Ann Major
Dziecko buszu
(Widerness Child)
Tłum Witold Nowakowski
Wszystkie postacie w tej ksiąŜce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób
rzeczywistych – Ŝywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
PROLOG
Słońce zniknęło za postrzępionymi szczytami gór. Pół godziny później ucichł palący wiatr,
który wiał z rozległego australijskiego interioru.
Pilot zmęczonym ruchem potarł zaczerwienione oczy. Od wielu godzin zmagał się z upałem.
Spojrzał przed siebie. Niebo nabrało opalizujących barw, a w dole zaczął się ruch rozmaitych
nocnych zwierząt. Za dnia Ŝadne z miejscowych stworzeń nie opuszczało kryjówki.
Czynił to jedynie biały człowiek.
Samolot leciał nisko, kierując się na północny zachód. Gdy przekroczył granicę zamkniętego
obszaru Jackson Downs, umieszczony na pokładzie licznik Geigera zatykał głośno.
Pilot poczuł, Ŝe krew pulsuje mu w skroniach. Uniósł dłoń i począł obgryzać postrzępione
paznokcie. Samolot jeszcze bardziej zniŜył lot i zatoczył koło nad opustoszałą zagrodą.
Wskazówka licznika powoli wędrowała ku górze. Pilot drŜącymi rękami przerzucił drąŜek
sterowniczy. Jeszcze dwa okrąŜenia. Gdzieś w dole znajdowała się pokaźna ilość uranu.
Pilot wyjrzał przez okienko. Pod brzuchem dwusilnikowej maszyny ciągnęły się tysiące
hektarów rozpalonej, czerwonej równiny. A pod zwalonymi skałami oczekiwał na znalazcę
prawdziwy skarb – uran.
MęŜczyzna nie mógł doczekać się chwili powrotu, gdy będzie mógł powiadomić Noelle
o swym odkryciu. Nareszcie udowodni, Ŝe nie jest juŜ chłopcem. Co prawda, jego własny brat
pozbawił rodzinę własności do tego obszaru, pochopnie podejmując decyzję o sprzedaŜy. Pilot
uśmiechnął się.
JuŜ wkrótce odzyska tę ziemię. Bez względu na przeciwności losu.
Przez chwilę pomyślał o obecnym właścicielu Jackson Downs. Tad Jackson był twardym,
zdecydowanym na wszystko męŜczyzną, budzącym respekt u wielu osób. Aby osiągnąć cel,
naleŜało zniszczyć całą jego rodzinę.
Pilot skierował samolot w górę, gdy nagle dostrzegł przed sobą ostrą, zębatą skałę.
W podnieceniu zapomniał kontrolować wysokość lotu.
Gwałtownie szarpnął drąŜek. Nic. Uran!
Nie wolno mu rozbić się o skały! Nie dzisiaj! Postrzępiona krawędź była coraz bliŜej. śycie
nigdy nie miało w sobie tak wiele słodyczy. Ani tyle okrucieństwa.
Samolot opadał ocięŜale. W ostatniej chwili w głowie pilota zaświtała znajoma myśl. Nie
pierwszy raz znajdował się w podobnej sytuacji. Los jedną ręką dawał mu szczęście, a drugą
niemal natychmiast karcił.
Noelle. BoŜe, Noelle!
Maszyna uderzyła o skałę. Nastąpił wybuch. Uwięzionego w kabinie pilota otoczyły języki
płomieni. Ze zbocza zerwało się stadko ptaków. Z wrzaskiem okrąŜyły miejsce wypadku, po
czym wróciły do gniazd.
Ogień przygasł. Latający lis oraz niewielki kangur zatrzymały się przy niewielkim wodopoju,
otoczonym kwitnącą krzewiną.
Zapadła głęboka cisza. Na czarnym niebie pojawił się wąski sierp księŜyca, słabo
rozjaśniający mrok zimnym światłem.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
– Hej, czy to nie ten Jankes, który zabił... – Trudno powiedzieć. Ma gęstą brodę.
– Myślę, Ŝe to on. Ten sam! Jackson. Przeklęty morderca.
Podniesione, piskliwe głosy kobiet spowodowały, Ŝe Tad Jackson przyśpieszył kroku. Jednak
juŜ po chwili poczuł, Ŝe narasta w nim gniew.
Obecni odprowadzali wzrokiem złotowłosego olbrzyma, starannie ubranego w dŜinsy
i koszulę koloru khaki – strój, po którym bez wątpienia moŜna było rozpoznać Australijczyka
z samego serca kraju. Długotrwałe działanie piekących promieni słonecznych pozostawiło na nim
ś
lad w postaci ciemnobrązowej skóry i wyblakłej czupryny. MęŜczyzna trzymał w dłoni skórzany
kapelusz. Stanął nieco w cieniu, czekając na windę.
Rozpoznano go od razu, gdy wszedł do budynku. Tak było zawsze. Nie potrafił uniknąć
kobiecych spojrzeń. Nawet pomimo obfitej brody.
Zmarszczył brwi i lekko wydął zmysłowe usta. Poruszył głową, a jeden ze złotych loków
osunął mu się na czoło. Z silnej, męskiej twarzy emanowała tajemnicza siła i... dzikość, które
były przyczyną wzmoŜonego zainteresowania ze strony kobiet.
Do niedawna Jackson uwaŜał to za prawdziwy dar losu, lecz w ciągu ostatniego roku
przeklinał sam siebie. Dlaczego nie chciano pozostawić go w spokoju? Dlaczego kaŜdy
mieszkaniec Australii pragnął go ukrzyŜować?
Nie wystarczało im, Ŝe przez dwa lata jego rodzina Ŝyła w ciągłym strachu? Nie wystarczało,
Ŝ
e stracił majątek, Ŝe zastraszono jego współpracowników, Ŝe atakowano pociągi wiozące jego
bydło do punktów skupu? Rok temu opuściła go Ŝona, która nie potrafiła wytrzymać zagroŜenia.
Zabrała ze sobą córkę, Lizzie. Po pewnym czasie wróciła, skradła z domu resztkę pieniędzy
i uciekła ponownie. Tad nadal kochał córkę, choć Ŝonę przestał darzyć uczuciem.
Tymczasem ktoś rozpuścił plotkę, Ŝe obie padły ofiarą morderstwa. Podobno zginęły z ręki
Tada Jacksona. Lecz on był niewinny. Oddałby wiele za wiadomość, gdzie się znajdują.
W spojrzeniach niewiast zgromadzonych w holu groza mieszała się z fascynacją.
Rumieniec zabarwił policzki Tada. Nie czekając dłuŜej na windę, ruszył w stronę schodów.
Gdy mijał grupę kobiet, wykrzywił usta.
Być moŜe nadejdzie dzień, gdy któraś z nich pozna, co znaczy ból niesłusznego oskarŜenia.
Tad obrócił się i z gorzkim uśmiechem uniósł dłoń w geście wyzywającego pozdrowienia.
– Do widzenia paniom – mruknął.
Mówił z australijskim akcentem, lecz zachował się jak Teksańczyk. NajbliŜsza z pań
odsunęła się lekko na widok olśniewająco białych zębów.
– Usłyszał nas! – zaszeptały jej towarzyszki.
Tad nadal się uśmiechał, choć miał wraŜenie, Ŝe ściany budynku chcą go zmiaŜdŜyć. BoŜe,
czy ten koszmar nigdy się nie skończy? Przyjechał do Australii, bo chciał być panem samego
siebie. Nie czuł więzi z rodziną pozostawioną w Teksasie. Sprowadził tu Deirdre i zniszczył jej
Ŝ
ycie. Po co? Miał szczerą ochotę sprzedać ziemię, spakować resztki dobytku i wracać.
Nawet, gdyby oznaczało to ponowne podporządkowanie rozkazom starszego brata, Jeba.
W uszach dźwięczały mu głosy rozmawiających kobiet.
– Powiadają, Ŝe zabił Ŝonę. Córkę takŜe. Na jednej z wysp w okolicach Wielkiej Rafy.
W zeszłym tygodniu pisał o tym „The Australian”.
– Straszne.
– Nawet nie postawiono go przed sądem. Nikt nie odnalazł ciał zamordowanych.
– Biedna kobieta. Podobno w pobliŜu wysp kręci się sporo rekinów. śal mi dziewczynki.
Zginęła bez pojednania z Bogiem...
– To prawdziwy diabeł w powłoce anioła.
Pobiegł w górę schodów, przeskakując po dwa stopnie naraz. Zdyszany dotarł na ósme
piętro.
Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Oparł się o ścianę i przygładził włosy.
Sięgnął do kieszeni po papierosy, zapalił jednego, zaciągnął się, lecz po chwili przypomniał
sobie o przeziębieniu. Nie powinien palić. Poczuł ból w piersiach. Rzucił długi niedopałek na
posadzkę i zdeptał go obcasem.
Tad zawsze był samotnikiem. Nie lubił towarzystwa. Był ciekaw, czy Ian miał naprawdę
waŜne powody, aby wezwać go do Brisbane. Za kaŜdym razem, gdy pojawiał się w mieście,
Ŝ
ałował swej decyzji. Ludzie wytykali go palcami, plotkowali, oskarŜali o zabójstwo.
Odrywali go od kraju, w którym spędził ostatnie osiem lat. Nie wierzyli, Ŝe nie potrafiłby
skrzywdzić kobiety ani dziecka. Lizzie...
Opuścili go przyjaciele. Nawet Ian, mimo iŜ był prawnikiem, na wpół wierzył plotkom.
Pierwszy uznał, Ŝe jedynym wyjściem w zaistniałej sytuacji byłby szybki wyjazd.
Tad powoli pokonał ostatnie piętro. Wszedł do biura. Minął sekretarkę Iana, zajętą
układaniem platynowych loków.
Na widok Tada dziewczyna upuściła szczotkę. Jej usta uformowały się w kształt litery O, ale
nie padło z nich ani jedno słowo. Po chwili zerwała się z miejsca. W jej oczach błysnęło
przeraŜenie. Tad właśnie połoŜył dłoń na klamce drzwi wiodących do gabinetu Inna, kiedy
posłyszał za sobą stukot wysokich obcasów.
– Proszę zaczekać! Panie Jackson, nie moŜe pan wejść tam w tej chwili!
Obrócił się. Dziewczyna wpadła na niego. Chwyciła męŜczyznę za rękę, nieświadomie
wbijając mu w skórę długie, pomalowane błyszczącym lakierem paznokcie. Tad napotkał
wystraszone spojrzenie jej piwnych oczu. Uśmiechnął się drwiąco.
– Masz zamiar mnie zatrzymać, maleńka? Dziewczyna zbladła, jakby na widok jadowitego
węŜa. Rysy Tada nieco złagodniały.
– Kochanie, dlaczego nie wrócisz za biurko i nie zajmiesz się jakimś bardziej odpowiednim
zajęciem? Otworzył drzwi gabinetu.
Wnętrze było ciche i odizolowane od zgiełku zewnętrznego świata. Styczniowe słońce
praŜyło niczym piec hutniczy, lecz w gabinecie Iana panował przyjemny chłód, przenikający
puszyste dywany, bogate, pokryte mahoniem ściany i sięgające sufitu lustra.
Właściciel tego splendoru był jednym z najbogatszych mieszkańców Queenslandu.
Zaczynał z niczym.
Prócz własnej chciwości i ambicji, pomyślał Tad. Ojciec Iana ujeŜdŜał konie, matka
wypasała owce. Chłopiec dorastał wśród stada krów, hodowanego przez rodziców. W wieku
sześciu lat lepiej niŜ niejeden Aborygen potrafił odszukać ślad jaszczurki na piasku. Gdy
ukończył dziesięć, farmę sprzedano Amerykanom i cała rodzina znalazła się w Brisbane,
w dzielnicy biedoty. Teraz dobiegający czterdziestki Ian mógł cieszyć się własnym sukcesem.
Na jednej ze ścian wisiała mapa Queenslandu i Północnego Terytorium, na której
zamalowano jaskrawym kolorem obszar naleŜący do Iana. Tysiące hektarów, bogatych w rudę,
sól, wapń, stada krów i bawełnę. „Nie ma rzeczy na tyle wartościowej, by nie mogła stać się moją
własnością” – brzmiała jego dewiza. Był najlepszym prawnikiem w Queenslandzie, lecz pomimo
wysokich aspiracji, w głębi serca pozostał zadziornym chłopakiem z przedmieścia. Tad
zaprzyjaźnił się z Ianem wkrótce po przyjeździe do Australii i uczynił go odpowiedzialnym za
zarządzanie swym majątkiem.
W tej chwili Ian siedział za biurkiem, pochłonięty rozmową przez telefon. Cygaro odłoŜył do
popielniczki i mrukliwym głosem rzucał polecenia do słuchawki. Był krępym, niewysokim
męŜczyzną, a z jego sylwetki emanowała zwierzęca siła wytrenowanego zapaśnika.
Ciemne oczy błyszczały inteligencją. Na czarnych włosach srebrzyły się pasma
przedwczesnej siwizny. Zerknął w stronę przybysza, burknął „do widzenia” i odłoŜył słuchawkę.
– Twierdziłeś, Ŝe to pilne, Ian – powiedział Jackson. Prawnik spojrzał na niego w milczeniu.
Wziął do ręki cygaro, dmuchnął pod sufit kłębem dymu.
– Pilne... i korzystne dla ciebie – odezwał się z wolna. – Siadaj, wszystko ci opowiem.
Kawy?
– Kawy?! – Tad nieomal wypluł to słowo. – Nie, u diabła.
Gwałtownie podszedł do biurka i zagłębił się w fotelu.
– Słucham.
Ian uśmiechnął się szeroko. Nie trapił się zachowaniem przyjaciela.
– Jackson, czy ty nigdy nie potrafisz się odpręŜyć? Nigdy, gdy otaczają mnie mury, ludzie
i cywilizacja, pomyślał Tad. Nigdy, kiedy mój prawnik domaga się, abym przyjechał do miasta.
– Pomyślałem, Ŝe decyzja o sprzedaŜy sprawi ci ulgę. – Ulgę? – spytał Tad. – Zostałem do
tego zmuszony. Nie jestem skłonny do ustępstw, ale nie mam szans na dalsze prowadzenie
interesu. Tam trwa regularna wojna. Moi ludzie chodzą uzbrojeni po zęby i nikt pojedynczo nie
opuszcza zagrody. Chciałbym jedynie wiedzieć, z kim walczę. Nieprzyjaciel pojawia się znikąd.
Atakuje w nocy, niespodziewanie. W jednym tygodniu zniszczył mi ogrodzenie, w innym
wysadził w powietrze studnię. Sąsiedzi równieŜ stali się ofiarą napadów.
Moje bydło zdycha, lecz kaŜdy transport jest bez litości atakowany. Od kilku miesięcy
w Jackson Downs nie spadła ani kropla deszczu. Przed chwilą przeleciałem kilka tysięcy
kilometrów, oglądając wyschnięty busz i padłe krowy, a ty chcesz, Ŝebym się uspokoił?!
– śadnej poprawy?
– Chyba Ŝartujesz. Od czasu, gdy ktoś zepsuł samolot Holta Mamina...
Ian przesunął dłonią po posiwiałej czuprynie.
– Więc uwaŜasz, Ŝe to był sabotaŜ? Twarz Tada pociemniała z gniewu.
– Kto wie? Miejscowy straŜnik przeprowadził urzędowe śledztwo, pokręcił się chwilę wokół
wraku, zajechał do mnie nowiutkim jeepem i spisał raport. Nigdy więcej się nie pojawił. Holt był
nieszkodliwym maniakiem, geologiem. Włóczył się po okolicy w poszukiwaniu minerałów.
Nigdy nie znalazł zbyt wiele. Myślę, Ŝe nawet nie wiedział, dlaczego umiera.
– Masz jakieś podejrzenia?
– Tak, ale niczego nie potrafię udowodnić. Nie ufam Marlinom, zwłaszcza ich amerykańskiej
kuzynce, Noelle.
– Zawsze byłeś podejrzliwy w stosunku do kobiet. – Szczególnie od czasu, gdy popełniłem
błąd i oŜeniłem się. Wiem jedno – wszystkie kłopoty rozpoczęły się z chwilą przyjazdu Noelle.
Brat zwrócił się przeciw bratu, właściciel sporego terenu przeciwko sąsiadom. Dawniej
darzyliśmy się wzajemnym zaufaniem. A teraz? Gdy kaŜdy na własnej skórze doświadczył
podstępnej napaści, zapanowała podejrzliwość. Do diabła! Co powinienem zrobić?
– Hm... wezwałem cię tutaj, bo mam dobrą wiadomość. – Uśmiech Iana stał się jeszcze
szerszy. – Jeden z moich ludzi znalazł Deirdre.
Tad zerwał się z miejsca i pochylił nad biurkiem. Zapomniał o anonimowych napastnikach.
Zapomniał o Martenach i przewlekłej wojnie.
Bał się. Odczuwał tak wielki strach, Ŝe niemal począł się dusić dymem cygara.
– Co takiego?! – wykrztusił. – To znaczy... jej ciało? Gdzie? Musi być w przeraŜającym
stanie. Luzie... Nie mógł dalej mówić. Ian pochylił się równieŜ.
Twarz miał spokojną, jedynie wyraz jego oczu przeczył udawanej powściągliwości.
– śadne ciało, durniu. Znalazł ją Ŝywą. – Zacisnął palce na ręku Tada. – Dziewczynkę
równieŜ.
– śywą..
Poczuł, jakby pod skórę wbijano mu tysiące szpilek. Nie wierzył własnym uszom.
Nie chciał śmierci Deirdre, lecz takŜe nie pragnął, aby ponownie pojawiła się w jego Ŝyciu.
Wystarczyła mu Lizzie.
Deirdre nie opuściłaby Australii bez pieniędzy. PoniewaŜ w jej domku odnaleziono sporą
sumę, padło podejrzenie, Ŝe nie Ŝyje.
Tad wrócił wspomnieniami do dnia, w którym uzbrojeni policjanci zabrali go do bungalowu
na wyspie. Na łóŜku leŜała otwarta walizka, przykryta częściowo koronkową bielizną. Inne
przedmioty w nieładzie walały się po dywanie. PodróŜom Deirdre zawsze towarzyszył zamęt
i bałagan. Inspektor stwierdził, Ŝe kobieta prawdopodobnie utonęła.
Za oknami domku szumiały fale oceanu, a powietrze było przesiąknięte wilgotną morską
bryzą. Tad wziął do ręki jedwabną bluzkę koloru lawendy, niefrasobliwie rzuconą na krzesło.
Poczuł delikatny, zmysłowy zapach perfum. Deirdre nosiła ją podczas ich ostatniego
spotkania. Przyjechała wówczas pod pretekstem, Ŝe chce przekazać wiadomość od Lizzie, lecz
w rzeczywistości chodziło jej o pieniądze. Skradła wszystkie – siedemdziesiąt pięć tysięcy
dolarów oraz awionetkę, którą odleciała do Brisbane. Tam podjęła resztę oszczędności ze
wspólnego konta i zniknęła. Do czasu przybycia policji, Tad nie miał najmniejszego pojęcia,
gdzie się ukrywała. Dobrze pamiętał chwilę, gdy po odejściu funkcjonariuszy w milczeniu
przyglądał się pustemu wnętrzu. Wszędzie czuł obecność Ŝony – jakby tylko na chwilę opuściła
bungalow. Choć z drugiej strony... coś podpowiadało mu, Ŝe odeszła na zawsze.
Rzeczywiście nie powróciła. Nie znaleziono takŜe dziecka.
Poradził policjantom, aby dobrze przeszukali szafę, poniewaŜ był przekonany, Ŝe musiała
tam coś ukryć. Gdy znaleziono pieniądze, odrzucono wersję napadu rabunkowego i skierowano
podejrzenia na Tada. Inspektor zarzucił go pytaniami. „Czy wiedział, Ŝe przybyła na wyspę
posiadając przy sobie tak znaczną sumę?” „Gdzie przebywał w czasie, gdy zaobserwowano jej
nieobecność?” „Czy miał alibi?” Na plaŜy odnaleziono uszkodzony kawałek akwalungu i parę
czarnych rajstop. Nikt nie miał pewności, Ŝe oba przedmioty naleŜały do Deirdre.
Zniknęła bez śladu. Lizzie takŜe.
Potem zaczęła się prawdziwa tortura. Policjanci próbowali ustalić miejsce pobytu
dziewczynki, lecz Tad nie potrafił udzielić oczekiwanej odpowiedzi.
„Panie Jackson, wszyscy wiedzą, Ŝe nienawidził pan swojej Ŝony. Ciągle wybuchały
kłótnie.”
Nienawidził. Proste, pojedyncze słowo, którym próbowano określić jego stosunek do
Deirdre. Prawda była bardziej skomplikowana.
„Twierdzi pan, Ŝe zabrała ze sobą dziecko. Zabrała równieŜ pańskie pieniądze.
Czy pan ją śledził? Czy myślał o popełnieniu morderstwa?”
Ostatnie pytanie zabrzmiało niczym wyrok.
Tad wynajął detektywów, lecz nie udało się im odnaleźć Lizzie. Wrócił wówczas do domu
i przez rok w samotności walczył z bólem i powszechnym potępieniem. Czasem dziękował
opatrzności, Ŝe ko lejny napad odrywał go od wspomnień o utraconej córce.
– Jestem przekonany, Ŝe Deirdre nie Ŝyje – szepnął. Patrzył wprost w oczy Iana.
Nie chciał jej widzieć. Miał dość kobiet. Wszystkich kobiet.
Ian zrobił zdziwioną minę. – Naprawdę?
– Tak. Ktoś próbuje nas wykiwać. To kłamstwo. – Wątpię. Masz prawdziwe szczęście, Ŝe
udało się ją odnaleźć. MoŜesz opuścić norę i zgolić tę paskudną brodę. – Rzucił na biurko kilka
fotografii. – Oto odbitki zrobione wczoraj przez jednego z moich ludzi.
Tad w milczeniu przyglądał się zdjęciom. Piękna kobieta – jeśli nie Deirdre, to ktoś łudząco
podobny – stała na piaszczystej plaŜy, na tle tropikalnej dŜungli. Wysoka, o złotych włosach...
przypominała walkirię. Jedynie ciemne oczy nie pasowały do wizerunku pogańskiej bogini.
Jasne, mokre pukle opadały jej na ramiona. Wokół opalonych nóg kłębiły się pieniste fale.
W ramionach tuliła przemoczoną i wystraszoną dziewczynkę. Lizzie.
Deirdre umiała pełnymi rękami czerpać z Ŝycia. Córka była jedynie dodatkiem.
– Och, Lizzie... – szepnął Tad. Poczuł, Ŝe drŜą mu dłonie. Po raz pierwszy od długiego czasu
uwierzył, Ŝe dziecko Ŝyje.
Lizzie. Chciał ją przytulić równie mocno, jak czyniła to kobieta na fotografii.
Pogłaskać po lekko rudych włosach. Usłyszeć perlisty śmiech i zobaczyć, jak przebiera się
w kostium dinozaura. Nawet... całować łzy na policzkach w chwili smutku.
Lizzie ze zdjęcia była starsza niŜ dziewczynka, którą pamiętał. Miała juŜ sześć lat. Na
długich, rudych włosach nosiła dwie czerwone kokardy. To był jej ulubiony kolor. Poza tym
kochała dinozaury. Tad pojął nagle, Ŝe cały rok to bardzo długi okres w Ŝyciu dziecka. Czy
Lizzie pamięta ojca?
Spojrzał na pozostałe fotografie. Dziewczynka przykucnięta nad rozgwiazdą, siedząca na
plaŜy... Jedno ze zdjęć przedstawiało kobietę, która poddawała troskliwym oględzinom zranioną
nóŜkę dziecka. Więź zaufania, emanująca z obydwu postaci, poruszyła czułą strunę w sercu
męŜczyzny.
Jess. Imię, o którym przez lata starał się zapomnieć. Jess. Siostra Deirdre.
Bliźniaczka.
BoŜe! Tad całym wysiłkiem woli opanował przypływ emocji.
Kobieta – kimkolwiek była – od roku sprawowała opiekę nad jego dzieckiem.
Ostatnie zdjęcie przedstawiało samą Lizzie.
Tad przez długą chwilę wpatrywał się w znajomy zadarty nosek i rude loki. Oczy zaszły mu
łzami. Czuł ulgę, Ŝe dziecko Ŝyje. Raz jeszcze spojrzał na pozostałe fotografie.
Lizzie była uśmiechnięta, bez wątpienia bardziej szczęśliwa, niŜ pod opieką matki.
MęŜczyzna skupił uwagę na postaci kobiety. Przesunął wzrokiem po ponętnych kształtach ciała.
Jess:.. to była na pewno ona.
Dobrze pamiętał widok długich blond włosów, szarpanych podmuchami wiatru. Dotyk
jedwabistej skóry pod palcami... Roziskrzone śmiechem czarne oczy. Kiedyś uległ urokowi tej
kobiety.
Poczuł gniew w głębi serca. Wystarczy. Nie było powrotu do przeszłości.
Jeszcze raz ogarnął wzrokiem powabną twarz, kuszący biust i szczupłą talię. Usta wykrzywił
mu bolesny grymas.
Deirdre. Kobieta, która całkiem odmieniła jego Ŝycie.
Ale naprawdę, nie chodziło o Deirdre, tylko o jej siostrę. Panią doktor Jessikę Bancroft Kent.
Tad poczuł ucisk mięśni brzucha. Nienawidził Jessiki bardziej niŜ własnej Ŝony... poniewaŜ
ją kochał.
Ich znajomość sięgała zamierzchłych czasów. Tad, zanim poślubił Deirdre, studiował na
uniwersytecie w Austin. Tam teŜ poznał Jessikę i w krótkim czasie znalazł się całkowicie pod jej
urokiem. Dziewczyna, poza urodą, posiadała silną osobowość, inteligencję i szczere pragnienie
zbawienia świata. Tad bez zmruŜenia oka wierzył w jej kłamstwa.
KaŜdemu okazywała swą pomoc...
„Pomoc.” Wyświechtany frazes, którego uŜywała, aby mieszać się w sprawy innych.
To właśnie dzięki jej „pomocy” doszło do nieudanego małŜeństwa. Tad nigdy nie dowiedział
się, co naprawdę myślała. Wkrótce potem wyszła za mąŜ, lecz całą uwagę poświęciła karierze
naukowej.
Trzy lata później, mąŜ oraz jedyny syn Jessiki zginęli w wypadku samochodowym w pobliŜu
Austin. Deirdre zaoferowała jej swą pomoc, choć było to niepotrzebne. Jessica gardziła słabością.
Była władcza, a jej zachowanie miało niewiele wspólnego z kobiecością.
Deirdre z trudem znosiła australijską izolację. Gdy powróciła z dwumiesięcznego pobytu
w Stanach, sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Co prawda, Tad nie miał nic przeciwko temu,
by odeszła. Był świadom, Ŝe małŜeństwo i tak się rozpada. Naprawdę szczęśliwy czuł się tylko
na swojej farmie, w obecności Lizzie.
Lecz nie przewidział najgorszego... Holt Martin zginął w katastrofie samolotowej na zboczu
Mount Woolibarra. Deirdre wyjechała do Brisbane i namawiała Inna, aby przekonał Tafia do
opuszczenia Australii lub wszczął postępowanie rozwodowe. Rozpoczęły się nocne rajdy
tajemniczych złoczyńców...
Tad ponownie spojrzał na zdjęcie. Skoro Deirdre nie Ŝyła, to na pewno była Jess.
Po dłuŜszej chwili odłoŜył fotografię na biurko.
Czuł się nieswojo. Miał wraŜenie, jakby uczestniczył w seansie spirytystycznym, na którym
pojawił się nieproszony duch z zamierzchłej przeszłości. Próbował przekonać sam siebie, Ŝe
powinien myśleć wyłącznie o córce. O Lizzie.
– To... cudowne – szepnął. – Niewiarygodne... Lizzie... Deirdre...
– Jesteś przekonany, Ŝe to ona?
Tad nadal spoglądał na blat biurka.
– A któŜ by inny?
Wyraz jego twarzy musiał przeczyć wypowiedzianym słowom, poniewaŜ Ian poruszył się
niespokojnie.
– Sprawa przebiegała dość dziwnie. Jakaś kobieta powiadomiła moją sekretarkę, Ŝe
męŜczyzna o nazwisku Tad Jackson powinien być bardzo zainteresowany wiadomością, którą
chciała przekazać. Bez wątpienia była Amerykanką. Mówiła silnym, władczym głosem i nie
ustąpiła, póki nie wyraziłem zgody na osobistą rozmowę.
Bancroft. Tad był przekonany, Ŝe zrzuciła przebranie samarytanki i postanowiła ponownie
wkroczyć w jego Ŝycie. BoŜe! AŜ za dobrze wiedział, co to oznacza.
Zacisnął zęby. Próbował skupić uwagę na rozmowie. Ale... przecieŜ Jess była z Lizzie! Co
więcej, dziecko wyglądało na szczęśliwe. Tad poczuł się uraŜony w swej ojcowskiej dumie.
Wlepił wzrok w fotografię. Najgorsze było to, Ŝe co chwila spoglądał na smukłą kobiecą
postać w kostiumie kąpielowym. Na przemoczony materiał, ściśle przylegający do jej pełnych
piersi...
Cholera! Dobrze pamiętał noc, gdy w okolicach Town Lake, niedaleko Austin, zakwitły
pomarańcze... Noc, podczas której zaznał tak wiele rozkoszy.
Trudno było zapomnieć o Jess Bancroft. Kto by pomyślał, Ŝe ta z pozoru skromna
dziewczyna jest naprawdę dziką, namiętną kobietą?
Tad był wówczas przekonany, Ŝe spoczywa w ramionach Deirdre. Mimo upływu lat, nie
potrafił wybaczyć Jess, Ŝe go oszukała.
– Kobieta usiłowała mnie przekonać, Ŝebym przyjechał w pewne miejsce – ciągnął Ian –
gdzie zobaczę coś ciekawego. Podejrzewałem jakiś podstęp, ale wysłałem tam jednego ze swoich
ludzi. Wrócił z pakietem fotografii, które masz przed sobą.
Tad powoli opadł na fotel. Czuł zawroty głowy, jego twarz pokryła się niezdrową bielą.
Serce łomotało mu w piersiach. Był dziwnie słaby, a jednocześnie pełen narastającego gniewu.
Dlaczego los zmusił go do wspomnień o Ŝonie i jej bliźniaczce?
– Gdzie zrobiono zdjęcia?
– Myślę, Ŝe nie powinieneś tam jechać – zaprotestował Ian. – Przynajmniej nie teraz, dopóki
się nie uspokoisz. Źle wyglądasz.
– Aaaa... psik! – Kichnięciu towarzyszyło ciche przekleństwo. – Ona... ona... Do cholery, jest
przecieŜ moją Ŝoną! Po wszystkim, co przeszedłem, uwaŜasz, Ŝe nie powinienem się z nią
spotkać?!
Nie martw się, nasza rozmowa nie potrwa długo. JuŜ na samym wstępie uduszę ją gołymi
rękami!
Tad z trudem hamował wściekłość.
– Uduszę teŜ ciebie, jeśli nie powiesz mi, gdzie ją znaleźć!
– Jako twój prawnik oświadczam, Ŝe nie słyszałem ostatnich słów i szczerze radzę, abyś
powstrzymał swój temperament w obecności postronnych świadków.
– Dobrze, juŜ dobrze. Jesteś moim prawnikiem, ale nie opiekunem. Sam umiem pokierować
własnym Ŝyciem.
– Jak do tej pory odwaliłeś kawał dobrej roboty. – Gdzie ona jest?!
Ian zawahał się.
– A jeśli... nie chce cię widzieć?
Nieprawda. Jess Bankroft nie po to przyjechała do Australii, Ŝeby liczyć odnóŜa
rozgwiazdom lub dmuchać na skaleczoną stopę Lizzie.
– Przesłała ci wiadomość, gdzie przebywa! Ian zachował niezmącony spokój.
– To właśnie mnie dziwi. Dlaczego zwróciła się do mnie, zamiast do ciebie?
– Na miłość boską! Ian, bądź rozsądny. PrzecieŜ ma ze sobą Lizzie. Czy w swym
uporządkowanym Ŝyciu nie doświadczyłeś Ŝadnych uczuć... – Tad rzucił okiem na kolorową
mapę, wiszącą na ścianie – ...poza chciwością?
Ian uśmiechnął się kwaśno.
– MoŜe kiedyś, gdy byłem młody. Ale gdy mój dom zajęli Jankesi i wraz z rodzicami
wylądowałem na ulicy, wyzbyłem się niepotrzebnych emocji. Wziąłem za Ŝonę kobietę, która
lubi domowe zajęcia i rozumie, Ŝe przyszło jej Ŝyć w świecie naleŜącym do męŜczyzn. Zna
zarówno swoje miejsce, jak i to, które ja zajmuję. Ty postąpiłeś zupełnie inaczej. Poślubiłeś
nieziemską piękność, boginię przywykłą do ciągłych wyrazów uwielbienia i zaszyłeś się wraz
z nią w Jackson Downs, gdzie przyszło jej spędzać czas na pogawędkach z jaszczurkami
i liczeniu termitów. Mało tego, wkrótce doszło do kilku napadów! Nic dziwnego, Ŝe stała się
nieco nerwowa.
– Gdybym miał jeszcze raz przeŜyć ostatnie lata, z daleka omijałbym kaŜdą kobietę, choć
trochę przypominającą Deirdre.
Obaj zerknęli na zdjęcie z wizerunkiem opalonej, złotowłosej kobiety.
– Nie jestem pewien... – Ian złączył końce palców i przybrał zamyśloną minę.
