background image

Barbara Michaels

CZEKAJ NIEUBŁAGANEGO LOSU

(tłum. Danuta Petach

2000

background image

Rozdział pierwszy

I

Latem, gdy słońce świeci na lazurowym niebie, morze otaczające skalisty cypel ma 

pogodne i niewinne oblicze. W szczelinach przepastnych skal kryją się złociste janowce i  

fioletowe   wrzosy.   Fale   pluszcza   radośnie   na   srebrzystym   piasku   zatoki,   igrają   między 

kamieniami, migocąc i błyszcząc. Gdy sionce o zachodzie zaczyna powoli zapadać, kopuła 

nieba przypomina paletę malarza, splamioną czystą, delikatną purpurą i błękitem. Świeci  

tylko jedna gwiazda, na piersi nocy zawieszona niczym diament. Wyobraźnia podpowiada, że 

w   ciszy   zamierającego   dnia   można   usłyszeć   dźwięk   zatopionych   dzwonów   kościołów 

Lyonesse. 

Dziennik Caroline Tregellas 

ur. w 1762 roku, zm. 1780 (?) 

Carla Tregellas, urodzona w 1952 roku, pełna życia i werwy, zbliżając się po raz 

pierwszy   do   domu   swych   przodków,   chłonęła   piękno   sławnego   skalistego   wybrzeża 

Kornwalii. Ale nie było w tym entuzjastycznego zachwytu. Przeciwnie, bluźnierczo mruczała 

pod nosem i narzekała na niewygody życia w zmechanizowanym świecie. 

Wynajęty austin, posuwając się powoli ulicami Exeter, nie różnił się od podobnych 

pojazdów,   wydzielających   tumany   obrzydliwych   spalin.   Zmęczenie   i   komentarze 

sfrustrowanych kierowców przygnębiały ją. Miała dwie możliwości, albo otworzyć szyby i 

narazić się na skutki wdychania trujących spalin, albo przy zamkniętych oknach znosić upał.

Była naiwna, sądząc, że Anglia, a szczególnie Kornwalia, będzie inna od reszty tak 

zwanego cywilizowanego świata. 

Na początku czerwca wybrzeże kornwalijskie jest miejscem wypoczynku całej Anglii, 

powinna więc wiedzieć, że ruch na drogach nie będzie tu mniejszy niż między Bostonem a 

Cape Cod albo między Baltimore a miejscowościami zatoki Chesapeake. Podobnie jak te 

tereny   wypoczynkowe   w   jej   rodzimych   Stanach,   Kornwalia   to   skrawek   ziemi  prawie 

całkowicie otoczony przez morze, a zatem jest tu niewiele dróg. Muszą więc być w sezonie 

zatłoczone.

Przewodnik turystyczny i człowiek w agencji wynajmu samochodów ostrzegli ją, aby 

ominęła Exeter. Zamierzała posłuchać ich rady, ale niełatwo było odczytywać znaki drogowe, 

mając całą uwagę skupioną na lewostronnym ruchu.

background image

Dlaczego   sądziła,   że   Anglia   jest   chłodnym,   wilgotnym   krajem?   Było   niezwykle 

gorąco jak na tę porę roku, nawet jak na Kornwalię, którą przewodniki turystyczne przesadnie 

nazywają angielską Riwierą.

Jednakże   po   przejechaniu   rzeki   Tamar   jej   ponury   nastrój   poprawił   się   i   musiała 

przyznać,   że   nawet   w   dwudziestym   wieku   Kornwalia   jest   czarująca.   Droga   prowadziła 

wzdłuż   skalistego,   urwistego   wybrzeża.   Ze   wzniesień   ukazywały   się   od   czasu   do   czasu 

zapierające dech widoki oceanu i małych wiosek, malowniczo przylepionych do stromych 

zboczy.   Nic   dziwnego,   że   miasta,   zbudowane   wokół   skalistych   zatok,   kwitły   w   czasach 

dawnej świetności Anglii na morzach. Falmouth i Plymouth, Penzance i St. Ives - to były 

nazwy znajome, toteż czuła się, jakby wróciła do domu. Niektóre z nich stęsknieni emigranci 

przenieśli   w   podobny  krajobraz,   o   tysiące   mil   na   zachód,   inne   spopularyzowała   tradycja 

literacka - od legend ludowych po operetki Gilberta i Sulliyana, aż stały się dziedzictwem 

całego anglojęzycznego świata... Dla Carli kryło się w tym coś więcej. Jej ożywienie rosło w 

miarę zbliżania się do celu podróży. Powracała myślami do rozmowy z adwokatem z Bostonu 

zaledwie sprzed paru tygodni. Tak, to był powrót do domu, w najpełniejszym sensie tego 

słowa.

II

- Korzenie? - Carla odrzuciła do tyłu głowę i zaśmiała się. - Nie, panie Fawcett, nie 

mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek pragnęła je poznać.

Prawnik   spojrzał   na   nią   z   nieoczekiwaną   aprobatą.   Miała   przyjemny   uśmiech,   a 

zmiana wyrazu cudownie odmieniła jej twarz. Gdy pierwszy raz zjawiła się w jego kancelarii, 

uważał   ją   za   osóbkę   zbyt   poważną   jak   na   jej   dwadzieścia   sześć   lat.   Ale   uśmiech 

rozświetlający   twarz   Carli   wywoływał   błysk   w   jej   oczach   i   podkreślał   nadzwyczajną 

delikatność rysów.

Pan Fawcett znał wiek Carli i inne dotyczące jej szczegóły, choć spotkali się po raz 

pierwszy. Z wielu względów uznał jej powierzchowność za niezwykłą. Był zamiłowanym 

antropologiem - i, choć energicznie by temu zaprzeczył, trochę poetą - a teraz zdał sobie 

sprawę, nie całkiem naukowo i nie bez skrępowania, że miał przed sobą typowy przykład rasy 

jeszcze starszej niż celtycka. Tak pradawnej, że jej historia stała się osnową legend i baśni 

ludowych.   Niewysocy,   ciemnowłosi   ludzie,   zamieszkujący   Anglię   w   czasach 

prehistorycznych, zostali wypchnięci na odległe rubieże wyspy przez wojowników celtyckich, 

których z kolei pozbyli się siłą późniejsi najeźdźcy.

Do   Kornwalii,   Walii   i   Szkocji   przez   burzliwe,   szare   wody   Morza   Północnego, 

sięgające aż do Irlandii, uciekły i pozostały tam niedobitki kilkunastu ras, zatrzymane przez 

background image

wody oceanu. Nie było innej drogi ucieczki. Najazd nastąpił ze wschodu, z kontynentu, a za 

zachodnimi krańcami Brytanii było tylko bezkresne morze i Szczęśliwe Wyspy.

Niektórzy   uczeni   doszukiwali   się   wśród   ludności   komwalijskiej   śladów   rasy 

śródziemnomorskiej   i   na   poparcie   tej   teorii   mieli   dowody.   Wyspa   brytyjska,   ukryta   w 

zimnych mgłach północnych mórz, była celem nieustraszonych żeglarzy z czasów Odyseusza. 

Na monolitach Stonehenge są wyryte toporki minojskie. Natomiast kupcy z Fenicji, którzy 

wzbogacili się na handlu cyną, zazdrośnie ukrywali mapy szlaków Morza Północnego.

Patrząc na Carlę Tregellas, pan Fawcett uznał te teorie za bardziej wiarygodne, niż 

dotąd sądził. Gdyby nie to, co o niej wiedział, mógłby uważać ją za Greczynkę albo Włoszkę 

z południa, biorąc pod uwagę jej bujne włosy i smagłą cerę. Jednakże w jej twarzy był jakiś 

rys  obcy tym  praktycznym,  mocno  trzymającym  się ziemi  ludziom,  cień jakiegoś innego 

świata w szeroko rozstawionych oczach i zdecydowanych liniach twarzy. Uszy, widoczne 

spod rozwichrzonych, krótkich włosów, były  małe i delikatne;  pan Fawcett mógłby użyć 

słowa „spiczaste”, gdyby pozwoliła na to jego głęboko ukryta żyłka poetycka.

Owi   ciemnowłosi,   niewysocy   mieszkańcy   byli   jak   zwierzęta   ścigani   przez 

najeźdźców, którzy zmusili ich do ukrywania się w jaskiniach. Zdaniem niektórych uczonych, 

oni właśnie dali początek gnomom i elfom z angielskiego folkloru...

Zdziwiony i przerażony kierunkiem swych rozważań, pan Fawcett szybko otrząsnął 

się z tych myśli. W tej dziewczynie było coś, co pobudzało fantazję, i to tak mocno, że nie 

oparł się temu nawet stary prawnik, który nade wszystko szczycił się zdrowym rozsądkiem.

Jej   zachowanie   nie   potwierdzało   jego   śmiałych   wniosków.   Mówiła   energicznie   i 

rzeczowo, a myślała praktycznie.

- Wiem, oczywiście, że moja rodzina pochodzi z Kornwalii. Skąd miałaby pochodzić, 

nazywając się Tregellas? W nazwiskach, zaczynających się na Tre, Ros, Pol, Lan, Caer i Pen, 

należy   się   doszukiwać   pochodzenia   komwalijskiego.   Przeczytałam   kilka   powieści   o 

Kornwalii, oglądałam filmy w telewizji, ale nie prowadziłam badań genealogicznych. Bo niby 

po co miałabym to robić? Chyba przyjęłam za rzecz oczywistą, że rodzina była biedna i 

niewyróżniająca się. Wiem, że liczni Kornwalijczycy przybyli do Stanów w dziewiętnastym 

wieku po za mknięciu kopalń cyny, kiedy to nie mogli znaleźć pracy.

Zamilkła,   czekając   na   jego   uwagi,   a   pan   Fawcett   poczuł   się   winny.   Znowu 

fantazjował.   Ale   oczy   tej   dziewczyny   zastanawiały   go.   Były   tak   ciemne,   że   w   pewnym 

świetle   robiły   wrażenie   czarnych.   Ale   chwilami   -  na   przykład   gdy  się  uśmiechała   -  pod 

wpływem emocji pojawiały się w nich srebrne błyski.

- Do rzeczy, panie Fawcett! - powiedział sobie. - Tak nie można. Co się z tobą dzieje?

background image

- Pani postawa jest zrozumiała - powiedział zasadniczym tonem. - Zanim wspomniane 

przez   panią   książki   zdobyły   sukces,   badania   genealogiczne   stanowiły   tylko   hobby 

starzejących się panów. Młodzi ludzie na ogół nie myślą o przeszłości. A w fakcie, że gałąź 

rodziny, do której pani należy, była biedna i bez znaczenia, jest z pewnością sporo prawdy.

-   Nie   powiedziałam,   że   byli   bez   znaczenia   -   powiedziała   Carla.   -   Użyłam   słowa 

„niewyróżniający się”.

- Ach, tak! Rozumiem panią. To znaczy... nie interesuje się pani historią rodziny?

- Nie bardzo.

- Jest pani szczera.

- Już mi to mówiono - Carla uśmiechnęła się do niego, a jego nagła uraza natychmiast 

się rozwiała. - Przykro mi - mówiła dalej. - Proszę mi wskazać, czego według pana powinnam 

się dowiedzieć. Sądzę, że w tej sytuacji należy podjąć działanie, a zatem powinnam poznać 

fakty.

- Słusznie. Bardzo dobrze, a więc musi pani wiedzieć, że pani cioteczny pradziad 

William Tregellas był typowym młodszym synem. Są jakieś wzmianki o jego kłótni z ojcem, 

po   której   został   wydziedziczony.   W   rzeczywistości   dziedzictwo   nie   było   wówczas   duże. 

Rodzina jest bardzo stara, ale po wojnie domowej podupadła - to znaczy po angielskiej wojnie 

domowej, w latach...

-   Znam   historię   angielskiej   wojny   domowej   -   powiedziała   Carla,   lekko   się 

uśmiechając.  -  Cromwell  i  król   Karol...  Przypuszczam,  że   moja  rodzina  popierała   króla? 

Bardzo nierozsądnie!

- Właśnie tak było - powiedział pan Fawcett, nie wiadomo dlaczego rozgniewany tą 

uwagą. Cynizm nie pasował do tych dużych szarych oczu. - Hmm. W każdym razie dopiero w 

dziewiętnastym wieku, po wyjeździe Williama do Ameryki, jego kuzyn odbudował majątek 

rodzinny. Na owe czasy była to duża fortuna. Jednakże ówczesny system podatkowy sprawił 

to, czego nie dokonała wojna. Pieniądze się skończyły. Pozostał jedynie dom i kilka akrów 

ziemi.

- A zatem mój domysł sprawdził się - spokojnie powiedziała Carla. - A to kawał.

- Kawał? Kawał? Droga panno Tregellas...

- Ależ nie miałam na myśli, że pan...

Przepraszający   okrzyk   był   bardzo   szczery,   ale   pan   Fawcett   dostrzegł   jakiegoś 

chochlika w przelotnym spojrzeniu szarych oczu.

- Proszę mi wybaczyć - powiedziała skruszona. - Należę do tych okropnych ludzi, 

którzy mówią, zanim pomyślą. Martwię się tym. Próbuję z tym walczyć, ale zdaje się, że 

background image

siedzi to we mnie głęboko. Jak tylko zobaczyłam pana kancelarię, wiedziałam, że sprawa jest 

w   dobrych   rękach,   ale...   Bo   przecież   to   nieprawdopodobna   sytuacja,   nie   sądzi   pan? 

Zapomniani spadkobiercy, pradawna rodzina, zamek na cyplu z widokiem na morze...

Uśmiech   Carli   zachęcał   do   żartobliwego   traktowania   tej   sytuacji   i   pan   Fawcett, 

aczkolwiek niechętnie, także się roześmiał.

- Jestem bardzo praktyczną osobą - kończyła - ale to właśnie dobrze, prawda? Bo 

wielki spadek ostatecznie nie jest taki... ogromny.

- To się zgadza. Cieszę się, że nie wpadła pani na pomysł, aby natychmiast jechać do 

Anglii i zamieszkać w zamku jako jego właścicielka.

- Na Boga, nie. Lubię swój kraj, mam dobrą posadę. Wieczorami chodzę na studia 

podyplomowe. Za kilka lat chcę kandydować na stanowisko dziekana albo dyrektorki jednej z 

najlepszych szkół. Nie mam zamiaru zostać panią na zamku.

- To bardzo dobrze, gdyż nie ma pani wyboru - powiedział pan Fawcett, dziwiąc się, 

jak mógł się tak pomylić co do tej bynajmniej nie sentymentalnej młodej kobiety, biorąc ją za 

istotę romantyczną. - Brak kapitału na utrzymanie domu. Rozumiem zatem, że życzy sobie 

pani, abym zawiadomił mego kolegę w Truro, by wystawił majątek na sprzedaż.

- Tak, proszę. - Carla na chwilę zamilkła. A potem wybuchła: - Ciągle jeszcze nie 

rozumiem, dlaczego prawnik mojego kuzyna, wiedząc, że nie ma pieniędzy, wydawał je na 

poszukiwania   spadkobierców?   Dlaczego   po   prostu   nie   przekazał   zamku   państwu   czy 

odpowiednim władzom?

- Ponieważ taka była ostatnia wola pani kuzyna - cierpliwie wyjaśnił pan Fawcett. - 

Pan Walter Tregellas był bezpośrednim dziedzicem starszego brata pani pradziadka, co czyni 

go...

- Wystarczy nazywać go kuzynem. Czy nie było bliższych spadkobierców?

-   Ku   mojemu   zdziwieniu,   nie!   Testament   zaś   nakładał   szczególne   wymagania: 

prawnik został zobowiązany do odszukania żyjącego krewnego, noszącego nazwisko rodziny. 

Nawet przy tym zastrzeżeniu można było oczekiwać, że znajdą się bliżsi spadkobiercy, ale 

wygląda   na   to,   że   rodzina   w   Anglii   całkowicie   wymarła.   Walter   zmarł,   nie   zostawiając 

potomstwa, a był jedynym synem swego ojca. Dzieci jego wuja...

- Chwileczkę. Czy to znaczy, że gdybym wyszła za mąż, nie mogłabym dziedziczyć?

-   Prawdopodobnie   nie   -   odparł   z   namysłem   pan   Fawcett.   -   Od   tej   strony   jest   to 

rzeczywiście bardzo niewygodny testament. I obawiam się, że dla pani oznacza to więcej 

kłopotów niż korzyści. Szansa pomyślnej sprzedaży wydaje się odległa. Powiedziano mi, że 

background image

majątek   jest   bardzo   zaniedbany   i   położony   na   odludziu,   a   dom   za   duży   na   potrzeby 

przeciętnego nabywcy. Pani jednak i tak nie ma wyboru.

- Tak, rozumiem. Dom musi być sprzedany, jeśli znajdzie się kupiec. Im prędzej, tym 

lepiej.

- A zatem będę potrzebował pani podpisu na tych dokumentach. Otworzył leżący na 

biurku skoroszyt z papierami i zaczął przekładać w nim dokumenty. Jeden z nich podał Carli.

- Może panią zainteresować widok domu.

Była to fotografia. Carla wzięła ją rozbawiona, gdyż nie zdawała sobie sprawy ze 

stosunku   starego   prawnika   do   jej   pragmatycznego   nastawienia.   Miał   wygląd   typowego 

bostończyka - był wysoki, szczupły, nosił ciemny garnitur z kamizelką, okulary bez oprawy - 

i   niewątpliwie   dobrze   ukrywał   swój   sentymentalizm.   Jej   prozaiczne,   rzeczowe   przyjęcie 

sytuacji trochę go drażniło. Biedny staruszek, pomyślała ze zrozumieniem, wszyscy starzy 

ludzie są sentymentalni. Realistów trzeba szukać wśród młodych.

Wtedy spojrzała na fotografię i jej pewność siebie rozwiała się. W miesiąc później 

była w drodze do Anglii.

III

Teraz   w   ten   burzliwy   letni   wieczór   przy   zachodzącym   słońcu   przyglądała   się 

oryginałowi z fotografii.

Nie raz, ale wielokrotnie w ostatnich tygodniach wahała się przed postanowieniem 

przyjazdu   tutaj,   ale   coś   ją   popychało   do   tej   wyprawy.   W   rzeczywistości   nie   była   to 

nieracjonalna decyzja. Jeszcze przed spotkaniem z prawnikiem myślała o podróży w czasie 

letnich wakacji. Po opuszczeniu college’u ciężko pracowała przez cztery lata, a ponieważ 

płacono jej przez dwanaście miesięcy w roku, miała dość pieniędzy na skromną wyprawę. 

Gdy wyraziła chęć podróży do Anglii, pan Fawcett poradził, aby nie spieszyć się ze sprzedażą 

posesji.   Powinna   przecież   obejrzeć   dom,   zanim   straci   go   na   zawsze.   Mogła   liczyć   na 

utrzymanie i mieszkanie w Anglii, gdyż Walter Tregellas zastrzegł w testamencie, że w domu 

pozostanie służba, opłacana do czasu, gdy dom będzie sprzedany albo skończą się pieniądze.

Tak,   podjęła   rozsądną   decyzję   i   pan   Fawcett   był   zadowolony.   Stary   romantyk   - 

pomyślała Carla z życzliwą  pogardą. Wie, że nie mogę  zachować domu, ale chce, abym 

powzdychała   i   pojęczała   nad   nim.   Ale   nie   zamierzała   jęczeć   ani   żałować   tego,   co 

nieuniknione. Przyglądając się wszakże wysokim wieżom i murom oplecionym bluszczem, 

czuła, jak rośnie dziwny, szarpiący ból, który odezwał się po raz pierwszy, gdy spojrzała na 

fotografię w bostońskiej kancelarii.

background image

Zatrzymała   samochód   przy   kamiennym   murze,   tworzącym   grani   cę   między 

posiadłością a zieloną alejką wiejską. Wokół domu rosły drzewa. Na wysokiej zachodniej 

ścianie  skalnej,  gdzie  w   zimie  musiały  wiać   wichry  znad  Atlantyku,  tworzyły   niezbędną 

zasłonę. Ale frontu domu nic nie zasłaniało. Widziała go wyraźnie z drogi, która kiedyś była 

starannie   zadbanym   podjazdem.   Główną   bryłę   budynku   zbudowano   z   szarego   kamienia; 

zapewne był to ten sam granit, który tworzył ścianę skalną wybrzeża. Frontem zwrócony na 

wschód, tyłem na groźny zachód, dom nie robił wrażenia, że obawia się sztormów i nawałnic. 

Masywny i posępny przez długie wieki przetrwał ataki najgorszej kornwalijskiej pogody. 

Zachodzące słońce obmywało mury jasnym złotem. Tylko okna i drzwi stanowiły ciemne 

plamy w blasku słonecznym.

Choć   fotografia   była   czarno-biała,   dobrze   oddawała   charakter   oryginału   -   Carlę 

zdumiała wielkość budynku. Pierwotnie była to rezydencja z epoki Tudorów, ale z biegiem 

wieków dobudowane skrzydła sięgnęły do drzew, otaczających dom z trzech stron. Stał na 

wzniesieniu, tak że Carli z miejsca, gdzie się zatrzymała, mogło się wydawać, że z tyłu była 

jedynie przestronna płaszczyzna pustego nieba. Duszny upał tego dnia zapowiadał deszcz, a 

już teraz zaczynał się sztorm. Chmury, nakrapiane ostrymi barwami zachodzącego słońca, 

stanowiły dla masywnych murów tło pełne dzikiej urody.

Teraz ławica chmur pochłonęła słońce i wyglądało, jakby zgasł reflektor. Krajobraz 

zszarzał, a kiedy wszystkie światła znikły z czarnych murów i nieregularnych zarysów dachu 

z kominami, dom przypominał więzienie. Carla zauważyła wszakże, że w jednym oknie w 

górze pojawiło się światło. Był to niewyraźny, szaro-złoty błysk; zamigotał raz czy dwa i 

zgasł.

Na przednią szybę samochodu spadła olbrzymia kropla deszczu. Carla zadrżała. Nagle 

powiał   zimny   wiatr,   ale   to   nie   był   jedyny   powód,   że   poczuła   chłód.   Zapaliła   silnik   i 

skierowała wóz w wąską alejkę.

Zanim dotarła do domu, zaczął padać gęsty deszcz. Przed wejściem nie było ganku, 

ale drzwi zostały mocno osadzone w głębi bardzo grubego muru, co dawało niejaką osłonę. 

Jednakże zanim tu dotarła, zmokła do suchej nitki, gdyż wyciągnięcie walizek z samochodu 

zabrało jej trochę czasu.

Portal   był   obszerny   i   okazały,   rzeźbione   drzwi   wystarczająco   duże,   by   zmieścić 

fortepian. Zobaczyła mosiężną kołatkę, tak zmatowiałą, że była niewiele jaśniejsza od starych 

płyt,   okalających   wejście.   Z   ciekawością   przyjrzała   się   temu   urządzeniu.   Jej   nierówna 

powierzchnia   świeciła   w   przyćmionym   świetle,   jakby  była   umoczona   w   oleistym   płynie. 

Niewątpliwie przedstawiała jakieś morskie stworzenie; odróżniła długi, rozwidlony ogon i 

background image

dziwnie zniekształconą głowę. Wiatr przywiał na jej plecy deszcz, zdecydowała więc odłożyć 

badania antykwaryczne na lepszą pogodę. Mocno chwyciwszy kołatkę, podniosła ją i zaczeka 

ła, aż opadnie.

Dźwięk   zdawał   się   niknąć,   jakby   pochłaniały   go   drewniane   drzwi.   Zastukała 

ponownie i jeszcze raz. Nie było słychać śladu życia, a jedynym odgłosem był jęk wichru i 

odległy szum, zapewne fal rozbijających się o skały za domem. Już zamierzała wrócić do 

samochodu   i   sprawdzić,   czy   tył   domu   nie   okaże   się   bardziej   gościnny,   gdy   drzwi   się 

otworzyły.

Mimo   że   posiadłość   wydawała   się   zaniedbana,   zawiasy   były   naoliwione.   Ciężkie 

drzwi   cicho   stanęły   otworem.   Otworzyły   się   na   zaskakująco   przyjemne   przejście   do 

oświetlonego   holu.   Był   pokryty   boazerią,   z   posadzką   wyłożoną   dywanem,   a   pośrodku 

widniała   ładna   klatka   schodowa   z   epoki   Tudorów.   W   ramie   otwartych   drzwi   stała, 

przygnieciona   ich   wielkością,   drobna,   stara   pani.   Jej   uśmiech,   różana   twarz   i   bujne 

śnieżnobiałe włosy, delikatne żyłki na rękach i czarna suknia nieuchronnie kazały nazywać ją 

„panią”.  Przysłówek  „nieuchronnie”  był  konieczny.  Gdyby  Carla umiała  ocenić  jej  wiek, 

powiedziałaby, że kobieta była bliżej osiemdziesiątki niż siedemdziesiątki.

Od   prawnika   wiedziała,   że   pani   Pendennis,   gospodyni   Waltera,   zajmowała   się 

posiadłością,   ale   i   bez   tej   informacji   odgadłaby   jej   zajęcie.   Wyglądała   dokładnie   jak 

gospodynie w powieściach - nie posępna, niechętna kobieta, ale słodka, przyjemna osoba w 

rodzaju pani Fairfax z „Jane Eyre”.

Carli było przyjemnie, że witano ją radośnie i oczekiwano jej przyjazdu. Gdy na jej 

wargach w odpowiedzi pojawił się uśmiech i na ustach miała powitanie, nagle jasnobłękitne 

oczy przyjemnej staruszki rozszerzyły się w przerażeniu.

- Na litość Boga - wydusiła z siebie, wyciągając drżące ręce, jakby miała się bronić 

przed jakimś strasznym zjawiskiem. - Lady Caroline wróciła do nas z tamtego świata.

IV

Pierwszą reakcją Carli było oburzenie. Była mokra i zmęczona, a tymczasem ciepło 

oświetlony hol wyglądał zachwycająco - miejsce to zapowiadało równie wytworny salon, 

gdzie srebrny serwis podwieczorkowy będzie stał na mahoniowym stoliku.

Chwyciwszy swoje walizki, zręcznie przecisnęła się koło starszej pani, która cofnęła 

się, zamykając drzwi.

-   Skończmy   z   tym   -   powiedziała   ostro   Carla   tonem,   który   działał   na 

rozhisteryzowanych studentów.

background image

- Przyjechałam ze Stanów, a choć niektórzy ludzie uważają je za przedsionek piekła, z 

pewnością   należą   do   naszego   świata.   Niewątpliwie   wiedziała   pani   o   moim   przyjeździe. 

Przecież jest pani gospodynią, panią Pendennis?

Gospodyni przytaknęła jak zahipnotyzowana.

- I wie pani, kim jestem - mówiła Carla, ociągając się z podaniem swego imienia, tak 

podobnego do wymienionego przez gospodynię. - Odbyłam dzisiaj długą drogę z Londynu i 

raczej jestem zmęczona. Czy zechce pani zaprowadzić mnie do mego pokoju?

- Z Londynu - powtórzyła pani Pendennis, przenosząc oczy z ociekających deszczem 

włosów Carli na jej stopy w sandałach. Zdawała się teraz bardziej uspokojona widokiem 

dziewczyny. - Ależ tak... oczywiście, musi pani być zmęczona. W salonie czeka herbata. Czy 

napije się pani filiżankę, zanim pójdzie pani do pokoju, czy może mam przysłać herbatę przez 

pokojówkę?

- Nie, to niepotrzebne. Dziękuję. Wypiję w salonie. 

Pani   Pendennis   kiwnęła   głową.   Założywszy   ręce   na   piersi,   odwróci   ła   się   i 

poprowadziła Carlę do drzwi na lewo.

Salon musiał być kiedyś bardzo ładny. Ciągle jeszcze był pięknym pomieszczeniem o 

harmonijnych   proporcjach,   z   resztkami   boazerii   dębowej.   Ale   z   dywanu   pokrywającego 

jedynie   połowę   posadzki   zostały   wyświechtane   resztki,   a   umeblowanie   stanowiły   tanie 

nowoczesne meble. Jasne kwadraty na ścianach wskazywały, gdzie kiedyś wisiały obrazy. 

Kilka antyków na tym tle było zupełnie nie na miejscu - sekretera z różanego drzewa, stojąca 

pod   długimi   oknami,   wychodzącymi   na   wschód,   i   srebrny   komplet   podwieczorkowy   na 

niskim stole. Z wewnętrznym drżeniem Carla zatrzymała wzrok na tym ostatnim przedmiocie 

i parze unoszącej się z dzbanka z gorącą wodą. Skąd pani Pendennis znała tak dokładnie czas 

jej przyjazdu? Nie zdziwiłaby się szczególnie, gdyby gospodyni korzystała z kryształowej 

kuli. Uspokoiła się, gdy pani Pendennis powiedziała wyjaśniająco:

- Mary zobaczyła pani samochód z okna na górze. Podejrzewam, że spędza długie 

godziny,  wyglądając przez okno, choć nigdy jej na tym  nie przyłapałam.  Te nowoczesne 

młode kobiety są okropnymi służącymi, nie uważa pani?

-   Tak   mówią   -   przyznała   Carla   -   ale   tym   razem   jestem   zadowolona   z   tego,   że 

wyglądała. Będę wdzięczna za gorącą herbatę. Nie miałam pojęcia, że pogoda może się tak 

gwałtownie zmienić. Teraz wiatr jest bardzo zimny, a prawie przez całą drogę dokuczał mi 

upał.

background image

- Powiew wiatru znad morza  jest zawsze chłodny,  ale obawiam się, że czeka nas 

burza. Mam nadzieję, że nie będzie silna. Byłoby mi przykro, gdyby pierwsze wrażenia w 

Komwalii przestraszyły panią.

- Nie boję się burzy.

Carla usiadła na jednym ze zdezelowanych krzeseł i ręką wskazała drugie gospodyni. 

Wiedziała z pełnej wahania postawy pani Pendennis, że kobieta z jej generacji nie usiądzie, 

zanim nie zrobi tego „pani domu”.

- Czy zechce pani wypić ze mną herbatę? - spytała dziewczyna. 

Pani   Pendennis   rozpromieniła   się.  Miała  taką   twarz,  że   można   by  ją  umieścić   na 

obramowanej koronką kartce na Dzień Matki - łagodną i pomarszczoną, słodką i różową. Ale 

Carla zauważyła, że gospodyni unikała wzrokiem jej twarzy.

- Dziękuję, moja droga, czy mogę nalać pierwszą filiżankę? Jestem pewna, że czuje 

się pani trochę obco i ma wiele pytań dotyczących rodziny.

Jej drobne, pomarszczone ręce zręcznie poruszały się nad filiżanka mi i talerzykami. 

Carla   wzięła   mały   plasterek   chleba   z   masłem   i   parującą   filiżankę   herbaty,   dziękując   za 

cytrynę  i mleko. Właśnie miała się odezwać, gdy drzwi w końcu pokoju się otworzyły i 

wbiegła dziewczyna, niosąca tacę. Była młoda i korpulentna. Opięta spódnica i trykotowa 

bluzka w pełni ukazywały jej krzepki urok. Okrągła twarz była czerwona, a małe czarne 

oczka z wielką ciekawością mierzyły Carlę.

-   Przepraszam   panią   -   powiedziała   zadyszana   -   ale   zapomniałam   o   śmietanie   i 

placuszkach z jęczmiennej mąki. A pomyślałam, że młoda pani będzie chciała ich spróbować, 

bo pewnie jest głodna po tak długiej podróży.

Carla szczerze się do niej uśmiechnęła. Wiedziała, że to raczej ciekawość niż chęć 

usłużenia pchnęły dziewczynę do zjawienia się, ale przyjęła to z pełnym zrozumieniem.

- Dziękuję - powiedziała. - Jesteś z pewnością...

- Mary...  ufam,  że smakuje pani podwieczorek.  Trzymaliśmy czajnik na ogniu od 

trzeciej. I gdy tylko zobaczyłam samochód, powiedziałam pani Pendennis, powiedziałam...

- To wszystko. Mary - przerwała pani Pendennis. - Dziękuję. 

Kiedy   tylko   zamknęły   się   drzwi   za   pokojówką,   gospodyni   potrząsnęła   swą   siwą 

głową.

- Tych dziewcząt nie można nauczyć właściwego zachowania!

- To oczywiste, że była mnie ciekawa - powiedziała Carla. - A podwieczorek bardzo 

mi smakuje. Muszę przyznać, że jestem głodna. Czy to jest słynna śmietana, o której mi 

mówiono?

background image

- To smakołyk Mary, co widać po jej kształtach.

Słynna   śmietana   nie   wyglądała   szczególnie   zachęcająco.   Przypominała   masło   z 

małymi grudkami. Carla nałożyła sporo na placuszek, dodając na wierzch łyżeczkę konfitury 

truskawkowej, i ugryzła kęs na spróbowanie.

- Rozumiem Mary - wyznała i skończyła placuszek raczej z apetytem niż elegancko.

Pani   Pendennis   poszła   za   jej   przykładem.   Potem   otarła   delikatnie   wargi   maleńką 

serwetką, a jej błękitne oczy błyszczały.

- Muszę przyznać się, że mnie także smakuje - wyznała. 

Po tym wyznaniu obu pań, że doceniają takie trywialne przyjemności, nastrój stracił 

sztywność.   Zdawało   się,   że   pani   Pendennis   zapomniała   o   początkowym   niepokoju,   bez 

względu na to, co było jego przyczyną. Wesoło gawędziła o kornwalijskich przysmakach, 

zwyczajach   i   miejscowej   pogodzie.   W   tej   ostatniej   kwestii   miała   bardzo   dużo   do 

powiedzenia, a Carla odniosła wrażenie, że właśnie widzi zadziwiającą realistyczną ilustrację 

słów   gospodyni.   Pochmurne   niebo   było   prawie   tak   ciemne,   jak   w   nocy,   mimo   grubości 

starych murów dziewczyna z przykrością odczuwała siłę wiatru. Deszcz uderzał o szyby, jak 

gdyby jakieś mocne ręce wylewały na nie strumienie wody. Przyćmione światła migotały, a 

po chwili całkiem zgasły. Pani Pendennis westchnęła rozgoryczona.

- Obawiałam się, że to może nastąpić. Zdarza się to przy silnym wichrze. Nie ruszaj 

się, moja droga, a Mary za chwilę przyniesie świecę.

Carla nie zamierzała się ruszyć. Z trudem widziała trzymaną  w ręku filiżankę. Za 

chwilę   rzeczywiście   otworzyły   się   drzwi   i   ukazała   się   Mary,   osłaniając   dłonią   świecę, 

rzucającą dziwaczne cienie na jej twarz.

- Wysiadło światło - oznajmiła niepotrzebnie. - Wysiadła także elektryczna kuchenka, 

a pani Polreath powiedziała, że nie może przygotować porządnego posiłku na tym starym, 

czarnym gracie. Tak że zaraz sobie pójdzie, psze-pani, zanim wzmoże się burza.

- Nonsens - ostro odpowiedziała pani Pendennis. - Pani Polreath zgodziła się zostać do 

ósmej, i zostanie. Zaraz z nią pomówię.

- Wcale  nie musi  gotować kolacji - oświadczyła  Carla. - Jestem zbyt  zmęczona i 

zjadłam za dużo placuszków, aby docenić kolację. Ale burza jest bardzo groźna... Czy pani 

Polreath i ty. Mary, nie powinnyście zostać tutaj na noc?

Mary westchnęła głęboko.

- Zostać na noc? O nie, panienko, nie spędzę nocy w tym domu bez względu na to, co 

mi pani obieca!

background image

- Dość tych głupstw - gniewnie burknęła gospodyni. Przez chwilę stała, namyślając 

się, zanim powiedziała zirytowanym tonem: - Sądzę, że musimy poprzestać na zimnej kolacji. 

Czy będzie pani chciała zjeść ją w swoim pokoju, panno Tregellas? Mary przyniesie pani 

tacę, zanim wyjdzie. Potem będzie pani mogła odpocząć, jeśli to pani odpowiada.

- Bez światła i telewizji niewiele pozostaje do zrobienia - oznajmiła pogodnie Mary, 

nie zwracając uwagi na gniewne spojrzenie gospodyni w jej stronę.

- Bardzo mi to odpowiada - oznajmiła Carla - ale sama mogę przynieść sobie tacę, 

jeśli Mary chce wyjść teraz.

Zapomniała o swojej pozycji. Pani Pendennis przypomniała jej to spojrzeniem pełnym 

lodowatej dezaprobaty, a Mary rozbawionym chichotem. Zamilkła więc i udała się za drobną, 

majestatyczną postacią gospodyni do holu i na schody.

Carla niosła własną świecę, ale oświetlenie, które dawała wraz ze świecą gospodyni, 

ledwo pozwalało  jej widzieć drogę. Mogła wszakże dostrzec, wspinając się po schodach, 

zwodnicze błyski na sczerniałych starych portretach i wspaniałych rzeźbach, była jednak zbyt 

skupiona na swoich krokach, by wiele zobaczyć. Gołe stopnie schodów tak były wydeptane, 

że przy każdym  kroku czuło się pośrodku zagłębienie.  Ten niemy ślad czasu napawał ją 

drżeniem. W bladym świetle nietrudno było wyobrazić sobie, że cofnęła się w czasie o kilka 

stuleci. Zniszczenia, dokonane przez czas i ubóstwo, skrywa ła ciemność, ale nadal trwała 

atmosfera domu - wiekowy zapach kurzu i politury, wyschłego drewna, skrzypienie desek 

pod stopami i przytłumione wycie wichru na dworze; trzask ram okiennych i okiennic...

Pani   Pendennis   nagle   zatrzymała   się,   wykrzykując   coś   zduszonym   głosem.   Carla 

podskoczyła, a jakiś stwór, przebiegłszy koło niej, rzucił się ze schodów w dół. Stało się to 

bez ostrzeżenia, gdyż stwór nie wydał żadnego dźwięku, czuła jednak, że pędząc, otarł się o 

jej nogi.

-   Wielkie   nieba   -   wykrztusiła,   łagodząc   okrzyk   zaskoczenia   ze   względu   na   panią 

Pendennis. - Co to było?

-   Kot   -   powiedziała   gospodyni   przez   zaciśnięte   wargi.   Carlę   opanował   nagły 

niepohamowany śmiech.

-   Przepraszam   -   zachichotała,   podczas   gdy   gospodyni   przyglądała   się   jej   z 

powściągliwym   zdziwieniem.   -   Przypomniała   mi   się   operetka   „Fartuszek”   Gilberta   i 

Sullivana. Zna ją pani? Te słowa „Boże mój, co to tak? Co to było? Cicho bądź, to był kot...”

- Dobrze znam tę operetkę - oznajmiła pani Pendennis z miną królowej Wiktorii, którą 

jakiś niezręczny dworzanin usiłuje zabawić. - Cieszę się, że ich doskonale opery komiczne są 

background image

jeszcze znane w Stanach. Niestety, to przeklęte zwierzę sprawia mi więcej przykrości niż 

przyjemności. To kot kuchenny. Nie pozwalamy mu wchodzić na górę.

-   Przekonałam   się   -   oznajmiła   Carla,   usiłując   zachować   powagę   -   że   trudno   jest 

przekonać kota, iż jest obywatelem drugiej kategorii. Dlaczego trzyma pani kota, jeśli go pani 

nie lubi?

-   Nie   mam   nic   przeciwko   grzecznym   kotom   -   powiedziała   gospodyni.   -   Ale   ten 

potwór... Ma jednak tę zaletę, że świetnie łapie myszy. Mam nadzieję, panno Tregellas, że nie 

przeraża pani myśl, że w zamku są myszy. Tak wielki i stary dom...

- Nie szaleję za myszami, ale mi nie przeszkadzają.

- Świetnie. Chodźmy zatem.

Gdy   gospodyni   odwróciła   od   niej   oczy,   dalej   wspinając   się   po   schodach,   Carla 

przestała się uśmiechać. Ucieszyła ją chwila humoru, gdyż atmosfera domu wcale nie była 

zabawna, szczególnie w czasie groźnej burzy.

Hol na pierwszym piętrze ciągnął się jak długi, ciemny tunel, tylko pozamykane drzwi 

i   kilka   ponurych   obrazów   przerywało   monotonię.   Pani   Pendennis   przebyła   go   do  końca, 

zanim skręciła w boczny korytarz. Stukot jej obcasów na gołej posadzce odbijał się głuchym 

echem. Wreszcie zatrzymała  się przed jakimiś drzwiami i otworzyła  je. Powiew zimnego 

powietrza   spowodował   gwałtowne   migotanie   świecy   Carli.   Pani   Pendennis,   bardziej 

doświadczona w sprawach starego domu,  zasło niła swoją świecę ręką i teraz weszła do 

pokoju, wyprzedzając Carlę.

- Pozwoliłam sobie przygotować dla pani zielony pokój, panno Tregellas. To nie jest 

główna sypialnia, ale pomyślałam, że będzie pani wolała raczej pokój w tym skrzydle, blisko 

mojego,   niż   odosobniony   we   frontowej   części   domu   -   szczególnie   teraz,   gdy   zawiodła 

elektryczność.

- Zdecydowanie tak. To bardzo miły pokój, pani Pendennis - serdecznie powiedziała 

Carla.

Pomyślała zaś - cienie Charlotte Bronte!

Ten pokój trwał w dawnej świetności. Przewiewny, z wysokim sufitem, ciemnymi 

boazeriami,   umeblowany   był   ciężkimi   antycznymi   sprzętami.   Stało   tu   łoże   z   czterema 

słupkami, z których zwisały ciemnoczerwone kotary. Aksamitne draperie zasłaniały okna na 

zachodniej ścianie. Choć były grube i ciężkie, poruszały się niespokojnie w powiewie wichru. 

Ponadto wilgotna fala powietrza napływała z kominka z pięknie rzeźbioną obudową. Dywan 

był całkowicie wytarty, ale przynajmniej była to wspaniała buchara.

background image

Carla zdała sobie sprawę, że pani Pendennis musiała zabrać najlepsze z zachowanych 

jeszcze mebli z innych pokoi, aby ten urządzić. Większość wartościowych przedmiotów - 

obrazów,   mebli   -   została   sprzedana.   Przeczuwała,   że   utrzymanie   domu   opierało   się   na 

sprzedaży   pozostałych   jeszcze   antyków.   Prawdopodobnie   w   srebrnym   serwisie 

podwieczorkowym podawano po raz ostatni herbatę Tregellasom. Jak sądziła, wart był kilka 

tysięcy dolarów. Wystarczyłoby na pensje dla personelu na długi czas.

Zielony   pokój   rzeczywiście   robił   wrażenie,   był   ponury,   staroświecki,   a   słabe 

oświetlenie   nieźle   kryło   jego   niedostatki.   Carla   stwierdziła,   że   porusza   wyobraźnię. 

Gospodyni usiłowała desperacko wywołać cień dawnej świetności...

Pani   Pendennis   zapaliła   jeszcze   kilka   świec.   Sądząc   po   ich   zapasie,   kłopoty   z 

elektrycznością nie były rzadkością. Teraz pokój był wystarczająco oświetlony i gospodyni 

rozejrzała się krytycznie.

- Mój pokój jest ostatni w tym korytarzu - wyjaśniła, przesuwając palec po brzegu 

stołu   i  kiwając  głową  z   zadowoleniem.  -  Łazienka   jest  z   drugiej   strony  holu.  Myślę,   że 

znajdzie tam pani wszystko, co potrzeba. Tym razem Mary zadowalająco dała sobie radę ze 

sprzątaniem. Gdyby pani jeszcze czegoś potrzebowała...

- Jestem pewna, że wszystko będzie w porządku - powiedziała Carla.

Nagle zdała sobie sprawę, że gospodyni przerwała zdanie nie tylko z uprzejmości.

Wysoko unosząc świecę, pani Pendennis utkwiła wzrok w ścianie nad stołem. Oczy 

jej błyszczały niesamowicie w refleksie światła. Wzrok Carli powędrował za spojrzeniem 

gospodyni. Na ścianie wisiał obraz. Był pociemniały ze starości, a mrok panujący w pokoju 

sprawił, że z miejsca, gdzie stała Carla, nie można było dojrzeć szczegółów. Trudno było 

uwierzyć,   że   obraz   był   przyczyną   przerażenia   gospodyni.   Z   pewnością   pani   Pendennis 

musiała dopilnować rozmieszczenia rzeczy w tym pokoju.

Tymczasem gospodyni, cofając się do drzwi, mruczała do siebie: - Jak to możliwe? 

Powiedziałam Mary, aby zawiesiła tu sztych. Jak ona mogła... - Nagle potknęła się o wytarty 

dywan, Carla podskoczyła, chwytając ją za ramię, na które zaczęła kapać świeca.

Pani Pendennis przeniosła teraz upiorny wzrok na Carlę i cicho krzyknęła.

- Co się stało? - spytała Carla.

- Nic. Nic takiego. Mary musiała źle zrozumieć moje polecenia. Ale to bez znaczenia. 

Dobranoc! Aha, pokojówka przyniesie pani kolację... Mam nadzieję, że wszystko będzie w 

porządku.

Wyswobodziła ramię przytrzymywane przez Carlę i wyszła z pokoju tak szybko, jak 

tylko mogły ją unieść stare nogi, zamykając z trzaskiem drzwi.

background image

Carla natychmiast podeszła do obrazu, by lepiej go obejrzeć, ale nie znalazła nic, co 

mogłoby wywołać przerażenie staruszki. Obraz był portretem i to bardzo niedobrym.  Nic 

dziwnego, że nie uznano go za dość cenny, aby go sprzedać. Ukazywał głowę i ramiona 

kobiety. Wzór koronki wokół jej dekoltu i fryzura sugerowały, że powstał w osiemnastym 

wieku.

Carla odwróciła się, wzruszając ramionami. Teraz najbardziej chciała się znaleźć w 

łazience z drugiej strony holu.

Łazienka była zaskakująco nowoczesna i dobrze wyposażona. Ale nie było to takie 

dziwne. Urządzenia łazienki trudno było wymontować i sprzedać. Kiedy jednak Carla chciała 

napełnić  wannę, okazało się, że leci tylko  zimna woda. Albo system zależał od jakiegoś 

skomplikowanego   urządzenia,   którego   nie   rozumiała,   albo   wodę   podgrzewano 

elektrycznością. Zrezygnowała zatem z kąpieli - nie mając skłonności spartańskich - i szybko 

umyła się gąbką, natychmiast wślizgując się w nocną koszulę i najcieplejszy szlafrok.

Gdy wróciła do pokoju, zastała tam Mary z tacą. Na widok Carli drgnęła.

- Zastanawiałam się, gdzie pani jest - powiedziała, ustawiając tacę na stole. - Czy 

będzie panienka jeszcze czegoś potrzebowała? Jeśli nie, chciałabym odejść.

-   Mam   wszystko   -   powiedziała   Carla,   podziwiając   spojrzeniem   zawartość   tacy. 

Nieznanej   pani   Polreath   udało   się   zagotować   wodę   na   herbatę.   Inne   przykryte   naczynie 

nasuwało myśl o zupie. Jeśli kucharka tak rozumiała byle jaki posiłek, Carla zastanawiała się, 

jaki mógł być jej zestaw popisowy.

- Możesz już odejść. Mary. Mam nadzieję, że masz niedaleko do domu. Posłuchaj 

tylko wiatru!

Mary uśmiechnęła się raczej boleśnie.

- Tak, panienko. Okropny. Mój dziadek zwykł mawiać, że gdy wieje taki wiatr, trzeba 

dwóch ludzi do przytrzymania włosów na głowie człowieka.

- Naprawdę myślę, że powinnaś spędzić noc tutaj.

- Nie, panienko! - Mary westchnęła gwałtownie. - Nie mogłabym... to znaczy, mam 

niedaleko, panienko. Tylko do wioski, a moja mama i tato bardzo by się martwili, gdybym nie 

wróciła. Jestem przyzwyczajona do niepogody, tak jak wszyscy miejscowi...

Carla   miała   nieodparte   wrażenie,   że   Mary   chciała   coś   jeszcze   powiedzieć,   ale 

rozmyśliła się. Zapewne pani Pendennis pouczyła ją, jak ma ukrywać swoje uczucia, ale było 

oczywiste,  że  Mary bała  się  zostać  na  noc w tym  domu;  bała  się tak mocno,  że  wolała 

ryzykować powrót w czasie groźnej burzy.

background image

Kusiło ją, aby wybadać Mary. Dziewczyna nie była nadmiernie bystra i bez trudu 

wydobyłaby z niej jakieś makabryczne opowieści o upiorach i wampirach. Ale nie miała serca 

zatrzymywać Mary, a poza tym nie bardzo chciała pozostać w atmosferze tych opowieści, 

zwłaszcza w perspektywie nocy w tym starodawnym, posępnym łożu.

- Pośpiesz się zatem, jeśli musisz odejść - powiedziała. - Dziękuję ci. Mary - dodała. - 

Uważaj na siebie.

- Tak, panienko, będę ostrożna. Dziękuję panience. Dobranoc! 

Potem wyszła z pokoju, nie spoglądając na portret, tak jak pani Pendennis. Carla miała 

wrażenie,   że   wcześniej   dyskretnie   zerkała   nań   kątem   oka,   jak   człowiek   śledzący 

niebezpieczne zwierzę i czekający na jego najmniejszy, złowrogi ruch.

background image

Rozdział drugi

Obudziwszy się następnego dnia, dopiero po kilku minutach Carla zdała sobie sprawę, 

gdzie jest. Pokój wydawał jej się bardzo ciemny. Z pewnością nie mogło być aż tak wcześnie. 

Ale zaraz spostrzegła, że zasłony przy łóżku były zaciągnięte. Sama zaciągnęła je wczoraj 

wieczorem, postępując nieco rozsądniej, niż gdyby starym zwyczajem schowała głowę pod 

kołdrę.

Teraz odsłoniła je i wyskoczywszy z łóżka, rozciągnęła się jak długa na podłodze; 

zapomniała bowiem, że łóżko stało na podwyższeniu, stopę albo dwie wyżej niż podłoga, a 

nie była do tego przyzwyczajona.

Podniósłszy się, podbiegła do okna. Zasłaniały je ciężkie draperie. Były na tyle grube, 

by   zaciemnić   pokój,   ale   smugi   światła,   przenikające   je   i   okalające   dokoła,   zapowiadały 

pogodny   dzień.   Carla   odsunęła   je   i   aż   zmrużyła   oczy   w   powodzi   oślepiającego   światła 

słonecznego.   Było   to   okno   francuskie.   Otworzyła   je   szeroko   i   wyszła   na   mały   balkon, 

otoczony kamiennym murkiem.

Na   wschodzie,   za   domem,   wschodziło   słońce.   Olśniewające   pastelowe,   różowe   i 

lazurowe refleksy światła kładły się na puszystych obłoczkach, odcinających się od nieba 

złotymi krańcami. W iskrzącym świetle mieszały się granice morza i nieba. Nie było widać 

kresu widnokręgu.

Zamknięta przestrzeń, wielkości trzech akrów, ciągnęła się od murów domu do skalnej 

przepaści. Ale patrząc z wysoka, Carli zdawało się, że otacza ją przestwór ozonu lub czegoś 

równie zdrowego i ożywczego. Światło było tak jasne, że widziała każdy listek na drzewach 

w   dole.   Powietrze   było   rześkie.   Stała   tam,   ściskając   rękoma   nagi   mur,   i   ociągała   się   z 

odejściem, nie chcąc rezygnować z malowniczego widoku. Z doznaniem estetycznym łączyło 

się nowe, naganne raczej poczucie posiadania. To wszystko należy do niej - tylko chwilowo, 

bo wkrótce przeminie - dopóki wszakże trwało, było jej własnością. Dom, ziemia, widok 

morza i nieba.

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Drżąc, cofnęła się do pokoju w porę, by 

powitać Mary, która weszła z herbatą na tacy.

- Dzień dobry - powitała Carlę i potrząsnęła z naganą głową na widok jej lekkiego 

szlafroka. - Zaziębi się pani na śmierć w tym stroju, kochana. Proszę wskoczyć do łóżka, a ja 

zamknę okno.

background image

-   Proszę,   nie   zamykaj!   -   Carla   zgodnie   z   jej   radą   wślizgnęła   się   pod   kołdrę   i 

przytrzymała tacę, którą Mary położyła na jej kolanach.

Miała ochotę ogrzać ręce nad dymiącym dziobkiem dzbanka z herbatą, ale nie mogła 

znieść, aby odcięto ją od światła i chłodnego świeżego powietrza.

- Teraz już będzie mi ciepło. Świeże powietrze jest przyjemne. A herbata wygląda 

bardzo zachęcająco. Jak się domyśliłaś, że już wstałam?

Ale   przypomniała   sobie,   jak   bezceremonialnie   wyskoczyła   z   łóżka.   Spostrzegłszy 

śmiejące oczy Mary, sama zaczęła się śmiać.

- Czy narobiłam tyle hałasu?

- Wyglądało, że wali się sufit - Mary uśmiechnęła się szeroko. - Powiedziałam pani P., 

że to piekielne stare łoże grozi pani katastrofą. Ale z nią nie ma dyskusji, jak coś postanowi, 

dobra dusza. Chciała przyjąć panią z honorami.

- Wiem. Pokój wygląda pięknie, Mary. Sadzę, że jest w tym duży twój udział.

- To należy do moich obowiązków. Szczerze mówiąc, nie znoszę tych  wstrętnych 

starych i ciemnych mebli. Bardziej mi się podobają takie z chromu i winylu, coś pogodnego. 

Ale jest tu czysto, panienko. Ręczę za to. Czy jeszcze pani czegoś potrzeba? Śniadanie będzie 

za pół godziny.

Skinęła głową i wyszła. Oparta na poduszkach Carla wolno sączyła parzącą herbatę. 

Świeże   powietrze   miało   niebiańską   woń,  a   do   pokoju  wlewało   się   słońce.   Gorący   napój 

rozgrzał ją od stóp do głów. Gdzieś z dołu dochodził zapach bekonu. Czy to możliwe, aby go 

poczuła tak daleko od kuchni? Ogarnął ją wilczy apetyt i poczucie pełnej radości. Pomyśleć 

tylko, że zamierzała pozbyć się tego miejsca, nie zobaczywszy go!

Skrzywiła   się   z   zakłopotaniem   i   zażenowaniem,   uświadomiwszy   sobie   przyczynę 

swego dobrego samopoczucia. Luksus był niesłychanie kuszący. We wczesnej młodości była 

płomiennie   radykalna,   wymachiwała   transparentami,   żądając   sprawiedliwości   społecznej. 

Nadal   uważała   to   za   słuszne,   oczywiście...   Ale   teraz   zaczęła   rozumieć,   dlaczego   ludzie 

majętni tak mocno walczyli o zachowanie swych przywilejów.

W  świetle  dziennym  jej pokój  tak w  niczym  nie  przypominał  ponurej  komnaty  z 

wczorajszego wieczoru, że mogło jej się niemal wydać, że w czasie snu przeniesiono ją do 

innego   pomieszczenia.   Co   prawda   słońce   bezlitośnie   ukazywało   wytarte   partie   dywanu   i 

zasłon,   ale   to   zniszczenie   było   w   tak   dobrym   tonie,   że   nieomal   było   na   miejscu   i   nie 

przeszkadzało.

Carla potrząsnęła głową ze zdziwieniem, przypomniawszy sobie, jakim to tchórzem 

okazała się wczorajszego wieczoru. To był rys charakteru, z którego dotąd nie zdawała sobie 

background image

sprawy, a teraz trudno jej było  go pojąć. Przed spotkaniem z panem Fawcettem uważała 

siebie za osobę bez wyobraźni, nieomal nudną, całkowicie pozbawioną przesądów. Słabostki 

przyjaciół - jak wiara w maskotki, czytanie horoskopów w czasopismach, unikanie czarnych 

kotów, rozbite lusterka - wywoływały u niej jedynie ironiczne komentarze. Nie lubiła nawet 

dobrych historii o duchach.

A teraz wyglądało na to, że znalazła się w środku jednej z nich. Mimo że nie była zbyt 

mocna w tej dziedzinie, znała z grubsza zasady nią rządzące. Musiała koncentrować się wokół 

Caroline Tregellas, zmarłej dawno temu, bardzo dawno, bo jeśli portret miał przedstawiać 

ową Caroline, to sądząc po jej kostiumie, w końcu osiemnastego wieku. Carla przyjrzała się 

portretowi,   skąpanemu   teraz   w   jasnym   świetle   słonecznym.   Pani   Pendennis   musi   mieć 

bystrzejszy   wzrok   albo   większą   wyobraźnię,   jeśli   dostrzega   podobieństwo   między 

zamglonymi rysami kobiety na portrecie a swą nową chlebodawczynią. Kobieta na obrazie 

miała ciemne włosy i oczy, ale tu kończyło się podobieństwo. Co do reszty twarzy trudno 

było wciągać jakieś wnioski

Było dziwne, że duch z rodzimej legendy zaprzątał wyobraźnię tak różnych osób, jak 

stateczna, stara gospodyni i wesoła, trochę wulgarna pokojówka. Jednakże Carla wiedziała, że 

przesądy nie były jedynie słabostkami prostych ludzi. Duch rodziny dodawał starej rezydencji 

prestiżu. Mieszkańcy mogli się go obawiać, ale sekretnie byli dumni z tego wyróżnienia. 

Nagle uderzyła ją myśl, że duch także należy do niej!

Ten pomysł  dziwnie ją zafascynował  i wywołał uśmiech  na jej wargach. Wczoraj 

wieczór, ledwo zjadła kolację, wskoczyła do łóżka i zaciągnęła kotary, chroniąc się przed 

cieniami dużego, pełnego przeciągów pokoju. Ledwo uchwytne, nieustanne falowanie kotar 

mogło   nasunąć   jakieś   koszmary   nocne,   wiatr   wył   jak   potępione   dusze,   lamentujące   nad 

nieosiągalną radością raju. Ale teraz w słonecznym świetle dnia nie można było traktować 

poważnie takich myśli. Tak naprawdę Carla nie mogła się doczekać, kiedy usłyszy od pani 

Pendennis   całą   legendę.   Własny   duch...   z   taką   dodatkową   atrakcją   może   będzie   mogła 

sprzedać dom jakiemuś bogatemu Amerykaninowi.

Elektryczność znowu działała. W łazience była gorąca woda. Carla szybko uporała się 

z myciem, ubrała się i zeszła na dół. Zapach bekonu zaprowadził ją do kuchni.

Od pierwszego spojrzenia urzekło ją to pomieszczenie. Na szerokim parapecie kwitły 

pelargonie, a kamienne płyty posadzki były idealnie czyste. Z belek sufitu zwieszały się pęki 

ziół i suszonych jarzyn oraz duża wiejska wędzona szynka. Jedynymi śladami nowoczesności 

były   elektryczna   kuchenka   i   lodówka.   Stary   kuchenny   piec   nadal   stał   w   rogu,   ale   choć 

background image

dodawał pomieszczeniu uroku, Carla nie miała za złe pani Polreath, że nie chciała na nim 

gotować.

Tęga młoda kobieta stojąca przy zlewie to z pewnością kucharka. Carla zastanawiała 

się,  czy wszyscy  mieszkańcy  Komwalii  tak odpowiadali  określonym  stereotypom,  jak ci, 

których do tej pory poznała. Pani Pendennis jakby zstąpiła z kart „Jane Eyre”, a kucharka była 

okrągła i rumiana, jakby była żywym świadectwem swojej profesji.

- Ale mnie panienka przestraszyła - wykrzyknęła, przyciskając rękę do serca.

Carla przeprosiła, wyraziła zachwyt kuchnią i przedstawiła się. Była to niepotrzebna, 

ale miła formalność, która - jak się wydaje - spodoba ła się kucharce. Zanim wyciągnęła rękę 

do Carli, wytarła ją o fartuch.

Carla z przyjemnością zjadłaby śniadanie w kuchni przy dużym dębowym stole, tak 

potężnym   i   masywnym,   że   robił   wrażenie,   jakby   wyrastał   z   podłogi,   ale   kucharka 

zaprowadziła ją do pokoju śniadaniowego. Postanowiła nie robić z tego sprawy, choć sytuacja 

wydala   jej   się   co   najmniej   absurdalna.   Dwie   służące   -   a   właściwie   trzy,   licząc   panią 

Pendennis - miały usługiwać zdrowej młodej kobiecie w rozpadającym się domu, którego 

meble sprzedawano, aby zapłacić im pensje. No tak, pomyślała... To będzie trwało tylko parę 

tygodni.

Pani   Pendennis   kończyła   właśnie   śniadanie.   Zamieniły   kilka   słów,   gawędząc   o 

pogodzie   -   zawsze   użytecznym   temacie,   a   w   Kornwalii   szczególnie   odpowiednim. 

Tymczasem Mary przyniosła jajka na bekonie, świeżo parzoną kawę i tosty. Carla jednak 

zdawała   sobie   sprawę   z   ukośnych   spojrzeń   gospodyni.   Gdy   Mary   wyszła,   postanowiła 

wyjaśnić sprawę.

- Kto to była lady Caroline? - spytała nagle. Pani Pendennis westchnęła.

-   Wstyd   mi,   że   wygadałam   się   tak   nieopatrznie   zaraz   po   pani   przybyciu.   Chyba 

powinnam panią ostrzec... A podobieństwo jest naprawdę zadziwiające.

-  Jeśli   mówi   pani  o  podobieństwie  do  kobiety  z  portretu  w  moim  pokoju,  to   nie 

dostrzegłam go - chłodno zauważyła Carla.

-   Oczywiście   -   odpowiedziała   gospodyni   z   nie   mniejszym   chłodem.   -   Nigdy   nie 

zdajemy   sobie   w   pełni   sprawy   z   naszego   wyglądu,   moja   droga.   Obraz   jest   mylący. 

Zniekształca rzeczywistość.

Carla   poczuła   zażenowanie.   Pani   Pendennis   była   dziwną   mieszaniną   przesądów   i 

bystrego zdrowego rozsądku. Pomimo to Carla nie miała zamiaru zgodzić się, jakoby istniało 

jakiekolwiek podobieństwo, chyba tylko w wyobraźni starszej pani.

- A może opowie mi pani tę historię - powiedziała. - Dlaczego należało mnie ostrzec?

background image

Oczekiwała dobrej, przerażającej opowieści o duchach, mając nadzieję, że ją rozbawi 

w takim pogodnym dniu. Pani Pendennis wszakże była doskonałym gawędziarzem, a to, że 

wierzyła  w każde słowo opowiadanej  fantastycznej  historii,  nadało jej  siłę, która zmiotła 

uśmiech z twarzy Carli i sprawiła, że zapomniała dokończyć doskonałe śniadanie.

Jak powiedziała pani Pendennis, lady Caroline z portretu była dziewczyną żyjącą w 

osiemnastym wieku, jedyną córką pana Tregellas, dziedzica tego zamku.

- Była najpiękniejszą dzieweczką w księstwie Komwalii - mówiła gospodyni z nutką 

rozmarzenia.  -  Jedwabiste   czarne   włosy,  karnacja   jak  płatki  białej   róży,  usta  jak  kwiaty. 

Patrząc   na   jej   spacer   w   ogrodzie,   miało   się   wrażenie,   że   się   ogląda   lot   ptaka.   Nie   było 

młodego człowieka w południowej Anglii, który by nie starał się o jej rękę, ale ona miała 

poślubić  najbogatszego  i  najprzystojniejszego  z nich.  To był  lord  William.  Był  wysoki  i 

dzielny, zawsze z uśmiechem na ustach i strzechą lśniących, złocistych włosów jak korona 

królewska.   Przebywał   w   zamku   w   wigilię   ich   ślubu.   Siedzieli   na   kanapie   w   salonie   ze 

splecionymi   dłońmi,   szepcząc   coś   do   siebie,   a   jej   matka   drzemała   przy   kominku.   Nagle 

Caroline uwolniła swoje ręce z jego uścisku i wstała;

jak lunatyczka utkwiła szkliste oczy w jednym punkcie, nie odpowiedziała na jego 

słowa i wymknęła się z pokoju. Zobaczył, że zaczyna wchodzić po schodach, ale nie poszedł 

za nią. To był ostatni raz, kiedy on i inni widzieli Caroline Tregellas żywą - ale nie widzieli 

również zmarłej. Tej nocy zniknęła z powierzchni ziemi.

Gospodyni wypiła łyk kawy i spojrzała z wyzwaniem na Carlę.

- No tak - odezwała się Carla. - To całkiem... Przypuszczam, że rodzina szukała jej 

wszędzie. Oczywiście! A więc nie było jej w domu. Musiała wyjść na dwór. Może chciała 

odetchnąć świeżym powietrzem i poszła na spacer. Jeśli spacerowała po skałach o zmroku, 

mogła spaść - tak musiało się stać. Mówiono mi o prądach na tym wybrzeżu. Jej ciało mogło 

wpaść do wody i nigdy go nie znaleziono.

- Tak to właśnie opowiadano - powiedziała pani Pendennis i pokrzepiwszy się kawą, 

ciągnęła dalej. - Ale oczywiście całe sąsiedztwo wiedziało, że to nieprawda.

- Doprawdy? Skąd wiedzieli?

- To stara historia. - Cicho, z nieodpartym przekonaniem powiedziała gospodyni.

Utkwiła   teraz   wzrok   w   suficie   i   jej   także,   podobnie   jak   heroinie   jej   opowieści, 

zaszkliły się oczy.

- Potem zapomniano o zdarzeniu. Arystokraci kornwalijscy w osiemnastym wieku nie 

byli   uczeni.   Nie   czytali   zawiłych   starych   dziejów   swych   domów.   Oddawali   się   raczej 

polowaniom i pijaństwu. A to się działo dwieście lat temu... Wiedza nie mogła jej uratować. 

background image

Ale   mogła   ocalić   lorda   Williama.   On   oczywiście   myślał   tak   jak   pani.   Gdy   Caroline   nie 

powróciła, a poruszeni domownicy nie znaleźli jej śladu w domu, lord William nalegał, aby 

przeszukać cały teren, i sam dołączył do poszukujących. Właśnie zaczynał się sztorm, fala 

była wysoka, ale poszukujący byli miejscowymi ludźmi, znającymi tutaj każdą piędź ziemi. 

Szukali   przez   długie   godziny,   aż   do   chwili   gdy   chmury   przyćmiły   księżyc   i   przestali 

cokolwiek   widzieć.   Nie   znaleźli   lady   Caroline,   ale   przy   zachodniej   bramie   znaleźli   jej 

narzeczonego. Jego ciało było zimne i sztywne. Jego oczy...

- Zachowały wyraz  przerażenia  - niegrzecznie  przerwała  Carla. - Doprawdy,  pani 

Pendennis...

- Nie, nie miał otwartych oczu - z powagą poprawiła gospodyni. - Zakrywały je długie 

zwoje morskich wodorostów, jak opaska. Ociekające wodorosty oplatały ze wszystkich stron 

jego   ciało,   które   wyglądało,   jakby   zgniotła   je   jakaś   bestia.   Widzi   pani,   on   przyszedł   za 

wcześnie. Gdyby znalazł się tam minutę później, zniknęliby w morzu, z którego On przybył, 

by ją porwać. Wszakże lord William znalazł się tam na czas, by próbować ich zatrzymać. 

Jednakże bezskutecznie. Ratownicy zanieśli go do domu i ku ich zaskoczeniu, okazało się, że 

lord William żyje. Byłoby lepiej dla niego, gdyby zmarł. Jego piękne złote włosy były białe 

jak śnieg. Rany na ciele z czasem zagoiły się, ale nie na duszy. Zmarł kilka lat później w 

domu   szaleńców   w   Bodmin.   Nigdy   nie   powiedział   nic   z   sensem,   ale   często   majaczył 

nieprzytomnie   o   ciemnym,   szlamowatym   stworze,   który   go   zmiażdżył   bezkostnymi 

ramionami,   podczas   gdy   jego   ukochana   stała,   przyglądając   się   szeroko   otwartymi, 

przerażonymi oczyma. Gospodyni orzeźwiła się następnym łykiem kawy.

Tym   razem   Carla   milczała.   Nic   jej   nie   przychodziło   na   myśl.   Gdy   gospodyni 

ponownie   podjęła   opowieść,   jej   tajemniczy   szept   zmienił   się   w   suchy,   rześki   ton 

sprawozdawcy faktów.

-   Ukrywano   tę   historię,   ale   oczywiście   nie   można   było   powstrzymać   ludzi   od 

mówienia. To brat Caroline, dziedzic Thomas, odkrył prawdę. Był małym dzieckiem, gdy 

zniknęła jego siostra. Słyszał szepty służby i widział, jak coraz bardziej marniała jego matka, 

aż wkrótce zgasło jej życie. Z czasem znalazł rękopis, opisujący los jego siostry. Potem zaczął 

prowadzić samotniczy tryb życia, ufając, że przez umartwianie ciała uda mu się wypędzić 

złego ducha, który nawiedził jego dom. Czy mu się udało, czy nie...

Dowiedział się, że jego siostra nie była pierwszą dziewczyną w rodzinie, która wpadła 

w szpony demona morza. Składano mu ofiarę co dwieście lat od czasów średniowiecza, od 

schyłku   rzymskiej   okupacji   Brytanii.   Pierwszą   ofiarą   potwora   była   rzymska   księżniczka, 

antenatka rodu; jej ojciec miał dom dokładnie w miejscu obecnej rezydencji. W ogrodzie 

background image

pozostały   ślady   rzymskiej   mozaiki.   Zobaczysz   tam,   moja   droga,   wizerunki   stworów 

morskich,   delfinów,   ryb,   ośmiornic   i   tym   podobnych.   Niestety   starożytny   rękopis   był 

uszkodzony, tak że nie wiadomo dokładnie, co było przyczyną złych losów, które dotknęły 

rodzinę. Jest wiele możliwości. Rzymianka mogła być kapłanką jakiegoś boga morza, jak 

smok czy Posejdon. Możliwe, że uległa namiętności do swego boga. A może słyszałaś o 

legendzie   Lyonesse?   Nie?   Była   to   piękna   kraina   na   zachód   od   Land’s   End   z   licznymi 

siedzibami, kościołami  i pastwiskami, ale zapadła się w morze  w dniu ostatniej  walki w 

Camlann,  w  której  zginął  śmiertelnie  ugodzony król Artur. Mówią,  że księżniczka  miała 

kochanka w Lyonesse, który utopił się, gdy jego kraj zapadł się w głębiny morza. Wtedy ona 

użyła czarodziejskiej władzy, by przywołać go z wodnego posłania, a on zjawił się na jej 

wezwanie. Jest nieśmiertelny,  ale jego śmiertelne narzeczone muszą umrzeć. Co dwieście 

lat...

