokój. Teraz Ian 

poznał żałosną prawdę o niej i wie, jaka jest dziwna, i że właściwie nie jest kobietą. Jest 

wyspą - nie, górą lodową - skazaną na siebie samą.

Kiedy się żegnali, bała się, że już nigdy do niej nie zadzwoni.

Zadzwonił piętnaście minut później ze swojego pokoju w hotelu na Manhattanie.

-Cześć.

-Cześć, Ian, ja... jestem...

33

background image

-Jesteś   kobietą,   której   przyjaźń   znaczy   dla   mnie   więcej   niż   cokolwiek   innego   na 

świecie.

-Dziękuję. Ja... Ze mną jest coś nie tak.

-Wszystko jest z tobą w najlepszym porządku, Kathleen. Z nami obojgiem. Pomyśl 

tylko o Platonie.

Doszli do wniosku, że właśnie to ich łączy - miłość platoniczna, w której pociąg 

fizyczny zostaje przeobrażony w uczucie czysto duchowe, wysublimowane, idealne.

Przyjaźń na odległość przetrwała i stawała się w miarę upływu czasu coraz bliższa. 

Siedem miesięcy wcześniej Kathleen wyznała swojemu przyjacielowi:

-Będę miała dziecko, Ian. Mimo wszystko chcę tego.

-Jesteś w ciąży?

-Jeszcze nie. Ale chcę jak najszybciej zajść w ciążę, jeśli tylko mogę.

-A masz jakiś powód, żeby podejrzewać, że nie możesz?

-Nie. Poza tym że we wrześniu kończę trzydzieści cztery lata.

Nie   musiała   wyjaśniać   znaczenia   swojego   wieku   człowiekowi,   któremu   tak   dużo 

opowiadała o leczeniu bezpłodności, Ian uczył  się razem z nią, oboje  wiedzieli więc, że 

szanse  na   zajście   w   ciążę   maleją   znacznie   wcześniej,   niż   się   powszechnie   uważa.  Wiele 

kobiet, które robiły kariery, by zdobyć stabilną pozycję zawodową, zanim założą rodzinę, 

wpadało w rozpacz, kiedy okazywało się, że ich marzenia już się nie spełnią. 

W wieku trzydziestu czterech lat szanse na zajście w ciążę zaczynają maleć.

-Większości   twoich   pacjentek,   które   miały  trzydzieści   cztery  lata   -zauważył   Ian   - 

udało się zajść w ciążę.

-To prawda. Większości się udało.

-A ojciec dziecka?

Och, Kathleen, czy jednak się zakochałaś?

-Na razie nic o nim nie wiem, i nigdy nie będę wiedziała zbyt dużo. Mam tylko 

nadzieję, że udzielił prawdziwych odpowiedzi w ankiecie, którą wypełnił dla banku 

spermy.

-Chcesz, żeby znajomy lekarz zapłodnił cię spermą nieznanego dawcy?

-Anonimowego dawcy, który został dokładnie sprawdzony. Bank spermy, z którego 

korzystamy, jest godny zaufania.

-Ale to jest takie... bezosobowe.

-I dobrze. Poza tym nie poproszę o to żadnego lekarza. Sama to zrobię.

-Kiedy?

34

background image

-Jutro   jestem   umówiona   w   banku   spermy,   a   za   dwa   tygodnie,   kiedy   nadejdzie 

właściwy czas... Pewnie myślisz, że postradałam zmysły?

-Nie.   Zawsze   uważałem,   że   byłabyś   dobrą   matką.   Wspaniałą.   I   nie   mam   cienia 

wątpliwości, że dobrze wychowasz dziecko. Jak wielu innych samotnych rodziców.

-Ale?

-Cóż,   wiem,   że   zabrzmi   to   staroświecko,   sam   jestem   zaskoczony   tym,   co   chcę 

powiedzieć... Ale w pomyśle, żeby świadomie powołać do życia dziecko, które nie 

będzie miało ojca, coś mnie niepokoi.

-Mnie też, Ian. Dlatego właśnie miałam nadzieję, że zgodzisz się być mężczyzną w 

życiu mojego dziecka. Kiedy już się urodzi, będę mniej pracować, może w ogóle na 

jakiś czas rzucę pracę, żebyśmy mogli spędzać więcej czasu z tobą.

-Gdzie, Kathleen?

-Gdziekolwiek.

-Przyjechałabyś do Seattle?

-Czemu nie? Nie chciałam wracać do Seattle, ale taka zmiana zdania to małe piwo w 

porównaniu z decyzją, by zostać matką.

-Małe piwo w porównaniu z decyzją, by zostać matką- powtórzył Ian i w myślach 

dodał: Ale ogromna zmiana sama w sobie. Zakładał, że teraz, kiedy Kathleen już wie, 

że sprawa morderstwa Mary Alice nigdy nie zostanie rozwiązana, tym bardziej nie 

zechce wrócić do Seattle. 

-Więc przyjechałabyś do Seattle - powiedział.

-Tak.

-Przeprowadziłabyś się tu? Jeśli nie, ja mógłbym...

-Tak.

-I pozwoliłabyś mi być ojcem dziecka?

-Oczywiście.

-Ojcem pod każdym względem?

-Pod każdym względem?

-Prawnie, finansowo, emocjonalnie. Biologicznie... - urwał, czekając, czy po drugiej 

stronie   nie   rozlegnie   się   okrzyk   zdumienia   albo   czy   nie   zapadnie   pełne   napięcia 

milczenie. Ale nic takiego się nie stało. Kathleen ufała mu, wierzyła w niego. Łączyło 

ich porozumienie dusz, nie łóżko. Oboje wiedzieli, że to się nie zmieni, że on nigdy 

nie zaproponuje, by było inaczej. - Moglibyśmy zacząć tak, jak planowałaś, za dwa 

tygodnie. Jedyna różnica to fakt, że dawcą nasienia będzie ktoś, kogo znasz i kto 

35

background image

obieca, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by żyć jak najdłużej - dla dziecka i dla 

ciebie. Kathleen?

-Tak?

-Nie takie „tak” miałem nadzieję usłyszeć.

-To dlatego, że rozpłakałam się ze wzruszenia. Tak! Teraz było lepiej?

-Dużo lepiej.

-Naprawdę chcemy to zrobić?

-Naprawdę. Wiedziałaś o tym, zanim do mnie zadzwoniłaś?

-Nie świadomie. Ale chyba miałam nadzieję, że będziesz chciał zrobić coś takiego.

Wystarczył   jeden   telefon,   by   Kathleen   załatwiła   sobie   pracę   w   Seattle.   Jako 

specjalistka w dziedzinie leczenia bezpłodności wiedziała, że Reproductive Medicine Clinic 

przy Queen Anne Medical Center cieszy się doskonałą opinią. Natomiast przyszli pracodawcy 

znali   jej   dokonania   w   zakresie   zapłodnienia   in   vitro   za   pomocą   techniki,   którą   chcieli 

wykorzystywać   w   swojej   klinice,   oraz   sukcesy   w   prowadzeniu   ciąż   wysokiego   ryzyka 

związanego z konfliktem serologicznym.

Z medycznego punktu widzenia był to więc idealny mariaż. Kathleen od razu wyznała, 

że zamierza w najbliższym czasie zajść w ciążę, ale nie osłabiło to chęci do współpracy 

żadnej   ze   stron.   Dyrekcja   kliniki   pozytywnie   odnosiła   się   do   narodzin   dzieci   swoich 

pracowników. Jakże mogłoby być inaczej? Jeśli doktor Cahill przybędzie do Seattle w ciąży, 

będzie mogła albo od razu zacząć pracę, albo zaczekać do czasu, gdy będzie to dla niej 

bardziej dogodne. 

Kathleen postanowiła, że rozpocznie pracę piętnastego stycznia, czyli sześć tygodni po 

przyjeździe.   Chciała   poświęcić   te   tygodnie   na   poznanie   na   nowo   miasta   i   spędzić   jak 

najwięcej czasu z Ianem. Musiała jednak zmienić plany, bo dzieci nie zawsze przychodzą na 

świat w wyznaczonym terminie. Od paru tygodni prawie całe dnie i większość nocy spędzała 

w szpitalu.

Ale   na   początku   grudnia   mieli   prawie   cały   tydzień   tylko   dla   siebie.   Kathleen 

zatrzymała się w Wind Chimes Hotel, który tylko oszklony podniebny korytarz oddzielał od 

biur i apartamentów Iana. Bawili się doskonale. Kathleen nie była w ciąży. Nie powiodło się 

już sześć prób zapłodnienia i gdyby nie optymizm Iana, chyba straciłaby nadzieję.

-   Do   siedmiu   razy   sztuka   -   powiedział   jej   z   takim   przekonaniem,   jakby   była   to 

powszechnie znana prawda. Zawsze przeczuwał, że Kathleen zajdzie w ciążę w Seattle, a nie 

36

background image

na Manhattanie. Prawdopodobnie podczas pierwszej próby w Seattle, czyli - przy założeniu, 

że zmiana szerokości geograficznej nie wpłynęła na jej cykl - pod koniec miesiąca.

Albo pierwszego stycznia, w dniu, kiedy Kathleen i Ian mieli zamiar wprowadzić się 

do swojego nowego domu. Meble zostały zamówione -wybierał je Ian - i można je było 

dostarczyć   już   w   połowie   grudnia,   gdy   lakier   na   świeżo   wycyklinowanych   parkietach 

wyschnie.

Kathleen czuła się z Ianem tak dobrze, że już po tygodniu postanowiła zaproponować 

mu,   by   wprowadzili   się   do   domu   jeszcze   przed   świętami.   Podjęła   tę   decyzję   siódmego 

grudnia, gdy szła rano do Quenn Anne Medical Center, Ian do południa był zajęty, więc 

obiecała   swoim   nowym   kolegom,   że   wstąpi   do   szpitala.  A  po   południu,   przy   lunchu   w 

Snoqualmie Falls powie mężczyźnie, który nie lubił świąt, odkąd Vanessa odebrała mu Sama, 

że w ich nowym domu, w ich nowym życiu, Boże Narodzenie zawsze będzie radosne.

Kathleen uśmiechała się do siebie przez całą drogę do kliniki, ale jej uśmiech zgasł, 

gdy dotarła na czternaste piętro.

Poczekalnia   jak   zawsze   stanowiła   widok   podnoszący   na   duchu.   Przyszłe   matki 

promieniały bardziej niż sznury świątecznych lampek oplatające framugi, drzwi i parapety. 

Gorzej wyglądali pracownicy kliniki.

Wirus, który krążył po mieście w czasie Święta Dziękczynienia, nadal zbierał żniwo, 

więc w szpitalu liczyła się każda para rąk do pracy. W Seattle panował wyż demograficzny. 

Dzieci poczęte po powrocie żołnierzy z wojny w Zatoce miały przyjść na świat w drugiej 

połowie grudnia, a trzęsienie ziemi przyspieszyło wiele porodów niezwiązanych bezpośrednio 

z wojną. 

Wszystko to byłoby do opanowania, gdyby nie pacjentka z ciążą bardzo wysokiego 

ryzyka, skierowana do kliniki pod koniec lipca.

Georgia   Blaine   miała   trzydzieści   cztery   lata.   Ona   i   jej   mąż  Thomas   starali   się   o 

dziecko   od   jedenastu   lat.   Ze   względu   na   pracę   Thomasa   często   zmieniali   miejsca 

zamieszkania   i   w   efekcie   konsultowali   się   już   z   wieloma   specjalistami   z   całego   kraju. 

Mieszkali   w   Kalifornii,   kiedy   Georgia   rozpoczęła   leczenie   nowym   hormonem 

wspomagającym   owulację.   Pierwsze   badanie   USG   wykazało   ciążę   mnogą.   Czworaczki. 

Przynajmniej czworaczki. Kolejne badania mogły wykazać, że płodów jest więcej.

Na początku ciąży stan zdrowia Georgii był na tyle dobry, że mogła przyjechać z 

Thomasem do Seattle zgodnie z planem, to znaczy w lipcu.

Pierwsze badanie USG w Seattle wykazało siedmioraczki. Poza tym przyszła matka 

miała znacznie podwyższone ciśnienie krwi i poziom cukru. Dziewiętnastego października 

37

background image

została przyjęta do klinki i od tego czasu nie opuszczała jej.

W połowie listopada, kiedy wirus zaczął atakować, stało się oczywiste, że Georgia 

potrzebuje lekarza, który będzie w pobliżu dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mimo iż 

przetrzebiony przez wirus, personel kliniki zapewniał jej ciepłą opiekę. Chodziło o to, by 

utrzymać dzieci w łonie matki do dwunastego grudnia. Jeszcze tylko pięć dni.

Kathleen natychmiast zgłosiła gotowość do rozpoczęcia pracy. Od zaraz.

-   Jestem   do   dyspozycji   -   powiedziała.   Mogła   przyjmować   porody,   wykonywać 

rutynowe badania, przynosić kawę, pobierać krew - robić wszystko, co trzeba.

Była trochę zaskoczona, gdy nowi koledzy uznali, że to ona powinna zostać lekarzem 

prowadzącym   Georgię.   Narodziny   siedmioraczków   zawsze   wzbudzają   zainteresowanie 

mediów. Kathleen z radością odkryła, że żaden z jej kolegów nie szuka sławy. I podobnie jak 

ona żaden nie przepisałby kobiecie hormonu, którego wynikiem mogła być ciąża mnoga.

Cały zespół był gotów zrobić wszystko co w ludzkiej mocy dla Georgii i jej dzieci. I 

cały zespół zostanie postawiony w stan gotowości, kiedy czas Georgii nadejdzie.

Kathleen przywykła do spędzania kilku dni pod rząd w szpitalu. Zdarzało się to często 

w Nowym Jorku, kiedy zajmowała się pacjentkami w ciąży wysokiego ryzyka. Zazwyczaj 

trwało to trzy czy cztery dni, raz -osiem. 

Teraz Kathleen spędziła aż trzy tygodnie w pokoju znajdującym się kilka kroków od 

oddziału   ginekologiczno-położniczego.   Pokonanie   tej   odległości   zajmowało   jakieś   pół 

minuty; mniej, jeśli się biegło.

Pokój   przypominał   luksusowy   apartament   hotelowy.   Obok   znajdowała   się   duża 

łazienka, z okien rozpościerał się wspaniały widok, a sam pokój był wyposażony w komputer 

z dostępem do Internetu, dziewiętnastocalowy telewizor i trzy linie telefoniczne z pocztą 

głosową. Kathleen mogła zamawiać posiłki i sprzątanie, kiedy tylko zaszła taka potrzeba.

Nigdy nie zamawiała sprzątania. Sama potrafiła po sobie posprzątać. Brudne ręczniki, 

fartuchy i pościel wynosiła na korytarz, świeże osobiście odbierała z pralni. Kathleen Cahill 

nie potrzebowała pokojówki -mogła być przecież matką nastoletniej dziewczyny, udręczoną 

swoją pracą na tyle, by zostawić córkę i szukać ucieczki mimo szalejącej ulewy.

Wspomnienie matki na nowo obudziło smutek, który nie słabł mimo upływu czasu.

Uległa mu na chwilę, a potem spojrzała przez okno na wspaniały zachód słońca... i na 

szczęście, jakie czekało ją i Iana.

Nowe życie już się zaczęło. Nie udało im się zjeść razem lunchu w Snoqualmie Falls 

tego   popołudnia   i   nie   spędzą   tegorocznych   świąt   w   swoim   nowym   domu.   Ale   kiedy 

zadzwoniła do Iana i powiedziała, że chciała mu to zaproponować, oboje poczuli, że w ich 

38

background image

życiu dokonała się ogromna zmiana.

Ich nowy dom. Ich nowe życie. Ich pierwsze święta.

Łączyła ich miłość platoniczna, ale jednak miłość.

Wieczorne   niebo   opromieniał   niezwykły   blask,   a   Kathleen   czuła   się   bardzo 

szczęśliwa.

Uśmiechała się do siebie w chwili, gdy zadzwonił telefon.

Rozdział 3

Mówi   Jen   -   powiedziała   pielęgniarka   Georgii   z   nocnej   zmiany,   kiedy   Kathleen 

podniosła słuchawkę. - Przykro mi, że panią niepokoję, doktor Cahill. Wiem, że była pani u 

Georgii piętnaście minut temu i wszystko było w porządku. Ale ona znowu jest niespokojna i 

prosi, żeby pani przyszła. 

- Mów mi po imieniu, Jen. I to żaden kłopot. Już idę.

-Świetnie. Dziękuję, Kathleen.

Spotkały się w połowie drogi do pokoju Georgii.

-Nikt z nas nie potrafi uspokoić Georgii - powiedziała Jen. - Zawsze mam nadzieję, że 

tym razem nie trzeba będzie cię wzywać. Ale tylko ty umiesz tego dokonać.

-Nie przejmuj się, Jen. Zdaję sobie sprawę, że powinnam być przy Georgii, ilekroć coś 

ją   niepokoi.   Dostaje   tak   dużo   leków,   że   nawet   najmniejsze   zdenerwowanie   może 

oznaczać konieczność rozpoczęcia operacji.

-Jestem prawie pewna, że nie ma takiej konieczności. To znaczy wydaje mi się, że to 

tylko to samo, co zdarza się od Wigilii, ta sama perseweracja.

Perseweracja   to   termin   dobrze   znany   pracownikom   oddziałów   neurologicznych   i 

domów   opieki,   których   pacjenci   często   uporczywie   powtarzają   te   same   pełne   niepokoju 

pytania, nawet nie zdając sobie z tego sprawy i nie mając nadziei na rozwiązanie dręczących 

ich problemów.

W przypadku Georgii była to perseweracja sytuacyjna, rezultat przyjmowania wielu 

leków, w tym leków obniżających ciśnienie. Kontrolowanie ciśnienia krwi przed porodem 

było konieczne. Kiedy dzieci przyjdą już na świat, jej ciśnienie i sposób myślenia wrócą do 

normy.

39

background image

Georgia leżała na boku. Tylko tak mogła teraz leżeć. Gdyby przewróciła się na wznak, 

macica   mogłaby  zacząć   uciskać   naczynia   krwionośne   brzucha.   Fakt,   że   od   tygodni   była 

przykuta do łóżka, zaczynał niekorzystnie wpływać na jej zdrowie; mięśnie traciły na masie i 

słabły. Kiedy Georgia czuła się w miarę dobrze, mówiła wesoło, że czuje się jak wieloryb; ale 

nawet gdy była zdezorientowana i otępiała z powodu leków, nie traciła do końca pogody 

ducha.

Kathleen  była   pewna,  że   Georgia   będzie  wspaniałą   matką,   a  Thomas  wspaniałym 

ojcem. To dobrze, bo oboje rodziców czekała ciężka próba.

Usiadła obok Georgii i spojrzała z przyjaznym uśmiechem na jej opuchniętą twarz i 

pełne niepokoju oczy, które rozjaśniły się na jej widok.

-Doktor Cahill! Przyszła pani. Myślałam o moich dzieciach. Co się z nimi dzieje? Wie 

pani?

-Tak się składa, że wiem. Z dziećmi wszystko jest w najlepszym porządku. Z panią 

również.

-Czy naprawdę jest ich siedmioro?

-Naprawdę. 

-Wiem, że  powinnam pomyśleć  o zredukowaniu  liczby  płodów,  ale  nie  mogę.  Po 

prostu nie mogę.

Teraz było już za późno, by przerwać życie któregokolwiek z dzieci -poświęcić jedno 

lub dwoje, żeby zrobić miejsce dla innych. Georgia i Thomas podjęli decyzję kilka miesięcy 

temu.

- Rozumiem. - Ja też nie mogłabym tego zrobić. - Nikt tego nie chce. Więc proszę już 

o tym nie myśleć, dobrze? Bo dzieci, cała siódemka, radzą sobie świetnie.

Utrzymanie ciąży, choćby do dwunastego grudnia, wydawało się marzeniem ściętej 

głowy, a od tego czasu minęło już osiemnaście dni. Liczyła się każda chwila, każde uderzenie 

maleńkich serduszek oznaczało większe szanse dzieci w dniu ich narodzin.

Dzieci Georgii będą wcześniakami. Żadna macica nie jest w stanie utrzymać siedmiu 

płodów   przez   dziewięć   miesięcy.   Ale   szanse   dzieci   rosły   z   każdą   sekundą.   Pierwsze 

siedmioraczki, które przeżyły, spędziły w łonie matki dwa tygodnie mniej.

-Doktor Cahill?

-Tak?

-Myślałam o moich dzieciach...

Kathleen   powtarzała   uspokajające   słowa   tak   długo,   aż   zmęczona,   uśmiechnięta 

Georgia w końcu zapadła w drzemkę. Kathleen powtórzyła swoją kwestię jeszcze raz - do 

40

background image

Thomasa - i poszła do dyżurki pielęgniarek wypełnić kartę pacjentki. Zrobiła to i z kartą w 

ręce zaczęła się zastanawiać, co dalej.

Mogła wrócić do swojego pokoju, na co miała ochotę, albo zrobić to, co powinna - 

usiąść na kanapie w pokoju personelu i wdawać się w pogawędki z każdym, kto w tym czasie 

tam   zawędruje.   Żeby   po   paru   godzinach   wszyscy   doszli   do   wniosku,   że   miło   się   z   nią 

rozmawia, i by już nigdy nie musiała nikomu przypominać, żeby mówić do niej po imieniu.

W końcu zaczną zwracać się do niej po imieniu. Ale nawet w Nowym Jorku, gdzie 

była dobrze znana, szanowana i lubiana, przez wiele lat rozmowy urywały się, kiedy trafiała 

na tematy niezwiązane z pracą... jakby podejrzewano, że może jej się to nie spodobać.

Kathleen   nie   miała   nic   przeciw   takim   rozmowom.   Ale   koledzy   wyczuwali   jej 

zakłopotanie wywołane przeświadczeniem, że jest intruzem. Brakowało jej czegoś istotnego 

-czegoś kobiecego. Nie odczuwała fizycznego pożądania tak jak inne kobiety i choć miała 

dobry   kontakt   z   pacjentkami,   nie   nawiązywała   z   nimi   trwałej   więzi.   Podobnie   z 

pielęgniarkami   mimo   wzajemnego   szacunku.   Ich   kontakty   pozostawały   na   płaszczyźnie 

zawodowej, bo brakowało jej poczucia siostrzanej wspólnoty łączącego inne kobiety.

Kathleen   obawiała   się,   że   brakuje   jej   jeszcze   innej   kobiecej   cechy   -instynktu 

macierzyńskiego. A jeśli jest go zupełnie pozbawiona? Nie, to niemożliwe.

Pokój personelu, postanowiła, odkładając kartę Georgii. Posiedzi tam dwie godziny 

albo do czasu, gdy Georgia znowu będzie jej potrzebowała.

Była już pod drzwiami i słyszała dobiegający spoza nich śmiech, śmiech, który - 

wiedziała o tym - wkrótce ustanie, kiedy rozległ się dźwięk jej pagera. Na ekranie widniał 

numer 7649 - z tej linii korzystały pielęgniarki, które chciały jak najszybciej skontaktować się 

z którymś z lekarzy.

Kathleen   wiedziała,   że   nie   może   chodzić   o   pacjentkę.   Jej   jedyną   pacjentką   była 

Georgia, a ona leżała w pokoju tuż obok. Prawdopodobnie ktoś zauważył zmiany, jakie zaszły 

podczas świąt w gabinecie Kathleen, i chciał ją o tym zawiadomić.

Kathleen, może dlatego, że podświadomie chciała uniknąć pogawędki z personelem, 

postanowiła odpowiedzieć na wezwanie osobiście. Wyjaśnić, że sama przemeblowała swój 

gabinet w noc Bożego Narodzenia. Wolała, żeby biurko stało w kącie, tuż przy ścianie.

A jeśli chodzi o rozmowy z pacjentkami... Ustawiła krzesła pod oknem, z którego 

rozciągał się widok na patio.

Klinika   była   dwa   piętra   wyżej.   Kathleen   przeszła   przez   nieoznaczone   drzwi   koło 

recepcji   prowadzące   na   korytarz,   przy   którym   znajdowały   się   gabinety   lekarskie,   pokój 

pielęgniarek i laboratorium.

41

background image

-Czy   ktoś   kontaktował   się   ze   mną   przez   pager?   -   zapytała,   wchodząc   do   pokoju 

pielęgniarek.

-Tak, doktor Cahill. Ja.

-Jestem. - Mów mi po imieniu. Nie powiedziała tego. Prosiła o to Tess już dwa razy. - 

O co chodzi?

-W   poczekalni   jest   kobieta,   bez   skierowania.   Nie   była   dotąd   pacjentką   kliniki. 

Dzwoniła rano, żeby się dowiedzieć, czy ktoś może ją dzisiaj przyjąć. Nikt nie miał na 

to czasu, ale nalegała, więc Peter zgodził sieją przyjąć po południu. Jest jednak bardzo 

zajęty, Stephanie i Rachel też mają mnóstwo pracy, a ja przypomniałam sobie, że 

chciała pani przyjmować pacjentki, jeśli tylko z Georgią będzie wszystko w porządku.

-Chętnie ją przyjmę.

-Naprawdę?

-Naprawdę. Akurat mam wolną chwilę. 

-Świetnie. Wprowadzę ją do pokoju badań, jak tylko oddam Peterowi analizy, na które 

czeka.

-Wolałabym  porozmawiać   z  nią   najpierw  w  moim  gabinecie.   Sama  zaprowadzają, 

gdzie trzeba, jeśli podasz mi jej nazwisko.

-Nazywa się Natalie Davies. Na pewno jej pani nie przeoczy. Ma niesamowite rude 

włosy i fantastyczny czerwony kostium, który, o dziwo, świetnie pasuje do włosów. I 

jest bardzo przejęta.

-Wiesz, dlaczego?

-Tak. Jest prawie pewna, że zaszła w ciążę, a była pewna, że to niemożliwe.

Piękna rudowłosa  kobieta siedząca w poczekalni, rzeczywiście sprawiała wrażenie 

bardzo przejętej.

-Natalie? Witam. Jestem doktor Cahill. Inni lekarze są teraz zajęci, ale ja chętnie panią 

przyjmę.

-Dziękuję. - Natalie wstała. W butach na bardzo wysokich obcasach była tego samego 

wzrostu   co   Kathleen   w   tenisówkach.   -   To   pani   zajmuje   się   Georgią,   prawda? 

Siedmioraczki? Słyszałam pani nazwisko w wiadomościach.

-Wszyscy tu zajmujemy się Georgią. Ale tak, w tej  chwili ja jestem jej lekarzem 

prowadzącym.

Kathleen zaprowadziła Natalie do gabinetu i wskazała jedno z krzeseł przy oknie.

42

background image

-Ładnie tu - powiedziała Natalie.

-Mam nadzieję. Wprawdzie krzesła powinny być wygodniejsze i przydałby się stolik, 

ale wolę to niż rozmawianie z pacjentkami przez biurko.

-Zgadzam   się.   -   Natalie   usiadła   i   spojrzała   w   okno.   Uderzył   ją   spokój   Kathleen, 

spokój, który był zaraźliwy. Po raz pierwszy od wielu dni poczuła się spokojniejsza. 

Poczuła,   że   jest   w   dobrych   rękach.   Spokojnych,   ale...   pustych.   -   Och,   chyba 

widziałam, jak pielęgniarka wkłada moją kartę w przegródkę innego lekarza.

-Znajdę   ją,   kiedy  będzie   nam   potrzebna.   Na   razie   nic   tam   nie   ma,   prawda?  Tess 

mówiła, że nie była pani naszą pacjentką.

-To prawda.

-Wszystko będzie w porządku. Później wszystko zapiszę.

-Nie robi pani notatek?

-Nie zawsze.

Tak jak nie robisz notatek, rozmawiając z przyjaciółką, pomyślała Natalie. Uważnie 

słuchasz i po prostu zapamiętujesz to, co ważne. 

- Dowiedziałam się od Tess, że uważa pani, iż jest w ciąży i jest to dla pani pewne 

zaskoczenie.

-Tak. Zajście w ciążę powinno być w moim przypadku niemożliwe, ale w zeszłym 

tygodniu zrobiłam sześć testów ciążowych, wszystkie z wynikiem pozytywnym.

-Domowe testy ciążowe są na ogół wiarygodne. Wie pani, od kiedy może być w 

ciąży?

-Od dwóch miesięcy.

-To zwiększa prawdopodobieństwo, że testy dały prawidłowe wyniki.

-Czuję się tak, jakbym była w ciąży.

-To znaczy?

-Ciągle jestem zmęczona i śpiąca, a poranne mdłości utrzymują się właściwie przez 

cały dzień. I czuję się radosna, pełna nadziei. Nie samotna. Tak samo się czułam, 

kiedy pierwszy raz byłam w ciąży.

-Kiedy to było?

-Szesnaście lat temu.

-Ile ma pani lat?

-Trzydzieści trzy.

-A dziecko?

-Straciłam je. - Zabiłam, sprostowała w myślach. - Pod koniec trzeciego miesiąca.

43

background image

-Poronienia w pierwszym trymestrze się zdarzają.

-Wiem. Ale to nie było zwykłe poronienie. Byłam zdenerwowana. Roztrzęsiona. - „Ja 

miałbym   cię   kochać,   Natalie?”,   dźwięczało   jej   w   głowie   pogardliwe   pytanie. 

„Żartujesz, prawda? Czy naprawdę jesteś taka głupia?” - Weszłam na ulicę i miałam 

wypadek.

-Była pani zdenerwowana z powodu ciąży?

-Nie. Bardzo się cieszyłam. I łudziłam, że ojciec dziecka też się ucieszy.

-Kochała go pani.

-Tak. Co gorsza wierzyłam, że on kocha mnie.

-Miała pani siedemnaście lat.

-To prawda. A on dwadzieścia. Ale... czy naprawdę chce pani tego słuchać?

-Tak, chcę. Jeżeli pani zechce mi o tym opowiedzieć. Może będę musiała na chwilę 

wyjść. Ale jeśli nawet, to nie na długo.

-Żadne siedmioraczki nie przyjdą dzisiaj na świat?

-Myślę, że nie. Co oznacza, że poza krótkimi wizytami na oddziale ginekologicznym 

jestem do pani dyspozycji. Jeśli o mnie chodzi, nie musi się pani spieszyć. Ale może 

pani ma jakieś plany na resztę dnia? 

-Nie.   Moje   plany  na   resztę   dnia   sprowadzają   się   do  powrotu   do  domu  i   kolejnej 

drzemki.

Natalie   chciała   opowiedzieć   doktor   Cahill   wszystko,   co   może   pomóc   przeżyć   jej 

dziecku. Jej historia była istotna z medycznego punktu widzenia, to oczywiste. Ale także z 

emocjonalnego - ze względu na nią i na dziecko. Zastanawiała się, czy ta lekarka, która nie 

robi notatek i słucha jak przyjaciółka, domyśla się, że nigdy wcześniej nikomu o tym nie 

opowiadała i nigdy nie czuła nawet takiej potrzeby.

Teraz, o dziwo, czuła potrzebę podzielenia się z tą spokojną, troskliwą kobietą swoją 

historią, której zawsze się wstydziła. Kathleen nie będzie zaszokowana, pomyślała Natalie. 

Nie będzie jej osądzać.

-Byłam bardzo naiwną siedemnastolatką - zaczęła - Ale nie byłam niewinna w sensie 

seksualnym. W moim środowisku nastolatki uprawiały seks.

-W jakim wieku rozpoczęła pani współżycie?

-Miałam trzynaście lat.

-Miesiączkowała już pani?

-O tak. Zaczęłam miesiączkować, kiedy miałam jedenaście.

-Czuła pani jakaś presję, by uprawiać seks?

44

background image

-Nie. Naprawdę nie. Podobało mi się, że mam powodzenie, a chłopcy, których znałam, 

oczekiwali tego od dziewcząt. Byli to chłopcy, których wizja przyszłości kończyła się 

na   kolejnym   papierosie,   kolejnym   piwie   i   oczywiście   kolejnej   panience.   Chętnie 

zgadzałam   się   na   seks,   ale   byłam   ostrożna.   Chciałam   uniknąć   losu,   jaki   stał   się 

udziałem wielu kobiet z mojego otoczenia, moich sióstr, matki, babki. Wychodziły za 

mąż młodo, ponieważ musiały albo tak im się wydawało. Nie miałam innego pomysłu 

na życie, ale wiedziałam, że tego nie chcę. Kiedyś podsłuchałam, jak moja siostra 

narzekała,   że   znowu   zaszła   w   ciążę,   mimo   że   jej   mąż   używał   prezerwatyw. 

Poczytałam trochę i dowiedziałam się, że prezerwatywa nie jest tak niezawodnym 

środkiem, jak się powszechnie uważa. W każdym razie nie wtedy, kiedy jest jedynym 

zabezpieczeniem. Tak jest, prawda?

-Oczywiście.   Samej   prezerwatywy   nie   można   polecać   ani   jako   środka 

antykoncepcyjnego, ani jako zabezpieczenia przed chorobami przenoszonymi drogą 

płciową, w tym AIDS. Razem z prezerwatywą należy używać żelu plemnikobójczego, 

najlepiej z jakimś środkiem chroniącym przed zakażeniami.

-

Tak właśnie robiłam. Używałam wszystkiego. Im więcej, tym lepiej. I to działało. 

Uniknęłam ciąży i zarażenia, podczas gdy wielu moim koleżankom przydarzało się i 

jedno, i drugie. Zostałam też w szkole dłużej niż moje koleżanki. W ostatniej klasie 

zaprzyjaźniłam się z grupą, która często chodziła na imprezy do kampusu przy bardzo 

znanym college'u po drugiej stronie miasta.

-To znaczy?

-Princeton. Wymarzone miejsce, by spotkać księcia z bajki, prawda? Był zupełnie inny 

niż   chłopcy,   których   znałam   do   tej   pory.   Miał   przed   sobą   nie   tylko   wspaniałą 

przyszłość,   ale   i   pewność,   że   na   to   zasługuje.  Wydawało   mi   się   też,   że   nie   miał 

wątpliwości   co   do   swoich   uczuć   do   mnie.   Oczywiście   był   to   rodzaj   mezaliansu. 

Błękitna krew i klasa robotnicza. Ale to tylko dodawało całej sytuacji romantyzmu. I 

namiętności.   Przestałam   dbać   o   zabezpieczenie.   Nie   miałam   się   czego   obawiać. 

Przecież mieliśmy być zawsze razem.

-Miałaś siedemnaście lat.

-I byłam beznadziejnie romantyczna. I naiwna. On mnie wykorzystywał, a ja nawet 

tego   nie   podejrzewałam.   Ta   bajka   trwała   trzy   miesiące.   On   pojechał   na   Boże 

Narodzenie do rodziny, która mną pogardzała, a ja zaczęłam czuć się tak jak teraz. 

Byłam w ciąży. To musiał być drugi miesiąc. Byłam taka podekscytowana, tak bardzo 

chciałam mu o tym powiedzieć. Ale nie mogłam zadzwonić do domu jego rodziców w 

45

background image

Westchester County, a on powiedział, że zadzwoni dopiero po powrocie do kampusu 

po Nowym Roku. Wiedziałam, kiedy zaczynają się zajęcia w Princeton. Całe miasto 

wiedziało.   Zamiast   poczekać   na   jego   telefon,  pojawiłam  się   w   jego   pokoju.  Tego 

również nie powinnam była robić. Był szósty stycznia, święto Trzech Króli. Dla mnie 

był   to   straszny   dzień.   Przy   jego   łóżku   zobaczyłam   zdjęcia   jego   narzeczonej. 

Studiowała na pierwszym roku w Vassar, byli zaręczeni od roku.

-To musiało być okropne.

-Tak, to był straszny szok.

To nie moje dziecko, powiedział.

Oczywiście, że twoje! Z nikim innym się nie kochałam.

Chcesz, żebym ci uwierzył? Takiej latawicy?

Nie jestem latawicą! Jak możesz mnie tak nazywać?

Mogę, bo tym właśnie jesteś. Jesteś dziwką. Jak inaczej nazwać dziewczynę, która się 

puszcza? Jeśli wolisz, żeby cię nazywać kurwą, nie ma problemu. Masz - rzucił jej w twarz 

plik banknotów - zapłaciłem ci. Wyświadcz temu dziecku przysługę i pozbądź się go jak 

najszybciej.

-Natalie?

-Udało mi się jakoś wyjść z akademika. Było późne popołudnie, ściemniało się i padał 

śnieg.   Duże,   miękkie   płatki,   ale   pamiętam,   że   raniły  mi   twarz.   Chyba   dlatego   że 

biegłam. A może wtedy wszystko mogło mnie zranić. Nie pamiętam, jak wbiegłam na 

jezdnię, ale to właśnie zrobiłam. Wbiegłam prosto pod jadący autobus. I zabiłam moje 

dziecko.

-

Jest pani dla siebie bardzo surowa.

-Byłam za nią odpowiedzialna, miałam ją chronić. Bez względu na to, jak się czułam. 

A nie zrobiłam tego. Zawiodłam ją... czy też jego. Nawet nie wiem na pewno, czy to 

była dziewczynka.

-Ale sądziła pani, że tak?

-Tak, od chwili, kiedy pierwszy raz poczułam to dziecko w moim łonie. Teraz też 

jestem pewna, że dziecko, które noszę, jest dziewczynką. -Lekarze powiedzieli, że już 

nigdy nie będę mogła zajść w ciążę.

-Jaki powód podali?

-Naprawdę nie wiem. Przez kilka tygodni ciągle byłam nieprzytomna, przeszłam wiele 

operacji. Kiedy doszłam do siebie na tyle, żeby pojąć, co się stało, wszyscy poza mną 

już   od   dawna   wiedzieli,   że   poroniłam.  Teraz   chodziło   głównie   o   to,   czy   jeszcze 

46

background image

kiedykolwiek stanę na własnych nogach. O tym, że straciłam dziecko i już nigdy nie 

uda mi się zajść w ciążę, dowiedziałam się od mojej siostry.

-Wie pani, jakie odniosła obrażenia?

-Miałam złamaną miednicę i kość ogonową i krwotok wewnętrzny.

-Domyślam   się,   że   w   ciągu   ostatnich   szesnastu   lat   nie   stosowała   pani   żadnych 

środków antykoncepcyjnych?

-Nie musiałam. Nikogo w moim życiu nie było.

-Aż do teraz.

-Aż do października. - To była tylko jedna noc, i to nawet nie cała. Może James 

Gannon  zostałby do  rana.  Może  nie.  Ale rozległ  się  dźwięk  jego  pagera  i  musiał 

natychmiast   wrócić   do   Bostonu,   do   Christine,   kobiety,   którą   kochał.   Christine   go 

potrzebowała.   -   Od   tego   czasu   znowu   nie   było   mi   to   potrzebne.   Nie   piłam   też 

alkoholu. Tamtej nocy wypiłam jedną lampkę szampana.

-Tym proszę się nie martwić.

-Naprawdę?

-Ani trochę.

-To wielka ulga.

-

Chce pani tego dziecka.

-O tak.

-A jego ojciec?

- Jestem w stanie sama wychować dziecko. I zrobię to.

Ciąża nie była jeszcze widoczna, ale Natalie położyła dłoń na brzuchu. Był to gest, 

który Kathleen widywała bardzo często, gest stary jak świat, obietnica miłości, jaką matka 

składa swojemu nienarodzonemu dziecku. 

- Będę potrzebować dokumentów ze szpitala w New Jersey. Poślemy po nie. Chyba 

że...

-Chyba że nie jestem w ciąży. - Dłoń Natalie lekko zadrżała.

-Jestem prawie pewna, że jest pani w ciąży - uśmiechnęła się Kathleen. - Ale zanim 

poślę po dokumenty, muszę wiedzieć, czy chce pani' zostać u nas, czy też woli pani, 

żeby ciążę poprowadził ginekolog, do którego zwykle pani chodzi.

-Nie chodzę do ginekologa.

-A badania okresowe?

-Nie chodzę na badania. - To byłoby jak rozgrzebywanie grobu. Ta jej część, część 

związana   z   dziećmi,   z   nadzieją,   umarła.   Sama   ją   zabiła,   tak   jej   się   przynajmniej 

47

background image

wydawało. Lecz ta spokojna, wybaczająca lekarka uważała, że Natalie dostała jeszcze 

jedną szansę. - Chciałabym, żeby pani poprowadziła moją ciążę.

Ufam ci.

-   Bardzo   się   cieszę.   Poproszę  Tess,   żeby   zaprowadziła   panią   do   pokoju   badań,   i 

poszukam karty.

Rozdział 4

Ocean Crest Ranch

Seaview, stan Oregon

Poniedziałek, 30 grudnia

Godzina 10.00

Sam   ubrał   się   bardzo   starannie   na   spotkanie   ze   swoim   szczeniakiem.   Założył 

grafitowe spodnie, koszulę z długim rękawem i szary kaszmirowy sweter, w którym wyglądał 

jak członek Ivy League.

Założył też kurtkę firmy Rain Mountain, stworzoną - tak jak Sam -przez Iana Colliera. 

Nie   kupił   tej   kurtki.   Dostał   ją   w   prezencie   od   Apple   Butter   Ladies,   dwóch 

siedemdziesięcioletnich   dam,   które   z   jabłek   kupowanych   od   Sama   wyrabiały   swoje 

pyszności.

Apple Butter Ladies na pewno powiedziałyby Marge, że to Sam Collier z Sarah's 

Orchard dzwonił do niej w sprawie szczeniaka. I na pewno dodałyby coś od siebie. Żyły po 

swojemu i, dzięki Bogu, na tyle długo, by nie bać się wygłaszać własnego zdania. 

W kwestii kurtki były szczególnie stanowcze. Nie wygląda tak ponuro jak ta z czarnej 

skóry: bardziej pasuje do jego roli właściciela sadu. Poza tym nie zajmuje dużo miejsca. 

Można ją złożyć w mały tobołek, a mimo to zapewnia ochronę przed wiatrem i deszczem 

dzięki temu magicznemu materiałowi... Apple Butter Ladies najwyraźniej uważały, że Sam 

wie, o co chodzi.

No i, dodały, jej ciemna, głęboka zieleń przypomina im kolor oczu Sama. Obie damy 

mogły twierdzić, że są reliktami minionej epoki, ale w swoim czasie panowie oglądali się za 

nimi   na   ulicy.   Same   także   umiały   dostrzec   przystojnego   mężczyznę   -   i   wyrazić   swoją 

aprobatę.

48

background image

Sam nosił kurtkę ze względu na Apple Butter Ladies, mimo że budziła w nim dziwne 

słodko-gorzkie   uczucia...   jakby   tęsknotę   za   ojcem,   który   przecież   wcale   go   nie   chciał   i 

odszedł, nawet się za siebie nie oglądając.

Wjazd na Ocean Crest Ranch był oznaczony tablicą z jaskrawym napisem i dwoma 

drewnianymi figurkami cocker-spanieli. Kiedy Sam zajechał przed dom, wybiegły mu na 

spotkanie prawdziwe psy, machając przyjaźnie ogonami. Powitał go też czarny labrador o 

posiwiałym ze starości pysku i gromadka roześmianych dzieci hasających po podwórku w 

promieniach zachodzącego słońca.

- Babciu! Pan Collier przyjechał!

Sam poczuł się nieswojo. To nie w porządku zabierać psa z tego pełnego szczęścia i 

radości miejsca. Tyle tylko, tłumaczył sobie, że jedyna pozostała suczka sama usunęła się w 

cień.

Gdy Marge wyszła na dziedziniec, pomyślał, że mogłaby być jedną z Apple Butter 

Ladies.

Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy się odezwała.

- Mój Boże, Sam Collier. Żadna kobieta nie zdołała skraść ci serca? Na pewno wiele 

próbowało.

Serce Sama było dobrze strzeżone, tak mu się w każdym razie wydawało. Poszedł za 

Marge przez radosny chaos domu do stosunkowo cichej głównej sypialni.

Była   tam   jego   sunia,   o   złocistej   aksamitnej   sierści   i   wielkich   ciemnobrązowych 

oczach. Bawiła się w kojcu piszczącą zabawką- Sam doszedł do wniosku, że był to lis o 

wyjątkowo długim ogonie.

Na widok Sama i Marge suczka porzuciła zabawkę, cofnęła się w kąt i rozpłaszczyła 

na żółtym kocyku. Sam miał ochotę wyciągnąć do niej rękę, powstrzymał się jednak. Zamiast 

tego ukląkł przy kojcu.

Była taka mała i przerażona i tak bardzo starała się być niewidzialna. 

- Witaj, malutka - wyszeptał - Nie chcesz wyjść ze swojego kąta, co? Nawet o tym nie 

myślisz. Za bardzo się boisz. Cóż, w porządku. Rozumiem.

Sam   naprawdę   rozumiał.   On   też   był   kiedyś   takim   przerażonym   stworzeniem, 

niekochanym  i   niechcianym   małym   chłopcem,  który  ukrywał   się  w   swoim  pokoju  przed 

wrogim światem.

Czego się bał? Dlaczego usuwał się w cień? Obawiał się, że coś z nim jest bardzo nie 

w porządku. I że to coś niebezpiecznego.

A jakie było jego największe pragnienie? Dotknij mnie. Przytul mnie. Kochaj mnie.

49

background image

Nie był w stanie powstrzymać się dłużej. Pochylił się nad kojcem i wyciągnął rękę do 

skulonego w kącie pieska.

- A jeśli położę dłoń tu, koło twojego liska, nie za blisko, ale i niezbyt daleko? - 

Suczka   nie   zbliżyła   się   do   niego,   ale   i   nie   odsunęła.   Samowi   wydało   się,   że   lekko 

przekrzywiła łepek. - Potrzymam tu rękę jeszcze przez chwilę, jeśli nie masz nic przeciw 

temu. Może zechcesz do mnie podejść. A może nie.

Zapadła cisza. Ciekawość walczyła ze strachem, nadzieja z nieufnością. Zostaw mnie 

w spokoju. Kochaj mnie.

- Mów do niej, Sam. Spodobał jej się twój głos.

Sam   drgnął,   choć   szept   Marge   był   bardzo   cichy.   Zamknięty   w   kręgu   własnych 

wspomnień zapomniał, że jest w pokoju. Ale słysząc echo własnego głosu, poczuł się nagle 

dziwnie obnażony.

Za bardzo się wysunął ze swojego ciemnego kąta. Odruchowo cofnął rękę.

Suczka zaczęła rozpaczliwie piszczeć.

Przytul mnie! Kochaj mnie! Tatusiu! Tatusiu!

Samem   owładnęły   nagle   uczucia,   których   nie   rozumiał.   Skąd   przyszło   mu   to   do 

głowy? Nie pamiętał, żeby jakiegokolwiek mężczyznę nazywał „tatusiem”. Wydawało mu się 

niemożliwe, żeby miał kiedyś tatę. To musiało być po prostu najgorętsze pragnienie jego 

dzieciństwa, zepchnięte w mrok niepamięci i wydobyte na powierzchnię przez żałosny pisk 

szczenięcia.

Musiał wziąć suczkę na ręce, bo z pewnością nie skoczyła, nie przefrunęła z kąta 

swojego kojca w jego ramiona. Stało się to jednak tak szybko, że właściwie nie był pewny. 

Może spotkali się w połowie drogi. Może nie.

Ale teraz była w jego ramionach. Czuł gwałtowne bicie małego serduszka. Suczka, 

wyraźnie ośmielona, zaczęła wspinać się po jego piersi. Wdrapała mu się na ramię i wetknęła 

nos między jego szyję a kołnierz kurtki.

Wydawało   się,   jakby   to   psie   dziecko   naprawdę   właśnie   jego   potrzebowało.   Sam 

wiedział jednak, że to tylko instynkt. Instynkt samozachowawczy. Suczka szukała nowego 

miejsca, w którym mogłaby się ukryć, a tak się złożyło, że on był akurat pod ręką.

- Co o tym sądzisz? - spytała Marge.

Piesek potrzebuje domu. Było to raczej uczucie niż osąd. A po chwili poziom emocji 

jeszcze wzrósł, kiedy Sam pojął ważniejszą prawdę. Dom potrzebuje pieska.

-Powinniśmy   ruszyć   do   Sarah's   Orchard,   zanim   całkiem   się   ściemni   -powiedział 

ochrypłym ze wzruszenia głosem.

50

background image

-Zgadzam się. Wezmę tylko zabawkę, kocyk i torbę z resztą jej rzeczy.

Torbę   zdobiły  motywy  bożonarodzeniowe,   turkusowe   choinki   i   kolorowe   renifery. 

Marge powiedziała mu, co jest w środku, kiedy przechodzili przez dom. Dla suczki była to 

trudna podróż - taka szybka. Drżała z przerażenia.

Sam przytulił ją mocniej i zmusił się do słuchania tego, co miała mu do powiedzenia 

Marge. W torbie znajdowało się świadectwo szczepienia, kilka broszur dotyczących żywienia 

i higieny szczeniąt oraz jedzenie na kilka dni wraz z instrukcją podającą ilość wody, jaką 

należy do niego dodać. Aby w nowym otoczeniu suczka nie czuła się obco, Marge spakowała 

też jej miseczki.

Suczka   Sama  miała   imponujący  rodowód.   Jej   przodkowie   rekrutowali   się   spośród 

samych   championów.   Nie   była   jeszcze   zarejestrowana   w   związku   kynologicznym,   ale 

wystarczyło tylko dać znać Marge. Prześle mu wszelkie niezbędne dokumenty.

-Nie musi być zarejestrowana, chyba że chcesz ją wystawiać.

-Mowy nie ma.

Kiedy podeszli do samochodu, Marge lekko poklepała suczkę.

-Trzymaj się, mała. Będziemy w kontakcie, dobrze, Sam? Proszę o to, bo wiem, że na 

pewno będzie wam dobrze razem.

-Mam nadzieję.

-A ja wiem.

Sam zamówił najmniejszą klatkę z możliwych. Została zaprojektowana specjalnie z 

myślą o szczeniętach.

Była błękitna i kiedy przyszła pocztą, wydała mu się za mała. Utwierdził się w tym 

przekonaniu, gdy umieścił ją na przednim siedzeniu swojej furgonetki. 

Ale to było, zanim osobiście poznał swojego pieska.

Klatka była ogromna w porównaniu ze szczenięciem. Swobodnie zmieściły się w niej 

koc i zabawka.

Przekonanie Marge, że Samowi i suczce będzie dobrze razem, zostało poddane próbie, 

jeszcze zanim wyjechali z rancza. Suczka była bardzo niezadowolona z faktu, że musiała 

opuścić miękkie kaszmirowe gniazdko i przenieść się do starannie zabezpieczonej klatki.

Brązowe   oczy   rozszerzyły   się   w   panice,   a   małe   łapki   machały   rozpaczliwie   w 

powietrzu.

Sam omal nie uległ. Ale...

- Tu będziesz bezpieczna - wyjaśnił. - W swojej klatce podróżnej. Widzisz? Jest tu 

twój kocyk i twój przyjaciel lisek. A ja będę trzymał tu palce, dobrze?

51

background image

Było dobrze na tyle, by mogli ruszyć w drogę.

Zaczęła skamleć, nim przejechali pierwszy kilometr. Sam znalazł miejsce, w którym 

mógł się zatrzymać - taras widokowy, pusty o tej porze dnia i roku - i otworzył klatkę. Sunia 

rzuciła się ku niemu i zaczęła wspinać mu się na ramię.

- Już dobrze, malutka - mruknął, przytulając ją do siebie. - Wszystko w porządku. 

Jestem tu i wszystko będzie dobrze. Ale będę z tobą szczery. Nie mogę tak prowadzić. To 

byłoby zbyt niebezpieczne. Więc nawet nie próbuj mnie do tego nakłonić. Posiedzimy tu 

sobie chwilkę i pogadamy, aż znowu zachce ci się spać. A kiedy zaśniesz, pojedziemy do 

domu. Jak ci się to podoba? Mam nadzieję, że bardzo. Bo ja jestem zachwycony.

Zachód   słońca   nad   Pacyfikiem   malował   na   niebie   fioletowo-różowe   smugi. 

Wspaniałe,   pomyślał   Sam.  A  jeszcze   wspanialsze   było   odbicie   tego   przepychu   barw   w 

spokojnych wodach oceanu. Ocean zawsze go pociągał. Gdyby nie ten piesek, jego piesek, 

mknąłby teraz na falach, płynąc tam, gdzie gnałby go wiatr, aż nadeszłaby pora powrotu do 

sadu.

Już nigdy nie spędzi wielu miesięcy na morzu. Kiedyś - nie tak dawno, może godzinę 

temu - na myśl o tym poczułby się, jak uwięzione w klatce zwierzę.

A teraz?

Ciche piśniecie tuż przy jego uchu dało mu odpowiedź.

- Chyba nie należysz do wilków morskich, co? Cóż, trudno. Ale umiesz słuchać, a ja 

od dawna nie miałem do kogo mówić. Najpierw omówimy kwestię twojego imienia. Myślę, 

że Holly brzmi naprawdę ładnie. W końcu jesteś szczeniakiem bożonarodzeniowym? 

Wybrał to imię pod wpływem tej samej emocji, która wcześniej kazała mu zacząć 

szukać ogłoszeń o szczeniętach spaniela i zatrzymać się przy starym, opuszczonym sadzie.

Miał nadzieję, że suczce spodobają się imię, farma, sad i świat - świat, który on jej 

pokaże.

Był odpowiedzialny za całe życie tego małego stworzenia, za każdy jego aspekt: za to, 

by miało co jeść i czuło się szczęśliwe, za wszystko, czego miało doświadczyć.

Czy chce przyjąć na siebie tę odpowiedzialność?

Już to zrobił.

Czy ta odpowiedzialność go przeraża?

O tak.

- Zrobię dla ciebie wszystko, co w mojej mocy, Holly. Obiecuję.

Delikatnie zdjął suczkę z ramienia i przytulił do piersi. Tym razem zmiana pozycji 

zupełnie jej nie przestraszyła. Słuchając bicia małego serduszka, Sam myślał o swoim ojcu, 

52

background image

którego nigdy nie poznał. Czy Ian Collier kiedykolwiek trzymał swojego małego synka w ten 

sposób, serce przy sercu? A jeśli tak, czy i jego przerażał ogrom tej odpowiedzialności?

Ian miał osiemnaście lat, kiedy został ojcem - dwa razy mniej niż Sam w tej chwili. 

Czy była to zbyt wielka odpowiedzialność dla osieroconego syna mordercy? Czy dlatego Ian 

Collier porzucił żonę i syna?

Może, pomyślał Sam. Może.

A może góry były dla niego jeszcze większą pasją niż ocean dla Sama i nie był w 

stanie się jej wyrzec nawet dla swojego syna.

Crystal Mountain Ski Resort

Crystal Mountain, stan Waszyngton

Środa, 30 grudnia

Godzina 10.30

Ian spojrzał w nocne niebo, zamknął oczy i wciągnął w płuca zapach śniegu. Miał, 

ochotę krzyczeć ze szczęścia.

Czy gdyby to zrobił, inni narciarze, z których wielu na pewno go rozpoznało, uznaliby 

go za szaleńca? Nie miało to dla niego znaczenia. Nic nie było w stanie umniejszyć jego 

radości.

Poślubi kobietę, którą kocha i która kocha jego. Kathleen nie była w nim zakochana, a 

on w niej bardzo. Ale Ian Collier zaznał już w życiu wielu namiętności. Owszem, nigdy nie 

poznał i nie pozna radości seksu z jedyną kobietą, jaką kochał, ale świadomość, że spędzić z 

tą kobietą resztę życia, była cudowna.

Po spotkaniu w Nowym Jorku, kiedy nie było już wątpliwości, że ich miłość jest 

platoniczna, Ian czekał cierpliwie, aż Kathleen się w kimś zakocha. Pragnął, by zaznała tej 

radości.

Ona jednak niezmiennie twierdziła, że to w jej przypadku niemożliwe - a gdy chciała 

podzielić   się   z   kimś   swoim   marzeniem,   swoją   nadzieją   związaną   z   dzieckiem,   przyszła 

właśnie do niego.

Ian   otworzył   oczy   i   uśmiechnął   się   do   rozgwieżdżonego   nieba.   Znowu   chciał 

krzyczeć, ale nagle zabrakło mu tchu w piersi.

Nigdy   dotąd   nie   odczuwał   negatywnych   skutków   przebywania   na   dużych 

wysokościach.   Jego   organizm   był   dobrze   przystosowany   do   rozrzedzonego   górskiego 

powietrza. Ale od czerwca Ian przebywał głównie nad morzem. Szukał domu, przygotowywał 

53

background image

go   i   zupełnie   zapomniał   o   narciarskim   sezonie   na   południu.   Nie   uważał,   by  jego   letnie 

wyprawy  w  Andy  były   szczególnie   ryzykowne,   nie   bardziej   niż   narciarskie   przygody   w 

Kolumbii Brytyjskiej.

Ryzyko wiązało się raczej z umiejętnościami narciarskimi, Ian jeździł w najbardziej 

niebezpiecznych   miejscach,   bo   był   świetnym,   doświadczonym   narciarzem   i   robił   to, 

zachowując należne środki ostrożności. Ale nie wszyscy byli tak rozważni. Słyszał o wielu 

narciarzach,   którzy   zginęli   pod   lawinami,   wolał   więc   odwołać   planowaną   wyprawę,   niż 

przekonywać Kathleen, że jemu nie może się to przytrafić. Od sześciu miesięcy nie wjechał 

wyżej niż na Queen Annę Hill.

Dopiero  dziś pojechał do Crystal.  Namówiła  go do tego Kathleen. Wszystko szło 

zgodnie   z   planem:   dzieci   Georgii   nie   były  jeszcze   gotowe,   by  przyjść   na   świat,   według 

prognozy pogody panowały idealne warunki do nocnej jazdy na nartach, którą Ian uwielbiał.

Oderwał wzrok od migotliwego nieba i spojrzał na rozciągającą się poniżej równie 

migotliwą powierzchnię śniegu. Stoki jarzyły się miliardami własnych gwiazdek, kryształki 

lodu lśniły w świetle lamp. Ten wspaniały spektakl śniegu i światła był mu dobrze znany. Ale 

teraz było w nim więcej blasku - w całym jego życiu było więcej blasku, bo Kathleen stała się 

jego częścią.

