background image

INGULSTAD FRID

LUDZKIE GADANIE

część 3.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kristiania, luty 1905

background image

Elise   wpatrywała   się   w   Otta,   nocnego   stróża,   czując,   że   rumieniec 

oblewa jej twarz.

- Ty źle zrozumiałeś. Ja... my... my zostaliśmy tutaj zamknięci. Przez 

jakichś łobuzów z „Bandy z Sagene".

Na jego wargach pojawił się szyderczy uśmieszek.
-   Ach   tak,   zostaliście   zamknięci.   Dziwne,   że   dotychczas   tego   nie 

zauważyłem. Drzwi były otwarte, kiedy przyszedłem, a ja w nocy robiłem 
obchód tak samo często jak zawsze.

- Musisz mi wierzyć - Elise sama słyszała, że jej głos brzmi desperacko. 

-   Emanuel...   to   znaczy   oficer  Armii   Zbawienia,   odprowadzał   mnie   do 
domu i na wzgórzu Aker wpadliśmy na nich...

Emanuel podszedł bliżej.
- To prawda. Zostaliśmy oboje pobici i zaciągnięci do komórki. Kiedy 

doszliśmy trochę do siebie, wokół panowały nieprzeniknione ciemności. 
Po omacku dotarliśmy do drzwi, odkryliśmy jednak, że zostały zamknięte 
od zewnątrz.

Otto machnął ręką, jakby się od niego opędzał.
-   Oszczędź   sobie   tych   łgarstw,   kolego.   Dobrze   wiem,   co   widziałem. 

Zabieraj się stąd. A ty, Elise, pójdziesz ze mną do fabryki.

Elise   wciąż   gapiła   się   na   niego,   teraz   jej   ciało   przeniknął   dreszcz 

strachu.

- Dlaczego mam chodzić do fabryki? Nie słyszałam jeszcze porannej 

syreny.

- Idziesz ze mną, powiedziałem.
Nie   miała   odwagi   mu   się   przeciwstawić.   Odwróciła   się   jeszcze   do 

Emanuela   i  posłała   mu   rozpaczliwe   spojrzenie.   Zanim  stróż   wyszedł   z 
latarnią, zdążyła w oczach Emanuela dostrzec strach.

W drodze do fabryki podjęła jeszcze jedną próbę.
-   Dlaczego   ty   mi   nie   wierzysz,   Otto?   My   naprawdę   szarpaliśmy   za 

drzwi,   ale   były   zamknięte.   Nie   miałam   pojęcia,   że   jest   jakieś   boczne 
wejście.

Stróż nie odpowiadał. Milczał, dopóki nie dotarli do bramy wejściowej, 

którą   otworzył. Wtedy  odwrócił  się  do  Elise,  oczy  mu   pociemniały  ze 
złości, widziała w nich także rozczarowanie.

- Wiesz, co myślę o takich jak ty? - splunął daleko przed siebie. - Otóż 

myślę,   że  jesteś  cholernym  mętem.   Nie  musisz   niczego   udawać,   Elise. 
Sądzisz, że was nie widziałem? Uważasz, że nie rozumiem, coście robili w 
tej komórce?

- To nieprawda. Myślałam, że zamarznę na śmierć. On mi pomógł, bo... 

background image

- umilkła gwałtownie. Szedł ku nim pośpiesznie sam majster.

- No patrzcie, oto i panna Lovlien. Bogu dzięki! Co się stało? Twoja 

siostra siedzi w moim biurze i nie posiada się ze zdenerwowania.

- Znalazłem ją w komórce, panie majstrze. Rażeni z jakimś oficerem 

Armii Zbawienia.

Majster spoglądał to na nocnego stróża, to na Elise, a potem znowu na 

stróża.

- Co ty opowiadasz? Otto skinął głową.
- Leżeli w kącie komórki i nie zauważyli, kiedy wszedłem.
- Ty naprawdę niczego nie chcesz zrozumieć. - Elise zwróciła twarz w 

stronę   stróża,   mówiła   gniewnym   głosem.   -   Już   ci   tłumaczyłam,   że 
zostaliśmy tam zamknięci.

Zanim znowu odwróciła się do majstra, stróż zdążył jej posłać ponure 

spojrzenie.

- Ona na nim leżała, panie majstrze. Pod jego płaszczem.
- Możesz iść, Otto. Panna Lovlien pójdzie ze mną. - Majster odwrócił 

się i pomaszerował w stronę swojego kantorka. Elise nie miała innego 
wyjścia, jak tylko podążyć za nim. W tym samym momencie fabryczna 
syrena zaczęła wyć.

W kantorku paliło się kilka lamp, a w głębokim fotelu siedziała Hilda z 

zapłakaną twarzą.

- Elise! - zawołała Hilda przez łzy. Zerwała się z fotela. - Gdzieś ty 

była? Dlaczego nie wróciłaś do domu?

- Zostaliśmy napadnięci. Kilku łobuzów z „Bandy z Sagene" rzuciło się 

na nas, a potem wciągnęli nas do komórki. W końcu zamknęli drzwi od 
zewnątrz i zniknęli.

- Jakich „nas"? - Hilda patrzyła na nią, nie rozumiejąc.
- Kapitan Emanuel Ringstad uparł się, że odprowadzi mnie do domu.
-  A  czy   nie   mogliście   wzywać   pomocy?   Łomotać   do   drzwi?   Wiesz 

chyba, że Otto przez całą noc krąży po terenie fabryki.

Elise ze wstydem zdała sobie sprawę, że nie pomyślała o tym, jakoś 

nocny   stróż   nie   przyszedł   jej   do   głowy.   Nigdy   nie   wiedziała,   że   Otto 
kontroluje cały teren fabryki. Za każdym razem, kiedy przychodziła rano 
do pracy, spotykała go w wejściu.

- Nie pomyślałam o tym - wymamrotała zbolałym głosem. - Myślałam, 

że  nas  nie  usłyszy. Tak  okropnie   marzłam,  byliśmy   przekonani,  że  nie 
wyjdziemy, dopóki fabryka nie zostanie otwarta.

Majster   i   Hilda   słuchali   jej   w   milczeniu,   majster   z   podejrzliwym 

spojrzeniem, Hilda z wyrzutem.

background image

- W komórce było zimno jak na dworze, a ja miałam tylko tę chustkę 

robioną   na   drutach.   Bałam  się,   że   zamarznę   na   śmierć.  Więc   żeby   mi 
pomóc, pan Ringstad zdjął płaszcz i otulił nim nas oboje. - Poczuła, że się 
rumieni. - Zdaję sobie sprawę, że nocny stróż mógł źle zrozumieć to, co 
zobaczył. Musieliśmy oboje zasnąć i obudziliśmy się dopiero, kiedy Otto 
stanął w drzwiach. Nie mieliśmy pojęcia, że znajdują się tam jakieś boczne 
drzwi i w dodatku są otwarte.

Widziała, że Hilda jej wierzy, majster jednak wciąż spoglądał na nią 

sceptycznie.

Posłała siostrze zatroskane spojrzenie.
- A co z Pederem i Kristianem?
- Spali, kiedy wychodziłam. Napisałam im na kartce, że muszą radzić 

sobie sami i że wszystko im później wyjaśnimy.

- Bogu dzięki, przynajmniej nie będą się bać.
- Ale ja się bałam. - Hilda mówiła gniewnie. - Całą noc nie spałam. 

Najpierw myślałam, że poślizgnęłaś się na oblodzonym moście, wpadłaś 
do rzeki i utonęłaś, potem przyszło mi do głowy, że zostałaś napadnięta, 
zgwałcona i zamordowana, a w końcu wyobraziłam sobie, że się po prostu 
przewróciłaś, złamałaś nogę i leżysz bezradna w ciemnościach, zamarzając 
powoli na śmierć. Tak strasznie się bałam, że nie mogłam dłużej siedzieć 
w kuchni i czekać na ciebie, więc przybiegłam tutaj w nadziei, że znajdę 
kogoś, kto pomoże mi ciebie odszukać. Na całe szczęście zjawił się pan 
majster.

- Strasznie mi przykro, Hildo, ale nic nie mogłam na to poradzić.
- Nie przyszło mi do głowy, że oficer Armii Zbawienia cię odprowadzał 

- mówiła dalej Hilda, jakby nie słyszała słów siostry. - Gdybym o tym 
wiedziała, nie denerwowałabym się tak.

Elise skinęła głową.
- Rozumiem, ale ty też musisz przyjąć do wiadomości, że nie miałam 

wpływu   na   to,   co   się   stało.   Kapitan   Ringstad   próbował   uspokoić 
napastników, ale oni po prostu chcieli awantury, widziałam to z daleka.

- A skąd wiesz, że to była „Banda z Sagene"? - majster marszczył brwi i 

wcale nie wyglądał na przekonanego.

-   Poznałam   jednego   z   nich.   To   jest...   to   jest   znajomy   mojego 

narzeczonego.   -Poczuła,   że   się   czerwieni,   i   nie   była   w   stanie   spojrzeć 
majstrowi w  oczy. Musi się   teraz  zastanawiać,  jakich  to  przyjaciół ma 
Johan.

- Czy ktoś widział to, co się stało?
- Słyszeliśmy jakieś głosy, kiedy byliśmy na wzgórzu Aker. Napastnicy 

background image

się   zdenerwowali   i   kazali   nam   zejść   na   dół   i   iść   dalej   Maridalsveien. 
Kapitan Ringstad zaczął biec, ja próbowałam dotrzymać mu kroku na tyle, 
na ile pozwalała mi boląca noga, ale oni i tak znowu nas dopadli.

- Pozostają więc wasze słowa przeciwko słowom bandy. Policja raczej 

nie rozpatruje takich spraw, w których nie wiadomo, czego się trzymać. 
Przypuszczalnie   policjanci   pomyślą   to   samo   co   nocny   stróż   -   majster 
patrzył na nią z nieskrywaną podejrzliwością we wzroku.

- Ale pan musi mi uwierzyć, panie majstrze. Jestem zaręczona i nigdy 

bym   nie   zrobiła   niczego   za   plecami   swojego   narzeczonego.   Kapitan 
Ringstad był taki miły  i pomógł nam w różnych sprawach. Obiecałam 
mamie, że pójdę do niego i zapytam go o coś, co mama musi wiedzieć. On 
natomiast nie chciał, żebym sama wracała po nocy. Nic więcej się nie 
stało.

- W porządku - majster machnął ręką. - A teraz musicie obie pośpieszyć 

się do hali fabrycznej. Dzień pracy już się zaczął.

Po drodze Elise oznajmiła szeptem: - To nie Armia Zbawienia zapłaciła 

za naszą mamę, Hilda.

- Wiem o tym.
Elise odwróciła się ku niej zaskoczona.
- Wiesz?
Hilda skinęła głową.
- Majster mi o tym powiedział, kiedy tłumaczyłam mu, dlaczego poszłaś 

do   tego   oficera  Armii   Zbawienia.   -   Odwróciła   się   i   spojrzała   w   tył.   - 
Obiecałam, że nikomu o tym nie pisnę, nawet tobie.

- Chcesz powiedzieć...
Hilda   skinęła   głową.   -  Ale   na   Boga   nie   wydaj   mnie,   nie   mów,   że 

cokolwiek   wiesz.   Myślę,   że   on   się   bał,   że   zarażę   się   suchotami.   - 
Uśmiechnęła się jakby przepraszająco.

Elise milczała. Rozumiała bardzo dobrze, dlaczego majster tak się tego 

boi.

Nie   musiała   zatem   chodzić   do   Emanuela.   Mama   może   leżeć   w 

sanatorium  z  czystym  sumieniem,   a   oni  wszyscy   mogą   się   cieszyć,  że 
otrzymała   pomoc.   Majster   najwyraźniej   pragnie   kontynuować   swój 
romans   z   Hildą,   ale   tego   dnia,   kiedy   straci   zainteresowanie,   opłaty   za 
sanatorium z pewnością się skończą. A zatem powinnam się cieszyć za 
każdym razem, kiedy Hilda wieczorem wymyka się z domu, pomyślała z 
uczuciem   goryczy   w   ustach.  Ale   dlaczego   on   wybrał   właśnie   Hildę? 
Dziewczyna nie jest przecież ładna. Jest miła i sympatyczna, zwłaszcza 
kiedy się uśmiecha, i umie się przypodobać, poza tym jednak jest dość 

background image

zwyczajna. A majster ma pieniądze i z pewnością mógłby zdobyć każdą 
kobietę, której pragnie. Dlaczego nie znalazł sobie kogoś ze swojej klasy? 
Kogoś, z kim mógłby się otwarcie pokazywać? Kogoś, z kim znajomości 
nie musiałby ukrywać?

Nadzorca wiedział chyba, że ich spóźnienie jest usprawiedliwione, bo 

skinął tylko głową, kiedy obok niego przechodziły. Zarówno prządki, jak i 
pomocnice   posyłały   im   zaciekawione   spojrzenia,   raz   po   raz   podnosiły 
głowy znad swojej roboty.

Dopiero teraz Elise mogła spokojnie pomyśleć. Przepełniały ją dziwne 

uczucia,   sama   nie   rozumiała,   jak   mogła   położyć   się   na   Emanuelu, 
przytulać   się   do   niego   pod   tym   płaszczem,   którym   owinął   ich   oboje. 
Człowiek chyba nie zamarznie na śmierć w ciągu jednej krótkiej nocy, 
mając   w   dodatku   wokół   siebie   ściany   i   sufit?   Elise   z   pewnością   by 
przeżyła, nawet gdyby usiadła w pewnej odległości od Emanuela.

W  każdym  razie   nie   musiała   się   kłaść   na   jego   brzuchu.   Nawet  sam 

Emanuel na to zareagował i przestraszony spytał, co Elise robi.

Wstyd palił jej policzki. Pomyślała o nocnym stróżu, który ich znalazł i 

domyślał   się   jak   najgorszych   rzeczy.  Teraz   plotki   rozejdą   się   po   całej 
fabryce z szybkością błyskawicy. A potem przyjaciel Lorta-Andersa zrobi 
z pewnością, co będzie mógł, żeby szkoda była jeszcze większa. Może 
nawet przeszmugluje  tę  plotkarską   historię   do  Johana  w więzieniu.  Na 
myśl o tym robiło się jej zimno i gorąco, kręciło jej się w głowie, bała się, 
że znowu zemdleje. Zwłaszcza że od dawna nie jadła, a ostatniej nocy 
spała niewiele.

Głęboko wciągnęła powietrze i próbowała koncentrować się na pracy, 

starała się nie myśleć już o tym, co się stało, ale ta sprawa wciąż nie 
dawała jej spokoju.

Ciekawe, co się stało z Emanuelem? Co też zdecydował się powiedzieć 

córce gospodarza? Czy będzie miał nieprzyjemności z powodu tego, co 
zaszło?

Elise   skuliła   się.   Na   kilka   sekund   uniosła   wzrok.   Natychmiast 

dostrzegła, że wiele prządek patrzy na nią z zaciekawieniem. Gdy tylko się 
zorientowały, że je widzi, jak na komendę odwróciły spojrzenia. Kiedy 
popatrzyła   następnym   razem,   stwierdziła,   że  Valborg   daje   znaki   i   robi 
grymasy do jednej z dziewcząt.

No to się zaczęło, pomyślała i już teraz bała się drogi powrotnej do 

domu.

Gdy tylko na korytarzu rozległ się szczęk baniek z jedzeniem, wybiegła, 

kulejąc, zanim ktokolwiek zdążył się do niej odezwać. Pogoda była tak 

background image

samo klarowna jak poprzedniego dnia, zrobiło się tylko trochę chłodniej. 
Właściwie Elise nie musiała iść do domu, mogła spokojnie zjeść w fabryce 
zupę, ale myśl o Pederze i Kristianie budziła w niej niepokój. Chłopcy na 
pewno   poszli   do   szkoły,   nie   odważyliby   się   postąpić   inaczej,   musiała 
jednak   sprawdzić,   czy   wszystko   jest   w   porządku.   Poza   tym   w   domu 
brakowało   różnych   produktów,   powinna   więc   po   drodze   wstąpić   do 
Magdy na rogu.

W sklepie zderzyła się z Evertem.
-   Cześć,   Evert.   Brakowało   nam   ciebie.   Tamtego   dnia   obiecałam   ci 

mleczną zupę.

Chłopak drapał się gwałtownie po głowie, z pewnością ma wszy.
- Nie mogłem się wyrwać.
- Kristian mi mówił. Pójdę do Hermansena i powiem mu, że to ja dałam 

ci obrazek.

Chłopak popatrzył na nią zdumiony.
- Naprawdę byś to zrobiła?
Elise potwierdziła stanowczym skinieniem.
- Chciałabym też porozmawiać z nim o twojej szkole. Naprawdę nie 

może być tak, że nie chodzisz do szkoły. Taki zdolny z ciebie chłopak.

Evert zaczerwienił się po uszy. Elise widziała, że bardzo się ucieszył.
- Przecież czytasz niczym pastor - uśmiechnęła się do niego. - Widziałeś 

dzisiaj Pedera i Kristiana?

Chłopiec skinął głową.
-   Widziałem,   jak   biegli   do   szkoły.   Mówili,   że   zaspali.   Elise   skinęła 

głową.

- No właśnie, tego się bałam. Evert ruszył ku drzwiom.
-   Muszę   zmykać.   -   Naciągnął   czapkę   na   czoło   i   lekko   wyprostował 

plecy, kiedy wychodził.

Na szczęście  Elise  nie  widziała  nigdzie  pani  Evertsen,  nie  byłaby   w 

stanie wytłumaczyć jej teraz, dlaczego nie wróciła na noc do domu.

Spotkała natomiast panią Thoresen, która wyszła z fabryki, żeby zajrzeć 

do Anny.

- Dzień dobry, Elise. Co to się stało? Hilda zbiegała dzisiaj rano po 

schodach bardzo wzburzona.

Elise  wyjaśniła  jej  pokrótce,   co  ją  spotkało  w  nocy, nie   wspomniała 

jednak o Emanuelu.

Pani Thoresen załamywała ręce zbulwersowana.
- „Banda z Sagene", powiadasz? To przecież powinnaś iść na policję, 

Elise. Nie możemy pozwolić, żeby tacy bandyci włóczyli się po naszych 

background image

ulicach.

Elise przytaknęła i ruszyła dalej na trzecie piętro.
- Proszę pozdrowić ode mnie Annę i powiedzieć, że zajrzę do niej jutro. 

Dzisiaj w nocy nie spałam, będę się musiała wcześniej położyć.

Pani Thoresen kręciła głową, nie słuchając już, co mówi Elise.
- „Banda z Sagene"... - mamrotała pod nosem.
W kuchni było zimno, chłopcy  nie mieli czasu, żeby rozpalić ogień. 

Wyglądało na to, że nic też nie jedli, prawdopodobnie obudzili się późno, a 
kiedy odkryli, która jest godzina, po prostu ubrali się i pobiegli.

Pokuśtykała do izby. Było tak, jak sądziła, łóżka nie zostały pościelone.
Ogarnęła   spojrzeniem   łóżko   matki.   Jeszcze   nie   zdążyła   się 

przyzwyczaić, że matki tam nie ma. Elise tęskniła za nią bardziej, niżby 
kiedykolwiek   przypuszczała.   Odpowiedzialność   za   rodzinę   i   wszystkie 
trudności, jakie na nią spadły, były zbyt trudne do udźwignięcia. Pragnęła 
teraz,   żeby   mama   znowu   leżała   w   łóżku,   tak   jak   Elise   przywykła,   by 
mogła usiąść na brzegu, potrzymać matkę za wychudłą rękę i opowiedzieć 
jej, co się stało.

Matka by mnie zrozumiała, powtarzała sobie w duchu. Ona by nie miała 

wątpliwości, że mówię prawdę. Potrafiłaby nawet wczuć się w sytuację 
córki   i   przekonać   ją,   że   nie   było   innego   wyjścia.   Gdyby   nie   przyjęła 
pomocy   Emanuela,   mogłaby   zamarznąć   na   śmierć,   tak   matka   by   ją 
uspokajała.

Zaczęła ścielić łóżka, ale w głowie wciąż krążyły te same myśli. Po tym, 

co się stało, nie będzie mogła pójść do Świątyni. Nie potrafiłaby stanąć z 
nim twarzą w twarz, spojrzeć mu w oczy. I chociaż próbowała zapomnieć 
o wydarzeniach ostatniej nocy, to i tak przypomni sobie wszystko, kiedy 
go spotka. A to będzie nieprzyjemne, zarówno dla niego, jak i dla niej. Nie, 
to po prostu niemożliwe.

Sposób, w jaki zostali odkryci, zniszczył ich przyjaźń. Nie będą w stanie 

zachowywać się teraz wobec siebie naturalnie. Coś między nimi stanęło, 
coś, co zbrukało ich wzajemne stosunki.

Zatrzymała się i patrzyła w okno. Dlaczego tak myślisz? - spytała sama 

siebie   zdumiona.   Nic   się   przecież   nie   stało.   Nie   zrobiliśmy   nic   złego. 
Znowu wróciły do niej tamte słowa: „To dlatego, że jestem zazdro..."

Elise była przestraszona i chciała wstać, ale on ją zatrzymał. „Chyba 

rozumiesz, że żartowałem".

„Czuję, jak bije ci serce".
„Myślisz, że bije szybciej niż zwykle?"
„Nie wiem, jak ono bije zazwyczaj".

background image

„Na pewno nie tak szybko".
Rumieniec oblał jej policzki, z całej siły tłukła poduszki, jakby chciała 

odegnać od siebie takie myśli. Znaleźli się oboje w sytuacji skrajnej, a 
wtedy ludzie zachowują się inaczej niż zwykle. Do niczego między nimi 
nie doszło. Naprawdę do niczego. To tylko taka słowna zabawa dla zabicia 
czasu. Słowa, które nie miały żadnego znaczenia, a dzisiaj on z pewnością 
jest tak samo zawstydzony jak ona.

Skończyła  ze   sprzątaniem  i  przeszła   do   kuchni.   Rozpaliła   pod   płytą, 

żeby w pomieszczeniach zrobiło się choć trochę cieplej, nalała wody do 
garnka i ugotowała zupę mleczną, aby chłopcy mieli co jeść po powrocie 
ze szkoły. W końcu usiadła przy kuchennym stole i sama zjadła trochę 
gorącej zupy.

Dobrze jej to zrobiło, poczuła ciepło w całym ciele.
Tymczasem   jej   myśli   powędrowały   do   Johana.   Modliła   się   w   głębi 

duszy, żeby przyjaciel Lorta-Andersa nie powtarzał plotek, by nie dotarły 
one do Johana. Był przecież zazdrosny dlatego, że Emanuel odprowadził 
ją pierwszego dnia, kiedy poszła do Świątyni, nie podobało mu się także, 
iż Emanuel śpiewał na pogrzebie jej ojca. Gdyby teraz usłyszał, że ona 
znowu była z Emanuelem i że „Banda z Sagene" zamknęła ich w komórce, 
z   pewnością   sprawiłoby   mu   to   przykrość.   Nie   wierzyła,   że   Johan 
podejrzewałby ją o coś złego, mimo wszystko jednak odczuwałby ból.

Starała się przypomnieć sobie wszystko, co stało się wczorajszego dnia. 

Akurat w momencie, kiedy na zboczu zauważyli „Bandę z Sagene", Elise 
poślizgnęła się i o mało nie upadła. Emanuel chwycił ją za ramię i nalegał, 
żeby się go trzymała, upierał się, że będzie ją podtrzymywał, chociaż ona 
prosiła, żeby tego nie robił. Dla niezorientowanych przechodniów mogło 
to wyglądać tak, jakby szli pod rękę. i

Elise   westchnęła   głęboko.   Jak   niewiele   trzeba,   żeby   wzbudzić 

podejrzenia. Człowiek  może  być całkiem niewinny, a tak  łatwo źle go 
zrozumieć.

Ciężko podniosła się ze stołka. Przerwa obiadowa wkrótce dobiegnie 

końca, a Elise musi dać sobie więcej czasu niż zazwyczaj, by dojść do 
fabryki z bolącą nogą.

Właśnie   minęła   pierwsze   piętro   i   zaczęła   schodzić   na   parter,   gdy 

usłyszała   docierający   stamtąd   głos   pani   Evertsen.   W   tej   samej   chwili 
usłyszała własne imię i zatrzymała się gwałtownie.

- To nie może być prawda! Elise? Ona, która jest zaręczona z Johanem i 

w ogóle?

Teraz   dał   się   słyszeć   głos   drugiej   kobiety:   -   Sama   słyszałam,   jak 

background image

opowiadał. Biedak, był po prostu przerażony. Mówił, że zawsze spoglądał 
na nią życzliwym okiem, ale że po tym nie może już o niej dobrze myśleć.

-   Och,   to   najgorsze,   co   słyszałam.   I   żeby   to   Elise,   ona,   taka   dobra 

dziewczyna.

Elise zakaszlała i głośno stawiała kroki na kolejnych stopniach. Głosy 

na dole umilkły.

Kiedy zeszła, kobiety nadal tam stały. Pani Evertsen i pani Albertsen z 

sąsiedniego domu. Milczały, twarze zwróciły w stronę Elise z wyrazem 
pożądliwej ciekawości.

-   Dzień   dobry,   pani   Evertsen.   Dzień   dobry,   pani  Albertsen.   -   Elise 

uśmiechała się uprzejmie i starała się stłumić gniew w duszy. - Czy panie 
słyszały, na co zostałam narażona dzisiejszej nocy?

Jej słowa musiały paść najzupełniej nieoczekiwanie dla pani Evertsen, 

spodziewała się raczej, że Elise przemknie obok zawstydzona.

- Zostałaś narażona, powiadasz?
Elise   skinęła   głową:   -   No   właśnie,   obiecałam   mamie,   że   wczoraj 

wieczorem  przekażę   wiadomość   jednemu   z   oficerów  Armii   Zbawienia. 
Kiedy stamtąd wracaliśmy, nagle pojawiła się „Banda z Sagene". Pobili 
nas, a potem zamknęli w fabrycznej komórce. O mało nie zamarzliśmy. Ja 
naprawdę byłam pewna, że żywa stamtąd nie wyjdę.

Pani Evertsen przewracała oczami.
- „Banda z Sagene"? Jezu Chryste!
- Niech panie uważają, wychodząc na ulicę. Oni nadal pewnie tu są.
Potem skinęła głową na pożegnanie, wyszła za drzwi i najszybciej, jak 

mogła,   pobiegła   do  fabryki.   Z  pewnością   nie   zdołałam  przekonać  tych 
kobiet,   myślała.  Ale   przynajmniej   wzbudziłam   w   nich   niepewność.   Z 
drugiej   jednak   strony   było   oczywiste,   że   pani   Albertsen   usłyszała   tę 
historię od samego nocnego stróża, musiał jej też powiedzieć, jak Elise 
tłumaczyła fakt, że leżała na Emanuelu.

Boże drogi, jęknęła przejęta. Całe osiedle będzie teraz gadać tylko o nas.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy wróciła do fabryki, zrozumiała natychmiast, co było głównym 

tematem rozmów podczas przerwy obiadowej. Robotnice zamilkły na jej 
widok. Hildy nigdzie nie widziała.

Valborg jak zwykle nie potrafiła się powstrzymać: - Biegałaś do domu, 

Elise? Myślałam, że twoja mama wyjechała do sanatorium.

-   Musiałam   iść,   żeby   posprzątać   po   chłopcach.   Oni   dzisiaj   zaspali, 

ponieważ byli w domu sami. - Równie dobrze mogę wziąć byka za rogi, 
pomyślała i mówiła dalej: - Z pewnością słyszałaś, co się stało dziś w 
nocy?

Valborg zachichotała.
- Wszyscy o tym wiemy. To chyba nie było takie straszne, jak sądzę? 

Czy ten członek Armii jest na tyle miękki, że wygodnie na nim leżeć? - 
Dziewczyny   wokół   zaczęły   chichotać,   co   podniecało   Valborg,   mówiła 
więc dalej: - Nocny stróż znalazł was w kącie komórki, jak słyszałam. 
Hilda twierdzi, że to była najzupełniej niewinna sprawa, ale jak do tego 
doszło?

Elise wiedziała, że nie należy odpowiadać, powinna raczej uznać, że nie 

słyszała pytania tamtej, nie była jednak w stanie milczeć.

- Miałam do wyboru albo zamarznąć na śmierć, albo leżeć tuż przy nim. 

Co ty byś zrobiła w tej sytuacji?

Valborg wybuchnęła śmiechem.
- Ja? Ja starałabym się jak najlepiej wykorzystać tę noc, oczywiście. 

Słyszałam, że on jest bardzo urodziwy.

Elise   nie   odpowiedziała.   Na   szczęście   wszedł   nadzorca   i   wszystkie 

skupiły się na pracy.

Tymczasem w drzwiach pojawiła się Hilda z gorączkowymi wypiekami 

na policzkach.

background image

Czy oni to robią również za dnia? - zastanawiała się Elise przestraszona.
Do domu wracała wolno, na samym końcu. Nie była w stanie znosić 

wszystkich docinków ani chichotów.

Hilda   musiała   zrozumieć,   o   co   chodzi,   bo   na   nią   zaczekała.   Nie 

odzywały się do siebie, dopóki nie weszły na most. Wszystkie pozostałe 
dziewczyny poszły już do domów.

Elise zdawała sobie sprawę, że to nie jest odpowiednia pora na robienie 

siostrze wymówek.

- Chyba niewiele osób wierzy w moją wersję - rzekła zamiast tego.
- Ależ tak, Elise. One ci wierzą, chcą się tylko trochę zabawić twoim 

kosztem.

- Nie wyglądało na to, żeby majster mi uwierzył.
- Na początku może nie, ale udało mi się go przekonać.
- Całe Sagene będzie teraz plotkować o Emanuelu i o mnie.
- Czy teraz jest tylko Emanuel? - Hilda zwróciła się do niej w półmroku.
-  A  czy   to   takie   dziwne?   Pominąwszy   wszystko   inne,   spotkałam   go 

przecież wiele razy. On nie bardzo się różni od innych chłopców, których 
znamy.

- Opowiedz mi, co się właściwie stało. Czy byłaś u niego w domu?
Elise opowiedziała jej wszystko od chwili, kiedy wyszła z domu, o córce 

gospodarza, która najwyraźniej jest zakochana w Emanuelu, o tym, że się 
poślizgnęła i on musiał przytrzymać ją za ramię, i o tym, że nagle pojawili 
się członkowie bandy.

- Jaki to pech, że musieli przyjść akurat wtedy. Elise skinęła głową.
- Tak, myślę, że po prostu miałam pecha. Hilda wahała się przez chwilę.
- Czy to prawda, że na nim leżałaś?
Elise   poczuła,   że   się   rumieni,   chociaż   Hilda   nie   mogła   widzieć   jej 

twarzy. Westchnęła zdenerwowana.

- Rozumiem, że to musi brzmieć bardzo dziwnie, ale wtedy w nocy takie 

dziwne nie było. To prawda, po prostu bałam się, że zamarznę na śmierć.

- A czy on nie... to znaczy... w jaki sposób... on, który jest członkiem 

Armii Zbawienia i w ogóle, to mam na myśli...

Elise poczuła się nieswojo. O co tej Hildzie chodzi? Zastanawia się, czy 

Emanuel się podniecił, mając ją tak blisko siebie? Tak jak zauważyła, że 
Johan się podniecał w lecie na błoniach?

-   Otóż   wszystko   dokonało   się   bardzo   przyzwoicie.   On   by   nigdy   nie 

wykorzystał sytuacji, tego jestem pewna. Był bardzo miły i okazywał mi 
szacunek.

- Gdyby Johan się o tym dowiedział, z pewnością byłby wściekły.

background image

- Tak, wiem. I właśnie to mnie przeraża. Ta banda, jak słyszałam, ma 

kontakty również w więzieniu.

- Musisz być przygotowana na to, że ludzie zaczną gadać.
-   Najwyraźniej   już   zaczęli.   Pani   Albertsen   stała   na   schodach   i 

plotkowała   z   panią   Evertsen,   kiedy   wróciłam   do   domu   w   przerwie 
obiadowej. Słyszałam, że mówią o mnie.

- To Otto musiał im o wszystkim powiedzieć. Uważam, że z jego strony 

to świństwo.

- No właśnie, zwłaszcza że tłumaczyłam mu, co się stało.
- On się w tobie podkochuje, wiedziałaś o tym? Elise machnęła ręką.
- Otto zaczepia wszystkie dziewczyny.
-  Ale   na   ciebie   się   gapi.   Nie   rozumiesz,   że   jest   zazdrosny?   Dlatego 

będzie teraz rozpowiadał o nocnych wydarzeniach na prawo i lewo, będzie 
rozmawiał z każdym, kto zechce go słuchać.

Elise milczała. Możliwe, że Hilda ma rację.
- I pomyśleć, że to majster zapłacił za sanatorium matki - powiedziała, 

zmieniając temat. - Nie byłaś zaskoczona?

- Owszem, byłam. Nigdy bym nie pomyślała, że wyda na nas tak dużo 

pieniędzy.

- W końcu nie ma na kogo ich wydawać. Hilda zwróciła ku niej twarz.
- Myślisz, Elise że on naprawdę jest we mnie zakochany?
- Na to wygląda. Ale co z tobą?
-   Ja   też   go   kocham.   Wiem,   że   trudno   ci   to   zrozumieć,   bo   ty   masz 

przystojnego chłopaka, Johana. Ale majster jest dobry  i miły, czuję się 
przy nim bezpieczna. Kiedy jestem z nim, niczego nie muszę się bać.

Elise skinęła głową w mroku. Dobrze rozumiała siostrę, zarazem jednak 

jej nie rozumiała. Większość dziewczyn w ich wieku marzy p zakochaniu, 
o romansie i silnych uczuciach.

- Chciałabym tylko, żeby on się z tobą ożenił - rzekła wymijająco.
- Może i tak zrobi. Kiedy minie trochę czasu.
- A co zamierzasz powiedzieć Valborg i innym dziewczynom, kiedy się 

domyśla, że oczekujesz dziecka?

- Już im o tym powiedziałam. Elise gwałtownie przystanęła.
-   Powiedziałaś   im   o   tym?   -   przestraszona   wpatrywała   się   w   siostrę, 

chociaż nie mogła widzieć jej twarzy. - Co im powiedziałaś?

-   No,   że   będę   miała   dziecko,   ale   nie   mogę   mówić,   kim   jest   ojciec, 

dopóki nie będę miała pewności, że wszystko pójdzie dobrze.

- One będą cię zadręczać, żeby się dowiedzieć. Poza tym same domyśla 

się wszystkiego, kiedy zauważą, że wciąż znikasz w przerwie obiadowej, 

background image

ale z fabryki nie wychodzisz.

- Tak było tylko dzisiaj.
- Ale przecież mogą cię zauważyć, kiedy wieczorem przechodzisz przez 

most.

- Dotychczas nikogo jeszcze nie spotkałam. Elise westchnęła przejęta.
- Czy nie dość już mamy kłopotów, Hildo? Czy nie możesz być trochę 

bardziej ostrożna, żebyśmy uniknęli więcej plotek i wstydu, niż i tak już na 
nas spadło?

- Dzisiaj to akurat przez ciebie. - W głosie Hildy słyszała upór. - Poza 

tym   oni   wiedzą,   że   Johan   został   aresztowany,   że   jest   podejrzany   o 
kradzież. Szeptali o tym od wielu dni, tylko ty niczego nie widziałaś. Więc 
nie zwalaj teraz na mnie winy za to, że ludzie gadają.

Dotarły   do   Andersengarden   w   milczeniu   i   jedna   za   drugą   zaczęły 

wchodzić po schodach.

Peder i Kristian odwrócili się gwałtownie, kiedy weszły do kuchni.
- Gdzieście były? - Peder, nic nie rozumiejąc, patrzył to na Hildę, to na 

Elise.

-   Elise   została   dzisiaj   w   nocy   zamknięta   w   komórce,   a   ja   wyszłam 

bardzo wcześnie, żeby jej szukać - odparła Hilda krótko.

- Zamknięta w komórce? - obaj chłopcy gapili się na Elise z jawnym 

przerażeniem w oczach. - Kto ją zamknął? I dlaczego to zrobili?

- To była „Banda z Sagene" - odparła Elise zmęczona. Zaczynała mieć 

dosyć tego całego wyjaśniania. Bardzo krótko powiedziała im, co się stało.

- Poczekaj, niech no ja ich złapię! - Peder ze złością zaciskał chłopięce 

pięści.

Kristian zachichotał.
- No to Peder spuści lanie całej bandzie. Tylko patrzcie, jakie on ma 

mięśnie!

- Ciii, Kristian - wtrąciła się Elise. - Nie ma nic dziwnego w tym, że 

Peder się zdenerwował.

- Czy to twój żołnierz zapłacił za naszą mamę, Elise? - Peder patrzył na 

nią z zaciekawieniem.

- Nie. - Odwróciła się do rodzeństwa plecami i zaczęła dokładać drewna 

do pieca. - I nie nazywaj go „moim żołnierzem". Bo po pierwsze on nie 
jest żołnierzem, a poza tym nie jest mój. Wystarczy już tych plotek, które 
są.

Rozległo   się   pukanie   do   drzwi   i   pani   Thoresen   wsunęła   głowę   do 

środka.

-   Musiałam   tylko   zobaczyć,   jak   sobie   radzicie.   Ludzie   gadają   o 

background image

napadzie, Elise. - Posłała dziewczynie taksujące spojrzenie.

- Teraz wszystko jest znowu dobrze, pani Thoresen. Miałam straszną 

noc,   ale   cieszę   się,   że   skończyło   się   na   strachu,   paru   zadrapaniach   i 
odmrożonych palcach u nóg.

-   Czy   ty   rozumiesz,   skąd   coś   takiego   mogło   im   przyjść   do   głowy? 

Przecież jesteś zaręczona z Johanem i w ogóle. Czy oni nie widzieli, kim 
jesteś?

- Pewnie, że widzieli, i dlatego na nas napadli. Oni uważają, że to przeze 

mnie Johan i Lort-Anders zostali aresztowani.

- Przez ciebie? - pani Thoresen gapiła się na nią z otwartymi ustami.
- Tak, ponieważ to ja znalazłam broszkę. - Elise spoglądała to na Hildę, 

to na Pedera, w końcu na Kristiana. Przecież jeszcze im nie opowiedziała o 
tej broszce, czas więc najwyższy, żeby to zrobić. W skrócie wyjaśniła, co 
się stało i co doprowadziło do aresztowania Johana. Potem zwróciła się 
znowu do pani Thoresen: - Jeszcze się pani dowie różnych rzeczy, ale nie 
powinna pani wierzyć we wszystko, co mówią. To, co powiedziałam pani 
dzisiaj przed południem, to jest cała i pełna prawda.

Pani Thoresen nerwowo załamywała ręce.
- Teraz dzieje się tyle strasznych rzeczy - zawodziła cicho. - Naprawdę 

więcej niż biedny człowiek może pojąć.

Odwróciła się w stronę drzwi.
- No to idę do Anny. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy nie ma nowych 

wiadomości.

Gdy   tylko   sąsiadka   wyszła   za   drzwi,   Hilda   posłała   Elise   wściekłe 

spojrzenie.

- Ona z pewnością coś słyszała, a teraz przyszła się dowiedzieć, czy to 

prawda.

Elise w zamyśleniu kiwała głową.
- Spotkałam ją na schodach dzisiaj przed południem i opowiedziałam 

jej,   co   się   stało.   Niełatwo   jest   być   panią   Thoresen   -   dodała   z 
westchnieniem.

-   Sama   z   Anną   i   całą   odpowiedzialnością   za   dom.   Poza   tym   ona 

naprawdę martwi się o Johana. - Elise zwróciła się do chłopców: - Mam 
wam   do   powiedzenia   coś   radosnego.   Mama   może   nadal   leżeć   w 
sanatorium. Nie mogę jeszcze ujawnić, kto za nią płaci, chciałabym tylko 
wspomnieć,   że   możemy   się   cieszyć   i   być   wdzięczni.   Jest   nadzieja,   że 
mama wyzdrowieje.

Peder uśmiechnął się. - Ja o tym wiem, ja wiem. I Elise, i Hilda patrzyły 

na niego przestraszone.

background image

- Wiesz?
Chłopiec z dumą skinął głową.
- To jest Bóg.
Elise uśmiechnęła się z ulgą. Przez moment obawiała się, że po osiedlu 

krążą jeszcze jakieś inne plotki.

- To prawda, Peder - potwierdziła teraz cicho. - Pan Bóg nas wysłuchał.
-   Nie   ma   żadnego   Boga.   -   W   głosie   Kristiana   brzmiał   upór.   Elise 

odwróciła się do niego gwałtownie.

- Oczywiście, że Bóg istnieje.
- Nie dla nas, tylko dla tych po drugiej stronie rzeki, Evert tak mówi.
Elise milczała. Nie miała dzisiaj ochoty powiedzieć nic złego o Evercie. 

- Biedny Evert - westchnęła tylko.

Kiedy się najedli, lekcje zostały odrobione i naczynia pozmywane, Elise 

zwróciła się do siostry:

- Jestem  śmiertelnie  zmęczona,  myślę,  że  dziś wieczorem położę  się 

razem z chłopcami. Czy ty też nie powinnaś iść spać? Bo i ty nie spałaś 
ostatniej nocy?

Hilda potrząsnęła głową z tajemniczym wyrazem twarzy.
- Idź i połóż się. Przyjdę, jak będę gotowa.
Elise spała całą noc i obudziła się w środku dziwnego snu. Śniło jej się, 

że   jest   lato,   słoneczna   pogoda,   a   ona   leży   w   zacienionej   dolince   na 
błoniach, razem z Johanem. Leżała mu na brzuchu. On miał nagi tors, 
piersi porośnięte ciemnymi włosami, Elise śmiała się i przytulała do nich 
policzek. Czuła, że ją łaskoczą.

„Czuję, jak bije ci serce" - powiedziała. „Czy bije szybciej niż zwykle?" 

- zapytał Johan. „Nie wiem, jak szybko bije twoje serce zazwyczaj". „No, 
nie tak szybko".

„Czy chcesz, żebym się położyła obok ciebie?"
„Nie, chcę, żebyś leżała tak, jak leżysz. Później będę to pamiętał jako 

najlepszą noc w moim życiu".

Wtedy   Elise   odkryła,   że   to   nie   Johan,   lecz   Emanuel  leży   pod   nią,   i 

przestraszona chciała się zerwać, on jednak na to nie pozwolił. Walczyła 
rozpaczliwie, żeby się uwolnić, ogarnęła ją panika, szarpała się i biła, ale 
to nie pomagało, jakby była z nim związana. I właśnie wtedy się obudziła.

Wstała z łóżka, boso pobiegła po lodowato zimnej podłodze do kuchni. 

Co to za idiotyczny sen. Jakby ona kiedykolwiek wyobrażała sobie siebie 
na błoniach razem z Emanuelem. Skąd się biorą takie sny? Nalała wody z 
wiadra do umywalki, zdjęła zniszczoną nocną koszulę i zaczęła się myć 
zdecydowanymi, gniewnymi ruchami. Po chwili do kuchni weszła Hilda, 

background image

ziewając.

- Co ci się tak dzisiaj śpieszy? Elise nie patrzyła na siostrę.
- Tylu rzeczy nie zrobiłam wczoraj wieczorem.
-  Ale   ja   je   zrobiłam.   Nie   widziałaś,   że   uprałam   skarpety   Pedera   i 

Kristiana, wyszorowałam podłogę i połatałam twój sweter? - Z dumą i 
pełna oczekiwań patrzyła na siostrę.

Elise zerknęła na skarpety, suszące się nad kuchnią, na wyszorowaną do 

białości podłogę, a potem na sweter, powieszony na kuchennym haczyku.

- Hilda, jesteś aniołem. Zarzuciła siostrze ręce na szyję.
-   Uff,   jakaś   ty   mokra!   -   Hilda   wymknęła   się   z   jej   objęć,   Elise 

wybuchnęła śmiechem.

Drzwi od izby się otworzyły i do kuchni wszedł Peder, wciąż jeszcze na 

pół śpiąc.

- Co się dzieje? Dlaczego robicie tyle hałasu?
- My tylko żartujemy. - Elise ochlapała go wodą. - Zarzuciłam Hildzie 

mokre ręce na szyję, jak chcesz, to ciebie też mogę uściskać.

Chłopak umknął na bok.
W   tym   samym   momencie   z   izby   wyszedł   Kristian,   nieco   bardziej 

rozbudzony niż brat.

- Miej się na baczności, Kristian, Elise kompletnie zwariowała.
- Co się dzisiaj z wami dzieje? - Kristian spoglądał na nią spod oka.
- Elise miała piękny sen. Zbudziła się pełna energii - tłumaczyła Hilda 

ze śmiechem.

Elise odwróciła się od nich gwałtownie. Wspaniały sen, prychnęła w 

duchu. Mój sen był okropny.

Jak rzadko kiedy zjedli śniadanie wszyscy czworo. Mieli teraz więcej 

czasu rano, skoro nie musieli przed wyjściem pomagać matce. Kristian był 
bardziej   przytomny   i   w   dodatku   dużo   bardziej   rozmowny   niż   zwykle. 
Opowiadał   o   epizodzie,   jaki   poprzedniego   dnia   miał   miejsce   na   lekcji 
norweskiego.

- Okularnica cisnęła do pieca książeczkę Myszowatego o Indianach i 

spaliła ją. Chociaż Myszowaty nie zrobił nic złego. On nawet nie starał się 
czytać pod ławką.

Elise zerknęła na brata.
- Przecież wiecie, że nie wolno po kryjomu czytać takich książek w 

czasie lekcji.

- Ale właśnie mówię, że on tego nie robił. Książka tam tylko leżała.
- Z pewnością czytał ją przedtem. Peder przytakiwał z ożywieniem.
- Tak, do diabła. Orle Oko wystrzelił pięćdziesiąt kul do Indian i wybił 

background image

wszystkich.

Elise spoglądała na niego zdumiona.
- A ty skąd o tym wiesz?
- Evert mi powiedział.
-  Teraz   i   Orle   Oko,   i   tomahawki,   i   wszyscy   Indianie   się   spalili.  Ta 

przeklęta Okularnica.

- Cicho bądź, Kristian! Nie wolno przeklinać.
- To dlaczego nie krzyczysz na Pedera? On przecież powiedział „do 

diabła".

- Chciałam zwrócić mu uwagę, ale tak się zdziwiłam, bo pomyślałam, że 

Peder sam to czytał.

Kristian roześmiał się szyderczo.
-   Peder   miałby   przeczytać   książkę?   On   nie   potrafiłby   nawet 

wysylabizować słowa „tomahawk".

- Cicho! - Hilda uderzyła ręką w stół. - Czy zawsze musicie się kłócić, 

jak tylko usiądziecie do stołu?

Elise próbowała łagodzić temperamenty.
-   Cieszę   się,   bo   mogę   wam   powiedzieć,   że   mama   będzie   leżeć   w 

sanatorium   z   czystym   sumieniem.   -   Elise   wstała   z   miejsca.   -   Bądźcie 
grzeczni i wracajcie ze szkoły  prosto do domu, chłopcy. I pamiętajcie, 
żeby nanosić drewna i wody.

-   Och,   ale   ty   marudzisz.   -   Peder   uśmiechał   się   łobuzersko.   Elise 

potargała jego niesforne włosy.

Hilda   również   wstała,   szczelnie   otuliła   głowę   i   ramiona   wełnianą 

chustką i obie z siostrą wyszły z kuchni, a potem zbiegły po schodach, by 
razem pójść do fabryki.

- Myślę, że dzisiaj też przyjdę do domu w przerwie obiadowej, Hildo. 

Chciałabym porozmawiać z Anną, zanim zbyt wiele plotek do niej dotrze. 
Jeśli nawet pani Thoresen mi nie wierzy, to wiem, że Anna będzie po 
mojej stronie.

Hilda skinęła głową.
- Aż dziwne, jak one się od siebie różnią, chociaż to matka i córka.
Na   szczęście   uniknęły   po   drodze   spotkania   z  Valborg.   Padał   śnieg   i 

mokry, lodowaty północny wiatr szarpał ich ubrania. Elise drżała i coraz 
szczelniej otulała się chustką. W tym gęstym śniegu od czasu do czasu 
migały jej jakieś inne ciemne postaci, kiedy mijały latarnie, poza tym było 
cicho i ciemno, tylko wodospad dudnił poniżej mostu, nawet on jednak był 
o tej porze spokojniejszy.

Na rzece tworzył się lód, zbierał się w grubą krę przy brzegach. A tam, 

background image

gdzie najgłębiej, ścinał rzekę grubą warstwą.

- Mam nadzieję, że dzisiaj one będą gadać o czym innym. - Głęboko 

wciągnęła powietrze.

- A nawet jeśli nie, to przecież jakoś to zniesiesz. Daj im się wygadać, 

sama nic nie mów, nie odpowiadaj. Szybko się znudzą i znajdą sobie inny 
obiekt do obgadywania.

- Mam nadzieję. Ja sobie zawsze dam radę, nawet jeśli będę narażona na 

ludzkie gadanie, martwię się tylko o chłopców. Peder jest taki wrażliwy, a 
Kristian... - wzruszyła ramionami. - No przecież sama wiesz.

Hilda skinęła głową. Zbliżyły się do bramy fabryki, za nimi szło wiele 

innych robotnic.

- Wieczorem do domu też wrócimy razem, Elise.
Przez chwilę Elise rozważała, czy mimo wszystko nie zostać w fabryce 

na przerwę obiadową. Świeży śnieg pokrył lód na drodze, nie miała ochoty 
jeszcze raz się przewrócić. Poza tym na dworze panował przejmujący ziąb.

Lepiej   jednak   było   pójść   do   Anny   teraz,   przed   południem,   niż 

wieczorem, kiedy będzie bardzo zmęczona. Elise otuliła się więc chustką i 
ruszyła w drogę.

Wokół   siebie   nie   widziała   nikogo,   wszystkie   robotnice   zostały 

widocznie w hali. Może powinnam wstąpić również do Hermansena, to nie 
musiałabym chodzić do niego po ciemku. Szczerze mówiąc, trochę się go 
bała. Nie sądziła, że mógłby jej coś zrobić, ale mimo wszystko... W jego 
oczach było coś... coś niebezpiecznego. Elise skuliła się i przyśpieszyła 
kroku.

Pani   Evertsen   najwyraźniej   siedziała   w   domu   przy   tej   kiepskiej 

pogodzie. Elise ucieszyła się, że nie będzie musiała z nią rozmawiać.

Nie widziała też nigdzie pani Thoresen, pewnie i ona została w fabryce. 

W takim razie łatwiej jej będzie porozmawiać otwarcie z Anną. Wbiegła 
po schodach tak szybko, jak jej pozwalała boląca noga. W ostatnich dniach 
było   już   zresztą   o   wiele   lepiej,   wkrótce   całkiem  wyzdrowieje.   Chciała 
ugotować ziemniaki i usmażyć rybę dla Pedera i Kristiana, minęło sporo 
czasu, odkąd jedli porządny obiad. Jeśli włoży jedzenie do kosza z sianem, 
to będzie ciepłe, kiedy bracia wrócą do domu.

Chciała pośpiesznie otworzyć drzwi. W pewnym momencie zatrzymała 

się gwałtownie. Przed nią stanął Emanuel. Najwyraźniej czekał na nią na 
półpiętrze.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Emanuel uśmiechał się.
- Mam nadzieję, że to nie jest zbyt zuchwałe z mojej strony, że tutaj na 

ciebie czekam? Miałem jednak nadzieję, że wrócisz do domu w przerwie 
obiadowej.

Elise milczała, nie wiedziała, co miałaby  powiedzieć. Pragnęła, żeby 

sobie poszedł.

- Rozmawiałem z kimś o tym Evercie. Jego przybrany ojciec nie może 

tak po prostu zabrać go ze szkoły. Zgodnie z „Prawem szkolnym dla miast 
i wsi z 1889 roku" wszystkie dzieci, które skończyły siedem lat, powinny 
chodzić do szkoły powszechnej.

Elise skinęła głową. Jaki on urodziwy, kiedy tak przed nią stoi. Tak po 

chłopięcemu   przejęty   i   tak   zdumiewająco   wolny   od   wszelkiego 
skrępowania,   mimo   że   spędzili   razem   całą   noc.   I   to   otuleni   jednym 

background image

płaszczem, pomyślała Elise, nie mając odwagi dłużej na niego patrzeć. 
Otworzyła   drzwi,   zaprosiła   go   do   kuchni   i   natychmiast   zaczęła   zwijać 
starą gazetę, ułożyła ją na palenisku, a na niej przygotowane drzazgi i 
kawałki drewna.

Emanuel musiał zauważyć, że Elise nie jest bardzo zadowolona z jego 

wizyty.

- Czy zrobiłem coś złego? Mogłem chyba czekać na ulicy, ale... - uniósł 

w górę ręce, jakby chciał ją przeprosić.

- To naprawdę nie ma znaczenia. - Elise starała się nie odwracać głowy, 

miała wrażenie, że dla niego to ponowne spotkanie z nią też jest trudne.

- Miałaś jakieś nieprzyjemności z powodu tego, co się stało? Skinęła 

głową, nie odwracając się.

-   Nocny   stróż   źle   sobie   tłumaczy   całą   sytuację,   majster   też   był 

podejrzliwy. Dziewczyny  gapią się  na mnie z ciekawością. Największe 
plotkary chciałyby się dowiedzieć szczegółów.

- Przykro mi to słyszeć. - Naprawdę w jego głosie odczuwała żal.
- A ty? Jak tobie poszło?
- Karolinę była zła i nie rozmawiała ze mną.
Elise   potarła   zapałkę   o   pudełko   i   podłożyła   płomień   pod   gazetę. 

Nareszcie odwróciła się do gościa.

- Nie powiedziałeś jej, co się stało?
Emanuel uśmiechnął się, nagle wydał jej się skrępowany.
- Owszem, ale chyba nie powinienem był tego robić. Elise popatrzyła na 

niego pytająco.

- Zapytała, jak zniosłaś tę noc, bo byłaś przecież tak lekko ubrana, a ja 

odpowiedziałem prawdę, że musiałem cię otulić swoim płaszczem. Ona to 
źle zrozumiała, myślała, że oddałem ci płaszcz, i przeraziła się, że sam 
zmarzłem i zachoruję na zapalenie płuc. Uważałem, że mam obowiązek 
wyjaśnić jej wszystko do końca, ale ona zdenerwowała się i oskarżyła 
mnie   o   nieprzyzwoite   zachowanie.   Poskarżyła   się   matce,   która   chciała 
mnie   wyrzucić,   ale   przyszedł  ojciec   Karolinę   i  poprosił  o  wyjaśnienia. 
Powiedziałem mu więc, co się stało, a on nakrzyczał na córkę.

Teraz Emanuel mówił bardzo poważnie.
- Przykro mi, że miałaś nieprzyjemności, Elise. Jeśli chcesz, to mogę 

porozmawiać z majstrem.

Potrząsnęła przecząco głową.
- To nie jest konieczne, on mi w końcu uwierzył.
Przez chwilę milczeli. Emanuel kręcił się niespokojnie, najwyraźniej źle 

się tutaj czuł.

background image

- Widzę, że coś się stało. Czy ty jesteś na mnie zła dlatego, że trzymałem 

cię pod rękę, kiedy spotkaliśmy tamtych łobuzów?

Elise znowu potrząsnęła głową.
- Zrobiłeś tak, żeby mi pomóc, w przeciwnym razie bym upadła.
Emanuel przytaknął.
- Jest mi tylko przykro z powodu tych wszystkich plotek - W jej głosie 

słychać było rozgorączkowanie, którego wolałaby nie okazywać. - Ludzie 
zawsze będą gadać za plecami swoich bliźnich, a teraz nasza rodzina stała 
się   najważniejszym   tematem   przy   wszystkich   spotkaniach.   Johan   jest 
aresztowany,   podejrzewają   go   o   kradzież.   Matka   jest   w   sanatorium, 
chociaż   nie   mamy   pieniędzy.   Hilda   spodziewa   się   dziecka   i   wszyscy 
zastanawiają się, kim też może być ojciec. A w dodatku spędziłam noc w 
komórce razem z oficerem Armii Zbawienia. Nic dziwnego, że ludzi pali 
ciekawość.

Emanuel stal w milczeniu i patrzył na nią.
- Z tobą jest najwyraźniej o wiele gorzej niż ze mną - wykrztusił na 

koniec.

- A czy zazwyczaj tak właśnie nie bywa? Przecież zawsze takie sprawy 

gorzej się kończą dla dziewczyny. - Spoglądała na niego wyzywająco.

Emanuel spuścił wzrok.
- Chyba masz rację.
Elise wyjęła ziemniaki i zaczęła je obierać.
- Mógłbym ci w czymś pomóc?
- Nie, dziękuję.
- A czy dowiedziałaś się już, kto płaci za sanatorium twojej matki?
- Dowiedziałam się.
Przez chwilę znowu stał w milczeniu, potem wolno ruszył ku drzwiom.
- Chyba najlepiej będzie, jak sobie pójdę.
- Tak, tak myślę.
- Przyjdziesz do Świątyni w przyszły poniedziałek?
- Nie, nie sądzę.
- Elise? - mówił cicho, pytająco.
- Słucham, o co chodzi? - Elise unikała jego wzroku.
-   Ostatnie,   czego   bym   sobie   życzył,   to   sprowadzić   na   ciebie   więcej 

kłopotów, niż i tak już masz.