– Musisz mi powiedzieć, gdzie one są, Ian. A jeśli ponownie stracę szansę na spotkanie
z Lizzie?
– Na wyspie – krótko rzucił prawnik. – Co takiego?!
– Mieszkają na wyspie. Same.
– Zwariowała, Ŝeby tam wracać.
– UwaŜasz, Ŝe igra z własnym losem? – W głosie Iana zabrzmiał ton podejrzenia.
Na pewno. Jess Bancroft uwielbiała podobne sytuacje.
– Nikomu nie przyszłoby na myśl, Ŝe właśnie tam naleŜy szukać.
– Będziesz równie szalony jak ona, jeśli zdecydujesz się teraz wyjechać. Co z Jackson
Downs?
– Wszystkimi sprawami zajmuje się mój szwagier, Kirk Mackay. Mam do niego całkowite
zaufanie.
– Mimo to uwaŜam, Ŝe powinniście spotkać się w bardziej... – Ian szukał przez chwilę
właściwego słowa – ...neutralnym miejscu. Nie chcę, Ŝebyś wpadł w jakąś pułapkę.
Tad zimnym wzrokiem spojrzał na fotografię. WciąŜ pamiętał dotyk gorącego kobiecego
ciała, twarde sutki kuszących piersi rozpłaszczone na swoim torsie... Łatwo było ją zdobyć.
Zapomnieć – nie sposób.
Po prostu ją kochał.
Tamtej nocy wyruszył, aby ją odnaleźć. Ona postąpiła podobnie. Lecz kiedy się spotkali,
udawała własną siostrę. Tad poślubił Deirdre, poniewaŜ był przekonany, Ŝe to właśnie jej
zawdzięcza noc pełną ekstazy.
Przez dziesięć lat małŜeństwa doświadczył jedynie rozczarowania. Krnąbrnej, zaborczej
Deirdre chodziło wyłącznie o pieniądze. Na pierwszy znak nadciągających kłopotów uciekła,
zabierając ze sobą dziecko.
Tad po raz ostatni spojrzał na uśmiechniętą twarz Jess i starannie schował zdjęcia do
kieszeni.
Taaak... to na pewno była pułapka. Tylko tym razem...
ROZDZIAŁ DRUGI
Zapach krzewów mimozy, oleandra i hibiskusa mieszał się z orzeźwiającą wonią oceanu.
Cała wyspa była przesiąknięta spokojem. Wszyscy cieszyli się słońcem i przepięknymi
widokami.
Wszyscy, z wyjątkiem doktor Jessiki Bancroft Kent i dziecka o wypłowiałych blond
włosach, które zza grubych pni drzew przyglądało się białej kobiecie.
Turyści, okupujący hotel na drugim końcu skalistej podzielili swój czas pomiędzy pływanie,
surfing, słoneczną kąpiel i podziwianie cudów Wielkiej Rafy Koralowej przez oszklone dna łodzi
wycieczkowych. Jess myślała o czymś innym. Nie zachwycał jej czysty piasek plaŜy ani błękitne
motyle, trzepoczące wśród bujnego listowia. Miała do spełnienia niezwykle waŜne zadanie i juŜ
dawno wykreśliła ze swego słownika hasło „wypoczynek”.
Choć prawdę mówiąc, czuła się juŜ zmęczona. Serce dudniło jej w piersiach, a całe ciało
paliło Ŝywym ogniem. Nagle spośród drzew wysunął się mały chłopiec.
Aborygen. Jess spojrzała w jego stronę. Uśmiechnęła się, lecz malec – podobnie jak w czasie
poprzednich spotkań – zaczął uciekać. Ciemne pięty migały na koralowym piasku.
Jess wstała sama. Czuła się jak we wnętrzu sauny poniewaŜ niedawno spadł deszcz,
powietrze wyletniała para rozgrzana w promieniach palącego słońca. Nawet w cieniu
tropikalnego lasu panował upał. Jess z determinacją popchnęła kosiarkę.
Praca nie była łatwa, poniewaŜ na środku trawnika jakiś niechluj zaparkował buldoŜera.
Mokre kosmyki włosów przywarły do szyi kobiety. Przesiąknięty wilgocią podkoszulek
koloru khaki przykleił się do jej ciała, uwidaczniając ponętne kształty. Jess pokręciła głową. JuŜ
w gimnazjum bezskutecznie starała się ukrywać swą figurę. Koledzy widzieli w niej wyłącznie
obiekt poŜądania, podczas gdy ona starała się zaimponować bystrością i inteligencją.
Zatrzymała kosiarkę i ściągnęła bluzkę. Jeszcze przed godziną była pełna zapału, aby
doprowadzić do porządku zarośnięty trawnik, otaczający bungalow. Teraz odczuwała niechęć do
dalszej pracy. Miała ochotę odstawić kosiarkę do stypy, lecz wiedziała, Ŝe podobna decyzja
wywoła drwiący uśmiech na chłopięcej twarzy Wally’ego.
„PrzecieŜ cię ostrzegałem.” Jak wszyscy męŜczyźni czerpał cichą satysfakcję z niepowodzeń
płci przeciwnej. Jess dobrze pamiętała niedawną rozmowę, jaką przeprowadzili w hotelu.
– Kosiarka spalinowa jest zbyt cięŜka dla kobiety i nie dasz rady wtaszczyć jej na szczyt
wzgórza.
– Dla kobiety... – powtórzyła z przekąsem.
Wally zerknął na, tę część jej figury, która zawsze budziła zainteresowanie męŜczyzn.
– Jeśli zaczekasz na powrót Hasira... – powiedział.
– Bzdury – odparła z kwaśną miną. – Gdybym w podobnych sytuacjach zawsze czekała na
czyjś powrót, niczego bym nie osiągnęła.
Chwyciła pałąk kosiarki. Wally nie zaprotestował. Starał się skupić uwagę wyłącznie na
twarzy rozmówczyni. Czasem ustępował zbyt szybko. Jess poczuła, się nieco rozczarowana jego
zachowaniem. Łatwe zwycięstwo nie sprawiało jej satysfakcji.
Nie była przeciwniczka męŜczyzn, choć nieraz odczuwała dla nich pogardę. ZauwaŜyła, Ŝe
w większości przypadków przegrywają w konfrontacji z jej osobowością. Jedynie kilku – od
własnego ojca począwszy – doszyła całkowitym zaufaniem.
Otarła dłonią spocone czoło. Las roił się od przeróŜnych owadów. Niektóre z nich były duŜe
i wyglądały tak egzotycznie, Ŝe Jess miała szczerą ochotę przez cały czas nosić pyry sobie
zwiniętą gazetę. Właśnie przed chwilą jakiś insekt wylądował wprost na jej nosie. Kobieta
zatęskniła za prysznicem i szklanką orzeźwiającego napoju. Za chłodnym wnętrzem bungalowu
i towarzystwem Meety oraz Lizzie.
W gęstwinie drzew trzasnęła złamana gałązka. Jess drgnęła. Po raz pierwszy uświadomiła
sobie, Ŝe zamieszkiwana przez nią część wyspy leŜy z dala od gwarnego, wypełnionego turystami
uzdrowiska. Mroczna dŜungla jeszcze bardziej pociemniali...
Jess przypomniała sobie, Ŝe to właśnie gdzieś tutaj zginęła jej siostra. Poczuła gwałtowny
ucisk w Ŝołądku; strach zwierzęcia umykającego przed myśliwym. Instynktownie wiedziała, Ŝe
hałas nie był spowodowany powrotem małego Aborygena. Chłopiec potrafił bezgłośnie pomykać
przez poszycie lasu. Nadchodziło coś większego, niezgrabnego...
Jess głośno przetknęła ślinę. Strach był dla niej czymś nowym. Całkiem niedawno odwaŜnie
przemierzała przedmieścia Kalkuty. Lecz indyjskie slumsy, pomimo swej brzydoty, okazały się
o wiele bezpieczniejszym miejscem niŜ wiele miast Ameryki. W dŜungli zapanowała cisza.
Umilkły nawet zielonopióre papugi. Jess czuła się obco w tym kraju, na, tej wyspie, w obliczu
tropikalnego lasu i drzemiących w nim niebezpieczeństw. W napięciu zamarła.
Biały kłąb piór z donośnym skrzekiem uniósł się w powietrze. Jess wrzasnęła i zaczęli
uciekać. Po kilku krokach zawróciła.
– Idiotka! – mruknęła pod nosem. Spojrzała w kierunku odlatującego ptaka. – Naucz się
panować nad nerwami. Powoli podeszła, do kosiarki i skierowała maszynę w dół trawnika
zakończonego dwumetrowym klifem. Usłyszała głośny warkot silnika.
Jedno z kół kosiarki utknęło pomiędzy wystającymi z ziemi kamieniami. Jess pochyliła się,
gdy nagle dobiegło ją donośne kichnięcie. – Apsik!.
Kobieta zerwała się na, równe nogi. Szarpnięta kosiarka wypadła spomiędzy kamieni
i zawisła na krawędzi klifu. – Apsik!
Drugiemu kichnięciu towarzyszyło przekleństwo.
– Cholera... – mruknął gruby, męski głos. Jess poczuła zimny pot spływający po karku. Ktoś
czaił się w mroku dŜungli.
Zacisnęła dłoń na pałąku kosiarki. – Kto...
Na bezchmurnym dotąd niebie nie wiadomo skąd pojawił się ciemny obłok. Słońce
przygasło.
Jess desperackim ruchem pociągnęła kosiarkę. Ta ani drgnęła. Kobieta wiedziała, Ŝe jeśli
puści pałąk, maszyna stoczy się w dół klifu. Jeśli zaś pozostanie na miejscu...
Zebrała wszystkie siły i ufna w doświadczenie swego dwudziestodziewięcioletniego Ŝycia,
odezwała się spokojnym tonem:
– Mógłby Pan tu wreszcie podejść i mi pomóc.
Cisza. Jess słyszała wyłącznie bicie własnego serca.. Cisza. Lepka i obezwładniająca, niczym
tropikalny upał. Kosiarka zaczęła zsuwać się po zboczu, ściągając za sobą lawinę drobnych
kamieni. Jedno z kół zawisło za krawędzią klifu. Kobieta wrzasnęła, jej stopy ześlizgnęły się po
wilgotnej trawie.
Z gęstwiny wyskoczyła ciemna postać. Jess stwierdziła z przeraŜeniem, Ŝe czyjeś silne ramię
objęło ją w talii. Ręce miała przyciśnięte do boków i unieruchomione w stalowym uchwycie.
Poczuła dotyk męskich palców na swoich piersiach.
Wypuściła pałąk kosiarki. Bezradnie obserwowała, jak maszyna spada ze zbocza
i roztrzaskuje się na leŜących poniŜej kamieniach. Miała ochotę krzyknąć, lecz w tej samej chwili
dłoń intruza zamknęli jej usta.
Bezskutecznie szarpnęła całym ciałem. Napastnik trzymał ją zbyt mocno.
– Przestań się szarpać, głuptasie. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić – usłyszała głęboki męski
pomruk. Westchnęła i stanęła bez ruchu. Napastnik, uspokojony jej zachowaniem, poluźnił
uchwyt. Popełnił błąd. Jessica była adeptką kursu sztuk walki.
Działała, instynktownie. Mocno zacisnęła zęby na, opalonej dłoni. Szybki skręt ciała,
kopnięcie kolanem w pachwinę, gwałtowny cios łokciem w splot słoneczny.
MęŜczyzna zgiął się wpół. Jęknął. Jess kopnęła go w łydkę. Stracił równowagę, zamachał
rękami, po czym rycząc niczym ranny bawół, polecał głową w dół śladem kosiarki.
Jess od czterech lat nie słyszała głosu Tada Jacksona – to znaczy od czasu, gdy wyrzuciła, go
z mieszkania w chwili typowo kobiecej frustracji – lecz gniewne pomniki brzmiały dziwnie
znajomo.
Jess ze ściśniętym sercem podeszła do skraju urwiska i ostroŜnie wyjrzała za krawędź.
Pomimo gęstej brody, pokrywającej twarz męŜczyzny, rozpoznała go natychmiast.
Jackson. PotęŜne, muskularne ciało leŜało bez ruchu w pobliŜu kosiarki, na kępie
potrzaskanego koralowca.. Podmuch wiatru rozwiał złociste włosy męŜczyzny. Z rozciętego
czoła spływała krew.
Jess była bliska paniki.
Co Tad mruczał jej do ucha? „Przestań się szarpać, głuptasie. Nie mam zamiaru cię
skrzywdzić.” Znała swego szwagra na tyle, by wiedzieć, Ŝe pomimo rozmaitych wad nie był
w stanie wyrządzić krzywdy Ŝadnej kobiecie. Nawet jej.
Od czterech dni oczekiwała jego przyjazdu. Tad potrzebował pomocy, lecz był zbyt uparty,
aby to przyznać. Jess spodziewała się, Ŝe wtargnie do wnętrza domku niczym rozjuszony
nosoroŜec i stanowczo zaŜąda zwrotu Lizzie oraz tego, aby ona sama definitywnie zniknęła,
z jego Ŝycia.
Tymczasem mister Jackson zachował się jak niedoświadczony sztubak. Wiedziony męską
dumą zaatakował ją... i przegrał w bezpośrednim starciu.
Jeśli przeŜył upadek, bez wątpienia zaliczy dzisiejsze spotkanie do długiej listy przykrości,
jakich doznał za sprawą pani Jessiki Banaoft.
Jeśli przeŜył...
Jess zaczęła powoli zsuwać się z klifu.
ROZDZIAŁ TRZECI
Tad z trudem zachował przytomność po upadku z urwiska. Dopiero po chwili zaczął
rozpoznawać szczegóły otoczenia. LeŜał pod klifem, z lekka naruszonym przez buldoŜery,
pracujące przy powiększaniu terenów rekreacyjnych. Na szczęście postanowiono zachować
najpiękniejszą część skały, pokrytą malowidłami wykonanymi przez Aborygenów.
RóŜnobarwne – krokodyle, kangury i nie znane nauce zwierzęta uczestniczyły w mitycznym
Akcie Stworzenia, wiernie odtworzonym według podań przez nieznanego artystę. Tad jednak nie
miał ochoty podziwiać arcydzieł sztuki prymitywnej. Całą uwagę skupił na sylwetce zbliŜającej
się kobiety.
Poczuł ból poobijanego ciała. Upadając, uderzył się w głowę i dotąd nie odzyskał pełnej
ostrości widzenia. Kobieta zgrabnie jak kozica skakała z kamienia na kamień. Bez wątpienia
nadchodziła, aby go dobić.
Jess z gracją Tarzana chwyciła zwisające pnącze i lekko wylądowała w pobliŜu męŜczyzny.
Tad zadał sobie pytanie, czy kaŜdą czynność potrafi wykonać w tak nonszalancki sposób?
Przez wpółprzymknięte powieki śledził jej zachowanie. Jess przyklęknęła.
Przemoczona wilgocią i potem bluzka przylgnęła do jej pełnych piersi. Pod ciemnym
materiałem wyraźnie rysowały się jędrne sutki. Tad zacisnął zęby. Próbował skupić uwagę na
groŜącym niebezpieczeństwie. Biodro i górną część uda przeszywał mu dotkliwy, pulsujący ból.
Jess była tak blisko... Tak blisko, Ŝe bez trudu mógłby chwycić ją za gardło, rzucić na ziemię
i zmusić, by zapłaciła za wszystkie wyrządzone mu krzywdy. Przez chwilę walczył z pokusą,
lecz w końcu uznał, Ŝe powinien zachować spokój. Był ciekaw, co nastąpi dalej, a poza tym...
leŜenie bez ruchu mniej bolało.
Jess pochyliła się, lecz zamiast roztrzaskać kamieniem głowę męŜczyzny, delikatnym
ruchem ujęła go za przegub, szukając pulsu. Dlaczego dotyk jej palców sprawił mu taką
przyjemność?
PrzecieŜ jej nienawidził. Była to ta sama Jess, która go zdradziła, która doprowadziła do
małŜeństwa z Deirdre. Jess, którą kochał bardziej niŜ własną Ŝonę.
Jess, która przed chwilą zepchnęła go ze skalistego zbocza.
Co zamierzała, jeśli nie chciała go zabić?
Kobieta pochyliła głowę i przyłoŜyła ucho do szerokiej piersi męŜczyzny. Długie, jasne loki
połaskotały go w nos i usta. Tad z trudem powstrzymał się od kolejnego kichnięcia. Jess
spojrzała na niego uwaŜnie. Była tak blisko, Ŝe czuł jej oddech na swojej twarzy. Powróciły
gorące, dawno wyrzucone z pamięci wspomnienia...
Nie. Nieprawda. Nigdy nie zapomniał o wspólnie spędzonych chwilach. Ukrywał swe myśli
w głębi serca, poniewaŜ były zbyt bolesne. Teraz powróciły, przedzierając się przez grubą osłonę
niechęci i nieufności.
Jess zwilŜyła językiem usta. Koniuszkiem palca lekko dotknęła brody męŜczyzny.
– Jackson – szepnęła. W jej głosie czaił się strach. – Jackson, słyszysz mnie?
Nie odpowiedział. Czuł się zbyt słaby, aby rozpocząć rozmowę, która i tak miała zakończyć
się kłótnią. Usłyszał stłumiony jęk Jessiki.
– BoŜe! – Przesunęła palcami po policzku leŜącego. – Ty wielki, nieokrzesany wariacie.
Wcale nie miałam zamiaru cię skrzywdzić.
Ona – odpowiedzialna za wszelkie zło, którego doświadczył – nie miała zamiaru go
skrzywdzić!
Z mieszanymi uczuciami patrzył na nią spod przymkniętych powiek. Złociste włosy Jess
migotały w promieniach słońca, przemoczone ubranie uwidoczniło doskonałą figurę.
Nawet zmęczona i oblepiona pyłem stanowiła przedmiot poŜądania.
Cholera. W niczym nie przypominała dawnej, wyniosłej i pewnej siebie Jessiki.
Wprost przeciwnie, wydawała się zagubiona i oczekująca męskiej pomocy.
Usiadła. Tad jęknął w duchu i zamknął oczy, choć przedtem obrzucił uwaŜnym spojrzeniem
piękną, wystraszoną i pokrytą śladami łez twarz kobiety.
Nienawidził jej i był przekonany, Ŝe nigdy nie zmieni swych uczuć.
ChociaŜ... trudno pałać nienawiścią do kogoś, kto płacze nad twoim losem.
Powróciło znajome uczucie, które przez wiele lat niczym robak drąŜyło go od środka.
Wspomnienie jednej, jedynej nocy, gdy on i Jess naleŜeli do siebie. Nocy oglądanej
w tysiącach marzeń sennych, nocy, która wzbudziła nigdy nie zaspokojoną namiętność.
Poślubił niewłaściwą kobietę. Psiakrew! PrzecieŜ to właśnie był powód jego nienawiści!
Słodkokwaśna woń drzew, skąpanych w promie mach palącego słońca, uderzyła go
w nozdrza. To była woń Australii – oleista, aromatyczna, dusząca. Tad oblał się potem, zadrŜał,
czując na skórze chłodny powiew morskiej bryzy.
Jess wplotła palce w jego włosy. Po chwili dotknęła rozpalonego, pokrytego zakrzepłą krwią
czoła. Tad jęknął głośno. Szybko cofnęła rękę.
– Ciii... – szepnęła. – Nie chcę sprawiać ci bólu, ale muszę obejrzeć ranę.
Ponownie poczuł jej dłoń na swojej twarzy. Jess systematycznie zbadała całe jego ciało,
uwaŜnie przyjrzała się kaŜdemu stłuczeniu i zadrapaniu. Była przecieŜ lekarką...choć Tadowi
z trudem przychodziło o tym pamiętać. W tej chwili widział przed sobą jedynie kobietę, nie
naukowca.
Jess spojrzała mu w oczy. Nie poruszył się. – Jackson...
Miękki, melodyjny głos nie miał w sobie nic z wyniosłości. Najwyraźniej Jess zstąpiła
z wysokiego piedestału, który chronił ją przed natarczywością męŜczyzn.
Tad poczuł jej palce na swoim policzku.
– Jackson, jeśli mnie słyszysz, moŜe mógłbyś... Uścisnęła mu rękę. Drugą dłonią odgarnęła
pokrwawione włosy z czoła. Miała delikatny, kojący dotyk.
– Jackson, puls bije ci mocno i równo. Myślę, Ŝe nie odniosłeś powaŜniejszych obraŜeń.
Wszystko będzie dobrze, lecz teraz muszę opuścić cię na chwilę. Sprowadzę kogoś, kto pomoŜe
mi przenieść cię do chatki.
Ostatnie zdanie zabrzmiało juŜ z oddali. Tad nie był pewny, czy dobrze zrozumiał. Próbował
otworzyć oczy, lecz kiedy udało mu się to uczynić, Jess zniknęła.
Szczerze Ŝałował swego dotychczasowego milczenia. Czuł się o wiele gorzej niŜ w chwilę po
upadku. W przypadku wewnętrznego wylewu, mógł nie doczekać szansy ponownej rozmowy.
Przestraszył się, Ŝe to juŜ koniec wszelkich cierpień. Zapragnął jeszcze choć przez chwilę
zobaczyć Jess, poŜegnać się... przeprosić...
Poczuł gwałtowny zawrót głowy, pociemniało mu w oczach. Tępy ból ogarnął całe ciało.
Szczupła dłoń dotknęła jego palców. Ktoś szarpał go za rękę.
– Jackson, ty uparty durniu, dlaczego nie chcesz się do mnie odezwać?!
Z trudem rozróŜniał poszczególne słowa.
– PoniewaŜ... poniewaŜ... – wychrypiał.
PoniewaŜ oczekiwał zbyt wiele.
Gdy odzyskał przytomność, poczuł ulgę, choć był słaby niczym niemowlę.
ś
ył. Przebywał we wnętrzu chaty. Bezpieczny. Nie zauwaŜył obecności uzbrojonych
straŜników, nikt nie miał zamiaru go skrzywdzić. Jedynie ta kobieta...
Na zewnątrz panowała noc. Upał zelŜał, przez przymknięte okiennice wpadał blask
księŜycowej poświaty. Powietrze wypełniał zapach wilgoci, kwiatów i mokrych liści.
DŜungla tętniła głosami nocnych ptaków. TuŜ nad łóŜkiem Tada powoli obracał się
wentylator, rzucający migotliwy cień na ścianę pokoju. Pomimo mroku, męŜczyzna spostrzegł,
Ŝ
e w pomieszczeniu panuje wzorowy porządek – rzecz nie spotykana w czasach, kiedy
urzędowała tu Deirdre.
Zza uchylonych drzwi sączył się smakowity zapach przygotowywanych potraw. Tad
westchnął. Wspomnieniami cofnął się do czasu, gdy wszystko wydawało się prostsze. Zobaczył
rodzinny dom, matkę pochyloną nad kuchnią... Był wówczas szczęśliwy. Potem, po rozwodzie
rodziców, poznał smak samotności, wyobcowania i frustracji. Za przyczyną starszego brata, Jeba,
zerwał związki z bliskimi.
Rosół. Tad był pełen podziwu dla Jess, Ŝe tak dobrze zapamiętała jego kulinarne upodobania.
Deirdre nigdy nie gotowała rosołu. Jess, pomimo swoich wad, miała kilka zalet.
Te jej piersi...
Tad odrzucił ostatnią myśl i starał się skupić uwagę na delikatnym aromacie płynącym
z kuchni. Jess potrafiła gotować lepiej, niŜ którakolwiek ze znanych mu kobiet – a on miał
słabość do dobrych potraw.
Spojrzał na cienie goniące się po suficie. Zmarszczył nos. Nie powinien poddawać się
łakomstwu i urokowi kobiecych piersi. Do jego uszu dobiegły dźwięki odległej muzyki. W hotelu
po drugiej stronie wyspy trwała zabawa. Po chwili usłyszał śmiech Lizzie, zmieszany
z powaŜnym głosem Jess.
Luzie... Tad usiłował wstać, lecz był jeszcze zbyt słaby. Powoli zaczął rozpoznawać więcej
szczegółów. LeŜał w pokoju na piętrze, nagi, w białej, czystej pościeli.
Nagi! Ta wiedźma rozebrała go i ukryła ubranie! Wyobraźnia podsunęła mu widok
kobiecych dłoni, przesuwających się po jego ciele. Poczuł przyśpieszone bicie serca i pulsowanie
krwi w skroniach.
Nie miała prawa go dotykać! Przez głowę przelatywały mu strzępy wspomnień z niedawnej
przeszłości. Długie, smukłe palce przesuwające się po jego skórze... NoŜyczki przecinające
nogawkę spodni... Zimne i ostre, wywołujące dreszcz w rozpalonym ciele. Przypomniał sobie
chłodny, dotyk okładu na czole i ramionach. Młodą Hinduskę w szkarłatno-złotym sari... i głos
Jess. Czułe, łagodne słowa, które słyszał poprzez zakrywającą wszystko ciemność, które płynęły
bez końca, aŜ zapadł w sen przynoszący ukojenie.
To dzięki Jess znalazł się w domu, w tym pokoju, w pościeli. Jak zwykle, w przypadkach
wymagających szybkiego działania, ta kobieta wykazała się zimną krwią, zdecydowaniem
i ogromnym zapasem energii.
Tej samej energii, dzięki której za pomocą jednego kopnięcia zrzuciła go z klifu.
BoŜe, ileŜ oddałby za papierosa! Gdzie mogła je schować? Najpewniej zabrała ze sobą.
Ile czasu był nieprzytomny? Kilka godzin? Dni? Posłyszał kobiece kroki na schodach. Po
chwili zatupały dziecięce nóŜki.
Drzwi otworzyły się. Klamka stuknęła głośno o ścianę.
Tad zacisnął powieki.
– Lizzie! Cicho! – usłyszał w ciemności szept Jessiki. Zapadło milczenie.
Tad poczuł ucisk w Ŝołądku. Nie wiedział, co powinien powiedzieć, jak zareagować na
widok córki... i jej opiekunki.
Potrafił samotnie przemierzać wielkie odległości. Długotrwałe milczenie nie sprawiało mu
kłopotu. Lecz co miał począć teraz?
W sypialni panował nastrój wyczekiwania, przerywany jedynie przytłumionym warkotem
wentylatora.
W końcu mała, szczupła rączka spoczęła na dłoni leŜącego męŜczyzny. Niecierpliwe
paluszki pogładziły go po skórze.
Trwający rok koszmar dobiegł końca.
Tad otworzył oczy. Nie mógł uwierzyć, Ŝe widzi przed sobą kaskadę jasnorudych loków,
splecionych w dwa grube warkocze. DuŜe, ciemne źrenice spoglądały na niego z radością
i...niepewnością.
– Tatuś! – nieśmiałym głosem odezwała się dziewczynka.
Dziecko ubrane było w płaszcz przeciwdeszczowy, ozdobiony sylwetkami dinozaurów,
a w rączce trzymało na wpół objedzoną kiść winogron. Sok spływał po delikatnych palcach.
Dziewczynka uniosła dłoń ku buzi i oblizała ją starannie.
Córka. Jego córka.
Tad nie lubił zbędnych czułości. Mocniej zacisnął dłoń na rączce dziewczynki.
– Obudził się! – Lizzie podskoczyła z radości.
– NajwyŜszy czas – mruknęła sucho Jess. W jej głosie równieŜ dźwięczała radość
i podniecenie, choć próbowała zachować surowy wyraz twarzy.
– Ciociu Jess! – Lizzie zakręciła się w miejscu, po czym znów zerknęła na twarz ojca.. –
Ciociu Jess, on płacze!
– Głupstwa mówisz, kochanie. – Kobieta delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem odebrała
dziewczynce rozgniecione winogrona i wręczyła jej papierową chusteczkę.
– Lizzie... – wychrypiał Tad. Zdumiał się, skąd w jego głosie zabraniało tyle emocji.
OstroŜnie, aby nie uszkodzić drobnych kostek, pogładził rączkę dziecka.
Jess delikatnie uniosła dziewczynkę. Tad poczuł małe ramiona obejmujące mu szyję.
– Tatusiu, tak bardzo za tobą tęskniłam! – Płaszcz zatrzeszczał, gdy Lizzie mocno przytuliła
się do ojca. Jess odsunęła się. Tad wplótł palce we włosy córki.
– Ja teŜ tęskniłem...
Czy mógł wyrazić słowami pustkę całego roku? Bezradność? Obezwładniające uczucie
strachu? Na tak długi czas pozbawiono go jedynej istoty, którą naprawdę kochał.
– Ślicznie wyglądasz – powiedział.
Jess odwróciła wzrok w stronę okna. CzyŜby w ten sposób próbowała ukryć wzruszenie?
W głębi serca zachowała nieco kobiecości.
– Tatusiu... wiem, dlaczego mama nie wróciła. Ale dlaczego odesłała mnie tak daleko? Nie
boję się niedobrych ludzi.
Jess szybko spojrzała w jej stronę.
– Nie teraz, kochanie – powiedziała napiętym głosem. – Pamiętaj, Ŝe nie moŜemy go
martwić.
Lizzie umilkła. Dotknęła palcem zarośniętej brody Tada i zmarszczyła nosek.
– Twarda. Nie podoba mi się. Kiedyś nie miałeś brody.
– Teraz teŜ ją zgolę – wymruczał. Zmartwiona mina dziewczynki sprawiła mu przykrość.
Lizzie pogłaskała bandaŜ na jego głowie.
– Co ci się stało, tatku? Ciocia Jess powiedziała... Tad zerknął w stronę kobiety. Jess była
ubrana w białą bluzkę z wysokim kołnierzykiem i ciemnoniebieskie spodnie, a włosy starannie
upięła na karku. Wyglądała jak nauczycielka. Tad westchnął. Nie podobała mu się w tym stroju.
Wolał, gdy mokre loki luźno spływały jej na ramiona, a wilgotne ubranie podkreślało figurę.
Zatęsknił za widokiem łez i zatroskania na jej twarzy.
Z oczu kobiety zniknął wyraz radości. Pytanie Lizzie przywołało nieprzyjemne
wspomnienia.
Jess spuściła wzrok, powodowana poczuciem winy. Spłonęła rumieńcem.
– Co ci powiedziała ciocia? – Tad nie spuszczał wzroku z Jess. Rumieniec na jej policzkach
nabrał głębszych tonów. Zacisnęła usta.
– Powiedz małej, co zechcesz.
– Nie omieszkam – odparł chłodnym tonem. – Lecz najpierw chciałbym usłyszeć pierwotną
wersję.
Lizzie usiadła na łóŜku i podejrzliwie popatrzyła w stronę opiekunki. Policzki Jess
przypominały rozkwitłe płatki róŜy.
– Ciocia powiedziała, Ŝe spadłeś z tego duŜego zbocza z obrazkami, po którym wszyscy
zabraniają mi chodzić.
Tad spojrzał na Jess. Kobieta unikała jego wzroku. Uparcie patrzyła w okno. Tad uśmiechnął
się gorzko. – Po prostu spadłem? To... niezwykle interesująca interpretacja wydarzeń.
Twarz Jessiki pociemniała jeszcze bardziej, choć na pierwszy rzut oka wydawało się to
niemoŜliwe. Usiłowała umknąć, lecz Tad szybko przytrzymał ją za rękę. Jęknęli oboje. Ona
z zaskoczenia, on z bólu, wywołanego gwałtownym poruszeniem. Jess szarpnęła się, lecz rzut
oka na pobladłą twarz męŜczyzny wystarczył, aby zaniechała oporu.
Tad poczuł dotkliwy ból w lędźwiach i prawym biodrze. Zacisnął zęby. Powoli opadł na
łóŜko, lecz nie zwolnił uchwytu. Czuł pod palcami kruche kości kobiecego przegubu. Wykrzesał
resztki sił, aby zachować spokój.
– Mogłabyś nakłonić Lizzie, aby poszła się bawić? – wyszeptał jej wprost do ucha.
Niesforny kosmyk wysunął się ze starannie upiętej fryzury i musnął policzek Tada.
– LeŜ spokojnie, Jackson – zamruczała pozornie niewzruszona Jess. – Jesteś zbyt potłuczony
i słaby, aby udawać supermana. I tak miałeś juŜ dość kłopotów.
Tad poczerwieniał, słysząc aluzję do swej niedawnej poraŜki.
– Chciałbym porozmawiać z tobą w cztery oczy. Cisza, jaka zapadła po jego słowach,
zdawała się nie mieć końca.
Po długiej chwili Jess odwróciła wzrok i odezwała się miękko:
– Lizzie, kochanie, czy mogłabyś zejść na dół i poprosić Meetę, aby podgrzała zupę, którą
przygotowałyśmy dla tatusia? Za chwilę przyjdę do kuchni. Muszę go jeszcze raz zbadać.
Tad dobrze znał ten obłudny, słodki ton głosu, pełen fałszywej troskliwości.
Lizzie posłuchała bez wahania i wybiegła z pokoju.
– Bancroft, czy moŜesz mi wyjaśnić, co robisz? – Mocniej ścisnął przegub stojącej przy
łóŜku kobiety.
– Przez ostatnią dobę zajmowałam się tobą. Wierz mi, to było niełatwe zadanie. Nie
nadawałeś się do niczego, zresztą jak większość męŜczyzn w podobnej sytuacji. Nie chciałeś iść.
Musiałyśmy cię wnieść na górę, aŜ do samego domu. Byłeś cięŜki niczym ołów.
– Świetnie! – Tad błysnął oczami. – Najwyraźniej podczas upadku połamałem nogi.
Popchnęłaś mnie i...
– Jak zwykle przesadzasz.
