background image

 

 

CHARLES R. TANNER 

 

 

 

 

Tumitak z podziemnych 

korytarzy 

tłum. Wiktor Bukato

 

 

background image

 

 

O AUTORZE 

 

Fantastyka  naukowa  jako  gatunek  literacki  zrobiła  fantastyczną  karierę.  Powstają  kluby 

miłośników  tego  gatunku,  coraz  więcej  osób  czyta  tę  literaturę,  kolekcjonuje  i  zdobywa  o  niej 

wiedzę. 

Jeśli chodzi o amerykańską literaturę fantastyczno-naukową, jedną z najbardziej liczących 

się  na  tym  rynku,  zainteresowanie  czytelników,  a  szczególnie  ich  wiedza  na  ten  temat  sięgają 

wstecz  przede  wszystkim  do  tak  zwanego  “Złotego  Wieku"  SF  przypadającego  na  okres  mniej 

więcej  od  roku  1938  -  kiedy  to  John  Campbell  zastał  redaktorem  naczelnym  czasopisma 

“Astounding Stories", nadając ton temu nurtowi twórczości literackiej i niejako go promując - do 

lat pięćdziesiątych, kiedy to na ten teren wkroczyły inne magazyny. 

Lata  dwudzieste  i  trzydzieste  naszego  wieku  pozostają  w  cieniu.  A  przecieŜ  warto 

pamiętać,  Ŝe  zanim  zabłysły  gwiazdy  pierwszej  wielkości,  jak  A.  E.  Van  Vogt,  Robert  A. 

Heinlein,  Isaac  Asimov  i  Theodore  Sturgeon,  istnieli  i  pisali  inni  autorzy,  których  wkładu  w  to 

dzieło nie sposób pominąć. 

Jednym  z  nich  jest  właśnie  Charles  R.  Tanner  (1896-1954),  który  zadebiutował 

opowiadaniem  “The  Color  of  Space"  w  roku  1930.  Pisał  później  jeszcze  wiele,  głównie 

opowiadań, czy moŜe nawet króciutkich powieści, publikując je wyłącznie w magazynach SF. 

Najbardziej znany jest cykl opiewający przygody młodego śmiałka Tumitaka, Ŝyjącego w 

czasach,  kiedy  ludzkość  została  zepchnięta  pod  ziemię  przez  najeźdźców  z  Wenus.  Tumitak 

swoimi  bohaterskimi  czynami  przypomina  ludziom  o  ich  właściwym  miejscu  na  Ziemi  i  ich 

godności, budząc w nich odwagę i chęć czynu. 

Dwa pierwsze opowiadania z tego cyklu: “Tumitak z podziemnych korytarzy" (Tumithak 

oj  the  Corridors)  i  “Tumitak  na  powierzchni  Ziemi"  (Tumithak  in  Shawm)  zamieścił  Isaac 

Asimov  w  swojej  antologii  zatytułowanej  “Przed  Złotym  Wiekiem".  Przedstawiamy  je 

miłośnikom fantastyki po raz pierwszy w polskim przekładzie w dwóch kolejnych zeszytach. 

background image

 

 

ROZDZIAŁ I 

 

Dopiero  w  ciągu  ostatnich  kilku  lat  archeologia  poczyniła  postępy,  które  pozwoliły  na 

wstępne  oceny  zdumiewających  osiągnięć  nauki  naszych  przodków  przed  Wielką  Inwazją. 

Szczególnie  obfitym  źródłem  wiedzy  na  temat  ich  Ŝycia  były  ruiny  Londynu  i  Nowego  Jorku. 

Wiadomo  juŜ,  Ŝe  nasi  przodkowie  posiedli  tajemnicę  latania  oraz  znajomość  chemii  i 

elektryczności  przewyŜszającą  naszą;  istnieją  nawet  pewne  dowody,  Ŝe  prześcignęli  nas  w 

medycynie  i  pewnych  sztukach  pięknych.  Biorąc  ich  cywilizację  jako  całość,  moŜna  mieć 

niejakie wątpliwości, czy doścignęliśmy ich w wiedzy ogólnej. 

Do  czasu  Inwazji  odkrywali  tajemnice  przyrody,  jak  się  zdaje,  stale,  w  regularnym 

postępie  geometrycznym,  i  mamy  uzasadnione  powody,  by  sądzić,  Ŝe  to  właśnie  mieszkańcy 

Ziemi  pierwsi  rozwiązali  problem  lotów  międzyplanetarnych.  Powieści  pisane  przez  autorów 

zajmujących  się  tym  okresem  świadczą  o  zainteresowaniu,  jakie  dzisiejszy  człowiek  przejawia 

wobec tak zwanego Złotego Wieku. 

Niniejsza  opowieść  nie  dotyczy  wszakŜe  ani  dni  Inwazji,  ani  Ŝycia  w  Złotym  Wieku 

przed nią. Mówi ona o owej pół mitycznej, pół historycznej postaci, Tumitaku z Loru, pierwszym 

człowieku, jak głosi legenda, który zbuntował się przeciwko dzikim szylkom. Choć brak jeszcze 

wielu  faktów,  niedawne  badania  lochów  i  korytarzy  rzuciły  wiele  światła  na  dotąd  niejasne 

fragmenty Ŝycia tego bohatera. Pewne juŜ jest, Ŝe Ŝył on i walczył naprawdę, lecz bez wątpienia 

nie dokonał tych cudów, które przypisuje mu legenda. 

Wiadomo  na  przykład,  Ŝe  Ŝycie  jego  nie  trwało  dwieście  pięćdziesiąt  lat,  jak  mu  to 

przypisują;  Ŝe  mitem  jest  jego  nadludzka  siła  i  niewraŜliwość  na  promienie  szylków.  Równie 

wątpliwa jest opowieść o zniszczeniu przez niego sześciu miast. 

Jednak  wiedza  o  jego  Ŝyciu  pogłębia  się  w  miarę,  jak  tracimy  zaufanie  do  legend. 

Nadszedł  czas,  gdy  moŜemy  pojąć,  niestety  jeszcze  mgliście,  ale  za  to  z  bardziej  racjonalnego 

punktu widzenia, prawdą o jego czynach. Tak więc celem niniejszej opowieści jest próba zracjo-

nalizowania  i  właściwego  umieszczenia  w  tle  historycznym  wczesnej  młodości  wielkiego 

bohatera, który w imieniu ludzkości targnął się pierwszy na bestie wenusjańskie, trzymające całą 

background image

 

 

Ziemię w niewoli... 

 

 

Długi,  posępny  korytarz  ciągnął  się,  jak  okiem  sięgnąć.  Wysoki  na  piętnaście  stóp  i 

równie  szeroki,  prowadził  prosto,  bez  końca,  a  jego  brunatne,  szkliste  ściany  cechowała 

niezmienna  jednostajność.  WzdłuŜ  środkowej  linii  stropu  ukazywały  się  co  jakiś  czas  duŜe 

lampy, płaskie płyty zimnego, białego światła, które płonęło od wieków, nie wymagając Ŝadnych 

zabiegów.  W  takich  samych  odstępach  w  ścianach  bocznych  widniały  głęboko  wycięte  otwory 

drzwiowe, zawieszone szorstką tkaniną workową; na progach znać było ślady stóp pozostawione 

tam przez minione pokolenia. Monotonii tego widoku nie mąciło nic - poza kilkoma miejscami, 

gdzie korytarz krzyŜował się z innym korytarzem, równie nieciekawym. 

Korytarz  wcale  nie  był  pusty.  Tu  i  tam  na  całej  długości  pojawiały  się  pojedyncze 

postacie  męŜczyzn,  w  większości  o  niebieskich  oczach  i  rudych  włosach.  Odziani  byli  w 

niewyszukane  zgrzebne  szaty,  ściągnięte  w  talii  szerokimi  pasami  o  wielu  kieszeniach  i 

olbrzymich  klamrach.  Znajdowało  się  tam  równieŜ  kilka  kobiet,  które  róŜniły  się  od  męŜczyzn 

długością włosów i szat. Wszyscy poruszali się jakby ukradkiem - choć bowiem minęło wiele lat 

od  czasu,  gdy  ostatnio  widziano  Strach,  nawyki  setek  pokoleń  niełatwo  odrzucić.  Tak  więc 

korytarz, ludzie, ich odzienie, a nawet zwyczaje tworzyły posępną monotonię. 

Gdzieś  z  głębi,  spod  korytarza,  dochodził  miarowy  stukot  i  warkot  jakiejś  gigantycznej 

machiny; rozlegał się nieprzerwanie towarzysząc Ŝyciu tych ludzi, tak Ŝe juŜ nikt nie zwracał nań 

uwagi.  A  mimo  to  ów  stukot  przytłaczał  ich,  przenikał  ich  umysły  i  swoim  miarowym  rytmem 

oddziaływał na wszystko, co robili. 

Zdawało  się,  Ŝe  jedna  część  pomieszczenia  jest  bardziej  uczęszczana  niŜ  inne.  Światła 

płonęły tu jaśniej, tkaniny  okrywające drzwi były czystsze i nowsze; kręciło się tu takŜe więcej 

ludzi. Wchodzili i wychodzili ukradkiem z drzwi, niczym pomykające króliki. 

Z boku w drzwiach ukazały się postacie chłopca i dziewczyny w wieku około czternastu 

lat.  Jak  na  dzieci  byli  wyjątkowo  wysokiego  wzrostu,  choć  ich  niedojrzałość  wydawała  się 

oczywista.  Oni  równieŜ,  jak  i  starsi,  mieli  niebieskie  oczy,  a  ich  cerę  znamionował  odwieczny 

brak  światła  słonecznego  i  nieustanne  działanie  promieni  świateł  korytarzy.  W  ich  zachowaniu 

background image

 

 

była  jakaś  śmiałość  i  Ŝwawość  sprawiająca,  ze  wielu  mieszkańców  korytarzy  na  ich  widok 

marszczyło brwi z dezaprobatą. Najwyraźniej starsi uwaŜali, Ŝe młode pokolenie zmierza szybko 

do  samounicestwienia.  Nie  było  wątpliwości,  Ŝe  prędzej  czy  później  ta  śmiałość  i  hałaśliwość 

sprowadzi Strach z Powierzchni. 

Lecz  młodzi,  doskonale  obojętni  wobec  tak  wyraźnej  dezaprobaty,  kontynuowali  swój 

marsz. Skręcili z głównego korytarza w inny, słabiej oświetlony, a przeszedłszy nim prawie milę, 

skręcili w jeszcze inny. Przejście, w którym się teraz znaleźli, było wąskie i wyraźnie pięło się w 

górę. Nie było tu zupełnie nikogo, a gruba warstwa kurzu, pokrywająca korytarz, oraz opłakany 

stan świateł dowodziły, Ŝe dawno juŜ nikt tu nie mieszkał. Liczne otwory drzwiowe pozbawione 

były  zasłon,  które  skrywały  wnętrza  zamieszkałych  pomieszczeń  w  większych  korytarzach. 

Zamiast  tego  w  wielu  drzwiach  wisiały  kotary  pajęczyn  pokrytych  pyłem.  W  miarę  jak  młodzi 

posuwali  się  dalej,  dziewczyna  przybliŜała  się  do  chłopca,  ale  poza  tym  nie  zdradzała  innych 

oznak bojaźni. Po pewnym czasie przejście stało się jeszcze bardziej strome i wreszcie kończyło 

się  ślepą  ścianą.  Młodzi  usiedli  na  rumowisku  pokrywającym  dno  korytarza  i  po  chwili  zaczęli 

rozmawiać ściszonym głosem. 

- Wiele lat musiało upłynąć od czasu, gdy mieszkali tu ludzie - rzekła cicho dziewczyna. - 

MoŜe znajdziemy coś bardziej cennego, co pozostawili opuszczający ten korytarz. 

-  Myślę,  Ŝe  Tumitak  łudzi  się  tylko  mówiąc  nam  o  moŜliwości  znalezienia  skarbów  w 

tych przejściach - odrzekł chłopiec. - Bez wątpienia byli tu juŜ inni przed nami. 

-  Tumitak  powinien  juŜ  tu  być  -  powiedziała  po  chwili  dziewczyna.  -  Czy  myślisz,  Ŝe 

przyjdzie? - Daremnie starała się przebić wzrokiem ciemność panującą w dole korytarza. 

- Oczywiście, Ŝe przyjdzie, Tepro. Czy Tumitak kiedykolwiek nie dotrzymał słowa, kiedy 

się umawiał? 

-  Ale  przyjść  tu  samotnie!  -  zaprotestowała  Tepra  -  Umarłabym  ze  strachu,  Nikadurze, 

gdyby ciebie tu nie było. 

- Nie ma właściwie Ŝadnego niebezpieczeństwa - odrzekł. - Ludzie z Jakry nie mogliby tu 

dojść  nie  przechodząc  przez  główny  korytarz.  A  wiele  lat  juŜ  minęło  od  czasu,  gdy  kraina  Lor 

widziała szylka. 

- Dziadek Konak raz widział szylka - przypomniała mu Tepra. 

background image

 

 

- Tak, ale nie tu, w Lorze. Widział go w Jakrze wiele lat temu, gdy walczył z Jakrariami 

jako młody wojownik. Przypomnij sobie, Ŝe Lorianie odnieśli zwycięstwo i wygnali Jakran z ich 

miasta  do  korytarzy  dalej  połoŜonych.  I  nagle  wybuchł  ogień  i  panika  i  pojawiła  się  banda 

szylków.  Dziadek  Konak  widział  tylko  jednego  i  ten  jeden  o  mało  go  nie  schwycił,  ledwie 

dziadek  uniknął.  -  Nikadur  uśmiechnął  się.  -  Jest  to  piękna  opowieść,  ale  na  poparcie  jej 

prawdziwości mamy tylko słowo dziadka Konaka. 

-  AleŜ  Nikadurze...  -  zaczęła  dziewczyna.  Przerwał  jej  szelest  dochodzący  z  pokrytych 

pajęczyną odrzwi. W mgnieniu oka dwoje młodych zerwało się na równe nogi. Popędzili zdjęci 

strachem  w  dół  korytarza  nie  oglądając  się  za  siebie,  zupełnie  nieświadomi  pojawienia  się 

trzeciej  osoby,  młodzieńca,  który  wyszedł  z  drzwi  i  oparty  teraz  o  ścianę  z  ironicznym 

uśmiechem na twarzy obserwował ich ucieczkę. 

Na  pierwszy  rzut  oka  wydawało  się,  Ŝe  ów  młodzieniec  niczym  się  nie  róŜni  od  innych 

mieszkańców korytarzy. Te same rude włosy i biała, przezroczysta skóra,  ta sama prosta szata i 

ogromny  pas.  Lecz  uwaŜne  oko  dostrzegłoby  w  szerokim,  śmiałym  czole,  wąskim, 

zakrzywionym nosie i bystrych oczach znamiona owej wielkości, która pewnego dnia miała stać 

się jego udziałem. 

Młody  człowiek  obserwował  przez  chwilę  ucieczkę  przyjaciół,  lecz  zaraz  cicho 

zagwizdał. Tepra natychmiast się zatrzymała i odwróciła, a widząc postać przybysza zawołała na 

Nikadura. Chłopiec przystanął równieŜ i oboje, mocno zawstydzeni, zawrócili. 

-  Przestraszyłeś  nas,  Tumitaku  -  powiedziała  dziewczyna  z  wyrzutem  w  głosie.  -  Co 

takiego robiłeś w tamtym pomieszczeniu? Nie bałeś się tam wejść samotnie? 

-  Nie  ma  tam  nic,  czego  miałbym  się  bać  -  odrzekł  dumnie  Tumitak.  -  Często 

penetrowałem  te  korytarze  i  mieszkania  i  nie  spotkałem  tu  jeszcze  Ŝadnej  Ŝywej  istoty,  poza 

pająkami i nietoperzami. Szukałem zapomnianych rzeczy - mówił dalej i nagle zabłysły mu oczy. 

-  I  popatrzcie!  Znalazłem  ksiąŜkę!  -  Sięgnąwszy  za  pazuchę  wyciągnął  zdobycz  i  dumnie 

zaprezentował ją towarzyszom. 

- To stara ksiąŜka - powiedział. - Widzicie? 

Z  pewnością  była  to  stara  ksiąŜka.  Okładki  juŜ  nie  miała,  brakowało  większości  kart,  a 

pozostałe,  cienkie  arkusze  metalu,  z  których  księga  się  składała,  zaczynały  utleniać  się  na 

background image

 

 

brzegach. Bez wątpienia ksiąŜka ta leŜała zapomniana przez wieki. 

Nikadur  i  Tepra  przyglądali  się  jej  z  naboŜną  czcią,  taką  samą,  jaką  odczuwa  kaŜdy 

niepiśmienny  wobec  tajemnicy  magicznych  czarnych  znaczków  słuŜących  do  wyraŜania  myśli. 

Tumitak jednak umiał czytać. Był synem Tumloka, jednego z mistrzów Ŝywności, którzy strzegli 

tajemnicy  przygotowywania  syntetycznego  poŜywienia,  stanowiącego  podstawę  diety 

mieszkańców korytarzy. Owi mistrzowie Ŝywności, podobnie jak lekarze, mistrzowie oświetlenia 

i  energii  przechowali  wiele  tajemnic  wiedzy  przodków.  NajwaŜniejszą  z  nich  była  bardzo 

przydatna umiejętność czytania, a poniewaŜ Tumitak miał pójść w ślady ojca, Tumlok wcześnie 

wyuczył go tej cudownej sztuki. 

Gdy  więc  młodzi  potrzymali  księgę  w  rękach,  przyjrzeli  się  jej  dokładnie,  w  zadumie, 

zaczęli błagać Tumitaka, by im ją przeczytał. Nieraz juŜ słuchali z oczami szeroko otwartymi ze 

zdumienia, jak czytał im z tych cennych ksiąg znajdujących się w posiadaniu mistrzów Ŝywności; 

nigdy teŜ nie pominęli okazji, by śledzić czarodziejski proces przemiany dziwacznych znaczków 

na metalowych arkuszach w dźwięki i zdania. 

Tumitak  odpowiedział  uśmiechem  na  ich  natarczywość,  a  następnie,  sam  w  skrytości 

ducha ciekaw jak oni, co zawiera dawno zapomniana księga, gestem nakazał im usiąść na ziemi i 

otwarłszy ksiąŜkę zaczął czytać: 

-  “Manuskrypt  Dawona  Starrosa  spisany  w  Pitmouth  dwudziestego  drugiego  dnia 

Miesiąca  Słońca,  w  161  roku  od  dnia  Inwazji,  lub  teŜ  według  starego  porządku  -  w  roku  3218 

n.e." 

Tumitak przerwał. 

- To rzeczywiście stara ksiąga - szepnął z przejęciem Nikadur, a Tumitak skinął głową. 

- Prawie dwa tysiące lat! - odrzekł. - Ciekawe, co to znaczy: rok 3218 n.e. 

Zastanawiał się nad tym przez chwilę, a następnie podjął czytanie. 

-  “Teraz  jestem  juŜ  stary,  lecz  komuś,  kto  tak  jak  ja  pamięta  dni,  gdy  męŜowie  mieli 

jeszcze odwagę walczyć, gorzki jest widok upadku naszego rodzaju. 

Wśród męŜów dzisiejszej doby utwierdza się beznadziejny przesąd, Ŝe człowiek nie jest w 

stanie  pokonać  szylków,  a  co  więcej,  Ŝe  nie  wolno  mu  podejmować  z  nimi  walki.  Chcąc 

sprzeciwić się temu przesądowi autor słów niniejszych spisał historię podboju Ziemi w nadziei, 

background image

 

 

Ŝ

e  kiedyś  w  przyszłości  nadejdzie  człowiek,  który  znajdzie  dość  odwagi,  by  stawić  czoło  tym, 

którzy opanowali ludzkość. W nadziei, Ŝe ów człowiek się pojawi, spisano tę historię, aby poznał 

stworzenia, z którymi ma walczyć. 

Uczeni,  którzy  opowiadają  o  dniach  przed  Inwazją,  mówią  nam,  Ŝe  kiedyś  człowiek 

niewiele  róŜnił  się  od  zwierzęcia.  Przez  tysiące  lat  stopniowo  wspinał  się  ku  cywilizacji,  ucząc 

się sztuki Ŝycia, aŜ wziął we władanie cały świat. 

Poznał  tajemnicę  produkcji  Ŝywności  z  elementarnych  składników,  nauczył  się 

naśladować  Ŝyciodajne  światło  słońca;  jego  wielkie  statki  powietrzne  śmigały  w  atmosferze 

równie  swobodnie,  jak  statki  wodne  śmigały  po  morzu.  Cudowne  promienie  dezintegratora 

unicestwiały  góry  otwierając  drogę  kanałom,  którymi  płynęła  z  oceanu  woda  zamieniając 

pustynie w najŜyźniejsze obszary. Od bieguna do bieguna rosły potęŜne  miasta i od bieguna do 

bieguna władza człowieka była niepodwaŜalna. 

Od  tysięcy  lat  ludzie  toczyli  ze  sobą  spory,  a  ziemie  pustoszyły  wielkie  wojny,  aŜ  w 

końcu  cywilizacja  osiągnęła  stadium,  w  którym  wszystkie  wojny  wygasły.  Na  Ziemi  nastała 

wielka  era  pokoju;  człowiek  opanował  zarówno  morze  jak  i  ląd,  i  począł  spoglądać  ku  innym 

ś

wiatom obiegającym Słońce, zastanawiając się, czy i tych światów nie mógłby zdobyć. 