- Wiem o tym.
Usłyszała, że Emanuel ciężko westchnął.
- W takim razie do widzenia. Gdybyś potrzebowała pomocy, to wiesz, 

gdzie mnie szukać.

background image

Elise skinęła głową.
Kiedy usłyszała, że drzwi się za nim zamknęły, podeszła do kuchennego 

okna i wyglądała na dwór, ale nic nie widziała.

- Dlaczego wszystko musi być takie trudne? - pytała sama siebie pod 

nosem.

Kiedy ziemniaki były miękkie, a ryba usmażona, minęła już większa 

część przerwy obiadowej. Elise pośpiesznie zapakowała gorące jedzenie 
do   koszyka   wypełnionego   sianem,   napisała   kartkę   do   braci   i   opuściła 
kuchnię, w której jeszcze ogień w piecu nie wygasł. Chyba nie wyziębi się 
za bardzo, zanim chłopcy wrócą ze szkoły, myślała.

Pani Thoresen nie było w domu i twarz Anny rozjaśniła się na widok 

przyjaciółki.

- Elise! Miałam naprawdę nadzieję, że znajdziesz chwilkę czasu, żeby 

do mnie wstąpić. Była tutaj pani Evertsen i mówiła, że masz gościa.

Rany boskie, pomyślała Elise ze złością. Głośno jednak powiedziała:
- Chłopcy już tak dawno nie jedli porządnego obiadu, więc ugotowałam 

ziemniaki i usmażyłam dla nich rybę.

Anna uśmiechnęła się, w jej szczerym spojrzeniu nie było ani cienia 

podejrzenia czy krytyki.

- No to teraz siadaj i powiedz mi o wszystkim.
Elise usiadła na krawędzi łóżka i opowiadała, co się stało, i o wizycie w 

sanatorium, i o jej odwiedzinach u Emanuela Ringstada, a także o tym, co 
ich spotkało w drodze do domu.

Anna leżała spokojnie, wytrzeszczając oczy, i słuchała z uwagą.
- Jakaś ty biedna, Elise - westchnęła, gdy Elise umilkła. - Czy nigdy nie 

będzie   końca   nieszczęściom,   które   na   ciebie   spadają?   Najpierw   twoja 
mama   dostała   suchot,   potem   umarł   ci   ojciec,   a   teraz   Johan   siedzi   w 
więzieniu.   -   Oczy   jej   zwilgotniały.   -   Czy   ty   myślisz,   Elise,   że   oni   go 
wypuszczą?

-  Nie   mam  pojęcia.   Jedyne,   co  wiem,   to   że   Johan   jest  przyzwoitym 

człowiekiem. Jeśli zrobił coś złego, to musiał mieć do tego powody.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
Nagle Elise zdała sobie sprawę z tego, co chciała rzec. Nie powinna 

pozwolić,  aby  Annę  męczyło poczucie  winy. Przecież  Johan  być  może 
dopuścił się kradzieży, by zdobyć pieniądze na jej lekarstwa.

- Cóż, znasz Johana. On, jak to powiedział wasz wuj, nie byłby w stanie 

zabić nawet muchy. Jeśli zrobił coś niezgodnego z prawem, to musiał być 
przekonany, że  prawo  jest niesprawiedliwe.  -  Uniosła   w górę  ramiona, 
sama słyszała, jak głupio brzmią jej słowa.

background image

- Wierzę, że wróci do domu. - Anna patrzyła na nią ufnym wzrokiem. - 

Kiedy   tamci   zobaczą,   jakim   dobrym   człowiekiem   jest   Johan,   jestem 
pewna, że go uwolnią. Nie możesz mu tylko powiedzieć, że spędziłaś noc 
z   kimś   z  Armii   Zbawienia   -   dodała,   śmiejąc   się   wesoło.   -   Johan   jest 
zazdrosny.

Elise uśmiechnęła się.
- Wiem o tym.
- Czy to ten oficer był u ciebie przed chwilą?
Z wielką irytacją Elise poczuła, że się czerwieni.
- Tak, przyszedł, żeby mi przekazać pewną wiadomość. Mówiłam mu, 

że   Hermansen   nie   pozwala   Evertowi   chodzić   do   szkoły,   a   Emanuel 
twierdzi, że nie wolno mu tego robić. W prawie szkolnym napisano, że 
wszystkie   dzieci   od   siódmego   roku   życia   mają   chodzić   do   szkoły 
powszechnej.

- Bądź ostrożna, Elise. - Nic nie wskazywało na to, że Anna jej słucha". - 

Plotka to groźny przeciwnik. Ona żyje własnym życiem. Pani Evertsen 
wspomniała o czymś, co mnie bardzo się nie spodobało. Wzięłam cię w 
obronę, wygląda jednak na to, że ona nie chce mnie słuchać.

Elise skinęła głową.
- Tak, wiem. Kiedy wczoraj przed południem schodziłam po schodach, 

stała   i   plotkowała   z   panią   Albertsen.   Usłyszałam   swoje   imię   i 
przystanęłam. Mnie też nie podobało się to, co usłyszałam.

- A wyjaśniłaś jej, co się właściwie stało?
- Owszem, ale wiesz, jak to jest. Jeżeli one z góry zdecydowały  się 

wierzyć w coś, co pachnie skandalem, to będą w to wierzyć.

- Powinnaś, moim zdaniem, mieć z nimi jak najmniej do czynienia.
Elise skinęła głową.
-   Zachowałam   się   wobec   Emanuela   nieuprzejmie,   dałam   mu   do 

zrozumienia, że nie chcę z nim rozmawiać. Widziałam, że go to dotknęło, 
przecież nie zrobił nic innego, tylko nam pomagał. Hilda i Peder dostali 
zimowe   buty   od  Armii   Zbawienia,   które   dla   nas   zdobył,   Peder   dostał 
ubranie, a samarytanka przynosiła jedzenie naszej mamie.

- Czy to oni znaleźli miejsce dla mamy w sanatorium?
- Nie. To zrobił ktoś inny. Człowiek, który interesuje się Hildą, musisz 

mi jednak obiecać, że nikomu o tym nie powiesz.

Anna z powagą skinęła głową.
- Obiecuję. - Patrzyła na Elise z zaciekawieniem. - Ten człowiek musi 

mieć dużo pieniędzy, jeśli stać go na opłacanie sanatorium.

Elise skinęła głową, ale już się nie odezwała. Podniosła się z miejsca.

background image

- Teraz muszę iść, przerwa obiadowa zaraz się skończy.
- Miło było cię zobaczyć. Nie przejmuj się plotkarami, Elise. Udawaj, że 

nic cię to nie obchodzi, bądź sobą. One wkrótce znajdą sobie kogoś innego 
do obgadywania.

Elise kiwnęła jej głową z uśmiechem.
- Ja się wcale tym nie przejmuję.
Kiedy   jednak   wyszła   znowu   w   śnieżną   zadymkę,   wiedziała,   że   to 

nieprawda.   Bardzo   ją   bolały   te   wszystkie   podejrzenia,   te   ukradkowe 
spojrzenia, nie mogła znieść, że ludzie szepczą za jej plecami, i bała się 
tego, co plotki mogą spowodować, zwłaszcza w odniesieniu do Pedera i 
Kristiana.

Myśli Elise znowu skierowały się do Emanuela. Na pewno nie było tak, 

że nie chciałaby go więcej widywać. On świetnie zrozumiał, co miała na 
myśli, odpowiadając mu półsłówkami i niechętnie, ale jest zbyt delikatny i 
pełen szacunku, by się tym nie przejmować. Teraz, kiedy samarytanka nie 
musi już ich odwiedzać, a ona sama nie chce chodzić do Świątyni, mogą 
stracić kontakt.

Nie czuła ulgi. Na myśl o tym robiło jej się smutno. Właściwie przed tą 

nocą spędzoną w komórce prawie go nie znała. Był dla niej miły, a ona 
miała   nadzieję,   że   okazuje   mu   wdzięczność,   Emanuel   musi   jednak 
rozumieć, że po tym, co się stało, nie powinni się widywać.

A to dlaczego? - odezwał się w jej duszy jakiś inny głos. Nie zrobiliśmy 

przecież nic złego. Zresztą ani on, ani ja o niczym takim nie myśleliśmy. 
On poświęcił swoje życie powołaniu i sam mówi, że przez to zrezygnował 
z tego rodzaju uczuć. Jest więc tylko przyjacielem. Emanuel nie stanowi 
żadnego zagrożenia dla ciebie i Johana, jest dobrym człowiekiem, który 
pragnie pomagać każdemu, kto tego potrzebuje.

Poczuła, że płacz dławi ją w gardle. Żeby tylko Johan o tym wiedział. - 

Co też cię podkusiło, żeby postępować wbrew prawu, Johan - szeptała 
oskarżycielsko,   przedzierając   się   przez   śnieżycę.   -   Powinieneś   był 
wiedzieć, że przestępstwo zostanie odkryte, a ciebie złapią.

Gdyby   chociaż   mogła   z   nim   porozmawiać,   zmusić,   by   własnymi 

słowami wyjaśnił jej, dlaczego to zrobił, co nim kierowało. Gdyby tylko 
mogła   zarzucić   mu   ręce   na   szyję   i   wypłakać   cały   żal   razem   z   nim. 
Powiedzieć mu, że była na posterunku policji i zeznała, że to ona znalazła 
broszkę. Nie ma pewności, czy policjanci mu o tym powiedzieli. Może 
oczekuje, że Elise go oczyści. Wkrótce rozpocznie się proces i jeśli Johan 
zostanie   skazany,   to   znajdzie   się   pośród   „niewolników   w   Akershus". 
Zakują mu nogi w kajdany, będzie czyścił wychodki... Johan, który jest 

background image

taki   porządny   i   czysty.   Będzie   siedział   w   maleńkiej   celi,   nie   mogąc 
rozmawiać z innymi ludźmi. To może go załamać. Odepchnęła od siebie 
złe myśli, bo czuła, że tego nie wytrzyma.

Pomyślała   natomiast   o   Evercie.   Jutro   podczas   przerwy   obiadowej 

pójdzie do Hermansena, żeby mu powiedzieć o obrazku z gazety i o tym, 
co twierdzi Emanuel. Musi mu się postawić, udawać, że wie więcej, niż w 
istocie   ma   to   miejsce,   przestraszyć   go.   Nie   powinna   wyjawić,   kto   jej 
powiedział o szkolnym prawie, tylko dawać do zrozumienia, że otrzymała 
tę informację od ludzi wysoko postawionych. I żeby nie wiem jak bała się 
Hermansena, to winna jest Evertowi tę przysługę. Zresztą obiecała mu.

Następnego ranka obudziło ją wycie wiatru, słyszała, że śnieg spływa 

ciężkimi kroplami z dachu. Pogoda musiała się zmienić. W ogóle zima jest 
nienaturalna,   nawet   w   gazetach   o   tym   piszą.  Wczoraj   była   zadymka   i 
mróz, a dzisiaj odwilż i ciepły wiatr. To ostrzeżenie, że może się wydarzyć 
coś złego, pisano w gazecie. Myśli Elise powędrowały teraz do Agnes. Nie 
widziała jej od tamtego razu, kiedy w sobotę wieczorem poszli z Johanem 
do „Perły", może powinna ją odwiedzić któregoś dnia? Teraz, kiedy mama 
jest w sanatorium, a Johan siedzi w więzieniu, Elise nareszcie miała trochę 
czasu dla siebie. Stęskniła się za Agnes. Tęskniła nawet za interesującymi 
rozmowami z jej ojcem, który był zaangażowany w ruch robotników i znał 
się na tylu sprawach.

Zanim jednak zrobi cokolwiek innego, powinna pójść do Hermansena.
Postarała się opuścić fabrykę, gdy tylko ogłoszono przerwę obiadową. 

Przed   odwiedzinami   u   Hermansena   musiała   jeszcze   kupić   chleb,   ser   i 
kawę, i wstąpić do domu z zakupami. Może powinnam też kupić kości za 
dziesięć ore i nagotować na nich duży garnek zupy dla chłopców? To by 
ich rozgrzało przy tej przenikliwej, wietrznej pogodzie, przydałoby im się 
trochę tłuszczu.

U   Magdy   na   rogu   panował   tłok.   Kobiety   z   bańkami   na   mleko   lub 

wiaderkami, małe dzieci, które miały zrobić zakupy, podczas gdy matka 
pracuje w fabryce. Mleko nabierało się litrową miarką i przelewało do 
baniek. Magda reklamowała tanią wieprzowinę po dwadzieścia pięć ore. 
Elise poczuła, że ślinka cieknie jej do ust, ale nie stać jej było na takie 
zakupy. Wysiłkiem woli odwróciła oczy od mięsa, przyglądała się teraz 
malowanym  na   brązowo   skrzynkom   na   mąkę,   kaszę   i   cukier,   a   potem 
przeniosła wzrok na półki ze zniszczonymi, dużymi pojemnikami z ołowiu 
na takie towary jak herbata, melisa i przyprawy. Na ladzie leżał gruby, 
podłużny   zeszyt,  w  którym Magda  zapisywała  klientów  kupujących  na 
kredyt. Elise często musiała walczyć z pokusą, by też coś w ten sposób ku-

background image

pić, wiedziała jednak, że to bardzo niebezpieczna droga. W końcu dług 
może tak się powiększyć, że nie byłaby w stanie go spłacić.

Kiedy weszła do domu, ze zdziwieniem stwierdziła, że ktoś dopiero co 

szedł przed nią po schodach, na wszystkich stopniach leżały małe kałużki 
roztopionego   śniegu.   Przeniknęło   ją   jakieś   dziwne   uczucie.   Jeśli   to 
Emanuel, to będzie zmuszona wyjaśnić mu jeszcze dobitniej, że po tym co, 
się stało, ona nie chce już mieć z nim do czynienia.

Ale   oczywiście   to   nie   jest   Emanuel,   przekonywała   ze   złością   sama 

siebie. Taki głupi przecież nie jest. Dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że 
nie życzę sobie z nim rozmawiać, i widziałam po urażonym spojrzeniu, że 
mnie zrozumiał.

Mimo wszystko odczuwała pewne napięcie. Kiedy zastanawiała się, co 

powinna mu powiedzieć, doszła do trzeciego piętra. Nikt tam na nią nie 
czekał.   Poczucie   ulgi   i   rozczarowania   walczyły   o   lepsze   w   jej   duszy. 
Dlaczego miałby przychodzić? Teraz będzie się musiał zająć inną rodziną, 
dla nas zrobił już wystarczająco dużo.

W tym momencie odkryła list, wsunięty w drzwi. Pośpiesznie chwyciła 

kopertę.

„Elise Loylien" - widniało na kopercie napisane wyraźnym, stanowczym 

pismem. Zdumiona potrząsnęła głową. To nie było pismo Johana, zresztą 
list nie przyszedł pocztą, nie widziała na nim znaczka. Kto wsunął kopertę 
w szparę w drzwiach? Podekscytowana rozerwała papier.

Droga Elise!
Wczoraj zrozumiałem, że najchętniej przestałabyś się ze mną widywać. 

Jest mi z tego powodu przykro. Wiem, że jesteś zaręczona, z' nie mam 
ochoty się narzucać ani niczego psuć. Z drugiej jednak strony wiem, że nie 
zrobiliśmy nic złego. Jeśli masz poczucie winy z powodu tego, co się stało 
w nocy z niedzieli na poniedziałek, to sprawia mi to ból. Jedyne, czego 
oboje pragnęliśmy, to przeżyć bez szkody tę okropną noc. Możliwe, że 
padły   między   nami   jakieś   słowa,   których   nie   powinniśmy   byli 
wypowiadać, ale musisz widzieć te wydarzenia jako sytuację wyjątkową, 
nad którą trudno zapanować. Proszę cię o wybaczenie, jeśli powiedziałem 
lub   zrobiłem   coś,   co   wywołało   twoją   niechęć.   Bardzo   sobie   cenię 
znajomość z osobą taką jak ty i bardzo byłoby mi żal, gdybym miał utracić 
taką dobrą i kochaną przyjaciółkę. Jeśli mógłbym ci pomóc w sprawie 
wyrzutów sumienia, które, jak sądzę, cię dręczą, to możemy pójść razem 
do jednego z kapłanów w Armii Zbawienia, opowiedzieć mu wszystko i 
poprosić, by powiedział, co o tym sądzi. Nie pozwól, by złośliwe plotki 
innych ludzi zniszczyły tę piękną przyjaźń.

background image

Z pełnym szacunku pozdrowieniem Emanuel Ringstad
Elise przeczytała list dwukrotnie. Zauważyła, że słowa Emanuela bardzo 

na nią działają.

Nie powinnam go znowu spotykać, pomyślała. Nigdy by do tego nie 

doszło, gdyby Johan nie został aresztowany. A teraz jestem rozczarowana 
tym, że zrobił coś, o co nigdy bym go nie podejrzewała. Mimo wszystko to 
Johana kocham i to na nim mi zależy.

Złożyła list i wsunęła go do koperty, potem poszła  do izby  i ukryła 

kopertę pod ubraniami w szufladzie komody, która do niej należała. Coś 
jej mówiło, że powinna list spalić, nie mogła się jednak na to zdobyć, 
jeszcze nie teraz.

Hermansen był bezrobotny od wielu lat, należał do najgorszych pijaków, 

których zła sława wykraczała daleko poza granice osiedla Sagene. Nikt nie 
mógł pojąć, co go skłoniło do wzięcia małego Everta, przeważnie sądzono, 
że zadecydowały korony, które gmina płaci na dziecko. Niektórzy uważali 
zresztą,   że   widzi   w   Evercie   przyszłą   siłę   roboczą.   Kiedy   Evert   będzie 
jakieś   trzy   lub   cztery   lata   starszy,   będzie   mógł   już   pracować   niczym 
dorosły i przynosić do domu pieniądze na wódkę.

Elise przeniknął dreszcz. To znana sprawa, że Hermansen po pijanemu 

jest   gwałtowny   i   nieprzyjemny.   Evert   wciąż   nosił   widoczne   ślady   po 
uderzeniach,   a   ludzie   mieszkający   w   tym  samym   domu   opowiadali   ze 
złością   o   hałasach   i   awanturach,   mówiono,   że   Evert   jest   wyrzucany   z 
domu, kiedy do Hermansena przychodzą jego koleżkowie od kielicha. Nie 
ma znaczenia, o jakiej porze dnia lub nocy.

Na ulicach było cicho, cisza panowała też na podwórzu domu. Matki i 

ojcowie pracowali w fabryce, a dzieci tymczasem pozostawały same w 
domach i musiały sobie radzić. Najmłodsze oddawano do żłobka, starsze 
chodziły do szkoły, ale te, które do szkoły jeszcze nie poszły, siedziały 
same w zimnych mieszkaniach, często nie miały cieplejszego ubrania i nie 
mogły wychodzić z domu, pozostawały im małe kuchenki i przepełnione 
izby.   Większość   rodzin   dzieliła   kuchnię   z   sąsiadami,   wszędzie   było 
mnóstwo dzieciaków. Wszędzie panowała okropna ciasnota.

Elise głęboko wciągnęła powietrze i zaczęła wchodzić po schodach. Tak 

samo   jak   poprzednim   razem   uderzył   ją   w   nos   odór   z   wychodka   na 
korytarzu. Musiała wstrzymać oddech i szybko wbiegła na górę.

Tak   samo   jak   ostatnio,   serce   biło   jej   głośno,   kiedy   stanęła   przed 

drzwiami   Hermansena   i   zapukała.   Pojawiły   się   złe   wspomnienia.   Jej 
własny   ojciec,   kiedy   wracał   pijany   do   domu,   też   przewracał   meble, 
niszczył wszystko, wrzeszczał i przeklinał. To dlatego tkwi we mnie ten 

background image

strach,   pomyślała.   Wszystko   przez   złe   wspomnienia,   od   których   nie 
potrafię się uwolnić.

Nareszcie   za   drzwiami   rozległo   się   człapanie.   Chyba   się   jednak   nie 

zatacza, pomyślała z ulgą.

Drzwi uchyliły się i poorana, zmęczona twarz Hermansena z wielkim 

czerwonym nosem ukazała się w szparze. Wyglądał na zirytowanego.

- Czego tu szukasz?
- Chciałam z tobą porozmawiać o Evercie.
- Aha. Ty też. Czy to jakaś zaraza?
Elise  patrzyła  na  niego,   nie  rozumiejąc.  Nie  miała   pojęcia,   o  co  mu 

chodzi.

- To ja dałam mu obrazek z gazety, on go nie ukradł.
- Teraz jestem zajęty. - Chciał zamknąć drzwi, lecz Elise zdołała wsunąć 

stopę między drzwi i próg. - Jest jeszcze jedna sprawa. Chodzi o szkolną 
naukę chłopca.

- Aha. Czy ty też się zapisałaś do Armii Zbawienia, Elise? - zachichotał, 

pokazując swoje zepsute zęby.

W tym samym momencie Elise zauważyła w izbie ciemną sylwetkę. 

Poczuła, że się czerwieni.

- Emanuel?
- Halo, Elise. Rozumiem, że przychodzisz tu w tej samej sprawie co ja. 

To bardzo ładnie z twojej strony.

Elise szybko cofnęła stopę i odwróciła się.
- No to zostawiam tę sprawę tobie - zawołała i zawstydzona zaczęła 

zbiegać po schodach.

Nie uszła daleko, kiedy na ulicy usłyszała za sobą pośpieszne kroki.
- Elise! Zaczekaj!
Odwróciła się. Emanuel biegł za nią.
- Znalazłaś mój list?
Patrzył   na   nią   z   wielkim   przejęciem,   najwyraźniej   sądził,   że   list 

powinien wszystko wyjaśnić, pomyślała Elise.

- Tak, dziękuję. Przeczytałam go. - Dziewczyna zagryzała wargi, nie 

wiedziała, co ma mu powiedzieć.

Emanuel roześmiał się podekscytowany.
- Nie musisz mi odpisywać.
Wcale nie miałam takiego zamiaru, pomyślała.
- Co powiedział Hermansen?
-   Zdołałem   przemówić   mu   do   rozsądku.   Evert   będzie   mógł   znowu 

chodzić do szkoły.

background image

Mimo woli Elise popatrzyła na niego z podziwem.
- Jak tego dokonałeś?
-   Sztuka   przekonywania   -   odparł   z   zaczepnym   uśmiechem.   -   Teraz 

wykorzystam ją w stosunku do ciebie.

- Do mnie?
- Tak. Bo widzę, że masz wyrzuty sumienia, ponieważ byłaś razem ze 

mną w tej komórce. Uważasz, że zrobiłaś coś złego, wyraźnie to po tobie 
widać.  Ale   to   nieprawda,   Elise.   Nie   mieliśmy   wyboru.   Powinnaś   więc 
zapomnieć o tym nieprzyjemnym przeżyciu i myśleć o przyszłości. Teraz, 
kiedy twoja mama jest w sanatorium, masz możność pomyśleć również o 
sobie. I o innych. Mówiłaś mi, że lubisz śpiewać, a ja zapytałem, czy nie 
mogłabyś wstąpić do naszego chóru. Będziesz musiała tylko podpisać żoł-
nierską deklarację i zostaniesz członkiem.

- Czego dotyczy taka żołnierska deklaracja?
- To jest oświadczenie, że zobowiązujesz się żyć jak dobry chrześcijanin 

i wykorzystywać czas oraz zdolności we właściwy sposób.

Elise potrząsnęła głową.
- Ja nie jestem taka bogobojna jak ty. Poza tym nie zapominaj, że jestem 

zaręczona z Johanem. On nie jest członkiem Armii Zbawienia.

- Tylko oficer ma obowiązek wiązać się z osobą, która też ma stopień 

oficerski. Żołnierzy to nie dotyczy.

Elise znowu potrząsnęła głową.
- Z pewnością rozumiesz, że to niemożliwe. Ja mam Pedera i Kristiana, 

którymi   muszę   się   zająć,   a   kiedy   Hilda   urodzi   dziecko,   będę   musiała 
pomóc również jej. Nie mam pojęcia, jak długo mama będzie mogła zostać 
w sanatorium. Jeśli zostanie odesłana do domu, zanim wyzdrowieje, nie 
będę miała czasu ani na śpiewanie, ani na pomaganie innym.

Emanuel westchnął ciężko.
- Cóż, w takim razie możesz trochę poczekać. - Zwrócił się do niej, 

rozczarowanie   zniknęło   i  słońce   znowu   pojawiło   się   w  jego  otwartej   i 
szczerej   twarzy.   -   Ale   my   możemy   nadal   być   przyjaciółmi.   Dzisiaj 
pokazałaś,   że   pragniesz   robić   coś   dla   innych,   kiedy   odszukałaś 
wychowawcę Everta. Więc opieka nad Evertem będzie naszym pierwszym 
wspólnym celem. Nie poddamy się, dopóki chłopiec nie wróci do szkolnej 
ławy.

Elise musiała się uśmiechnąć, widząc jego zapał.
- Poza  tym  pomyślałem sobie,  że  nauczę cię,  jak dbać  o buty,  żeby 

podeszwy  nie niszczyły się zbyt szybko. Przyniosę drewniane szpilki i 
metalowe podkuwki, nauczę cię, jak należy je przybijać. To nie jest trudne. 

background image

Mogę cię też nauczyć, jak wymieniać stare podeszwy na nowe.

Chyba będę musiała się poddać, pomyślała Elise. On mnie po prostu 

zagadał. Równocześnie przypomniała sobie Valborg, panią Evertsen i inne 
plotkary.

- Zapomniałeś o czymś. Jeśli nadal będziesz nas odwiedzał, to plotkary 

zadziobią mnie na śmierć.

Spojrzał na nią przestraszony.
- Droga Elise, nie powinnaś pozwolić, żeby zło zwyciężało na świecie. 

Jeśli im pokażesz, że masz czyste sumienie i nie przejmujesz się tym, co 
gadają, wkrótce się zmęczą i przestaną cię niepokoić.

To brzmiało rozsądnie. Elise przecież nie zrobiła nic złego, Emanuel 

przed   chwilą   to   właśnie   powiedział,   nie   miała   żadnych   powodów,   by 
odczuwać wyrzuty sumienia. Nie ulega wątpliwości, że zarówno ona, jak i 
chłopcy  potrzebują pomocy, i byłoby tchórzostwem odrzucać tę pomoc 
jedynie z powodu lęku przed ludzkim gadaniem.

-   Jest  tyle   niewiedzy,  jeśli   chodzi  o  Armię   Zbawienia   -  mówił  dalej 

Emanuel, nagle zamyślony. - My przecież nie odrzucamy ani piękna, ani 
kultury, ani sztuki czy humoru, musimy tylko dbać, by nie zajmować się 
tymi   sprawami   tak   bardzo,   byśmy   zapomnieli   o   Królestwie   Bożym. 
Żołnierz   Armii   Zbawienia   powinien   powstrzymywać   się   od 
lekkomyślnych   rozrywek,   ponieważ   one   sprowadzają   na   człowieka 
nieczyste myśli i uczucia. Ale przecież traktujemy seksualność jako dar 
Boga dla ludzi, tyle tylko, że powinna się ona realizować w małżeństwie.

Elise   poczuła,   że   się   czerwieni.  W  myślach   znowu   zobaczyła   siebie 

leżącą na nim w ciemnościach, tulącą się do niego pod płaszczem. Jego 
serce biło szybciej, a głos brzmiał ochryple, sam przyznał, że nie był w 
stanie   myśleć   o   niczym   innym,   kiedy   była   tak   blisko.   Nie   ulegało 
wątpliwości, że on doznawał tych samych uczuć co pozostali, nie miał 
tylko prawa okazać ich innej kobiecie jak tylko własnej małżonce. Trzeba 
więc  zakładać,  że kiedyś znajdzie  jakąś  kobietę,  która  będzie  oficerem 
Armii Zbawienia, a z którą on chciałby dzielić stół i łoże.

- O czym myślisz?
- O tobie. Roześmiał się cicho.
- O mnie? A co ty o mnie myślisz?
- Mam nadzieję, że znajdziesz kobietę oficera, z którą będziesz mógł się 

ożenić.

- Dlaczego masz taką nadzieję?
- Ponieważ jesteś mężczyzną o normalnych reakcjach i uczuciach.
- A skąd ty o tym wiesz?

background image

Pojawiło się teraz między nimi jakieś intensywne napięcie. Na co to się 

zda,   że   znowu   znajdziemy   się   w   takiej   sytuacji,   myślała   Elise 
przestraszona. Nie chcę tego. I on też nie chce.

- Domyśliłam się tego. Tamtej nocy.
- A w jaki sposób się domyśliłaś?
- Serce zaczęło ci mocniej bić. On przez chwilę milczał.
- Przykro mi z tego powodu, Elise - wybąkał w końcu cicho. - To się 

nigdy   więcej   nie   powtórzy.   Znajdowaliśmy   się,   jak   powiedziałem,   w 
nadzwyczajnej   sytuacji,   nad   którą   w   pełni   nie   panowaliśmy.   Czy   nie 
możemy postanowić, że spróbujemy naprawić ewentualne szkody, jakie na 
siebie ściągnęliśmy, czyniąc dobre postępki?

- Owszem. Lubię cię, Emanuelu. Lubię jak prawdziwego przyjaciela. 

Ale za mąż chciałabym wyjść za Johana.

- Zdaję sobie z tego sprawę.
Elise miała wrażenie, że słyszy w jego głosie urazę, ale pewna nie była.
- W porządku. W takim razie będziesz mógł nauczyć mnie reperować 

buty.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Tego samego wieczoru, kiedy Elise, Hilda, Peder i Kristian siedzieli w 

kuchni i jedli kolację, rozległo się pukanie do drzwi.

To   przecież   nie   może   być  Emanuel,   zastanawiała   się   Elise   i  zaczęła 

żałować, że się zgodziła. Jego zapał zaczynał być męczący.

Z wielką ulgą stwierdziła, że to Evert wsuwa ostrożnie głowę.
-   Cześć,   Evert.   Chodź,   chodź.   Dzisiaj   mam   stare   egzemplarze 

background image

„Tygodnika Chrześcijańskiego", które dała mi jedna prządka. Ona dostała 
to w prezencie od pastora.

- Są w nich obrazki? - Peder z zainteresowaniem podniósł głowę znad 

jedzenia.

- Niestety, niezbyt dużo.
- A będziemy mogli je powycinać?
- Będziecie, najpierw jednak Evert dostanie coś do jedzenia. - Ukroiła 

grubą kromkę chleba i posmarowała ją masłem.

Kristian i Peder śledzili jej ruchy głodnym wzrokiem, zjedli już swoje 

porcje i nie mogli oczekiwać więcej.

Evert stał bez ruchu i wpatrywał się w kromkę, jakby od wielu dni nie 

widział jedzenia. Kiedy zrozumiał, że to naprawdę dla niego, zerknął z 
niedowierzaniem na Elise.

- Dla mnie?
Elise uśmiechnęła się.
-  To   podziękowanie   za   to,   że   pomogłeś   mi   tamtego   dnia,   kiedy   się 

przewróciłam.   -   Położyła   kromkę   na   blaszanym   talerzyku   i   postawiła 
przed   chłopcem.   On   rzucił   się   na   jedzenie   i   łapczywie   połykał   duże 
kawałki, zanim zdążył je dobrze pogryźć. Kiedy zjadł już wszystko, Elise 
sprzątnęła ze stołu i przyniosła nożyczki. - Cieszę się, że znowu będziesz 
mógł chodzić do szkoły, Evercie.

Evert popatrzył na nią zdumiony.
- Skąd o tym wiesz?
- Rozmawiałam dzisiaj z Hermansenem. Poza tym słyszałam, że ludzie z 

Armii Zbawienia też z nim rozmawiali.

Peder odwrócił się ku siostrze.
- Czy to był ten twój żołnierz, Elise? Nie była w stanie patrzeć bratu w 

oczy.

-   Nie   wygaduj   głupstw,   Peder.   On   nie   jest   mój.   Zresztą   nie   jest   też 

żołnierzem, tylko oficerem. Mówiłam ci to już wiele razy.

- Ale czy on rozmawiał z Hermansenem, pytałem cię?
- Tak, to był on.
-   Dlaczego   on   się   wciąż   kręci   po   naszej   ulicy?   Elise   wzruszyła 

ramionami.

- Może to jest właśnie jego dzielnica, tak przypuszczam. Będzie nas 

między innymi uczył, jak możemy sami naprawiać swoje buty.

- W takim razie ja chcę być w domu, kiedy przyjdzie nas uczyć. Jak 

dorosnę, chciałbym zostać szewcem.

Następnego dnia późnym wieczorem, kiedy już mieli iść spać, znowu 

background image

ktoś zapukał do drzwi. Tym razem głośno i zdecydowanie.

Elise poczuła, że serce podskoczyło jej do gardła. Czyżby to Emanuel? 

Nie, on by nie pukał w taki sposób.

- Proszę wejść. - Przestraszona spoglądała w stronę drzwi. Te otworzyły 

się i w progu stanął przyjaciel Lorta-Andersa, ten sam, który brał udział w 
napadzie na nią i Emanuela. Elise poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. 
Mimo woli stanęła przed Pederem, jakby chciała go chronić.

- Czego chcesz? - patrzyła na przybysza z lękiem i ze złością. Człowiek 

sprawiał  wrażenie,   że   jest  trzeźwy   i   jakoś  dziwnie   przygnębiony.   Miął 
czapkę w rękach i unikał wzroku Elise. Cuchnął nieprzyjemnie, widziała 
wszy w jego włosach, ubranie zwisało w strzępach.

- On został skazany. Cztery lata w twierdzy Akershus.
Elise patrzyła na niego z niedowierzaniem. Chociaż dobrze się do tego 

przygotowała, wiadomość była dla niej wstrząsem.

-   Johan?   Czy   jego   sprawa   została   już   rozpatrzona?   Mężczyzna 

przytaknął bez słowa.

- A skąd ty o tym wiesz?
Wzruszył ramionami, spuścił wzrok i wpatrywał się w swoją czapkę.
- Lort-Anders również?
Mężczyzna znowu kiwnął głową. Hilda i chłopcy stali bez ruchu niczym 

posągi,   nie   spuszczając   oczu   z   obcego.   W   pewnym   momencie   Elise 
usłyszała szloch. To Peder. Przyciągnęła go do siebie, objęła ramieniem i 
przytuliła.

- Nie płacz, Peder. Johan zrobił coś złego i musi teraz odpokutować. 

Kiedy wyjdzie na wolność, nigdy więcej czegoś podobnego nie zrobi.

Kolega   Lorta-Andersa   nadal   stał,   jakby   miał   coś   jeszcze   do   po-

wiedzenia.

- Mógłbym przemycić dla niego list. Gdybyś chciała.
Elise   spojrzała   na   niego   zdumiona.   On   chyba   musi   mieć   kontakty   z 

policją,   pomyślała.  Ale   nawet   gdyby   spytała,   to   i   tak   pewnie   się   nie 
przyzna. Nie przyznałby się nawet do tego, że zna wyrok.

- Bardzo chętnie - odparła Elise pośpiesznie, wypuściła Pedera z objęć i 

szybko weszła do izby, gdzie miała notes i ogryzek ołówka.

W izbie było ciemno, musiała więc wrócić do kuchni, by napisać list, a 

wszyscy pozostali otaczali ją kołem. Hilda i chłopcy próbowali zaglądać 
jej przez ramię, a kolega Lorta-Andersa stał i czekał. Elise tymczasem 
napisała kilka słów:

Kochany Johanie!
Kocham   cię   niezależnie   od   tego,   co   się   stało.   Kiedy   wyjdziesz   na 

background image

wolność, będziemy mogli zapomnieć o wszystkim i rozpocząć nowe życie.

Twoja Elise
Nie miała koperty, musiała więc przekazać list po prostu złożony. To nic, 

że inni mogą go przeczytać i może mnie wyśmiać, myślała. Jeśli w ogóle 
potrafią czytać.

Złożyła więc kilkakrotnie arkusik i podała przybyszowi. Ten wsunął go 

do kieszeni, nadal jednak stał w kuchni.

-   Chciałbyś   mi   jeszcze   coś   powiedzieć?   -   Elise   patrzyła   na   niego   z 

niechęcią   i   goryczą.   Jeśli  ktoś   powinien   siedzieć   w   pojedynczej   celi   o 
chlebie i wodzie, to właśnie on i reszta jego bandy.

- Ja żałuję. - Słowa zabrzmiały tak cicho, że Elise nie była pewna, czy 

dobrze usłyszała.

Teraz  przybysz  odwrócił  się  ku drzwiom,  nawet nie  podniósł  po raz 

ostatni wzroku, i powłócząc nogami, wyszedł z kuchni. Jak tylko drzwi się 
za nim zamknęły, Kristian rzucił się na Elise:

-   Dlaczego   nic   mu   nie   powiedziałaś,   Elise?   Powinnaś   była   mu 

przyłożyć. Zdzielić go prosto w tę paskudną gębę. Dlaczego ten facet ma 
nie ponieść żadnej kary?

- Uspokój się, Kristian. - Hilda próbowała przemawiać do brata. Ani 

ona, ani Elise nie zwróciły mu uwagi, że brzydko się wyraża. - Chyba 
rozumiesz, że Elise nie jest w stanie pobić dorosłego mężczyzny. Poza tym 
on mógł sprowadzić tu resztę swojej bandy i zemścić się na nas.

Elise w zamyśleniu patrzyła w stronę drzwi.
-   Czy   nie   słyszałeś,   jak   on   mówi,   że   żałuje?   Nigdy   bym   nie 

przypuszczała, że do tego dojdzie.

- Może on mimo wszystko nie jest taki paskudny i niebezpieczny, tak 

myślisz, co?

Peder patrzył na nią ufnym wzrokiem.
-   Nie,   nie   myślę   tak,   Peder.   Uważam,   że   on   naprawdę   chciał   tak 

powiedzieć, bo w przeciwnym razie by się nie odzywał.

Udała, że musi schować notes, i wyszła znowu do izby. Zamknęła drzwi 

za sobą, położyła się na łóżku i wybuchnęła płaczem.

- Johan... - szlochała w ciemności. - Jak ty mogłeś...?
Następnego dnia do pani Thoresen i Anny przyszedł pewien mężczyzna 

z   wiadomością,   że   Johan   został   skazany   na   cztery   lata   robót   za 
współudział   we   włamaniu   do   jubilera   na   Karl   Johan.   Ponieważ   nie 
uczestniczył bezpośrednio w kradzieży, stał tylko z rowerem na czatach, 
przygotowany do przerzucenia dalej łupu, skończyło się tylko na czterech 
latach. Lort-Anders dostał dwanaście lat dlatego, że wcześniej był karany i 

background image

uznano go za recydywistę.

Anna była niepocieszona, pani Thoresen milcząca i rozgoryczona. Kiedy 

Elise próbowała ją pocieszać, zaczęła wykrzykiwać pełne żalu słowa o 
niesprawiedliwości.

- Oni tak postępują z biednymi ludźmi, takimi jak my, Elise. Gdyby to 

był majster, to daliby mu królewskie mieszkanie w twierdzy Akershus i na 
dodatek pensję.

Elise nie mówiła nic, wiedziała, że pani Thoresen ma rację. To bogaci 

zajmują wysokie stanowiska i to oni o wszystkim decydują. Nie rozumieją, 
że   biedacy   mogą   popełnić   przestępstwo   po   to,   by   zdobyć   chleb   lub 
lekarstwo dla chorej siostry.

Wiadomość o tym, że Johan został skazany za kradzież, błyskawicznie 

rozniosła   się   po   fabryce.   Kilka   robotnic   posyłało   w   stronę   Elise 
współczujące spojrzenia, większość jednak gapiła się na nią z nieukrywaną 
ciekawością,   pożądliwie   wyczekując   nowin   i   możliwości   roztrząsania 
cudzego nieszczęścia. Nawet jeśli same miały mężów lub ojców, którzy 
pili, nawet jeśli czyjaś siostra popadła „w nieszczęście" albo włóczy się z 
ulicznicami po Vaterlandzie, to w każdym razie żadna nie jest zaręczona z 
człowiekiem, który został skazany na cztery lata twierdzy.

Elise próbowała się tym nie przejmować, nie potrafiła jednak stłumić 

uczucia wstydu. Pośpiesznie chodziła do fabryki i z powrotem do domu w 
nadziei, że uniknie nieprzyjemnych uwag, codziennie przerwę obiadową 
spędzała w domu.

Aż   dziwne,   że   Hildę   robotnice   zostawiały   w   spokoju,   choć   teraz 

wszyscy już wiedzieli, że spodziewa się dziecka. Może właśnie dlatego, 
zastanawiała się Elise. Nie chciały z nią zadzierać, dopóki nie będą mieć 
pewności, kto jest ojcem maleństwa.

Gorzej było z Pederem, on wciąż wracał ze szkoły z płaczem. Koledzy 

nazywali   go   szwagrem   złodzieja,   a   więksi   chłopcy   ciągnęli   za   włosy, 
wpychali w błoto i szarpali za ubranie.

Elise   walczyła   z   płaczem,   kiedy   nalewała   wody   do   balii,   by   uprać 

ubranie   chłopca   i   jego   samego   wyszorować.   Tego   samego   wieczoru 
siedziała i długo w noc łatała kurtkę chłopca. Wkrótce będą na niej same 
łaty.   Kristian   lepiej   sobie   radził,   niewielu   miało   odwagę   go   zaczepiać, 
Elise zauważyła jednak, że zrobił się jeszcze bardziej milczący i patrzył 
spod oka ponuro.

W niedzielę poszli znowu do sanatorium. Cieszyli się, że będą mogli 

powiedzieć   matce,   że   wszystko   jest   w   porządku   i   będzie   mogła   tutaj 
zostać.

background image

W każdym razie przez jakiś czas, myślała Elise, miała się jednak na 

baczności, żeby głośno tego nie powiedzieć. Hilda najwyraźniej wierzyła, 
że majster będzie się o nich troszczył już zawsze, Elise jednak nie była 
tego   taka   pewna.   Któregoś   dnia   może   się   znudzić   swoją   „panną   z 
dzieckiem"   i   poszuka   odpowiedniejszej   dla   siebie   kobiety.  A  wtedy   z 
pewnością nie zechce opłacać leczenia matki Hildy. Pewnie nie będzie też 
płacił na dziecko, pomyślała ze zgrozą.

Jej   noga   już   się   prawie   wygoiła,   wyprawa   do   Grefsen   odbyła   się 

szybciej niż ostatnio.

Elise z lękiem zbliżała się do wejścia, pamiętała mężczyznę w kapeluszu 

i   wiedziała,   że   mogą   zderzyć   się   z   rodzinami   innych   chorych,   takimi, 
którzy   noszą   „błyszczące   pierścienie   na   palcach   i   opowiadają   o 
proszonych   obiadach,   teatrze,   restauracjach   i   kinematografie   na 
Stortingsgata", jak to określiła matka. Myśl o tym, że znowu pielęgniarki 
będą na nią spoglądać pogardliwie, wcale jej nie kusiła.

Na szczęście w pokoju przyjęć nie było innych gości. Spotkali tę samą 

pielęgniarkę, która poprzednio okazała się sympatyczna, pominąwszy fakt, 
że i ona zlustrowała ich krytycznym spojrzeniem. Uśmiechnęła się teraz na 
ich widok. Być może zdaje sobie sprawę, kto płaci za matkę, pomyślała 
Elise.   W   takim   razie   musi   być   bardzo   ciekawa,   jak   do   tego   doszło. 
Podobnie   jak   poprzednio   pielęgniarka   poprowadziła   ich   na   górę,   gdzie 
musieli chwilę zaczekać, aż matka zostanie do nich przywieziona. Stali 
wszyscy czworo i w napięciu obserwowali łóżko na kółkach. Tylko głowa 
matki była widoczna na tle białej pościeli. Twarz miała bladą, wyglądała 
jednak spokojniej niż ostatnio i uśmiechała się do dzieci.

Otoczyli ją kołem z uroczystymi minami. Nie bardzo wiedzieli, co mają 

mówić, czuli się obco, najchętniej rzuciliby się matce na szyję, ale nie byli 
pewni, czy można. Matka była taka czysta, pościel taka biała i świeżo 
wyprasowana,   nad   wszystkim   unosił   się   obcy   zapach,   nawet   matka 
wydawała się odmieniona.

- Mamy dla ciebie radosną wiadomość, mamo - zaczęła Elise ostrożnie. 

- Nie musisz się obawiać, że Armia Zbawienia traci na ciebie pieniądze. Za 
twoje leczenie płaci ktoś inny, kogo na to stać.

Matka skinęła głową. - Tak, wiem o tym. Nie mogłam się uspokoić, 

chciałam wstać z łóżka i wracać do domu. Wtedy jedna z sióstr wyjawiła 
mi tajemnicę. - Matka zwróciła twarz w stronę Hildy. - Pozdrów go ode 
mnie i powiedz, że nie wiem, jak mu dziękować.

Elise patrzyła na nią zdumiona. Oczekiwała gwałtownej reakcji matki na 

wiadomość, że koszty jej leczenia opłaca majster.

background image

Hilda zrobiła się czerwona. Skrępowana kiwała głową.
Elise   spoglądała   na   Pedera   i   Kristiana   w   nadziei,   że   nie   zaczną 

wypytywać   o   szczegóły.   Oni   wciąż   nie   wiedzieli,   kto   jest   tym   do-
brodziejem.

- No a co u was? - matka spoglądała to na jedno, to na drugie. Nikt się 

nie odzywał. Elise chrząknęła.

-   Mam   ci   też   do   powiedzenia   coś   smutnego,   mamo.   Johan   został 

skazany na cztery lata karnych robót.

Matka patrzyła na nią bez słowa. Potem wolno skinęła głową.
- No właśnie, tego się obawiałam.
Słowa matki sprawiły dziewczynie ból, nie mogła zrozumieć, dlaczego 

matka liczyła się z tym, że Johan jest winny.

-   Pamiętaj,   co   ci   powiedziałam,   Elise.   -   Matka   spoglądała   na   nią 

zdecydowanym wzrokiem. - My ciebie potrzebujemy. I Peder, i Kristian, i 
Hilda, i ja. Jesteś jeszcze młoda i wiele może się wydarzyć. Cztery lata to 
bardzo długo.

Elise spoglądała na nią, nie rozumiejąc.
- O co ci chodzi, mamo?
-   Chciałam   powiedzieć,   że   masz   życie   przed   sobą.   Możesz   spotkać 

innych młodych... Możesz mieć nowych przyjaciół i...

Elise przerwała jej z gniewnym spojrzeniem.
-   Uważasz,   że   nie   powinnam   czekać   na   Johana?   Matka   bezradnie 

wzruszyła ramionami.

- Tego nie powiedziałam. Mówię tylko, że jesteś młoda. I niekoniecznie 

najlepiej jest wiązać się na całe życie, kiedy ma się dopiero osiemnaście 
lat.

Elise doznała bolesnego uczucia, że matka nie tylko to miała na myśli. 

Matka po prostu straciła wiarę w Johana, ona, która przedtem była nim tak 
zachwycona. To wprost nie do pojęcia.

Matka zwróciła twarz w stronę Pedera.
- No a co u ciebie, Peder? Odrabiasz codziennie swoje lekcje? Chłopiec 

poważnie skinął głową.

- Jeden chłopak wepchnął mnie w błoto. Elise musiała mnie wykąpać i 

uprać moje ubranie, a potem połatać kurtkę.

- Uff, jaki paskudny chłopak. Dlaczego on to zrobił?
- Dlatego że Johan jest złodziejem. Matka znowu zwróciła się do Elise.
- Czy to prawda? Czy oni karzą Pedera za to, co zrobił Johan? Elise nie 

miała wyjścia, musiała przytaknąć.

- Z pewnością wkrótce zapomną. Dobrze wiesz, jak to jest z plotkami, 

background image

znikają, kiedy pojawi się coś nowego.

Matka patrzyła na nich z troską. I nagle zaczęła kaszleć. Z kącika ust 

pociekła jej krew.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wbiegła pielęgniarka.
-   Uważam,   że   najlepiej   będzie,   jak   już   pójdziecie.   Ona   źle   znosi 

wszelkie wzruszenia.

Peder zaczął płakać, natomiast Kristian, który stał sztywny, milczący i 

nieporuszony,   odkąd   tu   przyszli,   odwrócił   się   na   pięcie   i   zniknął   na 
schodach. Hilda ocierała łzy, a Elise próbowała uśmiechać się do matki, 
lecz jej twarz wykrzywił tylko grymas.

Wkrótce potem opuścili wielki budynek.
- Nie powinieneś był się skarżyć, Peder! - zawołała Hilda ze złością.
- Przestań, Hildo - uspokajała ją Elise. - On też ma prawo opowiedzieć 

mamie o swoich przeżyciach.

- Ale nie tak, żeby mamie się od tego pogorszyło.
Peder znowu zaczął płakać. W milczeniu, każde pogrążone w swoich 

smutnych myślach, wolno wracali do domu.

Minęły dwa tygodnie, a Elise nie spotkała Emanuela. Albo jest chory, 

albo   doszedł   w   końcu   do   wniosku,   że   ta   przyjaźń   jest   dla   niego   zbyt 
trudna.   Elise   tęskniła   za   nim,   równocześnie   jednak   czuła,   że   takie 
rozwiązanie jest najwłaściwsze. Noc spędzona w komórce pokazała, że 
Emanuel żywi dla niej nie tylko przyjacielskie uczucia. Prawdopodobnie 
nie chciał się do tego przyznać nawet sam przed sobą. Albo może właśnie 
nie pokazuje się dlatego, że to zrobił.

Zbliżał   się   koniec   lutego.   Wciąż   trwała   dziwna   pogoda,   na   zmianę 

odwilż, gwałtowne wiatry i deszcz albo kąśliwy mróz.

Peder   marudził,   bo   chciał   się   dowiedzieć,   dlaczego   Emanuel   nie 

przychodzi,   wciąż   patrzył   na   Elise   wielkimi,   pełnymi   rozczarowania 
oczyma.

- Może zachorował - wtrąciła któregoś dnia Hilda.
Elise przeniknął dreszcz. Może Emanuel zapadł na suchoty? Przecież 

tyle  czasu  spędza   pośród  chorych  ludzi.  Ta  myśl  sprawiła   jej  ból.  Jest 
przecież jej przyjacielem, pomógł jej w tylu trudnych sprawach. Niewielu 
jest ludzi, na których pomoc można liczyć.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Któregoś   wieczoru   zdecydowała   się   w   końcu   odwiedzić  Agnes.   Nie 

widziała jej od czasu, kiedy razem z Johanem byli w „Perle", a minęło już 
od tamtej pory wiele tygodni. Agnes była jej najlepszą przyjaciółką, odkąd 
zaczęły chodzić do szkoły, potem jednak, kiedy w życie Elise wkroczył 
Johan, każdą wolną chwilę wykorzystywała na to, by być z nim. To dzięki 
Agnes dowiedziała  się  najwięcej o tym,  co dzieje się w kraju, o tych, 
którzy   decydują,   o   unii   ze   Szwecją,   o   tym,   że   unia   pewnie   zostanie 
rozwiązana, o ruchu robotniczym i że coraz więcej ludzi w kraju nie ma 
pracy,   o   spadających   płacach   i   o   debacie,   czy   Norwegia   będzie   miała 
króla,   czy   nie.   Inne   dziewczyny   w   przędzalni   nie   interesowały   się 
sprawami unii, jedyne, co je obchodziło, to płace, długość dnia pracy oraz 
to,   czy   istnieje   ryzyko   zwolnienia.   Agnes   i   Elise   natomiast   chciały 
wiedzieć więcej.

Agnes   mieszkała   przy   Maridalsveien,   w   małym   drewnianym   domku 

wciśniętym między dwa większe.

W niewielkim oknie świeciło się światło, a drzwi były uchylone. Elise 

zapukała i weszła do środka.

- Czy jest ktoś w domu?
- Wchodź, wchodź - rozległ się głos mamy Agnes i Elise poszła prosto 

do kuchni. Panował tu bałagan taki sam jak zwykle. Ściany poobklejano 
gazetami, by  zasłonić szpary  między  deskami, nad kuchnią suszyło się 
mnóstwo   prania.   Wiązka   drewna   leżała   rozrzucona   na   podłodze,   a   na 
haczykach w ścianie wisiały  kurtki i czapki, szale i chustki bez ładu i 
składu. Jakiś podarty sweter spadł na podłogę.

background image

- Czy Agnes jest w domu?
- O mój Boże, czy to ty, Elise? Już myślałam, że może wyemigrowałaś. - 

Mama  Agnes   uśmiechnęła   się   szeroko,   odsłaniając   dziąsła,   w   których 
brakowało wielu zębów.

Elise zawstydziła się.
- Tyle miałam ostatnio kłopotów - wymamrotała.
- Wiem, moje dziecko, wiem. Twój tata się utopił, a mama zapadła na 

suchoty. No i jak tam teraz z nią?

-   Nie   najgorzej.   -   Nie   odważyła   się   powiedzieć,   że   mama   leży   w 

sanatorium, to by tylko wzbudziło niepotrzebną ciekawość.

- Agnes siedzi u siebie na stryszku, idź tam do niej.
Elise skinęła i wyszła znowu do ciemnej sieni. Stamtąd wąskie schody 

prowadziły na górę do dwóch małych pokoików.

Agnes leżała na brzuchu na wąskiej pryczy i w mdłym świetle naftowej 

lampy stojącej na taborecie przy łóżku czytała jakąś gazetę. Miała dwóch 
braci i obaj pracowali jako gońcy, matka, podobnie jak sama Agnes, była 
zatrudniona   w   tkalni   Hjula,   ojciec   natomiast   był   kołodziejem.   Chociaż 
żadne   z   nich   nie   zarabiało   zbyt   dużo,   to   powodziło   im   się   lepiej   niż 
większości   ludzi.  Agnes   stać   było   nawet   na   to,   by   od   czasu   do   czasu 
kupować jakieś pisma kobiece.

- Elise? - dziewczyna zerwała się z łóżka. - Czyżbym widziała ducha?
Elise uśmiechnęła się.
-   Bardzo   mi   przykro,   Agnes.   Tyle   miałam   na   głowie   w   ostatnich 

czasach, ale wygląda na to, że teraz będzie lepiej.

- Wejdź i siadaj. - Agnes zgarnęła jakieś ubrania z krzesła. - Opowiedz 

mi o wszystkim. Czy to prawda, że Johan siedzi w więzieniu?

Elise jęknęła w duchu. Więc nawet w tkalni o tym gadają.
- Tak. Był chyba zrozpaczony, bo nie stać go było na kupno drogich 

lekarstw dla Anny, uległ więc pokusie, by zdobyć pieniądze w nieuczciwy 
sposób.  - Wymyśliła sobie to  tłumaczenie, bo uważała, że dzięki temu 
wstyd będzie mniejszy.

-   Biedna   Elise.   I  to   Johan,   taki   urodziwy   i  przystojny.  Wszystkie   ci 

zazdrościłyśmy. A ile lat dostał?

- Cztery.
Agnes usiadła na krawędzi łóżka i zerkała zaciekawiona na przyjaciółkę.
- Masz zamiar na niego czekać?
-   Oczywiście,   że   tak.   -   Elise   była   oburzona.   Jak   ktoś   może   myśleć 

inaczej?   Najpierw   jej   własna   matka,   a   teraz  Agnes.   Nietrudno   chyba 
zrozumieć, że Elise będzie czekać, w końcu jest z nim zaręczona. Johan 

background image

nie jest mniej wart tylko dlatego, że uległ pokusie. W każdym razie w jej 
oczach nic nie stracił, skoro zrobił to, by ratować życie Anny.

- To będą bardzo długie cztery lata. Elise skinęła głową.
- Owszem, ale przecież i tak jestem za młoda, żeby wychodzić za mąż. 

Poza tym mam Pedera i Kristiana. Oni jeszcze przez wiele lat nie dadzą 
sobie sami rady.

- No a co z Hildą? - zarówno jej spojrzenie, jak i ton pytania świadczyły, 

że plotki już do niej dotarły.

- Hilda będzie miała dziecko. Agnes skinęła głową.
-   No   właśnie,   ludzie   gadają...   Słyszałam,   że   musi   przechodzić   przez 

most, żeby się z nim spotkać.

- Nie mogę nic powiedzieć, Anges. Obiecałam.
- Ale mnie chybabyś mogła? Elise energicznie potrząsnęła głową.
- Jeszcze nie teraz. Tobie powiem pierwszej, jak tylko będę mogła, to ci 

obiecuję.

Agnes zrozumiała, że upór na nic się nie zda.
- Nie pokazujesz się teraz w Świątyni. Wielu o ciebie pytało.
- Byłam ostatnio dwa razy, ale ciebie nie widziałam. Agnes patrzyła na 

nią zaskoczona.

- Byłaś w Świątyni?
-   Byłam   dwa   dni   po   tym,   jak   ojciec   utonął.   Miałam   tyle   kłopotów 

zarówno ze względu na mamę, jak i na to, co się stało z ojcem. Czułam 
potrzebę porozmawiania z kimś.

- I udało ci się?
Elise nie była w stanie spojrzeć jej w oczy, nie chciała rozmawiać z 

przyjaciółką o Emanuelu.

- Tak. A co u ciebie, Agnes? Byłaś ostatnio w „Perle"?
- Kilka razy. Ale już nie lubię tego miejsca. Elise popatrzyła na nią 

zdumiona.

- Nie lubisz? Ty, która tak kochasz taniec? Agnes obojętnie wzruszyła 

ramionami.

- Tam się teraz zbierają tylko pijacy i ulicznice. W jej głosie brzmiała 

pogarda.

- A czym się zajmujesz? To znaczy co robisz po pracy? Agnes znowu 

wzruszyła ramionami.