Przerwała   z   dziwnym   wzruszeniem   ramion,   nie   spuszczając   swych   niewinnych 

błękitnych   oczu   z   Carli.   Dziewczynie   zaś   ledwo   udało   się   wyzwolić   z   niewiarygodnej 

fascynacji, której uległa. Mieszanina żywej opowieści z horrorem Hitchcocka w relacji pani 

Pendennis była niepodobna do czegokolwiek, z czym zetknęła się na srebrnym ekranie lub w 

życiu.

- Zadziwiające - uznała. - Muszę pani powiedzieć, że jestem dumna, że należę do 

rodziny, którą dotknęła taka klątwa. To dużo lepsze niż wszelkie zjawy zwiastujące śmierć i 

białe damy. Po raz pierwszy słyszę taką niesamowitą opowieść.

- Pokażę pani stary rękopis z komentarzami  sir Thomasa  - spokojnie dodała pani 

Pendennis. Wydawało się, że bardzo jej ulżyło, że opowiedziała Carli tę historię.

- Chętnie to obejrzę. Szczególnie że - jeśli dobrze rozumiem - jestem następna do 

pożarcia przez potwora. Powiedziała pani, że co dwieście lat? Nasz tryton nie jest bardzo 

namiętny. Ale przecież jest zimnokrwistym ssakiem... a ja jestem żywą podobizną biedulki 

lady Caroline’.

- Może się pani wyśmiewać z tego do woli - powiedziała pani Pendennis - muszę 

jednak podkreślić, że konieczne jest, aby pani wyjechała stąd przed letnim przesileniem.

- To ma być ta fatalna data?

- Nie dziwię się, że pani mi nie wierzy - odparła pani Pendennis. Pochyliła się nad 

Carla, policzki jej płonęły, a w oczach była determinacja. - Ale przecież nie zaszkodzi pani 

zaspokoić   kaprys   starej   kobiety?   Od   przesilenia   dzieli   nas   parę   tygodni,   zamierzała   pani 

przyjechać na krótkie wakacje. Dom musi być sprzedany, nie może pani pozostać długo...

background image

- Tak, planowałam pobyt tutaj tylko na parę tygodni. Muszę jednak porozmawiać z 

moim   prawnikiem   w   Truro,   zanim   cokolwiek   postanowię.   Jeśli   wystarczy   pieniędzy   na 

dłuższy pobyt, nie widzę powodu, dlaczego nie miałabym pozostać tu przez całe lato. To 

urzekający stary dom, a z tego, co widziałam, okolica...

- To niemożliwe, naprawdę niemożliwe - wykrzyknęła starsza pani. - Powiedziałam, 

że ofiara musi się dokonać! Mija dwieście lat, niemalże w tych dniach...

- Zapewniam panią, że nie mam zamiaru wałęsać się na skalnym wybrzeżu w noc 

świętojańską  -  wyjaśniła   Carla   z  irytacją   w  głosie.   -  Nie  zwabi   mnie   tam   żaden  potwór 

morski...

- Pani nie rozumie! To nie potwór. Nie powinnam zostawić takiego wrażenia. Czy nie 

słyszała pani o leśnych elfach, trytonach, czarodziejach, zdobywających miłość kobiet?

- Nie od czasu, gdy byłam w szóstej klasie - odparła Carla. - Pani Pendennis...

- Na swój sposób jest piękny - gospodyni ciągnęła dalej, jakby nie słysząc - męski, a 

kobiety, na które rzuci czar, nie mogą mu się oprzeć...

Carla   spojrzała   w   górę,   powstrzymując   się   od   sarkastycznych   komentarzy,   które 

przyszły jej na myśl. Pani Pendennis była nieczuła na ironię. Wzbudzała litość, ale nie była 

zła.

- Doprawdy, pani Pendennis, nic mi się nie stanie. Nie tak łatwo rzucić na mnie urok. 

Nie obchodzi mnie, że pani tryton jest piękny. Nie będę...

- Ale to nie będzie w pani mocy! - Kulturalny głos gospodyni wzniósł się do krzyku. - 

Pani ciągle nie rozumie. Wszystkie jesteście jednakowe - pani, lady Caroline i pozostałe. We 

wszystkich was ukrywa się dusza księżniczki rzymskiej. Ona straciła swą duszę, kochając 

stwora, który nie miał duszy; jej przeznaczeniem jest powtarzać starą zbrodnię i los, dopóki 

klątwa   nie   będzie   przełamana.   Gdy   nadejdzie   czas,   nie   będzie   pani   mogła   się   oprzeć,   a 

księżniczka   zaprowadzi   panią   w   otchłań   morską   w   ramiona   swego   czarodziejskiego 

kochanka.

background image

Rozdział trzeci

Carla wyszła z pokoju, zanim pozwoliła sobie na karygodny wybuch - śmiechu lub 

złości, czy rzucenie filiżanką w czcigodną siwą głowę pani Pendennis. Spacerowała tam i z 

powrotem wzdłuż alei, aż zdrowy rozsądek zatriumfował nad zniecierpliwieniem i już mogła 

się śmiać, choć był to trochę gorzki śmiech.

Nic nie było bardziej zabójcze dla legend pani Pendennis niż wi dok, który Carla 

miała przed sobą. Rozległe pustacie miały sielankowy czar łąki; nieznane jej dzikie kwiaty, 

błękitne   i   żółte,   kwitły   bujnie   pod   żywopłotem,   a   melodyjny   śpiew   ptaków   wypełniał 

powietrze.  Carla  głęboko  wciągnęła  rześkie  powietrze  i ruszyła  przed siebie,  aby poznać 

swoją posiadłość.

Wkrótce znalazła się przed rozsypującym się kamiennym murem. Na zardzewiałych 

zawiasach wisiała furtka. Teren za nią był w niemniej opłakanym stanie. Między szparami 

kamiennych płyt drogi rosły chwasty. Budynki w odległej, lewej stronie dziedzińca także się 

rozpadały. Dach jednego z nich obsunął się zupełnie. Inna budowla niewątpliwie była stajnią. 

Teraz stał tutaj stary mercedes i wynajęty austin Carli.

Carla zatrzymała wzrok na samochodzie. Zostawiła go wieczorem przed frontowymi 

schodami domu i całkowicie o nim zapomniała. Jak on się tutaj znalazł?

Maska   była   sucha.   Z   pewnością   ktoś   wprowadził   go   poprzedniego   wieczoru   do 

względnego schronienia, jakie stanowiła stara stajnia.

Dziewczyna   wzruszeniem   ramion   przeszła   do   porządku   nad   tą   błahą   tajemnicą   i 

kontynuowała zwiedzanie terenu. Było to przygnębiają ce zajęcie. Dawniej uprawna część 

gruntów była teraz w stanie kompletnego zaniedbania. Chwasty zarastały wszystko i z trudem 

można   było   znaleźć   jeden   cały   budynek.   Oczywiście   taka   duża   posiadłość   wymagała 

nieustannej pracy i pieniędzy. Widok ten jeszcze bardziej niż zrujnowany dom uświadomił 

Carli upadek zamożnej niegdyś rodziny.

Weszła przez furtkę za dziedzińcem stajni i stanęła w miejscu zaskoczona.

Był tu dość duży ogród. Pomimo miejskiego wychowania zdawała sobie sprawę, że w 

tak   sporą   działkę   trzeba   było   włożyć   ogrom   pracy,   aby   osiągnąć   takie   równe, 

wypielęgnowane   rzędy   zielonych   roślin.   To   na   pewno   nie   są   rośliny   hodowane   dla 

przyjemności. Sałata była już gotowa do wycinania, krzaki pomidorów obwieszone owocami, 

a piórka pędów marchwi mierzyły kilka cali.

background image

Ponieważ nosiła trampki, nie było słychać jej kroków. Ogrodnik zdał sobie sprawę z 

jej obecności, dopiero gdy furtka zatrzasnęła się za nią ze zgrzytem zawiasów. Wyprostował 

się za rzędem winorośli, które go zasłaniały.  Oboje zaskoczeni przez chwilę w milczeniu 

przyglądali się sobie.

Poczucie   humoru   Carli,   stłamszone   chwilowo   przez   panią   Pendennis,   natychmiast 

dało znać o sobie. Na szczęście nie była podatna na niesamowite opowieści o duchach, bo 

gdyby tak było, mogłaby uznać tego mężczyznę, jeszcze częściowo ukrytego za roślinnością - 

za „trytona”.

Miał nagi tors. Na opalonej skórze kroplił się  pot, tak że w świetle słonecznym jego 

ciało lśniło. Gęste, czarne włosy mężczyzny także były mokre. Znaczyły się trójkątem na 

wysokim czole, ponad łukami brwi. Oczy, zmrużone jak u fauna, były zaskakującej barwy 

brązowozielonej, jak wody rzeki z migotającymi w niej błyskami światła. Wszystko w nim, 

od   wystających   kości   policzkowych   do   szczupłej   sylwetki,   było   trochę   egzotyczne,   a 

utkwione w nią spojrzenie, przy lekko pochylonej w jedną stronę głowie, było tak ostrożne 

jak u przestraszonego zwierzęcia.

Carla odezwała się cicho, delikatnie, jakby mówiła do obcego psa.

- Cześć. Przykro mi, że pana zaskoczyłam. Jestem Carla Tregellas... 

A gdy nie odpowiedział, ale dalej jej się przyglądał, dodała: 

- Jakiż to piękny ogród. Dokonał pan wspaniałego dzieła. Faun wyprostował się i 

oparł ręce na biodrach.

- Niewątpliwie jest pani dziedziczką. Żałuję, że nie miałem możliwości, aby panią tu 

wpuścić, i musiała pani sama się trudzić.

Zaczepne   słowa,   wypowiedziane   w   sposób   mający   naśladować   miejscowy   akcent, 

wzbudziły gniew Carli.

- A co, do diabła, chciał pan usłyszeć ode mnie, stojąc tak i gapiąc się na mnie jak 

idiota?

- Auu! Auu! Proszę nie przemawiać tak ostro, panienko.

Faun   uniósł   ręce   i   z   udanym   przerażeniem   zacisnął   je   wokół   głowy.   Ten   ruch, 

wyważony, opanowany, pełen wdzięku i piękna, zdradził go i Carla wykrzyknęła.

- Jest pan aktorem!

- Tancerzem.

- Oczywiście - zgodziła się Carla. To połączenie sprawności, siły i wdzięku cechuje 

wiele zawodów, ale z przymieszką talentu scenicznego mogło oznaczać tylko jedno.

- Co więc pan robi w moim ogrodzie warzywnym? - spytała. 

background image

Jej dręczyciel uśmiechnął się spokojnie.

- Pieliłem.

- To znaczy...

- Rozumiem. - Miał teraz akcent ludzi wykształconych, bez śladu nosowej wymowy 

kornwalijskiej. - A więc chyba odpoczywam. Zdaje się, że to lepsze określenie. Teraz nie ma 

wielkiego zapotrzebowania na moje umiejętności.

-   Doprawdy?   Dziwne!   Wydawało   mi   się,   że   nie   ma   wielu   dobrych   tancerzy. 

Oczywiście, wcale nie musi pan być dobry.

-   To   z   pewnością   rozsądne   przypuszczenie   -   padła   grzeczna   odpowiedź.   -   Druga 

możliwość,   że   nabrałem   krytycyzmu   wobec   mojego   wyczerpującego,   bezproduktywnego 

zawodu   i   postanowiłem   zwrócić   talenty   w   bardziej   praktyczną   stronę.   Inaczej   mówiąc, 

powrócić do ziemi.

- Myślę, że warzywa to praktyczny wybór.

- Bardziej, niż pani się wydaje. - Mężczyzna wierzchem dłoni otarł pot z górnej wargi, 

zostawiając tam ślad błota. - Nie tylko będziemy je jedli przez całe lato, ale mam nadzieję 

uzyskać parę funtów ze sprzedaży ich w Truro.

- Co się stało ze sztuką? - mruknęła Carla, przenosząc wzrok z wypielęgnowanych, 

równych rzędów warzyw na kruszące się ściany domu.

- Upadła, do diabła. To pierwszy wyraźny krok we właściwą stronę. 

Podczas gdy Carla nadal myślała o rozpadającym się domu swoich przodków, faun 

ciągnął z irytacją.

- Jest pani z Tregellasów. W porządku. Podobieństwo rodzinne uderzające. Myślałem 

jednak, że będąc Amerykanką, może pani się wznieść ponad głupi sentymentalizm, który 

doprowadził do ruiny waszą rodzinę.

- To nie słabostki rodziny, to przypisanie do tej ziemi - złośliwie odparła Carla. - 

Właśnie wysłuchałam pomylonej staruszki, relacjonującej mi najbardziej absurdalną historię, 

jaką kiedykolwiek słyszałam. Gdyby opowieść nie była tak zwariowana, pomyślałabym, że 

usiłuje zmusić mnie do wyjazdu. Ale kim pan jest, aby mnie pouczać?

Faun wyprostował się i zobaczyła, że był wyższy, niż myślała.

- Jestem wnukiem tej pomylonej staruszki - powiedział cicho. - A jedną z przyczyn, 

dlaczego marnuję swój geniusz w tym zaniedbanym ogrodzie, jest chęć pomocy babce, aby 

podtrzymać przez najbliższe miesiące tę bezwartościową ruinę. Zależy jej na tym, aby pani 

mogła wydrzeć parę groszy z tej katastrofy. To się nazywa lojalnością. Nie sądzę, aby pani się 

już z tym spotkała.

background image

A kiedy Carla przyglądała mu się bez słowa, dodał:

- Proszę mi nie dziękować. Od paru lat usiłuję ją przekonać, by zostawiła cały ten 

kram.

- Jak się pan nazywa?

- Mike - odpowiedział nadąsany.

- Nonsens. To śmieszne imię dla tancerza.

Zasępiona mina młodego człowieka trochę się rozjaśniła.

- Nazwałem się Michael Penkowsky.

- Ależ ja o panu słyszałam. - Carla zrezygnowała z odpowiedzi, która cisnęła jej się na 

usta. - Czytałam recenzję, to było w zeszłym roku. Wystąpił pan w „Popołudniu fauna”, gdy 

zachorowała gwiazda. Uznano wtedy, że pan jest nadzwyczajny.

Nie wiadomo dlaczego, ta uwaga znowu sprawiła, że jego twarz stała się granitowa.

-   Jakie   to   rozkoszne   -   burknął.   -   Entuzjastyczna   wielbicielka   odszukała   mnie   na 

odludziu.

- Niewiele znam się na tym. Wiem jedynie... och, jest pan niemożliwy. Przykro mi za 

słowa o pana babce. Ale skąd niby miałam wiedzieć o jej szlachetnych poczynaniach? Gdyby 

pan słyszał tę zwariowaną opowieść, którą mnie poczęstowała...

- Znam ją. - Mike poruszył się, jakby zawstydzony. - Złowieszczy tryton i klątwa 

rodzinna?   Rzeczywiście,   ma   małego   fioła.   Większość   ludzi   go   ma.   Jej   jest   całkowicie 

nieszkodliwy, po prostu...

- Nieszkodliwy! Nie do wiary. Kogoś nerwowego mogłaby wpędzić w histerię. Niech 

pan wraca do swoich grządek, przepraszam, że pana od nich oderwałam.

- Tędy wygodniej pani przejdzie - powiedział Mike, gdy ruszyła z miejsca. - Proszę 

nie zdeptać buraków.

Carla   zastosowała   się   do   rady,   z   wściekłością   prężąc   ramiona.   Doszła   do   końca 

ogrodu, gdy zawołał ponownie.

- Nie zbliżaj się do skalnego urwiska, kochana! Jak nie będziesz uważała, złapią cię 

chochliki.

Gdy się obejrzała, podniósł ręce do głowy, wyprostowanymi palcami udawał rogi, a 

twarz wykrzywił w ohydnym grymasie.

Gdy Carla znalazła się poza zasięgiem jego wzroku, odprężyła się. Nie miała mu za 

złe   jego   arogancji,   choć   nigdy   by  nie   dała   tego   poznać   temu   pewnemu   siebie   młodemu 

człowiekowi.   Jej   otwarta   natura   wolała   mieć   do   czynienia   ze   szczerością   niż   z   gładką 

background image

hipokryzją czy wariactwami, z jakimi zetknęła się u pani Pendennis. Nie mogła krzyknąć na 

gospodynię, ale z Mike’em mogła być swobodna.

Zdrobniałe   imię   nie   było   dlań   stosowne.   Michael   brzmiało   lepiej.   Tak   będzie   go 

nazywała.  A jeśli mu  się to nie spodoba, tym  gorzej  dla niego. Nie wymienił  nazwiska. 

Pewnie   Pendennis,   oczywiście,   jeśli   jest   jego   babką   ze   strony   ojca,   nie   zaś   matki. 

Jakiekolwiek było jego nazwisko, Carla była gotowa założyć się, że nie „Penkowsky”. Jakie 

to   dziwne,   że   był   tym   młodym   tancerzem,   o   którym   czytała.   Szczerze   przyznała   się 

Michaelowi, że lubi balet, choć się na tym nie zna. Nigdy by się o nim nie dowiedziała, gdyby 

nie był wybitny.

Fakt, że był tancerzem, sprawił, iż jego obecne zajęcie wydało się jeszcze bardziej 

niestosowne.   Czy   tancerze   korzystają   z   długich   wakacji?   Powinni   przecież   ćwiczyć 

codziennie, czy występują, czy nie. Mogła zrozumieć, dlaczego pani Pendennis chciała zostać 

w domu do ostatka. Według słów prawnika, gospodyni przybyła do rezydencji Tregellasów 

jako   młoda   wdowa.   Tu   był   jej   dom,   nic   zatem   dziwnego,   że   teraz   było   jej   przykro   go 

opuszczać.   Natomiast   jej   wnuk   rezygnuje   z   obiecującej   kariery,   aby   móc   tu   pozostać. 

Postępował jak święty, jeśli nawet to był stan przejściowy. Ale on nie wyglądał na świętego.

Nagle poczuła pod nogami błotnistą kałużę. Porzuciła więc rozmyślania o rodzinie 

Pendennisów i zaczęła uważać, gdzie stawia stopy. Palące słońce wysuszyło resztki nocnej 

burzy, ale pod drzewami było jeszcze dość mokro. To były iglaste drzewa, takie same jak te, 

które widziała wczoraj, tworzące cienistą, zieloną osłonę domu. Morski wiatr poskręcał ich 

skarlałe gałęzie, ale dawały nieco ochrony przed wiatrem, nie za wiele wszakże, sądząc po 

tym, jak zawierucha łomotała w nocy w jej okna. Opadłe igły przykrywały ziemię i gnijące 

poszycie pod drzewami, ale gdzieniegdzie przebijały się kwiaty i zielska.

Gdy Carla minęła pas drzew, znalazła się na oświetlonym słońcem otwartym polu, 

które kilka jardów dalej kończyło  się kamiennym  murem.  Mur był  wysoki, nie pozwalał 

dojrzeć niczego poza kopułą błękitnego nieba. Brnąc przez wysoką trawę, doszła do furtki. 

Była to prymitywna, drewniana konstrukcja, stosunkowo nowa, ale już wymagająca naprawy. 

Klamka była zardzewiała. Uchwyt wzmocniono drutem przymocowanym  do palika. Carla 

uniosła tę metalową pętlę, otworzyła furtkę i zatrzymała się, osłupiała z wrażenia.

Za murem przez wąski pas ubitej ziemi ciągnęła się ścieżka, szeroka zaledwie na dwie 

stopy. Zaraz za ścieżką teren gwałtownie spadał, kończąc się skałami sterczącymi jak ostre 

kolce; poniżej pieniły się srebrnymi nitkami pryskającej wody fale. Woda była granatowa; z 

pewnością było tutaj dość głęboko...

Zaciśniętymi palcami mimo woli chwyciła słupek furtki, trzymając się z całych sił.

background image

To   było   odruchowe,   w   żadnym   razie   nie   groził   jej   upadek,   chyba   że   świadomie 

wspięłaby się na brzeg. Pomyślała wszakże o tym,  co mogło się przydarzyć  nieszczęsnej 

dziewczynie, która zniknęła przed dwustu laty w czasie letniego przesilenia. Niewątpliwie 

odległość między furtką a ścianą skalną była wówczas większa. Morze nieustannie pochłania 

tego   rodzaju   wybrzeże.   Ale   nawet   wtedy   nie   byłoby   trudno   w   czasie   spaceru   w   zimny 

wieczór, przy gwałtownym wichrze, postawić błędny krok.

Dlaczego   wszakże   miałaby   dziewczyna   w   wigilię   swego   ślubu   zosta   wić 

narzeczonego i sama spacerować w mroku?

Carla gniewnie potrząsnęła głową, jakby chciała zapomnieć o tym zdarzeniu. To stało 

się przed wiekami i już nikt nigdy nie pozna prawdy.

Zamknęła za sobą furtkę i skręciła w lewo, trzymając się blisko muru. Wkrótce pas 

trawy rozszerzał  się i przechodził  w nieduży cypel.  Carla  odetchnęła.  Widok oceanu  był 

wspaniały.   Nigdy   nie   widziała   takich   odcieni   błękitu   -   jasna,   przezroczysta   akwamaryna 

przechodziła w głęboki, wspaniały lazur. Z obu stron urwiska skalnego mieniły się plamy 

żywego szmaragdu i tam udało się utrzymać niewielkiej ilości bardziej wytrzymałych roślin. 

Było nawet kilka drzew, których dziwne karłowate kształty miały niesamowity urok.

Nagle   ścieżka   skręciła   wzdłuż   muru.   Carla   nie   przestawała   się   nią   kierować   Nie 

kwapiąc się zbytnio odwróciła wzrok od zwodniczej fascynującej wody.

W   głębi,   na   lewo   od   niej   obraz   był   bardziej   cywilizowany,   sprawiały   to   wąska, 

błotnista droga i w odległości jakiejś mili skupisko domów, tworzące małą osadę, uczepioną 

skalistego   wybrzeża.   Było   tam   tak   stromo,   że   kominy   jednej   chaty   znajdowały   się   na 

poziomie schodów domu położonego wyżej.

Domy zbudowano z kamienia. Kilka było pobielonych i z tej odległości wyglądały na 

wesołe   i   czyste   na   tle   lśniącej   lazurowej   wody   małej   zatoki   za   nimi.   Nie   miały   jednak 

wypielęgnowanego   wdzięku   wiosek   turystycznych   St.   Ives   i   Mousehole.   Nie   było   tam 

osobliwych błękitnych drzwi i skrzynek pełnych kwitnących kwiatów.

Na lewo miała więc świat cywilizowany, na prawo zaś nie tylko dziki, nieokiełzany 

ocean, ale także nieme pozostałości prymitywnego ludu. Były to okazałe, przewyższające ją, 

ledwo ociosane bloki skalne. Pozostały tu tylko dwa, pochylone ku sobie, tworząc coś na 

kształt łuku w otwartej przestrzeni piramidy. Kwitnące chwasty u podnóża bynajmniej nie 

łagodziły widoku posępnego ciemnego granitu.

Zbliżając się, Carla zauważyła, że wokół leżały jeszcze inne bloki skalne. Niektóre z 

nich miały wielkość ogromnego stołu i były tak grube, że nawet leżąc płasko, sięgały jej do 

pasa. Kręta ścieżka, zaledwie pas zgniecionej trawy, prowadziła do dwóch stojących kamieni 

background image

i przechodziła między nimi. Carla nie zeszła tędy. Niewątpliwie kamienie leżały w tej samej 

pozycji   od   stuleci   i   będą   tak   stać   przez   następne   wieki;   nie   wyglądały   jednak   stabilnie, 

pochylając się pod znacznym kątem.

Gdy   tak   stała,   podziwiając   zlewające   się   barwy   błękitnego   morza   i   nieba   w 

obramowaniu   skał,   zdała   sobie   sprawę,   że   ktoś   siedzi   na   jednym   z   leżących   monolitów. 

Siedział   tak   cicho,   że   zaskoczona   pomyślała,   że   jest   tworem   jej   wyobraźni.   Promienie 

słoneczne   obejmowały   strzechę   jego   zmierzwionych,   jasnych   włosów,   zupełnie   jak   to 

opisywała  pani Pendennis, mówiąc  o ukochanym  lady Caroline.  Ale nawet jak kilkakroć 

zamknęła oczy, zjawa nie znikła. Chrząknęła zatem głośno.

Złocista głowa odwróciła się.

- Na litość Boga - odezwało się widmo, szybko wstając z kamienia.

Nie   odpowiadał   jednak   oczekiwaniom   wyobraźni.   Nie   był   szczupłym,   wiotkim 

bohaterem opowieści, ale krzepkim, młodym człowiekiem z opalonym nosem i krzaczastymi 

jasnymi brwiami. Na jego twarzy pojawił się wyraz kompletnej paniki, kiedy spojrzał na nią z 

ukosa. Carla zdała sobie sprawę, że patrząc na nią pod światło, prawdopodobnie nie widział 

jej wyraźnie.

- Przykro mi, że pana przestraszyłam - powiedziała, zastanawiając się, ile razy będzie 

jeszcze musiała przepraszać tego ranka. - Nazywam się Carla Tregellas.

Skierowała się w jego stronę, omijając kamienie. Pomyślała, że jej nazwisko w tej 

okolicy   dla   większości   obcych,   których   może   spotkać,   jest   nie   tylko   wystarczającą 

rekomendacją,  ale  całym  rodowodem.  Dało jej to nowe i przyjemne  poczucie ciągłości  i 

równowagi w świecie.

Ogromny młody człowiek zeskoczył niezręcznie na ziemię i wyciągnął rękę. Wargi 

rozchyliły mu się w szerokim uśmiechu.

- Musi pani nią być - odezwał się. - Bardzo panią przepraszam, że się tak gapiłem. 

Nazywam się Tremuan - Simon Tremuan. Byłem pochłonięty czytaniem, a słońce, tworząc 

aureolę wokół pani głowy, sprawiło, że wyglądała pani jak elf wyskakujący z ziemi.

Carla uznała, że ten wyskok fantazji trudno było pogodzić z okrągłą, opaloną twarzą i 

rozgrzaną dłonią, która ściskała jej dłoń. Spojrzała na książkę, którą trzymał w ręce.

- „Legendy korowalijskie” - przeczytała z nieco posępnym uśmiechem. - Obawiam 

się, że uczestniczyłam w jednej z nich dziś rano. Jeśli pan się interesuje legendami, mogę 

panu opowiedzieć całkiem dobrą.

Simon Tremuan roześmiał się serdeczniej.

background image

-   Proszę   nic   nie   mówić,   sam   zgadnę.   Pani   Pendennis?   Miałem   nadzieję,   że   nie 

dopadnie   pani   z   tą   opowieścią   zaraz   pierwszego   dnia.   Doprawdy,   to   stało   się   idee   fixe 

kochanej   staruszki.   Proszę   nie   mieć   tak   obrażonej   miny.   Mogę   panią   zapewnić,   że   nie 

rozgaduje   jej   w   całej   okolicy.   Jesteśmy   starymi   przyjaciółmi,   a   odkąd   jestem   lekarzem 

rodziny, lubi mi się zwierzać.

- Jest pan lekarzem? - spytała Carla i zaraz z przepraszającą miną dodała: - Nie miał to 

być okrzyk zaskoczenia.

- Wiejski znachor - rzekł Simon pogodnie. - Dlaczego niby miała się pani nie zdziwić? 

Tak naprawdę to wcale nie jestem dobrym lekarzem. Można powiedzieć, że wpadłem w to. 

Przejąłem praktykę po ojcu.

- Ale bardziej interesuje pana folklor.

-   Z   pewnością   zbyt   wiele   spraw   -   odpowiedział   szczerze.   -   Jeśli   interesuje   panią 

banalna informacja na bezużyteczny temat, proszę pytać. 

Carla zaśmiała się.

- Świetnie, będę pytała. Co to za kamienie?

- Ma pani szczęście, to jeden z moich  koników. Ale czy nie zechce pani usiąść? 

Jestem gotowy do długiego wykładu.

Carla spojrzała bezradnie na zbyt wysoki kamień, który wskazał jej doktor. Zanim się 

odezwała, ten chwycił ją w pasie i podniósł, sadzając na jego płaskiej powierzchni. Sam 

usadowił się koło niej z zadowoloną miną.

-   Są   to   pozostałości   po   prastarym   kamiennym   kręgu   -   wyjaśniał   z   zamaszystym 

gestem. - Pierwotnie wszystkie kamienie stały - to znaczy gdzieś w osiemnastym wieku przed 

Chrystusem. Teraz stoją tylko dwa największe monolity, choć nie całkiem pionowo, jak pani 

widzi.

- Czy chce pan powiedzieć, że to miejsce było podobne do Stonehenge?

- Istnieje podobieństwo. Ale Stonehenge było  prawdopodobnie związane z kultem 

słońca. Mogło też być rodzajem obserwatorium astronomicznego, choć sceptycznie traktuję 

przypisywanie mu przesadnego znaczenia.

- Sądzi pan, że to była świątynia?

-   Stonehenge   czy   ten   krąg?   Prawdopodobnie   w   obu   przypadkach   trzeba   dać 

odpowiedź twierdzącą. Choć wydaje mi się, że archeolodzy są zbyt skorzy do przyznawania 

temu   miejscu   funkcji   kultowych,   nie   mogąc   przypisać   mu   innych   celów.   Oczywiście 

Stonehenge jest znacznie większe i okazalsze niż pani monolity. Kornwalia ma wszakże o 

background image

wiele więcej śladów prehistorycznych niż inne regiony Anglii: stojące kamienie, wydrążone 

kamienie, monolity, nawet jedną, a może więcej wiosek prehistorycznych.

- Dobrze pan się orientuje w tych sprawach - z podziwem powiedziała Carla.

-   Niezupełnie.   Dużo   bardziej   interesują   mnie   miejscowe   legendy   niż   fakty 

archeologiczne. Zadziwiające, jakie niesamowite opowieści wymyślili nasi przodkowie, aby 

wyjaśnić sobie te tajemnicze konstrukcje. Takie nazwy jak Waza Gigantów, Diabelski Stół i 

Wróżebny Krąg dają pojęcie o tradycji, jaka wokół nich się zrodziła. Koło Penzance jest 

kamienny   krąg   nazywany   Dziewięć   Panien.   Dzieweczki   rzekomo   popełniały   coś   tak 

lekkomyślnego, jak tańce w czasie sabatu, i za karę zostały zamienione w kamienie.

- Ich bóg musiał być okrutny. Pomyśleć, że karał ludzi za takie błahe grzechy...

Towarzysz Carli, pochyliwszy się do przodu, spoglądał w jej przymknięte oczy. Jego 

pozycja była zabawna, groziła utratą równowagi, ale słowa były poważne.

- Czy panią to przeraża?

Carla nie musiała pytać, co miał na myśli.

- Okazuje się, że mnie niepokoi - wyznała zaskoczona. - Jaką ma pan specjalność? 

Czy psychiatrię?  Odkrywa  pan we mnie  emocje,  z  których  istnienia  nie zdawałam  sobie 

sprawy.

- Myślałem, że dostrzegłem objawy nagłego ataku poczucia świadomości rodowej i 

nic poza tym. Często zastanawiałem się, jak to jest, gdy się jest wolnym od tego wszystkiego - 

poczucia zakorzenienia, więzów z przeszłością, jak zapewne jest w pani przypadku. I nagle 

ujrzeć   panią   pogrążoną   w   tradycji,   sięgającej   parę   wieków   wstecz.   Stać   się   częścią 

ustalonego, niezmiennego układu... Nic zdziwiłoby mnie, gdy by okazała się pani bardziej 

wyczulona na te historie, tylko dlatego że są dla pani nowe. Doświadczenie nie uodporniło 

pani.

- Przed chwilą naszły mnie takie same myśli - przyznała Carla. - Przyjęłam to raczej 

pozytywnie niż odwrotnie. To pocieszające uczucie, że ma się miejsce w jakimś większym 

układzie...   Nie   myślałam,   że   w   ten   sposób   to   odczuję.   Zawsze   byłam   dumna   z   mojej 

niezależności. Ale odkąd tutaj się znalazłam... Ale chyba nie jestem do niej podobna?

-   Do   lady   Caroline?   -   Nie   od   razu   odpowiedział.   -   Z   pewnością   ma   pani   cechy 

rodzinne.   Ale,  moja   droga,   od  wielu   lat   nie   widziałem   tego   portretu.   Myślałem,   że   pani 

Pendennis skazała go na pobyt na poddaszu.

- Właściwie to zrobiła - posępnie potwierdziła Carla i opowiedziała mu, jak przeraziła 

się gospodyni, zobaczywszy portret w jej pokoju.

background image

Simon słuchał uważnie, ze zmarszczką na szerokim czole. Gdy skończyła, powiedział 

lekko:

- Spodziewam się, że pokojówka chciała nim zasłonić plamę na ścianie czy coś w tym 

rodzaju, co jest z pewnością bez znaczenia. Proszę się tym nie przejmować. Bądź co bądź, 

jeśli nawet jest podobieństwo, to takie genetyczne zbieżności występują często. Nie ma w tym 

nic nienaturalnego.

- Oczywiście. Dziękuję za terapię. Sądzę, że powinnam wrócić do domu. Wyszłam w 

trakcie opowiadania pani Pendennis o duchach. Te raz może się martwić, gdzie zniknęłam.

Simon z ociąganiem pomógł jej wstać.

-   Czy   nie   dałaby   się   pani   namówić   na   małą   kawę   ze   mną,   zawsze   piję   kawę   o 

jedenastej. Wioska jest niedaleko  i  możemy  zadzwonić  do pani  Pendennis, jeśli  pani się 

obawia, że martwi się pani nieobecnością.

Carla się zawahała, ale on jeszcze dodał:

-   Nie   powinna   pani   spacerować   sama.   Mógłbym   pokazać   kilka   niebezpiecznych 

miejsc.

- Zapewniam pana, że nie chcę się narażać. Nie jestem ryzykantką. - Jednak widząc, 

jak mu zrzedła mina, oznajmiła: - Z przyjemnością przyjmuję zaproszenie.

- Wspaniale - przytrzymał jej ramię. - Jest takie miejsce, które muszę pani pokazać. To 

niedaleko stąd, w dole. 

Carla wolno szła za nim do cypla skalnego.

- Źle znoszę wysokość - zwierzyła się. - Nie podchodźmy za blisko urwiska.

- Nie pozwolę pani upaść. Choć nie jest tu bardzo niebezpiecznie. Ta część wybrzeża 

jest stosunkowo stabilna. Chciałem tylko pokazać pani jej prywatną plażę.

Widząc,   że  ciągle   jest  niepewna,   podał  jej  ramię,   a  ona  była   rada,  że   ma  mocną 

podporę. Ledwo widoczna ścieżka prowadziła prosto do kamieni, które odpadły od granitowej 

ściany skalnej, a dalej pionowo w dół, wijąc się między skałami niczym miniatura toru kolejki 

górskiej. Na samym dole, między wygiętymi szczytami skalnymi znajdowała się mała zatoka 

i   pas   lśniącego   srebrzystego   piasku.   Woda   była   w   kolorze   jasnego   nefrytu.   Płytkie   fale 

delikatnie zmywały piasek z płycizn.

-   Ścieżka   jest   całkiem   bezpieczna   -   oznajmił   Simon.   -   Przynajmniej   w   dziennym 

świetle. Nie ryzykowałbym w mroku na pani miejscu. A jeśli nie wypłynie pani poza zatokę, 

to woda jest także bezpieczna - nie ma prądów ani cofających się fal. Czy jest pani dobrą 

pływaczką?

- Nie za bardzo.

background image

- Oczywiście nie może pani pływać sama. To nierozsądne, nie tylko tutaj. Ale to 

piękne miejsce do opalania się z dala od ludzi. Jeśli pani lubi pławić się w słońcu nago, nie 

zbliżę się bez głośnego ostrzeżenia.

Uśmiechnął się do Carli, a ona też odpowiedziała mu uśmiechem.

- To pociągająca myśl. Nie sądzę, aby przychodziło tu wielu ludzi.

- Ten zakątek jest częścią pani własności. Ja przychodzę czasami i jeszcze kilka osób, 

ale mieszkańcy wioski wolą publiczną plażę. To nie znaczy, że nie może pani od czasu do 

czasu spotkać tutaj zakochanych.

- Są mile widziani - Carla odwróciła się od groźnego widoku. - Proszę się nie obawiać, 

nie   przyjdę   tu   sama,   nawet   na   plażę.   Powiedziałam   panu,   że   jestem   przygnębiająco 

praktyczna.

 - Nie wygląda pani na praktyczną osobę.

Stojąc tuż przy nim, ciągle jeszcze oparta na jego ramieniu, uświadomiła sobie, jaki 

był wysoki. Głowa jej ledwo sięgała jego ramion. Ręką odsunął jej włosy z ucha i palcem 

nakreślił jego kontur, a był to tak delikatny dotyk, że ledwo go wyczuła. Po chwili pozwolił 

jej odsunąć się i żartobliwie stwierdził:

-   Ma   pani   spiczaste   uszy,   domyśliłem   się   tego.   Czy  jest   pani   pewna,   że   nie   jest 

chochlikiem?

- Myślałam, że chochliki to małe ludziki z długimi brodami i czerwonymi czapkami.

- Ależ skąd. Mówi pani o krasnoludkach albo gnomach. Niektórzy znawcy twierdzą, 

że są spokrewnione, ale ja jestem przekonany, że nasze miejscowe chochliki to zupełnie inne 

istoty. Były tutaj od początku, przed Rzymianami, przed Celtami, a nawet przed Fenicjanami. 

W   rzeczywistości   nie  są  ludźmi,   a  epoki  krwawych  prześladowań   zmieniły   ich  w   raczej 

niebezpieczne stwory. Ich nieociosane kamienie jako broń nie miały szansy z brązowymi czy 

żelaznymi włóczniami późniejszych ras; ci wrogowie zabijali ich jak zwierzęta. Pozostając 

pod ziemią, stali się mali, posępni i szorstcy...

- Mnie się wydawało, że żyjąc pod ziemią, stawali się jaśniejsi - przerwała mu - jak 

ślepe, białe ryby w podziemnych basenach.

Jej towarzysz gwałtownie odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.

- Coś podobnego! Jak śmiesz, młoda kobieto, wylewać kubeł zimnej wody na moje 

fantazje poetyckie. Czy pani nie wierzy w bajeczne opowieści?

- Myślę, że pan wierzy - powiedziała bez tchu. Przy długich nogach doktora z trudem 

dotrzymywała  mu kroku. Słysząc, jak jest zdyszana, zwolnił kroku, dopóki nie weszli na 

drogę.

background image

-   Główna   droga   okrąża   wioskę   z   drugiej   strony   -   wyjaśnił.   -   To   tylko   trakt   dla 

wozów... Czy wierzę? Nie, ale chciałbym wierzyć.

Dopiero   kiedy   dotarli   do   luźno   stojących   domów   wioski,   Carla   po   myślała   o 

właściwej odpowiedzi na jego posępny komentarz. Ścieżka zmieniła się w brukowaną drogę, 

opadającą w dół pod ostrym kątem. Na końcu zobaczyła błysk wody i flotyllę małych łódek 

wyciągniętych na żwirowate nabrzeże. Ponad dachami wznosiła się niska kamienna wieża.

- To ładne miasteczko - stwierdziła.

-   Niewiele   jest   do   oglądania:   kilka   sklepów,   kościół,   trochę   turystów,   głównie 

młodzież sportowa dźwigająca plecaki.

- Dzień dobry, pani Marion. Mamy piękny dzień. 

Kobieta, którą pozdrawiał, właśnie wyszła ze swego domu. Carla podejrzewała, że 

miotła,   którą   trzymała,   była   jedynie   pretekstem   do   zaspokojenia   ciekawości,   ale   nie 

przyniosło to zamierzonego efektu. Doktor nie zatrzymał się, by przedstawić Carlę. Wreszcie 

dotarli do domu. Był trochę większy od domów sąsiadów.

-   Jesteśmy   na   miejscu   -   oświadczył   i   wciągnął   z   zadowoleniem   ciepły   zapach 

pieczonego   ciasta,   wydobywający   się   zza   otwartych   drzwi.   -   Mamy   szczęście,   pani 

Chynoweth upiekła ciasteczka z rodzynkami.

Dom był bardzo mroczny. Carla z żalem pomyślała, że nie ma tu wielkich okien, które 

pozwalałyby podziwiać wspaniały widok rozciągający się w stronę zatoki; uświadomiła sobie 

wszakże, że dom na rażony na sztormy morskie nie może być wyposażony w takie luksu sy. 

Jej oczy jeszcze nie dostosowały się do zmiany oświetlenia, gdy Simon wprowadził ją przez 

drzwi na lewo od wąskiego holu i wykrzyknął:

-   Pani   Chynoweth,   wróciłem   i   przyprowadziłem   gościa.   Proszę   wyciągnąć   lepszy 

serwis.

Carla rozejrzała się z ciekawością. Pokój miał dwa małe okna wychodzące na ulicę. 

Zasłaniały   je   fabryczne   ażurowe   firanki.   Meble   były   ciemne   i   stare   -   potężną   kanapę 

pokrywał brązowy zużyty aksamit, podobnie jak dwa fotele znajdujące się po obu stronach 

kominka, stół zarzucony był książkami i czasopismami. Półki i oszklone szafki z obu stron 

pełne były wszelkiego rodzaju staroświeckich drobiazgów, obrazków w ramkach i muszli. 

Simon wskazał jej jeden fotel. Drugi zajmował duży, srogo wyglądający kot.

-   To   Tristan   -   wyjaśnił   Simon,   wskazując   kota,   który   nie   przejawiał   żadnego 

zainteresowania   gościem.   -   Odpowiednie   imię.   Wojowniczością   i   zwyczajami   miłosnymi 

przypomina swego imiennika.

background image

- Tristana pamięta się jako romantycznego kochanka - z uśmiechem powiedziała Carla 

- ale oczywiście był też szlachetnym rycerzem, jak ci zasiadający przy Okrągłym Stole.

-   To   upiększona   wersja   Tennysona   -   odparł   Simon.   -   Pierwsi   rycerze   nie   byli 

szczególnie eleganccy. Tristan był twardym Celtem. W rzeczywistości nazywał się Drustans. 

Musi pani wiedzieć, że pochodził z tych stron. Niedaleko Castle Dor jest pamiątkowy słup z 

łacińskim napisem poświęconym Tristanowi, synowi Marka.

- Syn Marka? Myślałam, że był jego bratankiem.

- Tak występuje w typowej wersji opowieści. Ale czy nie uważa pani, że gdyby był 

synem, opowieść byłaby bardziej dramatyczna? Straszliwie freudowskie - uwiedzenie młodej 

żony ojca i całe to zamieszanie.

- Nie wiem, czy to freudowskie, ale trafia do przekonania - przyznała Carla. - Ci silni 

rycerze  średniowieczni  musieli  gnębić swoje żony.  Zaślubiali  dziewczyny  piętnaste  - czy 

szesnastoletnie,   które   nie   miały   żadnego   wpływu   na   ten   wybór.   Poślubiając 

pokiereszowanych w bitwach starych rycerzy, dawały się zagrzebać w odległych zamkach. 

Jeśli zdarzył się przystojny młody syn z poprzedniego małżeństwa, to jak można je winić, że 

korzystały z sytuacji? Gdy o tym pomyślę, to chyba było wielu królów z przyprawionymi 

rogami.

- To częsty temat - zgodził się Simon.

Niepewnie   przyjrzał   się   Tristanowi,   zajmującemu   drugi   wolny   fotel.   Tristan   zaś 

odpłacił mu chłodnym, pogardliwym spojrzeniem. Simon przysunął sobie krzesło i usiadł na 

nim.

Carla się roześmiała.

- Stchórzył pan?

- Za żadne skarby bym go nie ruszył. Panuje między nami trudny układ. Gdybym mu 

przeszkodził, mógłby w pełni księżyca zamienić się w celtyckiego rycerza i przegryźć mi 

gardło.

Drzwi otworzyły się i weszła kobieta, uginając się pod ciężarem tacy. Simon wstał i 

wziął ją od niej, ona zaś z szerokim uśmiechem uścisnęła rękę Carli.

- Jakże mi miło, panno Tregellas. Nie spodziewałam się, że tak szybko panią poznam. 

Gdybym wiedziała, że pani przyjdzie, upiekłabym coś lepszego.

Carla   wymownie   spojrzała   na   tacę,   to   co   się   tam   znajdowało,   wystarczyłoby   dla 

dwóch silnych mężczyzn, gospodyni zaś z dumą kończyła:

-   Na   szczęście   była   w   domu   śmietana.   Mary   powiedziała   mi,   że   bardzo   pani 

smakowała.

background image

Carla odpowiedziała, jak należało, ale gdy gospodyni wyszła, potrząsnęła z rozpaczą 

głową.

- Nie mogę tyle jeść. Nie zmieściłabym się w moich ciuchach.

-   Czy   pani   chce,   czy   nie,   będzie   pani   podejmowana   w   ten   sposób.   Jeśli   panią 

zaakceptują, nie ma bardziej gościnnych ludzi niż Kornwalijczycy. A panią uważają za swoją 

dawno utraconą dziedziczkę.

-   Mam   nadzieję,   nie   oczekują,   że   wystąpię   w   roli   pani   zamku.   Carla   dała   się 

poczęstować jeszcze ciepłym ciastkiem z olbrzymią ilością rodzynków.

- To nie jest w moim typie, nawet gdybym miała pieniądze.

-  Wcale   nie  jestem  tego  pewien  -  Simon   przyglądał   jej  się  uważnie.  -  Myślę,  że 

wyszłoby znakomicie, gdyby się pani zdecydowała.

- Ale nie mogę. Jestem tu tylko przejazdem.

- A więc musimy jak najbardziej uprzyjemnić pani krótki pobyt tutaj. Jeśli nie chce 

pani urazić uczuć pani Chynoweth, proszę zjeść resztę śmietany.

- Nie dam rady. Jestem tak syta, że nie zjem obiadu. Co mi przypomina, że miałam 

zatelefonować do pani Pendennis.

- Telefon jest w moim gabinecie.

Ambulatorium doktora i maleńki gabinet były z drugiej strony holu. W gabinecie były 

zwykłe narzędzia lekarskie, wypolerowane, ale ze śladami długiego używania.

- Jestem niezbyt  nowoczesny - wyjaśnił Simon. - Jest dobry szpital w Truro, tam 

kieruję   poważniejsze   przypadki.   Zajmuję   się   głównie   nacinaniem   czyraków   i   składaniem 

złamanych kończyn. Mam z tym wiele roboty, szczególnie w lecie, gdy turystki chodzą po 

skałach na wysokich obcasach... Czy mogę powiedzieć pani Pendennis, że pani wychodzi?

- Proszę. - Carla czekała, kiedy rozmawiał przez telefon. Słyszała jedynie to, co on 

mówił, ale z długich przerw, jego zabawnych i na zmianę posępnych min domyśliła się, że 

gospodyni jest wściekła z powodu jej zniknięcia.

- Czeka z obiadem - zawiadomił ją Simon, odkładając słuchawkę. - Czy pani nie 

zabłądzi? Pójdę z panią, jeśli...

- Nie, trafię. Ale nie mam ochoty na obiad.

- Proszę pobiec, a znajdzie się apetyt.

- Dzięki. Pobiegnę. I dziękuję za wszystko. Sprawił mi pan przyjemność.

- Wkrótce  się  spotkamy - przyrzekł,  przytrzymując  jej  rękę  dłużej, niż wymagała 

grzeczność. - Nudzimy się tutaj. Przyjemnie zobaczyć nową twarz, szczególnie gdy jest tak 

miła jak pani.

background image

Nie był to szczególnie wymyślny komplement, ale Carli się spodobał. Przyjemnie było 

jej   także   przyjmować   ukłony   i   uśmiechy   od   przechodniów   na   ulicy.   Wszystkie   kobiety 

wzdłuż   drogi   postanowiły   pozamiatać   schody   swych   domów   właśnie   w   tym   czasie,   gdy 

przechodziła. Gdy doszła do ścieżki, zgodnie z radą Simona zaczęła biec.

Pani Pendennis przyjęła ją z rezerwą i niewątpliwie była obrażona, gdy zadyszana 

Carla wbiegła do domu.

- Nie miałam pojęcia, gdzie pani poszła - powiedziała chłodno. - Ale wszystko w 

porządku, panno Tregellas. Za pięć minut wszystko będzie gotowe. Dam polecenia kucharce.

Wyszła z pokoju. Mary pochylona nad miotłą mrugnęła do Carli.

- To tylko zimny obiad - szepnęła. - Nie spiesz się, kochana, i nie pozwól, aby stara 

cię zdenerwowała. Ona lubi robić zamieszanie z głupich powodów.

Pomimo to Carla pospieszyła się i gdy weszła do jadalni przed upływem pięciu minut, 

dozwolonych   zapewne   przez   panią   Pendennis,   gospodyni   z   łaskawym   uśmiechem   jej 

wybaczyła. Obiad składał się z zimnego wędzonego łososia i sałaty. Do tego chłodne białe 

wino, tak zadziwiająco dobre, że odczuło to nawet niewprawne podniebienie Carli.

-   W   tym   jedynie   folgował   sobie   pan   Walter   -   powiedziała   gospodyni,   gdy   Carla 

wyraziła  uznanie dla  wina. - A może  powinnam powiedzieć,  że to była  największa  jego 

słabość. Bywał czasami hedonistą. Swego czasu jego piwnica była najlepsza w Kornwalii. 

Trochę z tego pozostało...

- Nie ma co mu dziękować - powiedziała Mary, podając majonez. - Biedny staruszek 

odszedł wcześniej, niż myślał. Wyliczył  sobie, że wykończenie zapasów wina zajmie mu 

jeszcze rok.

- Dziękuję, Mary, możesz odejść - pani Pendennis powiedziała to surowo. - Same się 

obsłużymy. Zadzwonię, jak będziesz potrzebna. 

Mary odeszła, poświstując, a pani Pendennis westchnęła.

-   Te   współczesne   dziewczęta...   Czy   miała   pani   przyjemne   przedpołudnie? 

Zamierzałam panią ostrzec przed samotnymi spacerami. Są tutaj niebezpieczne miejsca - a 

obawiam się, że nie wszędzie są ostrzeżenia. Pan Walter uważał...

- Nie byłam sama. Spotkałam doktora Tremuana i pokazał mi kilka widoków.

- Czarujący młody człowiek. Darzę go wielkim zaufaniem. Jego rodzina należy do 

najstarszych w tej okolicy, a on jest w gruncie rzeczy uczonym.

- Tak, robi bardzo miłe wrażenie. Poznałam również pani wnuka.

- Michaela? - Na policzkach pani Pendennis wystąpił rumieniec. - Mam nadzieję... 

gdzie go pani spotkała?

background image

- Pracował w ogrodzie. Ogród wygląda wspaniale. Nie sądzę, aby wielu młodych ludzi 

zrezygnowało z własnej pracy tak jak on, by pomóc. Jestem pewna, że zrobił to dla pani.

- Nie ma nic innego do roboty - wyznała pani Pendennis, a gdy Carla spojrzała na nią 

zdziwiona, jeszcze bardziej się zaczerwieniła i dodała: - To znaczy nic wartościowego. Proszę 

nie   myśleć,   że   nie   doceniam   jego   pomocy,   panno   Tregellas,   ale   nie   musi   pani   czuć   się 

zobowiązana. Widzi pani, korzysta z mieszkania i wyżywienia i ma szansę długiego miłego 

odpoczynku.

Powoli popijając wino, Carla mruknęła coś wymijająco. Dotknęła jakiegoś czułego 

punktu, ale nie wiedziała, co to było. Sama z pewnością nie nazywałaby pracy w ogrodzie 

długim, miłym odpoczynkiem.

- Cieszę się, że wizyta we wsi okazała się przyjemna - powiedziała gospodyni. Było 

oczywiste, że nie chce mówić o wnuku. - Miała pani gościa w tym czasie. Młodego pana 

Fairmana. Przybył z Truro w nadziei, że panią spotka.

- Kto to taki?... Przypominam sobie... Prawnik.

- Był doradcą prawnym pana Waltera. Z pewnością chciał omówić z panią sprawy 

majątkowe.

-   Nie   powinien   przychodzić   bez   telefonicznego   uprzedzenia   -   uznała   Carla,   nie 

przyjmując ukrytej przygany. - Przykro mi, że się z nim minęłam, ale to jego wina.

- Powiedział, że zadzwoni po południu.

- A więc poczekam. W każdym razie chciałabym zwiedzić dom. Może zrobię to po 

południu.

- Przewidywałam to i jestem do pani usług.

Carla jęknęła w głębi duszy.  Nie chciała zwiedzania z przewodniczką. Zamierzała 

połazić sama i kręcąc się po domu, przesiąknąć jego atmosferą. Później może być zabawne 

posłuchać jakichś historii starszej pani, która - jak się wydaje - zna ich wiele. Ale nie teraz. 

Jednak że nie miała serca odrzucić propozycji. Już raz uraziła dzisiaj panią Pendennis.

Tak więc zjadłszy kruche ciasto z malinami, które do końca zaspokoiło apetyt Carli, 

poszły obejrzeć dom.

W miarę zwiedzania Carla stwierdziła, że dobrze było zobaczyć dom po raz pierwszy 

w towarzystwie kogoś, kto znał tu historię każdego kamienia. Jaka szkoda, że nie można 

przekształcić   tego   domu   we   wspaniałą   historyczną   rezydencję   z   panią   Pendennis   jako 

przewodniczką  turystów.  Wygląd  i akcent starszej pani usprawiedliwiałyby  podwyższenie 

ceny wstępu o dodatkowych kilka pensów.

background image

Musiała jednakże przyznać, że dom nie był obiektem, z którego można by zrobić 

historyczną rezydencję. Według pani Pendennis fundamenty zostały wprawdzie położone w 

1485 roku, ale prawie nic nie pozostało ze średniowiecznego zamku. W 1740 roku pożar 

strawił   Wielki   Hol,   a   Tregellasowie,   nie   mając   poczucia   smaku,   rozebrali   go   do   reszty. 

Kaplica, brama z kamienną przybudówką i inne piętnastowieczne fragmenty także poddały 

się niszczącemu działaniu czasu i braku gustu właścicieli.

Większość   mieszkalnej   części   domu   pochodziła   z   ostatniego   okresu   zasobności 

rodziny - od połowy do końca dziewiętnastego wieku - i choć świadczyła o niezależności jej 

gustów, purysta wszakże uznałby dom za architektoniczny koszmar. Kilka pomieszczeń, jak 

biblioteka, główna sypialnia, było jaskrawo neogotyckich, zainspirowanych - jak wiele prac z 

tego okresu - przez średniowieczne powieści Waltera Scotta. Kamienne balkony umieszczono 

w niewłaściwych miejscach; wieżyczki i blanki mnożyły się jak grzyby po deszczu, nie służąc 

niczemu.   Otwory   okienne   (nikt   by   się   nie   ośmielił   nazwać   ich   po   prostu   oknami)   były 

oprawne w ołów, sufity były nie tylko belkowane, ale także rzeźbione i złocone. Carla swoim 

przesadnym zachwytem zdobyła serce pani Pendennis.

A jednak dom sprawiał tragiczne wrażenie. Był martwy i rozpadał się. Część starej 

pięknej  boazerii   zerwano  i   sprzedano.  Carla   rozumiała   decyzję   Waltera   Tregellasa,  który 

traktował   dom   po   barbarzyńsku   za   cenę   pozostania   w   nim   do   śmierci,   ale   jego   metody 

wydawały   się   raczej   nieprzemyślane.   Ona   sama   zdecydowałaby   się   raczej   na   sprzedaż 

serwisu podwieczorkowego, zanim by pozwoliła na obdziera nie ścian.

W miarę dalszego zwiedzania wyszły na jaw kolejne przygnębiające fakty. Niełatwo 

będzie sprzedać dom. Niewielu ludzi byłoby w stanie utrzymać tak dużą siedzibę, ci zaś, 

którzy by mogli, niewątpliwie chętniej kupią coś bardziej imponującego i w lepszym stanie. A 

jednak rosło jej przygnębienie na myśl, że będzie musiała się go wyrzec. Jakże przyjemnie 

byłoby odnowić go i urządzić, poszukać w antykwariatach mebli z epoki, przyjmować gości 

herbatą   na   kamiennym   dziedzińcu   i   obserwować   z   własnego   balkonu   zachody   słońca   za 

bezkresem Atlantyku.

Gdy obeszły główną część domu i jedno boczne skrzydło, wilgotne powietrze przebił 

jakiś   obcy   dźwięk.   Przypomniał   Carli   przeraźliwe   przeżycie   z   ostatniej   nocy   i   poczuła 

przenikający ją chłodny dreszcz. Tymczasem pani Pendennis nie przerwała swej spokojnej 

opowieści,   nieczuła   na   hałas.   Wreszcie   do   starych   uszu   gospodyni   dotarł   ten   dźwięk   i 

przerwała w pół zdania z pełnym niezadowolenia cmoknięciem.

- Ta dziewczyna! Nigdy się nie nauczy!

Teraz Carla usłyszała własne imię wykrzykiwane możliwie najgłośniej przez Mary.

background image

Wreszcie   u  szczytu  schodów   pojawiła  się  pokojówka.   Teraz   zobaczyła  cel  swego 

nawoływania i ściszyła nieco głos.

- Panno Tre... a więc jest pani tutaj! Od tak dawna biegam wszędzie i wołam.

- Zauważyłyśmy to - stwierdziła pani Pendennis.

- Jest do panienki telefon. Dzwoni pan Fairman.

Carla poszła za pokojówką poprzez korytarze i niezliczone schody w dół do telefonu, 

który umieszczono w holu w małym kącie pod schodami. Tylko jeden telefon w takim dużym 

domu! Nie winiła Mary za jej krzykliwe wołanie. Dotarła do telefonu bez tchu i zdradzał to 

jej głos.

- Proszę o wybaczenie - odezwał się rozmówca na drugim końcu linii. - Powinienem 

powiedzieć Mary, że proszę panią o telefon. Zapomniałem, jaki to wielki dom.

Był to męski głos, kulturalny baryton, teraz pełen skruchy. Brzmiał pociągająco.

- Nie szkodzi. Przepraszam, że nie zastał mnie pan dziś rano.

-   Droga   panno   Tregellas,   dlaczego   miałaby   pani   mnie   przepraszać?   Wstąpiłem   w 

drodze do kancelarii, myśląc, że może panią zastanę. Chciałem panią powitać i zaprosić na 

kolację dziś wieczór. Trochę późno to robię, ale skoro nie przyjechała pani na dłużej...

- To byłoby bardzo miłe - odpowiedziała Carla, zastanawiając się, dlaczego wszyscy 

tak się cieszą z poznania jej, ale tak pragną jej wyjazdu. Ponadto, choć to było nielogiczne, 

ukłuło ją jego przekonanie, że nie ma innych planów. - Nie jestem pewna...

- Proszę przyjąć zaproszenie - prawnik usiłował ją namówić. - Zaprosiłem kilka osób, 

które   chciałbym   pani   przedstawić.   Miejscowych   ziemian   -   jeśli   mogę   tak   ich   nazwać. 

Wszyscy byli przyjaciółmi Waltera i bardzo chcą panią powitać. A zatem, proszę!

- Dobrze. Dziękuję.

- Świetnie. A więc przyjadę po panią o siódmej. Strój swobodny.

Carla   się   uśmiechnęła   i   odłożyła   słuchawkę.   Prawnik   zrobił   na   niej   wrażenie 

człowieka   przyzwyczajonego,   że   wszystko   idzie   po   jego   myśli,   ale   sposób   bycia   miał 

niewątpliwie czarujący.

Wydostała   się   z   ciasnego   pomieszczenia   i   skierowała   do   pani   Pendennis,   nie 

słuchającej rozmowy, ale z napięciem oczekującej wiadomości.

Tłumiąc wzbierający śmiech, Carla, niczym lady Caroline w przeszłości, powiedziała 

obojętnie:

- Och, pani Pendennis, zjem dzisiaj kolację poza domem. Czy zechce pani zawiadomić 

kucharkę?

background image

Rozdział czwarty

Schodząc na dół o godzinie siódmej, Carla usłyszała głosy w salonie. Pan Fairman 

przyszedł wcześniej - godny podziwu rys u prawnika i towarzysza wieczoru. Zastanawiała 

się, czy jego wygląd jest równie pociągający jak jego głos, ale upomniała siebie, że taka 

ciekawość   jest   niestosowna.   Zaprosił   ją   jedynie   z   poczucia   obowiązku.   Jednakże   kiedy 

zobaczyła wstającego z kanapy na jej powitanie mężczyznę, zapomniała o dobrych manierach 

i po prostu się na niego zagapiła.

Był niewiarygodnie przystojny, wysoki, szeroki w ramionach, rysy miał wyraziste i 

mocne czarne brwi.

W pierwszej chwili miała wrażenie, że jej wygląd zaskoczył go, tak jak ją uderzyła 

jego  powierzchowność.   Miała   nadzieję,   że   oczarowała   go   swoją  urodą   i   wdziękiem.   Nie 

mogła jednak zapomnieć wczorajszego przerażenia pani Pendennis na jej widok.

- Pan Fairman! - Wyciągnęła rękę.

- Proszę nazywać  mnie Alan. - Przytrzymał  jej rękę w swoich dłoniach. - Proszę 

wybaczyć   mi,   że   tak   się   pani   przyglądam.   Walter   był   jedynym   członkiem   rodziny 

Tregellasów, którego poznałem. Nie uwierzyłbym nigdy, że jego rysy twarzy mogą przyjąć 

tak piękną wersję.

Pani Pendennis uśmiechnęła się z uznaniem na ten komplement i spytała:

- Czy wypije pan jeszcze jeden kieliszek sherry, panie Fairman?

-   Choć   z   wielką   przykrością,   ale   zrezygnuję   z   wina   Waltera,   gdyż   sądzę,   że 

powinniśmy ruszyć w drogę. Jeśli pani to odpowiada, panno Tregellas.

- Proszę zwracać się do mnie po imieniu. Jestem gotowa. 

Zostawili rozpromienioną panią Pendennis przy drzwiach wejściowych. Carla czuła 

się jak dziewczyna, która wybiera się na pierwszy bal pod czułym okiem babci. Było jasne, że 

pan Fairman był dobrą partią w utartym sensie tego słowa.

Prowadził lśniący, nowy czerwony kabriolet, a gdy umieścił ją na miejscu pasażera, 

zrobił miłą uwagę, że jej suknia odpowiada kolorem pojazdowi.

Gdy znaleźli się na podjeździe, uśmiechnął się do niej, mówiąc:

-   Teraz   możemy   odetchnąć.   Mam   nadzieję,   że   nie   pozwalasz   się   zastraszyć   pani 

Pendennis. Jest okropną mieszanką niani, guwernantki i królowej Wiktorii.

- Uważam, że jest bardzo miła.

background image

- Ależ tak! Oczywiście. I jest jedną z ostatnich wymierających przedstawicielek tego 

gatunku. Czy świat zmieni się na lepsze, czy na gorsze po ich odejściu, to inna sprawa.

- Myślę, że po trochu w obie strony - uznała Carla. - Chyba nie ma wielu czarno-

białych rozwiązań moralnych.

-   Czeka   mnie   niechybnie   potępienie,   jeśli   w   piękny   wieczór   i   z   taką   piękną 

dziewczyną będę rozmawiał o problemach moralnych powiedział jej towarzysz.

- Nie przesadzajmy! Piękna nie jestem. Mogę się zgodzić: urocza, czarująca, a nawet - 

ładna, po kilku kieliszkach, gdy nieco stępieje mój krytycyzm - żartowała. - Ale piękna...

- Prawdopodobnie zbytni krytycyzm. Jak ci się podoba dom przodków?

- Uwielbiam go.

- To potwierdza mój punkt widzenia.

Carla   się   roześmiała.   Wieczór   był   piękny,   jej   sukienka   była   piękna   i   jechała   na 

przyjęcie z przystojnym mężczyzną, szybkim samochodem, a wiatr pieścił jej twarz. Czego 

więcej może oczekiwać dziewczyna?

- Sądzę, że powinniśmy porozmawiać o domu - powiedziała niechętnie.

- Nie dzisiaj. Jak długo zamierzasz tu zostać?

-   To   jest   właśnie   jedna   z   tych   spraw,   o   których   chcę   pomówić.   Nie   mogę   nic 

postanowić, dopóki nie dowiem się, jak wyglądają finanse. 

Jej towarzysz dramatycznie uniósł brwi.

- Myślałem, że mój kolega z Bostonu wyjaśnił tę sprawę...

- Oczywiście,  wiem,  że muszę  sprzedać  dom - oświadczyła  Carla. - Zamierzałam 

zostać tylko parę tygodni. To był szalony pomysł przyjeżdżać tu. Ale miałam nadzieję... Czy 

już jesteśmy na miejscu?

Dom, przed którym się zatrzymali, był udanym współczesnym naśladownictwem stylu 

georgiańskiego,  otoczonym  starannie ostrzyżonymi  trawnikami.  Białe  ozdoby lśniły,  okna 

błyszczały, czerwone cegły żarzyły się w promieniach zachodzącego słońca. Carli wydał się 

okropny.

- Tak, jesteśmy sąsiadami. To tylko pięć minut spaceru przez pola. Jak ci się podoba 

dom?

Przechylił się do tyłu, przyglądając się budowli z dumą właściciela.

- Teraz wiem, dlaczego nie lubisz Tregellas House - powiedziała Carla. 

Jej towarzysz zachichotał.

- To dość taktowna opinia jak na kogoś z Tregellasów. Zrozumiałem...

background image

Carla   chciała   powiedzieć   coś   przepraszającego,   ale   rozmyśliła   się.   Rodzina 

przypuszczalnie   zawsze   miała   opinię   prawdomównej,   dlaczego   niby   miała   skończyć   z   tą 

tradycją?

Alan mocno objął jej ramię i poprowadził do wejścia.

Zanim   zdołał   zadzwonić   lub   użyć   klucza,   drzwi   otworzyła   dziewczyna...   Po 

pierwszym szybkim rzucie oka Carla zmieniła opinię. To była kobieta, zapewne zbliżała się 

do   trzydziestki,   choć   trudno   było   ocenić   jej   wiek.   Wyglądała   na   dojrzałą,   ale   nieśmiały 

uśmiech i zakłopotane spuszczanie oczu sprawiły, że wyglądała młodziej i robiła wrażenie 

skrępowanej.

Była ubrana w powłóczystą bawełnianą spódnicę i bluzkę, która byłaby stosowna dla 

Królowej   Matki,   z   długimi,   opadającymi   rękawami   i   wiązaniem   przy   szyi.   Włosy   w 

jasnopopielatym kolorze blond, zaczesane do tyłu, były związane wstążką. Jej jedyną ozdobą 

była piękna cera, słynna angielska delikatność brzoskwini z mlekiem. To wystarczało, aby 

zapomnieć   o   niewłaściwym   stroju   i   fryzurze.   Dziewczyna   mogłaby   uchodzić   za   piękną, 

gdyby choć trochę zadbała o siebie.

Z serdecznym uśmiechem, nie dostrzegając żadnej skazy w wyglądzie siostry i jej 

zachowaniu, Alan przedstawił ją Carli.

- Elizabeth tak chciała cię poznać, że nie czekała, aby pokojówka otworzyła drzwi - 

powiedział.

Elizabeth zaczerwieniła się po uszy. To była wina jej karnacji - natychmiast zdradzała 

najdelikatniejsze odczucia.

- Przepraszam - wyjąkała. - Nie miałam zamiaru... Spojrzała na brata z udręką. 

Carla poczuła się zawstydzona. Oczywiście, osoba tak skromna ubóstwia starszego, 

przystojnego brata. Ale przecież istnieje coś takiego, jak godność. Poczuła, że należy przyjść 

jej z pomocą.

- Jestem zaszczycona. Jak to miło, że pomyślałaś o powitaniu mnie osobiście. Wiesz, 

że w Stanach nie jesteśmy przyzwyczajeni do pokojówek. Proszę, mów mi Carla, a ja będę 

cię nazywała... czy używasz jakiegoś zdrobnienia, czy wolisz Elizabeth?

Elizabeth   zamilkła   pod   wpływem   tej   niewątpliwie   wylewnej   przemowy.   Patrzyła 

zaskoczona, dopóki brat nie odsunął jej łagodnie na bok i wprowadził Carlę do środka.

-   Zanim   przybędą   inni   goście,   mamy   czas   na   szybką   szklaneczkę   -   oznajmił   z 

uśmiechem. - Tak to zaplanowałem.

background image

Ponieważ   jej   znajomość   zwyczajów   towarzyskich   Anglików   pochodziła   z   lektury 

książek Dickensa i Jane Austen, Carla była przyjemnie zdziwiona, stwierdziwszy, że szybka 

szklaneczka nie zawierała tylko sherry. Alan dodał doskonałego martini.

Ełizabeth   piła   sherry.   Już   od   lat   Carla   nie   spotkała   kogoś   tak   rozpaczliwie 

nieśmiałego.   Miała   jednak   wrażenie,   że   gdyby   Alan   nie   kierował   rozmową,   mogłaby 

nawiązać jakieś porozumienie z Ełizabeth. Nie zaświtało mu w głowie, że słabsze osobowości 

mogły   czuć   się   przytłoczone.   Nie   było   w   tym   jego   winy.   Wina   leżała   w   Ełizabeth,   że 

pozwalała mu tak przewodzić nad sobą.

Zaledwie wymienili zwyczajowe pytania i odpowiedzi (Jak ci się podoba Kornwalia, 

Carlo? Uważam, że to piękny kraj, Ełizabeth), wprowadzono następnych gości. Niewątpliwie 

ci ludzie nie przestrzegali zwyczaju małego spóźnienia. W dziesięć minut później wszyscy 

goście byli w salonie. Carla usiłowała uszeregować ich w myślach.

