background image

 

Dirty Red 

Tarryn Fisher 

 

 

 

Nieoficjalne tłumaczenie waydale 

 

 

background image

 

Spis treści 

 

Rozdział pierwszy 

str. 3   

Rozdział dwudziesty czwarty  

str. 134 

Rozdział drugi 

 

str. 7   

Rozdział dwudziesty piąty 

 

str. 140 

Rozdział trzeci 

 

str. 12   

Rozdział dwudziesty szósty   

str. 143 

Rozdział czwarty   

str. 19   

Rozdział dwudziesty siódmy   

str. 146 

Rozdział piąty 

 

str. 25   

Rozdział dwudziesty ósmy 

 

str. 153 

Rozdział szósty   

str. 37   

Rozdział dwudziesty dziewiąty 

str. 156 

Rozdział siódmy   

str. 41   

Rozdział trzydziesty   

 

str. 160 

Rozdział ósmy 

 

str. 50   

Rozdział trzydziesty pierwszy  

str. 167 

Rozdział dziewiąty 

str. 56   

Rozdział trzydziesty drugi 

 

str. 171 

Rozdział dziesiąty 

str. 62   

Rozdział trzydziesty trzeci 

 

str. 175 

Rozdział jedenasty 

str. 65   

Rozdział trzydziesty czwarty   

str. 178 

Rozdział dwunasty 

str. 72   

Rozdział trzydziesty piąty 

 

str. 183 

Rozdział trzynasty 

str. 77   

Rozdział trzydziesty szósty   

str. 191 

Rozdział czternasty 

str. 81   

Epilog   

 

 

 

str. 199 

Rozdział piętnasty 

str. 86 

Rozdział szesnasty 

str. 98 

Rozdział siedemnasty 

str. 101 

Rozdział osiemnasty 

str. 103 

Rozdział dziewiętnasty  str. 108 

Rozdział dwudziesty 

str. 115 

Rozdział dwudziesty pierwszy  str. 122 

Rozdział dwudziesty drugi 

str. 125 

Rozdział dwudziesty trzeci 

str. 131 

background image

 

Rozdział pierwszy 

Teraźniejszość 

 

Spoglądam na różową, krzyczącą istotę w moich ramionach i panikuję. 

Panika jest wirem wodnym. Ożywa w twoim mózgu jak wir, nabierając prędkości, kiedy 

wlewa się do reszty twojego ciała. Kręci się w kółko, przyśpieszając bicie twojego serca. Kręci 
się w kółko, zawiązując i wzbudzając dolegliwości w twoim żołądku. Kręci się w kółko, uderza 
w twoje kolana, osłabiając je przed stworzeniem szamba w palcach u stóp. Podwijasz palce, 
bierzesz  kilka  głębokich  wdechów  i  chwytasz  się  zdrowego  rozsądku,  zanim  wessie  cię 
panika. 

To jest moje pierwsze dziesięć sekund bycia matką. 

Oddaję ją jej ojcu. – Musimy zatrudnić nianię. 

Wachluję się egzemplarzem Vogue’a, dopóki nie staje się zbyt ciężki, wtedy pozwalam 

nadgarstkowi opaść bezwładnie, upuszczając magazyn na podłogę. 

- Mogę dostać moje Pellegrino? – Macham palcami w kierunku butelki wody, która jest 

poza  moim  zasięgiem  i  opieram  głowę  o  płaską,  szpitalną  poduszkę.  Oto  są  fakty:  ludzkie 
istnienie właśnie wypadło z mojego ciała po tym, jak rosło w nim  przez dziewięć miesięcy. 
Pasożytnicze  podobieństwa  wystarczają,  żebym  złapała  lekarza  za  klapy  i  zażądała,  żeby 
zawiązał  moje  rurki  w  ładną  kokardkę.  Mój  brzuch  –  który  już  obejrzałam  –  wygląda  jak 
spuszczony z powietrza balon w kolorze skóry. Jestem zmęczona i obolała. Chcę iść do domu. 
Kiedy  moja  woda  nie  nadchodzi,  uchylam  jedno  oko.  Czy  ludzie  nie  powinni  biegać  wokół 
mnie, po tym, co właśnie zrobiłam? 

Dziecko  i  ojciec  stoją  przed  oknem,  oprawieni  przyciemnionym,  popołudniowym 

światłem  jak  tandetna  reklama  szpitalna.  Potrzebują  tylko  chwytliwego,  szpitalnego 
komentarza, żeby opisać ten moment: Zacznij twoją rodzinę od naszej rodziny. 

Wysilam się, żeby przyjrzeć się im. On przytula ją w ramionach, głowę pochyla tak nisko, 

że  ich  nosy  niemal  się  dotykają.  Powinna  być  to  czuła  chwila,  ale  patrzy  na  nią  z  taką 
miłością,  że  czuję  jak  zazdrość  ściska  lekko  moje  serce.  Zazdrość  ma  piekielnie  silną  rękę. 
Zwijam się pod jej dotykiem, czując niewygodę, że ją wpuściłam. 

Dlaczego nie mogło być to chłopcem? To… moje dziecko. Świeże rozczarowanie sprawia, 

że  przyciskam  twarz  do  poduszki,  blokując  scenę  przede  mną.  Dwie  godziny  wcześniej 
lekarka wypowiedziała słowo dziewczynka i położyła jej niebieskie, pokryte mazią ciałko na 
moją  klatkę  piersiową.  Nie  wiedziałam,  co  zrobić.  Mój  mąż  mnie  obserwował,  więc 

background image

 

wyciągnęłam  rękę,  żeby  ją  dotknąć;  przez  cały  ten  czas  słowo  dziewczynka  zgniatało  moją 
pierś jak słoń ważący tysiąc ton. 

Dziewczynka. 

Dziewczynka. 

Dziewczynka. 

Będę musiała dzielić się moim mężem z inną kobietą… znowu. 

-  Jak  ją  nazwiemy?  –  Nawet  na  mnie  nie  patrzy,  kiedy  mówi.  Czuję,  że  zasłużyłam  na 

trochę kontaktu wzrokowego.  

Nie  wybrałam  imienia  dziewczynki.  Byłam  pewna,  że będzie  chłopiec.  Charles  Austin – 

po moim ojcu. 

-  Nie  wiem.  Jakieś  sugestie?  –  Wygładzam  pościel  mojego  łóżka,  przyglądam  się 

paznokciom. Imię to tylko imię, prawda? Ja nawet nie używam tego, które dali mi rodzice.  

On patrzy na nią przez długi czas, ręką obejmując jej główkę. Przestała machać piąstkami 

i leży spokojnie w jego ramionach. Znam te uczucie. 

- Estella. – Imię stacza się z jego języka, jakby całe życie czekał, aby je wypowiedzieć. 

Unoszę  gwałtownie  głowę.  Spodziewałam  się  czegoś  mniej…  staromodnego.  Marszczę 

nos. 

- Brzmi jak imię starszej pani. 

- Jest z książki. 

Caleb i jego książki. 

- Której? – Ja nie czytam… chyba że zalicza się do tego magazyny, ale są szanse, że jeśli 

została przerobiona w film, to pewnie widziałam. 

- Wielkie nadzieje. 

Mrużę oczy i czuję to ssanie w żołądku. To ma coś wspólnego z nią. Wiem o tym.  

Nie  wyrażam  słowami  tych  myśli.  Jestem  zbyt  mądra,  żeby  zwracać  uwagę  na  moje 

niepewności, więc swobodnie wzruszam ramionami i uśmiecham się w jego kierunku. 

- Jakiś konkretny powód? – pytam słodko. 

Przez minutę wydaje mi się, że widzę coś na jego twarzy, cień opadający na jego oczy 

jakby widział film odgrywający się na jego gałkach ocznych. Przełykam ciężko ślinę. Znam tę 
minę. 

background image

 

- Kochanie…? 

Film kończy się i Caleb wraca do mnie. – Zawsze podobało mi się to imię. Ona wygląda 

jak Estella. 

Haczyk w jego głosie. 

Dla  mnie  wygląda  ona  jak  łysy  staruszek,  ale  potakuję.  Nie  potrafię  odmówić  mojemu 

mężowi, więc wygląda na to, że dziecko właśnie zostało skrzywdzone. 

Kiedy jedzie do domu, żeby wziąć prysznic, wyciągam komórkę spod poduszki i szukam 

w Google „Estelli” z Wielkich nadziei. 

Jeden  serwis  internetowy  nazywa  ją  czarującą  pięknością,  mówi,  że  jest  nieczułą 

osobowością  i  ma  kompleks  wyższości.  Inny  mówi,  że  była  fizyczną  reprezentacją 
wszystkiego,  czego  pragnął  Pip,  a  nie  mógł  mieć.  Odkładam  telefon  i  zerkam  do  łóżeczka 
obok  mnie.  Caleb  wszystko  robi  celowo.  Zastanawiam  się,  jak  długo  pragnął  dziewczynki. 
Zastanawiam się czy przez te dziewięć miesięcy, gdy planowałam mieć syna, Caleb planował 
mieć córkę. 

Nic  nie  czuję  – żadnych wylewnych,  matczynych  uczuć, o  których  opowiadały  mi  moje 

przyjaciółki na temat własnych dzieci. Użyły takich słów jak: bezwarunkowa miłość twojego 
życia. Uśmiechałam się i potakiwałam, zachowując te słowa do odniesienia się do nich, kiedy 
będę miała własne dziecko. A teraz jestem beznamiętna. Te słowa nic dla mnie nie znaczą. 
Czy  czułabym  się  inaczej,  gdyby  była  chłopcem?  Dziecko  zaczyna  zawodzić  i  stukam  w 
przycisk przywołujący pielęgniarkę. 

-  Potrzebuje  pani  jakiejś  pomocy?  –  Pielęgniarka  w  połowie  pięćdziesiątki  wchodzi 

dziarsko do pokoju. Przyglądam się jej szczerbatemu uśmiechowi, kiwając głową. 

- Może pani zabrać ją pokoju dziecinnego? Potrzebuję trochę snu. 

Estella zostaje wywieziona z mojego pokoju, a ja wzdycham z ulgą. 

Nie  będę  w  tym  dobra.  Co  ja  sobie  myślałam?  Wdycham  powietrze  przez  nos, 

wypuszczając ustami, tak jak robię w Yodze. 

Chcę papierosa. Chcę papierosa. Chcę zabić kobietę, którą kocha mój mąż. To wszystko 

jej  wina.  Zaszłam  w  ciążę,  żeby  zatrzymać  mężczyznę,  którego  już  poślubiłam.  Kobieta  nie 
powinna tego robić. Powinna czuć się bezpiecznie w swoim małżeństwie. Dlatego brało się 
ślub  –  żeby  czuć  się  bezpiecznie  przed  wszystkimi  mężczyznami,  którzy  próbowali  zabrać 
twoją duszę. Chętnie oddałam moją duszę Calebowi. Zaoferowałam ją jak baranka ofiarnego. 
Teraz  nie  tylko  będę  musiała  konkurować  ze  wspomnieniem  innej  kobiety,  ale  i 
pomarszczonym dzieckiem. Caleb już patrzył w jej oczy, jakby mógł zobaczyć w jej źrenicach 
chowający się Wielki Kanion. 

background image

 

Wzdycham i zwijam się w kłębek, podnosząc kolana pod brodę i chwytając moje kostki. 

Zrobiłam wiele rzeczy, żeby zatrzymać tego mężczyznę. Kłamałam i oszukiwałam. Byłam 

seksowna i potulna, gwałtowna i bezbronna. Byłam wszystkim oprócz samą sobą. 

On jest teraz mój, ale nigdy mu nie wystarczam. Czuję to – widzę w sposobie, w jakim na 

mnie  patrzy.  Jego  oczy  są  zawsze  sondujące,  szukające  czegoś.  Nie  wiem,  czego  on  szuka. 
Chciałabym wiedzieć. Nie mogę rywalizować z dzieckiem – moim dzieckiem. 

Jestem, kim jestem. 

Nazywam się Leah i zrobię wszystko, żeby zatrzymać mojego męża.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział drugi 

 

Po czterdziestu ośmiu godzinach jestem wypisana ze szpitala. Caleb jest ze mną, kiedy 

czekam na bycie zwolnioną. Trzyma Estellę i prawie jestem zazdrosna, tylko że ciągle mnie 
dotyka – ręka na moim ramieniu, kciuk robiący kółka na tyle mojej dłoni, jego usta na mojej 
skroni. Matka Caleba przybyła wcześniej z jego ojczymem. Zostali na godzinę, zamieniając się 
w  trzymaniu  dziecka,  potem  zmyli  się  na  lunch  z  przyjaciółmi.  Czułam  ulgę,  kiedy  wyszli. 
Wiszący  nade  mną  ludzie,  podczas  gdy  moje  piersi  wolno  przeciekały,  sprawiali,  że 
wzdrygałam  się  z  zażenowaniem.  Przynieśli  butelkę  Bruichladdicha  dla  Caleba,  świnkę 
skarbonkę  od  Tiffany’ego  dla  dziecka  i  zestaw  dresu  od  Gucci’ego  dla  mnie.  Pomimo  jej 
snobistyczności, ta kobieta miała doskonały gust. Mam na sobie ten dres. Pocieram materiał 
między palcami, czekając, aż zostanę zwieziona na dół. 

- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiliśmy – mówi Caleb po raz milionowy, wpatrując się w 

nią. – Zrobiliśmy to. 

Formalnie rzecz biorąc, to ja to zrobiłam. To dogodne, jak mężczyźni mogą dopisać swoje 

imiona do tych małych istot bez zrobienia niczego innego, jak przeżycie orgazmu i kupienie 
łóżeczka dziecięcego. Wyciąga rękę i wesoło ciągnie mnie za włosy. Uśmiecham się słabo. Nie 
potrafię być długo na niego zła. Jest idealny. 

- Ma rude włosy – mówi, jakby ustalając jej wiarygodność, jako moje dziecko. Jest Ruda, 

jak należy. Biedne dziecko będzie miała pełne ręce roboty. Nie łatwo jest coś osiągnąć będąc 
rudym. 

- Co? Ten meszek? To nie są włosy – drażnię się. 

Przyniósł  ze  sobą  pluszowy,  lawendowy  kocyk.  Nie  mam  pojęcia  skąd  go  wziął,  skoro 

większość rzeczy naszego dziecka jest zielone albo białe. Patrzę jak opatula nią nim, tak jak 
nauczyły go pielęgniarki. 

-  Zadzwoniłeś  do  agencji  niań?  –  pytam  nieśmiało.  To  jest  drażliwy  temat  pomiędzy 

nami, razem z karmieniem piersią, które Caleb mocno propaguje, a mnie to nie obchodziło. 
Nasz  kompromis  składa  się  ze  mnie  odciągającej  przez  kilka  miesięcy,  a  potem  będę 
powiększać piersi. 

Marszczy czoło. Nie wiem czy to dlatego, co powiedziałam, czy dlatego, że kocyk sprawia 

mu problemy. 

- Nie zatrudniamy niani, Leah. 

Nie  cierpię  tego.  Caleb  ma  własne  pomysły  na  to,  jak  wszystko  powinno  wyglądać. 

Można by przysiąc, że został wychowany przez samą Betty Pieprzoną Crocker.  

background image

 

- Sama powiedziałaś, że nie zamierzasz wrócić do pracy. 

- Moje koleżanki… - zaczynam, ale przerywa mi. 

- Nie obchodzi mnie, co te rozpieszczone próżniaczki robią ze swoimi dziećmi. Jesteś jej 

matką i ty będziesz ją wychowywać, nie obcy. 

Przygryzam wargę, żeby powstrzymać płacz. Patrząc na jego minę, wiem, że nie wygram 

w tej bitwie. Powinnam była wiedzieć, że ktoś taki jak Caleb Drake stoi nad tym, co jest jego, 
obnażając zęby, nie pozwalając nikomu tego dotknąć. 

- Nie wiem nic o dzieciach. Po prostu myślałam, że mogłabym mieć kogoś do pomocy… - 

Wykorzystuję ostatni sposób… lekko wydymam wargi. To zazwyczaj działa na moją korzyść. 

-  Coś  wymyślimy  –  odpowiada  chłodno.  –  Reszta  rodzącego  świata  nie  posiada  opcji 

niani – oni coś wymyślili. My też. 

Skończył opatulać Estellę. Podaje mi ją i przychodzi pielęgniarka, żeby zawieźć mnie do 

samochodu. Przez całą drogę mam zamknięte oczy, bojąc się na nią spojrzeć. 

Kiedy  Caleb  podjeżdża  do  krawężnika  moim  nowym  samochodem  „mamusi”, 

odkrywamy,  że  nie  można  umieścić  owiniętego  w  powijaki  dziecka  w  foteliku 
samochodowym.  Ja  od  razu  bym  skwaśniała.  Gdy  nic  nie  idzie  po  mojej  myśli,  tracę 
cierpliwość.  Za  to  Caleb  śmieje  się,  mówi  do  dziecka  jaki  to  on  jest  głupi,  odwijając  ją  z 
kocyka.  Ona  szybko  zasypia,  ale  on  podtrzymuje  dialog.  To  głupie,  dorosły  mężczyzna 
zachowujący  się  w  taki  sposób.  Kiedy  jest  przypięta,  pomaga  mi  wsiąść  do  środka.  Przed 
zamknięciem drzwi, całuje mnie lekko w usta. Zamykam oczy i rozkoszuję się tym, smakuję 
jego  uwagę.  Jest  bardzo  mało  pocałunków,  które  sprawiają,  że  czuję  się  z  nim  połączona. 
Zawsze  jest  gdzieindziej…  z  kimś  innym.  Jeżeli  dziecko  może  nas  złączyć,  to  może  miałam 
rację robiąc to, co zrobiłam. 

To  mój  pierwszy  raz  w  moim  nowym  samochodzie,  które  Caleb  odebrał  dziś  rano  od 

przedstawiciela  handlowego.  Moje  wszystkie  przyjaciółki  mają  tańsze  samochody.  Ja  mam 
najlepszy. Czuje się jak w karze więziennej warte dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów, pomimo 
mojego  początkowego  podniecenia,  żeby  go  mieć.  Caleb  wskazuje  na  różne  rzeczy,  gdy 
jedziemy.  Słucham ze  skupieniem dźwięku  jego głosu,  ale  nie  słów.  Wciąż  myślę o tym,  co 
jest w foteliku.  

 

W domu Caleb bierze Estellę z jej fotelika i delikatnie kładzie ją w jej nowym łóżeczku. 

Już  nazywa  ją  Stellą.  Leniuchuję  na  moim  ulubionym  szezlongu  w  naszym  dużym  salonie, 
przełączając kanały w telewizji. On przynosi mi odciągacz pokarmu i wzdrygam się. 

- Ona musi jeść, no chyba że chcesz zrobić to w tradycyjny sposób… 

background image

 

Zabieram od niego odciągacz i zabieram się do pracy.  

Czuję się jak dojona krowa, jak maszyna brzęczy i mruczy. Jak może to być sprawiedliwe? 

Kobieta nosi dziecko przez czterdzieści dwa wyczerpujące tygodnie, tylko po to, żeby potem 
zostać  przypiętą  do  maszyny  i  zmuszona  do  karmienia  go.  Caleb  wydaje  się  cieszyć  moim 
dyskomfortem.  Ma  dziwne  poczucie  humoru.  Zawsze  drażni  się  i  rzuca  jakąś  dowcipną 
uwagę, na którą często nie udaje mi się odpowiedzieć, ale teraz,  jak patrzy na mnie z tym 
lekkim uśmiechem tańczącym na jego wargach, śmieję się. 

- Leah Smith – mówi. – Matka. 

Wywracam  oczami.  On  lubi  te  słowa,  ale  mnie  przyprawiają  o  palpitacje  serce.  Kiedy 

kończę,  w  obu  butelkach  jest  duża  ilość  wodnisto  wyglądającego  mleka.  Oczekuję,  że  on 
zrobi resztę, ale wraca z zawodzącą Estellą w ramionach i podaje mi ją. To dopiero trzeci raz, 
jak muszę ją nosić. Staram się wyglądać naturalnie, żeby zrobić na nim wrażenie i chyba to 
działa, bo kiedy daje mi butelkę, uśmiecha się i dotyka mojej twarzy. 

Może to jest kluczem – udawanie, że kocham ten macierzyński układ. Może właśnie to 

musi we mnie zobaczyć. Spoglądam na nią, jak ssie butelkę. Jej oczy są zamknięte i wydaje 
okropne  dźwięki,  jakby  umierała  z  głodu.  To  nie  jest  straszne.  Odprężam  się  trochę  i 
przyglądam jej twarzy, szukając w niej jakiegoś śladu po mnie. Caleb miał rację; ma wszelkie 
zadatki na rudzielca. Reszta niej wygląda bardziej jak on – pełne, idealnie zarysowane usta 
pod dziwnym małym noskiem. Z pewnością będzie piękna. 

- Pamiętasz, że mam w poniedziałek podróż służbową? – pyta, siadając naprzeciw mnie. 

Gwałtownie  podnoszę  głowę  i  nie  robię  nic,  aby  ukryć  panikę  na  mojej  twarzy.  Caleb 

często wyjeżdża na podróże służbowe, ale myślałam, że weźmie kilka tygodni wolnego, żeby 
pozwolić mi zaaklimatyzować się. 

- Nie możesz wyjechać. 

Powoli na mnie mruga i wypija łyk czegoś z kieliszka do koniaku. 

-  Nie  chcę  jej  jeszcze  opuszczać,  Leah.  Ale  wcześnie  przyszła.  Nikt  inny  nie  może 

pojechać, już próbowałem kogoś znaleźć. – Pochyla się przede mną, całując moją dłoń. – Nic 
ci nie będzie. Twoja matka przyjeżdża w poniedziałek. Ona może ci pomóc. Nie będzie mnie 
trzy dni. 

Chcę  zapłakać  na  tę  informację.  Moja  matka  jest  uzależniona  od  dramatyczności,  w 

dodatku  jest  nieznośnie narcystyczna.  Dzień  z nią  jest  jak  tydzień.  Caleb  widzi  moją  winę  i 
marszczy czoło. 

- Ona się stara, Leah – chciała przyjechać. Tylko traktuj ją łagodnie. 

background image

10 

 

Przygryzam  wargę,  żeby  nie  powiedzieć  czegoś  naprawdę  okropnego.  Mam  w  sobie 

złośliwą  stronę,  którą  Caleb  uważa  za  chamską,  więc  powściągam  ją,  kiedy  jest  w  pobliżu. 
Gdy nie ma go w pobliżu, klnę jak marynarz i rzucam rzeczami. 

- Na jak długo zostaje? – burczę. 

- Pomóż jej odbić się… 

- Co? – Tak bardzo jestem rozproszona nadciągającą wizytą mojej matki; nie zauważam, 

że Estella w połowie się krztusi, mleko bulgocze z jej ust jak pączki róż. 

- Nie wiem jak. 

Podchodzi  do  mnie,  zabiera  ją  ode  i  kładzie  na  swojej  klatce  piersiowej.  Klepie  ją  po 

plecach w lekkich, krótkich stuknięciach, które wydają odgłos bicia serca. 

- Będzie tutaj na tydzień. 

Przewracam się i chowam twarz w poduszce, unosząc tyłek w powietrzu. Klepie mnie w 

niego, śmiejąc się. 

- Nie będzie tak źle. 

Zaciskam zęby. – Nie. 

Czuję  opadającą  kanapę,  kiedy  siada  obok  mnie.  Zerkam  na  niego  spomiędzy  włosów, 

które  obramują  moją  twarz  jak  czerwona  maska.  Jedną  ręką  trzyma  dziecko,  a  drugą 
wykorzystuje, żeby odsłonić mi twarz, łagodnie odsuwając włosy za moje ramię. 

- Spójrz na mnie – mówi. Patrzę, jedno oko zasłaniając przed małym czymś leżącym na 

jego piersi. 

- W porządku? 

Przełykam ślinę. – Ta. 

Zaciska  usta,  kiwając  głową.  –  Nie  i Ta.  Powiedziałem  ci  kiedyś, że  mówisz  „nie”  i  „ta” 

tylko wtedy, kiedy jesteś bezbronna? 

Jęczę. – Nie poddawaj mnie psychoanalizie, Skaucie. 

Śmieje się i popycha mnie tak, że obracam się na plecy. Uwielbiam, gdy bawi się ze mną. 

Zdarzało się to o wiele częściej, ale ostatnio… 

- Będzie dobrze, Ruda. Jeżeli będziesz mnie potrzebować, wskoczę do samolotu i wrócę 

do domu. 

Uśmiecham się i kiwam głową. 

background image

11 

 

 

Ale on jest w błędzie. Nie będzie dobrze. Ostatnim razem, kiedy widziałam matkę byłam 

w  siódmym  miesiącu  ciąży.  Przyleciała  na  moje  przyjęcie  z  okazji  zbliżających  się  narodzin 
dziecka i przez cały czas narzekała na okropne miejsce, które wybrały moje przyjaciółki. 

- To jest herbaciarnia, matko – nie bar. 

Na przyjęciu nie chciała z nikim rozmawiać i siedziała w kącie, dąsając się, ponieważ nikt 

nie  zapowiedział  jej  jako  matka  przyszłej  matki.  Niemal  wybuchła  walka  na  pięści  z 
właścicielem  herbaciarni,  bo  nie  podali  brazylijskiego  organicznego  miodu.  Od  tamtej  pory 
nie chciałam się z nią widzieć.  

Caleb – zawsze wielkoduszny, zawsze wyrozumiały – zachęca mnie, abym nie patrzyła na 

jej wady i pomogła jej zrozumieć jak być dla mnie lepszą matką. Kocham to w nim, ale długi 
czas  temu  nauczyłam  się,  że  staranie  się  być  jak  on  jest  poza  moim  zasięgiem.  Udaję,  że 
rozumiem,  do  czego  mnie  kieruje,  a  potem  robię  własną  rzecz,  co  zazwyczaj  wiąże  się  z 
jakimś rodzajem biernej agresji. Zatem zgadzam się z nim całym sercem. Obiecuję, że będę 
się starać z moją matką i idę na górę, żeby uciec od niego i hałaśliwego dziecka. Tak bardzo 
chcę papierosa, że to mnie dobija. Przechodzę do łazienki i rozbieram się, po czym patrzę na 
siebie długo i twardo w lustrze. Mój brzuch na szczęście opadł. Jeszcze trochę kilogramów i 
wrócę do normy. Teraz muszę tylko sprawić, że moje życie wróci do normalności. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

12 

 

Rozdział trzeci 

 

Moja  matka  przylatuje  w  poniedziałek,  jak  było  zaplanowane.  Wszyscy  idziemy  na 

lotnisko,  żeby  ją  odebrać.  Caleb  jest  ostrożny  z  wychodzeniem  z  dzieckiem  tak  szybko,  ale 
przekonuję go, że nic jej nie będzie, jeżeli będziemy trzymać ją w wózku. Jestem zmęczona 
siedzeniem  w  domu,  zmęczona  trzymaniem  butelek  i  zmęczona  udawaniem,  że  trzy  i  pół 
kilograma  krzyczącego  ludzkiego  ciała  jest  urocze.  Poza  tym  chcę  Jamba  Juice.  Sączę  mój 
soczek  i  podążam  za  Calebem  i  wózkiem  przy  odbiorze  bagażu,  kiedy  dostrzegamy  jej 
wstrętną jasnowłosą głowę schodzącą po ruchomych schodach. Wywracam oczami. Ma na 
sobie cały biały damski garnitur. Kto podróżuje w bieli? Macha do nas z radością i podchodzi, 
przytulając najpierw Caleba, potem mnie. 

Pochyla się nad wózkiem i zasłania ręką usta, jakby walczyła z uczuciem. 

Boże, chce mi rzygać. 

- Ooooch – grucha. – Ona wygląda jak Caleb. 

To absolutna bzdura. Wczoraj zdecydowałam, że wygląda dokładnie tak jak ja. Dziecko 

ma puszyste rude włosy i twarz w kształcie serca. Mimo wszystko Caleb uśmiecha się szeroko 
i  zaczynają  pięciominutową  rozmowę  o  pokarmie  Estelli  i  nawyku  robienia  kupy.  Jestem 
zdumiona skąd ona wie cokolwiek o jedzeniu dzieci i robieniu kupy, skoro mnie i moją siostrę 
wychowała  niańka.  Niecierpliwie  stukam  stopą  o  tandetną  wykładzinę  tropikalną  i  patrzę 
tęsknie na wyjście. Teraz gdy już tutaj jestem, to chcę po prostu wyjść. Czemu myślałam, że 
to był dobry pomysł? 

Gdy  uwaga  Caleba  jest  odwrócona  na  dziecko,  matka  szturcha  mnie  oskarżycielsko  w 

brzuch  i  potrząsa  głową.  Wciągam  brzuch  i  rozglądam  się  z  miną  winowajcy.  Kto  jeszcze 
zauważył?  Prawda,  urodziłam  dziecko  tylko  trzy  dni  temu,  ale  byłam  taka  ostrożna  z 
chodzeniem z wysoko uniesioną głową – wciąganiem grubego brzucha. Mój chwilowy błąd 
wprawia  mnie  w  zakłopotanie.  Tylko  o  tym  myślę  w  drodze  do  domu.  Zawieram  ze  sobą 
układ, że przestanę jeść, dopóki nie powrócę do dawnej figury. 

W  domu  mama  upiera  się,  żeby  zająć  pokój  obok  Estelli,  chociaż  miałam  dla  niej 

przygotowany większy gościnny pokój. 

-  Matko,  jaki  jest  cel  zajęcia  tego  pokoju?  –  pytam,  gdy  Caleb  kładzie  jej  torbę  obok 

łóżka. 

-  Chcę  ci  pomóc,  Leah.  Wstawać  do  niej  w  środku  nocy  i  robić  resztę  tych  rzeczy.  – 

Mruga rzęsami do Caleba który uśmiecha się do niej. 

Powstrzymuję wywrócenie oczami. 

background image

13 

 

Ona  udaje  bycie  zachwyconą  dzieckiem,  ale  ja wiem  lepiej.  Publiczne  ubóstwianie  jest 

tym,  co  robi,  żeby  poprawić  swój  wizerunek,  a  kiedy  jej  publiczność  znika  –  to  również 
miłość.  Pamiętam  bycie  dzieckiem,  jak  głaskała  moje  włosy,  całowała  moją  twarz, 
komentowała  jaka  jestem  ładna  –  wszystko  to  przed  jej  znajomymi.  Kiedy  wyszli,  byłam 
posyłana do mojego pokoju, żeby się uczyć albo ćwiczyć granie na skrzypcach – zasadniczo 
miałam zniknąć jej z oczu, do jej następnego przedstawienia „dobrej mamusi”. 

- Naprawdę, matko? – pytam przez zęby. – Jak ją usłyszysz po tym jak weźmiesz swoje 

tabletki nasenne? 

Na jej twarzy pojawiają się plamy. Caleb szturcha mnie w łokciem  w żebra. Nie mamy 

rozmawiać o jej uzależnieniu do pomocy nasennych. 

-  Dzisiaj  ich  nie  wezmę  –  odpowiada  zdecydowanie.  –  Nakarmię  ją,  żebyś  mogła 

odpocząć. 

Caleb przytula ją szybko, zanim wszyscy schodzimy na dół. 

 

Przyglądam  się  podejrzliwie  z  taboretu  w  kuchni,  jak  nosi  Estellę  i  jej  śpiewa. 

Rozmawiamy na błahe tematy, albo oni to robią. Skubię moje rozdwojone końcówki. 

- Będziemy spędzały cudownie czas, kiedy nie będzie tatusia – grucha do dziecka. – Ty, 

mamusia i ja. 

Caleb posyła mi ostrzegające spojrzenie i idzie na górę, żeby  zebrać ostatnie rzeczy na 

podróż.  Palę  się,  żeby  wygłosić  wredny  komentarz,  ale  pamiętam  obietnicę,  jaką  mu 
złożyłam i gryzę się w język. Poza tym, jeżeli chce bawić się w „babcię” i zająć się wszystkimi 
potrzebami  Estelli,  podczas  gdy  nie  będzie  Caleba,  to  niech  tak  będzie.  Zaoszczędzi  mi  to 
kłopotów. 

- Jej włosy są rude – odzywa się matka, jak tylko jest on poza zasięgiem słuchu. 

- Tak, zauważyłam. 

Cmoka  językiem.  –  Zawsze  wyobrażałam  sobie,  że  moje  wnuki  będą  ciemnowłose  jak 

Charles. 

- Nie jest – warczę – bo jest moja. 

Rzuca mi spojrzenie kątem oka. – Nie bądź taka drażliwa, Johanno. To nie w twoim stylu. 

Zawsze krytyczna. Nie mogę się doczekać, aż wyjedzie. 

Lecz  wtedy  mnie  to  uderza.  Gdy  jej  nie  będzie,  Caleb  nie  będzie  siedział  w  domu 

dzieckiem. Ja będę. Ta podróż służbowa jest pierwsza z wielu, podczas których będę musiała 

background image

14 

 

zarywać  noce  i  zmieniać…  ludzkie  odchody…  i  –  o  Boże  –  robić  kąpiele.  Niemal  spadam  z 
taboretu. Niania, muszę złamać w tym Caleba i sprawić, żeby zobaczył jak bardzo potrzebuję 
pomocy. 

- Matko – mówię słodko – prawie za słodko, bo patrzy na mnie z uniesionymi brwiami. – 

Caleb nie chce, żebym zatrudniła nianię – skarżę się. Mam nadzieję, że przeciągnę ją na moją 
stronę, aby porozmawiała z nim o tym. 

Jej spojrzenie przenosi się na schody, na których Caleb zniknął kilka chwil temu. Oblizuje 

wargi, a ja pochylam się, żeby lepiej słyszeć, jaką przekaże mi bryłkę mądrości. Moja matka 
jest  bardzo  zaradną  kobietą.  To  przez  bycie  żoną  kontrolującego  manipulanta.  Musiała 
nauczyć  się,  żeby  wszystko  poszło  po  jej  myśli,  bez  sprawienia,  aby  wszystko  poszło  po  jej 
myśli. 

Kiedy Court miała osiemnaście lat, chciała polecieć z przyjaciółmi do Europy. Mój ojciec 

odmówił.  Cóż,  w  rzeczywistości,  to  nigdy  nie  odmówił  słownie.  Przeciął  powietrze  ręką  jak 
tylko słowa wyszły z jej ust. CIĘCIE. To było powszechne zdarzenie w naszym greckim domu. 
Nie  lubiłeś  kolacji?  CIĘCIE.  Miałeś  zły  dzień  i  nie  chcesz,  żeby  ktoś  odzywał  się  do  ciebie? 
CIĘCIE. Leah rozbija swoje auto warte pięćdziesiąt dolarów po raz  piąty? CIĘCIE. Na koniec 
całego cięcia, Court poleciała do Europy. 

Pamiętasz, kiedy byłeś biednym chłopcem? Jak bardzo chciałeś podróżować? Matka. 

Ona nadal jest dzieckiem. Ojciec. 

Dobrze,  że  leci,  kiedy  nadal  możemy  ją  kontrolować.  Płacimy  za  podróż,  hotele  i 

najbezpieczniejszy  transport…  o  wiele  lepiej  niż  żeby  leciała  po  dwudziestce,  przesypiając 
drogę przez Francję. Matka. 

Mój ojciec nienawidził Francuzów. 

Wyglądał  na  zamyślonego.  Logika  matki  była  kusząca.  Tydzień  później  wszystko 

zarezerwował. Court była ostrożną, kontrolowaną obserwacją, ale na Boga, mogła polecieć 
do Europy. Poszłam do dwuletniego college’u przygotowującego do wyższych studiów. Dała 
mi mały obraz, który kupiła od ulicznego sprzedawcy. Była to czerwona parasolka wisząca w 
deszczu tak, jakby trzymała ją niewidzialna ręka. Odsunęłam papier i od razu wiedziałam, co 
próbowała  mi  powiedzieć.  Rozpłakałam  się,  a  Court  roześmiała  się  i  pocałowała  mnie  w 
policzek. 

- Nie płacz, Lee. O to chodzi w obrazie, tak? 

Dwa miesiące w Europie i mówiła „ta” pod koniec wszystkich wypowiedzianych zdań. 

Court jest… była… taka urocza. Chcę o niej wspomnieć, zapytać matkę o jej ostatniego 

chłopaka, ale temat jest wciąż drażliwy. 

background image

15 

 

- O czym twój mąż nie wie, to go nie zrani. – Głos matki przywraca mnie do zadania pod 

ręką. 

To  wszystko?  Patrzę  na  nią  beznamiętnie.  Jak  mam  przetłumaczyć  ten  nonsens  w 

pełnoetatową pomoc przy dziecku? 

Ona wzdycha. 

- Leah, kochanie… Caleb jest na podróżach służbowych przez większość czasu, prawda? 

Łapię  jej  rozumowanie  i  powoli  kiwam  głową,  rozszerzając  oczy  na  tę  możliwość. 

Mogłam to zrobić? Zatrudnić kogoś, żeby przychodził i zajmował się dzieckiem w dni, kiedy 
nie ma Caleba? 

Moja  matka  jest  specjalistką  w  zakresie  sztuki  oszukiwania.  Kiedyś,  zanim  wzięliśmy  z 

Calebem  ślub,  na  jego  prośbę  zrobiliśmy  sobie  przerwę.  Dopiero  co  był  w  okropnym 
wypadku  samochodowym  i  przeżywał  utratę  pamięci  z  powodu  uderzenia  w  głowę.  Ku 
mojemu absolutnemu przerażeniu, nie pamiętał, kim byłam. Pamiętam, jak myślałam Jak to 
mogło  mi  się  stać?  Miałam  zaręczyć  się  z  mężczyzną  moich  marzeń,  a  on  patrzył  na  mnie 
jakbym była zupełnie obcą osobą. Szybko zebrałam mój zdrowy rozsądek i postanowiłam być 
wspierająca, dopóki nie wróci jego pamięć. To była tylko kwestia czasu zanim przypomniałby 
sobie  jak  bardzo  chciał ze  mną  być  i  założyć  na mój  palec  wielki  kamień  Tiffany’ego,  który 
znalazłam w jego szufladzie na skarpety. Ale zamiast stawać się mi bliższym, gdy czekaliśmy 
na powrót jego pamięci, odsunął się, decydując się na spędzanie coraz więcej czasu samemu. 
Niedługo  potem  ogłosił,  że…  spotyka  się  z  inną  dziewczyną,  jeżeli  spotykanie  jest  dobrym 
słowem na to co się działo, a dziewczyna jest dobrym słowem na przebiegłą, bezwartościową 
latawicę,  która  niemal  zniszczyła  moje  życie.  Od  razu  zadzwoniłam  do  matki,  żeby 
poinformować ją o tym, co mi powiedział. 

- Śledź go – rzekła. – Dowiedz się, jak bardzo jest to poważne i spraw, żeby to zakończył. 

Zrobiłam  tak,  śledząc  go  jednego  wieczoru  do  tandetnego  bloku  w  jeszcze  gorszym 

sąsiedztwie. Przysadziste budynki były pomalowane na jaskrawy łososiowy kolor. Spojrzałam 
na  żałosną  próbę  architektury  obrazu,  która  nie  zrobiła  nic  żeby  ożywić  te  miejsce  i 
zaparkowałam  blok  dalej  od  Audi  Caleba.  Byłam  bałaganem  emocjonalnym,  wiedząc,  że 
prawdopodobnie  idzie  zobaczyć  się  z  tą dziewczyną.  Patrzyłam  przez  lusterko  jak  podszedł 
prosto do drzwi i zapukał. Nie patrzył na kartkę papieru ani w telefon, żeby je znaleźć. Jakby 
wiedział dokładnie, gdzie iść. Drzwi otworzyły się i chociaż nie widziałam, kto stał w środku, 
to  wiedziałam,  że  musiała  to  być  ona,  ponieważ  na  jego  twarzy  natychmiast  pojawił  się 
uśmiech,  który  zazwyczaj  był  skierowany  do  mnie;  flirciarski  i  seksowny.  Boże,  co  się  tutaj 
działo? 

background image

16 

 

Przeczekałam kilka minut, po czym wysiadłam z samochodu i podeszłam do drzwi. Żeby 

upewnić się, że robię dobrze, napisałam do matki, która odpowiedziała stanowczym: Wejdź 
tam i zabierz go, zanim zrobi coś głupiego! 

Co było nastąpione kilka sekund później jednym słowem: Płacz. 

Zrobiłam  obie  rzeczy  i  Caleb  wyszedł  ze  mną  tego  wieczora.  Ale  było  to  krótkotrwałe 

zwycięstwo.  Dziewczyna,  z  którą  się  spotykał  była  jego  starą  dziewczyną  ze  studiów.  Bez 
wiedzy zarówno Caleba jak i mojej, udawała, że dopiero co go poznała, próbując wcisnąć się 
w jego życie na kolejną rundę. Dowiedziałam się o tym po włamaniu  się do jej mieszkania. 
Poszłam  prosto  do  jego  domu  z  dowodem  trzymanym  kurczowo  w  pięści,  gotowa  aby 
ujawnić  jej  spisek.  Wyglądała  na  kłopoty.  Powinnam  była  wiedzieć  w  chwili,  jak  na  nią 
spojrzałam,  że  to  nie  była  przypadkowa  sytuacja  z  jakąś  niepodejrzliwą  dziewczyną,  którą 
poznał. Trochę czasu zajęło mi rozgryzienie tego. Nie było go w domu, gdy tam przyjechałam. 
Wpuściłam  się  do  środka  kluczem,  który  nie  wiedział,  że  posiadałam  i  przyjrzałam  się 
bałaganowi, który zostawił po sobie, jakbym była pieprzonym CSI. Wyraźnie ugotował kolację 
dla dwojga. W korytarzu nadal czuć było charakterystyczny zapach steku. Czy ona była tutaj z 
nim? Było mi niedobrze. Znalazłam w salonie dwa kieliszki po winie i w panice pobiegłam do 
sypialni,  szukając  dowodu,  że  byli  razem.  Jego  łóżko  było  niepościelone,  ale  nie  widziałam 
nigdzie  w  pokoju  śladów  seksu.  Ale  jakie  pozostawiłby  on  ślady?  Caleb  nie  użyłby 
prezerwatywy. Przez to przeszłam na tabletki antykoncepcyjne krótko po tym jak zaczęliśmy 
się umawiać. Powiedział, że ich widok przyprawiał go o wymioty, więc nie mogłam znaleźć 
tutaj żadnych opakowań. 

Oddychając  z  ulgą,  podeszłam  do  jego  komody  i  otworzyłam  szufladę,  przesuwając 

rękami  po  jej  tyle,  aż  znalazłam  kwadratowe  pudełko  od  Tiffany’ego,  które  trzymało  mój 
pierścionek  zaręczynowy.  Uchyliłam  je  i  poczułam  napływające  łzy  do  oczu.  To  się  niemal 
stało. Był gotowy oświadczyć mi się, kiedy ten cholerny wypadek starł mnie z jego pamięci. 
Zasługiwałam,  żeby  z  nim  być,  nosząc  mój  dwukaratowy,  diamentowy  pierścionek 
księżniczki. 

Pozbyłam się jej. 

 

Na jakiś czas. 

 

Po podrzuceniu Caleba na lotnisko, idę na zakupy. Wydaje się to trochę płytkie, jakbym 

powinna  czuć  się  winna…  ale  nie  czuję.  Chcę  poczuć  między  palcami  maślane  jedwabie. 
Postanawiam,  że  skoro  nie  mam  przywiązanej  do  talii  piłki  koszykowej,  to  potrzebuję 
całkowicie nowej garderoby. 

background image

17 

 

Wjeżdżam  moim  nowym  samochodem  na  miejsce  przy  Gables  i  kieruję  się  prosto  do 

Nordstrom. W przebieralni, odwracam wzrok od mojego brzucha. Przyjemnie jest wchodzić 
w  sukienki  z  wcięciem  w  talii.  Gdy  idę  już  do  drzwi,  trzymam  zakupy  warte  ponad  trzy 
tysiące. Wrzucam wszystko na tylne siedzenie i decyduję się spotkać z Katine na drinka. 

-  Nie  karmisz  piersią?  –  pyta,  siadając  na  miejscu  obok  mnie.  Przygląda  się  moim 

rozkwitającym piersiom, zrywając wisienkę z ozdobnej tacy barmana.  

Wzruszam ramionami. – Odciągam. No i? 

Uśmiecha  się  protekcjonalnie,  żując  wiśnię.  Katine  wygląda  jak  blond,  zbotoksowany 

Newt Gingrich, gdy zadziera nosa. Zlizuję sól z brzegu mojej szklanki margarity i współczuję 
jej. 

- No i nie powinnaś pić, kiedy karmisz piersią. 

Przewracam oczami. 

- Mam pełno zapasu w lodówce w domu. Kiedy znowu będę musiała odciągnąć, alkohol 

zniknie z mojego systemu. 

Katine rozszerza oczy, co sprawia, że wygląda jeszcze głupiej niż powinna blondynka. 

- Jak się ma Najdroższa Mamusia? 

- Pilnuje Najdroższe Dziecko – odpowiadam. – Możemy o tym nie rozmawiać? 

Wzrusza ramionami, jakby i tak jej to nie obchodziło. Zamawia gin i tonik u barmana i 

wypija wszystko o wiele zbyt szybko. 

- Kochałaś się już z Calebem? 

Wzdrygam się. Katine nie ma żadnych oporów. Próbuje zwalić to na fakt, że pochodzi z 

innej  kultury,  ale  przyjechała  tutaj  jeszcze  zanim  potrafiła  chodzić.  Zamawiam  drugą 
margaritę.  Barman  jest  atrakcyjny.  Z  jakiegoś  powodu  nie  chcę,  żeby  wiedział,  że  jestem 
matką. Ściszam głos. 

- Dopiero co urodziłam dziecko, Katine. Trzeba poczekać przynajmniej sześć tygodni. 

- Ja miałam cesarskie cięcie – oświadcza. 

Oczywiście o tym wiem. Katine raczyła mnie dziesiątki razy jej wstrętną historią porodu. 

Odwracam  znudzona  wzrok,  ale  jej  następne  słowa  sprawiają,  że  obracam  głowę  z 
powrotem. 

- Twoja pochwa będzie teraz cała porozciągana i bezużyteczna. 

background image

18 

 

Najpierw  sprawdzam  czy  barman  ją  usłyszał,  po  czym  zmrużam  oczy.  –  O  czym  ty 

mówisz? 

- O naturalnym porodzie. Co? Myślisz, że wszystko po prostu wróci na miejsce? – Śmieje 

się prawdziwym śmiechem hieny. Patrzę na jej odsłonięte gardło, jak odrzuca głowę do tyłu, 
dokańczając chichot. Jak wiele razy zastanawiałam się jak by to było, gdybym spoliczkowała 
moją najlepszą przyjaciółkę? Kiedy uspokaja się, wzdycha dramatycznie. 

- Boże, tylko żartuję, Leah. Powinnaś zobaczyć swoją minę. Tak jakbym powiedziała, że 

umarło ci dziecko. 

Bawię  się  serwetką.  Co  jeśli  ma  rację?  Zaczynają  mnie  swędzić  palce,  żeby  wyciągnąć 

komórkę i wejść na Google. W dodatku robię ćwiczenia Kegla

1

Czy Caleb zauważy różnicę? Pocę się od samego myślenia o tym.  Nasz związek zawsze 

skupiał się na seksie. Byliśmy seksowną parą; tą, która wszystko ożywiała, kiedy wszyscy nasi 
znajomi przechodzili na emeryturę do życia misjonarnego seksu,  gdy dzieci szły spać. Przez 
wiele miesięcy na początku naszego związku, miał na twarzy ulgę, kiedy sięgał do mnie, a ja 
reagowałam.  Nigdy  go  nie  odepchnęłam.  Nigdy  nie  chciałam.  Teraz  musiałam  wziąć  pod 
uwagę, że to on może mnie odepchnąć. 

Zamawiam kolejnego drinka. 

To  spowoduje  wszystkiego  rodzaje  nowego  niepokoju.  Będę  musiała  zaplanować 

spotkanie z moim terapeutą. 

-  Posłuchaj  –  mówi  Katine.  Nachyla  się  do  mnie,  a  jej  za  słodkie  waniliowe  perfumy 

wkradają  się  do  mojego  nosa.  –  Następują  zmiany,  kiedy  rodzisz  dziecko.  Twoje  ciało  się 
zmienia.  Zmienia  się  dynamiczność  między  tobą,  a  mężem.  Musisz  być  pomysłowa  i  na 
miłość boską, spal wagę po dziecku… szybko. 

Strzela palcami na kelnera i zamawia frytki oraz smażone kalmary. 

Suka. 

 

 

 

 

 

 

                                                           

1

 Ćwiczenia Kegla – mają na celu wzmocnienie i naukę kontrolowania mięśni dna miednicy. 

background image

19 

 

Rozdział czwarty 

Przeszłość 

 

Poznałam  Caleba  na  dwudziestych  czwartych  urodzinach  Katine.  Odbywały  się  na 

jachcie,  co  było  znacznie  lepsze  od  miejsca  moich  dwudziestych  czwartych  urodzin,  które 
miały  miejsce  w  jednym  z  eleganckich  klubów  nocnych  w  South  Beach.  Ja  zaprosiłam 
dwieście  ludzi;  ona  trzysta.  Ale  patrząc  na  to,  że  urodziny  mojej  najlepszej  przyjaciółki  są 
cztery miesiące po moich, to ma przewagę z przyćmiewaniem mnie każdego roku. Uważam 
to za sprawiedliwe, ponieważ jestem ładniejsza, a mój ojciec był dwanaście miejsc wyżej od 
jej w Forbes. 

Miałam na sobie czarną, jedwabną sukienkę Lanvina, której widziałam jak przyglądała się 

Katine  tydzień temu,  jak  robiłyśmy  zakupy  w  Barney’s.  Jej biodra były  leciutko za  szerokie, 
aby  zmieścić  się  w  szczupłej  części  sukienki,  więc  wzięłam  ją,  kiedy  nie  patrzyła  i  kupiłam. 
Oczywiście ona to samo zrobiłaby mnie. 

Po zrobieniu rund wśród naszych przyjaciół, skierowałam się do baru po świeże martini. 

Spostrzegłam go, jak siedział na jednym ze stołków barowych. Siedział do mnie plecami, ale 
po  szerokości  jego bioder  i fryzurze  wiedziałam,  że  będzie piękny.  Wsunęłam  się  na  wolne 
miejsce obok niego i kątem oka rzuciłam mu spojrzenie. Najpierw zauważyłam silną szczękę. 
Można  by  rozbijać  orzechy  o  taką  szczękę.  Jego  nos  był  trochę  dziwny,  ale  nie  w 
nieatrakcyjny sposób. Grzbiet był zakrzywiony, drobny zakręt w drodze. Był elegancki, tak jak 
byłby stary rewolwer. Jego wargi były zbyt zmysłowe jak na mężczyznę. Gdyby nie jego nos – 
ten  niewiarygodnie  elegancki  nos  –  jego  twarz  byłaby  zbyt  ładna.  Przeczekałam  parę 
tradycyjnych  minut,  żeby  na  mnie  spojrzał,  normalnie  nie  musiałam  za  bardzo  się  trudzić, 
żeby przykuć samczą uwagę, ale kiedy tego nie zrobił, odchrząknęłam. Jego oczy, które były 
skupione na telewizorze ponad barem, powoli zwróciły się na mnie, jakbym była narzuconym 
ciężarem. Były koloru syropu klonowego, gdyby podniosło się go do światła. Czekałam, aż na 
jego  twarz  wpłynie  szczęśliwy  wyraz,  jaki  pojawiał  się  na  twarzach  wszystkich  mężczyzn, 
którzy zarobili moją uwagę. Nie nadszedł. 

- Jestem Leah – powiedziałam w końcu, wyciągając rękę. 

-  Cześć,  Leah.  –  Tak  jakby  uśmiechnął  się  połówkowo  i  uścisnął  moją  rękę,  po  czym 

lekceważąco  odwrócił  się  do  telewizora.  Znałam  jego  typ.  Trzeba  było  zgrywać  osobę 
niedostępną z chłopakami o krzywych uśmiechach. Lubili pościg. 

- Skąd znasz Katine? – zapytałam, nagle czując się desperacko. 

- Kogo? 

- Katine… dziewczyna, na której jesteś urodzinach? 

background image

20 

 

- Ach, Katine – powiedział, upijając łyk ze swojej szklanki. – Nie znam jej. 

Czekałam, aż wyjaśni, że przyszedł z przyjacielem albo że jest dalekim krewnym kogoś na 

przyjęciu, ale nic nie powiedział. Postanowiłam wypróbować nowy sposób. 

- Czy potrzebujesz Bourbonu i piwa do tej szkockiej? 

Spojrzał na mnie po raz pierwszy, mrugając, jakby oczyszczał widok. 

- Czy to jest twoja najlepsza gadka na podryw? Tekst z piosenki country? 

Zobaczyłam ślad śmiechu w jego oczach i uśmiechnęłam się zachęcona. 

- Hej, wszyscy mamy zły nawyk i moim jest muzyka country. 

Przyglądał mi się przez minutę, jego oczy przesuwały się po moich włosach i zatrzymały 

na  ustach.  Przeciągnął  palcami  po  kondensacji  na  szklance,  zbierając  wilgoć  czubkami 
palców. Patrzyłam z fascynacją jak użył kciuka, żeby zetrzeć wilgoć z koniuszków palców. 

- Okej – powiedział, odwracając się do mnie. – Jakie masz inne złe nawyki? 

W tamtej chwili mogłam odpowiedzieć ciebie. 

-  Nie,  nie  –  odparłam,  uwodzicielsko  potrząsając  głową  i  pochylając  się  wystarczająco, 

żeby dać mu widok z lotu ptaka na mój dekolt. – Już jeden wypuściłam z torby. Twoja kolej. 

Odchrząknął  głośno  i  zerknął  na  szklankę.  Powoli  nią  zakręcił,  wracając  do  mnie 

wzrokiem, jakby decydował się czy warto było ciągnąć rozmowę. Po długiej ciszy jego oczy 
pokryły się lodem i rzekł. – Trujące kobiety. 

Wyprostowałam się, zaskoczona. To było idealne. Byłam przy dziesiątce na skali trucizny. 

Jeżeli potrzebował jadu, mogłam wstrzyknąć mu go prosto w szyję. 

Wziął  długi,  twardy  łyk  swojej  szkockiej.  Oceniłam  sytuację.  Wyraźne  było,  że  ten 

mężczyzna  właśnie  przeżył  poważne  załamanie  emocjonalne.  Pielęgnował  bardzo  mocny  i 
bardzo  drogi  napój  na  przyjęciu  na  jachcie,  na  którym  raczej  nie  chciałby  być  obecny. 
Pomimo  faktu,  że  ofiarowałam  moje  dobroci,  mając  na  sobie  sukienkę,  która  mało 
pozostawiała wyobraźni, on ledwo co na mnie spojrzał. Normalnie, mężczyzna po przeżyciu 
zawodu miłosnego nie przestraszyłby mnie. Potrafili zapewnić namiętny, przypadkowy seks 
w ślad za złamanym sercem. Widzą w tobie tylko najlepsze cechy; cechy, które przypominają 
im lepsze dni z ich byłymi, oblewają cię komplementami i trzymają się ciebie z wdzięcznością 
przez  wypełniony  zabawą  tydzień  lub  dwa.  Delektuję  się  mężczyznami  po  zawodach 
miłosnych.  Ale  ten  był  inny.  Ten  nie  kwestionował  swojej  wartości  jako  człowiek,  bo 
zakończył się jego związek. Kwestionował jej rozsądek. Próbował rozgryźć, w jakiej dokładnie 
chwili wszystko zaczęło się pruć. 

background image

21 

 

Był  nienagannie  ubrany,  bez  starania  się.  Naturalnie  tak  się  ubierał  –  co  oznaczało,  że 

miał kasę – a ja kochałam kasę. Rozpoznałam królewski znak Rolexa, nitkę Armani’ego, łatwy 
sposób z jakim patrzył na świat. Również rozpoznałam to jak mówił „dziękuję”, kiedy barman 
zapełnił jego szklankę i to kiedy para obok niego ciągle przeklinała, on się wzdrygał. Jego typ 
rzadko  kiedy  był  singlem.  Zastanawiałam  się  co  za  głupia  suka  pozwoliła  mu  odejść. 
Kimkolwiek ona była, bardzo szybko wymażę ją z jego pamięci. Dlaczego? Ponieważ byłam 
najlepszą  z  najlepszych:  Godivą,  Maserati,  doskonałym  bezbarwnym  diamentem.  Potrafię 
poprawić życie każdego – zwłaszcza tego mężczyzny. 

 

Z  moim  nowoodkrytym  przekonaniem  o  naszym  przyszłym  związku,  uśmiechnęłam  się 

do niego i skrzyżowałam nogi tak, że spódnica uniosła się na moim udzie. 

- Dobra – powiedziałam wolno. – Dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień. 

- Dlaczego? 

Nawet nie spojrzał na moje nogi. Westchnęłam. 

-  Cóż,  zamierzałam  powiedzieć  coś  bystrego  o  byciu  również  trującą,  ale  patrząc  na 

ciebie sądzę, że potrzebujesz dobrej dawki Jamba Juice czy coś. 

Parsknął śmiechem. 

- Widzisz, jestem zabawna – zażartowałam. 

- Tak. – Uśmiechnął się. – Troszeczkę. 

Ośmielona, położyłam łokcie po bokach i obróciłam się stołkiem twarzą do niego. Moje 

kolana dotykały teraz wnętrza jego uda, a on nie próbował się odsunąć. 

Naiwniak. 

- Więc… - Wyciągnęłam brzoskwiniową papierośnicę z mojej torebki. – To mój kolejny zły 

nawyk, masz coś przeciwko? – Spojrzał na papierosa uniesionego do moich  warg i pokręcił 
głową. Zapaliłam i wciągnęłam w jednym, gładkim ruchu, który udoskonaliłam. 

- Jak ci na imię, panie Smutne Oczy? 

Jego usta zadrgały w kącikach, jak jego brwi zrobiły mały taniec do góry. 

- Caleb – odparł. – Caleb Drake. 

Wypróbowałam Drake z moim imieniem i stwierdziłam, że mi się podoba. 

Wydmuchałam dym w stronę oceanu. 

background image

22 

 

- Ja jestem Leah… a jeżeli zagrasz dobrze swoimi kartami, mogłabym być Leah Drake. – 

Uniosłam brwi. 

- Wow. Wow… - powtórzył. – To prawie orzeźwiające. 

- Ona nie chciała za ciebie wyjść? – zapytałam współczująco. 

- Nie chciała robić wielu rzeczy – powiedział, przełykając resztę szkockiej i podnosząc się. 

Był  cudownie  wysoki.  W  myślach  postawiłam  siebie  pod  jego  ramieniem,  co  sprawiało,  że 
musiał mieć co najmniej 185 centymetrów. 

Czekałam na jego kolejny ruch. Cokolwiek zrobi, i tak jest mój. 

Wstał i pocałował moją rękę. Byłem zdezorientowana. 

- Dobranoc, Leah – rzekł. Potem ku mojemu kompletnemu zdziwieniu, odszedł. 

Byłam skonfundowana. 

Myślałam, że mieliśmy chemię. 

 

Myślałam  o  nim  następnego  dnia,  pielęgnując  mojego  kaca.  Kim  on  był?  Czemu 

przyszedł? Co ona mu zrobiła, że mnie przepuścił? Mnie! Krótko rozważałam pomysł, że jego 
eks  była  sławą.  Jeden  Bóg  wie,  że  był  wystarczająco  przystojny,  żeby  złamać  serce  sławie. 
Pomyślałam  o  jego  chłodnej  nonszalancji,  trzepocie,  który  czułam,  kiedy  na  mnie  spojrzał. 
Czy  kiedykolwiek  musiałam  starać  się  tak  mocno,  aby  sprawić,  żeby  spojrzał  na  mnie 
mężczyzna? Nie. A gdy spojrzał, chciało się, żeby przestał. Patrzył na ciebie, jakby już cię znał 
– bezpośrednio, trochę znudzenie, krytycznie. Sprawiał, że zastanawiałaś się jak byłoby być 
po drugiej stronie tego spojrzenia, żeby mieć na sobie jego wzrok,  ponieważ tam chciał go 
mieć. 

Grzebałam  trochę,  próbowałam  dowiedzieć  się  kim  był  i  gdzie  spędzał  czas.  Byłam 

utalentowanym  detektywem.  Moje  sieci  społeczne  były  szerokie  i  po  dwóch  rozmowach 
telefonicznych  wiedziałam,  gdzie  znaleźć  Caleba  Drake’a.  Jeszcze  dwa  telefony  i  miałam 
kogoś ustawiającego nas na randkę w ciemno. 

- Poczekaj co najmniej miesiąc – powiedziałam do mojej kuzynki. – Daj mu trochę więcej 

czasu na wylizanie ran zanim go uratuję. 

 

Miesiąc później szłam do knajpy sushi nazywanej Tatu, gorąco czepiało się moich nagich 

nóg, serce obijało się mocno o żebra. 

- Niemożliwe – powiedział jak tylko mnie zobaczył. 

background image

23 

 

Udałam  zaskoczenie.  Pochylając  głowę,  zapytałam.  –  Singiel  i  Brytyjczyk,  szukający 

rudej? 

Roześmiał się głęboko i uściskał mnie. 

Miał  na  sobie  białą  koszulkę  na  guziki,  rękawy  podwinął  do  łokci  i  spodenki  khaki.  Był 

złotobrązowy, jakby opalał się każdego dnia odkąd widziałam go ostatni raz. 

- Skąd znasz Sarah? – Przytrzymał mi drzwi i przeszłam obok niego. 

- To moja kuzynka. – Uśmiechnęłam się ironicznie. – A ty skąd ją znasz? 

Oczywiście  już  znałam  odpowiedź.  Chłopak  Sarah  był  z  bractwa  Caleba.  W  wieczór 

przyjęcia Katine przyszedł razem z nimi. 

Słuchałam  jak  wyjaśniał  ten  związek.  Jego  akcent  był  seksowny.  Kiedy  podążyliśmy  za 

gospodarzem do naszego stolika, położył rękę na moich plecach. To było znajome i zaborcze. 
Podobało  mi  się  to.  Zastanawiałam  się  czy  zrobiłby  to,  gdyby  było  to  nasze  pierwsze 
spotkanie. 

- Wiesz, jak Sarah skusiła mnie na tę randkę w ciemno? – zapytał. 

Zaprzeczyłam. 

- Powiedziała, że masz ładne nogi. 

Uśmiechnęłam  się  i  przygryzłam  wargę.  –  I?  –  Wyciągnęłam  je  spod  stołu,  trzymając 

razem  kostki.  Moja  sukienka  była  niebezpiecznie  krótka.  Oczywiście  wiedziałam,  że  lubił 
ładną parę nóg. Przez godzinę maglowałam głupiego chłopaka Sarah, żeby dowiedzieć się o 
nim wszystkiego, co mogłam. 

Uśmiechnął się szeroko. Patrzył mi w oczy, mówiąc. – Niezłe. 

Poczułam mrowienie aż w palcach u stóp. Na te spojrzenie właśnie czekałam. 

 

Następnego poranka obudziłam się w jego łóżku. Rozciągając się, rozejrzałam się po jego 

pokoju. Moje mięśnie były luksusowo obolałe. Nie byłam wyginana na tak  wiele sposobów 
odkąd byłam gimnastyczką w liceum. 

Usłyszałam prysznic w sąsiedniej łazience i obróciłem się, żeby zobaczyć czy miałam na 

niego widok przez otwarte drzwi. Miałam. 

Poprzedniej nocy przeszliśmy przez trzy drinki i kolację bez przerwy w rozmowie. To było 

jak  rozmawianie  z  kimś,  kogo  znałam  od  wielu  lat.  Byłam  z  nim  taka  odprężona  i 
przypuszczałam,  że  on  czuł  to  samo  ze  mną,  bo  odpowiadał  na  każde  moje  pytanie  bez 
wahania.  Gdy  opuściliśmy  restauracje,  nie  było  wątpliwości  czy  pójdę  z  nim  do  domu. 

background image

24 

 

Wskoczyłam do jego kabrioletu i przejechaliśmy krótkie piętnaście minut do jego wieżowca. 
Nasz  szlak  ubrań  zaczynał  się  przy  drzwiach  wejściowych  i  kończył  u  podnóża  jego  łóżka, 
gdzie swawolnie odrzuciliśmy na bok ostatni kawałek tego, co miałam na sobie. Miło byłoby 
obwiniać alkohol za moją lekkomyślność, ale prawdę powiedziawszy oboje przestaliśmy pić 
przed jedzeniem. Wszystko, co się wydarzyło… wydarzyło się bez wpływu alkoholu. 

Gdy Caleb wyszedł spod prysznica, nadal opierałam się na łokciu. Nie zrobiłam żadnego 

udawania w związku z obserwowaniem go. Przeciągnął ręcznikiem po włosach, sprawiając, 
że stanęły w różnych kierunkach. Uśmiechnęłam się szeroko i poklepałam łóżko. Upuszczając 
ręcznik, położył się obok mnie. 

- Nadal jesteś smutny? – zapytałam, kładąc brodę na jego torsie. 

Poddał się półuśmiechowi i pstryknął mnie w nos. 

- Czuję się trochę pogodniej. 

- Ooo… trochę pogodniej… - przedrzeźniłam jego akcent i zaczęłam zsuwać się z łóżka. 

Złapał mnie za kostki i przyciągnął z powrotem. 

- O wiele pogodniej – powiedział. 

- Chcesz jeszcze jedną rundkę, a potem iść na lunch? – zapytałam, przesuwając palcem 

po jego klatce piersiowej. 

- Zależy – odparł, łapiąc moją rękę. 

Czekałam, aż kontynuuje bez zadawania tradycyjnego „od czego?”. 

- Nie szukam niczego poważnego, Leah. Nadal mam namieszane w głowie po… 

- Ostatniej dziewczynie? – Uśmiechnęłam się ironicznie i pochyliłam, żeby go pocałować. 

–  Cokolwiek  chcesz  –  powiedziałam  przy  jego  ustach.  –  Czy  wyglądam  dla  ciebie  na 
dziewczynę z zobowiązaniami? 

- Wyglądasz jak kłopoty. – Uśmiechnął się szeroko. – Kiedy dorastałem, matka mawiała 

mi, żebym nigdy nie ufał rudym. 

Zmarszczyłam brwi. – Są tylko dwa powody, dla których coś takiego powiedziała. 

Caleb podniósł brwi. – A są nimi? 

- Albo twój ojciec przespał się z rudą, albo twoja mama nią jest. 

Kręciło mi się w głowie od jego krzywego uśmiechu. Tym razem dosięgnął jego oczu. 

- Lubię cię – powiedział. 

- To dobrze, Skaucie. Naprawdę dobrze. 

background image

25 

 

Rozdział piąty 

Teraźniejszość 

 

Dwa dni po tym jak Caleb pojechał w podróż służbową, moja matka pakuje swoje torby i 

informuje mnie, że ona również wyjeżdża. 

-  Nie  możesz  mówić  serio  –  mówię,  patrząc  jak  zapina  swoją  walizkę.  –  Mówiłaś,  że 

chcesz zostać i pomóc. 

- Tutaj jest za gorąco – mówi, lekko dotykając włosów. – Wiesz, że nienawidzę tutejszego 

lata. 

- Jesteśmy w klimatyzacji, mamo! Potrzebuję twojej pomocy. 

- Poradzisz sobie, Johanno. 

Dostrzegam niewielkie drżenie w jej głosie. Popada w jedną ze swoich depresji. Courtney 

wiedziała,  jak  się  nią  zająć,  kiedy  taka  się  stawała.  Ja  zawsze  wydawałam  się  wszystko 
pogarszać.  Ale  Courtney  tutaj  nie  ma;  ja  jestem.  Co  czyniło  Najdroższą  Mamusię  moją 
odpowiedzialnością. 

Wzruszyłam ramionami. – Dobra, zawieźmy cię na lotnisko. Caleb i tak wraca o północy. 

Pozwolę jej wrócić do jej willi w Michigan i wrzucać pigułki do ust jak Tic Taci, ukrywając 

się przed światem. 

W  drodze  powrotnej  z  lotniska  podkręcam  radio  i  czuję  się  jak  ptak  po  raz  pierwszy 

wypuszczony  z  gniazda.  Estella  zaczyna  wrzeszczeć  ze  swojego  fotelika  pięć  minut  po 
rozpoczęciu  się mojej  rozkoszy.  Co  to  znaczy?  Jest  głodna?  Ma  chorobę  lokomocyjną?  Jest 
mokra? 

Niemal zapomniałam, że była tam… tutaj… na tej planecie… w moim życiu. 

Robię kilka ćwiczeń Kegla i rozmyślam gorzko o Calebie – wolnego od dziecka Calebie, 

który  pławi  się  w  bahamskim  słońcu,  popija  swój  przeklęty  Bruichladdich  i  je  zapiekane 
kraby. To niesprawiedliwe. Potrzebuję niańki, czemu on tego nie widzi? Caleb jest strasznie 
skrupulatny  w  tym,  co  jest  właściwe  i  niewłaściwe.  Ze  swoimi  staromodnymi  wartościami 
powinnam  była  wiedzieć,  że  będzie  upierał  się,  abym  została  w  domu  i  sama  ją 
wychowywała. On jest takim skautem. Kto jeszcze wychowuje własne dzieci? Biała biedota, 
właśnie oni – bo nie stać ich na pomoc. 

background image

26 

 

Zagryzam  wargę  i  zwiększam  głośność  radia,  aby  zagłuszyć  zawodzenie.  W  tej  chwili 

brzmi  ona  jak  mały,  przenikliwy  alarm,  ale  co  będzie  za  kilka  miesięcy,  gdy  jej  płuca  będą 
silniejsze? Jak ja zniosę ten hałas? 

