background image

Ann Major 

 

Dziecko buszu 

(Widerness Child) 

 

Tłum Witold Nowakowski 

 

background image

Wszystkie  postacie  w tej  ksiąŜce  są  fikcyjne.  Jakiekolwiek  podobieństwo  do  osób 

rzeczywistych – Ŝywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. 

background image

PROLOG   

 

Słońce  zniknęło  za  postrzępionymi  szczytami  gór.  Pół  godziny  później  ucichł  palący  wiatr, 

który wiał z rozległego australijskiego interioru. 

Pilot zmęczonym ruchem potarł zaczerwienione oczy. Od wielu godzin zmagał się z upałem. 

Spojrzał przed siebie. Niebo nabrało opalizujących barw, a w dole zaczął się ruch rozmaitych 

nocnych zwierząt. Za dnia Ŝadne z miejscowych stworzeń nie opuszczało kryjówki. 

Czynił to jedynie biały człowiek. 

Samolot leciał nisko, kierując się na północny zachód. Gdy przekroczył granicę zamkniętego 

obszaru Jackson Downs, umieszczony na pokładzie licznik Geigera zatykał głośno.   

Pilot  poczuł,  Ŝe  krew  pulsuje  mu  w skroniach.  Uniósł  dłoń  i począł  obgryzać  postrzępione 

paznokcie. Samolot jeszcze bardziej zniŜył lot i zatoczył koło nad opustoszałą zagrodą. 

Wskazówka  licznika  powoli  wędrowała  ku  górze.  Pilot  drŜącymi  rękami  przerzucił  drąŜek 

sterowniczy. Jeszcze dwa okrąŜenia. Gdzieś w dole znajdowała się pokaźna ilość uranu. 

Pilot  wyjrzał  przez  okienko.  Pod  brzuchem  dwusilnikowej  maszyny  ciągnęły  się  tysiące 

hektarów  rozpalonej,  czerwonej  równiny.  A pod  zwalonymi  skałami  oczekiwał  na  znalazcę 

prawdziwy skarb – uran. 

MęŜczyzna  nie  mógł  doczekać  się  chwili  powrotu,  gdy  będzie  mógł  powiadomić  Noelle 

o swym  odkryciu.  Nareszcie  udowodni,  Ŝe  nie  jest  juŜ  chłopcem.  Co  prawda,  jego  własny  brat 

pozbawił  rodzinę  własności  do  tego  obszaru,  pochopnie  podejmując  decyzję  o sprzedaŜy.  Pilot 

uśmiechnął się. 

JuŜ wkrótce odzyska tę ziemię. Bez względu na przeciwności losu. 

Przez  chwilę  pomyślał  o obecnym  właścicielu  Jackson  Downs.  Tad  Jackson  był  twardym, 

zdecydowanym  na  wszystko  męŜczyzną,  budzącym  respekt  u wielu  osób.  Aby  osiągnąć  cel, 

naleŜało zniszczyć całą jego rodzinę. 

Pilot  skierował  samolot  w górę,  gdy  nagle  dostrzegł  przed  sobą  ostrą,  zębatą  skałę. 

W podnieceniu zapomniał kontrolować wysokość lotu. 

Gwałtownie szarpnął drąŜek. Nic. Uran! 

Nie wolno mu rozbić się o skały! Nie dzisiaj! Postrzępiona krawędź była coraz bliŜej. śycie 

nigdy nie miało w sobie tak wiele słodyczy. Ani tyle okrucieństwa. 

Samolot  opadał  ocięŜale.  W ostatniej  chwili  w głowie  pilota  zaświtała  znajoma  myśl.  Nie 

pierwszy  raz  znajdował  się  w podobnej  sytuacji.  Los  jedną  ręką  dawał  mu  szczęście,  a drugą 

niemal natychmiast karcił. 

Noelle. BoŜe, Noelle! 

Maszyna  uderzyła  o skałę.  Nastąpił  wybuch.  Uwięzionego  w kabinie  pilota  otoczyły  języki 

płomieni.  Ze  zbocza  zerwało  się  stadko  ptaków.  Z wrzaskiem  okrąŜyły  miejsce  wypadku,  po 

background image

czym wróciły do gniazd. 

Ogień przygasł. Latający lis oraz niewielki kangur zatrzymały się przy niewielkim wodopoju, 

otoczonym kwitnącą krzewiną. 

Zapadła  głęboka  cisza.  Na  czarnym  niebie  pojawił  się  wąski  sierp  księŜyca,  słabo 

rozjaśniający mrok zimnym światłem. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY   

 

– Hej, czy to nie ten Jankes, który zabił... – Trudno powiedzieć. Ma gęstą brodę. 

– Myślę, Ŝe to on. Ten sam! Jackson. Przeklęty morderca. 

Podniesione, piskliwe głosy kobiet spowodowały, Ŝe Tad Jackson przyśpieszył kroku. Jednak 

juŜ po chwili poczuł, Ŝe narasta w nim gniew. 

Obecni  odprowadzali  wzrokiem  złotowłosego  olbrzyma,  starannie  ubranego  w dŜinsy 

i koszulę  koloru  khaki  –  strój,  po  którym  bez  wątpienia  moŜna  było  rozpoznać  Australijczyka 

z samego serca kraju. Długotrwałe działanie piekących promieni słonecznych pozostawiło na nim 

ś

lad w postaci ciemnobrązowej skóry i wyblakłej czupryny. MęŜczyzna trzymał w dłoni skórzany 

kapelusz. Stanął nieco w cieniu, czekając na windę. 

Rozpoznano  go  od  razu,  gdy  wszedł  do  budynku.  Tak  było  zawsze.  Nie  potrafił  uniknąć 

kobiecych spojrzeń. Nawet pomimo obfitej brody. 

Zmarszczył  brwi  i lekko  wydął  zmysłowe  usta.  Poruszył  głową,  a jeden  ze  złotych  loków 

osunął  mu  się  na  czoło.  Z silnej,  męskiej  twarzy  emanowała  tajemnicza  siła  i...  dzikość,  które 

były przyczyną wzmoŜonego zainteresowania ze strony kobiet. 

Do  niedawna  Jackson  uwaŜał  to  za  prawdziwy  dar  losu,  lecz  w ciągu  ostatniego  roku 

przeklinał  sam  siebie.  Dlaczego  nie  chciano  pozostawić  go  w spokoju?  Dlaczego  kaŜdy 

mieszkaniec Australii pragnął go ukrzyŜować? 

Nie wystarczało im, Ŝe przez dwa lata jego rodzina Ŝyła w ciągłym strachu? Nie wystarczało, 

Ŝ

e  stracił  majątek,  Ŝe  zastraszono  jego  współpracowników,  Ŝe  atakowano  pociągi  wiozące  jego 

bydło do punktów skupu? Rok temu opuściła go Ŝona, która nie potrafiła wytrzymać zagroŜenia. 

Zabrała  ze  sobą  córkę,  Lizzie.  Po  pewnym  czasie  wróciła,  skradła  z domu  resztkę  pieniędzy 

i uciekła ponownie. Tad nadal kochał córkę, choć Ŝonę przestał darzyć uczuciem. 

Tymczasem  ktoś rozpuścił plotkę, Ŝe  obie padły ofiarą  morderstwa.  Podobno  zginęły  z ręki 

Tada Jacksona. Lecz on był niewinny. Oddałby wiele za wiadomość, gdzie się znajdują. 

W spojrzeniach niewiast zgromadzonych w holu groza mieszała się z fascynacją. 

Rumieniec zabarwił policzki Tada. Nie czekając dłuŜej na windę, ruszył w stronę schodów. 

Gdy mijał grupę kobiet, wykrzywił usta. 

Być moŜe nadejdzie dzień, gdy któraś z nich pozna, co znaczy ból niesłusznego oskarŜenia. 

Tad obrócił się i z gorzkim uśmiechem uniósł dłoń w geście wyzywającego pozdrowienia. 

– Do widzenia paniom – mruknął. 

Mówił  z australijskim  akcentem,  lecz  zachował  się  jak  Teksańczyk.  NajbliŜsza  z pań 

odsunęła się lekko na widok olśniewająco białych zębów. 

– Usłyszał nas! – zaszeptały jej towarzyszki. 

Tad nadal się uśmiechał, choć miał wraŜenie, Ŝe ściany budynku chcą go zmiaŜdŜyć. BoŜe, 

background image

czy  ten  koszmar  nigdy  się  nie  skończy?  Przyjechał  do  Australii,  bo  chciał  być  panem  samego 

siebie. Nie czuł więzi z rodziną pozostawioną w Teksasie.  Sprowadził tu  Deirdre i zniszczył jej 

Ŝ

ycie. Po co? Miał szczerą ochotę sprzedać ziemię, spakować resztki dobytku i wracać. 

Nawet, gdyby oznaczało to ponowne podporządkowanie rozkazom starszego brata, Jeba. 

W uszach dźwięczały mu głosy rozmawiających kobiet. 

–  Powiadają,  Ŝe  zabił  Ŝonę.  Córkę  takŜe.  Na  jednej  z wysp  w okolicach  Wielkiej  Rafy. 

W zeszłym tygodniu pisał o tym „The Australian”. 

– Straszne. 

– Nawet nie postawiono go przed sądem. Nikt nie odnalazł ciał zamordowanych. 

– Biedna kobieta. Podobno w pobliŜu wysp kręci się sporo rekinów. śal mi dziewczynki. 

Zginęła bez pojednania z Bogiem... 

– To prawdziwy diabeł w powłoce anioła. 

Pobiegł  w górę  schodów,  przeskakując  po  dwa  stopnie  naraz.  Zdyszany  dotarł  na  ósme 

piętro. 

Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Oparł się o ścianę i przygładził włosy. 

Sięgnął do kieszeni po papierosy, zapalił jednego, zaciągnął się, lecz po chwili przypomniał 

sobie  o przeziębieniu.  Nie  powinien  palić.  Poczuł  ból  w piersiach.  Rzucił  długi  niedopałek  na 

posadzkę i zdeptał go obcasem. 

Tad  zawsze  był  samotnikiem.  Nie  lubił  towarzystwa.  Był  ciekaw,  czy  Ian  miał  naprawdę 

waŜne  powody,  aby  wezwać  go  do  Brisbane.  Za  kaŜdym  razem,  gdy  pojawiał  się  w mieście, 

Ŝ

ałował swej decyzji. Ludzie wytykali go palcami, plotkowali, oskarŜali o zabójstwo. 

Odrywali  go  od  kraju,  w którym  spędził  ostatnie  osiem  lat.  Nie  wierzyli,  Ŝe  nie  potrafiłby 

skrzywdzić kobiety ani dziecka. Lizzie... 

Opuścili go przyjaciele. Nawet Ian, mimo iŜ był prawnikiem, na wpół wierzył plotkom. 

Pierwszy uznał, Ŝe jedynym wyjściem w zaistniałej sytuacji byłby szybki wyjazd. 

Tad  powoli  pokonał  ostatnie  piętro.  Wszedł  do  biura.  Minął  sekretarkę  Iana,  zajętą 

układaniem platynowych loków. 

Na widok Tada dziewczyna upuściła szczotkę. Jej usta uformowały się w kształt litery O, ale 

nie  padło  z nich  ani  jedno  słowo.  Po  chwili  zerwała  się  z miejsca.  W jej  oczach  błysnęło 

przeraŜenie.  Tad  właśnie  połoŜył  dłoń  na  klamce  drzwi  wiodących  do  gabinetu  Inna,  kiedy 

posłyszał za sobą stukot wysokich obcasów. 

– Proszę zaczekać! Panie Jackson, nie moŜe pan wejść tam w tej chwili! 

Obrócił  się.  Dziewczyna  wpadła  na  niego.  Chwyciła  męŜczyznę  za  rękę,  nieświadomie 

wbijając  mu  w skórę  długie,  pomalowane  błyszczącym  lakierem  paznokcie.  Tad  napotkał 

wystraszone spojrzenie jej piwnych oczu. Uśmiechnął się drwiąco. 

– Masz  zamiar mnie  zatrzymać, maleńka? Dziewczyna zbladła,  jakby na widok jadowitego 

background image

węŜa. Rysy Tada nieco złagodniały. 

– Kochanie, dlaczego nie wrócisz za biurko i nie zajmiesz się jakimś bardziej odpowiednim 

zajęciem? Otworzył drzwi gabinetu. 

Wnętrze  było  ciche  i odizolowane  od  zgiełku  zewnętrznego  świata.  Styczniowe  słońce 

praŜyło  niczym  piec  hutniczy,  lecz  w gabinecie  Iana  panował  przyjemny  chłód,  przenikający 

puszyste dywany, bogate, pokryte mahoniem ściany i sięgające sufitu lustra. 

Właściciel tego splendoru był jednym z najbogatszych mieszkańców Queenslandu. 

Zaczynał z niczym. 

Prócz  własnej  chciwości  i ambicji,  pomyślał  Tad.  Ojciec  Iana  ujeŜdŜał  konie,  matka 

wypasała  owce.  Chłopiec  dorastał  wśród  stada  krów,  hodowanego  przez  rodziców.  W wieku 

sześciu  lat  lepiej  niŜ  niejeden  Aborygen  potrafił  odszukać  ślad  jaszczurki  na  piasku.  Gdy 

ukończył  dziesięć,  farmę  sprzedano  Amerykanom  i cała  rodzina  znalazła  się  w Brisbane, 

w dzielnicy biedoty. Teraz dobiegający czterdziestki Ian mógł cieszyć się własnym sukcesem. 

Na  jednej  ze  ścian  wisiała  mapa  Queenslandu  i Północnego  Terytorium,  na  której 

zamalowano  jaskrawym  kolorem  obszar  naleŜący  do  Iana.  Tysiące  hektarów,  bogatych  w rudę, 

sól, wapń, stada krów i bawełnę. „Nie ma rzeczy na tyle wartościowej, by nie mogła stać się moją 

własnością” – brzmiała jego dewiza. Był najlepszym prawnikiem w Queenslandzie, lecz pomimo 

wysokich  aspiracji,  w głębi  serca  pozostał  zadziornym  chłopakiem  z przedmieścia.  Tad 

zaprzyjaźnił  się  z Ianem  wkrótce  po  przyjeździe  do  Australii  i uczynił  go  odpowiedzialnym  za 

zarządzanie swym majątkiem. 

W tej chwili Ian siedział za biurkiem, pochłonięty rozmową przez telefon. Cygaro odłoŜył do 

popielniczki  i mrukliwym  głosem  rzucał  polecenia  do  słuchawki.  Był  krępym,  niewysokim 

męŜczyzną, a z jego sylwetki emanowała zwierzęca siła wytrenowanego zapaśnika. 

Ciemne  oczy  błyszczały  inteligencją.  Na  czarnych  włosach  srebrzyły  się  pasma 

przedwczesnej siwizny. Zerknął w stronę przybysza, burknął „do widzenia” i odłoŜył słuchawkę. 

– Twierdziłeś, Ŝe to pilne, Ian – powiedział Jackson. Prawnik spojrzał na niego w milczeniu. 

Wziął do ręki cygaro, dmuchnął pod sufit kłębem dymu. 

–  Pilne...  i korzystne  dla  ciebie  –  odezwał  się  z wolna.  –  Siadaj,  wszystko  ci  opowiem. 

Kawy? 

– Kawy?! – Tad nieomal wypluł to słowo. – Nie, u diabła. 

Gwałtownie podszedł do biurka i zagłębił się w fotelu. 

– Słucham. 

Ian uśmiechnął się szeroko. Nie trapił się zachowaniem przyjaciela. 

–  Jackson,  czy  ty  nigdy  nie  potrafisz  się  odpręŜyć?  Nigdy,  gdy  otaczają  mnie  mury,  ludzie 

i cywilizacja, pomyślał Tad. Nigdy, kiedy mój prawnik domaga się, abym przyjechał do miasta. 

– Pomyślałem, Ŝe decyzja o sprzedaŜy sprawi ci ulgę. – Ulgę? – spytał Tad. – Zostałem do 

background image

tego  zmuszony.  Nie  jestem  skłonny  do  ustępstw,  ale  nie  mam  szans  na  dalsze  prowadzenie 

interesu. Tam trwa regularna wojna. Moi ludzie chodzą uzbrojeni po zęby i nikt pojedynczo nie 

opuszcza zagrody. Chciałbym jedynie wiedzieć, z kim walczę. Nieprzyjaciel pojawia się znikąd. 

Atakuje  w nocy,  niespodziewanie.  W jednym  tygodniu  zniszczył  mi  ogrodzenie,  w innym 

wysadził w powietrze studnię. Sąsiedzi równieŜ stali się ofiarą napadów. 

Moje  bydło  zdycha,  lecz  kaŜdy  transport  jest  bez  litości  atakowany.  Od  kilku  miesięcy 

w Jackson  Downs  nie  spadła  ani  kropla  deszczu.  Przed  chwilą  przeleciałem  kilka  tysięcy 

kilometrów, oglądając wyschnięty busz i padłe krowy, a ty chcesz, Ŝebym się uspokoił?! 

– śadnej poprawy? 

– Chyba Ŝartujesz. Od czasu, gdy ktoś zepsuł samolot Holta Mamina... 

Ian przesunął dłonią po posiwiałej czuprynie. 

– Więc uwaŜasz, Ŝe to był sabotaŜ? Twarz Tada pociemniała z gniewu. 

– Kto wie? Miejscowy straŜnik przeprowadził urzędowe śledztwo, pokręcił się chwilę wokół 

wraku, zajechał do mnie nowiutkim jeepem i spisał raport. Nigdy więcej się nie pojawił. Holt był 

nieszkodliwym  maniakiem,  geologiem.  Włóczył  się  po  okolicy  w poszukiwaniu  minerałów. 

Nigdy nie znalazł zbyt wiele. Myślę, Ŝe nawet nie wiedział, dlaczego umiera. 

– Masz jakieś podejrzenia? 

– Tak, ale niczego nie potrafię udowodnić. Nie ufam Marlinom, zwłaszcza ich amerykańskiej 

kuzynce, Noelle. 

– Zawsze byłeś podejrzliwy w stosunku do kobiet. – Szczególnie od czasu, gdy popełniłem 

błąd i oŜeniłem się.  Wiem jedno – wszystkie  kłopoty  rozpoczęły się z chwilą przyjazdu  Noelle. 

Brat  zwrócił  się  przeciw  bratu,  właściciel  sporego  terenu  przeciwko  sąsiadom.  Dawniej 

darzyliśmy  się  wzajemnym  zaufaniem.  A teraz?  Gdy  kaŜdy  na  własnej  skórze  doświadczył 

podstępnej napaści, zapanowała podejrzliwość. Do diabła! Co powinienem zrobić? 

–  Hm...  wezwałem  cię  tutaj,  bo  mam  dobrą  wiadomość.  –  Uśmiech  Iana  stał  się  jeszcze 

szerszy. – Jeden z moich ludzi znalazł Deirdre. 

Tad zerwał się z miejsca i pochylił nad biurkiem. Zapomniał o anonimowych napastnikach. 

Zapomniał o Martenach i przewlekłej wojnie. 

Bał się. Odczuwał tak wielki strach, Ŝe niemal począł się dusić dymem cygara. 

–  Co  takiego?!  –  wykrztusił.  –  To  znaczy...  jej  ciało?  Gdzie?  Musi  być  w przeraŜającym 

stanie. Luzie... Nie mógł dalej mówić. Ian pochylił się równieŜ. 

Twarz miał spokojną, jedynie wyraz jego oczu przeczył udawanej powściągliwości. 

–  śadne  ciało,  durniu.  Znalazł  ją  Ŝywą.  –  Zacisnął  palce  na  ręku  Tada.  –  Dziewczynkę 

równieŜ. 

– śywą.. 

Poczuł, jakby pod skórę wbijano mu tysiące szpilek. Nie wierzył własnym uszom. 

background image

Nie chciał śmierci Deirdre, lecz takŜe nie pragnął, aby ponownie pojawiła się w jego Ŝyciu. 

Wystarczyła mu Lizzie. 

Deirdre  nie  opuściłaby  Australii  bez  pieniędzy.  PoniewaŜ  w jej  domku  odnaleziono  sporą 

sumę, padło podejrzenie, Ŝe nie Ŝyje. 

Tad wrócił wspomnieniami do dnia, w którym uzbrojeni policjanci zabrali go do bungalowu 

na  wyspie.  Na  łóŜku  leŜała  otwarta  walizka,  przykryta  częściowo  koronkową  bielizną.  Inne 

przedmioty  w nieładzie  walały  się  po  dywanie.  PodróŜom  Deirdre  zawsze  towarzyszył  zamęt 

i bałagan. Inspektor stwierdził, Ŝe kobieta prawdopodobnie utonęła. 

Za  oknami  domku  szumiały  fale  oceanu,  a powietrze  było  przesiąknięte  wilgotną  morską 

bryzą. Tad wziął do ręki jedwabną bluzkę koloru lawendy, niefrasobliwie rzuconą na krzesło. 

Poczuł  delikatny,  zmysłowy  zapach  perfum.  Deirdre  nosiła  ją  podczas  ich  ostatniego 

spotkania.  Przyjechała  wówczas  pod  pretekstem,  Ŝe  chce  przekazać  wiadomość  od  Lizzie,  lecz 

w rzeczywistości  chodziło  jej  o pieniądze.  Skradła  wszystkie  –  siedemdziesiąt  pięć  tysięcy 

dolarów  oraz  awionetkę,  którą  odleciała  do  Brisbane.  Tam  podjęła  resztę  oszczędności  ze 

wspólnego  konta  i zniknęła.  Do  czasu  przybycia  policji,  Tad  nie  miał  najmniejszego  pojęcia, 

gdzie  się  ukrywała.  Dobrze  pamiętał  chwilę,  gdy  po  odejściu  funkcjonariuszy  w milczeniu 

przyglądał się pustemu wnętrzu. Wszędzie czuł obecność Ŝony – jakby tylko na chwilę opuściła 

bungalow. Choć z drugiej strony... coś podpowiadało mu, Ŝe odeszła na zawsze. 

Rzeczywiście nie powróciła. Nie znaleziono takŜe dziecka. 

Poradził  policjantom,  aby  dobrze  przeszukali  szafę,  poniewaŜ  był  przekonany,  Ŝe  musiała 

tam coś ukryć. Gdy  znaleziono pieniądze,  odrzucono wersję  napadu rabunkowego i skierowano 

podejrzenia  na  Tada.  Inspektor  zarzucił  go  pytaniami.  „Czy  wiedział,  Ŝe  przybyła  na  wyspę 

posiadając  przy  sobie  tak  znaczną  sumę?”  „Gdzie  przebywał  w czasie,  gdy  zaobserwowano  jej 

nieobecność?”  „Czy  miał  alibi?”  Na  plaŜy  odnaleziono  uszkodzony  kawałek  akwalungu  i parę 

czarnych rajstop. Nikt nie miał pewności, Ŝe oba przedmioty naleŜały do Deirdre. 

Zniknęła bez śladu. Lizzie takŜe. 

Potem  zaczęła  się  prawdziwa  tortura.  Policjanci  próbowali  ustalić  miejsce  pobytu 

dziewczynki, lecz Tad nie potrafił udzielić oczekiwanej odpowiedzi. 

„Panie  Jackson,  wszyscy  wiedzą,  Ŝe  nienawidził  pan  swojej  Ŝony.  Ciągle  wybuchały 

kłótnie.” 

Nienawidził.  Proste,  pojedyncze  słowo,  którym  próbowano  określić  jego  stosunek  do 

Deirdre. Prawda była bardziej skomplikowana. 

„Twierdzi pan, Ŝe zabrała ze sobą dziecko. Zabrała równieŜ pańskie pieniądze. 

Czy pan ją śledził? Czy myślał o popełnieniu morderstwa?” 

Ostatnie pytanie zabrzmiało niczym wyrok. 

Tad wynajął  detektywów, lecz nie  udało się im odnaleźć  Lizzie.  Wrócił wówczas do domu 

background image

i przez  rok  w samotności  walczył  z bólem  i powszechnym  potępieniem.  Czasem  dziękował 

opatrzności, Ŝe ko lejny napad odrywał go od wspomnień o utraconej córce. 

– Jestem przekonany, Ŝe Deirdre nie Ŝyje – szepnął. Patrzył wprost w oczy Iana. 

Nie chciał jej widzieć. Miał dość kobiet. Wszystkich kobiet. 

Ian zrobił zdziwioną minę. – Naprawdę? 

–  Tak.  Ktoś  próbuje  nas  wykiwać.  To  kłamstwo.  –  Wątpię.  Masz  prawdziwe  szczęście,  Ŝe 

udało się ją odnaleźć. MoŜesz opuścić norę i zgolić tę paskudną brodę. – Rzucił na biurko kilka 

fotografii. – Oto odbitki zrobione wczoraj przez jednego z moich ludzi. 

Tad w milczeniu przyglądał się zdjęciom. Piękna kobieta – jeśli nie Deirdre, to ktoś łudząco 

podobny  –  stała  na  piaszczystej  plaŜy,  na  tle  tropikalnej  dŜungli.  Wysoka,  o złotych  włosach... 

przypominała walkirię. Jedynie ciemne oczy nie pasowały do wizerunku pogańskiej bogini. 

Jasne,  mokre  pukle  opadały  jej  na  ramiona.  Wokół  opalonych  nóg  kłębiły  się  pieniste  fale. 

W ramionach tuliła przemoczoną i wystraszoną dziewczynkę. Lizzie. 

Deirdre umiała pełnymi rękami czerpać z Ŝycia. Córka była jedynie dodatkiem. 

– Och, Lizzie... – szepnął Tad. Poczuł, Ŝe drŜą mu dłonie. Po raz pierwszy od długiego czasu 

uwierzył, Ŝe dziecko Ŝyje. 

Lizzie. Chciał ją przytulić równie mocno, jak czyniła to kobieta na fotografii. 

Pogłaskać  po  lekko  rudych  włosach.  Usłyszeć  perlisty  śmiech  i zobaczyć,  jak  przebiera  się 

w kostium dinozaura. Nawet... całować łzy na policzkach w chwili smutku. 

Lizzie  ze  zdjęcia  była  starsza  niŜ  dziewczynka,  którą  pamiętał.  Miała  juŜ  sześć  lat.  Na 

długich,  rudych  włosach  nosiła  dwie  czerwone  kokardy.  To  był  jej  ulubiony  kolor.  Poza  tym 

kochała  dinozaury.  Tad  pojął  nagle,  Ŝe  cały  rok  to  bardzo  długi  okres  w Ŝyciu  dziecka.  Czy 

Lizzie pamięta ojca? 

Spojrzał  na  pozostałe  fotografie.  Dziewczynka  przykucnięta  nad  rozgwiazdą,  siedząca  na 

plaŜy... Jedno ze zdjęć przedstawiało kobietę, która poddawała troskliwym oględzinom zranioną 

nóŜkę  dziecka.  Więź  zaufania,  emanująca  z obydwu  postaci,  poruszyła  czułą  strunę  w sercu 

męŜczyzny. 

Jess. Imię, o którym przez lata starał się zapomnieć. Jess. Siostra Deirdre. 

Bliźniaczka. 

BoŜe! Tad całym wysiłkiem woli opanował przypływ emocji. 

Kobieta – kimkolwiek była – od roku sprawowała opiekę nad jego dzieckiem. 

Ostatnie zdjęcie przedstawiało samą Lizzie. 

Tad przez długą chwilę wpatrywał się w znajomy zadarty nosek i rude loki. Oczy zaszły mu 

łzami. Czuł ulgę, Ŝe dziecko Ŝyje. Raz jeszcze spojrzał na pozostałe fotografie. 

Lizzie  była  uśmiechnięta,  bez  wątpienia  bardziej  szczęśliwa,  niŜ  pod  opieką  matki. 

MęŜczyzna skupił uwagę na postaci kobiety. Przesunął wzrokiem po ponętnych kształtach ciała. 

background image

Jess:.. to była na pewno ona. 

Dobrze  pamiętał  widok  długich  blond  włosów,  szarpanych  podmuchami  wiatru.  Dotyk 

jedwabistej  skóry  pod  palcami...  Roziskrzone  śmiechem  czarne  oczy.  Kiedyś  uległ  urokowi  tej 

kobiety. 

Poczuł gniew w głębi serca. Wystarczy. Nie było powrotu do przeszłości. 

Jeszcze raz ogarnął wzrokiem powabną twarz, kuszący biust i szczupłą talię. Usta wykrzywił 

mu bolesny grymas. 

Deirdre. Kobieta, która całkiem odmieniła jego Ŝycie. 

Ale naprawdę, nie chodziło o Deirdre, tylko o jej siostrę. Panią doktor Jessikę Bancroft Kent. 

Tad poczuł ucisk mięśni brzucha. Nienawidził Jessiki bardziej niŜ własnej Ŝony... poniewaŜ 

ją kochał. 

Ich  znajomość  sięgała  zamierzchłych  czasów.  Tad,  zanim  poślubił  Deirdre,  studiował  na 

uniwersytecie w Austin. Tam teŜ poznał Jessikę i w krótkim czasie znalazł się całkowicie pod jej 

urokiem.  Dziewczyna,  poza  urodą,  posiadała  silną  osobowość,  inteligencję  i szczere  pragnienie 

zbawienia świata. Tad bez zmruŜenia oka wierzył w jej kłamstwa. 

KaŜdemu okazywała swą pomoc... 

„Pomoc.” Wyświechtany frazes, którego uŜywała, aby mieszać się w sprawy innych. 

To właśnie dzięki jej „pomocy” doszło do nieudanego małŜeństwa. Tad nigdy nie dowiedział 

się,  co  naprawdę  myślała.  Wkrótce  potem  wyszła  za  mąŜ,  lecz  całą  uwagę  poświęciła  karierze 

naukowej. 

Trzy lata później, mąŜ oraz jedyny syn Jessiki zginęli w wypadku samochodowym w pobliŜu 

Austin. Deirdre zaoferowała jej swą pomoc, choć było to niepotrzebne. Jessica gardziła słabością. 

Była władcza, a jej zachowanie miało niewiele wspólnego z kobiecością. 

Deirdre  z trudem  znosiła  australijską  izolację.  Gdy  powróciła  z dwumiesięcznego  pobytu 

w Stanach, sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Co prawda, Tad nie miał nic przeciwko temu, 

by odeszła. Był świadom, Ŝe małŜeństwo i tak się rozpada. Naprawdę szczęśliwy czuł się tylko 

na swojej farmie, w obecności Lizzie. 

Lecz nie przewidział najgorszego... Holt Martin zginął w katastrofie samolotowej na zboczu 

Mount  Woolibarra.  Deirdre  wyjechała  do  Brisbane  i namawiała  Inna,  aby  przekonał  Tafia  do 

opuszczenia  Australii  lub  wszczął  postępowanie  rozwodowe.  Rozpoczęły  się  nocne  rajdy 

tajemniczych złoczyńców... 

Tad ponownie spojrzał na zdjęcie. Skoro Deirdre nie Ŝyła, to na pewno była Jess. 

Po dłuŜszej chwili odłoŜył fotografię na biurko. 

Czuł się nieswojo. Miał wraŜenie, jakby uczestniczył w seansie spirytystycznym, na którym 

pojawił  się  nieproszony  duch  z zamierzchłej  przeszłości.  Próbował  przekonać  sam  siebie,  Ŝe 

powinien myśleć wyłącznie o córce. O Lizzie. 

background image

– To... cudowne – szepnął. – Niewiarygodne... Lizzie... Deirdre...   

– Jesteś przekonany, Ŝe to ona?   

Tad nadal spoglądał na blat biurka.   

– A któŜ by inny? 

Wyraz  jego  twarzy  musiał  przeczyć  wypowiedzianym  słowom,  poniewaŜ  Ian  poruszył  się 

niespokojnie. 

–  Sprawa  przebiegała  dość  dziwnie.  Jakaś  kobieta  powiadomiła  moją  sekretarkę,  Ŝe 

męŜczyzna  o nazwisku  Tad  Jackson  powinien  być  bardzo  zainteresowany  wiadomością,  którą 

chciała  przekazać.  Bez  wątpienia  była  Amerykanką.  Mówiła  silnym,  władczym  głosem  i nie 

ustąpiła, póki nie wyraziłem zgody na osobistą rozmowę. 

Bancroft.  Tad  był  przekonany,  Ŝe  zrzuciła  przebranie  samarytanki  i postanowiła  ponownie 

wkroczyć w jego Ŝycie. BoŜe! AŜ za dobrze wiedział, co to oznacza. 

Zacisnął  zęby.  Próbował  skupić  uwagę  na  rozmowie.  Ale...  przecieŜ  Jess  była  z Lizzie!  Co 

więcej, dziecko wyglądało na szczęśliwe. Tad poczuł się uraŜony w swej ojcowskiej dumie. 

Wlepił  wzrok  w fotografię.  Najgorsze  było  to,  Ŝe  co  chwila  spoglądał  na  smukłą  kobiecą 

postać  w kostiumie  kąpielowym.  Na  przemoczony  materiał,  ściśle  przylegający  do  jej  pełnych 

piersi... 

Cholera!  Dobrze  pamiętał  noc,  gdy  w okolicach  Town  Lake,  niedaleko  Austin,  zakwitły 

pomarańcze... Noc, podczas której zaznał tak wiele rozkoszy. 

Trudno  było  zapomnieć  o Jess  Bancroft.  Kto  by  pomyślał,  Ŝe  ta  z pozoru  skromna 

dziewczyna jest naprawdę dziką, namiętną kobietą? 

Tad  był  wówczas  przekonany,  Ŝe  spoczywa  w ramionach  Deirdre.  Mimo  upływu  lat,  nie 

potrafił wybaczyć Jess, Ŝe go oszukała. 

–  Kobieta  usiłowała  mnie  przekonać,  Ŝebym  przyjechał  w pewne  miejsce  –  ciągnął  Ian  – 

gdzie zobaczę coś ciekawego. Podejrzewałem jakiś podstęp, ale wysłałem tam jednego ze swoich 

ludzi. Wrócił z pakietem fotografii, które masz przed sobą. 

Tad  powoli  opadł  na  fotel.  Czuł  zawroty  głowy,  jego  twarz  pokryła  się  niezdrową  bielą. 

Serce łomotało mu w piersiach. Był dziwnie słaby, a jednocześnie pełen narastającego gniewu. 

Dlaczego los zmusił go do wspomnień o Ŝonie i jej bliźniaczce? 

– Gdzie zrobiono zdjęcia? 

– Myślę, Ŝe nie powinieneś tam jechać – zaprotestował Ian. – Przynajmniej nie teraz, dopóki 

się nie uspokoisz. Źle wyglądasz. 

– Aaaa... psik! – Kichnięciu towarzyszyło ciche przekleństwo. – Ona... ona... Do cholery, jest 

przecieŜ  moją  Ŝoną!  Po  wszystkim,  co  przeszedłem,  uwaŜasz,  Ŝe  nie  powinienem  się  z nią 

spotkać?! 

Nie  martw  się,  nasza  rozmowa  nie  potrwa  długo.  JuŜ  na  samym  wstępie  uduszę  ją  gołymi 

background image

rękami! 

Tad z trudem hamował wściekłość. 

– Uduszę teŜ ciebie, jeśli nie powiesz mi, gdzie ją znaleźć! 

–  Jako  twój  prawnik  oświadczam,  Ŝe  nie  słyszałem  ostatnich  słów  i szczerze  radzę,  abyś 

powstrzymał swój temperament w obecności postronnych świadków. 

– Dobrze, juŜ dobrze. Jesteś moim prawnikiem, ale nie opiekunem. Sam umiem pokierować 

własnym Ŝyciem. 

– Jak do tej pory odwaliłeś kawał dobrej roboty. – Gdzie ona jest?! 

Ian zawahał się. 

– A jeśli... nie chce cię widzieć? 

Nieprawda.  Jess  Bankroft  nie  po  to  przyjechała  do  Australii,  Ŝeby  liczyć  odnóŜa 

rozgwiazdom lub dmuchać na skaleczoną stopę Lizzie. 

– Przesłała ci wiadomość, gdzie przebywa! Ian zachował niezmącony spokój. 

– To właśnie mnie dziwi. Dlaczego zwróciła się do mnie, zamiast do ciebie? 

–  Na  miłość  boską!  Ian,  bądź  rozsądny.  PrzecieŜ  ma  ze  sobą  Lizzie.  Czy  w swym 

uporządkowanym  Ŝyciu  nie  doświadczyłeś  Ŝadnych  uczuć...  –  Tad  rzucił  okiem  na  kolorową 

mapę, wiszącą na ścianie – ...poza chciwością? 

Ian uśmiechnął się kwaśno. 

–  MoŜe  kiedyś,  gdy  byłem  młody.  Ale  gdy  mój  dom  zajęli  Jankesi  i wraz  z rodzicami 

wylądowałem  na  ulicy,  wyzbyłem  się  niepotrzebnych  emocji.  Wziąłem  za  Ŝonę  kobietę,  która 

lubi  domowe  zajęcia  i rozumie,  Ŝe  przyszło  jej  Ŝyć  w świecie  naleŜącym  do  męŜczyzn.  Zna 

zarówno  swoje  miejsce,  jak  i to,  które  ja  zajmuję.  Ty  postąpiłeś  zupełnie  inaczej.  Poślubiłeś 

nieziemską  piękność,  boginię  przywykłą  do  ciągłych  wyrazów  uwielbienia  i zaszyłeś  się  wraz 

z nią  w Jackson  Downs,  gdzie  przyszło  jej  spędzać  czas  na  pogawędkach  z jaszczurkami 

i liczeniu  termitów.  Mało  tego,  wkrótce  doszło  do  kilku  napadów!  Nic  dziwnego,  Ŝe  stała  się 

nieco nerwowa. 