Najpierw przybyli pułkownik Wingate z żoną, niewątpliwie najmniej interesujący. Jak 

wskazywała ranga, pułkownik był oficerem w spoczynku, jego żona zaś dystyngowaną damą, 

poświęcającą się dobroczynności i bardzo przejętą upośledzeniem klas pracujących. Była pod 

pewnym urokiem - ale zupełnie na miejscu - pastora.

Carla nie miała jej tego za złe. John Willis, pastor, był niewysoki i przedwcześnie 

osiwiały. Miał łagodne niebieskie oczy i ciepły uśmiech. Zjednał ją poczuciem humoru; już 

przy podaniu ręki na powitanie uśmiechnął się szeroko i powiedział:

- Zasłużyła pani na nagrodę, panno Tregellas.

- Carla, proszę. Ale chciałabym wiedzieć dlaczego?

- Nie przywitałaś mnie uwagą: „Cóż za typowy obraz miłego, angielskiego pastora”. 

Mam tego dosyć, ale przecież nie mogę zmienić swego wyglądu.

Zanim Carla zdążyła odpowiedzieć, dołączył inny gość, wysoka, starsza niewiasta o 

kanciastych ruchach, która, wydawać się mogło, lepiej wyglądałaby w mundurze niż mały 

tęgi pułkownik.

- Nonsens, John - warknęła. - Przecież jesteś bardzo zadowolony ze swego wyglądu. 

Podejrzewam, że w tajemnicy farbujesz włosy.

Pastor się roześmiał, a starsza niewiasta, którą przedstawiono jako pannę Truebody, z 

wyraźną ciekawością zwróciła oczy na Carlę.

- Niewiele zachowałaś  podobieństwa do rodziny,  młoda damo,  poza tymi  szarymi 

oczami. Ma pani szczęście. Tregellasowie byli niezbyt piękni.

- Wszyscy mi powtarzają, że jestem żywym  wizerunkiem kuzyna Waltera - rzekła 

Carla.

background image

-   Proszę   nie   zwracać   na   to   uwagi   -   powiedziała   panna   Truebody.   -   To   niezbyt 

przyjemne   mieć   wielu   przodków.   Oczywiście,   wszyscy   ich   mamy,   nie   ma   na   to   rady. 

Najlepiej o nich zapomnieć.

W tym momencie przybył ostatni gość; skruszony, przepraszał za spóźnienie.

-   Przeklęci   głupcy   chodzą   po   górach,   nie   mając   przygotowania   ani   sprzętu. 

Przyniesiono mi jednego, gdy wybierałem się do was. Bardzo przepraszam, Ełizabeth i całe 

towarzystwo... Och, Carlo, jak to miło znowu cię spotkać w tak krótkim czasie - wykrzyknął 

na koniec Simon Tremuan.

- Znacie się już? - zdziwił się Alan, gdy doktor witał się z Carla. Wydawał się niezbyt 

zadowolony.

- Tak - odparła Carla. - Mam nadzieję, że biedny człowiek nie został ciężko ranny.

- To była dziewczyna. Ma prawdopodobnie złamaną nogę i wstrząs mózgu. Wysłałem 

ją do Truro na prześwietlenie. Pułkowniku, czy nie można by umieścić więcej znaków na 

skałach?

- To nie ma znaczenia. Przeklęci głupcy nie zwracają na nie uwagi. Po co marnować 

pieniądze?

Właśnie zaproszono do stołu. Luźną grupą ruszyli do jadalni, doktor, wyprzedziwszy 

Alana, usiłował dotrzymać towarzystwa Carli. Przechodząc Carla usłyszała cichą wymianę 

słów między gospodarzem a gospodynią.

- Czy go nie zaprosiłeś? - szeptem spytała Ełizabeth.

- Przyjdzie później, jeśli się nie rozmyśli... - krótko odpowiedział Alan.

Carla nie zainteresowała się, o kim mówili, ale zdziwiło ją, że gospodyni nie wie, ile 

osób będzie na kolacji.

Dania   nie   były   szczególnie   interesujące,   a   rozmowa   początkowo   była   również 

prozaiczna. Carla odpowiadała na zwykłe pytania o podróż i swoje plany na przyszłość.

- Doprawdy, nie wiem, jak długo pozostanę, Alan mówi mi, że jestem bez grosza.

Pani   Wingate   wyglądała   na   oburzoną   takimi   otwartymi   uwagami   o   sprawach 

finansowych, ale panna Truebody zarżała zwykłym swoim śmiechem.

- Może nie jesteś podobna do Waltera, dziewczyno, ale mówisz jak on.

- Z wyjątkiem różnicy w słowniku - z uśmiechem wtrącił pastor.

-   Zawsze   narzekał   na   brak   pieniędzy   -   przypominała   sobie   panna   Truebody.   - 

Spędziłam z nim wiele wieczorów, pomagając mu zdecydować, co następnie sprzedać. Na 

szczęście   odszedł   we   właściwym   momencie.   Lubił   żyć   dobrze,   a   nie   mógł   ciągnąć   tego 

dłużej.   Ale   musiało   coś   po  zostać,   dziewczyno.   Jeśli   wystarcza   pieniędzy   na  utrzymanie 

background image

kucharki   i   pokojówki,   to   dlaczego   ty   miałabyś   stanowić   dodatkowy   wydatek?   Jesteś   tak 

szczupła, że pewnie nie jesz dużo, niewiele więcej od myszy.

- Dzięki - powiedziała Carla z wdzięcznością. - Jest pani pierwszą osobą, która nie 

próbuje możliwie najszybciej wysłać mnie do domu. 

Wywołało to głośne zaprzeczenia zgromadzonych, łącznie z Alanem.

- Nie zasługuję na to - powiedział żałośnie. - Carlo, proszę, nie dyskutujmy teraz o 

sprawach majątkowych. Panna Truebody powie nam zaraz dokładnie, w czym postępujemy 

błędnie, i poradzi, co powinniśmy dalej robić.

Panna Truebody uśmiechnęła się do niego.

- Gdybyś mnie słuchał, byłbyś najbogatszym prawnikiem w Kornwalii. Trochę się na 

tym znam.

- Myślę, że jest pani czarownicą - odparł Alan z nieco wymuszonym uśmiechem.

Panna Truebody także odpowiedziała uśmiechem, ale okazało się, że pastor uznał tę 

rozmowę za niewłaściwą.

- Jeśli chodzi o czarownice - powiedział bez zmrużenia powiek - to, jak rozumiem, 

moi parafianie wracają do legend o menhirach Artura.

- Co to takiego? - spytała Carla.

- To prehistoryczne pionowo stojące monolity, prawidłowa ich nazwa brzmi dolmen - 

odpowiedział doktor. - W tej okolicy wszystko, czego nie można przypisać chochlikom albo 

diabłu, jest łączone z czasami Artura. Ludzie wierzą, że jeśli chory przejdzie przez otwór 

między głazami, zostanie uleczony. Zastanawiam się, którzy z moich pacjentów przestali mi 

ufać.

- Muszę przyznać, że traktuje pan to bardzo chłodno - wykrzyknęła pani Wingate.

-   Nie   mam   innego   wyjścia,   gdyż   nie   mogę   temu   zapobiec.   Tak   na   prawdę   stare 

przesądy nigdy nie wygasają do końca. Nawet nie słabną. Drzemią w umysłach ludzi, budząc 

się, gdy zawodzą nowoczesne środki. A obawiam się, że to dzieje się często.

- To dziwne, jak trwałe są zabobony - odezwała się Carla. - W Stanach obserwujemy 

wiele różnych dziwnych wierzeń - satanizm, spirytyzm, kult przemocy.

- Tak - zgodził się pastor. - Różne są formy nieracjonalnych wierzeń - pozostałości 

praktyk magicznych tak starych jak ludzkość. Uważam, że ten region jest szczególnie na nie 

podatny. Nie ma wielu okolic tak przepełnionych legendami. Miejscowe festiwale, takie jak 

Furry Dance, wznowione ze względów turystycznych, utrwalają pozostałości dawnych religii, 

rzymskiej,   druidzkiej,   celtyckiej.   Jeden   z   moich   starych   parafian   zapewnia,   że   w   letnie 

wieczory słyszy dzwony zatopionych kościołów Lyonesse.

background image

Przerwał, słysząc głośne zdziwienie Carli.

- Co chciałaś powiedzieć, moja droga?

- Nic. To znaczy, czy Lyonesse rzeczywiście istniało? Czy to prawdziwy folklor, a nie 

wymysł pani Pendennis?

Carla wypiła kilka kieliszków wina poza koktajlem i teraz czuła się swobodnie w 

gronie tych życzliwych ludzi i dlatego mówiła tak szczerze. Tymczasem odpowiedzią na jej 

pytanie  było  znaczące  milczenie.  Goście  wymienili  między sobą spojrzenia. Tylko  panna 

Truebody głośno prychnęła.

-   Licho   nadało   tę   kobietę,   wciąż   powtarza   tę   bezsensowną   opowieść.   Pastorze, 

powinieneś z nią porozmawiać!

-   Droga   panno   Truebody,   niby   dlaczego?   Mam   dość   roboty   z   prawdziwymi 

grzesznikami. Nieszkodliwe złudzenia starszej pani z pewnością...

Zamilkł i spojrzał przestraszony na Carlę.

- O Boże! Właśnie sobie uświadomiłem, że pani Pendennis może uwierzyć... Czy 

przypadkiem nie sugerowała pani...?

- Nic mi nie sugerowała, ale powiedziała, że powinnam wyjechać przed przesileniem 

letnim.

Pastor głęboko wciągnął powietrze. Jego zmarszczone czoło i poważne twarze innych 

gości poruszyły Carlę. Poczułaby się lepiej, gdy by się roześmieli na całe gardło. Spojrzała z 

pretensją na Simona:

- Mówiłeś, że powierzyła swoją opowieść tylko tobie i mnie. Tym czasem wszyscy o 

niej wiedzą, a ja czuję się jak idiotka.

- Obawiam się, że ludzie w małych wioskach są skłonni do plotkowania - ponuro 

powiedział   pastor.   -   Ja   usłyszałem   o...   urojeniu   pani   Pendennis   dopiero   przed   paru 

tygodniami. Jak się okazało, mówiła o tym także innym ludziom. Musi pani jednak zdać sobie 

sprawę, że historia zniknięcia lady Caroline jest powszechnie znana. Zdaje się, że nawet ją 

wydrukowano   w   jakimś   miejscowym   przewodniku.   Wszystkie   stare   rodziny   mają   takie 

legendy. Opowieści zaczynają się od tragicznego wypadku - przypadkowa śmierć, porwanie, 

samobójstwo, a do tego dodaje się wymyślone literackie ozdobniki.

-   Trudno   jednak   powstrzymać   się   od   pytania,   co   się   jej   naprawdę   stało   - 

nieoczekiwanie odezwała się Elizabeth.

- To chorobliwe urojenia - z oburzeniem zauważył Alan.

-   Bynajmniej   -   odezwała   się   panna   Truebody.   -   Każdy,   kto   nie   jest   pozbawiony 

iskierki wyobraźni, będzie się zastanawiał.

background image

- Ale czy jest sens w spekulowaniu o czymś, co zdarzyło się przed dwustu laty? - 

spytał Alan. - Z tego, co wiemy, dziewczyna była zakochana w kimś innym i zdecydowała się 

z nim uciec. Mogła też wpaść do szybu kopalni albo do Picthouse. Bagna są pełne starych 

ruin. Że nie wspomnę skał... Dlaczego, do diabła, śmiejesz się, Simon?

-  Akurat   ty -  powiedział   Simon   - miałbyś   wyrzucać   nam,   że  marnujemy   czas   na 

próżne   fantazje,   gdy   sam   niewątpliwie   głęboko   przemysiałeś   to   zagadnienie.   Dla   mnie 

najbardziej interesujące są dodatkowe czynniki, które miały się przyczynić do tragedii. Temat 

trytona ogromnie mnie pociąga. Jestem w pewnym sensie ekspertem w dziedzinie folkloru, 

ale nie sądzę, abym napotkał tę szczególną wersję.

- Ale to nie jest nieznany wątek - oznajmił pastor. - Znamy opowieści o rusałkach, 

które oddały serce śmiertelnikom, a potem zostały zdradzone. Bajka Andersena jest nową 

wersją prastarego tematu, który początkowo wcale nie był ładną bajką dla dzieci. Jest wiele 

opowieści o kobietach, do których zalecają się półludzkie stwory morskie, które udając się na 

ląd, pozbywają się swoich skór. Poemat Matthew Arnolda „Porzucony tryton”...

- Demoniczny wodny kochanek - zauważył doktor.

- Doprawdy, cóż to za dziwaczna dyskusja - oburzyła się pani Wingate.

Nieoczekiwanie poparła ją Elizabeth.

- Nie sądzę, aby należało o tym mówić, jeśli to jest przykre dla Carli.

Carla doceniła delikatność Elizabeth. Przejęła się tą historią bardziej, niż powinna. Z 

tego właśnie powodu i aby przełamać swoją niechęć, odezwała się stanowczo:

- Ależ skąd! To interesujący temat.

- Poniekąd tak. - Gospodarz mocniej oparł się na krześle, uśmiechając się do niej z 

uznaniem.  - Nierozsądnie byłoby traktować sprawę poważnie, bo jest dość zabawna. Dla 

mnie, muszę przyznać, to nowość. Jak to jest z tym demonicznym kochankiem, John?

- Temat rozpowszechniony w folklorze - odparł pastor. - Rozpoczyna się od zwykłych 

śmiertelniczek   kochanych   przez   bogów:   Danae,   lo,   Europa.   W   czasach   chrześcijańskich 

dumni   bogowie   stali   się   demonami.   W   średniowieczu   kobiety   czcicielki   szatana   były 

fizycznie niewolone przez demona. Mamy opisy...

Widząc oburzony wzrok pani Wingate, gwałtownie zamilkł.

- O ile wiem, temat ten występuje także poza Europą - dodał jednak bojaźliwie.

- Oczywiście, Birma, Chiny, Afryka.

Doktor, badacz do szpiku kości, na szczęście nie zwrócił uwagi na niezadowolenie 

pani Wingate.

background image

-   To   nie   znaczy,   że   kochanek   jest   zawsze   demonem,   w   tym   sensie,   że   jest   zły. 

Nieszczęsny tryton Arnolda jest typowym bohaterem epoki wiktoriańskiej. Bardziej trapi się 

rozbiciem rodziny niż złamanym sercem. Jednakże wyobrażenie, że tryton Tregellasów jest 

zmorą rodziny, jest moim zdaniem jedyne w swoim rodzaju. Złowrogie duchy nawiedzają 

wprawdzie inne stare siedziby, ale pochodzą z piekła, nie z morza.

Jego słowa zafascynowały gości. Nastrój  przerwała  panna Truebody,  wykrzykując 

ostro:

- Ależ to stek absurdalnych bzdur, Simon!

- Brawo! - zagrzmiał nagle jakiś głos od drzwi.

Carla rozpoznała głos. Odwróciła się, ale wcześniej jeszcze ujrzała twarz Elizabeth 

Fairman promieniejącą przez moment dziwnym pięknem.

- Michael - powiedziała cicho siostra Alana.

Gość zatrzymał się w drzwiach z wdziękiem prężącej się pantery, jak mieszkaniec 

dżungli   dziwnie   nie   pasujący   do   tego   statecznego   towarzystwa.   Był   ubrany   z   rozmyślną 

niedbałością.   Jego   wypłowiałe   dżinsy   opinające   ciasno   biodra   miały   dziurę   na   kolanie, 

koszula   była   do   pasa   rozpięta,   a   długie,   szczupłe   palce   nosiły   ślady   ziemi   od   pracy   w 

ogrodzie.

W   przeraźliwej   ciszy,   jaka   zapanowała   po   jego   przybyciu,   zuchwale   wędrował 

wzrokiem   od  jednej   twarzy   do  drugiej.   Z   mimowolnym   rozbawieniem   Carla   zdała   sobie 

sprawę, że w jego ruchliwej wyćwiczonej mimice wyrażała się opinia o każdym z gości, ale w 

sposób tak subtelny, że tylko najbliżej siedzący mogli to zauważyć. Pannie Truebody lekko 

zadrgały   wargi,   Alan   uniósł   brwi,   państwo   Wingate   wlepili   w   niego   puste,   niemądre 

spojrzenia.

- Dobry wieczór - powiedział, uśmiechając się nagle do Elizabeth. 

Do   Carli   dotarł   tylko   cień   uśmiechu,   ale   zauważyła,   że   Elizabeth   wyglądała   jak 

oślepiona.

- Siadaj, proszę - wykrztusiła, robiąc gest ręką. - Zaraz zadzwonię na pokojówkę... tak 

się cieszę, że mogłeś przyjść...

- Nie przejmuj się, Liz - przerwał jej Michael. - Wpadłem tylko na filiżankę kawy.

-   Właśnie   zamierzaliśmy   przenieść   się   do   salonu   -   powiedział   Alan,   patrząc 

wymownie na siostrę.

- Tak. Oczywiście. Zaraz zadzwonię...

Panna   Truebody   zagarnęła   Michaela,   wyprowadzając   go   z   pokoju   w   ogniu   pytań 

dotyczących ogrodnictwa. Inni goście wyszli za nimi. Pokojówka podała kawę i likiery, a 

background image

potem   konwersacja   zamarła,   z   wyjątkiem   głosu   panny   Truebody,   ciągle   mówiącej   o 

uprawach. Michale ogarnął wzrokiem milczące zgromadzenie.

-   Zanudzamy   innych,   panno   Truebody   -   powiedział   -   a   zdaje   się,   że   przerwałem 

prawdziwie fascynującą rozmowę. Chętnie się do niej włączę.

- Dla mnie nie była to interesująca rozmowa - stwierdziła pani Wingate. - Uważam 

takie wywody za przykre. A jestem zaskoczona, że pan, pastorze...

- Żałuję tylko, że jestem takim ignorantem - jak najuprzejmiej odparł duchowny. - To 

Simon jest znawcą folkloru. Właśnie, Simon, chciałem cię prosić... czytałem ostatnio notatkę 

o znaleziskach dotyczących starożytnego Wschodu zachowaną w literaturze apokryficznej...

W ten sposób temat babki Michaela i jej fantazji gładko został zaniechany.  Carla 

podejrzewała jednak, że Michael nie da się łatwo oszukać. Kto wie, ile usłyszał, zanim się 

odezwał i dał znać o swoim przybyciu? Carla miała wrażenie, że usłyszał sporo. Na pewno 

rozmowę   o   demonicznych   kochankach   -   pomyślała,   patrząc   na   jego   pociągłą,   pełną 

mrocznego uroku twarz i zachwyconą minę Elizabeth.

Michael niewiele  się odzywał,  ale jego obecność wywarła  niewątpliwie wpływ  na 

towarzystwo. Wkrótce państwo Wingate oznajmili, że muszą się zbierać, a panna Truebody 

zaproponowała, że ich odwiezie, i wyszła z nimi.

Następnie wyszedł doktor, kilkakrotnie nieudolnie powstrzymując ziewnięcie.

-   Obudzili   mnie   dzisiaj   o   świcie   -   powiedział   przepraszającym   tonem.   -   Jeden   z 

dzieciaków  Redrutha złapał jakiegoś wirusa. Dziękuję, Elizabeth, Alanie... Carlo, wkrótce 

zadzwonię, jeśli pozwolisz.

Michael natomiast siedział i siedział. Było oczywiste, że Alan nie miał zamiaru go 

zatrzymywać i równie oczywiste, że Michael o tym wiedział i niezadowolenie gospodarza go 

bawiło. Jego stosunek do Elizabeth można by uznać za czarujący, gdyby Carla nic wyczuwała 

sztuczności w słowach i gestach.

Rozruszał Elizabeth pytaniami o jej róże, domowe zwierzątka i pracę społeczną w 

szpitalu. Pod wpływem jego uśmiechu twarz Elizabeth promieniała, mimo zimnych spojrzeń 

brata. Wreszcie Michael wstał.

- Czy mogę odprowadzić panią do domu? - spytał Carlę. 

Po raz pierwszy tego wieczoru zwrócił się do niej bezpośrednio.

- Nie, dziękuję - odpowiedziała.

- Odwiozę pannę Tregellas - odezwał się Alan. - Życzę dobrej nocy, Pendennis.

Elizabeth   zrobiła   ruch,   jakby   chciała   odprowadzić   Michaela   do   drzwi,   ale   pod 

spojrzeniem brata ponownie zapadła w krzesło. Michael wyszedł sam, a Carla z mieszaniną 

background image

współczucia i pogardy przyglądała się, jak rozjaśniający twarz dziewczyny uśmiech zgasł i 

zmienił się w widmową bladość.

- Sądzę, że także powinnam już iść - powiedziała. - Przykro mi prosić cię, abyś mnie 

odwiózł, Alan. Może gdybym się pospieszyła, mogłabym dogonić...

-   Nie   bądź   śmieszna   -   oschle   rzucił   Alan.   Potem   uśmiechnął   się   posępnie.   - 

Przepraszam, trudno zaprzeczyć, że ten facet działa mi na nerwy. Oczywiście, odwiozę cię. 

Ale nie spiesz się. Pozwól, że podam ci coś do picia. Może kawy? Elizabeth, czy zechcesz 

zadzwonić na...? Moja droga, wyglądasz na zmęczoną! Dlaczego nie pójdziesz do łóżka? 

Jestem pewien, że Carla zrozumie.

- Oczywiście - potwierdziła Carla.

Elizabeth wstała, mamrocząc przepraszająco. Jej brat wyciągnął do niej ramię. Oparła 

się na nim ciężko i razem wyszli z pokoju.

Alan wrócił prawie natychmiast, miał poważną minę i gdy Carla znowu wyraziła chęć 

odejścia, nie sprzeciwił się. Dopiero w samochodzie, gdy wyjechali na drogę, odezwał się 

nagle.

-   Pewnie   uważasz   mnie   za   obrzydliwą   mieszankę   zaborczego   i   nadopiekuńczego 

starszego brata.

- Nie wyraziłabym się tak ostro. 

Alan cicho się roześmiał.

- Czy zawsze mówisz dokładnie to, co myślisz?

-   Teraz   jestem   znacznie   bardziej   taktowna   niż   dawniej   -   zaprotestowała.   -   To   ty 

wprowadziłeś ten temat. Nie musisz mi się tłumaczyć, bo...

- Ale chcę tego. Jest jeszcze wcześnie, a wieczór jest piękny - zbyt piękny, aby go 

zmarnować.   Czy   korzystając   z   twojej   życzliwości,   przez   chwilę   mogę   ci   pokazać   mój 

ulubiony widok?

- Oczywiście.

Ton Carli nie był tak łaskawy, jak jej słowa. Tak naprawdę nie miała ochoty na długą, 

kłopotliwą rozmowę osobistą. Kiedy jednak Alan skręcił z drogi i zatrzymał samochód na 

żwirowym brzegu z widokiem na morze, uznała, że wrażenie było tego warte.

Księżyc bliski pełni rysował długą, migotliwą smugę na ciemnej wodzie. Niebo było 

roziskrzone gwiazdami, a szum fal rozbijających się o skały był kojący jak pieśń.

- Prawie trzy tysiące mil wody, nic poza tym - cicho powiedział Alan. - Nic dziwnego, 

że uważali to za koniec świata. Land’s End. Przy zachodzącym słońcu, gdy chmury tworzą 

background image

fantastyczne kształty, przypominające pozłacane wieże i purpurowe iglice, to rzeczywiście 

robi wrażenie niebiańskiego miasta.

- Nie wiedziałam, że jesteś takim poetą.

- Nie mogę sobie na to pozwolić - powiedział gorzko. - Nie mogę usiąść tutaj i snuć 

pięknych   marzeń...   Tak   jak   robi   Simon.   Ma   szczęście,   ale   na   nim   nie   ciąży   taka 

odpowiedzialność. Czasami zazdroszczę mu. Ale nieczęsto. Elizabeth jest mi bardzo droga. 

Choruje. Sądzę, że domyślasz się natury jej choroby.

-   Nie   na   podstawie   jej   zachowania,   ale   czyżbyś   chciał   powiedzieć...   że   to   rodzaj 

choroby umysłowej?

- Tak.

- Na litość Boga, dlaczego robisz taką sprawę? To nic wstydliwego. Polowa moich 

znajomych odwiedza psychiatrów.

- Nie wstydzę się, ale Elizabeth tak. Jest chorobliwie tego świadoma i przerażona 

możliwością nawrotu choroby.

-   Co   to   właściwie   jest?   -   spytała   bez   ogródek.   -   Depresja,   niepokój,   coś   w   tym 

rodzaju?

-   Właśnie.   Wiesz,   jacy   są   ci   przeklęci   psychiatrzy.   Nie   można   usłyszeć   od   nich 

rozsądnej   odpowiedzi.   W   ostatnich   kilku   miesiącach   nastąpiła   znaczna   poprawa   i   doktor 

powiedział, że powinna przyjmować gości, odpowiadać za prowadzenie domu. Ale ciągle 

muszę ją do tego popychać. Tak długo zajmuję się wszystkim, że już się przyzwyczaiłem do 

tych obowiązków, a ona wcale nie chce ich przejąć. Wygląda na to, że postępuję jak łajdak.

-   Wiesz,   że   tak   nie   jest!   -   powiedziała   Carla,   czując,   że   budzi   się   w   niej   jakaś 

ostrożność. - Nie zawsze można być słodkim, łagodnym i opanowanym; nie wtedy gdy kogoś 

kochasz. Chorzy ludzie są wzruszający, ale mogą być także nieznośni.

- Wiedziałem, że zrozumiesz. - Odwrócił się do niej, a oczy mu pałały, jakby odbijały 

światło księżyca. - Jesteś niezwykłą kobietą, Carlo.

Wziął ją w ramiona.

Carla podziwiała łatwość, z jaką obrócił się w ciasnym wnętrzu samochodu. Musi 

mieć w tym dużą wprawę, zdążyła jeszcze pomyśleć, za nim usta Alana dotknęły jej warg.

Był to miły, powściągliwy pocałunek, ale Carla miała uczucie, że on jakby cofnął się. 

Wypuścił ją ze swych ramion. Potem przesunął się za kierownicę i zapatrzył się w srebrzyste 

niebo.

- Czy popełniłem błąd?

- To zależy od tego, co chciałeś osiągnąć.

background image

- Och, powinienem odwieźć cię do domu, zanim pomyślę  nad odpowiedzią na to 

pytanie.

Ale jego głos był wesoły i uśmiech bardziej spokojny niż na początku rozmowy.

- Wymyślisz coś dowcipnego przed samym zaśnięciem - powiedziała Carla. - Wtedy 

właśnie rodzą się wszystkie najlepsze, cięte odpowiedzi.

- To prawda. Jak się zapatrujesz na obiad jutro? Najpierw moglibyśmy odbyć nudną 

rozmowę o interesach, a potem może jakiś niewielki spacer w pięknej okolicy, jeśli utrzyma 

się pogoda.

- Odpowiada mi to.

Gdy stanęli przed frontowym wejściem, stary dom tonął w mroku. Alan był oburzony.

-  Dobrze  byłoby,  aby pani  Pendennis   nie  była  tak  diabelsko  skąpa.  Tyle   razy  jej 

powtarzałem, żeby wieczorem zostawiała światła. Może przecież upaść w ciemności i coś 

sobie złamać.

- Sądzę, że to podnosi nastrój - stwierdziła Carla. - Dom wygląda jak z filmów o 

Draculi, nie uważasz? - Mimo to wolałaby, aby pani Pendennis wzięła pod uwagę ostrzeżenia 

i zostawiała światła.

Ciemne drzewa za domem zasłaniały światło księżyca, pogrążając dom w głębokim 

mroku.   Nieregularna   linia   dachu   z   wieżyczkami   i   kominami   rysowała   się   posępnie   na 

gwiaździstym niebie. W wysokiej trawie nagle przebiegło z piskiem jakieś stworzenie i Carla 

mimo woli zawtórowała mu okrzykiem.

Alan zaśmiał się i znowu wziął ją w ramiona. Pocałunek był teraz pewniejszy i dużo 

bardziej przyjemny.

- Muszę przyznać, że gotycki nastrój ma swoje dobre strony - powiedział po chwili. - 

Carlo, czy mam zaczekać, aż bezpiecznie dotrzesz do swego pokoju? Zanuć coś z balkonu 

albo rzuć mi pukiel włosów - zażartował.

- Nonsens. Czy myślisz, że tryton  na mnie czeka? Nie powinien się zjawić przed 

letnim przesileniem.

- W gruncie rzeczy nie boisz się, prawda?

- Oczywiście, że nie. Dobranoc, Alan. Do jutra.

Carla z ulgą stwierdziła, że pani Pendennis nie zaryglowała drzwi na noc i zostawiła w 

głębi   holu   nikłe   światło.   Z   jego   pomocą   pokonywała   schody.   Przyciemniona   żarówka 

oświetlała dużą przestrzeń holu na piętrze, ale tylko fakt, że nie było tu prawie wcale mebli, 

uchronił ją od upadku. Jednak boleśnie uderzyła palcem nogi o stół. Nikłe światło księżyca, 

wpadające   przez   okna   częściowo   zasłonięte   przez   gałęzie,   pozwoliło   jej   znaleźć   drzwi. 

background image

Otworzyła je z rozmachem i cofnęła się, a oddech zamarł jej w piersiach, gdy długi, ciemny 

kształt jak miękka macka przylgnął do jej twarzy.

Jej   bezwiedny   ruch   był   szybszy   niż   refleksja.   Z   ohydnym   odgłosem   ssania   coś 

chwyciło ją za gardło, a potem jakieś zimne, mokre zwoje, cuchnące słoną wodą, oblepiły jej 

twarz.

background image

Rozdział piąty

I

Carla z wściekłością oswobodziła twarz. Zanim to coś zatkało jej usta, zdążyła wydać 

krótki okrzyk. Gdy udało się jej to usunąć, nie było sensu krzyczeć ponownie. Zanim jeszcze 

po omacku przekręciła kontakt, wiedziała, co to jest.

Długi splątany kłąb omotał jej palce. Część przykleiła się do piersi i ramion, budząc 

jej wstręt, ale najwięcej zwisało, ociekając wodą, z jej rąk.

Wodorosty!

W miejsce początkowego przerażenia uganiał ją gniew, gdy ktoś obok niej wyłonił się 

z ciemności.

- Niech cię licho! Czy nie umiesz chodzić, zamiast ślizgać się jak żmija?

- Spokojnie, spokojnie - odezwał się Michael i zmarszczył nos. - Zdawało mi się, że 

słyszałem twój krzyk. Czy w ten sposób przemawia się do wybawcy? Co tutaj się dzieje? Co 

tak cuchnie?

Michael szeroko otworzył zdumione oczy, a gdy Carla zaczęła zrywać okrywającą ją 

plątaninę wodorostów, chwycił przeguby jej rąk, powstrzymując ją:

-   Pozwól,   że   to   zrobię.   Rozmazujesz   je   tylko.   Nie   ruszaj   się.   Jeszcze   jeden   kłąb 

zwiesza się z futryny.

Carla pozwoliła, aby przeprowadził ją przez drzwi, omijając wodorosty, ale obruszyła 

się, gdy usiłował posadzić ją na krześle.

- Nie chcę siadać. Nie jestem bezradną staruszką. Chcę zobaczyć, jak doszło do tej 

diabelskiej zasadzki.

- To proste, ktoś zawiesił duży zwój tego paskudztwa na gwoździu. A ty weszłaś w 

sam środek.

- Tak - Carla wstrząsnęła się bezwiednie.

Michael ściągnął z niej resztę wodorostów i rzucił je na podłogę.

- Nieszkodliwe, ale dość odrażające - zgodził się. - Sam bym tak krzyczał.

- Miło mi to usłyszeć. Ale skąd tak szybko przybiegłeś?

- Z mojego pokoju. A gdybyś przypadkiem pomyślała, że za dużo sobie pozwalam, 

mogę cię zapewnić, że wolałbym spać w stajni. Nie uważałem jednak, że to bezpiecznie dla 

starej kobiety przebywać tu samej w nocy, i tylko dlatego przeniosłem się do domu. Poza 

innymi słabościami jest trochę głucha. Pewnie dlatego nie usłyszała twego powrotu.

background image

- Za to jutro rano wyraźnie mnie usłyszy.

- Nie ma potrzeby wspominać jej o tym.

- Ależ z całą pewnością jest.

- Nie sądzisz chyba, że to ona zrobiła?

-   Jest   najbardziej   podejrzana.   Zastanów   się,   nie   bądź   taki   beztroski.   To   nie   był 

niewinny   dowcip.   Wiesz,   co   miał   sugerować.   Twoja   babka   mogła   się   kierować 

najszlachetniejszymi motywami. Jest wystarczająco pomylona, by uwierzyć, że strasząc mnie, 

działa na moją korzyść.

- Nie bądź śmieszna!

- A więc kto inny mógłby to zrobić, chyba że ty.

- Ja jestem dużo bardziej  podejrzany - powiedział  Michael spokojnym  głosem,  w 

którym czuło się tłumioną wściekłość. - Czy wyobrażasz sobie moją babkę schodzącą po 

skałach, by zebrać wiecheć tego świństwa, a potem balansując na krześle, zawiesić je na 

twoich drzwiach? Tak ją oceniasz? Jako osiemdziesięcioletnią superbabcię?

- Nie pomyślałam o tym - przyznała Carla, tracąc pewność siebie.

- W każdym razie jesteś na tyle rozsądna, by nie wierzyć, że przybył tu jakiś twój 

wodny   wielbiciel   i   zostawił   kartę   wizytową   w   drzwiach   -   mówił   dalej   Michael.   - 

Podejrzewam, że jesteś bardziej przesądna, niż się do tego przyznajesz. Tacy są wściekle 

wojujący racjonaliści i dlatego tak gniewnie krzyczą. Ale przecież nie możesz się tak przejąć 

tą niezdarną sztuczką. Do licha, mógłbym od ręki wymyślić pól tuzina kawałów w lepszym 

stylu.

- Wierzę. To mógłby być wspaniały balet. Dziewica i tryton. Byłbyś w nim gwiazdą.

Oczy Michaela zmieniły się w wąskie szparki. Przez krótką przeraźliwą chwilę, kiedy 

cienie wyżłobiły na jego twarzy bruzdy, wyglądał nieludzko, jak jakiś leśny lub morski stwór.

- Suka - wykrzyknął i zniknął tak nagle, jak się pojawił. 

Carla wzięła długi gorący prysznic, myjąc się, aż poczuła szorstkość skóry. Ale nawet 

kiedy leżała wygodnie w łożu z baldachimem, miała wrażenie, że nadał czuje dotyk śliskiego 

wiechcia wodorostu na piersiach.

- To był tylko nędzny, złośliwy kawał i nic więcej - mówiła sobie. - Michael miał 

rację.   Nikt   nie   może   być   tak   naiwny,   aby   przypuszczać,   że   takie   zdarzenie   mogłoby   ją 

wystraszyć   -   z   wyjątkiem   pani   Pendennis.   Carla   poczuła   szacunek   dla   Michaela,   że   tak 

dzielnie   bronił   swej   babki,   ale   mimo   że   jego   argumenty   nie   były   bez   znaczenia,   nie 

wykluczały całkowicie pani Pendennis z kręgu podejrzenia. Zapewne są miejsca, gdzie można 

zdobyć   wodorosty   bez   mozolnego   schodzenia   ze   skał,   co   niewątpliwie   przekraczało 

background image

możliwości starszej kobiety. Z drugiej strony, jak nie omieszkał podkreślić Michael, on sam 

mógł   być   podejrzany.   Z   pewnością   nie   był   dla   niej   zbyt   miły   i   miał   dość   czasu   na 

przygotowanie zasadzki, zanim wróciła.

Mimo jego zastrzeżeń postanowiła nazajutrz wspomnieć o zdarzeniu pani Pendennis. 

Nie oskarżać jej, w żadnym razie. Tego nie można było zrobić. Ale wspomnieć - tak!

Gdy wszakże nadeszła właściwa chwila, nie mogła tego zrobić. Przy stole w pokoju 

śniadaniowym   siedział   Michael.   Jego   pełne   wyższości   spojrzenie   i   burkliwe   dzień   dobry 

upewniły   ją,   że   jest   gotów   do   walki,   jeśli   napomknie   o   wodorostach.   Ale   nie   to   ją 

powstrzymało. Był to widok pani Pendennis z niewinnymi  niebieskimi oczyma  i słodkim 

uśmiechem, gdy pytała Carlę, czy przyjemnie spędziła wczorajszy wieczór.

-   Dziękuję,   był   bardzo   udany   -   wykrztusiła,   myśląc:   -   Runda   dla   mężczyzny   w 

dżinsach.

Po śniadaniu Michael poszedł do ogrodu. Wiedział, ze wygrał. Carla, przeprosiwszy 

uprzejmie, udała się do swego pokoju. Stosunki między Michaelem a jego babką zastanawiały 

ją. Prawie nie odzywali się do siebie. Zwracając się do wnuka, pani Pendennis była chłodna, 

prawie wroga. Zapewne - pomyślała Carla - nie aprobuje jego zawodu. Wielu prymitywnych 

ludzi uważa, że tancerze są ekscentryczni, a może nawet nieużyteczni.

Mniejsza z tym, to nie jej sprawa. Chciała wcześnie wyruszyć na spotkanie z Alanem, 

aby przedtem zwrócić samochód do agencji w Truro. Bez sensu było trzymać go w garażu i 

płacić za najem, na co nie było jej stać. Pani Pendennis zapewniła ją, że miejscowy autobus 

zatrzymuje   się   przy   podjeździe.   A   choć   w   domu   był   jeszcze   jeden   samochód, 

prawdopodobnie należący do Michaela, to ani on, ani jego babka nie zaproponowali Carli 

podwiezienia.

Za dużo myślała o Michaelu i jego babci. Wzruszywszy ramionami, usunęła ich ze 

swych   myśli.   Miała   jeszcze   jakieś   dwie   godziny   do   wyjazdu   i   postanowiła   dokładniej 

obejrzeć swój pokój. Dotąd była zbyt zajęta, aby zbadać wszystkie jego kąty i kryjówki, a 

wyglądały dość interesująco. Na przykład szafa przy kominku i drzwi w wewnętrznej ścianie, 

których jeszcze nie otwierała.

Zaczęła od tych drzwi, spodziewając się, że za nimi jest szafa w ścianie. Tymczasem 

ujrzała wąski podest i strome schody prowadzące w ciemność.

To nie jest „Jane Eyre” ani „Tajemnica krętej klatki schodowej” Nancy Drew czy inna 

banalna   powieść.   Weszła   na   podest,   ale   zaraz   się   cofnęła,   gdyż   stare   deski   strasznie 

zatrzeszczały.   Schody   będą   musiały   poczekać.   Chodzenie   po   nich   bez   latarki   byłoby 

nierozsądne,   szczególnie   że   wyglądało,   iż   mogą   zapaść   się   pod   stopami.   Gdyby   upadła, 

background image

upłynęłyby godziny, zanim by ją znaleziono. A chyba nie byłoby wesoło, gdyby wylądowała 

na   dnie   tej   nory,   na   kupie   butwiejących   kości,   okrytych   strzępami   osiemnastowiecznych 

strojów.

Potrząsnęła głową. Lady Caroline nie zniknęła w domu. Przerażona rodzina musiała 

przeszukać siedzibę od góry do dołu, a to wcale nie była sekretna klatka schodowa. Drzwi nie 

były   ukryte.   Bardziej   ciekawe   było,   dokąd   prowadzą   schody.   Czy   umożliwiały   wejście 

nocnego gościa z wiechą ociekających wodorostów? Choć nie trzeba było korzystać z tak 

niekonwencjonalnej drogi. Dom stał otwarty, a jedyna mieszkanka była głucha i chrapała.

Narożne szafki były puste. Półki porządnie wyścielono papierem. Uśmiechnęła się, 

dziwiąc się, że pani Pendennis oczekiwała, że Carla je zapełni. Może podróżnym zestawem 

porcelany?   Poczuła   rozczarowanie   i   skierowała   się   do   półek   z   książkami.   Jej   pokój   z 

pewnością nie krył niespodzianek mimo swego uroku.

Były   to   najróżniejsze   książki;   przypominały   jej   używane   egzemplarze   po   dziesięć 

centów na wyprzedaży.  Było tam trochę klasyki  literatury dziecięcej, w rodzaju „Małego 

lorda”   i   „Policjanta   w   habicie”.   Większość   jednak   były   to   modne   nowości   sprzed 

pięćdziesięciu   lat,   dawno   zapomniane.   Już   chciała   odwrócić   się   od   półek,   gdy   oczy   jej 

napotkały gruby tom oprawny w skórę, leżący na najniższej.

Kiedy   dotknęła   ręką   starej   zniszczonej   skóry,   pokój   jakby   pociemniał,   w   uszach 

zabrzmiało złowieszcze dudnienie, jakby fale roztrzaskujące się o skalny brzeg. Carla nieco 

bezwładnie osunęła się na kolana, ale zaraz usiadła, opierając się plecami o półkę. Przetarła 

oczy. Czy to ryba z wczorajszej kolacji powoduje mdłości? Nie czuła się tak dziwnie, od 

czasu   gdy   na   pierwszym   roku   college’u   zemdlała   w   autobusie   po   tygodniowej   diecie, 

składającej się z wody i sałaty.

Po   chwili   mdłości   minęły.   Gdy   ponownie   sięgnęła   po   książkę,   z   łatwością   ją 

wydobyła.   Oprawiona   była   w   skórę   z   wytłoczonym   motywem   kwitnącej   winorośli,   a 

zamykała ją klamra z zamkiem.

Nagle   uświadomiła   sobie,   co   to   za   znalezisko,   z   tak   absolutną   pewnością,   jakby 

ujrzała naklejkę na grzbiecie książki. Zamek był tylko ozdobną błyskotką i nie był w stanie 

oprzeć się zdecydowanym rękom Carli. Poruszył się pod naciskiem i książka się otworzyła.

Stronice rozłożyły się od razu, jakby ktoś zawsze otwierał książkę w jednym miejscu, 

w środku tomu. Wyblakłe pismo było delikatne i niepewne, pismo młodej kobiety... A może 

to była tylko wyobraźnia Carli, sugestia wynikająca z jej oczekiwań?

background image

Pismo wydawało się nieco zamazane. Jakoś nie mogła na nim skoncentrować uwagi. 

Przewróciła kartki i na pierwszej strome bez zdziwienia zobaczyła słowa „Mój dziennik” i 

datę 1780. To był zapis Caroline Tregellas z ostatniego roku jej życia.

Carla podniosła się niezgrabnie, trzymając książkę obiema rękami, jakby obawiała się, 

że jej się wyślizgnie. Nie przyszło jej na myśl, że znalazła ją dzięki wręcz niewiarygodnemu 

zbiegowi okoliczności. Pochłaniała ją ciekawość.

Kiedy jednak usiadła pod oknem, zdała sobie sprawę, że nie znajdzie tu zaskakujących 

informacji o losie Caroline. Zrozpaczona rodzina musiała zapewne czytać dziennik. Gdyby 

zawierał jakąś wiadomość związaną z tamtymi wydarzeniami, z pewnością by ją ujawnili. 

Czy też, gdyby informacja była nie do przyjęcia, na przykład że Caroline była brzemienna z 

chłopcem stajennym i zamierzała popełnić samobójstwo, dziennik zostałby zniszczony.

Tymczasem   ktoś   często   go   czytał.   Znowu   otworzyła   książkę   na   chybił   trafił   i 

stwierdziła, że ma przed sobą stronicę, którą już widziała. Zobaczyła datę 22 czerwca.

To byt ostatni zapis pamiętnika, ale nie ostatni dzień życia dziewczyny. Przesilenie 

letnie   następuje   24   czerwca.   Dwudziesty   trzeci   jest   wigilią   przesilenia.   Prawdopodobnie 

Caroline sięgała po pamiętnik każdego wieczora przed położeniem się do łóżka. Nie miała już 

możliwości zapisać zdarzeń z dwudziestego trzeciego.

Carla cofnęła się do pierwszej strony i przeczytała:

„Latem, gdy słońce świeci na lazurowym niebie, morze otaczające skalisty cypel ma 

pogodne i niewinne oblicze. W szczelinach przepastnych skał kryją się złociste janowce i 

fioletowe wrzosy...”

Było wiele stronic z takimi opisami. Carla czytała coraz bardziej rozdrażniona. Czy 

wszystkie osiemnastowieczne panienki były tak gadatliwe i sentymentalne jak Caroline?

Zapewne  dziewczynie  z dobrej rodziny pozwalano  na niewiele rozrywek.  Robótki 

ręczne, muzyka, od czasu do czasu bal... Było wystarczająco dużo służby do pracy, a młode 

damy miały wiele wolnego czasu.

Gdy   Caroline   wyczerpała   cały   swój   repertuar   przymiotników   w   opisie   piękna 

przyrody, nastąpił fragment o bardziej obyczajowym charakterze.

„Pani Poldane zaczęła przygotowywać moją ślubną wyprawę. Ma wiele pracy, gdyż 

ostatniego   lata   wyrosłam   z   mojej   garderoby.   Będę   miała   dwie   suknie   balowe,   jedną   w 

polskim stylu z satyny w białe i czerwone paski i drugą w stylu francuskim, bardzo elegancką 

z girlandami jedwabnych róż i liści...”

background image

Carla odsunęła pamiętnik. Później jeszcze poczyta. Sprawy osobiste w tych opisach 

były raczej interesujące. Caroline miała normalne, zdrowe kobiece zainteresowania modą. 

Teraz jednak czas, by się przygotować do wyprawy do Truro.

Niełatwo jej jednak było przestać myśleć o książce. Jadąc wśród zielonych alejek, 

zgodnie   z   trochę   zawiłymi   wskazówkami   pani   Pendennis,   stwierdziła,   że   zamiast 

koncentrować się na drodze czy podziwiać krajobraz, ma w oczach obraz półek z książkami, 

gdzie znalazła pamiętnik Caroline. W tym obrazie było coś dziwnego. W dzienniku też był 

jakiś fałsz. Coś tu się nie zgadzało, nie tylko dosłownie, pod względem wielkości i formy, ale 

i w treści. Nic dziwnego, że przyciągnął jej oczy, nie powinien znajdować się w tym miejscu, 

wśród lekkich lektur, sezonowych i bezwartościowych. Tak samo jak portret, został celowo 

umieszczony w jej pokoju przez nieznaną osobę czy osoby.

Usiłowała skupić się na drodze, gdyż ruch zaczynał być większy, a ona ciągle jeszcze 

miała   skłonność   do   jazdy   prawą   stroną   szosy.   Prowadzenie   stało   się   łatwiejsze,   odkąd 

znalazła się na autostradzie wschód-zachód, od Land’s End do Plymouth.

Ale pojawiły się nowe trudności, gdy A 30 zbliżała się do morza w okolicy Penzance. 

Prowadziła przez środek miasta, mijając pocztę i nakryty  kopułą Dom Handlowy.  Potem 

wiodła   w   dół,   skrajem   zatoki.   Słoneczne   plaże   były   pełne   opalających   się.   W   głębi 

dominowały bajeczne wieże opactwa St. Michael Mount.

Zagapiła się i przeoczyła zakręt, musiała więc zatrzymać się i sięgnąć po mapę, by 

wrócić na właściwą drogę. Ta część trasy była dla niej nowa; to tak rozpraszało jej uwagę, że 

jechała niezbyt bezpiecznie, aż znalazła się na obrzeżu jakby pustej niecki, w której leżało 

Truro. Widok był tak piękny, że stanęła na poboczu i przez parę chwil go podziwiała. Było to 

urocze miasteczko, z wieżami katedry w środku, otoczone bujną zielenią drzew i uprawnych 

pól, zapowiadających bogate zbiory.

Przekazawszy w agencji samochód, musiała spytać o drogę do kancelarii Alana. Na 

szczęście było to niedaleko, ale spóźniła się piętnaście minut.

- Całkiem dobrze - powiedział Alan, usprawiedliwiając jej spóźnienie. - Zakładałem, 

że przynajmniej raz pomylisz drogę, szczególnie gdy będziesz się stosowała do wskazówek 

pani Pendennis. Siadaj i szybko uporajmy się z nudnymi sprawami.

Jego kancelaria w solidnie wyglądającym starym domu niedaleko Lemon Street była 

urządzona ze spokojną elegancją, co kontrastowało z nowoczesnością prywatnej rezydencji 

Fairmana. Sposób załatwiania spraw przez prawnika pasował do kancelarii, był spokojny, 

rzeczowy i budził zaufanie.

background image

- Tak się przedstawia sytuacja w dużym skrócie - powiedział, kładąc na biurku plik 

papierów.   -   Walter   Tregellas   pozostawił   wszystko,   co   posiadał,   najbliższemu   krewnemu 

noszącemu nazwisko Tregellas. Okazuje się, że to jesteś ty. Nie będę cię nudził szczegółami 

genealogii. Wystarczy powiedzieć, że sprawdziliśmy dokładnie i nie znaleźliśmy nikogo, kto 

byłby bliżej spokrewniony.  Nie potrzebujesz się martwić, że ni stąd, ni zowąd wyskoczy 

pretendent, roszczący sobie prawo do dziedzictwa - dodał z uśmiechem. - Nie ma szans! Jako 

osoba   spełniająca   warunki   testamentu   dziedziczysz   dom   i   około   dziesięciu   akrów 

otaczającego   go   gruntu.   Nic   więcej.   Dostałaś,   moja   droga,   mieszaninę,   jak   tutaj   mówią, 

albatrosa z białym słoniem.

- Jak się przedstawiają podatki? - zainteresowała się Carla, kręcąc się w ciężkim, 

rzeźbionym   fotelu.   Wyglądał   imponująco,   ale   nie   mógł   być   wygodny   ze   względu   na 

wystające rzeźbione zawijasy.

-   Prawa   spadkowe   opłacono   -  Alan   ponownie   pozwolił   sobie   na   nieprofesjonalny 

uśmieszek. - Wygląda na to, że Walter obliczył sobie, jak długo może żyć, nie zostawiając 

majątku w długach. W tym celu musiałem sprzedać najlepsze meble. Dlatego dom jest trochę 

ogołocony. Ale takie były polecenia Waltera.

- A pensje personelu?

- Zgodnie z testamentem jestem upoważniony do sprzedania wszystkiego, w okaże się 

konieczne, by ich opłacać przez mniej więcej sześć miesięcy. Będziemy mieli szczęście, jeśli 

przetrwamy tak długo. Walter uważał jednak, a ja jestem tego samego zdania, że dom w 

okresie sprzedaży nie powinien być niezamieszkany.

- Sześć miesięcy - powtórzyła Carla. - Co się stanie potem z panią Pendennis?

- Walter ustanowił dla niej niewielką rentę dożywotnią. Jeśli chodzi o okres sześciu 

miesięcy, to z pewnością maksimum. Wątpię, czy wystarczy nam środków na więcej niż trzy 

miesiące. Im szybciej go sprzedamy, tym lepiej. Jeśli w ogóle uda nam się go sprzedać.

-   Nie   mogę   sobie   wyobrazić   nabywcy   domu   -   mruknęła   Carla.   -   Zdarzają   się 

niepraktyczni romantycy, ale romantycy z pieniędzmi...?

- Bardzo żałuję - przerwał Alan. - To przykre patrzyć, jak rodzina opuszcza dom po 

tylu latach. Chciałbym uratować go dla ciebie.

- Co znowu, to byłoby nierozsądne. Co mogłabym  z nim robić? Wydatki na jego 

utrzymanie   przewyższają   moją   roczną   pensję.   Czy   mogę   jednak   pozostać   tu   dłużej,   niż 

planowałam?   Może   do   końca   lata?   Czy   to   by   bardzo   zwiększyło   wydatki?   Mogłabym 

stołować się poza domem.

Alan nie pochwalił tego rozwiązania.

background image

- Nie mogę ci tego radzić, Carlo.

- Dlaczego?

-   Bo   już   nie   jestem   bezstronnym   doradcą.   -   Spojrzał   na   nią   szeroko   otwartymi, 

ciemnymi oczyma, w których był nieomal fizyczny ból. - Nie chcę, abyś wyjechała... A w 

gruncie rzeczy, dlaczego nie? Czerwiec, lipiec, sierpień, to tylko trzy miesiące. Coś wymyślę.

- Moglibyśmy zwolnić Mary - zaproponowała Carla. - Mogę ją zastąpić. Zresztą, mam 

wrażenie, że nie ma wiele pracy. A kucharka to także śmieszny luksus... Przestań się śmiać, 

mówię poważnie. Co w tym jest śmiesznego?

- Ty. Walczysz z upadkiem domu Tregellasów, podejmując się mycia naczyń... Nie, 

skarbie, to bardzo miło, że próbujesz coś wymyślić, ale zostaw to mnie. Damy radę. Rozejrzę 

się, zobaczę, czy znajdzie się nabywca. Ale teraz załatwiliśmy wszystko. Wyjdźmy stąd!

Zjedli obiad w małej gospodzie koło Falmouth, zawieszonej na skalnym występie nad 

zatoką. Carla jeszcze usiłowała rozmawiać na tematy praktyczne, ale Alan odmówił. Zamiast 

tego opowiadał jej przeróżne historie o Kornwalii. Niektóre z nich były tak zabawne, a jego 

dialekt   tak   przekonujący,   że   nie   mogła   powstrzymać   śmiechu;   inne   zaś   tak   posępne,   że 

wzbudzały dreszcze. Zainteresowały Carlę bardziej niż stare legendy doktora, bo dotyczyły 

późniejszych dziejów tego zakątka, który coraz bardziej działał na jej wyobraźnię.

Alan opowiadał o kopalniach, których opuszczone wieże majaczyły nad wzgórzami, 

przypominając   bardziej   ruiny   zamków   niż   urządzenia,   którymi   były.   Mówił   o   strasznym 

wypadku   zawalenia   się   pokładów   cyny   i   miedzi   i   szaleńczej   odwadze   ratowników. 

Nieszczęście   to   spowodowało   kryzys   całego   regionu.   Opowiadał   też   o   przemytnikach 

przewożących  nieoclone  transporty brandy i jedwabi przez skaliste zatoki  tuż pod nosem 

celników i o marynarzach, którzy roztrzaskiwali swoje statki na skałach, aby przechwycić 

przewożone   bogactwa.   O   piratach   tureckich   i   angielskich   buntownikach   i   o   ostatnich 

wystąpieniach Plantagenetów pod wodzą młodego pretendenta Perkina Warbecka czy - jak 

nazywali go kornwalijscy zwolennicy - Ryszarda IV.

- Głosił,  że jest  jednym  z książąt  uwięzionych  w  Tower - objaśniał  Alan. - Jego 

opowieść, jak udało mu się uciec z Tower, była nieprzekonująca, ale Kornwalijczyków nie 

obchodziła logika, chcieli mieć przywódcę buntu przeciw Henrykowi VII. Perkin ożenił się z 

piękną księżniczką szkocką, a gdy wyruszył  na wojnę, dla bezpieczeństwa zostawił ją na 

górze   Saint   Michael.   Przegrał   oczywiście.   Romantyczne   stracone   sprawy   zawsze   źle   się 

kończą.

- Co się stało z nieszczęsną księżniczką?

background image

-   Po   ścięciu   jej   małżonka   Henryk   VII   wydał   ją   za   jednego   ze   swych   przyjaciół. 

Widzisz, moja droga, że w dawnych, romantycznych czasach nie wszystko układało się tak 

przyjemnie.

-  Nie  wiem,   dlaczego  uważasz  mnie   za  romantyczkę.   Jestem  bardzo  praktyczna   i 

zrównoważona. Znowu się ze mnie śmiejesz.

- Nie  śmieję,  ale  uśmiecham  ze szczerym  uznaniem.  Powinniśmy  już  wyjść,  jeśli 

chcemy mieć czas na podziwianie widoków. Wyobrażam sobie, że chcesz mieć za sobą cały 

męczący   szlak:   Saint   Michael   Mount,   piratów   z   Penzance,   niezwykłe   wioski   i   kolonie 

artystów.   Jestem   gotowy,   ale   ostrzegam   cię,   że   protestuję   przeciwko   zakupom.   Będziesz 

musiała zrobić je sama.

- Po niewesołej rozmowie o finansach nie ośmielę się czegokolwiek kupić - odparła 

Carla.

Stanęli na tarasie gospody. Alan odwrócił się i przyglądał się niebu.

- Wspaniała pogoda! Wykorzystajmy to, dopóki trwa. Istotnie korzystali z niej całe 

popołudnie, a także nazajutrz. Kiedy Carla protestowała, że odrywa go od pracy, uśmiechając 

się, zlekceważył jej argumenty stałym zwrotem, który zaczynała nienawidzić: „Pozwól, że 

sam   się   o   to   zatroszczę”.   Był   jednak   tak   czarującym   towarzyszem,   że   była   skłonna   nie 

dostrzegać   jego   nieco   wyniosłego   sposobu   bycia.   Mężczyzna,   mieszkający   z   milkliwą   i 

nieśmiałą kobietą jak Elizabeth, musiał ulegać trochę męskiemu szowinizmowi. Po prostu 

proces nawrócenia go zajmie trochę czasu.

Drugiego popołudnia wymogła na mm wyprawę na Saint Michael Mount.

-   To   absolutna   kwintesencja   nudnej   turystyki   -   bronił   się.   -   Wszyscy   tam   idą. 

Znajdziesz się wśród tłumu wycieczkowiczów; nie ma tam żadnej atmosfery.  To nie jest 

francuska Mont Saint Michael, ale nudny zamek i trochę ruin. Lepiej oglądać go z odległości.

Mimo jego ostrych zastrzeżeń ani przez chwilę nie żałowała tej wycieczki, choć mała 

łódź była  rzeczywiście pełna turystów, a zamek był  piękniejszy,  gdy oglądało się go zza 

zatoki.

- Bez względu na to, co mówisz, widok zamku na wyspie ma w sobie coś niezmiennie 

romantycznego - utrzymywała w drodze powrotnej.

- Mówiłem ci, że w głębi serca jesteś romantyczna. Poszukajmy jakiegoś pubu. Jest za 

wcześnie na kolację.

- Alan, nie mogę codziennie jeść z tobą obiadu, codziennie podwieczorku i kolacji...

- Dlaczego nie?

background image

- Gdyż dzisiaj jestem zaproszona na podwieczorek przez pastora. - Carla uśmiechnęła 

się na widok jego strapionej miny.

- A jutro?

- Jutro Simon zabiera mnie na zwiedzanie miejscowych starożytności.

- Aha! Czy mam w nim węszyć rywala? 

Carli nasuwało się kilka odpowiedzi, ale żadnej nie uznała za właściwą. Ton pytania 

był   lekki,   ale   kryło   się   pod   nim   coś   znacznie   poważniejszego.   Prawdę   mówiąc,   niezbyt 

wiedziała, co myśleć o Alanie i jego uczuciach do niej. W sensie fizycznym ich wzajemne 

stosunki ograniczyły  się do kilku pocałunków, i choć nie miała zwyczaju iść do łóżka z 

każdym pociągającym mężczyzną, jakiego spotka, fakt, że Alan nie podjął dalszej inicjatywy, 

trochę ją dotknął.

Jeszcze bardziej niepokoiło ją, że nie była pewna własnych uczuć dla niego. Małe 

ochłodzenie stosunków może się okazać korzystne.

Alan wziął jej milczenie za odprawę i przez większość drogi milczał. Gdy dojechali 

do domu, odwrócił się do niej z uśmiechem i odezwał się wesoło:

-   Sądzę,   że   teraz   będę   musiał   trochę   popracować,   ale   czeka   nas   weekend.   Czy 

możemy się wtedy spotkać?

- Oczywiście.

- Zadzwonię.

Przechylił się nad nią, otwierając drzwi.

- Nie pozwól, aby pastor upił cię sherry. Nie jest tak dobre jak sherry Waltera.

Carla odeszła z uczuciem ulgi. Lubiła Alana. Nie chciała zepsuć stosunków między 

nimi, szczególnie że był jej prawnikiem. Czy dlatego stał się ostrożny, że nie lubił łączenia 

interesów z przyjemnością?

Szybko wzięła prysznic i zaczęła grzebać w szafie, szukając czegoś odpowiedniego na 

wizytę   u   duchownego.   Popołudnie   było   ciepłe   i   parne.   Ze   wzruszeniem   ramion   wybrała 

wreszcie lekką suknię w kwiaty. Nie miała w swej garderobie nic statecznego, ale pastor nie 

wydał jej się szczególnie pruderyjny. Szukając kolczyków w szufladzie toaletki, zauważyła 

pamiętnik tam, gdzie go odłożyła przed dwoma dniami. Może wieczorem znajdzie czas, aby 

trochę   poczytać.   Poprzedniego   wieczoru   wróciła   późno,   odbywszy   turę   po   pubach   w 

Falmouth, i nie była w stanie zająć się lekturą afektowanej prozy Caroline.

W holu na dole spotkała Michaela.

- Pospiesz się - powiedział. - Spóźnisz się.

- Dlaczego cię to obchodzi?

background image

- Bo także mam zaproszenie na herbatę. 

Z   rozmachem   otworzył   drzwi   i   ukłonił   się   nisko   z   galanterią   wprost   ze   „Śpiącej 

Królewny”.

- Czy nie zauważyłaś niezwykłej elegancji mego stroju?

- Zauważyłam, że zapiąłeś koszulę - ironicznie odpowiedziała Carla - i nie widzę dziur 

w dżinsach. Czy sądzisz, że pastor jest przygotowany na ten szyk?

Z kciukami zatkniętymi za pas, zrównał się z nią.

- Zawrzyjmy przymierze, dobrze?

- To nie ja rozpoczęłam walkę - powiedziała Carla.

- Jeśli zaniechasz uwag o pomylonych starszych paniach, będzie między nami zgoda.

- Przykro mi. Byłam wtedy niegrzeczna. Ona jest bardzo miła, a sądzę, że nic nie 

może poradzić, iż ma hopla na temat zniknięcia Caroline.

Michael uniósł brwi, dziwnie na nią spoglądając, ale powiedział jedynie:

-   Czyż   nie   jesteśmy   dzisiaj   w   dobrotliwym   nastroju?   Myślę,   że   to   uwodzicielski 

wpływ naszego miejscowego Don Juana.

- Znowu zaczynasz! Kto teraz prawi złośliwości?

- Przepraszam. To nie moja sprawa. Tędy. Chodźmy tą ścieżką, będzie szybciej.

-   Wiesz,   jak   się   tu   poruszać   -   zauważyła   Carla,   gdy   prowadził   ją   ścieżką   wśród 

wysokich, wymagających przycięcia rododendronów i przez pole, gdzie nie widać było drogi.

- Powinienem. Tutaj wyrosłem.

- Nie wiedziałam.

- Syn tej ziemi to ja. Moja matka miała sześć czy siedem lat, gdy babcia jako młoda 

wdowa zaczęła tu pracować. Urodziłem się w tym domu.

Jednym skokiem pokonał płot na końcu pola, a zrobił to tak bez wysiłku i czarująco, 

że   Carli   zaparło   dech.   Potem   pomógł   jej   pokonać   przełaz.   Nic   nie   powiedziała.   Było 

oczywiste, że nie zrobił tego na pokaz, to był naturalny odruch.

- Nie rozumiem - odezwała się. - Jeśli twoja matka była córką pani Pendennis, to 

twoje nazwisko...

Nie dopowiedziała reszty zdania, bo nagle dotarła do niej prawda. Michael przytaknął.

- Pojęłaś to? Czy uwierzyłabyś, że możemy być krewnymi?

- Nie jesteś przecież synem Waltera!

- Raczej w to wątpię - powiedział chłodno. - Ale oczywiście tak uważali wszyscy w 

wiosce. Babcia także zaprzecza, bo wie, kto był moim ojcem. Walter był dla mnie diabelnie 

background image

dobry - utrzymywał mnie, kształcił, aż do czasu gdy sam mogłem dać sobie radę. W ostatnich 

latach przed jego śmiercią nieźle go poznałem, ale nigdy nie przyznał się, że jest moim ojcem.

- Czy to cię nie nurtuje?

- A niby dlaczego?

- Gdyż ludzie mogą być bardzo głupi i bardzo okrutni.

Michael wzruszył ramionami. Pod cienką koszulą widać było ruch jego mięśni.

- Szkoła podstawowa była okresem nieustannych bójek - przyznał. - Ale ja raczej 

lubię walkę. Gdy pokazałem, co potrafię, i zdobyłem autorytet, przestali mnie dręczyć. Dzieci 

bywają okrutne, ale mają bardziej praktyczny pogląd na stosunki międzyludzkie niż dorośli.

Doszli do końca wiejskiej drogi. Michael wziął ją pod ramię.

- Masz beznadziejne buty. Lepiej trzymaj się mnie.

Carla   przyjęła   z   wdzięcznością   jego   mocne   wsparcie   przy   schodzeniu.   Włożyła 

sandałki na wysokich obcasach na cześć pastora, a z całą pewnością nie było to praktyczne 

obuwie do chodzenia po stromym, nierównym wzgórzu. Prawie pokonali wzniesienie, gdy 

pomimo   ostrożności   stało  się  to, co  było  nieuniknione;  poślizgnęła  się  i  całym   ciężarem 

upadła, puszczając rękę Michaela.

Pałce Michaela zwolniły uścisk. Carlę ogarnęła panika, ostre kamienie zdawały się 

dosięgać jej twarzy, ale prawą ręką chwyciła coś twardego i sromotnie zatrzymała się na 

ścianie najbliższego domu.

Michael stał, przyglądając się jej, ze zwieszonymi rękami. Mimo opalenizny twarz 

miał pobladłą.

- Przykro mi. Nic ci się nie stało?

- Zabrudziłam się - powiedziała zachmurzona na widok białej plamy na sukni.

Waliło jej serce; ale nie miała zamiaru pokazać, jak się bardzo przestraszyła.

- Mogłaś rozbić sobie głowę - powiedział Michael dziwnie zduszonym głosem.

- Prawdopodobnie tylko  podrapałam sobie kolana. Zapomnij  o tym.  - Wyciągnęła 

ramię, by ponownie wesprzeć się na nim. Ale on cofnął się, jakby chciała go uderzyć.

- Źle wyszłaś na tak zwanej mojej pomocy - wymamrotał.

- Nie dramatyzuj - powiedziała zaczepnie. - I skup się teraz na drodze.

Tym   razem   dotarli   na   dół   bez   dalszych   przygód.   Michael   puścił   jej   ramię   z 

nadgorliwym pośpiechem.

Wybrukowana przestrzeń u stóp wzniesienia kończyła się od północnej strony małym 

molem, przy którym były zakotwiczone łódki. Między molem a opadającą ścianą skalną w 

kierunku   południowym   ciągnęła   się   plaża   dużo   mniej   zatłoczona   niż   plaże   Penzance   i 

background image

Falmouth, była pełna opalonych ciał, kolorowych prześcieradeł plażowych i goniących się z 

wrzaskiem dzieci. Nad małą przestrzenią użytkową na tyłach owalnego rynku dominowała 

kamienna wieża kościoła.

- Późny gotyk? - spytała Carla, na co Michael odpowiedział kwaśnym uśmiechem.

- Czy studiowałaś architekturę kościelną, by zrobić wrażenie na Johnie? To raczej 

udany kościół, jeśli cię interesują te sprawy. Bryła dachu wydaje się lepsza niż w kościele 

Świętego la.

- Kornwalijscy święci mają dziwaczne  imiona  - powiedziała  Carla, klucząc  wśród 

ostrych kamieni bruku.

- Dlatego jesteśmy inną rasą - powiedział jej towarzysz. - Nawet pastor jest tutaj obcy. 

Przybył tu z Saint Ives dwa lata temu, a jego rodzina dopiero od sześciuset lat mieszka w 

Kornwalii. 

Carla nie była  pewna, czy żartuje, czy mówi serio. Dom pastora stał na występie 

skalnym za kościołem. Powitawszy ich, John wprowadził ich do salonu i Carla wydała okrzyk 

zachwytu. Szerokie okno przebito w zachodniej ścianie, tworząc ramę wspaniałego widoku na 

plażę i zatokę w głębi. Chmury gromadzące się na niebie już zaczynały przybierać purpurowe 

i złociste barwy od zachodzącego słońca.

- To dzieło mego poprzednika - wyjaśnił John, odpowiadając na jej reakcję. - Ja nie 

miałbym   odwagi  naruszać   tak  starej  konstrukcji,  Ale  ogromnie  się   z  tego  cieszę.  Widok 

zmienia się nieustannie, zawsze jest poruszający, zwłaszcza gdy zanosi się na burzę.

- Bardzo niepraktyczne - wtrącił Michael.

- To prawda. Na zewnątrz są ciężkie okiennice, ale mimo to w zimie panują straszne 

przeciągi. Ale widok jest tego wart. Teraz siadajcie; musicie być głodni.

Carla nie była głodna. Obiad był obfity i teraz z bólem serca zobaczyła nieodłączną 

olbrzymią   porcję   śmietany.   O   jej   początkowym   uznaniu   dla   tego   dania   wiedziały   już 

wszystkie gospodynie w miasteczku, więc gdyby Carla odmówiła, uznano by to za osobistą 

obrazę.

Początkowo trochę sztywna rozmowa dotyczyła tematów ogólnych. Carla pomyślała, 

że Michael zachowuje się całkiem poprawnie, ale kiedy spojrzała na niego, stwierdziła, że 

odgrywa karykaturę wiejskiego chłopca na podwieczorku u plebana. Okazywane rzekome 

przejęcie przy niezręcznym balansowaniu filiżanką z herbatą na jednym kolanie a talerzykiem 

z ciasteczkami na drugim było trudne do zniesienia; jej opis wycieczki na Mount St. Michael 

skończył się niepowstrzymanym chichotem. Pastor, idąc za jej spojrzeniem, także wybuchnął 

zdrowym śmiechem.

background image

- Bardzo dobrze, Michael. Ale jeżeli cię nudzimy, możesz po prostu zmienić temat.

- To wina Carli - wyjaśnił, umieszczając zręcznym gestem niebezpieczną filiżankę na 

stole. - Onieśmiela ją stan duchowny.  Posłuchaj tylko, jak trwożnie zwraca się do ciebie 

„pastorze”. A nie mam wątpliwości, że od urodzenia jest metodystką.

- Skąd wiesz? - spytała zdziwiona Carla.

-   To   sensowne   przypuszczenie   -   powiedział   z   uśmiechem   pastor.   -   Inicjator 

metodyzmu John Wesley rzeczywiście nawrócił Kornwalię osobiście, bez niczyjej pomocy. 