Próbuję  rozgryźć  jak  sprawić,  żeby  przestała  płakać,  kiedy  coś  żółtego  przyciąga  moją 

uwagę.  Żeby  było  jasne,  żółty  to  straszny  kolor.  Nic  dobrego  nie  wychodzi  z  koloru,  który 
reprezentuje  żółtka,  woskowinę  i  musztardę.  Ten  kolor  jest  odpowiednikiem  choroby; 
ropiejących  ran  i  pryszczatych  gęb,  nikotyny  plamiącej  zęby.  Nic,  nic,  nic  nie  powinno  być 
żółte, dlatego właśnie odwracam głowę, żeby spojrzeć. Natychmiast skręcam samochodem 
w  daleką  prawą  uliczkę  i  obracam  kierownicę,  jakbym  była  w  filiżance  w  Disney  World. 
Rozbrzmiewają  chóry  klaksonów,  jak  przecinam  dwie  alejki,  by  dojechać  do  placu. 
Wywracam oczami. Hipokryci. 

Jeżdżenie  na  Florydzie  przypomina  mi  poruszanie  się  po  zatłoczonym  sklepie 

spożywczym  –  albo  tkwisz  za  pierdołą  poruszającą  się  jedną  milę  na  godzinę,  albo  jesteś 
pchana  w  aleję  z  płatkami  śniadaniowymi  przez  chuligana.  Jestem  dobrym  kierowcą,  więc 
mogą się pieprzyć. 

Jadę  za  żółtym  znakiem  do  centrum  handlowego  i  spoglądam  na  puste  witryny 

sklepowe,  jadąc  na  obrzeżach  parkingu.  Krzywe  znaki  wakatów  wiszą  w  większości  okien. 
Stare nazwy sklepów wciąż przypięte nad drzwiami są przygnębiającym przypomnieniem, że 
recesja  przebiega  na  paluszkach  przez  cały  kraj.  Celuję  pistoletem  zrobionym  z  palców  w 
stary salon manicure i ciągnę za wymyślony spust. Jak wiele małych marzeń osiągnęło dno w 
tej gównianej dziurze? W dalekim prawym rogu blisko gargantuicznego kontenera na śmieci 
mieści  się  Słoneczny  Żłobek.  Zatrzymuję  samochód  pod  wstrętnym  żółtkowym  znakiem  i 
stukam  palcami  w  kierownicę.  Zrobić  to  czy  nie  zrobić?  Równie  dobrze  mogłabym  iść 
popatrzeć. 

Wyskakuję, kierując się do drzwi i przypominam sobie, że w samochodzie jest dziecko. A 

niech  to  szlag!  Wracam  się,  upewniając  się,  że  nikt  nie  zobaczył  mojego  błędu  i  odpinam 
fotelik  samochodowy  Estelli.  Jest  na  szczęście  cicho,  jak  przechodzę  z  nią  przez  drzwi 
Słonecznego Żłobka. Pierwszą rzecz, którą dostrzegam to to, że każdy może wejść sobie ot 
tak  do  tej  gównianej  placówki  i  porwać  dziecko.  Gdzie  są  drzwi  zamykane  na  kartę 
magnetyczną?  Przyglądam  się  recepcjonistce.  Jest  ubraną  bez  gustu  dwudziestoparoletnią 
kobietą,  mając  niebieski  cień  do  powiek  nad  nudnymi  brązowymi  oczami.  Ona  chce 
chłopaka. Można to powiedzieć, dzięki nadmiernemu wykorzystaniu perfum i dekoltowi. Ma 
kredkę  do  oczu  na  dolnej  powiece.  Wszyscy  wiedzą,  że  nie  nakłada  się  kredki  na  dolną 
powiekę. 

- Dzieeeń dobry – ćwierkam radośnie. 

Uśmiecha się do mnie, unosząc brwi. 

background image

27 

 

-  Muszę porozmawiać  z pani dyrektorem  –  mówię  głośno, na  wypadek  gdyby  była tak 

wolna, na jaką wygląda. 

- O co chodzi? 

Czemu ludzie zawsze zapychają recepcję półgłówkami? 

- No cóż, mam dziecko – odpowiadam opryskliwie - …a to jest żłobek. 

Drga  jej  nos.  To  jest  jej  jedyna  oznaka,  że  po  królewsku  ją  wkurzyłam.  Tupię  stopą  o 

linoleum,  gdy  wysyła  wiadomość  przez  pager  do  dyrektora  żłobka.  Rozglądam  się  wokoło, 
czekając.  Bladożółte  ściany,  pomalowane  na  nich  pomarańczowe  słońca,  poplamiony 
niebieski dywan, a na nim rozrzucone Cheerios z dzisiejszego ranka. Dyrektorka wkracza kilka 
minut  później.  Jest  blondynką  w  trakcie  kryzysu  wieku  średniego,  ma  na  sobie  bluzkę 
„Połaskocz mnie Elmo”, zdarte z wierzchu różowe tenisówki i dwa implanty piersi o wielkości 
melona. Przyglądam się jej z obrzydzeniem i przyklejam uśmiech do twarzy. 

Zanim mogę wypowiedzieć, choć jedno słowo, ona się odzywa: - Wow, to noworodek. 

- Urodziła się przedwcześnie – kłamię. – Jest starsza niż na to wygląda. 

- Jestem Dieter – mówi, wyciągając rękę. Chwytam ją i ściskam. 

- Chciałaby pani wycieczkę po Słonecznym Żłobku? 

Chcę  powiedzieć  „do diabła nie”,  ale  potakuję uprzejmie  i  Dieter  prowadzi  mnie przez 

parę podwójnych drzwi, które otwiera kartą magnetyczną. 

Te miejsce jest brudne, nawet Dieter musi to widzieć. Każde pomieszczenie ma własny 

wyjątkowy  zapach  sików,  mieszając  się  w  –  o  mój  Boże  –  subtelne  połączenie.  Dieter  albo 
jest  uodporniona  na  ten  zapach,  albo  decyduje  się  go  zignorować.  Ja  ledwo  co  mogę 
powstrzymać wymioty. Podkreśla proporcję uczniów/opiekunów, która jest sześć do jednego 
i  wskazuje  radośnie  klasę  śpiewających  czterolatków,  którym  wszystkim  spływają  smarki  z 
nosów. 

Dzielenie to troszczenie. 

-  Nasze  wyposażenie  placu  zabaw  jest  nowiutkie,  ale  oczywiście  pani  maluszek  nie 

będzie  potrzebował  go  przez  jakiś  czas.  –  Otwiera  drzwi  oznaczone,  jako  „Maluszki”  i 
wchodzi do środka. 

Natychmiast jestem powitana wielorakimi dziecięcymi głosami, wszystkie ryczą jak małe 

osły.  To  całkiem  denerwujące  i  niemal  od  razu  Estella  się  budzi  i  dołącza  do  chóru  osłów. 
Macham  jej  siodełkiem  do  przodu  i  do  tyłu,  i  o  dziwo,  jej  płacz  zmniejsza  się  do  czasu,  aż 
znowu  jest  cicho.  Jest  tutaj  czysto.  To  oddaję  Dieter.  Sześć  łóżeczek  jest  przysuniętych  do 
ściany. Każde ma wiszącego nad nim szydełkowanego Muppeta. 

background image

28 

 

-  Dopiero  co  pożegnaliśmy  jedno  z  naszych  dzieci  –  mówi  mi  Dieter.  –  Więc  mamy 

miejsce dla małej… 

- Estelli. – Uśmiecham się. 

-  To  jest  panna  Misty  –  mówi,  przedstawiając  mnie  opiekunce.  Uśmiecham  się  do 

kolejnej przysadzistej dziewczyny, ściskam kolejną rękę z wyszczerbionym lakierem. 

W końcu decyduję się zostawić tam Estellę na próbę. Dieter to sugeruje. – Tylko na kilka 

godzin, żeby zobaczyła pani jak będzie się czuć… - mówi. Zastanawiam się czy to normalne – 
zostawianie dziecka z nieznajomymi, żeby zobaczyć jak będziesz się czuć. Mogłabym rozkroić 
się nożem i nic bym nie poczuła. Potakuję. 

- Nigdy nie zostawiłam jej z nikim – mówię. To jest prawda… przeważnie. 

Dieter  kiwa  głową  ze  współczuciem.  –  Dobrze  się  nią  zaopiekujemy.  Tylko  potrzebuję, 

żeby wypełniła pani papiery. 

Podaję siodełko pannie Misty i robię pokaz, całując Estellę w czoło, po czym biegnę do 

auta po torbę pieluszek, którą nosi ze sobą dobra matka. 

Pół godziny później, nareszcie jestem wolna – wolna od nieznośnego brzucha, wolna od 

hałaśliwego  dziecka…  wolna,  wolna,  wolna.  Właśnie  wtedy  dzwoni  mój  telefon.  Biorę  go  z 
siedzenia obok, gdzie go rzuciłam wcześniej i widzę, że dzwoni do  mnie Caleb. Uśmiecham 
się mimowolnie. Do dziś, kiedy Caleb dzwoni, mam motylki w brzuchu. Zamierzam odebrać, 
gdy orientuję się, że zapewne dzwoni, aby zapytać o Estellę. Zagryzam wargę i posyłam go do 
poczty  głosowej.  Nigdy  nie  mogę  mu  powiedzieć,  co  właśnie  zrobiłam.  Prawdopodobnie 
wskoczyłby  do  pierwszego  dostępnego  samolotu  i  wpadł  do  Miami,  trzymając  papiery 
rozwodowe. Może nawet zwróciłby się do niej, żeby mu je załatwiła. Wiem, że zachowuję się 
nierozsądnie i że on nie rozmawiał z nią odkąd skończyła się moja rozprawa ponad półtora 
roku  temu,  lecz  myśli  o  tej  wiedźmie  z  kruczoczarnymi  włosami  codziennie  mnie  dręczą. 
Chowam  myśli  o  mojej  rozprawie  i  pełnomocniczce  w  głębi  umysłu,  aby  później  je 
przywrócić. 

Jestem zdeterminowana, żeby cieszyć się moim czasem wolnym od dziecka. Zatrzymuję 

się w domu, żeby przebrać się z dżinsów w coś eleganckiego. Wybieram białe lniane spodnie 
oraz  bluzkę  od  Gucciego  z  mojej  wycieczki  zakupowej  i  wsuwam  się  w  buty  z  małymi 
obcasami. Kiedy już jestem z powrotem w aucie i w połowie drogi do restauracji, zdaję sobie 
sprawę, że zapomniałam komórki na kuchennym blacie. 

Spotykam się z Katine i kilkoma naszymi przyjaciółkami na sushi i sake. Gdy wchodzę do 

restauracji, wszystkie robią wokół mnie hałas, jakbym wyjechała na rok. Całuję w powietrzu 
każdą  z  nich  i  siadamy,  żeby  złożyć  zamówienie.  Albo  Katine  ostrzegła  je,  żeby  nie  pytały 
mnie  o  dziecko,  albo  nie  obchodzi  je  to,  ponieważ  żadna  nie  wspomina  o  niej  ani  słowa. 
Część  mnie  czuje ulgę, bo  gdybym  została poproszona o  opowiedzenie o  moich  uczuciach, 

background image

29 

 

jako  nowa  matka,  to  wybuchłabym  płaczem…  choć  czuję  również  lekkie  poirytowanie. 
Nawet, jeżeli Estella była tematem tabu, to przynajmniej mogły zapytać jak się czuję. 

Ignoruję to. Wypijam cztery małe kieliszki sake, po czym zamawiam wino. 

Katine unosi szklankę w moją stronę. – Za twój powrót! – krzyczy i wszystkie wypijamy. 

Czuję się fantastycznie. Oficjalnie wróciłam, chociaż była to ciężka dekada. Zamroczona 

sake,  przysięgam  sobie,  że  trzydzieste  lata  będą  najlepszymi  latami  w  moim  życiu.  Do 
piętnastej skończyłyśmy obiad i wszystkie jesteśmy zalane, ale jeszcze nie gotowe na powrót 
do domu. 

- A więc – szepcze do mnie Katine, kiedy nareszcie opuszczamy restaurację. – Gdzie jest 

dzieciak? 

- Żłobek. – Parskam śmiechem i zakrywam dłonią usta. 

Katine konspiracyjnie puszcza mi oko. Przecież to był jej pomysł. 

- Caleb wie? – pyta. 

Patrzę na nią jak na tępą blondynkę, którą jest. – Poważnie, Katine? Czy nosiłabym to, 

gdyby  Caleb  wiedział,  że  jego  maleństwo  jest  pod  opieką  obcego?  –  Pomachałam  jej 
obrączką. 

Wytrzeszcza oczy i ściąga wargi, jakby mi nie wierzyła. – Daj spokój. Caleb nigdy by cię 

nie zostawił, mam na myśli, że miał szansę z tą dziewczyną Olivią i… - Kładzie rękę na ustach i 
patrzy na mnie, jakby powiedziała za dużo. 

Staję jak wryta, gotowa ją spoliczkować. Suka. Jak śmie to wspominać! 

Jestem bez tchu, pełna sake i gniewu, gdy mówię: - Caleb przenigdy nie brał pod uwagę 

zostawienia mnie. Ona była niczym. Nie rozgaduj takich kłamstw ludziom, Katine. 

Wiem,  że  moja  twarz  jest  czerwona.  Czuję  jak  pali  mnie  z  rozżalenia.  Katine  opuszcza 

brwi. Zniżają się głęboko, sprawiając wrażenie, że naprawdę jest jej przykro. 

- Ja… przepraszam – jąka się. – Nic nie miałam przez to na myśli. 

Znam  tę  śliczną  blond  diablicę  zbyt  dobrze,  by  kupić  jej  przeprosiny  warte  Emmy. 

Rzucam jej lekceważące spojrzenie, a ona uśmiecha się do mnie z ckliwą słodkością. 

- Chodziło mi o to, że on cię kocha. Nawet taki seksowny tyłek nie mógłby ci go zabrać. 

Teraz  kipię  ze  złości.  Wspominanie  imienia  tej  miernoty  to  jedno,  ale  dawać  wiarę  jej 

wyraźnemu dobremu wyglądowi przekracza granicę przyjaciółki/lojalności. 

background image

30 

 

- Leah, poczekaj – woła za mną, kiedy oddalam się prędko. Nie czekam, aby usłyszeć jej 

usprawiedliwienie – jej ulubioną rzecz, ponieważ jest z Rosji i nie zawsze rozumie właściwy 
sposób  na  komunikowanie  się,  skoro  angielski  jest  jej  drugim  językiem.  Słyszałam  już 
wszystkie i znam moją oślizgłą najlepszą przyjaciółkę. Lubi rzucać słodkie obelgi, oszczerstwa 
i  potajemne  zniewagi.  Jesteś  taka  odważna,  żeby  założyć  tę  spódnicę,  ja  bałabym  się,  że 
pokaże się mój cellulit. Katine cierpi na bulimię i nie ma ani trochę cellulitu. Więc wyraźnie 
odnosiła się do mnie. 

Katine Reinlaskz jest tak zabawowa jak małpa w zoo, ale przeciwstaw się jej, a podrze cię 

na strzępy. Nasza więź, która istniała od gimnazjum, była bezwzględną wojną na posiadanie 
większych rzeczy od tej drugiej. Mój pierwszy samochód kosztował sześćdziesiąt tysięcy, jej 
osiemdziesiąt. Moja słodka szesnastka miała trzystu gości – jej czterystu. Jednak wygrałam z 
Calebem. Katine dwa razy się rozwiodła. Pierwsze małżeństwo było  ślubem w Vegas, które 
trwało  około  dwadzieścia  cztery  godziny  zanim  zostało  unieważnione,  a  drugie  było  z 
pięćdziesięcioletnim  potentatem  naftowym,  który  okazał  się  być  całkowitym  sknerą,  kiedy 
już się pobrali. Jest przepełniona zazdrością, gdy chodzi o Caleba – przystojnego, bogatego, 
dżentelmeńskiego,  seksownego  Caleba.  Marzenie  każdej  dziewczyny  i  ja  go  mam. 
Wykorzystuję  każdą  okazję,  aby  obnosić  się  moim  głównym  życiowym  triumfem,  ale  od 
tamtego  problemu z  Olivią,  zazdrość  Katine  została  zastąpiona  samozadowoleniem.  Nawet 
miała czelność, żeby powiedzieć mi kiedyś, że podziwiała zdrowy rozsądek Olivii. 

Robię  krótkie,  lekko  wzburzone  kroki  do  mojego  samochodu,  uważając,  żeby  nie 

przewrócić się na obcasach i wsuwam się na miejsce kierowcy. Zegarek na desce rozdzielczej 
wskazuje osiemnastą godzinę. Nie jestem w pozycji żeby jechać, ale nawet nie mam komórki, 
żeby zadzwonić po kogoś. I do kogo bym zadzwoniła? Moje przyjaciółki są podobnie pijane, a 
te które nie są tutaj uniosłyby brwi i zaczęły plotkować, gdyby zobaczyły mnie taką. 

Nagle przypomniałam sobie o Estelli. 

- Cholera. – Walę ręką w kierownicę. Miałam odebrać ją o siedemnastej i nie mam jak 

zadzwonić  do  żłobka.  Odpalam  auto  i  wycofuję  z  miejsca  bez  patrzenia.  Słyszę  klakson,  a 
potem  rażący  chrzęst  metalu.  Nawet  nie  muszę  spojrzeć,  żeby  wiedzieć,  że  jest  źle. 
Wysiadam chwiejnie z samochodu i podchodzę na tył. Stary Ford jest zgięty wokół zderzaka 
mojego Range Rovera. Wygląda to niemal komicznie. Opanowuję ochotę na śmiech, po czym 
muszę  powstrzymać  chęć  płaczu,  bo  dostrzegam  migoczące  niebiesko-czerwone  światła 
podjeżdżającego do nas radiowozu. Kierowca jest starszym mężczyzną. Jego żona siedzi na 
miejscu  pasażera,  trzymając  się  za  szyję.  Przewracam  oczami  i  krzyżuję  ramiona  na  piersi, 
czekając na nieuchronne syreny ambulansu, które oznaczają pozwy. 

Pochylam  się,  żeby  móc  zobaczyć  staruchę.  –  Naprawdę?  –  pytam  przez  okno.  –  Boli 

panią szyja? 

Faktycznie  ambulans  wjeżdża  za  patrolowym  wozem  na  parking.  Lekarze  wyskakują  z 

samochodu  i  podbiegają  do  Forda.  Nie  mogę  zobaczyć,  co  dzieje  się  potem,  ponieważ 

background image

31 

 

podchodzi  do  mnie  niegrzecznie  wyglądający  policjant  i  wiem,  że  mam  parę  sekund  na 
pozbieranie się i udawanie trzeźwej. 

- Proszę pani – odzywa się przez ciemne okulary. – Zdaje sobie pani sprawę, że wycofała 

pani bez jednego spojrzenia? Widziałem całe zdarzenie. 

Poważnie? Byłam zaskoczona, że widział coś przez te okulary przeciwsłoneczne podobne 

do tych, co miał Blade. 

Uśmiecham  się  niewinnie.  –  Wiem.  Byłam  spanikowana.  Muszę  odebrać  dziecko  od 

opiekunki – kłamię – i jestem spóźniona… 

Przygryzam wargę, ponieważ to zazwyczaj ekscytuje mężczyzn, jak tak robię. 

Przygląda  mi  się przez  chwilę  i  modlę  się, żeby nie  wyczuł  alkoholu  w  moim  oddechu. 

Patrzę,  jak  jego  wzrok  kieruje  się  na  tylne  siedzenie,  gdzie  mieści  się  podstawa  fotelika 
Estelli. 

- Muszę zobaczyć pani licencję i rejestrację – mówi w końcu. 

To  jest  standardowa  procedura  –  na  razie  wszystko  idzie  dobrze.  Przechodzimy  przez 

proces związany z wypadkiem, który znam o wiele zbyt dobrze. Widzę, że staruszka zostaje 
wprowadzona  do  ambulansu  i  obserwuję  jak  odjeżdżają  z  migoczącymi światłami.  Jej  mąż, 
dość bezdusznie, zostaje, żeby zająć się sprawami. 

- Cholerni oszuści – szepczę pod nosem. 

Funkcjonariusz posyła mi półuśmiech, ale wystarcza to, żeby powiedzieć mi, że jest po 

mojej stronie. Podchodzę do niego i pytam, kiedy będę mogła odjechać, aby odebrać córkę. 

-  Tak  trudno  było  ją  zostawić  –  mówię  mu.  –  Miałam  obiad  służbowy.  –  Kiwa  głową, 

jakby rozumiał. 

- Damy pani mandat – biorąc pod uwagę, że to była pani wina – odpowiada. – Potem 

może pani jechać. 

Oddycham  z  ulgą.  Nadjeżdża  samochód  pomocy  drogowej  i  oddziela  pojazdy. 

Uszkodzenie  mojego  Range  Rovera  jest  minimalne  w  porównaniu  do  Forda,  który 
praktycznie  złożony  jest  w  pół.  Dowiaduję  się,  że  towarzystwo  ubezpieczeniowe  Bernhard 
będzie  kontaktować  się  z  moim  i  jestem  pewna,  że  również  w  ciągu  paru  dni  zatrudnią 
prawnika. 

Wyjeżdżam z mojego miejsca; czując ulgę, że Rover jedzie tak samo, jak wcześniej. Poza 

wgniecionym  zderzakiem  i  paroma  zarysowaniami  mój  drogi  samochód  wyszedł  bez 
szwanku.  Ale  jeszcze  lepiej,  ja  wyszłam  z  tego  bez  szwanku.  Mogłam  zostać  aresztowana  i 

background image

32 

 

oskarżona  o  prowadzenie  pojazdu  pod  wpływem  alkoholu.  Dzięki  świetnemu  aktorstwu  i 
oczarowanemu glinie, unikam odpowiedzialności z drobnymi kosztami. 

Czuję się prawie trzeźwo, jadąc ostrożnie do Słonecznego Żłobka. Kiedy zatrzymuję się 

na  parkingu,  jest  pusty.  Nerwowo  spoglądam  na  zegarek.  Jest  dziewiętnasta  dziesięć.  Ktoś 
musiał  zostać  z  nią  do  późna.  Zapewne  będą  wściekli,  ale  kiedy  wyjaśnię  co  stało  się  z 
telefonem i wypadkiem, to zrozumieją. Przyciskam dzwonek do drzwi, zanim dostrzegam, że 
w  środku  jest  kompletnie  ciemno.  Przyciskając  ręce  do  szyby,  zerkam  do  środka.  Pusto. 
Zamknięte; zaryglowane. Panikuję. To rodzaj paniki, który poczułam, gdy dowiedziałam się, 
że  mogę  iść  do  więzienia  za  oszustwo  farmaceutyczne.  Panika,  którą  czułam,  jak  stałam 
przed  sędzią,  spodziewając  się  usłyszeć  wyrok  skazujący,  który  dałby  mi  dwadzieścia  lat 
więzienia  stanowego.  To  całkowicie  samolubna  panika.  Panika  typu  –  omójBoże  Caleb 
rozwiedzie się ze mną za zgubienie jego córki. Byłam matką od mniej niż dwóch tygodni i już 
straciłam moje dziecko. Takie gówno dopada cię u Nancy Grace. Nie cierpię tej blond suki. 

Chodząc tam i z powrotem po chodniku, zastanawiam się nad moimi opcjami. Mogłam 

zadzwonić po policję. Jaka jest polityka dla rodziców, którym nie udało się odebrać dzieci ze 
żłobka? Wysyłają je do opieki społecznej? Czy właścicielka zabiera je do domu? Staram się 
przypomnieć sobie imię dyrektorki – Dieter. Czy ona w ogóle podała mi swoje nazwisko? W 
każdym razie muszę dostać się do telefonu i to szybko. 

Jadę  do  domu  jakbym  była  Szybka  i  Wściekła  –  i  wprowadzam  auto  na  podjazd.  Moja 

pilność jest słyszalna, jak wbiegam do domu przez drzwi, nie przejmując się ich zamknięciem 
i kieruję się do blatu kuchennego, gdzie zostawiłam moją komórkę. Nie ma jej tam. Kręci mi 
się w głowie. Byłam taka pewna, że tam właśnie ją zostawiłam. Jutro będę miała zabójczego 
kaca.  Myśl!  Po  raz  pierwszy  żałuję,  że  nie  posiadam  naziemnej  linii  telefonicznej.  Kto 
potrzebuje  jeszcze  linii  naziemnej?  Pamiętam  jak  mówiłam  Calebowi,  zanim  się  jej 
pozbyliśmy. Obracam się w kierunku schodów i moje serce podskakuje z zaskoczenia. 

- Szukasz tego? 

Caleb  opiera  się  o  framugę,  patrząc  na  mnie.  W  jego  ręce  jest  mój  cenny  iPhone. 

Przyglądam się jego twarzy. Wygląda na spokojnego – to oznacza, że nie wie, iż nie mam ze 
sobą  Estelli  –  albo  myśli,  że  jest  ona  z  moją  matką.  Nie  powiedziałam  mu,  że  dziś  rano 
zawiozłam ją na lotnisko. 

- Jesteś wcześnie w domu – mówię szczerze zaskoczona. 

Nie  uśmiecha  się  ani  nie  wita  mnie  ze  zwyczajnym  ciepłem,  zamiast  tego  nie  odrywa 

spojrzenia  od  mojej  twarzy  –  telefon  trzyma  palcami  i  wyciąga  do  mnie.  Robię  kilka 
przezornych  kroków  w  jego  kierunku,  uważając,  aby  nie  pokazać  mojego  pozostałego 
zamroczenia.  Caleb  odczytuje  mnie  jak  niskogatunkową  książkę.  Podnoszę  się  na  palcach, 
żeby  pocałować  go  w  policzek  i  wyciągam  telefon  z  jego  ręki.  Teraz  gdybym  tylko  mogła 

background image

33 

 

wyjść  na  zewnątrz,  to  może  mogłabym  coś  wymyślić,  zadzwonić  do  kogoś…  ZNALEŹĆ 
DZIECKO! 

Cofam się kilka kroków. 

-  Masz  nieodebrane  połączenie.  Właściwie,  to  czternaście  –  mówi  swobodnie  Caleb  – 

zbyt swobodnie – jak spokój przed burzą. Niskie, dudniące warknięcie nim wilk rozszarpie ci 
tchawicę. 

Przełykam ślinę. Mam piasek w gardle i topię się… duszę. Rozglądam się po pokoju. Boże 

– co on wie? Jak ja to naprawię? 

-  Najwyraźniej  zapomniałaś  odebrać  Estellę  ze  żłobka…  -  milknie.  Niewidzialna  ręka 

otwiera mi szczękę i wlewa mi strach do gardła. Dławię się nim. 

- Caleb… - zaczynam. Unosi rękę, żeby mnie powstrzymać i robię to, bo nawet nie wiem, 

jakie mogę dać usprawiedliwienie. 

Zostawiłam naszą córkę w obskurnym żłobku, ponieważ… 

Szlag. 

Nie jestem taka kreatywna. Mój umysł przesiewa wszystkie możliwe usprawiedliwienia. 

- Czy ona… czy ona tutaj jest? – szepczę. Najbardziej wyrazistą częścią Caleba jest jego 

szczęka.  Używam  jej,  żeby  odczytać  jego  emocje.  Jest  kwadratowa,  męska  –  złagodzona 
przez  jego  zbyt  pełne  wargi.  Kiedy  ta  szczęka  jest  tobą  zadowolona,  chcesz  obrysować  ją 
koniuszkami palców, unieść się na palcach u stóp, żeby ją ucałować. Szczęka jest na mnie zła. 
Jego usta są blade i zaciśnięte z gniewu. Boję się. 

Caleb nic nie mówi. To jest jego metoda bojowa. Rozgrzewa pokój swoją wściekłością i 

czeka, aż wypocisz wyznanie. Nigdy nie był brutalny wobec kobiety, ale postawiłabym swoje 
życie, że ta dziewczynka mogłaby sprawić, że zrobiłby rzeczy, o których nigdy nie myślał. 

Popełniam  błąd  patrząc  w  kierunku  schodów.  To  go  naprawdę  złości.  Odpycha  się  od 

ściany i podchodzi do mnie. 

- Nic jej nie jest – mówi przez zęby. – Wróciłem wcześniej,  bo martwiłem się o ciebie. 

Widocznie to nie o ciebie musiałem się martwić. 

-  To  było  tylko  kilka  godzin  –  odpowiadam  szybko.  –  Potrzebowałam  trochę  czasu  dla 

siebie, a moja matka po prostu wstała i mnie zostawiła… 

Patrzy  na  mnie  przez  kilka  sekund,  ale  nie  dlatego,  że  ocenia  szczerość  moich  słów. 

Zastanawia  się  jak  mógł  poślubić  kogoś  takiego jak  ja.  Widzę  te  kompletne  rozczarowanie. 
Zadrapuje  przekonanie  o  własnej  nieomylności,  które  przyciskam  do  piersi.  Czuję  się  jak 

background image

34 

 

porażka. Cóż, czego on oczekiwał – że będę dobrą matką? Że wpadnę w tę rolę, której nie 
rozumiem? 

Nie wiem, co zrobić. Alkohol wciąż opiekuje się moim mózgiem i mogę myśleć tylko o 

fakcie, że on mnie zostawi. 

-  Przepraszam  –  szepczę,  patrząc  w  podłogę.  Udawanie  skruszonej  jest  ciosem  poniżej 

pasa, zwłaszcza skoro jest mi bardziej przykro za zostanie przyłapaną niż rzeczywisty czyn. 

- Przepraszasz za zostanie przyłapaną – odpowiada. 

Podnoszę gwałtownie głowę. Pieprzony czytacz w myślach! 

Jak on może myśleć o mnie w najgorszy sposób? Jestem jego żoną! Na dobre i na złe, 

tak? Czy może zło odnosi się do sytuacji, a nie osoby? 

-  Zostawiłaś  swoją  nowonarodzoną  córkę  u  zupełnie  obcych  ludzi.  Nie  jadła  od  kilku 

godzin! 

- W torbie z pieluchami było mleko! – sprzeczam się. 

- Za mało na siedem godzin!  

Patrzę spode łba na kafelki. – Nie zdawałam sobie sprawy – mówię pokonana. Naprawdę 

nie było mnie tak długo? 

Czuję nagły przypływ gniewu niedopuszczającego niczego do dyskusji. Czy to moja wina, 

że nie czuję rodzicielskiego szczęścia, tak jak on? Otwieram usta, żeby mu to powiedzieć, ale 
nie daje dojść mi do słowa. 

-  Nie,  Leah  –  ostrzega.  –  Nie  ma  na  to  żadnego  usprawiedliwienia.  Gdybym  miał  jakiś 

rozum, to zabrałbym ją i odszedł. – Odwraca się, idąc do schodów. 

Moje myśli rozmazują się, jak zalewa mnie wściekłość. – Ona jest moja! 

Zatrzymuje się. To niespodziewane zatrzymanie, jakby moje słowa zmroziły jego nogi. 

Gdy  obraca  się,  jego  twarz  jest  poczerwieniała.  –  Jeszcze  raz  wykręcisz  taki  numer,  a 

będziesz krzyczeć to w sądzie. 

Czuję nacisk na klatce piersiowej, kiedy jego groźba omiata mnie jak chłodny wiatr. On 

mówi poważnie. Caleb nigdy nie odezwał się do mnie z takim chłodem. Nigdy mi nie groził. 
To przez dziecko. Ona go zmienia, nastawia przeciwko mnie. Zatrzymuje się zanim dociera do 
schodów. 

- Zatrudniam nianię. 

background image

35 

 

Słowa, których pragnęłam, ale teraz nie czuję ich jak zwycięstwo. Caleb ustępuje niańce, 

bo już mi nie ufa – jego żonie. Nagle nie chcę żadnej opiekunki. 

- Nie – mówię. – Mogę się nią zająć. Nie potrzebuję pomocy. 

Ignoruje  mnie,  biorąc  dwa  schody  na  raz.  Podążam  za  nim,  decydując  się  czy  chcę 

błagać, czy być agresywna. 

- Popełniłam jeden błąd, to już się nie wydarzy – mówię, podejmując błagający sposób. – 

I nie możesz podejmować sam tej decyzji – to także moja córka. – Na dodatek kapka agresji. 

Wchodzi do naszej sypialni, szukając czegoś w swoim stolik nocnym. Wyciąga swój „mały 

czarny  notes”,  w  którym  często  węszyłam.  Idę  za  nim  do  jego  gabinetu,  gdzie  odłącza 
komórkę od ładowarki. 

- Do kogo dzwonisz? – pytam podejrzliwie. 

Wskazuje mi drzwi, każąc wyjść. Nie ustępuję; przytulam samą siebie, niepokój wiruje w 

moim żołądku. 

- Hej – odzywa się do słuchawki. Jego głos jest intymny, pełen podtekstów. Wyraźnie jest 

w poufałych kontaktach z osobą na drugim końcu linii. Czuję na kręgosłupie lodowaty chłód.  
Istnieje tylko jedna osoba, która sprawia, że jego głos jest taki łagodny, ale czemu miałby do 
niej dzwonić? Śmieje się z czegoś, co powiedziała tamta osoba i odchyla się na krześle. 

O – Boże – o – Boże. Niedobrze mi. 

-  Tak,  chcę  –  mówi  poufale.  –  Możesz  to  załatwić?  –  Milczy,  słuchając.  –  Zaufam 

komukolwiek, kogo wyślesz. Nie – nie – nie mam z tym problemu. Więc dobrze, jutro? Tak, 
podeślę ci adres… och, pamiętasz? – Uśmiecha się cierpko. – Do zobaczenia. 

Wskakuję do akcji, jak tylko się rozłącza. 

- Kto to był? Czy to ona? 

Przerywa sortowanie papierów, aby spojrzeć na mnie pytająco. – Ona? 

- Wiesz, o kim mówię. 

Nigdy o tym nie rozmawiamy – o niej. Mięsień zaciska się w jego szczęce. Mam ochotę 

wczołgać się pod jego biurko i schować głowę w kolanach. 

CZEMU 

JA 

TO 

POWIEDZIAŁAM? 

background image

36 

 

-  Nie  –  odpowiada,  powracając  do  przestawiania  kartek.  –  To  była  stara  przyjaciółka, 

która posiada agencję nianiek w Boca. Ktoś przyjdzie jutro, żeby się ze mną spotkać. 

Opada mi szczęka. Kolejna sekretna część jego życia, o której nic nie wiem. Jak do diabła 

ma on kontakt z kimś, kto posiada agencję nianiek? 

- To jest bzdura – mówię, tupiąc nogą. – Pozwolisz mi przynajmniej ją poznać? 

Caleb  wzrusza  ramionami.  –  Być  może,  choć  przypuszczam,  że  jutro  będziesz  miała 

kaca… 

Więdnę  w  duchu.  On  zawsze  wie.  Wszystko  widzi.  Zastanawiam  się  czy  wydał  mnie 

oddech,  czy  jakimś  cudem  zobaczył  obity  zderzak  mojego  auta  i  zgadnął.  Nie  zamierzam 
pytać. Szybko wychodzę z pokoju bez tłumaczenia się i wbiegam na piętro. Staję w drzwiach 
naszej sypialni i zerkam w korytarz. Czuję czegoś ukłucie. Powinnam iść ją sprawdzić? Dzisiaj 
praktycznie ją opuściłam. Przynajmniej powinnam upewnić się, że nic jej nie jest. Cieszę się, 
że nie jest wystarczająco duża, żeby wiedzieć, co zrobiłam. Dzieci mają ci za złe różne rzeczy. 

Idąc cicho korytarzem, otwieram palcem drzwi pokoju dziecinnego i zerkam do środka. 

Nie wiem dlaczego czuję takie poczucie winy, patrząc na własne dziecko, ale tak właśnie jest. 
Przekraczam odległość do jej łóżeczka, wstrzymując oddech. Śpi. Caleb wykąpał ją i opatulił, 
chociaż zdołała uwolnić jedną rączkę i ssie ją. Wyczuwam jej zapach z miejsca, gdzie stoję – 
lawendowe  mydło,  które  kupił  dla  niej  Caleb  zmieszane  z  owsiankowym  zapachem 
noworodka. Wyciągam palec i dotykam jej piąstki, po czym uciekam szybko z pokoju. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

37 

 

Rozdział szósty

 

Przeszłość 

 

- Dlaczego to masz? – Podniosłam pół litra lodów, które leżały w jego zamrażarce odkąd 

się  poznaliśmy.  To  były  lody  Ben  and  Jerry’s  Cherry  Garcia.  Otworzyłam  pokrywkę  i 
zobaczyłam, że były do połowy zjedzone z poważnym przypadkiem mrożonego oparzenia. – 
Nie lubisz wiśni. Mogę je wyrzucić? 

Caleb  zerwał  się  z  kanapy,  gdzie  oglądał  telewizję  i  zabrał  pudełko  z  moich  rąk. 

Zamrugałam na niego z zaskoczeniem. Nigdy nie widziałam, żeby mężczyzna poruszał się tak 
szybko za lodami. 

- Zostaw je – powiedział. 

Patrzyłam jak wpycha je za parę mrożonych steków i zamyka drzwiczki. 

- To w ogóle nie było dziwne – rzekłam. 

Przez  minutę  wyglądał na  poważnie zdezorientowanego,  po  czym  wziął mnie za  rękę  i 

zaprowadził  do  kanapy.  Zaczął  całować  mnie  po  szyi,  ale  mój  umysł  wciąż  kręcił  się  wokół 
lodów. 

- Może zamieszkamy razem? – spytałam od niechcenia. 

Przestał robić to, co robił i oparł czoło o zagięcie mojej szyi. 

- Nie – powiedział. 

-  Nie?  Czemu  nie?  Spotykamy  się  od  dziewięciu  miesięcy.  Jestem  tutaj  praktycznie  co 

noc. 

Usiadł i przeciągnął palcami przez włosy, sprawiając, że niektóre pasemka stanęły. 

- Myślałem, że nie robimy niczego na poważnie? 

Wytrzeszczałam  oczy.  –  Tak,  na  początku.  Nie  uważasz,  że  to  jest  poważne?  Jesteśmy 

oficjalnie razem już od pięciu miesięcy.   

To  nie  była  prawda.  Nie  byłam  z  nikim  odkąd  go  poznałam.  Nie  zaszczycałam 

spojrzeniem innych facetów od jachtu. Caleb wprawdzie poszedł na kilka innych randek, ale 
ostatecznie zawsze lądował w moim łóżku. Co mogłam powiedzieć? Seksualnie byłam siłą, z 
którą należało się liczyć. Najwyraźniej nie wystarczającą siłą. 

- Dlaczego te lody są w twojej zamrażarce? 

background image

38 

 

- Tam trzyma się lody – odparł sucho. 

Caleb miał bliznę blisko oka. Próbowałam namówić go, żeby poszedł o niej porozmawiać 

z moim chirurgiem plastycznym, ale odmówił. Powiedział, że blizny powinny pozostać tam, 
gdzie  zostawił  je  los.  Wtedy  się  roześmiałam.  To  była  jedna  z  najabsurdalniejszych  rzeczy, 
które usłyszałam. 

Teraz, patrząc na mojego prawie chłopaka, wiedziałam, że miałam rację. Blizny powinny 

zostać  usunięte.  Zwłaszcza  blizny  lodów.  Wyciągnęłam  rękę  i  przesunęłam  po  niej  palcem. 
Nie wiedziałam, skąd miał tę bliznę. Nigdy nie pytałam. Czego jeszcze o nim nie wiedziałam? 

- One były jej? 

Rzadko  rozmawialiśmy  o  jego  byłej,  ale  kiedy  to  robiliśmy,  nastrój  Caleba  robił  się 

wilgotny  i  odległy.  Normalnie  starałam  się  unikać  tego  tematu  –  nie  chciałam  wyjść  na 
zazdrosną nową dziewczynę, ale jeśli facet nie potrafił pozbyć się jej lodów… 

- Caleb? – Wspięłam się na jego kolana, siadając na nim okrakiem. – Czy to były jej lody? 

Nie mógł mi uciec, więc postanowił patrzeć mi prosto w oczy. To zawsze wprawiało mnie 

w  zdenerwowanie.  Caleb  miał  bardzo  intensywne  oczy  –  oczy,  które  rozbierały  cię  ze 
wszystkiego, ukazując twoje grzechy. 

Westchnął. – Tak. 

Byłam  zaskoczona,  że  naprawdę  to  przyznał.  Przesunęłam  się  na  jego  kolanach, 

niepewna czy powinnam zadać nieuniknione dalsze pytania. 

- Dobrze – powiedziałam, mając nadzieję, że poda jakieś wyjaśnienie. – Możemy o tym 

porozmawiać? 

- Nie ma o czym – powiedział stanowczo. 

Wiedziałam, o co mu chodziło. Nie ma o czym rozmawiać oznaczało  – nie mogę o tym 

rozmawiać, bo nadal boli. I – nie chcę o tym rozmawiać, ponieważ jeszcze sobie z tym nie 
poradziłem. Przerzucając nogę, zsunęłam się z jego kolan na kanapę. Czułam się cienka jak 
papier.  Jestem  doświadczona  w  sztuce  mężczyzn  i  wiem  z  doświadczenia,  że  nic  nie  może 
równać  się  ze  wspomnieniem.  Było  dla  mnie  nietypowe,  żebym  nie  była  wspomnieniem, 
więc nie wiedziałam jak się zachować. 

- Nie jestem dla ciebie wystarczająca? – zapytałam. 

-  Jesteś  więcej  niż  wystarczająca  –  powiedział  poważnie.  –  Byłem  kompletnie  pusty, 

dopóki się nie pojawiłaś. 

Normalnie  coś  takiego  wychodzącego  z  ust  jakiegokolwiek  mężczyzny  brzmiałoby 

tandetnie…  banalnie.  Umawiałam  się  z  poetami  i  muzykami,  wszyscy  byli  na  tyle 

background image

39 

 

utalentowani słownie, żeby dać mi gęsią skórkę, jednak żaden tego nie sprawił. Ale czułam 
ciepło nasycające moje serce, gdy Caleb to powiedział. 

- Ale mówiłem ci od początku, że nie jestem gotowy. Nie możesz mnie naprawić, Leah. 

Zarejestrowałam  to,  co  powiedział,  ale  nie  wierzyłam  mu.  Oczywiście,  że  mogłam  go 

naprawić. Dopiero co mi powiedział, że wypełniłam jego pustkę. Nie chciałam myśleć o tym, 
kto stworzył tę pustkę… i jak wielką dziurę pozostawiła. 

-  Nie  próbuję  cię  naprawić  –  powiedziałam.  –  Ale  rozwijam  względem  ciebie  poważne 

uczucia, a ty zasadniczo odrzucasz mnie dla pudełka Cherry Garcia. 

Roześmiał się, wciągając mnie z powrotem na swoje kolana. 

- Nie zamieszkuję z nikim, dopóki nie wezmę z nim ślubu – rzekł. 

Nie  słyszałam  tego  od  nikogo  odkąd  miałam  piętnaście  lat,  a  rodzice  zmusili  mnie  do 

pojechania na obóz biblijny. – Cóż – powiedziałam. – A ja nie śpię z nikim, dopóki nie wezmę 
z nim ślubu. 

Caleb  popatrzył  na  mnie  swoim  najlepszym  spojrzeniem  Mogę  cię  mieć,  kiedykolwiek 

będę cię chciał, a ja zostałam tak mocno wytrącona z równowagi, że nie wiedziałam czy go 
pocałować,  czy  zarumienić  się.  Zawsze  lepiej  rozgrywa  moje  próby  uwiedzenia.  Moc, 
pomyślałam  z  połowicznym  zainteresowaniem,  bo  w  tamtej  chwili  mnie  całował.  On  ma 
nade mną moc. 

 

Nie  wspominaliśmy  już  o  lodach,  chociaż  za  każdym  razem,  gdy  byłam  w  pobliżu 

lodówki,  jak  pasożyt.  Głupie  Cherry  Garcia  zmieniły  się  dla  mnie  w  część  ludzkiego  ciała. 
Wydawało  mi  się,  że  trzymał  w  zamrażarce  jej  palec,  a  nie  tylko  gówniane  lody. 
Wyobrażałam  sobie,  że  palec  miał  paznokieć  pomalowany  na  czarno  i  przechadzał  się  po 
domu, gdy nas nie było. Szukał mojego pierścionka, wiedziałam o tym. Byłe dziewczyny miały 
sposób na trzymanie palców w rzeczach długo po tym, jak odeszły. 

Początkowo  martwiło  mnie  to,  ale  Caleb  był  tak  bardzo  obecny  w  naszym  „nie-

poważnym”  związku,  że o  tym  zapomniałam. Miałam  więcej naglących  spraw  ubiegających 
się  o  moją  uwagę,  takie  jak  moja  praca  w  banku  i  codzienna  drama  pomiędzy  moimi 
współpracownikami  oraz  zbliżające  się  wakacje  z  Calebem  –  pojechanie  na  narty  do 
Colorado.  Wszystko  potrzebowało  mojej  atencji,  a  ja  byłam  wielce  skłonna  do  słuchania  i 
prezentowania  swoich  biegłości.  Przetrwaliśmy  kolejne  trzy  miesiące  bez  rozmawiania  o 
palcu.  Rozmawialiśmy  o  nas  –  czego  pragnęliśmy,  gdzie  chcieliśmy  pojechać,  kim 
chcielibyśmy  być.  Gdy  mówił  o  posiadaniu  dzieci,  zamiast  uciec  z  pokoju,  siedziałam  i 
słuchałam z półuśmiechem. 

background image

40 

 

Byliśmy już trzy dni na naszej podróży na narty, kiedy zadzwonił współlokator Caleba ze 

studiów, aby powiedzieć mu, że rodzi jego żona. Kiedy tylko się rozłączył, spojrzał na mnie. – 
Jeżeli teraz wyjedziemy, możemy być tam jutro rano. 

- Oszalałeś? Mamy zarezerwowany domek jeszcze na dwa dni! 

- Jestem ojcem chrzestnym. Chcę zobaczyć dziecko. 

- Tak, jesteś ojcem chrzestnym – nie ojcem. Dziecko nadal tam będzie za dwa dni. 

Nie  wspomniał  o  tym  znowu,  ale  widziałam,  że  był  rozczarowany.  Gdy  nareszcie 

dotarliśmy  do  szpitala,  uśmiechał  się  od  ucha  do  ucha,  ręce  wypchane  miał  absurdalnymi 
prezentami. 

Nosił te przeklęte dziecko przez pół godziny zanim musiał je oddać matce na karmienie. 

Gdy próbował mi go podać, udałam, że jestem przeziębiona. – Chciałabym – powiedziałam. – 
Ale naprawdę nie powinnam. 

Prawda  była  taka,  że  dzieci  mnie  niepokoiły.  Ludzie  zawsze  ci  je  wpychali,  próbując 

zmusić cię do trzymania ich i zachwycania się nimi. Nie chciałam trzymać czyjegoś bachora. 
Kto wie, co możesz trzymać? Dzieciak mógłby być następnym Johnem Waynem Gacy’em, a 
ty nigdy byś o tym nie wiedziała. 

Caleb  szalał  na  punkcie  tego  dziecka.  Przez  to  rozwodził  się  na  temat  dzieci  w  czasie 

jazdy i po jakimś czasie i mnie się to uczepiło. Zaczęłam wyobrażać sobie biegającego małego 
Caleba z piaskowymi włosami. Przewinęłam trochę do wyobrażenia naszego idealnego ślubu, 
a  potem  jeszcze  do  romantycznych  oświadczyn  na  plaży.  Planowałam  nasze  życia,  a  ten 
cholerny palec wciąż leżał w lodówce. Gdybym mogła tylko rzucić na nią okiem, może bym 
zrozumiała. 

Okazuje się, że nie musiałam długo czekać. 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

41 

 

Rozdział siódmy 

Teraźniejszość 

 

Budzę  się  na  dźwięk  alarmu.  Najwyraźniej  jest  zepsuty,  bo  piszczenie  nie  jest  ciągłe, 

tylko  wyje  jak  syrena.  Wszystko  wydaje  się  gęste,  jakby  mój  mózg  został  zamoczony  w 
miodzie.  Sięgam  do  budzika  –  żeby  go  wyłączyć,  a  wtedy  otwieram  oczy.  To  nie  alarm. 
Podnoszę  się,  rozglądając  po  słabo  oświetlonej  sypialni,  kołdra  zsunęła  się  na  moją  talię. 
Według  mojej  komórki  jest  trzecia  nad  ranem.  Strona  łóżka  Caleba  nie  została  dotknięta. 
Zastanawiam się czy jest w pokoju gościnnym, po czym znowu to słyszę – dźwięk płaczącego 
dziecka. Idę chwiejnie do pokoju dziecinnego. Gdzie jest Caleb? Musi z nią być. Wchodzę do 
pokoju  dziecinnego  i  widzę,  jak  przemierza  pokój,  trzymając  ją  w  ramionach.  Jego  telefon 
jest  wciśnięty  między  jego  bark,  a  ucho  i  mówi  szybko.  Dziecko  nie  tylko  płacze,  ona 
wrzeszczy jakby coś ją bolało. 

- Co…? – urywam, kiedy unosi palec, aby mnie uciszyć. 

Kończy  rozmowę  i  odrzuca  telefon  na  bok.  –  Weź  swoje  rzeczy,  zabieramy  ją  na  ostry 

dyżur.  

Potakuję bez słowa i biegnę, żeby narzucić na siebie jakieś ubrania. Dresy, jego bluzka 

Pink Floyda… zbiegam po schodach i spotykam się z nim przy drzwiach. Przypina dziecko do 
jej fotelika samochodowego. Nie przestała płakać, odkąd zostawiłam ich w pokoju. 

- Co się dzieje? – pytam. – Jest chora? 

Przytakuje ponuro głową i wychodzi z nią przez drzwi. Trzymam się go blisko i wskakuję 

na miejsce pasażera. 

Przypominam  sobie  rzeczy,  które  czytałam  o  systemie  odpornościowym  dziecka.  Nie 

powinno  się  przebywać  z  nimi  przy  innych  dzieciach,  w  obcych  miejscach.  Trzymać  je  w 
domu do czasu, aż zbudują przeciwciała na wiele pływających wirusów. 

Cholera. On jeszcze bardziej mnie znienawidzi. 

- Ma czterdziestostopniową gorączkę. – Siada za kierownicą, odpalając silnik. 

- Och. 

Spogląda  na  mnie  kątem  oka,  jak  wyjeżdżamy  z  podjazdu.  Co  to  było?  Zirytowanie? 

Rozczarowanie? 

Wiercę się przez całą dziesięciominutową jazdę, rzucając spojrzenia na tylne siedzenie, 

gdzie  jest  ona  przypięta.  Powinnam  była  usiąść  z  nią  na  tyle?  Jakie  są  pieprzone  reguły 

background image

42 

 

postępowania bycia matką? Gdy podjeżdżamy, wyskakuje z samochodu, zanim mam szansę 
w ogóle otworzyć swoje drzwi. Fotelik samochodowy zostaje odpięty i Caleb jest w połowie 
drogi  do  drzwi  ostrego  dyżuru,  kiedy  ja  dopiero  wygładzam  włosy.  Wchodzę  za  nim  do 
środka. Jest przy recepcji pielęgniarek, gdy automatyczne drzwi otwierają mi się z sykiem. 

Ona  podsuwa  mu  podkładkę  z  dokumentacją  i  mówi  mu,  żeby  ją  wypełnił.  Wyciągam 

przed nim rękę i zabieram ją z lady. On nie jest w stanie wypełnić dokumentację. Zanoszę ją 
do krzesła i biorę się do pracy. 

Widzę  niepokój  na  jego  twarzy,  jak  rozmawia  z  pielęgniarką.  Przerywam,  żeby  mu  się 

przyjrzeć.  Rzadkością  jest  widzenie  go  w  taki  sposób  –  wrażliwego,  zamartwiającego  się  – 
kąciki  jego  ust  są  opuszczone,  gdy  zgadza  się  z  czymś,  co  mówi  ona  i  patrzy  w  fotelik  na 
dziecko. Zerka na mnie i znika za drzwiami ostrego dyżuru razem z pielęgniarką, nawet nie 
pytając mnie czy chcę iść. Nie jestem pewna co zrobić, więc pytam pielęgniarkę przy biurku 
czy mogę iść z nimi, podając jej formularze. Patrzy na mnie, jakbym była idiotką. 

- Nie jest pani matką? 

Matką. Nie jej matką czy matką dziecka – po prostu matką. 

Patrzę na jej mocno kręcone włosy i brwi, które potrzebują depilacji.  

-  Tak,  jestem  macicą,  która  nosiła  dziecko  –  warczę.  Przechodzę  przez  drzwi  ostrego 

dyżuru, nie czekając na odpowiedź. 

Muszę  zerkać  do  kilku  osłoniętych  pomieszczeń,  zanim  ich  znajduję.  Caleb  nie  zwraca 

uwagi na moją obecność. Obserwuje pielęgniarkę podłączającą Estellę do kroplówki, podczas 
gdy wyjaśnia ona ryzyka odwodnienia. 

- Gdzie wsadzą igłę? – pytam, bo jej rączki są wyraźnie za małe. 

Posyła  mi  współczujące  spojrzenie,  mówiąc  nam,  że  igła  kroplówki  zostanie 

wprowadzony  do  żyły  na  głowie  Estelli.  Twarz  Caleba  blednie.  Nie  będzie  w  stanie  na  to 
patrzeć, znam go. Prostuję plecy z powagą. Przynajmniej mogę być jakimś pożytkiem. Mogę 
zostać nią,  kiedy  będą wykonywali  tę  procedurę,  a  Caleb  poczeka na zewnątrz.  Nie  jestem 
delikatna ani podatna na łzy, lecz gdy to sugeruję, patrzy na mnie chłodno i mówi: 

- Tylko dlatego, że czuję się przez to źle, nie oznacza że zostawię ją samą.  

Zamknęłam rozchylone usta. Nie mogę uwierzyć, że on to powiedział. Nie zostawiłam jej 

samej. Była pod opieką profesjonalistów. 

Dąsam  się  na  twardym,  nieszczęsnym  krześle,  podczas  gdy  Estella  zawodzi  na  ostrym 

dyżurze.  Wygląda  smętnie  i  malutko  pod  piszczącymi  maszynami  i  przewodami,  które 
odchodzą od jej małej główki. 

background image

43 

 

Caleb wygląda jakby był na skraju łez, ale trzyma ją na rękach, uważając, aby nie ruszyć 

przewodów.  Raz  jeszcze  jestem  oszołomiona  jego  naturalnością.  Myślałam,  że  tak  samo 
będzie dla mnie – że w chwili jak spojrzę na moje dziecko, to będę wiedzieć co robić i poczuję 
natychmiastowy związek. Przygryzam wargę i zastanawiam się czy powinnam zaoferować się 
do jej potrzymania. 

To jest trochę moja wina, że tutaj jest. Zanim mogę wstać, lekarz odsuwa zasłonę, która 

oddziela nas od zatłoczonego pomieszczenia ostrego dyżuru. Jest w średnim wieku i łysieje. 
Przed przywitaniem się z nami, przygląda się podkładce w jego ręce. 

- Co my tutaj mamy? – pyta, lekko dotykając głowy Estelli. Caleb wyjaśnia jej objawy, a 

lekarz  słucha,  badając  ją.  Wspomina,  że  została  zabrana  do  żłobka,  a  ja  posyłam  mu 
nieprzyjemne spojrzenie. 

-  Jej  system  odpornościowy  potrzebuje  czasu  na  rozwinięcie  –  mówi,  zabierając 

stetoskop z jej klatki piersiowej. – W mojej opinii ona jest zbyt młoda na żłobek. Zazwyczaj 
kobiety biorą krótki urlop macierzyński przed wysłaniem dziecka do opieki na pełnym etacie. 

Caleb rzuca mi spojrzenie. Kipi. Absolutnie kipi ze złości. 

Skupiam  się  na  pudełku  lateksowych  rękawiczek.  Będzie  na  mnie  krzyczał.  Nienawidzę 

kiedy na mnie krzyczy. Na mojej skórze na pewno zrobiły się plamy; widomy znak, że robię w 
portki ze strachu. 

-  Przyjmę  ją,  abyśmy  mogli  monitorować  ją  przez  czterdzieści  osiem  godzin.  W  innym 

wypadku  może  się  odwodnić.  Ktoś  powinien  przyjść  za  kilka  minut,  żeby  wziąć  ją  na 
pediatrię. 

Gdy tylko wychodzi z pomieszczenia, Caleb odwraca się do mnie. 

- Idź do domu. 

Patrzę na niego z otwartymi ustami. 

-  Nie  używaj  na  mnie  tego  swojego  przemądrzałego  tonu  –  syczę.  –  Podczas  gdy  ty 

włóczysz się po całym kraju, ja tkwię w domu… 

- Nosiłaś tę małą dziewczynkę, Leah, w swoim ciele. – Robi gest rękami, który sprawia, że 

wygląda jakby trzymał niewidzialną piłkę. Wtedy równie nagle opuszcza ramiona po bokach. 
– Jak możesz być taka bezduszna? 

- Ja… ja nie wiem. – Marszczę czoło. Nigdy tak o tym nie pomyślałam. – Myślałam, że to 

był chłopak. Czułabym się inaczej, gdyby… 

- Dostałaś coś… życie. To jest o wiele ważniejsze niż robienie zakupów i picie z twoimi 

pieprzonymi przyjaciółeczkami. 

background image

44 

 

Drgam na jego „p” bombę. Caleb rzadko kiedy używa przekleństw. 

- Jestem więcej niż tylko tym – mówię. – Wiesz, że tak jest. 

Jego  następne  słowa  dźgają  moją  duszę,  rozkładając  mnie  w  najgłębszym  bólu  jaki 

kiedykolwiek czułam. 

- Chyba wmawiałem sobie, że taka jesteś.  

Wstaję gwałtownie, ale kolana mnie zawodzą. Muszę oprzeć się o ścianę. On nigdy nie 

mówił do mnie w taki sposób. 

Zajmuje mi kilka sekund wyduszenie jakichkolwiek słów. – Powiedziałeś, że nigdy mnie 

nie zranisz. 

Jego oczy są oziębłe. – Tak było zanim zadarłaś z moją córką. 

Wychodzę, nim mogłabym wybuchnąć. 

 

Czterdzieści osiem godzin później Caleb wraca ze szpitala z dzieckiem. Widziałam go dwa 

razy, kiedy tam był – dwa razy, żeby przynieść mleko z piersi. Siedzę przy kuchennym stole, 
czytając  magazyn  i  jem  fasolę  szparagową  prosto  z  zamrażarki,  kiedy  wchodzi  do  domu, 
trzymając jej fotelik. Ma więcej zarostu na twarzy niż kiedykolwiek widziałam, a jego oczy są 
ciemne i zmęczone. Zanosi ją do jej pokoju, nie odzywając się do mnie. Spodziewam się, że 
od razu zejdzie na dół i da mi podsumowanie tego, co powiedział lekarz. Kiedy tego nie robi, 
idę na górę, zobaczyć gdzie jest. Słyszę lecący prysznic, więc postanawiam zaczekać na łóżku. 

Gdy wychodzi z łazienki, ma ręcznik owinięty wokół pasa. Moją pierwszą myślą jest jaki 

on jest wspaniały. Chcę na niego skoczyć, pomimo tego, co mi powiedział. Zatrzymał zarost. 
Nawet  mi  się  podoba.  Patrzę  jak  opuszcza  ręcznik  i  zakłada  bokserki.  Najlepszą  rzeczą  w 
Calebie nie jest jego doskonałe ciało, jego półuśmiechy czy jeszcze seksowniejszy głos… tylko 
jego  maniera.  Przekomarzanie  się,  to  jak  przesuwa  paznokciem  kciuka  po  dolnej  wardze, 
kiedy myśli, to jak przygryza język, gdy jest podniecony. To jak zmusza mnie, żebym na niego 
patrzyła, kiedy mam orgazm. Potrafi rozebrać cię spojrzeniem, sprawia, że czujesz się jakbyś 
stała  przed  nim  naga.  Wiem  z  doświadczenia,  że  przyjemnością  jest  stanie  nagą  przed 
Calebem. Myślę o sposobach, które mogłabym użyć – przeprosiny i seks na zgodę… policzek 
w  twarz  i  gniewny  seks.  Jestem  niezwykle  biegła  w  uwodzeniu  go.  Prawdopodobnie  nie 
uwierzy w żadne moje przeprosiny. Próbuję czegoś nowego. 

- Bardziej się postaram. 

Dalej  ubiera  się  bez  patrzenia  na  mnie…  dżinsy,  koszulka.  Nie  wiem  co  robić  i  po  raz 

pierwszy uświadamiam sobie, że mogłam posunąć się trochę za daleko. Tak dobrze ukrywam 

background image

45 

 

swoje prawdziwe ja od Caleba. Staram się spełniać jego oczekiwania. Tym razem przyłapał 
mnie z majtkami w dole. 

- Myślę, że mam depresję poporodową – wypalam. 

Patrzy  na  mnie.  Wzdycham  z  ulgą.  Najlepszym  sposobem  na  manipulowanie  Calebem 

jest kłamanie na temat stanu zdrowia. Sam przeżył amnezję wywołaną wstrząsem i stresem. 
Jeżeli ktokolwiek mógł zrozumieć niewygodny stan zdrowia, to powinien być to on. 

- Pójdę… pójdę z tym do lekarza. Jestem pewna, że on mi coś zaleci… - milknę. 

Widzę jego profil w lustrze. Jego jabłko Adama podskakuje, kiedy przełyka ślinę i opiera 

czoło o kciuka. 

- Muszę przeprowadzić rozmowę z nianią – mówi. – Później o tym pogadamy. 

Wychodzi z pokoju, nie oglądając się za siebie. 

 

Nie  zamierzam  się ukrywać,  kiedy  Caleb  będzie  przeprowadzał  rozmowę  z potencjalną 

niańką  Estelli.  Ubieram  się  w  rumiany  strój  od  Chanel  i  siadam  w  salonie,  żeby  poczekać. 
Ktoś,  do  kogo  zadzwonił  Caleb  tamtej  nocy,  przychodzi  z  kandydatem  na  nianię  i  chcę 
zobaczyć, z kim rozmawiał tak poufale. Zastanawiam się czy ta osoba była częścią jego życia, 
gdy miał amnezję. Jest jeszcze wiele rzeczy, których nie wiem o tym okresie jego życia i ciągle 
rozmyślam nad tym co zrobił bez mojej kontroli. 

Dzwoni dzwonek do drzwi. Podnoszę się, wygładzając spódnicę. Caleb przygląda mi się 

podejrzliwie,  przechodząc  przez hol.  Słyszę  jak  wita  się  z  nimi  ciepło  i  kilka  sekund  później 
pojawia  się  za  rogiem.  Pierwszego  widzę  mężczyznę.  Jest  niższy  od  Caleba  i  krępy.  Jest 
uderzająco  podobny  do  Dermota  Mulroney’a  –  gdyby  Dermot  miał  kozią  bródkę,  kudłate 
włosy i ubrany był jak flejtuch. Spoglądam na jego spodnie i bluzkę zapinaną na guziki. Ma 
jedne z tych wstrętnych tatuaży na ramionach – które wyzierają  spod jego mankietów. Od 
razu  go  nie  lubię.  Niestety  to  on  prawdopodobnie  jest  właścicielem  agencji.  Powinien 
przynajmniej wyprasować swoje ubrania. 

Dziewczyna  idącą  za  nim  zdobywa  moją  uszczypliwą  aprobatę.  Jest  małą  blondynką  z 

ładną  owalną  twarzą.  Wygląda  dosyć  niewinnie,  poza  tym  że  ma  mocno  zakreślone, 
prowokujące  oczy.  W  przeciwieństwie  do  jej  niechlujnego  pracodawcy,  ma  na  sobie 
najnowszy, szarozielony kostium Dolce z dokładnie taką samą parą Louboutins, które mam w 
swojej  szafie.  W  jaki  sposób niania  może pozwolić  sobie  na  zakup  takich  drogich ubrań?  A 
wtedy  zdaję  sobie  sprawę,  że  prawdopodobnie  ma  jeden  ładny  kostium,  który  trzyma  na 
rozmowy,  żeby  zrobić  wrażenie  na  potencjalnych  pracodawcach.  Nie  pozwolę  jej  mieć 
takiego  makijażu  przy  Estelli.  Nie  chcę,  żeby  sąsiedzi  pomyśleli,  że  mam  nianię  z  usług 
towarzyskich. A poza tym w moim domu muszę być najpiękniejszą kobietą. Zapisuję sobie w 

background image

46 

 

głowie, aby powiedzieć jej, że jej uniform ma składać się ze spodni khaki i białej koszulki polo, 
po czym uśmiecham się do nich uprzejmie. 

-  Leah –  odzywa  się  szorstko  Caleb.  – To  jest  Cammie  Chase.  – Niańka uśmiecha  się – 

jednym z tych zadowolonych, wykrzywionych uśmiechów, gdzie przechyla się jeden kącik ust. 
Do niej także nie czuję sympatii. 

- A to jest Sam Foster. 

Sam wyciąga do mnie rękę. 

-  Jak  się  masz?  –  pyta  powoli,  utrzymując  ze  mną  niekomfortowy  kontakt  wzrokowy. 

Zauważam,  że  jego  ręce  są  szorstkie;  nie  jestem  do  tego  przyzwyczajona.  Mężczyźni 
obracający  się  w  moich  kręgach  mają  gładką  skórę  biznesmena,  ich  jedyną  pracą  jest 
stukanie w klawiaturę. Jego ręka zostaje w mojej i to ja pierwsza muszę się odsunąć. 

Oferuję im coś do picia. Sam odmawia, lecz Cammie uśmiecha się do mnie śmiało i prosi 

o  Perrier.  Patrzę  od  jej  pracodawcy  na  nią  i  zastanawiam  się  czy  zrobi  jej  wyrzuty  za  taką 
niegrzeczną  prośbę,  ale  on  rozmawia  z  Calebem  i  nic  nie  dostrzega.  Postanawiam  udawać 
miłą. I tak nie dam jej tej roboty, więc czemu nie można odesłać jej z kilkoma łykami Perriera. 

Udaję się do kuchni i wracam z tacą, niosąc zieloną butelkę wody gazowanej, szklankę i 

dwa piwa z lodówki – jedno dla Caleba, a drugie dla Sama – chociaż odmówił napoju. Patrzą 
na mnie, jak stawiam ją na stole. 

Gdy  tylko  zajmuję  miejsce,  Cammie  spogląda  na  mnie  wyczekująco  i  pyta:  -  Masz 

limonkę? 

Wymaga  ode  mnie  całej  kontroli,  żebym  nie  otworzyła  szeroko  ust.  Z  pewnością  tym 

razem  Sam  coś  powie.  Ale  uśmiecha  się  do  mnie  uprzejmie  i  ignoruje  dziwaczną  prośbę 
małej czarownicy. 

-  Mamy  trochę  w  szufladzie  lodówki  –  naciska  Caleb.  Piorunuję  go  wzrokiem  za 

zachęcanie takiego zachowania od potencjalnej pomocy i wstaję, żeby po nią iść. 

Kiedy  powracam  ze  schludnie  pokrojoną  limonką,  Cammie  bierze  ją  ode  mnie  bez 

chociażby podziękowania. 

Siadam nadąsana, nawet nie zmuszając się do uśmiechu. 

-  A  więc…  -  mówię,  odwracając  ciało  od  Cammie  i  skierowuję  uwagę  na Sama.  –  Skąd 

znasz mojego męża? 

Sam wygląda na zdezorientowanego. Marszczy brwi i przesuwa spojrzeniem od Caleba 

do mnie. 

- Nie znam – odpowiada. – Spotykamy się po raz pierwszy. 

background image

47 

 

Mrugam ze skonsternowaniem. 

Caleb,  który  jest  wygodnie  ułożony  dwuosobowej  kanapie  jakby  odwiedzał  starych 

znajomych,  uśmiecha  się  do  mnie  porozumiewawczo.  Znam  ten  uśmiech.  Jest  rozbawiony 
moim kosztem. 

Spoglądam  na  ich  twarze  i  wolno  składam  razem  kawałki  obrazku.  Śmiałość  Cammie, 

drogie ubranie… 

Staram  się  nie  pokazywać  szoku,  gdy  nagle  wszystko  ma  sens.  Nie  przeprowadzamy 

rozmowy z Cammie na stanowisko niani Estelli – przeprowadzamy rozmowę z Samem! 

Widzę  na  ich  twarzach,  że  wiedzą  o  moim  błędzie.  Żenujące.  Mała  blond  suka,  którą 

widzę teraz w nowym świetle, gdy wiem, że ma własną firmę, uśmiecha się, po raz pierwszy 
pokazując  zęby.  Wyraźnie  jest  zachwycona  moją  omyłką.  Sam  wygląda  na  nieco  bardziej 
speszonego. Uprzejmie odwraca ode mnie wzrok, a ja odchrząkuję. 

-  Przypuszczam,  że  wszystko  pomyliłam  –  mówię  wspaniałomyślnie,  chociaż  wewnątrz 

gotuję się ze złości. 

Następuje wspólny śmiech – najgłośniej śmieje się Cammie – a wtedy Caleb odwraca się 

do Sama. 

- Opowiedz mi o swoim doświadczeniu – mówi. 

Sam  staje  na  wysokości  zadania,  wymieniając  doświadczenie  w  opiece  nad  dziećmi. 