–  Gdybym  miał  jeszcze  raz  przeŜyć  ostatnie  lata,  z daleka  omijałbym  kaŜdą  kobietę,  choć 

trochę przypominającą Deirdre. 

Obaj zerknęli na zdjęcie z wizerunkiem opalonej, złotowłosej kobiety. 

– Nie jestem pewien... – Ian złączył końce palców i przybrał zamyśloną minę. 

–  Musisz  mi  powiedzieć,  gdzie  one  są,  Ian.  A jeśli  ponownie  stracę  szansę  na  spotkanie 

z Lizzie? 

– Na wyspie – krótko rzucił prawnik. – Co takiego?! 

– Mieszkają na wyspie. Same. 

– Zwariowała, Ŝeby tam wracać. 

– UwaŜasz, Ŝe igra z własnym losem? – W głosie Iana zabrzmiał ton podejrzenia. 

background image

Na pewno. Jess Bancroft uwielbiała podobne sytuacje. 

– Nikomu nie przyszłoby na myśl, Ŝe właśnie tam naleŜy szukać. 

–  Będziesz  równie  szalony  jak  ona,  jeśli  zdecydujesz  się  teraz  wyjechać.  Co  z Jackson 

Downs? 

–  Wszystkimi  sprawami  zajmuje  się  mój  szwagier,  Kirk  Mackay.  Mam  do  niego  całkowite 

zaufanie. 

–  Mimo  to  uwaŜam,  Ŝe  powinniście  spotkać  się  w bardziej...  –  Ian  szukał  przez  chwilę 

właściwego słowa – ...neutralnym miejscu. Nie chcę, Ŝebyś wpadł w jakąś pułapkę. 

Tad  zimnym  wzrokiem  spojrzał  na  fotografię.  WciąŜ  pamiętał  dotyk  gorącego  kobiecego 

ciała, twarde sutki kuszących piersi rozpłaszczone na swoim torsie... Łatwo było ją zdobyć. 

Zapomnieć – nie sposób. 

Po prostu ją kochał. 

Tamtej  nocy  wyruszył,  aby  ją  odnaleźć.  Ona  postąpiła  podobnie.  Lecz  kiedy  się  spotkali, 

udawała  własną  siostrę.  Tad  poślubił  Deirdre,  poniewaŜ  był  przekonany,  Ŝe  to  właśnie  jej 

zawdzięcza noc pełną ekstazy. 

Przez  dziesięć  lat  małŜeństwa  doświadczył  jedynie  rozczarowania.  Krnąbrnej,  zaborczej 

Deirdre  chodziło  wyłącznie  o pieniądze.  Na  pierwszy  znak  nadciągających  kłopotów  uciekła, 

zabierając ze sobą dziecko. 

Tad  po  raz  ostatni  spojrzał  na  uśmiechniętą  twarz  Jess  i starannie  schował  zdjęcia  do 

kieszeni. 

Taaak... to na pewno była pułapka. Tylko tym razem... 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI   

 

Zapach  krzewów  mimozy,  oleandra  i hibiskusa  mieszał  się  z orzeźwiającą  wonią  oceanu.   

Cała  wyspa  była  przesiąknięta  spokojem.  Wszyscy  cieszyli  się  słońcem  i przepięknymi 

widokami. 

Wszyscy,  z wyjątkiem  doktor  Jessiki  Bancroft  Kent  i dziecka  o wypłowiałych  blond 

włosach, które zza grubych pni drzew przyglądało się białej kobiecie. 

Turyści, okupujący hotel na drugim końcu skalistej podzielili swój czas pomiędzy pływanie, 

surfing, słoneczną kąpiel i podziwianie cudów Wielkiej Rafy Koralowej przez oszklone dna łodzi 

wycieczkowych. Jess myślała o czymś innym. Nie zachwycał jej czysty piasek plaŜy ani błękitne 

motyle, trzepoczące wśród bujnego listowia. Miała do spełnienia niezwykle waŜne zadanie i juŜ 

dawno wykreśliła ze swego słownika hasło „wypoczynek”. 

Choć  prawdę  mówiąc,  czuła  się  juŜ  zmęczona.  Serce  dudniło  jej  w piersiach,  a całe  ciało 

paliło Ŝywym ogniem. Nagle spośród drzew wysunął się mały chłopiec. 

Aborygen. Jess spojrzała w jego stronę. Uśmiechnęła się, lecz malec – podobnie jak w czasie 

poprzednich spotkań – zaczął uciekać. Ciemne pięty migały na koralowym piasku. 

Jess  wstała  sama.  Czuła  się  jak  we  wnętrzu  sauny  poniewaŜ  niedawno  spadł  deszcz, 

powietrze  wyletniała  para  rozgrzana  w promieniach  palącego  słońca.  Nawet  w cieniu 

tropikalnego lasu panował upał. Jess z determinacją popchnęła kosiarkę. 

Praca nie była łatwa, poniewaŜ na środku trawnika jakiś niechluj zaparkował buldoŜera. 

Mokre  kosmyki  włosów  przywarły  do  szyi  kobiety.  Przesiąknięty  wilgocią  podkoszulek 

koloru khaki przykleił się do jej ciała, uwidaczniając ponętne kształty. Jess pokręciła głową. JuŜ 

w gimnazjum  bezskutecznie  starała  się  ukrywać  swą  figurę.  Koledzy  widzieli  w niej  wyłącznie 

obiekt poŜądania, podczas gdy ona starała się zaimponować bystrością i inteligencją. 

Zatrzymała  kosiarkę  i ściągnęła  bluzkę.  Jeszcze  przed  godziną  była  pełna  zapału,  aby 

doprowadzić do porządku zarośnięty trawnik, otaczający bungalow. Teraz odczuwała niechęć do 

dalszej  pracy.  Miała  ochotę  odstawić  kosiarkę  do  stypy,  lecz  wiedziała,  Ŝe  podobna  decyzja 

wywoła drwiący uśmiech na chłopięcej twarzy Wally’ego. 

„PrzecieŜ cię ostrzegałem.” Jak wszyscy męŜczyźni czerpał cichą satysfakcję z niepowodzeń 

płci przeciwnej. Jess dobrze pamiętała niedawną rozmowę, jaką przeprowadzili w hotelu. 

–  Kosiarka  spalinowa  jest  zbyt  cięŜka  dla  kobiety  i nie  dasz  rady  wtaszczyć  jej  na  szczyt 

wzgórza. 

– Dla kobiety... – powtórzyła z przekąsem. 

Wally zerknął na, tę część jej figury, która zawsze budziła zainteresowanie męŜczyzn. 

– Jeśli zaczekasz na powrót Hasira... – powiedział. 

–  Bzdury  –  odparła  z kwaśną  miną.  –  Gdybym  w podobnych  sytuacjach  zawsze  czekała  na 

background image

czyjś powrót, niczego bym nie osiągnęła. 

Chwyciła  pałąk  kosiarki.  Wally  nie  zaprotestował.  Starał  się  skupić  uwagę  wyłącznie  na 

twarzy rozmówczyni. Czasem ustępował zbyt szybko. Jess poczuła, się nieco rozczarowana jego 

zachowaniem. Łatwe zwycięstwo nie sprawiało jej satysfakcji. 

Nie  była  przeciwniczka  męŜczyzn,  choć  nieraz  odczuwała  dla  nich  pogardę.  ZauwaŜyła,  Ŝe 

w większości  przypadków  przegrywają  w konfrontacji  z jej  osobowością.  Jedynie  kilku  –  od 

własnego ojca począwszy – doszyła całkowitym zaufaniem. 

Otarła dłonią spocone czoło. Las roił się od przeróŜnych owadów. Niektóre z nich były duŜe 

i wyglądały  tak  egzotycznie,  Ŝe  Jess  miała  szczerą  ochotę  przez  cały  czas  nosić  pyry  sobie 

zwiniętą  gazetę.  Właśnie  przed  chwilą  jakiś  insekt  wylądował  wprost  na  jej  nosie.  Kobieta 

zatęskniła za prysznicem i szklanką orzeźwiającego napoju. Za chłodnym wnętrzem bungalowu 

i towarzystwem Meety oraz Lizzie. 

W  gęstwinie  drzew  trzasnęła  złamana  gałązka.  Jess  drgnęła.  Po  raz  pierwszy  uświadomiła 

sobie, Ŝe zamieszkiwana przez nią część wyspy leŜy z dala od gwarnego, wypełnionego turystami 

uzdrowiska. Mroczna dŜungla jeszcze bardziej pociemniali... 

Jess  przypomniała  sobie,  Ŝe  to  właśnie  gdzieś  tutaj  zginęła  jej  siostra.  Poczuła  gwałtowny 

ucisk  w Ŝołądku;  strach  zwierzęcia  umykającego  przed  myśliwym.  Instynktownie  wiedziała,  Ŝe 

hałas nie był spowodowany powrotem małego Aborygena. Chłopiec potrafił bezgłośnie pomykać 

przez poszycie lasu. Nadchodziło coś większego, niezgrabnego... 

Jess głośno przetknęła ślinę. Strach był dla niej czymś nowym. Całkiem niedawno odwaŜnie 

przemierzała przedmieścia Kalkuty.  Lecz indyjskie slumsy,  pomimo swej brzydoty, okazały się 

o wiele  bezpieczniejszym  miejscem  niŜ  wiele  miast  Ameryki.  W dŜungli  zapanowała  cisza. 

Umilkły  nawet  zielonopióre  papugi.  Jess  czuła  się  obco  w tym  kraju,  na,  tej  wyspie,  w obliczu 

tropikalnego lasu i drzemiących w nim niebezpieczeństw. W napięciu zamarła. 

Biały  kłąb  piór  z donośnym  skrzekiem  uniósł  się  w powietrze.  Jess  wrzasnęła  i zaczęli 

uciekać. Po kilku krokach zawróciła. 

–  Idiotka!  –  mruknęła  pod  nosem.  Spojrzała  w kierunku  odlatującego  ptaka.  –  Naucz  się 

panować  nad  nerwami.  Powoli  podeszła,  do  kosiarki  i skierowała  maszynę  w dół  trawnika 

zakończonego dwumetrowym klifem. Usłyszała głośny warkot silnika. 

Jedno z kół  kosiarki utknęło pomiędzy wystającymi z ziemi  kamieniami. Jess pochyliła się, 

gdy nagle dobiegło ją donośne kichnięcie. – Apsik!. 

Kobieta  zerwała  się  na,  równe  nogi.  Szarpnięta  kosiarka  wypadła  spomiędzy  kamieni 

i zawisła na krawędzi klifu. – Apsik! 

Drugiemu kichnięciu towarzyszyło przekleństwo. 

– Cholera... – mruknął gruby, męski głos. Jess poczuła zimny pot spływający po karku. Ktoś 

czaił się w mroku dŜungli. 

background image

Zacisnęła dłoń na pałąku kosiarki. – Kto... 

Na  bezchmurnym  dotąd  niebie  nie  wiadomo  skąd  pojawił  się  ciemny  obłok.  Słońce 

przygasło. 

Jess  desperackim  ruchem  pociągnęła  kosiarkę.  Ta  ani  drgnęła.  Kobieta  wiedziała,  Ŝe  jeśli 

puści pałąk, maszyna stoczy się w dół klifu. Jeśli zaś pozostanie na miejscu... 

Zebrała  wszystkie  siły  i ufna  w doświadczenie  swego  dwudziestodziewięcioletniego  Ŝycia, 

odezwała się spokojnym tonem: 

– Mógłby Pan tu wreszcie podejść i mi pomóc. 

Cisza. Jess słyszała wyłącznie bicie własnego serca.. Cisza. Lepka i obezwładniająca, niczym 

tropikalny  upał.  Kosiarka  zaczęła  zsuwać  się  po  zboczu,  ściągając  za  sobą  lawinę  drobnych 

kamieni. Jedno z kół zawisło za krawędzią klifu. Kobieta wrzasnęła, jej stopy ześlizgnęły się po 

wilgotnej trawie. 

Z gęstwiny wyskoczyła ciemna postać. Jess stwierdziła z przeraŜeniem, Ŝe czyjeś silne ramię 

objęło ją w talii. Ręce miała przyciśnięte do boków i unieruchomione w stalowym uchwycie. 

Poczuła dotyk męskich palców na swoich piersiach. 

Wypuściła  pałąk  kosiarki.  Bezradnie  obserwowała,  jak  maszyna  spada  ze  zbocza 

i roztrzaskuje się na leŜących poniŜej kamieniach. Miała ochotę krzyknąć, lecz w tej samej chwili 

dłoń intruza zamknęli jej usta. 

Bezskutecznie szarpnęła całym ciałem. Napastnik trzymał ją zbyt mocno. 

– Przestań się szarpać, głuptasie. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić – usłyszała głęboki męski 

pomruk.  Westchnęła  i stanęła  bez  ruchu.  Napastnik,  uspokojony  jej  zachowaniem,  poluźnił 

uchwyt. Popełnił błąd. Jessica była adeptką kursu sztuk walki. 

Działała,  instynktownie.  Mocno  zacisnęła  zęby  na,  opalonej  dłoni.  Szybki  skręt  ciała, 

kopnięcie kolanem w pachwinę, gwałtowny cios łokciem w splot słoneczny. 

MęŜczyzna  zgiął  się  wpół.  Jęknął.  Jess  kopnęła  go  w łydkę.  Stracił  równowagę,  zamachał 

rękami, po czym rycząc niczym ranny bawół, polecał głową w dół śladem kosiarki. 

Jess od czterech lat nie słyszała głosu Tada Jacksona – to znaczy od czasu, gdy wyrzuciła, go 

z mieszkania  w chwili  typowo  kobiecej  frustracji  –  lecz  gniewne  pomniki  brzmiały  dziwnie 

znajomo. 

Jess ze ściśniętym sercem podeszła do skraju urwiska i ostroŜnie wyjrzała za krawędź. 

Pomimo gęstej brody, pokrywającej twarz męŜczyzny, rozpoznała go natychmiast. 

Jackson.  PotęŜne,  muskularne  ciało  leŜało  bez  ruchu  w pobliŜu  kosiarki,  na  kępie 

potrzaskanego  koralowca..  Podmuch  wiatru  rozwiał  złociste  włosy  męŜczyzny.  Z rozciętego 

czoła spływała krew. 

Jess była bliska paniki. 

Co  Tad  mruczał  jej  do  ucha?  „Przestań  się  szarpać,  głuptasie.  Nie  mam  zamiaru  cię 

background image

skrzywdzić.”  Znała  swego  szwagra  na  tyle,  by  wiedzieć,  Ŝe  pomimo  rozmaitych  wad  nie  był 

w stanie wyrządzić krzywdy Ŝadnej kobiecie. Nawet jej. 

Od czterech dni oczekiwała jego przyjazdu. Tad potrzebował pomocy, lecz był zbyt uparty, 

aby  to  przyznać.  Jess  spodziewała  się,  Ŝe  wtargnie  do  wnętrza  domku  niczym  rozjuszony 

nosoroŜec  i stanowczo  zaŜąda  zwrotu  Lizzie  oraz  tego,  aby  ona  sama  definitywnie  zniknęła, 

z jego Ŝycia. 

Tymczasem  mister  Jackson  zachował  się  jak  niedoświadczony  sztubak.  Wiedziony  męską 

dumą zaatakował ją... i przegrał w bezpośrednim starciu. 

Jeśli  przeŜył  upadek,  bez  wątpienia  zaliczy  dzisiejsze  spotkanie  do  długiej  listy  przykrości, 

jakich doznał za sprawą pani Jessiki Banaoft. 

Jeśli przeŜył... 

Jess zaczęła powoli zsuwać się z klifu. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI   

 

Tad  z trudem  zachował  przytomność  po  upadku  z urwiska.  Dopiero  po  chwili  zaczął 

rozpoznawać  szczegóły  otoczenia.  LeŜał  pod  klifem,  z lekka  naruszonym  przez  buldoŜery, 

pracujące  przy  powiększaniu  terenów  rekreacyjnych.  Na  szczęście  postanowiono  zachować 

najpiękniejszą część skały, pokrytą malowidłami wykonanymi przez Aborygenów. 

RóŜnobarwne – krokodyle, kangury i nie znane nauce zwierzęta uczestniczyły w mitycznym 

Akcie Stworzenia, wiernie odtworzonym według podań przez nieznanego artystę. Tad jednak nie 

miał ochoty podziwiać arcydzieł sztuki prymitywnej. Całą uwagę skupił na sylwetce zbliŜającej 

się kobiety. 

Poczuł  ból  poobijanego  ciała.  Upadając,  uderzył  się  w głowę  i dotąd  nie  odzyskał  pełnej 

ostrości  widzenia.  Kobieta  zgrabnie  jak  kozica  skakała  z kamienia  na  kamień.  Bez  wątpienia 

nadchodziła, aby go dobić. 

Jess z gracją Tarzana chwyciła zwisające pnącze i lekko wylądowała w pobliŜu męŜczyzny. 

Tad zadał sobie pytanie, czy kaŜdą czynność potrafi wykonać w tak nonszalancki sposób? 

Przez wpółprzymknięte powieki śledził jej zachowanie. Jess przyklęknęła. 

Przemoczona  wilgocią  i potem  bluzka  przylgnęła  do  jej  pełnych  piersi.  Pod  ciemnym 

materiałem  wyraźnie  rysowały  się  jędrne  sutki.  Tad  zacisnął  zęby.  Próbował  skupić  uwagę  na 

groŜącym niebezpieczeństwie. Biodro i górną część uda przeszywał mu dotkliwy, pulsujący ból. 

Jess była tak blisko... Tak blisko, Ŝe bez trudu mógłby chwycić ją za gardło, rzucić na ziemię 

i zmusić,  by  zapłaciła  za  wszystkie  wyrządzone  mu  krzywdy.  Przez  chwilę  walczył  z pokusą, 

lecz  w końcu  uznał,  Ŝe  powinien  zachować  spokój.  Był  ciekaw,  co  nastąpi  dalej,  a poza  tym... 

leŜenie bez ruchu mniej bolało. 

Jess  pochyliła  się,  lecz  zamiast  roztrzaskać  kamieniem  głowę  męŜczyzny,  delikatnym 

ruchem  ujęła  go  za  przegub,  szukając  pulsu.  Dlaczego  dotyk  jej  palców  sprawił  mu  taką 

przyjemność? 

PrzecieŜ  jej  nienawidził.  Była  to  ta  sama  Jess,  która  go  zdradziła,  która  doprowadziła  do 

małŜeństwa z Deirdre. Jess, którą kochał bardziej niŜ własną Ŝonę. 

Jess, która przed chwilą zepchnęła go ze skalistego zbocza. 

Co zamierzała, jeśli nie chciała go zabić? 

Kobieta pochyliła głowę i przyłoŜyła ucho do szerokiej piersi męŜczyzny. Długie, jasne loki 

połaskotały  go  w nos  i usta.  Tad  z trudem  powstrzymał  się  od  kolejnego  kichnięcia.  Jess 

spojrzała  na  niego  uwaŜnie.  Była  tak  blisko,  Ŝe  czuł  jej  oddech  na  swojej  twarzy.  Powróciły 

gorące, dawno wyrzucone z pamięci wspomnienia... 

Nie. Nieprawda. Nigdy nie zapomniał o wspólnie spędzonych chwilach. Ukrywał swe myśli 

w głębi serca, poniewaŜ były zbyt bolesne. Teraz powróciły, przedzierając się przez grubą osłonę 

background image

niechęci i nieufności. 

Jess zwilŜyła językiem usta. Koniuszkiem palca lekko dotknęła brody męŜczyzny. 

– Jackson – szepnęła. W jej głosie czaił się strach. – Jackson, słyszysz mnie? 

Nie odpowiedział. Czuł się zbyt słaby, aby rozpocząć rozmowę, która i tak miała zakończyć 

się kłótnią. Usłyszał stłumiony jęk Jessiki. 

–  BoŜe!  –  Przesunęła  palcami  po  policzku  leŜącego.  –  Ty  wielki,  nieokrzesany  wariacie. 

Wcale nie miałam zamiaru cię skrzywdzić. 

Ona  –  odpowiedzialna  za  wszelkie  zło,  którego  doświadczył  –  nie  miała  zamiaru  go 

skrzywdzić! 

Z  mieszanymi  uczuciami  patrzył  na  nią  spod  przymkniętych  powiek.  Złociste  włosy  Jess 

migotały w promieniach słońca, przemoczone ubranie uwidoczniło doskonałą figurę. 

Nawet zmęczona i oblepiona pyłem stanowiła przedmiot poŜądania. 

Cholera. W niczym nie przypominała dawnej, wyniosłej i pewnej siebie Jessiki. 

Wprost przeciwnie, wydawała się zagubiona i oczekująca męskiej pomocy. 

Usiadła. Tad jęknął w duchu i zamknął oczy, choć przedtem obrzucił uwaŜnym spojrzeniem 

piękną, wystraszoną i pokrytą śladami łez twarz kobiety. 

Nienawidził jej i był przekonany, Ŝe nigdy nie zmieni swych uczuć. 

ChociaŜ... trudno pałać nienawiścią do kogoś, kto płacze nad twoim losem. 

Powróciło znajome uczucie, które przez wiele lat niczym robak drąŜyło go od środka. 

Wspomnienie  jednej,  jedynej  nocy,  gdy  on  i Jess  naleŜeli  do  siebie.  Nocy  oglądanej 

w tysiącach marzeń sennych, nocy, która wzbudziła nigdy nie zaspokojoną namiętność. 

Poślubił niewłaściwą kobietę. Psiakrew! PrzecieŜ to właśnie był powód jego nienawiści! 

Słodkokwaśna  woń  drzew,  skąpanych  w promie  mach  palącego  słońca,  uderzyła  go 

w nozdrza. To była woń Australii – oleista, aromatyczna, dusząca. Tad oblał się potem, zadrŜał, 

czując na skórze chłodny powiew morskiej bryzy. 

Jess wplotła palce w jego włosy. Po chwili dotknęła rozpalonego, pokrytego zakrzepłą krwią 

czoła. Tad jęknął głośno. Szybko cofnęła rękę. 

– Ciii... – szepnęła. – Nie chcę sprawiać ci bólu, ale muszę obejrzeć ranę. 

Ponownie  poczuł  jej  dłoń  na  swojej  twarzy.  Jess  systematycznie  zbadała  całe  jego  ciało, 

uwaŜnie  przyjrzała  się  kaŜdemu  stłuczeniu  i zadrapaniu.  Była  przecieŜ  lekarką...choć  Tadowi 

z trudem  przychodziło  o tym  pamiętać.  W tej  chwili  widział  przed  sobą  jedynie  kobietę,  nie 

naukowca. 

Jess spojrzała mu w oczy. Nie poruszył się. – Jackson... 

Miękki,  melodyjny  głos  nie  miał  w sobie  nic  z wyniosłości.  Najwyraźniej  Jess  zstąpiła 

z wysokiego piedestału, który chronił ją przed natarczywością męŜczyzn. 

Tad poczuł jej palce na swoim policzku. 

background image

– Jackson, jeśli mnie słyszysz, moŜe mógłbyś... Uścisnęła mu rękę. Drugą dłonią odgarnęła 

pokrwawione włosy z czoła. Miała delikatny, kojący dotyk. 

–  Jackson,  puls  bije  ci  mocno  i równo.  Myślę,  Ŝe  nie  odniosłeś  powaŜniejszych  obraŜeń. 

Wszystko będzie dobrze, lecz teraz muszę opuścić cię na chwilę. Sprowadzę kogoś, kto pomoŜe 

mi przenieść cię do chatki. 

Ostatnie zdanie zabrzmiało juŜ z oddali. Tad nie był pewny, czy dobrze zrozumiał. Próbował 

otworzyć oczy, lecz kiedy udało mu się to uczynić, Jess zniknęła. 

Szczerze Ŝałował swego dotychczasowego milczenia. Czuł się o wiele gorzej niŜ w chwilę po 

upadku. W przypadku wewnętrznego wylewu, mógł nie doczekać szansy ponownej rozmowy. 

Przestraszył  się,  Ŝe  to  juŜ  koniec  wszelkich  cierpień.  Zapragnął  jeszcze  choć  przez  chwilę 

zobaczyć Jess, poŜegnać się... przeprosić... 

Poczuł gwałtowny zawrót głowy, pociemniało mu w oczach. Tępy ból ogarnął całe ciało. 

Szczupła dłoń dotknęła jego palców. Ktoś szarpał go za rękę. 

– Jackson, ty uparty durniu, dlaczego nie chcesz się do mnie odezwać?! 

Z trudem rozróŜniał poszczególne słowa. 

– PoniewaŜ... poniewaŜ... – wychrypiał. 

PoniewaŜ oczekiwał zbyt wiele. 

Gdy odzyskał przytomność, poczuł ulgę, choć był słaby niczym niemowlę. 

ś

ył.  Przebywał  we  wnętrzu  chaty.  Bezpieczny.  Nie  zauwaŜył  obecności  uzbrojonych 

straŜników, nikt nie miał zamiaru go skrzywdzić. Jedynie ta kobieta... 

Na  zewnątrz  panowała  noc.  Upał  zelŜał,  przez  przymknięte  okiennice  wpadał  blask 

księŜycowej poświaty. Powietrze wypełniał zapach wilgoci, kwiatów i mokrych liści. 

DŜungla  tętniła  głosami  nocnych  ptaków.  TuŜ  nad  łóŜkiem  Tada  powoli  obracał  się 

wentylator,  rzucający  migotliwy  cień  na  ścianę  pokoju.  Pomimo  mroku,  męŜczyzna  spostrzegł, 

Ŝ

e  w pomieszczeniu  panuje  wzorowy  porządek  –  rzecz  nie  spotykana  w czasach,  kiedy 

urzędowała tu Deirdre. 

Zza  uchylonych  drzwi  sączył  się  smakowity  zapach  przygotowywanych  potraw.  Tad 

westchnął. Wspomnieniami cofnął się do czasu, gdy wszystko wydawało się prostsze. Zobaczył 

rodzinny  dom,  matkę  pochyloną  nad  kuchnią...  Był  wówczas  szczęśliwy.  Potem,  po  rozwodzie 

rodziców, poznał smak samotności, wyobcowania i frustracji. Za przyczyną starszego brata, Jeba, 

zerwał związki z bliskimi. 

Rosół. Tad był pełen podziwu dla Jess, Ŝe tak dobrze zapamiętała jego kulinarne upodobania. 

Deirdre nigdy nie gotowała rosołu. Jess, pomimo swoich wad, miała kilka zalet. 

Te jej piersi... 

Tad  odrzucił  ostatnią  myśl  i starał  się  skupić  uwagę  na  delikatnym  aromacie  płynącym 

z kuchni.  Jess  potrafiła  gotować  lepiej,  niŜ  którakolwiek  ze  znanych  mu  kobiet  –  a on  miał 

background image

słabość do dobrych potraw. 

Spojrzał  na  cienie  goniące  się  po  suficie.  Zmarszczył  nos.  Nie  powinien  poddawać  się 

łakomstwu i urokowi kobiecych piersi. Do jego uszu dobiegły dźwięki odległej muzyki. W hotelu 

po  drugiej  stronie  wyspy  trwała  zabawa.  Po  chwili  usłyszał  śmiech  Lizzie,  zmieszany 

z powaŜnym głosem Jess. 

Luzie... Tad usiłował wstać, lecz był jeszcze zbyt słaby. Powoli zaczął rozpoznawać więcej 

szczegółów. LeŜał w pokoju na piętrze, nagi, w białej, czystej pościeli. 

Nagi!  Ta  wiedźma  rozebrała  go  i ukryła  ubranie!  Wyobraźnia  podsunęła  mu  widok 

kobiecych dłoni, przesuwających się po jego ciele. Poczuł przyśpieszone bicie serca i pulsowanie 

krwi w skroniach. 

Nie miała prawa go dotykać! Przez głowę przelatywały mu strzępy wspomnień z niedawnej 

przeszłości.  Długie,  smukłe  palce  przesuwające  się  po  jego  skórze...  NoŜyczki  przecinające 

nogawkę  spodni...  Zimne  i ostre,  wywołujące  dreszcz  w rozpalonym  ciele.  Przypomniał  sobie 

chłodny,  dotyk  okładu  na  czole  i ramionach.  Młodą  Hinduskę  w szkarłatno-złotym  sari...  i głos 

Jess. Czułe, łagodne słowa, które słyszał poprzez zakrywającą wszystko ciemność, które płynęły 

bez końca, aŜ zapadł w sen przynoszący ukojenie. 

To  dzięki  Jess  znalazł  się  w domu,  w tym  pokoju,  w pościeli.  Jak  zwykle,  w przypadkach 

wymagających  szybkiego  działania,  ta  kobieta  wykazała  się  zimną  krwią,  zdecydowaniem 

i ogromnym zapasem energii. 

Tej samej energii, dzięki której za pomocą jednego kopnięcia zrzuciła go z klifu. 

BoŜe, ileŜ oddałby za papierosa! Gdzie mogła je schować? Najpewniej zabrała ze sobą. 

Ile  czasu  był  nieprzytomny?  Kilka  godzin?  Dni?  Posłyszał  kobiece  kroki  na  schodach.  Po 

chwili zatupały dziecięce nóŜki. 

Drzwi otworzyły się. Klamka stuknęła głośno o ścianę. 

Tad zacisnął powieki. 

– Lizzie! Cicho! – usłyszał w ciemności szept Jessiki. Zapadło milczenie. 

Tad  poczuł  ucisk  w Ŝołądku.  Nie  wiedział,  co  powinien  powiedzieć,  jak  zareagować  na 

widok córki... i jej opiekunki. 

Potrafił  samotnie  przemierzać  wielkie  odległości.  Długotrwałe  milczenie  nie  sprawiało  mu 

kłopotu. Lecz co miał począć teraz? 

W  sypialni  panował  nastrój  wyczekiwania,  przerywany  jedynie  przytłumionym  warkotem 

wentylatora. 

W  końcu  mała,  szczupła  rączka  spoczęła  na  dłoni  leŜącego  męŜczyzny.  Niecierpliwe 

paluszki pogładziły go po skórze. 

Trwający rok koszmar dobiegł końca. 

Tad  otworzył  oczy.  Nie  mógł  uwierzyć,  Ŝe  widzi  przed  sobą  kaskadę  jasnorudych  loków, 

background image

splecionych  w dwa  grube  warkocze.  DuŜe,  ciemne  źrenice  spoglądały  na  niego  z radością 

i...niepewnością. 

– Tatuś! – nieśmiałym głosem odezwała się dziewczynka. 

Dziecko  ubrane  było  w płaszcz  przeciwdeszczowy,  ozdobiony  sylwetkami  dinozaurów, 

a w rączce trzymało na wpół objedzoną kiść winogron. Sok spływał po delikatnych palcach. 

Dziewczynka uniosła dłoń ku buzi i oblizała ją starannie. 

Córka. Jego córka. 

Tad nie lubił zbędnych czułości. Mocniej zacisnął dłoń na rączce dziewczynki. 

– Obudził się! – Lizzie podskoczyła z radości. 

–  NajwyŜszy  czas  –  mruknęła  sucho  Jess.  W jej  głosie  równieŜ  dźwięczała  radość 

i podniecenie, choć próbowała zachować surowy wyraz twarzy. 

–  Ciociu  Jess!  –  Lizzie  zakręciła  się  w miejscu,  po  czym  znów  zerknęła  na  twarz  ojca..  – 

Ciociu Jess, on płacze! 

– Głupstwa mówisz, kochanie. – Kobieta delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem odebrała 

dziewczynce rozgniecione winogrona i wręczyła jej papierową chusteczkę. 

– Lizzie... – wychrypiał Tad. Zdumiał się, skąd w jego głosie zabraniało tyle emocji. 

OstroŜnie, aby nie uszkodzić drobnych kostek, pogładził rączkę dziecka. 

Jess delikatnie uniosła dziewczynkę. Tad poczuł małe ramiona obejmujące mu szyję. 

– Tatusiu, tak bardzo za tobą tęskniłam! – Płaszcz zatrzeszczał, gdy Lizzie mocno przytuliła 

się do ojca. Jess odsunęła się. Tad wplótł palce we włosy córki. 

– Ja teŜ tęskniłem... 

Czy  mógł  wyrazić  słowami  pustkę  całego  roku?  Bezradność?  Obezwładniające  uczucie 

strachu? Na tak długi czas pozbawiono go jedynej istoty, którą naprawdę kochał. 

– Ślicznie wyglądasz – powiedział. 

Jess  odwróciła  wzrok  w stronę  okna.  CzyŜby  w ten  sposób  próbowała  ukryć  wzruszenie? 

W głębi serca zachowała nieco kobiecości. 

– Tatusiu... wiem, dlaczego mama nie wróciła. Ale dlaczego odesłała mnie tak daleko? Nie 

boję się niedobrych ludzi. 

Jess szybko spojrzała w jej stronę. 

–  Nie  teraz,  kochanie  –  powiedziała  napiętym  głosem.  –  Pamiętaj,  Ŝe  nie  moŜemy  go 

martwić. 

Lizzie umilkła. Dotknęła palcem zarośniętej brody Tada i zmarszczyła nosek. 

– Twarda. Nie podoba mi się. Kiedyś nie miałeś brody. 

– Teraz teŜ ją zgolę – wymruczał. Zmartwiona mina dziewczynki sprawiła mu przykrość. 

Lizzie pogłaskała bandaŜ na jego głowie. 

–  Co  ci  się  stało,  tatku?  Ciocia  Jess  powiedziała...  Tad  zerknął  w stronę  kobiety.  Jess  była 

background image

ubrana  w białą  bluzkę  z wysokim  kołnierzykiem  i ciemnoniebieskie  spodnie,  a włosy  starannie 

upięła na karku. Wyglądała jak nauczycielka. Tad westchnął. Nie podobała mu się w tym stroju. 

Wolał,  gdy  mokre  loki  luźno  spływały  jej  na  ramiona,  a wilgotne  ubranie  podkreślało  figurę. 

Zatęsknił za widokiem łez i zatroskania na jej twarzy. 

Z  oczu  kobiety  zniknął  wyraz  radości.  Pytanie  Lizzie  przywołało  nieprzyjemne 

wspomnienia. 

Jess spuściła wzrok, powodowana poczuciem winy. Spłonęła rumieńcem. 

– Co ci powiedziała ciocia? – Tad nie spuszczał wzroku z Jess. Rumieniec na jej policzkach 

nabrał głębszych tonów. Zacisnęła usta. 

– Powiedz małej, co zechcesz. 

– Nie omieszkam – odparł chłodnym tonem. – Lecz najpierw chciałbym usłyszeć pierwotną 

wersję. 

Lizzie  usiadła  na  łóŜku  i podejrzliwie  popatrzyła  w stronę  opiekunki.  Policzki  Jess 

przypominały rozkwitłe płatki róŜy. 

–  Ciocia  powiedziała,  Ŝe  spadłeś  z tego  duŜego  zbocza  z obrazkami,  po  którym  wszyscy 

zabraniają mi chodzić. 

Tad spojrzał na Jess. Kobieta unikała jego wzroku. Uparcie patrzyła w okno. Tad uśmiechnął 

się gorzko. – Po prostu spadłem? To... niezwykle interesująca interpretacja wydarzeń. 

Twarz  Jessiki  pociemniała  jeszcze  bardziej,  choć  na  pierwszy  rzut  oka  wydawało  się  to 

niemoŜliwe.  Usiłowała  umknąć,  lecz  Tad  szybko  przytrzymał  ją  za  rękę.  Jęknęli  oboje.  Ona 

z zaskoczenia,  on  z bólu,  wywołanego  gwałtownym  poruszeniem.  Jess  szarpnęła  się,  lecz  rzut 

oka na pobladłą twarz męŜczyzny wystarczył, aby zaniechała oporu. 

Tad  poczuł  dotkliwy  ból  w lędźwiach  i prawym  biodrze.  Zacisnął  zęby.  Powoli  opadł  na 

łóŜko, lecz nie zwolnił uchwytu. Czuł pod palcami kruche kości kobiecego przegubu. Wykrzesał 

resztki sił, aby zachować spokój. 

– Mogłabyś nakłonić Lizzie, aby poszła się bawić? – wyszeptał jej wprost do ucha. 

Niesforny kosmyk wysunął się ze starannie upiętej fryzury i musnął policzek Tada. 

– LeŜ spokojnie, Jackson – zamruczała pozornie niewzruszona Jess. – Jesteś zbyt potłuczony 

i słaby, aby udawać supermana. I tak miałeś juŜ dość kłopotów. 

Tad poczerwieniał, słysząc aluzję do swej niedawnej poraŜki. 

–  Chciałbym  porozmawiać  z tobą  w cztery  oczy.  Cisza,  jaka  zapadła  po  jego  słowach, 

zdawała się nie mieć końca. 

Po długiej chwili Jess odwróciła wzrok i odezwała się miękko: 

–  Lizzie,  kochanie,  czy  mogłabyś  zejść  na  dół  i poprosić  Meetę,  aby  podgrzała  zupę,  którą 

przygotowałyśmy dla tatusia? Za chwilę przyjdę do kuchni. Muszę go jeszcze raz zbadać. 