– Przepraszam, ale do chwili spotkania z tobą byłem w znakomitej kondycji.
Jess parsknęła śmiechem.
– Znakomitej kondycji! Jackson, masz zapalenie plac. Jesteś słaby jak niemowlę. Nawet
mucha mogłaby cię przewrócić.
– Po prostu jestem przeziębiony – zaperzył się Tad. – Zapalenie płuc. Zbyt duŜo palisz...
– Oczywiście.
– MoŜe byś łaskawie spuścił z tonu! Nawet ktoś równie uparty jak ty powinien pojąć, co jest
dobre, a co nie. Od dziś skończysz z paleniem. JuŜ od dawna powinieneś mieć dobrą opiekę,
tylko nikt oprócz mnie nie potrafił sprostać podobnemu zadaniu. Wyrzuciłam wszystkie
papierosy, jakie znalazłam w twoich kieszeniach.
Tad zmarszczył brwi. Jeb takŜe zawsze mówił mu, co ma robić.
– Co zrobiłaś?!
– To, co powinien uczynić kaŜdy na moim miejscu. Jesteś o krok przed zawałem.
Z trudem udało mu się zachować spokój.
– Nie potrzebuję światłych porad. – Szarpnął dłonią, przyciągając kobietę bliŜej siebie, –
Próbowałaś mnie zabić, czarownico!
Poczuł falę podniecenia wywołaną dotykiem jej ciała.
– Sam sobie jesteś winien. Dlaczego mnie zaatakowałeś?
– Nic podobnego. Próbowałem ratować cię przed upadkiem.
– Teraz to i tak bez znaczenia – powiedziała miękko.
– Dlaczego? – zawołał.
– Po raz pierwszy w Ŝyciu spróbuj pomyśleć rozsądnie. – Chłodny głos Jessiki stanowił
prawdziwe wyzwanie dla męskiej ambicji. – Nie uda nam się odwrócić biegu wydarzeń. Poza
tym, nie stało ci się nic złego. Jak większość męŜczyzn, po prostu się pieścisz.
– Pieszczę?! – Przez dwa lata usiłował zapanować nad uczuciami. To wystarczyło, aby
popaść w chroniczną chorobę.
– Strup na czole i kilka siniaków nie są wystarczającym powodem, aby obwieszczać koniec
ś
wiata.
– Kilka siniaków! Dwoi mi się przed oczami! To prawie nie do wytrzymania!
Jess nie zwróciła uwagi na jego słowa.
– Kilka siniaków, oszołomienie, naciągnięty mięsień biodrowy i pachwina. To wszystko.
– Taaak... – mruknął z przekąsem. – Na pewno mięsień biodrowy...
Nagle poczuł, Ŝe twarz pokrywa mu się rumieńcem. – Pachwina? Na miłość boską, chyba
tam mnie nie badałaś?!
– Oczywiście, Ŝe badałam...
Krew uderzyła mu do głowy na samą myśl o podobnej sytuacji.
– Jackson, jedynym powodem twojego nie najlepszego samopoczucia jest zapalenie płuc,
w które wpędziłeś się juŜ dawno temu. Miałeś gorączkę. Musiałam nafaszerować cię rozmaitymi
lekarstwami, aby ją spędzić. Przez całą noc owijałam cię zimnymi okładami. Dziś rano
temperatura spadła i w końcu odzyskałeś przytomność.
– Nie spodziewaj się słów podziękowania ani przeprosin – warknął.
Wydęła usta. Z jej oczu zniknęły iskierki radości. – Drogi szwagrze, nie oczekuję od ciebie
choćby najmniejszych dowodów kurtuazji – odpowiedziała wyniosłym tonem. – Niczego mi nie
zawdzięczasz. Podobnie troszczyłabym się o chorego psiaka.
– Chcę odzyskać Lizzie. Nie interesuje mnie, jak bardzo nienawidzisz męŜczyzn. Po prostu
wynieś się z mego Ŝycia. Nawet bez twojej obecności mam wystarczająco wiele kłopotów.
– Wiem. – Spojrzała na niego z wyŜszością. – ChociaŜ w tym jednym jesteśmy zgodni.
Przybrała pozę nauczycielki rozmawiającej z niesfornym uczniem.
Tad przyłapał się na tym, Ŝe ukradkiem spogląda na jej piersi.
– Co to znaczy? – spytał nerwowo.
Uśmiechnęła się słodko. Najwyraźniej zauwaŜyła jego zmieszanie.
– To znaczy, Ŝe oboje pragniemy tego samego, Jackson. – Przycisnęła dłoń do piersi
męŜczyzny. – Zrozum... nie mam zamiaru rozstawać się z Lizzie. I chcę ci pomóc.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Dłoń Tada niczym kleszcze zacisnęła się na ręku kobiety. Poczuł pod palcami miękkie,
kuszące ciało. Szkoda, Ŝe serce Jess było twarde i nieprzystępne.
– Nie mam zamiaru rozstawać się z Lizzie, Jackson. Tad nie słuchał. Patrzył na jej pobladłą
twarz, włosy oświetlone księŜycową poświatą, błyszczące oczy. Zapanowało napięcie, jakby
gdzieś w pomieszczaniu ukryto nieubłaganie cykającą bombę zegarową.
– Co to znaczy, Ŝe nie masz zamiaru się z nią rozstawać? – zapytał w końcu.
– Chodzi mi dokładnie o to samo, co tobie. – Lizzie jest moim dzieckiem.
– Dzieckiem, a nie wyłączną własnością. – W głosie Jess zabrzmiał ton pouczenia.
Tad nie znosił, gdy zachowywała się w ten sposób. W dodatku to przecieŜ ona ukradła mu
dziecko!
„Moje! Moje!” – chciał krzyknąć, lecz w porę uświadomił sobie, Ŝe w ten sposób nic nie
wskóra. Musiał działać logicznie, choć przychodziło mu to z trudnością.
– W ciągu roku, jaki upłynął od chwili, gdy odebrałaś mi córkę – powiedział sztucznie
spokojnym tonem – nie uwaŜałaś za konieczne powiadomić mnie, gdzie ona przebywa?
– Na miłość boską, Jackson, podobnych oskarŜeń nie spodziewałam się nawet po tobie. Nie
porwałam Lizzie. Przywiozła ją do mnie Deirdre. Twierdziła, Ŝe wasza australijska posiadłość
stała się terenem otwartej wojny, a ty nie masz najmniejszego zamiaru zapewnić rodzinie
dostatecznej ochrony.
– Nie miałem zamiaru?! Walczyłem z całych sił, aby przywrócić spokój. W tym czasie moja
słodziutka Ŝona zabrała dziecko i po prostu zniknęła.
– Nie potępiaj jej zachowania. Była przeraŜona. Patrzysz na wszystko wyłącznie z męskiego
punktu widzenia. Nawet w najlepszych latach waszego małŜeństwa zachowywałeś się
niemoŜliwie. Nic dziwnego, Ŝe uciekła.
Tad z coraz większym trudem zachowywał spokój.
– Gdy jej zabrakło pieniędzy, potrafiła na chwilę powrócić na jeden z samolotów. Skradła
całą gotówkę.
– Potrzebowała pieniędzy na Ŝycie.
– Nie zostawiła mi ani centa. OpróŜniła konto bankowe. Przyjechała tutaj i juŜ nigdy jej nie
widziałem.
– Bo zginęła!
– Moja córka zniknęła, a jedyna osoba, która mogła wskazać mi miejsce jej pobytu, nie Ŝyła.
OskarŜono mnie o podwójne morderstwo. O zabicie własnego dziecka! Nie potrafiłem się bronić
przed opinią publiczną. Jedynie mój adwokat, Ian McBain, uchronił mnie przed więzieniem, choć
wierz mi, Ŝe pobrał honorarium niemal przekraczające wartość całej posiadłości.
– Deirdre wspominała mi o nim – z zamyśloną miną wtrąciła Jess.
Tad zacisnął usta.
– Wiesz, co znaczy być oskarŜonym o zbrodnię, której się nie popełniło? Wiesz, co znaczy
Ŝ
yć ze świadomością, Ŝe być moŜe twemu dziecku dzieje się krzywda? Znasz słowo
„bezradność”? Czy przed zaśnięciem wpatrywałaś się długo w fotografię córki, pytając Boga, czy
pozwoli ci ją jeszcze zobaczyć?
Jess zadrŜała. Twarz miała białą, jakby światło księŜyca wysączyło z niej całą energię.
– Przepraszam – powiedziała spokojnie, lecz cicho.
– NaleŜy mi się chyba coś więcej – mruknął Tad. – Samo „przepraszam” to zbyt mało.
– Nie... Nie wiedziałam, jak się zachować – odpowiedziała, po chwili Jess. – Gdy Deirdre nie
wróciła po Lizzie, zaczęłam jej szukać i dowiedziałam się, Ŝe jesteś w powaŜnych kłopotach.
– Kłopotach?! – parsknął. – Byłem w piekle. Wiedziałaś o tym i mimo wszystko nie oddałaś
mi dziecka?
– Nie naleŜysz do osób, do których mam zaufanie.
– Nawet nie napisałaś! Choć kilka słów zawiadomienia, Ŝe Lizzie Ŝyje!
– Wtedy dowiedziałbyś się, gdzie jesteśmy.
– Więc przyznajesz, Ŝe ukrywałaś małą, choć zdawałaś sobie sprawę, Ŝe jej szukam?
– A co miałam zrobić? – Odwieźć ją do domu!
– Jak? Pracowałam w szpitalu w Kalkucie. Nie mogłam opuścić chorych. Przyjechałam tu
tak szybko, jak tylko znalazłam zastępstwo.
– Po prostu byłaś zbyt zajęta zbawianiem całego świata, aby pomyśleć o samotnym
człowieku, któremu juŜ niegdyś zmarnowałaś Ŝycie.
– Nieprawda.
– Prawda, do cholery!
– Po wszystkim, co usłyszałam od Deirdre, miałam ryzykować bezpieczeństwo dziecka?
– Aa... więc o to chodzi. Powinienem pamiętać, Ŝe moja droga Ŝona nie przepuściła Ŝadnej
okazji, aby poniŜyć mnie w oczach rodziny i przyjaciół. Na pewno odczuwałaś głęboką
satysfakcję, słuchając historyjek o naszym małŜeństwie.
Jess z uwagą spoglądała mu prosto w oczy. – Uwierzyłbyś moim zaprzeczeniom?
– Teraz to i tak bez znaczenia. Nie interesuje mnie, co ci powiedziała.
– Dla mnie ma to bardzo głębokie znaczenie. Rok temu, gdy dowiedziałam się o waszych
kłopotach, wzięłam na siebie odpowiedzialność za los Lizzie. Obie przeŜyłyśmy naprawdę trudne
chwile.
– W przeciwieństwie do mnie – mruknął z przekąsem.
– Zrozum, mieszkałam w Indiach i pracowałam czternaście godzin na dobę. Próbowałam...
próbowałam zapomnieć o... wypadku. Deirdre powierzyła mi opiekę nad pięcioletnim dzieckiem
i zniknęła bez śladu. Zostałam sama z rozpieszczoną przez ciebie jedynaczką i w krótkim czasie
zrozumiałam, Ŝe całe moje dotychczasowe Ŝycie zostało wywrócone do góry nogami.
Zaakceptowałam te zmiany. Rozumiałam, co czuje Lizzie, w nagły sposób pozbawiona domu,
rodziców i wszystkiego, co kochała. Przez kilka miesięcy oczekiwałam powrotu Deirdre. Nagle
dowiedziałam się, Ŝe moja siostra nie Ŝyje, a ty jesteś oskarŜony o morderstwo.
Umilkła i odwróciła wzrok. Na jej twarzy pojawił się wyraz bólu.
– Byłaś przekonana, Ŝe zabiłem Deirdre? – mruknął Tad.
Jess milczała. MęŜczyzna opadł na poduszkę. Gwałtownie szarpnął dłoń kobiety,
przyciągając ją bliŜej łóŜka. Poczuł delikatną woń perfum. W oczach Jess zauwaŜył dziwny,
niezrozumiały błysk uczucia.
– Odpowiedz – zaŜądał stanowczym tonem.
– UwaŜałam, Ŝe jesteś niewinny. – Opuściła powieki.
– Coś takiego! – Tad z trudem panował nad sobą.
– Nigdy nie kłamię – szepnęła.
– Nieprawda.
Kobieta zbladła. Światło księŜyca igrało w jej ciemnych źrenicach.
– Skłamałaś... pewnej nocy, dziesięć lat temu. Potrząsnęła głową, lecz gdy spojrzał na nią
oskarŜycielsko, spłonęła rumieńcem.
– Masz rację. Tak. Wówczas skłamałam. Lecz na tym koniec. Nie mam pojęcia, co stało się
z Deirdre. Wiem tylko... Ŝe jej nie zabiłeś.
– To dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób?
– PoniewaŜ... poniewaŜ doskonale rozumiem, co znaczy znaleźć się w tak przykrej sytuacji.
To ja spowodowałam wypadek... w którym zginęli Jonathan i mały Benjamin...
Ś
cisnął jej rękę.
– Nie wolno ci myśleć w ten sposób!
– Czasem zastanawiam się, jak bym postąpiła, wiedząc co nastąpi. Są chwile, gdy
popełniamy błędy, których nie moŜna naprawić...
Tad miał ochotę przygarnąć ją do siebie; przytulić, pogładzić po głowie. Jess zagryzła wargi.
MęŜczyzna poczuł zamęt w głowie.
Wierzyła mu! Wierzyła nawet wówczas, gdy wszyscy go potępiali. Znała ból towarzyszący
niezawinionej tragedii. Tad doznał głębokiej ulgi na myśl, Ŝe ktoś go zrozumiał, nawet jeśli ów
ktoś zaliczał się do grona najbardziej zaciętych wrogów.
Siłą woli stłumił wzruszenie. Jess nie lubiła sentymentalnych męŜczyzn. On zresztą równieŜ.
– Wiedziałam, Ŝe nie potrafiłbyś nikogo skrzywdzić... przynajmniej nie w ten sposób. Ale
zrozum, nie mogłam oddać Lizzie komuś... – Przerwała na chwilę, po czym dokończyła
łamiącym się głosem: – Nie mogłam wysłać jej do sterroryzowanego Jackson Downs. Nie byłam
pewna, czy starczy ci czasu, aby się nią opiekować we właściwy sposób.
– Jestem jej ojcem – odparł szorstko. – Znam swoje obowiązki i odpowiedzialność związaną
z wychowaniem dziecka.
Poczuł, Ŝe dłoń kobiety zadrŜała pod jego palcami. Jess posmutniała.
– Znów się nie zgadzamy. UwaŜałam, Ŝe w zaistniałej sytuacji część odpowiedzialności
spadła na mnie. – I potraktowałaś to bardzo powaŜnie.
– Wiesz, Ŝe, zawsze tak czynię. – Zawahała się. – Tym bardziej w podobnym przypadku.
Jackson, nie chcę z tobą walczyć.
Tad przyjrzał się jej uwaŜnie. Widział w oczach szwagierki ten sam upór i determinację,
jakie cechowały jego własne zachowanie.
– Chcę, abyś zniknęła z mojego Ŝycia – warknął, lecz nie zwolnił uchwytu.
– Ja zaś nie Ŝądałam od Deirdre, aby uczyniła. Lizzie częścią mojego własnego Ŝycia!
Zrobiła to bez mojej zgody. Od czasu... Bałam się... Bałam się ponownej miłości do dziecka –
mówiła, z coraz większym trudem. – Zwłaszcza twojego dziecka. Ale stało się. Nie pozwolę,
Ŝ
ebyś po prostu ją zabrał i uczynił z niej to, co mój ojciec...
Ciemna chmura na chwilę przesłoniła księŜyc i twarz Jess pogrąŜyła się w mroku. Tad uniósł
dłoń. Dotknął palcem policzka kobiety, po czym sięgnął niŜej, w kierunku kuszącego zagłębienia
pod miękkim podbródkiem.
Jess westchnęła. Tad poczuł, Ŝe drŜą mu ręce. Szykował się do bitwy.
– Zabrałaś mi córkę – mruknął uparcie. – Przez rok ukrywałaś ją przed światem i przede
mną.
– Ktoś musiał się nią zaopiekować. Było dla mnie oczywiste, Ŝe oboje jesteście zbyt
zaabsorbowani własnymi problemami, aby właściwie zajmować się Lizzie.
Tad poczuł, Ŝe krew ponownie uderza mu do głowy. – Twierdzisz, Ŝe jestem złym ojcem?
– Puść mnie, Jackson – szepnęła. – Porozmawiamy o tym jutro.
– Wolałbym teraz dokończyć naszą dyskusję.
– Jesteś słaby jak niemowlę. – Szybkim ruchem przekręciła dłoń, uwalniając nadgarstek
z jego uchwytu. – Widzisz!
Tad uznał, Ŝe jego męska duma stanowczo zbyt wiele ucierpiała w czasie kilku ostatnich
godzin. Zaklął w duchu.
– Jutro – powtórzyła Jess. – Teraz śpij.
Odeszła.
Przez całą noc jej słowa kołatały w głowie męŜczyzny. „Chcę Lizzie. Nie mam zamiaru się
z nią rozstawać.” Jak mógł zasnąć, skoro w uszach szumiało mu tak głośno, Ŝe ledwie słyszał
skrzek papug w koronach drzew, otaczających bungalow?
Jak mógł zasnąć, skoro nad łóŜkiem wciąŜ unosiła się pomarańczowa woń perfum,
przywołująca zakazane wspomnienia? Piękna kobieta o przejmująco smutnych oczach, o głosie
zabarwionym nutą tęsknoty...
Tad po raz kolejny stłumił w ustach przekleństwo. Wmawiał sobie, Ŝe powinien odczuwać
satysfakcję z Ŝyciowych niepowodzeń Jessiki, tymczasem w jego sercu rodziło się całkiem inne
uczucie... Coś, co budziło strach swą intensywnością.
Odrzucił na bok kołdrę. Dłonie przycisnął do skroni, usiłując wyrzucić z myśli obraz Jess.
Bezskutecznie. JuŜ cały rok nie trzymał w ramionach kobiety. Wspomnienie urody Jess,
złocistych włosów połyskujących w półmroku oraz figlarnych kosmyków opadających na jej
twarz spowodowało, Ŝe Tad zacisnął pięści. Nienawidził jej, lecz jednocześnie pragnął, by była
blisko, by w jego obecności mogła zapomnieć o Jonathanie i Benjaminie.
Poczuł chłodny powiew powietrza, zmąconego ruchem wentylatora. ZadrŜał. Czym prędzej
przykrył się aŜ pod brodę. Nie minęło kilka chwil, gdy ponownie ogarnęła go fala gorąca.
Późną nocą wstał, owinął prześcieradło wokół bioder i otworzył drzwi wiodące na balkon.
Na zewnątrz panowała cisza, nawet najmniejszy powiew wiatru nie mącił spokoju parującej
wilgocią dŜungli. Tad czuł się chory, słaby i oszołomiony. To wina Jessiki! To ona wpakowała
go w tę kabałę! Zabrała mu dziecko. Zepchnęła z urwiska. Naszpikowała rozmaitymi
lekarstwami.
Zachwiał się. Z trudem utrzymał równowagę. Próbował oprzeć się dłonią o framugę, lecz
zamiast tego cięŜko uderzył całym ciałem w okiennicę.
Zatrzeszczało drewno.
Wiedział, Ŝe powinien natychmiast wrócić do łóŜka, Potrząsnął uparcie głową i cięŜkim
krokiem wyszedł na balkon.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Minęła północ. Jess leŜała w łóŜku, bezwiednie owinąwszy wokół palca kosmyk włosów
i spoglądała na smugę księŜycowej poświaty, widoczną na ścianie. Od wielu godzin nie mogła
zasnąć. Myślała o Jacksonie.
Musiała przyznać, Ŝe jej szwagier jest nieprzeciętnym męŜczyzną. Czuła na wargach ciepły
dotyk jego palców, uścisk rozpalonej dłoni, niepokojącą bliskość muskularnego ciała.
BoŜe... Skąd te myśli? Dlaczego w obecności Tada czuła się niczym mała dziewczynka,
przeŜywająca pierwszą miłość? Pomimo całego zaufania, jakim go obdarzyła, bała się wyjazdu
do Jackson Downs.
Poruszyła się niespokojnie. Dlaczego właśnie Tad? Dlaczego miał tak silny wpływ na jej
zachowanie? PrzecieŜ był jedynie zapatrzonym w siebie osiłkiem, bez krzty rozsądku,
grubiańskim... W najmniejszym stopniu nie interesował się problemami innych ludzi.
Tragedią wielu narodów świata...
Jess dorastała wśród obcych, z dala od ojczystego kraju i dobrze poznała ból i cierpienie
towarzyszące przemianom społeczno-politycznym, dobrze poznała nędzę państw odczuwających
skutki klęsk Ŝywiołowych. Chciała nieść pomoc.
Lecz teraz musiała swą uwagę poświęcić Lizzie. Zaopiekować się nią... i Jacksonem. Zadanie
nie naleŜało do najłatwiejszych. Jak większość męŜczyzn – niezaleŜnie od rasy czy koloru skóry
– był przekonany, Ŝe nawet najbardziej inteligentna kobieta nie potrafi wskazać mu właściwego
rozwiązania nabrzmiałych problemów.
Tymczasem, zdany na samego siebie, popadł po uszy w tarapaty. Jego posiadłość stała się
obiektem ciągłych ataków. Został posądzony o zbrodnię, której nie popełnił. Mimo upływu
całego roku, nie zdołał oczyścić się z zarzutów ani zakończyć konfliktu. śył w cieniu gwałtu,
a co gorsza, domagał się, aby towarzyszyła, mu Lizzie. MoŜe miał zamiar znaleźć ustronną
kryjówkę i przebywać w niej do czasu, aŜ sprawa przycichnie? Jess słyszała takŜe, Ŝe nosił się
z zamiarem sprzedaŜy ziemi oraz wszelkich nieruchomości.
Westchnęła. To na pewno nie były warunki umoŜliwiające prawidłowe wychowanie dziecka.
Szczególnie kochanej Lizzie. Jej Lizzie.
Pogładziła poduszkę. Jej Lizzie. Jego Lizzie. Tkwili w tym oboje, bez względu na
okoliczności.
Ktoś powinien zachować odrobinę rozsądku, zacząć zadawać pytania, pomyśleć...
MęŜczyźni uwielbiali rozstrzygać wszelkie sprawy przy uŜyciu siły, odczuwali lęk przed
nieznanym, pokrywali szorstkością uczucie niepewności. „Ognia!” krzyczeli, gdy wystarczyło
ruszyć głową i dokonać rzetelnej oceny sytuacji.
W cieniu drzew poruszyła się niewielka sylwetka. Mały Aborygen znów stanął na
posterunku, obserwując okna bungalowu. Światło księŜyca wydobyło z ciemności połyskującą
czuprynę malca.
Nikt nie umiał odpowiedzieć na pytanie Jess, kim jest ten chłopiec. Dlaczego ją obserwował?
Czy coś wiedział? Dlaczego uciekał, gdy chciała zbliŜyć się do niego?
Postanowiła za wszelką cenę zdobyć jego zaufanie. MoŜe powinna ofiarować mu jakiś
prezent?
Po cichu wstała z łóŜka i weszła na piętro. Korytarz usłany był rozmaitymi zabawkami.
Lizzie nie lubiła sprzątać.
Jess podniosła z podłogi pluszowego, róŜowego dinozaura z czerwoną wstąŜeczką na szyi
i skierowała się w stronę dziedzińca. Cień pod drzewem natychmiast zniknął, ale wiedziała, Ŝe
chłopiec nie odszedł daleko. Umieściła zabawkę na rozłoŜystej kępie trawy i wróciła do domu.
Postanowiła obserwować z tarasu dalszy bieg wydarzeń. W chwili gdy po cichu dotarła na
szczyt schodów, jej uszu dobiegł głośny trzask. Przekonana, Ŝe hałas spowodował mały
Aborygen, podbiegła do okna, lecz nie dostrzegła nikogo. Jedynie KrzyŜ Południa błyszczał na
bezchmurnym niebie niby wysadzana brylantami zapinka na czarnej aksamitnej sukni.
Jess otworzyła drzwi wiodące na taras. Zaskrzypiały deski, a po chwili z ciemności wysunęła
się widmowa postać, przybrana w biały całun. Kobieta zakryła dłonią usta, aby nie krzyknąć.
Gdy upiór znalazł się bliŜej, rozpoznała sylwetkę Jacksona. Owinięty w pasie
prześcieradłem, przypomniał prymitywnego wojownika z zamierzchłych czasów. PotęŜny
i dominujący, był ucieleśnieniem męskości. Nagle zachwiał się i cięŜko oparł o balustradę. Jess
zapomniała o małym tubylcu. – Jackson – odezwała się nieswoim głosem.
MęŜczyzna uniósł głowę i nieco mętnym wzrokiem wpatrzył się w ciemność.
Westchnął na widok doskonałego ciała Jess, zarysowanego wyraźnie pod przewiewnym
szlafrokiem.
Serce kobiety zamarło.
– Jess... – Tad zatoczył się w jej stronę.
Chwyciła go w pasie i przytrzymała, aby nie upadł. Prześcieradło opadło i poczuła pod
palcami rozpaloną, nagą skórę męŜczyzny. Tad miał gorączkę.
Jess przestraszyła się. Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie bała się tak mocno.
– Wydawało mi się, Ŝe słyszę jakiś hałas – powiedziała. – Powinieneś być w łóŜku.
– Nie oddam ci Lizzie! – warknął.
– BoŜe... – westchnęła Jess. – Znów majaczysz. Tad zadygotał. Z trudem uchroniła go przed
upadkiem.
– Chodź. Odprowadzę cię do sypialni.
PoniewaŜ się opierał, postanowiła umieścić go w swoim pokoju i przekonać, by zasnął.
Popchnęła cięŜkie ciało w stronę łóŜka. Tad mocniej objął ją ramionami. Upadli oboje. Jess
próbowała wstać, lecz nie potrafiła się uwolnić.
Zwiewny materiał szlafroka oplątał jej biodra, odsłaniając nogi aŜ po uda.
Poczuła, jak mięśnie męŜczyzny napinają się. ZauwaŜyła w jego oczach błysk poŜądania.
Przypomniała sobie inną noc pełną miłosnej ekstazy, noc, która rozpoczęła się w podobny
sposób... ową straszną noc, podczas której zdradziła własną siostrę i unieszczęśliwiła wiele osób.
Szarpnęła się, lecz męŜczyzna mocniej ścisnął ją ramionami. Poczuła aŜ nadto znajomy dreszcz
podniecenia.
– Nie... nie zabieraj mi Lizzie – odezwał się Jackson. W jego głosie zabrzmiała błagalna
nuta.
Był tak bezradny, tak chory... Deirdre zamieniła jego Ŝycie w prawdziwe piekło. PrzeŜył
więcej, niŜ mógłby wytrzymać przeciętny człowiek.
Na przekór wcześniejszym postanowieniom, Jess nie zamierzała trwać w zaciętości.
Delikatnie pogładziła zarośnięty policzek męŜczyzny.
– Nie zabiorę.
– Nie?
– Nie – szepnęła.
Zaczął oddychać swobodniej.
Jess ponownie próbowała się podnieść, lecz nie miała dość sił, aby rozerwać stalową obręcz
rąk męŜczyzny.
– Nie odchodź – poprosił Tad. Poczuła na szyi gorący powiew jego oddechu. – Potrzebuję
cię. Teraz. Tak długo byłem sam...
Wiedziała, co znaczą te słowa. Przez wiele lat, nawet w czasie małŜeństwa, odczuwała
dotkliwą samotność. Jackson zdawał się być zagubiony, przytłoczony własną słabością...
Trawiony wysoką gorączką i obolały.
Jess chciała mu pomóc. Chciała otoczyć go troskliwą opieką i sprawić, aby choć na chwilę
zapomniał o przeszłości. ZbliŜyła usta do twarzy męŜczyzny i złoŜyła delikatny pocałunek na
jego rzęsach. Musnęła policzkiem zwichrzoną brodę i...
Tad rozchylił usta.
Jess poczuła, Ŝe jej ciało ogarnia fala namiętności. Palce Jacksona zacisnęły się na jej
pośladkach. Tak łatwo było odrzucić bolesne wspomnienia... uwierzyć, Ŝe zniknęła dawna
nienawiść... nie myśleć o tym, co miało nastąpić, gdy Tad powróci do zdrowia.
Dłoń męŜczyzny spoczęła na jej włosach.
– Nie odchodź – szepnął powtórnie.
Ś
wiat zdawał się niknąć za zasłoną ciemności.
Jedyną rzeczą, jaka docierała do świadomości Jess, był łagodny ruch męskiego ciała oraz
dotyk rozpalonych ust.
– Nie odchodź.
– Nie odejdę – szepnęła, miękko. – Dzisiejszej nocy zaopiekuję się tobą, a gdy poczujesz się
lepiej, pojedziemy do Jackson Downs. Chciałabym zapewnić Lizzie odpowiednie warunki.
– Niebezpieczeństwo... – wykrztusił Tad. – W Jackson Downs jest dla ciebie zbyt
niebezpiecznie...
– Bzdury. Dlaczego tylko męŜczyźni mieliby się wciąŜ bawić?
– Jesteś najbardziej upartą... – głos męŜczyzny ucichł.
Jess doskonale zdawała sobie sprawę, Ŝe po odzyskaniu pełnej przytomności Tad nie będzie
pamiętał rozmowy. Nie przestawała jednak mówić; zawsze traktowała pacjentów tak, jakby byli
w pełni sił i władz umysłowych.
– Lizzie potrzebuje opieki dwojga osób. Wiem, Ŝe mnie nie lubisz...
– To nieprawda – zapewnił gwałtownie.
Jess westchnęła. Miała ochotę całkowicie wtopić się w jego ciało. Z trudem odpędziła
niewczesne myśli.
– Twoja posiadłość liczy ponad milion akrów – powiedziała spokojnie. – Znajdę więc dość
miejsca, Ŝebyś mnie nie widywał. Zrozum... podczas pobytu w Indiach poczyniłam wiele
interesujących spostrzeŜeń i chciałabym wydać je w formie ksiąŜki. Muszę takŜe przygotować
habilitację. Naprawdę będę miała duŜo pracy, a chyba pamiętasz, Ŝe czas ma dla mnie szczególną
wartość.
– To dlaczego pozwoliłaś zmarnować nam całą dekadę?
„Ty oŜeniłeś się pierwszy” – chciała powiedzieć, lecz w porę ugryzła się w język.
– Wspólnie zajmiemy się wychowaniem Lizzie – szepnęła.
– Wspólnie – jęknął.
Jess nie była pewna, czy posłyszała w jego głosie nutę ulgi, czy cierpienia.
Sądziła, Ŝe Tad odezwie się ponownie, lecz w pokoju panowało milczenie.
Ciało męŜczyzny zwiotczało nagle. PrzeraŜona Jess zerwała się z łóŜka. Chwyciła przegub
chorego. Puls bił przyśpieszonym rytmem, lecz miarowo. Jess pobiegła w stronę kuchni, aby
przynieść lekarstwa, ręczniki i nieco wody.
Rozgniotła kilka pigułek, zmieszała je z odrobiną osłodzonego płynu i podeszła do łóŜka.
Tad poruszył się. Obrócił głowę i zacisnął zęby. Jak większość męŜczyzn, w trakcie choroby
zachowywał się gorzej niŜ rozkapryszone niemowlę. Jess wezwała na pomoc Meetę. Wspólnymi
siłami wlały lekarstwo do ust Jacksona.
– Madame doctor – szepnęła Hinduska – zdaje mi się, Ŝe pani przyjaciel jest bardziej chory
niŜ wieczorem.
– Tylko dlatego, Ŝe nie słuchał moich poleceń. Ale nie ma powodu do obaw. Jest silny jak tur
i w krótkim czasie powinien stanąć na nogi.
Wyraz zaniepokojenia zniknął z ładnej, smagłej twarzy Meety. Dziewczyna uśmiechnęła się,
ukazując rząd śnieŜnobiałych zębów.
– Wiem – powiedziała. – Widziałam juŜ wielu słabszych od niego, którzy pod pani opieką
powrócili do zdrowia.
Do świtu obie czuwały na zmianę przy łóŜku chorego. Wielokrotnie musiały zmieniać okłady
na rozpalonym ciele. Jess starała się nie patrzeć w stronę brązowych, muskularnych ramion Tada.
Dopiero nad ranem gorączka poczęła ustępować. Jess odesłała Meetę do jej sypialni. Sama
bała się odejść, poniewaŜ trzymała rękę w dłoni Jacksona. Powoli, aby go nie obudzić, ułoŜyła
się obok. Niespodziewanie otoczył ją ramionami i przycisnął do siebie.
– Nie... nie... – powiedziała zmęczonym głosem. Lecz Tad naleŜał do męŜczyzn, którzy
rzadko zwracają uwagę na słowa protestu. I był od niej silniejszy.
Przytulił kobietę tak mocno, Ŝe przez materiał szlafroka poczuła dotyk jego twardego torsu
na swoich piersiach. Nie mogła się poruszyć, nawet gdyby zechciała.
Przestała stawiać opór.
Spowita w chłodną, bawełnianą pościel, Jess śniła o Jacksonie. Znów stała się Jessiką
Bancroft, studentką Uniwersytetu Teksaskiego, przekonaną, Ŝe cały świat oczekuje jej Pomocy.