- No, różne  rzeczy. -  Spojrzała  w  stronę  okna  w  dachu, przez  które 

widać było sierp księżyca. Uśmiechnęła się tajemniczo. - Widzisz. .. ja się 
zakochałam...

- Naprawdę? - Elise roześmiała się. - Opowiadaj!

background image

- Nie ma wiele do opowiadania. Jeszcze nie. On o niczym nie wie.
- Czy to ktoś z waszej ulicy? Agnes potrząsnęła przecząco głową.
- Nie, nie znasz go.
- No to opowiadaj, Agnes. Potrzebuję rozmowy o takich sprawach, dość 

mam pracy i obowiązków. Dlaczego życie nie może być takie jak dawniej, 
kiedy   my   obie   siedziałyśmy   tutaj   i   opowiadałyśmy   sobie   o   swoich 
przeżyciach, marzeniach i w ogóle?

Agnes uśmiechnęła się.
- A obiecujesz, że nikomu nie powiesz?
- Słowo honoru.
-   Bo   ja   jestem   zakochana   w   jednym   z   Armii   Zbawienia.   Elise 

wytrzeszczyła oczy.

- Chcesz powiedzieć, że to jeden z żołnierzy?
- Nie, to jeden z oficerów.
- Biedaczka! Przecież oni mogą się żenić tylko z dziewczynami, które 

też są w Armii Zbawienia i też są oficerami.

- Wiem o tym. I dlatego postanowiłam do nich wstąpić. Elise wciąż 

wytrzeszczała oczy.

- Masz zamiar zapisać się do Armii Zbawienia?
- Tak, a dlaczego nie? Jako żołnierz mogę nadal zachować swoją pracę, 

w Armii Zbawienia będę pracować w czasie wolnym. Zdobędę oficerskie 
wykształcenie i po pięciu latach zostanę oficerem.

Elise roześmiała się.
-   Widzę,   że   przemyślałaś   wszystko   starannie.   A   co   obejmuje   to 

wykształcenie?

-   Trzeba   znać   różne   części   Biblii,   nauczyć   się   udzielania   pomocy 

duchowej i nauczyć się przemawiać. Z tym ostatnim w każdym razie sobie 
poradzę. Ojciec przemawiał do nas, odkąd pamiętam, i ja także nauczyłam 
się ładnie mówić. Potrafię, jeśli tylko zechcę - dodała z grymasem.

- Możesz wstąpić do chóru i grać w orkiestrze. - Elise poczuła lekkie 

ukłucie zazdrości w sercu.

Agnes przytaknęła.
- Ja tak bardzo lubię muzykę. Oni śpiewają melodie, które znamy  z 

dawien   dawna,   tylko   tekst   jest   religijny.   Lubię   taką   muzykę,   kiedy   jej 
słucham, to bywa, że mam ochotę tańczyć.

Elise skinęła.
- Opowiedz mi o tym oficerze. Agnes patrzyła przed siebie.
-   Ma   ciemnoniebieskie   oczy,   brązowe   włosy,   czystą   cerę,   bez 

wyprysków, białe dłonie.

background image

- Ech - przerwała jej Elise ze śmiechem. - Uważasz, że białe dłonie są 

lepsze   od   porządnych   robotniczych   rąk?   Ja   bym   wolała   mieć   męża   z 
muskularni   pod   koszulą,   włosami   na   piersi   i   szerokimi   barami,   a   nie 
takiego o wypielęgnowanych rączkach i chudziutkich nogach.

- Gdybyś go zobaczyła, powiedziałabyś co innego - Agnes sprawiała 

wrażenie,   że   słowa   przyjaciółki   ją   dotknęły.   -   Poza   tym   on   jest   dość 
wysoki i wcale nie ma wątłych ramion. Ma też szczery uśmiech, taki, w 
którym można się zakochać.

- No to, jak rozumiem, biegasz teraz do Świątyni co poniedziałek.
Agnes kiwała głową i uśmiechała się tajemniczo.
- Postanowiłam, że znajdę jakąś wymówkę, żeby z nim porozmawiać. 

On ma płomień w duszy, należy do tych, którzy w całości przeznaczają 
swój czas na to, by pomagać innym.

- Oni wszyscy tak robią - przerwała jej Elise, mając na myśli Emanuela.
- Ale nie tak jak on. Odkryłam, że bardzo lubi dzieci, i pomyślałam, że 

porozmawiam   z   nim   o   pewnym   rodzeństwie,   które   znam,   to   spora 
gromadka, a matka i ojciec piją. Dzieci są pozostawiane same sobie, a 
najmłodsze ma nie więcej niż trzy lata. Pomyślałam, że powiem mu, gdzie 
oni mieszkają, i zaprowadzę go do nich.

Elise wybuchnęła śmiechem.
- To prawdziwy podstęp. Agnes uśmiechnęła się.
-   Wiem   o   tym.   Ale   na   wojnie   i   w   miłości   wszystkie   chwyty   są 

dozwolone - westchnęła ciężko. - Pytanie tylko, na ile zdołam wzbudzić w 
nim   zainteresowanie   moją   osobą.   Myślę,   żeby   wydobyć   od   ojca   jak 
najwięcej   informacji   o   polityce   i   różnych   problemach   społecznych. 
Podejrzewam, że on lubi dziewczyny, które robią użytek z rozumu. Może 
nawet   powinnam   zacząć   od   rewolucji   rosyjskiej   i   wojny   rosyjsko-
japońskiej.

Elise patrzyła na nią przerażona.
- Dużo o tym wiesz? Agnes potrząsnęła głową.
-  Teraz   to   prawie   nic.   Dlatego   muszę   wypytać   ojca.   -   Przez   chwilę 

milczała. - Albo raczej zacznę z nim rozmawiać o higienie rasowej.

Elise wytrzeszczyła oczy.
- A co to takiego?
-   Jest   taki   człowiek,   który   twierdzi,   że   bogaci   powinni   mieć   więcej 

dzieci, bo robotnicy zanadto się rozmnażają.

Elise wpatrywała się w nią wstrząśnięta.
- Naprawdę ktoś tak twierdzi?
- Może nie dosłownie tak, ale nazywa bogatych warstwą przenoszącą 

background image

wartości   kulturalne,   robotników   zaś   elementem   mniej   wartościowym. 
Twierdzi, że naród nie jest już zdrowym, zdolnym do działania rodem. 
Uważa,   że   trzeba   powstrzymać   dziedziczenie   złych   skłonności,   albo 
dobrowolnie,   albo   pod   przymusem.   Przestępców   seksualnych   i 
recydywistów należy sterylizować i... - umilkła i przestraszona zasłoniła 
dłonią   usta.   -   Przepraszam   cię,   Elise,   nie   pomyślałam.   -   Patrzyła   na 
przyjaciółkę przepraszająco.

- Johan nie jest recydywistą. - Elise musiała z całej siły panować nad 

sobą, żeby nie wybuchnąć.

-   Niczego   złego   nie   miałam   na   myśli,   mówiłam   tylko   o   tym,   co 

przeczytałam.   Podobno   sterylizowani   powinni   być   przede   wszystkim 
chorzy psychicznie oraz Cyganie.

- Uważam, że powinnaś być ostrożna z wygłaszaniem tego rodzaju teorii 

wobec   oficera   Armii   Zbawienia,   jeśli   on   jest   tak   idealistycznie 
usposobiony, jak go sobie wyobrażasz.

Agnes zarumieniła się.
- Nie zamierzam mu tego przedstawiać jako poglądów, z którymi się 

zgadzam. Wprost przeciwnie, chciałabym mu powiedzieć, że uważam to 
za kompletne głupoty.

- A moim zdaniem powinnaś z nim raczej rozmawiać o panującej na 

świecie   niesprawiedliwości.   My   przecież   pracujemy   bardzo   ciężko, 
dlaczego więc zarabiamy tak mało? Czy praca jednych ludzi jest mniej 
warta od pracy innych?

Agnes wyjęła jakąś gazetę i pokazała przyjaciółce rysunkowy dowcip. 

Jeden wysoki mężczyzna, ubrany w łachmany, stoi i zagląda przez okno do 
jakiegoś mieszkania, a obok niego stoi o wiele mniejszy mężczyzna. „Co 
oni teraz jedzą?" - pyta ten mały. „Rybę. Chcesz, żebym cię podniósł?" - 
odpowiada wysoki. „Nie, poczekam do pieczeni" - mówi mały.

Elise przez chwilę wpatrywała się w rysunek.
- Zastanawiam się, kogo to śmieszy.
- Dla ciebie to nie jest zabawne?
-   Nie.   Takie   rzeczy   budzą   we   mnie   złość.   Rządzący   będą   musieli 

wkrótce zrozumieć, że istnieje związek między przepełnionymi szpitalami 
i   więzieniami   a   nędzą   i   strasznymi   warunkami   mieszkaniowymi.   Brak 
mieszkań coraz bardziej daje się ludziom we znaki. Po kryzysie parę lat 
temu prawie nic się nie buduje, tak mówił Johan.

Nie chciałabym się skarżyć na to, jak nam się powodzi, ale znam wiele 

prządek i pomocnic, które mieszkają w lodowatych izbach na strychach, 
gdzieś pod miastem, bez szyb w oknach, które zasłania się szmatami, by 

background image

wiatr nie hulał we wnętrzu.

Nagle zarumieniła się, bo przypomniała sobie, że i w tym domu ściany 

w kuchni pozalepiane są gazetami.

- Mamy szczęście - uśmiechnęła się Agnes. - Ja się bardzo cieszę, że 

mieszkam tutaj, a nie w jakiejś czynszowej ruderze. W takich domach 
wychodki są na korytarzach, a kiedy je opróżniają, to smród jest taki, że 
ludzie robią się od tego chorzy.

Elise skinęła głową.
- Opowiedz mi raczej o tym swoim oficerze. Ile on może mieć lat?
- Moim zdaniem dwadzieścia parę. W każdym razie na to wygląda, ale 

niełatwo   jest   ocenić   wiek   kogoś   takiego.   Oni   wydają   się   młodsi   niż 
robotnicy w fabrykach.

- A jak go poznałaś?
- Jeszcze go wcale nie poznałam. I to jest właśnie problem.
- No to jak go odkryłaś?
-   Byłam   na   spotkaniu,   a   po   zakończeniu   on   i   paru   innych   oficerów 

chodziło wśród zebranych i pytali, czy ktoś chciałby jeszcze porozmawiać. 
Ja właściwie nie miałam o czym rozmawiać, zresztą i tak bym się nie 
odważyła. Na jego widok zrobiłam się po prostu czerwona.

Elise wybuchnęła śmiechem.
- To do ciebie niepodobne, żeby tak reagować na mężczyznę.
- I nigdy też czegoś takiego nie przeżyłam. A teraz nie jestem w stanie 

myśleć o niczym innym. Mam wrażenie, jakby czas stał w miejscu, jakby 
jeden poniedziałek od drugiego dzieliła wieczność.

Elise słuchała z uśmiechem.
-   W   takim   razie   nie   pozostaje   ci   nic   innego,   jak   spróbować   się 

dowiedzieć, czym on się dokładnie zajmuje i gdzie bywa, tak żebyś mogła 
kręcić się gdzieś w pobliżu w nadziei, że go zobaczysz.

Agnes spoglądała na nią skrępowana, z poczuciem winy.
-   Już   to   zrobiłam.   Odkryłam,   że   mieszka   wysoko   na   wzgórzu  Aker, 

dokładnie na wprost cmentarza Zbawiciela.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Elise poczuła dziwne ukłucie w piersi. To nie mógł być nikt inny, tylko 

background image

Emanuel.   Nie   była   w   stanie   patrzeć   przyjaciółce   w   oczy,   spoglądała 
natomiast na pismo, które Agnes czytała.

- Co czytasz? Jest tam coś ciekawego?
- Ech, nic. Powiedz mi, Ełise, co powinnam zrobić. Jakim sposobem go 

poznać?

- Sama mówisz, że jest oficerem Armii Zbawienia. W takim razie nie 

wolno mu z tobą nigdzie wychodzić.

- Ja nie powiedziałam, że chcę, żeby ze mną wychodził, powiedziałam, 

że chcę go poznać.

-   W   takim   razie   musisz   chodzić   na   spotkania   do   Świątyni   co 

poniedziałek i postarać się, żeby razem z nim wracać do domu.

- Ale nie mam pewności, czy on będzie chciał wracać ze mną.
- Idziecie przecież tą samą drogą. Nagle twarz Agnes się rozjaśniła.
- Ty możesz ze mną iść. Ty jesteś bystrzejsza w kontaktach z ludźmi, 

łatwiej ich poznajesz. Czy nie mogłabyś tego dla mnie załatwić, Elise? 
Bądź taka miła.

Elise nie widziała wyjścia, będzie musiała powiedzieć, jak się sprawy 

mają.

- Możliwe, że wiem, kto to jest. To kapitan Armii Zbawienia, oficer z 

oddziału,   który   prowadzi   działalność   socjalną   obok   działalności 
ewangelizacyjnej. On był u nas w domu, przyniósł zimowe buty dla Hildy 
i Pedera,  poza tym  przysłał  jedną  z sióstr,  która  miała  przychodzić  do 
mamy. On się nazywa Emanuel Ring-stad i mieszka na wzgórzu Aker. Czy 
to nie ten?

Oczy Agnes mieniły się z przejęcia.
- A jak on wygląda?
Elise musiała chwilę pomyśleć.
- Jest urodziwy. Średniego wzrostu. Moim zdaniem ma ciemnobrązowe 

włosy. Nie przyglądałam mu się zbyt uważnie - dodała pośpiesznie. Nie 
chciała opowiadać Agnes całej prawdy.

- To musi być on. Och, Elise, bądź taka dobra. Skoro wiesz, kim on jest, 

to będzie rzeczą naturalną, że nas ze sobą poznasz.

Elise   nie   była   w   stanie   przeciwstawić   się   błagalnemu   spojrzeniu 

przyjaciółki.

-   No   dobrze,   w   takim   razie   pójdę   z   tobą.   Powiedzmy   w   najbliższy 

poniedziałek?

Agnes zeskoczyła z łóżka i zarzuciła jej ręce na szyję.
- Elise, jesteś wspaniała.
W drodze do domu jednak ogarnęły Elise wątpliwości. Z jednej strony 

background image

niepokoiła się o Emanuela, gdy tylko nie pokazywał się dłużej, z drugiej 
powtarzała sobie, że tak jest najlepiej dla nich obojga. Mimo wszystko 
odczuwała dziwną niechęć na myśl o tym, że będzie musiała zrobić to, co 
obiecała Agnes. Przypuszczalnie dlatego, że wiedziała, kim jest Agnes, i 
uważała,   że   Emanuel   jest   dla   niej   zbyt   dobry.  Agnes   romansowała   z 
wieloma chłopakami.

Kiedy dotarła do domu, postanowiła wstąpić do pani Tho-resen i Anny. 

Po tym, jak dowiedziały się o wyroku, nie odwiedzała ich już tak często, 
jak powinna. Miała wrażenie, że między nią a panią Thoresen pojawiło się 
coś trudnego. Żadne słowa nie padły, tylko Elise nosiła w sobie bolesne 
przeczucie, nie miała nawet pojęcia, skąd jej się to bierze. Przecież nie jest 
niczemu winna. Wprost przeciwnie, dwukrotnie chodziła do magistratu w 
nadziei, że pomoże Johanowi. Pani Thoresen nie mogła jej krytykować za 
to, że przekazała sprawę broszki Johanowi. Nie miała przecież pojęcia, że 
brał udział w kradzieży. Przypuszczalnie ma to coś wspólnego z mamą i 
sanatorium, myślała. Pani Thoresen najwyraźniej uważa, że oni ostatnio 
otrzymują za wiele pomocy. Może myśli, że Armia Zbawienia zapłaciła za 
leczenie   matki,   chociaż   i   Anna,   i   Elise   tłumaczyły   jej,   że   zrobił   to 
anonimowy dobroczyńca. Może nawet wcale nie uwierzyła w wersję Elise 
na   temat   tego,   co   stało   się   fatalnej   nocy   w   komórce.   Może   wierzy 
plotkarskim historiom, że Elise i Emanuel schronili się w tej komórce z 
własnej woli. Na myśl o tym Elise skrzywiła się boleśnie.

W  wyszorowanej  do   czysta   kuchni  było   pusto.   Elise   nie   zdążyła   się 

jeszcze   przyzwyczaić,   że   na   haczyku   przy   drzwiach   nie   ma   już   kurtki 
Johana   i   jego   czapki.   Nie   było   też   zapachu   fajki,   na   podłodze   przy 
drzwiach   nie   stały   wielkie,   zniszczone   męskie   buty.   Johan   zajmował 
zwykle   większość   miejsca   w   kuchni,   siadywał   na   taborecie   z 
podwiniętymi rękawami koszuli i rozsiewał wokół zapach tytoniu i woń 
tego, co przynosił z fabryki żagli. Bez niego pomieszczenie było jakby 
nagie i obce.

Zapukała do drzwi izby i usłyszała cichy głos Anny, zapraszający do 

wejścia.

Matka siedziała na krawędzi łóżka. Twarz Anny rozjaśniła się na widok 

Elise, ale pani Thoresen pozostała nieporuszona.

- Ach, to ty, Elise? - To wszystko, co powiedziała. Bez uśmiechu.
- Byłam u Agnes. Nie widziałam jej już od bardzo dawna.
- No i co tam u niej? - Anna zawsze okazuje szczere zainteresowanie 

sprawami innych, pomyślała Elise, patrząc na jej ożywioną twarz.

- Dziękuję, wszystko w porządku. Jest teraz zajęta Armią Zbawienia, co 

background image

poniedziałek chodzi na spotkania i ma zamiar się do nich zapisać. Uprosiła 
mnie, żebym następnym razem z nią poszła.

- Ty chyba nie masz zamiaru się do nich zapisać, Elise? - pani Thoresen 

patrzyła na nią dziwnie podejrzliwie.

Ona myśli, że chciałabym wstąpić do Armii Zbawienia ze względu na 

Emanuela, pomyślała Elise i poczuła się nieswojo.

- Nie, skąd miałabym brać  na to czas?  Nie ma  pewności, jak długo 

mama będzie leżeć w sanatorium, poza tym ja mam pod dostatkiem zajęć z 
Pederem i w ogóle.

Pani Thoresen skinęła głową, ale nie odpowiadała.
-   Johanowi   teraz   jest   naprawdę   okropnie   -   zmieniła   temat.   -   Biedny 

chłopak. Sam w malutkiej celi, o chlebie i wodzie. A do tego karne roboty. 
Jak   myślisz,   jak   on   sobie   z   tym   poradzi?   -   spytała,   patrząc   na   Elise 
zrozpaczonym wzrokiem.

-   Jestem   pewna,   że   poradzi   sobie   bardzo   dobrze.   -   W   głosie   Elise 

brzmiało więcej zdecydowania, niż ona sama odczuwała. - Johan jest silny, 
a poza tym ma o czym myśleć, ma kogo kochać. Wie, że ja wam pomogę 
we wszystkim, w czym tylko będę mogła, i wie, że będę czekać na jego 
powrót.

Zauważyła, że po jej słowach pani Thoresen wyprostowała plecy. Jakby 

część zmartwienia zniknęła z jej twarzy. Skinęła głową.

- Nie wszyscy mają aż tyle.
- Ja się bardzo cieszę, że jesteś z nami, Elise - szepnęła ciepło Anna. - 

Chociaż cztery lata wydają mi się w tej chwili wiecznością, to przecież i 
ten czas minie. Kiedy nadzorcy w więzieniu zobaczą, jak Johan pięknie się 
zachowuje, to może zdecydują się wypuścić go przed terminem. Johan jest 
uprzejmy, bardzo pięknie mówi i nigdy przedtem nie zrobił niczego złego.

Elise skinęła głową.
-  Pamiętam,  że  kiedy   chodziliśmy   do  szkoły,  to  słyszeliśmy   o  Olem 

Pedersenie   Heilandzie.   Chociaż   dopuszczał   się   jednej   kradzieży   po 
drugiej, to w więzieniu był lepiej traktowany niż inni, bo zachowywał się 
uprzejmie i ładnie mówił. Nadzorcy więzienni są takimi samymi ludźmi 
jak my, a wszyscy lubią uprzejmych i życzliwych.

Pani Thoresen podniosła się z miejsca.
- Pójdę i nastawię kawę. Mam nadzieję, że i ty, Elise, napijesz się z 

nami.

Gdy tylko wyszła za drzwi, Anna uniosła się na łóżku, by być bliżej 

Elise.

-   Opowiedz   mi   coś   więcej   o   Agnes,   Elise.   -   Oczy   płonęły   jej   z 

background image

ożywienia. - Dlaczego tak nagle chce wstąpić do Armii Zbawienia?

- Bo się zakochała w jednym z oficerów.
-   Mam   nadzieję,   że   nie   w   tym,   który   tobie   pomagał?   Chociaż   Elise 

próbowała zwalczyć to w sobie, poczuła, że się czerwieni. Uśmiechnęła 
się.

- Chyba jednak tak, mam wrażenie, że to on, ale całkiem pewna nie 

jestem. Agnes mówi, że to ktoś, kto mieszka na wzgórzu Aker, a przecież 
chyba nie ma wielu takich, którzy mieszkają akurat w tym miejscu.

- Powinnaś była opowiedzieć o tym mamie. Ona wyobraża sobie, że ten 

człowiek jest tobą zainteresowany, skoro przychodzi tutaj tak często.

- Z jakiego powodu ona może tak myśleć? To przecież oficer Armii 

Zbawienia. Poświęcił własne życie, by pomagać innym.

- Wiem o tym. Próbowałam przemówić jej do rozsądku, ale to na nic. 

Ucieszyła się  bardzo, kiedy  powiedziałaś, że chcesz  czekać na Johana. 
Widziałam to wyraźnie.

- A jak mogła myśleć coś innego?
Elise zauważyła, że w jej głosie brzmi wzburzenie. Najpierw jej własna 

matka,   potem  Agnes,   a   teraz   pani   Thoresen.   Co   one   sobie   właściwie 
wyobrażają?

- Nie musisz się tym bardzo przejmować, Elise. To nie o to chodzi, że 

ona źle o tobie myśli, ale sama wiesz... - oczy Anny zaszły łzami. - Johan 
zrobił coś złego, teraz pozostanie to na nim jak stempel. Na zawsze.

Elise ze zdecydowaniem patrzyła jej w oczy.
- Dla mnie pozostanie dokładnie taki sam jak przedtem. Nie jest przez to 

mniej   wart   w   moich   oczach.   Gdyby   nie   był   biedny,   nigdy   by   czegoś 
takiego nie zrobił, jestem przekonana. Nawet jeśli sąd go skazał, to nie 
wątpię, że Bóg tego nie uczynił. Bo Bóg rozumie, dlaczego Johan musiał 
to zrobić.

-   Czy   rozmawiałaś   z   oficerem Armii   Zbawienia   na   ten   temat?   Elise 

skinęła głową.

- Prosiłam go o radę i udało mu się mnie przekonać, że jeśli nawet coś 

jest grzechem w oczach jednych ludzi, to wcale nie musi być takim samym 
grzechem w oczach innych.

Anna westchnęła z ulgą.
- Z kimś takim i ja chętnie bym porozmawiała. To musi być wspaniałe 

uczucie móc się zwierzyć komuś, kto nosi w sobie tyle zrozumienia.

Drzwi do kuchni otworzyły się i do izby weszła pani Thoresen z dwoma 

kubkami.

- Dosypałam po dodatkowej łyżeczce cukru dla każdej z was. - Mówiła 

background image

teraz   spokojniejszym   głosem   niż   w   momencie,   kiedy   Elise   przyszła.   - 
Gdybyś chciała posiedzieć chwilę u Anny, Elise, to ja bym w tym czasie 
poszła umyć schody.

Gdy tylko znowu zostały same, Anna kontynuowała przerwany wątek.
- Bardzo bym chciała zaprosić go tutaj któregoś dnia. Może mógłby 

przyjść razem z tobą? Nie mam ochoty spotykać się z pastorem. Johan 
zwykle mawiał, że Kościół jest dla tych, którzy nie głodują.

Elise patrzyła na nią zatroskana.
- Czy ciebie dręczy coś szczególnego, Anno?
Anna nie od razu odpowiedziała. Później zaczęła mówić wolno:
-   Już   wkrótce   nie   będę   miała   żadnych   leków.   Elise   patrzyła   na   nią 

przerażona.

- Nawet tego, który jest dla ciebie najważniejszy? Anna skinęła głową.
- Nie chcę mówić o tym z mamą. Ona i tak ma dosyć zmartwień.
Elise skinęła głową, bardzo dobrzeją rozumiała, równocześnie czuła, że 

strach chwyta ją za gardło. Gdyby stało się coś z Anną, Johan by tego nie 
zniósł. Uznałby, że to z jego winy. Gdyby Elise poszła z broszką prosto na 
policję, to nie wiadomo, czy oni odkryliby sprawców. Ponieważ jednak 
znaleźli broszkę u Johana, to uzyskali potrzebny dowód. Przez chwilę nie 
wiedziała, co powiedzieć, była sztywna ze strachu.

- Może Armia Zbawienia mogłaby ci pomóc - rzekła na koniec cicho. W 

gruncie rzeczy w to nie wierzyła, ale może Anna zyska trochę nadziei. A 
tego bardzo potrzebuje.

Twarz Anny rozjaśniła się.
-   Tak   myślisz?   Czy   mogłabyś   zapytać   ich   w   moim   imieniu?   Elise 

westchnęła w duszy. Najpierw Agnes, a teraz Anna. Ludzie wyobrażają 
sobie chyba, że to ona kieruje losem.

- Dobrze, spróbuję - obiecała.
W   dniach,   które   potem   nadeszły,   Elise   zaczęła   żałować   obietnic 

złożonych i wobec Agnes, i wobec Anny. Mogła była poprosić Agnes, 
żeby   zapytała   Emanuela   o   lekarstwa   dla  Anny,  a   wtedy   nie   musiałaby 
sama chodzić do Świątyni. Kiedy w poniedziałek wieczorem wracała z 
fabryki do domu, próbowała wymyślić jakiś pretekst, żeby się wymówić, 
ale zaraz przy wejściu zderzyła się z Agnes, która właśnie wyszła z tkalni.

-   Chciałam   ci   tylko   przypomnieć   o   dzisiejszym   wieczorze,   Elise!   - 

zawołała tamta z zapałem. - W czasie przerwy obiadowej spotkałam Hildę, 
powiedziała mi, że może zostać w domu z chłopcami.

No to nie mam żadnej wymówki, pomyślała Elise. Właśnie zastanawiała 

się, czyby nie zasłonić się kłamstwem, powiedzieć, że Hilda musi wyjść, a 

background image

ona nie odważy się zostawić chłopców samych po tym, co przytrafiło się 
Pederowi.

- To umawiamy się, że przyjdziesz po mnie za godzinę? - mówiła wciąż 

podniecona Agnes.

Elise przytaknęła. Musi być w tym jakieś przeznaczenie, pomyślała.
Nie   widziały   Emanuela   na   wzgórzu   Aker,   choć   obie   się   za   nim 

rozglądały.

- Może miał wcześniej jakieś spotkanie. - Elise raz po raz spoglądała na 

dom. Ale okno na strychu było ciemne. Chory też nie jest, skoro Agnes 
widziała go w Świątyni.

-  Taka   jestem  podniecona.   - Agnes  przestępowała   z   nogi   na   nogę.   - 

Obiecałaś, że nas sobie przedstawisz, prawda, Elise?

- Zrobię, co będę mogła, ale nie wiem, czy on tam jest.
- Mnie wystarczy, żebym mogła go zobaczyć choćby z daleka - mówiła 

Agnes rozmarzonym głosem. - Nie wiem, jak to zniosę, kiedy będziesz z 
nim rozmawiać.

Kiedy zbliżały się do Pilestredet 22, ze wszystkich stron ludzie ciągnęli 

w stronę budynku. Elise zauważyła, że są tacy sami jak poprzednim razem, 
wszyscy   szli   z   pochylonymi   głowami,   wyglądali   na   zmęczonych,   byli 
biednie ubrani. Robotnicy, tak jak one, bezrobotni i bezdomni, alkoholicy i 
dziewczyny uliczne, wszyscy, którzy stoją najniżej na drabinie społecznej, 
bez nadziei, że kiedykolwiek wzniosą się wyżej.

Nagle przypomniała sobie, co myślała, zanim dotknęło ich nieszczęście. 

Marzyła wówczas, że Johan z pewnością coś wymyśli i z czasem zarobi 
mnóstwo   pieniędzy,   bo   przecież   jest   bardzo   mądry.   Nawet   jej   matka 
powtarzała,   że   Johan   zajdzie   daleko,   ponieważ   jest   kulturalnym 
człowiekiem, ładnie mówi, w szkole uczył się dobrze i nigdy nie zrobił nic 
złego. Gdyby Lort-Anders i jego banda nie zdołali przekonać go, by tamtej 
nocy stał na czatach, zarówno ona, jak i matka nadal tak by myślały.

Teraz jednak nie była już pewna. Słowa Anny o tym, że Johan będzie 

naznaczony   przez   całe   życie,   przeraziły   ją.   Prawdopodobnie   do   końca 
zostaną   robotnikami,   i   ona,   i   on,   będą   szarzy,   jak   ci   wszyscy   ludzie, 
pochyleni i śmiertelnie zmęczeni, zanim ich dzieci dorosną.

W   tym   samym   momencie   zauważyła   Emanuela.   Stał   i   rozmawiał   z 

jakimś innym, starszym oficerem, był jak zwykle bardzo ożywiony i pełen 
zapału.

Agnes chwyciła ją za rękę i szepnęła: - Elise, to on, spójrz i tam.
A   więc   to   jednak   Emanuel,   pomyślała   Elise.   Choć   właściwie   była 

pewna, że to on, to jednak mogła się mylić. Gdzieś w głębi duszy miała 

background image

taką nadzieję.

Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, Emanuel odwrócił się i zauważył ją. 

Widziała, jak na jej widok twarz rozjaśniła mu się radośnie. Najwyraźniej 
nie   spodziewał   się,   że   Elise   mogłaby   tutaj   przyjść.   Powiedział   coś   do 
tamtego starszego oficera i ruszył w ich stronę.

- O Boże, on tutaj idzie  - chociaż  Agnes szeptała,  było słychać, jak 

bardzo jest przejęta.

Elise poczuła niezwykłą radość, że go widzi, z drugiej jednak strony 

miała wyrzuty sumienia.

- Elise? - w jego głosie słychać było radosne zaskoczenie. - Jak to miło, 

że mogłaś przyjść. - Chwycił jej rękę i uścisnął, na Agnes nie zwrócił 
uwagi.

Bardziej   się   domyślała,   niż   widziała,   zdumienia   na   twarzy   Agnes. 

Prawdopodobnie   sądziła,   że   ona   z   grubsza   wie,   o   kogo   chodzi,   nie 
przypuszczała natomiast, że to będzie takie radosne spotkanie.

-  To   jest   moja   przyjaciółka,  Agnes   Zakariassen   -   przedstawiła   Elise, 

odwracając się do Agnes. - Chciałaby wstąpić do Armii Zbawienia.

Agnes   zaczerwieniła   się   jak   pomidor   i   nie   miała   odwagi   spojrzeć 

Emanuelowi w oczy. Skrępowana mamrotała coś o tym, że jeszcze się nie 
zdecydowała,   ale   że   była   na   kilku   spotkaniach   i   miałaby   ochotę 
dowiedzieć się czegoś więcej.

-   Miło   mi   to   słyszeć.   -   Emanuel   uśmiechnął   się   do   niej   ciepło.   - 

Potrzebujemy więcej członków. Może uda ci się przekonać Elise, żeby ona 
też do nas wstąpiła?

Agnes znowu nie kryła zdumienia, nie miała pojęcia, że Emanuel zna 

Elise tak dobrze.

Posłała przyjaciółce pytające spojrzenie.
- Wstąpiłabyś, Elise? Elise potrząsnęła głową.
- Nie, ja nie mam czasu.
Zauważyła,   że   Emanuel   na   nią   patrzy,   ale   sama   nie   miała   odwagi 

spojrzeć mu w oczy, nie mogła przestać myśleć o nocy w komórce.

- Armia Zbawienia będzie bardzo zadowolona, jeśli do nas wstąpisz, 

Agnes.

Dziewczyna odpowiedziała promiennym uśmiechem. Emanuel odwrócił 

się lekko.

-   Najlepiej   będzie,   jak   wejdziemy   do   środka,   spotkanie   zaraz   się 

rozpocznie.

Przyjaciółki usiadły na samym końcu. Gdy tylko zajęły miejsca, Agnes 

szturchnęła Elise w bok i powiedziała szeptem: - Czyż on nie jest piękny?

background image

Elise przytaknęła.
- Nie miałam pojęcia, że on tak dobrze cię zna.
- Był u nas parę razy, przyniósł buty, o których ci już opowiadałam, i 

ubranie dla Pedera. Któregoś dnia przyszedł razem z samarytanką. On ma 
płomień w duszy - dodała szeptem. - Sam już nie wie, co mógłby zrobić 
dla tych, którzy potrzebują pomocy.

- Mnie serce zaczyna szybciej bić na sam jego widok - odpowiedziała 

Agnes szeptem. - Tak strasznie się cieszę, że przyszłaś, Elise. Bez ciebie 
nie odważyłabym się z nim rozmawiać.

Spotkanie rozpoczęło krótkie przemówienie jednego z oficerów.
- Zostało powiedziane - zaczął - że Armia Zbawienia prowadzi Kościół z 

powrotem do jednego z utraconych ideałów. Ale kto twierdzi, że to duch 
Armii,   który   zwraca   się   do   wszystkich   narodów   pod   słońcem,   jest 
jedynym, co daje zwycięstwo? Radośni chrześcijanie istnieją rzecz jasna 
również   poza  Armią   Zbawienia,   mimo   to   jest   prawdą,   że   możliwość 
zbawiania daje szczególną radość.

Agnes szturchnęła Elise w bok i szepnęła:
- Ja się już zdecydowałam. Zapiszę się do nich.
Elise   nie   odpowiedziała   natychmiast,   bała   się,   że   ktoś   dostrzeże,   iż 

siedzą   tu   i   szepczą,   nie   słuchając   kazania.   Zarazem   odczuwała   coraz 
większą niechęć do tego, by Agnes stała się członkiem Armii Zbawienia. 
To niewłaściwe wstępować do Armii dlatego, że chce się uwieść jednego z 
oficerów,   pomyślała.  Armia   żąda,   by   każdy   członek   szczerze   pragnął 
służyć   innym.  Agnes   nigdy   nie   była   ani   głęboko   wierzącą   osobą,   ani 
idealistką. Zainteresowała się Armią tylko dlatego, że jest zakochana w 
Emanuelu.

Jesteś po prostu zazdrosna, mówiła sobie w duchu. To dlatego, że sama 

miałabyś ochotę wstąpić do chóru. Poza tym Emanuel jest zbyt dobry dla 
Agnes, powtarzała, jakby przytaczała też przeciwne argumenty. Myślała o 
wszystkich   historiach   z   chłopakami,   które   Agnes   ma   za   sobą.   To 
prawdziwy cud, że Agnes nie nosi jeszcze dziecka do żłobka, ona, taka 
lekkomyślna flirciara. Byłby to zarówno grzech, jak i wstyd, gdyby Agnes 
udało   się   uwieść   Emanuela,   człowieka,   który   tak   stanowczo   opiera   się 
wszelkim pokusom i chce żyć w czystości.

Nagle   przypomniała   sobie   pewien   dzień,   kiedy   nieoczekiwanie 

odwiedziła Agnes, która miała być sama w domu. Elise, tak jak to miała w 
zwyczaju, poszła prosto na strych, Agnes jednak była zbyt zajęta tym, co 
robiła, by usłyszeć, że ktoś idzie. Nie zauważyła niczego nawet wówczas, 
gdy   Elise   ostrożnie   uchyliła   drzwi.   Na   wąskiej   pryczy   leżał   jeden   z 

background image

chłopaków   z   jej   ulicy,   golusieńki   jak   go   Pan   Bóg   stworzył,   Agnes 
natomiast,   również   naga,   siedziała   na   nim.   Wykonywała   rytmiczne, 
gwałtowne ruchy i jęczała przy tym głośno. Jej piersi podskakiwały w górę 
i w dół, chłopak, czerwony jak burak, leżał na łóżku i też jęczał. Elise 
nigdy przedtem nie widziała dwojga kochających się osób, więc nie od 
razu pojęła, co oni robią. Była przekonana, że dziewczyna zawsze leży na 
plecach, a chłopak kładzie się na niej, w najbardziej szalonych fantazjach 
nie pomyślałaby, że to się może odbywać w taki sposób. Zaczerwieniona 
ze   wstydu   cichutko   zamknęła   za   sobą   drzwi   i   na   palcach   zeszła   ze 
schodów.

Jak Agnes ma odwagę robić coś takiego? I w dodatku w taki sposób.
Kiedy Elise i Johan leżeli w lecie na błoniach, przypomniała sobie tamto 

wydarzenie. Poczuła wtedy dziwne mrowienie w całym ciele i zapragnęła 
być tak samo odważna jak Agnes, a w dodatku nie bać się konsekwencji 
swoich czynów. Ona jednak się bała, i to bardzo. W jej życiu nie było 
miejsca na dziecko. Jeszcze nie teraz.

Dzisiaj   przeciwnie,   tamto   wspomnienie   wzbudziło   w   niej   gwałtowną 

niechęć. Jeśli Agnes będzie kokietować Emanuela, być może uda jej się 
skusić go, by zrobił z nią to samo. W myślach widziała Agnes nagą, jak 
siedzi na Emanuelu tak, że on może się bawić jej piersiami. Wyobrażała 
sobie, że jego serce zacznie bić tak mocno, że Agnes się roześmieje. „Jak 
szybko   bije   twoje   serce"   -   powie   zaskoczona.   „Tak,   tak   szybko   nigdy 
przedtem nie biło" - odpowie jej Emanuel.

Myśl o tym napełniła ją goryczą. Dlaczego była taka głupia i przyszła z 

Agnes   do   Świątyni?   Z   tego   nie   może   wyniknąć   nic   innego,   jak   tylko 
nieszczęście.

Kazanie się skończyło i zaczęła grać orkiestra. Agnes śpiewała na całe 

gardło. Właściwie to ona nie ma szczególnie ładnego głosu, pomyślała 
Elise ze złością. Poza tym nie ma potrzeby wydzierać się tak głośno.

Kiedy   spotkanie   dobiegło   końca,   Elise   bardzo   chciała   natychmiast 

wracać   do   domu,   obiecała   jednak   Agnes,   że   zostanie   aż   do   wyjścia 
Emanuela. Na szczęście niewielu ludzi chciało dzisiaj rozmawiać na ławce 
dla grzeszników, niewielu też chciało jakichś wyjaśnień od oficerów.

Emanuel podszedł do nich z uśmiechem.
- Rozmawiałem z tymi, którzy zajmują się u nas nowymi członkami. 

Kiedy miałabyś ochotę zacząć, Agnes?

- Równie dobrze mogę zacząć od razu - zawołała Agnes z zapałem.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej.
- Bardzo potrzebujemy takich entuzjastycznych członków jak ty

background image

No nie wiem, czy ona jest taką entuzjastką, pomyślała Elise ze złością. 

Emanuel powinien wiedzieć...

Gdy tylko znaleźli się na chodniku, Agnes z wielkim zaangażowaniem i 

żarem w oczach zaczęła mówić o swoim podziwie dla działalności Armii 
Zbawienia. Musiała się naczytać jakichś artykułów albo innych broszur, 
myślała Elise. Trudno jej było uwierzyć, że ona aż tyle wie. Agnes paplała 
na temat pierwszych spotkań Armii Zbawienia w Oslo i o zachwycie, jaki 
wzbudzały, chociaż miało to miejsce siedemnaście lat temu, a ona sama 
nie przekroczyła wtedy chyba jeszcze roku. Teraz streszczała artykuły z 
„Morgenposten", w których pisano, że nowa sekta, sądząc po tłumach, 
które   przyszły   na   spotkanie,   z   pewnością   zdobędzie   w   mieście   wielu 
zwolenników. Elise miała ochotę się wtrącić i przypomnieć o protestach, o 
których   opowiadał   jej   Emanuel,   o   tym,   że   w   dzielnicy   Gronland 
dochodziło do bójek tak gwałtownych, że krew się lała, wolała jednak 
milczeć.

- To nie było słuszne ze strony „Morgenposten" nazywać nas sektą - 

wtrącił Emanuel. - My nigdy sektą nie byliśmy. Pragniemy tylko stworzyć 
liczne oddziały dla walczącego Kościoła Pana, oddziały prowadzące walkę 
we   wszystkich   krajach,   wśród   wszystkich   narodów.   Naszym   jedynym 
wielkim celem jest ratowanie grzeszników.

W   takim   razie   on   powinien   zacząć   od  Agnes,   pomyślała   Elise   i   z 

przykrością sama stwierdziła, że jej myśli są wyjątkowo złośliwe. Uważała 
jednak, że to okropne patrzeć, jak Agnes się wygłupia przed Emanuelem, 
przekazuje mu poglądy innych, udając, że to jej własne przemyślenia, i 
stara   się   go   przekonać,   że   wie   znacznie   więcej,   niż   to   w   istocie   ma 
miejsce. Przecież jeszcze nie tak dawno one obie spotykały się niemal 
każdego   wieczora,   a   ona   nigdy   przedtem   nie   zauważyła,   by   Agnes 
interesowała się Armią Zbawienia. Nie bardziej niż ona sama. Od czasu do 
czasu przychodziły do Świątyni, raczej dla zabicia czasu i dlatego, że obie 
lubiły  śpiew i muzykę. A wybór w tym mieście był niewielki, właśnie 
Świątynia lub „Perła", a w „Perle" słuchanie pijackich krzyków szybko 
mogło się znudzić.

-   Uważam,   że   to   wspaniale,   iż   uczyniliście   zasadę   z   tego,   by   nie 

krytykować żadnych religijnych społeczności, ich wiary i obyczajów, i nie 
wyrażacie się z pogardą o zachowaniu różnych pastorów i kaznodziei - 
ciągnęła swoje niezmordowana Agnes.

Emanuel przytakiwał z ożywieniem.
- Nawet jeśli nas atakują, to my stosujemy zasadę, by nie oddawać. W 

naszych Zasadach zapisano: „Rozmawiać o tym, co łączy, nie dyskutować 

background image

o tym, co dzieli".

- Moim zdaniem to jest piękne.
W świetle latarni Elise zobaczyła, że twarz Agnes promienieje niczym 

słońce.   Widocznie   to   wszystko   przeszło   jej   najśmielsze   oczekiwania, 
pomyślała i poczuła się nieprzyjemnie dotknięta. Chociaż Agnes nie jest 
szczególnie   ładna,   ma   jakąś   zdolność   budzenia   w   chłopcach 
zainteresowania dla swojej osoby. Latem Agnes pokazywała też chętnie 
więcej ciała, niż przyzwoitość na to zezwala, a Elise widywała ją kąpiącą 
się   przy   Brekkedammen   w   samej   bieliźnie,   która   po   wyjściu   z   wody 
oblepiała jej ciało i była kompletnie przezroczysta. Agnes nie zwracała na 
to najmniejszej uwagi, choć wokół kręciło się wielu chłopców. Johan był 
oburzony   i   powiedział,   że  Agnes   zachowuje   się   niczym   dziewczyny   z 
Vaterlandu. Elise się tym nie przejmowała, raczej brała Agnes w obronę. 
Poza tym czuła się bezpieczna, wiedziała, że Johan nie da się skusić, a 
skoro tak, to nie ma znaczenia, co koleżanka robi. Teraz jednak odczuwała 
to   zupełnie   inaczej.   Emanuel   jest   jej   przyjacielem.   To   mało   zabawne 
patrzeć, jak bliski przyjaciel jest oszukiwany.

- Bardzo mi się też podoba, że stawiacie mężczyzn i kobiety na równi - 

mówiła Agnes dalej z zachwytem. Jej głos był nieco wyższy niż zwykle. - 
To nie do pomyślenia, że kobieta mogłaby być pastorem, a tymczasem w 
Armii Zbawienia są kobiety kaznodziejki.

- I nie tylko to - odpowiedział Emanuel z takim samym zapałem. - To 

my pierwsi zakładaliśmy przedszkola dla pracujących matek.

Elise nie wtrącała się do rozmowy. Była bardzo zmęczona i marzyła o 

tym, by jak najszybciej wrócić do domu i położyć się do łóżka.

Dopiero gdy zbliżali się do wzgórza Aker, przypomniała sobie obietnicę 

złożoną Annie.

Gdy Agnes w końcu na chwilkę zamilkła, skorzystała z okazji i zwróciła 

się do Emanuela.

- Anna  Thoresen,   ta  sparaliżowana  dziewczyna,  która   mieszka   piętro 

niżej, pytała, czy nie mógłbyś zajrzeć do niej któregoś dnia i porozmawiać 
z nią. Ona nie może zrozumieć, dlaczego Bóg dopuścił, by Johan popadł w 
takie nieszczęście. Poza tym wkrótce skończą jej się niezbędne dla życia 
lekarstwa.

Emanuel przystanął i patrzył na nią.
- Pozdrów ją ode mnie i powiedz, że chętnie z nią porozmawiam i że 

spróbuję zdobyć dla niej lekarstwa, które zażywa. Gdyby jednak okazały 
się bardzo drogie, to nic nie mogę obiecać. Biedactwo, była całkowicie 
zależna od swojego brata, prawda?

background image

Elise przytaknęła. - Strasznie mi jej żal.
- A przecież masz pod dostatkiem własnych zmartwień - szepnął cicho.
- Elise będzie czekać na Johana niezależnie od tego, co on wymyśli. - 

Agnes włączyła się do rozmowy. - Nie znam narzeczonych, którzy byliby 
bardziej w sobie zakochani niż Elise i Johan.

- Sam się tego domyśliłem - Emanuel stał i nadal na nią patrzył.
- Powinieneś był widzieć ich w „Perle" - paplała Agnes. - Tańczyli ze 

sobą tak blisko, że, no wiesz...

Że   też   ta   Agnes   nie   może   przestać,   pomyślała   Elise   ze   złością. 

Odwróciła twarz od przyjaciółki.

- Muszę wracać do domu. Peder i Kristian czekają na mnie.
-  A  ja   mam   jeszcze   pytania,   które   chętnie   bym   zadała   Emanuelowi 

Ringstadowi - zawołała Agnes pośpiesznie. - Więc ty idź, Elise, a ja tu 
zostanę.

Elise ruszyła w drogę, ale aż się w niej gotowało ze złości. Miała sobie 

za   złe,   że  doprowadziła   do   tego,   by   się   poznali,   chociaż   wiedziała,   że 
Agnes będzie próbowała zdobyć Emanuela, nie mogła więc spodziewać 
się niczego innego. Jednak jej gniew nie był z tego powodu mniejszy. 
Wściekała się, że poszła do Świątyni, teraz już więcej tam nie pójdzie. Nie 
była w stanie patrzeć, jak Agnes uwodzi Emanuela.

Że też on tak łatwo daje się omotać. Rozmawiał, żartował, wybuchał 

śmiechem,   był   miły   i   serdeczny.   Czy   on   naprawdę   nie   wie,   że  Agnes 
chodzi   o   coś   więcej   niż   tylko   o   śpiewanie   psalmów   i   wykrzykiwanie 
„Alleluja!"?

Czy nie dostrzega, że to lekkomyślna flirciara?
Do jakiego stopnia właściwie mężczyźni są głupi? Szczerze mówiąc, to 

o tym przez cały czas myślała: Emanuel nie jest prawdziwym mężczyzną, 
jest kompletnie bezwolny.

Wściekła na Agnes i Emanuela, zła na .samą siebie, biegła w stronę 

domu, nie poświęcając ani jednej myśli łobuzom z Sagene.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Kiedy   weszła   do  Andersengarden,   najpierw   zapukała   do   drzwi   pani 

Thoresen. Gospodyni była już w koszuli nocnej i właśnie miała zamiar 
zgasić lampę w kuchni.

- Proszę pozdrowić Annę i powiedzieć, że dowiedziałam się tego, o co 

mnie prosiła.

Pani Thoresen odwróciła się do niej zdumiona.
- A o co ona cię prosiła?
- Anna pragnie porozmawiać z kimś z Armii.
Na sam dźwięk słowa „Armia" twarz pani Thoresen zastygła.
- A czego ona od nich chce?
- To chyba nie takie dziwne, że Anna chciałaby rozmawiać z ludźmi, 

którzy rozumieją więcej niż my. Niełatwo się pogodzić z takim losem, jaki 
ją spotkał.

Pani Thoresen westchnęła.
- Anna dobrze wie, że nie ma innego wyjścia, jak tylko się z tym losem 

pogodzić.

Elise nie była w nastroju do dyskusji. Zawsze uważała, że pani Thoresen 

bywa zbyt surowa, jeśli chodzi o Annę, ale to nie jest właściwa pora na 
takie rozmowy. - Ja w każdym razie dowiedziałam się tego, o co mnie 
prosiła. Dobranoc, pani Thoresen. - Potem zamknęła drzwi i wolno weszła 
na trzecie piętro.

W kuchni było ciemno, zarówno Peder oraz Kristian, jak i Hilda już się 

położyli. Elise była straszliwie głodna, nie jadła nic od przerwy obiadowej, 
ale nie miała siły zapalić lampy ani zrobić sobie kanapki. Rozebrała się 
pośpiesznie i bosa wsunęła się do izby. Usłyszała spokojne oddechy trojga 
swojego   rodzeństwa   i   odetchnęła   z   ulgą.   Od   czasu,   gdy   Peder   był 
napastowany w szkole, Elise nieustannie nosiła w sobie lęk, że to by się 
mogło powtórzyć. Jeśli chodzi o Kristiana, to nigdy nie była pewna, czy 
ten chłopak czegoś nie wymyśli, to samo odnosiło się do Hildy. Ale teraz 

background image

śpią spokojnie, więc z pewnością nie wydarzyło się nic szczególnego.

Stopy miała lodowate, a ciało rozdygotane od zimna. Nie trwało długo, a 

zdała sobie sprawę z tego, że raczej nie zaśnie. Próbowała przywoływać 
jakieś dobre myśli w nadziei, że to pomoże, ale za każdym razem, kiedy 
już prawie udawało jej się zobaczyć Johana, obraz znikał i zamiast niego 
pojawiała się Agnes z Emanuelem.

Co mnie to obchodzi, że Agnes zaciągnie go do jakiegoś ciemnego kąta, 

myślała ze złością. To jest ich życie, ja nie mam z tym nic wspólnego. 
Chociaż właśnie ona przedstawiła ich sobie, to nie odpowiada za to, czym 
ta znajomość się skończy. Nie mogła też przestrzec Emanuela, bo to by 
było nielojalne wobec Agnes. Poza tym on jest dorosłym człowiekiem i 
sam musi brać odpowiedzialność za swoje czyny.

Znowu przymuszała się do myślenia o Johanie, próbowała wyobrazić go 

sobie   w   więziennej   celi.   Gdyby   tak   mogła   go   odwiedzić   chociaż   raz. 
Stanąć przed nim twarzą w twarz i powiedzieć mu, że kocha go tak samo 
jak przed tymi nieszczęsnymi wydarzeniami i że rozumie, dlaczego podjął 
desperacką próbę zdobycia pieniędzy.

Wkrótce Anna znowu nie będzie miała lekarstw, a przecież są dla niej 

tak ważne. Co się stanie, jeśli Emanuel nie zdoła niczego załatwić? Elise 
rzucała się w pościeli, nie mogła znaleźć pozycji, która pozwoliłaby jej się 
rozluźnić. Gdyby ktoś zaproponował jej możliwość zdobycia pieniędzy w 
nieuczciwy sposób i gdyby wiedziała, że to może uratować życie Anny, to 
co by zrobiła? Czy posunęłaby się do kradzieży?

Nie, ona by się nie odważyła.
Ale chodziło raczej o odwagę, a nie lęk przed nieuczciwym postępkiem. 

Bałaby się śmiertelnie, że zostanie przyłapana, że może trafić do więzienia 
dla kobiet. Johan natomiast posiadał dość odwagi.

Złożyła ręce pod kołdrą i rozpaczliwie modliła się o to, by więzienni 

strażnicy   opowiedzieli   zwierzchnikom,   że   Johan   zachowuje   się   bez 
zarzutu,   więc   można   poprawić   mu   warunki,   może   dawać   mu   więcej 
jedzenia, żeby się nie rozchorował.

Myśli Elise znowu powędrowały  do Anny. Pani Thoresen  nie jest w 

stanie   zdobyć   więcej   pieniędzy   ponad   to,   co   zarabia   w   fabryce,   a   to 
wystarcza akurat, by obie nie umarły z głodu.

Czy jest coś, co Elise mogłaby zrobić, żeby im pomóc?
Nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł. Majster jest bogaty. Płaci za 

pobyt matki w sanatorium i obiecał Hildzie, że jej pomoże, kiedy dziecko 
przyjdzie   już   na   świat.   Wciąż   też   daje   jej   prezenty.   Hilda   mogłaby 
sprzedać bransoletkę, którą niedawno od niego dostała, a gdyby odkrył jej 

background image

brak, mogłaby skłamać, że ktoś ukradł ozdobę. Może Hildzie udałoby się 
wydostać od niego chociaż parę koron? Nie musi przecież mówić, że to 
dla  Anny.   Bo   on   się   chyba   nie   bardzo   przejmuje   chorą   sąsiadką,   tylu 
biednych i nieszczęśliwych ludzi mieszka nad rzeką Aker, Hilda mogłaby 
udać, że chodzi o nią samą.

Ta myśl dodała jej odwagi. Jutro odbędzie z Hildą poważną rozmowę.
Nareszcie zdała sobie sprawę, że zbliża się sen.
Następnego   ranka   obudziła   się   kompletnie   rozbita.   Może   to   jakieś 

zaziębienie? Większość znajomych chorowała w ciągu zimy wielokrotnie, 
ale   i   tak   musieli   chodzić   do   pracy.   Żebym   tylko   nie   miała   wysokiej 
gorączki, to jakoś wystoję przy maszynie.

Zwlokła się z łóżka i poszła do kuchni, zapaliła naftową lampę, zaczęła 

rozpalać w piecu, ale czuła się coraz gorzej. Miała dreszcze, trzęsła się tak, 
że dzwoniła zębami. To nic nowego, że marznie, tym razem jednak było 
inaczej. Ten chłód wypływał z jej wnętrza, chłód, którego nie można się 
pozbyć niezależnie od tego, jak ciepło by się ubrała ani jak bardzo napali 
w piecu. To nie jest zwyczajne zaziębienie, choroba pojawiła się nagle, bez 
drapania w gardle, jak to zwykle bywa. Głowę Elise miała jak w wacie, 
czuła, że zbliża się pulsujący ból. Bolał ją też brzuch.

- To pewnie dlatego, że wczoraj prawie nic nie jadłam - powiedziała 

stanowczo sama do siebie.

Do kuchni weszła Hilda, ziewając.
- No i jak wczoraj poszło? Udało się Agnes?
Elise włożyła duże polano w płomienie, nie odwróciła się do siostry.
-   Czy   Agnes   opowiedziała   ci   o   swoim   nowym   wybranku?   Hilda 

roześmiała się.

- Ona nie mówi o niczym innym. Udało ci się go zobaczyć? Naprawdę 

jest taki przystojny, jak Agnes by chciała?

- To jest kapitan Ringstad, ten, który załatwił buty dla ciebie i Pedera ze 

świątecznych darów.

-   Ach,   to   on?   -   Hilda   znowu   roześmiała   się   zaskoczona.   -   Nie 

przypuszczałam, że z takim przystojniakiem spędziłaś noc w tej komórce. 
Może nie ma się czemu dziwić, że aż huczy od plotek?

Elise prychnęła ze złością.
- Ja się nie przejmuję tym, jak on wygląda.
- No ale jak było wczoraj? Agnes coś uzyskała?
- Zapominasz, że on jest oficerem Armii Zbawienia. Agnes próbowała 

wszystkiego,   co   tylko   przyszło   'ej   do   głowy,   ale   nie   wiem,   czy   coś 
osiągnęła. Zresztą zostawiłam ich, kiedy doszliśmy do wzgórza Aker.

background image

Wyprostowała się, chciała porozmawiać z Hildą o Annie, ale poczuła, że 

kręci   jej   się   w   głowie.   Pośpiesznie   chwyciła   się   futryny   drzwi 
prowadzących do izby.

- Co się dzieje? - Hilda patrzyła na nią przestraszona. - Jesteś chora?
- Nie wiem. Ale czuję się jakoś dziwnie.
-  Najlepiej   usiądź,   a  ja  zrobię   śniadanie   i  obudzę   chłopców.   -  Hilda 

szybko zdjęła nocną koszulę, umyła się w lodowatej wodzie i ubrała. Elise 
zauważyła, że piersi siostry zrobiły się większe, a brzuch wyraźnie się 
zaokrąglił.

Powoli oszołomienie mijało i Elise zaczęła się ubierać. Wciąż się trzęsła 

od tego jakiegoś wewnętrznego chłodu, starała się jednak nie dopuszczać 
do siebie myśli, że to coś groźnego.

- Nie mów nic Pederowi i Kristianowi, Peder zaraz zacznie się martwić.
- Nic im nie powiem, ale moim zdaniem nie wyglądasz dobrze. Czy nie 

mogłabyś   zostać   dzisiaj   w   domu?   Spróbuję   przekonać   majstra,   żeby 
porozmawiał z nadzorcą.