Posiada  stopień  magistra  w  psychologii  dziecięcej  z  Uniwersytetu  w  Seattle.  Praktykował 
klinicznie przez dwa lata, po czym postanowił, że nie lubi polityki bycia doradcą – że było to 
dla  niego  zimne  i  bezduszne.  Zdecydował  się  przeprowadzić  gdzieś  do  słońca  –  na 
Południową Florydę – i zdobyć stopień w muzyce, którą planował wykorzystać, kiedy otworzy 
ośrodek integracyjny dla maltretowanych dzieci. 

- Muzyka leczy ludzi – mówi. – Widziałem co może zrobić z załamanym dzieckiem i chcę 

włączyć ją do ośrodka, ale najpierw muszę mieć w tym stopień naukowy. 

-  Więc  –  odzywam  się  bardziej  sceptycznie  niż  chciałam.  –  Spędziłeś  siedem  lat 

zdobywając stopień magistra, a teraz chcesz być nianią? 

Caleb odchrząkuje i ściąga ramiona z oparcia kanapy, gdzie leżały. – Leah chodzi o to, że 

dlaczego nie będziesz praktykował na pół etatu, w tym czasie kończąc stopień? Dlaczego być 
nianią, kiedy korzyść finansowa nie jest taka wielka? 

Unoszę nos, czekając na jego odpowiedź. 

Sam śmieje się nerwowo, odsuwając włosy z twarzy. 

background image

48 

 

- Właściwie, to bycie doradcą nie bardzo zapełnia ci kieszenie, jeśli wiesz o co mi chodzi. 

Robiłem  dla  powodów  innych  niż  pieniądze.  I  nie  jestem  tani,  jako  opieka  dla  dziecka  – 
odpowiada  szczerze.  –  Zauważcie,  że  siedzę  w  waszym  salonie,  co  jest  znaczącym  dla 
średnio-klasowej Ameryki. 

Kręcę  nosem  na  jego  wzmiankę  o naszych pieniądzach.  Zostałam  nauczona,  że  słowne 

wytykanie rzeczy było złymi manierami. 

-  Mam  córkę  –  dodaje.  –  Rozstaliśmy  się  z  jej  matką  dwa  lata  temu,  ale  można 

powiedzieć, że dobrze znam się na opiece nad dziećmi. 

- Gdzie jest twoja córka? – pytam. 

Caleb  rzuca  mi  ostrzegawcze  spojrzenie,  ale  ignoruję  go.  Nie  chcę,  żeby  jakieś  dzikie 

dziecko  biegało  po  moim  domu  w  dni,  kiedy  będzie  się  nią  opiekował.  A  poza  tym,  może 
zarazić niemowlę jakąś chorobą. Tego nie mogę wspomnieć po mojej ostatniej eskapadzie. 

- Jest w Puerto Rico z jej matką – mówi. 

Wyobrażam sobie pięknie egzotyczną latynoską kobietę, która dzieliła jego dom, ale nie 

nazwisko. Ich córka prawdopodobnie ma włosy matki i jasne oczy ojca. 

-  Jej  matka  wróciła  ci  tam,  kiedy  się  rozstaliśmy.  Między  innymi  dlatego  wybrałem 

przyjechanie  na  Florydę  –  żebym  w  weekendy  mógł  polecieć  zobaczyć  się  z  nią.  – 
Zastanawiam  się  co  za  kobieta  zabiera  dziecko  tak  wiele  kilometrów  od  jej  ojca,  zwłaszcza 
kiedy może go wykorzystać w weekendy jako niańkę. 

-  Sam  –  odzywa  się  w  końcu  Cammie  –  jest  moim  kuzynem.  Obiecałam  mu  moją 

najlepszą pracę i gdy zadzwonił Caleb wiedziałam, że będzie to doskonała okazja. 

-  A  skąd  znasz  Caleba?  –  pytam,  nareszcie  mając  możliwość  na  zadanie  pytania,  które 

toczyło się po mojej głowie. 

Po raz pierwszy Cammie wygląda, jakby nie była pewna co odpowiedzieć.  Spogląda na 

Caleba, który uśmiecha się do mnie pobłażliwie. 

- Chodziliśmy razem do college’u – odpowiada prosto. – I szczerze mówiąc, Sam, jeżeli 

Cammie cię poleca – rodzina czy nie – wierzę, że jesteś najlepszy. – Puszcza oko do Cammie, 
która unosi brwi, uśmiechając się. 

Pobudza  się  alarm  w  mojej  głowie.  Caleb  był  mistrzowskim  graczem  koszykówki  w 

college’u.  Przespał  się  z  całym  składem  cheerleaderek,  a  potem  poznał  tę  dewastującą 
wszystko  sukę  Olivię.  Zmrużam  oczy  na  Cammie.  Czy  ona  zna  Olivię?  Czy  rywalizowały  o 
mojego  męża?  Moje  pytania  są  pozostawione  bez  odpowiedzi,  jak  pieniądze  stają  się 
tematem rozmowy. 

background image

49 

 

Do połowy słucham Caleba oferującego Samowi sowitą pensję, którą akceptuje i zanim 

mogę  zaprotestować,  że  wolałabym  tradycjonalną  żeńską  niańkę  –  najlepiej  taką  z  dużym 
tyłkiem i wielką brodawką na twarzy – Caleb już stoi i ściska rękę Sama. 

Jest  postanowione.  Sam  będzie  zajmował  się  Estellą  pięć  dni  w  tygodniu,  z  wolnymi 

wieczorami, żeby chodzić na zajęcia. Zaczyna od jutra, ponieważ Caleb wyjeżdża za dwa dni 
w kolejną podróż służbową i przed wyjazdem chce się upewnić, że Sam będzie o wszystkim 
wiedział. Co jest kodem na: Moja żona nie wie, co robi i muszę cię nauczyć jak przymusić ją 
do używania odciągacza pokarmu. 

Wzdycham pokonana i siedzę w miejscu, kiedy Caleb odprowadza ich do drzwi. 

No cóż, wyszło na moje – tak jakby.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

50 

 

Rozdział ósmy 

Przeszłość 

 

Nie interesowały mnie zobowiązujące związki. Dopóki Caleb mnie nie odrzucił – wtedy 

już interesowały. Odbyliśmy rozmowę, taką, w której zapytałam  go, gdzie zmierzamy, a on 
spojrzał na mnie jak na ufoludka. 

-  Wiedziałaś  –  powiedział.  –  Kiedy  związałaś  się  ze  mną,  wiedziałaś,  że  nie  szukam 

zobowiązania. 

Odparłam,  że  ja  również  niczego  nie  szukałam.  Że  sprawy  się  zmieniają,  gdy  ludzie 

klikają. 

Lecz Caleb był niewzruszony. Nie był gotowy. Nie chciał mnie. Chciał ją. Niedokładnie tak 

powiedział, ale wiedziałam to w podświadomości. Wiedziałam przez sposób, w jaki zawsze 
odwracał  wzrok,  kiedy  ją  wspominałam.  Nawet  nie  chciał  powiedzieć  mi  jej  imienia. 
Ktokolwiek go zniszczył, zniszczył wszystko dla mnie. 

Czułam  się jak  malutki  kawałek  zwróconej  obierki  po  ziemniaku.  On  chciał  tylko  się  ze 

mną  pieprzyć.  Siedziałam  skulona  na  swojej  kanapie,  po  opuszczeniu  jego  mieszkania  w 
ataku  furii.  Chciałam  zrobić  coś  destrukcyjnego.  Zadzwoniłam  do  wszystkich  moich 
zdzirowatych koleżanek i umówiłam się na drinki. 

Poszłam  do  baru  i  w  ciągu  godziny zdobyłam trzy  numery.  Zazwyczaj  nie  poświęcałam 

czasu żadnemu z kretynów, którzy do mnie podchodzili, ale był tam lekarz z akcentem, który 
uważałam za pociągający. Wsunęłam jego numer do torebki i wypiłam następnego drinka. 

Gdy opuściłam bar, byłam już dosyć wstawiona. Nic nowego. Wsiadłam do mojego auta 

po  pożegnaniu  się  z  moimi  przyjaciółkami  i  nie  przejechałam  nawet  pięciu  budynków, 
wjeżdżając  w  zaparkowany  powóz.  Odjechałam  prędko,  zanim  ktokolwiek  mógłby  mnie 
zauważyć, ale byłam poważnie wstrząśnięta. 

Zadzwoniłam do mojej matki. 

Jej głos był niecierpliwy, kiedy odebrała. 

- Mamo, miałam wypadek. Możesz po mnie przyjechać? 

- Jestem w łóżku. 

- Wiem. Przepraszam. Jestem pijana. Potrzebuję cię, mamo. 

Westchnęła ciężko. Usłyszałam w tle głos ojca i jej gniewny głos. – To Leah. Wpakowała 

się w jakieś kłopoty. Chce, żebym po nią przyjechała. 

background image

51 

 

Wymienili się słowami, których nie usłyszałam, po czym wróciła na linię. – Czy ktoś cię 

widział? 

Powiedziałam jej, że nie. 

- Dobrze – powiedziała. 

Rozmawiali jeszcze przez chwilę. Ojciec brzmiał na rozgniewanego. 

Czekałam  cierpliwie,  rozmasowując  głowę.  Przy  uderzeniu  walnęła  w  kierownicę  i 

wyczuwałam początki bólu głowy. 

Jej głos wrócił na linię. – Tatuś wysyła Cliffa. Przywiezie cię do domu. 

Cliff  był  kierowcą  ojca.  Mieszkał  w  małym  mieszkanku  w  ich  dwunastoakrowej 

posiadłości. Podziękowałam jej, starając się ukryć rozczarowanie w głosie i podałam jej adres 
miejsca, gdzie byłam. 

Czego ja oczekiwałam? Mojej matki wskakującej do jej małego, czerwonego Mercedesa i 

przyjeżdżającej  na  mój  ratunek?  Uścisku?  Starłam  łzy  z  twarzy  i  odepchnęłam  zranione 
uczucia. 

- Nie bądź takim pieprzonym dzieciakiem – powiedziałam do siebie. 

 

Cliff przyjechał dziesięć minut później. Zaparkował swoją furgonetkę w wolnym miejscu i 

wsiadł na miejsce kierowcy mojego auta. Spojrzałam na niego z wdzięcznością. 

- Dzięki, Cliff. 

Skinął  i  wyjechał  autem  na  drogę.  Dobrą  cechą  Cliffa  było  to,  że  nie  był  gadułą.  Kiedy 

wjechaliśmy  przez  bramy  rezydencji,  wszystkie  światła  były  zgaszone.  Przeszłam  chwiejnie 
przez  drzwi  frontowe  –  które  zostały  dla  mnie  otwarte  –  i  obmacałam  drogę  do  pokoju 
gościnnego. Brak czekającej matki, brak czekającego ojca. 

Przemyłam  się  w  łazience,  nałożyłam  plaster  na  rozcięciu  na  czole  i  przełknęłam  trzy 

tabletki Advil na ból głowy. Wchodząc do łóżka, zasnęłam, myśląc o Calebie. 

Obudziłam  się  na  dźwięk  mojego  imienia.  To  był  głos  mojej  matki,  zniecierpliwiony. 

Usiadłam  szybko  i  skrzywiłam  się  na  ból  przeszywający  głowę.  Stała  obok  mojego  łóżka,  w 
pełni ubrana, jej włosy ufryzowane były na czubku jej głowy w idealnym koku. Jej usta były 
ciemnoczerwone  i  zaciśnięte.  Była  na  mnie  zła.  Raz  jeszcze  się  skrzywiłam  i  podciągnęłam 
kołdrę pod brodę. 

- Cześć, mamo. 

- Wstawaj. 

background image

52 

 

- Okej… 

-  Twój  ojciec  jest  bardzo  rozgniewany,  Johanno.  Już  trzeci  raz  w  tym  roku  miałaś 

wypadek samochodowy. 

Przesunęłam się niekomfortowo. Miała rację. 

- W tej chwili je śniadanie. Chce, abyś zeszła na dół i z nim porozmawiała. 

Potaknęłam. Oczywiście, że posłał moją matkę. Jego wieczna wysłanniczka, ojciec nigdy 

ze  mną  nie  rozmawiał  dopóki  nie  wysłał  matki,  żeby  wezwała  mnie  na  spotkanie.  Nawet 
kiedy byłam małą dziewczynką, pamiętam jak mnie tak wzywano, gdy zrobiłam coś złego. 

 

Prędko ubrałam się w ubrania z zeszłej nocy i zeszłam z nią do jadalni. Siedział na swoim 

tradycyjnym miejscu na czele stołu z rozłożoną przed sobą gazetą. Przy jego łokciu stał kubek 
kawy, ser kozi i omlet ze szpinakiem. Nie podniósł wzroku, jak weszłam. 

-  Siadaj  –  rzekł.  Popędziłam  do  krzesła,  a  gosposia  przyniosła  mi  kawę  i  małą,  białą 

tabletkę. 

-  Johanno  –  powiedział,  składając  gazetę  i  spoglądając  na  mnie  twardymi,  szarymi 

oczami. – Postanowiłem, że w twoim najlepszym interesie będzie przyjść pracować dla mnie. 

Spięłam się. Miałam już pracę. Pracowałam jako kasjerka w miejskim banku. Mój ojciec 

nie zatrudniał rodziny; nazywał to konfliktem interesów. Właśnie w zeszłym roku mój kuzyn 
błagał, żeby przyjąć go jako księgowego i ojciec odmówił. 

- D… dlaczego? 

Zmarszczył brwi. „Dlaczego” nie było słowem, które lubił słyszeć mój ojciec. 

-  Chodzi  mi  o  to,  że…  nie  wierzysz  w  mieszanie  rodziny  z  pracą  –  dodałam  szybko. 

Zaczęły pocić mi się dłonie. Boże, dlaczego wypiłam tyle zeszłej nocy? 

Mój ojciec był przystojny. Miał oliwkową skórę i jasnoszare oczy. Spędzał dziesięć godzin 

tygodniowo  na  siłowni  od  wielu  lat  i  miał  budowę  ciała  na  udowodnienie  tego.  Z  moimi 
rudymi włosami i bladą skórą, w ogóle nie byłam do niego podobna. 

Spojrzał mi prosto w oczy i w tamtej chwili wiedziałam, o czym mówił. 

Tępy  ból  przeszedł  przez  moją  klatkę  piersiową,  jakby  czegoś  szukał.  Odnalazł  moje 

serce, rozerwał je i wsunął się do środka. Podniosłam swoje emocje z podłogi i popatrzyłam 
ojcu  w  oczy.  Jeżeli  chciał,  abym  porzuciła  pracę  i  pracowała  dla  niego,  to  porzucę  pracę  i 
będę dla niego pracowała. 

- Tak, tatusiu. 

background image

53 

 

- Zaczniesz w poniedziałek. Możesz wziąć Lincolna, podczas gdy twój samochód będzie w 

warsztacie. Zostaw swoje kluczyki Cliffowi. 

Ponownie otworzył gazetę i wiedziałam, że zostałam zwolniona. 

Wstałam, pragnąc powiedzieć coś jeszcze, pragnąc, żeby on powiedział coś jeszcze. 

- Pa, tatusiu. 

Nawet nie zwrócił uwagi na to, że się odezwałam. 

Matka  czekała  na  mnie  w  holu.  Podała  mi  kluczyki  do  Lincolna.  Była  to  tak  dobrze 

naoliwiona operacja. 

 

Pojechałam  prosto  do  banku  i  poinformowałam  ich,  że  nie  wrócę  do  pracy.  Potem 

skierowałam się do domu w centrum miasta z całkowitym zamiarem wypicia butelki wina i 
pójściem  spać.  Gdy  dotarłam  do  domu,  Caleb  siedział  u  mojego  progu.  Zatrzymałam  się 
gwałtownie.  Był  w  swoim  ubraniu  roboczym:  szarych  spodniach,  białej  koszuli  na  guziki, 
rękawy  podwinięte  do  łokci.  Siedział  z  rozłożonymi  nogami,  łokcie  opierając  na  kolanach  i 
patrzył  w  ziemię,  wyglądając  na  głęboko  zamyślonego.  Kiedy  usłyszał  moje  obcasy  na 
betonie,  podniósł  wzrok…  uśmiechnął  się.  To  był  jego  krzywy  uśmiech.  Sięgał  jego  oczu  i 
sprawiał, iż zastanawiałaś się czy wyobrażał sobie ciebie nago. Boże, byłam taka stracona w 
tym mężczyźnie. Przeszłam obok niego i otworzyłam drzwi. Jak je otworzyłam, podniósł się i 
wszedł za mną do środka. 

Po wszystkim zamówiliśmy tajskie jedzenie i jedliśmy je w łóżku. Nadal było mi trochę źle 

po  rozmowie  z  tatą  –  nie  wspominając,  że  znowu  przespałam  się  z  Calebem  po  tym  jak 
powiedział mi, że mnie nie chce. 

-  Czemu tutaj  przyszedłeś?  Nie  możesz  przychodzić  na  przelotny  seks,  a  potem  mówić 

mi, że nie jestem wystarczająco dobra aby być twoją dziewczyną. 

Odłożył swój pojemnik na boczny stolik i odwrócił się do mnie twarzą. 

- Tego nie powiedziałem. 

- Nie musiałeś, dupku. Czyny przemawiają głośniej niż słowa. 

Skinął  głową.  Moje  pałeczki  zamarły  w  połowie  drogi  do  ust.  Oczekiwałam,  że 

przynajmniej będzie się bronił… zaprzeczy temu. 

- Masz rację. Przepraszam. 

Zabrał moje pudełko curry i pałeczki, stawiając je obok jego. Wytarłam usta tyłem dłoni, 

kiedy był rozproszony. Działo się coś wielkiego. Czułam to. 

background image

54 

 

Wciągnął mnie na swoje kolana tak, że siedziałam na nim okrakiem. 

- Powiem o tym tylko ten raz. Żadnych pytań, dobra? 

Potaknęłam. 

-  Byłem  z  nią  trzy  lata.  Kochałem  ją…  kocham  ją  –  poprawił  się.  Poczułam  przypływ 

zazdrości. Tylko to zrobiła – przepłynęła przeze mnie, nie znajdując sobie miejsca. Wydawało 
mi się, że wybuchnę od ciśnienia. Zagryzłam wnętrze policzków. 

- Nigdy nie przestaje się kogoś kochać, gdy jest się w tym tak głęboko. – W tamtej chwili 

jego oczy lekko przygasły. – W każdym razie, byliśmy naprawdę młodzi… i głupi. Nie mogłem 
kontrolować jej w sposób, jaki chciałem; była dla mnie zbyt silna. Pewnej nocy popełniłem 
bardzo złą decyzję, a ona mnie przyłapała. 

- Zdradziłeś ją? – Do tej chwili trzymałam usta na kłódkę, za bardzo bojąc się odezwać, 

na wypadek gdyby miało to rozbić jego rzadki gadatliwy moment. 

Mięśnie w jego szczęce zacisnęły się, a nozdrza rozszerzyły. 

-  Tak…  nie.  –  Potarł  czoło.  –  Ja…  -  Opuścił  rękę  na  moje  biodro.  Wyglądał  na  tak 

udręczonego,  że  uniosłam  rękę  do  jego  policzka.  Mało  wiedziałam  o  ojcu  Caleba.  Był 
osławionym kobieciarzem. Obecnie był poślubiony z kobietą młodszą ode mnie. Jego czwarte 
małżeństwo. Z tego co dowiedziałam się od Caleba, był bardzo przeciwny zachowaniu ojca, 
więc zdrada była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. 

- Ja nie zdradzam, Leah. Ale, Boże, ta kobieta nikomu nie ufa… 

Wzięłam  głęboki  wdech  i  pozwoliłam  wypłynąć  mu  przez  usta.  Obserwował  mnie 

ostrożnie, próbując ocenić moją reakcję. 

- Ale zrobiłeś coś z nią? 

- Nie technicznie… nie. 

Nie rozumiałam tego, co mówił. Czy uważał, że zdradził tylko dlatego, że chciał zdradzić? 

Czy chciał zdradzić? 

- Leah. – Przerzucił moje włosy przez ramię, palcami muskając moją skórę. Zadrżałam. 

Odbywaliśmy poważną dyskusję, a ja myślałam tylko o… 

Potrząsnęłam głową z frustracją. – Albo ją pieprzyłeś, albo nie. 

Westchnął. – Nigdy jej nie zdradziłem. Nie w tradycyjnym sensie tego słowa. 

- Boże, nie wiem nawet co to znaczy. 

background image

55 

 

Odchylił  głowę,  wybuchając  śmiechem.  –  Najwyraźniej  nasze  moralne  kompasy  nie 

wskazują tego samego kierunku. 

Zarumieniłam się. Rzadka dla mnie rzecz. 

- Leah – powiedział. – Lubię cię. Bardziej niż powinienem. Ale nadal jestem bałaganem. 

Nie mogę być w związku, jeżeli jestem tylko w połowie drogi. Nadal ją kocham. 

Łzy wezbrały mi się w oczach. Mówił mi, że nawet nie mógł spróbować mnie pokochać, 

ponieważ kochał kogoś innego. 

- Cholera. – Zsunęłam z niego nogi i usiadłam na mojej stronie łóżka. Kołdra spłynęła na 

jego talię. Spojrzałam na niego kątem oka. Jego twarz była bezbarwna. 

- Więc o co ci chodzi? Mogę ci przypomnieć, że to ty pojawiłeś się na moim progu, a nie 

na odwrót? 

Roześmiał się i popychając mnie na plecy, pochylił się nade mną. 

-  Czuję  do  ciebie  wielki  pociąg.  –  Pocałował  mnie  w  nos.  –  Zależy  mi  na  tobie.  Kiedy 

wyszłaś tamtej nocy, byłaś zraniona. 

- Tak, byłam. 

- A teraz? 

Uśmiechnęłam się do niego. – Teraz jestem zraniona w inny sposób. 

Zaśmiał się. Miał świetny śmiech. Zaczynał się dudnieniem w jego piersi i wydobywał się 

w gładkiej, ochrypłej fali. Za każdym razem gdy go rozśmieszałam, triumfowałam. 

Niespodziewanie spoważniałam. – Mogę sprawić, że o niej zapomnisz. 

Jego  usta  nadal  były  uniesione  w  półuśmiechu.  Jego  oczy  zaszły  mgłą,  jak  spojrzał  na 

moje usta. 

- Tak? 

Skinęłam. – Tak. 

- Dobrze, Ruda – powiedział, delikatnie nakręcając wokół palca pasmo moich włosów. 

Zachichotałam – również niezwykła dla mnie rzecz. Ruda. Podobało mi się. 

Pocałował mnie łagodnie, przesuwając się na mnie. 

Kochaliśmy się. Po raz pierwszy w życiu ktoś się ze mną kochał. Zawsze to był tylko seks. 

Zakochałam się tamtego dnia.  

background image

56 

 

Rozdział dziewiąty 

Teraźniejszość 

 

Jestem  w  kuchni  w  dresach  i  koszulce  bez  rękawów,  robiąc  smoothie,  kiedy  Sam 

przychodzi  nazajutrz  do  pracy.  Powinnam  obserwować  Estellę  –  która  drzemie  w 
przenośnym  łóżeczku  –  podczas  gdy  Caleb  bierze  prysznic,  ale  gdy  Sam  staje  w  drzwiach 
wejściowych, zdążyłam już zapomnieć gdzie ją postawiłam. 

-  Jak  się  masz?  –  wita  mnie  ciepło  Sam,  trzymając  worek  marynarski  na  ramieniu. 

Zastanawiam się czy planuje zostać na noc. Jestem przerażona tą myślą. 

- Zatem gdzie moja opłata? – pyta, pocierając razem ręce i uśmiechając się. Przez minutę 

myślę,  że  nawiązuje  do  karty  kredytowej  –  ponieważ  często  tak  mówię,  gdy  przeglądam 
zakupy i przeszukuję torebkę w poszukiwaniu mojej American Express – a wtedy zdaję sobie 
sprawę, że mówi o dziecku. Muszę powstrzymać się z całych sił, aby nie wywrócić oczami. 

Nienasycony  głód  dziecka  ratuje  mnie,  jak  zaczyna  kwilić  gdzieś  za  moim  ramieniem. 

Wtedy przypominam sobie, że zaniosłam ją do jadalni. Spoglądam w kierunku jej łóżeczka z 
irytacją. 

- Ja do niej pójdę – mówi Sam, przejmując kontrolę i mnie omija. Wzruszam obojętnie 

ramionami i idę do mojego laptopa. Wraca do pokoju kołysząc ją w ramionach, w chwili jak 
Caleb  schodzi  po  głównych  schodach  –  jego  włosy  nadal  są  mokre  od  prysznica.  Czuję 
przypływ  żądzy  tylko  na  niego  patrząc.  Caleb  ignoruje  mnie  i  podchodzi  do  Sama,  żeby 
klepnąć go w plecy, jakby byli starymi przyjaciółmi. Nie odezwał się do mnie od naszej późnej 
przejażdżki do szpitala, poza zapytaniem o dziecko albo wygłoszeniem instrukcji. Odwracam 
się, dąsając podczas gdy oni dyskutują rzeczy, które mnie nie interesują. Planuję wycieczkę 
do  spa  i decyduję  jak  wiele  zabiegów  uda  mi  się  zmieścić  w  osiem  godzin,  gdy  Caleb  woła 
moje imię. Rozpaczliwie chcąc być w centrum uwagi, opuszczam komputer i patrzę na niego 
z nadzieją. 

- Nie będę w domu do późna – mówi. – Mam kolację biznesową. 

Potakuję.  Pamiętam,  że  kiedyś  towarzyszyłam  mu  w  takich  kolacjach.  Otwieram  usta, 

aby powiedzieć mu, że chciałabym przyjść, ale pocałował dziecko  i jest w połowie drogi do 
drzwi. Pusta planeta. 

Skupiam uwagę na męskiej niańce. 

-  Więc  jesteś  spokrewniony  ze  swoją  szefową  –  mówię  głupio,  wgryzając  się  w  jabłko. 

Sam  unosi  na  mnie  brew,  ale  nie  odpowiada.  Mój  umysł  podąża  do  miejsca,  gdzie 
zastanawiam się czy Caleb przespał się kiedykolwiek z Cammie. 

background image

57 

 

- Czy ty… um… spędzasz z nią dużo czasu? 

Wzrusza ramionami. – Cammie ma wiele przyjaciół. Martini z dziewczynami nie bardzo 

mnie interesuje. 

- Ale nie chcesz kogoś poznać? – pytam, odrywając się od tematu. Jest dosyć przystojny, 

jeżeli interesujesz się typem muzyka grungy. Halooo, grunge umarł z Kurtem Cobainem. 

- Czy tam spędzałabyś czas, gdybyś była wolna? – Pytając, patrzy prosto na mnie. Proste 

pytanie, lecz wyraz jego oczu sprawia, że czuję się jakbym była przesłuchiwana. 

- Nie jestem wolna – odpowiadam gniewnie. 

- Dowód. – Podnosi dziecko. Odwracam wzrok. 

- Poznałeś jakąś jej przyjaciółkę? – Mam na dzieję na jakieś odniesienie do Olivii. Miło 

byłoby wiedzieć czy jakoś w tym gra. 

Sam udaje głupiego. Nie mogę stwierdzić czy coś wie. 

- Ech, parę tu i tam – odpowiada, przecierając usta Estelli ścierką od beknięć. – Jesteś 

pewna, że nie chcesz tego robić? – Wskazuje na dziecko. – Nie chcę zabierać ci czasu z nią. 

Gdy spuszcza na nią wzrok, wywracam oczami. 

- Nie, jest dobrze – mówię uprzejmie. 

- Nie nawiązujesz z nią więzi, co? – pyta, nie patrząc na mnie. 

Cieszę się, że nie widzi mojej twarzy. Jest wstrząśnięta. Zmuszam rysy do wygładzenia się 

w neutralności. 

- Czemu tak mówisz? – Zmrużam oczy. – Znasz mnie od kiedy? Pięciu minut? 

-  Nie  ma  czego  się  wstydzić  –  mówi,  ignorując  mnie.  –  Większość  kobiet  doświadcza 

pewną formę depresji po porodzie. 

-  Okej,  doktorze  Philu.  Nie  mam  depresji!  –  Odwracam  się,  ale  zaraz  obracam  się  z 

powrotem.  –  Jak  śmiesz  mnie  osądzać  –  myślisz,  że  masz  kwalifikacje,  aby  mnie 
„diagnozować”,  psychologu?  Dlaczego  nie  przyjrzysz  się  własnym  umiejętnościom 
wychowawczym? Masz dziecko w Puerto Rico, kolego… bez ciebie. 

Sam wydaje się niewzruszony moimi słowami. Zamiast odsunąć się tak jak tego pragnę, 

on patrzy na mnie z zamyśleniem. 

- Caleb jest całkiem miłym facetem. 

background image

58 

 

Gapię się na niego. Jakie ma to znaczenie? Czy to był jakiś psychologiczny trik? Pewnego 

rodzaju pułapka, która potwierdzi mu, że cierpię na depresję poporodową? Oblizuję wargi i 
staram się zobaczyć jego punkt widzenia. 

- Tak? I? 

Nie śpieszy się z odpowiedzią, odkładając butelkę na blat i kładzie Estellę na ramieniu na 

kolejną rundę bekania. 

- Czemu poślubił taką dziewczynę jak ty? 

Najpierw  myślę,  że  źle  go  usłyszałam.  Na  pewno  nie…  nie  mógł  powiedzieć  tego,  co 

myślę.  Jest  pomocą  –  podrzędną  męską  niańką.  Ale  kiedy  patrzy  na  mnie  wyczekująco, 
czekając  na  odpowiedź,  zaczyna  drgać  mi  oko  –  żenująca  reakcja.  Czuję  się  ciężko  od 
wściekłości. Jakbym mogła ją unieść z ramion, gdzie wylądowała i rzucić nią w niego. 

Takie niegrzeczne! Niestosowne! 

Przez chwilę myślę nad zwolnieniem go, a wtedy widzę mleko wylewające się z ust Estelli 

i  spływające  po  jego  koszulce.  Marszczę  nos.  Lepiej  on  niż  ja.  Odwracam  się  na  pięcie  i 
wbiegam po schodach, jakby same macierzyństwo mnie goniło. 

Kiedy  zamykam  drzwi  sypialni,  moją  pierwszą  myślą  jest  seks.  Mam  ochotę  zerwać  z 

kogoś ubrania – oczywiście z Caleba. Gdy miałam siedemnaście lat, mój terapeuta powiedział 
mi, że używam seksu, aby nadać sobie ważność. Natychmiast się z nim przespałam. 

Drugą  rzeczą,  która  wpadła  mi  do  głowa,  jest  pudełko  papierosów,  które  trzymam  w 

schowane w szufladzie na bieliznę. Idę tam i przesuwam ręką po drewnianym tyle szuflady. 
Wciąż tam jest, do połowy pełne. Wyciągam zapalniczkę z aranżacji jedwabnych kwiatków i 
kieruję  się  na  balkon  połączony  do  sypialni.  Nie  paliłam  od  szóstego  miesiąca  ciąży,  kiedy 
zwędziłam jednego papierosa po szczególnie stresującym wieczorze w domu moich teściów. 
Zapalam  papierosa,  powtarzając  w  głowie  nieuprzejme  komentarze  Sama.  Będę  musiała 
pogadać  z  Calebem.  Oczywiście  Sam  nie  może  dalej  dla  nas  pracować  po  powiedzeniu  mi 
takich okropnych, poniżających rzeczy.      

Zastanawiam  się  co  miał  na  myśli,  mówiąc  „taką  dziewczynę  jak ty”?  Ludzie  użyli  tego 

tekstu  względem  mnie  wiele  razy  w  moim  życiu,  ale  zazwyczaj  był  to  komplement  albo 
pochlebstwo  perspektyw  mojej  wspaniałej  przyszłości.  Taka  dziewczyna  jak  ty  może  zajść 
daleko  w  świecie  modelingu.  Dziewczyna  taka  jak  ty  może  być  kimkolwiek  chce  być. 
Dziewczyna taka jak ty może mieć każdego mężczyznę, jakiego zapragnie. 

Sam  powiedział  to  inaczej.  Nie  było  komplementów,  tylko…  czemu  poślubił  taką 

dziewczynę jak ty? 

Pociągam  papierosem,  ciesząc  się  komfortem,  który  przynosi.  Czemu  kiedykolwiek 

zrezygnowałam  z  tych  rzeczy?  A  tak…  ponieważ  chciałam  mieć  przeklęte  dziecko.  Gaszę 

background image

59 

 

resztkę  na  kamiennym  wykończeniu  balkonu  i  umiejętnie  wrzucam  go  do  krzaków  na 
parterze. Caleb nie może znieść smrodu dymu papierosowego; właściwie to był jego jedyne 
zażalenie do mnie, kiedy umawialiśmy się ze sobą. Błagał, prosił i zaatakował seksem, żeby 
zmusić mnie do zaprzestania palenia, ale ostatecznie to zajście w ciążę przekonało mnie do 
rzucenia  nałogu.  Będę  musiała  wziąć  prysznic,  jeżeli  nie  chce  zostać  przyłapana.  Mam  już 
wystarczająco  kłopotów.  Rozbieram  się  do  biustonosza  i  majtek,  po  czym  kieruję  się  do 
łazienki,  gdy  widzę  Sama  pojawiającego  się  w  ogrodzie  z  Estellą.  Wozi  ją  w  wózku  – 
trzytysięczno dolarowym zakupie, którego jeszcze nawet nie dotknęłam. Przyglądam mu się 
zmrużonymi  oczami,  jak  idzie  ścieżką  ogrodową,  zastanawiając  się  czy  widział  jak  palę. 
Postanawiam, że to nie ma znaczenia. Pod koniec dnia już go nie będzie. 

- Twoje dni są policzone, kolego – mówię zwięźle, przed zamknięciem drzwi łazienki. 

Caleb  wraca  do  domu,  gdy  Sama  już  nie  ma,  co  zarówno  pokrzyżowało  moje  plany  i 

pozostawiło mnie samą z dzieckiem. Żuję seler naciowy, kiedy wchodzi do domu, trzymając 
jedzenie na wynos. 

Kładzie  torbę  na  blacie  kuchennym  i  idzie  prosto  na  górę,  żeby  sprawdzić  dziecko. 

Ignoruję ich, grzebiąc w torbie, aby zobaczyć co mi przyniósł. Gdy schodzi na dół, trzyma ją 
na rękach. 

- Co…? Czemu ją obudziłeś? 

Miałam nadzieję na spędzenie z nim trochę czasu bez jej ingerencji. 

Wzdycha, otwierając lodówkę. – Jest noworodkiem. Je co trzy godziny, Leah. Nie spała. 

Spoglądam  na  elektroniczną  nianię  i  przypominam  sobie,  że  wyłączyłam  ją,  żeby  się 

zdrzemnąć. Musiałam zapomnieć ją włączyć. Zastanawiam się jak długo nie spała. 

- Och. 

Patrzę  jak  wkłada  do  podgrzewacza  butelek  zimne  mleko  z  piersi.  Mogę  policzyć  na 

palcach jednej ręki ile razy ją karmiłam. Jak do tej pory Caleb albo Sam ją karmili. 

- Dzisiaj ona ma sześć tygodni – mówi. Odliczałam dni, kiedy znowu będę mogła z nim 

spać.  Niemal  nie  udało  mi  się  dojść  do  sześciu  tygodni,  kiedy  w  zeszłym  tygodniu  wrócił  z 
biegu. Jest w najlepszej formie, gdy jest spocony. 

Jedzenie w torbie wywołuje mój ślinotok. Zaczynam jeść bez niego.  Przyniósł masalę z 

kurczaka  z  mojego  ulubionego  miejsca.  Jemy  tamtejsze  jedzenie  tak  często,  że  mam 
rozpracowane  wszystkie  kalorie.  Jeżeli  zjem  jedną  całą  pierś  kurczaka,  pięć  pieczarek  i 
zeskrobię większość sosu, to przybiorę tylko dwieście kalorii. Muszę zmusić się do przestania 
jeść. Chcę ostatni kawałek kurczaka, ale jeśli staram się stracić wagę po ciąży… 

On wciąż na mnie nie spojrzał. 

background image

60 

 

- Dziękuję za kolację – odzywam się. – Moje ulubione. 

Kiwa głową. 

- Zamierzasz już nigdy się do mnie nie odezwać? 

- Nie wybaczyłem ci. 

Wzdycham. – Naprawdę? Nie zauważyłam. 

Zaciska  usta.  Zeskakuję  z  taboretu  i  wykonuję  odważne  posunięcie.  Unosi  brwi,  gdy 

delikatnie wyjmuję dziecko z jego rąk i kładę ją na przedramionach, tak jak widziałam to u 
Sama. 

- Szybciej beka tym sposobem – mówię mu, naśladując ruchy Sama. Dziecko znakomicie 

współpracuje,  bekając  głośno  kilka  sekund  po  moim  małym  poklepaniu.  Przenoszę  ją  na 
zgięcie ramienia i sięgam po resztę butelki. Caleb przygląda się temu bez słowa. 

Uśmiecham się do niego słodko.  

No dalej, ty łajdaku. Wybacz mi. 

Karmię ją resztą butelki i powtarzam trik z bekaniem. 

- Chcesz ją odłożyć czy ja powinnam? 

Bierze ją ode mnie, ale tym razem patrzy mi w oczy przez jedną… dwie… trzy sekundy. 

PUNKT! 

Kiedy  odkłada  ją  do  snu,  biegnę  na  górę,  żeby  założyć  coś  seksownego.  Jestem  tak 

zdenerwowana,  gdy  wracam  do  kuchni;  otwieram  torbę  mrożonych  brokuł  i  wpycham  ich 
garść do ust. 

 

Mam na sobie czarną koszulę nocną. Nie jest arogancka. Nie chcę, żeby Caleb wiedział, 

że staram się o seks na zgodę. Przechadzam się po kuchni, dopóki nie wraca. Kiedy słyszę go 
na schodach, robię pokaz ponownego mycia butelek, które Sam wymył wcześniej. Słyszę go 
za sobą. Zatrzymuję się w wejściu i uśmiecham się, wiedząc, że patrzy. 

Gdy przenosi się do salonu, idę za nim. Kiedy siada, wspinam się na kanapę obok niego. 

-  To  już  więcej  się  nie  zdarzy.  Miałam  problem  z  nawiązaniem  z  nią  więzi.  Teraz  jest 

lepiej. Musisz mi uwierzyć. 

Kiwa  głową.  Widzę,  że  go  nie  przekonałam,  ale  zmieni  zdanie.  Pogram  w  mamusię  i 

wkrótce będzie patrzył na mnie jak kiedyś. Całuję go w szyję. 

background image

61 

 

- Nie, Leah. 

Odsuwam się, mrużąc oczy. Kto teraz używał seksu jako broni? 

- Chcę przeprosić. – Wydymam trochę usta, ale on wygląda na zirytowanego. 

- Więc przeproś Estellę. – Wtedy wstaje i odchodzi. Przewracam się na plecy i wpatruję 

w  sufit.  Odrzucenie.  Czy  to  kiedykolwiek  wcześniej  mi  się  przydarzyło?  Nie  mogłam  sobie 
przypomnieć. Wszystko wymykało mi się z ręki. 

Chcę do kogoś zadzwonić – przyjaciółki… mojej siostry. Muszę porozmawiać o tym, co 

się  właśnie  stało,  zdobyć  jakąś  perspektywę.  Sięgam  po  komórkę  i  przewijam  kontakty. 
Zatrzymuję  się,  trafiając  na  Katine.  Będzie  tylko  w  połowie  słuchać  tego,  co  mam  do 
powiedzenia  i  za  pięć  minut  będziemy  gadać  o  niej.  Przewijam  dalej.  Docieram  do  Court  i 
wali mi serce. Court! Wykręcam jej numer. Zanim nawiązuje się połączenie, rozłączam się. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

62 

 

Rozdział dziesiąty 

Przeszłość 

 

Pamiętam  wilgotne  wakacje  z  powietrzem  tak  gęstym,  że  wydawało  się,  iż  wdychasz 

zupę  do  płuc.  Robiłyśmy  się  nerwowe  w  domu  –  moja  siostra  i  ja,  biegałyśmy  korytarzami 
naszego wielkiego domu, wrzeszcząc i goniąc się nawzajem, dopóki nie miałyśmy kłopotów. 
Moja zirytowana matka wysyłała nas na podwórko z naszą nianią Mattią, podczas gdy ona 
odpoczywała. Mattia często podróżowała do sklepu z rzeczami za jednego dolara, żeby kupić 
coś do zabawy na zewnątrz. Uważałyśmy z Courtney, że było to nieskończenie zabawne, iż 
można  było  pójść  do  sklepu,  a  tym  wszystko  było  za  dolara,  podczas  gdy  my  spędzałyśmy 
większość  eskapad  zakupowych  w  dusznych  butikach.  Przynosiła  nam  kredę  do  chodnika, 
skakanki, hula hop i oczywiście nasze ulubione – bańki mydlane.  

Matti zawsze zostawiała je na koniec. Udawała, że zostawiła wielki różowy pojemnik w 

środku, a my wzdychałyśmy i marudziłyśmy. W ostatniej chwili wyciągała je zza pleców, a my 
podskakiwałyśmy  i  klaskałyśmy  jakby  była  taka  sprytna.  Nazywałyśmy  bańki  „pustymi 
planetami”, a gra polegała na przebiciu jak najwięcej pustych planet zanim same wybuchną, 
a ich szczątki polecą w stronę ziemi. Mattia stała pod drzewem w cieniu i nadmuchiwała nam 
je. Nasze nogi były wiecznie posiniaczone od tej gry. Zwykłyśmy podstawiać sobie nogi, żeby 
pierwszym  dosięgnąć  pustej  planety.  Biegałyśmy  tak  szybko,  iż  Mattia  mawiała,  że 
wyglądamy jak niewyraźne plamy. Nazywała nas Rudą i Krukiem przez nasze kolory włosów. 
Pod koniec gry liczyłyśmy ile baniek przebiłyśmy. Dwadzieścia siedem dla Rudej, dwadzieścia 
dwa  dla  Kruka,  ogłaszała.  Potem  kulałyśmy  radośnie  do  środka,  pocierając  posiniaczoną 
skórę i prosząc o lizaki. Matka nienawidziła siniaków. Kazała nam zakładać rajstopy, żeby je 
zakryć.  Matka  nienawidziła  większości  rzeczy  powiązanych  ze  mną  –  kołtunów  w  moich 
włosach po kąpieli, koloru moich włosów, mojego sposobu przeżuwania, tego jak za głośno 
się śmiałam, tego jak pstrykałam paznokciami o kciuk, kiedy miałam kłopoty. Gdybyście mnie 
zapytali,  wtedy  albo  teraz,  co  tak  naprawdę  we  mnie  lubiła,  nie  byłabym  w  stanie  wam 
odpowiedzieć.  Mogłam  wam  powiedzieć  tylko  tyle,  że  moje  dzieciństwo  było  zimnym 
pryśnięciem  baniek  na  mojej  skórze.  Court  i  ja  śmiejące  się  i  wdychające  zupowate 
powietrze. Mattia ściskająca mnie, aby wynagrodzić ostre słowa zdystansowanej matki. 

 

Matka  kochała  moją  siostrę.  Moja  siostra  zasługiwała  na  miłość.  Pamiętam  jak  raz 

weszłam do nich, jak czesała włosy Courtney po kąpieli. Opowiadała jej historię jak była małą 
dziewczynką. Courtney chichotała, a matka śmiała się razem z nią. 

-  Byłybyśmy  dobrymi  przyjaciółkami,  gdybyśmy  dorastały  razem.  Jesteś dokładnie  taka 

jak ja, gdy byłam w twoim wieku. – Usiadłam ma brzegu wanny, żeby im się przyglądać.  

background image

63 

 

-  A  co  z  Jo?  –  zapytała  Courtney,  posyłając  mi  uśmiech,  któremu  brakowało  dwóch 

przednich zębów. – Czy z nią też byłabyś dobrymi przyjaciółkami? 

Było  tak  jakby  w  ogóle  mnie  nie  zauważyła  w  pokoju,  dopóki  Court  nie  wymówiła 

mojego imienia. Powoli do mnie zamrugała i uśmiechnęła się do swojej najmłodszej córki. – 
Och, znasz Johannę i jej książki. Nie miałaby czasu, żeby bawić się z nami przy tym całym jej 
czytaniu. 

Chciałam jej powiedzieć, że spaliłabym każdą książkę, którą miałam, żeby być częścią ich 

małego klubu matka/córka. Zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami. Courtney była bardzo 
podobna do matki; jedyną różnicą było to, że ona naprawdę mnie lubiła. 

Powinnam być o nią zazdrosna, ale nie byłam. Była tą miłą w rodzinie; tą, która wcześnie 

wstawała w moje urodziny, wypełniała talerz małymi ciasteczkami i przynosiła je do mojego 
pokoju,  śpiewając  „Lake  of  Fire”  Nirvany.  Moje  urodziny  były  czwartego  lipca  –  ogromne 
obciążenie dla moich rodziców, którzy robili tego dnia przyjęcie dla towarzystwa. Ale Court 
zawsze  upewniała  się,  że  ten  dzień  jest  specjalny.  Gdy  moje  szóstki  były  niezauważalne, 
przyklejała  moją  kartę  z  ocenami  do  lodówki  i  czerwonym  markerem  zaznaczała  kółkiem 
moją  średnią  ocen.  Była  miłością  w  moim  życiu  wyzutym  z  miłości…  ciepłym  kocem  w 
rodzinie ozięble emocjonalnych temperatur. Kiedy wszyscy inni omijali mnie wzrokiem, moja 
siostra skupiała na mnie uwagę. Miałyśmy więź, a więzi były trudne do zdobycia. 

Gdy po raz pierwszy przyprowadziłam Caleba do domu, mój ojciec mnie zauważył. Tak 

jakby nareszcie mógł na mnie spojrzeć, teraz gdy zabezpieczyłam mężczyznę kalibru Caleba. 
Nie tylko był moim nowym amantem z pieniędzmi, również mówił poprawnym językiem, był 
przyzwoity, ambitny… i znał cholernie dużo sportowych drobiazgów. 

Zaprosili  nas  na  kolację.  Przyglądałam  im  się,  siedząc  na  kanapie.  Tata  śmiał  się  ze 

wszystkiego, co Caleb powiedział, a matka kręciła się wokół niego jakby był błękitnokrwisty. 
Moja siostra siedziała obok mnie – tak blisko, że dotykały się nasze nogi. Gdy byłyśmy razem, 
zawsze  byłyśmy  tak  blisko.  Był  to  cichy  bunt  przeciwko  naszym  rodzicom.  Starasz  się 
stworzyć  między  nami  podział,  ale  opieramy  się.  Kiedy  rodzice  byli  rozproszeni  Calebem, 
Court szturchnęła mnie łokciem w żebra i poruszyła brwiami. Wybuchłam śmiechem. 

- Zdaje mi się, że dobrze tego wybrałaś – powiedziała. – Dobry w łóżku? 

Zrobiłam minę. – Czemu miałabym być z kimś, kto nie byłby dobry? 

Uniosła brwi. – No nie wiem, Lee, pamiętasz tamtego faceta z liceum? Tego z dołeczkiem 

w brodzie? 

Prychnęłam  w  kieliszek  wina.  Kirby,  tak  miał  na  imię.  Same  to  imię  powinno  było 

powiedzieć mi wszystko. Nie można było brać mężczyzny, którego imię brzmiało jak awatar 
gry wideo. Zwłaszcza, kiedy jego głowa była pomiędzy twoimi nogami i zaczynał nucić Kiss, 
robiąc agresywne dźgnięcia językiem. 

background image

64 

 

- Kobiety, nie dziewczynki rządzą moim światem, mówię, one rządzą moim światem… - 

Moja siostra zaśpiewała tekst piosenki, zamykając oczy i przygryzając wargę, tak jak robił to 
Kirby. 

Wybuchłyśmy śmiechem, zarabiając pełne dezaprobaty spojrzenie od matki. Przysięgam, 

że  ta  kobieta  nadal  potrafiła  sprawić,  że  czułam  się  jak  piętnastolatka.  Spojrzałam  na  nią 
wyzywająco  i  zaśmiałam  się  głośniej.  Miałam  dwadzieścia  osiem  pieprzonych  lat.  Już  nie 
mogła mnie kontrolować. 

Myślałam,  że  wszystko  poszło  wspaniale,  dopóki  nie  wsiedliśmy  do  samochodu.  Caleb 

przytrzymywał mi otwarte drzwi, kiedy nagle powiedział. – Twój tata jest szowinistą. 

Mrugnęłam  ze  zdziwieniem.  Nie  powiedział  tego  jak  oskarżenie.  Bardziej  była  to 

obserwacja. Prawdziwa obserwacja. Wzruszyłam ramionami. 

- Jest trochę staromodny. 

Caleb  przytulił  mnie.  Patrzył  na  mnie  dziwnie  ze  zmarszczonymi  brwiami  i  ustami 

zaciśniętymi  w  zamyśleniu.  Nauczyłam  się,  że  była  to  jego  „psychoanalizuję  cię”  mina. 
Chciałam się odsunąć, żeby nie mógł zajrzeć w głąb mnie, ale odsuwanie się od Caleba było 
jak  zamykanie  się  w  zamrażarce.  Jeżeli  rzucał  na  ciebie  światło,  chciało  się  stać  pod  jego 
ciepłem, wszystko to wchłonąć. Żałosne. A także przepiękne. Nikt nigdy nie dał mi tyle ciepła. 
Uczepiłam  się  jego  ramion  i  pozwoliłam  mu  psychoanalizować  mnie,  tak  jak  tego  pragnął. 
Chciałam wiedzieć, co widział, kiedy patrzył na mnie tak intensywnie. Przerwał urok, nagle 
uśmiechając się szeroko. 

- Więc będziesz siedzieć w domu, boso i zaciążona? 

Uniosłam  brwi.  Kiedy  on  to  powiedział,  to  nie  brzmiało  tak  źle.  –  Czy  to  będzie  twój 

dom? – zapytałam. Byłam wstydliwa. Pocałował mnie w czubek nosa. 

- Może, kochanie. 

Puścił mnie zbyt szybko. Chciałam tam zostać i porozmawiać o tym z kogo dziećmi będę 

zaciążona, czy podłoga na której będą stały moje bose nogi będzie drewniana czy kafelkowa? 
Czy  będziemy  mieszkać  w  dwupiętrowym  domu  czy  w  domu  na  farmie?  Kręciło  mi  się  w 
głowie.  Dla  mnie  było  to  równie  dobre  co  oświadczyny.  Ten  mężczyzna  był  złoty.  Sprawił 
nawet,  że  mój  ojciec  patrzył  na  mnie  jak  na  człowieka.  Byliśmy  ze  sobą  dopiero  od  ośmiu 
miesięcy, ale jeśli rozegram dobrze moje karty to będę miała pierścionek na wiosnę. Był to 
dla mnie szczęśliwy wieczór. 

Nie zajęło mi długo uświadomienie sobie, że Caleb był moją pustą planetą. 

 

 

background image

65 

 

Rozdział jedenasty 

Teraźniejszość 

 

Podskakuję, słysząc samochód Caleba na podjeździe. Byliśmy razem od ponad pięciu lat, 

ale  nadal  mam  motylki  w  brzuchu,  ilekroć  wchodzi  do  pokoju.  Staram  się  nie  wyglądać  na 
będącą w potrzebie, ale kiedy jego klucz przekręca się w zamku i wchodzi do środka, rzucam 
się  na  niego.  Potrzebuję,  żeby  mi  wybaczył.  Byłam  w  wiecznym  zmierzchu  odkąd  przestał 
uśmiechać się do mnie. 

Zaskakuję  go,  śmieje  się,  jak  mój  ciężar  popycha  go  na  ścianę.  Oplatam  go  nogami  w 

pasie i przyciskam nos do jego nosa. Chcę obcałowywać się z nim tak jak robiliśmy to, gdy się 
poznaliśmy, ale pierwszą rzeczą, która mówi jest… - Gdzie Stella? 

Uśmiech opuszcza moją twarz. Nie cierpię tego. Skąd mam to wiedzieć? 

Wzdycham i zsuwam się z jego ciała, rozczarowana. – Zapewne z tamtym kolesiem. 

Caleb mruży na mnie oczy; jego usta są prostą linią. 

- W ogóle spędziłaś z nią dzisiaj czas? 

- Tak – warczę. – Nakarmiłam ją rano, bo męska niańka się spóźnił. 

Mięśnie w jego szczęce drgają, jak zaciska zęby. One drgają. Ja się krzywię. 

Drganie… skrzywienie… drganie… skrzywienie. 

Czuję się samolubnie wściekła. Nie było to niezwykłe dla matek aby polegały na niańkach 

w opiekowaniu się dziećmi. W moich kręgach było to idealnie normalne. Czemu on zawsze 
musi sprawiać, że czuję się gorsza? 

Podwijam górną wargę na zębach. – Uważasz, że Olivia byłaby lepszą matką ode mnie? 

Przez chwilę w jego oczach błyska nieskrywany gniew. Odwraca się, obraca z powrotem 

do mnie, po czym znowu się odwraca, jakby nie wiedział czy stanąć twarzą w twarz z faktem, 
że wypowiedziałam jej imię. 

Chcę  kłótni.  Za  każdym  razem  gdy  patrzy  na  mnie,  jakbym  była  olbrzymim 

rozczarowaniem, moje myśli pędzą do Olivii. To dla mnie jak zmienianie biegów; uruchamiają 
to  rozczarowane  oczy  Caleba.  Nagle  jestem  w  tym  magicznym  miejscu,  gdzie  zwalniam 
sprzęgło, dociskam pedał gazu i mój umysł pędzi do Olivii. Pieprzyć. Tę. Sukę. Jaką ona ma 
nad nim moc? Chcę do niego podbiec, walnąć go pięściami w tors za ciągłe porównywanie 
mnie w myślach do niej. Albo może to ja porównuję się do niej w myślach? Boże, życie jest 
takie zagmatwane. 

background image

66 

 

Wtedy  Sam  wchodzi  do  pokoju  z  dzieckiem.  Wściekłość  na  twarzy  Caleba  znika  i 

niespodziewanie wygląda, jakby chciał się rozpłakać. Znam tę minę; czuje ulgę – czuje ulgę, 
że ma coś innego ode mnie. Odwracam się, kierując do drzwi. 

- Gdzie się wybierasz? – pyta Caleb. 

- Dzisiaj spędzam czas z Samem – mówię. Unikam twarzy Sama i biorę moją torebkę. 

- Chodźmy, Samuel – warczę. Widzę jak ukrywa uśmiech, posłusznie pochylając głowę i 

podchodzi do mnie. Wychodzę z domu i schodzę po schodach, zanim Caleb może cokolwiek 
powiedzieć. Słyszę jak rozmawiają krótko za mną, ale jestem w połowie drogi do samochodu 
Sama i postanawiam, że zatrzymanie się do podsłuchania zniszczy moją wiarygodność. Caleb 
zapewne  ostrzega  go  przed  moją  skłonnością  do  wojowniczości,  kiedy  jestem  pijana.  Sam 
podbiega minutę później. Bez słowa otwiera mi drzwi od strony pasażera, a ja wsiadam do 
środka.  Ma  dżipa,  taki  typ,  który  nie  ma  dachu  ani  prawdziwych  okien.  Usadawiam  się  na 
siedzeniu  i  patrzę  się  prosto  przed  siebie.  Zniszczę  Olivię.  Znajdę  ją  i  stłukę  ją  na  kwaśne 
jabłko za zrujnowanie mojego życia. 

- Gdzie zmierzamy? – pyta Sam, wyjeżdżając z podjazdu. 

- Zadzwoń do tej swojej zdzirowatej kuzynki – odpowiadam. – Jedziemy tam, gdzie jest 

ona. 

Unosi brwi, ale nie robi ruchu do swojej komórki. 

- Jest dzisiaj u Matki Gothel – wyjaśnia. – Byłaś tam kiedyś? 

Potrząsam głową. 

- Świetnie. To miejsca dla ciebie. – Wjeżdża dżipem w ruch uliczny, a ja podtrzymuję się 

drzwi. To będzie długa jazda. 

 

Matka  Gothel  nie  jest  miejscem  dla  mnie.  Oświadczam  to  głośno,  jak  wchodzimy  do 

środka. Bramkarz z paroma kolczykami na twarzy sprawdza nasze dowody. Przygląda mi się 
w sposób, który sprawia, że swędzi mnie skóra i łapię Sama za ramię. 

-  Co  to  jest  za  miejsce,  u  licha?  –  szepczę,  gdy  wchodzimy  do  pomieszczenia 

oświetlonego jaskrawoniebieskimi światłami. 

- Bar fajek wodnych – mówi. Podnosi brwi. – Emo bar fajek wodnych. 

Marszczę nos. – Czemu tutaj przyszła? – Wyobrażałam sobie wszystkie luksusowe bary 

na Mizner Avenue, rzut beretem od tej przygnębiającej dziury. 

background image

67 

 

- Przechodzi przez fazy – odpowiada, kiwając głową barmanowi. – W  zeszłym miesiącu 

były herbaciarnie. 

Zamawia dwa martini. Gdy biorę swoje, zastanawiam się skąd wiedział, że je piję? 

-  Nie  palniesz  mi  kazania  na  temat  alkoholizowania  mleka  z  piersi?  –  pytam  ponad 

brzegiem szklanki. Jęczy i próbuje mi ją zabrać. 

-  Cholera,  zapomniałem  –  mówi.  –  Trudno  zapamiętać,  że  taka  zimna  jędza  jak  ty  jest 

matką. 

Burczę, trzymając szklankę poza jego zasięgiem. Trafione. 

Zmierzamy do stolika, wokół którego skupiona jest mała grupka ludzi. Dostrzegam blond 

głowę Cammie podskakująco z ożywieniem, jak opowiada historię. Kiedy zauważa Sama na 
jej  twarzy  pojawia  się  uśmiech…  aż  widzi  i  mnie.  Mruga  szybko,  jakby  próbowała  wyrzucić 
mnie z jej wizji. Uśmiecham się słodko, kierując w jej stronę. Ta suka ma informację o Olivii. 
Czuję to. Pochylam się, żeby ucałować jej policzek. Lubię witać się po europejsku. 

-  Sam  –  odzywa  się  z  napięciem  –  nie  wiedziałam,  że  przyprowadzisz…  gościa.  – 

Przekrzywia  głowę  tak  jak  robią  to  tylko  piękności  z  Południa.  Rozpoznaję  jej  akcent  z 
Teksasu. 

- Pierwsze wyjście od porodu? – pyta mnie. 

Sam burczy za mną. Obracam się, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie i odwracam z 

powrotem do Cammie. 

- Jasne – odpowiadam. – Sam był wystarczająco miły, żeby pozwolić mi przyjść ze sobą. 

Fajny  bar!  –  Rozglądam  się  z  udawanym  zainteresowaniem.  Kiedy  wracam  do  niej 
spojrzeniem, kończy wywracać oczami. 

Wskazuje  na  dwa  wolne  krzesła.  Biorę  te  najbliższe  niej,  a  Sam  siada  obok  mnie. 

Przedstawia wszystkich przy stole. Grupka składa się z dwóch pełnomocników, zawodowego 
deskorolkarza, który ciągle rzuca spojrzenia na odkryty dekolt Cammie i pary wytatuowanych 
lesbijek z tuzinem kolczyków. 

Przez  następną  godzinę  słucham  jak  paplają  o  najbardziej  monotonnych  tematach  na 

świecie.  Bawię  się  włosami  i  staram  się  nie  ziewać.  Sam  patrzy  na  mnie  z  rozbawieniem, 
wciągając  się  w  ich  rozmowy.  Dwa  razy  bierze  mnie  z  zaskoczenia,  pytając  o  opinię  o 
politykach. 

- Naprawdę, Sam – warczę w końcu, kiedy nikt nie słucha. – Możesz przestać? 

Uśmiecha się szeroko. – Jedynie staram się być przyjazny. 

background image

68 

 

Skąd  ktoś  z  tak  wieloma  tatuażami  wie  o  polityce?  Czy  jestem  stereotypowa?  Szkoda. 

Pochylam się do jego ucha, żeby mnie usłyszał. Cammie marszczy brwi. 

On jest gejem! Chcę do niej krzyknąć. A nawet gdyby nie był, poważnie, ja nie umawiam 

się z niechlujnymi facetami. 

- Dam ci sto dolców, jeśli zabierzesz stąd wszystkich, żebym mogła porozmawiać sam na 

sam z twoją zdzirowatą kuzyneczką. 

Sam wstaje i klaszcze w dłonie. – Kupię wszystkim drinka, poza Cammie. 

Cammie  wywraca  oczami,  ale  zostaje  w  miejscu.  Wszyscy  inni  idą  za  Samem  do  baru, 

śmiejąc się i klepiąc się po plecach. 

Patrzy na mnie wyczekująco, jakby wiedziała o moim planie. 

Przysięgam, że ta suka i ja mówimy tym samym językiem… w innych akcentach. 

- Olivia Kaspen – mówię. Jej twarz niczego nie pokazuję. – Znasz ją? 

Jej usta podnoszą się w uśmiechu i raz kiwa głową, przyznając, że ją zna. Czuję palący żar 

zaczynający się w klatce piersiowej i rozkładający się w reszcie ciała. Emocjonalne fajerwerki. 
Wiedziałam! Oblizuję usta i wyciągam papierosa z torebki. 

- Stąd znasz Caleba – mówię. Potakuje, a na jej ustach wciąż tkwi ten okropny uśmiech. 

Zaciągam się papierosem, patrząc na nią spod rzęs. 

-  Dlaczego  on  ją  kocha?  –  Po  raz  pierwszy  wyraziłam  słowami  te  pytanie,  chociaż 

rozmyślałam nad  nim  Bóg  wie  jak  wiele  lat.  Olivia  była  atrakcyjna  –  jeżeli  interesowało  się 
zdzirami.  Miała  za  dużo  włosów  i  szeroko  rozstawione  oczy,  ale  byłam  w  jej  towarzystwie 
wystarczająco  dużo  czasu  podczas  mojej  rozprawy,  żeby  wiedzieć  jak  reagowali  na  nią 
mężczyźni.  Była  powściągliwa,  chłodna.  To  było  tajemnicze.  Przeklęci  mężczyźni  i  ich 
przeklęte  tajemnice.  Nigdy  nie  widziałam,  aby  się  uśmiechała.  Ani  razu.  Trudno  było 
uwierzyć, że ktoś tak żywy i ciepły jak Caleb mógł żywić uczucia do emocjonalnej cnotki.  

Cammie  przygląda  mi  się,  starając  się  postanowić  jak  bardzo  chce  odpowiedzieć. 

Zastanawiam  się  jak  dobrze  zna  Olivię.  Nigdy  nie  przyszło  mi  to  do  głowy,  aż  do  teraz,  że 
może być z nią w dobrej przyjaźni. 

Ostatecznie odchrząkuje.  –  Cóż,  jest  taką  samą  suką  jak  ty.  Caleba  zawsze  ciągnęło  do 

typu  Cruelli  De  Ville.  Ale  jeżeli  chcesz  szczerej  odpowiedzi…  -  milknie.  Zespół  wchodzi  na 
scenę i zaczyna robić się głośno. Pochylam się, głodna odpowiedzi. 

-  Oni  iskrzą  –  mówi.  Odsuwam  się  gwałtownie.  Co  to  znaczy,  do  diabła?  –  Kiedy  są 

razem,  to  tak  jakby  wprowadzić  do  tego  samego  pokoju  huragan  i  tornado  –  czuje  się 
napięcie. Dopóki nie zobaczyłam ich razem, nie wierzyłam w frazes bratnich dusz. 

background image

69 

 

Dosyć usłyszałam. Jest mi niedobrze. Rozglądam się, szukając mojego kierowcy i nigdzie 

go nie widzę, ale Cammie nie skończyła. 

-  Wiem,  że  celowo  zaszłaś  w  ciążę  –  mówi,  wyciągając  papierosa  z  moich  palców  i 

zaciąga się. Mrugam na nią, zbyt zaintrygowana, żeby się kłócić. Skąd mogłaby to wiedzieć? 

- Teraz masz faceta… i dziecko. Wygrałaś. Więc dlaczego pytasz o Olivię? 

Rozważam kłamstwo, powiedzenie jej, iż upewniam się, że zniknęła na dobre albo jakąś 

taką bzdurę. 

Cammie  uśmiecha  się  z  wyższością.  –  Chcesz  wiedzieć  dlaczego  on  ją  kocha,  Leah?  – 

Wyolbrzymia ah w moim imieniu. Wzdrygam się. 

Co za suka. 

Potrząsam głową, ale mała blondynka jest mądrzejsza niż na to wygląda. 

Gasi mojego papierosa. – Nie znajdziesz na to odpowiedzi od nikogo innego niż Caleba. 

Gdybym  była  tobą  to  zostawiłabym  to  w  spokoju.  Idź  cieszyć  się  życiem,  które  dla  siebie 
skradłaś. Olivia nie pojawi się na twoim progu zapłakana, jeżeli tym się zamartwiasz. 

Czuję  ciepło  na  twarzy,  przypominając  sobie  jak  poszłam  za  Calebem  do  mieszkania 

Olivii.  To  była  informacja  wewnętrzna.  Mała  suka  prawdopodobnie  jest  jej  najlepszą 
przyjaciółką. 

- Nie zostawiłby mnie dla niej, nawet gdyby to zrobiła – mówię to z większą pewnością 

siebie, niż czuję. 

Cammie podnosi brwi i wzrusza ramionami. – Więc dlaczego się przejmujesz? 

Przełykam  ciężko  ślinę.  Dlaczego  się  przejmuję?  Nie  jest  tak,  że  dorastałam  w  domu, 

gdzie  moi  rodzice  byli  szaleńczo  w  sobie  zakochani.  Matka  poślubiła  ojca  dla  pieniędzy, 
mówiła mi to przy wielu okazjach. Mam swojego faceta, więc dlaczego rozdrapuję strupa? 

- Ja… sama nie wiem. 

- Nie jest fajnie być drugim wyborem, co? – Ściąga z języka kawałek tytoniu i odrzuca go 

z  koniuszka  palca.  –  Istnieje  możliwość,  że  czujesz  się,  iż  jesteś  warta  więcej  niż  być  żoną 
Caleba z litości, a jeśli to prawda, to powinnaś teraz opuścić statek. To tylko kwestia czasu 
zanim saga Caleba i Olivii ponownie się rozpocznie. 

Jej słowa palą mnie. Wiercę się na krześle, czując przeszywający mnie ból. – Myślałam, 

że mówiłaś, iż ona poszła dalej ze swoim życiem? – syczę. 

- No i co? – Cammie wzrusza ramionami. – Ich historia nigdy się nie skończy. Ma męża, 

wiesz? Więc technicznie masz trochę czasu, żeby sprawić, aby twój mąż się w tobie zakochał. 

background image

70 

 

Nie mogę ukryć zaskoczenia. Nie poślubiła Turnera, to na pewno. Wydzwaniał do mnie, 

kiedy z nim zerwała, błagając mnie abym pogadał z nią w jego imieniu. Głupi Turner. 

Po  tej  całej  porażce  z  amnezją,  włamałam  się  do  jej  mieszkania  i  znalazłam  listy  od 

Caleba z datą jego czasów college’u. Nie zajęło mi długo zorientowanie się, że była jego byłą 
dziewczyną, próbującą go wyrolować. Zaszantażowałam ją do opuszczenia miasta, po czym 
zatrudniłam  prywatnego  detektywa,  który  wytropił  ją  w  Teksasie.  Znajomy  chodził  do  tej 
samej szkoły prawniczej co Olivia, więc wykonałam telefon, wymieniłam się paroma biletami 
na Super Bowl i BAM! Potem dowiedziałam się, że są zaręczeni. Co za szczęście! Turner był 
matołem. Jak kobieta mogła przejść od Caleba do tego półgłówka było poza moim pojęciem. 
W każdym razie myślałam, że na dobre zniknęła z mojego życia, dopóki Caleb nie zatrudnił jej 
jako  mojej  pełnomocniczki  –  dobrą  rzecz  zrobił,  ponieważ  wygrała  rozprawę  i  uratowała 
mnie przed dziesięcioma latami w więzieniu stanowym. 

Nie  mówię  tego  Cammie,  której  południowy  akcent  nagle  zaczyna  mnie  denerwować. 

Czy to ona była tą przyjaciółką, z którą Olivia zamieszkała w Teksasie? 

Nie  rozmawiamy  już  o  niczym  więcej,  gdy  Sam  postanawia  powrócić  do  stolika  w  tym 

dokładnym  momencie.  Wstaję,  żeby  wyjść.  Cammie  już  na  mnie  nie  patrzy,  całuje  się  z 
deskorolkarzem, który jedną ręką trzyma ją za klatkę piersiową, a drugą trzyma nad głową, 
robiąc palcami rogi Black Sabbath.  

Odwracam się zdegustowana i podążam za Samem do samochodu. 

- Dostałaś odpowiedzi, których potrzebowałaś? – pyta, jak jesteśmy w drodze. 

Patrzę na niego ze zdziwieniem. – O czym mówisz? 

Unosi jeden kącik ust i spogląda na mnie kątem oka. – Jest moją kuzynką i ma usta papli. 

Mówiła mi o tej lasce. 

Gapię się na niego z otwartymi ustami. – Wiedziałeś, że przyjaźni się z Olivią i nic mi nie 

powiedziałeś? 

- Na to miałaś nadzieję, prawda? Chciałaś wiedzieć, czy ją zna? 

Ma rację, ale nadal jestem zła. 

- Jestem twoją szefową – mówię. – Powinieneś był mi powiedzieć. I co z ciebie za gej? 

Powinieneś kochać plotki i dramat. 