Był październikowy, niedzielny poranek. W powietrzu unosił się zapach jesieni, a na kortach
uwijały się grupy młodych ludzi, którzy nie mieli nic do roboty do czasu rozpoczęcia meczu
futbolowego lub wieczornej potańcówki. Zegar na wieŜy Uniwersytetu odezwał się donośnym
dźwiękiem.
Jess czekała na siostrę. Deirdre zniknęła gdzieś w poszukiwaniu zimnej coli.
Gliniana nawierzchnia kortu parzyła stopy nawet poprzez grube podeszwy tenisówek. Jess
niecierpliwie zerknęła na zegarek. Była wściekła.
Nagle posłyszała za sobą czyjeś kroki. Na pewno wracała Deirdre. Jess zacisnęła pięści
i przygotowała w myśli kilka gorzkich słów na temat zachowania siostry.
Poczuła klepnięcie w plecy. Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz złotowłosego olbrzyma,
ubranego w wypłowiałe dŜinsy i wysokie buty, które czasy świetności dawno miały juŜ poza
sobą. Chłopak rzucił na ziemię szerokoskrzydły kowbojski kapelusz i bez najmniejszego
ostrzeŜenia otoczył ramionami kibić dziewczyny.
Jess nigdy dotąd nie spotkała równie przystojnego młodzieńca. W niczym nie przypominał
innych studentów. Był typem pioniera – kogoś, kto i bez pieniędzy nie zawaha się stworzyć
własnego rancza na pustkowiach Teksasu. Jego szorstkie dłonie miały delikatny, chłodny dotyk.
– Kort zajęty – syknęła.
– Nie mam zamiaru z niego korzystać. Przyszedłem tu po dziewczynę – mruknął
z uśmiechem. Błękitne oczy błysnęły wesoło.
Rysy męŜczyzny – wysokie czoło, silna szczęka, mocno zarysowany podbródek i prosty nos
– zdawały się być wykute z granitu. Kowboj, czy nie; prezentował się wspaniale i...pociągająco.
Zbyt pociągająco.
Jess bezskutecznie usiłowała oderwać wzrok od jego twarzy.
– Kochanie – mruknął nieznajomy – czemu jesteś taka spięta?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem. – „Kochanie?”
Próbowała mówić nadąsanym tonem, lecz jej pytanie zabrzmiało dziwnie miękko i cicho.
– BoŜe, jesteś najpiękniejszą istotą, jaką widziałem. – Niski głos męŜczyzny wywoływał
przyjemny dreszcz emocji. – Pocałuj mnie.
– Zwa... zwariowałeś.
Uwodzicielski uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Tylko jeśli chodzi o ciebie.
Jess usiłowała się uwolnić z objęć, lecz równie dobrze mogłaby próbować poruszyć skałę.
– Jeden maleńki pocałunek – szepnął intruz. Wplótł palce we włosy dziewczyny i pochylił
twarz ku jej wargom. Jess poczuła delikatną woń wody kolońskiej, co podziałało niczym
najlepszy afrodyzjak.
Dlaczego nie uczyniła nic, aby powstrzymać zamiary młodzieńca? Dlaczego po prostu stała,
rozchylając pełne oczekiwania usta?
Pocałował ją. Chciała krzyknąć, lecz w tej samej chwili zapomniała o oporze.
Pocałunek miał smak papierosowego dymu, męskości, zniewalającego erotyzmu.
Pocałunek, który był zapowiedzią tajemniczego misterium namiętności.
Jess poczuła, Ŝe w jej głowie bije dzwon na trwogę. Alarm! Ratuj się, póki czas.
Zignorowała te myśli. Jęknęła cicho i otoczyła ramionami szyję męŜczyzny. Nieoczekiwanie
puścił ją i cofnął się lekko.
– O to chodzi. Nie powinniśmy tracić czasu na tenisa. Idziemy do mnie czy do ciebie?
Bezczelny ton głosu wyrwał Jess ze stanu hipnotycznej fascynacji. Nagle uświadomiła sobie,
Ŝ
e nie ma najmniejszego pojęcia, kim jest ów maniak seksualny, dlaczego ją pocałował, a co
gorsza, dlaczego ona sama zareagowała w podobny sposób.
Działała instynktownie. Prawą dłonią wymierzyła siarczysty policzek w uśmiechniętą twarz
męŜczyzny. – Za kogo ty się uwaŜasz, narwańcu?
Z błękitnych oczu zniknęły uwodzicielskie iskierki. Intruz potarł zaczerwieniony ślad po
uderzeniu i zrobił zdumioną minę.
– Co się dziś z tobą dzieje? – spytał.
– Heeej! – Na ścieŜce ukazała się Deirdre, niosąca dwa kubki lodowatej coli. – Cześć, Tad!
Widzę, Ŝe zdecydowałeś się mi przebaczyć.
Jess i Tad patrzyli na siebie w milczeniu. Dziewczyna dopiero po chwili zrozumiała, co
zaszło. Tad wziął ją za Deirdre! Pełen kuszących obietnic pocałunek przeznaczony był dla kogoś
zupełnie innego! Nie dla niej! Jess miała idiotyczną ochotę wybuchnąć płaczem.
Deirdre znakomicie prezentowała się w kostiumie tenisowym. Jej gładko zaczesane włosy
lśniły niczym złoto w promieniach słońca. Podała Jess kubek z napojem.
– Poznaliście się juŜ?
– W pewnym sensie – chłodno odparła Jess.
– Tad, poznaj moją siostrę, Jessikę Bancroft. Jak widzisz, jesteśmy bliźniaczkami. –
Odwróciła twarz w stronę siostry. – To jest mój nowy chłopak, Tad Jackson.
– Dlaczego nie uprzedziłaś mnie, Ŝe masz siostrę-bliźniaczkę?!
– Nic mi nie powiedziałaś, Ŝe masz nowego chłopaka!
Oba okrzyki zabrzmiały niemal jednocześnie.
– PoniewaŜ Jess z reguły nie lubi moich przyjaciół – wyjaśniła Deirdre.
Tad spojrzał podejrzliwie w stronę Jessiki.
– Tym razem chciałam, Ŝeby mój chłopak zrobił na niej wraŜenie – wyjaśniła Deirdre.
– Udało ci się – wyniosłym tonem odpowiedziała Jess.
– Naprawdę? – spytał Tad. Skrzywił usta w kwaśnym uśmiechu.
– Nie zwracaj uwagi na jej zachowanie – pośpiesznie wtrąciła Deirdre. – Jess ma umysł
zaprzątnięty wyłącznie nauką. Poza tym udaje, Ŝe nienawidzi wszystkich męŜczyzn.
Tad dotknął zaczerwienionego policzka.
– ZauwaŜyłem – mruknął. – Choć z doświadczenia wiem, Ŝe kobiety, które najgłośniej
protestują, okazują się najbardziej czułe.
– MęŜczyźni tracą na próŜno zbyt wiele czasu – sztywno odparła Jess. – Ja nie mam takiego
zamiaru. Chcę zostać lekarką.
– Ja pragnę jedynie wyjść za mąŜ – zachichotała Deirdre pociągając łyk coli. – Ale Jess
uwaŜa, Ŝe powierzono jej zbawienie świata.
Tad spojrzał badawczym wzrokiem na Jessikę. Dziewczyna poczerwieniała.
– Hm... Świat bez wątpienia oczekuje czyjejś pomocnej dłoni... Lecz moja dewiza brzmi:
„Oddać męŜczyźnie, co mu się naleŜy”.
Mówił niskim, metalicznym głosem. Jess poczuła nagły dreszcz, przeszywający całe ciało.
Opuściła powieki. Policzki piekły ją zbyt mocno, aby przypisać to jedynie intensywnemu
działaniu promieni słonecznych.
– Domyśliłam się tego, gdy tylko się poznaliśmy. – Mówiła spokojnym tonem, choć
przychodziło jej to z niemałym trudem. – Lecz pańska dewiza nie jest zbyt oryginalna, panie
Jackson. W podobny sposób myśli nieomal kaŜdy przedstawiciel rodzaju męskiego i to jest
głównym powodem, Ŝe nasz świat stoi na krawędzi katastrofy.
Tad zapomniał o Deirdre i przysunął się bliŜej Jessiki.
– Winisz mnie za to, co zaszło?
– W pewnym sensie.
Uniósł brwi.
– I masz zamiar wprowadzić istotne zmiany?
– Czy coś w tym złego?
– Nie. Lecz w twoich słowach brzmi hipokryzja. Co moŜe osiągnąć jeden człowiek?
Jedna...kobieta?
Jess gwałtownie potrząsnęła głową.
– Jak śmiesz... Postąpił krok w przód.
– Mógłbym powiedzieć: „W chwili gdy cię zobaczyłem, doszedłem do wniosku, Ŝe jesteś
osobą obdarzoną utajonymi, skrzętnie skrywanymi pragnieniami.” Co innymi słowy oznacza, Ŝe
nie jesteś wobec siebie szczera.
Obrzucił znaczącym spojrzeniem kształtną sylwetkę dziewczyny.
– Wiem, czego chcę. – Zatrzymał wzrok na jej piersiach. – Ty boisz się do tego przyznać.
– Nie bądź taki pewny siebie – warknęła wściekle. Obróciła się w stronę siostry. – Deirdre,
ten... ten zadufany indywidualista jest najgorszym chłopakiem, jakiego mi przedstawiłaś.
Tad uśmiechnął się szeroko.
– Potraktuję to jako komplement. – Przysunął usta blisko jej twarzy i szepnął: – Najbardziej
podobają mi się ustronne miejsca...
Zerknął na jej usta. Jess odruchowo przesunęła po nich końcem języka.
Przypomniała sobie smak niedawnego pocałunku i towarzyszące mu uczucie błogości...
Poczuła ssanie w Ŝołądku – nie z głodu, lecz z pragnienia. Pragnęła spędzić kilka chwil
z Tadem. Jackson obserwował jej zachowanie. W jego wzroku uprzejme zainteresowanie
mieszało się z zaczepnością. Deirdre zawisła mu na szyi i z wyrzutem spojrzała na siostrę.
– Jess, przestań go podrywać! „Podrywać?!”
Tad odrzucił głowę w tył i wybuchnął głośnym śmiechem. Pogładził przyjaciółkę po
włosach, lecz jego wzrok ponownie spoczął na Jess. Obróciła się na pięcie i odeszła.
Jeszcze nigdy dotąd nie czuła się tak dotknięta i poniŜona.
Z dala dobiegł ją głos siostry:
– BoŜe! A tak chciałam, Ŝebyście się polubili!
– W kaŜdym razie, było to niezapomniane spotkanie – odparł beztrosko Tad.
– Ale Jess...
– Nie martw się o nią. Na pewno mnie lubi. – W głosie męŜczyzny brzmiała niezachwiana
pewność.
Jess była wściekła. Miała szczerą ochotę zapaść się pod ziemię, gdyŜ zdawała sobie sprawę,
Ŝ
e Tad ma rację. Wbrew obietnicom, jakie składała sobie samej, zapałała uczuciem do
aroganckiego, przystojnego samca o zniewalającym uśmiechu. W dodatku chłopaka jej własnej
siostry.
Zakazany owoc. CzyŜby dlatego jego pocałunki nabierały większej mocy? Były słodsze niŜ
miód i bardziej gorące niŜ płomień?
W rogu kortu leŜał brązowy, zniszczony kapelusz z szerokim rondem i indyczym piórem,
zatkniętym za wstąŜkę. Jego kapelusz. W porywie furii Jess skierowała kroki w tamtą stronę.
Dopadła znienawidzonego przedmiotu i poczęła skakać po nim tak długo, aŜ zaczął przypominać
naleśnik, a pióro zostało złamane i wdeptane w ziemię.
– Jess! – krzyknęła Deirdre.
Jess, niczym niegrzeczna dziewczynka, uciekła za ogrodzenie.
– Nie mogę uwierzyć, Ŝe odwaŜyła się zniszczyć twój kapelusz – płaczliwym głosem
zawodziła Deirdre. – Zobacz, co z niego zostało!
Tad roześmiał się głębokim basem.
– Kochanie, nie myślisz chyba, Ŝe podskoki rozkapryszonej panienki mogłyby zniszczyć
kapelusz, który przetrwał uderzenia racic pędzącego stada krów? – Uderzył pięścią w denko. –
Muszę tylko postarać się o nowe pióro.
Objął swą towarzyszkę.
– Deirdre... – zaczął nieco innym tonem – ilu masz chłopaków... to znaczy, ilu ich miałaś,
zanim się poznaliśmy?
ChociaŜ jeden strzał trafił celu, ze złośliwą satysfakcją pomyślała Jess.
– Kilku... – odparła Deirdre. – Ale traktowałam ich wyłącznie jako kolegów. Jess
powiedziała to specjalnie, Ŝeby cię rozzłościć.
Tad zawadiackim ruchem włoŜył kapelusz na głowę.
– Nie czuję złości, choć przyznaję, Ŝe spotkanie z nią wywarło na mnie spore wraŜenie.
Jess wsiadła do samochodu i głośno zatrzasnęła drzwiczki. Mocno zacisnęła dłonie na
kierownicy.
– Dlaczego właśnie on? BoŜe! Dlaczego on?
Tad Jackson w niczym nie przypominał męŜczyzny jej marzeń: szczupłego bruneta o duŜym
poczuciu humoru i wysokim ilorazie inteligencji. Człowieka, któremu nieobca byłaby troska
o los innych. Kogoś, kto bez zastrzeŜeń podzielałby jej opinię. Całkiem niedawno poznała
właściwego kandydata. Niemal w stu procentach odpowiadał jej oczekiwaniom.
Nazywał się Jonathan Kent.
Tad Jackson był ucieleśnieniem wszystkich cech, którymi pogardzała. Lecz z drugiej
strony...
Był przystojny, uwodzicielski i rozbrajająco pewny siebie. Co najwaŜniejsze – doskonale
potrafił całować.
Jednym pocałunkiem utorował sobie drogę do serca dziewczyny.
Jednym pocałunkiem wydobył prawdziwe uczucia z zakamarków jej duszy.
Jednym pocałunkiem nakłonił ją do zdrady wobec siostry.
Mijały dni, lecz Jess wciąŜ myślała o Tadzie. PoŜądała go i przez niepohamowaną
namiętność zniszczyła Ŝycie wielu osób. Nie mogła spodziewać się przebaczenia za swoje winy.
Jackson równieŜ.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Tad otworzył oczy. Obok siebie czuł miękkie, kobiece ciało. W pierwszej chwili był
przekonany, Ŝe nadal śni. Na swoim ramieniu dostrzegł pukiel połyskujących złotem włosów.
Jego palce spoczęły na gładkim, jedwabnym szlafroku.
Jess. Kobieta, której nienawidził. LeŜała tui przy jego boku, na skraju łóŜka. Jej łóŜka,
zauwaŜył. Spała głębokim snem, wtulona w jego ramiona.
Co ona tu robi? Tad jak przez mgłę przypomniał sobie własną słabość i czułą opiekę Jessiki.
Pewnie zmorzyło ją całonocne czuwanie.
Wstrzymał oddech. Nie chciał budzić swej towarzyszki. Delikatnie wsunął rękę pod jej
głowę i leŜał bez ruchu. Czuł zadowolenie z zaistniałej sytuacji, choć w głębi serca wydawało mu
się, Ŝe powinien postępować całkiem inaczej.
Rozchylony dekolt szlafroka odsłaniał część jedwabistej skóry. Tad mógł dostrzec rytmiczny
ruch piersi śpiącej kobiety. Powietrze wypełniał znajomy aromat kwiatów pomarańczy. Tad
wiedział doskonale, Ŝe ów widok i zapach stanowią śmiercionośną pułapkę, lecz nie potrafił
powstrzymać swych uczuć. Delikatnie pogłaskał szyję Jessiki.
Kobieta zamruczała cicho.
– Jackson...
Tad odczuł szaloną radość na dźwięk jej głosu, choć uświadomił sobie, Ŝe od chwili
spotkania na skraju zbocza Jess ani razu nie nazwała go po imieniu. BoŜe! Skąd ta nagła zmiana?
Dlaczego cieszył się z obecności kobiety, która zniszczyła mu Ŝycie? Cholerna samarytanka.
Przez rok nie powiadomiła go o losie córki.
Jess otworzyła oczy i zaspanym wzrokiem spojrzała na męŜczyznę. Potrząsnęła głową
w niemym zdumieniu i próbowała wyplątać się z jego ramion. Miała ochotę coś powiedzieć,
wygłosić spontaniczny wykład na temat zaistniałej sytuacji, lecz aby to uczynić, musiała zyskać
przewagę. Szarpnęła całym ciałem. W odpowiedzi Tad chwycił ją za ręce i przytrzymał.
Ś
wieŜy powiew morskiej bryzy poruszył firanki i owionął chłodem rozpalone ciała leŜących.
Zniknęło gdzieś uczucie nienawiści, które jeszcze przed chwilą zdawało się być nieodłączną
częścią ich Ŝycia.
Tad połoŜył palec na ustach Jess, nakazując jej milczenie. Nie chciał, by jakiekolwiek słowa
zburzyły niepowtarzalny nastrój. Dobrze wiedział, Ŝe Jess nie jest dla niego odpowiednią
partnerką, lecz teraz ponad wszystko potrzebował jej obecności i pomocy. Kobieta bez sprzeciwu
poddała się jego woli. Tad pochylił głowę i złoŜył delikatny pocałunek na jej rzęsach. Musnął
ustami brwi, pogładził policzek...
Szarpnęła się, lecz zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie. Przez chwilę patrzyli
sobie prosto w oczy. Jess westchnęła z rezygnacją. Zamknęła powieki.
Zasnęli oboje.
Gdy Jess powtórnie otworzyła oczy, nie mogła pojąć, gdzie się znajduje. LeŜała wplątana
w opalone ramiona i nogi Tada Jacksona, głowę trzymała na jego ramieniu, a na policzku czuła
delikatne łaskotanie gęstej brody. Jedna ręka męŜczyzny opasywała jej kibić, druga leŜała na
plecach.
Z przeraŜeniem spojrzała na swój skromny przyodziewek. Spłonęła rumieńcem.
Opalona na złocistobrązowy kolor skóra Tada kontrastowała z jej bladą karnacją.
MęŜczyzna chrapał, pogrąŜony w głębokim, spokojnym śnie.
Dzięki Bogu, bez wątpienia czuł się o wiele lepiej. Lecz Jess nie mogła pozwolić, aby po
przebudzeniu zastał ją w tak krępującej pozycji. Na pewno nie uwierzyłby, z jakim trudem
zmusiła go do przyjęcia lekarstw i ile sił kosztowało ją czuwanie przy łóŜku.
Zabawne... W ramionach Tada czuła się niezwykle bezpiecznie. Ale nie miała czasu na
dalsze rozwaŜania. Powoli wysunęła się z jego objęć. Wstała. Nieco uspokojona, uwaŜnie
spojrzała na śpiącego.
Wyglądał niezbyt dobrze. Troski minionego roku wyŜłobiły głębokie bruzdy na jego twarzy.
Wokół oczu pojawiły się zmarszczki, a skóra na policzkach była ściągnięta i błyszcząca..
Dłonie, stwardniałe od cięŜkiej.. pracy, poznaczone bliznami palce... Jess poczuła idiotyczną
chęć, aby odgarnąć mu z czoła grzywę złocistych włosów i wygładzić palcami zmęczone rysy.
Jeszcze przed chwilą czuła ciepło promieniujące z jego muskularnych ramion.
Teraz miała ochotę ochronić go przed całym światem, przed kłamstwami, zdradą
i wszystkim, co zatruwało mu Ŝycie.
Stajesz się zbyt sentymentalna, skarciła się w duchu, a on cię po prostu nie cierpi.
Gdy blask słońca wpadł do sypialni, wyszła przed dom i skierowała się na drugą stronę
wyspy, zdecydowana przyjąć na siebie całą winę za zniszczenie kosiarki i wysłuchać wymówek
Wally’ego.
Zeszła w dół klifu i zerknęła w kierunku powyginanej maszyny. Dochodziła dziesiąta przed
południem, a Jess, choć spała niewiele, czuła się rześka i pełna energii. Ze szczytu zbocza
obserwował ją mały, brunatnoskóry chłopiec, trzymający w dłoni pluszowego dinozaura.
Kobieta zerknęła na pokrytą malowidłami skałę. Jackson miał naprawdę wiele szczęścia.
Ktoś o słabszej kondycji z pewnością nie przeŜyłby upadku z tej wysokości.
Kosiarka była w opłakanym stanie. Jess poddała ją szczegółowym oględzinom, ale musiała
stwierdzić, Ŝe przedmiot nie nadaje się do naprawy. Nie pozostawało jej nic innego, jak
przeprosić Wally’ego i zapłacić za wyrządzoną szkodę. W zamyśleniu kopnęła oderwane kółko.
Pora w drogę. Chwyciła zwisające pnącze i rozpoczęła wspinaczkę.
Nagle niebo pociemniało. Ptaki umilkły. W powietrzu zapanował nastrój nieokreślonej
grozy.
Jess wyczuwała jeszcze coś innego.
OstrzeŜenie. Zdawała sobie sprawę, Ŝe jej obawy nie mają logicznego wytłumaczenia. śe są
niewiarygodne, niezgodne z Ŝadną nauką.
Nagły podmuch gorącego wiatru wzniósł obłok kurzu.
Malec zniknął.
Jess poczuła obecność Deirdre. Słyszała słowa rozpaczy. To miejsce musiało być świadkiem
jakiegoś przeraŜającego zdarzenia.
Serce kobiety waliło jak młotem. Z determinacją zacisnęła drŜące dłonie na grubym pnączu.
Przez chwilę walczyła z ciemną mocą, ogarniającą jej umysł. Z uporem pięła się w górę.
Gałęzie biły ją po twarzy, rozdzierały ubranie. Ostry koniec grubszego konaru skaleczył jej
szyję. Na kołnierzyk bluzki kapnęła krew.
Gdzieś w górze rozległo się echo kroków. Niewielki kamyk spadł między pnącza.
Zapadła cisza.
– Halo! – krzyknęła Jess. Zebrała resztę sił i wspięła się na szczyt zbocza.
Nikogo na nim nie było.
Tad z niecierpliwością zabębnił palcami w stół. Gdzie, u licha, podziewa się Jess?
Tropikalne słońce rozgrzewało drewnianą werandę, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci.
Niemal w kaŜdym miejscu budynku wyczuwało się obecność Jess. Pomalowana na szary
kolor, drewniana podłoga lśniła czystością. Spod okapu zniknęły ostatnie ślady pajęczyn.
MęŜczyzna z podziwem rozejrzał się wokół siebie. Jess była osobą ogarniętą iście
holenderskim zamiłowaniem do porządku. W przeszłości niezbyt lubił tę cechę charakteru;
uwaŜał, Ŝe odrobina kurzu nikomu nie moŜe zaszkodzić. Jego własna gospodyni niestrudzenie
opowiadała o wysiłku, jaki wkładała w utrzymanie domu, choć nie naleŜała do osób szczególnie
pracowitych.
Jess. Gdzie ona jest, u diabła? Gwałtownym ruchem odstawił krzesło i przesunął dłonią po
gładko wygolonym policzku.
Czuł się znakomicie. Gorączka ustąpiła bez śladu, co zawdzięczał wyłącznie Ŝelaznej
kondycji swego ciała.
Był przekonany, Ŝe troskliwa opieka Jess nie miała najmniejszego wpływu na jego stan
zdrowia. Nie wierzył w groźbę zapalenia płuc ani w komplikacje wywołane upadkiem ze skały.
Ze smakiem spoŜył obfite śniadanie, złoŜone z jajecznicy, grzanek, dŜemu i owoców.
Pociągnął łyk kawy. Czuł nowy przypływ energii.
Był zdrów – i potrzebował papierosa. Odruchowo przetrząsnął kieszenie, zanim uświadomił
sobie, Ŝe podobny zabieg jest bezcelowy.
Zmarszczył brwi. Jeszcze jedna sprawka nadopiekuńczej lekarki. Rozejrzał się wkoło,
w nadziei, Ŝe ujrzy winowajczynię.
Dokąd poszła.? Cholera, na pewno znów miała zamiar mieszać się w czyjeś sprawy.
W dodatku zabrała papierosy.
Rankiem, pogrąŜony w półśnie, widział, jak wstała i pośpiesznie wyszła z sypialni, jakby
zaŜenowana nocą spędzoną w łóŜku męŜczyzny. Przygotowała śniadanie i poleciła Hindusce, aby
dopilnowała wszystkich spraw podczas jej nieobecności.
– Madame doctor poszła do hotelu, aby zapłacić za kosiarkę, którą pan zniszczył –
odpowiedziała Meeta na natarczywe pytania Tada.
Znakomicie! Więc panowała opinia, Ŝe to on zniszczył kosiarkę! Jess wyszła dość dawno. Ile
czasu potrzebowała na spacer wzdłuŜ wyspy, krótką rozmowę i powrót?
Tad zdecydował przerwać bezczynność. Musi odszukać paszport Lizzie, aby uniemoŜliwić
kolejną próbę jej uprowadzenia.
Wszedł do pokoju Jess i zaczął przetrząsać walizki. Znalazł kilka biuletynów, w których pani
Kent opisywała swoje doświadczenia z pobytu w Indiach. Jak przez mgłę przypomniał sobie, Ŝe
wspominała o zamiarze napisania ksiąŜki.
Odkrył takŜe oficjalne pismo rządu indyjskiego z ostrzeŜeniem, Ŝe doktor Jessica Bancroft
Kent otrzymała jedynie wizę turystyczną na pobyt w tym kraju i nie ma prawa prowadzić własnej
kliniki, nawet jeśli takie są oczekiwania okolicznych mieszkańców.
Uśmiechnął się kwaśno. Jess nigdy nie zwracała uwagi na podobne formalności.
Paszporty leŜały w szufladzie bieliźniarki. Tad wsunął oba dokumenty do kieszeni. W tej
samej chwili posłyszał za drzwiami przytłumiony hałas.
Do pokoju wpadła Lizzie. Stanęli jak wryta na widok ojca, pochylonego nad osobistymi
rzeczami ciotki. Z włosów dziewczynki zwisały dwie rozplecione wstąŜki.
– Tatusiu, co ty tu robisz? Ciocia Jess mówiła mi, Ŝebym nigdy...
Tad zerknął na nią z ukosa. Czuł się nieco winny, lecz jednocześnie uspokajała go
ś
wiadomość, Ŝe odnalazł potrzebne dokumenty.
– Ciocia Jess przyjechała do Australii, Ŝeby nam pomagać.
– Tego się obawiałem – mruknął.
– Lepiej, Ŝeby cię nie przyłapała! Chodź, tatku. Nie chcę, Ŝebyś miał kłopoty.
– Nie boję się – warknął. Lizzie ujęła go za rękę i pociągnęła w stronę drzwi.
Nie stawiał oporu. Zeszli na werandę. Tad usiadł na krześle i posadził sobie córkę na
kolanach.
– Chcę cię zabrać do domu, Lizzie. Czy to coś złego? – Słyszałam w nocy, jak się kłóciliście.
Tatku, dlaczego jesteś dla niej taki niedobry?
– Nieprawda. To ona zaczęła. Kopnęła...
– Byłeś niedobry. – Lizzie obrzuciła go długim, uwaŜnym spojrzeniem, po czym zeskoczyła
z kolan w pogoni za dziwnie wyglądającym chrząszczem. – Dlaczego nie chcesz, Ŝeby ciocia
pojechała wraz z nami? Mogłaby się mną opiekować. Musi napisać ksiąŜkę i...
Jess miałaby objąć rządy nad Jackson Downs? Na to stanowczo nie mógł pozwolić.
– Sam będę się tobą opiekował – stwierdził stanowczo. – Ale ja kocham ciocię! I będę się
bała, gdy pójdziesz do pracy. Nie lubię być sama!
Tad w zamyśleniu pokiwał głową. W końcu, Jess przez rok zastępowała dziewczynce
matkę...
Przypomniał sobie zachowanie Deirdre. Nic dziwnego, Ŝe Lizzie zapałała tak mocnym
uczuciem do ciotki.
Usta dziecka wykrzywiły się w podkówkę.
– Znów będziesz wciąŜ wyjeŜdŜał? Tak jak dawniej? A jeśli źli ludzie przyjdą, gdy ciebie nie
będzie?
Tad dobrze wiedział, co znaczy samotność. Od dzieciństwa doświadczał podobnego uczucia.
Zmarszczył czoło. RozwaŜał moŜliwość wysłania Lizzie do szkoły z internatem,
przynajmniej do czasu, póki w okolicach Jackson Downs nie zapanuje spokój.
– Ciocia Jess troszczy się tylko o mnie. Ty nigdy tego nie robiłeś.
– Jess musi wracać do Indii, do szpitala – powiedział. – Co poczną chorzy pozbawieni jej
opieki?
– Poprosiła innego doktora, Ŝeby ją zastępował. Tatusiu, ty jej nie znasz tak dobrze, jak ja!
Jeśli wyjedziemy, będzie płakała!
– Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić cioci Jess ze łzami w oczach.
– Ale to prawda! Kiedy jest ciemno i myśli, Ŝe nikt jej nie widzi, nie śpi. Kiedyś obudziłam
się w nocy, bo bardzo chciałam pić i nie mogłam znaleźć mojego róŜowego kubka. Poszłam do
jej sypialni, a ciocia siedziała bardzo smutna na swoim łóŜku i trzymała zdjęcie Benjamina.
Okryła mnie kołdrą i pokazała mi to zdjęcie. To był mały chłopczyk, który kiedyś zginął i od
tamtej pory ciocia nigdy go nie widziała. Dlatego nie moŜemy jej zostawić, bo będzie całkiem
sama.
Tad z roztargnieniem słuchał dziecięcej paplaniny. W głębi serca poczuł dziwne wzruszenie.
Przypomniał sobie własny smutek, gdy zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy
córeczkę.
Od strony schodów dobiegło echo lekkich kroków. Bancroft.
Tad potrafił z zamkniętymi oczami rozpoznać, gdy nadchodziła. Poczuł irracjonalną ulgę.
Wróciła. Była bezpieczna. Nagle zrozumiał, jak bardzo niepokoił się o jej bezpieczeństwo.
Kroki ucichły. Kobieta zauwaŜyła jego obecność. W powietrzu unosiła się znajoma woń
pomarańczy. Tad oddychał z trudem, czuł, jak ogarnia go fala radosnego podniecenia.
– Bancroft?
– Widzę, Ŝe czujesz się o wiele lepiej – odpowiedziała suchym, urzędowym tonem.
Tad obrócił głowę.
Jess stała w promieniach słońca, wpadających przez otwarte okno. Gładko zaczesane włosy
płonęły blaskiem czystego złota, a lekko zaczerwienione policzki dodawały jej twarzy
szczególnego uroku. Nagle zauwaŜył, Ŝe biała bluzka jest w kilku miejscach podarta, a na szyi
kobiety widnieje niewielkie skaleczenie.
– Zraniłaś się. – W jego głosie zabrzmiało zaniepokojenie.
– To... drobiazg – odpowiedziała.. – Nie ma o czym mówić.
Tad przypomniał sobie skrawki kombinezonu i rozbity akwalung Deirdre, leŜące na plaŜy.
– Gdzie byłaś? – spytał.
– Chciałam zapłacić za kosiarkę, którą...
– ...którą sama zniszczyłaś – dokończył. – Zabrało ci to cholernie duŜo czasu.
– Wally wyjaśniał mi wysokość wydatków związanych z prowadzeniem hotelu.
– A ty bez wątpienia zaŜądałaś wglądu do ksiąg finansowych i udzieliłaś mu kilku światłych
rad, jak zmniejszyć koszty.
– Prawdę mówiąc, mam nieco pojęcia o finansach. Nie potrafię przejść obojętnie, gdy ktoś...
– Wiem! – krzyknął. – Wszystkich traktujesz z góry! Nie pozwalasz, by mogli Ŝyć własnym
Ŝ
yciem! Biedny Wally!
Twarz kobiety pociemniała z gniewu.
– Ciociu, proszę, nie złość się na tatusia. Zawsze zrzędzi, gdy jest chory i myśli, Ŝe wszyscy
go opuścili.
– „Zrzędzi?” – powtórzył Tad. – Skąd znasz takie słowo? Poza tym wcale nie czuję się
samotny. Byłem szczęśliwy podczas nieobecności szanownej cioci. Lizzie wtuliła się w ramiona
Jess.
– Masz rację, kochanie. – Kobieta odezwała się słodkim, pełnym troski głosem, głaszcząc
dziewczynkę po głowie. Przyklękła i zaczęła zawiązywać zwisające z warkoczy kokardy. – Twój
tatuś jest dziś niemoŜliwy. Mam nadzieję, Ŝe gdy zupełnie wyzdrowieje, nie stanie się jeszcze
gorszy.
– „Gorszy?!”
Mimo zdenerwowania, Tad z zazdrością obserwował pełne czułości i zaufania zachowanie
Lizzie.
– Patrz, ciociu! Ogolił się!
– ZauwaŜyłam, kochanie.
Jess z uwagą spojrzała w stronę męŜczyzny. Nagle w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki.
Uśmiechnęła się. Tad ze zdumieniem stwierdził, Ŝe jego złość wyparowała niczym kostka lodu
pozostawiona w promieniach słońca.
– Z zadowoleniem muszę stwierdzić, Ŝe nie spełniły się moje obawy – mruknęła Jess. – Nic
nie utyłeś.
Przez chwilę kontynuowała oględziny. – Nie masz teŜ Ŝadnej blizny.
– Co takiego?
– To prawdziwa niespodzianka. – Kobieta przechyliła głowę, badając wzrokiem kaŜdy
centymetr twardych rysów, wyraŜających upór i siłę charakteru. – Bałam się, Ŝe coś ukrywasz.