Rozdział 5

Reproductive Medicine Clinic

Queen Anne Medical Center

30 grudnia

Godzina 17.00

Kathleen została wezwana na oddział w chwili, kiedy Tess przygotowywała Natalie do 

badania. Powiedziała pacjentce, że nastąpi małe opóźnienie, i poszła po raz kolejny uspokoić 

zdenerwowaną Georgię.

Nie   zabrało   to   wiele   czasu,   ale   wracając   z   oddziału,   Kathleen   natknęła   się   na 

administratora szpitala, który także miał pewien problem. Wpadł w lekką panikę w związku z 

dziećmi   Georgii.   Rozumiem,   przyznał,   że   najważniejsze   jest   dobro   dzieci,   ale   reputacja 

szpitala - i przyszły rozgłos - też nie są bez znaczenia. Pojawiła się szansa, by wskoczyć na 

54

background image

scenę międzynarodową. Światowe media już czekają. Administrator chciał się upewnić, że 

będzie to skok w najlepszym stylu.

Kathleen miała anielską cierpliwość do Georgii. Administrator, który również zadawał 

w   kółko   te   same   pytania,   tylko   ją   irytował.   Czy   jest   pewna,   że   członkowie   wszystkich 

zespołów   -   wszystkich   siedmiu   -   dokładnie   wiedzą,   jaka   będzie   ich   rola   w   krytycznym 

momencie? Tak, słyszał, kiedy mu mówiła, że zdąży wezwać wszystkich na czas, ale może 

byłoby lepiej, żeby nie oddalali się od szpitala, na wszelki wypadek?

I tak dalej. I tak dalej.

-Przepraszam - powiedziała Kathleen, kiedy w końcu wróciła do gabinetu.

-Nie   ma   za   co   -   odparła   Natalie.   -   Wszystko   w   porządku.   Krew   pobrana,   karta 

wypełniona.

Natalie dostała też cały plik broszur z informacjami dla przyszłych matek.

Nie   przeczytała   ich   jednak,   nie   przejrzała   też   żadnego   z   kolorowych   magazynów. 

Zamiast tego siedziała spokojnie z zamkniętymi oczami i otwartym sercem.

Naprawdę jest w ciąży. Tym razem wszystko będzie dobrze. Tym razem. Te dwa słowa 

stały się dla niej radosną, kojącą mantrą. A potem nagle pojawił się strach.

Tym razem było tak samo jak poprzednim. Zaszła w ciążę w październiku, a wkrótce 

znowu nadejdzie szósty stycznia. Rocznica śmierci jej dziecka, którą upamiętniała co roku w 

swoim sercu. Wspomnieniami, bólem, strachem. 

Strach już był, już próbował ją omotać. Ale ona na to nie pozwoli. Nie tym razem. 

Szósty stycznia nadejdzie i minie, a maleńka istota w jej łonie będzie żyła nadal.

Natalie będzie bardzo uważać na to dziecko.

Tak jak ta lekarka, przeprowadzająca teraz dokładne badanie.

Bardzo dokładne, od stóp do głów. Badanie ginekologiczne zostawiła na koniec.

-Miała pani zapalenie wyrostka z perforacją.

-Tak.  Ale   po   czym   pani   doktor   to   poznała?   -   Brzuch   Natalie   był   pokryty   siecią 

mniejszych i większych blizn.

-To starsza blizna.

-Miałam sześć lat i rzeczywiście nastąpiła perforacja. Widać to po bliźnie?

-Można   się   domyślić.   Blizna   jest   szeroka   i   nieregularna,   więc   rana 

najprawdopodobniej  nie  została  zamknięta chirurgicznie  - a  tak  właśnie  byłoby  w 

przypadku infekcji.

-Tak właśnie było. Byłam wtedy bardzo chora.

Kathleen  zaczęła  badanie  ginekologiczne.  Sprawdziła  palpacyjnie  macicę,   jajniki  i 

55

background image

jajowody. Poprosiła Natalie, by powiedziała, jeśli poczuje najmniejszy dyskomfort. Poza tym 

milczała. Wiedziała już wszystko, co Natalie mogła jej powiedzieć.

Dotyk  Kathleen był pewny, ale delikatny,  nie sprawiał bólu. Gdy jej  dłonie nagle 

znieruchomiały, Natalie ogarnął strach.

-Na pewno dobrze gra pani w pokera - mruknęła. Kathleen nie podniosła głowy.

-Nie należę do hazardzistek. Skąd ten pomysł?

- Coś pani wyczuła, ale po minie pani doktor nie jestem w stanie poznać, czy to coś 

dobrego, czy złego.

Natalie obawiała się, że to coś bardzo złego. Czytała o przyczynach zafałszowanych 

wyników   testów   ciążowych.   Czasami   wynik   był   pozytywny,   bo   guz   wydziela   hormony 

podobne do tych, jakie wytwarzane są w czasie ciąży.

- To nic złego, Natalie, bardzo mi przykro, jeśli panią wystraszyłam. Wyczuwam ślady 

po usuniętym wyrostku, a może po wypadku, albo po jednym i drugim. Nie mogę natomiast 

znaleźć   jajnika.   Mogłabym   przypuszczać,   że   został   usunięty   razem   z   wyrostkiem,   ale 

pamiętam, że siostra powiedziała pani po wypadku, że nie będzie pani mogła mieć dzieci. 

Sądzę więc, że został usunięty i lekarze powiedzieli o tym pani siostrze, a ona uznała, że nie 

będzie już pani mogła zajść w ciążę. - Kathleen uśmiechnęła się. - Ja natomiast mogę z całą 

pewnością stwierdzić, że zaszła pani w ciążę. Macica jest powiększona. Wygląda to na ósmy 

tydzień.

-I wszystko jest w porządku?

-W jak najlepszym. - Badanie nie wykazało niczego, co nie mieściłoby się w normie 

poza brakującym jajnikiem i blizną, która została po jego usunięciu. Ale macica była 

zdrowa. Jeśli nic nieprzewidzianego nie pojawi się w wynikach badań krwi, Natalie, 

będzie jedną z najzdrowszych pacjentek, jakie Kathleen prowadziła od wielu lat. Przed 

badaniem przez wziernik Kathleen ujęła w palce coś w kształcie migdała po lewej 

stronie.

-Czuje pani coś, kiedy naciskam w tym miejscu?

-Jakby lekkie ukłucie.

-Czuła pani coś takiego wcześniej?

-Czasami.

-Dotykam teraz lewego - całkowicie zdrowego -jajnika.

-A to kłucie?

-Także   jest   zupełnie   normalne.   Pojawia   się   czasem   w   trakcie   owulacji,   kiedy 

uwalniane jest jajeczko. Niektóre kobiety czują to przy każdym cyklu, inne czasami, a 

56

background image

jeszcze inne nigdy.

Więc to kłucie jest rodzajem alarmu, pomyślała Natalie, sygnałem nadawanym przez 

jajnik, że oto nadszedł najlepszy czas napoczęcie. Nie pamiętała, by czuła coś takiego ani 

przed tym, jak uprawiała seks z Jamesem, ani po tym.

Tak czy inaczej, była w ciąży.

Kathleen skończyła badanie. Natalie usiadła na stole, machając zwisającymi nogami.

- Kości miednicy były poważnie uszkodzone. Ale nie sądzę, by stwarzało to jakieś 

problemy związane z brakiem miejsca w czasie ciąży. O tym, czy urodzi pani siłami natury, 

czy za pomocą cesarskiego cięcia, zdecydujemy, kiedy nadejdzie czas.

Natalie uświadomiła sobie, że to obietnica. Kathleen będzie z nią przez cały czas - 

będzie z nimi.

-

Czy od czasu wypadku miewa pani jakieś utrzymujące się bóle? Natalie uśmiechnęła 

się lekko.

-Bolą mnie stawy, kiedy za długo jestem na nogach.

-Wysokie obcasy na pewno nie pomagają.

-Nie. Ale noszę je tylko wtedy, kiedy muszę.

-To znaczy?

- Kiedy spotykam się z klientami. Zajmuję się sprzedażą nieruchomości. Obowiązuje 

mnie pewna elegancja. Gdy prowadzę samochód, noszę płaskie... Doktor Kathleen? O co 

chodzi? 

- O ciebie. To ty jesteś tą Natalie, o której tyle słyszałam od Iana Colliera. Najlepszą w 

branży nieruchomości.

-Cóż, miło mi to słyszeć. Rzeczywiście, szukałam domu dla Iana.

-Ten dom... - Dom marzeń, pomyślała Kathleen, w którym marzenia kwitły, potem 

zgasły i w którym nowe marzenia przyjdą na świat. Najpiękniejsza posiadłość Seattle, 

znana niegdyś jako rezydencja Worthingów. Dla niektórych nadal była to rezydencja 

Worthingów, choć ostatni przedstawiciele tej rodziny, rodzice Vanessy, sprzedali dom 

trzydzieści dwa lata temu. - Dobrze znam Iana. Jest ci bardzo wdzięczny.

-Właściwie niewiele zrobiłam.

-Spytałaś właścicieli, czy chcą sprzedać dom.

-Zawsze warto pytać, a tym razem naprawdę się opłaciło. Właściciele chcieli sprzedać 

posiadłość, ale powiedziano im, że dom wymaga remontu. Ja poradziłabym im to 

samo, bo wiem, że nie każdy potencjalny nabywca potrafi dostrzec to, co kryje się pod 

brudnymi tapetami i starymi dywanami.

57

background image

-Ian potrafił.

-O tak. Chociaż mam wrażenie, że kupiłby tę rezydencję, nawet jej nie oglądając. 

Byłaś już w środku po remoncie, jaki przeprowadził?

-Tak, byłam. Jest tam pięknie.

-Ale nie wprowadził się jeszcze. Mieszkam niedaleko i zauważyłam, że wieczorami 

światło świeci się tylko przed drzwiami wejściowymi.

-Chce się wprowadzić pierwszego.

-Dobrze go znasz, prawda?

-Tak.

-To wspaniały człowiek.

-Owszem, Natalie. I na pewno chciałby, żebyś przyszła na jego ślub. Odbędzie się w 

nowym domu, który pomogłaś mu kupić.

-Ślub?

-   Tak.   Nasz   ślub,   jego   i   mój.   Pobieramy   się   pierwszego   stycznia.   Jeśli   nawet   ta 

wiadomość zaszokowała Natalie, była zbyt dobrze wychowana, by to okazać. Wydawała się 

zachwycona.

-   Teraz   rozumiem,   dlaczego   Ian   kupił   właśnie   tę   posiadłość.   To   najbardziej 

romantyczne   miejsce   w   mieście   i   ma   najlepszy   widok   na   Mount   Rainier,   a   w   dodatku 

znajduje się tak blisko szpitala. Będziesz miała dwa kroki do pracy.

-To idealne rozwiązanie, Natalie. Dla Iana i dla mnie.

-Wspaniale!

-Naprawdę się cieszysz. 

-Oczywiście, że się cieszę, Kathleen. Wspaniale widzieć was dwoje razem.

Ślub miał być skromny. Sędzina z mężem i dwóch wymaganych świadków.

-Każde   z   nas   wybierze   po   jednym   świadku   -   zaproponował   Ian,   kiedy   było   już 

oczywiste, że Kathleen przez pewien czas będzie mieszkała w szpitalu. Wiedziała, o 

co   mu   chodzi   -   chciał   ją   zachęcić   do   zaprzyjaźnienia   się   z   nowymi 

współpracownikami.

-Winny - przyznał się, gdy go o to zapytała.

-To dla mnie trudne - wyznała, a Ian powiedział, żeby się nie martwiła. On się tym 

zajmie.

Będzie   zachwycony,   widząc   Natalie   na   ślubie.   Tak   jak   Kathleen.   Czuła   się   przy 

Natalie zaskakująco  swobodnie, jakby jednak potrafiła odczuwać siostrzaną więź z drugą 

kobietą. Ta więź powstała w chwili, gdy Natalie ruszyła w swoich czółenkach na wysokich 

58

background image

obcasach do rezydencji Worthingów, by spytać, czy obecni właściciele nie chcą jej sprzedać. 

Właśnie w tej chwili Natalie stała się istotną częścią planów na przyszłość Iana i Kathleen.

-Ślub   odbędzie   się   w   domu,   a   potem   pójdziemy   wszyscy   do   Canlis   na   kolację. 

Będziemy szczęśliwi, jeśli się do nas przyłączysz.

-Jesteś pewna?

-Całkowicie. Możesz nawet być moim świadkiem -jeśli chcesz.

-Chcę.

-Dziękuję. Przyjdź o wpół do siódmej, żebyśmy mogli pokazać ci dom. Obowiązuje 

strój wieczorowy, ale nie wpuścimy nikogo na wysokich obcasach.

Mieszkanie   Natalie,   podobnie   jak   rezydencja   Worthingów   znajdowało   się   blisko 

szpitala. Ale do Natalie szło się w dół ulicy, a do domu, który Ian Collier kupił dla swojej 

przyszłej żony, trzeba było podejść pod górę.

Natalie   szła   ostrożnie   środkiem   chodnika,   a   jeszcze   ostrożniej   przechodziła   przez 

jezdnię na pasach. Nie pozwoliła sobie na rozmyślania o ciąży, pozostała też głucha na ból, 

który czuła, schodząc w dół w pantoflach na wysokich obcasach.

Kiedy była już bezpieczna w swoim mieszkaniu, emocje zwyciężyły. I ból. Położyła 

się na łóżku, w którym zostało poczęte jej dziecko. Odpoczęła trochę i ból minął, ale emocje 

zabrały ją w daleką podróż, do siedemnastoletniej dziewczyny ze zmiażdżoną miednicą i 

złamanym sercem. 

Ta zraniona dziewczyna nie poddała się, walczyła, by przetrwać. Czuła się tak bardzo 

winna, że sama nie rozumiała, dlaczego nie skuliła się po prostu w sobie i nie umarła. Tego 

właśnie chciała i na to, w swoim przekonaniu, zasługiwała.

Lekarze uważali, że Natalie przeżyje, będzie znowu chodzić, a dzięki rehabilitacji nie 

będzie nawet widocznie utykać. Ból i utykanie mogą czasami powracać, gdyby długo stała 

albo dużo chodziła.

Psycholog   powiedział   Natalie,   że   aby   program   rehabilitacji   w   pełni   się   powiódł, 

powinna wyznaczyć sobie realistyczne cele, które ułatwią jej powrót do „realnego świata". 

Musi myśleć o przyszłości, o pracy i karierze - tak, już teraz, choć minie wiele miesięcy, 

zanim rehabilitacja dobiegnie końca. Potrzebuje pracy, która nie będzie wymagała chodzenia, 

a jeśli utykanie okaże się dla niej krępujące, powinna wykonywać zawód nie-wymagający 

kontaktów z ludźmi.

Natalie próbowała dostosować się do porad psychologa. Ale się jej nie udało. W czasie 

59

background image

długich miesięcy rehabilitacji po prostu nie miała sił, żeby między kolejnymi ćwiczeniami 

robić cokolwiek innego niż leżeć na brzuchu w swoim łóżku i słuchać telewizji.

Słuchać   i   przyswajać   sobie   informacje   o   świecie...   Słuchać   głosów,   które   je 

przekazywały...

Wszystkie te głosy łączyła poprawna wymowa, brak akcentu i innych naleciałości. 

Dzięki temu rozlegały się w domach w całym kraju. Równie nienagannie wysławiał się jej 

książę...

„Czy  ty  się   słyszysz,   Natalie?,  spytał   kiedyś   z   niesmakiem. Twój   akcent   to   jakaś 

parodia. Bardziej żałosny jest tylko sposób, w jaki się ubierasz".

Na   szpitalnym   łóżku   Natalie   rozpoczęła   swoją   przemianę   w   stylu   Elizy   Doolitle. 

Ćwiczyła wymowę, leżąc na brzuchu, a gdy w końcu mogła leżeć na plecach i patrzeć na 

telewizyjny ekran, przyglądała się strojom, jakie powinna nosić prawdziwa dama.

Kiedyś i ona będzie mogła kupować szyte na miarę ubrania. Gdy wyjdzie ze szpitala i 

znajdzie pracę. Nie zaplanowała jeszcze swojej kariery, i dobrze. Projekty zmieniały się, w 

miarę jak chodziła coraz lepiej. Wprawdzie sprawiało jej to okropny ból, ale gdy stała, w 

ogóle nie czuła bólu.

W ciągu niekończących się miesięcy rehabilitacji zmieniło się coś jeszcze. Otrzymała 

pokaźne odszkodowanie, rodzice bez jej wiedzy wnieśli sprawę do sądu.

Gdyby wiedziała, na pewno by się temu sprzeciwiła. Do wypadku doszło wyłącznie z 

jej winy. Pozwanie kierowcy autobusu - a właściwie miasta - było jednocześnie śmieszne i 

okrutne. 

Ale   na   korzyść   Natalie   zeznawali   świadkowie   wypadku,   pasażerowie   autobusu. 

Twierdzili, że kierowca jechał zdecydowanie za szybko jak na panujące wtedy warunki.

Miasto wypłaciło jej więc „niepodaną do publicznej wiadomości, ale znaczną" sumę, o 

czym dowiedziała się z telewizyjnych wiadomości.

Pogłębiło to tylko rozdźwięk między Natalie a jej rodziną. Rozdźwięk, który zawsze 

istniał. Natalie nie ukrywała, że nie zamierza wyjść za chłopaka, którego nie kocha, z powodu 

jednej nocy na tylnym siedzeniu samochodu. Nie miała też zamiaru pójść w ślady swojej 

matki i sióstr ani -z wyjątkiem studenta college'u, który nią pogardzał - nikogo, kogo znała.

Po wypadku rozdźwięk zmienił się w przepaść. Rodzice uznali, że nawiązując romans 

z bogatym studentem, Natalie złamała zasady moralne, jakie wyznawali, i przysporzyła im 

wstydu. Zrobili, co mogli, dla niewdzięcznej córki, która teraz była towarem wybrakowanym. 

Dali jej niewielką część odszkodowania - tyle, by mogła wyjechać z New Jersey, skoro tego 

chciała, i rozpocząć życie gdzie indziej.

60

background image

Natalie   wybrała   Seattle,   tylko   dlatego   że   wydawało   jej   się   miłym   miejscem.  A 

tamtejsze słynne deszcze? Uznała, że deszcz jest bardzo przyjemny. Nie przygnębiał jej ani 

trochę.

Natalie dostała posadę sekretarki w agencji zajmującej się handlem nieruchomościami. 

Praca   spodobała   jej   się   tak   bardzo,   że   zapragnęła   zostać   agentem.   Zdobyła   licencję   i 

awansowała z sekretarki na agenta najniższego poziomu. W tygodniu uczyła się od bardziej 

doświadczonych pracowników, a w weekendy odbierała w biurze telefony.

W czasie jednego z takich deszczowych weekendów do agencji przyszło małżeństwo 

szukające domu. Nie mieli konkretnych wymagań, chcieli się więc zapoznać z rozmaitymi 

ofertami. Byli bardzo zamożni. Przyjechali do Seattle z kalifornijskiej Doliny Krzemowej, by 

objąć wysokie stanowiska w Microsofcie.

Przy gorącej czekoladzie Natalie pokazała im na planie miasta rejony, które mogłyby 

ich zainteresować, i listę domów na sprzedaż. Następnie zaproponowała pracownika agencji, 

który   najlepiej   odpowiadał   ich   potrzebom   -   kobietę,   która   specjalizowała   się   w 

nieruchomościach z najwyższej półki i znała społeczność związaną z Microsoftem.

Ale   oni   nie   chcieli   innego   agenta.   Chcieli   Natalie.   Tak   jak   wszyscy   inni,   którzy 

przyjeżdżali   do   Seattle,   by   pracować   w   Microsofcie.   Natalie   Davies   stała   się   znana   w 

środowisku   i   wkrótce   została   specjalistką   od   ekskluzywnych   rezydencji.   Gdy   zajęła   się 

sprzedażą domu Winslowów w Brodmoor, poznała Jamesa Gannona, z którym dwa miesiące 

temu poszła do łóżka.

Rozdział 6

Broadmoor Country Club

Seattle

Piątek, 7 lipca

Osiemnaście miesięcy wcześniej

Cena jest zawyżona - powiedziała Natalie, kiedy stało się jasne, że Christine Winslow 

się zgodzi. Rodzice Christine, do których należał dom, za jej namową wyjechali na wakacje. 

Zapewniła   ich,   że   wszystkim   się   zajmie,   życzyła   im   szczęśliwej   podróży,   a   następnie 

skontaktowała się z „fantastyczną" agentką, o której słyszała od znajomych. Dom był już od 

61

background image

pewnego czasu wystawiony na sprzedaż, którą miała się zajmować inna agencja. Zdaniem 

Natalie -a także Christine - cena była zdecydowanie za wysoka.

-Jak byś go wyceniła?

-Między dwa dwieście a dwa czterysta. Sądzę, że pójdzie za dwa miliony dwieście 

tysięcy. To tylko przypuszczenie, ale oparte na cenach nieruchomości, jakie utrzymują 

się na rynku od kilku miesięcy.

-To i tak więcej niż się spodziewałam - odparła Christine. - Doskonale, spróbujmy go 

sprzedać.

-Dobrze. Musimy ustalić cenę wywoławczą. Proponuję, dwa czterysta, żeby zostawić 

pole  do negocjacji.  Ale  możemy też  od razu zażądać  dwa dwieście i  zastrzec,  że 

uważamy to za uczciwą cenę, której nie mamy zamiaru obniżać.

-Zróbmy tak. Po co te gierki?

Natalie podzielała niechęć Christine do zbędnych targów.

Zajęła się więc  sprzedażą,  a że bardzo  polubiła Christine, cały proces był bardzo 

przyjemny...   i   niespieszny.   Dla   Winslowów   pieniądze   nie   stanowiły   żadnego   problemu. 

Rodzice Christine już kupili elegancki apartament nad jeziorem w Carillon Point.

Christine, rówieśnica Natalie, była prawdziwą damą o wielkiej urodzie i wrodzonym 

wdzięku. Zaproponowała, żeby razem pokazywały dom ewentualnym nabywcom, o ile, rzecz 

jasna, Natalie nie ma nic przeciwko temu. Natalie nie miała. Christine kochała dom, w którym 

spędziła   dzieciństwo,   i   chętnie   udzielała   wszelkich   informacji   każdemu,   kto   do   niego 

przyszedł.  Wkrótce prawdziwa  dama  i dziewczyna, która  stała  się damą, bo bardzo tego 

chciała,   zostały   przyjaciółkami.   Stało   się   tak   wyłącznie   za   sprawą   Christine,   która   była 

otwarta, pogodna i pozbawiona uprzedzeń. Dla Natalie takie ciepło było czymś niezwykłym. 

Uświadomiła sobie, że jest bardziej samotna, niż jej się wydawało, i w głębi duszy miała 

nadzieję, że dom Winslowów jeszcze przez jakiś czas nie znajdzie nabywcy.

Rozważała   nawet   przyznanie   się   do   tego   Christine.   Bez   problemu   potrafiła   sobie 

wyobrazić, jak Christine uśmiecha i mówi: „Więc znowu zawyżmy cenę! Czemu nie?"

Nie przyznała się jednak do swojej nadziei, a że na rynku, jak zawsze latem, panował 

duży ruch, wkrótce miała w ręku ofertę nabywcy gotowego zapłacić żądaną cenę.

-Już? - wykrzyknęła Christine, kiedy Natalie zadzwoniła, by przekazać jej wiadomość. 

- Naprawdę jesteś najlepszym agentem w mieście.

-To nie moja zasługa, Christine, tylko tych pięknych domów, które mam szczęście 

sprzedawać.

-Jesteś zbyt skromna. Ale dziękuję. Co teraz?

62

background image

-Powiedz, kiedy możemy się spotkać i omówić ofertę.

-A kiedy byłoby ci wygodnie?

-   O   czwartej   pokazuję   dom   w   Highlands,   ale   poza   tym...   Spotkały  się   w  Village 

Starbucks o drugiej.

Zanim Natalie zdążyła wspomnieć o ofercie, Christine oznajmiła:

-Zaręczyłam się. Możesz w to uwierzyć?

-Oczywiście! - Jaki mężczyzna nie chciałby cię poślubić?, dodała Natalie w duchu. 

Nie wiedziała nawet, że Christine się z kimś spotyka. Skąd miałaby wiedzieć? Fakt, że 

kocha   i  jest   kochana,  nie  był czymś,   czym   Christine   by  się  chwaliła,  tak   jak  nie 

chwaliła   się   swoim   bogactwem.  Ani   wspaniałym   brylantem,   który  nosiła   teraz   na 

palcu.   Ale   to   nie   pierścionek   sprawiał,   że   Christine   Winslow   promieniała,   lecz 

zaręczyny z mężczyzną, którego kochała. - Kiedy?

-Przedwczoraj. Pewnie widać, że jestem cała w skowronkach. Miałam nadzieję, że 

James Gannon poprosi mnie o rękę, ale nie przypuszczałam, że zrobi to tak szybko. 

Poznaliśmy się dziewięć tygodni temu. To był naprawdę czarodziejski wieczór.

-James Gannon - Natalie przypomniała sobie ciemne włosy i oczy błękitne jak ocean, 

widzące więcej, niż ktokolwiek był w stanie dostrzec. - Ten prokurator? 

-

Ten niewiarygodnie seksowny, romantyczny i utalentowany prokurator. Tak. To on. 

Mój narzeczony. - Christine westchnęła. A potem zmarszczyła brwi. - Powiem ci coś, 

o czym wie bardzo mało osób i co musi pozostać tajemnicą tak długo, aż James sam 

poda to do publicznej wiadomości.

-Nikomu nie pisnę ani słowa.

-Wiem, że ty na pewno się nie wygadasz. - Christine uśmiechnęła się, myśląc o swoich 

mniej   dyskretnych   przyjaciółkach.   -   James   chce   zrezygnować   ze   stanowiska 

prokuratora.

-Ale...

-W biurze jest wielu dobrych - James mówi nawet, że świetnych -prokuratorów. Może 

więc podjąć taką decyzję bez poczucia winy. Chodzi o jakość jego życia, prawda?

-Oczywiście, Christine. Jestem po prostu zaskoczona, że podjął taką decyzję. - Natalie 

wiedziała, tak jak całe Seattle, że dla Jamesa pieniądze nie były problemem. On także 

pochodził  z   bardzo  bogatej  rodziny.  Naturalnie   nie  chwalił  się   tym,  ale  gdy jakiś 

dziennikarz   dowiedział   się,   że   Gannon   oddaje   całą   swoją   pensję   na   rzecz   ofiar 

przestępstw, jego sytuacja materialna stała się powszechnie znana. Przede wszystkim 

jednak  James oddawał  ofiarom przestępstw swój  czas i  pasję,  z jaką  domagał się 

63

background image

sprawiedliwości. Teraz zamierzał to wszystko porzucić, a Natalie siedziała naprzeciw 

kobiety, która była tego powodem. - Chce zrezygnować ze stanowiska dla ciebie.

-To byłby bardzo romantyczny powód, ale prawda jest taka, że podjął tę decyzję, 

zanim się poznaliśmy.

-Powiedziałaś, że to ma związek z jakością życia.

-Nie chodzi o pracę jako taką. James ma dość siły i energii. Nie boi się ciężkiej pracy. 

Rozkwita, kiedy pracuje. Ale wiesz, jakimi sprawami się zajmował, najgorszymi z 

najgorszych. Gwałty, morderstwa, znęcanie się i tak dalej. Patrzył na to od jedenastu 

lat, dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Wie, że to 

margines, najgorsze oblicze ludzkości, która ma przecież wiele twarzy, ale ta wiedza 

przestała mu wystarczać. Chce znowu patrzeć na piękno i dobro tego świata i zamknąć 

drzwi, za którymi czai się zło.

Tak się cieszę, pomyślała Natalie. Mam tylko nadzieję, że już nie zobaczył zbyt wiele.

-Już nie wróci, prawda?

-Na   stanowisko   prokuratora?   Mam   nadzieję,   że   nie!   I   nie   chodzi   mi   nawet   o   te 

straszne rzeczy, na które musi patrzeć. James nie stałby się zimny ani cyniczny, nawet 

gdyby chciał. Ale ściganie groźnych przestępców to niebezpieczne zajęcie.

-

Niebezpieczne?

-Ciągle ktoś grozi mu śmiercią. Wiem, że na ogół to tylko słowa, ale wystarczy jeden 

szalony morderca, który nie będzie miał nic do stracenia... W każdym razie już nie 

mogę się doczekać, aż James odejdzie z biura prokuratora.

-Myśli o jakiejś nowej pracy?

-Nie tylko myśli, ale i ma już wszystko zaplanowane. Od poniedziałku po Święcie 

Dziękczynienia będzie radcą prawnym w Rain Mountain.

-Duża zmiana.

-I bardzo dobra. Będzie pracował z Ianem Collierem, którego dobrze zna.

-

Czytałam, że Ian Collier jest świetnym narciarzem. - Natalie doskonale pamiętała ten 

artykuł   w   „Emerald   City   Insider"   zatytułowany  Seksowny,   samotny   i   bezsenny   w 

Seattle.  Magazyn,   znany   z   pogoni   za   sensacją,   nazwał   Jamesa   Gannona 

„niepoprawnym   playboyem",   mimochodem   tylko   wspominając   o   jego   pracy 

prokuratora. - Czy James jeździ z Ianem na nartach?

-Kiedy tylko może, czyli nie tak często, jak obaj by chcieli. Ale nie poznali się na 

stoku,   Ian   interesował   się   kiedyś   pewną   nierozwiązaną   sprawą.   Chodziło   o 

morderstwo.   Spotkał   się   z   Jamesem,   żeby   się   dowiedzieć,   czy   pojawiło   się   coś 

64

background image

nowego. Nie znam szczegółów tej sprawy i nie wiem, dlaczego zainteresowała Iana. 

James nic na ten temat nie wspominał. Wiem tylko, że nie mógł pomóc.

-Pewnie go to martwiło.

-Nawet bardzo. Nadal go martwi. Byłoby tak, nawet gdyby nie zaprzyjaźnił się z 

Ianem. A na szczęście zostali przyjaciółmi i James będzie miał teraz świetną pracę. Na 

razie   porządkuje   swoje   sprawy   w   biurze   prokuratora   i   przestawia   się   z   prawa 

kryminalnego na cywilne. Czyta na ten temat wszystko, co tylko jest w stanie znaleźć.

-Jestem pod wrażeniem.

-To cały James. Jeśli coś robi, wkłada w to całą duszę. Wiem, że go polubisz, Natalie.

Polubię? Natalie nie sądziła, że będzie miała okazję.

-Polubiłabym go na pewno, Christine, ale nie wiem, czy kiedykolwiek się poznamy.

-Oczywiście, że się poznacie! Chcę, żeby przejrzał ofertę kupna domu, jeśli nie masz 

nic przeciwko temu. Świetnie - dodała, widząc, że Natalie kiwa głową. - A potem 

razem zaczniemy szukać domu dla Jamesa i dla mnie. Chcemy się pobrać w maju. 

Jeśli   do   tego   czasu   nie   znajdziemy   wymarzonego   gniazdka,   zamieszkamy   w 

apartamencie i zaczekamy, aż pojawi się coś, co nas zainteresuje. Wind Chimes To 

wers to bardzo miłe miejsce, ale nie chcemy wychowywać dzieci w centrum miasta...

Podczas   kolejnych   miesięcy   wędrowały   po   mieście,   szukając   domu,   a   Natalie 

dowiadywała się coraz więcej o mężczyźnie, którego zamierzała poślubić jej przyjaciółka. 

Christine nigdy nie wspominała o majątku Jamesa. Ale opowiadała o jego rodzinie z Menlo 

Park, o tym, jak bliscy samu rodzice i siostry, i że zawsze ma ze sobą pager - właśnie ze 

względu na rodzinę.

James, najmłodszy z rodzeństwa, studiował w Stanford, a do Seattle przeniósł się tuż 

przed ukończeniem prawa. Rodzina wspierała go, kiedy zmienił miejsce zamieszkania - choć 

wszyscy byli zaskoczeni jego decyzją-

James  postanowił  zamieszkać  w   Seattle  już  kilka  lat  wcześniej,   gdy studiował  na 

pierwszym   roku.   Podczas   przerwy   bożonarodzeniowej   pojechał   tam   z   dwoma   kolegami. 

Chcieli jeździć na nartach, ale deszcz pokrzyżował ich plany. Spędzili cały tydzień, patrząc na 

ściekające po szybach krople.

Koledzy Jamesa byli bardzo rozczarowani, ale on zachwycił się Seattle. Uważał, że to 

piękne miasto, wręcz idealne, by w nim zamieszkać i założyć rodzinę.

Osiadł w Seattle, ale z zamiaru założenia rodziny zrezygnował. Przez wiele lat ścigał 

zwyrodnialców   mordujących   małe   dzieci.   Świadomość   zła   i   czyhających   wszędzie 

niebezpieczeństw sprawiła, że postanowił nie mieć własnych dzieci. Ale znów zmienił zdanie.

65

background image

- Zawsze chciałam mieć dzieci - wyznała Christine Natalie. - James chce mieć dzieci 

ze mną, musimy tylko znaleźć odpowiedni dom.

Christine i Natalie oglądały miejscowe rezydencje, a James kończył swoje sprawy w 

biurze   prokuratora.   Kiedy  Christine   wybrała   domy,   które   chciała   pokazać   narzeczonemu, 

odbyli w trójkę wieczorną rundkę po mieście.

Tak więc Natalie i James poznali się jednak. Christine mówiła prawdę. Rzeczywiście 

był wspaniałym człowiekiem. Seksowny, przystojny. Prawdziwy dżentelmen.

Natalie widziała w oczach Jamesa tę mroczną głębię, którą dostrzegła, kiedy pierwszy 

raz zobaczyła jego fotografię. Odbicie zła, na które patrzył tak często. To wspomnienie nigdy 

nie   zniknie,   pomyślała   Natalie.   Człowiek   pokroju   Jamesa   nie   może   zapomnieć   tego,   co 

widział. Żadna czująca istota nie mogłaby o tym zapomnieć.

Ale James mógł być szczęśliwy, już był szczęśliwy z Christine.

Oboje byli bardzo uprzejmi i mili dla Natalie. Nie zachowywali się jak inne pary, które 

często traktowały ją jak służącą, kogoś, kto się nie liczy.

Rankiem siedemnastego listopada Christine i Natalie znalazły wymarzony dom. Obie 

były tego pewne od pierwszej chwili. Magnolia Bluff właśnie wystawiono na sprzedaż, a że 

cena była znacznie zawyżona, wydawało się mało prawdopodobne, by dom znalazł nabywcę 

podczas pobytu Christine w Houston, dokąd pojechała na ślub przyjaciółki. Poza tym Natalie 

mogła poprosić agentkę zajmującą się sprzedażą domu, żeby dała jej znać, jeśli pojawi się 

inny potencjalny kupiec - w takim przypadku James złożyłby ofertę.

Christine powiedziała o tym Jamesowi przez telefon, kiedy Natalie odwoziła ją na 

lotnisko. Zgodził się, ale chciał najpierw zobaczyć dom. Powiedział, że zadzwoni do Natalie, 

żeby ustalić termin.

-Jutro wieczorem? - zaproponowała, gdy zadzwonił do niej dwa dni później. - Mogę 

spróbować   umówić   nas   dziś,   ale   agentka   zajmująca   się   sprzedażą   wolałaby 

zawiadomić właścicieli z co najmniej dwugodzinnym wyprzedzeniem.

-Może być jutro, Natalie. Ale możemy pojechać tam wcześniej, w ciągu dnia.

-Tak będzie ci wygodniej?

-Myślałem, że tobie będzie wygodniej - odparł. - Te wieczorne spotkania muszą być 

bardzo męczące.

-Mną się nie przejmuj. Jestem przyzwyczajona do pracy wieczorami.

-Christine wspomniała, że zamierzasz poprosić agentkę, która sprzedaje ten dom, żeby 

zadzwoniła, jeśli pojawi się inny kupujący.

-Już to zrobiłam.

66

background image

-I myślisz, że zadzwoni?

-O tak. Znam ją od lat.

-Więc w ogóle mnie nie umawiaj, jeśli nie trzeba będzie się pospieszyć. Christine na 

pewno będzie chciała jeszcze raz obejrzeć dom, kiedy wróci. Pójdę tam razem z nią.

-W porządku. Jeśli zmienisz zdanie, daj mi znać.

Natalie nie chciała pytać Jamesa, dlaczego się rozmyślił i nie chce, żeby pokazała mu 

dom. Ale nie dawało jej to spokoju. Czuła się zraniona jego decyzją i zarazem zdawała sobie 

sprawę, że to kompletna paranoja. Jakby decyzja Jamesa Gannona, jakakolwiek powzięta 

przez niego decyzja, mogła mieć jakiś związek z jej osobą.

Paranoja i pycha, zganiła się w duchu. Mogła spekulować, że James zmienił zdanie 

pod wpływem czegoś, co powiedziała. Mogła się zastanawiać, dlaczego wolał oglądać z nią 

dom w ciągu dnia, a nie wieczorem. Ale to było bez sensu.

James był bardzo zajęty porządkowaniem swoich spraw w biurze prokuratora. Tak 

bardzo,  że  nie  pojechał  nawet  z  narzeczoną  na ślub  do Houston.  Nie  miał  powodów   do 

pośpiechu, a na pewno wolał obejrzeć swój wymarzony dom w towarzystwie przyszłej żony.

Ostatecznie   James   Gannon   nigdy  nie   zobaczył   domu   przy  Magnolia   Bluff   -   choć 

Natalie zorganizowała kolejne spotkanie dla Christine, która wróciła z Houston w niedzielę 

przed Świętem Dziękczynienia, tego samego dnia, kiedy Grant Monroe przyjechał do miasta.

James   i   Grant   przez   przypadek   znaleźli   się   w   tym   samym   pokoju   akademika   w 

Stanford i od tego czasu byli przyjaciółmi. Często też współpracowali. Grant studiował w 

Stanford,   gdzie   przyznano   mu   stypendium,   następnie   zrobił   doktorat   i   w   końcu   został 

profesorem   na   wydziale   prawa   kryminalnego   w   Harvardzie.   Napisał   cztery   książki   o 

psychopatycznych mordercach, był też współautorem wielu innych prac. Jako znany w całym 

kraju ekspert Grant Monroe często był biegłym w sprawach o morderstwo, zawsze ze strony 

oskarżenia, często też pomagał rządowym agencjom, kiedy jakiś groźny przestępca znajdował 

się na wolności.

Nieoczekiwany przyjazd Granta do Seattle w okresie Święta Dziękczynienia bardzo 

ucieszył Jamesa i Christine. Zapraszali go od miesięcy -zwłaszcza kiedy się okazało, że ze 

względu na zbliżający się proces seryjnego mordercy w Luizjanie Grant nie będzie mógł 

przybyć w maju na ich ślub.

James odchodził z biura prokuratora przed Świętem Dziękczynienia, a pracę w Rain 

Mountain rozpoczynał dopiero w następny poniedziałek, więc środowy wieczór wydawał się 

idealnym terminem spotkania.

Do tego czasu Christine miała pokazać Grantowi miasto.

67

background image

A co chciał zobaczyć najbardziej? .   - Dom, który zamierzamy kupić - powiedziała 

Christine, kiedy zadzwoniła do Natalie. - Bez względu na to, czy James obejrzy go wcześniej, 

czy nie!

Rozdział 7

Magnolia Bluff

Seattle

Poniedziałek, 24 listopada

Trzynaście miesięcy wcześniej

Mężczyźni,   których   komputer   przydzielił   w   Stanford   do   tego   samego   pokoju   w 

akademiku,   wybrali   inne   drogi   kariery,   ale   przyświecał   im   ten   sam   cel:   uczynić   świat 

bezpieczniejszym, robiąc wszystko, żeby najgroźniejsi przestępcy - psychopatyczni mordercy 

- znaleźli się za kratkami.

Także   zewnętrznie   byli   do   siebie   podobni   -   na   pierwszy   rzut   oka.   Wysocy, 

ciemnowłosi, przystojni. Ale Natalie czuła, że o ile James dobrze sobie radził w walce z 

demonami,   o   tyle   Granta   wyraźnie   prześladowały   okropieństwa,   które   musiał   oglądać. 

Dostrzegła je natychmiast w jego ocienionych długimi rzęsami brązowych oczach. Pięknych 

oczach, pomyślała, uwodzicielskich. Oczach mówiących o głębokich ranach, które mogłaby 

uleczyć tylko właściwa kobieta.

Grant nie chciał, żeby tą kobietą była Christine. Natalie widziała jego mękę, kiedy 

oglądali wymarzony dom, którego James jeszcze nie zobaczył... którego nigdy nie zobaczy. 

Znała prawdę, jeszcze zanim poznał ją James. Wiedziała, co się wydarzy, nawet wcześniej niż 

Grant czy Christine.

Żadne z nich nie chciało zdradzić człowieka, który tak wiele znaczył dla nich obojga.

A jednak zdradzili go.

Natalie miała tylko nadzieję, że starczy im odwagi i uczciwości, by powiedzieć o tym 

Jamesowi prosto w oczy, i to szybko.

Nigdy się nie dowiedziała, w jaki sposób Grant i Christine powiadomili Jamesa, że się 

w sobie zakochali. Dowiedziała się jednak, że mu to wyznali.

W poniedziałek po Święcie Dziękczynienia James zadzwonił do Natalie ze swojego 

68

background image

nowego biura w siedzibie Rain Mountain. Powiedział, że on i Christine nie kupią domu przy 

Magnolia Bluff ani żadnego innego domu. Mówił przepraszającym tonem, jakby uważał, że 

zawiódł Natalie i właścicieli rezydencji. Jego głos brzmiał pewnie tak samo, pomyślała, kiedy 

przekazywał   niekorzystny   werdykt   -   „niewinny"   -rodzinie   ofiary   morderstwa.   Obwiniał 

siebie, tak jak siebie obwiniał za to, że stracił Christine. Kochał ją. Kochał ją całym sercem. 

Ale to nie wystarczyło.

-Tak mi przykro, James.

-Mnie również.

Christine zadzwoniła do Natalie tydzień przed Bożym Narodzeniem. Mieszkała teraz 

w Bostonie i od miesiąca była żoną Granta Monroe.

- Bardzo męczy mnie świadomość krzywdy, jaką wyrządziliśmy Jamesowi. Ale to, co 

łączy   mnie   i   Granta...   to   coś   niezwykłego,   obezwładniającego...   czasami   nas   samych   to 

przeraża.   Tak   naprawdę   nie   mieliśmy   wyboru.   Musimy   być   razem.   Gdybym   wyszła   za 

Jamesa, wiedząc, co czuję do Granta, byłaby to jeszcze większa zdrada. James także zasługuje 

na taką miłość. Każdy na to zasługuje.

Pół roku później, pod koniec czerwca, Ian Collier zadzwonił do Natalie i spytał, czy 

pomogłaby mu znaleźć dom.

-Z przyjemnością.

-Świetnie. James Gannon uważa, że jesteś najlepsza.

Aż do tej chwili, ilekroć Natalie dowiadywała się, że ktoś ją komuś polecił, reagowała 

natychmiast. Dzwoniła albo pisała liścik z podziękowaniem i wysyłała bombonierkę i butelkę 

szampana.

Chciała zadzwonić do Jamesa, ale zmieniła zdanie. Wszystko, co dotyczyło Jamesa, 

było niezwykłe, łącznie z dziwną reakcją na wiadomość, że polecił ją Ianowi. James Gannon 

polecił ją przyjacielowi - to wszystko. Nie powinna tego odbierać w taki sposób - niemal 

jakby zadzwonił do niej i powiedział, że o niej myślał...

Postanowiła więc podziękować Jamesowi, dopiero gdy znajdzie dom dla Iana. A kiedy 

już znalazła, postanowiła odwlec to jeszcze trochę. W końcu zdała sobie sprawę, dlaczego 

zwleka.  Nie bała  się, że podziękuje  zbyt  wylewnie,  lecz raczej tego,  że James obojętnie 

przyjmie jej podziękowanie i zniszczy pielęgnowaną w głębi ducha nadzieję, że ta rozmowa 

będzie początkiem czegoś, a nie końcem.

Im prędzej porzuci tę nadzieję, tym lepiej.

Musi zacząć traktować Jamesa jak kogoś, kim dla niej był: klientem, który uprzejmie 

polecił jej usługi komuś innemu. Był klientem, więc powinien zostać potraktowany tak samo 

69

background image

jak inni klienci.

Kupiła   czekoladowe   trufle   i   dobrego   szampana   i   napisała   krótki   liścik:   „James, 

dziękuję za polecenie moich usług Ianowi. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. 

Natalie".

Zleciła dostarczenie przesyłki temu samemu kurierowi co zawsze. Obiecał, że doręczy 

paczkę w ciągu godziny, a Natalie w tej samej chwili złożyła sobie pewną obietnicę. Nie 

będzie   odliczać   minut   do   czasu,   kiedy   James   Gannon   otrzyma   przesyłkę   i   sięgnie   po 

słuchawkę telefonu...

Nie   liczyła   minut.   Ale   całą   sobą   czuła   upływ   czasu,   powolny   i   nieubłagany, 

pozbawiający ją resztek nadziei...

Kiedy James zadzwonił osiem dni później, jego głos znowu brzmiał przepraszająco. 

Podziękowałby jej wcześniej, powinien był to zrobić, ale postanowił zaczekać, aż wróci z 

podróży służbowej. A teraz zapraszają na kolację, jeśli podoba jej się ten pomysł.

Pomysł bardzo się jej podobał. Ustalili dzień i godzinę. Umówionego wieczoru James 

przyszedł do jej mieszkania z butelką schłodzonego szampana w jednej ręce i bombonierką, 

nienapoczętą, w drugiej.

Zdziwienie Natalie zaskoczyło go trochę. Wyjaśnił, że czekoladki są zbyt dobre, żeby 

się nimi nie podzielić.

Natalie poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Zrobiła po prostu to, co zrobiłaby dla 

innych klientów - wśród których przeważały pary, takie jak James i Christine. A z tych bez 

pary żaden nie był seksownym heteroseksualnym trzydziestosześciolatkiem. Dlatego żaden 

nie uznał czekoladek i szampana za zaproszenie do romansu. Do seksu.

James Gannon odczytał niezamierzoną aluzję. Jego błękitne oczy mówiły wyraźnie: 

Przyjmuję... z przyjemnością...

Natalie mogła powiedzieć mu prawdę, przyznać się, że nie przyszło jej do głowy, iż 

podziękowanie może wydać się dwuznaczne. Mogła też przypomnieć sobie, że nie jest już 

naiwną siedemnastolatką, ale dorosłą kobietą która potrafi trzymać fantazję na wodzy.

Mogła nawet udać, że jest tym, za kogo ją uważał - wyrafinowaną businesswoman, 

która od czasu do czasu pozwala sobie na mały skok w bok.

Chociaż nie miała w domu kieliszków do szampana...

-Znalazłam je na targu w Pikę Place - powiedziała, wyjmując z kuchennego kredensu 

dwie ręcznie malowane szklaneczki do wina. - Spodobały mi się.

-Bardzo ładne.

James nalał szampana, stuknął swoją szklanką o szklankę Natalie i podszedł do okna 

70

background image

niewielkiego saloniku, które wychodziło na Queen Annę Medical Center.

-Od dawna tu mieszkasz?

-Odkąd przeprowadziłam się do Seattle, czyli od czternastu lat. Poczuła, jak szampan 

spływa do jej pustego żołądka i rozgrzewa krew w żyłach. Jeszcze bardziej. Bo już 

wcześniej oblała ją fala gorąca, gdy dostrzegła w oczach Jamesa pożądanie, którego 

nawet nie próbował ukryć. - To jedno z niewielu mieszkań w tym mieście, z których 

nie widać ani zatoki, ani gór, ani jeziora.

-Wynajmujesz je?

-Tak. - Jako rozchwytywany agent nieruchomości Natalie miała sporą sumę na koncie. 

- Wiem, że powinnam kupić mieszkanie albo nawet dom. Ale...

-Ale dobrze się tu czujesz.

-

Tak. Bardzo dobrze.

-Nie dziwię się. Bardzo przytulne gniazdko.

Gniazdko, które teraz, kiedy się w nim znalazł, nagle wydało się jeszcze mniejsze... a 

Natalie czuła się w nim dziwnie nieswojo...

-Dzięki - powiedziała. Ruszyła w stronę kredensu w poszukiwaniu spodków. Nigdy 

ich nie używała, ale była pewna, że tam są.

-Nadal utykasz - zauważył James.

Zatrzymała się wpół kroku. Ciepło, które czuła jeszcze przed chwilę, zniknęło. Wypiła 

kolejny łyk szampana, ale uczucie chłodu nie mijało.

-Utykam?

-Anie jest tak?

Spojrzała na niego, poruszona troską w jego głosie.

-Jest. Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że to takie widoczne.

-Przepraszam, nie chciałem cię urazić.

-Dlaczego powiedziałeś „nadal"?

-Utykałaś   trochę   w   ubiegłym   roku,   pamiętasz?   Zwłaszcza   kiedy   miałaś   spotkania 

wieczorami.

-Dlatego spytałeś, czy nie wolałabym wcześniej pokazać ci...

Dom marzeń, dla wymarzonej narzeczonej, która nie została twoją żoną.

- Dom przy Magnolia Bluff? - uśmiechnął się James. - Tak. Dlatego. Uprawiałem sport 

i miałem wiele kontuzji, więc wiem, że nogi, na których opiera się ciężar całego ciała, bolą 

tym bardziej, im bardziej się je nadweręża. Pomyślałem wtedy, że skręciłaś sobie kostkę. 

Miałem rację, prawda? Bolała cię kostka. Ale to nie było nic poważnego.

71

background image

Pomyślałem. Nie: pomyśleliśmy. To James zauważył, że Natalie utyka. Nie Christine.

-Kiedy miałam siedemnaście lat, ścigałam się z autobusem. Autobus wygrał.

-Opowiedz mi o tym.

-Cóż, byłam nieuważna, padał śnieg, a jak weszłam na jezdnię prosto pod autobus.

-I byłaś poważnie ranna. 

-Przeszłam kilka operacji. Zostało mi po nich mnóstwo blizn.

-A ból?

Wyczuła, że James nie pyta o ból, z powodu którego pod koniec dnia zaczyna utykać. 

Domyślił   się,   jakie   obrażenia   musiała   odnieść,   wiedział,   że   jej   miednica   także   wtedy 

ucierpiała.

Pytał ją, czy czuje ból, kiedy uprawia seks... kiedy się z kimś kocha.

Natalie   nie   znała   odpowiedzi   na   to   pytanie.   Nie   przypuszczała,   że   kiedykolwiek 

będzie miała okazję się o tym przekonać. Jako nastolatka nigdy nie odczuwała bólu - ani 

przyjemności. Było tylko miłe, lecz ulotne poczucie, że ktoś jej pożąda.

Zrzuciła ze stóp pantofle na wysokich obcasach i uśmiechnęła się do Jamesa.

- Voila. Już po bólu.

Postawił szklankę na parapecie, podszedł do Natalie i położył dłoń na jej policzku.

-Bardzo się cieszę.

-Ja też.

Natalie znowu była w siódmym niebie, nie za sprawą bąbelków, lecz tej delikatnej 

pieszczoty.

- Mogę zadać ci jeszcze jedno niedyskretne pytanie?

Kiwnęła głową.

-Czy zawsze posyłasz szampana i czekoladki, żeby podziękować za polecenie twoich 

usług?

-Tak.

-Och. - Cofnął rękę i spojrzał na zegarek. - Zadzwonię do restauracji i spytam, kiedy 

będzie dla nas stolik?

-Jeśli chcesz.

-Myślę, Natalie, że wiesz, czego chcę.

-Ja też tego chcę, James. Chcę ciebie.

-Jesteś pewna, że nie mówisz tego, bo wypiłaś trochę szampana?

-Wypiłam ledwie dwa łyki. Pewnie trochę mnie to ośmieliło. Ale dobrze wiem, czego 

chcę. - Spojrzała mu w oczy. - Brakuje mi twojej ręki.

72

background image

-Już do ciebie wraca.

Jego dłoń, silna i ciepła, dotknęła jej policzka. Ale Natalie to nie wystarczyło...

-Druga ręka - wyszeptała.

-Twoje życzenie - powiedział cicho -jest dla mnie rozkazem.

Ujął jej twarz w obie dłonie, a potem wsunął je w jej kasztanowe włosy, musnął 

palcami powieki i usta, dotknął szyi i ramion. Za dłońmi podążyły jego usta. Zagubił się w 

niej, a jednocześnie czuł się tak, jakby się wreszcie odnalazł.

Natalie   zatraciła   się   w   tym   czułym   dotyku.   Ona   także   czuła   się   zagubiona...   i 

odnaleziona.

Nie   zdawała   sobie   z   tego   sprawy,   ale   tęskniła   za   nim   przez   całe   życie.   Jej   ciało 

powitało ten dotyk, obcy i jednocześnie znajomy, z radością, bez strachu.

Kochali się w ciemności małej sypialni, ale jego usta dowiedziały się wszystkiego o 

jej bliznach, pieszcząc je tak samo jak resztę ciała. Całego ciała.

Natalie nie czuła bólu. Miała wrażenie, że ból zniknął na zawsze, pokonany przez ten 

czuły dotyk... i przyjemność, jaką ten dotyk sprawiał.

-Wszystko w porządku? - spytał James w końcu.

-W porządku?

-Nie sprawiłem ci bólu?

-Nie. Dlaczego pytasz?

-Nie wiem, Natalie - uśmiechnął się z ulgą. - Po prostu nigdy dotąd nic mnie tak 

całkowicie nie pochłonęło... Czy też może powinienem powiedzieć: nikt.

-Och. Och, James.

-Przetłumaczysz?

- Ja też nigdy nie czułam się tak całkowicie pochłonięta... przez nikogo-

- To dobrze - mruknął, pocałował ją w szyję i odsunął się trochę.

Natalie natychmiast zaczęło brakować jego dotyku.

Ale James tylko zmienił pozycję, by utworzyć dla niej bezpieczne gniazdko w swoich 

ramionach.

-Wiesz, chciałem do ciebie zadzwonić - powiedział, przytulając ją. -Już kilka miesięcy 

temu.

-Nie musisz tego mówić.

-Nie mówię niczego, co nie jest prawdą. Musisz mi wierzyć. Uwierz mi.

-Wierzę ci, James. - Wierzę ci. Wierzę w ciebie. - Czy stało się coś, przez co nie 

mogłeś zadzwonić?

73

background image

-Mogłem, ale nie zrobiłem tego. Chciałem zaczekać, aż sytuacja się wyjaśni.

-W Rain Mountain?

-Nie. W Bostonie.

-

Och. - Och, nie. - Chodzi ci o Granta i Christine? 

-Można tak powiedzieć. Cztery i pół miesiąca temu, w połowie czerwca, kobieta, z 

którą Grant był związany, zanim poznał Christine, została zamordowana.

-Zamordowana?

-Ktoś   ją   prześladował.   Grant   wiedział   o   tym.   Pozostali   przyjaciółmi   mimo   jego 

małżeństwa z Christine. Od razu zwróciła się z tym do niego. Grant poradził jej, żeby 

zawiadomiła policję. Nie zrobiła tego. Powtarzała sobie - i Grantowi - że to minie. 

Powinna była wiedzieć lepiej. Wykładała prawo kryminalne na Harvardzie.

-Nie skończyło się na pogróżkach.

-Nie. Pewnej nocy w czerwcu usłyszała hałas pod domem. Wydawało jej się, że widzi 

za oknem jakiegoś mężczyznę. Zadzwoniła do Granta. Powiedział jej, żeby wezwała 

policję, i że już do niej jedzie. Kiedy przyjechał, jej ciało było jeszcze ciepłe.

-Nie żyła?

-To właśnie wymaga wyjaśnienia. Została dźgnięta nożem, nie oddychała, tętno ustało. 

Było już za późno. Grant wiedział o tym, ale mimo to zaczął reanimację.

-Musiał spróbować - wyszeptała Natalie. - Musiał coś zrobić.

-Próbował. Kiedy przyjechała policja, ciągle jej dotykał, cały był umazany jej krwią.

-Ona... Jak się nazywała?

-Paris Eugenia Bally.

-Więc Paris wezwała policję.

-Już kiedy została zaatakowana. Operator słyszał walkę. Nie głosy, tylko dźwięki.

Natalie zadrżała. James przytulił ją mocniej i pocałował w skroń.

-Przepraszam. Może porozmawiamy o czymś innym?

-Nie, wszystko w porządku. - Czuję się taka bezpieczna, pomyślała. Taka szczęśliwa... 

w   przeciwieństwie   do   Paris,   która   padła   ofiarą   morderstwa.   -   Tylko...   kiedy 

wspomniałeś o tym, że operator słyszał odgłosy walki, coś mi się przypomniało.

-Co takiego?

-

Film Hitchocka M jak morderstwo. Ray Milland słyszy, jak ktoś dusi Grace Kelly - 

tak mu się przynajmniej wydaje. Ale w ostatniej chwili ona chwyta nożyczki i dźga 

nimi napastnika. Widziałeś to, prawda?

-Jeśli tak, to, z całym szacunkiem dla pana Hitchocka, nie pamiętam.

74

background image

-

Ale może widziałeś remake. Morderstwo doskonałe z Gwyneth Paltrow i Michaelem 

Douglasem?

-Tego na pewno nie widziałem. Fabuła jest taka sama? 

-Mniej więcej. Jest kilka zmian - pojawiają się telefony komórkowe i tak dalej - i z 

jakiegoś   powodu   inne   jest   narzędzie   zbrodni.   Chyba   doszli   do   wniosku,   że 

współczesna żona, która pracuje jako tłumacz i mieszka w luksusowym apartamencie 

na Manhattanie, nie spędzałaby wieczorów, wycinając ze starych gazet artykułów o 

mężu, który był niegdyś sławnym tenisistą. Nie miałaby więc pod ręką nożyczek.

-Co więc miała pod ręką?

-Kuchenny nóż. W nowej wersji Michael Douglas słucha przez telefon komórkowy 

-jeden z dwóch, które posiada -jak ktoś morduje nożem, a nie dusi, Gwyneth Paltrow... 

tak przynajmniej sądzi. Okropnie musi być patrzeć na taką walkę, ale chyba jeszcze 

gorzej jest tylko słuchać i wyobrażać sobie, co się dzieje.

