CHARLES R. TANNER
Tumitak z podziemnych
korytarzy
tłum. Wiktor Bukato
O AUTORZE
Fantastyka naukowa jako gatunek literacki zrobiła fantastyczną karierę. Powstają kluby
miłośników tego gatunku, coraz więcej osób czyta tę literaturę, kolekcjonuje i zdobywa o niej
wiedzę.
Jeśli chodzi o amerykańską literaturę fantastyczno-naukową, jedną z najbardziej liczących
się na tym rynku, zainteresowanie czytelników, a szczególnie ich wiedza na ten temat sięgają
wstecz przede wszystkim do tak zwanego “Złotego Wieku" SF przypadającego na okres mniej
więcej od roku 1938 - kiedy to John Campbell zastał redaktorem naczelnym czasopisma
“Astounding Stories", nadając ton temu nurtowi twórczości literackiej i niejako go promując - do
lat pięćdziesiątych, kiedy to na ten teren wkroczyły inne magazyny.
Lata dwudzieste i trzydzieste naszego wieku pozostają w cieniu. A przecieŜ warto
pamiętać, Ŝe zanim zabłysły gwiazdy pierwszej wielkości, jak A. E. Van Vogt, Robert A.
Heinlein, Isaac Asimov i Theodore Sturgeon, istnieli i pisali inni autorzy, których wkładu w to
dzieło nie sposób pominąć.
Jednym z nich jest właśnie Charles R. Tanner (1896-1954), który zadebiutował
opowiadaniem “The Color of Space" w roku 1930. Pisał później jeszcze wiele, głównie
opowiadań, czy moŜe nawet króciutkich powieści, publikując je wyłącznie w magazynach SF.
Najbardziej znany jest cykl opiewający przygody młodego śmiałka Tumitaka, Ŝyjącego w
czasach, kiedy ludzkość została zepchnięta pod ziemię przez najeźdźców z Wenus. Tumitak
swoimi bohaterskimi czynami przypomina ludziom o ich właściwym miejscu na Ziemi i ich
godności, budząc w nich odwagę i chęć czynu.
Dwa pierwsze opowiadania z tego cyklu: “Tumitak z podziemnych korytarzy" (Tumithak
oj the Corridors) i “Tumitak na powierzchni Ziemi" (Tumithak in Shawm) zamieścił Isaac
Asimov w swojej antologii zatytułowanej “Przed Złotym Wiekiem". Przedstawiamy je
miłośnikom fantastyki po raz pierwszy w polskim przekładzie w dwóch kolejnych zeszytach.
ROZDZIAŁ I
Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat archeologia poczyniła postępy, które pozwoliły na
wstępne oceny zdumiewających osiągnięć nauki naszych przodków przed Wielką Inwazją.
Szczególnie obfitym źródłem wiedzy na temat ich Ŝycia były ruiny Londynu i Nowego Jorku.
Wiadomo juŜ, Ŝe nasi przodkowie posiedli tajemnicę latania oraz znajomość chemii i
elektryczności przewyŜszającą naszą; istnieją nawet pewne dowody, Ŝe prześcignęli nas w
medycynie i pewnych sztukach pięknych. Biorąc ich cywilizację jako całość, moŜna mieć
niejakie wątpliwości, czy doścignęliśmy ich w wiedzy ogólnej.
Do czasu Inwazji odkrywali tajemnice przyrody, jak się zdaje, stale, w regularnym
postępie geometrycznym, i mamy uzasadnione powody, by sądzić, Ŝe to właśnie mieszkańcy
Ziemi pierwsi rozwiązali problem lotów międzyplanetarnych. Powieści pisane przez autorów
zajmujących się tym okresem świadczą o zainteresowaniu, jakie dzisiejszy człowiek przejawia
wobec tak zwanego Złotego Wieku.
Niniejsza opowieść nie dotyczy wszakŜe ani dni Inwazji, ani Ŝycia w Złotym Wieku
przed nią. Mówi ona o owej pół mitycznej, pół historycznej postaci, Tumitaku z Loru, pierwszym
człowieku, jak głosi legenda, który zbuntował się przeciwko dzikim szylkom. Choć brak jeszcze
wielu faktów, niedawne badania lochów i korytarzy rzuciły wiele światła na dotąd niejasne
fragmenty Ŝycia tego bohatera. Pewne juŜ jest, Ŝe Ŝył on i walczył naprawdę, lecz bez wątpienia
nie dokonał tych cudów, które przypisuje mu legenda.
Wiadomo na przykład, Ŝe Ŝycie jego nie trwało dwieście pięćdziesiąt lat, jak mu to
przypisują; Ŝe mitem jest jego nadludzka siła i niewraŜliwość na promienie szylków. Równie
wątpliwa jest opowieść o zniszczeniu przez niego sześciu miast.
Jednak wiedza o jego Ŝyciu pogłębia się w miarę, jak tracimy zaufanie do legend.
Nadszedł czas, gdy moŜemy pojąć, niestety jeszcze mgliście, ale za to z bardziej racjonalnego
punktu widzenia, prawdą o jego czynach. Tak więc celem niniejszej opowieści jest próba zracjo-
nalizowania i właściwego umieszczenia w tle historycznym wczesnej młodości wielkiego
bohatera, który w imieniu ludzkości targnął się pierwszy na bestie wenusjańskie, trzymające całą
Ziemię w niewoli...
Długi, posępny korytarz ciągnął się, jak okiem sięgnąć. Wysoki na piętnaście stóp i
równie szeroki, prowadził prosto, bez końca, a jego brunatne, szkliste ściany cechowała
niezmienna jednostajność. WzdłuŜ środkowej linii stropu ukazywały się co jakiś czas duŜe
lampy, płaskie płyty zimnego, białego światła, które płonęło od wieków, nie wymagając Ŝadnych
zabiegów. W takich samych odstępach w ścianach bocznych widniały głęboko wycięte otwory
drzwiowe, zawieszone szorstką tkaniną workową; na progach znać było ślady stóp pozostawione
tam przez minione pokolenia. Monotonii tego widoku nie mąciło nic - poza kilkoma miejscami,
gdzie korytarz krzyŜował się z innym korytarzem, równie nieciekawym.
Korytarz wcale nie był pusty. Tu i tam na całej długości pojawiały się pojedyncze
postacie męŜczyzn, w większości o niebieskich oczach i rudych włosach. Odziani byli w
niewyszukane zgrzebne szaty, ściągnięte w talii szerokimi pasami o wielu kieszeniach i
olbrzymich klamrach. Znajdowało się tam równieŜ kilka kobiet, które róŜniły się od męŜczyzn
długością włosów i szat. Wszyscy poruszali się jakby ukradkiem - choć bowiem minęło wiele lat
od czasu, gdy ostatnio widziano Strach, nawyki setek pokoleń niełatwo odrzucić. Tak więc
korytarz, ludzie, ich odzienie, a nawet zwyczaje tworzyły posępną monotonię.
Gdzieś z głębi, spod korytarza, dochodził miarowy stukot i warkot jakiejś gigantycznej
machiny; rozlegał się nieprzerwanie towarzysząc Ŝyciu tych ludzi, tak Ŝe juŜ nikt nie zwracał nań
uwagi. A mimo to ów stukot przytłaczał ich, przenikał ich umysły i swoim miarowym rytmem
oddziaływał na wszystko, co robili.
Zdawało się, Ŝe jedna część pomieszczenia jest bardziej uczęszczana niŜ inne. Światła
płonęły tu jaśniej, tkaniny okrywające drzwi były czystsze i nowsze; kręciło się tu takŜe więcej
ludzi. Wchodzili i wychodzili ukradkiem z drzwi, niczym pomykające króliki.
Z boku w drzwiach ukazały się postacie chłopca i dziewczyny w wieku około czternastu
lat. Jak na dzieci byli wyjątkowo wysokiego wzrostu, choć ich niedojrzałość wydawała się
oczywista. Oni równieŜ, jak i starsi, mieli niebieskie oczy, a ich cerę znamionował odwieczny
brak światła słonecznego i nieustanne działanie promieni świateł korytarzy. W ich zachowaniu
była jakaś śmiałość i Ŝwawość sprawiająca, ze wielu mieszkańców korytarzy na ich widok
marszczyło brwi z dezaprobatą. Najwyraźniej starsi uwaŜali, Ŝe młode pokolenie zmierza szybko
do samounicestwienia. Nie było wątpliwości, Ŝe prędzej czy później ta śmiałość i hałaśliwość
sprowadzi Strach z Powierzchni.
Lecz młodzi, doskonale obojętni wobec tak wyraźnej dezaprobaty, kontynuowali swój
marsz. Skręcili z głównego korytarza w inny, słabiej oświetlony, a przeszedłszy nim prawie milę,
skręcili w jeszcze inny. Przejście, w którym się teraz znaleźli, było wąskie i wyraźnie pięło się w
górę. Nie było tu zupełnie nikogo, a gruba warstwa kurzu, pokrywająca korytarz, oraz opłakany
stan świateł dowodziły, Ŝe dawno juŜ nikt tu nie mieszkał. Liczne otwory drzwiowe pozbawione
były zasłon, które skrywały wnętrza zamieszkałych pomieszczeń w większych korytarzach.
Zamiast tego w wielu drzwiach wisiały kotary pajęczyn pokrytych pyłem. W miarę jak młodzi
posuwali się dalej, dziewczyna przybliŜała się do chłopca, ale poza tym nie zdradzała innych
oznak bojaźni. Po pewnym czasie przejście stało się jeszcze bardziej strome i wreszcie kończyło
się ślepą ścianą. Młodzi usiedli na rumowisku pokrywającym dno korytarza i po chwili zaczęli
rozmawiać ściszonym głosem.
- Wiele lat musiało upłynąć od czasu, gdy mieszkali tu ludzie - rzekła cicho dziewczyna. -
MoŜe znajdziemy coś bardziej cennego, co pozostawili opuszczający ten korytarz.
- Myślę, Ŝe Tumitak łudzi się tylko mówiąc nam o moŜliwości znalezienia skarbów w
tych przejściach - odrzekł chłopiec. - Bez wątpienia byli tu juŜ inni przed nami.
- Tumitak powinien juŜ tu być - powiedziała po chwili dziewczyna. - Czy myślisz, Ŝe
przyjdzie? - Daremnie starała się przebić wzrokiem ciemność panującą w dole korytarza.
- Oczywiście, Ŝe przyjdzie, Tepro. Czy Tumitak kiedykolwiek nie dotrzymał słowa, kiedy
się umawiał?
- Ale przyjść tu samotnie! - zaprotestowała Tepra - Umarłabym ze strachu, Nikadurze,
gdyby ciebie tu nie było.
- Nie ma właściwie Ŝadnego niebezpieczeństwa - odrzekł. - Ludzie z Jakry nie mogliby tu
dojść nie przechodząc przez główny korytarz. A wiele lat juŜ minęło od czasu, gdy kraina Lor
widziała szylka.
- Dziadek Konak raz widział szylka - przypomniała mu Tepra.
- Tak, ale nie tu, w Lorze. Widział go w Jakrze wiele lat temu, gdy walczył z Jakrariami
jako młody wojownik. Przypomnij sobie, Ŝe Lorianie odnieśli zwycięstwo i wygnali Jakran z ich
miasta do korytarzy dalej połoŜonych. I nagle wybuchł ogień i panika i pojawiła się banda
szylków. Dziadek Konak widział tylko jednego i ten jeden o mało go nie schwycił, ledwie
dziadek uniknął. - Nikadur uśmiechnął się. - Jest to piękna opowieść, ale na poparcie jej
prawdziwości mamy tylko słowo dziadka Konaka.
- AleŜ Nikadurze... - zaczęła dziewczyna. Przerwał jej szelest dochodzący z pokrytych
pajęczyną odrzwi. W mgnieniu oka dwoje młodych zerwało się na równe nogi. Popędzili zdjęci
strachem w dół korytarza nie oglądając się za siebie, zupełnie nieświadomi pojawienia się
trzeciej osoby, młodzieńca, który wyszedł z drzwi i oparty teraz o ścianę z ironicznym
uśmiechem na twarzy obserwował ich ucieczkę.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, Ŝe ów młodzieniec niczym się nie róŜni od innych
mieszkańców korytarzy. Te same rude włosy i biała, przezroczysta skóra, ta sama prosta szata i
ogromny pas. Lecz uwaŜne oko dostrzegłoby w szerokim, śmiałym czole, wąskim,
zakrzywionym nosie i bystrych oczach znamiona owej wielkości, która pewnego dnia miała stać
się jego udziałem.
Młody człowiek obserwował przez chwilę ucieczkę przyjaciół, lecz zaraz cicho
zagwizdał. Tepra natychmiast się zatrzymała i odwróciła, a widząc postać przybysza zawołała na
Nikadura. Chłopiec przystanął równieŜ i oboje, mocno zawstydzeni, zawrócili.
- Przestraszyłeś nas, Tumitaku - powiedziała dziewczyna z wyrzutem w głosie. - Co
takiego robiłeś w tamtym pomieszczeniu? Nie bałeś się tam wejść samotnie?
- Nie ma tam nic, czego miałbym się bać - odrzekł dumnie Tumitak. - Często
penetrowałem te korytarze i mieszkania i nie spotkałem tu jeszcze Ŝadnej Ŝywej istoty, poza
pająkami i nietoperzami. Szukałem zapomnianych rzeczy - mówił dalej i nagle zabłysły mu oczy.
- I popatrzcie! Znalazłem ksiąŜkę! - Sięgnąwszy za pazuchę wyciągnął zdobycz i dumnie
zaprezentował ją towarzyszom.
- To stara ksiąŜka - powiedział. - Widzicie?
Z pewnością była to stara ksiąŜka. Okładki juŜ nie miała, brakowało większości kart, a
pozostałe, cienkie arkusze metalu, z których księga się składała, zaczynały utleniać się na
brzegach. Bez wątpienia ksiąŜka ta leŜała zapomniana przez wieki.
Nikadur i Tepra przyglądali się jej z naboŜną czcią, taką samą, jaką odczuwa kaŜdy
niepiśmienny wobec tajemnicy magicznych czarnych znaczków słuŜących do wyraŜania myśli.
Tumitak jednak umiał czytać. Był synem Tumloka, jednego z mistrzów Ŝywności, którzy strzegli
tajemnicy przygotowywania syntetycznego poŜywienia, stanowiącego podstawę diety
mieszkańców korytarzy. Owi mistrzowie Ŝywności, podobnie jak lekarze, mistrzowie oświetlenia
i energii przechowali wiele tajemnic wiedzy przodków. NajwaŜniejszą z nich była bardzo
przydatna umiejętność czytania, a poniewaŜ Tumitak miał pójść w ślady ojca, Tumlok wcześnie
wyuczył go tej cudownej sztuki.
Gdy więc młodzi potrzymali księgę w rękach, przyjrzeli się jej dokładnie, w zadumie,
zaczęli błagać Tumitaka, by im ją przeczytał. Nieraz juŜ słuchali z oczami szeroko otwartymi ze
zdumienia, jak czytał im z tych cennych ksiąg znajdujących się w posiadaniu mistrzów Ŝywności;
nigdy teŜ nie pominęli okazji, by śledzić czarodziejski proces przemiany dziwacznych znaczków
na metalowych arkuszach w dźwięki i zdania.
Tumitak odpowiedział uśmiechem na ich natarczywość, a następnie, sam w skrytości
ducha ciekaw jak oni, co zawiera dawno zapomniana księga, gestem nakazał im usiąść na ziemi i
otwarłszy ksiąŜkę zaczął czytać:
- “Manuskrypt Dawona Starrosa spisany w Pitmouth dwudziestego drugiego dnia
Miesiąca Słońca, w 161 roku od dnia Inwazji, lub teŜ według starego porządku - w roku 3218
n.e."
Tumitak przerwał.
- To rzeczywiście stara ksiąga - szepnął z przejęciem Nikadur, a Tumitak skinął głową.
- Prawie dwa tysiące lat! - odrzekł. - Ciekawe, co to znaczy: rok 3218 n.e.
Zastanawiał się nad tym przez chwilę, a następnie podjął czytanie.
- “Teraz jestem juŜ stary, lecz komuś, kto tak jak ja pamięta dni, gdy męŜowie mieli
jeszcze odwagę walczyć, gorzki jest widok upadku naszego rodzaju.
Wśród męŜów dzisiejszej doby utwierdza się beznadziejny przesąd, Ŝe człowiek nie jest w
stanie pokonać szylków, a co więcej, Ŝe nie wolno mu podejmować z nimi walki. Chcąc
sprzeciwić się temu przesądowi autor słów niniejszych spisał historię podboju Ziemi w nadziei,
Ŝ
e kiedyś w przyszłości nadejdzie człowiek, który znajdzie dość odwagi, by stawić czoło tym,
którzy opanowali ludzkość. W nadziei, Ŝe ów człowiek się pojawi, spisano tę historię, aby poznał
stworzenia, z którymi ma walczyć.
Uczeni, którzy opowiadają o dniach przed Inwazją, mówią nam, Ŝe kiedyś człowiek
niewiele róŜnił się od zwierzęcia. Przez tysiące lat stopniowo wspinał się ku cywilizacji, ucząc
się sztuki Ŝycia, aŜ wziął we władanie cały świat.
Poznał tajemnicę produkcji Ŝywności z elementarnych składników, nauczył się
naśladować Ŝyciodajne światło słońca; jego wielkie statki powietrzne śmigały w atmosferze
równie swobodnie, jak statki wodne śmigały po morzu. Cudowne promienie dezintegratora
unicestwiały góry otwierając drogę kanałom, którymi płynęła z oceanu woda zamieniając
pustynie w najŜyźniejsze obszary. Od bieguna do bieguna rosły potęŜne miasta i od bieguna do
bieguna władza człowieka była niepodwaŜalna.
Od tysięcy lat ludzie toczyli ze sobą spory, a ziemie pustoszyły wielkie wojny, aŜ w
końcu cywilizacja osiągnęła stadium, w którym wszystkie wojny wygasły. Na Ziemi nastała
wielka era pokoju; człowiek opanował zarówno morze jak i ląd, i począł spoglądać ku innym
ś
wiatom obiegającym Słońce, zastanawiając się, czy i tych światów nie mógłby zdobyć.
Wiele minęło wieków, nim dość się nauczył, by podjąć poprzez otchłanie Kosmosu.
Trzeba było znaleźć sposób unikania niezliczonych meteorów wypełniających przestworza
między planetami. Trzeba było znaleźć sposób izolowania statku przed śmiercionośnymi pro-
mieniami kosmicznymi. Wydawało się, Ŝe gdy pokonano jedną trudność, na jej miejscu wyrastała
inna. Ale po kolei porozwiązywano wszystkie problemy piętrzące się przed lotami
międzyplanetarnymi, i w końcu naszedł dzień, gdy potęŜny pojazd długości setek stóp czekał
gotów do skoku w Kosmos, gotów badać inne światy".
Tumitak znowu przerwał czytanie.
- To musi być cudowna tajemnica - powiedział. - Wydaje mi się, Ŝe czytam jakieś słowa,
lecz nie rozumiem ich znaczenia. Ktoś wybiera się na jakąś wyprawę, i to wszystko, co mogę
pojąć. Czy mam czytać dalej?
- Tak, tak! - zakrzyknęli oboje razem, podjął więc lekturę: “Wyprawa wyruszyła pod
dowództwem człowieka nazwiskiem Henryk Sudivan; tylko on jeden powrócił do świata ludzi,
by opowiedzieć o strasznych przygodach, jakie przeŜyli na Wenus, planecie, ku której podąŜyli.