Nie mogłam zrozumieć, jak ktoś równie przystojny i chłopięco dumny ze swej urody, mógł
doprowadzić swój wygląd do stanu, w którym przypominał jaskiniowca.
Tad pominął milczeniem uwagi o „chłopięcej dumie” i „jaskiniowcu”.
„Przystojny.” Nieoczekiwany komplement sprawił mu prawdziwą przyjemność. Wbrew
własnej woli odpowiedział uśmiechem.
– Cieszę się... Ŝe moja decyzja przypadła a do gustu.
Zapadła cisza. Lizzie, znudzona ciągłym pogłaskiwaniem, wybiegła na dziedziniec
w poszukiwaniu róŜnobarwnych motyli. Jess zerknęła za nią, po czym odwróciła twarz w stronę
męŜczyzny.
– Jestem przekonana, Ŝe podobasz się wielu kobietom, Jackson. Szczególnie tym, które znają
cię gorzej ode mnie.
– Taaak... Ty znasz mnie wyjątkowo dobrze.
– Na tyle, by znaleźć właściwą odpowiedź na twoją arogancję, samolubstwo... i kilka innych
ujemnych cech charakteru.
– Więc mam i takie, które aprobujesz – stwierdził z uśmiechem. – Na początek wystarczy.
– Na początek?
W głowie męŜczyzny zaświtał zwariowany, szaleńczy pomysł. Przypomniał sobie, z jaką
radością Jess gładziła główkę jego córki. Przypomniał sobie podniecenie, jakie sam odczuwał
w obecności pięknej szwagierki. Pusty dom oczekujący w Jackson Downs...
Zmęczenie i przytłaczającą samotność...
– Początek działań we właściwym kierunku – odparł ostroŜnie. Obrzucił uwaŜnym
spojrzeniem jej kształtną sylwetkę. Krótkie szorty odsłaniały smukłe nogi, lecz wzrok męŜczyzny
zatrzymał się w miejscu, gdzie materiał białej bluzki opinał wydatne, jędrne piersi. Pamiętał noc,
gdy pieścił je w swojej dłoni...
Noc, podczas której Jess dopuściła się podwójnej zdrady.
Pomyślał o groŜącym mu niebezpieczeństwie.
Lecz przecieŜ... los dawał mu teraz okazję do zemsty. Zapłaty za lata spędzone u boku
Deirdre... Zerknął w bok. Podjął juŜ właściwą decyzję.
Nie widział przeszkód, aby Bancroft przyjechała do Jackson Downs. Kule bandytów nie
stanowiły dla niej najmniejszego zagroŜenia, a on zyskiwał okazję, by przygotować pułapkę
podobną do tej, w jaką sam wpadł dziesięć lat temu.
Uśmiechnął się. W jego oczach zamigotały tajemnicze iskierki. W ten sam sposób patrzyła
kiedyś Jess. Słodka i kusząca, a w głębi duszy obmyślająca plan zdrady.
– Widzę, Ŝe lekarstwa odniosły poŜądany skutek – odezwała się kobieta tym samym
beznamiętnym tonem, którego nie znosił.
– Nie byłem aŜ tak chory – burknął. – Mam bardzo silny organizm.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Nawet nie była mi potrzebna opieka lekarza.
– Wieczorem twierdziłeś co innego.
– Być moŜe ucieszy cię moje postanowienie, Ŝe moŜesz pojechać z nami do Jackson Downs
– powiedział wyniosłym tonem.
– Obiecałeś mi to juŜ wczoraj.
– Co takiego?!
– Majaczyłeś. Niemal błagałeś mnie, Ŝebym z tobą pojechała.
– Byliśmy w łóŜku – mruknął. – MęŜczyzna w podobnej sytuacji wygaduje rozmaite rzeczy.
Jess przybrała, minę obraŜonej księŜniczki, choć w jej oczach pojawił się ból. Szybko
odwróciła się w stronę okna.
– Przepraszam, jeśli wprawiłem cię w zakłopotanie – powiedział miękko Tad, choć uczynił
to tylko po to, by nie odeszła.
Stała bez ruchu.
– Powinnam... Do tej pory powinnam Przyzwyczaić się do twojego zachowania. KaŜdą
kobietę traktujesz w ten sposób, jakbyś miał zamiar ją uwić.
– Nie kaŜdą – sprostował ponuro. – O ile dobrze pamiętam, z tobą mi się raz powiodło.
Westchnęła głęboko. DrŜącą dłonią chwyciła za klamkę. Tad zerwał się z miejsca i zastąpił
jej drogę. Jess oparła się o ścianę.
– Mówisz to wszystko, bo nie chcesz, Ŝebym pojechała.
– Naprawdę tak myślisz? Wprost przeciwnie, wspomniałem o tym sądząc, Ŝe tym chętniej
będziesz mi towarzyszyć.
Dzieliła ich odległość zaledwie kilku centymetrów. Jess była piękna urodą greckiej bogini,
lecz urodą Ŝywą, promieniującą świeŜością. Tad miał ochotę przesunąć palcem po jej
zaczerwienionym policzku, po zadrapaniu na szyi...
Nagle odwróciła się i ze złością szarpnęła drzwiami. Nie ustąpiły. Tad zdecydowanym
ruchem połoŜył rękę na klamce.
– Pozwól, Ŝe ci pomogę.
Cofnęła dłoń, ale nie uniknęła krótkiego zetknięcia z palcami męŜczyzny. Twarz płonęła jej
Ŝ
ywym ogniem.
– Wiesz, co powiadają mądrzy ludzie? – szepnął Tad.
– Nie. I nie chcę wiedzieć!
Spojrzał na jej pełne, kuszące usta. Wydawała się oczekiwać na pocałunek, na chwilę
namiętnych pieszczot... Na kogoś, kto będzie umiał zmienić jej gniew w pasję poŜądania.
– I tak ci powiem – mruknął. – Panuje opinia, Ŝe łatwiej uwieść tę samą kobietę po raz drugi.
Jest takie powiedzenie: Nietrudno wtargnąć do splądrowanej świątyni. MoŜesz jechać do Jackson
Downs. Wspominałaś, Ŝe masz zamiar opublikować ksiąŜkę. Gdy znudzi cię siedzenie przy
maszynie do pisania, a ja znajdę chwilę przerwy w pojedynku z bandytami, będziemy mieli dość
czasu... – przerwał znacząco i spojrzał na nią błyszczącymi oczami. – Dość czasu, aby wspólnie
zwiedzić pewną świątynię.
Twarz Jess pokryła się bielą. Usta jej drŜały.
– Źle wyglądasz – współczująco mruknął Tad.
– Nic podobnego!
– Lepiej, Ŝebyś wyszła trochę na świeŜe powietrze. – Otworzył drzwi.
Jess jednym skokiem wypadła z pokoju. Tad słyszał, jak przeskakiwała po dwa stopnie.
Opadł na krzesło i chrząknął lekko.
Był pewny zwycięstwa. Poprawka. JuŜ wygrał.
Jess była po prostu zbyt uparta, aby to przyznać. Tad uśmiechnął się. Oczyma wyobraźni
ujrzał scenę, w której z satysfakcją wyznawał, Ŝe całe jego dotychczasowe zachowanie było
spowodowane chęcią zemsty.
Chłodny powiew wiatru poruszył gęstym listowiem. Wróciło przygnębiające poczucie
samotności. Zazdrość, gniew, miłość i zdrada...
Nadszedł najwyŜszy czas, aby Jess odpokutowała za swe winy.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Cholera. Tad pomału zaczął tracić panowanie nad sobą. Od dwóch dni Jess nie odzywała się
do niego.
Chodziła z powaŜną miną i tylko czasem rzucała w jego stronę szybkie spojrzenie ciemnych
oczu. Jeśli Tad o coś Pytał, mógł otrzymać odpowiedź jedynie wtedy, gdy w pobliŜu znajdowała
się Meeta. Jess unosiła wówczas głowę i mówiła zimnym, beznamiętnym tonem:
– Meeto, przekaŜ panu Jacksonowi, Ŝe... – po czym obracała się na pięcie i odchodziła
w bardziej bezpieczną część domu.
Przez dwa dni trwała w zaciętym uporze, a mimo to Tad poŜądał jej coraz bardziej.
Odczuwał takŜe coś w rodzaju satysfakcji, gdyŜ był przekonany, Ŝe Ŝadna kobieta nie
zachowywałaby się w ten sposób, gdyby nie zaleŜało jej na męŜczyźnie, z którym się pokłóciła.
Gdy tylko pojawiał się w polu widzenia, widział, Ŝe jej napięcie i frustracja rosły.
Cały kłopot polegał na tym, Ŝe Jess postanowiła zazdrośnie strzec swej świątyni przed
ponowną profanacją. Lub wprost przeciwnie, chciała się poddać i była zła na samą siebie za
podobny pomysł. Tad skłaniał się raczej ku drugiemu przypuszczeniu, gdyŜ sprawiało mu
większą przyjemność.
Lecz teraz miał juŜ serdecznie dość babskich humorów. Trzeciego ranka rozpoczął dzień od
penetracji domu w poszukiwaniu Jessiki.
W kuchni zastał spowitą w szmaragdowo-złote sari Meetę, zajętą szykowaniem śniadania dla
Lizzie. Dziewczynka wstawała zwykle dość wcześnie i zamęczała dorosłych kaprysami.
– Czerwone! – pisnęła mała..
Hinduska nałoŜyła nieco dŜemu z winogron na połówkę ugotowanego na twardo jajka.
Lizzie natychmiast wyciągnęła rączkę w kierunku jedzenia.
– Gdzie jest Bancroft? – huknął Ted. Jego grzmiący głos zabrzmiał echem po pustym domu.
Lizzie upuściła łyŜeczkę, jajko z dŜemem rozpłaszczyło się na podłodze. Meeta skierowała
zdumiony wzrok na hałaśliwego intruza.
– Madame doctor poszła popływać – odpowiedziała cichym, uprzejmym głosem. Wyglądała
na nieco wystraszoną.
Tad spuścił powieki. Zdał sobie sprawę, Ŝe nie powinien krzyczeć.
– Pływać? Puściłaś ją samą? – spytał siląc się na spokój.
Kobieta skinęła, głową.
– Madame doctor nie lubi, gdy ktoś próbuje się jej sprzeciwiać.
To prawda. Zawsze otaczała się męŜczyznami, którzy bez słowa uznawali jej wolę.
– Tatku, nie bądź zły na ciocię Jess!
– Zły? – Przybrał niewinną minę. – Nigdy nie byłem zły na nią.
– Byłeś!
Bancroft zbuntowała przeciw niemu jego własną córkę!
– Zjesz teraz śniadanie, młoda damo! – zawołał i chwycił ze stołu słoik z dŜemem. – Bez
dziwnych dodatków!
Lizzie zaczęła wrzeszczeć „czerwone!”, lecz Tad był juŜ na zewnątrz. Pędził w stronę plaŜy.
Nigdzie nie było widać Jess. Zaczął się niepokoić.
Przypomniał sobie to samo miejsce w innym czasie, inną kobietę pogrąŜającą się w falach...
Jeśli będę musiał, przekopię całą wyspę w poszukiwaniu Jessiki, pomyślał. A kiedy ją
znajdę...
Gorący piasek zgrzytał mu w butach i parzył stopy. Po pół godzinie całe ciało męŜczyzny
spływało potem. Miał zamiar zrezygnować z dalszych poszukiwań.
I wtedy właśnie ją znalazł. Mokra po niedawnej kąpieli, klęczała na brzegu plaŜy, w miejscu,
gdzie kończyła się dŜungla i wyrastały szkarłatne kwiaty hibiskusa.
Stanął zaskoczony. Poczuł dziwne ssanie w Ŝołądku. Mokre włosy Jess ściśle przylegały do
jej karku i pleców. Krople wody połyskiwały na, opalonych ramionach. Czarny kostium
kąpielowy o prostym wykroju ściśle opinał kuszące kształty. Wyglądała jak nimfa czekająca na
nieostroŜnego męŜczyznę. Tad nie wiedział,– co powinien uczynić – udusić ją, czy przytulić
i pocałować na dzień dobry.
Kobieta podniosła z piasku kawałek koralowca i przyglądała mu się z uwagą.
Tad zbliŜył się powoli. ZauwaŜyła go dopiero wówczas, gdy cień jego sylwetki przesłonił
słońce. Spojrzała w górę. MęŜczyzna zacisnął usta i zrobił groźną minę.
BoŜe, jakaŜ ona piękna.! – kołatało mu w głowie. Patrzyła na niego szeroko otwartymi
osami.
– Cześć, Jackson – powiedziała. Po raz pierwszy od trzech dni zwróciła się bezpośrednio do
niego.
Tad poczuł nowy przypływ złości. Dlaczego odwaŜyła się na samotną kąpiel?
– Do cholery, co ty tu robisz?
Rzuciła mu figlarne spojrzenie.
– Pływam.
– Myślisz, Ŝe jestem ślepy?
– Odpowiedziałam tylko na twoje pytanie.
– Posłuchaj, Bancroft. Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, Ŝe nie powinnaś tu być sama?
Zwłaszcza dlatego, Ŝe jesteś kobietą?
W kaŜdej innej chwili zareagowałaby gniewem na podobne słowa, podyktowane poczuciem
męskiego szowinizmu. Tym razem było inaczej. Zamiast bronić honoru kobiet, uśmiechnęła się
lekko.
– Nie przypuszczałam, Ŝe moŜesz się o mnie zatroszczyć.
Naprawdę? – pomyślał i zrobiło mu się przykro. Jess przybrała zamyśloną minę.
– Wiesz... – odezwała się po chwili – moŜe zabrzmi to głupio z ust osoby tak praktycznie
nastawionej do Ŝycia, jak ja, ale...
– Co się stało?
– Coś przyciąga mnie do tego miejsca.. Jakaś tajemnicza, wewnętrzna siła.
– Coś przyciąga cię... – Tad drŜał z wściekłości. – Idiotko, to właśnie tutaj...
Przezwał nagle. Za plecami Jess, wśród drzew, zobaczył brązową twarz chłopca. Po chwili
dziecko zniknęło.
– Nie odpłynęłam zbyt daleko – powiedziała kobieta. – Cały czas byłam na płyciźnie. Kilka
metrów od brzegu widziałam stado róŜnokolorowych ryb. Zachowywały się, jakbyśmy byli
starymi przyjaciółmi.
– Przyjaciółmi – wycedził Tad. Rok temu, w tym samym miejscu, inspektor policji pokazał
mu strzępy gumowego kombinezonu. Wszystko, co pozostało po Deirdre. Jess zauwaŜyła cień na
jego twarzy.
– Gdzie zginęła Deirdre?
Spojrzał ponuro w kierunku wody, po cnym skierował wzrok na piasek, na którym widniały
odciśnięte ślady stóp Jessiki.
Tutaj? – spytała szeptem. Spojrzał w jej ciemne oczy.
– Tak.
Jess lekko dotknęła jego ramienia. Tad wstrząsnął się i odstąpił krok w tył.
– Coś czułam – powiedziała.. – Nie wiem jak, ale czułam.
– Nurkowała. – mruknął.
– Sama?
Skinął głową.
– Nie lubiła towarzystwa.
– Jesteś pewien? Nie miała tu... przyjaciela? Kogoś, na kim mogła polegać?
– Nic o tym nie wiem.
Jess obrzuciła go uwaŜnym spojrzeniem.
– Nurkowanie jest niebezpieczne nawet wtedy, gdy jesteś w towarzystwie kilku osób.
Dlaczego tu przyszła? Dlaczego ryzykowała?
– Jak dobrze znałaś swoją siostrę? Ja przynajmniej wiem, Ŝe robiła wszystko, na co miała
ochotę i nikogo nie pytała o zdanie.
Zmęczonym ruchem przygładził włosy.
– O czym ja w ogóle mówię? Nigdy jej nie rozumiałem. Po prostu byłem jej męŜem.
– MoŜe nie próbowałeś.
Zacisnął usta i odwrócił się. Nie chciał słuchać oskarŜycielskich słów Jess. Nie lubił
z kimkolwiek rozmawiać o swoim małŜeństwie. Tym bardziej z Jess, która była przyczyną
wszystkich nieporozumień. Ale Deirdre mówiła zbyt duŜo. Po raz pierwszy zyskał okazję, by
wystąpić we własnej obronie. Zacisnął pięści i powoli obrócił głowę.
– Nie mam ochoty rozmawiać o przeszłości. Z nikim. Nawet z tobą.
– Wiem – szepnęła.
– I nie potrafię zrozumieć, dlaczego w ogóle poruszyliśmy ten temat! – Na jego skroniach
wystąpiły grube Ŝyły. – MoŜesz mi wierzyć lub nie, ale przysięgam, Ŝe z całych sił próbowałem
uczynić ją szczęśliwą. Bezskutecznie. Wiem, Ŝe ona teŜ się starała, ale wciąŜ nie mogliśmy dojść
do porozumienia. Nawet na samym początku... przed wszystkimi kłopotami.
– A ja myślałam, Ŝe byliście szczęśliwi.
– Szczęśliwi? – Wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem. – Przeszliśmy przez prawdziwe
piekło.
– Deirdre mówiła...
– Cholera, zapomnij o tym! Przekonywała wszystkich, Ŝe stanowimy idealne małŜeństwo!
Szczególnie zaleŜało jej na twojej opinii. Wszystko z powodu...
...z powodu tamtej nocy – chciał powiedzieć, lecz umilkł.
– Ja teŜ chciałem podtrzymać obraz sielanki – odezwał się po chwili. – Mieliśmy wszystko,
co moŜna kupić za pieniądze: bogatych przyjaciół, wystawne przyjęcia, luksusowe wyposaŜenie
domu. Deirdre szukała czegoś więcej. Pomiędzy nami zapanowała, pustka. Nie było miłości.
Na jego twarzy pojawił się wyraz cierpienia.
– Miała kilku kochanków. Wynajęła dom w Brisbane. Australia, pomimo ogromnego
obszaru, przypomina małe prowincjonalne miasteczko. Plotki roznoszą się bardzo szybko.
Bywało, Ŝe Deirdre znikała na kilka tygodni. Gdy wracała, nasze Ŝycie nabierało rumieńców. Na
krótko. Byłem niewłaściwym męŜczyzną, a małŜeństwo okazało się błędem. Nie widziałem nic
poza pracą i niechętnie opuszczałem granice posiadłości. Najbardziej cierpiała na tym Lizzie.
Gdy zaczęły się prawdziwe kłopoty... – Znów przerwał. – Jeśli chcesz znać prawdę, to
najbardziej zdumiewającą rzeczą był fakt, Ŝe moje małŜeństwo przetrwało całą dekadę.
Smutny uśmiech przemienił się w bolesny grymas twarzy.
Jess delikatnie ujęła dłoń męŜczyzny.
– Przepraszam... – powiedziała. – Zawsze myślałam...
– Jess... – Tad gwałtownie potrząsnął głową. – Nie wierzę. Nigdy nie uwierzysz...
– Wiem, co czujesz.
Spostrzegł ból w jej oczach. Prawdopodobnie równie głęboko jak on skrywała prawdę
o własnym małŜeństwie.
Nieoczekiwanie poczuł nieuchwytną więź, jaka łączyła go z Jessiką. Miał ochotę pochwycić
kobietę w ramiona. Ukryć twarz w jej włosach i stopić cierpienie Ŝarem bijącym od jej ciała.
Jess wstrzymała oddech. Tad równieŜ. Przez długą chwilę w milczeniu patrzyli sobie w oczy.
Nagle Jess zmarszczyła brwi i odsunęła się. Nerwowo zatarła dłonie.
– Jackson – odezwała się nienaturalnie spokojnym tonem – wytrwaliście ze sobą tak długo,
gdyŜ oboje byliście zbyt uparci, aby ustąpić. Nie ma w tym nic dziwnego. Zwłaszcza jeśli
weźmie się pod uwagę, Ŝe jesteś zatwardziałym w poglądach, krnąbrnym...
– Naprawdę?
Nad plaŜą przeleciał silniejszy podmuch wiatru.
Jess zadrŜała. Tad schylił się, podniósł ręcznik i łagodnym ruchem narzucił go jej na
ramiona.
Poczuł nagły przypływ poŜądania. Miał ochotę otulić ją i ogrzać własnym ciałem.
– Chyba nie weźmiesz mi za złe, jeśli odpłacę ci podobnym komplementem – powiedział
cicho.
Uśmiechnęła się.
– Nie. Zawsze starałam się być kimś innym...
– Rozejm? – szepnął.
Zapadło milczenie. Tad opuścił wzrok. ZauwaŜył, Ŝe Jess miała niewielkie, zgrabne stopy.
Nawet widok jej palców niósł w sobie posmak erotyzmu.
– Rozejm – skinęła głową. – Na teraz. Póki znów nie zaczniesz zachowywać się jak wariat.
Tad nie spuszczał wzroku z pełnych seksu palców zagłębiających się w czysty piasek plaŜy.
Dobrze, Ŝe Jess nie potrafiła czytać w cudzych myślach.
– W takim razie to nie potrwa długo – mruknął. – Tylko Ŝe tym razem wina będzie po twojej
stronie. – Nic podobnego. Zawsze postępuję z godnością. Przestąpiła z nogi na nogę, przez co
ręcznik opadł o kilka centymetrów. Pod ciasno opiętym kostiumem kąpielowym Tad dostrzegł
wyraźnie zarysowane koniuszki sutków. DrŜącą, dłonią poprawił okrycie.
Jess z zaciekawieniem obserwowała jego zachowanie. – Jackson, naprawdę nie mam zamiaru
zmienić swych przyzwyczajeń – powiedziała.
– Popracujemy nad tym – zapewnił ją.
Nagle zebrała garść piasku i cisnęła w jego stronę. Odskoczył.
– Nie uciekaj! – wybuchnęła śmiechem. – Znowu się rozchorujesz. Nie mam najmniejszego
zamiaru spędzić kolejnej nocy przy twoim łóŜku.
Zatrzymał się. Wesołym wzrokiem zerknął w jej stronę.
– Kochanie, podsunęłaś mi znakomity pomysł. Wyobraź sobie: ja w łóŜku, ty czekasz na
moje skinienie...
– Nie mów do mnie „kochanie”! Dobrze wiesz, Ŝe tego nie znoszę!
– Tylko dlatego, Ŝe nieczęsto masz okazję to słyszeć.
– Nie mam zamiaru...
– Kochanie – powiedział słodko – rzadko postępujesz zgodnie ze swymi zamiarami. A juŜ
wkrótce zupełnie zmienisz zdanie...
Gdy Tad zasiadł za sterami cessny, był zły na siebie. KaŜda chwila spędzona w towarzystwie
doktor Bancroft potęgowała ich wzajemną zaŜyłość.
Cholera! CzyŜby juŜ zupełnie zapomniał, ile fałszu kryje się za zasłoną pięknej buzi
i zgrabnej sylwetki? Dlaczego pozwolił Jess na, przyjazd do Jackson Downs?
Dlaczego po prostu nie spakował bagaŜy Lizzie i nie opuścił wyspy?
Wiedział, Ŝe związek z Jess moŜe skończyć się dla niego w bardzo nieprzyjemny sposób.
Lecz jednocześnie wciąŜ miał przed oczami widok jej opalonego ciała, wciąŜ pamiętał wyraz
spokoju i ufności na jej twarzy, gdy przytulona spała u jego boku. Troskliwość, z jaką
opiekowała się nim podczas choroby.
A przede wszystkim nie potrafił wymazać z pamięci smutnego wyrazu jej oczu.
ROZDZIAŁ ÓSMY
– Auuu! – wrzasnął Tad. – Spokojnie! Pamiętaj, Ŝe jestem rekonwalescentem!
Jess wepchnęła mu do ust zimną łyŜeczkę. MęŜczyzna przełknął gorzkie lekarstwo i skrzywił
się.
– Dobrze, Ŝe mi o tym powiedziałeś – uśmiechnęła się Jess.
Tad leŜał w łóŜku, wsparty na stosie poduszek. Głośno wytarł nos. Miał nieodparcie zabawny
wyraz twarzy. Jess zachichotała, jej policzki pokryły się uroczym rumieńcem.
Gdy chciała odejść, męŜczyzna chwycił ją za rękę. – Wiem, co mogłabyś zrobić, Ŝebym
poczuł się naprawdę dobrze – szepnął.
Jess westchnęła głęboko. Bezskutecznie próbowała uwolnić rękę. Tad uśmiechnął się
szeroko.
Jess zrezygnowała z oporu i ponownie usiadła na brzegu łóŜka.
– Dobrze – powiedziała – skoro jesteś w tak znakomitym nastroju, myślę, Ŝe moŜemy
porozmawiać o Deirdre.
– Znowu?! – zawołał i cofnął dłoń. – Do diabła, dlaczego po prostu nie dasz mi o niej
zapomnieć? – Bancroft, co się z tobą dzieje? Masz obsesję na punkcie jej śmierci.
– Wybieram się ponownie na plaŜę – wyznała. – Tym razem chcę dopłynąć aŜ do krawędzi
rafy.
– Dlaczego? PrzecieŜ tam jest pełno rekinów.
– W tym miejscu jest coś intrygującego.
– Co ty powiesz?! Właśnie tam zginęła twoja siostra!
– Skąd wiesz? Poza tym, nic cię nie upowaŜnia do wydawania mi poleceń.
Tad zacisnął zęby i usiadł.
– Czy kaŜda nasza rozmowa musi kończyć się w ten sam sposób? Walką płci?
– Z takim męskim szowinistą jak ty... Tad uniósł dłoń, lecz Jess mówiła, dalej. – UwaŜasz, Ŝe
zjadłeś wszystkie rozumy i kaŜda kobieta powinna ci się podporządkować. A ja juŜ dawno
doszłam do wniosku, Ŝe sama doskonale potrafię o siebie zadbać.
Jej piersi delikatnie musnęły nagie przedramię męŜczyzny. Tad poczuł gwałtowny dreszcz
rozkoszy. Z trudem skoncentrował się na dalszej rozmowie.
– Równie dobrze wychodzi ci wtrącanie się w sprawy innych – mruknął.
– Świat potrzebuje mądrych kobiet. MęŜczyźni mieli juŜ swoją szansę, lecz jedynym
skutkiem ich działalności są zgliszcza i totalny chaos. Jestem przekonana, Ŝe nie minie tydzień od
mojego przyjazdu, a w Jackson Downs zapanuje spokój.
Tad poczerwieniał gwałtownie. Miał zamiar udzielić gniewnej odpowiedzi, lecz Jess
powróciła do właściwego tematu – kąpieli.
– Nic się nie stanie, jeśli trochę popływam. – Powiedziałem: „nie!”
– Muszę dowiedzieć się prawdy o śmierci Deirdre! Chwycił ją za rękę.
– Nie pozwolę, Ŝebyś podzieliła jej los! – Nic mi nie będzie.
– Wierz mi, jestem bardziej uparty! – Nigdy w to nie wątpiłam. Zignorował przytyk.
– Idę z tobą. – Odrzucił na bok kołdrę i wstał z łóŜka.
Jess niepewnym spojrzeniem obrzuciła jego nagie, muskularne ramiona, szeroki tors, twarde
mięśnie brzucha... Tad zaczerwienił się niczym niesforny uczniak. Chwycił kołdrę i owinął ją
wokół ciała.
Jess uśmiechnęła się z wyrozumiałością.
Cholera, przypomniał sobie Tad, przecieŜ ona jest lekarzem!
– Nie wygłupiaj się, Jackson – powiedziała sucho. – Jeśli spróbujesz pływać, za godzinę
padniesz jak mucha.
Przez chwilę dziko rozglądał się po pokoju w poszukiwaniu ubrania.
– Co to znaczy „padnę”?
– Dobrze wiesz, o czym mówię.
Uśmiechnął się niewinnie. Uznał, Ŝe nadszedł najwyŜszy czas, aby pokazać, kto tu naprawdę
jest panem.
– Nic na to nie poradzę, Ŝe z jakiegoś głupiego powodu nie chcę oglądać twoich kości
obŜartych przez rekiny. Wolę być tuŜ przy tobie... – szepnął namiętnie.
Pozwolił, aby okrywająca go kołdra opadła kilka centymetrów.
Jess wstrzymała oddech.
– Doskonale wiem, czego chcesz. Sam mi to powiedziałeś. Jestem straŜniczką świątyni, a ty
barbarzyńcą, czyhającym na moją nieostroŜność.
– Dąsałaś się przez dwa dni, kiedy to usłyszałaś – wybuchnął śmiechem.
Podszedł bliŜej. Kołdra opadła. Był gorący... i twardy niczym kamień.
Jess cofnęła się. Teraz ona spłonęła rumieńcem.
– Jeśli nawet tak było – powiedziała zduszonym głosem – to tylko dlatego, Ŝe zachowywałeś
się niczym prostak i nie miałam ochoty z tobą rozmawiać.
– NiewaŜne! – mruknął. – Liczy się tylko to, czego chcę teraz.
Kobieta oparła ręce na biodrach. Obrzuciła spojrzeniem półnagie ciało rozmówcy.
– A czego... chcesz? – szepnęła. Przez chwilę panowało napięcie. – Tego samego, co i ty,
kochanie. Jak urzeczona postąpiła krok bliŜej.
Tad ze wszystkich sił pragnął przygarnąć ją, zamknąć w swoich ramionach, obsypać
pocałunkami. Czuć jej usta na swoich wargach, miękkie piersi dociśnięte do twardego torsu.
Jess westchnęła.
– Chcę popływać. I to zaraz!
Tad oparł się dłonią o ścianę, zamykając kobiecie drogę ucieczki. Dzieliło ich zaledwie kilka
centymetrów. MęŜczyzna czuł, Ŝe obezwładniający zapach kwiatów pomarańczy wypełnia kaŜdą
komórkę jego ciała: Kręciło mu się w głowie.
Delikatnie odgarnął z czoła. Jessiki kosmyk złocistych włosów.
– Jess... – szepnął cicho. ZłoŜył usta do pocałunku. Jess głośno przełknęła ślinę. Stała
w bezruchu. ZbliŜył usta do jej warg. Oddała pocałunek, lecz w tej samej chwili, gdy Tad poczuł,
Ŝ
e krew coraz szybciej płynie mu w Ŝyłach, cofnęła głowę.
– Mam zamiar sama pójść na plaŜę, Jackson.
Zmarszczył brwi i wzruszył ramionami.
– Znakomicie! BoŜe, miej w opiece rekiny! Jednak w głębi serca czuł niepokój.
Gdy Jess zniknęła w swoim pokoju, zaczął chodzić po domu, tupać i trzaskać drzwiami. Nie
zwracała na niego uwagi. Szybko przebrała się w czarny kostium, zabrała ekwipunek do
nurkowania i pomaszerowała w stronę plaŜy: Tad rzucił się w stronę własnej sypialni, porwał
potrzebny sprzęt i ruszył jej śladem.
Gdy dotarł na miejsce, Jess była juŜ po kolana w wodzie i brnęła w kierunku głębin.
Pomachała wesoło dłonią na jego widok. Nim zdąŜył się przebrać, zniknęła pod falami.
Tad wbiegł do wody. Widział strumień bąbelków znaczący ślad odpływającej Jess.
Po piętnastu minutach oboje dotarli w pobliŜe rafy. Wokół uwijały się stada
róŜnokolorowych ryb. Tad zaklął po cichu. Ławica mogła przyciągać drapieŜniki. Kątem oka
zerknął ku Jess, po czym ponownie spojrzał na ocean. Śmigające rybki przecięły talię wody. Tad
silnymi ruchami ramion skierował się w stronę koralowej konstrukcji.
Nagle w głębinie zamajaczyły dwa długie, wrzecionowate kształty. Rekiny! Bez wątpienia
mogło być ich więcej.
Woda zakotłowała się, na powierzchnię wypłynęły dwa delfiny. Tad pokręcił głową.
Delfiny, czy nie, niezbyt lubił pływać w towarzystwie duŜych stworzeń.
W tym momencie Bancroft zanurkowała głębiej. Nad wodą mignęły przez chwilę jej czarne
płetwy. Tad poczuł, Ŝe coś trąciło go w nogę. Stracił z oczu kobietę. Cholera, gdzie ona mogła się
podziać? Jess! Dlaczego pozwolił, by postawiła na swoim? Po czerwieniał z wściekłości.
Dopłynął do miejsca, w którym zniknęła i cierpliwie czekał.
Gdy wynurzyła głowę spod wody, chwycił ją za włosy. Uderzyła go w rękę.
Tad zerwał z twarzy maskę.
– Wracaj na brzeg! – krzyknął.
Jess wypluła ustnik aparatu do oddychania. – Co mówiłeś?
– Rekiny!
– Nie boję się...
– Wracaj albo zaciągnę cię siłą! Jeśli będziemy się szarpać, przybędzie ich więcej!
– Wiem! Chyba nie myślisz, Ŝe jestem taką idiotką...
– Kochanie, wprost czytasz w moich myślach.
Na brzegu za podobną uwagę na pewno otrzymałby siarczysty policzek. Jess spojrzała na
niego ponuro.
– Płyń albo zaciągnę cię za włosy. Wybór naleŜy do ciebie.
– Bardzo pan łaskaw – parsknęła. Niechętnie skierowała się w stronę brzegu. Tad płynął
nieco z tyłu, pilnie obserwując szare sylwetki buszujące wśród ławicy.
Gdy dotarli na płyciznę, Jess usiłowała uciec. Tad dopędził ją i chwycił w ramiona.
– Mogliśmy zginąć oboje! – wrzasnął. – Rekiny...
– Rekin. Jeden – syknęła ze złością. – W dodatku jeszcze młody. Reszta to delfiny. Jeśli tak
bardzo się boisz, dlaczego nie zostałeś na plaŜy?