Odrzuca  głowę  i  wybucha  śmiechem.  Pomimo  złych  wiadomości  wirujących  w  mojej 

głowie,  uśmiecham  się.  Może  nie  jest  taki  zły.  Postanawiam  przestać  próbować  skłonić 
Caleba do zwolnienia go. 

background image

71 

 

Gdy wracam do domu Caleb jest już w łóżku – nie w naszym, ale na bliźniaczym łóżku w 

pokoju dziecięcym. Sprawdzam zapas mleka w lodówce, na szczęście jest dosyć zamrożonego 
na  dzień  lub  dwa  –  wystarczająco  czasu  aby  martini  usunęły  się  z  mojego  organizmu. 
Wywracam  oczami.  Caleb  prawdopodobnie  sprawdzi  mój  poziom  alkoholu  we  krwi  zanim 
pozwoli mi znowu odessać mleko. 

Idę do łóżka, wciąż mając na sobie ubrania, smutniejsza niż kiedykolwiek.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

72 

 

Rozdział dwunasty 

Przeszłość 

 

Moja siostra była taka piękna, że patrzenie na nią kłuło w oczy – a Bóg wiedział, że przez 

wiele  lat  jej  się  przyglądałam.  Była  ode  mnie  młodsza.  Tylko  o  rok,  ale  jednak.  Trochę 
niezręcznie  było  wielbić  młodszą  siostrzyczkę.  Trudno  było  tego  nie  robić,  skoro  w  chwili, 
kiedy wchodziło do pokoju, wędrowało do niej każde spojrzenie, jakby z jej porów wypływała 
jakaś eteryczna magia. Przez długi czas wierzyłam, że kiedy dobiegnę do pewnego wieku, to 
też  będę  miała  ten  magiczny  sok  –  nie  ma  mowy.  Przypominałam  niedożywioną,  naćpaną 
dziwkę z aparatem na zębach i tenisówkami za tysiąc dwieście dolarów. Courtney sprawiała, 
że chciałam umrzeć – zwłaszcza, kiedy umawiała się ze wszystkimi chłopcami, którzy mi się 
podobali, a potem ich porzucała. Nigdy nie potrafiłam się na nią złościć. Byłyśmy drużyną – 
Court  i  Jo  –  dopóki  Jo  nie  zechciała  zostać  Leah,  a  wtedy  były  Court  i  Lee.  Pomimo  naszej 
bliskości,  kiedy  dorastałyśmy  nie  można  była  zaprzeczyć  dołowi,  którą  tworzyły  nasze 
różnice.  Nasza  przyjaźń  osłabła  na  rok  w  gimnazjum.  Zostawiła  mnie  dla  cheerleaderek. 
Obserwowałam jak zdobywała nowych przyjaciół z mojego miejsca na trybunie, wyciągając 
chleb z aparatu i próbując rozgryźć, dlaczego nie pojawiły się jeszcze moje piersi. 

Nie jestem ani trochę podobna do reszty rodziny. Każde z nich, z wyjątkiem mojej matki, 

ma  kruczoczarne  włosy.  Dopasować  to  do  popisowej  oliwkowej  skóry  Smithów  i  zielonych 
oczów i wyglądają jak armia pięknych Greków. Ja urodziłam się czerwona: moja skóra, włosy 
i gorące, kapryśne nastawienie. Matka opowiadała mi, że płakałam przez tydzień po tym jak 
przywieźli mnie do domu. Powiedziała, że straciłam głos i słychać było tylko wydobywające 
się ze mnie powietrze, jak robiłam krzyczące miny. 

Nasza matka zachęcała Courtney do robienia wszystkich typowo dziewczęcych rzeczy – 

cheerleadowania,  modelingu  i  kradnięcia  chłopaków  innych  dziewczyn.  Mnie,  z  drugiej 
strony,  zachęcano  do  diety,  zwłaszcza  podczas  ostatniej  klasy  gimnazjum.  Byłam  trochę 
pucołowata.  Zaczęłam  zajadać  swoje  uczucia,  kiedy  odkryłam  chłopców,  odrzucenie  i  mini 
batoniki. W ciągu kilku miesięcy zmieniłam się z niedożywionej na pulchną. 

-  Poważnie  będziesz  tego  żałować  –  powiedziała  matka,  znajdując  mój  schowek. 

Schowałam tuzin różnorodnych pudełek w starym pudełku po popcornie w spiżarni. – Masz 
już  rude  włosy,  teraz  chcesz  dodać  kilogramy  dodatkowego  ciała?  –  Żeby  podkreślić  jej 
zdanie, chwyciła garść tłuszczu na mojej talii i uszczypnęła go tak, że krzyknęłam. Potrząsnęła 
głową.  –  Jesteś  beznadziejna,  Johanno.  –  A  potem  wyrzuciła  wszystkie  moje  batoniki  do 
kosza. 

Przygryzłam  wargę,  powstrzymując  się  przed  płaczem.  Kiedy  zobaczyła,  że  walczę  ze 

łzami, trochę złagodniała. Może i ona kiedyś była pulchna, pomyślałam z nadzieją. 

background image

73 

 

- Proszę. – Otworzyła lodówkę i przycisnęła mi do piersi torebkę mrożonego groszku. – 

Kiedy zechcesz objadać się pierdołami, zjedź to. Pomyśl o tym, jak o zimnym smakołyku… jak 
lody.  –  Gdy  wyglądałam  na  pełną  wątpliwości,  złapała  mnie  za  brodę  i  zmusiła  mnie  do 
spojrzenia na nią. – Lubisz chłopców? 

Potaknęłam. 

- Nie dostaniesz ich, jeżeli będziesz jadła batoniki, zaufaj  mi. Jeszcze nikt nie poderwał 

chłopaka z okruszkami słodyczy na twarzy. 

Zaniosłam  torebkę  mrożonego  groszku  do  mojego  pokoju  i  usiadłam  po  turecku  na 

podłodze. Wpatrując się w plakat Jonathana Taylora Thomasa, zjadłam całą torebkę, groszek 
po groszku. 

Byłam  trochę  frajerowata.  Lubiłam  chłopców,  ale  lubiłam  również  matematykę  i  nauki 

ścisłe.  Ale  matematyka  i  nauki  ścisłe  nie  poświęcały  ci  uwagi.  Była  to  jednostronna,  sucha 
miłość. Chciałam, żeby ludzie patrzyli na mnie tak jak na Court. Przewróciłam się na plecy, 
przeżuwając groszek. Nawet je lubiłam. 

Następnego dnia poprosiłam Court, żeby przedstawiła mnie jej przyjaciółkom. 

- Śmiejesz się z cheerleaderek – powiedziała. 

- Już nie będę. Chcę, żeby ludzie mnie lubili. 

Skinęła głową. – Polubią, Lee. Ja cię lubię. 

 

Court zaprosiła mnie na pidżama party ze wszystkimi jej rozchichotanymi przyjaciółkami. 

Pomimo  jej  gwarancji,  jej  przyjaciółki  mnie  nie  polubiły.  Były  trzynastoletnimi  sukami, 
opętane  opiniami  ich  matek.  Prawie  każde  zdanie  kończyły  słowami  skarbie  albo  świetnie. 
Nie chciałam być taka jak te dziewczyny. Nie chciałam być jak moja matka. Kiedy jedna z nich 
zapytała dlaczego koleguję się z kujonami matematycznymi, pękłam. 

- Mówią o bardziej interesujących rzeczach niż wy. 

Dziewczyna – Britney – spojrzała na mnie, jakbym była czymś  wstrętnym. Przekrzywiła 

głowę na bok i uśmiechnęła się do mnie. Widziałam niemal jak jej matka ubrana w sweterek 
robi  to  samo.  –  To  lesbijka  –  ogłosiła  całemu  pokojowi.  Reszta  dziewczyn  potaknęła,  jakby 
było to dopuszczalne wyjaśnienie mojej dziwności. 

Mina Court zrzedła. Wyglądała jakby była bardzo mną rozczarowana. 

-  Nie  jestem  lesbijka  –  powiedziałam.  Ale  mój  głos  był  słaby,  nieprzekonujący. 

Dziewczyny uwierzyły już w słowo Britney. Nie patrzyły mi w oczy. 

background image

74 

 

Przyjrzałam się ich głupim, wylakierowanym, upstrzonymi różem głowom i powiedziałam 

głośno. – Pieprzcie się! – Po czym wypadłam z pokoju. Czułam się trochę winna za rzucenie 
cienia na życie towarzyskie Court. Poradzi sobie. Była zbyt ładna, żeby tak się nie stało. Kiedy 
wróciła do domu, wpadła do mojego pokoju i skrzyżowała ramiona na piersiach. 

- Czemu to zrobiłaś? – zapytała. – Prosisz mnie o pomoc, a potem  zachowujesz się jak 

idiotka przed moimi przyjaciółkami. 

Pokręciłam głową. Żartowała sobie? 

- Court, to one. O czym ty gadasz? 

-  Przez  ciebie  wyglądam  bardzo  źle,  Leah!  Jesteś  taka  samolubna.  Mam  dosyć  twoich 

fochów. 

Odwróciła się, żeby odejść, ale wstałam i chwyciłam ją za ramię. Nie mogłam uwierzyć, 

że  to  mówiła.  Tak  jakby  one  powoli  skradały  kawałki  jej  mózgu  i  zastępowały  je  takimi  z 
mniejszą funkcjonalnością. 

-  To  nie  fair!  Jesteś  moją  siostrą.  Jak  możesz  brać  ich  stronę?  Britney  wszystkich 

okłamała. Wiesz, że nie jestem lesbijką. 

Courtney wyrwała ramię. – Nie wiem tego. 

Otworzyłam i zamknęłam w szoku usta. Moja siostra – moja Courtney nigdy tak się do 

mnie nie odezwała. Nigdy nie brała przeciwko mnie. Czułam się jakby ktoś wypalał dziurę w 
mojej klatce piersiowej, tak bardzo to bolało. 

- Wszystko mi rujnujesz – powiedziała w końcu. – One są moimi przyjaciółkami. Ty jesteś 

moją siostrą. Przejmuję się, kiedy mówią o tobie różne rzeczy. Proszę tylko, żebyś zostawiła 
to w spokoju i nie była już wredna. Utrudniasz mi wszystko. 

Przełknęłam moją odpowiedź i skinęłam głową. Mogłam to dla niej zrobić. 

 

Po  tamtym  dniu  nigdy  nie  rozmawiałyśmy  o  tym,  co  się  stało,  ale  przez  długi  czas 

dziwnie zachowywała się wobec mnie. Jej przyjaciółki zawsze prychały, kiedy mijały mnie na 
korytarzu  naszej  prywatnej  szkoły.  Rozpowiadały  również  plotki  –  powiedziały  ludziom,  że 
przyłapały  mnie  na  masturbowaniu  się  na  pidżama  party.  A  Court  nigdy  nie  powiedziała 
słowa w mojej obronie. Ja nigdy nie powiedziałam słowa w mojej obronie. Zastanawiałam się 
czy ona im wierzyła. 

W  ciągu  paru  tygodni  byłam  lesbijką  dla  każdego  popularnego  dzieciaka  w  siódmej  i 

ósmej  klasie.  Gdy  plotki  w  końcu  dotarły  do  moich  rodziców,  w  wakacje  wysłali  mnie  na 
katolicki obóz. Uwielbiałam go. Poznałam syna pastora i straciłam dziewictwo w krzakach za 

background image

75 

 

wspólną  łazienką.  Wróciłam  do  domu  z  potwierdzonym  smakiem  na  mężczyzn.  Oczywiście 
nie  powstrzymało  to  plotek  o  lesbijce,  kiedy  szkoła  znowu  się  zaczęła.  Britney  osobiście 
zajęła się poinformowaniem każdej dziewczyny w jej klasie i mojej, że nie powinny rozbierać 
się  przy  mnie  w  szatni.  Chłopcy  szturchali  się  łokciami  na  korytarzach,  podśmiewając  się  i 
robiąc  komentarze,  kiedy  przechodziłam  obok.  To  było  okropne.  Bolesne.  Courtney  ich  nie 
poprawiała  –  to  było  najgorsze.  Nasza  więź  wystrzępiła  się  i  pękła,  wszystko  to  pod 
okrutnymi  paluszkami  Władców  Liceum.  Poniekąd  przyzwyczaiłam  się  do  tego,  tak  jak 
przyzwyczaiłam się podejścia moich rodziców do mnie, czyli „daję ci wolną rękę”. 

Trzymałam głowę w dole, umawiałam się z chłopcami w klubie matematycznym, którzy 

wytrzymywali  ze  mną  psychicznie  i  nigdy  nie  przestali  spiskować  przeciwko  Britney  i  jej 
lokajom. Zmieniłam się tamtego roku i nikt tego nie dostrzegł. Byli zbyt zajęci bojkotowaniem 
mnie, żeby zauważyć, że pojawiły się u mnie miseczki C. Nauczyłam się jak używać suszarki i 
makijażu. Straciłam dziecięcą pulchność.  

 

Tego samego roku moja siostra i Britney zakochały się w chłopaku o imieniu Paul. Obie 

go pragnęły. Żeby uratować ich przyjaźń, obie dziewczyny wyrzekły się go w emocjonalnym 
uścisku, zapewniając, że nic – zwłaszcza facet – nie może wejść między ich przyjaźń. Britney 
wytrzymała rok zanim się z nim przespała. Moja siostra była zdruzgotana. Nie lubiłam widzieć 
płaczącej Courtney. A robiła to przez dwa tygodnie. Pewnego dnia nawet przyłapałam ją na 
trzymaniu w łazience butelki tabletek nasennych. 

-  Nie  dla  chłopaka,  Courtney  –  powiedziałam,  wyrywając  butelkę  z  jej  palców.  – 

Poważnie, kiedy zrobiłaś się taka słaba? 

Wypłakiwała  ciche  łzy,  wpatrując  się  we  mnie  podbitymi  oczami.  Wtedy  zdałam  sobie 

sprawę, że prawdopodobnie zawsze była słaba. Stawiała się naszym rodzicom, kiedy chodziło 
o mnie, ponieważ oni ją faworyzowali. Nie był to akt odwagi, żeby przeciwstawiać się twoim 
rodzicom,  kiedy  nigdy  nie  podnieśli  na  ciebie  głosu.  Odprowadziłam  ją  do  jej  sypialni  i 
położyłam do łóżka. Potem położyłam się obok niej, żebym mogła ją obserwować. 

 

Następnego  dnia  osaczyłam  Britney  przy  jej  szafce.  Była  oficjalnie  dziewczyną  Paula,  a 

kiedy zerwała więź z moją siostrą, nie musiałam już trzymać buzi na kłódkę. 

- Jesteś bezwartościową zdzirą, wiesz o tym? – Szturchnęłam ją w obojczyk, podkreślając 

swoje zdanie. 

Paul czekał na nią kilka metrów dalej. 

Britney spiorunowała mnie wzrokiem, odsuwając moją rękę. 

background image

76 

 

-  Fuu!  Nie  dotykaj  mnie,  lesbo  –  warknęła.  Zignorowałam  ją,  odwracając  uwagę  na 

Paula. Wszystko to zaplanowałam. Paul uśmiechał się lekko. Mogłam dostrzec słowa walka 
babek  tworzące  się  w  jego  miniaturowym,  słabo  rozwiniętym  móżdżku.  Zebrało  się  wokół 
nas paru ludzi, żeby zobaczyć, co się dzieje. 

- A ty – powiedziałam, patrząc na Paula. – Będziesz tego potrzebował… - Rzuciłam mu 

prezerwatywę.  Odbiła  się  od  jego  torsu  i  wylądowała  pomiędzy  jego  Nike’ami.  Spojrzał  na 
mnie, a potem na czerwony kwadracik przy jego stopach. – Ona ma opryszczki, dupku. 

Wyraz  jego  twarzy  był  warty  każdego  lesbijskiego  komentarza,  które  wypowiedziała 

Britney  przez  dwa  ostatnie  lata.  Zanim  odeszłam,  zerknęłam  na  Britney.  Jej  twarz  była 
pobladła.  Nie  miałam  wiedzieć  o  opryszczkach.  Ściany  w  moim  domu  były  cienkie,  a  ona 
spała u mojej siostry o jedną noc za wiele. 

 

Zrujnowanie  reputacji  Britney  tak  jak  ona  zrujnowała  moją  było  toporem,  którego 

potrzebowałam, aby poluzować moje kajdany. Zaczęło się od Britney, ale wkrótce spałam z 
chłopakami  wszystkich  dziewczyn.  Podobało  mi  się  to,  jak  łatwo  potrafiłam  sprawić,  żeby 
podążali  za  mną  faceci,  wymachując  im  seksem  przed  twarzą.  Podobało  mi  się  to,  jak  ich 
dziewczyny  przychodziły  do  szkoły  z  czerwonymi,  opuchniętymi  oczami  od  płaczu,  kiedy 
dowiedziały się, że ich chłopaki je zdradzali. 

Nie  dołączyłam  do  popularnych  dziewczyn  tak  jak  moja  siostra;  ja  je  przewyższałam. 

Wysoko leciałam i nie zamierzałam przestawać. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

77 

 

Rozdział trzynasty 

Teraźniejszość 

 

- Jesteśmy razem kawał czasu, Calebie. 

Nie podnosi wzroku, kiedy odpowiada. – Tak. 

Normalnie  dostałabym  „Tak,  Ruda”  albo  „Tak,  Kochanie”  ale  tym  razem  dostaję  tylko 

„Tak”. 

Samotne wydaje się to „Tak”. 

-  Pamiętasz  jak  polecieliśmy  do  Los  Angeles  i  jedliśmy  w  każdym  hotspocie  sław,  do 

którego mogliśmy wejść? 

Rzuca mi spojrzenie i dalej przerzuca pocztę. Caleb jest nostalgiczny. Lubi rozmawiać o 

starych wspomnieniach. 

-  Nie  mieliśmy  rezerwacji  –  ciągnę  –  ale  udało  ci  się  wprowadzić  nas  do  każdej 

restauracji, którą chcieliśmy wypróbować. 

Milczy, słuchając. 

- Nie zobaczyliśmy ani jednej gwiazdy, ale czułam się gwiazdą przez cały tydzień… będąc 

tylko z tobą. 

Zabieram pocztę z jego rąk i kładę ją na blacie, splatając nasze palce. 

- Caleb, wiem, że jestem bałaganem. Ty wiesz, że jestem bałaganem. Ale robisz ze mnie 

lepszą osobę. Mamy tak wiele historii… tak wiele miłości. Proszę, przestań mnie ignorować. 

Porusza szczęką. 

- Nie chciałem chodzić do tych pretensjonalnych restauracji, Leah. 

-  Co  takiego?  –  Kręcę  głową.  Myślałam,  że  to  zadziała.  Nie  mam  nawet  rezerwowego 

planu. 

- Szedłem tam z twojego powodu. Dzięki tobie dobrze się bawiłem, ale taki nie jestem. 

- Nie rozumiem – mówię. Jego palce próbują wyrwać się z moich. 

- Z tobą byłem kimś innym. Kimś, kogo nie rozumiem. 

- Więc bądź kimś nowym. Nie obchodzi mnie to. Zmienimy się razem. 

background image

78 

 

Caleb wzdycha. – Nie sądzę, że polubisz to kim jestem. 

-  Wypróbuj  mnie,  Caleb.  Będę  ciężko  pracować,  żeby  go  poznać.  Proszę.  Możemy  to 

naprawić. 

- Nie wiem czy możemy to zrobić, ale możemy spróbować. 

Uśmiecham  się  z  napięciem  i  przytulam  się  do  niego.  Czuję  małe  wahanie  zanim 

odwzajemnia  mój  uścisk.  Wdycham  jego  zapach.  Możemy  spróbować,  powtarzam  sobie  w 
duchu. Słowa, których pragnę, ale mają datę upływu ważności. Możemy spróbować… dopóki 
już nie będziemy mogli. Możemy spróbować… ale to już wydaje się skazane. 

Będę musiała wymyślić sposób, żeby stało się to bardziej stałe. 

 

Następnych  parę  tygodni  jest  spokojnych.  Wyciągnęłam  wszystkie  książki  kucharskie, 

które dostałam w prezencie ślubnym i zaczynam robić prawdziwe dania zamiast je zamawiać. 
Jeżeli  mój  mężczyzna  chciał  mamy  i  żony  przebywającej  w  domu,  to  właśnie  to  dostanie. 
Mogę  być  tradycjonalna.  Nakrywam  nam  w  stole  w  jadalni,  którego  nigdy  nie  używaliśmy. 
Nawet wprowadzam do pokoju przenośne łóżeczko, żeby ona była z nami. Caleb lubi moje 
gotowanie albo przynajmniej tak twierdzi. Wszystko zjada i wydaje się szczerze zadowolony, 
że  się  staram.  Idę  na  zakupy,  żeby  kupić  dziewczęce  ubranka  dla  dziecka  i  wyrzucam 
wszystkie żółte oraz zielone. Dumnie rozkładam je na łóżku, żeby zobaczył je Caleb. Podnosi 
każde i kiwa głową w aprobacie. 

- Nie będzie tego nosić – mówi, podnosząc małą bluzeczkę z napisem Umów się ze mną. 

-  Jest  urocza  –  oponuję,  sięgając  po  nią.  Ubiega  mnie  i  podnosi  bluzeczkę  nad  głową, 

poza moim zasięgiem. 

Spędzamy następnych kilka minut goniąc się po sypialni. Nie bawiliśmy się tak od bardzo 

dawna. Dobrze czuć się tak, jak na początku „nas”. 

Sam obserwuje naszą małżeńską zmianę z rozbawieniem. 

 

Jednego dnia na śniadaniu pytam Caleba gdzie planujemy spędzić wakacje w tym roku. 

- Nasze wakacje będą musiały być przyjazne dziecku – mówi, popijając herbatę. – Dużo 

Disney Worldu i nadmorskich kurortów.  

Staję jak wryta. Musi robić sobie jaja. Sam dostrzega moją minę i musi stłumić śmiech. 

Spoglądam zaalarmowana na Caleba. – Palę się na słońcu – dukam. 

background image

79 

 

Uśmiecha się krzywo. – Co? Myślałaś, że zabierzemy małą dziewczynkę do Paryża albo 

na Toskanię? 

Kiwam głową. 

-  One  też  potrzebują  czegoś,  Leah.  Dobrze  jest  pokazywać  jej  świat,  ale  mali  ludzie 

potrzebują  Disney  Worldu  i  zamków  z  piasku.  Nie  masz  takich  wspomnień  ze  swojego 
dzieciństwa? 

Nie mam. Szkoła zabrała nas do Disney’a w drugiej klasie. Poprzedniej nocy upiłam się z 

paroma  facetami  i  miałam  kaca  przez  cały  następny  dzień  w  parku.  Nie  mówię  tego 
Calebowi. 

- Tak sądzę – mówię wymijająco. Ta tradycjonalność zaczynała być do kitu. 

- Co jeśli polubi Paryż? – pytam z nadzieją. – Wtedy możemy tam polecieć? 

Wstaje i całuje mnie w czubek głowy. – Tak. Tuż po tym jak damy jej dzieciństwo. 

-  Więc  kiedy  nadal  jest  mała,  możemy  pojechać  w  jakieś  fajne  miejsce?  Przecież  nie 

będzie jeszcze przejmować się Myszką Minnie. 

- Prawdopodobnie w tym roku nie pojedziemy na wakacje. Jest za mała, żeby wyjeżdżać. 

–  Przyglądam  mu  się  niedowierzająco,  jak  bierze  swoją  komórkę.  Czy  on  właśnie 
skonfiskował mi wakacje? 

-  To  śmieszne  –  oświadczam,  wylizując  łyżkę  z  owsianki.  –  Mnóstwo  ludzi  ma  dzieci  i 

wyjeżdża na wakacje. 

-  Są  rzeczy,  z  których  trzeba  zrezygnować,  kiedy  masz  rodzinę,  Ruda.  Dopiero  zdajesz 

sobie z tego sprawę? 

- Zrezygnujmy z czerwonego mięsa… muzyki… elektryczności! Tylko nie z wakacji. 

Sam upuszcza naręcze prania, które niósł. Widzę jak jego plecy trzęsą się od śmiechu, jak 

pochyla się, żeby je podnieść. 

Caleb mnie ignoruje, przewijając coś w telefonie. 

Wszyscy mężczyźni w moim życiu traktują mnie jakbym była żartem. 

- Wyjeżdżam na wakacje – oświadczam im obu. Caleb podnosi wzrok, unosząc brew. 

- Co tam gadasz, Leah? 

Prowokuje mnie. Nie wiem dlaczego łapię przynętę. 

- Mówię, że jadę z tobą czy bez ciebie. 

background image

80 

 

Wymaszerowuję  z  pokoju,  żeby  nie  widzieć  jego  miny.  Czemu  czuję  się  jak 

dziesięciolatka? Nie, ze mną nie ma nic złego. To on. Nie chce mnie takiej jaka jestem. Chce 
zrobić  ze  mnie  kogo  innego.  To  jest  gra  Caleb,  a  ja  grałam  w  nią  od  wielu  lat.  Daje  mi 
standard w jakim mam żyć, a ja nie podołam. 

Idzie za mną. 

- Co robisz? – Łapie mnie za ramię, kiedy staram się odejść. 

- Próbujesz mnie kontrolować. 

-  Zapewniam  cię,  że  obraz  kontrolowanej  Leah  mnie  nudzi.  Jednakże  bycie  częścią 

rodziny oznacza podejmowanie decyzji jako jedność. 

- Och, błagam cię – prycham na niego – nie udawajmy, że podejmuje decyzje ktoś inni 

niż ty. 

Wyrywam mu ramię. – Mam dosyć ciągłego robienia pokazu dla ciebie. 

Jestem na schodach, kiedy słyszę jak mówi. – Proszę bardzo. 

Nie patrzę za siebie. 

 

Na górze wyciągam obraz uliczny, który Courtney przywiozła mi z Europy. Trzymam go 

owiniętego w papier woskowy. Dotykam palcem czerwonej parasolki. Courtney powiedziała, 
że jestem jej czerwoną parasolką. Gdy była w tarapatach, musiała tylko stanąć obok mnie, a 
ja chroniłam ją przed złymi rzeczami. Taka nie była prawda. Zawiodłam Courtney, zawiodłam 
ojca i byłam w trakcie zawodzenia Caleba. 

Wpycham  obraz  z  powrotem  do  pudła  i  ścieram  łzy  spływające  po  moich  policzkach. 

Słyszę krzyk Estelli, jak wybudza się z drzemki. Zbieram swoje uczucia, biorę głęboki wdech i 
idę do niej. 

 

 

 

 

 

 

 

background image

81 

 

Rozdział czternasty 

Przeszłość 

 

Pokłóciliśmy się w dzień jego wypadku. Możecie sobie wyobrazić? Wasz chłopak niemal 

umiera, a kilka godzin wcześniej mówicie mu, że chcecie zerwać. Nie miałam tego na myśli. 
To było oświadczenie „wóz albo przewóz”: okrutna próba zmuszenia go do małżeństwa. Tyle 
że nie można dawać Calebowi Drake’owi ultimatum. Widziałam jego twarz w myślach jak te 
słowa  opuściły  moje  usta;  uniesione  brwi,  szczęka  zaciśnięta  jak  pięść.  Dzień  przed  jego 
wyjazdem  w  podróż  służbową  do  Scranton  kłóciliśmy  się  na  ten  sam  temat.  Chciałam 
przeklęty  pierścionek.  Caleb  chciał  się  upewnić,  że  mój  palec  jest  odpowiedni  na  jego 
pierścionek. 

Wtedy nadeszło połączenie. Byłam w pracy, gdy usłyszałam w słuchawce wytworny głos 

Luci.  Mieliśmy  z  Lucą  zmienne  stosunki;  czasami  było  między  nami  świetnie,  czasami 
chciałam wylać jej na głowę naftę i zapalić zapałkę. Mówiła coś o szpitalu i utracie pamięci. 
Nie  rozumiałam, dopóki  nie powiedziała.  –  Leah,  słuchasz  mnie?  Caleb  jest  w  szpitalu! Nie 
zna swojego imienia! 

- W szpitalu? – powtórzyłam. Caleb powinien teraz kupować mi pierścionek. 

- Wypadek, Leah – powtórzyła. – Wylatujemy o poranku. 

Gdy  tylko  rozłączyłam  się  z  Lucą,  zaczęłam  szukać  lotów.  Jeżeli  teraz  bym  wyszła,  to 

byłabym tam przed północą. Ona leciała ze Stevem, ojczymem Caleba, o poranku. Chciałam 
być tam pierwsza. Musiałam spojrzeć mu w oczy i sprawić, żeby mnie pamiętał. Mój ojciec 
wszedł  do  mojego  gabinetu  ze  stosem  papierów  w  rękach.  Przesunęłam  myszką  nad 
przyciskiem zakupu. Zawsze chciał, żebym coś podpisywała. 

- Co robisz? – Spojrzał na mnie ponad oprawką okularów.  

- Caleb miał wypadek – powiedziałam. – Ma wstrząśnięcie mózgu i nie wie kim jest. 

- Nie możesz wyjechać – rzekł rzeczowo. – Jesteśmy w trakcie przedpremiery. Potrzebuję 

cię tutaj. 

Położył  papiery  na  biurku  i  ruszył  do  drzwi.  Zamrugałam  na  jego  plecy,  niepewna  czy 

mnie w ogóle słuchał. 

- Tatusiu? 

Zatrzymał  się  przy  drzwiach  tyłem  do  mnie.  Taka  była  większość  naszej  relacji  –  ja 

mówiąca do jego pleców, pochylonej głowy czy jego gazety. 

background image

82 

 

- Caleb mnie potrzebuje, wylatuję. – Kliknęłam na  zakup biletu i wstałam, żeby zebrać 

swoje rzeczy. 

Nie  patrzyłam  na  niego,  podchodząc  do  drzwi,  gdzie  najprawdopodobniej  stał 

nieruchomo w miejscu, przeszywając mnie wzrokiem. 

- Johanno… 

- Nie nazywaj mnie tak. Nazywam się Leah. 

Przeszłam  obok  niego,  siła  mojego  ciała  odepchnęła  go  na  framugę.  Wyglądałam 

odważniej  niż  się  czułam  –  byłam  w  tym  dobra.  Czy  właśnie  przeciwstawiłam  się  mojemu 
ojcu – człowiekowi, którego miłość cały czas starałam się wygrać, zdobyć… zasłużyć na nią? 
Musiałam  z  całych  sił  powstrzymywać  się  od  odwrócenia  się  i  ocenienia  jego  gniewu. 
Wiedziałam,  że  gdybym  na  niego  spojrzała,  to  wróciłabym  do  niego  biegiem,  jak  pies 
szukając  drobinek  jego  sympatii.  Był  wściekły…  gotował  się.  Idź,  idź,  idź  –  mówiłam  sobie. 
Caleb mnie potrzebował. Był dobrem, które posiadałam i nie zamierzałam pozwolić mu, aby 
o  mnie  zapomniał.  Jakie  znaczenie  miała  ta  praca?  Jakie  znaczenie  miał  mój  ojciec? 
Potrzebowałam Caleba bardziej niż tych obu. 

 

Pojechałam do domu i wrzuciłam rzeczy do torby podróżnej. Gdy dotarłam na lotnisko, 

już  się  cała  trzęsłam.  Od  tamtej  pory  wszystko  było  zamazaną  plamą  –  przejście  przez 
ochronę,  znalezienie  mojego  wejścia.  Kiedy  doszłam  do  wejścia,  do  odlotu  było  wciąż  pół 
godziny.  Stałam  tak  blisko  pracowniczki  od  biletów  jak  to  było  możliwe.  Afisz  nad  jej 
biurkiem miał napis Scranton, ale równie dobrze mógł mówić Caleb. Gdy zostało ogłoszone 
pierwsze  wezwanie  na  pokład,  pierwsza  podałam  jej  bilet.  Opadając  na  moje  siedzenie, 
przycisnęłam  palce  do  oczu,  żeby  powstrzymać  łzy.  Odwróciłam  swoją  uwagę,  wyciągając 
iPhone’a i wpisując w Google amnezja. Czytałam o różnych jej rodzajach, kiedy stewardessa 
kazała mi wyłączyć telefon. Nie cierpiałam tego. Mój chłopak miał amnezję, ojciec wyrzeknie 
się  mnie  jak  tylko  wrócę  do  domu,  a  suka  z  oczami  pomalowanymi  niebieskimi  cieniami 
martwiła  się  o  włączoną  komórkę  w  samolocie.  Schowałam  telefon  i  pstryknęłam 
paznokciami o kciuka, jedne po drugim – zaczynając od małego palca. Robiłam to przez cały 
lot. 

Kiedy  nadeszła  pora  wylądowania,  ledwie  mogłam  się  powstrzymać  od  wstania  i 

podbiegnięcia do przodu samolotu. Myślałam o wszystkich rzeczach, które mogły pójść nie 
tak. Luca wspomniała przez telefon, że utrata pamięci Caleba  została zakwalifikowana jako 
amnezja wsteczna – oznaczało to, że stracił umiejętność przypomnienia sobie czegokolwiek 
co  wydarzyło  się  przed  wypadkiem.  Jak  ktoś  mógł  po  prostu…  zapomnieć  o  całym  swoim 
życiu? Nie wierzyłam w to. Nie ma mowy, że mnie zapomniał. Byliśmy razem każdego dnia… 
kochał  mnie.  To  była  najgorsza  rzecz  w  miłości;  bez  względu  na  to  jak  mocno  się  starałaś, 

background image

83 

 

nigdy nie mogłaś zapomnieć osoby, która miała twoje serce. Przed Calebem nie wiedziałam 
co to znaczy. Byłam królową „umawiaj się i rzucaj”. 

Kolejka  ruszyła  się  do  przodu,  wydostałam  się  z  terminalu,  kierując  się  do  budynku  z 

wynajmowaniem  samochodów. Pół  godziny później pędziłam  Fordem  Focusem  w  kierunku 
szpitala  z  podkręconym  na  maksa  ciepłym  powietrzem  i  pstrykając  prawym  kciukiem  o 
paznokcie.  Na  zewnątrz  padał  śnieg.  Przywiozłam  ze  sobą  tylko  lekką  kurtkę  i  parę  lekkich 
sweterków. Zamarznę. 

Droga  do  jego  pokoju  szpitalnego  była  najdłuższą  drogą  w  moim  życiu.  Bolało  mnie  w 

klatce piersiowej, jak martwiłam się czy będzie mnie pamiętał. Jego lekarz – Hindus z miłą 
twarzą – spotkał się ze mną w korytarzu. 

- Było niewielkie krwawienie w jego mózgu, które udało nam się opanować. Jest w stanie 

stabilnym,  ale  jest  bardzo  zdezorientowany.  Proszę  się  nie  denerwować,  jeżeli  nie  będzie 
wiedział kim pani jest. 

-  Ale  co  to  wywołało?  Tysiące  ludzi  ma  wstrząśnięcie  mózgu  i  nie  traci  pamięci  – 

powiedziałam. 

-  Nigdy  nie  ma  jednego  przyczynowego  wyjaśnienia  dla  takich  rzeczy.  Może  być  pani 

tylko cierpliwa i wspierać go, tak jak tego potrzebuje. Przy  takiej utracie pamięci zazwyczaj 
trwa to trochę czasu, ale pamięć wraca. 

Spojrzałam ze strachem na jego drzwi. To naprawdę się działo. Przejdę przez te drzwi, a 

jedyny mężczyzna, którego pozwoliłam sobie kochać mnie nie rozpozna. 

- Mogę go zobaczyć? 

Lekarz skinął głową. – Proszę dać mu przestrzeń. Dla niego będzie to pierwszy raz, kiedy 

panią spotka. Jeżeli zechce pani go przytulić, proszę najpierw zapytać o pozwolenie. 

Przełknęłam pięść w moim gardle. Dziękując lekarzowi, zapukałam delikatnie do drzwi. 

Usłyszałam jego głos. – Wejść. 

Pierwszą rzecz jaką zobaczyłam, gdy tam weszłam była ładna pielęgniarka sprawdzająca 

jego kroplówkę. Flirtowała z nim. Moją początkową reakcją było bezpośrednie podejście do 
Caleba i pocałowanie go. Moje terytorium. Zamiast tego stanęłam ukradkiem przy drzwiach i 
czekałam, aż mnie zauważy. 

Proszę… proszę… 

Podniósł wzrok. Uśmiechnęłam się. 

background image

84 

 

- Cześć, Caleb. – Podeszłam kilka kroków. W jego oczach nic nie było. Moje serce drżało z 

każdą sekundą tej świadomości. Nie miało być cudu, gdy zobaczył moją twarz, moje piękne 
rude włosy nie przywrócą jego wspomnień. Byłam ze stali. Mogłam to wytrzymać. 

- Jestem Leah. 

Zerknął na pielęgniarkę – która udawała, że mnie nie zauważyła – a ona skinęła głową, 

lekko dotykając jego ramienia i wyszła z pokoju. 

- Cześć, Leah – odezwał się. 

-  Czy  ty…  -  Powstrzymałam  się  przed  powiedzeniem  więcej.  Nie  będę  pytać  czy  znał 

mnie, czy nie – nie – to z pewnością zobrazowałoby mnie jako niepewną. Po prostu oznajmię 
mu kim dla niego jestem, wymagając, żeby psychicznie to zaakceptował. 

- Jestem twoją dziewczyną. Dziwnie jest wyjaśniać to tobie. 

Uśmiechnął  się  –  starym  Calebowym  uśmiechem.  Wypuściłam  oddech,  który 

wstrzymywałam. Boże, potrzebowałam papierosa. 

Zbliżyłam się do jego łóżka. Był dosyć poobijany. Nad jego prawy okiem znajdowało się 

parę szwów, a jego twarz wyglądała Kandinsky’ego. 

- Tak bardzo się bałam – powiedziałam. – Od razu przyleciałam. 

Kiwnął głową, spuszczając wzrok na ręce. – Dziękuję. 

Mięśnie pracowały w jego szczęce, jak zagryzł zęby. Mrugnęłam na niego, niepewna co 

jeszcze  powiedzieć.  Zaczęliśmy  od  początku?  Czy  przypomniałam  mu  kim  byliśmy,  gdzie 
byliśmy? 

Uspokój się moje oszalałe serce. 

-  Czy  mogę…  mogę  cię  przytulić?  –  Drżałam,  czekając  na  jego  odpowiedź.  To  były 

dreszcze strachu, kalkulacja straty, którą bym poczuła, gdyby mnie odrzucił. 

Podniósł wzrok, marszcząc czoło i potaknął. Była to jedna z tych wspaniałych chwil ulgi, 

którą  zapamiętam  na  zawsze.  Moje  wewnętrzne  węzły  rozplątały  się  i  pochyliłam  się  nad 
nim, obejmując ramionami jego szyję i zapłakałam w jego pierś. Przez kilka sekund tylko ja go 
trzymałam, a potem poczułam jak jego ręce delikatnie oparły się o moje plecy. Zapłakałam 
jeszcze mocniej. To było takie zagmatwane. Powinnam go pocieszać, a ja sobie szlochałam. 

Gdyby  on  umarł…  o  Boże…  zostałabym  całkiem  sama.  Jego  matka  powiedziała  mi,  że 

kierowca samochodu zmarł. Spotkałam go raz lub dwa na przyjęciach w pracy Caleba. 

Kiedy  oderwałam  się  od  niego,  nie  potrafiłam  spojrzeć  mu  w  oczy.  Wyciągnęłam  z 

torebki paczkę chusteczek i odwróciłam się od niego, przecierając oczy. 

background image

85 

 

Musiałam się trzymać. Myśleć pozytywnie. Za niedługo to wszystko się skończy i zostanie 

zakopane  w  naszej  przeszłości.  Teraz  musiałam  go  wspierać.  Było  nam  tak  dobrze  razem. 
Nawet  jeśli  nie  miał  żadnego  wspomnienia  z  przeszłości,  to  teraz  to  zobaczy.  Musiałam 
sprawić, żeby zobaczył. Powstrzymałam szloch. Czemu to musiało się stać? Wtedy, kiedy nasz 
związek nareszcie zaczął posuwać się do przodu. 

- Leah. 

Zamarłam. Moje imię brzmiało obco w jego głosie, jakby wymawiał je po raz pierwszy, 

ostrożnie układając sylaby. Otarłam ostatnie łzy i obróciłam się do niego… uśmiechając. 

- Czy ty…? Boże… - Zwinął dłonie w pięści, gdy zobaczył moje mokre oczy. – Strasznie mi 

przykro. 

Wyglądał jakby miał się rozpłakać, więc usiadłam na brzegu jego łóżka, widząc okazję do 

wykorzystania. 

- Nie martw się o mnie – powiedziałam. – Jest ze mną dobrze, dopóki z tobą jest dobrze. 

Zmarszczył brwi. – Nie jest ze mną dobrze. 

- Więc ze mną też nie, ale jesteśmy w tym razem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

86 

 

Rozdział piętnasty 

Teraźniejszość 

 

Jestem w salonie, przeglądając Vogue’a, podczas gdy Caleb gotuje obiad. Dziecko śpi na 

górze, a telewizor ustawiony jest na jakimś kanale informacyjnym, grający tak głośno, żeby 
Caleb go słyszał. Myślę o przełączeniu programu na America’s Next Top Model, kiedy słyszę 
jej  imię.  Unoszę  gwałtownie  głowę.  Olivia  Kaspen.  Jej  zdjęcie  jest  na  ekranie,  jak  stoi 
otoczona  reporterami.  Sięgam  do  pilota,  nie  żeby  pogłośnić,  ale  żeby  zmienić  kanał  zanim 
zobaczy to Caleb. 

-  Nie  –  słyszę  za  sobą.  Zaciskam  powieki.  Wzruszając  ramionami,  zwiększam  głośność. 

Prezenterka  telewizyjna  jest  kobietą.  Kiedyś  przeczytałam  statystykę  mówiącą,  że 
sześćdziesiąt  procent  mężczyzn  nie  lubi  słuchać  żeńskich  prezenterek.  Niestety  dla  mnie 
Caleb  nie  jest  jednym  z  tych  mężczyzn.  Podchodzi  bliżej  do  telewizora,  w  ręce  nadal 
trzymając nóż. Jego knykcie są białe. Przesuwam wzrokiem po jego ramieniu i skupiam się na 
jego  twarzy.  Od  nosa  w  dół  jego  rysy  są  marmurowe.  Wszystko  ponad  nim  świadczy  o 
emocjach  na  nuklearnym  poziomie.  Ma  zmarszczone  brwi,  a  jego  oczy  wyglądają  jak 
naładowany  pistolet  gotowy  wypalić  w  każdej  chwili.  Przenoszę  spojrzenie  na  telewizor, 
bojąc się, że jeśli nadal będę mu się przyglądać, to się rozpłaczę. 

-  Proces  Dobsona  Scotta  Orcharda  zacznie  się  w  przyszłym  tygodniu.  Jego 

pełnomocniczka  Olivia  Kaspen,  która  aż  do  tego  czasu  milczała  na  temat  swojego  klienta 
ostatnio wydała oświadczenie, mówiąc, że przyjęła sprawę po tym jak oskarżony porywacz i 
seryjny  gwałciciel  bezpośrednio  się  z  nią  skontaktował,  prosząc  ją  o  reprezentowanie  go. 
Spekuluje się, że Olivia, która otrzymała swój stopień licencjacki w tym samym college’u co 
jedna z jego ofiar, będzie używać pretekstu „Niewinny przez niepoczytalność”. 

Program nadaje reklamy. Opadam na oparcie kanapy. Zdjęcie Olivii, które pokazali było 

niewyraźne.  Widoczne  były  tylko  jej  włosy,  które  były  o  wiele  dłuższe  niż  podczas  mojego 
procesu. Powoli odwracam szyję, żeby zobaczyć twarz Caleba. Stoi  za mną bez ruchu, jego 
oczy są lekko zmrużone i przyklejone do reklamy papieru toaletowego, jakby nie wierzył w 
ich zapewnienie o trzywarstwowości.  

- Caleb? – odzywam się. Głos zamiera mi w gardle i odchrząkuję. Łzy kłują mnie w oczy i 

muszę użyć całej siły woli, żeby powstrzymać je od wylania na policzki. Caleb patrzy na mnie, 
ale wcale mnie nie widzi. Chce mi się rzygać. Jak kruche jest moje małżeństwo, skoro on tylko 
na nią spojrzy, a ja już przestaję istnieć? Wyłączam telewizor i wstaję gwałtownie, zwalając 
gazetę z kolan na podłogę. Biorę moją torebkę, szukając papierosów, które tam schowałam 
w wieczór, gdy poszłam z Samem do Matki Gothel. Wyciągam je, nie przejmując się, jeśli je 
zobaczy… chcąc, żeby zobaczył. 

background image

87 

 

- Ty tak na serio? 

Jego głos jest spokojny, ale widzę w jego oczach gniew. 

-  Nie  jestem  twoją  własnością  –  mówię  swobodnie,  ale  ręka  mi  drży,  kiedy  zapalam 

zapalniczkę.  To  takie  kłamstwo.  Caleb  był  właścicielem  każdej  mojej  myśli  i  czynów  przez 
ostatnie pięć lat. Dlaczego? Dlaczego zawsze byłam taka sprzedajna miłości? Przypominam 
sobie  inne  związki,  zaciągając  się  papierosem.  Nie,  w  każdym  związku  przed  Calebem  – 
miałam  władzę.  Wydmuchuję  dym  w  jego  kierunku,  ale  jego  już  nie  ma.  Gaszę  papierosa. 
Czemu poczułam potrzebę, żeby to zrobić? Boże. 

Nie idę do łóżka. Siedzę całą noc na kanapie, pijąc rum prosto z butelki. Autorefleksja nie 

jest czymś, w czym jestem dobra. Myślę o sobie jak o idealnie obrobionej graficznie osobie. 
Gdybym zaczęła zdrapywać warstwy tego, co mam na sobie – tego ładnego obrazka – rzeczy 
wyglądałyby dość brzydko. Nie lubię myśleć o tym, kim naprawdę jestem, lecz samotność i 
alkohol  poluzowują  moje  ograniczenia.  Dzwonię  do  Sama,  żeby  odwrócić  uwagę.  Gdy 
odbiera, słyszę w tle muzykę. 

- Poczekaj – mówi. 

Wraca parę sekund później. 

- Estelli nic nie jest? 

- Nic – odpieram zirytowana. Słyszę jego westchnięcie ulgi. 

- Nie jestem dobrą matką – oświadczam. – Pewnie jestem gorsza od mojej pochłoniętej 

sobą, krytycznej, chlejącej gin z tonikiem matki. 

- Leah, czy ty pijesz? 

- Nie. 

Odkładam  butelkę  rumu  na  bok.  Nie trafia  w  stół  i  spada  na  podłogę. Dobrze, że  była 

pusta. Krzywię się. 

- Mam nadzieję, że odciągnęłaś mleko zanim to zrobiłaś – mówi gniewnie. 

Rozklejam się. Zrobiłam to. Wszyscy są tacy osądzający. 

Słyszy  moje  pociąganie  nosem  i  wzdycha.  –  Jesteś  dość  złą  matką,  tak.  Ale  nie  musisz 

taka być. 

- A Caleb wciąż ma silne uczucia wobec Olivii. 

- Mogłabyś choć raz nie skupiać się na Calebie? Masz obsesję. Porozmawiajmy o Estelli… 

background image

88 

 

Przerywam  mu.  –  Myślę,  że  zawsze  to  wiedziałam,  ale  nie  jestem  pewna.  Mogę 

wyciągnąć tuzin wspomnień z prywatnego magazynu w moim mózgu, do którego klucz ma 
tylko  alkohol.  Większość  wspomnień  zawiera  spojrzenia  –  te,  które  rzuca  jej,  nie  mnie.  – 
Przygryzam rzepkę kolana, kołysząc się w przód i w tył. 

- Wiesz co, muszę kończyć – mówi Sam. – Do jutra. – Rozłącza się. Odrzucam telefon na 

bok. Pieprzyć Sama. 

Kiedy Caleb na nią patrzy, jego oczy wchodzą w inny bieg. Tak jakby widział jedyną rzecz, 

która  miała  dla  niego  znaczenie.  Jestem  obrzydliwie  zaznajomiona  ze  sposobem,  w  jaki 
patrzy na Olivię, bo tak właśnie ja patrzę na niego. Gdy się podnoszę, pokój kręci się wokół 
mnie. Jestem tak pijana, że ledwo mogę zrozumieć własne myśli. Wchodzę chwiejnie na górę 
i  idę  do  mojej  szafy.  Wyciągam  torby  i  walizki,  aż  jestem  otoczona  subtelnym  zapachem 
drogiej skóry. Zostawię go. Nie zasługuję na to. Tak jak powiedziała Cammie. Jestem tylko w 
połowie  kochana.  Wpycham  garść  ubrań  do  torby,  po  czym  upadam  na  podłogę.  Kogo  ja 
oszukuję? Nigdy go nie zostawię. Jeśli go zostawię, ona wygra. 

 

Budzę się z twarzą przyciśniętą do podłogi. Jęczę, przewracając się na plecy i próbując 

przypomnieć  sobie  zeszłą  noc.  Czuję  się  gorzej niż  w  dzień,  kiedy  rodziłam.  Ścieram  ślinę z 
twarzy  i  rozglądam  się  po  bałaganie.  Walizki  i  torby  leżą  wokół  mnie  jakby  moja  szafa  je 
wypluła. Czy próbowałam po coś sięgnąć, kiedy je wszystkie wyciągnęłam? Mam gwałtowną 
chęć  na  wymioty  i  biegnę  do  łazienki,  docierając  tam  na  czas,  aby  opróżnić  żołądek.  Łapię 
powietrze,  kiedy  do  środka  wchodzi  Caleb,  pachnąc  czysto  i  świeżo.  Jest  ubrany  w  krótkie 
spodenki i koszulkę, co jest dziwne, ponieważ dziś pracuje. Ignoruje mnie, zakładając na rękę 
zegarek i sprawdza godzinę. 

- Czemu jesteś tak ubrany? – Głos mam ochrypły, jakbym spędziła całą noc krzycząc. 

- Wziąłem dzień wolny w pracy. 

Nie chce na mnie spojrzeć, zły znak. Staram się przypomnieć sobie, co mu zrobiłam, gdy 

wyłapuję  zapach  moich  włosów.  Dym.  Jęczę  w  duchu,  kiedy  powracają  do  mnie 
wspomnienia. To było ogromnie głupie. 

- Dlaczego? – pytam ostrożnie. 

- Muszę pomyśleć. 

Wychodzi  z  łazienki  i  idę  za  nim  na  dół.  Sam  karmi  dziecko,  unosi  brwi,  kiedy  mnie 

dostrzega,  a  ja  przeczesuję  palcami  włosy  z  zażenowaniem.  Chrzanić  go.  To  wszystko  jego 
wina. Odkąd się pojawił, moje życie powoli zaczęło się rozpadać. 

Caleb  całuje  dziecko  w  czubek  jej  główki  i  idzie  w  stronę  drzwi,  jakby  był  na  coś 

spóźniony. Biegnę za nim. 

background image

89 

 

- O czym musisz pomyśleć? O rozwodzie? 

Zatrzymuje się nagle i wpadam na jego plecy. 

- Rozwodzie? – pyta. – Uważasz, że powinienem się z tobą rozwieść? 

Przełykam  dumę  i  wyzwanie,  które  jest  na  końcu  mojego  języka.  Muszę  być  mądra. 

Ostatnio dałam się ponieść. Odepchnęłam go, kiedy miałam szansę wszystko naprawić. 

-  Pozwól  mi  pojechać  z  tobą  –  mówię  spokojnie.  –  Spędźmy  ten  dzień  razem  – 

rozmawiając. 

Wygląda na nieprzekonanego, rzuca spojrzenie w kierunku dziecięcego pokoju. – Nic jej 

nie będzie z Samem – zapewniam. – Przecież i tak nic nie robię… 

Moje  stwierdzenie  wydaje  się  przypieczętować  umowę.  Kiwa  raz  głową,  a  ja  chcę 

krzyczeć z ulgi. 

- Będę za pięć minut – mówię. 

Idzie do auta, żeby na mnie poczekać. Wskakuję po dwa schodki naraz na górę i rzucam 

się  przez  drzwi  szafy,  niemal  przewracając  się  w  całym  procesie.  Zakładam  czystą  parę 
dżinsów i bluzkę. W łazience oblewam twarz wodą, ścierając rozmazany makijaż i pociągam 
łyk płynu do płukania ust. Nie kłopoczę się nowym makijażem. 

Wybiegam  przez  drzwi  wejściowe  i  mam  mały  atak  serca,  kiedy  nie  widzę  jego 

samochodu.  Zostawił  mnie.  Jestem  gotowa  upaść  na  podjeździe  i  się  rozpłakać,  kiedy  jego 
błyszczące  BMW  wyjeżdża  zza  rogu.  Czując  ulgę,  wsiadam  do  środka  i  próbuję  udawać 
spokój. 

- Myślałaś, że cię zostawiłem – mówi. W jego głosie jest humor i czuję tak wielką ulgę, 

dostając coś innego niż chłód, że kiwam głową. Spogląda na mnie i widzę zaskoczenie na jego 
twarzy. Nieśmiało się sobie przyglądam. Bardzo rzadko pokazuję mu się bez makijażu i nigdy 
nie noszę zwykłych bluzek. 

-  Gdzie  jedziemy?  –  pytam,  próbując  odwrócić  jego  uwagę  od  tego  jak  obrzydliwie 

wyglądam. 

-  Nie  możesz  zadawać  pytań  –  odpowiada.  –  Chciałaś  jechać  ze  mną,  więc  proszę 

bardzo… 

Wezmę i to. 

Włącza  radio  i  jedziemy  z  otwartymi  oknami.  Normalnie  wkurzałabym  się,  że  wiatr 

bałagani  mi  włosy,  ale  nie  przejmuję  się  tym  teraz,  niemal  cieszę  się  czując  go  na  twarzy. 
Caleb kieruje się na autostradzie na południe. W tamtym kierunku nie ma nic prócz oceanu. 
Nie umiem się domyślić, gdzie mnie zabiera. 

background image

90 

 

Godzinę później wjeżdżamy na żwirowy podjazd. Prostuję się na siedzeniu, rozglądając 

wokoło.  Jest  dużo  liści.  Nagle  drzewa  się  rozdzielają  i  wpatruję  się  w  niebieskawozieloną 
wodę. Caleb skręca mocno w lewo i zatrzymuje auto pod drzewem. Wysiada bez słowa. Gdy 
nie podchodzi do moich drzwi, aby mi je otworzyć, jak zwykle to robił, wyskakuję z auta i idę 
za nim. Idziemy w ciszy obok wody, aż dochodzimy do małego portu. Są  tam cztery łodzie, 
podskakujące łagodnie na falach. Dwie z czterech są nowszymi barkami rybackimi. Mija je i 
kieruje się do starej SeaCat, która mocno potrzebuje odmalowania. 

- Jest twoja? – pytam pełna niedowierzenia. Potakuje i od razu czuję się znieważona, że 

nigdy  nie  powiedział  mi,  że  kupił  łódź.  Trzymam  zamkniętą buzię  i  wchodzę na pokład  bez 
jego  pomocy.  SeaCats  to  brytyjska  marka.  Nie  jestem  zaskoczona;  zazwyczaj  kupuje 
europejskie rzeczy. Rozglądam się ze zdegustowaniem. Mam alergię na rzeczy, które nie są 
nowe  i  błyszczące.  Wygląda  na  to,  że  zaczął  nad  nią  pracować.  Wyczuwam  cierpki  zapach 
szpachlówki i dostrzegam puszkę obok włazu. 

Wypróbowuję miły, neutralny komentarz. – Jak ją nazwiesz? 

Zdaje się lubić moje pytanie, ponieważ uśmiecha się lekko, działając przy sznurze, który 

przytrzymuje nas przy doku. 

- Wielkie nadzieje. 

Podoba  mi  się.  Byłam  przygotowana,  że  będzie  inaczej,  ale  podoba  mi  się.  Wielkie 

nadzieje to tytuł książki, z której wybrał imię Estelli. Ponieważ urodziłam te krzyczące ciało, 
to czuję się całkiem dobrze z tą nazwą. Tak długo jak nie ma to nic wspólnego z Olivią. Nie 
myśl o niej, łajam się. Ona jest powodem, dlaczego masz teraz kłopoty.  

-  Więc  zabieramy  ją  na  rejs?  –  zadaję  oczywiste  pytanie.  Jego  głowa  nadal  jest 

pochylona, ale unosi na mnie wzrok, kiedy jego ręce pracują. To jedna z tych rzeczy, które 
tylko on robi. Uważam to za niesamowicie seksowne i mam motylki w brzuchu. Siadam na 
jedynym dostępnym miejscu – które jest rozdarte – i przyglądam się mięśniom jego pleców, 
kiedy  odpala  silnik  i  wypływa  z  portu.  Czuję  do  niego  tak  szalony  pociąg,  nawet  w  czasie, 
kiedy jesteśmy skłóceni, że chcę zerwać z niego ubrania i rzucić się na niego. Zamiast tego 
siedzę  elegancko  i  patrzę  jak  przecinamy  wodę.  Trwamy  tak  przez  długi  czas,  on  przy 
kierownicy, a ja czekam. Wyłącza silnik. Linia brzegowa obsypana paradą wydm i domów po 
mojej lewej, ocean ciemny i niebieski po mojej prawej. Podchodzi do steru, patrząc w wodę. 
Podnoszę się z mojego miejsca i przemierzam parę kroków, żeby do niego dołączyć. 

- Jutro wyjeżdżam do Denver – odzywa się. 

- Nie wpadnę w szał poporodowy i nie zabiję twojej córki – jeśli do tego zmierzasz. 

Przechyla lekko głowę, patrząc na mnie. – Ona jest też twoją córką. 

- Tak. 

background image

91 

 

Patrzymy  jak  fale  obijają  się  o  burtę  łodzi,  żadne  z  nas  nie  mówi  na  głos  o  naszych 

myślach. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o łodzi? – Przesuwam paznokciami po kciuku. 

- W końcu bym to zrobił. Był to nagły zakup. 

Przypuszczam, że to uczciwe. Kupowałam buty, które prawdopodobnie równały się ceną 

z tą łodzią, nie mówiąc mu o tym przy pierwszej okazji. Ale  nagły zakup oznaczał, że był to 
zakup  emocjonalny.  Taki,  jakiego  dokonywałam,  gdy  miałam  depresję  albo  czymś  się 
martwiłam. 

- O czym jeszcze mi nie mówisz? 

- Prawdopodobnie takiej ilości spraw, jakiej ty mi nie mówisz. 

Wzdrygam  się.  Boleśnie  prawdziwe.  Caleb  mógł  cię  przejrzeć  jak  nikt  inny.  Ale  gdyby 

naprawdę  wiedział  o  tym,  czego  mu  nie  mówiłam,  jutro  już  by  go  nie  było…  a  na  to  nie 
mogłam pozwolić. 

Jeżeli naprawdę ukrywał więcej – zamierzałam się o tym dowiedzieć. 

- Wiesz o mnie wszystko – znasz wszystkie moje sekrety i dramat rodzinny. Co miałabym 

ukrywać? – pytam. 

Odwraca  się  do  mnie  twarzą.  Zanim  widnieje  ciemna  chmura.  Wygląda  to  na  omen. 

Drżę. 

- Jest wiele rzeczy, których o tobie nie wiem – odpowiada. 

Mój umysł od razu pędzi do monitora płodności i Clomiphene, który brałam, aby zajść w 

ciążę. 

Jego mózg pracuje na najwyższych obrotach. Widzę iskry za jego źrenicami. Kiedy Caleb 

myśli, jego oczy praktycznie świecą. Nie cierpię tego. Korzyścią jest, że zawsze wiem, kiedy 
skupia się na mnie. Patrzy mi w oczy; opuszcza wzrok na moje usta, a potem podnosi go z 
powrotem  do  moich  oczu.  Mruży  swoje  i  przekrzywia  głowę,  jakby  czytał  mi  w  myślach. 
Można przeczytać sekret na kogoś twarzy? Mam cholerną nadzieję, że nie. 

- Kiedy przyszłaś do mnie tamtej nocy… w hotelu… starałaś się zajść w ciążę? 

Odwracam od niego wzrok, skupiając się na wodzie. Niech to szlag, on umie. Moje ręce 

się trzęsą. Zaciskam je w pięści. A potem uderzam w niego prawdą. 

- Tak. 

Nie wiem dlaczego mówię prawdę. Nigdy nie mówię prawdy. Niech to szlag! Chcę cofnąć 

te słowo zanim go dosięgnie, ale jest za późno. 

background image

92 

 

Caleb  zakłada  ręce  na  karku.  Jego  brwi  są  wysoko  uniesione,  stwarzając  na  jego  czole 

tuzin małych linii. Jest cholernie wściekły. 

Myślę  o  tej  nocy  w  jego  hotelu.  Poszłam  tam  z  determinacją.  Miałam  plan.  Mój  plan 

zadziałał. Nigdy nie myślałam, że zostanę przyłapana. Teraz zostałam. Pstrykam paznokciami 
o koniuszki palców. 

Pstryk. 

Pstryk. 

Pstryk. 

Caleb  przygryza  wnętrze  policzka.  Wygląda  tak,  jakby  chciał  iść  pobiegać.  Biegając 

rozmyśla. Kiedy się odzywa, jego słowa wychodzą spomiędzy jego zębów. 

- Okej – mówi. – Okej. – Spogląda w niebo, walka widoczna jest na  jego twarzy. – Tak 

bardzo ją kocham… - Jego głos się łamie. Opiera ramię o burtę łodzi, wpatrując się razem ze 
mną w wodę. – Tak bardzo ją kocham – zaczyna znowu – że nie obchodzi mnie w jaki sposób 
powstała. Cieszę się, że tutaj jest. 

Wzdycham z ulgą i patrzę na nią kątem przestraszonego oka. 

Przełyka ślinę jeden raz, drugi… 

- Celowo zaszłaś w ciążę. A teraz nawet jej nie chcesz. 

Trudno słyszeć… obie części. Mrożące krew w żyłach, prawdziwe i obrzydliwe. 

-  Myślałam,  że  będzie  chłopcem.  –  Mój  głos  jest  tak  cichy,  że  rywalizuje  z  falami,  ale 

Caleb mnie słyszy. 

- A gdyby była? Wtedy lubiłabyś bycie matką? 

Nienawidzę,  kiedy  zmusza  mnie  do  myślenia.  Jak  by  wtedy  było?  A  może  w  tej  roli 

miałam zawalić, bez względu na to czy była to dziewczynka czy chłopiec? 

- Nie wiem. 

Podnosi  głowę,  patrząc  na  mnie.  Przyglądam  się  lekkiemu  zarostowi  na  jego  twarzy  i 

chcę go dotknąć. 

- Chcesz ją? 

Nie mów mu prawdy! 

- Ja… sama nie wiem, czego chcę. Chcę ciebie. Chcę, żebyś był szczęśliwy… 

- Ale nie chcesz Estelli? 

background image

93 

 

Jego  głos  jest  na  granicy.  Granicy,  która  zwykle  wskazuję,  że  mam  wielkie  kłopoty. 

Staram się z tego wyjść. 

- Oczywiście, że ją chcę. Jestem jej matką… 

Mojemu głosowi brakuje przekonania. Kiedyś byłam tak znakomitym kłamcą. 

- To co zrobiłaś potem… to też było zaplanowane? 

Patrzę  jak  jego  klatka  piersiowa  unosi  się  i  opada.  Szybkie,  rozgniewane  oddechy… 

przygotowuje się na moją odpowiedź. 

- Caleb… 

- Boże, Leah, po prostu powiedz prawdę… 

Przesuwa ręką po włosach, odchodzi parę kroków na lewo, tak że widzę tylko jego plecy. 

- Byłam zdenerwowana… Courtney… 

Przerywa mi. – Zrobiłaś to, żebym do ciebie wrócił? 

Przełykam ślinę. Cholera. Jeśli powiem nie, dalej będzie mi zadawał pytania, dopóki mnie 

nie usidli. 

- Tak. 

Przeklina  i  gwałtownie  klęka,  przyciskając  palce  do  czoła,  jakby  próbował  utrzymać  w 

głowie swoje myśli. 

- Chyba potrzebuję czasu na namysł. 

-  Nie,  Caleb!  –  Potrząsam  mocno  głową.  On  mocno  nią  kiwa.  Wyglądamy  jak  para 

zrozpaczonych podskakujących głów. 

Pojawia się wir, panika wciąga mnie pod powierzchnię, kiedy wyjękuję. – Nie zostawiaj 

mnie znowu. Nie mogę sama się nią opiekować. – Opuszczam głowę. 

- Nie będziesz musiała, Leah. 

Patrzę na niego z nadzieją. 

- Zabiorę ją ze sobą. Jest moją córką; zajmę się nią. 

O Boże. Co ja teraz zrobiłam? 

Podnosi  się,  włącza  silnik  łodzi  i  wracamy  do  brzegu,  resztki  mojego  zdrowia 

psychicznego rozpadają się na kawałki. 

 

background image

94 

 

W chwili, kiedy przywiązuje nas do doku, schodzę z łodzi i biegnę po mój telefon, który 

zostawiłam  w  jego  samochodzie.  Chcę  się  stąd  wydostać.  Moje  palce  są  zdrętwiałe,  kiedy 
kłopoczę  się  z  ekranem,  bezużyteczne  w  niego  dźgając.  Wykręcam  numer  usług 
taksówkarskich  i  podaję  im  moją  lokalizację.  Drżę  pomimo  gorąca.  Mój  Boże,  co  ja  sobie 
myślałam, mówiąc mu to wszystko? Ledwo mogę oddychać, jak widzę, że wraca do miejsca, 
gdzie  przysiadam  na  masce  jego  auta.  Nawet  w  naszej  obecnej  sytuacji  moje  serce 
podskakuje na jego widok. Tak bardzo go kocham, że to aż boli. Nie chce na mnie spojrzeć. 
Nie wiem, co to oznacza, ale myślenie nigdy nie jest dobre. Myślenie wznieca niebezpieczny 
wir uczuć. Moje uczucia już raz prawie mnie utopiły. Nie chcę tam wracać. 

Żwir  przesuwa  się  pod  jego  stopami,  kiedy  do  mnie  podchodzi.  Obejmuję  się  w  pasie, 

próbując wcisnąć w siebie z powrotem zdrowy rozsądek. Zatrzymuje się parę metrów dalej. 
Przyszedł,  żeby  mnie  sprawdzić.  Teraz  mnie  nienawidzi,  ale  przyszedł  mnie  sprawdzić.  – 
Zadzwoniłam  po  taksówkę  –  mówię.  Kiwa  głową  i  spogląda  na  wodę,  która  widoczna  jest 
ponad drzewami, gdzie zaparkował samochód. 

- Zostanę tutaj – mówi. – Zadzwonię do ciebie, kiedy wrócę, żebym mógł przyjechać po 

Estellę. 

Unoszę gwałtownie głowę. – Przyjechać po nią? – A tak, to. 

- Zabiorę ją do siebie, kiedy będę w moim mieszkaniu. 

Oddycham  przez  nos,  zmagając  się  z  moimi  emocjami,  próbując  zdobyć  kontrolę  nad 

sytuacją. 

- Nie możesz mi jej zabrać – mówię przez zaciśnięte zęby. 

-  Nie  próbuję.  Nie  chcesz  jej,  Leah.  Potrzebuję  czasu  na  namysł  i  lepiej  będzie,  jeśli 

zostanie ona ze mną. – Pociera czoło, kiedy ja powoli panikuję. 

Chcę krzyczeć – Nie myśl! Nie myśl! 

- Co z pracą? Nie możesz się nią zajmować przy twoim harmonogramie. 

Staram  się  kupić  sobie  czas.  Nabałaganiłam,  ale  mogę  to  naprawić.  Mogę  być  dobrą 

matką i dobrą żoną… 

- Jest ważniejsza od pracy. Wezmę trochę wolnego. Mam podróż w przyszłym tygodniu, 

a potem po nią przyjadę. 

Moje myśli się rozciągają. Nie mogę wymyślić żadnych wymówek, dlaczego nie może mi 

tego zrobić. Mogę wykorzystać dziecko jako wpływ – zagrozić mu – ale to na dłuższą metę 
pogorszyłoby  moją  sytuację.  Jeżeli  chce  mieć  trochę  czasu  w  samotności,  może  powinnam 
mu na to pozwolić. Może ja też potrzebowałam czasu. 

background image

95 

 

Kiwam głową. 

Zaciska  usta  aż  są  całe  blade.  Nie  odzywamy  się  przez  następne  dwadzieścia  minut. 

Czeka  ze  mną dopóki  nie  podjeżdża  obskurnie wyglądająca  taksówka,  rozpryskując żwir  na 
nasze kostki aż się zatrzymuje. Wsiadam do środka, nie patrząc mu w oczy. Może czeka, aż 
się do niego odwrócę i powiem, że to wszystko było kłamstwem. Patrzę prosto przed siebie. 

Droga  z  Keys  do  Miami  wiedzie  przez  płaskie  obszary  ziemi  ponad  głęboką  błękitną 

wodą. Odmawiam myślenia… przez całą drogę do domu. Po prostu nie mogę. Skupiam się na 
autach,  które  mijamy.  Patrzę  na  ich  okna  i  osądzam  ich  pasażerów:  opalone  rodziny 
wracające z wakacji, ubrani na niebiesko robotnicy ze znudzonymi minami, kobieta płacząca i 
śpiewająca  razem  z  radiem.  Odwracam  wzrok,  widząc  tę  jedną.  Nie  muszę  przypominać 
sobie o łzach. 

Gdy docieram do domu, Sam dopiero co położył dziecko do spania. Przygląda się mojej 

twarzy i otwiera usta, pytania gotowe są do wylania. 