W   jego   czasach   Kornwalijczycy   mieli   złą   reputację.   Byli   przemytnikami,   rozbójnikami, 

pijakami, awanturniksmi, nie wyłączając właścicieli ziemskich. Wesley zmienił na lepsze ten 

stan rzeczy. Niewątpliwie był człowiekiem o wielkim powołaniu duchowym.

- To szlachetna ocena przeciwnika religijnego - stwierdziła Carla.

- Nie możemy tak na to patrzeć. Każdy, kto stara się przyczynić do chwały Bożej i 

nawrócenia na drogę cnoty swych bliźnich, nie jest moim rywalem, ale bratem w Chrystusie.

Carla odłożyła napoczęte ciasteczko na talerzyk. Życzliwa, przyjemna twarz pastora 

zajaśniała szerokim uśmiechem.

- Przepraszam, nie zamierzałem być tak pompatyczny.

-   Wcale   nie   zabrzmiało   to   pompatycznie.   Jestem   pod   wrażeniem   -   odpowiedziała 

Carla, także się uśmiechając.

- Jeśli chcecie być tak sentymentalni, wynoszę się - powiedział niegrzecznie Michael. 

- Kornwalijczycy przyjmowali po kolei wszystkie religie - druidzką, rzymską i Bóg wie jaką.

- Naród często podbijany przez najeźdźców przyjmuje ich religię - zauważył pogodnie 

pastor. - Sądzę, że to może być nudne dla takich młodych ludzi jak wy.

- Kiedyś wydawało mi się to nudne - przyznała Carla - ale będąc tu, poznaję te sprawy 

osobiście i wiem, że są częścią mego dziedzictwa... Sprawia mi to dużo zadowolenia.

- Cieszy mnie  to. Może powinniśmy podzielić  nasze siły i pokazać  ci prawdziwą 

Kornwalię. Jak mi się zdaje, Alan skupił się na sprawach bardziej współczesnych.

Uśmiechnął   się,   a   ona   roześmiała   się   głośno,   widząc,   że   o   jej   wycieczkach   już 

wiadomo powszechnie.

- Mówiłam już, że skłoniłam go do zwiedzenia Mount St. Michael, ale to wynik mego 

uporu. Alan woli przemytników i bandytów. Bardzo mi się podobało Muzeum Przemytników 

w   Polperro.   A   jutro   Simon   zamierza   oprowadzić   mnie   po   prehistorycznych   miejscach. 

Dolmeny i menhiry oraz zaczarowane kręgi.

- Nie znajdziesz lepszego przewodnika. Być może któregoś dnia zechcesz zwiedzić 

kościoły. To moja specjalność.

background image

- A co ty masz do zaproponowania? - Carla zwróciła się do Michaela.

- Pomidory, sałata, cebula - skandował tonem domokrążcy, ale jego twarz pozostawała 

nieodgadniona. - Nie mam czasu na błahostki. A poza tym nie znam się na niczym. Jako 

przewodnik byłbym nieużyteczny.

Milczenie zaległo po tym oświadczeniu, które zabrzmiało - a prawdopodobnie było to 

zamierzone - nieżyczliwie i krytycznie.

- Jak się czuje twoja babka? - nagle spytał pastor.

- Nigdy nie czuła się lepiej.

- Masz na myśli zdrowie? Mam nadzieję, że tak jest. Ale jaki jest jej stan psychiczny? 

Obawiam się, że poddała się niepokojącym fantazjom.

Carla spojrzała z podziwem na duchownego. Jak człowiek prawdziwie współczujący 

miał   umiejętność   poruszania   trudnych   spraw   bez   cienia   niegrzeczności.   Michael   przyjął 

wyzwanie nie tak agresywnie, jak przewidywała. Jakby oczekiwał ataku i z ulgą przyjął, że 

mówi się o tym otwarcie.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego wszyscy robią wokół tego tyle wrzawy - mruknął. - 

Nie   jest   to   bardziej   nieracjonalne   niż   radzenie   się   wróżek   albo   postępowanie   zgodnie   z 

horoskopami astrologicznymi w czasopismach. Wiele ludzi to robi.

- Być może. - W tonie pastora odezwała się nowa nuta, pełna powagi. - Musisz jednak 

zdawać sobie sprawę, że ona posuwa się w latach. Nie tak bardzo martwią mnie jej obecne 

fantazje, ale jak potoczą się sprawy w przyszłości...

- Na starość - przerwał mu Michael.

- Oczywiście, ale to nie jest najważniejszy powód mojego zmartwienia, gdyż wiem, że 

ty się o nią troszczysz. Niepokoi mnie możliwość - wprawdzie odległa, przyznaję - do czego 

może ją pchnąć wiara w te fantazje.

Michael zwrócił głowę w stronę Carli. Jego oczy zwęziły się. Odczytała jego myśli tak 

wyraźnie,  jakby je głośno wyjawił.  Nie odezwała  się, nie dlatego  że była  w nich ukryta 

groźba, ale... Nie wiedziała dlaczego.

Teraz Michael odwrócił się do pastora.

- Chyba nie myślisz, że biedna kobieta mogłaby kogoś skrzywdzić?

-   Skądże?   Wszyscy   wiemy,   że   pani   Pendennis   jest   niezdolna   do   skrzywdzenia 

kogokolwiek. Jej lojalność wobec rodziny... Obawiałem się tylko, że może zaszkodzić sobie, 

gdyż zamartwiając się może doprowadzić się do udaru. Jak myślisz, czy naprawdę wierzy w 

tę legendę?

background image

Michael uparcie milczał, spuściwszy oczy. Carla współczuła mu, ale uważała, że już 

zrobiła swoje, przemilczając sprawę wodorostów.

- Traktuje legendę bardzo poważnie - powiedziała szczerze. - Chyba że udaje, w co 

wątpię. Myślę, że może wy dwaj powinniście to omówić beze mnie.

- Ale ty przecież też jesteś zainteresowana - ze słów Johna przebijało zdumienie.

Chciała powiedzieć, że oczywiście interesuje się staruszką, gdy uderzyło ją prawdziwe 

znaczenie uwagi pastora. Nie miał na myśli zainteresowania, ale uwikłania. Poczuła się, jakby 

oplatał ją ciężkim zwojem sznura.

Gdy żartowała o odgrywaniu roli dziedziczki, nie zdawała sobie sprawy, co ta rola 

oznacza. Oznaczała odpowiedzialność, a ona jej nie chciała, tak jak nie chciała iluzorycznego 

splendoru, który początkowo z tą rolą wiązała.

Pastor nie zauważył jej reakcji. Był pewien, że Carla zna swoje obowiązki i spełni je.

- Jestem przekonany, że nie powinniśmy lekceważyć sytuacji - powiedział poważnie, a 

niedbały zwrot „nie powinniśmy” Carla odczuła jako kolejny zacisk tego sznura.

- Ale cóż możemy zrobić? - spytała prawie gniewnie. - Nic nie mogę poradzić, jeśli 

uważa, że jestem lady Caroline, która opuściła swój wodny grób. Na litość Boga, to straszny 

pomysł.

-   Tak   fantazjowanie   zaczyna   się   urealniać   -   powiedział   John.   -   Już   przedtem 

wspominała o legendzie, ale byłem pewien, że ostatnio coś się wydarzyło, iż przestała ją 

wspominać. Hm! Czy ryzykując posądzenie mnie o pedanterię, mogę spytać cię, Carlo, czy 

rzeczywiście przypominasz Caroline?

- Skąd mogę wiedzieć? Widziałam portret. Zdaje się, że ma to być portret Caroline. 

Mnie nikogo nie przypomina. Jest wyblakły i ledwo widać jakiś ciemny zarys.

- Oczywiście, obawiam się jednak, że to, iż jest nijaki, nie pomoże. Ludzie widzą, co 

chcą zobaczyć, Carlo. Gdy pani Pendennis patrzy na portret, widzi twoje rysy. Naprawdę 

niepokoi mnie, że ona przywiązuje takie znaczenie do tej daty. Jeśli nie wyjedziesz przed 

przesileniem letnim...

- Nie mam zamiaru - powiedziała Carla trochę agresywnie i nieoczekiwanie dla niej 

samej. Przecież aż do tej chwili nie miała pojęcia, co zamierza. Słowa wymknęły jej się 

spontanicznie, jakby wypowiedział je ktoś inny, używając jej głosu.

- Cieszę się, że zostaniesz - powiedział miło John. - Szkoda byłoby skracać pobyt. 

Uważam jednak, że musimy postarać się wyperswadować pani Pendennis jej fantazje.

- Ale jak? - ponownie spytała Carla.

background image

- Nie mam gotowego pomysłu - przyznał John. - Jedną z możliwości byłoby zbadanie 

źródeł legendy. Gdyby udowodnić, że to ówczesny wymysł, który uknuł prawdopodobnie brat 

młodej damy dla jakichś własnych celów...

- To głos wiecznego optymisty - mruknął Michael. - Nie możesz logiką zwalczać 

fantazji, John.

-   Prawda   mogłaby   uspokoić   Carlę   -   powiedział   pastor,   patrząc   przenikliwie   na 

dziewczynę. Zaskoczona, gwałtownie poruszyła głową.

- Niepotrzebne mi uspokajanie. Za kogo mnie uważacie?

- Przecież to ci nie zaszkodzi - nalegał John. - Nie sądzę, abyś była przestraszona, ale 

sytuacja nie jest miła dla ciebie. W najgorszym przypadku możemy odkryć coś interesującego 

z zakresu folkloru. Czy ktoś z was ma jakiś inny pomysł?

- Będę miał babkę na oku - mruknął Michael.

- Tak, powinieneś. A ja, jeśli się zgodzicie, poradzę się Simona. 

Michael milczał, spoglądał jednak niechętnie, podczas gdy pastor stanowczo ciągnął 

dalej.

- Simon zna sytuację, Michael, a twoja babka rozmawia z nim bardziej szczerze niż ze 

mną.   Prawdę   mówiąc,   to   rozmowa   z   Simonem   wywołała   moje   obawy.   On   traktuje   to 

poważniej niż ja.

- Do diabła, możesz omawiać to z całą wsią - warknął Michael. - Jest mi wszystko 

jedno. Chodźmy już, Carlo, robi się późno.

- Choć bardzo chciałbym was zatrzymać, sądzę, że czas na was - zgodził się pastor. 

Najwidoczniej był przyzwyczajony do nastrojów Michaela. - Pogoda się psuje.

Carlę tak pochłonęła rozmowa, że nie zauważyła, że się ściemnia. Teraz zdała sobie 

sprawę, że chmury gromadziły się jak spiętrzona ławica mgły.

Przy pożegnaniu pastor ujął jej rękę.

-   Rozejrzyj   się   po   domu   -   nalegał.   -   Stare   rękopisy,   zapiski   z   dziejów   rodziny, 

pamiętniki... Zauważyłaś coś dziwnego?

- Nie, John. Rozejrzę się i dam ci znać, jeśli coś znajdę.

-   Świetnie.   Przy   okazji,   Michael,   zapomniałem   cię   spytać,   czy   znalazł   cię   twój 

przyjaciel. Spotkałem go dzisiaj po południu na szosie i wskazałem drogę.

- Przyjaciel?

Pytanie zaskoczyło pogrążonego w ponurych myślach Michaela.

- Ach tak, trafił do mnie. Dziękuję. Chodźmy, Carlo.

background image

Wioska, tak urocza w świetle  słonecznym,  była  zupełnie  inna pod zachmurzonym 

niebem. Szare kamienie pociemniały, a wąskie okna zdawały się głębsze i wrogie. Plaża była 

prawie pusta, pozostało tylko kilku zapamiętałych plażowiczów, ale przyćmione słońce jakby 

zatarło kolory ich kostiumów kąpielowych i ręczników.

Gdy wchodzili  pod  górę, Michael   nie  wziął  jej   pod ramię.   Carla  nie  bala   się, że 

upadnie podchodząc w górę, ale szła ostrożnie.

Żadne z nich się nie odezwało. Carla miała wiele do przemyślenia. Żałowała, że pastor 

poruszył   sprawę   urojeń   pani   Pendennis.   Prawie   zapomniała   o   nich   w   ciągu   ostatnich 

beztroskich dni, odpowiadała jej ta strusia polityka. Poświęcając sprawie zbyt wiele uwagi, 

można   ją   tylko   pogorszyć.   Może   była   samolubna,   ale   nigdy   nie   pomyślała,   że   szalone 

wyobrażenia   pani   Pendennis   mogą   komuś   zaszkodzić.   Można   od   czasu   do   czasu   z   nich 

poźartować, ale nic ponadto. Kiedy jednak zrodziły się podejrzenia, że skutkiem tych fantazji 

może być wyrządzona komuś krzywda, sumienie metodystki nie pozwalało jej zlekceważyć 

sprawy.

Tymczasem Michael obserwował jej zamyślenie, ale źle pojmował jego przyczyny. 

Gdy dotarli do szczytu wzniesienia i skręcili w alejkę osnutą białą mgłą, odezwał się.

-   Jeśli   chodzi   o   tego   mojego   przyjaciela...   Mam   nadzieję,   że   nie   będziesz 

niezadowolona, jeśli zostanie przez kilka dni. Będzie spał w stajni. Ma własny ekwipunek 

turystyczny, a posiłki może załatwić sobie we wsi, jeśli...

Pełen   skrępowania,   przymilny   ton   niczym   nie   przypominał   jego   zwykłego   głosu. 

Carlę to wzburzyło.

- Nic mnie to nie obchodzi - odparła krótko. - Porozum się raczej ze swoją babką.

- Ona nie jest panią domu.

- A więc mnie to nie przeszkadza. Dopóki nie zaprószy ognia w stajni pod wpływem...

- On... wiele nie pije.

- Nie myślałam o alkoholu.

- Tak zrozumiałem. Uważasz, że jest jednym z moich przyjaciół „artystów” skłonnych 

do wszelkich perwersji. A przynajmniej ty je za takie uważasz.

Minęli już ścieżkę i znaleźli się w polu. Otulała ich mgła, przynosząc wilgotne, lepkie 

powietrze. Nie była jeszcze zbyt gęsta, ale blady welon spowijał kształty w oddali.

- Uważam, że narkotyki stanowią rodzaj perwersji - ostro odpowiedziała Carla, - W 

każdym razie jeżeli wykraczają poza okazjonalną próbę. Inne twoje nawyki nie interesują 

mnie.

background image

-   Nie   jest   moim   kochankiem,   jeśli   to   masz   na   myśli   -   Michael   wybuchnął 

nieoczekiwaną salwą śmiechu.

- Wcale o tym nie myślałam - szczerze powiedziała Carla. 

Trudno   mieć   pewność,   już   nieraz   dała   się   oszukać.   Jakoś   jednak   nie   miała 

wątpliwości, że Michael miał raczej skłonności heteroseksualne.

Właśnie dotarli do przejścia w płocie. Tym razem Michael pokonał je zwyczajnie. 

Carla zawahała się przez chwilę, wtedy on podał jej rękę.

- Nie powinnam wkładać tych głupich butów - powiedziała, zachwiawszy się.

- Wyglądają bardzo dobrze. Masz ładne nogi i kostki jak prawdziwa arystokratka, 

jakby powiedział Walter.

- Dzięki - odezwała się. - Co spowodowało ten nagły wybuch uznania?

- Chcę cię o coś poprosić - odparł Michael chłodno.

- Tak?

- Chcę, abyś sprzedała mi dom.

- Co takiego? - Carla potknęła się zaskoczona. Michael podtrzymał ją zręcznie.

- Nie mam wiele gotówki - przyznał - ale moglibyśmy się ugodzić. Miesięczne raty 

czy coś w tym rodzaju.

- Co zrobiłbyś z tym domem?

-   Przeznaczyłbym   go   na   hotel.   Taką   oryginalną   wiejską   gospodę,   która   ciągnie 

zawrotne opłaty od naiwnych amerykańskich turystów. 

Ponieważ nie przestawała mu się przyglądać, mówił dalej:

- Sądzę, że mogłoby się udać. W każdym razie warto spróbować. Bo cóż innego, na 

Boga, można zrobić z takim domem?

- Nie mam pojęcia. Tylko niepraktyczny wariat może chcieć go kupić. Nie miałam 

zamiaru cię obrazić.

Michael przymknął powieki, a długie, czarne rzęsy zasłoniły mu oczy.

- Nie wziąłem tego do siebie. W każdym razie przemyśl sprawę.

- Porozmawiaj raczej z Alanem. On jest moim prawnikiem.

- Ale on mnie nie lubi - wyznał żałośnie.

- Kieruje się interesem. Jeśli to będzie rozsądna oferta, z pewnością ją rozpatrzy. Ja 

nie mogłabym nic postanowić bez jego rady. Mógłbyś mnie oszukać.

-   Oczywiście,   mógłbym.   Ty   wszakże   mogłabyś   wpłynąć   na   jego   decyzję,   Carlo. 

Potraktuję  to  jak  gest  przychylności.  Babci   nie  zostało  wiele  lat.   Chciałbym,   aby  dożyła 

swoich dni w miejscu, które było dla niej domem przez większość jej życia.

background image

Carla spojrzała na niego podejrzliwie. Miał zupełnie poważną minę, ale wiedziała, że 

Michaelowi   nie   należy   ufać.   Z   pewnością   nie   oczekiwał,   że   uwierzy   mu   po   tym 

sentymentalnym przemówieniu.

- Przemyślę to.

- Dzięki. Do zobaczenia.

Właśnie dotarli do drzwi wejściowych. Michael, z rękami w kieszeniach, odszedł bez 

słowa, a po chwili osnuła go mgła, dając dziwne wrażenie, że rozpłynął się w nicość.

II

Carla   była   zadowolona,   że   tego   wieczoru   zostaje   w   domu,   chociaż   dziedziczna 

siedziba jej przodków nie zachęcała do tego - była gorąca i nagrzana w południe, ale wilgotna 

i zimna pod koniec dnia. Na razie nie było zimno, panowała tylko przygnębiająca wilgoć, 

wciskająca się razem z oparami mgły. Gdy pani Pendennis powiedziała, że miłą rzeczą może 

być mały ogień w kominku w jej pokoju, Carla z radością przystała na to.

Przypomniawszy  sobie   o   słabostce   gospodyni,   obserwowała   ją   dyskretnie   podczas 

kolacji. Wnioski nie były uspokajające. Ze współczuciem patrzyła, jak gospodyni usiłowała 

panować   nad   sobą,  gdy  najmniejszy  dźwięk   podrywał   ją   z   miejsca,   a  oczy  bez   przerwy 

wędrowały ku zasnutym mgłą oknom. Blade widma mgły przesuwające się za szybami jakby 

próbowały wejść do środka, aż w końcu gospodyni poleciła Mary zaciągnąć zasłony. Michael 

nie pojawił się.

Zaraz po kolacji Carla przeprosiła gospodynię i wyszła. Jej pokój był schronieniem - 

zaciszny, jasny, z małym ogniem migocącym w kominku. Włożyła luźną podomkę i była 

gotowa do snu.

Było dziecinnie wcześnie, ale ciągnęło ją, aby wskoczyć do wielkiego, wygodnego 

łoża z książką. Zanim jednak to zrobiła, otworzyła duże francuskie okna. Długie pasmo mgły 

wdarło się do środka jak ramię z ektoplazmy. Carla dała po nie nura i wyszła na balkon,

Jakby   wkroczyła   w   inny   świat,   świat   upiornych   cieni   i   dziwnych,   przyciszonych 

dźwięków. Znalazła się w ciasnej celi, której ściany z trzech stron stanowiła biała mgła. Nic 

dziwnego,   że   mieszkańcy   tego   oblanego   morzem   zakątka   wymyślali   legendy   związane   z 

wodą,   jeśli   woda   otaczała   ich,   na   wiele   sposobów   atakując   tę   ziemię.   Zarysy   i   odgłosy 

normalnego   świata   były   zamazane   albo   monstrualnie   odmienione   przez   mgłę.   Odgłosy 

przybrzeżnych   fal   w   dole,   daleko   stąd,   mogły   być   zawodzeniem,   a   sporadyczne   porywy 

wiatru wprawiały białą mgłę w wir, jakby jakiś niewidoczny stwór usiłował uwolnić się z 

więzów.

background image

Niesamowite   światło   zapaliło   się   na   niebie   jak   przyćmiona   zorza.   Potem,   kiedy 

jeszcze kilkakrotnie rozbłysło i gasło, Carla domyśliła się, że to latarnia morska, być może na 

Land’s End, ostrzegająca statki o podwodnych skałach, które każdego roku zbierały ofiary. 

Współczuła wszystkim, którzy z głupoty czy desperacji znaleźli się na morzu w taką noc. 

Zziębnięta wróciła do jasnej przystani swego pokoju, zamknęła drzwi balkonowe i zaciągnęła 

zasłony. Teraz była gotowa zmierzyć się z dziennikiem Caroline Tregellas.

W  godzinę później  miała  ochotę  odesłać  pamiętnik  i  jego autorkę  do specjalnego 

zakątka piekła, przeznaczonego dla nudziarzy i bigotów. Uznała też, że gdyby ona sama miała 

być   czyimś   powtórnym   wcieleniem,   wolałaby,   aby   to   nie   dotyczyło   Caroline.   Czy   ta 

dziewczyna rzeczywiście była taka nadęta i pruderyjna, jak ją ukazywał pamiętnik? Ciągle 

paplała   o   pięknie   przyrody,   nudnych   książkach,   które   czytała,   i   nudnych   ludziach 

przychodzących na podwieczorki. Nawet jej zachwyty nad narzeczonym były tak koturnowe, 

jakby przepisała je dokładnie z jakiejś książki.

Carla niecierpliwie przerzuciła kartki, zatrzymując się dopiero na ostatnich. Czyste 

stronice bardziej przemawiały do wyobraźni niż to, co autorka zapisała. Wszakże fakt, że była 

nudna, nie oznaczał jeszcze, że musiała umrzeć tak młodo w całym majestacie niespełnionego 

życia.

I to - pomyślała Carla - jest fraza, jaką mogłaby napisać Caroline! Już miała odrzucić 

pamiętnik, gdy zobaczyła z brzegu książki nie wielką wypukłość między kartkami, jakby coś 

zostało między nie wciśnięte. To była kartka papieru tak złożona, że nieznaczne wybrzuszenie 

odrobinę oddzielało w tym miejscu stronice pamiętnika. Jak wszystkie karty ten arkusz był 

zżółkły   od   starości.   Przetarcie   papieru   w   miejscu   złożenia   sugerowało,   że   ten   zapis   był 

wielokrotnie czytany.

Carla   uświadomiła   sobie,   że   czuje   dziwne   przyspieszenie   pulsu,   kiedy   delikatnie 

rozkładała arkusik papieru, choć podejrzewała, że to będzie tylko wiersz lub list miłosny od 

ukochanego Williama.

To był wiersz, ale nie miłosny. Nie był to nawet poemat, ale nieudolna rymowanka.

Przy zachodniej bramie po zachodzie słońca

W letnią noc przesilenia czekaj nieubłaganego losu.

Niżej,   całkiem   innym   charakterem   pisma,   o   bardziej   wydłużonych   literach   niż   w 

wierszu,   zapisano   słowa:   „Wybaw   nas   od   panicznego   strachu,   co   gnębi   nas   nocami   i   z 

każdym dniem rośnie, a Bóg nie zsyła wybawienia”.

Pismo   było   tak   rozedrgane   i   zniekształcone,   że   trudno   było   ustalić,   czy   pisała   to 

Caroline, ale Carla była pewna, że od niej pochodzą te ostatnie słowa. Mogła je podyktować 

background image

prawdziwa   udręka,   ale   miały   ten   sam   odcień   teatralności,   który   cechował   wcześniejsze 

zapiski dziewczyny.

Włosy się jej nie zjeżyły, chłód nie paraliżował karku - ani śladu lodowatej grozy - a 

jednak było to niepokojące odkrycie. Nasuwało myśl, że na długie miesiące przed swoim 

zniknięciem Caroline czegoś się bała. Zachodnia brama wychodziła w stronę morza. „Czekaj 

nieubłaganego losu...”. W tym zdaniu kryła się groza. Jeśli napisała to Caroline, to kto napisał 

wiersz? Jego litery niczym nie przypominały jej charakteru pisma.

Carla   odłożyła   książkę   i   wyciągnęła   nogi   spod   kołdry.   Nie   denerwowała   się. 

Bynajmniej! Musiała jednak przed spaniem skorzystać z łazienki, a miała wrażenie, że jeśli 

nie zrobi tego od razu, nie zdobędzie się na opuszczenie łóżka aż do świtu. Postawienie nóg 

na   podłodze   kosztowało   ją   jednak   wiele   wysiłku.   Przypomniało   się   jej   opowiadanie   o 

duchach,   które   kiedyś   czytała,   o   dziewczynie,   którą   złapał   za   kostki   nóg   jakiś   stwór 

wychodzący spod łóżka. Dlaczego przerażenie kryło się już w niedokreśleniu słów i zdań? 

Czekać... nieubłagany los...

Monotonne,   ale   realne   odgłosy   urządzeń   łazienki   przyćmiły   chorobliwe   myśli. 

Uspokajał ją także fakt, że drzwi łazienki miały zamek od środka. Nie spieszyła się z kąpielą i 

myciem zębów, potem użyła wszystkich kremów i płynów kosmetycznych, które przywiozła, 

ale ich zazwyczaj  z braku czasu czy próżności nie stosowała. Kiedy wreszcie skończyła, 

otworzyła drzwi i wyszła do holu.

Niepewność poczuła, dopiero gdy spojrzała na drzwi swego pokoju. Bez wątpienia 

zostawiła   je   otwarte.   Może   zatrzasnął   je   powiew   wiatru.   Spojrzała   w   głąb   ciemnego 

korytarza. Nie było jednak najmniejszego śladu przeciągu.

A więc, powiedziała sobie, drzwi same się zamknęły. To nie takie dziwne w starych 

domach. Nacisnęła klamkę i weszła.

Pokój wyglądał zupełnie normalnie, poza tym, że zaczęła przenikać doń mgła. Szara 

mgiełka zawisła do wysokości ramion, gdy otwarcie drzwi poruszyło powietrze. Ostrożnie 

posunęła się o kilka kroków. Opanował ją jakiś dziwny nastrój i nagle bez powodu zaczęła 

oddychać   bardzo   szybko.   Lampa   na   nocnym   stoliku   nadal   się   paliła,   draperie   wisiały 

nieruchomo.   Ogień   w   kominku   już   się   ledwie   żarzył,   dlatego   pokój   wydawał   się 

ciemniejszy...

Zrobiła   parę   niepewnych   kroków   i   wtedy   usłyszała   ostry   odgłos   stukania   gdzieś 

niedaleko.  Z roztrzęsionych  rąk  Carli  wypadła  kosmetyczka,  ona  zaś  odwróciła  głowę w 

stronę, skąd dochodziło pukanie. Kręciło jej się w głowie, drżały kolana, ale zmysły działały z 

nadzwyczajną wrażliwością. Usłyszała trzask resztek palących się drew w kominku, poczuła 

background image

smak miętowej pasty do zębów - i zobaczyła coś nieprawdopodobnego. Na ścianie na wprost 

niej, przesunięty z poprzedniej pozycji, wisiał portret w ciężkich, rzeźbionych ramach. Ale 

twarz nie była już zamglona i niewzruszona. Oczy były szeroko otwarte, a usta były otwarte 

jakby w niemym krzyku przerażenia. Mimo ze rysy zmienił strach, to nieomylnie była jej 

własna twarz.

background image

Rozdział szósty

Kiedy Carla ocknęła  się, mara  senna trwała nadal - urojenie zielonej  głębi  wody, 

której leniwy nurt unosił ją. Miała mokrą twarz, a wilgotne włosy lepiły się jej na głowie. Gdy 

otworzyła usta, by głośno zaprotestować, woda wdarła się jej do gardła, aż się zakrztusiła.

Otworzyła oczy, ujrzała groteskowo powiększoną twarz Michaela, który stał tuż koło 

niej, i ponownie je zamknęła, zaciskając powieki.

- Nie zasypiaj - mruknął, usiłując dowlec ją do krzesła.

- Zostaw mnie!

- Nie, usiądź i posłuchaj, co ci powiem.

Siłą   posadził   ją   na   krześle   i   przytrzymał   w   pionowej   pozycji,   gdy   zaczęła   się 

przechylać.   Carla   znowu   zakrztusiła   się   gorącą   kawą,   która   parzyła   jej   wargi.   Wreszcie 

poczuła się dość silna, by odepchnąć jego rękę i rozsądniej przyjrzeć się sytuacji.

W świetle jutrzenki niebo jeszcze było szare. Za drzwiami balkonowymi dalej wisiała 

mgła, a pokój tonął także w wilgotnym białym obłoku. Michael stał przed nią z opuszczonymi 

rękoma, przyglądając jej się ze złością.

- Okazjonalna próba, jeden zastrzyk - powtórzył, a Carla rozpoznała własne słowa. - 

Jeśli to, według ciebie, jest sporadyczna próba... Czego używasz?

- Używam? - odgarnęła ociekające włosy z twarzy. - Nie musiałeś mnie topić.

- Byłaś nieprzytomna. Sądziłem, że masz dość rozsądku, by pójść do łóżka, zanim 

nastąpi odlot. Podłoga jest twarda.

Carla wreszcie zrozumiała sens jego słów. Usiadła wyprostowana.

- Odlot? Niczego nie brałam. To portret...

Wisiał tam, gdzie zobaczyła go pierwszego wieczoru. Kwadratowe płótno, płaskie, 

ściemniałe od starości. Carla potrząsnęła głową.

- Czy zechcesz mi powiedzieć, co się zdarzyło? - spytała. - Czy już postanowiłeś mi 

nie wierzyć?

- Piekielnie trudno było cię dobudzić - powiedział powoli. - Mogę jednak zgodzić się, 

że to było omdlenie albo coś w tym rodzaju.

- Mówię ci, że nie biorę żadnych narkotyków. Jak mam cię przekonać?

Pod wpływem  nagłego  impulsu odsunęła  rękaw  nocnej  koszuli i pokazała  gładkie 

ramię z niebieskimi żyłkami.

background image

-   W   porządku   -   rzekł   Michael,   tylko   wargi   mu   zadrżały.   -   Nie   sądziłem,   że 

wstrzykujesz sobie heroinę. Ale pigułki nasenne, środki uspokajające - czy to nie są nawyki 

klasy średniej w Ameryce?

- Proszę cię bardzo, sprawdź w moich rzeczach. Nigdy w życiu nie brałam pigułek 

nasennych.

- Dobrze! Wierzę ci. Powiedz mi, co się stało? 

Opowiedziała mu w suchych, skąpych słowach. Oczekiwała szyderczych uwag, drwin, 

ale twarz Michaela pozostała niewzruszona.

- Halucynacja - orzekł, gdy skończyła.

- Nie!

- W halucynacji ma się wrażenie, że wszystko dzieje się naprawdę.

- Mówię ci, że ktoś przewiesił portret. Był na innej ścianie, bliżej drzwi...

- Kiedy?

- Usiłuję sobie przypomnieć - Carla potarła czoło. - Nie zauważyłam go po przyjściu 

do pokoju. Mógł już wtedy wisieć w innym miejscu, choć wątpię.

- Mogła go przewiesić Mary w ciągu dnia.

- Po co? Ale jest jeszcze coś. Czy otwierałeś drzwi balkonowe? 

Michael przecząco potrząsnął głową.

- Ani ja - mówiła dalej. - Były zamknięte i zaryglowane, gdy szłam do łazienki.

- W tym nie ma sensu - powiedział Michael. - Najpierw mówisz, że to, co widziałaś, 

to   nie   halucynacja,   że   portret   rzeczywiście   ożył,   a   nawet   usiłował   mówić.   Potem 

przypuszczasz,  że  ktoś  był  w  twoim pokoju wieczorem.  Zdecyduj  się, czy to byli  realni 

ludzie, czy duchy.

- Nie chcesz wziąć pod uwagę faktów - odparta. - Mówię ci, że ktoś przewiesił portret. 

Być może miałam jakieś przywidzenia... Przynajmniej częściowo, na pewno. Ale ktoś jednak 

przewiesił portret i ktoś otworzył drzwi na balkon.

Michael chciał odpowiedzieć, ale zamknął usta, podejrzliwie przyglądając się Carli.

- No więc powiedz szczerze! - wykrzyknęła gniewnie. - Cokolwiek myślisz. Nie staraj 

się oszczędzać moich uczuć, nie czas na to.

- Myślałem, że to, co mówisz, tworzy bardzo konsekwentną opowieść o duchach - 

odparł Michael. - Wodny kochanek błądzący we mgle... zmarła dziewczyna próbująca ostrzec 

swoją następczynię.

background image

- Przecież wcale w to nie wierzysz. 

Przez chwilę milczał.

- Powiedz mi jeszcze raz, co się ci przytrafiło. Ze szczegółami.

- Nie widzę, co...

- Czekam.

Carla   jeszcze   raz   opowiedziała,   co   przeżyła   tego   wieczoru.   Michael   zadawał   jej 

podchwytliwe pytania jak oskarżyciel w sądzie. Jeśli nawet pytania zmierzały do jakiegoś 

szczególnego celu, Carla tego nie zauważyła, poza ogólnym sceptycyzmem przebijającym z 

jego słów.

Długo się zastanawiał nad znalezioną w pamiętniku kartką, obracał ją na wszystkie 

strony, aż Carla, straciwszy cierpliwość, kazała mu pójść sobie. Nie opierał się, powiedział 

jednak:

- Idź do łóżka, wyglądasz strasznie.

Carla   zwalczyła   chęć,   aby   wcale   się   nie   kłaść,   choćby   tylko   jemu   na   przekór. 

Wyperswadowała sobie wszakże, że to dziecinne, i wsunęła się pod kołdrę. Dopiero wtedy 

zdała sobie sprawę, jaki opanował ją chłód, ciała i duszy.

- Nie zasnę - powiedziała sobie.

W dwie godziny później obudziła się w pokoju zalanym pogodnym światłem. Słońce 

wysuszyło mgłę, a zdarzenia ostatniej nocy zdawały się tylko koszmarnym snem.

Ubrała się i w największym pośpiechu wyszła z pokoju, nie spoglądając na portret.

Pokój śniadaniowy był pusty, co jej nie zdziwiło ze względu na godzinę. Poszła zatem 

do kuchni, gdzie przy stole siedziały pani Polreath i Mary, popijając herbatę. Mary powitała ją 

uśmiechem i wesołym „dzień dobry”, ale dalej siedziała z łokciami podpartymi na stole. Pani 

Polreath wstała.

- Pan Michael powiedział, że marnie pani spała. Mam nadzieję, że teraz jest już w 

porządku.

- Czuję się doskonale - krótko odpowiedziała Carla. 

Zastanawiała się, jak Michael wytłumaczył, że wiedział o jej nocnych przeżyciach. Z 

wymownego   uśmiechu   Mary   podejrzewała   najgorsze,   ale   pokojówka   zawsze   tak   się 

uśmiecha.

- Dziękuję, pani Polreath, wypiję jedynie kawę.

- Ale to tylko  chwila, usmażyć  jajka na bekonie, panno Tregellas  - przekonywała 

kucharka.

background image

-   Nie,   dziękuję.   Niedługo   wychodzę.   Odkąd   tu   przyjechałam,   przejadam   się.   Za 

dobrze pani gotuje.

Widząc, że jej obecność przeszkadza kobietom, które właśnie były w trakcie miłego 

plotkowania,   szybko   wypiła   kawę.   Jeszcze   chwilkę   zatrzymała   się,   by   spytać   Mary,   czy 

przypadkiem nie ruszała portretu.

- Skądże, panienko! Dlaczego miałabym to zrobić?

-   Musiała   to   być   zatem   pani   Pendennis   -   powiedziała   Carla.   -   Przypuszczam,   że 

uważała, że obraz wygląda lepiej na innej ścianie.

Wyszła, a obie kobiety spojrzały na siebie niespokojnie.

Świat wyglądał jak świeże wywieszone do suszenia pranie. Woda jeszcze kapała z 

dachu   i   drzew,   ale   już   słońce   przebiło   się   przez   chmury.   Nakrapiane   promieniami 

słonecznymi liście skrzyły się w powiewie wiatru jak szmaragdy. Carla odetchnęła głęboko. Z 

trudem przypominała sobie swoje przerażenie ostatniej nocy, ale racjonalnego wytłumaczenia 

zdarzeń nie byłaby w stanie podać.

Ruszyła   zarośniętą   ścieżką   w   stronę   ogrodu  warzywnego.   Chciała   porozmawiać   z 

Michaelem.   Za   łatwo   szermował   objaśnieniami   i   przedziwnie   szybko   zjawiał   się   w 

kulminacyjnym momencie wydarzeń.

Pchnąwszy furtkę do ogrodu z równymi rzędami warzyw, zobaczyła nagi, opalony 

kark, pochylony nad fasolą szparagową. Były to smagłe, muskularne plecy, ale jeszcze zanim 

mężczyzna, zaalarmowany skrzypieniem furtki, wyprostował się, wiedziała, że nie należały 

one do Michaela.

Twarz była tak samo opalona jak kark, co ją zdziwiło. Większość bowiem rudzielców, 

a   on   był   rudy,   nie   opala   się   łatwo,   szczególnie   ci   o   płomiennych   włosach   jak   Ania   z 

Zielonego Wzgórza. Miedzianorude włosy otaczały nadzwyczaj brzydką, ale szczerą twarz. 

Jego nos wyglądał jak złamany, usta były dwa razy większe niż normalnie. Para dużych, 

myślących brązowych oczu patrzyła na nią z ciekawością. A potem olśniewający uśmiech 

rozświetlił mu twarz:

- Cześć. Z pewnością jest pani Carla.

- A pan?

- Timothy 0’Hara - przedstawił się. - Przyjaciel Michaela. 

Gdy Carla nie odpowiedziała, uśmiech natychmiast zamarł, zmieniając się w trwożny 

niepokój.

- Powiedział mi, że pytał panią o zgodę, abym się tu zatrzymał. Chciałbym zarobić na 

gościnę, ale muszę przyznać, że nie odróżniam chwastów od warzyw.

background image

- Michael wspominał mi o pana przyjeździe. Naprawdę spał pan w stajni?

-   Oczywiście.   Jestem   w   trakcie   wędrówki   po   starej,   kochanej   Anglii.   Jeżdżę 

autostopem, a na piechotę chodzę, tylko kiedy muszę. A muszę częściej, niż mam ochotę. Co 

zaś do spania, to sypiałem w znacznie gorszych miejscach niż pani stajnia. Podoba mi się. 

Mam nadzieję, że się nie naprzykrzam.

Mimo jej podejrzeń co do Michaela i wszystkiego, co się z nim wiązało, ucieszył ją 

ciepły uśmiech, z jakim na nią spoglądał.

- Nie naprzykrza się pan. Ale panie 0’Hara...

- Tim. „Pan 0’Hara” brzmi jak w „Przeminęło z wiatrem”.

- Niech będzie Tim. W stajni musi być wilgotno. Czy dach nie zacieka?

- Odrobinę.

- To głupio, abyś spał w śpiworze w stajni, gdy dom jest taki duży. Jest masę miejsca.

-   Zgodziłabyś   się?   -   Wielkie   brązowe   oczy   jeszcze   się   rozszerzyły,   tak   że   teraz 

wyglądały jak oczy przyjaznej krowy. - To wspaniale, Carla.

- Pomyślałam, że zaoszczędzę ci ponurej opowieści o finansach - wyjaśniła Carla. - 

Sądzę, że czekają cię wielkie wydatki!

Tim odrzucił płomienną wiechę włosów i wybuchnął śmiechem.

-   Czy   rzeczywiście   tak   wyglądam?   Nie,   nie   mów   mi   tego.   Szczerze   mówiąc, 

oddałbym wszystko - z wyjątkiem pieniędzy, bo ich nie mam - aby znowu przespać się w 

łóżku. Jestem w drodze od dziesięciu dni, a nie jestem entuzjastą spania na dworze.

- Po co zatem ta wędrówka?

-   Chciałem   zobaczyć   kawałek   świata.   -   Tim   malowniczo   oparł   się   na   gracy, 

uśmiechając się do Carli.

Spostrzegła, że jest młodszy, niż myślała, pewnie miał niewiele po nad dwadzieścia 

lat.

- Mam sześcioro młodszego rodzeństwa i zapracowanych rodziców. W jesieni muszę 

się ustatkować i pomóc staruszkom w opłatach za college dzieciaków. To mój ostatni wypad, 

zanim zacznie się harówka.

- Nie martw mnie. Jak poznałeś Michaela?

- Jest przyjacielem mego przyjaciela. Gdy zwiedza się Anglię, wydając mniej niż pięć 

dolarów   dziennie,   trzeba   szukać   znajomości,   gdzie   się   da.   Forsa   starcza   mi   zaledwie   na 

jedzenie i to nie w restauracjach.

- Wyglądasz całkiem zdrowo - powiedziała Carla bez cienia współczucia.

background image

- Co to znaczy „całkiem zdrowo”? Kiedy o tym mówimy, to co myślisz o wybraniu się 

wieczorem do Penzance, aby popatrzyć trochę na nocne życie?

- Za pięć dolarów?

-   Zamierzam   przez   parę   dni   żywić   się   waszymi   warzywami.   Oczywiście,   gdybyś 

obstawała, każde z nas może płacić za siebie.

Trudno było oprzeć się jego uśmiechowi, ale Carla była twarda.

- Zaoszczędź swoje pieniądze, a potem zobaczymy - powiedziała odwracając się, aby 

odejść.

-   Zaczekaj   chwilę.   Czy   mówiłaś   poważnie   o   przeniesieniu   się   do   domu?   Babcia 

Mike’a tak mnie przeraziła, że zaniemówiłem. Tak bywa z miłymi starszymi paniami. Nie 

chcę jej się narzucać, chyba...

- Porozmawiam z panią Pendennis.

Dopiero w połowie drogi do domu Carla uświadomiła sobie, że zapomniała, po co 

poszła do ogrodu, i że dzięki jakiejś tajemnej sile, nie prosząc wprost, Timothy 0’Hara nie 

tylko sprawił, że zaprosiła go do domu, ale jeszcze jak posłuszny robot obiecała załatwić, co 

potrzeba.

Urok   to   nie   było   właściwe   słowo,   jeśli   chodzi   o   Tima   0’Harę,   raczej   rodzaj 

„podświadomego hipnotyzmu”. Carla uśmiechnęła się i za wróciła z drogi do domu. Trudno 

było   oprzeć   się   pomysłom   Tima,   były   tak   niewinne   jak   powaby   drapieżnych   roślin,   by 

przyciągnąć ofiary. Ale ona nie ma ochoty być jedną z nich.

Znalazła   Michaela   w   odległej   części   ogrodu.   Klęcząc,   grzebał   w   ziemi   z 

zapamiętaniem, a przynajmniej tak się jej zdawało. Był odwrócony do niej plecami. Przez 

chwilę   stała,   przyglądając   się   z   podziwem   prężnym   mięśniom   jego   ramion.   Doprawdy, 

pomyślała z grymasem na twarzy, wiele kobiet sprzedałoby duszę za takie lato. Nie jeden, nie 

dwóch, ale czterech atrakcyjnych mężczyzn w pobliżu, nawet pięciu, jeśli doliczyć pastora, a 

z pewnością należało go wziąć pod uwagę, jeśli ceniło się delikatnych, subtelnych mężczyzn. 

To  tak jakby los  zsyłał  jej  do wyboru  najlepsze  okazy.  Alan, przystojny,  wyrafinowany, 

władczy;   Tim  rozkosznie   swojski,  nieodparcie   przyjacielski;   Michael  ciemny,  zamyślony, 

zbudowany jak rzeźba Michała Anioła; Simon, blondyn, łagodny i oddany... Brzmi jak z 

opery mydlanej, pomyślała z irytacją i zakaszlała.

Nadal klęcząc, Michael wyprostował się i uśmiechnął uprzejmie. Carlę ucieszyło, że 

jest w dobrym humorze, choć pomyślała, że nie ma powodu, aby było inaczej.

- Czy to nie za późno na sadzenie warzyw? - spytała.

background image

-   To   przyjemność,   a   nie   ekonomia.   A   możesz   również   nazwać   to   ciekawością 

naukową. - Michael przysiadł na piętach. - Podejdź i przyjrzyj się.

Kiedyś   w   tym   oddalonym   kącie   za   żywopłotem   wiecznie   zielonej   roślinności   był 

ogród kwiatowy.  Teraz rosły tu wybujałe,  wymagające cięcia i usunięcia uschłych  gałęzi 

krzewy. Były jednak jeszcze wystarczająco silne, by zasłaniać światło słoneczne i nadać temu 

miejscu   przejmującą   atmosferę.   Carla,   przemykając   wśród   chwastów,   podrapała   nogi   o 

gałęzie   jeżyn.   Gdzieniegdzie   dumne   głowy   w   kolorze   purpury   lub   różowym   odważnie 

wysuwały się z gęstwiny róż - wbrew prawom przyrody i mimo zaniedbania.

Michael   oczyścił   przestrzeń   około   sześciu   stóp   kwadratowych.   Początkowo   Carla 

zobaczyła jedynie galimatias luźnych kamieni czy raczej odłamków płytek pokrywających 

cały ten obszar. Potem jednak zaczęła dostrzegać zarys jakiegoś wzoru. Rozpoznała go, bo 

był to motyw, który nie opuszczał jej myśli - wygięty, łukowaty kształt z płetwami.

Nie zważając na jasne spodnie, uklękła obok Michaela. W ręku miał szczotkę, a kiedy 

Carla pochyliła się, zamiótł delikatnie inny odcinek rozsypującej się układanki z płyt, klnąc 

pod nosem na widok ruchomych fragmentów.

- Cholerny Walter. Żeby mieć to wszystko na dziedzińcu i pozwolić na taką ruinę, 

podczas gdy dla niego najważniejsze było wino i dziwki.

- Co to jest? - szeptem spytała Carla.

- Niewątpliwie rzymskie starożytności - spojrzał na nią i odgarnął z czoła kosmyk 

mokrych włosów. Gdy zaś dalej nie pojmowała, dodał: - To mozaika rzymska, głuptasku. A 

raczej jej pozostałości. Spójrz tutaj.

Chwycił konewkę i polał wodą odkopany fragment. Wtedy wzór jakby wyłonił się z 

podłoża, woda zmyła warstwę kurzu i rozjaśniła barwy maleńkich kamyków.

Carla trwożnie się cofnęła.

- Ośmiornica.

-   Istotnie.   Spójrz   tutaj...   -   Palce   Michaela   posuwały   się   wzdłuż   konturów 

uszkodzonego wzoru. - To wygląda na Nereidę, nimfę siedzącą na delfinie.

- Same morskie twory...

- Tak wygląda - szybko zgodził się Michael. - Nie wiem, czy uda się to odtworzyć. 

Wydaje się jednak, że większość elementów jest tutaj. Może będziemy mogli je ułożyć jak 

puzzle.

- Po co?

Zobaczyła, że przymknął powieki i grube rzęsy przesłoniły oczy.

background image

- A dlaczegóż by nie? To może okazać się wartościowe. W Kornwalii nie ma zbyt 

wielu śladów rzymskich. To był cichy zakątek nawet w drugim wieku.

- To mogłaby być  atrakcja turystyczna  dla gości twego hotelu? - Carla odzyskała 

zimną krew. Ostry ton świadczył, że odrzuca wszelkie fantazje.

- Znowu zgadłaś. Najpierw trzeba zbudować ochronę dla tego fragmentu, zanim się 

rozpadnie   do   końca.   Zrobię   to   dzisiaj.   Nie   narażę   cię   na   wydatki   -   dodał,   spoglądając 

przymrużonymi   oczyma.   -   Wykorzystam   drewno   z   rozpadających   się   budynków 

gospodarczych. I tak trzeba będzie je rozebrać.

- Nie to mnie niepokoi.

- Więc co cię martwi? Zdawało mi się, że zgadzasz się z Johnem, że należy zbadać tę 

legendę. Możliwe, że od tej mozaiki właśnie - a do niedawna była w dość dobrym stanie - 

zaczęła się cała historia. Mam na myśli temat morski.

- Nie myślałam o tym, ale chciałam z tobą omówić pomysł Johna.

- Nie ma tu nic do omawiania - Michael wrócił do pracy. Jego szczupłe, długie palce 

poruszały się delikatnie wśród drobnych odłamków.

- Początkowo nie byłeś takim entuzjastą.

- Miałem czas na przemyślenie wszystkiego. Prawdopodobnie to dobry pomysł. Dość 

interesujący i w najgorszym razie nie przyniesie szkody, a może to właśnie pomoże uchronić 

babcię przed udarem dwudziestego trzeciego czerwca.

Mówił   cicho   i   rzeczowo,   rozumował   znakomicie.   Tymczasem   Carla   nie   wiadomo 

dlaczego nie wierzyła w ani jedno jego słowo.

- Nie sądzę, abyś  miała okazję powiedzieć o mojej ofercie Alanowi Fairmanowi - 

odezwał się znowu Michael, ciągle pochylony nad swą pracą.

- Nie. Zobaczę go zapewne w czasie weekendu.

Michael zaczął nucić. Carla poznała melodię. To nie była muzyka baletowa, ale dość 

melodyjna  piosenka Rolling  Stonesów. Niewątpliwie  postanowił w ten sposób zakończyć 

rozmowę.

Tymczasem   zrobiło   się   późno.   Ponieważ   ubrudziła   się   w   ogrodzie,   chciała   się 

wykąpać   i   przebrać.   Rzuciwszy   ostatnie   niechętne   spojrzenie   w   stronę   ciemnej   głowy 

Michaela, postanowiła wracać.

Z powodu spotkań w ogrodzie była spóźniona i gdy zeszła z góry, Simon już czekał w 

salonie. Pochwalił wzrokiem jej dżinsy i sportową bluzkę.

- Świetnie! Idziemy dziś w dość dziką okolicę. Jeśli zniesiesz to mężnie... Chciałem 

powiedzieć...

background image

- Zniosę mężnie - odparła Carla ze śmiechem. - Język angielski wywyższa mężczyzn, 

nie uważasz?

-   Coś   w   tym   jest   -   pokornie   zgodził   się   Simon.   -   Przyrzekam,   że   nie   będę 

podtrzymywał twego ramienia ani pomagał w przeskakiwaniu płotów, a jeśli zaatakuje cię 

dziki byk, musisz sobie poradzić sama.

- Jasno stawiasz sprawę.

Okazało się, że było to jedno z jej najmilszych popołudni, rodzaj przeżycia, jakie na 

zawsze pozostaje żywe w pamięci.

Simon   zaprowadził   ją   najpierw   do   Chysauster,   przedhistorycznej   wioski,   która 

powstała w okresie między 100 rokiem przed Chrystusem a 100 rokiem po Chrystusie. Carlę, 

która nigdy dotąd nie interesowała się w najmniejszym stopniu archeologią, ogarnęło teraz 

dziwne podniecenie  na widok olbrzymich  ścian kamiennych,  niekiedy wysokich na sześć 

stóp.   Osiem   domów   położonych   z   drugiej   strony   szerokiej   drogi   zbudowano   wokół 

centralnego dziedzińca.

Carla przesunęła palec po szorstkich kamieniach, odwracając się do Simona, który jej 

się przyglądał.

- Czy przeżyłaś już kiedyś deja vu? - spytał.

- Sądzę, że to było właśnie to. Jakbym kiedyś już tu była.

- Uczeni tłumaczą to uczucie w ten sposób, że albo czytałaś coś o danym miejscu, albo 

w przeszłości widziałaś coś podobnego.

- Wierzysz w to?

- Nie, ale jestem beznadziejnym romantykiem. Znaczna część naszego mózgu to terra 

incognito, i nic nie wiemy o jej funkcjach. A co by było, gdyby wypełniały ją wspomnienia? 

Nie tylko nasze zapomniane przeżycia, ale również doświadczenia naszych przodków?

- Pamięć odziedziczona. - Carla się zamyśliła. 

Simon wzruszył ramionami i sięgnął po papierośnicę.

- To wydaje się rozsądniejsze niż niejasne wyobrażenia na temat reinkarnacji. Walter 

odtworzył genealogię waszej rodziny od trzynastego wieku. Bóg wie, jak głęboko można by 

sięgnąć, gdyby zachowały się dowody. Któryś z przodków musiał pochodzić z jednego z tych 

domów. Dlaczego ty nie miałabyś się z nich wywodzić?

- Myślałam, że pochodzę od rzymskiej księżniczki - powiedziała półżartem.

-   Rzymianie   wiązali   się   i   krzyżowali   -   bez   pośrednictwa   Kościoła   -  z   miejscową 

ludnością,   tak   jak   to   robili   wcześniej   najeźdźcy.   Jesteśmy   mieszańcami,   Carlo.   Wszyscy 

prawdopodobnie   mamy   jakiegoś   jaskiniowca   wśród   przodków.   -   Błękitne   oczy   Simona 

background image

patrzyły   marzycielsko,   utkwione   w   jakimś   niewidocznym   punkcie,   niedostępnym   dla 

zwykłego spojrzenia.

Nagle poruszył się i rzucił papierosa, który zaczął parzyć mu palce. Carla się zaśmiała, 

a Simon uśmiechnął się posępnie, dmuchając na sparzone palce.

- Odpowiedni los dla marzyciela - sparzyć sobie palce. Czy dość się napatrzyłaś? Czas 

na następne miejsce.

- Dokąd teraz?

- Na miejsce odległe w czasie o tysiąc pięćset lat, a wymagające długiego marszu - 

rzekł Simon.

Nie żartował. Ścieżka do małej  wioski Madron, gdzie zostawili samochód, wiodła 

przez pola, wokół ogrodzeń, poprzez łąki i strumienie, ciągle w górę. Carli szło się trudno, ale 

nic nie mówiła; Simon zaś zgodnie z obietnicą nie dopuszczał się zniewagi, ofiarując pomoc. 

Sam   był   irytująco   dziarski,   bynajmniej   nie   zdyszany,   mimo   że   dźwigał   ciężki   kosz   z 

zapasami, które przygotowała na piknik jego gospodyni.

Wkrótce Carla dostrzegła wyłaniającą się na horyzoncie pokaźną konstrukcję, która 

wyglądała jak olbrzymia kamienna ława. Kromlech, krąg monolitów, znajdował się zaledwie 

kilka jardów od szerokiej drogi. Trzy nierówne monolity podtrzymywały olbrzymi kamień 

szczytowy,   długi   na   siedemnaście   stóp.   Carla   przyglądała   się   przez   chwilę   konstrukcji   i 

powiedziała z lekceważeniem:

- Bywają większe kręgi. Dlaczego te są tak nisko nad ziemią?

- Zapadły się w dziewiętnastym wieku - wyjaśnił Simon nieco dotknięty jej krytyką. - 

Gdy umieścili potem płytę, musieli skrócić podpory. Żałuję, że ci się nie podoba.

- Skądże. To piękna konstrukcja - powiedziała. 

Simon roześmiał się.

- Nie, po raz pierwszy masz rację. Widziałem lepsze kromlechy. 

Przyjął teatralną postawę, wyciągnął na długość ramienia koszyk i zarecytował:

Cóż to za martwy olbrzym leży

Sam w tym upiornym trzęsawisku,

Gdzie znad morza, co ponuro j fezy w dali,

Dmie dziki wiatr nad kamienistymi wierzchołkami wzgórz?

Mogłabyż to być

Mogiła brytyjskiego rycerza...

background image

- Wystarczy - powiedziała. - Odwołuję moje prymitywne uwagi. To grób dzielnego 

rycerza i nie powinnam o tym mówić lekceważąco.

- Może to jeden z twoich przodków - zauważył Simon 

Obszedłszy wkoło konstrukcję, wyruszyli przez pole. Teraz Simon podał jej ramię.

- W tej okolicy znajdują się opuszczone szyby - powiedział od niechcenia. - Czy 

widzisz maszynownię? Należała do kopalni Ding Dong, jednej z najstarszych w hrabstwie. 

Możemy zjeść tam obiad albo podejść jeszcze około pół mili i podzielić się kanapkami z 

Dziewięcioma Pannami.

- To te biedne dziewczyny, o których mówiłeś, ukarane za tańce w czasie sabatu?

- Tak. Chodźmy zatem. W kopalni niewiele jest do oglądania, poza maszynownią; a to 

nie należy do celów dzisiejszej wyprawy. Stanowczo zbyt nowoczesny obiekt.

Zanim   dotarli   do   Panien,   Carli   brakło   tchu.   Stało   tam   jeszcze   sześć   kamiennych 

monolitów. Trzy panienki ubyły od czasu, gdy tak nazwano budowlę.

-   Mam   nadzieję,   że   jesteś   głodna   -   powiedział,   rozpakowując   zapasy.   -   Pani 

Chynoweth dała nam wystarczającą porcję dla całej armii. Musimy zjeść wszystko, aby jej nie 

urazić.

Carla wytarła z potu czoło, zapewniając go, że ma wspaniały apetyt. Pogoda była 

doskonała, słoneczna, rześka. Dotrzymanie kroku długim nogom Simona okazało się ciężką 

próbą.

Na posiłek składały się kornwalijskie paszteciki i piwo, owoce i ciastka z kminkiem. 

Simon zostawił resztki uczty, która by wystarczyla dla kilku osób, na jednym z powalonych 

kamieni, z kartką, że jest to dar. Przeszli kawałek pieszo, wracając do samochodu, a potem 

pojechali na zachód w stronę Boscawen-Un, aby zobaczyć jeszcze inny krąg z epoki brązu.

Siły   Simona   wydawały   się   niespożyte,   a   Carla,   mimo   szczerego   zainteresowania, 

obejrzawszy kilka następnych prastarych pomników historycznych, zupełnie opadła z sil. Z 

ulgą przyjęła więc zapowiedź Simona, że zatrzymają się na herbatę w Mousehole.

- Nie ma tam zabytków, ale to bardzo niezwykłe miejsce - wyjaśnił.

Było to rzeczywiście osobliwe miasteczko i Carli bardzo się podoba ło. Podwieczorek 

jedli w kawiarence w maleńkiej zatoce. Carla ze wstydem stwierdziła, że zjadła całą swoją 

porcję ciastek; były prosto z pieca i pachniały ostrymi przyprawami.

- Nie zmieszczę się w żadnej spódnicy, jak tak dalej pójdzie - narzekała przesadnie z 

pełną buzią.

background image

- Śmiało możesz przytyć parę funtów - zauważył jej towarzysz, patrząc na nią. - Nie 

myśl, że mam coś do zarzucenia twojej figurze, ale jako lekarz...

- Uważasz, że źle wyglądam?

- Skądże. Ale nie brak ci kłopotów, prawda?

- Myślisz o pani Pendennis i klątwie rodzinnej?

Carla spojrzała na ostatnie ciastko, chwilę zmagała się z sumieniem, ale się poddała. 

Simon palcami wygładził potargane włosy i głośno westchnął.

- Ulżyło mi, że nie myślisz o tym za wiele. Nie byłem pewien...

- Dlaczego, do diabla, mam o tym myśleć? - spytała dziwnie poirytowana. - Jest coś, o 

czym nie wiem, czy może uważasz mnie za neurasteniczkę, którą może przestraszyć głupia 

bajka?

- Moja droga, bynajmniej nie chciałem, abyś odniosła takie wrażenie. Z pewnością 

wiesz, że to pani Pendennis mnie martwi?

- Jak myślisz, co ona zamierza? - spytała ze złością. - Wszyscy sugerują straszne 

rzeczy, ale wasze słowa są tak wymijające... Przykro mi, że traci rozum, ale nie widzę, co 

mogłabym dla niej zrobić. Nie skrócę pierwszych od wielu lat wakacji ze względu na starcze 

fantazje gospodyni. Jeśli grozi jej atak serca czy coś w tym rodzaju, to powinna znaleźć się w 

domu opieki.

- Nie miałbym serca na to ją skazać - cicho powiedział doktor. - Nawet gdybym miał 

taką   władzę,   jakiej   nie   mam.   To   byłoby   równoznaczne   z   wyrokiem   śmierci   dla   dumnej 

kobiety jak ona.

Carla spuściła oczy.

- Przykro mi. Ja też bym tego nie zrobiła. Ale szczerze mówiąc, Simon...

- Ciągle tego nie rozumiesz. A właściwie odebrałaś to opacznie, Carlo.

Wtedy Carla zrozumiała.  Nie była  nawet zdziwiona.  Jakby to sobie uświadamiała 

przez cały czas.

-  Myślisz,  że   może   zrobić  mi  jakąś   krzywdę.   To  straszne,  Simon.   Ale  chyba   nie 

powiesz mi, że lady Caroline miała ogromnie miłą, starą gospodynię, od której przypadkiem 

pochodzi pani Pendennis.

Simon roześmiał się z zakłopotaniem.

-   Twoja   wyobraźnia   przewyższa   moją.   Nie,   wydaje   mi   się,   że   pani   Pendennis 

pochodzi z Sussex. Jej mąż  był  Kornwalijczykiem.  Ale nie możesz, do licha, całkowicie 

odrzucić możliwości, że próbując uratować cię od rzekomego strasznego niebezpieczeństwa, 

może cię skrzywdzić.

background image

- Musiałaby oszaleć. Jesteś lekarzem. Czy ona jest wariatką?

- Nawet gdybym był Zygmuntem Freudem, nie mógłbym odpowiedzieć na to pytanie. 

Z pewnością ulega złudzeniom. Czy to miałoby przejść w paranoję...

- Bardzo dziękuję - odezwała się. 

Simon wyciągnął rękę nad stołem i uścisnął jej palce.

-   Muszę   przewidywać   najbardziej   nieprawdopodobne   rzeczy   i   muszę   być   na   nie 

przygotowany, by nie ryzykować, że coś może ci się przydarzyć. Nigdy bym sobie tego nie 

wybaczył, Carlo.

Ręce Carli spoczywały ufnie w mocnym uścisku dłoni Simona. Jego błękitne oczy 

były   niespokojne.   Taki   piękny   błękit   jak   bławatki,   szafiry   z   Kaszmiru   czy   oczy   kota 

syjamskiego.

- Nic się nie zdarzy - powiedziała łagodnie.

- Musisz na siebie uważać. Wygląda na niewinną i delikatną, ale nie potrzeba siły, by 

na   przykład   zamknąć   kogoś   na   klucz.   W   tym   starym   zrujnowanym   domu   są  pokoje,  do 

których nikt nie zaglądał przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

- Ktoś mnie znajdzie. Michael i Tim są w domu.

- Tim?

- Amerykanin na wakacjach w Anglii.

- A jego nazwisko?

- 0’Hara.

Simon potrząsnął głową.

- Nie znam go. Michael ma własne kłopoty, Carlo. Nie ufaj tak szybko ludziom.

- Czy ostrzegasz mnie przed Michaelem?

-   Do   licha,   zdaje   się,   że   dzisiaj   cały   czas   mówię   nie   to,   co   potrzeba   -   Simon   z 

posępnym grymasem uwolnił ręce Carli. - Ostrzegam cię przed światem. Nie ufaj nikomu; 

czyż to nie jest powszechna zasada?

- A jeśli chodzi o pastora? - spytała.

- Jeśli nie możesz wierzyć Johnowi, nie możesz mieć zaufania do nikogo. - Twarz 

Simona złagodniała w uśmiechu.

- Co myślisz o jego sugestii, abyśmy zbadali legendę?

- Zapewne nie zmieni to pani Pendennis, ale nie może spowodować nic złego. Może 

nawet być interesujące. Czy napotkałaś dotąd coś ciekawego?

-   Tak   naprawdę   to   nie   szukałam.   Nie   miałam   czasu.   Michael   oczyścił   fragment 

mozaiki w ogrodzie.

background image

- Doprawdy? - Oczy Simona rozbłysły ciekawością. - Pamiętam, że o tym mówiono. 

Na pewno bardzo zrujnowana?

- Tak, w strasznym nieładzie. Przyjdź ją obejrzeć.

- Nie dzisiaj. - Simon spojrzał na zegarek. - Wieczorem mam dyżur w ambulatorium, a 

wróciliśmy późno. To twoja wina. Było cudownie.

- Mnie także. Dziękuję.

-   Musimy   wkrótce   to   powtórzyć.   Ale   następnym   razem   nie   będę   snuł   przykrych 

przewidywań.

Zgodnie z naleganiami Carli zostawił ją przy bramie. Po kąpieli i delikatnym zmyciu 

jodyną zadrapań i drobnych skaleczeń stanęła na balkonie i obserwowała słońce zapadające w 

morze.  Nie wyobrażała  sobie, aby można  pozostać obojętnym  na taki  widok. Doprawdy, 

opuścić   to   miejsce   to   jak   wyrwać   korzenie.   Wróciwszy   do   pokoju,   spojrzała   dziecinnie 

wyzywająco na portret lady Caroline. Nawet gdyby nie zamierzała tu zostać, to nieudolne 

usiłowania,   aby   ją   przestraszyć,   tylko   by  wzmocniły   jej   determinację.   W   gruncie   rzeczy 

dobrze, iż nie wspomniała Simonowi o wydarzeniach ostatniej nocy.  Potwierdziłyby jego 

najgorsze obawy.

Przy stole jadalnym zwróciła uwagę na nieobecność pani Pendennis, ale Michael i 

Tim   już   tam   byli.   Gdy   Carla   weszła,   Tim   podsunął   jej   krzesło.   Podziękowała   mu   z 

uśmiechem i zwróciła się do Michaela.

- Gdzie jest twoja babka?

- Nie czuje się dobrze. Namówiłem ją, by poszła do łóżka. 

Carla poruszyła się, by wstać.

- Usiądź - warknął. - Nie musisz udawać szlachetnej kasztelanki. Nic jej nie dolega 

oprócz wieku, ma prawie osiemdziesiąt lat.

Michael jak zwykle reagował szorstko i sarkastycznie. Carla zastanawiała się, co go 

tym razem ugryzło.

Impulsywny Tim umiejętnie podtrzymał rozmowę, mimo że nie przestawał pochłaniać 

olbrzymiej   porcji   jedzenia.   Michael   posępnie   milczał,   a   usługująca   Mary   tak   była   zajęta 

uśmiechaniem się do dwóch mężczyzn, że bez przerwy coś rozlewała na stole.

- Od tygodni nie jadłem nic tak dobrego - oznajmił na koniec Tim, zgarniając ostatnie 

okruchy ze swego talerza. - Co nie znaczy, że nie zasłużyłem na to, pracując jak robotnik 

portowy. Mam mocno pokiereszowane palce.

- A co robiłeś? - spytała Carla.

background image

- Mówiłem ci, że zamierzam zbudować ochronę dla mozaiki - odpowiedział Michael. - 

Nie daj się omamić Timowi. To ja wykonałem większość roboty.

- Ach tak? Spójrz na te skaleczenia - Tim pokazał muskularne dłonie, udając, bez 

powodzenia, że upada ze zmęczenia.

- Sądzę więc, że zechcesz wcześniej się położyć. - Carla odsunęła swoje krzesło.

- Co znowu? Myślałem, że wybierzemy się do miasta - wykrzyknął Tim.

- Po takim ciężkim dniu?

-   Nic   nie   ożywia   tak   mężczyzny   jak   odrobina   zabawy.   Także   na   kobiety   działa 

czarodziejsko. Zabierz zatem torebkę i co ci potrzeba i ruszajmy.

- Ależ ja nie...

- Z pewnością tak.

- Możesz od razu dać za wygraną - wtrącił się Michael. - Czy nie wiesz, że kobiety nie 

mogą oprzeć się Timowi? Jego niewiarygodna brzydota je rozbraja; współczują mu i zanim 

się zorientują...

- Proszę cię! - Tim podniósł rękę. - Nie zdradzaj moich metod; wypracowanie ich 

zabrało mi lata. Chodźmy, Carlo.

Zapadał zmierzch, gdy ruszyli starym samochodem Michaela w stronę Penzance. Tim 

bez   przerwy   opowiadał   kawały   i   podśpiewywał   frywolne   piosenki.   Michael   niezbyt 

przesadził,   opisując   urok   Tima.   Jego   ogromna   witalność   niwelowała   braki.   Stan   jego 

pokaleczonych dłoni świadczył o ciężkiej pracy tego dnia, ale nie było tego widać z jego 

zachowania, gdy krążyli między pubami, próbując różnych gatunków piwa i grając w strzałki 

- Tim nie wygrał  ani razu - wśród gargantuicznych  wybuchów  śmiechu,  tańców, śpiewu 

przeplatanych opowieściami i żartami. Dopiero gdy zamknięto drzwi ostatniego pubu, zgodził 

się na powrót do domu, wymieniwszy niekończące się zapewnienia o wiecznej przyjaźni z 

towarzyszami od picia.

- Czy chcesz, abym poprowadziła? - zaproponowała Carla.

- Na Boga, kobieto! - Tim rzucił jej obrażone spojrzenie. - Myślisz, że jestem pijany? 

W tym kraju nie można się upić. Za wcześnie zamykają puby. Mówię ci, że to marny dowcip 

te tutejsze godziny pracy barów. Czy jesteś pewna, że w mieście nie ma żadnego miejsca, 

gdzie moglibyśmy jeszcze się napić?

Inni bywalcy pubów już mu powiedzieli o tym posępnym fakcie, a teraz Carla go 

potwierdziła   i   ruszyli   w   stronę   domu.   Po   chwili   dziewczyna   się   uspokoiła.   Prowadził 

bezpiecznie i było oczywiste, że wcale nie przesadzał, mówiąc o swej mocnej głowie.

background image

Jasny księżyc  wysoko na niebie rozsiewał srebrzyste światło nad pełną wieżyczek 

linią budynku.

Zatrzymawszy samochód Tim, nie wysiadając, z uznaniem spojrzał na dom.

- Wprost z filmu Hitchcocka - powiedział. - Wiesz, że gdyby go objął jakiś rzutki 

facet, mógłby zrobić majątek, przekształcając go w hotel. Z tą jego złowieszczą atmosferą.

- Michael powiedział ci pewnie, co chce z nim zrobić?

- Jasne! Będziemy wspólnikami.

-   Doprawdy?   A   co   z   twoimi   biednymi,   ale   uczciwymi   rodzicami   w   Stanach   i 

sześciorgiem rodzeństwa?