Tad przymknął powieki. Nienawiść, jaką jeszcze całkiem niedawno odczuwał do Jess,
ustąpiła przed innym, znacznie silniejszym uczuciem. Wiedział tylko, Ŝe stoi obok Jess. Obok
jego Jess, upartej, złośliwej, nieposkromionej kobiety. Myśl, Ŝe mogłaby paść ofiarą ataku,
napełniała go przeraŜeniem.
Palce męŜczyzny pozostawiły czerwony ślad ma szczupłym ramieniu Jessiki.
– Poszedłem za tobą, bo nie chcę, Ŝebyś zginęła... śebyś podzieliła los Deirdre.
Zapadła cisza. Przez twarz Jessiki przemknął cień smutku. Tad chwycił ją w ramiona
i mocno przycisnął do siebie. Wplótł niecierpliwe palce w jej mokre włosy. Czuł, jak ciepło jej
ciała przenika go do głębi.
Zdawało mu się, Ŝe całe Ŝycie czekał na tę chwilę. Fale oceanu rozbijały się o ostrą krawędź
koralowej rafy. Tad miał ochotę rzucić Jess na ziemię i posiąść ją tu, na białym piasku plaŜy.
Istniało jednak niebezpieczeństwo, Ŝe ktoś moŜe ich zobaczyć. Trzeba było poszukać
bardziej ustronnego miejsca.
Ciało męŜczyzny płonęło Ŝywym ogniem. Czuł przyśpieszone bicie serca Jess. Ich spojrzenia
spotkały się. ZauwaŜył wewnętrzną walkę, jaką kobiecy upór toczył z rozszalałą namiętnością.
Jess próbowała uwolnić się z jego ramion.
– Nie... – powiedziała. – Nigdy mnie nie pragnąłeś. Zawsze naleŜałeś do niej. Do niej! Nie
chciałeś mnie! Twierdzisz, Ŝe to ja zniszczyłam ci Ŝycie, a nie przyszło ci nigdy do głowy, co
uczyniłeś z moim losem?! Wykorzystałeś mnie! Nie kochałam Jonathana. Zginął, bo nie
potrafiłam obdarzyć go uczuciem.
Przytrzymał ją, uniemoŜliwiając próbę ucieczki.
– Nie – powiedział.
– Chcę... Chcę teraz mówić tylko o Deirdre. Ani słowa o nas.
– Teraz?
Jess wpatrywała się w jego twarz szeroko otwartymi oczyma.
– Teraz.
Skierował wzrok w stronę oceanu i powoli opuścił ręce.
Jess obserwowała go przez długą chwilę, po czym odeszła w głąb plaŜy.
Tad czuł się jak wulkan groŜący erupcją.
Zagryzł wargi. Poczuł w ustach smak krwi. Ból przywrócił go do rzeczywistości.
Rzucił maskę oraz aparat tlenowy na ziemię i powlókł się za Jessiką.
Stanęła. Gdy podszedł bliŜej, spojrzała w jego stronę. W jej oczach widniało napięcie.
– To uroczy zakątek, a jest w nim coś... niesamowitego – powiedziała nieswoim głosem.
– To przedsionek piekła!
– Mam wraŜenie, jakby kaŜde drzewo, kaŜdy kamień i źdźbło trawy oddychały, Ŝyły
własnym Ŝyciem. Pod wodą rozmaite stworzenia poŜerają się nawzajem i po chwili widzisz, jak
piękno zmienia się w odpychającą szpetotę. Okropne.
– Odwieczny krąg Ŝycia i śmierci – odparł. – Deirdre uwielbiała tu przychodzić. Kochała
rafę.
Wyraz napięcia nie zniknął z twarzy Jess.
– Dlaczego podjęła wszystkie pieniądze i przyjechała właśnie tutaj? Dlaczego? Nie
znaleziono odpowiedzi na tyle pytań... Jestem przekonana, Ŝe nie zginęła w głębi morza. Teraz
wiem, jak mało ją znałam. Nie mogło być inaczej, skoro wyjąwszy kilka lat wspólnej nauki
w college’u, dorastałyśmy oddzielnie. Mama miała niewiele pieniędzy i musiała korzystać
z pomocy wuja mieszkającego w Nowym Orleanie. Ja zostałam przy ojcu i spędziłam wiele lat
w obozach wiertniczych rozrzuconych po całym świecie.
Do diabła, Tad wcale nie miał ochoty, aby dalej rozmawiać na ten temat.
– Wiem – odezwał się głośno. – OskarŜała cię o to, Ŝe masz więcej szczęścia i moŜesz
prowadzić interesujące Ŝycie.
– Ha! Interesujące!
Oczy Jess wyraŜały głęboki smutek. Tad poczuł się nieswojo. Zdawał sobie sprawę, Ŝe
kobieta tęskni za prawdziwym uczuciem.
– Co było, minęło – zauwaŜył filozoficznie.
– Tak, ale nie spełniły się moje marzenia o rodzinnym szczęściu.
– Ja dorastałem w otoczeniu rodziny, potem stworzyłem własną... i nie mam przyjemnych
wspomnień.
– MoŜliwe. Tylko Ŝe zawsze chciałam być blisko Deidre. Nigdy nie potrafiłyśmy się w pełni
porozumieć. MoŜe wynikało to z błędu rodziców, którzy po rozwodzie zdecydowali się podzielić
wszystkim – nawet córkami. Ojciec uwaŜał, Ŝe tak będzie sprawiedliwie. W czasie studiów
próbowałam zdobyć jej zaufanie, ale ona wciąŜ miała mi za złe, Ŝe korzystałam z niemałego
majątku ojca, podczas gdy nasza matka klepała biedę. Nie wiedziała nic o samotności, w jakiej
przyszło mi dorastać, o bólu, jaki odczuwałam na widok nędzy panującej w krajach, gdzie
mieszkałam. Deirdre myślała, Ŝe stać mnie na wszystko. Myliła się. A teraz odeszła.
Serdeczna łza spłynęła po policzku kobiety. Jess usiłowała niepostrzeŜenie otrzeć twarz
wierzchem dłoni. – Nie wstydź się. Płacz, jeśli przyniesie ci to ulgę – mruknął Tad.
– Nie... Nie wiem, dlaczego w tej chwili zachowuję się jak sentymentalna babcia, skoro nie
uroniłam ani jednej łzy, kiedy powiadomiono mnie o jej śmierci.
Pociągnęła nosem. Po chwili rozszlochała się na dobre.
Tad ujął ją za rękę.
– Straciliśmy Deirdre o wiele wcześniej – powiedział łagodnie.
– To chyba najbardziej boli.
– Zawsze odczuwasz ból, gdy nie moŜesz pokochać wybranej osoby. – Przytulił ją do siebie
i odgarnął z czoła mokre włosy.
– Dlaczego właśnie ty?! Dlaczego ze wszystkich męŜczyzn na świecie wybrałam ciebie na
powiernika i płaczę na twoim ramieniu? – załkała.
– Wiesz co, Bancroft, muszę przyznać, Ŝe dorównujesz mi uprzejmością – powiedział Tad. –
A wracając do wyrazów wdzięczności za to, Ŝe znalazłaś u mnie pocieszenie...
– Och, przymknij się wreszcie. – Potrząsnęła głową, lecz dalsze słowa zostały zduszone
głośnym szlochem. Nie stawiała oporu, gdy mocniej otoczył ją ramionami.
Dzień chylił się ku końcowi. W dŜungli zapanowała ciemność. Mały Aborygen nie wrócił.
Głęboka cisza wieczoru działała denerwująco na wyczerpaną płacz kobietę. Tad zdawał sobie
sprawę ze stanu, w jakim znalazła się Jess. I nie miał wątpliwości, Ŝe podejmie próbę, aby to
wykorzystać.
Czekał jedynie na właściwą chwilę.
PoŜądał Jessiki. PoŜądał jej przez wszystkie lata nieudanego małŜeństwa.
PoŜądał, będąc wciąŜ blisko osoby, która tak bardzo ją przypominała.
Jess przestała płakać. Tad uświadomił sobie, Ŝe za chwilę moŜe odzyskać panowanie nad
sobą i po raz kolejny odrzuci jego zaloty.
Przytulił twarz do jej ramienia. Czuł dotyk jej piersi na swoim torsie.
Był zdrowym męŜczyzną o gorącej krwi. Zawsze potrafił skorzystać z podsuwanej przez los
okazji. Nadszedł czas, aby Jess zrozumiała, Ŝe naleŜy do niego.
Pochylił głowę i wycisnął długi pocałunek na ustach kobiety. Przez chwilę próbowała
stawiać opór. Nagle poczuł jej palce na swoim karku, delikatnie gładzące mokre włosy.
Jeszcze nigdy zemsta nie smakowała tak słodko.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Ognista kula słońca zniknęła za postrzępionym grzbietem koralowca, a wschodzący księŜyc
zalał dŜunglę srebrzystą poświatą. W lesie panował upał i cisza.
Błękitne oczy Tada spoczęły na smukłej postaci Jess. Odpowiedziała niepewnym
spojrzeniem. Pomału zagłębiali się w mroczne ostępy.
Tad zdawał sobie sprawę, Ŝe popełnia kolejny błąd w swym Ŝyciu. Nie powinien wiązać się
z tą kobietą, lecz jedyne, co widział w tej chwili, to jej błyszczące, lekko rozchylone usta, sarnie
oczy i kuszący kształt ciała. Starannie rozłoŜył ręcznik na piasku.
– Nie powinniśmy... – zaprotestowała. Jess. Miała rację.
– Nie masz zamiaru się poddać, Bancroft? – szepnął, trącając nosem jej szyję.
Nakrył dłonią kształtne pagórki piersi.
– Poddać? Nigdy!
Wbrew tym zapewnieniom, bez oporu ulegała jego pieszczotom.
– Jesteś zdecydowana do samego końca bronić świątyni?
– Owszem. – Otoczyła go ramionami, jakby w obawie, Ŝe zrezygnuje i ucieknie.
– Ze wszystkich sił – mruknął przytulony.
– Ze wszystkich sił – odpowiedziała niczym echo.
Zaczął całować jej szyję.
– Po dzisiejszym dniu ja przejmę pieczę nad wszystkim – mruknął.
– Tak ci się tylko wydaje, Jackson. JuŜ jutro zapłacisz...
Przesunął dłońmi po jej rozgrzanej skórze. Rozkoszny dreszcz przeszył ciało Jessiki.
– Nie strasz mnie konsekwencjami, kochanie.
Nie zdąŜyła nic odpowiedzieć, gdyŜ zakrył jej usta pocałunkiem. Walka była, skończona.
Przynajmniej na razie.
Wargi Jess miały smak miodu. Tad czuł, Ŝe wypełnia go wzbierająca fala namiętności.
– Śniłem o tobie całymi latami – szepnął. – O nikim innym, tylko o tobie. Choć Deirdre była
podobna do ciebie jak lustrzane odbicie, nie potrafiła cię zastąpić. Ani w łóŜku... ani w moim
sercu.
Dlaczego to powiedział? Co zmuszało go do podobnych wyznań? Nie wiedział.
Zresztą, nie troszczył się o to.
Delikatnie rozwiązał tasiemki utrzymujące kostium kąpielowy Jessiki na właściwym
miejscu.
Przesunął dłonią w dół, lecz zatrzymał się, odsłaniając zaledwie połowę piersi kobiety.
Jęknęła.
– Nie – wyszeptała po chwili, starając się, aby zabrzmiało to bardzo stanowczo.
– Nie musisz wstydzić się swego ciała, Bancroft – mruknął. – Jesteś cudowna. Twoje piersi...
– Są zbyt duŜe. Wulgarne.
– Kuszące – sprostował. Pociągnął w dół koniec kostiumu.
– Przez nie czuję się jakaś... nieczysta. MęŜczyźni zawsze...
– Są wspaniałe. Wymarzone. Cała jesteś piękna. Chcę pieścić twoje piersi. Kochać się z tobą.
Tylko z tobą.
– Gdybym mogła wybrać własną sylwetkę, poprosiłabym Stwórcę, aby uczynił mnie płaską
jak deska.
– Na szczęście jest coś, na co nie masz najmniejszego Był juŜ tak blisko celu...
Lecz wiedział, Ŝe zbytni pośpiech w niczym nie pomoŜe. Starał się panować nad swoim
zachowaniem.
Lekko drŜącą dłonią dotknął jej ciała.
Spokojnie. Tylko spokojnie.
KaŜda z pieszczot, kaŜdy pocałunek, kaŜde muśnięcie dłoni – wszystko było
podporządkowane jednemu celowi. Jess westchnęła głęboko, gdy delikatnie chwycił zębami nagi
sutek. LeŜała bez ruchu, a on tymczasem zaczął się rozbierać. Czekała cierpliwie, gdy całkiem
nagi pochylił się nad nią.
Westchnęła powtórnie – miękko, z wyraźną ulgą. W ten sposób rozpoczęła się cudowna
godzina miłosnych zmagań. Zniknęły dzielące ich dotąd róŜnice. Przez długą, trwającą
wieczność chwilę byli jednością. Przytulali się do siebie z furią, jakby od tego zaleŜało ich dalsze
Ŝ
ycie. Zapomnieli o dokuczliwym uczuciu osamotnienia. Tad pieścił ukochaną istotę, kobietę,
o której marzył od niepamiętnych czasów. Gdy znalazł się w jej wnętrzu, jego ciało wypręŜyło
się w ekstazie. Był zbawiony.
I stoczył się na dno piekła.
Smakowała tak słodko... Wtulił się mocniej w Jess, chcąc jak najpełniej czuć jej obecność.
Poruszył się, lecz uczynił to zbyt szybko.
Krzyknęła. Zwolnił, choć kaŜdy nerw przynaglał go do pośpiechu. Dwa serca biły jednym
rytmem. Tad otworzył powieki i zatopił wzrok w ciemnych oczach partnerki.
– Bancroft... – szepnął tak dziwnym głosem, Ŝe wydawało mu się, iŜ mówi kto inny.
– Jess... – sprostowała kobieta. Owinęła wokół palca kosmyk jego włosów.
– Jesteś moja... kochana Jess... Mój... – odpowiedziała.
Nie wiedział, czy oznaczało to ugodę, czy przejęcie aktu własności. Nie miał czasu na
zastanowienie. Począł łagodnie przeć, aŜ oboje stali się jednym pulsującym rytmem wyzwolonej
namiętności.
Tad opadł bez sił. Nie mógł się poruszyć. Wiedział juŜ, Ŝe jest zgubiony. śe Jessica rzuciła
na niego urok. Powoli obrócił się na bok, wsparł głowę na łokciu i spojrzał na piękną partnerkę.
Objął ją, przycisnął do siebie i zasnął.
Obudził się o świcie. Ciemność nocy ustępowała szarej jasności wstającego poranka. Liście
drzew wydawały się czarne na tle bezchmurnego nieba. Tad westchnął. Jeszcze nigdy dotąd nie
czuł się tak spokojny, ufny wobec otaczającego świata. Nie otwierając oczu pomacał dłonią
wokół siebie.
Jess zniknęła.
Skoczył na równe nogi.
Znowu powtórzyła sztuczkę sprzed lat!
Stał nagi, niczym opuszczony w głębi dŜungli gigant z zamierzchłych czasów. Jess odeszła.
Bez słowa. Dlaczego?
Jak skończony głupiec myślał, Ŝe uda mu się dojść z nią do porozumienia. Była jak
przewlekła choroba.
Nie ustępowała, jedynie osłabiała zaraŜony organizm. Dokąd poszła?
Tad pośpiesznie naciągnął ubranie. Kostium płetwonurka był zimny i pokryty rosą, lecz nie
zwracał na to uwagi. Serce miał przepełnione goryczą i gniewem.
Podobnie czuł się dziesięć lat temu. Jess spędziła z nim noc, po czym bez skrupułów wydała
w ręce Deirdre.
Teraz znów go opuściła. Powinien przy pierwszej nadarzającej się okazji zabrać Lizzie
i czym prędzej wyjechać.
Skierował się w stronę domu. W połowie drogi doszedł do klifu, z którego spadł kilka dni
temu. Na krawędzi zbocza stał porzucony przez robotników buldoŜer. Tad przyśpieszył kroku,
gdy nagle jego uwagę przyciągnął widok nieznajomego męŜczyzny wyskakującego z maszyny
i znikającego w leśnej gęstwinie. Niemal jednocześnie posłyszał przyciszony głos Jessiki.
Rozejrzał się dokoła, lecz brzeg wydawał się pusty. Wskoczył do kabiny buldoŜera. Przez
uchylone okienko zobaczył Jess rozmawiającą na plaŜy z małym chłopcem. CzyŜby obcy miał
zamiar podsłuchać, o czym mówili? Jakie miał zamiary w stosunku do niej? W stacyjce
rozrusznika tkwił kluczyk.
BuldoŜer stał na samym skraju zbocza. Cholerny łajdak!
Tad poczuł mrowienie w koniuszkach palców. Westchnął głęboko. Wystarczył jeden ruch
dłonią, a uruchomiona maszyna stoczyłaby się w dół klifu, miaŜdŜąc wszystko na swej drodze.
Oczyma wyobraźni Tad zobaczył ciało Jessiki, zgniecione cięŜarem pojazdu.
Przypomniał sobie cięŜarówkę, wysadzoną w powietrze przez nieznanych sprawców
w okolicach Jackson Downs. Zginęło kilka krów.
Kierowca był cięŜko ranny.
Gniew, jaki jeszcze kilka chwil temu czuł wobec Jess, zniknął. Zrozumiał, Ŝe musi za
wszelką cenę zapewnić jej ochronę. Nawet jeśli przyjdzie mu ryzykować własne Ŝycie.
Dranie! CzyŜby aŜ tu dotarli po jego śladach? Czy tropili Jessikę?
ś
ałował, Ŝe nie dogonił uciekającego męŜczyzny i siłą nie zmusił do wyznania prawdy.
DrŜącą dłonią chwycił grube pnącze i rozpoczął mozolnie zsuwać się z klifu. Jess klęczała
w pobliŜu pokrytej malowidłami skały. Wyglądała świeŜo i niewinnie, ubrana w białą bluzkę
i szorty koloru khaki. Nie zdawała sobie najmniejszej sprawy z niebezpieczeństwa, jakie jej
groziło. Pomimo całego uporu i determinacji, była tylko delikatną kobietą.
W jednej dłoni trzymała bukiecik polnych kwiatów. W drugiej – coś, co z daleka
przypominało tanią błyskotkę. W pobliŜu kępy drzew stał chłopiec o wypłowiałych włosach,
przyciskający do piersi pluszową zabawkę.
– Myślałeś, Ŝe jestem duchem? – łagodnie spytała kobieta. Malec skinął głową.
– Dobrze, Ŝe nie jesteś tamtą panią. Nie lubiłem jej. Ty podarowałaś mi... – Brązowa rączka
kurczowo ścisnęła pluszowego zwierzaka.
– A ty dałeś mi to. – Jess po raz ostatni spojrzała na trzymany przedmiot, po czym starannie
schowała go do kieszeni. – Dziękuję. Ona była moją siostrą. Czy wiesz, co się z nią stało?
W czarnych oczach dziecka błysnęło przeraŜenie.
– Powiedz – nalegała Jess. – Nie musisz się niczego bać.
– On teŜ wrócił – szepnął chłopiec.
– Duchy nie istnieją. – Chłopiec słuchał z roztargnieniem. – Ona nie przyszła tu po to, aby
pływać, prawda? Nie tego dnia, w którym zniknęła. Przyszła tu spotkać się z męŜczyzną.
MęŜczyzną, który...
– On teŜ wrócił – powtórzył malec.
– Co się z nią stało? – pytała Jess. – Proszę, powiedz mi.
– Upadła. On uderzył ją kamieniem.
– Gdzie to się stało?
Chłopiec zauwaŜył twarz Tada, wyłaniającą się z zielonej gęstwiny, i z krzykiem wskazał
w tę stronę.
Jess odwróciła się. Tad zaklął. Cholera, czy ten gówniarz miał zamiar oskarŜyć go
o zamordowanie Deirdre? Czy było to częścią jakiegoś planu?
Jednym susem znalazł się w pobliŜu rozmawiających. Chłopiec obrzucił go krótkim
spojrzeniem i zaczął krzyczeć:.
– On teŜ wrócił! On teŜ wrócił!
Tad wyciągnął dłoń w jego stronę, lecz malec wykonał zręczny unik i rzucił się do ucieczki.
MęŜczyzna skoczył za nim pomiędzy drzewa, lecz mały tubylec zniknął juŜ w gęstym
poszyciu. W pośpiechu upuścił pluszowego dinozaura.
Tad dyszał cięŜko.
– Ty mały oszuście! Złodzieju! To naleŜy do Lizzie...
Jess stanęła tuŜ obok.
– Sama podarowałam mu tę zabawkę, idioto! – Wyrwała mu przedmiot z dłoni. – Co ty sobie
w ogóle wyobraŜasz?
PołoŜyła dinozaura na ziemi w nadziei, Ŝe chłopiec powróci, aby go odszukać.
Tad był wściekły. Chwycił Jess za ramiona i potrząsnął.
– Co tu się dzieje? Co to znaczy „on wrócił”? Myślisz, Ŝe zamordowałem Deirdre?!
Jess usłyszała rozpacz przebijającą w jego głosie.
– Nic podobnego, durniu. Dzieciak był tak wystraszony, Ŝe wziął cię za kogoś innego.
Gdybyś jeszcze przez chwilę pozwolił mi na zabawę w detektywa, być moŜe poznałabym
prawdę. Och... Jackson, dlaczego wciąŜ sprawiasz tyle kłopotów?
– Ja? – zdziwił się szczerze. PrzecieŜ to ona odeszła wczesnym rankiem! Gdyby nie przybył
na czas, jej ciało spoczywałoby teraz pod wrakiem buldoŜera.
– Do takich rzeczy potrzeba cierpliwości, a nie frontalnego ataku w stylu Rambo – syknęła
Jess. – Próbowałam ci pomóc.
Tad umilkł z wściekłości.
– Do cholery z twoją pomocą! – ryknął, gdy odzyskał zdolność mówienia. – Niczego nie
potrzebuję! Nie jestem jakimś przymierającym z głodu, naiwnym krajowcem. Kto dał ci prawo
wtrącania się w moje sprawy?! Nawet nie znasz Australii!
– Mieszkałam w róŜnych częściach świata. Ludzie są wszędzie jednakowi.
– Tutaj są niebezpieczni.
– Miałam juŜ do czynienia z niebezpieczeństwem. – Do diabła, dlaczego odeszłaś, nic mi nie
mówiąc? – warknął. Nie wspomniał o męŜczyźnie, którego widział kilka minut temu.
Uśmiechnęła się. Całkowicie odzyskała panowanie nad sobą.
– Nie mogłam spać, a ty chrapałeś tak słodko, Ŝe nie chciałam cię budzić.
Nie wierzył w ani jedno słowo, ale pozwolił jej mówić.
– Wstałam i poszłam do domu. Kiedy zobaczyłam chłopca, ubrałam się szybko i pobiegłam
w ślad za nim, poniewaŜ myślałam, Ŝe moŜe mi udzielić informacji na temat śmierci Deirdre.
Byłam o krok od rozwiązania zagadki, gdy zjawiłeś się wrzeszcząc i wymachując rękami.
– Deirdre – warknął Tad. – Ciągle Deirdre. PrzecieŜ ona nie Ŝyje! Dlaczego nie moŜemy po
prostu o niej zapomnieć?
Przez chwilę miał ochotę obrócić się na pięcie i odejść. Lecz wystarczyło jedno spojrzenie
głębokich oczu Jess, by zmienił decyzję. Wtulił twarz w jej ramiona.
– BoŜe, tak bardzo chciałbym o niej zapomnieć – jęknął.
– Muszę wiedzieć, co się z nią stało.
– Głuptasie! Sama nie wiesz, na co się naraŜasz. – Pocałował ją gorąco.
Pogładziła go po karku.
– Jestem przeklęty! – zawołał. – Poznałem najcudowniejszą, najbardziej upartą kobietę
ś
wiata... Doprowadzasz mnie do szaleństwa. Nie wyobraŜam sobie Ŝycia bez ciebie.
– Nie moŜemy odciąć się od całego świata i udawać, Ŝe nie istnieje, Jackson.
– Cholera, wcale mnie nie interesuje, jak zginęła Deirdre. Nie obchodzi mnie, czy moja
posiadłość pójdzie z dymem.
– Ale mnie obchodzą te rzeczy.
– Do diabła, czy nie rozumiesz, Ŝe grozi ci powaŜne niebezpieczeństwo?
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
– Mam dość twoich światłych pouczeń! – krzyknął Tad.
Jess przerwała monolog i uśmiechnęła się. Stanęła tuŜ obok łóŜka.
Była piękna.. I groziło jej powaŜne niebezpieczeństwo. Tad zacisnął pięści.
Dlaczego wybrał właśnie ją? BoŜe, przecieŜ po wielu nieprzyjemnych doświadczeniach
postanowił, Ŝe juŜ nigdy nie zwiąŜe się z Ŝadną kobietą. Nigdy więcej. Dlaczego Jess?
Nadal gniewał się na nią, lecz równocześnie był pełen obaw. Podczas wycieczki w głąb
dŜungli zrozumiał, Ŝe sprawy zaszły zbyt daleko.
Do diabła! Okazał się skończonym głupcem. Był przekonany, Ŝe moŜe spędzić noc
w towarzystwie Jess, kochać się z nią, a potem po prostu odejść. Mylił się. Bardzo się mylił.
Jeszcze nigdy nie czuł takiego emocjonalnego zaangaŜowania, jak w tej chwili.
Pragnął posiąść nie tylko jej ciało, lecz takŜe upartą i krnąbrną duszę.
A doktor Bancroft doskonale zdawała sobie sprawę z jego stanu.
W sypialni zapanowała grobowa cisza. Jedynie z zewnątrz dobiegał cichy szelest liści,
poruszanych wiatrem wiejącym znad oceanu.
– Jesteś najbardziej upartym kozłem, jakiego spotkałam w całym moim Ŝyciu! – odezwała się
nagle Jess. – Dlaczego nie moŜesz pojąć, Ŝe przyjechałam do Australii wyłącznie dlatego, aby
pomagać ci w wychowaniu Lizzie? PrzecieŜ to nic strasznego. Tad zacisnął zęby.
– Nie potrzebuję twojej troski! – warknął.
– Nic mnie to nie obchodzi. I tak cię nie zostawię samego.
– Deirdre była moją Ŝoną. To moja sprawa, co się z nią stało.
– Przede wszystkim była moją siostrą i prosiła mnie o pomoc. Powiedziała, Ŝe...
– Nie powinnaś się wtrącać.
– Nie powstrzymasz mnie – szepnęła.
– Próbuję cię ochronić przed niebezpieczeństwem. – Przez wiele lat sama doskonale
dawałam sobie radę.
– Zapomnij o Deirdre.
– Dobrze. Ale tylko w tej chwili. – Zrzuciła sandały i stanęła boso na drewnianej podłodze. –
Potrzebujesz mnie bardziej, niŜ chcesz się do tego przyznać.
– Słucham?
– Jestem o tym przekonana. – I bez wątpienia masz rację.
Przez chwilę patrzyła na niego, po czym szybkim ruchem dłoni zwichrzyła włosy.
Złocista kaskada opadła jej na ramiona.
Tad poczuł, Ŝe serce zaczyna mu walić jak młotem. Nie potrafił oderwać wzroku od
uroczego zjawiska, które nagle objawiło się w jego sypialni.
Jess przymknęła powieki. Pomału zaczęła zdejmować bluzkę.
Tad z trudem zachowywał pozory spokoju. Chciał rzucić się na kobietę, zerwać z niej
ubranie i poczuć pod sobą jej nagie ciało.
– Co ty wyprawiasz? – wychrypiał. – Myślisz, Ŝe uda ci się w ten sposób mnie podejść? śe
wszystkie problemy rozwiąŜesz w łóŜku?
– Niewykluczone – uśmiechnęła się.
Tad miał ochotę krzyczeć, cisnąć jakimś przedmiotem, uczynić coś, co mogłoby zniszczyć
trudne do wytrzymania napięcie.
Wiedział, dlaczego Jess sprowadziła go właśnie tutaj. Zdawał sobie sprawę z własnej
słabości.
– Ciii... – szepnęła, kładąc palec na ustach. – śadnych wrzasków. Obudzisz Lizzie.
Obrzucił spojrzeniem jej kształtną sylwetkę. Zapomniał o całym świecie.
Nie powinien wchodzić do sypialni Jess. Teraz było juŜ za późno.
Powoli wśliznęła się na łóŜko i spojrzała wyczekująca na męŜczyznę. Zdjęła bluzkę.
Tad wymruczał długie, skomplikowane przekleństwo.
– PrzecieŜ nie chcesz jej obudzić, prawda? – cicho zapytała Jess. – Musimy mieć czas... dla
siebie.
W jej słowach zabrzmiała niepokojąca obietnica rozkoszy.
– Dotknij mnie – poprosiła.
Tad stał bez ruchu. Pięści zacisnął tak mocno, Ŝe zbielały mu kostki. Szeroka pierś podnosiła
się i opadała przyśpieszonym rytmem, z gardła dochodził głuchy pomruk. Miał sucho w ustach,
a w głowie zupełną pustkę.
Jess podniosła się gibkim ruchem i wyszła z cienia. Stanęła w pełnym blasku słonecznych
promieni. Pokój zniknął w mroku. Pozostała tylko ona, bogini piękności, gotowa na przyjęcie
kochanka.
On równieŜ był gotów.
Raz jeszcze spojrzał na pełne piersi, smukłą kibić i kuszące wygięcie bioder.
Ucieleśnienie kobiecej zmysłowości. Przegrał.
Jess miała na sobie jedynie szorty; najbardziej podniecający strój, jaki Tad kiedykolwiek
widział u kobiety. Rzuciła na niego urok. Był wściekły, lecz nie potrafił zapanować nad
podnieceniem.
A przecieŜ miało być zupełnie inaczej. Jess złamała ustalone wcześniej zasady i zaczęła grać
sama, wykorzystując swą urodę dla osiągnięcia przewagi.
Roześmiała się. Podeszła bliŜej i gorącymi, delikatnymi palcami dotknęła ramienia
męŜczyzny.
– Musisz jeszcze nauczyć się wielu rzeczy o kobietach – szepnęła. – NajwyŜszy czas, Ŝebyś
zapomniał o przeszłości i archaicznym szowinizmie. Miłość to coś więcej niŜ seks, coś więcej niŜ
czułe słowa.
– Kto mówi o miłości?
– Ja. Miłość jest wówczas, gdy dwoje ludzi darzy się zaufaniem, dzieli radością i smutkiem,
wspiera we wzajemnym dąŜeniu do celu. To równieŜ sztuka wyrzeczeń.
Tad z roztargnieniem słuchał jej słów. WciąŜ czuł dotyk szczupłej dłoni na swym ramieniu.
– Dlaczego lubisz wszystko komplikować? – odezwał się w końcu. – Nie wierzę w miłość.
Chcę tylko oszczędzić ci wielu przykrości.
– To dobrze. – Jess zatrzepotała długimi rzęsami. Jej twarz była coraz bliŜej...
Tad zamknął oczy w nadziei, Ŝe w ten sposób zapanuje nad swymi uczuciami.
Popełnił błąd.
W nozdrza uderzył go oszałamiający zapach kwiatów pomarańczy. Poczuł, Ŝe zwinne palce
kobiety niosą pieszczotę i obietnicę prawdziwej ekstazy. Pocałowała go. Musnęła ustami jego
tors, lekko chwyciła zębami twardy sutek na umięśnionej piersi.
Nie było ucieczki.
Tad zanurzył dłonie w jej włosach, zbliŜył usta do jej twarzy. Zaczął obsypywać
pocałunkami szyję, ramiona i plecy Jess. Pociągnął ją w stronę łóŜka.
Jess z wolna kierowała ruchami partnera, póki nie osiągnęli radosnego współbrzmienia.
Dwie niespokojne dusze zlały się w jedną – przynajmniej na chwilę.
Ich ciała pokryte były grubą warstwą potu.
Tad pojął, Ŝe nigdy nie uda mu się niepodzielnie zapanować nad Jessiką. Ukrył twarz w jej
włosach, chłonął czysty zapach kobiecego ciała. Pomimo zmęczenia, drŜał z emocji.
Jess roześmiała się beztrosko.
– Znakomicie nam poszło – zamruczała niczym roznamiętniona kocica. – Myślałam...
– Tasak... znakomicie – przerwał Tad. – Doskonale wiem, dlaczego to zrobiłaś.
– W drodze powrotnej z dŜungli przez cały czas byłeś zdenerwowany i opryskliwy.
Nie chciałeś wysłuchać tego, co miałam ci do powiedzenia. Musiałam więc w jakiś sposób
przyciągnąć twoją uwagę.
– Udało ci się znakomicie.
– Nigdy nie słuchasz głosu rozsądku.
– Ty równieŜ – szepnął jej wprost do ucha.
– Chciałam ci udowodnić, Ŝe jesteśmy dobrymi partnerami. śe naleŜymy do siebie.
– Wiedziałem to juŜ wcześniej.
– Ale ja mam na myśli coś więcej. Partnerami w Ŝyciu, nie tylko w łóŜku. Stoimy na tym
samym poziomie.
– Kobieta nigdy nie dorówna męŜczyźnie.