Tad dobrze znał ten obłudny, słodki ton głosu, pełen fałszywej troskliwości. 

background image

Lizzie posłuchała bez wahania i wybiegła z pokoju. 

–  Bancroft,  czy  moŜesz  mi  wyjaśnić,  co  robisz?  –  Mocniej  ścisnął  przegub  stojącej  przy 

łóŜku kobiety. 

–  Przez  ostatnią  dobę  zajmowałam  się  tobą.  Wierz  mi,  to  było  niełatwe  zadanie.  Nie 

nadawałeś się do niczego, zresztą jak większość męŜczyzn w podobnej sytuacji. Nie chciałeś iść. 

Musiałyśmy cię wnieść na górę, aŜ do samego domu. Byłeś cięŜki niczym ołów. 

–  Świetnie!  –  Tad  błysnął  oczami.  –  Najwyraźniej  podczas  upadku  połamałem  nogi. 

Popchnęłaś mnie i... 

– Jak zwykle przesadzasz. 

– Przepraszam, ale do chwili spotkania z tobą byłem w znakomitej kondycji. 

Jess parsknęła śmiechem. 

–  Znakomitej  kondycji!  Jackson,  masz  zapalenie  plac.  Jesteś  słaby  jak  niemowlę.  Nawet 

mucha mogłaby cię przewrócić. 

– Po prostu jestem przeziębiony – zaperzył się Tad. – Zapalenie płuc. Zbyt duŜo palisz... 

– Oczywiście. 

– MoŜe byś łaskawie spuścił z tonu! Nawet ktoś równie uparty jak ty powinien pojąć, co jest 

dobre,  a co  nie.  Od  dziś  skończysz  z paleniem.  JuŜ  od  dawna  powinieneś  mieć  dobrą  opiekę, 

tylko  nikt  oprócz  mnie  nie  potrafił  sprostać  podobnemu  zadaniu.  Wyrzuciłam  wszystkie 

papierosy, jakie znalazłam w twoich kieszeniach. 

Tad zmarszczył brwi. Jeb takŜe zawsze mówił mu, co ma robić. 

– Co zrobiłaś?! 

– To, co powinien uczynić kaŜdy na moim miejscu. Jesteś o krok przed zawałem. 

Z trudem udało mu się zachować spokój. 

–  Nie  potrzebuję  światłych  porad.  –  Szarpnął  dłonią,  przyciągając  kobietę  bliŜej  siebie,  – 

Próbowałaś mnie zabić, czarownico! 

Poczuł falę podniecenia wywołaną dotykiem jej ciała.   

– Sam sobie jesteś winien. Dlaczego mnie zaatakowałeś? 

– Nic podobnego. Próbowałem ratować cię przed upadkiem. 

– Teraz to i tak bez znaczenia – powiedziała miękko. 

– Dlaczego? – zawołał. 

–  Po  raz  pierwszy  w Ŝyciu  spróbuj  pomyśleć  rozsądnie.  –  Chłodny  głos  Jessiki  stanowił 

prawdziwe  wyzwanie  dla  męskiej  ambicji.  –  Nie  uda  nam  się  odwrócić  biegu  wydarzeń.  Poza 

tym, nie stało ci się nic złego. Jak większość męŜczyzn, po prostu się pieścisz. 

–  Pieszczę?!  –  Przez  dwa  lata  usiłował  zapanować  nad  uczuciami.  To  wystarczyło,  aby 

popaść w chroniczną chorobę. 

– Strup na czole i kilka siniaków nie są wystarczającym powodem, aby obwieszczać koniec 

background image

ś

wiata.   

– Kilka siniaków! Dwoi mi się przed oczami! To prawie nie do wytrzymania! 

Jess nie zwróciła uwagi na jego słowa. 

– Kilka siniaków, oszołomienie, naciągnięty mięsień biodrowy i pachwina. To wszystko. 

– Taaak... – mruknął z przekąsem. – Na pewno mięsień biodrowy... 

Nagle  poczuł,  Ŝe  twarz  pokrywa  mu  się  rumieńcem.  –  Pachwina?  Na  miłość  boską,  chyba 

tam mnie nie badałaś?! 

– Oczywiście, Ŝe badałam... 

Krew uderzyła mu do głowy na samą myśl o podobnej sytuacji. 

–  Jackson,  jedynym  powodem  twojego  nie  najlepszego  samopoczucia  jest  zapalenie  płuc, 

w które wpędziłeś się juŜ dawno temu. Miałeś gorączkę. Musiałam nafaszerować cię rozmaitymi 

lekarstwami,  aby  ją  spędzić.  Przez  całą  noc  owijałam  cię  zimnymi  okładami.  Dziś  rano 

temperatura spadła i w końcu odzyskałeś przytomność. 

– Nie spodziewaj się słów podziękowania ani przeprosin – warknął. 

Wydęła usta. Z jej oczu zniknęły iskierki radości. – Drogi szwagrze, nie oczekuję od ciebie 

choćby najmniejszych dowodów kurtuazji – odpowiedziała wyniosłym tonem. – Niczego mi nie 

zawdzięczasz. Podobnie troszczyłabym się o chorego psiaka. 

– Chcę odzyskać Lizzie. Nie interesuje mnie, jak bardzo nienawidzisz męŜczyzn. Po prostu 

wynieś się z mego Ŝycia. Nawet bez twojej obecności mam wystarczająco wiele kłopotów. 

– Wiem. – Spojrzała na niego z wyŜszością. – ChociaŜ w tym jednym jesteśmy zgodni. 

Przybrała pozę nauczycielki rozmawiającej z niesfornym uczniem. 

Tad przyłapał się na tym, Ŝe ukradkiem spogląda na jej piersi. 

– Co to znaczy? – spytał nerwowo. 

Uśmiechnęła się słodko. Najwyraźniej zauwaŜyła jego zmieszanie. 

–  To  znaczy,  Ŝe  oboje  pragniemy  tego  samego,  Jackson.  –  Przycisnęła  dłoń  do  piersi 

męŜczyzny. – Zrozum... nie mam zamiaru rozstawać się z Lizzie. I chcę ci pomóc. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY   

 

Dłoń  Tada  niczym  kleszcze  zacisnęła  się  na  ręku  kobiety.  Poczuł  pod  palcami  miękkie, 

kuszące ciało. Szkoda, Ŝe serce Jess było twarde i nieprzystępne. 

– Nie mam zamiaru rozstawać się z Lizzie, Jackson. Tad nie słuchał. Patrzył na jej pobladłą 

twarz,  włosy  oświetlone  księŜycową  poświatą,  błyszczące  oczy.  Zapanowało  napięcie,  jakby 

gdzieś w pomieszczaniu ukryto nieubłaganie cykającą bombę zegarową. 

– Co to znaczy, Ŝe nie masz zamiaru się z nią rozstawać? – zapytał w końcu. 

– Chodzi mi dokładnie o to samo, co tobie. – Lizzie jest moim dzieckiem. 

– Dzieckiem, a nie wyłączną własnością. – W głosie Jess zabrzmiał ton pouczenia. 

Tad  nie  znosił,  gdy  zachowywała  się  w ten  sposób.  W dodatku  to  przecieŜ  ona  ukradła  mu 

dziecko! 

„Moje!  Moje!”  –  chciał  krzyknąć,  lecz  w porę  uświadomił  sobie,  Ŝe  w ten  sposób  nic  nie 

wskóra. Musiał działać logicznie, choć przychodziło mu to z trudnością. 

–  W ciągu  roku,  jaki  upłynął  od  chwili,  gdy  odebrałaś  mi  córkę  –  powiedział  sztucznie 

spokojnym tonem – nie uwaŜałaś za konieczne powiadomić mnie, gdzie ona przebywa? 

– Na miłość boską, Jackson, podobnych oskarŜeń nie spodziewałam się nawet po tobie. Nie 

porwałam  Lizzie.  Przywiozła  ją  do  mnie  Deirdre.  Twierdziła,  Ŝe  wasza  australijska  posiadłość 

stała  się  terenem  otwartej  wojny,  a ty  nie  masz  najmniejszego  zamiaru  zapewnić  rodzinie 

dostatecznej ochrony. 

– Nie miałem zamiaru?! Walczyłem z całych sił, aby przywrócić spokój. W tym czasie moja 

słodziutka Ŝona zabrała dziecko i po prostu zniknęła. 

– Nie potępiaj jej zachowania. Była przeraŜona. Patrzysz na wszystko wyłącznie z męskiego 

punktu  widzenia.  Nawet  w najlepszych  latach  waszego  małŜeństwa  zachowywałeś  się 

niemoŜliwie. Nic dziwnego, Ŝe uciekła. 

Tad z coraz większym trudem zachowywał spokój.   

–  Gdy  jej  zabrakło  pieniędzy,  potrafiła  na  chwilę  powrócić  na  jeden  z samolotów.  Skradła 

całą gotówkę. 

– Potrzebowała pieniędzy na Ŝycie. 

– Nie zostawiła mi ani centa. OpróŜniła konto bankowe. Przyjechała tutaj i juŜ nigdy jej nie 

widziałem.   

– Bo zginęła! 

– Moja córka zniknęła, a jedyna osoba, która mogła wskazać mi miejsce jej pobytu, nie Ŝyła. 

OskarŜono mnie o podwójne morderstwo. O zabicie własnego dziecka! Nie potrafiłem się bronić 

przed opinią publiczną. Jedynie mój adwokat, Ian McBain, uchronił mnie przed więzieniem, choć 

wierz mi, Ŝe pobrał honorarium niemal przekraczające wartość całej posiadłości. 

background image

– Deirdre wspominała mi o nim – z zamyśloną miną wtrąciła Jess.   

Tad zacisnął usta. 

–  Wiesz, co znaczy być  oskarŜonym o zbrodnię,  której się nie popełniło?  Wiesz, co znaczy 

Ŝ

yć  ze  świadomością,  Ŝe  być  moŜe  twemu  dziecku  dzieje  się  krzywda?  Znasz  słowo 

„bezradność”? Czy przed zaśnięciem wpatrywałaś się długo w fotografię córki, pytając Boga, czy 

pozwoli ci ją jeszcze zobaczyć? 

Jess zadrŜała. Twarz miała białą, jakby światło księŜyca wysączyło z niej całą energię. 

– Przepraszam – powiedziała spokojnie, lecz cicho.   

– NaleŜy mi się chyba coś więcej – mruknął Tad. – Samo „przepraszam” to zbyt mało. 

– Nie... Nie wiedziałam, jak się zachować – odpowiedziała, po chwili Jess. – Gdy Deirdre nie 

wróciła po Lizzie, zaczęłam jej szukać i dowiedziałam się, Ŝe jesteś w powaŜnych kłopotach. 

– Kłopotach?! – parsknął. – Byłem w piekle. Wiedziałaś o tym i mimo wszystko nie oddałaś 

mi dziecka? 

– Nie naleŜysz do osób, do których mam zaufanie.   

– Nawet nie napisałaś! Choć kilka słów zawiadomienia, Ŝe Lizzie Ŝyje! 

– Wtedy dowiedziałbyś się, gdzie jesteśmy. 

– Więc przyznajesz, Ŝe ukrywałaś małą, choć zdawałaś sobie sprawę, Ŝe jej szukam? 

– A co miałam zrobić? – Odwieźć ją do domu! 

–  Jak?  Pracowałam  w szpitalu  w Kalkucie.  Nie  mogłam  opuścić  chorych.  Przyjechałam  tu 

tak szybko, jak tylko znalazłam zastępstwo. 

–  Po  prostu  byłaś  zbyt  zajęta  zbawianiem  całego  świata,  aby  pomyśleć  o samotnym 

człowieku, któremu juŜ niegdyś zmarnowałaś Ŝycie. 

– Nieprawda. 

– Prawda, do cholery! 

– Po wszystkim, co usłyszałam od Deirdre, miałam ryzykować bezpieczeństwo dziecka? 

–  Aa...  więc  o to  chodzi.  Powinienem  pamiętać,  Ŝe  moja  droga  Ŝona  nie  przepuściła  Ŝadnej 

okazji,  aby  poniŜyć  mnie  w oczach  rodziny  i przyjaciół.  Na  pewno  odczuwałaś  głęboką 

satysfakcję, słuchając historyjek o naszym małŜeństwie. 

Jess z uwagą spoglądała mu prosto w oczy. – Uwierzyłbyś moim zaprzeczeniom? 

– Teraz to i tak bez znaczenia. Nie interesuje mnie, co ci powiedziała. 

–  Dla  mnie  ma  to  bardzo  głębokie  znaczenie.  Rok  temu,  gdy  dowiedziałam  się  o waszych 

kłopotach, wzięłam na siebie odpowiedzialność za los Lizzie. Obie przeŜyłyśmy naprawdę trudne 

chwile. 

– W przeciwieństwie do mnie – mruknął z przekąsem. 

–  Zrozum,  mieszkałam  w Indiach  i pracowałam  czternaście  godzin  na  dobę.  Próbowałam... 

próbowałam zapomnieć o... wypadku. Deirdre powierzyła mi opiekę nad pięcioletnim dzieckiem 

background image

i zniknęła bez śladu. Zostałam sama z rozpieszczoną przez ciebie jedynaczką i w krótkim czasie 

zrozumiałam,  Ŝe  całe  moje  dotychczasowe  Ŝycie  zostało  wywrócone  do  góry  nogami. 

Zaakceptowałam  te  zmiany.  Rozumiałam,  co  czuje  Lizzie,  w nagły  sposób  pozbawiona  domu, 

rodziców i wszystkiego,  co kochała. Przez  kilka miesięcy oczekiwałam powrotu Deirdre. Nagle 

dowiedziałam się, Ŝe moja siostra nie Ŝyje, a ty jesteś oskarŜony o morderstwo. 

Umilkła i odwróciła wzrok. Na jej twarzy pojawił się wyraz bólu. 

– Byłaś przekonana, Ŝe zabiłem Deirdre? – mruknął Tad. 

Jess  milczała.  MęŜczyzna  opadł  na  poduszkę.  Gwałtownie  szarpnął  dłoń  kobiety, 

przyciągając  ją  bliŜej  łóŜka.  Poczuł  delikatną  woń  perfum.  W oczach  Jess  zauwaŜył  dziwny, 

niezrozumiały błysk uczucia.   

– Odpowiedz – zaŜądał stanowczym tonem. 

– UwaŜałam, Ŝe jesteś niewinny. – Opuściła powieki.   

– Coś takiego! – Tad z trudem panował nad sobą.   

– Nigdy nie kłamię – szepnęła. 

– Nieprawda. 

Kobieta zbladła. Światło księŜyca igrało w jej ciemnych źrenicach. 

–  Skłamałaś...  pewnej  nocy,  dziesięć  lat  temu.  Potrząsnęła  głową,  lecz  gdy  spojrzał  na  nią 

oskarŜycielsko, spłonęła rumieńcem. 

– Masz rację. Tak. Wówczas skłamałam. Lecz na tym koniec. Nie mam pojęcia, co stało się 

z Deirdre. Wiem tylko... Ŝe jej nie zabiłeś. 

– To dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób? 

– PoniewaŜ... poniewaŜ doskonale rozumiem, co znaczy znaleźć się w tak przykrej sytuacji. 

To ja spowodowałam wypadek... w którym zginęli Jonathan i mały Benjamin... 

Ś

cisnął jej rękę. 

– Nie wolno ci myśleć w ten sposób! 

–  Czasem  zastanawiam  się,  jak  bym  postąpiła,  wiedząc  co  nastąpi.  Są  chwile,  gdy 

popełniamy błędy, których nie moŜna naprawić... 

Tad miał ochotę przygarnąć ją do siebie; przytulić, pogładzić po głowie. Jess zagryzła wargi. 

MęŜczyzna poczuł zamęt w głowie. 

Wierzyła mu!  Wierzyła nawet wówczas, gdy wszyscy go potępiali. Znała ból towarzyszący 

niezawinionej tragedii. Tad doznał głębokiej ulgi na myśl, Ŝe ktoś go zrozumiał, nawet jeśli ów 

ktoś zaliczał się do grona najbardziej zaciętych wrogów. 

Siłą woli stłumił wzruszenie. Jess nie lubiła sentymentalnych męŜczyzn. On zresztą równieŜ. 

–  Wiedziałam,  Ŝe  nie  potrafiłbyś  nikogo  skrzywdzić...  przynajmniej  nie  w ten  sposób.  Ale 

zrozum,  nie  mogłam  oddać  Lizzie  komuś...  –  Przerwała  na  chwilę,  po  czym  dokończyła 

łamiącym się głosem: – Nie mogłam wysłać jej do sterroryzowanego Jackson Downs. Nie byłam 

background image

pewna, czy starczy ci czasu, aby się nią opiekować we właściwy sposób. 

– Jestem jej ojcem – odparł szorstko. – Znam swoje obowiązki i odpowiedzialność związaną 

z wychowaniem dziecka. 

Poczuł, Ŝe dłoń kobiety zadrŜała pod jego palcami. Jess posmutniała. 

–  Znów  się  nie  zgadzamy.  UwaŜałam,  Ŝe  w zaistniałej  sytuacji  część  odpowiedzialności 

spadła na mnie. – I potraktowałaś to bardzo powaŜnie. 

–  Wiesz,  Ŝe,  zawsze  tak  czynię.  –  Zawahała  się.  –  Tym  bardziej  w podobnym  przypadku. 

Jackson, nie chcę z tobą walczyć. 

Tad  przyjrzał  się  jej  uwaŜnie.  Widział  w oczach  szwagierki  ten  sam  upór  i determinację, 

jakie cechowały jego własne zachowanie. 

– Chcę, abyś zniknęła z mojego Ŝycia – warknął, lecz nie zwolnił uchwytu. 

–  Ja  zaś  nie  Ŝądałam  od  Deirdre,  aby  uczyniła.  Lizzie  częścią  mojego  własnego  Ŝycia! 

Zrobiła  to  bez  mojej  zgody.  Od  czasu...  Bałam  się...  Bałam  się  ponownej  miłości  do  dziecka  – 

mówiła,  z coraz  większym  trudem.  –  Zwłaszcza  twojego  dziecka.  Ale  stało  się.  Nie  pozwolę, 

Ŝ

ebyś po prostu ją zabrał i uczynił z niej to, co mój ojciec... 

Ciemna chmura na chwilę przesłoniła księŜyc i twarz Jess pogrąŜyła się w mroku. Tad uniósł 

dłoń. Dotknął palcem policzka kobiety, po czym sięgnął niŜej, w kierunku kuszącego zagłębienia 

pod miękkim podbródkiem. 

Jess westchnęła. Tad poczuł, Ŝe drŜą mu ręce. Szykował się do bitwy. 

–  Zabrałaś  mi  córkę  –  mruknął  uparcie.  –  Przez  rok  ukrywałaś  ją  przed  światem  i przede 

mną. 

–  Ktoś  musiał  się  nią  zaopiekować.  Było  dla  mnie  oczywiste,  Ŝe  oboje  jesteście  zbyt 

zaabsorbowani własnymi problemami, aby właściwie zajmować się Lizzie. 

Tad poczuł, Ŝe krew ponownie uderza mu do głowy. – Twierdzisz, Ŝe jestem złym ojcem? 

– Puść mnie, Jackson – szepnęła. – Porozmawiamy o tym jutro. 

– Wolałbym teraz dokończyć naszą dyskusję. 

–  Jesteś  słaby  jak  niemowlę.  –  Szybkim  ruchem  przekręciła  dłoń,  uwalniając  nadgarstek 

z jego uchwytu. – Widzisz! 

Tad  uznał,  Ŝe  jego  męska  duma  stanowczo  zbyt  wiele  ucierpiała  w czasie  kilku  ostatnich 

godzin. Zaklął w duchu. 

– Jutro – powtórzyła Jess. – Teraz śpij.   

Odeszła. 

Przez całą noc jej słowa kołatały w głowie męŜczyzny. „Chcę Lizzie. Nie mam zamiaru się 

z nią  rozstawać.”  Jak  mógł  zasnąć,  skoro  w uszach  szumiało  mu  tak  głośno,  Ŝe  ledwie  słyszał 

skrzek papug w koronach drzew, otaczających bungalow? 

Jak  mógł  zasnąć,  skoro  nad  łóŜkiem  wciąŜ  unosiła  się  pomarańczowa  woń  perfum, 

background image

przywołująca  zakazane  wspomnienia?  Piękna  kobieta  o przejmująco  smutnych  oczach,  o głosie 

zabarwionym nutą tęsknoty... 

Tad  po  raz  kolejny  stłumił  w ustach  przekleństwo.  Wmawiał  sobie,  Ŝe  powinien  odczuwać 

satysfakcję z Ŝyciowych niepowodzeń Jessiki, tymczasem  w jego sercu rodziło się całkiem inne 

uczucie... Coś, co budziło strach swą intensywnością. 

Odrzucił na bok kołdrę. Dłonie przycisnął do skroni, usiłując wyrzucić z myśli obraz Jess. 

Bezskutecznie.  JuŜ  cały  rok  nie  trzymał  w ramionach  kobiety.  Wspomnienie  urody  Jess, 

złocistych  włosów  połyskujących  w półmroku  oraz  figlarnych  kosmyków  opadających  na  jej 

twarz spowodowało, Ŝe Tad zacisnął pięści.  Nienawidził  jej, lecz jednocześnie pragnął, by była 

blisko, by w jego obecności mogła zapomnieć o Jonathanie i Benjaminie. 

Poczuł  chłodny powiew  powietrza,  zmąconego ruchem wentylatora. ZadrŜał. Czym prędzej 

przykrył się aŜ pod brodę. Nie minęło kilka chwil, gdy ponownie ogarnęła go fala gorąca. 

Późną  nocą  wstał,  owinął  prześcieradło  wokół  bioder  i otworzył  drzwi  wiodące  na  balkon. 

Na  zewnątrz  panowała  cisza,  nawet  najmniejszy  powiew  wiatru  nie  mącił  spokoju  parującej 

wilgocią dŜungli. Tad czuł się chory, słaby i oszołomiony. To  wina Jessiki!  To ona wpakowała 

go  w tę  kabałę!  Zabrała  mu  dziecko.  Zepchnęła  z urwiska.  Naszpikowała  rozmaitymi 

lekarstwami. 

Zachwiał  się.  Z trudem  utrzymał  równowagę.  Próbował  oprzeć  się  dłonią  o framugę,  lecz 

zamiast tego cięŜko uderzył całym ciałem w okiennicę. 

Zatrzeszczało drewno. 

Wiedział,  Ŝe  powinien  natychmiast  wrócić  do  łóŜka,  Potrząsnął  uparcie  głową  i cięŜkim 

krokiem wyszedł na balkon. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY   

 

Minęła  północ.  Jess  leŜała  w łóŜku,  bezwiednie  owinąwszy  wokół  palca  kosmyk  włosów 

i spoglądała  na  smugę  księŜycowej  poświaty,  widoczną  na  ścianie.  Od  wielu  godzin  nie  mogła 

zasnąć. Myślała o Jacksonie. 

Musiała przyznać, Ŝe jej szwagier jest nieprzeciętnym męŜczyzną. Czuła na wargach ciepły 

dotyk jego palców, uścisk rozpalonej dłoni, niepokojącą bliskość muskularnego ciała. 

BoŜe...  Skąd  te  myśli?  Dlaczego  w obecności  Tada  czuła  się  niczym  mała  dziewczynka, 

przeŜywająca  pierwszą  miłość?  Pomimo  całego  zaufania,  jakim  go  obdarzyła,  bała  się  wyjazdu 

do Jackson Downs. 

Poruszyła  się  niespokojnie.  Dlaczego  właśnie  Tad?  Dlaczego  miał  tak  silny  wpływ  na  jej 

zachowanie?  PrzecieŜ  był  jedynie  zapatrzonym  w siebie  osiłkiem,  bez  krzty  rozsądku, 

grubiańskim... W najmniejszym stopniu nie interesował się problemami innych ludzi. 

Tragedią wielu narodów świata... 

Jess  dorastała  wśród  obcych,  z dala  od  ojczystego  kraju  i dobrze  poznała  ból  i cierpienie 

towarzyszące przemianom społeczno-politycznym, dobrze poznała nędzę państw odczuwających 

skutki klęsk Ŝywiołowych. Chciała nieść pomoc. 

Lecz teraz musiała swą uwagę poświęcić Lizzie. Zaopiekować się nią... i Jacksonem. Zadanie 

nie naleŜało do najłatwiejszych. Jak większość męŜczyzn – niezaleŜnie od rasy czy koloru skóry 

– był przekonany, Ŝe nawet najbardziej inteligentna kobieta nie potrafi wskazać mu właściwego 

rozwiązania nabrzmiałych problemów. 

Tymczasem,  zdany  na  samego  siebie,  popadł  po  uszy  w tarapaty.  Jego  posiadłość  stała  się 

obiektem  ciągłych  ataków.  Został  posądzony  o zbrodnię,  której  nie  popełnił.  Mimo  upływu 

całego  roku,  nie  zdołał  oczyścić  się  z zarzutów  ani  zakończyć  konfliktu.  śył  w cieniu  gwałtu, 

a co  gorsza,  domagał  się,  aby  towarzyszyła,  mu  Lizzie.  MoŜe  miał  zamiar  znaleźć  ustronną 

kryjówkę  i przebywać  w niej  do  czasu,  aŜ  sprawa  przycichnie?  Jess  słyszała  takŜe,  Ŝe  nosił  się 

z zamiarem sprzedaŜy ziemi oraz wszelkich nieruchomości. 

Westchnęła. To na pewno nie były warunki umoŜliwiające prawidłowe wychowanie dziecka. 

Szczególnie kochanej Lizzie. Jej Lizzie. 

Pogładziła  poduszkę.  Jej  Lizzie.  Jego  Lizzie.  Tkwili  w tym  oboje,  bez  względu  na 

okoliczności. 

Ktoś powinien zachować odrobinę rozsądku, zacząć zadawać pytania, pomyśleć... 

MęŜczyźni  uwielbiali  rozstrzygać  wszelkie  sprawy  przy  uŜyciu  siły,  odczuwali  lęk  przed 

nieznanym,  pokrywali  szorstkością  uczucie  niepewności.  „Ognia!”  krzyczeli,  gdy  wystarczyło 

ruszyć głową i dokonać rzetelnej oceny sytuacji. 

W  cieniu  drzew  poruszyła  się  niewielka  sylwetka.  Mały  Aborygen  znów  stanął  na 

background image

posterunku,  obserwując  okna  bungalowu.  Światło  księŜyca  wydobyło  z ciemności  połyskującą 

czuprynę malca. 

Nikt nie umiał odpowiedzieć na pytanie Jess, kim jest ten chłopiec. Dlaczego ją obserwował? 

Czy coś wiedział? Dlaczego uciekał, gdy chciała zbliŜyć się do niego? 

Postanowiła  za  wszelką  cenę  zdobyć  jego  zaufanie.  MoŜe  powinna  ofiarować  mu  jakiś 

prezent? 

Po  cichu  wstała  z łóŜka  i weszła  na  piętro.  Korytarz  usłany  był  rozmaitymi  zabawkami. 

Lizzie nie lubiła sprzątać. 

Jess  podniosła  z podłogi  pluszowego,  róŜowego  dinozaura  z czerwoną  wstąŜeczką  na  szyi 

i skierowała  się  w stronę  dziedzińca.  Cień  pod  drzewem  natychmiast  zniknął,  ale  wiedziała,  Ŝe 

chłopiec nie odszedł daleko. Umieściła zabawkę na rozłoŜystej kępie trawy i wróciła do domu. 

Postanowiła  obserwować  z tarasu  dalszy  bieg  wydarzeń.  W chwili  gdy  po  cichu  dotarła  na 

szczyt  schodów,  jej  uszu  dobiegł  głośny  trzask.  Przekonana,  Ŝe  hałas  spowodował  mały 

Aborygen, podbiegła do  okna, lecz nie dostrzegła nikogo. Jedynie  KrzyŜ  Południa błyszczał na 

bezchmurnym niebie niby wysadzana brylantami zapinka na czarnej aksamitnej sukni. 

Jess otworzyła drzwi wiodące na taras. Zaskrzypiały deski, a po chwili z ciemności wysunęła 

się widmowa postać, przybrana w biały całun. Kobieta zakryła dłonią usta, aby nie krzyknąć. 

Gdy  upiór  znalazł  się  bliŜej,  rozpoznała  sylwetkę  Jacksona.  Owinięty  w pasie 

prześcieradłem,  przypomniał  prymitywnego  wojownika  z zamierzchłych  czasów.  PotęŜny 

i dominujący,  był  ucieleśnieniem  męskości.  Nagle  zachwiał  się  i cięŜko  oparł  o balustradę.  Jess 

zapomniała o małym tubylcu. – Jackson – odezwała się nieswoim głosem. 

MęŜczyzna uniósł głowę i nieco mętnym wzrokiem wpatrzył się w ciemność. 

Westchnął  na  widok  doskonałego  ciała  Jess,  zarysowanego  wyraźnie  pod  przewiewnym 

szlafrokiem. 

Serce kobiety zamarło. 

– Jess... – Tad zatoczył się w jej stronę. 

Chwyciła  go  w pasie  i przytrzymała,  aby  nie  upadł.  Prześcieradło  opadło  i poczuła  pod 

palcami rozpaloną, nagą skórę męŜczyzny. Tad miał gorączkę. 

Jess przestraszyła się. Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie bała się tak mocno. 

– Wydawało mi się, Ŝe słyszę jakiś hałas – powiedziała. – Powinieneś być w łóŜku. 

– Nie oddam ci Lizzie! – warknął. 

– BoŜe... – westchnęła Jess. – Znów majaczysz. Tad zadygotał. Z trudem uchroniła go przed 

upadkiem. 

– Chodź. Odprowadzę cię do sypialni. 

PoniewaŜ się opierał, postanowiła umieścić go w swoim pokoju i przekonać, by zasnął. 

Popchnęła cięŜkie ciało w stronę łóŜka. Tad mocniej objął ją ramionami. Upadli oboje. Jess 

background image

próbowała wstać, lecz nie potrafiła się uwolnić. 

Zwiewny materiał szlafroka oplątał jej biodra, odsłaniając nogi aŜ po uda. 

Poczuła, jak mięśnie męŜczyzny napinają się. ZauwaŜyła w jego oczach błysk poŜądania. 

Przypomniała  sobie  inną  noc  pełną  miłosnej  ekstazy,  noc,  która  rozpoczęła  się  w podobny 

sposób... ową straszną noc, podczas której zdradziła własną siostrę i unieszczęśliwiła wiele osób. 

Szarpnęła się, lecz męŜczyzna mocniej ścisnął ją ramionami. Poczuła aŜ nadto znajomy dreszcz 

podniecenia. 

–  Nie...  nie  zabieraj  mi  Lizzie  –  odezwał  się  Jackson.  W jego  głosie  zabrzmiała  błagalna 

nuta. 

Był  tak  bezradny,  tak  chory...  Deirdre  zamieniła  jego  Ŝycie  w prawdziwe  piekło.  PrzeŜył 

więcej, niŜ mógłby wytrzymać przeciętny człowiek. 

Na przekór wcześniejszym postanowieniom, Jess nie zamierzała trwać w zaciętości. 

Delikatnie pogładziła zarośnięty policzek męŜczyzny. 

– Nie zabiorę. 

– Nie? 

– Nie – szepnęła. 

Zaczął oddychać swobodniej. 

Jess ponownie próbowała się podnieść, lecz nie miała dość sił, aby rozerwać stalową obręcz 

rąk męŜczyzny.   

–  Nie  odchodź  –  poprosił  Tad.  Poczuła  na  szyi  gorący  powiew  jego  oddechu.  –  Potrzebuję 

cię. Teraz. Tak długo byłem sam... 

Wiedziała,  co  znaczą  te  słowa.  Przez  wiele  lat,  nawet  w czasie  małŜeństwa,  odczuwała 

dotkliwą samotność. Jackson zdawał się być zagubiony, przytłoczony własną słabością... 

Trawiony wysoką gorączką i obolały. 

Jess chciała  mu pomóc.  Chciała otoczyć  go troskliwą opieką i sprawić, aby  choć na  chwilę 

zapomniał  o przeszłości.  ZbliŜyła  usta  do  twarzy  męŜczyzny  i złoŜyła  delikatny  pocałunek  na 

jego rzęsach. Musnęła policzkiem zwichrzoną brodę i... 

Tad rozchylił usta. 

Jess  poczuła,  Ŝe  jej  ciało  ogarnia  fala  namiętności.  Palce  Jacksona  zacisnęły  się  na  jej 

pośladkach.  Tak  łatwo  było  odrzucić  bolesne  wspomnienia...  uwierzyć,  Ŝe  zniknęła  dawna 

nienawiść... nie myśleć o tym, co miało nastąpić, gdy Tad powróci do zdrowia. 

Dłoń męŜczyzny spoczęła na jej włosach.   

– Nie odchodź – szepnął powtórnie. 

Ś

wiat zdawał się niknąć za zasłoną ciemności. 

Jedyną  rzeczą,  jaka  docierała  do  świadomości  Jess,  był  łagodny  ruch  męskiego  ciała  oraz 

dotyk rozpalonych ust. 

background image

– Nie odchodź. 

– Nie odejdę – szepnęła, miękko. – Dzisiejszej nocy zaopiekuję się tobą, a gdy poczujesz się 

lepiej, pojedziemy do Jackson Downs. Chciałabym zapewnić Lizzie odpowiednie warunki. 

–  Niebezpieczeństwo...  –  wykrztusił  Tad.  –  W Jackson  Downs  jest  dla  ciebie  zbyt 

niebezpiecznie... 

– Bzdury. Dlaczego tylko męŜczyźni mieliby się wciąŜ bawić? 

– Jesteś najbardziej upartą... – głos męŜczyzny ucichł. 

Jess doskonale zdawała sobie sprawę, Ŝe po odzyskaniu pełnej przytomności Tad nie będzie 

pamiętał rozmowy. Nie przestawała jednak mówić; zawsze traktowała pacjentów tak, jakby byli 

w pełni sił i władz umysłowych. 

– Lizzie potrzebuje opieki dwojga osób. Wiem, Ŝe mnie nie lubisz... 

– To nieprawda – zapewnił gwałtownie. 

Jess  westchnęła.  Miała  ochotę  całkowicie  wtopić  się  w jego  ciało.  Z trudem  odpędziła 

niewczesne myśli. 

– Twoja posiadłość liczy ponad milion akrów – powiedziała spokojnie. – Znajdę więc dość 

miejsca,  Ŝebyś  mnie  nie  widywał.  Zrozum...  podczas  pobytu  w Indiach  poczyniłam  wiele 

interesujących  spostrzeŜeń  i chciałabym  wydać  je  w formie  ksiąŜki.  Muszę  takŜe  przygotować 

habilitację. Naprawdę będę miała duŜo pracy, a chyba pamiętasz, Ŝe czas ma dla mnie szczególną 

wartość. 

– To dlaczego pozwoliłaś zmarnować nam całą dekadę? 

„Ty oŜeniłeś się pierwszy” – chciała powiedzieć, lecz w porę ugryzła się w język. 

– Wspólnie zajmiemy się wychowaniem Lizzie – szepnęła. 

– Wspólnie – jęknął. 

Jess nie była pewna, czy posłyszała w jego głosie nutę ulgi, czy cierpienia. 

Sądziła, Ŝe Tad odezwie się ponownie, lecz w pokoju panowało milczenie. 

Ciało  męŜczyzny  zwiotczało  nagle.  PrzeraŜona  Jess  zerwała  się  z łóŜka.  Chwyciła  przegub 

chorego.  Puls  bił  przyśpieszonym  rytmem,  lecz  miarowo.  Jess  pobiegła  w stronę  kuchni,  aby 

przynieść lekarstwa, ręczniki i nieco wody. 

Rozgniotła kilka pigułek, zmieszała je z odrobiną osłodzonego płynu i podeszła do łóŜka. 

Tad poruszył się. Obrócił głowę i zacisnął zęby. Jak większość męŜczyzn, w trakcie choroby 

zachowywał się gorzej niŜ rozkapryszone niemowlę. Jess wezwała na pomoc Meetę. Wspólnymi 

siłami wlały lekarstwo do ust Jacksona. 

– Madame doctor – szepnęła Hinduska – zdaje mi się, Ŝe pani przyjaciel jest bardziej chory 

niŜ wieczorem.   

– Tylko dlatego, Ŝe nie słuchał moich poleceń. Ale nie ma powodu do obaw. Jest silny jak tur 

i w krótkim czasie powinien stanąć na nogi. 

background image

Wyraz zaniepokojenia zniknął z ładnej, smagłej twarzy Meety. Dziewczyna uśmiechnęła się, 

ukazując rząd śnieŜnobiałych zębów. 

–  Wiem  –  powiedziała.  –  Widziałam  juŜ  wielu  słabszych  od  niego,  którzy  pod  pani  opieką 

powrócili do zdrowia. 

Do świtu obie czuwały na zmianę przy łóŜku chorego. Wielokrotnie musiały zmieniać okłady 

na rozpalonym ciele. Jess starała się nie patrzeć w stronę brązowych, muskularnych ramion Tada. 

Dopiero  nad  ranem  gorączka  poczęła  ustępować.  Jess  odesłała  Meetę  do  jej  sypialni.  Sama 

bała  się  odejść,  poniewaŜ  trzymała  rękę  w dłoni  Jacksona.  Powoli,  aby  go  nie  obudzić,  ułoŜyła 

się obok. Niespodziewanie otoczył ją ramionami i przycisnął do siebie. 