-Też   tak   myślę.   Operator,   który   słuchał   tego,   co   wydarzyło   się   Bostonie,   był 

wstrząśnięty.

-To musiało być straszne dla Granta, znaleźć zwłoki osoby, którą znał i której chciał 

pomóc.

-Na tym nie skończyły się jego problemy. A więc o to chodzi.

-Policja chyba go nie podejrzewała?

-Podejrzewała. Myślę, że nadal go podejrzewają. Osoba, która zgłasza morderstwo 

albo zostaje odnaleziona przy ciele, bardzo często okazuje się sprawcą.

-Ale Grant był tam, bo ofiara - Paris - do niego zadzwoniła.

-Tak. Grant ma też świadka. Christine była w domu, kiedy Paris zadzwoniła. Widziała, 

że Grant był bardzo zaniepokojony.

-Ale to nie dowód, że Grant nie miał nic wspólnego z morderstwem?

-Nie,  chyba  że  Christine  słyszałaby,   co  mówi Paris. A  nawet  wtedy  inne  dowody 

byłyby wzięte pod uwagę.

-Na przykład fakt, że Grant miał na sobie krew ofiary? Przecież mógł to wyjaśnić.

-Owszem.   I   jestem   pewny,   że   gdyby   chodziło   tylko   o   to,   Grant   nie   byłby   już 

podejrzany.

-A jest.

-Jest. Chociaż o nic go na razie nie oskarżają.

-Więc muszą mieć coś jeszcze. Może jego odciski palców na nożu?

-To nie był nóż, Natalie. Paris została zamordowana nożyczkami. 

75

background image

Natalie aż otworzyła usta ze zdziwienia.

-Paris bardzo lubiła szyć - dodał James.

-

To zupełnie jak w M jak morderstwo, prawda? 

-Zgadza się, więc jeśli sytuacja wkrótce się nie wyjaśni - to znaczy Grant nie zostanie 

uwolniony od podejrzeń, a morderca nie trafi do aresztu - będę musiał obejrzeć film 

Hitchocka i remake.

-Mam oba na DVD. Moglibyśmy je obejrzeć... Nie, nie mogę tego powiedzieć.

-Czego?

-„Teraz”. Jest mi tak dobrze... Czuję się taka rozleniwiona. Tu jest telewizor, a płyty 

mam w szafce, więc mogę...

-Następnym razem.

Te słowa były obietnicą. Będzie następny raz. I następny, i następny.

-Nie sądzę, żeby te filmy bardzo nam pomogły - powiedziała.

-Te morderstwa nie były doskonałe?

-Nie. A czy w ogóle istnieje coś takiego?

-Morderstwo  doskonałe?   Szczerze  mówiąc,  nie  mam  pojęcia.  Chociaż  na studiach 

spędzaliśmy sporo czasu, wymyślając scenariusze zbrodni, które, naszym zdaniem, 

mogły ujść przestępcom na sucho.

-Ty i Grant?

-Czasami tylko my dwaj, ale zwykle było nas więcej. Studenci Stanford są bardzo 

ambitni i pomysłowi, powstało więc trochę sprytnych -i wyjątkowo koszmarnych - 

planów.

-Były doskonałe?

-Było kilka, w których nikt z nas nie mógł się dopatrzyć nieuchronnych błędów.

-Nieuchronnych.

-Tak uważa Grant, po wielu latach badaniach umysłów psychopatów. Jego zdaniem 

skrzywiony sposób myślenia, który sprawia, że ktoś jest psychopatą, uniemożliwia 

takiej osobie opracowanie planu zbrodni doskonałej. Nie jest to kwestia intelektu. 

Wielu psychopatów to osoby bardzo inteligentne. Ale zdradza ich sposób, w jaki się 

zachowują.   Nawet   gdy   próbują   zachowywać   się   tak,   jak   w   ich   przekonaniu 

zachowałaby się osoba normalna, nie udaje im się to. Bo tak naprawdę nie wiedzą, co 

jest „normalne".

-Czyli   psychopata   nie   może   rozumieć,   że   normalny   człowiek   nie   sprzedałby 

samochodu swojej żony, która zaginęła, zanim nie poznałby przyczyny jej zniknięcia.

76

background image

-Właśnie tak. Psychopata nie pojmuje, co w tym złego. Ten brak wyobraźni czasem 

bardzo pomaga policji.

-Powiedziałeś, że tak naprawdę nie wiesz, czy możliwa jest zbrodnia doskonała. 

-Zbrodnią doskonałą mógłby popełnić tylko psychopata w pełni świadomy swoich 

braków i potrafiący doskonale udawać normalną, zdolną do empatii osobę - a tego 

właśnie, z definicji, nie umie.

-Normalny człowiek przede wszystkim nie byłby zdolny do morderstwa.

-W każdym razie nie popełniłby morderstwa zaplanowanego z zimną krwią. - James 

powiódł dłonią po jej nagim ramieniu. - Nie jest to najweselszy temat.

-Ale jest ważny. - Może James chce opowiedzieć jej o morderstwie popełnionym na 

drugim końcu kraju, które wplątało go w niepożądany układ? Może tego potrzebuje? - 

Czy na nożyczkach też były odciski palców Granta?

-Grant twierdzi, że nie. Dotykał Paris, ale nożyczek nie.

-Co mówi policja?

-Na razie nic.

-Nie muszą się tłumaczyć, dopóki kogoś nie aresztują?

-Nawet wtedy to, co odkryje policja, jest ujawniane tylko prokuratorowi i obrońcy 

oskarżonego.

-Ale przecież mógłbyś... nie, mniejsza z tym.

-Co bym mógł, Natalie?

-Nic. To znaczy nie mógłbyś, nie...

-Wykonać kilku telefonów do prokuratury w Bostonie?

-Tak. Ale proszę, zapomnij, że coś takiego przyszło mi do głowy. Wiem, że nigdy nie 

postąpiłbyś nieetycznie... Zapomnisz o tym? Proszę.

-Zapamiętam tylko - odparł łagodnie - że wiedziałaś, że nie zrobiłbym tego. Christine 

nie wiedziała.

Więc Christine już go o to prosiła. Dla Granta. Tym razem mogła mu złamać karierę, 

nie tylko serce.

-Musi być bardzo zdenerwowana - powiedziała Natalie. - Na pewno nie jest w stanie 

trzeźwo myśleć.

-Jest   zdenerwowana.   Ale   rozumuje   dość   jasno.   Jak   policja   śmie   podejrzewać   o 

cokolwiek mężczyznę, którego ona kocha?

Mężczyznę, którego kocha.

77

background image

-Mówisz to tak spokojnie.

-Oczywiście. Christine wybrała Granta. Wyszła za niego. Przeszłość to przeszłość. 

Ważne jest to, co jest teraz. A to, co jest teraz, ta noc, bardzo mi się podoba.

Ta noc, powtórzyła Natalie w myślach. To, co jest teraz. To coś, czego już nikt jej nie 

odbierze, bez względu na to, co przyniesie przyszłość..

- Czy Grant także chce, żebyś porozmawiał z policją i prokuraturą? 

- Nie. I nie był zadowolony, kiedy się dowiedział, że Christine mnie o to prosiła.

-Ale pewnie jest zaniepokojony faktem, że policja dotąd go nie wykluczyła.

-Jest raczej zaintrygowany. Wie, że jest niewinny, i ufa, że system, w ramach którego 

pracował,   w   końcu   uzna   go   za   niewinnego.  Ale   bardzo   chciałby   wiedzieć,   co   - 

zdaniem policji - wskazuje na niego.

-Nie ma pojęcia, co to może być?

-Zgadza się.

-Ale miał romans z Paris.

-To   już   przeszłość.   Ich   romans   się   skończył,   kiedy  Grant   poznał   Christine.   Grant 

przeżywa całą tę sytuację raczej ze względu na Paris. Czuje się winny. Prosiła go o 

pomoc, a on ją zawiódł.

-Nie posłuchała jego rady.

-Grant uważa, że powinien był bardziej nalegać. Dlatego chce, żeby jak najszybciej 

oczyszczono go z podejrzeń. Wtedy będzie mógł współpracować z policją i wymiarem 

sprawiedliwości, żeby sprawca zbrodni został ujęty.

-Chce współpracować z ludźmi, którzy teraz uważają go za podejrzanego?

-Wie, że robią tylko to, co do nich należy, i szanuje to. Oni także go szanują. Miał 

znaczący   wkład   w   rozwiązanie   wielu   morderstw   w   Bostonie.   Kiedy   zostanie 

oczyszczony   z   podejrzeń,   przejdzie   nad   tym   do   porządku   dziennego.   Oni   będą 

zachwyceni, mogąc skorzystać z jego pomocy, a Grant chętnie im jej udzieli.

-Czy powiedział policji wszystko, co wie?

-Tak. Współpracuje z nimi. Nie wziął nawet adwokata. Policja wie wszystko, co wie 

Grant, ale Grant nie wie, co wie policja. Nie wie nic o dowodach znalezionych na 

miejscu zbrodni; nie wie też, co wskazuje na niego.

-Może morderca celowo zostawił tam coś, co na niego wskazuje?

-Tak właśnie uważa Grant. Jeśli policja rzeczywiście ma jakiś dowód przeciw niemu, 

to jedyne logiczne wytłumaczenie.

-Więc... co teraz będzie?

78

background image

-Musimy czekać.

-Na co?

-Sądzę, że na aresztowanie Granta. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że zrobią to 

szybciej. Wtedy wiedzielibyśmy mniej więcej, co ma prokuratura.

-I moglibyśmy dostarczyć Grantowi informacji, które pomogłyby mu rozwiązać tę 

sprawę. 

-Tak.

-Szkoda że żaden z przyjaciół Granta z policji nie dał mu jakiejś wskazówki. Wiem, że 

byłoby to niewłaściwe, ale...

-Ale?

-Cóż, pewnie słyszałeś, że policja udziela czasem podejrzanym pewnych informacji, 

żeby   ich   skłonić   do   przyznania   się   do   winy.   Może   nawet   kłamać   w   takich 

przypadkach, prawda?

-Owszem. Ale nie okłamaliby Granta. Wyczułby to natychmiast. Grant ma jednak 

nadzieję, że ktoś w końcu powie mu prawdę. Sądzi, a ja jestem tego samego zdania, że 

stanie się to dopiero po tym, jak oficjalnie go aresztują.

-Więc wkrótce zostanie aresztowany? Żeby można było ruszyć z miejsca?

-Wtedy moglibyśmy coś zrobić, a nie tylko czekać. My.

-Ty będziesz jego adwokatem.

- Nie. Nie zostałbym jego adwokatem, nawet gdyby nie związał się z Christine.

- Nie broni się przyjaciół w sprawach o morderstwo?

James uśmiechnął się,

-   Można   tak   powiedzieć.   Poza   tym   nigdy   nie   byłem   adwokatem.  A  to   nie   jest 

odpowiednia chwila, żeby się uczyć.

- Ale czekałeś, aż sytuacja się wyjaśni.

I nie zadzwoniłeś do mnie.

-Obiecałem Grantowi i Christine, że przyjadę do Bostonu, jeśli zostanie aresztowany. 

Jako przyjaciel.

-Bardzo dobry przyjaciel. Przyjaciel, który potrafi wybaczyć.

-I inny przyjaciel niż ten, jakim byłem rok temu. Teraz istnieją pewne granice, których 

nie przekroczę. Grant i Christine wiedzą o tym.

-To znaczy?

-Nie   mam   zamiaru   niczego   ukrywać,   nie   chcę   żadnych   tajemnic.  Ale   pojadę   do 

Bostonu. Gdyby nie plan wyjazdu,  zadzwoniłbym do ciebie wcześniej i wcześniej 

79

background image

byśmy to odkryli...

-To - wyszeptała Natalie, kiedy dotknął wargami jej ust. - Nas.

-Nas - powtórzył. - Ciebie.

I znowu zaczęli się kochać. Kiedy rozległ się dźwięk jego pagera, oboje się roześmieli.

- Ian - powiedział James, sięgając po leżący na podłodze pager, Ian, zakładając, że 

przed pracą zdąży zabrać co trzeba ze swojego sejfu depozytowego, miał się z spotkać z 

Jamesem, by omówić zmiany w testamencie, które chciał wprowadzić przed ślubem. 

Ale to nie była wiadomość od Iana.

-To Christine. Grant został aresztowany. - James westchnął. - Powinienem do niej 

zadzwonić. Moja komórka musi gdzieś tu być...

-Proszę. - Natalie podała mu słuchawkę telefonu bezprzewodowego.

-Dzięki.

Pięć   miesięcy   wcześniej   Christine   była   świadkiem   rozmowy   Granta   z   przerażoną 

Paris. Teraz Natalie słuchała rozmowy Jamesa z równie przerażoną kobietą.

Słuchała uspokajającego głosu, jakim przemawiał do kobiety, która wzgardziła jego 

miłością.

- Wiedzieliśmy, że tak będzie, Chris... Wiedzieliśmy. Tak będzie najlepiej. Sprawa 

wreszcie ruszy z miejsca, Grant zostanie oczyszczony... Oczywiście, że przyjadę. Tak, wylecę 

dziś wieczorem. Czy Grant zdołał się skontaktować z adwokatem, o którym rozmawialiśmy? 

To   dobrze.   Dzwoniłaś   do   swoich   rodziców?   Powinnaś   do   nich   zadzwonić.   Na   pewno 

chcieliby być teraz przy tobie. Zadzwoń też do Meg i June, i może do Beth? W Cambridge 

jest mnóstwo hoteli... Co? Tego nie wiem... Dobrze, na jakiś czas. Zobaczymy. Trzymaj się. 

Do zobaczenia.

Odłożył słuchawkę i usiadł na łóżku.

-Musisz jechać - powiedziała Natalie.

-Tak.   I   może   mnie   nie   być   przez   jakiś   czas.   Grant   cały   czas   powtarzał,   że   jeśli 

prokuratura   rzeczywiście   ma   dowody   wystarczające   do   wystawienia   nakazu 

aresztowania, oznacza to, że został wrobiony.

-Przez prześladowcę Paris, który widział ją z nim i wpadł w szał z zazdrości.

-To jeden ze scenariuszy. Chyba najbardziej prawdopodobny. Ale Grant sądzi, że może 

chodzić o coś innego. Pomógł wsadzić za kratki wielu niebezpiecznych przestępców. 

Obawia   się,   że   jeden   z   nich   uknuł   to   wszystko,   żeby  wyrównać   z   nim   rachunki, 

mordując kobietę, która była mu bliska... i wysyłając go do więzienia za jej zabicie. 

Jeśli tak jest, morderca nie zabije nikogo innego, dopóki Grant będzie pozostawał w 

80

background image

areszcie.

-Więc nie chce wyjść za kaucją?

-Kiedy ostatnio o tym rozmawialiśmy, nie chciał. Omówi to ze swoim adwokatem, ale 

myślę, że nikt nie skłoni go do zmiany zdania. Grant nie chce ryzykować życia ludzi, 

których   zna.  Ale   i   tak   wszystko   będzie   zależało   od   zarzutu,   jaki   mu   postawią. 

Oskarżeni o morderstwo pierwszego stopnia na ogół nie zostają zwolnieni za kaucją.

Natalie starała się nie myśleć o rozmowie, którą słyszała. O głosie Jamesa, kiedy 

mówił   do   Christine.   O   tym,   że   przypomniał   jej,   żeby   zadzwoniła   do   rodziców   i   trzech 

najbliższych przyjaciółek, które byłyby jej druhnami na ich ślubie.

Potem rozmawiali o hotelach - Christine chciała, żeby James zatrzymał się u niej, nie 

w hotelu, a on się zgodził.

Miał się zatrzymać w domu, w którym będą tylko we dwoje. Przez pewien czas.

-Jak długo? - wyrwało się Natalie.

-Jak   długo   Grant   będzie   w   areszcie?   To   zależy   od   tego,   jak   szybko   obrona   i 

prokuratura postanowią, co dalej. Obrona będzie się domagać przesłuchania. Nie mam 

pojęcia, kiedy to nastąpi, i ile prawnych przeszkód pojawi się po drodze.

-Ale... trochę to potrwa?

-Trochę - James wstał, ale wyciągnął w ciemności rękę i dotknął jej twarzy. - Muszę 

już iść. Zadzwonię, jak tylko będę mógł.

Zadzwonił dziesięć dni później, o drugiej w nocy czasu obowiązującego w Bostonie. 

Rozmowa była krótka. James wydawał się bardzo zmęczony i mówił cicho. Natalie domyśliła 

się, że jest w miejscu, gdzie ktoś może go podsłuchać - w pokoju gościnnym albo w pobliżu 

sypialni, w której młoda żona spała bez swego małżonka.

-Wyślę do ciebie paczkę, jeśli nie masz nic przeciw temu.

-Oczywiście.

-Nie wolno ci jej otworzyć, Natalie.

-Nigdy bym tego nie zrobiła!

-Wiem. Ale jeśli wyślę ją na adres agencji, czy ktoś inny tego nie zrobi?

-Myślę,  że  nie. Ale  gdybym   wiedziała,  kiedy przyjdzie,  postarałabym  się  sama  ją 

odebrać.

W końcu postanowili, że paczka przyjdzie na jej adres domowy.

-   James...   -   Natalie   usłyszała   swój   głos,   bardzo   cichy,   choć   to   on   wydawał   się 

81

background image

zmęczony. - Chyba nie najlepiej bawisz się w Bostonie?

W  odpowiedzi  na  tę  żartobliwą  uwagę  usłyszała  śmiech,  w  którym   brzmiała  nuta 

zdziwienia i wdzięczności.

- To wszystko jest znacznie trudniejsze niż sądziłem – odpowiedział poważnie.

Natalie wolała nie myśleć, co oznacza „wszystko".

-Przykro mi - wyszeptała, tak jak rok temu, kiedy stracił Christine. On też 

odpowiedział tak jak wtedy.

-Mnie również. 

Rozdział 8

Cambridge, stan Massachusetts

30 grudnia

Godzina 21.30

James stał w salonie domu Granta i Christine Monroe i patrzył przez okno na padający 

śnieg.   W   świetle   latarni   białe   płatki   tańczyły   jak   baletnice   na   jasno   oświetlonej   scenie, 

przypominając mu noce, które spędził w Crystal.

To były piękne chwile.

James Gannon miał ochotę wspiąć się na najbardziej stromy stok, skierować narty 

prosto w dół i... zjechać. Nigdy tego nie zrobił, ale wiedział, że to możliwe i że można to 

przeżyć. Obojętność wobec niebezpieczeństwa była znakiem rozpoznawczym Iana Colliera w 

czasach, kiedy był gotów podjąć każde ryzyko.

James   miał   wtedy   zaledwie   sześć   lat,   ale   jako   nastolatek   widział   nagrania 

dokumentujące krótką, lecz zdumiewającą karierę narciarską Iana. Karierę, którą zakończył 

wypadek w Kitzbühel. James widział także to nagranie. I żałował, że je zobaczył.

Ian pozostał doskonałym i odważnym narciarzem, ale ze względu na Kathleen i ich 

wspólną przyszłość zaniechał wszystkiego, co wiązało się z ryzykiem.

James wiedział, że nie było to z jego strony poświęcenie, Ian był szczęśliwszy niż 

kiedykolwiek.

Spędził lato, doglądając remontu w rezydencji Worthingów, a jesienią, mimo nawału 

pracy w Rain Mountain, zajął się meblowaniem odnowionych wnętrz.

82

background image

James przypomniał sobie dzień, w którym Ian przyszedł do jego biura, by zapytać, co 

wiadomo   w   sprawie   morderstwa   matki   Kathleen.   Przyszedł   do   Jamesa,  bo   właśnie   jemu 

przydzielono wszystkie nierozwiązane sprawy w hrabstwie.

James nie zgłosił się do tej pracy sam. Został wybrany przez policję, a jego koledzy z 

prokuratury  poparli   ten   wybór.   Może   dlatego  że   najlepiej   nadawał   się   do  przekazywania 

wiadomości rodzinom ofiar. Ci ludzie, którzy sami byli w pewnym sensie ofiarami, wierzyli, 

że   James   zrobi   wszystko,   co   w   jego   mocy.   Wierzyli   mu   także   wtedy,   gdy   musiał   im 

powiedzieć,   że   sprawa   nigdy   nie   zostanie   rozwiązana.   Potrafił   bowiem   zrobić   to   w 

odpowiedni sposób - taktownie i zarazem przekonująco. 

Z roku na rok czuł się jednak coraz bardziej wypalony, pusty. Zło, z jakim się stykał, 

wyniszczało go - powoli, lecz nieubłaganie. Ale czy wnikało w głąb jego duszy?

Nie. Nigdy. Mimo to James zastanawiał się, co by zrobił, gdyby skrzywdzony został 

ktoś, kogo kocha. Zwłaszcza gdyby było to dziecko. Syn albo córka którejś z jego sióstr. Albo 

jego własne dziecko.

Czy  byłby  w   stanie   stać   z   boku,   wierząc,   że   sprawiedliwość   zwycięży?  A  gdyby 

zabójca dziecka pozostał na wolności?

W głębi duszy dziwił się, że tak niewielu zrozpaczonych  rodziców próbuje  wziąć 

sprawy w swoje ręce. On chyba nie byłby w stanie się od tego powstrzymać. Ale może 

dlatego że jako prokurator widział więcej, niż pozwalano zobaczyć rodzicom i przysięgłym.

W   końcu   to   prokurator   decyduje,   ile   można   powiedzieć   rodzinom   ofiar   i 

zaprezentować w sądzie. James Gannon był ostrym cenzorem. Usuwał wszelkie makabryczne 

szczegóły, jeśli nie mogły mieć wpływu na wyrok. Zawsze jednak najważniejsze było dla 

niego uzyskanie wyroku skazującego. Jak najwyższego.

Dotychczas zawsze wygrywał. Wygrywał dla ofiar - tych martwych i tych żyjących. 

Ale każde z tych zwycięstw wydawało się tak puste, jak pusty on sam się czuł.

Może powinienem wziąć trochę wolnego, myślał, czekając na Iana Colliera.

James przeczytał akta sprawy Mary Alice Cahill bardzo dokładnie. I odkrył, że kiedy 

popełniono   morderstwo,   akurat   był   w   Seattle.   Przyjechał   z   kolegami   na   narty,   ale   padał 

deszcz.   Mieszkali   w   schronisku   młodzieżowym   oddalonym   o   niecałą   milę   od   miejsca,   z 

którego Mary Alice wyruszyła na spotkanie śmierci.

Informacja o odnalezieniu jej nagiego ciała przy drodze w pobliżu Snoqualmie Pass na 

pewno   trafiła   na   pierwsze   strony   gazet.  Ale   James   i   jego   koledzy   nic   nie   wiedzieli   o 

morderstwie. James wrócił do Kalifornii pewny, że kiedyś zamieszka w Seattle. A gdyby 

wiedział  o  zbrodni,   której   ktoś  dopuścił  się   nieopodal  stoków?   Jeszcze  bardziej   chciałby 

83

background image

wrócić do Seattle i uczynić wszystko, by było wspaniałym, bezpiecznym miastem, którym, 

jego zdaniem, mogło się stać.

James wiedział, dlaczego nie przeczytał o tym morderstwie. Miał wtedy osiemnaście 

lat i był z kolegami na wakacjach.

Wiedział też od Iana Colliera, dlaczego nastoletnia córka Mary Alice także nie była 

świadoma, co się stało z jej matką. Bała się przerażającej prawdy. James widział miłość Iana 

do lekarki, która czekała na wynik ich spotkania. 

Ian kochał Kathleen, James nie powiedział mu więc wszystkiego o zabójstwie Mary 

Alice, tak jak nie powiedziałby wszystkiego, gdyby Kathleen przyszła do niego osobiście. 

Podkreślił to, co było szczęściem w nieszczęściu: Mary Alice umarła szybko. Nie została 

zgwałcona, Ian wiedział, że znaleziono ją nagą przy drodze, ale nie wiedział, że jej ciało 

zostało ułożone w groteskowej, obscenicznej pozie. Tak dziwnej, że gdyby morderca Mary 

Alice zabił ponownie i tak samo ułożył ofiarę, byłby to równie niezbity dowód jak jego DNA, 

którego policja nie miała.

Zdjęcia   z   miejsca   zbrodni   znajdowały   się   we   wszystkich   policyjnych   i   sądowych 

bazach danych. Ale dotychczas nie popełniono podobnego morderstwa.

James   podziękował   Ianowi   za   powiększoną   fotografię   skradzionego   wisiorka   i 

zapewnił, że to może być ważny ślad.

- Dokąd jedziesz?

Z zamyślenia wyrwał Jamesa znajomy głos. Usłyszał pytanie i odpowiedział na nie w 

myślach. Jadę spotkać się z kobietą, której chciałem pomóc pomścić śmierć matki, ale nie 

byłem w stanie. Jadę na jej ślub z człowiekiem, który da jej szczęście, na jakie zasługuje. A po 

ślubie mam zamiar znaleźć najbardziej stromy stok.

Za chwilę światła taksówki oświetlą scenę, na której tańczą płatki śniegu. James nie 

odrywał wzroku od okna.

-Wiesz, dokąd jadę, Chris.

-Do Seattle. Na ślub Iana i Kathleen. Wiem też, że samolot masz dopiero jutro rano.

-Nie mogę się spóźnić na ten samolot.

-Więc wyjeżdżasz już teraz?

-Tak, prześpię się w motelu na lotnisku.

-Bardzo chcesz się stąd wyrwać, prawda?

-Pada śnieg. - W końcu odwrócił się do niej. - Będzie padać przez całą noc. Rano 

drogi mogą być nieprzejezdne.

-Nie o to mi chodziło, James.

84

background image

-To były ciężkie dni, dla wszystkich.

Ale zwłaszcza dla Christine. Z każdym dniem coraz mniej  przypominała tę pełną 

energii i radości kobietę, która kiedyś znał. Wydawało się, że przy życiu utrzymuje ją już 

tylko   stres.   Piękna   dziewczyna   znikała,   niebezpiecznie   zbliżając   się   do   granic 

wytrzymałości...

Dojdzie do siebie, powtarzał James - sobie i jej zrozpaczonej rodzinie i przyjaciołom. 

Kiedy   ten   koszmar   się   skończy,   Christine   znowu   będzie   sobą.  Wrócą   jej   pogoda   ducha, 

pewność siebie... 

Do tego czasu będzie potrzebowała wsparcia rodziny i przyjaciół. A gdy oni sami 

potrzebowali wsparcia? Zwracali się do Jamesa - tak jak Christine.

Christine polegała na Jamesie i to jemu zadawała codziennie te bezradne pytania. 

Kiedy Grant zostanie oczyszczony z zarzutów? Dlaczego to tak długo trwa? Jak to możliwe, 

że policja i prokuratura popełnili taki błąd? A jeśli - och, James - a jeśli nigdy nie znajdą 

potwora, który popełnił tę zbrodnię?

Starał się odpowiadać najlepiej, jak potrafił. Ale czuł, że jego cierpliwość zaczyna się 

kończyć. On także był bardzo wyczerpany.

- To były ciężkie dni - powtórzył.

Christine wydawała się skupiona, ale wiedział, że koncentruje się z wielkim trudem.

-Tak, bardzo ciężkie - przyznała. - Zwłaszcza dla ciebie - dodała w nagłym przypływie 

emocji. - Z naszego powodu, To było z mojej strony bardzo samolubne, prawda? To, 

że   poprosiłam   cię,   żebyś   był   tu   ze   mną.  Tak   mi   przykro,   James.  Ale   bardzo   cię 

potrzebowałam.

-Nie ma problemu, Christine. Chcę pomóc.

-Ale właściwie nie rozmawialiśmy, prawda? O nas.

-Nie ma potrzeby o tym rozmawiać. Zakochałaś się w Grancie. Nie ma o czym mówić.

-Nienawidzisz mnie, prawda?

-Nie. Nie nienawidzę cię.

-

Ale... och, James, czy ty mnie nadal kochasz?

To pytanie rozgniewało go. Miał już na końcu języka złośliwą odpowiedź, ale nagle 

dostrzegł na jej zmęczonej twarzy coś, co sprawiło, że zmienił zamiar. Christine pragnęła jego 

miłości,   myślała   o   niej   z   nadzieją.   Nie   dlatego   by  móc   go   umieścić   w   rejestrze   swoich 

podbojów. Po prostu potrzebowała tego promiennego uczucia, jakim kiedyś ją darzył.

James   nie   miał   wątpliwości:   zapragnęła   tego   w   chwili,   kiedy   on   miał   zamiar   ją 

opuścić.

85

background image

Mimo rozdrażnienia zebrał całą cierpliwość, na jaką było go stać.

- Nie - odpowiedział kobiecie, która kiedyś miała zostać jego żoną. - Nie kocham cię. 

Ale troszczę się o ciebie, Chris. Zawsze będę się o ciebie troszczył.

Zapadła cisza, słychać było tylko przytłumione kroki rodziców Christine w sypialni na 

górze. Dobrze, że nie zatrzymali się w hotelu. Christine nie będzie sama.

James bowiem czuł, że musi wyjechać, wyruszyć w podróż, u której kresu czekają na 

niego przyjaciel, jego narzeczona - i ośnieżone stoki. 

Kiedy wsiadł do taksówki, uświadomił sobie, że jest coś, na co ma jeszcze większą 

ochotę. Szkocka. Dużo szkockiej.

James Gannon pił niewiele. Ale tej nocy, pierwszej naprawdę samotnej nocy od dwóch 

miesięcy, potrzebował czegoś, co pozwoli mu zapomnieć o dręczących go pytaniach. Czegoś, 

co da mu odrobinę spokoju, choćby na chwilę.

Kathleen   próbowała   dostosować   godziny   swojego   snu   do   Georgii,   tak   jak   młoda 

matka, która stara się spać wtedy, kiedy śpi jej nowo narodzone dziecko.

Na początku było to niemożliwe. W ciągu dnia, gdy Georgia zapadała w najgłębszy 

sen,   Kathleen   miała   zawsze   mnóstwo   pracy.  Wszyscy   byli   przekonani,   że   siedmioraczki 

wkrótce   przyjdą   na   świat,   i   choć   obowiązki   poszczególnych   członków   zespołu   zostały 

przydzielone i szczegółowo przedyskutowane, Kathleen rozmawiała z każdym z osobna na 

temat ich zadań. A że pewne punkty planu nie bardzo jej się podobały, musiała omówić 

alternatywne rozwiązania z tymi, którzy podejmowali decyzje.

Poza tym do szpitala bardzo często dzwonili dziennikarze, więc ktoś -Kathleen albo 

któryś z jej współpracowników - musiał się tym zająć. Na ogół była to Kathleen.

Całe zamieszanie trochę ucichło po dwunastym grudnia, ale przed świętami znowu 

zaczęło rosnąć. Kathleen miała pełne ręce roboty, a Georgia zaczęła sypiać o innych porach.

Za dnia była bardzo niespokojna. Tylko od czasu do czasu zapadała w płytkie drzemki. 

Nocami, od północy do świtu, nie spała prawie wcale i ciągle chciała-rozmawiać z Kathleen.

Spała od szóstej wieczorem do dwunastej w nocy.

Kathleen także.

Tego   dnia   Georgia   usnęła   przed   szóstą.   Kathleen   mogła   się   położyć   dopiero   po 

siódmej.

Siódemka to magiczna cyfra, powiedział jej Ian z takim przekonaniem, że musiała mu 

uwierzyć. Dziś miał być ten siódmy raz.

86

background image

I magia zadziała. Siedmioro dzieci Georgii. Siedem wzgórz Seattle. Ślub z Ianem o 

siódmej.

Kiedy  zegar   wybił   siódmą,  doktor   Kathleen   Cahill  po   raz   siódmy  sama   dokonała 

inseminacji.

W pokoju hotelowym był barek. Ale James nawet nie spojrzał w jego stronę. 

Jadąc taksówką ośnieżonymi ulicami z Cambridge do Logan, zrozumiał, że jest coś, 

czego  pragnie  bardziej  niż  szkockiej   whisky...  coś  bardziej  niebezpiecznego  niż  zjazd  na 

nartach ze stromego stoku... coś, co zawiera w sobie obietnicę spokoju.

W Seattle była dopiero ósma wieczorem, ale najwyraźniej obudził Natalie.

-James - wyszeptała półprzytomnie. - Gdzie jesteś?

-Nadal w Bostonie. Obudziłem cię.

-Tylko drzemałam. - Marzyłam. Myślałam o naszym dziecku. - Cześć.

-Cześć. Chcesz już iść spać?

-Nie, wszystko w porządku. Czuję się wypoczęta i całkowicie rozbudzona. Naprawdę.

-To dobrze - James odetchnął z ulgą. - Przepraszam, że do ciebie nie dzwoniłem.

-Domyślam się, że byłeś bardzo zajęty.

-Nie tylko o to chodzi. Po prostu nie miałem okazji. Właściwie nigdy nie byłem sam.

Ledwie   słyszała   jego   wyjaśnienie,   bo   w   jej   głowie   rozlegały   się   słowa,   których 

obawiała   się   najbardziej.   „Christine   i   ja   znowu   jesteśmy   razem,   na   pewno   tak   powie. 

Christine   zdała   sobie   sprawę,   że   popełniła   błąd.   Grant   tylko   ją   zauroczył.   To   nie   była 

prawdziwa miłość. Grant pogodził się z tym, powiedzieliśmy mu, że oboje zostaniemy w 

Bostonie,   a   Christine   nie   wniesie   sprawy   o   rozwód,   dopóki   nie   zostanie   oczyszczony   z 

podejrzeń. Chciałem, żebyś o tym wiedziała, Natalie. Chciałem ci powiedzieć, że noc, którą 

spędziliśmy razem, była wspaniała. Christine wie o tym i..."

-Natalie?

-Jestem. I nie śpię. - I wreszcie słyszę to, co naprawdę powiedziałeś. - Teraz jest dobra 

okazja? Jesteś sam?

-Tak. Nareszcie.

-To  świetnie.  -  Natalie leżała  w  łóżku,  w  którym  kiedyś  spał  James. Ściskając   w 

ciemnościach słuchawkę, czuła się, jakby był teraz z nią. -Czy to znaczy, że masz 

dobre wiadomości? Złapali zabójcę?

-Niestety nie. Właściwie nie mam żadnych wiadomości.

87

background image

-Więc czekasz na przesłuchanie zaplanowane na szesnastego?

-Śledzę rozwój sytuacji.

-Oczywiście.   Czytam   w   Internecie   bostońskie   gazety,   kiedy  w   żadnym   programie 

telewizyjnym nie występuje żaden z prawników zajmujących się sprawą Granta. 

-Co zdarza się rzadko?

-Tak, ciągle teraz o tym mówią. Nie zdawałam sobie sprawy, że Grant był... jest taki 

sławny i szanowany przez prawników z całego kraju.

-Ale wypowiadają się nie tylko jego obrońcy.

-Nie. Zwykle są to dyskusje, w których uczestniczą także pracownicy prokuratury, 

biegli sądowi, psychiatrzy, policjanci z wydziałów zabójstw i tak dalej. Nie oglądałeś 

telewizji?

-Christine i ci, którzy ją wspierają, żyją w wielkim stresie i bez takich spekulacji. Ale 

ja jestem ciekaw, co prawnicy mają do powiedzenia.

-Mniej więcej to, co ty mi powiedziałeś. Są przekonani, że Grant jest niewinny. I 

pewni, że prawnicy występujący w imieniu stanu Massachusetts  są uczciwi. Więc 

jedyne wytłumaczenie faktu, że oskarżyli o morderstwo niewinnego człowieka, jest 

takie, że zostali wprowadzeni w błąd przez dowody, które uznali za prawdziwe, a 

które   w   rzeczywistości   zostały   podrzucone   na   miejsce   zbrodni   przez   wyjątkowo 

inteligentnego psychopatę. Grant je rozpracuje, kiedy tylko będzie mógł rzucić okiem 

na to, co go obciąża.

-A jak eksperci komentują teorię obrony, zgodnie z którą Grant został wrobiony?

-To   zależy   od   tego,   po   której   stronie   stoją.   Eksperci   zapraszani   przez   obronę 

opowiadają   się   za   tą   teorią.   Ci   ze   strony   prokuratury   nie.  Ale   widzowie   niemal 

jednogłośnie popierają Granta.

-Skąd wiesz?

-Telewizja   podaje   treść   wypowiedzi   telefonicznych   i   e-maili,   które   otrzymują. 

Eksperci   obrony   uważają,   że   jeśli   dojdzie   do   procesu,   poparcie   opinii   publicznej 

pomoże uniewinnić Granta.

-A co mówią eksperci prokuratury?

-Właściwie się z tym zgadzają. Mówią, że popularni oskarżeni zawsze mają większe 

szanse u ławy przysięgłych.

-To prawda.

-Jak się czuje Christine?

-Nie najlepiej.

88

background image

-A Grant?

-Dość dobrze, poza tym że martwi się o Christine.

-A czy ty się martwisz, James?

-O Christine?

-Albo o cokolwiek innego.

-Zawsze wolałem rozwiązywać problemy, niż zamartwiać się z ich powodu. Czy to 

śmieszne? 

-Nie.

-Słyszałem śmiech.

-Rozwiązywanie problemów zamiast zamartwiania się to typowo męska cecha.

Teraz James się roześmiał.

-Uważasz, że to coś złego?

-Rozwiązywanie  problemów czy twoje  typowo   męskie  cechy?  Nie, ani  jedno,  ani 

drugie nie stanowi dla mnie problemu.

-To dobrze. Ale jest coś, co mnie martwi.

-Co?

-Boję się, że mój samolot nie odleci o czasie - albo nie odleci w ogóle.

-Lot? Czy ty... wracasz do domu?

-Mam nadzieję. Jeśli pogoda pozwoli. - James spojrzał na piękny zimowy pejzaż za 

oknem. Śniegu było coraz więcej. Był to problem, który go martwił; problem, którego 

nie mógł rozwiązać. James nie chciał po prostu wyjechać z Bostonu. Chciał wyjechać, 

by znaleźć się przy niej. Przy Natalie. - Nie wiem, kiedy dotrę do Seattle. Ale jeśli 

pogoda pozwoli, zdążę na ślub, który odbędzie się o siódmej w Nowy Rok. Chciałabyś 

pójść ze mną?

-Na ślub Iana i Kathleen? W ich nowym domu?

-Powinienem był się domyślić, że Ian cię zaprosił. Naprawdę bardzo chciał kupić ten 

dom. Nigdy nie powiedział mi dlaczego, ale czułem, że bardzo mu na tym zależy. A ty 

sprawiłaś, że stało się to możliwe.

To nie Ian mnie zaprosił. To Kathleen... Kilka chwil po tym, jak potwierdziła, że 

jestem z tobą w ciąży.

-Znowu zasypiasz?

-Nie. Tylko myślałam o tym, że to Kathleen mnie zaprosiła.

-Znasz Kathleen?

-Właściwie   nie.   Spotkałyśmy   się   przypadkowo.   Wiedziała,   że   zajmowałam   się 

89

background image

kupnem domu, i zaprosiła mnie na swój ślub.

-Co o niej sądzisz?

-O Kathleen? - Powierzyłam jej życie naszego dziecka. - Znasz ją?

-Nie, ale słyszałem o niej od Iana. I widziałem jej zdjęcia. - Widziałem też wiele zdjęć 

jej martwej matki w obscenicznej pozie. Matki, do której jest tak bardzo podobna. - 

Nigdy się nie spotkaliśmy.

-Kathleen jest cudowna i bardzo kocha Iana. Myślę, że to z jej powodu tak bardzo 

chciał   kupić   dom   Worthingów.   Chciał   tego   domu   dla   niej.   Na   pewno   polubisz 

Kathleen, James. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby jej nie lubić. 

-Już ją lubię, za to, że uczyniła Iana tak szczęśliwym. - Żałuję tylko, że nie mogłem jej 

pomóc. - Czy mogę ci towarzyszyć na ich ślubie?

-Oczywiście. Kathleen zaproponowała, żebym przyszła o wpół do siódmej. Chciała 

oprowadzić mnie po domu.

-Znakomicie.

-Jeśli pogoda pozwoli, twój samolot wystartuje zgodnie z planem i już jutro będziesz 

w domu.

-W takim razie, Natalie, jeśli masz czas... Nie, czekaj, jutro jest sylwester.

-A ty masz jakieś plany.

-Myślałem, że ty masz plany.

-Owszem. Mam zamiar siedzieć w domu i czekać na twoją wizytę.

W   Crystal   Mountain   nie   było   stoku   o   nazwie   Siódme   Niebo.   Gdyby   Ian   chciał 

pojeździć na nartach, musiałby się wybrać do pobliskiego Stevens Pass. I może pojechałby 

tam, gdyby wiedział, że tego wieczoru Kathleen po raz siódmy spróbuje zajść w ciążę.

A może nie. Siódme Niebo było trudną trasą, schodzącą stromo wzdłuż skał między 

drzewami. A kiedy stok był pokryty lodem, nawet najlepszy narciarz mógł się tam poważnie 

poturbować.

Trasa   Green   Valley   w   Crystal   była   interesująca   i   raczej   bezpieczna.   Świetnie 

wymodelowana,  żadnych skał.  Nawet  średnio  zaawansowany narciarz  mógł zjeżdżać, nie 

narażając się na ryzyko upadku.

Ian   zawsze   lubił   tę   trasę.   Kiedy   pracował   jako   ratownik,   często   zjeżdżał   nią   po 

godzinach.

Teraz też zjeżdżał znajomą, bezpieczną trasą Green Valley. Jasno oświetloną lampami, 

90

background image

w których blasku lśniły płatki śniegu.

Narciarze, którzy go rozpoznali, zatrzymywali się, by podziwiać jego technikę. Ci, 

którzy mieli przy sobie kamery - a po Bożym Narodzeniu było ich sporo - nagrywali jego 

zjazd.

Wypadek, który się wydarzył, został więc zarejestrowany z wielu punktów widzenia. 

Osoby znajdujące się najbliżej słyszały dźwięki towarzyszące zderzeniu: uderzenie nart o 

ciało, rozdzierające mięśnie, miażdżące żebra.

Straszne dźwięki... zarejestrowane na mikroczipach kamer... wraz z krzykiem, który 

rozległ się zaraz potem.

To Ian Collier!

Wezwijcie pogotowie!

Wykrwawi się na śmierć!

Gdzie są ratownicy?! 

Czy on żyje.?!

Och, nie! Nie! Pomóżcie mu! Szybko!

Krzykom   towarzyszył   odgłos   otwieranych   telefonów   komórkowych   i   stukania   w 

klawisze.

I   przeraźliwe   zawodzenie.   Nieludzkie   wycie   wznoszące   się   ku   rozgwieżdżonemu 

niebu. To nie może być ludzka istota, myśleli ci, którzy to słyszeli.

A  jednak   to   człowiek   krzyczał.   Zrozpaczony   trzynastolatek,   przekonany,   że   zabił 

swojego idola.

A jego idol?

Nie wydał żadnego dźwięku.

W  ciszy,   która   nagle   zapadła,   rozlegał   się   tylko   ledwie   słyszalny  dźwięk   płatków 

śniegu topniejących w kałuży krwi.

Kathleen czytała gdzieś, że można wpływać na treść swoich snów. Wystarczy myśleć 

o tym, o czym chce się śnić, tuż przed zaśnięciem.

Nie  jest  to  jednak  proste.  Trzeba  bowiem powstrzymać   się od  myślenia  o  innych 

rzeczach i skupić na wybranym temacie, by wyciszyć wszystko, nad czym przez cały dzień 

pracowała podświadomość.

Kathleen próbowała już tego, ale nigdy jej się nie udało. Inne troski i problemy zawsze 

zdążyły ją dopaść, nim usnęła.

91

background image

Ale   tej   wyjątkowej   nocy,   nocy   siódmej   szansy,   uchwyciła   się   jednej   myśli   i   nie 

pozwoliła jej odejść. Będziesz takie szczęśliwe, moje maleństwo, bo twoim ojcem jest Ian. 

Będziesz największym szczęściarzem na świecie. Musisz tylko znaleźć sobie miejsce w głębi 

mojego ciała, kiedy ja pogrążę się we śnie.

Śniła o Ianie i ich dziecku, kiedy helikopter pogotowia przeleciał nad jej pokojem i 

wylądował przed szpitalem.

Śniła, kiedy Iana wnoszono do izby przyjęć.

Zespół   lekarzy  już   czekał. Wiedzieli,  czego   się  spodziewać:  znacznej   utraty  krwi, 

połamanych żeber, szoku. Wiedzieli, co muszą zrobić. Wiedzieli, od czego zacząć, ile krwi 

sprowadzić, jakich specjalistów wezwać.

Ale nikomu w całym szpitalu, w którym Kathleen Cahill mieszkała od trzech tygodni, 

nie przyszło do głowy, żeby ją powiadomić...

Rozdział 9

Sarah's Orchard

Wtorek, 31 grudnia

Godzina 16.30

Sam   i   Holly   dotarli   do   Sarah's   Orchard   o   wpół   do   dziesiątej.   Holly,   zmęczona 

stawianiem oporu, usnęła w końcu w swojej klatce wtulona w kurtkę wyprodukowaną przez 

Rain Mountain. Kurtkę Holly, pomyślał Sam, patrząc, jak suczka wtula się w miękki materiał, 

zwija   w   kłębek   i   wreszcie   zapada   w   sen.  Apple   Butter   Ladies   byłyby   zachwycone   tym 

widokiem.

- No, Holly - powiedział, otwierając drzwi. - Jesteśmy w domu.

Następne dwadzieścia cztery godziny wypełniły na przemian zabawa i sen.

Pierwszy łyk wody. Pierwszy posiłek. Pierwsze spotkanie z trawnikiem za drzwiami 

kuchni.

Trawa,   tak  jak   jabłonie,  znajdowała   się  w  stanie  zimowej  hibernacji.  Po  ostatnim 

koszeniu na początku listopada nie odrosła, ale zielone źdźbła sięgały suczce do połowy 

łapek.

Sam   sądził,   że   trawnik   będzie   dla   Holly   jak   miękki   dywan,   a   okazał   się   bardzo 

92

background image

trudnym terenem.

Ale   kiedy  był  u   jej   boku,   stawała   się   coraz   odważniejsza.   Po   krótkiej   rozmowie, 

składającej się z popiskiwań i zapewnień, że wszystko będzie dobrze, trawnik został podbity.

Pierwszą noc Holly przespała, leżąc na piersi Sama. Czuł ciepło bijące od brzuszka i 

jej zimy nos wtulony w jego szyję. Kiedy jej akumulatorek wymagał doładowania, spała snem 

sprawiedliwego.   Budziła   się   mniej   więcej   co   trzy   godziny,   ale   po   powrocie   z   krótkiego 

spaceru szybko znowu zapadała w sen.

Nocą, a na początku także w ciągu dnia Sam wynosił Holly na trawnik. Lubił nosić ją 

na rękach, przytulać do siebie. Ale wiedział, że suka musi zacząć samodzielnie poznawać 

świat, więc czasami tylko szedł przy niej wszędzie, gdzie odważyła się wyruszyć. Holly była, 

rzecz jasna, niesłychanie inteligentna. Była najmądrzejszym szczeniakiem, jaki kiedykolwiek 

postawił łapę na ziemi.

Sam powiedział jej to, kiedy obudziła się ze swojej pierwszej drzemki i przy dreptała 

do kuchni.

- Grzeczna dziewczynka. I jaka mądra. 

Na dźwięk jego głosu Holly przystanęła, podniosła na niego ślepka i przekrzywiła 

łepek.

- Ale czy jesteś szczęśliwa? Przynajmniej troszkę?

Chciałbym, żebyś była szczęśliwa.

Jakby w odpowiedzi - na pewno w odpowiedzi - Holly poruszyła ogonkiem, najpierw 

w lewo, potem w prawo. Pierwszy raz nieśmiało zamerdała ogonem.

W ciągu dnia merdanie stawało się śmielsze, tak jak i sama Holly.

Bawiła się. Bawili się razem. A kiedy spała - na swojej kurtce albo na ulubionym 

dywaniku, albo na jego kolanach, gdzie zawsze było dla niej miejsce - Sam czekał, aż się 

obudzi, czytając broszury na temat opieki nad szczeniętami.

Gdy się budziła, mówił do niej. Bez przerwy. A Holly przekrzywiała łepek i merdała 

ogonem.

Temat nie miał dla niej znaczenia, wydawało się, że interesuje ją wszystko.

Sam opowiadał jej o sadzie, o Apple Butter Ladies i o tym, że chyba już czas, by 

sprzedał swój motocykl. Rozmawiali o wietrze, chmurach, ptakach, niebie.

To   wszystko   było   dla   niej   nowe.   Świat   krył   tyle   wspaniałych,   zaskakujących 

niespodzianek.

Dla Sama to wszystko nagle także stało się nowe i wspaniałe.

Kiedy usnęła na jego ramieniu o wpół do piątej, włączył komputer i wszedł do sieci na 

93

background image

strony Mail Tribune,  żeby sprawdzić,  co działo się na  świecie przez te  trzydzieści sześć 

godzin, które minęły od telefonu Marge Hathaway.

Uświadomił sobie, że oczekiwał wyłącznie radosnych wiadomości -jakby cały świat 

uległ tej wielkiej, choć prostej radości człowiek-, którego życiem rządził szczeniak cocker-

spaniela.

Na stronach Mail Tribune znajdowały się wiadomości z krajni ze świata. Wypadek 

Iana Colliera został odnotowany w obu działach pod tytułem „Ian Collier prawdopodobnie 

przeżyje".

Sam kliknął w linki prowadzące do artykułów z poprzedniego dnia. Wcześniejsze 

prognozy nie były tak optymistyczne.

Tragedia w Crystal Mountain.

Zrozpaczony nastolatek boi się, że zabił idola.

Pogotowie na stoku.

Stan krytyczny. Czy Ian Collier przeżyje?

Rzadka   grupa   krwi   nie   powinna   wpłynąć   na   rezultat   terapii,   mówią   lekarze.  Ale 

zachęcają honorowych dawców. 

Gdyby   nie   Holly,   Sam   Collier   wszedłby   do   sieci   poprzedniego   wieczoru.   I 

dowiedziałby  się,  że   ojciec,   którego   nie   pamiętał,   jest   bliski   śmierci.   Czy  pojechałby  do 

Seattle, żeby być przy nim?

Sam nie wiedział.

Kiedyś zaplanował spotkanie z ojcem. Tuż przed swoimi szesnastymi urodzinami. 

Chciał się dowiedzieć, gdzie Ian Collier mieszka - zakładając, że żyje. Gdy miał jedenaście 

lat, matka powtórzyła mu to, co podsłuchał, kiedy miał sześć: jego ojciec, ten niezdolny do 

miłości potwór, na pewno siedzi już w więzieniu albo umarł.

Gdyby nawet ojca nie było już wśród żywych, Sam mógł go odwiedzić na cmentarzu, 

by wylać swój żal i złość na jego grób...

Z   internatu   szkoły   w   New   Hampshire   zadzwonił   pod   pierwszy   z   długiej   listy 

numerów, które miał zamiar wykręcić, zanim się podda. Ten, który wydawał się najbardziej 

obiecujący.

W tym czasie kierunkowy 206 obejmował zachodnią część stanu Waszyngton. Ale 

operatorka   poprosiła   go   o   podanie   nazwy   miasta,   zapytał   więc,   czy   jest   jakiś   numer 

zarejestrowany na nazwisko Iana Colliera w Seattle.

Były dwa i oba należały do tego samego człowieka. Jeden był numerem prywatnym, 

drugi - numerem firmy, Rain Mountain Enterprises.

94

background image

Rain Mountain. Ta zupełnie obca nazwa obudziła w nim emocje tak silne, że odłożył 

słuchawkę.   Odczuwał   już   wcześniej   tę   słodko-gorzką   tęsknotę   -   w   okresie   Bożego 

Narodzenia i kiedy widział psa - ale nigdy nie była aż tak dojmująca. Nigdy dotąd jego serce 

nie biło tak szybko, nigdy dotąd nie brakowało mu tchu w piersiach.

Nazwa Rain Mountain nic Samowi nie mówiła. Nie budziła żadnych wspomnień. Ale 

był   pewny,   jak   niczego   innego   w   swoim   szesnastoletnim   życiu,   że   Ian   Collier   z   Rain 

Mountain był Ianem Collierem, którego postanowił odszukać.

I wyładować na nim swój gniew.

Jeszcze raz zadzwonił do informacji i zapisał oba numery. Najpierw wykręcił ten do 

firmy. Sekretarce, która odebrała, powiedział, że chciałby się dowiedzieć czegoś więcej o 

Rain Mountain Enterprises.

Niewykluczone, że firma wkrótce wejdzie na giełdę, poinformowała go kobieta. Jeśli 

poda jej swoje nazwisko i adres, wyśle mu broszury.

Nazwisko. Nie zareagowała, gdy je podał, spytała tylko, czy pisze sieje przez dwa „l", 

a kiedy potwierdził, powiedziała uprzejmie: „To tak jak pana Colliera" i poprosiła jeszcze o 

dokładny adres. Sam podał jej numer swojej skrzynki pocztowej w Internecie. 

Zdał   sobie   sprawę,   że   czekał   na   okrzyk   zdumienia.   Zaraz,   zaraz!   Ty   jesteś   Sam 

Collier? Syn pana Colliera? Nie mogę w to uwierzyć! Szukał cię od tylu lat!

Ale   nic   takiego   nie   nastąpiło.   Rozmowa   dobiegła   końca   i   Sam   zrozumiał,   że   Ian 

Collier nie szukał swojego syna.

W dniu szesnastych swoich urodzin Sam znalazł w skrzynce pocztowej dwie koperty - 

każda od jednego z rodziców. W kopercie od Vanessy jest pewnie czek, prawdopodobnie 

opiewający na sumę większą niż zazwyczaj, jako że szesnaste urodziny były uważane za 

wyjątkowe.   Sam   zawsze   dostawał   pieniądze,   dużo   pieniędzy,   na   urodziny   i   na   Boże 

Narodzenie. Od matki, która nie chciała go znać.

Postanowił, że otworzy kopertę później. W drodze do banku.

Bardziej   interesowała   go   duża   biała   koperta,   której   nadawcą   było   Rain   Mountain 

Enterprises. Otworzył ją, kiedy znalazł się w swoim pokoju i zamknął drzwi na klucz.

Ostrożnie, żeby jej nie podrzeć.

Widział już Mount Rainier na zdjęciach. Chyba na lekcjach geografii w trzeciej klasie, 

a na pewno cztery lata później, kiedy uczył się o geografii i historii wszystkich pięćdziesięciu 

stanów.

Ale nigdy dotąd nie widział takich zdjęć. Ukazywały górę skąpaną w purpurowym 

blasku zachodzącego słońca. Pokrytą oślepiająco białym śniegiem na tle czystego błękitu 

95

background image

nieba.

Zdjęcia wzbudziły w nim niewytłumaczalne emocje, tak jak każde z drukowanych 

słów, zwłaszcza słów Iana.

Syn  mordercy,   sierota   bez   grosza   przy  duszy,   znalazł   się   w   mieście,   gdzie   warte 

miliony dolarów widoki należały do wszystkich. Gdziekolwiek spojrzeć, widać było góry.

Góry wyglądające tak, jakby ktoś namalował akwarelą ich sylwetki na horyzoncie - 

Olympics na zachodzie, Cascades na wschodzie, Baker na północy, Rainier na południu.

Typowy dla nastolatków sceptycyzm sprawił, że ten chłopiec wskoczył do autobusu 

pełnego narciarzy zmierzających do Crystal. Ian „nie wierzył, że z bliska góry wyglądają tak 

pięknie jak z daleka". Na pewno go rozczarują. Czar pryśnie. Trudno.

Ale wśród pokrytych śniegiem szczytów odnalazł „prawdziwe, majestatyczne piękno, 

nie  miraż".   Piękno,  które  pragnął  podziwiać,  którego   pragnął   być  częścią.  Nie   chciał  go 

podbijać ani zdobywać. Dlatego został narciarzem, nie alpinistą. Chciał „stanowić jedność z 

tym pięknem, nie chciał z nim walczyć". 

Broszura ukazywała Iana raczej jako wrażliwego na urodę świata marzyciela, a nie 

potwora...   Oczywiście.   Właśnie   tak   musi   się   przedstawiać   właściciel   dużego 

przedsiębiorstwa.

Ci, którzy znali prawdę -jak jego zapomniany syn - wiedzieli, że różniła się od tego, 

co pokazywały lśniące strony broszury. Nie wspomniano w niej o czteroletnim związku Iana z 

Vanessą   Worthing.   Nic   dziwnego.   Przyszli   akcjonariusze   chcieliby   poznać   szczegóły,   a 

wówczas plany wejścia na giełdę wzięłyby w łeb. Inwestorzy nie powierzyliby swoich ciężko 

zarobionych pieniędzy człowiekowi, który tak źle potraktował własnego syna. Tak okrutnie, 

że chłopiec musiał przez dwa lata przyjmować silne leki uspokajające po tym, jak jego matka 

- także ofiara psychicznego okrucieństwa - znalazła dość odwagi, by uciec.

Vanessa wyjaśniła mu, że te leki miały dobroczynny skutek uboczny. Dzięki temu, że 

osłabiały pamięć, wyparły ze świadomości Sama cztery lata spędzone z Ianem i kolejne dwa, 

w czasie których dochodził do siebie po psychicznych torturach.

Sam   wątpił,   by   te   skutki   uboczne   rzeczywiście   były   dobroczynne.   Może   gdyby 

wiedział,   co   się   wokół   niego   dzieje   podczas   pierwszych   dwóch   lat   małżeństwa   matki   z 

Masonem Hargrove, nie ocknąłby się tak gwałtownie w wieku lat sześciu - po to tylko, by 

odkryć, że ojczymowi zależy na nim mniej więcej tak samo jak ojcu, a matka tak bardzo 

nienawidzi Iana, że nie potrafi kochać jego syna. Poza tym wkrótce miał przyjść na świat jego 

przyrodni brat. Vanessa i Mason od początku starali się trzymać Sama z dala od niego... Dla 

Tylera byli wspaniałymi rodzicami, takimi jakimi nigdy nie byli dla Sama.

96

background image

Sam  spędził   dzień   swoich   szesnastych   urodzin,   planując   spotkanie   z   ojcem.   I  nie 

tylko. Następnego dnia opuścił szkołę.

Na zawsze.