– Nawet nie mam takiego zamiaru. Chcę ci pomóc w wychowaniu Lizzie. Prócz tego mam
inne zajęcia, które są dla mnie równie waŜne, jak twoja praca dla ciebie. Lecz przede wszystkim
chcę, abyśmy wspólnie rozwiązali zagadkę napadów na twoją posiadłość i tajemnicę śmierci
Deirdre...
Kochali się dwukrotnie. Jess najwyraźniej była przekonana, Ŝe męŜczyzna bez sprzeciwu
podporządkuje się jej woli.
Tad usiadł.
– Dlaczego nie chcesz zrozumieć, Ŝe to na mnie spoczywa obowiązek podjęcia walki?
Jesteśmy w Australii.
– W ostatnim bastionie męskiego szowinizmu – mruknęła z łagodną kpiną w głosie.
– Australia niczym nie róŜni się od reszty świata. Liczy się tylko nasz związek. Skoro się
kochamy, twoja bitwa staje się moją bitwą. I na odwrót. PoniewaŜ cię kocham, nie ma rzeczy,
której bym nie uczyniła dla ciebie.
Jej oczy patrzyły szczerze, słowa brzmiały niekłamanym uczuciem, lecz Tad pamiętał, Ŝe
zazwyczaj w słodkiej polewie kryje się gorzkie lekarstwo.
„Twoja bitwa staje się moją bitwą.” Do diabła! Skąd w tej kobiecie kryło się tyle pewności
siebie? Nawet nie wiedziała, w co moŜe się wplątać.
Tad pokręcił głową. Czuł się nieswojo. Stał się zazdrosny o kaŜdy ruch, kaŜde spojrzenie
Jess. Miał ochotę ze wszystkich sił ustrzec ją przed groŜącym niebezpieczeństwem. A z drugiej
strony, pamiętał o swym postanowieniu, aby nie wiązać się z Ŝadną kobietą. Zwłaszcza taką, jak
Jessica Bancroft Kent. Chciał zachować męską niezaleŜność, poczucie wolności. Nie chciał, Ŝeby
ktokolwiek wtargnął w jego Ŝycie... a jednocześnie bał się samotności.
Klasyczny impas. Patrzyli sobie w oczy, panująca w pokoju cisza z kaŜdą chwilą stawała się
coraz bardziej dokuczliwa.
– Wiem, Ŝe trudno ci obdarzyć zaufaniem... kobietę – przerwała milczenie Jess. – Zwłaszcza
po doświadczeniach z Deirdre. Boisz się mnie. Lecz zrozum, mnie takŜe jest cięŜko. UwaŜałam,
Ŝ
e zniszczyłeś mi Ŝycie. Ale potrafię zapomnieć o przeszłości.
Znów uwaŜała się za lepszą od niego.
– Zniszczyłem ci Ŝycie? – Błękitne oczy pociemniały z gniewu. – Dobry dowcip.
– W czasie studiów wykorzystałeś mnie, aby zdobyć Deirdre.
– Co?!
– Chciałeś, Ŝeby z zazdrości wyszła za ciebie.
Tad nie wierzył własnym uszom. Wybuchnął niepohamowanym, gardłowym śmiechem.
Objął Jess.
– Nigdy nie miałem zamiaru cię wykorzystać. Nigdy cię nie okłamałem. Było zupełnie na
odwrót.
– Nie!
– Więc wytłumacz, dlaczego poszłaś ze mną do łóŜka, udając własną siostrę?
– Przez cały czas dobrze wiedziałeś, kim jestem!
– Nic podobnego. Poznałem prawdę dopiero po ślubie.
– Deirdre powiedziała mi... Ŝe... ty...
– Nie obchodzi mnie, co ci nagadała! – wybuchnął. Zamknął oczy.
Jess odsunęła się w najdalszy kąt łóŜka.
– Pamiętam tę noc, jakby to było wczoraj. Kochałam cię, lecz byłam przekonana, Ŝe ty
kochasz ją.
– Czyli wszystko w porządku. – Nie kpij, Jackson.
Skinął głową.
– Do wieczora pracowałam w laboratorium. Nagle wpadła Deirdre i wyznała mi z płaczem,
Ŝ
e zerwaliście ze sobą. Podobno oświadczyłeś, Ŝe chcesz spotykać się ze mną. Byłam
zaszokowana tą wiadomością. Nasze krótkie spotkania z reguły kończyły się sprzeczką. Nigdy
nie dałam po sobie poznać, jak bardzo mi się podobasz. Gdy wysłuchałam opowiadania Deirdre,
uznałam, Ŝe zrobiłeś to specjalnie, aby obudzić w niej zazdrość. Przekonywałam ją, Ŝe to
nieprawda, Ŝe nie mam z tym nic wspólnego. Wściekła, ubrałam się i pobiegłam w stronę
akademika, aby do końca wyjaśnić całą sprawę. Nie zauwaŜyłam, Ŝe w pośpiechu włoŜyłam
sweter Deirdre.
– Było ciemno – mruknął Tad. – Gdy pojawiłaś się przede mną w jej ubraniu... Nie przyszło
mi do głowy, Ŝe to ty. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie na korcie? Dlaczego nie powiedziałaś,
Ŝ
e się mylę?
– Nie wiem. Zawsze zachowywałam się dziwnie w twojej obecności. MoŜe wierzyłam, Ŝe
jeśli nadal będę udawać Deirdre, łatwiej nam będzie rozmawiać. MoŜe po prostu byłam zbyt
zdenerwowana... Spytałam, czy to prawda, Ŝe kochasz Jess.
– Odpowiedziałem, Ŝe tak.
– I rozzłościłeś mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam szlochać i prosić cię, Ŝebyś przestał mnie
dręczyć. Tak właśnie zachowałaby się Deirdre.
Wziąłeś mnie w ramiona... przytuliłeś. Chciałeś przeprosić. Bardzo szybko doszliśmy do
porozumienia...
– Nic dziwnego. Wyglądałaś tak kusząco... – Kochaliśmy się – szepnęła.
– Przez cały czas wierzyłem, Ŝe jestem z Deirdre. Z tą samą Deirdre, z którą chciałem
zerwać, poniewaŜ zamieniała się w bryłę lodu, gdy próbowałem jej dotknąć. Myślałem, Ŝe chodzi
jej wyłącznie o majątek Jacksonów – dodał gorzko.
– Wówczas nie miałam o tym pojęcia. Właśnie zamierzałam ci oznajmić, kim jestem, gdy
powiedziałeś: „Wyjdź za mnie, Deirdre. Jess nic mnie nie obchodzi. Naopowiadałem ci bzdur, bo
chciałem się przekonać, czy naprawdę mnie kochasz.” Serce zamarło mi z bólu. Nie wiedziałam,
jak zareagować na twoje słowa.
– Chciałem pojąć za Ŝonę kobietę, która rozpaliła ogień w mych Ŝyłach. Myślałem, Ŝe to
Deirdre.
– Nie kłam! – krzyknęła Jess.
– Nie kłamię. – Chwycił ją za ramię. – Dopiero podczas nieudanego miesiąca miodowego
dowiedziałem się, Ŝe popełniłem omyłkę. śe poślubiłem niewłaściwą osobę. Znienawidziłem cię,
poniewaŜ byłem przekonany, Ŝe z premedytacją podsunęłaś mnie siostrze.
– BoŜe... Jackson, nawet nie wiesz, jak bardzo cię kochałam. Gdy wziąłeś mnie za Deirdre
i poprosiłeś o rękę, poczułam się oszukana. Uciekłam. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić.
Jak zachować się wobec siostry? Przyznać się do wszystkiego? Przyznać się, Ŝe spędziłam
noc z tobą? Kilka godzin przesiedziałam w bufecie, pijąc jedną kawę po drugiej. W końcu
doszłam do wniosku, Ŝe najlepszym wyjściem będzie, jeśli wyznam jej prawdę. Kiedy wróciłam
do naszego pokoju, Deirdre nie było.
Głos Jessiki stał się cichy i nabrzmiały bólem.
– Zostawiła, mi kartkę z podziękowaniem za załatwienie sprawy i informacją, Ŝe gdy
próbowałam cię uwieść, cały czas wiedziałeś, z kim masz do czynienia. Podobno wyznałeś jej
prawdziwą miłość, a ona ci przebaczyła.
– Cholera! – Tad uderzył zaciśniętą pięścią w poduszkę.
– Czułam się podle wykorzystana... Potem wyjechaliście, aby się pobrać. Nie wiedziałam, co
mam ze sobą począć. Przez kilka dni byłam pogrąŜona w rozpaczy. Później usiłowałam sobie
wytłumaczyć, Ŝe zakochałam się w nieodpowiednim męŜczyźnie, Ŝe powinnam znaleźć kogoś,
kto będzie dla mnie podporą w trudnych chwilach i zrozumie cel, jaki przyświecał mej pracy.
Poślubiłam Jonathana. Niewiele to pomogło. Nie potrafiłam oszukać swoich prawdziwych uczuć.
Rozpoczęłam karierę zawodową, urodziłam dziecko... Sam wiesz, co było dalej. W zeszłym roku,
w Kalkucie, Deirdre wyznała mi część prawdy...
– Deirdre... – Twarz Tada wykrzywił bolesny grymas. – Przez wszystkie lata potępiałem cię,
Ŝ
yjąc u boku prawdziwej winowajczyni. JuŜ dawno powinienem domyślić się, co zaszło.
– Przeszłość nie wróci – zbolałym głosem szepnęła Jess. – Naprawdę kochałeś mnie
wówczas?
Tad spojrzał na pobladłą twarz kobiety. Głośno przełknął ślinę.
– Kochałem. Kochałem tylko ciebie – odpowiedział równieŜ szeptem. – Zawsze.
Nawet gdy poślubiłem Deirdre. Nawet wówczas, gdy cię nienawidziłem.
Twarz Jess pozostawała nienaturalnie blada. Tad ujął jej rękę w swoje dłonie.
– Zbłądziliśmy oboje. JuŜ po wszystkim – powiedział łagodnie. Przycisnął do ust jej palce. –
Teraz liczy się tylko przyszłość.
– Tak – odparła. – Nasza przyszłość.
– Zabierzesz ze sobą Lizzie i wyjedziecie z Australii. Dołączę do was, jak tylko uporam się
z kłopotami.
Jess obrzuciła go uwaŜnym spojrzeniem.
– Niczego nie zrozumiałeś – powiedziała miękko. – Zostaję z tobą. Na zawsze. Nie zaznam
spokoju, jeśli będę musiała martwić się o ciebie.
– Mówisz jak męŜczyzna – zauwaŜył.
– Nieprawda. Po prostu twoja znajomość kobiet zatrzymała się na poziomie średniowiecza. –
Uniosła ramiona nad głowę i przeciągnęła się lekko. – Fakt, Ŝe jesteś męŜczyzną, nie daje ci
Ŝ
adnej przewagi nade mną. Podobnie ja nie czuję się skrępowana świadomością, Ŝe jestem
kobietą.
Jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech. – Do tej pory tego nie zauwaŜyłeś?
Tad nie mógł oderwać od niej wzroku. Jess przesunęła się lekko. Słoneczny promień
zatańczył na jej skórze, wydobywając z mroku kuszące kształty kobiecego ciała.
– Kocham cię – powiedziała – i dzięki temu staliśmy się jednością.
Naprawdę? Miał bez sprzeciwu przyjąć jej warunki? Czy naprawdę tak dobrze go znała?
Przez całe Ŝycie był sam. Dopiero teraz zrozumiał, ile trosk i radości niesie obecność drugiej
osoby.
Czy w imię wyŜszego celu mógł ryzykować? WciąŜ wyczuwał groŜące niebezpieczeństwo.
Jess mogła być bardzo pewna siebie, ale to nie chroniło jej przed kulą. Ani przed
„przypadkowo” uruchomionym buldoŜerem. Mogłaby ponieść śmierć w ciągu sekundy, gdyby
czyhający wróg zyskał szansę przeprowadzenia skutecznego ataku.
Tad chciał głośno wyrazić swe obawy, lecz nieoczekiwanie poczuł między udami ciepłą
kobiecą dłoń. Jess przesunęła palcami po szerokim torsie męŜczyzny.
– Staliśmy się jednością – powtórzyła. – Partnerami na dobre i złe.
– Ale...
Jess nie pozwoliła mu skończyć. – Partnerami na całe Ŝycie.
Sięgnęła dłonią niŜej. Tad miał wraŜenie, Ŝe kaŜdą komórkę jego ciała przeszył impuls
elektryczny.
– To nic nie pomoŜe – mruknął, lecz w jego głosie nie było nawet cienia stanowczości.
Pogładziła go po policzku. – ZałoŜymy się?
Musnęła językiem jego ucho. Tad ponownie zamknął oczy i poddał się pieszczotom.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Lekka mgła unosiła się z wilgotnego poszycia tropikalnego lasu. Tad z trudem torował sobie
drogę wzdłuŜ zarośniętej ścieŜki. Było parno, nieruchomego powietrza nie mącił nawet
najlŜejszy powiew wiatru. MęŜczyzna spływał potem, lecz nie zwracał na to uwagi.
Prognoza przewidywała znakomitą pogodę do odbycia długiego lotu.
Tad miał zamiar opuścić wyspę. Bez Jess.
W pamięci wciąŜ miał zaciętą dyskusję i determinację, z jaką Jessica zamierzała pomagać mu
trudnych chwilach. Czuł się jak oszust, lecz nie mógł dopuścić, aby naraŜała się na
niebezpieczeństwo. Właśnie otrzymał wiadomość od Kirka, Ŝe wydarzenia w okolicy Jackson
Downs przybrały na sile. Celem nowego ataku stała się posiadłość Martinów, a u Noelle
i Grangera czyniono przygotowania do ostatecznej rozprawy. Tad próbował skontaktować się
z Ianem McBainem, lecz adwokat wyjechał właśnie do Jackson Dowas, by dopilnować
formalności, związanych ze sprzedaŜą gruntu.
Nie było czasu na dalsze wahania. Z rozbrajającym uśmiechem Tad poinformował Jessikę,
Ŝ
e wybiera się na kilkugodzinny połów ryb i ruszył w kierunku odległego lądowiska.
Nie dowierzał Martinom, choć właśnie im miał zamiar sprzedać swoją posiadłość.
Najbardziej zastanawiał go fakt, Ŝe Granger zdecydował się na kupno. Ten sam Granger,
który zwykle starał się unikać wszelkich kłopotów. Ten sam, który przed kilku laty wystawił na
sprzedaŜ teren, naleŜący obecnie do Jacksona...
Zza drzew dobiegł warkot uruchomionego silnika cessny. Tad przyśpieszył kroku. W głębi
serca czuł, Ŝe dzieje się coś niedobrego.
Przerzucił plecak przez ramię i zboczył ze ścieŜki, próbując krótszą drogą dotrzeć do
lądowiska. Rozgarnął nisko zawieszone gałęzie i wynurzył się na polanę, na której stał niewielki,
biało-pomarańczowy samolot.
Ś
migło cessny obracało się coraz prędzej, aŜ po chwili zaczęło przypominać wirującego
bąka.
Silnik zahuczał głębokim basem.
Kto, u diabła, miał czelność...
Tad przypomniał sobie nieznajomego męŜczyznę, który onegdaj próbował uruchomić
buldoŜer. CzyŜby teraz usiłował porwać samolot?
W tej samej chwili rozpoznał sylwetkę pilota. Powinien był domyślić się wcześniej.
Z kokpitu wesoło machała Jess. Za fotelem pilota Tad dostrzegł pobladłą twarz Meety
i podekscytowaną buzię Lizzie.
Z wściekłością zacisnął pięści. Okazał się głupcem przypuszczając, Ŝe uda mu się uciec.
Gdy wychodził rankiem, Jess przeciągnęła się leniwie na łóŜku i obdarzyła go sennym
uśmiechem. Przesłała mu poŜegnalny pocałunek i zniknęła pod kołdrą. Tad po cichu spakował
się i rozpoczął pieszą wędrówkę przez dŜunglę. Jess prawdopodobnie skorzystała z łodzi
Wally’ego, aby wcześniej dotrzeć do samolotu.
Teraz z uśmiechem otworzyła drzwi kabiny i gestem zaprosiła przybysza do wnętrza. Tad
kipiał z gniewu. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak ktokolwiek mógł bez zezwolenia wsiąść do
jego samolotu i manipulować delikatnymi urządzeniami, które przez lata pieczołowicie chronił
i konserwował.
Ze złością złapał Jess za nogę i silnie pociągnął. Wypadła z kabiny, a on stracił równowagę.
Upadli na trawę. Zwinnym ruchem chwycił kobietę za nadgarstki i przytrzymał, aby nie
mogła mu uciec.
– Co ty wyprawiasz? – wrzasnął, starając się przekrzyczeć huk silnika.
– WyjeŜdŜam z tobą! – odpowiedziała w ten sam sposób.
– Mówiłem ci juŜ wczoraj, Ŝe zabierzesz Lizzie i wrócisz do Kalkuty.
– Nigdy się na to nie zgodziłam! – Dlatego postanowiłem...
– Nie pozwolę ci sprzedać posiadłości! To niczego nie rozwiąŜe!
– Nieprawda! Od trzech lat przynosi mi wyłącznie straty! Kilku moich ludzi cudem uniknęło
ś
mierci!
– Nie.
– Co to znaczy „nie”? Mówimy o mojej własności! – To znaczy, Ŝe nie opuścimy Australii,
póki nie wyjaśnimy sprawy do samego końca!
– Mam dość samotnej walki przeciw wszystkim. – Nie jesteś juŜ sam.
– I to właśnie spędza mi sen z powiek – powiedział łagodniejszym tonem. – Czy nie potrafisz
zrozumieć, Ŝe gdyby groziła ci krzywda, byłbym zdolny do kaŜdego ustępstwa?
– Oboje tkwimy w tym po uszy.
– Nie. Deirdre była moją siostrą. Jestem przekonana, Ŝe jej śmierć ma wiele wspólnego
z wydarzeniami w Jackson Downs.
– Nie mam zamiaru dopuścić, Ŝebyś zginęła w ten sam sposób!
– Jesteś w błędzie, jeśli uwaŜasz, Ŝe będziesz mógł mnie utrzymać poza linią frontu, niczym
ładunek prowiantu.
– Skoro twierdzisz, Ŝe masz w sobie nieco uczucia do mnie lub do Lizzie, powinnaś choć raz
bez sprzeciwu posłuchać moich poleceń!
– Nie boję się. Nawet jeśli ty jesteś tchórzem. – Co?!
– A cóŜ to za dzielny chłopiec ma zamiar sprzedać ziemię, naleŜącą do jego rodziny i umyć
ręce od całej sprawy?
– Prawda wygląda całkiem inaczej.
– Coś podobnego! Więc moŜe zdradzisz mi tajemnicę swojego postępowania.
– Lepiej pilnuj własnego nosa.
– Nie jestem Deirdre i nie uda ci się odsunąć mnie od swoich problemów! Twoje kłopoty są
równieŜ moimi kłopotami! Kocham Lizzie jak własną córkę!
– Słodki BoŜe! Nie mieszaj się do mojego Ŝycia!
– To takŜe moje Ŝycie, a ty i Lizzie jesteście jego częścią.
– Jeśli mamy myśleć o wspólnej przyszłości... – Nie bierz mnie pod włos, nie ustąpię!
Tad westchnął głęboko.
– Nie pojedziesz do Jackson Downs. To moje ostatnie słowo. Nie dopuszczę, aby kobieta
mieszała się do spraw, które sam potrafię załatwić. Jeśli postąpisz wbrew mojej woli, między
nami wszystko skończone. Rozumiesz?! Skończone!
Od strony fotela pilota do uszu Jess dobiegło kilka stłumionych przekleństw.
Westchnęła cicho. Kątem oka zerknęła w stronę naburmuszonego męŜczyzny, który
ponurym wzrokiem obserwował migoczące zielonkawym światłem przyrządy. Jak dotąd, cała
podróŜ przebiegała w podobnym nastroju i mimo Ŝe pokonali pokaźną odległość, w zachowaniu
Tada nie było widać Ŝadnej zmiany.
Jess opuściła, głowę. Nie chciała, Ŝeby pilot zauwaŜył jej zdenerwowanie.
JuŜ kilka godzin temu pozostawili za sobą szarozieloną powierzchnię oceanu. Pod brzuchem
samolotu rozciągała się spalona słońcem i poprzecinana wąskimi szczelinami, czerwona równina
Queenslandu.
Lizzie i Meeta cichutko siedziały z tyłu kabiny. Hinduska była najwyraźniej przeraŜona
niecodzienną podróŜą. Cicha i łagodna z natury, nie potrafiła zrozumieć zachowania kogoś tak
gwałtownego i upartego, jak Tad Jackson.
Jess była przekonana, Ŝe dokonała jedynego właściwego wyboru. Jackson zbyt zaangaŜował
się w rozgrywkę z tajemniczymi napastnikami, przez co zatracił zdolność obiektywnej oceny
sytuacji. Potrzebował pomocy kogoś z zewnątrz, kogoś, kto by potrafił ze spokojem spojrzeć na
przebieg wypadków w Jackson Downs i w okolicy. Jess była znakomicie przygotowana do
takiego zadania.
Spodziewała się, Ŝe z czasem uzyska przebaczenie Tada i Ŝe wszystko powróci do normy.
Lecz widok zaciętej miny męŜczyzny powodował, Ŝe od kilku minut zaczęła powątpiewać
w słuszność swoich racji. W dole ukazała się kępa drzew.
– To tutaj! – odezwał się Tad i wskazał palcem przez okno. – Tu kończy się obszar Martin
Reach, a zaczynają tereny Jackson Downs.
Jess skinęła głową. Poczuła ulgę, Ŝe Tad przerwał milczenie.
– Na przełomie wieków było tu dobre miejsce na wypas – ciągnął męŜczyzna. -
Teraz jest tylko pustynia. Postępująca erozja gruntu spowodowała, Ŝe ziemia stała się kwaśna
i pozbawiona warstwy trawy.
Mówił zimnym, beznamiętnym głosem. Jess poczuła bolesne ukłucie w głębi serca, lecz
dumnie uniosła głowę i zmusiła się do uśmiechu.
Cały obszar nosił widoczne ślady długotrwałej suszy. Z wyblakłego nieba lał się słoneczny
Ŝ
ar, a kilka pojedynczych obłoków sprawiało wraŜenie równie pozbawionych wilgoci, jak leŜąca
w dole ziemia. Tad zniŜył lot. W korycie przegrodzonej tamą rzeki widać było nieco śladów
wody, lecz niemal całkowicie pochłoniętej przez błotniste podłoŜe.
– Mamy dwadzieścia odwiertów – ponownie odezwał się Tad – tyle samo pomp i wiatraków
dostarczających energię, lecz to nie wystarcza. W czasie suszy bydło nie potrafi znaleźć
wystarczającej ilości paszy. Zakup odpowiedniej ilości karmy dla duŜego stada staje się
nieopłacalny, nie mówiąc o tym, Ŝe niemoŜliwy do przetransportowania. Zwierzęta padają. Od
najbliŜszego punktu skupu Ŝywca dzieli nas kilkaset kilometrów. Nie wiem, co będzie
w przyszłości. Niektórzy z Australijczyków rozpoczęli bezpośrednią sprzedaŜ wołowiny na rynek
amerykański. Teraz Amerykanie sami posiadają nadwyŜki mięsa i nie wiedzą, co z tym zrobić.
Sześć lat temu kupiłem ten teren od Martinów. Dziś chcą go odkupić z powrotem. – Musi być
jakieś inne rozwiązanie!
Tad spojrzał na nią z cynicznym uśmiechem. Jess odwróciła wzrok w stronę okna i zagryzła
wargi. Równina zdawała się nie mieć końca. Była zbyt wielka dla samotnego człowieka. Surowa
ziemia, która spowodowała śmierć niejednego odkrywcy i poszukiwacza przygód. MoŜe właśnie
dlatego Australijczycy rzadko decydowali się na zakładanie osiedli w głębi pokrytego buszem
kontynentu, pozostając na zarośniętym zielenią wybrzeŜu.
– W Ameryce pustynie Zachodu były dla wędrowców synonimem prawdziwej wolności.
MoŜe dlatego, Ŝe leŜały na szlaku wiodącym do Ziemi Obiecanej – Kalifornii. Australijczycy
nigdy nie mieli podobnych skojarzeń. Pierwsi osadnicy przybywali tu jako skazańcy, a interior
traktowali niczym kraty zamykające celę. Bali się go i nienawidzili.
W dole ukazały się postrzępione szczyty skał, głębokie wąwozy i piargi.
– Nie chciałabym, Ŝebyśmy musieli tu lądować – powiedziała Jess.
– Kilka lat temu w pobliŜu tych skał rozbił się samolot Holta Martina. Pilot zginął na
miejscu. Maszyna utknęła w wąwozie i przez długi czas pozostawała niewidoczna dla innych
samolotów przeszukujących okolicę. Holt, gdyby ocalał, musiałby zejść ze stromego zbocza
i starać się dotrzeć do równiny, a kaŜda próba samotnej wędrówki przez busz równa się powolnej
ś
mierci. Od najbliŜszej zamieszkałej grupy domów dzieli nas kilkaset kilometrów. Noelle
odnalazła wrak dopiero po miesiącu.
– Noelle?
Przez twarz Tada przebiegł cień niezadowolenia. – Kuzynka Marlinów. Z Ameryki.
Podejrzewam, Ŝe to ona kryje się za wszystkimi wydarzeniami.
– Dlaczego tak uwaŜasz?
– Jest tu obca.
– To niewystarczający powód.
Tad zgrzytnął zębami.
– Chodzi o to, Ŝe do jej przyjazdu panował spokój. Wyjechała z Luizjany, poniewaŜ wszyscy
członkowie rodziny mieli serdecznie dość jej pomysłów i zachowania. Gdziekolwiek się pojawi,
staje się źródłem nieustannych kłopotów. Od śmierci Holta poczęła węszyć po okolicy i wtrącać
się w nie swoje sprawy.
– Tak jak ja.
– Kiepska rekomendacja. Krótko przed śmiercią Holta usiłowała skłócić go z Grangerem.
Teraz próbuje tego samego pomiędzy Grangerem a mną.
– PrzecieŜ Granger ma zamiar kupić twoją ziemię.
– To prawda.
– Dlaczego więc nie kierujesz podejrzeń w jego stronę?
– PoniewaŜ jego posiadłość jest obiektem równie gwałtownych ataków, jak moja.
– Mówiłeś mi kiedyś, Ŝe nosił się z zamiarem wyjazdu z Australii. W takim razie dlaczego
kupuje nowe grunty?
– Do diabła, gdybym znał odpowiedź na twoje pytania, juŜ dawno rozwiązałbym całą tę
sprawę! Cessna zakołysała się gwałtownie i Tad skupił uwagę na przyrządach sterowniczych.
Zamilkł. Przez kilka następnych godzin nie odezwał się słowem.
Dopiero gdy słońce pochyliło się nisko nad horyzontem, odwrócił oczy od blasku.
– Cholera! – mruknął pod nosem.
Przez chwilę Jess była przekonana, Ŝe zaklął, poniewaŜ ostre światło utrudniało mu
prowadzenie samolotu. Nagle w oddali zauwaŜyła wąską smugę czarnego dymu.
– Co to? – szepnęła.
Tad zacisnął zęby i milczał.
W dole ukazało się kilka zabudowań. Dwupiętrowy dom mieszkalny, baraki pracowników
sezonowych, pralnia, szopa, stajnia i duŜa obora. Jeden z budynków stał w ogniu. Wokół uwijała
się grupa ludzi.
– Jesteśmy na miejscu – ponuro mruknął Tad. – Podpalono Jackson Downs.
Skierował maszynę w stronę lądowiska.
Cessna z łoskotem zatrzymała się na końcu pasa startowego. Tad otworzył drzwiczki kabiny
i wyskoczył, po czym wyciągnął rękę do Jess.
W powietrzu panował upał niczym w pobliŜu hutniczego pieca. Czerwony pył zdawał się
osiadać na wszystkim – na kamieniach, budynkach, drzewach... Wciskał się za ubranie. Dwa
landrovery i półcięŜarowy jeep przypominały wraki pokryte grubą warstwą rdzy.
Tad niezbyt delikatnie postawił Jess na ziemi, po czym pomógł wysiąść pozostałym
pasaŜerkom. Kobieta zauwaŜyła, Ŝe dom został wzniesiony bardzo starannie. Nawet pomimo
wszechobecnego kurzu zachwycał swą architekturą oraz wykończeniem. Stanowił prawdziwą
oazę pośrodku pustyni. Posiadał solidne mury i ocienione werandy, a w jego otoczeniu wyrastało
kilka rozłoŜystych drzew tamaryndowca. Jess poczuła szaloną radość, Ŝe wreszcie moŜe
zobaczyć dom Tada. Mocno pragnęła, aby stał się takŜe jej domem.
W nozdrza uderzył ją zapach palonego drewna i dymu. Suchy język przywarł jej do
podniebienia. Usłyszała przeraźliwe rŜenie spłoszonych koni.
– Stajnia! – wrzasnął Tad. Szarpnął ją za rękę. Jess zaczęła biec.
DuŜy drewniany budynek stał w płomieniach. Tad skoczył w stronę krępego męŜczyzny,
mocującego się z opornym skoblem.
– Do cholery, co ty wyprawiasz, McBain?!
Ian obrócił się. Na jego twarzy widniał wyraz przeraŜenia. Wspólnymi siłami odciągnęli
cięŜkie wierzeje.
Dziesiątka rozszalałych koni wypadła na zewnątrz. Tad własnym ciałem osłonił wystraszoną
Jess. W drzwiach stajni ukazał się męŜczyzna w płonącej koszuli, długim biczem ponaglający
zwierzęta do szybszego biegu. Przebiegł jednak tylko kilka kroków i cięŜko osunął się na ziemię.
Tad i Jessica byli tuŜ przy nim. Tad zerwał z pleców leŜącego resztki płonącej koszuli
i stłumił ogień. W powietrzu unosił się zapach przypalonego ciała. Jess spojrzała na pokrytą
sadzą i kurzem twarz rannego. Z dala nadbiegali pracownicy farmy.
– Kirk! Ty wariacie! – Tad klęknął obok leŜącego. Zaklął cicho. Z pomocą Iana powoli
dźwignął go na nogi. – Bandyci!
– Pisałem ci, Ŝe sprawy mają się coraz gorzej – jęknął Kirk. – Powinieneś wrócić juŜ dawno.
Co cię zatrzymało?
W tej samej chwili jego wzrok padł na stojącą obok Jess.
– Deirdre... Znalazłeś ją...
– Nie.
– Ty cholerny cwaniaku... – wychrypiał Kirk. Zamknął oczy. Muskularne ciało opadło
bezwładnie. Z ust rannego wydobył się cichy szept. Jess pochyliła głowę, by lepiej słyszeć.
– Julia...
Kobieta spojrzała pytająco na Tada.
– To moja młodsza siostra. Jego Ŝona. Jest teraz w Teksasie, spodziewa się dziecka. Jeśli coś
złego spotka Kirka...
– Dotąd byłam przekonana, Ŝe zginęła jako mała dziewczynka.
– Wszyscy myśleliśmy podobnie, ale okazało się, Ŝe przeŜyła porwanie. Kirk odnalazł ją
i sprowadził do domu. To długa historia: – UwaŜnie spojrzał na rany szwagra, po czym odwrócił
wzrok w stronę Jess.
– Proszę – w jego głosie zabrzmiała nuta błagania – nie pozwól mu umrzeć.
ROZDZIAŁ DWUNASTY
W przypadkach szczególnego zagroŜenia Ŝycia, najwyŜszą władzę przejmuje lekarz.
Tad ze zgrozą zauwaŜył, Ŝe pomimo niebezpieczeństwa i szalejącego wokół poŜaru, na
twarzy Jess pojawił się uśmiech tryumfu. MęŜczyzna zacisnął zęby w niemej wściekłości.
Pozostawało mu jedynie wierzyć, Ŝe doktor Bancroft w pełni wykorzysta umiejętności,
o których tak wiele opowiadała.
Ponuro obserwował, jak dwóch jego pracowników, potęŜnych chłopów o zaciętych twarzach,
bez zmruŜenia powieki wykonuje wszelkie polecenia kobiety.
W ciągu niespełna godziny, Jessica Bancroft Kent w pełni przejęła władzę nad domem,
ludźmi i dobytkiem Tada Jacksona. Nawet on sam został podporządkowany jej woli.
To prawda, błagał o uratowanie Kirka, ale takŜe opanował panikę wśród zwierząt, rozstawił
straŜe, rozesłał ludzi w poszukiwaniu zbiegłych koni... Tymczasem w opinii wszystkich,
bohaterką dnia była, Jess.
Doskonale czuła się w roli pani domu. Nawet leniwa gospodyni Jacksona spoglądała na nią
z niepohamowaną czułością. Jess zdobyła jej serce, wyraŜając współczucie, Ŝe tak delikatna
osoba musi pracować w towarzystwie nieokrzesanych męŜczyzn. Tad uśmiechnął się gorzko.
– Potrzebuję jeszcze kilku zimnych okładów – łagodnym tonem odezwała się Jess.
Gospodyni pośpiesznie podreptała w stronę kuchni.
Nawet nie skrzywiła ust, jak czyniła to zawsze, ilekroć otrzymywała jakieś polecenie.
Ian z zaciekawieniem obserwował troskliwe ruchy lekarki pochylonej nad Kirkiem.
Spojrzał na nieszczęśliwą minę Tada i wybuchnął głośnym śmiechem. Bez wątpienia był
przekonany, Ŝe Jackson juŜ dawno wpadł w sidła pięknej Jessiki.
A cóŜ miał począć Tad? Nic, póki Ŝyciu Kirka groziło niebezpieczeństwo.