PodróŜ na Wenus zakończyła się powodzeniem i upłynęła w spokoju. Mijał tydzień za
tygodniem, podczas gdy owa Gwiazda Wieczorna, jak nazywali ją ludzie, stawała się coraz
jaśniejsza i większa. Statek spisywał się bez zarzutu i choć podróŜ trwała długo jak dla tych, któ-
rzy przywykli przemierzać oceany w ciągu jednej nocy, czas im się nie dłuŜył. Nadszedł dzień,
gdy przelecieli wreszcie nad nizinami i szerokimi dolinami Wenus, pod gęstą zasłoną z chmur,
która wiecznie skrywa powierzchnię planety przed Słońcem; dziwili się wówczas wielkim mia-
stom i innym śladom cywilizacji widocznym na całej powierzchni Wenus.
Zawisnąwszy na jakiś czas nad jednym z wielkich miast, Ziemianie następnie
wylądowali, powitani przez dziwne inteligentne istoty, które władały planetą, te same, które dziś
znamy pod nazwą szylków. Szylki uznały ich za półbogów i oddały im cześć, lecz Sudivan i jego
towarzysze, wierni synowie najszlachetniejszych rodów ziemskich, nie poniŜyli się do tego, by
hołd taki przyjąć. Kiedy wyuczyli się języka szylków, szczerze przyznali się, kim są i skąd
pochodzą.
Zdumienie szylków nie miało granic. Były znacznie bardziej niŜ ludzie zaawansowane w
technice; ich znajomość elektryczności i chemii była równa ziemskiej, lecz o astronomii i
naukach jej pokrewnych nie miały pojęcia, uwięzione pod wieczną kopułą chmur, która skrywała
przed nimi widok Kosmosu. Nie śniły nigdy, Ŝe mogą istnieć inne światy poza tym, który znały.
Z największą trudnością przybysze zdołali im wytłumaczyć, Ŝe opowieść Sudivana jest
prawdziwa.
Gdy jednak udało się przekonać szylków, ich postawa zmieniła się całkowicie. Nie były
juŜ uniŜone ani przyjazne. Podejrzewały, Ŝe ludzie przybyli po to, aby je podbić, i postanowiły
pokonać ich tą samą bronią. WyŜsze uczucia ludzkie były im niedostępne i dlatego nie potrafiły
wyobrazić sobie przyjacielskiej wizyty obcych przybyszów z innego świata.
Ziemianie znaleźli się wkrótce zamknięci w wielkiej metalowej wieŜy, o wiele mil od
swego pojazdu kosmicznego. W chwili nieuwagi jeden z towarzyszy Sudivana zdradził, Ŝe
pojazd ten jest jak dotąd jedynym tego rodzaju statkiem, i szylki postanowiły wykorzystać ten
fakt, by od razu rozpocząć podbój Ziemi.
Natychmiast wzięły w posiadanie statek Ziemian i ogarnięte tą jednością celów tak
charakterystyczną dla szylków - a której tak brakuje ludziom - od razu rozpoczęły budowę
pokaźnej liczby podobnych maszyn. Na całej planecie huczały wielkie fabryki i kiedy Ziemia
oczekiwała trumfalnego powrotu swych badaczy, dzień jej zagłady coraz hardziej się zbliŜał.
Lecz Sudivan i inni zamknięci w wieŜy Ziemianie nie poddawali się rozpaczy. Raz po raz
próbowali ucieczki i nie ma wątpliwości, Ŝe szylki wybiłyby ich co do jednego, gdyby nie łudziły
się nadzieją, Ŝe wyciągną z ludzi jeszcze jakieś informacje. I otóŜ ten jeden raz szylki były w błę-
dzie: naleŜało zabić wszystkich Ziemian, bez wyjątku, na tydzień bowiem przed terminem odlotu
wielkiej floty szylków Sudivanowi i kilkunastu jego towarzyszom udało się uciec.
Ryzykując Ŝyciem skierowali się ku miejscu, gdzie znajdował się ich pojazd kosmiczny.
MoŜna sobie wyobrazić niebezpieczeństwa tej wędrówki choćby przez uświadomienie sobie, Ŝe
na Wenus, to jest po jej zamieszkałej stronie, trwa wieczny dzień. Nie było nocy, która mogłaby
ich ukryć. W końcu jednak dotarli do statku strzeŜonego ledwie przez parę nie uzbrojonych
szylków. Walka, która rozgorzała, winna przejść do historii ludzkości, aby dostarczać jej
natchnienia na przyszłość. Z bitwy nie wyszedł Ŝywy ani jeden szylk, a spośród ludzi pozostało
zaledwie siedmiu, którzy mieli stanowić załogę statku w powrotnej podróŜy na Ziemię.
Przez wiele tygodni potęŜny pojazd w kształcie pocisku mknął przez olbrzymią pustkę
Kosmosu, aŜ w końcu wylądował na Ziemi. Przy Ŝyciu pozostał jedynie Sudivan; pozostali ulegli
jakiejś nie znanej chorobie, zarazili się od szylków.
Lecz Sudiyan przeŜył i Ŝył jeszcze długo, by ostrzec świat przed szylkami. W obliczu
nagłego zagroŜenia Ziemianie mieli tylko tyle czasu, aby przedsięwziąć najkonieczniejsze środki
obronne. Natychmiast rozpoczęto budowę olbrzymich jaskiń i korytarzy podziemnych z za-
miarem stworzenia wielkich podziemnych miast, w których ludzie mogliby się schronić i z
których mogliby atakować wroga. Nim jednak prace zaczęły się na dobre, przybyły szylki i
rozgorzała wojna.
Nigdy przedtem - gdy człowiek ścierał się z człowiekiem - nie śniono o takiej wojnie.
Szylki nadleciały milionami; ocenia się, Ŝe w inwazji wzięło udział pełne dwieście tysięcy
statków kosmicznych. Przez wiele dni ludzie powstrzymywali szylki przed zdobyciem
przyczółka na powierzchni Ziemi. Zmuszone do lotu ponad jej powierzchnią zrzucały, gdzie się
dało, śmiercionośne gazy i materiały wybuchowe.
Ze swych podziemnych korytarzy ludzie słali w górę olbrzymie ilości gazów, równie
ś
miercionośnych jak gazy szylków, zaś promienie dezintegrujące unicestwiały setki pojazdów,
wybijając szylki jak muchy. Z ocalałych statków szylki zrzucały do wykopanych przez ludzi
lochów olbrzymie ilości płonących środków chemicznych, które paląc się gwałtownie
wyczerpywały tlen z jaskiń powodując śmierć tysięcy ludzi.
I nawet pokonani ludzie wdzierali się w głąb Ziemi torując sobie drogę swymi
cudownymi dezintegratorami, które roztapiały skałę prawie tak szybko, jak szybko uciekający
zdołali iść powstałym w ten sposób korytarzem. W końcu wyparto człowieka z Powierzchni i
niezliczone kłębowiska korytarzy zryły skorupę ziemską na głębokość wielu mil. Szylki nie były
w stanie przebyć tych labiryntów i w ten sposób człowiek osiągnął stan względnego
bezpieczeństwa.
I tak nastąpił impas.
Powierzchnia stała się własnością dzikich szylków, zaś głęboko pod nimi, w jaskiniach i
korytarzach, człowiek usiłował utrzymać resztki cywilizacji. Nie była to równa gra; ludzie
znaleźli się w gorszej sytuacji - zasoby pierwiastków uŜywanych do wytwarzania promieni
dezintegrujących stopniowo malały i nie było sposobu, by je odnowić; nie moŜna było zdobyć
ani drewna, ani róŜnorodnych odmian roślin, na których wspierał się przemysł; mieszkańcy
jednego zespołu korytarzy nie mieli moŜliwości komunikowania się z mieszkańcami innego, a
przy tym zawsze do korytarzy wpadały hordy szylków polujących dla sportu na ludzi!
Jedynym, co pozwoliło im w ogóle przetrwać, była fantastyczna umiejętność wytwarzania
syntetycznej Ŝywności z samej skały.
I stało się, Ŝe cywilizacja ludzka, o którą walczono i którą w końcu po wiekach wojen
osiągnięto, rozpadła się w kilkanaście lat. Zdławił ją Strach. Ludzie jak króliki Ŝyli w
podziemnych norach, z czasem odwaŜając się na coraz mniej i przeznaczając coraz więcej czasu i
energii na drąŜenie coraz głębszych korytarzy. Dziś wydaje się, Ŝe ludzkość została całkowicie
podbita. Ponad sto lat Ŝaden człowiek nie odwaŜył się pomyśleć o powstaniu przeciwko szylkom,
podobnie jak nie do pomyślenia jest rewolta szczurów przeciwko ludziom. Nie będąc w stanie
stworzyć wspólnej władzy, ani nawet porozumiewać się z braćmi w sąsiednich korytarzach,
ludzie zbyt łatwo przyjęli swój los - ledwie najwyŜszych spośród niŜszych zwierząt. Podobne
pająkom bestie z Wenus są panami naszej planety i..."
Na tym rękopis się urywał. ChociaŜ księga musiała być znacznie dłuŜsza, a to, co z niej
pozostało, stanowiło niewiele więcej niŜ wstęp do jakiejś pracy na temat Ŝycia i obyczajów
szylków, to jednak reszty brakowało. Monotonny, śpiewny głos Tumitaka ucichł po ostatnim, nie
dokończonym zdaniu. Na kilka chwil zapadła cisza.
- Jak trudno to pojąć - rzekła Tepra. - Wiem tylko, Ŝe ludzie walczyli z szylkami, jakby to
byli Jakranie.
- Kto mógł wymyślić taką historię? - mruknął Nikadur. - Walka ludzi z szylkami - w
głowie się nie mieści!
Tumitak nie odpowiedział. Przez dłuŜszy czas siedział w milczeniu i patrzył na księgę,
jakby nagle ujrzał jakieś olśniewające zjawisko.
W końcu przemówił.
- Nikadurze, to jest historia! - wykrzyknął. - To nie Ŝaden dziwny i nieprawdopodobny
twór fantazji. Coś mi mówi, Ŝe ci ludzie byli naprawdę; Ŝe wojna toczyła się rzeczywiście. Jak
inaczej moŜna wytłumaczyć nasz sposób Ŝycia? Czyśmy nie zastanawiali się nad tym często,
czyŜ nasi ojcowie się przed nami nie zastanawiali, jak nasi mądrzy przodkowie doszli do tego,
Ŝ
eby budować te wielkie lochy i korytarze? Wiemy, Ŝe posiadali ogromną wiedzę, ale w jaki
sposób ją utracili?
Wiem, Ŝe Ŝadna z naszych legend nie wspomina nawet o czymś takim, jak panowanie
ludzi na tym świecie - mówił dalej widząc pełne niedowierzania spojrzenia swych młodych
towarzyszy. - Lecz jest coś... coś jest w tej księdze, co mi mówi, Ŝe to najprawdzisza prawda.
Pomyśl tylko, Nikadurze! Napisano tę księgę ledwie sto sześćdziesiąt lat po tym, jak dzikie
szylki napadły na Ziemię! O ileŜ więcej musiał wiedzieć ów autor niŜ my, Ŝyjący dwa tysiące lat
później. Nikadurze, ongiś męŜowie walczyli z szylkami! - Uniósł się z miejsca, a jego oczy
zabłysły blaskiem owego fanatyzmu, który po latach miał go wyróŜnić spośród innych.
- Ongiś męŜowie walczyli z szylkami, a z pomocą NajwyŜszego stanie się tak ponownie!
Nikadurze! Tepro! Pewnego dnia i ja będą walczył z szylkiem - rozpostarł szeroko ramiona -
pewnego dnia i ja zabiję szylka! Temu poświęcam Ŝycie!
Stał przez chwilę z wyciągniętymi ramionami, a potem, jakby nieświadom obecności
towarzyszy, zbiegł w głąb przejścia i po chwili przepadł w ciemnościach. Przez czas jakiś młodzi
patrzyli za nim ze zdumieniem, a następnie, wziąwszy się za ręce, ruszyli powoli, w powaŜnym
nastroju, jego śladem. Wiedzieli, Ŝe coś natchnęło ich przyjaciela, lecz czy był to geniusz, czy
szaleństwo, nie potrafili powiedzieć. I mieli tego nie wiedzieć przez wiele jeszcze lat.
ROZDZIAŁ II
Tumlok z dumą przyglądał się synowi. Lata, które minęły od czasu, gdy chłopiec znalazł
tajemniczy rękopis i popadł w swą dziwną obsesję, zaszkodziły, być moŜe, jak mówili niektórzy,
jego rozumowi, lecz jeśli chodzi o budowę fizyczną, były dlań łaskawe. Miał sześć stóp wzrostu
(wyjątkowo duŜo jak na mieszkańca korytarzy) i stalowe mięśnie. Dzisiaj, w dwudzieste
urodziny, nie było takiego, co by go nie obwołał jednym z przywódców miasta - gdyby nie jego
niedorzeczna mania. Tumitak bowiem postanowił zabić szylka!
Przez lata całe, praktycznie od kiedy jako czternastolatek znalazł rękopis, wszystkie swe
nauki poświęcił temu celowi. Ślęczał nad staroŜytnymi mapami korytarzy, nie uŜywanymi od
wieków, które wskazywały drogę na Powierzchnię. Stał się znawcą wszystkich tajemnych przejść
w lochach. Miał niewielkie pojęcie o tym, jak naprawdę wygląda Powierzchnia; podania jego
ludu niewiele mogły mu o tym powiedzieć.. Ale jednego był pewien: Ŝe na Powierzchni spotka
szylki.
Ć
wiczył się w kaŜdej broni, na której człowiek mógł jeszcze polegać - w procy, mieczu i
łuku - i stał się mistrzem we wszystkich trzech. Na wszelkie moŜliwe sposoby przygotowywał się
do wielkiego dzieła, któremu postanowił poświęcić Ŝycie. Oczywiście spotkał się ze sprzeciwem
ze strony ojca - a takŜe całego plemienia, lecz z tą jednością celu, jaką moŜe osiągnąć tylko
fanatyk, oddał sią owej idei i postanowił, Ŝe gdy tylko osiągnie swe lata, poŜegna się ze swoim
ludem i uda na Powierzchnię. Nie zastanawiał się wiele nad tym, co zrobi, gdy juŜ dotrze na
miejsce. Będzie to zaleŜało od tego, co tam znajdzie. Jednego był pewien - Ŝe zabije szylka i
przyniesie jego ciało, by pokazać rodakom, Ŝe człowiek moŜe jeszcze zatriumfować nad tymi,
którzy sądzą, Ŝe są panami ludzkości.
I dziś oto osiągnął wiek dorosły; dziś ukończył lat dwadzieścia i Tumlok nie potrafił
ukryć dumy ze swego zadziwiającego syna, mimo Ŝe uczynił wszystko, co w jego mocy, by mu
wybić z głowy tę mrzonkę. I gdy nadszedł dzień wyruszenia przez Tumitaka na tę bezsensowną
wyprawę, Tumlok musiał przyznać, Ŝe sercem od dawna był z synem i Ŝe z niecierpliwością
czekał, by ujrzeć, jak chłopiec wyrusza w drogę. Przemówił teraz do niego.
- Tumitaku - powiedział. - Przez wiele lat usiłowałem odwieść cię od tego nieosiągalnego
celu, jaki sobie wyznaczyłeś. Przez wiele lat sprzeciwiałeś mi się i trwałeś w uporze uwaŜając
ziszczenie swych marzeń za moŜliwe. Nie myśl, Ŝe powodowało mną cokolwiek poza ojcowską
miłością w mej chęci zatrzymania cię w Lorze. Gdy więc nadszedł dzień, w którym moŜesz
czynić, co uwaŜasz za stosowne, pozwól przynajmniej, by ojciec pomógł ci najlepiej, jak potrafi.
Zamilkł i postawił na stole kwadratowe pudełko o boku długości jednej stopy. Otworzył
je i ze środka wyjął trzy dziwaczne przedmioty.
- Oto - rzekł uroczystym tonem - trzy spośród najcenniejszych skarbów mistrzów
Ŝ
ywności, przyrządy wynalezione przez naszych światłych przodków. Ta oto rzecz - wziął w rękę
walcowaty przedmiot o średnicy cala i długości jednej stopy - to latarka, cudowna latarka, która
za pociśnięciem tego guzika da ci światło w ciemnych korytarzach. UwaŜaj, by nie marnować jej
energii, nie jest to bowiem wieczne źródło światła, jak te, które nasi przodkowie umieścili w
stropach. Jej działanie oparte jest na innej zasadzie i po pewnym czasie jej moc się wyczerpuje.
Tumlok ostroŜnie ujął następny przedmiot.
- To równieŜ z pewnością ci pomoŜe, choć nie jest to rzecz ani taka rzadka, ani tak
wspaniała, jak dwie pozostałe. Jest to ładunek silnego materiału wybuchowego, jakiego czasami
uŜywamy do zamykania korytarzy lub wydobywania pierwiastków, z których wytwarza się naszą
Ŝ
ywność. Trudno powiedzieć, kiedy moŜe ci się przydać w drodze na Powierzchnię.
A tu oto - ujął ostatni przedmiot, który wyglądał jak mała rurka z rączką przytwierdzoną
na końcu pod kątem prostym - jest rzecz najbardziej zadziwiająca ze wszystkich. Wyrzuca ona
małe kulki z ołowiu, a miota nimi z taką silą, Ŝe potrafi przebić nawet arkusz blachy! Za kaŜdym
razem, gdy naciska się ten mały spust z boku, pocisk wylatuje z wielką siłą z otworu rury. On
zabija, Tumitaku, zabija nawet szybciej niŜ strzała, i duŜo pewniej. UŜywaj tego z rozwagą,
bowiem jest w nim zaledwie dziesięć pocisków, a kiedy zuŜyjesz wszystkie, ów przyrząd stanie
się bezuŜyteczny.
PołoŜył trzy przedmioty przed sobą na stole i przesunął je w kierunku Tumitaka.
Młodzieniec wziął je i dokładnie schował w kieszeniach szerokiego pasa.
- Ojcze - rzekł powoli - wiesz, Ŝe to nie głos mego serca kaŜe mi opuścić ciebie i
wyruszyć na tę wędrówkę. Jest to coś wyŜszego, niŜ ty i ja; coś, co mnie wezwało nakazując
posłuszeństwo. Od dnia śmierci matki byłeś mi matką i ojcem i zapewne kocham cię bardziej, niŜ
zwykły człowiek kocha swego ojca. Lecz miałem widzenie! Śniłem o czasie, gdy na Powierzchni
znowu zapanuje człowiek i gdy nie będzie tam ani jednego szylka. Lecz czas ten nigdy nie
nadejdzie, póki ludzie będą wierzyć, Ŝe szylki są niepokonane, i dlatego teŜ chcę dowieść, Ŝe
moŜna zabić szylka i Ŝe moŜe tego dokonać człowiek!
Zamilkł i nim ponownie przemówił, drzwi otworzyły się i weszli Nikadur z Teprą.
Chłopiec był juŜ teraz męŜczyzną, odpowiedzialnym za utrzymanie domu od czasu śmierci ojca
przed dwoma laty. Dziewczyna zaś wyrosła na piękną kobietą, którą Nikadur zamierzał wkrótce
poślubić. Oboje powitali Tumitaka z szacunkiem, a gdy Tepra przemówiła, głos jej był pełen
czci, jak gdyby zwracała się do półboga. Nikadur równieŜ patrzył teraz na Tumitaka, jak na
kogoś wyrastającego ponad zwykłych śmiertelników. Ci dwoje, poza moŜe Tumlokiem, byli
jedynymi, którzy brali powaŜnie zamysły Tumitaka, i tym samym jedynymi, których mógł zwać
swymi przyjaciółmi.
- Czy opuszczasz nas dzisiaj, Tumitaku? - zapytała Tepra. Tumitak skinął głową.
- Tak - odrzekł. - Właśnie dzisiaj. Wyruszam na Powierzchnię. Nim minie miesiąc, albo
legnę martwy w jakimś korytarzu, albo oczy wasze ujrzą łeb szylka!