Elise gwałtownie potrząsnęła głową.
- Co by na to powiedziały  inne dziewczyny? Trochę gorączki to nie 

powód, żeby zostawać w domu. Jeśli miałabyś go o coś prosić, to byłoby 
lepiej, żebyś zapytała, czy nie mógłby pomóc Annie. Wkrótce znowu nie 
będzie mieć lekarstw.

Hilda zmarszczyła czoło, ale nic nie odpowiedziała.
Wkrótce   przyszli   chłopcy.   Kristian   naburmuszony   i   niechętny,   Peder 

zaspany.   Wszyscy   czworo   jedli   w   milczeniu.   Chociaż   poprzedniego 
wieczoru   Elise   była   taka   głodna,   to   teraz   jedzenie   rosło   jej   w   ustach. 
Wypiła tylko kubek kawy, ale kanapki nie ruszyła.

-   Dlaczego   nie   jesz?   -   Peder   patrzył   na   nią   wielkimi,   niebieskimi 

oczami, przełykając łapczywie kolejny kęs chleba z serem.

-   Nie   jestem   głodna.   Możesz   wziąć   moją   porcję,   jeśli   chcesz.   Peder 

chwycił   pożądliwie   kanapkę   i   już   miał   wbić   w   nią   zęby,   ale   nagle 
powstrzymał się. Potem wziął nóż i podzielił kanapkę na dwie części. - 
Połowa dla ciebie, Kristian.

Elise   spojrzała   na   niego   wzruszona.   W   tym   samym   momencie 

zauważyła twarz Kristiana. Oczy mu pociemniały. Powinnam była sama o 
tym zadecydować, pomyślała z żalem.

Na dworze było zimno i mokro. Mróz nawet niewielki, ale północny 

wiatr zacinał śniegiem. Czy ta zima nigdy się nie skończy? - żaliła się, 
kuląc w przenikliwym wietrze.

Kiedy maszyny ruszyły, praca szła jej lepiej, niż się obawiała, tylko ból 

background image

głowy wciąż narastał i raz po raz pojawiały się te zawroty głowy. Ciało 
miała ciężkie jak z ołowiu. Bała się strasznie, żeby przez nieuwagę nie 
wsunąć palców pod wielkie koło przędzarki. Jedna z dziewcząt straciła w 
ten sposób rękę, a innej obcięło kilka palców. Najgorsze, co widziała, to 
wypadek, kiedy jednej z prządek wkręciły się w maszynę długie włosy...

Nagle   któraś   z.   robotnic   zaczęła   krzyczeć,   wszystkie   zwróciły 

przerażone twarze w jej stronę. Z maszyny sypały się skry, raz po raz 
wybuchały też płomienie.

Zapanował harmider, słychać było wrzaski i krzyki, zamieszanie, które 

uciszył dopiero nadzorca. Zatrzymano maszyny i ugaszono pożar.

Na szczęście skończyło się lepiej, niż to początkowo wyglądało, ale cały 

wypadek zostawił ślad w duszy Elise. Jak niewiele trzeba, żeby stało się 
nieszczęście,   jakie   to   ważne,   żeby   przez   cały   czas   zachowywać   jak 
największą   ostrożność.   Ale   pulsujący   ból   głowy,   dreszcze   wywołane 
gorączką i nieustanne zawroty były bardzo niebezpieczne dla kogoś, kto 
musi stać przy maszynie.

W końcu ogłoszono przerwę obiadową. Elise postanowiła, że zostanie w 

fabryce i zje trochę gorącej zupy, którą przynieśli chłopcy z kuchni. Nagle 
przypomniała sobie jednak, że w domu nie ma nic do jedzenia dla braci. 
Poprzedniego dnia miała zamiar zrobić zakupy, ale jakoś się nie złożyło.

Nie miała też ochoty prosić Hildy, żeby poszła do domu, bo Hilda nosi 

przecież   w   sobie   nowe   życie   i   musi   się   o   nie   troszczyć.   Z   głębokim 
westchnieniem otuliła się więc chustką i zmagając się ze śnieżycą, ruszyła 
w drogę.

Na rogu przed drzwiami Magdy zderzyła się z Evertem. Na jej widok 

twarz   chłopca   rozjaśnił   rzadko   się   teraz   pojawiający   sympatyczny 
uśmiech.

Chociaż najbardziej ze wszystkiego pragnęła znaleźć się pod dachem, 

nie miała serca tak po prostu obok niego przejść.

- No i co tam u ciebie, Evert? Czy zacząłeś już chodzić do szkoły?
Chłopiec skinął głową, był bardzo dumny.
- I mam się przeprowadzić.
Elise przystanęła i patrzyła na niego zdumiona.
- Masz się przeprowadzić?
-   Gmina   nie   chce   już   dawać   pieniędzy   Hermansenowi,   bo   on   je   po 

prostu przepija.

Elise patrzyła, wciąż niczego nie rozumiejąc. Gmina musiała od dawna 

o tym wiedzieć, ale jakoś nic nie wskazywało na to, że jej pracownicy 
przejmują się losem chłopca.

background image

- To twój żołnierz załatwił. Mam się przeprowadzić do pewnej starszej 

pani, która mieszka nad panią Albertsen.

- Do pani Berg? Evert przytaknął.
- No to świetnie, Evercie. W takim razie jestem pewna, że będzie ci tam 

dużo lepiej. Chociaż pani Berg jest stara i źle słyszy, to jest to bardzo miła 
osoba.

Evert wciąż się uśmiechał. Elise zdała sobie sprawę, że rzadko widuje 

jego uśmiech, nie wiedziała nawet, że stracił przednie zęby. Zresztą to i tak 
późno, chłopiec przecież ma ponad osiem lat.

- Myślę, że teraz muszę już iść, jakoś nie najlepiej się dzisiaj czuję - 

dodała   i   odwróciła   się.   -   Kiedy   przeprowadzisz   się   już   do   pani   Berg, 
będziesz mógł częściej nas odwiedzać.

Twarz chłopca znowu się rozjaśniła. Było jasne, że Evert ją uwielbia od 

czasu, kiedy dała mu obrazek z gazety.

Była   już   w   połowie   drogi   na   drugie   piętro,   kiedy   usłyszała,   że   ktoś 

schodzi na dół. Może to jedna z samarytanek przyszła do Anny, pomyślała. 
Możliwe,   że   znaleźli   sposób,   żeby   załatwić   dla   niej   lekarstwa. 
Przygnębiona   potrząsnęła   jednak   głową.   Oni   mają   dość   pracy   ze 
zdobywaniem jedzenia dla głodujących, jakim sposobem zdobyliby środki 
na kupno drogich lekarstw?

Kroki zbliżały  się, teraz było jasne, że to nie jest kobieta. Emanuel, 

pomyślała. Miała ochotę zawrócić i uciec. Cóż to za głupstwa, upomniała 
gniewnie   samą   siebie.   Jeśli   Emanuel   przyszedł,   żeby   pomóc  Annie,   to 
powinnam się tylko cieszyć.

W tym samym momencie na zakręcie schodów ukazała się sylwetka 

mężczyzny i Elise nie miała już żadnych wątpliwości.

- Elise? - wyglądał na szczerze zdumionego. Więc przyszedł jednak nie 

ze względu na nią.

- Cześć - powiedziała Elise bez uśmiechu, nie okazując radości, że go 

widzi. Zresztą nie miała na to siły.

- Czy coś się stało? - Emanuel zatrzymał się kilka stopni ponad nią.
- Źle się czuję.
- A co ci dolega? - w jego głosie brzmiało zatroskanie.
- Sądzę, że zaczyna się grypa.
- W takim razie powinnaś leżeć w łóżku. Elise uśmiechnęła się cierpko.
- A jak myślisz, co nadzorca by na to powiedział? Emanuel milczał, 

wyglądał na urażonego jej pełnym niechęci zachowaniem.

-   Nie   mogłaś   zostać   w   fabryce   przynajmniej   na   przerwę   obiadową? 

Pogoda jest okropna.

background image

- Muszę kupić jedzenie dla chłopców. Idę tylko najpierw do domu po 

pieniądze.

- Ja mogę ci zrobić te zakupy. - W jego głosie tym razem słychać było 

ożywienie.

Elise   wahała   się.   Nie   powinna   chyba   przyjmować   od   niego   więcej 

pomocy, niż już jej okazał, ale propozycja była kusząca. Tymczasem ona 
mogłaby się położyć chociaż na chwilę, to może poczuje się lepiej, zanim 
będzie czas wracać do pracy.

- Co mam kupić? Mogę zresztą założyć na razie pieniądze.
- Tylko trochę ryby i marchew. I bochenek chleba.
- Emanuel skinął głową i przeszedł obok niej, jakby chciał wyjść, zanim 

ona   zdąży   się   rozmyślić.   Wchodząc   na   trzecie   piętro,   Elise   zaczęła 
żałować, że dała się namówić. Teraz Emanuel przyjdzie do niej, a ona 
będzie musiała być dla niego miła, skoro wyświadczył jej taką przysługę. 
Nie miała ochoty, żeby widział, jak źle się dzisiaj czuje.

Rozpaliła ogień w piecu, usiadła na kuchennym stołku i położyła głowę 

na stole. Dzwoniło jej w uszach, huczało w głowie, bolały ją ręce i nogi, a 
ten jakiś wewnętrzny chłód wciąż jej nie opuszczał.

Podstępnie skradało się zmęczenie. Nie mogła nic poradzić na to, że 

czekając, zaśnie choćby na chwilę. Ocknęła się, bo ktoś nią potrząsał.

- Elise? - głos był cichy i zatroskany.
Nie miała siły otworzyć oczu, nie miała siły odpowiadać.
- Boże drogi - usłyszała, jak Emanuel mamrocze pod nosem. - Ona jest 

poważnie chora.

Zanim zdążyła zaprotestować, Emanuel wziął ją na ręce, podniósł ze 

stołka, zaniósł do izby i położył na łóżku. Coś w niej chciało protestować, 
wyrywać mu się, zeskoczyć na podłogę, ale nie była w stanie nawet się 
ruszyć. Pokój wirował wokół niej, a ona miała wrażenie, że znalazła się 
poza własnym ciałem. Na pół przytomna poczuła, że Emanuel zdjął jej 
buty   i   okrył   ją   kołdrą.   Łóżko   wydawało   się   takie   przyjemne,   Elise 
pogrążyła się w delikatnej ciemności, wróciła do własnego ciała i miała 
wrażenie, że razem z łóżkiem unosi się w ciemnym pokoju. Gdzieś bardzo 
daleko słyszała, że ktoś hałasuje wiadrem na węgiel, i w zamroczeniu my-
ślała, że nie stać ich na ogrzewanie izby, skoro już pali się ogień w kuchni. 
Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, znowu straciła przytomność.

Kiedy ocknęła się następnym razem, była taka spocona, że odrzuciła 

kołdrę   i   desperacko   próbowała   ściągnąć   z   siebie   mokre   ubranie,   które 
lepiło się do ciała. W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że Emanuel 
nadal tutaj jest. Uniosła się na łokciu i oszołomiona spoglądała na niego. 

background image

On siedział na łóżku Hildy i wyglądał tak, jakby spędził tam wiele godzin. 
Elise przestraszyła się.

- Muszę iść do fabryki.
Emanuel potrząsnął głową i w tym samym momencie Elise zauważyła, 

że na dworze zrobiło się ciemno. Strach chwycił ją za gardło.

- Wyrzucą mnie!
Emanuel wstał i podszedł do niej.
- Nie, Elise, postaram się, żeby nic ci się nie stało. Jesteś chora, masz 

wysoką gorączkę. Hilda przyszła tu zobaczyć, co się z tobą dzieje, więc 
powiedziałem jej, jak źle się poczułaś. Jestem pewien, że Hilda potrafi 
wytłumaczyć to również nadzorcy.

Elise potrząsała głową, z rozpaczy zrobiła się jeszcze bardziej chora.
- Nie. Oline przecież wyrzucili.
- Wiem. Ale teraz o tym nie myśl. Widzę, że jesteś bardzo spocona. 

Zdołasz sama przebrać się w nocną bieliznę czy mam ci pomóc?

Prawie nieprzytomna posłała mu urażone spojrzenie.
- Traktuj mnie jak pielęgniarkę, już przedtem zajmowałem się chorymi - 

wyjaśnił Emanuel pośpiesznie.

Ona znowu potrząsnęła głową. Chociaż miała wrażenie, że nie zdoła 

zdjąć z siebie ubrania, musi radzić sobie sama.

- W takim razie ja poczekam w kuchni.
Potrzebowała   sporo   czasu,   żeby   ściągnąć   wilgotny   sweter,   spódnicę, 

czarne,   robione   na   drutach   pończochy,   ale   w   końcu   jakoś   się   z   tym 
uporała. Cienka, sprana koszula nocna wydawała się przyjemnie chłodna 
na rozpalonej skórze.

Wyczerpana Elise opadła na poduszki.
Emanuel zapukał i po chwili wszedł znowu do izby.
- Chciałabyś coś do picia?
- Tak, dziękuję. Trochę wody.
Wypiła cały ołowiany kubek, Emanuel wyszedł do kuchni i przyniósł 

znowu świeżej wody.

-   Wczoraj   wieczorem   nie   zauważyłem,   żebyś   źle   wyglądała   - 

powiedział. - Byłaś chyba tylko trochę bardziej milcząca niż zazwyczaj.

Elise nie odpowiadała. Nie umiałaby wyjaśnić dlaczego.
- Tak się ucieszyłem, kiedy cię zobaczyłem - mówił Emanuel cicho. - 

Już się bałem, że więcej nie przyjdziesz.

Elise wciąż milczała, przymknęła oczy, była zadowolona, że on tu jest, 

chociaż poprzedniego wieczoru tak się złościła.

- Bałem się, czy cię nie wystraszyłem - tłumaczył dalej. - Może nie 

background image

powinienem   był   dawać   ci   tego   listu.   Nie   miałem   nic   złego   na   myśli, 
próbowałem tylko ci pomóc. Powinniśmy zostać przyjaciółmi, chociaż ty 
jesteś zaręczona, a ja należę do Armii.

Elise wciąż nic nie mówiła, sprawiała wrażenie, że śpi.
- Ja cię kocham, Elise. - Jego głos był tak cichy, że musiała bardzo 

nastawiać uszu, by słyszeć, co powiedział. - Nie ma nic złego w tym, że 
kocha się innego człowieka. Miłość to najważniejsza siła, jaką my, ludzie, 
zostaliśmy  obdarzeni, i nie istnieją granice  dla tego, co byłbym gotów 
zrobić dla ciebie, jeśli mi tylko pozwolisz. Dałaś mi tak wiele, przede 
wszystkim tp, że jesteś tym, kim jesteś. Twoja miłość do braci budzi ciepło 
w moim sercu. Dzisiaj pewnie najbardziej chciałaś iść do fabryki, mimo że 
miałaś   gorączkę,   ty   jednak   więcej   myślisz   o   nich   niż   o   sobie.   Gdyby 
wszyscy ludzie byli tacy jak ty, świat byłby o wiele lepszym miejscem.

Elise   poczuła   dławienie   w   gardle.   Ten,   dla   którego   mogłaby   się 

poświęcić i zrobić naprawdę wszystko, został jej zabrany. Bo dla Johana 
gotowa była zrobić każdą rzecz na świecie. Chociaż ze sobą walczyła, jej 
oczy napełniły się łzami, po chwili popłynęły po policzkach.

- Nie płacz, Elise. Ja ci pomogę.
Elise   otworzyła   oczy,   zawstydziła   się,   że   źle   ją   zrozumiał.   Emanuel 

wyjął czystą białą chusteczkę i otarł jej policzki.

- Będę tutaj przychodził codziennie, będę robił dla ciebie zakupy, palił w 

piecu, parzył kawę. Niestety, nie bardzo umiem gotować, ale jeśli powiesz 
mi, co mam robić, to jakoś sobie poradzę.

Elise lekko pokręciła głową.
- Ja muszę wracać do fabryki - powiedziała udręczonym szeptem.
-   Najpierw   jednak   musisz   wyzdrowieć.   Mogę   iść   do   dyrektora   i 

wyjaśnić mu sytuację. Jeśli on chciałby cię wyrzucić, to zagrożę mu, że 
podam całą sprawę do gazet. Kiedy związki zawodowe dowiedzą się, że 
pewna   prządka   utraciła   pracę   dlatego,   że   poważnie   zachorowała,   z 
pewnością zareagują. W końcu cała sprawa dojdzie do szefa rządu.

Nie podobał jej się pomysł, że Emanuel będzie załatwiał za nią takie 

sprawy, a już najmniej podobała jej się myśl, że będzie się tutaj pojawiał 
codziennie. Jakby pani Albertsen i pani Evertsen nie miały i tak o czym 
gadać... Nie była w stanie się nad tym zastanawiać.

- No a jak tam z Agnes? - spytała, żeby zmienić temat. Właściwie nie 

zdawała   sobie   nawet   sprawy,   że   to   powiedziała,   dopóki   nie   usłyszała 
własnego głosu.

Emanuel milczał przez chwilę.
- To twoja dobra przyjaciółka?

background image

- Chodziłyśmy do tej samej klasy.
- Ale ona bardzo się od ciebie różni. Elise milczała.
- Biedaczka - westchnął Emanuel. - Ona też ma się z czym zmagać w 

życiu.

Elise nie miała pojęcia, że Agnes zmaga się z czymś szczególnym, nie 

była jednak w stanie nic powiedzieć.

- To bardzo szlachetne z jej strony, że chciałaby się poświęcić dla innych 

ludzi, i to w sytuacji, w której sama się znalazła - ciągnął dalej Emanuel. - 
Moim zdaniem Agnes będzie wspaniałym nabytkiem dla Armii.

Elise poczuła, że robi jej się gorąco ze złości.
-   Chyba   za   dużo   z   tobą   rozmawiam,   widzę,   że   masz   gorączkowe 

wypieki na policzkach. - Emanuel poszedł w stronę drzwi. - Wydaje mi 
się, że wracają twoi bracia, słyszę hałasy na schodach.

W tym momencie Elise przypomniała sobie Annę.
- Odwiedziłeś Annę, zanim przyszłam?
- Tak. Mieliśmy długą i szczerą rozmowę.
- Powiedziała ci, że znowu kończą jej się lekarstwa?
- Powiedziała. Będę o tym rozmawiał z majorem. Niełatwo nam robić 

wyjątki,   jeśli   chodzi   o   potrzebujących,   a   jest   tak   strasznie   dużo   ludzi, 
którzy   oczekują   pomocy,   mimo   wszystko   jednak   przypadek  Anny   jest 
wyjątkowy. Spotkał ją znacznie gorszy los niż większość ludzi, a przy tym 
ona   jest   takim   ciepłym   i   niezwykle   dobrym   człowiekiem.   To   mądra 
dziewczyna.

Elise skinęła głową.
-   Dziękuję   ci,   Emanuelu.   To   najlepsza   pomoc,   jaką   możesz   mi 

ofiarować.

Emanuel uśmiechnął się.
- Nic nie sprawia mi większej radości niż to, że mogę ci pomóc. Peder i 

Krisitan z hałasem wpadli do kuchni. Kiedy zobaczyli

Emanuela,   ucichli   natychmiast.   Elise   słyszała,   że   rozmawia   z   nimi 

spokojnie, półgłosem. Potem znowu zapadła w sen.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Elise spała całą noc i jeszcze długo następnego ranka. Nie zauważyła, 

ani jak Hilda i chłopcy kładli się spać, ani jak wstawali. Przerażona usiadła 
na łóżku. Za oknem było jasno, dzień musi być już w pełni. W fabryce z 
pewnością wszyscy pracują od wielu godzin, a ona nie poszła tam po raz 
drugi z rzędu. Chciała pośpiesznie wstać, ale znowu zakręciło jej się w 
głowie. Oszołomiona i wyczerpana opadła z powrotem na poduszki. Kiedy 
ocknęła się następnym razem, czuła, że nie jest w pokoju sama. I prawie 
natychmiast go spostrzegła. Siedział w kucki przed piecem i dokładał drew 
do ognia. Czuła się tak okropnie, że z ulgą przyjęła obecność drugiego 
człowieka. Zarazem jednak nie mogła otrząsnąć się ze zdumienia, że on 
zachowuje się w ten sposób, jakby to było rzeczą najbardziej oczywistą. 
Czy w domach innych ludzi też podobnie sobie poczyna?

- Emanuel?
Odwrócił się gwałtownie i wyprostował.
- Nareszcie! - zawołał z wyraźną ulgą. - Już zaczynałem się o ciebie bać. 

Nie obudziłaś się nawet wtedy, kiedy z hałasem sypałem węgiel do pieca.

- Czy ja spałam przez cały dzień, od wczoraj?
- Tak, i z pewnością dobrze ci to zrobi.

background image

- Biedny Peder, pewnie się bał.
-   Starałem   się   go   uspokoić,   jak   tylko   mogłem.   Hilda   rozmawiała   z 

majstrem,   który   ze   swej   strony   obiecał   rozmówić   się   z   nadzorcą.   Nie 
musisz się martwić o swoją pracę, Elise.

- Żeby tylko Oline się o tym nie dowiedziała. Musiałaby to uznać za 

okropną niesprawiedliwość.

- Świat jest niesprawiedliwy. Emanuel podszedł do łóżka.
- Teraz wyglądasz trochę lepiej. Wczoraj byłaś potwornie blada.
- Od dawna tu jesteś? Emanuel wzruszył ramionami.
On był tu przez cały czas, odkąd chłopcy i Hilda wyszli, pomyślała. 

Może siedział w tym zimnym pokoju, nie mając odwagi napalić w piecu, 
żeby mnie nie budzić.

Emanuel usiadł ostrożnie na brzegu łóżka.
-   Wygląda   na   to,   że   dojdziesz   do   siebie.   Ale   muszę   przyznać,   że 

poważnie się o ciebie martwiłem. Taka jesteś szczuplutka, całe długie dnie 
ciężko pracujesz, nie masz po prostu siły, żeby się przeciwstawić, kiedy 
dopadnie cię choroba. Mnóstwo jest takich przypadków na fabrycznych 
osiedlach wzdłuż rzeki Aker.

Elise skinęła głową.
- Cieszę się, że mi pomogłeś. Dla mojego rodzeństwa byłoby to bardzo 

trudne.

Odpowiedział uśmiechem.
- Czy ty kiedykolwiek myślisz o sobie? Elise odwróciła wzrok.
- Nie czyń mnie lepszą, niż jestem. Często myślę bardzo źle o innych.
Emanuel wybuchnął śmiechem.
- Ty? Nigdy w to nie uwierzę.
On powinien wiedzieć, pomyślała. Gdyby czytał w moich myślach w 

poniedziałek wieczorem...

- Czy w poniedziałek, kiedy wracaliśmy do domu po spotkaniu, byłaś z 

jakiegoś powodu smutna?

Spojrzała   na   niego   zdumiona.   Czyżby   on   jednak   potrafił   czytać   w 

myślach?

- Złościłam się na Agnes. Moim zdaniem ona ci się naprzykrzała.
- Naprzykrzała? - Emanuel zdziwiony uniósł brwi. - Nie, to, co mówiła, 

było   bardzo   interesujące.   Agnes   to   dobra   dziewczyna,   która   szuka 
możliwości służenia innym.

Elise   nic   nie   odpowiedziała.   Nie   miała   ochoty   mu   przytakiwać,   nie 

chciała też powiedzieć, co naprawdę myśli. Przymknęła oczy.

- Chyba jeszcze trochę pośpię. Emanuel natychmiast wstał.

background image

- W takim razie pójdę do Anny i zajrzę jeszcze do ciebie, zanim wrócę 

do   domu.  Tak   na   wszelki   wypadek.  A  już   niedługo   chyba   twoi   bracia 
przyjdą ze szkoły.

Elise zdawała sobie sprawę z tego, że powinna mu okazywać więcej 

wdzięczności, nie była jednak w stanie tego robić. Nie tylko dlatego, że 
czuła   się   marnie,   lecz   także   dlatego,   że   było   to   dla   niej   za   trudne. 
Zwłaszcza teraz, kiedy w jego otoczeniu pojawiła się Agnes.

- Nie musisz już do mnie przychodzić - odparła, nie otwierając oczu.
Zaległa cisza.
- Wolałabyś, żebym nie przychodził? - w jego głosie słychać było urazę.
Elise   nie   odpowiedziała,   udawała,   że   śpi.   Słyszała,   że   Emanuel   na 

palcach podszedł do drzwi, potem zamknął je starannie za sobą i zniknął. 
Łzy piekły ją pod powiekami. Tak bardzo chciała, żeby Emanuel był jej 
przyjacielem, ale to niemożliwe. Niemożliwe, bo Johan mógłby się o tym 
dowiedzieć przez innych więźniów, mających kontakty wśród strażników. 
I niemożliwe także dlatego, że Agnes zrobi wszystko, co potrafi; by go 
zdobyć, z pewnością zdoła w końcu zaciągnąć go do łóżka. Elise złościło 
to,   że  Agnes   na   ogół   otrzymuje   wszystko,   czego   chce.   Więc   pewnie 
poradzi sobie także i z tą sprawą.

Zmęczenie   dawało   o   sobie   znać.   Ciężka   i   bezwładna   pogrążyła   się 

wkrótce w gorączkowym śnie.

Obudził ją własny krzyk, otworzyła oczy i oszołomiona wpatrywała się 

przed siebie. Przy łóżku stał Emanuel, miał na sobie płaszcz, w rękach 
ściskał mundurową czapkę i wyglądał tak, jakby właśnie wychodził.

- Myślałam, że poszedłeś. Uśmiechnął się.
- Spędziłem trochę czasu na dole u Anny, nie mogłem jednak wyjść, nie 

sprawdzając, co u ciebie.

- Miałam dziwny sen...
Emanuel skinął głową z uśmiechem, sprawiał wrażenie onieśmielonego.
- Wzywałaś mnie po imieniu. Elise spojrzała przestraszona.
- Naprawdę?
Emanuel znowu skinął głową.
- To musiał pewnie być zły sen, skoro krzyczałaś.
-   Śniło   mi   się,   że   ktoś  mnie   związał  tak   mocno,   iż   nie   mogłam  się 

uwolnić.

- Czy to ja zrobiłem?
Elise poczuła, że się czerwieni.
- Nie, bo ty też zostałeś związany.
- Razem z tobą? Przytaknęła.

background image

- To ta noc w komórce. Już raz po niej miałam ten sam sen.
- Krzyczałaś dlatego, że się mnie bałaś, czy dlatego, że było ci zimno?
- Śniło mi się, że próbuję się uwolnić, ale nie daję rady. Emanuel stał bez 

ruchu i patrzył na nią.

- Uwolnić się ode mnie?
Elise   nie   odpowiedziała,   odwróciła   wzrok   i   poczuła   się   nieswojo. 

Rozmowa schodziła na niebezpieczne tory.

- Ze mną jest tak samo, Elise - powiedział nagle Emanuel półgłosem. - 

Wiem, że to się może źle skończyć, ale nie potrafię nic z tym zrobić.

W tej samej chwili usłyszeli, że chłopcy z hałasem wbiegają do kuchni. 

Emanuel pośpieszył ku drzwiom i zniknął za nimi.

Elise   wciąż   leżała   wzburzona.   Emanuel   sądził,   że   walczyła   z   za-

kazanymi uczuciami. Uczuciami wobec niego. Wyobrażał sobie, że oboje 
znaleźli  się   w  takiej  samej   sytuacji,   że  odczuwają   do  siebie   nawzajem 
pociąg. Żadne z nich nie ma do tego prawa, on dlatego, że jest oficerem w 
Armii Zbawienia, a ona dlatego, że zaręczyła się z Johanem. Jak mogło 
mu coś takiego przyjść do głowy? Nigdy przecież nie dawała mu żadnych 
powodów do tego rodzaju podejrzeń. Wprost przeciwnie. Nawet Agnes 
opowiadała o jej niezwykłym uczuciu do Johana, mówiła, że nie ma chyba 
dziewczyny   bardziej   zakochanej   w   narzeczonym   niż   Elise.   Dlaczego 
Emanuel źle wszystko zrozumiał? Nie odpowiedziała mu na jego list, nie 
podejmowała próby kontaktowania się z nim po tamtej nieszczęsnej nocy.

Z kuchni słychać było, że Peder i Kristian, przekrzykując się nawzajem, 

coś   opowiadają.   Obaj   byli   ożywieni   i   przejęci,   a   nie   przygnębieni   i 
naburmuszeni,   jak   to   bywa,   kiedy   zdarza   się   coś   złego.   Nawet   głos 
Kristiana   brzmiał   pogodniej   niż   zazwyczaj.   Elise   odetchnęła   z   ulgą, 
położyła się na boku i próbowała odegnać od siebie bolesne myśli.

Minęło sporo czasu, zanim chłopcy weszli do niej do izby. Milczący, 

stanęli w progu, ostrożni, jak wtedy, kiedy zaglądali do leżącej tutaj matki. 
Leżała w tym samym łóżku, blada, chuda i wycieńczona - pomyślała Elise, 
dziękując   w   duchu   majstrowi,   który   umożliwił   matce   leczenie   w 
sanatorium.

- Elise? - w głosie Pedera był lęk. Zwróciła się do brata z uśmiechem.
- Nie musicie mówić szeptem, ja nie śpię, a poza tym czuję się znacznie 

lepiej.

Buzia   Pedera   rozpromieniła   się.   Nawet   Kristian   patrzył   na   nią 

łagodniejszym wzrokiem niż zwykle.

- Żołnierz nakarmił nas zupą rybną. Czy on nie jest miły? Elise nie była 

w   stanie   więcej   poprawiać   brata,   niech   już   sobie   nazywa   Emanuela 

background image

„żołnierzem".

- Owszem, jest miły. Napalił mi tutaj w piecu, poza tym pomógł też 

Annie. Dobrze jest wiedzieć, że wśród ludzi z Armii Zbawienia są takie 
anioły. Czy już sobie poszedł?

-   Tak,   mówił,   że   musi   pomóc   pani   Berg.   Evert   ma   się   do   niej 

przeprowadzić.

Elise uśmiechnęła się.
- No widzisz, to też załatwił pan Ringstad. Naprawdę nie mam pojęcia, 

co by się z nami stało, gdybyśmy go nie mieli.

Chłopcy wrócili do kuchni, ona leżała sama, pogrążona w myślach. Nie 

powinnam   mylić   wdzięczności   z   innymi   i   silniejszymi   uczuciami, 
powiedziała sobie stanowczo. Człowiek nie powinien mylić współczucia z 
miłością. Emanuel jest z pewnością wrażliwym człowiekiem i łatwo ulega 
wpływom, a w takiej sytuacji nietrudno źle określić uczucia.

Żeby   tak   mogła   odwiedzić   Johana.   Chociaż   na   parę   krótkich   minut. 

Wystarczyłoby   nawet,   gdyby   mogła   porozmawiać   z   którymś   ze 
strażników, spytać go, jak Johan się miewa, czy jest zdrowy, czy bardzo 
przygnębiony,   czy   też   przyjmuje   swój   los   z   podniesioną   głową, 
zdecydowany wyciągnąć z tego wnioski, nauczyć się czegoś na własnych 
błędach, przyjąć sytuację jak prawdziwy mężczyzna.

Tego   ostatniego   była   akurat   pewna.   Johan   nigdy   nie   pozwoli,   by 

przeciwności go złamały. Jest silny, potrafi znieść wiele, ma dość siły woli, 
by wytrzymać, nie ulegać wpływom ludzi, którzy mają inny pogląd na to, 
co dobre, a co złe.

Próbowała   przywołać   w   myślach   obraz   narzeczonego,   wyobrazić   go 

sobie takim, jakim teraz jest, ubrany w więzienne łachy, z łańcuchami na 
nogach, w drodze do okropnej pracy, czyszczenia wychodków w Vika, 
podczas gdy przechodnie posyłają mu szydercze, pogardliwe spojrzenia, 
może   nawet   niektórzy   spluwają,   by   okazać   mu   swoje   najgłębsze 
obrzydzenie. Dla Johana, który jest dumny i dotychczas, mimo ubóstwa, 
zdołał zachować własną godność, taka sytuacja musi być niemal nie do 
zniesienia.   Mimo   wszystko   Elise   była   pewna,   że   Johan   postanowił,   iż 
zniesie karę z podniesioną głową. Będzie zachowywał się przykładnie i 
być może zyska możliwość odpłacenia za błędy, które popełnił.

Im wyraźniej go sobie wyobrażała, tym bardziej złościła się sama na 

siebie za to, że tak beznadziejnie reagowała na sprawę Emanuela i Agnes. 
Przymknęła oczy.

-   Johan...   -   szeptała   cichutko.   -   Kocham   cię   i   nigdy   nie   pokocham 

żadnego innego mężczyzny.

background image

W   więziennych   pomieszczeniach   twierdzy   Akershus   Johan   stał   w 

ciasnej   celi   i   przygnębiony   wpatrywał   się   w   maszynę   do   robienia 
pończoch,   którą   przed   chwilą   tutaj   wstawiono.   Został   wyznaczony   do 
tkania pończoch, nie będzie wyrabiał metalowych guzików do żołnierskich 
mundurów, jak wielu innych więźniów tej twierdzy.

Nie będzie też pracował jako tokarz ani nie pójdzie do kamieniołomów, 

jak to sobie z początku wyobrażał. Szczerze mówiąc, myślał, że pracując 
przy   tokarce   łub   w   kamieniołomach,   nauczy   się   nowego   rzemiosła,   z 
którego   będzie   mógł   czerpać   korzyści   po   wyjściu   na   wolność.   W   ten 
sposób   okres   odosobnienia   nie   byłby   czasem   straconym.   Ale   robić 
pończochy? Na co mu się to kiedyś przyda? To przecież nie mężczyźni, ale 
kobiety zatrudniane są w tkalniach.

Czuł się zawiedziony także dlatego, bo myślał, że udało mu się zdobyć 

sympatię   otoczenia   ze   względu   na   swoją   łagodność,   zamiłowanie   do 
porządku i zachowanie. Zdjęto mu kajdany, z wyjątkiem lekkiego łańcucha 
na jednej nodze. Poza tym słyszał, że w kamieniołomach panuje wesoły i 
koleżeński   nastrój.   Więźniowie   lubią   ciężką   pracę,   pomaga   im   ona 
uwolnić się od bolesnych myśli.

Ale gdy będzie siedział tutaj w samotności, w ciasnej celi, bez żadnego 

innego   zajęcia   prócz   robienia   pończoch,   to   złe   myśli   będą   krążyć   po 
głowie, jak zechcą.

A i tak wystarczająco ciężkie są długie więzienne noce. Już o wpół do 

dziewiątej   wszyscy   muszą   być   na   swoich   pryczach   i   światła   gasną. 
Pozostaje mnóstwo długich godzin, które wloką się w ślimaczym tempie. 
To   niemal   niemożliwe   do   zniesienia   bolesne   godziny,   kiedy   myśli 
nieprzerwanie   krążą   wokół   własnego   nieszczęścia   i   jednego   jedynego 
pytania: jak mogłem być taki głupi i dać się namówić do stania na czatach 
tamtej brzemiennej w skutki nocy? Lort-Anders oszukał go, ale to on musi 
ponieść odpowiedzialność za swój czyn, mógł się przecież nie zgodzić. 
Mógł tylko pilnować roweru i zadbać, żeby był gotowy, kiedy tamci będą 
go potrzebować, zresztą nawet nie wiedział, jakie niebezpieczne plany oni 
mają. Lort-Anders klepał go po koleżeńsku po plecach i przypominał mu 
czasy,   kiedy   razem   byli   na   morzu.   Johan   winien   mu   jest   przysługę, 
powtarzał, winien mu jest przysługę za to, że Lort-Anders czuwał przy 
nim przez całą noc, kiedy Johan był chory. Johan bardzo dobrze pamiętał 
tamte wydarzenia, zjadł wtedy coś nieświeżego i tak się rozchorował, że 
obawiał   się,   czy   nie   umrze.   Skoro   więc   Lort-Anders   czuwał   przy   nim 
wtedy, to Johan może teraz dla niego stać na czatach, powtarzał kolega z 
chichotem.

background image

Domyślał się oczywiście, że tamci robią coś podejrzanego. Była noc, 

najlepszy   czas   dla   licznych   ciemnych   sprawek   Lorta:   Andersa.   Ale 
spokojne   stanie   na   rogu   ulicy   z   rowerem   to   jeszcze   nie   przestępstwo, 
przekonywał sam siebie. Obiecano mu zapłatę tak kusząco wysoką, że nie 
był w stanie się oprzeć, ponieważ musiał kupować lekarstwa i porządne 
jedzenie   dla  Anny,   poza   tym   dokładał   po   parę   koron   Elise,   od   kiedy 
ostatniego lata postanowili, że się pobiorą. Ta cała sprawa wydała mu się 
niczym dar z nieba.

Kiedy   robota   została   wykonana,   Lort-Anders   wsunął   mu   szybko   do 

kieszeni nie tylko parę koron, lecz także dwie złote broszki. Johan tak się 
śpieszył   do   domu,   że   zauważył   te   broszki   dopiero,   kiedy   dotarł   do 
Sandakerveien.  Wpadł   wtedy   w   taką   złość,   że   odszukał   Lorta-Andersa 
jeszcze tej nocy i groził mu, że pójdzie na policję, jeśli ten nie da mu 
gotówki zamiast tych ozdób. Lort-Anders domyślił się, że Johan nie ustąpi 
dobrowolnie, wygrzebał więc z kieszeni jeszcze garść koron, kiedy jednak 
Johan chciał mu oddać obie złote broszki, odkrył, że jedna z nich zginęła.

Można  by   pomyśleć,  że  kryją  się  za tym  jakieś tajemne  moce.  Całą 

przerwę   obiadową   następnego   dnia   poświęcił   na   szukanie   ozdoby,   ale 
wszystko na nic. Broszka po prostu zniknęła. Dopiero wieczorem przyszła 
do   niego   Elise   i   powiedziała   o   swoim   niezwykłym   znalezisku.   Że   też 
akurat musiała to być Elise! Dlaczego prześladował go ten pech? Gdyby to 
była jakaś inna tkaczka czy prządka, przypuszczalnie milczałaby jak grób i 
cieszyła   się   ze   swojego   wielkiego   szczęścia,   potem   w   największej 
tajemnicy sprzedałaby ozdobę ludziom, którzy zajmują się tego rodzaju 
sprawami i którzy potrafią milczeć. A co zrobiła Elise? Szczera niczym 
dziecko i wciąż pełna lęku, że zrobi coś złego, nie odważyła się nawet 
pójść do dyrektora w obawie, że zostanie posądzona o kradzież. Gdyby 
poszła na policję, nikt by nie szukał broszki u Johana.

Cztery lata w tym piekle... Boże drogi, jak on to wytrzyma? Pojęcia nie 

miał, jak zdoła przetrwać tę pierwszą zimę, skoro w celi panuje taki ziąb, a 
on dostaje tak niewiele jedzenia, tylko suchy chleb i wodę. Jak długo silny 
robotnik przeżyje na takim wikcie?  Gdyby jeszcze mógł ćwiczyć ciało 
przy ciężkiej pracy fizycznej, która by go rozgrzewała, ale siedzieć bez 
ruchu w ciasnej dziurze to po prostu tortura.

Krótkie spacery też niewiele pomagały. Johan słyszał, że Lort-Anders 

dostał dwanaście lat, ponieważ jest tak zwanym recydywistą - już kilka 
razy przedtem siedział w więzieniu. Z pełnych nienawiści spojrzeń, jakie 
posyłał mu w sądzie, Johan domyślił się, że Lort-Anders całą winą obarcza 
właśnie jego. Prawdopodobnie uważał, że Johan na niego doniósł, ale to 

background image

przecież nieprawda. Został zabrany przez policję dlatego, że znaleziono u 
niego broszkę, on zaś nie chciał podać nazwiska człowieka, który zlecił 
mu zadanie. Nic nie przekona Lorta-Andersa, jeśli już uwierzył w winę 
Johana. Gdyby zostali posadzeni w jednej celi, życie Johana byłoby mało 
warte...

Biedna mama. Biedna Anna. Biedna Elise. Matka oczekuje od niego 

pomocy,  Anna   potrzebuje   lekarstw.   Elise   napisała,   że   będzie   na   niego 
czekać. Johan wierzył, że naprawdę tak myśli. Dzisiaj. Ale co będzie za 
cztery lata? Elise podoba się chłopcom. Sama jeszcze nie zdaje sobie z 
tego sprawy, Johan jednak i widział, i słyszał, jak inni młodzi mężczyźni 
na nią reagują i co o niej mówią. Cztery lata to nieskończenie długi czas, 
kiedy   ma   się   osiemnaście   lat  i  weszło   się   w  najbardziej   uwodzicielski 
wiek. Blady, biedny i zaniedbany więzień kryminalny to nie jest ktoś, na 
kogo by można czekać. Znowu poczuł, że narasta w nim gniew. Ze złością 
tłukł pięściami w ścianę celi, dopóki ból mu na to pozwalał. Ten przeklęty 
Lort-Anders. Johan znowu uderzył pięścią w ścianę, tym razem ze ska-
leczonej dłoni pociekła krew. - Ty przeklęty draniu!

Teraz całą wściekłość skierował przeciwko sobie samemu. - Jak mogłeś 

być taki głupi, by dać się przekonać temu łobuzowi, temu diabelskiemu 
pomiotowi? Ty idioto! - Znowu uderzył w ścianę. - Ty koński łbie! Ty 
kretynie! - Ostatni cios był tak silny, że pociemniało mu w oczach.

Przed Andersengarden stała pani Evertsen pogrążona w cichej, poufałej 

rozmowie z panią Albertsen.

-   Teraz   on   znowu   jest   na   górze.   -   Pani   Evertsen   szeptała   roz-

gorączkowana, oczy lśniły jej z podniecenia.

- Tak, widziałam go, jak szedł. Zaraz po tym, jak Peder i Kristian wyszli 

do szkoły, a potem to już cały czas tam siedział.

- To po prostu wstyd, powiadam pani. I to w domu tej biednej Jensine, 

dobrej chrześcijanki i w ogóle.

- Jezu Chryste! - wyrwało się przestraszonej pani Albertsen. - Powiada 

pani, że to on tam chodzi?

Pani Evertsen uroczyście przytakiwała.
-   Elise   wróciła   do   domu   w   przerwie   obiadowej   i   spotkała   go   na 

schodach. Widocznie zawczasu się umówili. Potem on poszedł na górę i 
został tam przez resztę dnia.

- To Elise nie musiała wracać do przędzalni?
Pani Evertsen wzruszyła ramionami. - Nie mam pojęcia. Widocznie on 

to jakoś urządził. Przecież w ostatnich czasach wydarzyło się mnóstwo 
dziwnych rzeczy. Jensine leży w sanatorium, Peder i Hilda dostali nowe 

background image

buty. Nie wiedziałam, że Armia Zbawienia ma tyle pieniędzy.

Pani Albertsen ze złością potrząsała głową.
- No i co my mamy z tym zrobić, pani Evertsen? Mamy tak po prostu 

przyjmować ze spokojem wszystko, co się tu wyprawia?

Pani Evertsen stanowczo pokręciła głową.
-   Mowy   nie   ma,   żebym   ja   się   na   to   godziła.   Przekonają   się   o   tym 

wszyscy, którzy myślą, że są od nas wyżej, i którzy czują się od nas lepsi.

Gwałtownym   ruchem   głowy   wskazała   okno   mieszkania   na   trzecim 

piętrze.

Następnego ranka Elise zdołała jakoś wstać i powlokła się do fabryki, 

chociaż wciąż miała dreszcze, straszny ból głowy i okropnie kaszlała. Nie 
odważyłaby się jednak jeszcze przez jeden dzień zostać w domu.

Kiedy przeszła przez most, zobaczyła grupę robotnic, które pochyliły ku 

sobie głowy i stały pogrążone w ożywionej rozmowie. Na jej widok nagle 
umilkły, odsunęły się jedna od drugiej i stały nieruchomo, gapiąc się na 
Elise.

Spojrzała na nie przestraszona.
-   Strasznie   dziś   zimno,   nie   wchodzicie   do   środka?   - W  tym  samym 

momencie zauważyła, że jedną ze stojących jest Valborg.

- No i jak tam było wczoraj, Elise? Czy leżało ci się na nim tak samo 

wygodnie jak ostatnio?

Elise przystanęła.
- O co ci chodzi?
- Nie wygłupiaj się. Dobrze wiemy, kto był wczoraj u ciebie. I to w 

środku jasnego dnia.

- Byłam chora.
Valborg wybuchnęła śmiechem.
- A co, nagle dopadła cię choroba miłosna? Inne dziewczyny chichotały.
Elise chciała iść dalej, nie odpowiadając, ale Valborg zastąpiła jej drogę.
- Opowiedz nam trochę, Elise. Widzisz, my nie wiemy, jak to jest. Czy 

on ma całe ciało takie białe jak ręce? No i nadaje się do czegoś w łóżku, 
czy Johan był lepszy?

Elise poczuła, że złość się w niej gotuje.
- Zejdź mi z drogi, Valborg. Dobrze wiesz, że to nieprawda. On pomaga 

Annie, pomógł też nam tak samo, jak pomaga wszystkim innym, którzy 
tego potrzebują. To jest jego praca.

- Ach tak, taka jest jego praca? W takim razie sama chętnie bym wstąpiła 

do Armii Zbawienia. - Roześmiała się głośno z tego, co powiedziała. - I 
nie bądź taka nieprzystępna, Elise. Nie masz się czym pysznić. My same 

background image

wiemy, jak to jest, nie wiemy tylko, jak to jest z jednym z nich.

Elise podjęła kolejną próbę wyminięcia dziewcząt, ale Valborg jej to 

uniemożliwiła.

- Nie musisz kłamać, Elise. Bo i pani Albertsen, i pani Evensen widziały, 

jak on szedł na górę, i wiedzą, że został tam potem cały dzień.

- Tylko że on nie był u mnie, powiadam ci. On był u Anny.
- Ach tak, on był u Anny. No to ja się zapytam.
W   tym   momencie   pojawił   się   nadzorca   i   dziewczyny   pośpiesznie 

ruszyły do środka.

Tego ranka Hilda wyszła z domu bardzo wcześnie, Elise nie zdołała się 

dowiedzieć dlaczego. Teraz rozglądała się za siostrą, ale jej miejsce wciąż 
było puste. Boże drogi, westchnęła w duchu. Co Valborg i te pozostałe 
powiedzą, kiedy odkryją, że to jest majster? Już teraz bała się powrotnej 
drogi   do   domu   wieczorem   i   postanowiła,   że   przynajmniej   na   przerwę 
obiadową zniknie im z oczu. Na szczęście wszystkie miały tyle roboty, że 
przestały   się   na   nią   gapić.   Z  drugiej  strony   łoskot  maszyn   ani  kurz  w 
fabryce nigdy nie dręczyły jej tak okropnie jak dzisiaj. Ciekło jej z oczu i 
raz po raz dostawała gwałtownych ataków kaszlu. Bała się, żeby rąbek 
fartucha albo, Boże broń, palec nie wkręciły jej się w koło, kiedy oślepiał 
ją kaszel i miała uczucie, że dławi ją ten gęsty, szary pył, który zalepiał jej 
nos, usta i gardło. Jednak najbardziej przerażały ją zawroty głowy. Raz po 
raz ziemia się pod nią uginała i Elise była bliska utraty przytomności.

Nadzorca   musiał   coś   zauważyć,   bo   nieustannie   spacerował   koło   jej 

miejsca   pracy   z   głęboką   zmarszczką   na   czole   i   przyglądał   jej   się 
krytycznie.

Boże drogi, nie pozwól, żebym straciła pracę, modliła się Elise w duchu. 

Nie pozwól, żeby nadzorca się domyślił, jaka jestem chora i słaba. Nie 
wiedziała,   co   Hilda   mówiła   majstrowi,   ponieważ   nie   rozmawiały   o 
wczorajszym   dniu,   zauważyła   jednak,   że   nadzorca   patrzy   na   nią 
podejrzliwie i raczej nie zechce przyjąć dalszych tłumaczeń.

Gdy tylko ogłoszono przerwę obiadową i maszyny stanęły pośpiesznie 

przebiegła przez hol, nie oglądając się ani w prawo, ani w lewo. Słyszała 
za sobą szepty i chichoty, nie miała wątpliwości, kogo one dotyczą.

Niebo się wypogodziło i w powietrzu pojawił się lekki zapach wiosny. 

Elise poczuła się tak, jakby czyjaś delikatna dłoń pogłaskała ją na pociechę 
po plecach. Wkrótce przyjdzie wiosna, skończą się mrozy i wilgoć. Gdy 
tylko przestanie płacić za drewno i węgiel, będzie miała więcej pieniędzy 
na jedzenie. A wtedy codziennie może dawać chłopcom gorący obiad.

Usłyszała hałasy po drugiej stronie mostu, ale w tej samej chwili znowu 

background image

chwycił ją gwałtowny kaszel i z trudem utrzymywała się na nogach. Droga 
nadal była śliska, a Elise osłabiona po wysokiej gorączce.

Kaszel   w   końcu   ustał,   a   wtedy   znowu   dotarł   do   niej   ten   hałas. 

Zobaczyła,   że   gromada   chłopców   stoi   nad   samym   brzegiem   rzeki, 
niedaleko wodospadu.

Wszyscy wrzeszczeli. Przez chwilę obawiała się, czy to nie łobuzy z 

Sagene,   zdała   sobie   jednak   sprawę,   że   ci   tutaj   są   mniejsi,   wyglądają 
bardziej na uczniów. Może to jakaś grupa uciekła na wagary. A zresztą co 
ją to obchodzi, nic jej do tego.

Przeszła przez most i miała zamiar biec dalej, kiedy dotarł do niej czyjś 

płacz.

Odwróciła się i znowu spojrzała na gromadę chłopaków. Stali tak blisko 

rzeki. Tuż przy wodospadzie.

W tej samej chwili zauważyła, że chłopcy tworzą podkowę, twarzami 

zwróceni w stronę huczącej wody, i że wolniutko przesuwają się coraz 
bliżej i bliżej brzegu.

Stała jak wryta.
Na Boga, co oni robią? Mrużąc oczy, wpatrywała się uważnie. Słońce 

świeciło jej prosto w twarz, więc nie widziała dokładnie. Nagle przeniknął 
ją   dreszcz   przerażenia.   Nad   samym   brzegiem,   odwrócony   plecami   do 
wody, stał mały  chłopiec. To jego ta banda popychała wolno w stronę 
rzeki. Już bardzo niewiele brakuje, a dziecko dotrze do krawędzi i wpadnie 
do wody.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Krzyknęła   głośno   z   przerażenia,   rozejrzała   się   pośpiesznie   za   jakąś 

pomocą, ale ponieważ nikogo w pobliżu nie było, rzuciła się w stronę 
rzeki z wołaniem:

- Przestańcie! Na Boga Wszechmogącego, przestańcie! Co wy robicie?! 

background image

-   zdawała   sobie   sprawę,   że   krzyczy   przejmująco,   ale   łoskot   wody   ją 
zagłuszał. Nogi niosły ją same, wymachiwała rękami, wołała i krzyczała 
na przemian.

W końcu któryś z chłopców musiał coś usłyszeć, bo odwrócił głowę i 

zobaczył biegnącą Elise. Widziała, że mówi coś do pozostałych, oni też się 
gwałtownie odwracali, w którymś momencie jeden rzucił się do ucieczki i 
po chwili cała grupa się rozpierzchła. Zanim zdążyła dobiec na miejsce, 
nikogo już nie było, został tylko ten najmniejszy chłopiec.

- Peder! - Elise objęła go mocno i ze szlochem przyciskała do siebie. - 

Rany boskie, co się stało? Co oni ci zrobili?

Pochyliła  głowę nad jego potarganymi włosami,  trzymała go mocno, 

przyciskała do siebie, szlochając.

- Peder, mój kochany, co oni ci zrobili? Powiedz coś, Peder. Opowiedz 

mi,   co   się   stało.   Na   Boga,   mów   coś   do   mnie!   Dlaczego   oni   cię   tutaj 
otoczyli?

Peder jednak stał bez ruchu, jak wrośnięty w ziemię. On, który tak łatwo 

wybuchał   płaczem,   był   otwarty   i   opowiadał   o   wszystkich   swoich 
przeżyciach, teraz nie wykrztusił ani słowa.

- Peder. - Przycisnęła go tak mocno, że ze świstem wciągał powietrze. - 

Mów coś do mnie, Peder. Powiedz coś. Pójdę do szkoły  i opowiem o 
wszystkim, co widziałam. Teraz zabiorę cię ze sobą do domu, ugotuję coś 
do jedzenia, żebyś mógł się rozgrzać. Potem zostaniesz na dole u pani 
Thoresen, a ja pójdę do szkoły.

Nareszcie chyba coś się w nim rozwiązało, ciałem chłopca wstrząsnął 

szloch,   Peder   dał   znak,   że   powinni   już   iść.   Elise   wciąż   obejmowała 
ramieniem jego barki i tak szli wolno, jak najdalej od rzeki i wodospadu. 
Żadne z nich nie oglądało się za siebie.

Dopiero kiedy weszli po schodach i znaleźli się w kuchni, blada twarz 

chłopca znowu się lekko zarumieniła. Elise przytuliła go do siebie mocno, 
rozcierała   jego   plecy,   obejmowała   go,   mamrotała   jakieś   pocieszające 
słowa.   Nawet   kiedy   dokładała   drew   do   pieca,   jedną   ręką   obejmowała 
brata, nie miała odwagi go wypuścić.

- Nie przejmuj się nimi - płakała, a łzy ciekły jej z oczu. - Oni chcieli cię 

tylko przestraszyć, nigdy nie odważyliby się wepchnąć cię do wody.

Wtedy w spojrzeniu chłopca pojawił się błysk, Peder skinął głową.
- Nie - szepnął. - Nie, oni chcieli wepchnąć mnie do wodospadu.
- Nie odważyliby się. Bo wtedy przyszłaby policja i zamknęła ich w 

więzieniu.

Peder potrząsał głową.

background image

- Ale przecież nikt nas nie widział, tylko ty.
Jego drobne ciało dygotało jak w febrze. Wtulił twarz w ciało siostry i 

wybuchnął gwałtownym szlochem.

Elise uklękła przy nim i tuliła dziecko, dopóki płacz nie ucichł. Głaskała 

Pedera po włosach, całowała w policzki i szeptała do ucha czułe słowa.

-   Ty   jesteś   najlepszy,   Peder.   Najpiękniejszy,   najgrzeczniejszy   i 

najdzielniejszy   chłopiec   na   całym   świecie.   Oni   są   po   prostu   zazdrośni 
dlatego, że jesteś taki dobry.

Peder uniósł ku niej zapłakaną twarz.
- Co człowiekowi pomoże, że jest dobry, kiedy inni mają władzę? Ich 

było ośmiu przeciwko mnie jednemu, Elise. Oczy mieli czarne ze złości.

Elise skinęła głową.
- To była zazdrość, Peder. To od zazdrości człowiek ma czarne oczy. Ale 

od czego to się zaczęło? Dlaczego oni cię prześladują?

- Z powodu moich butów. No i mówią, że ty jesteś w ciąży i będziesz 

mieć dziecko z żołnierzem. Powiedzieli, że wszystkie pieniądze dostajemy 
z Armii tylko dlatego, że ty się do niego zalecasz.

Elise z całej siły zacisnęła zęby. Musiał to być jakiś pechowy wieczór, 

kiedy   w   Świątyni   po   raz   pierwszy   spotkała   Emanuela.   Przyniósł 
nieszczęście nie tylko jej samej, lecz także Pederowi. Jacy oni są zawistni, 
zarówno Valborg, jak i dziewczyny z fabryki oraz dzieciaki na ulicy. To, że 
ktoś ma odrobinę więcej niż inni, uznawane jest jako niesprawiedliwe. Z 
tego powodu gotowi by odebrać człowiekowi życie.

- Teraz ugotuję ci owsianki na mleku, a potem zejdziemy na dół do pani 

Thoresen. Jeśli ona nie przyszła do domu na przerwę obiadową, to i tak 
jestem pewna, że będziesz mógł posiedzieć u Anny, dopóki nie wrócę.

W końcu chłopiec się uspokoił, pociągał jeszcze nosem, ocierał oczy 

rękawem kurtki, ale odszedł już od siostry.

- Nie odważę się jutro iść do szkoły, Elise. Nawet jeśli nauczyciel mnie 

zbije za to, że nie przyszedłem.

- O tym porozmawiamy, jak wrócę ze szkoły. Teraz muszę się śpieszyć z 

gotowaniem   owsianki,   żebym   zdążyła   jeszcze   do   szkoły,   zanim   będę 
musiała wracać do fabryki.

-   Czy   ty   nie   jesteś   chora,   Elise?   -   braciszek   popatrzył   na   nią 

zatroskanymi, pełnymi łez oczyma.

- Teraz już nie. - Wyjęła z szafki torbę z owsianką, a także bańkę z 

mlekiem w nadziei, że uda jej się nie dopuścić do kolejnego, gwałtownego 
ataku kaszlu, kiedy będzie rozmawiać z nauczycielem.

Gdy tylko zupa była gotowa, wzięła garnek i ruszyła ku drzwiom.

background image

-   Chodź,   Peder.   Poczęstujemy   też  Annę,   będziecie   sobie   mogli  zjeść 

razem.

Pani Thoresen nie było w domu, co ucieszyło Elise. Wolała, kiedy Anna 

jest sama, lepiej im się wtedy rozmawia.