Po drodze do banku wysłał list na adres w Greenwich w Connecticut -czyli do domu 

swojej matki, Masona i Tylera. Domu, który nigdy nie był jego domem. List był uprzejmy. 

Sam nikogo nie winił. Chciał jednak, żeby jego rodzina wiedziała, iż rzuca szkołę i chce 

zostawić za sobą całe dotychczasowe życie. Nie napisał, jak bardzo nienawidził tego życia, 

pełnego przywilejów, samotności... i bezdomności. Poinformował ich tylko, używając  nic 

nieznaczących, wyświechtanych zwrotów, że nadszedł czas, by odnalazł siebie samego. Że 

musi ruszyć dalej. A na wypadek, gdyby się o niego martwili, chce ich zapewnić, że sobie 

poradzi.

Potem   zlikwidował   konto   bankowe,   na   które   wpłacał   wszystkie   pieniądze,   jakie 

dostawał   z   okazji   urodzin   i   Bożego   Narodzenia,   i   kupił   sobie   prezent   życia;   coś,   czego 

pragnął od zawsze - motocykl. Nie był to wprawdzie harley, ale dojedzie na nim do Seattle 

przed świętami - a czy Boże Narodzenie to nie najlepszy moment, żeby odwiedzić tatę?

Do świąt zostało jeszcze sześć tygodni. Dość czasu, by przećwiczyć wszystko, co Sam 

miał ojcu do powiedzenia. Wykrzykiwał każde słowo wiele razy ze swojego motocykla. W 

lasach, gdzie sypiał nocami, płakał z żalu i złości. W końcu zaczął powtarzać pełne pogardy 

słowa ze śmiechem - i około dwustu kilometrów na zachód od Naperville w Illinois zawrócił.

Do diabła z Ianem Collierem.

Do diabła z przeszłością.

Sam miał przed sobą całe życie. Życie, które przeżyje tak, jak zechce.

Jego ucieczką stało się morze; spokój odnalazł z towarzystwie psów. Była to pozorna 

ucieczka   i   niepewny   spokój.   Czuł,   że   musi   pozostawać   w   ruchu,   nieprzerwanie   czegoś 

szukać, aż coś kazało mu się zatrzymać...

I teraz był tutaj, w małym domu w sadzie. Znalazł się bliżej Seattle, niż kiedykolwiek 

przypuszczał. I zastanawiał się, czy pojechałby do ojca, gdyby przeczytał o wypadku, kiedy 

nie było jeszcze wiadomo, czy Ian Collier przeżyje.

A gdyby pojechał, to czy po to, aby się z nim pojednać, czy też po to, by wyładować 

na nim swój gniew?

Teraz to pytanie nie było już ważne, Ian Collier najprawdopodobniej wyzdrowieje. Ale 

Sam i tak na nie odpowiedział, czując na ramieniu ciepło psiego ciałka.

Pojechałby, aby się z nim pojednać.

Odpowiedź   też   nie   miała   znaczenia.   Do   diabła   z   Ianem   Collierem.   Do   diabła   z 

97

background image

przeszłością. Sam nie miał po co oglądać konferencji prasowej, która rozpocznie się za kilka 

minut   w   Queen  Annę   Medical   Center.   Informacje   o   stanie   zdrowia   Iana   Colliera   będą 

podawane na żywo w lokalnej telewizji, a w Sarah's Orchard, tak jak w całym kraju, sytuację 

można będzie śledzić przez Internet.

Strony  telewizji   także   miały   linki   do   artykułów   o   Ianie   Collierze.  Biografia   Iana 

Colliera. Stypendium Rain Mountain. Ian Collier kupił Queen Anne Estate.

Sam   właściwie   nie   miał   po   co   czytać   tych   artykułów.   Ale   mógł   to   zrobić   po 

konferencji prasowej albo kiedy indziej, gdy Holly zapadnie w drzemkę.

Zaczął przygotowywać komputer. Powiększył  obraz do pełnego rozmiaru ekranu i 

wyregulował ostrość. Na programie czwartym, zgodnie z planem, po meczu piłki nożnej 

rozpoczynała się konferencja prasowa. Na ekranie pojawiła się dramatyczna czołówka i napis 

„Najnowsze wiadomości".

Sam nie ustawił jeszcze dźwięku. Celowo pozostawił fonię wyłączoną. Ale gdy na 

ekranie pojawiła się panorama Seattle, włączył głos. W domu rozległ się głos dziennikarki.

-   W  porządku   -   powiedział   Sam   do   Holly.   -   Jesteś   bezpieczna.   Zawsze   będziesz 

bezpieczna.

Poklepał ją, a Holly mruknęła, ziewnęła, przeciągnęła się, zwinęła w kłębek - i znowu 

zasnęła.

Lewa ręka Sama została tam, gdzie była, na jej lśniącej sierści. Prawą wyregulował 

głośność i zaczął słuchać dziennikarki.

Stała przed szpitalem, w świetle wielkiego napisu I

ZBA

 

PRZYJĘĆ

. Daleko, na tle nieba tak 

czystego i bezchmurnego jak niebo w Sarah's Orchard - nieba łączącego wielkie miasto i 

wiejski   domek,   ojca   i   syna   -   świątecznie   udekorowana   Space   Needle   lśniła   czerwienią, 

zielenią i złotem.

- Czekamy na rozpoczęcie konferencji prasowej zwołanej w związku z wypadkiem, 

jakiemu uległ Ian Collier, właściciel Rain Mountain. Zaprosimy państwa do środka, kiedy 

tylko   konferencja   się   zacznie.   Najpierw   jednak   pokażemy   nagranie   samego   wypadku, 

dokonane   przez   jednego   z   naszych   widzów.   Nie   zostało   wyemitowane   wcześniej,   bo 

prognozy dotyczące Iana Colliera były dotychczas pesymistyczne. Mimo iż jego stan uległ 

znacznej   poprawie   i   lekarze   spodziewają   się,   że   wróci   do   zdrowia,   chcielibyśmy   ostrzec 

rodziców,   że   nagranie   zawiera   sceny   drastyczne,   sugerujemy   więc,   by  dzieci   odeszły   od 

telewizorów na następne dziewięćdziesiąt sekund. A oto amatorski film nakręcony wczoraj w 

Crystal Mountain.

Samowi nigdy nie przyszłoby do głowy, by oglądać nagranie wypadku, którego ktoś 

98

background image

omal nie przypłacił życiem. Widział dość takich dramatycznych wypadków na własne oczy, 

kiedy pływał. Kilka razy ratował lub pomagał ratować ofiarę - raz współpracownika, który 

spadł z masztu, innym razem mężczyznę, który został przygnieciony źle załadowaną paletą 

dachówek.

A   teraz   ofiarą   był   jego   ojciec...   Gdyby   dziennikarka   powiedziała   coś   więcej, 

prawdopodobnie od razu postanowiłby nie patrzeć. Zastanawiał się, co zrobić, kiedy film się 

rozpoczął. Nie od koszmaru, lecz od zapierającego dech w piersiach widoku.

Jego ojciec sunął na nartach w dół zbocza z niezwykłą szybkością i wdziękiem. Nie 

był sam. Inny narciarz, także świetny technicznie, lecz pozbawiony cechującej Iana gracji, 

zjeżdżał niemal równo z nim. Było to zdumiewające pas de deux. Wydawali się tak idealnie 

zsynchronizowani, jakby jeden był cieniem drugiego.

Był to perfekcyjny zjazd. Aż do chwili, kiedy drugi narciarz wykonał ruch, którego 

jego mistrz się nie spodziewał. Skręcił nagle, chcąc przeciąć mu drogę, i wtedy doszło do 

zderzenia, któremu towarzyszył dźwięk miażdżonych kości.

Pomóżcie   mu!   -   krzyknął   bezgłośnie   Sam,   czując,   jak   podnosi   mu   się   poziom 

adrenaliny we krwi, dodając energii do walki. Ale nie miał z czym walczyć.

- Sami państwo rozumiecie, dlaczego dopiero teraz zdecydowaliśmy się pokazać to 

nagranie. - Makabryczną scenę kolizji zastąpiła twarz dziennikarki i jej kojący głos. - Nie 

zdradziliśmy też tożsamości drugiego narciarza. Jest to trzynastoletni chłopiec, więc jego 

nazwisko   nie   zostanie   na   razie   podane   do   wiadomości   publicznej.   Rozmawiałam   z   jego 

matką, ale ze względu na dobro syna nie zgodziła się wystąpić przed kamerami. Chłopiec nie 

odniósł żadnych obrażeń, ale jest w szoku, co w tej sytuacji wydaje się zrozumiałe. Sam był 

bardzo dobrym narciarzem, a Ian Collier jest jego idolem, odkąd pierwszy raz założył na nogi 

narty   produkcji   Rain   Mountain.   Niestety,   do   wypadku   doszło   właśnie   z   powodu   tej 

młodzieńczej fascynacji. Istnieje podobno nagranie, na którym Ian Collier i inny narciarz, 

mistrz olimpijski, zjeżdżają razem ze stoku, a ich drogi krzyżują się gdy narciarz z lewej daje 

znak, na który drugi narciarz odpowiada skinieniem głowy. Chłopiec sądził, że to właśnie 

stało się na stoku w Crystal. Na filmie, który przed chwilą obejrzeliśmy, widać wyraźnie, że 

chłopiec dał znak ręką, a Ian Collier odpowiedział mu skinieniem. - Dziennikarka urwała i 

dotknęła słuchawki. - Właśnie otrzymałam wiadomość - podjęła po chwili - że konferencja 

zaraz się rozpocznie, oddaję więc głos Keithowi, który znalazł miejsce w pierwszym rzędzie.

Ale głos, który rozległ się zaraz potem, nie należał do dziennikarza, ale do jedynego 

uczestnika konferencji nieubranego w biały kitel. Mężczyzna przedstawił się jako dyrektor 

administracyjny szpitala. Stał na podium w otoczeniu ludzi, którzy, jak domyślał się Sam, byli 

99

background image

lekarzami i pielęgniarkami zajmującymi się Ianem Collierem.

-   Przede   wszystkim   chciałbym   podziękować   państwu   za   przybycie.   Wspaniały 

sylwester, prawda?  Pogoda idealna na sztuczne ognie, których pokaz będzie znakomitym 

sposobem wyrażenia radości z faktu, że pan Collier wraca do zdrowia. Teraz moje miejsce 

zajmie doktor Rob Traynor, ordynator chirurgii urazowej. Przedstawi państwu swój zespół i 

udzieli wyczerpujących informacji o stanie naszego pacjenta. Potem chętnie odpowiemy na 

wszystkie pytania. Doktorze?

Ordynator   przedstawił   chirurgów   i   pielęgniarki.   Ale   nie   wymienił   z   nazwiska 

wszystkich osób w białych fartuchach, które stały na podium. Pominął wysoką ciemnowłosą 

kobietę - Sam zauważył, że ani trochę jej to nie zmartwiło.

Obserwował tajemniczą kobietę, podczas gdy doktor Traynor opisywał obrażenia Iana 

- połamane żebra, przebite płuco i uszkodzenie tętnicy ramiennej, które było szczególnie 

niebezpieczne i początkowo zagrażało życiu pacjenta. Gdyby któryś ze świadków wypadku 

nie zacisnął natychmiast paska powyżej rany, Ian Collier nie dotarłby do szpitala żywy.

Na szczęście stało się inaczej, Ian trafił do szpitala na czas, a sześć minut później 

znalazł się na stole operacyjnym. Krwotok został zatamowany, ostre kawałki żeber usunięte 

i...

-Kiedy rozmawiałem z nim dziesięć minut temu, poprosił mnie, żebym serdecznie 

państwa   od   niego   pozdrowił   -   zakończył   doktor   Traynor   i   dziennikarze   zaczęli 

zadawać pytania.

-Więc jest przytomny?

-Jak najbardziej. Nie odniósł żadnych urazów głowy ani kręgosłupa.

-To znaczy, że nie ma żadnych obrażeń neurologicznych?

-Tego   nie   powiedziałem   -   odparł   doktor   Traynor.   -   W   wyniku   urazu   ramienia 

uszkodzeniu uległy również nerwy. Ale nie jest to znaczące uszkodzenie.

-Miał jednak wstrząśnienie mózgu, prawda? Zaraz po wypadku był nieprzytomny.

-Na miejscu wypadku był półprzytomny, stracił przytomność w drodze do szpitala z 

powodu wstrząsu, jakiego doznał cały jego organizm. Ale z mózgiem wszystko jest w 

porządku.

-Wspomniał   pan,   że   przekazał   pozdrowienia.   Czy   to   znaczy,   że   nie   jest   już 

intubowany?

-Tak, od kilku godzin.

-Czy cierpi?

Chirurg uśmiechnął się lekko.

100

background image

-Jak sam mi powiedział, czuje ból tylko wtedy, kiedy oddycha.

-Czy nadal znajduje się na oddziale intensywnej terapii?

-Tak, i mamy zamiar zatrzymać go tam do jutra. Został jednak przeniesiony na salę, 

gdzie możemy monitorować pracę jego serca, ale poza tym może czuć się jak na 

normalnym oddziale szpitalnym.

-Czy coś jest nie w porządku z jego sercem? 

-Absolutnie nie. Monitorując  pracę serca, możemy w prosty, bezinwazyjny sposób 

monitorować cały jego organizm.

-Więc kryzys minął?

Ciemnowłosa kobieta słuchała chirurga równie uważnie jak Sam. Zauważył, że jest 

bardzo przejęta. Chociaż doktor Traynor mówił, że niebezpieczeństwo minęło, a ona musiała 

już o tym wiedzieć, wydawała się bardzo przeżywać, że Ian tak bardzo cierpiał.

Kiedy lekarz przytoczył słowa Iana - że czuje ból tylko wtedy, kiedy oddycha - na jej 

ustach pojawił się uśmiech.

Był to piękny uśmiech. Zniknął dopiero, gdy wyczuła - tak jak Sam -że doktor Traynor 

trochę za długo zwleka z odpowiedzią.

Spojrzała na milczącego chirurga i zobaczyła - tak jak Sam - troskę na twarzy lekarza, 

który,   dotychczas   elokwentny,   nagle   wydawał   się   szukać   właściwych   słów.   Może   doktor 

Traynor,   jak   większość   lekarzy,   był   po   prostu   zbyt   ostrożny,   by   wyciągać   jednoznaczne 

wnioski... zwłaszcza że jego pacjent ciągle przebywał na oddziale intensywnej terapii.

Dyrektor administracyjny nie był tak przezorny.

-Owszem,   kryzys   minął,   a   Ian   Collier   zapewne   wkrótce   wyjdzie   ze   szpitala   - 

powiedział, wróciwszy do mikrofonu. - Gdyby sam o tym decydował, stałoby się to 

pewnie jeszcze szybciej. Czy są jeszcze jakieś pytania?

-Ian Collier nie ma rodziny, a tylko najbliższa rodzina może odwiedzać pacjentów na 

oddziale intensywnej terapii. Czy ktoś był przy nim ubiegłej nocy?

-Chcielibyśmy,   żeby   nasi   pacjenci   czuli   się   u   nas   jak   w   domu.   -   Mogła   to   być 

wyćwiczona odpowiedź, ale pasja, z jaką dyrektor administracyjny wypowiedział te 

słowa, sprawiła, że zabrzmiały szczerze. Człowiek, który nie miał na świecie nikogo 

poza zapomnianym synem, jest w dobrych, troskliwych rękach. - A jeśli chodzi o pana 

Colliera,   wielu   członków   naszego   zespołu   zna   go   osobiście.   Pracująca   u   nas   od 

niedawna doktor Kathleen Cahill zna pana Colliera od czasu, kiedy osiemnaście lat 

temu   przyznano   jej   stypendium   Rain   Mountain   -   wskazał   dłonią   tajemniczą 

ciemnowłosą kobietę.

101

background image

A  więc   zagadka   została   rozwiązana?   Częściowo.   Sam   znał   tylko   jej   nazwisko   i 

wiedział, że od osiemnastu lat była znajomą jego ojca, którego on nawet nie pamiętał.

Więcej niż znajomą, pomyślał.

Łączy ich coś więcej. To ona siedziała przy łóżku Iana ubiegłej nocy. Sam był tego 

pewny.

-   Poza   tym   -   ciągnął   dyrektor   administracyjny  -   jak   niektórzy  z   państwa   wiedzą, 

doktor Cahill jest ginekologiem-położnikiem i ona właśnie od trzech tygodni zajmuje się 

przyszłą matką siedmioraczków Georgią Blaine. Poprosiłem doktor Cahill, żeby dołączyła do 

nas i osobiście przekazała państwu informacje o naszej pacjentce. Doktor Cahill?

Dyrektor administracyjny patrzył na nią, kiedy to wszystko mówił, więc zanim zrobił 

dla niej miejsce przy mikrofonie, Kathleen Cahill wyszła na środek podium.

-Dobry wieczór - powiedziała - Georgia czuje się dobrze. Jest bardzo dzielna i zdaje 

sobie sprawę, że im dłużej dzieci pozostaną w jej łonie, tym krócej będą musiały 

przebywać w inkubatorze, kiedy już przyjdą na świat.

-Dzięki doktor Cahill - wtrącił dyrektor administracyjny - siedmio-raczki pozostają w 

łonie matki już o trzy tygodnie dłużej, niż oczekiwano.

-Nie dzięki mnie. - Nie mówiła do mikrofonu, nie zwracała się też do dziennikarzy. Jej 

niezadowolenie było szczere, nie na pokaz. - Georgia i Thomas...

-Widzę, że są pytania. - Dyrektor administracyjny znowu jej przerwał. - Słuchamy 

państwa. Keith?

-Czy wie pani, kiedy urodzą się siedmioraczki?

Dobre   pytanie,   pomyślał   Sam.   Dziennikarze   spodziewali   się   zapewne   bardzo 

ostrożnej, niejednoznacznej odpowiedzi. „Czas pokaże". „Dzieci przychodzą na świat, kiedy 

same chcą".

Ale Kathleen Cahill zaskoczyła ich.

-Za pięć do siedmiu godzin.

-Czy cały zespół został już postawiony w stan pogotowia?

-Tak.

-Powiedziała   pani,   że   dzieci   urodzą   się   między   dziesiątą   dwadzieścia   a   dwunastą 

dwadzieścia - odezwał się jeden z dziennikarzy. - Czy to znaczy, że niektóre mogą 

przyjść na świat przed północą, a inne po północy?

Kathleen milczała przez chwilę. Sam nie wiedział, czy w ogóle odpowie na to pytanie. 

Wyraz jej twarz mówił sam za siebie, w błękitnych oczach pojawił się błysk gniewu.

- Podejmę tę decyzję, mając na względzie wyłącznie dobro tych dzieci, które, kiedy 

102

background image

już przyjdą świat, będą walczyć o życie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by dać każdemu 

z nich jak największe szanse w tej walce.

To dobrze, pomyślał Sam. To dobrze. 

103

background image

Rozdział 10

Queen Anne Medical Center

Oddział intensywnej terapii

Sylwester

Godzina 18.00

Kathleen   dopiero   na   konferencji   prasowej   dowiedziała   się,   że   Ian   nie   jest   już 

zaintubowany. Całe popołudnie spędziła przy Georgii. A przedtem, od drugiej nad ranem, 

niestrudzenie krążyła między salą, w której leżała Georgia, a oddziałem intensywnej terapii.

Jeszcze wcześniej spała i śniła cudowne sny. Aż do północy, gdy została wezwana do 

bardziej niż zwykle zdenerwowanej Georgii. Spędziła z nią dwie godziny,  starając  się ją 

uspokoić, choć wiedziała, że nadchodzące godziny będą dla nich obu coraz trudniejsze.

Ciało   Georgii   czuło   już   potrzebę   zrzucenia   zamkniętego   w   nim   ciężaru.   Kathleen 

musiała zdecydować, kiedy ta potrzeba stanie się koniecznością. Wiedziała, że nie może się 

spodziewać żadnych oczywistych sygnałów. Wśród leków, które przyjmowała Georgia, były 

środki powstrzymujące akcję porodową.

Kathleen   musiała   więc   podjąć   decyzję   tylko   na   podstawie   jednego   symptomu   - 

niepokoju, który coraz silniej ogarniał Georgię. Był to niepokój pełen lęku i zarazem radosnej 

nadziei. Kathleen musiała wyczuć moment, kiedy nadzieja przeważy nad lękiem, i wtedy 

doprowadzić do rozwiązania. Przyspieszenie porodu odebrałoby dzieciom bezcenny czas, jaki 

mogły jeszcze spędzić w łonie matki. A jeśli najlepszy moment minie, a Kathleen go nie 

zauważy? Jakie skutki miałoby opóźnienie porodu?

Macica przestanie być bezpiecznym schronieniem, a jeśli dzieci nadal tam będą...

Nie będą, postanowiła Kathleen, również pełna lęku i nadziei. Od jej wyczucia zależy 

życie tych siedmiu istot ludzkich, to ona musi szybko i sprawnie przenieść je z macicy do 

inkubatora, który będzie je utrzymywał przy życiu poza łonem matki.

Do   tego   czasu   minie   jeszcze   kilka   godzin.   Moment   porodu   zbliżał   się   jednak 

nieubłaganie.   Kathleen   wiedziała,   że   musi   uważnie   obserwować   Georgię.   Objawy   będą 

bardzo subtelne, ale pojawią się na pewno. Ona musi je tylko zauważyć.

104

background image

O drugiej nad ranem Georgia była stosunkowo spokojna. Kathleen poszła więc na 

chwilę -jak sądziła - do pokoju lekarzy. Potrzebowała trochę wytchnienia. Czuła się dziwnie. 

Było jej... niedobrze. Nerwy, powiedziała sobie. Mimo cudownych snów i zapewnień Iana, że 

siódemka to magiczna liczba, wiedziała, że to niemożliwe, by już zaczęła odczuwać poranne 

mdłości.

Kiedy naprawdę się pojawią, powita je z radością. I solonymi krakersami. Których 

teraz szukała. Solone krakersy były w pokoju lekarskim zawsze - tak jak zawsze zapadała w 

nim cisza, kiedy Kathleen stawała w drzwiach.

Tym razem nie powitała jej cisza. Kathleen usłyszała pełne smutku słowa - próbę 

oświadczenia, które miało zostać wygłoszone, jeśli Ian Collier, którego śmierci spodziewano 

się w każdej chwili, umrze.

Dowiedziała się o wypadku trzy godziny po operacji. Stan Iana nie poprawiał się tak, 

jak   powinien.   Chirurdzy  zrobili   wszystko,   co   było   w   ich   mocy.   Krwotok   z   uszkodzonej 

tętnicy został zatamowany, ostre odłamki kości dokładnie usunięte, złamane żebra złożone. 

Płuca, które przy zderzeniu doznały wielu obrażeń, funkcjonowały zaskakująco dobrze dzięki 

respiratorowi.

Ale ciśnienie krwi ciągle się wahało mimo środków, które miały je ustabilizować na 

pożądanym   poziomie.   Poza   tym   Ian   nie   odzyskał   przytomności.   Nie   można   było   tego 

wytłumaczyć przedłużającym się działaniem narkozy, zwłaszcza że musiał odczuwać ostry 

ból spowodowany złamaniem żeber. Środki znieczulające można będzie mu podać dopiero 

wtedy, gdy odzyska świadomość.

Kathleen pobiegła na oddział intensywnej terapii.

- Muszę zobaczyć Iana Colliera - oznajmiła pierwszej osobie, którą tam napotkała.

Młody   lekarz   zrozumiał,   że   doktor   Cahill   nie   prosi   o   spotkanie   z   pacjentem   - 

powiedziała, że musi go zobaczyć - albo uznał, że jest ona jeszcze jednym z długiej listy 

konsultantów wzywanych przez głównego chirurga.

Bez słowa zaprowadził ją do małej salki o szklanych ścianach.

Stojąca przy łóżku Iana grupa chirurgów w białych fartuchach rozstąpiła się przed nią, 

chociaż   nikt   z   nich   nie   wiedział,   kim   jest   ta   lekarka   o  nieprzytomnym   spojrzeniu,   która 

wydawała   się   zdecydowana   na   wszystko.   Umierający  pacjent   natychmiast   zareagował   na 

dźwięk jej głosu - otworzył oczy, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Lekarze wyszli, 

zostawiając ich samych.

Żaden nie wrócił, dopóki Kathleen nie pojawiła się w drzwiach sali godzinę później. 

Została wezwana przez pager na inny oddział, najpierw  jednak musiała wydać polecenie 

105

background image

głównemu chirurgowi, Ian zaśnie, powiedziała mu, jeśli dostanie morfinę. A gdyby doktor 

Traynor chciał zmienić zaordynowane leki, może uznałby za stosowne odstawienie kroplówki 

z dopaminą. Ciśnienie krwi pacjenta samo utrzymuje się na właściwym poziomie.

Jeżeli stan Iana się pogorszy, prosi, by powiadomiono ją o tym natychmiast.

Nie otrzymała takiej wiadomości przez cały dzień. Gdyby coś się stało, zostałaby 

poinformowana,   mimo   że   ordynator   chirurgii,   nienawykły   do   przyjmowania   poleceń   od 

innych lekarzy, zwłaszcza ginekologów, nie był zachwycony jej żądaniami. Ale Rob Traynor 

umiał rozpoznać cud, jeśli wydarzył się na jego oczach. Gdyby potrzebował kolejnego cudu, 

gdyby tego cudu potrzebował jego pacjent, doktor Traynor sam poszedłby szukać Kathleen.

Ale Ian miał się dobrze. Spał. Jego stan poprawiał się z godziny na godzinę. Jakby za 

sprawą cudu. Za sprawą krótkich, lecz częstych wizyt Kathleen.

Nikt nie słyszał, co szeptała mu do ucha. Ale wszyscy zauważyli, że szeptała do niego, 

ale   go   nie   dotykała   -jakby  wiedziała,   że   Ian   rozpozna   jej   głos,   a   nie   dotyk   jej   długich, 

delikatnych palców.

Kathleen nie miała pojęcia, czy Ian słyszy jej słowa. Po jej pierwszej wizycie o drugiej 

nad ranem, kiedy odzyskał przytomność i podano mu środki nasenne, zapadł w sen. Spał za 

każdym razem, kiedy do niego przychodziła. Ale sen nie przynosi mu chyba odprężenia, 

pomyślała Kathleen. Mimo iż otrzymywał maksymalne dawki morfiny, krzywił się z bólu.

Szeptała więc do niego te same słowa, bez końca.

- Spałam, kiedy przywieźli cię do szpitala. Śniłam. I stworzyłam w sobie miejsce dla 

dziecka.   Naprawdę   tak   myślę.   Jestem  pewna,   że   wczoraj,   za   siódmym   razem,  udało   się. 

Magia zadziałała. Już czuję w sobie nowe życie. Nasze dziecko. Tylko tak mogę wytłumaczyć 

radość, jaką odczuwam, mimo że ty leżysz tutaj. To radość tego dziecka. Ono cieszy się, bo 

wie, że to ty będziesz jego tatą.

Kathleen nie mogła odwiedzić Iana po południu ani przed konferencją prasową. Miała 

mnóstwo pracy przy Georgii - mimo że jej zdaniem do porodu zostało jeszcze wiele godzin.

Podczas konferencji dowiedziała się, że na oddziale intensywnej terapii także wiele się 

działo, Ian musiał się obudzić i zażądać usunięcia rurki intubacyjnej z krtani. A fakt, że 

żądanie to zostało spełnione, świadczył, iż jego płuca funkcjonowały prawidłowo mimo bólu 

żeber.

Najwyraźniej  przeszedł  ten test  i został  przeniesiony z oszklonej  salki  do pokoju, 

gdzie monitorowano pracę jego serca. Znajdowały się tam też inne luksusy: telefon, telewizor 

i okno z widokiem na Space Needle. 

Po konferencji prasowej Kathleen poszła do Iana. Już kiedy zbliżała się do pokoju, 

106

background image

usłyszała jego głos. Rozmawiał przez telefon. Kathleen zatrzymała się w drzwiach i czekała, 

aż ją zauważy. Wiedziała, że wyczuje jej obecność.

Nie chciała jednak, by stało się to zbyt szybko. Potrzebowała trochę czasu, aby zdać 

sobie sprawę, że czuje się dziwnie skrępowana, widząc Iana w łóżku. Potrzebowała też czasu, 

by to ukryć. Nie odczuwała tego skrępowania wcześniej, kiedy szeptała słowa pełne nadziei 

do ucha człowieka, który leżał nieprzytomny z rurką w gardle. To dlatego, uświadomiła sobie, 

że ten nieruchomy kształt wydawał się mieć niewiele wspólnego z pełnym życia mężczyzną, 

którego znała. I którego teraz widziała. W łóżku.

Ian był ubrany inaczej niż w nocy. Szpitalną koszulę ukrył pod szlafrokiem, który był 

znacznie lepszej jakości niż standardowe pasiaste szlafroki używane we wszystkich innych 

szpitalach, w których Kathleen pracowała.

W tym właśnie tkwił problem, Ian Collier nie wyglądał jak pacjent. Wyglądał jak 

charyzmatyczny twórca i prezes Rain Mountain, którym był. Oczywiście to nie było jego 

biuro. Ale miał mnóstwo pracy i czasem wolał dzwonić na inne kontynenty, siedząc wygodnie 

w swoim łóżku. Po godzinach.

Po godzinach. Przed godzinami. Imperium Iana  Colliera miało oddziały na całym 

świecie. Kathleen nie wiedziała, że każdy dzień zaczynał się od takich telefonów i na nich się 

kończył. Nie wiedziała. Ale już wkrótce się dowie, wkrótce zobaczy, co Ian robi w zaciszu 

swojego domu... ich domu.

Oswoi się z tym. I może ulegnie pożądaniu, które się jednak w niej obudziło? Nie. 

Nikt   nie   wzbudzał   w   niej   pożądania.  Ani   Ian,   ani   żaden   inny   mężczyzna.   Skrępowanie 

przypomniało jej tylko o tym, czego jej brakowało, by mogła się stać w pełni kobietą.

Tak,   powiedziała   sobie,   to   skrępowanie   jest   całkowicie   zrozumiałe.   Jej   związek   z 

Ianem   jest   platoniczny.   Przyjaciele   mogą   przecież   wchodzić   do   swoich   sypialni   na 

pogawędkę i oglądać się nawzajem w łóżku. To naturalne. A może nie?

Oczywiście, że tak. Poza tym ona przyszła nie do sypialni, lecz do szpitalnej sali.

I tyle. Problem został rozwiązany. Skrępowanie ukryte. Była  gotowa, Ian mógł ją 

zauważyć w każdej chwili.

Zaskoczyło ją, że do tej pory jej nie dostrzegł. Była w polu jego widzenia. 

Dopiero   po   chwili   zorientowała   się,   że   Ian   jest   zaabsorbowany   rozmową   ze 

zrozpaczonym trzynastolatkiem.

- Jesteś świetnym narciarzem, Corey. Znacznie lepszym ode mnie, kiedy byłem w 

twoim wieku... Tak, masz rację. Dużo o mnie wiesz, prawda? Ja odkryłem góry, kiedy miałem 

trzynaście lat, a dopiero rok później pierwszy raz miałem na nogach narty. Prześcigniesz 

107

background image

mnie,   zanim   skończysz   osiemnaście...   zapamiętaj   moje   słowa...   Nie,   Corey,   ten   wypadek 

zdarzył   się   wyłącznie   z   mojej   winy.   Dałeś   znak   ręką,   a   ja   kiwnąłem   w   odpowiedzi,   bo 

myślałem o czymś innym. Ale kiedyś to powtórzymy, dobrze? I wtedy wszystko pójdzie jak 

po maśle... Tak, mówię poważnie.

Ian odwrócił głowę, zobaczył Kathleen i kiwnął do niej z uśmiechem.

- Świetnie. Muszę dojść do siebie, a potem spotkamy się na Green Valley. I pamiętaj, 

że nie zrobiłeś nic złego... Dobrze. Ja też życzę ci szczęśliwego nowego roku.

Ian odłożył słuchawkę, nie spuszczając wzroku z Kathleen.

On wie, że mogę się czuć skrępowana, pomyślała, kiedy napotkała jego zatroskane 

spojrzenie. Przysunęła krzesło bliżej łóżka, usiadła i uśmiechnęła się.

-Cześć.

-Cześć. Dobrze się spisałaś.

-Chciałam powiedzieć ci to samo.

-Miałem na myśli konferencję prasową - powiedział Ian.

-Och. Więc nie uważasz, że złośliwie zepsułam całą zabawę - czy może dramatyczne 

przedstawienie - z dziećmi, które mogłyby się urodzić przed i po Nowym Roku.

-Nie, nie uważam.

-To miło z twojej strony, zwłaszcza że to ja wymyśliłam tę wczorajszą wycieczkę do 

Crystal.

-To był świetny pomysł, Kathleen. Nie twoja wina, że zderzyłem się z tym chłopcem.

-Ani twoja. A może myślisz, że to twoja wina?

-Naprawdę nie wiem.

-Jesteś bardzo dobrym człowiekiem, Ian. Nie zaprzeczaj. Słyszałam twoją rozmowę z 

Coreyem. Wziąłeś całą winę na siebie.

-Myślę, że ten chłopiec powinien coś takiego usłyszeć.

-Kiedy   tylko   znowu   mogłeś   mówić,   postanowiłeś   zdobyć   nazwisko   i   numer   tego 

chłopca, który, jak słyszałam, nie przebywa ostatnio w domu.

-To było łatwe. Jego rodzice wiele razy dzwonili do szpitala, żeby się dowiedzieć, jak 

się czuję. Poprosiłem pielęgniarkę, żeby pozwoliła mi odebrać telefon, kiedy znowu 

zadzwonią. 

-Bardzo miło z twojej strony, że powiedziałeś to, co powiedziałeś. Bez względu na to, 

czy to prawda. Pamiętasz coś z tego zjazdu?

-Pamiętam   wszystko,   łącznie   ze   zderzeniem   i   dźwiękami,   które   mu   towarzyszyły. 

Słabo pamiętam to, co było potem. Wiem, że słyszałem krzyki, a później zemdlałem.

108

background image

-Pamiętasz, że Corey zjeżdżał z tobą?

-Nie. W ogóle go nie pamiętam. Nie widziałem go. Chyba rzeczywiście byłem bardzo 

zamyślony. Od tego czasu też dużo myślałem.

-Przecież spałeś.

-Ale mój umysł pracował. Myślałem o pewnych rzeczach. Martwiłem się.

-Czym?

-Tym, że nie powiedziałem ani tobie, ani Jamesowi, gdzie są dokumenty, które byłyby 

wam potrzebne, gdybym umarł.

-Nie potrzebowaliśmy ich.

-Nie. Ale potrzebowalibyście, gdybym nie przeżył.

-Ale przeżyłeś. Nie umrzesz.

-Nie   mam   zamiaru   umierać.   Ale   zaplanowałem   coś,   na   wszelki   wypadek. 

Przygotowałem   umowę   z   domem   pogrzebowym   i   wybrałem   cmentarz,   na   którym 

moje prochy...

-Nie będę tego słuchać!

-Czy tak się zachowuje osoba dorosła?

-W takim razie nie chcę być dorosła.

-Mogę ci chociaż powiedzieć, gdzie są te dokumenty? 

Kathleen westchnęła, ale uśmiechnęła się.

-Dobrze. 

Odpowiedział jej uśmiechem.

-Dziękuję. Informacje dotyczące pogrzebu i pochówku są w dolnej szufladzie szafy w 

moim   biurze,   w   teczce   z   napisem   „różne".   Są   tam   też   klucze   do   sejfu   i 

pełnomocnictwo   dla   Jamesa,   dotyczące   wszystkich   moich   spraw,   osobistych   i 

zawodowych.

-W porządku. Dobrze. Świetnie.

-Chcę, żebyś wiedziała coś jeszcze. W sejfie jest mój testament, sporządzony dziesięć 

lat temu. Wymaga kilku zmian, które chciałem najpierw omówić z tobą. I z Jamesem. 

Chciałem to zrobić przed Bożym Narodzeniem.

-Ale James wyjechał do Bostonu, ja zajmowałam się Georgią, a wprowadzenie zmian 

w twoim testamencie to coś, co możemy zrobić w ciągu kolejnych czterdziestu lat.

-Myślę, że zajmiemy się tym wcześniej. Chociaż...

-Chociaż? 

109

background image

-Cóż, leżąc tu i rozmyślając, doszedłem do wniosku, że gdybym umarł, a testament 

został w obecnej formie, nie byłby to koniec świata.

-Gdybyś umarł, byłby to koniec świata. Kropka. A teraz, kiedy już wiem, gdzie są te 

niezwykle ważne - to znaczy zupełnie nieważne - dokumenty, czy mogę cię o coś 

zapytać?

-Możesz.

-Czy rozmyślałeś też o czymś radosnym?

-O tak. O nas. O naszym życiu. O naszym dziecku.

-To   dobrze   -   wyszeptała   Kathleen.   Chciała   rozmawiać   o   życiu,   nie   o   śmierci.   O 

nadziei, nie o troskach. Ale nie było to w porządku w stosunku do Iana, który właśnie 

otarł się o śmierć i chciał o tym porozmawiać. -W tej chwili czuję się trochę bardziej 

dorosła, więc jeśli chcesz mi opowiedzieć o ustaleniach dotyczących pogrzebu albo... 

Wybrałeś cmentarz?

Och, Ian. Musiałeś się czuć taki samotny.

-Tak, i kupiłem kwaterę w miejscu, z którego rozciąga się wspaniały widok na góry. 

To piękne miejsce, Kathleen, a to wszystko nie było ani trochę przygnębiające.

-Nie?

-Nie.   Chciałem  wybrać   spokojne   miejsce,   dla   tych,   którzy  będą   mieli   ochotę   tam 

czasem tam wstąpić po mojej śmierci.

Dla ciebie.

-Wstąpić - powtórzyła Kathleen. - Z wizytą.

-Żeby mnie wspomnieć. To, dokąd pójdę po śmierci, gdziekolwiek by to było, ma 

niewiele wspólnego z miejscem, w którym spoczną moje prochy. Tak przynajmniej mi 

się wydaje. Rozmawialiśmy o tym, kiedy mówiliśmy o twojej matce.

-Tak - odparła. - I doszliśmy do wniosku, że ona jest blisko, w moim sercu, i że 

zawsze tam będzie.

-Tylko to się liczy. Nie to, co się zrobi z doczesnymi szczątkami.

-Ale wszystko zaplanowałeś.

-Bo   widziałem,   jak   cierpią   bliscy,   którzy   mogą   się   tylko   domyślać,   jakie   byłyby 

życzenia zmarłego. Postanowiłem oszczędzić tego moim bliskim.

Kathleen kiwnęła głową. Z praktycznego punktu widzenia Ian miał, oczywiście, rację.

-Pewnego   dnia   w   ciągu   następnych   czterdziestu   lat   pokażesz   mi   miejsce,   które 

wybrałeś.

-Umowa stoi.

110

background image

I pewnego dnia w ciągu następnych czterdziestu lat powiem ci, że jest tam też inne 

miejsce, tuż obok mojego. Kupiłem je dla... Ian nie mógł nawet o tym myśleć. Potrafił mówić 

o własnej śmierci, ale nie mógł nawet myśleć o tym, że i ona kiedyś umrze.

-Ian? Jest jeszcze coś?

-Tak. Właściwie nie jest to problem. Myślałem o tym już przed wypadkiem. Myślałem 

o Samie.

-Nie ma w tym nic dziwnego, prawda? Będziemy mieszkać tam, gdzie mieszkałeś 

kiedyś z ukochanym synem, i będziemy tam wychowywać nasze dzieci.

-Nie ma w tym nic dziwnego - przyznał. - Ale ja myślałem o nim od bardzo dawna i z 

mieszanymi uczuciami.

-Z mieszanymi uczuciami?

-Zgodnie   z   testamentem   Sam   jest   moim   głównym   spadkobiercą.   Chciałem 

wprowadzić do testamentu pewne zmiany i mogłem to zrobić bez względu na to, gdzie 

byłaś, czy gdzie był James. Ale nie zrobiłem tego.

-Bo oznaczałoby to wykluczenie Sama?

-Już czas.

-Nie, jeśli masz co do tego mieszane uczucia. Jeśli się wahasz. - Kathleen zdała sobie 

sprawę, że Ian nie był pewny, czy chce wykluczyć z testamentu syna, bo to właśnie 

Sam był powodem, dla którego stworzył swoją firmę i nazwał ją Rain Mountain. I 

właśnie   dlatego,   że   ta   firma   odniosła   tak   wielki   sukces,   Ian   sporządził   testament. 

Gdyby testament pozostał w obecnej wersji, powiedział jej, nie byłby to koniec świata. 

Kathleen zgadzała się z nim całym sercem. - Sam wiele dla ciebie znaczył... nadal 

wiele dla ciebie znaczy. To się nigdy nie zmieni. I nie powinno się zmienić. Nie ma 

sensu wykluczać go z testamentu, tak jak nie miałoby sensu próbować wymazać go z 

pamięci. Właściwie... może nadszedł czas, żebyś go na nowo poznał. Wiesz, gdzie on 

jest? Co robi?

-Nie.

-To jeszcze jeden powód, by nie wprowadzać żadnych zmian do testamentu. Najpierw 

powinieneś się tego dowiedzieć. Na pewno nie będzie trudno go odszukać. Można 

zacząć od Internetu, zobaczyć, czy są tam jakiekolwiek informacje o Samie Worthingu 

Hargrove. A jeszcze lepiej byłoby po prostu zadzwonić do Vanessy - bardzo chętnie to 

zrobię.

Ian widział gniew Kathleen, gniew wywołany przez kobietę, która dała mu syna, a 

potem mu go odebrała.

111

background image

-I przy okazji powiesz jej, co o niej myślisz?

-Dopiero, kiedy dowiem się wszystkiego, co chcę wiedzieć.

-Telefon do Vanessy to dobry pomysł. Ze względu na Sama. Wiemy, że wyjaśniła mu, 

kim byłem - i kim nie byłem - gdy miał cztery lata,, i zgodziła się powtórzyć mu to 

wszystko   później,   jeśli   będzie   o   mnie   pytał.   Prawdopodobnie   nie   pytał. 

Prawdopodobnie w ogóle mnie nie pamięta. Tak byłoby dla niego najlepiej. Wysłałem 

do Vanessy materiały dotyczące Rain Mountain na jego szesnaste urodziny, ale nie 

doczekałem się odpowiedzi.

- Przecież nie wiesz, czy mu je pokazała. Poza tym to było dwadzieścia lat temu. Sam 

był wtedy nastolatkiem, a teraz to dorosły człowiek. Jest dwa lata starszy od twojej oddanej 

przyjaciółki. - Kathleen już układała w głowie plan działania. Postanowiła odszukać Sama. A 

jeśli po rozmowie czy nawet spotkaniu z nim dojdzie do wniosku, że Ian także powinien się z 

nim spotkać, że byłoby to radosne spotkanie, zorganizuje je.

-Porozmawiajmy o jutrzejszym dniu - zaproponował Ian.

-Dobrze. Uważam, że ten pokój bardzo dobrze się nadaje na naszą małą uroczystość.

-Nie tak dobrze jak nasz salon.

-Nie, Ian, nie sądzę...

-Siedmioraczki nie przyjdą na świat tej nocy?

-Przyjdą.

-Więc później będziesz wolna. Będziesz mogła wrócić do domu, wyjść za mąż, wziąć 

urlop... Prawda?

Uśmiech Kathleen mówił wyraźnie, że też o tym myślała.

-Nie chodzi o mnie.

-Bywałem już w gorszym stanie, a następnego dnia znowu miałem narty na nogach.

-Czyżby?

-No, prawie - Ian spoważniał. - Chcę, żebyśmy się pobrali w naszym domu, Kathleen. 

Jutro wieczorem o siódmej, tak jak zaplanowaliśmy. Bardzo tego pragnę.

Nasze nowe życie, w naszym nowym domu, od pierwszego dnia zupełnie nowego 

roku. To był ich radosny plan... Ich uroczysta obietnica. Plan, którego chcieli się trzymać.

-Ja też tego pragnę - powiedziała w końcu Kathleen. - Więc tam się pobierzemy. A 

propos, mam świadka.

-Naprawdę?

-Nie wierzysz mi?

-Zawsze ci wierzę. Czy to ktoś, kogo znam?

112

background image

-Właściwie...   -   W   tym   momencie   rozległ   się   dźwięk   pagera.   Kathleen   wstała   i 

odczytała wiadomość. - Opowiem ci o tym później. Teraz muszę zejść na dół.

-Zaczęło się? 

-Raczej nie. Moim zdaniem mamy jeszcze kilka godzin. Ale muszę ją zobaczyć, żeby 

się upewnić. Może będą mogła tu wrócić dopiero po odebraniu dzieci - kiedykolwiek 

by to miało nastąpić.

-To znaczy trochę przed, a trochę po północy?

-Och, niewykluczone!

-Nie martw się o mnie, Kathleen. Dam sobie radę. Będę miał stąd wspaniały widok na 

pokaz sztucznych ogni, więc gdybyś miała chwilkę...

Ian   nie   skończył   zdania.   Nie   musiał.   Kathleen   wiedziała,   co   chciał   powiedzieć,   i 

pragnęła tego samego co on. Jeśli będzie wolna, przyjdzie do niego o północy, by razem 

mogli uczcić początek nowego, cudownego roku.

Rozdział 11

Sarah's Orchard

Sylwester

Godzina 20.00

Apple Butter Ladies, Clara i Eve, były szwagierkami. Sam na ogół rozmawiał z Clarą. 

I właśnie do niej teraz zadzwonił. Odebrała natychmiast.

-Tylko nie mów, Ryan, że zmieniłeś zdanie! Ani się waż!

-W żadnym wypadku - odparł Sam roześmianej siedemdziesięcioośmioletniej damie. - 

Ale to ja, Claro. Sam. Nie Ryan.

- Sam?

-Sam Collier.

-Wiem, jaki Sam! - W głosie Gary McKenzie było tyle samo sympatii co wtedy, gdy 

myślała, że rozmawia ze swoim wnukiem. - Nie wiem tylko, skąd dzwonisz. Dobre 

połączenie, prawda? A pewnie jesteś w jakimś egzotycznym miejscu.

-Jestem u siebie. Dzwonię, żeby ci życzyć szczęśliwego Nowego Roku.

-Dziękuję!  To  bardzo   miło   z  twojej   strony.   Ja  też   ci  życzę  szczęśliwego  Nowego 

113

background image

Roku! Czy coś się stało? Nigdy nie wracałeś do domu tak szybko.

Sam postanowił, że nie przyzna się, jeśli nie będzie musiał, do tego, że w ogóle nie 

wyjeżdżał. Nie chciał, by Clara się martwiła, że samotnie spędził święta. 

- Nic się nie stało, wszystko jest w najlepszym porządku. Chciałem cię też zapytać o 

sprzedaż przed świętami, ale jeśli czekasz na telefon od Ryana...

-Nie   czekam.   Dzwonił   już   i   powiedział,   że   zamierzają   z   Suzie   zostać   na   noc   w 

Sacramento. Mieli tu dzisiaj być, ale wyjechali późno, na drogach już jest duży ruch. 

Powiedziałam   mu,   że   to   dobry   pomysł,   żeby   się   zatrzymali,   ale   kiedy   telefon 

zadzwonił znowu po dziesięciu sekundach, przestraszyłam się, że zmienił zdanie, bo 

nie chce, żebym spędziła sylwestra zgorszona faktem, że on i Suzie spędzą noc w 

jednym pokoju hotelowym. Tak jakbym mogła się zgorszyć!

-Kto to jest Suzie?

-No tak, jeszcze nic nie wiesz. Mój wnuk się zakochał. Możesz w to uwierzyć?

-Owszem, mogę. - Sam pomyślał o Ryanie McKenzie, który pracował latem w jego 

sadzie w ciągu dnia, a wieczorami zajmował się komputeryzacją firmy swojej babki. 

Sam uznał, że to na pewno coś poważnego. - Lubisz Suzie?

-Jeszcze jej nie poznałam! Ale będą tu razem do dziesiątego stycznia. Wszyscy inni za 

nią przepadają, słyszałam też, że chcą się pobrać w czerwcu, a potem zamieszkać tutaj.

-Ryanowi bardzo podoba się Sarah's Orchard.

-Prawda? Jedyny z moich wnuków, który woli wieś od wielkiego miasta. Nie wiem, co 

ma   zamiar   tu   robić.   Na   pewno   nic,   co   miałoby  jakiś   związek   z   jego   stopniem   z 

socjologii. Nie zdziwiłabym się, gdyby chciał z tobą porozmawiać o pracy w sadzie.

-Dam   mu   pracę,   jeśli-tylko   będzie   zainteresowany.   Zawsze   był   moim   ulubionym 

pracownikiem.

-Moim też. A skoro o tym mowa, pytałeś, jak wyglądała sprzedaż przed świętami. 

Fantastycznie, krótko mówiąc. To nasz najlepszy rok. Zostały nam tylko trzy słoiki, 

które też pewnie znikną, kiedy pojawi się tu Ryan. Wkrótce będziemy musiały znowu 

wziąć się do pracy. Teraz mamy przerwę.

-Zasłużoną.

-Muszę przyznać, że to były bardzo wesołe, beztroskie święta. Ale lubimy przyrządzać 

konfitury. Miło jest dobrze bawić się przy pracy.

-Bardzo miło- zgodził się Sam, a kiedy zapadła cisza, uświadomił sobie, że zbliża się 

do końca rozmowy, która i tak trwała dłużej, niż się spodziewał. Miał ochotę życzyć 

komuś szczęśliwego Nowego Roku. Nikogo nie znał lepiej od Clary - której właściwie 

114

background image

prawie nie znał. Życzył jej szczęśliwego Nowego Roku, Clara była mile zaskoczona, a 

teraz nadszedł czas, by się pożegnać. Jednak... - Mam szczeniaczka.

-To cudownie, Sam! Powiedz mi coś więcej. 

-To cocker-spaniel. Suczka. Nazwałem ją Holly.

-Cóż   -   powiedziała   Clara   McKenzie   -   mam   nadzieję,   że   Holly   wie,   jaka   z   niej 

szczęściara!

Natalie   widziała   już   zakochanego   Jamesa   Gannona.   Zakochanego   w   Christine. 

Wiedziała, jak wygląda jego przystojna twarz, kiedy jest szczęśliwy.

Wiedziała także, jak patrzą jego ciemnoniebieskie oczy, kiedy pożąda jej, Natalie.

Czuła jego smutek, kiedy zadzwonił, by powiedzieć, że on i Christine jednak nie kupią 

domu przy Magnolia Bluff.

Słyszała wyczerpanie w jego głosie i wyobrażała sobie jego podkrążone oczy podczas 

ich długiej rozmowy poprzedniego wieczoru i jeszcze kilka razy w ciągu następnego dnia.

Dzisiaj   dzwonił   tylko   raz.   Mimo   frustracji   wywołanej   faktem,   że   jego   lot   został 

opóźniony, Natalie powiedziała mu wszystko, co wiedziała, o wypadku Iana i jego stanie 

zdrowia.

Mieszkała blisko szpitala i była na bieżąco. Informacji dostarczały jej pielęgniarki 

mieszkające w tym samym budynku. Nie wiedziały, że Natalie zna Iana Colliera osobiście. 

Ale kiedy wyjaśniła, że Ian był  nie tylko jej klientem, ale i przyjacielem - przyjacielem 

Jamesa,   dodała   w   myślach   -   chętnie   mówiły   jej   o   wszystkim.   Zwłaszcza   odkąd   Iana 

odwiedziła Kathleen i mogły przekazywać tylko dobre wieści.

Natalie usłyszała ulgę w głosie Jamesa, kiedy przekazała mu te dobre wieści. A także 

wtedy, gdy okazało się, że w końcu podano nową godzinę wylotu. A podczas jednej rozmowy, 

już miejscowej, usłyszała w jego głosie uśmiech. Opóźniony samolot właśnie wylądował i 

pasażerowie włączyli telefony komórkowe.

James chciał najpierw wstąpić do siebie. Powiedział, że przyjedzie do niej o dziewiątej 

trzydzieści, jeśli to nie za późno.

Natalie   odparła,   że   bardzo   jej   to   odpowiada.   Nigdy   nie   jest   za   późno,   żeby   cię 

zobaczyć, pomyślała.

Ale kiedy punktualnie o wpół do dziesiątej rozległ się dzwonek i Natalie otworzyła 

drzwi, pomyślała z przerażeniem, że może już jest za późno - dla Jamesa. Nigdy nie widziała 

go w takim stanie.

115

background image

Spodziewała się, że będzie wyczerpany. Ale on wydawał się bliski śmierci. Schudł, a 

Natalie dobrze wiedziała, że nie miał choćby jednego zbędnego grama tłuszczu.

Był bardzo blady. Jego twarz była biała jak kreda. Nawet nie miał podkrążonych oczu. 

Co to mogło oznaczać? Że jego serce przestało bić? A może, co bardziej prawdopodobne, 

zostawił serce w Bostonie? 

Natalie miała ochotę dotknąć tej bladej twarzy, ogrzać jego sine wargi swoimi ustami i 

dać   mu   całą   swoją   miłość.  Ale   jeśli   jego   serce   zostało   w   Bostonie,   nie   potrzebował   jej 

miłości. Dałaby mu ją. Już mu ją dała; Tylko on o tym nie wiedział.

Martwiłby   się   o   nią.   Martwiłby   się,   bo   wiedział,   co   znaczy   darzyć   kogoś 

nieodwzajemnioną   miłością.   Wyznanie   Natalie   przysporzyłoby   mu   tylko   dodatkowych 

cierpień. Ale przecież dał jej serce... Biło w głębi jej ciała, małe serduszko, które było czystą 

radością... i siłą, zdolną utrzymać przy życiu je obie, matkę i córkę.

-Natalie?

-Jesteś - mruknęła do żywego trupa stojącego w progu.

-Jestem i wyglądam pewnie gorzej niż zwykle. Właściwie nie zdawałem sobie sprawy, 

jak źle wyglądam, dopóki nie spojrzałem w lustro u siebie w mieszkaniu. W Bostonie 

nie zwracałem na to uwagi.

Miałeś  ważniejsze   rzeczy  na  głowie.  Ale   postanowił   najpierw   wstąpić   do  siebie   i 

wziąć prysznic, ogolić się i przebrać, zanim przyjdzie do niej. To też było ważne. Prysznic, 

golenie, zmiana ubrania. Akty uprzejmości. James zawsze był dżentelmenem.

- Wyglądasz... okropnie.

W jego oczach zabłysła iskierka rozbawienia.

-Tak okropnie, że nie zechcesz mnie wpuścić?

-Och! Przepraszam - Natalie gestem zaprosiła go do środka. - Wejdź, proszę.

-Dziękuję.

-Napijesz się czegoś?

-Nie, dziękuję.

Natalie, która była już w drodze do kuchni, odwróciła się.

-Słucham?   -   powiedziała   lekko,   zalotnie.   Czuła,   że   musi   podsycać   tę   iskrę,   musi 

utrzymać go przy życiu. Nawet jeśli będzie to wymagało udawania wesołości. Ten 

lekki ton, choć fałszywy, pomagał jej powstrzymać się od tego, co miała ochotę zrobić 

-   dotknąć,   okazać   miłość   -   i   robić   to,   czego   chciał   od   niej   James.   Cokolwiek   to 

będzie...

-Nie chcę nic do picia.

116

background image

-Mam też pudełko czekoladek...

-Dziękuję, Natalie. Wystarczy mi, że jestem tu... z tobą - powiedział miękko, a jego 

oczy zalśniły czystym błękitem.

-James   -   Natalie   dotknęła   jego   niemal   przezroczystej   twarzy.   -   Powiedz,   czego 

potrzebujesz. Co mogę zrobić.

Objął jej nadgarstki wychudłymi palcami. 

- Czego potrzebuję - powtórzył. - Sam chciałbym to wiedzieć. Wiem, czego bym 

chciał - iść z tobą do łóżka, zatracić się w tobie...

-Czy to takie straszne?

Uśmiechnął   się,   unosząc   jej   dłonie,   które   spoczywały  na   jego   policzkach.   Natalie 

koniuszkiem palca dotknęła zagłębienia u nasady jego arystokratycznego nosa.

- Nie, ani trochę. Ale to nie jest odpowiedź.

Uśmiech zniknął, a Natalie poczuła, jak mięśnie jego twarzy tężeją.

-A co jest odpowiedzią?

-Dobre pytanie. Niestety, znowu muszę powiedzieć „chciałbym to wiedzieć". - James 

ujął jej dłonie. - Tak mi przykro, Natalie. Chyba nie powinienem był tu przychodzić.

Natalie uczepiła się tego „chyba". Czerpała z tego słowa siły. Jego ręce ciągle ściskały 

jej dłonie - i czerpały z nich siły? Natalie wątpiła w to. A jednak... wydawało się, że nie chciał 

odejść.

- Mogłabym zadawać ci pytania - powiedziała lekkim tonem. – Kto wie? Może jedno 

z nich zaprowadziłoby nas do odpowiedzi. To znaczy, doszliśmy już do wniosku, że moje 

ostatnie pytanie było dobre.

James puścił jej ręce. Odsunął się.

-Pytaj.

-W   porządku.   Może   usiądziemy?   -   zaproponowała,   także   ze   względu   na   siebie. 

Wiedziała   już,  jakie  będzie   jej  pierwsze   pytanie.  Wolała   siedzieć,  kiedy  będzie  je 

zadawać.

James uśmiechnął się.

- Jasne.

Nietrudno było zdecydować, gdzie usiąść. W jej małym saloniku były dwie małe sofy, 

stojące naprzeciw siebie przy stoliku. Natalie żałowała, że nie postawiła na nim czekoladek, 

bo James patrzył teraz na to, co tam leżało: na paczkę, którą do niej wysłał.

- Pomyślałam, że będziesz chciał ją zabrać.

Oderwał zatroskany wzrok od paczki i spojrzał na Natalie.

117

background image

-To też coś, co chciałbym wiedzieć... Więc pytaj, Natalie.

-Cóż, wydaje mi się, że cokolwiek... tak cię dręczy, ma jakiś związek z tymi dwoma 

miesiącami w Bostonie.

-Nie przeczę.

-Więc musi mieć też związek z Christine.

-Albo z Grantem.

Albo z Christine i Grantem.

- Wiem, co mnie martwi, Natalie. Tylko nie wiem, co z tym zrobić. 