Tepra zadygotała. Obie moŜliwości zdawały się jej równie przeraŜające. Lecz Nikadur
myślał o bliŜszych niebezpieczeństwach wędrówki.
- Do Nononu nie napotkasz Ŝadnych kłopotów - powiedział z głębokim namysłem - lecz
czy w drodze na Powierzchnię nie będziesz musiał przejść przez Jakrę?
- Tak - odrzekł Tumitak. - Na Powierzchnię nie ma innej drogi niŜ przez Jakrę. A za Jakrą
leŜą mroczne korytarze, gdzie od setek lat nie postała ludzka noga.
Nikadur zastanowił się. Jakra była od ponad wieku siedliskiem wrogów Loru. PołoŜona
ponad dwadzieścia mil bliŜej Powierzchni niŜ Lor nieuchronnie musiała mieć większą
ś
wiadomość Strachu. Mieszkańcy Jakry zazdrościli Lorianom ich względnego bezpieczeństwa i
stale podejmowali wysiłki zmierzające do podbicia Loru. Małe miasteczko Nonon, połoŜone
między tymi dwoma większymi ośrodkami, czasem walczyło ramię w ramię z Jakranami, czasem
przeciw nim, w zaleŜności od interesów wodzów większych miast. W chwili obecnej, i właściwie
przez ostatnie dwadzieścia lat, Nonon był sprzymierzony z Lorem i dlatego teŜ Tumitak nie
oczekiwał Ŝadnych kłopotów po drodze, nim dotrze do Jakry.
- A mroczne korytarze? - zapytał Nikadur.
- Poza Jakrą nie ma juŜ lamp - odrzekł Tumitak. - Ludzie od wieków unikali tamtych
przejść. Są one zdecydowanie za blisko Powierzchni, by było w nich bezpiecznie. Jakranie co
jakiś czas próbowali je badać, lecz wyprawy nigdy nie wracały. Tak mi przynajmniej mówili
mieszkańcy Nononu.
Tepra miała właśnie coś powiedzieć, lecz Tumitak odwrócił sią i zajął się tobołkiem z
Ŝ
ywnością, którą miał zabrać ze sobą w podróŜ. Przerzucił go przez plecy i skierował się ku
drzwiom.
- No, czas wyruszać - rzekł uroczyście. - Oczekiwałem tej chwili przez wiele lat. śegnaj,
ojcze! śegnaj, Tepro! Nikadurze, opiekuj się moją małą przyjaciółką, a jeśli nie wrócę, nazwijcie
swego pierworodnego moim imieniem.
Dramatycznym gestem, tak dla niego typowym, odsunął zasłonę u wejścia i ruszył
korytarzem. Cała trójka wyszła za nim, wołając i machając do niego, lecz on nie odwrócił się
nawet; kroczył przed siebie, aŜ zniknął w dalekich ciemnościach.
Stali wtedy jeszcze przez chwilę, a potem ze szlochem Tumlok odwrócił się i wszedł do
pomieszczenia.
- Nigdy nie powróci - mruknął do Nikadura. - To pewne, Ŝe nigdy nie wróci.
Nikadur i Tepra nie odpowiedzieli; stali tylko skrępowani, w milczeniu. Nie byli w stanie
znaleźć Ŝadnych słów pocieszenia. Tumlok miał słuszność i głupotą byłoby szukanie słów
współczucia, które musiałyby zabrzmieć fałszywie.
Droga, wiodąca z Loru do Nononu, pięła się stopniowo w górę. Nie była całkowicie
Tumitakowi obca; dawno temu odwiedził z ojcem to miasteczko, lecz wspomnienie drogi było
mgliste. Teraz, gdy światła zaludnionej części miasta zostały poza nim, znajdował tu więcej
interesujących go rzeczy. Pojawiały się wejścia do innych korytarzy, które zbudowano celowo,
aby pogmatwać labirynt i utrudnić stworom z Powierzchni znalezienie właściwej drogi do
wielkich lochów. Droga niedługo prowadziła szerokim głównym korytarzem. Często Tumitak
musiał skręcać w niepozorne odgałęzienia, które nagle rozwidlały się przechodząc w inne,
większe.
Nie naleŜy uwaŜać, Ŝe Tumitak w swym dąŜeniu do celu łatwo zapomniał o domu.
Często, gdy mijał jakiś znajomy widok, coś go ściskało za gardło i był bliski poniechania
wędrówki. Dwa razy mijał komory produkcji Ŝywności, gdzie wiecznie warczały znane mu
niepojęte maszyny wytwarzając i własne paliwo ze zwykłej skały, i owe suchary bez smaku,
którymi się Ŝywili. Wtedy to jego tęsknota za domem odzywała się najsilniej - nieraz widział, jak
jego ojciec obsługiwał takie maszyny, i to wspomnienie ostro mu uświadamiało, co porzucił.
Lecz podobnie jak wszyscy ludzie natchnieni miał wraŜenie, Ŝe coś bierze go w swoje władanie i
popycha naprzód.
Tumitak skręcił z ostatniego wielkiego korytarza w kręte przejście o szerokości nie
większej niŜ sześć stóp. Nie było tu Ŝadnych drzwi, a sam korytarz był znacznie bardziej stromy
niŜ wszystkie poprzednie, które pokonał. Ciągnął się przez kilka mil, by następnie przez drzwi ni-
czym nie róŜniące się od stu im podobnych otworów, doprowadzić do większego przejścia.
Wydawało się, Ŝe drzwi te prowadziły do pomieszczeń mieszkalnych, lecz w tym rejonie nie było
widać Ŝadnych ludzi. Prawdopodobnie z jakiegoś powodu opuszczono ten korytarz przed wielu
laty.
Dla Tumitaka jednak nie było w tym nic tajemniczego. Dobrze wiedział, Ŝe owe otwory
miały na celu dodatkowe zmylenie tego, kto zechciałby przemierzyć labirynt korytarzy; ruszył
więc dalej w drogę nie zwracając najmniejszej uwagi na wiele rozgałęziających się przejść, aŜ
dotarł do pomieszczenia, którego poszukiwał.
Na pierwszy rzut oka było to zwykłe mieszkanie, lecz gdy Tumitak znalazł się wewnątrz,
zaczął dokładnie obmacywać ściany. W kącie odnalazł to, czego szukał: prowadzącą ku górze
drabinę z metalowych prętów. Pewien siebie rozpoczął wspinaczkę kierując się w ciemnościach
niezmiennie ku górze, a w miarę upływu czasu słaby blask światła w korytarzu pod nim oddalał
się coraz bardziej.
Wreszcie dotarł do końca drabiny i znalazł się na krawędzi szybu, w pokoju podobnym do
tego, który pozostawił poniŜej. Wyszedł z pomieszczenia na podobny korytarz z drzwiami po obu
stronach i zwróciwszy się w kierunku prowadzącym ku górze podjął wędrówkę. Był juŜ na
poziomie Nononu. JeŜeli się pośpieszy, dotrze do miasta przed porą snu.
Ruszył pośpiesznie w drogę i wkrótce ujrzał w dali wolno zbliŜającą się grupę ludzi.
Wycofał się do jednego z pomieszczeń i stamtąd wyglądał ostroŜnie, zanim się nie upewnił, Ŝe są
to Nonończycy. Czerwona barwa szat, wąskie pasy i szczególny sposób upinania włosów prze-
konały Tumitaka, Ŝe ma do czynienia z przyjaciółmi, wyszedł więc z ukrycia i czekał, aŜ się do
niego zbliŜą. Gdy go zobaczyli, męŜczyzna idący na przedzie, najwidoczniej przywódca,
pozdrowił go.
- CzyŜ to nie Tumitak z Loru? - zapytał, a gdy Tumitak potwierdził, podjął: - Jestem
Nenapus, wódz ludu Nononu. Twój ojciec powiadomił nas o celu twej wędrówki i prosił, byśmy
cię oczekiwali właśnie o tej porze. Mamy nadzieję, Ŝe zechcesz spędzić u nas porę snu, a jeśli
moŜemy coś dla ciebie zrobić, byś miał podróŜ lŜejszą lub bezpieczniejszą, wystarczy, Ŝe
powiesz słowo.
Tumitaka rozśmieszyło nieco to dość pompatyczne przemówienie wodza najwyraźniej
przygotowane zawczasu; odpowiedział jednak z powagą, Ŝe istotnie będzie wdzięczny za
uŜyczenie mu miejsca na nocleg. Nenapus zapewnił go, Ŝe otrzyma najlepsze komnaty w całym
mieście, i odwróciwszy się powiódł Tumitaka w kierunku, skąd nadszedł ze swoją świtą.
Przeszli kilka mil opuszczonych korytarzy, nim dotarli do zamieszkałych części Nononu.
Gościnność Nenapusa nie miała granic. Mieszkańcy Nononu zgromadzili się na “Wielkim
Placu", jak nazywano miejsce, w którym zbiegały się dwa główne korytarze, zaś Nenapus w
kwiecistej, płynnej mowie tak typowej dla siebie, opowiedział im o Tumitaku i jego wyprawie.
Ofiarował takŜe gościowi klucze do miasta.
Po odpowiedzi Tumitaka, w której Lorianin dał upust swej szlachetnej pasji,
przygotowano bankiet. I choć jedyną potrawą były owe suchary bez smaku stanowiące podstawę
wyŜywienia mieszkańców korytarzy, objadano się do syta. W końcu Tumitak zapadł w sen z
uczuciem, Ŝe tu przynajmniej przyszły zabójca szylków znajdzie uznanie. Gdyby stare
przysłowie nie leŜało przysypane prochem zapomnienia, Tumitak mógłby się zadumać, Ŝe
rzeczywiście nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.
Po upływie dziesięciu godzin wstał i przygotował się do poŜegnania Nonończyków.
Nenapus zaprosił go na rodzinne śniadanie, na co Lorianin przystał chętnie. W czasie posiłku
dwaj synowie Nenapusa, kilkunastoletni chłopcy, entuzjazmowali się zamiarem podjętym przez
Tumitaka. Choć moŜliwość zmierzenia się kaŜdego innego człowieka z szylkiem zdawała się im
niewiarygodna, Lorianina uwaŜali zapewne za coś więcej niŜ zwykłego śmiertelnika i zasypywali
go dziesiątkami pytań na temat jego planów. Lecz poza zapoznaniem się z długą drogą na
Powierzchnię plany Tumitaka były niejasne i nie mógł im powiedzieć, jak ma zamiar zabić
szylka.
Po śniadaniu ponownie zarzucił tobołek na plecy i ruszył korytarzem. Wódz i jego świta
towarzyszyli mu przez kilka mil. W czasie drogi Tumitak wypytywał Nenapusa dokładnie o stan
przejść do Jakry i poza nią.
- Droga na tym poziomie jest zupełnie bezpieczna - rzekł Nenapus. - Moi ludzie ją
patrolują i Ŝaden Jakranin na nią nie wejdzie, tak Ŝebyśmy o tym nie wiedzieli, jednak szyb
prowadzący na poziom Jakry zawsze jest przez nich u góry strzeŜony i nie mam wątpliwości, Ŝe
wydostanie się z szybu przyjdzie ci z trudnością.
Tumitak przyrzekł, Ŝe zachowa szczególną ostroŜność, gdy dojdzie do tego miejsca;
niedługo potem Nenapus i jego towarzysze poŜegnali go i młodzieniec ruszył w dalszą drogę.
Szedł teraz ostroŜniej, bo choć Nonończycy patrolowali te korytarze, dobrze wiedział, Ŝe
w przeszłości wrogowie z łatwością obchodzili straŜników i napadali na te przejścia. Trzymał się
ś
rodka korytarza, z dala od licznych drzwi, z których kaŜde mogły kryć tajemne przejście do
Jakry. Rzadko mijał skrzyŜowania dróg nie popatrzywszy uprzednio dokładnie w lewo i prawo.
Szczęśliwie jednak Tumitak nie napotkał nikogo w korytarzach i mniej więcej w połowie
dnia dotarł w końcu do kolejnego pomieszczenia, gdzie znajdował się szyb, podobny do tego,
który przywiódł go do Nononu.
Tym razem wspinał się po drabinie duŜo czujniej niŜ poprzednio, był bowiem zupełnie
pewien, Ŝe u jej szczytu znajduje się straŜ jakrańska - a nie chciał, by go zepchnięto z powrotem
do szybu, gdy dotrze juŜ na górę. ZbliŜając się do końca drabiny dobył miecza, lecz znów
sprzyjało mu szczęście: straŜnika najwidoczniej nie było. Tumitak wypełzł z otworu do
pomieszczenia i przygotował się do wyjścia na korytarz.
Przeszedł zaledwie kilka stóp, gdy go szczęście opuściło. Upadł gwałtownie na stół,
którego w ciemnościach nie zauwaŜył; powstały w wyniku tego hałas wywołał w korytarzu
dosłownie ryk. W chwilę później wpadł z mieczem w ręku i rzucił się na Tumitaka istny gigant.
ROZDZIAŁ III
ś
e był to mieszkaniec Jakry, Tumitak wiedziałby, nawet gdyby spotkał go w głębinach
Loru. ChociaŜ o Jakranach słyszał tylko z opowieści starszych, którzy pamiętali czasy wojen z
Jakranami, od razu poznał, Ŝe był to właśnie barbarzyńca z tamtych historii. O całe cztery cale
wyŜszy od Tumitaka, a takŜe znacznie szerszy w barach, cięŜszy, miał obfity szczeciniasty
zarost, co w zupełności wystarczyło, by poznać w nim Jakranina. Jego szata usiana była
kawałkami róŜnobarwnej kości i metalu, wszytymi w sukno i tworzącymi prymitywny wzór. Na
piersi miał naszyjnik z kostek palców nawleczonych na wąski rzemyk.
Tumitak w jednej chwili spostrzegł, Ŝe przeciw temu olbrzymowi ma niewielkie szansę,
jeśli stanie do uczciwej walki, toteŜ choć dobył miecza i przygotował się do obrony, szukał w
myślach jakiegoś sposobu pokonania przeciwnika podstępem. Od razu uznał, Ŝe najlepiej byłoby
wtrącić wroga do lochu, lecz było to prawie tak samo niemoŜliwe jak pokonanie go w walce
wręcz.
Nim jednak Tumitak zdołał wpaść na jakąś przemyślniejszą metodę pokonania
przeciwnika, musiał całą uwagę skupić na sposobach obrony.
Jakranin rzucił się na niego, wciąŜ powtarzając swój grzmiący okrzyk wojenny, i tylko
uchylając się w porę Tumitak zdołał uniknąć pierwszego skierowanego weń straszliwego ciosu.
Musiał przyklęknąć, ale juŜ po chwili stał na nogach - w samą porę, by uniknąć kolejnego
błyskawicznego zamachu miecza. Stojąc mocno na obu nogach bronił się doskonale i Jakranin
musiał cofnąć się o krok czy dwa, by przygotować następny wypad.
Raz za razem rzucał się na Tumitaka; Lorianina ocaliła tylko niezwykła biegłość w
fechtunku, jaką zdobywał latami sposobiąc się do walki z szylkiem. Dookoła stołu, to zbliŜając
się ku otworowi, to się od niego oddalając, potykali się, aŜ w końcu nawet stalowe mięśnie Tumi-
taka poczuły zmęczenie. Tymczasem umysł zaczął pracować sprawniej i w końcu Tumitak wpadł
na plan pokonania Jakranina. Pozwolił się zepchnąć stopniowo na skraj otworu i następnie,
parując jednocześnie silne pchnięcie, wyrzucił nagle jedną rękę do góry i krzyknął. Jakranin,
przekonany, Ŝe trafił przeciwnika, uśmiechnął się złośliwie i cofnął przed ostatecznym natarciem.
Mierząc mieczem w pierś Tumitaka, rzucił się przed siebie - i wtedy Lorianin padł
przeciwnikowi pod nogi.
Z piersi potykającego się o leŜące ciało olbrzyma wyrwał się dziki ryk, nim jednak
Jakranin odzyskał równowagę, padł cięŜko na sam skraj otworu. Tumitak kopnął gwałtownie i
olbrzym, spazmatycznie chwytając ustami powietrze, wpadł do szybu! Z ciemności w dole
rozległ się chrapliwy ryk i cięŜkie uderzenie o ziemię; potem nastała cisza.
Przez kilka minut Tumitak dysząc cięŜko leŜał na skraju otworu. Była to jego pierwsza
walka, jaką w ogóle stoczył z człowiekiem, i choć odniósł zwycięstwo, wydawało mu się, Ŝe
tylko cudem nie został pokonany. Co powiedzieliby mieszkańcy Loru i Nononu, zastanawiał się,
gdyby usłyszeli, Ŝe samozwańczy zabójca szylków mało co nie padł z ręki pierwszego wroga,
który go zaatakował - i to nie szylka, lecz człowieka, a co gorsze pogardzanego Jakranina?
Tumitak leŜał jeszcze przez kilka minut robiąc sobie wymówki, pomyślał jednak, Ŝe przecieŜ
jeśli wszyscy jego wrogowie zostaną pokonani choćby z tak wielkim trudem, to jego zwycięstwo
jest pewne. Podniósł się więc, zebrał się w sobie i wyszedł z pomieszczenia.
Był juŜ na terenie Jakry i musiał znaleźć jakiś sposób bezpiecznego przejścia przez
miasto, by dostać się do mrocznych korytarzy znajdujących się za nim. Tylko bowiem przez
mroczne korytarze mógł przedostać się na Powierzchnię. Szedł przed siebie ostroŜnie,
rozwaŜając jeden za drugim plany, które umoŜliwiłyby mu zmylenie Jakran, lecz dopiero gdy w
zasięgu jego wzroku pojawiły się zamieszkałe mury Jakry, przyszedł mu do głowy pomysł, który
wydał mu się moŜliwy do wykonania. Mieszkańcy lochów bali się tylko jednej rzeczy, a strach
ich był wówczas ślepy. I właśnie ten ślepy strach Tumitak postanowił wykorzystać.
Zaczął biec. Biegł zrazu powoli, truchtem, lecz gdy zbliŜał się do korytarzy
zamieszkałych przez ludzi, przyspieszył tempa gnając coraz szybciej, aŜ wreszcie pędził przed
siebie jak ktoś, za kim gonią wszystkie złe duchy z piekła rodem. I takie właśnie wraŜenie chciał
sprawić.
W pewnym momencie ujrzał zbliŜającą się grupę Jakran. Spostrzegli go w tej samej
chwili, i puścili się ku niemu biegiem poznawszy od razu, Ŝe nie jest Jakraninem. Zamiast starać
się uskoczyć, Tumitak runął prosto między nich wrzeszcząc co siły w płucach.
- Szylki! - krzyczał, jakby zdjęty najwyŜszym przeraŜeniem. - Szylki!
Wojownicze nastawienie Jakran zmieniło się od razu w przeraŜenie. Nie odezwawszy się
słowem do Tumitaka, nie oglądając się nawet za siebie, odwrócili się i gdy przemknął koło, nich,
pośpieszyli w popłochu za nim. Gdyby to byli mieszkańcy Loru, przystanęliby zapewne na
chwilę i zbadali sprawę albo przynajmniej zatrzymali Tumitaka, by uzyskać informacje. Ale to
byli Jakranie. Ich miasto było o wiele mil bliŜej Powierzchni niŜ Lor i wielu spośród starszych
mieszkańców pamiętało jeszcze, jak to w czasie jednej ze swych rzadkich wypraw łowieckich
szylki napadły na ich korytarze pozostawiając za sobą śmierć i zniszczenie. Trwoga więc
stanowiła Ŝywsze wspomnienie dla Jakry niŜ dla Loru, gdzie była ona niewiele więcej niŜ
straszną legendą z przeszłości.