–  Nie...  nie...  –  powiedziała  zmęczonym  głosem.  Lecz  Tad  naleŜał  do  męŜczyzn,  którzy 

rzadko zwracają uwagę na słowa protestu. I był od niej silniejszy. 

Przytulił  kobietę tak  mocno, Ŝe przez  materiał szlafroka poczuła  dotyk  jego twardego torsu 

na swoich piersiach. Nie mogła się poruszyć, nawet gdyby zechciała. 

Przestała stawiać opór. 

Spowita  w chłodną,  bawełnianą  pościel,  Jess  śniła  o Jacksonie.  Znów  stała  się  Jessiką 

Bancroft, studentką Uniwersytetu Teksaskiego, przekonaną, Ŝe cały świat oczekuje jej Pomocy. 

Był październikowy, niedzielny poranek. W powietrzu unosił się zapach jesieni, a na kortach 

uwijały  się  grupy  młodych  ludzi,  którzy  nie  mieli  nic  do  roboty  do  czasu  rozpoczęcia  meczu 

futbolowego  lub  wieczornej  potańcówki.  Zegar  na  wieŜy  Uniwersytetu  odezwał  się  donośnym 

dźwiękiem. 

Jess czekała na siostrę. Deirdre zniknęła gdzieś w poszukiwaniu zimnej coli. 

Gliniana  nawierzchnia  kortu  parzyła  stopy  nawet  poprzez  grube  podeszwy  tenisówek.  Jess 

niecierpliwie zerknęła na zegarek. Była wściekła. 

Nagle  posłyszała  za  sobą  czyjeś  kroki.  Na  pewno  wracała  Deirdre.  Jess  zacisnęła  pięści 

i przygotowała w myśli kilka gorzkich słów na temat zachowania siostry. 

Poczuła klepnięcie w plecy. Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz złotowłosego olbrzyma, 

ubranego  w wypłowiałe  dŜinsy  i wysokie  buty,  które  czasy  świetności  dawno  miały  juŜ  poza 

sobą.  Chłopak  rzucił  na  ziemię  szerokoskrzydły  kowbojski  kapelusz  i bez  najmniejszego 

ostrzeŜenia otoczył ramionami kibić dziewczyny. 

Jess  nigdy  dotąd  nie  spotkała  równie  przystojnego  młodzieńca.  W niczym  nie  przypominał 

innych  studentów.  Był  typem  pioniera  –  kogoś,  kto  i bez  pieniędzy  nie  zawaha  się  stworzyć 

własnego rancza na pustkowiach Teksasu. Jego szorstkie dłonie miały delikatny, chłodny dotyk. 

– Kort zajęty – syknęła. 

–  Nie  mam  zamiaru  z niego  korzystać.  Przyszedłem  tu  po  dziewczynę  –  mruknął 

z uśmiechem. Błękitne oczy błysnęły wesoło. 

Rysy męŜczyzny – wysokie czoło, silna szczęka, mocno zarysowany podbródek i prosty nos 

background image

– zdawały się być wykute z granitu. Kowboj, czy nie; prezentował się wspaniale i...pociągająco. 

Zbyt pociągająco. 

Jess bezskutecznie usiłowała oderwać wzrok od jego twarzy. 

– Kochanie – mruknął nieznajomy – czemu jesteś taka spięta? 

Dziewczyna spłonęła rumieńcem. – „Kochanie?” 

Próbowała mówić nadąsanym tonem, lecz jej pytanie zabrzmiało dziwnie miękko i cicho. 

–  BoŜe,  jesteś  najpiękniejszą  istotą,  jaką  widziałem.  –  Niski  głos  męŜczyzny  wywoływał 

przyjemny dreszcz emocji. – Pocałuj mnie. 

– Zwa... zwariowałeś. 

Uwodzicielski uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Tylko jeśli chodzi o ciebie. 

Jess usiłowała się uwolnić z objęć, lecz równie dobrze mogłaby próbować poruszyć skałę. 

–  Jeden  maleńki  pocałunek  –  szepnął  intruz.  Wplótł  palce  we  włosy  dziewczyny  i pochylił 

twarz  ku  jej  wargom.  Jess  poczuła  delikatną  woń  wody  kolońskiej,  co  podziałało  niczym 

najlepszy afrodyzjak. 

Dlaczego nie uczyniła nic, aby powstrzymać zamiary młodzieńca? Dlaczego po prostu stała, 

rozchylając pełne oczekiwania usta? 

Pocałował ją. Chciała krzyknąć, lecz w tej samej chwili zapomniała o oporze. 

Pocałunek miał smak papierosowego dymu, męskości, zniewalającego erotyzmu. 

Pocałunek, który był zapowiedzią tajemniczego misterium namiętności. 

Jess poczuła, Ŝe w jej głowie bije dzwon na trwogę. Alarm! Ratuj się, póki czas. 

Zignorowała te myśli. Jęknęła cicho i otoczyła ramionami szyję męŜczyzny. Nieoczekiwanie 

puścił ją i cofnął się lekko. 

– O to chodzi. Nie powinniśmy tracić czasu na tenisa. Idziemy do mnie czy do ciebie? 

Bezczelny ton głosu wyrwał Jess ze stanu hipnotycznej fascynacji. Nagle uświadomiła sobie, 

Ŝ

e  nie  ma  najmniejszego  pojęcia,  kim  jest  ów  maniak  seksualny,  dlaczego  ją  pocałował,  a co 

gorsza, dlaczego ona sama zareagowała w podobny sposób. 

Działała instynktownie.  Prawą dłonią wymierzyła siarczysty policzek w uśmiechniętą twarz 

męŜczyzny. – Za kogo ty się uwaŜasz, narwańcu? 

Z  błękitnych  oczu  zniknęły  uwodzicielskie  iskierki.  Intruz  potarł  zaczerwieniony  ślad  po 

uderzeniu i zrobił zdumioną minę. 

– Co się dziś z tobą dzieje? – spytał. 

– Heeej! – Na ścieŜce ukazała się Deirdre, niosąca dwa kubki lodowatej coli. – Cześć, Tad! 

Widzę, Ŝe zdecydowałeś się mi przebaczyć. 

Jess  i Tad  patrzyli  na  siebie  w milczeniu.  Dziewczyna  dopiero  po  chwili  zrozumiała,  co 

zaszło. Tad wziął ją za Deirdre! Pełen kuszących obietnic pocałunek przeznaczony był dla kogoś 

zupełnie innego! Nie dla niej! Jess miała idiotyczną ochotę wybuchnąć płaczem. 

background image

Deirdre  znakomicie  prezentowała  się  w kostiumie  tenisowym.  Jej  gładko  zaczesane  włosy 

lśniły niczym złoto w promieniach słońca. Podała Jess kubek z napojem. 

– Poznaliście się juŜ? 

– W pewnym sensie – chłodno odparła Jess. 

–  Tad,  poznaj  moją  siostrę,  Jessikę  Bancroft.  Jak  widzisz,  jesteśmy  bliźniaczkami.  – 

Odwróciła twarz w stronę siostry. – To jest mój nowy chłopak, Tad Jackson. 

– Dlaczego nie uprzedziłaś mnie, Ŝe masz siostrę-bliźniaczkę?! 

– Nic mi nie powiedziałaś, Ŝe masz nowego chłopaka! 

Oba okrzyki zabrzmiały niemal jednocześnie. 

– PoniewaŜ Jess z reguły nie lubi moich przyjaciół – wyjaśniła Deirdre. 

Tad spojrzał podejrzliwie w stronę Jessiki. 

– Tym razem chciałam, Ŝeby mój chłopak zrobił na niej wraŜenie – wyjaśniła Deirdre. 

– Udało ci się – wyniosłym tonem odpowiedziała Jess. 

– Naprawdę? – spytał Tad. Skrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. 

–  Nie  zwracaj  uwagi  na  jej  zachowanie  –  pośpiesznie  wtrąciła  Deirdre.  –  Jess  ma  umysł 

zaprzątnięty wyłącznie nauką. Poza tym udaje, Ŝe nienawidzi wszystkich męŜczyzn. 

Tad dotknął zaczerwienionego policzka. 

–  ZauwaŜyłem  –  mruknął.  –  Choć  z doświadczenia  wiem,  Ŝe  kobiety,  które  najgłośniej 

protestują, okazują się najbardziej czułe. 

– MęŜczyźni tracą na próŜno zbyt wiele czasu – sztywno odparła Jess. – Ja nie mam takiego 

zamiaru. Chcę zostać lekarką. 

–  Ja  pragnę  jedynie  wyjść  za  mąŜ  –  zachichotała  Deirdre  pociągając  łyk  coli.  –  Ale  Jess 

uwaŜa, Ŝe powierzono jej zbawienie świata. 

Tad spojrzał badawczym wzrokiem na Jessikę. Dziewczyna poczerwieniała. 

–  Hm...  Świat  bez  wątpienia  oczekuje  czyjejś  pomocnej  dłoni...  Lecz  moja  dewiza  brzmi: 

„Oddać męŜczyźnie, co mu się naleŜy”.   

Mówił niskim, metalicznym głosem. Jess poczuła nagły dreszcz, przeszywający całe ciało.   

Opuściła  powieki.  Policzki  piekły  ją  zbyt  mocno,  aby  przypisać  to  jedynie  intensywnemu 

działaniu promieni słonecznych. 

–  Domyśliłam  się  tego,  gdy  tylko  się  poznaliśmy.  –  Mówiła  spokojnym  tonem,  choć 

przychodziło  jej  to  z niemałym  trudem.  –  Lecz  pańska  dewiza  nie  jest  zbyt  oryginalna,  panie 

Jackson.  W podobny  sposób  myśli  nieomal  kaŜdy  przedstawiciel  rodzaju  męskiego  i to  jest 

głównym powodem, Ŝe nasz świat stoi na krawędzi katastrofy. 

Tad zapomniał o Deirdre i przysunął się bliŜej Jessiki.   

– Winisz mnie za to, co zaszło? 

– W pewnym sensie.   

background image

Uniósł brwi. 

– I masz zamiar wprowadzić istotne zmiany?   

– Czy coś w tym złego? 

–  Nie.  Lecz  w twoich  słowach  brzmi  hipokryzja.  Co  moŜe  osiągnąć  jeden  człowiek? 

Jedna...kobieta?   

Jess gwałtownie potrząsnęła głową. 

– Jak śmiesz... Postąpił krok w przód. 

–  Mógłbym  powiedzieć:  „W  chwili  gdy  cię  zobaczyłem,  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  jesteś 

osobą obdarzoną utajonymi, skrzętnie skrywanymi pragnieniami.” Co innymi słowy oznacza, Ŝe 

nie jesteś wobec siebie szczera. 

Obrzucił znaczącym spojrzeniem kształtną sylwetkę dziewczyny. 

– Wiem, czego chcę. – Zatrzymał wzrok na jej piersiach. – Ty boisz się do tego przyznać. 

– Nie bądź taki pewny siebie – warknęła wściekle. Obróciła się w stronę siostry. – Deirdre, 

ten... ten zadufany indywidualista jest najgorszym chłopakiem, jakiego mi przedstawiłaś. 

Tad uśmiechnął się szeroko. 

– Potraktuję to jako komplement. – Przysunął usta blisko jej twarzy i szepnął: – Najbardziej 

podobają mi się ustronne miejsca... 

Zerknął na jej usta. Jess odruchowo przesunęła po nich końcem języka. 

Przypomniała sobie smak niedawnego pocałunku i towarzyszące mu uczucie błogości... 

Poczuła  ssanie  w Ŝołądku  –  nie  z głodu,  lecz  z pragnienia.  Pragnęła  spędzić  kilka  chwil 

z Tadem.  Jackson  obserwował  jej  zachowanie.  W jego  wzroku  uprzejme  zainteresowanie 

mieszało się z zaczepnością. Deirdre zawisła mu na szyi i z wyrzutem spojrzała na siostrę. 

– Jess, przestań go podrywać! „Podrywać?!” 

Tad  odrzucił  głowę  w tył  i wybuchnął  głośnym  śmiechem.  Pogładził  przyjaciółkę  po 

włosach, lecz jego wzrok ponownie spoczął na Jess. Obróciła się na pięcie i odeszła. 

Jeszcze nigdy dotąd nie czuła się tak dotknięta i poniŜona. 

Z dala dobiegł ją głos siostry: 

– BoŜe! A tak chciałam, Ŝebyście się polubili! 

– W kaŜdym razie, było to niezapomniane spotkanie – odparł beztrosko Tad. 

– Ale Jess... 

–  Nie  martw  się  o nią.  Na  pewno  mnie  lubi.  –  W głosie  męŜczyzny  brzmiała  niezachwiana 

pewność.   

Jess była wściekła. Miała szczerą ochotę zapaść się pod ziemię, gdyŜ zdawała sobie sprawę, 

Ŝ

e  Tad  ma  rację.  Wbrew  obietnicom,  jakie  składała  sobie  samej,  zapałała  uczuciem  do 

aroganckiego,  przystojnego  samca  o zniewalającym  uśmiechu.  W dodatku  chłopaka  jej  własnej 

siostry. 

background image

Zakazany owoc. CzyŜby dlatego jego pocałunki nabierały większej mocy? Były słodsze niŜ 

miód i bardziej gorące niŜ płomień? 

W  rogu  kortu  leŜał  brązowy,  zniszczony  kapelusz  z szerokim  rondem  i indyczym  piórem, 

zatkniętym  za  wstąŜkę.  Jego  kapelusz.  W porywie  furii  Jess  skierowała  kroki  w tamtą  stronę. 

Dopadła znienawidzonego przedmiotu i poczęła skakać po nim tak długo, aŜ zaczął przypominać 

naleśnik, a pióro zostało złamane i wdeptane w ziemię. 

– Jess! – krzyknęła Deirdre. 

Jess, niczym niegrzeczna dziewczynka, uciekła za ogrodzenie. 

–  Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  odwaŜyła  się  zniszczyć  twój  kapelusz  –  płaczliwym  głosem 

zawodziła Deirdre. – Zobacz, co z niego zostało! 

Tad roześmiał się głębokim basem. 

–  Kochanie,  nie  myślisz  chyba,  Ŝe  podskoki  rozkapryszonej  panienki  mogłyby  zniszczyć 

kapelusz,  który  przetrwał  uderzenia  racic  pędzącego  stada  krów?  –  Uderzył  pięścią  w denko.  – 

Muszę tylko postarać się o nowe pióro. 

Objął swą towarzyszkę. 

–  Deirdre...  –  zaczął  nieco  innym  tonem  –  ilu  masz  chłopaków...  to  znaczy,  ilu  ich  miałaś, 

zanim się poznaliśmy? 

ChociaŜ jeden strzał trafił celu, ze złośliwą satysfakcją pomyślała Jess. 

–  Kilku...  –  odparła  Deirdre.  –  Ale  traktowałam  ich  wyłącznie  jako  kolegów.  Jess 

powiedziała to specjalnie, Ŝeby cię rozzłościć. 

Tad zawadiackim ruchem włoŜył kapelusz na głowę.   

– Nie czuję złości, choć przyznaję, Ŝe spotkanie z nią wywarło na mnie spore wraŜenie. 

Jess  wsiadła  do  samochodu  i głośno  zatrzasnęła  drzwiczki.  Mocno  zacisnęła  dłonie  na 

kierownicy. 

– Dlaczego właśnie on? BoŜe! Dlaczego on? 

Tad Jackson w niczym nie przypominał męŜczyzny jej marzeń: szczupłego bruneta o duŜym 

poczuciu  humoru  i wysokim  ilorazie  inteligencji.  Człowieka,  któremu  nieobca  byłaby  troska 

o los  innych.  Kogoś,  kto  bez  zastrzeŜeń  podzielałby  jej  opinię.  Całkiem  niedawno  poznała 

właściwego kandydata. Niemal w stu procentach odpowiadał jej oczekiwaniom. 

Nazywał się Jonathan Kent. 

Tad  Jackson  był  ucieleśnieniem  wszystkich  cech,  którymi  pogardzała.  Lecz  z drugiej 

strony... 

Był  przystojny,  uwodzicielski  i rozbrajająco  pewny  siebie.  Co  najwaŜniejsze  –  doskonale 

potrafił całować. 

Jednym pocałunkiem utorował sobie drogę do serca dziewczyny. 

Jednym pocałunkiem wydobył prawdziwe uczucia z zakamarków jej duszy. 

background image

Jednym pocałunkiem nakłonił ją do zdrady wobec siostry. 

Mijały  dni,  lecz  Jess  wciąŜ  myślała  o Tadzie.  PoŜądała  go  i przez  niepohamowaną 

namiętność zniszczyła Ŝycie wielu osób. Nie mogła spodziewać się przebaczenia za swoje winy. 

Jackson równieŜ. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY   

 

Tad  otworzył  oczy.  Obok  siebie  czuł  miękkie,  kobiece  ciało.  W pierwszej  chwili  był 

przekonany, Ŝe nadal śni. Na swoim ramieniu dostrzegł pukiel połyskujących złotem włosów. 

Jego palce spoczęły na gładkim, jedwabnym szlafroku. 

Jess.  Kobieta,  której  nienawidził.  LeŜała  tui  przy  jego  boku,  na  skraju  łóŜka.  Jej  łóŜka, 

zauwaŜył. Spała głębokim snem, wtulona w jego ramiona. 

Co ona tu robi? Tad jak przez mgłę przypomniał sobie własną słabość i czułą opiekę Jessiki. 

Pewnie zmorzyło ją całonocne czuwanie. 

Wstrzymał  oddech.  Nie  chciał  budzić  swej  towarzyszki.  Delikatnie  wsunął  rękę  pod  jej 

głowę i leŜał bez ruchu. Czuł zadowolenie z zaistniałej sytuacji, choć w głębi serca wydawało mu 

się, Ŝe powinien postępować całkiem inaczej. 

Rozchylony dekolt szlafroka odsłaniał część jedwabistej skóry. Tad mógł dostrzec rytmiczny 

ruch  piersi  śpiącej  kobiety.  Powietrze  wypełniał  znajomy  aromat  kwiatów  pomarańczy.  Tad 

wiedział  doskonale,  Ŝe  ów  widok  i zapach  stanowią  śmiercionośną  pułapkę,  lecz  nie  potrafił 

powstrzymać swych uczuć. Delikatnie pogłaskał szyję Jessiki. 

Kobieta zamruczała cicho.   

– Jackson... 

Tad  odczuł  szaloną  radość  na  dźwięk  jej  głosu,  choć  uświadomił  sobie,  Ŝe  od  chwili 

spotkania na skraju zbocza Jess ani razu nie nazwała go po imieniu. BoŜe! Skąd ta nagła zmiana? 

Dlaczego  cieszył  się  z obecności  kobiety,  która  zniszczyła  mu  Ŝycie?  Cholerna  samarytanka. 

Przez rok nie powiadomiła go o losie córki. 

Jess  otworzyła  oczy  i zaspanym  wzrokiem  spojrzała  na  męŜczyznę.  Potrząsnęła  głową 

w niemym  zdumieniu  i próbowała  wyplątać  się  z jego  ramion.  Miała  ochotę  coś  powiedzieć, 

wygłosić spontaniczny wykład na temat zaistniałej sytuacji, lecz aby to uczynić, musiała zyskać 

przewagę. Szarpnęła całym ciałem. W odpowiedzi Tad chwycił ją za ręce i przytrzymał. 

Ś

wieŜy powiew morskiej bryzy poruszył firanki i owionął chłodem rozpalone ciała leŜących. 

Zniknęło gdzieś uczucie nienawiści, które jeszcze przed chwilą zdawało się być nieodłączną 

częścią ich Ŝycia. 

Tad połoŜył palec na ustach Jess, nakazując jej milczenie. Nie chciał, by jakiekolwiek słowa 

zburzyły  niepowtarzalny  nastrój.  Dobrze  wiedział,  Ŝe  Jess  nie  jest  dla  niego  odpowiednią 

partnerką, lecz teraz ponad wszystko potrzebował jej obecności i pomocy. Kobieta bez sprzeciwu 

poddała  się  jego  woli.  Tad  pochylił  głowę  i złoŜył  delikatny  pocałunek  na  jej  rzęsach.  Musnął 

ustami brwi, pogładził policzek... 

Szarpnęła  się,  lecz  zdecydowanym  ruchem  przyciągnął  ją  do  siebie.  Przez  chwilę  patrzyli 

sobie prosto w oczy. Jess westchnęła z rezygnacją. Zamknęła powieki. 

background image

Zasnęli oboje. 

Gdy  Jess  powtórnie  otworzyła  oczy,  nie  mogła  pojąć,  gdzie  się  znajduje.  LeŜała  wplątana 

w opalone ramiona i nogi Tada Jacksona, głowę trzymała na jego ramieniu, a na policzku czuła 

delikatne  łaskotanie  gęstej  brody.  Jedna  ręka  męŜczyzny  opasywała  jej  kibić,  druga  leŜała  na 

plecach. 

Z przeraŜeniem spojrzała na swój skromny przyodziewek. Spłonęła rumieńcem. 

Opalona na złocistobrązowy kolor skóra Tada kontrastowała z jej bladą karnacją. 

MęŜczyzna chrapał, pogrąŜony w głębokim, spokojnym śnie. 

Dzięki  Bogu,  bez  wątpienia  czuł  się  o wiele  lepiej.  Lecz  Jess  nie  mogła  pozwolić,  aby  po 

przebudzeniu  zastał  ją  w tak  krępującej  pozycji.  Na  pewno  nie  uwierzyłby,  z jakim  trudem 

zmusiła go do przyjęcia lekarstw i ile sił kosztowało ją czuwanie przy łóŜku. 

Zabawne...  W ramionach  Tada  czuła  się  niezwykle  bezpiecznie.  Ale  nie  miała  czasu  na 

dalsze  rozwaŜania.  Powoli  wysunęła  się  z jego  objęć.  Wstała.  Nieco  uspokojona,  uwaŜnie 

spojrzała na śpiącego. 

Wyglądał niezbyt dobrze. Troski minionego roku wyŜłobiły głębokie bruzdy na jego twarzy. 

Wokół oczu pojawiły się zmarszczki, a skóra na policzkach była ściągnięta i błyszcząca.. 

Dłonie, stwardniałe od cięŜkiej.. pracy, poznaczone bliznami palce... Jess poczuła idiotyczną 

chęć, aby odgarnąć mu z czoła grzywę złocistych włosów i wygładzić palcami zmęczone rysy. 

Jeszcze przed chwilą czuła ciepło promieniujące z jego muskularnych ramion. 

Teraz  miała  ochotę  ochronić  go  przed  całym  światem,  przed  kłamstwami,  zdradą 

i wszystkim, co zatruwało mu Ŝycie. 

Stajesz się zbyt sentymentalna, skarciła się w duchu, a on cię po prostu nie cierpi. 

Gdy  blask  słońca  wpadł  do  sypialni,  wyszła  przed  dom  i skierowała  się  na  drugą  stronę 

wyspy, zdecydowana przyjąć na siebie całą winę za zniszczenie kosiarki i wysłuchać wymówek 

Wally’ego. 

Zeszła w dół  klifu i zerknęła w kierunku powyginanej maszyny. Dochodziła dziesiąta przed 

południem,  a Jess,  choć  spała  niewiele,  czuła  się  rześka  i pełna  energii.  Ze  szczytu  zbocza 

obserwował ją mały, brunatnoskóry chłopiec, trzymający w dłoni pluszowego dinozaura. 

Kobieta  zerknęła  na  pokrytą  malowidłami  skałę.  Jackson  miał  naprawdę  wiele  szczęścia. 

Ktoś o słabszej kondycji z pewnością nie przeŜyłby upadku z tej wysokości. 

Kosiarka  była  w opłakanym  stanie.  Jess  poddała  ją  szczegółowym  oględzinom,  ale  musiała 

stwierdzić,  Ŝe  przedmiot  nie  nadaje  się  do  naprawy.  Nie  pozostawało  jej  nic  innego,  jak 

przeprosić  Wally’ego i zapłacić za wyrządzoną szkodę.  W zamyśleniu kopnęła oderwane kółko. 

Pora w drogę. Chwyciła zwisające pnącze i rozpoczęła wspinaczkę. 

Nagle  niebo  pociemniało.  Ptaki  umilkły.  W powietrzu  zapanował  nastrój  nieokreślonej 

grozy. 

background image

Jess wyczuwała jeszcze coś innego. 

OstrzeŜenie. Zdawała sobie sprawę, Ŝe jej obawy nie mają logicznego wytłumaczenia. śe są 

niewiarygodne, niezgodne z Ŝadną nauką. 

Nagły podmuch gorącego wiatru wzniósł obłok kurzu. 

Malec zniknął. 

Jess poczuła obecność Deirdre. Słyszała słowa rozpaczy. To miejsce musiało być świadkiem 

jakiegoś przeraŜającego zdarzenia. 

Serce kobiety waliło jak młotem. Z determinacją zacisnęła drŜące dłonie na grubym pnączu. 

Przez chwilę walczyła z ciemną mocą, ogarniającą jej umysł. Z uporem pięła się w górę. 

Gałęzie biły ją po twarzy, rozdzierały ubranie. Ostry koniec grubszego  konaru skaleczył jej 

szyję. Na kołnierzyk bluzki kapnęła krew. 

Gdzieś w górze rozległo się echo kroków. Niewielki kamyk spadł między pnącza. 

Zapadła cisza. 

– Halo! – krzyknęła Jess. Zebrała resztę sił i wspięła się na szczyt zbocza. 

Nikogo na nim nie było. 

Tad z niecierpliwością zabębnił palcami w stół. Gdzie, u licha, podziewa się Jess? 

Tropikalne słońce rozgrzewało drewnianą werandę, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci. 

Niemal  w kaŜdym  miejscu  budynku  wyczuwało  się  obecność  Jess.  Pomalowana  na  szary 

kolor, drewniana podłoga lśniła czystością. Spod okapu zniknęły ostatnie ślady pajęczyn. 

MęŜczyzna  z podziwem  rozejrzał  się  wokół  siebie.  Jess  była  osobą  ogarniętą  iście 

holenderskim  zamiłowaniem  do  porządku.  W przeszłości  niezbyt  lubił  tę  cechę  charakteru; 

uwaŜał,  Ŝe  odrobina  kurzu  nikomu  nie  moŜe  zaszkodzić.  Jego  własna  gospodyni  niestrudzenie 

opowiadała o wysiłku, jaki wkładała w utrzymanie domu, choć nie naleŜała do osób szczególnie 

pracowitych. 

Jess.  Gdzie  ona  jest,  u diabła?  Gwałtownym  ruchem  odstawił  krzesło  i przesunął  dłonią  po 

gładko wygolonym policzku. 

Czuł  się  znakomicie.  Gorączka  ustąpiła  bez  śladu,  co  zawdzięczał  wyłącznie  Ŝelaznej 

kondycji swego ciała. 

Był  przekonany,  Ŝe  troskliwa  opieka  Jess  nie  miała  najmniejszego  wpływu  na  jego  stan 

zdrowia. Nie wierzył w groźbę zapalenia płuc ani w komplikacje wywołane upadkiem ze skały. 

Ze smakiem spoŜył obfite śniadanie, złoŜone z jajecznicy, grzanek, dŜemu i owoców. 

Pociągnął łyk kawy. Czuł nowy przypływ energii. 

Był zdrów – i potrzebował papierosa. Odruchowo przetrząsnął kieszenie, zanim uświadomił 

sobie, Ŝe podobny zabieg jest bezcelowy. 

Zmarszczył  brwi.  Jeszcze  jedna  sprawka  nadopiekuńczej  lekarki.  Rozejrzał  się  wkoło, 

w nadziei, Ŝe ujrzy winowajczynię. 

background image

Dokąd poszła.? Cholera, na pewno znów miała zamiar mieszać się w czyjeś sprawy. 

W dodatku zabrała papierosy. 

Rankiem,  pogrąŜony  w półśnie,  widział,  jak  wstała  i pośpiesznie  wyszła  z sypialni,  jakby 

zaŜenowana nocą spędzoną w łóŜku męŜczyzny. Przygotowała śniadanie i poleciła Hindusce, aby 

dopilnowała wszystkich spraw podczas jej nieobecności. 

–  Madame  doctor  poszła  do  hotelu,  aby  zapłacić  za  kosiarkę,  którą  pan  zniszczył  – 

odpowiedziała Meeta na natarczywe pytania Tada. 

Znakomicie! Więc panowała opinia, Ŝe to on zniszczył kosiarkę! Jess wyszła dość dawno. Ile 

czasu potrzebowała na spacer wzdłuŜ wyspy, krótką rozmowę i powrót? 

Tad  zdecydował  przerwać  bezczynność.  Musi  odszukać  paszport  Lizzie,  aby  uniemoŜliwić 

kolejną próbę jej uprowadzenia. 

Wszedł do pokoju Jess i zaczął przetrząsać walizki. Znalazł kilka biuletynów, w których pani 

Kent opisywała swoje doświadczenia z pobytu w Indiach. Jak przez mgłę przypomniał sobie, Ŝe 

wspominała o zamiarze napisania ksiąŜki. 

Odkrył  takŜe  oficjalne  pismo  rządu  indyjskiego  z ostrzeŜeniem,  Ŝe  doktor  Jessica  Bancroft 

Kent otrzymała jedynie wizę turystyczną na pobyt w tym kraju i nie ma prawa prowadzić własnej 

kliniki, nawet jeśli takie są oczekiwania okolicznych mieszkańców. 

Uśmiechnął się kwaśno. Jess nigdy nie zwracała uwagi na podobne formalności. 

Paszporty  leŜały  w szufladzie  bieliźniarki.  Tad  wsunął  oba  dokumenty  do  kieszeni.  W tej 

samej chwili posłyszał za drzwiami przytłumiony hałas. 

Do  pokoju  wpadła  Lizzie.  Stanęli  jak  wryta  na  widok  ojca,  pochylonego  nad  osobistymi 

rzeczami ciotki. Z włosów dziewczynki zwisały dwie rozplecione wstąŜki. 

– Tatusiu, co ty tu robisz? Ciocia Jess mówiła mi, Ŝebym nigdy... 

Tad  zerknął  na  nią  z ukosa.  Czuł  się  nieco  winny,  lecz  jednocześnie  uspokajała  go 

ś

wiadomość, Ŝe odnalazł potrzebne dokumenty. 

– Ciocia Jess przyjechała do Australii, Ŝeby nam pomagać. 

– Tego się obawiałem – mruknął. 

– Lepiej, Ŝeby cię nie przyłapała! Chodź, tatku. Nie chcę, Ŝebyś miał kłopoty. 

– Nie boję się – warknął. Lizzie ujęła go za rękę i pociągnęła w stronę drzwi. 

Nie  stawiał  oporu.  Zeszli  na  werandę.  Tad  usiadł  na  krześle  i posadził  sobie  córkę  na 

kolanach. 

– Chcę cię zabrać do domu, Lizzie. Czy to coś złego? – Słyszałam w nocy, jak się kłóciliście. 

Tatku, dlaczego jesteś dla niej taki niedobry? 

– Nieprawda. To ona zaczęła. Kopnęła... 

– Byłeś niedobry. – Lizzie obrzuciła go długim, uwaŜnym spojrzeniem, po czym zeskoczyła 

z kolan  w pogoni  za  dziwnie  wyglądającym  chrząszczem.  –  Dlaczego  nie  chcesz,  Ŝeby  ciocia 

background image

pojechała wraz z nami? Mogłaby się mną opiekować. Musi napisać ksiąŜkę i... 

Jess miałaby objąć rządy nad Jackson Downs? Na to stanowczo nie mógł pozwolić. 

–  Sam  będę  się  tobą  opiekował  –  stwierdził  stanowczo.  –  Ale  ja  kocham  ciocię!  I będę  się 

bała, gdy pójdziesz do pracy. Nie lubię być sama! 

Tad  w zamyśleniu  pokiwał  głową.  W końcu,  Jess  przez  rok  zastępowała  dziewczynce 

matkę... 

Przypomniał  sobie  zachowanie  Deirdre.  Nic  dziwnego,  Ŝe  Lizzie  zapałała  tak  mocnym 

uczuciem do ciotki. 

Usta dziecka wykrzywiły się w podkówkę. 

– Znów będziesz wciąŜ wyjeŜdŜał? Tak jak dawniej? A jeśli źli ludzie przyjdą, gdy ciebie nie 

będzie? 

Tad dobrze wiedział, co znaczy samotność. Od dzieciństwa doświadczał podobnego uczucia. 

Zmarszczył  czoło.  RozwaŜał  moŜliwość  wysłania  Lizzie  do  szkoły  z internatem, 

przynajmniej do czasu, póki w okolicach Jackson Downs nie zapanuje spokój. 

– Ciocia Jess troszczy się tylko o mnie. Ty nigdy tego nie robiłeś. 

–  Jess  musi  wracać  do  Indii,  do  szpitala  –  powiedział.  –  Co  poczną  chorzy  pozbawieni  jej 

opieki? 

– Poprosiła innego doktora, Ŝeby ją zastępował. Tatusiu, ty jej nie znasz tak dobrze, jak ja! 

Jeśli wyjedziemy, będzie płakała! 

– Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić cioci Jess ze łzami w oczach. 

– Ale to prawda! Kiedy jest ciemno i myśli, Ŝe nikt jej nie widzi, nie śpi. Kiedyś obudziłam 

się w nocy, bo bardzo chciałam pić i nie mogłam znaleźć mojego róŜowego kubka. Poszłam do 

jej  sypialni,  a ciocia  siedziała  bardzo  smutna  na  swoim  łóŜku  i trzymała  zdjęcie  Benjamina. 

Okryła  mnie  kołdrą  i pokazała  mi  to  zdjęcie.  To  był  mały  chłopczyk,  który  kiedyś  zginął  i od 

tamtej  pory  ciocia  nigdy  go  nie  widziała.  Dlatego  nie  moŜemy  jej  zostawić,  bo  będzie  całkiem 

sama. 

Tad z roztargnieniem słuchał dziecięcej paplaniny. W głębi serca poczuł dziwne wzruszenie. 

Przypomniał  sobie  własny  smutek,  gdy  zastanawiał  się,  czy  jeszcze  kiedykolwiek  zobaczy 

córeczkę. 

Od strony schodów dobiegło echo lekkich kroków. Bancroft. 

Tad potrafił z zamkniętymi oczami rozpoznać, gdy nadchodziła. Poczuł irracjonalną ulgę. 

Wróciła. Była bezpieczna. Nagle zrozumiał, jak bardzo niepokoił się o jej bezpieczeństwo. 

Kroki  ucichły.  Kobieta  zauwaŜyła  jego  obecność.  W powietrzu  unosiła  się  znajoma  woń 

pomarańczy. Tad oddychał z trudem, czuł, jak ogarnia go fala radosnego podniecenia. 

– Bancroft? 

– Widzę, Ŝe czujesz się o wiele lepiej – odpowiedziała suchym, urzędowym tonem. 

background image

Tad obrócił głowę. 

Jess stała w promieniach słońca, wpadających przez otwarte okno.  Gładko zaczesane włosy 

płonęły  blaskiem  czystego  złota,  a lekko  zaczerwienione  policzki  dodawały  jej  twarzy 

szczególnego  uroku.  Nagle  zauwaŜył,  Ŝe  biała  bluzka  jest  w kilku  miejscach  podarta,  a na  szyi 

kobiety widnieje niewielkie skaleczenie. 

– Zraniłaś się. – W jego głosie zabrzmiało zaniepokojenie. 

– To... drobiazg – odpowiedziała.. – Nie ma o czym mówić. 

Tad przypomniał sobie skrawki kombinezonu i rozbity akwalung Deirdre, leŜące na plaŜy. 

– Gdzie byłaś? – spytał. 

– Chciałam zapłacić za kosiarkę, którą... 

– ...którą sama zniszczyłaś – dokończył. – Zabrało ci to cholernie duŜo czasu. 

– Wally wyjaśniał mi wysokość wydatków związanych z prowadzeniem hotelu. 

– A ty bez wątpienia zaŜądałaś wglądu do ksiąg finansowych i udzieliłaś mu kilku światłych 

rad, jak zmniejszyć koszty. 

– Prawdę mówiąc, mam nieco pojęcia o finansach. Nie potrafię przejść obojętnie, gdy ktoś... 

– Wiem! – krzyknął. – Wszystkich traktujesz z góry! Nie pozwalasz, by mogli Ŝyć własnym 

Ŝ

yciem! Biedny Wally! 

Twarz kobiety pociemniała z gniewu. 

– Ciociu, proszę, nie złość się na tatusia. Zawsze zrzędzi, gdy jest chory i myśli, Ŝe wszyscy 

go opuścili.   

–  „Zrzędzi?”  –  powtórzył  Tad.  –  Skąd  znasz  takie  słowo?  Poza  tym  wcale  nie  czuję  się 

samotny. Byłem szczęśliwy podczas nieobecności szanownej cioci. Lizzie wtuliła się w ramiona 

Jess. 

–  Masz  rację,  kochanie.  –  Kobieta  odezwała  się  słodkim,  pełnym  troski  głosem,  głaszcząc 

dziewczynkę po głowie. Przyklękła i zaczęła zawiązywać zwisające z warkoczy kokardy. – Twój 

tatuś  jest  dziś  niemoŜliwy.  Mam  nadzieję,  Ŝe  gdy  zupełnie  wyzdrowieje,  nie  stanie  się  jeszcze 

gorszy. 

– „Gorszy?!” 

Mimo  zdenerwowania,  Tad  z zazdrością  obserwował  pełne  czułości  i zaufania  zachowanie 

Lizzie. 