- Rozmowa o tym mogłaby ci pomóc.

-Owszem. Ale trudno mi o tym myśleć, a co dopiero głośno o tym mówić.

Więc nic nie powiedział. Nie mógł, nie w Bostonie. Teraz jednak był w Seattle, w 

domu, i miał zamiar jej powiedzieć. Miał zamiar jej zaufać. Powiedz mi, czego potrzebujesz, 

James. Powiedz, co mogą zrobić. Już powiedział, czego potrzebuje - wypowiedzieć bolesną 

prawdę na głos.

Wciąż   tego   nie   zrobić.   Zastanawiał   się   pewnie,   czy   powinien   obarczać   ją   takim 

cierpieniem. Za późno, James. Zdecydowanie za późno.

- Wciąż kochasz Christine.

Jej słowa wyrwały go z zamyślenia.

-Co powiedziałaś?

-Wciąż kochasz Christine.

-Nie mogę uwierzyć, że coś takiego przyszło ci do głowy.

-Ale... Więc nie kochasz jej?

-Christine? Nie, Natalie. Nie kocham jej. Martwię się o nią. Współczuję je. Ale jej nie 

kocham. Coś mi się wydaje, że mnie nie słuchałaś.

-Kiedy?

-W łóżku. - W jego głosie była czułość. I pożądanie. - Cytat z Szekspira.

-Słuchałam.

-I?

-I pamiętam. Mówiłeś, że koniec to początek, a przeszłość to przeszłość.

-Ale?

-Ale wtedy przeszłość, to znaczy Christine, była daleko.

-Nie   ma   znaczenia,   gdzie   ona   jest   ani   gdzie   ja   jestem.   Nie   kocham   jej.   -   James 

uśmiechnął się, w jego oczach znowu błysnęło pożądanie. - Naprawdę, Natalie. Nie 

kocham Christine.

118

background image

Nie mogła mu nie uwierzyć. Nawet nie próbowała. Gdyby tylko ta cudowna chwila 

trwała wiecznie. Nie trwała.

James musiał jej coś powiedzieć. Coś innego. A Natalie musiała to usłyszeć.

-Myślę o Grancie. 

Natalie spojrzała na paczkę.

-Co jest w środku?

-Szara koperta, którą Grant ukrył pod deskami podłogi w swojej sypialni w Bostonie 

w przeddzień aresztowania.

-A co jest w tej kopercie? 

-Nie wiem. Nie zaglądałem do niej. Mogę się tylko domyślać.

-I?

-I   sądzę,   że   może   zawierać   zdjęcia   z   miejsc   zbrodni   i   inne   materiały   z   ponad 

trzydziestu   nierozwiązanych   morderstw.   Morderstwa   te   popełniono   na   przestrzeni 

wielu lat w dwudziestu stanach i do niedawna uważano, że nie są ze sobą powiązane. 

Może tak być. Ale kiedy ekspert FBI przejrzał te dane ponownie, dostrzegł coś, co 

może wskazywać, że wszystkie morderstwa to dzieło jednego zabójcy.

-Wcześniej nie rozważano takiej możliwości?

-Jeśli   nawet,   to   ją   odrzucono.   Wszystkie   ofiary   były   kobietami,   ale   na   tym 

podobieństwa   się   kończą.   Miały   od   osiemnastu   do   pięćdziesięciu   lat,   pochodziły 

zarówno z bardzo bogatych, jak i bardzo ubogich środowisk i różniły się od siebie pod 

względem fizycznym. Poza tym za każdym razem przyczyna śmierci była inna.

-Seryjni zabójcy mają zwykle wyraźne preferencje, prawda? Zarówno jeśli chodzi o 

typ ofiary, jak i o sposób, w jaki zabijają.

-Tak się powszechnie uważa. Nie wiem - Grant nie wie - co spowodowało, że ekspert 

z FBI dostrzegł jakiś zawiązek między tymi sprawami.

-Nie powiedział Grantowi, co to jest?

-Nie. Chciał, żeby Grant spojrzał na te dane świeżym okiem, żeby się przekonać, czy i 

on dostrzeże to samo. Grant uznał, że tak będzie lepiej.

-Kryminolodzy, których widziałam w telewizji, zgodnie uważali, że Grant jest równie 

dobry jak eksperci FBI, z którymi pracowali.

-Grant jest jednym z najlepszych. Może nawet jest najlepszy. Chociaż on sądzi, że 

najlepszy jest ten człowiek, który poprosił go o konsultację.

-I   który   musi   bardzo   Granta   szanować,   skoro   zrobił   to,   mimo   że   Grant   został 

aresztowany.

119

background image

-Grant był mu za to wdzięczny. I zaintrygowany, bo być może mamy do czynienia z 

nietypowym - wręcz unikalnym - przypadkiem seryjnego zabójcy.  Nie jest jednak 

pewny. Paczka przyszła do jego biura na dzień przed aresztowaniem. Przejrzał zdjęcia, 

ale bardzo pobieżnie.

-Powiedziałeś, że są tam też inne materiały.

-Tak, dostarczone przez rodziny ofiar repliki rzeczy, które zabrał zabójca.

-Na przykład biżuteria.

-Zazwyczaj.

-A w tym przypadku?

-Grant   mi   nie   powiedział.   Nie   jestem   pewny,   czy   wie.   Zdawał   sobie   sprawę,   że 

zostanie aresztowany. Wiele informacji przeciekło do gazet. Obawiał się, że ktoś z 

prasy brukowej może się włamać do jego biura. 

-Wiec zabrał te materiały do domu.

Najpierw chciał je zwrócić FBI, ale ekspert, od którego je otrzymał, znowu mu zaufał. 

Powiedział Grantowi, żeby schował je w bezpiecznym miejscu i zajął się tym, kiedy wyjdzie 

z więzienia. Grant mówi, że te zdjęcia z miejsc zbrodni należą do najbardziej drastycznych, 

jakie   kiedykolwiek   widział.   Nie   chciał,   żeby  Christine   je   znalazła,   więc   schował   je   pod 

podłogą. Już kiedyś korzystał z tego schowka. Powiedział mi jednak, że czułby się lepiej, 

gdyby koperty tam nie było. Poprosił, żebym ją zabrał i wysłał w jakieś bezpieczne miejsce. 

Zrobiłem to. Nie mówiąc ci, co jest w środku.

-Wiedziałeś, że jej nie otworzę. I cieszę się, że tego nie zrobiłam. -Natalie spojrzała na 

paczkę i wzdrygnęła się na myśl o tym, co zawiera. Albo... - Powiedziałeś, że koperta 

może zawierać te materiały.

-Uważnie mnie słuchasz, prawda?

-Bardzo uważnie. Martwisz się, że Grant cię okłamał co do jej zawartości. - Natalie 

wiedziała, że to nie tyle zmartwienie, ile prawdziwa udręka. Nie chodziło o drobne 

kłamstwo przyjaciela, James wybaczył już Grantowi znacznie większą zdradę. - Co, 

twoim zdaniem, jest w tej kopercie?

-Jeszcze jedno pytanie, na które muszę odpowiedzieć „chciałbym to wiedzieć".

-Czy Grant prosił, żebyś do niej nie zaglądał?

-Nie.

-Więc mogłeś to zrobić.

-I zrobię.

-Ale nie spieszysz się z tym.

120

background image

-Z   jednej   strony   mam   ochotę   natychmiast   ją   rozerwać,   z   drugiej   -nigdy   jej   nie 

otworzyć.

-Gdybyś wierzył, że Grant mówi prawdę, od razu byś ją otworzył.

-Nie.   Gdybym   wierzył,   że   Grant   mówi   prawdę,   nigdy  bym   jej   nie   otworzył.   Nie 

musiałbym tego robić.

-Powiedziałeś już, że ją otworzysz.

-To prawda. A to znaczy, że mu nie wierzę. Problem w tym, że nawet jeśli Grant mówi 

prawdę i koperta zawiera to, co powiedział, że zawiera, ja i tak miałbym wątpliwości.

-Co do czego? - spytała Natalie, choć tym razem znała odpowiedź.

I wiedziała, że tym razem zrobi to, czego oczekiwał od niej James: wysłucha jego 

wyznania.

- Co do tego, czy Grant rzeczywiście nie jest winny śmierci Paris Eugenii Bally. - 

Stało się. Powiedział to. I nagle ogarnął go spokój - z powodu Natalie, która czekała, aż 

powie jej więcej o swoich wątpliwościach. Czy podejrzewa, że Grant nieświadomie wziął 

udział w zabójstwie? Czy sądzi, że był wspólnikiem mordercy? Czy też uważa, że sam z 

zimną krwią zamordował tę kobietę? - Moim zdaniem, Natalie, jest możliwe, że Grant chciał 

zabić Paris, zaplanował, jak ją zabije, i w końcu ją zabił. Natalie patrzyła na niego w zadumie, 

ani przez chwilę nie wątpiąc, że jest przy zdrowych zmysłach. Chciała zrozumieć - na tyle, na 

ile coś takiego można zrozumieć - dlaczego Grant popełnił taką zbrodnię. Jeśli to zrobił.

-Ale dlaczego, James?

-Dlaczego Grant zabił Paris? Czy dlaczego uważam, że to zrobił?

-Jedno i drugie.

-Łatwiej odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Zabił ją, bo sądził, że może to zrobić i 

ujdzie mu to na sucho.

-Ale mylił się.

-Nie jestem tego taki pewny.

-Przecież został aresztowany.

-Oczekiwał tego. Chciał tego.

-Żeby ruszyć sprawy z miejsca.

-Tak.   Żeby   zrealizować   swój   plan.   Od   początku   utrzymywał,   że   kiedy   zobaczy 

dowody, które zostały użyte, by go wrobić, będzie w stanie wskazać prawdziwego 

zabójcę. Mówił to z wielką pewnością. A ja tę pewność podzielałem.

-Wierzyłeś, że jest niewinny.

-Tak, i wierzyłem w system, który w końcu zawsze wypuszcza niewinnego człowieka 

121

background image

na wolność. Ale teraz sądzę, że jego pewność siebie nie wynikała z niewinności, tylko 

z arogancji. Grant uważa, że popełnił morderstwo doskonałe. Świetnie się bawi, już 

rozkoszuje się przyszłym triumfem. Największą przyjemność sprawia mu igranie ze 

mną. Przypuszczam, że chce, żebym wiedział, czego się dopuścił - i żebym nic nie 

mógł z tym zrobić.

-Ale ty nie pozwolisz, żeby uszło mu to na sucho.

-Nie chciałbym mu na to pozwolić. Ale nie mam dowodów. A dowody spreparowane 

przez Granta po to, by obciążyć kogoś innego - ktokolwiek to jest - na pewno będą 

bardzo przekonujące.

-W końcu Grant popełni jakiś błąd. Psychopaci zawsze popełniają błędy.

-Grant może nie być psychopatą.

-Musi nim być, jeśli...

-Jeśli naprawdę zrobił to, co moim zdaniem zrobił? To tylko moje zdanie, Natalie. Nie 

mam pewności. Bo nie mam dowodu.

-A jego arogancja? To, że się tobą bawi, że chce, żebyś wiedział? 

-To wszystko może być grą.

-Grą?

-Albo rodzajem próby. Może Grant chce sprawdzić, czy zdoła mnie sprowokować do 

wystąpienia z bezpodstawnymi oskarżeniami.

-Ale w jakim celu?

-Bez celu. To tylko jeszcze jedna z jego gier.

-Jeszcze jedna?

-Jedną z ulubionych rozrywek Granta, kiedy studiował w college'u, było wymyślanie 

zbrodni   doskonałych.   Niby  nieszkodliwa,   ale   zabawiał   się   tak   głównie   ze   swoimi 

profesorami, nigdy ze mną. Nasza przyjaźń nie przetrwałaby tego, i on o tym wiedział. 

A wtedy nasza przyjaźń była dla niego ważna. Ważniejsza dla niego niż dla mnie.

- Ciekawe, jak ważna jest dla niego teraz.

James uśmiechnął się.

-Odkąd   odebrał   mi   Christine?   -   Uśmiech   zniknął   z   jego   twarzy.   -Albo   w   ogóle 

przestała być ważna, albo jest ważniejsza niż kiedykolwiek. Dlatego właśnie to musi 

być rodzaj próby. Czy naprawdę sądzę, że byłby zdolny do morderstwa?

-Uważasz, że byłby do tego zdolny, bez względu na to, czy zabił Paris, czy nie.

-Tak.

-Więc jest psychopatą.

122

background image

-Albo   kimś   jeszcze   gorszym.   Kimś,   dla   kogo   zabijanie   jest   tylko   intelektualnym 

wyzwaniem, świetną zabawą. Grą. A jeśli nawet jest psychopatą, spędził wiele lat, 

studiując błędy, jakie popełniali inni zabójcy.

-W końcu on też popełni błąd, a ty będziesz miał dowód.

-Zakładając, że to on zabił Paris.

-Zakładając, że to on zabił Paris. - I zakładając, że popełnił błąd, że policja uwierzy w 

oskarżenia Jamesa i Grant zostanie skazany. To byłaby prosta droga. Zbrodnia i kara. 

Ale jeśli Grant, choć zdolny do popełnienia takiej zbrodni, jednak nie zabił Paris? 

Albo zabił ją, ale w sposób tak przemyślany, że James nie odkryje żadnego błędu? 

Albo zabił ją, ale zostanie uniewinniony z powodu jakiegoś błędu proceduralnego? 

Albo...   albo...   albo...   Wiem,   co   mnie   martwi,   powiedział   James,   tylko   nie   znam 

odpowiedzi.   James  może   nigdy  nie   poznać   odpowiedzi.   Będzie   jednak   jej   szukał, 

wybierze jedyną drogę, jaką może wybrać człowiek honoru. Natalie obawiała się, że ta 

droga   może   wieść   donikąd.   Spojrzała   na   puszkę   Pandory   leżącą   między   nimi   na 

stoliku. - Może już popełnił jakiś błąd. Może dowód jest w tej kopercie. 

-Grant nigdy nie popełniłby takiego błędu. Wie, że gdyby dał mi do ręki cokolwiek, co 

mogłoby być dowodem zbrodni, natychmiast oddałbym to policji. On chce, żebym się 

zastanawiał i dręczył, zanim w końcu zdecyduję się zajrzeć do środka.

-A kiedy zajrzysz, będzie to znaczyło, że nie uwierzyłeś w to, co mówił o zawartości 

koperty.

-Właśnie.

-Może w środku jest dokładnie to, co ci powiedział - zdjęcia z nierozwiązanych spraw 

z archiwum FBI.

-Może. Ale mogą to też być zdjęcia, które robił sam Grant - akty jego kochanek, 

łącznie z, jak przypuszczam, Christine.

-Grant robi coś takiego?

-Robił kiedyś. W college'u. Uważasz, że to niezwykłe?

-Nie, nie w college'u. - Ani w szkole średniej, pomyślała Natalie, przypominając sobie 

swoje szkolne dni. Wszystkie jej koleżanki pozwalały się fotografować nago swoim 

chłopakom.   Nazywały  to   pozowaniem.   Uważały,   że   to   nic   wielkiego,   ryzykowały 

tylko tym,  że zdjęcia mogły wpaść w ręce kogoś  z dorosłych. Wtedy nie istniała 

jeszcze   zapewniająca   większą   dyskrecję   fotografia   cyfrowa,   nie   mówiąc   już   o 

łatwości,   z   jaką   obecnie   można   rozpowszechniać   pornografię.   -   Czy   Grant   sam 

wywoływał filmy, czy używał polaroida?

123

background image

-Używał polaroida. Ja nigdy nie widziałem tych zdjęć. Nie miałem ochoty ich oglądać. 

Ani zdjęć Granta, ani żadnych innych aktów, które krążyły po akademiku.

-Byłeś dżentelmenem.

-Nie sądzę, żeby te dziewczyny miały coś przeciw temu. Ale oglądanie takich zdjęć 

pachniało... wojeryzmem.

-Myślisz, że Grant ciągle robi takie zdjęcia?

-Nie wiem. Gdyby nawet, nie wspomniałby mi o tym. Jeśli je robi, to - w ramach 

próby - mógł je włożyć do tej koperty. Natalie? - Nie podniosła głowy, więc wyciągnął 

rękę, dotknął jej podbródka i uniósł go lekko. Potem cofnął rękę. - Przepraszam. Nie 

powinienem cię tym obarczać.

-Owszem,   powinieneś.   Po   prostu   na   chwilę   zgubiłam   się   w   tym   bagnie,   pełnym 

różnych „a jeśli" i „a jeśli nie".

-Coś mi się zdaje, że znam to bagno.

-Nie wątpię. Obiecasz mi coś?

Sądziła, że zmarszczy brwi. Że będzie się wahał. Postara się uniknąć jednoznacznej 

odpowiedzi. „Zobaczymy." „To zależy". Ale James nie wahał się ani chwili.

- Wszystko. 

- Och!

-Dziwi cię to?

-Jeszcze nikt nie złożył mi żadnej bezwarunkowej obietnicy.

-Wierzę, że nie chcesz ode mnie niczego, czego nie będę w stanie zrobić.

-Cóż, myślę, że to możesz zrobić. Obiecaj mi, że ilekroć zawędrujesz na to bagno, 

weźmiesz mnie ze sobą. Albo, jeśli nie będzie mnie w pobliżu, opowiesz mi o tym, 

kiedy będziesz mógł.

Teraz James się zawahał. Zmarszczył brwi.

-To bardzo głębokie, ponure bagno.

-Wiem.

-A czy ty obiecasz mi to samo?

-Tak.

-Więc masz moje słowo.

-Dziękuję.

-To ja ci dziękuję, Natalie.

-Rozmowa pomogła?

-Tak. Rozmowa z tobą mi pomogła. Teraz ty ze mną porozmawiaj.

124

background image

-O czym?

-O tym, co cię martwi, i nie ma nic wspólnego z Grantem ani z Christine.

-Dlaczego myślisz, że jest coś takiego?

-Słyszałem to w twoim głosie ubiegłej nocy, kiedy cię zbudziłem.

-Nie mam żadnych zmartwień, James.

W każdym razie nie mam zmartwień, które nie wiązałyby się z Grantem i Christine.

-Na pewno?

-Na pewno.

Wszystkie moje zmartwienia mają związek z Grantem i Christine. Bo to Christine 

powiedziała mi, że nie chciałeś mieć dzieci, zanim się w niej nie zakochałeś. A teraz ja jestem 

w ciąży. Z tobą, James. A ty patrzysz na mnie w taki sposób, że zaczynam się zastanawiać, 

czy po prostu ci o tym nie powiedzieć. Bo widzę w twoich oczach tyle czułości i - może - 

nawet miłość. Ale skąd mam wiedzieć, czy tak jest? Nigdy nikt mnie nie kochał. A teraz mam 

nowe   zmartwienie.   Tak,   znowu   zawędrowałam   na   to   bagno.   Sama.   Już   złamałam 

przyrzeczenie? Nie, bo to jedno ze zmartwień, o których nie chcesz słuchać. Wiąże się z 

Grantem. I z Christine. Christine, której już nie kochasz. Ale może zakochałbyś się w niej - 

kto nie kochałby Christine? - gdyby Grant został skazany za morderstwo, a ona znowu byłaby 

wolna. 

- Natalie? - powiedział James ostro, niemal rozkazująco.

-Tak?

-Powiedz mi, o czym myślisz. Powiedz prawdę. Prawdę. Prawdę mogła mu 

powiedzieć.

-Myślałam o tym, jak było, kiedy ostatnio do mnie przyszedłeś. I o dziecku, które 

wtedy poczęliśmy.

-Domyślam się, że nie było to zbyt przyjemne wspomnienie.

-Bardzo przyjemne.

-Ale?

-Cóż, myślałam, jaka to szkoda, że nie możemy tego powtórzyć.

- Dlaczego nie możemy? - Teraz w głosie Jamesa była czułość i – może - miłość. - 

Zaczekaj. Chyba wiem. Wyglądam zbyt okropnie.

Natalie spojrzała na najbardziej seksownego mężczyznę, jakiego znała. Och, był blady 

i wyczerpany. Ale jego oczy znowu błyszczały. I tak bardzo jej pragnął.

-Nie wyglądasz zbyt okropnie - mruknęła. - Ale zastanawiam się, czy nie powinniśmy 

zabrać do sypialni czekoladek. Wiesz, na wszelki wypadek.

125

background image

-Na   wypadek,   gdybym   musiał   się   czymś   wzmocnić?   -  W  jego   błękitnych   oczach 

błysnęło rozbawienie. Wstał i wyciągnął do niej rękę.

-Chodź, Natalie.

Nie zabrał czekoladek, tylko od razu zaprowadził ją do sypialni, gdzie pokazał jej, że 

to ona jest wszystkim, co było mu potrzebne.

Rozdział 12

Queen Anne Medical Center

Sala operacyjna numer 7

Sylwester

Godzina 22.58

- W porządku, Kathleen. - Anestezjolog kiwnęła głową. - Możesz zaczynać. - Dobrze. 

- Kathleen wzięła głęboki oddech i rozcięła napiętą skórę brzucha Georgii.

Cesarskie   cięcie   przebiegło   szybko,   mimo   że   trzeba   było   wyjąć   siedmioro   dzieci. 

Kilka par rąk w chirurgicznych rękawiczkach przenosiło malutkie ciałka na sterylne błękitne 

ręczniki.   Po   odcięciu   pępowiny   każde   z   dzieci   miało   zostać   zabrane   przez   wyznaczony 

wcześniej   zespół   na   badania,   a   następnie   do   inkubatora   na   oddziale   intensywnej   terapii 

neonatologicznej.

Tylko jedna z partnerek Kathleen - Stephanie - asystowała przy porodzie. Ale byli 

wszyscy, i wszyscy byli świadkami tego niemal bezgłośnego dramatu siedmiorga braci i sióstr 

przychodzących na świat niemal w jednej chwili.

Kathleen  i   Stephanie   mówiły  niewiele.  Dziecko   pierwsze  -  dziewczynka.  Dziecko 

drugie - dziewczynka. Dziecko trzecie i dziecko czwarte -chłopcy, bliźnięta, jedno łożysko. 

Dziecko piąte - chłopiec. Dziecko szóste i dziecko siódme - dziewczynki, bliźniaczki, dwa 

łożyska.

I może myśli Stephanie były równie proste jak myśli Kathleen.

Bądźcie szczęśliwi. I niech spełnią się wasze marzenia.

Kathleen życzyła tego każdemu dziecku, jakie odbierała, zawsze w tej zapierającej 

dech w piersiach chwili, kiedy pierwszy raz brała je na ręce. Miała nadzieję, że jej dłonie są 

miękkie i delikatne. Chciała jak najcieplej powitać każde dziecko na świecie.

126

background image

Siedmioraczki   Blaine'ów   przyszły   na   świat   w   ciągu   niecałych   siedmiu   minut. 

Wszystkie   miały   wysoką   punktację   w   skali  Apgar,   zarówno   w   pierwszej,   jak   i   w   piątej 

minucie   życia.  Wszystkie   ważyły   powyżej   kilograma,   co   zostało   przyjęte   z   wielką   ulgą. 

Żadne   nie   było   w   okresie   prenatalnym   odżywiane   gorzej   niż   inne.   Poza   tym   dzieci 

przebywały   w   łonie   matki   o   cały   miesiąc   dłużej   niż   jakiekolwiek   inne   siedmioraczki. 

Prognozy były więc bardzo optymistyczne.

-Są śliczne - powiedziała Kathleen do sennej młodej matki i rozpromienionego ojca. – 

Wyglądają bardzo dobrze. Są małe, ale silne. I dobrze odżywione.

-Dziękuję. Tak bardzo jestem ci wdzięczna.

-Nie dziękuj mi. To był dla mnie zaszczyt.

-Powinniśmy im wszystkim dać na imię Kathleen - mruknęła Georgia.

-Nawet o tym nie myśl. Chłopcy nie byliby zachwyceni, a każda z twoich małych 

dziewczynek też zasługuje na własne imię.

Georgia uśmiechnęła się sennie.

-Trzech synów! Cztery córki! Thomas! Mamy siedmioro dzieci!

-Wiem, skarbie. Sam ledwo mogę w to uwierzyć.

Kathleen zostawiła świeżo upieczonych rodziców ze Stephanie, która zajmowała się 

Georgią, zanim ona pojawiła się w szpitalu. Blaine'owie pamiętali Stephanie. Byli bardzo 

zadowoleni,   że   to   ona   będzie   się   teraz   zajmowała   Georgią.   Jeszcze   raz   wylewnie 

podziękowali Kathleen, namawiając ją, by teraz poszła do domu i powitała Nowy Rok.

Kathleen   wyszła   z   pokoju   Georgii,   spojrzała   na   zegar   i   uzmysłowiła   sobie,   że 

wprawdzie nie powita Nowego Roku w domu, ale powita go z mężczyzną, z którym już 

wkrótce stworzy prawdziwy dom.

Miała jeszcze chwilę, mogła więc wstąpić do swojego pokoju, żeby wziąć prysznic i 

przebrać się w świeżo wykrochmalony fartuch. Potem miała zamiar oglądać z Ianem pokaz 

sztucznych ogni i rozmawiać z nim o dzieciach. A kiedy nadejdzie czas, położą się spać - w 

osobnych pokojach, ale za to po raz pierwszy naprawdę pod jednym dachem.

A potem będzie tak już do końca życia.

Dwa miesiące wcześniej też przed północą odezwał się pager Jamesa. Tym razem 

zadzwonił telefon Natalie. Tak jak wtedy dźwięk rozlegający się w ciemności nie wzbudził 

niczyjego niepokoju.

Natalie była przekonana, że to jedna z sąsiadek chce jej przekazać wiadomości ze 

127

background image

szpitala. Nie o Ianie Collierze, który czuł się coraz lepiej, ale o siedmioraczkach, które miała 

odebrać przyjaciółka Natalie, będąca też przyjaciółką Iana. O Kathleen plotkowano teraz w 

całym   szpitalu.   Co   ją   łączy   z   przystojnym   przedsiębiorcą?   Owszem,   Kathleen   była 

stypendystką Rain Mountain. Wszyscy o tym wiedzieli. Ale najwyraźniej nie tylko to łączyło 

ją z Ianem.

Kathleen obudziła Iana, ocaliła go - swoim głosem, nie dotykiem. Przez cały dzień 

nikt nie widział, żeby choć raz się dotknęli.

Pielęgniarki z oddziału intensywnej terapii doszły do wniosku, że Natalie mogłaby 

rzucić na tę sprawę trochę światła. Ona jednak potwierdziła tylko to, co już było oczywiste. 

Kathleen i Ian są przyjaciółmi.

Pielęgniarki ciągle miały nadzieję, że Natalie zdradzi coś więcej, często przekazywały 

jej więc wieści ze szpitala.

- Siedmioraczki - powiedziała, sięgając po słuchawkę.

Telefon stał niedaleko, ale musiała na chwilę opuścić ciepłe objęcia Jamesa. Kochali 

się, a potem rozmawiali i robili plany na następne popołudnie. Mieli zamiar obejrzeć przed 

ślubem M jak morderstwo i jego współczesny remake.

- Halo! - powiedziała Natalie do słuchawki.

Była to rzeczywiście jedna z pielęgniarek oddziału intensywnej terapii, Trish, która 

mieszkała po drugiej stronie korytarza. 

Ale miała złe wieści. 

Tak złe, że ciepłe, miękkie ciało, które obejmował James, nagle zesztywniało. Natalie 

gwałtownie   usiadła   na   łóżku.   James,   zaniepokojony,   także   usiadł   i   uważnie   słuchał   jej 

zmienionego głosu.

- Co? Och, nie! Nie rozumiem... Przecież czuł się coraz lepiej... Ale jak to możliwe? 

Kathleen... Ona nie...? Ona nie wie? Tak. W porządku. Dziękuję za telefon.

Natalie odłożyła słuchawkę. Cała się trzęsła. James objął ją.

-Och, James.

-Ian. Kiwnęła głową.

-Nie żyje. Nie wiem, dlaczego. Oni nie wiedzą, dlaczego. Zmarł nagle... Próbowali go 

reanimować. Ciągle próbują, ale nie ma już nadziei.

-Co z Kathleen?

-Nie   ma   jej   tam.   Jeszcze   nic   nie   wie.   Była   na   sali   operacyjnej,   przyjmowała 

siedmioraczki, kiedy to się stało. Nikt jej nie zawiadomił. A teraz nikt nie wie, gdzie 

ona   jest.   Szuka   jej   ordynator,   chce   jej   o   tym   powiedzieć   osobiście.   Będzie 

128

background image

zdruzgotana, James. Była taka szczęśliwa. Tak bardzo kochała Iana.

Zaczęła   bezgłośnie   łkać,   łzy   spływały   jej   po   twarzy.   Po   chwili   uspokoiła   się   i 

podniosła głowę.

-Musisz do niej pójść, pomóc jej. Ian chciałby, żebyś z nią teraz był.

-Tak. Chciałby tego, i to właśnie zrobię. Chodź ze mną, Natalie. Kathleen będzie 

potrzebowała przyjaciółki.

-I przyjaciela - odparła. - Będzie potrzebowała nas obojga.

Rozdział 13

Queen Anne Medical Center

Sylwester

Godzina 23.49

Zamglony. Taki był stan jej umysłu. Kathleen uśmiechnęła się do siebie. Spędziła 

dwadzieścia  cztery godziny  na  nogach,  a   potem  wzięła   gorący prysznic,   więc  określenie 

„zamglony" można było potraktować dosłownie.

Teraz   czekały  na   nią   same   przyjemności,   żądnych   obowiązków,   żadnych   trosk.   Z 

rozkoszą zanurzyła się w tej mgle, zastanawiając się, czy udałoby się jej przekonać Roba 

Traynora, żeby wypuścił swojego pacjenta do domu już jutro. Na ślub.

Miała   nadzieję,   że   Rob   się   zgodzi.   Kiedy  będą   wypowiadać   słowa   przysięgi,   Ian 

będzie przecież pod okiem lekarza. A gdyby doktor Traynor zechciał przyjść na ślub, a potem 

na przyjęcie w Canlis, młoda para byłaby zachwycona.

Może należałoby zacząć od zaproszenia na ślub. Mamy ślub, Rob, i byłoby nam miło, 

gdybyś   mógł   przyjść.   Z   osobą   towarzyszącą,   jeśli   masz   ochotę.   Och,   i   czy   mógłbyś 

dopilnować, żeby pan młody także pojawił się na ceremonii?

Kathleen postanowiła, że tak właśnie powie. Na pewno jej się uda.

Uśmiechnęła się do siebie radośnie.

Była niewyspana, ale szczęśliwa, więc pobiegła na górę, przeskakując po dwa stopnie 

naraz.

129

background image

James  i  Natalie  szli  w  stronę  szpitala  przez  tłum, który zebrał  się  na ulicach,  by 

obejrzeć   sztuczne   ognie.   Pokaz   miał   się   rozpocząć   za   kilka   minut.   Ludzie   byli   radośnie 

ożywieni, nieświadomi smutku, który na nich spadnie, kiedy włączą samochodowe radia w 

drodze do domu.

James i  Natalie już  znali ten  smutek, czuli na  ramionach  jego  ciężar. Szli  jednak 

szybko w górę ulicy. W końcu dotarli do szpitala i od razu ruszyli na oddział intensywnej 

terapii.

-W czym mogę państwu pomóc? - spytała recepcjonistka. Jej nieobecne spojrzenie 

zdradzało, że była to tylko rutynowa uprzejmość.

-Nazywam się Natalie Davies. Trish powiadomiła mnie o śmierci Iana Colliera. Jestem 

przyjaciółką Kathleen. A to jest prawnik Iana James Gannon.

Recepcjonistka   kiwnęła   głową   i   wskazała   korytarz   po   prawej   stronie.   Przy  końcu 

korytarza,   pod  drzwiami  szpitalnej   sali,  stał   zatroskany  mężczyzna.   Doktor   Rob Traynor. 

Natalie widziała go na konferencji prasowej, która odbyła się przecież tak niedawno i była 

taka optymistyczna.

James i Rob znali się, bo współpracowali kiedyś przy sprawie, w której James był 

oskarżycielem. Doktor Traynor występował jako biegły sądowy.

James przedstawił mu Natalie i wyjaśnił, co łączy ich z Ianem, Kathleen i Trish, która, 

wraz z kilkoma innymi pielęgniarkami, znajdowała się po drugiej stronie zamkniętych drzwi.

Pokój   wyglądał   jak   zalane   krwią   pole   bitwy,   a   Ian   jak   śmiertelnie   ranny  bohater 

przegranej   batalii.   Pielęgniarki   przygotowywały   teraz   Iana,   żeby   Kathleen   mogła   go 

zobaczyć. 

- Gdzie ona jest? - spytała Natalie.

-Nie wiem. Pewnie wstąpiła do swojego pokoju i za chwilę się tu pojawi. Próbowałem 

się z nią skontaktować, ale nie udało mi się. Postanowiłem więc tu na nią zaczekać.

-Nadal o niczym nie wie?

-O ile się orientuję, nie.

-Co się stało? - spytał James.

-Ianowi?   Zatrzymanie   akcji   serca.   Tyle   wiemy.   Wiemy   też,   że   zostało   wykryte 

natychmiast, Ian był monitorowany. Ale chociaż od razu podjęliśmy reanimację, nie 

udało się go uratować. Nie wiemy, co spowodowało zatrzymanie akcji serca. Mógł to 

być zator płucny. Albo wylew krwi do mózgu.

Nic więcej nie można było powiedzieć.

Teraz pod drzwiami stało już troje zatroskanych ludzi czekających na Kathleen Cahill, 

130

background image

która lada chwila miała się pojawić na korytarzu.

Jak panna młoda krocząca ku swemu narzeczonemu.

Wyszła zza rogu, zobaczyła czekające na nią trio i w pierwszej chwili poczuła się jak 

panna młoda. Była tam Natalie, która miała zostać jej świadkiem. Był James, świadek Iana, 

którego nie znała, ale widziała na zdjęciu. I Rob, którego jeszcze nie zaprosiła, ale miała 

zamiar to zrobić.

Sędzina i jej mąż są pewnie z Ianem w pokoju i rozmawiają o ślubie, który zaraz się 

odbędzie - Ian nie mógł się doczekać chwili, w której rozpoczną wspólne życie, i postanowił 

zmienić godzinę ceremonii. Pobiorą się o dwunastej, kiedy fajerwerki oświetlą niebo tysiącem 

barw.

Mgła zmęczenia, która spowijała jej umysł, rozwiała się w końcu, ukazując oczom 

Kathleen potworną prawdę. W tej chwili pragnęła być ślepa, żeby nie widzieć wyrazu twarzy 

trzech osób, które na nią patrzy-

-Nie - wyszeptała przerażona.

-Zmarł we śnie, Kathleen. Po prostu się nie obudził... Nie wiedział.

-Ale...

-Nie wiemy, co się stało. Ani dlaczego.

-Tak mi przykro, Kathleen - powiedziała cicho Natalie. - Wszystkim nam jest bardzo 

przykro. To jest James.

Kathleen z roztargnieniem skinęła głową.

-Muszę zobaczyć Iana.

-Oczywiście - powiedział James.

-Na razie są tam pielęgniarki - rzekł Rob. - Zobaczę, czy już skończyły.

-Jesteśmy tu, żeby ci pomóc, Kathleen. Jeśli nam na to pozwolisz. 

Natalie nie była pewna, czy Kathleen w ogóle usłyszała jej nieśmiałą propozycję. Rob 

wśliznął się do pokoju i natychmiast zamknął za sobą drzwi. Kathleen nie odrywała od nich 

wzroku. To, co działo się za drzwiami - i to, co działo się w jej duszy - sprawiało, że zdawała 

się głucha na wszystko inne.

Nie, wszystko słyszała, uświadomiła sobie Natalie, kiedy Kathleen powoli odwróciła 

głowę. Po prostu słowa docierały do niej z opóźnieniem.

-   Dziękuję   -   odparła   głucho   i   znowu   zaczęła   wpatrywać   się   w   drzwi.   Stała   tak 

nieruchomo do chwili, kiedy drzwi wreszcie się otworzyły i stanął w nich Rob z Trish i 

dwiema innymi pielęgniarkami.

Rob spojrzał jej w oczy.

131

background image

- Możesz tam wejść.

Bez słowa weszła do pokoju.

Pielęgniarki starły krew z podłogi, pozbierały plastykowe osłonki na igły, waciki i 

wenflony. Było to bardzo miłe z ich strony. Miłe, ale niepotrzebne.

Kathleen nie zwróciła uwagi na posprzątane pole bitwy.

Nie zwróciła też uwagi na fakt, że pielęgniarki starły krew z twarzy Iana, przykryły go 

czystym prześcieradłem i ułożyły jego głowę na miękkiej poduszce. Zostawiły tylko małą 

lampkę, która paliła się nad umywalką.

Ian wyglądał tak, jakby spał. Śnił. W przyćmionym świetle jego wargi nie były sine. 

Mogło się wydawać, że za chwilę powieki lekko zadrżą, kiedy zamknięte oczy zaczną śledzić 

akcję snu. Kathleen byłaby pewna, że Ian śpi, gdyby go nie dotknęła. Nie dotykała go nigdy 

dotąd - teraz zrobiła to po raz pierwszy.

Był zimny. Zbyt zimny, by żyć.

Nie mógł czuć jej dotyku. Było już za późno.

Ale nie na wszystko. Ciągle mogła do niego szeptać. Tak dobrze znał jej głos.

Już niedługo Ian Collier na zawsze zamieszka w jej sercu. Tam będzie żył.

Teraz był ciągle w tym pokoju. Tuż obok.

- Wiem, że mnie słyszysz. Słyszysz mnie, prawda? Więc posłuchaj... Masz syna, Ian. 

Drugiego   syna.   Nasze   dziecko.   Wiem,   że   to   chłopiec...   Czuję   to.   Razem   będziemy   go 

wychowywać. Sama nie dam rady... Nie potrafię... 

Rozdział 14

Sama   stamtąd   nie   wyjdzie   -   powiedziała   Natalie   do   Roba   i   Jamesa,   jakby   znała 

Kathleen od wieków i wiedziała, co kryje się w jej sercu.

Tak   naprawdę   wiedziała   tylko,   że   gdyby   mężczyzna,   którego   kochała,   umarł, 

chciałaby zostać przy nim na zawsze.

Czuła, że nadejdzie chwila, kiedy ktoś będzie musiał interweniować.

Czuła, że ta chwila szybko się zbliża. Kathleen była u Iana od ponad godziny. Pod 

drzwiami pojawili się sanitariusze, którzy przyszli zabrać ciało do szpitalnej kostnicy.

132

background image

Oczywiście, nie spieszyło się im.

Nikomu się nie spieszyło.

Nikomu poza Natalie. Dlaczego? Bo Natalie czuła, że Kathleen będzie siedziała przy 

Ianie tak długo, aż ktoś nie przerwie jej czuwania - a przedłużające się czuwanie wyrządzi jej 

więcej złego niż dobrego.

- Myślę, że powinnam po nią pójść - powiedziała i nie czekając na odpowiedź, dodała: 

- Idę.

Weszła   do   pokoju.   Było   w   nim   prawie   całkiem   ciemno.   Miasto   za   oknem, 

rozświetlone do czasu nadejścia nowego roku, teraz przygasło.

Natalie podeszła do łóżka, na którym leżał Ian. Kathleen pochylała się nad nim i 

szeptała do niego.

Natalie nie słyszała słów.

-Kathleen?

-Natalie? - odparła Kathleen po chwili.

-Tak, to  ja. Pomyślałam, że już  czas... - Pozwolić  sanitariuszom zabrać Iana.  Nie 

powiedziała tego na głos. Nie musiała. - Jak sądzisz?

Słyszała urywany oddech Kathleen.

-Chyba tak. Tak.

-Dobrze. Zaczekam na ciebie w drzwiach.

Kathleen skinęła głową. Natalie ledwie to dostrzegła, bo jej oczy nie przyzwyczaiły 

się jeszcze do ciemności. A Kathleen nie dała im na to czasu. Wstała, podeszła do drzwi, a 

potem wyszła na słabo - a jednak zbyt jasno - oświetlony korytarz.

Stali tam Rob i James. Podeszła do nich.

-Muszę ci coś powiedzieć, Kathleen - powiedział Rob. Coś jeszcze? Coś gorszego?

-Co?

- Może pójdziemy do pokoju lekarskiego? Będziemy tam sami i wszystko ci wyjaśnię. 

- Jeśli chcesz mi powiedzieć, że Ian zmarł, bo podano mu niewłaściwy środek albo... 

Jeśli to coś takiego, nie chcę tego słyszeć.

Nie mogę.

-Nie o to chodzi, Kathleen. Jest dokładnie odwrotnie.

-Odwrotnie?

-Chodź ze mną, proszę.

Kathleen poszła za doktorem Traynorem. Nie miała nic przeciw temu, by dołączyli do 

nich Natalie z Jamesem. W pokoju, zgodnie z obietnicą doktora Traynora, byli sami.

133

background image

-Ian umierał - zaczął Rob. - Miał przed sobą najwyżej kilka tygodni życia.

-Umierał? Nie!

-Miał raka. Bardzo agresywnego, z przerzutami...

-Mylisz się. Ian powiedziałby mi o tym.

-Ian o tym nie wiedział. Badania okresowe przechodził dziesięć miesięcy temu. Wtedy 

nic nie wskazywało na chorobę nowotworową. Teraz, mimo zaawansowanego stadium 

choroby, nie miał właściwie żadnych objawów.

- Właściwie? Chcesz powiedzieć, że jednak były jakieś objawy?

Och, Ian, dlaczego mi nie powiedziałeś?

-Wspominał, że w Crystal brakowało mu tchu w piersiach. Uznał, że to z powodu 

wysokości.   Duszność   po   chwili   ustąpiła,   więc   doszedł   do   wniosku,   że   musiał   się 

zaaklimatyzować.

-Więc nawet to mogło nie być objawem choroby - odezwał się James.

-Zgadza się.

-Nie mogę uwierzyć, że miał raka w ostatnim stadium.

-A jednak to prawda, Kathleen. Nie ma co do tego cienia wątpliwości.

-Skąd to wiecie? - zapytał James.

-Widać to wyraźnie na zdjęciach rentgenowskich klatki piersiowej, a badania krwi 

wykazały   bardzo   wysoki   poziom   białych   ciałek.   Ale   diagnozę   postawiliśmy   na 

podstawie badania tkanek i fragmentów kości pobranych podczas operacji - wyjaśnił 

Rob, nie wchodząc w szczegóły. Nie było potrzeby mówić, że żebra Iana były tak 

przeżarte rakiem, że musiały się rozsypać pod wpływem zderzenia. Ani dodawać, że 

fakt, iż wcześniej niczego sobie nie złamał, jeżdżąc na nartach, zakrawał na cud. Rob 

nie rozwodził się też nad wynikami badania tkanek. Podkreślił jednak, że choroba Iana 

była bardzo poważna. Śmiertelna. - Były przerzuty. Na kości i do płuc.

-Mózg także został uszkodzony - głos doktor Cahill był spokojny i wyraźny. - Dlatego 

nie widział Coreya na stoku... Ani mnie, kiedy stałam w drzwiach jego pokoju, a on 

rozmawiał przez telefon. 

-Ian powiedział ci, że nie widział Coreya?

-Tak. Nie widział go, choć wszystko inne pamiętał bardzo dokładnie. Musiał mieć 

jakiś defekt wzroku. - Kathleen spojrzała na Roba. - Powiedziałeś Ianowi, że ma raka?

-Nie.

Kathleen kiwnęła głową i wstała.

-Muszę iść.

134

background image

-Dokąd? - spytała Natalie, również wstając.

Nie wiem! Nie mam dokąd... Mogę tylko iść z Ianem. Do kostnicy. Mogłabym zostać 

tam całą noc, opowiadać mu o szczęściu, o dzieciach... To nie byłoby takie znowu szalone. 

Rano na pewno poczułabym się silniejsza. Dość silna, żeby poradzić sobie z... ze wszystkim. 

Nie, nie będę silniejsza. Nigdy nie będę silniejsza, jeśli dziś w nocy schowam się w kostnicy, 

udając,   że   to   nieprawda,   że   Ian   umarł...   Kiedyś   zwlekałam   z   zawiadomieniem   policji   o 

zniknięciu matki... aż było już za późno, żeby odnaleźć jej mordercę.

Muszę stawić temu wszystkiemu czoło... Teraz. Muszę być silna. Teraz.

-Do biura Iana. Zostawił ustalenia dotyczące pogrzebu. - Kathleen odwróciła się do 

Jamesa.   -   Będę   potrzebowała   twojej   pomocy,   Ian   powiedział   mi,   że   jesteś   jego 

pełnomocnikiem.

-Pomogę ci, Kathleen. Zrobię wszystko, co mogę. Zacznijmy od tych dyspozycji.

-Jest też klucz do sejfu.

-Rozumiem. Gdzie?

-W   tej   samej   teczce,   oznaczonej   napisem   „różne",   w   dolnej   szufladzie   szafki   na 

dokumenty.

-W porządku. Wezmę całą teczkę. Ale pozwól, żebym najpierw odwiózł cię do domu. 

Daj   mi   tylko   pięć   minut.   Przyprowadzę   samochód   i   zabiorę   cię   spod   głównego 

wejścia.

-Zostanę tu dziś.

-Tu?

-Tak.

-Ale...

-Muszę już iść.

Kathleen przeszła przez pokój i znalazła się za drzwiami, zanim któryś z mężczyzn 

zdążył je przed nią otworzyć. James spojrzał na Natalie. Tylko ona się nie poruszyła.

-Nie sądzisz, że powinnaś z nią pójść?

-Nie. Myślę, że teraz rzeczywiście powinna zostać sama. I myślę, że naprawdę chce 

zostać w szpitalu tak długo, jak długo będzie tu Ian. 

-To  musiał  być dla   niej   straszny cios  -  powiedział   Rob.  - Ale  przyjęła   to  bardzo 

spokojnie.

-Spokojnie? - powtórzyła Natalie z niedowierzaniem.

-Musisz przyznać - odezwał się James - że nie okazała wiele emocji.

-Bo bała sieje okazać. Gdyby przestała nad sobą panować... Widzieliście chyba, jak 

135

background image

bardzo się starała panować nad sobą?

-Nie.

-Powiedz nam - poprosił James - co widziałaś.

-Widziałam i wiem, że tak jest, kobietę, która właśnie straciła mężczyznę, z którym 

pragnęła spędzić resztę życia. Czuje się zagubiona. Zdruzgotana. Żadne słowa nie 

opiszą, jak się teraz czuje. Boi się, że całkiem się załamie. Dlatego musiała od nas 

odejść. Im więcej współczucia jej okazywaliśmy, tym bliższa była załamania.

-A czułaby się zakłopotana, gdyby straciła panowanie nad sobą?

-Zapewne.  Ale   myślę,   że   nie   dlatego   tak   bardzo   się   starała   nad   sobą   panować. 

Kathleen boi się tego, co może się stać, jeśli się załamie.

-To znaczy czego?

Tego,   co   stało   się   ze   mną,   kiedy   wpadłam   pod   autobus   i   moje   dziecko   zginęło. 

Chaosu, w jaki zmienia się wtedy całe życie, rozbite w proch i pył. Rozpadu osobowości. Pył 

zniknął, rozwiany przez wiatr. Ale czy osobowość wróci do dawnej postaci? Już nigdy potem 

nie będzie taka sama...

- Natalie?

Troska w głosie Jamesa i czułość, jaką dostrzegła w jego błękitnych oczach, sprawiły, 

że inaczej zakończyła rozpoczęte w myślach zdanie. Już nigdy nie będzie taka sama, chyba że 

zdarzy Się cud i dostanie drugą szansę.

-Kathleen się boi - powiedziała Natalie. - Boi się, że jeśli się załamie, już nigdy się nie 

pozbiera.

-Czy możemy coś dla niej zrobić?

-Możemy, jeśli nam na to pozwoli. Kiedy nam pozwoli. Będziemy uparci, będziemy 

nalegać, nawet jeżeli będzie próbowała nas odepchnąć.

-Ale jeszcze nie teraz?

-Nie. Jest bardzo wyczerpana. Ledwo trzyma się na nogach. Potrzebuje samotności. 

Musi odpocząć, przespać się, jeśli będzie w stanie.

-Myślę, że zaśnie - powiedział Rob. - Biorąc pod uwagę wypadki ostatnich dwudziestu 

czterech   godzin   -   Iana   i   siedmioraczki   -   sądzę,   że   wyczerpała   już   cały   zapas 

adrenaliny, jaki zdołał zgromadzić jej organizm. Zaśnie, nawet jeśli nie będzie chciała. 

Może nawet nie będzie miała siły z tym walczyć. Jej ciało rozpaczliwie potrzebuje 

teraz snu. 

-Teraz musimy obmyślić sposób - powiedziała Natalie - w jaki dowiemy się, że już 

wstała. Gdzie będzie spała?

136

background image

-Pewnie w swoim szpitalnym pokoju na ginekologii.

Więc jeśli Trish poprosi jedną z pielęgniarek, żeby... - Natalie stała twarzą do drzwi, 

więc od razu zauważyła to, czego mężczyźni nie mogli zobaczyć. - Kathleen.

Rob  i  James odwrócili  się, spojrzeli  na  Kathleen  i  zrozumieli,  że  Natalie  mówiła 

prawdę.

-Będę potrzebowała numeru domu pogrzebowego.

-Jutro - powiedział Rob. - Dzisiaj jest święto, więc załatwienie całej tej papierkowej 

roboty może się przeciągnąć aż do popołudnia.

A dopiero wtedy można będzie wydać ciało.

-   Papiery   -   powiedziała   Kathleen.   Nigdy   nie   musiała   przygotowywać   takich 

dokumentów.   Przynajmniej   odkąd   została   ginekologiem.   Ale   wiedziała,   jak   wiele 

dokumentów jest koniecznych w przypadku śmierci pacjenta, zaczynając od pisemnej zgody 

na sekcję zwłok. Spojrzała na mężczyznę, który miał prawo podpisać tę zgodę. - Bez sekcji, 

James. Proszę.

Głos jej drżał, ale oczy pozostały zimne i nieruchome. Tak jak zimna i nieporuszona 

wydawała się sama Kathleen. James wiedział, że to złudzenie. Cienka warstewka lodu... a pod 

nią kłębiły się emocje, które rozpaczliwie usiłowała utrzymać na wodzy.

-Nie będzie sekcji - powiedział szybko, nie spojrzawszy nawet na Roba. Jako były 

prokurator wiedział, kiedy sekcja zwłok jest konieczna, Ian nie umarł w podejrzanych 

okolicznościach ani przed upływem dwudziestu czterech godzin od chwili przyjęcia 

do szpitala. Nie zmarł też, nie odzyskawszy przytomności.

-Dziękuję - wyszeptała Kathleen. Chciała już iść, ale wiedziała, że musi powiedzieć 

coś jeszcze, ze względu na Iana. Oderwała wzrok od prawnika, który mógł podpisać 

zgodę   na   sekcję,   i   spojrzała   na   chirurga,   który   wypełni   akt   zgonu.   Treść   tego 

dokumentu   zostanie   podana   do   wiadomości   publicznej.   -   Martwię   się   o   Coreya   i 

wiem, że Ian też by się o niego martwił. Dla Iana było bardzo ważne, żeby Corey nie 

obwiniał się o spowodowanie wypadku. Zwłaszcza że śmierć Iana nie była wynikiem 

wypadku.

-Zgadzam się, Kathleen - rzekł Rob łagodnie. - Co do Coreya i co do przyczyny 

śmierci Iana. Sam z nim porozmawiam. Rozmawiałem już kilka razy z jego ojcem.

-Dziękuję - wyszeptała znowu Kathleen. - Na pewno powinnam jeszcze coś zrobić...

-Owszem - powiedziała Natalie. - Powinnaś pójść spać. 

-Myślałam o czymś, co mogłabym zrobić dla Iana.

-Ja też. - Teraz nadszedł czas, by nalegać, pomyślała Natalie. - Musisz się przespać, 

137

background image

Kathleen,   musisz   wypocząć.   Słyszałaś,   co   mówił   Rob.   Prawdopodobnie   aż   do 

jutrzejszego popołudnia nie będzie można nic zrobić, więc umówmy się, że spotkamy 

się tu o trzeciej.

-Gdybym jednak mogła coś zrobić...

-Znajdziemy cię - obiecał James. - Ale jeżeli nic się nie wydarzy, spotkajmy się tutaj, 

tak jak proponuje Natalie. O trzeciej.

- W moim gabinecie - dodał Rob. 

Kathleen z trudem kiwnęła głową. 

Potem wybiegła.

Rozdział 15

Sarah's Orchard

Środa, 1 stycznia

Godzina 7.00

On   umarł,   Holly   -   powiedział   Sam,   patrząc   w   brązowe   oczy,   które   zdawały   się 

rozumieć znaczenie tych słów i kryjący się w nich smutek. A może Holly wyczuła po prostu 

smutek w głosie, który wypełniał teraz jej świat. - Nikt się tego nie spodziewał, a jednak on 

umarł.   Muszę   pojechać   do   Seattle.   Nie   pytaj,   dlaczego.   Naprawdę   nie   wiem.   Oboje 

pojedziemy, dobrze? To dość daleko, ale będziemy się zatrzymywać po drodze. Lubisz swoją 

klatkę, prawda? No, nie udawaj, przecież wiem, że jest ci tam wygodnie.

Tak   wygodnie,   że   kiedy  Sam   o   północy  włożył   ją   do   klatki,   Holly   westchnęła   z 

ukontentowaniem i natychmiast się wtuliła w błękitną kurtkę. A trzy godziny później, kiedy ją 

obudził i zabrał na krótki spacer, bez wahania wróciła na swoje miejsce.

Tak   właśnie   przedstawiał   sprawę   autor   książki   o   wychowaniu   psów   -prawidłowo 

wykorzystywana   klatka   staje   się   dla   szczenięcia   schronieniem,   bezpiecznym   azylem.   Jak 

pokój dziecka. Sam nie wspominał swojego pokoju jako miejsca pełnego skarbów i marzeń. 

Owszem, jego pokój w rezydencji Hargrove'ów był dla niego schronieniem, ale ukrywał się w 

nim samotny i smutny, zastanawiając się, co jest z nim nie tak, marząc o psie, którego nigdy 

nie   pozwolono   mu   mieć,   i   wyobrażając   sobie   sekrety,   jakie   mógłby  dzielić   z   młodszym 

bratem, gdyby matka i ojczym nie uznali, że będzie miał zły wpływ  na ich ukochanego 

138

background image

Tylera.

Sam   był   zadowolony,   że   ma   własny   pokój.   Nigdy   jednak   nie   czuł   się   w   nim 

szczęśliwy, a kiedy trochę podrósł, opuścił go bez żalu. Opuścił ich wszystkich, tak jak jego 

opuścił ojciec - nie oglądając się za siebie.

Teraz Sam Collier miał psa i cieszył się, że Holly lubi swoją klatkę. Cieszył się nawet 

z tego, że poprzedniej nocy zastosował się do rady z podręcznika i nie pozwolił Holly spać w 

swoim łóżku. Brakował mu jej ciepłego ciałka, ale dzięki temu, że zachęcił ją do spędzenia 

nocy w klatce, dziesięciogodzinna podróż samochodem stała się łatwiejsza dla nich obojga. 

Łatwiej też będzie im w Seattle. Za parę dni Holly będzie musiała spędzić samotnie kilka 

godzin w motelowym pokoju, kiedy on pójdzie na pogrzeb Iana.

O   szóstej   nad   ranem,   gdy   Sam   dowiedział   się   o   śmierci   ojca,   uroczystość 

upamiętniająca Iana Colliera była  już zaplanowana. Wielu ludzi chciało go pożegnać - a 

czytając między wierszami, Sam wywnioskował,  że były wśród nich wysoko  postawione 

osoby.   Ich   mowy   pożegnalne   na   pewno   zostaną   wyemitowane   przez   lokalne   stacje 

telewizyjne.

A gdyby ktoś chciał uczcić pamięć Iana w bardziej wymierny sposób, James Gannon, 

rzecznik Rain Mountain, zasugerował donacje na któryś z celów bliskich sercu zmarłego: 

program stypendialny Rain Mountain, fundację na rzecz ofiar zbrodni albo Instytut walki z 

rakiem.

- Wygląda na to, że to był prawdziwy filantrop, prawda, Holly? - powiedział Sam. W 

jego   głosie   nie   było   sarkazmu,   tylko   zdumienie.   I   ciepło,   mające   zapewne   związek   z 

obecnością Holly i artykułami o Ianie, które przeczytał poprzedniego wieczoru.

Teraz, podejmując przerwaną dwadzieścia lat wcześniej podróż, Sam czuł, że musi 

dotrzeć do jej końca.

Czas wrócić do Seattle.

Do domu.

Do zmarłego ojca... i czegoś jeszcze.

Kathleen spała kilka godzin. Zgodnie z przewidywaniami doktora Traynora była tak 

wyczerpana,   że   zasnęła   bez   trudu.   Jej   ciało   trochę   odpoczęło   podczas   tej   niespokojnej 

drzemki, ale umysł nie zaznał odpoczynku.

Nie pamiętała snów, które ją dręczyły. Ale obudziła się, dysząc ciężko, jakby we śnie 

uciekała przed krwiożerczymi demonami - by odkryć po przebudzeniu, że nie ma przed nimi 

139

background image

ucieczki. 

Demony nie należały do świata snów. Istniały na jawie, pochłaniając niezbędny do 

życia tlen, wpijając szpony w jej łono -jakby stamtąd chciały czerpać energię - i niszcząc 

kruche, nowo powstałe życie.

Nie będzie dziecka.

Nie ma Iana.

Nie!

- Nie ma - powiedziała sobie surowo. - I musisz sobie z tym poradzić.

Jak? Stanowczo. Bez wahania. Odważnie.

Zaczynając od zaraz.

Zerwała pościel z łóżka, zwinęła kitle i fartuchy w osobny tobołek i położyła oba na 

środku pokoju. Potem powędrują do osobnych pojemników.

Wyjęła z szafy sukienkę, którą chciała dzisiaj włożyć - tę samą, którą miała na sobie, 

kiedy przyszła do szpitala dwadzieścia dwa dni wcześniej. Kupiła ją w Nowym Jorku, wraz z 

innymi rzeczami, które zamierzała nosić w swoim nowym życiu u boku Iana.