Wiele  minęło  wieków,  nim  dość  się  nauczył,  by  podjąć  poprzez  otchłanie  Kosmosu. 

Trzeba  było  znaleźć  sposób  unikania  niezliczonych  meteorów  wypełniających  przestworza 

między  planetami.  Trzeba  było  znaleźć  sposób  izolowania  statku  przed  śmiercionośnymi  pro-

mieniami kosmicznymi. Wydawało się, Ŝe gdy pokonano jedną trudność, na jej miejscu wyrastała 

inna.  Ale  po  kolei  porozwiązywano  wszystkie  problemy  piętrzące  się  przed  lotami 

międzyplanetarnymi,  i  w  końcu  naszedł  dzień,  gdy  potęŜny  pojazd  długości  setek  stóp  czekał 

gotów do skoku w Kosmos, gotów badać inne światy". 

Tumitak znowu przerwał czytanie. 

- To musi być cudowna tajemnica - powiedział. - Wydaje mi się, Ŝe czytam jakieś słowa, 

lecz  nie  rozumiem  ich  znaczenia.  Ktoś  wybiera  się  na  jakąś  wyprawę,  i  to  wszystko,  co  mogę 

pojąć. Czy mam czytać dalej? 

-  Tak,  tak!  -  zakrzyknęli  oboje  razem,  podjął  więc  lekturę:  “Wyprawa  wyruszyła  pod 

dowództwem  człowieka  nazwiskiem  Henryk  Sudivan;  tylko  on  jeden  powrócił  do  świata  ludzi, 

background image

 

 

by opowiedzieć o strasznych przygodach, jakie przeŜyli na Wenus, planecie, ku której podąŜyli. 

PodróŜ  na  Wenus  zakończyła  się  powodzeniem  i  upłynęła  w  spokoju.  Mijał  tydzień  za 

tygodniem,  podczas  gdy  owa  Gwiazda  Wieczorna,  jak  nazywali  ją  ludzie,  stawała  się  coraz 

jaśniejsza i większa. Statek spisywał się bez zarzutu i choć podróŜ trwała długo jak dla tych, któ-

rzy przywykli przemierzać oceany w  ciągu jednej nocy,  czas im się nie dłuŜył. Nadszedł dzień, 

gdy  przelecieli  wreszcie  nad  nizinami  i szerokimi  dolinami  Wenus,  pod  gęstą zasłoną z  chmur, 

która  wiecznie  skrywa  powierzchnię  planety przed Słońcem;  dziwili się wówczas  wielkim  mia-

stom i innym śladom cywilizacji widocznym na całej powierzchni Wenus. 

Zawisnąwszy  na  jakiś  czas  nad  jednym  z  wielkich  miast,  Ziemianie  następnie 

wylądowali, powitani przez dziwne inteligentne istoty, które władały planetą, te same, które dziś 

znamy pod nazwą szylków. Szylki uznały ich za półbogów i oddały im cześć, lecz Sudivan i jego 

towarzysze,  wierni  synowie  najszlachetniejszych  rodów  ziemskich,  nie  poniŜyli  się  do  tego,  by 

hołd  taki  przyjąć.  Kiedy  wyuczyli  się  języka  szylków,  szczerze  przyznali  się,  kim  są  i  skąd 

pochodzą. 

Zdumienie szylków nie miało granic. Były znacznie bardziej niŜ ludzie zaawansowane w 

technice;  ich  znajomość  elektryczności  i  chemii  była  równa  ziemskiej,  lecz  o  astronomii  i 

naukach jej pokrewnych nie miały pojęcia, uwięzione pod wieczną kopułą chmur, która skrywała 

przed nimi widok Kosmosu. Nie śniły nigdy, Ŝe mogą istnieć inne światy poza tym, który znały. 

Z  największą  trudnością  przybysze  zdołali  im  wytłumaczyć,  Ŝe  opowieść  Sudivana  jest 

prawdziwa. 

Gdy jednak udało się przekonać szylków, ich postawa zmieniła się całkowicie. Nie były 

juŜ  uniŜone  ani  przyjazne.  Podejrzewały,  Ŝe ludzie przybyli  po to,  aby  je  podbić, i  postanowiły 

pokonać ich tą samą bronią. WyŜsze uczucia ludzkie były im niedostępne i dlatego nie potrafiły 

wyobrazić sobie przyjacielskiej wizyty obcych przybyszów z innego świata. 

Ziemianie  znaleźli  się  wkrótce  zamknięci  w  wielkiej  metalowej  wieŜy,  o  wiele  mil  od 

swego  pojazdu  kosmicznego.  W  chwili  nieuwagi  jeden  z  towarzyszy  Sudivana  zdradził,  Ŝe 

pojazd  ten  jest  jak  dotąd  jedynym  tego  rodzaju  statkiem,  i  szylki  postanowiły  wykorzystać  ten 

fakt, by od razu rozpocząć podbój Ziemi. 

Natychmiast  wzięły  w  posiadanie  statek  Ziemian  i  ogarnięte  tą  jednością  celów  tak 

background image

 

 

charakterystyczną  dla  szylków  -  a  której  tak  brakuje  ludziom  -  od  razu  rozpoczęły  budowę 

pokaźnej  liczby  podobnych  maszyn.  Na  całej  planecie  huczały  wielkie  fabryki  i  kiedy  Ziemia 

oczekiwała trumfalnego powrotu swych badaczy, dzień jej zagłady coraz hardziej się zbliŜał. 

Lecz Sudivan i inni zamknięci w wieŜy Ziemianie nie poddawali się rozpaczy. Raz po raz 

próbowali ucieczki i nie ma wątpliwości, Ŝe szylki wybiłyby ich co do jednego, gdyby nie łudziły 

się nadzieją, Ŝe wyciągną z ludzi jeszcze jakieś informacje. I otóŜ ten jeden raz szylki były w błę-

dzie: naleŜało zabić wszystkich Ziemian, bez wyjątku, na tydzień bowiem przed terminem odlotu 

wielkiej floty szylków Sudivanowi i kilkunastu jego towarzyszom udało się uciec. 

Ryzykując Ŝyciem skierowali się ku miejscu, gdzie znajdował się ich pojazd kosmiczny. 

MoŜna sobie wyobrazić niebezpieczeństwa tej wędrówki choćby przez uświadomienie sobie, Ŝe 

na Wenus, to jest po jej zamieszkałej stronie, trwa wieczny dzień. Nie było nocy, która mogłaby 

ich  ukryć.  W  końcu  jednak  dotarli  do  statku  strzeŜonego  ledwie  przez  parę  nie  uzbrojonych 

szylków.  Walka,  która  rozgorzała,  winna  przejść  do  historii  ludzkości,  aby  dostarczać  jej 

natchnienia na przyszłość. Z bitwy nie wyszedł Ŝywy ani jeden szylk, a spośród ludzi pozostało 

zaledwie siedmiu, którzy mieli stanowić załogę statku w powrotnej podróŜy na Ziemię. 

Przez  wiele  tygodni  potęŜny  pojazd  w  kształcie  pocisku  mknął  przez  olbrzymią  pustkę 

Kosmosu, aŜ w końcu wylądował na Ziemi. Przy Ŝyciu pozostał jedynie Sudivan; pozostali ulegli 

jakiejś nie znanej chorobie, zarazili się od szylków. 

Lecz  Sudiyan  przeŜył  i  Ŝył  jeszcze  długo,  by  ostrzec  świat  przed  szylkami.  W  obliczu 

nagłego zagroŜenia Ziemianie mieli tylko tyle czasu, aby przedsięwziąć najkonieczniejsze środki 

obronne.  Natychmiast  rozpoczęto  budowę  olbrzymich  jaskiń  i  korytarzy  podziemnych  z  za-

miarem  stworzenia  wielkich  podziemnych  miast,  w  których  ludzie  mogliby  się  schronić  i  z 

których  mogliby  atakować  wroga.  Nim  jednak  prace  zaczęły  się  na  dobre,  przybyły  szylki  i 

rozgorzała wojna. 

Nigdy  przedtem  -  gdy  człowiek  ścierał  się  z  człowiekiem  -  nie  śniono  o  takiej  wojnie. 

Szylki  nadleciały  milionami;  ocenia  się,  Ŝe  w  inwazji  wzięło  udział  pełne  dwieście  tysięcy 

statków  kosmicznych.  Przez  wiele  dni  ludzie  powstrzymywali  szylki  przed  zdobyciem 

przyczółka na powierzchni Ziemi. Zmuszone do lotu ponad jej powierzchnią zrzucały, gdzie się 

dało, śmiercionośne gazy i materiały wybuchowe. 

background image

 

 

Ze  swych  podziemnych  korytarzy  ludzie  słali  w  górę  olbrzymie  ilości  gazów,  równie 

ś

miercionośnych  jak  gazy  szylków,  zaś  promienie  dezintegrujące  unicestwiały  setki  pojazdów, 

wybijając  szylki  jak  muchy.  Z  ocalałych  statków  szylki  zrzucały  do  wykopanych  przez  ludzi 

lochów  olbrzymie  ilości  płonących  środków  chemicznych,  które  paląc  się  gwałtownie 

wyczerpywały tlen z jaskiń powodując śmierć tysięcy ludzi. 

I  nawet  pokonani  ludzie  wdzierali  się  w  głąb  Ziemi  torując  sobie  drogę  swymi 

cudownymi  dezintegratorami,  które  roztapiały  skałę  prawie  tak  szybko,  jak  szybko  uciekający 

zdołali  iść  powstałym  w  ten  sposób  korytarzem.  W  końcu  wyparto  człowieka  z  Powierzchni  i 

niezliczone kłębowiska korytarzy zryły skorupę ziemską na głębokość wielu mil. Szylki nie były 

w  stanie  przebyć  tych  labiryntów  i  w  ten  sposób  człowiek  osiągnął  stan  względnego 

bezpieczeństwa. 

I tak nastąpił impas. 

Powierzchnia stała się własnością dzikich szylków, zaś głęboko pod nimi, w jaskiniach i 

korytarzach,  człowiek  usiłował  utrzymać  resztki  cywilizacji.  Nie  była  to  równa  gra;  ludzie 

znaleźli  się  w  gorszej  sytuacji  -  zasoby  pierwiastków  uŜywanych  do  wytwarzania  promieni 

dezintegrujących  stopniowo  malały  i  nie  było  sposobu,  by  je  odnowić;  nie  moŜna  było  zdobyć 

ani  drewna,  ani  róŜnorodnych  odmian  roślin,  na  których  wspierał  się  przemysł;  mieszkańcy 

jednego  zespołu  korytarzy  nie  mieli  moŜliwości  komunikowania  się  z  mieszkańcami  innego,  a 

przy tym zawsze do korytarzy wpadały hordy szylków polujących dla sportu na ludzi! 

Jedynym, co pozwoliło im w ogóle przetrwać, była fantastyczna umiejętność wytwarzania 

syntetycznej Ŝywności z samej skały. 

I  stało  się,  Ŝe  cywilizacja  ludzka,  o  którą  walczono  i  którą  w  końcu  po  wiekach  wojen 

osiągnięto,  rozpadła  się  w  kilkanaście  lat.  Zdławił  ją  Strach.  Ludzie  jak  króliki  Ŝyli  w 

podziemnych norach, z czasem odwaŜając się na coraz mniej i przeznaczając coraz więcej czasu i 

energii  na  drąŜenie  coraz  głębszych  korytarzy.  Dziś  wydaje  się,  Ŝe  ludzkość  została  całkowicie 

podbita. Ponad sto lat Ŝaden człowiek nie odwaŜył się pomyśleć o powstaniu przeciwko szylkom, 

podobnie  jak  nie  do  pomyślenia  jest  rewolta  szczurów  przeciwko  ludziom.  Nie  będąc  w  stanie 

stworzyć  wspólnej  władzy,  ani  nawet  porozumiewać  się  z  braćmi  w  sąsiednich  korytarzach, 

ludzie  zbyt  łatwo  przyjęli  swój  los  -  ledwie  najwyŜszych  spośród  niŜszych  zwierząt.  Podobne 

background image

 

 

pająkom bestie z Wenus są panami naszej planety i..." 

Na tym rękopis się urywał. ChociaŜ księga musiała być znacznie dłuŜsza, a to, co z niej 

pozostało,  stanowiło  niewiele  więcej  niŜ  wstęp  do  jakiejś  pracy  na  temat  Ŝycia  i  obyczajów 

szylków, to jednak reszty brakowało. Monotonny, śpiewny głos Tumitaka ucichł po ostatnim, nie 

dokończonym zdaniu. Na kilka chwil zapadła cisza. 

- Jak trudno to pojąć - rzekła Tepra. - Wiem tylko, Ŝe ludzie walczyli z szylkami, jakby to 

byli Jakranie. 

-  Kto  mógł  wymyślić  taką  historię?  -  mruknął  Nikadur.  -  Walka  ludzi  z  szylkami  -  w 

głowie się nie mieści! 

Tumitak  nie  odpowiedział.  Przez  dłuŜszy  czas  siedział  w  milczeniu  i  patrzył  na  księgę, 

jakby nagle ujrzał jakieś olśniewające zjawisko. 

W końcu przemówił. 

-  Nikadurze,  to  jest  historia!  -  wykrzyknął.  -  To  nie  Ŝaden  dziwny  i  nieprawdopodobny 

twór  fantazji.  Coś  mi  mówi, Ŝe  ci  ludzie byli naprawdę; Ŝe  wojna toczyła się rzeczywiście. Jak 

inaczej  moŜna  wytłumaczyć  nasz  sposób  Ŝycia?  Czyśmy  nie  zastanawiali  się  nad  tym  często, 

czyŜ  nasi  ojcowie  się  przed  nami  nie  zastanawiali,  jak  nasi  mądrzy  przodkowie  doszli  do  tego, 

Ŝ

eby  budować  te  wielkie  lochy  i  korytarze?  Wiemy,  Ŝe  posiadali  ogromną  wiedzę,  ale  w  jaki 

sposób ją utracili? 

Wiem,  Ŝe  Ŝadna  z  naszych  legend  nie  wspomina  nawet  o  czymś  takim,  jak  panowanie 

ludzi  na  tym  świecie  -  mówił  dalej  widząc  pełne  niedowierzania  spojrzenia  swych  młodych 

towarzyszy.  -  Lecz  jest  coś...  coś  jest  w  tej  księdze,  co  mi  mówi,  Ŝe  to  najprawdzisza  prawda. 

Pomyśl  tylko,  Nikadurze!  Napisano  tę  księgę  ledwie  sto  sześćdziesiąt  lat  po  tym,  jak  dzikie 

szylki napadły na Ziemię! O ileŜ więcej musiał wiedzieć ów autor niŜ my, Ŝyjący dwa tysiące lat 

później.  Nikadurze,  ongiś  męŜowie  walczyli  z  szylkami!  -  Uniósł  się  z  miejsca,  a  jego  oczy 

zabłysły blaskiem owego fanatyzmu, który po latach miał go wyróŜnić spośród innych. 

- Ongiś męŜowie walczyli z szylkami, a z pomocą NajwyŜszego stanie się tak ponownie! 

Nikadurze!  Tepro!  Pewnego  dnia  i  ja  będą  walczył  z  szylkiem  -  rozpostarł  szeroko  ramiona  - 

pewnego dnia i ja zabiję szylka! Temu poświęcam Ŝycie! 

Stał  przez  chwilę  z  wyciągniętymi  ramionami,  a  potem,  jakby  nieświadom  obecności 

background image

 

 

towarzyszy, zbiegł w głąb przejścia i po chwili przepadł w ciemnościach. Przez czas jakiś młodzi 

patrzyli za nim ze zdumieniem, a następnie, wziąwszy się za ręce, ruszyli powoli, w powaŜnym 

nastroju,  jego  śladem.  Wiedzieli,  Ŝe  coś  natchnęło  ich  przyjaciela,  lecz  czy  był  to  geniusz,  czy 

szaleństwo, nie potrafili powiedzieć. I mieli tego nie wiedzieć przez wiele jeszcze lat. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ II 

 

Tumlok z dumą przyglądał się synowi. Lata, które minęły od czasu, gdy chłopiec znalazł 

tajemniczy rękopis i popadł w swą dziwną obsesję, zaszkodziły, być moŜe, jak mówili niektórzy, 

jego rozumowi, lecz jeśli chodzi o budowę fizyczną, były dlań łaskawe. Miał sześć stóp wzrostu 

(wyjątkowo  duŜo  jak  na  mieszkańca  korytarzy)  i  stalowe  mięśnie.  Dzisiaj,  w  dwudzieste 

urodziny, nie było takiego, co by go nie obwołał jednym z przywódców miasta - gdyby nie jego 

niedorzeczna mania. Tumitak bowiem postanowił zabić szylka! 

Przez lata całe, praktycznie od kiedy jako czternastolatek znalazł rękopis, wszystkie swe 

nauki  poświęcił  temu  celowi.  Ślęczał  nad  staroŜytnymi  mapami  korytarzy,  nie  uŜywanymi  od 

wieków, które wskazywały drogę na Powierzchnię. Stał się znawcą wszystkich tajemnych przejść 

w  lochach.  Miał  niewielkie  pojęcie  o  tym,  jak  naprawdę  wygląda  Powierzchnia;  podania  jego 

ludu niewiele mogły mu o tym powiedzieć.. Ale jednego był pewien: Ŝe na Powierzchni spotka 

szylki. 

Ć

wiczył się w kaŜdej broni, na której człowiek mógł jeszcze polegać - w procy, mieczu i 

łuku - i stał się mistrzem we wszystkich trzech. Na wszelkie moŜliwe sposoby przygotowywał się 

do wielkiego dzieła, któremu postanowił poświęcić Ŝycie. Oczywiście spotkał się ze sprzeciwem 

ze  strony  ojca  -  a  takŜe  całego  plemienia,  lecz  z  tą  jednością  celu,  jaką  moŜe  osiągnąć  tylko 

fanatyk, oddał sią owej idei i postanowił, Ŝe gdy tylko osiągnie swe lata, poŜegna się ze swoim 

ludem  i  uda  na  Powierzchnię.  Nie  zastanawiał  się  wiele  nad  tym,  co  zrobi,  gdy  juŜ  dotrze  na 

miejsce.  Będzie  to  zaleŜało  od  tego,  co  tam  znajdzie.  Jednego  był  pewien  -  Ŝe  zabije  szylka  i 

przyniesie  jego  ciało,  by  pokazać  rodakom,  Ŝe  człowiek  moŜe  jeszcze  zatriumfować  nad  tymi, 

którzy sądzą, Ŝe są panami ludzkości. 

I  dziś  oto  osiągnął  wiek  dorosły;  dziś  ukończył  lat  dwadzieścia  i  Tumlok  nie  potrafił 

ukryć dumy ze swego zadziwiającego syna, mimo Ŝe uczynił wszystko, co w jego mocy, by mu 

wybić z głowy tę mrzonkę. I gdy nadszedł dzień wyruszenia przez Tumitaka na tę bezsensowną 

wyprawę,  Tumlok  musiał  przyznać,  Ŝe  sercem  od  dawna  był  z  synem  i  Ŝe  z  niecierpliwością 

czekał, by ujrzeć, jak chłopiec wyrusza w drogę. Przemówił teraz do niego. 

background image

 

 

- Tumitaku - powiedział. - Przez wiele lat usiłowałem odwieść cię od tego nieosiągalnego 

celu,  jaki  sobie  wyznaczyłeś.  Przez  wiele  lat  sprzeciwiałeś  mi  się  i  trwałeś  w  uporze  uwaŜając 

ziszczenie swych marzeń za moŜliwe. Nie myśl, Ŝe powodowało mną cokolwiek poza ojcowską 

miłością  w  mej  chęci  zatrzymania  cię  w  Lorze.  Gdy  więc  nadszedł  dzień,  w  którym  moŜesz 

czynić, co uwaŜasz za stosowne, pozwól przynajmniej, by ojciec pomógł ci najlepiej, jak potrafi. 

Zamilkł i postawił na stole kwadratowe pudełko o boku długości jednej stopy. Otworzył 

je i ze środka wyjął trzy dziwaczne przedmioty. 

-  Oto  -  rzekł  uroczystym  tonem  -  trzy  spośród  najcenniejszych  skarbów  mistrzów 

Ŝ

ywności, przyrządy wynalezione przez naszych światłych przodków. Ta oto rzecz - wziął w rękę 

walcowaty przedmiot o średnicy cala i długości jednej stopy - to latarka, cudowna latarka, która 

za pociśnięciem tego guzika da ci światło w ciemnych korytarzach. UwaŜaj, by nie marnować jej 

energii,  nie  jest  to  bowiem  wieczne  źródło  światła,  jak  te,  które  nasi  przodkowie  umieścili  w 

stropach. Jej działanie oparte jest na innej zasadzie i po pewnym czasie jej moc się wyczerpuje. 

Tumlok ostroŜnie ujął następny przedmiot. 