– Patrz, ciociu! Ogolił się!   

– ZauwaŜyłam, kochanie. 

Jess z uwagą spojrzała w stronę męŜczyzny. Nagle w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. 

Uśmiechnęła  się.  Tad  ze  zdumieniem  stwierdził,  Ŝe  jego  złość  wyparowała  niczym  kostka  lodu 

pozostawiona w promieniach słońca. 

– Z zadowoleniem muszę stwierdzić, Ŝe nie spełniły się moje obawy – mruknęła Jess. – Nic 

background image

nie utyłeś. 

Przez chwilę kontynuowała oględziny. – Nie masz teŜ Ŝadnej blizny. 

– Co takiego? 

–  To  prawdziwa  niespodzianka.  –  Kobieta  przechyliła  głowę,  badając  wzrokiem  kaŜdy 

centymetr  twardych  rysów,  wyraŜających  upór  i siłę  charakteru.  –  Bałam  się,  Ŝe  coś  ukrywasz. 

Nie  mogłam  zrozumieć,  jak  ktoś  równie  przystojny  i chłopięco  dumny  ze  swej  urody,  mógł 

doprowadzić swój wygląd do stanu, w którym przypominał jaskiniowca. 

Tad pominął milczeniem uwagi o „chłopięcej dumie” i „jaskiniowcu”. 

„Przystojny.”  Nieoczekiwany  komplement  sprawił  mu  prawdziwą  przyjemność.  Wbrew 

własnej woli odpowiedział uśmiechem. 

– Cieszę się... Ŝe moja decyzja przypadła a do gustu.   

Zapadła  cisza.  Lizzie,  znudzona  ciągłym  pogłaskiwaniem,  wybiegła  na  dziedziniec 

w poszukiwaniu róŜnobarwnych motyli. Jess zerknęła za nią, po czym odwróciła twarz w stronę 

męŜczyzny. 

– Jestem przekonana, Ŝe podobasz się wielu kobietom, Jackson. Szczególnie tym, które znają 

cię gorzej ode mnie. 

– Taaak... Ty znasz mnie wyjątkowo dobrze. 

– Na tyle, by znaleźć właściwą odpowiedź na twoją arogancję, samolubstwo... i kilka innych 

ujemnych cech charakteru. 

– Więc mam i takie, które aprobujesz – stwierdził z uśmiechem. – Na początek wystarczy. 

– Na początek? 

W  głowie  męŜczyzny  zaświtał  zwariowany,  szaleńczy  pomysł.  Przypomniał  sobie,  z jaką 

radością  Jess  gładziła  główkę  jego  córki.  Przypomniał  sobie  podniecenie,  jakie  sam  odczuwał 

w obecności pięknej szwagierki. Pusty dom oczekujący w Jackson Downs... 

Zmęczenie i przytłaczającą samotność... 

–  Początek  działań  we  właściwym  kierunku  –  odparł  ostroŜnie.  Obrzucił  uwaŜnym 

spojrzeniem jej kształtną sylwetkę. Krótkie szorty odsłaniały smukłe nogi, lecz wzrok męŜczyzny 

zatrzymał się w miejscu, gdzie materiał białej bluzki opinał wydatne, jędrne piersi. Pamiętał noc, 

gdy pieścił je w swojej dłoni... 

Noc, podczas której Jess dopuściła się podwójnej zdrady. 

Pomyślał o groŜącym mu niebezpieczeństwie. 

Lecz  przecieŜ...  los  dawał  mu  teraz  okazję  do  zemsty.  Zapłaty  za  lata  spędzone  u boku 

Deirdre... Zerknął w bok. Podjął juŜ właściwą decyzję. 

Nie  widział  przeszkód,  aby  Bancroft  przyjechała  do  Jackson  Downs.  Kule  bandytów  nie 

stanowiły  dla  niej  najmniejszego  zagroŜenia,  a on  zyskiwał  okazję,  by  przygotować  pułapkę 

podobną do tej, w jaką sam wpadł dziesięć lat temu. 

background image

Uśmiechnął  się.  W jego  oczach  zamigotały  tajemnicze  iskierki.  W ten  sam  sposób  patrzyła 

kiedyś Jess. Słodka i kusząca, a w głębi duszy obmyślająca plan zdrady. 

–  Widzę,  Ŝe  lekarstwa  odniosły  poŜądany  skutek  –  odezwała  się  kobieta  tym  samym 

beznamiętnym tonem, którego nie znosił. 

– Nie byłem aŜ tak chory – burknął. – Mam bardzo silny organizm. 

– Naprawdę? 

– Naprawdę. Nawet nie była mi potrzebna opieka lekarza. 

– Wieczorem twierdziłeś co innego. 

– Być moŜe ucieszy cię moje postanowienie, Ŝe moŜesz pojechać z nami do Jackson Downs 

– powiedział wyniosłym tonem. 

– Obiecałeś mi to juŜ wczoraj.   

– Co takiego?! 

– Majaczyłeś. Niemal błagałeś mnie, Ŝebym z tobą pojechała. 

– Byliśmy w łóŜku – mruknął. – MęŜczyzna w podobnej sytuacji wygaduje rozmaite rzeczy. 

Jess  przybrała,  minę  obraŜonej  księŜniczki,  choć  w jej  oczach  pojawił  się  ból.  Szybko 

odwróciła się w stronę okna. 

– Przepraszam, jeśli wprawiłem  cię w zakłopotanie – powiedział  miękko  Tad, choć uczynił 

to tylko po to, by nie odeszła. 

Stała bez ruchu. 

–  Powinnam...  Do  tej  pory  powinnam  Przyzwyczaić  się  do  twojego  zachowania.  KaŜdą 

kobietę traktujesz w ten sposób, jakbyś miał zamiar ją uwić. 

– Nie kaŜdą – sprostował ponuro. – O ile dobrze pamiętam, z tobą mi się raz powiodło. 

Westchnęła  głęboko.  DrŜącą dłonią chwyciła za  klamkę. Tad zerwał się  z miejsca i zastąpił 

jej drogę. Jess oparła się o ścianę. 

– Mówisz to wszystko, bo nie chcesz, Ŝebym pojechała. 

–  Naprawdę  tak  myślisz?  Wprost  przeciwnie,  wspomniałem  o tym  sądząc,  Ŝe  tym  chętniej 

będziesz mi towarzyszyć. 

Dzieliła  ich  odległość  zaledwie  kilku  centymetrów.  Jess  była  piękna  urodą  greckiej  bogini, 

lecz  urodą  Ŝywą,  promieniującą  świeŜością.  Tad  miał  ochotę  przesunąć  palcem  po  jej 

zaczerwienionym policzku, po zadrapaniu na szyi... 

Nagle  odwróciła  się  i ze  złością  szarpnęła  drzwiami.  Nie  ustąpiły.  Tad  zdecydowanym 

ruchem połoŜył rękę na klamce. 

– Pozwól, Ŝe ci pomogę. 

Cofnęła dłoń, ale nie uniknęła krótkiego zetknięcia z palcami męŜczyzny. Twarz płonęła jej 

Ŝ

ywym ogniem. 

– Wiesz, co powiadają mądrzy ludzie? – szepnął Tad.   

background image

– Nie. I nie chcę wiedzieć! 

Spojrzał  na  jej  pełne,  kuszące  usta.  Wydawała  się  oczekiwać  na  pocałunek,  na  chwilę 

namiętnych pieszczot... Na kogoś, kto będzie umiał zmienić jej gniew w pasję poŜądania. 

– I tak ci powiem – mruknął. – Panuje opinia, Ŝe łatwiej uwieść tę samą kobietę po raz drugi. 

Jest takie powiedzenie: Nietrudno wtargnąć do splądrowanej świątyni. MoŜesz jechać do Jackson 

Downs.  Wspominałaś,  Ŝe  masz  zamiar  opublikować  ksiąŜkę.  Gdy  znudzi  cię  siedzenie  przy 

maszynie do pisania, a ja znajdę chwilę przerwy w pojedynku z bandytami, będziemy mieli dość 

czasu... – przerwał znacząco i spojrzał na nią błyszczącymi oczami. – Dość czasu, aby wspólnie 

zwiedzić pewną świątynię. 

Twarz Jess pokryła się bielą. Usta jej drŜały.   

– Źle wyglądasz – współczująco mruknął Tad.   

– Nic podobnego! 

– Lepiej, Ŝebyś wyszła trochę na świeŜe powietrze. – Otworzył drzwi. 

Jess jednym skokiem wypadła z pokoju. Tad słyszał, jak przeskakiwała po dwa stopnie. 

Opadł na krzesło i chrząknął lekko. 

Był pewny zwycięstwa. Poprawka. JuŜ wygrał. 

Jess  była  po  prostu  zbyt  uparta,  aby  to  przyznać.  Tad  uśmiechnął  się.  Oczyma  wyobraźni 

ujrzał  scenę,  w której  z satysfakcją  wyznawał,  Ŝe  całe  jego  dotychczasowe  zachowanie  było 

spowodowane chęcią zemsty. 

Chłodny  powiew  wiatru  poruszył  gęstym  listowiem.  Wróciło  przygnębiające  poczucie 

samotności. Zazdrość, gniew, miłość i zdrada... 

Nadszedł najwyŜszy czas, aby Jess odpokutowała za swe winy. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY   

 

Cholera. Tad pomału zaczął tracić panowanie nad sobą. Od dwóch dni Jess nie odzywała się 

do niego. 

Chodziła z powaŜną miną i tylko czasem rzucała w jego stronę szybkie spojrzenie ciemnych 

oczu. Jeśli Tad o coś Pytał, mógł otrzymać odpowiedź jedynie wtedy, gdy w pobliŜu znajdowała 

się Meeta. Jess unosiła wówczas głowę i mówiła zimnym, beznamiętnym tonem: 

–  Meeto,  przekaŜ  panu  Jacksonowi,  Ŝe...  –  po  czym  obracała  się  na  pięcie  i odchodziła 

w bardziej bezpieczną część domu. 

Przez dwa dni trwała w zaciętym uporze, a mimo to Tad poŜądał jej coraz bardziej. 

Odczuwał  takŜe  coś  w rodzaju  satysfakcji,  gdyŜ  był  przekonany,  Ŝe  Ŝadna  kobieta  nie 

zachowywałaby się w ten sposób, gdyby nie zaleŜało jej na męŜczyźnie, z którym się pokłóciła. 

Gdy tylko pojawiał się w polu widzenia, widział, Ŝe jej napięcie i frustracja rosły. 

Cały  kłopot  polegał  na  tym,  Ŝe  Jess  postanowiła  zazdrośnie  strzec  swej  świątyni  przed 

ponowną  profanacją.  Lub  wprost  przeciwnie,  chciała  się  poddać  i była  zła  na  samą  siebie  za 

podobny  pomysł.  Tad  skłaniał  się  raczej  ku  drugiemu  przypuszczeniu,  gdyŜ  sprawiało  mu 

większą przyjemność. 

Lecz teraz miał juŜ serdecznie dość babskich humorów. Trzeciego ranka rozpoczął dzień od 

penetracji domu w poszukiwaniu Jessiki. 

W kuchni zastał spowitą w szmaragdowo-złote sari Meetę, zajętą szykowaniem śniadania dla 

Lizzie. Dziewczynka wstawała zwykle dość wcześnie i zamęczała dorosłych kaprysami. 

– Czerwone! – pisnęła mała.. 

Hinduska nałoŜyła nieco dŜemu z winogron na połówkę ugotowanego na twardo jajka. 

Lizzie natychmiast wyciągnęła rączkę w kierunku jedzenia. 

– Gdzie jest Bancroft? – huknął Ted. Jego grzmiący głos zabrzmiał echem po pustym domu. 

Lizzie  upuściła  łyŜeczkę,  jajko  z dŜemem  rozpłaszczyło  się  na  podłodze.  Meeta  skierowała 

zdumiony wzrok na hałaśliwego intruza. 

– Madame doctor poszła popływać – odpowiedziała cichym, uprzejmym głosem. Wyglądała 

na nieco wystraszoną. 

Tad spuścił powieki. Zdał sobie sprawę, Ŝe nie powinien krzyczeć. 

– Pływać? Puściłaś ją samą? – spytał siląc się na spokój.   

Kobieta skinęła, głową. 

– Madame doctor nie lubi, gdy ktoś próbuje się jej sprzeciwiać. 

To prawda. Zawsze otaczała się męŜczyznami, którzy bez słowa uznawali jej wolę. 

– Tatku, nie bądź zły na ciocię Jess! 

– Zły? – Przybrał niewinną minę. – Nigdy nie byłem zły na nią. 

background image

– Byłeś!   

Bancroft zbuntowała przeciw niemu jego własną córkę! 

–  Zjesz  teraz  śniadanie,  młoda  damo!  –  zawołał  i chwycił  ze  stołu  słoik  z dŜemem.  –  Bez 

dziwnych dodatków! 

Lizzie zaczęła wrzeszczeć „czerwone!”, lecz Tad był juŜ na zewnątrz. Pędził w stronę plaŜy. 

Nigdzie nie było widać Jess. Zaczął się niepokoić. 

Przypomniał sobie to samo miejsce w innym czasie, inną kobietę pogrąŜającą się w falach... 

Jeśli  będę  musiał,  przekopię  całą  wyspę  w poszukiwaniu  Jessiki,  pomyślał.  A kiedy  ją 

znajdę... 

Gorący  piasek  zgrzytał  mu  w butach  i parzył  stopy.  Po  pół  godzinie  całe  ciało  męŜczyzny 

spływało potem. Miał zamiar zrezygnować z dalszych poszukiwań. 

I wtedy właśnie ją znalazł. Mokra po niedawnej kąpieli, klęczała na brzegu plaŜy, w miejscu, 

gdzie kończyła się dŜungla i wyrastały szkarłatne kwiaty hibiskusa. 

Stanął zaskoczony. Poczuł dziwne ssanie w Ŝołądku. Mokre włosy Jess ściśle przylegały do 

jej  karku  i pleców.  Krople  wody  połyskiwały  na,  opalonych  ramionach.  Czarny  kostium 

kąpielowy o prostym wykroju ściśle opinał  kuszące kształty.  Wyglądała jak nimfa czekająca na 

nieostroŜnego  męŜczyznę.  Tad  nie  wiedział,–  co  powinien  uczynić  –  udusić  ją,  czy  przytulić 

i pocałować na dzień dobry. 

Kobieta podniosła z piasku kawałek koralowca i przyglądała mu się z uwagą. 

Tad  zbliŜył  się  powoli.  ZauwaŜyła  go  dopiero  wówczas,  gdy  cień  jego  sylwetki  przesłonił 

słońce. Spojrzała w górę. MęŜczyzna zacisnął usta i zrobił groźną minę. 

BoŜe,  jakaŜ  ona  piękna.!  –  kołatało  mu  w głowie.  Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi 

osami. 

– Cześć, Jackson – powiedziała. Po raz pierwszy od trzech dni zwróciła się bezpośrednio do 

niego. 

Tad poczuł nowy przypływ złości. Dlaczego odwaŜyła się na samotną kąpiel? 

– Do cholery, co ty tu robisz?   

Rzuciła mu figlarne spojrzenie. 

– Pływam. 

– Myślisz, Ŝe jestem ślepy? 

– Odpowiedziałam tylko na twoje pytanie. 

–  Posłuchaj,  Bancroft.  Czy  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z tego,  Ŝe  nie  powinnaś  tu  być  sama? 

Zwłaszcza dlatego, Ŝe jesteś kobietą? 

W kaŜdej innej chwili zareagowałaby gniewem na podobne słowa, podyktowane poczuciem 

męskiego szowinizmu. Tym razem było inaczej. Zamiast bronić honoru kobiet, uśmiechnęła się 

lekko. 

background image

– Nie przypuszczałam, Ŝe moŜesz się o mnie zatroszczyć. 

Naprawdę? – pomyślał i zrobiło mu się przykro. Jess przybrała zamyśloną minę. 

–  Wiesz...  –  odezwała  się  po  chwili  –  moŜe  zabrzmi  to  głupio  z ust  osoby  tak  praktycznie 

nastawionej do Ŝycia, jak ja, ale... 

– Co się stało? 

– Coś przyciąga mnie do tego miejsca.. Jakaś tajemnicza, wewnętrzna siła. 

– Coś przyciąga cię... – Tad drŜał z wściekłości. – Idiotko, to właśnie tutaj... 

Przezwał  nagle.  Za  plecami  Jess,  wśród  drzew,  zobaczył  brązową  twarz  chłopca.  Po  chwili 

dziecko zniknęło. 

– Nie odpłynęłam zbyt daleko – powiedziała kobieta. – Cały czas byłam na płyciźnie. Kilka 

metrów  od  brzegu  widziałam  stado  róŜnokolorowych  ryb.  Zachowywały  się,  jakbyśmy  byli 

starymi przyjaciółmi. 

– Przyjaciółmi – wycedził Tad. Rok temu, w tym samym miejscu, inspektor policji pokazał 

mu strzępy gumowego kombinezonu. Wszystko, co pozostało po Deirdre. Jess zauwaŜyła cień na 

jego twarzy. 

– Gdzie zginęła Deirdre? 

Spojrzał ponuro w kierunku wody, po cnym skierował wzrok na piasek, na którym widniały 

odciśnięte ślady stóp Jessiki. 

Tutaj? – spytała szeptem. Spojrzał w jej ciemne oczy.   

– Tak. 

Jess lekko dotknęła jego ramienia. Tad wstrząsnął się i odstąpił krok w tył. 

– Coś czułam – powiedziała.. – Nie wiem jak, ale czułam. 

– Nurkowała. – mruknął.   

– Sama? 

Skinął głową. 

– Nie lubiła towarzystwa. 

– Jesteś pewien? Nie miała tu... przyjaciela? Kogoś, na kim mogła polegać? 

– Nic o tym nie wiem. 

Jess obrzuciła go uwaŜnym spojrzeniem. 

–  Nurkowanie  jest  niebezpieczne  nawet  wtedy,  gdy  jesteś  w towarzystwie  kilku  osób. 

Dlaczego tu przyszła? Dlaczego ryzykowała? 

–  Jak  dobrze  znałaś  swoją  siostrę?  Ja  przynajmniej  wiem,  Ŝe  robiła  wszystko,  na  co  miała 

ochotę i nikogo nie pytała o zdanie. 

Zmęczonym ruchem przygładził włosy. 

– O czym ja w ogóle mówię? Nigdy jej nie rozumiałem. Po prostu byłem jej męŜem. 

– MoŜe nie próbowałeś. 

background image

Zacisnął  usta  i odwrócił  się.  Nie  chciał  słuchać  oskarŜycielskich  słów  Jess.  Nie  lubił 

z kimkolwiek  rozmawiać  o swoim  małŜeństwie.  Tym  bardziej  z Jess,  która  była  przyczyną 

wszystkich  nieporozumień.  Ale  Deirdre  mówiła  zbyt  duŜo.  Po  raz  pierwszy  zyskał  okazję,  by 

wystąpić we własnej obronie. Zacisnął pięści i powoli obrócił głowę. 

– Nie mam ochoty rozmawiać o przeszłości. Z nikim. Nawet z tobą. 

– Wiem – szepnęła. 

–  I nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  w ogóle  poruszyliśmy  ten  temat!  –  Na  jego  skroniach 

wystąpiły grube Ŝyły. – MoŜesz mi wierzyć lub nie, ale przysięgam, Ŝe z całych sił próbowałem 

uczynić ją szczęśliwą. Bezskutecznie. Wiem, Ŝe ona teŜ się starała, ale wciąŜ nie mogliśmy dojść 

do porozumienia. Nawet na samym początku... przed wszystkimi kłopotami. 

– A ja myślałam, Ŝe byliście szczęśliwi. 

– Szczęśliwi? – Wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem. – Przeszliśmy przez prawdziwe 

piekło. 

– Deirdre mówiła... 

–  Cholera,  zapomnij  o tym!  Przekonywała  wszystkich,  Ŝe  stanowimy  idealne  małŜeństwo! 

Szczególnie zaleŜało jej na twojej opinii. Wszystko z powodu... 

...z powodu tamtej nocy – chciał powiedzieć, lecz umilkł. 

– Ja teŜ chciałem podtrzymać obraz sielanki – odezwał się po chwili. – Mieliśmy wszystko, 

co moŜna kupić za pieniądze: bogatych przyjaciół, wystawne przyjęcia, luksusowe wyposaŜenie 

domu. Deirdre szukała czegoś więcej. Pomiędzy nami zapanowała, pustka. Nie było miłości. 

Na jego twarzy pojawił się wyraz cierpienia. 

–  Miała  kilku  kochanków.  Wynajęła  dom  w Brisbane.  Australia,  pomimo  ogromnego 

obszaru,  przypomina  małe  prowincjonalne  miasteczko.  Plotki  roznoszą  się  bardzo  szybko. 

Bywało, Ŝe Deirdre znikała na kilka tygodni. Gdy wracała, nasze Ŝycie nabierało rumieńców. Na 

krótko.  Byłem  niewłaściwym  męŜczyzną,  a małŜeństwo  okazało  się  błędem.  Nie  widziałem  nic 

poza  pracą  i niechętnie  opuszczałem  granice  posiadłości.  Najbardziej  cierpiała  na  tym  Lizzie. 

Gdy  zaczęły  się  prawdziwe  kłopoty...  –  Znów  przerwał.  –  Jeśli  chcesz  znać  prawdę,  to 

najbardziej zdumiewającą rzeczą był fakt, Ŝe moje małŜeństwo przetrwało całą dekadę. 

Smutny uśmiech przemienił się w bolesny grymas twarzy. 

Jess delikatnie ujęła dłoń męŜczyzny. 

– Przepraszam... – powiedziała. – Zawsze myślałam... 

– Jess... – Tad gwałtownie potrząsnął głową. – Nie wierzę. Nigdy nie uwierzysz... 

– Wiem, co czujesz. 

Spostrzegł  ból  w jej  oczach.  Prawdopodobnie  równie  głęboko  jak  on  skrywała  prawdę 

o własnym małŜeństwie. 

Nieoczekiwanie poczuł nieuchwytną więź, jaka łączyła go z Jessiką. Miał ochotę pochwycić 

background image

kobietę w ramiona. Ukryć twarz w jej włosach i stopić cierpienie Ŝarem bijącym od jej ciała. 

Jess wstrzymała oddech. Tad równieŜ. Przez długą chwilę w milczeniu patrzyli sobie w oczy. 

Nagle Jess zmarszczyła brwi i odsunęła się. Nerwowo zatarła dłonie. 

– Jackson – odezwała się nienaturalnie spokojnym tonem – wytrwaliście ze sobą tak długo, 

gdyŜ  oboje  byliście  zbyt  uparci,  aby  ustąpić.  Nie  ma  w tym  nic  dziwnego.  Zwłaszcza  jeśli 

weźmie się pod uwagę, Ŝe jesteś zatwardziałym w poglądach, krnąbrnym... 

– Naprawdę? 

Nad plaŜą przeleciał silniejszy podmuch wiatru. 

Jess  zadrŜała.  Tad  schylił  się,  podniósł  ręcznik  i łagodnym  ruchem  narzucił  go  jej  na 

ramiona. 

Poczuł nagły przypływ poŜądania. Miał ochotę otulić ją i ogrzać własnym ciałem. 

–  Chyba  nie  weźmiesz  mi  za  złe,  jeśli  odpłacę  ci  podobnym  komplementem  –  powiedział 

cicho.   

Uśmiechnęła się. 

– Nie. Zawsze starałam się być kimś innym...   

– Rozejm? – szepnął. 

Zapadło  milczenie.  Tad  opuścił  wzrok.  ZauwaŜył,  Ŝe  Jess  miała  niewielkie,  zgrabne  stopy. 

Nawet widok jej palców niósł w sobie posmak erotyzmu. 

– Rozejm – skinęła głową. – Na teraz. Póki znów nie zaczniesz zachowywać się jak wariat. 

Tad nie spuszczał wzroku z pełnych seksu palców zagłębiających się w czysty piasek plaŜy. 

Dobrze, Ŝe Jess nie potrafiła czytać w cudzych myślach. 

– W takim razie to nie potrwa długo – mruknął. – Tylko Ŝe tym razem wina będzie po twojej 

stronie.  –  Nic  podobnego.  Zawsze  postępuję  z godnością.  Przestąpiła  z nogi  na  nogę,  przez  co 

ręcznik  opadł  o kilka  centymetrów.  Pod  ciasno  opiętym  kostiumem  kąpielowym  Tad  dostrzegł 

wyraźnie zarysowane koniuszki sutków. DrŜącą, dłonią poprawił okrycie. 

Jess z zaciekawieniem obserwowała jego zachowanie. – Jackson, naprawdę nie mam zamiaru 

zmienić swych przyzwyczajeń – powiedziała. 

– Popracujemy nad tym – zapewnił ją. 

Nagle zebrała garść piasku i cisnęła w jego stronę. Odskoczył. 

– Nie uciekaj! – wybuchnęła śmiechem. – Znowu się rozchorujesz. Nie mam najmniejszego 

zamiaru spędzić kolejnej nocy przy twoim łóŜku. 

Zatrzymał się. Wesołym wzrokiem zerknął w jej stronę. 

–  Kochanie,  podsunęłaś  mi  znakomity  pomysł.  Wyobraź  sobie:  ja  w łóŜku,  ty  czekasz  na 

moje skinienie...   

– Nie mów do mnie „kochanie”! Dobrze wiesz, Ŝe tego nie znoszę! 

– Tylko dlatego, Ŝe nieczęsto masz okazję to słyszeć.   

background image

– Nie mam zamiaru... 

–  Kochanie  –  powiedział  słodko  –  rzadko  postępujesz  zgodnie  ze  swymi  zamiarami.  A juŜ 

wkrótce zupełnie zmienisz zdanie... 

Gdy Tad zasiadł za sterami cessny, był zły na siebie. KaŜda chwila spędzona w towarzystwie 

doktor Bancroft potęgowała ich wzajemną zaŜyłość. 

Cholera!  CzyŜby  juŜ  zupełnie  zapomniał,  ile  fałszu  kryje  się  za  zasłoną  pięknej  buzi 

i zgrabnej sylwetki? Dlaczego pozwolił Jess na, przyjazd do Jackson Downs? 

Dlaczego po prostu nie spakował bagaŜy Lizzie i nie opuścił wyspy? 

Wiedział, Ŝe związek z Jess moŜe skończyć się dla niego w bardzo nieprzyjemny sposób. 

Lecz jednocześnie wciąŜ miał przed oczami widok jej opalonego ciała, wciąŜ pamiętał wyraz 

spokoju  i ufności  na  jej  twarzy,  gdy  przytulona  spała  u jego  boku.  Troskliwość,  z jaką 

opiekowała się nim podczas choroby. 

A przede wszystkim nie potrafił wymazać z pamięci smutnego wyrazu jej oczu. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY   

 

– Auuu! – wrzasnął Tad. – Spokojnie! Pamiętaj, Ŝe jestem rekonwalescentem! 

Jess wepchnęła mu do ust zimną łyŜeczkę. MęŜczyzna przełknął gorzkie lekarstwo i skrzywił 

się. 

– Dobrze, Ŝe mi o tym powiedziałeś – uśmiechnęła się Jess. 

Tad leŜał w łóŜku, wsparty na stosie poduszek. Głośno wytarł nos. Miał nieodparcie zabawny 

wyraz twarzy. Jess zachichotała, jej policzki pokryły się uroczym rumieńcem. 

Gdy  chciała  odejść,  męŜczyzna  chwycił  ją  za  rękę.  –  Wiem,  co  mogłabyś  zrobić,  Ŝebym 

poczuł się naprawdę dobrze – szepnął. 

Jess  westchnęła  głęboko.  Bezskutecznie  próbowała  uwolnić  rękę.  Tad  uśmiechnął  się 

szeroko. 

Jess zrezygnowała z oporu i ponownie usiadła na brzegu łóŜka. 

–  Dobrze  –  powiedziała  –  skoro  jesteś  w tak  znakomitym  nastroju,  myślę,  Ŝe  moŜemy 

porozmawiać o Deirdre. 

–  Znowu?!  –  zawołał  i cofnął  dłoń.  –  Do  diabła,  dlaczego  po  prostu  nie  dasz  mi  o niej 

zapomnieć? – Bancroft, co się z tobą dzieje? Masz obsesję na punkcie jej śmierci. 

– Wybieram się ponownie na plaŜę – wyznała. – Tym razem chcę dopłynąć aŜ do krawędzi 

rafy. 

– Dlaczego? PrzecieŜ tam jest pełno rekinów.   

– W tym miejscu jest coś intrygującego. 

– Co ty powiesz?! Właśnie tam zginęła twoja siostra!   

– Skąd wiesz? Poza tym, nic cię nie upowaŜnia do wydawania mi poleceń. 

Tad zacisnął zęby i usiadł. 

– Czy kaŜda nasza rozmowa musi kończyć się w ten sam sposób? Walką płci? 

– Z takim męskim szowinistą jak ty... Tad uniósł dłoń, lecz Jess mówiła, dalej. – UwaŜasz, Ŝe 

zjadłeś  wszystkie  rozumy  i kaŜda  kobieta  powinna  ci  się  podporządkować.  A ja  juŜ  dawno 

doszłam do wniosku, Ŝe sama doskonale potrafię o siebie zadbać. 

Jej  piersi  delikatnie  musnęły  nagie  przedramię  męŜczyzny.  Tad  poczuł  gwałtowny  dreszcz 

rozkoszy. Z trudem skoncentrował się na dalszej rozmowie. 

– Równie dobrze wychodzi ci wtrącanie się w sprawy innych – mruknął.   

–  Świat  potrzebuje  mądrych  kobiet.  MęŜczyźni  mieli  juŜ  swoją  szansę,  lecz  jedynym 

skutkiem ich działalności są zgliszcza i totalny chaos. Jestem przekonana, Ŝe nie minie tydzień od 

mojego przyjazdu, a w Jackson Downs zapanuje spokój. 

Tad  poczerwieniał  gwałtownie.  Miał  zamiar  udzielić  gniewnej  odpowiedzi,  lecz  Jess 

powróciła do właściwego tematu – kąpieli. 

background image

– Nic się nie stanie, jeśli trochę popływam. – Powiedziałem: „nie!” 

– Muszę dowiedzieć się prawdy o śmierci Deirdre! Chwycił ją za rękę. 

– Nie pozwolę, Ŝebyś podzieliła jej los! – Nic mi nie będzie. 

– Wierz mi, jestem bardziej uparty! – Nigdy w to nie wątpiłam. Zignorował przytyk. 

– Idę z tobą. – Odrzucił na bok kołdrę i wstał z łóŜka. 

Jess niepewnym spojrzeniem obrzuciła jego nagie, muskularne ramiona, szeroki tors, twarde 

mięśnie  brzucha...  Tad  zaczerwienił  się  niczym  niesforny  uczniak.  Chwycił  kołdrę  i owinął  ją 

wokół ciała. 

Jess uśmiechnęła się z wyrozumiałością. 

Cholera, przypomniał sobie Tad, przecieŜ ona jest lekarzem! 

–  Nie  wygłupiaj  się,  Jackson  –  powiedziała  sucho.  –  Jeśli  spróbujesz  pływać,  za  godzinę 

padniesz jak mucha. 

Przez chwilę dziko rozglądał się po pokoju w poszukiwaniu ubrania. 

– Co to znaczy „padnę”? 

– Dobrze wiesz, o czym mówię. 

Uśmiechnął się niewinnie. Uznał, Ŝe nadszedł najwyŜszy czas, aby pokazać, kto tu naprawdę 

jest panem. 

–  Nic  na  to  nie  poradzę,  Ŝe  z jakiegoś  głupiego  powodu  nie  chcę  oglądać  twoich  kości 

obŜartych przez rekiny. Wolę być tuŜ przy tobie... – szepnął namiętnie. 

Pozwolił, aby okrywająca go kołdra opadła kilka centymetrów. 

Jess wstrzymała oddech. 

– Doskonale wiem, czego chcesz. Sam mi to powiedziałeś. Jestem straŜniczką świątyni, a ty 

barbarzyńcą, czyhającym na moją nieostroŜność. 

– Dąsałaś się przez dwa dni, kiedy to usłyszałaś – wybuchnął śmiechem. 

Podszedł bliŜej. Kołdra opadła. Był gorący... i twardy niczym kamień. 

Jess cofnęła się. Teraz ona spłonęła rumieńcem. 

– Jeśli nawet tak było – powiedziała zduszonym głosem – to tylko dlatego, Ŝe zachowywałeś 

się niczym prostak i nie miałam ochoty z tobą rozmawiać. 

– NiewaŜne! – mruknął. – Liczy się tylko to, czego chcę teraz. 

Kobieta oparła ręce na biodrach. Obrzuciła spojrzeniem półnagie ciało rozmówcy. 

–  A czego...  chcesz?  –  szepnęła.  Przez  chwilę  panowało  napięcie.  –  Tego  samego,  co  i ty, 

kochanie. Jak urzeczona postąpiła krok bliŜej. 

Tad  ze  wszystkich  sił  pragnął  przygarnąć  ją,  zamknąć  w swoich  ramionach,  obsypać 

pocałunkami. Czuć jej usta na swoich wargach, miękkie piersi dociśnięte do twardego torsu. 

Jess westchnęła. 

– Chcę popływać. I to zaraz! 

background image

Tad oparł się dłonią o ścianę, zamykając kobiecie drogę ucieczki. Dzieliło ich zaledwie kilka 

centymetrów. MęŜczyzna czuł, Ŝe obezwładniający zapach kwiatów pomarańczy wypełnia kaŜdą 

komórkę jego ciała: Kręciło mu się w głowie. 

Delikatnie odgarnął z czoła. Jessiki kosmyk złocistych włosów. 

–  Jess...  –  szepnął  cicho.  ZłoŜył  usta  do  pocałunku.  Jess  głośno  przełknęła  ślinę.  Stała 

w bezruchu. ZbliŜył usta do jej warg. Oddała pocałunek, lecz w tej samej chwili, gdy Tad poczuł, 

Ŝ

e krew coraz szybciej płynie mu w Ŝyłach, cofnęła głowę. 

– Mam zamiar sama pójść na plaŜę, Jackson. 

Zmarszczył brwi i wzruszył ramionami. 

– Znakomicie! BoŜe, miej w opiece rekiny! Jednak w głębi serca czuł niepokój. 

Gdy Jess zniknęła w swoim pokoju, zaczął chodzić po domu, tupać i trzaskać drzwiami. Nie 

zwracała  na  niego  uwagi.  Szybko  przebrała  się  w czarny  kostium,  zabrała  ekwipunek  do 

nurkowania  i pomaszerowała  w stronę  plaŜy:  Tad  rzucił  się  w stronę  własnej  sypialni,  porwał 

potrzebny sprzęt i ruszył jej śladem. 

Gdy dotarł na miejsce, Jess była juŜ po kolana w wodzie i brnęła w kierunku głębin. 

Pomachała wesoło dłonią na jego widok. Nim zdąŜył się przebrać, zniknęła pod falami. 

Tad wbiegł do wody. Widział strumień bąbelków znaczący ślad odpływającej Jess. 

Po  piętnastu  minutach  oboje  dotarli  w pobliŜe  rafy.  Wokół  uwijały  się  stada 

róŜnokolorowych  ryb.  Tad  zaklął  po  cichu.  Ławica  mogła  przyciągać  drapieŜniki.  Kątem  oka 

zerknął ku Jess, po czym ponownie spojrzał na ocean. Śmigające rybki przecięły talię wody. Tad 

silnymi ruchami ramion skierował się w stronę koralowej konstrukcji. 

Nagle  w głębinie  zamajaczyły  dwa  długie,  wrzecionowate  kształty.  Rekiny!  Bez  wątpienia 

mogło być ich więcej. 

Woda zakotłowała się, na powierzchnię wypłynęły dwa delfiny. Tad pokręcił głową. 

Delfiny, czy nie, niezbyt lubił pływać w towarzystwie duŜych stworzeń. 

W tym momencie Bancroft zanurkowała głębiej. Nad wodą mignęły przez chwilę jej czarne 

płetwy. Tad poczuł, Ŝe coś trąciło go w nogę. Stracił z oczu kobietę. Cholera, gdzie ona mogła się 

podziać?  Jess!  Dlaczego  pozwolił,  by  postawiła  na  swoim?  Po  czerwieniał  z wściekłości. 

Dopłynął do miejsca, w którym zniknęła i cierpliwie czekał. 

Gdy wynurzyła głowę spod wody, chwycił ją za włosy. Uderzyła go w rękę. 

Tad zerwał z twarzy maskę. 

– Wracaj na brzeg! – krzyknął. 

Jess wypluła ustnik aparatu do oddychania. – Co mówiłeś? 

– Rekiny! 

– Nie boję się... 

– Wracaj albo zaciągnę cię siłą! Jeśli będziemy się szarpać, przybędzie ich więcej! 

background image

– Wiem! Chyba nie myślisz, Ŝe jestem taką idiotką...   

– Kochanie, wprost czytasz w moich myślach. 

Na  brzegu  za  podobną  uwagę  na  pewno  otrzymałby  siarczysty  policzek.  Jess  spojrzała  na 

niego ponuro.   

– Płyń albo zaciągnę cię za włosy. Wybór naleŜy do ciebie. 

–  Bardzo  pan  łaskaw  –  parsknęła.  Niechętnie  skierowała  się  w stronę  brzegu.  Tad  płynął 

nieco z tyłu, pilnie obserwując szare sylwetki buszujące wśród ławicy. 