I tak, słowem nawet nie zagadnąwszy Tumitaka, Jakranie uciekali za nim długim
korytarzem poprzez rozgałęziające się przejścia i przez drzwi, które wyglądały na wejścia do
pomieszczeń mieszkalnych, lecz w istocie prowadziły do głównego korytarza. Kilka razy minęli
innych ludzi lub całe grupy, lecz ci zawsze na złowrogi okrzyk “szylki!" porzucali swoje zajęcia i
ruszali za przeraŜonym tłumem. Wielu rzucało się w boczne korytarze gwarantujące, jak im się
zdawało, większe bezpieczeństwo, lecz większość w dalszym ciągu parła do serca miasta, czyli w
kierunku, w którym biegł Tumitak.
Lorianin nie znajdował się juŜ jednak na czele, bowiem minęło go kilku śmiglejszyeh
Jakran, których uskrzydlał strach. W ten sposób tłum powiększał się coraz bardziej, w miarę jak
ludzie zbliŜali się do środka miasta, aŜ w końcu cały korytarz wypełnił się wrzeszczącą, prze-
raŜoną masą ludzką, w której Tumitak całkowicie się zagubił.
ZbliŜyli się do szerokiego korytarza głównego, gdzie znaleźli olbrzymią rzeszę, która
napłynęła tam ze wszystkich korytarzy bocznych. Tumitak nie był w stanie stwierdzić, czy to
wieść rozeszła się tak szybko, w kaŜdym razie juŜ całe miasto zdawało sobie sprawę z
rzekomego niebezpieczeństwa. Przypominało to owczy pęd - wszyscy przepełnieni tym samym
dąŜeniem parli do środka miasta, który w ich pojęciu gwarantował największe bezpieczeństwo.
Lecz teraz ten szaleńczy zamęt zwiastował poraŜkę planu Tumitaka, który zakładał
wykorzystanie zamieszania do bezpiecznego przedarcia się przez miasto. I rzeczywiście, przez
nikogo nie rozpoznany dostał się prawie do środka miasta. Lecz tłum był tak gęsty, Ŝe dotarcie do
korytarzy wydawało się coraz bardziej wątpliwe. Ale mimo pozornie beznadziejnej sytuacji
Tumitak walczył z oszalałą tłuszczą, Ŝywiąc wbrew rozsądkowi nadzieję, Ŝe uda mu się znaleźć
względnie luźny korytarz poza centrum miasta, nim panika opadnie do tego stopnia, Ŝe ludzie za-
czną nieuchronnie poszukiwać tego, kto spowodował popłoch.
Tłum, którego przeraŜenie zwiększał jeszcze osobliwy zmysł telepatyczny występujący
we wszystkich większych skupiskach ludzkich, stawał się coraz groźniejszy. MęŜczyźni siłą
pięści torowali sobie drogę, porzucając słabszych; tu i tam dawały się słyszeć okrzyki oburzenia.
Tumitak zobaczył, jak ktoś potknął się i upadł; po chwili doszedł go krzyk tratowanego przez
tych, co napierali z tyłu. Ledwie krzyk ucichł, gdy rozległ się następny, podobny, z
przeciwległego końca przejścia.
Lorianin, niesiony jak liść nurtem wrzeszczących i wymachujących rękami Jakran, dotarł
wreszcie do centrum miasta. Raz po raz chwiał się na nogach i cudem tylko odzyskiwał
równowagę. Dostał się do wielkiego placu, który znaczył punkt przecięcia dwóch głównych
korytarzy; wtem potknął się o leŜącego Jakranina i prawie upadł. Miał juŜ przejść nad leŜącym
ciałem, gdy się zatrzymał. U jego stóp leŜała kobieta z dzieckiem w ramionach!
Kobieta tonęła we łzach i krwawiła, odzieŜ miała pddartą w wielu miejscach, lecz wciąŜ
jeszcze dzielnie usiłowała chronić dziecko przed stratowaniem. Tumitak pochylił się nad nią, by
pomóc jej wstać, lecz nim zdołał to zrobić, rzeka ludzi poniosła go tak daleko, Ŝe kobieta znalazła
się prawie poza jego zasięgiem. Ogarnęła go nagła wściekłość - rzucił się gniewnie przed siebie
wymierzając cios za ciosem w twarze nacierających ludzi, którzy za cenę własnego
bezpieczeństwa chcieli zniszczyć ludzkie istnienie. Jakranie ustąpili pod ciosami Tumitaka i
kiedy zrobił się wokół niego luz, Lorianin schylił się i podniósł kobietę z ziemi.
Nie straciła przytomności, o czym świadczył słaby uśmiech, i choć Tumitak wiedział, Ŝe
naleŜała do wrogiego plemienia, odczuł przelotny Ŝal, Ŝe jego podstęp mający na celu
wystraszenie Jakran zakończył się takim powodzeniem. Kobieta próbowała coś powiedzieć, lecz
okrzyki były tak głośne, Ŝe nie mógł nic zrozumieć, nachylił więc ku niej głowę, Ŝeby usłyszeć
jej słowa.
- Drzwi po drugiej stronie przejścia! - krzyknęła mu do ucha. - Spróbuj przedostać się
przez tłum do trzecich drzwi po drugiej stronie przejścia! Tam jest bezpiecznie!
Tumitak wziął ją przed siebie i natarł wściekle na tłum waląc pięściami dokoła, gdy
posuwali się naprzód. Opierając się dzielnie nie dał się ponieść na centralny plac i w końcu dotarł
do drzwi. Znaleźli się w środku - Tumitak wydał głębokie westchnienie ulgi, gdy stwierdził, Ŝe
zostawili tłum poza sobą. Stał przez chwilę w drzwiach, by upewnić się, Ŝe nikt za nimi nie idzie,
po czym zwrócił się do kobiety z dzieckiem.
Oderwała kawałek rękawa swej podartej sukni i wycierając łzy i krew posłała mu
nieśmiały uśmiech. Tumitaka zadziwiła łagodność i szlachetność tej kobiety z dzikiego plemienia
Jakran. Wpojono w niego jeszcze w dzieciństwie, Ŝe Jakranie to obca rasa, przywodząca
skojarzenia z duchami i czarownicami; a przecieŜ ta oto kobieta mogła być córą najlepszych
rodów Loru. Tumitak miał się dopiero nauczyć, Ŝe niezaleŜnie od epoki i kraju moŜna znaleźć
zarówno barbarzyństwo, jak i szlachetność, gdy się jej szuka.
Przez cały ten czas dziecko, najwidoczniej zbyt przeraŜone, by płakać, odezwało się teraz
donośnym krzykiem. Przez chwilę matka usiłowała uciszyć je nuceniem i szeptem, lecz w końcu
uŜyła odwiecznego i niezawodnego środka i gdy dziecko uspokoiło się i zaczęło ssać, gestem
wskazała Tumitakowi, by szedł za nią. Skierowała się ku drzwiom po drugiej stronie pokoju i
przeszła na tył mieszkania. Nie było jej przez chwilę, potem zaś przywołała go do siebie.
Tumitak zaczął się domyślać, o co jej chodzi. I rzeczywiście, w następnym pokoju kobieta
wskazała sufit, w którym znajdował się okrągły otwór szybu prowadzącego prosto
w górę.
- Oto wejście do starego korytarza, który zna nie więcej niŜ dwadzieścia osób w całej
Jakrze - powiedziała. - Prowadzi on na drugą stronę placu i do górnej części miasta. MoŜna się
tam kryć przez wiele dni i szylki nawet nie będą wiedziały o naszym istnieniu. Tu jest bez-
piecznie.
Tumitak skinął głową i zaczął wspinać się po drabinie. Zatrzymał się tylko na chwilę, by
upewnić się, Ŝe kobieta za nim idzie. Drabina sięgała nie więcej niŜ trzydzieści stóp w górę;
znaleźli się następnie w ciemnościach korytarza, którego najwyraźniej nie uŜywano od wieków.
Panował tu taki mrok, Ŝe gdy oddalili się od wylotu szybu, nie było widać nawet najmniejszego
przebłysku światła. Kobieta niewątpliwie miała słuszność - nawet mapy Tumitaka nie
wspominały o tym przejściu.
A mimo to czuła się tu pewnie. Rzuciwszy słowo do Tumitaka zaczęła rękami
wymacywać drogę wzdłuŜ ściany, zatrzymując się tylko od czasu do czasu, by coś szepnąć
dziecku. Tumitak ruszył za nią trzymając dłoń na jej ramieniu, i tak doszli w końcu do miejsca,
gdzie blado płonęła pojedyncza lampa. Tu kobieta zatrzymała się, by odpocząć. Sięgnęła do
kieszeni, skąd wydobyła grubą igłę i nić i zaczęła reperować podartą odzieŜ.
- CzyŜ to nie straszne? - szepnęła ściszonym głosem, jak gdyby obawiała się, Ŝe nawet tu
szylki mogą ją usłyszeć. - I cóŜ mogło je skłonić do podjęcia łowów na nowo?
Tumitak nie odpowiedział, a ona po chwili mówiła dalej:
- Mój dziadek zginął podczas napadu szylków. To było chyba ze czterdzieści lat temu. A
teraz znowu na nas napadły! Mój biedny mąŜ! Rozdzielono nas prawie natychmiast, jak tylko
opuściliśmy mieszkanie. Och! Mam nadzieję, Ŝe dotarł do jakiegoś bezpiecznego miejsca. On nie
zna tego korytarza. - Popatrzyła na Tumitaka, oczekując pociechy. - Czy myślisz, Ŝe wyjdzie z
tego cało?
Tumitak uśmiechnął się.
- Czy uwierzysz mi, jeśli ci powiem, Ŝe z pewnością jest bezpieczny od szylków? -
zapytał. - Mogę cię zapewnić, Ŝe nie zginie z ich rąk podczas tego napadu.
- Wierzę, Ŝe masz rację - zaczęła, a następnie, jakby go dopiero teraz zauwaŜyła,
skończyła nagle: - Ty nie jesteś z Jakry! - A potem juŜ zupełnie zdecydowanie i surowo dodała: -
Ty jesteś z Loru!
Tumitak zdał sobie sprawę, Ŝe kobieta w końcu zwróciła uwagę na jego loriańską odzieŜ,
więc nie próbował kłamać.
- Tak - odrzekł - jestem z Loru.
Podniosła się zmieszana, przyciskając mocniej dziecko do piersi, jakby chciała je ustrzec
przed tym potworem z dolnych korytarzy.
- Co robisz w tych przejściach? - zapytała z trwogą. - Czy to ty sprowadziłeś na nas tę
napaść? Gdyby to było w ogóle moŜliwe, sądziłabym, Ŝe mieszkańcy Loru sprzymierzyli się z
szylkami. Z pewnością to pierwsza w dziejach napaść szylków od strony dolnego krańca miasta.
Tumitak zastanowił się przez chwilę. Nie widział powodu, by nie wyjawić kobiecie całej
prawdy. Nic by jej to nie zaszkodziło, a przynajmniej uspokoiłby ją co do losów męŜa.
- I zapewne równieŜ ostatnia - powiedział, a następnie w kilku słowach wyjawił jej swój
podstęp i jego przeraŜające powodzenie.
- Ale czemu chcesz przejść przez Jakrę? - zapytała z niedowierzaniem. - Czy zmierzasz
ku mrocznym korytarzom? Kto będący przy zdrowych zmysłach zechce je badać?
- Nie mam zamiaru badać mrocznych korytarzy - odpowiedział Lorianin. - Mój cel leŜy
jeszcze dalej!
- Za mrocznymi korytarzami?
- Tak - rzekł Tumitak i uniósł się z ziemi. Jak zawsze, gdy mówił o swej misji, stawał się
na chwilę marzycielem i fanatykiem.
- Jam jest Tumitak - powiedział. - Jam jest zabójca szylka. Chcesz wiedzieć, czemu
zmierzam poza mroczne korytarze? PoniewaŜ idę na Powierzchnię. Na Powierzchni bowiem jest
szylk, którego - choć jeszcze o tym nie wie - czeka z mojej ręki zagłada. Mam zamiar zabić
szylka!
Kobieta patrzyła na niego zmieszana. Była teraz juŜ zupełnie pewna, Ŝe stoi oko w oko z
szaleńcem. Nikomu innemu nie przyszedłby do głowy tak niewiarygodny pomysł. Przytuliła
mocniej dziecko i odsunęła się od Tumitaka.
Tumitak natychmiast zauwaŜył zmianę w jej nastawieniu. JuŜ wiele razy w przeszłości
ludzie odsuwali się od niego, gdy mówił o swej misji, zupełnie więc nie zraŜony jej zachowaniem
zaczął wyjaśniać, dlaczego uwaŜa, Ŝe człowiek raz jeszcze powinien zmierzyć się w walce z
władcami Powierzchni.
Kobieta słuchała przez chwilę i Tumitak spostrzegł, Ŝe w miarę jak coraz śmielej rozwija
temat, stopniowo zyskuje jej wiarę. Powiedział jej o księdze, którą znalazł, i jak zawaŜyła ona na
jego Ŝyciu. Wspomniał o trzech osobliwych darach ojca i o tym, w jaki sposób mają mu się one
przydać w jego podróŜy. I w końcu ujrzał w jej oczach ten sam wyraz, jaki często widywał w
oczach Tepry: wiedział, Ŝe mu uwierzyła.
Jednak myśli kobiety były zupełnie inne, niŜ sobie wyobraŜał. Słuchała go, oczywiście,
ale jednocześnie myślała o tym, z jaką wściekłością zaatakował zdjęty paniką tłum, który o mało
jej nie stratował. Przyglądała się jego prostej, pięknej sylwetce, gładko wygolonej twarzy i
bystrym oczom - i porównywała go z męŜczyznami z Jakry. Gdy mu w końcu uwierzyła, to
wcale nie z powodu jego daru wymowy; po prostu uległa odwiecznemu urokowi płci odmiennej.
- To dobrze, Ŝe mnie ocaliłeś - powiedziała wreszcie, gdy Tumitak przerwał opowieść. -
To prawie niemoŜliwe, byś przedostał się przez korytarze na dole. Tu na górze moŜesz przejść
przez Jakrę swobodnie i opuścić ten korytarz, kiedy tylko zechcesz. PokaŜę ci teraz drogę do
górnego krańca miasta.
Podniosła się.
- Chodź, poprowadzę cię. Jesteś Lorianinem i moim wrogiem, lecz ocaliłeś mi Ŝycie, a
ktoś, kto zamierza zabić szylka, jest z pewnością prawdziwym przyjacielem całego rodzaju
ludzkiego.
Wzięła go za rękę, choć to nie było konieczne, i poprowadziła w ciemności. Minuty
mijały im w milczeniu.
- Tu się korytarz kończy - szepnęła i zatrzymała się. Weszła przez drzwi, a Tumitak idąc
za nią dojrzał słabe światło sączące się szybem z korytarza w dole.
Zsunął się po drabince, którą dojrzał w ciemności, i po chwili był juŜ w dolnym
korytarzu. Kobieta podąŜyła za nim, a gdy się zrównali, pokazała w głąb korytarza.
- Jeśli naprawdę idziesz na Powierzchnię, twoja droga prowadzi w tamtym kierunku -
powiedziała. - Musimy się tu rozstać. Moja droga wiedzie z powrotem do miasta. Szkoda, Ŝe nie
poznaliśmy się bliŜej, Lorianinie. - Przerwała, lecz juŜ na odchodnym wykrzyknęła: - Idź na
Powierzchnię, dziwny wędrowcze, a jeśli twe zamiary się powiodą, nie obawiaj się wracać przez
Jakrę! Całe miasto będzie ci wtedy oddawać cześć.
Jak gdyby bojąc się powiedzieć więcej, pośpieszyła w głąb przejścia. Tumitak patrzył na
nią przez chwilę, a następnie wzruszywszy ramionami odwrócił się i poszedł w przeciwnym
kierunku.
Oczekiwał, Ŝe dotrze do mrocznych korytarzy wkrótce po opuszczeniu Jakry, lecz choć
mapy powiedziały mu wiele o drodze, którą naleŜało obrać, nie wspominały o stanie, w jakim
znajdowały się poszczególne korytarze. Szybko stało się oczywiste, Ŝe tego dnia nie dotrze do
mrocznych korytarzy. Zmęczenie przemogło i wszedłszy do jednego z pustych pomieszczeń
mieszkalnych leŜących po obu stronach przejścia rzucił się na podłogę i po chwili spał juŜ
twardo.
ROZDZIAŁ IV
Po kilku godzinach nagle się przebudził. Rozglądał się czas jakiś nieprzytomnie, lecz
zaraz odzyskał zwykłą czujność. Z korytarza przylegającego do pomieszczenia doszedł go cichy
szelest. Wstrzymując oddech podniósł się i podszedłszy na palcach do drzwi wyjrzał ostroŜnie na
zewnątrz. Korytarz był pusty, ale Tumitak bez wątpienia usłyszał odgłos cichych kroków.
Wrócił do pokoju, wziął tobołek i zarzucił na plecy. Następnie raz jeszcze dokładnie
obejrzawszy pusty korytarz wyszedł na zewnątrz i przygotował się do podjęcia wędrówki.
Wcześniej jednak dobył miecza i dokładnie przejrzał wnętrza sąsiednich pomieszczeń. Ze
zdziwieniem stwierdził, Ŝe wszystkie są puste. Był zupełnie pewien, Ŝe słyszał jakiś hałas, Ŝe ktoś
go z bliŜej nie określonego miejsca obserwował. W końcu jednak musiał przyznać, Ŝe jeśli nie
mylił się co do istnienia obserwatorów, to byli oni sprytniejsi od niego. Trzymając się więc
ś
rodka korytarza, podjął wędrówkę na nowo.
Przez wiele godzin utrzymywał stały, monotonny rytm marszu. Droga prowadziła pod
górę, korytarz był szeroki, a ku zdziwieniu Tumitaka światła nie gasły. Prawie nie pamiętał juŜ
przyczyny nagłego przebudzenia się, gdy po przejściu ośmiu czy dziewięciu mil usłyszał nagle
kolejny szelest, zupełnie podobny do pierwszego. Szelest dochodził z jednego z pomieszczeń po
lewej stronie i ledwie Tumitak go usłyszał, rzucił się jak błyskawica do właściwych drzwi
dobywając miecza. Wpadł do pomieszczenia, przemknął przez frontowe do tylnego i stanął w
osłupieniu patrząc dokoła na gołe brunatne ściany. I tu, jak w pomieszczeniach, które oglądał
rankiem, było zupełnie pusto. Nie dostrzegł Ŝadnej drabiny prowadzącej w górę, po której
tajemnicza istota mogła umknąć; nie było właściwie Ŝadnej moŜliwości ujścia wrogowi, w końcu
jednak Tumitak musiał ruszyć w dalszą drogę.
Lecz poruszał się juŜ uwaŜniej. Był tak ostroŜny jak przed wejściem do Jakry, a
właściwie nawet bardziej, wtedy bowiem wiedział, czego oczekiwać; tym razem stanął w obliczu
nieznanego.
W miarę jak mijały godziny, Tumitak coraz bardziej upewniał się, Ŝe jest śledzony. Co
chwila słyszał słaby szelest dochodzący to z ciemnego wnętrza mieszkania, to z głąbi źle
oświetlonego bocznego korytarza. Raz był pewien, Ŝe usłyszał ten odgłos daleko przed sobą, w
przejściu, którym szedł. Nigdy jednak, nawet przez mgnienie oka, nie widział istot, które
wydawały ten dźwięk.
W końcu doszedł do tej części korytarzy, gdzie światła zaczęły przygasać. Zrazu tylko
niektóre były ciemniejsze, dziwnie niebieskawe, jednakŜe wkrótce niebieskie zaczęły przewaŜać,
a wiele lamp nie świeciło w ogóle. Tumitak szedł przed siebie w gęstniejących ciemnościach i po
chwili zdał sobie sprawę, Ŝe w końcu zbliŜa się do legendarnych mrocznych korytarzy.