Twarz rannego pokrywały grube krople potu. Przed wyjazdem Julii do Teksasu Tad obiecał
jej, Ŝe Kirk cały i zdrów przyjedzie asystować przy narodzinach dziecka.
– Jak on się czuje? – wymruczał przez zaciśnięte zęby.
– Lepiej. Odczuwa dotkliwy ból, lecz większość poparzeń ma charakter czysto
powierzchowny. Teraz przede wszystkim potrzebuje spokoju i długiego wypoczynku.
Tad chrząknął, chciał coś powiedzieć, zamyślił się, po czym opadł na fotel stojący tuŜ obok
łóŜka.
– Powinniśmy zostawić go teraz samego. – Jess ruchem dłoni wyprosiła obecnych z sypialni.
– Ty teŜ, Jackson.
– Dobrze. – Zerwał się szybko. – Cholera, ciesz się, Ŝe mam wiele spraw do załatwienia i nie
mogę nadzorować tego, co robisz.
– Z wzajemnością – mruknęła zgryźliwie, po czym przesłała męŜczyźnie promienny
uśmiech.
Tad pozieleniał ze złości.
– Ja jestem właścicielem Jackson Downs – wycedził. – Pamiętaj o tym.
– Przyjechałam tutaj, aby ci pomagać – szepnęła cicho, lecz w jej słowach czaiła się iskra
buntu.
Tad czuł na sobie uwaŜne spojrzenie stojącego w holu McBaina.
– Jest jeszcze coś, o czym powinnaś pamiętać – powiedział. – Nie zapraszałem cię tutaj. Gdy
tylko będzie po wszystkim, chcę, Ŝebyś wyjechała.
Twarz Jess przybrała, barwę kredy.
– Podjęłaś decyzję z chwilą, gdy wsiadłaś do samolotu. Udowodniłaś, Ŝe nigdy nie będziemy
w stanie dojść do porozumienia. Przestało mnie obchodzić, jak dobra jesteś w łóŜku lub jakiej
pomocy udzielisz mi podczas pobytu w Australii.
Dostrzegł wyraz bólu w jej oczach, lecz nie przerwał przemowy.
– Nie uda ci się zmienić mojej decyzji. Chcesz dominować – a to zbyt wiele dla męŜczyzny
takiego jak ja.
– Nie, Jaclcson – powiedziała miękko. – Potrzebujesz mnie i to wprawia cię w największą
wściekłość. Chcesz kobiety uległej? Deirdre była właśnie taka, a wasz związek nie naleŜał do
szczęśliwych!
– Zmieniasz temat.
– Twoja posiadłość jest olbrzymia. Potracisz sam zapanować nad całością? Kirk...
– Zostaw Kirka w spokoju. Wykorzystujesz jego wypadek, aby ośmieszyć mnie w oczach
pracowników i zdobyć ich poparcie.
– Jackson, zagrałeś nie fair... nawet jak na ciebie. Zdawał sobie sprawę, Ŝe powiedziała
prawdę, ale miał dość jej ciągłej nieomylności. Wybiegł z pokoju. Choć przez chwilę chciał być
od niej daleko.
W drzwiach zatrzymał go Ian.
– Co z dokumentami? – spytał.
Wbrew woli Tad obrócił się i popatrzył w kierunku Jess.
– Podpiszę jutro – mruknął.
Usłyszał cięŜkie westchnienie kobiety.
– Dlaczego? – Spojrzenie Inna wędrowało niespokojnie po pokoju.
– Muszę się z tym przespać – odparł Tad.
– PrzecieŜ juŜ wyraziłeś zgodę – nalegał McBain. Tad widział wypełnione bólem oczy
Jessiki.
– Jutro, Ian. Dzisiaj daj mi juŜ spokój.
Tad spędził noc w stróŜówce. Nie mógł zasnąć. Wiercił się i przewracał z boku na bok, lecz
to nie myśl o sprzedaŜy posiadłości spędzała mu sen z powiek. W pomieszczeniu nie działała
klimatyzacja, a moskitiera świeciła dziurami. Kilka natrętnych owadów wciąŜ brzęczało mu
wokół ucha. Ponownie sięgnął po stojącą w pobliŜu butelkę whisky. Tylko dzięki solidnej porcji
alkoholu mógł w ogóle wytrzymać w łóŜku.
Na zewnątrz baraku świeciła Ŝółta latarnia. Na wprost pryczy, na której spoczywał Tad,
wisiał wycięty z jakiegoś kalendarza akt ponętnej blondynki. Kształty kobiety mimo woli
kierowały jego myśli w stronę Jess. Pięknej, namiętnej Jess, śpiącej spokojnie gdzieś
w chłodnym wnętrzu głównego budynku w schludnym, pokrytym białą pościelą łóŜku...
Tad jęknął. Podobne wyobraŜenia sprawiały mu ból, przywoływały wspomnienia wspólnie
spędzonych nocy.
Gdy w końcu pogrąŜył się w półśnie, weszła Jess. Jej oczy migotały z trudem skrywaną
namiętnością, rozchylone usta kusiły pocałunkiem... Wskoczyła na łóŜko i z taką siłą wdusiła
Tada w pościel, Ŝe nie mogąc złapać oddechu, zaczął tłuc dłonią w ścianę. Ned, który spał
w drugim końcu pomieszczenia, zerwał się i chwycił go za ramię.
– Niezły sen – rzucił drwiąco. Tad spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.
– Odczep się, do cholery – mruknął zmieszany.
Następny dzień minął spokojnie. Jackson Downs i Martin Reach pozostały nietknięte, choć
w powietrzu nadal czaiła się groźba nowego ataku.
Tad z ponurą miną wysłuchał kolejnej opowieści, wychwalającej zalety Jess, po czym
odesłał ludzi do nowych zadań. Kobieta zdobywała wyraźną przewagę swą uprzejmością, troską
i zrozumieniem.
– MacKay czuje się juŜ całkiem dobrze. Godzinę rozmawiał z Ŝoną przez radio. Pani doktor
jest teraz w obejściu. Sprząta. – Ned uśmiechnął się szeroko.
Tad skrzywił się. Miał potęŜnego kaca i oglądał świat w czarnych barwach.
– Kiedyś bardziej mi się tu podobało – mruknął. Wsunął bolącą głowę pod kran i odkręcił
kurek z zimną wodą.
– Nakłoniła nawet pańską gospodynię do pracy. Szefie, dzisiaj by jej pan nie poznał –
z uśmiechem mówił Ned. – Jest słodka jak miód.
– Nie wierzę.
– Mówię prawdę – zaperzył się Ned. – Pani doktor doskonale wie, jak z nią postępować.
Zapędziła takŜe do pracy poganiaczy, a teraz smaŜy kotlety. Przepysznie pachnące kotlety!
Tad z rozmachem cisnął ręcznik na łóŜko i wciągnął koszulę.
– Pani doktor okazała się takŜe znakomitym weterynarzem – kontynuował niestrudzony Ned.
– Chyba nie pozwoliłeś jej zajmować się inwentarzem? – warknął Jackson.
– Nie, ale wzięła się do leczenia psa Dane’a. W zeszłym tygodniu Wheeler został pogryziony
przez węŜa. Niby niejadowitego, ale rany zaczęły się paprać i zwierzę było bliskie śmierci.
Chłopaki i Lizzie bardzo się tym zmartwili. PotęŜny Wheeler rasy queensland heeler był
ulubieńcem wszystkich pracowników.
– Powinien pan zobaczyć, jak bawią się z Lizzie.
– Wcale nie mam zamiaru tego oglądać.
– Pani doktor jest najbardziej troskliwą kobietą, jaką spotkałem.
– Na pewno.
– Hej... – Wzrok Neda padł na roznegliŜowaną blondynkę z kalendarza. – Ona bardzo
przypomina panią doktor, prawda, szefie?
Mrugnął znacząco w stronę Tada.
Jackson poczuł, Ŝe grozi mu nagły atak furii. Miał ochotę udusić swego rozmówcę gołymi
rękoma.
– Kto w ogóle pozwolił wam wieszać na ścianach takie bezeceństwa! – Wyładował swój
gniew na bogu ducha winnej fotografii, zrywając ją ze ściany i gniotąc w olbrzymich dłoniach.
Obecni w pomieszczeniu męŜczyźni znacząco spojrzeli po sobie.
Tad szarpnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Z baraku dobiegały zaciekawione głosy.
– Co go ugryzło?
– Nie trzeba być geniuszem, Ned, Ŝeby domyślić się, o co tu chodzi.
Zapanowała ogólna wesołość.
– To jest dopiero kobieta! W niczym nie przypomina poprzedniej.
– Szef juŜ dostał nauczkę, nic dziwnego, Ŝe teraz tak się wścieka.
Ś
więte słowa. Tad pobladł pomimo opalenizny. Woń, bijąca od zagrody z inwentarzem,
przyprawiała go o mdłości. Przepalony alkoholem Ŝołądek wyprawiał dziwne podskoki.
Podłoga werandy zakołysała się niczym pokład okrętu. Tad mocno chwycił się balustrady.
– Do diabła z nimi wszystkimi. Do diabła!
Przez chwilę miał zamiar powrócić do baraku i za pomocą pięści wymusić respekt dla
własnej osoby. Po namyśle zrezygnował jednak z tego zamiaru i zebrawszy siły, poczłapał
w głąb dziedzińca..
W połowie drogi zatrzymał się i sięgnął do kieszeni po papierosa. Zapalił. Zaciągnął się
głęboko. Poczuł zawroty głowy i nowy atak mdłości. Wściekły, cisnął papierosa na ziemię
i zdeptał go obcasem.
Popełnił powaŜny błąd, zezwalając Jess na przyjazd do Jackson Downs. W ciągu kilku
godzin wywróciła dotychczasowy porządek do góry nogami. Zbuntowała pracowników. Co
najgorsze – spowodowała, Ŝe Tad zaczął zastanawiać się nad własnym postępowaniem.
Tad zdecydował, Ŝe ma prawo mieszkać we własnym domu i zrezygnował ze spędzenia
kolejnej nocy w barakach. Wieczorem pojawił się na kolacji. Miał zamiar przeprowadzić
powaŜną rozmowę z Innem, sprzedać posiadłość i raz na zawsze skończyć z dominacją kobiet.
Na kaŜdym kroku wyczuwał obecność Jess. Poczuł się obco w budynku, który przez wiele lat
był mu domem. Wszystkie pomieszczenia błyszczały czystością. Tad, nie zauwaŜony, przeszedł
obok gospodyni i ruszył w poszukiwaniu Inna.
Jess była w kuchni.
Tad miał zamiar minąć ją bez słoma, lecz w nozdrza uderzył go smakowity zapach świeŜych
befsztyków, budyniu i cytrynowego ciasta. Psiakrew, dlaczego uwzięła się, Ŝeby go draŜnić?
Wszedł, głośno stukając butami i oparł się o ścianę. Był ucieleśnieniem rozgniewanego
samca; nie pasował do schludnego wnętrza. Pachniał kurzem i krowami... i mimo wielu godzin
spędzonych na świeŜym powietrzu, zalatywała od niego woń wypitej w nocy whisky.
Jess podniosła wzrok znad ksiąŜki kucharskiej i obdarzyła go promiennym uśmiechem.
– Cześć – powiedziała.
„Cześć.” To miało wystarczyć za niedolę i rozterki, jakie przeŜywał. Mimo wszystko poczuł,
jak fala ciepła zalewa mu serce.
– Gdzie Lizzie? – zapytał sztucznie ponurym tonem.
– W swoim pokoju. Czyta. Znalazłyśmy ksiąŜkę o dinozaurach.
– Och...
Przez chwilę sycił wzrok jej wyglądem. Jess znakomicie prezentowała się w stroju do konnej
jazdy, który kiedyś stanowił własność Deirdre. Był świeŜa i wypoczęta; bez wątpienia spała
znakomicie – sama.
– Tęskniłam za tobą – powiedziała nieoczekiwanie. OdłoŜyła łyŜkę, zdjęła fartuszek
i otoczyła męŜczyznę ramionami.
Tad zadrŜał.
Przez wiele lat mieszkał w tym budynku, ale dopiero po raz pierwszy poczuł się w nim jak
w prawdziwie rodzinnym domu: Ukrył twarz w złocistych włosach kobiety.
– Dobry BoŜe – jęknął. – Jestem zgubiony.
– Czułam się tak samo – szepnęła. – Przez calutką noc.
– Tęskniłem za tobą.
– Ja równieŜ. Dlaczego nie przyszedłeś?
– PoniewaŜ... – Pogładził ją po głowie. – PoniewaŜ jestem tak cholernie głupio uparty.
Wiedział, Ŝe Jess nigdy nie podporządkuje się jego woli i wiedział teŜ, Ŝe nigdy nie
zaprzestanie prób, aby to jednak osiągnąć. Wiedział, Ŝe będą się sprzeczać i toczyć bitwy, ale
w gruncie rzeczy niewiele go to obchodziło. Chciał, Ŝeby resztę Ŝycia spędziła u jego boku.
Chciał zapewnić jej wiele lat radości i szczęścia:
– Nie powinienem cię przytulać – mruknął. – Muszę się wykąpać. ZałoŜę się, Ŝe jestem
jedynym brudasem w całym domu.
Próbował się odsunąć, lecz Jess mu nie pozwoliła. – Jeszcze chwilę – szepnęła prosząco.
Przesunął dłonią po jej policzku i szyi. Końcem języka zwilŜyła usta. Pocałował ją.
W tym samym momencie zrozumiał, Ŝe nigdy nie zdecyduje się sprzedać Jackson Downs.
Milion akrów wyschniętej i spalonej słońcem ziemi nabrało dla niego całkiem, nowego
znaczenia. Tu był jego dom. Jej takŜe. Miał zamiar spełnić kaŜde Ŝyczenie swej towarzyszki.
I walczyć w jej obronie. Nawet gdyby miał zapłacić bardzo wysoką cenę. Och, byłby zapomniał
o najwaŜniejszym.
Walkę będzie prowadził na swój sposób.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Siedzieli we trójkę w ciasnym gabinecie Tada. Z odłoŜonego do popielniczki cygara Iana
snuła się gruba wstąŜka niebieskiego dymu.
– Co to ma znaczyć: „nie sprzedasz”? – Gniewny głos prawnika przerwał milczenie.
Ian i Jess wpatrywali się w Tada, siedzącego za biurkiem, zawalonym stosami dokumentów.
Jackson leniwie rozparł się w fotelu.
– Spokojnie, Ian. – Pociągnął spory łyk piwa ze stojącej w pobliŜu butelki. -
Jesteś tylko moim prawnikiem, pamiętasz? Ja podejmuję decyzje dotyczące przyszłości
Jackson Downs.
McBain rzucił szybkie spojrzenie na Jess.
– Trudno mi w to uwierzyć – mruknął znacząco. Tad zaklął w duchu. Strzał był celny.
Poczuł, Ŝe jego męska duma ucierpiała ponownie. Mimo to starał się zachować nieprzenikniony
wyraz twarzy. Starannie umieścił butelkę na środku najwaŜniejszego z dokumentów.
Wilgotne dno odcisnęło się na papierze.
– Nigdy nie nosiłem się z zamiarem przeprowadzenia podobnej transakcji. To był twój
pomysł – stwierdził z uporem.
– Nic nie zmieniło się od czasu, gdy wyraziłeś zgodę. Tad podniósł z biurka jeden
z dokumentów, przebiegł wzrokiem zapis, który kosztował miesiące skomplikowanych
negocjacji, po czym cisnął arkusz do kosza. Po chwili rozgniótł cygaro Iana o ściankę
popielniczki.
McBain uniósł brwi ze zdziwienia. – Palenie szkodzi – mruknął Tad. Ian wybuchnął
ś
miechem.
– Sam palisz.
– JuŜ nie. Skończyłem z nałogiem. – Co prawda, podjął decyzję dopiero w tej chwili.
Ujął szczupłą dłoń Jessiki i począł uwaŜnie przyglądać się jej palcom. Uniósł wzrok
i skierował na Iana zimne spojrzenie niebieskich oczu.
– Jesteś w błędzie, McBain, twierdząc, Ŝe nic się nie zmieniło. Wszystko wygląda całkiem
inaczej. Nie jestem sam i muszę nadal prowadzić walkę.
Poczuł, jak palce Jess stęŜały w jego dłoni. Ian zerwał się na równe nogi.
– Odbyłem daleką podróŜ, aby tu przybyć. ObciąŜę cię wszystkimi kosztami.
– Zawsze postępowałeś w ten sposób.
– Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz Ŝałował swojej decyzji. – Dzięki za troskę. -
Tad przesłał mu promienny uśmiech. Wyciągnął z kieszeni napoczętą paczkę papierosów,
zmiął ją w dłoni i wyrzucił do kosza.
Powoli podniósł dłoń Jessiki ku swoim ustom i złoŜył na niej delikatny pocałunek.
O czwartej rano w głośniku radiostacji rozległ się zdenerwowany głos Noelle.
Jackson leniwie otworzył powieki. Dopiero po chwili zrozumiał, skąd dochodzi
nawoływanie. Jess leŜała tuŜ obok; wyraźnie czuł charakterystyczny zapach kwiatów
pomarańczy i miękkie piersi dotykające jego pleców.
Czuł się niewyspany. Zasnęli późno, po kilku godzinach namiętnej miłości. Tad miał szczerą
ochotę pozostawania w łóŜku co najmniej przez tydzień. Choć z drugiej strony, wyczuwał
groŜące niebezpieczeństwo. Było bliŜej niŜ kiedykolwiek przedtem.
OstroŜnie, by nie obudzić śpiącej Jessiki, wysunął się z łóŜka i podszedł do radia.
Głos Noelle ginął w powodzi trzasków i szumów.
– Granger zwariował. Jackson Downs, słyszycie mnie?
W głosie kobiety brzmiało wyraźne zaniepokojenie. Albo Noelle była tak znakomitą aktorką,
albo naprawdę działo się tam coś złego.
Tad wcisnął przełącznik i wymamrotał kilka słów pocieszenia.
– Granger wziął strzelbę. Błagam...
Kobieta wrzasnęła dziko i na chwilę w eterze zapanowała cisza.
Tad był przekonany, Ŝe zastawiono na niego pułapkę. Czuł to całą duszą, całym
doświadczeniem lat przeŜytych w buszu. Zanim podjął decyzję, co powinien zrobić, posłyszał
obok siebie jakiś szelest. Jess wzięła do ręki mikrofon i odezwała się zrównowaŜonym głosem:
– Jackson Dowas do Martin Reach. Zachowajcie spokój. Wyruszamy za chwilę. Over.
Tad obrócił się z wściekłością w jej stronę. Znów przejęła inicjatywę! Ale teraz nie miała
prawa się wtrącać. To była wyłącznie jego sprawa.
– Dlaczego odpowiedziałaś w ten sposób?!
– Nie moŜemy zostawić kobiety proszącej o pomoc! – A jeśli kłamała?
– A jeśli nie?
Tad zrozumiał. Jess usłyszała błagalny głos innej kobiety i pomimo strachu działała
zdecydowanie. Wyciągnął dłoń i pogładził ją delikatnie po włosach.
Jak zwykle, bliska obecność Jess mąciła mu myśli. Wspomniał chwile pełne namiętnej
miłości... a teraz ta sama Jess domagała się, Ŝeby wyruszył ratować Noelle.
Westchnął głęboko. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią.
– Dobrze – mruknął w końcu. – Jadę. Oczy kobiety rozbłysły radością.
– Dziękuję.
– Ty zostajesz. Chwyciła go za ramię.
– Jackson... proszę... chcę ci pomóc.
– Zrobię to po swojemu. ChociaŜ ten jeden jedyny raz zrozum, Ŝe muszę tak postąpić! Tam
moŜe być niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie.
– Dobrze.
Zdziwiła go jej uległość.
– Naprawdę się zgadzasz?
Skinęła głową. Coś w jej oczach wskazywało, Ŝe mówiła szczerze.
Tad poczuł nagły przypływ zadowolenia. Takiej Jess pragnął: uległej, z uśmiechem
wypełniającej jego polecenia.
– Kocham cię – powiedział łagodnie. – Zbyt wiele dla mnie znaczysz, Ŝebym pozwolił ci
ryzykować.
– Ja teŜ cię kocham. – Pogładziła zarośnięty policzek męŜczyzny. – Nawet gdy zachowujesz
się jak typowy mucho.
Pocałował ją.
– Och, Jess... – cicho wymruczał jej imię. – Masz zostać w domu i do mego powrotu strzec
Lizzie. To rozkaz.
– Tak jest. – Zasalutowała.
– Tym razem zrobimy to na mój sposób. Zobaczył tajemniczy uśmiech na jej twarzy, lecz był
zbyt podniecony jej uległością, aby zwrócić na to uwagę...
A potem było juŜ za późno.
W ciągu kilku godzin dotarł ze swymi ludźmi do Mamin Reach i na strychu domu odnalazł
przeraŜoną Noelle, przykutą kajdankami do prymitywnej bomby zegarowej. Później ruszył
w pościg za zbiegłym Grangerem. Gdy podskakiwał w pędzącym przez pustynię jeepie,
przypomniał sobie ów tajemniczy uśmiech...
Pomimo pełni księŜyca KrzyŜ Południa świecił wyraźnie na bezchmurnym niebie. Z dala
widać było ciemny kształt samochodu, którym uciekał Granger. Tad wcisnął pedał gazu.
Silnik zawył, oba pojazdy pomału zbliŜały się do siebie. Nagle jeep Grangera zatańczył na
wybojach, poszybował w powietrzu i wśród tumanów kurzu cięŜko opadł na bok. Tad zatrzymał
samochód, z tylnego siedzenia chwycił strzelbę i wyskoczył.
Powoli podszedł do przewróconego pojazdu.
– Wyciągnij mnie – wycharczał Granger, wystawiwszy głowę ze zgniecionej kabiny.
Tad oddychał z trudem, całe ciało pokryte miał grubą warstwą potu. Wytarł twarz rękawem.
– OkaŜę ci tyle samo współczucia, ile ty miałeś dla Noelle! – zawołał. – Ile miałeś, gdy
podpaliłeś moją stajnię i niemal upiekłeś Ŝywcem MacKaya.
– Na miłość boską, chłopie! – krzyknął Granger. – To nie ja. Nie chciałem mieć z tym nic
wspólnego. Nie miałem zamiaru krzywdzić Noelle.
Tad kopnął grudkę ziemi. Pył opadł na twarz leŜącego.
– Więc kto?
– Proszę, pomóŜ mi.
– Odpowiedz, a Ned i moi chłopcy wyciągną cię z wraka.
Granger był tchórzem, urodzonym i wychowanym wśród zgiełku wielkiego miasta. Na jego
twarzy pojawił się wyraz skrajnego przeraŜenia.
– Mów prawdę, bo usmaŜysz się jak Holt w rozbitym samolocie! Jego teŜ zabiłeś?
– Na Boga, miałbym uśmiercić własnego brata?! – Po twarzy mówiącego popłynęły gorzkie
łzy rozpaczy. Tad przyklęknął przy przewróconym samochodzie i ścisnął Grangera za gardło.
– Przestań jęczeć i zachowywać się jak baba. Mów. Ogień podchodzi do baku. Nie mam
zamiaru spłonąć wraz z tobą.
Podniósł się i spojrzał na zgromadzonych.
– Idziemy, chłopcy.
Granger szarpnął się, lecz o własnych siłach nie potrafił wyjść z samochodu.
– Dobrze! – wrzasnął. – Wygrałeś, Jackson... Jackson! Nie zostawiaj mnie!
Odpowiedziała mu cisza.
Błękitne płomyki z przepalonej instalacji strzeliły iskrami.
– Jackson!
Usłyszał tylko jedno słowo:
– Mów.
Granger wyszeptał znajome nazwisko. Tad zgiął się jak od ciosu noŜem. Jedyny człowiek,
któremu w pełni zaufał po przyjeździe do Australii...
– Na miłość boską, wyciągnijcie mnie!
– Uwolnij go, Ned – syknął Jackson. – Szybko!
Ian McBain. Przyjaciel. Powiernik. Niestrudzony bojownik o sprawiedliwość. Ian McBain.
Morderca. Zdrajca. Podpalacz. Kochanek Deirdre.
Wówczas, przy stajni, miał zamiar uwięzić MacKaya w płomieniach i tylko interwencja Tada
zapobiegła tragedii!
To nie mogła być prawda. A jednak była..
Ian! Dlaczego? Głośny wybuch targnął powietrzem. Jeep eksplodował. Tad cofnął się.
Przypomniał sobie tajemniczy uśmiech na twarzy Jess.
Musiała znać prawdę.
A teraz była w Jackson Downs – w towarzystwie zdrajcy.
Tad poczuł, Ŝe włosy stają mu dęba. Ian McBain.
Podczas rozmowy z Jess Deirdre musiała wyznać coś waŜnego. Coś, co spowodowało, Ŝe
Jess przyleciała na wyspę. Coś, co spowodowało, Ŝe zaraz po przyjeździe do Australii
skontaktowała się z Ianem.
Tad niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w płonący wrak samochodu. Dlaczego wcześniej
nie domyślił się prawdy?
Jess naraziła na powaŜne niebezpieczeństwo i siebie, i małą Lizzie. I wszystkich, którzy
pozostali w Jackson Downs. Tym razem przebrała miarę. Zdradziła zaufanie, jakim ją obdarzył...
i na pewno wpadła w ręce McBaina.
Tad poczuł, Ŝe obezwładnia go uczucie strachu.
Jess spokojnie opuściła dom, niosąc w ramionach śpiącą Lizzie. Z tyłu pośpiesznie dreptała
Meeta. Wokół panowała cisza pustynnej nocy.
Jess doskonale zdawała sobie sprawę, Ŝe pozostała w Jackson Downs w towarzystwie
człowieka, który z zimną krwią przyczynił się do śmierci jej siostry, lecz gdy usłyszała wołanie
Noelle, podjęła natychmiastową decyzję. Ktoś musiał poprowadzić akcję ratunkową
w posiadłości Marlinów. Tad najlepiej nadawał się do podobnego zadania.
Teraz musiała ratować siebie i dziecko. Pozostawało jej najwyŜej pięć minut do czasu, gdy
McBain wykona następne posunięcie.
Nie darmo poświęciła cały dzień na sprzątanie. W najstarszej części domu odkryła
przewiewną piwnicę, zamykaną od wewnątrz na solidną zasuwę. Udało jej się przenieść tam po
kryjomu nieco zapasu jedzenia, broni i amunicji.
Teraz zaniosła, tam śpiącą Lizzie oraz przyprowadziła Meetę i gospodynię.
– Musicie ściśle wypełniać moje rozkazy – powiedziała. – Nie wolno wam nikomu otworzyć
tych drzwi, póki nie usłyszycie trzech szybkich strzałów i czwartego po dłuŜszej przerwie. Jeśli
ktoś spróbuje się włamać, zabijcie go bez wahania.
Wyszła z piwnicy. Kirk leŜał w sypialni, pogrąŜony w głębokim śnie. Jess podała mu
lekarstwo zawierające narkotyk, aby przez kilka następnych godzin nie stanowił zagroŜenia dla
mordercy, a tym samym pozostawał względnie bezpieczny.
Z szafy w pokoju Jacksona wyjęła czarną koszulę i parę czarnych dŜinsów.
Przebrała się szybko. Z szuflady nocnej szafki wyjęła rewolwer kalibru 38, wsunęła go za
pasek i powoli podeszła do okna. Po cichu wysunęła się na zewnątrz. Westchnęła z ulgą.
Wiedziała, Ŝe jeśli dotrze do granicy buszu, być moŜe w spokoju doczeka świtu i powrotu
Tada.
ZdąŜyła jednak uczynić zaledwie dwa kroki, gdy wyrosła przed nią krępa postać McBaina.
Ian odebrał jej rewolwer i ruchem głowy wskazał, aby poszła w kierunku zabudowań
gospodarczych.
– Jesteś zbyt sprytna, moja mała. Podejrzewałaś mnie od samego początku.
– Nie. Nabrałam pewności dopiero wówczas, gdy próbowałeś zamknąć Kirka w płonącej
stajni. Zabiłeś moją siostrę.
– Nie spodziewaj się z mojej strony dramatycznej spowiedzi.
– Nie ma takiej potrzeby. JuŜ niedługo któryś z buldoŜerów Wally’ego odkryje
zmasakrowane ciało. Mały Aborygen dał mi jej obrączkę. Byłeś kochankiem Deirdre, dlaczego ją
zabiłeś?
– Miała nieskończenie wielu kochanków. – Ale tylko ty przyjechałeś na wyspę.
– MoŜliwe.
– Przyjechała do ciebie po pomoc, gdy rozpoczęły się pierwsze napady. Uwiodłeś ją.
– śyjesz złudzeniami. To był jej pomysł.
– Deirdre powiedziała mi wystarczająco wiele, bym zrozumiała resztę.
– Powinnaś była zostać w Indiach. – Tu znalazłam prawdziwy dom. Brutalnie chwycił ją za
ramię.
– Nieprawda. To moja ziemia. NaleŜała do mojej rodziny długo przedtem, zanim przybył tu
Jackson. – Wszystko skończone, Ian. Zbyt wiele osób dowiedziało się o twoich zamiarach.
Przegrałeś. Gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi obory. Z wnętrza buchnęła rozgrzana woń
zwierząt, zmieszana z zapachem paszy.
– Naprawdę? Wystarczy nieco benzyny i całe to miejsce stanie w płomieniach niczym
wyschnięty stóg siana.
– Dlaczego, Ian? – Głos Jess zabrzmiał nieco piskliwie. – Nie wierzę, Ŝe kierujesz się
sentymentem do miejsc dzieciństwa. Dlaczego to miejsce stało się tak cenne? Co odkrył Holt?
Był geologiem, prawda?
Ian odpowiedział kpiącym uśmiechem.
– Daleko pani zaszła, doktor Bancroft. Teraz kolej na moje pytania. Gdzie jest dzieciak?
Jess milczała. Jednym szarpnięciem zerwał z niej koszulę. Koronkowa halka równieŜ zawisła
w strzępach.
– Jesteś cholernie piękna, moja mała... – wymruczał McBain. – Powiedz, gdzie ukryłaś
dziewczynkę. Umrzesz szybko... albo będziesz mnie błagać o litość.
Jess pokręciła gwałtownie głową i w tej samej chwili poczuła cięŜkie uderzenie w skroń.
Pociemniało jej w oczach. Upadła.
– Więc wolisz, Ŝebym działał powoli... – wycedził Ian. Pochylił się, zacisnął dłoń na klamrze
paska. Jess leŜała bez ruchu.
Nieoczekiwanie posłyszała skrzypnięcie drzwi. Ian odwrócił się. Padł strzał i jedna
z wyschniętych stert słomy stanęła w płomieniach.
– Puść ją, McBain – rozległ się ponury głos Jacksona.
– Spróbuj się tylko zbliŜyć, a zginie! – wrzasnął prawnik.
Płonący stóg wypełniał pomieszczenie gęstym dymem. Ian wbił paznokcie w szyję kobiety.
Krzyknęła przeraźliwie.
Tad rzucił strzelbę na ziemię.
Nie... pomyślała Jess. Wszystko skończone... Przypomniała sobie o Lizzie. Jeśli McBain
zwycięŜy, zabije równieŜ dziecko! Zebrała wszystkie siły i z głośnym okrzykiem mocno kopnęła
męŜczyznę. Wykonała poprawny przewrót przez ramię, zerwała się i zadała cios z półobrotu. Ian
jęknął, wypuścił rewolwer. W tej samej chwili dopadł go Tad.
Walka trwała dość krótko. Jackson był młodszy i zwinniejszy od przeciwnika, a poza tym
przepełniała go wściekłość za wszystkie krzywdy, jakich doznał w ciągu ostatnich lat.
W drzwiach budynku ukazało się kilku męŜczyzn. Jedni zajęli się gaszeniem poŜaru, inni
rozdzielili walczących i wywlekli ich na zewnątrz.
– Jackson... – Jess owinęła wokół ciała strzępy koszuli. MęŜczyzna nie patrzył w jej stronę.
– Jackson... kocham cię. Wszystko co uczyniłam, robiłam z myślą o tobie. Kocham cię! Czy
to nic dla ciebie nie znaczy?!
W milczeniu spojrzał na jej zapłakaną twarz.
– Gdzie jest Lizzie? – spytał po chwili.
– Jest bezpieczna z Meetą i twoją gospodynią... Jackson... od dziś będę ci posłuszna.
– Ani trochę ci nie wierzę, Bancroft.
Podszedł bliŜej.
– Ale wiesz co? – Uniósł jej podbródek i zmusił, aby spojrzała mu prosto w oczy.
– Słucham.
– Nie obchodzi mnie juŜ, jak będziesz postępować. Wiem tylko, Ŝe jesteś jedyną kobietą na
ś
wiecie, która wykazała się podobną odwagą w tak trudnej sytuacji. Kocham cię. I chcę, abyś
została moją Ŝoną.
– Naprawdę? – uśmiechnęła się radośnie.
– Tak. Po prostu Ŝal mi ciebie – mówił ciepłym, serdecznym głosem. – Kto inny mógłby
poślubić tak upartą, pewną siebie i krnąbrną istotę?
– Skoro o tym mówimy, to myślę, Ŝe mogłabym odpłacić ci podobnym komplementem.
W jego oczach zamigotały uwodzicielskie ogniki. Rzuciła mu się w ramiona.
– Powiemy Lizzie? – Uhm. A potem...
– A potem... będziemy razem aŜ do świtu.
Jej uśmiech niósł ze sobą obietnicę prawdziwej rozkoszy.