Kiedy  zapukała  do drzwi izdebki i Anna jej odpowiedziała,  odniosła 

wrażenie, że przyjaciółka jest słabsza niż zazwyczaj. Żeby tylko Emanuel 
jak najszybciej zdobył te lekarstwa, pomyślała zmartwiona. Jak zwykle 
twarz Anny rozjaśniła się na jej widok.

- Elise? Jak się cieszę.
-   Zgodzisz   się   przyjąć   pewnego   małego   gościa?   Peder   miał   bardzo 

nieprzyjemne przeżycie, nie mam odwagi zostawić go samego.

- Naturalnie. Cześć, Peder. Jak miło, że chciałeś mnie odwiedzić.
-   Ugotowałam   trochę   owsianki   i   pomyślałam,   że   moglibyście   zjeść 

razem   -   mówiła   dalej   Elise   zdyszana.   Czas   mijał,   zaczynała   się 
denerwować, że nie zdąży wszystkiego załatwić.

Peder usiadł skrępowany na stołku przy łóżku. Kiedy Elise wyszła do 

kuchni po talerze i łyżki, usłyszała, że chłopiec zaczął opowiadać Annie, 
co się stało. To dobry znak.

Wróciła do pokój u i po twarzy Anny poznała, że ta jest wstrząśnięta. 

Oczy   jej   błyszczały,   spoglądała   na   Elise   bezradnie   i   wciąż   z 
niedowierzaniem potrząsała głową.

- Muszę już lecieć. Dziękuję, że chcesz mu pomóc, Anno.
- To Peder pomaga mnie. Leżałam tu i użalałam się sama nad sobą, a 

teraz będę rozmyślać o czymś innym.

Na   szkolnym   dziedzińcu   Elise   zauważyła   grupkę   stojących   razem 

chłopców. Miała wrażenie, że niektórych z nich rozpoznaje. Pochylali ku 
sobie głowy, potem to jeden, to drugi odwracali się do niej i posyłali jej 
nienawistne   spojrzenia.   Pewnie   domyślali   się,   dokąd   idzie.   Może   dla 
Pedera   będzie   jeszcze   gorzej,   jeśli   naskarży   nauczycielowi.  Ta   myśl   ją 
przeraziła.

W tym samym momencie zauważyła Kristiana. Stał kawałek dalej od 

tamtych, razem z dwoma chłopcami, których Elise przedtem nie widziała. 
Kristian na pewno ją zauważył, ale udawał, że nie widzi siostry.

Z tej strony nie powinnam się chyba spodziewać pomocy, pomyślała z 

westchnieniem.

Odszukała drogę do pokoju nauczycielskiego i zapytała o wychowawcę 

Pedera. Ten akurat wychodził. Powiedziała mu pośpiesznie, kim jest i że 
chciałaby   porozmawiać  w  ważnej sprawie.  Nauczyciel wyjął zegarek  z 
kieszeni kamizelki.

background image

- Zaraz będzie dzwonek. Nie możemy omówić tego jutro?
-  Ale   przytrafiło   się   coś   okropnego   -   tłumaczyła   Elise.   Nie   chciała 

przerwać,   dopóki   nie   wytłumaczy   mu   wszystkiego.   -   Cała   gromada 
chłopaków próbowała wepchnąć Pedera do rzeki przy wodospadzie.

Nauczyciel wytrzeszczył oczy.
- To Pedera nie ma w szkole?
- Owszem, był. Ale musiało się coś przytrafić na poprzedniej przerwie. 

Teraz mój brat jest w domu, jest taki przerażony, że nie wiem, czy będzie 
w stanie przyjść jutro do szkoły.

- To znaczy, że opuścił szkołę w czasie przerwy? - nauczyciel patrzył na 

nią surowym wzrokiem.

- Nie wiem, dlaczego się znalazł koło mostu. Wracałam z fabryki do 

domu,   kiedy   usłyszałam   jakieś   hałasy   i   zobaczyłam   ich   wszystkich. 
Otaczali go półkolem, on stał plecami do rzeki. Wyraźnie widziałam, jak 
przerażony   cofa   się   powolutku.   Został   jeszcze   tylko   maleńki   kawałek, 
krok czy dwa, a byłby wpadł do wody.

Nauczyciel zmarszczył czoło, ale wyglądało na to, że jej niedowierza.
- Chłopcy w tym wieku często sobie nawzajem dokuczają, jesteśmy do 

tego przyzwyczajeni, ale żeby nastawali na czyjeś życie, to raczej trudno 
mi   uwierzyć.   Porozmawiam   z   Pederem.   Chętnie   bym   się   dowiedział, 
dlaczego   w   czasie   przerwy   opuścił   teren   szkoły.   To   jest   surowo 
zabronione.

Potem odwrócił się i pomaszerował szybkim krokiem wzdłuż korytarza. 

Najwyraźniej uznał rozmowę za zakończoną.

Elise patrzyła w ślad za nim z gniewem w oczach. Więc teraz to Peder 

zostanie przywołany do porządku, myślała oburzona. A nie chłopcy, którzy 
go prześladowali.

Gdy w jakiś czas potem wracała na górę do Anny i Pedera, zauważyła na 

schodach śnieg, którego tu nie było, kiedy wychodziła.

Jeśli to Emanuel, nie będę w stanie spojrzeć mu w oczy, pomyślała zła 

na samą siebie.

To był Emanuel. Siedział w izbie i rozmawiał z Anną oraz Pederem. 

Wyglądało   na   to,   że   Peder   zapomniał   na   jakiś   czas   o   strachu   i   z 
ożywieniem opowiadał o tym, jak ubiegłego lata łapał ryby na haczyk. 
Elise odniosła wrażenie, że Emanuel dobrze się czuje z nimi obojgiem. 
Anna leżała uśmiechnięta i spoglądała to na Emanuela, to na Pedera.

Kiedy Elise weszła, oczy wszystkich skierowały się na nią.
- Elise!  - zawołał Peder z  ożywieniem.  -  Emanuel  obiecał,  że  latem 

zabierze mnie do Brekkedammen i będziemy łowić ryby.

background image

Elise   skinęła   głową.   Nie   była   w   stanie   odpowiedzieć   bratu   z   takim 

samym zachwytem, chociaż z ulgą patrzyła, że chłopiec doszedł do siebie.

- Czy mogłabym zamienić z tobą parę słów w kuchni, Emanuelu?
On natychmiast wstał i poszedł za nią. Elise starannie zamknęła za sobą 

drzwi.

- Czy Peder i Anna opowiedzieli ci, co się stało?
- Peder mówi, że jakieś łobuzy zachowały się wobec niego okropnie i że 

poszłaś do szkoły, żeby porozmawiać z nauczycielem.

Elise patrzyła na niego z powagą.
-   Mało   brakowało,   a   wepchnęliby   go   do   wody   przy   samym 

wodospadzie.

Emanuel patrzył na nią, na jego twarzy malowało się przerażenie.
- Co ty mówisz? Elise skinęła głową.
-  Akurat   byłam  wtedy   na   moście,   bo   szłam  do   domu.   -   Pośpiesznie 

opowiedziała mu, co się stało.

Emanuel wciąż patrzył na nią z otwartymi ustami.
- Oni nie mogli tego robić na poważnie. Nie mogło im to przyjść do 

głowy.

- Owszem, wyglądało na to, że im przyszło. Gdybym ja się nie zjawiła... 

- umilkła i głośno przełknęła ślinę.

- Czy szkoła zgłosiła to na policji?
- Wygląda na to, że nauczyciel mi nie uwierzył. Bardziej interesowało 

go to, że Peder bez pozwolenia opuścił teren szkoły.

Emanuel w najwyższym zdumieniu potrząsał głową.
- To najgorsze, co kiedykolwiek słyszałem.
- A ja się cieszę, że mi wierzysz - wahała się przez chwilę. - Pytałam 

Pedera, dlaczego oni to zrobili, i dowiedziałam się, że to z powodu jego 
nowych butów. Słyszeli poza tym plotki o mnie i o tobie, i uważają, że ja 
wyłudzam pieniądze z Armii.

Emanuel słuchał z niedowierzaniem.
- To niemożliwe - powiedział ochrypłym głosem.
-   Nie   możesz   tu   przez   jakiś   czas   przychodzić.   W  każdym   razie   nie 

możesz przychodzić wtedy, gdy ja jestem w domu. Jeśli chcesz odwiedzić 
Annę, musisz to zrobić w czasie, kiedy ja jestem w fabryce. Jeśli plotki 
będą miały co chwila nową pożywkę, to naprawdę nie wiem, czym się to 
wszystko skończy.

Emanuel skinął głową, sprawiał wrażenie przygnębionego.
-   Bardzo   mi   przykro   z   tego   powodu,   Elise.   Nie   przypuszczałem,   że 

dzieci mogą być takie złośliwe.

background image

-   Znajdują   się   pod   wpływem   dorosłych,   a   ludzie   bywają   zawistni. 

Większość z nich ma niewiele środków do życia, nie wszystkim wystarczy 
na tyle, by głód nie zaglądał im w oczy. Kiedy widzą, że ktoś ma troszkę 
więcej niż oni, pojawia się zawiść.

- Ale żeby zrobić coś tak potwornego... - potrząsał z niedowierzaniem 

głową.

- Można znieść i głód, i nędzę, kiedy wszyscy wokół cierpią tak samo. 

Gdy jednak ludzie mają wrażenie, że ktoś wyłudza dla siebie dodatkowe 
korzyści, wtedy przychodzi bunt.

-   I   żeby   to   się   zwracało   przeciwko   tobie,   takiej   skromnej...   Elise 

machnęła ręką, czuła się skrępowana.

-   Wszystkiemu   winne   są   plotki.   My   tutaj   na   tej   ulicy   mamy   dwie 

plotkary, jedna mieszka w naszym domu, a druga w sąsiedztwie. Ten stróż 
nocny, który znalazł nas w komórce, rozpowiedział o nas wszystkim, a te 
dwie tylko na to czekają, zawsze czujne, żeby się dowiedzieć czegoś o 
innych. I nie ma żadnego znaczenia, że zarówno ty, jak ja wiemy, że nie 
zrobiliśmy   niczego   złego.   Dopóki   plotkary   wierzą   w   co   innego, 
pozostaniemy   na   językach.   A   ze   względu   na   Pedera   nie   chciałabym 
ryzykować więcej gadania. Dlatego muszę cię prosić, żebyś się trzymał od 
nas z daleka. Emanuel stał bez ruchu i patrzył na nią.

- To straszna niesprawiedliwość, że nie będę mógł cię widywać tylko 

dlatego, iż jakieś plotkary roznoszą złe plotki.

Elise przytaknęła.
- Mimo wszystko muszę cię o to prosić. - Podeszła do drzwi izby, dłużej 

nie chciała już z nim rozmawiać. Emanuel musi przyjąć do wiadomości, że 
sprawa jest poważna.

-  Peder,  muszę   wrócić   do   fabryki.   Czy   naprawdę   chcesz,   żeby   on   u 

ciebie został, dopóki nie wrócę, Anno?

Anna skinęła głową.
- Oczywiście. Nareszcie nie będę musiała tu leżeć sama. Elise skinęła 

więc   głową   Emanuelowi   i   pośpiesznie   wyszła.   Dopiero   w   drodze 
powrotnej do fabryki dotarło do niej, co się tak naprawdę stało. Było to tak 
niesłychane,   że   wprost   nie   mogła   o   tym   myśleć.   Szarpał   nią   straszny 
gniew,   zarazem   jednak   przepełniał   ją   strach.   Od   chwili,   kiedy   po   raz 
pierwszy dostrzegła gromadę chłopaków, aż do momentu, gdy wróciła ze 
szkoły, czas minął tak szybko. Nawet nie zdążyła poczuć strachu. Dopiero 
teraz. ..

Co dalej będzie z Pederem? Jak mogłaby sprawić, by podobne wypadki 

więcej się nie powtarzały? Chłopcy z pewnością widzieli ją w szkole i 

background image

domyślili   się,   dokąd   zmierza.   Jeśli   teraz   nauczyciel   ich   ukarze,   z 
pewnością będą się mścić.

Równocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że musiała o całej sprawie 

powiedzieć, taka poważna historia nie może zostać zlekceważona. Gdyby 
jeszcze nauczyciel okazał jej więcej zrozumienia, to mogliby razem się 
zastanowić, co teraz robić. Tymczasem on ją zlekceważył, Elise czuła się 
osamotniona i kompletnie bezradna.

Jedynym człowiekiem, który chce jej pomóc, jest z pewnością Emanuel, 

ale jego przepędziła od siebie na dobre.

W hali fabrycznej powitały ją te same podejrzliwe spojrzenia, ale tym 

nie będzie się martwić. Elise jest silna, potrafi stawić czoła plotkarkom. 
Gorzej ma się sprawa z Pederem.

Kiedy   dzień   pracy   nareszcie   się   skończył,   Elise   pośpiesznie   wyszła 

przed   wszystkimi,   przebiegła   przez   most   i   nie   zwolniła,   dopóki   nie 
znalazła się w domu.

Peder siedział na stołku obok łóżka Anny i wycinał obrazki z jakiegoś 

kobiecego pisma, które Anne dostała od swojej przyjaciółki. Akurat w tej 
chwili był zajęty zdjęciem kinematografu na Stortingsgaten. Wielki plakat 
oznajmiał,   jaki   film   jest   właśnie   pokazywany:   Uprowadzona   w   czasie 
podróży  poślubnej. Kinematograf został otwarty  jakieś pół roku temu i 
Elise   słyszała,   że   jest   tam   co   najmniej   sto   miejsc   siedzących   oraz 
dwadzieścia stojących. Film trwa mniej więcej pół godziny, a przez cały 
czas przedstawienia pewna dama gra na fortepianie. Wydawało jej się to 
niezwykle interesujące.

-   Popatrz,   Elise.   Tam   powinnaś   pójść   -   Peder   promieniał   niczym 

słoneczko,   taki   był   zajęty   obrazkami,   że   chyba   zapomniał   o   ponurych 
przeżyciach   z   przedpołudnia.   -   Jak   będę   bogaty,   to   cię   tam   zabiorę   i 
będziemy siedzieć w najpierwszym rzędzie foteli, będziemy oboje patrzeć 
na przesuwające się przed naszymi oczyma obrazy.

Elise uśmiechnęła się.
-   Bardzo   chętnie   z   tobą   pójdę,   Peder.  A  potem   wybierzemy   się   do 

ogrodów Tivoli i będziemy zajadać ciastka w kawiarni.

Zwróciła się do Anny.
- No i jak wam tu było przez cały dzień?
- To najprzyjemniejszy mój dzień od bardzo dawna. Kapitan Ringstad 

był z nami prawie do zmierzchu, czytał nam głośno i bawił się z Pederem. 
To najsympatyczniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam.

-   Kupił   jedzenie   dla  Anny   i   kandyzowany   cukier   dla   mnie.   -   Peder 

mówił z takim przejęciem, że buzia mu się rumieniła. - I powiedział, że jak 

background image

przyjdzie znowu, to będzie miał dla mnie coś specjalnego.

W tym momencie Elise zauważyła, że Anna się rumieni. Nagle przyszła 

jej   do   głowy   zdumiewająca   myśl.  Anna   chyba   nie   jest   zainteresowana 
Emanuelem? Czyżby ona także? Agnes i Anna, rany boskie, toż to się robi 
tłum.  Ale   właściwie   to   tak   jest  lepiej,   pomyślała.   Kiedy   pani   Evertsen 
odkryje,   że   to   Annę   Emanuel   odwiedza,   może   plotki   na   mój   temat 
przycichną. Pani Evertsen bardzo współczuje Annie, więc z pewnością na 
nią plotkować nie będzie.

Peder był niezwykle ożywiony aż do czasu, kiedy trzeba było szykować 

się do spania. Wtedy nagle jego nastrój uległ zmianie. Patrzył na Elise ze 
łzami w wytrzeszczonych oczach.

- Nie pójdę jutro do szkoły, Elise. Oni wepchną mnie do rzeki.
- Nie odważą się zrobić czegoś takiego jeszcze raz, Peder. Ale chłopiec 

był głuchy na wszelkie tłumaczenia. Raz po raz zanosił się szlochem.

- Ja się nie odważę. Tak strasznie cię proszę, Elise. - Patrzył na nią 

błagalnie, a łzy spływały mu po policzkach. - Obiecuję, że będę pomagał 
ci   we   wszystkim,   jak   tylko   potrafię.   Mogę   szorować   schody,   obierać 
ziemniaki i prać swoje skarpety, tylko nie wypędzaj mnie do szkoły.

-   Porozmawiamy   o   tym   jutro   rano,   Peder.   Teraz   jesteś   zmęczony   i 

wszystko wydaje ci się gorsze, niż jest w rzeczywistości.

- Nie może mi się wydawać gorsze, niż jest. Gdybyś nie przyszła, Elise, 

to ja bym już się utopił.

- Co ty wygadujesz, nic podobnego. To jasne, że nie odważyliby się 

wepchnąć cię do wody. Oni chcieli cię tylko przestraszyć, zobaczyć, jak 
bardzo będziesz się bał, ale na pewno by przestali, odwrócili się i poszli 
sobie.

Chłopiec gwałtownie potrząsał głową.
- Gdybyś widziała ich oczy, to wiedziałabyś lepiej. Dlaczego mi nie 

wierzysz?

Chłopiec odwrócił zrozpaczony wzrok.
- Dajmy już temu spokój. Teraz połóż się i śpij, porozmawiamy rano, jak 

wstaniemy.

Kiedy   jednak   wróciła   do   kuchni,   napotkała   spojrzenia   czworga 

przerażonych oczu. Hilda późno wróciła do domu i dopiero co dowiedziała 
się o całej sprawie, a Kristian był milczący i ponury od chwili, gdy Peder 
wrócił od Anny. Z początku Elise sądziła, że jest zły, bo nie wiedział, gdzie 
się podziewa Peder, a bardzo nie lubi być sam w domu, z czasem jednak 
pojęła, że to jest taki dziwny sposób Kristiana na okazywanie niepokoju.

- Peder boi się iść jutro do szkoły - zaczęła niepewnie.

background image

- No to go nie wypychaj - wyrwało się Hildzie. - Musisz pozwolić, żeby 

został w domu, Elise. Pomyśl, że oni mogą zrobić to znowu.

Elise popatrzyła na Kristiana.
-   A   co   ty   na   to,   Kristian?   Naprawdę   myślisz,   że   odważyliby   się 

zaatakować go jeszcze raz?

Chłopiec mocno zaciskał wargi i kiwał głową, wzrok mu pociemniał.
- Jak oni mogli wymyślić coś takiego, żeby karać Pedera za coś, co ich 

zdaniem ja zrobiłam?

- Bo on jest płaczek. - W głosie Kristiana słychać było pogardę. - Z byle 

powodu zaczyna beczeć.

- Ale czy ty nie mógłbyś im wytłumaczyć, że nie dostajemy od Armii 

więcej niż inni, którym się źle powodzi? To przecież nie Armia płaci za 
sanatorium   mamy.   Jedyne,   co   dostaliśmy,   to   dwie   pary   butów,   trochę 
ubrań, jedzenia i opału. Wielu innych w waszej szkole z pewnością dostaje 
tyle   samo.   Poza   tym   mógłbyś   powiedzieć,   że   plotki   o   mnie   i   panu 
Ringstadzie to wstrętny wymysł. Pamiętaj, że jestem zaręczona z Johanem.

Kristian   milczał,   ale   spojrzał   jej   w   oczy   z   powątpiewaniem.   Było 

oczywiste, że sam w te plotki wierzy.

-   To   prawda,   co   mówię,   Kristianie   -   patrzyła   na   brata   z   powagą.   - 

Przysięgam ci na Boga, że nie ma nic między kapitanem

Ringstadem a mną. Zostaliśmy zamknięci w tej komórce wbrew swojej 

woli. Popatrz tu. - Pokazała mu sińce na rękach, które teraz zrobiły się 
żółte, chłopiec jednak odwrócił wzrok. - Powiedziałam, żeby nas więcej 
nie odwiedzał, przynajmniej dopóki to gadanie się nie skończy, prosiłam 
go też, żeby odwiedzał Annę w czasie, kiedy mnie nie ma w domu.

Spostrzegła, że jej słowa dotarły do brata, niedowierzanie w jego oczach 

zniknęło.

- Musisz nam pomóc, Kristian - mówiła dalej tym samym poważnym 

tonem, patrząc mu uparcie w oczy. - Peder się boi i ma do tego powody. Ty 
jesteś silny i z pewnością dasz sobie radę z tymi łobuzami. W każdym 
razie   musisz   im   wytłumaczyć,   że   plotki   są   czystym   wymysłem,   że   ja 
jestem   wierna   Johanowi   i   będę   czekać,   dopóki   go   nie   wypuszczą. 
Oczywiście im nic do tego, nie muszę się przed nikim tłumaczyć, ale jeśli 
to jest powód, dla którego nas nienawidzą, to trzeba sprawę wyjaśnić.

- Chodzi nie tylko o to. - Wzrok chłopca był teraz rozbiegany, raz po raz 

spoglądał na Hildę, ale potem pośpiesznie odwracał spojrzenie.

- A o co jeszcze?
- Chodzi o Hildę, która jest w ciąży z jednym z tamtych z drugiej strony 

rzeki. I dlaczego mama jest w sanatorium, skoro matka Pingelena jest tak 

background image

samo chora, ale dla niej miejsca nie było.

Elise czuła się tak, jakby ktoś złożył na jej barki wielki ciężar. Sprawę z 

Emanuelem była w stanie jakoś wyjaśnić, ale fakt, że Hilda będzie miała 
dziecko z majstrem, pozostaje faktem i nic się z tym nie da zrobić. Nie 
może też zabrać matki z sanatorium po to, by uciszyć ludzkie gadanie.

- Przeklęte bachory! - krzyknęła Hilda ze złością. - Jakby mieli coś do 

tego, z kim się spotykam!

Elise pośpiesznie pogładziła czuprynę Kristiana.
- Polegam na tobie, wierzę, że poradzisz sobie z tą sprawą, Kristian. 

Chociaż oni są zawistni, to przecież jakoś im wszystko wytłumaczymy. A 
jak nie po dobroci, to postraszymy ich, że pójdziemy na policję.

Kristian wyprostował się. Zawsze starał się unikać pieszczot, tym razem 

jednak jakby złagodniał.

W jakiś czas potem, jak rodzeństwo poszło już spać, usłyszała cichy, 

tłumiony szloch z kąta, gdzie spał Peder. Podeszła tam boso, po omacku 
odnalazła brata, pochyliła się i zaczęła głaskać go po głowie.

- Nie płacz, Peder. Kristian obiecał, że porozmawia z chłopakami. A jeśli 

to nie pomoże, to ja postraszę ich policją.

Zrobiło się cicho. Elise pochyliła się mocniej i pocałowała brata, potem 

wstała i po omacku wróciła do łóżka.

Ale sen nie chciał przyjść. Wciąż i wciąż od nowa przeżywała tamten 

straszny   moment,   kiedy   dotarło   do   niej,   że   to   Peder   stoi   nad   rzeką, 
odwrócony   plecami   do   wodospadu,   i   że   banda   łobuzów   wolno,   ale 
nieubłaganie   popycha   go   coraz   dalej   i   dalej.   Próbowała   sama   sobie 
wmawiać, że oni by się jednak zatrzymali, zanim będzie za późno, ale 
wcale nie była tego taka pewna. Zawiść to straszna siła, równie wielka jak 
gniew. Ludzie tracą z tego powodu życie.

Ale przecież Peder jest tylko dzieckiem...
Tylko   że   tamci   są   niewiele   od   niego   starsi,   dodawała   pośpiesznie   w 

duchu. Oni nie rozumieją, co robią. I podniecają się nawzajem.

Wierciła   się   w   pościeli,   nie   mogła   znaleźć   wystarczająco   wygodnej 

pozycji. Za oknem rozlegał się czasami dźwięk samotnego dzwonka, poza 
tym panowała cisza. Również w kącie Pedera. Musiało go przekonać to, że 
Kristian   porozmawia   z   chłopakami.   Ale   właściwie   to   jak   silny   jest 
Kristian? Czy jest dostatecznie dojrzały, by podjąć walkę z całą bandą?

Musiała   w   końcu   zapaść   w   sen,   bo   ocknęła   się   z   powodu   jakichś 

trudnych do  określenia  hałasów. Wytrzeszczała  oczy   i  wsłuchiwała  się, 
nagle usłyszała szurające po podłodze kroki. W następnej chwili drzwi do 
kuchni otworzyły się, a potem znowu zamknęły. Elise zerwała się z łóżka i 

background image

drżąc z zimna, poszła do kuchni. Z kąta pod oknem docierał żałosny płacz.

- Peder?
Po omacku znalazła zapałki i zaświeciła lampę naftową stojącą na stole. 

Na podłodze w najciemniejszym kącie siedział Peder, skulony, drżący z 
zimna i ze strachu. Chwyciła go i zmusiła, żeby wstał.

- Chodź, Peder, za zimno, żebyś tu siedział. Będziesz dzisiaj spał w 

moim łóżku.

Posłuchał   natychmiast   i   po   chwili   leżeli,   obejmując   się   nawzajem, 

przytuleni do siebie pod ciepłą kołdrą.

-   Jutro   możesz   nie   iść   do   szkoły   -   wyszeptała   Elise.   -   Poślę   przez 

Kristiana list z wyjaśnieniem, dlaczego zostałeś w domu.

Chłopiec tulił twarz do jej szyi, od czasu do czasu wstrząsał nim jeszcze 

szloch, ale teraz odetchnął z ulgą.

- Jesteś najlepszą siostrą na całym świecie, Elise - wyszeptał zapłakany.
- A ty jesteś najlepszym bratem na całym świecie - odpowiedziała mu 

również szeptem.

Przez chwilę panowała cisza. Elise myślała już, że chłopiec zasnął, gdy 

nagle znowu się odezwał.

- Pamiętasz, co powiedziałem? - tym razem mówił z przejęciem. - Kiedy 

będę duży, to pójdziemy razem do kinematografu i będziemy siedzieć w 
pierwszym rzędzie.

Elise skinęła głową.
- A potem pójdziemy  do Tivoli nie tylko po to, żeby jeść ciastka w 

kawiarni, ale też żeby jeździć na karuzeli.

- A będzie cię na wszystko stać, Elise? - malec zapomniał, że to on 

obiecał fundować.

-   Będzie   nas  stać   na   wszystko   -  odpowiedziała   Elise   stanowczo.   -   I 

wcale nie będziemy czekać, aż dorośniesz, możemy to zrobić już latem.

- Lis tam chodził. - Peder był taki ożywiony, że wymknął się z jej objęć. 

- Zaglądał tam przez dziurę w płocie. On mówi, że to tak, jakby oglądać 
raj.   Wszystko   mieni   się   światłami   i   kolorami,   na   drzewach   wiszą 
lampiony, a eleganckie panie z parasolkami spacerują pośród kwiatów. W 
głębi ogrodu kręci się karuzela.

- No i tam właśnie pójdziemy, Peder. Latem, kiedy świeci słońce, jest 

ciepło, drogi są suche. Wtedy ty i Kristian, i ja pójdziemy w dół do miasta, 
będziemy spacerować ulicą Karla Johana wśród panów w cylindrach i pań 
ubranych w jedwabne suknie, będziemy się przechadzać obok pawilonów, 
gdzie eleganccy ludzie siedzą na werandach i piją z cieniutkich kieliszków, 
a w końcu dotrzemy do ogrodu Tivoli. Tam będziecie jeździć na karuzeli, 

background image

ile tylko będziecie chcieli, a ja będę sobie siedzieć, słuchać pięknej muzyki 
i gapić się na ludzi spacerujących pod drzewami. Umilkła, poczuła się 
bardzo zmęczona.

- Opowiadaj jeszcze, Elise.
- A któregoś dnia pójdziemy sobie na nabrzeże Pale, wybierzemy taki 

dzień, kiedy do portu wpływa statek z Ameryki - ziewnęła. - Zobaczymy 
ludzi, którzy pożyczyli pieniądze w związku robotniczym i kupili za nie 
bilety do Ameryki, żeby nie musieć przez całe życie ciężko pracować za 
koronę dziennie.

Mały chłopiec przy jej boku milczał.
- Czy oni naprawdę mają dużo pieniędzy, ci ludzie, którzy mieszkają w 

Ameryce? - zapytał po dłuższej chwili.

- Wydaje mi się, że mają.
Znowu przez jakiś czas panowała cisza.
- A czy kobiety też wyjeżdżają?
- Tak, wyjeżdżają i mężczyźni, i kobiety, i dzieci.
-  Ale   chyba   ty   ode   mnie   nie   wyjedziesz,   Elise?   -   szepnął   ostrożnie, 

najwyraźniej przestraszony, a Elise wyczuwała, że lęk go paraliżuje.

- Oczywiście, że nie, ty głuptasie. Czy myślisz, że chciałabym wyjechać 

i zostawić najlepszego brata na całym świecie?

Mały roześmiał się z ulgą.
- Nie, myślę, że byłoby ci trochę smutno.
- Co tam smutno, płakałabym po całych dniach. Ale teraz musimy spać, 

Peder. Powinieneś być wypoczęty, skoro masz się jutro opiekować Anną.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

background image

Kiedy następnego dnia Elise przyszła w czasie przerwy obiadowej do 

domu, pani Thoresen już była u Anny.

- Co się u was stało, Elise? - wybuchnęła, najwyraźniej przerażona. - 

Czy to prawda, że jakieś łobuzy próbowały wepchnąć Pedera do rzeki?

Elise przytaknęła i patrzyła na nią z wielką powagą.
- Nie odważyłam się posłać go dzisiaj do szkoły, Kristian zaniósł list do 

nauczyciela. Czy pani nie przeszkadza, że Peder jest u Anny? On się za 
bardzo boi, żeby zostać sam w domu.

- To dobrze, że Anna ma przynajmniej z kim porozmawiać. I żołnierz też 

tutaj był. To chyba bardzo dobry człowiek. - Pani Thoresen posłała Elise 
pośpieszne, pełne wstydu spojrzenie.

Elise zrozumiała. No to przynajmniej jest jedna, która już nie wierzy, że 

między  mną i Emanuelem dzieje się coś nieprzyzwoitego, pomyślała z 
westchnieniem.

- Przyniosłam wam bańkę mleka. Poza tym chciałam oddać pieniądze, 

które byłam winna Johanowi. Pożyczył mi dwie korony i siedemdziesiąt 
pięć ore, kiedy na początku stycznia zabrakło mi na komorne. - Wysupłała 
pieniądze z kieszeni i podała pani Thoresen.

Ta wytrzeszczyła oczy.
- Dajesz to mnie?
- Johanowi przecież oddać nie mogę. On zresztą i tak by powiedział, że 

mam je zwrócić pani i Annie.

Pani Thoresen łapczywie chwyciła pieniądze i zniknęła z nimi w izbie. 

Elise wolno poszła za nią. Domyślała się, że pani Thoresen chce schować 
pieniądze w jakimś tajnym schowku, i nie chciała się narzucać.

Peder siedział na krawędzi łóżka Anny i sylabizował coś z elementarza.
- Jak to dobrze, że zmusiłaś go do czytania, Anno. On musi się ćwiczyć.
Anna uśmiechnęła się.
- Mieliśmy tu wizytę pewnego pana, ale wyszedł pośpiesznie, zanim w 

fabryce   zaczęła   się   przerwa   obiadowa.   I   wiesz   co,   on   mi   przyniósł 
lekarstwa. Czyż to nie jest fantastyczny człowiek?

Elise przytakiwała, ciesząc się wraz z przyjaciółką.
-   Mam   nadzieję,   że   kiedy   wychodził,   spotkał   na   schodach   panią 

Evertsen.

Anna roześmiała się.
- Też mam taką nadzieję, ale teraz to ja będę podejrzewana.
- Jeśli chodzi o ciebie, to ona jest w stanie znieść dużo więcej. Pani 

Thoresen zwróciła się teraz do nich.

- A o co masz być podejrzewana?

background image

- O to, że przyjmuję wizyty panów - odparła Anna wesoło.
-   Jezu   Chryste!   Czy   człowiek   nie   może   przyjąć   pomocy   od  Armii 

Zbawienia, żeby zaraz wszyscy nie zaczęli o nim gadać? - potem wyszła 
do   kuchni,   żeby   zdążyć   z   jedzeniem   dla  Anny,   zanim   będzie   musiała 
wrócić do fabryki.

- Popatrz, Elise, co dostałem od żołnierza. - Peder z przejęciem szukał w 

kieszeni, a potem wyciągnął z niej mały scyzoryk. - Jak będzie wiosna, to 
on nauczy mnie robić fujarki z wierzbiny, tak powiedział. - Oczy lśniły mu 
radośnie.

- To bardzo miło z jego strony. - Elise zauważyła, że w jej głosie nie ma 

zachwytu. Zastanawiała się, czy Emanuel rzeczywiście zrozumiał powagę 
tego, co się stało wczoraj.

- Jakby tamci znowu chcieli mnie prześladować, to on pójdzie ze mną 

do szkoły i porozmawia z nauczycielem. Powiedział, że zdejmie wtedy 
mundur i ubierze się po cywilnemu, żeby nie poznali, kim jest. Bo widzisz, 
nauczyciel uważniej słucha, gdy mówi do niego mężczyzna.

Elise   zmarszczyła   czoło   w   zamyśleniu.   Jeśli   go   ktoś   rozpozna,   to 

sytuacja   będzie   jeszcze   gorsza.   Z   drugiej   jednak   strony   szansa,   że 
nauczyciel się zorientuje, kim jest Emanuel, wydawała jej się niewielka. 
Większość ludzi słyszała tylko plotki, ale samego Emanuela nie widzieli, a 
nawet   ci,   którzy   zauważyli   oficera   Armii   Zbawienia   w   drodze   do 
Andersengarden, z pewnością nie zwracali uwagi na jego twarz. A tego, że 
nauczyciel chętniej wysłucha mężczyzny, na dodatku porządnie ubranego i 
mówiącego językiem, którym posługują się ludzie z tamtej strony rzeki, 
była zupełnie pewna.

- Wszystko to prawda, Elise - wtrąciła Anna ostrożnie. - Emanuel był 

bardzo   miły   i   dla   mnie,   i   dla   Pedera.   Moim   zdaniem   wszystko   jest 
łatwiejsze, odkąd pojawił się w naszym życiu.

- Miło mi to słyszeć, Anno. Pozdrów go i powiedz, że jestem mu bardzo 

wdzięczna za to, że chce pomóc Pederowi.

- Oczywiście, powiem. On zawsze się o ciebie pyta. Myślę... - umilkła, 

spoglądając na Pedera.

-   Masz   teraz   przeczytać   Annie   całą   stronę,   Peder   -   rzekła   Elise 

pośpiesznie. - Kiedy nauczyciel zauważy, że uczysz się w domu, będzie 
zadowolony.

- Jeszcze jedną stronę? - Peder patrzył na nią zawiedziony.
Tego wieczoru, kiedy Elise zmywała po kolacji, rozległo się delikatne 

pukanie do drzwi. Hildy nie było w domu, chłopcy natomiast szukali w 
izbie   miedzianego   guzika.   Znaleźli   ten   guzik   ubiegłego   lata   i   Elise 

background image

nadziwić się nie mogła, do czego taki guzik może służyć, gdy tylko ma się 
trochę wyobraźni. Najpierw chłopcy byli przekonani, że ów guzik nosił 
kiedyś  przy   swoim  mundurze   sam  szef  policji,   później   wartość   guzika 
wzrosła   i stał się   zgubionym  złotym guzikiem od  munduru   ochmistrza 
królewskiego dworu. Drzwi się otworzyły i w progu ukazała się Agnes.

- Mogę wejść?
- Agnes? Cóż za niespodzianka! Wejdź, proszę, zaraz skończę. Agnes 

usiadła na taborecie, Elise nastawiła wodę na kawę.

- Chciałam się tylko upewnić, że pójdziesz ze mną w poniedziałek do 

Świątyni.

Elise była rada, że stoi odwrócona plecami do przyjaciółki.
- Ale ja nie mogę. Coś się wydarzyło od czasu, kiedy widziałyśmy się 

ostatnio.

- Wydarzyło się coś? Co takiego?
- Byłam chora. Tak ciężko, że nie mogłam pójść do pracy po południu 

we wtorek i przez całą środę. Śmiertelnie się bałam, że mnie wyrzucą, ale 
na razie nic jeszcze nie wiadomo. W dodatku Peder jest prześladowany 
przez paru chłopaków w szkole i tak się strasznie boi, że nie ma odwagi 
wychodzić z domu.

Agnes prychnęła.
-   Wszyscy   chłopcy   bywają   od   czasu   do   czasu   prześladowani.   Nie 

możesz być taką nadopiekuńcza matką, Elise. To nie są twoje dzieci, jesteś 
tylko ich siostrą. Poza tym niech się uczą oddawać.

Elise nie odpowiadała, wyjęła dwa kubki i nalała do nich cieniutkiej 

kawy.

-   Skoro   już   poznałaś   kapitana   Ringstada,   to   ja   ci   chyba   nie   jestem 

potrzebna.

- To nie jest takie proste.
- Ależ jest. Stałaś i rozmawiałaś z nim jeszcze długo po tym, jak się z 

wami pożegnałam, prawda?

Agnes zarumieniła się i spuściła wzrok.
- No tak, chwilę.
- W takim razie już mnie nie potrzebujesz.
- No, ale pomyśl, co by to było, gdyby on mnie zapomniał?
- Jestem pewna, że nie zapomniał... Poza tym oni bardzo chcą mieć 

więcej członków.

Agnes westchnęła.
- No cóż, to w takim razie będę musiała iść sama. Przez chwilę milczały 

i popijały gorącą kawę.

background image

- Wiesz co, Elise? Chciałam cię o coś zapytać. Czy między wami coś 

jest?

- Między nami? - Elise wsypała dodatkową łyżeczkę cukru do kawy i 

mieszała energicznie. - Oczywiście, że nic między nami nie ma. Wiesz, że 
jestem zaręczona z Johanem. Agnes skinęła głową.

- No tak, wiem, ale on powiedział coś, co całkiem zbiło mnie z tropu.
Elise nie była w stanie spojrzeć jej w oczy.
- Co takiego powiedział?
- No coś w tym sensie, że każdy z nas ma gwiazdę przewodnią. I że ta 

gwiazda   prowadziła   go   w   dniu,   kiedy   cię   spotkał.   Tak   mówił.   Nie 
zrozumiałam, co ma na myśli, ale kiedy go zapytałam wprost, to się tylko 
roześmiał wyraźnie skrępowany.

- Ja myślę, że jemu chodziło po prostu o to... że dzięki temu, iż mnie 

spotkał,   otrzymał   szansę   niesienia   pomocy   Pederowi,   Hildzie,   mamie, 
Evertowi i Annie.

Twarz Agnes się rozpromieniła.
- Naprawdę tak myślisz? Elise przytaknęła.
- Czy pamiętasz Everta, który został oddany na wychowanie do tego 

pijaka Hermansena?

Agnes skinęła głową.
- Kapitanowi Ringstadowi udało się odebrać go stamtąd i przenieść do 

pani Berg, postarał się też o to, by chłopiec mógł mimo wszystko chodzić 
do szkoły. I na dodatek zdobył lekarstwa dla Anny. Gdyby ich nie dostała, 
byłoby z nią źle.

Agnes odetchnęła z ulgą.
- A już prawie uwierzyłam, że gwiazda przewodnia doprowadziła go do 

ciebie,   to   znaczy,   że   on   wierzy...   -   bezradnie   uniosła   ramiona.   -   Nie 
dlatego, że może pomagać innym, ale że jest zajęty tobą. - Roześmiała się, 
po chwili Elise też się zaczęła śmiać.

Agnes westchnęła ciężko.
- Pojęcia nie mam, co zrobić, żeby wzbudzić w nim zainteresowanie. No 

wiesz, w taki sposób... Czy uważasz, że oficerowie Armii Zbawienia mają 
tego rodzaju uczucia, Elise?

- Oczywiście, że mają, ale nauczyli się je tłumić. W każdym razie do 

czasu, kiedy wejdą w związek małżeński.

- Ja to mogę czekać nawet dwa lata. Dopóki nie zostanę oficerem.
Przez chwilę wpatrywała się w filiżankę.
- Czy im nawet całować się nie wolno?
- Myślę, że powinni być ostrożni. - W tej samej chwili przypomniała 

background image

sobie, co powiedział Emanuel: „Jestem w tobie zakochany, Elise". Dodał 
jeszcze: „Musimy pozostać przyjaciółmi, chociaż ty jesteś zaręczona, a ja 
należę do Armii Zbawienia".

Agnes westchnęła znowu.
- To musi być bardzo trudne.
Elise nie mogła się powstrzymać od złośliwości.
- Może dla ciebie, ale nie dla niego.
Przyjaciółka popatrzyła na nią wzrokiem pełnym żalu.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Ty jesteś doświadczona, a on chyba nie. Twarz Agnes oblał rumieniec.
- No, nie miałam znowu tych chłopców tak wielu.
- Ale gdyby ci się nie poszczęściło, to mogłabyś już mieć dziecko w 

żłobku.

Agnes uśmiechnęła się skrępowana.
- A skąd ty wiesz?
- Widziałam  cię.   Któregoś  dnia   przyszłam  do  ciebie,   nie   słyszeliście 

mojego pukania, a ja potem na palcach zeszłam na dół.

Agnes patrzyła na nią przerażona.
- Ale chyba mu o tym nie powiesz?
- Oczywiście, że nie. Kiedy weźmiecie ślub, to on sam i tak wszystko 

odkryje. Jeśli nie dowie się przedtem.

- Jeśli nie dowie się przedtem? Elise wzruszyła ramionami.
-   Jeśli   ktoś   mu   nie   nagada.   Na   przykład   jeden   z   twoich   byłych   . 

kochanków.

Agnes zbladła.
-   Teraz   to   bym   najbardziej   chciała,   żeby   tamto   nigdy   się   nie   stało. 

Sprawa z Emanuelem to zupełnie coś innego. To jest ta wielka miłość. 
Nigdy więcej w nikim się nie zakocham. Ty chyba mnie rozumiesz, Elise, 
bo masz Johana. Ty z pewnością też nigdy w innym się nie zakochasz, 
prawda?

Elise zdecydowanie potrząsnęła głową.
Drzwi od izby się otworzyły, do kuchni wbiegli Peder i Kristian.
-   Znaleźliśmy   go   -   Peder   śmiał   się   od   ucha   do   ucha,   pokazując 

błyszczący miedziany guzik.

Nazajutrz  Peder był zmuszony  iść  do  szkoły,  Elise  nie  odważyła się 

zatrzymać go jeszcze i tym razem w domu. Kristian mówił, że nauczyciel 
przeczytał jej list, ale nie powiedział ani słowa, nic też nie odpisał. Poza 
tym wyglądało, że jest zły. Peder trząsł się, kiedy Elise i Hilda musiały ich 
zostawić i wyjść do fabryki.

background image

- Odprowadzisz Pedera aż do drzwi jego klasy, Kristian - upominała 

Elise,   starając   się   nie   patrzeć   na   rozdygotaną   dziecięcą   sylwetkę   przy 
drugim   końcu   stołu.   -   I   przyprowadzisz   go   do   domu   po   lekcjach, 
zrozumiano?

Kristian kiwał głową, znowu miał ten zacięty, uparty wyraz twarzy.
Przez cały dzień Elise była niespokojna. Podczas przerwy  obiadowej 

pobiegła do domu, żeby zobaczyć, czy mały mimo wszystko nie wrócił, 
ale z ulgą stwierdziła, że go nie ma.

Anna też go nie widziała, przyjęła za to inną wizytę. Uśmiechała się 

tajemniczo i miała zarumienione policzki.

Jakie   to   dziwne,   myślała   Elise,   wracając   do   fabryki.   Czy   Emanuel 

przychodzi do Anny codziennie? I czy przychodzi, bo jest mu jej żal, czy 
może   są   jakieś   inne   powody?   Nie   warto   o   tym   mówić  Agnes,   byłaby 
zazdrosna. Anna jest wprawdzie przykuta do łóżka, ale ma ładną twarz i 
piękne oczy, poza tym jest miła i tak pozytywnie nastawiona do życia, że 
wszyscy muszą ją kochać. Mimo to...

Elise   pamiętała,   co   Anna   mówiła   o   Lorangu,   gońcu,   który   często 

odwiedzał  ją  w  ubiegłym  roku.   Pani Thoresen   była  bardzo   temu   prze-
ciwna, uważała, że Anna powinna zaakceptować swój los.

Niepokój   dręczył   ją   również   przez   resztę   dnia,   choć   wciąż   sobie 

powtarzała, że Peder uciekłby do domu, gdyby w szkole znowu spotkało 
go coś złego.

Kiedy dzień pracy nareszcie się skończył - była sobota i praca trwała 

dwie godziny krócej niż zwykle - przez całą drogę do domu Elise biegła. 
Kaszel dręczył ją w dalszym ciągu i dobrze wiedziała, że będzie gorzej, 
jeśli się zmęczy, mimo to nie zwalniała kroku.

W   kuchni   nie   zastała   nikogo.   Nikt   nie   rozpalił   ognia,   nic   nie 

wskazywało na to, że ktoś tu w ogóle zachodził.

Poczuła na plecach zimny dreszcz strachu.
Ale Kristiana też nie było, próbowała pocieszać sama siebie. Wobec tego 

muszą być razem.

Natychmiast   zabrała   się   do   rozpalania   pod   kuchnią,   wyjęła   z   szafy 

chleb, bańkę z mlekiem i ser. Chłopcy na pewno zaraz się zjawią.

A  może   są   na   dole   u  Anny?   Ta   myśl   sprawiła   jej   chwilową   ulgę. 

Oczywiście,   że   są   u  Anny.   Peder   bardzo   dobrze   się   czuje   w   jej   miłej 
izdebce,   odkrył   poza   tym,   że  Anna   jest   bardzo   miła.   Elise   zbiegła   na 
drugie piętro.

Pani Thoresen gotowała zupę mleczną.
-   Peder   i   Kristian?   Nie   ma   ich   tutaj.   I   dzisiaj   nie   było,  Anna   tak 

background image

powiedziała.

Na   wszelki   wypadek   Elise   zapukała   jeszcze   do   drzwi   izby,   by   się 

upewnić. Potem przygnębiona wróciła na trzecie piętro.

W końcu wróciła Hilda, zdyszana, jak jej się to ostatnio często zdarzało.
- Peder i Kristian nie wrócili? - Wpatrywała się w Elise z lękiem w 

oczach.

- Na pewno zaraz się pokażą. Na szczęście są razem. Usłyszały kroki na 

schodach i obie pobiegły do drzwi. Na górę wchodził Kristian. Sam.

- Gdzie jest Peder? - głos Elise zdradzał panikę.
- Nie wiem. 
- Jak to nie wiesz? Obiecałeś przecież, że przyprowadzisz go do domu.
Dopiero teraz zauważyła, że ubranie Kristiana jest ubłocone, on sam 

spocony i rozgrzany, choć na dworze panuje ziąb. - Szukałem go przez 
cały czas od zakończenia lekcji.

Elise   i   Hilda   stały   bez   ruchu   i   patrzyły   na   brata,   a   straszna   prawda 

powoli do nich docierała. Peder zniknął...

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Obie   wybiegły,   żeby   go   szukać.   Hilda   poszła   w   stronę   szkoły,   Elise 

miała przeczesać okolice rzeki.

Panowały   ciemności   i   trudno   było   cokolwiek   dostrzec.   Rzadko 

rozmieszczone   uliczne   latarnie   nie   dawały   dużo   światła,   w   niewielu 
oknach   też   się   paliło,   większość   mieszkańców   zresztą   zasłaniała   je 
szczelnie,   żeby   powstrzymać   chłód.   Po   jakimś   czasie   spoza   chmur 
wyszedł księżyc, noc była pogodna i gwiaździsta.

Elise złożyła dłonie na kształt trąbki, przystawiła je do ust i z całych sił 

nawoływała Pedera po imieniu, ale jej głos ginął w łoskocie wodospadu. O 
tej porze przechodniów było niewielu. Pytała wszystkich napotkanych, czy 
nie widzieli małego chłopca, oni jednak odpowiadali przecząco.

Strach dławił ją za gardło, zaczynała płakać.
- Boże kochany - błagała głośno. - Spraw, żebym go znalazła. Bądź taki 

dobry, nie pozwól, żeby mu się coś stało.

Szła   brzegiem   rzeki,   najpierw   w   dół,   następnie   znowu   w   górę, 

próbowała odszukać coś w blasku księżyca, jakąś rękawiczkę lub czapkę 
brata, czy też coś innego, co mógł zgubić podczas ucieczki. Raz po raz 

background image

wzrok   sam  przesuwał  się   w   stronę   huczącego   wodospadu,   natychmiast 
jednak odwracała głowę.

Dlaczego wypchnęła go dzisiaj do szkoły, skoro tak strasznie się bał? 

Kristian jest za mały, by walczyć z całą gromadą łobuziaków, w każdym 
razie kiedy jest sam przeciwko wielu. Nauczyciel jej nie uwierzył. I co to 
pomoże,   jeśli  teraz   uwierzy,   skoro   pewnie   na   wszystko   jest   za   późno? 
Strach zaciskał jej boleśnie żołądek. Byłam głupia, Emanuel też był głupi, 
a   przecież   on   pośrednio   przyczynił  się   do   zawiści  chłopaków.   Kristian 
powinien był lepiej pilnować brata, wszyscy jesteśmy winni temu, co się 
stało.

Gwałtowny   atak   kaszlu   zmusił   ją   do   zatrzymania.   Rzęziło   jej   w 

piersiach,   lodowaty   pot   sprawiał,   że   ubranie   lepiło   się   do   ciała.   Nie 
wiedziała,  czy  to   z  wysiłku,  ze  strachu,  czy  też   dlatego,  że  wciąż  jest 
chora. Wkrótce znowu podjęła poszukiwania.

Szukała   tak   bardzo   długo,   w   końcu   jednak   postanowiła   wstąpić   do 

domu, żeby się dowiedzieć, czy przypadkiem Peder nie wrócił.

Hilda siedziała przy kuchennym stole i płakała, nie miała już siły na 

dalsze poszukiwania. Kristian zdjął z siebie przemoczone ubranie i włożył 
coś suchego. Był przygnębiony i milczący.

-   Musimy   mieć   jakąś   pomoc   -   szlochała   Hilda.   -   Musimy   prosić 

wszystkich z naszej ulicy, żeby z nami szukali.

Elise przytaknęła i odwróciła się bez słowa. Strach zaciskał jej gardło, 

sprawiał, że z trudem oddychała.

Zaczęła pukać po kolei do wszystkich drzwi, ale albo ojciec rodziny 

siedział w domu nad flaszką wina i gapił się na nią półprzytomnie, albo w 
ogóle nie było go w domu.

Jedna z gospodyń prychnęła, kiedy usłyszała, o co chodzi.
- Myślisz, że my nie przeżyliśmy tego samego? A kto nam pomagał, 

kiedy jedno z naszych dzieci zaginęło? Nie, mamy co innego do roboty niż 
szukanie   nieposłusznych   łobuzów,   dość   mamy   zmartwień   z   własnymi. 
Poza tym dzieciaki zawsze wracają, poczekaj dzień albo dwa.

W końcu Elise nie widziała innego wyjścia, jak tylko zwrócić się do 

Emanuela. Armia Zbawienia przecież zwykle pomaga, kiedy ktoś zaginie, 
a on jest jedynym członkiem Armii, którego Elise zna. Musi teraz schować 
do   kieszeni  swoją  dumę,   stłumić   lęk   przed   plotkami  i  własne   uczucia. 
Zrobił się już późny wieczór, powinna się śpieszyć, bo Emanuel pójdzie 
spać.

Kiedy znalazła się na wzgórzu, pot zalewał jej oczy. Od czasu do czasu 

kręciło się jej w głowie, czuła ból w piersiach.

background image

Na   szczęście   Emanuel   był   w   domu.   Przez   chwilę   patrzył   na   nią   z 

niedowierzaniem, po czym twarz mu się rozjaśniła.

- Elise? Jak to milo! Szybko wyjaśniła, co się stało.
- Rany boskie - wyszeptał przerażony. - Tak, natychmiast z tobą idę.
Nie włożył munduru i Elise była bardzo z tego zadowolona. Tak jest 

lepiej na wypadek, gdyby spotkali kogoś znajomego. Nie żeby się tym 
bardzo   przejmowała.  Akurat   teraz   miała   poważniejsze   zmartwienia.   W 
największym pośpiechu Emanuel znalazł naftową latarkę, ona też powinna 
była taką mieć, kiedy szukała nad rzeką.

-   Ci   chłopcy   chyba   nie   mogli   znowu   tego   zrobić...   -   Emanuel   był 

poruszony.

- Ja naprawdę nie wiem, co oni zrobili.
- Może go gdzieś zamknęli. W jakiejś wozowni albo w wychodku.
Elise   skinęła   głową,   ona   też   miała   taką   nadzieję.   Bo   w   takim   razie 

chłopiec by żył. Niezależnie od tego, jak przerażony, zdołałby wytrzymać. 
Tego była pewna.

-   A   może   ukrył   się   gdzieś   w   jakiejś   bramie   albo   na   podwórzu   - 

zastanawiał się głośno Emanuel. - Kiedy zobaczył tamtych, przestraszył 
się i w pośpiechu czmychnął do jakiejś bramy.

Elise znowu przytaknęła, ona też rozważała taką możliwość.
- I nie ma odwagi wyjść na ulicę. Teraz będzie czekał, dopóki się nie 

rozwidni. Cała noc spędzona na podwórku może go kosztować życie, jest 
przecież bardzo zimno, a Peder jest taki malutki i chudziutki.

- Musimy przeszukać wszystkie bramy po kolei.
- Ale to nam zajmie całą noc.
- Trudno, nie możemy się poddawać.
- Nie, ja się nie poddam.
Elise zaniosła się szlochem, nie próbowała już powstrzymywać płaczu. 

Myśl o tym, że Peder może siedzieć gdzieś sam, przerażony, powodowała, 
że Elise nie była w stanie się opanować. Równocześnie odczuwała też 
złość.   Gdyby   zdołała   dopaść   tych   łobuzów,   toby   im   łby   poukręcała. 
Szarpałaby ich za włosy i tłukła do krwi. Nie mogliby się czuć bezpieczni 
ani przez sekundę, prześladowałaby ich i dręczyła, mściłaby się. Muszą 
poczuć taki sam strach, jaki ściągnęli na jej małego braciszka.

- Nie płacz, Elise. - Emanuel był bardzo zmartwiony. - Znajdziemy go. 

Jutro   pójdę   do   szkoły   i   porozmawiam   z   nauczycielem.  A  jeśli   to   nie 
pomoże, pójdę na policję.

Elise nie odpowiedziała. A może jest już za późno...
Kiedy  przechodzili przez most, Elise udało się nie patrzeć w dół, w 

background image

głęboką wodę, ani na wodospad, chociaż Emanuel zatrzymał się i wolno 
oświetlał   latarką   cały   teren,   od   jednego   brzegu   rzeki   do   drugiego.   W 
każdym momencie Elise spodziewała się, że Emanuel może krzyknąć z 
przerażenia,   a   potem   rzuci   się   z   mostu   do   leżącego   na   łodzie 
nieruchomego tłumoczka.

-   Nie   wierzę,   żeby   oni   odważyli   się   znowu   to   zrobić   -   mamrotał 

Emanuel pod nosem, ale jego głos nie brzmiał zbyt pewnie. - Straszyć i 
dręczyć kogoś to jedna sprawa, ale zagonić go do...

Szli   znowu   w   dół   rzeki   drogą,   którą   Elise   dopiero   co   pokonała,   a 

ponieważ   nie   dało   to   żadnego   rezultatu,   zawrócili   w   stronę   domu. 
Zatrzymywali się przy każdej bramie i głośno wołali Pedera, szukali za 
śmietnikami, ale nikt im nie odpowiadał, nie znaleźli też nikogo.

Na ulicach było cicho i pusto, ludzie przeważnie kładli się już spać. 

Światła za firankami gasły  jedno po drugim. Gdzieś miauczał kot, a z 
jednego   podwórza   dochodziły   odgłosy   awantury,   kiedy   jednak   tam 
zajrzeli, okazało się, że to jakiś pijak okłada pięściami swoją małżonkę.

Powoli ogarniało ich uczucie bezradności.
- Może od razu powinienem pójść na policję. - Emanuel zwrócił się w 

stronę Elise. - Powinni wysłać swoich ludzi na poszukiwania.

- A oni ci z pewnością odpowiedzą, że mają co innego do roboty niż 

szukanie   nieposłusznych   dzieciaków.   W   każdym   razie   zlekceważą   cię, 
kiedy im powiesz, gdzie mieszkamy.

Emanuel milczał, widocznie myślał to samo.
- Ale ja się nie poddam, Elise. Jeśli ty marzniesz albo jesteś zmęczona, 

to powinnaś iść do domu i trochę odpocząć. Dopiero co byłaś poważnie 
chora, musisz uważać. Elise zdecydowanie potrząsnęła głową.

- Nie poddam się, dopóki go nie znajdziemy. Przez jakiś czas szli w 

milczeniu.

- Uważam, że nie zrozumiałem powagi sprawy - powiedział po chwili 

Emanuel.   -   Nie   byłem   w   stanie   uwierzyć,   że   jakaś   plotka   może 
doprowadzić   do   czegoś   takiego.   Widocznie   muszę   się   jeszcze   dużo 
nauczyć.