Tim przerwał swoje zachwyty nad domem i spojrzał na Carlę. Jego twarz ginęła w 

cieniu, ale oczy świeciły.

- Nieważne, jak zarabiam, skarbie, jeśli dostarczam pieniądze. Zdaje się, że w lodówce 

jest trochę piwa. Jak się zapatrujesz na szklaneczkę przed snem?

Carla odrzuciła raczej chłodno to grzeczne zaproszenie i weszła na schody, a Tim, 

cicho pogwizdując, skierował się w stronę kuchni. Gdy zbliżała się do swego pokoju, w 

otwartych drzwiach w końcu korytarza zobaczyła stojącego Michaela.

- Tak szybko z powrotem?

- Zamknęli już puby - powiedziała, a Michael roześmiał się.

- Jasne! Zamykają je. A zatem... dobranoc

Jeszcze stal tam i obserwował ją, gdy zamykała za sobą drzwi.

Czując się trochę głupio, obeszła pokój wkoło, zajrzała za kotary przy łóżku i do 

szafy.   Drzwi   balkonowe   były   zamknięte.   Przekornie   otworzyła   je,   obrzucając   balkon 

spojrzeniem. Poruszyły się jedynie cienie w świetle księżyca.

Wróciwszy  do   pokoju,   jeszcze   raz   obeszła   wszystkie   kąty,   przechodząc,   spojrzała 

wyzywająco na namalowaną, pozbawioną wyrazu twarz lady Caroline. Tymczasem doszła do 

wewnętrznych drzwi, prowadzących do małej klatki schodowej, i stanęła jak wryta.

Na drzwiach znajdowała się zasuwka - była nowa. Wypolerowany mosiądz błyszczał 

w świetle lampy.

To Michael musiał ją umieścić. Zrobił to zapewne, kiedy wyjechała z Timem, gdyż 

wcześniej jej nie zauważyła. Na drzwiach jej pokoju od wewnątrz nie było niestety rygla. 

Carla przyjęła ten fakt z mieszanymi uczuciami. Weszła do łóżka, biorąc pamiętnik Caroline, 

ale   zanim   go   otworzyła,   usiadła   wpatrując   się   w   ciemne   fałdy   baldachimu,   pełna 

niepokojących myśli.

background image

Tim jest kłamcą. Miał gotowe odpowiedzi na jej pytania, ale była pewna, że nie ma 

sześciorga rodzeństwa w Stanach, wątpliwe też, czy przybył tu w celach turystycznych. On i 

Michael coś szykowali. Jeśli to niewinna sprawa, dlaczego nie mówią o niej otwarcie? Mieli 

gotowe plany, zanim przyjęła ich ofertę.

Michael   przymocował   zasuwkę   na   drzwiach   prowadzących   na   tajemniczą   klatkę 

schodową, ale nie na drzwiach wychodzących na korytarz. Osoba podejrzliwa mogłaby się 

zastanawiać, dlaczego usiłował uniemożliwić komuś wejście, pozostawiając je otwarte dla 

siebie, ale mogłaby się też niepokoić z powodu wielu innych spraw. Próby przestraszenia jej, 

zagrożenie   upadkiem   na   drodze   we   wsi...   a   teraz   Tim,   sprzymierzeniec   o   niepewnej 

przeszłości. Ale przecież są i inni, którym zależy na jej wyjeździe z Kornwalii. Makabryczne 

wzmianki Simona o pani Pendennis, obawy Alana o pieniądze albo raczej ich brak...

Czyżby   wartość   domu   przekraczała   jej   przewidywania?   Szalone   wizje   ukrytych 

skarbów   czy   żył   cennej   rudy  kłębiły   się   w   jej   głowie.   Odegnała   je   wzruszeniem   nagich 

ramion. Stare pokłady cyny i miedzi dawno wyczerpano. Jeśli zaś chodzi o ukryty skarb, to 

była to zbyt fantastyczna możliwość, by brać ją pod uwagę. Dom i rodzina, zgodnie z opinią 

Simona, sięgały czasów Adama i Ewy, ale Tregellasowie najwidoczniej wydawali pieniądze, 

kiedy je tylko zdobyli - a czasem nawet szybciej. Być może był to ród stary i arystokratyczny, 

ale nigdy nie mieli królewskiej fortuny.

Projekt Michaela, by urządzić tutaj hotel, był oczywiście wykonalny, wątpiła jednak, 

czy kiedykolwiek mógł stać się kopalnią złota dla właściciela. Trzeba było długich miesięcy 

ciężkiej pracy i znacznych inwestycji, by doprowadzić dom do właściwego stanu. A potem 

jeszcze więcej pracy i szczęścia, by zaczął przynosić dochody. Grunt mógł mieć wartość dla 

przedsiębiorcy budowlanego, ale nie aż taką, aby warto było o to zabiegać, biorąc pod uwagę 

liczne komplikacje.

Nie, nie było powodu, aby ktoś chciał pozbyć się jej i położyć rękę na dziedzictwie 

Tregellasów. Być  może życzliwe zainteresowanie  środowiska jej osobą wzbudziło w niej 

przesadną   podejrzliwość.   Poza   tym   nie   zdarzyło   się   nic,   czego   nie   można   by   sensownie 

wytłumaczyć. Nawet sprawa z wodorostami okazała się tylko nieszkodliwym, głupim żartem. 

A więc jeśli ktoś chciał dostać dom, może go mieć. Sprzeda go pierwszej osobie, która złoży 

rozsądną ofertę. Nowy właściciel może objąć własność w końcu lata, a ona powróci do swego 

banalnego, nudnego życia...

Zaklęła pod nosem i otworzyła pamiętnik. Dość tych fantazji, dość próżnych pragnień. 

Przyrzekła sobie, że pozbędzie się domu bez żalu.

background image

Zmusiła   się   do   skupienia   się   nad   spłowiałym   pismem.   W   miarę   jak   czytała,   w 

głębokiej   ciszy   starego   domu,   rosło   jej   zainteresowanie.   Za   suchymi   szczegółami   z 

codziennego życia rodziny zaczęła wyczuwać coś więcej - nastrój, emocje, których ta dawno 

zmarła dziewczyna nie mogła całkowicie ukryć w ostrożnych opisach. Sporadyczne błyski 

humoru   czy   wybuchy   szczerego   uczucia   autorki   zrodziły   w   Carli   rosnące   poczucie 

pokrewieństwa duchowego z Caroline Tregellas.

Dziwne, że wzmianki o narzeczonym nie budziły takich emocji. Zachwyt Caroline nad 

koszem   puszystych   kociąt,   przyjemność   oglądania   pierwszych   wiosennych   pierwiosnków 

wydawały się bardziej szczere niż jej dziewczęce uczucie.

Oczywiście,   niewinne   młode   damy   nie   mogły   przyznawać   się   do   namiętności 

erotycznych,   ale   Carla   podejrzewała,   że   ta   prowincjonalna   społeczność   z   czasów 

przedwiktoriańskich nie była szczególnie purytańska. Ludzie zawsze mieli osobiste sekrety, w 

każdej epoce. Może lady Caroline bała się małżeństwa. Ciągle pisała o atrakcyjności lorda 

Williama - jego pięknych błękitnych oczach, lśniących blond włosach, wysokiej, kształtnej 

postaci...

Czy  jej  protest  był  zbyt   słaby,  czy  też   była  zbyt   konwencjonalna,  aby szczerze  i 

otwarcie wyrazić swoje pragnienia?

Oczywiście nie zdobyłaby się na to - nagle pomyślała Carla. Pamiętnik nie zawierał 

intymności ani prawdy. Dzieci i młode, niezamężne kobiety nie miały prywatności, nie miały 

żadnych praw. Dzieci można było bić, torturować i okrutnie upokarzać. Nie było odwołania 

od decyzji rodziców. Natomiast zamężna kobieta była zdana na łaskę i niełaskę męża; mógł 

rozporządzać jej majątkiem i osobą zgodnie ze swoją wolą. Klamra na uroczym pamiętniku 

Caroline   nie   miała   żadnego   znaczenia.   Musiałaby   być   szalona,   aby   w   swoim   dzienniku 

zapisywać to, co naprawdę myślała.

Ponuro   zadumana,   Carla   oderwała   wzrok   od   opisu   nowego   porannego   stroju   i 

przeniosła go na portret swej antenatki. Czy to tylko wyobraźnia, czy też twarz Caroline 

ciemniała pod wpływem mgły? Nie miała ochoty na to patrzeć. Gwałtownie odwróciła się na 

bok, zgasiła światło, owinęła się kołdrą i wreszcie zasnęła.

background image

Rozdział siódmy

Alan zatelefonował nazajutrz rano. Pani Pendennis poszła ją zawiadomić, mimo że był 

to czas jej porannej kawy.

- Mam nadzieję, że czuje się pani lepiej - powiedziała Carla.

- Lepiej? Czuję się zupełnie dobrze, moja droga - uśmiechnęła się do niej gospodyni.

Odpowiadając   jej   uśmiechem,   Carla   poczuła   się   zdezorientowana.   Starsza   pani 

rzeczywiście  nigdy nie wyglądała lepiej. Policzki miała ładnie zaróżowione, lśniące białe 

włosy nieskazitelnie ułożone. Czyżby Michael kłamał, mówiąc o słabości babki? A jeśli tak, 

to dlaczego?

Zastanawiała się nad tym, wciskając się do kąta pod schodami, gdzie stał telefon. Alan 

dwukrotnie powtórzył jej imię, zanim odpowiedziała.

- Cześć, Alan. Przepraszam, zamyśliłam się.

- Dzwonię, by się dowiedzieć, czy możemy się spotkać w czasie weekendu.

Słysząc niepewność w głosie Alana, Carla poczuła lekką satysfakcję.

- Jestem raczej zajęta - odpowiedziała słodko. - A jaką masz propozycję?

- Kolację wieczorem?

Po początkowym kłamstwie, że jest zajęta, nie byłoby dobrze zgodzić się od razu na 

jego pierwszą propozycję.

- Obawiam się, że to niemożliwe - powiedziała. 

Nastąpiła krótka pauza, jakby oczekiwał, że Carla wyjaśni, jakie ma plany, ale Carla 

milczała, uśmiechając się do siebie.

- Co sądzisz o jutrze? Pomyślałem, że możemy wybrać się na przejażdżkę żaglówką. - 

Carla zawahała się, a Alan ciągnął dalej: - Żałuję, że tak długo zwlekałem z propozycją. 

Zapewne się spóźniłem.

Jego głos był tak żałosny, że Carla zmiękła.

- Nie, nie szkodzi. Nie mam na jutro żadnych planów i z przyjemnością spotkam się z 

tobą.   Ale   muszę   szczerze   powiedzieć,   że   nie   jestem   dobrym   żeglarzem.   Zdarzają   mi   się 

straszne kłopoty, chyba że morze jest spokojne.

- A więc poczekajmy i zobaczmy,  jaka będzie  pogoda?  Jeśli uznasz, że jest zbyt 

wietrznie, możemy pójść na plażę.

- To dobry pomysł.

- Zadzwonię około dziesiątej i wtedy zadecydujemy.

background image

- Doskonale. Jeszcze coś, Alan, zanim się wyłączysz, chcę cię o coś spytać, a raczej 

coś powiedzieć. Michael chce kupić dom.

Jeszcze zanim się odezwał, coś w jego milczeniu po drugiej stronie linii ostrzegło 

Carlę, jaka będzie odpowiedź.

- To absolutnie nie wchodzi w grę.

- Dlaczego? - Jak zwykle jego władczy ton wzbudził upór Carli.

- Przede wszystkim wątpię, czy ma pieniądze. Te artystyczne typy nie oszczędzają.

- Zaproponował comiesięczne raty.

- Z czego miałby je płacić?

-   Alan,   czy   nie   uważasz,   że   moglibyśmy   przynajmniej   zbadać   jego   sytuację 

finansową? Jeśli ma pieniądze...

- Mógłbym dorównać każdej jego ofercie, Carlo. Jeśli będzie konieczne, sam kupię 

dom.

- Rozumiem - powiedziała wolno Carla. - I to jest prawdziwy powód, jak sądzę. Nie 

chcesz mieć Michaela za sąsiada. Dlaczego?

- Wolałbym nie prowadzić tej dyskusji przez telefon.

-   Wcale   nie   musimy   dyskutować   -   powiedziała   Carla.   -   Chyba   do   mnie   należy 

ostateczna decyzja, prawda?

- Oczywiście.

Wyraźnie usłyszała, że wolno wciągnął powietrze, jakby liczył  do dziesięciu. Gdy 

ponownie się odezwał, ton jego głosu nie był już tak oschły.

- Przepraszam, byłem taki nieuprzejmy. Sądzę, że zrozumiesz mnie, kiedy wszystko 

wyjaśnię. Jutro ci to powiem. Dobrze?

- Chyba nie mam wyboru.

- Proszę cię, Carlo, nie...

- Jutro porozmawiamy - powiedziała i odłożyła słuchawkę. 

Natychmiast odezwało się w niej poczucie winy. Szła wolno do drzwi frontowych, 

zastanawiając się, co spowodowało u niej wybuch takiego dziecinnego niezadowolenia. Alan 

był   arogancki,   ale   usiłował   działać   na   jej   korzyść.   Powinna   okazać   mu   cierpliwość. 

Ostrożność prawnika wobec niepewnych finansów Michaela była całkiem na miejscu. Alan 

mógł   mieć   szczególne   racje,   żeby   nie   ufać   temu   człowiekowi.   Bóg   wie,   że   sama   miała 

zastrzeżenia do Michaela.

Stojąc na progu, uniosła ramiona i głęboko wciągnęła powietrze - przyjemne, czyste, 

wiejskie. To było jej powietrze, jej próg, jej dom. Zbierające się chmury przyciemniały trochę 

background image

przedpołudniowe słońce. Carla przyglądała się niebu z satysfakcją, niewolną od poczucia 

winy. Jeśli jutro spadnie deszcz, będzie to dobre usprawiedliwienie, że pogoda nie sprzyja 

żeglowaniu.

Skłamała   Alanowi,   że   ma   plany   na   wieczór.   Jedno   wszakże   było   oczywiste:   z 

człowiekiem tak pewnym siebie nie zawsze należy godzić się we wszystkim. Ponadto nie 

miała ochoty wychodzić. Im częściej myślała o konieczności pozbycia się domu, tym bardziej 

jej się podobał. Dziwne było, że chwile niepokoju, a nawet strachu, nie miały wpływu na to, 

że rosła jej miłość do starej rezydencji.

Chciała poznać ją we wszystkich szczegółach, posiedzieć w rozmarzeniu na balkonie, 

obserwując zachodzące słońce i wschód księżyca, odkryć pozostałości rzymskie w ogrodzie. 

A może nawet pewnej nocy, gdy lady Caroline spróbuje przedrzeć się przez zasłonę, zechce 

jej wysłuchać...

Zaskoczona biegiem swych myśli, uznała je za karygodne. Poza wszystkim musi mieć 

chyba jakieś ukryte skłonności do romantyzmu. Pewnie zbyt wiele czasu spędza z Simonem.

Przypomniało   jej   to,   że   zamierzała   zaprosić   pastora   i   Simona   na   podwieczorek. 

Pomyślała zatem, że zrobi to wówczas, gdy zechce zasięgnąć ich rady.

Nie   spieszyła   się,   niechętnie   myśląc   o   powrocie   do   domu.   Ruchome   cienie   i 

przesuwające się światło słoneczne nad zarośniętym trawnikiem tworzyły czarowny widok. 

Tak zaczynała kochać ten dom, że nawet chwasty w jej oczach były piękne. Kiedy tak stała, 

ogromny bury kot zaczął biegać wokół narożnika domu.

Gdy ją zobaczył, zatrzymał się gwałtownie, jak człowiek napotykający nieoczekiwaną 

przeszkodę w załatwianiu pilnych, terminowych spraw. Carla nie miała wątpliwości co do 

płci zwierzęcia. To musiał być kocur, i to wspaniały.

- Kot kuchenny, bez wątpienia - powiedziała. - Żałuję, ale nie wiem, jak się nazywasz.

Kot dalej jej się przyglądał. Było to piękne stworzenie mimo pokiereszowanego ucha. 

Blizna była stara, ale Carla miała wrażenie, że inne koty chętnie by się z nim zmierzyły mimo 

jego rozmiarów. Był bardzo duży, od wąsów do końca zgiętego ogona mierzył prawie trzy 

stopy, a w tej masie ciała niewiele było tłuszczu. Oczy miał przezroczyste, jasnozielone jak 

woda   morska.   Patrzył   na   nią   bez   mrugnięcia,   na   przekór   opowieściom   ludowym, 

dowodzącym przewagi siły spojrzenia człowieka nad wzrokiem zwierzęcia.

Przycupnęła na schodkach.

- Nie sądzę, abyś zechciał siąść mi na kolanach - powiedziała. - Nie wyglądasz na 

chętnego do pieszczot.

background image

Ogon kota z pozycji równoległej do ziemi uniósł się w górę. Nie spiesząc się, zbliżył 

się do niej i ku jej zdziwieniu wspiął się po schodkach i usiadł obok. Czując się śmiesznie 

pochlebiona,   pogłaskała   gładki   kark.   Ciągle   jeszcze   tam   siedziała,   a   kocie   mruczenie 

stanowiło świetne tło jej banalnych myśli, gdy nadszedł Michael. Na jego widok mruczenie 

ucichło. Uszy cofnęły się.

- Nie lubi cię - ucieszyła się Carla. 

Pogłaskała kota za uszami, a on zamruczał krótko. - Jak się nazywa?

- Ten kocur nie ma imienia - Michael podkreślił męską płeć kota. 

Usiadł na najniższym stopniu i przyglądał się kotu, a kot przyglądał się jemu.

- Nazwę go Artur - powiedziała.

- Niezbyt odpowiednie imię. Król Artur był czysty i bogobojny. 

Carla spojrzała na kota. Wciąż tulił się do niej czule, ale gdy patrzył na Michaela, coś 

w wyrazie jego szpiczastych uszu zapowiadało bliskie kłopoty.

-   Wiem   -   odezwała   się.   -   Nazwę   go   King   Carter.   Mówił   mi   o   nim   Alan.   Był 

najsłynniejszym przemytnikiem w dziejach Kornwalii. Ufortyfikował własną zatokę i walczył 

z celnikami królewskimi, używając armat, gdy przyszli go pojmać.

- Znam tę historię. Nazwij tego przeklętego kota, jak chcesz.

- Nie lubisz kotów?

- Tego tu nie lubię.

King Carter, jak gdyby rozumiejąc zniewagę, mruknął głośno, a Michael szybko wstał 

ze schodów.

- Szukam Tima. Nie widziałaś go?

- Dziś nie.

- Dobrze się bawiłaś wczorajszego wieczoru?

- Dziękuję, było bardzo przyjemnie.

-   Świetnie   -   Michael   przestępował   z   nogi   na   nogę.   -   Czy   rozmawiałaś   już   z 

Fairmanem?

- Zobaczę się z nim jutro - odpowiedziała. 

Nie widziała powodu, aby mówić mu o wrogiej reakcji Alana na jego ofertę. Decyzja 

w sprawie domu należała do niej, a ona potrzebowała więcej informacji, zanim ją podejmie.

- A zatem daj mi znać.

- Jasne - przyrzekła.

- Jasne - powtórzył Michael. 

Zawahał się przez moment, ale odwrócił się i odszedł.

background image

King Carter wyprostował się do pełnej okazałości i przeciągnąwszy się, poszedł za 

nim po schodach.

Opuszczona   przez   wszystkich,   Carla   weszła   do   domu,   by   zatelefonować.   Pastor 

skwapliwie przyjął zaproszenie.

- Odkryłem  coś  raczej  interesującego.  Nie, nie  mogę  ci  teraz  powiedzieć.  Musisz 

pozwolić, że potrzymam cię w niepewności. To taka moja słabostka. Obawiam się, że nie jest 

to wielkie odkrycie, ale ciekawe.

Simon był nieobecny, pracował w ambulatorium, ale gospodyni obiecała przekazać 

wiadomość i przyrzekła, że doktor się odezwie.

Resztę poranka Carla spędziła poza domem, unikając spotkania Tima i Michaela, gdyż 

nie   była   w   nastroju   do  towarzyskich   rozmów.   Dolatujący  zza   muru   ogrodu   warzywnego 

urywek ballady irlandzkiej ostrzegł ją, że pracuje tam Tim; śpiewał jakby od niechcenia, bo 

ballada była melancholijna.

Prawdopodobnie był z nim Michael, przynajmniej nie widziała go, mijając miejsce, w 

którym  poprzedniego  dnia pracował nad mozaiką.  Natomiast  od wczoraj pojawił się tam 

porządnie wyglądający szałas. Gdy mówił o zabezpieczeniu, nie zdawała sobie sprawy, że 

myślał o czymś  tak solidnym. Oczywiście nie powinno to być tylko zadaszenie. Należało 

również chronić mozaikę od nawałnic deszczu. Szałas był prymitywny, niepomalowany, ale 

dobrze zbudowany. Carla ponownie zastanowiła się, jak tancerz z niewątpliwym talentem, 

jakim był Michael, mógł marnować czas na roboty fizyczne.

Trochę się zirytowała, że na drzwiach pomieszczenia wisiała kłódka i nigdzie nie było 

klucza.   Niewątpliwie   Michael   chronił   mozaikę   przed   wandalami,   drażniło   ją   jednak,   że 

zamknięto coś w jej posiadłości.

Spacerowała trochę po terenie, znajdując od czasu do czasu smętne ślady, świadczące, 

że kiedyś był tu zadbany park - ławkę marmurową, brudną i połamaną, kępy rododendronów, 

powalone drzewo, oplecione poplątanymi łodygami róż.

Kiedy dotarta do zachodniej bramy, jej trampki i dół dżinsów ociekały wodą. Oparta o 

bramę spoglądała na morze.

„Przy zachodniej bramie po zachodzie słońca...”

To był marny wiersz. Słowa „losu” i „słońca” nawet się nie rymowały. Ale pomyślała 

sobie, że ludowe przypowieści niekoniecznie muszą mieć rymy.

Na odkrytym polu był rześki wiatr. Zmiatał jej włosy z czoła i zarzucał końce szala na 

twarz. Był to dzień, kiedy na zmianę słońce to chowało się, to wychodziło zza chmur i Carla 

background image

podziwiała płynne odcienie barw na wodzie. Wyglądało to jak olbrzymi kamień szlachetny, 

mieniący się barwami błękitu i zieleni.

Zastanawiała się, czy zdobędzie się kiedyś na odwagę, aby zejść stromą ścieżką w dół 

do małej zatoki. Rozkosznie byłoby tam popływać i poleżeć na lśniącym białym piasku z 

gorącym słońcem ogrzewającym nagie ciało.

Gdy   po   powrocie,   czysta   i   zadbana,   zeszła   punktualnie   na   obiad,   pani   Pendennis 

przywitała   ją   aprobującym   uśmiechem.   Jadły   obiad   same.   Gdy   zobaczyła   wykwintne 

płócienne serwetki i delikatną porcelanę, nie dziwiła się, że Michael i Tim woleli zjeść obiad 

poza   domem.   Prawdopodobnie   chrupali   grube   kanapki   i   pili   piwo   wprost   z   butelek,   nie 

troszcząc się, że okruchy spadają na ziemię, wycierali usta rękawami w nastroju męskiej 

beztroski.

Pani   Pendennis   była   w   doskonałym   humorze.   Nie   mówiła   o   sprawach,   które   ją 

przygnębiały   -   o   wnuku   i   legendzie.   Simon   zatelefonował   pod   nieobecność   Carli, 

zawiadamiając, że z przyjemnością przyjdzie na podwieczorek.

Gospodyni wyraźnie cieszyła się zapowiedzianą wizytą i przedstawiła Carli dokładną 

listę, co zamierza podać do herbaty. Tymczasem Carlę uderzyła niepokojąca myśl.

- Czy pani chce dołączyć do nas?

Pani Pendennis wyglądała na przerażoną.

- Nie, moja droga, dziękuję. To byłoby nie całkiem na miejscu.

Carla   odetchnęła,   choć   usiłowała   tego   nie   pokazać.   Nie   można   przecież   omawiać 

problemów psychicznych gospodyni w jej obecności. Dostatecznie niezręczne było już, że 

starsza pani będzie w domu. Carla wyobraziła sobie trzy głowy pochylone nad stołem: pastora 

ze srebrnymi  lokami, złotowłosego Simona i siebie z kasztanowymi włosami - i ich troje 

szepczących i spoglądających przez ramię jak plotkujące pokojówki.

Podniecona zapowiedzią rewelacji Johna, postanowiła spędzić po południe, szukając 

czegoś, co stanowiłoby jej udział we wspólnej sprawie. Oprowadzana przez panią Pendennis, 

obejrzała zaledwie połowę domu, ale nie dotarła do poddasza i podziemia. Już sama myśl o 

poddaszu bardzo ją pociągała - w Stanach pozostawiano zaledwie niewielką przestrzeń pod 

dachem. Po obiedzie zatem wspięła się po wąskich schodach na końcu korytarza, otworzyła 

skrzypiące drzwi i stanęła oniemiała tym, co zobaczyła.

Zalepione   brudem   okna   ledwie   przepuszczały   światło   słoneczne.   Pyłki   kurzu, 

poruszone otwarciem drzwi, unosiły się w słabym świetle promieni słonecznych. Olbrzymia 

przestrzeń wielkości stodoły była całkowicie wypełniona gratami: były to kufry, skrzynki, 

background image

stare meble, stosy czasopism i nut, kupy gałganów, prymitywne regały wypełnione książkami 

usuniętymi z biblioteki...

Pierwsza myśl, że w tym pomieszczeniu niesłychanie łatwo o pożar i aż dziwne, że 

budynek   już   dawno   nie   spłonął,   została   wyparta   przez   następną,   czysto   interesowną. 

Wprawdzie   niewiele   znała   się   na   antykach,   ale   z   pewnością   musi   znaleźć   się   coś 

wartościowego wśród tylu rzeczy. A one należały do niej, wszystkie, które tu były! Czyż Alan 

nie   powiedział   „dom   i   jego   zawartość”?   A   to   było   jedno   z   poddaszy.   Jakkolwiek   duże, 

zajmowało tylko połowę powierzchni domu.

Ponieważ   do   podwieczorku   zostało   niewiele   czasu,   nie   miało   oczywiście   sensu 

wypatrywanie jakichś tropów w tym kolosalnym bałaganie, ale wychodząc stamtąd, Carla 

przyrzekła sobie przeszukać dokładnie to miejsce w najbliższej przyszłości. Nawet gdyby nie 

było tam nic wartościowego, może znaleźć jakieś przedmioty, które chciałaby zatrzymać na 

pamiątkę.

Miejscem, gdzie mogły się znajdować archiwa rodzinne, była oczywiście biblioteka. 

Szukając   jej,   dwukrotnie   otwierała   drzwi   do   jakichś   pokoi,   zanim   wreszcie   znalazła   to 

pomieszczenie. Przypomniała sobie, że już rzuciła na nie okiem w czasie pierwszej wędrówki 

po domu, ale pani Pendennis nie pozwoliła jej zatrzymać się tu dłużej. Stojąc na progu i 

przyglądając zaniedbanemu, ale przyjemnemu pokojowi, Carla zastanawiała się, co było tego 

powodem. Czy to było ulubione schronienie Waltera, w którym odpoczywał, a zatem pełne 

było   sentymentalnych   wspomnień   dla   jego   starej   gospodyni?   To   właśnie   podejrzewała. 

Kwadraty jaśniejszej podłogi wskazywały, gdzie kiedyś leżały dywany, na tyle wartościowe, 

aby   można   było   je   sprzedać   w   ostatnich   latach   życia   właściciela.   Zniszczone   aksamitne 

zielone  kotary przypomniały jej Scarlett 0’Harę, były  bowiem także w kolorze zielonego 

mchu,   z   ciężkimi   złotymi   chwastami;   nie   dałoby   się   jednak   uszyć   z   nich   sukni.   Były 

kompletnie wytarte.

Znajdowało się tutaj też kilka rozpadających się skórzanych foteli, a kryta aksamitem 

sofa pozwalała sądzić, że mieszkają w niej myszy. A ponadto rzędy półek z książkami.

Carla   westchnęła   i   zaczęła   uważnie   przyglądać   się   książkom.   Niecierpliwiła   się, 

czytając tytuły, bo większość była jej nieznana. Wiele z nich oprawiono w tanie płótno; były 

to   powieści   i   pisma   prozą   sprzed   osiemdziesięciu   lat.   Jedna   półka   z   rozsypującymi   się 

książkami,   bez   płóciennej   oprawy,   zdradzała   gust   kuzyna   Waltera   do   powieści 

szpiegowskich.   Carla   doszła   do   przekonania,   że   w   tym   pokoju   nie   było   chyba   nic 

wartościowego. U schyłku swoich lat Walter nie zlekceważyłby żadnego dostępnego źródła 

gotówki.   W   każdym   razie   nie   wydawało   się,   aby   Tregellasowie   gromadzili   cenne   druki. 

background image

Ostatecznie będzie musiała zejść na podwieczorek z pustymi rękoma. Najpierw musi zmyć 

kurz po swoich wyczynach i przebrać się.

Simon już był  w salonie. Rozmawiał z panią Pendennis, która wyszła wkrótce po 

przybyciu Carli. Pastor zjawił się zaraz potem. Nosił swobodne ubranie: tweedową marynarkę 

i  rozpiętą  pod  szyją   koszulę   - zamiast   koloratki.   Wyglądał   młodziej   i  mniej   obco niż  w 

oficjalnym stroju. Ciepły uśmiech, którym przywitał Carlę, uprzytomnił jej, że duchownych 

Kościoła anglikańskiego nie obowiązuje celibat.

- Nie masz pojęcia, z jaką przyjemnością przyjąłem zaproszenie - powiedział Simon, 

przeczesując palcami zmierzwione włosy. - Znowu jeden z tych przeklętych turystów runął ze 

zbocza koło wioski. Złamane żebra, pęknięta czaszka... a gdy wreszcie znalazłem się w domu, 

pani Chynoweth zdecydowała się, jak to nazywa, przewrócić salon do góry nogami.

-   Ta   taca   wygląda   wspaniale,   pani   Pendennis,   a   pani   także,   jeśli   wolno   mi   to 

powiedzieć.

Gospodyni weszła tak cicho, że Carla dostrzegła ją dopiero po słowach Simona. W 

oczach Carli wcale nie wyglądała tak świetnie. Zmiana, jaka nastąpiła w niej od obiadu, była 

zaskakująca. Nawet jej głos się zmienił. Teraz mamrotała cicho, ledwo zrozumiale.

- Dziękuję, panie doktorze. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Panno 

Tregellas, proszę zadzwonić na Mary,  gdyby trzeba było  więcej  gorącej wody.  Chciałam 

dodać, że nie musimy spieszyć się z kolacją. Będzie to zimny posiłek i podany w dowolnym 

czasie. Myślę, że nie będą państwo spieszyć się z herbatą.

Carla spojrzała na nią zdziwiona.

- Skądże, pani Pendennis? - pogodnie odpowiedział pastor. - Zamierzam pozostać, 

dopóki mnie nie wyproszą, a jestem pewny, że panna Tregellas nie zrobi tego szybko.

Twarz pani Pendennis rozjaśniła się.

- Cieszę się, pastorze. A teraz proszę mi wybaczyć... Gdy wyszła, trzej konspiratorzy - 

tak zaczęła o nich myśleć Carla - wymienili wymowne spojrzenia. John wstał i cicho podszedł 

do drzwi. Otworzył je głośno i wyjrzał, a potem kiwając z zadowoleniem głową, wrócił na 

swoje miejsce.

-   Poszła   na   górę,   myślę,   że   pozostanie   w   swoim   pokoju.   Możemy   rozmawiać 

swobodnie.

- Sądzę, że jest potrzebna swobodna rozmowa - stwierdził Simon, przyjmując podaną 

mu   przez   Carlę   herbatę.   -   Ale   na   Boga,   jakże   biedna   staruszka   podupadła   w   ostatnim 

tygodniu. Podziwiam, John, że domyśliłeś się, co ma na myśli. Ja nie mogłem pojąć, o co jej 

chodzi.

background image

Wyraz twarzy pastora był poważny.

- Chciała, aby ktoś strzegł Carli, gdy nadejdzie zmierzch...

- Dziękuję, Carlo, proszę bez cukru, tylko z cytryną...

- To nielogiczne, ukochany lady Caroline nie powstrzymał jej od fatalnego spotkania, 

jak więc my możemy ją skutecznie ustrzec?

- Logika! - Simon odżegnał się wymownym gestem od tego pojęcia, machając ręką z 

kanapką przybraną rzeżuchą. - Nie ma nic takiego w jej rozumowaniu... Zaczekaj, czy chcesz 

nam   powiedzieć,  że   to  tylko   pozory,   iż   chodzi  o  legendę,  gdy w  rzeczywistości  ukrywa 

prawdziwy strach?

- Brałem to pod uwagę - odparł John.

Carli łatwiej było teraz nazywać pastora po imieniu niż używając tytułu. - Nie mogę 

jednak dać temu wiary, John. Jakie tu może kryć się dla mnie niebezpieczeństwo?

Pastor zwrócił się do Carli z poważnym, uroczym uśmiechem.

-  Przecież   nikt  nie  uważa,  że  masz   olbrzymi   majątek,   a  jakiś   nieuczciwy krewny 

oczekuje   spadku.   Mogę   cię   także   zapewnić,   że   w   wiosce   nie   mamy   nieposkromionych 

złoczyńców, kryjących głęboką urazę do rodziny.

A więc on także rozważał wszystkie możliwości. Carla doceniała szczerość pastora. 

Dzięki temu, że nie ona jedna snuła takie fantastyczne teorie, poczuła się bardziej normalnie.

- Poza tym - dodał John, przyjmując podany mu kawałek ciasta - jeśli gospodyni zna 

prawdziwe niebezpieczeństwo, powinna ostrzec Carlę.

- Chyba że powstrzymuje ją od tego lojalność - mruknął Simon.

Carla potrząsnęła głową.

- Jeśli myślicie o Michaelu, nie sądzę, aby to wchodziło tu w grę. Nie jest oddaną 

babcią. Co mnie zresztą zaskakuje, szczególnie gdy się weźmie pod uwagę jego wysiłki, by 

mogła tu pozostać. Może jej niechęć budzi fakt, że Michael jest nieślubnym dzieckiem?

- A więc wiesz o tym - John przyjrzał się jej bystro.

-   Michael   nie   ukrywa   tego.   Dlaczego   niby?   Jak   sądzę,   powinnam   powiedzieć,   że 

wyraził chęć kupienia domu. Czy to może być motyw do rozpoczęcia ze mną jakiejś gry?

Powiedziała to z głębokim sarkazmem i Simon, do którego się zwracała, poczuł się 

zaskoczony.

- Nie, jasne, że nie. Nie odnosiłem tego do Michaela...

- Chwileczkę. - Pastor powiedział to nieco apodyktycznie. - Motyw? Do czego, Carlo? 

Po raz pierwszy słyszę o jakiejś grze, jak to nazwałaś. Z twego tonu wnioskuję, że to nie jest 

przyjemna gra. Co się zdarzyło?

background image

Carla   wiedziała,   że   podświadomie   nurtowała   ją   chęć   opowiedzenia   o   swoich 

przeżyciach. Wyliczyła więc wszystkie swoje przygody, z jednym wyjątkiem - że omal nie 

upadła na drodze wiejskiej. To, powiedziała sobie, był wypadek zwykły i prosty. Nie trzeba o 

nim wspominać.

W miarę jej opowieści Johnowi wydłużyła się twarz, a Simon mruczał posępnie.

- To przerażające - wykrzyknął, gdy skończyła. - To za wiele złośliwości...

- To  bardziej  złożona  sprawa - przerwał  John. - Druga przygoda,  ta z  portretem, 

bardzo mnie niepokoi. Carlo, wybacz mi, ale nie uważam cię za osobę łatwo poddającą się 

sugestii. Czy piłaś coś czy może jadłaś cokolwiek, co mogłoby wywołać halucynacje?

Takie   samo   pytanie   zadane   przez   Michaela   rozwścieczyło   Carlę.   Teraz   po   prostu 

zaprzeczyła, kręcąc głową.

- Nie oburza mnie to pytanie. Możesz mi nie wierzyć, ale mówię szczerze. Niczego 

takiego nie wzięłam, a co więcej, nie wypiłam nawet kieliszka wina.

- Wcale mi się to nie podoba - oświadczył John przez zaciśnięte zęby. - Nie sądzę, 

Carlo...

-   Jeśli   masz   zamiar   włączyć   się   do  chóru,   śpiewającego:   „Carlo,  jedź   do  domu”, 

marnujesz czas. Zastanawiam się, czy nie zostać tu przez zimę.

- Co takiego? - Simon omal nie wypuścił z rąk filiżanki.

- Nie widzę powodu do wyjazdu - nalegała Carla. - Byłam po południu na poddaszu. 

Miejsce jest zawalone starymi rzeczami. Idę o zakład, że wiele z nich będę mogła spieniężyć. 

Poza tym jest wino Waltera. Sprzedam pięćdziesięcioletnie czerwone wino, a sama będę piła 

wodę. Dam sobie radę bez kucharki i pokojówki. Może nawet uda mi się sprzedać dom i 

zatrzymać posesję do wiosny. Mam trochę oszczędności - niewiele, ale wystarczy na...

- Aż tak pokochałaś dnm? - niedowierzająco spytał Siison.

-   Istotnie.   A   czyż   nie   jest   to   okres   w   moim   życiu,   kiedy   można   jeszcze   ulegać 

szalonym pomysłom, zanim obowiązki wobec innych ograniczą te możliwości? Nigdy dotąd 

nie zrobiłam nic szalonego. Byłam rzetelną, pracowitą studentką, a wkrótce będę praktyczną 

osobą w średnim wieku.

Mówiąc to, przelotnie pomyślała, co powiedziałby o tej decyzji jej adwokat z Bostonu, 

pan   Fawcett.   Był   trochę   zawiedziony   jej   praktycznym   stosunkiem   do   całej   sprawy   na 

początku ich rozmowy. Gdyby słyszał ją teraz, zapewne zastanowiłoby go, co się wydarzyło, 

że się tak szybko zmieniła. Jej amerykańscy przyjaciele także by się dziwili, ci nowi nie 

wiedzieli, jaką była osobą przed przyjazdem do Kornwalii. Widziała, że ich także zaskoczyła 

- jednakże nie aż tak jak samą siebie.

background image

W końcu John, z uśmiechem zaczajonym w kącikach warg, powiedział:

- To niepraktyczna, szalona decyzja, Carlo... ale rozumiem cię w całej pełni.

- Doprawdy? - Jej głos zabrzmiał jak u podnieconego dziecka, a John uśmiechnął się 

szeroko.

- Chciałbym tylko, aby wszystkie szaleństwa młodości były tak niewinne jak to. Jeśli 

okaże się, że to przekracza twoje możliwości, zawsze możesz się wycofać.

- Mówisz: niewinne? - Simon postawił głośno filiżankę na spodku. 

Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni. Ale on ciągnął dalej, a w jego szorstkim głosie 

pojawił się miejscowy akcent, którego Carla u niego dotąd nie słyszała. - To idiotyczny, 

zwariowany   pomysł   i   zdumiewa   mnie,   że   pochwalasz   to,   John.   Dziewczynę   dwukrotnie 

zaatakowano...

- Formułujesz to raczej ostro - przerwał pastor. - Zgadzam się całkowicie, że jeśli 

Carla ma pozostać, należy coś zrobić z panią Pendennis. Ale przecież w każdym razie należy 

coś o niej postanowić. Chyba nie myślisz, że sama upora się z kłopotami psychicznymi po 

wyjeździe Carli. Zdecydowanie nie. Po prostu przybiorą inną formę.

- Czy uważasz, że to pani Pendennis spowodowała te sztuczki? - spytał Simon.

- Pierwszą, tak. Drugą...

-   Zrodziła   wybujała   wyobraźnia   Carli   -   dokończyła   Carla,   jedząc   z   determinacją 

ciasteczka ze śmietaną, której miała już wyraźnie dość.

- Czyli że była to mieszanina zmęczenia, napięcia nerwowego i opóźnionej reakcji po 

podróży - powiedział pastor. - Cóż innego mogłoby to być?

Simon mruczał coś niewyraźnie. Przekroił ciastko i posmarował je dżemem.

- Weź trochę śmietany - zaproponowała Carla.

- Co? Nie, dziękuję. Nie znoszę tego... Sądzę, że twoja teoria to jedyna możliwość, 

John.   Ale   mi   się   nie   podoba.   Pomysł   z   wodorostami,   sam   w   sobie,   był   niewinny,   ale 

nagromadzenie przypadków mogło podziałać na nerwy Carli...

- Nie bądź niemądry - odezwała się Carla. - Jeśli nie spostrzegłeś tego jeszcze, to 

dowiedz  się,  że  nie  jestem  nerwową,  bojaźliwą  osobą. Jeśli  odkryję  sprawcę  wypadków, 

skończę z nim na dobre, wierz mi. John może chcieć udowodnić, że legenda jest fałszywa. To 

znaczy, jeśli po przesileniu letnim będę jeszcze żywa i pełna energii, biedna pani P. musi 

pogodzić się z faktem, że się myliła. Jak ci pompatyczni idioci, którzy wspinają się na szczyt 

góry, by czekać na koniec świata, śpiewając hymny... Jeśli nie nastąpi, muszą po cichu zejść z 

gór i udawać, że nic się nie stało.

background image

-   Myślę,   że   to   doskonałe   porównanie   -   powiedział   z   uznaniem   John.   Spojrzał   na 

zachmurzoną minę Simona, pochłaniającego kanapki z rzeżuchą, i dodał: - Jeśli Simon się nie 

sprzeciwi, proponuję dalej prowadzić obserwacje.

- Mam jedno zastrzeżenie - powiedziała Carla. - Cała ta historia wygląda na oczywisty 

wymysł. Jak można zaprzeczyć historyjce z bajki?

-   Musi   mieć   jakiś   element   prawdy   -   zauważył   John.   -   Dziewczyna   rzeczywiście 

zniknęła...

- Na pewno? Nie widziałam dotąd prawdziwego dowodu. Wszystko, co mi mówiono, 

jest wymyśloną opowieścią z drugiej ręki. Znaczna część historii jest z pewnością fantazją - 

choćby tytuł dziewczyny. Jej ojciec był ziemianinem, ale nie lordem czy rycerzem. W jaki 

sposób stała się „lady Caroline?” - zauważyła Carla.

John zmarkotniał.

-   Obcy  może   zobaczyć   rzeczy,   które   uchodzą   uwagi   miejscowych   -   powiedział   z 

uśmiechem.   -   Masz   całkowitą   rację,   Carlo.   Tytuł   jest   absolutnym   zmyśleniem,   dodaje 

romantyzmu. Nie sądzę jednak, by to miało znaczenie.

- Następnie: odstęp czasu - wyliczała swoje zastrzeżenia Carla. - Dlaczego dwieście 

lat? Dlaczego nie tylko sto? Nie uważacie, że to dziwny odstęp?

- W tym  sęk - mruknął pastor, gładząc brodę. - Niewątpliwie musimy dotrzeć do 

oryginalnej   wersji   opowiadania   -   jak   rozumiem,   napisanej   przez   młodszego   brata   panny. 

Wiele   słyszałem   o   tym   rękopisie,   ale   go   nie   widziałem.   Musimy   się   upewnić,   że   pani 

Pendennis relacjonowała go dokładnie.

- Przejrzałam pobieżnie książki w bibliotece, ale nie znalazłam rękopisu - oznajmiła 

Carla. - Mogłabym zapewne spytać panią Pendennis, ale nie chcę jej denerwować.

- Byłoby lepiej, gdyby ją spytał ktoś inny - zgodził się John. - Ty,  Simon, jesteś 

właściwą osobą. Ma do ciebie duże zaufanie.

- Proszę bardzo. - Bez entuzjazmu zgodził się Simon.

- Mówiłeś mi, John, że coś odkryłeś. Czy nie za długo trzymasz nas w niepewności? - 

spytała Carla.

- Nic znaczącego, doprawdy. Przyszło mi jednak na myśl, aby obejrzeć grobowce 

waszej rodziny w kościele. Są wśród nich tak stare, jak sama świątynia, z czternastego wieku.

Carla zakrztusiła się okruszkiem ciasta. Proboszcz spojrzał ze współczuciem.

- To robi wrażenie. Czy widziałaś drzewo genealogiczne rodziny? Musi gdzieś tu być. 

Walter   zajmował   się   tym   przez   długie   lata.   O   to   także,   Simon,   możesz   spytać   panią 

Pendennis.

background image

- Co dalej? - zniecierpliwiła się Carla. 

John, jakby robiąc wszystko, aby wypróbować Carlę, wyjaśniał metodycznie. 

- Kościół  był  oczywiście  wielokrotnie  przebudowywany i remontowany.  Najmniej 

zmienioną częścią, jak można się domyślać, jest krypta. Tam właśnie znalazłem mosiężną 

tablicę in memoriam, o której chciałbym z wami porozmawiać.

Wyciągnął   z   kieszeni   złożony   papier   i   zaczął   powoli   go   rozwijać,   co   ogromnie 

podnieciło Carlę.

- Oto jej treść. Płyta jest w stosunkowo dobrym stanie, biorąc pod uwagę jej wiek, 

choć trochę skorodowana przez słone powietrze... - Spojrzawszy na minę Carli, uśmiechnął 

się. - Zrobiłem kopię - pokazał jej arkusz.

Korozja   zaatakowała   przede   wszystkim   brzegi   kwadratowej   płyty.   Otaczające   ją 

ozdoby   były   słabo   widoczne,   ale   kręte   linie   nadzwyczaj   sugestywne.   Pośrodku   płyty 

znajdowała   się   inskrypcja,   dla   Carli   również   nieczytelna,   z   wyjątkiem   imienia.   Było 

rozpoznawalne, mimo swej łacińskiej formy.

- Nie znam się na rzymskich cyfrach ani na łacińskim tekście.

- To jest wersja czternastowieczna - wyjaśnił pastor, czytając: „Módlcie się za spokój 

duszy Margaret Tregellas, w Roku Pańskim 1380. Odpuszczenie grzechów za odmówienie 

pięciu Ojcze Nas i pięciu Zdrowaś Maryja, co daje odpust dwudziestu tysięcy lat i dwudziestu 

dni czyśćca”.

- Przepraszam? - nieprzytomnie odezwała się Carla.

- Czy nie pamiętasz Chaucera? Odpusty były znane w średniowieczu, sprzedawano je 

w   formie   dokumentów.   Był   to   jeden   z   najważniejszych   punktów   krytyki   Lutra   w   jego 

potępieniu papiestwa - wyjaśniał John.

Ponieważ Carla robiła wrażenie zdezorientowanej, cierpliwie mówił dalej.

- Rodzina zmarłego lub zmarłej kupowała odpust od Kościoła. Mogli wtedy przyrzec, 

jak to zrobili krewni tej kobiety, że jeśli przechodzień odmówił pewną liczbę modlitw za 

spokój jej duszy, będzie częściowo zwolniony z przebywania w czyśćcu.

- Dziwaczne! - wykrzyknęła.

-   Przemawia   przez   ciebie   metodystka   -   zauważył   Simon,   uśmiechając   się   po   raz 

pierwszy od długiego czasu.

- Rzecz szczególna w tekście - powiedział pastor - to wielkość tego odpustu. Musiał 

dużo kosztować rodzinę. Jest jeszcze inna ciekawa informacja w inskrypcji. Podaje datę, ale 

nie ma słowa „zmarła”.

Simon wziął kartkę z ręki Carli.

background image

- Wiem, do czego zmierzasz - mruknął - ale to mi się nie podoba.

- Tysiąc trzysta osiemdziesiąt - powtórzyła Carla. - To było sześćset lat temu. Czy 

chcesz powiedzieć, że Margaret była jedną z tych panienek, które dosięgło przeznaczenie?

- Nie ma wzmianki o jej śmierci - rzekł Simon, patrząc groźnie na niewyraźne pismo - 

ani   że   jest   tam   pochowana.   Nie   ma   zwrotu   hicjacet,   co   znaczy   „tu   spoczywa”   -   dodał, 

spoglądając na Carlę. - Zwykle to piszą albo obiit.

-   Tak   znaczne   odpusty   towarzyszyły   modlitwom   za   największych   grzeszników   - 

zaznaczył pastor. - Co mogła zrobić Margaret, co by uzasadniało taką ekstrawagancję?

Simon rzucił papier na stół.

- Muszę powiedzieć, że bardzo nam pomagasz, John. Co właściwie chcesz zrobić? 

Uwiarygodnić legendę czy ją odrzucić? Pokaż to pani P., a ona natychmiast będzie miała 

niezły atak histerii.

- Ja tego nie wymyśliłem - bronił się zmartwiony pastor. - Początek legendzie może 

dawać dawne zaginięcie lub tajemnicza śmierć.

- Całkiem możliwe, ale na razie udowodniłeś, że powstanie legendy sięga co najmniej 

czternastego   wieku.   Brak   bliższych   szczegółów   może   sugerować   bardziej   niebezpieczne 

przesłanki tej historii. Nie uda nam się dotrzeć do wcześniejszych danych. Walter też nie 

dotarł głębiej w przeszłość niż czternasty wiek.

Pastor   tak   był   zbity   z   tropu,   że   Carli   zrobiło   się   przykro.   Choć   nie   była   zbyt 

zadowolona z jego znaleziska, zmuszała się do uśmiechu i przytakiwania.

- Ciekawa jestem, kto był ofiarą klątwy w szesnastym wieku - zauważyła.

-   Świetna   uwaga   -   ucieszył   się   pastor.   -   Czy   wiesz,   Carlo,   że   podejrzewam,   że 

dwustuletnia przerwa może wynikać z faktu, iż dziedzic Thomas - czy inny autor obecnej 

wersji legendy - nie mógł doszukać się tajemniczych śmierci co sto lat. Innymi słowy, to 

sztuczne rozwiązanie, wynikające z braku dowodów.

- Przydałaby się genealogia - zauważyła Carla.

- Zaraz spytam panią Pendennis - powiedział Simon, wstając. - Chciałbym ją zresztą 

zobaczyć przed wyjściem. Czy mogę iść na górę, Carlo?

- Jasne, czy chcesz, abym poszła z tobą?

- To zbyteczne. Wiem, gdzie jest jej pokój.

Odszedł   wolno,   przypominając   Carli   ogromnego   płowego   niedźwiedzia.   Ale 

pochylone ramiona wskazywały, że niechętnie wypełnia swoje zadanie.

background image

Nie było go prawie pół godziny. Pastor taktownie omijał temat odpustów i potworów 

morskich, interesująco opowiadając o różnych pamiątkach w jego ukochanym kościele. Carla 

z zakłopotaniem tłumaczyła się, że na następny dzień ma zupełnie świeckie plany.

- Jutro nie będę mogła przyjść do kościoła, ale w następną niedzielę...

- Nie musisz czekać do niedzieli, aby przyjść do kościoła. Pomniki ku czci zmarłych 

są   całkiem   interesujące,   a   mamy   także   kilka   doskonałych   rzeźb,   które   przetrwały 

dziewiętnastowieczne remonty.

Simon   wreszcie   wrócił,   ale   jego   ramiona   jeszcze   bardziej   obwisły,   a   minę   miał 

poważną.

- Dałem jej lek na uspokojenie - oznajmił. - Biedna staruszka jest zupełnie wytrącona 

z równowagi. Czy taka była od rana?

- Bynajmniej. Była wesoła jak dzierlatka.

- A zatem to czarodziejski czas zmroku tak na nią wpływa.

- To właśnie zapowiada wiersz, który znalazłam w dzienniku Caroline - powiedziała 

Carla.

- Dziennik? - Simon spojrzał na nią. - Czy musimy od ciebie wyciągać każde słowo 

informacji, moja panno? Co za dziennik? 

Carla opowiedziała im wszystko.

- Nie wspominałam  o nim, gdyż  niczego nie wyjaśnia.  Znaczną  część pamiętnika 

przeczytałam, włącznie z zapisami przed samym jej zniknięciem, i nie znalazłam żadnego 

klucza. Jest tam także wiersz.

- „Przy zachodniej bramie o zachodzie słońca w letnią noc przesilenia ” - powtórzył 

John. - Liche wierszydło. A jednak coś w nim jest. Trzy główne elementy: zachodnia brama, 

mrok po zachodzie słońca i przesilenie letnie. Oto dlaczego pani Pendennis jest teraz tak 

przerażona. Do dwudziestego trzeciego brakuje niespełna dwóch tygodni.

- Nie wiem, ale rzeczywiście jest zdenerwowana - posępnie oznajmił Simon. - Sądzę, 

że teraz zaśnie - Pozwoliłem sobie zamknąć drzwi do jej pokoju na klucz. Nie chcę, aby 

kręciła się po domu, gdy jest w stanie półśpiączki. Carlo, nie zostawiaj jej samej dziś wieczór.

- Nigdzie nie wychodzę dzisiaj.

- Chcę zamienić parę słów z Michaelem - niechętnie rzekł pastor. - Gdzie go znajdę? 

Jak myślisz?

- Nie było go na górze - oznajmił Simon. - Szukałem go.

background image

- Zobaczę, czy nie ma go na dworze - pastor wstał. - Nie ma potrzeby, abyś szła z 

nami, Carlo. Powiemy Michaelowi, że jego babka nie czuje się dobrze, i wrócimy na wieś. 

Chyba się nie martwisz?

- Nie - odparła niezupełnie zgodnie z prawdą, myśląc, że mniej by się martwiła, gdyby 

przestali sugerować, że ma do tego podstawy.

Goście odeszli razem. Carla przyglądała się, jak schodzą ogrodową ścieżką, Z salonu 

dochodziły odgłosy sprzątania ze stołu, ale Carla tam nie wróciła.

W chwilę później zobaczyła ze swego balkonu Simona, odjeżdżającego samochodem, 

a   rower   Johna,   przymocowany   na   dachu,   wyglądał   jak   prehistoryczny   owad.   Zapewne 

spotkali Michaela,  ale Carla go nie widziała ani teraz, ani później, gdy zeszła na dół na 

zapowiadaną zimną kolację. Nie miała wielkiej ochoty na jedzenie.

Jadalnia była ciemnym pokojem bez względu na porę, a spodziewany przez cały dzień 

deszcz właśnie nadciągał. Podniósł się wiatr, nie tak porywisty jak w czasie nocy po jej 

przyjeździe,   ale   wystarczająco   silny,   by   zginać   gałęzie   drzew   i   unosić   je   wysoko   jak 

rozszalałe ramiona.

Usługująca   jej   Mary   była   wyjątkowo   milcząca,   ale   z   jej   rzadkich   uwag   Carla 

wywnioskowała,   że   dziewczyna   się   spieszy   i   to   nie   z   powodu   deszczu,   ale   spotkania 

wieczorem. Oczywiście, była przecież sobota. A jeśli dziewczyna nie ma randki w sobotni 

wieczór, to znaczy, że nie ma powodzenia.

Carla pocieszyła się myślą, że gdyby jej na tym zależało, mogłaby spędzić ten wieczór 

z Alanem. Na szczęście nie przyjęła zaproszenia. Nie powinno się zostawiać pani Pendennis 

samej, bezbronnej po uspokajających lekach. Nie miała pojęcia, gdzie jest Michael.

Gdy i kucharka, i pokojówka odeszły, dom wydawał się bardzo cichy. Na palcach 

weszła na piętro i nastawiła uszu pod drzwiami gospodyni. Dotarł do niej odgłos głębokiego 

oddychania,   prawie   chrapania.   Ze   wzrastającą   irytacją   zastanawiała   się,   co   się   stało   z 

Michaelem i Timem. Jeśli planowali wieczorne wyjście, mogli być na tyle grzeczni, aby ją o 

tym powiadomić.

Sama w pustym domu z panią Pendennis poczuła rosnącą klaustrofobię. Gdyby tylko 

była pewna, że gdzieś w pobliżu jest Michael, mogłaby spokojnie zająć się czytaniem albo 

przejrzeć  rzeczy  znajdujące  się  w  domu.  Ale  nie  na  poddaszu, nie  wieczorem.  Najmniej 

przerażające   byłoby   spotkanie   tam   myszy.   Ale   przecież   przejrzenia   wymagała   również 

biblioteka. Nagle przypomniała sobie, że Simon nie wspomniał, czy spytał panią Pendennis o 

rodzinne dokumenty. Musi do niego zadzwonić i spytać, czy dowiedział się czegoś nowego.

background image

Sprawdziwszy, że drzwi nie są jeszcze zamknięte na zasuwkę, wy szła na dwór, by 

odszukać Michaela. Wiatr był tak silny, że początkowo nie mogła złapać tchu, ale świeży 

powiew był miły. Na wschodzie niebo pokrywały czarne chmury, ale na zachodzie promienie 

słońca układały się na tle czerwonego horyzontu w fantazyjne wzory wieź. Na jej oczach 

wiatr przeganiał purpurowe blanki i szarpał je na strzępy, tworząc nowe kształty, wyniosłe 

minarety w złoto-kobaltowej barwie, strzeliste iglice w kolorze purpury i lawendy.

Wzywając głośno Michaela, poszła w stronę ogrodu. Wiatr zdusił jej wołanie i nikt nie 

odpowiedział. We względnie spokojniejszym zakątku dziedzińca zawołała ponownie. Tym 

razem odpowiedziano jej, ale nie ludzkim głosem. Płaczliwy jęk przeraził ją, zanim zdała 

sobie sprawę, kto go wydał. Jeszcze łapiąc powietrze, roześmiała się, kiedy coś zwinnego i 

puszystego zeskoczyło z dachu stodoły wprost pod jej nogi.

- King Carter! Lepiej wejdź do środka. To nie jest wieczór ani dla człowieka, ani dla 

zwierzęcia, ani nawet dla takiego Casanovy, jak ty.

Gdy   jednak   schyliła   się,   by   go   wziąć   na   ręce,   kot   odskoczył   od   niej   z   najeżoną 

sierścią.   Nie   wyglądało   na   to,   że   jest   zły,   tylko   podniecony.   Czytała   gdzieś,   że   burza 

oddziałuje na zwierzęta, ma to jakiś związek z naelektryzowaniem powietrza. W porządku, 

lepsze towarzystwo kota niż żadne. Gdyby kot dał się namówić na pójście z nią do biblioteki, 

i siedział tam mrucząc, jak przystoi przyzwoitemu kotu, dom nie wydawałby się tak pusty.

Poszła za Kingiem, który zdawał się namawiać ją do gry w berka. Trzymając się przed 

nią   na   długość   ramienia,   prowadził   ją   przez   ogród   w   stronę   łąki.   Przed   nią   był   mur   i 

zachodnia brama, której czarny kształt rysował się na tle malowniczego zachodu słońca.

To upór Carli, nie mniej niż inne przyczyny, popychał ją do zakątka, przed którym 

ostrzegał   wiersz.   Nie   ma   wszakże   powodu   do   obaw   -   powiedziała   sobie.   Nawet   gdyby 

potraktować poważnie zwariowaną legendę (co w jej wypadku na pewno nie ma miejsca), to 

przecież niebezpieczny czas nadejdzie dopiero za dwa tygodnie. W miarę jak zbliżała się do 

muru, horyzont rozszerzał się, a fale w dole ryczały jak grzmoty.  Wiatr szarpał spódnicę 

dziewczyny i plątał jej kroki. Było coś podniecającego w widoku i w odczuwaniu natury, 

która zbiera siły, aby wybuchnąć. Choć napominała siebie, że nie powinna być długo poza 

domem,  ociągała się z powrotem. Oparta na bramie obserwowała formowane przez wiatr 

budowle na tle zachodu słońca. Kot przysiadł niedaleko na murze. Skulony,  nieruchomy, 

również spoglądał na olśniewający zachód.

Carla  pomyślała,  że w tej  grze chmur  prymitywna  wyobraźnia  łatwo mogłaby się 

dopatrzyć   jakichś   nieziemskich   miast.   Dziwne,   jak   motyw   zatopionych   kontynentów 

background image

powtarza się w różnych kulturach - Atlantyda, zatopiona ziemia Mu, zalane morzem wieże 

katedry Ys i kościoły Lyonesse...

Pogrążona w fantastycznych myślach, Carla nie mogła oderwać się od widoku nieba, 

aż długie pasmo chmur przesunęło się, zasłaniając słońce. Teraz ciemność objęła świat, jakby 

okrył go welon, i wtedy King Carter jęknął głośno, aż Carli zjeżyły się włosy na głowie.

Chwyciła  kota,  który teraz  był  tylko  czarnym  kształtem  w  mroku,  i poczuła  jego 

najeżoną sierść na grzbiecie. Ciągle wydawał jakieś po mruki, jakby ściszone echo potężnych 

odgłosów przyrody - wiatru wśród drzew i łomotu uderzających fal. Gdy przytuliła go do 

siebie, nie przestał pomrukiwać. Był sztywny jak posążek i z odwróconą głową patrzył w 

stronę morza.

Carla była gotowa uciekać ze wszystkich sił. Nawet nie wstydziła się tego strachu, 

choć   ogarniającą   ją   panikę   uznała   za   nieracjonalną.   Było   jednak   za   późno.   Koło   niej 

wynurzyła się jakby z ziemi czy morza jakaś postać. Ostatni promień zachodzącego słońca 

oświetlił  lśniący kształt,  okrągłą głowę, szczupłą sylwetkę  i długie,  wyciągnięte  ramiona, 

jakby formował go z płynnego złota.

Kot miauknął prawie ludzkim krzykiem i Carla puściła go, powtarzając jego okrzyk, a 

długie mocne ramiona spowiły ją i przygarnęły do zimnego, mokrego ciała.

background image

Rozdział ósmy

- Co ty, do licha, wyprawiasz?

To był głos Michaela. Mimo oporu i panicznego przerażenia rozpoznała go, zanim 

znalazła się w jego ramionach. Teraz poczuła, że jego ciało było ciepłe. Przylgnęła do niego 

tak, jakby szukała opieki u każdego innego silnego człowieka.

- Musisz skrócić sobie paznokcie - zauważył Michael z przekąsem.

- Co tutaj robisz?

- Jasne, że  pływałem.  - Michael  uwolnił  się z jej  ramion  i odepchnął  ją lekko. - 

Wystarczy, że powiesz „nie”, nie musisz mnie drapać. Jak wytłumaczę te podrapania Vicky?

- Kto to jest Vicky?

- Nie znasz jej... Zachowujesz się jak szalona! Czy coś się zdarzyło? Czy babcia...

- Ma się dobrze. Przynajmniej tak było przed paru minutami. Szukałam ciebie. Ty 

gdzieś  się włóczysz,  jestem  tutaj  sama...  aż  tu nagle  wychodzisz  z  wody jak jakiś  śliski 

stwór...

Załamał   jej   się   głos.   Michael   jak   zwykle   wykazał   zrozumienie;   jeśli   jednak 

oczekiwała współczucia, to spotkał ją zawód.

- Na litość Boga, jeśli wierzysz w to wszystko, co mówią o zakochanym trytonie, to 

po co tu przyszłaś? Chodźmy lepiej do domu.

Otoczywszy ramieniem, lekko popychał ją, prowadząc ścieżką. W geście tym nie było 

cienia   czułości,   natomiast   w   każdym   mięśniu   jego   ciała   można   było   wyczuć 

zniecierpliwienie.

- Mogę iść sama - mruknęła, próbując się uwolnić z jego ramion. - Pozwól, że pójdę 

poszukać Kinga. Słyszałam go gdzieś w pobliżu.

- Czego chcesz od niego?

- Potrzebuję przyjaznego towarzystwa... King, kici, kici. Zaczekaj, zdaje się, że go 

słyszałam.

- To ja jęknąłem - powiedział Michael. Zatrzymał się i stojąc na jednej nodze, drugą 

pocierał ręką. - Stłukłem sobie palec o kamień.

- To twoja wina, bo chodzisz boso.

Nie   tylko   stopy   miał   nagie.   Zachodzące   słońce   rzuciło   ostatnie   promienie,   zanim 

wszystko skryła ciemność. W jaskrawym purpurowym świetle ciało Michaela, okryte jedynie 

skąpymi   spodenkami,   lśniło  jak  torsy  potępionych  w   rozpalonym   do  czerwoności   piekle. 

background image

Ciemne włosy przylgnęły do czaszki. Byłby przerażający i wspaniały - jak młody Lucyfer - 

gdyby nie stał na jednej nodze. Carla zakrztusiła się śmiechem.

- Dziękuję za współczucie. - Skrzywiony z bólu oparł się na drugiej nodze. - Możesz 

stać tu całą noc, jeśli chcesz. Ja idę do babci. Nie powinnaś zostawiać jej samej.

Zanim   Carla   zdążyła   odpowiedzieć   na   jego   niesprawiedliwą   krytykę,   odszedł, 

utykając z wyraźną przesadą.

Carla obejrzała się. Słońce się schowało, zostawiając na purpurowo-błękitnym niebie 

jedynie kilka krzyżujących się fioletowych smug, błyszczących jak neon.

- Kici, kici - wołała.

Szmer liści w zaroślach oznajmił przybycie  Kinga. Szczupły,  gładki, wyglądał jak 

niesamowity mitologiczny stwór, ale pozwolił wziąć się na ręce. Tuląc go do siebie, weszła 

na ścieżkę, gdy nagle sprężone ciało kota i jego głośne pomruki dały jej poznać, że Michael 

jest w pobliżu, zanim go zobaczyła.

- Idź pierwszy - powiedziała. - Myślę, że musiałeś kiedyś kopnąć tego kota lub coś w 

tym rodzaju.

- Czekałem, aby się upewnić, że nie zbłądziłaś - powiedział chłodno. - Ale jeśli tak 

uważasz, to proszę bardzo, możesz rąbnąć jak długa; nic mnie to nie obchodzi.

Odszedł przyspieszonym krokiem.

- Musi być coś nie w porządku z człowiekiem, któremu nie ufa kot - zauważyła, ale to 

już nie było w zasięgu uszu Michaela.

Gdy znalazła się w domu, postawiła Kinga na podłodze, a on czmychnął w stronę 

kuchni. Carla poszła na górę, zapalając na schodach światło. Drzwi pokoju pani Fendennis 

były otwarte. Wyszedł z nich Michael.

- Jak się czuje? - spytała.

- Wygląda, jakby była nieprzytomna. Kto ją tak urządził?

- Simon. Mówił, że była zdenerwowana.

- Simon jest... Mniejsza z tym. Możesz się zająć swoimi sprawami, cokolwiek to jest. 

Ja dopilnuję babci.

- Gdzie jest Tim?

- W Penzance. Łażenie po pubach to jego sposób poznawania wesołej starej Anglii.

Poszedł dumnym krokiem do swego pokoju. Choć był boso i półnagi, kroczył jak 

złowieszczy czarny rycerz.

background image

Carla wróciła na dół. Po kilku nieudanych próbach uzyskała połączenie telefoniczne. 

Simon   spokojnym,   niskim   głosem   poinformował   ją   o   stanie   pani   Pendennis,   a   potem 

niechętnym mruknięciem przyjął wiadomość, dlaczego telefonuje.

-   Przepraszam,   byłem   trochę   roztargniony.   Istotnie,   spytałem   panią   Pendennis   o 

rękopisy. Powiedziała mi, że są w bibliotece w szafce pod wschodnimi oknami. Szafa jest 

zamknięta, ale klucz wisi na haku w pokoju kredensowym.

- Świetnie! Obejrzę je później.

- To nie jest dobry wieczór na czytanie opowieści o duchach - ostrzegł ją Simon. - Czy 

Michael jest w domu?

- Tak, jest na górze z panią Pendennis. Nie masz racji, Simon. To doskonała noc na 

historie o duchach. A poza tym nie potrzebuję mężczyzny w domu, aby czuć się spokojna. 

Dziękuję za troskę.

- Oto feministka! - powiedział; po jego tonie domyśliła się, że się uśmiechnął. - Będę 

w domu przez cały wieczór. Wystarczy, że dasz znak światłem w twoim pokoju, jeśli będę ci 

potrzebny.

- Żartujesz!

- Nie, naprawdę widzę stąd twoje okno. Przynajmniej widzę je, gdy jest oświetlone. 

Wiele nocy dumałem, marzyłem.

- Nie przekręcaj cytatu z Poego. Czy rzeczywiście widzisz światło w oknie?

-   Tak,   naprawdę.   Może   chcesz,   abym   dotrzymał   ci   towarzystwa?   Możemy   razem 

przestudiować rękopis.

Mimo że była to ponętna propozycja, Carla nie zgodziła się.

- Złapałaby cię burza. Dzięki, Simon, ale czuję się doskonale.

Potem, zanim skłoniłby ją do ustępstwa, pożegnała się i odłożyła słuchawkę.

Pokój   kredensowy,   który   przylegał   do   kuchni,   był   wielkości   jadalni   w   typowym 

amerykańskim   domu.   Z   żalem   obejrzała   puste   półki,   na   których   kiedyś   przechowywano 

srebro i porcelanę. Wiszące klucze przypominały o dostatku domu w dawnych czasach - duży 

pęk,   różnych   kształtów   i   rozmiarów,   na   ciężkim   srebrnym   kółku.   Gdy   zdjęła   je   z   haka, 

zadzwoniły jak dzwony w odległym kościele. Pomyślała: jak zatopione dzwony Lyonesse.

Zabrała cały pęk i udała się do biblioteki, sądząc, że dobranie właściwego klucza 

sprawi jej nie lada kłopot. Ale zamek od szafki pod oknem był tak mały, że tylko kilka z nich 

mogło wchodzić w grę. Przy czwartej próbie znalazła właściwy. Gładko obrócił się w zamku i 

Carla zobaczyła dwie niskie półki wypchane papierami.

background image

Usiadła na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i wyjęła dokumenty. Były to papiery 

rodzinne. Pobieżnie je obejrzawszy, stwierdziła, że są to materiały, które posłużyły kuzynowi 

Walterowi do przygotowania  genealogii rodziny. Dokument ten miał formę nie obszernego 

arkusza papieru, jak tego oczekiwała, ale tomu ładnie oprawionego w skórę, strona po stronie 

wypełnionego starannym, staromodnym pismem.