-  To  równieŜ  z  pewnością  ci  pomoŜe,  choć  nie  jest  to  rzecz  ani  taka  rzadka,  ani  tak 

wspaniała, jak dwie pozostałe. Jest to ładunek silnego materiału wybuchowego, jakiego czasami 

uŜywamy do zamykania korytarzy lub wydobywania pierwiastków, z których wytwarza się naszą 

Ŝ

ywność. Trudno powiedzieć, kiedy moŜe ci się przydać w drodze na Powierzchnię. 

A tu oto - ujął ostatni przedmiot, który wyglądał jak mała rurka z rączką przytwierdzoną 

na  końcu  pod  kątem  prostym  -  jest  rzecz  najbardziej  zadziwiająca  ze  wszystkich.  Wyrzuca  ona 

małe kulki z ołowiu, a miota nimi z taką silą, Ŝe potrafi przebić nawet arkusz blachy! Za kaŜdym 

razem,  gdy  naciska  się  ten  mały  spust  z  boku,  pocisk  wylatuje  z  wielką  siłą  z  otworu  rury.  On 

zabija,  Tumitaku,  zabija  nawet  szybciej  niŜ  strzała,  i  duŜo  pewniej.  UŜywaj  tego  z  rozwagą, 

bowiem jest w nim zaledwie dziesięć pocisków, a kiedy zuŜyjesz wszystkie, ów przyrząd stanie 

się bezuŜyteczny. 

PołoŜył  trzy  przedmioty  przed  sobą  na  stole  i  przesunął  je  w  kierunku  Tumitaka. 

Młodzieniec wziął je i dokładnie schował w kieszeniach szerokiego pasa. 

-  Ojcze  -  rzekł  powoli  -  wiesz,  Ŝe  to  nie  głos  mego  serca  kaŜe  mi  opuścić  ciebie  i 

wyruszyć  na  tę  wędrówkę.  Jest  to  coś  wyŜszego,  niŜ  ty  i  ja;  coś,  co  mnie  wezwało  nakazując 

background image

 

 

posłuszeństwo. Od dnia śmierci matki byłeś mi matką i ojcem i zapewne kocham cię bardziej, niŜ 

zwykły człowiek kocha swego ojca. Lecz miałem widzenie! Śniłem o czasie, gdy na Powierzchni 

znowu  zapanuje  człowiek  i  gdy  nie  będzie  tam  ani  jednego  szylka.  Lecz  czas  ten  nigdy  nie 

nadejdzie,  póki  ludzie  będą  wierzyć,  Ŝe  szylki  są  niepokonane,  i  dlatego  teŜ  chcę  dowieść,  Ŝe 

moŜna zabić szylka i Ŝe moŜe tego dokonać człowiek! 

Zamilkł  i  nim  ponownie  przemówił,  drzwi  otworzyły  się  i  weszli  Nikadur  z  Teprą. 

Chłopiec był juŜ teraz męŜczyzną, odpowiedzialnym za utrzymanie domu od czasu śmierci ojca 

przed dwoma laty. Dziewczyna zaś wyrosła na piękną kobietą, którą Nikadur zamierzał wkrótce 

poślubić.  Oboje  powitali  Tumitaka  z  szacunkiem,  a  gdy  Tepra  przemówiła,  głos  jej  był  pełen 

czci,  jak  gdyby  zwracała  się  do  półboga.  Nikadur  równieŜ  patrzył  teraz  na  Tumitaka,  jak  na 

kogoś  wyrastającego  ponad  zwykłych  śmiertelników.  Ci  dwoje,  poza  moŜe  Tumlokiem,  byli 

jedynymi, którzy brali powaŜnie zamysły Tumitaka, i tym samym jedynymi, których mógł zwać 

swymi przyjaciółmi. 

- Czy opuszczasz nas dzisiaj, Tumitaku? - zapytała Tepra. Tumitak skinął głową. 

- Tak - odrzekł. - Właśnie dzisiaj. Wyruszam na Powierzchnię. Nim minie miesiąc, albo 

legnę martwy w jakimś korytarzu, albo oczy wasze ujrzą łeb szylka! 

Tepra  zadygotała.  Obie  moŜliwości  zdawały  się  jej  równie  przeraŜające.  Lecz  Nikadur 

myślał o bliŜszych niebezpieczeństwach wędrówki. 

- Do Nononu nie napotkasz Ŝadnych kłopotów - powiedział z głębokim namysłem - lecz 

czy w drodze na Powierzchnię nie będziesz musiał przejść przez Jakrę? 

- Tak - odrzekł Tumitak. - Na Powierzchnię nie ma innej drogi niŜ przez Jakrę. A za Jakrą 

leŜą mroczne korytarze, gdzie od setek lat nie postała ludzka noga. 

Nikadur  zastanowił  się.  Jakra  była  od  ponad  wieku  siedliskiem  wrogów  Loru.  PołoŜona 

ponad  dwadzieścia  mil  bliŜej  Powierzchni  niŜ  Lor  nieuchronnie  musiała  mieć  większą 

ś

wiadomość  Strachu.  Mieszkańcy Jakry zazdrościli  Lorianom ich  względnego  bezpieczeństwa i 

stale  podejmowali  wysiłki  zmierzające  do  podbicia  Loru.  Małe  miasteczko  Nonon,  połoŜone 

między tymi dwoma większymi ośrodkami, czasem walczyło ramię w ramię z Jakranami, czasem 

przeciw nim, w zaleŜności od interesów wodzów większych miast. W chwili obecnej, i właściwie 

przez  ostatnie  dwadzieścia  lat,  Nonon  był  sprzymierzony  z  Lorem  i  dlatego  teŜ  Tumitak  nie 

background image

 

 

oczekiwał Ŝadnych kłopotów po drodze, nim dotrze do Jakry. 

- A mroczne korytarze? - zapytał Nikadur. 

-  Poza  Jakrą  nie  ma  juŜ  lamp  -  odrzekł  Tumitak.  -  Ludzie  od  wieków  unikali  tamtych 

przejść.  Są  one  zdecydowanie  za  blisko  Powierzchni,  by  było  w  nich  bezpiecznie.  Jakranie  co 

jakiś  czas  próbowali  je  badać,  lecz  wyprawy  nigdy  nie  wracały.  Tak  mi  przynajmniej  mówili 

mieszkańcy Nononu. 

Tepra  miała  właśnie  coś  powiedzieć,  lecz  Tumitak  odwrócił  sią  i  zajął  się  tobołkiem  z 

Ŝ

ywnością,  którą  miał  zabrać  ze  sobą  w  podróŜ.  Przerzucił  go  przez  plecy  i  skierował  się  ku 

drzwiom. 

- No, czas wyruszać - rzekł uroczyście. - Oczekiwałem tej chwili przez wiele lat. śegnaj, 

ojcze! śegnaj, Tepro! Nikadurze, opiekuj się moją małą przyjaciółką, a jeśli nie wrócę, nazwijcie 

swego pierworodnego moim imieniem. 

Dramatycznym  gestem,  tak  dla  niego  typowym,  odsunął  zasłonę  u  wejścia  i  ruszył 

korytarzem.  Cała  trójka  wyszła  za  nim,  wołając  i  machając  do  niego,  lecz  on  nie  odwrócił  się 

nawet; kroczył przed siebie, aŜ zniknął w dalekich ciemnościach. 

Stali wtedy jeszcze przez chwilę, a potem ze szlochem Tumlok odwrócił się i wszedł do 

pomieszczenia. 

- Nigdy nie powróci - mruknął do Nikadura. - To pewne, Ŝe nigdy nie wróci. 

Nikadur i Tepra nie odpowiedzieli; stali tylko skrępowani, w milczeniu. Nie byli w stanie 

znaleźć  Ŝadnych  słów  pocieszenia.  Tumlok  miał  słuszność  i  głupotą  byłoby  szukanie  słów 

współczucia, które musiałyby zabrzmieć fałszywie. 

Droga,  wiodąca  z  Loru  do  Nononu,  pięła  się  stopniowo  w  górę.  Nie  była  całkowicie 

Tumitakowi  obca;  dawno  temu  odwiedził  z  ojcem  to  miasteczko,  lecz  wspomnienie  drogi  było 

mgliste.  Teraz,  gdy  światła  zaludnionej  części  miasta  zostały  poza  nim,  znajdował  tu  więcej 

interesujących  go  rzeczy.  Pojawiały  się  wejścia  do  innych  korytarzy,  które  zbudowano  celowo, 

aby  pogmatwać  labirynt  i  utrudnić  stworom  z  Powierzchni  znalezienie  właściwej  drogi  do 

wielkich  lochów.  Droga  niedługo  prowadziła  szerokim  głównym  korytarzem.  Często  Tumitak 

musiał  skręcać  w  niepozorne  odgałęzienia,  które  nagle  rozwidlały  się  przechodząc  w  inne, 

większe. 

background image

 

 

Nie  naleŜy  uwaŜać,  Ŝe  Tumitak  w  swym  dąŜeniu  do  celu  łatwo  zapomniał  o  domu. 

Często,  gdy  mijał  jakiś  znajomy  widok,  coś  go  ściskało  za  gardło  i  był  bliski  poniechania 

wędrówki.  Dwa  razy  mijał  komory  produkcji  Ŝywności,  gdzie  wiecznie  warczały  znane  mu 

niepojęte  maszyny  wytwarzając  i  własne  paliwo  ze  zwykłej  skały,  i  owe  suchary  bez  smaku, 

którymi się Ŝywili. Wtedy to jego tęsknota za domem odzywała się najsilniej - nieraz widział, jak 

jego  ojciec  obsługiwał  takie  maszyny,  i  to  wspomnienie  ostro  mu  uświadamiało,  co  porzucił. 

Lecz podobnie jak wszyscy ludzie natchnieni miał wraŜenie, Ŝe coś bierze go w swoje władanie i 

popycha naprzód. 

Tumitak  skręcił  z  ostatniego  wielkiego  korytarza  w  kręte  przejście  o  szerokości  nie 

większej niŜ sześć stóp. Nie było tu Ŝadnych drzwi, a sam korytarz był znacznie bardziej stromy 

niŜ wszystkie poprzednie, które pokonał. Ciągnął się przez kilka mil, by następnie przez drzwi ni-

czym  nie  róŜniące  się  od  stu  im  podobnych  otworów,  doprowadzić  do  większego  przejścia. 

Wydawało się, Ŝe drzwi te prowadziły do pomieszczeń mieszkalnych, lecz w tym rejonie nie było 

widać  Ŝadnych  ludzi.  Prawdopodobnie z  jakiegoś  powodu  opuszczono ten korytarz przed  wielu 

laty. 

Dla Tumitaka jednak nie było w tym nic tajemniczego. Dobrze wiedział, Ŝe owe otwory 

miały  na  celu  dodatkowe  zmylenie  tego,  kto  zechciałby  przemierzyć  labirynt  korytarzy;  ruszył 

więc  dalej  w  drogę  nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na  wiele  rozgałęziających  się  przejść,  aŜ 

dotarł do pomieszczenia, którego poszukiwał. 

Na pierwszy rzut oka było to zwykłe mieszkanie, lecz gdy Tumitak znalazł się wewnątrz, 

zaczął  dokładnie  obmacywać  ściany.  W  kącie  odnalazł  to,  czego  szukał:  prowadzącą  ku  górze 

drabinę z metalowych prętów. Pewien siebie rozpoczął wspinaczkę kierując się w ciemnościach 

niezmiennie ku górze, a w miarę upływu czasu słaby blask światła w korytarzu pod nim oddalał 

się coraz bardziej. 

Wreszcie dotarł do końca drabiny i znalazł się na krawędzi szybu, w pokoju podobnym do 

tego, który pozostawił poniŜej. Wyszedł z pomieszczenia na podobny korytarz z drzwiami po obu 

stronach  i  zwróciwszy  się  w  kierunku  prowadzącym  ku  górze  podjął  wędrówkę.  Był  juŜ  na 

poziomie Nononu. JeŜeli się pośpieszy, dotrze do miasta przed porą snu. 

Ruszył  pośpiesznie  w  drogę  i  wkrótce  ujrzał  w  dali  wolno  zbliŜającą  się  grupę  ludzi. 

background image

 

 

Wycofał się do jednego z pomieszczeń i stamtąd wyglądał ostroŜnie, zanim się nie upewnił, Ŝe są 

to Nonończycy.  Czerwona  barwa szat, wąskie  pasy i  szczególny sposób  upinania włosów prze-

konały Tumitaka, Ŝe ma do czynienia z przyjaciółmi, wyszedł więc z ukrycia i czekał, aŜ się do 

niego  zbliŜą.  Gdy  go  zobaczyli,  męŜczyzna  idący  na  przedzie,  najwidoczniej  przywódca, 

pozdrowił go. 

-  CzyŜ  to  nie  Tumitak  z  Loru?  -  zapytał,  a  gdy  Tumitak  potwierdził,  podjął:  -  Jestem 

Nenapus, wódz ludu Nononu. Twój ojciec powiadomił nas o celu twej wędrówki i prosił, byśmy 

cię  oczekiwali  właśnie  o  tej  porze.  Mamy  nadzieję,  Ŝe  zechcesz  spędzić  u  nas  porę  snu,  a  jeśli 

moŜemy  coś  dla  ciebie  zrobić,  byś  miał  podróŜ  lŜejszą  lub  bezpieczniejszą,  wystarczy,  Ŝe 

powiesz słowo. 

Tumitaka  rozśmieszyło  nieco  to  dość  pompatyczne  przemówienie  wodza  najwyraźniej 

przygotowane  zawczasu;  odpowiedział  jednak  z  powagą,  Ŝe  istotnie  będzie  wdzięczny  za 

uŜyczenie mu miejsca na nocleg. Nenapus zapewnił go, Ŝe otrzyma najlepsze komnaty w całym 

mieście, i odwróciwszy się powiódł Tumitaka w kierunku, skąd nadszedł ze swoją świtą. 

Przeszli kilka mil opuszczonych korytarzy, nim dotarli do zamieszkałych części Nononu. 

Gościnność  Nenapusa  nie  miała  granic.  Mieszkańcy  Nononu  zgromadzili  się  na  “Wielkim 

Placu",  jak  nazywano  miejsce,  w  którym  zbiegały  się  dwa  główne  korytarze,  zaś  Nenapus  w 

kwiecistej, płynnej  mowie  tak  typowej  dla  siebie, opowiedział  im  o  Tumitaku i  jego  wyprawie. 

Ofiarował takŜe gościowi klucze do miasta. 

Po  odpowiedzi  Tumitaka,  w  której  Lorianin  dał  upust  swej  szlachetnej  pasji, 

przygotowano bankiet. I choć jedyną potrawą były owe suchary bez smaku stanowiące podstawę 

wyŜywienia  mieszkańców  korytarzy,  objadano  się  do  syta.  W  końcu  Tumitak  zapadł  w  sen  z 

uczuciem,  Ŝe  tu  przynajmniej  przyszły  zabójca  szylków  znajdzie  uznanie.  Gdyby  stare 

przysłowie  nie  leŜało  przysypane  prochem  zapomnienia,  Tumitak  mógłby  się  zadumać,  Ŝe 

rzeczywiście nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. 

Po  upływie  dziesięciu  godzin  wstał  i  przygotował  się  do  poŜegnania  Nonończyków. 

Nenapus  zaprosił  go  na  rodzinne  śniadanie,  na  co  Lorianin  przystał  chętnie.  W  czasie  posiłku 

dwaj  synowie  Nenapusa,  kilkunastoletni chłopcy,  entuzjazmowali  się zamiarem  podjętym przez 

Tumitaka. Choć moŜliwość zmierzenia się kaŜdego innego człowieka z szylkiem zdawała się im 

background image

 

 

niewiarygodna, Lorianina uwaŜali zapewne za coś więcej niŜ zwykłego śmiertelnika i zasypywali 

go  dziesiątkami  pytań  na  temat  jego  planów.  Lecz  poza  zapoznaniem  się  z  długą  drogą  na 

Powierzchnię  plany  Tumitaka  były  niejasne  i  nie  mógł  im  powiedzieć,  jak  ma  zamiar  zabić 

szylka. 

Po śniadaniu ponownie zarzucił tobołek na plecy i ruszył korytarzem. Wódz i jego świta 

towarzyszyli mu przez kilka mil. W czasie drogi Tumitak wypytywał Nenapusa dokładnie o stan 

przejść do Jakry i poza nią. 

-  Droga  na  tym  poziomie  jest  zupełnie  bezpieczna  -  rzekł  Nenapus.  -  Moi  ludzie  ją 

patrolują  i  Ŝaden  Jakranin  na  nią  nie  wejdzie,  tak  Ŝebyśmy  o  tym  nie  wiedzieli,  jednak  szyb 

prowadzący na poziom Jakry zawsze jest przez nich u góry strzeŜony i nie mam wątpliwości, Ŝe 

wydostanie się z szybu przyjdzie ci z trudnością. 

Tumitak  przyrzekł,  Ŝe  zachowa  szczególną  ostroŜność,  gdy  dojdzie  do  tego  miejsca; 

niedługo potem Nenapus i jego towarzysze poŜegnali go i młodzieniec ruszył w dalszą drogę. 

Szedł teraz ostroŜniej, bo choć Nonończycy patrolowali te korytarze, dobrze wiedział,  Ŝe 

w przeszłości wrogowie z łatwością obchodzili straŜników i napadali na te przejścia. Trzymał się 

ś

rodka  korytarza,  z  dala  od  licznych  drzwi,  z  których  kaŜde  mogły  kryć  tajemne  przejście  do 

Jakry. Rzadko mijał skrzyŜowania dróg nie popatrzywszy uprzednio dokładnie w lewo i prawo. 

Szczęśliwie jednak Tumitak nie napotkał nikogo w korytarzach i mniej więcej w połowie 

dnia  dotarł  w  końcu  do  kolejnego  pomieszczenia,  gdzie  znajdował  się  szyb,  podobny  do  tego, 

który przywiódł go do Nononu. 

Tym  razem  wspinał  się  po  drabinie  duŜo  czujniej  niŜ  poprzednio,  był  bowiem  zupełnie 

pewien, Ŝe u jej szczytu znajduje się straŜ jakrańska - a nie chciał, by go zepchnięto z powrotem 

do  szybu,  gdy  dotrze  juŜ  na  górę.  ZbliŜając  się  do  końca  drabiny  dobył  miecza,  lecz  znów 

sprzyjało  mu  szczęście:  straŜnika  najwidoczniej  nie  było.  Tumitak  wypełzł  z  otworu  do 

pomieszczenia i przygotował się do wyjścia na korytarz. 

Przeszedł  zaledwie  kilka  stóp,  gdy  go  szczęście  opuściło.  Upadł  gwałtownie  na  stół, 

którego  w  ciemnościach  nie  zauwaŜył;  powstały  w  wyniku  tego  hałas  wywołał  w  korytarzu 

dosłownie ryk. W chwilę później wpadł z mieczem w ręku i rzucił się na Tumitaka istny gigant. 

 

background image

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ III 

 

ś

e  był  to  mieszkaniec  Jakry,  Tumitak  wiedziałby,  nawet  gdyby  spotkał  go  w  głębinach 

Loru.  ChociaŜ  o  Jakranach  słyszał  tylko  z  opowieści  starszych,  którzy  pamiętali  czasy  wojen  z 

Jakranami,  od  razu  poznał,  Ŝe  był  to  właśnie  barbarzyńca  z  tamtych  historii.  O  całe  cztery  cale 

wyŜszy  od  Tumitaka,  a  takŜe  znacznie  szerszy  w  barach,  cięŜszy,  miał  obfity  szczeciniasty 

zarost,  co  w  zupełności  wystarczyło,  by  poznać  w  nim  Jakranina.  Jego  szata  usiana  była 

kawałkami róŜnobarwnej kości i metalu, wszytymi w sukno i tworzącymi prymitywny wzór. Na 

piersi miał naszyjnik z kostek palców nawleczonych na wąski rzemyk. 

Tumitak  w  jednej  chwili  spostrzegł,  Ŝe  przeciw temu  olbrzymowi ma  niewielkie szansę, 

jeśli  stanie  do  uczciwej  walki,  toteŜ  choć  dobył  miecza  i  przygotował  się  do  obrony,  szukał  w 

myślach jakiegoś sposobu pokonania przeciwnika podstępem. Od razu uznał, Ŝe najlepiej byłoby 

wtrącić  wroga  do  lochu,  lecz  było  to  prawie  tak  samo  niemoŜliwe  jak  pokonanie  go  w  walce 

wręcz. 

Nim  jednak  Tumitak  zdołał  wpaść  na  jakąś  przemyślniejszą  metodę  pokonania 

przeciwnika, musiał całą uwagę skupić na sposobach obrony. 

Jakranin  rzucił  się  na  niego,  wciąŜ  powtarzając  swój  grzmiący  okrzyk  wojenny,  i  tylko 

uchylając się w porę Tumitak zdołał uniknąć pierwszego skierowanego weń straszliwego  ciosu. 

Musiał  przyklęknąć,  ale  juŜ  po  chwili  stał  na  nogach  -  w  samą  porę,  by  uniknąć  kolejnego 

błyskawicznego  zamachu  miecza.  Stojąc  mocno  na  obu  nogach  bronił  się  doskonale  i  Jakranin 

musiał cofnąć się o krok czy dwa, by przygotować następny wypad. 