-  Nic  nie  mów,  do  cholery  –  warczę.  Jego  buzia  wciąż  jest  szeroko  otwarta,  kiedy 

wpadam na schody i trzaskam drzwiami. Kilka minut później słyszę, jak jego dżip wyjeżdża z 
podjazdu  i  zerkam  przez  zasłony,  aby  upewnić  się,  że  go  nie  ma.  Chodzę  po  moim  pokoju, 
pstrykając paznokciami i próbując zdecydować co zrobić z tym bałaganem, który stworzyła 
Olivia.  Potem  wychodzę  gwałtownie  na  korytarz  i  wsuwam  się  do  pokoju  dziecka. 
Podchodząc  na  palcach  do  jej  łóżeczka,  zerkam  ostrożnie  ponad  krawędzią,  jakbym 
spodziewała się znaleźć tam węża, a nie śpiące niemowlę. 

Leży na plecach, jej główka odwrócona jest na bok. Zdołała wysunąć rączkę z powijaka 

Sama i częściowo trzyma ją w ustach. Co kilka sekund ssie ją tak mocno, iż wydaje mi się, że 
się obudzi. Cofam się parę kroków, żeby mnie nie zobaczyła. Nawet nie wiem czy już może 
mnie  zobaczyć.  Matki  zazwyczaj  mają  wykresy  takich  rzeczy  –  pierwszy  uśmiech,  pierwsze 
beknięcie, pierwsze cokolwiek. Przekrzywiam głowę i znowu jej się przyglądam. Urosła, stała 
się trochę mniej – obrzydliwa. Jestem zaskoczona, że widzę siebie w jej twarzy, kształcie jej 
nosa i ostrym podbródku. Dzieci zwykle wyglądają nieciekawie do czwartego roku życia, ale 
ona  ma  w  twarzy  trochę  charakteru.  Przypuszczam,  że  jeśli  jakieś  dziecko  miałoby  być 
słodsze  niż  reszta,  to  byłoby  to  moje.  Trwam  przez  jeszcze  moment,  zanim  wychodzę. 
Zamykam drzwi, po czym je otwieram, przypominając sobie, że dzisiaj jestem całkiem sama. 
Nie  ma  Caleba.  Nie  ma  Sama.  Nawet  mojej  pochłoniętej  sobą,  alkoholiczki  matki. 
Przyglądałam się Samowi i Calebowi zajmującym się dzieckiem na tyle, żeby znać podstawy. 
Karmisz je, ono wydala jedzenie, sprzątasz gówno, wkładasz je do łóżeczka… pijesz. 

O  Boże.  Zsuwam  się  po  ścianie,  aż  mój  tyłek  uderza  o  kafelki  i  chowam  głowę  w 

kolanach. Nie mogę powstrzymać uczucia litości do samej siebie. Nie prosiłam o takie życie – 
żeby być gorzej kochaną i być zmuszoną do rodzenia dziecka. Chciałam… chciałam tego, co 
miała Olivia i odrzuciła – kogoś, kto mnie uwielbia, chociaż moje wnętrzności skręcają się i 
atakują jak jadowity wąż. Nie!, myślę. Nie jestem jadowitym wężem. Olivia jest. Wszystko co 

background image

96 

 

musiałam zrobić jest jej winą. Jestem niewinna. Zasnęłam w taki sposób, pociągając nosem i 
wycierając  go  o  dres,  zapewniając  siebie  o  mojej  niewinności  i  słuchając  oddechu  mojej 
córki. Może będzie jej lepiej beze mnie. Może mnie będzie lepiej bez niej. 

 

Budzę się na dźwięk syreny. Pożar! Podskakuję, moje mięśnie jęczą z protestem. Jestem 

zdezorientowana i nie wiem, gdzie jestem. Jest ciemno, wciąż jest noc. Kładę rękę na ścianie i 
wącham powietrze. To nie syrena… tylko dziecko. Nie bardzo czuję ulgę; chyba wolałabym 
pożar. Kieruję się do kuchni, strącając rzeczy w pośpiechu, aby znaleźć butelkę i odciągnięte 
mleko.  Przeklinam  głośno.  Sam  musiał  przenieść  rzeczy,  bo  nic  nie  mogę  znaleźć.  Potem 
dostrzegam notatkę przyklejoną do lodówki. 

Nie ma już mleka. 

Musisz odciągnąć. 

Cholera. Patrzę na odciągacz mleka leżący na blacie. Odciągnięcie takiej ilości, której ona 

potrzebuje zajmie przynajmniej piętnaście minut, a ona krzyczy tak głośno, iż obawiam się, 
że  ktoś  usłyszy  i  przyjdzie  sprawdzić.  Widzę  opiekę  społeczną  pojawiającą  się  w  moich 
drzwiach i krzywię się. Nie mogę pozwolić sobie na kolejne problemy z prawem. 

Biorąc  dwa  schody  na  raz,  zatrzymuję  się  przy  drzwiach  pokoju  dziecięcego,  biorę 

głęboki wdech i je otwieram. Zapalam światło, wzdrygając się. Nagła zmiana wydaje się ją też 
jeszcze  bardziej  rozzłościć,  więc  wyłączam  światło  i  zapalam  małą  lampkę  w  rogu. 
Przypominam  sobie  wybieranie  tej  lampki  w  The  Pottery  Barn.  Brązowy  miś…  dla  mojego 
syna.  Idę  do  łóżeczka  po  moją  córkę.  Jest  cała  mokra.  Jej  pielucha  przemokła  przez  jej 
ubranka  i  na  pościel.  Kładę  ją  na  stoliku  do  przewijania  i  ściągam  jej  śpioszki.  Kiedy  je 
ściągnęłam i zmieniłam jej pieluszkę mała wydaje się uspokoić, ale wciąż zawodzi. 

- Cicho – mówię. – Brzmisz jak kot. – Podchodzę do fotelu na biegunach wartego pięć 

tysięcy dolarów, który kupiła mi matka i siadam w nim po raz pierwszy. 

- Jesteś prawdziwym wrzodem na tyłku, wiesz? – Piorunuję ją wzrokiem, unosząc bluzkę. 

Odwracam wzrok, kiedy łapie się mojej piersi. Wymaga ode mnie całej siły woli, żeby jej nie 
odsunąć.  Następne  trzydzieści  minut  to  prawdziwa  tortura.  Jestem  ludzką  butelką.  Mam 
skrzyżowane nogi i kiwam stopą, żeby nie stracić rozumu. Mam zamknięte oczy i przyciskam 
do nich koniuszki palców. Nienawidzę tego. Zasypia, wciąż ssąc. Podnoszę ją do barku, żeby 
beknęła,  ale  przebija  mnie  w  tym  i  beka  mi  w  twarz.  Śmieję  się  lekko,  ponieważ  to 
obrzydliwe i zanoszę ją do łóżeczka. 

Wyprostowując się, czuję mały sukces. Umiem zająć się dzieckiem. 

- Ciekawe czy ty byłabyś do tego zdolna, Olivio. 

 

background image

97 

 

Stały  cykl  karmienia  ciągnie  się,  aż  słońce  przedziera  się  przez  palmy  jak  pieprzony 

reflektor.  Chowam  głowę  pod  ramionami,  kiedy  prześwieca  przez  słabe  zasłony  w  pokoju 
dziecięcym, celując prosto w moje oczy. Przeniosłam się do jej pokoju kilka godzin wcześniej, 
kładąc się na łóżku bliźniaczym w kącie. Nie było żadnego snu – żadnego. Nic. Przewracam 
się  na  plecy  i  wpatruję  w  sufit.  Pachnę  jak  zsiadłe  mleko.  Mam  właśnie  wstawać,  kiedy 
znowu zaczyna się jej miauczenie. 

- O Boże – mówię, czołgając się do jej łóżeczka. – Proszę, daj mi umrzeć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

98 

 

Rozdział szesnasty 

Przeszłość 

 

Był z nią. Musiał. Pojechałam do jego mieszkania i zadzwoniłam do jego rodziców. Nikt 

go  nie  widział  ani  nie  słyszał  od  niego  od  kilku  dni.  Zostawiłam  mu  sześć  wiadomości 
głosowych, ale ani razu nie oddzwonił. Moje życie zaczynało wyglądać jak niekontrolowany 
pociąg.  Kierowałam  się  do  czegoś  złego  w  zatrważającym  tempie.  Caleb  się  ode  mnie 
odsuwał. Moje palce, które kiedyś były splecione z jego, teraz łapały powietrze. Musiałam się 
czegoś złapać, odzyskać kontrolę. Brałam pod uwagę poproszenie o pomoc matkę, ale kiedy 
powiedziała mi, żebym poszła za Calebem do mieszkania tej suki,  byłam zbyt zawstydzona, 
żeby mówić jej coś jeszcze o tej sytuacji. 

Courtney! 

Zadzwoniłam do mojej siostry i wszystko jej opowiedziałam. 

-  Jeeezu,  Leah.  Co  z  tym  zrobisz?  –  Courtney  pierwszy  rok  była  nauczycielką.  Uczyła 

matematyki śródmiejskich dzieci w liceum. 

- Poważnie, musisz go znaleźć i z nim porozmawiać. Tak w ogóle kim jest ta dziewczyna? 

Wyraźnie o tobie wie i nic ją to nie obchodzi. Co za bezduszna suka. 

- Nie wiem czy on posłucha, Courtney. Nie jest sobą. 

Usłyszałam głosy w tle. 

- Muszę kończyć – powiedziała. – Robię korepetycje pozalekcyjne. To jest miłość twojego 

życia. Musisz o niego walczyć. 

- Dobrze – odparłam. – Jak? 

Milczała  przez  parę  sekund.  –  Dowiedz  się  kim  jest  ta  dziewczyna.  Jeśli  jest  tylko 

przelotnym romansem, daj sobie spokój, wróci do ciebie. Jeśli jest czymś więcej, musisz temu 
zaprzestać. Słyszysz mnie? 

- Słyszę. 

Rozłączyła  się.  Czułam  się  odmłodzona.  Zatrzymałam  się  po  Jamba  Juice  i  pojechałam 

prosto do kompleksu mieszkań, do której pojechałam za Calebem tydzień wcześniej. Nie było 
tam  jego  auta.  Zapukałam  do  drzwi  i  usłyszałam  szczekanie  psa.  Zapukałam  jeszcze  raz, 
głośniej.  Jeśli  ten  cholerny  zwierzak  dalej  będzie  tak  hałasował,  to  ktoś  zauważy.  U  moich 
stóp  leżała  wycieraczka  z  „Witaj”,  a  na  lewo  stała  mała  roślina  doniczkowa.  Trochę 

background image

99 

 

rozjaśniała  nudny,  szary  korytarz.  Rozglądając  się,  kucnęłam  obok  rośliny,  podnosząc  ją  z 
podłogi. Nic. 

Hmmm. 

Wsunęłam palec w glebę, grzebiąc, aż… znalazłam mały woreczek. Starłam palcem brud i 

przyjrzałam mu się bliżej. Klucz. Prychnęłam. Wstając, wsunęłam klucz do zamka i drzwi się 
otworzyły.  Moje  kostki  od  razu  zostały  zaatakowane.  Zdołałam  ominąć  brzydką  kreaturę  i 
zamknęłam  drzwi  mieszkania,  zamykając  ją  na  zewnątrz.  Przystawiłam  ucho  do  drzwi. 
Słyszałam jej jęk po drugiej stronie, a potem stuk pazurów o beton kiedy odbiegła. Dobrze. 

Biorąc głęboki wdech, odwróciłam się, przyglądając mieszkaniu. Było ładne. Przyzwoite. 

Napracowała  się,  żeby  wyglądało  przytulnie.  Przeszłam  do  salonu.  Pachniał  tak  mocno 
cynamonem,  że  chciałam  odnaleźć  jego  źródło.  Podążyłam  za  zapachem  do  jednej  z  tych 
wtyczek  ściennych  i  szturchnęłam  ją  czubkiem  buta.  Jaka  kobieta  używała  czegoś  takiego? 
Nigdy nawet nie pomyślałam o kupieniu czegoś takiego. 

Pieprzyć to. Dosyć obijania się. 

Zaczęłam od jej sypialni. Tam właśnie kobiety skrywały ich sekrety od początków… cóż, 

sekretów.  Wysunęłam  szuflady  jej  komody  jedna  po  drugiej,  przesuwając  dłońmi  po  jej 
ubraniach.  Kiedy  dotarłam  do  szuflady  z  bielizną,  skrzywiłam  się.  Proszę,  Boże,  nie  pozwól 
Calebowi  oglądać  jej  bielizny.  Ona  nosi  koronkę  –  czarną,  białą  i  różową.  Bez  wzorów. 
Zamknęłam  szufladę  z  pustymi  rękami  i  spojrzałam  na  jej  szafę.  Jak  na  razie,  jest  nudna. 
Caleb  nie  interesuje  się  nudnymi  kobietami.  Cóż,  przynajmniej  ten  Caleb,  którego  znałam. 
Potrząsnęłam  głową.  Nie  miałam  pojęcia  kim  był  ten  nowy  Caleb.  Chciałam,  żeby  wrócił 
stary. 

Zapaliłam światło w szafie. Była dziwacznie zorganizowana. Pudełko po butach stało na 

półce ponad jej ubraniami. Ściągnęłam go i zabrałam pokrywkę. 

Czułam  się,  jakby  ktoś  walnął  mnie  w  brzuch.  Patrzyło  na  mnie  zdjęcie  o  wiele 

młodszego  Caleba.  Obejmował  ramieniem  dziewczynę  z  kruczoczarnymi  włosami. 
Rozpoznałam ją z dnia, kiedy poszłam za nim do jej mieszkania. Co to znaczyło? Oni się znali? 
Czy Caleb skontaktował się z nią po tym jak dostał amnezji? Próbował skontaktować się ze 
swoją przeszłością? Przejrzałam zdjęcia. Byli więcej niż przyjaciółmi. O Boże. Zatrzymałam się 
na zdjęciu, gdzie się całowali i odrzuciłam pudełko. 

Co się działo? Czy on wiedział kim ona była czy… 

Nie, to musiała być ona. Jakimś cudem dowiedziała się, że stracił pamięć i pojawiła się, 

żeby zrobić mu w głowie bałagan. O mój Boże. Caleb nie miał pojęcia. 

Sięgnęłam po pudełko. W środku były listy z charakterystycznym pismem Caleba. Paliły 

mnie  oczy,  kiedy  je  czytałam.  Jego  słowa…  do  tej  dziewczyny,  o  której  nic  nie  wiedziałam. 

background image

100 

 

Tyle  że  to  nie  była  jakaś  tam  sobie  dziewczyna.  To  była  Cherry  Garcia.  Byłam  tego  niemal 
pewna. 

Musiałam  go  znaleźć,  powiedzieć  mu,  co  ona  wyprawiała.  Ale  pierwsze  rzeczy 

pierwszymi. 

Zebrałam  to  co  potrzebowałam  w  kupkę  i  włożyłam  do  kieszeni.  Potem  poszłam 

poszukać nożyczek.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

101 

 

Rozdział siedemnasty 

Teraźniejszość 

 

Nikt nie przychodzi. Do południa uświadamiam sobie, że zrujnowałam moje małżeństwo 

i  dziś  jest  dzień  wolny  Sama.  Wyciągam  szkocką.  Nawet  nie  lubię  szkockiej,  ale  z  jakiegoś 
powodu sprawia, że czuję się połączona z Calebem. 

Ten  mały  bachor  wreszcie  śpi.  Widzę  się  w  odbiciu  przedpokojowego  lustra,  kiedy 

kieruję  się  do  łazienki  wziąć  prysznic.  Wyglądam  jak  jedna  z  tych  pulchnych  matek  ze 
strąkowymi włosami, które zajmują parkowe ławki, w ich oczach nie ma już żadnej nadziei. 
Czy  taka  mam  się  stać?  Samotną  matką,  noszącą  brzydkie  dżinsy  i  dającą  te  obrzydliwe 
krakersy w kształcie rybek w czasie przekąski? 

Nie  –  wyprostowuję  ramiona.  Jeśli  mam  zamiar  to  zrobić,  nie  będę  chodzić  do 

przeklętego  parku.  Polecę  do  Francji  i  będę  karmić  ją  kawiorem  i  pasztecikami.  Mogę  być 
lepsza niż stereotypy. Mogę być matką Chanel. 

Kiedy wychodzę spod prysznica czuję się jak nowa kobieta. Nic dziwnego, że Caleb pije tę 

drogą rzecz. Praktycznie jestem w siódmym niebie. Gdy dziecko się budzi, karmię ją mlekiem, 
które  wcześniej  odciągnęłam.  Ona  już  wydaje  się  wybredna,  jakby  butelka  była 
niedogodnością, a nie posiłkiem. Wrzeszczy i obraca głową, aż jej skóra jest tak czerwona jak 
kłaczki na czubku jej głowy. 

Wsuwam  ją  do  jej  buzi,  dopóki  w  końcu  jej  nie  łapie  ustami,  burcząc  z  zamkniętymi 

oczami. 

-  Przegrałaś  tę  bitwę,  co?  –  pytam,  opierając  głowę  o  fotel  i  przymykając  oczy.  –  Jeśli 

myślisz, że będę to robić cały czas, to się mylisz. Rozpieszczony rudy bachor. 

Budzę się w fotelu. Dziecko śpi na moim ramieniu. Czuję jej ciepło przesiąkające przez 

ubrania  i  słyszę  jej  małe  oddechy  w  uchu.  Kładę  ją  do  łóżeczka  najdelikatniej  jak  potrafię i 
sprawdzam komórkę. 

Nic od Caleba, ale dwa telefony od Sama. Zamierzam zadzwonić do mojego łobuza pana 

niańki, kiedy wysyła mi wiadomość. 

Sam: Grypa żołądkowa, potrzebuję parę dni wolnego. 

Zanim  orientuję  się,  co  robię,  mój  telefon  wylatuje  z  mojej  ręki,  kierując  się  w  stronę 

moich pięknych, pieprzonych marmurowych schodów. Zamykam oczy, słysząc jak rozbija się 
na tuzin kawałków. Moje całe życie się rozpada. 

background image

102 

 

Dziecko zaczyna płakać, ja zaczynam płakać. Rozbijam jeszcze kilka bezcennych antyków 

i biorę się w garść. Mam do opieki cholerne dziecko. Gdy wracam do jej pokoju, mój płacz 
zmienił się w zawodzenie i już wyciągnęłam pierś. 

 

Sam  znajduje  mnie  w  moim  zwykłym  miejscu  na  podłodze  obok  jej  łóżeczka.  Szturcha 

mnie stopą w żebra i odpycham jego nogę. 

- Przestałaś się myć? 

Kiedy  nie  odpowiadam, podnosi  mnie  na  nogi,  rzucając  szybkie  spojrzenie  do  łóżeczka 

zanim mnie wyprowadza. 

- Nie zabiłam jej – dukam – jeśli tak myślisz. 

Ignoruje mnie, pchając mnie do sypialni. 

- To że jesteś matką nie oznacza, że nie możesz zajmować się samą sobą. 

Rzucam mu nieprzyjemne spojrzenie. Najwyraźniej nie ma pojęcia jak to jest zajmować 

się dzieckiem. Wpycha mnie do łazienki i odkręca prysznic. 

- Caleb zadzwonił, żeby powiedzieć, że nie wraca do domu – mówi, nie patrząc na mnie. 

Odpycham jego ręce. – Co jeszcze powiedział? 

Sam nie chce mi odpowiedzieć. Jest źle. Jest naprawdę źle. Caleb nie rozgaduje swoich 

problemów.  Jeżeli  mówi  o  czymś  cholernemu  panu  niańce,  to  dlatego,  że  musiał  podjąć 
decyzję. Wchodzę pod wodę i pozwalam jej spłynąć po twarzy. 

Boże  –  dlaczego  nie  pomyślałam  o  tych  nieprzyjemnych  konsekwencjach,  zanim 

powiedziałam  mu  te  rzeczy?  Czy  naprawdę  sądziłam,  że  zranię  tylko  Caleba?  Spieprzyłam 
sobie dość mocno sprawę, a teraz ten biedny, mały bachor nie będzie miał ojca. 

Chyba że. 

Kręcę głową. Jak mogłam w ogóle o tym pomyśleć? 

 

 

 

 

 

 

background image

103 

 

Rozdział osiemnasty 

Przeszłość 

 

Caleb  wrócił  do  mnie.  Wiedziałam,  że  tak  będzie.  Nie  dlatego,  że  mieliśmy  coś 

niezastąpionego, ale dlatego, że byłam zatwardziałą konserwatystką. Walczyłam o to, czego 
pragnęłam  i  wyrzuciłam  jego  przeszłość  z  miasta.  Ona  już  nie  wróci.  Byłam  tego  całkiem 
pewna.  Była  zbyt  wielkim  tchórzem.  Gdy  znalazłam  te  listy  i  zdjęcia,  wiedziałam,  że  w 
pewnym  sensie  żywiła  ona  do  niego  głębokie  uczucia.  Kobieta  nie  trzymała  pudełka 
wspomnień,  dopóki  płomień  wciąż  mocno  nie  płonął.  Wykorzystałam  to  na  moją  korzyść. 
Zagrałam  na  jej  poczuciu  winy  i  dzięki  Bogu  zareagowała.  Gdyby  walczyła  mocniej,  coś  mi 
mówiło, że bym przegrała. 

Wrócił do siebie po tym jak wyjechała. Musiałam patrzeć jak łamało się jego serce… w 

ciszy. To było bolesne. Byłam tak zazdrosna, że ledwo mogłam oddychać. Nie powiedział mi, 
co  wydarzyło  się  pomiędzy  nimi  i  dlaczego  miałby  to  zrobić?  Był  zdezorientowany.  Nie 
miałam wyboru, jak tylko czekać. Dotarło to do mnie; fakt, że najwyraźniej bardzo mu na niej 
zależało przed amnezją, tak bardzo, że te uczucia nadal tam pozostały, chociaż jego pamięć 
nie.  Byłoby  to  interesujące  psychologiczne  badanie  gdyby  nie  było  to  tak  niesamowicie 
popieprzone.  Wiele  razy  wpatrywał  się  w  przestrzeń  po  tym  jak  zakończyłam  ich  mały 
romans.  Podczas  tych  dni  mogłabym  stać  tuż  przed  nim,  a  on  i  tak  by  mnie  nie  widział. 
Zastanawiałam  się,  co  powie,  kiedy  wróci  jego  pamięć.  Powie  mi,  że  ta  dziewczyna  była  z 
jego przeszłości czy może będzie udawał, że nigdy się to nie wydarzyło? 

A wtedy jego pamięć rzeczywiście wróciła. Zdarzyło się to nagle, w kwietniowy wtorek. 

Byłam w pracy, kiedy do mnie zadzwonił. 

-  O  mój  Boże  –  powiedziałam,  wstając.  Jadłam  obiad  ze  współpracownikami  w  pokoju 

socjalnym, ale od razu chciałam do niego pojechać. 

- Jak się czujesz? – spytałam ostrożnie. Wyszłam na korytarz dla prywatności. Wspomni 

Olivię? Był zły? 

- Nic mi nie jest. – Zamilkł. – Cieszę się, że to już koniec. 

- Powinniśmy to uczcić. Jak tylko skończę pracę, mogę się z tobą spotkać. 

Zawahał się. – Jasne, Leah. Chcę z tobą porozmawiać o wielu rzeczach. 

Zadrżało mi serce. Co to oznaczało? Teraz, kiedy pamiętał kim byłam, może chciał pójść 

ze mną dalej. Odsunęłam tę myśl. Nie ma sensu nabierać pustych nadziei. 

- Dobra, zobaczymy się po pracy. I Caleb… - Wstrzymałam oddech. – Kocham cię. 

background image

104 

 

Przez chwilę trwała cisza, podczas której moje serce kłóciło się z żołądkiem, komu jest 

bardziej niedobrze. 

- Też cię kocham, Leah. – Rozłączył się. Oparłam się o ścianę. 

Pamiętał, że mnie kochał. Czekałam wiele miesięcy, żeby usłyszeć te słowa. Rozpłakałam 

się,  a  potem  zadzwoniłam  do  Katine  i  Courtney.  Katine  był  podekscytowana,  Courtney  nie 
bardzo. 

-  Więc  przypomniał  sobie  wszystko…  tak  nagle? –  zapytała  moja  siostra po  tym  jak  jej 

powiedziałam. 

- Tak, tak to działa. 

-  Po  prostu  trudno  mi  uwierzyć,  że  można  zapomnieć  o  swojej  dziewczynie  na  wiele 

miesięcy, a potem bam! Niespodziewanie wszystko powraca. 

- Możesz po prostu cieszyć się z mojego szczęścia? – warknęłam. – W końcu możemy iść 

dalej z naszym związkiem. 

- Co jeśli on nie chce iść dalej? – zapytała. Serce na moment mi zamarło. Powiedział, że 

chce ze mną porozmawiać. Czy to nie były niesławne słowa zerwania? 

- Courtney – syknęłam – naprawdę mnie wkurzasz. 

-  Staram  się  tylko  o  ciebie  dbać.  Facet  miał  związek  z  inną  kobietą,  na  litość  boską. 

Obudź się, Leah. On nie jest taki idealny, jak ci się wydaje. 

Rozłączyłam  się.  Courtney  była  zgorzkniała.  Ostatnio  zerwała  ze  swoim  chłopakiem  i 

wyżywała się na Calebie. Nie zamierzałam jej pozwolić zgasić mojego ducha. Caleb wrócił i 
był mój. 

 

Weszłam  do  jego  mieszkania  bez  pukania.  Teraz  kiedy  pamiętał  kim  byłam,  nie  było 

potrzeby na pozory. Stał w kuchni, popijając piwo, jego włosy nadal były mokre po prysznicu. 

Upuściłam  torebkę  i  podbiegłam  do  niego.  Zdołał  odstawić  butelkę  na  blat,  kiedy 

rzuciłam się na niego. Złapał mnie ze śmiechem. 

- Cześć, Ruda. 

- Cześć, Caleb. 

Patrzyliśmy na siebie dobrą minutę zanim mnie postawił. 

- Jak się czujesz? 

- Dobrze… świetnie. Po prostu… jest tyle… 

background image

105 

 

Położyłam rękę na jego ustach. – Nie musisz nic mówić. Cieszę się, że wróciłeś. 

Zanim  mógłby  się  kłócić,  uniosłam  się  na  palcach  i  go  pocałowałam.  Początkowo  był 

zaskoczony.  Poczułam  jego  ręce  na  moich  ramionach,  próbował  mnie  odsunąć.  Objęłam 
dłońmi  jego  szyję.  Byłam  terytorialna.  Bóg  wie,  co  on  robił  z  tamtą  kobietą.  Musiałam 
ponownie  go  posiąść,  chciałam,  żeby  pocałował  mnie  tak  jak  przed  wypadkiem.  Nie  zrobił 
tego. Kiedy się odsunęłam, nie patrzył na mnie. 

- Caleb, co się dzieje? Pamiętasz wszystko, prawda? 

- Tak. 

- Czuję, że nadal traktujesz mnie, jakbyś nie wiedział kim jestem. 

Podszedł  do  okna,  stając  do  mnie  plecami.  Objęłam  się  ramionami,  zamykając  oczy. 

Dlaczego nagle było mi tak zimno? 

- Zrywasz ze mną, prawda? 

Jego ciało było sztywne, ale obrócił do mnie głowę. – Wciąż byliśmy razem? Pamiętam, 

że zerwałaś ze mną w poranek wypadku. 

Przełknęłam ślinę. To była prawda. 

- Wypadek pokazał mi wiele rzeczy inaczej – odparłam ostrożnie. – Prawie cię straciłam. 

- Wypadek mnie także pokazał wiele rzeczy inaczej, Leah.  Zmienił wszystko – to, czego 

chciałem… to co myślałem, że mogę mieć… 

Potrząsnęłam głową. Nie rozumiałam o czym mówił. Chodziło mu o nią? 

Wcisnęłam  się  pomiędzy  niego  a  okno,  więc  był  zmuszony  patrzeć  na  mnie.  –  Caleb, 

przed wypadkiem chciałeś mnie. Dalej mnie chcesz? 

Nastąpiły  najdłuższe  dwie  minuty  mojego  życia.  Zaczęłam  odchodzić.  Chwycił  mnie  za 

ramię. 

Już się rozkleiłam. Nie chciałam, żeby widział. 

- Leah, spójrz na mnie. 

Spojrzałam. 

- Byłem naprawdę samolubny… 

- Nie obchodzi mnie to – powiedziałam szybko – byłeś zdezorientowany. 

- Wiedziałem, co robię. 

background image

106 

 

Spojrzałam na niego. – Co masz na myśli? 

Przeklął, przeczesując ręką włosy. 

Ktoś zapukał do drzwi. 

- Niech to szlag… szlag! – Przycisnął dłonie do oczu, po czym odszedł, żeby otworzyć. 

To byli Luca i Steve. Wzięłam moją torebkę i pobiegłam do łazienki, żeby poprawić twarz, 

nim mogliby mnie zobaczyć. Jeśli moja matka nauczyła mnie czegoś w życiu, to tego, żeby nie 
zostać przyłapanym z emocjami na wierzchu. 

- Leah! – wykrzyknęła, kiedy wyszłam z łazienki. Podeszła do mnie jak kocica. Oparłam 

się  pokusie,  żeby  się  cofnąć.  Różnicą  pomiędzy  Lucą  i  moją  matką  była  ogromna  ilość 
szczerości matczynej miłości. Ta kobieta kochała swojego syna na sposoby, z którymi byłam 
obca. Była to miłość bezwarunkowa. Zazdrościłam mu tego. Coś w jej potrzebie, żeby zawsze 
mnie obejmować wprawiało mnie w zakłopotanie. Czułam się sprawdzana za każdym razem, 
kiedy  to  robiła,  jakby  testowała  moje  kości,  aby  sprawdzić  czy  zasługiwały  na  jej  syna. 
Pozwoliłam  jej  na  to,  patrząc  na  Caleba  ponad  jej  ramieniem.  Obserwował  nas  z  dziwną 
miną. 

Kiedy się odsunęła, nie puszczała moich ramion i spojrzała mi w oczy. 

- Caleb, ta dziewczyna… - Spojrzała na niego przez ramię, potem znowu na mnie ze łzami 

w oczach. – Ta dziewczyna jest rzadkością. 

Moje  zdziwienie  musiało  być  widoczne  na  mojej  twarzy.  Znowu  mnie  przytuliła.  – 

Dziękuję  ci,  Leah.  Byłaś  taka  lojalna  mojemu  synowi.  Matka  nie  mogłaby  prosić  o  nic 
lepszego. 

Nie tylko ja byłam w szoku. Twarz Caleba trwała pośrodku zdumienia i skonsternowania. 

Gdy złapałam jego spojrzenie, wzruszył ramionami i uśmiechnął się. 

Zostali przez większość wieczoru, rozmawiając i popijając szampana – którego przynieśli, 

żeby  świętować.  Wyszłam,  kiedy  oni.  Przy  drzwiach  Caleb  złapał  mój  nadgarstek,  zanim 
mogłabym odejść. 

-  Leah.  –  Jego  głos  był  ochrypły.  –  Moja  matka  miała  rację.  Bez  względu  na  wszystko 

byłaś przy mnie. Nawet kiedy… 

Pokręciłam głową. – Nie chcę o tym rozmawiać. – O niej. 

Zmrużył oczy. Czułam się jakby widział mnie po raz pierwszy od wielu miesięcy. 

- Nie musiałaś. Wstyd, że to matka musiała mi to pokazać. 

- O czym mówisz, Caleb? 

background image

107 

 

- Nie doceniłem cię. Twojej lojalności. Twojego zaufania. Przepraszam. 

Przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Nie wiedziałam, co jego słowa dla nas znaczyły, ale 

zamierzałam dalej przy nim być, żeby się dowiedzieć. 

- Odprowadzę cię do auta. 

Potaknęłam, ocierając łzy koniuszkami palców. 

Proszę, Boże, nie pozwól mu mnie zranić. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

108 

 

Rozdział dziewiętnasty 

Teraźniejszość 

 

Sam jest po mojej stronie – albo przynajmniej tak sądzę. Nie osądza mnie. Podoba mi się 

to.  Wie  podstawy  tego,  co  wydarzyło  się  między  mną  i  Calebem.  Jak  na  razie  nie  zadawał 
żadnych dociekliwych pytań. Niemal tego od niego pragnę. 

Czuję,  że  jesteśmy  drużyną.  Sprząta  dom,  karmi  mnie,  robi  pranie  i  mówi  mi,  kiedy 

karmić dziecko. 

Ja karmię dziecko. 

Czasami przyglądam się, jak ją kąpie i podaję mu ręcznik. 

Macierzyństwo nie jest tak trudne jak myślałam. Poza czasem, kiedy jest trudne. 

Caleb nie dzwoni. 

Caleb nie dzwoni. 

- O co chodzi z tymi wszystkimi tatuażami? – pytam go pewnego dnia. Ma podwinięte 

rękawy  do  łokci  i  delikatnie  spłukuje  mydło  z  włosów  dziecka.  Patrzy  na  mnie  kątem  oka. 
Sunę  palcem  po  obrazkach,  coś  czego  nigdy  nie  robiłam…  nikomu.  To  bałagan  szaty 
graficznej;  statek  piratów,  kwiat  lotosu  i  niewiarygodnie  tandetna  pajęczyna.  Gdy  sięgam 
jego łokcia, unosi brwi. – Chciałabyś, żebym zdjął bluzkę, byś kontynuowała? 

- Jest więcej? 

Uśmiecha  się  lekko,  wyciągając  dziecko  z  wanienki.  –  Gdybym  nie  wiedział  lepiej,  to 

pomyślałbym, że ci się podobam. 

Chichoczę. Serio. Żenujące. 

-  Jesteś  gejem,  Sam.  I  bez  obrazy,  ale  nie  ciągnie  mnie  wygląd  wytatuowanego  Kurta 

Cobaina. 

Sam  zanosi  dziecko  do pokoju  dziecięcego  i  kładzie  ją na  stole  do  przewijania.  –  Mam 

nadzieję, że przynajmniej ciągnie cię muzyka Kurta Cobaina. 

Przełykam ślinę. Boże. Nagle kręci mi się w głowie. 

Potrząsam głową, kiedy słowa opuszczają moje usta. – Słuchałam, kiedy byłam młodsza. 

Patrzy na mnie skonsternowany. 

background image

109 

 

- Pójdę po coś do picia… - Wychodzę z pokoju zanim może coś powiedzieć, ale zamiast 

iść do kuchni, wchodzę do mojej sypialni. Zamykam drzwi tak cicho jak to możliwe i wchodzę 
do łóżka. 

Oddychaj, Leah. 

Próbuję myśleć o wesołych rzeczach, rzeczach, które mój terapeuta dał mi do myślenia, 

ale słyszę tylko słowa do piosenki Nirvany, odbijające się echem tak głośnym w mojej głowie, 
że chcę krzyczeć. 

Krzyczę w poduszkę. Nie cierpię tego. Jestem cholernym bałaganem i nie mogę nic z tym 

zrobić. Kiedy serce przestaje mi szybko bić, idę na dół po szklankę wody. 

 

Kilka  godzin  później  przełączam  kanały,  kiedy  słyszę  imię  Olivii.  Omijam  program,  ale 

zaraz  do  niego  wracam.  Odkąd  nie  ma  Caleba,  rozpaczliwie  poszukuję  o  niej  jakichkolwiek 
wiadomości.  Wiem,  że  on  to  ogląda.  Wyrywam  sobie  rzęsy  i  oglądam  jak  Nancy  Grace 
powiadamia mnie o tym, co dzieje się z przygotowaniem do procesu Dobsona. Jest w trakcie 
tyrady. Prycham. Kiedy ona się nie kłóci? Przenosi się z Dobsona i dopiero po paru minutach 
domyślam się, że jej ostry południowy akcent jest skierowany na Olivię. Zwiększam głośność i 
pochylam  się  do  przodu.  Tak!  Krytykowanie  Olivii!  Właśnie  tego  potrzebuję,  żeby  czuć  się 
lepiej ze sobą. 

Wtulam  się  w  kanapę,  żeby  oglądać,  w  ręce  trzymając  szklankę  pełną  szkockiej.  Jeden 

róg ekranu pokazuje materiał filmowy o ofiarach Dobsona. Różnią się wiekiem i wyglądem, 
ale  wszystkie  mają  ten  sam  nawiedzony  wyraz  oczu.  Kiedy  na  ekran  wchodzi  filmik  o 
gwałcicielu, marszczę nos. Jest w pomarańczowym kombinezonie, skuty w kajdanki. Otaczają 
go  funkcjonariusze  w  prostych  ubraniach,  kiedy  przekracza  krótką  odległość  z  pojazdu  do 
sądu. Przyprawia mnie on o dreszcze. Jest wielki – ma rozmiar gracza futbolu. Policjant idący 
obok  niego  wygląda  mizernie.  Osłupia  mnie  fakt  jak  temu  błaznowi  udało  się  przekonać 
dziewczyny do choćby podejścia do niego na pięć metrów. 

Nagle  ekran  pokazuje  Olivię.  Chcę  zmienić  kanał,  ale  jak  zwykle  nie  mogę  oderwać  od 

niej  wzroku.  Nancy  macha  w  powietrzu  swoją  upierścienioną  ręką.  Jej  głos  unosi  się  w 
crescendzie i powiedziała trójce ludziom przy jej stole, że są idiotami broniąc sprawy Olivii. 
Sięgam  po  garść  popcornu,  wpatrując  się  w  telewizor.  Nancy  ma  rację.  Czuję  do  niej 
niespodziewaną  sympatię.  Wyraźnie  wie  jak  odczytywać  ludzi.  Wtedy  słyszę  moje  imię. 
Wypluwam popcorn, pochylając się do przodu. 

Wygrała  sprawę  rok  temu,  broniąc  spadkobierczynię  przed  zarzutami  klinicznego 

oszustwa. Nancy woła do kogoś przy jej stole. Czy wygrała tę sprawę, Dave? 

Dave  podaje  krótkie  podsumowanie  mojej  sprawy  i  przyznaje,  że  tak,  w  rzeczy  samej 

Olivia wygrała sprawę. 

background image

110 

 

Nancy jest zdegustowana. 

Dowód przeciwko tej dziewczynie był ogromny, mówi, dźgając blat palcem. 

Zmieniam kanał. 

Lecz następnego wieczoru włączam go znowu i oglądam całe pięćdziesiąt dwie minuty 

blondwłosej  furii.  Trzeciego  wieczora  zadzwoniłam  do  programu  jako  pani  Lucy  Knight  z 
Missouri  i  także  wyraziłam  mój  wstręt  Olivią.  Zapewniam  ją,  iż  doceniam  to  co  robi  dla 
kobiet, że jest cholerną bohaterką. Nancy dziękuje mi ze łzami w oczach za bycie fanką. 

Pod  koniec  programu  zazwyczaj  jestem  pijana.  Czasami  Sam  zostaje,  żeby  oglądać  go 

razem ze mną. 

- Ona jest naprawdę ładna – mówi o Olivii. Pluję w niego kostką lodu, a on się śmieje. 

Dziecko  już  przesypia  prawie  całą  noc.  Nadal  śpię  w  jej  pokoju  na  wypadek  gdyby  się 
obudziła. Sam myśli, że nareszcie nawiązuję z nią więź, ale robię to tylko dlatego, żebym nie 
musiała  daleko  chodzić  w  środku  nocy.  Caleb  powinien  wrócić  z  jego  podróży  jutro  pod 
koniec dnia. Wysłał mi wiadomość, w której napisał, że przyjedzie po Estellę jak tylko wróci. 
Planuję  wizytę  w  spa  o  poranku.  Jeśli  wszystko  pójdzie  po  mojej  drodze,  on  nigdzie  nie 
pójdzie. 

- Więc chodzili razem do college’u? 

Patrzę na Sama popijającego swój napój. – Co do diabła? 

- Co? – Wzrusza ramionami. – Czuję się, jakbym oglądał operę mydlaną, nie znając całej 

wcześniejszej historii. 

Pociągam nosem. – Tak, chodzili razem przez kilka lat do college’u. Ale to nie było tak 

poważne. Nawet się ze sobą nie przespali. 

Sam unosi brwi. – Caleb trzymał się dziewczyny, która z nim nie spała? – Gwiżdże cicho. 

-  Co  to  znaczy?  –  Wsuwam  pod  siebie  nogi  i  staram  się  nie  wyglądać  na  zbyt 

zainteresowaną. Brak seksu pomiędzy Calebem i Olivią zawsze mnie konsternował. Chciałam 
zadawać  pytania  w  rzadkich  okazjach,  kiedy  pojawiał  się  ten temat,  ale nigdy  nie  chciałam 
wyglądać  na  zazdrosną  dziewczynę.  Poza  tym  Caleb  chronił  swoją  przeszłość  jakby  była 
przeklętymi klejnotami koronnymi. 

Sam  wygląda  na  zamyślonego,  jak  przeżuwa  suszoną  wołowinę.  Je  tego  tak  dużo,  że 

zaczęłam wiązać z nim ten zapach. 

-  To  kawał  czasu  do  proszenia  studenta  aby  zaczekał.  Jedynym  powodem,  dla  którego 

wydaje mi się, żeby ktoś zrobił coś takiego, to jeśli byłby szalenie zakochany… uzależniająca 
miłość. 

background image

111 

 

-  Co  masz  na  myśli  ‘uzależniająca  miłość’?  –  Caleb  ma  najbardziej  nieuzależniającą 

osobowość,  jaką  kiedykolwiek  wiedziałam.  Naprawdę  mnie  to  martwi.  Jednego  roku  był 
pełnym  zapału  narciarzem,  a  następnego  roku,  kiedy  zarezerwowałam  chatkę  w  górach, 
powiedział mi, że już to go nie interesuje. Zdarzyło się to wiele razy w naszym związku – z 
restauracjami, ubraniami… nawet co roku wymienia swoje auto. Niemal zawsze zaczynało się 
od jego szalonej miłości do czegoś, a potem stopniowo się tym nudził. 

-  Nie  wiem  –  mówi  Sam.  –  Chyba  gotów  był  zrobić  dla  niej  wszystko…  nawet  jeśli 

oznaczało to zmienienie jego zwyczajów. 

- Nienawidzę cię. 

Klepie  mnie  po  nodze  i  wstaje.  –  Staram  się  tylko  oczyścić  ci  trochę  głowę,  potworna 

mamuśko. Wygląda na to, że on jest twoim uzależnieniem i to niezdrowym. 

Piorunuję  wzrokiem  jego  plecy,  kiedy  kieruje  się  do  drzwi.  Jest  takim  napuszonym 

dupkiem. 

- Do zobaczenia jutro – woła przez ramię. – Kiedy wróci pan Idealny… 

 

Lecz następnego dnia Sam dzwoni, mówiąc, że ma problemy z autem. Odwołuję spa. Nie 

spędziłam z dzieckiem całego dnia odkąd Sam dostał grypy. Zjadam małą paczkę mrożonej 
kukurydzy,  po  czym  idę  do  niej.  Przez  większość  dnia  powtarzam  wszystko,  co  robił  Sam. 
Mamy brzuszkowy czas w salonie. Wycieram jej twarzy, kiedy kończy jeść. Nawet biorę ją na 
mały spacer w spacerówce, której nigdy nie użyłam. 

Gdy  odkrywam,  że  zabrakło  mi  pieluch,  dzwonię  z  paniką  do  Sama.  Nie  odbiera,  bo 

nikogo nie ma w pobliżu, kiedy cholernie się ich potrzebuje! Jak mam zabrać ze sobą dziecko 
do  sklepu?  Muszą  istnieć  jakieś  usługi,  które  załatwiają  takie  rzeczy  dla nowych  matek.  Po 
rozmyślaniu  przez  ponad  godzinę,  pakuję  dziecko  do  samochodu  i  jadę  do  najbliższego 
sklepu.  Dziesięć  minut  zajmuje  mi  domyślenie  się  jak  włożyć  jej  siodełko  do  wózka. 
Przeklinam  pod nosem, dopóki  nie  podchodzi  do  mnie  bardziej  doświadczona  matka,  żeby 
pomóc.  Dziękuję,  bez  patrzenia  jej  w  oczy  i  wprowadzam  wózek  do  sklepu  w  porę,  żeby 
zdążyć przed deszczem. W chwili, kiedy chłodne powietrze klimatyzacji dmucha w dziecko, 
zaczyna  zawodzić.  Szybko  kieruję  wózkiem  do  alejki  dziecięcej  i  biorę  pięć  paczek  pieluch. 
Lepiej dmuchać na zimne. 

Kiedy już podbiegam do kasy, ludzie patrzą na mnie jak na złą matkę. Ładuję wszystko na 

taśmę  i  wyciągam  ją  z  siodełka.  Trzymając  ją  przy  piersi,  niezręcznie  klepię  ją  po  plecach. 
Wyciągam  portfel  i  próbuję  nią  kołysać,  kiedy  kasjer  –  młodociany  przestępca  o 
podskakującej głowie – pyta mnie. – To będzie wszystko? – Patrzę na paczki pieluch włożone 
już  do  wózka,  a  potem  na  pusty  pasek.  On  patrzy  na  mnie  załzawionymi  marihuanowymi 
oczami, czekając na moją odpowiedź. 

background image

112 

 

- Um nie, prosiłabym też o niewidzialne gówno. – Macham ręką na taśmę, a on jest na 

tyle głupi, żeby na nią spojrzeć. 

-  Boże  –  mówię,  gwałtownie  przesuwając  kartą  kredytową  przez  czytnik.  –  Odstaw 

trawkę. 

Dziecko  wybiera  dokładnie  ten  moment,  żeby  się  rozpłakać.  Zanim  schowałam  kartę 

kredytową,  zawartość  jej  pieluchy  wylała  się  na  moje  ręce  i  bluzkę.  Rozglądam  się  z 
przerażeniem i wychodzę szybko ze sklepu. 

Bez pieluch. 

Wysyłam Sama, żeby po nie wrócił, kiedy nareszcie do mnie oddzwania. Gdy pojawia się 

w drzwiach, jeszcze nie zmieniłam obsranej koszulki i dzięki brązowej pracy mojej córki, obie 
moje piersi przeciekają. Potrząsa głową. 

- Z każdym dniem wyglądasz gorzej. 

Wybucham płaczem. Sam kładzie pieluchy na blacie i mnie przytula. – Idź wziąć prysznic, 

kiedy ona śpi. Zrobię nam coś do jedzenia. 

Potakuję i idę na górę. Gdy wracam na dół, widzę, że zrobił nam spaghetti. 

- Siadaj. – Pokazuje na taboret. Słucham się, przyciągając do siebie talerz, który mi podał. 

- Gubisz się – mówi. Owija spaghetti wokół widelca, nie patrząc na mnie. 

Używam noża, żeby pokroić makaron na małe kawałki, aby zmieścił się na widelcu. 

- Jak mogę go odzyskać? 

- Zdobądź nową osobowość i naucz się trzymać gębę na kłódkę. 

Rzucam mu nieprzyjemne spojrzenie, przecierając usta. 

- Podobam ci się? 

Następuje długa cisza. 

- Jestem gejem, Leah. 

- Co? Nigdy tak naprawdę tak nie uważałam. 

- Cały czas tak mówisz! 

- Ale masz córkę… tak w ogóle jak jej na imię? 

Śmieje się. – Kenley. I wydaje mi się, że zorientowałem się o tym później w życiu. 

background image

113 

 

Chowam  głowę  w  rękach.  To  jest  dla  mnie  nowa  wszechczasowa  porażka,  uwodzenie 

geja. Biorę głęboki wdech i podnoszę na niego wzrok. 

- Caleb znowu mnie zostawi. Wiem to. 

Przez  chwilę  Sam  wygląda  na  zaskoczonego,  po  czym  przesuwa  się  i  obejmuje  mnie 

ramieniem. 

-  Prawdopodobnie  –  odpowiada.  Odwracam  się  do  niego.  Czy  geje  nie  powinni  być 

wrażliwi? W momencie, kiedy ogłosił siebie gejem, planowałam wykorzystać go, aby zastąpić 
Katine.  –  Prawdopodobnie.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  tak  długo  z  tobą  był.  –  Uśmiecha  się  z 
mojej miny. 

- Naprawdę to powiedziałeś? 

Kiwa  głową.  –  Może  ten  facet  uwielbia  dobre  suki  –  ale  kroczysz  po  cienkiej  linie 

pomiędzy atrakcyjną suką a psychopatką. Zadarłaś z jego córką. Pewnie cię zostawi i zabierze 
swoje dziecko. 

- Nie ma mowy. Nie pozwolę na to. 

- Na co? Męża czy dziecko? 

Przygryzam wnętrze policzka. Oczywiste jest, co mam na myśli. 

- Nie uwierzy, jeśli zacznę udawać super mamę. Poznaje takie bzdury. 

Sam unosi brew. 

- Nie zostawi mnie. Myśli, że się załamię, jak to zrobi. 

- W taki sposób chcesz go zatrzymać? Manipulując jego uczuciami? 

Wzruszam ramionami. – Szczerze, to staram się o tym nie myśleć. 

- Tak, to dość wyraźne. Czemu po prostu nie dasz mu odejść? Mogłabyś znaleźć kogoś 

innego. 

Mam chęć do walnięcia go prosto w twarz. Zamiast tego zapalam papierosa. 

- Nigdy nie pozwolę mu odjeść. Zbyt bardzo go kocham. 

Sam  uśmiecha  się  ironicznie  i  wyciąga  papierosa  z  moich  palców,  gasząc  go  na  moim 

granicie. – Nigdy? 

- Nigdy – odpowiadam. – Przenigdy. 

Sam celuje we mnie palcem. – To nie jest miłość. 

background image

114 

 

Wywracam oczami. – Co ty wiesz? Jesteś gejem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

115 

 

Rozdział dwudziesty 

Przeszłość 

 

Tatuś  ogłosił  mnie  swoją  prawą  ręką.  Powinien  być  to  dla  mnie  honor,  ale  czułam  się 

bardziej tak jakby do mojej sukni został przypięty szkarłatny list. Wszyscy znali jego sztywną 
politykę  dotyczącej  nie  wprowadzania  rodziny  do  firmy,  więc  moja  nagła  obecność  była 
zimną, dżdżystą chmurą deszczową ponad resztą pracowników. Czy mój ojciec zrekrutował 
szpiega?  Czy  kompresował  etaty  firmy,  wykorzystując  mnie  do  donoszenia  mu  kto 
wykonywał,  a  kto  nie  wykonywał  swojej  pracy?  Przeglądali  swoje  papiery,  kiedy 
przechodziłam  obok,  udając,  że  są  bardzo  zajęci.  Niektórzy  byli  radykalnie  mili,  mając 
nadzieję na zdobycie mojej przyjaźni, aby zabezpieczyć swoje stanowiska, podczas gdy reszta 
była otwarcie wroga. Pytanie Dlaczego ona tutaj jest? było ciągłym dzwonem bijącym nade 
mną w korytarzach. Było okropnie. Okropniejszy był rozmiar mojego biura. Moje biuro było 
najbardziej  pożądane  w  budynku,  oprócz  tatusia.  Jedna  ściana  była  zrobiona  cała  ze  szkła; 
oferowała widok śródmieścia Ft. Lauderdale. Gdybym stanęła prawidłowo, twarzą do oceanu 
z  oddali  dostrzegłabym  budynek  Caleba.  Jego  wcześniejszy  właściciel,  który  był  uwielbiany 
przez wszystkich w OPI, został zwolniony tydzień przed moim przybyciem. Był z firmą przez 
dwanaście  lat  i  zasłużył  na  gabinet,  który  został  podany  mi  na  tacy.  Plakietka  na  moich 
drzwiach mogłaby mieć napis Tytułowany Bachor w różowych literach. Zarabiałam pięć razy 
więcej  niż  w  banku.  Na  zewnątrz  moje  uprzywilejowane  życie  zleciało  z  Licorice  Lane.  W 
środku, pod błyszczącym nowym gabinetem i tytułem, zniekształcałam się. 

Ojciec dał mi prestiżową pracę w jego firmie, aby udowodnić jak marnie o mnie myślał. 

Mój chłopak uśmiechał się do mnie uśmiechem, który nie sięgał jego oczu. Matka dawała mi 
miłość  tak  cienką,  że  wyglądała  jak  pokryta  cukrem  pogarda.  Gdyby  komuś  zależało,  żeby 
powiedzieć:  Leah,  to  wszystko  jest  w  twojej  głowie…  musiałabym  podać  im  troje  ludzi  w 
moim życiu, którzy tak naprawdę mnie nie chcieli. 

Moja  asystentka  zajrzała  do  gabinetu.  –  Pani  Smith,  wszyscy  czekają  na  panią  w  sali 

konferencyjnej. 

Cholera.  Zapomniałam  o  tym.  Wzięłam  swojego  MacBooka  i  Jamba  Juice,  wychodząc 

prędko z pokoju. Byłam tak pochłonięta żałowaniem samej siebie, że byłam dziesięć minut 
spóźniona na bardzo ważne spotkanie. Nienawidziłam tego. Weszłam swobodnie do środka, 
unikając spojrzenia ojca i usiadłam na swoim miejscu. 

Podniosłam wzrok, spodziewając się zobaczyć Bruce’a Gowina, który normalnie siedział 

obok  mnie,  ale  zamiast  tego  zostałam  przywitana  przez  blondynkę  z  oślepiająco  białymi 
zębami. 

background image

116 

 

Gdzie  był  Bruce?  Bruce  był  moim  partnerem.  Rozejrzałam  się  wokół  stołu,  dopóki  nie 

złapałam spojrzenia ojca. 

- Leah, bardzo się cieszę, że nareszcie postanowiłaś do nas dołączyć. Jeśli szukasz pana 

Gowina – już nie ma go z nami. Cassandra Wickham jest jego zastępczynią. 

-  Możesz  nazywać  mnie  Cash  –  powiedziała,  wyciągając  rękę.  Cash…  jakie  to 

Hollywoodzkie. 

Cash  miała  napuszone  włosy  do  podbródka  i  usta,  które  widziały  jakieś  pięć  razy  igłę 

glutenu.  Była  oszałamiająco…  seksowna.  Od  razu  poczułam  się  zagrożona.  Posłałam  jej 
najszczerszy  uśmiech  na  jaki  było  mnie  stać  i  odwróciłam  się  z  powrotem  do  ojca,  który 
przyglądał  mi  się  uważnie.  Cash  była  jego  nowym  pupilkiem,  już  mogłam  to  stwierdzić. 
Zastanawiałam się czy Bruce został zwolniony tylko dlatego, żeby zrobić jej miejsce. 

- Może zacznijmy… - Włączył projektor i wszyscy zwrócili się do niego, tak jak byliśmy do 

tego zaprogramowani. Charles Austin Smith słownie gromił każdego, kto ważył się mówić czy 
zasypiać podczas jego spotkań. Tak często słownie gromił moją matkę za wyrażanie swojej 
opinii, że już takiej nie miała. Król Smith. Niegdyś Smitoukis, ale to była część jego biednego 
życia. Kiedy Król przemawiał, jego poddani tracili języki i słuchali. 

Spotkanie było dla wszystkich głów oddziałów OPI Gem. Ponieważ byłam głową spraw 

wewnętrznych, moją odpowiedzialnością było koordynowanie nowego stanowiska Cash jako 
strategicznej farmaceutki. Biorąc pod uwagę, że większość strategicznych farmaceutów albo 
byli  sami  wyedukowani,  albo  uczyli  się  zawodu  pod  okiem  doświadczonych  naukowców, 
Cash była ważną osobą w firmie. Farmaceutyczna gwiazda rocka, można tak ją nazwać. Nie 
wiedziałam jak czułam się z moją nową odpowiedzialnością. Chciałam z powrotem Bruce’a. 

Po  spotkaniu  skierowałam  się  do  biura  ojca,  aby  dowiedzieć  się,  dokąd  zmierzał. 

Zamykając za sobą drzwi, zajęłam jedyne dostępne miejsce naprzeciwko jego biurka. Zanim 
się odezwałam czekałam, aż spojrzy na mnie ze swojego komputera. 

- Co się stało z Brucem, tatusiu? 

Ojciec zdjął okulary do czytania i położył je na biurku. – Pan Gowin nie spisywał się. Mam 

wielkie projekty, które postawią nas na mapie jako firmę farmaceutyczną. Potrzebowaliśmy 
nowej pary oczu. Ufam, że weźmiesz pod swoje skrzydło pannę Wickham. 

Potaknęłam…  zbyt  gorliwie.  Zmarszczył  brwi.  –  Będziesz  blisko  z  nią  pracowała,  gdy 

sformułujemy i zbadamy nowy lek. Kładę w tobie odpowiedzialność nad całym projektem. 

Opadła  mi  szczęka.  Szybko  się  pozbierałam,  ścierając  z  twarzy durny  uśmiech,  starając 

się być wiceprezesem spraw wewnętrznych.  

background image

117 

 

To była wielka sprawa. Jakiekolwiek motywy były mojego ojca na wciągnięcie mnie do 

firmy,  przez  te  wiadomości  zostały  odsunięte  na  bok.  Powierzył  mi  wprowadzenie  nowego 
leku. To było ogromne! 

- Dziękuję, tatusiu. Jestem bardzo zaszczycona. 

Odesłał  mnie  machnięciem  ręki  i  musiałam  się  powstrzymać  przed  wybiegnięciem  z 

gabinetu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było zadzwonienie do Caleba. 

Był zdyszany, gdy odebrał telefon. Wyobrażałam sobie, że właśnie powrócił z biegu. 

-  Wow,  Ruda.  Jestem  z  ciebie  dumny.  Odbiorę  cię  dzisiaj  z  pracy  i  pójdziemy  to 

świętować. 

Błyszczałam pod jego pochwałą. Zgodziłam się być gotową o dziewiętnastej. Odłożyłam 

słuchawkę i wygładziłam spódnicę. Musiałam przejść się na dół do laboratorium, gdzie Cash 
będzie miała swoje biuro. Skoro miałyśmy razem pracować, to w moim najlepszym interesie 
było poznanie jej. Gdy odwróciłam się do drzwi, ona już tam stała. 

- Leah – powiedziała. – Mogę wejść? 

Skinęłam głową i pokazałam jej, żeby usiadła. 

- Pomyślałam, że mogłybyśmy zjeść lunch, trochę się zapoznać ze sobą. 

Zdecydowałam się nie mówić jej, że zamierzałam zrobić to samo. Niech sobie myśli, że 

mnie goni. To ja byłam szefową; powinnam utrzymywać profesjonalną aurę. Przyjrzałam się 
jej rysom, gdy siedziała naprzeciw mnie. Byłyśmy w podobnym wieku. Miała trochę szorstką 
skórę, jakby przyjaźniła się przez kilka ostatnich lat z solarium. Respektowałam ładny rozmiar 
C,  ale  kiedy  sięgało  się  do  podwójnego  D  to  trochę  zbyt  bardzo  naśladowało  się  Jessicę 
Rabbit. Cash zdecydowanie sięgała podwójnego D. 

-  Nie  bardzo  się  tutaj  odnajduję  –  powiedziała,  krzyżując  nogi.  –  Dopiero  co 

przeprowadziłam się tutaj z D.C. 

Co  się  na  coś  takiego  odpowiadało?  Naprawdę  nie  obchodziło  mnie,  skąd  była. 

Uśmiechnęłam się. 

- Możesz pojechać ze mną. Jutro? 

Potaknęła, wstając. Na kostce miała tatuaż delfina. Dziwne jak na kogoś z D.C. 

- Świetnie, do jutra. – Pozostała chwilkę przy drzwiach. Myślałam, że powie coś jeszcze, 

ale w ostatniej chwili wyleciała i skręciła za rogiem, jakby od czegoś uciekała. 

Patrzyłam  za  nią  jak  szła  korytarzem  i  nacisnęła  guzik  windy.  Było  w  niej  coś 

podejrzanego.  Caleb  pewnie  potrafiłby  ją  rozgryźć.  Był  dobry  w  takich  bzdurach.  Niemal 

background image

118 

 

byłam  skuszona,  aby  pozwolić  im  się  poznać,  ale  potem  pomyślałam  o  tym  jak  kobiety 
reagowały  na  Caleba  i  odrzuciłam  ten  pomysł.  Potrzeba  było  mi  jeszcze  tej  blondyny 
flirtującej z moim chłopakiem. Sama będę musiała mieć na nią oko. 

Gdy nadeszła osiemnasta poszłam do łazienki, żeby odświeżyć się na randkę z Calebem. 

Na szczęście miałam na sobie nowy, biały strój od Chanel. Wyciągnęłam wsuwki z włosów i 
pozwoliłam  im  spłynąć  po  plecach.  Czerwień  rzucała  się  w  oczy  na  tle  bieli.  Byłam  piękna, 
Wiedziałam o tym, mężczyźni cały czas mi to mówili, a większość kobiet mi zazdrościła. Tak 
bardzo, że prawie niemożliwym było utrzymanie przyjaźni. 

Caleb  wszedł  do  mojego  biura  dziesięć  minut  wcześniej,  pachnąc  igłami  sosnowymi  i 

wyglądając  smakowicie.  Zawsze  był  wcześniej.  Udałam  zaskoczoną,  jakbym  nie  spędziła 
ostatnich  dwudziestu  minut  na  strojeniu  się  w  łazience.  Wstałam,  żeby  go  pocałować  i 
zatrzepotało mi w brzuchu, gdy wsunął język do moich ust. 

-  Podoba  mi  się  to  –  powiedział,  przesuwając  palcem  po  materiale,  który  kończył  mój 

dekolt. Odnosił się do mojego stroju, ale z Calebem zawsze istniała dwuznaczność. 

-  Może  to  zdejmiesz  i  zobaczysz  czy  spodoba  ci  się  to  co  jest  pod  spodem  – 

powiedziałam w jego usta. Podobał mi się pomysł ochrzczenia mojego nowego biura. 

Zastanawiał się nad moją ofertą, gdy ktoś zapukał do drzwi. 

Odepchnęłam się od jego torsu, rozdrażniona. 

- Wejść. 

Cash otworzyła drzwi. Jej twarz zaczerwieniła się, kiedy nas zobaczyła. 

- Mój Boże, bardzo przepraszam – powiedziała, wycofując się. – Chciałam się zapytać czy 

wiesz, jak dotrzeć do najbliższej Panery. 

Przesunęła po nas wzrokiem, zatrzymując się na twarzy Caleba. 

Nie podobało mi się to jak na niego patrzyła. Przysunęłam się do niego bliżej, oplątując 

ramionami jego szyję jak zaborczy leniwiec.  

Mój. 

Wydawała  się  rozumieć  język  mojego  ciała.  Kąciki  jej  usta  uniosły  się  leciutko.  Nastała 

niezręczna  cisza,  podczas  której  czekałam  aż  sobie  pójdzie.  Caleb  chrząknął.  Prezentacje, 
oczywiście. 

- Cassandro Wickham, to jest mój chłopak Caleb – powiedziałam. Caleb odsunął się ode 

mnie, żeby uścisnąć jej dłoń. Nie chciałam, żeby ją dotykał. Trzymała jego rękę o kilka sekund 
za długo, uśmiechając się z fałszywą skromnością. 

background image

119 

 

Czy ona nie widziała, że stałam obok? 

-  Jesteś  nowa  w  mieście?  –  zapytał  Caleb,  puszczając  jej  dłoń.  Zbliżył  się  do  mnie  i 

przycisnęłam się do jego boku. Znał moje słabości, jedną z nich było brak pewności siebie. 
Ilekroć wykrywał te fale, nadrabiał w kwestii poświęcania uwagi. Idealny, był idealny. 

Cash skinęła głową. – Wprowadziłam się tutaj tydzień temu. 

-  Cassandra  będzie  ze  mną  pracować  nad  nowym  projektem  –  powiedziałam  z 

napięciem. Nie chciałam już nazywać ją Cash. 

Wiedziałam, co będzie następne. Caleb był dżentelmenem. Jeżeli ktoś nie znał obszaru i 

ogłaszał swój głód… 

- Powinnaś dołączyć do nas na kolacji. Zamierzaliśmy iść świętować. 

Skrzywiłam się. Ona raczej tego nie dostrzegła, może dlatego, że wlepiała oczy w mojego 

chłopaka. 

- Nie chciałabym się narzucać… 

Ta, jasne. 

-  Oczywiście,  że  nie  będziesz  się  narzucać  –  odparłam  szybko.  –  Bardzo się  ucieszymy, 

jeśli pojedziesz z nami. 

Spojrzała na mnie i miałam wątpliwości czy usłyszała to, co naprawdę mówiłam. 

- Więc pójdę tylko po torebkę. 

Gdy  tylko  wyszła  z  biura,  Caleb  pocałował  mnie  w  czoło…  potem  usta.  Przyciągała  go 

dobroć,  nawet  bywał  nią  podniecony  –  dlatego  właśnie  miałam  obawy.  Nieszczególnie 
tkwiłam na Miłej Liście Mikołaja. Albo on jeszcze się nie zorientował, albo zbyt rozproszony 
był moimi cyckami, żeby się przejmować. Wprawdzie miałam naprawdę ładne piersi. 

Spotkaliśmy  się  z  Cash  w  lobby  i  uparła  się,  że  pojedzie  z  nami.  Musiałam  prawie 

odepchnąć ją z drogi, żeby dostać się do przedniego siedzenia. Caleb zabrał nas do Seasons 
52. Zamówiliśmy wino i jedną lampkę później Cash dowiedziała się o moim chłopaku więcej 
niż ja w ciągu roku. 

-  Więc  ta dziewczyna  – twoja  była  – nie  chciała  się  z  tobą przespać.  Wybacz  mi,  że  to 

mówię, ale jesteś tak cholernie seksowny, jak to w ogóle możliwe? Była lesbijką? 

Caleb uśmiechnął się krzywo i zastanawiałam się jaki sekret ukrywał za tymi zmysłowymi 

ustami. 

Przesunął językiem po dolnej wardze i przyjrzał się Cash „śmiejącymi się oczami”, jak je 

nazywałam. 

background image

120 

 

- Ktoś zranił ją emocjonalnie. Niestety ja także ją zraniłem. 

- Niestety? – powtórzyła, przenosząc wzrok na mnie. 

Poczułam  ukłucie,  nawet  na  niego  nie  patrząc.  Caleb  nosił  emocje  na  szczęce. 

Wyobrażałam sobie, że w tamtej chwili dość mocno ją zaciskał. Sięgnęłam po jego rękę pod 
stołem i splotły się nasze palce. Myślał, że oferowałam wsparcie, ale chciałam tylko wiedzieć, 
że  wciąż  był  mój.  Chciałam  mu  przypomnieć,  że  to  ja  siedziałam  z  nim  przy  tym  stole,  nie 
ona. 

Przesunął  się  w  miejscu.  Cash  zadała  mu  mnóstwo  pytań  o  to  jak  się  poznaliśmy.  Gdy 

tylko  złapała  się  myśli,  że  nie  chciał  iść  ze  mną  na  randkę  w  ciemno,  chciała  wiedzieć 
dlaczego. 

-  A  co  z  tobą,  Cash?  Jaka  jest  twoja  historia?  –  Rzęsy  Cash  próbowały  odlecieć. 

Powstrzymałam  uśmieszek  i  przygotowałam  się  na  szaloną  jazdę.  Caleb  miał  wprawę  w 
wyciąganiu informacji. Byłam całkiem pewna, że do końca posiłku poznamy całą jej historię. 

Wyciągnęła  wymanikiurowany  palec,  żeby  założyć  pasemko  włosów  za  ucho.  Coś 

ukrywała. Wiedziałam jak wyglądała kobieta z sekretem; każdego dnia patrzyłam na taką w 
lustrze. Kobiety nosiły sekrety w oczach i jeżeli skupiało się uwagę, to można było wyłapać 
błyski  wyraźnych  emocji,  pływających  w  zwykłych  rozmowach.  Caleb  zapytał  czy  sama 
przeprowadziła  się  na  Florydę  i  wyłapałam  szybki  opuszczenie  wzroku,  zanim  wesoło 
odpowiedziała. – Tak. 

Brałam  zajęcia  psychologiczne  na  studiach,  które  studiowały  język  ciała.  Jeden  z 

wykładów  miał  nazwę  Sztuka  Kłamania.  Mieliśmy  przeprowadzić  eksperyment  wraz  z 
czytaniem rozdziału, w którym pytaliśmy osobę, kogo nie było w klasie, seria pytań. Ku mej 
wielkiej radości nauczyłam się, że osoba, która przywołuje prawdziwe wspomnienie podnosi 
wzrok i zerka w prawo, podczas gdy osoba, która wykorzystuje twórczą część swojego mózgu 
–  żeby  skłamać  –  spuszcza  wzrok  i  zerka  w  lewo.  Cash  często  spuszczała  spojrzenie. 
Obrzydliwa. Mała. Kłamczucha. 

- Gdzie mieszka twoja rodzina? – zapytał Caleb. Przesuwał między palcami kosmyk moich 

włosów. Cash przypatrywała się zazdrośnie. 

- Och, są w pobliżu – odparła, zbywając pytanie. 

- W pobliżu tutaj? 

- Mój ojciec tutaj mieszka. Matka mieszka w Nowym Jorku. 

- Często się z nim widujesz? 

Pokręciła głową. – Nie bardzo. 

background image

121 

 

Kolejna popieprzona rodzina, bez wątpienia. Prawie skinęłam głową we współczuciu. 

-  Chciałabym  mieć  więcej  czasu  –  powiedziała  szybko.  –  Byłam  bardzo  zajęta 

przeprowadzką. Jesteśmy sobie bardzo bliscy. 