Gdy dotarli na płyciznę, Jess usiłowała uciec. Tad dopędził ją i chwycił w ramiona. 

– Mogliśmy zginąć oboje! – wrzasnął. – Rekiny...   

– Rekin. Jeden – syknęła ze złością. – W dodatku jeszcze młody. Reszta to delfiny. Jeśli tak 

bardzo się boisz, dlaczego nie zostałeś na plaŜy? 

Tad  przymknął  powieki.  Nienawiść,  jaką  jeszcze  całkiem  niedawno  odczuwał  do  Jess, 

ustąpiła  przed  innym,  znacznie  silniejszym  uczuciem.  Wiedział  tylko,  Ŝe  stoi  obok  Jess.  Obok 

jego  Jess,  upartej,  złośliwej,  nieposkromionej  kobiety.  Myśl,  Ŝe  mogłaby  paść  ofiarą  ataku, 

napełniała go przeraŜeniem. 

Palce męŜczyzny pozostawiły czerwony ślad ma szczupłym ramieniu Jessiki. 

– Poszedłem za tobą, bo nie chcę, Ŝebyś zginęła... śebyś podzieliła los Deirdre. 

Zapadła  cisza.  Przez  twarz  Jessiki  przemknął  cień  smutku.  Tad  chwycił  ją  w ramiona 

i mocno przycisnął do siebie.  Wplótł niecierpliwe palce  w jej  mokre włosy. Czuł, jak ciepło  jej 

ciała przenika go do głębi. 

Zdawało mu się, Ŝe całe Ŝycie czekał na tę chwilę. Fale oceanu rozbijały się o ostrą krawędź 

koralowej rafy. Tad miał ochotę rzucić Jess na ziemię i posiąść ją tu, na białym piasku plaŜy. 

Istniało  jednak  niebezpieczeństwo,  Ŝe  ktoś  moŜe  ich  zobaczyć.  Trzeba  było  poszukać 

bardziej ustronnego miejsca. 

Ciało męŜczyzny płonęło Ŝywym ogniem. Czuł przyśpieszone bicie serca Jess. Ich spojrzenia 

spotkały się. ZauwaŜył wewnętrzną walkę, jaką kobiecy upór toczył z rozszalałą namiętnością. 

Jess próbowała uwolnić się z jego ramion. 

– Nie... – powiedziała. – Nigdy mnie nie pragnąłeś. Zawsze naleŜałeś do niej. Do niej! Nie 

chciałeś  mnie!  Twierdzisz,  Ŝe  to  ja  zniszczyłam  ci  Ŝycie,  a nie  przyszło  ci  nigdy  do  głowy,  co 

uczyniłeś  z moim  losem?!  Wykorzystałeś  mnie!  Nie  kochałam  Jonathana.  Zginął,  bo  nie 

potrafiłam obdarzyć go uczuciem. 

Przytrzymał ją, uniemoŜliwiając próbę ucieczki.   

– Nie – powiedział. 

– Chcę... Chcę teraz mówić tylko o Deirdre. Ani słowa o nas. 

– Teraz? 

Jess wpatrywała się w jego twarz szeroko otwartymi oczyma. 

background image

– Teraz. 

Skierował wzrok w stronę oceanu i powoli opuścił ręce. 

Jess obserwowała go przez długą chwilę, po czym odeszła w głąb plaŜy. 

Tad czuł się jak wulkan groŜący erupcją. 

Zagryzł wargi. Poczuł w ustach smak krwi. Ból przywrócił go do rzeczywistości. 

Rzucił maskę oraz aparat tlenowy na ziemię i powlókł się za Jessiką. 

Stanęła. Gdy podszedł bliŜej, spojrzała w jego stronę. W jej oczach widniało napięcie. 

– To uroczy zakątek, a jest w nim coś... niesamowitego – powiedziała nieswoim głosem. 

– To przedsionek piekła! 

–  Mam  wraŜenie,  jakby  kaŜde  drzewo,  kaŜdy  kamień  i źdźbło  trawy  oddychały,  Ŝyły 

własnym Ŝyciem. Pod wodą rozmaite stworzenia poŜerają się nawzajem i po chwili widzisz, jak 

piękno zmienia się w odpychającą szpetotę. Okropne. 

–  Odwieczny  krąg  Ŝycia  i śmierci  –  odparł.  –  Deirdre  uwielbiała  tu  przychodzić.  Kochała 

rafę. 

Wyraz napięcia nie zniknął z twarzy Jess. 

–  Dlaczego  podjęła  wszystkie  pieniądze  i przyjechała  właśnie  tutaj?  Dlaczego?  Nie 

znaleziono  odpowiedzi  na  tyle  pytań...  Jestem  przekonana,  Ŝe  nie  zginęła  w głębi  morza.  Teraz 

wiem,  jak  mało  ją  znałam.  Nie  mogło  być  inaczej,  skoro  wyjąwszy  kilka  lat  wspólnej  nauki 

w college’u,  dorastałyśmy  oddzielnie.  Mama  miała  niewiele  pieniędzy  i musiała  korzystać 

z pomocy  wuja  mieszkającego  w Nowym  Orleanie.  Ja  zostałam  przy  ojcu  i spędziłam  wiele  lat 

w obozach wiertniczych rozrzuconych po całym świecie. 

Do diabła, Tad wcale nie miał ochoty, aby dalej rozmawiać na ten temat. 

–  Wiem  –  odezwał  się  głośno.  –  OskarŜała  cię  o to,  Ŝe  masz  więcej  szczęścia  i moŜesz 

prowadzić interesujące Ŝycie. 

– Ha! Interesujące! 

Oczy  Jess  wyraŜały  głęboki  smutek.  Tad  poczuł  się  nieswojo.  Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe 

kobieta tęskni za prawdziwym uczuciem. 

– Co było, minęło – zauwaŜył filozoficznie. 

– Tak, ale nie spełniły się moje marzenia o rodzinnym szczęściu. 

–  Ja  dorastałem  w otoczeniu  rodziny,  potem  stworzyłem  własną...  i nie  mam  przyjemnych 

wspomnień. 

– MoŜliwe. Tylko Ŝe zawsze chciałam być blisko Deidre. Nigdy nie potrafiłyśmy się w pełni 

porozumieć. MoŜe wynikało to z błędu rodziców, którzy po rozwodzie zdecydowali się podzielić 

wszystkim  –  nawet  córkami.  Ojciec  uwaŜał,  Ŝe  tak  będzie  sprawiedliwie.  W czasie  studiów 

próbowałam  zdobyć  jej  zaufanie,  ale  ona  wciąŜ  miała  mi  za  złe,  Ŝe  korzystałam  z niemałego 

majątku  ojca,  podczas  gdy  nasza  matka  klepała  biedę.  Nie  wiedziała  nic  o samotności,  w jakiej 

background image

przyszło  mi  dorastać,  o bólu,  jaki  odczuwałam  na  widok  nędzy  panującej  w krajach,  gdzie 

mieszkałam. Deirdre myślała, Ŝe stać mnie na wszystko. Myliła się. A teraz odeszła. 

Serdeczna  łza  spłynęła  po  policzku  kobiety.  Jess  usiłowała  niepostrzeŜenie  otrzeć  twarz 

wierzchem dłoni. – Nie wstydź się. Płacz, jeśli przyniesie ci to ulgę – mruknął Tad. 

– Nie... Nie wiem, dlaczego w tej chwili zachowuję się jak sentymentalna babcia, skoro nie 

uroniłam ani jednej łzy, kiedy powiadomiono mnie o jej śmierci. 

Pociągnęła nosem. Po chwili rozszlochała się na dobre. 

Tad ujął ją za rękę. 

– Straciliśmy Deirdre o wiele wcześniej – powiedział łagodnie. 

– To chyba najbardziej boli. 

– Zawsze odczuwasz ból, gdy nie moŜesz pokochać wybranej osoby. – Przytulił ją do siebie 

i odgarnął z czoła mokre włosy. 

–  Dlaczego  właśnie  ty?!  Dlaczego  ze  wszystkich  męŜczyzn  na  świecie  wybrałam  ciebie  na 

powiernika i płaczę na twoim ramieniu? – załkała. 

– Wiesz co, Bancroft, muszę przyznać, Ŝe dorównujesz mi uprzejmością – powiedział Tad. – 

A wracając do wyrazów wdzięczności za to, Ŝe znalazłaś u mnie pocieszenie... 

–  Och,  przymknij  się  wreszcie.  –  Potrząsnęła  głową,  lecz  dalsze  słowa  zostały  zduszone 

głośnym szlochem. Nie stawiała oporu, gdy mocniej otoczył ją ramionami. 

Dzień chylił się ku końcowi. W dŜungli zapanowała ciemność. Mały Aborygen nie wrócił. 

Głęboka cisza wieczoru działała denerwująco na wyczerpaną płacz kobietę. Tad zdawał sobie 

sprawę  ze  stanu,  w jakim  znalazła  się  Jess.  I nie  miał  wątpliwości,  Ŝe  podejmie  próbę,  aby  to 

wykorzystać. 

Czekał jedynie na właściwą chwilę. 

PoŜądał Jessiki. PoŜądał jej przez wszystkie lata nieudanego małŜeństwa. 

PoŜądał, będąc wciąŜ blisko osoby, która tak bardzo ją przypominała. 

Jess  przestała  płakać.  Tad  uświadomił  sobie,  Ŝe  za  chwilę  moŜe  odzyskać  panowanie  nad 

sobą i po raz kolejny odrzuci jego zaloty. 

Przytulił twarz do jej ramienia. Czuł dotyk jej piersi na swoim torsie. 

Był zdrowym męŜczyzną o gorącej krwi. Zawsze potrafił skorzystać z podsuwanej przez los 

okazji. Nadszedł czas, aby Jess zrozumiała, Ŝe naleŜy do niego. 

Pochylił  głowę  i wycisnął  długi  pocałunek  na  ustach  kobiety.  Przez  chwilę  próbowała 

stawiać opór. Nagle poczuł jej palce na swoim karku, delikatnie gładzące mokre włosy. 

Jeszcze nigdy zemsta nie smakowała tak słodko. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY   

 

Ognista kula słońca zniknęła za postrzępionym grzbietem koralowca, a wschodzący księŜyc 

zalał dŜunglę srebrzystą poświatą. W lesie panował upał i cisza. 

Błękitne  oczy  Tada  spoczęły  na  smukłej  postaci  Jess.  Odpowiedziała  niepewnym 

spojrzeniem. Pomału zagłębiali się w mroczne ostępy. 

Tad zdawał sobie sprawę, Ŝe popełnia kolejny błąd w swym Ŝyciu. Nie powinien wiązać się 

z tą kobietą, lecz jedyne, co widział w tej chwili, to jej błyszczące, lekko rozchylone usta, sarnie 

oczy i kuszący kształt ciała. Starannie rozłoŜył ręcznik na piasku. 

– Nie powinniśmy... – zaprotestowała. Jess. Miała rację. 

– Nie masz zamiaru się poddać, Bancroft? – szepnął, trącając nosem jej szyję. 

Nakrył dłonią kształtne pagórki piersi. 

– Poddać? Nigdy! 

Wbrew tym zapewnieniom, bez oporu ulegała jego pieszczotom. 

– Jesteś zdecydowana do samego końca bronić świątyni? 

– Owszem. – Otoczyła go ramionami, jakby w obawie, Ŝe zrezygnuje i ucieknie. 

– Ze wszystkich sił – mruknął przytulony. 

– Ze wszystkich sił – odpowiedziała niczym echo. 

Zaczął całować jej szyję. 

– Po dzisiejszym dniu ja przejmę pieczę nad wszystkim – mruknął. 

– Tak ci się tylko wydaje, Jackson. JuŜ jutro zapłacisz... 

Przesunął dłońmi po jej rozgrzanej skórze. Rozkoszny dreszcz przeszył ciało Jessiki. 

– Nie strasz mnie konsekwencjami, kochanie. 

Nie zdąŜyła nic odpowiedzieć, gdyŜ zakrył jej usta pocałunkiem. Walka była, skończona. 

Przynajmniej na razie. 

Wargi Jess miały smak miodu. Tad czuł, Ŝe wypełnia go wzbierająca fala namiętności. 

– Śniłem o tobie całymi latami – szepnął. – O nikim innym, tylko o tobie. Choć Deirdre była 

podobna  do  ciebie  jak  lustrzane  odbicie,  nie  potrafiła  cię  zastąpić.  Ani  w łóŜku...  ani  w moim 

sercu. 

Dlaczego to powiedział? Co zmuszało go do podobnych wyznań? Nie wiedział. 

Zresztą, nie troszczył się o to. 

Delikatnie  rozwiązał  tasiemki  utrzymujące  kostium  kąpielowy  Jessiki  na  właściwym 

miejscu. 

Przesunął dłonią w dół, lecz zatrzymał się, odsłaniając zaledwie połowę piersi kobiety. 

Jęknęła. 

– Nie – wyszeptała po chwili, starając się, aby zabrzmiało to bardzo stanowczo. 

background image

– Nie musisz wstydzić się swego ciała, Bancroft – mruknął. – Jesteś cudowna. Twoje piersi... 

– Są zbyt duŜe. Wulgarne. 

– Kuszące – sprostował. Pociągnął w dół koniec kostiumu. 

– Przez nie czuję się jakaś... nieczysta. MęŜczyźni zawsze... 

– Są wspaniałe. Wymarzone. Cała jesteś piękna. Chcę pieścić twoje piersi. Kochać się z tobą. 

Tylko z tobą. 

– Gdybym mogła wybrać własną sylwetkę, poprosiłabym Stwórcę, aby uczynił mnie płaską 

jak deska. 

– Na szczęście jest coś, na co nie masz najmniejszego Był juŜ tak blisko celu... 

Lecz  wiedział,  Ŝe  zbytni  pośpiech  w niczym  nie  pomoŜe.  Starał  się  panować  nad  swoim 

zachowaniem. 

Lekko drŜącą dłonią dotknął jej ciała. 

Spokojnie. Tylko spokojnie. 

KaŜda  z pieszczot,  kaŜdy  pocałunek,  kaŜde  muśnięcie  dłoni  –  wszystko  było 

podporządkowane jednemu celowi. Jess westchnęła głęboko, gdy delikatnie chwycił zębami nagi 

sutek.  LeŜała  bez  ruchu,  a on  tymczasem  zaczął  się  rozbierać.  Czekała  cierpliwie,  gdy  całkiem 

nagi pochylił się nad nią. 

Westchnęła  powtórnie  –  miękko,  z wyraźną  ulgą.  W ten  sposób  rozpoczęła  się  cudowna 

godzina  miłosnych  zmagań.  Zniknęły  dzielące  ich  dotąd  róŜnice.  Przez  długą,  trwającą 

wieczność chwilę byli jednością. Przytulali się do siebie z furią, jakby od tego zaleŜało ich dalsze 

Ŝ

ycie.  Zapomnieli  o dokuczliwym  uczuciu  osamotnienia.  Tad  pieścił  ukochaną  istotę,  kobietę, 

o której  marzył  od  niepamiętnych  czasów.  Gdy  znalazł  się  w jej  wnętrzu,  jego  ciało  wypręŜyło 

się w ekstazie. Był zbawiony. 

I stoczył się na dno piekła. 

Smakowała tak słodko... Wtulił się mocniej w Jess, chcąc jak najpełniej czuć jej obecność. 

Poruszył się, lecz uczynił to zbyt szybko. 

Krzyknęła.  Zwolnił,  choć  kaŜdy  nerw  przynaglał  go  do  pośpiechu.  Dwa  serca  biły  jednym 

rytmem. Tad otworzył powieki i zatopił wzrok w ciemnych oczach partnerki. 

– Bancroft... – szepnął tak dziwnym głosem, Ŝe wydawało mu się, iŜ mówi kto inny. 

– Jess... – sprostowała kobieta. Owinęła wokół palca kosmyk jego włosów. 

– Jesteś moja... kochana Jess... Mój... – odpowiedziała. 

Nie  wiedział,  czy  oznaczało  to  ugodę,  czy  przejęcie  aktu  własności.  Nie  miał  czasu  na 

zastanowienie. Począł łagodnie przeć, aŜ oboje stali się jednym pulsującym rytmem wyzwolonej 

namiętności. 

Tad opadł bez sił. Nie mógł się poruszyć. Wiedział juŜ, Ŝe jest zgubiony. śe Jessica rzuciła 

na niego urok. Powoli obrócił się na bok, wsparł głowę na łokciu i spojrzał na piękną partnerkę. 

background image

Objął ją, przycisnął do siebie i zasnął. 

Obudził się o świcie. Ciemność nocy ustępowała szarej jasności wstającego poranka. Liście 

drzew wydawały się czarne na tle bezchmurnego nieba. Tad westchnął. Jeszcze nigdy dotąd nie 

czuł  się  tak  spokojny,  ufny  wobec  otaczającego  świata.  Nie  otwierając  oczu  pomacał  dłonią 

wokół siebie. 

Jess zniknęła. 

Skoczył na równe nogi. 

Znowu powtórzyła sztuczkę sprzed lat! 

Stał nagi, niczym opuszczony w głębi dŜungli gigant z zamierzchłych czasów. Jess odeszła. 

Bez słowa. Dlaczego? 

Jak  skończony  głupiec  myślał,  Ŝe  uda  mu  się  dojść  z nią  do  porozumienia.  Była  jak 

przewlekła choroba. 

Nie ustępowała, jedynie osłabiała zaraŜony organizm. Dokąd poszła? 

Tad pośpiesznie naciągnął ubranie. Kostium płetwonurka był zimny i pokryty rosą, lecz nie 

zwracał na to uwagi. Serce miał przepełnione goryczą i gniewem. 

Podobnie czuł się dziesięć lat temu. Jess spędziła z nim noc, po czym bez skrupułów wydała 

w ręce Deirdre. 

Teraz  znów  go  opuściła.  Powinien  przy  pierwszej  nadarzającej  się  okazji  zabrać  Lizzie 

i czym prędzej wyjechać. 

Skierował  się  w stronę  domu.  W połowie  drogi  doszedł  do  klifu,  z którego  spadł  kilka  dni 

temu.  Na  krawędzi  zbocza  stał  porzucony  przez  robotników  buldoŜer.  Tad  przyśpieszył  kroku, 

gdy  nagle  jego  uwagę  przyciągnął  widok  nieznajomego  męŜczyzny  wyskakującego  z maszyny 

i znikającego w leśnej gęstwinie. Niemal jednocześnie posłyszał przyciszony głos Jessiki. 

Rozejrzał  się  dokoła,  lecz  brzeg  wydawał  się  pusty.  Wskoczył  do  kabiny  buldoŜera.  Przez 

uchylone  okienko  zobaczył  Jess  rozmawiającą  na  plaŜy  z małym  chłopcem.  CzyŜby  obcy  miał 

zamiar  podsłuchać,  o czym  mówili?  Jakie  miał  zamiary  w stosunku  do  niej?  W stacyjce 

rozrusznika tkwił kluczyk. 

BuldoŜer stał na samym skraju zbocza. Cholerny łajdak! 

Tad  poczuł  mrowienie  w koniuszkach  palców.  Westchnął  głęboko.  Wystarczył  jeden  ruch 

dłonią,  a uruchomiona  maszyna  stoczyłaby  się  w dół  klifu,  miaŜdŜąc  wszystko  na  swej  drodze. 

Oczyma wyobraźni Tad zobaczył ciało Jessiki, zgniecione cięŜarem pojazdu. 

Przypomniał  sobie  cięŜarówkę,  wysadzoną  w powietrze  przez  nieznanych  sprawców 

w okolicach Jackson Downs. Zginęło kilka krów. 

Kierowca był cięŜko ranny. 

Gniew,  jaki  jeszcze  kilka  chwil  temu  czuł  wobec  Jess,  zniknął.  Zrozumiał,  Ŝe  musi  za 

wszelką cenę zapewnić jej ochronę. Nawet jeśli przyjdzie mu ryzykować własne Ŝycie. 

background image

Dranie! CzyŜby aŜ tu dotarli po jego śladach? Czy tropili Jessikę? 

ś

ałował, Ŝe nie dogonił uciekającego męŜczyzny i siłą nie zmusił do wyznania prawdy. 

DrŜącą  dłonią  chwycił  grube  pnącze  i rozpoczął  mozolnie  zsuwać  się  z klifu.  Jess  klęczała 

w pobliŜu  pokrytej  malowidłami  skały.  Wyglądała  świeŜo  i niewinnie,  ubrana  w białą  bluzkę 

i szorty  koloru  khaki.  Nie  zdawała  sobie  najmniejszej  sprawy  z niebezpieczeństwa,  jakie  jej 

groziło. Pomimo całego uporu i determinacji, była tylko delikatną kobietą. 

W  jednej  dłoni  trzymała  bukiecik  polnych  kwiatów.  W drugiej  –  coś,  co  z daleka 

przypominało  tanią  błyskotkę.  W pobliŜu  kępy  drzew  stał  chłopiec  o wypłowiałych  włosach, 

przyciskający do piersi pluszową zabawkę. 

– Myślałeś, Ŝe jestem duchem? – łagodnie spytała kobieta. Malec skinął głową. 

– Dobrze, Ŝe nie jesteś tamtą panią. Nie lubiłem jej. Ty podarowałaś mi... – Brązowa rączka 

kurczowo ścisnęła pluszowego zwierzaka. 

– A ty dałeś mi to. – Jess po raz ostatni spojrzała na trzymany przedmiot, po czym starannie 

schowała go do kieszeni. – Dziękuję. Ona była moją siostrą. Czy wiesz, co się z nią stało? 

W czarnych oczach dziecka błysnęło przeraŜenie. 

– Powiedz – nalegała Jess. – Nie musisz się niczego bać.   

– On teŜ wrócił – szepnął chłopiec. 

– Duchy nie istnieją. –  Chłopiec słuchał z roztargnieniem. – Ona nie przyszła tu po to, aby 

pływać,  prawda?  Nie  tego  dnia,  w którym  zniknęła.  Przyszła  tu  spotkać  się  z męŜczyzną. 

MęŜczyzną, który... 

– On teŜ wrócił – powtórzył malec. 

– Co się z nią stało? – pytała Jess. – Proszę, powiedz mi. 

– Upadła. On uderzył ją kamieniem.   

– Gdzie to się stało? 

Chłopiec  zauwaŜył  twarz  Tada,  wyłaniającą  się  z zielonej  gęstwiny,  i z krzykiem  wskazał 

w tę stronę. 

Jess  odwróciła  się.  Tad  zaklął.  Cholera,  czy  ten  gówniarz  miał  zamiar  oskarŜyć  go 

o zamordowanie Deirdre? Czy było to częścią jakiegoś planu? 

Jednym  susem  znalazł  się  w pobliŜu  rozmawiających.  Chłopiec  obrzucił  go  krótkim 

spojrzeniem i zaczął krzyczeć:. 

– On teŜ wrócił! On teŜ wrócił! 

Tad wyciągnął dłoń w jego stronę, lecz malec wykonał zręczny unik i rzucił się do ucieczki. 

MęŜczyzna  skoczył  za  nim  pomiędzy  drzewa,  lecz  mały  tubylec  zniknął  juŜ  w gęstym 

poszyciu. W pośpiechu upuścił pluszowego dinozaura. 

Tad dyszał cięŜko. 

– Ty mały oszuście! Złodzieju! To naleŜy do Lizzie...   

background image

Jess stanęła tuŜ obok. 

– Sama podarowałam mu tę zabawkę, idioto! – Wyrwała mu przedmiot z dłoni. – Co ty sobie 

w ogóle wyobraŜasz? 

PołoŜyła dinozaura na ziemi w nadziei, Ŝe chłopiec powróci, aby go odszukać. 

Tad był wściekły. Chwycił Jess za ramiona i potrząsnął. 

– Co tu się dzieje? Co to znaczy „on wrócił”? Myślisz, Ŝe zamordowałem Deirdre?! 

Jess usłyszała rozpacz przebijającą w jego głosie.   

–  Nic  podobnego,  durniu.  Dzieciak  był  tak  wystraszony,  Ŝe  wziął  cię  za  kogoś  innego. 

Gdybyś  jeszcze  przez  chwilę  pozwolił  mi  na  zabawę  w detektywa,  być  moŜe  poznałabym 

prawdę. Och... Jackson, dlaczego wciąŜ sprawiasz tyle kłopotów? 

– Ja? – zdziwił się szczerze. PrzecieŜ to ona odeszła wczesnym rankiem! Gdyby nie przybył 

na czas, jej ciało spoczywałoby teraz pod wrakiem buldoŜera. 

– Do takich rzeczy potrzeba  cierpliwości,  a nie  frontalnego ataku  w stylu  Rambo – syknęła 

Jess. – Próbowałam ci pomóc. 

Tad umilkł z wściekłości. 

–  Do  cholery  z twoją  pomocą!  –  ryknął,  gdy  odzyskał  zdolność  mówienia.  –  Niczego  nie 

potrzebuję!  Nie  jestem  jakimś  przymierającym  z głodu,  naiwnym  krajowcem.  Kto  dał  ci  prawo 

wtrącania się w moje sprawy?! Nawet nie znasz Australii! 

– Mieszkałam w róŜnych częściach świata. Ludzie są wszędzie jednakowi. 

– Tutaj są niebezpieczni. 

– Miałam juŜ do czynienia z niebezpieczeństwem. – Do diabła, dlaczego odeszłaś, nic mi nie 

mówiąc? – warknął. Nie wspomniał o męŜczyźnie, którego widział kilka minut temu. 

Uśmiechnęła się. Całkowicie odzyskała panowanie nad sobą. 

– Nie mogłam spać, a ty chrapałeś tak słodko, Ŝe nie chciałam cię budzić. 

Nie wierzył w ani jedno słowo, ale pozwolił jej mówić. 

– Wstałam i poszłam do domu. Kiedy zobaczyłam chłopca, ubrałam się szybko i pobiegłam 

w ślad  za  nim,  poniewaŜ  myślałam,  Ŝe  moŜe  mi  udzielić  informacji  na  temat  śmierci  Deirdre. 

Byłam o krok od rozwiązania zagadki, gdy zjawiłeś się wrzeszcząc i wymachując rękami. 

– Deirdre – warknął Tad. – Ciągle Deirdre. PrzecieŜ ona nie Ŝyje! Dlaczego nie moŜemy po 

prostu o niej zapomnieć? 

Przez  chwilę  miał  ochotę  obrócić  się  na  pięcie  i odejść.  Lecz  wystarczyło  jedno  spojrzenie 

głębokich oczu Jess, by zmienił decyzję. Wtulił twarz w jej ramiona. 

– BoŜe, tak bardzo chciałbym o niej zapomnieć – jęknął. 

– Muszę wiedzieć, co się z nią stało. 

– Głuptasie! Sama nie wiesz, na co się naraŜasz. – Pocałował ją gorąco. 

Pogładziła go po karku. 

background image

–  Jestem  przeklęty!  –  zawołał.  –  Poznałem  najcudowniejszą,  najbardziej  upartą  kobietę 

ś

wiata... Doprowadzasz mnie do szaleństwa. Nie wyobraŜam sobie Ŝycia bez ciebie. 

– Nie moŜemy odciąć się od całego świata i udawać, Ŝe nie istnieje, Jackson. 

–  Cholera,  wcale  mnie  nie  interesuje,  jak  zginęła  Deirdre.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  moja 

posiadłość pójdzie z dymem. 

– Ale mnie obchodzą te rzeczy. 

– Do diabła, czy nie rozumiesz, Ŝe grozi ci powaŜne niebezpieczeństwo? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY   

 

– Mam dość twoich światłych pouczeń! – krzyknął Tad. 

Jess przerwała monolog i uśmiechnęła się. Stanęła tuŜ obok łóŜka. 

Była piękna.. I groziło jej powaŜne niebezpieczeństwo. Tad zacisnął pięści. 

Dlaczego  wybrał  właśnie  ją?  BoŜe,  przecieŜ  po  wielu  nieprzyjemnych  doświadczeniach 

postanowił, Ŝe juŜ nigdy nie zwiąŜe się z Ŝadną kobietą. Nigdy więcej. Dlaczego Jess? 

Nadal  gniewał  się  na  nią,  lecz  równocześnie  był  pełen  obaw.  Podczas  wycieczki  w głąb 

dŜungli zrozumiał, Ŝe sprawy zaszły zbyt daleko. 

Do  diabła!  Okazał  się  skończonym  głupcem.  Był  przekonany,  Ŝe  moŜe  spędzić  noc 

w towarzystwie Jess, kochać się z nią, a potem po prostu odejść. Mylił się. Bardzo się mylił. 

Jeszcze nigdy nie czuł takiego emocjonalnego zaangaŜowania, jak w tej chwili. 

Pragnął posiąść nie tylko jej ciało, lecz takŜe upartą i krnąbrną duszę. 

A doktor Bancroft doskonale zdawała sobie sprawę z jego stanu. 

W  sypialni  zapanowała  grobowa  cisza.  Jedynie  z zewnątrz  dobiegał  cichy  szelest  liści, 

poruszanych wiatrem wiejącym znad oceanu. 

– Jesteś najbardziej upartym kozłem, jakiego spotkałam w całym moim Ŝyciu! – odezwała się 

nagle  Jess.  –  Dlaczego  nie  moŜesz  pojąć,  Ŝe  przyjechałam  do  Australii  wyłącznie  dlatego,  aby 

pomagać ci w wychowaniu Lizzie? PrzecieŜ to nic strasznego. Tad zacisnął zęby. 

– Nie potrzebuję twojej troski! – warknął. 

– Nic mnie to nie obchodzi. I tak cię nie zostawię samego. 

– Deirdre była moją Ŝoną. To moja sprawa, co się z nią stało. 

– Przede wszystkim była moją siostrą i prosiła mnie o pomoc. Powiedziała, Ŝe... 

– Nie powinnaś się wtrącać. 

– Nie powstrzymasz mnie – szepnęła. 

–  Próbuję  cię  ochronić  przed  niebezpieczeństwem.  –  Przez  wiele  lat  sama  doskonale 

dawałam sobie radę. 

– Zapomnij o Deirdre. 

– Dobrze. Ale tylko w tej chwili. – Zrzuciła sandały i stanęła boso na drewnianej podłodze. – 

Potrzebujesz mnie bardziej, niŜ chcesz się do tego przyznać. 

– Słucham? 

– Jestem o tym przekonana. – I bez wątpienia masz rację. 

Przez chwilę patrzyła na niego, po czym szybkim ruchem dłoni zwichrzyła włosy. 

Złocista kaskada opadła jej na ramiona. 

Tad  poczuł,  Ŝe  serce  zaczyna  mu  walić  jak  młotem.  Nie  potrafił  oderwać  wzroku  od 

uroczego zjawiska, które nagle objawiło się w jego sypialni. 

background image

Jess przymknęła powieki. Pomału zaczęła zdejmować bluzkę. 

Tad  z trudem  zachowywał  pozory  spokoju.  Chciał  rzucić  się  na  kobietę,  zerwać  z niej 

ubranie i poczuć pod sobą jej nagie ciało. 

– Co ty wyprawiasz? – wychrypiał. – Myślisz, Ŝe uda ci się w ten sposób mnie podejść? śe 

wszystkie problemy rozwiąŜesz w łóŜku? 

– Niewykluczone – uśmiechnęła się. 

Tad  miał  ochotę  krzyczeć,  cisnąć  jakimś  przedmiotem,  uczynić  coś,  co  mogłoby  zniszczyć 

trudne do wytrzymania napięcie. 

Wiedział,  dlaczego  Jess  sprowadziła  go  właśnie  tutaj.  Zdawał  sobie  sprawę  z własnej 

słabości. 

– Ciii... – szepnęła, kładąc palec na ustach. – śadnych wrzasków. Obudzisz Lizzie. 

Obrzucił spojrzeniem jej kształtną sylwetkę. Zapomniał o całym świecie. 

Nie powinien wchodzić do sypialni Jess. Teraz było juŜ za późno. 

Powoli wśliznęła się na łóŜko i spojrzała wyczekująca na męŜczyznę. Zdjęła bluzkę. 

Tad wymruczał długie, skomplikowane przekleństwo. 

– PrzecieŜ nie chcesz jej obudzić, prawda? – cicho zapytała Jess. – Musimy mieć czas... dla 

siebie. 

W jej słowach zabrzmiała niepokojąca obietnica rozkoszy. 

– Dotknij mnie – poprosiła. 

Tad stał bez ruchu. Pięści zacisnął tak mocno, Ŝe zbielały mu kostki. Szeroka pierś podnosiła 

się i opadała przyśpieszonym  rytmem, z gardła dochodził  głuchy pomruk. Miał sucho w ustach, 

a w głowie zupełną pustkę. 

Jess  podniosła  się  gibkim  ruchem  i wyszła  z cienia.  Stanęła  w pełnym  blasku  słonecznych 

promieni.  Pokój  zniknął  w mroku.  Pozostała  tylko  ona,  bogini  piękności,  gotowa  na  przyjęcie 

kochanka. 

On równieŜ był gotów. 

Raz jeszcze spojrzał na pełne piersi, smukłą kibić i kuszące wygięcie bioder. 

Ucieleśnienie kobiecej zmysłowości. Przegrał. 

Jess  miała  na  sobie  jedynie  szorty;  najbardziej  podniecający  strój,  jaki  Tad  kiedykolwiek 

widział  u kobiety.  Rzuciła  na  niego  urok.  Był  wściekły,  lecz  nie  potrafił  zapanować  nad 

podnieceniem. 

A przecieŜ miało być zupełnie inaczej. Jess złamała ustalone wcześniej zasady i zaczęła grać 

sama, wykorzystując swą urodę dla osiągnięcia przewagi. 

Roześmiała  się.  Podeszła  bliŜej  i gorącymi,  delikatnymi  palcami  dotknęła  ramienia 

męŜczyzny. 

– Musisz jeszcze nauczyć się wielu rzeczy o kobietach – szepnęła. – NajwyŜszy czas, Ŝebyś 

background image

zapomniał o przeszłości i archaicznym szowinizmie. Miłość to coś więcej niŜ seks, coś więcej niŜ 

czułe słowa. 

– Kto mówi o miłości? 

– Ja. Miłość jest wówczas, gdy dwoje ludzi darzy się zaufaniem, dzieli radością i smutkiem, 

wspiera we wzajemnym dąŜeniu do celu. To równieŜ sztuka wyrzeczeń. 

Tad z roztargnieniem słuchał jej słów. WciąŜ czuł dotyk szczupłej dłoni na swym ramieniu. 

– Dlaczego lubisz wszystko komplikować? – odezwał się w końcu. – Nie wierzę w miłość. 

Chcę tylko oszczędzić ci wielu przykrości. 

– To dobrze. – Jess zatrzepotała długimi rzęsami. Jej twarz była coraz bliŜej... 

Tad zamknął oczy w nadziei, Ŝe w ten sposób zapanuje nad swymi uczuciami. 

Popełnił błąd. 

W nozdrza uderzył go oszałamiający zapach kwiatów pomarańczy. Poczuł, Ŝe zwinne palce 

kobiety  niosą  pieszczotę  i obietnicę  prawdziwej  ekstazy.  Pocałowała  go.  Musnęła  ustami  jego 

tors, lekko chwyciła zębami twardy sutek na umięśnionej piersi. 

Nie było ucieczki. 

Tad  zanurzył  dłonie  w jej  włosach,  zbliŜył  usta  do  jej  twarzy.  Zaczął  obsypywać 

pocałunkami szyję, ramiona i plecy Jess. Pociągnął ją w stronę łóŜka. 

Jess z wolna kierowała ruchami partnera, póki nie osiągnęli radosnego współbrzmienia. 

Dwie niespokojne dusze zlały się w jedną – przynajmniej na chwilę. 

Ich ciała pokryte były grubą warstwą potu. 

Tad pojął, Ŝe nigdy nie uda mu się niepodzielnie zapanować nad Jessiką. Ukrył twarz w jej 

włosach, chłonął czysty zapach kobiecego ciała. Pomimo zmęczenia, drŜał z emocji. 

Jess roześmiała się beztrosko. 

– Znakomicie nam poszło – zamruczała niczym roznamiętniona kocica. – Myślałam... 

– Tasak... znakomicie – przerwał Tad. – Doskonale wiem, dlaczego to zrobiłaś. 

– W drodze powrotnej z dŜungli przez cały czas byłeś zdenerwowany i opryskliwy. 

Nie  chciałeś  wysłuchać  tego,  co  miałam  ci  do  powiedzenia.  Musiałam  więc  w jakiś  sposób 

przyciągnąć twoją uwagę. 

– Udało ci się znakomicie. 

– Nigdy nie słuchasz głosu rozsądku. 

– Ty równieŜ – szepnął jej wprost do ucha. 

– Chciałam ci udowodnić, Ŝe jesteśmy dobrymi partnerami. śe naleŜymy do siebie. 

– Wiedziałem to juŜ wcześniej. 

–  Ale  ja  mam  na  myśli  coś  więcej.  Partnerami  w Ŝyciu,  nie  tylko  w łóŜku.  Stoimy  na  tym 

samym poziomie. 

– Kobieta nigdy nie dorówna męŜczyźnie. 

background image

– Nawet nie  mam takiego  zamiaru. Chcę ci pomóc w wychowaniu  Lizzie. Prócz tego  mam 

inne zajęcia, które są dla mnie równie waŜne, jak twoja praca dla ciebie. Lecz przede wszystkim 

chcę,  abyśmy  wspólnie  rozwiązali  zagadkę  napadów  na  twoją  posiadłość  i tajemnicę  śmierci 

Deirdre... 