- Zło istnieje wszędzie, nie tylko wśród biednych. Z pewnością bogaci 

też żywią zawiść.

- Prawdopodobnie tak. Ale wydaje mi się dziwne, że ci tutaj są zawistni 

wobec kogoś, komu powodzi się równie źle jak im. Sądziłbym raczej, że 
będą zazdrośni wobec ludzi, którzy mieszkają na Oscarsgate.

- Tamci należą do innego świata, my się nigdy z nimi nie porównujemy. 

Świat składa się z bogatych i biednych, tak po prostu jest. Ale jeżeli ktoś z 

background image

naszych dostanie więcej niż inni, wtedy rodzi się zawiść. Zwłaszcza jeśli 
uważają, że nie zasłużył sobie na to albo że coś wyłudził. Lub że działał 
nieuczciwie.

- Ale przecież to ciebie nie dotyczy, Elise.
- Nie ma znaczenia, co ty  o tym myślisz, dopóki oni wierzą, że tak 

właśnie jest.

Emanuel westchnął ciężko. Elise poczuła się niewdzięczna.
- Bardzo się cieszę, że pomogłeś wtedy Pederowi. I że pomagasz Annie.
- Major uważał, że powinniśmy przeznaczyć pieniądze na lekarstwa dla 

niej. Ona i tak zmaga się z bardzo trudnym losem.

- No właśnie, a mimo wszystko jest taka dobra i pozytywnie nastawiona 

do świata. Rozumiesz, jak ona sobie z tym radzi?

Zbliżyli   się   do   kolejnej   bramy,   otworzyli   ją,   weszli   na   podwórze   i 

zaczęli wołać, ale nie doczekali się odpowiedzi.

Emanuel obszedł podwórze z latarką, świecił nawet w okna piwnicy.
Elise   zaczynała   wątpić,   czy   kiedykolwiek   znajdą   Pedera.   Głęboko 

wciągnęła powietrze.

- Jak myślisz, Emanuelu, co się stało?
- Myślę, że on się gdzieś ukrył i że w końcu go znajdziemy. - Powiedział 

to zdecydowanie i z wielką pewnością, tym samym wzbudził w niej nową 
odwagę.

Elise kaszlała przez cały czas poszukiwań, ale teraz ataki były coraz 

częstsze i coraz bardziej gwałtowne. Emanuel zatrzymał się.

-   Elise,   Pederowi   nic   nie   pomoże,   jeśli   się   znowu   rozchorujesz. 

Pójdziesz więc teraz do domu, a ja dalej będę szukał sam. Ja nie marznę, 
jestem zdrowy i jedna noc bez snu to dla mnie nic.

Elise   miała   zamiar   protestować,   ale   kolejny   napad   kaszlu   jej   to   i 

uniemożliwił. Przez chwilę nie mogła wykrztusić ani słowa. Kiedy kaszel 
się nareszcie uspokoił, Emanuel oznajmił stanowczo:

- Naprawdę nie ma sensu, żebyśmy tu chodzili oboje. Jeśli się poważnie 

rozchorujesz,   to   nie   będziecie   mieli   z   czego   żyć,   a   Peder   będzie   miał 
jeszcze jeden powód do zmartwienia. Idź więc teraz do domu, a ja od 
czasu do czasu będę przychodził i mówił, jak się sprawy mają.

- Ale ja nie potrafię siedzieć spokojnie w kuchni i czekać. To już lepiej 

zostanę z tobą.

- Wróć przynajmniej do domu i ugotuj sobie gorącej zupy mlecznej. Jak 

się najesz i rozgrzejesz, to znowu do mnie przyjdziesz.

Elise   ponownie   chciała   zaprotestować,   ale   nagle   pociemniało   jej   w 

oczach. Chwyciła go za ramię, żeby nie upaść.

background image

-   No   i   widzisz?   -   w   głosie   Emanuela   zabrzmiała   troska.   -   Jeśli   tu 

zostaniesz, to mi zemdlejesz. Odprowadzę cię teraz do drzwi, a po jakimś 
czasie przyjdę i powiem, co się dzieje.

Elise  zrozumiała,  że Emanuel ma  rację. Niechętnie  skierowała  się  w 

stronę Andersengarden.

Dokładnie w chwili, kiedy mijali narożnik ulicy, usłyszeli przed sobą 

jakieś głosy. Emanuel uniósł latarkę.

Przed nimi szli dwaj mali chłopcy, jeden trzymał drugiego za ramiona.
Elise natychmiast poznała obu.
- Peder! - rzuciła się do nich z takim zapałem i z taką ulgą, że miała 

wrażenie, iż unosi się w powietrzu. - Peder! Evert! Zaczekajcie!

Chłopcy   usłyszeli   wołanie   i   momentalnie   przystanęli.   Przez   sekundę 

wyglądało na to, że Peder zamierza rzucić się do ucieczki w przeciwnym 
kierunku, zaraz jednak spostrzegł, kto go woła.

- Elise! - pobiegł siostrze na spotkanie i wylądował w jej objęciach. Oną 

tuliła go do siebie, śmiejąc się i płacząc na przemian, szlochała z ulgą i z 
trudem wciągała powietrze.

Evert zbliżał się do nich z wahaniem. Elise trzymała Pedera jedną ręką, 

drugą wyciągnęła do Everta.

- Nigdy w życiu tak się z niczego nie cieszyłam - szlochała, obejmując 

Everta. - Tak strasznie się bałam.

- Evert mnie uratował, Elise. Usłyszał, że płaczę, więc we-mknął się do 

bramy i znalazł mnie za śmietnikiem. Gdyby nie przyszedł, to bym tam 
siedział   przez   całą   noc.   -   Chłopiec   pociągał   nosem,   ocierał   oczy   ręką 
kurtki   i   opowiadał   z   przejęciem:   -   Słyszałem,   jak   szczury   hałasują   w 
śmietniku,   i   myślałem,   że   przyjdą,   żeby   wydrapać   mi   oczy,   ale   tak 
strasznie bałem się Pingelena i tamtych, że nawet wtedy nie odważyłem 
się ruszyć.

- Siedział i cały się trząsł - wtrącił Evert z takim samym przejęciem. - 

Oni go gonili przez cały czas, odkąd szkoła się skończyła.

- Siedziałeś za tym śmietnikiem od czasu, kiedy szkoła się skończyła? - 

Elise spoglądała na brata z niedowierzaniem.

- Nie przez cały czas. Tylko prawie. Nogi mi tak strasznie zmarzły, że 

wcale ich nie czuję.

- Chodźcie, pośpieszmy się do domu, resztę opowiecie nam później.
Elise zwróciła się do Emanuela.
- Mam nadzieję, że pójdziesz z nami i też zjesz coś ciepłego? On wahał 

się przez krótką chwilę, po czym skinął głową.

- Jeśli uważasz, że to wypada...

background image

- Oczywiście, że wypada. Pomagałeś mi przecież szukać brata przez 

cały wieczór.

Kiedy weszli do mieszkania, Kristian leżał już w łóżku, Hilda jednak 

siedziała   przy   kuchennym   stole   i   cerowała   skarpety.   Twarz   miała 
zapuchniętą   od   płaczu.   Zerwała   się   natychmiast   i   oplotła   ramionami 
Pedera, szlochając w jego rozczochraną czuprynę.

- Tak strasznie się o ciebie bałam, Peder. Gdyby ci się coś stało, nigdy w 

życiu nie zaznałabym już radości.

Pod   kuchnią   palił   się   ogień.   Elise   kazała   Pederowi   i  Evertowi  zdjąć 

mokre skarpety i powiesić je na sznurku do suszenia. Evert dostał suche 
skarpetki, natomiast Peder został otulony w wełniany koc. Emanuel zszedł 
na dół, żeby przynieść więcej drewna, Hilda gotowała zupę mleczną.

Drzwi do izby otworzyły się i Kristian wysunął głowę. Mrużył oczy pod 

światło, po chwili spostrzegł Pedera.

- Gdzieś ty się podziewał, Peder?
-   Pingelen   i   tamci,   wiesz,   gonili   mnie.   Bałem   się   tak   strasznie,   że 

schowałem się na jakimś podwórzu, ukryty za śmietnikiem. Siedziałem 
tam przez cały dzień. Gdyby nie Evert, to bym tam jeszcze był.

Elise zwróciła się do Everta.
- Czy Hermansen wie, gdzie jesteś? Evert potrząsnął głową.
- On jest pijany.
- A kiedy masz się przeprowadzić do pani Berg?
- Jutro albo pojutrze, to zależy od tego, kiedy Hermansen wytrzeźwieje i 

pomoże   mi   spakować   rzeczy.  Nie   ma   tego   dużo   i  chyba   mógłbym  się 
przeprowadzić bez nich.

Elise zmarszczyła czoło i patrzyła na niego zamyślona.
- Jak Hermansen przyjął wiadomość, że masz się wyprowadzić?
- Wściekł się niczym tur. Powiedział, że obije i ciebie, i żołnierza.
Zerknął na nią niespokojnie, czy nie powiedział czegoś złego.
- W takim razie proponuję, żebyś przenocował u nas, a jutro odprowadzę 

cię do pani Berg. Kiedy zaczynasz szkołę?

- W przyszłym tygodniu.
- Świetnie. To pomożesz Kristianowi opiekować się Pederem.
- Evert nie jest ode mnie większy - protestował Peder urażony.
- Nie, ale przeżył tyle, że wcześnie musiał dorosnąć. On ci się naprawdę 

może bardzo przydać, Peder.

Emanuel   przyszedł   z   naręczem   drewna,   wkrótce   wszyscy   usiedli   do 

stołu. Peder siedział na kolanach Elise, ponieważ mieli za mało stołków.

- Teraz wyglądamy jak duża rodzina - oznajmił zadowolony Peder. - 

background image

Mama i tata, i czworo dzieci.

Hilda posłała mu gniewne spojrzenie.
- Mnie też zaliczasz do dzieci?
- Dziecko, które jest w ciąży - prychnął Kristian.
Hilda   zrobiła   się   czerwona,   Peder   i   Evert   zachichotali,   Emanuel   nie 

wiedział, co powiedzieć, a Elise była zła i równocześnie chciało jej się 
śmiać.

-   To   raczej   Hilda   powinna   być   matką   -   Peder   próbował   ratować 

niezręczną sytuację.

Evert zerkał na Emanuela.
- No to wtedy żołnierz by musiał... - umilkł nagle i spojrzał na Elise 

zawstydzony.

-  A  ja   uważam,   że   jesteśmy   dużą   gromadą   rodzeństwa   -   stwierdziła 

Elise. - Czterech braci i dwie siostry, niektórzy mali, niektórzy więksi.

Peder uśmiechnął się do Emanuela.
- No to jesteś moim starszym bratem.
- Bardzo chętnie.
- A ty jesteś moim młodszym bratem - ciągnął Peder, posyłając Evertowi 

pełen zadowolenia uśmiech.

- Mam tyle samo lat co ty! - zaprotestował Evert.
- No to jesteście bliźniakami - stwierdziła Elise. - Ale czy zdajecie sobie 

sprawę, że to już prawie północ? Chociaż jutro jest niedziela, to musimy 
się   wyspać,   bo   mamy   odwiedzić   mamę,   a   w   poniedziałek   Hilda   i   ja 
idziemy do fabryki, wy natomiast pójdziecie do szkoły, więc też musicie 
się wyspać.

Emanuel wyjął kieszonkowy zegarek.
- Tak, dochodzi północ.
Elise zauważyła, że Peder zesztywniał w jej objęciach. Atmosfera przy 

stole była taka miła, że dziewczyna prawie zapomniała o tym, co się stało 
dzisiejszego dnia.

Emanuel też to zauważył.
-   W   poniedziałek   ja   pójdę   z   tobą   do   szkoły,   Peder.   Włożę   swój 

najładniejszy garnitur, wypucuję buty do połysku, będę miał białą koszulę 
z krawatem i kapelusz. Nikt się nie domyśli, że jestem tym osławionym 
„żołnierzem Armii  Zbawienia".   -  Uśmiechnął  się   dziwnym  uśmiechem, 
który   wyrażał   rozbawienie,   ale   równocześnie   coś   jakby   urazę   i 
skrępowanie.   -   I   odbędę   poważną   rozmowę   zarówno   z   twoim 
nauczycielem, jak i z dyrektorem.

Elise poczuła, jak chude chłopięce ciało się rozluźnia.

background image

- Naprawdę? - w jego głosie słychać było niedowierzanie i nadzieję. 

Zwrócił twarz w stronę Elise. - Słyszysz, Elise? On pójdzie ze mną do 
szkoły.

- Bardzo się z tego cieszę, Peder - posłała Emanuelowi spojrzenie pełne 

wdzięczności.   -   Nie   wiem,   czy   odważyłabym   się   wyprawić   cię   tam 
samego   -   mówiła   dalej,   całując   Pedera   w   kark.   -   Gdybyś   jednak   nie 
poszedł,   to   istniałoby   ryzyko,   że   cię   skreślą,   a   przecież   bez   szkoły 
człowiek do niczego na tym świecie nie dojdzie.

- I wtedy do końca życia pozostanie wozakiem. Tak powiedziała Magda 

- wtrącił Evert.

- No właśnie, unikniesz tego dzięki Emanuelowi. - Elise spojrzała na 

Emanuela i znowu poczuła nieskończoną wdzięczność w imieniu i Everta, 
i Pedera. - Co by się z nami stało, gdybyśmy cię nie mieli - dodała z 
uśmiechem.

Zarumieniła się, oczy jej błyszczały z radości.
- Ale teraz musicie iść do łóżek, chłopcy. Wyjmiemy mój stary materac. 

- Znowu zwróciła się do Emanuela. - Czy możemy przenocować Everta 
bez zawiadamiania Hermansena, jak myślisz?

Emanuel wstał od stołu.
- Wstąpię do niego w drodze do domu. Jeśli się z nim nie rozmówię, to 

zostawię mu kartkę w drzwiach.

Chłopcy i Hilda zniknęli w izbie, Emanuel szykował się do wyjścia.
Elise wyciągnęła do niego rękę na pożegnanie.
- Stokrotne dzięki za pomoc. Naprawdę nie wiem, jak bym sobie dała 

radę bez ciebie w ten straszny wieczór.

- No widzisz, a przecież chłopcy wrócili do domu bez mojej pomocy - 

bąknął skrępowany.

-   Owszem,   ale   ty   pomogłeś   mi   przetrwać.   Naprawdę   byłam   bliska 

załamania. - Wciąż trzymał jej rękę i patrzył jej w oczy. Elise widziała, że 
chce coś powiedzieć, ale powstrzymała go. - Bardzo chcę, żebyś był moim 
przyjacielem, Emanuelu. Chyba rozumiesz, jak strasznie się bałam.

Emanuel skinął głową.
- Teraz to wiem.
Nagle zarzucił jej ręce na szyję i przytulił do siebie mocno. Ale równie 

szybko wypuścił ją z objęć, odwrócił się i poszedł do drzwi.

Elise stała i patrzyła w ślad za nim. Przepełniały ją trudne do określenia 

uczucia.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Zabrali Everta ze sobą do sanatorium w Grefsen. Elise obawiała się, że 

Hermansen   mógłby   spuścić   chłopcu   lanie   za   to,   że   nie   wrócił 
poprzedniego wieczoru do domu, chociaż został mu tylko jeden dzień do 
przeprowadzki.

W powietrzu czuć było wiosnę. Wróble ćwierkały, śnieg kapał z dachów, 

słońce świeciło na czystym niebie. Zapach mokrej ziemi i nawozu drażnił 

background image

nosy,   kiedy   mijali   jakąś   chłopską   zagrodę,   a   na   wolnych   od   śniegu 
kawałkach ziemi chłopcy grali w piłkę, dziewczynki natomiast bawiły się 
w piekło i niebo. Zmiana dokonała się w ciągu zaledwie kilku godzin, tak 
się ta ponura zima zmieniała, przechodziła w wiosnę, a potem znowu na 
krótko wracał chłód.

-   Cieszmy   się   wiosną,   dopóki   ją   mamy   -   zawołała   Elise,   wdychając 

świeże   powietrze   i   wszystkie   wspaniałe   zapachy.  -  Niedługo   zakwitnie 
podbiał, nad ogrodami będzie się unosił zapach dymu z palonych liści. 
Kocham ten zapach, bo on zapowiada lato.

Peder spoglądał na nią zdumiony.
- Dlaczego oni palą ogniska na dworze? Czy nie potrzebują chrustu na 

podpałkę?

- Oni palą nie tylko gałązki, lecz także liście. A liście trzeba szybko 

usunąć, żeby trawa mogła rosnąć.

Paru   chłopców   dalej   przy   drodze   wyciągało   szyje   i   przyglądało   się 

idącym.

Peder wziął Elise za rękę.
- To nie oni, Peder. To tylko jacyś ciekawscy, którzy dziwią się, że jest 

nas tak wielu.

- I dlatego, że nie jesteśmy ubrani tak jak oni - dodał Evert.
- Tym nie będziemy się przejmować.
Minęli gromadkę chłopców i nic się nie stało. Elise mocno trzymała rękę 

Pedera, czuła, że mała piąstka drży.

- Czy Evert może pójść z nami do Tivoli, Elise? - spytał nagle Peder, 

kiedy odeszli już daleko od tamtych i chłopiec powoli się rozluźniał.

- Pewnie, oczywiście, że Evert może z nami pójść, przecież to on cię 

uratował wczoraj wieczorem.

Peder uśmiechnął się zadowolony.
- I żołnierz też pójdzie?
- Powinieneś już skończyć z tym „żołnierzem". On się nazywa Emanuel 

Ringstad. Powinieneś mówić „pan Ringstad". Kiedy jutro pójdzie z tobą 
do szkoły ubrany w swoje najładniejsze rzeczy, będzie wyglądał jak pan z 
bogatych   domów   na   Karl   Johan.   Wtedy   dopiero   tamte   łobuzy   zrobią 
wielkie oczy.

Peder roześmiał się, ale zaraz znowu spoważniał.
- Ale myślisz, że nie będą zazdrośni?
- O niego nie.
- Ja tego nie rozumiem. Zbliżali się już do sanatorium.
Elise głęboko wciągnęła powietrze, wyprostowała się i uniosła w górę 

background image

brodę.

W pokoju przyjęć siedziała jakaś nieznajoma pielęgniarka. Zlustrowała 

ich od stóp do głów tak, jak to robiła poprzednia, i nie popatrzyła na nich 
łagodniejszym wzrokiem, kiedy usłyszała, że naprawdę przyszli odwiedzić 
jedną z płacących pacjentek. Powiedziała, żeby poczekali na zewnątrz, a 
sama poszła sprawdzić, czy ewentualnie mogliby się przywitać z mamą.

- Ona jest zła - Peder uporczywie patrzył siostrze w oczy.
- Cii, Peder. Jeśli ktoś usłyszy, co wygadujesz, to może nie pozwolą nam 

wejść do środka.

- Ale przecież ja mówię tylko prawdę.
- Nie zawsze prawdę trzeba mówić tak głośno.
- To uważasz, że powinienem kłamać?
- Powinieneś milczeć.
Przed wejściem zatrzymał się powóz, z którego wysiadła dama w jasnej, 

szerokiej jedwabnej sukni, wyszywanej perełkami pelerynie i w dużym 
kapeluszu z kwiatami. Pomagał jej stangret. Zaraz za nią wysiadł pan w 
długim czarnym surducie, cylindrze i z laseczką ze srebrnymi okuciami. 
Oboje   państwo   posłali   w   stronę   Elise,   Hildy   i   chłopców   pogardliwe 
spojrzenie, a potem pośpiesznie odwrócili głowy. Kiedy ich mijali, pan się 
zatrzymał.

- Czy wy znajdujecie się we właściwym miejscu, dzieci?
-   Idziemy   odwiedzić   naszą   mamę.   -   Peder,   który   zazwyczaj   był 

nieśmiały, teraz stał z rękami na plecach i patrzył na mężczyznę z odwagą.

- W takim razie uważam, że trafiliście źle. To jest prywatne sanatorium.
- Ale za naszą mamę płaci jeden pan - mówił niczym niezrażony Peder.
- Ach tak. - Mężczyzna sprawiał wrażenie zaskoczonego. - To dziwne - 

mruknął i zaczął wchodzić po schodach.

W   tej   samej   chwili   w   drzwiach   ukazała   się   pielęgniarka.   Kiedy 

spostrzegła   eleganckich   państwa,   nie   bardzo   wiedziała,   co   zrobić. 
Uprzejmie   przywitała   parę,   potem   zwróciła   się   pośpiesznie   do   Elise:   - 
Chodźcie   ze   mną   do   innego   wejścia.   -   Potem   zbiegła   ze   schodów   i 
energicznym   krokiem   okrążyła   budynek,   prowadząc   ich   za   sobą   do 
bocznych   drzwi.   Wkrótce   znaleźli   się   na   wąskich   schodach,   którymi 
wchodzili również poprzednim razem.

Matkę już wywieziono na korytarz. Siedziała wyprostowana na łóżku, 

wyglądała na zadowoloną i miała rumieńce na twarzy.

-   Witajcie,   dzieciaki.   Jak   dobrze   was   widzieć.   Liczę   dni   do   każdej 

niedzieli.

Uściskali   ją   wszyscy,   ale   bardzo   ostrożnie,   jakby   była   z   porcelany, 

background image

skrępowani i trochę zawstydzeni. Nie zdołali się jeszcze przyzwyczaić do 
jej   widoku   w   takich   niezwykłych   okolicznościach,   gdzie   wszystko   jest 
takie białe, świeżo wyprasowane i obce.

- No i co tam u was słychać? - mama spoglądała to na jedno, to na 

drugie i zatrzymała wzrok na Evercie. - Jak to miło, że ty też chciałeś do 
mnie przyjść, Evert.

-  Jestem  tu   dlatego,   że   uratowałem  Pedera.   -  Evert  nie   miał  odwagi 

nawet na nią spojrzeć, stał z czapką w rękach i miętosił ją palcami.

- Uratowałeś Pedera? - Mama miała przerażoną minę, spojrzała pytająco 

na Elise.

Elise nie wiedziała, co zrobić, miała nadzieję, że uniknie opowiadania 

mamie o tym, co się stało.

-   Bo   on   się   bał   paru   większych   chłopaków   i   ukrył   się   na   jednym 

podwórzu. Evert go tam znalazł.

Matka wyciągnęła chudą białą rękę i położyła ją na ramieniu Pedera.
- Dlaczego się ich bałeś, Peder, mój synku?
Elise stanęła tak, żeby mama nie mogła widzieć jej twarzy, i dawała 

znaki głową Pederowi.

Na szczęście chłopiec zrozumiał, o co jej chodzi.
-   Dlatego,   że   Pingelen   jest   głupi.   On   mówi,   że   Elise   zaleca   się   do 

żołnierza.

- Słyszałeś kiedyś takie głupstwa? Nie przejmuj się tym, Peder. Oni są 

po prostu zazdrośni. Takie zaczepki chyba możesz znieść, żeby ci tylko nie 
zrobili nic złego.

Peder   kiwał   głową,   wpatrując   się   w   białą   pościel.   Elise   wstrzymała 

oddech, ale na szczęście brat powstrzymał się od dalszych wyjaśnień.

Mama puściła ramię Pedera i zwróciła się do Kristiana.
- A co tam u ciebie, Kristian? Wydaje mi się, że dzisiaj jesteś jakiś blady.
Kristian zacisnął swoje kościste dłonie na jej kołdrze.
- Wczoraj wieczorem poszliśmy późno spać.
- Późno poszliście spać? A coś się stało?
- Mieliśmy gości.
Peder zabrał głos, a twarz promieniała mu z przejęcia.
- Byliśmy my wszyscy - pokazał ręką na Hildę, Elise, Kristiana, Everta i 

na siebie samego - a poza tym jeszcze żołnierz.

Matka posłała najstarszej córce zdumione spojrzenie.
- To kapitan Ringstad też tam był? Elise niechętnie skinęła głową.
- Pomagał nam szukać Pedera i dlatego go zaprosiliśmy.
Mama kręciła głową, sprawiała wrażenie bardzo zdziwionej. - Jakie to 

background image

dziwne,   że   ten   człowiek   pojawił   w   naszym   życiu   akurat   wtedy,   kiedy 
potrzebowaliśmy   go   najbardziej.   Najpierw   umarł   ojciec,   potem   Johan 
znalazł się w więzieniu, a kiedy zostaliście sami...

-   Opowiedz   nam   trochę   o   tym,   jak   ci   tutaj   jest   -   Elise   pośpiesznie 

zmieniła temat. Bała się, żeby Peder, Kristian czy Evert nie wyrwali się z 
czymś, kiedy nadal będą opowiadać o Emanuelu.

- Mnie tutaj jest dobrze. - Skierowała twarz w stronę Hildy. - Musisz go 

pozdrowić   jeszcze   raz   i   powiedzieć,   jak   bardzo   jestem   wdzięczna. 
Wszyscy są tacy życzliwi, siostry to prawdziwe anioły, zresztą lekarze też.

-   Czy   oni   nie   protestują,   że   jesteś...   to   znaczy...   że   ty   nie...?   -   Nie 

wiedziała, jak się wyrazić, liczyła jednak na to, że matka zrozumie.

- Niewielu zna prawdę. Na szczęście nauczyłam się ładnie mówić, kiedy 

przyjechałam   do   Kristianii.   -   Zwróciła   się   teraz   do   chłopców.   - 
Zapamiętajcie to sobie, dzieci. Kiedy będziecie więksi, musicie nauczyć 
się ładnie mówić, tak jak Elise i Hilda. Wtedy będziecie mieć większe 
szanse na znalezienie lepiej płatnej pracy.

- Lorang mówi, że to głupota - Peder patrzył matce w oczy z bardzo 

zdecydowaną miną.

- To nie jest głupota - przerwała mu Hilda. - Przypomnij sobie, co mi 

opowiadałeś o Szwedzie Andersie. Gdyby mówił tak jak my, nikt by się 
nie domyślił, że on przyjechał ze Szwecji, i nikt by go nie prześladował.

- A ktoś go prześladował? - matka przenosiła wzrok z jednego dziecka 

na drugie.

Kristian prychnął.
- A czy to takie dziwne? Do diabła, przecież to jeden z tych paskudnych 

Szwedów.

- Kristian, coś ty! - matka patrzyła na niego z wyrzutem. - To nie jego 

wina, że pochodzi ze Szwecji.

Elise  nadal  się  bała,  że rozmowa  może  wrócić  do ostatnich  przygód 

Pedera.

- Evert ma  się przeprowadzić do pani Berg - wtrąciła pośpiesznie. - 

Hermansen   nie  ma   prawa  dłużej  się   nim  zajmować,  ponieważ  przepija 
wszystkie pieniądze z gminy.

Matka patrzyła na nią zdumiona.
- Kto tak powiedział?
- Kapitan Ringstad poszedł do biura gminy i zwrócił radzie opiekuńczej 

uwagę na to, jak żyje Evert. W naszej okolicy jest ponad sto dzieci pod 
opieką   gminy   i   rada   opiekuńcza   powinna   przynajmniej   raz   w   roku 
kontrolować   każdy   przypadek,   ale   sytuacji   Everta   nie   skontrolowali. 

background image

Nauczyciel też powinien był wysłać do nich zawiadomienie, ale tego nie 
zrobił. A w przepisach gminy mówi się wyraźnie, że jeśli pieniądze nie są 
wydawane   na   potrzeby   dziecka,   gmina   musi   być   natychmiast   o   tym 
powiadomiona.

- Ale kapitan Ringstad poradził sobie i z tym - uśmiechnęła się matka. - 

Jakie to błogosławieństwo dla nas wszystkich, że go mamy. Podziękuj mu 
ode mnie, Elise. - Matka uśmiechnęła się do Everta. - Teraz będzie ci 
dobrze, Evercie. Pani Berg to bardzo miła osoba. Co prawda niedowidzi i 
źle słyszy, ale nie będzie cię bić ani krzywdzić. W każdym razie dopóki 
będziesz się zachowywał przyzwoicie. t

Evert zamyślił się na chwilę. Potem powiedział niepewnie: - A co to 

znaczy zachowywać się nieprzyzwoicie?

-   To   znaczy   nie   słuchać   starszych.   Nie   wolno   ci   kłamać,   kraść   ani 

przeklinać, musisz też robić wszystko, co pani Berg ci każe, wracać do 
domu o czasie, który ci wyznaczyła.

- Hermansen mówi, że to grzech grać w niedzielę w karty, ale drobna 

kradzież nie jest bardzo niebezpieczna.

Matka patrzyła na niego z powagą.
- I tutaj Hermansen się myli, Evercie. Zobacz, co się stało z Johanem. 

Teraz siedzi zamknięty w lodowatej celi w twierdzy Akershus i będzie 
musiał tam siedzieć przez cztery lata dlatego, że był taki głupi i wyciągnął 
rękę po coś, co należało do innych.

-   Mamo,   przestań...   -   Elise   posłała   jej   gniewne   spojrzenie.   -   Johan 

przecież nie kradł. On tylko stał na czatach z rowerem.

-   Na   jedno   wychodzi.   Był   z   tymi,   którzy   dokonali   kradzieży.   Elise 

milczała. Nie przywykła do takiego zachowania matki.

Nie mogła zrozumieć, dlaczego nagle matka też odwraca się od Johana. 

Chyba nie tylko dlatego, że popełnił fałszywy krok, bo przecież zawsze 
wiedziała, jaki właściwie Johan jest uczciwy i porządny.

Wolno   zbliżała   się   do   nich   pielęgniarka,   jakby   nie   chciała   ich 

wypraszać, ale wiedziała, że musi.

Wszyscy po kolei uściskali matkę, pomachali jej na pożegnanie i zbiegli 

ze schodów. Dzisiaj jakoś łatwiej było im stąd odchodzić niż w ubiegłą 
niedzielę.

Elise szła w milczeniu i myślała o tym, co powiedziała matka. Czy ona 

rzeczywiście uważa Johana za złodzieja? Nigdy by jej to nie przyszło do 
głowy. Jeśli ktoś powinien zrozumieć, dlaczego Johan uległ takiej pokusie, 
to właśnie matka.

Resztę niedzieli spędzili razem w domu. Elise musiała łatać ubrania i 

background image

robiła to z ciężkim sumieniem. Matka nauczyła ją, że praca w niedzielę to 
grzech, potrzebowała jednak dziennego światła, żeby lepiej widzieć, poza 
tym wieczorami zwykle jest zbyt zmęczona.

Hilda   powoli   zaczynała   się   przygotowywać   do   tego,   co   miało   się 

zdarzyć   latem.   Poszła   do   organizacji   „Ubrania   dla   Biednych   Dzieci"   i 
dostała   tani  materiał  na  pieluchy   i  ubranka   oraz   flanelę   na   pościel  dla 
dziecka.   Dostała   też   długi   kawałek   „listwy",   jak   to   nazywają,   czyli 
kawałek   materiału   służący   do   zawijania   noworodka.   Teraz   siedziała   i 
obrębiała   pieluchy.   Dziwnie   było   patrzeć   na   nią   pochyloną   nad 
niemowlęcymi ubrankami. Dopiero od niedawna prawda zaczynała do niej 
docierać,   myśl   o   mającym   się   narodzić   dziecku   nie   była   już   taka 
nieprawdopodobna. Za niecałe cztery miesiące w izbie na trzecim piętrze 
Andersengarden rozlegać się będzie płacz dziecka. Może nie będzie tak 
źle,   pocieszała   się   Elise.   Może   wszyscy   będziemy   się   nim   zajmować, 
będziemy się kłócić, kto pierwszy ma trzymać dziecko na rękach.

To,  co   do  niedawna   rysowało   się   jako   straszne   nieszczęście,   nabrało 

innego   wymiaru,   kiedy   pojawiło   się   wiosenne   słońce   i   ciepło   wolno 
wracało do ciał przemarzniętych ludzi. Żeby tylko Pan Bóg pozwolił, by 
dziecko urodziło się zdrowe i dobrze zbudowane. Peder będzie miał czym 
się zajmować, on, który takim czułym wzrokiem patrzy na każdego wróbla 
i małą myszkę, może nawet Kristian trochę złagodnieje i wyzbędzie się 
swojej upartej miny.

Dobrze   wiedziała,   że   inni   zapatrują   się   odmiennie   na   tę   sprawę, 

zwłaszcza   w   domach,   gdzie   jest   ośmioro   lub   dziewięcioro   maleńkich 
dzieci,   a   matki   są   zmęczone   ich   krzykiem,   nieustannym   praniem   i 
niedosypianiem.   Nic   więc   dziwnego,   że   jedna   czy   druga   niezamężna 
dziewczyna z fabryki wybiera się pod osłoną nocy do pewnego domu przy 
Mellergata, gdzie chętne ręce udzielają jej pomocy, ale w ich rodzinie, w 
której dwie osoby pracują i mogą jeszcze liczyć na pomoc ojca dziecka, 
który chętnie dołoży parę koron, gdyby było trzeba, można w rosnącym 
brzuchu   Hildy   widzieć   nie   tylko   wstyd   i   tragedię.   Elise   już   przedtem 
myślała,   że   dziecko   wbrew   wszystkiemu   może   się   stać 
błogosławieństwem, jeśli tylko jego ojciec zechce płacić.

Ciekawe tylko, czy dziewczyny w fabryce to rozumieją? Każda inna 

robotnica, której przytrafiło się „nieszczęście", jest wyrzucana, jak tylko 
nadzorca zorientuje się, co się święci. Fakt, że Hilda nadal pracuje jako 
pomocnica, chociaż każdy widzi, że zostało jej już tylko parę miesięcy, 
oznacza, że jest faworyzowana. Dziewczyny muszą się zastanawiać, kto ją 
ochrania.

background image

Tej   nocy   Peder   spał   dobrze,   jego   zaufanie   do   Emanuela   było 

bezgraniczne. W poniedziałek rano, kiedy syrena fabryczna obwieściła, że 
wybiła   szósta   i   Elise   musiała   wyjść,   patrzył   na   nią   spokojnie   i   z 
uśmiechem.

- Możesz iść, Elise. Ja się nie boję. Żołnierz, to znaczy pan Ringstad, 

zaraz tu przyjdzie i mnie zabierze.

Żeby tylko nie zaspał, pomyślała Elise, ale starała się ukryć zatroskanie. 

Emanuel nie przywykł wstawać o piątej rano tak jak robotnicy. Zresztą 
pewnie też i nie o siódmej, zastanawiała się. Lekcje w szkole zaczynają się 
o ósmej.

Kiedy  jednak  wróciła  wieczorem do  domu,  wybiegł  jej  na  spotkanie 

rozpromieniony Peder.

- Powinnaś była zobaczyć nauczyciela, Elise. Kłaniał się i przepraszał, 

jakby żołnierz, to znaczy pan Ringstad, był królewiczem, a może nawet 
następcą tronu.

Elise nie mogła powstrzymać uśmiechu. Peder wyciął z gazety zdjęcie 

następcy tronu i przykleił na ścianie w kuchni. W jego przekonaniu był to 
najpotężniejszy   człowiek   na   świecie.   Peder   nie   wiedział,   że   być   może 
Norwegia odłączy się od Szwecji i zostaną wtedy bez następcy tronu. Nie 
rozumiał   też,   dlaczego   chłopcy   w   szkole   prześmiewają   się   ze   Szweda 
Andersa ani dlaczego tak wielu ludzi Szwedów nienawidzi.

-   No   i   co   zrobił   nauczyciel?   -   spytała   zaniepokojona.   Rozmawiał   z 

Pingelenem   i   tamtymi   pozostałymi,   powiedział,   że   wezwie   policję   do 
szkoły, jak będą mnie wpychać do rzeki. I wtedy tamci pójdą do więzienia 
albo do domu dziecka i nigdy więcej nie będą się mogli bawić na ulicy. 
Elise zmartwiona zmarszczyła czoło.

- A jak oni to przyjęli?
- Pan Ringstad przyszedł do mnie po lekcjach i odprowadził mnie do 

domu. Tamci stali i gapili się na jego wyglansowane buty, czarne ubranie i 
piękny   kapelusz.   Myślę,   że   oni   też   uważali   go   za   następcę   tronu.   W 
każdym razie myśleli, że to musi być jakiś dyrektor.

Elise odetchnęła z ulgą. To chyba rzeczywiście jedyna możliwość, by 

uwolnić Pedera od prześladowców. Jeśli zrozumieją, że stoi za nim ktoś 
silny, nie odważą się go więcej zaczepić. Z głęboką wdzięcznością myślała 
o Emanuelu.

Następnego wieczoru Agnes znowu przyszła z wizytą. Oczy jej lśniły, 

policzki płonęły.

- Koniecznie muszę z tobą porozmawiać, Elise. Czy mogłybyśmy się 

trochę przejść?

background image

- Możemy iść do izby. Peder i Kristian muszą odrabiać lekcje. Zostawiła 

drzwi   do   izby   otwarte,   by   wpuścić   tam   trochę   ciepła,   i   z   wyrzutami 
sumienia  zapaliła naftową lampę, ale  nie była w stanie  znieść myśli o 
wyjściu na dwór. Wciąż paskudnie kaszlała.

- A nie możesz zamknąć drzwi?  - Agnes mówiła szeptem, sprawiała 

wrażenie bardzo podnieconej.

- No ale tutaj jest chyba za zimno?
- Nie szkodzi, muszę z tobą porozmawiać w cztery oczy. Jeśli Peder i 

Kristian usłyszą, o czym mówię, będą się ze mnie wyśmiewać. A może 
rozpowiedzą o tym innym ludziom.'

Elise przymknęła drzwi, potem obie usiadły na krawędzi łóżka.
-   Ja   mu   to   dałam   do   zrozumienia,   Elise.   -   Twarz  Agnes   była   jak 

odmieniona,   Elise  nigdy   nie  widziała,  że  koleżanka  jest-taka  ładna.   Po 
prostu bił od niej blask.

Spoglądała na Agnes z niedowierzaniem.
-   Dałaś   mu   do   zrozumienia,   że   jesteś   w   nim   zakochana?   Agnes 

pośpiesznie skinęła głową.

-   Razem   wracaliśmy   ze   Świątyni.  W   końcu   udało   mi   się   skierować 

rozmowę na inny temat niż tylko problemy Armii Zbawienia. Mówiłam o 
miłości, tęsknocie i takich... Myślałam, że będzie milczał, że nie spodoba 
mu się, że o tym mówię, ale on wprost przeciwnie, bardzo się ożywił. 
Opowiadał   mi   o   tym,   jak   my,   ludzie,   jesteśmy   stworzeni,   że   wszyscy 
przyciągamy do siebie drugą płeć po to, by ludzkość mogła się rozwijać. 
Że przychodzimy na świat ze zdolnością kochania i że Armia Zbawienia 
traktuje to jako dar od Boga dla ludzi.

Elise słuchała w milczeniu. Dobrze pamiętała, o czym ona i Emanuel 

rozmawiali.

- Och, Elise, powinnaś była słyszeć, jak on pięknie mówi o miłości, 

zupełnie inaczej niż chłopcy, których znamy. On nie tylko używa innych 
słów, on też myśli o tym inaczej, potrafi okazywać więcej uczuć. Pomyśl, 
zakochać się w kimś takim! Na samą myśl o tym ogarnia mnie drżenie. On 
by chyba nigdy nie powiedział tak wiele, gdyby nie nosił w sobie takich 
samych uczuć jak wszyscy, chyba mam rację? Przez całą noc leżałam, nie 
śpiąc, i marzyłam o nim, jak by to było, gdyby leżał przy mnie i gdyby-
śmy.   ..   -   roześmiała   się   zawstydzona.   -   Chyba   rozumiesz,   co   mam   na 
myśli? Mało brakowało, a byłabym wstała i poszła do niego.

Elise spojrzała na nią wstrząśnięta.
- Coś ty, Agnes...
Agnes wybuchnęła śmiechem.

background image

- Nie bądź taka zasadnicza, Elise. Sama mi przecież opowiadałaś, że 

leżeliście   z   Johanem   latem   w   trawie   na   błoniach,   a   ja   też   kiedyś 
zaskoczyłam jedną z dziewczyn pod drzewem nad rzeką. Ona i facet byli 
prawie   nadzy.   Dziewczyna   jęczała   głośno.   Facet   podciągnął   jej   bluzkę 
wysoko, leżał i gapił się na jej piersi. To była Marlenę, wiesz, ta, co ma 
takie wielkie piersi. Potem zaczął ich dotykać, ale nie mogłam już dłużej 
podglądać. Teraz Marlenę spodziewa się dziecka.

Elise nie wiedziała, co powiedzieć, nie podobała jej się ta cała rozmowa.
-   Ja   się   zdecydowałam,   Elise.   -  Agnes   mówiła   dalej   z   tym   samym 

zapałem w głosie, najwyraźniej nie dostrzegała niechęci Elise. - Jeśli on 
zapyta, czy mógłby mnie odwiedzić, to się zgodzę. Matka nigdy się nie 
przejmowała   tym,   kto   przychodzi  do   mnie   na   strych,   mówi,   że   jestem 
wystarczająco dorosła, żeby sama o siebie dbać.

- Moim zdaniem to nie w porządku, że chcesz go uwieść, skoro wiesz, 

jaki on jest. - Elise poczuła się jak stara panna, ale nie mogła postąpić 
inaczej.

- Przestań, Elise! To przecież on zaczął o tym rozmawiać. On nie jest 

taki, jak myślisz. Mogę się założyć, że już niedługo zaciągnę go tam, gdzie 
będę chciała. - Uśmiechnęła się zadowolona i oparła o wezgłowie łóżka.

- Co mnie to obchodzi, rób, co chcesz, ale nie przychodź na skargę 

później, kiedy będziesz musiała szukać dla dziecka miejsca w żłobku.

Agnes uśmiechnęła się.
- A czy jesteś taka pewna, że musiałabym potem pracować? Nie wiesz 

tego, co ja wiem. - Spoglądała na przyjaciółkę z tajemniczą miną.

Elise zaciekawiona odwróciła głowę.
- On pochodzi z bogatej rodziny, która mieszka gdzieś między Kristianią 

i Eidsvold. Ojciec ma wielki dwór, a on jest jedynakiem i dziedzicem tego 
majątku.

Pomyśleć,   że   Emanuel   powiedział   tak   wiele   w   ciągu   jednego 

poniedziałkowego wieczoru, zastanawiała się Elise zdumiona. Agnes wie 
teraz tyle samo co i ona. Znowu doznała tego dziwnego uczucia, jakby 
zaczynała być zazdrosna, choć to przecież głupie. Niech Agnes wychodzi 
sobie za mąż za Emanuela i mieszka, gdzie chce, Elise nic do tego.

- On nie zamierza pozostać w Armii Zbawienia do końca życia - paplała 

Agnes niezrażona. - To zresztą byłoby bez sensu dla kogoś, kto ma takie 
możliwości.

-  Więc   być   może   skończysz   jako   wiejska   gospodyni,  Agnes.   -  Elise 

roześmiała się, sama jednak słyszała, że brzmi to nieszczerze. Zaraz potem 
wpadła w złość. - Nie zamierzasz chyba go namawiać, żeby wystąpił z 

background image

Armii?

- A dlaczego nie?
Elise wstała z łóżka i zaczęła przygotowywać posłanie dla chłopców.
- Bo to by było świętokradztwo.
- Świętokradztwo? - Agnes patrzyła na nią, nie rozumiejąc.
- On poświęcił swoje życie, żeby pomagać ludziom. Nawet gdyby ci się 

udało   go   przekonać,   to   nie   sądzę,   żeby   potem   był   szczęśliwy.   Może 
zacząłby żałować, ciebie obciążać winą za to, co się stało, a w końcu by 
się od ciebie odwrócił.

Agnes nie dawała się zbić z tropu.
- A może przeciwnie, byłby mi wdzięczny? W każdym razie jego rodzice 

na pewno by mi dziękowali, co do tego nie mam wątpliwości.

Elise potrząsała poduszkami Pedera i Kristiana, wyjęła kołdrę i ścieliła 

łóżko   energicznymi,   gniewnymi   ruchami.   Kołdra   była   wypełniona 
pociętymi szmatkami, które zbijały się w jednym końcu.

- W każdym razie ja cię ostrzegałam. Najwyraźniej znasz go lepiej niż 

ja, bo wrażenie, jakie on na mnie robi, jest całkiem odmienne.

- A jakie wrażenie on na tobie robi? - Agnes zerkała na przyjaciółkę z 

podejrzliwością we wzroku.

-   Ja   go   znam   jako   człowieka   uczciwego   i   szczerze   pragnącego   żyć 

zgodnie z ideałami Armii Zbawienia.

Agnes wstała i ruszyła ku drzwiom.
-   Myślałam,   że   będziesz   się   cieszyć   wraz   ze   mną,   widzę   jednak,   że 

popełniłam błąd. Ty mi zazdrościsz i dobrze rozumiem dlaczego. Bo twój 
narzeczony siedzi w zamknięciu i pozostanie tam przez cztery lata, a kiedy 
wyjdzie, to nie wiadomo, czy znajdzie jakąś pracę. Twoja przyszłość nie 
wygląda specjalnie radośnie.

Z tymi słowami wyszła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Elise stała pośrodku 

izby, wstyd palił jej policzki. Agnes ma rację, nie jest lepsza niż tamta 
banda łobuzów, która chciała wepchnąć Pedera do wodospadu. Jeśli nie 
udało   jej   się   na   dobre   zerwać   z   Agnes,   to   w   każdym   razie   zdołała 
zniszczyć jej radość.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Nadszedł marzec. Ze świergoczącymi na gzymsach ptakami, świeżym 

końskim nawozem na drogach i topniejącym śniegiem, który spływał z 
dachów. W oknach po drugiej stronie mieniło się wiosenne słońce, „słońce 
biednych   ludzi",   jak   je   czasem   nazywano.   W   dni   powszednie   pranie 
powiewało na wietrze, a w dole nad rzeką zbierali się chłopcy, zaraz po 
szkole,   by   bawić   się   w   podbijanie   kraju.   Wodospad   z   każdym   dniem 
huczał głośniej.

Dzisiaj jednak była niedziela, właśnie wrócili z Grefsen od matki i teraz 

Elise wzięła ze sobą Pedera i wyszli szukać kwiatków podbiału.

Od tamtego dnia, kiedy Emanuel rozmawiał z dyrektorem szkoły, Peder 

miał spokój, banda łobuzów już go nie dręczyła. Elise też miała spokój od 
Emanuela.   Po   tamtym   dniu,   kiedy   szukali   razem   jej   brata,   a   potem 
wszyscy spędzili bardzo miły wieczór w ich kuchni, Emanuel trzymał się 
od   nich   z   daleka.   Chociaż   nie   od   domu,   bo   wciąż   odwiedzał  Annę, 
przychodził jednak w czasie, kiedy Elise pracowała w fabryce.

Dziwiło ją to, choć go rozumiała. Z jednej strony doszli w końcu do 

jakiegoś porozumienia, z drugiej zaś zarzucił jej przecież ręce na szyję, 
zanim odszedł, i powiedział, jakie żywi dla niej uczucia.

Mimo wszystko Elise wciąż myślała o tym, co powiedziała jej Agnes. 

Jeśli rzeczywiście Agnes zdoła zrobić z Emanuelem to, co zamierza, trzeba 
się przygotować, że w przyszłości nieczęsto będą go widywać. Żal jej było 
Pedera, bo darzył Emanuela bezgranicznym uwielbieniem, zwłaszcza po 
rozmowie z dyrektorem szkoły.

Emanuel z pewnością będzie nadal odwiedza! Annę, przynajmniej przez 

jakiś czas, później jednak o niej też zapomni. Już Agnes się o to postara. 
Nie pojmowała tylko, dlaczego sprawia jej to ból. Tłumaczyła sobie, że nie 
ma   się   czemu   dziwić,   ponieważ   nie   mają   rodziny   tutaj   w   Kristianii,   a 
chociaż ona zna wiele robotnic z fabryki, to nie ma znajomych mężczyzn. 
Nikogo   poza   tymi,   którzy   mieszkają   w   ich   domu   i   w   okolicy,   z 
większością zresztą nigdy nie rozmawiała.

Przeszli przez most Voyen i zbliżali się do Myralokka, kiedy usłyszeli, 

że ktoś ich woła. Za nimi biegł Kristian, Evert i jeszcze jacyś chłopcy z 
klasy Pedera.

- Peder, pójdziesz z nami bawić się w podbijanie kraju? Evert pożyczył 

background image

od pani Berg finkę.

Peder spoglądał błagalnie na Elise.
- Mogę, Elise?
- No pewnie, jasne, że możesz.
- Ale w takim razie będziesz musiała zbierać kwiatki sama - chłopcu 

wyraźnie było przykro.

- Nic nie szkodzi.
Malec rozpromienił się i biegiem ruszył za kolegami. Elise patrzyła w 

ślad za nim i uśmiechała się. W tej samej chwili dotarły do niej dźwięki 
gitary i przystanęła. Nie widziała wokół nikogo, nawet małe drewniane 
domki po lewej stronie wyglądały na opuszczone, ledwo zresztą było je 
widać pośród wielkich ciemnych dębów z pozbawionymi liści ciężkimi 
gałęziami.

Po chwili ich spostrzegła. Jakiś mężczyzna i kobieta siedzieli na ziemi, 

oparci o gruby pień dębu. Ona trzymała w rękach gitarę, a mężczyzna 
pochylał się nad nią i najwyraźniej próbował uczyć ją chwytów.

- To jest C, to jest D, to jest G, a to jest E - słyszała, jak mężczyzna 

tłumaczył. I nagle dotarło do niej, kim ten mężczyzna jest. Nie przywykła 
widywać Emanuela w krótkich spodniach, wiatrówce i czapce z daszkiem, 
nie widziała też nigdy Agnes w wielkiej białej czapce, sportowym żakiecie 
i   białym   lekkim   szalu.   Na   Boga,   skąd   ona   wzięła   pieniądze   na   takie 
ubranie?

Agnes fałszowała i nie była w stanie wydobyć z instrumentu ani jednego 

poprawnego tonu, śmiejąc się przy tym. Elise uważała, że to jakiś dziwny 
śmiech.   Powoli   ruszyła   w   ich   stronę.   Musi   się   przecież   przywitać   ze 
znajomymi. Skoro ich już spotkała, głupio byłoby teraz zawracać.

- Nie, nie dam rady! - zawołała Agnes ze śmiechem. - Już lepiej ty 

zagraj coś, Emanuelu, bo ty przecież umiesz.

On wziął z jej rąk gitarę i zaczął grać smutną pieśń, którą Elise znała ze 

spotkań w Świątyni: „Nigdy nie zapomnę tamtych wspólnych godzin..."

Emanuel  miał  głęboki,   piękny   głos.   Elise   stała   bez   ruchu   i  słuchała. 

Nagle przypomniała sobie pogrzeb ojca, stali wtedy wszyscy pogrążeni w 
uroczystym   milczeniu   wokół   biednego   grobu   i   Elise   myślała,   jakie   to 
przykre,   że   ojcu   nie   zaśpiewa   żaden   chór,   że   nawet   nie   odezwą   się 
kościelne dzwony. A potem wszyscy zgromadzeni w żałobnym orszaku 
wstrzymali   oddech,   kiedy   kapitan   Ringstad   zaśpiewał   w   ten   mroźny 
styczniowy dzień. Elise miała wtedy wrażenie, że ta pieśń ją unosi, jakby 
szybowała na skrzydłach.

Emanuel skończył i Agnes wybuchnęła śmiechem.

background image

-   No   właśnie   to   powiedziałam,   Emanuelu.   Nigdy   nie   będę   grać   tak 

dobrze jak ty, nie ma więc sensu, żebym próbowała. Już raczej ty graj, a 
mnie wystarczy śpiew.

Jakby miała głos, którym można się chwalić, prychnęła Elise gniewnie.
Emanuel zaczął grać kolejną melodię, tę również Elise znała z Armii 

Zbawienia,   a   Agnes   śpiewała   i   fałszowała   dokładnie   tak,   jak   Elise 
oczekiwała.   Aż   przykro   było   tego   słuchać,   zwłaszcza   że   tak   bardzo 
pragnęła posłuchać, jak Emanuel gra.

Podeszła nieco bliżej.
- Halo!
Odwrócili się równocześnie.
-   Elise?   -   w   głosie   Emanuela   brzmiała   radość.   Agnes   nic   nie 

odpowiedziała.

- Ni stąd, ni zowąd usłyszałam wasze głowy.
- A ty co, wyszłaś na spacer?
- Właściwie to wyszłam z Pederem, żeby nazbierać kwiatków podbiału, 

ale   on   został   uprowadzony   przez   kilku   chłopców,   poszli   się   bawić   w 
podbijanie kraju.

Uśmiechała się.
-   Dobrze,   że   nie   stało   się   nic   gorszego   -   Emanuel   odpowiedział   z 

uśmiechem. - Chodź, usiądź przy nas, mech jest suchy.

Elise usiadła obok niego. Po drugiej stronie ziemia była mokra.
- Uczysz się grać na gitarze, Agnes?
- Tak, Emanuel postanowił mnie nauczyć. Zostałam aspirantem i jesienią 

mam zacząć naukę w szkole.

- To wspaniale! - Elise zdała sobie sprawę, że nie zabrzmiało to zbyt 

entuzjastycznie.

-   No   i   zaczęłam   też   śpiewać   w   chórze.   To   bardzo   zabawne.   - 

Uśmiechnęła się do Emanuela. - Ludzie chodzący do „Perły" już mnie nie 
interesują, a nic innego u nas robić nie można. Ty nigdy nie masz czasu - 
dodała, posyłając w stronę Elise oskarżycielskie spojrzenie.

Emanuel zwrócił się do Elise.
- No a jak z Pederem? Nie widziałem go już dawno.
- Dziękuję, to znowu jest pogodny chłopiec, dzięki tobie. Mówi o tobie 

tak,   jakbyś   był   najpotężniejszym   człowiekiem   w   mieście.   Ktoś,   kto 
odważył się rozmawiać z dyrektorem szkoły, w jego oczach jest naprawdę 
wielki.

Emanuel roześmiał się radosnym, ciepłym śmiechem.
-  W  takim   razie   przynajmniej   jeden   żywi   dla   mnie   szacunek.  A  nie 

background image

zawsze doznaję takiego wrażenia, kiedy staję wobec ludzi, żeby z nimi 
rozmawiać.

-   Nieprawda,   ja   też   żywię   dla   ciebie   ogromny   szacunek-wtrąciła 

pośpiesznie   Agnes.   -   Tak,   mam   dla   ciebie   wiele   szacunku.   Porzucić 
wszystko, aby tylko móc służyć innym, to naprawdę bohaterstwo.

- No, no - śmiał się Emanuel. - Nie czyń mnie lepszym, niż jestem. 

Mimo wszystko mam wiele wad.

- Ale i tak jesteś moim bohaterem - szepnęła Agnes cicho, spoglądając 

mu przymilnie w oczy.

Elise poczuła, że ją mdli. Jak można zachowywać się tak idiotycznie? 

Czy dla niego to nie jest męczące?

Emanuel   jednak   uśmiechał   się   do   Agnes,   wcale   nie   wyglądał   na 

onieśmielonego ani zirytowanego.

Elise   podniosła   się   gwałtownie   z   ziemi.   Nie  była   w  stanie   tu   dłużej 

siedzieć i słuchać paplaniny Agnes.

-   Muszę   iść   do   domu   przygotować   obiad.   Obiecałam   chłopcom   na 

dzisiaj smażoną rybę.

-   Naprawdę   musisz   już   iść?   -   w   głosie   Emanuela   brzmiało 

rozczarowanie.

- Elise nigdy nie ma na nic czasu - westchnęła Agnes. - Zawsze musi się 

opiekować   mamą,   Hildą,   Kristianem   albo   Pederem.   Zestarzejesz   się   i 
nawet tego nie zauważysz, Elise. Nigdy nie chodzisz na tańce, nie można 
cię   wyciągnąć   do   miasta,   nie   przychodzisz   wieczorami,   żeby   z   nami 
pogadać.   Dziewczyny   o   ciebie   pytają   i   zastanawiają   się,   czym   ty   się 
zajmujesz. Uważają, że się wstydzisz z powodu Johana.

- Że ja się wstydzę? - Elise poczuła, że serce bije jej mocno z oburzenia. 

- Ja się wcale nie wstydzę z powodu Johana. Wprost przeciwnie, jestem z 
niego dumna. Nie mam wątpliwości, że jedynym jego pragnieniem było 
ratowanie życia siostry. Dlaczego miałabym się wstydzić? Gdyby wszyscy 
byli   tacy   jak   Johan,   to   tutaj,   nad   rzeką,   nie   byłoby   tyle   nędzy.   Inni 
mężczyźni   idą   do   knajpy,   jak   tylko   w   piątek   wieczorem   dostaną 
tygodniówkę, a Johan nigdy nawet nie tknął alkoholu.

-   Dobrze,   już   dobrze,   nie   gorączkuj   się   tak.   Nie   ma   powodu   do 

zdenerwowania tylko dlatego, że powiedziałam prawdę. Nic nie poradzę 
na to, że inni tak gadają.

Elise odwróciła się i miała zamiar odejść.
-   Nic   dziwnego,   że   ludzie   gadają,   Elise   -   Agnes   najwyraźniej   nie 

zamierzała ustąpić. - Wszyscy wiedzą, że Hilda jest w ciąży, ale nie chce 
powiedzieć, z kim będzie miała to dziecko. Inne dziewczyny w jej sytuacji 

background image

tak   nie   robią.   Zaczynamy   już   myśleć,   że   to   może   ktoś   żonaty.   Wiele 
robotnic boi się, że to może mąż którejś z nich. Jedna nawet powiedziała, 
że ona jest pewna... że to jej mąż.