A teraz? Wepchnęła sukienkę do torby podróżnej i założyła świeżo wykrochmalony 

kitel i adidasy.

Okazało się, że to kiepska zbroja. I zbędna. Jako lekarz Kathleen nie była dzisiaj 

potrzebna. Musiała się zająć tylko jednym, zmarłym pacjentem - który zresztą przed śmiercią 

sam zajął się większością swoich spraw.

Nawet telefon do domu pogrzebowego nie należał - z prawnego punktu widzenia - do 

jej obowiązków.

Co więc będzie robić tego deszczowego dnia? Pójdzie na spotkanie o trzeciej, a potem 

weźmie swoją torbę i wróci do domu... rozpamiętywać plany, które nigdy nie doczekają się 

realizacji.

Natalie spała dobrze, sama, ale nie samotna. W jej łonie spało dziecko, a wspomnienie 

jego ojca pieściło ją tak jak on sam, gdy poprzedniego dnia odprowadzał ją do domu.

Szli   w   milczeniu,   ale   trzymali   się   za   ręce.   Natalie   czuła,   że   James   tego   właśnie 

pragnie.  Wszedł na chwilę do jej  mieszkania i uważnie  rozejrzał  się po tym  przytulnym 

gniazdku, by się upewnić, że będzie w nim bezpieczna, że w mroku nie kryje się żaden 

demon, który mógłby ją skrzywdzić.

Natalie   nie   wiedziała,   kiedy   James   przełączył   pager   z   dzwonka   na   wibrator. 

140

background image

Domyślała się, że w tym samym czasie, kiedy zrobił to doktor Traynor - i z tego samego 

powodu. Kathleen nie powinna słyszeć uporczywego sygnału. 

Natalie uświadomiła sobie, że pager dzwoniłby bez przerwy, gdy James powiedział 

jej, że otrzymał sześćdziesiątą trzecią wiadomość. W chwili, kiedy wziął go raki, pager znowu 

zaczął dzwonić.

Natalie zaproponowała, że pomoże mu odpowiadać na te wiadomości. Albo będzie go 

karmić czekoladkami podczas rozmów telefonicznych. Albo przyniesie w tym czasie teczkę z 

gabinetu Iana.

James odmówił. Były to propozycje szczere i bardzo kuszące, ale czuł, że powinien 

zająć się tym wszystkim sam, kiedy Natalie pójdzie już spać.

Pocałował ją więc na dobranoc. Natalie czuła ciepło tego pocałunku jeszcze długo po 

tym, jak wyszedł. Zadzwonił do niej dopiero o drugiej po południu.

Powiedział,   że   przyjedzie   po   nią   za   piętnaście   trzecia.   Do   szpitala   pojadą 

samochodem. W Seattle padał deszcz i nic nie wskazywało, by pogoda miała się wkrótce 

zmienić.

O drugiej czterdzieści pięć nastąpiło prawdziwe oberwanie chmury. James nie odrywał 

wzroku od jezdni i obiema rękami trzymał kierownicę.

Jego zmęczona twarz mówiła sama za siebie.

-Nie spałeś - powiedziała Natalie.

-Nie.

-Powinnam była ci pomóc.

-Pomagasz mi w tym, co jest teraz najważniejsze. Wspierasz Kathleen.

-Nic jeszcze nie zrobiłam. Nie pozwoliła mi. Może nigdy nie pozwoli.

-Myślę, że ci pozwoli. A jeśli nawet nie, to i tak pomogłaś mi ją zrozumieć.

-Pokazałam ci tylko to, co jest oczywiste.

-Boja to przeoczyłem.

-Tak,   ale   to   nie   twoja   wina.   Nic   nie   możesz   poradzić   na   to,   że   jesteś   typowym 

mężczyzną.

Na ustach Jamesa pojawił się słaby uśmiech.

-Ach, więc znowu o to chodzi.

-Ale nie uważam, żeby to był problem.

W biurze Roba Kathleen spotkała się tylko z Jamesem i Natalie. Doktor Traynor został 

141

background image

wezwany na operację. Ale zadzwonił przedtem do Jamesa i powiedział, że dokumenty, które 

trzeba podpisać, znajdują się w recepcji. James podpisał je w drodze na górę.

Wyjaśnił Kathleen, dlaczego Rob nie może być obecny, a potem powiedział: 

- Teczka była tam, gdzie powiedziałaś, że będzie. Znalazłem w niej wszystko.

-Czy trzeba podjąć jeszcze jakieś decyzje?

-Odnośnie do pogrzebu? Nie.

-A odnośnie do innych spraw?

-Tak, kilka. Ale zajmiemy się tym jutro. Nie dziś.

-Dobrze. Przyszło mi do głowy coś, co mogę zrobić. Co chciałbym zrobić. - Ten 

pomysł był jak dar od Iana. Jakby Ian wiedział, że nie mają przed sobą czterdziestu lat 

wspólnego   życia   i   dlatego   chciał   rozmawiać   o   wszystkich   ważnych   sprawach 

poprzedniego dnia... Jakby wiedział, że wkrótce Kathleen będzie potrzebowała czegoś, 

co nada jej życiu cel, pomoże zmierzyć  się ze smutkiem. - Chciałabym odszukać 

Sama.

-Kto to jest Sam?

-Sam   Worthing   Hargrove.   Główny   spadkobierca   Iana.   Domyślam   się,   że   nie 

zaglądałeś jeszcze do jego testamentu.

-Nie.  Testament   jest   ciągle   w   sejfie.   Niestety   nie   sprawdziłem,   czy  ktoś   z   banku 

mógłby mnie tam dzisiaj wpuścić.

-Och   -   mruknęła   Kathleen.   -   Dzisiaj   jest   święto.   Zapomniałam.   Dobrze,   że   nie 

próbowałeś dzisiaj nikogo ściągnąć do banku. To nie jest konieczne.

-Jutro wezmę testament - obiecał James. - A teraz opowiedz mi o Samie.

-Ian mieszkał z matką Sama, Vanessą Worthing, przez cztery lata. Cztery pierwsze lata 

życia Sama. Na terenie posiadłości Worthingów znajdował się wtedy mały domek dla 

gości. Potem Vanessa zabrała Sama i Ian stracił z nim kontakt. Mąż Vanessy, Mason 

Hargrove, został ojczymem chłopca. Ale dla Iana Sam na zawsze pozostał kimś bardzo 

ważnym. Kiedy założył Rain Mountain i wreszcie miał powód, żeby spisać testament, 

postanowił wszystko mu zapisać.

-To musiało być ponad dwadzieścia lat temu.

-Tak. Ian wprowadził do testamentu poprawki dziesięć lat temu. Nie wiem, na czym 

polegała   ta   zmiana,   ale   wiem,   że   Sam   pozostał   jego   głównym   spadkobiercą.   Co 

oznacza, że trzeba go odnaleźć i powiedzieć mu o tym. Chciałabym się tym zająć. - I 

chciałabym opowiedzieć Samowi o Ianie. - O jego życiu, nie o śmierci. I o wielkiej 

miłości, jaką darzył małego chłopca, który nie był jego synem. - Czy mogę to zrobić?

142

background image

-Oczywiście.   -   James   nie   miał   nic   przeciw   temu,   żeby   Kathleen   zajęła   się 

poszukiwaniem   Sama.   Jeśli   jednak   Ian   od   dziesięciu   lat   nie   wprowadzał   żadnych 

zmian do testamentu, co zostało dla kobiety, którą zamierzał poślubić? Doszedł do 

wniosku, że to, czego pragnęła. A pragnęła dopilnować, żeby życzeniom Iana stało się 

zadość. Ale... - Ian wspominał, że chce zmienić testament.

- Mnie też o tym mówił. Ale miał mieszane uczucia co do usunięcia z niego Sama. A 

ponieważ   tego   nie   zrobił,   daje   to   mnie   i   nam   wszystkim   szansę   odszukania   Sama   i 

powiedzenia mu, jak wiele znaczył dla Iana. I jakim wspaniałym Ian był człowiekiem. - 

Kathleen wzięła głęboki oddech i wyprostowała się. - Myślę, że trzeba zadzwonić do domu 

pogrzebowego.

-Może ja to zrobię? Kathleen kiwnęła głową.

-Dziękuję.

James wstał i wyszedł do drugiego pokoju, żeby zadzwonić.

Natalie domyśliła się, że mówi cicho, aby Kathleen nie mogła go słyszeć, ale na 

wszelki wypadek zaczęła rozmawiać z Kathleen, chcąc odwrócić jej uwagę.

-To takie trudne.

-Tak. Myślałam, że dzisiaj poczuję się trochę lepiej... że zacznę sobie radzić z tym, co 

się stało.

-Radzisz sobie.

-Nie tak, jak powinnam.

-Gdy ponosi się tak wielką stratę, nie można wymagać od siebie zbyt wiele.

-Chyba masz rację - Kathleen skinęła głową. - Cały czas próbuję sobie wmówić, że tak 

jest najlepiej dla Iana.

-Umarł spokojnie, nie wiedząc, że jest chory na raka i zostało mu najwyżej kilka 

tygodni   życia.   Ja   też   starałam   się   przekonać   samą   siebie,   że   tak   jest   najlepiej.   I 

naprawdę myślę, że tak jest. Ale nawet takie przekonanie niczego nie ułatwia ani nie 

umniejsza straty. Zwłaszcza straty, jaką ty poniosłaś.

-I straty, jaką poniósł Ian. - Świadomość tej straty najbardziej dręczyła Kathleen. Ian 

stracił tak wiele... szczęście, radość, czterdzieści lat życia... Ale Ian nie miał przed 

sobą czterdziestu lat. Nie miał nawet czterdziestu dni.

-Kathleen? - Natalie wyrwała ją z zamyślenia. - O czym myślisz?

-O różnych rzeczach, o których wolałabym nie myśleć. Wiesz, jakie decyzje James 

chce jutro ze mną omówić?

-Chyba chce porozmawiać o uroczystości upamiętniającej Iana.

143

background image

-O uroczystości?

-Wielu przyjaciół Iana skontaktowało się z Jamesem w tej sprawie. Chcą pożegnać 

Iana   i   uczcić   jego   pamięć.   James   powiadomił   już   media,   że   taka   uroczystość   się 

odbędzie. Ale można to odwołać, Kathleen, jeśli się z tym nie zgadzasz.

-Zgadzam   się.   Chodzi   tylko   o   to,   że   powinnam   -   tak,   powinnam   -sama   o   tym 

pomyśleć.

-Musisz teraz myśleć o innych rzeczach. O sobie.

-O sobie mogę pomyśleć później. Teraz powinnam zająć się wyborem miejsca,  w 

którym odbędzie się uroczystość, i...

-Nie. Nie musisz się tym zajmować. James też nie. Zajmie się tym kilku przyjaciół 

Iana, którzy chcą coś dla niego zrobić. Kiedy tylko James się dowie, jakie są ich 

propozycje, przedstawi je.

-Ian tak bardzo go lubił.

-Jamesa?

-Tak.

-Z wzajemnością.

-James jest dla mnie taki dobry.

-James w ogóle jest dobry.

-Jestem mu bardzo wdzięczna za pomoc. Tobie także. - Kathleen przekrzywiła głowę. 

- Myślę, że James będzie zachwycony, kiedy powiesz mu o dziecku. Będzie się cieszył 

tak samo jak ty.

-Och! - Natalie była zaskoczona nie tyle słowami Kathleen, ile jej nagłym przejściem 

od smutku wywołanego własnym nieszczęściem do radości, jaka stała się udziałem jej 

przyjaciółki. Kathleen mimo smutku pamiętała o innych. Pamiętała i potrafiła okazać 

zainteresowanie.   Chętnie   wysłuchałaby   Natalie,   gdyby   przyjaciółka   chciała   z   nią 

porozmawiać o swoich sprawach. A Natalie miała na to ochotę. - Sama nie wiem, 

Kathleen. Może będzie zachwycony. Ale my się jeszcze dobrze nie znamy. To znaczy, 

on właściwie mnie nie zna - nic nie wie o mojej przeszłości.

-Jestem pewna, że przeszłość go nie obchodzi!

-Już kiedyś tak myślałam i popełniłam poważny błąd.

-To nie był James.

-Nie. Ale teraz jednak nie jest odpowiedni moment, żeby mówić mu o dziecku.

Przerwały rozmowę, w drzwiach pojawił się James.

-Dyrektor domu pogrzebowego spodziewał się mojego telefonu. Znał Iana i osobiście 

144

background image

po niego przyjedzie.

-Kiedy?

-Nie później niż o piątej.

-Natalie powiedziała, że chciałbyś omówić ze mną sprawy związane z uroczystością. 

-Tak. Julio. Mam nadzieję, że do tego czasu dostanę listę możliwości. 

-A ja mam nadzieję, że wtedy będę bardziej,., pomocna. Kto wie, może do lego czasu 

zdążę odnaleźć Sama.

-  Jesteś  bardzo   dzielna,  Kathleen.  Jutro  przejrzę  testament,  ale  nie   ma  pośpiechu. 

Uroczystość to inna kwestia.

Będę w domu. - W domu Iana, bez Iana. - Przyjdź, kiedy będzie ci wygodnie.

-Dobrze. A teraz - powiedział James łagodnie - może pójdziemy na obiad w jakieś 

spokojne miejsce?

-Dziękuję, James, ale nie. Zostanę tu jeszcze trochę. - Tak długo, aż dyrektor domu 

pogrzebowego   nie   zabierze   Iana   ze   szpitala.   -   Chcę   odwiedzić   Georgię   i 

siedmioraczki, a wy... idźcie.

-Zaczekamy na ciebie - powiedziała Natalie. - Albo wrócimy po ciebie później.

-Nie, naprawdę.

-Ale jest okropna ulewa.

I co z tego?!

- Jeśli będzie padało wezmę taksówkę i uszczęśliwię kierowcę hojnym napiwkiem. 

Albo zabiorę się z kimś ze szpitala.

Natalie wiedziała, że Kathleen tego nie zrobi. James także o tym wiedział. Ale oboje 

czuli, że nie powinni nalegać.

Rozdział 16

Rezydencja Worthingów, Seattle

Nowy Rok Godzina 18.00

Sam zwolnił i zatrzymał się przed bramą. Padał deszcz. Daleko, w mroku, świeciła 

jedna lampa. Jedno światło na ganku. Nic więcej. Nikogo nie ma w domu.

Wielki dom stał pusty i ciemny, Ian umarł i opuścił go, tak jak za życia opuścił Sama.

145

background image

Ale może w mrokach tego domu, wśród otaczających go cieni, kryją się wspomnienia, 

które od dawna budziły w Samie tęsknotę. Ta tęsknota od wielu lat była jego przewodnikiem. 

I w końcu przywiodła go do rodzinnego domu Worthingów, który był także jego domem 

przez cztery pierwsze lata życia.

Sam wiedział, że w czasie tych czterech zapomnianych lat mieszkał w Seattle. Ale nie 

wiedział, gdzie. Wtedy był to dom jego dziadków, możliwe więc, że w nim bywał, że matka 

przyprowadzała go tu, by dręczyć swoich rodziców widokiem wnuka mordercy - tak jak 

później, w Greenwich, kiedy był starszy, dręczyła Sama jego niechlubnym pochodzeniem.

Może   właśnie   to   zmusiło   go   do   powrotu   do   Seattle.   Może   nadszedł   czas,   by 

wspomnienia i uczucia wreszcie się spotkały.

Sam zaciągnął ręczny hamulec i otworzył klatkę. Holly natychmiast wdrapała mu się 

na koIana, machając ogonem.

- Czas rozprostować nogi - powiedział. Włożył sukę pod kurtkę i wyszedł na deszcz. - 

Wezmę cię na ręce i poszukamy suchego miejsca.

Na   pewno   znajdzie   się   jakieś   suche   miejsce.   Pod   krzewami   rododendronów   o 

szerokich, zachodzących na siebie liściach, gdzie różne małe stworzenia mogły schronić się 

przed deszczem.

Małe stworzenia - to znaczy także mali chłopcy? Czy dlatego wiedział, że rosną tu 

rododendrony?

Może.   A   może   po   prostu   pamiętał,   jak   się   uczył,   że   w   Seattle   jest   mnóstwo 

rododendronów,   i   założył,   że   będzie   ich   wiele   na   terenie   jednej   z   najrozleglejszych 

posiadłości w mieście.

Rzeczywiście   było   ich   tu   wiele.   Najwięcej   tuż   przy  domu.   Światło   na   werandzie 

oświetlało  tylko   mały  fragment   potężnego  budynku.   Opustoszała,   pełna   cieni   rezydencja. 

Nawiedzony dom. I dziwnie... znajomy?

Nie,   nie   był   znajomy.   Sam   z   bólem   uświadomił   sobie,   dlaczego.   Widok   domu 

pogrążonego w ciemnościach zimnej, deszczowej nocy nie mógł wydać mu się znajomy. 

Ukochane dziecko, jedyny syn, nigdy nie znalazłby się na dworze w taką noc. Temu małemu 

chłopcu zapalone wewnątrz światła wydałyby się migotliwym złotem.

Ale przecież, pomyślał nagle, on nie był niczyim ukochanym synem... A może był?

- Och, Holly - wyszeptał. - Nie wiem. Nie wiem.

Holly poruszyła się niecierpliwie w jego ramionach.

Na lewo od werandy liście rododendronów tworzyły gęsty baldachim. Sam postawił 

pod nim suczkę. Przez chwilę obwąchiwała zeschły listek, potem spojrzała na Sama, żeby się 

146

background image

upewnić, że ciągle jest przy niej, i weszła głębiej pod zielony baldachim.

Wiedział, że nie odejdzie daleko. Zawsze starała się, żeby był w zasięgu jej wzroku i 

węchu. Sam nie ruszał się więc z miejsca. 

W ciemności dostrzegł nagle jakiś ruch. Biała postać idąca w jego stronę wydała mu 

się dziwnie znajoma.

Biały lekarski fartuch trzepotałby na wietrze, gdyby nie był przesiąknięty deszczem. 

Kobieta wyglądała, jakby mokry fartuch był ciężarem ponad jej siły. Szła w stronę domu 

przygarbiona,   z   pochyloną   głową.   Zrozpaczona.   I   zdeterminowana.   Sam   obserwował 

zachodzącą w niej zmianę. Widział, że próbuje zebrać siły. W końcu podniosła głowę i z 

wysiłkiem wyprostowała plecy.

Zwyciężyła.

Stawiła czoło wichurze i jeszcze gwałtowniejszej burzy, która zdawała się szaleć w jej 

sercu. Była silna. Opanowana. Ale Sam czuł, że w jednej chwili może się rozsypać na drobne 

kawałki, jak diament uderzony we właściwe miejsce. Pewnie wystarczyłoby, by zobaczyła 

wyłaniającego się z mroku obcego mężczyznę.

Cofnął się głębiej w cień domu.

Miała klucz albo wiedziała, gdzie go szukać. Sam postanowił, że poczeka, aż kobieta 

wejdzie do domu i zapali światła. Kiedy to zrobi, będzie zaskoczona, ale nie przerażona, 

słysząc dzwonek do drzwi.

Może nawet się ucieszy, że ktoś jeszcze przywędrował tej burzliwej nocy do domu 

Iana Colliera.

Sam postanowił zaczekać.

Ale Holly miała inne plany.

Jej psi instynkt dał o sobie znać. Uznała, że musi bronić terytorium, które uznała już 

za własne.

Wybiegła spod krzewów na podjazd, rozbryzgując wodę i warcząc najgroźniej, jak 

potrafiła.

Było to jej pierwsze, dziecinne warknięcie. Nie brzmiało ani trochę groźnie.

A jednak Kathleen drgnęła niespokojnie.

Drgnęła, ale się nie przestraszyła. Postawiła torbę na podjeździe i pochyliła się nad 

drobnym stworzonkiem. Sam dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu.

- Witaj, piesku. - Na dźwięk jej głosu Holly przestała warczeć. - Skąd się tu wziąłeś?

Kathleen zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad tym pytaniem. Szczeniak był tak 

mały,   że   nie   mógł   tu   sam   zawędrować.   Kathleen   przyjrzała   się   pieskowi.   Był   dobrze 

147

background image

odżywiony i nawet nie bardzo mokry.

Prezent od Iana? Niespodzianka? Pierwsze z wielu dzieci, których mieli się doczekać? 

Ian mógł zaplanować taką niespodziankę. Może odwołał kolację w Canlis, żeby mogli 

zostać w domu ze szczenięciem. Ten, kto dostarczył pieska, pewnie nie miał pojęcia, że Ian 

umarł.

Ale ktoś, kto dba o zwierzęta - a to był zadbany szczeniak - nie zostawiłby małego psa 

samego pod czyimś domem. Z drugiej strony jednak, trudno uwierzyć, żeby ten uroczy piesek 

był darem niebios.

- Ian wybrał cię dla mnie - wyszeptała Kathleen. Za życia, powiedziała sobie, nie po 

śmierci. Uklękła na mokrym podjeździe i zajrzała w niepewne brązowe oczy. - Wiedział, że 

będę potrzebowała przyjaciela. I potrzebuję go. Bardzo.

Kathleen starała się zapanować nad sobą. Wiedziała, że jeśli pozwoli sobie na łzy, 

trzymane na wodzy emocje wymkną jej się spod kontroli.

- Nie poddam się. Jeszcze nie. Mam tak wiele do zrobienia. A teraz, kiedy tu jesteś, 

będzie   mi   łatwiej.   Dużo   łatwiej.   Obejrzymy   te   wszystkie   piękne   meble,   które   kupił   Ian. 

Zostały przywiezione w ubiegłym tygodniu. Na pewno są wspaniale, Ian ma bardzo dobry 

gust. A tak się martwił, czy spodoba mi się to, co wybrał. Och, tak bym chciała, żeby się tym 

nie martwił... żeby niczym się nie martwił... nigdy. - Kathleen wzięła głęboki oddech. - Chcę 

o nim rozmawiać. Naprawdę tego potrzebuję. Jeśli więc nie masz nic przeciw temu, opowiem 

ci o nim. Byłby tobą zachwycony. Uważałby cię za najmądrzejszego, najbardziej uroczego 

szczeniaka na ziemi. Bo taki właśnie jesteś. Jaka szkoda, że nie zobaczy, jak rośniesz... - głos 

jej się załamał. - Ian kupił też mnóstwo jedzenia. Ciekawe, czy jest tam też pokarm dla 

szczeniąt. Jestem pewna, że tak. Możemy się tu schować i zaprzyjaźnić, i... Jak ci się to 

podoba?

Piesek zamerdał ogonem, więc Kathleen uznała, że bardzo mu się to spodobało. Ale 

kiedy wyciągnęła do niego rękę, szczeniak zadrżał ze strachu.

- Och, nie bój się mnie - powiedziała błagalnie. - Proszę.

Sam słyszał to ciche, rozpaczliwe błaganie. Brzmiało jak echo jego dawnej rozpaczy. 

Przytul mnie. Kochaj mnie. Proszę.

- Ona się ciebie nie boi.

Kathleen spojrzała w stronę, z której dobiegł głos i w którą pobiegł szczeniak. Ciągle 

na kolanach, przemoczona do suchej nitki, w strugach takiego samego ulewnego deszczu, w 

jakim zamordowano kiedyś jej matkę, czuła jej strach, strach kobiety czekającej, aż dopełni 

się jej los. Zastanawiała się, czyjej matka zaakceptowała nieuchronną śmierć i powitała ją, 

148

background image

spokojnie i godnie, jako ucieczkę od tęsknoty za zmarłym mężem. 

Pod paznokciami matki nie znaleziono tkanek mordercy, które pozwoliłyby ustalić 

jego kod genetyczny. Może dlatego, że były za krótkie. A może dlatego, że Mary Alice Cahill 

nie podjęła walki - ani dla siebie, ani dla swojej córki.

A osierocona córka? Opuszczona panna młoda?

Kathleen wiedziała, że będzie walczyć. Nie miała wyboru. Miała cel w życiu. Tylko 

ona wiedziała o miłości, jaką Ian darzył pewnego małego chłopca. I postanowiła go odnaleźć.

Ian musi żyć w jeszcze jednym sercu, sercu Sama Worthinga Hargrove'a.

Kathleen wstała  z kolan  i odwróciła  się w  stronę, z której,  jak  sądziła,  nadejdzie 

morderca. Ale może, przemknęło jej przez myśl, głęboki męski głos, pełen dziwnej tęsknoty, 

nie należy do zabójcy, lecz do kogoś, kogo Ian poprosił o dostarczenie szczenięcia na godzinę 

przed ślubem, który się nigdy nie odbędzie. Ten człowiek na pewno krążył wokół domu, 

szukając oświetlonych pokoi.

Mężczyzna wyszedł z mroku i podszedł do niej. Na rękach trzymał pieska, który czuł 

się w jego objęciach tak bezpiecznie, że wydawał się teraz tylko ciekawy, a nie przestraszony.

Światło werandy padło najpierw na szczeniaka.

Potem na mężczyznę. Obcego mężczyznę o czarnych włosach i zielonych oczach.

-Kto... Kim jesteś?

-Nazywam się Sam Collier. Ian był moim... Jestem...

Sam   nie   powiedział   nic   więcej.   Nie   myślał   już   o   sobie   tak   jak   kiedyś   -jako   o 

zranionym,   samotnym   małym   chłopcu,   niechcianym   synu   Iana.   Nie   wypowiedział   nawet 

słowa „syn". Nie musiał. Ona i tak wiedziała, kim jest.

A  gdy   zobaczył   wyraz   jej   twarzy   po   raz   drugi   tej   deszczowej   nocy,   zaczął   się 

zastanawiać, czy „ukochany syn" nie byłoby bardziej odpowiednim określeniem.

-Wiesz, kim jestem.

-Oczywiście - wyszeptała. - Jestem Kathleen.

-Wiem. Widziałem cię wczoraj na konferencji prasowej.

-Byłeś tutaj? W Seattle?

-Nie, widziałem transmisję.

-Miałam zamiar cię odszukać. Chciałam zacząć dzisiaj. Ale już się znalazłeś.

-Tak. - Jego głos był bardzo cichy. I znowu zabrzmiała w nim ta dziwna tęsknota. - 

Dlaczego? 

-Dlaczego chciałam cię odszukać? Och. Ty nie wiesz o Ianie.

-Wiem, że umarł.

149

background image

-Dlatego przyjechałeś.

-Tak. Ale masz rację. Nie wiem nic o Ianie. Miałem nadzieję, że ty mi o nim opowiesz.

Kathleen kiwnęła głową. A potem zmarszczyła brwi.

-Tylko że ja szukałabym Sama Worthinga Hargrove'a.

-Nie ma nikogo takiego.

-Zachowałeś nazwisko Iana.

Nie miał wyboru. Taka była prawda. Ale ze względu na sposób, w jaki Kathleen to 

powiedziała -jakby zachowując nazwisko ojca, obdarował go czymś niezwykłym - postanowił 

skłamać.

-Tak. Kathleen?

-Słucham?

-Strasznie pada. - Właściwie nie zwracał uwagi na deszcz, nie przeszkadzałoby mu 

nawet, gdyby był tak przemoczony jak Kathleen. Ale jej wargi były sine z zimna. - 

Słyszałem, jak zapraszałaś Holly do środka.

-Holly. - Och, Ian, on tak dużo pamięta. Tak dużo dla niego znaczyłeś. Nadal wiele dla 

niego znaczysz. - Tak się wabi twój piesek?

-Tak, ale to nie jest mój piesek. Ona należy do samej siebie.

-Ale postanowiła być z tobą.

-Tylko   dlatego   że   poznała   mnie,   zanim   spotkała   ciebie.   Holly   się   ciebie   nie   boi, 

Kathleen. Jest tylko trochę zmęczona. To był długi dzień. -Miał ochotę wziąć Kathleen 

za rękę, tę rękę, którą wyciągnęła do Holly. Ale tylko podniósł z ziemi jej torbę. - 

Domyślam się, że wiesz, jak wejść do domu.

-Mam klucz.

Klucz był w kieszeni jej białego fartucha. Z trudem wydobyła go spomiędzy fałd 

przemoczonego materiału. Klucz drżał w jej dłoni.

-Pozwól, że ja to zrobię - zaproponował Sam.

-Dziękuję.

Drzwi otworzyły się bez problemu. Ale dom nie lubił intruzów. Alarm poprzedzał 

jednak   sygnał   ostrzegawczy,   na   wypadek   gdyby   ten,   kto   otworzył   drzwi,   wiedział,   jak 

wyłączyć system, zanim rozlegnie się dźwięk syren.

-Znasz kod? - spytał Sam, podchodząc do alarmu. Kathleen znała.

-Dzisiejsza data.

-Miesiąc, dzień, rok, cztery przyciski?

-Tak. 

150

background image

Sam wcisnął klawisze i sygnał ostrzegawczy ucichł.

-  Alarm   mógłby  zaniepokoić   Holly  -   powiedziała   Kathleen.   Ciebie   też,   pomyślał, 

sięgając do włącznika przy wejściu. W holu rozbłysło światło.

-Musisz się wysuszyć i ogrzać - powiedział.

-Ty też. Wy oboje.

-Nam nic nie będzie, Kathleen. Zmokliśmy, ale nie zmarzliśmy ani trochę.

Kathleen drżała z zimna, choć zdawała się tego nie zauważać.

- Holly trzeba wytrzeć kuchennym ręcznikiem - nalegała. – Kuchnia jest na dole po 

lewej. Ja wezmę ręczniki z łazienki na górze i zaraz tam przyjdę.

Był to rozsądny plan, lecz jego realizacja okazała się bardzo trudna.

Kathleen spojrzała na schody, ale się nie poruszyła. Patrzyła na nie tylko ze spopielała, 

smutną twarzą.

Smutną i przerażoną. Sam zrozumiał, że nie jest w stanie wejść na górę. Do sypialni 

jego ojca.

Ich sypialni.

-Ty tu mieszkasz.

-Miałam się wprowadzić. Dzisiaj. Oboje mieliśmy tu zamieszkać.

-Byliście   kochankami.   -   Sama   ogarnęło   nagle   uczucie,   którego   nigdy   dotąd   nie 

doświadczył. Ale rozpoznał je natychmiast. Zazdrość. O ojca. Odsunął je od siebie, 

skazał na śmierć. Ta przeraźliwie smutna kobieta potrzebowała czułości, łagodności. - 

Kochaliście się.

-Kochałam   Iana   -   powiedziała   Kathleen.   -   A   on   kochał   mnie.   Ale   byliśmy 

przyjaciółmi, nie kochankami.

Sam skazał zazdrość na śmierć, ale ona nie umarła. Przeciwnie, atakowała go coraz 

natarczywiej. Więc jego ojciec był przyjacielem tej ślicznej kobiety. Ufała Ianowi Collierowi, 

kochała Iana Colliera, ceniła jego przyjaźń bardziej niż namiętność. Sam usłyszał to w jej 

głosie.

Ponieważ, pomyślał Sam, wiedziała to co on. Seksualną bliskość można znaleźć dużo 

łatwiej niż porozumienie duchowe. Ale między Samem i Kathleen była pewna różnica. Oboje 

mieli kochanków, lecz tylko jedno z nich znalazło przyjaciela.

I straciło go.

Kathleen powiedziała Holly, że Ian urządzał dom, w którym mieli razem zamieszkać. 

Wybrał   meble   i   miał   nadzieję,   że   jej   się   spodobają.   Martwił   się,   chociaż   nie   powinien. 

Cokolwiek wybrał, powiedziała Kathleen, na pewno jest wspaniałe - łącznie z meblami, które 

151

background image

ustawił w jej pokoju. 

Kathleen drżała na całym ciele, ze smutku i z zimna. Bała się widoku przedmiotów, 

jakie wybrał dla niej człowiek, którego kochała i ceniła, któremu ufała.

Wiedziała, że będzie to dla niej trudne. Ale wyznała Holly, że teraz, kiedy nie jest już 

sama, będzie jej łatwiej.

Sam dotknął jej policzka. Był zimny jak lód. Spojrzała na niego.

-Twoja sypialnia jest na górze?

-Tak.

-Dobrze - powiedział Sam. - Więc chodźmy.

Rozdział 17

Do mojej sypialni? - Chciałaś pokazać ją Holly - Sam oderwał wzrok od zdumionych 

błękitnych oczu i spojrzał w brązowe, czujne. Holly rozpoznała swoje imię. Lubiła, kiedy je 

wypowiadał. A teraz była zachwycona, bo siedząc w zagięciu jego ramienia, patrzyła na 

wszystko z nowej perspektywy. -Wygląda na to, że jestem w pakiecie. To co, pójdziemy na 

górę?

Kathleen   poszła   przodem,   ale   cały   czas   słyszała   za   sobą   głos   Sama.  To   nie   jest 

odpowiedni moment, mówił, na zwiedzanie całego piętra. Zrobią to później, kiedy wszyscy 

wysuszą się już i ogrzeją.

- Na górze tylko dwa pokoje są umeblowane - powiedziała Kathleen, kiedy zbliżyli się 

do szczytu schodów. - Mój i Iana... to znaczy twój.

-Mój? Kathleen stanęła.

-Chcesz się tu zatrzymać, prawda?

Owszem, taki był plan Sama. Nie chciał zostawić jej sam na sam ze smutkiem.

- Tak, chciałbym tu zostać.

Sam spojrzał na jej plecy. Biały fartuch nie był już biały. Przesiąknięty wodą materiał 

stał się niemal przezroczysty, tak jak znajdująca się pod nim biała koszula. Widział wyraźnie 

rysujące się pod nimi kości łopatek i drżące ciało. Zauważył to już w holu. Ale Kathleen nie 

była   tego   świadoma.   Myślała   o   innych   sprawach,   a   Sam   odwracał   wzrok,   szanując   jej 

skromność.

152

background image

Teraz także odwrócił wzrok i spojrzał na kryształowy żyrandol oświetlający schody 

wiodące na piętro. 

- Bardzo chciałbym tu zostać. Ale może powinienem spać w innej sypialni... nie w tej.

-Nie wiem, czy są tu inne sypialnie - Kathleen odwróciła się, nieświadoma, że jest 

niemal obnażona. W oczach Sama dostrzegła tylko troskę i współczucie. - W każdym 

razie żadna inna nie jest umeblowana.

-W salonie są meble. - Sam zauważył to, kiedy stali w holu. - Mogę się przespać na 

kanapie.

-Nie... To znaczy, jak wolisz. Ale...

-Ale? - powtórzył łagodnie. Czułabyś  się mniej samotna, bezpieczniejsza, gdybym 

spał bliżej? Odsunął tę śmieszną myśl równie stanowczo, jak wcześniej zazdrość.

-Ian chciałby, żebyś spał w jego pokoju. Gdyby tylko wiedział, że tu jesteś... to by tak 

wiele dla niego znaczyło. Muszę wierzyć, że on o tym wie. -Teraz Kathleen zobaczyła 

w ciemnych oczach tęsknotę. I ból? - Sam?

-Będę spał w jego pokoju. - Sam uśmiechnął się z wysiłkiem.

-Dobrze. - Kathleen weszła na ostatni stopień i przystanęła. - Tędy.

-Znajdę go. Teraz poszukajmy twojej sypialni.

Pokój Kathleen znajdował  się po drugiej stronie korytarza, niedaleko, ale i nie za 

blisko. Kathleen sama wybrała kolory - kremowy i lila. Widziała ten pokój tylko raz, jeszcze 

kiedy był pusty, i była nim zachwycona. Powiedziała to Ianowi.

Tego dnia, na początku grudnia, powiesiła w garderobie eleganckie, nigdy nienoszone 

sukienki, a do szuflad wrzuciła sprane dżinsy i swetry. I nie mogła się doczekać chwili, kiedy 

zobaczy pokój wykończony i będzie mogła powiedzieć Ianowi, że meble, które wybrał, są 

zachwycające.

Okazało   się,   że   takie   są.   Łóżko   z   baldachimem,   toaletka   z   lustrem,   tapicerowane 

krzesło, szezlong. Kremowo-liliowe zasłony uszyte z tego samego materiału co narzuta na 

łóżko.

A u wezgłowia łóżka, na samym środku, leżała duża poduszka z napisem  Witaj w 

domu wyhaftowanym liliową nicią.

W oczach Kathleen zabłysły łzy. Nareszcie.

Otarła je szybko.

-Nie mogę płakać. Nie mogę.

-Oczywiście, że możesz - powiedział Sam. - Jak mogłabyś nie płakać, skoro straciłaś 

przyjaciela?

153

background image

Kathleen zacisnęła powieki i znieruchomiała. Nadludzkim wysiłkiem woli opanowała 

emocje. Kiedy znowu spojrzała na Sama, jej oczy były suche.

-Mogę.

-Ale po co, Kathleen? Żeby udowodnić sobie, że jesteś silna?

-Jestem silna, bo muszę. 

-A to oznacza, że nie wolno ci płakać?

-Tak.

-Ale możesz. Tylko nie chcesz. Dlaczego? - spytał trochę ostrzej. Holly natychmiast to 

wyczula i zaskomlała cicho. Chciała, żeby ktoś ją

uspokoił. Zrobili to natychmiast, oboje. Sam położył dłoń na jej grzbiecie, a Kathleen 

dotknęła zafrasowanej mordki.

Zapomniała   już,   że   Holly   przestraszyła   się   jej   wcześniej.   Suczka,   bezpieczna   w 

ramionach Sama, też o tym zapomniała. Wysunęła różowy język i polizała dłoń Kathleen.

-To pocałunek - powiedział Sam. - Chce się z tobą zaprzyjaźnić.

-W porządku - wyszeptała Kathleen, głaszcząc aksamitną sierść.

-Ja też chciałbym zostać twoim przyjacielem. Przepraszam, że na ciebie naciskałem.

-Miałeś prawo, Sam. Myślałeś o Ianie, zastanawiałeś się, jak mogę nie opłakiwać 

takiej straty. Chciałabym płakać. Naprawdę. Ale nie wiem, co się stanie, jeśli zacznę.

-Będziesz płakać, a potem przestaniesz. Kathleen pogładziła miękkie, zwisające ucho.

-Myślisz, że kiedykolwiek przestanę?

-Wiem, że tak.

-Mówisz jak prawdziwy przyjaciel.

-   Mam   nadzieję.   -   Sam   spojrzał   na   drżące,   białe   jak   śnieg   palce   odcinające   się 

wyraźnie od rudawego futerka Holly. Zbliżające się mimo woli do jego dłoni. Tak łatwo 

byłoby mu ogrzać je w dłoniach. Tak, to byłoby łatwe. I trywialne. Fizyczna bliskość. Sam 

chciał znacznie więcej. - Kathleen?

Jego głos, lekko schrypnięty, wyrwał ją z zamyślenia. Może gdyby Sam Collier ją 

przytulił, mogłaby zacząć płakać, a potem przestać? Może nie pozwoliłby, żeby się rozsypała?

Zdumiona, że coś takiego przyszło jej do głowy, podniosła na niego wzrok.

-Tak?

-Gorący prysznic. Suche ubranie. A potem, jeśli nie jesteś zbyt zmęczona, możesz 

porozmawiać ze mną- i Holly - o Ianie.

154

background image

-Powiedz mi.

-Co mam ci powiedzieć, James?

-To, o czym myślałaś, odkąd wyszliśmy z gabinetu Roba. - James spojrzał nad jej 

nagim ramieniem na zegarek stojący na nocnym stoliku. - Czyli od prawie czterech 

godzin. 

-Myślałam o tym. - Żeby znaleźć się z tobą w łóżku, żeby się w tobie zatracić. Nic 

było to kłamstwo. Myślała o tym zawsze. - A ty nie?

-Zawsze. Ale to, czego nie chcesz mi powiedzieć, nie jest przyjemne. A ja pocałował 

jej skroń - nie chcę, żebyś się czymś martwiła, kiedy się kochamy

-Kiedy się kochamy?

-Zaczęłaś myśleć o tym, kiedy wyszedłem z gabinetu Roba, żeby zadzwonić do domu 

pogrzebowego.   Najpierw   przyszło   mi   do   głowy,   że   Kathleen   powiedziała   ci   w 

zaufaniu coś o Ianie. Potem, w czasie kolacji, doszedłem do wniosku, że się mylę. 

Mogę   ci   powiedzieć   dokładnie,   kiedy   to   było   -   w   chwili,   gdy   sprawdziłaś   moje 

wiadomości i znalazłaś tę od Christine.

Natalie   nie   wzięła   pagera   bez   wiedzy   Jamesa,   nie   miała   też   zamiaru   czytać 

adresowanych do niego wiadomości. Ale akurat szukała lepszej sieci i powiedziała o tym, gdy 

tylko złożyli zamówienie.

James,   zadowolony   z   usług   swojej   sieci,   podał   jej   swój   pager   i   wyjaśnił,   jak 

odczytywać wiadomości. Przeczytała głośno jedenastą wiadomość. Tę od Christine. „Właśnie 

dowiedziałam   się   o   Ianie.   Tak   mi   przykro,   James!   Wiem,   jakie   to   dla   ciebie   straszne. 

Przyjadę, jeśli mnie potrzebujesz. Chcę być z tobą. Całuję cię, Christine".

Wiadomość od Christine nie różniła się specjalnie od dwóch innych, które też głośno 

przeczytała - od Erin i Tani - a James na wszystkie trzy zareagował tak samo. Pokiwał lekko 

głową, przyjmując kondolencje od osób, z którymi się przyjaźnił.

Natalie wierzyła, że jej reakcja na wiadomość od Christine była równie obojętna - tak 

jak łudziła się, że James nie zauważy, iż coś ją dręczy.

-A ja sądziłam, że nie jesteś zbyt spostrzegawczy, jak każdy prawdziwy mężczyzna.

-Będę prawdziwym mężczyzną - obiecał - kiedy będziemy się kochać. Ale ponieważ 

tak źle zinterpretowałem zachowanie Kathleen w dniu śmierci Iana, postanowiłem się 

poprawić. Jak mi idzie?

Natalie westchnęła wymownie. Zbyt dobrze, pomyślała.

-Więc powiedz mi, co cię martwi. Christine?

-Właściwie chodzi nie tyle o Christine, ile o to, kim ja jestem w porównaniu z nią. 

155

background image

Rozumiesz?

-Ani w ząb.

-Ty pewnie - no dobrze, może - myślisz, że jestem wykształcona i znam z własnego 

doświadczenia domy, które pokazuję, jak wielu innych agentów. Ale tak nie jest. W 

tym   świecie   jestem   intruzem   z   zewnątrz.   Pochodzę   z   robotniczej   rodziny,   James. 

Biednej rodziny. 

-I sądzisz, że to ma dla mnie znaczenie?

-Zrozumiałabym, gdyby tak było.

-Ja bym nie zrozumiał.

-Tak czy inaczej - powiedziała Natalie - uznałam, że powinieneś o tym wiedzieć. Nie 

chciałam wprowadzać cię w błąd. Nie chciałam, żebyś myślał, że jestem kimś, kim nie 

jestem.

-Nie   mówisz   o   tym,   kim   jesteś,   tylko   o   tym,   skąd   pochodzisz.   Nie   sądzę,   żebyś 

wprowadziła mnie w błąd. A ty?

Wydawał się taki pewny, że wie, kim ona jest, że ją zna. I że podoba mu się właśnie 

taka, jaka jest.

-Nie, ja też nie sądzę, żebym wprowadziła cię w błąd - odparła.

-A  skoro   już   o   tym   mowa,   wiedziałem,   skąd   pochodzisz.   I   nie   ma   to   dla   mnie 

znaczenia. - Uśmiechnął się do niej. - W porządku?

-W porządku. - Natalie także się uśmiechnęła, ale trochę niepewnie.

-Jest jeszcze coś, prawda?

-Byłam dość niesforną nastolatką. Trochę... bardzo... rozwiązłą.

Jej skromne pochodzenie nie miało znaczenia dla tego mężczyzny z wyższych sfer. Jej 

skromne   osiągnięcia   na   polu   edukacji   nie   miały   znaczenia   dla   redaktora   „Stanford   Law 

Review".

Ale na wieść o tym, że kobieta, której pożądał jak żadnej innej, zaspokajała żądze 

niezliczonych nastolatków z klasy robotniczej, jego błękitne oczy pociemniały. Natalie nie 

wiedziała, co wzbudziło w nim taki niesmak - wiek, w jakim oddawała się każdemu, kto miał 

na nią ochotę, czy wiek mężczyzn, właściwie chłopców, którzy ją mieli. A może po prostu 

fakt, że była łatwa.

Powód nie miał znaczenia. To spojrzenie Jamesa złamało jej serce.

Znieruchomiała,   przygotowując   się   na   słowa,   które   za   chwilę   padną   z   jego   ust.   I 

zadrżała na wspomnienie słów, które usłyszała w przeszłości.

„Nie jestem latawicą! Jak możesz mnie tak nazywać?"

156

background image

„Mogę, bo tym właśnie jesteś. Jesteś dziwką. Jak inaczej nazwać dziewczynę, która 

się puszcza? Jeśli wolisz, żeby cię nazywać kurwą, nie ma problemu".

James nie rzuci jej pieniędzy w twarz. Nie wie o dziecku.

A gdyby wiedział?

-Tak mi przykro - wyszeptała z rozpaczą. Do Jamesa i do dziecka, które nigdy go nie 

pozna. I do dziecka, które utraciła. I może nastolatki, którą była, dziewczyny, która nie 

wiedziała, że oddając się każdemu, kto tego chciał, niszczy swoje marzenia.

-Na co jesteś chora?

-Chora? 

-Czy to AIDS?

Natalie usłyszała gniew w jego głosie.

-Co? Nie. Nie jestem nosicielką HIV.

-Nie?

-Nie! Nie mam HIV ani żadnej innej choroby przenoszonej drogą płciową. Nigdy nie 

miałam.

-Więc dlaczego powiedziałaś mi, że byłaś rozwiązłą nastolatką?

-Z tego samego powodu, z jakiego powiedziałam ci o swoim pochodzeniu. Żebyś znał 

prawdę. Żeby nie wprowadzać cię w błąd. Powiedziałabym ci, gdybym miała HIV, 

James. Przykro mi, że podejrzewałeś, że mogłabym rozmyślnie narazić cię na takie 

ryzyko.

-Nie podejrzewałem cię.

-Podejrzewałeś. - A to było znacznie gorsze niż pogarda, jaką mógłby czuć, wiedząc, 

co robiła jako nastolatka. - Widziałam twój gniew. A potem ulgę.

Teraz, o dziwo, w końcu dostrzegła w jego oczach błysk pożądania.

- Powiem ci coś, Natalie. Nawet nie pomyślałem o tym, co mogłoby to oznaczać dla 

mnie. Myślałem tylko o tobie. Widzisz, nie chciałbym patrzeć, jak umierasz. - Powiedział to 

lekko, ale jego schrypnięty głos zdradzał skrywany głęboko strach.

Strach, że mógłby ją utracić...

- James...

Scałował łzę, która spłynęła z jej oka do kącika ust.

- Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś mi powiedzieć?

Tylko jedno. O dziecku. Teraz może mu powiedzieć. Teraz jest bezpieczna.

Ale   Natalie   coś   sobie   obiecała.   Sobie   i   swojej   małej   dziewczynce...   obu   małym 

dziewczynkom - tej, która była teraz w jej łonie, i tej, która umarła. Było to coś więcej niż 

157

background image

obietnica. Było to głębokie przekonanie. A może przesąd. Może miało to coś wspólnego z 

hormonami, jakie teraz wytwarzało jej ciało.

Ale to było bez znaczenia. Bo cokolwiek to było i bez względu na to, jak irracjonalne 

mogło się wydawać, Natalie wierzyła całym sercem, że musi poczekać do szóstego stycznia 

zanim   podzieli   się   radosną   wieścią   z   Jamesem...   że   musi   sama   przejść   przez   tę   smutną 

rocznicę.

- Natalie?

Zobaczyła, że James się uśmiecha, i odwzajemniła uśmiech.

-W tej chwili nie - szepnęła.

-Więc mogę ci udowodnić, że jestem prawdziwym mężczyzną?

-O, tak...

Rozdział 18

Holly, z pełnym brzuszkiem i w towarzystwie swoich skarbów - Sama, liska i klatki - 

usadowiła   się   właśnie   na   żółtym   kocyku,   kiedy   do   kuchni   weszła   Kathleen.   Suczka 

natychmiast porzuciła myśl o poobiedniej drzemce i rzuciła się w jej stronę, poszczekując 

donośnie. Kathleen, w suchych dżinsach i golfie, przywitała się nią.

-Już mnie zapomniałaś, Holly Collier? - zażartowała, siadając przed szczeniakiem, 

który zatrzymał się gwałtownie. Wyciągnęła rękę w kierunku nieufnego, lecz wyraźnie 

zaciekawionego pyszczka. - Nie jestem już mokra, a szpitalne zapachy zostały zmyte, 

ale przecież jesteśmy przyjaciółkami. Pamiętasz?

-Pamięta - powiedział Sam, klękając obok Holly.

Jego obecność najwyraźniej obudziła wspomnienia albo odwagę- albo jedno i drugie - 

bo suka zaczęła machać ogonem i choć jej łapki pozostały nieporuszone, wysunęła łepek ku 

wyciągniętej ręce Kathleen. Dotknęła jej nosem, a potem polizała.

- Jaki miły buziak - pochwaliła ją Kathleen. Holly zbliżyła się jeszcze trochę. - Chcesz 

wskoczyć mi na koIana? Nie mam nic przeciwko.

Była to kusząca propozycja, ale Holly nie zdobyła się na odwagę. Kiedy Sam wstał i 

odszedł, pobiegła za nim. Podszedł jednak tylko do żółtego kocyka, po gumowy gryzak i 

wrócił - razem z Holly - do Kathleen. Ledwie Kathleen wzięła zabawkę i położyła ją sobie na 

158

background image

kolanach, wskoczył na nie puszysty szczeniak.

Sam   usiadł   obok   Kathleen.   Oboje   przyglądali   się   Holly   pracowicie   miażdżącej 

ząbkami gumowego liska.

-To takie... - Kathleen urwała, szukając właściwego słowa.

-Uspokajające i uzależniające? Kiwnęła głową.

- Na pewno mogłabym się uzależnić. Miło mieć takie słodkie stworzonko na kolanach.

-Holly chyba odwzajemnia to uczucie. Wydaje mi się, że bardzo szybko staniesz się jej 

ulubioną zabawką.

-Wątpię. Nie sądzę, żeby gdziekolwiek mogło być lepiej niż w twoich objęciach. - 

Kathleen miała na myśli Holly, ale kiedy dotarł do niej sens tych słów, zaczęła się 

zastanawiać,   czy   Sam   nie   uznał,   że   mówiła   o   sobie.   Może   tak.   Lecz   było   to 

niezamierzone wyznanie. Sam na pewno zorientował się, że takie prowokacyjne uwagi 

nie są w jej stylu. Kathleen nie miała pojęcia, o czym Sam w tej chwili myśli. Nie 

odrywała wzroku od złotawej sierści, na którą patrzyła od początku rozmowy. - To 

znaczy...

- Tak, to straszna pieszczocha. Ale szybko się nudzi. Ma tyle innych rozrywek.

Powiedział to swobodnie. Naturalnie. Kathleen podniosła głowę i napotkała pogodne 

spojrzenie zielonych oczu.

-Na przykład gryzienie - mruknęła.

-O tak, to jedno z jej ulubionych zajęć.

-Co jeszcze lubi?

-Uwielbia biegać. Jest szybka, ale nigdy zbytnio się nie oddala. Lubi mieć mnie na 

oku.

-I vice versa.

-I vice versa - potwierdził.

Patrzył   na   Kathleen.   Czuła   się   pod   tym   badawczym   spojrzeniem   bezpieczna,   a 

zarazem wystawiona na wielkie niebezpieczeństwo. Sam patrzył na nią tak, jakby chciał się 

czegoś   dowiedzieć   i   sądził,   że   ona   zna   odpowiedź.   Gorzej:   jakby   sądził,   że   ona   jest 

odpowiedzią. Jeszcze gorzej: jakby chciał, żeby nią była, a zarazem tego nie chciał.

Kathleen zerknęła na kuchenny blat, gdzie leżała torba w renifery i żeglarski worek, a 

potem na podłogę, która stała się już królestwem Holly. Były tam jej miseczki, jej żółty kocyk 

i lisek o puszystym ogonie, a pod wbudowanym we wnękę biurkiem na komputer stała jej 

klatka. A w klatce...

-Czy to kurtka z Rain Mountain?

159

background image

-Tak, miałem ją na sobie, kiedy odbierałem Holly, i... Przepraszam -wyszeptał, widząc, 

jak oczy Kathleen zachodzą łzami. - Tylko tak byłem w stanie ją dowieźć do domu. 

Zaraz ją stamtąd wyjmę. Wystarczy kocyk.

-Nie - wykrztusiła Kathleen i potrząsnęła głową. Kilka łez spadło na lśniącą sierść 

Holly, która przerwała gryzienie i podniosła łepek. - Jestem beznadziejna, prawda?

Kathleen zadała to pytanie Holly, ale odpowiedział Sam.

-Nieprawda.

-Cóż - Kathleen otarła łzy. - Chyba nie potrafię ich powstrzymać, nawet gdybym 

próbowała.

-Więc nie próbuj.

-Nie chciałabym zamoczyć Holly.

-Nic jej nie będzie. A jak ty się czujesz?

-W porządku - powiedziała Kathleen, ale zaraz jej oczy znowu wypełniły się łzami. - 

Zaraz mi przejdzie. 

Albo nie, tego właśnie się obawiała - łez, które popłyną bez ostrzeżenia i obeschną 

dopiero wtedy, gdy ich całkiem zabraknie. Obawiała się, że rozpłynie się w tych łzach.

Ale tak się nie stało. Czuła się... oczyszczona. Nie pusta.

Może to uczucie było tylko złudzeniem, wynikiem ulgi, której doznała, kiedy wreszcie 

pozwoliła sobie na łzy. Albo złudzeniem innego rodzaju: może wydawało jej się, że jeśli 

będzie płakać, ten mężczyzna się nią zaopiekuje, pocieszy ją, obejmie - choć przecież się nie 

dotykali.

Holly poruszyła się niespokojnie. Najwyraźniej miała ochotę na spacer.

- Musi wyjść - powiedział Sam, biorąc suczkę na ręce. - Jeszcze nie wie, dlaczego 

nagle   ogarnia   ją   niepokój,   ale   nauczyła   się   już,   że   jeśli   wtedy  wyjdziemy  na   spacer,   po 

powrocie wszystko jest w porządku. Zaraz wracamy, Kathleen. Nigdzie nie odchodź.

To   ty  nie   odchodź!   Kathleen,   która   nie   potrafiła   powstrzymać   łez,   umiała   jednak 

powstrzymać się od wypowiedzenia tej prośby na głos. Kiedy Sam i Holly wyszli, wstała. 

Chciała obserwować ich przez okno. Przez łzy. Ale nagle ogarnął ją dziwny spokój. Kolejne 

złudzenie? Być może, ale teraz nawet łzy płynęły spokojniej. I było ich coraz mniej.

Zniknęły całkiem, kiedy Sam i Holly wrócili ze spaceru.

-Ciągle tu jesteś. - Sam nie krył ulgi. - I już nie płaczesz.

-Tak.   I   tak.   -   Pomyślała,   że   powinien   to   powiedzieć   w   innej   kolejności:   już   nie 

płacze... i ciągle tu jest. - Z Holly wszystko w porządku?

-Tak bardzo, że chyba zaraz zaśnie.

160

background image

Kathleen uśmiechnęła się do sennego szczeniaka ziewającego w ramionach Sama.

-Rzeczywiście zasypia. Czas na kurtkę Rain Mouintain?

-Jeśli naprawdę nie masz nic przeciw temu.

-Naprawdę nie mam nic przeciw temu

Sam włożył Holly do klatki. Głaskał ją i przemawiał do niej cicho, aż zasnęła.

-Myślę, że na jakiś czas mamy ją z głowy - szepnął do Kathleen, odsuwając się od 

klatki.

-Długo będzie spała?

-Jakieś trzy godziny. Strasznie cię wymęczyłem, prawda? Chyba powinnaś coś zjeść.

-Nie, nie chce mi się jeść. Ani pić, chociaż trochę się... odwodniłam. Chętnie ci to 

wyjaśnię, jeśli nie masz nic przeciw temu.

-Miałem nadzieję, że porozmawiamy. - Sam rozejrzał się. Kryształowy żyrandol w 

holu,   marmurowe   podłogi.   Nie   mieli   wielkiego   wyboru.   Sypialnia   była   jedynym 

umeblowanym pokojem, który Kathleen do tej pory widziała, a nie był to odpowiedni 

moment na dalsze zwiedzanie domu. - Zgaśmy trochę tych świateł i usiądźmy na 

schodach, dobrze?

Rozdział 19

Usiedli naprzeciw siebie na wyłożonym miękkim dywanem podeście. Kathleen oparła 

się   plecami   o   ścianę,   Sam   o   balustradę   schodów.   Ich   twarze   oświetlała   tylko   lampa   na 

werandzie.

-Te łzy... - zaczął Sam łagodnie.

-Nagle pomyślałam, że Ian bardzo chciałby być w tym momencie w naszej kuchni. I 

że powinien tam być.

-Powiedz, co by mu się spodobało.

-Wszystko. Zaczynając, oczywiście, od ciebie.

Sam   przygotował   się   na   pean   na   cześć   człowieka,   którego   kochała   Kathleen. 

Postanowił, że wysłucha go bez słowa protestu. Pozwoli, by podzieliła się z nim fikcją, w 

którą najwyraźniej wierzyła.

A jeśli będą to kłamstwa dotyczące stosunku Iana do syna? Ich także wysłucha bez 

161

background image

słowa. Ze względu na Kathleen i może - może - ze względu na siebie samego.

-Chciałby, żebym tu był?

-Tak, Sam. Byłby bardzo wzruszony. Zwłaszcza że pojawiłeś się tu ze szczeniakiem o 

imieniu Holly, który sypia na kurtce Rain Mountain i ma swoje rzeczy w torbie z 

reniferami.

-Dlaczego wzruszyłoby go, że mam spaniela o imieniu Holly?

-Nie pamiętasz?

-Nie.

-Przecież kiedy byłeś dzieckiem, twój pies w Connecticut wabił się Holly.

Nigdy nie miałem psa w Conecticut, miał ochotę wykrzyczeć, ale nie zrobił tego.