Raz  za  razem  rzucał  się  na  Tumitaka;  Lorianina  ocaliła  tylko  niezwykła  biegłość  w 

fechtunku, jaką zdobywał latami sposobiąc się do walki z szylkiem. Dookoła stołu, to zbliŜając 

się ku otworowi, to się od niego oddalając, potykali się, aŜ w końcu nawet stalowe mięśnie Tumi-

taka poczuły zmęczenie. Tymczasem umysł zaczął pracować sprawniej i w końcu Tumitak wpadł 

na  plan  pokonania  Jakranina.  Pozwolił  się  zepchnąć  stopniowo  na  skraj  otworu  i  następnie, 

parując  jednocześnie  silne  pchnięcie,  wyrzucił  nagle  jedną  rękę  do  góry  i  krzyknął.  Jakranin, 

przekonany, Ŝe trafił przeciwnika, uśmiechnął się złośliwie i cofnął przed ostatecznym natarciem. 

background image

 

 

Mierząc  mieczem  w  pierś  Tumitaka,  rzucił  się  przed  siebie  -  i  wtedy  Lorianin  padł 

przeciwnikowi pod nogi. 

Z  piersi  potykającego  się  o  leŜące  ciało  olbrzyma  wyrwał  się  dziki  ryk,  nim  jednak 

Jakranin  odzyskał  równowagę,  padł  cięŜko  na  sam  skraj  otworu.  Tumitak  kopnął  gwałtownie  i 

olbrzym,  spazmatycznie  chwytając  ustami  powietrze,  wpadł  do  szybu!  Z  ciemności  w  dole 

rozległ się chrapliwy ryk i cięŜkie uderzenie o ziemię; potem nastała cisza. 

Przez  kilka  minut  Tumitak  dysząc  cięŜko  leŜał  na  skraju  otworu.  Była  to  jego  pierwsza 

walka,  jaką  w  ogóle  stoczył  z  człowiekiem,  i  choć  odniósł  zwycięstwo,  wydawało  mu  się,  Ŝe 

tylko cudem nie został pokonany. Co powiedzieliby mieszkańcy Loru i Nononu, zastanawiał się, 

gdyby  usłyszeli,  Ŝe  samozwańczy  zabójca  szylków  mało  co  nie  padł  z  ręki  pierwszego  wroga, 

który  go  zaatakował  -  i  to  nie  szylka,  lecz  człowieka,  a  co  gorsze  pogardzanego  Jakranina? 

Tumitak  leŜał  jeszcze  przez  kilka  minut  robiąc  sobie  wymówki,  pomyślał  jednak,  Ŝe  przecieŜ 

jeśli wszyscy jego wrogowie zostaną pokonani choćby z tak wielkim trudem, to jego zwycięstwo 

jest pewne. Podniósł się więc, zebrał się w sobie i wyszedł z pomieszczenia. 

Był  juŜ  na  terenie  Jakry  i  musiał  znaleźć  jakiś  sposób  bezpiecznego  przejścia  przez 

miasto,  by  dostać  się  do  mrocznych  korytarzy  znajdujących  się  za  nim.  Tylko  bowiem  przez 

mroczne  korytarze  mógł  przedostać  się  na  Powierzchnię.  Szedł  przed  siebie  ostroŜnie, 

rozwaŜając jeden za drugim plany, które umoŜliwiłyby mu zmylenie Jakran, lecz dopiero gdy w 

zasięgu jego wzroku pojawiły się zamieszkałe mury Jakry, przyszedł mu do głowy pomysł, który 

wydał mu się moŜliwy do wykonania. Mieszkańcy lochów bali się tylko jednej rzeczy, a strach 

ich był wówczas ślepy. I właśnie ten ślepy strach Tumitak postanowił wykorzystać. 

Zaczął  biec.  Biegł  zrazu  powoli,  truchtem,  lecz  gdy  zbliŜał  się  do  korytarzy 

zamieszkałych  przez  ludzi,  przyspieszył  tempa  gnając  coraz  szybciej,  aŜ  wreszcie  pędził  przed 

siebie jak ktoś, za kim gonią wszystkie złe duchy z piekła rodem. I takie właśnie wraŜenie chciał 

sprawić. 

W  pewnym  momencie  ujrzał  zbliŜającą  się  grupę  Jakran.  Spostrzegli  go  w  tej  samej 

chwili, i puścili się ku niemu biegiem poznawszy od razu, Ŝe nie jest Jakraninem. Zamiast starać 

się uskoczyć, Tumitak runął prosto między nich wrzeszcząc co siły w płucach. 

- Szylki! - krzyczał, jakby zdjęty najwyŜszym przeraŜeniem. - Szylki! 

background image

 

 

Wojownicze nastawienie Jakran zmieniło się od razu w przeraŜenie. Nie odezwawszy się 

słowem do Tumitaka, nie oglądając się nawet za siebie, odwrócili się i gdy przemknął koło, nich, 

pośpieszyli  w  popłochu  za  nim.  Gdyby  to  byli  mieszkańcy  Loru,  przystanęliby  zapewne  na 

chwilę  i  zbadali  sprawę  albo  przynajmniej  zatrzymali  Tumitaka,  by  uzyskać  informacje.  Ale  to 

byli  Jakranie.  Ich  miasto  było  o wiele  mil bliŜej  Powierzchni  niŜ  Lor  i  wielu spośród starszych 

mieszkańców  pamiętało  jeszcze,  jak  to  w  czasie  jednej  ze  swych  rzadkich  wypraw  łowieckich 

szylki  napadły  na  ich  korytarze  pozostawiając  za  sobą  śmierć  i  zniszczenie.  Trwoga  więc 

stanowiła  Ŝywsze  wspomnienie  dla  Jakry  niŜ  dla  Loru,  gdzie  była  ona  niewiele  więcej  niŜ 

straszną legendą z przeszłości. 

I  tak,  słowem  nawet  nie  zagadnąwszy  Tumitaka,  Jakranie  uciekali  za  nim  długim 

korytarzem  poprzez  rozgałęziające  się  przejścia  i  przez  drzwi,  które  wyglądały  na  wejścia  do 

pomieszczeń mieszkalnych, lecz w istocie prowadziły do głównego korytarza. Kilka razy minęli 

innych ludzi lub całe grupy, lecz ci zawsze na złowrogi okrzyk “szylki!" porzucali swoje zajęcia i 

ruszali za przeraŜonym tłumem. Wielu rzucało się w boczne korytarze gwarantujące, jak im się 

zdawało, większe bezpieczeństwo, lecz większość w dalszym ciągu parła do serca miasta, czyli w 

kierunku, w którym biegł Tumitak. 

Lorianin  nie  znajdował  się  juŜ  jednak  na  czele,  bowiem  minęło  go  kilku  śmiglejszyeh 

Jakran, których uskrzydlał strach. W ten sposób tłum powiększał się coraz bardziej, w miarę jak 

ludzie  zbliŜali  się  do  środka  miasta,  aŜ  w  końcu  cały  korytarz  wypełnił  się  wrzeszczącą,  prze-

raŜoną masą ludzką, w której Tumitak całkowicie się zagubił. 

ZbliŜyli  się  do  szerokiego  korytarza  głównego,  gdzie  znaleźli  olbrzymią  rzeszę,  która 

napłynęła  tam  ze  wszystkich  korytarzy  bocznych.  Tumitak  nie  był  w  stanie  stwierdzić,  czy  to 

wieść  rozeszła  się  tak  szybko,  w  kaŜdym  razie  juŜ  całe  miasto  zdawało  sobie  sprawę  z 

rzekomego  niebezpieczeństwa.  Przypominało  to  owczy  pęd  -  wszyscy  przepełnieni  tym  samym 

dąŜeniem parli do środka miasta, który w ich pojęciu gwarantował największe bezpieczeństwo. 

Lecz  teraz  ten  szaleńczy  zamęt  zwiastował  poraŜkę  planu  Tumitaka,  który  zakładał 

wykorzystanie  zamieszania  do  bezpiecznego  przedarcia  się  przez  miasto.  I  rzeczywiście,  przez 

nikogo nie rozpoznany dostał się prawie do środka miasta. Lecz tłum był tak gęsty, Ŝe dotarcie do 

korytarzy  wydawało  się  coraz  bardziej  wątpliwe.  Ale  mimo  pozornie  beznadziejnej  sytuacji 

background image

 

 

Tumitak walczył z oszalałą tłuszczą, Ŝywiąc wbrew rozsądkowi nadzieję, Ŝe uda mu się znaleźć 

względnie luźny korytarz poza centrum miasta, nim panika opadnie do tego stopnia, Ŝe ludzie za-

czną nieuchronnie poszukiwać tego, kto spowodował popłoch. 

Tłum,  którego  przeraŜenie  zwiększał  jeszcze  osobliwy  zmysł  telepatyczny  występujący 

we  wszystkich  większych  skupiskach  ludzkich,  stawał  się  coraz  groźniejszy.  MęŜczyźni  siłą 

pięści torowali sobie drogę, porzucając słabszych; tu i tam dawały się słyszeć okrzyki oburzenia. 

Tumitak  zobaczył,  jak  ktoś  potknął  się  i  upadł;  po  chwili  doszedł  go  krzyk  tratowanego  przez 

tych,  co  napierali  z  tyłu.  Ledwie  krzyk  ucichł,  gdy  rozległ  się  następny,  podobny,  z 

przeciwległego końca przejścia. 

Lorianin, niesiony jak liść nurtem wrzeszczących i wymachujących rękami Jakran, dotarł 

wreszcie  do  centrum  miasta.  Raz  po  raz  chwiał  się  na  nogach  i  cudem  tylko  odzyskiwał 

równowagę.  Dostał  się  do  wielkiego  placu,  który  znaczył  punkt  przecięcia  dwóch  głównych 

korytarzy;  wtem  potknął  się  o  leŜącego  Jakranina i prawie  upadł.  Miał  juŜ przejść nad leŜącym 

ciałem, gdy się zatrzymał. U jego stóp leŜała kobieta z dzieckiem w ramionach! 

Kobieta tonęła we łzach i krwawiła, odzieŜ miała pddartą w wielu miejscach, lecz wciąŜ 

jeszcze dzielnie usiłowała chronić dziecko przed stratowaniem. Tumitak pochylił się nad nią, by 

pomóc jej wstać, lecz nim zdołał to zrobić, rzeka ludzi poniosła go tak daleko, Ŝe kobieta znalazła 

się prawie poza jego zasięgiem. Ogarnęła go nagła wściekłość - rzucił się gniewnie przed siebie 

wymierzając  cios  za  ciosem  w  twarze  nacierających  ludzi,  którzy  za  cenę  własnego 

bezpieczeństwa  chcieli  zniszczyć  ludzkie  istnienie.  Jakranie  ustąpili  pod  ciosami  Tumitaka  i 

kiedy zrobił się wokół niego luz, Lorianin schylił się i podniósł kobietę z ziemi. 

Nie straciła przytomności, o czym świadczył słaby uśmiech, i choć Tumitak wiedział, Ŝe 

naleŜała  do  wrogiego  plemienia,  odczuł  przelotny  Ŝal,  Ŝe  jego  podstęp  mający  na  celu 

wystraszenie Jakran zakończył się takim powodzeniem. Kobieta próbowała coś powiedzieć, lecz 

okrzyki były tak głośne, Ŝe nie mógł nic zrozumieć, nachylił więc ku niej głowę, Ŝeby usłyszeć 

jej słowa. 

-  Drzwi  po  drugiej  stronie  przejścia!  -  krzyknęła  mu  do  ucha.  -  Spróbuj  przedostać  się 

przez tłum do trzecich drzwi po drugiej stronie przejścia! Tam jest bezpiecznie! 

Tumitak  wziął  ją  przed  siebie  i  natarł  wściekle  na  tłum  waląc  pięściami  dokoła,  gdy 

background image

 

 

posuwali się naprzód. Opierając się dzielnie nie dał się ponieść na centralny plac i w końcu dotarł 

do drzwi. Znaleźli się w środku - Tumitak wydał głębokie  westchnienie ulgi, gdy stwierdził,  Ŝe 

zostawili tłum poza sobą. Stał przez chwilę w drzwiach, by upewnić się, Ŝe nikt za nimi nie idzie, 

po czym zwrócił się do kobiety z dzieckiem. 

Oderwała  kawałek  rękawa  swej  podartej  sukni  i  wycierając  łzy  i  krew  posłała  mu 

nieśmiały uśmiech. Tumitaka zadziwiła łagodność i szlachetność tej kobiety z dzikiego plemienia 

Jakran.  Wpojono  w  niego  jeszcze  w  dzieciństwie,  Ŝe  Jakranie  to  obca  rasa,  przywodząca 

skojarzenia  z  duchami  i  czarownicami;  a  przecieŜ  ta  oto  kobieta  mogła  być  córą  najlepszych 

rodów  Loru.  Tumitak  miał  się  dopiero  nauczyć,  Ŝe  niezaleŜnie  od  epoki  i  kraju  moŜna  znaleźć 

zarówno barbarzyństwo, jak i szlachetność, gdy się jej szuka. 

Przez cały ten czas dziecko, najwidoczniej zbyt przeraŜone, by płakać, odezwało się teraz 

donośnym krzykiem. Przez chwilę matka usiłowała uciszyć je nuceniem i szeptem, lecz w końcu 

uŜyła  odwiecznego  i  niezawodnego  środka  i  gdy  dziecko  uspokoiło  się  i  zaczęło  ssać,  gestem 

wskazała  Tumitakowi,  by  szedł  za  nią.  Skierowała  się  ku  drzwiom  po  drugiej  stronie  pokoju  i 

przeszła  na  tył  mieszkania.  Nie  było  jej  przez  chwilę,  potem  zaś  przywołała  go  do  siebie. 

Tumitak  zaczął  się  domyślać,  o  co  jej  chodzi.  I  rzeczywiście,  w  następnym  pokoju  kobieta 

wskazała sufit, w którym znajdował się okrągły otwór szybu prowadzącego prosto 

w górę. 

-  Oto  wejście  do  starego  korytarza,  który  zna  nie  więcej  niŜ  dwadzieścia  osób  w  całej 

Jakrze - powiedziała. - Prowadzi on na drugą stronę placu i do górnej części miasta. MoŜna się 

tam  kryć  przez  wiele  dni  i  szylki  nawet  nie  będą  wiedziały  o  naszym  istnieniu.  Tu  jest  bez-

piecznie. 

Tumitak skinął głową i zaczął wspinać się po drabinie. Zatrzymał się tylko na chwilę, by 

upewnić  się,  Ŝe  kobieta  za  nim  idzie.  Drabina  sięgała  nie  więcej  niŜ  trzydzieści  stóp  w  górę; 

znaleźli się następnie w ciemnościach korytarza, którego najwyraźniej nie uŜywano od wieków. 

Panował tu taki mrok, Ŝe gdy oddalili się od wylotu szybu, nie było widać nawet najmniejszego 

przebłysku  światła.  Kobieta  niewątpliwie  miała  słuszność  -  nawet  mapy  Tumitaka  nie 

wspominały o tym przejściu. 

A  mimo  to  czuła  się  tu  pewnie.  Rzuciwszy  słowo  do  Tumitaka  zaczęła  rękami 

background image

 

 

wymacywać  drogę  wzdłuŜ  ściany,  zatrzymując  się  tylko  od  czasu  do  czasu,  by  coś  szepnąć 

dziecku. Tumitak ruszył za nią trzymając dłoń na jej ramieniu, i tak doszli w końcu do miejsca, 

gdzie  blado  płonęła  pojedyncza  lampa.  Tu  kobieta  zatrzymała  się,  by  odpocząć.  Sięgnęła  do 

kieszeni, skąd wydobyła grubą igłę i nić i zaczęła reperować podartą odzieŜ. 

- CzyŜ to nie straszne? - szepnęła ściszonym głosem, jak gdyby obawiała się, Ŝe nawet tu 

szylki mogą ją usłyszeć. - I cóŜ mogło je skłonić do podjęcia łowów na nowo? 

Tumitak nie odpowiedział, a ona po chwili mówiła dalej: 

- Mój dziadek zginął podczas napadu szylków. To było chyba ze czterdzieści lat temu. A 

teraz  znowu  na  nas  napadły!  Mój  biedny  mąŜ!  Rozdzielono  nas  prawie  natychmiast,  jak  tylko 

opuściliśmy mieszkanie. Och! Mam nadzieję, Ŝe dotarł do jakiegoś bezpiecznego miejsca. On nie 

zna  tego  korytarza.  -  Popatrzyła  na  Tumitaka, oczekując  pociechy.  - Czy  myślisz, Ŝe  wyjdzie  z 

tego cało? 

Tumitak uśmiechnął się. 

-  Czy  uwierzysz  mi,  jeśli  ci  powiem,  Ŝe  z  pewnością  jest  bezpieczny  od  szylków?  - 

zapytał. - Mogę cię zapewnić, Ŝe nie zginie z ich rąk podczas tego napadu. 

-  Wierzę,  Ŝe  masz  rację  -  zaczęła,  a  następnie,  jakby  go  dopiero  teraz  zauwaŜyła, 

skończyła nagle: - Ty nie jesteś z Jakry! - A potem juŜ zupełnie zdecydowanie i surowo dodała: - 

Ty jesteś z Loru! 

Tumitak zdał sobie sprawę, Ŝe kobieta w końcu zwróciła uwagę na jego loriańską odzieŜ, 

więc nie próbował kłamać. 

- Tak - odrzekł - jestem z Loru. 

Podniosła się zmieszana, przyciskając mocniej dziecko do piersi, jakby chciała je ustrzec 

przed tym potworem z dolnych korytarzy. 

-  Co  robisz  w  tych  przejściach?  -  zapytała  z  trwogą.  -  Czy  to  ty  sprowadziłeś  na  nas  tę 

napaść?  Gdyby  to  było  w  ogóle  moŜliwe,  sądziłabym,  Ŝe  mieszkańcy  Loru  sprzymierzyli  się  z 

szylkami. Z pewnością to pierwsza w dziejach napaść szylków od strony dolnego krańca miasta. 

Tumitak zastanowił się przez chwilę. Nie widział powodu, by nie wyjawić kobiecie całej 

prawdy. Nic by jej to nie zaszkodziło, a przynajmniej uspokoiłby ją co do losów męŜa. 

- I zapewne równieŜ ostatnia - powiedział, a następnie w kilku słowach wyjawił jej swój 

background image

 

 

podstęp i jego przeraŜające powodzenie. 

- Ale  czemu  chcesz  przejść  przez Jakrę?  - zapytała  z niedowierzaniem. - Czy  zmierzasz 

ku mrocznym korytarzom? Kto będący przy zdrowych zmysłach zechce je badać? 

- Nie mam zamiaru badać mrocznych korytarzy - odpowiedział  Lorianin. - Mój cel leŜy 

jeszcze dalej! 

- Za mrocznymi korytarzami? 

- Tak - rzekł Tumitak i uniósł się z ziemi. Jak zawsze, gdy mówił o swej misji, stawał się 

na chwilę marzycielem i fanatykiem. 

-  Jam  jest  Tumitak  -  powiedział.  -  Jam  jest  zabójca  szylka.  Chcesz  wiedzieć,  czemu 

zmierzam poza mroczne korytarze? PoniewaŜ idę na Powierzchnię. Na Powierzchni bowiem jest 

szylk,  którego  -  choć  jeszcze  o  tym  nie  wie  -  czeka  z  mojej  ręki  zagłada.  Mam  zamiar  zabić 

szylka! 

Kobieta patrzyła na niego zmieszana. Była teraz juŜ zupełnie pewna, Ŝe stoi oko w oko z 

szaleńcem.  Nikomu  innemu  nie  przyszedłby  do  głowy  tak  niewiarygodny  pomysł.  Przytuliła 

mocniej dziecko i odsunęła się od Tumitaka. 

Tumitak  natychmiast  zauwaŜył  zmianę  w  jej  nastawieniu.  JuŜ  wiele  razy  w  przeszłości 

ludzie odsuwali się od niego, gdy mówił o swej misji, zupełnie więc nie zraŜony jej zachowaniem 

zaczął  wyjaśniać,  dlaczego  uwaŜa,  Ŝe  człowiek  raz  jeszcze  powinien  zmierzyć  się  w  walce  z 

władcami Powierzchni. 

Kobieta słuchała przez chwilę i Tumitak spostrzegł, Ŝe w miarę jak coraz śmielej rozwija 

temat, stopniowo zyskuje jej wiarę. Powiedział jej o księdze, którą znalazł, i jak zawaŜyła ona na 

jego Ŝyciu. Wspomniał o trzech osobliwych darach ojca i o tym, w jaki sposób mają mu się one 

przydać  w  jego  podróŜy.  I  w  końcu  ujrzał  w  jej  oczach  ten  sam  wyraz,  jaki  często  widywał  w 

oczach Tepry: wiedział, Ŝe mu uwierzyła. 