Jej usta otwarte były, żeby sypnąć kolejnym kłamstwem, kiedy kelner przyszedł z naszym 

jedzeniem. Co za szkoda. Chciałam je usłyszeć. Reszcie posiłku towarzyszyła gadka szmatka. 
Zatem była blisko z jej ojcem? Musiało być miło. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

122 

 

Rozdział dwudziesty pierwszy 

Teraźniejszość 

 

Caleb ukrył przede mną łódź. Co jeszcze ukrywa? Świadomość, że może być tego więcej 

męczy mój mózg. Tylko o tym mogę myśleć, aż praktycznie krztuszę się moimi podejrzeniami. 
Tak bardzo marszczyłam czoło, że pod koniec tego wszystkiego będę potrzebowała botoksu. 
Jedno jest pewne: muszę się dowiedzieć czy jest tego więcej, nawet jeśli oznacza to łamanie 
jego  kodeksu  prywatności.  Caleb  nie  cierpi,  gdy  pod  jego  nieobecnością  ktoś  jest  w  jego 
gabinecie.  Zawsze  dawałam  mu  jego  przestrzeń,  biorąc  pod  uwagę,  że  reszta  domu  jest 
moja,  ale  dzisiejszy  wieczór  wzywa  o  węszenie.  Pozwalam  Samowi  iść  do  domu  jak  tylko 
kładzie do spania Estellę. Normalnie przekonuję go, żeby został ze mną parę godzin i obejrzał 
ze  mną  telewizję,  lecz  gdy  tylko  zegar  wybija  dziewiętnastą,  praktycznie  wypycham  go  za 
drzwi. 

Otwieram drzwi do jego gabinetu, wciąż żując łodygę selera i  zapalam światło. Rzadko 

kiedy tutaj przychodzę. Cały pokój nim pachnie. Wciągam głęboko powietrze i od razu chce 
mi się płakać. Kiedyś każdej nocy przytulałam się do tego zapachu, a teraz… 

Lustruję  wzrokiem  ułożone  wszędzie  zbiory  książek.  Naprawdę  nie  wiem,  kiedy  on 

znajduje  czas  na  czytanie.  Kiedy  jest  z  nami  w  domu,  to  gotuje  i  spędza  z  nami  czas. 
Pomijając fakt, że w domu zawsze leży gdzieś książka, to tak naprawdę nigdy nie widziałam, 
żeby  czytał.  Raz  sprzątałam,  odnosząc do  jego  gabinetu  książki,  które poroznosił  po  domu, 
kiedy jego zakładka wypadła z jednej z książek, które nosiłam. Schylając się, żeby wziąć ją z 
podłogi, znalazłam coś co wyglądało jak pens – albo przynajmniej kiedyś było pensem. Teraz 
miał  wstemplowaną  wiadomość  o  całowaniu.  Miał  również  dziwny  kształt,  lekko  zgięty  i 
wydłużony.  Włożyłam  go  z  powrotem  do  jego  książki  i  następnym  razem,  gdy  byłam  na 
zakupach kupiłam mu prawdziwą zakładkę. Była skórzana, importowana z Włoch. Zapłaciłam 
pięćdziesiąt dolarów sprzedawcy, myśląc, że Caleb będzie pod wrażeniem mojej życzliwości. 
Gdy  pokazałam  mu  ją  tamtego  wieczora  przy  kolacji,  uśmiechnął  się  uprzejmie  i  mi 
podziękował, nie pokazując entuzjazmu, którego oczekiwałam. 

-  Pomyślałam,  że  potrzebujesz  takiej.  Używasz  tego  dziwnego  pensa,  a  on  wciąż 

wypada… 

Od razu podniósł wzrok na moją twarz. – Gdzie on jest? Nie wyrzuciłaś go, prawda? – 

Zamrugałam na niego zdezorientowana. 

-  Nie,  jest  w  twoim  gabinecie.  –  Nie  potrafiłam  ukryć  zranienia  w  głosie.  Jego  oczy 

złagodniały i obszedł stolik, żeby mnie pocałować w policzek. 

background image

123 

 

- Dziękuję, Leah. To był dobry pomysł – naprawdę. Potrzebowałem czegoś lepszego do 

przypominania mi o moim miejscu. 

- Twoim miejscu? 

- W książce. – Uśmiechnął się. 

Już nigdy więcej nie zobaczyłam pensa, ale miałam przeczucie, że gdzieś go schował dla 

przechowania. Caleb był dziwnie sentymentalny. 

 

Odsuwając  stos  książek  leżący  na  podłodze  na  bok,  najpierw  zabieram  się  za  jego 

szuflady i wyciągam wszystkie papiery. Rachunki, papiery z pracy – nic ważnego. Segregator 
był następny. Przeglądam każdy folder, czytając głośno ich tytuły. 

- Studia, Przedsiębiorcy, Akty prawne domów, Karty kredytowe… 

Wracam  do  Aktów  prawnych  domów.  Mieliśmy  tylko  jeden  dom,  poza  apartamentem 

Caleba, które upierał się zatrzymać. Były trzy. Pierwszy adres należał do naszego domu, drugi 
do jego apartamentu, a trzeci… 

Siadam,  spojrzeniem  przesuwając  po  każdym  słowie…  każdym  imieniu.  Staram  się 

przekopać  przez  szkło.  Mój  mózg  nie  ma  połączenia  z  moimi  oczami.  Zmuszam  się  do 
czytania.  Gdy  kończę  na  niczym  nie  mogę  skupić  już  wzroku.  Kładę  głowę  na  jego  biurku, 
papiery  wciąż  trzymając  w  ręce.  Mam  problem  z  oddychaniem.  Zaczynam  płakać,  ale  nie 
użalającymi się łzami: łzami gniewu. Nie mogę uwierzyć, że on mi to zrobił. Nie mogę. 

Podnoszę się przepełniona wściekłością. Gotowa jestem zrobić coś lekkomyślnego. Biorę 

telefon,  żeby  do  niego  zadzwonić  –  żeby  na  niego  nawrzeszczeć.  Rozłączam  się  nim 
wybieram numer. Zginam się w pół, łapiąc się za brzuch i jęk opuszcza moje usta. Jak to może 
tak  bardzo  boleć?  Gorsze  rzeczy  były  mi  zrobione.  Boli  mnie.  Tak  bardzo  mnie  boli.  Chcę, 
żeby  ktoś  wyciął  mi  serce,  żebym  nie  musiała  tego  czuć.  Obiecał,  że  nigdy  mnie  nie  zrani. 
Obiecał, że się mną zaopiekuje. 

Wiedziałam, że  nigdy  nie  kochał  mnie  tak  jak  ją,  ale  i tak  go  chciałam. Wiedziałam, że 

jego  miłość  do  mnie  była  warunkowa,  ale  i tak  go  chciałam.  Wiedziałam,  że byłam  drugim 
wyborem, ale i tak go chciałam. Lecz tego było za wiele. Wytaczając się z jego gabinetu do 
hallu,  rozglądam  się  po  mojej  posiadłości,  moim  pięknym,  małym  świecie.  Czy  stworzyłam 
go, żeby ukryć smród mojego życia? Filigranowe jajko stoi na stoliku blisko drzwi. To antyk, 
który  Caleb  kupił  mi  podczas  podróży  do  Cape  Cod.  Kosztował  go  pięć  tysięcy  dolarów. 
Podnoszę je i rzucam nim przez pokój, krzycząc przy tym. Rozbija się o kafelki, smyrgając w 
każdą stronę, tak jak moje życie. 

Podchodzę  do  naszego  zdjęcia  ślubnego,  które  wisi  nad  sofą.  Zastanawiam  się  przez 

chwilę, przypominając sobie ten dzień – pozornie najszczęśliwszy dzień mojego życia. Łapię 

background image

124 

 

miotłę, która stoi oparta o ścianę i walę rączką najmocniej jak potrafię w szklaną oprawkę. 
Zdjęcie spada ze ściany, rozbijając się o meble i lądując na stoliku do kawy. 

Estella zaczyna płakać. 

Ocieram wierzchem dłoni cieknącą twarz i ruszam do schodów. Trochę się cieszę, że się 

obudziła. Potrzebuję kogoś do trzymania. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

125 

 

Rozdział dwudziesty drugi 

Przeszłość 

 

Dzień mojego ślubu wyglądał bardziej jak koronacja niż rzeczywisty ślub. W jakiś sposób 

była  to  dla  mnie  koronacja.  Wygrałam  moją  koronę.  Miałam,  dość  możliwie, 
najseksowniejszego, najbardziej ujmującego mężczyznę, jakiego miał do zaoferowania świat. 
Pobiłam  wredną,  kruczoczarną  wiedźmę,  żeby  go  dostać.  Czułam  triumf.  Długo  na  to 
czekałam. 

Myślałam  o  tych  wszystkich  rzeczach,  kiedy  stałam  przed  lustrem  w  sukience  koloru 

kości słoniowej. Miała sercowy dekolt, spódnicę syreny. Moje włosy były spięte, zakręcone w 
coś  co  wyglądało  jak  muszla,  a  do  boku  przypięty  był  śliczny  biały  kwiatek.  Chciałam 
rozpuścić włosy, ale Caleb prosił, żeby je spięła. Zrobiłabym dla niego wszystko. 

Wyjrzałam  przez  okno  na  rozciągające  się  podwórko  moich  rodziców.  Zaczynali 

przybywać  goście;  odźwierni  kierowali  ich  do  miejsc.  Niebo  przygaszało  i  nareszcie  zaczęło 
pokazywać się tysiąc światełek, które nalegałam, aby zostały zawieszone na drzewach. 

Olbrzymi  namiot  stał  po  lewej,  gdzie  odbędzie  się  przyjęcie.  Na  prawo  znajdował  się 

basen  rozmiarów  olimpijskich.  Rodzice  zamówili  szklaną  podłogę  nałożoną  na  basen,  gdzie 
Caleb  i  ja  złożymy  sobie  przysięgi.  Będziemy  chodzili  po  wodzie.  Podskakiwałam  na  samą 
myśl. Krzesła ustawione były wokoło basenu. Wokoło będziemy mieli widownię. Caleb śmiał 
się,  kiedy  dzień  wcześniej  zobaczył  to  po  raz  pierwszy.  Nie  cierpiał  tego,  że  moja  rodzina 
próbowała przewyższyć Jonesów. 

- Miłość jest prosta – powiedział wtedy. – Im więcej pompy dodajesz ślubowi, tym mniej 

szczere to się robi. 

Nienawidziłam  tego.  Śluby  były  lukrem  na  resztę  twojego  życia.  Jeżeli  lukier  nie  był 

dobry, to kto chciał próbować babeczki? 

Przez  dobre  piętnaście  minut  gapiliśmy  się  na  tę  szklaną  podłogę,  kiedy  nareszcie 

powiedziałam. – Chciałam być Małą Syrenką. – Początkowo się zaśmiał, a potem jego twarz 
spoważniała.  Pociągnął  za  jeden  z  moich  loków.  –  Będzie  pięknie,  Lee.  Będziesz  Małą 
Syrenką. Przepraszam, odzywał się we mnie palant. 

 

Moja matka wpadła do pokoju dziesięć minut przed ślubem. Tego dnia widziałam ją po 

raz pierwszy. Nachyliła się nade mną, gdy Courtney nakładała mi szminkę. Katine, która była 
po  drugiej  stronie  pokoju  dokańczając  własny  makijaż,  spotkała  moje  spojrzenie  w  lustrze. 

background image

126 

 

Bardzo  dobrze  była  zaznajomiona  z  moją  matką  i  jej  popisami.  Stłumiłam  wzrastające 
mdłości, jak Courtney przetarła moje wargi chusteczką. 

- Cześć, mamo – powiedziałam, odwracając się do niej z uśmiechem. 

- Dlaczego wybrałaś ten odcień, Leah? Wyglądasz jak wampir. 

Spojrzałam  na  siebie  w  lustrze.  Courtney  nałożyła  mój  firmowy  odcień  czerwieni.  Być 

może wyglądało to odrobinę zbyt gotycko jak na ślub. Sięgnęłam po chusteczkę i starłam ją, 
wskazując na różaną szminkę. – Wypróbujmy tę. 

Matka  obserwowała  z  satysfakcją,  jak  nakładana  była  nowa  szminka.  –  Wszyscy  już 

prawie są. Będzie to najbardziej imponujący ślub roku, mogę ci to zagwarantować. 

Promieniałam. 

-  I  najpiękniejsza  panna  młoda  –  odezwała  się  moja  siostra,  nakładając  róż  na  moje 

policzki. 

- Oraz najseksowniejszy pan młody – rzuciła przez ramię Katine. 

Zachichotałam, wdzięczna za ich wsparcie. 

- Tak, miejmy tylko nadzieję, że tym razem będzie w stanie go przytrzymać – powiedziała 

matka. Katine opuściła szczoteczkę tuszu do rzęs. 

-  Mamo!  –  powiedziała  gniewnie  Courtney.  –  To  niestosowne.  Możesz  przestać  być 

jędzą? 

Mnie nigdy nie upiekłoby się za powiedzenie czegoś takiego. Mama zmarszczyła brwi na 

swoją ulubioną córkę. Wyczuwałam kłótnię. 

Położyłam  rękę  na  ramieniu  Courtney.  Nie  chciałam,  żeby  dziś  były  kłótnie.  Chciałam, 

żeby wszystko było idealne. Przełknęłam ból i uśmiechnęłam się do mamy. 

- Kochamy się – powiedziałam z przekonaniem. – Nie muszę niczego przytrzymywać. On 

jest mój. 

Uniosła  idealne  brwi,  zaciskając  usta.  –  Zawsze  istnieje  coś,  co  kochają  bardziej  – 

powiedziała. – Kobieta albo samochód, albo… 

Urwała, ale dokończyłam za nią w głowie – albo druga córka… 

Courtney,  nieświadoma  faworyzowania  naszego  ojca,  nałożyła  więcej  różu  na  moich 

policzkach. – Przesadzasz, mamo. Nie każdy mężczyzna taki jest. 

Matka  uśmiechnęła  się  z  pobłażaniem  do  młodszej  córki,  przesuwając  ręką  po  jej 

policzku. – Nie, moje kochanie – powiedziała – nie dla ciebie. 

background image

127 

 

Usłyszałam  aluzję.  Courtney  nie.  Spojrzałam  na  jej  rękę  na  policzku  mojej  siostry  i 

zabolało  mnie.  Nigdy  mnie  nie  dotykała,  dopóki  nie  musiała.  Nawet  gdy  byłam  mała, 
szczęście  miała,  kiedy  przytulono  mnie  w  moje  urodziny.  Odwracając  się  od  nich, 
pomyślałam o Calebie i od razu poczułam się lepiej. Dzisiaj zaczniemy własną rodzinę. Nigdy, 
przenigdy nie będę traktowała mojego dziecka, tak jak oni traktowali mnie. Niezależnie od 
sytuacji. Caleb będzie najlepszym tatą na świecie. Będę w stanie spojrzeć w tył na moje stare 
życie ze smutkiem, promieniejąc w różowych oparach nowego. Caleb. 

Miałam go. Może nikogo innego, ale on mi wystarczał. 

Pięć minut zanim wszystko miało się zacząć ktoś zapukał do drzwi. Mama już wyszła, a ze 

mną były tylko Katine i Courtney. 

Courtney pobiegła, żeby zobaczyć kto to, podczas gdy Katine pomogła mi założyć buty. 

Wróciła, uśmiechając się lekko. – To Caleb. Chce z tobą porozmawiać. 

Katine  potrząsnęła  głową.  –  Nie  ma  mowy!  Nie  może  jej  jeszcze  zobaczyć.  Jestem 

rozwiedziona  i  wiecie  co?  Pozwoliłam  dupkowi  zobaczyć  się  zanim  wzięliśmy  ślub  – 
powiedziała to rzeczowo, jakby był to jedyny powód dla którego jej małżeństwo się rozpadło. 

Spojrzałam na drzwi, rytm mojego serca przyśpieszył. Mnie to nie przeszkadzało. – Wy 

idźcie na dół. Zobaczę się z wami za chwilę. 

Katine założyła ramiona na piersiach, jakby nigdzie się nie wybierała. 

-  Katine  –  powiedziałam  –  Brian  zostawił  cię,  bo  przespałaś  się  z  jego  bratem,  nie 

dlatego, że zobaczył cię w sukni ślubnej. A teraz wynocha. 

Courtney chwyciła Katine za ramię, zanim mogłaby odpyskować i wyciągnęła ją z pokoju. 

Wygładziłam sukienkę, szybko spoglądając w lustro zanim podeszłam do drzwi. O czym 

mógłby ze mną rozmawiać? Nagle zrobiło mi się niedobrze. Co jeśli chciał wszystko odwołać? 
Czy w ogóle istniał dobry powód, dla którego pan młody żądał rozmowy z panną młodą przed 
ich ślubem? 

Uchyliłam drzwi. 

- Nie powinieneś mnie widzieć – powiedziałam. 

Roześmiał się, co od razu mnie uspokoiło. Śmiejący się mężczyzna nie przychodził zrywać 

z narzeczoną. 

- Odwróć się – odparł. – A ja wejdę tyłem. 

- Dobra. 

background image

128 

 

Obróciłam  się  plecami  do  drzwi  i  odeszłam  parę  kroków.  Usłyszałam  wchodzącego  do 

środka Caleba. Stanął przyciskając plecy do moich pleców. Sięgnął po moje dłonie i staliśmy 
tak dobrą minutę, gdy się odezwał. 

- Obrócę się… - powiedział. 

- Nie! 

Zaczął się śmiać i wiedziałam, że się droczył. 

Ścisnęłam jego dłonie. On ścisnął moje. 

- Leah. – Jego głos dotykał mojego imienia w sposób, który sprawił, że zamknęłam oczy. 

Wszystko co spływało z jego języka brzmiało pięknie, zwłaszcza moje imię. 

- Tak? – spytałam cicho. 

- Kochasz mnie czy wyobrażenie o mnie? 

Zesztywniałam, a on kciukami pogłaskał koniuszki moich palców. 

Próbowałam  zabrać  ręce,  bo  chciałam  zobaczyć  jego  twarz,  ale  trzymał  je  mocno,  nie 

puszczając mnie. 

- Jedynie odpowiedz na pytanie, kochanie. 

-  Kocham  ciebie  –  odparłam  z  całym  przekonaniem.  –  Czy  ty…  czy  ty  nie  czujesz  tego 

samego? 

O Boże. Odwoła ślub. 

Czułam jak moje gardło się zaciskało. Opuściłam głowę, głęboko oddychając. 

- Kocham cię, Leah. Nie poprosiłbym cię o rękę, gdybym cię nie kochał. 

Więc dlaczego odbywamy tę rozmowę? 

-  Więc  dlaczego  odbywamy  tę  rozmowę?  –  W  głowie  brzmiałam  pewniej.  Mój  głos 

zadrżał. 

- Miłość nie zawsze wystarcza. Chcę tylko się upewnić… 

Jego głos umilkł. Czy on mówił o Olivii? Chciałam krzyczeć. Była z nami nawet w dzień 

naszego  ślubu.  Chciałam  mu  powiedzieć,  że  jej  już  nie  ma!  Poszła  dalej.  Była…  była… 
bezwartościową suką, która na niego nie zasługiwała. 

Czy ja go kochałam? 

background image

129 

 

Uniosłam brodę. Tak, kochałam – na pewno bardziej niż ona. Jeżeli potrzebował, żebym 

go o tym przekonała, to tak zrobię. 

-  Caleb  –  powiedziałam  cicho.  –  Jest  coś,  o  czym  nigdy  ci  nie  powiedziałam.  Chodzi  o 

moją rodzinę. 

Wzięłam wdech i pozwoliłam prawdzie wylać się przez moje usta. Teraz albo nigdy. Moje 

słowa splątane były wstydem i bólem. Caleb, wyczuwając coś, mocniej mnie trzymał. 

- Jestem adoptowana. 

Spróbował  się  obrócić,  ale  powstrzymałam  go.  Nie  mogłam  jeszcze  na  niego  spojrzeć. 

Musiałam to z siebie wyrzucić. W każdej chwili przyjdą po nas, a musiałam skończyć zanim to 
zrobią. – Po prostu się nie odwracaj, dobrze. Tylko… słuchaj. 

- Dobrze – powiedział. 

- Kiedy moi rodzice się pobrali, przez trzy lata starali się o dziecko. Lekarze powiedzieli 

mojej  matce,  że  nie  może  mieć  dzieci,  więc  niechętnie  zdecydowali  się  na  adopcję.  Mój 
ojciec jest grekiem, Caleb. Potrzebował syna. Postanowili nie czekać na krajową adopcję, co 
zajęłoby wiele lat. Mój ojciec miał kontakty w rosyjskiej ambasadzie. 

- Leah… 

Mój głos prawie się załamał na dźwięk jego głosu. – Przymknij się – powiedziałam. – To 

naprawdę ciężkie, daj mi powiedzieć. 

Walczyłam ze łzami. Nie poświęciłabym na to mojego makijażu. 

-  Moja  prawdziwa  matka  miała  szesnaście  lat  i  pracowała  w  burdelu.  Nie  byłam 

chłopcem, którego pragnęli, ale przywieźli mnie tutaj ze sobą. Miałam sześć tygodni. Miesiąc 
później  moja  matka  dowiedziała  się,  że  jest  w  ciąży.  Poroniła…  przypuszczam,  że  był  to 
chłopiec.  Ojciec  obwiniał  mnie  o  stres,  który  spowodował  poronienie.  Najwyraźniej  byłam 
bardzo trudna, kolkowa i w ogóle. Kilka miesięcy później zaszła w ciążę z Courtney, ale ojciec 
stracił  swojego  chłopczyka.  Chyba  od  tamtej  pory  mnie  nienawidzi.  Przeszłam  z  dziecka, 
którego pragnęli do dziecka, które zabiło upragnione dziecko do… niedogodności – dziecka 
prostytutki. 

Ktoś głośni zastukał do drzwi. – Jeszcze parę minut – zawołałam. Obróciłam się twarzą 

do  Caleba.  Wziął  mnie w  ramiona  ze  zmarszczonymi  mocno  brwiami.  Jego  ciepło  wsączyło 
się we mnie. Przez długi czas milczał. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? 

-  Boże,  Caleb.  To  brudny  sekrecik  mojej  rodziny.  Było  mi  wstyd.  –  Musiałam  mocno 

odchylić głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Sprawiał, że czułam się mała i chroniona. 

background image

130 

 

- Nie masz czego się wstydzić. To oni – nie mogę sobie nawet tego wyobrazić. 

Pokręcił  głową.  –  Dlatego  twój  ojciec  dziś  cię  nie  odprowadzi?  –  Zmrużył  oczy  i 

zarumieniłam  się.  Powiedziałam  mu,  że  podagra  ojca  sprawia  mu  problemy.  Wszystkie 
chwyty dozwolone. Skinęłam głową. Ojciec powiedział mi tydzień wcześniej, że nie będzie mi 
towarzyszyć w przejściu. Nieszczególnie tego od niego oczekiwałam. 

Caleb  przeklął.  Bardzo  rzadko  przy  mnie  przeklinał.  Widziałam  jak  bardzo  był  zły.  – 

Dlatego dał ci pracę. – Nie było to pytanie. Łączył wszystkie elementy układanki. Potaknęłam. 
Wyglądał tak wściekle; wiedziałam, że mój plan działał. 

- Caleb… nie zostawiaj mnie. – Moja warga drżała. – Proszę… kocham cię. 

Złapał mnie prawie szorstko i przytulił. Złapałam się go, nie martwiąc się makijażem czy 

włosami.  Taka  była  droga  do  jego  serca.  Grałam  na  jego  współczuciu  i  grałam  na  jego 
potrzebie chronienia rzeczy, które były złamane i zagubione. 

Znowu usłyszeliśmy pukanie. Caleb odsunął mnie na długość ramienia i przyjrzał mi się. 

Coś zmieniło się w jego oczach. Stałam się dla niego kimś innym w chwili, kiedy podzieliłam 
się moją tajemnicą. Czy wiedziałam, że tak się stanie? Czy celowo odsuwałam wyznanie mu 
prawdy na wypadek, gdyby wydarzyło się coś takiego? 

Lekko przesunął palcem od linii moich włosów, przez czoło do nosa, przez wargi do szyi. 

- Jesteś olśniewająca – powiedział. – Mogę odprowadzić cię przejściem? 

Moje serce podskoczyło, poleciało… zrobiło pieprzony taniec szczęścia. Ożeni się ze mną 

ożeni. 

- Tak, proszę. 

- Leah… 

- Tak? 

- Nie zranię cię. Zaopiekuję się tobą. Wierzysz mi? 

- Tak – skłamałam. 

 

 

 

 

 

background image

131 

 

Rozdział dwudziesty trzeci 

Teraźniejszość 

 

Ona wygląda tak samo. Kruczoczarne włosy opadają lekko do jej pasa. Wygląda niemal 

jak cyganka w niebieskich lnianych spodniach i kremowej obcisłej koszulce zwisającej luźno z 
jednego  ramienia.  Przyglądam  się  jej  okrągłym  złotym  kolczykom,  które  są  tak  wielkie,  że 
włożyłabym do nich rękę. Sprawiają, że wygląda egzotycznie i lekko niebezpiecznie. Zawsze 
sprawiała, że czułam się pospolita. 

Jej spojrzenie przesuwa się po garstce gości w knajpie, szukając twarzy, którą rozpozna; 

starszym mężczyźnie, parze, która dzieli tę samą stronę loży, dwójce kelnerów wkładających 
sztućce do serwetek… i mnie. 

Widzę jak szok opanowuje jej rysy – rozchylenie ust, leciutkie rozszerzenie się bieli wokół 

jej tęczówek. Nagle sztywnieje. Jej oczy rzucają się w cztery kąty pomieszczenia i wiem, że go 
szuka. Kręcę głową, informując ją, że go tutaj nie ma. Upijam łyk kawy i czekam. 

Rusza stanowczo w kierunku mojego stolika. Gdy dociera do miejsca,  gdzie siedzę, nie 

siada, ale patrzy na mnie wyczekująco. 

- Stara klientka? – pyta sucho. 

-  Cóż, jestem,  prawda? –  Pokazuję  jej, żeby usiadła.  Wysłałam  anonimową  wiadomość 

do jej biura, twierdząc, że jestem starą klientką w prawnych kłopotach. Poprosiłam ją, żeby 
spotkała się ze mną w knajpie o nazwie U Tiffany. Nie miałam pojęcia czy przyjdzie, ale lepsze 
to było od pokazania się w jej biurze. 

Ostrożnie  siada  na  miejscu  naprzeciwko  mnie,  ani  na  chwilę  nie  odrywając  wzroku  od 

mojej twarzy. 

- Czego do cholery chcesz? 

Krzywię się. Louboutins czy nie, wciąż jest taką samą prostaczką jak kiedyś. 

-  Pomyślałabym,  że  mogłabyś  przejrzeć  dla mnie  ten dokument. –  Sięgam  do torebki  i 

wyciągam papiery, które ukradłam z segregatora Caleba. Kładąc je na stoliku, przysuwam je 
do niej. 

- Co to jest? – pyta. Przygląda mi się z niesmakiem. Jak ona śmie tak na mnie patrzeć? 

Własnoręcznie zrujnowała moje życie. Miałabym wszystko gdyby nie jej pokrętne, sięgające 
za daleko ręce. 

background image

132 

 

Również prawdopodobnie byłabym także w więzieniu. Odsuwam tę myśl. Teraz nie jest 

pora na wdzięczność. Teraz jest pora na odpowiedzi. Przysuwam do niej dokumenty. 

- Spójrz. Sama zobacz. 

Bez  poruszania  głową  patrzy  na  papiery,  potem  na  mnie.  Jest  to  gładki,  twardy, 

imponujący kawałek zastraszania. Sztuka języka jej ciała jest czymś, co można podziwiać. 

- Czemu chciałabym to zrobić? – pyta. 

Sprawia,  że  czuję  chłód.  Przypominam  sobie  stanie  w  miejscu  świadka  i  moje  serce 

przyśpiesza. Ćwiczę, żeby zobaczyć, czy ja też potrafię to zrobić. 

- Należy to do Caleba – odpowiadam, poruszając tylko ustami. 

Nie  wiem  czy  to  wzmianka  jego  imienia  czy  może  działa  moje  naśladowanie  języka  jej 

ciała, ale napina się. 

Kelner podchodzi do naszego stolika. Olivia sięga po papiery. 

-  Proszę  przynieść  jej  kawę,  dwie  śmietanki  –  mówię,  odsyłając  go.  Szybko  odchodzi. 

Olivia,  czytając,  na  chwilę  unosi  na  mnie  wzrok.  Przez  dziewięć  miesięcy  spędzałam  z  nią 
niemal każdy dzień. Wiem, co lubi. 

Sączę moją kawę, gdy czyta, przyglądając się jej twarzy. 

Dociera  jej  kawa.  Bez  unoszenia  wzroku  ściąga  pokrywki  ze  śmietanek  i  wlewa  je  do 

kawy. 

Podnosi filiżankę do ust, ale w połowie drogi jej ręka zamiera. Kawa wylewa się na stolik, 

gdy odstawia mocno filiżankę. Wstaje gwałtownie. 

- Skąd to masz? 

Odsuwa się od stolika, kręcąc głową. – Dlaczego na tym jest moje imię? 

Przesuwam językiem po zębach. – Miałam nadzieję, że ty możesz mi to powiedzieć? 

Rusza piorunem do drzwi. Podnoszę się, rzucając dwudziestkę na stolik i idę za nią. 

Podążam  za  nią  na  parking  i  osaczam  ją  przy  stoisku  z  gazetami.  –  Masz  mi  wyjaśnić 

dlaczego twoje imię jest na tym akcie prawnym razem z imieniem mojego męża! 

Jej twarz jest wyprana z koloru. Kręci głową. – Nie wiem, Leah. On nigdy… nie wiem. 

Zakrywa  twarz  dłońmi  i  słyszę  jej  szloch.  Przez  to  tylko  jeszcze  bardziej  się  złoszczę. 

Robię groźny krok w jej stronę. 

- Sypiasz z nim, prawda? 

background image

133 

 

Zabiera ręce i piorunuje mnie wzrokiem. 

- Nie. Oczywiście, że nie! Kocham mojego męża. – Jest wyraźnie urażona, że mogłabym 

oskarżyć ją o taką rzecz. 

- Ja kocham mojego! – Mój głos się łamie. - …więc dlaczego on kocha ciebie? 

Patrzy na mnie z prawdziwym wstrętem. 

-  Nie  kocha  –  odpowiada  prosto.  –  Wybrał  ciebie.  –  Boli  ją  wymówienie  tych  słów  do 

mnie. Widzę jak te uczucie wylewa się z jej skóry. 

Unoszę akt prawny, potrząsając nim. – Kupił ci dom. Dlaczego kupił ci pieprzony dom? 

Wyrywa  akt  z  moich  rąk  i  wskazuje  na  datę.  –  Przegapiłaś  ten  mały  szczegół?  Długo 

przed tobą, Leah. – Wpycha mi go w pierś. – Ale ty o tym wiesz. Zatem dlaczego podstępem 
skłoniłaś mnie do przyjścia tutaj? 

Przełykam ślinę – nerwowa reakcja. Ona to widzi i uśmiecha się okrutnie. 

- Powinnam była pozwolić im wrzucić cię do więzienia, wiesz. 

Odwraca się, podchodząc do drzwi jej samochodu. Jej oświadczenie doprowadza mnie 

do szału. Idę za nią, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, oddycham przez nos. 

- Żebyś mogła go mieć? – wypalam. Krew huczy mi w uszach. Cały czas zadaję sobie te 

pytanie. Powtarzam je. – Powinnaś była przegrać sprawę, żebyś mogła go mieć? 

Zamiera, patrzy na mnie przez ramię. 

- Tak. 

Nie  spodziewałam  się  prawdy.  Przeraża  mnie.  Otwieram  usta  –  z  trudem  wyrzucam 

słowa. – Myślałam, że kochasz swojego męża. 

Wydmuchuje powietrze przez nos. Ten czyn przypomina mi wzburzonego konia. Jej oczy 

unoszą się z moich butów i lądują z obrzydzeniem na mojej twarzy. 

- Twojego też kocham. 

 

 

 

 

 

background image

134 

 

Rozdział dwudziesty czwarty 

Przeszłość 

 

Zanim wyszłam za Caleba rzadko pozwalałam rodzicom przebywać w jego towarzystwie 

ze  strachu,  że  ich  opinie  przeniosą  się  na  niego  i  zacznie  on  patrzeć  na  mnie  tak,  jak  oni. 
Większość  moich  innych  chłopaków  nie  pojmowało  ich  aluzyjnych  obelg  i  chłodnego 
rodzicielstwa.  Caleb  był  bystry,  przejrzałby  ich,  przejrzałby  mnie  –  i  zacząłby  zadawać 
pytania.  Nie  chciałam  pytań  ani  ewentualnej  rezygnacji,  którą  by  przyniosły:  Leah  jest 
rozczarowaniem. Nie jest niczego warta, jest tylko córką z drugiej ręki. 

Nie  lubiłam  jak  ludzie  znali  moją  historię.  Więc  przez  dwa  lata  naszego  romansu 

trzymałam  go  z  dala  od  wydarzeń  towarzyskich  z  moją  rodziną,  z  drobiazgową  precyzją. 
Przeważnie  było  to  wyczerpujące  –  upewniałam  się,  że  nikt  nie  powiedział  zbyt  wiele, 
rozmowy  nie  sięgały zbyt  głęboko.  Po  ślubie  to się  zmieniło.  Może  czułam  się  bezpieczniej 
odkąd  miałam  zobowiązanie  albo  może  chodziło  o  fakt,  że  nareszcie  powiedziałam  mu 
prawdę o tym skąd pochodziłam. 

Tydzień po powrocie z naszego miesiąca miodowego zostaliśmy formalnie zaproszeni do 

ich  domu  na  kolację.  Caleb  nadal  wściekał  się  tym,  że  mój  ojciec  nie  odprowadził  mnie 
przejściem. 

- Nie chcę iść, Leah. To, co on zrobił było w stosunku do ciebie obraźliwe. Ma szczęście, 

że nie wytknąłem mu tego na ślubie. Nie pozwolę mu tak cię traktować. 

Kochałam  to.  W  ciągu  tych  pięciu  sekund  czułam  się  bardziej  wartościowa  niż  przez 

ostatnie lata. 

-  Proszę.  –  Uniosłam  się  na  palcach  i  pocałowałam  jego  brodę.  –  Utrzymajmy  pokój. 

Kocham moją siostrę. Nie chcę robić awantury. 

Chwycił  mnie  za  ramiona  i  ścisnął  je  lekko,  mrużąc  oczy.  –  Jeżeli  powie  jedno  słowo, 

Leah, jedno słowo, które mi się nie spodoba… 

- To walniesz go w twarz – powiedziałam stanowczo. 

Uśmiechnął się krzywo i pocałował mnie szorstko w usta – tak jak to lubiłam. 

- Walnę go w twarz, jeśli poda kaczkę. Nienawidzę kaczki. 

Zachichotałam w jego usta. – A co jeśli opowie jakiś żart o nurkowaniu z akwalungiem?  

- To też – dostanie za kawał… 

background image

135 

 

Przesuwaliśmy  się  w  stronę  sypialni,  plącząc  ze  sobą  stopy,  ani  razu  nie  odrywając  od 

siebie ust. 

Wplotłam  palce  w  jego  włosy,  brzegi  moich  myśli  strzępiły  się,  a  potem  rozpadły  i 

mogłam myśleć już tylko o jego dotyku i ochrypłym głosie w moim uchu. 

 

Później tego wieczora weszliśmy do domu moich rodziców ręka w rękę. Dwa tygodnie na 

Malediwach  opaliły  nas  oraz  zrelaksowały  i  wciąż  przebywaliśmy  w  naszym  wakacyjnym 
okresie, śmiejąc się, całując i dotykając jakby jedno z nas mogło zniknąć. Caleb nareszcie był 
mój.  Gdy  wyciągnęłam  rękę  do  klamki,  moje  myśli  pomknęły  do  mojej  arcynemezis.  Moje 
usta  znalazły  uśmiech  tak  bardzo  triumfalny,  że  Caleb  spojrzał  na  mnie  zagadkowo, 
przekrzywiając głowę. 

- Co? – spytał. 

Wzruszyłam  ramionami.  –  Jestem  po  prostu  szczęśliwa,  to  wszystko.  Wszystko  jest 

doskonałe. 

Chciałabym móc powiedzieć: Dum, dum, wiedźma jest martwa… 

Lecz  wiedźma  nie  była  martwa.  Znajdowała  się  w  Teksasie  –  co  było  wystarczająco 

dobre. 

Moi rodzice i siostra byli w pokoju dziennym. Kiedy weszliśmy spojrzeli wyczekująco na 

Caleba,  niemal  tak  jakby  czekali,  aż  ogłosi,  że  mnie  zostawia.  Nastąpiło  trzydzieści  sekund 
niezręcznej ciszy, po czym moja siostra wstała, żeby nas uściskać. 

-  Jak  było?  Opowiedz  mi  wszystko.  –  Złapała  mnie  za  rękę  i  poprowadziła  do  kanapy. 

Spojrzałam  na  Caleba,  który  ściskał  ręce  z  moim  ojcem.  Tatuś  lubił  Caleba.  Lubił  go  tak 
bardzo,  że  zastanawiałam  się  co  pomyślałby  o  tym,  że  Caleb  go  nienawidzi.  Czułam  chorą 
satysfakcję,  wiedząc,  że  odwróciłam  Caleba  przeciwko  niemu.  Mój  ojciec  myślał,  że  mógł 
mieć wszystkich i szczerze pragnął wszystkich adoracji… oprócz mojej. 

- Było pięknie – zapewniłam ją. – Bardzo romantycznie. 

Szybkie spojrzenie na Caleba. 

Ona  zbliżyła  się  do  mnie.  –  Przez  cały  poranek  narzekali  na  to  jak  wiele  kosztował  ich 

ślub – powiedziała. – Nie ruszaj tego tematu. 

Poczułam krew napływającą do policzków. Było to typowe zachowanie moich rodziców. 

Oczywiście,  że  zapłaciliby  za  ślub  ich  najstarszej  córki.  Oczywiście,  że  byłby  rozrzutny  i 
przesadzony, żeby zaimponować ich znajomym. Oczywiście, że potem narzekaliby na to jak 
wiele pieniędzy musieli bulić za kogoś, kto nie był tak naprawdę ich krewnym. Ale co innego 

background image

136 

 

mogli zrobić? Nikt nie wiedział, że nie byłam ich. Gdyby tak się nie postarali, to rzuciliby cień 
na ich idealny wizerunek kochających rodziców. 

Proszę, Boże, proszę nie pozwól im coś powiedzieć przy Calebie. 

Moja siostra trzymała lampkę wina. Wzięłam ją od niej i wypiłam duży łyk. 

Matka kierowała się do nas, każdy z jej ptasich kroków przyklejał nowe pasmo strachu 

do mojej głowy. 

-  Naprawdę  powinnaś  trzymać  się  z  daleka  od  słońca,  Leah  –  powiedziała,  siadając 

naprzeciwko  mnie.  Spojrzałam  na  moje  ramię  opalone  na  brąz.  Pomimo  że  miałam  jasną 
skórę i rude włosy, to opalałam się jak włoszka.  

- Wyglądasz głupio z tym kolorem – wyglądasz jakbyś użyła samoopalacza. 

- Ona wygląda dobrze, mamo – powiedziała gniewnie moja siostra. – To że ty boisz się 

słońca nie znaczy, że my też musimy. 

Posłałam siostrze wdzięczne spojrzenie i napięłam się na następny zgryźliwy komentarz. 

- Caleb wygląda dobrze – powiedziała, spoglądając na miejsce, gdzie dalej rozmawiał z 

moim ojcem. – Taki przystojny. Zawsze myślałam, że byłby dla ciebie dobrą parą, Courtney. 

Zakręciło mi się w głowie, wzrok się zamazał. Courtney wydała gniewny dźwięk w gardle. 

-  To  jest tak  szalenie niestosowne  –  syknęła.  – Nie  tylko  doskonałość  nie  jest  w  moim 

typie, ale Leah i Caleb pasują do siebie bardziej niż jakakolwiek para, jaką znam. Wszyscy tak 
mówią. 

Matka uniosła brwi. Znalazłam swój język. 

- Dlaczego w ogóle coś takiego mówisz? – spytałam ją. – Po tym wszystkim, co zrobiłaś, 

żeby mi pomóc… 

Pociągnęła nosem i upiła łyk wina z jej własnej lampki. – Kobieta nie powinna tak mocno 

walczyć, żeby być z mężczyzną. On powinien pragnąć tylko jej… 

Moja siostra patrzyła to na mnie, to na mamę. – O czym wy mówicie? 

Wzrok  mojej  matki  splótł  się  z  moim  w  cichym  ostrzeżeniu.  –  Kolacja  powinna  być 

gotowa – powiedziała. – Może pójdziemy do jadalni? 

 

Mattia  wciąż  przyrządzała  większość  posiłków  moich  rodziców.  Była  z  moją  rodziną 

odkąd  byłam  małą  dziewczynką.  Zawsze  nie  mogłam  doczekać  się  dań  jej  roboty.  Dziś 

background image

137 

 

wieczorem  był  łosoś  z  ryżowym  pilaw,  polany  miodową  musztardą.  Ścisnęła  moje  ramię, 
stawiając przede mną mój talerz. 

- Gratulacje – szepnęła mi do ucha. Uśmiechnęłam się do niej. Chciałam, żeby przyszła 

na ślub, ale rodzice uważali to za niestosowne. 

- Mam coś dla ciebie – powiedziała – tylko coś małego. Zostawię ci to w kuchni. 

Skinęłam  jej  głową,  mając  nadzieję,  że  nie  usłyszała  tego  matka.  Miała  ona  dar  do 

sprawiania, że szczere gesty wyglądały na głupie i komiczne. 

Mattia  opuściła  pokój  po  tym  jak  został  położony  ostatni  talerz  i  skupiłam  uwagę  na 

rozmowie ojca z Calebem. Pomimo jego obecnych uczuć wobec moich rodziców, Caleb był 
opanowany i pełen szacunku, odpowiadając na pytania i odbierając je w idealnym porządku. 

On  był towarzyskim  geniuszem. Przypisywałam  to  faktowi, że potrafił  w ciągu  jednego 

spotkania  dostać  się  do  wnętrza  każdej  osoby  i  od  tamtej  chwili  automatycznie  potrafił 
manipulować ich nastrojami. Widziałam jak zadawał nieznajomemu pytanie za pytaniem, aż 
zburzył  jego  mury.  Początkowo  przedmiot  jego  zainteresowania  wyglądał  na  trochę 
ostrożnego,  dając  mu  ocenzurowane  odpowiedzi.  Splatał  swoje  dociekliwe  pytania  z 
kawałami  i  nazbyt  skromnymi  komentarzami,  które  rozluźniały  osobę.  Nigdy  nie  osądzał. 
Mrużył  oczy,  kiedy  następowała  kolej  na  mówienie  tej  drugiej  osoby  –  czarujący  kawałek 
mowy  ciała  mówiący:  jesteś  taki  interesujący,  mów  dalej.  Uwielbiałam  przyglądać  się  jego 
rozmowom z ludźmi. Uwielbiałam patrzeć jak się w nim zakochiwali. Pod koniec rozmowy z 
Calebem ludzie byli nim tak pochłonięci, że wyglądali na rozczarowanych, kiedy kończyła się 
interakcja. Jemu naprawdę zależało – taka była różnica pomiędzy Calebem, a kimś kto był po 
prostu wścibski. Ludzie szybko to wychwytywali. 

Caleb  był  mój.  Nareszcie  był  cały  mój.  Uśmiechnęłam  się  do  mojego  łososia,  a  siostra 

kopnęła mnie pod stołem. 

- Co? – spytałam ją bezgłośnie. 

Potrząsnęła głową, uśmiechając się. 

Po kolacji przenieśliśmy się do salonu. Mój ojciec był staromodny; jak tylko usiedliśmy 

wyciągnął  kieliszki  do  koniaku  i  cygara.  Caleb  uprzejmie  odmówił  cygara,  ale  napił  się 
szkockiej. 

Siedziałam obok niego, podczas gdy moja matka i siostra zniknęły w innej części domu. 

To był męski czas, ale nie zamierzałam zostawić mojego mężczyzny samego z moim ojcem. 
Nie, kiedy był na mnie zły za pieniądze, które wydał na ślub. 

- Jakie są wasze plany? – zapytał tatuś, ostentacyjnie mnie ignorując i patrząc na mojego 

męża.  Wydmuchał  z  ust  trochę  tytoniu  i  odwróciłam  wzrok.  Jego  nawyki  zaczynały  mnie 
denerwować. 

background image

138 

 

Caleb oblizał usta. – Złożyliśmy ofertę o dom. Czekamy na odzew. 

- Mam nadzieję, że nie masz zamiaru trzymać Leah w domu. Potrzebuję, żeby wróciła do 

biura. 

Caleb  zesztywniał.  Potrafiłam  odczytać  mowę  jego  ciała,  jakby  była  moją  własną. 

Chciałam usłyszeć, co powie wielkiemu, potężnemu Smithowi silne ramię. 

- Nie zamierzam nigdzie jej trzymać – odparł. – Poza moim łóżkiem, może chodzić gdzie 

tylko chce.   

Zadławiłam  się  własną  śliną.  Chciałam  zaśmiać  się  na  minę  mojego  ojca.  Był 

nieokrzesany,  słyszałam  od  niego  wiele  żartów,  ale  rozbroił  go  komentarz  Caleba.  Caleb 
prawdopodobnie wiedział, że tak będzie – ten znakomity manipulant. 

Ojciec odchrząknął z lekkim uśmiechem na ustach. 

Caleb odwrócił się do mnie. – Planujesz wrócić do pracy, Leah? 

Tatuś nie był do tego przyzwyczajony. Chciałam zerknąć, żeby zobaczyć jak znosił to, że 

jego nie córka została zapytana o opinię. 

- Nie wiem – odpowiedziałam. – Mogłabym o tym pomyśleć… 

Dlaczego chciał, żebym wróciła? Miał całą hordę pracowników grających w jego firmową 

grę. Może to było jego staranie się? Na co… bycie moim tatą? Szefem? Byłam zaskoczona, że 
sugerował w ogóle, abym wróciła do pracy, skoro wierzył, że kiedy kobieta wyszła za mąż to 
jej miejsce znajdowało się w domu. 

Ojciec  zmienił  taktyki  w  ostatniej  minucie;  nakierowując  ciało  w  moim  kierunku, 

odwrócił się od Caleba, skupiając uwagę wyłącznie na mnie. 

Miło. 

-  Co  ty  na  to,  Leah?  Byłaś  wielkim  atutem,  odkąd  przybyłaś.  Potrzebujemy,  żebyś 

dokończyła ten projekt. 

Choć  bardzo  chciałam  odmówić,  to  nie  mogłam.  Obwiniajcie  o  to  alkohol  albo  mój 

dręczący  nałóg  zadowalania  jedynego  mężczyzny,  który  mnie  nie  chciał,  ale  nie  mogłam 
odejść ot tak, kiedy prosił, żebym wróciła. Miałam potrzebę udowodnienia mu, że mylił się co 
do  mnie.  Że  nie  byłam  dzieckiem  bezwartościowej  zdziry,  ale  cennym  atutem  dla  jego 
rodziny. 

Skinęłam głową, czując się jak słabeusz za ugięcie się. On do czegoś mnie wykorzystywał. 

Jeszcze  nie  potrafiłam  rozgryźć  do  czego.  Bolała  mnie  moja  przeklęta  dusza.  Caleb  mnie 
obserwował.  Uśmiechnęłam  się  do  niego,  moje  oczy  bez  wątpienia  zdradzały  moje 

background image

139 

 

zaniepokojenie. Potrafił przejrzeć mnie na wskroś, dostrzegał nawet moje bijące serce. Dzięki 
Bogu, że był miał na tyle klasy, żeby o tym nie wspominać. 

W drodze do domu Caleb zapytał mnie czy naprawdę chcę wracać. 

- Mówiłaś, że z tym skończyłaś. 

Patrzyłam niespokojnie przez moje okno, licząc światła samochodowe, które nas mijały. 

- Wiem. 

- Więc dlaczego wracasz? Nie jesteś mu nic winna, Leah. 

- Po prostu pozwól mi to zrobić bez psychoanalizowania moich motywów. 

Spojrzał na mnie kątem oka. – W porządku. Tylko obiecaj mi jedną rzecz. 

Popatrzyłam na niego. Caleb nie prosił o obietnice. 

- Jeżeli wywinie coś takiego jak na ślubie, to odejdziesz i nie obejrzysz do tyłu. 

- Dobrze – odparłam. 

Zerknęłam  na  moje  kolana,  gdzie  leżał  prezent  od  Mattii,  opakowany  w  perłowo-biały 

papier z ozdobnymi dzwoneczkami. Wsuwając paznokieć pod taśmę, odsunęłam opakowanie 
ujawniając zestaw do cukru i śmietanki. Było to tanie – coś takiego co kupuje się w Marshalls 
z srebrną zastawą – ale było od Mattii i uwielbiałam to. 

W  domu  tylko  Mattia  mnie  przytulała.  Liczyłam  na  jej  uściski.  Zamierzałam  przyciszyć 

radio, kiedy Caleb je podgłośnił. 

Coldplay,  słuchał  ich  jakby  szeptali  mu  jakieś  prawdy.  Nigdy  nie  rozumiałam  jego 

fascynacji.  Zawsze  próbowali  upiększyć  wielkie  pojęcia  kompozycjami  fortepianowymi. 
Stukałam palcami o podłokietnik, czekając na koniec piosenki. Jakby ktoś potrafił naprawić 
inną  osobę.  Gdyby  to  była  prawda,  to  Caleb  nie  lubiłby  muzyki  Debbie  Downer,  słuchałby 
wesołych bzdur, które reprezentowały nasz związek. Kiedy go poznałam, topił się w swoim 
uczuciu do jakiejś kobiety, która złamała mu serce. Spędziłam parę lat próbując go wyciągnąć 
z  tego  stanu,  tylko  po  to,  żeby  dostać  pewien  rodzaj  dryfującego  zadowolenia,  które 
pojawiało się i znikało, zależnie od dnia. Mogliśmy żyć tygodniami w szczęściu, a potem nagle 
wiatr zmieniał kierunek i Caleb zmieniał się w zamyśloną, mroczną osobę, którą spotkałam 
po raz pierwszy na jachcie. 

Teraz…  w  tym  momencie…  w  tym  dniu  –  był  szczęśliwy.  Patrzyłam  na  jego  twarz,  jak 

śpiewał tekst piosenki i splotłam nasze palce. Mówił, że mogłam mu ufać. 

 

 

background image

140 

 

Rozdział dwudziesty piąty 

Teraźniejszość 

 

Kiedy wracam do domu ze spotkania z Olivią, sporadycznie szlocham i przeklinam. Cały 

mój  świat  traci  ostrość,  jak  ważę  szanse  utraty  mojego  męża.  Słowa  Olivii  mieszają  się  z 
moimi myślami, aż niemal zderzam się ze śmieciarką. Gdy tylko przechodzę przez frontowe 
drzwi,  kieruję  się  od  razu  do  miejsca,  gdzie  Sam  położył  Estellę  na  kocu.  Podnoszę  ją  i 
przyciskam  do  klatki  piersiowej.  Ona  wierci  się  i  wyje  z  protestem.  Sam  zabiera  mi  ją  i 
przestaje płakać. Zabieram ją z powrotem od Sama. 

-  Weź dzień  wolnego  – mówię,  przyglądając  się jej  zmarszczonej twarzy.  –  Pora na to, 

żeby nauczyła się mnie cholernie lubić. 

Sam unosi brwi. Zamierzam powiedzieć mu, że nie lubię tej jego miny, kiedy odwraca się 

i odchodzi. 

Widzę go przez drzwi balkonowe. Bierze swoje kluczyki z kuchennego blatu i oddala się 

bez spojrzenia w tył. Spoglądam na Estellę. 

-  Może  znowu  możemy  tego  spróbować.  Jeżeli  rozgryziemy  jak  siebie  polubić,  to  twój 

tatuś może zostanie. 

Ona macha swoimi piąstkami i mruga na mnie. Naprawdę jest nawet urocza. 

Wyciągam  nogi  i  kładę  ją  na  moich  udach.  Mówię  do  niej  o  życiu  przez  następne  pół 

godziny, dopóki nie zaczyna na mnie krzyczeć. Potem idziemy do domu zjeść kolację. Po tym 
jak położyłam ją do łóżka, zakładam najseksowniejszą bieliznę i czekam. Czterdzieści minut 
później słyszę jego klucz w zamku. 

Gdy pędzę do hallu Caleb właśnie zamyka za sobą drzwi. Zamieram, a gdy podnosi wzrok 

nie jestem pewna, kto wygląda na bardziej speszonego. 

- Jestem tutaj tylko po parę moich rzeczy. 

Nawet  na  mnie  nie  patrzy.  Robię  kilka  kroków  w  jego  stronę.  Chcę  go  dotknąć, 

powiedzieć mu, że przepraszam. 

- Caleb, porozmawiaj ze mną… proszę. 

Skupia  na  mnie  spojrzenie  i  nie  widzę  w  nim  żadnego  ciepła,  które  kiedyś  tam  było. 

Odsuwam się gwałtownie. Czy wszystko, co było między nami zniknęło? 

- Jutro po nią wrócę. Jest po prostu kilka rzeczy, które muszę wziąć – powtarza. 

background image

141 

 

Kładę rękę na jego torsie, a on zamiera. 

Łapie mnie za nadgarstek. – Nie. – Tym razem spogląda mi w oczy. – Używasz seksu jak 

broni. Nie jestem zainteresowany. 

- W porządku jest, kiedy Olivia go używa, ale ja nie? – Słowa wypływają ze mnie zanim 

mogę je powstrzymać. 

- O czym ty mówisz? 

Myślę  o  rozmowie  z  Samem.  Jeśli  chcę  dowiedzieć  się  o  jego  związku  z  Olivią,  teraz 

pewnie jest odpowiednia pora na zapytanie, skoro już i tak jest na mnie wściekły. 

- Dlaczego nigdy się z nią nie przespałeś? 

Caleb  natychmiast  reaguje,  chwytając  mnie  za  ramiona  i  odsuwając  ze  swojej  drogi. 

Rusza w stronę schodów. Idę za nim. 

- No dalej, Caleb. Pozwoliłeś jej użyć seksu – albo jego braku – jako broni. Dlaczego? 

Piorunuje mnie wzrokiem. – Nie wiesz o czym mówisz. 

-  Może.  Ale  to  dlatego,  że  nigdy  o  niej  nie  mówisz.  A  ja  chcę  wiedzieć,  co  dokładnie 

wydarzyło się między wami. 

- Zostawiła mnie – mówi. – Koniec historii. 

- A co z drugim razem? – dociekam. – Podczas twojej amnezji? 

- Znowu mnie zostawiła. 

Jego przyznanie głęboko mnie tnie. 

-  Czemu  nigdy  nie  rozmawiałeś  ze  mną  o  tym,  co  ona  zrobiła?  Kiedy  wróciła  i  cię 

okłamała? 

- Czemu nigdy nie zapytałaś? – odparowuje. 

- Nie chciałam wiedzieć… 

Zaczyna się odwracać. 

- Ale teraz chcę – dodaję. 

- Nie. 

-  Nie?  –  Podążam  za  nim  po  pierwszych  paru  schodkach.  –  Chcę  wiedzieć  dlaczego 

zatrudniłeś ją jako mojego prawnika… dlaczego nie byłeś na nią zły, że cię okłamała. 

Obraca się tak szybko, że prawie się wywracam. 

background image

142 

 

-  Zatrudniłem  ją  jako  twojego  prawnika,  bo  wiedziałem,  że  wygra.  Byłem  na  nią  zły… 

nadal jestem. 

- Dlaczego? – wołam za nim, ale już go nie ma. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

143 

 

Rozdział dwudziesty szósty 

Przeszłość 

 

Jedna rzecz o mnie: grzebię. Jeżeli nie mogę czegoś znaleźć – grzebię głębiej, mocniej. 

Grzebię,  dopóki  tego  nie  znajduję.  Nie  mogłam  tylko  wgrzebać  się  do  mojego  własnego 
umysłu. Nie chciałam go widzieć. 

Mój ojciec zachowywał się dziwacznie, nawet jak na niego. Dwa razy przyłapałam go na 

połykaniu garści pigułek. Jedyne pigułki jakie u niego widziałam były witaminami. To nie były 
witaminy. Znalazłam butelkę w górnej szafce jego biurka. 

Na  butelce  było  napisane,  że  to  Vasodilator  –  lek  na  nadciśnienie,  ale  w  tej  samej 

butelce  były  zmieszane  pigułki,  które  rozpoznawałam  –  Klonopin,  tabletki  przeciw  lękowe. 
Mój ojciec miał lęki. Chciałam wiedzieć od jak dawna je brał i dlaczego je brał. Ojciec zawsze 
był najzdrowszym człowiekiem, jakiego znałam. Miał sześćdziesiąt lat i miał sześciopak. Był to 
sześciopak starszego mężczyzny, ale jednak. Śmiał się z ludzi, którzy cierpieli na takie choroby 
jak depresja i lęki, ironiczne, skoro dawał im leki. 

Zadzwoniłam do matki. 

Jej głos szczebiotał przez telefon, kiedy zapytałam ją o pigułki. 

- Nic mu nie jest – oznajmiła. – Wiesz jak robi się w biurze. Jest narażony na stres przez 

ten nowy lek, który testuje. 

Przycisnęłam  słuchawkę  mocniej  do  ucha.  Cokolwiek  teraz  bym  powiedziała  mogło 

zakończyć  rozmowę  albo  powiedzieć  mi  dokładnie  to,  co  chciałam  wiedzieć.  Otworzyłam 
moją kopię Manipulowania Matką 101. 

Z  tego  co  wiedziałam  testowanie  naszego  najnowszego  leku,  Prenavene,  było 

sukcesywne. Codziennie musiałam podpisywać papiery, które przynosili do mojego gabinetu 
Cash lub ojciec. Lek był testowany już od więcej niż pięciu lat. Byliśmy na ostatniej prostej, 
żeby wrzucić go na rynek. Dlaczego mój ojciec miałby niepokoić się udanym projektem? 

- Mogę się założyć, że się zamartwia – powiedziałam, mocno się starając, żeby mój głos 

był współczujący. Niemal mogłam zobaczyć jak kiwa ona głową po drugiej stronie linii. 

-  Chciałabym  po  prostu  walnąć  tego  okropnego  człowieka  –  szepnęła  do  słuchawki  – 

twierdzącego, że Prenavene spowodował jego atak serca. Twój ojciec zatrudnił prywatnego 
detektywa, wiesz. Ten mężczyzna był chodzącym zawałem. W jego rodzinie jest tego historia 
i waży on ponad 100 kilo. 

background image

144 

 

Wypowiedziała  ponad  100  kilo  jakby  to  były  przekleństwa.  Parę  sekund  zajęło  mi 

przetrawienie słów atak serca. 

Jasna cholera. 

Czemu  o  tym  nie  słyszałam?  Atak  serca  podczas  testowania  leku  był  ogromny! 

Wystarczało to, żeby zatrzymać testowanie dopóki lek nie mógł być ponownie opracowany. 
Trudno było powiedzieć cokolwiek po tym ogłoszeniu. Dlaczego? Dlaczego by tak wszystko 
zaryzykował? Nie chcąc, żeby wiedziała, że powiedziała właśnie  coś, w  co wyraźnie jeszcze 
nie byłam wtajemniczona, słuchałam przez parę minut jej paplania. Musiałam wykorzystać ją 
do  odkrycia  więcej  informacji.  Przełknęłam  zdradę  w  gardle  i  powiedziałam  jej,  że  mam 
oczekującą kolejną rozmowę telefoniczną. 

Dlaczego  trzymał  coś  takiego  przede  mną  w  tajemnicy?  Dlaczego  nie  zatrzymali 

testowania?  Pomyślałam  o  przedzwonieniu  do  Cash,  ale  jej  lojalność  najwyraźniej  była 
wobec  mojego  ojca,  skoro  jeszcze  mi  nie  powiedziała.  Musiałam  sama  to  wygrzebać. 
Pieniądze. Musiało chodzić o nie. Na ostatnim spotkaniu handlowym, wspomniał o spadku w 
naszej sprzedaży. Prenavene mogło przywrócić na rynek firmę. Naprawdę potrzebowaliśmy 
tak bardzo nowego leku, że zrobiłby on coś takiego? Wszystko zaryzykował? 

Następnego  poranka  przyszłam  wcześniej  do  biura.  Ojciec  przyjeżdżał  codziennie 

dokładnie  o  szóstej  rano.  Miałam  godzinę  przed  jego  pojawieniem  się.  Miałam  zbiór 
zapasowych kluczy do jego gabinetu. Otworzyłam drzwi i zapaliłam światło. Podchodząc do 
jego komputera, włączyłam go, stukając palcami o biurko. Poziom dostępu do jego systemu 
był  wyższy  od  mojego.  Potrzebowałam  jego  kodów,  żeby  dostać  się  do  jego  folderów. 
Przeklinając, wstukałam rocznicę ślubu moich rodziców. Na ekranie pojawił się Niepoprawny 
Kod.  Z  mojej  strony  było  to  okropne  przypuszczenie  –  nieszczególnie  był  sentymentalnym 
typem. 

Próbowałam  dat  urodzin,  mojej  siostry  i  moich.  Nic.  W  końcu  spróbowałam 

współrzędnych do jego domków na polowanie w Północnej Karolinie. System magicznie się 
otworzył  i  miałam  przed  sobą  ogromną  sieć  OPI-Gem.  Kliknęłam  na  ikonę  oznaczoną 
Prenavene i zabrałam się do przeglądania. 

 

To  była  prawda.  O  Boże,  to  była  prawda.  Kiedy  zamykałam  drzwi  do  jego  gabinetu, 

miałam wystarczająco informacji, żeby zamknąć firmę mojego ojca i wsadzić go do więzienia 
na resztę jego życia. Najgorszą częścią było, że tego chciałam. Nie, nie chciałam. On był moim 
ojcem… cóż, tak jakby. Wychował mnie. Albo może to Mattia mnie wychowała. Nie byłam już 
nawet pewna. 

Pulsowało  mi  w  głowie,  kiedy  kierowałam  się  do  windy.  Zamierzałam  zwolnić  się  z 

powodu  złego  samopoczucia.  Nie  potrafiłam  spojrzeć  tym  wszystkim  ludziom  w  twarz, 

background image

145 

 

wiedząc  to,  co  wiedziałam.  Musiałam  to  rozgryźć.  Znaleźć  sposób  na  dowiedzenie  się  kto 
dokładnie  był  zaangażowany,  a  kto  był  trzymany  w  nieświadomości  tak  jak  ja.  Miałam 
pochyloną głowę, gdy otworzyły się drzwi. Gdy uniosłam wzrok on stał przede mną z gazetą 
wetkniętą pod ramię. Cholera, dlaczego nie pomyślałam o wzięciu schodów? 

Wyprostowałam ramiona, wymuszając uśmiech. 

- Dzień dobry, tatusiu. 

Skinął  mi  głową,  opuszczając  windę.  Potem  niespodziewanie  się  zatrzymał.  –  Dlaczego 

jesteś tutaj tak wcześnie? 

Kłamstwo łatwo spłynęło z mojego języka. – Nie czuję się dziś dobrze. Przyszłam, żeby 

tylko wziąć trochę pracy. Biorę dzień wolny. 

Zmrużył oczy. – Wyglądasz zdrowo. Idź do domu, przebierz się i wracaj tutaj. Potrzebuję 

cię dziś tu. 

- Jestem chora – powiedziałam, jakby nie usłyszał mnie za pierwszym razem. 

-  To  jest  firma  farmaceutyczna,  Johanno.  Weź  sobie  z  magazynu  jakieś  próbki  i  się 

wylecz. 

Patrzyłam na pusty korytarz przez dobrą minutę po tym jak zniknął w swoim biurze. Czy 

to naprawdę się wydarzyło? Oczywiście, że tak. Mój ojciec ani  razu nie wziął dnia wolnego 
przez  chorobę  w  dwudziestu  latach  swojej  pracy,  dlaczego  myślałam,  że  dobrze  będzie 
zaoferować mu chorobę jako wymówkę? Weszłam do windy i drzwi się zamknęły. Jeżeli się 
pośpieszę, to wrócę w ciągu czterdziestu minut. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

146 

 

Rozdział dwudziesty siódmy 

Teraźniejszość 

 

Caleb  zabrał  dziecko  do  swojego  mieszkania  dzień  po  tym  jak  przyjechał  po  swoje 

ubrania. Jego twarz była ponura i zdeterminowana, kiedy stał przy drzwiach i pozwolił mi się 
pożegnać. Całuję rudą czuprynę i uśmiecham się swobodnie. Traktuję tę całą sytuację jakby 
wybierali się do supermarketu, a nie wyprowadzali. Czekaj na właściwy moment. Pozwól mu 
zobaczyć  jak  trudno  jest  zajmować  się  samemu  dzieckiem.  Czuję  zadowolenie,  gdy 
wyjeżdżają  z podjazdu.  Czasami  mała  separacja jest  dobra  dla  duszy.  Caleb  jest  rodzinnym 
człowiekiem.  W  ciągu  kilku  dni  wróci,  a  ja  postaram  się  bardziej.  Wszystko  się  uda.  Estella 
jest moją pewną rzeczą. Ona będzie trzymać nas związanych, nieważne jak będzie źle. 

Gdy  znikają  światła  jego  auta,  otwieram  lodówkę  i  wyciągam  dwie  torebki  mrożonych 

warzyw. Zanosząc je do stolika, palcem robię dziury w plastiku i zaczynam wrzucać groszek 
do  ust.  Są  pewne  rzeczy,  które  mogłabym  zrobić,  aby  polepszyć  sytuację.  Katine  zabiera 
swoje  dzieci  na  zajęcia  Mamusia  i  Ja.  Siedzą  w  kółeczku,  śpiewają  i  machają  pieprzonymi 
tamburynami. Mogłabym to zrobić. 

Rozbrzmiewa dzwonek u drzwi. Wrzucam do ust garść fasoli i idę tanecznym krokiem do 

drzwi. Może Caleb już zmienił zdanie. 

Na progu nie stoi mój mąż. Lustruję wzrokiem mężczyznę, który tam stoi. 

- Czego chcesz? 

- Przyszedłem zobaczyć czy wszystko u ciebie w porządku. 

-  Czemu  miałoby  nie  być  w  porządku?  –  odparowuję.  Zamierzam  zamknąć  drzwi,  ale 

przepycha się obok mnie i wchodzi do hallu. 

- Nie powinno cię tu być. – Moje słowa równie dobrze mogłyby być parą. Nie dosięgają 

go albo ma własny ukryty cel, jak zwykle. 

Patrzy na mnie przez ramię, jego uśmieszek jest tak znajomy, że czuję zawroty głowy. 

- Oczywiście, że powinienem tutaj być. Sprawdzam co u mojej szwagierki. To rodzinna 

rzecz, zwłaszcza kiedy mój brat cię zostawił. 

Zamykam z trzaskiem drzwi i drgają zdjęcia na ścianie. 

-  On  mnie  nie zostawił, ty  odrażający  dupku.  – Omijam  go  i  siadam przy  stole  z  moim 

groszkiem. 

background image

147 

 

Chwilę  później  wchodzi  do  środka  i  zaczyna  przyglądać  się  zdjęciom  na  ścianie,  jakby 

nigdy ich nie widział. Jem groszek jeden po drugim i obserwuję go. 

W końcu siada naprzeciwko mnie, składając ręce na blacie. 

- Co zrobiłaś tym razem? 

Odwracam wzrok od zadowolonej miny na jego twarzy. – Nic nie zrobiłam. Wszystko jest 

dobrze. On mnie nie zostawił. 

- Słyszałem, że nie dali ci nagrody Mamusi Roku. 

Przygryzam  wnętrza  policzków  i  nie  odpowiadam.  Seth  wstaje  i  podchodzi  wolnym 

krokiem do szafki z alkoholem, nalewając sobie kieliszek szkockiej Caleba. 

-  Jeżeli  dalej  będziesz  to  robić,  to  mój  młodszy  brat  może  tym  razem  naprawdę  złoży 

papiery. Mężczyźnie w końcu kończy się cierpliwość w twoich niekończących się popisach. 

Posyłam mu nieprzyjemne spojrzenie. – A potem co, Seth? Wprowadzisz się i przejmiesz 

jego życie? 

Tym  razem  wytrąciłam  go  z  równowagi.  Podnosi  kieliszek  do  ust,  ani  na  chwilę  nie 

zrywając  ze  mną  kontaktu  wzrokowego.  W  przeciwieństwie  do  jego  brata,  oczy  Setha  są 
szare. W tej chwili niemal widzę wydobywający się z nich dym. 

- Uderzyłam w czułe miejsce, starszy bracie? Znowu chcesz tego, co ma Caleb? 

Podnoszę  się  i  zamierzam  przejść  obok  niego,  ale  chwyta  mnie  za  ramię.  Staram  się 

uwolnić, ale ściska mnie dopóki nie nieruchomieję. 

Jego usta są obok mojego ucha. – Może powinienem mu powiedzieć, że już miałem to, 

co jest jego. 

Wyrywam mu się. 

- Wynoś się z mojego domu. 

Odkłada kieliszek i puszcza mi oko, kierując się do drzwi. – Chyba dzisiaj odwiedzę moją 

małą bratanicę. Pa pa, Leah. 

Zamykają się drzwi. – Sukinsyn – mówię. Dosłownie mam to na myśli. Wracam do kuchni 

i biorę telefon. Potrzebowałam wyjść, zrobić coś, ale… nie coś destruktywnego. Mijam imię 
Katine i zatrzymam się nad Samem. 