Tumitak był produktem wielu pokoleń ludzi, którzy umykali przed najlŜejszym
podejrzanym dźwiękiem. Od setek lat, od dnia Inwazji, kaŜdy dziwny odgłos oznaczał szylka
polującego na ludzi, a tym samym śmierć, pewną, nagłą i niewątpliwą. Ludzie stali się więc rasą
istot skradających się i bojaźliwych, umykających przed najmniejszymi oznakami
niebezpieczeństwa.
W głęboko połoŜonym Lorze człowiek stworzył jednak lochy tak długie i zawiłe, Ŝe od
wielu juŜ lat nie widziano tam szylka. Mieszkańcy Loru powoli nabierali odwagi, aŜ wreszcie
znalazł się wśród nich wizjoner, który odwaŜył się marzyć o zabiciu szylka.
Choć jednak Tumitak był o wiele śmielszy niŜ ktokolwiek inny z jego pokolenia, to
jednak nie naleŜy przypuszczać, Ŝe całkowicie przezwycięŜył ludzką spuściznę wieków. Nawet
teraz, gdy tak stanowczo maszerował nie kończącym się korytarzem, serce biło mu mocno i
niewiele brakowało, by z trwogą wrócił tam, skąd przyszedł.
Jednak najwidoczniej ci, co szli za nim, woleli nie rozbudzać nadmiernie jego obaw. W
miarę jak korytarze ciemniały, odgłosy cichły i w końcu Tumitak uznał, Ŝe został zupełnie sam.
To coś, co za nim szło, jego zdaniem zawróciło lub weszło w jakieś boczne przejście. Przez po-
nad godzinę wytęŜał słuch usiłując ponownie złowić słabe szmery, lecz odpowiadała mu jedynie
cisza; stopniowo więc tracił czujność i coraz śmielej zmierzał w głąb korytarza.
Z korytarza wiecznego półmroku przeszedł do innego, gdzie panowała wieczna ciemność.
Tutaj światła, jeśli w ogóle kiedykolwiek były, dawno juŜ pogasły i przez jakiś czas Tumitak
wyczuwał drogę polegając jedynie na zmyśle dotyku.
A w korytarzu za nim kilka ciemnych, smukłych postaci równieŜ przeszło z półmroku do
ciemności, w ciszy podąŜając za nim.
Gdyby ktoś ujrzał wtedy te istoty, zdziwiłby się ich wyglądem: były szczupłe, nieomal
wychudzone, o dziwnej ziemistej cerze, w ich wyglądzie najbardziej jednak zdumiewająca była
głowa owinięta wieloma warstwami materiału całkowicie zakrywającego oczy, tak Ŝe nie do-
chodził do nich najmniejszy promyk światła.
Byli to bowiem dzicy z mrocznych korytarzy, ludzie urodzeni i wychowani w przejściach
spowitych wieczną nocą, i oczy mieli tak wraŜliwe, Ŝe najbledszy blask światła sprawiał im
nieznośny ból. Cały dzień śledzili Tumitaka i cały ten dzień oczy ich osłonięte były bandaŜami,
sami zaś poruszali się tylko przy pomocy zdumiewająco wyostrzonych zmysłów słuchu i dotyku.
Kiedy jednak znaleźli się z powrotem w korytarzach, które stanowiły ich Ŝywioł, uwolnili się z
krępujących zawojów i zaczęli stopniowo przybliŜać się do tego, który miał paść ich ofiarą.
Pierwszą oznaką ich obecności, jakiej doświadczył Tumitak po wejściu do świata mroku,
był nagły ruch za jego plecami. Obrócił się gwałtownie, dobył miecza i zadał natychmiastowy
cios. Miecz przeciął powietrze, a z ciemności dobiegł go ironiczny śmiech, po którym nastała
cisza. Tumitak zadał kolejne wściekłe pchnięcie i znów miecz napotkał tylko opór powietrza, zaś
z tyłu dobiegł go inny szelest.
Odwrócił się, bo pojął, Ŝe został okrąŜony. Wywijając zawzięcie mieczem wycofał się
pod ścianę, by nie oddać tanio Ŝycia. Poczuł, jak ostrze miecza uderzyło w coś, co ustąpiło pod
ciosem, i usłyszał okrzyk bólu, następnie w korytarzu zapanowała nagła cisza. Lorianin nie dał
się jednak podejść i nie zaprzestał wściekłego wywijania mieczem. Po chwili znowu usłyszał jęk
bólu, gdy jego cios dosięgnął kolejnego dzikusa.
Choć jednak Tumitak bronił się najlepiej, jak umiał, walcząc z odwagą zrodzoną z
desperacji, nie miał wielkich złudzeń co do wyniku walki. Stał sam, oparty plecami o mur, zaś
siły jego wrogów wzrastały systematycznie. Tumitak przygotował się na to, Ŝe padnie w walce -
Ŝ
ałował tylko, Ŝe musi zginąć tu, w grobowych ciemnościach, nie widząc nawet przeciwnika -
gdy nagle przypomniał sobie o latarce, pierwszym z cudownych podarków ojca.
Lewą ręką poszperał w zakamarkach pasa i wydobył przedmiot walcowatego kształtu.
Teraz przynajmniej będzie miał satysfakcję ujrzenia, jakie to istoty go zaatakowały. W jednej
chwili odnalazł wyłącznik i jasne światło zalało korytarz.
Tumitak był zupełnie nie przygotowany na wraŜenie, jakie ten jasny promień światła
wywrze na wrogach. Odezwały się okrzyki bólu i przeraŜenia: w pierwszej chwili Tumitak ujrzał
kilkanaście wychudłych ciemnoskórych postaci, które kryjąc głowy w ramionach umykały w
przeraŜeniu w głąb korytarza. Zdjęci strachem, wykrzykując do towarzyszy dziwne chrapliwe
słowa, mieszkańcy mrocznych korytarzy uciekali od światła, jak gdyby Tumitakowi przyszło z
pomocą całe plemię Loru.
Przez chwilę młodzieniec stał oszołomiony. Oczywiście nie zdawał sobie sprawy z
przyczyn nagłej ucieczki napastników. Pomyślał, Ŝe moŜe uciekają od jakiegoś
niebezpieczeństwa, którego nie dostrzegł, i zrazu bojaźliwie oświetlił cały korytarz. W końcu
jednak, gdy okrzyki uciekających stopniowo cichły w oddali, pojął całą prawdę. Owe istoty czuły
się tak dobrze w ciemności, pomyślał Tumitak, Ŝe najpewniej obawiały się światła, i choć nie
pojmował, dlaczego tak było, postanowił palić latarkę tak długo, jak długo jego droga prowadziła
przez ciemności.
Błyskając więc latarką w róŜne strony, w głąb bocznych korytarzy i do wnętrza otwartych
pomieszczeń, Lorianin kontynuował wędrówkę. Wiedział, Ŝe nie ma mowy o spaniu w tych
ciemnych przejściach, lecz nie martwiło go to zbytnio. Zamknięty od wieków w lochach i koryta-
rzach człowiek odzwyczaił się od regularnego ongiś cyklu dnia i nocy i chociaŜ zwykle z
kaŜdych trzydziestu godzin osiem do dziesięciu przesypiał, to jednak potrafił równieŜ obejść się
bez snu czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt godzin. Tumitak często pod okiem ojca pracował bez
przerwy tak długo i miał teraz pewność, Ŝe wydostanie się z mrocznych korytarzy, nim
zmęczenie go zmoŜe.
Co jakiś czas Ŝuł syntetyczne suchary, ale głównie zajmował się obserwowaniem
korytarzy. I tak mijały godziny. Pozbył się obaw na tyle, Ŝe chciał wejść do jednego z
pomieszczeń, by tam poszukać noclegu, gdy z tyłu doszło go dziwne, nieludzkie warknięcie.
Opanował go nagły strach, poczuł mrowienie w karku. Rzucił się ku najbliŜszym drzwiom, zgasił
latarkę i leŜąc drŜał z wielkiej trwogi.
Nie znaczy to, Ŝe Tumitaka nagle obleciał tchórz. Pamiętajmy o tym, z jaką odwagą
stawił czoło Jakraninowi i dzikusom z mrocznych korytarzy. Przeraził go jednak nieludzki
charakter dźwięku. W dolnych korytarzach, poza szczurami, nietoperzami i innymi drobnymi
stworzeniami, nie znano Ŝadnych zwierząt - z wyjątkiem szylków. I tylko one wdzierały się do
lochów za ludźmi, toteŜ było naturalne, Ŝe tylko im Tumitak mógł przypisać ów dźwięk, który z
pewnością pochodził od jakiegoś duŜego stworzenia, ale nie człowieka. Nie wiedział, Ŝe jeszcze
inne zwierzęta z Powierzchni dostały się do górnych korytarzy.
I oto kulił się teraz w schronieniu, na próŜno usiłując zebrać odwagę na tyle, by wyjść i
stawić czoło wrogowi. Przypuśćmy, Ŝe to szylki - rozwaŜał w myślach. CzyŜ nie przebyłem tej
całej niebezpiecznej drogi po to tylko, by zmierzyć się z szylkiem? CzyŜ nie jestem Tumitakiem,
bohaterem, którego NajwyŜszy powołał, by uwolnił człowieka od ponurego dziedzictwa Strachu?
I tak przywołując te i tym podobne argumenty nieugięty duch Tumitaka odniósł tryumf nad
ciałem, aŜ w końcu młodzieniec dźwignął się i ponownie wyszedł na korytarz.
Jak moŜna się było spodziewać, korytarz ział pustką. Latarka oświetlała co najmniej
pięćset jardów przejścia, które najwyraźniej było zupełnie opuszczone. Tumitak ruszył w dalszą
drogę, zwracając uwagę bardziej na korytarz za sobą niŜ przed sobą. Po chwili dojrzał na granicy
ś
wiatła kilka dziwnych skradających się sylwetek, które posuwały się za nim w bezpiecznej
odległości. Jego bystre oczy upewniły go, Ŝe nie ma do czynienia ani z ludźmi, ani z szylkami -
lecz co by to być mogło, nie potrafił powiedzieć. Od wielu juŜ pokoleń mieszkańcy dolnych
korytarzy nie słyszeli nawet o dawnym przyjacielu człowieka, o psie.
Tumitak zatrzymał się niepewnie i przyjrzał się owym dziwnym stworzeniom.
Natychmiast jednak umknęły z zasięgu latarki, więc po chwili Tumitak podjął marsz, prawie
pewien, Ŝe mimo swych rozmiarów są to tylko jakieś większe gatunki szczurów, równie
bojaźliwe, co ich mniejsi krewniacy.
Wkrótce okazało się, Ŝe się mylił. Zdołał przejść jeszcze tylko niewielki odcinek drogi,
gdy warknięcie dobiegło go z przodu. Jak na dany sygnał stworzenia idące z tyłu zaczęły się
zbliŜać. Tumitak przyśpieszył kroku, przeszedł w trucht, a następnie ruszył biegiem, lecz choć
biegł szybko, jego prześladowcy byli szybsi i powoli zbliŜali się do niego.
Dopiero gdy dzieliła ich odległość zaledwie stu stóp, dojrzał przywódców. Dzicy, których
pokonał kilka godzin wcześniej, powrócili skrywszy twarze w bandaŜach, podobnie jak wtedy,
gdy skradali się za nim w korytarzach za Jakrą. Wydając szeptem polecenia psom kierowali je
przed sobą, aŜ Tumitak znowu musiał dobyć miecza i przygotować się do obrony.
W tym samym czasie ukazały się równieŜ zwierzęta w górze korytarza i Lorianin wkrótce
został otoczony przez warczącą i kłapiącą zębami sforę, której liczebność wykluczała wszelkie
próby obrony. Tumitak zabił jednego, inny padł z wielką raną w kudłatym grzbiecie; nim jednak
Lorianin zdołał zrobić cokolwiek więcej, wytrącono mu z dłoni latarkę i poczuł, jak rzuca się na
niego kilka kudłatych ciał. Padł na ziemią pod cięŜarem psów; miecz wysunął mu się z ręki i
znikł w ciemnościach.
ROZDZIAŁ V
Tumitak uznał, Ŝe nadszedł jego koniec. Czuł gorący oddech potworów na całym ciele,
przepełniło go dziwne uczucie rezygnacji, tak typowe w obliczu pewnej śmierci. I wtedy... ktoś
odciągnął psy i Tumitak poczuł na sobie ręce i usłyszał ciche słowa i pomruki mieszkańców
ciemności, którzy dotykiem badali jego ciało. Kilka Ŝylastych rąk przyparło go do ziemi, a po
chwili opasano go taśmą mocując mu ręce do tułowia. Dźwignęli go z ziemi i wzięli na ramiona.
Przez jakiś czas nieśli go w górę korytarza, potem skręcili w jedno z bocznych przejść i
szli nim przez dłuŜszy czas, aŜ w końcu zatrzymali się i cisnęli go na ziemię. Wokół siebie
Tumitak słyszał ciche odgłosy rozmowy prowadzonej szeptem i szelest poruszających się ciał; w
końcu uznał, Ŝe zaniesiono go do głównych korytarzy zamieszkanych przez te istoty. LeŜał tam
przez jakiś czas opuszczony, a następnie obrócono go na bok i jakieś chude ręce znów go badały
dotykiem, po czym rozległ się władczy głos. Znów go uniesiono, przetransportowano na
niewielką odległość i bezceremonialnie ciśnięto na ziemię, jak przypuszczał, w jakimś
pomieszczeniu. Nie opodal na podłodze coś zadźwięczało metalicznie, a potem w korytarzu za
drzwiami Tumitak usłyszał oddalające się kroki tych, którzy go pojmali.
Przez chwilę leŜał spokojnie, starając się zebrać myśli. Zastanawiał się, czemu nie zabito
go od razu; nie wiedział, Ŝe dzicy nie zabijali istot przeznaczonych na poŜarcie, nim nie byli
gotowi do uczty. Nie znając tajemnicy przygotowywania Ŝywności syntetycznej Ŝerowali na
Jakranach i mieszkańcach innych małych miast, połoŜonych w sąsiedztwie. Doprowadzeni do
ostateczności nie pogardzali niczym, co się nadawało do zjedzenia, i w ciągu wielu pokoleń stali
się ludoŜercami.
Po chwili Tumitak podniósł się z ziemi. Nie miał kłopotu z rozluźnieniem szmacianych
więzów; dzicy znali tylko węzły najprostsze i uwolnienie się zajęło Lorianinowi niecałą godzinę.
Zaczął dokładnie obmacywać ściany próbując poznać swoje więzienie. Pomieszczenie miało po-
wierzchnię nie przekraczającą stu stóp kwadratowych, a jedyny otwór w ścianach stanowiły
drzwi. Tumitak próbował przez nie wyjść, lecz natychmiast powstrzymało go warknięcie i
szorstkie, owłosione ciało naparło na jego nogi zmuszając go do cofnięcia się. Dzicy pozostawili
psy, by strzegły wejścia do więzienia.
Tumitak wycofał się więc trącając jednocześnie nogą przedmiot, który potoczył się po
ziemi. Przypomniał sobie metaliczny dźwięk, kiedy wrzucono za nim coś do pomieszczenia, i
zainteresował się, co to takiego. Macając wokół siebie rękami odnalazł go w końcu i ku swej ra-
dości stwierdził, Ŝe to jego latarka. Zupełnie nie mógł pojąć, czemu dzicy ją tu przynieśli, lecz w
końcu uznał, Ŝe istotom zabobonnym mogła się wydać czymś groźnym; uznali, Ŝe najlepiej
będzie uwięzić dwoje niebezpiecznych wrogów razem. Tak czy inaczej, odzyskał latarkę, za co
był wdzięczny losowi.
Zapalił ją i rozejrzał się po pomieszczeniu. Tak, nie mylił się co do wielkości i
prymitywności izby. Nie miał wielkich, a właściwie Ŝadnych moŜliwości ucieczki, póki nie
sforsuje korytarza strzeŜonego przez zwierzęta. W świetle zaś pojął, Ŝe dzicy nie dali mu na to
wielkich szans. Zaraz za wejściem do pomieszczenia kłębiła się cała sfora psów mrugając oczami
oślepionymi nagłym blaskiem.
Ze środka pomieszczenia Tumitak mógł wyjrzeć daleko w głąb korytarza, lecz jak okiem
sięgnąć nie było widać nikogo. Skierował światło w dół korytarza - tam równieŜ Ŝywego ducha.
Uznał, Ŝe to zapewne czas snu dzikusów i Ŝe jeśli ma uciekać, to jest to najlepsza okazja. Usiadł
na ziemi i oddał się rozmyślaniom. Gdzieś w podświadomości tkwiło nikłe przeświadczenie, Ŝe
ma do dyspozycji środek, który pomoŜe mu uciec przed tymi zwierzętami. Wstał i popatrzył na
stłoczone stado, jakby chroniące się przed niemiłym światłem latarki. Odwrócił się, by raz
jeszcze rozejrzeć się po izbie, lecz najwyraźniej nic tu nie znalazł, co by sprzyjało jego prawie
gotowemu planowi. Nagle podjął decyzję: sięgnął do kieszeni pasa, namacał tam obły przedmiot
i wyszarpnąwszy z niego zawleczkę, cisnął w kierunku stada, padając na ziemię.
Była to bomba, drugi spośród cudownych podarków ojca. Upadła na zewnątrz
pomieszczenia i eksplodowała z ogłuszającym hukiem. W zamkniętej przestrzeni korytarza
rozpręŜające się gazy zadziałały ze straszną siłą. Choć Tumitak przywarł płasko do ziemi, siła
wybuchu uniosła go i cisnęła o przeciwległą ścianę. Co do zwierząt na korytarzu, to dosłownie
przestały istnieć. Szczątki poszarpanych w strzępy ciał rozleciały się we wszystkie strony, a gdy
Tumitak, potłuczony i w szoku, wyszedł w chwilę później na korytarz, nie było tam ani jednej
Ŝ
ywej istoty. Otoczenie jednak przypominało krwawą jatkę.
Nienawykły do widoku krwi i śmierci Tumitak pośpieszył przed siebie, by znaleźć się jak
najdalej od tej ponurej sceny. Szedł korytarzem w górę przedzierając się przez kłęby dymu, aŜ w
końcu przejaśniało na tyle, Ŝe mógł zapomnieć o przykrych wydarzeniach. Nie widział ani śladu
dzikich, choć dwukrotnie słyszał skomlenie dochodzące zza drzwi pomieszczeń mieszkalnych i
domyślał się, Ŝe w ciemnościach kuli się zapewne zdjęta przeraŜeniem ciemnoskóra postać.
Wiele jeszcze minie okresów snu, nim dzicy z mrocznych korytarzy zapomną o wrogu, który
posiał między nimi takie zniszczenie.
Tumitak dotarł ponownie do korytarza prowadzącego na Powierzchnię. Od czasu, gdy
wyruszał w drogę po raz pierwszy, cofnął się po swoich śladach, lecz zrobił to w określonym
celu: dotarł do miejsca, gdzie walczył z psami. Odzyskał tu miecz, który znalazł bez trudu,
stwierdziwszy z zadowoleniem, Ŝe jest nie uszkodzony. Następnie podjął na nowo wędrówkę ku
Powierzchni. Przemierzył znaczną odległość i nie napotkał nic, co mogłoby go zaniepokoić. W
końcu uznał, Ŝe minął juŜ niebezpieczne odcinki, i w jednym z pomieszczeń przygotował się na
zasłuŜony odpoczynek.
Spał długo, o niczym nie śniąc, i zbudził się w końcu po upływie ponad czternastu
godzin. Natychmiast podjął marsz, poŜywiając się w drodze i zastanawiając, co go czeka w tej
nowej wędrówce.