Jednak  myśli  kobiety  były  zupełnie  inne,  niŜ  sobie  wyobraŜał.  Słuchała  go,  oczywiście, 

ale jednocześnie myślała o tym, z jaką wściekłością zaatakował zdjęty paniką tłum, który o mało 

jej  nie  stratował.  Przyglądała  się  jego  prostej,  pięknej  sylwetce,  gładko  wygolonej  twarzy  i 

bystrym  oczom  -  i  porównywała  go  z  męŜczyznami  z  Jakry.  Gdy  mu  w  końcu  uwierzyła,  to 

wcale nie z powodu jego daru wymowy; po prostu uległa odwiecznemu urokowi płci odmiennej. 

background image

 

 

- To dobrze, Ŝe mnie ocaliłeś - powiedziała wreszcie, gdy Tumitak przerwał opowieść. - 

To  prawie  niemoŜliwe,  byś  przedostał  się  przez  korytarze  na  dole.  Tu  na  górze  moŜesz  przejść 

przez  Jakrę  swobodnie  i  opuścić  ten  korytarz,  kiedy  tylko  zechcesz.  PokaŜę  ci  teraz  drogę  do 

górnego krańca miasta. 

Podniosła się. 

-  Chodź,  poprowadzę  cię.  Jesteś  Lorianinem  i  moim  wrogiem,  lecz  ocaliłeś  mi  Ŝycie,  a 

ktoś,  kto  zamierza  zabić  szylka,  jest  z  pewnością  prawdziwym  przyjacielem  całego  rodzaju 

ludzkiego. 

Wzięła  go  za  rękę,  choć  to  nie  było  konieczne,  i  poprowadziła  w  ciemności.  Minuty 

mijały im w milczeniu. 

- Tu się korytarz kończy - szepnęła i zatrzymała się. Weszła przez drzwi, a Tumitak idąc 

za nią dojrzał słabe światło sączące się szybem z korytarza w dole. 

Zsunął  się  po  drabince,  którą  dojrzał  w  ciemności,  i  po  chwili  był  juŜ  w  dolnym 

korytarzu. Kobieta podąŜyła za nim, a gdy się zrównali, pokazała w głąb korytarza. 

-  Jeśli  naprawdę  idziesz  na  Powierzchnię,  twoja  droga  prowadzi  w  tamtym  kierunku  - 

powiedziała. - Musimy się tu rozstać. Moja droga wiedzie z powrotem do miasta. Szkoda, Ŝe nie 

poznaliśmy  się  bliŜej,  Lorianinie.  -  Przerwała,  lecz  juŜ  na  odchodnym  wykrzyknęła:  -  Idź  na 

Powierzchnię, dziwny wędrowcze, a jeśli twe zamiary się powiodą, nie obawiaj się wracać przez 

Jakrę! Całe miasto będzie ci wtedy oddawać cześć. 

Jak gdyby bojąc się powiedzieć więcej, pośpieszyła w głąb przejścia. Tumitak patrzył na 

nią  przez  chwilę,  a  następnie  wzruszywszy  ramionami  odwrócił  się  i  poszedł  w  przeciwnym 

kierunku. 

Oczekiwał,  Ŝe  dotrze  do  mrocznych  korytarzy  wkrótce  po  opuszczeniu  Jakry,  lecz  choć 

mapy  powiedziały  mu  wiele  o  drodze,  którą  naleŜało  obrać,  nie  wspominały  o  stanie,  w  jakim 

znajdowały  się  poszczególne  korytarze.  Szybko  stało  się  oczywiste,  Ŝe  tego  dnia  nie  dotrze  do 

mrocznych  korytarzy.  Zmęczenie  przemogło  i  wszedłszy  do  jednego  z  pustych  pomieszczeń 

mieszkalnych  leŜących  po  obu  stronach  przejścia  rzucił  się  na  podłogę  i  po  chwili  spał  juŜ 

twardo. 

 

background image

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ IV 

 

Po  kilku  godzinach  nagle  się  przebudził.  Rozglądał  się  czas  jakiś  nieprzytomnie,  lecz 

zaraz odzyskał zwykłą czujność. Z korytarza przylegającego do pomieszczenia doszedł go cichy 

szelest. Wstrzymując oddech podniósł się i podszedłszy na palcach do drzwi wyjrzał ostroŜnie na 

zewnątrz. Korytarz był pusty, ale Tumitak bez wątpienia usłyszał odgłos cichych kroków. 

Wrócił  do  pokoju,  wziął  tobołek  i  zarzucił  na  plecy.  Następnie  raz  jeszcze  dokładnie 

obejrzawszy pusty korytarz wyszedł na zewnątrz i przygotował się do podjęcia wędrówki. 

Wcześniej jednak dobył miecza i dokładnie przejrzał wnętrza sąsiednich pomieszczeń. Ze 

zdziwieniem stwierdził, Ŝe wszystkie są puste. Był zupełnie pewien, Ŝe słyszał jakiś hałas, Ŝe ktoś 

go  z  bliŜej  nie  określonego  miejsca  obserwował.  W  końcu  jednak  musiał  przyznać,  Ŝe  jeśli  nie 

mylił  się  co  do  istnienia  obserwatorów,  to  byli  oni  sprytniejsi  od  niego.  Trzymając  się  więc 

ś

rodka korytarza, podjął wędrówkę na nowo. 

Przez  wiele  godzin  utrzymywał  stały,  monotonny  rytm  marszu.  Droga  prowadziła  pod 

górę, korytarz był szeroki, a ku zdziwieniu Tumitaka  światła nie  gasły. Prawie nie pamiętał juŜ 

przyczyny  nagłego  przebudzenia  się,  gdy  po  przejściu  ośmiu  czy  dziewięciu  mil  usłyszał  nagle 

kolejny szelest, zupełnie podobny do pierwszego. Szelest dochodził z jednego z pomieszczeń po 

lewej  stronie  i  ledwie  Tumitak  go  usłyszał,  rzucił  się  jak  błyskawica  do  właściwych  drzwi 

dobywając  miecza.  Wpadł  do  pomieszczenia,  przemknął  przez  frontowe  do  tylnego  i  stanął  w 

osłupieniu  patrząc  dokoła  na  gołe  brunatne  ściany.  I  tu,  jak  w  pomieszczeniach,  które  oglądał 

rankiem,  było  zupełnie  pusto.  Nie  dostrzegł  Ŝadnej  drabiny  prowadzącej  w  górę,  po  której 

tajemnicza istota mogła umknąć; nie było właściwie Ŝadnej moŜliwości ujścia wrogowi, w końcu 

jednak Tumitak musiał ruszyć w dalszą drogę. 

Lecz  poruszał  się  juŜ  uwaŜniej.  Był  tak  ostroŜny  jak  przed  wejściem  do  Jakry,  a 

właściwie nawet bardziej, wtedy bowiem wiedział, czego oczekiwać; tym razem stanął w obliczu 

nieznanego. 

W  miarę  jak  mijały  godziny,  Tumitak  coraz  bardziej  upewniał  się,  Ŝe  jest  śledzony.  Co 

chwila  słyszał  słaby  szelest  dochodzący  to  z  ciemnego  wnętrza  mieszkania,  to  z  głąbi  źle 

background image

 

 

oświetlonego bocznego  korytarza. Raz był pewien,  Ŝe usłyszał ten odgłos daleko przed sobą, w 

przejściu,  którym  szedł.  Nigdy  jednak,  nawet  przez  mgnienie  oka,  nie  widział  istot,  które 

wydawały ten dźwięk. 

W  końcu  doszedł  do  tej  części  korytarzy,  gdzie  światła  zaczęły  przygasać.  Zrazu  tylko 

niektóre były ciemniejsze, dziwnie niebieskawe, jednakŜe wkrótce niebieskie zaczęły przewaŜać, 

a wiele lamp nie świeciło w ogóle. Tumitak szedł przed siebie w gęstniejących ciemnościach i po 

chwili zdał sobie sprawę, Ŝe w końcu zbliŜa się do legendarnych mrocznych korytarzy. 

Tumitak  był  produktem  wielu  pokoleń  ludzi,  którzy  umykali  przed  najlŜejszym 

podejrzanym  dźwiękiem.  Od  setek  lat,  od  dnia  Inwazji,  kaŜdy  dziwny  odgłos  oznaczał  szylka 

polującego na ludzi, a tym samym śmierć, pewną, nagłą i niewątpliwą. Ludzie stali się więc rasą 

istot  skradających  się  i  bojaźliwych,  umykających  przed  najmniejszymi  oznakami 

niebezpieczeństwa. 

W  głęboko  połoŜonym  Lorze  człowiek  stworzył  jednak  lochy  tak  długie  i  zawiłe,  Ŝe  od 

wielu  juŜ  lat  nie  widziano  tam  szylka.  Mieszkańcy  Loru  powoli  nabierali  odwagi,  aŜ  wreszcie 

znalazł się wśród nich wizjoner, który odwaŜył się marzyć o zabiciu szylka. 

Choć  jednak  Tumitak  był  o  wiele  śmielszy  niŜ  ktokolwiek  inny  z  jego  pokolenia,  to 

jednak  nie  naleŜy  przypuszczać,  Ŝe  całkowicie  przezwycięŜył  ludzką  spuściznę  wieków.  Nawet 

teraz,  gdy  tak  stanowczo  maszerował  nie  kończącym  się  korytarzem,  serce  biło  mu  mocno  i 

niewiele brakowało, by z trwogą wrócił tam, skąd przyszedł. 

Jednak  najwidoczniej  ci, co  szli za nim, woleli  nie rozbudzać nadmiernie jego obaw.  W 

miarę jak korytarze ciemniały, odgłosy cichły i w końcu Tumitak uznał, Ŝe został zupełnie sam. 

To coś, co za nim szło, jego zdaniem zawróciło lub weszło w jakieś boczne przejście. Przez po-

nad godzinę wytęŜał słuch usiłując ponownie złowić słabe szmery, lecz odpowiadała mu jedynie 

cisza; stopniowo więc tracił czujność i coraz śmielej zmierzał w głąb korytarza. 

Z korytarza wiecznego półmroku przeszedł do innego, gdzie panowała wieczna ciemność. 

Tutaj  światła,  jeśli  w  ogóle  kiedykolwiek  były,  dawno  juŜ  pogasły  i  przez  jakiś  czas  Tumitak 

wyczuwał drogę polegając jedynie na zmyśle dotyku. 

A w korytarzu za nim kilka ciemnych, smukłych postaci równieŜ przeszło z półmroku do 

ciemności, w ciszy podąŜając za nim. 

background image

 

 

Gdyby  ktoś  ujrzał  wtedy  te  istoty,  zdziwiłby  się  ich  wyglądem:  były  szczupłe,  nieomal 

wychudzone, o dziwnej  ziemistej cerze, w ich wyglądzie najbardziej jednak zdumiewająca była 

głowa  owinięta  wieloma  warstwami  materiału  całkowicie  zakrywającego  oczy,  tak  Ŝe  nie  do-

chodził do nich najmniejszy promyk światła. 

Byli to bowiem dzicy z mrocznych korytarzy, ludzie urodzeni i wychowani w przejściach 

spowitych  wieczną  nocą,  i  oczy  mieli  tak  wraŜliwe,  Ŝe  najbledszy  blask  światła  sprawiał  im 

nieznośny ból. Cały dzień śledzili Tumitaka i cały ten dzień oczy ich osłonięte były bandaŜami, 

sami zaś poruszali się tylko przy pomocy zdumiewająco wyostrzonych zmysłów słuchu i dotyku. 

Kiedy jednak znaleźli się z powrotem w korytarzach, które stanowiły ich  Ŝywioł, uwolnili się z 

krępujących zawojów i zaczęli stopniowo przybliŜać się do tego, który miał paść ich ofiarą. 

Pierwszą oznaką ich obecności, jakiej doświadczył Tumitak po wejściu do świata mroku, 

był  nagły  ruch  za  jego  plecami.  Obrócił  się  gwałtownie,  dobył  miecza  i  zadał  natychmiastowy 

cios.  Miecz  przeciął  powietrze,  a  z  ciemności  dobiegł  go  ironiczny  śmiech,  po  którym  nastała 

cisza. Tumitak zadał kolejne wściekłe pchnięcie i znów miecz napotkał tylko opór powietrza, zaś 

z tyłu dobiegł go inny szelest. 

Odwrócił  się,  bo  pojął,  Ŝe  został  okrąŜony.  Wywijając  zawzięcie  mieczem  wycofał  się 

pod ścianę, by nie oddać tanio Ŝycia. Poczuł, jak ostrze miecza uderzyło w coś, co ustąpiło pod 

ciosem,  i  usłyszał  okrzyk  bólu,  następnie  w korytarzu zapanowała nagła  cisza.  Lorianin  nie dał 

się jednak podejść i nie zaprzestał wściekłego wywijania mieczem. Po chwili znowu usłyszał jęk 

bólu, gdy jego cios dosięgnął kolejnego dzikusa. 

Choć  jednak  Tumitak  bronił  się  najlepiej,  jak  umiał,  walcząc  z  odwagą  zrodzoną  z 

desperacji, nie  miał  wielkich  złudzeń co do  wyniku  walki. Stał  sam,  oparty plecami  o mur, zaś 

siły jego wrogów wzrastały systematycznie. Tumitak przygotował się na to, Ŝe padnie w walce - 

Ŝ

ałował  tylko,  Ŝe  musi  zginąć  tu,  w  grobowych  ciemnościach,  nie  widząc  nawet  przeciwnika  - 

gdy nagle przypomniał sobie o latarce, pierwszym z cudownych podarków ojca. 

Lewą  ręką  poszperał  w  zakamarkach  pasa  i  wydobył  przedmiot  walcowatego  kształtu. 

Teraz  przynajmniej  będzie  miał  satysfakcję  ujrzenia,  jakie  to  istoty  go  zaatakowały.  W  jednej 

chwili odnalazł wyłącznik i jasne światło zalało korytarz. 

Tumitak  był  zupełnie  nie  przygotowany  na  wraŜenie,  jakie  ten  jasny  promień  światła 

background image

 

 

wywrze na wrogach. Odezwały się okrzyki bólu i przeraŜenia: w pierwszej chwili Tumitak ujrzał 

kilkanaście  wychudłych  ciemnoskórych  postaci,  które  kryjąc  głowy  w  ramionach  umykały  w 

przeraŜeniu  w  głąb  korytarza.  Zdjęci  strachem,  wykrzykując  do  towarzyszy  dziwne  chrapliwe 

słowa,  mieszkańcy  mrocznych  korytarzy  uciekali  od  światła,  jak  gdyby  Tumitakowi  przyszło  z 

pomocą całe plemię Loru. 

Przez  chwilę  młodzieniec  stał  oszołomiony.  Oczywiście  nie  zdawał  sobie  sprawy  z 

przyczyn  nagłej  ucieczki  napastników.  Pomyślał,  Ŝe  moŜe  uciekają  od  jakiegoś 

niebezpieczeństwa,  którego  nie  dostrzegł,  i  zrazu  bojaźliwie  oświetlił  cały  korytarz.  W  końcu 

jednak, gdy okrzyki uciekających stopniowo cichły w oddali, pojął całą prawdę. Owe istoty czuły 

się  tak  dobrze  w  ciemności,  pomyślał  Tumitak,  Ŝe  najpewniej  obawiały  się  światła,  i  choć  nie 

pojmował, dlaczego tak było, postanowił palić latarkę tak długo, jak długo jego droga prowadziła 

przez ciemności. 

Błyskając więc latarką w róŜne strony, w głąb bocznych korytarzy i do wnętrza otwartych 

pomieszczeń,  Lorianin  kontynuował  wędrówkę.  Wiedział,  Ŝe  nie  ma  mowy  o  spaniu  w  tych 

ciemnych przejściach, lecz nie martwiło go to zbytnio. Zamknięty od wieków w lochach i koryta-

rzach  człowiek  odzwyczaił  się  od  regularnego  ongiś  cyklu  dnia  i  nocy  i  chociaŜ  zwykle  z 

kaŜdych trzydziestu godzin osiem do dziesięciu przesypiał, to jednak potrafił równieŜ obejść się 

bez snu czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt godzin. Tumitak często pod okiem ojca pracował bez 

przerwy  tak  długo  i  miał  teraz  pewność,  Ŝe  wydostanie  się  z  mrocznych  korytarzy,  nim 

zmęczenie go zmoŜe. 

Co  jakiś  czas  Ŝuł  syntetyczne  suchary,  ale  głównie  zajmował  się  obserwowaniem 

korytarzy.  I  tak  mijały  godziny.  Pozbył  się  obaw  na  tyle,  Ŝe  chciał  wejść  do  jednego  z 

pomieszczeń,  by  tam  poszukać  noclegu,  gdy  z  tyłu  doszło  go  dziwne,  nieludzkie  warknięcie. 

Opanował go nagły strach, poczuł mrowienie w karku. Rzucił się ku najbliŜszym drzwiom, zgasił 

latarkę i leŜąc drŜał z wielkiej trwogi. 

Nie  znaczy  to,  Ŝe  Tumitaka  nagle  obleciał  tchórz.  Pamiętajmy  o  tym,  z  jaką  odwagą 

stawił  czoło  Jakraninowi  i  dzikusom  z  mrocznych  korytarzy.  Przeraził  go  jednak  nieludzki 

charakter  dźwięku.  W  dolnych  korytarzach,  poza  szczurami,  nietoperzami  i  innymi  drobnymi 

stworzeniami,  nie  znano  Ŝadnych  zwierząt  - z wyjątkiem szylków.  I tylko one  wdzierały  się do 

background image

 

 

lochów za ludźmi, toteŜ było naturalne, Ŝe tylko im Tumitak mógł przypisać ów dźwięk, który z 

pewnością pochodził od jakiegoś duŜego stworzenia, ale nie człowieka. Nie wiedział, Ŝe jeszcze 

inne zwierzęta z Powierzchni dostały się do górnych korytarzy. 

I oto kulił się teraz w schronieniu, na próŜno usiłując zebrać odwagę na tyle, by wyjść i 

stawić czoło wrogowi. Przypuśćmy, Ŝe to szylki  - rozwaŜał w myślach.  CzyŜ nie przebyłem tej 

całej niebezpiecznej drogi po to tylko, by zmierzyć się z szylkiem? CzyŜ nie jestem Tumitakiem, 

bohaterem, którego NajwyŜszy powołał, by uwolnił człowieka od ponurego dziedzictwa Strachu? 

I  tak  przywołując  te  i  tym  podobne  argumenty  nieugięty  duch  Tumitaka  odniósł  tryumf  nad 

ciałem, aŜ w końcu młodzieniec dźwignął się i ponownie wyszedł na korytarz. 

Jak  moŜna  się  było  spodziewać,  korytarz  ział  pustką.  Latarka  oświetlała  co  najmniej 

pięćset jardów przejścia, które najwyraźniej było zupełnie opuszczone. Tumitak ruszył w dalszą 

drogę, zwracając uwagę bardziej na korytarz za sobą niŜ przed sobą. Po chwili dojrzał na granicy 

ś

wiatła  kilka  dziwnych  skradających  się  sylwetek,  które  posuwały  się  za  nim  w  bezpiecznej 

odległości. Jego bystre oczy upewniły go, Ŝe nie ma do czynienia ani z ludźmi, ani z szylkami - 

lecz  co  by  to  być  mogło,  nie  potrafił  powiedzieć.  Od  wielu  juŜ  pokoleń  mieszkańcy  dolnych 

korytarzy nie słyszeli nawet o dawnym przyjacielu człowieka, o psie. 

Tumitak  zatrzymał  się  niepewnie  i  przyjrzał  się  owym  dziwnym  stworzeniom. 

Natychmiast  jednak  umknęły  z  zasięgu  latarki,  więc  po  chwili  Tumitak  podjął  marsz,  prawie 

pewien,  Ŝe  mimo  swych  rozmiarów  są  to  tylko  jakieś  większe  gatunki  szczurów,  równie 

bojaźliwe, co ich mniejsi krewniacy. 

Wkrótce  okazało  się,  Ŝe  się  mylił.  Zdołał  przejść  jeszcze  tylko  niewielki  odcinek  drogi, 

gdy  warknięcie  dobiegło  go  z  przodu.  Jak  na  dany  sygnał  stworzenia  idące  z  tyłu  zaczęły  się 

zbliŜać.  Tumitak  przyśpieszył  kroku,  przeszedł  w  trucht,  a  następnie  ruszył  biegiem,  lecz  choć 

biegł szybko, jego prześladowcy byli szybsi i powoli zbliŜali się do niego. 

Dopiero gdy dzieliła ich odległość zaledwie stu stóp, dojrzał przywódców. Dzicy, których 

pokonał  kilka  godzin  wcześniej,  powrócili  skrywszy  twarze  w  bandaŜach,  podobnie  jak  wtedy, 

gdy  skradali  się  za  nim  w  korytarzach  za  Jakrą.  Wydając  szeptem  polecenia  psom  kierowali  je 

przed sobą, aŜ Tumitak znowu musiał dobyć miecza i przygotować się do obrony. 