Elise nie była w stanie oddychać ze złości.
- No to ją pozdrów i powiedz, że Hilda nigdy nie poszłaby do łóżka z 

żonatym mężczyzną.

Kiedy   wróciła   do   domu,   Hilda   obrała   już   ziemniaki   i   zaczęła 

przygotowywać obiad.

Musiała natychmiast zauważyć, że coś jest nie w porządku. - Dlaczego 

jesteś taka zła? - spytała zdumionym głosem. - Wszyscy byli w świetnych 
humorach, kiedy wróciliśmy do domu z Grefsen.

- Spotkałam Agnes.
- No i nie była to przyjemna rozmowa?
-  Ani   trochę.   Powiedziała   mi,   o   czym  dziewczyny   plotkują.   Otóż   ja 

siedzę w domu, ponieważ wstydzę się z powodu Johana, a ty będziesz 
miała dziecko z żonatym mężczyzną.

Gwałtowne rumieńce wypłynęły na policzki Hildy.
- Że ja będę miała dziecko z żonatym mężczyzną? Tak mówiła?
Elise skinęła głową.
- Te baby nie mają ani trochę zaufania do swoich mężów. Wiele z nich 

wyobraża sobie, że to właśnie ich mąż jest winien. - Umilkła na chwilę. - 
Może już czas powiedzieć prawdę, Hilda?

Hilda potrząsnęła głową z bardzo stanowczym wyrazem twarzy.
- Obiecałam, że nikomu nie powiem. On wie, że ty wiesz i że mama wie, 

ale nikt inny nie powinien o niczym słyszeć, tak mówi.

Elise milczała. Nic dziwnego, że majster nie chce, żeby prawda wyszła 

na jaw. On, majster, a tu szesnastoletnia pomocnica w przędzalni...

To, co wydawało jej się dziwne, to fakt, że on nadal utrzymuje kontakty 

z Hildą i nie odwrócił się do niej plecami. Mógłby przecież zaprzeczyć, 
nikt by Hildzie nie uwierzył. Powiedziałby, że Hilda kłamie, i byłoby po 
wszystkim.

Najwyraźniej Hilda pojęła, o czym Elise myśli, i uznała, że powinna 

bronić ojca swego dziecka.

-  On  mówi,   że   powinniśmy   utrzymać   wszystko   w  tajemnicy,   dopóki 

dziecko się nie urodzi. Bo poród zawsze jest niebezpieczny, mówi. Często 
kończy się źle. Ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, to potem będę mogła 
ujawnić, jak się sprawy mają.

Elise westchnęła, nie miała serca niczego siostrze tłumaczyć. Wiedziała 

jednak dobrze, że wielu mężczyzn dużo obiecuje. A potem zdradzają.

background image

Hilda zdjęła pokrywkę z garnka.
- Popatrz, co będziemy mieć na obiad.
Elise zrobiła wielkie oczy. Już nie byłaby w stanie powiedzieć, kiedy 

ostatnio widziała mięso w tym domu.

-   Sztuka   mięsa   w   jarzynach?   -   zawołała   z   niedowierzaniem.   Hilda 

skinęła głową.

-   Usmażyłam   rybę   i   schowałam   ją   do   szafy   na   jutro.  To   miała   być 

niespodzianka.

Elise spoglądała na nią podejrzliwie.
- A skąd wzięłaś pieniądze?
- No zgadnij. On mówi, że to ważne, abym miała zdrowe i pożywne 

jedzenie   teraz,   kiedy   dziecko   rośnie,   a   przecież   rozumie,   że   nie   mogę 
siedzieć sama i zajadać się pysznościami, podczas gdy wy...

- Mam nadzieję, że pani Thoresen nie przyjdzie tu i nie dowie się, co 

będziemy jeść. Ciekawe, co by powiedziała?

- Pojęcia nie mam, ale nie powinnaś wołać Pedera i Kristiana, jak to 

zwykle robisz, nie powinnaś mówić, żeby przyszli na obiad, bo wtedy albo 
ona, albo pani Evertsen natychmiast się zjawią.

Elise skinęła głową i wyszła z domu. Znalazła chłopców przy moście. 

Kristian wygrał, Peder i Evert sprawiali wrażenie trochę zgaszonych.

- Mogę iść do was? - Evert patrzył na nią.
Nie mogła, niestety, pozwolić, żeby Evert odkrył, jaki mają wspaniały 

obiad, bo wtedy cała ulica by o tym gadała.

- Będziesz mógł przyjść, jak zjemy, Evercie. Teraz jednak musisz iść do 

domu do pani Berg i też zjeść obiad.

Chłopiec kiwnął głową i pobiegł do domu.
Na schodach zderzyli się z panią Evertsen. - Co to za niezwykłe zapachy 

unoszą   się   dzisiaj   na   trzecim   piętrze!   -   zawołała,   wciągając   z 
zaciekawieniem powietrze. Jakby próbowała sobie przypomnieć, co tak 
pachnie.

-   To   wiosna,   pani   Evertsen.   A   poza   tym   dzisiaj   czułam   zapach 

smażonego mięsa z jednego z otwartych okien. - Kłamstwo zjawiło się 
samo z siebie i Elise przymknęła oczy.

- Zapach smażonego mięsa? Skąd ludzie biorą na to pieniądze?
Elise wzruszyła ramionami.
-   Może   teraz,   kiedy   przestali   palić   w   piecach,   mogą   przeznaczyć 

pieniądze na jedzenie zamiast na węgiel.

Pani Evertsen zadrżała.
-   Moim   zdaniem   wcale   jeszcze   nie   jest   tak   ciepło.   Kristian   i   Peder 

background image

zmrużyli oczy, kiedy zobaczyli, co dostaną na obiad.

- Tylko nie wolno wam nikomu o tym powiedzieć - upominała Hilda 

surowym głosem. - Jeśli pani Thoresen albo pani Evertsen się tu pojawią, 
to trzeba mówić, że zapach wpada przez okno.

Obaj   kiwali   głowami,   nie   zadając   żadnych   pytań.   Wkrótce   siedzieli 

wszyscy czworo i w milczeniu rozkoszowali się pysznym jedzeniem.

Ledwo zdążyli skończyć i posprzątać ze stołu, a rozległo się pukanie do 

drzwi. To pani Thoresen.

-   Chciałam   zapytać,   jak   się   czuje   wasza   mama?   -   rozejrzała   się   po 

kuchni i z zaciekawieniem wciągała powietrze.

Okno było otwarte.
- Czuje pani ten zapach, pani Thoresen? - Peder spoglądał na sąsiadkę 

niewinnie. Elise wstrzymała oddech.

- Tak, a skąd on pochodzi, jak myślisz?
- My uważamy, że to od pani Albertsen. Może pani słyszała, że ona ma 

wuja w Ameryce?

Pani   Thoresen   w   zamyśleniu   spoglądała   na   chłopca.   Potem   skinęła 

głową.

- Być może. Chyba się trochę przejdę. - Już miała wychodzić, kiedy 

przypomniała sobie, po co tu przyszła. - No a jak z mamą?

-   Dobrze.   -   Tym   razem   odpowiedziała   Hilda.   -   Poprawia   jej   się   z 

tygodnia na tydzień. Może na lato wróci do domu.

Wzrok pani Thoresen błądził po wydatnym brzuchu Hildy.
- No to będzie ciasno w izbie dla sześciorga.
- Ja tam mogę spać w kuchni - wtrąciła Elise pośpiesznie.
- I ja też - odezwał się ku jej zaskoczeniu Kristian. - Nawet wolę, bo w 

izbie chyba nie będzie można sypiać z wrzeszczącym dzieciakiem.

Hilda posłała mu mordercze spojrzenie.
Pani Thoresen odwróciła się do drzwi. Ale widocznie znowu sobie o 

czymś przypomniała, bo przystanęła.

- Anna prosiła, żeby was pozdrowić. Ona jest teraz bardzo zadowolona, 

a to zasługa tego żołnierza.

- Pana Ringstada? - zawołał Peder z ożwieniem. - Dawno go już nie 

widziałem.

-   Naprawdę?  To   dziwne,   bo   u   nas   bywa   prawie   codziennie.   Musisz 

przychodzić do Anny po powrocie ze szkoły. On zresztą zawsze o was 
pyta. W każdym razie o ciebie, Peder.

Buzia Pedera rozjaśniła się.
- Słyszysz, Elise? Elise odwróciła głowę.

background image

-   Owszem,   słyszę   -   powiedziała   po   prostu.   W   wyobraźni   widziała 

natomiast Emanuela i Agnes na Myralokka. Agnes z pewnością dopięła 
swego.

W Państwowym Więzieniu Akershus Johan wyszedł właśnie na spacer. 

Wiosenne słońce go oślepiło, a zapach słonej morskiej wody, wilgotnej 
ziemi i palonych liści uderzył w nozdrza. Johan przystanął, przymknął na 
moment oczy i wchłaniał w siebie wiosenne wonie. Poczuł ból w sercu. 
Wolałby raczej deszcz i zimno, chociaż tak strasznie marzł w swojej celi 
przez   ostatnie   tygodnie.   Wiosna   jednak   niosła   z   sobą   tęsknotę   i 
przeświadczenie,   że   wszystko   zostało   mu   odebrane.   Prawie   nie   był   w 
stanie   myśleć   o   tym,   jakie   mógłby   mieć   życie,   gdyby   nie   popełnił   tej 
okropnej   głupoty.   Teraz   pewnie   w   Andersengarden   okna   są   szeroko 
otwarte, huk wodospadu jest głośniejszy niż zwykle, nad rzeką bawią się 
dzieciaki, beztroskie, ożywione wiosną, w cieniu pod drzewami zaś kryją 
się pary. Mógłby teraz iść brzegiem rzeki, z Elise pod rękę, rozmawiać o 
ślubie, który  mieli wziąć latem, cieszyć się życiem, które nareszcie po 
surowej zimie nabrało nowych barw. Mogliby usiąść na jakimś kamieniu 
na Myralokka i patrzeć na rzekę, która z hukiem spada z góry, a potem 
płynie w stronę miasta. Mogliby się oprzeć o pień wielkiego dębu, trzymać 
się   nawzajem   za   ręce   i   marzyć   o   życiu,   które   mają   przed   sobą.   O 
wspólnym życiu. O wspólnym łóżku w kuchni, o śniadaniach i kolacjach 
spożywanych przy wspólnym stole.

Mocno zaciskał zęby i ciągnął za sobą łańcuchy. Czuł, jak ciało mu 

zesztywniało od siedzenia po całych dniach w tej samej pozycji. A jak to 
będzie   po   czterech   długich   latach?   Będzie   chodził  zgięty   wpół  niczym 
starzec? Jego ciało będzie pozbawione mięśni, a ręce i nogi będą wiotkie i 
białe? W oczach zaś będzie czaił się gniew. Co taki stary i schorowany 
człowiek może zaproponować kobiecie? Może nawet nigdzie nie dostanie 
pracy, bo kara więzienia to stempel na całe życie. Przestępca... Kopnął 
jakiś kamień, próbował się uspokoić. To chyba to wiosenne powietrze tak 
na niego działa.

- Ach tak, Johan Marynarz... - to był głos Lorta-Andersa, poza tym nikt 

inny   nie   używał   jego   dawnego   przezwiska.   -   Serce   cię   boli   od   tego 
wiosennego słońca, co?

Johan posłał mu ponure spojrzenie. Ze strony tego człowieka mógł się 

spodziewać   jedynie   kpin   i   szyderstw.   Zerknął   w   stronę   strażnika 
więziennego,   Gevaldigera,   jak   go   nazywano.   Bo   po   tym,   co   się   stało, 
przebywanie   sam   na   sam   z   Lortem-Andersem   nie   było   specjalnie 
bezpieczne.

background image

- Dostałem po kryjomu list od Halta-Oli przed paroma dniami - mówił 

dalej Lort-Anders, rozglądając się wokół i udając, że wcale nie jest zajęty 
Johanem.

Johan milczał.
-   Trochę   się   dzieje   na   naszej   ulicy,   pisze   mi   Halt-Ola.   Johan   nadal 

milczał. Coś mu mówiło, że wiadomości będą niepomyślne. Gdyby były 
dobre, Lort-Anders by o tym nie mówił.

- Jakiś oficer Armii Zbawienia wydeptuje progi u twojej dziewczyny, i 

za dnia, i w nocy.

Johan poczuł, że skóra mu drętwieje.
- Do diabła, zamknij gębę! Lort-Anders roześmiał się.
- Nie wierzysz mi? A dostałeś od niej ostatnio jakiś list, Johan?
- Stul pysk, powiedziałem.
- Zapłacił za jej matkę w sanatorium, pisze Ola. Bez przerwy lata za 

twoją dziewczyną. Jedną noc spędzili w fabrycznej komórce, a niedawno 
w sobotni wieczór w jej oknach światło paliło się długo po północy, a 
potem wyszedł stamtąd ten oficerek.

Johan zacisnął pięści tak, że kostki mu pobielały.
- Łżesz!
Lort-Anders znowu się roześmiał.
- Możesz sobie myśleć, że łżę. Mnie to nic nie obchodzi.
W tej samej chwili Gevaldiger podszedł do nich. - Czy nie mówiłem, że 

rozmowy są zabronione? - Groźnie uniósł bicz.

- Powiedziałem tylko, że dzisiaj pięknie świeci wiosenne słońce, panie 

Gevaldiger - odpowiedział Lort-Anders z niewinną miną.

Johan czuł się tak, jakby wszystko z jego wnętrza wypłynęło i została 

tylko wielka, pusta, ziejąca dziura. Próbował wytłumaczyć sam sobie, że 
Lort-Anders to wszystko zmyślił, ale przecież nie mógł zapomnieć faceta z 
Armii  Zbawienia,   który   śpiewał   na   pogrzebie.   Nie   zapomniał   też,   jaka 
uradowana Elise wróciła do domu ze Świątyni w tamten poniedziałkowy 
wieczór i jak opowiadała, o czym mówiła temu oficerowi. Powiedziała mu 
nawet o broszce. Zaciskał zęby tak, że bolały go szczęki. To nie może być 
prawda. Elise nie może go zdradzać, ona, która pisała, że będzie na niego 
czekać do ostatniej chwili.

Ale na co miałaby czekać? - pytał sam siebie. To po prostu beznadziejne. 

Elise musiała w końcu zacząć myśleć, ona też.

-   Co   ze   mnie   za   idiota?   -   powiedział   z   wściekłością   sam   do   siebie. 

Kopnął   jakiś   kamień   z   taką   siłą,   że   ten   uderzył   w   mur.   Jak   mogłem 
wierzyć, że dziewczyna, która ma powodzenie u facetów, będzie czekać, 

background image

aż jakiś drań wyjdzie z twierdzy?...

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Kiedy w dwa dni później Elise stała w sklepie kolonialnym u Magdy na 

rogu i czekała na swoją kolej, wszedł jakiś młody mężczyzna, który wydał 
jej   się   znajomy,   nie   była   jednak   w   stanie   określić,   gdzie   i   kiedy   go 
widziała.   Przypomniała   sobie   dopiero,   gdy   Magda   powiedziała   „proszę 
bardzo".   To   jeden   z   koleżków   Lorta-Andersa.   Johan   witał   się   z   nim 
któregoś dnia, kiedy razem z Elise stali przy studni i napełniali wiaderka 
wodą. Ten mężczyzna przeszedł obok. Potem Johan wyjaśnił jej, że razem 
pływali, a Elise przeniknął dreszcz na myśl o wszystkich tych strasznych 
indywiduach, które Johan poznał na morzu. Mężczyzna nie był wysoki, ale 
barczysty i silnie zbudowany, miał wydatne wargi, krótką szyję i gruby 
kark. Ten to raczej nie głoduje, pomyślała Elise, chociaż Johan mówił, że 
jest bezrobotny.

Kolega Lorta-Andersa... Może on wie coś o Johanie?
Przypomniała sobie innego mężczyznę, tego, który próbował ją straszyć, 

że doniesie na policję, iż to ona znalazła broszkę, i który potem był w 
bandzie,   która   napadła   na   nią   i   Emanuela,   pobiła   ich   i   zamknęła   w 
komórce. Wielu z tej bandy uważało prawdopodobnie, że to z jej winy 
Johan i Lort-Anders dostali się do więzienia, może jednak ten jest innego 
zdania?  Pojawiła  się szansa  i trzeba  z niej skorzystać,  może to  jedyna 

background image

możliwość, żeby się czegoś dowiedzieć.

Spojrzała   na   niego   przelotnie,   kiedy   już   miała   wychodzić,   nie   dała 

jednak po sobie poznać, że go rozpoznaje. Wyszła ze sklepu, stanęła parę 
metrów dalej i czekała.

Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy w końcu się ukazał.
- Przepraszam...
Mężczyzna stanął, najwyraźniej zaskoczony.
-   Czy   ty   nie   jesteś   znajomym   Johana   i   Lorta-Andersa?   Mężczyzna 

patrzył na nią, mrużąc oczy, pełen podejrzliwości.

- A to dlaczego?
- Jestem Elise, narzeczona Johana. Oczy tamtego pociemniały.
- Wciąż się zastanawiam, jak on się czuje, i myślałam, że może ty coś 

wiesz.

Mężczyzna   nie   odpowiadał,   stał   tylko   i   patrzył   na   nią   mętnym 

wzrokiem.

- Ja... mnie jest bardzo przykro po tym z tą broszką - bąkała Elise. Nagle 

poczuła   się   nieswojo.   -   Nie   wiedziałam,   że   Johan   miał   z   tym   coś 
wspólnego. Gdybym jej nie znalazła, może nie zostaliby złapani.

- Tak mówisz, ślicznotko? - mężczyzna splunął daleko.
- Czy ty... wiesz może, czy mogłabym się czegoś dowiedzieć, jak on się 

czuje i w ogóle?

Tamten zachichotał szyderczo, ukazując braki w uzębieniu.
-  Uspokój   się.  Twój  chłopak   żyje  niczym  hrabia.  A  ja   napisałem  do 

Lorta-Andersa, co się dzieje na naszej ulicy, i jeżeli dobrze znam mojego 
koleżkę, to Johan Marynarz dowiedział się wszystkiego.

Wpatrywała się w niego zdumiona.
- To oni mogą ze sobą rozmawiać?
- Jezu Chryste, no pewnie.
- A możesz go ode mnie pozdrowić, kiedy znowu będziesz pisał?
- Pytanie tylko, czy on czeka na twoje pozdrowienia. Elise spoglądała z 

zakłopotaniem.

- O co ci chodzi?
Tamten znowu splunął, ślina była brązowa od machorki.
-   Nie,   nic   nie   wiem.  Ale   może   nie   chciałby   słuchać   o   tobie   i   tym 

żołnierzu, a ja przecież kłamać nie mogę.

Elise poczuła, że krew odpływa jej z twarzy.
- Pisałeś im o mnie i oficerze Armii Zbawienia?
- A czy są jakieś inne rzeczy do opowiadania z naszej okolicy? Elise nie 

mogła się opanować.

background image

- A ja myślałam, że ty i Johan byliście kolegami.
- No właśnie, dlatego musiałem o tym napisać.
- Powinieneś się dowiedzieć, czy plotki są prawdziwe, zanim to zrobiłeś. 

Jeśli chodzi o tę noc w komórce, to wielu członków „Bandy z Sagene" 
mogłoby potwierdzić, że zostaliśmy zamknięci wbrew swojej woli.

- Powiadasz, że to było wbrew twojej woli? A może ktoś cię związał, 

co?

Elise czuła, że się rumieni.
- O mało nie zamarzłam na śmierć. Nie przeżyłabym tej nocy, gdyby on 

nie otulił mnie swoim płaszczem. Nie stałabym tu dzisiaj przed tobą.

- A co się działo w sobotnią noc, kiedy on po kryjomu wychodził z 

Andersengarden o świcie? Czy wtedy też byliście zamknięci?

Elise robiło się zimno i gorąco na przemian.
-   To   zwyczajna   potwarz.   Mój   mały   brat   zaginął   i   kapitan   Ringstad 

pomógł nam go odnaleźć. A ja w podziękowaniu za to zaprosiłam go na 
gorącą zupę. Moi bracia, siostra i mały Evert jedli razem z nami.

Tamten znowu zachichotał złośliwie.
-   Jak   widzę,   postarałaś   się   o   alibi.   -   Odwrócił   się,   żeby   odejść.   - 

Zapomnij   o   Johanie,   ślicznotko.   Jak   wyjdzie   z   pudła,   będzie   miał  pod 
dostatkiem dziewczyn. - Potem znowu splunął daleko przed siebie.

Elise  stała  i  wpatrywała   się   w niego   rozdygotana  ze  wzburzenia.  To 

najbardziej złośliwe zachowanie, jakie ją kiedykolwiek spotkało. Zrobić 
coś   takiego   Johanowi   w   sytuacji,   kiedy   on   nie   ma   najmniejszych 
możliwości poznania prawdy. Jakie to podłe.

Koniecznie muszę przemycić list dla niego, myślała z desperacją. Jeśli 

Johan uwierzy w to, co mu mówią, wpadnie we wściekłość.

Nie,  Johan  z pewnością  w  to  nie  uwierzy. Przecież  ją zna  i  wie, że 

pozostanie   mu   wierna.   Widział,   jak   bardzo   była   wzburzona   lek-
komyślnością Hildy, i jest pewien, że zdecydowana jest czekać do nocy 
poślubnej.

A  jednak   tamtego   dnia,   kiedy   spotkała   Emanuela   w   Świątyni,   był  o 

niego zazdrosny. I po pogrzebie też. Bezradnie kręciła głową. Jedyne, co 
może ją uratować, to żeby się ludzie dowiedzieli o stosunku łączącym 
Agnes z Emanuelem.

Nie sądziła, by Agnes miała cokolwiek przeciwko temu, pytanie tylko, 

czy Emanuel nie miałby jakichś kłopotów. Mimo wszystko jest oficerem 
Armii Zbawienia.

Muszę   zapomnieć,   jak   bardzo   się   ostatnio   wściekłam   na   Agnes,   i 

zapytać ją wprost, powiedziała sama do siebie.

background image

Jeszcze tego wieczoru wybrała się do małego drewnianego domku przy 

Maridalsveien.   Jak   zwykle  Agnes   leżała   na   łóżku   i   czytała   jakiś   tani 
magazyn. Poza tym rozłożyła wszędzie kartki pocztowe z bardzo śmiałymi 
malowidłami. Kartki były zagraniczne i przedstawiały bujne nagie kobiety, 
siedzące lub leżące w wyzywających pozach.

-   Masz   odwagę   trzymać   coś   takiego   w   domu?   -   Elise   ze   wstrętem 

spoglądała   na   kartki,   potem   pośpiesznie   odwróciła   się   do   drzwi,   by 
zobaczyć, czy rzeczywiście są same.

Agnes zachichotała.
- Zamierzam pokazać je Emanuelowi.
- A to w jakim celu? Przecież wiesz, jaki on jest. Agnes uśmiechnęła się 

tajemniczo.

- Właśnie dlatego, że wiem. Jest dokładnie taki sam jak inni mężczyźni.
- To sprawy między wami zaszły już tak daleko? - Elise znowu poczuła 

to dziwne ukłucie w sercu. Bo to przecież ona pierwsza poznała Emanuela, 
to z nią on się przyjaźni.

Agnes uśmiechnęła się znowu i lubieżnie przeciągała na łóżku.
- Co się stanie tego dnia, kiedy rozejdzie się po okolicy, że jesteście 

parą?

- Dziewczyny będą zazdrosne.
- Miałam jego na myśli. Przecież nie może pozwolić sobie na chodzenie 

z dziewczyną.

Agnes usiadła.
-   Oczywiście,   że   może.   Przecież   wszyscy,   którzy   weszli   w   związki 

małżeńskie, musieli się kiedyś spotkać i zacząć ze sobą chodzić. Oni są 
dużo bardziej tolerancyjni niż ludzie należący do Kościoła. To, że przez 
jakiś   czas   nie   będziemy   się   mogli   pobrać,   nie   ma   żadnego   znaczenia, 
bylebym tylko mogła z nim być.

- Ale przecież z tego może się począć dziecko.
- Chyba można uważać. Poza tym... - spuściła wzrok i zbierała jakieś 

pyłki ze swojej bluzki - poza tym nie musi zostać tam na zawsze. Jeśli coś 
będzie nie tak, zawsze może się wypisać.

- I myślisz, że byłby potem szczęśliwy? Agnes spojrzała jej prosto w 

oczy.

-   Tak,   tak   myślę.   Bo   może   wtedy   zrozumie,   że   życie   ma   mu   do 

zaofiarowania coś więcej niż tylko spotkania z nędzarzami i pijakami.

- Mówisz tak, jakbyś chciała, żeby coś poszło nie tak. Agnes znowu 

spuściła wzrok i zacisnęła wargi. Milczała.

-  Agnes   -   Elise   szturchnęła   ją   w   ramię.   -  Ty   tego   pragniesz.  Agnes 

background image

spojrzała na nią z wyrazem zaciętości w oczach.

- Pragnę, no i co z tego? Jeśli to miałoby go zawrócić ze złej drogi, to 

powinnam mieć prawo sobie tego życzyć, prawda?

- To znaczy, że chcesz go oszukać.
- Wcale nie. I wiesz co, Elise? Powiedziałam ci to już raz i teraz znowu 

powtórzę: jesteś zazdrosna.

W tym momencie Elise przypomniała sobie tamtą rozmowę wieczorem, 

kiedy Agnes ją odwiedziła. Poczuła, że się rumieni.

-   Może   i   masz   rację   -   odparła   zawstydzona.   Spojrzenie   Anges 

złagodniało.

- Biedna Elise. Czekać cztery lata na ukochanego to nieludzkie. Czy nie 

mogłabyś się rozejrzeć za kimś innym? Chociaż Johan jest przystojny i 
męski, i w ogóle... to przecież na świecie jest wielu mężczyzn.

Elise gwałtownie potrząsnęła głową.
- Nawet myśleć nie mogę o innym. Problem polega na tym, że ktoś 

donosi Johanowi plotki, że latam z innymi.

- Że latasz z innymi? Ty, która nawet za nikim się nie obejrzysz? Jak oni 

mogą mówić coś takiego?

Elise nie była w stanie spojrzeć jej w oczy. Ta rozmowa będzie chyba 

trudna. Wahała się jeszcze przez chwilę.

- Niektórzy wierzą, że coś łączy Emanuela i mnie. Agnes wybuchnęła 

śmiechem.

- Ciebie? - Nagle jednak w jej wzroku pojawił się wyraz podejrzliwości.
- Jak mogło im to przyjść do głowy?
- Nie wiem, czy ci opowiadał o wieczorze, kiedy zniknął Peder?
- Oczywiście. Emanuel pomógł ci go szukać. Elise skinęła głową.
- Szukaliśmy go do północy. Byliśmy oboje przemarznięci i śmiertelnie 

zmęczeni.   Uznałam   więc   za   najzupełniej   naturalne   zapytać,   czy   nie 
wstąpiłby do nas, żeby coś zjeść i rozgrzać się w kuchni. Siedzieliśmy tam 
wszyscy razem, Peder, Kristian, Hilda, Evert i ja. Ktoś musiał widzieć, jak 
po   północy   Emanuel   wychodził   z  Andersengarden.   I   widocznie   z   tego 
wzięły się te pogłoski.

- Boże drogi, cóż za wstrętni plotkarze.
- Jestem pewna, że to albo pani Evertsen, albo pani Albertsen. One nie 

robią nic innego, tylko próbują wywęszyć coś z prywatnego życia ludzi.

- Nie przejmuj się nimi.
- Toteż się nie przejmuję. Ale spotkałam jednego faceta, który był razem 

z Johanem na morzu. To on mi powiedział, że przemycił list do Lorta-
Andersa i poinformował go, że nie jestem Johanowi wierna.

background image

Agnes usiadła na łóżku.
- Rany boskie, a cóż to za ścierwo?
- Też się nad tym zastanawiam. Chodzi jednak o to, że Lort-Anders 

może   w   czasie   spaceru   opowiedzieć   wszystko   Johanowi.   No   i   właśnie 
dlatego dzisiaj do ciebie przyszłam. Pomyślałam sobie, że gdyby wszyscy 
dowiedzieli się o tobie i Emanuelu, to może  w końcu by  pojęli,  że w 
plotkach na mój temat nie ma ani źdźbła prawdy.

- Bardzo bym chciała ci pomóc, Elise. Sama zamierzałam opowiedzieć 

dziewczynom w fabryce o sobie i Emanuelu.

- I naprawdę wierzysz, że Emanuel nie miałby nic przeciwko temu? - 

spytała Elise ostrożnie.

- Owszem, jestem tego całkiem pewna. Cieszę się, że powiedziałaś mi o 

swoich problemach. To dla mnie też nic przyjemnego, że na mieście ludzie 
plotkują o was dwojgu.

Elise wracała do domu z dokuczliwym poczuciem, że zrobiła coś złego. 

Uszła ledwie kawałek, gdy spostrzegła, że w ciemności zbliża się do niej 
jakaś   postać.   Pozostawało   dość   daleko   do   najbliższej   latarni   i   Elise 
ogarniało   coraz   większe   przerażenie.   Strach   po   tamtych   przeżyciach   w 
komórce wciąż w niej tkwił.

No i wtedy go rozpoznała.
- Cześć, Emanuel. Idziesz do Agnes?
-   Tak.   Zdobyłem   dla   niej   trochę   nut.   Chciała   poćwiczyć   przed 

następnym spotkaniem.

- A ja właśnie od niej wyszłam.
- To szkoda, że nie przyszedłem wcześniej.
Elise   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Pamiętała   wciąż   nieprzyzwoite 

kartki pocztowe rozłożone na łóżku Agnes i plany przyjaciółki, żeby je 
wykorzystać do uwiedzenia Emanuela.

- Widzę, że staliście się dobrymi przyjaciółmi. - Sama usłyszała, że to, 

co mówi, brzmi głupio.

Emanuel roześmiał się niepewnie, sprawiał wrażenie skrępowanego.
- Agnes to wspaniała dziewczyna. Z jednej strony tak żarliwie interesuje 

się pracą Armii Zbawienia, z drugiej jednak... - nie dokończył zdania.

Elise wstrzymała oddech. No to teraz mi powie.
- Ty ją dobrze znasz, prawda?
- Jak ci mówiłam, chodziłyśmy razem do szkoły. W ostatnich latach nie 

mamy   już   tak   wiele   wspólnego,   zwłaszcza   od   czasu,   kiedy   mama 
zachorowała.

- Powiedz mi, czy wtedy też interesowała się Armią Zbawienia?

background image

- No... nie wydaje mi się.
Emanuel chrząknął, wyglądał na zatroskanego.
-   Od   czasu   do   czasu   doznaję   nieprzyjemnego   uczucia,   że   w   gruncie 

rzeczy to ona wcale takiego zapału nie żywi.

Elise zrobiło się nieswojo.
- Co masz na myśli?
Znowu się roześmiał jakoś dziwnie.
-   Nie,   nic,   to   tylko   takie   uczucie.   Bo   widzisz,   ona   nigdy   nie   chce 

rozmawiać z naszymi koleżankami ani z tymi, którzy śpiewają z nią w 
chórze. Zawsze zwraca się wyłącznie do mnie.

- Może jest w tobie zakochana. - Gdy tylko wypowiedziała te słowa, 

natychmiast zaczęła żałować. Po pierwsze to są plotki, a po drugie sama 
wolała nie wiedzieć, jak Emanuel na to zareaguje.

-   Mam   nadzieję,   że   się   mylisz.   -  Wyglądało   na   to,   że   Emanuel   jest 

szczery.

-  Agnes   to   śliczna   dziewczyna.   Miła   i...   -   Elise   chciała   powiedzieć 

„porządna", ale się powstrzymała. Emanuel przecież nie jest pierwszym, 
którego Agnes próbuje zaciągnąć do łóżka.

- Zgadzam się z tobą. To i ładna, i miła, i porządna dziewczyna.
Nie powiedziałam „porządna", pomyślała Elise z niechęcią.
- Ale boję się, czy ta sprawa nie będzie dla niej bolesna - mówił dalej 

Emanuel. - Bo po pierwsze ja żyję swoim szczególnym życiem, po drugie 
nie żywię dla niej tego rodzaju uczuć. Zresztą wiesz... - dodał cicho.

Elise   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Rozmowa   wkraczała   na   bardzo 

grząski grunt.

- Chyba rozumiesz, Elise, co próbuję ci powiedzieć? Wiem, że to błąd z 

mojej strony, bo przecież jesteś zaręczona, ale nic na to nie poradzę. Od 
kiedy spotkałem cię pierwszego dnia, nie mogę przestać o tobie myśleć, a 
z czasem jest coraz gorzej i gorzej. Tamta noc w komórce... - umilkł i 
głośno przełknął ślinę, po czym mówił dalej. - Starałem się całą rzecz 
zlekceważyć, ale to, co przed chwilą powiedziałem, jest prawdą. Mimo że 
w   tej   komórce   było   nam   tak   strasznie   zimno   i   nieprzyjemnie,   nagle 
odkryłem, że ta strona życia nadal mnie obchodzi, że się z tym wcale nie 
uporałem. Wciąż mnie to dręczy i błagam Boga o siłę, by dać sobie radę, 
ale niestety dotychczas moje modlitwy nie zostały wysłuchane.

Elise przestępowała z nogi na nogę. Pomyśleć, że ktoś mógłby nadejść i 

zobaczyć ich razem. A gdyby jeszcze usłyszał, co Emanuel mówi? A co by 
było, gdyby to dotarło do uszu Agnes?

-   Widzę,   że   jesteś   skrępowana,   ale   dłużej   nie   mogłem   się   po-

background image

wstrzymywać i chcę, żebyś wiedziała, jak to ze mną jest.

Zanim Elise zdążyła się otrząsnąć z wrażenia, zarzucił jej ręce na szyję i 

przywarł wargami do jej ust.

- Elise - wyszeptał po chwili, patrząc na jej twarz. Wyrwała mu się ze 

strachu, że ktoś mógłby ich zobaczyć, lecz także ze strachu przed samą 
sobą. Coś się z nią działo, coś, czego nie chciała.

- Muszę już iść - wymamrotała, odwracając się od niego.
- Wybacz mi - to ostatnie słowa, które usłyszała, zanim zaczęła biec.
Biegła dość długo w dół ulicy, w końcu zdyszana zwolniła nieco kroku. 

Myśli kłębiły jej się w głowie. Dlaczego tak na to reaguje? Powinna była 
udzielić mu odpowiedzi, wytłumaczyć, że jest zakochana w Johanie, że dla 
niej nigdy nie będzie żadnego innego mężczyzny, tylko Johan.

W pewnym momencie usłyszała jakieś dźwięki i szybko spojrzała na 

domy   po   lewej   stronie   ulicy,   skąd   te   dźwięki   dochodziły.   W   niskich 
oknach małych drewnianych domków płonęły żółte światła. Domy stały 
blisko jeden drugiego, ale dwa z nich oddzielał dość długi płot z desek, 
nad którym zwieszały się gałęzie jabłoni. W mdłym blasku ulicznej latarni 
gałęzie wyglądały niczym nagie ramiona, wyciągające się do nieba.

Coś się działo za drewnianym płotem, gałęzie jabłoni się poruszyły i 

Elise usłyszała skradające się kroki. Przeniknął ją strach.

Pośpiesznie   omiatała   wzrokiem   marnie   oświetloną   ulicę,   potem 

odwróciła głowę i przerażona obejrzała się za siebie. Nigdzie nie było 
żywej   duszy.   W   chwilę   później   pobiegła   ile   sił   w   nogach   w   stronę 
Beierbrua.

Coś musiało mi się przywidzieć, próbowała przekonywać samą siebie, 

kiedy w końcu przebyła most i zbliżała się do Andersengarden. W głębi 
duszy jednak wiedziała, że to nieprawda. Tam naprawdę ktoś był. Ktoś, 
kto się na nią czai. Ktoś, kto przypuszczalnie widział, że Emanuel ją do 
siebie   przytulał,   i   teraz   z   pewnością   przekaże   tę   wiadomość   dalej 
więźniom w Akers-hus...

Jeśli ten ktoś nie szuka czego innego... Z trudem wciągała powietrze. 

Przez   moment   oczyma   wyobraźni   zobaczyła   nienawistne   spojrzenie 
przyjaciela   Lorta-Andersa.   Cała   ta   szajka   jej   nienawidzi.   Na   pewno 
obmyślają zemstę...

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Nareszcie zaczęły się szczepienia przeciwko ospie. Elise martwiła się od 

background image

chwili, kiedy dotarła do niej wiadomość, że epidemia tej choroby szaleje 
po   kraju.   Na   szczęście   u   nich   jeszcze   nie   wybuchła,   nikt   jednak   nie 
wiedział, kiedy to może nastąpić.

W  poczekalni   doktora   kłębił   się   tłum.   Niektórzy   stali   w   milczeniu   i 

spoglądali przed siebie niewidzącym wzrokiem, inni próbowali ze sobą 
rozmawiać.   Jacyś   dwaj   mężczyźni   siedzieli   na   ławce   i   dyskutowali   o 
rosnącym bezrobociu.

- W punktach, gdzie rozdają jedzenie, kolejki z dnia na dzień są coraz 

dłuższe - mówił jeden z nich. - Stoją w nich starzy i chorzy, matki i dzieci, 
i młodzi mężczyźni, którzy powinni pracować. W gazecie czytałem, że 
„jedyne, do czego mogą używać swoich pięści, to przedzieranie się do 
drzwi, żeby być jak najbliżej, kiedy zostaną otwarte, odpychając na koniec 
słabszych i przeciskając się do przodu, żeby dostać kartkę na obiad albo 
pół bochenka chleba".

- To po prostu wstyd - wtórował drugi, kręcąc głową.
- A co myślicie o unii? - pierwszy pytał cichym głosem, rozglądając się 

wokół. Chyba się obawia, że mogą się tu znajdować ludzie o innych niż on 
poglądach, pomyślała Elise. Kristian i Peder oglądali jakąś gazetę.

-   Unia   koniecznie   powinna   zostać   rozwiązana   -   oznajmił   stanowczo 

drugi z mężczyzn. On najwyraźniej nie myślał o ściszaniu głosu. - Szwecja 
nie ma już dla nas takiego znaczenia jako partner handlowy. Niemcy i 
Anglia   są   ważniejsze.   Teraz,   kiedy   porozumienie   między   państwami 
zostało rozwiązane, nie mamy z unii żadnego pożytku. Siła naszych rzek 
daje nam nowe możliwości, flota handlowa znowu bardzo się rozrasta, 
powstają nowe fabryki, rozwija się przemysł drzewny. Nasza gospodarka 
poprawia  się  z  roku   na  rok,  nie  potrzebujemy   Szwedów. Wprost  prze-
ciwnie,   wyprzedzamy   ich   o   głowę,   jeśli   chodzi   o   zakładanie   linii 
telefonicznych,   instalację   elektrycznego   oświetlenia   ulic   i   budowę 
elektrowni wodnych.

Machał   rękami,   jakby   to   on   osobiście   tego   wszystkiego   dokonał. 

Pierwszy kiwał potakująco głową.

- Jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że bardzo się od siebie 

różnimy. My mamy własną kulturę, własne tradycje. Wielu ludzi uważa, że 
to nie ma znaczenia dla ewentualnego-rozwiązania unii ze Szwecją, ja się 
jednak z nimi nie zgadzam.

- Ani ja. Kultura daje nam siłę. Pytanie tylko, czy Christian Michelsen 

jest najwłaściwszym kandydatem na premiera rządu. On nie ma żadnych 
ambicji politycznych, nie myśli ani nie przemawia jak polityk. Takie jest 
moje zdanie.

background image

- Ale nie mamy nikogo innego, kto mógłby przejąć ster, a on mimo 

wszystko ma doświadczenie ze Szwedami z czasów, kiedy był ministrem 
w   Sztokholmie.   Jest   to   też   bardzo   sympatyczny   człowiek,   tak   ludzie 
gadają. Potrafi mówić i głośno, i cicho.

Drzwi się otworzyły, a kiedy Elise spojrzała w tamtą stronę, spostrzegła 

Oline. Miała ze sobą trójkę dzieci.

- Dzień dobry, Oline. Jak ci się powodzi?
Oline nie odpowiedziała. W poczekalni nie było już wolnych krzeseł, 

więc stanęła pod ścianą, przytulając do siebie dzieci.

Elise nie widziała jej od czasu, kiedy Oline została wyrzucona z fabryki, 

często jednak o niej myślała. Zwłaszcza po tym, jak spotkała jej córkę i 
nabrała podejrzeń, że Oline zarabia na ulicy.

Wstała z miejsca i podeszła do niej.
-   Już   dawno   cię   nie   widziałam,   Oline.   Może   byś   wstąpiła   do   mnie 

któregoś wieczoru?

Oline posłała jej nieprzyjemne spojrzenie.
- A skąd miałabym wziąć na to czas?
- Nie... no nie wiem... miło nam się spędzało przerwy obiadowe jakiś 

czas temu, pomyślałam, że dobrze byłoby znowu porozmawiać.

Oline nic nie odpowiedziała.
- Przyszłaś zaszczepić dzieci? Tamta pokiwała głową.
- A gdzie najmłodszy?
- Umarł parę tygodni temu. Elise patrzyła na nią wstrząśnięta.
-   Ale   wtedy   z   tej   odry   to   się   jakoś   wygrzebał,   prawda?   Oline 

przytaknęła.

- Teraz był chory na szkarlatynę.
Elise   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Sześcioletnia   dziewczynka   z 

Seilduksgata   i   czterolatek   z   Sagveien   też   niedawno   umarli   na   tę   samą 
chorobę,   ale   ludzie   o   tym   nie   rozmawiali.   Większość   przeżywa   takie 
sprawy w samotności. Człowiek nigdy nie wie, na kogo teraz przyjdzie 
kolej.

Wróciła na swoje miejsce. Wyglądało na to, że Oline nie chce z nią 

rozmawiać.   Ale   kiedy   ona   i   chłopcy   w   końcu   wyszli   od   lekarza 
zaszczepieni, Oline zwróciła się do niej.

- Słyszałam, że Hilda jest w ciąży.
Elise rozejrzała się wokół, zawstydzona. Jak Oline może głośno pytać o 

takie sprawy?

- Ale słyszałam też, że mimo wszystko nie została wyrzucona z fabryki.
Elise  zrozumiała.   Oline  nosiła  w  sercu  urazę  do  nich,   ponieważ  ona 

background image

straciła pracę, a tymczasem Hildzie pozwolono zostać. Skinęła głową, ale 
nie miała nic do powiedzenia w obronie Hildy.

- Ludzie traktowani są różnie - w głosie Oline słychać było gorycz.
Elise przestępowała z nogi na nogę.
- Rozumiem, że uważasz to za niesprawiedliwe.
Oline roześmiała się suchym, nieprzyjemnym śmiechem.
- Aha, więc ty to rozumiesz. No, nieźle. Peder ciągnął Elise za rękaw.
- Wracajmy, Elise. Chce mi się pić.
-   Do   widzenia,   Oline.   A   gdybyś   miała   ochotę,   to   wpadnij.   Oline 

milczała.

- Co ona taka zła? - Peder spoglądał na Elise pytającym wzrokiem.
- Bo jej jest bardzo źle, Peder. Mąż jej umarł, straciła pracę dlatego, że 

dwa razy się spóźniła. A najmłodsze dziecko ciężko chore leżało w domu i 
nie była w stanie zostawić go samego. Teraz dziecko umarło.

- Powinna ich powystrzelać - warknął nieoczekiwanie Kristian. Elise 

patrzyła na niego zaskoczona.

- Kogo?
- No na przykład nadzorcę - odparł stanowczo.
Kiedy znaleźli się na ulicy, Elise spostrzegła jakiś cień, który zniknął za 

narożnikiem domu. Mignęła jej sylwetka mężczyzny i miała wrażenie, że 
skądś go zna. Zimny dreszcz przemknął jej po plecach. Oni za mną łażą 
nawet w środku jasnego dnia? Próbowała uwolnić się od nieprzyjemnego 
uczucia, ale nie potrafiła.

Kiedy wrócili do domu, pani Thoresen szorowała schody, ostry zapach 

salmiaku kręcił im w nosach. Kobieta miała czerwone i popękane ręce, 
ciekło jej z nosa i z oczu, musiała pracować na kolanach, bo bolały ją 
plecy od pochylania się.

- Pośpieszcie się, ale idźcie ostrożnie po czystych stopniach - upomniała 

chłopców Elise, po czym zwróciła się do pani Thoresen. - Może przejmę 
od pani mycie schodów. Widzę, że bolą panią plecy.

- A słyszał to kto? Ty masz pod dostatkiem roboty, Elise. Idź raczej do 

Anny,   ona   przez   cały   dzień   nie   widziała   żywej   duszy.   Jest   dzisiaj 
przygnębiona.

- Anna? - Pani Thoresen skinęła głową i wróciła do mycia.
- Porozmawiaj z nią. Mnie nie chce nic powiedzieć.
Elise wyminęła ją zdumiona. Pierwszy raz w życiu słyszała, żeby Anna 

była nie w humorze.

W izbie okno było szeroko otwarte, a na dworze na parapecie ćwierkał 

mały ptaszek, ale Anna leżała zwrócona twarzą do ściany.

background image

- Cześć, Anno.
Anna z wolna się odwróciła.
- Zawsze tak się cieszyłam z nadchodzącej wiosny, a teraz leżę tu i 

pragnę, żeby raczej padał grad albo śnieg, wiało i zacinało deszczem - 
oznajmiła z bolesną tęsknotą w głosie.

-   Coś   ty,  Anno?   -   Elise   podeszła   do   łóżka.   -   Dlaczego   jesteś   taka 

smutna?

Anna potrząsnęła głową.
- Sama nie wiem. Wszystko jest takie ponure. Myślę o czasach, kiedy 

byłam   zdrowa   i   taka   sama   jak   wszyscy.   -  Nagle   urwała   i   zaniosła   się 
szlochem.

Elise wzięła jej rękę w dłonie. Czuła się całkiem bezradna. Współczucie 

dla Anny sprawiało jej ból, nie miała pojęcia, jak mogłaby jej pomóc.

- Wybacz mi, Elise - powiedziała w końcu Anna spokojnie. - Nie mogę 

obciążać cię swoimi zmartwieniami, masz pod dostatkiem własnych.

Elise usiadła na brzegu łóżka.
- Wcale mnie nie dziwi, że odczuwasz to w ten sposób. Dziwne było 

raczej to, że nigdy przedtem nie zwierzałaś mi się z takich myśli.

Anna z powagą skinęła głową.
- Nawet sama przed sobą się z tego nie zwierzam, nie mam odwagi tak 

myśleć.

- A czy coś się stało? Coś, co tak bardzo zmieniło twoje nastawienie?
Anna odwróciła wzrok.
- Nie mogę ci powiedzieć, co to jest, nie mam do tego prawa. Wiem 

tylko,   że   nie   zniosę   tego   leżenia   tutaj,   dzień   za   dniem,   tydzień   za 
tygodniem, rok za rokiem.

- A co miałaś na myśli, mówiąc, że nie masz do tego prawa?
- Mama mówi, że powinnam zaakceptować swój los. Kiedy ubiegłego 

roku latem odwiedzał mnie Lorang, jej się to nie podobało. Uważała, że te 
spotkania z nim budzą we mnie tęsknotę za innym życiem. Za życiem, 
którego nigdy nie będę miała. Bo ja przecież też mam swoje marzenia i 
swoje tęsknoty. Rozumiesz, o co mi chodzi, Elise?

Elise przytaknęła, Anna już dawniej o tym mówiła. - Ale teraz? Co się 

stało teraz?

Anna zagryzała wargi, nie podnosząc wzroku.
- A może wolałabyś o tym nie rozmawiać?
- Owszem, chcę, tylko że to takie trudne.
W duszy Elise pojawiło się podejrzenie. Rany boskie, to nie może mieć 

związku z Emanuelem...?

background image

- Wiesz, że na mnie możesz polegać, Anno. Tylko powiedz, jeśli chcesz 

się z kimś tym podzielić.

Anna   spojrzała   jej   w   oczy.   Ełise   stwierdziła,   że   nigdy   jeszcze   oczy 

przyjaciółki nie były takie piękne jak teraz.

- Myślę, że i tak wiesz.
- Czy to Emanuel?
Anna zarumieniła się po korzonki włosów i skinęła głową, najwyraźniej 

onieśmielona.

-   Wiem,   że   to   szaleństwo,   ale   przecież   nie   można   pytać   serca,   czy 

postępuje   mądrze.   Zawsze,   kiedy   on   tutaj   przychodzi,   jestem   bardzo 
szczęśliwa, ale też i przerażona, żeby nie dać po sobie poznać, co czuję. 
Ostatnio zresztą nie przychodzi tak często i za każdym razem umieram ze 
strachu, czy to już nie jest ostatnie spotkanie.

- Bardzo dobrze rozumiem, że jesteś nim zainteresowana. To urodziwy, 

sympatyczny i dobrze wychowany człowiek. Czy jest coś złego w tym, że 
się zakochałaś? To przecież zgodne z twoim wiekiem, a poza tym mamy 
wiosnę. I chociaż jesteś przykuta do łóżka, to niczym się nie różnisz od 
innych dziewcząt. Różnica polega jedynie na tym, że ty swoich marzeń nie 
możesz   wprowadzić   w   życie   i   musisz   zadowalać   się   tylko   fantazjami. 
Mimo wszystko nie powinnaś narzekać, a może nawet masz powody do 
radości. Popatrz na dziewczyny wokół, one się zakochują i przez krótką 
chwilę przeżywają wielkie szczęście, potem jednak na świat przychodzą 
dzieci   i   życie   zmienia   się   w   koszmar.   Znam   jedną   prządkę,   która   ma 
dwadzieścia trzy lata i jest już matką pięciorga dzieci, a teraz oczekuje 
szóstego. Najmłodsze sypia w szufladzie komody, reszta na rozkładanych 
na   podłodze   siennikach.   Wciąż   tylko   płacz   dzieci,   zmienianie   pieluch, 
wstawanie do nich w nocy, izba ciągle wypełniona suszącym się praniem. 
Mężczyzna, z którym kiedyś była taka szczęśliwa, po prostu się wyniósł i 
teraz ona musi żywić całą gromadę, a na pomoc może liczyć tylko ze 
strony gminy. Kiedy rano wychodzi do fabryki, dzieci muszą radzić sobie 
same, bo nie ma ich z kim zostawić. Przez cały czas jej myśli krążą wokół 
domu i tego, co się tam dzieje. Pomyśl, że może się przewrócić lampa 
naftowa albo dzieci się poparzą, kiedy będą dokładały do pieca, pomyśl, że 
najmłodszy może wypaść na podłogę i się potłuc, a nikt mu nie pomoże, 
pomyśl, że mogą się skaleczyć nożem tak, że krew będzie tryskać... Tysiąc 
rzeczy może się stać, a ona jest kompletnie bezradna.

Anna leżała bez ruchu i słuchała.
Elise spostrzegła, że jej słowa trochę pomogły.
W końcu przyjaciółka nawet się uśmiechnęła.

background image

-   Czy   to   na   takie   życie   z   Johanem   będziesz   teraz   czekać?   Elise 

odpowiedziała uśmiechem.

- Johan taki nie jest. On jest inny. Anna znowu spoważniała.
-   Pomogłaś   mi   bardziej,   niż   przypuszczasz,   Elise.   Teraz   wiem,   że 

powinnam się cieszyć tym, co mam, i nie myśleć o przyszłości. Chyba 
zaczynam być za bardzo wymagająca.

- Nikt nie może oczekiwać, że będziesz się cieszyć, bo leżysz w łóżku, 

myślę jednak, że rozumiesz, co chciałam powiedzieć. Emanuel to piękny 
mężczyzna i piękny człowiek. On nigdy nie zadałby ci bólu.

- Oczywiście, że nie, świadomie bólu by mi nie zadał, ale pewnego dnia 

znajdzie   sobie   chyba   dziewczynę   i   będzie   chciał   się   z   nią   ożenić.   To 
naturalne, chociaż jest członkiem Armii Zbawienia.

- Po pierwsze nie ma pewności, że kogoś znajdzie, a po drugie on może 

chcieć żyć samotnie.

Anna skinęła głową, radość wróciła do jej oczu. .
- Tak się cieszę, że mogę z tobą porozmawiać, Elise. Mama zapomniała, 

jak to jest być młodym. Zresztą nie  wiem,  czy  była taka  szczęśliwa z 
moim ojcem. - Zamilkła na chwilę. - Wiesz co, Elise? Wcale nie jestem 
pewna, czy ojciec kiedykolwiek wróci do domu. I nie jestem nawet pewna, 
czy w ogóle żyje. Odkąd poznałam Emanuela, powrót ojca nie jest już dla 
mnie taki ważny. I za Johanem też tak strasznie nie tęsknię.

- A ja mam szczerą nadzieję, że Emanuel będzie cię odwiedzał jeszcze 

długo,   bardzo   długo.   I   z   pewnością   na   zawsze   pozostanie   twoim 
przyjacielem.

Elise pożałowała tych słów, gdy spostrzegła cień na ślicznej buzi Anny. 

Ona pragnie czegoś więcej niż przyjaźni. Chwilę potem uśmiechnęła się.

-   To   dzięki   tobie   odwiedził   mnie   po   raz   pierwszy.   Serdecznie   ci 

dziękuję, Elise.

Elise wstała.
- Muszę iść do domu. Byłam z chłopcami na szczepieniach przeciwko 

ospie,   a   teraz   będę   musiała   odrabiać   z   Pederem  lekcje.   On   musi   dużo 
pracować, jeśli chce przejść do następnej klasy.

- Czy ty nigdy nie masz wolnego czasu, Elise? Elise uśmiechnęła się.
- Wynagrodzę sobie wszystko za parę lat, kiedy chłopcy nie będą już 

mnie potrzebować.

- Ale wtedy pewnie będziesz musiała zajmować się kimś innym. Elise 

posłała jej pytające spojrzenie, ale zaraz się domyśliła.

- Masz na myśli dziecko Hildy? Anna przytaknęła.
- Z tym Hilda będzie musiała radzić sobie sama. Oczywiście jej pomogę, 

background image

zwłaszcza w pierwszym okresie, ale później będzie musiała znaleźć dla 
dziecka   miejsce   w   żłobku.   Jeśli   oczywiście   nadal   będzie   pracować   w 
fabryce...

- Chyba będzie musiała.
Elise skinęła głową i ruszyła w stronę drzwi.
- W dalszym ciągu nie możesz mi tego powiedzieć? - w głosie Anny 

brzmiało napięcie.

- Bardzo mi przykro, Anno, ale nie. Hilda obiecała temu człowiekowi, 

że nic nie powie, dopóki dziecko nie przyjdzie na świat.

- No to nic dziwnego, że ludzie uważają, iż to żonaty mężczyzna.
Elise odwróciła się do niej.
- Więc plotki dotarły też do ciebie?
-   Mama   mi   powiedziała.   A   właściwie   to   dlaczego   on   się   tak   boi 

ujawnienia? Wiem, że wielu mężczyzn wypiera się ojcostwa, ale tu zdaje 
się to akurat nie ma miejsca. Hilda pokazywała mi prezenty, jakie od niego 
dostała.

- Myślę, że powinnaś zapytać Hildę wprost. Ja nie mogę nic powiedzieć. 

Zajrzę do ciebie znowu jutro, Anno, jak wrócimy od mamy.

W drodze na trzecie piętro znowu opuściła ją odwaga. Jeśli Agnes zrobi 

z   Emanuelem   to,   do   czego   zmierza,   to   on   przestanie   przychodzić   do 
Andersengarden. Dla Anny będzie to ciężkie przeżycie.

Chyba muszę z nim porozmawiać, pomyślała. Muszę mu uświadomić, 

jak wiele znaczą dla Anny jego wizyty.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Kiedy   następnego   popołudnia   Elise   schodziła   na   dół   do   Anny,   na 

schodach zderzyła się ze starym pastorem. Szedł zdyszany, tak jak wtedy, 
kiedy ojciec utonął, z kapeluszem w ręce, potem perlącym się na czole i 
zlepiającym jego kilka siwych włosów na prawie zupełnie łysej czaszce.

Elise nie pojmowała, dlaczego za każdym razem, kiedy go widzi, czuje 

niechęć.   Może   to   nieczyste   sumienie,   że   tak   rzadko   pokazuje   się   w 
kościele, a może nieprzyjemne wspomnienia z czasu, kiedy chodziła do 
pastora  na nauki przed  konfirmacją. Obie  z Agnes  siadywały   wtedy  w 
ostatnich ławkach i spoglądały w stronę chłopców, szeptały i chichotały, aż 
kiedyś  pastor  nagle   je   zauważył  i   wygłosił  grzmiące   kazanie   na   temat 
młodzieży, która kocha przyjemności bardziej niż Boga. „Ten, kto zadaje 
się z mądrymi, będzie mądry, ale ten, który bierze przykład z głupców, nie 
może liczyć na nic dobrego" - dokładnie pamiętała, że tak mówił. Nie 
rozumiała wtedy, że ona lub Agnes są głupie, w każdym razie nie do końca 
przyjmowała to do wiadomości i czuła się nieswojo.

- Dzień dobry, Elise - wydyszał pastor. - Mam nadzieję, że się nigdzie 

nie wybierasz, bo idę, żeby z wami porozmawiać.

Elise uznała, że nie ma wyboru.
- Miałam tylko zajść do Anny w jednej sprawie, ale mogę to zrobić 

później.