Jego wątpliwości nie miały jednak trwać długo. Wiedział z map, Ŝe dawno juŜ minął
połowę drogi, i dlatego teŜ nie zdziwił się, gdy ściany korytarzy, do tej pory niezmiennie gładkie
i błyszczące jak w rodzinnym Lorze, zaczynały teraz nabierać chropowatego, nieregularnego
kształtu, prawie jak w naturalnych jaskiniach. Wiedział, Ŝe zbliŜa się do tych korytarzy, które
człowiek wydrąŜył w popłochu w pierwszych dniach ucieczki do wnętrza Ziemi. Nie było wtedy
czasu wygładzać ścian ani dbać o regularny prostokątny przekrój korytarzy, jak na dole.
Choć wygląd przejść go nie zdziwił, to jednak był całkowicie zaskoczony następną
zmianą. Przeszedł ze trzy czy cztery mile krętymi, wąskimi jaskiniami, aŜ doszedł do dobrze
ukrytego wylotu szybu, który prowadził gdzieś w górę, w ciemność. Na końcu dostrzegł światło i
westchnął z ulgą, poniewaŜ latarka najwyraźniej juŜ się kończyła. Wspiął się po drabinie powoli,
ze zwykłą przezornością, aŜ w końcu przeszedł ostroŜnie z wylotu szybu do najdziwniejszego
korytarza, jaki kiedykolwiek widział.
Był on jaśniej oświetlony niŜ wszystkie dotychczasowe. Światła białe ukazywały się na
przemian z niebieskimi, zielonymi, czerwonymi i złotymi, dodając jeszcze uroku widokowi,
który i tak przeszedł wszelkie wyobraŜenia Tumitaka. Przez chwilę młody człowiek stał
stropiony nie pojmując, skąd płynie to całe światło, bowiem w suficie nie było znanych mu
ś
wiecących płyt.
Po chwili jednak zrozumiał, o co chodzi: wszystkie płyty sprytnie ukryto w ścianach, tak
Ŝ
e odbite światło wywoływało efekt delikatnej pastelowej miękkości.
Ś
ciany - same ściany teŜ nie były zbudowane ze znanego szklistego kamienia barwy
brunatnej; zbudowano je z kamienia najczystszej bieli mleka! I choć juŜ samo to stanowiło dziw,
który musiał wzbudzić podniecenie Lorianina, to jednak nie kolor ścian przyciągnął jego szcze-
gólną uwagę. Rzecz w tym, Ŝe ściany pokryte były deseniami i obrazami, wklęsłorytami i
płaskorzeźbami do tego stopnia, Ŝe nie było widać ani kawałka wolnego miejsca. Nawet na
podłodze ułoŜono wymyślny deseń z róŜnokolorowych kamieni.
Tumitak nigdy nawet nie śnił o podobnych rzeczach. W dolnych korytarzach nie istniała
Ŝ
adna sztuka - nigdy. Człowiek zatracił tę umiejętność, nim jeszcze wykonano pierwsze
korytarze Loru. Stał więc Tumitak podziwiając te cuda.
Choć większą część powierzchni ścian pokryto deseniami, to były równieŜ i obrazy.
Pokazywały one bardzo dokładnie wspaniałe rzeczy, w które Tumitak ledwie mógł uwierzyć. A
jednak patrzył na nie, co dla jego naiwnego umysłu stanowiło dowód, Ŝe gdzieś muszą istnieć w
rzeczywistości.
Oto na przykład zobaczył grupę kobiet i męŜczyzn w tańcu. Stali w kole okrąŜając coś, co
znajdowało się w środku, a co było ledwie widoczne. Przy bliŜszym przyjrzeniu się jednak
Tumitak poczuł, jak znowu włosy jeŜą mu się na głowie: w środku tanecznego kręgu dostrzegł
istotę o długich pająkowatych nogach. Gdzieś z podświadomości dobył się szept: “szylk"!
Odwróciwszy się od tego obrazu z dziwnym uczuciem obrzydzenia Tumitak ujrzał inny.
Przedstawiał on długi korytarz, w którym znajdował się walcowaty przedmiot długości
osiemnastu do dwudziestu stóp. Wsparty był na kołach i otaczała go grupa pełnych entuzjazmu,
ochoczych ludzi, na których twarzach malował się wyraz szczęścia i podniecenia. Tumitak przez
dłuŜszą chwilę łamał sobie głowę nad tymi obrazami, ale nie mógł nic zrozumieć. Nie miały one
dla niego sensu. Ci ludzie nie obawiali się szylków! Kolejny obraz to potwierdzał. Przedstawiał
podobny długi walcowaty przedmiot, a u jego boku stały trzy istoty, które mogły być tylko
szylkami. Wokół nich zaś, rozmawiając i gestykulując, stała grupa ludzi.
Jedna rzecz w tych obrazach szczególnie uderzyła Tumitaka. Wszyscy przedstawieni na
nich ludzie byli grubi. Wszyscy bez wyjątku odznaczali się rumianą cerą i potęŜną tuszą.
To jednak chyba naturalne, pomyślał Lorianin, u ludzi, którzy mieszkali tak blisko
Powierzchni i najwyraźniej nie obawiali się strasznych szylków. Tacy ludzie oczywiście nie mieli
nic lepszego do roboty, jak tylko cieszyć się Ŝyciem i tyć.
I tak patrząc na obrazy i dumając Tumitak szedł dalej, aŜ daleko przed sobą ujrzał potęŜną
sylwetkę ludzką i domyślił się, Ŝe dochodzi do zamieszkałych odcinków korytarzy. Postać
zniknęła w bocznym odgałęzieniu, ledwie Tumitak zdąŜył ją dostrzec, lecz to wystarczyło, aby
mu uprzytomnić, Ŝe dalej musi się posuwać z większą ostroŜnością. DłuŜszy czas przemykał się
więc pod ścianą korytarza wykorzystując kaŜdą moŜliwość ukrycia. Wiele napotkanych rzeczy
potęgowało jeszcze jego zadziwienie, które juŜ go właściwie nie opuszczało. W jednym miejscu
ś
ciany obwieszono wielkimi gobelinami; w innym serce podskoczyło mu do gardła, gdy natrafił
na grupę posągów. Z trudnością uświadomił sobie, Ŝe te postacie wyrzeźbione w kamieniu nie są
prawdziwymi ludźmi.
Zrazu w ścianach korytarza nie było drzwi, lecz teraz przekrój powiększył się do
szerokości co najmniej czterdziestu stóp, zaczęły takŜe pojawiać się wejścia do pomieszczeń
mieszkalnych. Owe drzwi były szerokie i wysokie, a "zasłony" zakrywające wejście do mieszkań
wykonane z metalu! Po raz pierwszy Tumitak napotkał prawdziwe drzwi, bowiem w Lorze znano
tylko zasłony z materiału.
Mijały minuty, a Tumitak szedł przed siebie. Obrazy na ścianach stały się jeszcze bardziej
wyszukane, zaś drzwi wyŜsze i szersze. Nagle daleko przed sobą dostrzegł zbliŜające się ku
niemu ludzkie sylwetki. Wiedział, Ŝe nie moŜe dać się zauwaŜyć; przez chwilę rozwaŜał, czy
warto się wycofać, kiedy ujrzał niedaleko otwarte drzwi. Miał do wyboru: ujawnienie się i
niebezpieczeństwo albo odwrót - rzecz nie do pomyślenia. Tumitak nie zastanawiał się wiele, w
jednej chwili podjął decyzję: pchnięciem otworzył szeroko drzwi i wszedł do środka.
Przez chwilę stał nieruchomo, bowiem oczy, które przywykły juŜ do jasnego światła na
zewnątrz, zawiodły go w ciemnym wnętrzu. Powoli zdał sobie sprawę, Ŝe nie jest sam; w pokoju
znajdował się człowiek, któremu według wszelkich oznak na skutek nagłego spotkania odjęło z
przeraŜenia mowę. Tumitak wykorzystał widoczny przestrach gospodarza, by przyjrzeć się jego
pokojowi i poszukać jakiejś moŜliwości ucieczki lub ukrycia.
W pokoju było znacznie ciemniej niŜ w korytarzu. Światło dochodziło tu z dwóch płyt
ukrytych w ścianie blisko sufitu. Ściany pomalowano na jednolity matowy kolor niebieski, a w
głębi pomieszczenia znajdowały się zasłonięte kotarą drzwi prowadzące do następnego pokoju.
Stół, duŜe wyściełane krzesło, łóŜko i półka, wypełniona ksiąŜkami, składały się na
umeblowanie. A na łóŜku leŜał ów olbrzymi człowiek.
Była to istna góra mięsa. Tumitak ocenił, Ŝe musi waŜyć ponad czterysta funtów. Wzrostu
miał ponad sześć stóp, a łoŜe, na którym leŜał i na którym łatwo zmieściłoby się ze trzech Lorian,
całkowicie wypełniało cielsko tego człowieka. Był to osobnik o cerze rumianej, a jego jasne
włosy i zarost jeszcze podkreślały czerwoną barwę twarzy i karku.
Lecz pospolitość rysów tego człowieka tonował nieco wyszukany charakter jego
otoczenia. Mieszkaniec Lor u nawet nie śnił o podobnym zbytku. Szaty męŜczyzny leŜącego na
łoŜu były uszyte z najdelikatniejszych tkanin, przejrzystych muślinów barwionych w
najdelikatniejsze odcienie opalizującego róŜu, zielem i błękitu. Spływały one w fałdach kryjąc
nieco niewiarygodną tuszę. Pościel była równie delikatna i zwiewna jak szaty, w głębokim
odcieniu zieleni i brązu. Samo zaś łoŜe stanowiło wprost objawienie, chwalebny triumf sztuki
inkrustacji w metalu, i śmiało mogło być dziełem jakiegoś wspaniałego rzemieślnika epoki
Złotego Wieku.
Na podłodze zaś leŜał kobierzec... A obrazy na ścianach!
Człowiek na łoŜu ocknął się nagle. Wydał z siebie wrzask, piskliwy, kobiecy wrzask,
który zabrzmiał dziwnie głupio wydobywając się z tak potęŜnego ciała. Tumitak natychmiast
znalazł się u jego boku i przyłoŜył mu miecz do gardła.
- Przestań! - rozkazał stanowczo. - Przestań natychmiast, bo cię zabiję!
MęŜczyzna cichł powoli, pojękując. Tumitak stał przez chwilę i nasłuchiwał w obawie, Ŝe
pierwszy wrzask mógł wywołać alarm, lecz nic nie zakłócało ciszy na zewnątrz. Po dłuŜszej
chwili człowiek ów przemówił.
- Jesteś dzikusem - powiedział głosem, w którym brzmiało przeraŜenie. - Jesteś dzikim
mieszkańcem dolnych korytarzy. Co tu robisz wśród Wybranych?
Tumitak zignorował pytanie.
- Wydasz jeszcze jeden dźwięk, grubasie - szepnął z wściekłością - a w tych korytarzach
ubędzie jedna gęba do wyŜywienia. - Popatrzył w napięciu ku drzwiom. - Czy ktoś moŜe tu
wejść?
MęŜczyzna usiłował odpowiedzieć, lecz najwidoczniej strach odebrał mu mowę. Tumitak
zaśmiał się pogardliwie; opanowało go dziwne podniecenie. Przyjemnie mu było spotkać kogoś,
kto się go tak straszliwie bał. W minionych wiekach nie było ludziom dane często doznawać tego
zdumiewającego poczucia siły i Tumitaka kusiła moŜliwość postraszenia człowieka z łoŜa. Ale w
końcu przemogła ciekawość. Widząc, Ŝe grubas rzeczywiście boi się miecza, opuścił go i
schował do pochwy.
Człowiek odetchnął swobodniej, lecz dopiero po dłuŜszej chwili był w stanie przemówić.
Powtórzył jednak to samo pytanie, co poprzednio.
- Co tu robisz w korytarzach Estetów? - wybełkotał trwoŜliwie.
- Wiesz równie dobrze jak i ja, Ŝe nikt nie jest w stanie ujść przed władcami. A ja właśnie
idę im o tobie powiedzieć!
Zatrzasnął nagle drzwi Tumitakowi przed nosem i zniknął.
Przez chwilę Tumitak trwał bez ruchu. Nie mógł uwierzyć, Ŝe szylki są tak blisko. A
mimo to w kaŜdej chwili spodziewał się, Ŝe drzwi się otworzą i straszne pająkowate stwory
wpadną do środka i go zmiaŜdŜą. Oto, jak mu się zdawało, wpadł w końcu w pułapkę bez
wyjścia. ZadrŜał ze zgrozy, a potem, jak zawsze, zawstydził się swego przeraŜenia i wziął się w
garść. Choć drŜał z obawy przed tym, co go czeka, podszedł do drzwi i obejrzał je dokładnie.
Uznał, Ŝe w korytarzu będzie miał większe szansę ucieczki niŜ czekając tutaj, aŜ szylki po niego
przyjdą. Dopiero po chwili odkrył zasuwkę, uchylił drzwi i wyszedł na korytarz.
Na szczęście w pobliŜu było pusto, lecz dalej w głębi widać było opasłego Estetę
ś
pieszącego dokądś ocięŜale. Dołączyli do niego inni, wielu z nich równie opasłych jak on,
wszyscy zaś tak pośpiesznie, jak im cięŜar na to pozwalał, szli w głąb korytarza, tam gdzie
niewątpliwie leŜał centralny plac miasta. Tumitak poszedł za nimi w bezpiecznej odległości i po
chwili ujrzał, jak skręcają w następne przejście. ZbliŜył się ostroŜnie do tego korytarza, a w jego
myślach zrodziło się postanowienie zabicia grubasa, który zamierzał go zdradzić przy pierwszej
nadarzającej się okazji. Okazało się, Ŝe słusznie zachował ostroŜność przy podchodzeniu, gdy
bowiem wyjrzał za róg, zobaczył, Ŝe znajduje się niewiele ponad sto stóp od wielkiego placu
miasta.
Nigdy jeszcze nie widział tak wielkiego placu. Była to ogromna sala o boku ponad stu
jardów; jej mozaikowa podłoga i rzeźbione ściany przedstawiały taki widok, Ŝe Tumitakowi
zaparło z wraŜenia dech. Tu i tam na róŜnokolorowych postumentach stały posągi, a wszystkie
drzwi zawieszono cudownymi gobelinami. Sala nabita była Estetami, w liczbie przewyŜszającej
pięćset osób.
Jednak nie sala, nie jej dekoracje ani ludzie, którzy się tam znajdowali, wywarli na
Tumitaku największe wraŜenie. Wzrok jego cały czas skupiony był na wielkim metalowym
walcu, który spoczywał pośrodku sali. Było to takie samo urządzenie, jakie widział na obrazie,
gdy po raz pierwszy wkroczył do miasta - długie na osiemnaście do dwudziestu stóp,
zamontowane na trzech dobrze ogumiotiych kołach, z okrągłym otworem na szczycie, który
Tumitak dopiero teraz zauwaŜył.
Gdy tak patrzył, z otworu wyleciało kilka przedmiotów i opadło lekko na ziemię przed
tłum. Jeden za drugim, jak diabełki z pudełka, przedmioty wyskakiwały z otworu, a gdy uderzały
spręŜyście o ziemię, Esteci wznosili powitalne okrzyki. Tumitak szybko się odsunął w tył, lecz
po chwili, gdy jego ciekawość zwycięŜyła, odwaŜył się znowu spojrŜeć na salę. Bowiem po raz
pierwszy od ponad stu lat mieszkaniec Loru patrzył na szylka!
Przy wzroście około czterech stóp, szylki były rzeczywiście podobne do pająków, jak
głosiła tradycja. Lecz po bliŜszych oględzinach okazywało się, Ŝe podobieństwo jest
powierzchowne. Owe stworzenia bowiem nie były porośnięte włosami, zaś nóg miały dziesięć, a
nie osiem, jak prawdziwy pająk. Nogi te były długie, z trzema stawami, zaś kaŜda z nich
zakończona szczątkowym szponem, nieco przypominającym paznokieć. Zebrane w dwa pęki, po
pięć z kaŜdej strony, wyrastały z tułowia między głową i resztą ciała. Tułów wyglądem
przypominał odwłok osy, a rozmiarami mniej więcej głowę, co niewątpliwie stanowiło osobli-
wość tych istot.
Była to bowiem głowa ludzka: takie same oczy, takie samo szerokie czoło, usta z
zaciśniętymi, wąskimi wargami, oraz podbródek - wszystko to nadawało jej uderzające
podobieństwo do głowy człowieka. Brakowało tylko nosa i włosów, aby twarz przypominała
ludzką.
W miarę jak Tumitak przyglądał się temu wszystkiemu, szylki od razu przystąpiły do
spraw, które sprowadziły je do korytarzy. Jeden z nich wydobył jakiś papier z torby
przytroczonej do ciała, schwycił go zwinnie między dwie kończyny i począł czytać. W głosie
jego pobrzmiewał osobliwy metaliczny klekot, lecz Tumitak nie miał Ŝadnych trudności ze
zrozumieniem Ŝadnego słowa.
- Bracia z lochów! - wykrzyknął szylk - nadszedł oto czas, aby następni spośród was
osiedlili się na Powierzchni! Przyjaciele, którzy odeszli stąd w zeszłym tygodniu, niecierpliwie
oczekują waszego przybycia. Pozostaje nam tylko wymienić imiona tych, którzy zostaną dziś
zaszczyceni. Słuchajcie uwaŜnie, a kaŜdy, którego imię zostanie wywołane, niech wejdzie do
walca.
Zatrzymał się na chwilę, aby upewnić się, Ŝe go zrozumiano, a następnie w brzemiennej
oczekiwaniem ciszy zaczął czytać imiona.
- Korystialis! Yintiamia! Latrumidor! - wołał i jedna po drugiej olbrzymie, zwaliste
postacie dostojnie występowały naprzód i wspinały się do cylindrycznego urządzenia po małej
drabince, którą spuszczono. Trzecim spośród wezwanych był ten, z którym Tumitak rozmawiał u
niego w mieszkaniu. Na jego twarzy, podobnie jak na twarzach pozostałych, malowało się
zdumienie i radość, jakby spotkało ich jakieś niewiarygodne szczęście.
Tumitak był dotąd tak zajęty obserwowaniem szylków i ich pojazdu, Ŝe na chwilę
zapomniał o groźbie Estety; gdy jednak ujrzał, jak grubas zbliŜa się do szylków, jego przeraŜenie
powróciło. Stał jak poraŜony ze strachu. Niepotrzebnie jednak się lękał - na twarzy Wybrańca za-
gościł nieoczekiwany uśmiech szczęścia: wspiął się do pojazdu nie odzywając się słowem do
stojących w pobliŜu szylków. A gdy grubas zniknął w otworze, Tumitak wydał westchnienie
ogromnej ulgi.
Do korytarzy przybyło sześć szylków; wyczytano teŜ sześciu Estetów. Zaraz potem
wywołani dysząc i chrząkając wdrapali się do pojazdu. W końcu, gdy juŜ ostatni wgramolił się
przez okrągły otwór, szylki odwróciły się i poszły za nimi. Z dołu otwór przykryto wiekiem i w
sali zapanowała cisza. Po chwili Esteci zaczęli się rozchodzić, a poniewaŜ kilku z nich
skierowało się ku korytarzom, w którym ukrywał się Tumitak, Lorianin musiał uciekać, a
następnie schować się w jakimś mieszkaniu.
Obawiał się, Ŝe jakiś Esteta wejdzie do pomieszczenia i go odkryje, lecz tym razem
szczęście mu sprzyjało.
Po chwili ostroŜnie wyjrzał przez drzwi, stwierdził, Ŝe korytarz jest pusty, wyszedł
stamtąd i szybko skierował się na główny plac. Nie było tam juŜ Estetów, lecz z jakiegoś powodu
pojazd nadal spoczywał w tym samym miejscu; Tumitakowi zaś przyszedł do głowy pomysł,
który z początku przeraził go swoją śmiałością.