Carla odłożyła znalezisko i przejrzała dalsze papiery. W końcu znalazła plik kartek z 

tytułem  napisanym  tym  samym  starannym  charakterem  pisma, w którym  rozpoznała rękę 

kuzyna: „Rękopis i komentarz Thomasa Tregellasa”. Powściągnąwszy zamiar zajrzenia do 

środka, odłożyła go wraz z genealogią, inne dokumenty zaś schowała na półce.

Zamknąwszy   szafkę,   wstała   trzymając   w   ręku   wybrane   dokumenty.   Zaczął   padać 

deszcz,   a   wiatr   zmieniał   się   w   zwykłą   kornwalijską   burzę.   W   świetle   lampy   biblioteka 

wyglądała zacisznie i miło, jednakże Carla uznała, że będzie jej przyjemniej we własnym 

pokoju. Tam można zawsze zasunąć kotary wokół łóżka, gdy ogarnie ją niepokój.

Zawiesiwszy klucze na miejscu, poszła do kuchni z zamiarem zrobienia sobie filiżanki 

kawy lub herbaty - potrzebowała czegoś gorącego, z kofeiną, na wypadek gdyby styl Waltera 

okazał się równie nudny, jak Cardine. Spojrzenie na kuchenkę uświadomiło jej, że wiele ją 

dzieli   od   opanowania   tajemnic   tego   sprzętu.   Natomiast   butelka   bursztynowego   napoju   w 

lodówce   wyglądała   pociągająco.   Spróbowała   go   ostrożnie,   a   potem   napiła   się   więcej. 

Smakował jabłkami i alkoholem. Wyborny! Prawdopodobnie był to słynny cydr z Devonu 

czy Kornwalii. Czytała o nim, ale nigdy nie piła. Zapewne Walter, znawca dobrych, starych 

win, gardził tymi  miejscowego wyrobu. Mógł to być prywatny zapas kucharki. Ale Carla 

postanowiła nie przejmować się drobnymi problemami moralnymi. Kilka szklaneczek napoju 

i przestanie martwić się duchami. Jeśli nawet jakiegoś zobaczy, złoży to na karb cydru.

Na próżno szukała Kinga. Większość znajomych kotów pędziła do kuchni na odgłos 

otwieranych   drzwi   lodówki,   King   jednak   nie   przypominał   tłustych,   kastrowanych 

pieszczochów, które znała. Był jakby prosto z Kiplinga. Chodził samotnie jak każdy dziki kot.

Pomimo jej pogardliwego stosunku do Michaela ucieszyła się, zobaczywszy otwarte 

drzwi do jego pokoju. Zanosiło się na kolejną burzliwą noc. Zasłony w oknie balkonowym 

kołysały się, jak zwykle przy zachodnim wichrze. Przez chwilę im się przyglądała, wyglądało 

to, jakby za nimi toczyła się cicha walka. Położyła papiery na stoliku nocnym, podeszła do 

okna balkonowego i rozsunęła zasłony. Wolała raczej patrzeć na deszcz zalewający szyby i 

słuchać,   jak   świszczę   wiatr   wdzierający   się   do   środka   przez   szczeliny,   niż   obserwować 

falowanie zasłon.

background image

Z deszczem czy bez deszczu, pokój był przytulny; również teraz gdy znalazła się w 

łóżku z pełną szklanką w ręku i otwartą genealogią Waltera na kolanach. Jeszcze nie była 

gotowa   zmierzyć   się   z   opowieścią   Thomasa,   słuszniej   będzie   poznać   najpierw   dokładnie 

dzieje rodziny.

Po chwili zapomniała o zawodzeniu wichru i zacinającym deszczu, To nie był tylko 

błogostan   po   mocnym   cydrze,   który   wprawił   ją   w   dobry   nastrój.   Proza   Waltera   miała 

podobnie   wytrawne   i   ożywcze   działanie.   Żałowała,   że   nie   poznała   go   osobiście.   Miał 

wspaniałe poczucie humoru. Mimo szczerej dumy z rodu, do którego należał i którego dzieje 

badał, z cynicznym rozbawieniem opisywał słabostki przodków i wybryki własnej ambicji.

Układ skomplikowanej genealogii był zadziwiająco łatwy do prześledzenia. Na jednej 

karcie były zebrane imiona, daty, małżeństwa i potomstwo jednej generacji. Gwiazdka przy 

imieniu   oznaczała,   że   autor   będzie   kontynuował   linię   tej   osoby   na   następnej   stronie. 

Informacje   te   przedzielały   długie   komentarze,   opisy   i   rozliczne   skandaliczne   opowieści, 

jakich tylko dogrzebał się badacz. Niewątpliwie ten staranny rękopis był ostateczną wersją 

wyników wieloletnich poszukiwań. Historia rodu zaczynała się od obecnego stulecia i cofała 

ku czasom dawniejszym.

Tak jak zrobiłby każdy w tej sytuacji, Carla szukała swego imienia, ale nie udało się 

jej go znaleźć. Walter wymieniał jej pradziadka, wyjaśniając, że emigrował z kraju, jednakże 

należał do jednej z licznych bocznych linii i widocznie autor nie miał czasu czy chęci śledzić 

jego   dalszych   losów.   Według   Waltera   przyczyną   emigracji   młodego   Williama   były 

oszczerstwa, łączące jego osobę z wieloma dziewczętami ze wsi o nazwiskach, które wydały 

się Carli znajome. Gdyby dać wiarę Walterowi, Carla była spokrewniona z wieloma osobami 

w  promieniu  pięćdziesięciu  mil.  Choć dane Waltera  o koligacjach  rodziny wydawały  się 

godne zaufania, podejrzewała, że jego wrodzone poczucie humoru miało wpływ na sposób 

widzenia udokumentowanych faktów.

Carla   zaczęła   trochę   przeskakiwać   stronice,   ale   ciągle   nie   mogła   dotrzeć   do 

osiemnastego wieku. Wypiła łyk cydru i przerzucając nadal kartki, znalazła wreszcie to, co 

chciała.

Nagie fakty wyglądały niewinnie. Ojciec lady Caroline, dziedzic George Tregellas, 

urodził się w 1730 roku. Jego żoną była Arabella Polreath, urodzona w 1744 roku. Arabella 

stała się brzemienna - jak to wówczas osobliwie określano - wkrótce po przekroczeniu progu 

Tregellas House. Caroline, jej najstarsza córka, urodziła się w 1762 roku. Następnie było 

kilku   martwo   urodzonych   lub   zmarłych   w   dzieciństwie   synów.   Potem   nastąpił   trwający 

prawie dziesięć lat okres spokoju (czyżby George Tregellas bawił tak długo poza domem w 

background image

interesach, zdziwiła się Carla). Jedynym dziedzicem nazwiska, który przeżył, był Thomas, 

urodzony w 1774 roku. Miał zaledwie sześć lat, gdy jego siostra opuściła o zmroku dom. 

Martwo urodzone bliźnięta dopełniały tę listę. Matka Caroline zmarła w rok po zniknięciu 

córki, które Walter opatrzył znakiem zapytania po krytycznej dacie „Caroline, ur. 1762, zm. 

1780 (?)”.

W   chwili   gdy   Carla   odwracała   kartkę,   by   przeczytać   komentarz   do   tej   partii 

genealogii, ostry poryw wiatru załomotał w okno balkonowe.

Przez chwilę przyglądała się oszołomiona. Komentarza jednak nie było. Na następnej 

stronie była nowa lista imion - dotyczyły osób z pokolenia poprzedzającego Caroline.

Carla spojrzała oskarźycielsko na butelkę  na stoliku nocnym.  Poziom zniżył  się o 

kilka cali - co do tego nie było wątpliwości. Nie wypiła jednak tyle, aby zakręciło jej się w 

głowie. Bynajmniej nie była też śpiąca.

Przyjrzawszy   się   lepiej,   poznała   prawdę   -   z   książki   wyrwano   pół   tuzina   kartek. 

Wyrwano, nie wycięto. Widać było wyraźnie poszarpane brzegi, łatwe do policzenia. Siedem 

stron, zawierających niewątpliwie historię zniknięcia lady Caroline.

Carla   przebiegła   palcami   po   postrzępionych   brzegach,   jakby   na   życzenie   mogła 

wyczarować na powrót brakującą część rękopisu.

Komu chciało się tym zajmować? Historia była znana, nie tylko jej, ale każdemu z 

sąsiedztwa.   Do   podejrzanych   należała   oczywiście   pani   Pendennis;   przez   długie   miesiące 

książka   była   pod   jej   opieką.   Ale   niemal   natychmiast   Carla   odrzuciła   tę   ewentualność. 

Gospodyni aż zbyt gorliwie pragnęła opowiedzieć jej tę historię. Chyba...

Chyba że Walter odkrył coś, co zaprzeczało wersji, którą opowiadała. Przypuszczenie 

oczywiście nic nie dawało. A jednak opracowanie Waltera było tak sugestywne i osobiste, iż 

Carla czuła niemal wysiłek jego umysłu. Oczywiście sam był ciekaw rodzinnej opowieści o 

duchach   i   dlatego   usiłował   ją   zbadać.   Jak   zauważyła   z   jego   wcześniejszych   cynicznych 

komentarzy, myślał logicznie i nie cierpiał fantazjowania. A jeśli odkrył prawdę o zaginięciu 

Caroline? Po raz kolejny Carla poczuła interwencję czegoś wrogiego - być może tej samej 

osoby,   która   usiłowała   ją   przestraszyć,   podsuwając   przerażające   myśli   o   działaniu   sił 

nadprzyrodzonych.

Jeśli   te   nieszczęścia   zdarzały   się   co   dwieście   lat,   to   wcześniejszego   zniknięcia 

należało szukać w 1580 roku. Carla przerzuciła kartki, aż dotarła do zapisów z szesnastego 

wieku.

Wiadomość   była   irytująco   dwuznaczna.   Jedna   z   córek   małżeństwa   Tregellas, 

Elizabeth - bezsprzecznie, nazwana tak na cześć Królowej Dziewicy - zmarła w 1587 roku, w 

background image

wieku   zaledwie   szesnastu   lat.   W   tej   części   komentarza   Walter   nawet   jej   nie   wymieniał, 

zaliczając   tylko   do   „licznych   córek,   które   nie   dożyły   wieku   zamąźpójścia”.   Ówczesny 

dziedzic   Henry   był   szalenie   płodny:   miał   szesnaścioro   dzieci.   Tak   że   Elizabeth   nawet 

szczególnie nie opłakiwano.

Wiadomość o kasztelance z czternastego wieku była jeszcze bardziej skąpa. Walter 

przepisał jedynie tablicę in memoriam, którą później odkrył John. W komentarzu Walter z 

rubasznym   humorem   rozważał   charakter   grzechu   dziewczyny,   która   zasłużyła   na   tak 

niezwykły odpust. Podejrzewał między innymi,  że mogła  być  czarownicą, heretyczką  lub 

uwiodła mnicha, ale te domysły nie wnosiły nic nowego.

Carla odłożyła genealogię. Powieki zaczynały jej ciążyć, ale rozbudzona ciekawość 

nie   dawała   spokoju.   Może   rękopis   Thomasa   dostarczy   informacji,   których   brak   w 

opracowaniu Waltera?

Ten   rękopis   składał   się   z   dwunastu   dużych   kartek   związanych   czarną   wstążką. 

Niełatwo go było czytać. Atrament wypłowiał, a pismo było drżące i pretensjonalne.

Carla przerzuciła pierwsze kartki, zawierające głównie niezrozumiałe odniesienia do 

odwiecznych mitów, aż doszła do bardziej treściwych partii.

Opowieść nie różniła się od tego, co słyszała od pani Pendennis, łącznie z licznymi 

kwiecistymi   opisami.   Gospodyni   musiała   czytać   opis   wielokrotnie   i   dokładnie   go 

zapamiętała. Thomas minął się ze swoim powołaniem. Powinien pisać powieści sensacyjne. 

Jego proza wydała się Carli jakby znajoma; potem zdała sobie sprawę, że żył wystarczająco 

długo, by poznać romanse grozy w rodzaju „Mnicha” Lewisa czy powieści Ann Radcliffe. 

Pisarze ci wpłynęli nie tylko na jego styl, ale i treść opowiadania.

Carla nalała sobie następną szklankę cydru. Już chciała powrócić do lektury rękopisu, 

gdy  zaniepokoił   ją   jakiś   dziwny  stukot.   Przywykła   wprawdzie   do   nieustannych   trzasków 

okna, ten odgłos jednak nie pochodził stamtąd, ale od strony drzwi wewnętrznych, które były 

teraz zamknięte na nowy zamek. Carla przyglądała się im przez chwilę i mogła przysiąc, że 

poruszyły się nieznacznie, jakby naciskała je jakaś siła.

Dziewczyna wstała z łóżka. Na palcach przeszła pokój i ostrożnie otworzyła drzwi 

wychodzące na korytarz. Drzwi pokoju Michaela były uchylone, sączyło się stamtąd światło. 

Carla poruszała się wolno. Miała przyjemne wrażenie, że unosi się w powietrzu lekko jak 

czarodziejka. Udało jej się dotrzeć do drzwi Michaela, zanim mógł zauważyć, że nadchodzi.

Po raz pierwszy zobaczyła jego pokój. Pokazując Carli dom, pani Pendennis pominęła 

go.   Nie   sprawiał   szczególnego   wrażenia,   był   umeblowany   po   spartańsku   kilkoma 

niezbędnymi sprzętami jak klasztorne cele, znane jej z filmów. Były tam: żelazne łóżko z 

background image

łuszczącą się farbą, proste krzesło i komoda. Ale wśród tych niezbędnych rzeczy było także 

kilka, których normalnie nie trzymano w sypialniach. Wysokie ścienne lustro ukazało jej na 

chwilę   odbicie   Michaela   pracowicie   zajętego   dziwacznymi   wyczynami.   Na   przeciwległej 

ścianie zainstalował poręcz - może była to krata? - i przy niej wykonywał serię ćwiczeń. Jego 

kostium:   wyblakłe   spodenki   i   bawełniana   koszulka,   był   brudnoszary,   a   twarz   napięta   od 

wysiłku.

Zobaczywszy odbicie Carli w lustrze, odwrócił się. Przez chwilę jego oczy zabłysły 

gniewem,  ale   złość  szybko  ulotniła   się  i   Michael   podszedł  do  niej  długimi  krokami,  ale 

bardzo cicho, ponieważ był boso.

- Co się stało?

-   Ktoś   jest   przy   drzwiach   w   moim   pokoju.   Tych   wewnętrznych,   gdzie   założyłeś 

zasuwkę.

Przez chwilę przyglądał jej się uważnie. Potem dostrzegł szklankę z cydrem, którą 

zapomniała zostawić w pokoju, i jego twarz zmroziła pogarda.

- Jesteś pijana - warknął, chwytając szklankę. 

Carla wyciągnęła rękę i zakryła mu usta.

- Pst! Może nieco podziałał na mnie, a może nie - powiedziała z godnością. - Nikt mi 

nic nie mówił o skutkach cydru. Ostatnia bym zaprzeczyła, że jestem - hip! - całkowicie 

trzeźwa.

Czkawka zaskoczyła ją nie mniej niż Michaela. Przeniosła rękę z jego ust na swoje, 

usiłując zapanować nad oddechem. Zdawała sobie sprawę, że nie wygląda zbyt przekonująco.

-   Jednakże   -   dodała   z   nadal   zakrytymi   ustami   -   nie   jestem   pijana.   Ktoś   jest   za 

drzwiami, czy raczej dokładnie, coś tam jest. Nie sądzę jednak, aby ten ktoś, coś czy inne 

licho pozostało tam w czasie naszej przydługiej, a bezowocnej dyskusji o moim...

- Zamknij się - przerwał jej Michael szczególnym głosem. - Ostrzegam cię, Carlo, 

przestań mówić, bo zrobię coś, czego będę później żałował. Poszukamy twego nieproszonego 

gościa. Nie, myślę, że lepiej będzie, jak zostaniesz tu.

- Ani mi się śni! - stanowczo zaczęła Carla, ale przekonała się, że mówi w pustkę, 

gdyż Michael przesunął się koło niej i był już w holu.

Poszła jego śladem. Doprawdy, był bardzo arogancki. Przecież krok miała całkiem 

pewny. Nie zataczała się i nie chwiała. Niegrzeczne było utrzymywać, że wypiła za dużo. 

Tylko trochę cydru na lepsze trawienie.

Jednakże   zdawało   jej   się,  że  odrobinę   szwankuje  jej  wzrok.  Wpadła  na   Michaela 

stojącego na progu jej pokoju, rozbijając sobie boleśnie nos o jego łopatkę. Okrzyk  bólu 

background image

stłumił materiał jego koszuli. Odwrócił się z szybkością, jaką często w nim podziwiała, i 

ramieniem przytrzymał chwiejącą się dziewczynę.

-   Masz   rację   -   szepnął.   -   Jesteś   pijana,   ale   masz   rację.   Usiądź,   zanim   upadniesz. 

Zobaczę, kto tam jest.

Posadził ją na podłodze i zdecydowanie ruszył do drzwi. Zasuwka zaskrzypiała, kiedy 

ją odsuwał, i zanim jeszcze zamarł ten odgłos, szybko otworzył drzwi.

Z miejsca gdzie siedziała, zobaczyła ciemną przestrzeń za drzwiami. Ten widok tak ją 

poruszył, że prawie wytrzeźwiała. Przez jeden przerażający moment zobaczyła ducha lady 

Caroline;   z   bladą,   wydłużoną   twarzą   i   wlepionymi   w   nią   bezbarwnymi   oczyma,   z 

ociekającymi wodą, ciemnymi włosami sprawiała wrażenie istoty raczej martwej niż żywej. 

Wtedy rozpoznała twarz, a ten dodatkowy szok otrzeźwił ją do reszty.

- Elizabeth - wykrztusiła. - Elizabeth Fairman. Co tu na... litość... 

Elizabeth nie zwróciła na nią uwagi.

-   Michael   -   powiedziała   zachrypniętym   głosem.   -   Wiedziałam,   że   cię   odnajdę. 

Modliłam się... Michael, pomóż mi.

Bez   względu   na   to,   kogo   Michael   się   tam   spodziewał,   z   pewnością   nie   była   to 

Elizabeth.   Carla   widziała   jedynie   jego   plecy,   ale   były   nieustępliwe   jak   skała.   Elizabeth 

dotknęła go wyciągniętą ręką i wtedy się wreszcie poruszył.

- Wszystko w porządku. Nic ci się nie grozi, Elizabeth. Czy powiesz mi, co się stało?

Oparta się na jego ramieniu, a on zaprowadził ją do krzesła. Jej twarz wykrzywiła się 

przerażająco, jakby dziewczyna nie panowała nad mięśniami.

- Daj jej trochę cydru - zaproponowała Carla. - Jest w szoku.

- Przeklęty cydr! Dam jej jedynie aspirynę. - Michael nie patrzył na Carlę. Z uwagą 

patrzył na Elizabeth, która kurczowo ściskała mu dłonie.

- Wezwę lepiej Alana - powiedziała Carla.

- Nie mów  nic Alanowi - krzyknęła  Elizabeth.  - Bardzo go to zmartwi.  Ufał mi. 

Myślał... Proszę, nie mówcie mu.

Michael odwrócił głowę. Jego wzrok spotkał oczy Carli.

- Michael, muszę go zawiadomić - oznajmiła. - Chyba to rozumiesz?

Nie czekała na odpowiedź. Doprawdy nie było wyboru.

Po   zwykłych   kłopotach   z   niesprawnym   telefonem   w   słuchawce   odezwał   się   głos 

Alana. Carla powiedziała mu o wszystkim, bez osłonek. W takim przypadku uprzejmość była 

niemożliwa. Lepiej od razu przekazać złe wiadomości i mieć to za sobą.

Alan przyjął to długim, bolesnym milczeniem.

background image

- Będę tam za parę minut - powiedział wreszcie.

Carla   czekała   na   dole   przy   frontowych   drzwiach.   Przyszedł,   zanim   upłynęło   pięć 

minut, choć jej wydawało się to długo. Musiał jechać jak szaleniec, pomyślała, idąc otworzyć 

mu drzwi.

- Gdzie ona jest? - padło pierwsze pytanie.

- Na piętrze. Alan...

Dotknęła ręką jego ramienia, gdy ją odsunął z drogi.

- Jest z nią Michael. Wiem,  że go nie lubisz, i zaczynam  rozumieć dlaczego, ale 

dzisiejszej nocy był wobec niej w porządku. Nie sprowokuj sceny.

- W jej obecności? Za kogo mnie masz?

Nie doszło do sceny. Kiedy tylko zjawił się brat, Elizabeth wstała z krzesła i chwiejąc 

się, wpadła w jego ramiona. Alan wyprowadził ją, przystając na krótko, by powiedzieć:

- Dziękuję, Carlo. Zadzwonię jutro.

Carla nie zeszła za nimi na dół. Odwróciła się do Michaela klęczącego przy krześle, 

na którym przedtem siedziała Elizabeth. Pochylona głowa i szczupła postać sprawiały, że 

wyglądał jak postać z greckiej tragedii. Kiedy jednak odezwała się, spojrzał na nią niechętnie, 

ze zmarszczonymi brwiami.

- Nie przeszkadzaj mi. Myślę.

- Znajdź sobie inne miejsce. Mam tego dosyć... - Carla machnęła ręką i na chwilę 

zamilkła.   -   Jestem   śmiertelnie   zmęczona,   przygnębiona   i   zniechęcona.   Ta   biedna 

dziewczyna... Chcę iść do łóżka.

Siedząc na piętach, rzucił jej długie, wymowne spojrzenie.

- Stare dramaty nie wydają ci się już ważne?

- Skąd wiesz, co czytałam?

- Poznałem genealogię  starego Waltera.  - Michael  wskazał  brodą leżącą  na łóżku 

książkę. - Nie uwierzysz mi zapewne, że to jest część tej samej zagadki: Elizabeth, dziwaczna 

historia waszej rodziny, wszystko razem?

- Chyba nie. Do czego zmierzasz?

- Nie wiem.

Michael wstał bez zwykłej gracji, zmęczony faun z odwiecznego mitu.

- Mam pewne pomysły, ale sam w nie, nie wierzę... Zarygluj te drzwi, zanim pójdziesz 

spać.

- Dlaczego założyłeś tę zasuwkę? Czy Elizabeth...?

background image

- Nie, Elizabeth nie przychodziła do mnie przez te drzwi. Ale wszyscy tutaj wiedzą o 

tym wejściu. Walter korzystał z niego, gdy był młody, i nie muszę ci tłumaczyć, w jakim celu, 

a   wcześniej   to   samo   robił   jego   ojciec.   Schody   prowadzą   do   bramy   przez   kuchnię.   W 

księżycowe noce w lecie swawoliły tutaj wiejskie nimfy... Idź wreszcie do łóżka i oddaj mi 

ten cydr.

Carla posłuchała jego rady. Pękała jej głowa, ale nie z powodu cydru. Był to bardzo 

dziwny wieczór.

background image

Rozdział dziewiąty

Następnego ranka Carla późno zeszła na dół, ale, jak się okazało, reszta domowników 

także naruszyła  ustalony porządek dnia. Zapach kawy zaprowadził jej niepewne kroki do 

kuchni, gdzie Michael skutecznie działał przy kuchence. Tim siedział za stołem. Spojrzał na 

nią mętnym okiem i wymamrotał coś, co miało być powitaniem. Carla odpowiedziała mu 

mruknięciem i zapadła w krzesło.

- Jajka na bekonie? - spytał Michael, wymachując kuchenną łopatką.

- Na litość, nie - mruknęła Carla, obejmując bolącą głowę rękoma.

-   Zabawne,   to   samo   powiedział   Tim.   -   Michael   postawił   przed   nią   szklankę.   - 

Przygotowałem  mu  ten napój, a ty możesz  wypić  resztę.  Wypij,  to cię uzdrowi, a może 

uśmierzy ból głowy.

Napój był w ohydnym  czerwonobrunatnym  kolorze. Carla zacisnęła nos palcami i 

wypiła   duszkiem   zawartość   szklanki.   Przez   straszną   chwilę   ogarnął   ją   stan   niepewności, 

potem żołądek się uspokoił i ze zdziwieniem stwierdziła, że czuje się trochę lepiej.

- Kawa z grzanką - oznajmił Michael, stawiając je przed nią. - To doświadczenie 

oduczy cię od popijania w samotności. 

Carla postanowiła nie ciągnąć tematu.

- Jak się czuje pani Pendennis?

- Wesoła jak szczygiełek. - Michael wrzucił jajko na patelnię i zaklął, gdy gorąca 

kropla tłuszczu sparzyła mu rękę. - Dzisiaj służba ma wolny dzień, a babcia nie zajmuje się 

kuchnią. Skoro wy obydwoje macie kaca, ja jestem szefem.

- Czy usmażyłeś dla niej jajka? - spytała Carla.

- Na Boga, nic podobnego. O świcie sama przygotowała sobie tosta i herbatę, a teraz 

wybiera się do kościoła. Otworzyłem jej drzwi, bo nie chcę, aby poczuła się uwięziona - 

dodał.

- Nie byłoby dobrze, gdyby nabrała podejrzeń.

- Starym ludziom zdarzają się czasem koszmary. - Michael powiedział to zwodniczo 

uprzejmym głosem, jaki już u niego słyszała. - Obawiają się niedołęstwa. Zamknięcie ich w 

domu  opieki to dla większości gorsze niż śmierć.  Kiedy skończysz  śniadanie,  zadzwoń i 

spytaj, co z Elizabeth. Ja już próbowałem, ale Fairman, słysząc mnie, odkłada słuchawkę.

Carla spojrzała znacząco na Tima. Wprawdzie nie wyglądał tak trzeźwo, by rozumieć 

cokolwiek z ich rozmowy, ale mimo wszystko...

background image

Michael zobaczył jej spojrzenie i parsknął:

-   Tim   zna   sytuację.   Przy   tuzinie   kręcących   się   tu   pomyleńców,   nie   daję   rady 

wszystkich dopilnować. Zaangażowałem go jako pomoc strażnika.

Energicznie postawił talerz ze śniadaniem na stole i zaczął jeść.

- Michael, tak nie może być dalej. Coś trzeba zrobić z panią Pendennis.

- Coś się robi - Michael odsunął talerz i wstał. - Wybacz, ale teraz zawiozę kochaną 

staruszkę do kościoła. Czy może być coś właściwszego?

Po   jego   wyjściu   Tim   uniósł   głowę   i   wymienił   z   Carlą   spojrzenie   całkowitego 

zrozumienia.

- Dlaczego się go trzymasz? - spytała.

- Czysty masochizm. Dostawać od niego po nosie to trochę jak dobrowolnie wbijać 

sobie igły.

- Dobrze ci zrobi zdrowy spacer na świeżym powietrzu - zauważyła Carla, patrząc w 

okno. Rozpogodziło się. Było pięknie i słonecznie.

- Tobie także.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Potem Tim spuścił głowę nad stołem, a 

Carla poszła na górę, by się położyć.

Obrzydliwy napój Michaela chyba trochę pomógł. Po pewnym czasie poczuła się na 

tyle silna, że mogła wstać i wyjść na spotkanie dnia. Już wcześniej jak przez mgłę słyszała 

jakieś dźwięki w głębi domu, ale nie miała energii, by zbadać ich źródło. Teraz zaś zdała 

sobie   sprawę,   że   to   dzwoni   telefon.   Zapewne   Alan   zawiadamiał,   że   nie   może   z   nią   się 

spotkać,   jak   planowali.   To   ona   powinna   do   niego   zadzwonić.   W   każdym   razie   zwykła 

przyzwoitość nakazuje zapytać, jak czuje się Elizabeth.

Rzeczywiście dzwonił Alan, ale wcale nie chciał odwołać spotkania.

- Tak, naprawdę - powiedział, gdy wyraziła współczucie, słysząc jego przybity glos - 

chętnie  wyjdę  z domu,  jeśli zniesiesz  moje  towarzystwo.  Nie sądzę, aby odpowiadało  ci 

żeglowanie. Wspaniały dzień, ale wietrzny.

Carla wzdrygnęła się lekko.

- Na pewno nie żagle. Jak się zapatrujesz na pływanie?

- Właśnie o tym marzyłem. Czy będziemy mogli skorzystać z twojej plaży? Nie mam 

dziś ochoty spotykać ludzi.

- Świetnie. Możesz zostawić Elizabeth?

- Oczywiście. Ma się znacznie lepiej od rana. Simon zgodził się z nią zostać. Wstąpię 

po ciebie za jakąś godzinę, jeśli ci to odpowiada.

background image

Była gotowa, gdy przyjechał. Miała nowy kostium kąpielowy z dobranym płaszczem 

kąpielowym.   Jeszcze   wiał   chłodny   wiatr,   choć   słońce   zapowiadało   ciepłe   popołudnie. 

Alanowi zabłysły oczy na jej widok. On także był przebrany do pływania, ale w ręku niósł 

swoją koszulę i spodnie.

-  Pomyślałem,   że  potem   możemy  wstąpić   gdzieś  na  obiad   -  powiedział.  -  Wasza 

kucharka ma chyba dziś wolny dzień?

Carla   zgodziła   się,   czując,   że   Alan   zasługuje   dzisiaj   na   specjalne   względy   i 

zrozumienie. W przyjaznym, niewymuszonym nastroju, jak sądziła, kierowali się przez ogród 

do zachodniej bramy.

Pewnie   musi   upłynąć   wiele   czasu,   zanim   słowo   brama   i   jej   widok   przestaną 

wywoływać   w   niej   dreszcz   trwogi.   Teraz   jednak   w   porannym   świetle   droga   wyglądała 

niewinnie, a ścieżka prowadząca w dół do zatoki wydała jej się łagodniejsza, niż myślała.

Alan szedł pierwszy, odwracając się od czasu do czasu, by podać jej rękę, ale wzdłuż 

drogi   było   wiele   skal   i   chwastów,   których   można   było   się   przytrzymać.   W   granitowym 

podłożu były naturalne stopnie, tylko w pewnych miejscach wzmocnione ręką człowieka.

Na jakimś odcinku znajdowała się nawet drewniana poręcz, ale gdy dotarła do tego 

miejsca, Alan ostrzegł ją.

- Nie naprawiano jej od lat. Lepiej jej nie ufać.

Schodząc,   Carla   nie   mogła   podziwiać   krajobrazu,   ale   gdy   znaleźli   się   u   podnóża 

skalnego zbocza, wydała okrzyk zachwytu.

W słonecznym świetle piasek lśnił jak śnieg. Przybrzeżne łagodne fale wyglądały jak 

tren błękitnej sukni zakończonej delikatną koronką. Mała zatoka pławiła się w słońcu, między 

ramionami skał, osłonięta zewsząd z wyjątkiem zachodniego wiatru.

Jedyna   rzecz,   która   zakłócała   ten   sielankowy   krajobraz,   nosiła   na   sobie   ślad   ręki 

człowieka - był to stos drewna na końcu południowej granicy.

- To pozostałość dawnej przystani wioślarskiej - odpowiedział na jej pytanie Alan. - 

Skończyła się jak wszystko inne tutaj. Bądź ostrożna w tej części zatoki, bo jest tu pełno 

zardzewiałych gwoździ.

Woda wydawała się początkowo zimna, ale gdy się przyzwyczaiła, poczuła, że tego 

poranka właśnie to potrzebne było jej znużonym mięśniom. Pływała z rozkoszą, a obok niej 

co chwilę ukazywała się głowa Alana, gładka jak u foki.

- Bosko! - oceniła. - Woda jest tak cudownie ciepła.

- To sprawa prądów - Ale nie przychodź tutaj sama. Jest zupełnie  bezpiecznie w 

granicach zatoki, ale za nią odpływ może cię zepchnąć aż do wysp Scilly.

background image

- Wiem, ostrzegł mnie Simon. - Carla odwróciła się na plecy, rozpryskując wodę.

Nie była dobrą pływaczką i wkrótce wyszła z wody. Wyciągnięta na ręczniku, z brodą 

opartą na rękach przyglądała się błyskom muskularnych ramion Alana, kiedy pływał tam i z 

powrotem, jakby wykonywał narzucone sobie ćwiczenia treningowe. To był zdrowy sposób 

pokonania niespokojnych myśli. Gdy wreszcie dobrnął na plażę, zobaczyła, że się uśmiecha.

- Teraz możemy porozmawiać - oznajmił, siadając koło niej. - Ale nie będzie mi łatwo 

skoncentrować się na temacie; czy nie będziesz mi miała za złe, że rozłożę ręcznik obok tego 

cudownego ciała?

- Nie. Pragnę jedynie słońca. Musisz nad sobą panować.

- Jesteś trochę blada.

- Będę tu przychodziła codziennie - powiedziała Carla rozmarzonym tonem. - Nie 

sama. Może uda mi się namówić Tima, żeby przyszedł ze mną. Albo Michaela.

Widząc zmianę na twarzy Alana, usiadła, zapominając o opalaniu.

- Miejmy to za sobą, Alan... Dlaczego tak go nie lubisz?

-   Z   pewnością   się   domyślasz.   Widziałaś,   jak   na   niego   patrzy   Elizabeth.   To,   że 

pobiegła do niego wczoraj wieczorem, gdy... Nic na to nie poradzę, ale uważam, że on jest 

przyczyną jej załamania nerwowego.

- Wątpię, czy psychiatra też byłby tego zdania.

- Ach, oni ględzą o przeżyciach z dzieciństwa i różnych innych głupstwach. Nie mogę 

doszukać się sensu w tym, co mówią. Jest faktem, że była zdrowa, zanim on... Przerwała 

ciążę.

Ostatnie   zdanie   było   jak   eksplozja.   Odwrócił   twarz,   sztywno   poruszał   palcami, 

wybierając z piasku maleńkie muszelki.

- To nie jest nic szokującego w dzisiejszych czasach - zauważyła Carla, szukając w 

myślach właściwych słów. 

Alan nie robił wrażenia świętoszka, ale może mężczyzna odczuwa to inaczej, gdy w 

grę wchodzi siostra...

- Ja się tym nie gorszę - zaprotestował. - Znam Elizabeth, wiem, że jeśli... oddała się 

mężczyźnie, to nie odbyło się bez nacisku i presji z jego strony. Zawsze była nieśmiała i 

niepewna siebie. Dlatego to ją tak wytrąciło z równowagi. Nie pamięta nawet tego dobrze i 

dlatego   z   ufnością   zwraca   się   do   Michaela.   Traktuje   go   jak   swego   ukochanego,   a   nie 

uwodziciela i zdrajcę.

background image

Carlę zaskoczyło to wyznanie, nie ze względu na treść, ale słowa, których używał. 

Mówił jak dawny fundamentalista albo wiktoriański ojciec. To było tak niepodobne do Alana, 

że trudno było wierzyć jego słowom.

- Michael wszystkiemu zaprzecza - dalej mówił Alan - i nikt mu nie udowodniłby 

kłamstwa, bo kto stanąłby w obronie szalonej, pomylonej dziewczyny? Tylko ja jej wierzę i 

sądzę, że nie jest szalona.

- Oczywiście, że nie. Zakochana kobieta może okazać się słaba. 

O Boże! - pomyślała, to widocznie zaraźliwe, mówię takie same bzdury jak on.

Jeszcze   jakiś   czas   Alan   mówił   w   tym   samym   stylu,   a   Carla   pomrukiwała 

współczująco. Ale te potakiwania były niezupełnie szczere. Na ogół była czuła na prawdziwą 

rozpacz,   ale   tym   razem   jakoś   nie   mogła   wczuć   się   w   położenie   chorej   Elizabeth,   jeśli 

przyczyną   naprawdę   było   to,   co   obecnie   ludzie   uważają   tylko   za   drobne   wykroczenie. 

Poczuła ulgę, gdy Alan powiedział wreszcie:

- Dość tego. Trudno mi wyrazić, jak bardzo doceniam twoje współczucie, moja droga. 

Popływamy jeszcze?

-   Musimy   uzgodnić   jeszcze   jedną   sprawę.   Przyrzekłam   Michaelowi,   że   z   tobą 

porozmawiam. 

Alan westchnął.

- Sądziłem, że już to ustaliliśmy. Zamiast zgodzić się, aby on dostał dom, raczej sam 

go kupię. Szczerze mówiąc, Carlo, on prawdopodobnie nie zebrałby dość pieniędzy nawet na 

kaucję   za   wynajem   roweru.   Nawet   gdybym   nie   miał   do   niego   osobistych   uprzedzeń, 

odradzałbym ci pertraktacje z nim. Nie chciałem jeszcze o tym wspominać, bo negocjacje są 

na wstępnym etapie, ale jest nadzieja, że będę miał kupca. Sądzę, że będę mógł uzyskać 

przyzwoitą cenę.

- Postanowiłam pozostać tu przez zimę.

Powiedziała to i drgnęła, widząc blady strach na twarzy Alana.

- Chyba nie jesteś przy zdrowych zmysłach?

- Wszystko sobie obmyśliłam - zaprotestowała Carla. - Odprawię Mary i kucharkę, 

gdyż  ich nie potrzebuję. Wszystkie rzeczy w domu i tak muszą być  sprzedane. A jestem 

przekonana, że znajdę dość antyków, by dać sobie radę przez zimę. Alan, to mnie naprawdę 

uszczęśliwia. Jestem pewna, że mi się uda. Jeśli nie, to oddam klucze i wyniosę się. Mam 

bilet   powrotny.   Jeśli   stracę   dawną   pracę,   to   będę   pracowała   w   tanim   sklepiku   albo   w 

supermarkecie.

- Nie wiem, co powiedzieć - mruknął Alan. - Potrzebuję chwili, by opanować szok.

background image

- Dlaczego to dla ciebie taki szok? Może to trochę niepraktyczny pomysł, ale przecież 

jestem realistką. Od lat sama zajmowałam się moimi sprawami. Jeśli się nie uda, to jeszcze 

nie zrujnuję swego życia.

-   Sądzę,   że   masz   rację.   Widocznie   trudno   mi   zmienić   moje   konwencjonalne 

stanowisko - uśmiechnął się do niej. - Daj mi dzień albo dwa, abym się zastanowił. Może coś 

wymyślę.

Nie czekając na odpowiedź, pobiegł do brzegu i zanurzył się w wodzie. Carla wolno 

poszła za nim. Prawnicy to ludzie ostrożni w działaniu - pomyślała. - Alan zapewne uważa, że 

powinien   pomóc   jej   podjąć   rozsądną   decyzję.   Ona   jednak   była   trochę   zmęczona   jego 

przesadnymi reakcjami na jej pomysły.

Za   cichą   obopólną   zgodą   nie   podjęli   już   tego   dnia   sprawy   Michaela.   Pływali, 

leniuchowali  w  słońcu i znowu pływali,  a późnym  popołudniem  Alan zaprowadził  ją do 

gospody w oddalonej wiosce, gdzie wypili parę koktajli i zjedli doskonały obiad. Nie był to 

jednak  zbyt   udany  dzień.   Alan  błądził   myślami   gdzieś  daleko,  był  roztargniony,   a  Carla 

sądziła, że chce jak najprędzej wrócić do siostry.

-   Proszę,   zawiadom   mnie,   gdybym   mogła   coś   zrobić   dla   Elizabeth   -   powiedziała 

konwencjonalnie, gdy Alan ją odprowadził.  I wtedy,  ku jej niezadowoleniu,  poczuła,  jak 

oblewa ją rumieniec pod jego wymownym spojrzeniem. Było przecież coś, co mogła zrobić. 

Mogła sprzedać dom, zmuszając w ten sposób Michaela do opuszczenia okolicy.

Gdy zamykała drzwi, z krzaków wyskoczył King i zaczął łasić się do jej nóg.

Jeszcze   wzburzona   rozmową   z   Alanem,   Carla   schyliła   się,   aby   po   głaskać   kota. 

Mruczał zachrypłym głosem, jakby cierpiał na zapalenie gardła. Uświadomiła sobie, ze nigdy 

dotąd nie słyszała jego miauczenia. Widocznie robił to bardzo rzadko.

Z   kotem   w  ramionach   weszła  do  domu.  Michael  zjawił   się  od  strony  kuchni  tak 

szybko, że podejrzewała, iż czatował na jej powrót.

- Rozmawiałaś z Fairmanem?

- Tak - Carla się zawahała. 

Przewidywała reakcję Michaela, a nie miała ochoty znieść jeszcze jednego wybuchu 

męskiego gniewu. - Jak się czuje pani Pendennis?

- Jest na wsi, na kolacji u przyjaciółki. Wkrótce ją przywiozę. Co powiedział?

- Powiedział, że raczej sam kupi dom, niż pozwoli ci go dostać.

- Rzeczywiście to powiedział? Nie przypuszczam jednak, żeby napomknął, że ma nie 

większe środki niż ja. Musi być po uszy w długach za samochód i ten upiorny nowy dom.

- Powiedział także, że ma potencjalnego kupca.

background image

-   Czy   zadał   sobie   trud,   by   wyjaśnić,   dlaczego   jest   tak   cholernie   nieprzychylnie 

nastawiony do mnie?

Zawahała się, a Michael ciągnął dalej.

- Wyobrażam sobie, że wymyślił jakąś przerażającą opowieść o moim rozpustnym 

zachowaniu. Byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś powiedziała, o co mnie oskarża, abym 

mógł się bronić.

- Nie wiem, co mógłbyś mieć do powiedzenia na swoją obronę - odparła Carla. Jak 

zwykle, jego arogancja wzbudzała w niej najgorsze reakcje. - Nic dziwnego, że mężczyzna 

oburza się na kochanka swej siostry.

- A więc to ci powiedział? - Ku jej zdumieniu Michael zaczął się śmiać. - A ty mu 

uwierzyłaś. Nie masz wysokiego mniemania o moim guście. Lubię biedaczkę, ale zapewniam 

cię...

- Powiedział, że zaprzeczysz.

Zobaczyła,   że   twarz   mu   pociemniała,   a   żyły   na   szyi   nabrzmiały   od 

powstrzymywanego wybuchu wściekłości. Jednakże Michael zamknął usta, popatrzył na nią i 

głęboko odetchnął.

- Niech będzie, zapomnij o tym - powiedział łagodnie. - Czy znalazłaś coś nowego w 

sprawie klątwy rodzinnej? Nie myśl, że jestem ciekawski. Pytam ze względu na babcię.

- Myślisz, że jest z nią gorzej? Unikałam jej ostatnio, sądząc, że mój widok wytrąca ją 

z równowagi. 

Michael niechętnie przytaknął.

- Widzę, że jej stan się pogarsza. Przysięgam, że nie wiem, co jej się stało. Wygląda 

na słabą i zdenerwowaną. Wierz mi jednak, że zawsze była twardą kobietą bez wybujałej 

wyobraźni.

- Dlaczego, do licha, nie zaprowadzisz jej do szpitala na badania? Uważam, że to 

żałosne patrzeć, jak wszyscy siedzą, załamując ręce nad biedną panią Pendennis, a nikt nic nie 

robi, aby dowiedzieć się, co jej właściwie dolega. To może być jakaś choroba, a ty pozwalasz 

grzęznąć w niej babce, mamrocząc i kiwając nad nią głową.

- Jesteś osobą bezwzględną - powiedział, nie spuszczając z niej oczu.

- Ale tylko ja proponuję coś rozsądnego - warknęła. - Boże drogi, ależ wy, mężczyźni, 

jesteście   irytujący!   Nawet   John,   pochłonięty   swoimi   badaniami   starożytności.   Jeśli   pani 

Pendennis ma zaawansowaną sklerozę, to możemy rozmawiać z nią do Sądnego Dnia i to 

niczego nie zmieni.

- Może masz rację.

background image

- Zrób więc coś. Sama zawiozłabym ją do szpitala, ale nie mam żadnej władzy, aby ją 

do tego skłonić.

- Wątpię, czy ze mną także zgodzi się tam pójść - powiedział. - Nie zupełnie mi ufa - 

dodał z niechęcią.

- Zauważyłam to. Zastanawiałam się dlaczego. Idź wreszcie, na litość Boga, i zawieź 

ją, jeśli to planowałeś. Nie będę jej się pokazywała dziś wieczór.

- Co masz zamiar teraz robić?

- Najpierw pokopię trochę w ogrodzie. Czuję, że dobrze mi  zrobi praca fizyczna. 

Potem w moim  pokoju chcę się zająć czytaniem  papierów  rodzinnych.  Jutro przeszukam 

poddasze. Czy wystarczająco się opowiedziałam?

Michael skinął głową jak zahipnotyzowany. A Carla podsumowała:

- Cieszę się, że to pochwalasz. Do widzenia.

Przebrawszy się w stare spodnie i trampki, zeszła na dół. Michaela nigdzie nie było. 

Przynajmniej   przekonałam   go,   pomyślała   Carla   z   zadowoleniem.   Powinnam   mu   to 

powiedzieć już dawno. Innym także. Siedzą, radzą, emocjonują się, rozmyślają, teoretyzują... 

Ach ci mężczyźni!

W tym nastroju, zadowolona z siebie, znalazła Tima posępnie przywiązującego do 

palików pędy pomidorów. Jemu także miała zamiar powiedzieć kilka słów.

Promienny uśmiech, którym ją powitał, trochę ją ułagodził.

- Lepiej się czujesz? - spytała.

- Da się żyć. Przyznaję, choć niechętnie, że Michael ma rację co do zdrowych ćwiczeń 

na świeżym powietrzu. W ten sposób wywietrzało mi trochę z głowy. Przyszłaś mi pomóc? 

Jesteś aniołem.

- Nie bardzo znam się na ogrodnictwie.

- Ani ja.

Tim oparł się na jednym z palików, wyglądał niezdecydowanie.

- Michael mówił coś o opryskaniu pomidorów. Czym opryskuje się pomidory i po co?

- Sądzę, że przeciw szkodnikom.

Najpierw niepewnie spojrzeli na siebie, a potem wybuchnęli śmiechem.

- Biedny Mike - powiedział Tim, poważniejąc. - Nędzni z nas pomocnicy. Usiądźmy i 

pogadajmy.

- Nie. Chcę trochę popracować. Nie będę ryzykować z warzywami, ale poobcinam 

suche gałęzie róż. Czy masz jakieś narzędzia ogrodnicze?

background image

- Całą szopę - oznajmił Tim, robiąc szeroki gest ręką. Carla znalazła sekator. Najpierw 

ścięła  wybujałą  trawę wokół krzewów, a potem zaczęła  obcinać zeschłe  łodygi.  To było 

proste   nawet   dla   amatorki.   Tymczasem   zza   muru   dobiegało   smętne   nucenie.   Tim   miał 

przyjemny   tenorowy   głos   i   bogaty   repertuar   sacharynowo   słodkich   irlandzkich   pieśni 

miłosnych.   Carla   uśmiechnęła   się,   ale   nie   zareagowała.   Wreszcie   wyprostowała   się,   ssąc 

zadrapany palec, i z dumą obejrzała wyniki swojej pracy. Naprawdę wyglądało tu dużo lepiej. 

Uprzątnęła   tylko   małą   część   ogrodu   różanego,   ale   ta   część   wyglądała   teraz   wspaniale, 

przynajmniej dla jej niedoświadczonych oczu. Wróciła do pracy z nową energią.

Po   pewnym   czasie   spostrzegła,   że   melodia   ucichła.   Wyprostowała   bolący   kark   i 

rozejrzała   się.   Niedaleko   niej   zauważyła   zdumiewający   widok:   twarz   Tima,   najwyraźniej 

kołyszącą się na szczycie muru.

- Jak się tam dostałeś? - spytała.

- Wiszę na rękach - odparł zduszonym głosem. - Jeszcze nie masz dość pracy? Ja 

jestem zmęczony. A poza tym robi się ciemno.

- Chyba także skończę. Och, mam milion cierni w skórze. 

Wrócili razem do domu, a na jej prośbę Tim poszedł upewnić się, że Carla nie spotka 

pani Pendennis, idąc do swego pokoju. Po chwili po wrócił z Michaelem.

- Przekonałem ją, aby się położyła - stwierdził Michael. - Ale wzięła jakieś cholerne 

pastylki od Simona.

- Co w tym złego? Simon jest lekarzem. Cieszę się, że choć jeden mężczyzna robi coś 

pożytecznego w tej sprawie.

- Bardzo pożytecznego! - burknął Michael. - Jeśli ktoś wchodzi ci w drogę, najlepiej 

dać mu coś, co go ogłupi. Powiedziałem jej, że za chwilę przyniosę jej trochę zupy, ale 

wyglądała na całkiem rozkojarzoną.

-   Też   bym   coś   przegryzł   -   oznajmił   Tim,   podczas   gdy   Carla   wymieniła   szybkie 

spojrzenie z Michaelem. Carla wzruszyła ramionami.

- Możesz zrobić kanapkę i dla mnie. Widziałam resztę pieczeni w lodówce.

Zjedli we troje to, co znaleźli: kanapki z pieczonej wołowiny i domowego wypieku 

chleba. Ponadto zupę Campbella i piwo.

Michael zaniósł zupę swojej babce, a wróciwszy stwierdził, że już zasypia. Usiadł 

przy stole, patrząc z dezaprobatą na ręce Carli.

- Czy nie masz na tyle rozeznania, aby do pracy przy różach używać rękawiczek?

- Nie mogłam znaleźć właściwego rozmiaru.

background image

Mimo jej protestów Michael uparł się, aby zająć się jej rękoma. Skręcała się z bólu, 

dopóki nie wyjął ostatniego kolca i przemył wszystkiego jodyną. Po skończeniu posiłku Tim i 

Michael ciągnęli losy, kto zmyje naczynia. Carla oświadczyła, że nie tylko ma zbyt poranione 

ręce, aby je moczyć w mydlanej wodzie, ale ponadto to ona jest właścicielką domu. Tim 

przegrał i choć zmywanie nie szło mu najlepiej, nikt z nich nie zaofiarował się go zastąpić.

Dowcipy, przyjacielskie docinki i improwizowany posiłek stworzyły tak swobodną 

atmosferę, że Carla pozostała z nimi zamiast powrócić do lektury. Był to wspaniały wieczór, a 

ona nie miała nastroju do burzliwych opowieści pana Thomasa. Nikt jednak nie zaproponował 

jej spaceru w świetle księżyca, tak więc w końcu wstała od stołu.

- Trochę posiedzę w bibliotece - oznajmiła. 

Tim spojrzał na przyjaciela i głośno ziewnął.

- Idę do łóżka z dobrą książką. Jeszcze nie wróciłem do siebie po ostatniej nocy. 

Michael milczał.

- Pójdziesz popływać? - spytała Carla.

Czekaj nieubłaganego iosu

- Chyba nie. Jest raczej późno. Dlaczego pytasz?

- Aby nie popaść w histerię, gdy zobaczę ociekającą wodą postać zbliżającą się do 

domu... Prawdę mówiąc, to niemądre chodzić tam samemu.

Michael nie odpowiedział na tę uwagę i wszyscy się rozeszli. Przy świetle księżyca 

posrebrzającym okna i delikatnym powiewie poruszającym liście na dworze biblioteka była 

rozkosznym miejscem. Carla otworzyła szafkę i zaczęła przeglądać papiery.

Jak przewidywała,  były  tu zgromadzone  dokumenty,  na podstawie których  Walter 

zestawił genealogię rodziny. Stare listy i rachunki były interesujące, ale Carla nie zatrzymała 

się nad nimi. Szukała dokumentów osiemnastowiecznych.

Wreszcie musiała przyznać, że spotkał ją zawód. Albo Walter przechowywał tę część 

papierów gdzie indziej, albo ktoś, kto wyrwał kartki z genealogii, oczyścił także materiały 

źródłowe. Nie znalazła nic związanego z rodzinną tajemnicą.

Bezowocne   poszukiwanie   zabrało   Carli   nieoczekiwanie   wiele   czasu.   Papiery   były 

przechowywane  w pudełkach i kopertach,  nieuporządkowane.  Wiele  było  bez dat, tak że 

musiała   przeczytać   je   pobieżnie,   aby   z   treści   określić,   kiedy   powstały.   Spojrzawszy   na 

zegarek, zdziwiła się, że jest tak późno. Panowała głęboka cisza, nawet myszy musiały pójść 

spać.

background image

Carla   zamknęła   okna.   Biblioteka   znajdowała   się   we   frontowej   części   domu.   Na 

trawniku nic nie było widać z wyjątkiem czarnej masy wyrośniętych krzewów, a na końcu 

podjazdu od czasu do czasu błyskały światła przejeżdżających samochodów.

Poszła   na   górę   i   wkrótce   znalazła   się   w   łóżku   z   rękopisem   Thomasa   Tregellasa. 

Otworzyła go na początku - w części, którą już przerzuciła, gdy po raz pierwszy postanowiła 

go przeczytać.

Thomasa   można   było   uznać   za   uczonego.   Był   typem   naukowca,   który   gromadzi 

przyczynki,   by   znaleźć   dowód   nie   po   to,   by   potwierdzić   fakty,   ale   swoją   wyższość 

intelektualną. W jego rękopisie mnożyły się cytaty w co najmniej sześciu językach, łącznie z 

łaciną i hebrajskim.

Na szczęście duża partia była po angielsku, więc mogła zrozumieć jego rozważania.

Thomas twierdził, że w pogańskiej Europie rozpowszechnione były praktyki składania 

ofiary bogom rzeki w noc przesilenia letniego. Podczas gdy bogowie rzek w Afryce, Birmie i 

Chinach woleli dziewice, to bóstwa europejskie nie były tak wymagające. Jednakże wszędzie 

istniał   związek   między   wodą   a   płodnością.   Dziewice   syryjskie   i   szkockie   zostawały 

zapłodnione przez niewidzialne duchy wodne podczas pływania. To wierzenie musiało być 

bardzo dogodne dla nieostrożnych panienek, pomyślała Carla cynicznie.

Było wiele legend o rusałkach, ale znacznie mniej o bóstwach płci męskiej. Jednakże 

duchy wody przejawiały zdecydowanie męskie cechy. Wielki Silkie był duchem celtyckim. 

Na lądzie zmieniał się w mężczyznę, a w wodzie przybierał kształt foki. W obu postaciach był 

wszakże uwodzicielskim kochankiem. Jego dzieje unieśmiertelniły ballady zebrane i wydane 

przez F. J. Childa. Carla przypomniała sobie, że słyszała, jak śpiewała je Joan Baez.

A zatem legenda nie była tak dziwaczna, jak początkowo myślała. Były także ballady 

wcześniejsze. Jednakże legenda Tregellasów była pod jednym względem szczególna. Był w 

niej temat reinkarnacji. Zastanowiła się, gdzie Thomas wygrzebał tę legendę? Za jego czasów 

nie był to tak powszechnie znany temat, jak współcześnie, gdy nawet przypadkowi czytelnicy 

znają   niedowarzone   interpretacje   filozofii   Wschodu.   Thomas   usiłował   oczywiście 

usprawiedliwić postępowanie swojej siostry i z całą pewnością znał myśl religijną Wschodu... 

Do tego wszystkiego był niewątpliwie szalony, pomyślała z rozgoryczeniem Carla.

Thomas zdecydowanie podkreślał powtarzanie się motywu istot wodnych w heraldyce 

rodziny.  Utrzymywał,  że dziwaczna kołatka  przy frontowych  drzwiach była  bardzo stara. 

Przedstawiała mitycznego potwora wodnego - nie rybę. Posadzka rzymska w jego czasach 

była   stosunkowo   mało   uszkodzona,   a   motywami   kompozycji   także   były   dziwne   stwory, 

pófludzie   i   półryby.   Jednakże,   jak   Carla   mogła   wywnioskować,   dowód   na   istnienie 

background image

zakochanego trytona opierał Thomas na starym pergaminie, który, jak mówił, znalazł wśród 

butwiejących papierów na poddaszu. Okazało się, że w tym samym apokryfie znalazł także 

księżniczkę  rzymską.  Mówił o niej  tak, jakby poznał ją na przyjęciu,  aż w głowie Carli 

powstało dziwaczne wyobrażenie damy w stroju Kleopatry z filmu z Elizabeth Taylor, która 

zachowywała się jak typowa panienka ze sfer wyższych. Popełniła wszakże jeden nieszczęsny 

błąd - zakochała się w demonie.

Jednakże   opis   Thomasa   uwzględniał   pewną   siłę   nadprzyrodzoną   zjawiających   się 

stworów. „Jego postać charakteryzuje, jak mówią, zwinna smukłość, właściwa wszystkim 

wodnym stworzeniom. A jednak jest nadzwyczaj silny i rozporządza wielką mocą. W szyi ma 

ukryte skrzela. Są konieczne do życia w wodzie, ale na lądzie zamykają się i niewiele różnią 

go w kształcie od budowy innych mężczyzn. Lśniące włosy są ciemne i gładkie jak futro foki 

i zachodzą nisko na czoło. Porusza się kulejąc, bo nie ma wprawy w chodzeniu po ziemi”.

Ładny opis, zwłaszcza ostatnia cecha, pomyślała Carla. Oczywiście muszą boleć go 

nogi, biedactwo. Ta część opisu trytona bardziej napawała strachem niż inne karty rękopisu. 

Wszystko tu było logiczne.

„W ten sposób - kończył Thomas - dusza skazanej przez los księżniczki powraca do 

córek tego nawiedzonego klątwą domu, który przedkłada potępienie nad miłosierdzie Jezusa 

Chrystusa. Zawsze jest to kobieta ulegająca pokusom i tak będzie do końca świata”.

Carla   zareagowała   na   to   godnym   pożałowania   nieprzyzwoitym   wykrzyknikiem. 

Thomas  był  nieodrodnym  potomkiem obłudnika Adama,  który zgrzeszywszy,  biadał: „To 

kobieta mnie skusiła”. Jeśli Thomas był tego samego pokroju, to nic dziwnego, że Caroline 

uciekła   od   rodziny   w   mokre   objęcia   trytona.   Szczególnie   jeśli   wyglądał   jak   ten   z   opisu 

Thomasa.

Rękopis zsunął się na jej kolana, a ona spojrzała na portret.

Ledwo   można   było   coś   na   nim   zobaczyć.   Jedynie   złocona   rama   pobłyskiwała   w 

cieniu.   A   jednak   Carla   miała   uczucie,   że   doświadcza   czegoś   wzruszającego,   czegoś 

ponadzmysłowego.

Przed miesiącem  wyśmiałaby każdego,  kto by przypuszczał,  że podda się sugestii 

pozaziemskiej interwencji w uporządkowane życie. Przed miesiącem... Ale była teraz inną 

osobą niż przed wizytą u bostońskiego prawnika. Zmiana ta była niewiarygodna zarówno dla 

niej, jak zapewne także dla jej dawnych przyjaciół.

Fotografia starego domu podziałała jak magnes, a moc przyciągania pokonała trzy 

tysiące mil oceanu i rosła z każdym minionym dniem. Teraz omotała ją przeszłość, która 

nadal żyła w starych murach.

background image

Niewątpliwie wszystko dałoby się wyjaśnić racjonalnie. Psycholog odkryłby ukryte 

frustracje   i   neurozy   dziecięce,   stwierdziłby,   że   pogrążanie   się   w   przeszłości   jest   formą 

ucieczki od teraźniejszości. Carla z irytacją stukała palcem w okładkę rękopisu. Nie mogła 

przyjąć   takiej   łatwej   diagnozy.   Z   drugiej   strony   nie   miała   zamiaru   uwierzyć   w   siły 

nadprzyrodzone.

Nagle   odrzuciła   kołdrę   i   wstała.   Portret   zaczynał   działać   jej   na   nerwy.   Zawsze 

uważała, że nie należy zwalczać własnych słabostek, ale tym razem sprawy poszły za daleko. 

Portret był utrapieniem i dlatego trzeba się go pozbyć. Co z oczu, to i z serca!

- Nie miej mi tego za złe, Caroline - powiedziała głośno i ujęła ramy portretu.

Caroline nie zareagowała. Carli udało się łatwo zdjąć portret ze ściany i umieścić go w 

jednej z szaf.

Może była to reakcja neurotyczna, ale od razu poczuła się lepiej, gdy przestała go 

oglądać. Wróciła do łóżka - a właściwie nogi same ją tam zaniosły - i zaczęła podejrzliwie 

przyglądać się teczce, w której był rękopis Thomasa. Gdzie jest ten słynny pergamin, na który 

się powoływał, jakby to było Pismo Święte? Nie było go w teczce, a nie przypominała sobie 

takiego starego dokumentu wśród papierów pozostawionych w bibliotece.

Na przedostatniej stronie dzieła Thomasa znalazła odpowiedź. Pergamin był w tak 

złym stanie, że Thomas zniszczył go po przepisaniu części, które udało mu się odczytać.

Carla zacisnęła zęby. Kogo chciał oszukać? Oczywiście siebie. Możliwe, że posunął 

się   tak   daleko,   iż   wyobraźnia   podyktowała   mu   i   uszkodzony   pergamin,   i   jego   treść. 

Fragmenty dziwnie przypominały jego własny styl literacki.

Zaczynały się w środku zdania: „...pochodzą z rodu przeklętego za grzechy swoich 

przodków, którzy oddali się bezdusznemu potworowi z głębin. Mówią, że jeśli zechce, może 

powołać nadludzko piękne demony. Siedziby jego ludu są zatopione głęboko za zachodnimi 

rubieżami. Jest to dziwne miasto o koralowych iglicach i wieżach z macicy perłowej. Mimo 

że są to istoty zimnokrwiste, ulegają ludzkim namiętnościom i dlatego od czasu do czasu 

wynurzają się z wody, by pochwycić...”

W tym interesującym punkcie lektura Carli została nagle przerwa na. Przez otwarte 

okno doszedł ją wibrujący krzyk, który jednakże pochodził z wnętrza domu. Okno pokoju 

pani Pendennis było niedaleko jej drzwi balkonowych. Podobnie jak u niej, zapewne było 

otwarte w taką piękną noc. Skóra zjeżyła się na niej z przerażenia, ale nie był to wpływ 

lektury opracowania Waltera. Musiała zebrać całą odwagę, aby wstać z łóżka i otworzyć 

drzwi.

background image

W korytarzu paliło się światło. Przynajmniej za to dziękowała Bogu. Gdzie, do diabła, 

jest Michael? Czy nie słyszał krzyku? Jego pokój był dużo bliżej sypialni gospodyni niż pokój 

Carli. A okna też zapewne miał otwarte w taką ciepłą noc.

Nie mogła dłużej czekać. Odgłos krzyku nadal szarpał jej nerwy. Wyszła do holu i 

cicho zapukała do drzwi pani Pendennis.

Nie było odpowiedzi - z pokoju nie dochodził nawet szmer. Nacisnęła klamkę, a drzwi 

otworzyły się od razu.

Pani   Pendennis   leżała   na   podłodze.   Pościel,   częściowo   rozrzucona   na   łóżku,   a 

częściowo wokół niej, wskazywała na gwałtowną, ale nieudaną próbę wstania. Oczy starej 

kobiety były szeroko otwarte, aż na chwilę serce Carli stanęło. Potem usłyszała chrapliwy 

oddech gospodyni. 

Przemknęły   jej   w   głowie   zasady   pierwszej   pomocy.   Wezwać   lekarza   -   to   przede 

wszystkim należy zrobić. Odwróciwszy się, całą silą wpadła na pochylonego Michaela. Jego 

pierś unosiła się ciężko jak miech kowalski. Chciał coś powiedzieć, ale oddech mu się rwał.

- Co się stało? Kto...

I wtedy zobaczył swoją babkę. Odsunął Carlę na bok i pochylił się nad leżącą.

- Zdaje się, że to udar. Zostań tu i nie ruszaj jej.

Zanim Michael wyszedł, ukazał się ziewający i przecierający oczy Tim.

- Zdawało mi się, że coś słyszałem - wymamrotał.

- Istotnie, słyszałeś. Ależ jesteś pomocny! - Carla się odsunęła.

- O rany, nie żyje? - Tim spojrzał na leżącą.

- Żyje. Nie dotykaj jej.

- Ależ skąd? - Tim usiadł na najbliższym krześle. - Biedna staruszka. Wygląda na 

wylew.

Był najmniej zdenerwowany i dlatego lepiej zauważał szczegóły. Nagle zmarszczył 

nos i prychnął jak pies.

- Jakiś dziwny zapach!

Teraz, gdy to powiedział, Carla wyczuła to także. Był to słaby, ale nie do pomylenia, 

zapach wody morskiej - słonej wody. Bezwolnie, jakby pchnięta przez nieznaną siłę, podeszła 

do okna. Nie było tutaj balkonu, można było wypaść na ziemię z wysokości drugiego piętra. 

Ale na parapecie, lśniąc śluzem w świetle lampy, opadał szeroki, mokry ślad, jakby zostawił 

go olbrzymi ślimak. Ciągnął się aż do gruntu i tam się urywał.

background image

Rozdział dziesiąty

Michael powrócił ze szpitala dopiero o świcie. Tima i Carlę znalazł w kuchni. Żadne z 

nich nie było w stanie spać, więc Carla spędziła noc, przygotowując kolejne dzbanki kawy. 

Nalała filiżankę Michaelowi, który bez sił osunął się na krzesło.

- Masz ochotę na śniadanie - spytała - czy raczej pójdziesz do łóżka? 

Michaela nie poruszyła jej życzliwa troskliwość.

- Nie idę do łóżka - rzucił krótko.

- Jak się czuje pani P.? - spytał Tim.

-   Nie   odzyskała   przytomności.   Nikt   nie   spieszy   się   z   rokowaniem,   ale   doktor 

powiedział, że jej serce jest w zadziwiająco dobrym stanie jak na ten wiek.

- Zastanawiam się, kiedy odzyska mowę - Carla położyła bekon na patelni. 

Michael był w tak złym nastroju, że nawet nie czuł głodu. Może jednak na widok 

jedzenia nieco się rozchmurzy.

- Jeśli, nie kiedy - krótko zauważył Michael.

- Coś musiała zobaczyć - mruknęła Carla.

- Nie ma pewności. W takich przypadkach chory odczuwa ból albo przerażenie, że coś 

złego dzieje się z organizmem. 

Carla spojrzała wymownie na Tima.

- Ty mu powiedz - powiedział Tim. - Ja nie mam odwagi.

- Niby taki odważny Irlandczyk - zadrwiła Carla.

- O czym mówicie? - spytał Michael.

Carla powiedziała mu o zapachu słonej wody i dziwnym, lepkim śladzie na parapecie 

okna.

Wcześniej zmusiła Tima, aby także to zobaczył. Nie tylko chciała mieć świadka, ale 

również upewnić się, że zmysły nie płatają jej figla.

- Co znowu! - Michael  był  sceptyczny.  - Chcecie mi  wmówić, że ten zakochany 

demon jest tak ograniczony, że nie umie trafić do właściwego pokoju? Robicie z niego aktora 

z francuskiej farsy, który wpada i wypada z sypialni.

- A jednak coś było w tamtym pokoju - upierała się Carla. - Jeśli nie odpowiada ci 

zakochany demon, to przyjmij, że był to żywy, ludzki stwór. Pani Pendennis zobaczyła go i 

tak ją to przeraziło, że nastąpił wylew. Michael, czy uważasz, że będzie można - choć to 

brzmi jak z Agathy Christie - rozgłaszać wiadomość, że ona umiera i nie odzyska mowy?

background image

Michael rozważał ten pomysł bez lekceważenia, którego się spodziewała. Wreszcie 

potrząsnął głową.

- Nie, jeśli nie przekonasz Simona Tremuana, aby mówił to samo.

- Czy on był w szpitalu?

- Oczywiście. Jest jej lekarzem. Zadzwonili do niego zaraz po naszym przybyciu do 

szpitala, a on natychmiast się zjawił. Oddany facet - dodał, nie zmieniając tonu.

Tymczasem Carla przez cały czas smażyła jajka na bekonie, teraz wygarnęła je na 

talerz i podała Michaelowi. Ten popatrzył bez entuzjazmu na tłustą kompozycję.

- Wydaje mi się, że niezupełnie rozumiem, co się tu dzieje - przyznał się Tim. - Czy 

naprawdę sądzicie, że życie starszej pani jest w niebezpieczeństwie, bo zobaczyła mordercę w 

działaniu... na litość Boga... co chciał osiągnąć? To zakrawa na szaleństwo.

- Istotnie tak wygląda - zgodziła się Carla. - Timie, czy zjesz jajka? 

Tim spojrzał na talerz Michaela.

- Nie, dziękuję.

- Wiem, że okropnie gotuję - rzuciła Carla. - Powinieneś jednak przyzwyczaić się do 

moich   umiejętności   kulinarnych,   jeśli   chcesz   tu   pozostać,   bo   zamierzam   wymówić   pani 

Polreath.

- Słusznie - Michael zjadł kęs z widocznym wzdrygnięciem i powiedział:

- Carlo, czy bardzo zranię twoje uczucia, jeśli...

- Ależ skąd! - Carla usiadła przy stole. - Nie krępuj się. Wyrzuć je! A jeśli zamierzasz 

smażyć jajka, to dorzuć dwa dla mnie.

Michael zsunął zawartość swego talerza do śmieci i zaczął rozbijać jajka.

- Wyjaśnijmy to Timowi - dodał. - Carla podejrzewa, podobnie jak ja myślałem przez 

pewien czas, że ktoś próbuje ją przekonać, aby opuściła Kornwalię jak najszybciej, jeśli nie 

natychmiast.

-   Ale   brak   w   tym   zdecydowania   -   dodała   Carla.   -   Dotąd   nie   jestem   przekonana, 

Michael. Jeśli komuś naprawdę zależałoby na pozbyciu się mnie, zrobiłby to już wcześniej.

- Wygląda na to, że wcale niełatwo cię przestraszyć  - zauważył  Michael, a potem 

osłabił   komplement,   dodając   -   a   do   tego   jesteś   bardzo   uparta.   Jednakże   twojemu 

hipotetycznemu przestępcy przeszkadza fakt, że możemy wezwać policję, co nie byłoby mu 

na rękę.

- Skąd to wiesz?

- To oczywiste! Ktoś czyha na twoje życie. Gdyby chciał cię tylko zranić, już dawno 

zrobiłby to z łatwością. Nie uczynił jednak tego, gdyż boi się, że zawiadomimy policję.

background image

- Zaczekaj chwilę - przerwał mu Tim. - To dowodzi czegoś wręcz odwrotnego. Jest 

równie możliwe, że Carli nic się nie stało, gdyż wasz nieznany typ nie chce jej skrzywdzić. A 

nawet, że nie ma nieznanego złoczyńcy, a cała ta gra to tylko głupie, choć trochę złowieszcze 

żarty?   Ta   rozrośnięta   Mary   może   być   pod   wpływem   kogoś,   kto   postanowił   dokuczyć 

rodzinie.