W tym samym czasie ukazały się równieŜ zwierzęta w górze korytarza i Lorianin wkrótce 

background image

 

 

został  otoczony  przez  warczącą  i  kłapiącą  zębami  sforę,  której  liczebność  wykluczała  wszelkie 

próby obrony. Tumitak zabił jednego, inny padł z wielką raną w kudłatym grzbiecie; nim jednak 

Lorianin zdołał zrobić cokolwiek więcej, wytrącono mu z dłoni latarkę i poczuł, jak rzuca się na 

niego  kilka  kudłatych  ciał.  Padł  na  ziemią  pod  cięŜarem  psów;  miecz  wysunął  mu  się  z  ręki  i 

znikł w ciemnościach. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ V 

 

Tumitak  uznał,  Ŝe  nadszedł  jego  koniec.  Czuł  gorący  oddech  potworów  na  całym  ciele, 

przepełniło go dziwne uczucie rezygnacji, tak typowe w obliczu pewnej  śmierci. I wtedy... ktoś 

odciągnął  psy  i  Tumitak  poczuł  na  sobie  ręce  i  usłyszał  ciche  słowa  i  pomruki  mieszkańców 

ciemności,  którzy  dotykiem  badali  jego  ciało.  Kilka  Ŝylastych  rąk  przyparło  go  do  ziemi,  a  po 

chwili opasano go taśmą mocując mu ręce do tułowia. Dźwignęli go z ziemi i wzięli na ramiona. 

Przez jakiś czas nieśli go w górę korytarza, potem skręcili w jedno z bocznych przejść i 

szli  nim  przez  dłuŜszy  czas,  aŜ  w  końcu  zatrzymali  się  i  cisnęli  go  na  ziemię.  Wokół  siebie 

Tumitak słyszał ciche odgłosy rozmowy prowadzonej szeptem i szelest poruszających się ciał; w 

końcu uznał, Ŝe zaniesiono go do głównych korytarzy zamieszkanych przez te istoty. LeŜał tam 

przez jakiś czas opuszczony, a następnie obrócono go na bok i jakieś chude ręce znów go badały 

dotykiem,  po  czym  rozległ  się  władczy  głos.  Znów  go  uniesiono,  przetransportowano  na 

niewielką  odległość  i  bezceremonialnie  ciśnięto  na  ziemię,  jak  przypuszczał,  w  jakimś 

pomieszczeniu.  Nie  opodal  na  podłodze  coś  zadźwięczało  metalicznie,  a  potem  w  korytarzu  za 

drzwiami Tumitak usłyszał oddalające się kroki tych, którzy go pojmali. 

Przez chwilę leŜał spokojnie, starając się zebrać myśli. Zastanawiał się, czemu nie zabito 

go  od  razu;  nie  wiedział,  Ŝe  dzicy  nie  zabijali  istot  przeznaczonych  na  poŜarcie,  nim  nie  byli 

gotowi  do  uczty.  Nie  znając  tajemnicy  przygotowywania  Ŝywności  syntetycznej  Ŝerowali  na 

Jakranach  i  mieszkańcach  innych  małych  miast,  połoŜonych  w  sąsiedztwie.  Doprowadzeni  do 

ostateczności nie pogardzali niczym, co się nadawało do zjedzenia, i w ciągu wielu pokoleń stali 

się ludoŜercami. 

Po  chwili  Tumitak  podniósł  się  z  ziemi.  Nie  miał  kłopotu  z  rozluźnieniem  szmacianych 

więzów; dzicy znali tylko węzły najprostsze i uwolnienie się zajęło Lorianinowi niecałą godzinę. 

Zaczął dokładnie obmacywać ściany próbując poznać swoje więzienie. Pomieszczenie miało po-

wierzchnię  nie  przekraczającą  stu  stóp  kwadratowych,  a  jedyny  otwór  w  ścianach  stanowiły 

drzwi.  Tumitak  próbował  przez  nie  wyjść,  lecz  natychmiast  powstrzymało  go  warknięcie  i 

szorstkie, owłosione ciało naparło na jego nogi zmuszając go do cofnięcia się. Dzicy pozostawili 

background image

 

 

psy, by strzegły wejścia do więzienia. 

Tumitak  wycofał  się  więc  trącając  jednocześnie  nogą  przedmiot,  który  potoczył  się  po 

ziemi.  Przypomniał  sobie  metaliczny  dźwięk,  kiedy  wrzucono  za  nim  coś  do  pomieszczenia,  i 

zainteresował się, co to takiego. Macając wokół siebie rękami odnalazł go w końcu i ku swej ra-

dości stwierdził, Ŝe to jego latarka. Zupełnie nie mógł pojąć, czemu dzicy ją tu przynieśli, lecz w 

końcu  uznał,  Ŝe  istotom  zabobonnym  mogła  się  wydać  czymś  groźnym;  uznali,  Ŝe  najlepiej 

będzie uwięzić dwoje niebezpiecznych wrogów razem. Tak czy inaczej, odzyskał latarkę, za co 

był wdzięczny losowi. 

Zapalił  ją  i  rozejrzał  się  po  pomieszczeniu.  Tak,  nie  mylił  się  co  do  wielkości  i 

prymitywności  izby.  Nie  miał  wielkich,  a  właściwie  Ŝadnych  moŜliwości  ucieczki,  póki  nie 

sforsuje korytarza  strzeŜonego  przez  zwierzęta.  W świetle  zaś pojął, Ŝe  dzicy nie dali mu na to 

wielkich szans. Zaraz za wejściem do pomieszczenia kłębiła się cała sfora psów mrugając oczami 

oślepionymi nagłym blaskiem. 

Ze środka pomieszczenia Tumitak mógł wyjrzeć daleko w głąb korytarza, lecz jak okiem 

sięgnąć nie było widać nikogo. Skierował światło w dół korytarza - tam równieŜ Ŝywego ducha. 

Uznał, Ŝe to zapewne czas snu dzikusów i Ŝe jeśli ma uciekać, to jest to najlepsza okazja. Usiadł 

na ziemi i oddał się rozmyślaniom. Gdzieś w podświadomości tkwiło nikłe przeświadczenie, Ŝe 

ma do dyspozycji środek, który pomoŜe mu uciec przed tymi zwierzętami. Wstał i popatrzył na 

stłoczone  stado,  jakby  chroniące  się  przed  niemiłym  światłem  latarki.  Odwrócił  się,  by  raz 

jeszcze  rozejrzeć  się  po  izbie,  lecz  najwyraźniej  nic  tu  nie  znalazł,  co  by  sprzyjało  jego  prawie 

gotowemu planowi. Nagle podjął decyzję: sięgnął do kieszeni pasa, namacał tam obły przedmiot 

i wyszarpnąwszy z niego zawleczkę, cisnął w kierunku stada, padając na ziemię. 

Była  to  bomba,  drugi  spośród  cudownych  podarków  ojca.  Upadła  na  zewnątrz 

pomieszczenia  i  eksplodowała  z  ogłuszającym  hukiem.  W  zamkniętej  przestrzeni  korytarza 

rozpręŜające  się  gazy  zadziałały  ze  straszną  siłą.  Choć  Tumitak  przywarł  płasko  do  ziemi,  siła 

wybuchu  uniosła  go  i  cisnęła  o  przeciwległą  ścianę.  Co  do  zwierząt na  korytarzu,  to  dosłownie 

przestały istnieć. Szczątki poszarpanych w strzępy ciał rozleciały się we wszystkie strony, a gdy 

Tumitak,  potłuczony  i  w  szoku,  wyszedł  w  chwilę  później  na  korytarz,  nie  było  tam  ani  jednej 

Ŝ

ywej istoty. Otoczenie jednak przypominało krwawą jatkę. 

background image

 

 

Nienawykły do widoku krwi i śmierci Tumitak pośpieszył przed siebie, by znaleźć się jak 

najdalej od tej ponurej sceny. Szedł korytarzem w górę przedzierając się przez kłęby dymu, aŜ w 

końcu przejaśniało na tyle, Ŝe mógł zapomnieć o przykrych wydarzeniach. Nie widział ani śladu 

dzikich,  choć  dwukrotnie  słyszał  skomlenie  dochodzące  zza  drzwi  pomieszczeń  mieszkalnych  i 

domyślał  się,  Ŝe  w  ciemnościach  kuli  się  zapewne  zdjęta  przeraŜeniem  ciemnoskóra  postać. 

Wiele  jeszcze  minie  okresów  snu,  nim  dzicy  z  mrocznych  korytarzy  zapomną  o  wrogu,  który 

posiał między nimi takie zniszczenie. 

Tumitak  dotarł  ponownie  do  korytarza  prowadzącego  na  Powierzchnię.  Od  czasu,  gdy 

wyruszał  w  drogę  po  raz  pierwszy,  cofnął  się  po  swoich  śladach,  lecz  zrobił  to  w  określonym 

celu:  dotarł  do  miejsca,  gdzie  walczył  z  psami.  Odzyskał  tu  miecz,  który  znalazł  bez  trudu, 

stwierdziwszy z zadowoleniem, Ŝe jest nie uszkodzony. Następnie podjął na nowo wędrówkę ku 

Powierzchni.  Przemierzył  znaczną  odległość  i  nie napotkał  nic, co mogłoby  go zaniepokoić. W 

końcu uznał, Ŝe minął juŜ niebezpieczne odcinki, i w jednym z pomieszczeń przygotował się na 

zasłuŜony odpoczynek. 

Spał  długo,  o  niczym  nie  śniąc,  i  zbudził  się  w  końcu  po  upływie  ponad  czternastu 

godzin.  Natychmiast  podjął  marsz,  poŜywiając  się  w  drodze  i  zastanawiając,  co  go  czeka  w  tej 

nowej wędrówce. 

Jego  wątpliwości  nie  miały  jednak  trwać  długo.  Wiedział  z  map,  Ŝe  dawno  juŜ  minął 

połowę drogi, i dlatego teŜ nie zdziwił się, gdy ściany korytarzy, do tej pory niezmiennie gładkie 

i  błyszczące  jak  w  rodzinnym  Lorze,  zaczynały  teraz  nabierać  chropowatego,  nieregularnego 

kształtu,  prawie  jak  w  naturalnych  jaskiniach.  Wiedział,  Ŝe  zbliŜa  się  do  tych  korytarzy,  które 

człowiek wydrąŜył w popłochu w pierwszych dniach ucieczki do wnętrza Ziemi. Nie było wtedy 

czasu wygładzać ścian ani dbać o regularny prostokątny przekrój korytarzy, jak na dole. 

Choć  wygląd  przejść  go  nie  zdziwił,  to  jednak  był  całkowicie  zaskoczony  następną 

zmianą.  Przeszedł  ze  trzy  czy  cztery  mile  krętymi,  wąskimi  jaskiniami,  aŜ  doszedł  do  dobrze 

ukrytego wylotu szybu, który prowadził gdzieś w górę, w ciemność. Na końcu dostrzegł światło i 

westchnął z ulgą, poniewaŜ latarka najwyraźniej juŜ się kończyła. Wspiął się po drabinie powoli, 

ze  zwykłą  przezornością,  aŜ  w  końcu  przeszedł  ostroŜnie  z  wylotu  szybu  do  najdziwniejszego 

korytarza, jaki kiedykolwiek widział. 

background image

 

 

Był  on  jaśniej  oświetlony  niŜ  wszystkie  dotychczasowe.  Światła  białe  ukazywały  się  na 

przemian  z  niebieskimi,  zielonymi,  czerwonymi  i  złotymi,  dodając  jeszcze  uroku  widokowi, 

który  i  tak  przeszedł  wszelkie  wyobraŜenia  Tumitaka.  Przez  chwilę  młody  człowiek  stał 

stropiony  nie  pojmując,  skąd  płynie  to  całe  światło,  bowiem  w  suficie  nie  było  znanych  mu 

ś

wiecących płyt. 

Po chwili jednak zrozumiał, o co chodzi: wszystkie płyty sprytnie ukryto w ścianach, tak 

Ŝ

e odbite światło wywoływało efekt delikatnej pastelowej miękkości. 

Ś

ciany  -  same  ściany  teŜ  nie  były  zbudowane  ze  znanego  szklistego  kamienia  barwy 

brunatnej; zbudowano je z kamienia najczystszej bieli mleka! I choć juŜ samo to stanowiło dziw, 

który musiał wzbudzić podniecenie Lorianina, to jednak nie kolor  ścian przyciągnął jego szcze-

gólną  uwagę.  Rzecz  w  tym,  Ŝe  ściany  pokryte  były  deseniami  i  obrazami,  wklęsłorytami  i 

płaskorzeźbami  do  tego  stopnia,  Ŝe  nie  było  widać  ani  kawałka  wolnego  miejsca.  Nawet  na 

podłodze ułoŜono wymyślny deseń z róŜnokolorowych kamieni. 

Tumitak nigdy nawet nie śnił o podobnych rzeczach. W dolnych korytarzach nie istniała 

Ŝ

adna  sztuka  -  nigdy.  Człowiek  zatracił  tę  umiejętność,  nim  jeszcze  wykonano  pierwsze 

korytarze Loru. Stał więc Tumitak podziwiając te cuda. 

Choć  większą  część  powierzchni  ścian  pokryto  deseniami,  to  były  równieŜ  i  obrazy. 

Pokazywały one bardzo dokładnie wspaniałe rzeczy, w które Tumitak ledwie mógł uwierzyć. A 

jednak patrzył na nie, co dla jego naiwnego umysłu stanowiło dowód, Ŝe gdzieś muszą istnieć w 

rzeczywistości. 

Oto na przykład zobaczył grupę kobiet i męŜczyzn w tańcu. Stali w kole okrąŜając coś, co 

znajdowało  się  w  środku,  a  co  było  ledwie  widoczne.  Przy  bliŜszym  przyjrzeniu  się  jednak 

Tumitak poczuł,  jak  znowu  włosy jeŜą  mu  się  na  głowie:  w środku  tanecznego kręgu  dostrzegł 

istotę o długich pająkowatych nogach. Gdzieś z podświadomości dobył się szept: “szylk"! 

Odwróciwszy się od tego obrazu z dziwnym uczuciem obrzydzenia Tumitak ujrzał inny. 

Przedstawiał  on  długi  korytarz,  w  którym  znajdował  się  walcowaty  przedmiot  długości 

osiemnastu do dwudziestu stóp. Wsparty był na kołach i otaczała go grupa pełnych entuzjazmu, 

ochoczych ludzi, na których twarzach malował się wyraz szczęścia i podniecenia. Tumitak przez 

dłuŜszą chwilę łamał sobie głowę nad tymi obrazami, ale nie mógł nic zrozumieć. Nie miały one 

background image

 

 

dla niego sensu. Ci ludzie nie obawiali się szylków! Kolejny obraz to potwierdzał. Przedstawiał 

podobny  długi  walcowaty  przedmiot,  a  u  jego  boku  stały  trzy  istoty,  które  mogły  być  tylko 

szylkami. Wokół nich zaś, rozmawiając i gestykulując, stała grupa ludzi. 

Jedna  rzecz  w  tych  obrazach  szczególnie  uderzyła  Tumitaka.  Wszyscy  przedstawieni  na 

nich ludzie byli grubi. Wszyscy bez wyjątku odznaczali się rumianą cerą i potęŜną tuszą. 

To  jednak  chyba  naturalne,  pomyślał  Lorianin,  u  ludzi,  którzy  mieszkali  tak  blisko 

Powierzchni i najwyraźniej nie obawiali się strasznych szylków. Tacy ludzie oczywiście nie mieli 

nic lepszego do roboty, jak tylko cieszyć się Ŝyciem i tyć. 

I tak patrząc na obrazy i dumając Tumitak szedł dalej, aŜ daleko przed sobą ujrzał potęŜną 

sylwetkę  ludzką  i  domyślił  się,  Ŝe  dochodzi  do  zamieszkałych  odcinków  korytarzy.  Postać 

zniknęła  w  bocznym  odgałęzieniu,  ledwie  Tumitak  zdąŜył  ją  dostrzec,  lecz  to  wystarczyło,  aby 

mu uprzytomnić, Ŝe dalej musi się posuwać z większą ostroŜnością. DłuŜszy czas przemykał się 

więc  pod  ścianą  korytarza  wykorzystując  kaŜdą  moŜliwość  ukrycia.  Wiele  napotkanych  rzeczy 

potęgowało jeszcze jego zadziwienie, które juŜ go właściwie nie opuszczało. W jednym miejscu 

ś

ciany obwieszono wielkimi gobelinami; w innym serce podskoczyło mu do gardła, gdy natrafił 

na grupę posągów. Z trudnością uświadomił sobie, Ŝe te postacie wyrzeźbione w kamieniu nie są 

prawdziwymi ludźmi. 

Zrazu  w  ścianach  korytarza  nie  było  drzwi,  lecz  teraz  przekrój  powiększył  się  do 

szerokości  co  najmniej  czterdziestu  stóp,  zaczęły  takŜe  pojawiać  się  wejścia  do  pomieszczeń 

mieszkalnych. Owe drzwi były szerokie i wysokie, a "zasłony" zakrywające wejście do mieszkań 

wykonane z metalu! Po raz pierwszy Tumitak napotkał prawdziwe drzwi, bowiem w Lorze znano 

tylko zasłony z materiału. 

Mijały minuty, a Tumitak szedł przed siebie. Obrazy na ścianach stały się jeszcze bardziej 

wyszukane,  zaś  drzwi  wyŜsze  i  szersze.  Nagle  daleko  przed  sobą  dostrzegł  zbliŜające  się  ku 

niemu  ludzkie  sylwetki.  Wiedział,  Ŝe  nie  moŜe  dać  się  zauwaŜyć;  przez  chwilę  rozwaŜał,  czy 

warto  się  wycofać,  kiedy  ujrzał  niedaleko  otwarte  drzwi.  Miał  do  wyboru:  ujawnienie  się  i 

niebezpieczeństwo albo odwrót - rzecz nie do pomyślenia. Tumitak nie zastanawiał się wiele, w 

jednej chwili podjął decyzję: pchnięciem otworzył szeroko drzwi i wszedł do środka. 

Przez  chwilę  stał  nieruchomo,  bowiem  oczy,  które  przywykły  juŜ  do  jasnego  światła  na 

background image

 

 

zewnątrz, zawiodły go w ciemnym wnętrzu. Powoli zdał sobie sprawę, Ŝe nie jest sam; w pokoju 

znajdował się człowiek, któremu według wszelkich oznak na skutek nagłego spotkania odjęło z 

przeraŜenia mowę. Tumitak wykorzystał widoczny przestrach gospodarza, by przyjrzeć się jego 

pokojowi i poszukać jakiejś moŜliwości ucieczki lub ukrycia. 

W  pokoju  było  znacznie  ciemniej  niŜ  w  korytarzu.  Światło  dochodziło  tu  z  dwóch  płyt 

ukrytych w  ścianie  blisko  sufitu.  Ściany  pomalowano  na jednolity matowy kolor niebieski, a w 

głębi  pomieszczenia  znajdowały  się  zasłonięte  kotarą  drzwi  prowadzące  do  następnego  pokoju. 

Stół,  duŜe  wyściełane  krzesło,  łóŜko  i  półka,  wypełniona  ksiąŜkami,  składały  się  na 

umeblowanie. A na łóŜku leŜał ów olbrzymi człowiek. 

Była to istna góra mięsa. Tumitak ocenił, Ŝe musi waŜyć ponad czterysta funtów. Wzrostu 

miał ponad sześć stóp, a łoŜe, na którym leŜał i na którym łatwo zmieściłoby się ze trzech Lorian, 

całkowicie  wypełniało  cielsko  tego  człowieka.  Był  to  osobnik  o  cerze  rumianej,  a  jego  jasne 

włosy i zarost jeszcze podkreślały czerwoną barwę twarzy i karku. 

Lecz  pospolitość  rysów  tego  człowieka  tonował  nieco  wyszukany  charakter  jego 

otoczenia. Mieszkaniec Lor u nawet nie śnił o podobnym zbytku. Szaty męŜczyzny leŜącego na 

łoŜu  były  uszyte  z  najdelikatniejszych  tkanin,  przejrzystych  muślinów  barwionych  w 

najdelikatniejsze  odcienie  opalizującego  róŜu,  zielem  i  błękitu.  Spływały  one  w  fałdach  kryjąc 

nieco  niewiarygodną  tuszę.  Pościel  była  równie  delikatna  i  zwiewna  jak  szaty,  w  głębokim 

odcieniu  zieleni  i  brązu.  Samo  zaś  łoŜe  stanowiło  wprost  objawienie,  chwalebny  triumf  sztuki 

inkrustacji  w  metalu,  i  śmiało  mogło  być  dziełem  jakiegoś  wspaniałego  rzemieślnika  epoki 

Złotego Wieku. 

Na podłodze zaś leŜał kobierzec... A obrazy na ścianach! 

Człowiek  na  łoŜu  ocknął  się  nagle.  Wydał  z  siebie  wrzask,  piskliwy,  kobiecy  wrzask, 

który  zabrzmiał  dziwnie  głupio  wydobywając  się  z  tak  potęŜnego  ciała.  Tumitak  natychmiast 

znalazł się u jego boku i przyłoŜył mu miecz do gardła. 

- Przestań! - rozkazał stanowczo. - Przestań natychmiast, bo cię zabiję! 

MęŜczyzna cichł powoli, pojękując. Tumitak stał przez chwilę i nasłuchiwał w obawie, Ŝe 

pierwszy  wrzask  mógł  wywołać  alarm,  lecz  nic  nie  zakłócało  ciszy  na  zewnątrz.  Po  dłuŜszej 

chwili człowiek ów przemówił. 

background image

 

 

-  Jesteś  dzikusem  -  powiedział  głosem,  w  którym  brzmiało  przeraŜenie.  -  Jesteś  dzikim 

mieszkańcem dolnych korytarzy. Co tu robisz wśród Wybranych? 

Tumitak zignorował pytanie. 