- Co tam, geju? – mówię do słuchawki. 

- To trochę obraźliwe, Leah. 

- Myślałam sobie, że możemy dzisiaj zrobić małe zakupy. Może lunch? 

background image

148 

 

- To, że jestem gejem nie oznacza, że będę twoim cholernym pomagierem. 

- Och, daj spokój. Lubisz wino! Możemy kupić trochę wina… pójść do Armani’ego… 

- Jestem dzisiaj zajęty – odpowiada. – Muszę pozałatwiać sprawy. 

- Pójdę z tobą. Przyjedź po mnie. 

Wzdycha. – Dobra. Ale lepiej bądź gotowa, kiedy zatrąbię. 

- Podejdziesz do drzwi jak dżentelmen – mówię i się rozłączam. 

Idę  na  górę,  żeby  się  przebrać  i  wracam  na  dół  w  samą  porę,  żeby  usłyszeć  wstrętne 

zawodzenie klaksonu w jego dżipie. 

Siadam  na  kanapie  i  wygładzam  moją  sukienkę.  Nie  będę  wyzywana  na  zewnątrz. 

Czekam  minutę  lub  dwie,  oczekując  pukania  do  drzwi,  ale  zamiast  tego  słyszę  dżipa 
wyjeżdżającego z podjazdu. Zanim może odjechać, podskakuję i wybiegam na zewnątrz. 

-  Jesteś  takim  dupkiem  –  mówię,  wsiadając  z  przodu.  Robi  minę,  pokazując  mi  swoje 

niezadowolenie. 

- Nie zamierzam grać z tobą w gierki, Leah. Nie nudzi ci się próbowanie zawsze wygrać? 

- Nie – warczę. – Stałabym się wtedy przegraną. 

Potrząsa głową i podgłaśnia muzykę, żeby zagłuszyć wszystko, co mogłam chcieć jeszcze 

powiedzieć.  Siedzę  cicho  i  palę.  Nie  wiem  gdzie  jedziemy,  ale  cieszę  się,  że  nie  siedzę  w 
domu,  który  jest  nasycony  zbyt  wieloma  wspomnieniami.  Chcę…  potrzebuję  być  wolna  od 
Caleba na kilka godzin. Wrócić do moich korzeni. 

Przyciszam  radio.  Pieprzyć  Coldplay.  Jaki  rodzaj  diabelskiego  uroku  mają  oni  na 

wszystkich?  Durne  czarny  mary.  Kiedy  Caleb  wróci  do  domu  zmuszę  go  do  wyrzucenia 
wszystkich ich płyt. 

- Zróbmy coś fajnego. 

Sam przejeżdża ręką po twarzy. – Zabiorę cię zaraz do domu i możesz sobie siedzieć w 

twoim dużym, pustym domu i smęcić nad twoim małym, pustym życiem. Rozumiesz? 

- Boże, psujesz każdą zabawę. – Odrywam z języka kawałek tabaki i wyrzucam go z dżipa. 

Jego  słowa  mnie  ranią.  Sam  wali  prosto  z  mostu,  ale  w  tej  chwili  potrzebuję  być 

rozpieszczaną i żeby mówiono mi, że jestem śliczna. 

Dziesięć minut później wjeżdżamy na parking Wal-Martu. 

Moje stopy, które opierają się o deskę rozdzielczą, natychmiast schodzą na dół. – Nie ma 

mowy, do diabła! Nie idę tam. 

background image

149 

 

Wzrusza ramionami i wysiada z samochodu. – Sam! – wołam za nim. – Wal-Mart daje mi 

pokrzywkę. 

Po paru sekundach wygrzebuję się z auta i pędzę za nim. Idę za nim na tyły sklepu, gdzie 

wrzuca do wózka tuzin zielonych żarówek i maniakalnie prowadzi wózek do alei z jedzeniem. 

-  Dlaczego  potrzebujesz  tego  alkoholu?  –  Patrzę  jak  załadowuje  do  wózka  butelkę  za 

butelką, stawiając je na dole tak, żeby się nie rozbiły. 

- Wszystko to dla Cammie – odpowiada. 

Wytrzeszczam oczy. – Ty… czy ty… musisz to jej zawieść? 

- Tak, zaraz tam jedziemy. 

Podążam  za  nim  spanikowana,  kiedy  kieruje  się  do  kasy.  –  Możesz  najpierw  odwieść 

mnie do domu? 

Potrzeba mi jeszcze tylko zobaczyć jej zadowoloną blond twarz. Suka. 

- Teraz tam pojedziemy. Robi przyjęcie i zapomniała tych rzeczy. 

- Czyż nie jesteś dobrym kuzynkiem – burczę pod nosem. Dlaczego pozwoliłam mu się 

przekonać na pojechanie? Powinnam była zostać w domu tak jak tego chciałam. 

Gdy rzeczy przesuwają się po taśmie, rzucam na nią paczkę cukierków miętowych. Gdy 

Sam na mnie patrzy, wzruszam ramionami. 

 

Siedzę zaniepokojona przez całą piętnastominutową jazdę. Jem cukierek za cukierkiem, 

aż  pudełko  pustoszeje,  a  mnie  piecze  język.  Sam  zabiera  mi  paczkę  z  szeroko  otwartymi 
oczami. 

- Oszalałaś? To Altoids, nie czekolada. 

Siedzę  na  rękach  i  patrzę  przez  okno.  Jesteśmy  w  Boca.  Dom  Cammie  znajduje  się  w 

ekskluzywnej,  zamkniętej  dzielnicy.  Sam  zatrzymuje  się  przed  domem  z  doniczkami  na 
oknach  i  wyskakuje.  Zniżam  się  na  moim  siedzeniu,  choć  dżip  bez  dachu  zapewnia  mało 
miejsca do ukrycia. 

- Hej. – Kopie w bok samochodu, gdzie ja siedzę. – Mała pomoc. 

Patrzę na niego z niedowierzeniem. Czy on naprawdę oczekiwał, że pomogę mu zanieść 

tam torby? Tak. O cholera. 

Niesie  torby  do bocznego  wejścia  domu  i  otwiera  bramę,  która  jak  sądzę  prowadzi  na 

podwórko. Poradzę sobie z podwórkiem. Schodzę na ziemię i biorę z samochodu parę toreb. 

background image

150 

 

Jestem lekko zaciekawiona z jakiej okazji jest te przyjęcie. Gdy tylko skręcam za rogiem na 
podwórko, wpadam na Cammie. 

Patrzy na mnie rozszerzonymi oczami i wykrzykuje imię Sama. Przychodzi biegiem, jego 

ramiona załadowane są pudełkami. 

- Co to jest? – Jej głos jest piskliwy. – Co robi tutaj Rudzielec? 

Wpycham jej torby. Sam opuszcza pudełka i rzuca Cammie nieprzyjemne spojrzenie. – 

Caleb ją zostawił – mówi Sam, obejmując mnie ramieniem. – Bądź miła. 

- Nie zostawił mnie – zapewniam Cammie. 

Cammie kładzie ręce na biodrach. – Nie obchodzi mnie kto zostawił kogo. Połóż tam te 

cholerne  butelki.  –  Wskazuje  na  stolik  i  zanoszę  je  tam.  Rzucam  okiem  na  otoczenie. 
Podwórko  jest  przestronne.  Jest  tam  basen  w  kształcie  fasoli  i  jacuzzi.  Mężczyźni 
przygotowują wypożyczone stoły na trawniku, rozkładając na nich białe, lniane obrusy. 

- Cześć. 

Podskakuję.  Obok  mnie  przechodzi  mężczyzna  trzymający  duży  głośnik.  Kładzie  go  na 

stole i uśmiecha się do mnie. 

Przyglądam  mu  się  niepewnie.  Nie  jestem  pewna  czy  nie  zostanę  okrzyczana  za 

rozmawianie  z  nim.  Cammie  jest  lekko  obłąkana.  On  jest  atrakcyjny.  Wszystko  w  nim  jest 
ciemne,  poza  jego  niebieskimi  oczami.  Zastanawiam  się  czy  jest  częścią  ekipy 
przygotowującej przyjęcie. 

Wyciąga do mnie rękę i bez namysłu ją ściskam.  

- A kim ty jesteś? – pyta, kiedy nie oferuję mojego imienia. Uśmiecha się do mnie, jakby 

uważał, że jestem zabawna. 

- Ona jest nikim. – Cammie staje przy nas i rozdziela nasze dłonie. 

-  Cammie!  –  beszta  ją.  Patrzy  na  nią  czule,  po  czym  wraca  do  mnie  wzrokiem.  Jej 

chłopak? Nie. Cammie nie jest w typie tego faceta. 

Cammie wrzeszczy imię Sama. Pojawia się truchtem zza rogu, jedząc paczkę chipsów. – 

Zabierz ją do domu! – mówi, rzucając mi nieprzyjemne spojrzenie. 

Mężczyzna  przechyla  głowę.  Wskazuje  na  Sama  i  wydaje  się  próbować  nawiązać  jakiś 

związek  w  głowie.  Gdy  jego  oczy  wracają  do  mojej  twarzy,  wygląda  jakby  w  końcu  ułożył 
wszystkie kawałki układanki. Jego cała twarz się rozjaśnia. 

- Ty jesteś Leah – mówi ze zdumieniem. Nosi okulary. Chcę, żeby je zdjął, abym mogła 

lepiej widzieć jego oczy. 

background image

151 

 

- A ty? 

Znowu wyciąga do mnie rękę. Zanim mogę raz jeszcze ją uścisnąć, Cammie ją odsuwa. 

- Koleś – mówi, wskazując na niego. – Nie baw się w tę grę. 

On ją ignoruje. – Jestem Noah – mówi. 

Jestem ogarnięta jego uprzejmością. Jestem ogarnięta jego… o Boże! Mąż Olivii! 

Opanowuję się zanim mogę głośno jęknąć. To jest przyjęcie dla Olivii. Jestem w domu jej 

najlepszej przyjaciółki, patrząc w twarz jej męża. O. Mój. Boże. 

- Lepiej już pójdę – mamroczę do zachwyconej twarzy Noah. Cammie  energicznie kiwa 

głową. Noah nią potrząsa. 

- Nie wyglądasz nawet w połowie tak szalenie jak sobie wyobrażałem. 

Czy on naprawdę właśnie to powiedział? 

- Olivia mówiła coś o rudym gargulcu z kłami.  

Mrugam  na  niego.  Więc  opowiadała  mu  o  mnie.  Zastanawiam  się  czy  wspomniała  o 

małym  zdarzeniu  ze  zdemolowaniem  mieszkania…  albo  wykurzeniu  jej  z  miasta…  albo 
rozprawie? Z jakiegoś dziwnego powodu nie chcę, żeby uważał mnie za złą osobę. 

- Noah – odzywa się Cammie, potrząsając jego ramieniem. – Możesz nie zajmować się 

wrogiem? Mamy rzeczy do roboty. 

-  Ona  nie  jest  wrogiem  –  odpowiada,  nie  odrywając  ode  mnie  wzroku.  –  Jest  brudną 

wojowniczką. – Tak, on wie. Czuję się jakbym była w transie. Gdyby ten facet kazał mi wypić 
Kool-Aid

2

 to prawdopodobnie bym to zrobiła. Pieprzyć to. Absolutnie wypiłabym Kool-Aid. 

Olivia  poślubiła  seksownego  Ghandiego.  Nic  dziwnego,  że  kocha  swojego  męża. 

Odchrząkuję i rozglądam się po podwórku. – Więc to jest przyjęcie dla niej? 

Cammie piszczy gdzieś w okolicy, a Noah potakuje. – Tak, jej urodziny. To niespodzianka. 

Jak miło. Nikt nie urządza mi przyjęć urodzinowych. Przełykam ciężko ślinę i odsuwam 

się do stołu. 

- Miło było cię poznać – mówię. – Sam? 

W  ciągu  sekundy  pojawia  się  przy  moim  łokciu,  prowadząc  mnie  w  kierunku  bramy. 

Patrzę przez ramię na męża Olivii. Robi coś przy głośniku. Ręce Cammie latają na wszystkie 
strony, bez wątpienia wyrażając jej odczucia wobec mnie, podczas gdy on ją ignoruje. 

                                                           

2

 Kool-Aid – smakowy napój, coś typu oranżada.  

background image

152 

 

Jasna cholera. Co ma takiego ta kobieta, czego ja nie mam? Dlaczego mężczyźni tacy jak 

Noah i mój mąż zakochują się w niej? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

153 

 

Rozdział dwudziesty ósmy 

Przeszłość 

 

Presja  w  pracy  zmieniła  się  po  tym  jak  dowiedziałam  się  o  sfałszowanych  wynikach 

Prenavene. Było tak, jakby on wiedział, że odkryłam jego tajemnicę i zamierzał sprawić, że za 
to zapłacę. Uwaga, której zawsze od niego pragnęłam nagle się pojawiła. Tyle że nie była to 
ciepła,  ojcowska  miłość,  na  którą  miałam  nadzieję.  Stał  się  wrogi  i  wymagający,  często 
obrażając  mnie  przed  ludźmi.  Parę  razy  podnosiłam  wzrok  i  dostrzegałam,  że  się  na  mnie 
patrzył; wyraz jego twarzy był tak dotkliwie wściekły, że kręciło mi się w głowie. Tęskniłam za 
koleiną, w której się ukrywałam, gdy nie wiedział o tym, że istniałam. Bezpieczniej było być 
poza zasięgiem jego wzroku. Najważniejszym pytaniem było: jak się dowiedział? 

To  była  Cash.  Musiała.  Zadałam  jej  szczegółowe  pytania  o  przebieg  testów.  Musiała 

powiedzieć to mojemu ojcu. A wszystko to pogarszał sposób, w jakim traktował ją mój ojciec 
– jak dawno zaginioną pieprzoną córkę. 

 

Kiepska  sytuacja  zaczęła  się  tydzień  przed  moimi  urodzinami.  Ojciec  zwołał 

nadzwyczajne rodzinne spotkanie w domu. Caleb uważał, że to dziwne, ale ja wiedziałam, co 
nadchodzi. Myślałam o przygotowaniu go podczas jazdy, ale stwierdziłam, że lepiej wyjdzie 
to od Charlesa Austina, farmaceutycznego oszusta. Takim sposobem mogę udawać niewinną 
i udawać, że nic nie wiedziałam o tych wydarzeniach. 

Gdy przybyliśmy do domu wszyscy czekali na nas w salonie. Zajęłam miejsce na kanapie 

dwuosobowej  razem  z  Calebem,  który  przyglądał  się  zgromadzeniu  ze  wzrastającą 
podejrzliwością.  Spojrzał  na  mnie,  żeby  zobaczyć  czy  coś  wiedziałam,  ale  wzruszyłam 
ramionami.  Moja  siostra,  która  siedziała  obok  matki,  popatrzyła  na  mnie  tak,  jakby  nagle 
zdała sobie z czegoś sprawę. 

- Jesteś w ciąży, prawda? O to właśnie chodzi. 

Potrząsnęłam  głową,  zszokowana  jej brakiem emocjonalnego termostatu.  Moją  siostrę 

nie uderzyło nigdy nic złego. Poczułam moment zazdrości, który osiągnął dwadzieścia odcieni 
zieleni. 

- Johanna nie spodziewa się dziecka – odezwał się ojciec. – Obawiam się, że chodzi o coś 

poważniejszego. 

Przez  minutę  zastanawiałam  się  co  mogło  być  poważniejsze  od  dziecka.  Czy  w  ogóle 

pozwoliłby  mojemu  dziecku  nazywać  go  dziadkiem?  Caleb  siedział  obok  mnie  spięty.  Gdy 
tatuś wspomniał o dziecku, Caleb chwycił mnie za rękę i ją ścisnął. 

background image

154 

 

Ojciec  patrzył  na  Caleba,  kiedy  mówił.  Tak  właśnie  z  nim  było.  Jeżeli  w  pomieszczeniu 

znajdował się mężczyzna, to na niego właśnie patrzył – nawet jeśli miał poinformować swoją 
żonę i córkę o jego nadciągającym upadku. 

Słuchałam całej sprawy, ściskając dłoń mojego męża, jakby tylko ona utrzymywała mnie 

przy  zdrowiu  psychicznym.  Pomimo  złości,  którą  czułam  do  ojca,  miałam  nadzieję,  że  nie 
będzie miał wielkich kłopotów. Czy to było możliwe, kiedy zrobiło się coś takiego? 

Opowiedział nam o testach, a kiedy przyznał się do sfałszowania wyników, poczułam jak 

Caleb zesztywniał. Zakończył swoją historię miłym ciosem prosto w mój brzuch. 

- Zostałem oskarżony. Będą zajmować się także Johanną. 

Caleb poskoczył. – Co? Co Leah ma z tym wszystkim wspólnego? 

- Jej podpisy są na wszystkich papierach. Żadne z testów nie mogłoby zostać wykonane 

bez jej podpisu. Tak samo jak wypuszczenie leku na rynek. 

Wydałam dźwięk,  który brzmiał  jak zduszony  strach.  Caleb  spojrzał na mnie,  jego oczy 

paliły się jak dwie bursztynowe kule. Zmrużył je. – Czy to prawda? Wiedziałaś, co się działo? 

Potrząsnęłam głową. – Tylko podpisywałam to, co kazał mi podpisać. Nic nie wiedziałam 

o prawdziwych wynikach. 

Odwrócił głowę z powrotem do mojego ojca. – Powiesz im… - Wycelował w niego palec. 

Nie sądzę, że kiedykolwiek widziałam jak Caleb celował w kogoś palcem. 

Ojciec już potrząsał głową. – Nic to nie zmieni, Caleb. 

W  tej  chwili  czułam  moją  wartość.  Pens.  Byłam  chodnikowym  odrzutkiem  –  brudnym 

kawałkiem  metalu  przyklejonym  do  spodu  podstawki,  poduszek  kanapowych,  starych 
portfelów  i  pod  lodówką  pomiędzy  wysuszonym  winogronem  a  niezidentyfikowanym 
włosem – to byłam ja. On nie widział we mnie żadnej wartości, poza wykorzystaniem mnie, 
kiedy przegrywał. 

Cholera. Choleracholeracholera. 

Głos Caleba był twardym kamieniem wbijającym się w żwir. Nie potrafiłam odgadnąć co 

mówił, dopóki nie było za późno. Usłyszałam słowa To twoja córka, tuż przed tym jak rzucił 
się naprzód. Zobaczyłam wstrząs na twarzy mojego ojca, jak mój piękny, rudobrunatnowłosy 
mąż  zadał  cios,  na  który  Tyson  skinąłby  głową  z  aprobatą.  Moja  siostra  i  matka  zaczęły 
krzyczeć.  Zakryłam  uszy.  Można  by  przysiąc,  że nigdy  nie  widziały  jak  mężczyźnie  pokazuje 
się,  gdzie  jest  jego  miejsce.  Chciałam,  żeby  Caleb  znowu  go  uderzył,  przeważnie  za  to,  że 
mnie nie kochał, ale również dlatego, że oficjalnie byłam w beczce poważnych kłopotów. 

background image

155 

 

- Caleb! – Złapałam go, odciągając do tyłu. Jego ciało nadal zwrócone było w kierunku 

mojego ojca, jakby znowu chciał go uderzyć. – Chodźmy. Chcę wyjść. 

Jego  szczęka  była przerażająca.  Serio.  Wsadźcie mnie do pokoju  z  setką wygłodniałych 

pum zanim wsadzicie mnie do pokoju ze szczęką Caleba. 

Caleb chwycił mnie za rękę. Mój ojciec, wielki Charles Austin Smith leżał twarzą do góry 

na szezlongu, jego nos krwawił poprzez jego palce, a twarz miała kolor surowej wątroby. Nim 
wyszliśmy, zatrzymałam się. Mój oddech dorównywał mojemu sercu. Caleb spojrzał na mnie 
pytająco i pokręciłam głową. Spojrzałam na moją rodzinę. Cała trójka skupiała się krwawiącej 
twarzy mojego ojca. Oczy mojej matki były przerażone, jak próbowała zetrzeć krew serwetką 
od  napoju.  Moja  siostra  powtarzała  w  kółko  Tatusiu,  płacząc.  Czułam  się  zrażona  i 
przerażona,  jak  to  obserwowałam.  Po  raz  pierwszy  nie  chciałam  do  nich  przynależeć.  Nie 
chciałam być częścią ich krwawiącego, kulącego się tria. 

- Tatusiu? – Uniósł głowę i zobaczyłam jak znalazły mnie jego przekrwione oczy. Matka i 

siostra przestały zawodzić, żeby też na mnie spojrzeć. – Tatusiu – powtórzyłam. – Już nigdy 
więcej  tak  cię  nie  nazwę.  Pewnie  cię  to  nie  obchodzi  i  to  dobrze,  ponieważ  mnie  też  nie. 
Wolę być córką prostytutki niż kiedykolwiek dzielić twoją krew. 

Caleb ścisnął moją dłoń i wyszliśmy. 

 

Dwa dni później był martwy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

156 

 

Rozdział dwudziesty dziewiąty 

Teraźniejszość 

 

Śledzę  Cammie  na  Facebooku.  Przysięgam,  że  wszystko  co  robi  ta  durna  blondyna  to 

publikowanie  zdjęć  jej  lunchu.  Nienawidzę  tego.  Wciąż  mam  nadzieję  na  złapanie  jakiejś 
informacji o Calebie albo tej zdzirze, Olivii. Loguję się na moim ledwo co używanym koncie i 
wpisuję  imię  Cammie.  Chcę  zobaczyć  czy  opublikowała  jakieś  zdjęcia  urodzin  Olivii.  Chcę 
zobaczyć  czy  był  tam  Caleb.  To  głupie,  mówię  sobie.  Olivia  jest  poślubiona  z  seksownym 
Ghandim.  Nie  ma  mowy,  że  Caleb  mógł  być  zaproszony.  Tak  czy  inaczej  przeglądam 
wszystkie zdjęcia, szukając kawałka jego rąk, stóp czy włosów. Widzę tylko zdjęcia Olivii. Ktoś 
zrobił  jej  zdjęcie,  gdy  przybyła  na  przyjęcie  niespodziankę.  Jej  usta  są  otwarte  i  jeśli  nie 
wiedziałoby się lepiej, to można by pomyśleć, że ktoś celował w nią pistoletem, a nie krzyczał 
Wszystkiego  Najlepszego.  Ma  na  sobie  dopasowane  spodnie  i  obcisły  top  bez  ramiączek. 
Pociągam  nosem,  klikając  po  zdjęciach.  Olivia  przytulająca  Noah,  Olivia  śmiejąca  się  z 
Cammie,  Olivia  zdmuchująca  świeczki  na  tortowej  wieży,  Olivia  strzelająca  w  kogoś 
pistoletem na wodę, Olivia wpychana do basenu… 

Ostatnie  zdjęcie  pokazuje  Olivię  otwierającą  prezent.  Siedzi  na  krześle  z  otwartym 

pudełkiem na jej kolanach. Wyraz jej twarzy daleki jest od radości. Jej brwi są zmarszczone, a 
jej  usta  ściągnięte  w  jednym  z  jej  sławnych  bocznych  zmarszczeń.  Przyglądam  się pudełku, 
próbując zobaczyć co jest w środku, ale widzę jedynie metalicznie niebieski papier. Cammie 
podpisała  zdjęcie:  Nie  wiemy  od  kogo  to  jest??  Przyznaj  się  albo  nie  dostaniesz  kartki  z 
podziękowaniem. 

Patrzę  podejrzliwie  na  paczkę.  Co  takiego  mogło  być  w  środku,  że  wyglądała  na  tak 

przerażoną?  Klikam  na  następne  zdjęcia,  ale  na  żadnym  z  nich  nie  ma  Olivii.  Tak  jakby 
zniknęła  po  otworzeniu  paczki.  Wrzucam  do  ust  garść  ledwo  rozmrożonych  marchewek. 
Odsuwając  krzesło,  idę  szukać  Sama.  Znajduję  go  jak  składa  pranie  w  pokoju  dziecięcym. 
Caleb ma dziecko, ale Sam i tak przychodzi, żeby pomóc mi przeżyć. 

- Byłeś na tym przyjęciu, prawda? 

- Jakim przyjęciu? – Otwiera szafkę, wkłada stertę śpioszków i zamyka ją, nie patrząc na 

mnie. 

- Przyjęciu Olivii, Sam. – Jego oczy wędrują z moich skrzyżowanych ramion na stukającą 

stopę. 

- Nie nakarmię twoich skłonności prześladowczych. 

- Co było w tym niebieskim pudełku, które otworzyła Olivia? 

background image

157 

 

Wzrok Sama gwałtownie przenosi się na moją twarz. 

- Skąd o tym wiesz? 

- Byłam na… uch… Facebooku. 

Sam  kręci  głową.  –  Nie  wiem.  Pudełko  nie  miało  kartki.  Rzuciła  jedno  spojrzenie  do 

środka i pobiegła do domu. Potem już jej nie widziałem. Sądzę, że Noah zabrał ją do domu. 

- Co się stało z pudełkiem? – Dlaczego jestem tak zainteresowana? 

- Chyba Cammie je ma. 

Łapię go za ramię. – Zapytaj ją. 

Wyrywa mi się, jego czoło zmarszczone jest w trzech głębokich liniach. Wskazuję na jego 

czoło. 

- Powinieneś naprawdę zastanowić się nad botoksem. 

- Nie będę grzebał dla ciebie w obsesyjnym pudełku Olivii. 

- Nie mam na jej punkcie obsesji – sprzeciwiam się. – Chcę tylko napawać się tym, co ją 

zdenerwowało. 

- Czy ty i Nancy nie przejechaliście się już wystarczająco po Olivii? 

Marszczę  nos.  Czy  kiedykolwiek  będzie  wystarczająco  jeżdżenia  po  Olivii?  Ta  kobieta 

powinna nosić znak na plecach z napisem „Biała Hołota Kradnąca Chłopaków”. 

- Mów sobie co chcesz, Sam, ale nie próbowała zrujnować twojego życia. 

Kieruję się do salonu, kiedy dogania mnie jego głos. 

- Z tego co słyszałem, uratowała twoje. 

Obracam  się  i  piorunuję  go  wzrokiem.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  to  powiedział.  Jak 

kompletnie nieprawdziwe. Mam dosyć, dosyć, dosyć byciu zmuszoną do czucia wdzięczności 
do tej przebiegłej suki za coś, co mógł zrobić każdy. Mogłabym zatrudnić każdego prawnika, 
jakiego bym chciała. Olivia została mi narzucona. 

- Tak ci powiedziała Cammie? 

Wkłada do szafki ostatnią czystą butelkę i odwraca się do mnie. 

- Czy tak się nie stało? Wzięła twoją sprawę i wygrała? 

- Na litość boską! To była jej praca. 

- Dlaczego wzięła twoją sprawę? 

background image

158 

 

Cały  czas  jestem  blada,  ale  kiedy  ktoś  zadaje  mi  te  pytanie,  na  przykład  moja  matka, 

siostra,  przyjaciele…  czuję  jak  kolor  mojej  skóry  się  odrywa.  Dlaczego  wzięła  sprawę?  Bo 
Caleb ją o to poprosił. Dlaczego Caleb ją poprosił? Początkowo myślałam, że przez to, że go 
okłamała.  Zbierał  jej  poczucie  winy,  sprawiając,  że  płaciła  broniąc  jego  żonę.  Ale  potem 
przechwyciłam  spojrzenie.  Spojrzenie.  Jak  długie  może  być  spojrzenie…  tak  naprawdę? 
Spojrzenie  może  trwać  sekundę,  cholerną,  niegroźną  sekundę  i  może  opowiedzieć  długą, 
skomplikowaną  historię.  Możesz  dostrzec  trzy  lata  w  sekundowym  spojrzeniu.  Możesz 
zobaczyć także tęsknotę. Nie wiedziałam o tym, dopóki sama tego nie zobaczyłam. Chciałam 
tego  nie  zobaczyć.  Nie  chciałabym  już  nigdy  więcej  widzieć  spojrzenia  dzielonego  przez 
dwójkę ludzi z historią. 

- Wydaje mi się, że jesteś lojalna wszystkim niewłaściwym ludziom – mówi. 

- O czym mówisz? – warczę. 

- Och, sam nie wiem. Prawie wzięłaś upadek za swojego ojca, kiedy wyraźnie traktował 

cię jak śmiecia, a potem odsuwasz swoje dziecko na bok, jakby było dla ciebie kłopotem. 

Wzdrygam się. 

- Resztę dnia masz wolną. 

Sam unosi brwi. – Więc do zobaczenia w poniedziałek. 

Nie  zwracam  na  niego  uwagi,  kiedy  wychodzi.  Idę  na  górę,  żeby  sprawdzić  Estellę,  a 

potem  zdaję  sobie  sprawę,  że  jej  nie  ma.  Ostatnio  często  to  robiłam,  spodziewając  się  ją 
usłyszeć albo zobaczyć, gdy wchodzę do pokoju. W odróżnieniu od kilku miesięcy temu nie 
czuję ulgi, że nie ma jej tutaj. Czuję… 

Co ja czuję? Nie cierpię tego. Zdecydowanie nie chcę myśleć o moich uczuciach. 

 

Idę  do  zamrażarki  i  wyciągam  fasolę.  Ważąc  torebkę  w  ręce  przez  parę  sekund,  nagle 

rzucam nią jakbym rzucała piłką dla Marlinsów. 

Biorę kluczyki od auta z haczyka w kuchni i idę do garażu. Mój szybki samochód stoi w 

garażu:  moje  przeddziecko,  zapewniający  mnóstwo  zabawy,  wiśniowo-czerwony  kabriolet. 
Klepię  maskę  zanim  wsiadam  do  środka.  Potem  mijam  mamusiowy  samochód,  skrzynkę 
pocztową i wjeżdżam na ulicę. 

Czuję  się  zagubiona.  Czuję  się  zagubiona  i  niewiarygodnie  wściekła.  Zatrzymuję  się  na 

parkingu sklepu spożywczego. Wmaszerowując do środka, nie gubię rytmu, jak biorę koszyk i 
kieruję  się  do  alejki  ze  słodyczami.  Opróżniam  półkę  czekoladowych  rodzynków  i  biorę 
naręcze Twizzlersów. Gdy rzucam wszystko na taśmę przy kasie, dzieciak kasujący patrzy na 
mnie szerokimi oczami. 

background image

159 

 

- Czy to będzie… 

- To wszystko – krzyczę. – Chyba że chcesz dać mi nowe życie. 

Nadal się na mnie gapi, kiedy zabieram swoje zakupy i biegnę do samochodu. 

Pierwszą  rzeczą  jaką  robię,  gdy  wracam  do  domu  jest  opróżnienie  mojej  zamrażarki  z 

warzyw.  Rozcinam  torebki,  jedna  po  drugiej  i  wrzucam  ich  kolorową  zawartość  do  śmieci. 
Nucę  przy  pracy.  Potem  pociągam  łyk  wódki  prosto  z  butelki,  ściągam  obcasy  i  otwieram 
pierwszą torebkę czekoladowych rodzynek. Od tamtej chwili wszystko się stacza. Wyjadam 
wszystkie torebki, aż jest mi niedobrze. Dzwonię do Caleba o drugiej nad ranem. Jego głos 
jest niewyraźny, gdy odbiera. 

Nie ma karmienia o drugiej nad ranem, myślę. Szczęśliwiec. 

- Co jest, Leah? – pyta. 

- Chcę z powrotem moje dziecko. – Żuję Twizzlera i czekam. 

Milczy przez jakieś dziesięć sekund. 

- Dlaczego? 

Pociągam nosem. 

- Bo chcę, żeby wiedziała, że nie ma nic złego w jedzeniu słodyczy. 

- Co? – Jego głos jest szorstki. 

- Już ty mnie nie „co-uj”. Przywieź moje dziecko. Jutro z samego rana. – Rozłączam się. 

Chcę moje przeklęte dziecko. Chcę moje przeklęte dziecko. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

160 

 

Rozdział trzydziesty 

Przeszłość 

 

Rozprawa  była  najbardziej  surrealistycznym  doświadczeniem  mojego  życia  –  nie  tylko 

dlatego,  że  była  dziewczyna  mojego  męża  była  moim  prawnikiem,  lecz  także  dlatego,  że 
nigdy  wcześniej  nie  byłam  w  niczym  wywołana.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  byłam  w 
prawdziwych kłopotach. 

Nie  zgodziłam  się  na  to,  żeby  Olivia  była  moim  prawnikiem.  Walczyłam  z  tym,  dopóki 

Caleb nie zapytał mnie prosto w twarz. – Chcesz wygrać czy nie? 

- Dlaczego jesteś taki pewien, że ona wygra tę sprawę? I dlaczego myślisz, że będzie tego 

chciała?  Zapominasz  jak  udawała,  że  cię  nie  zna,  kiedy  straciłeś  pamięć?  Ona  chcę  cię 
odzyskać – pewnie celowo przegra. 

- Znam ją – powiedział. – Będzie mocno walczyć… zwłaszcza jeśli ją o to poproszę. 

To było na tyle. Sprawa zamknięta. Tyle że moja wciąż była otwarta i dyndała jak szklana 

ozdoba  świąteczna  na  koniuszku  palca  mojej  arcyrywalki.  Musiałam  mu  zaufać  względem 
niej; nie było nikogo innego. Zazwyczaj to mój ojciec wyciągał mnie z kłopotów, a tym razem 
to on mnie w nie wpakował przed śmiercią przez atak serca. 

Nie  ufałam  jej.  Była  wobec  mnie  opryskliwa.  Prawnicy  powinni  poprawiać  ci  nastrój  – 

nawet  jeśli  kłamali  o  twoich  szansach  wygrania.  Olivia  stworzyła  sobie  w  życiu  misję,  żeby 
sprawić abym uwierzyła, iż przegrywam. Nie umykało mojej uwadze, że ilekroć w pobliżu był 
mój  mąż  to  była  ona  zgorzkniała  i  spięta.  Również  na  niego  nie  patrzyła,  nawet  kiedy 
kierował  do  niej  pytanie,  to  udawała,  że  robi  coś  innego,  gdy  mu  odpowiadała. 
Nienawidziłam  jej.  Nienawidziłam  jej  każdego  dnia  przez  cały  rok,  podczas  którego 
oczyszczała  mnie  z  zarzutów.  Podczas  całej  tej  sprawy  był  tylko  jeden  dzień,  gdy  jej  nie 
nienawidziłam. 

Dzień, w którym postawiła mnie na miejscu dla świadków był najgorszym dniem w moim 

życiu. Nikt nie chciał, żeby to robiła – sądzili, że zrujnuje to sprawę. 

Olivia sprzeciwiała się każdej radzie, którą dostawała, jak przygotowywała mnie do bycia 

świadkiem.  Widziałam  spojrzenia,  którymi  wymieniano  się  z  mojego  powodu.  Nawet  kiedy 
Bernie, starsza prawniczka, przyszła do niej, Olivia ją spławiła. 

-  Niech  to  szlag,  Bernie!  Ona  da  sobie  radę  –  powiedziała.  –  To  jest  moja  sprawa  i 

stawiam ją jako świadka. 

Byłam przerażona. Mój los był w rękach diabelskiej, przebiegłej kobiety. Nie potrafiłam 

zdecydować czy to była zła, czy dobra rzecz. Większość mnie było przekonane, że próbowała 

background image

161 

 

celowo  przegrać  sprawę.  Gdy  powiedziałam  Calebowi  o  mojej  teorii,  sortował  w  kuchni 
pocztę. Ledwo co na mnie spojrzał. 

- Rób, co ona mówi. 

Co? 

- Co masz na myśli, rób, co ona mówi? Nawet mnie nie słuchasz. 

Odrzucił pocztę na bok i podszedł do lodówki. 

- Słyszałem cię, Leah. 

- Nie ufam jej. 

Trzymał w ręce piwo, kiedy odwrócił się do mnie, ale patrzył na podłogę. 

- Ja tak. 

I  tyle.  Moim  jedynym  sojusznikiem  była  kobieta,  która  zyskałaby  najwięcej  z  mojego 

uwięzienia.  Przygotowywała  mnie  na  bycie  świadkiem  wwiercając  we  mnie  pytania,  które 
zada  strona  oskarżająca,  wwiercała  we  mnie  własne,  krzyczała  na  mnie,  kiedy  nie  byłam 
wystarczająco spokojna, przeklinała mnie, gdy wahałam się w odpowiedziach. Była twarda i 
nieustępliwa,  i  część  mnie  to  doceniała.  Bardzo,  bardzo  mała  –  nienawidzę  tej  suki  i  chcę, 
żeby  umarła  –  część.  Ale  ufałam  Calebowi.  Caleb  ufał  Olivii.  Miałam  runąć  w  płomieniach 
albo wyjść z sali sądowej jako wolna kobieta. 

 

W  dzień  składania  zeznań  miałam  zszargane  nerwy.  Miałam  na  sobie  to,  co  dała  mi 

Olivia: sukienkę z miękkimi brzoskwiniami oraz bzami, włosy spięte w niskim kucyku, perłowe 
kolczyki. Gdy zakładałam je na uszy, zastanawiałam się czy należały do niej. Były to sztuczne 
perły,  więc  prawdopodobnie.  Moje  ręce  drżały,  jak  wygładzałam  sukienkę  i  spojrzałam  na 
siebie  w  lustrze.  Wyglądałam  na bezbronną.  Czułam  się  bezbronna.  Może  taki  był  jej  plan. 
Caleb powiedział, żeby jej zaufać. 

Szukałam  jej  spojrzenia,  kiedy  zajęłam  miejsce  na  ławce,  moje  kolana  były  słabe  pod 

moimi złożonymi dłońmi. W ciągu wielu tygodni przygotowań, nauczyłam się odczytywać jej 
oczy.  Nauczyłam  się,  że  kiedy  były  szeroko  otwarte,  jej  brwi  leciutko  uniesione  –  dobrze 
sobie  radziłam.  Kiedy  patrzyła  przeze  mnie,  psychicznie  mnie  wyklinała  i  musiałam  szybko 
zmienić kierunek. Nie cierpiałam tego, że tak dobrze ją znałam. Nie cierpiałam tego i byłam 
za to wdzięczna. Często zastanawiałam się czy Caleb wiedział tak jak ja, jak odczytywać jej 
oczy.  Prawdopodobnie.  Nie  wiedziałam,  co  było  gorsze  –  bycie  w  stanie  tak  dobrze 
odczytywać Olivię czy faktycznie czucie dumy z tego powodu. 

background image

162 

 

Stała  przede  mną,  zamiast  chodzić  tam  i  z  powrotem,  tak  jak  robili  to  w  filmach. 

Wyglądała  na  zrelaksowaną  w  jej  jasnobrązowej  garsonce.  Nosiła  imponujący  kobaltowo 
niebieski naszyjnik, który sprawiał, że jej oczy błyszczały. 

Wzięłam oddech i odpowiedziałam na jej pierwsze pytanie. 

- Pracowałam w OPI Gem przez trzy lata. 

- A jaki był pani czynny tytuł służbowy? 

Spojrzałam na naszyjnik, potem jej oczy, naszyjnik, potem jej oczy… 

Tak naprawdę nie był to kobalt. Co to był za odcień? 

- Byłam wiceprezesem spraw wewnętrznych… 

Ciągnęło  się  to  tak  przez  czterdzieści  minut.  Blisko  końca  zaczęła  zadawać  mi  pytania, 

które sprawiały, że zapłakał każdy gruczoł potowy w moim ciele. Pytania o mojego ojca. Moja 
matka  siedziała  obok  Caleba,  obserwując  mnie  uważnie,  jej  dłonie  złożone  były  pod  jej 
brodą, co wyglądało jak cicha modlitwa. Wiedziałam, że było to ciche ostrzeżenie. 

Nie  upokarzaj  swojej  rodziny,  Leah.  Nie  mów  im  skąd  pochodzisz.  Błagała  bogów 

niegrzecznych, nieślubnych, popieprzonych córek. 

Olivia nie chciała, żeby tutaj była z obawy, że przez nią nie będę chciała wyznać prawdy. 

Ale uparła się na przyjście. 

- Jakie były pani stosunki z pani ojcem, poza pracą, pani Smith? 

Broda mojej matki opadła na jej klatkę piersiową. Moja siostra założyła włosy za uszy i 

spojrzała na matkę z ukosa. Caleb zacisnął usta i spojrzał na podłogę. Bogowie nieślubnych, 
popieprzonych córek zagrzmieli w chmurach. 

Przypomniałam  sobie,  co  powiedziała  mi  Olivia,  kiedy  tydzień  temu  kłóciłyśmy  się  o 

niektóre  z  jej  pytań.  Powiedziałam  jej,  że  nie  zamierzam  oczerniać  imienia  mojego  ojca  ze 
stanowiska świadka. Poszarzała na twarzy i jej dłonie wielkości dziesięciocentówki zacisnęły 
się w pięści. 

-  Gdzie  on  jest,  Leah?  Rzucił  w  ciebie  pieprzoną  krwią  i  umarł!  Powiesz  prawdę  albo 

pójdziesz do więzienia. 

Potem  podeszła  do  mnie  blisko,  żeby  nikt  inny  nie  mógł  usłyszeć  i  powiedziała.  – 

Wykorzystaj swój gniew. Pamiętasz, co czułaś, niszcząc moje rzeczy, kiedy próbowałam coś ci 
ukraść? Jeżeli przegrasz tę sprawę, mogę go znowu ci zabrać. 

To załatwiło sprawę. Byłam tak wściekła, że odpowiedziałam na wszystkie jej pytania – 

nawet na te trudne. Miała zadowoloną minę przez resztę dnia. 

background image

163 

 

Teraz musiałam przywrócić trochę tego gniewu. Wyobraziłam ją sobie z Calebem. Tylko 

tego potrzebowałam. 

Powtórzyła swoje pytanie. – Jakie były pani stosunki z ojcem, poza pracą, pani Leah? 

- Nie istniały. Nawiązywał ze mną kontakt tylko w pracy. W domu uważał mnie za coś w 

rodzaju niedogodności. 

Od tamtej chwili wszystko stoczyło się na dół. 

- Pani ojciec miał reputację nigdy nie zatrudniania członka jego rodziny, czy to prawda? 

- Tak – odparłam. – Byłam pierwsza. 

Zaryzykowałam spojrzenie na mamę. Nie patrzyła na mnie. 

Początkowy  argument  Olivii  zawierał  tę  informację.  Stała  przed  ławą  przysięgłych, 

trzymając  ręce  za  plecami  i  ostrzegła  ich,  że  strona  oskarżająca  zrobi  ze  mnie  przebiegłą  i 
manipulacyjną osobę, ale tak naprawdę byłam tylko pionkiem w rozpaczliwym planie mojego 
ojca na uratowanie jego firmy przed bankructwem. – Wykorzystywał i manipulował własną 
córkę dla korzyści finansowej – twierdziła. 

Te słowa rozpięły moją opanowaną powierzchowność. Od razu się rozpłakałam. 

 

Chrząknęła, przywracając mnie do teraźniejszości. 

- Czy pani ojciec prosił panią o podpisywanie dokumentów bez przejrzenia ich? 

- Tak. 

- Co mówił, żeby powstrzymać panią od przejrzenia dokumentów? 

Nastąpił sprzeciw od strony oskarżycielskiej. Olivia inaczej ujęła jej pytanie. 

- Jaka była typowa procedura jaką wykorzystywał pani ojciec w uzyskaniu pani podpisu? 

-  Mówił  mi,  że  szybko  potrzebuje  podpisu,  a  wtedy  czekał  w  moim  pokoju,  dopóki 

wszystkiego nie podpisałam. 

- Czy kiedykolwiek wspomniała pani swojemu ojcu, że nie czuje się pani komfortowo z 

podpisywaniem dokumentów bez przeczytania ich? 

Kolejny sprzeciw. Pytanie naprowadzające. 

Olivia wyglądała na zirytowaną. Sędzia pozwolił na pytanie. Powtórzyła je, unosząc jedną 

brew.  Nie  chciałam  odpowiadać  na  te  pytanie.  Sprawiało,  że  wyglądałam  na 

background image

164 

 

nieodpowiedzialną  i  głupią.  Lepiej  być  głupcem  niż  więźniem,  warknęła  Olivia,  kiedy 
wyraziłam mój niepokój poprzedniego dnia. Przełknęłam moją dumę. 

- Nie. 

Wierciłam  się  na  siedzeniu,  przenosząc  wzrok  na  Caleba,  żeby  zobaczyć  jego  reakcję. 

Wpatrywał się we mnie stoicko. 

-  Więc  po  prostu  podpisywała  pani  dokumenty?  Dokumenty,  które  potencjalnie 

wypuściłyby na rynek śmiertelny lek i zabiły trójkę ludzi? 

Otworzyłam i zamknęłam usta. Nie przygotowywałyśmy tego. Byłam bliska łez. 

- Tak. 

- Chciałam go zadowolić – dodałam cicho. 

-  Przepraszam,  pani  Smith,  może  mówić  pani  głośniej,  żeby  usłyszała  panią  ława 

przysięgłych. 

Jej oczy błyszczały jak jej przeklęty naszyjnik. 

- Chciałam go zadowolić – powiedziałam głośniej. 

Odwróciła się do ławy przysięgłych, żeby mogli zobaczyć wyraz jej twarzy mówiący wow, 

to pieprzenie ważne. 

Kiedy Olivia zajęła swoje miejsce, moja matka zakrywała ręką usta i płakała. 

Prawdopodobnie już nigdy się do mnie nie odezwie. Przynajmniej miałam moją siostrę. 

Była  córeczką  tatusia,  ale  nie  była  ślepa  na  napięte  stosunki  między  ojcem  i  mną.  Gdy 
zeszłam  ze  stanowiska  świadka,  odszukałam  oczy  mojego  prawnika.  Już  nie  błyszczały. 
Wyglądały po prostu na zmęczone. Zdałam sobie sprawę jak trudno musiało być zrobić to, co 
właśnie zrobiła – zwłaszcza, kiedy chciała wrzucić mnie za kratki, by zdobyć mojego męża. 

Zacięta,  ona  była  taka  zacięta.  Zapewne  to  tło  białej  hołoty  zrobiło  z  niej  taką  dobrą 

wojowniczkę. Wpatrywałam się w nią poważnie, żeby zobaczyć czy pochwalała. Tak. Miałam 
sekundę – nie – ułamek sekundy, kiedy chciałam ją przytulić. Potem to zniknęło i chciałam 
żeby zdechła i gniła w ziemi. 

Chciałam triumfować po wygraniu sprawy. Chciałam, żeby ona wiedziała, że on był mój i 

zawsze  będzie.  Musiała  wiedzieć.  Świętowaliśmy  wygraną  w  restauracji.  Olivia  przybyła 
późno.  Szczerze,  to  nawet  nie  wiem  dlaczego  przyszła.  Jakikolwiek  dług,  jaki  czuła,  że  była 
winna  Calebowi  został  spłacony.  Wygrała  mi  wolność  i  chętnie  rozdzieliłabym  nasze  drogi, 
zadowolona, że już nigdy więcej nie będę musiała jej widzieć. Jednakże była tutaj, na moim 
świętowaniu, chodząc po moim szczęściu w jej krótkiej sukience i szpilkach z kolcami. 

background image

165 

 

Podeszłam do niej, zamierzając wyrazić moje niezadowolenie, że  tutaj była. Zerknęłam 

na Caleba, który był zaabsorbowany po drugiej stronie pokoju. Nie chciałam, żeby zobaczył 
jak z nią rozmawiam. Chciałam, żeby wyszła zanim zobaczyłby, że tutaj jest. 

Gdy zobaczyła, że nadchodzę, uśmiech zniknął z jej twarzy. Musiałam jej to oddać – suka 

była egzotyczna. Jedna ciemna brew uniosła się, jak podeszłam z szampanem w ręce. Jej usta 
zmarszczyły się. Spojrzała na mnie z góry. Przyzwyczaiłam się do tego podczas rozprawy, ale 
dziś wieczorem poczułam furię. Dzisiejszy wieczór był mój… i Caleba. 

Nawet  nie  wypowiedziałam  czterech  zdań,  kiedy  spojrzała  na  mnie  i  powiedziała.  – 

Wracaj do swojego męża, zanim zda sobie sprawę, że nadal jest we mnie zakochany. 

Szok. 

Dlaczego 

Ona 

Tak 

Myślała? 

To nie była prawda. Dalej na niego leciała. Kto mógł ją winić? Spojrzałam na Caleba. Był 

wszystkim,  czym  chciałam  być.  Bronił  mnie.  Stał  ze  mną.  Był  jedynym  mężczyzną,  który 
powiedział, że nigdy mnie nie zrani. 

Roześmiał się z czegoś, co powiedział ktoś w jego grupie. Moje serce uniosło się na jego 

widok. Olivia była wybredna i teraz był mój. Popatrzyłam na mojego Caleba, taka pewna w 
tej  chwili  naszej  siły  jako  para.  Było  tak  jakby  potrafił  wyczuć  na  sobie  moje  spojrzenie. 
Poczułam  bicie  skrzydeł  motyli  w  brzuchu,  jak  uniósł  głowę.  Uśmiechnęłam  się.  Dzieliliśmy 
się  takimi  intymnymi  spojrzeniami  na  sali  sądowej.  Gdy  się  bałam  patrzyłam  na  niego,  on 
spotykał moje oczy i od razu czułam się lepiej. Tym razem było inaczej. Poczułam narastającą 
falę zmieszania. Pokój się przechylił. Bijące skrzydła zamarły. On nie patrzył na mnie. 

Kiedy  tylko  uniósł  wzrok  uśmiech  zniknął  z  jego twarzy.  Widziałam  jego  unoszącą  się  i 

opadającą  klatkę piersiową  pod  jego  garniturem  jakby  brał  głębokie  wdechy.  W  ciągu tych 
pięciu  sekund  zobaczyłam  każdy  kawałek  umysłu  Caleba  na  jego  twarzy  jakby  ktoś  zrobił 
tysiąc  małych  nacięć  i  wszystko  wylało  się  naraz:  ból,  miłość,  wiara.  Odwróciłam  się,  żeby 
zobaczyć,  gdzie  patrzył.  Wiedziałam,  że  nie  powinnam.  Ale  jak  mogłam  tego  nie  zrobić? 
Odpowiedź  była  dla  mnie  zbyt  jasna.  Przez  nią  chciałam  osłonić  oczy  i  schować  się  w 
ciemności.  Olivia  była  celem  jego  oczu.  Czułam  się  jakby  zepchnął  mnie  z  najwyższego 
budynku na ziemi. Roztrzaskała się. Każda część mnie. Był kłamcą. Był złodziejem. Chciałam 
paść  tam na  ziemię, uznać  moją  porażkę.  Umrzeć  i  umrzeć  raz  jeszcze. Umrzeć  i  zabrać ze 
sobą Olivię. Umrzeć. 

background image

166 

 

Otworzyłam  usta,  żeby  na  nią  wrzasnąć.  Żeby  rzucić  w  nią  każdą  zniewagą  i 

przezwiskiem,  jakie  zebrałam  przez  dwadzieścia  dziewięć  lat  życia.  Siedziały  na  czubku 
mojego  języka,  gotowe popędzić  w  jej  stronę.  Zamierzałam  wylać  mojego  szampana na  jej 
twarz i wydrapać jej oczu, dopóki nie zaczęłyby krwawić. Dopóki Caleb nie stwierdziłby, że 
jest tak brzydka i zdeformowana, że już nigdy więcej tak na nią nie spojrzy. 

Wtedy  zrobiła  najbardziej  osłupiającą  rzecz  na  świecie.  Odstawiła  swój  kieliszek,  jej 

nadgarstek  drżał,  jakby  nie  mógł  znieść  ciężaru  delikatnego  szkła.  Potem  opuściła  brodę  i 
wyszła. 

Wzięłam wdech – głęboki, satysfakcjonujący wdech – i wróciłam do boku Caleba. 

Mój. On był mój. I tyle. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

167 

 

Rozdział trzydziesty pierwszy 

Teraźniejszość 

 

Kołyszę  się  w  przód  i  w  tył  po  rozłączeniu  się  z  Calebem.  Co  jest  ze  mną  nie  tak?  Jak 

mogłam wielbić ziemię po której chodził mój ojciec po tych wszystkich latach zaniedbania? 
To  było  żałosne.  Nienawidzę  siebie  za  to,  a  jednak  wiem,  że  znowu  bym  to  zrobiła.  A  te 
dziecko – ona jest moją jedyną rodziną z krwi, a ja robię wszystko, żeby trzymać się od niej z 
daleka. Nie zrobiła nic złego. Jaką jestem osobą, żeby odizolowywać moje własne dziecko? 

Jakim  cudem  czekoladowe  rodzynki  mogą  tak  rozjaśnić  umysł?  To  nie  czekoladowe 

rodzynki. Wiem o tym. To skutek tego, co powiedział mi Sam, część o tym, że jestem lojalna 
niewłaściwym ludziom. Jedyną osobą, która naprawdę zasługuje na moją lojalność jest mała 
dziewczynka, którą nosiłam w moim ciele. A jednak nie czuję wobec niej właściwych uczuć. 
Otwieram komputer i szukam depresja poporodowa. Czytam o objawach, kiwając głową. Tak, 
to musi być to. Nie ma mowy, że jestem taką złą osobą. Muszę zacząć brać leki. Jest ze mną 
coś bardzo nie tak. 

Rano Caleb przywozi moje dziecko. Przyciskam ją do piersi i wącham jej główkę. Kępkę 

jej  rudych  włosów  spiął  małą  różową  kokardką.  Przyglądam  się  jej  sukience  z  kraciastej 
bawełny i posyłam mu nieprzyjemne spojrzenie. 

-  Dlaczego  ubierasz  ją  tak,  jakby  była  Mary  Poppins?  –  pytam  kwaśno.  Kładzie  przy 

drzwiach jej torbę z pieluszkami i fotelik samochodowy, zaczynając wychodzić. 

- Caleb! – wołam za nim. – Zostań. Zjedz z nami lunch. 

-  Muszę  być  gdzieindziej,  Leah.  –  Dostrzega  rozczarowanie na  mojej twarzy  i  dodaje  o 

wiele łagodniej. – Może innego dnia, co? 

Czuję się jakby ktoś mnie spoliczkował. Nie przez jego odrzucenie mojej oferty lunchu, 

ale przez te bardzo proste „Co?” na końcu jego zdania. Te co jest kwaśnym wspomnieniem, 
boleśnie  palące  mój  hipokamp.  Myślę  o  Courtney  i  jej  wakacjach  w  Europie.  Gdy  wróciła 
mówiła, jakby urodziła się jako Brytyjka. 

Chcesz iść jutro do centrum handlowego, co? 

Masz tę koszulkę, którą ode mnie pożyczyłaś, co? 

Jesteś najgorszą siostrą na świecie, co? 

Jestem  najgorszą  siostrą  na  świecie.  Courtney,  która  zawsze  się  za  mną  wstawiała, 

zawsze  przypominała  moim  rodzicom, że żyję… gdzie  jest  moja  lojalność  do  Courtney?  Ani 
razu jej nie odwiedziłam odkąd… 

background image

168 

 

Zamykam  nogą  drzwi  i  zanoszę  Estellę  do  jej  pokoju.  Ściągam  sukienkę  Mary  Poppins. 

Bulgocze  i  kopie  nóżkami  jakby  cieszyła  się,  że  jest  od  niej  wolna.  –  Tak  –  szczebioczę.  – 
Pozwól tatusiowi ubierać cię w gimnazjum i możesz nie mieć żadnych przyjaciół. 

Uśmiecha się. 

Zaczynam krzyczeć imię Sama. Słyszę jego ciężkie kroki, gdy biegnie po schodach. – Co…? 

– pyta bez tchu. – Czy ona oddycha? 

- Uśmiechnęła się! – Klaszczę w dłonie. 

Zerka przez moje ramię. – Robi to od jakiegoś czasu. 

- Nie do mnie – kłócę się. 

Patrzy na mnie jakby urosła mi druga głowa. – Wow – mówi. – Wow. Urosło ci serce i 

potrzeba było do tego tylko siedmiu paczek czekoladowych rodzynek. 

Rumienię się. – Skąd o tym wiesz? 

-  Cóż,  wyniosłem  dziś  rano  śmieci,  to  po  pierwsze.  I  znalazłem  je  na  całej  twojej 

podłodze. 

Milczę  przez  długi  czas,  ubierając  Estellę  w  coś  modniejszego.  To  jak  ubieranie 

ośmiornicy,  wszystkie  kończyny  poruszają  się  równocześnie.  Zastanawiam  się  nad 
powiedzeniem Samowi, że to jego słowa trochę mną wstrząsnęły, ale nie decyduję się na to. 
Zamiast tego mówię mu o Courtney. – Sam, mam siostrę. 

Unosi brew. – Świetnie. Ja też… 

- Mam tutaj poważny moment, Sam! – Pokazuje mi, żebym ciągnęła. 

Czeszę  włosy  Estelli.  –  Nie  widziałam  jej  od  długiego  czasu.  Nigdy  nawet  nie  poznała 

Estelli.  Czy  myślisz,  że  to  może mieć  coś  wspólnego  z moją…  depresją?  –  Wypróbowuję  te 
słowo, patrząc na niego z ukosa, by zobaczyć reakcję. 

- Nie jestem lekarzem. 

- Jeszcze – mówię. 

- Jeszcze – uśmiecha się. – Ale wszystko jest możliwe. Jesteś dość podłym człowiekiem. 

Ignoruję go, czesząc włosy Estelli. 

- Więc weź Estellę i idź się z nią zobaczyć – mówi w końcu. 

- Tak – odpowiadam. – Pójdziesz ze mną? 

- Nie widzę dlaczego… 

background image

169 

 

-  Dobra,  świetnie.  Weź  swoje  rzeczy.  Również  potrzebuję,  żebyś  umówił  mi  wizytę 

ginekologiczno-położniczą. Potrzebuję leków. 

- Nie jestem twoją sekretarką. Mieliśmy już wcześniej tę dyskusję. 

- Zobacz czy możesz załatwić coś na wtorek. 

Wychodzę z pokoju. 

- Leah – woła za mną. – Twoje dziecko… 

- A tak. – Wracam po Estellę i biorę ją na ręce. 

Wygląda tak uroczo. – Jedziemy zobaczyć się z twoją ciocią – mówię. 

 

Nie  jedziemy  zobaczyć  się  z  Courtney.  Cash  dzwoni.  Normalnie  nie  odbieram  jej 

telefonów.  Albo  jej  emailów…  czy  wiadomości  na  Facebooku.  Ale  skoro  reformuję  moje 
życie, to odbieram, gdy jej imię pojawia się na ekranie. 

- Czego chcesz, Cash? 

- O, odebrałaś! 

- Wolałabyś, żebym tego nie zrobiła? 

Następuje  milczenie.  Przypuszczam,  że  zbiera  swoje  słowa.  Bóg  wie,  że  oszczędzała  je 

przez dwa lata. 

- Leah, tak bardzo mi przykro – mówi. Słyszę jej siorbnięcie i zastanawiam się czy płacze. 

- To już ustalone – warczę. – Jesteś kłamcą. 

- Robiłam tylko, co on mi kazał – odpowiada. 

- Courtney jest moją siostrą – mówię stanowczo. – I zrobię wszystko, co w mojej mocy, 

żeby ją ochronić. 

- O tym właśnie chciałam porozmawiać. 

Obejmuję się wolną ręką w pasie. Nagle czuję się bardzo bezbronna. Dlaczego ta kobieta 

sądziła, że mogła ze mną rozmawiać o mojej siostrze? 

- Próbowałam się z nią zobaczyć. Oni nie chcą… 

- Trzymaj się z dala od Courtney – mówię. – Ona nie chce cię widzieć. 

Słyszę szloch Cash i czuję uderzenie litości. Może jestem zbyt ostra. Zastanawiam się, co 

powiedziałaby jej Courtney. 

background image

170 

 

- Muszę powiedzieć jej, że jest mi przykro. Potrzebuję… 

Przerywam jej. – Muszę kończyć. Nie dzwoń do mnie znowu, Cash. Mówię serio. 

Rozłączam  się  i  od  razu  idę  do  szafy,  skąd  wyciągam  zdjęcie  z  parasolką  od  Courtney. 

Trzymam je przy piersi, przygryzając dolną wargę. Jak mogłam trzymać się od niej na dystans 
tak długo? Co było ze mną nie tak? Kiedyś byłyśmy blisko. 

Zaczynam  się  śmiać,  początkowo  zakrywając  usta,  próbując  powstrzymać  dźwięki 

podobne  do  hieny.  Nie  mam  nad  tym  kontroli.  Śmiech  spływa  ze  mnie,  narastając  w 
głośności. To najprostsza rzecz jaką zrobiłam przez cały dzień. Gdy Sam staje w progu mojej 
szafy, gwałtownie przestaję. 

- Co ty wyprawiasz? 

- Nic. 

Prostuję się, chowając obraz zanim mógłby go zobaczyć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

171 

 

Rozdział trzydziesty drugi 

Przeszłość 

 

Zostawił  mnie  po  rozprawie.  Nie  zaraz  po  niej.  Mieliśmy  trzy  miesiące  ciszy  podczas 

których dowiedziałam się jak to jest być zamężną i kompletnie samotną. Caleb od razu wrócił 
do  pracy,  zostawiając  mnie  samą  w  domu  przez  większość  dnia.  Włóczyłam  się  po  domu  i 
oglądałam  dzienną  telewizję,  czując  się  przygnębiona.  Oczekiwałam,  że  wszystko  wróci  do 
normy po zakończeniu rozprawy, nigdy nie biorąc pod uwagę, że nie będę miała pracy i moja 
głośna sprawa ubrudzi moje nazwisko, pomimo mojego werdyktu niewinności. Firma mojego 
ojca  została  rozwiązana.  To  co  z  niej  zostało  spłaciło  rodziny  zmarłych  i  koszty  mojego 
prawnika. Nastroje Caleba były odległe. Już nawet na mnie nie patrzył. Zdecydowałam, że to 
był  stres  po  rozprawie.  Zasugerowałam,  żebyśmy  pojechali  na  wakacje.  Powiedział,  że  już 
wziął  zbyt  wiele  czasu  wolnego  od  pracy  dla  rozprawy.  Zasugerowałam  doradztwo 
małżeńskie. On zasugerował osobny czas. 

Jedno imię dzwoniło ciągle w mojej głowie: Olivia. Głośniej, głośniej i głośniej. 

Wbiła  między  nas  klin.  Znowu.  Była  jak  choroba,  która  wracała  co  parę  lat, 

napromieniowując każdego na jej drodze. 

Pierwszego miesiąca Caleb stracił dużo wagi. Myślałam, że był chory. Zmusiłam go, żeby 

poszedł do lekarza, ale praca jego krwi była normalna. Nie było z nim nic złego. Ale było coś 
bardzo złego. Ledwie się uśmiechał, ledwie mówił. Kiedy był w domu spędzał wiele godzin w 
swoim gabinecie za zamkniętymi drzwiami. Gdy zapytałam go o to, olał mnie. 

- Nie mogę być zawsze doskonały, Leah. Czasami też mam złe dni. 

Co  to  oznaczało?  Czy  on  zawsze  miał  złe  dni  i  nigdy  po  prostu  mi  nie  mówił? 

Spróbowałam  przypomnieć  sobie  ostatni  raz,  gdy  Caleb  miał  zły  dzień,  ale  nie  potrafiłam. 
Ciągle się uśmiechał, drażnił się, zachęcał. Czy to znaczyło, że nigdy nie miał złych dni? Albo 
że je przede mną ukrywał? Nie chciałam o tym myśleć. Nie chciałam myśleć. 

- Dlaczego nie jesz? – zapytałam. 

- Nie mam apetytu. 

- Jesteś pod wpływem dużej presji. Wyjedźmy gdzieś na kilka dni. 

- Nie mogę – powiedział, nie patrząc na mnie. – Może w następnym miesiącu. 

Zapytałam znowu następnego miesiąca. Powiedział nie. Miał więcej niż parę „złych dni”. 

background image

172 

 

W końcu miałam dosyć. Umówiłam się na lunch z jego matką. Jeżeli ktokolwiek wiedział 

jak radzić sobie z Calebem, to była to Luca. 

Albo może Olivia… 

Nie, nie zamierzałam jej tego oddać. Miała nad nim jakąś moc, tak, ale był mój od pięciu 

lat. Znałam go. Ja! 

Luca  przybyła  na  nasz  lunch  z  dziesięciominutowym  opóźnieniem.  Piłam  moją  drugą 

lampkę wina, kiedy z gracją opadła na siedzenie naprzeciwko mnie. Rzadkością było, że oboje 
miałyśmy  wolny  czas  na  spotkanie.  Gdy  zamówiłyśmy  i  przez  dziesięć  minut 
przeprowadzałyśmy gadkę szmatkę, spojrzała mi prosto w oczy, jakby wiedziała, że coś było 
nie tak. 

- Więc co się dzieje? Powiedz mi… 

Unikałam  jej  ostrych,  niebieskich  oczu  i  skoncentrowałam  się  na  moich  obgryzionych 

paznokciach. 

- Chodzi o Caleba – odparłam. – Od rozprawy zachowuje się… inaczej. 

Upiła swojego drinka. – Jak inaczej? 

Wyłapałam  krawędź  w  jej  głosie.  Musiałam  być  ostrożna  w  tym,  co  o  nim  powiem. 

Potrzebowałam jej spostrzeżenia bez jej skakania mi do gardła za krytykowanie jej syna. 

- Zdystansowany. Jest tak jakby nie chciał przebywać już w moim towarzystwie. 

Stuknęła paznokciami o stolik, przyglądając mi się. 

- Rozmawiałaś o tym ze swoją matką? 

Pokręciłam głową. – Nasza relacja jest napięta. Poza tym ona daje okropne rady. 

Luca potaknęła. Nigdy tak naprawdę nie przejmowała się moją matką. Caleb powiedział 

mi kiedyś, że uważała, iż moja matka jest chłodna oraz nieprzystępna. 

- Wiesz o czymś, Luca? Czy on ci coś mówił? 

Wyciągnęła  rękę  i  poklepała  mnie  po  dłoni.  –  Nie,  skarbie,  nie  mówił.  Ale  był  już  taki 

kiedyś, pamiętasz? 

Pamiętałam. Był taki podczas amnezji. 

Skinęłam powoli głową, niepewna co mi sugerowała. 

- Przywróciłaś go – powiedziała. – Możesz zrobić to znowu? 

Jej oczy były takie jak Caleba, kiedy skupiała się na tobie: intensywne, płonące. 

background image

173 

 

Chciałam  prychnąć.  Ona  miała  we  mnie  zbyt  wiele  wiary.  Ostatnim  razem  musiałam 

wykurzyć Olivię z miasta, żeby go przywrócić. Ale nikt o tym nie wiedział prócz mnie i Olivii. 
Tym razem co będę musiała zrobić? 

- Nie wiem jak. Próbowałam wszystkiego. 

- Co mój syn ceni bardziej niż wszystko? 

Odchyliłam się, gdy kelner przyszedł z naszymi sałatkami. Czekałam, aż odejdzie zanim 

jej odpowiedziałam. 

- Rodzinę – odparłam, biorąc widelec. 

- Tak – zgodziła się Luca. – Więc daj mu ją. 

Wzdrygnęłam się. Czy ona naprawdę mówiła to, co myślałam? 

- Dzieci? Myślisz, że Caleb chce dziecka? – Ostatni raz rozmawialiśmy o dzieciach przed 

ślubem.  Nawet  nie  myślałam  o  tej  możliwości.  Nie  byłam  pewna  czy  w  ogóle  je  chciałam. 
Caleb mi wystarczał. Caleb ich chciał. Zawsze chciał. 

- Dzieci potrafią łączyć ludzi – uśmiechnęła się. – Zwłaszcza kiedy się rozłączyli. 

Jadłyśmy w ciszy przez kilka minut, po czym znowu się odezwała.  – Nie powinnaś była 

pozwolić mu zatrudnić tę kobietę. 

Zadławiłam się jedzeniem. – Olivię? – spytałam. 

Luca skinęła głową. – Tak, Olivię. Ona jest kłopotem. Zawsze była. Trzymaj przeszłość w 

przeszłości, Leah. Rób, co musisz. Masz moje pełne wsparcie. 

Po  raz  pierwszy  zastanawiałam  się  jak  wiele  Luca  wiedziała  o  miesiącach,  kiedy  Caleb 

miał amnezję. Czy wiedziała coś o czasie, który spędził z Olivią? Powiedział jej? 

Wróciłam do domu, gotowa porozmawiać z Calebem o możliwości zaczęcia rodziny. Nim 

słowa  te  wyszły  z  moich  ust,  powiedział  mi,  że  wprowadza  się  z  powrotem  do  swojego 
mieszkania. 

-  Zostawiasz  mnie?  –  zapytałam  z  niedowierzeniem.  –  Byliśmy  szczęśliwi…  przed 

rozprawą. Przestaliśmy się starać, Caleb. Możemy iść na doradztwo. 

- Ty byłaś szczęśliwa. Nie jestem pewien, co ja czułem. 

- Więc mnie okłamywałeś? 

- Nigdy nie pytałaś, Leah. Zamykasz oczy na rzeczy, których nie chcesz widzieć. 

- Czy to chodzi o Prenavene? Tych ludzi, którzy umarli? 

background image

174 

 

Skrzywił się. – Naprawdę ciężko jest mi pojąć decyzje, które podjęłaś. 

- Czy przez to patrzysz na mnie inaczej? 

Roześmiał  się  chłodno. –  Kiedy  cię  poślubiłem wiedziałem,  że były  pewne problemy.  – 

Westchnął i wyglądał na prawie smutnego. – Przez to patrzę na siebie inaczej. 

Nie rozumiałam. Mój ojciec mną manipulował. Na pewno zdawał sobie z tego sprawę. 