Te szylki na pewno przybyły w tym pojeździe z Powierzchni! A teraz nim wracały. CzyŜ
Esteta, którego szylki nazywały Latrumidorem, nie powiedział mu, Ŝe od czasu do czasu
powoływano artystów, by Ŝyli pośród szylków na Powierzchni? O tak, pojazd na pewno wracał
na Powierzchnię. I w jednej natchnionej chwili Tumitak uświadomił sobie, Ŝe i on się zabierze.
Pośpieszył przed siebie i po chwili przywarł do maszyny z tyłu szukając pośród niewielu
wystających części oparcia dla stopy. Jak się okazało, przyszedł dosłownie w ostatniej chwili;
ledwie bowiem uchwycił się pojazdu, gdy ruszył oai w ciszy przed siebie pędząc z oszałamiającą
szybkością w głąb korytarza!
ROZDZIAŁ VI
Wspomnienia, jakie pozostały Tumitakowi z tej przejaŜdŜki, stanowiły bezładną
mieszaninę następujących po sobie wydarzeń. Pojazd mknął tak szybko, Ŝe tylko czasami, gdy
zwalniał, aby skręcić lub przejechać wyjątkowo wąskim korytarzem, Lorianin mógł unieść
wzrok, by się rozejrzeć.
Mijali sale oświetlone jaśniej niŜ wszystkie, które dotąd widział. Sale ze ścianami z
metalu, wypolerowanego i błyszczącego, oraz korytarze z nie wygładzonej skały, gdzie wstrząsy
groziły mu w kaŜdej chwili spadnięciem.
W pewnym momencie przejechali powoli marmurowym korytarzem, gdzie po jednej
stronie stali w szeregu Esteci śpiewający uroczysty, dźwięczny hymn na cześć szylków. Tumitak
był pewien, Ŝe go zauwaŜą, lecz jeśli nawet któryś ze śpiewających go dojrzał, to nie zwrócił na
niego uwagi sądząc najwyraźniej, Ŝe jest on jeńcem szylków. Nie napotykali juŜ teraz na Ŝadne
sztolnie ani boczne korytarze, zaś cała droga na Powierzchnię stanowiła jeden szeroki korytarz,
którym pędził pojazd coraz bardziej przybliŜając Tumitaka do celu.
Choć szybkość wehikułu nie była zbyt wielka w porównaniu z pojazdami, których dzisiaj
uŜywamy, to jednak naleŜy pamiętać, Ŝe dla Lorianina największą prędkością, jaką potrafił sobie
wyobrazić, było tempo szybkiego biegu. ToteŜ zdawało mu się teraz, Ŝe oto leci na skrzydłach
wiatru, a jego ulga nie miała granic, gdy w końcu pojazd zwolnił do tego stopnia, Ŝe Tumitak
mógł zeskoczyć na ziemię w tej części korytarza, która najwyraźniej od wieków była nie
zamieszkała. Porzucił wszelką myśl o dalszej jeździe, a jedynym jego marzeniem było
zakończenie tej diabelskiej przejaŜdŜki, którą tak nieroztropnie przedsięwziął.
Czas jakiś zamierzał pozostać w miejscu, w którym wysiadł, przynajmniej tak długo, by
zebrać myśli. Zdał sobie jednak nagle sprawę, Ŝe pojazd szylków zatrzymał się nie dalej niŜ o sto
jardów; zerwał się na równe nogi i rzucił się do najbliŜszych otwartych drzwi. Pomieszczenie, w
którym się znalazł, było zakurzone i bez Ŝadnych mebli - niewątpliwie dawno nie uŜywane; toteŜ
przekonany, Ŝe nie grozi mu tu Ŝadne niebezpieczeństwo, Tumitak podszedł do drzwi i spojrzał w
kierunku pojazdu.
Od razu zobaczył dziwaczne otwarte drzwi, czy teŜ właz na wierzchu walca, lecz dopiero
po chwili siedzący w środku pasaŜerowie zaczęli wychodzić na zewnątrz. Najpierw ukazała się
nalana twarz - jeden z Estetów mozolnie wygramolił się na zewnątrz i na koniec zsunął się po
burcie pojazdu. Za nim wynurzył się szylk, który miękko zeskoczył na ziemię; i tak stopniowo
pojazd się opróŜniał, aŜ cała dwunastka pasaŜerów znalazła się w korytarzu. Wtedy wszyscy
odwrócili się i skierowali ku jedynemu pomieszczeniu z kotarą w drzwiach.
Przez pewien czas Tumitak pozostawał w ukryciu rozwaŜając swój następny ruch.
Instynktowna bojaźń skłaniała go do pozostania w ukryciu, by tu, jeśli będzie trzeba, czekać
przez wiele dni, aŜ szylki odjadą. Ciekawość korciła, by sprawdzić, co teŜ to dziwne towarzystwo
robi za tymi wielkimi drzwiami zasłoniętymi kotarą, zaś roztropność nakazywała dalej dąŜyć do
celu idąc od razu w górę korytarza, póki szylki nadal znajdują się w pomieszczeniu. Tumitak
wiedział bowiem, Ŝe jest juŜ zaledwie kilka mil od Powierzchni, ku której przecieŜ dąŜył.
Rozsądek w końcu przewaŜył i Tumitak postanowił nie zajmować się dłuŜej szylkami i
Estetami. Wyszedł tedy z pomieszczenia i zaczął biec lekko i cicho, jednak gdy mijał wielkie
drzwi i ujrzał, jak łatwo się w nich ukryć, postanowił rzucić ostatnie spojrzenie na szylki i ich
osobliwych przyjaciół, nim puści się w dalszą drogę. Ruszył więc ku otworowi, oburącz rozchylił
brzegi zasłon i zajrzał do środka.
Pierwszą rzeczą, która go uderzyła, był ogrom sali. Długa na osiemdziesiąt stóp i na
czterdzieści szeroka, Lorianinowi zdawała się olbrzymia, zwłaszcza Ŝe sufit gubił się w
ciemnościach. Był tak wysoko, Ŝe światła rozmieszczone wokół sali na wysokości ramion
Tumitaka nie były dość silne, by wydobyć z mroku szczegóły. Tumitakowi przyszła do głowy
dziwaczna myśl, Ŝe moŜe sufitu nie ma tu w. ogóle, Ŝe moŜe ściany pną się coraz wyŜej, by w
końcu sięgnąć Powierzchni. Miał jednak niewiele czasu, by się nad tym zastanawiać, ledwie
bowiem zdąŜył rzucić okiem na sufit, wzrok jego padł na stół. Masywny, niski stół, dość długi,
przykryty śnieŜnobiałym obrusem, na którym piętrzyły się stosy róŜnych osobliwych rzeczy,
potraw, jak zauwaŜył Tumitak. Przyglądał im się ze zdumieniem, były to bowiem potrawy, o
jakich w Ŝyciu nie słyszał, jakich jego przodkowie nie znali od wielu pokoleń: tysiąc i jeden
smakowitych frykasów z Powierzchni. Wokół stołu ustawiono kilkanaście niskich leŜanek: na
niektórych spoczywali Esteci juŜ teraz, ucztując łapczywie.
O dziwo, szylki nie brały udziału w uczcie. Stały tylko za kaŜdym z olbrzymich artystów,
a sposób, w jaki milcząco obserwowały kaŜdy ruch Estetów, wydał się Tumitakowi złowieszczy.
Mimo to Wybrańcy czuli się swobodnie, pochłaniając jedzenie i wydając pomruki zadowolenia,
aŜ Tumitak odwrócił się od nich z obrzydzeniem.
Nagle padł krótki rozkaz, rzucony przez szylka stojącego u szczytu stołu. Stropieni Esteci
unieśli wzrok, a na ich twarzach odmalowała się konsternacja i Ŝałosne niedowierzanie. Nim
jednak mieli czas się ruszyć, nim zdołali dobyć okrzyk z piersi, na kaŜdego z nich skoczył jeden
szylk, wąskimi ustami szukając i nieomylnie znajdując tętnicę pod zwałami tłuszczu w obwisłym
gardle grubasa.
Na próŜno artyści próbowali się wyrywać; ich powolne ruchy były zupełnie bezskuteczne
- zwinne szylki łatwo uskakiwały przed wymachami rąk, zaś zęby coraz bardziej zagłębiały się w
ciało grubasów. Tumitakowi przeraŜenie odebrało mowę. Niczym w transie obserwował, jak
ruchy Estetów słabną, aŜ w końcu zupełnie ustają. CóŜ to wszystko mogło znaczyć? Jaki związek
miała ta okrutna scena z długą opowieścią Latrumidora na temat Ŝycia Estetów w marmurowych
komnatach na dole? Patrzył na ten obraz w przeraŜeniu, nie mogąc oderwać wzroku.
Esteci przestali się odzywać, zaś szylki zajęły się czymś innym.
Spod stołu wyciągnęły kilka wielkich, przezroczystych urządzeń, z których wystawały
gumowe węŜe. Owe węŜe podłączono do ran na szyjach Estetów i Tumitak ujrzał, jak maszyny
szybko wypompowują krew da specjalnych słojów.
W miarę jak słoje się wypełniały, ciała Estetów zapadały się jak przedziurawione baloniki
i po chwili leŜały, blade, pomarszczone, na podłodze koło stołu. Szylki nie okazywały Ŝadnego
podniecenia - musiała to być dla nich wyraźnie najzwyklejsza czynność, zaś ich spokój i
rzeczowość spotęgowały jeszcze przeraŜenie Tumitaka. W końcu jednak przemógł paraliŜujący
strach, który nim owładnął, odwrócił się i począł uciekać jak szalony. Biegł w górę korytarza
coraz szybciej, coraz dalej i dalej, aŜ w końcu, wyczerpany i bez tchu, nie mogąc zrobić juŜ ani
kroku, wpadł przez jakieś otwarte drzwi i legł, cięŜko dysząc, na podłodze nieznanego
pomieszczenia.
Powoli uspokajał się; wrócił miarowy oddech, a wraz z nim pewność siebie. Tumitak
wyrzucał sobie surowo swoje tchórzostwo, ale nawet jeszcze i teraz z drŜeniem trwogi
wspominał straszny widok. W miarę jak się uspokajał, zaczął się zastanawiać nad znaczeniem
wydarzeń, których był świadkiem. Ze słów Estety Latrumidora wynikało, Ŝe szylki są
dobrotliwymi władcami opasłych artystów. O podróŜy na Powierzchnię Latrumidor mówił jako o
najwyŜszym zaszczycie, ów szylk, który przemawiał na placu, wyraŜał się o tym podobnie, a
jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu przy pierwszej okazji po opuszczeniu miasta
szylki zabiły swe wierne sługi, i to w sposób dla nich zupełnie, jak się wydawało, naturalny.
Tumitak nie potrafił wytłumaczyć sobie tej oczywistej sprzeczności. I tak oto, ukryty w tylnej
izbie pomieszczenia, łamiąc sobie głowę nad niezwykłymi przygodami minionego dnia, Lorianin
zapadł w niespokojny sen.
Nie naleŜy się dziwić, Ŝe Tumitak łamał sobie głowę nad tymi dziwnymi wydarzeniami.
Nie był świadom powiązań między Estetami i szylkami. W lochach nie było zwierząt domowych,
a ludzkość nie słyszała o nich od stuleci. Wiele wieków minęło i jeszcze miało upłynąć, nim
usłyszy, toteŜ w Ŝyciu Tumitaka nie było nic, z czym moŜna by porównać status Estetów wobec
szylków.
Dziś wiemy, Ŝe Esteci byli po prostu bydłem rzeźnym! W złudnym poczuciu
bezpieczeństwa, przez wieki hodowani i dobierani pod kątem głupoty, bez jakichkolwiek
moŜliwości ekspresji poza popędem artystycznym, którym szylki pogardzały, stali się w ciągu
wielu pokoleń posłusznymi zwierzętami domowymi wenusjańskich bestii.
Pod wpływem kłamstw szylków i własnej próŜności od wczesnego dzieciństwa
oczekiwali owego szczęśliwego dnia, gdy zostaną zabrani na Powierzchnię, by stać się, niczego
nieświadomi, strawą dla swych panów. Oto byli Esteci, chyba najdziwniejsza rasa ludzka
wyhodowana przez szylków.
Wszystko jednak było niepojęte dla Lorianina, jak zresztą i dla kaŜdego innego człowieka
z jego pokolenia. ToteŜ gdy Tumitak obudził się i podjął podróŜ na nowo, wciąŜ jeszcze nie mógł
wytłumaczyć sobie tej dziwnej zaleŜności. Lecz gdy prosty umysł nie potrafi rozwiązać jakiejś
zagadki, wkrótce o niej zapomina i tak oto Tumitak kroczył swą drogą, a w jego myślach
panował zupełny spokój.
Od kiedy minął korytarz śpiewających Estetów w czasie pamiętnej szalonej jazdy, nie
widział innych oznak zamieszkania. Najwidoczniej korytarze te były zbyt blisko Powierzchni, by
mogli mieszkać tu ludzie. ToteŜ Tumitak nie napotkał nikogo i przebył kilka mil przez nikogo nie
niepokojony. Wreszcie doszedł do miejsca, w którym przejście nagle się kończyło. Znalazł tu
metalową drabinę wiodącą w ciemnościach do góry. Pełen tłumionego podniecenia rozpoczął
wspinaczkę szybem, który, jak wiedział, był ostatni przed Powierzchnią. Wyszedł z szybu w
korytarzu wykutym w dziwnym czarnym kamieniu i wyjąwszy z torby ostatni z darów
ojcowskich począł wspinać się po stoku prowadzącym ku górze, trzymając ostroŜnie broń w
ręku. Korytarz był węŜszy niŜ którykolwiek z poprzednich, a w miarę jak Tumitak posuwał się
naprzód, ściany zbliŜały się coraz bardziej ku sobie, tak Ŝe w końcu dzieliła je odległość nie
większa niŜ dwie stopy. Podejście było coraz bardziej strome, aŜ w końcu przeszło w szereg
schodków. Tumitak wspinał się po nich w górę i z kaŜdą chwilą serce biło mu coraz mocniej:
ujrzał w końcu coś, co z pewnością było jego celem. Daleko przed nim padało z wysoka światło
o dziwnym czerwonawym zabarwieniu, znacznie jaśniejsze i ostrzejsze niŜ wszystkie te, które
widział dotychczas. Tumitak patrzył na nie z lękiem - wiedział, Ŝe pochodzi ono z Powierzchni.
Pośpieszył przed siebie; sufit obniŜał się coraz bardziej, tak Ŝe na odcinku ostatnich kilku
jardów Tumitak musiał się schylić. W końcu jednak dotarł do szczytu schodów i znalazł się w
płytkim dołku, głębokości nie więcej niŜ pięciu stóp. Uniósł głowę do góry, a z piersi wyrwało
mu się słabe westchnienie niedowierzania.
Tumitak ujrzał bowiem Powierzchnię...
JuŜ sam bezkresny widok wystarczył, by odebrać mu pewność siebie. Zdawało mu się, Ŝe
trafił do olbrzymiego pokoju czy sali, tak wielkiej, Ŝe nie potrafił sobie nawet wyobrazić jej
ogromu. Sufit i ściany tej sali tworzyły jedno stanowiąc przepastną komorę podobną do odwró-
conej misy. A ten sufit i ściany miejscami swą piękną barwą przypominały błękit kobiecych
oczu. Błyszczał on jak klejnot pokryty wielkimi obszarami skłębionej bieli i róŜu, i w miarę jak
Tumitak im się przyglądał, odnosił niejasne wraŜenie, Ŝe owe ogromne połacie wzburzonej bieli
powoli się poruszają i zmieniają kształty.
Nie mogąc oderwać oczu od rozciągającego się nad nim nieba Tumitak poczuł, jak jego
podziw i uwielbienie ustępują powoli miejsca przeraŜeniu. Im dłuŜej patrzył, tym dalsza była
wielka kopuła, a jednocześnie zdawała się dziwnie i strasznie zacieśniać nad nim. Po jakimś
czasie był juŜ pewien, Ŝe wielkie pofalowane obszary poruszają się, i doznał strasznego uczucia,
Ŝ
e oto juŜ juŜ opadną na ziemię i zmiaŜdŜą go. Poczuwszy zawrót głowy i przeraŜenie
spowodowane ogromem otoczenia Tumitak pomknął z powrotem do korytarza i przywarł do
ś
ciany drŜąc z dziwnego nieuzasadnionego strachu. Wychowany bowiem w ciasnych granicach
ś
cian korytarzy, spędziwszy całe Ŝycie pod ziemią Tumitak, gdy popatrzył po raz pierwszy na
Powierzchnię, padł ofiarą agorafobii, tego osobliwego wstrętu do otwartych przestrzeni, który
nawet dziś stanowi chorobę niektórych ludzi.
Minęła prawie godzina, nim rozum jego zdołał zapanować nad owym dziwnym
przeraŜeniem. Czy po to przeszedł tak daleko, spierał się z samym sobą, by zawrócić tylko z
powodu wyglądu Powierzchni? Niewątpliwie gdyby ta olbrzymia błękitna, zdobiona obłokami
kopuła miała się zawalić, nie czekałaby przez te wszystkie lata, aby upaść właśnie na niego.
Odetchnął głęboko i gdy rozsądek w końcu przewaŜył, ponownie popatrzył na Powierzchnię.
Tym razem jednak unikał widoku nieba, a całą uwagę skierował na dno "komory". W
pobliŜu dołka owo dno pokryte było grubą warstwą brunatnego pyłu, lecz nie opodal pył ten
przykryty był dziwnym, kobiercem składającym się z tysięcy długich, zielonych, gęsto zbitych
włókien. Niedaleko znajdowało się kilka wysokich słupów o nieregularnym kształcie, których
wierzchołki skrywały wielkie kępy czegoś zielonego o podobnym kolorze i wyglądzie co włókno
dywanu.
A kiedy Tumitak spojrzał ponad trawę i drzewa, ujrzał dziwo, które przewyŜszyło
wszystkie oglądane dotąd cuda: nisko, nad dolną krawędzią kopuły, ponad drzewami, wisiało
ś
wiatło Powierzchni, połyskliwy, oślepiający krąg, który czerwonym blaskiem oświetlał całą
olbrzymią przestrzeń Powierzchni.
Tumitak przyglądał się zachodowi słońca, oniemiały z podziwu. Znowu powrócił
oszałamiający atak agorafobii, lecz po nim przyszło wraŜenie piękna, dzięki któremu Tumitak
zapomniał o strachu i uspokoił się powoli. Odwrócił wzrok w przeciwnym kierunku - a tam,
wysoko nad nim, wznosiły się domy szylków!
Widać było kilkanaście wysokich wieŜ; stały, podobne do obelisków, a ich metaliczne
ś
ciany odbijały czerwonym blaskiem światło zachodzącego słońca. Tylko niektóre z nich stały
zupełnie prosto; szczególny, nieziemski zmysł artystyczny szylków nakazywał budowanie pod
róŜnymi kątami od pionu, czasem nawet o trzydzieści stopni. Domy były róŜnej wysokości,
niektóre pięćdziesięciu, inne nawet dwustu stóp, a z ich szczytów zwieszały się długie liny łącząc
wszystkie wieŜe w jedną całość. Budowle nie miały okien, a jedyne wejście stanowił mały
okrągły otwór u dołu. Obwód jednej wieŜy nie przekraczał piętnastu stóp, toteŜ przypominały
one nieco wiązkę olbrzymich igieł.
Tumitak nie byłby w stanie powiedzieć, jak długo napawał się owym zdumiewającym
widokiem. Najbardziej zadziwił go jednak zachód słońca, stopniowe zapadanie się wielkiej
czerwonej kuli w coś, co przypominało podłogę olbrzymiej komory. Gdy słońce juŜ zniknęło,
Tumitak pozostał jeszcze przyglądając się w zamyśleniu ścianom kopuły, które nadal płonęły
czerwonym blaskiem. I wtedy...