- Przyznajecie zatem, że ktoś był tej nocy w pokoju pani Pendennis? - spytała Carla.

Tim spuścił oczy.

-   Jestem   zmuszony,   chyba   że   uwierzę   znowu   w   te   irlandzkie   brednie,   które 

odrzucałem już w dzieciństwie.

- Jeśli tak - odezwał się Michael  - to musimy  wziąć pod uwagę, że mojej babce 

również grozi niebezpieczeństwo. Zasłabła, usiłując wstać z łóżka. Możliwe, że spodziewała 

się napaści i próbowała wezwać pomoc. Albo zobaczyła coś, czego nie powinna widzieć.

- Możliwe, możliwe - mruknęła Carla. - Może cierpię na przerost wyobraźni. W twojej 

teorii jest zbyt wiele luk, Michael. Po pierwsze, ten łajdak bardzo dobrze wie, gdzie jest mój 

pokój.   Jeśli   na   mnie   dybie,   to   dlaczego   od   razu   się   tam   nie   skierował?   Ale   największy 

sprzeciw   w  tej  intrydze  budzą   motywy.  Ciągle  o  tym  myślę   i  nie   znalazłam   rozsądnego 

powodu, aby ktokolwiek chciał pozbyć się mnie za wszelką cenę.

- Zakopany skarb - rzucił Tim, ulegając nastrojowi. - Czy jesteś pewna, że Walter nie 

zakopał   uciułanych   zasobów   gdzieś   na   terenie   posiadłości?   Dzięki,   Mike,   wyglądają 

apetycznie.

Michael   rozdzielił   wyniki   swego   kucharzenia,   a   Carla,   której   nie   przeszkadzała 

fałszywa duma, jadła z apetytem. Potrzebowała energii, gdyż miała na dziś szerokie plany.

-   Nie   ma   mowy   o   zakopanym   skarbie   -   odpowiedział   Michael.   -   Walter   nie 

sprzedawałby   na   bieżące   potrzeby   rodzinnych   antyków,   gdyby   miał   jakieś   rezerwy 

finansowe. Nie zachowała się żadna tradycja, najmniejsza wzmianka o czymś takim.

- Musi być jakiś powód - nalegała Carla. - W przeciwnym razie wszyscy jesteśmy 

fantastami. Co jest zresztą możliwe, gdyż ten dom skłania do fantazjowania.

- Ty jednak chcesz tu pozostać - powiedział Michael, i nie było to pytanie.

- Nic mnie nie powstrzyma. Już dzisiaj rozpocznę przygotowania. Kiedy przychodzą 

Mary i pani Polreath?

- O ósmej.

- Powiem im, że nie będą nam dłużej potrzebne. Potem pójdę na poddasze. Nie bardzo 

znam  się  na   antykach,   ale   w  obecnych   czasach   wszystko,  co   stare,  ma   wartość.  Turyści 

amerykańscy   kupią   każdy   rupieć.   Uważają,   że   tutaj   zdarzają   się   niebywałe   okazje. 

background image

Zauważyłam kilka sklepów z antykami w Truro. Jutro pojadę tam autobusem i porozmawiam 

z właścicielami.

- Co za energia! - wykrzyknął Tim.

-   Jeśli   chodzi   o   ciebie,   Timie   0’Hara,   nie   wierzę   nawet   w   połowę   tego,   co   mi 

opowiadałeś. Nie wiem, jakie są twoje i Michaela zamiary, ale wiem, że coś planujecie. To mi 

nie przeszkadza, chętnie was widzę w domu, ale musicie zarobić na swoje utrzymanie. A nie 

mam na myśli próżnego opierania się na szpadlu. Teren jest haniebnie zaniedbany. Weź kosę, 

którą widziałam w szopie ogrodowej, i przetrzeb trochę chwasty.

- Tak, szanowna pani - mruknął Tim, szeroko otwierając ze zdumienia oczy.

- Nie rozpatrzyłam jeszcze twojej oferty - zwróciła się teraz do Michaela. - Ale jedno 

ci powiem: nie dam się wygnać z mojego domu nikomu ani niczemu, a szczególnie starej 

dziecinnej bajeczce. Pozostanę tutaj, dopóki to miejsce nie znudzi mnie albo zabraknie mi 

gotówki. Wtedy postanowię, co zrobić z domem. Tymczasem muszę cię poinformować, że 

nie ufam tobie - ani Alanowi, ani jego siostrze, ani twojej babce, ani Timowi, ani...

- A Johnowi? - przerwał jej Michael. 

Na jego twarzy, kiedy słuchał jej tyrady, nie było widać najmniejszego wrażenia.

- Jemu także nie ufam. Ale nie w takim stopniu jak tobie. Zastanawiam się, po co ci, 

do diabła, ten dom? Miałeś przed sobą wspaniałą karierę. Trzeba stracić zmysły, aby zakopać 

się tutaj i zdecydować na taką harówkę...

- Słuchaj, Carlo - przerwał jej Tim. - Czy ty...

- Zamknij się - wtrącił się Michael.

- Właśnie. - Była napięta do ostatnich granic i nie dała sobie przerwać. - Nie interesują 

mnie twoje racje, Michael, dopóki nie wchodzisz mi w drogę. Mogę ci sprzedać dom albo nie. 

To będzie zależało w pewnym stopniu od tego, co będziesz robił od teraz aż do czasu, gdy się 

zdecyduję na sprzedaż. Pamiętaj o tym. Jak się ubiorę, wrócę, aby porozmawiać z kucharką. 

A skoro - zadała ostatni cios - Michaelowi nie odpowiada moje gotowanie, może zapracować 

na swoje utrzymanie, zastępując kucharkę. Proszę o obiad na pierwszą.

Nie czekając na odpowiedź, wyszła z kuchni z wysoko podniesioną głową, zawijając 

spódnicą. Ale gdy zamknęła za sobą drzwi, usłyszała jakiś podejrzany dźwięk, który brzmiał 

jak śmiech Michaela.

Gdy wróciła na dół, przebrana w stare ubranie, z chustką zawiązaną na głowie, w 

kuchni była tylko pani Polreath, przyglądająca się z przerażeniem stosowi brudnych naczyń.

- Przepraszam za bałagan. Mieliśmy złą noc - powiedziała Carla.

- Słyszałam, panienko. Przykra wiadomość o pani Pendennis. Jak ona się czuje?

background image

- Obawiam się, że jest z nią niedobrze. Może nie odzyskać przytomności.

- O Boże, jakie nieszczęście. Ale przecież nie jest już młoda i miała dobre życie.

Carla wątpiła w to, ale nie chciała dyskutować.

- Gdzie jest Mary? - spytała.

- Przykro mi, panno Tregellas, ale Mary nie przyjdzie. Widzi pani, dostała lepszą 

pracę,   w   sklepie,   w   mieście.   Powiedziałam   jej,   że   to   nie   w   porządku,   że   nie   złożyła 

wymówienia, ale sama pani wie, jakie są teraz dziewczęta.

- Oczywiście. - Carla spojrzała na kucharkę, ale ona odwróciła twarz. - Rozumiem. 

Czy przypadkiem pani także nie dostała lepszej propozycji pracy, pani Polreath?

Z gwałtownego wzruszenia ramion kobiety Carla się domyśliła, że trafiła w sedno.

- To dobrze - powiedziała. - Prawdę mówiąc, miałam zamiar powiedzieć pani, że nie 

stać mnie na zatrzymanie personelu. Będzie mi brak pani wspaniałego gotowania, ale jestem 

przekonana, że rozumie pani sytuację. Utrzymuję się dzięki własnej pracy, nie mam żadnych 

zasobów finansowych.

- Oczywiście,  rozumiem, panienko. - Pani Polreath  odwróciła się, a na jej twarzy 

ścierały  się   poczucie   winy  z  ulgą.   -  To  znaczy,  że   wkrótce  panienka  wyjedzie,  prawda? 

Niemiło byłoby mi myśleć, że jest panienka sama w tym wielkim domu.

- Świetnie dam sobie radę - odpowiedziała Carla. - Cóż mogłoby mi się tutaj stać? 

Proszę mi wierzyć, że jest tu o wiele bezpieczniej niż w Bostonie... Jeśli chce pani zaraz 

odejść...

- Nie, panienko. Zostanę do końca dnia, kiedy już tu jestem. Ale ciągle nie czuję...

- Nonsens. Proszę się nie martwić. A jak z pani pensją?

- Zajmuje się tym pan Fairman. Jeśli pani jest pewna...

- Całkowicie. Chciałabym tylko właściwie podziękować pani za dobrą pracę. Idę teraz 

na poddasze, gdyby pani mnie potrzebowała.

Kiedy tylko znalazła się poza kuchnią, jasny uśmiech Carli znikł, a jej twarz ściągnęła 

się. Przedtem obawiała się, że pozbawi kobietę tak potrzebnych jej zarobków, toteż przyjęła z 

ulgą informację, że pani Polreath sama chciała złożyć wymówienie. Ale powód odejścia był 

oczywiście   równie   fałszywy,   jak   lepsza   praca   Mary.   Ten   dom   zawsze   napawał   Mary 

strachem. Teraz obie, ona i praktyczna, choć mniej zabobonna kucharka, uznały, że atak pani 

Pendennis przeważył szalę. Carla zastanawiała się, jakie niesamowite opowieści o wypadku 

trafiły do wsi pocztą pantoflową, charakterystyczną dla małych skupisk. Chyba nie były one 

gorsze niż to, co wydarzyło się ostatnio.

Zacisnęła wargi. Nie zmieni decyzji. Nikomu nie uda się wypędzić jej z tego domu.

background image

Z wielką energią rzuciła się do pracy na poddaszu. Okazało się to bardzo zabawne, a 

jej instynkt posiadania dużo silniejszy, niż myślała. Mając w pamięci modę na stare stroje, 

uznała, że stare kufry pełne niemodnej garderoby są kopalnią srebra, jeśli nie złota. Wyjmując 

suknię   po   sukni,   podziwiała   pogniecione   jedwabie   i   brokaty,   ręcznie   szyte   i   ozdobione 

haftami. Teraz już nie szyje się takich strojów. Jakkolwiek stare, miały zachwycające tkaniny 

i sposób szycia. Wiele pochodziło z wieku dziewiętnastego, jeśli właściwie rozpoznała ich 

styl.

Dysząc ciężko, odsunęła wreszcie kufry i spojrzała na książki. Nie było sensu tracić 

teraz na nie czasu. Należy sprowadzić solidnego kupca, by je obejrzał. Bez katalogu  nie 

rozpozna sama pierwszych wydań.

Meble wymagały także fachowego rzeczoznawcy. Kusiło ją stare miedziane łóżko; w 

sklepie w Bostonie podziwiała kiedyś podobne, choć mniej kunsztownie wykonane, ale cena 

przekraczała jej możliwości. Być może uda się jej zatrzymać kilka sztuk - a nawet przewieźć 

do Stanów, jeśli koszt transportu nie będzie zbyt wielki.

Właśnie zastanawiała się, do czego z kolei się zabrać, gdy usłyszała wołanie z dołu. 

Podeszła do podestu schodów.

-   Telefon   do   panienki   -   zawiadamiała   ją   pani   Polreath.   -   Dzwoni   pan   Fairman. 

Zastanawiam się, czy nie zechce panienka filiżanki kawy i czegoś do przegryzienia. Już długo 

pani siedzi tam na górze.

- Dzięki - powiedziała Carla z wdzięcznością. - Zaraz schodzę! Chwyciła pudło, które 

zawierało chyba stare listy. Będzie mogła je przejrzeć, pijąc kawę.

Alan nawet się nie przywitał. Z jego głosu przebijał niepokój.

- Słyszałem o pani Pendennis. Czy z tobą wszystko w porządku?

- Oczywiście.

- Doszły mnie raczej przerażające wieści.

- Nie wątpię. Na litość Boga, Alan, kobieta doznała wylewu. Było to w jakimś stopniu 

do przewidzenia. Ale to nie jest zaraźliwe.

- A więc to było zupełnie naturalne? Nie zdarzyło się nic, co mogło spowodować 

atak?

- Nie to chciałam powiedzieć... Nie, Alan, nie chcę w to teraz wchodzić. Jestem zajęta. 

Czy dzwonisz tylko po to, aby spytać o moje zdrowie? A jeśli już o tym, to jak się czuje 

Elizabeth?

- Doskonale. Chciałbym omówić z tobą pewne sprawy majątkowe. 

background image

Z jego tonu domyśliła się, że poczuł się dotknięty jej szorstkością, ale nie była w 

nastroju, aby schlebiać jego próżności.

- A zatem? - rzuciła energicznie.

- Po pierwsze, ta wredna Mary zawiadomiła mnie, że odchodzi z pracy. Przyszła rano, 

żądając wypłaty.

- Tak. Wiem. Pani Polreath także odchodzi.

- Dobry Boże! Postaram się znaleźć zastępstwa.

- Nie trudź się. Mówiłam ci, że nie stać mnie na pomoce domowe. W każdym razie 

przy pogłoskach, jakie zdają się krążyć, wątpię, czy udałoby ci się przekonać kogoś, aby 

zgodził się do pracy tutaj. Nie mamy bardzo dobrej opinii w okolicy.

- Carlo, nie możesz zostać tam sama.

- Ależ tak. Z pewnością mogę. Co poza tym chciałeś ze mną omówić? 

Alan westchnął.

- Jesteś najbardziej upartym... Ale może następna sprawa rozwiąże wszystkie nasze 

kłopoty. Dostałem ofertę kupna domu.

- Doprawdy? Od kogo?

- Firma budowlana. Oczywiście, interesuje ich ziemia, a nie dom. Ale dają wspaniałe 

warunki.

Wymienił sumę. Dla Carli to była niewiadoma. Mogła przeliczyć funty na dolary, ale 

w jakim to było stosunku do wartości domu, pozostawało dla niej tajemnicą.

Alan źle zrozumiał jej milczenie.

- Zapewniam cię, Carlo, to znacznie więcej, niż miałem nadzieję uzyskać.

- Radzisz mi zatem przyjąć ofertę?

- Z całą pewnością.

- Rozważę to, ale nie jestem jeszcze gotowa do sprzedaży.

- Chyba nie mówiłaś poważnie o pozostaniu tutaj. Ta oferta nie będzie czekała w 

nieskończoność. Chcą od razu objąć grunty, aby zacząć budowę, dopóki sprzyja pogoda.

- A zatem odrzuć ofertę.

- Carlo...

- Jutro jadę do Truro - powiedziała. - Wtedy to omówimy. Ale możesz im powiedzieć, 

że nie zamierzam opuścić domu przed końcem lata. Może nawet później.

Milczenie. Carla raczej posępnie uśmiechnęła się do siebie, odsuwając z czoła mokre 

włosy. Mogła sobie wyobrazić wyraz twarzy Alana, ale była rada, że go nie widzi.

background image

- Dobrze - powiedział po chwili. - Czy możesz jutro zjeść ze mną obiad? Spoję cię 

alkoholem i może wtedy dopatrzysz się sensu w mojej propozycji.

- Dobrze. Będę w twojej kancelarii około dwunastej. 

Chciała spytać  go o antykwariuszy,  ale rozmyśliła  się. Zachowywał się lepiej, niż 

oczekiwała, ale było  jasne, że nie może na niego liczyć.  Dziwne, jak ją zraził sposobem 

traktowania siostry. To przecież nie możliwe, aby dziewczyna w takim stanie, jak Elizabeth 

przed dwoma dniami, teraz czuła się „doskonale”.

Wydostała się ze schowka z telefonem, a tymczasem pani Polreath czekała z tacą. 

Zapach świeżo parzonej kawy i domowego ciasta z cynamonem kusił nozdrza.

- Usiądzie panienka w jadami czy gdzie indziej? - spytała kucharka.

- Posiedzę trochę w moim pokoju - powiedziała Carla, biorąc tacę i podziwiając jej 

zawartość. Nie zdawała sobie sprawy, jak była głodna.

- Dziękuję, pani Polreath, wygląda smakowicie.

- Dziękuję, panno Tregellas. Obiad o pierwszej?

- Świetnie.

Carla umyła zakurzoną twarz i ręce, zanim usiadła nad tacą. Zjadła dwie ociekające 

masłem bułeczki, a potem zajęła się listami.

Przechowywać je czy nie? Szkoda było je wyrzucać, pochodziły sprzed pięćdziesięciu 

albo  więcej  lat.  Jedna paczka  zawierała  listy od jakiegoś  porucznika  z czasów  pierwszej 

wojny światowej. Były skierowane do „ukochanej Marian”, a czarna wstążeczka; którą były 

przewiązane, sugerowała, że chłopiec poległ. Ostatni list nosił datę 14 czerwca 1917 roku.

Już   miała   wrzucić   cały  zbiór   do   kosza   na  śmieci,   gdy  cofnęła   rękę   powodowana 

względami   wyłącznie   interesownymi.   Listy   od   sławnych   ludzi   -   pomyślała   -   mogą   mieć 

wartość finansową. Nie znała wszakże osobistości brytyjskiej kultury czy polityki.

Współcześni   badacze   przeklinali   rodziny   takich   ludzi   jak   Emily   Dickinson   za 

zniszczenie   ich   osobistych   papierów.   Nie   chciała   więc   pozbawić   jakiegoś   uniwersytetu 

przywileju zakupienia od niej za dobrą cenę na przykład listu miłosnego sławnego pisarza. 

Znaczki także na pewno miały swoją wartość.

Podniesiona na duchu tymi widokami na pieniądze, choć na razie odległymi, umyła 

ręce  i  wróciła  na  strych.   Na  poddaszu  było  bardzo   gorąco.  Nawet  bzyczenie   much  było 

ospałe.

Zastanawiała się, jak się dostać do pozostałej części poddasza - musiało być bowiem 

jeszcze   jedno   pomieszczenie,   gdyż   to,   w   którym   się   znajdowała,   zajmowało   tylko   jedno 

background image

skrzydło domu. Poranne poszukiwania ujawniły górę jakichś drzwi, zasłoniętych wcześniej 

przez kufry i pudła. Wzmocniona kawą, zaczęła torować sobie przejście w ich kierunku.

Gdy wreszcie do nich dotarła, od stóp do głów była oblana potem. Drzwi niewątpliwie 

nie otwierano od dziesiątków lat. Zwieszały się tu pajęczyny upstrzone zmumifikowanymi 

resztkami dawnych uczt pająków.

Nic na świecie, nawet pewna informacja, że za drzwiami kryje się skarb Inków, nie 

skłoniłoby   Carli   do   dotknięcia   tych   drzwi   gołą   ręką.   Rozejrzawszy   się   wkoło,   chwyciła 

stojącą   tu   starą   miotłę,   zastanawiając   się,   komu   chciało   się   zachować   taki   przedmiot. 

Możliwe, że zostawiono ją po wiosennych porządkach przed wielu laty.

Pod dotknięciem miotły pajęczyny opadły w strzępach, ukazując jeszcze potężniejszą 

przeszkodę - grubą płytę z desek, przybitą do drzwi. Carla napięła mięśnie nóg, chwyciła 

dechę z jednej strony i po ciągnęła. Usłyszała szczęk zardzewiałych gwoździ, zapowiedź, że 

płyta ustępuje, ale niestety pozostała na miejscu.

Szkielet wiekowego parasola okazał się również za słaby. Po pierwszej próbie zgiął 

się. Więcej szczęścia miała z parą szczypiec kominkowych, ale kiedy wreszcie usunęła płytę, 

była bez tchu. Stwierdzenie, że drzwi są zamknięte na klucz, ostatecznie przybiło Carlę. Jak 

James Bond zaczęła wściekle kopać drzwi i była równie zaskoczona, jak i zadowolona, kiedy 

zardzewiały zamek ustąpił.

Pomieszczenie za drzwiami pozostawało w półcieniu. Były tam wprawdzie okna, ale 

pokryte   pięćdziesięcioletnim   brudem.   Torując   sobie   drogę   miotłą,   by   uniknąć   pajęczyn, 

nietoperzy   i  innych   zagrożeń,   Carla  odważnie  wkroczyła   do  pomieszczenia  za   drzwiami. 

Spodziewała się myszy, ale nie było słychać chrobotania, przestraszone hałasem, zapewne 

uciekły do nor.

Pokryte wieloletnim kurzem przedmioty stały we wzorowym porządku, zapełniając 

pomieszczenie do ostatniego cala. Zapewne zamknięto je, gdy już nic więcej się nie mieściło.

Carla   rozważała,   czy   przed   dalszymi   przeszukiwaniami   nie   należy   zjeść   obiadu   i 

odpocząć.   Ponadto   potrzebowała   latarki.   Jednakże   instynkt   zdobywcy   nakazywał   jej 

przynajmniej wstępne zbadanie miejsca.

Wydawało   się,   że   najstarsze   przedmioty   na   pierwszym   poddaszu   pochodzą   mniej 

więcej   z   przełomu   stuleci,   z   odchyleniem   około   dwudziestu   lat.   Jeśli   zawartość   tego 

pomieszczenia była starsza, to mogła okazać się jeszcze cenniejsza. Zajrzała do najbliższego 

pojemnika,   dużej   beczki   stojącej   na   prawo  od   drzwi.   Pokrywa   nie   była   przybita   i  łatwo 

odsunęła ją ręką. Wypełniała ją słoma, zalatująca myszami i pleśnią. Carla szturchnęła ją 

szczypcami. Coś zaszeleściło.

background image

- Bardziej boją się mnie niż ja ich - powiedziała głośno.

Prawdopodobnie tak było, nie przekonało jej to jednak, ale po ruszeniu zbutwiałej 

słomy cofnęła się z obrzydzeniem. To ją chwilowo powstrzymało od dalszego sprawdzania i 

postanowiła wycofać się, aby odpocząć.

Wzięła długi, gorący prysznic, a potem przebrała się i zeszła na dół w poszukiwaniu 

przyborów, które będą jej potrzebne. Smakowite zapachy z kuchni skierowały ją w tę stronę. 

Kucharka powitała ją przerażoną miną.

- Przykro  mi,  ale obiad będzie  odrobinę  później  - przepraszała.  - Wkrótce będzie 

gotowy, panienko. Czy może wypije pani przedtem kieliszek sherry?

- Nie ma pośpiechu. Szukam paru rzeczy - wyjaśniła Carla. - Czy znajdzie się para 

starych rękawiczek gumowych i latarka?

Obie rzeczy były w kuchni. Carla wzięła je oraz trochę gałganów do wycierania kurzu. 

W szopie ogrodowej znalazła młotek i parę szczypiec.

Obiad przebiegał w niezbyt miłym nastroju. Pani Polreath, niepokojona przez swoje 

sumienie metodystki, przygotowała tak zdumiewające ilości jedzenia i tak smakowitego, że 

nawet Tim przy swoim olbrzymim apetycie nie zdołał uporać się ze wszystkim.

-   Czuje   się   winna,   że   odchodzi   -   wyjaśniła   Carla,   widząc,   iż   Michael   patrzy   ze 

zdziwieniem   na   kopiaste   półmiski.   -   Podobnie   postępowała   moja   matka   -   nadrabiała 

gotowaniem, gdy zrobiła coś, czego później żałowała.

- Świetny pomysł - uznał Tim, napełniając swój talerz.

- Nigdy nie mówiłaś o swoich rodzicach - zauważył Michael. - Czy jeszcze żyją?

- Ojciec zmarł dwa lata temu. Matka mieszka w jednym z tych licznych osiedli dla 

emerytów na południowym zachodzie. Jest tam bardzo szczęśliwa. Codziennie gra w golfa i 

w   brydża,   chodzi   na   kursy   makramy   i   prowadzi   wózek   golfowy.   Michael,   przepraszam, 

zapomniałam spytać. Były jakieś wieści ze szpitala?

- Nie spodziewałem się ich. Pójdę tam po południu.

- Podczas gdy ja będę machał kosą.

- Tylko nie machaj zanadto - pohamowała go Carla.

- Myślę, że to właściwe określenie, chociaż zakłada już jakąś wprawę. Czy jeśli utnę 

sobie nogę, wypłacisz mi odszkodowanie?

- Wygląda na to, że ta praca ci odpowiada - powiedziała bezlitośnie Carla. - Jesteś w 

dobrym nastroju.

background image

W rzeczywistości jego żarty były trochę wymuszone. Carla pomyślała, że tak paplał, 

aby ukryć milczenie Michaela, który prawie się nie odzywał i przeprosił, że opuszcza stół 

przed deserem.

Pani Polreath wyglądała na zawiedzioną, widząc jego puste krzesło, gdy wniosła danie 

deserowe - olbrzymi biszkopt z konfiturami i bitą śmietaną.

- Przygotowałam ulubiony deser pana Michaela. Czyżby nie był głodny?

- Zjem jego porcję - ufnie powiedział Tim.

- Proszę schować resztę do lodówki, pani Polreath. Jestem pewna, że później zje z 

przyjemnością - zauważyła Carla. - Wybiera się do szpitala i sądzę, że to go teraz pochłania.

Po obiedzie Tim zaproponował pływanie.

- Oczywiście po jakiejś godzinie wypoczynku  - powiedział szczerze. - Nie należy 

pływać z pełnym żołądkiem.

- Możesz dać wypocząć żołądkowi, kosząc - oznajmiła Carla. - Ja idę na poddasze.

- Może później? - westchnął.

- Zobaczymy.  Jeśli zmęczy cię koszenie, obejrzyj  poręcz przy schodach na plażę. 

Powiedziano mi, że bardzo się chwieje. Jeśli nie da się jej naprawić, bezpieczniej będzie ją 

usunąć.

- Tak, proszę pani! - Tim stanął na baczność, salutując.

- Wychodzę - oznajmił Michael przy drzwiach frontowych. - Zobaczymy się później.

Idąc z narzędziami  po schodach, Carla z żalem myślała o propozycji Tima. O ile 

przyjemniej byłoby rozciągnąć się na plaży, niż grzebać na dusznym, zakurzonym poddaszu. 

Po paru godzinach pracy zwolni Tima z koszenia i zatrudni jako ratownika. To będzie mu 

bardziej odpowiadało niż obecne zajęcie.

Tylko   silna   wola   -   i   chciwość   -   zmusiły   ją   do   wejścia   do   ciemnego;   brudnego 

pomieszczenia, które odkryła rano. Temperatura musiała tu dochodzić do czterdziestu stopni 

Celsjusza. Stojąc na progu, zaświeciła wkoło latarką. Pomieszczenie tak było zapchane, że z 

trudem można było odróżnić pojedyncze przedmioty, ale marmurowa umywalka i rzeźbiona 

szafa na ubrania wydały jej się interesujące. Większość przedmiotów zapakowano w worki, 

skrzynie,   kufry   czy   beczki.   Mniejsze   pudełka   można   było   przenieść   do   większego 

pomieszczenia, ale ciężkie, jak ta już wcześniej przez nią otwarta beczka, należało zbadać na 

miejscu.

Nawet w gumowych rękawicach musiała zmusić się, aby zanurzyć ręce w butwiejącej 

słomie. Nie zważając na ożywione chrobotanie do chodzące z głębi beczki, zaczęła w niej 

grzebać. Wtedy palce natrafiły na przedmiot, który szybko wydobyła.

background image

Była to fajansowa filiżanka z błękitnym wzorem na białym tle. Carla ją odwróciła. 

Oznakowanie na dnie nic jej nie mówiło, ale poruszyło pamięć. Widziała kopie podobnych 

wyrobów  w dużych  sklepach  w Stanach.  Ponownie  zanurzyła  w  słomie  ręce  i wydobyła 

jeszcze jedną filiżankę i spodek z podobnym wzorem. Jedna filiżanka była wyszczerbiona, ale 

inne sztuki były w dobrym stanie. Odłożyła je na bok i wzięła się do następnej beczki.

W   dwie   godziny   później   zaniosła   kilka   mniejszych   pudełek   do   większego 

pomieszczenia   i   odgrzebała   jeszcze   kilka   naczyń,   masę   różnych   gałganów,   których 

pierwotnych funkcji nie odkryła, zbiór zabawek dziecięcych i różne inne przedmioty. Mogła 

tak grzebać w nie skończoność mimo silnego bólu głowy z powodu upału i duszności, gdy by 

nie zawołał jej Tim.

- Jestem tutaj - odkrzyknęła, słysząc jego ciężkie kroki na schodach.

- Co tu robisz, do licha? - spytał, rozglądając się wkoło. - Wyglądasz jak kominiarz.

- To cudowne zajęcie - wykrztusiła Carla. - Spójrz na tę filiżankę.

- Obrzydliwa,

- To były naczynia codziennego użytku - powiedziała Carla. - Dobrych serwisów z 

porcelany nie zapakowano, używano ich, aż się potłukły. Ale jakaś przyzwoita gospodyni 

odłożyła te naczynia, gdy przestały być modne. Są stare i ręczę, że cenne.

- Te sztuki? - Tim spojrzał na nie z większym respektem. - Dla mnie wyglądają jak 

taniocha od Woolwortha. Nie masz dosyć na dzisiaj? Gorąco tu jak w piecu do pizzy.

- Skoro już tu jesteś, możesz przenieść kilka ciężkich skrzynek. Chcę...

- W żadnym razie. Jak zostaniesz tu dłużej, będziesz miała atak serca. Jutro przeniosę 

skrzynie, jeśli nalegasz: ale na dzisiaj dosyć.

- Chociaż jeden kufer - nalegała Carla.

- Dobrze. Jeśli jednak nie zejdziesz na dół za dziesięć minut, wrócę tutaj i ściągnę cię 

siłą.

Choć   bardzo   nie   chciała   przerwać   pracy,   musiała   przyznać,   że   Tim   miał   rację. 

Zaczynało jej się kręcić w głowie. Ale kufer, który chciała przeszukać, wyglądał intrygująco. 

Skóra, mosiężne okucia, był to kiedyś  kosztowny sprzęt i omal nie złamała sobie krzyża, 

przesuwając   go.   Z   ulgą   przyjęła,   że   nie   był   zamknięty   na   klucz.   Wieko   zatrzeszczało   i 

ustąpiło, a gdy pchnęła je, kufer był otwarty.

Zawartość została opakowana w gruby woskowany papier, który teraz, pod wpływem 

czasu, kruszył się. Papier krył pognieciony i zżółkły jedwab. Z największą ostrożnością Carla 

go wydobyła.

background image

To była suknia ślubna. Wiedziała to z równą pewnością jak to, do kogo należała ta 

szata,   choć   fason   i   materiał   nie   były   całkiem   odpowiednie   na   strój   ślubny.   Biała   satyna 

pożółkła, a srebrny haft sczerniał i stracił połysk. Koronka wokół dużego dekoltu i rękawów 

lepiej  zachowała  kolor niż satyna, ale także zżółkła. Spódnica opadała luźno bez halek i 

obręczy, które normalnie podtrzymują krynolinę.

Carla   chwiejnie   podniosła   się.   Poczuła   zawrót   głowy   i   kołysząc   się   na   nogach, 

usiłowała zachować równowagę. Oczy piekły ją od własnego słonego potu.

- Jestem zmęczona - pomyślała zmieszana. - Zmęczona upałem i do tego odrętwiała - 

to wszystko.

Z suknią przewieszoną przez ramię zeszła powoli po schodach, trzymając się ściany. 

Kolana ciągle się pod nią uginały, ale powiedziała sobie, że zesztywniały od klęczenia na 

twardej podłodze i kucania. Powiesiła suknię w swojej szafie, nie troszcząc się o zwisający, 

delikatny stary materiał, i poszła do łazienki.

Był to ciepły dzień, ale po upale poddasza temperatura niższych pięter wydala się jej 

niemal arktyczna. Prysznic zmył pajęczynę z jej ciała i umysłu, ale przypomniał, jak była 

zmęczona. Może pływanie sprawi, że odpocznie i rozluźni sztywne mięśnie.

Tim czekał w holu. Ze szczerą aprobatą przyjął jej nowy kostium kąpielowy.

- Wyglądasz znacznie lepiej niż pół godziny temu - przywitał ją.

- Dzięki. Ty też nie wyglądasz najgorzej. Czy Michael z nami idzie?

-   Dlaczego   kobiety   zawsze   pytają   o   Mike’a,   gdy  są   ze   mną?   Jeszcze   nie   wrócił. 

Zostawiłem mu wiadomość. Jeżeli zechce, dołączy do nas.

- Dobrze. Chodźmy!

Podobnie jak Alan Tim szedł pierwszy. Z jakichś względów, może dlatego że była 

zmęczona, ścieżka wydawała jej się bardziej stroma i śliska niż przedtem. Carla szła wolno, 

przytrzymując się ręką wszystkiego, co się dało. Po dojściu do barierki była zadowolona, 

widząc błyszczące w słońcu niektóre nowe szczebelki balustrady. Będzie przyjemnie wracać.

- Widzę, że naprawiłeś ogrodzenie - powiedziała, chwytając ręką barierkę, gdy Tim 

spojrzał na nią zaskoczony.

- Nie miałem czasu. Uważaj!

Ostrzeżenie przyszło za późno. Ledwo Carla dotknęła poręczy, cały nowy odcinek 

rozpadł się. Straciwszy równowagę, runęła w dół. Błysnęła jej przerażona twarz Tima, a za 

nim ostre skały na dnie urwiska. A zaraz potem ktoś chwycił ją tak mocno, że zamarł jej dech 

i poczuła ostre paznokcie wbijające jej się w ciało.

background image

Musiało upłynąć sporo czasu, zanim uświadomiła sobie, że ma pod nogami twardy 

grunt. Słyszała głośny stukot swego serca i czuła, że ma zmiażdżone żebra.

- Jezus, Maria, Józef - usłyszała trzęsący się, zmieniony przerażeniem glos Tima. - Nic 

ci się nie stało? Carlo, nie mdlej, bo nie dam rady cię udźwignąć.

Otoczył ją ramieniem. Carla także musiała mocno go objąć, zanim zwolnił trochę swój 

uścisk, ale nawet wtedy nie puścił jej zupełnie, jakby w obawie, że może wyślizgnąć się i 

spaść w przepaść.

Był zbyt opalony, aby można było dostrzec, że zbladł, ale jego uśmiech nie był tak 

szeroki jak zwykle.

-   Może   powinniśmy   to   powtórzyć   jeszcze   kilka   razy.   Nauczysz   się   robić   to   z 

wdziękiem.

- Nie wiem, jak ci się to udało - wyjąkała Carla. - Myślałam, że już po mnie.

- Prawie tak było. Gdybym  nie miał mięśni ze stali... - Wstrząsnął nim dreszcz, a 

uśmiech znikł. - Nie mogę z tego żartować. To moja wina. Gdybym naprawił poręcz, jak 

powiedziałaś...

-   Ale   ktoś   ją   naprawił.   Dlatego   się   na   niej   oparłam.   Nie   zauważyłeś   kawałków 

nowego, świeżego drewna?

- Nie zwróciłem uwagi. Byłem tutaj tylko raz z Mike’em, o zmroku. Zobaczę, jak to 

wygląda. Czy możesz stać bez mojej pomocy?

- Jasne.

Przytrzymywała   się   jednak   występu   skalnego,   gdy   on   schylony   oglądał   złamaną 

barierkę. Gdy się wyprostował, miał twarz jeszcze bardziej ponurą.

- Nie jestem pewien, ale wygląda na to, że ktoś tu przygotował pułapkę.

- Używając piły?

- Nie, to byłoby zbyt widoczne. Zrobiono to bardziej dyskretnie. Rzecz w tym, że stare 

słupki były wmontowane w otwory uszczelnione cementem. Nowe wbito tylko w grunt, a tam 

nie ma wiele ziemi.

Carla nie odpowiedziała. Tim przyglądał się jej przez chwilę, zanim powiedział:

- Zejdźmy stąd, zanim kolana odmówią mi posłuszeństwa. Masz dość odwagi?

- Chyba nie mogę stać tu w nieskończoność.

Zejście na dół było dla Carli ciężką próbą, ale dała sobie radę. Potem rozciągnęli się 

na piasku i przez dłuższą chwilę leżeli obok siebie bez słowa.

Umysł   Carli   działał   bardzo   sprawnie,   w   przeciwieństwie   do   mięśni.   Jak   inne 

przypadki,   ta   przygoda   nie   całkiem   usprawiedliwiała   wezwanie   policji.   Była   to   jednak 

background image

bardziej konkretna próba zaszkodzenia komuś. Ale równocześnie była to próba nierozważna, 

bo wykonawca nie mógł mieć pewności, kiedy ofiara będzie korzystała z poręczy. Niestety, 

trudno było  ustalić,  kiedy dokonano naprawy.  Nie była  na plaży od dwudziestu czterech 

godzin. Chyba że Michael zaobserwował...

Ale   Michael   był   najbardziej   podejrzany.   Słyszał,   jak   mówiła   Timowi,   że   należy 

zreperować barierkę. Mógł zejść po cichu na wybrzeże przed wyruszeniem do szpitala.

W końcu zdecydowała się na krótką kąpiel z Timem. Nikt z nich nie odważył się 

pływać   daleko.   Tim   nie   odstępował   jej   w   wodzie   i   powstrzymał   się   od   nurkowania, 

rozpryskiwania wody i innych niewybrednych żartów, do których zwykle był skory.

Gdy wrócili do domu, Michaela jeszcze nie było.

Tim nalegał, aby Carla coś zjadła, choć nie była głodna, tak więc poszli do kuchni.

Kuchnia lśniła czystością, a lodówka była pełna jedzenia na wiele dni. Tim ukroił 

kilka   plasterków   pieczeni   i   Carla   zmusiła   się   do   jedzenia,   choć   jego   niezdarna   troska 

zaczynała ją irytować. Stał przy kuchence, gotując wodę na kawę, kiedy Carla zobaczyła na 

stole adresowaną do niej karteczkę, przyciśniętą cukiernicą.

„Droga panno Tregellas  - czytała  - mam  nadzieję, że wszystko  będzie  się dobrze 

układało.   Mam   wyrzuty   sumienia,   że   odchodzę   tak,   ale   gdyby   pani   mnie   kiedykolwiek 

potrzebowała,   powrócę,   a   jeśli   pani   chce   zajść   do   mnie,   to   proszę   bardzo.   Zawsze.   Nie 

odeszłabym,  gdybym  nie wiedziała,  że zatroszczy się o panią pan Michael. Deser jest w 

lodówce. Oddana Ann Polreath”.

Carlę wzruszyła  ta toporna, ale szczera epistoła. A zatem pani Polreath liczyła  na 

opiekę Michaela nad ostatnią latoroślą Tregellasów. Bardziej ufała Michaelowi niż ona.

Tim   nalegał,   że   zaprowadzi   ją  na   górę.   Gdy  się   zgodziła   i  weszli   do   jej   pokoju, 

niepostrzeżenie sprawdził oczyma każdy kąt. Normalnie by ją to rozśmieszyło, ale chwilowo 

straciła poczucie humoru.

- Będę w pobliżu - oznajmił wychodząc - to znaczy w moim pokoju. Jeśli czegoś 

będziesz potrzebowała...

Carla przygotowała się do snu, niezdarnie zapinając guziki i sprzączki. Na dworze 

jeszcze panował półmrok, ale ona zamknęła oczy, gdy tylko dotknęła głową poduszki.

background image

Rozdział jedenasty

I

Pierwszym uczuciem Carli po obudzeniu było zdziwienie. Przez całą noc nie było ani 

burzy, ani alarmu w domu? Długi sen dobrze jej zrobił. Czuła się doskonale z wyjątkiem bólu 

w   plecach.   Ale   wspomnienie,   że   ledwo   uniknęła   katastrofy  przy  schodzeniu,   ciągle   było 

świeże. Myślała wszakże o tym bez paniki. To jeszcze jedna pułapka, ale już postanowiła, że 

nie uda się wypędzić jej z domu.

Będzie zabawne usłyszeć, co antykwariusze w Truro powiedzą o jej filiżance. Potem 

obiad z Alanem i niezła walka, kiedy zechce ją namówić na sprzedanie domu... Oto co ją 

czeka.

Gdy   idąc   do   łazienki,   otworzyła   drzwi   swego   pokoju,   prawie   wpadła   na   kogoś 

leżącego  na jej  progu. Na chwilę zamarło  jej  serce. W tym  domu  leżąca  postać od razu 

nasuwała myśl o nieszczęściu. Był to Tim, ale choć miał zamknięte oczy, oddychał spokojnie. 

Był   owinięty   kocem,   a   jego   głowa   spoczywała   wygodnie   na   poduszce.   Początkowe 

przerażenie   Carli   zastąpiło   rozbawienie.   Trąciła   śpiącego   palcami   nóg.   Nie   było   reakcji. 

Przeszła zatem nad nim, udając się do łazienki.

Tim się nie poruszył, gdy wracając, znowu nad nim przeszła. Skończyła ubieranie, 

wcale nie starając się zachowywać cicho. Gdy była gotowa, dała mu mocnego kuksańca w 

bok. Tym razem poruszył się. Carla przyglądała się, jak chrząkał, stękał i przecierał oczy.

- Czy zawsze tak trudno cię dobudzić? - spytała zaciekawiona.

- Chciałem odejść, zanim się obudzisz - wymamrotał nieprzytomnie.

- Marny z ciebie ochroniarz - oznajmiła Carla. - Przechodziłam nad tobą kilka razy. 

Doprawdy, Tim, to idiotyczne przedsięwzięcie. Masz ochotę na śniadanie?

- Nie, jeśli ty gotujesz - odpowiedział, przekręcając się na bok i pokazując Carli plecy.

- Zatem zobaczymy się później.

Jeszcze   raz   przeszła   nad   nim   i   ruszyła   do   holu.   Gwałtowny   tupot   bosych   stóp 

powiedział jej, że zmienił zdanie w kwestii śniadania. Po chwili zrozumiała dlaczego. Poczuła 

zapach smażonego bekonu i bulgoczącej kawy. Czy to pani Polreath zmieniła zdanie, czy 

może Michael spełniał swoje obowiązki?

To był Michael. Stał przy kuchence, gdy zeszła do kuchni. Tim, nadal owinięty kocem 

i   posępny   jak   sowa,   usiadł   koło   niej   przy   stole.   Wtedy   Michael   odwrócił   się,   trzymając 

patelnię w ręku, a Carla głośno krzyknęła na jego widok.

background image

- Co ci się stało?

- Nawaliły hamulce  w samochodzie  - odpowiedział.  - Dlatego  wczoraj  tak późno 

wróciłem do domu. Wygląda gorzej, niż jest naprawdę - dodał.

Lewa strona jego twarzy, od kości policzkowej do szyi, była otarta. Jakoś niezręcznie 

trzymał patelnię w ręce. Tim wstał i bez słowa uwolnił go od jej ciężaru.

- Musiałeś skakać - domyśliła się Carla. - Szczęście, że nie jechałeś szybko... A co z 

samochodem?

- Do kasacji. Teraz mamy tylko autobus do dyspozycji.

- Wczorajszy dzień nie był pomyślny - zauważył Tim, podając bekon.

- Tim powiedział mi o poręczy - oznajmił Michaeł.

- Czy mówił ci także, że postanowił spać na moim progu?

- Nie, ale nie zaskoczył mnie. To cały Tim, rycerski, ale niepraktyczny.

Jego żartobliwy ton wywołał rumieniec u Tima. Carla pospieszyła mu z odsieczą:

- Wczoraj nie był taki niepraktyczny. Gdyby mnie nie złapał, złamałabym kark.

Michael się nie odezwał. Carla patrzyła z zainteresowaniem, jak jedną ręką rozbijał 

jajka. Robił to bardzo zręcznie.

- Co z twoim ramieniem? - spytała.

- Tylko skręcone. Czy jesteś już gotowa do pakowania bagaży?

- Nie.

- Jakiego przedmiotu nauczasz w ramach swojego zawodu?

- Matmy.

- Nie jestem zdziwiony. Co masz dzisiaj w planie?

- Jadę do Truro, by sprzedać antyki. Potem obiad z Alanem. Będzie chciał przekonać 

mnie, abym sprzedała dom. Dostał ofertę.

- Doprawdy? - Michael się odwrócił. - Jaką sumę proponował? 

Carla mu powiedziała. Michael zmarszczył brwi.

- Dziwne! To dwukrotna wartość domu.

- Więcej, niż ty byłeś gotów zaproponować?

- Dwa razy więcej. Może powinnaś przyjąć ofertę?

- Nie, jeśli nie zgodzą się zaczekać sześć miesięcy.

- Musisz to dobrze przemyśleć, Carlo. Tylko cienka linia dzieli głupotę od odwagi, a 

sądzę, że ty już ją dawno przekroczyłaś.

- Dzięki. Pomyślałam, że wpadnę do pani Pendennis po południu. Mogę?

background image

Mówią, że robi nadzwyczajne postępy, ale wątpię, czy cię wpuszczą. Dozwolone są 

tylko odwiedziny krewnych i to krótkie. Gdybyś chciała zadawać jej pytania, to zapomnij o 

tym. Próbowałem okrężną drogą. Ale wpadła w straszny nastrój i zaraz zjawiła się siostra, i 

wyrzuciła mnie.

- Nie miałam takich zamiarów. Po prostu chcę ją odwiedzić.

- Będę w szpitalu później - opowiedział Michael. - Jak sądzisz, o której tam będziesz?

- Późnym popołudniem.

W milczeniu skończyli śniadanie, a Tim z własnej inicjatywy zabrał się do mycia 

naczyń. Nie mógł tego robić owinięty kocem, więc powiesił go na krześle. Jego widok w 

szortach z ciałem pokrytym gęsią skórką - gdyż ranek był chłodny - był pierwszą rzeczą, jaka 

rozbawiła Carlę od pewnego czasu.

Jazda  autobusem  do Truro była  przyjemna.  Duży,  niezgrabny pojazd  wolno  mijał 

boczne   dróżki,   zatrzymywał   się   w   małych   wioskach   na   długie   postoje,   podczas   których 

kierowca wymieniał plotki i przesyłki z miejscowymi mieszkańcami. Jakby chcąc nadrobić 

stracony czas, po stromej pochyłości do Truro zjeżdżał na złamanie karku.

W   parę   godzin   później   Carla   przybyła   do   kancelarii   Alana.   Uśmiechnięta,   nie 

próbowała ukryć swego zadowolenia.

- Wyglądasz na bardzo zadowoloną. Co takiego się stało? 

Carla rozpakowała filiżankę z bibułki.

- Delft. Fajans. Początek dziewiętnastego wieku. Mam ich całą beczkę, a przynajmniej 

tak mi się wydaje. Są warte dużych sum. 

Alan wygodnie rozparł się w krześle i wybuchnął śmiechem.

- Mówią, że Szkoci i Kornwalijczycy są bardzo podobni. Widząc ten zachłanny błysk 

w twoich oczach, jestem gotów w to uwierzyć. Hę to jest warte, naiwniaczko?

- Zależy od tego, ile ich jest i w jakim są stanie. Ale dużo. Wystarczy na utrzymanie 

przez całą zimę.

- Z kim rozmawiałaś w tej sprawie?

Carla wymieniła nazwisko. Alan przytaknął.

- Ma dobrą opinię w zawodzie. Wyobrażam sobie, że zaprosisz go, aby przeszukał 

twój strych? Moja droga...

- Nie tylko jego - powiedziała słodko Carla. - Zaprosiłam także właścicielkę sklepu na 

Lemon Street i eksperta ze spółki Antyki Kornwalijskie.

- Życzę szczęścia.

background image

- Doprawdy? Do diabła, a ja nastawiłam się na dużą kłótnię. Nie zamierzasz mnie 

przekonywać, Alan?

- Zorientowałem się, że im bardziej cię przekonuję, tym mocniej się upierasz. Wobec 

tego będę milczał na ten temat. Złożyłem ci ofertę. Będą czekać tylko trzy dni. Decyzja 

należy do ciebie. A teraz chodźmy na obiad.

Wybrali jeden z hoteli w Truro. Był  to stary lokal, którego klientami  były kiedyś 

znakomitości  z czasów  królowej  Wiktorii.  Alan robił wszystko,  aby ją zabawić, szeptem 

plotkując o ludziach przy pozostałych stolikach i ich przodkach, ale pytania Carli o swoją 

siostrę zbywał niczym z pełnym kurtuazji uśmiechem.

Wiedziała,   że   jest   na   nią   zły,   ale   był   zbyt   dobrze   wychowany,   aby   otwarcie   to 

okazywać.  Rozstali  się bardzo serdecznie,  ale Alan nie powiedział,  że chciałby się z nią 

wkrótce spotkać.

Szpital   znajdował   się   w   znacznej   odległości   od   miejsca,   gdzie   pożegnała   się   z 

Alanem, ale dzień był tak piękny, że nie żałowała przechadzki. Po drodze kupiła wiązankę 

róż, ale gdy stanęła w recepcji, dyżurna zdecydowanie potrząsnęła przecząco głową.

- Zdrowie pani Pendennis poprawia się zadowalająco, ale nie wolno jej odwiedzać.

- Czy jej wnuk już się zgłosił?

- Nie wydaje mi się.

- W takim razie, czy zastałam doktora Tremuana? Jest moim prywatnym znajomym - 

dodała,  widząc, że twarz kobiety sztywnieje  w zapowiedzi  odmowy.  - Jestem pewna, że 

zechce się ze mną zobaczyć.

- Obawiam się... Czy jest pani przypadkiem panną Tregellas?

- Tak.

- W takim razie... Doktor wspomniał... Proszę usiąść, a ja zobaczę, co da się zrobić.

Nie czekała długo na zjawienie się uśmiechniętego Simona.

- Telefonowałem do ciebie rano, ale ten młody facet, Tim, powiedział, że możesz tu 

wstąpić.

- Cieszę się, że uprzedziłeś recepcjonistkę. Domyślam się, że zostałabym wyrzucona, 

gdyby nie twoja zapowiedź.

- Ludzie stają się przesadnie służbowi - powiedział Simon przepraszająco.

- Wyobrażam sobie, że to konieczne - powiedziała Carla. - Michael ostrzegł mnie, że 

prawdopodobnie nie będę mogła zobaczyć pani Pendennis.

- Jest zadziwiającą staruszką, ale bądź co bądź ma prawie osiemdziesiąt lat. Zostaw 

kwiaty w recepcji, a ja dopilnuję, aby je otrzymała.

background image

- Czy powiedziała cokolwiek o tym, co jej się stało?

- Niewiele. Tak się zaczyna niepokoić, gdy poruszamy ten temat, że obawiamy się z 

nią o tym mówić. Byłoby dla niej najlepiej, aby zapomniała o całym zdarzeniu.

Zawahał się, spuścił wzrok na swoje ręce, jakby poczuł zakłopotanie.

-   Nie   jestem   wścibska,   Simon,   ale   sam   wiesz,   jak   się   zachowywała   ostatnio   - 

odpowiedziała Carla. - Gdyby można było znaleźć jakiś trop w tym, co mówi...

- Wszystko  to jest takie  niepewne, Carlo. Nie można  odróżnić tego, co naprawdę 

widziała, od tego, co jej się zdawało.

- A co myśli, że widziała? Nie, nie mów mi, pozwól mi zgadnąć. Czy ona... czy go 

opisała?

- „Ciemne włosy jak u foki, puste oczy, łuski, płetwy” - odparł Simon, powtarzając 

słowa  pani  Pendennis.  - Musisz  wiedzieć,   że  nie  wszystko  było   logiczne.   Przerywała  co 

chwila i powtarzała: „Jak on się dostał? Jak mógł wejść?”.

- To przeczytany przez nią opis z rękopisu Thomasa - uznała Carla. - Prawie słowo w 

słowo. To nic nie znaczy, do diabła.

- Wiem, ale musiała coś zobaczyć. Najbardziej zmartwił ją fakt, ze to coś weszło, 

mimo że jej okno jest położone wysoko nad ziemią. Zastanawiam się...

- Tak?

- Nie można jej wypytywać - wolno powiedział Simon. - Zastanawiam się jednak, czy 

nie   obawia   się   czegoś   bardziej   realnego   niż   klątwa   rodzinna.   Jeśli   widziała   jakiegoś 

człowieka...

- Z pewnością powiedziałaby, kto to był.

- Niekoniecznie.

- Rozumiem.

- Ja także - odezwał się głos za nimi. Carla się odwróciła.

- Czy otwarcie mnie oskarżyła? - spytał Michael. 

Siniaki na jego twarzy ściemniały od rana. Jeszcze ostrożnie przytrzymywał prawe 

ramię.

-   Jesteście   na   złym   tropie,   obydwoje.   Jeśli   powiedziała,   że   rozpoznała   mnie,   to   - 

powiedzmy to wreszcie - myli się. Nie było mnie nawet w domu, gdy krzyknęła.

- Nie gorączkuj się, Michael - powiedział Simon. - Nie oskarżyła ciebie ani nikogo 

innego. Ciągle mamrocze o płetwach i łuskach.

background image

- Z pewnością to był przebrany człowiek - powiedział Michael. - To stara tradycja w 

tych stronach. Czy pamiętacie opowieść o pastorze Tennysonie, który siadywał na ścianie 

skalnej w peruce z wodorostów i z ceratowym ogonem?

- Nie myślałem, że znasz tę opowieść - zauważył Simon.

- Jestem w rzeczywistości ogromnie oczytany. Tylko udaję ignoranta. Czy mogę ją 

teraz zobaczyć?

- Nie sądzę, aby to było wskazane.

- Nie walczcie - surowo powiedziała  Carla, gdyż  Michael stanął w pozycji, która 

przypominała jej czasy college’u i ówczesnego chłopca, członka drużyny zapaśniczej.

- W każdym razie nie w obecnym twoim stanie - z uśmiechem stwierdził Simon. - Co 

ci się stało, Michael?

- Straciłem panowanie nad kierownicą - oznajmił Michael.

- Czy ktoś obejrzał rany?

- To nie twoja sprawa, Tremuan.

- Michael! - wtrąciła się Carla.

- Chodźmy - powiedział Michael. - Następny autobus odjeżdża o piątej.

-  Zaczekaj  -  Simon   wyciągnął   uspokajająco  rękę.   -  Przykro   mi,  że   to  zabrzmiało 

szorstko. Pozwólcie, że podwiozę was do domu, jeśli twój samochód nie jest na chodzie. 

Właśnie się zbierałem do wyjazdu.

Michael nie odpowiedział, a Simon dalej mówił uprzejmie:

- Możesz wejść na chwilę, jeśli chcesz. Spała jednak, gdy zaglądałem do niej ostatnio, 

a wkrótce będą podawać podwieczorek. Dlatego to, co powiedziałem...

- Było szorstkie? Mniejsza z tym - wyprężone ramiona Michaela miękko opadły. - 

Możemy więc się przejechać. Dzięki!

- Zaraz skończę pracę. Będę z powrotem za parę minut - zanim odszedł, lekko dotknął 

ramienia Michaela. 

Michael był wyższy nad przeciętny wzrost, ale przy posturze Simona wyglądał jak 

chłopiec; a Carla wyczuła, że jego uczucia dla Simona nie złagodniały.

Przez parę minut oczekiwania siedzieli bez słowa. Potem odezwał się Michael.

- Czy jadłaś obiad z Fairmanem?

- Tak. Był sympatyczny, a ja byłam twarda.

- To się chwali. Czy przypadkiem spytałaś, jak się czuje Elizabeth?

- Oczywiście. Powiedział, że świetnie. 

Michael zamruczał niegrzecznie.

background image

- Gdzie ona jest? Czy wiesz?

- Sądzę, że w domu.

- Nie powiedział ci?

- Nie, niby dlaczego? Niewątpliwie jest zakłopotany całą tą sprawą. Dlaczego tak cię 

to ciekawi?

- Od tamtej nocy zamknął ją na klucz w pokoju.

- Michael, skąd wiesz?

-   Jego   pokojówka   pochodzi   ze   wsi.   Ona   z   zasady   nie   plotkuje.   Zresztą   Fairman 

nakazał  jej milczenie,  powołując się na bojaźń Bożą, a płaci wystarczająco  dobrze, żeby 

wymusić sobie posłuszeństwo. Ale ja mam swoje sposoby.

-   Jestem   tego   pewna.   -   Carlę   kusiło   spytać,   czy   pokojówka   nie   nazywa   się 

przypadkiem Vicky, ale rozmyśliła się. - Nie uważam, żeby prywatne sprawy Fairmanów 

mogły cię obchodzić - powiedziała chłodno.

- A jednak obchodzą - powiedział spokojnie. - Wydaje mi się, że osoba z problemami 

psychicznymi potrzebuje profesjonalnej pomocy, a nie zamknięcia w pustym pokoju,

- Dlaczego nie porozmawiasz z Simonem?

- Gdyż on zgodziłby się z tobą, że to nie moja sprawa. Zapomnij o tym. Spytałem, bo 

myślałem, że może powiedział coś na ten temat.

Carla nie pytała więcej, ale też nie zapomniała o sprawie, jak jej radził. Już przedtem 

była pełna podejrzeń wobec Michaela, a teraz dołączyły się nowe. Przede wszystkim dziwna 

zbieżność w czasie wypadku samochodowego Michaela i śmiertelnego niebezpieczeństwa, w 

którym ona sama się znalazła. Czy to miało być alibi, czy sposób na odwrócenie podejrzenia? 

Była   przekonana,   że   Michael   byłby   zdolny   rozbić   samochód,   aby   przydać 

prawdopodobieństwa swojej opowieści. Obrażenia na jego twarzy wyglądają strasznie, ale są 

powierzchowne,   a   jest   w   dostatecznym   stopniu   aktorem,   by   skutecznie   udawać,   że   ma 

naciągnięte ramię. Teraz zaczęła się zastanawiać, czy rany na twarzy rzeczywiście pochodzą z 

wypadku   samochodowego.   A   jeśli   Michael   próbował   dostać   się  do   domu   Fairmana,   aby 

zobaczyć Elizabeth, a Alan złapał go na tym...

Jednak przynajmniej skręcenie ramienia było prawdziwe; spostrzegła to natychmiast, 

gdy Simon, otwierając samochód, poślizgnął się i wpadł na Michaela. Znakomity aktor potrafi 

symulować nagły atak bólu, ale nawet Olivier nie mógłby narzucić sobie bladości policzków.

Michael posępnie milczał w czasie jazdy, więc Carla opowiadała o swych odkryciach 

na poddaszu, ku widocznej uciesze Simona.

background image

-   Powodzenia   -   powiedział,   wypuszczając   ich   z   samochodu   przy   bramie.   -   Może 

wpadnę jutro, aby pomóc ci liczyć twoje skarby. A do diabla, zapomniałem, że mam dość 

wypełniony program.

- Wstąp na drinka, kiedy tylko zechcesz - żegnała go.

W głębi duszy była zadowolona, że będzie zajęty. Planowała znowu długą wyprawę 

na strych i nie chciała, aby jej przeszkadzano.

Następnego dnia wcześnie rano przyjechali antykwariusze i przez kilka następnych 

dni w pocie czoła pracowała na zakurzonym  poddaszu, nieoczekiwanie szybko zarabiając 

pieniądze. Rozwinęła zadziwiające zdolności do targowania się, wykorzystując bezlitośnie 

konkurencję antykwariuszy.

W   beczce,   którą  opróżniła,   znalazł  się  cały  komplet   Delft  w   stosunkowo  dobrym 

stanie, a wszyscy trzej antykwariusze wyraźnie mieli na niego ochotę. Carla sprzedała także 

kilka sztuk mebli i dwie walizki starych strojów. Potem powiedziała sobie: stop!

W   myślach   przewijały   jej   się   złote   wizje:   antykwariusze   londyńscy,   Sotheby’s... 

Decyzja Carli tylko zaostrzyła apetyty jej ofiar. Antykwariusze wyjeżdżali niechętnie, patrząc 

łakomie na to, co pozostało. Carla była przekonana, że otrzymane pieniądze wystarczą na 

pokrycie kosztów utrzymania przez dłuższy czas. Dlaczego Walter nie wykorzystał skarbów z 

poddasza? Zapewne z lenistwa. Nie był młody i zapewne chwytał przedmioty, które wpadły 

mu w ręce, wiedząc, że nie pozostało mu tyle czasu, aby całkowicie opróżnić dom.

Miała   uczucie,   jakby  dom  wspomagał   jej   wysiłek,   by  mogła   pozostać   w   nim   jak 

najdłużej.   Po   niezwykłych   zdarzeniach   z   pierwszych   tygodni   jej   pobytu   tutaj,   teraz,   gdy 

bawiła się w sprzedawanie, absolutnie nic się nie działo.

- Nikt nie stłukł sobie nawet palca u nogi - jak podsumował Tim w czasie pospiesznej 

kolacji po ostatnim dniu sprzedaży.

-   Może   mamy   już   za   sobą   złą   passę   -   powiedziała   Carla,   szalenie   podniecona 

pomyślną transakcją ze spółką Antyki Kornwalijskie.

-   Zła   passa,   do   diabła!   Zła   passa   nie   uszkadza   barierek   i   nie   niszczy   linek 

hamulcowych.

- Czy to właśnie przytrafiło się Michaelowi w jego samochodzie? 

Carla rozejrzała się po pokoju.

- Gdzie on się podziewa?

- Jest w szpitalu - z niesmakiem odpowiedział Tim. - Ale ciebie nic nie obchodzi. 

Nawet nie wiesz o wczorajszej walce późnym wieczorem.

- Jakiej walce?

background image

- Z Fairmanem - Tim się roześmiał. - Teraz do poprzednich obrażeń Michaela doszły 

jeszcze spuchnięte wargi. Ale on mówi, że Fairman wygląda jeszcze gorzej.

- O Boże - Carla gwałtownie wróciła na ziemię. - Czy Michael poszedł do Fairmana, 

żądając widzenia się z Elizabeth? Co on sobie wyobraża?

Tim podszedł do sprawy poważnie.

- Bardzo wiele. Gdyby cię choć trochę to interesowało, mógłbym ci opowiedzieć.

- Tobie także mogą spuchnąć wargi, jeśli się nie zamkniesz... - ostrzegł go Michael, 

stając w drzwiach. - Co mamy na kolację? Chyba nie znowu baraninę. Czy nikt z was nie 

może czegoś ugotować?

- Ja nie umiem, a Carla nie chce - powiedział Tim. - Cały dzień oszukiwała na górze 

tubylców. Jak się czuje twoja babka?

- Tak dobrze, jak tylko sobie można życzyć - odpowiedział Michael. Wyjął z szafki 

talerz  i usiadł. Siniaki na jego twarzy zbladły,  ale spuchnięcie  warg rzucało  się w oczy. 

Ostrożnie jadł pieczeń tylko jedną stroną.

- Chyba nie powiesz mi, że odwiedziłeś twoją drogą babcię? - powiedziała Carla. - 

Ale znam to spojrzenie. Zrobiłeś dzisiaj coś okropnego i bardzo jesteś z siebie dumny.

- Nie mam pojęcia, do czego zmierzasz - wzruszył ramionami Michael.

Carla   nie   zdążyła   zadać   następnego   pytania,   bo   drzwi   kuchni   otworzyły   się   z 

trzaskiem,   waląc   o   ścianę.   Chciała   wstać,   ale   zaraz   mimo   woli   usiadła,   gdyż   Michael 

przytrzymał ją za ramię.

- Nie ruszaj się - powiedział gwałtownie. - Nie widzisz, że jest pijany?

Wtedy ujrzała Alana. W pierwszej chwili zobaczyła tylko wzburzoną, rozczochraną 

postać   z   rewolwerem   w   dłoni.   Eleganckie   zazwyczaj   ubranie   było   wymięte,   włosy 

zmierzwione. Oczy i lufa rewolweru były skierowane na Michaela.

- Gdzie ona jest? - spytał.

- Stój, uspokój się - szybko powiedział Michael. - Przecież jeśli mnie zabijesz, nie 

będę   mógł   ci   odpowiedzieć.   Na   litość   Boga,   Fairman,   strzał   z   tego   rewolweru   może 

zdmuchnąć   wszystkich   tu   obecnych.   Pozwól   wyjść   stąd   Carli   i   Timowi   -   Nikt   stąd   nie 

wyjdzie. Nie dbam o to, kto jeszcze będzie ranny, jeśli tylko nie chybię ciebie, Pendennis. 

Ona nie mogła wydostać się z pokoju bez pomocy, a ty jeden bezczelnie wtrącasz się w nasze 

sprawy. Co z nią zrobiłeś?

Michael nie patrzył na obecnych, ale Tim musiał otrzymać jakieś nieme polecenie; 

bardzo wolno, prawie niedostrzegalnie zaczął odsuwać swoje krzesło od stołu.

background image

-   Jest   w   drodze   do   Londynu   -   odpowiedział   Michael.   -   Pojechała   na   badanie   u 

specjalisty z Harley Street - jednego z najlepszych...

- Nie miałeś prawa. Pomagałem jej...

- Przestań się łudzić, Fairman. Nie możesz tak po prostu... najpierw uzależnić ją, a 

potem zostawić losowi. Ile razy już to robiłeś? Ona wymaga profesjonalnej pomocy, a nie 

odwyku w twoim wydaniu. Dopóki nie wyzwoli się z tego, dopóty nie dowie się, dlaczego...

- Brednie - powiedział Alan, udając śmiech. - To są tylko brednie. Jedynie ja mogę jej 

pomóc. Ufała mi do czasu, gdy wkradłeś się w jej uczucia. Mógłbym cię za to zabić. Ale 

zostawię cię, jeśli mi dasz ten adres. Przywiozę ją. Nie mogą jej tam zatrzymać bez mojej 

zgody.

- Jest pełnoletnia - zauważył od niechcenia Michael. - Nie możesz...

-  Dwukrotnie   chciałem  cię  zabić   - powiedział  Alan,  ignorując  uwagę  Michaela.  - 

Pudła - oba razy. Byłem przerażony. Balem się, że zaczniesz gadać. Pomyśleć, że martwiłem 

się taką błahostką! Musi do mnie wrócić. Gdzie ona jest?

- Zaraz poszukam nazwiska - powiedział Michael, wstając. - Nie pamiętam. Polecił mi 

go...

- Siadaj!

Ruch rewolweru podkreślił polecenie i Michael ponownie usiadł.

- Mam to tutaj - szybko odparł Michael, gmerając w kieszeni - gdzieś tu... Fairman, 

nie jest za późno, aby wycofać się z całej sprawy. Elizabeth cię potrzebuje. Prawdopodobnie 

odstąpią od kary za podanie nazwisk...

- Odstąpią? - znowu zaśmiał się Alan. - To niemożliwe. Jeszcze nikomu to się nie 

udało.   Równie   dobrze   mógłbym   podciąć   sobie   gardło.   Byłoby   szybciej   i   mniej   boleśnie. 

Myślisz, że ryzykowałbym z tymi zbirami, gdyby nie szantażowali Elizabeth?

- Nie będą mogli jej krzywdzić, jeśli będą w więzieniu - dowodził Michael, a Carla 

patrzyła przerażona. Tima już nie było przy stole, a ona zastanawiała się, co ma teraz zamiar 

zrobić. Napaść na Alana równała się samobójstwu.

- Podaj  mi  jedno nazwisko w  zamian  za  adres  doktora - przekonywał  Michael.  - 

Możesz przecież emigrować, Fairman; zmienić nazwisko, oczyścić się. Posłuchaj mnie. Dam 

ci tydzień - więcej, jeśli chcesz - zanim pójdę na policję. Możesz zaufać moim słowom. 

Wiesz, że Elizabeth bym nie skrzywdził.

Przez   chwilę   Carla   myślała,   że   przekonał   go.   Zdawało   się,   że   Alan   rozważa 

propozycję. Potem nagle warknął coś, wykrzywiając wargi, i uniósł lufę rewolweru. Michael 

background image

wykrzyknął,   a   Carla   poczuła   z   prawej   strony   pchnięcie,   które   zwaliło   ją   na   ziemię. 

Równocześnie ogłuszył ją odgłos strzału.

Gdy   przestało   jej   dzwonić   w   uszach,   spróbowała   wydobyć   się   spod   Tima,   który 

osłaniał ją swoim ciałem.

- Czy strzelał do ciebie, Tim? Wstawaj, bo zgnieciesz mnie. 

Tim poruszał się tak wolno, że przez chwilę myślała, że Alan trafił go. Gdy jednak 

podniosła się, nie spojrzała na niego. Serce jej podskoczyło, zanim zaczęło bić ponownie, gdy 

zobaczyła Michaela schylonego nad leżącą postacią.

- Na Boga - powiedział Michael. - Zabiłeś go.

- Musiałem. Miał właśnie strzelić. - Odpowiedź padła z pokoju kredensowego. Simon, 

oparłszy się o framugę drzwi, przetarł drżącą ręką oczy. - Nie chciałem go zabić. Celowałem 

w ramię. Nigdy nie strzelałem dobrze...

- Wystarczająco dobrze - ocenił Tim. - Dzięki, doktorze.

- Miał mi powiedzieć... - przerwał mu Michael. - Daj mi broń, Tremuan. Jesteś zbyt 

roztrzęsiony, by trzymać naładowany rewolwer.

Simon spojrzał na rewolwer, jakby zdziwiony jego widokiem. Nie sprzeciwiał się, gdy 

Michael mu go odbierał.

- Nigdy dotąd nie zabiłem człowieka - wyszeptał - w każdym razie nie rozmyślnie. 

Przykro mi, bardzo przykro, jeśli popełniłem błąd. Co miał ci powiedzieć? Nie rozumiałem, o 

czym   mówiliście.   Zadzwonił   do   mnie   niedawno,   bredząc   coś   o   zniknięciu   Elizabeth,   i 

przeklinał ciebie. Pomyślałem, że powinienem tu się zjawić. Dobrze, że to zrobiłem.

-   Z   całą   pewnością   -   uznała   Carla.   -   Michael,   ja   także   nie   rozumiem,   co   dolega 

Elizabeth.

- Narkotyki - powiedział krótko Michael. - Dokładnie mówiąc, heroina. Ależ jesteście 

naiwni, że tego nie poznaliście. Podejrzewałem to już od pewnego czasu, ale gdy przyszła tu 

tamtego wieczoru, stało się dla mnie oczywiste, co się z nią dzieje. Miałem nadzieję, że 

Fairman poda mi nazwisko jej dostawcy.