- Wydasz jeszcze jeden dźwięk, grubasie - szepnął z wściekłością - a w tych korytarzach 

ubędzie  jedna  gęba  do  wyŜywienia.  -  Popatrzył  w  napięciu  ku  drzwiom.  -  Czy  ktoś  moŜe  tu 

wejść? 

MęŜczyzna usiłował odpowiedzieć, lecz najwidoczniej strach odebrał mu mowę. Tumitak 

zaśmiał się pogardliwie; opanowało go dziwne podniecenie. Przyjemnie mu było spotkać kogoś, 

kto się go tak straszliwie bał. W minionych wiekach nie było ludziom dane często doznawać tego 

zdumiewającego poczucia siły i Tumitaka kusiła moŜliwość postraszenia człowieka z łoŜa. Ale w 

końcu  przemogła  ciekawość.  Widząc,  Ŝe  grubas  rzeczywiście  boi  się  miecza,  opuścił  go  i 

schował do pochwy. 

Człowiek odetchnął swobodniej, lecz dopiero po dłuŜszej chwili był w stanie przemówić. 

Powtórzył jednak to samo pytanie, co poprzednio. 

- Co tu robisz w korytarzach Estetów? - wybełkotał trwoŜliwie. 

- Wiesz równie dobrze jak i ja, Ŝe nikt nie jest w stanie ujść przed władcami. A ja właśnie 

idę im o tobie powiedzieć! 

Zatrzasnął nagle drzwi Tumitakowi przed nosem i zniknął. 

Przez  chwilę  Tumitak  trwał  bez  ruchu.  Nie  mógł  uwierzyć,  Ŝe  szylki  są  tak  blisko.  A 

mimo  to  w  kaŜdej  chwili  spodziewał  się,  Ŝe  drzwi  się  otworzą  i  straszne  pająkowate  stwory 

wpadną  do  środka  i  go  zmiaŜdŜą.  Oto,  jak  mu  się  zdawało,  wpadł  w  końcu  w  pułapkę  bez 

wyjścia. ZadrŜał ze zgrozy, a potem, jak zawsze, zawstydził się swego przeraŜenia i wziął się w 

garść.  Choć  drŜał  z  obawy  przed  tym,  co  go  czeka,  podszedł  do  drzwi  i  obejrzał  je  dokładnie. 

Uznał, Ŝe w korytarzu będzie miał większe szansę ucieczki niŜ czekając tutaj, aŜ szylki po niego 

przyjdą. Dopiero po chwili odkrył zasuwkę, uchylił drzwi i wyszedł na korytarz. 

Na  szczęście  w  pobliŜu  było  pusto,  lecz  dalej  w  głębi  widać  było  opasłego  Estetę 

ś

pieszącego  dokądś  ocięŜale.  Dołączyli  do  niego  inni,  wielu  z  nich  równie  opasłych  jak  on, 

wszyscy  zaś  tak  pośpiesznie,  jak  im  cięŜar  na  to  pozwalał,  szli  w  głąb  korytarza,  tam  gdzie 

niewątpliwie leŜał centralny plac miasta. Tumitak poszedł za nimi w bezpiecznej odległości i po 

background image

 

 

chwili ujrzał, jak skręcają w następne przejście. ZbliŜył się ostroŜnie do tego korytarza, a w jego 

myślach zrodziło się postanowienie zabicia grubasa, który zamierzał go zdradzić przy pierwszej 

nadarzającej  się  okazji.  Okazało  się,  Ŝe  słusznie  zachował  ostroŜność  przy  podchodzeniu,  gdy 

bowiem  wyjrzał  za  róg,  zobaczył,  Ŝe  znajduje  się  niewiele  ponad  sto  stóp  od  wielkiego  placu 

miasta. 

Nigdy  jeszcze  nie  widział  tak  wielkiego  placu.  Była  to  ogromna  sala  o  boku  ponad  stu 

jardów;  jej  mozaikowa  podłoga  i  rzeźbione  ściany  przedstawiały  taki  widok,  Ŝe  Tumitakowi 

zaparło  z  wraŜenia  dech.  Tu  i  tam  na  róŜnokolorowych  postumentach  stały  posągi,  a wszystkie 

drzwi zawieszono cudownymi gobelinami. Sala nabita była Estetami, w liczbie przewyŜszającej 

pięćset osób. 

Jednak  nie  sala,  nie  jej  dekoracje  ani  ludzie,  którzy  się  tam  znajdowali,  wywarli  na 

Tumitaku  największe  wraŜenie.  Wzrok  jego  cały  czas  skupiony  był  na  wielkim  metalowym 

walcu,  który  spoczywał  pośrodku sali.  Było  to  takie  samo urządzenie, jakie widział  na obrazie, 

gdy  po  raz  pierwszy  wkroczył  do  miasta  -  długie  na  osiemnaście  do  dwudziestu  stóp, 

zamontowane  na  trzech  dobrze  ogumiotiych  kołach,  z  okrągłym  otworem  na  szczycie,  który 

Tumitak dopiero teraz zauwaŜył. 

Gdy  tak  patrzył,  z  otworu  wyleciało  kilka  przedmiotów  i  opadło  lekko  na  ziemię  przed 

tłum. Jeden za drugim, jak diabełki z pudełka, przedmioty wyskakiwały z otworu, a gdy uderzały 

spręŜyście  o  ziemię,  Esteci  wznosili  powitalne  okrzyki. Tumitak  szybko  się odsunął w  tył,  lecz 

po chwili, gdy jego ciekawość zwycięŜyła, odwaŜył się znowu spojrŜeć na salę. Bowiem po raz 

pierwszy od ponad stu lat mieszkaniec Loru patrzył na szylka! 

Przy  wzroście  około  czterech  stóp,  szylki  były  rzeczywiście  podobne  do  pająków,  jak 

głosiła  tradycja.  Lecz  po  bliŜszych  oględzinach  okazywało  się,  Ŝe  podobieństwo  jest 

powierzchowne. Owe stworzenia bowiem nie były porośnięte włosami, zaś nóg miały dziesięć, a 

nie  osiem,  jak  prawdziwy  pająk.  Nogi  te  były  długie,  z  trzema  stawami,  zaś  kaŜda  z  nich 

zakończona szczątkowym szponem, nieco przypominającym paznokieć. Zebrane w dwa pęki, po 

pięć  z  kaŜdej  strony,  wyrastały  z  tułowia  między  głową  i  resztą  ciała.  Tułów  wyglądem 

przypominał  odwłok  osy,  a  rozmiarami  mniej  więcej  głowę,  co  niewątpliwie  stanowiło  osobli-

wość tych istot. 

background image

 

 

Była  to  bowiem  głowa  ludzka:  takie  same  oczy,  takie  samo  szerokie  czoło,  usta  z 

zaciśniętymi,  wąskimi  wargami,  oraz  podbródek  -  wszystko  to  nadawało  jej  uderzające 

podobieństwo  do  głowy  człowieka.  Brakowało  tylko  nosa  i  włosów,  aby  twarz  przypominała 

ludzką. 

W  miarę  jak  Tumitak  przyglądał  się  temu  wszystkiemu,  szylki  od  razu  przystąpiły  do 

spraw,  które  sprowadziły  je  do  korytarzy.  Jeden  z  nich  wydobył  jakiś  papier  z  torby 

przytroczonej  do  ciała,  schwycił  go  zwinnie  między  dwie  kończyny  i  począł  czytać.  W  głosie 

jego  pobrzmiewał  osobliwy  metaliczny  klekot,  lecz  Tumitak  nie  miał  Ŝadnych  trudności  ze 

zrozumieniem Ŝadnego słowa. 

-  Bracia  z  lochów!  -  wykrzyknął  szylk  -  nadszedł  oto  czas,  aby  następni  spośród  was 

osiedlili  się  na  Powierzchni!  Przyjaciele,  którzy  odeszli  stąd  w  zeszłym  tygodniu,  niecierpliwie 

oczekują  waszego  przybycia.  Pozostaje  nam  tylko  wymienić  imiona  tych,  którzy  zostaną  dziś 

zaszczyceni.  Słuchajcie  uwaŜnie,  a  kaŜdy,  którego  imię  zostanie  wywołane,  niech  wejdzie  do 

walca. 

Zatrzymał się na chwilę, aby upewnić się, Ŝe go zrozumiano, a następnie w brzemiennej 

oczekiwaniem ciszy zaczął czytać imiona. 

-  Korystialis!  Yintiamia!  Latrumidor!  -  wołał  i  jedna  po  drugiej  olbrzymie,  zwaliste 

postacie  dostojnie  występowały  naprzód  i  wspinały  się  do  cylindrycznego  urządzenia  po  małej 

drabince, którą spuszczono. Trzecim spośród wezwanych był ten, z którym Tumitak rozmawiał u 

niego  w  mieszkaniu.  Na  jego  twarzy,  podobnie  jak  na  twarzach  pozostałych,  malowało  się 

zdumienie i radość, jakby spotkało ich jakieś niewiarygodne szczęście. 

Tumitak  był  dotąd  tak  zajęty  obserwowaniem  szylków  i  ich  pojazdu,  Ŝe  na  chwilę 

zapomniał o groźbie Estety; gdy jednak ujrzał, jak grubas zbliŜa się do szylków, jego przeraŜenie 

powróciło. Stał jak poraŜony ze strachu. Niepotrzebnie jednak się lękał - na twarzy Wybrańca za-

gościł  nieoczekiwany  uśmiech  szczęścia:  wspiął  się  do  pojazdu  nie  odzywając  się  słowem  do 

stojących  w  pobliŜu  szylków.  A  gdy  grubas  zniknął  w  otworze,  Tumitak  wydał  westchnienie 

ogromnej ulgi. 

Do  korytarzy  przybyło  sześć  szylków;  wyczytano  teŜ  sześciu  Estetów.  Zaraz  potem 

wywołani dysząc  i chrząkając wdrapali się do pojazdu. W końcu, gdy juŜ ostatni wgramolił się 

background image

 

 

przez okrągły otwór, szylki odwróciły się i poszły za nimi. Z dołu otwór przykryto wiekiem i w 

sali  zapanowała  cisza.  Po  chwili  Esteci  zaczęli  się  rozchodzić,  a  poniewaŜ  kilku  z  nich 

skierowało  się  ku  korytarzom,  w  którym  ukrywał  się  Tumitak,  Lorianin  musiał  uciekać,  a 

następnie schować się w jakimś mieszkaniu. 

Obawiał  się,  Ŝe  jakiś  Esteta  wejdzie  do  pomieszczenia  i  go  odkryje,  lecz  tym  razem 

szczęście mu sprzyjało. 

Po  chwili  ostroŜnie  wyjrzał  przez  drzwi,  stwierdził,  Ŝe  korytarz  jest  pusty,  wyszedł 

stamtąd i szybko skierował się na główny plac. Nie było tam juŜ Estetów, lecz z jakiegoś powodu 

pojazd  nadal  spoczywał  w  tym  samym  miejscu;  Tumitakowi  zaś  przyszedł  do  głowy  pomysł, 

który z początku przeraził go swoją śmiałością. 

Te szylki na pewno przybyły w tym pojeździe z Powierzchni! A teraz nim wracały. CzyŜ 

Esteta,  którego  szylki  nazywały  Latrumidorem,  nie  powiedział  mu,  Ŝe  od  czasu  do  czasu 

powoływano artystów, by  Ŝyli pośród szylków na Powierzchni? O tak, pojazd na pewno wracał 

na Powierzchnię. I w jednej natchnionej chwili Tumitak uświadomił sobie, Ŝe i on się zabierze. 

Pośpieszył przed siebie i po chwili przywarł do maszyny z tyłu szukając pośród niewielu 

wystających  części  oparcia  dla  stopy.  Jak  się  okazało,  przyszedł  dosłownie  w  ostatniej  chwili; 

ledwie bowiem uchwycił się pojazdu, gdy ruszył oai w ciszy przed siebie pędząc z oszałamiającą 

szybkością w głąb korytarza! 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VI 

 

Wspomnienia,  jakie  pozostały  Tumitakowi  z  tej  przejaŜdŜki,  stanowiły  bezładną 

mieszaninę  następujących  po  sobie  wydarzeń.  Pojazd  mknął  tak  szybko,  Ŝe  tylko  czasami,  gdy 

zwalniał,  aby  skręcić  lub  przejechać  wyjątkowo  wąskim  korytarzem,  Lorianin  mógł  unieść 

wzrok, by się rozejrzeć. 

Mijali  sale  oświetlone  jaśniej  niŜ  wszystkie,  które  dotąd  widział.  Sale  ze  ścianami  z 

metalu, wypolerowanego i błyszczącego, oraz korytarze z nie wygładzonej skały, gdzie wstrząsy 

groziły mu w kaŜdej chwili spadnięciem. 

W  pewnym  momencie  przejechali  powoli  marmurowym  korytarzem,  gdzie  po  jednej 

stronie stali w szeregu Esteci śpiewający uroczysty, dźwięczny hymn na cześć szylków. Tumitak 

był pewien, Ŝe go zauwaŜą, lecz jeśli nawet któryś ze śpiewających go dojrzał, to nie zwrócił na 

niego uwagi sądząc najwyraźniej, Ŝe jest on jeńcem szylków. Nie napotykali juŜ teraz na  Ŝadne 

sztolnie ani boczne korytarze, zaś cała droga na Powierzchnię stanowiła jeden szeroki korytarz, 

którym pędził pojazd coraz bardziej przybliŜając Tumitaka do celu. 

Choć szybkość wehikułu nie była zbyt wielka w porównaniu z pojazdami, których dzisiaj 

uŜywamy, to jednak naleŜy pamiętać, Ŝe dla Lorianina największą prędkością, jaką potrafił sobie 

wyobrazić,  było  tempo  szybkiego  biegu.  ToteŜ  zdawało  mu  się  teraz,  Ŝe  oto  leci  na  skrzydłach 

wiatru,  a  jego  ulga  nie  miała  granic,  gdy  w  końcu  pojazd  zwolnił  do  tego  stopnia,  Ŝe  Tumitak 

mógł  zeskoczyć  na  ziemię  w  tej  części  korytarza,  która  najwyraźniej  od  wieków  była  nie 

zamieszkała.  Porzucił  wszelką  myśl  o  dalszej  jeździe,  a  jedynym  jego  marzeniem  było 

zakończenie tej diabelskiej przejaŜdŜki, którą tak nieroztropnie przedsięwziął. 

Czas jakiś zamierzał pozostać w miejscu, w którym wysiadł, przynajmniej tak długo, by 

zebrać myśli. Zdał sobie jednak nagle sprawę, Ŝe pojazd szylków zatrzymał się nie dalej niŜ o sto 

jardów; zerwał się na równe nogi i rzucił się do najbliŜszych otwartych drzwi. Pomieszczenie, w 

którym się znalazł, było zakurzone i bez Ŝadnych mebli - niewątpliwie dawno nie uŜywane; toteŜ 

przekonany, Ŝe nie grozi mu tu Ŝadne niebezpieczeństwo, Tumitak podszedł do drzwi i spojrzał w 

kierunku pojazdu. 

background image

 

 

Od razu zobaczył dziwaczne otwarte drzwi, czy teŜ właz na wierzchu walca, lecz dopiero 

po  chwili  siedzący  w  środku  pasaŜerowie  zaczęli wychodzić na zewnątrz. Najpierw ukazała się 

nalana  twarz  -  jeden  z  Estetów  mozolnie  wygramolił  się  na  zewnątrz  i  na  koniec  zsunął  się  po 

burcie  pojazdu.  Za  nim  wynurzył  się  szylk, który  miękko zeskoczył  na ziemię; i tak stopniowo 

pojazd  się  opróŜniał,  aŜ  cała  dwunastka  pasaŜerów  znalazła  się  w  korytarzu.  Wtedy  wszyscy 

odwrócili się i skierowali ku jedynemu pomieszczeniu z kotarą w drzwiach. 

Przez  pewien  czas  Tumitak  pozostawał  w  ukryciu  rozwaŜając  swój  następny  ruch. 

Instynktowna  bojaźń  skłaniała  go  do  pozostania  w  ukryciu,  by  tu,  jeśli  będzie  trzeba,  czekać 

przez wiele dni, aŜ szylki odjadą. Ciekawość korciła, by sprawdzić, co teŜ to dziwne towarzystwo 

robi za tymi wielkimi drzwiami zasłoniętymi kotarą, zaś roztropność nakazywała dalej dąŜyć do 

celu  idąc  od  razu  w  górę  korytarza,  póki  szylki  nadal  znajdują  się  w  pomieszczeniu.  Tumitak 

wiedział bowiem, Ŝe jest juŜ zaledwie kilka mil od Powierzchni, ku której przecieŜ dąŜył. 

Rozsądek  w  końcu  przewaŜył  i  Tumitak  postanowił  nie  zajmować  się  dłuŜej  szylkami  i 

Estetami.  Wyszedł  tedy  z  pomieszczenia  i  zaczął  biec  lekko  i  cicho,  jednak  gdy  mijał  wielkie 

drzwi  i  ujrzał,  jak  łatwo  się  w  nich  ukryć,  postanowił  rzucić  ostatnie  spojrzenie  na  szylki  i  ich 

osobliwych przyjaciół, nim puści się w dalszą drogę. Ruszył więc ku otworowi, oburącz rozchylił 

brzegi zasłon i zajrzał do środka. 

Pierwszą  rzeczą,  która  go  uderzyła,  był  ogrom  sali.  Długa  na  osiemdziesiąt  stóp  i  na 

czterdzieści  szeroka,  Lorianinowi  zdawała  się  olbrzymia,  zwłaszcza  Ŝe  sufit  gubił  się  w 

ciemnościach.  Był  tak  wysoko,  Ŝe  światła  rozmieszczone  wokół  sali  na  wysokości  ramion 

Tumitaka  nie  były  dość  silne,  by  wydobyć  z  mroku  szczegóły.  Tumitakowi  przyszła  do  głowy 

dziwaczna  myśl, Ŝe  moŜe  sufitu  nie  ma  tu w.  ogóle,  Ŝe moŜe ściany  pną  się coraz wyŜej,  by w 

końcu  sięgnąć  Powierzchni.  Miał  jednak  niewiele  czasu,  by  się  nad  tym  zastanawiać,  ledwie 

bowiem zdąŜył rzucić okiem na sufit, wzrok jego padł na stół. Masywny, niski stół, dość długi, 

przykryty  śnieŜnobiałym  obrusem,  na  którym  piętrzyły  się  stosy  róŜnych  osobliwych  rzeczy, 

potraw,  jak  zauwaŜył  Tumitak.  Przyglądał  im  się  ze  zdumieniem,  były  to  bowiem  potrawy,  o 

jakich  w  Ŝyciu  nie  słyszał,  jakich  jego  przodkowie  nie  znali  od  wielu  pokoleń:  tysiąc  i  jeden 

smakowitych  frykasów  z  Powierzchni.  Wokół  stołu  ustawiono  kilkanaście  niskich  leŜanek:  na 

niektórych spoczywali Esteci juŜ teraz, ucztując łapczywie. 

background image

 

 

O dziwo, szylki nie brały udziału w uczcie. Stały tylko za kaŜdym z olbrzymich artystów, 

a sposób, w jaki milcząco obserwowały kaŜdy ruch Estetów, wydał się Tumitakowi złowieszczy. 

Mimo to Wybrańcy czuli się swobodnie, pochłaniając jedzenie i wydając pomruki zadowolenia, 

aŜ Tumitak odwrócił się od nich z obrzydzeniem. 

Nagle padł krótki rozkaz, rzucony przez szylka stojącego u szczytu stołu. Stropieni Esteci 

unieśli  wzrok,  a  na  ich  twarzach  odmalowała  się  konsternacja  i  Ŝałosne  niedowierzanie.  Nim 

jednak mieli czas się ruszyć, nim zdołali dobyć okrzyk z piersi, na kaŜdego z nich skoczył jeden 

szylk, wąskimi ustami szukając i nieomylnie znajdując tętnicę pod zwałami tłuszczu w obwisłym 

gardle grubasa. 

Na próŜno artyści próbowali się wyrywać; ich powolne ruchy były zupełnie bezskuteczne 

- zwinne szylki łatwo uskakiwały przed wymachami rąk, zaś zęby coraz bardziej zagłębiały się w 

ciało  grubasów.  Tumitakowi  przeraŜenie  odebrało  mowę.  Niczym  w  transie  obserwował,  jak 

ruchy Estetów słabną, aŜ w końcu zupełnie ustają. CóŜ to wszystko mogło znaczyć? Jaki związek 

miała ta okrutna scena z długą opowieścią Latrumidora na temat Ŝycia Estetów w marmurowych 

komnatach na dole? Patrzył na ten obraz w przeraŜeniu, nie mogąc oderwać wzroku. 

Esteci przestali się odzywać, zaś szylki zajęły się czymś innym. 

Spod  stołu  wyciągnęły  kilka  wielkich,  przezroczystych  urządzeń,  z  których  wystawały 

gumowe węŜe. Owe węŜe podłączono do ran na szyjach Estetów i Tumitak ujrzał, jak maszyny 

szybko wypompowują krew da specjalnych słojów. 