Nie usłyszał Ŝadnego dźwięku. ChociaŜ zapamiętał się w podziwie, pozostał
instynktownie czujny, ale mimo to nie usłyszał nic. AŜ nagle rozległo się za nim skrzypienie i
szelest i klekoczący metaliczny głos warknął:
- Natychmiast - wracaj - do - dziury! - te słowa padły jak rozkaz, a Tumitakowi krew
zastygła w Ŝyłach, gdy uświadomił sobie, Ŝe oto podkradł się za nim szylk!
Następna sekunda zdała się Lorianinowi wiekiem. Odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz
z bestią, i w tym momencie przemknęło mu przez głowę tysiąc myśli. Wspomniał Nikadura i
Teprę, i te lata, które minęły od czasu, gdy ich poznał. Pomyślał o ojcu i nawet o matce, której
prawie nie pamiętał. Niespodziewanie przypomniał sobie olbrzymiego Jakranina, którego strącił
w otchłań; przypomniał sobie, jak tamten krzyczał spadając. Wszystkie te myśli przemknęły mu
przez głowę, gdy się odwracał i unosił rękę, by się zasłonić. Było to działanie całkowicie
instynktowne; zdawało się, Ŝe zupełnie nie panuje nad własnym ciałem. Coś ponad nim - coś
wyŜszego - sprawiło, Ŝe zacisnął palce, a gdy to uczynił, rewolwer, ostatni z trzech cudownych
darów ojca, plunął ogniem! Jak we śnie słyszał jego krótkie warknięcia - raz, dwa, trzy razy...
siedem razy... a potem do płytkiego dołka zwaliło się martwe ciało szylka!
Przez chwilę Tumitak przyglądał się jak otępiały. Potem, gdy zaczął zdawać sobie sprawę
z tego, Ŝe wypełnił swą misję, przeniknęło go uczucie ogromnego triumfu. Szybko dobywszy
miecza ciął dziesięć podobnych do palców nóg szylka, nucąc jednocześnie ową pieśń, którą
Lorianie śpiewali idąc na Jakran. I choć od strony domów szylków dochodziły go dziwne
pytające klaśnięcia i klekoty, dalej metodycznie zadawał ciosy mieczem, aŜ całkowicie oddzielił
głowę od ciała.
Następnie zdając sobie sprawę z tego, Ŝe głosy szylków znacznie się przybliŜyły, wcisnął
skrwawioną głowę za pazuchę kurtki i pomknął w dół jak wiatr po stopniach prowadzących do
korytarza.
ROZDZIAŁ VII
Tumlok z Loru, ojciec Tumitaka, siedział na progu swego mieszkania wyglądając na
korytarz. Przez ostatnie tygodnie prowadził Ŝycie prawdziwie samotnicze, choć bowiem
przyjaciele starali się rozweselić go zwyczajową optymistyczną pogawędką, widział, Ŝe nikt w
gruncie rzeczy nie wierzy, Ŝe jego syn wróci. I rzeczywiście, trzeba byłoby niezwykłej odwagi,
aby przypuszczać, Ŝe Tumitakowi udało się przebrnąć choćby Jakrę.
Tumlok znał te opinie i sam juŜ zaczynał w nie wierzyć, choć przyjaciele starali się
utwierdzić go w przekonaniu, Ŝe spodziewają się po jego synu niezwykłych dokonań. CzemuŜ to,
zastanawiał się, w ogóle pozwolił młodzieńcowi wyruszyć na tak beznadziejną wyprawę? Czemu
nie był bardziej stanowczy i nie wybił mu z głowy tych pomysłów, gdy Tumitak był jeszcze
dzieckiem? Siedział więc robiąc sobie wyrzuty w tej godzinie przed porą snu, a Ŝycie w Lorze
toczyło się obok niego nieregularnym, pulsującym strumieniem.
Po pewnym czasie twarz Tumloka nieco się rozjaśniła. Korytarzem zbliŜała się ku niemu
para młodych kochanków. Ich długa przyjaźń z Tumitakiem zadzierzgnęła wiąŜ, którą Tumlok w
swym mniemaniu jakoś odziedziczył po synu. Nikadur pozdrowił go, a Tepra podbiegła i
spontanicznie ucałowała go w policzek.
- Czy masz jakieś nowiny o Tumitaku? - pozdrowiła go pytaniem, które stało się juŜ
między nimi jak gdyby formułą. Tumlok potrząsnął głową.
- Czy w ogóle jest to moŜliwe? No cóŜ, po tak wielu tygodniach musimy uwaŜać go za
zmarłego.
Tepra jednak nie upadała na duchu. Chyba ona jedna z całego Loru zachowała ufność
graniczącą z pewnością, Ŝe Tumitak jest bezpieczny i powróci w chwale.
- Wierzę, Ŝe wróci - powiedziała. - Mamy przecieŜ pewność, Ŝe dotarł do Jakry. A czy
Nenapus nie mówił nam o olbrzymie, na którego się natknął u wylotu szybu prowadzącego do
Jakry? Jeśli Tumitak potrafił pokonać takiego człowieka, któŜ mógłby mu się oprzeć?
- Tepra moŜe mieć słuszność - rzekł powaŜnie Nikadur. - Z Nononu dochodzą pogłoski o
wielkiej panice w Jakrze, podczas której rzekomo człowiek z tych korytarzy przedostał się przez
miasto. Pogłoski są niejasne i mogą być tylko plotkami, lecz moŜliwe, Ŝe Tumitak dotarł do
mrocznych korytarzy.
- Wiem, Ŝe Tumitak wróci - powtórzyła Tepra. - Jest potęŜny i... - urwała nagle. Gdzieś w
głębi korytarza rozległ się jakiś odgłos. Zaczęła nasłuchiwać. Wtedy Nikadur pochwycił ten
dźwięk, a w końcu równieŜ i Tumlok.
Były to okrzyki, dalekie okrzyki, które stawały się coraz głośniejsze w miarę, jak im się
przysłuchiwali. Kilka osób zatrzymało się; po chwili dwaj męŜczyźni odwrócili się i popędzili w
tamtym kierunku. Cała trójka wytęŜyła słuch starając się odgadnąć znaczenie tych krzyków.
Jeszcze kilku męŜczyzn nadbiegło korytarzem kierując się w stronę źródła hałasu.
- Chodźmy! - zawołał nagle Nikadur z osłupieniem na twarzy.- Jeśli to napaść Jakran... -
Mimo protestów Tepry popędził przed siebie. Tumlok wpadł jeszcze tylko do mieszkania po broń
i poszedł w jego ślady.
Tepra jednakŜe nie wytrzymała na miejscu. Wkrótce dogoniła Nikadura i mimo jego
protestów uparła się, by pójść razem z nim. Tak więc po chwili cała trójka w towarzystwie wielu
jeszcze innych osób spieszyła w kierunku wrzawy.
W pewnym momencie minął ich człowiek biegnący w przeciwną stronę.
- Co się dzieje? - rozległ się chór głosów, lecz jedyną odpowiedzią był niezrozumiały
bełkot męŜczyzny. Sprawa juŜ za chwilę miała się wyjaśnić - na następnym zakręcie spieszący
ludzie ujrzeli przed sobą powód zamieszania.
Korytarzem maszerował niesamowity pochód. Na czele szła grupa Lorian, którzy tańczyli
i wiwatowali jak szaleni, a za nimi kroczyła dobrze znana postać: Nenapus, wódz Nonończyków,
w otoczeniu swoich oficerów. Za nim maszerowali chyba wszyscy mieszkańcy Nononu, ma-
mrocząc coś niezrozumiale i wykrzykując do Lorian, których mijali. Jednak mieszkańcy Loru
przyglądali się nie tyle Nonończykom, co tym, którzy szli za nimi. A był to tłum Jakran, z
których kaŜdy niósł na kiju białą szmatę, wciąŜ jeszcze, po tak wielu latach, oznaczającą pokój.
Był wśród nich Datto, postawny wódz Jakran, a takŜe jego krzepki bratanek Torp oraz wielu
innych, o których Lorianie słyszeli od Nonończyków. Zaś na ramionach dwóch najsilniejszych
Jakran... zobaczyli Tumitaka we własnej osobie!
Lorianom zdawało się, Ŝe śnią. Tumitak odziany był w szaty tak piękne, Ŝe słowa tego nie
mogły wyrazić. Wykonane z najszlachetniejszych tkanin, przejrzystych muślinów barwionych w
najdelikatniejsze odcienie opalizujących róŜów, zieleni i błękitów, spływały z jego postaci
przylegając do ciała i nadając mu iście boski wygląd. Na głowie Tumitak miał metalową
przepaskę przypominającą koronę, jaką wedle legendy mieli nosić królowie szylków.
Ale co najbardziej niewiarygodne - Tumitak trzymał w wyciągniętej ręce pomarszczoną
głowę szylka!
Tumlok, Nikadur i Tepra nie potrafili powiedzieć, kiedy włączyli się w ludzką rzekę.
Biegli korytarzem w kierunku niesamowitego pochodu, a juŜ po chwili maszerujący ludzie
wchłonęli ich jako część wrzeszczącego, rozentuzjazmowanego tłumu, który siłą i śmiechem to-
rował sobie drogę ku głównemu placowi Loru.
Maszerujący dotarli do skrzyŜowania dwóch głównych korytarzy i utworzyli olbrzymie
zgromadzenie, z Tumitakiem i gromadą Jakran pośrodku. Przez chwilą jeszcze tłum krzyczał i
wiwatował, lecz wkrótce Tumitak, wszedłszy na kamienny postument, od dawna uŜywany przez
mówców, uniósł rękę prosząc o spokój. Cisza zapadła nieomal natychmiast i wtedy rozległ się
głos Nenapusa, który instynktownie przyjął na siebie rolę mistrza ceremonii.
- Przyjaciele Lorianie - przemówił. - Dziś oto nadszedł dzień, który pozostanie wiecznie
w pamięci mieszkańców trzech miast z dolnych korytarzy. Minęły lata od czasu, gdy te trzy
miasta spotkały się po raz ostatni na przyjacielskiej stopie. By stało się tak ponownie, trzeba było
wydarzenia tak niewiarygodnego, Ŝe trudno weń uwierzyć. Oto bowiem nareszcie człowiek zabił
szylka...
Przerwał mu dudniący głos Datty, odświętnie wystrojonego wodza Jakran.
- Dość słów! - krzyknął. - Przybyliśmy tu, aby oddać hołd Tumitakowi, Lorianinowi,
który zabił szylka. Wznośmy na jego cześć okrzyki i śpiewajmy pieśni. Schylmy przed nim
czoła, Nenapusie, my, wodzowie, i wezwijmy równieŜ wodzów Loru, by uczynili to samo, bo-
wiem ten, który zabił szylka, jest ponad nas wszystkich.
Nenapusa zezłościł nieco fakt, Ŝe mu przerwano ulubione zajęcie, nim jednak zdołał coś
odpowiedzieć, przemówił Tumitak, którego zarówno Jakranie, jak i Nonończycy słuchali z
szacunkiem.
- Bracia Lorianie - zaczął. - Przyjaciele Nonończycy i Jakranie, nie dla sławy podąŜyłem
na Powierzchnię i zabiłem potwora, którego łeb trzymam w ręku. Od dzieciństwa uwaŜałem, Ŝe
ludzie mogą walczyć z szylkami. Moim celem było udowodnienie tego wszystkim. Na pewno
Ŝ
aden z mieszkańców Loru nie jest gorszym wojownikiem ode mnie. A jednak wielu mną
pogardzało jako niepoprawnym marzycielem. CzyŜ nie widzicie, Ŝe człowiek nie jest słabym i
nic nie znaczącym stworzeniem, za jakie się uwaŜa? Wy, Jakranie, nigdy nie uciekaliście w trwo-
dze, gdy przeciwko wam występowali mieszkańcy Loru! Lorianie, czy kiedykolwiek drŜeliście
ze strachu zamknięci w mieszkaniach, gdy Jakranie napadali na wasze korytarze?
A mimo to - mówił dalej - na okrzyk "szylk!" wszyscy, zdjęci przeraŜeniem, chowaliście
się do domów! CzyŜ nie widzicie teraz, Ŝe szylki, choć potęŜne, są tylko śmiertelnymi
stworzeniami jak wy sami? Słuchajcie przeto opowieści o moich czynach i zastanówcie się, czy
dokonałem czegoś, czego nie potrafilibyście zrobić sami.
Tumitak począł opowiadać o swych przygodach. Mówił o tym, jak przeszedł przez Jakrę,
i choć Lorianie okrzykami wyraŜali zadowolenie, wśród Jakran panowała cisza. Opowiedział o
mrocznych korytarzach i wówczas wiwatowali równieŜ Jakranie, zwłaszcza gdy mówił o zabiciu
psów. Mówił o komnatach Estetów i w Ŝywych barwach opisał cuda, które tam widział, mając
nadzieję, Ŝe wzbudzi w słuchaczach chęć zawładnięcia tymi skarbami.
Potem zaś próbował opowiedzieć im o Powierzchni, lecz tu zabrakło mu słów; oddanie
całej historii zabicia szylka i drogi powrotnej przy pomocy ograniczonego słownictwa
mieszkańców korytarzy było prawie niemoŜliwe.
- Z jakiegoś powodu szylki mnie nie goniły - powiedział Tumitak - i udało mi się
bezpiecznie dotrzeć do pierwszych korytarzy Estetów. Tu zostałem wykryty i musiałem pokonać
pół tuzina grubasów, nim mogłem iść dalej. Zabiłem wszystkich. - Tumitak w swym nie-
ś
wiadomym zarozumialstwie i pogardzie nie wspomniał o tym, jak łatwo było pokonać takich
przeciwników - i odebrawszy im te szaty ruszyłem w dalszą drogę.
Dotarłem do mrocznych korytarzy, lecz nawet tu nikt mnie nie zatrzymywał. Zapewne
straszny odór szylka był tak silny, Ŝe dzicy bali się podejść bliŜej. W końcu dotarłem do Jakry i
stwierdziłem, Ŝe kobieta, którą poznałem w czasie podróŜy na Powierzchnię, opowiedziała swą
historię wodzowi Datto, który gotów był oddać mi cześć w czasie mojej podróŜy do domu. I tak
doszedłem do Nononu, a po jakimś czasie i do Loru.
Tumitak zakończył opowieść, a tłum znowu zaczął wznosić okrzyki radości. Wiwaty
wzmagały się, a ich echo odbijało się od ścian, aŜ cały plac dźwięczał jak potęŜny dzwon.
- Wielki jest Tumitak, syn Loru! - krzyczeli. - Wielki jest Tumitak, zabójca szylków! - A
Tumitak skrzyŜował ramiona na piersiach i napawał się chwałą zapomniawszy na chwilę, Ŝe jego
misja polegała na udowodnieniu, Ŝe nie trzeba nadludzkich sił, by zabić szylka.
Po jakimś czasie tłum ucichł i dał się znowu słyszeć głos Datty.
- Lorianie. - zawołał wódz. - Przez wiele, wiele lat ludzie z Jakry toczyli bezustanną
wojnę z mieszkańcami Loru. Dziś ta wojna się kończy. Dziś poznaliśmy Lorianina, który
przerasta kaŜdego z Jakran, dlatego teŜ nie będziemy więcej walczyć z Lorem. Aby zaś
udowodnić, Ŝe mówię prawdę, oto Datto składa wiernopoddańczy hołd Tumitakowi! Znowu
rozległy się wiwaty, po czym wystąpił Nenapus.
- Dobrze uczyniłeś, Datto - powiedział. - Zaprawdę, jeśli istnieje wódz wodzów, to jest
nim Tumitak. W przeszłości nie było wielkich waśni między Lorem i Nononem, toteŜ nasza
historia jest inna. Mówi ona bowiem, Ŝe w dawnych czasach ludy Loru i Nononu stanowiły jeden
naród. Słyszeliśmy o dniach wielkiego wodza Empitata, który panował... - w tym miejscu Datto,
wściekły, szepnął mu coś do ucha i Nonończyk zaczerwienił się, ale po chwili podjął:
- Lecz dość tego. Wystarczy powiedzieć, Ŝe równieŜ Nenapus składa hołd Tumitakowi,
wodzowi wodzów i wodzowi Nononu.
Znowu zerwały się brawa, a po chwili przemówił znów Datto. Czy nie przystoi, zapytał
marszcząc gniewnie czoło, aby Lorianie równieŜ uznali Tumitaka za wodza, tym samym czyniąc
go królem wszystkich dolnych korytarzy? Lorianie wznieśli radosny okrzyk, a potem przemówił
Tagivos, najstarszy spośród lekarzy.
- Mieszkańcy Loru mają nieco inny system władzy niŜ Nonończycy i Jakranie -
powiedział. - Nie mieliśmy wodza od wielu lat. JednakŜe pomysł zjednoczenia trzech miast
uwaŜam za dobry, toteŜ zwołam posiedzenie Rady, która o tym postanowi.
Wkrótce zebrała się Rada pod przewodnictwem Tagivosa, Tumloka i starego Sidangi; po
pewnym czasie oznajmili oni, Ŝe zgodzili się co do uznania Tumitaka równieŜ wodzem Loru.
I tak pośród wiwatów okrzyknięto Tumitaka wodzem wszystkich dolnych korytarzy.
Datto i jego olbrzymi bratanek Torp, najwyŜsi spośród Jakran, byli wśród pierwszych,
którzy zaprzysięgli wierność Tumitakowi. Następnie przyjął on hołd od Sidangi, Tagivosa i
innych Lorian. Młodzieńca przepełniło dziwne uczucie, gdy dotykał miecza ojca i słuchał słów
jego przysięgi, lecz zachował powagę, traktując Tumloka na równi z innymi Lorianami aŜ do
zakończenia ceremonii. Wtedy poprosił o uwagę.
- Przyjaciele z dolnych korytarzy - zaczął. - Nowy dzień zaświtał dziś ludzkości. Minęło
ponad trzydzieści lat od czasu, gdy wojna zawitała do tych korytarzy, i w ciągu tych lat ludzie
prawie zapomnieli sztuki wojennej. śyliśmy w gnuśnym pokoju, podczas gdy ponad nami
wrogowie ludzkości rośli w potęgę. Uznając mnie za wodza musicie zerwać z tym gnuśnym
pokojem i rozpocząć Ŝycie wypełnione działaniem. Zbyt wiele widziałem, by pozwolić wam
gnuśnieć w najgłębszych korytarzach. Poprowadzę was do walki z dzikusami z mrocznych
korytarzy, aby zawładnąć tymi lochami i wypełnić je światłem, które jeszcze gdzieniegdzie
płonie.
A gdy pokonamy tych dzikusów - mówił dalej - powiodę was przeciwko grubym
Estetom, by wam pokazać, co znaczy prawdziwe piękno w Ŝyciu człowieka. A nadejdzie jeszcze
czas, jeśli NajwyŜszy pozwoli, Ŝe poprowadzę was przeciwko samym szylkom, bowiem to, czego
dokonałem, jest w granicach moŜliwości kaŜdego człowieka.
A jeśli ktoś uwaŜa, Ŝe cel, jaki wam postawiłem, jest nieosiągalny, niechaj przemówi
teraz.
Znowu zerwały się okrzyki, które z kaŜdą chwilą nabierały mocy i odbijały się od ścian
wielkiego placu. W tej chwili podniecenia i entuzjazmu nie było ani jednego człowieka w tym
tłumie, który by nie czuł, Ŝe i on moŜe zabić szylka.
A gdy tak wszyscy wiwatowali i śpiewali popadając w stan zbiorowej euforii, Tumitak
zszedł z kamienia i oddalił się w kierunku domu.