Kochali  się  dwukrotnie.  Jess  najwyraźniej  była  przekonana,  Ŝe  męŜczyzna  bez  sprzeciwu 

podporządkuje się jej woli. 

Tad usiadł. 

–  Dlaczego  nie  chcesz  zrozumieć,  Ŝe  to  na  mnie  spoczywa  obowiązek  podjęcia  walki? 

Jesteśmy w Australii. 

– W ostatnim bastionie męskiego szowinizmu – mruknęła z łagodną kpiną w głosie. 

–  Australia  niczym  nie  róŜni  się  od  reszty  świata.  Liczy  się  tylko  nasz  związek.  Skoro  się 

kochamy,  twoja  bitwa  staje  się  moją  bitwą.  I na  odwrót.  PoniewaŜ  cię  kocham,  nie  ma  rzeczy, 

której bym nie uczyniła dla ciebie. 

Jej  oczy  patrzyły  szczerze,  słowa  brzmiały  niekłamanym  uczuciem,  lecz  Tad  pamiętał,  Ŝe 

zazwyczaj w słodkiej polewie kryje się gorzkie lekarstwo. 

„Twoja bitwa staje się moją bitwą.” Do diabła! Skąd w tej kobiecie kryło się tyle pewności 

siebie? Nawet nie wiedziała, w co moŜe się wplątać. 

Tad  pokręcił  głową.  Czuł  się  nieswojo.  Stał  się  zazdrosny  o kaŜdy  ruch,  kaŜde  spojrzenie 

Jess. Miał ochotę  ze wszystkich sił ustrzec  ją przed  groŜącym niebezpieczeństwem. A z drugiej 

strony, pamiętał o swym postanowieniu, aby nie wiązać się z Ŝadną kobietą. Zwłaszcza taką, jak 

Jessica Bancroft Kent. Chciał zachować męską niezaleŜność, poczucie wolności. Nie chciał, Ŝeby 

ktokolwiek wtargnął w jego Ŝycie... a jednocześnie bał się samotności. 

Klasyczny impas. Patrzyli sobie w oczy, panująca w pokoju cisza z kaŜdą chwilą stawała się 

coraz bardziej dokuczliwa. 

– Wiem, Ŝe trudno ci obdarzyć zaufaniem... kobietę – przerwała milczenie Jess. – Zwłaszcza 

po doświadczeniach z Deirdre. Boisz się mnie. Lecz zrozum, mnie takŜe jest cięŜko. UwaŜałam, 

Ŝ

e zniszczyłeś mi Ŝycie. Ale potrafię zapomnieć o przeszłości. 

Znów uwaŜała się za lepszą od niego. 

– Zniszczyłem ci Ŝycie? – Błękitne oczy pociemniały z gniewu. – Dobry dowcip. 

– W czasie studiów wykorzystałeś mnie, aby zdobyć Deirdre. 

– Co?! 

– Chciałeś, Ŝeby z zazdrości wyszła za ciebie. 

Tad nie wierzył własnym uszom. Wybuchnął niepohamowanym, gardłowym śmiechem. 

Objął Jess. 

–  Nigdy  nie  miałem  zamiaru  cię  wykorzystać.  Nigdy  cię  nie  okłamałem.  Było  zupełnie  na 

odwrót. 

background image

– Nie! 

– Więc wytłumacz, dlaczego poszłaś ze mną do łóŜka, udając własną siostrę? 

– Przez cały czas dobrze wiedziałeś, kim jestem! 

– Nic podobnego. Poznałem prawdę dopiero po ślubie. 

– Deirdre powiedziała mi... Ŝe... ty... 

– Nie obchodzi mnie, co ci nagadała! – wybuchnął. Zamknął oczy. 

Jess odsunęła się w najdalszy kąt łóŜka. 

–  Pamiętam  tę  noc,  jakby  to  było  wczoraj.  Kochałam  cię,  lecz  byłam  przekonana,  Ŝe  ty 

kochasz ją. 

– Czyli wszystko w porządku. – Nie kpij, Jackson. 

Skinął głową. 

– Do wieczora pracowałam  w laboratorium. Nagle wpadła Deirdre i wyznała  mi z płaczem, 

Ŝ

e  zerwaliście  ze  sobą.  Podobno  oświadczyłeś,  Ŝe  chcesz  spotykać  się  ze  mną.  Byłam 

zaszokowana  tą  wiadomością.  Nasze  krótkie  spotkania  z reguły  kończyły  się  sprzeczką.  Nigdy 

nie dałam po sobie poznać, jak bardzo mi się podobasz. Gdy wysłuchałam opowiadania Deirdre, 

uznałam,  Ŝe  zrobiłeś  to  specjalnie,  aby  obudzić  w niej  zazdrość.  Przekonywałam  ją,  Ŝe  to 

nieprawda,  Ŝe  nie  mam  z tym  nic  wspólnego.  Wściekła,  ubrałam  się  i pobiegłam  w stronę 

akademika,  aby  do  końca  wyjaśnić  całą  sprawę.  Nie  zauwaŜyłam,  Ŝe  w pośpiechu  włoŜyłam 

sweter Deirdre. 

– Było ciemno – mruknął Tad. – Gdy pojawiłaś się przede mną w jej ubraniu... Nie przyszło 

mi do głowy, Ŝe to ty. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie na korcie? Dlaczego nie powiedziałaś, 

Ŝ

e się mylę? 

–  Nie  wiem.  Zawsze  zachowywałam  się  dziwnie  w twojej  obecności.  MoŜe  wierzyłam,  Ŝe 

jeśli  nadal  będę  udawać  Deirdre,  łatwiej  nam  będzie  rozmawiać.  MoŜe  po  prostu  byłam  zbyt 

zdenerwowana... Spytałam, czy to prawda, Ŝe kochasz Jess. 

– Odpowiedziałem, Ŝe tak. 

–  I rozzłościłeś  mnie  jeszcze  bardziej.  Zaczęłam  szlochać  i prosić  cię,  Ŝebyś  przestał  mnie 

dręczyć. Tak właśnie zachowałaby się Deirdre. 

Wziąłeś  mnie  w ramiona...  przytuliłeś.  Chciałeś  przeprosić.  Bardzo  szybko  doszliśmy  do 

porozumienia... 

– Nic dziwnego. Wyglądałaś tak kusząco... – Kochaliśmy się – szepnęła. 

–  Przez  cały  czas  wierzyłem,  Ŝe  jestem  z Deirdre.  Z tą  samą  Deirdre,  z którą  chciałem 

zerwać, poniewaŜ zamieniała się w bryłę lodu, gdy próbowałem jej dotknąć. Myślałem, Ŝe chodzi 

jej wyłącznie o majątek Jacksonów – dodał gorzko. 

–  Wówczas  nie  miałam  o tym  pojęcia.  Właśnie  zamierzałam  ci  oznajmić,  kim  jestem,  gdy 

powiedziałeś: „Wyjdź za mnie, Deirdre. Jess nic mnie nie obchodzi. Naopowiadałem ci bzdur, bo 

background image

chciałem się przekonać, czy naprawdę mnie kochasz.” Serce zamarło mi z bólu. Nie wiedziałam, 

jak zareagować na twoje słowa. 

–  Chciałem  pojąć  za  Ŝonę  kobietę,  która  rozpaliła  ogień  w mych  Ŝyłach.  Myślałem,  Ŝe  to 

Deirdre. 

– Nie kłam! – krzyknęła Jess. 

–  Nie  kłamię.  –  Chwycił  ją  za  ramię.  –  Dopiero  podczas  nieudanego  miesiąca  miodowego 

dowiedziałem się, Ŝe popełniłem omyłkę. śe poślubiłem niewłaściwą osobę. Znienawidziłem cię, 

poniewaŜ byłem przekonany, Ŝe z premedytacją podsunęłaś mnie siostrze. 

– BoŜe... Jackson, nawet nie wiesz, jak bardzo cię kochałam.  Gdy wziąłeś mnie za Deirdre 

i poprosiłeś o rękę, poczułam się oszukana. Uciekłam. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. 

Jak  zachować  się  wobec  siostry?  Przyznać  się  do  wszystkiego?  Przyznać  się,  Ŝe  spędziłam 

noc  z tobą?  Kilka  godzin  przesiedziałam  w bufecie,  pijąc  jedną  kawę  po  drugiej.  W końcu 

doszłam do wniosku, Ŝe najlepszym wyjściem będzie, jeśli wyznam jej prawdę. Kiedy wróciłam 

do naszego pokoju, Deirdre nie było. 

Głos Jessiki stał się cichy i nabrzmiały bólem. 

–  Zostawiła,  mi  kartkę  z podziękowaniem  za  załatwienie  sprawy  i informacją,  Ŝe  gdy 

próbowałam  cię  uwieść,  cały  czas  wiedziałeś,  z kim  masz  do  czynienia.  Podobno  wyznałeś  jej 

prawdziwą miłość, a ona ci przebaczyła. 

– Cholera! – Tad uderzył zaciśniętą pięścią w poduszkę. 

– Czułam się podle wykorzystana... Potem wyjechaliście, aby się pobrać. Nie wiedziałam, co 

mam  ze  sobą  począć.  Przez  kilka  dni  byłam  pogrąŜona  w rozpaczy.  Później  usiłowałam  sobie 

wytłumaczyć,  Ŝe  zakochałam  się  w nieodpowiednim  męŜczyźnie,  Ŝe  powinnam  znaleźć  kogoś, 

kto  będzie  dla  mnie  podporą  w trudnych  chwilach  i zrozumie  cel,  jaki  przyświecał  mej  pracy. 

Poślubiłam Jonathana. Niewiele to pomogło. Nie potrafiłam oszukać swoich prawdziwych uczuć. 

Rozpoczęłam karierę zawodową, urodziłam dziecko... Sam wiesz, co było dalej. W zeszłym roku, 

w Kalkucie, Deirdre wyznała mi część prawdy... 

– Deirdre... – Twarz Tada wykrzywił bolesny grymas. – Przez wszystkie lata potępiałem cię, 

Ŝ

yjąc u boku prawdziwej winowajczyni. JuŜ dawno powinienem domyślić się, co zaszło. 

–  Przeszłość  nie  wróci  –  zbolałym  głosem  szepnęła  Jess.  –  Naprawdę  kochałeś  mnie 

wówczas? 

Tad spojrzał na pobladłą twarz kobiety. Głośno przełknął ślinę. 

– Kochałem. Kochałem tylko ciebie – odpowiedział równieŜ szeptem. – Zawsze. 

Nawet gdy poślubiłem Deirdre. Nawet wówczas, gdy cię nienawidziłem. 

Twarz Jess pozostawała nienaturalnie blada. Tad ujął jej rękę w swoje dłonie. 

– Zbłądziliśmy oboje. JuŜ po wszystkim – powiedział łagodnie. Przycisnął do ust jej palce. – 

Teraz liczy się tylko przyszłość. 

background image

– Tak – odparła. – Nasza przyszłość. 

– Zabierzesz ze sobą Lizzie i wyjedziecie z Australii. Dołączę do was, jak tylko uporam się 

z kłopotami.   

Jess obrzuciła go uwaŜnym spojrzeniem. 

– Niczego nie zrozumiałeś – powiedziała miękko. – Zostaję z tobą. Na zawsze. Nie zaznam 

spokoju, jeśli będę musiała martwić się o ciebie. 

– Mówisz jak męŜczyzna – zauwaŜył. 

– Nieprawda. Po prostu twoja znajomość kobiet zatrzymała się na poziomie średniowiecza. – 

Uniosła  ramiona  nad  głowę  i przeciągnęła  się  lekko.  –  Fakt,  Ŝe  jesteś  męŜczyzną,  nie  daje  ci 

Ŝ

adnej  przewagi  nade  mną.  Podobnie  ja  nie  czuję  się  skrępowana  świadomością,  Ŝe  jestem 

kobietą. 

Jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech. – Do tej pory tego nie zauwaŜyłeś? 

Tad  nie  mógł  oderwać  od  niej  wzroku.  Jess  przesunęła  się  lekko.  Słoneczny  promień 

zatańczył na jej skórze, wydobywając z mroku kuszące kształty kobiecego ciała. 

– Kocham cię – powiedziała – i dzięki temu staliśmy się jednością. 

Naprawdę? Miał bez sprzeciwu przyjąć jej warunki? Czy naprawdę tak dobrze go znała? 

Przez całe Ŝycie był sam. Dopiero teraz zrozumiał, ile trosk i radości niesie obecność drugiej 

osoby. 

Czy w imię wyŜszego celu mógł ryzykować? WciąŜ wyczuwał groŜące niebezpieczeństwo. 

Jess  mogła  być  bardzo  pewna  siebie,  ale  to  nie  chroniło  jej  przed  kulą.  Ani  przed 

„przypadkowo”  uruchomionym  buldoŜerem.  Mogłaby  ponieść  śmierć  w ciągu  sekundy,  gdyby 

czyhający wróg zyskał szansę przeprowadzenia skutecznego ataku. 

Tad  chciał  głośno  wyrazić  swe  obawy,  lecz  nieoczekiwanie  poczuł  między  udami  ciepłą 

kobiecą dłoń. Jess przesunęła palcami po szerokim torsie męŜczyzny. 

– Staliśmy się jednością – powtórzyła. – Partnerami na dobre i złe. 

– Ale... 

Jess nie pozwoliła mu skończyć. – Partnerami na całe Ŝycie. 

Sięgnęła  dłonią  niŜej.  Tad  miał  wraŜenie,  Ŝe  kaŜdą  komórkę  jego  ciała  przeszył  impuls 

elektryczny. 

– To nic nie pomoŜe – mruknął, lecz w jego głosie nie było nawet cienia stanowczości. 

Pogładziła go po policzku. – ZałoŜymy się? 

Musnęła językiem jego ucho. Tad ponownie zamknął oczy i poddał się pieszczotom. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY   

 

Lekka mgła unosiła się z wilgotnego poszycia tropikalnego lasu. Tad z trudem torował sobie 

drogę  wzdłuŜ  zarośniętej  ścieŜki.  Było  parno,  nieruchomego  powietrza  nie  mącił  nawet 

najlŜejszy powiew wiatru. MęŜczyzna spływał potem, lecz nie zwracał na to uwagi. 

Prognoza przewidywała znakomitą pogodę do odbycia długiego lotu. 

Tad miał zamiar opuścić wyspę. Bez Jess. 

W pamięci wciąŜ miał zaciętą dyskusję i determinację, z jaką Jessica zamierzała pomagać mu 

trudnych  chwilach.  Czuł  się  jak  oszust,  lecz  nie  mógł  dopuścić,  aby  naraŜała  się  na 

niebezpieczeństwo.  Właśnie  otrzymał  wiadomość  od  Kirka,  Ŝe  wydarzenia  w okolicy  Jackson 

Downs  przybrały  na  sile.  Celem  nowego  ataku  stała  się  posiadłość  Martinów,  a u Noelle 

i Grangera  czyniono  przygotowania  do  ostatecznej  rozprawy.  Tad  próbował  skontaktować  się 

z Ianem  McBainem,  lecz  adwokat  wyjechał  właśnie  do  Jackson  Dowas,  by  dopilnować 

formalności, związanych ze sprzedaŜą gruntu. 

Nie  było  czasu  na  dalsze  wahania.  Z rozbrajającym  uśmiechem  Tad  poinformował  Jessikę, 

Ŝ

e wybiera się na kilkugodzinny połów ryb i ruszył w kierunku odległego lądowiska. 

Nie dowierzał Martinom, choć właśnie im miał zamiar sprzedać swoją posiadłość. 

Najbardziej  zastanawiał  go  fakt,  Ŝe  Granger  zdecydował  się  na  kupno.  Ten  sam  Granger, 

który zwykle starał się unikać wszelkich kłopotów. Ten sam, który przed kilku laty wystawił na 

sprzedaŜ teren, naleŜący obecnie do Jacksona... 

Zza  drzew  dobiegł  warkot  uruchomionego  silnika  cessny.  Tad  przyśpieszył  kroku.  W głębi 

serca czuł, Ŝe dzieje się coś niedobrego. 

Przerzucił  plecak  przez  ramię  i zboczył  ze  ścieŜki,  próbując  krótszą  drogą  dotrzeć  do 

lądowiska. Rozgarnął nisko zawieszone gałęzie i wynurzył się na polanę, na której stał niewielki, 

biało-pomarańczowy samolot. 

Ś

migło  cessny  obracało  się  coraz  prędzej,  aŜ  po  chwili  zaczęło  przypominać  wirującego 

bąka. 

Silnik zahuczał głębokim basem. 

Kto, u diabła, miał czelność... 

Tad  przypomniał  sobie  nieznajomego  męŜczyznę,  który  onegdaj  próbował  uruchomić 

buldoŜer. CzyŜby teraz usiłował porwać samolot? 

W tej samej chwili rozpoznał sylwetkę pilota. Powinien był domyślić się wcześniej. 

Z  kokpitu  wesoło  machała  Jess.  Za  fotelem  pilota  Tad  dostrzegł  pobladłą  twarz  Meety 

i podekscytowaną buzię Lizzie. 

Z wściekłością zacisnął pięści. Okazał się głupcem przypuszczając, Ŝe uda mu się uciec. 

Gdy  wychodził  rankiem,  Jess  przeciągnęła  się  leniwie  na  łóŜku  i obdarzyła  go  sennym 

background image

uśmiechem.  Przesłała  mu  poŜegnalny  pocałunek  i zniknęła  pod  kołdrą.  Tad  po  cichu  spakował 

się  i rozpoczął  pieszą  wędrówkę  przez  dŜunglę.  Jess  prawdopodobnie  skorzystała  z łodzi 

Wally’ego, aby wcześniej dotrzeć do samolotu. 

Teraz  z uśmiechem  otworzyła  drzwi  kabiny  i gestem  zaprosiła  przybysza  do  wnętrza.  Tad 

kipiał  z gniewu.  Nie  potrafił  sobie  wyobrazić,  jak  ktokolwiek  mógł  bez  zezwolenia  wsiąść  do 

jego  samolotu  i manipulować  delikatnymi  urządzeniami,  które  przez  lata  pieczołowicie  chronił 

i konserwował. 

Ze złością złapał Jess za nogę i silnie pociągnął. Wypadła z kabiny, a on stracił równowagę. 

Upadli  na  trawę.  Zwinnym  ruchem  chwycił  kobietę  za  nadgarstki  i przytrzymał,  aby  nie 

mogła mu uciec. 

– Co ty wyprawiasz? – wrzasnął, starając się przekrzyczeć huk silnika. 

– WyjeŜdŜam z tobą! – odpowiedziała w ten sam sposób. 

– Mówiłem ci juŜ wczoraj, Ŝe zabierzesz Lizzie i wrócisz do Kalkuty. 

– Nigdy się na to nie zgodziłam! – Dlatego postanowiłem... 

– Nie pozwolę ci sprzedać posiadłości! To niczego nie rozwiąŜe! 

– Nieprawda! Od trzech lat przynosi mi wyłącznie straty! Kilku moich ludzi cudem uniknęło 

ś

mierci! 

– Nie. 

– Co to znaczy „nie”? Mówimy o mojej własności! – To znaczy, Ŝe nie opuścimy Australii, 

póki nie wyjaśnimy sprawy do samego końca! 

– Mam dość samotnej walki przeciw wszystkim. – Nie jesteś juŜ sam. 

– I to właśnie spędza mi sen z powiek – powiedział łagodniejszym tonem. – Czy nie potrafisz 

zrozumieć, Ŝe gdyby groziła ci krzywda, byłbym zdolny do kaŜdego ustępstwa? 

– Oboje tkwimy w tym po uszy. 

–  Nie.  Deirdre  była  moją  siostrą.  Jestem  przekonana,  Ŝe  jej  śmierć  ma  wiele  wspólnego 

z wydarzeniami w Jackson Downs. 

– Nie mam zamiaru dopuścić, Ŝebyś zginęła w ten sam sposób! 

– Jesteś w błędzie, jeśli uwaŜasz, Ŝe będziesz mógł mnie utrzymać poza linią frontu, niczym 

ładunek prowiantu. 

– Skoro twierdzisz, Ŝe masz w sobie nieco uczucia do mnie lub do Lizzie, powinnaś choć raz 

bez sprzeciwu posłuchać moich poleceń! 

– Nie boję się. Nawet jeśli ty jesteś tchórzem. – Co?! 

– A cóŜ to za dzielny chłopiec ma zamiar sprzedać ziemię, naleŜącą do jego rodziny i umyć 

ręce od całej sprawy? 

– Prawda wygląda całkiem inaczej. 

– Coś podobnego! Więc moŜe zdradzisz mi tajemnicę swojego postępowania. 

background image

– Lepiej pilnuj własnego nosa. 

– Nie jestem Deirdre i nie uda ci się odsunąć mnie od swoich problemów! Twoje kłopoty są 

równieŜ moimi kłopotami! Kocham Lizzie jak własną córkę! 

– Słodki BoŜe! Nie mieszaj się do mojego Ŝycia! 

– To takŜe moje Ŝycie, a ty i Lizzie jesteście jego częścią. 

– Jeśli mamy myśleć o wspólnej przyszłości... – Nie bierz mnie pod włos, nie ustąpię! 

Tad westchnął głęboko. 

–  Nie  pojedziesz  do  Jackson  Downs.  To  moje  ostatnie  słowo.  Nie  dopuszczę,  aby  kobieta 

mieszała  się  do  spraw,  które  sam  potrafię  załatwić.  Jeśli  postąpisz  wbrew  mojej  woli,  między 

nami wszystko skończone. Rozumiesz?! Skończone! 

Od strony fotela pilota do uszu Jess dobiegło kilka stłumionych przekleństw. 

Westchnęła  cicho.  Kątem  oka  zerknęła  w stronę  naburmuszonego  męŜczyzny,  który 

ponurym  wzrokiem  obserwował  migoczące  zielonkawym  światłem  przyrządy.  Jak  dotąd,  cała 

podróŜ przebiegała w podobnym nastroju i mimo Ŝe pokonali pokaźną odległość, w zachowaniu 

Tada nie było widać Ŝadnej zmiany. 

Jess opuściła, głowę. Nie chciała, Ŝeby pilot zauwaŜył jej zdenerwowanie. 

JuŜ kilka godzin temu pozostawili za sobą szarozieloną powierzchnię oceanu. Pod brzuchem 

samolotu rozciągała się spalona słońcem i poprzecinana wąskimi szczelinami, czerwona równina 

Queenslandu. 

Lizzie  i Meeta  cichutko  siedziały  z tyłu  kabiny.  Hinduska  była  najwyraźniej  przeraŜona 

niecodzienną  podróŜą.  Cicha  i łagodna  z natury,  nie  potrafiła  zrozumieć  zachowania  kogoś  tak 

gwałtownego i upartego, jak Tad Jackson. 

Jess była przekonana, Ŝe dokonała jedynego właściwego wyboru. Jackson zbyt zaangaŜował 

się  w rozgrywkę  z tajemniczymi  napastnikami,  przez  co  zatracił  zdolność  obiektywnej  oceny 

sytuacji. Potrzebował pomocy kogoś z zewnątrz, kogoś, kto by potrafił ze spokojem spojrzeć na 

przebieg  wypadków  w Jackson  Downs  i w okolicy.  Jess  była  znakomicie  przygotowana  do 

takiego zadania. 

Spodziewała się, Ŝe z czasem uzyska przebaczenie Tada i Ŝe wszystko powróci do normy. 

Lecz  widok  zaciętej  miny  męŜczyzny  powodował,  Ŝe  od  kilku  minut  zaczęła  powątpiewać 

w słuszność swoich racji. W dole ukazała się kępa drzew. 

– To tutaj! – odezwał się Tad i wskazał palcem przez okno. – Tu kończy się obszar Martin 

Reach, a zaczynają tereny Jackson Downs. 

Jess skinęła głową. Poczuła ulgę, Ŝe Tad przerwał milczenie. 

– Na przełomie wieków było tu dobre miejsce na wypas – ciągnął męŜczyzna. - 

Teraz jest tylko pustynia. Postępująca erozja gruntu spowodowała, Ŝe ziemia stała się kwaśna 

i pozbawiona warstwy trawy. 

background image

Mówił  zimnym,  beznamiętnym  głosem.  Jess  poczuła  bolesne  ukłucie  w głębi  serca,  lecz 

dumnie uniosła głowę i zmusiła się do uśmiechu. 

Cały  obszar  nosił  widoczne  ślady  długotrwałej  suszy.  Z wyblakłego  nieba  lał  się  słoneczny 

Ŝ

ar, a kilka pojedynczych obłoków sprawiało wraŜenie równie pozbawionych wilgoci, jak leŜąca 

w dole  ziemia.  Tad  zniŜył  lot.  W korycie  przegrodzonej  tamą  rzeki  widać  było  nieco  śladów 

wody, lecz niemal całkowicie pochłoniętej przez błotniste podłoŜe. 

– Mamy dwadzieścia odwiertów – ponownie odezwał się Tad – tyle samo pomp i wiatraków 

dostarczających  energię,  lecz  to  nie  wystarcza.  W czasie  suszy  bydło  nie  potrafi  znaleźć 

wystarczającej  ilości  paszy.  Zakup  odpowiedniej  ilości  karmy  dla  duŜego  stada  staje  się 

nieopłacalny,  nie  mówiąc  o tym,  Ŝe  niemoŜliwy  do  przetransportowania.  Zwierzęta  padają.  Od 

najbliŜszego  punktu  skupu  Ŝywca  dzieli  nas  kilkaset  kilometrów.  Nie  wiem,  co  będzie 

w przyszłości. Niektórzy z Australijczyków rozpoczęli bezpośrednią sprzedaŜ wołowiny na rynek 

amerykański.  Teraz  Amerykanie  sami  posiadają  nadwyŜki  mięsa  i nie  wiedzą,  co  z tym  zrobić. 

Sześć  lat  temu  kupiłem  ten  teren  od  Martinów.  Dziś  chcą  go  odkupić  z powrotem.  –  Musi  być 

jakieś inne rozwiązanie! 

Tad spojrzał na nią z cynicznym uśmiechem. Jess odwróciła wzrok w stronę okna i zagryzła 

wargi. Równina zdawała się nie mieć końca. Była zbyt wielka dla samotnego człowieka. Surowa 

ziemia, która spowodowała śmierć niejednego odkrywcy i poszukiwacza przygód. MoŜe właśnie 

dlatego  Australijczycy  rzadko  decydowali  się  na  zakładanie  osiedli  w głębi  pokrytego  buszem 

kontynentu, pozostając na zarośniętym zielenią wybrzeŜu. 

–  W Ameryce  pustynie  Zachodu  były  dla  wędrowców  synonimem  prawdziwej  wolności. 

MoŜe  dlatego,  Ŝe  leŜały  na  szlaku  wiodącym  do  Ziemi  Obiecanej  –  Kalifornii.  Australijczycy 

nigdy  nie  mieli  podobnych  skojarzeń.  Pierwsi  osadnicy  przybywali  tu  jako  skazańcy,  a interior 

traktowali niczym kraty zamykające celę. Bali się go i nienawidzili. 

W dole ukazały się postrzępione szczyty skał, głębokie wąwozy i piargi. 

– Nie chciałabym, Ŝebyśmy musieli tu lądować – powiedziała Jess. 

–  Kilka  lat  temu  w pobliŜu  tych  skał  rozbił  się  samolot  Holta  Martina.  Pilot  zginął  na 

miejscu.  Maszyna  utknęła  w wąwozie  i przez  długi  czas  pozostawała  niewidoczna  dla  innych 

samolotów  przeszukujących  okolicę.  Holt,  gdyby  ocalał,  musiałby  zejść  ze  stromego  zbocza 

i starać się dotrzeć do równiny, a kaŜda próba samotnej wędrówki przez busz równa się powolnej 

ś

mierci.  Od  najbliŜszej  zamieszkałej  grupy  domów  dzieli  nas  kilkaset  kilometrów.  Noelle 

odnalazła wrak dopiero po miesiącu. 

– Noelle? 

Przez  twarz  Tada  przebiegł  cień  niezadowolenia.  –  Kuzynka  Marlinów.  Z Ameryki. 

Podejrzewam, Ŝe to ona kryje się za wszystkimi wydarzeniami.   

– Dlaczego tak uwaŜasz? 

background image

– Jest tu obca. 

– To niewystarczający powód.   

Tad zgrzytnął zębami. 

– Chodzi o to, Ŝe do jej przyjazdu panował spokój. Wyjechała z Luizjany, poniewaŜ wszyscy 

członkowie rodziny mieli serdecznie dość jej pomysłów i zachowania. Gdziekolwiek się pojawi, 

staje się źródłem nieustannych kłopotów. Od śmierci Holta poczęła węszyć po okolicy i wtrącać 

się w nie swoje sprawy. 

– Tak jak ja. 

–  Kiepska  rekomendacja.  Krótko  przed  śmiercią  Holta  usiłowała  skłócić  go  z Grangerem. 

Teraz próbuje tego samego pomiędzy Grangerem a mną. 

– PrzecieŜ Granger ma zamiar kupić twoją ziemię.   

– To prawda. 

– Dlaczego więc nie kierujesz podejrzeń w jego stronę? 

– PoniewaŜ jego posiadłość jest obiektem równie gwałtownych ataków, jak moja. 

–  Mówiłeś  mi  kiedyś,  Ŝe  nosił  się  z zamiarem  wyjazdu  z Australii.  W takim  razie  dlaczego 

kupuje nowe grunty? 

–  Do  diabła,  gdybym  znał  odpowiedź  na  twoje  pytania,  juŜ  dawno  rozwiązałbym  całą  tę 

sprawę!  Cessna  zakołysała  się  gwałtownie  i Tad  skupił  uwagę  na  przyrządach  sterowniczych. 

Zamilkł. Przez kilka następnych godzin nie odezwał się słowem. 

Dopiero gdy słońce pochyliło się nisko nad horyzontem, odwrócił oczy od blasku. 

– Cholera! – mruknął pod nosem. 

Przez  chwilę  Jess  była  przekonana,  Ŝe  zaklął,  poniewaŜ  ostre  światło  utrudniało  mu 

prowadzenie samolotu. Nagle w oddali zauwaŜyła wąską smugę czarnego dymu. 

– Co to? – szepnęła. 

Tad zacisnął zęby i milczał. 

W  dole  ukazało  się  kilka  zabudowań.  Dwupiętrowy  dom  mieszkalny,  baraki  pracowników 

sezonowych, pralnia, szopa, stajnia i duŜa obora. Jeden z budynków stał w ogniu. Wokół uwijała 

się grupa ludzi. 

– Jesteśmy na miejscu – ponuro mruknął Tad. – Podpalono Jackson Downs. 

Skierował maszynę w stronę lądowiska. 

Cessna z łoskotem zatrzymała się na końcu pasa startowego. Tad otworzył drzwiczki kabiny 

i wyskoczył, po czym wyciągnął rękę do Jess. 

W  powietrzu  panował  upał  niczym  w pobliŜu  hutniczego  pieca.  Czerwony  pył  zdawał  się 

osiadać  na  wszystkim  –  na  kamieniach,  budynkach,  drzewach...  Wciskał  się  za  ubranie.  Dwa 

landrovery i półcięŜarowy jeep przypominały wraki pokryte grubą warstwą rdzy. 

Tad  niezbyt  delikatnie  postawił  Jess  na  ziemi,  po  czym  pomógł  wysiąść  pozostałym 

background image

pasaŜerkom.  Kobieta  zauwaŜyła,  Ŝe  dom  został  wzniesiony  bardzo  starannie.  Nawet  pomimo 

wszechobecnego  kurzu  zachwycał  swą  architekturą  oraz  wykończeniem.  Stanowił  prawdziwą 

oazę pośrodku pustyni. Posiadał solidne mury i ocienione werandy, a w jego otoczeniu wyrastało 

kilka  rozłoŜystych  drzew  tamaryndowca.  Jess  poczuła  szaloną  radość,  Ŝe  wreszcie  moŜe 

zobaczyć dom Tada. Mocno pragnęła, aby stał się takŜe jej domem. 

W  nozdrza  uderzył  ją  zapach  palonego  drewna  i dymu.  Suchy  język  przywarł  jej  do 

podniebienia. Usłyszała przeraźliwe rŜenie spłoszonych koni. 

– Stajnia! – wrzasnął Tad. Szarpnął ją za rękę. Jess zaczęła biec. 

DuŜy  drewniany  budynek  stał  w płomieniach.  Tad  skoczył  w stronę  krępego  męŜczyzny, 

mocującego się z opornym skoblem. 

– Do cholery, co ty wyprawiasz, McBain?! 

Ian  obrócił  się.  Na  jego  twarzy  widniał  wyraz  przeraŜenia.  Wspólnymi  siłami  odciągnęli 

cięŜkie wierzeje. 

Dziesiątka rozszalałych koni wypadła na zewnątrz. Tad własnym ciałem osłonił wystraszoną 

Jess.  W drzwiach  stajni  ukazał  się  męŜczyzna  w płonącej  koszuli,  długim  biczem  ponaglający 

zwierzęta do szybszego biegu. Przebiegł jednak tylko kilka kroków i cięŜko osunął się na ziemię. 

Tad  i Jessica  byli  tuŜ  przy  nim.  Tad  zerwał  z pleców  leŜącego  resztki  płonącej  koszuli 

i stłumił  ogień.  W powietrzu  unosił  się  zapach  przypalonego  ciała.  Jess  spojrzała  na  pokrytą 

sadzą i kurzem twarz rannego. Z dala nadbiegali pracownicy farmy. 

–  Kirk!  Ty  wariacie!  –  Tad  klęknął  obok  leŜącego.  Zaklął  cicho.  Z pomocą  Iana  powoli 

dźwignął go na nogi. – Bandyci! 

– Pisałem ci, Ŝe sprawy mają się coraz gorzej – jęknął Kirk. – Powinieneś wrócić juŜ dawno. 

Co cię zatrzymało? 

W tej samej chwili jego wzrok padł na stojącą obok Jess. 

– Deirdre... Znalazłeś ją...   

– Nie. 

–  Ty  cholerny  cwaniaku...  –  wychrypiał  Kirk.  Zamknął  oczy.  Muskularne  ciało  opadło 

bezwładnie. Z ust rannego wydobył się cichy szept. Jess pochyliła głowę, by lepiej słyszeć. 

– Julia... 

Kobieta spojrzała pytająco na Tada. 

– To moja młodsza siostra. Jego Ŝona. Jest teraz w Teksasie, spodziewa się dziecka. Jeśli coś 

złego spotka Kirka... 

– Dotąd byłam przekonana, Ŝe zginęła jako mała dziewczynka. 

–  Wszyscy  myśleliśmy  podobnie,  ale  okazało  się,  Ŝe  przeŜyła  porwanie.  Kirk  odnalazł  ją 

i sprowadził do domu. To długa historia: – UwaŜnie spojrzał na rany szwagra, po czym odwrócił 

wzrok w stronę Jess. 

background image

– Proszę – w jego głosie zabrzmiała nuta błagania – nie pozwól mu umrzeć. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY   

 

W przypadkach szczególnego zagroŜenia Ŝycia, najwyŜszą władzę przejmuje lekarz. 

Tad  ze  zgrozą  zauwaŜył,  Ŝe  pomimo  niebezpieczeństwa  i szalejącego  wokół  poŜaru,  na 

twarzy Jess pojawił się uśmiech tryumfu. MęŜczyzna zacisnął zęby w niemej wściekłości. 

Pozostawało  mu  jedynie  wierzyć,  Ŝe  doktor  Bancroft  w pełni  wykorzysta  umiejętności, 

o których tak wiele opowiadała. 

Ponuro obserwował, jak dwóch jego pracowników, potęŜnych chłopów o zaciętych twarzach, 

bez zmruŜenia powieki wykonuje wszelkie polecenia kobiety. 

W  ciągu  niespełna  godziny,  Jessica  Bancroft  Kent  w pełni  przejęła  władzę  nad  domem, 

ludźmi i dobytkiem Tada Jacksona. Nawet on sam został podporządkowany jej woli. 

To prawda, błagał o uratowanie Kirka, ale takŜe opanował panikę wśród zwierząt, rozstawił 

straŜe,  rozesłał  ludzi  w poszukiwaniu  zbiegłych  koni...  Tymczasem  w opinii  wszystkich, 

bohaterką dnia była, Jess. 

Doskonale czuła się w roli pani domu. Nawet leniwa gospodyni Jacksona spoglądała na nią 

z niepohamowaną  czułością.  Jess  zdobyła  jej  serce,  wyraŜając  współczucie,  Ŝe  tak  delikatna 

osoba musi pracować w towarzystwie nieokrzesanych męŜczyzn. Tad uśmiechnął się gorzko. 

–  Potrzebuję  jeszcze  kilku  zimnych  okładów  –  łagodnym  tonem  odezwała  się  Jess. 

Gospodyni pośpiesznie podreptała w stronę kuchni. 

Nawet nie skrzywiła ust, jak czyniła to zawsze, ilekroć otrzymywała jakieś polecenie. 

Ian z zaciekawieniem obserwował troskliwe ruchy lekarki pochylonej nad Kirkiem. 

Spojrzał  na  nieszczęśliwą  minę  Tada  i wybuchnął  głośnym  śmiechem.  Bez  wątpienia  był 

przekonany, Ŝe Jackson juŜ dawno wpadł w sidła pięknej Jessiki. 