Co dokładnie miał na myśli przez „problemy”? 

Dwadzieścia cztery godziny później Caleb zniknął. 

 

Depresja  nawet nie  może  opisać tego,  przez  co przechodziłam.  Straciłam  mojego  ojca, 

karierę i męża w ciągu roku. Zwinęłam się w kłębek i płakałam przez wiele dni… tygodni. Nikt 
nie przyszedł. Próbowałam dodzwonić się do mojej siostry, ale teraz rzadko kiedy odbierała 
telefon.  Katine  umawiała  się  z  jakimś  nowym  facetem  i  nic  nie  mogło  ją  zmartwić.  Moja 
matka  przeprowadziła  się  do  naszego  letniego  domku  w  Michigan,  jak  tylko  został 
przeczytany werdykt. 

Zadzwoniłam do Setha. Nie powinnam była. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

175 

 

Rozdział trzydziesty trzeci 

Teraźniejszość 

 

Zadręczam  się  telefonem  od  Cash.  Jem  jeszcze  więcej  czekoladowych  rodzynek. 

Oglądam  więcej  Nancy  Grace.  Szukam  w  Internecie  zdjęć  kotów  z  zabawnymi  podpisami. 
Nikt nie wie, że to lubię; to sekret. Sam mnie przyłapuje. 

- Jaja sobie robisz? 

Zamykam laptopa. – Nie możesz powiedzieć. 

- A komu mam powiedzieć? Twojemu klubowi książkowemu? 

-  Mam  przyjaciół  –  upieram  się.  –  I  nikt  z  nich  nie  czyta.  –  Jestem  trochę  naćpana 

cukrem, więc chichoczę. Sam unosi brew. – Jesteś z tego dumna? 

Odwracam  się,  przytulając  kolana  do  piersi.  Męska  niańka  zamienia  każdą  zabawę  w 

krytykę. – Nie, Sam – wzdycham. A potem po namyśle dodaję. – Kiedyś dużo czytałam… w 
liceum. 

- Cosmo? 

Składa pranie – zawsze składa pranie. – Czy tobie nigdy się to nie nudzi? 

- Nudzi. Ale to moja praca. 

A tak. 

- Czytałam powieści. Ale potem nie miałam już czasu. 

Wsuwam do ust parę cukierków i patrzę na wyciszony ekran telewizora. Nie miałam już 

czasu, bo pieprzyłam chłopaków – chciałam powiedzieć. 

- Sam? 

- Hmmm? 

- Co było w tamtym pudełku, które otworzyła Olivia w swoje urodziny? 

Potrząsa kocem i umiejętnie składa go w mały kwadrat. – Czemu cię to obchodzi? 

- Co jeśli to było od Caleba? – pytam cicho. 

Nie patrzy na  mnie.  –  Cammie  mówi,  że  był  – odpowiada.  –  Ale nie  wiem,  co to było, 

więc nie pytaj. 

background image

176 

 

Jem  jeszcze  więcej  czekoladowych  rodzynek.  Udaję,  że  ugryzłam  się  w  język  i  krzyczę 

Au!, żeby pokryć łzy, które pojawiły się w moich oczach. 

- Leah – odzywa się – nic nie szkodzi, jeśli to cię boli. Powinnaś mu powiedzieć, że tak 

jest. Poza tym, jeśli bierzesz pod uwagę karierę w aktorstwie – nie rób tego. 

- Dlaczego kupił jej prezent urodzinowy? 

Kiedy Sam nie odpowiada, znowu zaczynam myśleć o Cash. To nieskończona, niezdrowa 

szpulka myśli: Cash… Caleb… Olivia… Cash… Caleb… Olivia. 

 

Ostatni raz, kiedy rozmawiałam z Cash był zaraz po mojej rozprawie. Po zobaczeniu jej 

na liście świadków prokuratora, Olivia wykonała imponujące dochodzenie i odkryła, że Cash 
była  tak  naprawdę  nieślubnym  dzieckiem  Charlesa  Smitha.  Olivia  nie  brała  przyjemności  z 
powiedzenia  mi  tego,  ku  mojemu  wielkiemu  zaskoczeniu.  Powiedziała  nawet,  że  jest  jej 
przykro.  Byłam  wstrząśnięta,  dopasowywałam  w  umyśle  wszystkie  kawałki  układanki,  aż 
miały  doskonały  sens.  Nie  powiedziałam  matce  o  tym,  co  wiedziałam.  Czekałam,  aż  Olivia 
obnażyła  ojcostwo  Cash,  zadając  jej  krzyżowy  ogień  pytań  i  całkowicie  kompromitując  jej 
zeznania. Patrzyłam na twarz mojej matki, kiedy mój prawnik rzucił bombę. Nie pokazywała 
nic. Ona wiedziała, pomyślałam. Wiedziała i z nim została. Prokurator był zawstydzony. Olivia 
wygrała kolejną rundę. Courtney zaczęła szlochać histerycznie na sali sądowej. Przeszywałam 
wzrokiem  Cash  z  mojego  miejsca,  moja  krew  gotowała  się  ze  wszystkich  niewłaściwych 
powodów. Świadomie mnie zdradziła. Dla niego. Powinnam była być wściekła na niego, ale 
cały mój gniew skierowany był na jej lepkie blond włosy i różową szminkę. 

Po porażce na sali sądowej zadzwoniła na moją komórkę, błagając mnie, żebym się z nią 

spotkała. Ale pozwoliła mojemu ojcu wykorzystać ją do zrujnowania mojego życia. Kiedy nie 
odpowiadałam na jej błagania, wysłała mi pisany ręcznie list liczący dziesięć stron, opisujący 
w  szczegółach  jej  życie  od  chwili  jej  narodzin  do  dnia,  gdy  mój  ojciec  poprosił  ją,  żeby  dla 
niego  pracowała.  Zjadłam  całą  paczkę  mrożonego  groszku  i  wypaliłam  trzy  papierosy, 
czytając ten przeklęty list. 

Jej  matka  była  sekretarką  mojego  ojca  w  1981  i  według  Cash,  została  ona  poczęta  na 

jego biurku. Kiedy ojciec nie mógł przekonać jej matki do aborcji, niechętnie zgodził się na 
płacenie  jej  miesięcznej  dywidendy,  żeby  ona  i  jej  nienarodzone  dziecko  zniknęły.  Lecz 
pomimo  jego  początkowych  uczuć  robił  coroczne  wizyty,  żeby  zobaczyć  się  z  Cash  i  nawet 
opłacił jej college. Powiedział jej o Courtney i mnie, kiedy była mała. Dorastała, wiedząc, że 
jej  tatuś  miał  jeszcze  dwie  inne  dziewczynki,  a  gdy  nie  było  go  z  nią,  to  był  z  nimi.  Cash 
przyznała wcześnie rozwinęła się jej fascynacja nami. Rozmarzała o tym jakby to było mieć 
dwie siostry. Mój ojciec pokazywał jej nasze zdjęcia, które przykleiła do ściany. Bardziej niż 
wszystkim  byłam  zaskoczona  faktem,  że  ojciec  nosił  nasze  zdjęcia.  Kiedy  Charles  Smith 
rozwinął sympatię do ojcostwa? Gdy przeczytałam ostatnie słowo spaliłam list. Nie mogłam 

background image

177 

 

pozwolić, żeby Courtney go zobaczyła. Nie radziła sobie dobrze z takimi rzeczami. Courtney 
była  za  bardzo  podobno  do  matki.  Miała  skłonności  do  nałogów  i  pod  wpływem  stresu 
rozpadała się emocjonalnie. 

- Leah… Leah? 

Wracam gwałtownie do Sama, który nadal składa przeklęte pranie. 

- Co? – syczę. Chciałabym, żeby robił to w innym pokoju i przestał mnie stresować. 

- Twój telefon dzwoni – odpowiada. 

Spoglądam  na  komórkę  i  widzę  na  ekranie  imię  Caleba.  Chwytam  go  tak  szybko; 

upuszczam telefon. Biorąc go z podłogi, odbieram z zadyszanym. – Halo? 

- Cześć – mówi. – Dzwonię, żeby sprawdzić co u Estelli. 

- Ma teraz drzemkę. Uśmiechnęła się do mnie! 

Jest dziesięć sekund ciszy zanim mówi. – Wygląda jak ty, kiedy się uśmiecha. 

Od razu czuję ciepło w całym ciele. Chcę wiedzieć czy to sprawia, że lubi mnie bardziej. 

- Tęsknię za nią – wzdycha. 

- Cóż, możesz przyjść, jeśli chcesz. Ale do weekendu jej nie zabierzesz. 

- Rozumiem. Ma wizytę u lekarza w następnym tygodniu. Miałem nadzieję, że będę mógł 

ją zabrać. Chcę tam być, kiedy dostanie zastrzyki. 

Wzdycham. – Dobra, możesz ją zabrać. – Myślę nad tym lepiej. – Ale ja też chcę tam być. 

Jego kolej na westchnięcie. 

- Myślę, żeby zabrać ją do Courtney. 

Caleb chrząka. – Powinnaś. Możesz sama to zrobić? 

- Biorę Sama – mówię szybko. – Chodzi po prostu o… czas. 

- Nadal jesteś na nią zła? – pyta. 

- Nie – odpowiadam, ale o dziwo kiwam głową. 

 

 

 

 

background image

178 

 

Rozdział trzydziesty czwarty 

Przeszłość 

 

Seth był starszym bratem Caleba o cztery lata i dwa dni. Nie byli do siebie podobni. Kain 

i  Abel,  jeśli  chcecie.  Byłam  zszokowana,  kiedy  spotkałam  po  raz  pierwszy  ciemnowłosego, 
ciemnookiego oficera śledczego. 

- Jesteś bratem Caleba? – wyjąkałam. Ledwie się uśmiechnął na moje zaskoczenie. 

- Tak, jak ostatnim razem sprawdzałem. – Trzymał moją rękę trochę zbyt długo, wpijając 

we mnie wzrok. – Zgaduję, że nie wyglądamy zbyt podobnie, co? 

Potrząsnęłam  głową.  Seth  nie  miał  żadnych  rys  Caleba.  Był  anty-Calebem  ze  swoim 

małym, guzikowym nosem, wąskimi ustami i oczami tak ciemnymi, że wyglądały prawie na 
czarne. 

Dziwne, myślałam. Był samotnikiem. Podczas spotkań rodzinnych Caleba znajdowały się 

w środku akcji, otoczonego ludźmi, którzy pochłaniali każde jego słowo. Żeby znaleźć Setha 
trzeba było mieć szczęście. Nie pojawiał się na większości grillach i kolacjach, a jeśli to robił, 
to ukrywał się w ogrodzie albo chodził na samotne spacery. Jeżeli łapało się go w pojedynkę 
to  był  zaskakująco  ujmująco  i  ponuro  inteligentny.  Przypominał  mi  Holdena  Caulfielda. 
Czytałam tę książkę w liceum i pamiętałam, że Holden przyprawiał mnie o dreszcze. Czasami 
Seth patrzył na mnie w całkowicie nieskryty sposób, mały uśmiech tańczył w kącikach jego 
ust i dostawałam dreszczy. 

Kiedyś zanim pobraliśmy się z Calebem, byliśmy w domu jego matki, kiedy Seth odwrócił 

się do mnie znienacka i powiedział. – Przypominasz mi tanie reality show, Leah. Jesteś płytka 
i udajesz głupią z Bóg wie jakiego powodu. 

Gapiłam się na niego w całkowitym zawstydzeniu, mając nadzieję, że nikt inny tego nie 

usłyszał.  Rozejrzałam  się  po  pokoju.  Caleb  był  zaabsorbowany  grą  w  telewizorze,  a  jego 
matka była w kuchni i przygotowywała kolację. 

- Co do diabła, Seth? 

Wzruszył ramionami. – Wiem, że nie jesteś taka głupia na jaką się robisz. Płytka, może. 

Masz rodzaj oczu, które mają w sobie pazury. 

Wpatrywałam  się  w  niego  długi  czas,  zastanawiając  się  czy  tak  właśnie  wszyscy  mnie 

widzieli. Zastanawiając się czy Caleb tak mnie widział. 

- To seksowne – powiedział. – Nie sądzę, że mój brat to docenia. 

background image

179 

 

Zarumieniłam  się  i  odwróciłam  wzrok.  Jak  do  tej  pory  to  było  najwięcej  słów  jakie  do 

mnie wypowiedział. Nie byłam pewna czy mnie podrywał, czy obrażał. Przyszło mi do głowy, 
że  może  to,  i  to.  Nigdy  nie  widziałam  go  z  kobietą.  Stwierdziłam,  że  był  jednym  z  tych 
aseksualnych  ludzi  i  bardziej  skoncentrowany  na  jego  karierze  niż  znalezieniem  kogoś  do 
ogrzania jego łóżka. 

- Dlaczego nigdy się nie umawiasz? 

- Kto mówi, że nie? 

- Nigdy nikogo nie przyprowadzasz… ani o nikim nie mówisz. 

Prychnął.  –  Widziałaś  powitanie  jakie  moje  matka  daje  kobietom,  które 

przyprowadzamy? – Miał trochę racji. Od samej Luci słyszałam jakie zrobiła powitanie Olivii. 
Nie cierpiała tej kobiety prawie tak mocno jak ja. Ale Olivia była łatwa do nienawidzenia, a 
Luca była naprawdę miła, kiedy bardziej się ją poznało. 

Zlekceważyłam jego komentarz machnięciem ręki. – Ona jest zawsze dla mnie miła. 

Roześmiał  się.  –  Dlatego,  że  bardzo  jesteś  do niej  podobna.  Pewnie  ma  zdrowy  strach 

przed koleżanką suką. 

Otworzyłam szeroko usta. – Co jest z ludźmi w tej rodzinie, mówiącymi dokładnie to, co 

mają na myśli? To takie niegrzeczne. 

Przechylił  się  ponad  podłokietnikiem  kanapy  i  mrugnął  do  mnie  konspiracyjnie.  – 

Powinnaś  tego  wypróbować.  Choć  całkiem  fascynujące  jest  obserwowanie  wszystkich  tych 
myśli gotujących się za twoimi oczami i nigdy nie dochodzących do twoich ust. 

Nie mam słów. Seth zobaczył moją minę i zaczął się śmiać. – Nie martw się, Leah. Twój 

sekret  jest  ze  mną  bezpieczny.  Nikt  nie  musi  wiedzieć,  że  pod  tymi  ładnymi  włosami  jest 
mózg. 

Spiorunowałam go wzrokiem, ściskając mocno podłokietnik mojego fotela. Byłam zła… i 

niesamowicie  podniecona.  Caleb  zawsze  mówił  tyle,  żeby  pozostawić  cię  zarówno 
niesamowicie  oczarowaną  i  zastanawiającą  się,  do  czego  on  właściwie  zmierza.  Seth  pluł 
prawdą jakby była Old Faithful

3

: za dużo, za szybko, za mocno. Nic dziwnego, że nikt nigdy z 

nim nie gadał. 

- Jesteś dupkiem, wiesz o tym. 

Wzruszył ramionami, odwrócił się do telewizora. – Mówiono mi. Ale ja przynajmniej cię 

widzę. Mój brat widzi tylko twoje włosy. 

Wstałam, ale jego następne słowa sprowadziły mnie z powrotem na dół. 

                                                           

3

 Old Faithful – gejzer w Parku Narodowym Yellowstone. 

background image

180 

 

- Czekałem, aż sobie przypomnisz – powiedział. 

- Przypomnę co? 

Spojrzał na mnie z taką bezpośredniością, że się wzdrygnęłam. 

- Że ze sobą spaliśmy. 

Gdybym trzymała kieliszek, to właśnie bym go upuściła. Moje spojrzenie powędrowało 

do Caleba. Na szczęście wyciszył się na naszą rozmowę. 

- O czym mówisz? – syknęłam. 

- Wyluzuj – odparł lekko. – Było to dawno temu. 

Poszukałam  w  pamięci  jego  twarzy.  Czy  nie  rozpoznałabym  go  od  razu,  gdybyśmy  ze 

sobą spali? Pewnie nie. Uprawiałam dużo seksu z mężczyznami,  których ledwo znałam. Ale 
jeśli my… dlaczego czekał tak długo, żeby mi powiedzieć? 

- Pogrywasz sobie ze mną – powiedziałam. 

- Nie. – Pokręcił głową tak swobodnie, że zastanawiałam się czy rozmawialiśmy o seksie, 

czy o tym co jadł na lunch. 

- Na pewno przyszłaś do mojego pokoju hotelowego. To był weekend po czwartym lipca, 

sześć lat temu. Spotkaliśmy się w tamtym małym barze w Keys. 

Prawie  zemdlałam.  Sześć  lat  temu  rzeczywiście  byłam  na  wycieczce  w  Keys  z  moją 

siostrą i paroma koleżankami. Był to weekend świętowania urodzin/wakacji. 

- Jak ty możesz to pamiętać, a ja nie? 

- Z tego co pamiętam byłaś całkiem schlana. 

O  Boże.  Przypominałam  sobie  poznanie  faceta  w  barze.  Tańczył  ze  mną,  a  potem 

przeszliśmy przez ulicę do jego hotelu. Czy to naprawdę był Seth? Jakie były na to pieprzone 
szanse? 

- Nie… 

- Mów mojemu bratu – dokończył. – Tak, domyśliłem się, że nie chcesz, aby wiedział. To 

tajemnica. – Udał, że zamyka usta na klucz i go odrzuca. 

Jak mogło się dziać coś takiego? Gdyby Caleb się dowiedział… 

Nie dowie się. Oboje z Sethem mamy coś do stracenia. Skinęłam mu głową. – Dziękuję. 

 

background image

181 

 

Po  tamtym  dniu  starałam  się  ograniczać  moje  kontakty  z  Sethem  do  minimum. 

Odszukiwał mnie, ilekroć byliśmy na tym samym wydarzeniu. Byłam częściowo zawstydzona, 
a  częściowo  mi  to  pochlebiało.  Zawsze  miał  gotową  cichą  dowcipną  uwagę  o  moich 
pazurowych oczach albo ocenzurowanych myślach. Czasami wywoływał mnie, gdy byliśmy w 
grupie i mówił: „Co o tym myślisz, Leah?” albo „Chciałbym usłyszeć co ma do powiedzenia na 
ten  temat  Leah”.  Wtedy  byłam  zmuszona  odpowiedzieć.  Gdy  nikt  inny  nie  zwracał  uwagi 
wygłaszał  niestosowne  komentarze.  Czasami  czerwieniłam  się  tak  mocno  na  rzeczy,  które 
mówił,  że  Caleb  spoglądał  na  mnie  z  niepokojem  i  pytał  co  się  dzieje.  Tylko  Seth  potrafił 
sprawić,  że  się  rumieniłam.  Czułam  się,  jakbyśmy  mieli  tajemne  koleżeństwo.  Przez  to 
zastanawiałam się czy on miał rację, czy Caleb naprawdę mnie widział – czy ktokolwiek mnie 
naprawdę widział. 

 

Podczas  mojej  rozprawy  Seth  pojawiał  się  na  prawie  każdym  przesłuchaniu.  Byłam 

zadowolona jego niespodziewanym wsparciem, tak bardzo jak byłam nim zdezorientowana. 
Nie  odzywał  się,  ale  był  tam…  zawsze  po  lewej  stronie  tylnego  rzędu.  Caleb  cieszył  się,  że 
przychodził. Ich relacja zawsze była napięta. Spodziewałam się, że ta przepaść stworzyła się 
przez wyraźne faworyzowanie przez Lucę jej najmłodszego syna. 

- On musi cię naprawdę lubić, Ruda – powiedział Caleb po wyczerpującym dniu słuchania 

jak prokurator przesłuchiwał swoich świadków. – Nikt nie potrafi przekonać go do pojawienia 
się gdziekolwiek, ale jest tutaj dla ciebie. 

-  Jest  sierżantem  w  służbach  policyjnych,  Caleb.  Jestem  pewna,  że  taka  sprawa  go 

interesuje. 

Naprawdę  zastanawiałam  się  czy  bawił  się  we  własną  ławę  przysięgłych,  starając 

zdecydować  czy  poważnie  byłam  tak  nikczemna,  jak  zawsze  insynuował.  Męczące  było 
próbowanie ukrycia się przed wszystkimi. Patrzenie jak oni patrzyli na ciebie. Chęć poznania 
myśli  wszystkich  ludzi  i  bycie  śmiertelnie  przerażoną,  że  te  myśli  cię  potępiały.  Byłam 
wściekła na mężczyznę, którego całe życie nazywałam moim ojcem. Ciągle myślałam o tym 
co  by  było,  gdyby  on  nie  umarł.  Czy  zebrałby  dość  przyzwoitości,  żeby  mnie  przed  tym 
ochronić? Czy może poprosiłby mnie, żebym wzięła za niego upadek? I najważniejsze: czy ja 
bym to zrobiła? 

Seth zadał mi te same pytanie w dzień, kiedy do niego zadzwoniłam, po tym jak zostawił 

mnie Caleb. Przyjechał po pracy, trzymając w ręku pudełko ciasta francuskiego. Wiedział, że 
je lubiłam. Wzięłam je od niego z uśmiechem, a on poszedł za mną do kuchni. 

- Gdzie zostaje mój brat? – zapytał. 

-  W  jego  mieszkaniu.  –  Otworzyłam  pudełko  i  wyciągnęłam  migdałowego  croissanta. 

Seth przyglądał się, jak go ugryzłam, nim się odezwał. 

background image

182 

 

- Twój ojciec był niezłym numerem. 

Przestałam żuć. 

- Według twojej gorącej prawniczki kompletnie cię wrobił. Ma rację? 

Nie byłam pewna czy byłam bardziej urażona tym, że nazwał Olivię „gorącą” czy tym, że 

wątpił w moją niewinność. 

Zmusiłam się do przełknięcia tego, co miałam w ustach i spojrzałam na niego gniewnie. – 

Nie zrobił tego celowo – powiedziałam. – Nie sądzę, że spodziewał się umrzeć. 

- Więc gdyby nie miał zawału i nie zostawił cię z tym bałaganem, to sądzisz, że przyjąłby 

upadek? 

- Tak, tak sądzę. 

Kłamstwo. 

- Według Caleba nie było jego podpisu na żadnych dokumentach, które podpisałaś. 

- O co ci chodzi, Seth? – warknęłam. – Przyszedłeś tutaj, żeby mnie prowokować? 

Zacisnął usta i pokręcił głową. – Nie, Leah. Przyszedłem zobaczyć czy u ciebie wszystko w 

porządku. Szczerze. 

- Nic mi nie jest. – Zamknęłam pudełko z ciastkami i poszłam do lodówki. Wyczułam go 

za sobą, zanim jeszcze się obróciłam. Nagłość mojego odwrócenia się sprawiła, że na mnie 
wpadł. Nie odsunął się. Pocałował mnie. Prosto w usta. 

- Seth! – Odepchnęłam go. Cofnął się o krok. – Co ty robisz, do diabła? 

- Zadzwoniłaś do mnie – odparł. – Myślałem… 

- Co myślałeś? Że chciałam, żebyś mnie pocałował? Zadzwoniłam do ciebie, bo zostawił 

mnie Caleb i nie wiem co robić! Nie musiałeś tutaj przychodzić i mnie wykorzystywać. 

Znowu  mnie  pocałował.  Tym  razem  mocniej.  Leciutko  odwzajemniłam  ten  pocałunek 

zanim się odsunęłam. 

- Wyjdź – powiedziałam, pokazując mu drzwi. 

Rozpłakałam  się  po  tym  jak  wyszedł.  Jak  długo  minęło  odkąd  całował  mnie  Caleb? 

Próbowałam sobie przypomnieć. Czy to było przed rozpoczęciem się rozprawy? Myślałam o 
wszystkich miesiącach przygotowań i nie potrafiłam znaleźć ani jednego wspomnienia bycia 
całowaną.  Jak  mogłam  to  przegapić?  Jakim  cudem  nagły  pocałunek  Seth  sprawił,  że 
pamiętałam? 

 

background image

183 

 

Rozdział trzydziesty piąty 

Teraźniejszość 

 

Parę  dni  po  telefonie  Cash  zatrzymujemy  się  przy  budynku  z  jasnobrązowym  tynkiem 

około  trzynastej  godziny.  Sam  wysiada  pierwszy  i  wyciąga  Estellę  z  auta  zanim  jeszcze 
sprawdziłam mój makijaż. Moje ręce drżą, gdy otwieram drzwi.  Spotykamy się na przodzie 
samochodu. 

- W porządku? – pyta Sam. 

Potakuję,  nie  patrząc  na  niego.  Nie  potrafię  oderwać  oczu  od  budynku.  Żałuję,  że 

założyłam obcasy. Czasami sprawiają, że czuję się pewna siebie, ale dzisiaj czuję się w nich 
pretensjonalnie. Idziemy w ciszy albo w takiej ciszy, na jaką pozwalają moje obcasy. 

Przy recepcji podaję moje imię: Johanna Smith. Widzę jak Sam podnosi brew. Nie patrzę 

na  niego.  Boże,  nie  cierpię  tego  imienia.  Powiedziałam  Samowi  tylko  tyle,  że  idziemy 
zobaczyć moją siostrę, a nie gdzie ona była. Jesteśmy prowadzeni długim korytarzem, który 
pachnie  środkiem  odkażającym.  Spoglądam  na  dziecko,  zastanawiając  się  czy  będzie  jej 
przeszkadzał ten zapach. Ona śpi. Taki z niej śpioch. Uśmiecham się. 

Jesteśmy  zabrani  do  ostatniego  pokoju.  Zatrzymuję  się  w  progu  i  Sam  kładzie  rękę  na 

moim  ramieniu.  Nagle  jest  mi  bardzo  niedobrze.  On  mnie  szturcha.  Jest  tak  cholernie 
natarczywy. 

Przechodzę przez próg. Ona siedzi na wózku inwalidzkim, twarzą do okna. Blask światła 

słonecznego  pada  promieniami  na  jej  twarz.  Wydaje  się  być  na  to  obojętna,  patrząc  się 
prosto przed siebie, tak naprawdę nic nie widząc. Podchodzę do niej powoli i kucam przed 
nią. 

- Court. – Biorę jej ręce. Są bezwładne i chłodne. – Court, to ja. – Wpatruje się w punkt 

za  mną.  Rozglądam  się  po  pokoju  –  łóżko,  telewizor,  dwa  krzesła.  Nie  ma  tu  żadnych 
osobistych dodatków; kwiatów czy zdjęć na ścianach tak jak w pokojach, które mijaliśmy w 
drodze tutaj. Patrzę znowu na Courtney. 

- Przepraszam, że wcześniej nie przyszłam – mówię. – Przyprowadziłam do ciebie Estellę. 

Sam, który już wyciągnął ją z fotelika, podaje mi ją. Ona trzyma sztywno szyję, kiedy ją 

biorę, jej duże oczka rozglądają się z niewinną ciekawością. Sadzam ją na kolanach Courtney i 
trzymam  ją  tam.  Moja  siostra  nie  porusza  się,  nie  mruga  ani  nie  zauważa  małej  obecności 
przyciskającej się do jej ciała. Estella wierci się po paru sekundach, więc biorę ją na ręce. 

Włosy  mojej  siostry  są  tłuste  i  wiotkie.  Są  zbyt  krótkie,  żeby  je  spiąć  i  zwisają  na  jej 

twarzy. Wyciągam rękę i odsuwam je za jej uszy. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego miejsca i 

background image

184 

 

nienawidzę tego, że jest tutaj moja siostra. Nienawidzę siebie za to, że nie przyszłam do niej 
szybciej. Ona tutaj nie należy. Podejmuję decyzję tu i teraz. 

-  Sam  –  mówię,  podnosząc  się  –  chcę  zabrać  ją  do  domu…  do  mojego  domu.  Mogę 

załatwić kogoś, kto przyjdzie pomóc. 

- Okej – odpowiada. – Czekasz na moją zgodę czy… - Kręci głową i chcę walnąć go po raz 

dziesiąty dzisiejszego dnia. 

- Po prostu ci mówię, idioto. 

Uśmiecha się. 

-  Courtney,  zabiorę  cię  do  domu.  Tylko  daj  mi  parę  dni,  dobra…  żebym  wszystko 

przygotowała. 

Dotykam  lekko  jej  twarzy.  Piękna,  żywa  Courtney,  dostrzegam  ją  w  rysach  tej  osoby, 

wysokim  czole  i  orlim  nosie.  Lecz  jej  oczy  są  martwe.  Dotykam  tyłu  jej  głowy  i  przyciskam 
usta  do  jej  czoła.  Wyczuwam  pod  koniuszkami  palców  bliznę,  grubą  i  twardą.  Przełykam 
szloch i prostuję się. Estella czepia się mojej bluzki, jej małe piąstki trzymają mocno materiał. 
Wychodzę stamtąd, nie patrząc w tył, moje obcasy stukają z nowym celem. 

Sam czeka z Estellą, kiedy rozmawiam z dyrektorem obiektu. Gdy wychodzimy trzymam 

garść broszur o opiece domowej. 

Jesteśmy  z  powrotem  w  samochodzie,  kiedy  on  odzywa  się  po  raz  pierwszy  od 

opuszczenia pokoju Courtney. 

- Zatem… Johanna? 

- Zamknij się, Sam. 

-  To  ważne  pytanie,  wasza  królewska  mość.  Jeżeli  nie  powiesz  mi  dlaczego  go 

nienawidzisz, to od tej pory będę nazywał cię Johanną. 

Wzdycham. Jak dużo mu powiedzieć? Tylko Caleb o tym wiedział. A co tam, prawda? Nie 

wiedziałam  już  nawet  dlaczego  to  był  taki  wielki  sekret.  Mój  ojciec  nie  żył,  jego  imperium 
upadło, a moja matka była pijaczką. Dlaaaaaaczego by nie powiedzieć męskiej niańce? 

-  Zostałam  adoptowana.  Nikt  o  tym  nie  wie.  Był  to  wielki  sekret.  –  Potrząsam  głową, 

unosząc kącik ust, jakby to było nic takiego. Sam cicho gwiżdże. 

- W każdym razie urodziłam się w Kijowie. Moja biologiczna matka pracowała w burdelu 

– bla, bla, bla. 

- Bla. Bla. Bla – powtarza Sam. – Wygląda na to, że jest tego trochę więcej niż bla, bla, 

bla. 

background image

185 

 

Rzucam mu srogie spojrzenie, ciągnąc. – Moja biologiczna matka nie chciała mnie oddać. 

Była  młoda.  Szesnaście  lat.  Kiedy  była  mała,  jej  matka  czytała  jej  amerykańską  książkę  o 
tytule Opowieści Johanny. Zgodziła się mnie oddać, ale tylko wtedy, jeśli rodzice nazwą mnie 
Johanna. Tak bardzo chcieli dziecka, że tak zrobili. 

- To tak jakby świetne – mówi Sam. – Tak jakby dała ci coś od siebie. 

Prycham.  –  Cóż…  rodzice  powiedzieli,  że  jestem  adoptowana,  kiedy  miałam  osiem  lat. 

Możesz wyobrazić sobie mój szok. Posadzili mnie w formalnej jadalni – tylko malutka ja i oni 
– w tym imponującym pomieszczeniu. Tak bardzo się bałam, że miałam kłopoty; trzęsłam się 
przez  cały  czas.  Gdy  tylko  dowiedziałam  się  o  pochodzeniu  mojego  imienia,  już  go  nie 
chciałam. 

Sam wyciągnął rękę i ścisnął mój bark. – Rany, a ja myślałem, że to moi rodzice byli do 

bani. 

Skrzywiłam się. – Dlatego używam drugiego imienia. Koniec. 

- Czy Courtney to ich rodzona córka? 

Potaknęłam. 

- Co jej się stało? 

- Gdy mój ojciec umarł zachorowała. 

Przerywa mi. – Zachorowała? 

- W głowie – odpowiadam. – Zawsze taka była. Zostały u niej zdiagnozowane zaburzenia 

afektywne dwubiegunowe. Wpadała w depresje i nikt nie słyszał od niej słowa przez wiele 
miesięcy.  Tym  razem  nikomu  nie  powiedziała.  Wszyscy  byliśmy  tak  pochłonięci  własnym 
życiem, że nikt nie sprawdził co u niej. Sądzę, że śmierć mojego ojca i wszystko co działo się z 
moją rozprawą posłało ją na skraj załamania nerwowego. 

- Więc ona…? 

Hamuję trochę zbyt mocno na czerwonym świetle, a nim zarzuca do przodu. 

-  Postrzeliła  się.  Kula  otarła  się  o  jej  mózg  i  zdołali  uratować  ją  na  czas.  Ale  było  zbyt 

wiele uszkodzenia. 

- Boże – mówi. – A to jest pierwszy raz jak ją widzisz od… 

- Od szpitala po tym jak to się stało. 

Jego oczy są szeroko otwarte. 

- Nie osądzaj mnie – mówię gniewnie. – Byłam w ciąży. Odpoczywałam w łóżku. 

background image

186 

 

- Byłaś samolubną, egocentryczną suką. 

Piorunuję go wzrokiem. – Bałam się. 

-  Czego,  Leah?  To  twoja  siostra.  Boże,  nie  mogę  uwierzyć,  że  dla  ciebie  pracuję. 

Niedobrze mi. 

Zerkam  na  niego.  Naprawdę  wygląda  na  zdegustowanego.  –  Wszystko  naprawię  – 

mówię. 

Jedziemy w ciszy przez następnych parę minut. 

- O! Jamba Juice! Chcesz? – Skręcam gwałtownie na parking i ku mojej satysfakcji głowa 

Sama uderza o okno od strony pasażera z miłym stuknięciem. 

- Przepraszam – uśmiecham się. 

Pociera się po głowie, wydając się zapomnieć o pytaniu. 

-  Zamierzam  poprosić  Caleba,  żeby  wrócił  do  domu  –  mówię,  wjeżdżając  na  miejsce 

parkingowe. Patrzę na jego twarz, sprawdzając jego reakcję. 

- Nie chcę soku owocowego – odpowiada. 

- Daj spokój, Sam! 

Kręci głową. – Zły pomysł. Będziesz zraniona. 

- Dlaczego? 

Sam  wzdycha.  –  Nie  sądzę,  że  on  jest  gotowy.  Caleb  jest  typem  mężczyzny,  który  ma 

plan. 

- Co to znaczy? 

Sam drapie się po głowie, jakby był zakłopotany. 

- Co ty wiesz? – Mrużę na niego oczy. 

- Jestem facetem. Po prostu wiem. 

- Jesteś gejem! Nie masz specjalnego spostrzeżenia na heteroseksualnych mężczyzn. 

Potrząsa  głową.  –  Jesteś  najbardziej  obraźliwą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem, 

wiesz o tym? I nie jestem gejem. 

Otwieram szeroko usta. – Co ty gadasz? 

Wzrusza zażenowany ramionami. – Powiedziałem ci to, żebyś mnie nie podrywała. 

background image

187 

 

Mrugam  na niego.  Nie może  mówić  poważnie.  –  Dlaczego  myślałeś,  że  chciałabym  cię 

podrywać? Fuj, Sam! Nie mogę w to uwierzyć! 

Wzdycha. – Kupujemy sok czy nie? 

Wysiadam z samochodu. – Nic ci nie kupuję. Zostań tutaj z dzieckiem. 

Jestem  taka  zła,  że  mijam  sklep  Jamba  Juice  i  muszę  się  wracać.  Mężczyźni  są 

bezwartościowymi  kłamcami.  Powinnam  była  wiedzieć,  że  on  nie  był  gejem.  Nosi  za  dużo 
poliestru, żeby być gejem. I ani razu nie widziałam, żeby przyglądał się Calebowi. Caleb jest 
cholernie zachwycający. 

Sączę swój sok i jestem w połowie drogi do auta, kiedy zaczynam się śmiać. 

 

Gdy wracamy do domu dzwonię do Caleba trzy razy zanim nareszcie odbiera. 

-  Kiedy  przyjedziesz  dzisiaj  po  Estellę  miałam  nadzieję,  że  chwilę  zostaniesz,  żebyśmy 

porozmawiali. 

Następuje długa cisza, po czym odpowiada. – Tak, ja też muszę z tobą porozmawiać. – 

Czuję przypływ nadziei. 

-  Dobra,  więc  wszystko  ustalone.  Powiem  Samowi,  żeby  został  trochę  dłużej  niż 

zazwyczaj. 

Słyszę jak wzdycha do telefonu. 

- Dobrze, Leah. Do zobaczenia wieczorem. 

Rozłącza się. Nie myślę nawet o fakcie, że nigdy nie rozłącza się bez pożegnania, dopóki 

nie dociera to do mnie parę minut później. 

 

 

Przeszłość 

 

Cztery miesiące po uniewinnieniu Leah wniosłem sprawę o rozwód. 

Olivia 

- To była moja pierwsza myśl. 

Turner 

background image

188 

 

- To była moja druga myśl. 

Sukinsyn 

- To była moja trzecia myśl. Potem złożyłem je wszystkie w jedno zdanie: Ten sukinsyn 

Turner zamierza poślubić Olivię! 

Ile  czasu  miałem?  Czy  ona  nadal  mnie  kochała?  Mogła  mi  wybaczyć?  Gdybym  mógł 

odciągnąć ją od tego pieprzonego idioty, to czy moglibyśmy zbudować coś na gruzie, który 
stworzyliśmy?  Myślenie  o  tym  doprowadzało  mnie  do  szału  –  złościło  mnie.  Oboje 
powiedzieliśmy  tyle  kłamstw,  zgrzeszyliśmy  przeciwko  sobie  –  przeciwko  wszystkim,  którzy 
stanęli  na  naszej  drodze.  Próbowałem  raz  jej  powiedzieć.  To  było  podczas  rozprawy. 
Przyszedłem wcześniej na salę sądową, żeby spróbować złapać ją samą. Miała na sobie mój 
ulubiony odcień błękitu – lotniskowy niebieski. To były jej urodziny. 

- Wszystkiego najlepszego. 

Podniosła wzrok. Moje serce bębniło od emocji, tak jak zawsze to robiło, kiedy na mnie 

patrzyła. 

- Jestem zaskoczona, że pamiętałeś.  

- Dlaczego? 

- Och, jedynie zapominałeś okropnie dużo rzeczy przez parę ostatnich lat. 

Uśmiechnąłem się lekko na jej docinek. 

- Nigdy ciebie nie zapomniałem… 

Poczułem przypływ adrenaliny. To było to – miałem wyznać całą prawdę. Wtedy wszedł 

do środka prokurator. Prawda została odłożona na później. 

 

Wyprowadziłem  się  z  domu,  który  dzieliłem  z  Leah  i  wróciłem  do  mojego  mieszkania. 

Przemierzałem korytarze, piłem szkocką. Czekałem. 

Czekałem na co? Na to, że ona przyjdzie do mnie? Na to, że ja pójdę do niej? 

Podszedłem  do  mojej  szuflady  na  skarpetki  –  niesławnego  opiekuna  pierścionków 

zaręczynowych oraz innych pamiątek – i przesunąłem palcami po spodzie. Kiedy moje palce 
to  znalazły,  poczułem  czegoś  przypływ.  Przetarłem  kciukiem  leciutko  zielonej  powierzchni 
„pocałunkowego” pensa. To była ozdóbka, tani chwyt, który raz zadziałał, ale ewoluował w 
coś o wiele ważniejszego. 

Założyłem dres i poszedłem pobiegać. Bieganie pomagało mi w myśleniu. Przetrawiałem 

wszystko  w  głowie,  kierując  się  na  plażę,  mijając  małą  dziewczynkę  i  jej  matkę,  kiedy  szły 

background image

189 

 

razem  ręka  w  rękę.  Uśmiechnąłem  się.  Dziewczynka  miała  długie  czarne  włosy  i 
zdumiewająco  niebieskie  oczy  –  wyglądała  jak  Olivia.  Czy  tak  wyglądałaby  nasza  córka? 
Przestałem biec i pochyliłem się, kładąc ręce na kolanach. Nie musiała być to sytuacja „co by 
było gdyby”. Nadal mogliśmy mieć naszą córkę.  Wsunąłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem 
pensa. Ruszyłem truchtem do mojego samochodu. 

Nie  było  żadnej  innej  pory  jak  teraz.  Jeżeli  Turner  stanie  mi  na  drodze,  to  po  prostu 

zrzucę go z balkonu. 

Znajdowałem się jedną milę od mieszkania Olivii, kiedy dostałem telefon. 

Numer, którego nie rozpoznawałem. Odebrałem. 

- Caleb Drake? 

- Tak? – Moje słowa były szorstkie. Skręciłem w lewo na Ocean i przycisnąłem gaz. 

- Miał miejsce… incydent z pańską żoną. 

-  Moją  żoną?  –  Boże,  co  ona  teraz  zrobiła?  Pomyślałem  o  zatargu,  który  miała  z 

sąsiadami o ich psa i zastanawiałem się czy zrobiła coś głupiego. 

- Nazywam się doktor Letche, dzwonię z West Boca Medical Center. Panie Drake, pana 

żona została tu przyjęta kilka godzin temu. 

Wcisnąłem hamulec, przekręciłem kierownicę tak, że opony wydały pisk i skierowałem 

samochód w przeciwną stronę. SUV skręcił gwałtownie, żeby mnie wyminąć i zatrąbił. 

- Czy nic jej nie jest? 

Lekarz  chrząknął.  –  Połknęła butelkę  tabletek  nasennych.  Pańska  gosposia  ją  znalazła  i 

zadzwoniła  po  pogotowie.  Jest  teraz  w  stanie  stabilnym,  ale  chcielibyśmy,  żeby  pan 
przyjechał. 

Zatrzymałem  się  na  światłach  i  przeczesałem  ręką  włosy.  To  była  moja  wina. 

Wiedziałem,  że  ciężko  przyjęła  separację,  ale  samobójstwo.  Nawet  nie  było  to  do  niej 
podobne. 

- Oczywiście – jestem w drodze. 

Rozłączyłem  się.  Rozłączyłem  się  i uderzyłem pięścią  w  kierownicę.  Niektóre  rzeczy  po 

prostu miały się nie wydarzyć. 

 

Kiedy  przyjechałem  do  szpitala  Leah  była  przytomna  i  chciała  się  ze  mną  zobaczyć. 

Wszedłem do jej pokoju i stanęło mi serce. Leżała oparta o poduszki, jej włosy były gniazdem 

background image

190 

 

szczura, a jej skóra tak blada, że była prawie przejrzysta. Miała zamknięte oczy, więc miałem 
chwilę, żeby się opanować zanim mnie zobaczyła. 

Gdy  zrobiłem  kilka  kroków  do  jej  pokoju,  otworzyła  oczy.  Jak  tylko  mnie  zobaczyła 

zaczęła płakać. Usiadłem na brzegu jej łóżka i przytuliła się do mnie, szlochając tak mocno, że 
czułem jak jej łzy przesiąkły moją bluzkę. Trzymałem ją tak przez długi czas. 

- Leah – odezwałem się w końcu, odsuwając ją od mojego torsu i oparłem ją o poduszki. 

– Dlaczego? 

Jej twarz była mokra i czerwona. Ciemne półksiężyce okalały jej oczy. Odwróciła wzrok. 

- Zostawiłeś mnie. 

Dwa słowa. Czułem tak wielkie poczucie winy, że ledwo co mogłem przełknąć ślinę. 

- Caleb, proszę, wróć do domu. Jestem w ciąży. 

Zamknąłem oczy. 

Nie! 

Nie! 

Nie… 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

191 

 

Rozdział trzydziesty szósty 

Teraźniejszość 

 

Posłałam Sama z Estellą na górę i czekam na Caleba. 

Pstryk 

Pstryk 

Pstryk 

Dzisiaj  musi  wszystko  pójść  po  mojej  myśli.  Puka  do  drzwi  zamiast  użyć  klucza.  To  zły 

znak. Gdy otwieram drzwi jego twarz jest ponura. Nie patrzy na mnie. 

- Cześć, Caleb – odzywam się. 

Czeka, aż zaproszę go do środka i idzie na górę, zobaczyć Estellę. Idę za nim do pokoju 

dziecięcego. Sam kiwa mu głową na powitanie i Caleb bierze od niego dziecko. Ona uśmiecha 
się,  jak  tylko  go  widzi  i  potrząsa  piąstkami.  Czuję  się  trochę  zazdrosna,  że  on  tak  łatwo 
sprawia, że się uśmiecha. 

Caleb  całuje  oba  jej  policzki,  a  potem  miejsce  pod  jej  brodą,  co  doprowadza  ją  do 

chichotów.  Powtarza  to w  kółko,  aż  śmieje  się  ona  tak  mocno,  że uśmiechamy  się  oboje  z 
Samem. 

-  Powinniśmy  porozmawiać  –  mówię,  stojąc  w  progu.  Czuję  się  jak  odrzutek,  kiedy  on 

jest w pokoju z Estellą. 

Kiwa  głową,  nie  patrząc  na  mnie,  raz  jeszcze  doprowadza  ją  do  śmiechu  całusami  i 

oddaje ją Samowi. Od razu zaczyna płakać. 

Słyszę słowo Sama „Zdrajca” jak opuszczamy pokój i kierujemy się na dół. Caleb patrzy 

przez ramię, jakby kusiło go, żeby tam wrócić. 

- Możesz zobaczyć ją potem… - mówię. 

Postawiłam  czajnik zanim  tu  przyjechał;  właśnie  zaczyna  gwizdać,  kiedy wchodzimy do 

kuchni. Robię mu herbatę, podczas gdy siedzi na taborecie z dłońmi złożonymi przy ustach. 
Nie  umyka  mi  fakt,  że  jego  noga  podskakuje.  Maczam  torebkę  herbaty  w  filiżance  gorącej 
wody i unikam jego oczu. Zanoszę torebkę herbaty do śmietnika, kiedy pyta… 

- Widziałaś się z Olivią? 

Moja dłoń zamiera, herbata kapie na kafelki i na moje spodnie. 

background image

192 

 

- Tak. 

Teraz wiem dlaczego jego noga podskakuje. 

-  Zmusiłeś  mnie  do  tego.  –  Naciskam  dźwignię,  która  otwiera  śmietnik  i  wrzucam  do 

niego herbatę. Wyczuwam na sobie jego spojrzenie. 

Przekrzywia głowę. – Naprawdę w to wierzysz, co? 

Nie wiem o czym on mówi. Dotykam paznokcia kciuka. 

- Zadzwoniła do ciebie? – Ta donosicielska suka, myślę gorzko. A potem w niemal panice 

– Co jeszcze mu powiedziała? 

- Nie miałaś prawa, Leah. 

- Miałam każde prawo. Kupiłeś jej dom! 

- To było przed tobą – odpowiada spokojnie. 

-  I  nigdy  nie  pomyślałeś,  żeby  mi  powiedzieć?  Naprawdę?  Jestem  twoją  żoną!  Ona 

wróciła,  kiedy  miałeś  amnezję  i  okłamała  cię!  Nie  mogłeś  mi  powiedzieć,  że  kupiłeś  tej 
kobiecie dom? 

Odwraca wzrok. 

- To jest bardziej skomplikowane – mówi. – Robiłem z nią plany. 

Skomplikowane?  Skomplikowane  to  zbyt  dobre  słowo  dla  Olivii.  Również  definitywnie 

nie chcę wiedzieć o planach, jakie z nią robił. On musi zobaczyć prawdę. Muszę sprawić, żeby 
zobaczył prawdę. 

- Sama się dowiedziałam, Caleb. O tym jak cię okłamała, gdy miałeś amnezję. 

Patrzy na mnie z uniesioną brwią. Może jeśli powiem mu prawdę, to nareszcie zobaczy 

jaka  jestem  lojalna,  jak  bardzo  go  kocham.  –  Zapłaciłam  jej,  żeby  opuściła  miasto.  Czy 
powiedziała ci o tym podczas rozprawy? Była chętna sprzedać cię za kilkaset dolców. 

Raz  oglądałam  w  telewizji  naturalne  przerwanie  tamy.  Pamiętam  oglądanie 

malowniczego  obrazu  rzeki  otoczonej  drzewami.  Niespodziewanie  drzewa  zniknęły  – 
wessane  przez  upadek  brzegu  rzeki.  Fala  rozgniewanej  wody  pędziła  zza  zakrętu,  ścinając 
wszystko na swojej drodze. To było nagłe i gwałtowne. 

Widzę przerwanie tamy w oczach Caleba. 

Ludzkie  oczy  są  językiem  migowym  mózgu.  Jeżeli  ostrożnie  im  się  przyglądasz  możesz 

zobaczyć  odegraną  prawdę,  surową  i  niestrzeżoną.  Kiedy  jesteś  nieślubnym  dzieckiem 
prostytutki i musisz wiedzieć co myślą twoi adopcyjni rodzice, uczysz się jak odczytywać oczy. 

background image

193 

 

Widzisz kłamstwo popychające prawdę, zranienie zmiecione do wgłębienia czaszki, szczęście 
jako szerokie światło luminescencyjne. Widzisz druzgocącą się duszę pod okropną stratą. W 
oczach Caleba widzę pozostałości bólu; bólu, na którym rośnie pleśń. Bólu tak głębokiego, że 
krew, łzy i żal nie mogą nawet mu dorównać. 

Co ona ma takiego, czego nie mam ja? Jest właścicielką aktu prawnego tego domu i jego 

bólu. Jestem tak bardzo zazdrosna o jego ból, że odrzucam głowę do tyłu i otwieram usta, 
żeby wrzasnąć ze wściekłości. On mnie nie usłyszy. Bez względu na to jak głośno wykrzyczę 
jego imię, on mnie nie usłyszy. On słyszy tylko ją. 

- Nie zrobiłaby tego – mówi. 

- Zrobiła. Ona jest oszustką. Nie jest tym, kim myślisz. 

-  To  ty  zrobiłaś  to  w  jej  mieszkaniu  –  mówi.  Jego  oczy  są  szeroko  otwarte, 

zaczerwienione. 

Odwracam wzrok zawstydzona. Ale nie, nie jestem zawstydzona. Walczyłam o to, czego 

pragnęłam. 

- Dlaczego ona, Caleb? 

Patrzy  na  mnie  beznamiętnie.  Nie  oczekuję  od  niego  odpowiedzi.  Kiedy  jego  głos 

przerywa napiętą atmosferę między nami, przestaję oddychać, żeby go usłyszeć. 

- Nie wybrałem jej – załamuje mu się głos. – Miłość jest niedorzeczna. Wpadasz w nią jak 

do studzienki kanalizacyjnej. Potem już tylko tam tkwisz. Więcej umierasz w miłości niż żyjesz 
w miłości. 

Nie  chcę  słuchać  jego  poetyckich  analogii.  Chcę  wiedzieć  czemu  ją  kocha.  Dotykam 

palcami kolczyków w kształcie złotych obręczy, które noszę. Kupiłam je po spotkaniu się z nią 
w knajpie. Na mnie nie mają tego samego efektu. Gdzie jej dodawały egzotycznego wyglądu, 
to ja wyglądam jakbym bawiła się w przebieranki. Ściągam je z uszu i odrzucam od siebie. 

Ale  mogę  być  tym,  czego  on  potrzebuje.  Po  prostu  musi  dać  mi  szansę,  żebym  to 

udowodniła. 

- Musisz wrócić do domu. 

Opuszcza głowę. Chcę krzyknąć – SPÓJRZ NA MNIE! 

Kiedy to robi, jego oczy są surowe. 

- Złożyłem papiery, Leah. To koniec. 

Papiery? 

Wymawiam te słowo. Wychodzi szeptem z moich ust – parzy je. – Papiery? 

background image

194 

 

Moje małżeństwo jest warte więcej niż coś tak cienkiego i niematerialnego jak papiery. 

Nie można zakończyć czegoś tak plugawym słowem. Caleb jest mężczyzną przyzwyczajonym 
do stawiania na swoim. Nie teraz. Będę z nim w tym walczyć. 

- Możemy iść na doradztwo. Dla Estelli. 

Caleb  kręci  głową.  –  Potrzebujesz  kogoś,  kto  będzie  w  stanie  kochać  cię  tak  jak  na  to 

zasługujesz.  Przepraszam…  -  Zaciska  szczękę,  patrzy  na  mnie  prawie  błagająco,  jakby 
potrzebował,  żebym  zrozumiała.  –  Nie  mogę  ci  tego  dać.  Boże,  chciałbym  móc,  Leah. 
Próbowałem. 

Myślę o tym, naprawdę. Myślę o tym, jak przyłapałam go na patrzeniu na Olivię jakby 

była jedyną pieprzoną rzeczą, która miała znaczenie na całej pieprzonej planecie i o tym jak 
trzymał jej lody/palec w zamrażarce przez dwa lata. Jaka to była miłość? Obsesyjna? Co ona 
zrobiła,  że  podłączyła  jego  mózg  do  jej  oprogramowania?  Brakuje  mi  tchu,  kiedy  kończę 
myśleć o tych rzeczach, więc odwracam się do drzwi odbiegających od kuchni i je otwieram. 
Powietrze na zewnątrz jest gęste i nieruchome. Jest jak galaretka, a ja czuję się jakby każda 
kość  w  moim  ciele  się  łamała.  Przemierzam  ganek  i  w  ciągu  paru  sekund  czuję  jak  bluzka 
przykleja  się  do  moich  pleców.  Kątem  oka  widzę,  że  Caleb  wyszedł  za  mną  na  zewnątrz. 
Trzyma ręce w kieszeniach i przygryza dolną wargę. 

Grzebię w mojej torbie podstępów. Spoglądam na jego twarz: twardą, zdeterminowaną, 

przepraszającą.  Nie  chcę  jego  przeprosin.  Chcę  tego,  co  ma  Olivia.  Chcę  być  dla  niego 
wystarczająca. 

Szczerość  jest  lepka  i  nienawidzę  tego.  Zawsze  ma  konsekwencje,  które  spieprzają  ci 

życie…  Boże,  wolałabym  po  prostu  brodzić  wokół  prawdy  i  znaleźć  kłamstwo,  z  którym 
mogłabym żyć. Nazywam to kompromisem. Świadomość, że mój mąż kocha kogoś innego i 
życie z tym… to jest prawda, której nie patrzysz w oczy, a teraz on mnie do tego zmusza. 

Zatrzymuję się przed nim, trzymając ręce na biodrach. 

- Nie podpiszę papierów. Będę z tobą walczyć. 

Chcę go spoliczkować, kiedy mruży oczy i potrząsa głową. 

- Dlaczego chcesz tego dla siebie, Leah? 

Chcę  dla  siebie  rodziny,  którą  stworzyłam  poprzez  krew,  pot  i  trud.  Chcę,  żeby  to 

wszystko miało jakieś znaczenie. Wygrałam, bezdyskusyjnie. Suka miała go w swojej pięści i 
odebrałam go jej. Dlaczego moja pieprzona nagroda próbuje się ze mną rozwieść? Zbieram 
się w sobie, zbieram wszystkie rozdarte wściekłe kawałki i związuję je razem, żebym mogła 
przejąć kontrolę. Bezwzględność nie działa z Calebem. Trzeba go  przekonywać. On ma tęgi 
brytyjski honor i amerykańską praktyczność. 

background image

195 

 

-  Chcę  tego,  co  przyrzekłeś  mi  dać!  Powiedziałeś,  że  nigdy  mnie  nie  zranisz! 

Powiedziałeś, że będzie mnie kochał na dobre i na złe! 

- Tak. Nie wiedziałem… - Zakrywa twarz rękami. Nie jestem pewna czy chcę, żeby mówił 

dalej. Jego akcent, jego przeklęty akcent. 

- Czego nie wiedziałeś, Caleb? Że nie przeszła ci twoja pierwsza miłość? 

Unosi głowę. Przykułam jego uwagę. 

- Znalazłam pierścionek. Po twoim wypadku. Dlaczego kupiłeś mi pierścionek, jeśli nadal 

ją kochałeś? 

Jego twarz jest blada. Mówię dalej. 

- To nie jest prawdziwe. Te uczucia, które masz są do kogoś i czegoś, co już nie istnieje. 

Ja jestem prawdziwa. Estella jest prawdziwa. Bądź z nami. 

Nadal nic nie mówi. 

Przez  minutę  szlocham.  Skąd  mu  przyszło  do  głowy,  że  zna  odpowiedź  na  szczęście? 

Myślałam, że ja miałam odpowiedź i spójrzcie gdzie mnie to doprowadziło. Caleb powiedział 
mi  kiedyś,  że  miłość  była  pragnieniem,  a  pragnienie  było  pustką.  Przypominam  mu  to. 
Wygląda na zszokowanego, jakby nie potrafił uwierzyć, że byłam zdolna do zrozumienia tych 
słów. Może za długo udawałam dla niego głupią. 

- To nie takie proste, Leah. 

-  Zrobisz  co  w  twojej  mocy  z  tym  co  masz.  Nie  możesz  nas  zostawić.  Jesteśmy  twoją 

prawdą. – Walę pięścią w dłoń. 

Przeklina,  splatając  palce  na  karku  i  spoglądając  w  niebo.  Nie  czuję  się  źle  za 

wykorzystanie karty poczucia winy. Karta poczucia winy jest solidna. Zawsze się opłaca. Gdy 
przenosi na mnie spojrzenie, nie ma skruszonej miny, na jaką miałam nadzieję. 

- Oboje nie wiemy jak grać w szczerość. – Wydmuchuje powietrze przez nos. 

Pozwoliłabym  temu  komentarzowi  odpłynąć,  ale  wyczuwam  ukryte  znaczenie  za  jego 

słowami i jestem zmuszona do grzebania. 

- O czym mówisz? 

Caleb  skupia  oczy  na  mojej  twarzy.  Wiercę  się.  –  Dlaczego  zrobiłaś  te  rzeczy? 

Szantażowałaś Olivię… zniszczyłaś jej mieszkanie? 

Nie waham się. – Bo cię kocham. 

background image

196 

 

Kiwa głową, wydając się to zaakceptować. Czuję nadzieję. Może zobaczy, że zrobiłam to 

w walce o miłość. 

- Ty i ja tak bardzo się nie różnimy. – Rysuje coś czubkiem buta na kafelkach i uśmiecha 

się  jakby  przełknął  kęs  grejpfruta.  Jego  oczy  są  wyraźne  i  szerokie,  kiedy  na  mnie  patrzy: 
syropem klonowym bez słodkości. 

- Leah… - wzdycha i zaciska powieki. Przygotowuję się na to co zamierza powiedzieć, ale 

nic nie może przygotować mnie na to, co wychodzi z jego ust. 

- Tamten pierścionek był jej, Leah. 

Czuję przepływający przeze mnie wstrząs, jakby to była tak fizyczna rzecz jak krew. Pędzi, 

ciągnie, rozrywa. Potem wymawia słowa, które zmieniają wszystko. 

- Udawałem amnezję. 

Słyszę  każde  słowo  osobno.  Muszę  mentalnie  łapać  się  każdego  i  złączać  je  w  zdanie, 

żebym mogła zrozumieć. Ale nie rozumiem. Dlaczego to zrobił? 

- Dlaczego? Twoja rodzina… ja… dlaczego nam to zrobiłeś? 

- Olivia – mówi tylko. 

Tylko tyle musi powiedzieć, żebym złączyła wszystkie kawałki układanki.  Postanawiam, 

że nienawidzę koloru syropu klonowego. Wolałabym zakrztusić się i umrzeć na kęsie suchych 
naleśników niż kiedykolwiek jeszcze zjeść syrop klonowy. 

- Pieprz się – mówię. Potem mówię to znowu. I znowu. I znowu. Mówię to  dopóki nie 

siedzę  w  pozycji  embrionalnej  na  ziemi  i  myślę  tylko  o  tym,  żeby  wyrzucić  każdą  butelkę 
pieprzonego syropu klonowego z lodówki i mojego życia. 

Kręci  mi  się  w  głowie.  Nigdy  nie  czułam  czegoś  tak  bolesnego.  Moje  serce  rzuca  się  i 

kurczy. Wydaje się ciężkie, a potem jakby w ogóle go tam nie było – jakby Caleb wsadził rękę 
w moje żebra i ściskał je, dopóki te nie wybuchło. Czuję się jakby na mojej klatce piersiowej 
siedział tysiąctonowy słoń. Z trudem próbuję złapać się mojego zapasu, ale czuję, że zostaje 
mi wyrywany. Rozwija się coś wewnątrz mnie. Z niezgrabnym drgnięciem głowy przeszywam 
go wzrokiem z całą nienawiścią, jaką czuję. 

Stoi do mnie plecami, dopóki nie przestaję płakać, a kiedy się podnoszę, odwraca się do 

mnie. 

-  Wiem,  że  jedyne  przepraszam  byłoby  obrazą.  Bardziej  niż  przepraszam  za  to,  co 

zrobiłem.  Poślubiłem  cię,  gdy  cały  czas  należałem  do  kogoś  innego.  Wszystkich 
okłamywałem. Już sam siebie nie rozpoznaję. 

background image

197 

 

Jestem  emocjonalnie  pijana.  Nie  wiem  czy  zmusić  go  do  patrzenia  jak  rozcinam  sobie 

nadgarstki czy rozciąć jego i położyć kres mojemu nieszczęściu. Moja twarz stała się bagnem 
łez, tuszu do rzęs i smarków z nosa. Chcę go zranić. 

- Myślisz, że możesz nas zostawić i być szczęśliwy? Jej nie ma, Caleb – mówię z pogardą. 

– Zamężna… szczęśliwa… - Widzę jak się wzdryga i moja furia wspina się jeszcze wyżej. 

Oblizuję usta i smakuję wino. Wypiłam go za dużo i mój język jest gotowy zakręcić się 

wokół  każdego  brudnego  sekretu,  jaki  posiadam  i  wypluć  je  na  niego,  jeden  za  drugim,  aż 
będzie  dusił  się  od  ich  niewiarygodnej  wagi.  Chcę  odebrać  mu  oddech,  zmiażdżyć  jego 
tchawicę, a z tego co wiem, to z pewnością mogę to zrobić. 

Od  czego  zacząć?  Zastanawiam  się  nad  powiedzeniem  mu  o  tym,  że  poznałam  Noah  i 

jest on pieprzenie seksownym Ghandim – że rozumiem dlaczego Olivia potrafiła ruszyć dalej 
ze swoim życiem. 

Kręcę głową, łzy pieką jakbym miała w oczach sok cytrynowy. Muszę wiedzieć wszystko. 

Co robił przez te tygodnie, kiedy myślałam, że ona go wykorzystywała. 

- Spałeś z nią – podczas twojej udawanej pieprzonej amnezji? 

Następuje niewygodnie długa cisza, co uważam za wystarczającą odpowiedź. 

- Tak. – Jego głos nagle staje się ochrypły. 

- Czy kiedykolwiek byłeś we mnie zakochany? 

Pochyla głowę, myśląc. 

- Kocham cię – odpowiada – ale nie we właściwy sposób. 

Zamiera we mnie serce, kiedy to do mnie dociera. Kocha mnie – nigdy nie był we mnie 

zakochany. 

- Nie kochasz mnie tak jak kochasz Olivię. 

Wzdryga się, jakbym go uderzyła. Przez chwilę znikają jego mury i widzę na jego twarzy 

tyle bólu, że jestem zaskoczona. Szybko to zakrywa. 

Wygląda  jakby było  mu przykro, naprawdę  –  albo  to  może tylko  mój  wzrok,  który  jest 

zamazany od łez. Znowu opadam na podłogę i przyciągam kolana do klatki piersiowej. 

Słyszę  jak  siada  obok  mnie.  Przez  długi  czas  żadne  z  nas  nic  nie  mówi.  W  myślach 

powtarzam  rok,  który  spędził  udając  amnezję,  przypominam  sobie  rozmowy  i  wizyty  u 
lekarza. Nie potrafię znaleźć ani jednego pęknięcia w jego historii. Przeglądam wspomnienia, 
próbując znaleźć przynajmniej chwilę w tamtym roku, gdzie wyczułam, że był nieszczery, ale 
nie ma żadnej. Czuję się tak głupio. Tak bardzo wykorzystana. Jak mogłam być tak zakochana 

background image

198 

 

w  mężczyźnie,  który  tak  chętnie  mnie  oszukiwał?  Czuję  się  jak  śmieć,  jednorazowy  i 
niechciany. Wiem, że jestem bałaganem; moje łzy złapały pasemka moich włosów i przykleiły 
je do mojej twarzy – twarzy, która zawsze pokrywa się plamami  i czerwienieje, gdy płaczę. 
Nigdy nie pozwoliłam mu się zobaczyć w takim stanie, nawet kiedy umarł mój ojciec. 

Jest  tyle  pytań,  tyle  rzeczy,  które  potrzebuję  wiedzieć,  ale  mój  język  z  uporem  zostaje 

przyklejony do mojego podniebienia. Caleb próbował odzyskać Olivię. Nie raz, ale dwa razy – 
pierwszy raz, kiedy udawał amnezję, a drugi raz, gdy zatrudnił ją jako moją prawniczkę. Jeżeli 
tak bardzo jej chciał, to dlaczego nie zostawił mnie, gdy miał szansę? Nie w jego naturze było 
ociąganie się. 

Trzęsę się na jego szczerość. Kłująca prawda tego jak naciskałam na niego, żeby mi się 

oświadczył po tym jak wykurzyłam Olivię z miasta, odbija się echem w mojej głowie. Nie. To 
nie jest moja wina. Nie musiał brać ze mną ślubu. Mogłam grać dziko, żeby go zatrzymać, ale 
myślałam,  że  mnie  kochał,  że  chciał  spędzić  ze  mną  życie.  Nigdy  nie  pokazał  mi  inaczej. 
Potem uświadamiam sobie coś innego: Caleb nie jest tak dobry, jak zawsze myślałam. Jego 
uczciwość,  szczerość,  czysty  i  bezinteresowny  sposób  w  jakim  opiekuje  się  ludźmi,  których 
kocha…  wszystko  to  wyparowuje  w  świetle  tego  nowego,  kłamliwego  Caleba.  Mój  Boże  – 
robił wszystko co w jego mocy, żeby do niej dotrzeć, a ja robiłam wszystko co w mojej mocy, 
żeby trzymać ją z daleka. 

Czy zawsze wiedziałam w podświadomości, że jestem drugim wyborem? Wiele ludzi ma 

pierwsze  miłości,  których  tak  naprawdę  nigdy  nie  zapominają,  ale  jak  miałam  zdać  sobie 
sprawę  ze  stopnia  jego  obsesji  na  punkcie  Olivii?  Jaką  jestem  kobietą,  jeśli  świadomie 
poślubiłam mężczyznę, który mnie nie kochał? On jest złodziejem. Ukradł moje życie; ukradł 
jej życie. Niech to szlag, dlaczego w ogóle myślę o jej życiu? 

Moją  pierwszą  wyraźną  myślą  jest  to,  że  chcę  aby  za  to  wszystko  zapłacił.  Mam 

irracjonalną myśl, gdzie wyobrażam sobie związanie Olivii i wrzucenie jej do Everglades, żeby 
pożarły  ją  aligatory.  Oczywiście,  że  nigdy  bym  tego  nie  zrobiła  –  zatrudniłabym  do  tego 
kogoś.  Przeglądam  wszystkie  inne  emocjonalne  bomby,  które  mogę  na  niego  rzucić. 
Powiedziałam tak  wiele kłamstw,  że  mam  cały  bufet,  z  którego  mogę  wybierać.  Wyciągam 
najgorsze i pocieram brodę o bark. To go zrani, prawdopodobnie bardziej niż cokolwiek, co 
mogłabym zrobić albo powiedzieć o Olivii. Gotowi… do startu… 

- Estella nie jest twoja. 

 

 

 

 

background image

199 

 

Epilog 

 

Nienawiść  jest  ogromnym  uczuciem.  Jest  gorąca  i  przytłaczająca  jak ogień.  Zaczyna  się 

od  wypalania  twojego  rozumu  danego  ci  przez  Boga,  dopóki  nie  zostaje  jedynie  sterta 
popiołu. Potem przystępuje do twojego człowieczeństwa, rozgrzane języki przesuwają się po 
paru  pozostałych  niciach  niewinności,  dopóki  nie  zlewają  się  ze  sobą  i  zmieniają  w  coś 
brzydkiego. Następie w gruzie tego, czym byłeś, nienawiść sadzi nasienie goryczy. Nasienie 
wyrasta  w  winorośl  i  winorośl  dusi  to,  czego  dotknie.  Tam  właśnie  jestem;  winorośl  jest 
opleciona wokół mojej szyi tak mocno, że ledwo co mogę oddychać. Jedna  ręka jest na tej 
winorośli, druga przyciska się do mojej klatki piersiowej, żeby powstrzymać wszystko przed 
wypadnięciem. 

Powiedział mi, że mnie kocha. Powinien ochraniać mnie przed krzywdą, a nie wymierzać 

ją  w  najokrutniejszy  sposób.  Zdradził  mnie.  Umieram.  Jestem  martwa.  Dlaczego  dalej 
oddycham? Boże, nie wiem jak powstrzymać ten ból. 

Wciąż mam kręgosłup. Zostałam okaleczona na inne sposoby, ale nadal mam kręgosłup. 

Jego  ramiona  były  ciepłe.  Teraz  jedyne  ciepło  jakie  czuję  pochodzi  z  krwi,  która  nadal 
przepływa  moimi  żyłami.  Tak  wiem,  że  jestem  żywa.  Udawałam  orgazmy.  Udawałam 
uśmiechy. Udawałam szczęście. Caleb udawał amnezję, a potem udawał cały związek. Za to 
walnęłam  go  młotem  w  golenie.  Myślał,  że  Olivia  mogła  go  zranić,  ja  zranię  go  bardziej. 
Ciągle  będę  go  ranić.  A  jeśli  znowu  za  nią  pójdzie  powstanę  i  zrobię  wszystko  co  w  mojej 
mocy, żeby ich rozdzielić. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają. Chyba jestem jedną z nich.