Wskazała mu drogę do kuchni. Hilda i chłopcy gdzieś poszli.
- Wypije pastor filiżankę kawy?
-   Owszem,   dziękuję.   -   Pastor   odstawił   na   bok   laskę   ze   srebrnymi 

background image

okuciami, ciężko opadł na taboret i zaczął ocierać pot z czoła wielką białą 
chusteczką. W piersiach mu świstało. Elise patrzyła na niego zatroskana.

- Czy pastor źle się czuje?
- A czy to coś dziwnego? Jak może się czuć człowiek, który musi żyć 

wśród tak wielu grzesznych ludzi?

Elise   nic   nie   odpowiedziała,   zastanawiała   się,   czy   dlatego   do   nich 

przyszedł.

- Najlepiej będzie, jak od razu przystąpimy  do rzeczy - mówił dalej 

pastor, ciężko dysząc. - Słyszę, że twoja siostra zeszła na złą drogę, a ty 
sama też zmierzasz w takim samym kierunku.

Elise   zaskoczona   zmarszczyła   czoło.   Co   on   właściwie   ma   na   myśli? 

Zaczerpnęła wody z wiadra i napełniła dzbanek do kawy, postawiła go na 
kuchni   i   zaczęła   dokładać   drewna   do   ognia.   Na   szczęście   po   obiedzie 
nadal się paliło.

- Jesteście moimi parafianami, a poza tym ty i twoje rodzeństwo nie 

macie ani matki, ani ojca, w związku z tym uważałem za swój obowiązek 
was odwiedzić. - Zdjął z ramion biały szal i razem z kapeluszem położył 
go na kuchennym stole. - W Drugim Liście do Koryntian napisano, że 
musimy oczyszczać się z każdej nieczystości ciała i ducha. Obawiam się, 
że dla twojej siostry  jest już za późno, mam jednak nadzieję uratować 
ciebie, moje dziecko. Wiercił się przez chwilę na stołku, a potem mówił 
dalej:

-   Ludzie   gadają,   że   zaślepił   cię   ten   jakiś   kaznodzieja   na   świeżym 

powietrzu. Muszę przyznać, że wiele z tego, co oni mówią, nie odbiega za 
bardzo   od   nauki   Kościoła,   ale   żeby   kobiety   były   przywódcami,   a   na 
dodatek nazywały  się oficerami, to absolutnie naganne. Śpiewać pieśni 
religijne na świeckie melodie to szyderstwo z Pana Boga. A na dodatek oni 
grają na rogach i trąbkach, nawet na tamburynach. Naprawdę włos jeży się 
na głowie. Mężczyźni i kobiety, którzy wcześniej wiedli grzeszne życie, 
występują jako kaznodzieje. Swoją gazetę nazwali nawet „Głos Wojenny". 
Jakby prowadzili jakąś wojnę.

Umilkł na chwilę i znowu ocierał czoło.
-   Co   to   ja...   co   to   ja   chciałem   powiedzieć...   -   wbił   w   nią   bezradne 

spojrzenie.

-   Pastor   mówił   o   mojej   przyjaźni   z   oficerem   Armii   Zbawienia, 

Emanuelem Ringstadem. Mogę pastora zapewnić, że nie ma w tym nic 
innego,   jak   tylko   przyjaźń.   On   nam   pomógł,   kiedy   najbardziej 
potrzebowaliśmy pomocy, i zdołał nawet zdobyć pieniądze na lekarstwa 
dla Anny.

background image

- Ach tak? A to dziwne. Ciekawe, skąd oni biorą te pieniądze?
- Ze zbiórek i darów, jakie dają im ludzie, którzy uważają, że to piękne 

pomagać najuboższym.

Pastor zdawał się nie słuchać tego, co mówi Elise.
- Pewnie słyszałaś, co się stało w Anglii, kiedy ta sekta zaczęła tam 

działać?   W   pewnym   momencie   wysłano   tysiące   policjantów,   żeby 
powstrzymywali   masy   ich   zwolenników,   i   po   zaledwie   roku   ponad 
osiemdziesięciu członków sekty wtrącono do więzienia, a wielu raniono, 
w tym kilkaset kobiet. Czy pragniecie wywołać tutaj w naszym kraju taką 
sytuację?

- Pastor mówi o czymś, co stało się wiele lat temu. Dzisiaj wszystko 

wygląda zupełnie inaczej.

- Moim zdaniem ty już im uległaś, Elise. Czuję się tym rozczarowany. 

Pamiętam   cię   z   czasów   nauki   przed   konfirmacją.   Byłaś   posłuszną   i 
grzeczną dziewczyną. Mówiłaś też ładnie.

Pewnie zapomniał, jak nawymyślał Agnes i mnie, kiedy chichotałyśmy 

w kościele, pomyślała.

- Myślę, że się od tamtej pory tak bardzo nie zmieniłam, pastorze. Ale 

zdążyłam poznać życie, doświadczyłam ubóstwa i nędzy w inny sposób 
niż wtedy, i teraz uważam, że czas najwyższy, żeby ktoś się tym zajął i 
próbował pomóc ludziom, którym wiedzie się najgorzej.

-   Powinnaś   lepiej   pilnować   swojej   siostry.   Słyszałem,   że   jest 

brzemienna. A przecież ma dopiero szesnaście lat! Naprawdę włos się jeży 
na głowie. Czy ona nigdy nie słyszała o piekle? Czy nie wie, że Pan Bóg 
karze   najokrutniejszymi   mękami   wszystkich   grzeszników,   a   zwłaszcza 
tych, którzy oddają się nierządowi? Czy ona się nie boi, jaką przyszłość 
snobie szykuje?

Elise mocniej zacisnęła wargi i nalała mu kawy do filiżanki. A więc 

pastor chce obciążyć ją winą za lekkomyślność Hildy. I dlaczego to Pan 
Bóg przede wszystkim karze tych, którzy ulegają pokusie zakosztowania 
chwilowej miłości, skoro na świecie tylu ludzi kradnie i oszukuje, jest 
wielu   takich,   którzy   prześladują   i   dręczą   innych,   którzy   posługują   się 
szyderstwem, kłamstwem i pomówieniami?

- Kiedy ona oczekuje rozwiązania?
Elise   odstawiła   dzbanek   z   kawą   na   piec   zadowolona,   że   może   się 

odwrócić do niego plecami.

- Latem.
-  A  twój   narzeczony   został  skazany   na   cztery   lata   ciężkich   robót  za 

złodziejstwo, jak słyszę?

background image

Elise poczuła, że płacz dławi ją w gardle.
- On nie kradł, stał tylko na czatach z rowerem.
- I dlatego uważasz, że jest niewinny? - w jego głosie brzmiała pogarda i 

zdumienie.

Elise zebrała się na odwagę.
-   Wierzę,   że   Bóg   go   rozumie.   Jestem   przekonana,   że   Johan   dał   się 

namówić do tego czynu w nadziei, że zdoła uratować życie siostry.

Pastor posłał jej pełne oburzenia spojrzenie.
-   Bądź   ostrożna   i   nie   nadużywaj   Bożego   imienia,   Elise.   Wszyscy 

musimy przyjmować los, który został nam dany. Nie ma usprawiedliwienia 
dla kogoś, kto popełnia przestępstwo.

Jemu łatwo mówić, pomyślała Elise, siadając na brzeżku taboretu. On 

nie ma gromady głodnych dzieci, które muszą radzić sobie same, kiedy 
idzie do pracy. A jeśli jego żona zachoruje, to z pewnością stać go na 
kupno lekarstw. Nie wie, jak to jest, gdy dwoje dorosłych i ośmioro dzieci 
sypia w jednej maleńkiej izdebce, jak to robi wielu ludzi tutaj nad rzeką. Z 
północnym wiatrem zacinającym przez dziurawe ściany, z nieszczelnymi 
oknami i ciągłym brakiem jedzenia. Jedyne stworzenia, które dobrze się 
czują w tej okolicy, to wszy, pluskwy i karaluchy, ale pastor nie ma o tym 
pojęcia.

Gość głęboko westchnął.
-   Bardzo   się   wami   martwię.   Grzech   i   kara   chodzą   ręka   w   rękę,   a 

prowadząc takie życie, możecie oczekiwać wiele złego.

- Nie wiem, czy zrobiłam coś złego, pastorze. - Elise patrzyła mu prosto 

w oczy. - Nic gorszego, jak tylko pospolite, drobne grzechy, złościłam się 
na ludzi, może powiedziałam komuś coś, czego żałuję, albo myślałam o 
kimś źle. Powinnam częściej odwiedzać Annę, powinnam więcej czasu 
poświęcać Pederowi, powinnam pójść do nieszczęsnej Oline, która siedzi 
sama z gromadką dzieci i właśnie niedawno utraciła najmłodsze. Ale nie 
mam na to ani czasu, ani siły.

Stary pastor posłał jej pełne niezadowolenia spojrzenie.
-   Zapomniałaś   powiedzieć,   że   odwróciłaś   się   od   Kościoła.   -   Głośno 

wytarł nos w swoją białą chusteczkę i patrzył na nią wilgotnymi oczyma. - 
Nigdy nie wiemy, kiedy  nadejdzie nasza godzina, to może być dzisiaj, 
może   być   jutro.   Nieszczęsny   ten,   kto   staje   przed   Sędzią   z   sumieniem 
obciążonym strasznymi grzechami.

Wypił parę łyków kawy i wstał.
- Będę się za was modlił, drogie dziecko. Postaraj się jednak, żeby twoja 

siostra   prosiła   o   wybaczenie   i   pojednała   się   z   Bogiem,   zanim   urodzi. 

background image

Powinienem zameldować o niej w policji obyczajowej, najpierw jednak 
chciałbym z nią porozmawiać, dać jej możliwość wytłumaczenia się. A ty 
trzymaj się z daleka od tych samozwańczych kaznodziei i módl się za 
swojego narzeczonego, żeby zwrócił oczy ku Panu i także modlił się o to, 
by najcięższe kary nie spadły na niego w dzień sądu.

Na korytarzu rozległy się jakieś hałasy. Elise usłyszała, że Kristian woła:
-   Do   cholery,   ja   tego   nie   zrobiłem.   Dostałem   od   Pingelena.   Drzwi 

otworzyły się z hałasem i chłopcy wpadli do środka. Natychmiast jednak 
stanęli  jak  wryci.   Peder  zaczerwienił  się   po   korzonki  włosów,  Kristian 
natomiast spoglądał na pastora z niewinną miną.

- Kto to tak klnie? - pastor spoglądał to na jednego, to na drugiego.
Żaden nie odpowiadał.
- No? Nie słyszę odpowiedzi.
- Bo Peder powiedział, że ja ukradłem. - Kristian patrzył pastorowi z 

uporem w oczy.

- Czy nie wiesz, że Bóg cię słyszy?
- Nie ma żadnego Boga. Na pewno nie ma Boga po tej stronie rzeki.
Pastor chwycił Kristiana za ucho i mocno pociągnął.
- Tak mówisz do pastora, chłopcze? Kristian zacisnął wargi i milczał. 

Pastor zwrócił się do Elise.

- Tutaj zaniedbałaś swoje obowiązki, Elise. Nie spodziewałem się, że 

jeden z twoich braci będzie mówił takie słowa.

Elise   też   nic   nie   odpowiedziała.   Nie   ma   wyjścia,   musimy   się   z   tym 

pogodzić, myślała. W oczach Kościoła byli ludźmi, którzy nie mogą się 
równać z mieszkańcami zachodniego brzegu rzeki.

Ucieszyła się, kiedy pastor sobie poszedł.
- Co się z wami dzieje? - teraz ona spoglądała surowym wzrokiem na 

swoich braci.

- Peder mówi, że ja ukradłem, ale dostałem to od Pingelena.
- No to pokaż. - Elise słyszała, że jej głos brzmi ostrzej niż zazwyczaj.
Kristian niechętnie podał jej nóż.
- A dlaczego dostałeś to od Pingelena?
Kristian wzruszył ramionami. - Bo on chce, żebym był jego kolegą i w 

ogóle.

- Chcesz być kolegą kogoś, kto o mało nie wpędził Pedera do rzeki?
Kristian   nie   odpowiedział,   stał   i   wpatrywał   się   w   podłogę   z   jeszcze 

bardziej upartym wyrazem twarzy niż zazwyczaj.

Elise westchnęła ciężko. Wiedziała, że powinna na niego na-krzyczeć, 

ale nie była w stanie.

background image

- Jak się najecie, to możecie wyjść. Ja bym chciała odwiedzić Oline.
Właściwie to nie miała wielkiej ochoty na tę wizytę po wczorajszym 

spotkaniu   z   dawną   koleżanką,   kiedy   widziała,   jak   bardzo   tamta   jest 
rozgoryczona i pełna złości, ale po wizycie pastora czuła, że powinna coś 
zrobić. Przeraził ją swoimi słowami na temat kary i mąk piekielnych.

Gdy miały  ze sobą więcej wspólnego, Elise nieczęsto ją odwiedzała. 

Oline mieszkała w ciemnym zaułku przy Seilduksgata, gdzie domy stały 
tak blisko siebie, że człowiek stojący pomiędzy dwoma budynkami mógł 
dotykać ich obu równocześnie.

Jakiś wielki szczur wypadł jej spod stóp, a przy studni, gdzie zaułek 

trochę się rozszerzał, siedziały brudne, obdarte dzieciaki i wychlapywały 
wodę z zardzewiałej wanny.

Weszła   na   niewielkie   podwórko   wyłożone   na   pół   zgniłymi   deskami. 

Trzeba   było   uważać,   żeby   nie   potknąć   się   i   nie   przewrócić.   Dwaj 
mężczyźni   z   sumiastymi   wąsami,   w   czapkach   z   daszkiem,   połatanych 
kurtkach i długich, ciemnych niedzielnych spodniach siedzieli na ławce i 
palili   fajki,   a   kobieta   w   szerokiej   czarnej   spódnicy,   szarej   zniszczonej 
bluzce,   z   siwymi   włosami   związanymi   w   twardy   kok   na   karku   stała, 
skrzyżowawszy ręce na piersi, i przyglądała im się podejrzliwie. Kominy 
na   niskich   dachach   sprawiały   wrażenie,   że   mogą   się   w   każdej   chwili 
rozsypać i spaść na ziemię, a drzwi domów były takie niskie, że Elise 
musiała się pochylić, kiedy chciała zapukać.

Otworzyło jej dziecko. W izbie było tak ciemno, że oczy potrzebowały 

sporo czasu, by się przyzwyczaić, więc przez chwilę Elise nic nie widziała. 
Wiosenne   słońce   nie   docierało   tutaj   pomiędzy   dachami   ciasno 
zabudowanych domów, a jedyne okno wychodziło na podwórko.

Oline leżała na łóżku i spała, pozostałe dzieci siedziały na podłodze i 

bawiły się spokojnie kilkoma guzikami. Najstarszy dawał znaki Elise, że 
powinna być cicho, wskazując na łóżko w kącie.

Elise zrozumiała. Olirie może spać tylko w dzień, bo pracuje, kiedy inni 

odpoczywają...

- Długo będzie spać? - spytała szeptem. Dziecko skinęło głową na znak, 

że długo.

- Idzie do roboty, jak my już się położymy spać.
- A możesz pozdrowić mamę i powiedzieć, że była u niej Elise? Wstąpię 

do was któregoś innego dnia.

- Ona wraca do domu dopiero rano.
Elise skinęła głową, odwróciła się i cicho wyszła, wstrząśnięta losem 

Oline.

background image

Kobieta i dwaj mężczyźni na podwórku śledzili ją zaciekawieni. Żadne z 

nich się nie odezwało.

Przebyła   już   prawie   cały   ciasny   zaułek,   kiedy   usłyszała   za   sobą   coś 

jakby   skradające   się   kroki.   Przystanęła   natychmiast,   lodowaty   dreszcz 
przeszedł jej po plecach, ostrożnie odwróciła głowę. W tej samej chwili 
spostrzegła coś mrocznego, znikającego pośpiesznie w drzwiach piwnicy.

-   Chyba   zaczynam  widzieć   duchy   w   jasny   dzień   -  bąknęła   sama   do 

siebie,   zdenerwowana.   -   Przecież   ten   człowiek   nie   ma   ze   mną   nic 
wspólnego. - Zła na siebie ruszyła w dalszą drogę.

Ale   gdy   tylko   się   odwróciła,   natychmiast   znowu   usłyszała   to   samo: 

skradające się kroki, jakby złodziej zaczajał się na ofiarę. Dokładnie to 
samo   słyszała   tamtego   popołudnia,   kiedy   była   u   Agnes   i   odniosła 
wrażenie, że ktoś ją śledzi.

Nic mi nie mogą zrobić teraz w środku słonecznego dnia, myślała. W 

dodatku jest niedziela i wszędzie pełno ludzi. Ale dlaczego ktoś za nią 
chodzi? Jeśli mają do niej jakąś sprawę, to powinni przyjść i powiedzieć 
wprost.

Znowu   gwałtownie   przystanęła   i   zdążyła   dostrzec   mężczyznę, 

przebiegającego błyskawicznie między dwoma domami.

Teraz nie miała już wątpliwości, ktoś ją tropi. Zaczęła biec.
Spocona i zdyszana wpadła na podwórko Andersengarden i wbiegła po 

schodach.

Na piętrze trzasnęły jakieś drzwi i usłyszała zbliżające się kroki. Ktoś 

musiał być u Anny albo pani Thoresen wychodzi z domu. Elise ruszyła 
szybciej.

Dopiero jednak na półpiętrze zobaczyła, kto to jest.
- Emanuel?
Purpurowe   światło   wieczornego   słońca   wpadało   na   wąski   korytarz, 

odbite od okien po drugiej stronie, i oświetlało jego twarz.

- Elise? Nie spodziewałem się spotkać cię na schodach. - Patrzył na nią, 

a w głosie słyszała żal.

- To dobrze, że jesteś, bo muszę z tobą o czymś porozmawiać. Zszedł 

niżej i zatrzymał się tuż przy niej.

- Nie widziałem cię od tamtego spotkania na Maridalsveien.
- Anna za tobą tęskni.
- Tylko Anna i nikt inny? - najwyraźniej próbował być zabawny, ale mu 

się to nie udawało.

- Zastanawiałam się, jak to jest z tobą. Z tobą i z Agnes.
- Mówisz tak, jak byśmy ja i Agnes mieli ze sobą coś wspólnego.

background image

- A nie macie?
- Teraz cię nie rozumiem. Elise zawstydziła się.
- Myślałam... sądzę... Agnes dała mi do zrozumienia...
-  Wiem,   do   czego   ona   dąży,   Elise.  Wstąpiła   do  Armii   Zbawienia   w 

nadziei, że... no cóż, przecież wiesz. Potrzebowałem trochę czasu, żeby ją 
przejrzeć. Ty najwyraźniej wiedziałaś o wszystkim, zanim się domyśliłem, 
o co jej chodzi.

Elise przestępowała z nogi na nogę.
- Ja nie mogłam nic powiedzieć, to by była zdrada przyjaciółki.
Emanuel stał bez ruchu i patrzył na nią.
- Tamtego wieczoru, kiedy spotkałem cię na Maridalsveien... widziałaś 

chyba te obrazki, które zamierzała mi pokazać?

Rumieniec pokrył twarz Elise. Wpatrywała się w swoje stopy.
- Ostrzegałam ją, ale nie chciała mnie słuchać.
- Ale mnie nie ostrzegłaś.
- Jesteś dorosłym człowiekiem, nie potrzebujesz kogoś, kto będzie cię 

ostrzegał.

- Nie potrzebuję. Zastanawiam się tylko, co czułaś. Elise pośpiesznie 

uniosła wzrok.

- Wiem, że pragniesz żyć zgodnie z ideałami Armii Zbawienia, mówiłeś 

mi o tym tamtej nocy w komórce. Byłam bardzo poruszona tym, że Agnes 
chce cię uwieść.

Na twarzy Emanuela pojawił się przelotny smutny uśmiech.
- Cieszę się, że to mówisz. I myślałaś, że wpadłem w jej sieci?
- Musiałam myśleć o czymś innym.
- Ach tak? - Emanuel zmarszczył czoło i uważnie studiował twarz Elise.
- Mam wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Czułam to i wczoraj, i dzisiaj też.
Zmarszczka na czole Emanuela pogłębiła się.
- Kto by to mógł być?
- Jeden ze starych kolegów Johana przemycił do więzienia list i doniósł 

na mnie i na ciebie. Pisał o nocy, którą spędziliśmy w komórce, i o tamtym 
wieczorze, kiedy Peder się znalazł, a my potem długo w noc siedzieliśmy 
w kuchni. Przedstawił to w zupełnie innym świetle, niż w rzeczywistości 
było.

Twarz Emanuela poczerwieniała z gniewu.
-   Jak   on   mógł   zrobić   coś   takiego?   Przeciwko   tobie   i   przeciwko 

Johanowi...

- Oni mają do mnie pretensje. Uważają, że to z mojej winy Lort-Anders 

i Johan zostali złapani, a teraz łażą za mną, bo chcieliby się zemścić.

background image

- Rany boskie, co to za ludzie? - Emanuel był najwyraźniej wściekły i 

jednocześnie zmartwiony.

- To ludzie najgorszego rodzaju. Wszyscy się ich boją. Oni należą do tej 

samej bandy, która zamknęła nas w komórce.

- W takim razie musisz być ostrożna, Elise. Skoro mogli nas zamknąć w 

taki mróz, to najwyraźniej zdolni są do wszystkiego.

Elise skinęła głową.
- Dlatego biegłam przez całą drogę do domu.
- Powinnaś chyba więcej czasu spędzać w domu, nie chodzić nigdzie, 

tylko   do   fabryki   i   z   powrotem.   Kiedy   odwiedzacie   mamę,   to   idziecie 
razem, całą czwórką, prawda?

-   To   prawda.   -   Wahała   się   przez   chwilę,   nie   mogła   zapomnieć,   że 

obiecywała sobie, iż z nim zerwie. - Anna za tobą tęskni w te wszystkie 
dni, kiedy do niej nie przychodzisz.

Emanuel sprawiał wrażenie nieobecnego, najwyraźniej wciąż myślał o 

bandzie i niebezpieczeństwie, jakie grozi Elise z ich strony.

-   Mam   nadzieję,   że   nadal   będziesz   ją   odwiedzał.   To   dla   niej   wiele 

znaczy.

- Oczywiście, że będę. Nie zawiodę jej.
-  Anna   uczepiła   się   myśli,   że   nagle   może   wrócić   jej   ojciec.   I   teraz 

zwierzyła mi się, że to już nie jest dla niej takie ważne. Odkąd ma ciebie.

Emanuel uśmiechnął się onieśmielony.
- Nie, to chyba niemożliwe.
- I nie cierpi już tak bardzo z powodu nieobecności Johana, o tym też mi 

powiedziała.

- Wprawiasz mnie w zakłopotanie. Aż tyle nie mogę dla niej znaczyć.
- Ale to prawda, znaczysz.
Emanuel stał bez ruchu i patrzył jej w oczy.
- Jeśli jest tak, jak mówisz, to mi jej bardzo żal. Dobrze wiem, jak to jest 

być zakochanym w kimś, kogo nie można zdobyć.

Elise spuściła wzrok. Wolałaby, żeby Emanuel tego nie powiedział.
On zszedł o jeden stopień niżej.
- Obiecuję ci, że jej nie zawiodę, Elise. Ale ty musisz mi obiecać, że 

będziesz bardzo ostrożna, kiedy wychodzisz z domu.

- Trudno mi uwierzyć, że oni chcieliby mi coś zrobić. Myślę, że mnie 

śledzą, żeby zdobyć jakieś nowe wiadomości na nasz temat.

Emanuel ze złością potrząsnął głową, a potem zszedł po schodach.
Elise poszła do domu, myśli kłębiły jej się w głowie. Czy to aby na 

pewno prawda? Czyż nie mieli dowodów na to, że banda jest w stanie 

background image

zrobić coś gorszego?

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Kiedy   wróciła  do domu,  w kuchni nie  było nikogo,  Hilda  i  chłopcy 

jeszcze nie wrócili. Postanowiła, że wykorzysta rzadką chwilę samotności 
i napisze list do Johana. Kiedy ostatnio była w sklepie u Magdy na rogu, 
kupiła za pięć ore paczkę papieru listowego i koperty. Tym razem postara 
się zakleić list tak, żeby nikt niepowołany nie mógł go przeczytać.

Kochany Johanie!
Wczoraj   spotkałam   w   sklepie   jednego   z   przyjaciół   Lorta-Andersa. 

Powiedział mi, że przemycił do więzienia list do was. Miał jakoby opisać 
w   tym   liście,   „co   się   dzieje   na   naszej   ulicy",   między   innymi   miał 

background image

wspomnieć o plotkach na temat kapitana Ringstada i mnie.

Wierzę, że nie ma potrzeby, żebym Ci o tym donosiła, jestem bowiem 

pewna, że od początku uznałeś to za kłamstwo, mimo wszystko jednak 
muszę Ci o tym napisać. Gromada chłopaków próbowała wepchnąć Pedera 
do rzeki przy wodospadzie. Następnego dnia Peder schował się przed nimi 
na jednym z podwórek. Poprosiłam kapitana Ringstada o pomoc. A potem 
w podzięce zaprosiłam go na gorący posiłek, kiedy Peder wrócił już do 
domu. Wszyscy siedzieliśmy razem w kuchni. Ktoś jednak musiał widzieć, 
jak kapitan od nas wychodzi.

Tak samo było wtedy, kiedy łobuzy z „Bandy z Sagene" zamknęły nas w 

fabrycznej komórce. Nie zrobiłam nic, tylko rozmawiałam z nim o mamie 
i o sanatorium. Zresztą on zdobył też lekarstwa dla Anny. Kocham Cię, 
Johan, i takie podłe plotki sprawiają, że czuję się nieszczęśliwa. Nie mam 
pojęcia, dlaczego ci ludzie tak źle nam życzą. Czy to dlatego, że oddalam 
Ci broszkę? Tęsknię za tobą i wypatruję dnia, kiedy wrócisz.

Twoja Elise
Przeczytała   list,   włożyła   go   do   koperty   i   starannie   zakleiła.   Potem 

napisała   dużymi   literami   adres:   Johan  Thoresen,   Państwowe  Więzienie 
Akershus. Słyszała, że czasem ktoś uzyskuje zgodę na przekazanie listu 
jakiemuś więźniowi. Nie chciała za nic przesyłać swojego listu przez tych 
drani z otoczenia Lorta-Andersa.

Na dworze było jeszcze jasno. Gdyby się pośpieszyła, to zdąży wrócić 

do domu, zanim zapadnie zmrok.

Mogłabym poprosić Emanuela, żeby ze mną poszedł, przyszło jej do 

głowy. Ale myśl, że będą sami wracać cichymi ulicami do domu, wcale jej 
się  nie spodobała. Z drugiej strony  nie miała pewności,  czy  zdążyłaby 
pobiec   tam   i  z   powrotem  do   twierdzy   w   czasie   przerwy   obiadowej   w 
fabryce, a za nic nie chciała się spóźniać, żeby nie stracić pracy. Wieczór 
był pogodny, długo jeszcze będzie jasno.

Podjęła szybką decyzję, zarzuciła chustkę na ramiona i przejrzała się w 

małym lusterku, stojącym w izbie na komodzie. Była zmęczona, twarz 
miała   szarą,   nikt   nie   mógł   mieć   wątpliwości,   z   jakiego   środowiska 
pochodzi.   Ani   policjanci,   ani   strażnicy   więzienni   nie   odnoszą   się   z 
szacunkiem   do   tych,   którzy   stoją   najniżej   na   drabinie   społecznej. 
Przyjrzała   się   szufladom   komody.   Najniższa   należała   do   Hildy.   Elise 
ostrożnie ją otworzyła. Apaszka, którą Hilda dostała od majstra, mieniła 
się kolorami. Z wyrzutami sumienia wyjęła ją ostrożnie, zawiązała na szyi 
i znowu spojrzała w lusterko. Trudno uwierzyć, jaką zmianę spowodowała 
apaszka.

background image

Hilda z pewnością zrozumie, że dla mnie możliwość przekazania listu 

jest   bardzo   ważna,   myślała   z   poczuciem   winy.   Potem   wsunęła   list   do 
kieszeni i napisała kartkę do Hildy i chłopców.

Schodziła   w   dół   do   miasta   wzdłuż   Maridalsveien.   Na   ulicach   było 

mnóstwo   ludzi,   spacerujących   przy   pięknej   pogodzie,   w   zaroślach 
ćwierkały ptaki, a w koronie wielkiej jarzębiny pełnym głosem śpiewał 
skowronek. Wszystkie wędrowne ptaki już przyleciały, na podwórkach i w 
ogródkach   gruchały   gołębie.   Na   chodniku   małe   dziewczynki   z 
warkoczami, w butach zapinanych na guziczki i czarnych pończochach 
bawiły się w piekło i niebo, a chłopcy w połatanych spodenkach do kolan i 
wyrośniętych kurtkach grali w piłkę. Naprzeciwko niej jechał jakiś konny 
wóz, a za kwitnącym geranium, w małym, otwartym okienku siedziała 
kobieta i wołała do kogoś po drugiej stronie ulicy. Po błękitnym , niebie 
przepływały lekkie białe obłoki, w powietrzu pachniało wiosną.

Nagle   Elise   poczuła   się   szczęśliwa.   Kiedy   Johan   przeczyta   list,   nie 

będzie już żywił żadnych wątpliwości. Wtedy banda może przekazywać 
plotki, jakie tylko chce, on będzie mógł na niej polegać i wiedzieć, że 
nigdy nie zrobiłaby nic złego za jego plecami. Kiedy tamci spostrzegą, że 
ich   donosy   nie   robią   na   Johanie   wrażenia,   zmęczą   się   w   końcu 
wymyślaniem kłamstw i zaczną plotkować o kimś innym. Może Johan 
dowiedział się też, że Emanuel odwiedza również jego siostrę, to go z 
pewnością nie rozgniewa. Ucieszy go wszystko, co cieszy Annę.

Teraz pierwsze najtrudniejsze tygodnie mają już za sobą. Zbliża się lato, 

będzie   ciepło,   na   pewno   nawet   siedzenie   w   celi   nie   będzie   już   takie 
dokuczliwe. Z czasem Johan przyzwyczai się do więziennego życia i jeśli 
Elise dobrze go zna, to zaangażuje się z całych sił w pracę. Czyszczenie 
wychodków w Vika to nie jest jedyne zajęcie, do jakiego kierowani są 
więźniowie. Elise słyszała również o warsztatach stolarskich, o pracy w 
kamieniołomach, a nawet o tym, że więźniowie mogą się uczyć. Może 
więc pobyt w Akershus wcale nie będzie taki zły, może się nawet zdarzyć, 
że kiedy stamtąd wyjdzie, będzie miał możliwość uzyskania lepiej płatnej 
pracy niż przedtem.

Elise   wyprostowała   się,   uniosła   głowę   i   spoglądała   przed   siebie   z 

nowym optymizmem. Wiosna to czas nadziei, dni są jaśniejsze, cieplejsze 
i człowiek pogodniej spogląda na życie. Nic dziwnego, że wszyscy byli 
przygnębieni mroźną zimą, czasem ciemności, z pustymi skrzynkami na 
opał i prawie zawsze pustymi półkami w szafie na jedzenie. Słońce daje 
siłę. Człowiek nie potrzebuje tyle jedzenia, kiedy nie marznie.

- Elise?

background image

Odwróciła się zdumiona.
- Agnes? Wybierasz się do miasta?
Agnes skinęła głową. Miała nowe buty zapinane na guziczki, na głowie 

kapelusz ozdobiony kwiatami i białe rękawiczki na rękach, ale sukienka 
była ta sama, szara, którą Agnes wciąż nosi. To wszystko nie bardzo do 
siebie pasowało.

- Mam się spotkać z trzema dziewczynami z fabryki i pospacerujemy 

sobie po Karl Johan. Może nawet zajrzymy do Tivoli.

- No to kawałek pójdziemy razem. Idę do twierdzy Akershus i spróbuję 

przekazać list do Johana.

Agnes patrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Odważysz się?
- A co mi mogą zrobić, powiedzą „tak" albo „nie". Agnes przez chwilę 

milczała.

-  A  nie   mogłabyś  raczej   pójść   z   nami?   Jaką   masz   piękną   apaszkę   - 

dodała zdziwionym głosem. - Kupiłaś sobie?

- Nie, pożyczyłam od Hildy.
- A ona z pewnością dostała ją od tego swojego bogatego kochanka, jak 

przypuszczam?

Elise nie odpowiedziała.
- No a jak tam układają się sprawy między tobą i Emanuelem?
- Świetnie. - Agnes odpowiadała radosnym głosem, Elise jednak słyszała 

w nim inne nuty.

- Uzyskałaś już to, czego chciałaś? - była zła na siebie za to, że tak pyta, 

ale nie mogła się powstrzymać.

- No prawie. Ale z nim, biedakiem, nie jest łatwo. Postanowił przecież, 

że wypełni swoje powołanie, odwróci się od świeckiego życia i pozwoli, 
by Bóg decydował, czemu się ma poświęcić. W takiej sytuacji trudno w 
ciągu jednego dnia zmienić postanowienie.

- To akurat bardzo dobrze rozumiem.
- Ale nie zamierzam zrezygnować. - Agnes mówiła bardzo stanowczo. - 

Potrzebuję tylko więcej czasu, niż myślałam.

- No a te pocztówki nie pomogły? - Elise wyraźnie słyszała ironie w 

swoim głosie.

Po raz pierwszy Agnes sprawiała wrażenie zawstydzonej.
- Nie odważyłam się mu ich pokazać.
Ach   tak,   nie   odważyłaś   się...   -   pomyślała   Elise,   głośno   jednak 

powiedziała:

-   Moim   zdaniem   postąpiłaś   bardzo   mądrze.  To   by   chyba   przyniosło 

background image

odwrotny skutek.

Agnes zwróciła ku niej twarz, wyraźnie zirytowana.
- Ty nie znasz Emanuela. Elise milczała.
- Nie możesz uważać, że masz na niego jakiś monopol tylko dlatego, że 

wtedy pomógł ci poszukać Pedera.

- Oczywiście, że tak nie uważam.
- Jest okropnie irytujące, że on cię tak nieustannie wychwala. A przecież 

nie powodzi ci się gorzej niż wielu innym. Straciłaś ojca dopiero, kiedy 
miałaś   osiemnaście   lat,   a   ja   znam   mnóstwo   takich,   którzy   utracili 
rodziców, kiedy byli o wiele młodsi.

- Ale ja wcale nie proszę o żadne współczucie.
-   To,   że   pomagasz   Pederowi   i   Kristianowi,   jest   całkiem   naturalne. 

Przecież kto miałby się nimi zajmować?

Elise spojrzała na nią spod oka.
- Czy ja się kiedyś skarżyłam, Agnes?
- Nie, ale robi mi się niedobrze od tego słuchania, co on o tobie mówi. 

Jakbyś była jakąś świętą.

- Nic na to nie poradzę. Przecież nie próbowałam mu się przypodobać.
Agnes posłała jej spojrzenie pełne podejrzliwości.
- Jesteś tego pewna?
Elise zatrzymała się gwałtownie.
- Do czego ty pijesz, Agnes? Agnes też przystanęła.
- Otóż podejrzewam, że sprzykrzyło ci się czekanie na Johana. Elise 

poczuła, że gniew się w niej gotuje.

-   To   paskudne,   co   mówisz.  A  ja   powiedziałam   ci   przed   chwilą,   że 

właśnie   idę   do   twierdzy  Akershus   z   listem   do   niego.   I   w   tym   liście 
napisałam mu, że go kocham i żyję tylko myślą o dniu, kiedy wróci do 
domu.

- Chyba musiałaś to napisać, skoro banda Lorta-Andersa przekazała mu, 

co ludzie o tobie gadają.

Elise patrzyła na przyjaciółkę zdumiona.
- Dlaczego nagle występujesz przeciwko mnie? Czy to ma jakiś związek 

z Emanuelem?

-  A  czy   to   dziwne?   Nie   jest   szczególnie   zabawne   przekonaj:   się,   że 

mężczyzna twojego życia ubóstwia inną kobietę.

Elise jęknęła zgnębiona.
- Dobrze wiesz, że między mną i Emanuelem nic nie ma. Jeśli on mnie 

podziwia, to z pewnością dlatego, że opiekowałam się matką i zajmuję się 
chłopcami, co muszę łączyć ze swoją pracą. On wie, że kocham Johana i 

background image

że weźmiemy ślub, jak tylko wyjdzie z więzienia.

- Jesteś tego pewna? - w oczach Agnes wciąż czaiło się podejrzenie.
- Agnes, przestań. Co się z tobą dzieje? Sama przecież wiesz, jak my z 

Johanem jesteśmy sobą nawzajem zajęci, wiele razy powtarzałaś, że nam 
zazdrościsz.

- Ale to było dawniej. Teraz wszystko się zmieniło. Johan nie jest już 

najprzystojniejszym   facetem   w   Sagene,   on   jest...   -   umilkła   i   zagryzała 
wargi.

- On jest? - Elise patrzyła na nią wyzywająco.
- Sama wiesz najlepiej. - Agnes patrzyła jej w oczy z uporem. Trzej 

młodzi   mężczyźni   z   wydatnymi   wąsami,   w   kapeluszach   i   w   ciemnych 
niedzielnych ubraniach wyszli zza rogu ulicy. Jeden przystanął.

- Czy to ty, Agnes?
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie.
-   Gustav?   Sto   lat   cię   nie   widziałam!   -   Mówiła   znowu   słodkim, 

przymilnym głosem, najwyraźniej już kompletnie zapomniała o kłótni z 
Elise. - Idziesz do miasta?

Elise   spoglądała   na   dwóch   jego   kolegów.   I   nagle   zrobiło   jej   się 

nieprzyjemnie.   Była   pewna,   że   jednego   z   nich   już   kiedyś   widziała, 
przypominał jej członka tamtej bandy, która zamknęła ją i Emanuela w 
komórce,   jednego   z   koleżków   Lorta-Andersa.   Dziś   wygląda   trochę 
inaczej, bo ma na sobie świąteczne ubranie.

- A może wy wybierzecie się z nami do miasta? - usłyszała głos Gustava.
- No pewnie, ja mam się spotkać z kilkoma dziewczynami z fabryki - 

Agnes paplała z ożywieniem.

Gustav zwrócił się do Elise.
- Ty też pójdziesz?
Zanim Elise zdążyła odpowiedzieć, Agnes znowu się wtrąciła.
- Nie, Elise idzie do twierdzy Akershus, żeby oddać list dla swojego 

narzeczonego.

Gustav zlustrował ją z zaciekawieniem od stóp do głów.
- On tam pracuje?
Elise poczuła, że się czerwieni.
- Nie, to znaczy... on... on...
- On tam siedzi. Dostał cztery lata za kradzież - Agnes paplała z wielką 

swobodą. Wszyscy milczeli. Trzej mężczyźni przyglądali się Elise.

- No i co, czekasz na niego? - Gustav gapił się na nią, nie ukrywając 

zaciekawienia.

Agnes roześmiała się głośno.

background image

- Oczywiście, że czeka, to typowe dla Elise. Ona ma wielkie poczucie 

obowiązku.

- No to w takim razie my idziemy.
W   tej   samej   chwili   Elise   spostrzegła,   że   dwaj   koledzy   Gustava 

wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Czuła się coraz gorzej.

Jeśli   to   są   ludzie   tego   samego   rodzaju   jak   tamten   człowiek,   którego 

spotkała w sklepie u Magdy, to z przerażeniem myślała, że będzie musiała 
sama wrócić do domu.

Po drodze rozmawiali głównie Agnes i Gustav. Elise pojęcia nie miała, o 

czym rozmawiać, a obaj koledzy  Gustava milczeli. Od czasu do czasu 
dostrzegała, że spoglądają na nią ukradkiem, a raz usłyszała, że mówią coś 
do siebie półgłosem i raz po raz rzucają jej ukradkowe spojrzenia.

Nie była w stanie wyczytać niczego z wyrazu ich twarzy, nie potrafiłaby 

powiedzieć, czy są ciekawi, wrogo usposobieni czy po prostu obojętni, ich 
twarze przypominały sztywne maski. Ucieszyła się, kiedy nareszcie dotarli 
do   Karl   Johan   i   mogła   pójść   swoją   drogą,   zarazem   jednak   odczuwała 
niepokój na myśl, jak sama wróci do domu.

Chociaż zbliżał się wieczór, na głównej ulicy miasta były tłumy ludzi. 

Kobiety   w   wiosennych   strojach,   w   szerokich   wiosennych   płaszczach, 
wielkich   kapeluszach   i   delikatnych   pantofelkach   spacerowały   u   boku 
panów   w  cylindrach   i  białych   krawatach.   Studenci   w  swoich   czarnych 
czapkach, kadeci w mundurach, przedstawiciele bohemy i artyści stanowili 
część barwnego przedstawienia, jakie rozgrywało się przed jej oczyma. 
Wszystko   to   zapierało   jej   dech   w   piersiach.   Tutejsi   ludzie   tak   bardzo 
różnili się od tych, do których przywykła, że mogła się tylko na nich gapić. 
Raz po raz konna dorożka próbowała przedrzeć się przez ludzką ciżbę. 
Konie nie lubiły tłumu, stawały dęba i rżały głośno. Za plecami Elise od 
strony   Stortorvet   zadzwonił  tramwaj,   a   nieco   dalej   na   ulicy   ukazał  się 
patrolowy   wóz   policyjny   zaprzężony   w   dwa   konie.   Na   czarnym   boku 
widniał napis „Policja".

Elise zwróciła się do Agnes.
-  W  takim   razie   ja   idę   do   twierdzy.   Powodzenia,  Agnes,   i   pozdrów 

mamę.

Agnes uśmiechnęła się, spotkanie z młodymi mężczyznami najwyraźniej 

ją udobruchało.

- Następnym razem musisz z nami iść, Elise. A nie zajrzałabyś do mnie 

któregoś wieczoru?

Elise   skinęła   głową,   choć   dobrze   wiedziała,   że   długo   się   tam   nie 

wybierze.

background image

Skrępowana skinęła Gustavowi i jego przyjaciołom. Znowu zauważyła, 

że ci dwaj posyłają sobie dziwne spojrzenia. Na wszelki wypadek wrócę 
do domu inną drogą niż ta, którą przyszłam, pomyślała.

W miarę jak zbliżała się do twierdzy, narastało w niej zdenerwowanie. A 

co będzie, jeśli ją po prostu wyśmieją? Jeśli powiedzą, że była głupia, 
sądząc, iż można tak po prostu pisać listy do więźniów. A może nawet 
wpadną w złość i przegonią ją niczym parszywego psa. Byłby to wielki 
wstyd, Elise nie wiedziała, czyby to zniosła.

Wielki Boże w niebie, modliła się w duchu. Spraw, żeby przyjęli mój list 

i przekazali go Johanowi. Nie pozwól, żeby się ze mnie naśmiewali, bo ja 
tego nie zniosę.

Słyszała, że więzienie położone jest we wschodniej części twierdzy, na 

wprost bramy prowadzącej na dziedziniec. Przez moment pomyślała, że 
może   natknie   się   na   oddział   skazańców   w   kajdanach   i   więziennych 
drelichach, a jednym z nich będzie Johan. Ciekawe, jak by to było? Co 
Johan by zrobił, gdyby tak ją tutaj ujrzał? Na myśl o tym zakręciło jej się 
w głowie.

Z pewnością sprawiłoby jej ból, gdyby zobaczyła go w takim stanie. 

Mimo to marzyła, żeby choć przez sekundę na niego popatrzeć. Może by 
się do niej uśmiechnął i w ten sposób dał do zrozumienia, że nie wierzy w 
plotki.

Był niedzielny wieczór, ciekawe, co więźniowie robią o tej porze? Czy 

po prostu siedzą w swoich celach? Nikt przecież nie pracuje w niedzielę w 
więziennych warsztatach, tego była pewna.

Może przyszedł do nich pastor. Wygłasza kazanie na temat kary i mąk 

piekielnych, mówi, co się stanie z grzesznikami. Była przekonana, że ci, 
którzy po raz pierwszy dopuścili się przestępstwa, obiecują sobie, że nigdy 
więcej   nie   popełnią   takiego   głupstwa,   ale   ci,   których   złapano   trzeci, 
czwarty,   a   może   nawet   piąty   raz,   z   pewnością   śmieją   się   za   plecami 
pastora   i   kiedy   strażnicy   ich   nie   widzą,   obmyślają   z   koleżkami   nowe 
przestępstwa.

Zbliżyła się do twierdzy. Serce biło jej głośno w piersiach, miała sucho 

w ustach. Tam wewnątrz, za tymi ponurymi murami, siedzi Johan.

Za tymi samymi ponurymi murami znajdują się  strażnicy. I dyrektor 

więzienia. Ten, który decyduje o ich życiu, który może zrobić z nimi, co 
zechce.   Nie   ma   prawa   ich   sądzić,   orzekać   kary,   ale   ma   wystarczającą 
władzę, by kara została wymierzona tak, jak on sobie tego życzy. Może 
decydować,   czy   ktoś   zostanie   wychłostany   za   nieposłuszeństwo,   czy 
otrzyma   dodatkową   karę   za   nieprzyzwoite   zachowanie,   czy   będzie 

background image

dostawał   mniej   jedzenia,   ponieważ   nie   jest   dość   pokorny.   Jak   długo 
więźniowie znajdują się w obrębie murów twierdzy, tak długo to on, a nie 
Bóg, decyduje o ich życiu. Elise przeniknął dreszcz grozy.

Szła   teraz   jeszcze   wolniej.   Najbardziej   ze   wszystkiego   chciałaby 

zawrócić i uciec do domu.

Było coś okropnego w tej starej twierdzy. Pewnego razu ojciec Agnes 

opowiadał   im   o   ciemnych   celach   dla   więźniów   w   podziemiach,   pod 
jednym   ze   skrzydeł   zamku.   W   dawnych   czasach   można   było   słyszeć 
więźniów, którzy zostali skazani na śmierć i tam czekali na wykonanie 
wyroku, bywało, że śpiewali ostatnie psalmy, podczas gdy król z dworem 
weselił   się   w   salach   nad   nimi.   Dźwięki   tych   psalmów   docierały   do 
dziedzińca,   opowiadał   ojciec,   a   one   z  Agnes   słuchały   go   z   drżeniem. 
Potem  Elise   nie   mogła   przestać   o   tym  myśleć.   Jeszcze   tej   nocy   miała 
koszmarny sen, że wisi na rynku, a otaczający ją ludzie, którzy przyszli 
obejrzeć widowisko kaźni, gapią się na nią, w napięciu przyglądają się 
linie zawiązanej na jej szyi i z drżeniem czekają, aż kat wytrąci stołek spod 
jej nóg, a pętla na szyi złamie jej kark.

Obudziła się wtedy z krzykiem i opowiedziała matce, co jej się śniło.
- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ojciec Agnes opowiada wam o tych 

wszystkich strasznych rzeczach, które działy się kiedyś, skoro dzisiaj też 
jest wokół nas tyle zła - powiedziała wtedy matka.

Ale   Elise   zwietrzyła   krew,   można   powiedzieć,   bardzo   ją   to 

zainteresowało,   pożyczała   w   szkole   książki   od   młodego   nauczyciela   i 
zaczytywała   się   opowieściami   o   paleniu   czarownic,   czarnej   śmierci   i 
napadach wikingów na klasztory w Anglii.

Z   wahaniem   przeszła   przez   most   nad   fosą.   Strażnicy   stali   sztywni 

niczym ołowiane żołnierzyki, każdy przy swojej kolumnie. Kiedy, jąkając 
się, spytała, gdzie mogłaby oddać swój list, oni patrzyli wciąż przed siebie, 
ale żaden nie odpowiedział.

Zakłopotana weszła na dziedziniec twierdzy i ruszyła w stronę jakichś 

drzwi. Gdy tylko zapukała, drzwi natychmiast się otworzyły i stanął w 
nich mężczyzna w mundurze.

- Bardzo przepraszam, ale czy to możliwe, żebym przekazała list dla 

jednego z więźniów? - patrzyła na niego błagalnie, czując równocześnie, 
że krew odpływa jej z twarzy, a dłonie robią się lodowate.

Mężczyzna   przez   chwilę   stał   bez   ruchu   i   przyglądał   się   jej.   Nie 

wyglądało na to, że jest z nim ktoś jeszcze, nie słyszała też, żeby ktoś 
znajdował się w pobliżu.

- A dla kogo chciałabyś przekazać ten list?

background image

- Dla Johana Thoresena.
Tamten  zmarszczył czoło, jakby  próbował sobie  przypomnieć,  kto to 

taki.

- On został zamknięty trochę ponad dwa miesiące temu. Za udział w 

kradzieży. - Ostatnie słowa powiedziała tak cicho, że prawie nie było ich 
słychać.

-   Taki   wysoki,   silny   mężczyzna,   który   pracował   w   fabryce   płótna 

żaglowego?

Elise przytaknęła.
- No to daj mi ten list, zobaczę, co się da zrobić. Wyjęła kopertę z 

kieszeni i podała strażnikowi. On długo się jej przyglądał.

- Czy to ty napisałaś adres? Elise skinęła głową.
- Masz piękne pismo. I ładnie mówisz, skąd pochodzisz?
-   Mieszkam   przy   Sandakerveien.   Strażnik   sprawiał   wrażenie 

zaskoczonego.

-   Moja   mama   pochodzi   z   Ulefoss   i   kiedy   przyjechała   do   Kristianii, 

nauczyła się ładnie mówić, żeby dostać lepiej płatną pracę.

Mówiąc   te   słowa,   zarumieniła   się   ze   wstydu.   To   przecież   brzmiało, 

jakby opowiadała o podstępie, jakby matka starała się nieuczciwie dostać 
od losu lepsze życie.

Mężczyzna się uśmiechnął, sprawiał wrażenie życzliwego.
- No a ty nauczyłaś się od matki?
Skinęła głową i zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
- Czy ten Johan Thoresen to twój brat?
- Nie, jest moim narzeczonym. Mężczyzna uniósł w górę brwi.
- No a ty postanowiłaś na niego czekać, dopóki nie odbędzie swojej 

kary?

Elise skinęła głową.
-   Jeśli   on   zechce,   żebym   na   niego   czekała.   Mężczyzna   wybuchnął 

śmiechem.

- Musiałby być skończonym głupcem, gdyby tego nie chciał. Pozdrowię 

go od ciebie i powiem, że jego czarująca narzeczona tutaj była. To dla 
niego   z   pewnością   będzie   radosna   niespodzianka.   Elise   dygnęła, 
wymamrotała   jakieś   podziękowania,   odwróciła   się   i   ruszyła   w   drogę 
powrotną z nieprzyjemnym uczuciem, że tamten człowiek wciąż stoi i nie 
spuszcza z niej wzroku.

Słońce już zaszło i od strony fiordu czuć było zimny powiew wiatru. 

Elise przyśpieszyła kroku.

Przecięła Karl Johan i Stortorvet i była w drodze do Mollergata, kiedy 

background image

nagle spostrzegła przyjaciół Gustava. Stali przed jakąś knajpą i rozmawiali 
z innym mężczyzną. Elise pochyliła głowę i odwróciła twarz w nadziei, że 
przejdzie obok nich niezauważona.

Spodziewała się, że zawołają na nią po imieniu albo podejdą lub też w 

inny   sposób   będą   chcieli   zwrócić   jej   uwagę.   Ale   chyba   mnie   nie 
zauważyli, pomyślała z ulgą i przyśpieszyła kroku.

Minęła   magistrat,   dalej   szła   Mollergata   i   dotarła   do   Brenne-riveien. 

Zdecydowała się, że stamtąd przejdzie przez Grunerbrua i pójdzie dalej 
wzdłuż   wschodniego   brzegu   rzeki.   To   mroczna   i   wymarła   okolica, 
porośnięta   lasem,   o   rzadkiej   zabudowie,   ale   jeśli   koledzy   Gustava   ją 
zauważyli i jeśli mieli wobec niej jakieś złe zamiary, to będą jej szukać na 
Maridalsveien, którą tutaj przyszła i z której korzysta większość ludzi, bo 
to   ulica   oświetlona,   gdzie   łatwiej   niż   po   tamtej   stronie   rzeki   uniknąć 
spotkania z podejrzanymi typami.

Kiedy   przeszła   przez   most,   zaczęła   biec.   Słońce   zaszło   i   na   ziemię 

spływał zmrok. Na szczęście dobrze znała tę okolicę, latem wielokrotnie 
bawiła się tutaj z Pederem i Kristianem. Nawet w półmroku i bez latarki 
bez trudu odnajdzie drogę do domu. Przez dłuższy czas biegła i nic się nie 
działo.

Nagle   jednak   usłyszała   trzask   łamanej   gałązki.   Stanęła   jak   wryta   i 

nasłuchiwała. Serce tłukło jej się w piersiach.

Ale nie, musiała się pomylić, teraz niczego już nie było słychać. Może 

to   jakieś   bawiące   się   dzieci,   a   może   dzikie   zwierzę.   Jeśli   dzieci,   to   z 
pewnością siedzą teraz gdzieś pod krzakiem i chichoczą zadowolone, że 
udało im się ją przestraszyć. A jeśli dzikie zwierzę, to pewnie kryje się 
cichutko w cieniu i czeka, by Elise jak najszybciej zniknęła.

Niespokojna, ale niespecjalnie przestraszona pobiegła dalej.
I wtedy usłyszała to znowu, tym razem znacznie wyraźniej. To już nie 

było przywidzenie, musiała uznać, że nie jest w lesie sama.

- Jest tu ktoś? Peder i Kristian, czy to wy? Żadnej odpowiedzi.
Jeśli to są ludzie, których Elise się obawia, to dobrze sprawić wrażenie, 

że ona tu na kogoś czeka.

- Domyślam się, że to wy. Peder i Kristian, natychmiast chodźcie do 

mnie!

Panowała jednak kompletna cisza. Jakieś spóźnione wróble ćwierkały 

jeszcze w zaroślach, poza tym nic nie było słychać. Z daleka docierały do 
niej dźwięki dzwonu z kościoła w Gamie Aker, wzywające na nieszpory, 
ale tutaj, wokół niej, był tylko las i coraz gęstsza ciemność. Przerażona 
starała się biec jeszcze szybciej.

background image

Niestety   wkrótce   znowu   usłyszała   za   sobą   skradające   się   kroki.   Nie 

zwalniając,   odwracała   głowę,   ale   nie   była   w   stanie   niczego   dostrzec. 
Stąpanie było ciężkie, to nie żadne lekkie, dziecięce kroki. Strach dławił ją 
w gardle. Dlaczego była taka głupia i wybrała drogę przez las, zamiast 
wracać   oświetloną   Maridalsveien?   Oni   mogli   ją   przecież   śledzić   od 
tamtego spotkania przed knajpą. 1 musieli się nieźle ubawić, widząc, że 
Elise biegnie przez Grunerbrua, a potem skręca w leśną ścieżkę.

Czego   mogą   od   niej   chcieć?   Wepchnąć   ją   do   rzeki?   Czy   związać   i 

porzucić bezradną w lesie na całą noc? To nie są mordercy, niemożliwe. 
Chcą   się   z   nią   tylko   zabawić,   przestraszyć   ją,   tak   jak   Pingelen   i   inni 
chłopcy chcieli nastraszyć Pedera.

Tak, z pewnością chcą ją śmiertelnie przestraszyć, a nie zamordować. 

Dlaczego, na Boga, mieliby ją mordować?

Przecież nic im nie zrobiła. Wiedzą, że tamta sprawa z broszką wynikała 

z niewiedzy, a nie ze złośliwości. Z pewnością są na nią strasznie źli, ale 
przecież nie mają żadnego powodu do nienawiści.

Jej jedyna szansa to uciekać jak najszybciej. Z drugiej jednak strony 

jeszcze nie całkiem doszła do siebie po chorobie, a ponieważ od dawna nie 
dojada, to i sił ma niewiele. Biegnąc, modliła się żarliwie: Panie Boże w 
niebiesiech, nie pozwól, żeby mnie dogonili. Błagam cię ze względu na 
Pedera, Kristiana i Hildę.

Ciężkie   kroki   były   coraz   bliżej.   Teraz   słyszała   też   oddechy 

prześladowców. Chustka zaczepiła się o jakąś gałąź i choć Elise bardzo nie 
chciała jej utracić, nie zatrzymała się, pozwoliła, by chustka zsunęła się z 
jej ramion i została na drzewie.

Następnym razem jakaś stercząca gałąź zdarła jej z szyi apaszkę Hildy. 

Elise jęknęła cicho i już miała się zatrzymać. Hilda jej nie wybaczy, jeśli 
apaszka zginie! Ale strach przed prześladowcami był silniejszy.

Już prawie nie mogła oddychać. Nogi miała ciężkie jak z ołowiu, całe 

ciało obolałe. 

Za chwilę padnę, myślała przerażona. Już nie mogę. Szlochała strachu, 

odsunęła wielką gałąź, która zagradzała jej drogę, potknęła się na jakimś 
kamieniu i na oślep biegła dalej. Urywany, zdyszany oddech za nią był 
coraz głośniejszy. W którymś momencie poczuła, że na jej ramię spada 
czyjaś ciężka łapa. Że zaciska się z siłą imadła. Elise nie miała szansy, 
żeby  się  wyrwać. Jedno  szarpnięcie  napastnika i dziewczyna runęła na 
ziemię. Zaraz potem zwaliło się na nią ciężkie męskie cielsko.