-Nie - powiedział cicho.

-Rzeczywiście. Dałeś imię Holly suczce, którą mieliście zabrać do domu kilka dni po 

Bożym Narodzeniu. Ale przed tymi świętami wyjechałeś.

-Dałem jej mię?

-Tak. I sam ją wybrałeś. Mieszkała wraz ze swoim rodzeństwem kilka przecznic stąd. 

Odwiedzaliście ją z Ianem przynajmniej raz dziennie. 

-Co się z nią stało?

-Ian chciał ci ją przywiózł do Connecticut. Tak powiedział? Więc kłamał.

-Nie przywiózł.

- Nie. Łączyłaby cię z przeszłością, o której powinieneś był zapomnieć dla własnego 

dobra.

Sam był zaskoczony. Nie tylko dlatego że była to pierwsza prawdziwa rzecz, jaką 

dotąd usłyszał. Zaskoczyło go też, że choć Kathleen znała prawdę o jego zapomnianym życiu 

z Ianem Collierem - zapomnianym z powodu Iana Colliera- najwyraźniej wybaczyła Ianowi 

obojętność wobec żony i syna. Nie okazał jednak zdumienia.

-Zatrzymał ją?

-Nie, nie mógł. Ale nie było problemu ze znalezieniem dla niej innego domu.

-Mówiłaś, że odwiedzałem ją z Ianem.

-Codziennie - Kathleen uśmiechnęła się ciepło.

-Była kilka przecznic stąd... Czy to znaczy, że właśnie tu mieszkaliśmy?

-Na terenie posiadłości, ale nie w tym domu. Kiedyś był tu domek ogrodnika.

-Gdzie?

-Na południowym krańcu posiadłości. Niedaleko sadu.

Sam   oczekiwał   jakiejś   rewelacji   w   związku   z   Holly,   był   więc   w   pewnym   sensie 

162

background image

przygotowany na to, co usłyszał. Ale odkrycie, że mieszkał z Ianem Collierem w pobliżu 

sadu,   zaskoczyło   go   zupełnie.   Poczuł   nagły   ucisk   w   sercu,   które,   jak   sądził,   było   już 

uodpornione na takie wzruszenia.

Ogarnął go gniew. Został porzucony przez Iana Colliera, a jednak trzymał się fantazji - 

i   marzeń   -   które   narodziły   się   w   czasie   tych   zapomnianych   lat...  A  kiedy   jako   dorosły 

człowiek mógł dokonywać własnych wyborów, kupił sobie dom z sadem i spaniela.

Sad. Spaniel. I...

-Opowiedz mi o Ianie i Bożym Narodzeniu.

-Wszystko w porządku, Sam?

-Jasne. A jak ty się czujesz? Masz ochotę iść spać?

-Jeszcze  nie  -  Kathleen  bardzo  chciała  sprawić,  by  Sam  poczuł  siłę  miłości  Iana. 

Tymczasem on wydawał się coraz bardziej nieufny. Postanowiła jednak, że się nie 

podda.   Miała   po   swojej   stronie   prawdę.   I   miłość.   -   Po   twoim   wyjeździe   Ian 

znienawidził święta.

-Powiedziałaś, że spodobałaby mu się świąteczna torba w renifery. 

-Dlatego   że   ty  ją   tu   przywiozłeś.   Przywiozłeś   też   radość   świąt,   które   spędziliście 

razem.

-Dość.

-Och, przepraszam! Nie pomyślałam... nie zdawałam sobie sprawy, że to dla ciebie 

takie bolesne. Sądziłam, podobnie jak Ian, że zapomniałeś wszystko z tych lat, które 

przeżyliście razem.

-Dość już tej pisanej od nowa historii.

-Pisanej od nowa historii? Chcesz powiedzieć, że święta z Ianem nie były radosne?

-Chcę powiedzieć, że nie znaczyły dla Iana tak wiele, jak ci to przedstawił. Ja niewiele 

dla niego znaczyłem.

-Niewiele? Byłeś dla niego wszystkim...

-Oddał mnie, Kathleen. Chciał się mnie pozbyć.

-To kłamstwo! Poruszyłby niebo i ziemię, żeby tylko cię przy sobie zatrzymać. Był 

gotowy na wszystko, ale... To ona ci powiedziała, że Ian cię nie chciał, prawda? Twoja 

matka?

-Tak.

-To kłamstwo, Sam. Ona kłamie.

Ta   kobieta,   przyjaciółka   jego   ojca,   była   pełna   pasji.   Widział   tę   pasję   podczas 

konferencji prasowej. Dobrze, pomyślał wtedy. Teraz też tak myślał.

163

background image

Kathleen   będzie   walczyła   o   Iana   do   końca.  Ale   Sam   nie   chciał   z   nią   walczyć. 

Owszem,   spodziewał   się,   że   będzie   broniła   Iana.   Był   wtedy   taki   młody.   Miał   zaledwie 

osiemnaście lat. Obowiązki rodzicielskie to było zbyt wiele dla niego. Nie radził sobie, nie 

zawsze był tak cierpliwy jak powinien. Wiedział o tym i starał się poprawić, ale nie umiał. 

Żałował, że tak źle cię traktował, do końca życia. Czy możesz mu wybaczyć? Proszę?

Sam od dawna zdawał sobie sprawę, co by odpowiedział. Że wybaczy Ianowi. Może 

już mu wybaczył.

Ale Kathleen nie walczyła o przebaczenie.

A Sam uświadomił sobie nagle, że chce, by wygrała tę walkę.

Do diabła z prawdą.

-W porządku - powiedział cicho. - Ona kłamie.

-Musisz w to uwierzyć.

-Wierzę, że moja matka zrobi wszystko, by dostać to, czego chce.

-Ja też tak sądzę.

-Więc jesteśmy tego samego zdania.

-Co do twojej matki. Co jeszcze ci powiedziała?

-Nie mówmy o tym, Kathleen. 

-Musimy. Musisz wiedzieć, co Ian do ciebie czuł. Musisz wiedzieć, jak bardzo byłeś 

kochany.

-Może mnie kochał, Kathleen. Ale to nie zmienia faktu, że mnie porzucił.

-A co mógł zrobić? Twoja matka i Mason skonsultowali się z psychiatrą dziecięcym, 

który powiedział, że będzie najlepiej, jeśli twoja relacja z Ianem zakończy się, jak się 

zakończyła. Tak w każdym razie twoja matka powiedziała Ianowi.

-Czyli jak, zdaniem psychiatry, należało zakończyć moją relację z Ianem?

-Bez pożegnania. Pożegnanie byłoby smutnym wspomnieniem, a należało się skupić 

na stworzeniu nowych, radosnych wspomnień. Dlatego zabrali cię tuż przed Bożym 

Narodzeniem. Twoje pierwsze wspomnienia związane z nowym domem miały być 

radosne. Dzięki temu miałeś szybciej zapomnieć o Ianie. I zapomniałeś. Mason niemal 

natychmiast zajął jego miejsce. Czy tak? - Och, oby tak było. Oby ukochany syn Iana 

nie cierpiał. - Sam?

-Nie wiem. Nic nie pamiętam z pierwszych sześciu lat życia.

-Sześciu lat?

-Przez dwa lata po wyjeździe z Seattle dostawałem leki uspokajające. Powiedziano mi 

później, że to ze względu na psychiczne tortury, które Ian...

164

background image

-Nie! Nie pozwolę, żebyś tak myślał! Ian cię kochał. Byłeś całym jego życiem.

-Całym jego życiem? Wątpię...

-Tak było. Kiedy cię stracił, wraz z tobą stracił całą radość życia. On umarłby dla 

ciebie... Niewiele brakowało, a naprawdę by się zabił -jeżdżąc na nartach - po twoim 

wyjeździe. To dlatego był lepszy od innych narciarzy. Nie dbał o to, co się z nim 

stanie. To cud, że nie zginął w tym wypadku w Kitzbühel. Ian czuł wtedy, że powinien 

umrzeć.

-Ale nie umarł.

-Nie, bo... Czy pamiętasz Rain Mountain? Czy wiesz, co znaczy, co znaczyła, dla Iana 

i dla ciebie?

-Nie. - Sam nie miał wspomnień związanych z tą górą. Tylko uczucia. -Nie wiem...

Nie chcesz wiedzieć, pomyślała Kathleen, widząc udrękę w jego zielonych oczach. 

Nie uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że to marzenie o Rain Mountain uratowało wtedy życie 

Iana.

- Ian nigdy się nie ożenił - powiedziała. - Nie bał się śmierci, ale utrata kolejnego 

dziecka była ryzykiem, którego nie chciał podjąć... – Aż do chwili, kiedy... Och, Ian, Ian. 

- Jest coś, czego nie chcesz mi powiedzieć? Kathleen potrząsnęła głową.

-Nie, zamyśliłam się tylko. O czym to mówiłam?

-Nie wiem. Chyba o czymś, co bardzo cię smuci.

- Tak - wyszeptała. - Mieliśmy się pobrać. Dziś wieczorem. Miałam wyjść za mojego 

najlepszego przyjaciela, mojego jedynego przyjaciela. Chciałam mieć dziecko, a Ian chciał, 

żeby to było jego dziecko. Chcieliśmy założyć rodzinę.

- Tak mi przykro.

Kathleen kiwnęła głową.

-Może to wszystko się ze sobą wiąże. Bo ubiegłej nocy, kiedy rozmawialiśmy o naszej 

przyszłości, o naszych dzieciach, Ian zaczął mówić o tobie. Zastanawiał się, gdzie 

jesteś i co robisz. Nigdy o tobie nie zapomniał, Sam. A to, co zrobił trzydzieści dwa 

lata temu, zrobił dla ciebie. Było mu ciężko, ale ani to, ani sposób, w jaki ta decyzja 

wpłynie na jego dalsze życie, nie miało znaczenia. Liczyłeś się tylko ty. Ian zrobił to, 

co uważał za najlepsze dla ciebie. - Prawda o podróży Sama do dorosłości sprawiła, że 

jego oczy pociemniały. Była to trudna podróż. I samotna. -Ale to nie było dla ciebie 

najlepsze, prawda?

-Przetrwałem.

To za mało powiedziane, pomyślała Kathleen. Potrafił stworzyć szczęśliwy dom dla 

165

background image

swojego psa i kiedyś stworzy też szczęśliwy dom dla swoich dzieci.

- Przetrwałeś. Ale świadomość, że nie byłeś szczęśliwy, zniszczyłaby Iana. - Kathleen 

wzięła głęboki oddech. - Dlatego umarł. Żeby się nigdy o tym nie dowiedzieć.

Ian Collier kochał syna.

Sam   w   końcu   zrozumiał   tę   niepojętą   tęsknotę   i   nadzieję.  Wspomnienia   ciągle   go 

zwodziły, ale uczucia były prawdziwe. Był kochany.

A co się stało, kiedy stracił ojca? Nie pamiętał tego, ale wiedział. Płakał, bo jak można 

nie płakać po utracie przyjaciela?

Sam   nie   pamiętał,   żeby   kiedykolwiek   uronił   choć   jedną   łzę.  Ale   przecież   musiał 

płakać. I może nie potrafił przestać. Przyjmowane przez dwa lata leki uspokajające  były 

konieczne, by zatamować ten potok łez.

Łzy zostały zatamowane przez leki. Sam stał się milczącym, zobojętniałym zombie.

A łzy, którym nie dane było spłynąć? Utworzyły jezioro w jego duszy. Nie tak wielkie 

jak   morze,   na   które   Sam   często   uciekał,   ale   zbyt   duże   i   zbyt   głębokie,   by   mogła   je 

przekroczyć przyjaźń czy miłość. 

Powierzchnia jeziora mogła wydawać się spokojna. Lecz było to tylko złudzenie. W 

jego odmętach kłębił się gniew. I rozpacz.

Najgorzej było zimą, kiedy zbliżało się Boże Narodzenie. Wtedy łzy zmieniały się w 

bryły lodu.

- Sam?

Nie patrzył na Kathleen. Siedział ze wzrokiem wbitym w pustą ścianę. Ale jej głos 

wyrwał go z zamyślenia, wyciągnął z czarnej jak noc otchłani, która nie pozwalała mu zaznać 

miłości. Brzmiał tak, jakby Kathleen chciała przepłynąć zdradzieckie wody i podać Samowi 

dłoń.   .

Czyżby nie widziała, że walka już się skończyła?

-Wierzę ci, Kathleen. Wierzę, że on mnie kochał.

-Kochał cię. I myślę, że ty też go kochałeś.

Kochałeś   go,   Sam.   Potrafisz   kochać.   To   jezioro   łez   wcale   nie   jest   dla   ciebie 

przeszkodą.

Ogrom jeziora najwyraźniej jej nie przerażał. Była silna. Nie bała się też wejść na lód. 

A gdyby lód się załamał i wpadłaby w ciemne odmęty? Nawet tego się nie obawia, pomyślał 

Sam, bo on tam był, by ją powitać. Bo jej pragnął.

Spojrzał na Kathleen. Spodziewał się, że będzie blisko. I była, choć żadne z nich się 

nie poruszyło. To ich serca zbliżyły się do siebie. A oczy Kathleen błyszczały... i przygasły, 

166

background image

kiedy spojrzała w jego oczy.

- Tak. - Głos Sama był ochrypły i zimny, tak jak jego oczy. - Kochałem go. Ale to było 

wiele lat temu. W innym życiu.

Zauważył, że poczuła się zraniona, jakby nie rozumiała, że chce dać mu więcej, dużo 

więcej, niż on może zaoferować jej w zamian. Jakby nie czuła, że on też toczy walkę na 

śmierć i życie. Walczył o to, co będzie najlepsze dla niej, nie o to, czego sam chciał. A chciał 

jej dotknąć, przytulić i nigdy nie wypuścić z objęć.

Dotknij mnie, przytul mnie, kochaj mnie. Jego dusza znowu śpiewała pieśń tęsknoty i 

nadziei, ale tym razem refren był inny. Nie jest za późno. Nigdy nie jest za późno. Przytul ją! 

Dotknij jej! Kochaj ją!

Sam uśmiechnął się.

-Oto, co wymyśliłem. Ty się położysz, a ja przemyślę sobie wszystko, co od ciebie 

usłyszałem. Wierzę w to, co mi powiedziałaś. Ale muszę poszukać w tym wszystkim 

sensu.

-Chcesz zrozumieć, dlaczego twoja matka kłamała. Ale to nie ma sensu.

-Mylisz się - odparł. - Muszę tylko dojść, czego ona chciała. Jej kłamstwa były tylko 

środkiem do osiągnięcia jakiegoś celu. 

-Słyszałeś kiedyś powiedzenie, że matka nigdy nie jest szczęśliwsza niż to z jej dzieci, 

które jest najbardziej nieszczęśliwe?

-Nie.  Ale   szczęście   mojej   matki   było   niezależne   od   tego,   czyjej   dzieci   czuły   się 

szczęśliwe, czy nie. Więc może to powiedzenie należałoby uzupełnić. Idealna matka. 

Dobra matka.

-Taka, która nie jest egoistką, nie pragnie zemsty. Bez urazy.

-Nie uraziłaś mnie. Myślisz, że kłamała, by zemścić się na Ianie?

-Nie wiem. Ian wierzył, że była szczęśliwa, kiedy mieszkaliście razem, i wyjechała 

tylko   dlatego,   że   trafił   jej   się   ktoś   lepszy.   Mason   Hargrove.   Ale   zawsze   się 

zastanawiałam, czy Ian nie patrzył na jej życie przez różowe okulary, bo sam był tak 

bardzo szczęśliwy z tobą. To ty, a nie twoja matka, byłeś najważniejszy w jego życiu.

-To nie mogło się jej podobać. Ona wymaga bezustannej adoracji. Powiedziała mi, że 

Ian był wobec niej okrutny. Że się nad nią znęcał.

-Nigdy!

-Wierzę ci. Ona go nienawidziła, Kathleen. I chciała, żebym i ja go znienawidził.

-Żeby ukarać go za to, że jej nie kochał?

-Możliwe. Kiedy miałem sześć lat, Mason chciał odesłać mnie do Iana. Nie chciał, 

167

background image

żebym   był   w   pobliżu   przyrodniego   brata,   który   miał   się   wkrótce   urodzić.   Matka 

zareagowała   bardzo   gwałtownie.   Była   oburzona,   że   zaproponował   oddanie   mnie 

potworowi, który nie kochał ani mnie, ani jej.

-Nienawidzę jej - w oczach Kathleen błysnęły łzy.

-Nie rób tego, Kathleen.

-Mam jej nie nienawidzić?

-Nie płacz.

-Dlaczego nie?

- Bo to moje łzy, nie twoje. Moje i Iana. I już zostały wylane. Jezioro łez. Wielkie, 

głębokie jezioro, w którym utonie każdy, kto odważy się do niego wejść.

Kathleen już zaczyna tonąć, pomyślał Sam, widząc na jej twarzy zagubienie i rozpacz. 

I samotność. Samotność, którą zdawała się akceptować, jakby nie była kimś, kogo warto 

ratować.

Ani pragnąć.

- Kathleen - wyszeptał, wyciągając do niej rękę. Dotknij mnie. Przytul mnie. Kochaj 

mnie.

W pierwszej chwili poczuła się jeszcze bardziej zagubiona. A potem ujęła jego dłoń. 

Tonęła. Oboje zaraz utoną. Razem. Albo razem zostaną ocaleni. 

Rozdział 20

Piątek, 2 stycznia 

Godzina 7.00

Kiedy Kathleen weszła do kuchni, Sam stał przy oknie, spoglądając w ciemny zimowy 

poranek. Dostrzegł odbicie jej postaci w szybie i odwrócił się szybko.

-Dzień dobry.

-Dzień dobry - odpowiedziała mężczyźnie, który dotykał jej jak nikt dotąd... i którego 

dotyku pragnęła tak, jak nigdy nie spodziewała się niczego pragnąć.

Ona także go dotykała. Wiedziała, jak go dotykać... instynktownie. Nie powiedział jej 

tego, nie pokazał. A jednak wiedziała. W ciemności była śmiała i namiętna. On także. I 

bardzo, bardzo delikatny.

168

background image

To złudzenie. Kobieta leżąca w łóżku z Samem Collierem nie istnieje. Ta zmysłowa 

istota, kobieca i wyzwolona, jest tylko ulotnym wytworem emocji, które wymknęły się spod 

kontroli. Jakie to banalne. Kathleen słyszała o obcych sobie ludziach, którzy zbliżają się do 

siebie po utracie kogoś bliskiego i potwierdzają własną żywotność w akcie seksualnym. Tak 

jak ona i Sam.

To naturalne. To się zdarza.

Ale to tylko złudzenie.

A może nie? Zdawało się, że Sam chce, by nie było to złudzeniem. Wierzy, że to nie 

złudzenie. Wierzy, że ona nie jest złudzeniem.

-Dobrze spałaś? - spytał.

-Tak. - Tak dobrze, że kiedy usnęła w jego ramionach, obudziła się dopiero rano. Czy 

on też dobrze spał? Czy opuszczał ją tylko co trzy godziny, by wyprowadzić Holly, a 

potem wracał do łóżka? Nie wiedziała. Ale tej nocy nie miała koszmarów. - Bardzo 

dobrze.

-Wcześnie wstałaś.

-Siódma to dla mnie późna pora. - Kathleen oderwała wzrok od zbyt przenikliwych 

zielonych oczu i spojrzała na Holly. Leżała w klatce otwartej na oścież, pochrapując. - 

Ale dla niej to wczesna godzina.

-Fakt, nie należy do rannych ptaszków. Ale założę się, że kiedy nadejdzie wiosna, 

będzie na nogach od świtu. Kathleen?

-Tak?

-Lepiej porozmawiajmy o tym.

-O czym? 

-Wiesz, o czym myślę. Ta noc. Ty i ja. W łóżku. - Kochaliśmy się. - Pamiętasz?

Kiwnęła głową.

- Ta noc była...

Czekał, usiłując zachować spokój, choć wyobraźnia podsuwała mu słowa, których nie 

chciał usłyszeć. Jak na przykład: „Wielki błąd". Albo „Tego właśnie potrzebowałam, Sam, tej 

łatwej, trywialnej bliskości. Jesteś bardzo dobry. Wiesz o tym. Może następnym razem, gdy 

będzie mi smutno, moglibyśmy to powtórzyć?"

Albo... próbował opisać słowami, co czuł, kochając się z Kathleen. Jego serce już to 

zrobiło.

To było jak... powrót do domu.

-Była uspokajająca, kojąca i uzależniająca? - zasugerował. Kathleen zmarszczyła brwi.

169

background image

-To nie byłam ja.

-Jak to?

-Tej nocy. To nie byłam ja... Ja nie jestem... namiętna.

-Więc udało ci się mnie nabrać.

-Tak, nabrałam cię.

-Wyobrażałaś sobie, że jestem Ianem?

-Co? Nie! Ian i ja nie byliśmy kochankami. Już ci mówiłam.

-Powiedziałaś mi też, że chcieliście mieć dzieci.

-Z pomocą współczesnej medycyny. Za pomocą strzykawek.

-Więc nie wyobrażałaś sobie, że jestem Ianem.

-Nie.

-Więc kim?

Kim jest ten mężczyzna, którego tak pragniesz?

- Sobą.

Sam uśmiechnął się i delikatnie dotknął jej twarzy.

-Ty też byłaś sobą, Kathleen. - Taką, pomyślał, jaką chcesz być i jaka jesteś przy mnie 

i będziesz, jak długo zechcesz. Już zawsze, jeśli chcesz. On pragnął, żeby tak było już 

zawsze. Mógł jej to powiedzieć, bo nie miał cienia wątpliwości. Ale jeśli nawet ona 

także tego pragnęła, nie uwierzyłaby mu... jeszcze nie. Więc Sam, tak jakby był to 

tylko pierwszy z niekończącego się pasma ich wspólnych poranków, zapytał tylko: 

-Może zjemy śniadanie i omówimy plany na dziś?

-Czy świat nie rozumie, że powinien się zatrzymać? - westchnęła Natalie, odkładając 

słuchawkę.   Asystentka   z   biura   zadzwoniła   do   niej   o   ósmej   trzydzieści   rano.   - 

Przynajmniej do uroczystości albo nawet do spotkania z Kathleen.

-Mogę to zrobić sam.

-Wiem, ale...

-Będę delikatny. Obiecuję.

-Wiem, James. Aleja chciałam się z nią zobaczyć. Tylko że mam dwie oferty na ten 

dom w Bainbridge i wygląda na to, że jeden z moich klientów postanowił uczcić 

nadejście nowego roku, kupując rezydencję na Capitol Hill, a między tymi dwoma 

sprawami - którymi naprawdę muszę się zająć - powinnam zadzwonić do kilku osób. - 

Natalie przejrzała notatki, znalazła właściwą kartkę i podała ją Jamesowi. - Także do 

170

background image

tej.

-Vanessa Worthing Hargrove - odczytał. - Ciekawe, czy cokolwiek byłoby w stanie 

zatrzymać jej świat - dodał, kiedy przeczytał resztę.

-Na pewno nie śmierć Iana Colliera.

-Nie. Może ja się tym zajmę? Chodzi o posiadłość, ale sprawa nie jest pilna.

-Ian kupił ten dom dla Kathleen.

-Wiem.

-Ale skoro od dziesięciu lat nie zmienił testamentu... Możesz coś z tym zrobić?

-Na   przykład   sfałszować   testament?   -   James   uśmiechnął   się.   -   Nie.  Ale   nie   mam 

zamiaru spieszyć się z jego wykonaniem.

Natalie kiwnęła głową i znowu westchnęła.

-Lepiej zacznę się ubierać... Najwyższy czas - powiedziała, lecz nadal siedziała na 

kanapie naprzeciw Jamesa - tak jak w sylwestra rozmawiali o Grancie i zawartości 

tajemniczej przesyłki. Teraz paczka leżała na podłodze, a Natalie wydawało się, że od 

rozmowy o niej upłynęło nie trzydzieści sześć godzin, lecz całe wieki. - Pamiętasz te 

piękne czasy, kiedy naszą największą troska było, czy Grant jest psychopatą, czy nie?

-Pamiętam. Myślałem - miałem nadzieję - że po wyjeździe z Bostonu uznam, że się 

myliłem. Niestety, jestem coraz bardziej przekonany, że miałem rację.

-Co teraz zrobisz... to znaczy, co my teraz zrobimy?

-Obejrzymy twoje filmy, ja otworzę tę paczkę i zobaczymy.

-Ale dopiero po pogrzebie Iana - powiedziała.

James miał wiele obowiązków w związku ze śmiercią Iana, a Natalie wiedziała, że 

traktował je bardzo poważnie.

- Tak, dopiero po pogrzebie. Grant jest tam, gdzie powinien, a wstępne przesłuchanie 

odbędzie się dopiero za dwa tygodnie. 

Kiedy przyjechał James, Sam, Kathleen i Holly szli właśnie do pokoju Iana. To był 

ostatni punkt zwiedzania posiadłości.

Godzinę spędzili w jadalni. Holly obwąchiwała podłogę, a oni siedzieli przy stole i 

podziwiali meble wybrane przez Iana. Długo rozmawiali. Najpierw o nim, potem o innych 

sprawach.

W   salonie   zabawili   jeszcze   dłużej,   a   gdy   nadeszła   pora   spaceru   Holly,   poszli   w 

siąpiącym deszczu tam, gdzie kiedyś stał domek ogrodnika.

Rodzice Vanessy kazali go zburzyć kilka dni po tym, jak kochanek Va-nessy zniknął z 

ich życia.

171

background image

Ale sad został.

-W południowym Oregonie mam sad jabłoni.

-W południowym Oregonie? Gdzie?

-W małej mieścinie, która nazywa się Sarah's Orchard.

-Tam, gdzie mieszkają słynne Apple Butter Ladies. - Kathleen spojrzała na niego w 

zamyśleniu. - Ian odkrył ich konfitury mniej więcej rok temu i był nimi zachwycony.

-A tobie smakowały?

-Jeszcze   ich   nie   próbowałam,   Ian   miał   mi   je   przysłać   do   Nowego   Jorku,   ale 

postanowiliśmy, że...

Zaczekamy.

Sam dostrzegł smutek w jej oczach i delikatnie pogładził ją po policzku.

-Gdy w grę wchodziły naprawdę istotne kwestie, nie czekałaś, Kathleen. Ian wiedział, 

że mu ufałaś. Tak bardzo, że chciałaś, by został ojcem twoich dzieci.

-Tak. Wiedział o tym.

Kathleen zaczekała, aż fala wzruszenia, która ją ogarnęła, minie. Ten poranek był 

pełen takich chwil. Oboje nauczyli się witać je spokojnie... nie odganiać ich.

-Apple Butter Ladies używają twoich jabłek, prawda? -spytała w końcu. A ponieważ 

Sam nie odpowiadał, dodała: - Wiem, że to nie są twoje jabłka, należą do siebie. Ale 

tak się składa, że rosną w twoim sadzie. Tak?

-Tak.

-On   wiedział,   Sam.  W  jakiś   magiczny  sposób.   Dlatego   tak   lubił   te   konfitury.   Bo 

wiązały się z tobą.

-To rzeczywiście magiczne wytłumaczenie.

-Nie wierzysz w magię?

Sam uśmiechnął się do kobiety, w której był tak beznadziejnie zakochany. Nie, wcale 

nie beznadziejnie, bo był pełen nadziei. On też wierzył w magię. 

- Oczywiście, że wierzę - odparł.

Spacerowali   we   mgle,   aż   zmęczona   Holly   położyła   się   na   mokrej   trawie.   Kiedy 

wrócili do domu, suczka już smacznie spała w ramionach Sama. Poruszyła się lekko, kiedy 

usłyszała dzwonek u drzwi, a potem nieznany męski głos wypowiadający jej imię -bo ona 

także została przedstawiona. Wkrótce jednak znowu zapadła w sen.

James odetchnął, kiedy Kathleen wyszła go przywitać.

Wiedział, że Natalie także poczułaby ulgę, i miał ochotę do niej zadzwonić. Zdawał 

sobie jednak sprawę, że chce z nią porozmawiać przede wszystkim dlatego, że już się za nią 

172

background image

stęsknił.

Był po uszy zakochany w Natalie - i ten stan bardzo mu odpowiadał.

Usiedli we troje w salonie, by omówić przebieg uroczystości upamiętniającej Iana. 

James zaproponował, by obyła się w Wind Chimes Hotel. Najpierw część oficjalna w wielkiej 

sali balowej, a potem przyjęcie w oszklonym hotelowym atrium piętro wyżej. Uroczystość 

rozpoczęłaby   się   o   szesnastej   szóstego   stycznia,   oczywiście   jeśli   Kathleen   i   Samowi   to 

odpowiada.

Żadne   z   nich   nie   miało   zastrzeżeń,   przeszedł   więc   do   listy   osób,   które   chciały 

wygłosić przemówienia. Była to długa lista.

-Było jeszcze więcej chętnych - powiedział James - ale nie zdali mojego testu.

-Jakiego testu?

-Poprosiłem   wszystkich,   żeby   spróbowali   wygłosić   swoje   mowy   przede   mną. 

Wycofali się ci, którym głos zaczął się łamać już w połowie pierwszego zdania. Ale 

jeśli   chcielibyście   coś   powiedzieć   na   uroczystości   albo   chcielibyście,   żebym 

powiedział coś w waszym imieniu...

-Nie - odparli jednocześnie.

Nie   dodali   nic   więcej.   Nie   musieli.   Oboje   nie   byliby   w   stanie   nic   powiedzieć, 

podobnie   jak   James,   i   z   tych   samych   powodów.   Nie   musieli   też   wyjaśniać,   że   Ian   nie 

przywiązywał wagi do ceremonii.

Wygłosił wiele przemówień, żegnając swoich zmarłych przyjaciół, i znał uzdrawiającą 

siłę takich spotkań. Ale do wygłaszania mów zachęcał tylko tych, którzy byli w stanie to 

robić.

Praca   przy   przygotowywaniu   uroczystości   upamiętniającej   tego,   który   odszedł, 

pomagała przetrwać trudne chwile tym, którzy zostali.

Ustalili menu na przyjęcie. Jeszcze godzinę temu ta kwestia nie miałaby dla nich 

znaczenia.

Ale to było godzinę temu.

- Bułeczki maślane - zaproponowała Kathleen. - Z konfiturami z Sarah's Orchard. 

- Ian uwielbiał te konfitury - powiedział James łamiącym się głosem. - W biurze miał 

zawsze kilka słoików i wszystkich częstował. Nie wiem, ile ich tam zostało. Ale na pewno nie 

wystarczy. Zadzwonię do Apple Butter Ladies i zamówię więcej.

-Ja to zrobię, James.

-W porządku, Sam. Dziękuję. - James skinął głową i zmienił temat. -Przeczytałem 

testament Iana. Ponieważ jesteście tu oboje, od razu wam powiem, co było wolą Iana. 

173

background image

Miałaś rację Kathleen, że Sam jest głównym spadkobiercą...

-Co? - wyszeptał Sam.

-Ale ty też - ciągnął James. - Ian podzielił majątek na dwie równe części.

-To niemożliwe. Powiedział mi, że ostatnio zmieniał testament dziesięć lat temu.

-Właśnie wtedy cię w nim uwzględnił.

Oboje - Sam i Kathleen - byli bardzo zaskoczeni. Potrzebowali czasu, by oswoić się z 

tym, co usłyszeli, i pomyśleć o konsekwencjach.

-Za   tydzień   czy   dwa   omówimy   to   dokładniej.   -   James   zwrócił   się   do   Sama:   - 

Kontaktowałeś się z matką?

-Ostatni raz dwadzieścia lat temu.

-Więc   nie   wiesz...   Zostawiła   wiadomość   naszej   przyjaciółce,   która   zajmuje   się 

sprzedażą nieruchomości - James spojrzał na Kathleen, a potem znowu na Sama. - 

Twoja matka jest zainteresowana tą posiadłością. Chce ją kupić dla syna.

Sam uśmiechnął się gorzko.

- Dla swojego drugiego syna. Dla mojego przyrodniego brata Tylera.

Z Tylerem również nie kontaktował się od dwudziestu lat. Vanessa i Mason zrobili 

wszystko, by bracia nigdy się do siebie nie zbliżyli. Sam, wierząc, że coś jest z nim nie w 

porządku, nigdy nie próbował kontaktować się z Tylerem, choć bardzo tego chciał...

Okazało się jednak, że z Samem wszystko jest w porządku - poza tym że miał brata, 

którego nie znał. Ale pozna.

-Czy ta wasza przyjaciółka rozmawiała z moją matką?

-Nie.   Otrzymała   tylko   wiadomość,   że   twoja   matka   przyjedzie   na   uroczystość 

upamiętniającą Iana, a potem chciałaby obejrzeć posiadłość.

-Nie   będzie   jej   na   uroczystości.   -   Gniewny   głos   Sama   zaniepokoił   Holly,   która 

poruszyła się przez sen. Pogłaskał łagodnie suczkę. - Jej noga nie postanie na terenie 

tej posiadłości. Nigdy. Zadzwonię do niej po rozmowie z Aplle Butter Ladies. Albo 

nie. Zadzwonię do niej zaraz. Chyba że jest coś jeszcze? 

-Nie. To wszystko.

-Świetnie. - Sam podał śpiącą suczkę Kathleen. - Zadzwonię z góry. Nie mam zamiaru 

podnosić głosu, ale i tak wolelibyście tego nie słyszeć.

-Holly i ja odprowadzimy Jamesa do samochodu - Kathleen wstała. -I jeszcze raz 

podziękujemy mu za wszystko, co dla nas robi.

174

background image

Sam zadzwonił najpierw do Clary McKenzie, z pokoju Kathleen.

Była   zachwycona,   że   tak   szybko   się   do   niej   odezwał,   więc   zanim   Sam   zdążył 

wyjaśnić,   dlaczego   dzwoni,   opowiedziała   mu   o   wszystkim,   co   wydarzyło   się   w   Sarah's 

Orchard od sylwestra.

Suzie okazała się uroczą dziewczyną, młoda para postanowiła zamieszkać w Sarah's 

Orchard   już   w   czerwcu,   a   Ryan   bardzo   chce   pracować   u   Sama.   Próbowali   się   z   nim 

skontaktować,  żeby o  tym  porozmawiać  i ustalić,  kiedy Ryan,  Suzie  i  Clara  będą  mogli 

zobaczyć szczeniaka.

Gdy  Sam  w   końcu  zdołał  powiedzieć,   dlaczego  dzwoni,  Clara  wyraziła  smutek  z 

powodu śmierci Iana. Słyszała, że umarł. Czytała o tym w gazetach. Ale nie wiedziała, że Ian 

był ojcem Sama. Na wieść o tym jej głos posmutniał jeszcze bardziej.

Sam powiedział  jej  o  planowanej   uroczystości  i  konfiturach, które  chce  podać  na 

przyjęciu. I podasz, odparła Clara. Zaraz zacznie rozmrażać jesienne zbiory i usmaży tyle 

konfitur, ile potrzeba. Ryan i Suzie przywiozą je do Seattle i...

-Będą mogli przenocować w Wind Chimes - zaproponował Sam. -Na mój koszt.

-To nie jest konieczne, Sam.

-Naprawdę tego chcę, Claro.

-Cóż - odparła. - Wiem, że będą zachwyceni.

Potem Sam wybrał inny numer. Telefon odebrał człowiek, który trzydzieści lat temu 

chciał go oddać Ianowi.

-Witaj, Mason. Mówi Sam. Zastałem matkę?

-Tak. Zaraz ją poproszę.

Sam usłyszał szepty i posykiwania, a potem głos matki, której samopoczucie nie miało 

nic wspólnego z tym, jak szczęśliwy - czy raczej nieszczęśliwy - był jej pierworodny.

-Sam! Nie masz pojęcia, jak często modliłam się, by ten dzień wreszcie nadszedł...

-Daruj sobie, mamo, i posłuchaj. Jestem w Seattle, w domu Iana. Nigdy nie kupisz tej 

posiadłości. Dobrze ci radzę, trzymaj się z daleka od Seattle i ode mnie.

-Nie będę tego słuchać! 

-Owszem, będziesz. Widzisz, wiem o twoich kłamstwach. I jestem gotów podzielić się 

tą wiedzą z Masonem i Tylerem. Myślę, że to ich zainteresuje, bo ich także 

okłamywałaś. Chciałaś ukarać Iana, prawda? Za to, że kochał mnie, a nie ciebie. Cóż, 

nie udało ci się.

-Nie masz pojęcia, kim był ten człowiek!

Słysząc jej głos, piskliwy i pełen strachu, zrozumiał, że trafił we właściwy punkt, Ian 

175

background image

Collier kochał Sama, ale nie kochał Vanessy, i odtrącona kochanka zrobiła wszystko, żeby 

obaj - ojciec i syn - za to zapłacili.

-Może poprosisz Masona do telefonu? Moglibyśmy porównać notatki.

-Nie!

Teraz   usłyszał   w   jej   głosie   przerażenie.   Więc   Mason   nie   byłby   zachwycony 

kłamstwami małżonki. Najwyraźniej nie miała już na niego takiego wpływu jak kiedyś.

-Nie? W porządku. Właściwie to chciałem porozmawiać z bratem.

-To niemożliwe.

Sam   nie   przypuszczał,   by   trzydziestoletni   Tyler   nadal   mieszkał   z   rodzicami,   ale 

wiedział, że Vanessie nie chodziło o jego fizyczną nieobecność.

-Nie ma go? - zapytał niewinnie.

-Nie. I nie możesz się z nim kontaktować. Ja nie...

-Nie pozwolisz na to? Nie masz takiej władzy. Już nie. Oboje wiemy, że mogę go 

odszukać. I odszukam. Ale przedtem chcę ubić z tobą interes. Powiesz Tylerowi, że 

myliłaś się co do mojego ojca. Powiesz mu, że Ian nie był potworem, i że ja też nie 

jestem potworem. Powiesz mu, że uważasz - tak jak ja - że nadszedł czas, byśmy stali 

się braćmi, którymi nie mogliśmy być, bo ty i Mason nie pozwoliliście nam na to.

-Wcale tak nie uważam.

-Więc skłam. Wiem, że to potrafisz, i zapewniam cię, że warto. W zamian za to, że 

pozwolisz   Tylerowi   spotkać   się   ze   mną   -   bez   uprzedzeń   -ani   on,   ani   Mason   nie 

dowiedzą się nigdy prawdy o mnie i Ianie.

-Obiecujesz?

Była to prośba, nie żądanie. Błagalny ton matki zaskoczył Sama, tak jak wcześniej jej 

strach.

-Nie   ja   jestem   rodzinnym   kłamcą.   Bardziej   na   miejscu   będzie   więc,   jeśli   to   ja 

zapytam: obiecujesz?

-Tak.

-Dobrze. Wiesz, gdzie mnie szukać. Czekam na telefon od Tylera. I nie mam zamiaru 

czekać długo. 

-Odkładam   słuchawkę,   Sam.   -   W   głosie   Vanessy   znowu   pojawiła   się   znajoma 

wyniosła nuta. Weszła w rolę matki, która poświęciła życie dla niewdzięcznego syna. - 

Nigdy więcej tu nie dzwoń.

- Nie mam zamiaru - wyszeptał, choć Vanessa już się rozłączyła. 

Przez  chwilę  słuchał  ciszy,  a  potem on  też  odłożył   słuchawkę. Wyszedł  z  pokoju 

176

background image

Kathleen i pod wpływem impulsu wszedł do sypialni Iana.

Na wielkim łóżku, w którym nikt nigdy nie spał, nie leżała poduszka z napisem Witaj 

w domu. Haftowane poduszki nie pasowałyby do tej sypialni. Jej wystrój - biel, błękit, stal, 

drewno tekowe - był bardzo męski i przywodził na myśl morze i ośnieżone stoki.

Przywodził na myśl ojca. I syna.

Witaj w domu, Sam. Witaj w domu.

Sam wszedł na błękitny dywan i stanął przy oknie. Pokój Iana nie był największy w 

domu, a z okna nie rozciągał się najpiękniejszy widok.

Ale właśnie tutaj Ian chciał sypiać - ze względu na panoramę Seattle i widoczną w 

słoneczne dni Mount Rainier.

Dzień   nie   był   słoneczny,   lecz   przedzierające   się   przez   chmury  promienie   bladego 

zimowego słońca oświetlały świeżo spadły śnieg na wierzchołku góry.

Sam widział  podobny pejzaż,  na  okładce broszury  Rain  Mountain,  którą  zamówił 

tydzień przed swoimi szesnastymi urodzinami. Ale nie tylko wtedy...

Kiedy jeszcze? To pytanie pojawiło się nagle. A wraz z nim wspomnienia, tak drogie, 

że choć zostały zepchnięte w mrok niepamięci, nie umar-ły...

Wszystkie wspomnienia stopią się w końcu w jedno z uczuciami, dla których tak 

długo nie znajdował wytłumaczenia. Wszystkie będą tak jasne i pełne szczęścia jak to jedno, 

które wypłynęło ze srebrzystej mgły...

- Tatusiu! Tatusiu! Tatusiu! - krzyczał chłopiec w sadzie, wyciągając przed siebie rękę 

i wskazując coś palcem - Patrz!

I Ian patrzył. A że było to częścią ich gry, powiedział:

- Przecież wiesz, Sam, że to Mount Rainier.

A Sam, roześmiany, szczęśliwy, oderwał wzrok od ośnieżonej góry i spojrzał w oczy 

pełne miłości.

-Nie, tatusiu! Ojciec uniósł brwi.

-Nie? Więc jak się nazywa ta góra?

-Rain Mountain, tatusiu! Rain Mountain!

Rozdział 21

177

background image

Wind Chimes Hotel

Poniedziałek, 6 stycznia

Godzina 15.15

Uroczystość pożegnalna miała się rozpocząć dopiero o czwartej, ale ci, którzy kochali 

Iana najbardziej, przyszli już o drugiej. Chcieli sprawdzić, czy kwiaty zostały dostarczone 

zgodnie   z   zamówieniami,   czy   wystarczy   sztalug   na   liczne   portrety   zmarłego,   i   czy   sala 

balowa, która nagle zaczęła wydawać się zdecydowanie za mała, pomieści wszystkich gości. 

Pytali o tysiące szczegółów, choć pracownicy hotelu w pełni kontrolowali sytuację.

Personel hotelowy zajął się wszystkim, więc dla przyjaciół Iana zostały bułeczki z 

konfiturami i wspomnienia. Jedni usiedli przy stołach nakrytych różowymi obrusami, inni 

przechadzali się pod kryształowymi żyrandolami projektu Giselle Trouveau.

Wszyscy cieszyli się, że mogli tu przyjść i podzielić się swoimi wspomnieniami.

Zabójca wiedział, że jego ofiara pojawi się wcześnie. Był bardzo zadowolony, że Ian 

Collier cieszył się taką popularnością. Dzięki temu mógł przechadzać się niezauważony w 

tłumie zebranym w hotelu.

Musiał   tylko   unikać   wzroku   Jamesa   i   Natalie.   Nie   było   to   trudne.   Rudowłosa 

specjalistka   handlu   nieruchomościami   i   prawnik   Rain   Mountain   świata   poza   sobą   nie 

widzieli. Odkrycie uczucia łączącego Natalie i Jamesa sprawiło, że plany zabójcy jeszcze 

zyskały  na  atrakcyjności.  Miał  się  też  czym  zająć  do  godziny  czwartej. Wtedy  w  końcu 

wystuka ten numer. Już nie mógł się doczekać tej chwili.

Morderca podziwiał Iana i żałował, że nigdy nie miał okazji poznać go osobiście. 

Przez kilka ostatnich tygodni, od chwili, kiedy poznał nazwisko kobiety, z którą Ian chciał się 

ożenić, zbierał informacje o obojgu narzeczonych. Początkowo skupił się na kobiecie. Miał 

kilka prostych pytań i szukał prostych odpowiedzi.

Czy Kathleen Cahill jest córką Mary Alice Cahill? A jeśli tak, czy jest podobna do 

matki?

Bardzo szybko zdobył odpowiedź na pierwsze pytanie. A ponieważ brzmiała „tak", 

zajął   się  drugim.  Ale   odszukanie   w   Internecie  zdjęć   młodej   lekarki  było   trudniejsze,   niż 

sądził. Rozszerzył zakres poszukiwań o Iana, w nadziei że trafi na fotografie z zaręczyn w 

którejś z lokalnych gazet. Nic z tego.

W końcu wszedł na strony Queen Annę Medical Center i tam znalazł czarno-białe 

zdjęcie  nowych  pracowników   szpitala.  Miał   odpowiedź  na  swoje  drugie   pytanie:  kolejne 

178

background image

zdecydowane „tak".

Można już zająć się Ianem. Czekając, aż bostońska policja wreszcie dostrzeże to, co 

już od dawna powinno być dla wszystkich oczywiste, czytał wszystko, co znalazł na temat 

Iana Colliera. Artykuł za artykułem.

Mijały godziny. Viva I'Internet, pomyślał. Błogosławieni niech będą ludzie o miękkich 

sercach, którzy zdecydowali, że w dodatku do innych luksusów więźniowie powinni mieć 

dostęp do sieci.

Tak, wiele łączyło go z Ianem. Obaj w chwili narodzin nie mieli nic, obaj musieli 

walczyć   o   przetrwanie.   Obaj   osiągnęli   w   życiu   znacznie   więcej,   niż   ktokolwiek   się 

spodziewał.

Łączyło ich jeszcze coś - w ich żyłach płynęła krew morderców.

Ian nie mógł umrzeć w dogodniejszym momencie. Po jego śmierci James Gannon 

musiał się zająć różnymi sprawami. Zabójcy było to bardzo na rękę. Gdyby nie to, jego 

misterny plan dzisiejszych morderstw wziąłby w łeb.

Dzisiejsze morderstwa. Uwielbiał brzmienie tych słów. Teraz mógł z rozkoszą myśleć 

o trzech - nie dwóch. To także zawdzięczał Ianowi.

Gdyby Ian nie chciał kupić nowego domu, nie wiadomo, ile minęłoby czasu, zanim 

James i Natalie zostaliby kochankami.

Ian zasłużył, by uczcić jego pamięć w szczególny sposób.

I jego pamięć zostanie uczczona.

-Gdzie jest Holly? - spytał James, wracając do stolika. Odszedł na chwilę, by wskazać 

miejsca osobom, które będą przemawiać.

-W domu - odparł Sam.

W domu, w którym  za niecałe trzy tygodnie powita wraz z Kathleen brata. Tyler 

bardzo chciał go poznać. Marzył o tym spotkaniu od dawna.

-Zajmują się nią Ryan i Suzie - wyjaśniła Kathleen - Chcieliśmy zostawić ją samą, bo 

sądziliśmy, że sama będzie się czuła najlepiej. Ale była taka zadowolona, kiedy Ryan i 

Suzie przyjechali z konfiturami, że przyjęliśmy ich propozycję.

-Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę Holly - powiedziała Natalie.

-Zobaczysz ją już niedługo - odparła Kathleen. - Powinniśmy byli zaprosić was na 

weekend.

Ale   chcieliśmy   być   sami,   pomyślała,   razem   witać   każdy   nowy   dzień.   Choć 

179

background image

jednocześnie musimy pożegnać człowieka, którego oboje kochaliśmy... dzięki któremu nasze 

drogi się skrzyżowały. 

- Nie, nie powinniście!

Kathleen uśmiechnęła się.

-Naprawdę   chcemy,   żebyście   poznali   Holly   i   zobaczyli   dom.   Ian   tak   pięknie   go 

urządził...

-Panna Davies?

Natalie odwróciła się i spojrzała na hotelowego boya.

-To ja. O co chodzi?

-Przepraszam, że przeszkadzam, ale w holu czeka ktoś z pani biura. Mówi, że to pilne.

-W porządku. - Natalie wzruszyła ramionami. - W handlu nie ma naprawdę pilnych 

spraw, ale nie wszyscy o tym wiedzą. Zaraz wracam.

Zerknęła na zegarek. Za kwadrans czwarta. Minęły już niemal trzy czwarte tego dnia. 

Szósty stycznia - rocznica śmierci jej dziecka. Piękny dzień i taki spokojny, choć bardzo 

smutny. Razem z Jamesem pożegna Iana, a potem pożegna swoje utracone dziecko. Będzie to 

czułe, pełne miłości pożegnanie.

Gdy   wybije   północ   i   szósty   stycznia   minie   bezpowrotnie,   powie   Jamesowi, 

mężczyźnie, którego kocha, o ich dziecku.

Idąc w stronę holu, Natalie uśmiechała się. Zauważyła napastnika, który nagle wyłonił 

się z cienia, dopiero gdy chwycił ją za ramię.

-Grant - wyjąkała. - Co ty tu... Puść mnie!

-Przykro  mi,  Natalie,  ale  nie  mogę.  Pójdziesz  ze  mną  jeśli  nie  chcesz, żeby twój 

chłopak rozstał się z życiem. Rozumiesz?

-O czym ty mówisz?

-Sprytne,   ale   już   za   późno   na   takie   gierki   -   odparł   Grant,   ciągnąc   ją   do   windy 

zarezerwowanej do użytku gości apartamentu olimpijskiego. Wsunął kartę w otwór i 

mosiężne drzwi rozsunęły się i zamknęły za nimi. - Wiesz wszystko, prawda? - podjął, 

gdy znaleźli się w windzie. - Nie kłam, to nic nie da. Miałaś to wypisane na twarzy, 

kiedy się zorientowałaś, że to ja. Ale zróbmy sobie powtórkę, tak dla przyjemności. 

James uważa, że to ja zabiłem Paris. Postarałem się, żeby tak myślał. Na wypadek, 

gdybyś nie była pewna: tak, zabiłem ją. Ciekawi mnie natomiast, co jeszcze wie James 

- albo wydaje mu się, że wie.

-Zabiłeś Paris?

-Nie udawaj, że to cię zaskoczyło. Obserwowałem was, ciebie i Jamesa. Jesteście 

180

background image

kochankami.   A   to   oznacza,   że   jeśli   choć   czasami   ze   sobą   rozmawiacie,   James 

powiedział   ci   o   mnie   co   nieco.   Rozmawiacie   ze   sobą,   prawda?   Czysty   seks   nie 

interesuje Jamesa. Nawet z kimś takim jak ty... Zaskoczona? Tak, dobrze słyszałaś, z 

kimś   takim   jak   ty.   Nie   należymy   do   jego   sfery,   oboje.   Jesteśmy   dużo   niżej   od 

wspaniałego Jamesa Gannona. A skoro mowa o wyższych sferach - dodał, kiedy winda 

się zatrzymała -jestem ciekaw, czy Christine ma już dość sznura i knebla...

- Chodźmy jej poszukać, James.

James kiwnął głową.

- Sam nie wiem, dlaczego tak się denerwuję, Sam. Ale jestem bardzo niespokojny.

Sam   Collier   wiedział   wiele   o   uczuciach,   które   nie   mają   żadnego   logicznego 

wytłumaczenia. Wiedział, że trzeba ich słuchać.

- To pewnie pierwsza naprawdę pilna sprawa w historii handlu nieruchomościami - 

powiedziała Kathleen, wstając od stolika w pustym teraz atrium.

Uroczystość miała się rozpocząć za pięć minut. A że na sali były ekipy kilku stacji 

telewizyjnych, musiała się zacząć punktualnie.

Kathleen   starała   się   zachować   optymizm,   ale   w   głębi   ducha   również   była 

zaniepokojona. Nie obawiała się, że spóźni się na uroczystość. Gdyby Ian był tu z nimi, on 

także przyłączyłby się do poszukiwań Natalie.

Weszli do holu, ale Natalie nigdzie nie było widać.

Za minutę czwarta do Jamesa podszedł portier.

- Telefon do pana.

James od razu wiedział, kto dzwoni.

-Jesteś wolny - powiedział do słuchawki.

-Witaj, James. Tak, jestem wolny, dzięki tobie. Facet, którego wrobiłem, tak żeby 

wydawało   się,   że   to   on   wrobił   mnie,   zajął   moje   miejsce   w   areszcie   wczoraj   po 

południu. Obyło się bez fanfar. Przyjaciele z policji zgodzili się powiadomić media 

dopiero po moim wylocie z Christine do Seattle. I jesteśmy tu teraz, dwadzieścia 

osiem pięter wyżej, w apartamencie olimpijskim. Jest naprawdę wspaniały. Jak się 

pewnie domyślasz, jest z nami Natalie. Poprosiłbym ją do telefonu, chyba że wolałbyś 

porozmawiać z Christine? Niestety obie są związane... - Grant urwał, a kiedy odezwał 

się ponownie, jego głos był zimny jak lód. - Oto, co zrobisz, James. Uprzedziłem 

portiera, że ma cię wpuścić do prywatnej windy. Masz tu przyjść natychmiast. Nie 

181

background image

żartuję. Najmniejsza zwłoka będzie miała fatalne skutki dla Natalie albo dla Christine. 

Muszę  tylko zdecydować, na której z twoich kochanek zależy ci bardziej. Czy to 

jasne?

-Jadę na górę.

James   odłożył   słuchawkę   i   odwrócił   się   do   Sama   i   Kathleen.   Żadne   z   nich   nie 

wiedziało,   co   się   dzieje,   ale   mężczyzna,   który   wielokrotnie   ratował   innych   na   morzu,   i 

kobieta, która od dziesięciu lat nosiła biały kitel, zrozumieli od razu, że to kwestia życia i 

śmierci. 

- Co się stało? - spytał Sam.

-Grant   Monroe  jest   mordercą   -   powiedział   James,  ruszając   za   portierem   w   stronę 

windy. - Grozi, że zabije Natalie i Christine. Chce, żebym tam natychmiast przyszedł.

-Ale nie możesz...

-Muszę, Kathleen. Grant tak naprawdę chce dostać mnie.

Tego był pewny. Był też pewny, że Grant ma jakiś plan. Nie wiedział tylko, jaki. 

Morderstwo,  a   potem  samobójstwo  raczej  nie   wchodziło   w  grę.  Psychopaci   nie   miewają 

wyrzutów sumienia. Chcą tylko wygrać.

Grant pokazał już, że potrafi popełnić morderstwo doskonałe, i to w bardzo śmiały 

sposób: postarał się, by poszlaki wskazywały na niego, twierdził, że został wrobiony, przez 

cały ten czas rzucając podejrzenia na niewinnego człowieka.

Co teraz planuje? Czyżby chciał, aby wydawało się, że James, oszalały z rozpaczy po 

stracie Christine, dopuścił się zbrodni? Jeśli tak, to po wszystkim zostaną trzy trupy. Grant 

będzie twierdził, że udało mu się zabić Jamesa, który niestety zdążył przedtem zamordować 

Christine i Natalie.

Gdyby James poszedł szukać Natalie sam, plan Granta mógłby się powieść.

Ciągle może.

Wyjął z kieszeni marynarki telefon komórkowy.

-Spróbuję   dodzwonić   się   na   policję   -   mówił,   wystukując   numer.   -Przy   odrobinie 

szczęścia uda mi się ich wezwać. - Zmarszczył brwi. -jeśli operator odbierze telefon.

-Pójdę z tobą. Razem zdołamy go obezwładnić.

James   rozważał   przez   chwilę   propozycję   Sama.   Kiedy   drzwi   windy   zaczęły   się 

rozsuwać, potrząsnął przecząco głową.

- To byłoby zbyt ryzykowne dla Natalie i Christine. Grant chce dostać mnie. I chce się 

zabawić. Mogę liczyć tylko na to, że zdołam osłabić jego czujność - albo pojawi się policja.

-Nie podoba mi się to. James wszedł do windy.

182

background image

-Mnie też - powiedział, kiedy drzwi zaczęły się zamykać.

Mimo przerażenia Natalie była wstrząśnięta widokiem Christine. Jej oczy, niegdyś tak 

błyszczące, przygasły, była blada i wymizerowana. Wyglądała, jakby... dusza opuściła jej 

ciało.

- Tak mi przykro, Natalie - powiedziała, gdy Grant, przypomniawszy im, że nie warto 

krzyczeć, bo i tak nikt ich nie usłyszy, wyjął z ust żony knebel, włożony tam na wypadek, 

gdyby zdołała dostać się do telefonu. -Tak bardzo mi przykro.

-To nie twoja wina, Christine.

-No,   to   niezupełnie   prawda   -   oznajmił   Grant,   przywiązując   Natalie   do   krzesła   i 

krępując jej ręce na plecach. - Gdyby Christine nie rozkochała w sobie Jamesa, nie 

byłoby nas tu dziś. A gdyby wykazała się choć odrobiną pomysłowości w łóżku, może 

dopiero za rok czy dwa doszedłbym do wniosku, że czas usunąć Jamesa Gannona z 

tego świata. Wtedy, Natalie, James byłby dla ciebie już tylko wspomnieniem. Mimo 

całej   twojej   seksualnej   kreatywności,   której   jestem   pewien,   braku   zahamowań   i 

wstydu, wybrałby kogoś z własnej sfery.

-Mylisz się! James nie jest taki!

-Nie, Natalie, nie mylę się. Sama zobaczysz, jak się tu pojawi. Jeśli będziesz jeszcze 

wtedy żywa. Co nie jest pewne, zważywszy, że została mu tylko minuta. Może zresztą 

wybiorę Christine... O czym to ja mówiłem? Ach, no tak. James miał się ożenić z 

Christine, pamiętasz? To chyba najlepszy dowód na to, że namiętność musi przegrać z 

arystokratycznym pochodzeniem.

-To, co robiłam... z tobą, Grant - Christine wydawała się zupełnie oszołomiona. - Dla 

ciebie...

Rozległ się dzwonek u drzwi i w świetle lamp błysnęło ostrze noża. Grant przycisnął 

je do gardła Natalie. Na jej szyi pojawiło się kilka kropel krwi.

- Proszę wejść-zawołał uprzejmie.

Rozdział 22

Wind Chimes Hotel 

183

background image

Centrum dowodzenia grupy do zadań specjalnych

Poniedziałek, 6 stycznia 

Godzina 16.25

Komórka   Jamesa   Gannona   transmitowała   na   żywo   makabryczne   przedstawienie 

rozgrywające się w apartamencie olimpijskim. Jak dotąd była to tylko rozmowa. Ale straszna. 

Grant Monroe miał zamiar zabić obie kobiety i Jamesa i oskarżyć Gannona o morderstwo z 

zazdrości. 