A cóŜ miał począć Tad? Nic, póki Ŝyciu Kirka groziło niebezpieczeństwo. 

Twarz rannego pokrywały  grube krople potu. Przed wyjazdem Julii do Teksasu Tad obiecał 

jej, Ŝe Kirk cały i zdrów przyjedzie asystować przy narodzinach dziecka. 

– Jak on się czuje? – wymruczał przez zaciśnięte zęby. 

–  Lepiej.  Odczuwa  dotkliwy  ból,  lecz  większość  poparzeń  ma  charakter  czysto 

powierzchowny. Teraz przede wszystkim potrzebuje spokoju i długiego wypoczynku. 

Tad chrząknął, chciał coś powiedzieć, zamyślił się, po czym opadł na fotel stojący tuŜ obok 

łóŜka. 

– Powinniśmy zostawić go teraz samego. – Jess ruchem dłoni wyprosiła obecnych z sypialni. 

– Ty teŜ, Jackson. 

– Dobrze. – Zerwał się szybko. – Cholera, ciesz się, Ŝe mam wiele spraw do załatwienia i nie 

mogę nadzorować tego, co robisz. 

–  Z wzajemnością  –  mruknęła  zgryźliwie,  po  czym  przesłała  męŜczyźnie  promienny 

background image

uśmiech. 

Tad pozieleniał ze złości. 

– Ja jestem właścicielem Jackson Downs – wycedził. – Pamiętaj o tym. 

–  Przyjechałam  tutaj,  aby  ci  pomagać  –  szepnęła  cicho,  lecz  w jej  słowach  czaiła  się  iskra 

buntu. 

Tad czuł na sobie uwaŜne spojrzenie stojącego w holu McBaina. 

– Jest jeszcze coś, o czym powinnaś pamiętać – powiedział. – Nie zapraszałem cię tutaj. Gdy 

tylko będzie po wszystkim, chcę, Ŝebyś wyjechała. 

Twarz Jess przybrała, barwę kredy. 

– Podjęłaś decyzję z chwilą, gdy wsiadłaś do samolotu. Udowodniłaś, Ŝe nigdy nie będziemy 

w stanie  dojść  do  porozumienia.  Przestało  mnie  obchodzić,  jak  dobra  jesteś  w łóŜku  lub  jakiej 

pomocy udzielisz mi podczas pobytu w Australii. 

Dostrzegł wyraz bólu w jej oczach, lecz nie przerwał przemowy. 

– Nie uda ci się zmienić mojej decyzji. Chcesz dominować – a to zbyt wiele dla męŜczyzny 

takiego jak ja. 

–  Nie,  Jaclcson  –  powiedziała  miękko.  –  Potrzebujesz  mnie  i to  wprawia  cię  w największą 

wściekłość.  Chcesz  kobiety  uległej?  Deirdre  była  właśnie  taka,  a wasz  związek  nie  naleŜał  do 

szczęśliwych! 

– Zmieniasz temat. 

– Twoja posiadłość jest olbrzymia. Potracisz sam zapanować nad całością? Kirk... 

–  Zostaw  Kirka  w spokoju.  Wykorzystujesz  jego  wypadek,  aby  ośmieszyć  mnie  w oczach 

pracowników i zdobyć ich poparcie. 

–  Jackson,  zagrałeś  nie  fair...  nawet  jak  na  ciebie.  Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  powiedziała 

prawdę, ale miał dość jej ciągłej nieomylności. Wybiegł z pokoju. Choć przez chwilę chciał być 

od niej daleko. 

W drzwiach zatrzymał go Ian. 

– Co z dokumentami? – spytał. 

Wbrew woli Tad obrócił się i popatrzył w kierunku Jess. 

– Podpiszę jutro – mruknął. 

Usłyszał cięŜkie westchnienie kobiety. 

– Dlaczego? – Spojrzenie Inna wędrowało niespokojnie po pokoju. 

– Muszę się z tym przespać – odparł Tad. 

–  PrzecieŜ  juŜ  wyraziłeś  zgodę  –  nalegał  McBain.  Tad  widział  wypełnione  bólem  oczy 

Jessiki. 

– Jutro, Ian. Dzisiaj daj mi juŜ spokój. 

Tad spędził noc w stróŜówce. Nie mógł zasnąć. Wiercił się i przewracał z boku na bok, lecz 

background image

to  nie  myśl  o sprzedaŜy  posiadłości  spędzała  mu  sen  z powiek.  W pomieszczeniu  nie  działała 

klimatyzacja,  a moskitiera  świeciła  dziurami.  Kilka  natrętnych  owadów  wciąŜ  brzęczało  mu 

wokół ucha. Ponownie sięgnął po stojącą w pobliŜu butelkę whisky. Tylko dzięki solidnej porcji 

alkoholu mógł w ogóle wytrzymać w łóŜku. 

Na  zewnątrz  baraku  świeciła  Ŝółta  latarnia.  Na  wprost  pryczy,  na  której  spoczywał  Tad, 

wisiał  wycięty  z jakiegoś  kalendarza  akt  ponętnej  blondynki.  Kształty  kobiety  mimo  woli 

kierowały  jego  myśli  w stronę  Jess.  Pięknej,  namiętnej  Jess,  śpiącej  spokojnie  gdzieś 

w chłodnym wnętrzu głównego budynku w schludnym, pokrytym białą pościelą łóŜku... 

Tad  jęknął.  Podobne  wyobraŜenia  sprawiały  mu  ból,  przywoływały  wspomnienia  wspólnie 

spędzonych nocy. 

Gdy  w końcu  pogrąŜył  się  w półśnie,  weszła  Jess.  Jej  oczy  migotały  z trudem  skrywaną 

namiętnością,  rozchylone  usta  kusiły  pocałunkiem...  Wskoczyła  na  łóŜko  i z taką  siłą  wdusiła 

Tada  w pościel,  Ŝe  nie  mogąc  złapać  oddechu,  zaczął  tłuc  dłonią  w ścianę.  Ned,  który  spał 

w drugim końcu pomieszczenia, zerwał się i chwycił go za ramię. 

– Niezły sen – rzucił drwiąco. Tad spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem. 

– Odczep się, do cholery – mruknął zmieszany. 

Następny  dzień  minął  spokojnie.  Jackson  Downs  i Martin  Reach  pozostały  nietknięte,  choć 

w powietrzu nadal czaiła się groźba nowego ataku. 

Tad  z ponurą  miną  wysłuchał  kolejnej  opowieści,  wychwalającej  zalety  Jess,  po  czym 

odesłał ludzi do nowych zadań. Kobieta zdobywała wyraźną przewagę swą uprzejmością, troską 

i zrozumieniem. 

– MacKay czuje się juŜ całkiem dobrze. Godzinę rozmawiał z Ŝoną przez radio. Pani doktor 

jest teraz w obejściu. Sprząta. – Ned uśmiechnął się szeroko. 

Tad skrzywił się. Miał potęŜnego kaca i oglądał świat w czarnych barwach. 

–  Kiedyś  bardziej  mi  się  tu  podobało  –  mruknął.  Wsunął  bolącą  głowę  pod  kran  i odkręcił 

kurek z zimną wodą. 

–  Nakłoniła  nawet  pańską  gospodynię  do  pracy.  Szefie,  dzisiaj  by  jej  pan  nie  poznał  – 

z uśmiechem mówił Ned. – Jest słodka jak miód. 

– Nie wierzę. 

– Mówię prawdę – zaperzył się Ned. – Pani doktor doskonale wie, jak z nią postępować. 

Zapędziła takŜe do pracy poganiaczy, a teraz smaŜy kotlety. Przepysznie pachnące kotlety! 

Tad z rozmachem cisnął ręcznik na łóŜko i wciągnął koszulę. 

– Pani doktor okazała się takŜe znakomitym weterynarzem – kontynuował niestrudzony Ned. 

– Chyba nie pozwoliłeś jej zajmować się inwentarzem? – warknął Jackson. 

– Nie, ale wzięła się do leczenia psa Dane’a. W zeszłym tygodniu Wheeler został pogryziony 

przez węŜa. Niby niejadowitego, ale rany zaczęły się paprać i zwierzę było bliskie śmierci.   

background image

Chłopaki  i Lizzie  bardzo  się  tym  zmartwili.  PotęŜny  Wheeler  rasy  queensland  heeler  był 

ulubieńcem wszystkich pracowników. 

– Powinien pan zobaczyć, jak bawią się z Lizzie.   

– Wcale nie mam zamiaru tego oglądać. 

– Pani doktor jest najbardziej troskliwą kobietą, jaką spotkałem. 

– Na pewno. 

–  Hej...  –  Wzrok  Neda  padł  na  roznegliŜowaną  blondynkę  z kalendarza.  –  Ona  bardzo 

przypomina panią doktor, prawda, szefie? 

Mrugnął znacząco w stronę Tada. 

Jackson  poczuł,  Ŝe  grozi  mu  nagły  atak  furii.  Miał  ochotę  udusić  swego  rozmówcę  gołymi 

rękoma. 

–  Kto  w ogóle  pozwolił  wam  wieszać  na  ścianach  takie  bezeceństwa!  –  Wyładował  swój 

gniew  na  bogu  ducha  winnej  fotografii,  zrywając  ją  ze  ściany  i gniotąc  w olbrzymich  dłoniach. 

Obecni w pomieszczeniu męŜczyźni znacząco spojrzeli po sobie. 

Tad szarpnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Z baraku dobiegały zaciekawione głosy. 

– Co go ugryzło? 

– Nie trzeba być geniuszem, Ned, Ŝeby domyślić się, o co tu chodzi. 

Zapanowała ogólna wesołość. 

– To jest dopiero kobieta! W niczym nie przypomina poprzedniej. 

– Szef juŜ dostał nauczkę, nic dziwnego, Ŝe teraz tak się wścieka. 

Ś

więte  słowa.  Tad  pobladł  pomimo  opalenizny.  Woń,  bijąca  od  zagrody  z inwentarzem, 

przyprawiała go o mdłości. Przepalony alkoholem Ŝołądek wyprawiał dziwne podskoki. 

Podłoga werandy zakołysała się niczym pokład okrętu. Tad mocno chwycił się balustrady. 

– Do diabła z nimi wszystkimi. Do diabła! 

Przez  chwilę  miał  zamiar  powrócić  do  baraku  i za  pomocą  pięści  wymusić  respekt  dla 

własnej  osoby.  Po  namyśle  zrezygnował  jednak  z tego  zamiaru  i zebrawszy  siły,  poczłapał 

w głąb dziedzińca.. 

W  połowie  drogi  zatrzymał  się  i sięgnął  do  kieszeni  po  papierosa.  Zapalił.  Zaciągnął  się 

głęboko.  Poczuł  zawroty  głowy  i nowy  atak  mdłości.  Wściekły,  cisnął  papierosa  na  ziemię 

i zdeptał go obcasem. 

Popełnił  powaŜny  błąd,  zezwalając  Jess  na  przyjazd  do  Jackson  Downs.  W ciągu  kilku 

godzin  wywróciła  dotychczasowy  porządek  do  góry  nogami.  Zbuntowała  pracowników.  Co 

najgorsze – spowodowała, Ŝe Tad zaczął zastanawiać się nad własnym postępowaniem. 

Tad  zdecydował,  Ŝe  ma  prawo  mieszkać  we  własnym  domu  i zrezygnował  ze  spędzenia 

kolejnej  nocy  w barakach.  Wieczorem  pojawił  się  na  kolacji.  Miał  zamiar  przeprowadzić 

powaŜną rozmowę z Innem, sprzedać posiadłość i raz na zawsze skończyć z dominacją kobiet. 

background image

Na kaŜdym kroku wyczuwał obecność Jess. Poczuł się obco w budynku, który przez wiele lat 

był mu domem. Wszystkie pomieszczenia błyszczały czystością. Tad, nie zauwaŜony, przeszedł 

obok gospodyni i ruszył w poszukiwaniu Inna. 

Jess była w kuchni. 

Tad miał zamiar minąć ją bez słoma, lecz w nozdrza uderzył go smakowity zapach świeŜych 

befsztyków, budyniu i cytrynowego ciasta. Psiakrew, dlaczego uwzięła się, Ŝeby go draŜnić? 

Wszedł,  głośno  stukając  butami  i oparł  się  o ścianę.  Był  ucieleśnieniem  rozgniewanego 

samca;  nie  pasował  do  schludnego  wnętrza.  Pachniał  kurzem  i krowami...  i mimo  wielu  godzin 

spędzonych na świeŜym powietrzu, zalatywała od niego woń wypitej w nocy whisky. 

Jess podniosła wzrok znad ksiąŜki kucharskiej i obdarzyła go promiennym uśmiechem. 

– Cześć – powiedziała. 

„Cześć.” To miało wystarczyć za niedolę i rozterki, jakie przeŜywał. Mimo wszystko poczuł, 

jak fala ciepła zalewa mu serce. 

– Gdzie Lizzie? – zapytał sztucznie ponurym tonem.   

– W swoim pokoju. Czyta. Znalazłyśmy ksiąŜkę o dinozaurach. 

– Och... 

Przez chwilę sycił wzrok jej wyglądem. Jess znakomicie prezentowała się w stroju do konnej 

jazdy,  który  kiedyś  stanowił  własność  Deirdre.  Był  świeŜa  i wypoczęta;  bez  wątpienia  spała 

znakomicie – sama. 

–  Tęskniłam  za  tobą  –  powiedziała  nieoczekiwanie.  OdłoŜyła  łyŜkę,  zdjęła  fartuszek 

i otoczyła męŜczyznę ramionami. 

Tad zadrŜał. 

Przez wiele lat mieszkał w tym budynku, ale dopiero po raz pierwszy poczuł  się w nim jak 

w prawdziwie rodzinnym domu: Ukrył twarz w złocistych włosach kobiety. 

– Dobry BoŜe – jęknął. – Jestem zgubiony. 

– Czułam się tak samo – szepnęła. – Przez calutką noc. 

– Tęskniłem za tobą. 

– Ja równieŜ. Dlaczego nie przyszedłeś? 

– PoniewaŜ... – Pogładził ją po głowie. – PoniewaŜ jestem tak cholernie głupio uparty. 

Wiedział,  Ŝe  Jess  nigdy  nie  podporządkuje  się  jego  woli  i wiedział  teŜ,  Ŝe  nigdy  nie 

zaprzestanie  prób,  aby  to  jednak  osiągnąć.  Wiedział,  Ŝe  będą  się  sprzeczać  i toczyć  bitwy,  ale 

w gruncie rzeczy niewiele go to obchodziło. Chciał, Ŝeby resztę Ŝycia spędziła u jego boku. 

Chciał zapewnić jej wiele lat radości i szczęścia: 

–  Nie  powinienem  cię  przytulać  –  mruknął.  –  Muszę  się  wykąpać.  ZałoŜę  się,  Ŝe  jestem 

jedynym brudasem w całym domu. 

Próbował się odsunąć, lecz Jess mu nie pozwoliła. – Jeszcze chwilę – szepnęła prosząco. 

background image

Przesunął dłonią po jej policzku i szyi. Końcem języka zwilŜyła usta. Pocałował ją. 

W  tym  samym  momencie  zrozumiał,  Ŝe  nigdy  nie  zdecyduje  się  sprzedać  Jackson  Downs. 

Milion  akrów  wyschniętej  i spalonej  słońcem  ziemi  nabrało  dla  niego  całkiem,  nowego 

znaczenia.  Tu  był  jego  dom.  Jej  takŜe.  Miał  zamiar  spełnić  kaŜde  Ŝyczenie  swej  towarzyszki. 

I walczyć w jej obronie. Nawet gdyby miał zapłacić bardzo wysoką cenę. Och, byłby zapomniał 

o najwaŜniejszym. 

Walkę będzie prowadził na swój sposób. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY   

 

Siedzieli  we  trójkę  w ciasnym  gabinecie  Tada.  Z odłoŜonego  do  popielniczki  cygara  Iana 

snuła się gruba wstąŜka niebieskiego dymu. 

– Co to ma znaczyć: „nie sprzedasz”? – Gniewny głos prawnika przerwał milczenie. 

Ian i Jess wpatrywali się w Tada, siedzącego za biurkiem, zawalonym stosami dokumentów. 

Jackson leniwie rozparł się w fotelu. 

– Spokojnie, Ian. – Pociągnął spory łyk piwa ze stojącej w pobliŜu butelki. - 

Jesteś  tylko  moim  prawnikiem,  pamiętasz?  Ja  podejmuję  decyzje  dotyczące  przyszłości 

Jackson Downs. 

McBain rzucił szybkie spojrzenie na Jess. 

–  Trudno  mi  w to  uwierzyć  –  mruknął  znacząco.  Tad  zaklął  w duchu.  Strzał  był  celny. 

Poczuł, Ŝe jego męska duma ucierpiała ponownie. Mimo to starał się zachować nieprzenikniony 

wyraz twarzy. Starannie umieścił butelkę na środku najwaŜniejszego z dokumentów. 

Wilgotne dno odcisnęło się na papierze. 

–  Nigdy  nie  nosiłem  się  z zamiarem  przeprowadzenia  podobnej  transakcji.  To  był  twój 

pomysł – stwierdził z uporem. 

–  Nic  nie  zmieniło  się  od  czasu,  gdy  wyraziłeś  zgodę.  Tad  podniósł  z biurka  jeden 

z dokumentów,  przebiegł  wzrokiem  zapis,  który  kosztował  miesiące  skomplikowanych 

negocjacji,  po  czym  cisnął  arkusz  do  kosza.  Po  chwili  rozgniótł  cygaro  Iana  o ściankę 

popielniczki. 

McBain  uniósł  brwi  ze  zdziwienia.  –  Palenie  szkodzi  –  mruknął  Tad.  Ian  wybuchnął 

ś

miechem. 

– Sam palisz. 

– JuŜ nie. Skończyłem z nałogiem. – Co prawda, podjął decyzję dopiero w tej chwili. 

Ujął  szczupłą  dłoń  Jessiki  i począł  uwaŜnie  przyglądać  się  jej  palcom.  Uniósł  wzrok 

i skierował na Iana zimne spojrzenie niebieskich oczu. 

–  Jesteś  w błędzie,  McBain,  twierdząc,  Ŝe  nic  się  nie  zmieniło.  Wszystko  wygląda  całkiem 

inaczej. Nie jestem sam i muszę nadal prowadzić walkę. 

Poczuł, jak palce Jess stęŜały w jego dłoni. Ian zerwał się na równe nogi. 

– Odbyłem daleką podróŜ, aby tu przybyć. ObciąŜę cię wszystkimi kosztami. 

– Zawsze postępowałeś w ten sposób. 

– Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz Ŝałował swojej decyzji. – Dzięki za troskę. - 

Tad  przesłał  mu  promienny  uśmiech.  Wyciągnął  z kieszeni  napoczętą  paczkę  papierosów, 

zmiął ją w dłoni i wyrzucił do kosza. 

Powoli podniósł dłoń Jessiki ku swoim ustom i złoŜył na niej delikatny pocałunek. 

background image

O czwartej rano w głośniku radiostacji rozległ się zdenerwowany głos Noelle. 

Jackson  leniwie  otworzył  powieki.  Dopiero  po  chwili  zrozumiał,  skąd  dochodzi 

nawoływanie.  Jess  leŜała  tuŜ  obok;  wyraźnie  czuł  charakterystyczny  zapach  kwiatów 

pomarańczy i miękkie piersi dotykające jego pleców. 

Czuł się niewyspany. Zasnęli późno, po kilku godzinach namiętnej miłości. Tad miał szczerą 

ochotę  pozostawania  w łóŜku  co  najmniej  przez  tydzień.  Choć  z drugiej  strony,  wyczuwał 

groŜące niebezpieczeństwo. Było bliŜej niŜ kiedykolwiek przedtem. 

OstroŜnie, by nie obudzić śpiącej Jessiki, wysunął się z łóŜka i podszedł do radia. 

Głos Noelle ginął w powodzi trzasków i szumów.   

– Granger zwariował. Jackson Downs, słyszycie mnie? 

W głosie kobiety brzmiało wyraźne zaniepokojenie. Albo Noelle była tak znakomitą aktorką, 

albo naprawdę działo się tam coś złego. 

Tad wcisnął przełącznik i wymamrotał kilka słów pocieszenia. 

– Granger wziął strzelbę. Błagam... 

Kobieta wrzasnęła dziko i na chwilę w eterze zapanowała cisza. 

Tad  był  przekonany,  Ŝe  zastawiono  na  niego  pułapkę.  Czuł  to  całą  duszą,  całym 

doświadczeniem  lat  przeŜytych  w buszu.  Zanim  podjął  decyzję,  co  powinien  zrobić,  posłyszał 

obok siebie jakiś szelest. Jess wzięła do ręki mikrofon i odezwała się zrównowaŜonym głosem: 

– Jackson Dowas do Martin Reach. Zachowajcie spokój. Wyruszamy za chwilę. Over. 

Tad  obrócił  się  z wściekłością  w jej  stronę.  Znów  przejęła  inicjatywę!  Ale  teraz  nie  miała 

prawa się wtrącać. To była wyłącznie jego sprawa. 

– Dlaczego odpowiedziałaś w ten sposób?! 

– Nie moŜemy zostawić kobiety proszącej o pomoc! – A jeśli kłamała? 

– A jeśli nie? 

Tad  zrozumiał.  Jess  usłyszała  błagalny  głos  innej  kobiety  i pomimo  strachu  działała 

zdecydowanie. Wyciągnął dłoń i pogładził ją delikatnie po włosach. 

Jak  zwykle,  bliska  obecność  Jess  mąciła  mu  myśli.  Wspomniał  chwile  pełne  namiętnej 

miłości... a teraz ta sama Jess domagała się, Ŝeby wyruszył ratować Noelle. 

Westchnął głęboko. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią. 

– Dobrze – mruknął w końcu. – Jadę. Oczy kobiety rozbłysły radością. 

– Dziękuję. 

– Ty zostajesz. Chwyciła go za ramię. 

– Jackson... proszę... chcę ci pomóc. 

– Zrobię to po swojemu. ChociaŜ ten jeden jedyny raz zrozum, Ŝe muszę tak postąpić! Tam 

moŜe być niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie. 

– Dobrze. 

background image

Zdziwiła go jej uległość. 

– Naprawdę się zgadzasz? 

Skinęła głową. Coś w jej oczach wskazywało, Ŝe mówiła szczerze. 

Tad  poczuł  nagły  przypływ  zadowolenia.  Takiej  Jess  pragnął:  uległej,  z uśmiechem 

wypełniającej jego polecenia. 

–  Kocham  cię  –  powiedział  łagodnie.  –  Zbyt  wiele  dla  mnie  znaczysz,  Ŝebym  pozwolił  ci 

ryzykować. 

– Ja teŜ cię kocham. – Pogładziła zarośnięty policzek męŜczyzny. – Nawet gdy zachowujesz   

się jak typowy mucho. 

Pocałował ją. 

– Och, Jess... – cicho wymruczał jej imię. – Masz zostać w domu i do mego powrotu strzec 

Lizzie. To rozkaz. 

– Tak jest. – Zasalutowała. 

– Tym razem zrobimy to na mój sposób. Zobaczył tajemniczy uśmiech na jej twarzy, lecz był 

zbyt podniecony jej uległością, aby zwrócić na to uwagę... 

A potem było juŜ za późno. 

W ciągu kilku godzin dotarł ze swymi ludźmi do Mamin Reach i na strychu domu odnalazł 

przeraŜoną  Noelle,  przykutą  kajdankami  do  prymitywnej  bomby  zegarowej.  Później  ruszył 

w pościg  za  zbiegłym  Grangerem.  Gdy  podskakiwał  w pędzącym  przez  pustynię  jeepie, 

przypomniał sobie ów tajemniczy uśmiech... 

Pomimo  pełni  księŜyca  KrzyŜ  Południa  świecił  wyraźnie  na  bezchmurnym  niebie.  Z dala 

widać było ciemny kształt samochodu, którym uciekał Granger. Tad wcisnął pedał gazu. 

Silnik  zawył,  oba  pojazdy  pomału  zbliŜały  się  do  siebie.  Nagle  jeep  Grangera  zatańczył  na 

wybojach, poszybował w powietrzu i wśród tumanów kurzu cięŜko opadł na bok. Tad zatrzymał 

samochód, z tylnego siedzenia chwycił strzelbę i wyskoczył. 

Powoli podszedł do przewróconego pojazdu. 

– Wyciągnij mnie – wycharczał Granger, wystawiwszy głowę ze zgniecionej kabiny. 

Tad oddychał z trudem, całe ciało pokryte miał grubą warstwą potu. Wytarł twarz rękawem. 

–  OkaŜę  ci  tyle  samo  współczucia,  ile  ty  miałeś  dla  Noelle!  –  zawołał.  –  Ile  miałeś,  gdy 

podpaliłeś moją stajnię i niemal upiekłeś Ŝywcem MacKaya. 

–  Na  miłość  boską,  chłopie!  –  krzyknął  Granger.  –  To  nie  ja.  Nie  chciałem  mieć  z tym  nic 

wspólnego. Nie miałem zamiaru krzywdzić Noelle. 

Tad kopnął grudkę ziemi. Pył opadł na twarz leŜącego. 

– Więc kto? 

– Proszę, pomóŜ mi. 

– Odpowiedz, a Ned i moi chłopcy wyciągną cię z wraka. 

background image

Granger był tchórzem, urodzonym i wychowanym wśród zgiełku wielkiego miasta. Na jego 

twarzy pojawił się wyraz skrajnego przeraŜenia. 

– Mów prawdę, bo usmaŜysz się jak Holt w rozbitym samolocie! Jego teŜ zabiłeś? 

– Na Boga, miałbym uśmiercić własnego brata?! – Po twarzy mówiącego popłynęły gorzkie 

łzy rozpaczy. Tad przyklęknął przy przewróconym samochodzie i ścisnął Grangera za gardło. 

–  Przestań  jęczeć  i zachowywać  się  jak  baba.  Mów.  Ogień  podchodzi  do  baku.  Nie  mam 

zamiaru spłonąć wraz z tobą. 

Podniósł się i spojrzał na zgromadzonych.   

– Idziemy, chłopcy. 

Granger szarpnął się, lecz o własnych siłach nie potrafił wyjść z samochodu. 

– Dobrze! – wrzasnął. – Wygrałeś, Jackson... Jackson! Nie zostawiaj mnie! 

Odpowiedziała mu cisza. 

Błękitne płomyki z przepalonej instalacji strzeliły iskrami. 

– Jackson! 

Usłyszał tylko jedno słowo:   

– Mów. 

Granger  wyszeptał  znajome  nazwisko.  Tad  zgiął  się  jak  od  ciosu  noŜem.  Jedyny  człowiek, 

któremu w pełni zaufał po przyjeździe do Australii...   

– Na miłość boską, wyciągnijcie mnie! 

– Uwolnij go, Ned – syknął Jackson. – Szybko!   

Ian  McBain.  Przyjaciel.  Powiernik.  Niestrudzony  bojownik  o sprawiedliwość.  Ian  McBain. 

Morderca. Zdrajca. Podpalacz. Kochanek Deirdre. 

Wówczas, przy stajni, miał zamiar uwięzić MacKaya w płomieniach i tylko interwencja Tada 

zapobiegła tragedii! 

To nie mogła być prawda. A jednak była.. 

Ian!  Dlaczego?  Głośny  wybuch  targnął  powietrzem.  Jeep  eksplodował.  Tad  cofnął  się. 

Przypomniał sobie tajemniczy uśmiech na twarzy Jess. 

Musiała znać prawdę. 

A teraz była w Jackson Downs – w towarzystwie zdrajcy. 

Tad poczuł, Ŝe włosy stają mu dęba. Ian McBain. 

Podczas  rozmowy  z Jess  Deirdre  musiała  wyznać  coś  waŜnego.  Coś,  co  spowodowało,  Ŝe 

Jess  przyleciała  na  wyspę.  Coś,  co  spowodowało,  Ŝe  zaraz  po  przyjeździe  do  Australii 

skontaktowała się z Ianem. 

Tad niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w płonący wrak samochodu. Dlaczego wcześniej 

nie domyślił się prawdy? 

Jess  naraziła  na  powaŜne  niebezpieczeństwo  i siebie,  i małą  Lizzie.  I wszystkich,  którzy 

background image

pozostali w Jackson Downs. Tym razem przebrała miarę. Zdradziła zaufanie, jakim ją obdarzył... 

i na pewno wpadła w ręce McBaina. 

Tad poczuł, Ŝe obezwładnia go uczucie strachu. 

Jess spokojnie opuściła  dom, niosąc w ramionach śpiącą  Lizzie. Z tyłu pośpiesznie dreptała 

Meeta. Wokół panowała cisza pustynnej nocy. 

Jess  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  pozostała  w Jackson  Downs  w towarzystwie 

człowieka, który z zimną krwią przyczynił się do śmierci jej siostry, lecz gdy usłyszała wołanie 

Noelle,  podjęła  natychmiastową  decyzję.  Ktoś  musiał  poprowadzić  akcję  ratunkową 

w posiadłości Marlinów. Tad najlepiej nadawał się do podobnego zadania. 

Teraz  musiała ratować siebie i dziecko.  Pozostawało  jej najwyŜej pięć  minut do  czasu,  gdy 

McBain wykona następne posunięcie. 

Nie  darmo  poświęciła  cały  dzień  na  sprzątanie.  W najstarszej  części  domu  odkryła 

przewiewną piwnicę, zamykaną od wewnątrz na solidną zasuwę. Udało jej się przenieść tam po 

kryjomu nieco zapasu jedzenia, broni i amunicji. 

Teraz zaniosła, tam śpiącą Lizzie oraz przyprowadziła Meetę i gospodynię. 

– Musicie ściśle wypełniać moje rozkazy – powiedziała. – Nie wolno wam nikomu otworzyć 

tych drzwi, póki nie usłyszycie trzech szybkich strzałów i czwartego po dłuŜszej przerwie. Jeśli 

ktoś spróbuje się włamać, zabijcie go bez wahania. 

Wyszła  z piwnicy.  Kirk  leŜał  w sypialni,  pogrąŜony  w głębokim  śnie.  Jess  podała  mu 

lekarstwo  zawierające  narkotyk, aby  przez  kilka następnych  godzin nie stanowił zagroŜenia dla 

mordercy, a tym samym pozostawał względnie bezpieczny. 

Z szafy w pokoju Jacksona wyjęła czarną koszulę i parę czarnych dŜinsów. 

Przebrała  się  szybko.  Z szuflady  nocnej  szafki  wyjęła  rewolwer  kalibru  38,  wsunęła  go  za 

pasek i powoli podeszła do okna. Po cichu wysunęła się na zewnątrz. Westchnęła z ulgą. 

Wiedziała,  Ŝe  jeśli  dotrze  do  granicy  buszu,  być  moŜe  w spokoju  doczeka  świtu  i powrotu 

Tada. 

ZdąŜyła jednak uczynić zaledwie dwa kroki, gdy wyrosła przed nią krępa postać McBaina. 

Ian  odebrał  jej  rewolwer  i ruchem  głowy  wskazał,  aby  poszła  w kierunku  zabudowań 

gospodarczych. 

– Jesteś zbyt sprytna, moja mała. Podejrzewałaś mnie od samego początku. 

–  Nie.  Nabrałam  pewności  dopiero  wówczas,  gdy  próbowałeś  zamknąć  Kirka  w płonącej 

stajni. Zabiłeś moją siostrę. 

– Nie spodziewaj się z mojej strony dramatycznej spowiedzi. 

–  Nie  ma  takiej  potrzeby.  JuŜ  niedługo  któryś  z buldoŜerów  Wally’ego  odkryje 

zmasakrowane ciało. Mały Aborygen dał mi jej obrączkę. Byłeś kochankiem Deirdre, dlaczego ją 

zabiłeś? 

background image

– Miała nieskończenie wielu kochanków. – Ale tylko ty przyjechałeś na wyspę. 

– MoŜliwe. 

– Przyjechała do ciebie po pomoc, gdy rozpoczęły się pierwsze napady. Uwiodłeś ją. 

– śyjesz złudzeniami. To był jej pomysł. 

– Deirdre powiedziała mi wystarczająco wiele, bym zrozumiała resztę. 

– Powinnaś była zostać w Indiach. – Tu znalazłam prawdziwy dom. Brutalnie chwycił ją za 

ramię. 

– Nieprawda. To moja ziemia. NaleŜała do mojej rodziny długo przedtem, zanim przybył tu 

Jackson.  –  Wszystko  skończone,  Ian.  Zbyt  wiele  osób  dowiedziało  się  o twoich  zamiarach. 

Przegrałeś. Gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi obory. Z wnętrza buchnęła rozgrzana woń 

zwierząt, zmieszana z zapachem paszy. 

–  Naprawdę?  Wystarczy  nieco  benzyny  i całe  to  miejsce  stanie  w płomieniach  niczym 

wyschnięty stóg siana. 

–  Dlaczego,  Ian?  –  Głos  Jess  zabrzmiał  nieco  piskliwie.  –  Nie  wierzę,  Ŝe  kierujesz  się 

sentymentem  do  miejsc  dzieciństwa.  Dlaczego  to  miejsce  stało  się  tak  cenne?  Co  odkrył  Holt? 

Był geologiem, prawda?   

Ian odpowiedział kpiącym uśmiechem. 

– Daleko pani zaszła, doktor Bancroft. Teraz kolej na moje pytania. Gdzie jest dzieciak? 

Jess milczała. Jednym szarpnięciem zerwał z niej koszulę. Koronkowa halka równieŜ zawisła 

w strzępach. 

–  Jesteś  cholernie  piękna,  moja  mała...  –  wymruczał  McBain.  –  Powiedz,  gdzie  ukryłaś 

dziewczynkę. Umrzesz szybko... albo będziesz mnie błagać o litość. 

Jess pokręciła gwałtownie głową i w tej samej chwili poczuła cięŜkie uderzenie w skroń. 

Pociemniało jej w oczach. Upadła. 

– Więc wolisz, Ŝebym działał powoli... – wycedził Ian. Pochylił się, zacisnął dłoń na klamrze 

paska. Jess leŜała bez ruchu. 

Nieoczekiwanie  posłyszała  skrzypnięcie  drzwi.  Ian  odwrócił  się.  Padł  strzał  i jedna 

z wyschniętych stert słomy stanęła w płomieniach. 

– Puść ją, McBain – rozległ się ponury głos Jacksona. 

– Spróbuj się tylko zbliŜyć, a zginie! – wrzasnął prawnik. 

Płonący stóg wypełniał pomieszczenie gęstym dymem. Ian wbił paznokcie w szyję kobiety. 

Krzyknęła przeraźliwie. 

Tad rzucił strzelbę na ziemię. 

Nie...  pomyślała  Jess.  Wszystko  skończone...  Przypomniała  sobie  o Lizzie.  Jeśli  McBain 

zwycięŜy, zabije równieŜ dziecko! Zebrała wszystkie siły i z głośnym okrzykiem mocno kopnęła 

męŜczyznę. Wykonała poprawny przewrót przez ramię, zerwała się i zadała cios z półobrotu. Ian 

background image

jęknął, wypuścił rewolwer. W tej samej chwili dopadł go Tad. 

Walka  trwała  dość  krótko.  Jackson  był  młodszy  i zwinniejszy  od  przeciwnika,  a poza  tym 

przepełniała  go  wściekłość  za  wszystkie  krzywdy,  jakich  doznał  w ciągu  ostatnich  lat. 

W drzwiach  budynku  ukazało  się  kilku  męŜczyzn.  Jedni  zajęli  się  gaszeniem  poŜaru,  inni 

rozdzielili walczących i wywlekli ich na zewnątrz. 

– Jackson... – Jess owinęła wokół ciała strzępy koszuli. MęŜczyzna nie patrzył w jej stronę. 

– Jackson... kocham cię. Wszystko co uczyniłam, robiłam z myślą o tobie. Kocham cię! Czy 

to nic dla ciebie nie znaczy?! 

W milczeniu spojrzał na jej zapłakaną twarz. 

– Gdzie jest Lizzie? – spytał po chwili. 

– Jest bezpieczna z Meetą i twoją gospodynią... Jackson... od dziś będę ci posłuszna. 

– Ani trochę ci nie wierzę, Bancroft. 

Podszedł bliŜej. 

– Ale wiesz co? – Uniósł jej podbródek i zmusił, aby spojrzała mu prosto w oczy. 

– Słucham. 

– Nie obchodzi mnie juŜ, jak będziesz postępować. Wiem tylko, Ŝe jesteś jedyną kobietą na 

ś

wiecie,  która  wykazała  się  podobną  odwagą  w tak  trudnej  sytuacji.  Kocham  cię.  I chcę,  abyś 

została moją Ŝoną. 

– Naprawdę? – uśmiechnęła się radośnie. 

–  Tak.  Po  prostu  Ŝal  mi  ciebie  –  mówił  ciepłym,  serdecznym  głosem.  –  Kto  inny  mógłby 

poślubić tak upartą, pewną siebie i krnąbrną istotę? 

– Skoro o tym mówimy, to myślę, Ŝe mogłabym odpłacić ci podobnym komplementem. 

W jego oczach zamigotały uwodzicielskie ogniki. Rzuciła mu się w ramiona. 

– Powiemy Lizzie? – Uhm. A potem... 

– A potem... będziemy razem aŜ do świtu. 

Jej uśmiech niósł ze sobą obietnicę prawdziwej rozkoszy.