- Wątpię, czy to by dużo dało - powiedział Tim. - Nie wiem, jak to wygląda tutaj, ale 

zazwyczaj miejscowy dostawca to mała płotka. Nigdy nie chwytają dużej ryby.

-   Trzeba   zadzwonić   na   policję   -   powiedział   Michael,   wychodząc,   a   za   nim 

wzruszywszy ramionami poszedł Tim.

Carla spojrzała na Simona opartego o futrynę drzwi.

- Nie wiń siebie. Nic nie mogłeś poradzić, a prawdopodobnie uratowałeś nam życie. 

Tim ma rację, jeśli chodzi o dostawców, oni...

background image

- Bierzesz mnie za słabeusza? - spytał Simon. Wielkimi krokami zbliżył się do niej i 

wziął ją w ramiona. 

Carla była zbyt zaskoczona, by się sprzeciwić. Nigdy nie widziała łagodnego doktora 

w takim nastroju.

- Nie chciałem go zabić, ale nie będę rozpaczał. To dlatego... - ciągnął. - Czy zdajesz 

sobie sprawę, że byłaś o włos od śmierci, Carlo? O Boże, gdybym nie nadszedł w porę...

Jego usta dotknęły jej warg.

-   Przepraszam   -   odezwał   się   Michael   od   drzwi.   -   Czy   nie   sądzisz,   Tremuan,   że 

mógłbyś znaleźć odpowiedniejsze miejsce? Można powiedzieć, że nad trupem... Nie wydaje 

mi się, żeby to było właściwe.

Wkrótce  przyjechali  policjanci  i  równie  szybko  wyjechali  z  ciałem  Alana.  Po ich 

wyjeździe Carla opadła na krzesło w salonie.

- Mógłbym się czegoś napić - powiedział Tim - i nie myślę o piwie. Czy jest coś w tej 

szafie, poza doskonałą maderą?

- Nie wiem - odparła Carla. - Zobacz i nalej mi podwójną porcję.

Michael właśnie wrócił, odprowadziwszy policjantów.

Carla drgnęła na niknący w dali, jękliwy dźwięk syreny ambulansu.

- Dlaczego tak się spieszą? - spytała, nie czekając na odpowiedź. - Jemu wszystko 

jedno.

- Gdzie jest doktor? - spytał Tim.

- A jak myślisz? - pytaniem odpowiedział Michael. - Właśnie zabił człowieka, gdybyś 

tego nie zauważył.

Tim podał kieliszki z brandy i uniósł swój.

- Za Simona i za dzień szesnasty czerwca, datę, którą będę teraz obchodził jako drugie 

urodziny. Cieszę się, że żyję.

- Alan też lubił życie. Nic na to nie poradzę, żal mi go - powiedziała.

- Jesteś tak diabelnie szlachetna, że zbiera mi się na mdłości - powiedział Michael, 

jakby chciał udowodnić, jaki może być  nieprzyjemny.  - Zachowaj swoje współczucie dla 

Elizabeth. Co on zrobił z tą dziewczyną?... Nie - dodał na widok pytającego spojrzenia Carli. 

- Nie mówię o kazirodztwie ani o czymś innym równie prozaicznym. Choć myślę, że był to 

rodzaj  duchowego kazirodztwa.  Nigdy nie spojrzał  na inną  kobietę,  a ją związał  z sobą, 

niszcząc jej wiarę w siebie i traktując jej przywiązanie jako powinność.

- Czy to on przyzwyczaił ją do narkotyków?

background image

- Raczej myślę, że sama to odkryła jako ucieczkę od rzeczywistości. Oczywiście nie 

było   to   uwolnienie,   ale   dodatkowe   więzy,   odkąd   Alan   to   odkrył   i   wspaniałomyślnie   jej 

wybaczył. Narkotyki, jak to często bywa, były jedynie symptomem.

Była   to   tragiczna   opowieść,   ale   Carla   nie   bez   wstydu   czuła   jedynie   zdawkowe 

współczucie   dla   Elizabeth.   Była   dla   niej   tylko   ofiarą,   efemerydą,   a   zagniewana   twarz 

Michaela, gdy mówił o dziewczynie, wskazywała, że jego stosunek do Elizabeth jest raczej 

pogardliwy niż obiektywny.

- A zatem to Alan prowadził grę? - spytała, sącząc brandy. - Najpierw wmawiając pani 

Pendennis te idiotyczne historie, aż w nie uwierzyła... wieszając wodorosty w moim pokoju... 

Nie, to musiała być Elizabeth, bo Alan był wtedy ze mną. Wysłał ją ponownie w kilka dni 

później, ale wtedy...

-   Była   zbyt   zamroczona,   by   zapamiętać,   czego   od   niej   oczekiwał   -   powiedział 

Michael. - Ciekawi mnie, co zamierzał wówczas osiągnąć...

- Powiedział, że dwukrotnie usiłował cię zabić - przypomniała Carla. - Samochód i 

barierka, która się rozpadła, pewnie także to miały na celu.

- Powinniśmy tego się domyślić - powiedział Tim. - Mike najczęściej korzystał z tej 

ścieżki. Ty nigdy nie szłaś na plażę sama.

- Ale dlaczego? - spytała Carla. - Rozumiem, dlaczego chciał zabić Michaela...

Tim zaczął się śmiać, ale wyraz twarzy Michaela nie zmienił się. Carla zaś jeszcze raz 

powtórzyła:

- Nie mogę tego zrozumieć. Miał motyw, aby zabić Michaela, ale dlaczego chciał się 

mnie pozbyć? Nie byłam zagrożeniem dla jego ukochanej Elizabeth.

-   Ja   także   nie   wiem   -   powiedział   niechętnie   Michael.   -   Byłaś   tak   zajęta   swoimi 

sprawami, że mógł realizować swoje plany pod twoim nosem, a ty byś się nie spostrzegła. 

Pomyśl,   dziewczyno!   Co   było   głównym   zajęciem   Kornwalijczyków   od   niepamiętnych 

czasów?

- Górnictwo - rzuciła Carla. Michael żachnął się.

-   Przemyt,   głuptasku.   Ta   mała   zatoczka   w   dole   jest   świetną   przystanią,   jedną   z 

niewielu na tym wybrzeżu w prywatnych rękach, i w praktyce jest nieużywana.

Carlę zamurowało, a Michael mówił dalej.

-   Zjawiając   się   tutaj,   zrujnowałaś   jego   plany.   Po   śmierci   Waltera   chciał   sprzedać 

posiadłość swoim anonimowym  zleceniodawcom, unikając zbędnych  pytań. To doskonały 

zakątek dla nielegalnego handlu.

- Narkotyki? - spytał Tim.

background image

- I inna kontrabanda. W tym kraju jest znacznie trudniej sprowadzać nielegalny towar 

niż w Stanach Zjednoczonych z szerokim wybrzeżem morskim. Pamiętaj, że jesteśmy wyspą. 

Celnicy wykonują dobrą robotę. Gdy zamkną  jedną drogę, ważniacy od przemytu  muszą 

znaleźć inne dojście. To miejsce musiało się im wydać idealne. Podejrzewam na podstawie 

szalonych poczynań Alana, że badali tę nową możliwość. Mogli naciskać Alana, używając 

jego siostry, a także obiecać mu znaczną premię za załatwienie sprawy.

- To ta spółka, która zaproponowała mi taką wysoką cenę za dom - wykrzyknęła 

Carla. - Myślicie, że oni...?

- Prawdopodobnie tak. To nie znaczy, że policja może coś osiągnąć, śledząc ich. To 

będzie całkiem szacowna firma, z solidną osłoną finansową.

- Ale gdyby nadal chcieli kupić dom?

- Nie martw się - szybko odparł Michael. - Za dużo ostatnio było hałasu, przynajmniej 

w naszym spokojnym i cichym zakątku. W każdym razie obecnie zbrodnia to zorganizowany 

biznes. Nie uganiają się za straconą sprawą, tylko dla przyjemności łamania prawa. Odpisują 

ją na straty i zapominają.

- Możemy więc odetchnąć i korzystać z życia - powiedziała Carla, nie bardzo w to 

wierząc.

-   I   bogacić   się   na   rupieciach   twoich   przodków   -   dodał   z   sarkazmem   Michael.   - 

Wznoszę toast za rupiecie i przodków.

Wypił do dna i poszedł do kredensu, by dolać brandy.

II

Następne dni powinny być sielankowe, bo nie należało się już spodziewać nocnych 

alarmów i niebezpiecznych „wypadków”. Pogoda nadal była piękna, poddasze dostarczało 

kolejnych skarbów, a kuchnia Tima polepszyła się.

Pastor przyszedł  na podwieczorek,  a Carla spędziła kilka interesujących  godzin w 

kościele, oglądając groby Tregellasów. Przed paru miesiącami wypady do kościoła mogłyby 

nie wydawać jej się takie interesujące. Obecnie, kiedy zagłębiła się w historii rodziny, po 

przestudiowaniu jej genealogii, rozsmakowała się w miejscowej historii.

Wszystko układało się świetnie z wyjątkiem jednej ważnej sprawy. Carla wzbraniała 

się tak myśleć o tym, ale faktem było, że w parę dni po śmierci Alana wyłonił się nowy 

problem, gdyż oświadczył jej się Simon Tremuan.

Jedli   podwieczorek   na   wrzosowiskach,   które   bardzo   przypominały   jej   krajobraz 

położony   bardziej   na   północy   -   krainę   sióstr   Bronte.   Simon   zabawiał   ją   fantastycznymi 

historiami o wróżkach i chochlikach.

background image

- Ten kraj zdaje się sprzyjać baśniom - powiedziała Carla. - Dlaczego tak się dzieje?

- W twoim kraju jest także wiele legend ludowych - odpowiedział Simon. - Nie tyle co 

u nas, bo było mniej czasu, aby się rozwinęły, ale jest ich sporo. Po prostu nie interesowałaś 

się tym wcześniej.

-   Wiem   -   Carla   chwyciła   garść   ciernistego   janowca.   -   Kocham   to   miejsce. 

Opuszczając je, będę niepocieszona.

- Nie potrzebujesz wyjeżdżać, Carlo. Zostań. Ze mną. 

Carli nie zaskoczyło to wyznanie. Czuła, że nadejdzie, i nie wiedziała, jak postąpić, 

gdyż w głębi duszy nie była pewna, czy chce tego. Teraz zrodziła się w niej pewność, że musi 

odmówić. Siedziała bez słowa, ze spuszczoną głową, i szukała słów, które nie będą zbyt 

raniące. Ale nie były potrzebne. Po chwili Simon powiedział cicho:

- To Mike, prawda?

- Czy to aż tak oczywiste?

-   Nie   dla   wszystkich,   tylko   dla   mnie.   Kochając   ciebie,   jestem   na   to   bardziej 

wyczulony. Nie chcę być jak pies ogrodnika, co sam nie zje i innemu nie da. Ale widzisz, 

skarbie, wiele dziewczyn kochało się w Michaelu. Ma on niewątpliwie... cóż - zdaje się, że to 

się nazywa seksapil?

- Tak to nazywają - powiedziała Carla z bladym uśmiechem. - Sądzę, ze to jeden z 

powodów, dlaczego ja... Jestem mu obojętna, Simon. Wiem o tym. Ale nie mam zamiaru dać 

mu   do   zrozumienia,   co   czuję  do   niego.   Nie   zniosłabym   ani   jego   pogardy,   ani   grzecznej 

uprzejmości. Nie mogę jednak myśleć o kimś innym, dopóki o nim nie zapomnę. Ale nie 

mogę   wyrzucić   go   z   pamięci,   gdy   spotykam   go   codziennie...   Zamierzam   odsprzedać 

Michaelowi dom.

- A sama wrócisz do Stanów?

- Tak, jak tylko skończę porządki na poddaszu. Równie dobrze mogę zatrzymać sobie 

jakieś pamiątki, które będą mi przypominały moje szalone przygody.

- Ale wrócisz.

Carla   wyciągnęła   się   na   plecach,   skrzyżowawszy   ręce   pod   głową,   i   patrzyła   na 

szerokie błękitne niebo.

-   Chciałabym   dramatycznie   powiedzieć   „nigdy”.   Ale   jestem   za   dorosła   na 

sentymentalizm.   Owszem,   może   kiedyś   wrócę   na   krótko.   Przezwyciężę   to   wszystko. 

Najsmutniejsza strona dojrzewania to zrozumienie prawdy, że nic nie jest wieczne, nawet 

miłość.

background image

- Czasami jest - cicho powiedział Simon. - Będę czekał, Carlo. Zaczekam rok, a potem 

przyjadę do ciebie. Rok to dostateczny okres, aby Mike zniknął z twego serca.

Carla   uśmiechnęła   się   do   niego.   Spostrzegła,   że   mocno   zaciska   dłonie.   Wiedział 

doskonale, że ją dotknął, a ona doceniła jego intuicyjną wrażliwość.

-   A   zatem   -   powiedział,   także   się   uśmiechając,   choć   z   widocznym   wysiłkiem   - 

wyjedziesz, nie dowiedziawszy się, co się zdarzyło lady Caroline.

- Pozostanę jeszcze przez parę tygodni. Może uda mi się do tej pory rozgryźć sprawę. 

Doprawdy, Simon, zastanawiam się, czy nie dopatrujemy się tajemnicy tam, gdzie jej nie ma. 

Mogę   wyobrazić   sobie   wiele   spraw,   które   mogły   jej   się   przydarzyć.   Wszystkie   całkiem 

zwyczajne, choć nie możemy tego sprawdzić. Wiemy tylko, jak powstała legenda.

-  Ależ  i  tego  nie  wiemy.   Przypuszczalnie   Alan  wykorzystał   ją  w  przypadku   pani 

Pendennis, ale jej nie wymyślił.

- Nie, zrobił to Thomas. Musiał być obłąkany.

- Czy nie mówiłaś, że znalazł tę historię w starym rękopisie?

- Tak utrzymywał.  Ale rzekomy stary rękopis  został zniszczony,  a cytaty z niego 

brzmią identycznie jak reszta tekstu Thomasa.

- Tak że nasza tajemnica jest jedynie wymysłem zwariowanego starca.

- Mam nadzieję.

- A mimo wszystko...

Wyglądał na tak zasmuconego, że Carla zaczęła się śmiać.

- Simon, jesteś niemożliwy. Jeszcze wierzysz w rusałki, elfy i upiory, czyż nie?

- Życie jest tak nudne - odpowiedział z zabawnym grymasem. - Wiele bym dał za 

zobaczenie prawdziwego ducha. A twoja legenda jest wyjątkowo rozkoszna. Złowieszczy 

duch domu Tregellasów...

- Gdy się nad tym zastanowić, to okazuje się, że nie jest zbyt wymagający - Carla 

wpadła w nastrój Simona. - Jedna ofiara co dwieście lat. A biedny tryton nie jest nawet 

złowieszczym demonem. Po prostu szuka swojej oblubienicy.

Oczy Simona zabłysły.

- Szczęśliwe fatum raczej niż zły duch. Nie ma w tym sprzeczności. Ofiara dla ducha 

gwarantuje szczęście domu... To częsty motyw w folklorze.

- Szczęście mego domu jest zdecydowanie w schyłkowym stanie - powiedziała Carla. 

- Powinnam zapewne poświęcić się dla jego dobra. Ale nie jestem jednak tak szlachetna.

- Czy jesteś pewna, że nigdy nie nawiedza cię dziwne uczucie, że stajesz się kimś 

innym? - zażartował Simon. - Na przykład lady Caroline, tęskniącą za swoim ukochanym?

background image

- Nie ma obaw.

- Co za ulga. Bez względu, jak bardzo bym chciał spotkać stwora z głębi wody, nie 

chciałbym,  aby to się odbyło twoim kosztem. - Milczał przez chwilę, a gdy się odezwał, 

brzmiało   to   poważnie.   -   To   interesujące   zestawienie:   szczęśliwe   fatum   i   zły   duch...   nie 

myślałem o takim związku. Można w nim rozpoznać złego ducha Tremuanów. Spotkanie sir 

Williama z nim było już wystarczająco tragiczne.

Carla chciała odpowiedzieć żartobliwie, gdy nagle zdała sobie sprawę, co powiedział.

- Sir Williama? Chyba nie chciałeś powiedzieć, że był twoim przodkiem?

- Raczej nie - odpowiedział z uśmiechem. - Zmarł, nie zostawiając potomstwa. Był 

kuzynem mojego dalekiego pradziadka. Nie wiedziałaś o tym?

- Nie. Zdaje się, że nigdy nie słyszałam jego nazwiska. Nie ma go w genealogii, 

ponieważ nie poślubił nikogo z naszego rodu. Jakie to zdumiewające!

- Wcale nie! Moja rodzina jest tak samo zasiedziała w tych stronach, jak twoja. Tytuł 

przypadł przedstawicielowi innej gałęzi. Dlatego jestem pospolitym śmiertelnikiem.

Dalej snuł opowieść o swojej rodzinie i jej udziale w miejscowej historii. Carla nie 

reagowała. Nie wiedziała, dlaczego te zadziwiające wiadomości miałyby ją poruszyć, ale tak 

się stało. Na szczęście nie jestem przesądna - pomyślała. Natomiast Simon jest; ciekawe, czy 

to nie jeden z powodów jego oświadczyn... Nie, to zbyt głupie!

A jednak czuła się nieswojo, odpowiadając mu odmownie i gdy odchodził, znacząco 

uścisnąwszy jej dłoń, poczuła się winna.

Po   przyjściu   do   domu   automatycznie   skierowała   się   do   kuchni.   Nabrali   nawyku 

siedzenia tam w wolnych chwilach. Było to znacznie przytulniejsze miejsce w domu niż inne 

pokoje.  Poza   tym   Tim   lubił   przebywać   w   pobliżu   lodówki.   Drzwi   były   otwarte   i   Carla, 

zbliżając   się,   usłyszała   ich   głosy.   A   więc   Michael   wrócił.   Przechodziła   właśnie   obok 

służbówki, gdy usłyszała zdanie, które ją zamurowało.

- Mówię ci, że nie chcę, aby się dowiedziała. To nie jej sprawa. A także nie twoja.

To był głos Michaela kipiący od wściekłości. Tim próbował coś powiedzieć, ale nie 

dano mu szansy.

- Nie chcę o tym mówić. Dlaczego, do diabła, pozwoliłeś jej dzisiaj wyjść?

- A jak, do diabła, miałem ją zatrzymać?

- Powiedziałem ci...

- Dobrze, dobrze - mruknął  Tim - pokpiłem sprawę, ale nie jestem stworzony do 

takich rzeczy. Gdybym wiedział, w co wdepnąłem...

- Mówię ci, zrezygnuj.

background image

Carla czekała, ale nic już nie usłyszała. Głośno odkaszlnęła i weszła do kuchni. Tim 

się zmieszał. Miał twarz absolutnie otwartą; już ze sposobu, w jaki na nią patrzył, mogła się 

domyślić, że była tematem rozmowy,  nawet gdyby jej nie usłyszała. Jak zwykle Michael 

całkowicie panował nad sytuacją.

- Czy przyjemnie spędziłaś czas? - spytał uprzejmie.

- Tak, dziękuję, a wy? 

Michael się zastanowił.

- Nie - odpowiedział. - Nieszczególnie.

- Jak się czuje Elizabeth? - spytała.

- Elizabeth? Ach, te sprawy wymagają czasu. Tu zmiany, jeśli w ogóle nastąpią, nie 

przyjdą w ciągu dni czy nawet tygodnia.

- Chcesz piwa? - spytał Tim.

- Nie, dzięki. Zjadłam obfity, późny obiad. Gospodyni Simona chyba myśli, że on ma 

harem, i podaje takie ilości jedzenia.

- A jak się ma nasz przyjaciel zabójca z sąsiedztwa? - spytał Michael.

- Coś podobnego! Taka niewdzięczność...

- Ależ ja jestem wdzięczny. Ty jesteś wdzięczna. Tim jest wdzięczny. Tylko policja 

nie jest szczególnie wdzięczna... ale kiedy ty z Timem okazaliście już tyle wdzięczności... Co 

powiedział dzisiaj nasz drogi Simon?

- Poprosił mnie o rękę.

Carla  nie   zamierzała  o  tym   wspominać.  Zrobiła   to  ze  zrozumiałych  pobudek   i  w 

nagrodę spotkała ją zwyczajna ludzka złośliwość. Napięcie Michaela zelżało:

- Doprawdy? Jakie to miłe.

Carla   poczuła,   że   musi   natychmiast   wyjść   z   kuchni,   zanim   wybuchnie   łzami   lub 

złością,   to   byłoby   upokarzające.   Bezsensownie   mamrocząc,   że   musi   wziąć   prysznic, 

odwróciła się i wyszła.

Łzy napłynęły jej do oczu, gdy biegła przez korytarz i hol. Wmawiała sobie, że to łzy 

wściekłości, mimo że nie miała powodu do złości.

Michael   nigdy   nie   okazywał   jej   zainteresowania.   Niewątpliwie   zauważył   jej 

zaślepienie  i teraz z ulgą przewidywał,  że nie będzie  już tego znosił. Uznał, że przyjęła 

oświadczyny Simona - i to była w tym wszystkim największa zniewaga.

Carla rzuciła się na łóżko i pogrążyła się w ataku żalu nad sobą samą. Fakt, że czuła 

do tego odrazę, nie powstrzymał  jej od tego rozczulenia. Ale tylko na krótko. Po chwili 

usiadła i głośno wytarła nos z nową determinacją. Dość tego! Teraz trzeba działać, a nie 

background image

sentymentalnie litować się nad sobą. Musi wyjechać! To przecież masochizm pozostawać 

tutaj,   przyglądać   się,   jak   Michael   roztkliwia   się   nad   Elizabeth,   a   jej   okazuje   braterskie 

zainteresowanie, życząc szczęścia z innym mężczyzną.

Sprzeda   mu   dom.   Złość   nie   może   odgrywać   roli   przy  tak   ważnej   decyzji.   Ciągle 

jeszcze   nie   rozumiała,   czemu   chciał   go   posiadać.   Powody,   o   których   mówił,   nie   były 

przekonujące, a podsłuchana rozmowa wzmocniła jej podejrzenia, niczego nie wyjaśniając. 

Jak Michael mógł tak łatwo odkryć niecne poczynania Alana? Może miał własne plany - 

nagroda w zamian za milczenie? Różne szpetne teorie kiełkowały i pieniły się jej w głowie 

jak obrzydliwe chwasty na zagonie.

Nagle się przestraszyła, bo drzwi jej pokoju uchyliły się i zobaczyła długi, kołyszący 

się ogon. Po chwili w pobliżu łóżka ukazał się King.

Przywitał ją ochrypłym mruczeniem. Po raz pierwszy przyszedł do jej pokoju i Carlę 

to zdziwiło, ale była zadowolona. Nie widziała go od dłuższego czasu, choć jego miseczki, 

które codziennie rano napełniała, pod wieczór były puste i wylizane.

- Co cię tu sprowadza? - spytała kota. 

King usiadł i bacznie się jej przyglądał.

-   Nie   możesz   być   głodny   -   przypomniała   mu.   -   Przyszedłeś   dotrzymać   mi 

towarzystwa?  Cenię to sobie. Znalazłam  się w takim dołku, że chętnie  sobie pogadam z 

każdym sympatycznym stworem, nawet okrytym futrem.

Kot zadarł głowę, słuchając uważnie, a Carla mówiła nadal. Czuła całą śmieszność tej 

sytuacji, ale potrzeba katharsis była silniejsza.

- Chyba rozmowa z kotem jest lepsza niż mówienie do siebie... A mówię ci, byłam 

bliska tego. Ale nie martw się, King, przeżyję to. Serce mi nie pęknie; trochę boli z powodu 

nieodwzajemnionej miłości, ale od tego się nie umiera.

Ta głęboka uwaga sprawiła,  że King zmrużył  oczy z dezaprobatą.  Otrząsnął  się i 

pobiegł przez pokój do okna balkonowego. Lekko się uniósł na tylnych łapach i skoczył na 

poręcz balkonu. Pełen wdzięku sposób poruszania się przypominał Michaela. Zaśmiała się 

drwiąco z samej siebie i wyszła na balkon za kotem, którego sylwetka ciemniała teraz na tle 

wspaniałego kornwalijskiego zachodu słońca.

- Dobrze - szeptała. - Jutro jest ważny dzień. Pojadę do agencji turystycznej w Truro. 

Zaczął się sezon turystyczny i możliwe, że nie od razu dostanę rezerwację na samolot, ale 

zacznę   to   już   teraz   załatwiać.   Porozumiem   się   także   z   nowym   prawnikiem   i   dam   mu 

dyspozycję,   co   ma   zrobić   z   domem.   Będzie   mógł   pertraktować   z   Michaelem   po   moim 

wyjeździe.

background image

Kot miauknął z uznaniem.

Carla stała na balkonie, próbując uporządkować myśli, gdy dobiegło ją pukanie i w 

uchylonych drzwiach pokoju pojawiła się głowa Tima.

- Pojechałabyś  może do Penzance na rybę i chipsy?  Mike strajkuje. Mówi, że ma 

dosyć gotowania.

- Nie, dziękuję. Zrobię sobie kanapkę.

-   Okay!   Aha,   zapomniałem.   Był   do   ciebie   telefon.   Od   pastora.   Prosił,   abyś 

zatelefonowała.

Carla  odczekała  do chwili,  aż usłyszała  zatrzaśnięcie  frontowych  drzwi,  i dopiero 

wtedy zeszła na dół. Przedtem obawiała się zostawać sama w domu. Teraz cieszyła się z tego. 

Im mniej widziała Michaela, tym lepiej.

Zamęt  uczuciowy i wynikająca  z niego  decyzja  sprawiły,  że emocje  w niej  nieco 

opadły. Zmusiła się do zatelefonowania do pastora i prowadziła z nim czarującą rozmowę, tak 

że John był zachwycony.

- Cieszę się, że u ciebie wszystko układa się dobrze. Ostatnim razem wydawałaś mi 

się roztargniona. Nie wolno ci poddawać się ponurym myślom.

- Ponurym myślom? - powtórzyła bezmyślnie.

Przecież nie mógł znać jej decyzji. Nie była zresztą w nastroju, aby o tym mówić. 

Pomysł powrotu był jeszcze zbyt bolesny. Wreszcie, po dłuższej chwili zdała sobie sprawę, o 

czym pastor mówi. Egoistyczne poczucie własnego nieszczęścia sprawiło, że zapomniała o 

największej tragedii ostatniego czasu.

- Ach, o tym mówisz. Wstyd mi, że nie leży mi to bardziej na sercu, John. Bardzo 

lubiłam   Alana,   ale   mało   znałam   jego   siostrę...   i   obawiam   się...   że   jestem   bardziej 

gruboskórna, niż myślałam.

- Ależ skąd, to naturalne, że tak to odczuwasz - powiedział John pocieszająco. Carla 

wyczuła, że wystąpiłby z taką samą profesjonalną próbą uspokojenia jej, gdyby przyznała się 

do kanibalizmu. Przyjemnie jednak było mieć kogoś, kto ją rozumiał. - Dzwoniłem, aby ci 

powiedzieć, że odkryłem dość interesujące fakty, dotyczące twojej legendy. Nie ma to teraz, 

oczywiście, takiego znaczenia, ale mnie to wzburzyło. Jestem ciekaw twojej reakcji. Może 

przyszłabyś jutro na podwieczorek?

- Pewnie bezcelowe jest prosić cię, abyś  już teraz uchylił rąbka tajemnicy - Carla 

podjęła próbę.

background image

- Znasz moje słabostki. Miałem nadzieję opowiedzieć  ci o tym  dzisiaj, to byłoby 

właściwe, ale mam zebranie parafialne. Tak że trzeba odłożyć spotkanie do jutra, jeśli ten 

termin ci odpowiada.

- Dziękuję, John. A gdybyś zrobił tylko maleńką aluzję?

- To by zepsuło niespodziankę. A zatem do jutra.

Z   uczuciem   ulgi   odwiesiła   słuchawkę.   Może   do   czasu   jutrzejszego   podwieczorku 

bardziej weźmie się w garść, by zainteresować się rewelacją Johna. Taki był zadowolony ze 

swego znaleziska.

Jednak   kiedy   wchodziła   smętnie   po   schodach,   zbudziła   się   w   niej   iskierka 

zainteresowania   rodzinną   historią.   W   czasie   pełnych   nerwów   ostatnich   dni   nieomal 

zapomniała o Caroline. Dziwne, że i Simon, i John wrócili do tej sprawy tego samego dnia... 

Odkrycie pastora może okazać się interesujące, ale nie miała zamiaru poświęcić już więcej 

czasu tej historii. Tak ślęczała nad nudnym pamiętnikiem biednej Caroline, że aż bolały ją 

oczy i głowa. Zamiast tego zajmie się wybraniem kilku pamiątek rodzinnych, które zamierza 

zabrać   do  Stanów.   Trzeba   je  będzie   przesłać   statkiem,   a  pakowanie   zajmie   sporo   czasu. 

Dobrze więc rozpocząć przygotowania. Nie ma nic lepszego na rozczulanie się nad sobą niż 

ciężka praca.

Ze zdziwieniem zobaczyła, że King jest jeszcze w jej pokoju. Przeniósł się z balkonu 

na   łóżko.   Zwinięty   w   kłębek,   ze   schowanym   ogonem,   wyglądał   na   rozkosznie 

rozleniwionego, ale oczy miał szeroko otwarte. Nie spuszczał wzroku z jakiegoś punktu na 

ścianie.   Carla   także   skierowała   tam   oczy,   ale   nie   było   nic,   co   mogłoby   tłumaczyć   jego 

zainteresowanie. Wtedy zdała sobie sprawę, że patrzył  na miejsce, gdzie przedtem wisiał 

portret.

Kiedy czerwona kula  słońca zapadła  w morze,  a cienie  zmierzchu  wydłużyły  się, 

Carla nagle zdała sobie sprawę z ciszy.  Nie bała się, ale nagle przyłapała się na tym,  że 

podnosi głowę tak samo jak kot, usiłując usłyszeć jakiś dźwięk, tak słaby, że jest ledwie 

wibracją powietrza.

Postąpiła bardzo głupio, chowając portret Caroline. Miała ochotę zabrać go wraz z 

dziennikiem do Stanów. Była przecież ostatnią z rodu. Jeśli będzie miała dzieci, któreś z nich 

może kiedyś tak jak ona uznać tę starą historię za interesującą.

Podeszła do szafy i wyjęła portret. Szybko powiesiła go na poprzednim miejscu. Przez 

płótno   prześlizgnął   się   długi   promień   zachodzącego   słońca,   wyostrzając   zamglone   rysy 

obrazu jak nigdy dotąd. A może zwodził ją wzrok? Carla przetarła oczy i ponownie spojrzała. 

Twarz wyglądała jaśniej.

background image

Caroline   miała   szare   oczy.   Dziwne,   że   wcześniej   tego   nie   zauważyła.   Teraz 

wyciągnęła  rękę i przesunęła końcami  palców  po namalowanych  włosach. W tej krótkiej 

chwili mogłaby przysiąc, że nie dotyka  twardego płótna, ale czegoś bardziej miękkiego i 

puszystego. Wrażenie się nie powtórzyło, gdy drugi raz dotknęła włosów. W tej chwili King 

miauknął przeraźliwie.

- Co mogło ci się stać? - szepnęła.

Twarz na portrecie milczała. Cisza wokół Carli pogłębiła się. Nawet mruczenie kota 

zdawało się pochodzić z daleka i brzmiało jak echo.

- Teraz twoja tajemnicza śmierć - mówiła Carla - nie ma przecież dla ciebie znaczenia.

Ale była bardzo ważna dla Carli. Zmarła dziewczyna rzuciła na nią czar - nie dzięki 

nadprzyrodzonej,   fantastycznej   sile,   jak   chciała   legenda,   ale   dzięki   bardziej   subtelnemu 

wpływowi, zrodzonemu ze współczucia i pokrewieństwa. Dla Carli najbardziej przerażającą 

częścią całej sprawy była zmiana w niej samej. Jej rodzice byli wrażliwymi i serdecznymi 

ludźmi, ale nie mieli nigdy głębokiego poczucia więzi rodzinnych. Matka bez żalu przeniosła 

się w nienaturalne warunki miasteczka dla emerytów i żadne z nich nie interesowało się nigdy 

przeszłością.  Nie przypominała  sobie, aby ojciec mówił kiedyś  o swojej rodzinie czy też 

chciał odwiedzić kraj, w którym przez wieki żyli jego przodkowie. A ona tu bez reszty dała 

się omotać starym dziejom - czyżby zew krwi i ziemi? Kiedyś uznałaby to za sentymentalne 

brednie,   teraz   jednak   rozstanie   ze   starym   domem   będzie   tylko   trochu   mniej   bolesne   niż 

rozłąka z Michaelem.

Nie   zabierze   portretu.   Powinien   zostać   tam,   gdzie   był   od   początku.   Ta   twarz 

emanowała czymś, co burzyło spokój.

Pamiętnik   to   inna   sprawa.   Nigdy   nie   budził   w   niej   niepokoju,   zresztą   można   go 

schować. Podobnie suknia ślubna. Nie zainteresuje nikogo poza nią. Nie pozwoli, aby ją 

sprzedano   jakiejś   ekscentrycznej   nowoczesnej   kobiecie,   którą   rozbawi   jej   oryginalność   i 

włoży ją na bal kostiumowy.

Otworzyła szafę. Suknia wisiała tam, delikatnie migocąc w ciemności. Gdy ją wyjęła, 

poczuła pod palcami sztywną, zakurzoną satynę. Rozłożyła ją na łóżku. Protestując głośno, 

kot zeskoczył, zanim dotknęły go ciężkie fałdy.

Carla zrzuciła buty, rozwiązała węzeł kopertowej spódnicy, pozwalając jej opaść na 

ziemię, ściągnęła bluzkę przez głowę, także rzucając ją na ziemię. Otuliły ją szeleszczące 

fałdy satyny.

Przez kilka chwil nie mogła złapać oddechu. Potem ręce trafiły do rękawów i suknia 

znalazła się na właściwym miejscu. Doskonale pasowała. Nawet długość była odpowiednia. 

background image

Palce Carli szybko się przesunęły po koronkach i haftach. Zbutwiałe nici pękały, gdy mocniej 

pociągnęła fałdy, ale to nie było ważne. Satyna opinała jej piersi i talię, jak gdyby suknia 

została dla niej uszyta.

Ostatnie promienie słońca zapadły za horyzont. Carla tego nie zauważyła. Widziała 

jedynie  swoje blade  odbicie w  lustrze. Na moment  zobaczyła  wyraźnie  duże szare oczy, 

ciemne włosy ginące w cieniu, tak że wydawały się dłuższe i bujniejsze niż włosy Carli. I 

wtedy tak nagle, jakby skoczyła do głębokiej, lodowatej wody, pochłonęła ją ciemność. Była 

to wewnętrzna mroczność, postrach duszy. Dusiła się pod wpływem gwałtownej zmiany, tym 

przykrzejszej, że nie znała jej przyczyny.

Po omacku odwróciła się od lustra. Czuła, że wszystkie jej zmysły jakby spowiła 

mgła, a ona usiłuje widzieć i słyszeć przez tę mgłę jak przez gruby mur. Jak z mgławicy 

dosięgnął   ją   wrzask   kota,   który   rzucił   się   do   drzwi.   Jego   żałosne   skargi   brzmiały   teraz 

crescendo, gdy sztywno zbliżała się do zwierzęcia. Wtedy klamka ustąpiła i King uciekł. 

Carla poszła za nim. Plącząc się w długiej sukni, wybiegła w dół po schodach, przez frontowe 

drzwi na ścieżkę. Uciekała, sama nie wiedząc od czego, ale goniło ją przerażenie, krok w krok 

w oszalałym zapamiętaniu, coraz niżej i niżej, aż skryły ją głębokie cienie.

Jej własna tożsamość nie została stłumiona przez żadną inną; to co opanowało jej 

ciało, nie miało osobowości. To był czysty, nagi i bliżej nieokreślony strach. Jej umysł w 

konwulsyjnych skurczach usiłował odzyskać władzę i dać mięśniom sprężystość, aby mogły 

kierować tym źle funkcjonującym mechanizmem. W ostatniej chwili resztkami woli podjęła 

wysiłek, aby sprowadzić swoje potykające się stopy ze ścieżki, na której się znalazły - ścieżki 

do zachodniej bramy.

Kolce darły satynową suknię i skórę na dłoniach, kiedy uciekała przez ogród, ale nic 

nie mogło jej powstrzymać, jak nie można zatrzymać pojazdu z uszkodzonymi hamulcami. 

Jej świadomość nadal pracowała; wtedy gdy na próżno usiłowała zachować władzę nad swym 

ciałem, zaczęły docierać do niej oderwane informacje. W ostatnich dniach straciła poczucie 

czasu. Nie było powodu, aby liczyć  dni czy tygodnie. Teraz jednak zrozumiała, dlaczego 

pastor   powiedział,   że   jutro   będzie   właściwy   dzień   na   jego   rewelacje;   dlaczego   Simon 

przypomniał legendę tego popołudnia. To była noc przesilenia letniego.

Słońce już zaszło, zapanował mrok, a ona zdążała na spotkanie, które na nią czekało 

od ponad dziesięciu wieków. Wiedziała jednak, że biegnie nie do jakiegoś oczekiwanego 

końca, ale ucieka przed większą potwornością, niż przepowiadała legenda.

Niebo   na   zachodzie   było   bladoniebieskie   z   jedną   tylko   gwiazdą   zawieszoną   jak 

diament na piersi. Czy to ona napisała niedawno w pamiętniku te słowa? W pamiętniku, w 

background image

którym nie ważyła się pisać o tym, co pchało ją... ale nie ku zachodniej bramie, leżącej za nią. 

Cel był przed nią: wysokie, wysmukłe głazy, których zarys, jak zakreślony węglem, czernił 

się   na  tle   nieba.   Źródło  wiedzy  starsze  niż   Carla   czy  Caroline  Tregellas   powiedziało  jej 

prawdę; tu także kiedyś  była  brama, brama wiodąca do mocy,  które rządziły światem na 

długo przed tem, zanim święci przynieśli naukę Chrystusa pogańskim Kornwalijczykom.

Nie zważając, że kamienie i kolące krzewy ranią jej bose stopy, biegła wśród skał. 

Kilka   spośród   ciernistych   pędów   okręciło   się   wokół   jej   kostek   i   wstrzymało   ją,   raniąc 

dotkliwie; upadła głową w dół u wejścia do prastarego, kamiennego kręgu.

Wstrząs był tak silny, że pozbawił ją tchu, a może czegoś więcej. Gdy bowiem uniosła 

się na łokciach, paraliżujący strach opuścił ją; co prawda niezupełnie, ale na tyle że pozwolił 

jej   odzyskać   władzę   nad   swymi   członkami,   choć   poruszały   się   opornie   i   niechętnie. 

Odwróciwszy się, chwyciła pulsującą bólem kostkę. Jej palce dotknęły lepkiej, świeżej krwi. 

Następnie uświadomiła sobie, że szelestu w wysokiej trawie za nią nie powodował wiatr. To 

kot przyskoczył  do jej nóg, dlatego upadła. Teraz chował się w trawie, ale słyszała jego 

miauczenie.

Wolno uniosła się i stanęła wyprostowana. Zupełnie opuściły ją siły. Upadłaby znowu, 

gdyby nie oparła się na szorstkim głazie. Ostry łuk zamajaczył nad jej głową. Ręce uniosły się 

na wysokość piersi, ciągnąc i szarpiąc zapięcie sukni. Z przekorą typową dla martwych przed 

miotów delikatna nić trzymała mocno.

- Nie rób tego - usłyszała głos ze środka kręgu. - Chodź, Carlo! Wejdź tutaj!

Siedział   na   zwalonym   głazie,   jak   wtedy   gdy   go   spotkała   po   raz   pierwszy.   Słabe 

światło   pozwalało   zobaczyć   jedynie   bezkształtny   zarys   i   ukazało   jego   zmierzwione   złote 

włosy i szerokie silne ramiona.

- Siedzę tu już dość długo - mówił cicho tonem towarzyskiej rozmowy. - Wiedziałem, 

że przyjdziesz. Nie wiem, skąd to wiedziałem, ale byłem pewny. Dziwne, prawda? Omalże 

nie zrujnowałaś moich planów. Ty i ten przeklęty bękart starego Waltera... Tak, jest synem 

Waltera. Mój ojciec odebrał bachora. On znał całą tę historię. Wydaje się, że rywalizacja była 

przeznaczeniem naszych rodzin. Ale to się wreszcie skończy, tu, tej nocy. Wiesz, że byłem 

bliski rezygnacji. Nie chcę zabijać. Musiałem zabić Fairmana; jeszcze chwila, a oskarżyłby 

mnie. Nie mogłem na to pozwolić. Ale już wtedy postanowiłem nie krzywdzić ciebie. Bardzo 

cię lubię. William także bardzo lubił Caroline.

Carli wróciła jasność myśli, ale nadal nie mogła się ruszyć. Tak jakby stary kamień 

trzymał ją mocno w magnetycznym uścisku.

Odkaszlnęła, ale Simon powiedział szybko:

background image

- Nie krzycz, Carlo. Nie lubię hałasów. Tutaj jest tak cicho, tak spokojnie. Krzyk ci 

nie pomoże. Wszystko odbędzie się tak, jak powinno. To naszło mnie całkiem nagle, tego 

wieczoru, kiedy odprowadziłem cię do domu. Wiedziałem, że jeśli przyjdę tu i poczekam, to 

zjawisz się, zupełnie tak jak ona. A wtedy wypełnię to, co jest przeznaczone. Podejdź tutaj, 

Carlo! Nie próbuj ucieczki, nie uda ci się, narazisz się tylko na cierpienie. A ja nie pozwolę, 

abyś cierpiała. Wkrótce będzie koniec.

Ledwo połowa tego, co mówił, była zrozumiała dla Carli, ale nie zamierzała tracić 

czasu  i  energii   na zgłębianie   nonsensów.  Zmusiła  się  do  odsunięcia  się,  ślizgając  się  po 

powierzchni kamienia, jak najdalej od Simona; jednakże kiedy jej się to udało, ogarnęła ją 

rozpacz. Nawet gdyby miała pełną władzę w nogach, nie było nadziei ucieczki. Przeszkodzi 

jej suknia, jej jasność i szelest zdradzą najmniejszy ruch. Ślubna suknia Caroline przyniesie 

jej zgubę.

Nie miała jednak zamiaru poddać się bez walki. Odwróciła głowę i z całych sił w 

płucach krzyknęła.

Simon   poruszył   się.   Zobaczyła,   że   jego   masywna,   ciemna   postać   podnosi   się,   a 

następnie pochyla. Na zachodzie leżały jeszcze ostatnie błyski światła. Wysokie trawy na 

skraju   skalnego   urwiska   wyglądały   jak   chiński   rysunek   piórkiem.   Patrzyła   na   nie   jak 

zahipnotyzowana,   zastanawiając   się,   czy   to   będzie   ostatni   widok   w   jej   życiu.   Krzyknęła 

znowu, słysząc szelest traw poruszanych przez zbliżającego się do niej Simona. Nie spieszył 

się. Nie miał powodu do pośpiechu.

Wtedy w górze, nad krawędzią ściany skalnej ukazała się jakaś sylwetka. Była obła 

jak foka, miała ciemną jak foka głowę i długie mocne ręce, szerokie ramiona i stożkowatą 

figurę...   Poruszała   się   bezgłośnie   albo   też   szelest   traw   stłumił   odgłosy   kroków   Simona. 

Kształt ten także rozpłynął się w ciemności, gdy tylko opuścił skraj klifowej skały.

Ale inne zmysły Carli, wyostrzone niemożnością widzenia, pracowały ze wzmożoną 

silą. Stłumiony głuchy odgłos i chrapliwy oddech poprzedził okrzyk zaskoczonego Simona. 

Potem głos przeszedł w przeszywający, nieludzki krzyk, a napięte nerwy Carli ostatecznie 

odmówiły posłuszeństwa.

Obudziła się z głową opartą na ramieniu Michaela, a jego ręce obejmowały ją mocno. 

Panowała głucha ciemność, ale nie musiała go widzieć. Czuła i to dawało jej pewność, że to 

on. Poruszyła się, mrucząc coś z zadowoleniem, a Michael powiedział cicho:

- Wszystko w porządku, odpocznij chwilę. 

background image

Pod jej policzkiem jak młot biło jego serce, zaprzeczając spokojnym słowom. Coś 

otarło się o jej bose stopy, wywołując przerażenie.

- To ten przeklęty kot - powiedział Michael, tracąc na chwilę kontrolę nad swym 

opanowaniem. Nie wiedziała, czy głos załamał mu się z powodu rozbawienia, czy ulgi.

- To nie kot, ale anioł stróż - mruknęła. - Michael, gdybyś nie przyszedł popływać tej 

nocy...

- Pływać? Nie wiem, co... Mniejsza z tym, omówimy to później. Możesz chodzić?

- Chyba tak. Gdybym tylko mogła zrzucić tę straszną suknię.

- Ale nie teraz - powiedział z tym samym rozbawieniem w głosie. - Idziemy - no, hop, 

dzielna dziewczynka!

- Mam poranione nogi - żaliła się Carla. 

Stąpała z wielkim wysiłkiem, podtrzymywana ramieniem Michaela.

- Dzięki Bogu, że to jedyne rany - mruknął Michael.

- Czy on...?

- Już nie będzie groźny.

Opierając   się   na   jego   ramieniu,   Carla   się   odwróciła.   Nie   było   nic   poza   niemymi 

skałami w ciemności. Wysoka brama rysowała się na tle wygwieżdżonego nieba, a chłodny 

wiatr przynosił zapach morza.

III

Suknia była w strzępach. Splamiona rosą i błotem była tak poszarpana i podarta, że 

nie można jej było uratować. Carla trzymała ją na kolanach usadowiona uroczyście w salonie. 

Zabandażowane stopy położyła na stołku.

Policjanci już odjechali, a Carla nawet ich nie widziała.  Michael wpakował ją do 

pokoju, nakazując, żeby nie wychodziła, dopóki po nią nie przyjdzie.

- Musimy złożyć dokładne zeznania - wyjaśnił jej. - Nie upieraj się, ale załóż jakiś 

przyzwoity strój. Teraz wyglądasz jak obłąkana kobieta z „Jane Eyre”.

Gdy  wreszcie   po  nią  przyszedł,   była   przebrana   i  zajmowała   się  swoimi  bolącymi 

stopami, ale nie miała żadnego makijażu; raczej unikała lustra. Idąc na dół, wzięła z sobą 

suknię. Wchodzącą do salonu przywitał John.

- Michael zadzwonił do mnie, gdy tylko zawiadomił policję - poinformował ją, a jego 

subtelna twarz była zmieniona od szoku.

- To przerażające. Carlo, jak mogę ci pomóc? Michael, sądzę, że szklanka ciepłego 

mleka i pastylki nasenne dobrze jej zrobią.

background image

- Nie potrzebuje pastylek nasennych, musimy porozmawiać - powiedział Michael. - 

Pastorze, nie zdajesz sobie sprawy, w jakiej znaleźliśmy się sytuacji. Ty także, Carlo, i lepiej 

będzie, gdy wyjaśnimy sprawę, zanim będzie odpowiadała na pytania policjantów.

- Co masz na myśli? - spytała Carla.

- Usiądź - polecił jej Michael. - Ty także, John. Tim, wiem, że tam jesteś. Pokaż się 

tutaj   i   weź   swoje   lekarstwo   jak   grzeczny   chłopiec.   Tim   stanął   w   drzwiach,   usiłując   nie 

pokazywać, jak był speszony.

- Dlaczego się na niego złościsz? - spytała Carla.

- Gdyż jest fatalnym ochroniarzem. Nigdy nie ma go tam, gdzie jest potrzebny.

- Powiedziałeś, że mogę pojechać do Penzance - bronił się Tim.

- Powiedziałem ci także, abyś szybko wrócił. Mniejsza z tym, to prawda, że to była 

moja kolej na czuwanie, a okazało się, że otarłem się o...

Przerwał,   a   Carla   po   raz   pierwszy   zobaczyła   jego   twarz   bez   wyćwiczonej   maski. 

Spojrzenie, które jej rzucił, wynagrodziło jej wszystko, co przeżyła tego wieczoru.

Michael potrząsnął głową.

-   Wrócimy   do   tego   później.   Najpierw   powiedz   mi,   co,   do   diabła,   robiłaś   tam   w 

ciemności, ubrana w ślubną suknię Caroline? Bo domyślam się, że to jest jej suknia.

- „Była” to właściwsze słowo - Carla uniosła podarte strzępy. - Zamierzam ją spalić. 

Nie nadaje się do naprawy, a po tej nocy... To całkiem normalne, że chciałam ją przymierzyć. 

Choć nie wiem, dlaczego postanowiłam zrobić to dziś wieczór. Zapomniałam o dacie.

Nagle odruchowo zwróciła się do pochylonego w krześle pastora.

- John, wiem teraz, co się stało z Caroline. Uciekała od niego - jej przystojnego, 

wyśnionego   ukochanego.   William   przerażał   ją.   Nie   mogła   odmówić   poślubienia   go,   gdy 

rodzinie tak zależało na tym małżeństwie, ale nienawidziła i bała się go. Tego wieczoru, gdy 

siedzieli   w   salonie,   szepcząc   do   siebie...   On   mówił   jej   straszne   rzeczy.   Caroline   nagle 

poczuła, że nie wytrzyma tego dłużej. Wstała i pobiegła jak oszalała. Nie wiem, co się z nią 

wtedy   stało,   ale   prawdopodobnie   skoczyła   z   urwiska.   Wiem   jednak,   co   czuła.   Kiedy 

włożyłam jej suknię, zaczęłam czuć to samo.

Spodziewała się, że jej nie uwierzą. Tymczasem John przytaknął skinieniem głowy.

- To jest właśnie teoria, którą zamierzałem wam przedstawić jutro jako rezultat moich 

poszukiwań. Nie miałem dotąd czasu na przejrzenie starszych dokumentów, ale czułem, że ta 

sprawa to coś więcej niż tylko kwestia antykwarycznych badań. Teraz będziecie zaskoczeni 

paroma sprawami, jakie odkryłem, a dotyczącymi  najstarszych i najznakomitszych rodzin. 

background image

Szczególnie  mnie  przeraziła  gałąź Tremuanów. Określano to wówczas jako złą krew, ale 

uczeni mówią, że nie należy wierzyć w takie rzeczy.

-   Pan   Martinson,   ówczesny   pastor,   był   gadatliwym   jegomościem   i   zapisał   wiele 

miejscowych   plotek.   Oczywiście   nic   konkretnego.   Tremuanowie   byli   jedną   z   najbardziej 

prominentnych   rodzin,   a   duchowny   w   osiemnastym   wieku   zależał   od   hojności   swoich 

szlachetnych   protektorów.   Pomimo   to   znalazły   się   w   jego   zapiskach   pewne   pogłoski   o 

rodzime.   Sir   William   zasadniczo   różnił   się   od   bohatera,   jakim   go   uczyniła   romantyczna 

tradycja. Był  przywódcą bandy młodzieńców, którzy z nudów próbowali wszystkiego, od 

gwałtu do profanowania kościoła. Jest zupełnie zrozumiałe, że wrażliwa, delikatna panienka 

mogła go znienawidzić, a również możliwe, że on znajdował przyjemność w „dokuczaniu” 

jej.

- Właśnie to wyczułam - wtrąciła Carla. - Jej nienawiść do niego.

- Upiory - zgodził się Tim - zaczarowana suknia.

- Nie mogę się z tym zgodzić - zdecydowanie powiedział pastor. - Nie wykluczam 

możliwości,   że   to   nagły   przejaw...   powiedzmy   pamięci   tradycji   przodków,   a   nawet 

jasnowidzenia. Takie rzeczy się zdarzają. Carla myślała o tej dziewczynie, zastanawiała się 

nad jej losem, suknia mogła podziałać jak katalizator na wrażliwy umysł Carli. Proszę jednak 

nie mówić o duchach. Jeśli nasza teoria odpowiada rzeczywistości, rozwiązaliśmy tajemnicę 

rodzinną.

-  A   straszny  los  sir  Williama?   -  spytała   Carla.  -  Możesz   logicznie  wyjaśnić   jego 

koniec?

-   Oczywiście.   W   rzeczywistości   nie   był   potworem,   ale   zepsutym   gamoniem   bez 

wyobraźni. Na swój dziwaczny sposób kochał dziewczynę. Poszukiwał jej tamtego wieczoru, 

ale było za późno. Aby od niego uciec, rzuciła się ze skały. To musiał być dla niego straszny 

wstrząs. Szukając jej lub jej ciała, poranił się o skały, potem przylepiły się do niego kawałki 

wodorostów, które odegrały tak dramatyczną rolę w legendzie. Spóźnione wyrzuty sumienia i 

poczucie   winy  nadszarpnęły  jego  władze   umysłowe.   Ponieważ   nie   mógł   wziąć   na  siebie 

odpowiedzialności za jej śmierć, jego szalony mózg podsunął mu demona.

Spojrzał triumfalnie po obecnych.

- Nieźle - zgodził się Tim. - Wcale nieźle.

- Mniejsza z tym - powiedział Michael. - Przede wszystkim musimy teraz wymyślić 

historię, która wyjaśni nocną obecność tam Carli, bez uciekania się do pamięci przodków, 

jasnowidztwa i całej tej bredni. Co o tym myślisz, Carlo? Czy wyszłaś sobie na niewinny 

background image

wieczorny spacer? Czy może wzywało cię przeznaczenie pod postacią jakiegoś łajdaka, który 

cię zwabił?

-   Chwileczkę   -   powiedział   pastor,   zanim   mogła   odpowiedzieć.   -   Kłamstwo   jest 

oczywiście grzechem, ale... ale dlaczego od razu robić z kogoś łajdaka? Czy śmierć Simona to 

nie mógł być po prostu tragiczny wypadek? Myślę o tobie, Michael. Wszyscy wiemy,  że 

działałeś w obronie Carli, ale ten przypadek nabierze rozgłosu i może przysporzyć ci wiele 

przykrości. Jeśli...

- Zaczekaj - przerwał mu Michael. - Nie wiesz, o czym mówisz, John. Słyszałeś tylko 

część historii. Nie ma sposobu, aby przedstawić śmierć Simona jako wypadek i uratować jego 

reputację.   On   zabił   z   premedytacją   Alana   Fairmana,   aby   powstrzymać   go   od   mówienia. 

Fairman był jego wspólnikiem w przemytniczym procederze. W rzeczywistości Simon był 

szefem. Miał zamiar dalej, po pewnym czasie, działać zgodnie z pierwotną umową. Sześć 

miesięcy, może rok to dostatecznie dużo czasu, aby ludzie zapomnieli o moich oskarżeniach, 

zwłaszcza gdy nie będzie tutaj Carli i mnie, by o tym przypominać.

- Nie mogę w to uwierzyć - wykrzyknął John.

- Wolałbyś uwierzyć, że Simon był maniakalnym zabójcą i próbował zabić Carlę dla 

przyjemności   zabijania?   -  spytał   Michael.   -  Od  początku  byłem  pewny,  że   Alan  nie   był 

głównym sprawcą. Policja mogła tego nie odkryć. Nie znali ludzi, którzy znaleźli się wśród 

podejrzanych, ani szczegółów planu pozbycia się Carli. Ale jakże ty, John, mogłeś myśleć, że 

Alan był zdolny do wymyślenia tego planu? To było typowe dla Simona! I był jednym z 

niewielu ludzi, który mógł to wmówić babci. Nie tylko ufała mu bezgranicznie, ale jako 

lekarz mógł chwilowe zaburzenia i zaćmienia jej umysłu zmienić w prawdziwą chorobę.

Teraz Michael zwrócił się do Carli.

-   Przypuszczałem,   że   domyśliłaś   się   wszystkiego   w   tym   dniu,   kiedy   w   szpitalu 

przedstawił bardzo obrazowo, czego doświadczyła babcia przed zapaścią. Oczywiście, czytał 

rękopis Thomasa. Badacz miejscowego folkloru nie mógł przejść do porządku dziennego nad 

takim podniecającym źródłem. Miał dostęp do wszystkiego w domu, włącznie z zasobami 

biblioteki. Gdy postanowił wykorzystać legendę do przestraszenia ciebie, wyrwał z genealogii 

Waltera karty, które obalały mit.

- Sądzisz, że Walter odkrył prawdziwą historię? - spytał John z trochę speszoną miną.

-   Korzystał   z   tego   samego   źródła   co   ty   i   był   bardziej   osobiście   zainteresowany 

historią.

- A zatem czemu nie powiedział o tym nikomu? - spytała Carla.

background image

-   Gdyż   w   rzeczywistości   wszystkich   to   figę   obchodziło   -   odparł   Michael.   -   Kto 

przywiązuje wagę do starych opowieści o duchach? Horror podnieca jedynie tych, którzy 

wolą raczej powtarzać niestworzone historie, niż racjonalnie je wyjaśnić. Podejrzewam, że 

Walter  powiedział Simonowi,  jedynemu  człowiekowi w sąsiedztwie interesującemu  się tą 

sprawą. Zamieszana w to była rodzina Simona i to - pamiętaj - niezbyt chlubnie. Być może 

także, że ze względu na Simona Walter nie rozgłosił tej historii.

-   Masz   zupełną   rację   -   pastor   skinął   głową.   -   Walter   kończył   większość   swoich 

poszukiwań już po moim przyjeździe tutaj. Do końca nie poznałem go dobrze. A kto mógł 

przewidzieć, że stara legenda nabierze takiego znaczenia? Ciągle jeszcze nie wiem, jak Simon 

to wszystko przeprowadził. Przyjmuję, że to on odpowiada za wylew pani Pendennis.

- Nie bezpośrednio - odparł Michael. - Nigdy nie będziemy wiedzieli do końca, co się 

wydarzyło tamtej nocy. Wskutek manipulacji Simona nie można polegać na zeznaniach babci. 

Dlatego   nigdy   nie   zagrażał   jej   bezpieczeństwu,   gdyż   doskonale   wiedział,   ze   nie   może 

świadczyć przeciw niemu. Sądzę, ze domyślam się, jak to było z wodorostami. Zamierzał 

wciągnąć worek z nimi przez pokój babci i dalej przez hol do pokoju Carli.

- Dlaczego po prostu nie wszedł przez moje okno? - spytała Carla, drżąc na samą myśl 

o tej możliwości.

- To nie byłoby tajemnicze ani nadprzyrodzone - odparł Michael. - Na twój balkon 

można się łatwo dostać, a okno babci jest dwa piętra nad ziemią. On sam po prostu wszedł do 

domu; oczywiście dobrze patrząc, czy nikt go nie widzi. Jest zresztą wiele innych możliwości 

wejścia do środka. Najpierw jednak rzucił garstką kamyczków w moje okno. Gdy wyjrzałem, 

przedstawił   mi   małą   scenkę   -   ciemna   postać   w   peruce   z   wodorostów   przemykała   przez 

zarośla. Oczywiście, wyszedłem, by rzecz zbadać. Wtedy wszedł na górę. Musiał przeżyć 

szok, gdy babcia się obudziła. Od wielu dni karmił ją pigułkami. Tego wieczoru nie wzięła 

pigułek   albo   przestały  działać.   Zobaczyła   go.  Prawdopodobnie   nie   rozpoznała   go  w   tym 

przebraniu, ale widok mężczyzny w jej pokoju w środku nocy wywołał atak. Miał zaledwie 

chwilę, by pokonać schody i wybiec na zewnątrz, zanim Carla przyszła na ratunek.

- To wszystko wygląda tak głupio - zauważyła Carla. - Tak dziecinnie.

- To prawda - zgodził się Michael - ale tak właśnie działał jego umysł. Wyobrażam 

sobie, że sprawiało mu to przyjemność. Gdyby mu się nie udało nastraszyć ciebie, zawsze 

mógł uciec się do drastyczniejszych metod, tak jak to próbował tej nocy. Najlepiej udawało 

mu   się   wykorzystać   portret,   a   jednak   zdradził   go.   Po   tym   przypadku   nie   miałem   już 

wątpliwości, kto był sprawcą.

- Dlaczego?

background image

- Pomyśl logicznie, jeśli jest to możliwe - powiedział oschle. - Było oczywiste, że 

byłaś   pod   wpływem   jakiegoś   narkotyku.   Nie   mogłaś   go   otrzymać   z   jedzeniem   czy   też 

napojami, bo nie można by przewidzieć, kiedy zadziała. Wyobrażam sobie, że gdy portret był 

w zmienionej pozycji, ty, przywracając go na miejsce, odbezpieczałaś wydzielanie się gazu. 

Lekarze  mają dostęp  zarówno do środków anestetycznych,  jak do narkotyków  w rodzaju 

heroiny. Potem musiał tylko otworzyć okno, by narkotyk wywietrzał,

- To najbardziej skomplikowana rzecz, o jakiej słyszałam - przyznała się Carla.

- Jego umysł był skomplikowany. Był jeszcze jeden powód, aby przesunąć portret do 

ciemnego kąta. Nie mogłaś go obejrzeć dobrze, a to, co zobaczyłaś, to była twoja twarz w 

lustrze. Nic dziwnego zatem, że malowało się na niej przerażenie. Mógł przesunąć lustro 

jednym lekkim dotknięciem prztyczka pod parapetem. W zaledwie kilkanaście sekund mógł 

je znowu ustawić na właściwym miejscu. Czekał po prostu na klatce schodowej, dopóki nie 

opuściłaś pokoju, co w końcu musiałaś zrobić w ciągu całego wieczoru.

Nikt się nie odezwał. Carla usiłowała jakoś uporać się z tą masą informacji. Pastor 

wyglądał na zaskoczonego.

- Przecież znałem Simona od lat - ciągnął Michael. - Wystarczająco długo, by zdać 

sobie sprawę, że pod układnym uśmiechem kryje się nędzny łajdak, mający różne problemy 

emocjonalne. Był moją beté noire w okresie dojrzewania. Nosił przy sobie stale kamienie i bił 

mnie, gdy tylko się spotkaliśmy. Ale nie miałem na to dowodów i nikt by mi nie uwierzył. 

Byłem więc czujny i podejrzliwy. Miałem nadzieję, że skłonię Alana, aby go oskarżył, ale 

Simon zdążył  mnie uprzedzić, ratując siebie. Nie myślałem jednak, że na tym skończy, i 

strasznie się niepokoiłem o Carlę. Gdy powiedziała nam, że się jej oświadczył, pomyślałem, 

że to wspaniale, bo postanowił w ten sposób zdobyć dom. Będzie bezpieczna, dopóki będzie 

się do niej zalecał. Jeśli natomiast okazałaby się tak głupia, żeby przyjąć jego oświadczyny, 

wiedziałem, że znajdę jakiś sposób na powstrzymanie jej od ślubu.

Carla zapomniała, że poza nimi jest jeszcze ktoś w pokoju.

- Co byś zrobił, aby mnie powstrzymać?

- Zabiłbym go, gdyby to było konieczne.

- Chciałam ten dom oddać tobie - oznajmiła.

- Mogłaś to powiedzieć. Gdybym ja był właścicielem, Simon skierowałby uwagę na 

mnie.

- Nie mogłam pojąć, dlaczego chcesz tego domu. Zwłaszcza ta gadanina o hotelu była 

nieprzekonująca.

- A jednak prawdziwa.

background image

- Ale twoja kariera...

Tim, który jak widzowie meczu  tenisowego kręcił głową to w tę, to w tę stronę, 

śledząc rozmowę, przerwał teraz.

- Mówiłem ci, że będzie obsuwa, jak nie powiesz jej prawdy.

Następnie zwrócił się do Carli.

- Ma feler w barku. Skręcił go w czasie gry w piłkę nożną. Od tego czasu mu dokucza.

- A więc dlatego...

Michael wzruszył ramionami.

- U tancerza liczą się nie tylko nogi. Wyobraź sobie, że upuszczę partnerkę podczas 

skoku w moje ramiona. To byłoby niedopuszczalne.

- Więc naprawdę chcesz wykorzystać dom na gospodę?

- Dlaczego nie? Mogłoby być zabawne.

- Tak - mruknęła Carla - mogłoby... Tim, a kim ty, do diabla, jesteś?

- Dokładnie tym, kim powiedziałem. - Tim poczuł się dotknięty. - Spotkaliśmy się z 

Mike’em   w   zeszłym   roku   w   Londynie,   gdy   wędrowałem   po   świecie...   Skłamałem   tylko 

odrobinkę,   Carlo.   Jestem   niezupełnie   nędzarzem   ani   przybyszem   do   starej   Europy,   jak 

mówiłem.   W   college’u   studiowałem   zarządzanie   hotelami,   a   gdy   odziedziczyłem   trochę 

pieniędzy po wujostwie, zacząłem rozglądać się za dobrą inwestycją. Mike powiedział mi o 

tym   domu.   Pomyśleliśmy   sobie,   że   można   go   niedrogo   kupić.   Jednego   tylko   nie 

przewidziałem, że wezmę udział w prawdziwym dreszczowcu. Mike wysłał mi SOS, gdy 

zaczął podejrzewać, że ktoś chce mu sprzątnąć wymarzoną dziewczynę...

- Wystarczy - przerwał Michael. - Czy oferta jest jeszcze aktualna?

- Pewnie. Urządzimy tu kombinację nawiedzonego domu z eleganckim hotelem. Musi 

się udać.

- Ależ drodzy przyjaciele! - Pastor machnął ręką z rezygnacją. - Te wszystkie plany... 

Obawiam się, że mamy jeszcze przed sobą trudny okres. Michael, jak zginął Simon Tremuan?

-   Nie   zabiłem   go.   Tak   zeznałem   sierżantowi   policji,   dlatego   jestem   tutaj,   wśród 

przyjaciół, zamiast w areszcie.

- Jak zmarł? - powtórzył pastor.

- Złamał kark - bez pośpiechu powiedział Michael. - Miał też inne rany... - Zwrócił się 

do Carli. - Usłyszałem twój krzyk. Domyśliłem się, że wyszłaś z domu, i przeraziłem się. 

Wybiegłem do ogrodu, a wtedy ty krzyknęłaś drugi raz. Gdy znalazłem się tam... ale w tę 

część opowieści nie uwierzycie.

background image

- Już teraz nie wierzę. - Carla głęboko westchnęła. - Myślałam, że pojechałeś z Timem 

do Penzance. A gdy zobaczyłam, że wspinasz się po skałach...

- Ależ to nie byłem ja. Przybiegłem z domu i znalazłem ciebie zemdloną na ziemi. 

Simon   leżał   twarzą   do   ziemi   obok   zwalonego   kamienia.   Miałem   latarkę,   jednakże   nie 

zapaliłem jej, bo nie chciałem, żebyś zobaczyła... Te rany mógł zadać tylko silny mężczyzna. 

Być może mężczyzna z czarnym pasem karate.

Na chwilę zaległo głuche milczenie.

- Gdyby nie ten morderca, mógłbym go zapewne zrzucić ze skały. Ale byłem lekko 

zamroczony. Sierżant zgodził się ze mną, że musiał to zrobić zawodowy morderca, który znał 

swój fach. Wynajęty przez przestępców, kompanów Simona. Może groził im szantażem. Całe 

szczęście, że nie miałem świeżych obrażeń. Jestem ci bardzo wdzięczny, że nie podsunęłaś 

poczciwemu sierżantowi brzydkich podejrzeń. Nie wiem, kogo widziałaś, ale to nie byłem ja.

- Muszę pozbyć się tych szalonych myśli - wolno powiedziała Carla. - Nikogo nie 

mogłam widzieć, bo było zbyt ciemno. Ale słyszałam odgłosy walki. A że jestem biedną, 

bojaźliwą dziewczyną, zemdlałam.

- Policja uwierzy w to z pewnością - powiedział Michael.

- Ja także - stwierdził Tim - nie chcę wiedzieć niczego więcej. To dokładna relacja, 

Carlo. Trzymaj się jej. Wszyscy spojrzeli na pastora.

-  Wydaje  mi   się prawdziwa  -  powiedział   John  spokojnie.  - Co  innego  mogło  się 

zdarzyć?   Jeśli   muszę,   zgodziłbym   się   raczej   na   zupełnie   nieprawdopodobnego   i 

hipotetycznego płatnego mordercę niż jeszcze mniej prawdopodobnego... Można powiedzieć, 

że był to ciężki wieczór, a Carla powinna iść spać. Dobranoc wszystkim. Nie odprowadzajcie 

mnie.

Po wyjściu pastora Tim wytarł głośno nos i odkaszlnął, patrząc na Michaela. Carla 

podniosła się z krzesła, krzywiąc się z bólu i utykając podeszła do okna.

Ciemność   i   gwiazdy,   nic   poza   tym.   Poczuła   raczej   niż   usłyszała   zbliżającego   się 

lekkim krokiem Michaela.

- Zastanawiasz się, co tam jest? - powiedział cicho.

- Musimy kiedyś o tym porozmawiać - rzekła Carla. - Choćby testament Waltera... Co 

go skłoniło tak to sformułować, abym tylko ja była uprawniona do dziedziczenia?

- Wszystko to można wyjaśnić racjonalnie, Carlo. Zbieżność... Na wetten cholerny 

wiersz, który Simon spreparował i wsunął do pamiętnika.

- Co wiesz o wierszu?

background image

- Obawiam się, że z ciebie niezbyt gorliwa czytelniczka. To wiersz amerykańskiego 

poety   Edwina   Arlingtona   Robinsona:   „Stań   przy   zachodniej   bramie,   Luke   Havergal...   o 

zachodzie czekając nieubłaganego losu”.

- Nie ma znaczenia, ile z tego zostało sfałszowane - powiedziała Carla. - Są jednak 

sprawy... Nie musisz jednak tłumaczyć wszystkiego, abym lepiej się poczuła, Michael. Wcale 

się nie boję. W gruncie rzeczy Simon miał rację. To było szczęśliwe fatum, nie zły duch.

Michael otoczył ją ramieniem.

- Możemy zatem spróbować? To szalony pomysł, Carlo. Prawie tak szalony jak ty, 

mój mały, przesądny skarbie.

Carla przemyślała wszystko. Będą musieli pracować w pocie czoła. Wszyscy. A i tak 

może się nie udać. Są młodzi i niedoświadczeni. Wszystko układało się dotąd przeciw nim.

Na jednej szali względy praktyczne, a na drugiej?...

- Ależ tak - powiedziała. - Spróbujmy.