Oznajmił   chełpliwie,   że   mu   uwierzą.   Był   tego   pewny.   Przygotował   się   bardzo 

dokładnie. Jeszcze w więzieniu podzielił się swoimi obawami co do Jamesa z bostońską 

policją i prokuraturą.

Po   wszystkim   będzie   się   oczywiście   czuł   winny.   Jest   w   końcu   specjalistą,   zna 

mechanizmy rządzące umysłem przestępcy. I widział, jak rozchwiany psychicznie był James. 

Nie chciał jednak w to uwierzyć. James był jego przyjacielem. Nawet w najśmielszych snach 

Grant nie byłby w stanie przewidzieć masakry, do jakiej doszło w hotelu.

W końcu jest prawnikiem, nie jasnowidzem.

Obiecał drwiąco, że pożegna Jamesa pięknym przemówieniem.

Policyjni eksperci siedzący w biurze zmienionym naprędce w centrum dowodzenia 

wiedzieli,   że   Grant   na   razie   czerpie   przyjemność   z   opisywania   swoim   ofiarom   ich 

nieuchronnego losu. Rozkoszuje się ich strachem, ich bezradnością.

A kiedy ta zabawa go znudzi?

Zacznie zabijać. Bez względu na to, jak szybko służby specjalne dotrą do apartamentu, 

Grant zdoła zabić przynajmniej jedną osobę. Będzie wściekły, kiedy zda sobie sprawę, że 

człowiek, którego śmiertelnie nienawidzi, przechytrzył go... i wygrał.

Nieuchronność przynajmniej jednego zabójstwa wynikała z informacji dostarczonych 

przez Jamesa. Wciągnął Granta w rozmowę, starając się- tak by nie wzbudzić podejrzeń 

psychopaty -jak najdokładniej opisać sytuację.

Związane kobiety siedziały obok siebie zwrócone twarzami w stronę Jamesa, który 

stał nieco dalej, tam gdzie Grant kazał mu się zatrzymać. Grant stał za kobietami, gotów w 

każdej chwili zrobić użytek z trzymanego w ręku noża.

Natalie i Christine zostały wykorzystane jako żywe tarcze. Jakiekolwiek posunięcie ze 

strony Jamesa lub policji kosztowałoby życie przynajmniej jedną z nich. James i policjanci 

mogli   zaatakować   tylko   wtedy,   gdy   zostaną   do   tego   zmuszeni   -   to   znaczy   gdy   Grant, 

znudzony zabawą, zacznie zabijać.

184

background image

Grant, nieświadomy obecności policji i przekonany, że zwycięstwo będzie należało do 

niego, na razie nie okazywał znudzenia. Zbyt dobrze się bawił.

Chciał pokazać Jamesowi, jaki jest inteligentny. I okrutny.

Policjanci   mieli   nadzieję,   że   jeden   ze   strzelców   wyborowych   znajdzie   miejsce,   z 

którego będzie mógł strzelić do psychopaty,  nie raniąc nikogo innego. Na razie wszyscy 

zgromadzeni w centrum dowodzenia, łącznie z Samem i Kathleen, słuchali historii zbrodni 

Granta Monroe. 

Zamordowanie Paris Eugenii Bally i rzucenie podejrzeń na jednego z profesorów było 

dziecinnie proste. Chociaż, dodał Grant, nikt inny nie byłby w stanie obmyślić i zrealizować 

tak doskonałego planu.

Grant   uważał,   że   jest   bezkonkurencyjny.   Owszem,   znał   swoich   rywali,   dokładnie 

badał ich dokonania, ale żaden nie zdołał mu dorównać.

Zabójstwo Paris, choć proste, wiązało się z kilkoma wyzwaniami, które wyniosły je 

ponad   zwykłą   rutynę.   Na   przykład   to   fałszerstwo.   Grant   uznał   ten   pomysł   za   przebłysk 

geniuszu.

Stworzył dziennik, w którym, naśladując charakter pisma Paris, dokładnie opisał, w 

jaki sposób  była prześladowana. Z czasem, bardzo niechętnie, Paris wyraziła w  „swoim" 

dzienniku pewność, że jej prześladowcą jest właśnie Grant.

W   ostatnim   zapisie,   z   dnia,   kiedy   zginęła,   wspomniała   o   planowanej   na   wieczór 

rozmowie z Grantem. Miała zamiar włożyć telefon komórkowy do jednej kieszeni, a nożyczki 

do drugiej. Była gotowa bronić się do czasu przybycia policji.

-Zadzwoniła do mnie tego wieczoru - wyjaśnił Grant. - Powiedziałem jej, że mam 

ochotę na dobry seks, bo w domu nie mogę na to liczyć. Ustaliliśmy, że zadzwoni o 

umówionej   godzinie   i   zacznie   krzyczeć,   że   za   oknem   jest   jakiś   człowiek,   a   ja 

natychmiast przyjadę i spędzimy w łóżku parę miłych godzin. Powinniście byli ją 

zobaczyć, kiedy się tam pojawiłem. Nie mogła się doczekać. Muszę przyznać, że było 

to   bardzo   kuszące,   ale   trzymałem   się   planu.   Najpierw   ją   udusiłem.   Musiała   być 

martwa, ale nie zakrwawiona, żebym mógł umieścić odciski jej palców na dzienniku. 

Położyłem   dziennik  koło  łóżka,   włączyłem   magnetofon   i  zadzwoniłem  na  policję. 

Musiałem to wszystko zrobić bardzo szybko, żeby przez jej serce ciągle płynęła krew, 

kiedy wbiję w nie nożyczki.

-Magnetofon? - spytał James.

-

Nagranie, które policja uznała za odgłosy walki Paris z napastnikiem. Pamiętasz 

jak morderstwo?

185

background image

-

Jasne - odparł James, jakby widział film Hitchcocka wiele razy, a nie tylko słyszał o 

nim   od   Natalie.   Natalie.   Nie   odrywał   wzroku   od   Granta,   ale   ani   na   chwilę   nie 

zapomniał o nożu przytkniętym do jej szyi. Wiedział, że Grant musi mówić... jak 

najdłużej.   -   Pamiętam   też   remake   z   Gwyneth   Paltrow   i   Michaelem   Douglasem 

Morderstwo doskonałe.

-Myślałem o tym, żeby wykorzystać motywy z remake'u. Tytuł jest bardzo trafny. Ale 

musiałem wybrać narzędzie zbrodni i nie mogłem się oprzeć pokusie skorzystania z jej 

nożyczek. Mój prywatny hołd dla Hitchcocka. Zauważ, że dziś wybrałem rzeźnicki 

nóż.

-A ta taśma? 

-Też   miała  związek  z  Hitchcockiem.  Wykorzystałem  kilka   scen  z  obu  filmów,  by 

zapewnić policyjnemu operatorowi właściwe efekty dźwiękowe,

-Co się stało z taśmą?

- Włożyłem ja między kasety Paris. Pewnie ciągle tam jest. Wybrałem Paris między 

innymi ze względu na jej kolekcję kaset. Przede wszystkim jednak dlatego, że miała awersję 

do pisania czegokolwiek odręcznie.

-Nie miała więc dziennika?

-Nie.   Była   leworęczna,   a   rodzice   zmuszali   ją   do   pisania   prawą   ręką.   W   końcu 

znienawidziła rodziców - i pisanie.

-O czym nikt nie wiedział.

-Tylko bliscy przyjaciele.

-Ale ten człowiek, którego wrobiłeś, nie wiedział o tym.

-Zgadza się. Nie lubił mnie i nie ukrywał tego, więc wydawało się prawdopodobne, że 

chciał mnie wrobić. Kiedy policja odkryła, że dziennik Paris jest fałszerstwem, inne 

pozostawione przez mnie ślady prowadziły prosto do tego frajera.

-Jak odkryto, że dziennik jest sfałszowany?

-Dzięki mnie, ale niezupełnie tak, jak planowałem. Krótko przed Bożym Narodzeniem 

umówiłem się z jednym z detektywów. Powiedziałem mu, że pamiętam, jak Paris 

mówiła mi o grupie wsparcia, do której należała. Była to grupa dla ludzi czujących żal 

i gniew do swoich rodziców. Dałem mu do zrozumienia, że sądzę, że mógł ją zabić 

jakiś szaleniec z tej grupy - ale oczywiście wspomniałem też ojej problemie.

-Miałeś zamiar zaczekać do wstępnego przesłuchania.

-Owszem. Ale tuż przed świętami usłyszałem wzmiankę o kobiecie, która zamierzał 

poślubić Ian Collier.

186

background image

W apartamencie - i zmienionym w centrum dowodzenia biurze - zapadła cisza. W tej 

ciszy Sam ujął w dłonie lodowate ręce kobiety, która miała wyjść za jego ojca.

-Nie otworzyłeś paczki, prawda, James? - spytał Grant swobodnym tonem.

-Nie.

-Ale   miałeś   zamiar   to   zrobić,   prawda?   Odezwał   się   twój   sceptycyzm,   zacząłeś 

dopuszczać do siebie myśl, że to ja zabiłem Paris. Ale nie byłeś pewny, czy po prostu 

nie bawię się tobą. Nie mylę się?

-Znasz mnie dobrze, Grant.

-

Po   prostu   jestem   znacznie   inteligentniejszy   od   ciebie,   James.   Zawsze   o   tym 

wiedziałeś, prawda? Od pierwszego dnia pierwszego roku studiów. Wiedziałeś o tym i 

doprowadzało cię to do szaleństwa. Dzieciak bez grosza przy duszy miał więcej oleju 

w głowie niż złoty chłopak z Menlo Park. Wkurzało cię to. Ale czułeś się winny z 

powodu tej zazdrości -zwłaszcza że była to zazdrość o kogoś takiego jak ja. Czułeś, że 

powinieneś być ponad to. Noblesse oblige. Dlatego udawałeś mojego przyjaciela.

-Byłem twoim przyjacielem, Grant.

-Nie sądzę. Ale dobrze udawałeś. To muszę ci przyznać. Wszyscy się na to nabrali. 

Może   sam   zacząłeś   w   końcu   w   to   wierzyć.  Ale   mnie   nie   udało   ci   się   nabrać. 

Tolerowałeś   mnie,   bo   musiałeś.   Ale   czułeś   do   mnie   tylko   pogardę.   Byłem 

inteligentniejszy, ale i tak uważałeś się za kogoś lepszego. Ja byłem dla ciebie tylko 

śmieciem, który przez przypadek okazał się geniuszem, czyli po prostu genialnym 

śmieciem.   Genialnym   śmieciem   -   powtórzył   -   który   bez   trudu   uwiódł   twoją 

narzeczoną.

-James - wyszeptała ta uwiedziona kobieta. - Ja nie wiedziałam. Naprawdę wierzyłam, 

że...

-Że   cię   kochałem?   -   Grant   prychnął   pogardliwie.   -   Pozwoliłem   ci   w   to   wierzyć, 

prawda, kochanie? Nawet dzisiaj, kiedy powiedziałem ci, że musisz mnie związać, że 

musisz to zrobić w dowód miłości, zgodziłaś się bez wahania. Jakie to żałosne. Muszę 

ci powiedzieć, James, że byłem nią bardzo znudzony. Naprawdę nie było cię stać na 

nic lepszego?

-Nie wciągajmy w to Christine.

-Nie umiesz ukryć pogardy, James. Ale w porządku. Obaj jesteśmy dżentelmenami. 

Chociaż uważam - i sądzę, że zgodzisz się ze mną - że honor ma pewne minusy. To 

dlatego nie otworzyłeś tej koperty od razu? Musiałeś się tym trochę podręczyć. Ale w 

końcu byś to zrobił, prawda? Wiedziałeś, że wkrótce wyjdę na wolność, i gdyby Ian 

187

background image

Collier   nie   zmarł   w   tak   dogodnym   dla   mnie   momencie,   zdążyłbyś   zajrzeć   do 

przesyłki.   Wiele   zawdzięczam   Ianowi   Collierowi   -   tak   wiele,   że   zacząłem   się 

poważnie zastanawiać, czy zabić Kathleen.

-Zabić Kathleen? Dlaczego?

-A jak sądzisz?

-Nie mam pojęcia.

-Więc nie zdołałem cię przekonać, że zabijam kobiety, które znasz, żeby się zemścić 

za to, jak mnie traktowałeś?

-Nigdy w to nie uwierzę.

-Cholera - zaśmiał się Grant. - Nie jesteś aż tak tępy, jak sądziłem. Z czego wynika, że 

nie będziesz się czuł odpowiedzialny za żadne z morderstw, które popełniłem.

-Obawiam się, że nie.

-Cóż. Tak czy inaczej, warto było spróbować. Ale żeby wszystko było jasne - nikogo 

nie zabiłem, zanim nie poznałem ciebie. A potem nie mogłem przestać. 

-Nie myślałeś o zabijaniu, zanim mnie poznałeś?

-Jesteś dziś naprawdę bystry, prokuratorku. A może po prostu czytałeś moje książki. 

Myślałem o tym, marzyłem o tym, odkąd sięgam pamięcią. Ty zainspirowałeś mnie do 

tego,  by  wprowadzić  marzenia  w  czyn,  za  co  jestem  ci  nieskończenie  wdzięczny. 

Byłeś po prostu trochę za dobry. W twoim towarzystwie czułem się tak, jakbym był na 

siłę karmiony cukrem. A ja chciałem mięsa. Surowego mięsa. Im więcej krwi...

-Pojmuję.

-...tym lepiej. Żałuję tylko, że nie poznałem cię wcześniej, że nie zacząłem zabijać 

wcześniej. Nic innego nie daje mi takiej satysfakcji. Dlatego nie jestem pewny, czy 

daruję Kathleen. Może zresztą Ian wcale by tego nie chciał, może wierzył w życie po 

śmierci, w którym kochankowie są ze sobą na wieki. W takim wypadku wyświadczę 

mu przysługę, wysyłając jego ukochaną Kathleen do nieba. Wiesz, w co on wierzył?

-Nie.

-Też mi przyjaciel. Żartowałem. No, ustaliśmy już, że nie pomożesz mi, nawet gdyby 

od tego zależało twoje życie. Ale wcale tak nie jest. Już jesteś martwy. Jeśli odkryję, 

że Ian wolałby, by Kathleen dożyła sędziwego wieku, wezmę to pod uwagę. Choć 

wątpię, czy mam dość honoru, by pozwolić jej żyć. Myśl, że mogę zabić i matkę, i 

córkę, jest dla mnie niezwykle atrakcyjna.

-To ty zabiłeś matkę Kathleen - powtórzył James. Nie wiedział, czy słowa Granta 

docierają do jego telefonu, a chciał mieć pewność, że policjanci słyszą wszystkie te 

188

background image

makabryczne rewelacje.

-Ja. Podczas naszej wycieczki narciarskiej do Seattle. Wyszedłem tamtego wieczoru. 

Wychodziłem   co   wieczór,   pamiętasz?   Miałem   już   dość   siedzenia   w   schronisku, 

patrzenia   na   deszcz   i   słuchania   twoich   bajdurzeń   o   tym,   jak   miło   byłoby   kiedyś 

zamieszkać w tym mieście. Mary Alice Cahill była moją pierwszą ofiarą. Nie była 

zadowolona. Żadna z moich trzydziestu trzech ofiar nie chciała umierać. Ale Mary 

Alice była szczególnie oporna. Mówiła, że nie dba o to, co stanie się z nią, ale boi się 

o córkę. Kathleen. Tak jakby miało mnie to wzruszyć.

-W tej paczce jest coś, co wiąże się z morderstwem Mary Alice Cahill.

-Mówisz jak prawnik, James. Jakbyś przemawiał do ławy przysięgłych. Ale tu nie ma 

przysięgłych,   przyjacielu.  A  ja   jestem   jedynym   sędzią.   I   wiesz   co?   Wydałem   już 

wyrok. Umrzesz. Twoje kochanki też.

-Nie chcesz mi powiedzieć.

-Co jest w paczce? Dziwię się, że sam się nie domyśliłeś.

-Zdjęcia i inne pamiątki z popełnionych przez ciebie morderstw. 

-Bingo! - Grant uśmiechnął się szeroko. - Na pewno pamiętasz moje polaroidy, James. 

Zdjęcia  dziewczyn,  które   znałem.  Postanowiłeś  ich   nie  oglądać.   Kilka  pierwszych 

zdjęć w tej paczce to fotki Christine. Bardzo nieprzyzwoite. Szkoda że ich już nie 

zobaczysz. Christine jest fotogeniczna - w pewien pornograficzny sposób. Mam tam 

też wyjątkowo ładne zdjęcie Mary Alice Cahill, zrobione tuż po jej śmierci. Jest lepsze 

niż polaroid. Zostało powiększone i wyretuszowane cyfrowo. Poza też jest inna niż ta, 

w jakiej zostawiłem zwłoki Mary Alice. Nie byłem pewien, czy widziałeś zdjęcia z 

miejsca zbrodni. Ale bałem się, że kiedy zobaczysz fotografię Mary Alice, która była 

bardzo podobna do Kathleen, będziesz chciał je obejrzeć.

-Wtedy zorientowałbym się, że zdjęcia Mary Alice mogły zostać zrobione tylko przez 

jej mordercę. Przez ciebie.

-Znowu gadasz do przysięgłych, James. A ich tu nie ma. Ale wyjątkowe wydarzenia 

wymagają   wyjątkowych   środków,   prawda?   Jest   tam   też   coś   jeszcze   bardziej 

obciążającego. Wisiorek, który Mary Alice miała na szyi, zatrzymany na pamiątkę 

przez jej mordercę. Pokazała mi go, zanim pojęła, że mam zamiar ją zabić. Chciała mi 

pokazać zdjęcie zmarłego męża. Daniel Cahill był facetem w twoim typie, James. 

Szlachetny. Żołnierz, który oddał życie dla swojej ojczyzny.

-Mary Alice była z niego dumna.

-I z córki. Chrzaniła bez końca o swoim bohaterskim małżonku i genialnej Kathleen. 

189

background image

Kiedy w końcu udało mi sieją zamknąć, naprawdę mi ulżyło. Zresztą zawsze czułem 

wtedy ulgę, przy każdej z tych trzydziestu trzech kobiet.

-To ty jesteś mordercą, który zabijał w wielu stanach przez wszystkie te lata.

-Ja. Jestem trochę zażenowany przypadkowymi zabójstwami obcych osób. To było 

zbyt   łatwe.   Dlatego   podjąłem   wyzwanie   i   postanowiłem   popełnić   morderstwa 

doskonałe osób, które znam.

-Dlaczego wysłałeś do mnie tę paczkę?

-Ty mi powiedz, James. Dostarczyłem ci już dość wskazówek. A może nie. Ciągle 

zapominam, że nie jesteś zbyt bystry. Chcesz jeszcze jedną wskazówkę?

-Tak, proszę - odparł James. Wiedział, oczywiście, dlaczego Grant wysłał mu dowody 

swoich zbrodni. Już dawno się tego domyślił.

Dawno... czyli w trakcie tej rozmowy z mordercą. James grał na zwłokę w nadziei, że 

utrzyma przy życiu obie kobiety do czasu, aż Granta dosięgnie kula strzelca wyborowego. 

Monroe był tak pewny siebie, że popełnił jeden poważny błąd. Był doskonale widoczny przez 

wielkie okna, a wokół wznosiło się wiele budynków równie wysokich jak hotel. Niedaleko, 

mniej więcej na tej samej wysokości, mieściły się biura Rain Mountain Enterprises.

Teraz były puste i ciemne. Trwała właśnie uroczystość pożegnania Iana. Ale Jamesowi 

wydawało się, że dostrzegł w jednym z ciemnych okien jakiś błysk... na lufie karabinu? Było 

to jakiś czas temu.

Może więc strzelec czeka na dogodny moment w gabinecie do niedawna należącym 

do człowieka, o którym Grant mówił tak, jakby wiele mu zawdzięczał i był jego przyjacielem.

Ian nienawidziłby Granta całym sercem. Monroe tak bardzo skrzywdził kobietę, którą 

Ian  kochał.   Gdyby  mógł,  zaprosiłby strzelca  do  swojego  biura,   a  potem  z  rozkoszą   sam 

pociągnął za spust.

Strzelec jest w gabinecie Iana. Musi tam być. A duch Iana jest tuż przy nim. James 

musi tylko dać mu jeszcze trochę czasu.

-Wskazówka - przypomniał James Grantowi.

-Na paczce znajdują się tylko twoje odciski palców.

-A gdybym ją otworzył, na zdjęciach i innych pamiątkach także byłyby tylko moje 

odciski palców. Chciałeś mnie wrobić.

-Wrobiłem cię, James. Do sierpnia miałem zamiar wbić jeszcze więcej gwoździ do 

twojej trumny. Ale to było, zanim dowiedziałem się, że narzeczoną Iana jest córka 

Mary Alice. Byłem pewny, że otworzysz paczkę, kiedy tylko Ian spocznie w grobie. 

Więc postanowiłem nie czekać kolejnych ośmiu miesięcy i zacząć przedstawienie już 

190

background image

dziś. Nie byłem tym zachwycony, ale teraz czuję się już lepiej. Perspektywa zabicia 

Natalie razem z Christine znacznie poprawiła mi nastrój. Masz smutną minę, James. 

Ale nie martw się. I tak zostaniesz uznany za sprawcę tych morderstw. Twoje odciski 

palców   na   kopercie   będę   wystarczająco   obciążające,   kiedy   dostarczę   policji   parę 

dodatkowych informacji. Opowiem im o pornograficznych zdjęciach, które robiłeś w 

college'u swoim dziewczynom, i o tym, jak dziwnie się zachowywałeś podczas naszej 

wycieczki do Seattle, kiedy byliśmy na pierwszym roku studiów. Po śmierci staniesz 

się sławny. Napiszę o tobie książkę, a później na pewno ktoś nakręci o tobie film. Czy 

może chciałbyś przed śmiercią wyrazić jakieś życzenia co do obsady?

Garnt roześmiał się z własnego dowcipu. Ciągle mówił. James wiedział, że teraz 

każda minuta, każda sekunda jest kwestią życia i śmierci. Monroe przekrzywił głowę, udając 

zamyślenie.

- Wiesz, chyba odłożę egzekucję Kathleen - na jakiś czas. W końcu zginie, stanie się 

ofiarą szaleńca, dla którego byłeś idolem. Ale dopiero gdy ukaże się książka. Poproszę ją o 

napisanie   przedmowy.   Nikt   nie   zrobi   tego   lepiej   niż   córka   twojej   pierwszej   ofiary   i 

narzeczona   człowieka,   który   ufał   ci   jak   własnemu   synowi,   którego   nigdy   nie   miał. 

Zamieszczę w książce zdjęcie Kathleen. Twój naśladowca musi wiedzieć, jak ona wygląda. 

Byłoby dobrze - wręcz idealnie - gdyby na zdjęciu miała na szyi wisiorek swojej matki. 

Powiesz mi teraz, gdzie jest paczka?

-Jasne. Jak tylko wypuścisz kobiety.

-Ja nie biorę zakładników, James. Nikt poza mną nie wyjdzie stąd żywy. A skoro już o 

tym mowa, musisz teraz zdecydować, którą mam zabić najpierw. Mnie jest wszystko 

jedno.   Ale   twój   wybór   wiele   wyjaśni,   nie   sądzisz?   W   końcu   pokażesz   swoje 

prawdziwe   oblicze.   Domyślam   się,   że   ma   ono   wiele   wspólnego   z   twoim 

arystokratycznym pochodzeniem. -Grant uśmiechnął się. - Wiesz co? Naprawdę nie 

mogę się już doczekać. Która z twoich kochanek znaczy dla ciebie więcej? Czyje 

gardło mam teraz poderżnąć? Rozwiązłej Natalie czy oziębłej Chris...

Grant bardziej usłyszał, niż poczuł kulę, która utkwiła w jego czaszce. Zanim zdał 

sobie sprawę z tego, co się stało, padł martwy na podłogę, z twarzą ciągle wykrzywioną 

uśmiechem czystego zła.

James rzucił się w kierunku jego ciała. Chciał mieć pewność, że Grant nie żyje.

Trzej  członkowie grupy specjalnej  znaleźli się tuż  przy nim, dwaj  inni  rozwiązali 

sznury krępujące Natalie i Christine. Obie wykonały teraz decydujący ruch. Każda inny.

Christine, na chwiejących się nogach, pobiegła prosto do Jamesa. Od kilku dni nie 

191

background image

spała i prawie nic nie jadła. James objął ją ramieniem, kiedy do niego przywarła.

-Kocham cię, James. Nigdy nie przestałam cię kochać. Tylko byłam taka... zagubiona. 

On tego właśnie chciał, prawda? Pozwalał mi wierzyć, że mnie kocha, a zaraz potem 

okazywał mi pogardę. A kiedy kwestionowałam jego miłość do mnie, wzbudzał we 

mnie wstyd i poczucie winy -tak wielkie, że zrobiłabym wszystko, wszystko, żeby 

znowu okazał mi trochę uczucia. Ale to nie było prawdziwe uczucie. Nic nie było 

prawdziwe.

-Grant   cię   oszukał   -   wyszeptał   James   do   roztrzęsionej   kobiety,   którą   trzymał   w 

ramionach. - Oszukał nas oboje. Ale już po wszystkim, Chris. Teraz wszystko będzie 

dobrze.

Natalie widziała, jak się objęli. Słyszała ich słowa. Ale nie dlatego uciekła. 

Nagle poczuła, jak coś gorącego zaczyna wypływać z miejsca, w którym jej dziecko 

nie było wcale bezpieczniejsze niż to, które zginęło szóstego stycznia wiele lat temu.

Natalie chciała przede wszystkim wyjść z apartamentu. Wsiadła do pustej windy i 

oparła się o lustro. Na podłogę płynęła krew.

Winda do apartamentu została ściągnięta na dół, do holu, kiedy centrum dowodzenia 

otrzymało   informację,   że   Grant   nie   żyje.   Kathleen   otrzymała   pozwolenie   na   wjazd   do 

apartamentu wraz z lekarzami i policją, co było dość niezwykłe. Ale kapitan dowodzący 

grupą do zadań specjalnych  wiedział, że wszystko, co wydarzyło się w ciągu minionych 

dziewięćdziesięciu   minut   było   niezwykłe.   Zgodził   się,   jeszcze   zanim   Kathleen   Cahill 

przedstawiła wszystkie argumenty przemawiające za tym, by pojechała na górę - niejako 

córka jednej z ofiar, lecz jako lekarz.

-Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? - spytał Sam, kiedy winda zaczęła zjeżdżać w dół.

-Jestem   pewna.   Muszę   go   zobaczyć.   -   Odparła   Kathleen.   Zanim   Sam   zdążył 

zaproponować inne sposoby zobaczenia człowieka, który zabił jej matkę, dodała: - Na 

żywo.

-Żeby móc go zabić jeszcze raz?

Pytanie Sama, zadane cichym, łagodnym tonem, pomogło jej się skupić. Dotąd nie 

wiedziała właściwie, czego chce - poza tym, że chciała zobaczyć ciało Granta. Nie wiedziała 

też, dlaczego tego chce.

Ale Sam wiedział.

-Tak - wyszeptała. -I jeszcze raz, i jeszcze raz... Jak to o mnie świadczy? Kim ja 

192

background image

jestem?

-Jesteś  kobietą, którą kocham. I musisz wyrzucić z siebie ten w  pełni zrozumiały 

gniew, żeby móc potem uporać się z bardziej istotnymi - i trudniejszymi - emocjami. 

Ona cię kochała, Kathleen. Kochała cię i martwiła się o ciebie, kiedy umierała. Była z 

ciebie dumna.

-Wiem. Mogłabym zapomnieć o gniewie i skoncentrować się na tym. Ale masz rację. 

Muszę na niego spojrzeć...

-Więc to zrobimy.

-Chcesz pójść tam ze mną?

-Nikt i nic mnie nie powstrzyma.

Okazało   się   jednak,   że   jest   ktoś,   kto   mógł   Sama   powstrzymać.   Blada   jak   ściana 

kobieta, która ukazała się ich oczom, kiedy drzwi windy zaczęły się rozsuwać.

-Natalie.

-Krwawię, Kathleen. Tracę moje dziecko! 

Plany zostały zmienione w ułamku sekundy. Równie szybko zniknął gniew Kathleen. 

Ukochana   córka   Mary  Alice   miała   ważniejsze   sprawy   na   głowie,   niż   przyglądanie   się 

martwemu zbrodniarzowi. A w sercu, które opuścił gniew, było teraz miejsce dla Mary Alice.

-Nie  wiemy,  czy tak jest,  Natalie - powiedziała doktor Cahill  uspokajająco.  - Ale 

chciałabym   cię   obejrzeć   i   zrobić   kilka   badań.   Wtedy   dowiemy   się,   co   się   stało. 

Dobrze?

-Tak.

-Przyprowadzę   samochód   -   powiedział   Sam.   Spokojnie.   Rozejrzał   się   po   holu   i 

wskazał najbliższe drzwi wyjściowe. - Podjadę z tej strony.

Rozdział 23

Queen Anne Medical Center

6 stycznia

Godzina 20.00

James. - W głosie Natalie brzmiały gniew i niedowierzanie. - Kathleen powiedziała ci, 

że tu jestem.

193

background image

James podszedł do łóżka, na tyle, na ile -jak sądził - chciała mu pozwolić. Niezbyt 

blisko.

- Nie miała wyboru. Byłem zdeterminowany. Chciałem cię zobaczyć. - Ale ty nie 

chciałaś zobaczyć mnie, prawda? - Wyszłaś tak szybko.

-Musiałam.

-Wiem. - James także wyszedłby szybko, gdyby mógł. Ale policja chciała mu zadać 

kilka pytań, na które musiał odpowiedzieć. Jako były prokurator nie mógł zapomnieć 

o  niewinnym  człowieku,  zamkniętym  w   bostońskim więzieniu  i  o  rodzinach  ofiar 

Granta.   Osobiście   skontaktował   się   z   rodziną   jednej   z   jego   niedoszłych   ofiar   - 

Christine - a teraz, w końcu, zobaczył tę drugą. - Tak mi przykro, Natalie.

Nie lituj się nade mną, James. Proszę. Po prostu odejdź.

-Wszystko w porządku.

-Nie, nie jest w porządku. Przeszłaś koszmar. Nie mogę myśleć o tym, co zrobił ci 

Grant. Ani o tym, na co ja cię naraziłem z jego powodu.

-Na   nic   mnie   nie   naraziłeś,   James.   -   Poza   tym,   że   się   zakochałam...   i   straciłam 

ukochaną osobę. - Więc Grant jednak okazał się psychopatą? - dodała, uśmiechając się 

słabo. 

James poczuł przypływ nadziei.

-Owszem - powiedział i podszedł bliżej. Nie odsunęła się. - Żałuję, że nie poszedłem 

za tym filmowym tropem, na który wpadłaś.

-To by nic nie dało. Nagranie Granta i tak obciążyłoby człowieka, którego chciał 

wrobić.

-Ale to była bardzo ważna wskazówka, a ty podsunęłaś mi ją już dawno.

-Tylko dlatego że spędziłam mnóstwo czasu, leżąc w łóżku i oglądając filmy.

-Leżenie w łóżku i oglądanie filmów - to mi się podoba. - Mimo mroku James widział 

smutek na jej zmęczonej twarzy. - Porozmawiaj ze mną, Natalie. Proszę.

-Kathleen powiedziała ci, dlaczego tu jestem, prawda?

-Tak. - W drzwiach pojawiła się Kathleen. - Wyjaśniłam, że przeżyłaś szok, czemu 

trudno się dziwić. Uważam jednak, że musisz tylko porządnie się wyspać, a jutro rano 

będziesz mogła wrócić do domu.

-Jutro rano? - To oznaczało, że nie ma potrzeby przeprowadzania żadnych zabiegów 

związanych z przebytym poronieniem... Więc nie było poronienia?

-Tak sądzę. Wyniki analizy krwi są w porządku.

Kathleen zbadała wcześniej Natalie i powiedziała jej, że prawdopodobnie nadal jest w 

194

background image

ciąży. Analiza krwi potwierdziła to. Natalie przestała krwawić. Krwotok nie był tak groźny, 

jak się wydawał.

- Teraz   idę   do   mojego   gabinetu   -   powiedziała   Kathleen.   -   Wstąpię   do

ciebie przed wyjściem.

Natalie   uśmiechnęła   się   do   lekarki,   której   powierzyła   życie   swojego   dziecka   -   i 

własne. Kathleen nie zawiodła jej zaufania. James nie wiedział, nigdy się nie dowie, że ma 

dziecko i że to dziecko nadal żyje.

- Dziękuję ci, Kathleen.

Kathleen tylko machnęła ręką i już miała wyjść z pokoju, kiedy zatrzymał ją James, 

który także chciał wyrazić wdzięczność.

-Ty i Sam powiedzieliście mi, że nie powinienem czuć się odpowiedzialny za to, co 

zrobił Grant. Doceniam to, i rozsądek podpowiada mi, że to prawda. Ale w tej chwili 

trudno mi kierować się rozsądkiem.

-To naturalne - odparła szybko Kathleen. - Zostawię was teraz samych.

I zostali sami. Sami i samotni.

- Wyjdź   za   mnie   -   wyszeptał   James.   Kiedy   spojrzał   w   jej   twarz,   po

czuł się jeszcze bardziej samotny. - O co chodzi, Natalie? 

- Więc jednak ci powiedziała, prawda?

-Kto?

-Kathleen.

-O czym? - Widząc, że tylko potrząsnęła głową, ciągnął: - Nie wiem, o czym mówisz, 

Natalie, a bardzo chciałbym wiedzieć. Więc powiedz mi. Proszę.

-Co z Christine?

-Z Christine? Czy chcę się z nią ożenić? O to pytasz?

-Ona cię kocha, James. Ta sprawa z Grantem... On chciał ci ją odebrać. I nawet to mu 

nie wystarczyło. Musiał się nad nią znęcać, wciągać w psychologiczne gierki, które 

uwielbiał. Fakt, że mu się to udało, najlepiej dowodzi, kim był. Można by pomyśleć, 

że kto jak kto, ale Christine powinna być odporna na takie manipulacje. Była taka 

rozsądna,   bystra,   poukładana.   Znowu   może   taka   być.   Może   być   twoją   dawną 

Christine. To potrwa. Ale w końcu dojdzie do siebie. I tak bardzo cię...

-Zgadzam się, Natalie. Christine ma wszystkie te zalety. I ma wielu przyjaciół - w tym 

ciebie i mnie - którzy udzielą jej wszelkiej pomocy i wsparcia. Może znowu stać się 

moją Christine, czyli kobietą, jaką była, kiedy ją poznałem. Mam nadzieję, że tak 

będzie. Ale - dodał miękko -ja już nigdy nie będę jej Jamesem.

195

background image

-Nie?

-Nigdy. Ale chciałbym być twoim Jamesem - jeśli mi na to pozwolisz.

-Och, James.

-Co cię martwi?

-Naprawdę nie wiesz?

-Wiem tylko, że cię kocham.

-James...

-Czy to źle? - spytał, scałowując łzy z jej policzków i drżących ust.

-Nie - wyszeptała. - To bardzo dobrze.

Wyczuł jakieś „ale", więc odsunął się, by móc spojrzeć jej w oczy.

-Ale?

-Może przez jakiś czas nie będziemy mogli się kochać.

-Czy Grant cię skrzywdził?

-Nie! Nie. Która godzina?

-Godzina? - James spojrzał na zegarek. - Siedemnaście po ósmej.

-Przed tym wszystkim planowałam, że powiem ci dopiero po północy. Teraz wiem, że 

to był błąd. Widzisz, ona potrzebuje nas obojga. Nasz mała dziewczynka potrzebuje 

mamy i taty, żeby bezpiecznie przejść przez ten dzień - i każdy kolejny. 

-Nasza... mała dziewczynka?

-To z jej powodu nie będziemy mogli się kochać... Do czasu, kiedy będziemy pewni, 

że jest bezpieczna.

Jego oczy lśniły teraz błękitem czystej radości.

- Przeżyję to, Natalie. Chcę przeżyć całe życie, kochając was obie.

Natalie spała, kiedy Kathleen, zgodnie z obietnicą, zajrzała do niej o dziesiątej.

Nich śpi. Tak będzie najlepiej. Skoro pacjentka doktor Cahill potrzebuje odpoczynku, 

nich odpoczywa - zwłaszcza że najwyraźniej śniła o czymś bardzo przyjemnym.

Po   wyjściu   od   Natalie   James   wstąpił   do   gabinetu   Kathleen.   Był   zachwycony,   że 

Natalie spodziewa się dziecka, i chciał wiedzieć, co może zrobić, żeby ciąża Natalie była 

bezpieczna.   Żeby   Natalie   była   bezpieczna.   I   szczęśliwa.   Tak   bardzo   chciał   coś   zrobić. 

Cokolwiek. Kathleen powiedziała mu, że już to robi. Kocha przyszłą matkę.

Natalie śniła swój sen o szczęściu. Kathleen także miała swój sen. Swoje marzenie.

Sam, który był tym marzeniem, poszedł do domu, kiedy przeglądała dokumentację 

196

background image

medyczną   Natalie.   Podziękował   Suzie   i   Ryanowi   za   opiekę   nad   Holly   i   pożegnał   ich, 

przedtem   jednak   przedstawił   im   propozycję.   Powiedział,   że   zna   pewien   sad   i   stojący 

nieopodal sadu dom. Jedno i drugie może należeć do nich, jeśli tego zechcą. Kto lepiej zadba 

o   jabłka,   z   których  Apple   Butter   Ladies   wyrabiają   swoje   wspaniałe   konfitury,   niż   ich 

ukochany wnuk i jego śliczna żona?

Kathleen zamknęła teczkę z dokumentami Natalie i zadzwoniła do Sama. Powiedział, 

że spotkają się w jej gabinecie. Na pewno już tam był, ona nie mogła się doczekać chwili, 

kiedy znów go zobaczy, a Natalie powinna spać.

Dlaczego więc jednak weszła do jej pokoju?  I delikatnie dotknęła jej ramienia? I 

wyszeptała jej imię?

Kathleen nie wiedziała.

Wiedziała tylko, że musiała to zrobić.

- Kathleen?

-Cześć. 

Natalie usiadła.

-Czy coś się stało?

- Nie, Natalie. Nic się nie stało. Tylko przejrzałam twoje dokumenty ze szpitala z New 

Jersey. 

- Już przyszły?

-Tak, dziś po południu. I jest w nich coś, o czym, jak sądzę, chciałabyś wiedzieć już 

dzisiaj. Pewna informacja.

-Informacja?

-Tak. To dobra wiadomość. - Kathleen uśmiechnęła się. - Twoje dziecko nie umarło 

dlatego, że weszłaś pod autobus.

-Nie?

-Nie. To była ciąża pozamaciczna. Płód zagnieździł się w jajowodzie. Nie donosiłabyś 

ciąży,   może   nawet   nie   donosiłabyś   jej   do   końca   tamtego   fatalnego   dnia. 

Niewykluczone,   że   pęknięcie   jajowodu   spowodowało,   że   wpadłaś   pod   autobus. 

Pamiętam, jak mówiłaś, że wszystko cię bolało, nawet twarz, na którą padały płatki 

śniegu. Zastanawiam się, czy najbardziej nie bolało cię podbrzusze po prawej stronie.

-Nie pamiętam.

-Nie szkodzi. Możliwe, że w ogóle nie bolał cię brzuch. Mogłaś się zataczać z powodu 

utraty krwi. Bo zataczałaś się, potwierdziły to zeznania świadków. A podczas operacji 

okazało się, że miałaś poważny krwotok z pękniętego jajowodu. Dlatego trzeba było 

197

background image

usunąć jajnik.

-Więc ona nie umarła przeze mnie? - spytała Natalie.

-Nie - potwierdziła Kathleen. - A dziecko, które teraz nosisz, jest tam, gdzie powinno 

być, w macicy, nie w jajowodzie.

-Dobrze zrobiłaś, Kathleen, że powiedziałaś mi o tym dzisiaj. Dziękuję ci.

Rozdział 24

Kiedyś, całkiem niedawno, doktor Kathleen Cahill uznałaby, że obudziła Natalie pod 

wpływem swojej lekarskiej intuicji.

Ale teraz wiedziała, że kierował nią nie nakaz sztuki lekarskiej, lecz zupełnie inny 

rodzaj instynktu.

Instynkt kobiety, myślała, idąc do swojego gabinetu. Kobieca intuicja.

Kiedyś,   całkiem   niedawno,   uważała,   że   jest   pozbawiona   wszystkiego,   co   stanowi 

istotę kobiecości. Nigdy nie doświadczyła fizycznego pożądania, nie mówiąc już o tym, że 

nigdy   nie   była   zakochana.  Ale   teraz...   serce   zabiło   jej   szybciej   na   myśl   o   spotkaniu   z 

mężczyzną, którego kochała i pożądała. I który kochał ją. 

Okazało się, że jednak jest kobietą.

A więź z innymi kobietami? Może. Tak. Od początku czuła, że Natalie jest jej bliska. 

To musiała być ta więź. I właśnie poczucie tej więzi sprawiło, że obudziła Natalie.

Ale był jeszcze jeden kobiecy instynkt, który Kathleen obserwowała z daleka. Bała się 

- i to była jej największa obawa - że go nie posiada. Dziś dowiedziała się wiele na temat tego 

instynktu. Dowiedziała się, że matka może błagać o życie nie ze względu na siebie, lecz ze 

względu na swoje dziecko.

To wspomnienie na zawsze zostanie w jej sercu, tak jak Mary Alice.

Kathleen położyła dłoń na swoim brzuchu i poczuła, choć jeszcze nie mogła tego 

wiedzieć, rosnące w nim nowe życie. I wydało jej się, że Mary Alice jest teraz przy niej i 

uśmiecha się do niej jak kobieta. Jak matka.

-Sam?

-Cześć - powitał ją ciepło, z miłością. Ale dopiero gdy do niej podszedł, dostrzegł w 

198

background image

jej oczach ten blask. - O co chodzi, Kathleen?

-Wydaje mi się, że jestem w ciąży. Nie. Źle się wyraziłam. Mam pewność, że jestem w 

ciąży. - To też nie było dość dokładne. - Jestem w ciąży.

-W ciąży? Ale...

-Jest jeszcze za wcześnie, żeby to potwierdzić. Ale czuję to. Czy to dobrze?

Kathleen znała odpowiedź. Lecz Sam i tak wypowiedział ją na głos.

-Bardziej niż dobrze.

-Mam nawet przeczucie... nie, wiem, że to będzie chłopiec. Syn. Czy to nie magia?

-Owszem, to magia, jak wszystko, co wiąże się z tobą. Będziemy mieli dziecko.

-Tak.

-I czujesz się dobrze.

-Tak. I będę się czuła dobrze bez względu na to, jaką hormonalną burzę wywoła to 

maleństwo w moim organizmie. Na razie jest za małe, żeby wywoływać jakiekolwiek 

objawy. To znaczy objawy inne niż czysta radość.

-Czysta radość to i tak dużo jak na kogoś, kto ma dopiero pięć dni. Albo cztery. Albo... 

o czym myślisz? - spytał, widząc, że uśmiech na twarzy Kathleen lekko przygasł. - 

Powiedz.

-Albo siedem. 

-Siedem?

-To   może   być   dziecko   Iana,   Sam.   Tej   nocy,   kiedy   zdarzył   się   wypadek,   miałam 

owulację. Ian był w Crystal, a ja w tym czasie dokonałam próby samozapłodnienia.

-W takim razie to dziecko Iana. Jeśli rzeczywiście miałaś wtedy owulację.

-Trudno to tak dokładnie określić. Dziecko mogło zostać poczęte tamtej nocy. Albo 

później. Chciałam, żeby zostało poczęte tamtej nocy. Ze względu na Iana. I na mnie. 

Do czasu jego śmierci wierzyłam, że tak się stało.

-Dziecko Iana. - Sam westchnął głęboko i spojrzał przez ciemne okno.

-Nasze dziecko, Sam. Mały chłopiec, którego pragniemy i którego będziemy kochać... 

prawda?

Sam nie odrywał wzroku od okna. Z miejsca, w którym stali, widać było tylko niebo. 

Światła miasta rozciągającego się w dole nie zdołały rozjaśnić ciemności.

Miejsce,   w   którym   stali...   To   też   się   zmieniło,   tak   jak   jego   radość.   Sam   nie 

odpowiadał, więc Kathleen odsunęła się, skryła w mroku.

-Tak, pragniemy go - powiedział w końcu. Mówił do niej, mimo że już jej nie widział. 

-   I  będziemy  go   kochać.   Będę   go  kochał,   Kathleen,   obiecuję.   Przykro   mi,   że   się 

199

background image

zawahałem. Że moja reakcja cię rozczarowała. Bo rozczarowała cię, prawda? Ja cię 

rozczarowałem.

-Nie rozczarowałeś mnie, Sam. Ale twoja reakcja mnie zaskoczyła. A nie powinna. To 

naturalne, że w pierwszej chwili poczułeś się zawiedziony wiadomością, że to może 

być dziecko Iana, a nie twoje. Ja miałam czas, by poddać się magii, jaką zawiera w 

sobie taka ewentualność.

-Magia? Nie rozumiem.

-Mógłbyś kochać syna Iana jak własnego, tak jak Ian kochał ciebie.

-Będę kochał to dziecko, Kathleen. Bez względu na to, czy jest moje, czy Iana. Wiesz 

o tym. Ale nie widzę tu żadnej magii. - Syn Iana byłby jego bratem. Może lepiej, żeby 

nigdy nie poznali prawdy o tym, kto jest ojcem dziecka. A już na pewno samo dziecko 

nigdy nie powinno się o tym dowiedzieć. Ale... - Wytłumacz mi to.

-Mógłbyś kochać syna innego mężczyzny tak jak własnego.

-Ale ja nie byłem synem innego mężczyzny.

Sam usłyszał, jak Kathleen nagle wstrzymała oddech. I zobaczył w jej oczach łzy.

- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że o tym też kłamała... Ale kłamała. Powiedziała ci, 

że jesteś synem Iana. 

Jestem synem Iana. Był to protest, którego nie wypowiedział na głos. Matka mogła go 

okłamać. Ale Kathleen na pewno nie.

Kathleen widziała jego udrękę. I czuła, że powinien w końcu poznać prawdę.

- Ian odkrył to kilka godzin po twoich narodzinach. Miał grupę krwi AB, więc nie 

mógł być ojcem dziecka z grupą 0. Mógł uniknąć odpowiedzialności za dziecko, które nie 

było jego. Ale Ian nie uciekł. Byłeś jego ukochanym synem. Od chwili, kiedy pierwszy raz 

wziął cię na ręce.

Bo on był moim ojcem! Krzyk protestu jego serca nie zagłuszył jej słów. Ani ich echa, 

które powtarzało teraz te słowa w jego głowie. To nie był twój ojciec. To nie był twój ojciec. 

Bez względu na to, jak bardzo chcesz, by było inaczej.

I bez względu na radość, jaką czuł, wiedząc, że w jego żyłach płynie krew Iana.

-Ian nie dbał o biologię - powiedziała Kathleen, jakby czytając w jego myślach. - 

Nawet gdybyś był jego biologicznym dzieckiem, nie mógłby cię kochać bardziej. Ale 

kiedy matka cię zabrała, a jej adwokat poinformował go, że Vanessa zna prawdę i że 

on nie ma prawa...

-Od kiedy moja matka o tym wiedziała?

-Wiedziała, że jest w ciąży, zanim poznała Iana. Ale pragnęła go. Dla siebie, nie dla 

200

background image

ciebie. A Ian pragnął ciebie. Tak jak ty pragniesz być synem Iana.

Sam uśmiechnął się lekko.

-Tak, pragnę być synem Iana Colliera.

-Jesteś   nim,   w   jedyny   sposób,   jaki   się   liczy.   -   Pogładziła   Sama   po   policzku   i 

powiedziała to, co kiedyś usłyszała od niego: - I tak się składa, że jesteś mężczyzną, 

którego kocham.

-Ja   też   cię   kocham,   Kathleen.   -  Teraz   on  pogładził   ją   po   twarzy  i   spojrzał   w   jej 

zmęczone oczy. - To był ciężki dzień. Czas, żebym zabrał cię do domu.

I żebym ja zabrała do domu ciebie. Kathleen nie powiedziała tego głośno. Wiedziała, 

że to jeszcze nie koniec. Tak, starał się - dla zmęczonej kobiety w ciąży, którą kochał - 

udawać, że burza minęła. Ale był to daremny wysiłek. Prawie udało mu się ukryć ból.

Prawie.

Trzeba będzie jeszcze rozmawiać, wyrzucać gniew, może nawet symbolicznie kogoś 

zabić.

-Nie rozumiem tego - powiedziała.

-Czego? 

-Dlaczego matka nie powiedziała ci prawdy o Ianie. Z czystej złośliwości?

-Nie, to nie byłoby w jej stylu. Nie bronię jej ani jako człowieka, ani tym bardziej jako 

matki; ale ona niczego nie robiła z czystej złośliwości. Musiała mieć jakiś cel.

-Jaki? Żebyś nie znał prawdy, choć wszyscy inni już dawno ją znali?

-Nikt nie znał prawdy.

-Mason musiał wiedzieć. Twoi dziadkowie ze strony matki i psychiatra.

-Nie.   Wiedziała   o   tym   moja   matka,   Ian   i,   jak   sama   przed   chwilą   powiedziałaś, 

adwokat matki. Ale dla wszystkich innych byłem biologicznym synem Iana Colliera.

-Naprawdę nie pojmuję, dlaczego to było dla niej takie ważne.

-Pewnie   jestem   synem   człowieka,   który   był,   jej   zdaniem,   jeszcze   gorszy   niż   Ian 

Collier.

-Ona nawet nie wie, kto to był. Miała wielu kochanków na jedną noc.

-Tak twierdziła. Ale wiemy, ile są warte jej słowa. - Sam znowu spojrzał w okno, 

jakby w ciemnościach szukał odpowiedzi na swoje pytania. - To Mason. To on jest 

tym tajemniczym mężczyzną. Dlatego tak się bała, kiedy zagroziłem, że powiem mu 

to, co wiem.

-Przecież nie widziała Masona od czasu ukończenia szkoły do spotkania klasowego, 

które odbyło się dziesięć lat później.

201

background image

-Nieprawda.   Obie   rodziny   były   ze   sobą   bardzo   blisko.   Często   widywała   się   z 

Masonem. Ilekroć moi dziadkowie - Worthingowie i Hargrove'owie - mieli okazję się 

spotkać, rozpaczali, że matka rozstała się z Masonem zaledwie na kilka tygodni przed 

tym, jak poznała Iana. Ona wiedziała, że jest w ciąży z Masonem, ale nie chciała za 

niego wyjść. Dopiero po czterech latach z Ianem, dla którego najważniejszy był syn, 

Mason wydał się jej atrakcyjny.

-Nie miała odwagi powiedzieć mu, że jesteś jego synem.

-Sądzę, że Mason pytał ją o to, kiedy była w ciąży. Skłamała wtedy, bo wolała żyć z 

Ianem   niż   z   nim.   Pewnie   chciała   wyznać   mu   prawdę   jakiś   czas   po   ślubie. 

Powiedziałaby, że wcześniej się pomyliła i zrozumiała swój błąd, gdy zobaczyła nas 

razem. Mnie i Masona. Zrobiliby testy i cała rodzina Hargrove'ów żyłaby długo i 

szczęśliwie. Pokrzyżowałem jej plany, bo po rozstaniu z Ianem byłem zrozpaczony. 

Nie polubiliśmy się z Masonem. Wręcz przeciwnie. Pamiętam, jak podsłuchałem jego 

rozmowę z matką. Chciał odesłać mnie do Iana. Chciał się mnie pozbyć.

-Ciekawa jestem, jak bardzo się starał. 

-Pozbyć się mnie?

-Nie. Pokochać syna innego mężczyzny.

-Nie wiem, Kathleen. Nigdy się tego nie dowiemy.

Sam czuł teraz to, co Kathieen kilka godzin wcześniej, Ale negatywne emocje ustąpiły.

- Będę kochał naszego chłopca - zapewnił. - Już go kocham.

Epilog

Dom Collierów (dawna rezydencja Worthingów)

6 grudnia 

Jedenaście miesięcy później

W domu przy Queen Annę Hill świąteczne dekoracje pojawiły się wcześnie. Sam i 

Kathleen Collierowie przyrzekli sobie, że zawsze tak będzie. Z dekoracjami czy bez nich - w 

ich domu każdy dzień będzie świętem.

Tego   wieczoru   państwo   Collierowie   wydawali   pierwsze   w   sezonie   przyjęcie. 

Skromne,   zaledwie   na   siedem   osób,   tych   samych   co   zwykle.   Goście   -   James,   Natalie   i 

202

background image

pięciomiesięczna Emily Annę - wkrótce pojawią się na progu.

Te   szczęśliwe   wieczory   zaczynały   się   wcześnie   i   wcześnie   kończyły.   Czasami 

trzymiesięczny   Ian   Daniel   Collier   -   Danny   -   zasypiał   pierwszy.   Czasami   była   to   Emily. 

Najczęściej któraś z mam zaczynała ziewać. Albo któryś z ojców.

Tylko Holly zawsze była niezmordowana.

Widywali się bardzo często. W stałym składzie.

James i Sam pracowali razem w Rain Mountain, by marzenie Iana nie umarło.

Żeglowali. Sam uczył Jamesa. I jeździli na nartach. James uczył Sama. Byli jak bracia.

A gdy Tyler Hargrove przyjeżdżał do miasta - jako pilot wojskowy mógł pojawiać się 

w Seattle, kiedy chciał - robił wszystko, by braci nie było dwóch, lecz trzech. Uczył ich 

pilotażu.

Kathleen i Natalie, jak siostry, w towarzystwie swoich dzieci i psa chodziły na spacery 

bez względu na pogodę.

Sam   i   Kathleen   byli   już   gotowi   na   przybycie   gości.   Kolacja   również.   I   deser, 

wspaniała szarlotka Suzie MacKenzie, która zostanie podana na ciepło przy buzującym na 

kominku w salonie ogniu, pod pachnącą lasem choinką. 

Usiądą  na  miękkim  dywanie,  tak  jak  siedziała  teraz  rodzina  Sama. Moja   rodzina, 

pomyślał, wracając do pokoju po rozmowie telefonicznej. Mój krąg ciepła i miłości.

- To Marge - powiedział, przyłączając się do nich. - Bardzo jej się podobały zdjęcia 

Danny'ego i Holly. Jest zachwycona, że Holly wyrosła na takiego rodzinnego psa. Prawda, 

Holly?

Suka, która właśnie gryzła nową zabawkę, zamerdała ogonem.

-   To   dlatego   że   czuje   się   bezpieczna.   -   Kathleen   chciała   spojrzeć   na   męża,   ale 

przeszkodziły   jej   w   tym   małe   rączki,   które   dotknęły   jej   twarzy.   -   Prawda,   Danny?   Jest 

bezpieczna z tatusiem.

Danny uśmiechnął się, słysząc głos matki. Ale podobnie jak Holly był bardzo zajęty. 

Próbował   złapać   wisiorek,   który   Kathleen   miała   na   szyi.   James   oddał   go   jej.   Oddał   też 

biżuterię ofiar Granta ich rodzinom. Trochę to trwało, ale w końcu zidentyfikowano wszystkie 

jego ofiary i odnaleziono ich rodziny. James pracował niestrudzenie, by przynieść odrobinę 

spokoju tym, którzy stracili ukochane osoby.

Wisiorek   Mary Alice   przyniósł   spokój   Kathleen.   Zaskoczyło   ją,   jak   wielki   był   to 

spokój. W środku ciągle znajdowała się fotografia jej ojca, młodego żołnierza, po którym 

Danny dostał imię.

-Jesteśmy tacy szczęśliwi.

203

background image

-Tak - odparł Sam cicho. - Jesteśmy szczęśliwi.

Wyciągnął rękę do swojego synka, a malec chwycił palec ojca i nie chciał go puścić.

- Danny bardzo kocha tatusia.

-Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, Kathleen.

-A on jest najszczęśliwszym małym chłopcem.

Nie wiedzieli, czy Danny jest synem Iana. Miał tę samą grupę krwi co Kathleen - A, 

mógł więc być zarówno jego synem, jak i synem Sama. Jeśli nie zrobią testów DNA, nigdy 

się nie dowiedzą.

Ale wcale nie chcieli tego wiedzieć.

Bo nie wiemy, pomyślała Kathleen, co byśmy woleli.

Zastanawiała się, czy Sam zwierzył się ojcu podczas jednej z wielu swoich wizyt na 

cmentarzu, że ma nadzieję, iż ich pierworodny, ich bezcenny skarb, Danny, jest dzieckiem 

Iana. Może powiedział mu, jak dumny jest z tego, że wychowuje Danny'ego i że kocha go tak, 

jak Ian kochał jego.

Miejsce wybrane przez Iana idealnie nadawało się do takich zwierzeń. Tylko góry 

patrzyły, tylko Ian słuchał.

Tak, Ian był przy Samie, przy nich obojgu, zawsze. Ale tylko na cmentarzu Sam i 

Kathleen mówili do niego głośno. 

Przychodzili tam i razem, i osobno. I oboje mieli nadzieję, że Ian nie miałby nic 

przeciw temu, że zmienili nagrobek, który wybrał - z szarego granitu, opatrzony tylko jego 

imieniem i nazwiskiem oraz datami narodzin i śmierci - na płytę ze śnieżnobiałego marmuru z 

napisem WSPANIAŁY CZŁOWIEK, UKOCHANY OJCIEC I PRZYJACIEL.

Kathleen nie wiedziała i nigdy się nie dowie, kto jest ojcem jej dziecka. Ale była 

pewna, że to dziecko zazna w życiu wiele miłości. Danny będzie pamiętał, że Sam brał go na 

ręce, stawał z nim w oknie pokoju Iana, który teraz był jego pokojem, i mówił o sadzie, który 

tak pięknie rozkwitł, odkąd zaczęli o niego dbać.

Ian Daniel Collier będzie też pamiętał, że pewnego pogodnego dnia zobaczyli wysoką 

górę. Ojciec wskazał jej ośnieżony szczyt i powiedział:

-Patrz, Danny, Mount Rainier. Prawda?

-Nie! - odpowiedział chłopiec.

-Nie? - powtórzył Sam. - Więc co to jest? Powiedz mi.

-Rain Mountain, tatusiu! Rain Mountain! 

Tatusiu.

204