W miarę jak słoje się wypełniały, ciała Estetów zapadały się jak przedziurawione baloniki 

i po  chwili leŜały,  blade,  pomarszczone,  na podłodze koło stołu. Szylki nie  okazywały  Ŝadnego 

podniecenia  -  musiała  to  być  dla  nich  wyraźnie  najzwyklejsza  czynność,  zaś  ich  spokój  i 

rzeczowość  spotęgowały  jeszcze  przeraŜenie  Tumitaka.  W  końcu  jednak  przemógł  paraliŜujący 

strach,  który  nim  owładnął,  odwrócił  się  i  począł  uciekać  jak  szalony.  Biegł  w  górę  korytarza 

coraz szybciej, coraz dalej i dalej, aŜ w końcu, wyczerpany i bez tchu, nie mogąc zrobić juŜ ani 

kroku,  wpadł  przez  jakieś  otwarte  drzwi  i  legł,  cięŜko  dysząc,  na  podłodze  nieznanego 

pomieszczenia. 

Powoli  uspokajał  się;  wrócił  miarowy  oddech,  a  wraz  z  nim  pewność  siebie.  Tumitak 

wyrzucał  sobie  surowo  swoje  tchórzostwo,  ale  nawet  jeszcze  i  teraz  z  drŜeniem  trwogi 

background image

 

 

wspominał  straszny  widok.  W  miarę  jak  się  uspokajał,  zaczął  się  zastanawiać  nad  znaczeniem 

wydarzeń,  których  był  świadkiem.  Ze  słów  Estety  Latrumidora  wynikało,  Ŝe  szylki  są 

dobrotliwymi władcami opasłych artystów. O podróŜy na Powierzchnię Latrumidor mówił jako o 

najwyŜszym  zaszczycie,  ów  szylk,  który  przemawiał  na  placu,  wyraŜał  się  o  tym  podobnie,  a 

jednak  z  jakiegoś  niewytłumaczalnego  powodu  przy  pierwszej  okazji  po  opuszczeniu  miasta 

szylki  zabiły  swe  wierne  sługi,  i  to  w  sposób  dla  nich  zupełnie,  jak  się  wydawało,  naturalny. 

Tumitak  nie  potrafił  wytłumaczyć  sobie  tej  oczywistej  sprzeczności.  I  tak  oto,  ukryty  w  tylnej 

izbie pomieszczenia, łamiąc sobie głowę nad niezwykłymi przygodami minionego dnia, Lorianin 

zapadł w niespokojny sen. 

Nie naleŜy się dziwić, Ŝe Tumitak łamał sobie głowę nad tymi dziwnymi wydarzeniami. 

Nie był świadom powiązań między Estetami i szylkami. W lochach nie było zwierząt domowych, 

a  ludzkość  nie  słyszała  o  nich  od  stuleci.  Wiele  wieków  minęło  i  jeszcze  miało  upłynąć,  nim 

usłyszy, toteŜ w Ŝyciu Tumitaka nie było nic, z czym moŜna by porównać status Estetów wobec 

szylków. 

Dziś  wiemy,  Ŝe  Esteci  byli  po  prostu  bydłem  rzeźnym!  W  złudnym  poczuciu 

bezpieczeństwa,  przez  wieki  hodowani  i  dobierani  pod  kątem  głupoty,  bez  jakichkolwiek 

moŜliwości  ekspresji  poza  popędem  artystycznym,  którym  szylki  pogardzały,  stali  się  w  ciągu 

wielu pokoleń posłusznymi zwierzętami domowymi wenusjańskich bestii. 

Pod  wpływem  kłamstw  szylków  i  własnej  próŜności  od  wczesnego  dzieciństwa 

oczekiwali owego szczęśliwego dnia, gdy zostaną zabrani na Powierzchnię, by stać się, niczego 

nieświadomi,  strawą  dla  swych  panów.  Oto  byli  Esteci,  chyba  najdziwniejsza  rasa  ludzka 

wyhodowana przez szylków. 

Wszystko jednak było niepojęte dla Lorianina, jak zresztą i dla kaŜdego innego człowieka 

z jego pokolenia. ToteŜ gdy Tumitak obudził się i podjął podróŜ na nowo, wciąŜ jeszcze nie mógł 

wytłumaczyć  sobie  tej  dziwnej  zaleŜności.  Lecz  gdy  prosty  umysł  nie  potrafi  rozwiązać  jakiejś 

zagadki,  wkrótce  o  niej  zapomina  i  tak  oto  Tumitak  kroczył  swą  drogą,  a  w  jego  myślach 

panował zupełny spokój. 

Od  kiedy  minął  korytarz  śpiewających  Estetów  w  czasie  pamiętnej  szalonej  jazdy,  nie 

widział innych oznak zamieszkania. Najwidoczniej korytarze te były zbyt blisko Powierzchni, by 

background image

 

 

mogli mieszkać tu ludzie. ToteŜ Tumitak nie napotkał nikogo i przebył kilka mil przez nikogo nie 

niepokojony.  Wreszcie  doszedł  do  miejsca,  w  którym  przejście  nagle  się  kończyło.  Znalazł  tu 

metalową  drabinę  wiodącą  w  ciemnościach  do  góry.  Pełen  tłumionego  podniecenia  rozpoczął 

wspinaczkę  szybem,  który,  jak  wiedział,  był  ostatni  przed  Powierzchnią.  Wyszedł  z  szybu  w 

korytarzu  wykutym  w  dziwnym  czarnym  kamieniu  i  wyjąwszy  z  torby  ostatni  z  darów 

ojcowskich  począł  wspinać  się  po  stoku  prowadzącym  ku  górze,  trzymając  ostroŜnie  broń  w 

ręku.  Korytarz  był  węŜszy  niŜ  którykolwiek z  poprzednich,  a w  miarę jak Tumitak  posuwał  się 

naprzód,  ściany  zbliŜały  się  coraz  bardziej  ku  sobie,  tak  Ŝe  w  końcu  dzieliła  je  odległość  nie 

większa  niŜ  dwie  stopy.  Podejście  było  coraz  bardziej  strome,  aŜ  w  końcu  przeszło  w  szereg 

schodków.  Tumitak  wspinał  się  po  nich  w  górę  i  z  kaŜdą  chwilą  serce  biło  mu  coraz  mocniej: 

ujrzał w końcu coś, co z pewnością było jego celem. Daleko przed nim padało z wysoka światło 

o  dziwnym  czerwonawym  zabarwieniu,  znacznie  jaśniejsze  i  ostrzejsze  niŜ  wszystkie  te,  które 

widział dotychczas. Tumitak patrzył na nie z lękiem - wiedział, Ŝe pochodzi ono z Powierzchni. 

Pośpieszył przed siebie; sufit obniŜał się coraz bardziej, tak Ŝe na odcinku ostatnich kilku 

jardów  Tumitak  musiał  się  schylić.  W  końcu  jednak  dotarł  do  szczytu  schodów  i  znalazł  się  w 

płytkim dołku,  głębokości nie więcej niŜ pięciu stóp. Uniósł głowę do góry, a z piersi wyrwało 

mu się słabe westchnienie niedowierzania. 

Tumitak ujrzał bowiem Powierzchnię... 

JuŜ sam bezkresny widok wystarczył, by odebrać mu pewność siebie. Zdawało mu się, Ŝe 

trafił  do  olbrzymiego  pokoju  czy  sali,  tak  wielkiej,  Ŝe  nie  potrafił  sobie  nawet  wyobrazić  jej 

ogromu. Sufit i  ściany tej sali tworzyły jedno stanowiąc przepastną komorę podobną do odwró-

conej  misy.  A  ten  sufit  i  ściany  miejscami  swą  piękną  barwą  przypominały  błękit  kobiecych 

oczu. Błyszczał on jak klejnot pokryty wielkimi obszarami skłębionej bieli i róŜu, i w miarę jak 

Tumitak im się przyglądał, odnosił niejasne wraŜenie, Ŝe owe ogromne połacie wzburzonej bieli 

powoli się poruszają i zmieniają kształty. 

Nie mogąc oderwać oczu od rozciągającego się  nad nim nieba Tumitak poczuł, jak jego 

podziw  i  uwielbienie  ustępują  powoli  miejsca  przeraŜeniu.  Im  dłuŜej  patrzył,  tym  dalsza  była 

wielka  kopuła,  a  jednocześnie  zdawała  się  dziwnie  i  strasznie  zacieśniać  nad  nim.  Po  jakimś 

czasie był juŜ pewien, Ŝe wielkie pofalowane obszary poruszają się, i doznał strasznego uczucia, 

background image

 

 

Ŝ

e  oto  juŜ  juŜ  opadną  na  ziemię  i  zmiaŜdŜą  go.  Poczuwszy  zawrót  głowy  i  przeraŜenie 

spowodowane  ogromem  otoczenia  Tumitak  pomknął  z  powrotem  do  korytarza  i  przywarł  do 

ś

ciany  drŜąc  z  dziwnego  nieuzasadnionego  strachu.  Wychowany  bowiem  w  ciasnych  granicach 

ś

cian  korytarzy,  spędziwszy  całe  Ŝycie  pod  ziemią  Tumitak,  gdy  popatrzył  po  raz  pierwszy  na 

Powierzchnię,  padł  ofiarą  agorafobii,  tego  osobliwego  wstrętu  do  otwartych  przestrzeni,  który 

nawet dziś stanowi chorobę niektórych ludzi. 

Minęła  prawie  godzina,  nim  rozum  jego  zdołał  zapanować  nad  owym  dziwnym 

przeraŜeniem.  Czy  po  to  przeszedł  tak  daleko,  spierał  się  z  samym  sobą,  by  zawrócić  tylko  z 

powodu  wyglądu  Powierzchni?  Niewątpliwie  gdyby  ta  olbrzymia  błękitna,  zdobiona  obłokami 

kopuła  miała  się  zawalić,  nie  czekałaby  przez  te  wszystkie  lata,  aby  upaść  właśnie  na  niego. 

Odetchnął głęboko i gdy rozsądek w końcu przewaŜył, ponownie popatrzył na Powierzchnię. 

Tym  razem  jednak  unikał  widoku  nieba,  a  całą  uwagę  skierował  na  dno  "komory".  W 

pobliŜu  dołka  owo  dno  pokryte  było  grubą  warstwą  brunatnego  pyłu,  lecz  nie  opodal  pył  ten 

przykryty  był  dziwnym,  kobiercem  składającym  się  z  tysięcy  długich,  zielonych,  gęsto  zbitych 

włókien.  Niedaleko  znajdowało  się  kilka  wysokich  słupów  o  nieregularnym  kształcie,  których 

wierzchołki skrywały wielkie kępy czegoś zielonego o podobnym kolorze i wyglądzie co włókno 

dywanu. 

A  kiedy  Tumitak  spojrzał  ponad  trawę  i  drzewa,  ujrzał  dziwo,  które  przewyŜszyło 

wszystkie  oglądane  dotąd  cuda:  nisko,  nad  dolną  krawędzią  kopuły,  ponad  drzewami,  wisiało 

ś

wiatło  Powierzchni,  połyskliwy,  oślepiający  krąg,  który  czerwonym  blaskiem  oświetlał  całą 

olbrzymią przestrzeń Powierzchni. 

Tumitak  przyglądał  się  zachodowi  słońca,  oniemiały  z  podziwu.  Znowu  powrócił 

oszałamiający  atak  agorafobii,  lecz  po  nim  przyszło  wraŜenie  piękna,  dzięki  któremu  Tumitak 

zapomniał  o  strachu  i  uspokoił  się  powoli.  Odwrócił  wzrok  w  przeciwnym  kierunku  -  a  tam, 

wysoko nad nim, wznosiły się domy szylków! 

Widać  było  kilkanaście  wysokich  wieŜ;  stały,  podobne  do  obelisków,  a  ich  metaliczne 

ś

ciany  odbijały  czerwonym  blaskiem  światło  zachodzącego  słońca.  Tylko  niektóre  z  nich  stały 

zupełnie  prosto;  szczególny,  nieziemski  zmysł  artystyczny  szylków  nakazywał  budowanie  pod 

róŜnymi  kątami  od  pionu,  czasem  nawet  o  trzydzieści  stopni.  Domy  były  róŜnej  wysokości, 

background image

 

 

niektóre pięćdziesięciu, inne nawet dwustu stóp, a z ich szczytów zwieszały się długie liny łącząc 

wszystkie  wieŜe  w  jedną  całość.  Budowle  nie  miały  okien,  a  jedyne  wejście  stanowił  mały 

okrągły  otwór  u  dołu.  Obwód  jednej  wieŜy  nie  przekraczał  piętnastu  stóp,  toteŜ  przypominały 

one nieco wiązkę olbrzymich igieł. 

Tumitak  nie  byłby  w  stanie  powiedzieć,  jak  długo  napawał  się  owym  zdumiewającym 

widokiem.  Najbardziej  zadziwił  go  jednak  zachód  słońca,  stopniowe  zapadanie  się  wielkiej 

czerwonej  kuli  w  coś,  co  przypominało  podłogę  olbrzymiej  komory.  Gdy  słońce  juŜ  zniknęło, 

Tumitak  pozostał  jeszcze  przyglądając  się  w  zamyśleniu  ścianom  kopuły,  które  nadal  płonęły 

czerwonym blaskiem. I wtedy... 

Nie  usłyszał  Ŝadnego  dźwięku.  ChociaŜ  zapamiętał  się  w  podziwie,  pozostał 

instynktownie  czujny,  ale  mimo  to  nie  usłyszał  nic.  AŜ  nagle  rozległo  się  za  nim  skrzypienie  i 

szelest i klekoczący metaliczny głos warknął: 

-  Natychmiast  -  wracaj  -  do  -  dziury!  -  te  słowa  padły  jak  rozkaz,  a  Tumitakowi  krew 

zastygła w Ŝyłach, gdy uświadomił sobie, Ŝe oto podkradł się za nim szylk! 

Następna sekunda zdała się Lorianinowi wiekiem. Odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz 

z  bestią,  i  w  tym  momencie  przemknęło  mu  przez  głowę  tysiąc  myśli.  Wspomniał  Nikadura  i 

Teprę, i te lata, które minęły od czasu,  gdy ich poznał. Pomyślał o ojcu i nawet o matce, której 

prawie nie pamiętał. Niespodziewanie przypomniał sobie olbrzymiego Jakranina, którego strącił 

w otchłań; przypomniał sobie, jak tamten krzyczał spadając. Wszystkie te myśli przemknęły mu 

przez  głowę,  gdy  się  odwracał  i  unosił  rękę,  by  się  zasłonić.  Było  to  działanie  całkowicie 

instynktowne;  zdawało  się,  Ŝe  zupełnie  nie  panuje  nad  własnym  ciałem.  Coś  ponad  nim  -  coś 

wyŜszego - sprawiło,  Ŝe  zacisnął palce,  a gdy to uczynił, rewolwer, ostatni z trzech cudownych 

darów  ojca,  plunął  ogniem!  Jak  we  śnie  słyszał  jego  krótkie  warknięcia  -  raz,  dwa,  trzy  razy... 

siedem razy... a potem do płytkiego dołka zwaliło się martwe ciało szylka! 

Przez chwilę Tumitak przyglądał się jak otępiały. Potem, gdy zaczął zdawać sobie sprawę 

z  tego,  Ŝe  wypełnił  swą  misję,  przeniknęło  go  uczucie  ogromnego  triumfu.  Szybko  dobywszy 

miecza  ciął  dziesięć  podobnych  do  palców  nóg  szylka,  nucąc  jednocześnie  ową  pieśń,  którą 

Lorianie  śpiewali  idąc  na  Jakran.  I  choć  od  strony  domów  szylków  dochodziły  go  dziwne 

pytające klaśnięcia i klekoty, dalej metodycznie zadawał ciosy mieczem, aŜ całkowicie oddzielił 

background image

 

 

głowę od ciała. 

Następnie zdając sobie sprawę z tego, Ŝe głosy szylków znacznie się przybliŜyły, wcisnął 

skrwawioną  głowę  za  pazuchę  kurtki i  pomknął w dół  jak wiatr  po stopniach  prowadzących  do 

korytarza. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VII 

 

Tumlok  z  Loru,  ojciec  Tumitaka,  siedział  na  progu  swego  mieszkania  wyglądając  na 

korytarz.  Przez  ostatnie  tygodnie  prowadził  Ŝycie  prawdziwie  samotnicze,  choć  bowiem 

przyjaciele  starali  się  rozweselić  go  zwyczajową  optymistyczną  pogawędką,  widział,  Ŝe  nikt  w 

gruncie rzeczy nie wierzy,  Ŝe jego syn wróci. I rzeczywiście, trzeba byłoby niezwykłej odwagi, 

aby przypuszczać, Ŝe Tumitakowi udało się przebrnąć choćby Jakrę. 

Tumlok  znał  te  opinie  i  sam  juŜ  zaczynał  w  nie  wierzyć,  choć  przyjaciele  starali  się 

utwierdzić go w przekonaniu, Ŝe spodziewają się po jego synu niezwykłych dokonań. CzemuŜ to, 

zastanawiał się, w ogóle pozwolił młodzieńcowi wyruszyć na tak beznadziejną wyprawę? Czemu 

nie  był  bardziej  stanowczy  i  nie  wybił  mu  z  głowy  tych  pomysłów,  gdy  Tumitak  był  jeszcze 

dzieckiem?  Siedział  więc  robiąc  sobie  wyrzuty  w  tej  godzinie  przed  porą  snu,  a  Ŝycie  w  Lorze 

toczyło się obok niego nieregularnym, pulsującym strumieniem. 

Po pewnym czasie twarz Tumloka nieco się rozjaśniła. Korytarzem zbliŜała się ku niemu 

para młodych kochanków. Ich długa przyjaźń z Tumitakiem zadzierzgnęła wiąŜ, którą Tumlok w 

swym  mniemaniu  jakoś  odziedziczył  po  synu.  Nikadur  pozdrowił  go,  a  Tepra  podbiegła  i 

spontanicznie ucałowała go w policzek. 

-  Czy  masz  jakieś  nowiny  o  Tumitaku?  -  pozdrowiła  go  pytaniem,  które  stało  się  juŜ 

między nimi jak gdyby formułą. Tumlok potrząsnął głową. 

-  Czy  w  ogóle  jest  to  moŜliwe? No cóŜ,  po tak wielu  tygodniach musimy  uwaŜać go za 

zmarłego. 

Tepra  jednak  nie  upadała  na  duchu.  Chyba  ona  jedna  z  całego  Loru  zachowała  ufność 

graniczącą z pewnością, Ŝe Tumitak jest bezpieczny i powróci w chwale. 

-  Wierzę,  Ŝe  wróci  -  powiedziała.  -  Mamy  przecieŜ  pewność,  Ŝe  dotarł  do  Jakry.  A  czy 

Nenapus  nie  mówił  nam  o  olbrzymie,  na  którego  się  natknął  u  wylotu  szybu  prowadzącego  do 

Jakry? Jeśli Tumitak potrafił pokonać takiego człowieka, któŜ mógłby mu się oprzeć? 

- Tepra moŜe mieć słuszność - rzekł powaŜnie Nikadur. - Z Nononu dochodzą pogłoski o 

wielkiej panice w Jakrze, podczas której rzekomo człowiek z tych korytarzy przedostał się przez 

background image

 

 

miasto.  Pogłoski  są  niejasne  i  mogą  być  tylko  plotkami,  lecz  moŜliwe,  Ŝe  Tumitak  dotarł  do 

mrocznych korytarzy. 

- Wiem, Ŝe Tumitak wróci - powtórzyła Tepra. - Jest potęŜny i... - urwała nagle. Gdzieś w 

głębi  korytarza  rozległ  się  jakiś  odgłos.  Zaczęła  nasłuchiwać.  Wtedy  Nikadur  pochwycił  ten 

dźwięk, a w końcu równieŜ i Tumlok. 

Były to okrzyki, dalekie okrzyki, które stawały się coraz głośniejsze w miarę, jak im się 

przysłuchiwali. Kilka osób zatrzymało się; po chwili dwaj męŜczyźni odwrócili się i popędzili w 

tamtym  kierunku.  Cała  trójka  wytęŜyła  słuch  starając  się  odgadnąć  znaczenie  tych  krzyków. 

Jeszcze kilku męŜczyzn nadbiegło korytarzem kierując się w stronę źródła hałasu. 

- Chodźmy! - zawołał nagle Nikadur z osłupieniem na twarzy.- Jeśli to napaść Jakran... - 

Mimo protestów Tepry popędził przed siebie. Tumlok wpadł jeszcze tylko do mieszkania po broń 

i poszedł w jego ślady. 

Tepra  jednakŜe  nie  wytrzymała  na  miejscu.  Wkrótce  dogoniła  Nikadura  i  mimo  jego 

protestów uparła się, by pójść razem z nim. Tak więc po chwili cała trójka w towarzystwie wielu 

jeszcze innych osób spieszyła w kierunku wrzawy. 

W pewnym momencie minął ich człowiek biegnący w przeciwną stronę. 

-  Co  się  dzieje?  -  rozległ  się  chór  głosów,  lecz  jedyną  odpowiedzią  był  niezrozumiały 

bełkot  męŜczyzny.  Sprawa  juŜ  za  chwilę  miała się  wyjaśnić  -  na  następnym  zakręcie  spieszący 

ludzie ujrzeli przed sobą powód zamieszania. 

Korytarzem maszerował niesamowity pochód. Na czele szła grupa Lorian, którzy tańczyli 

i wiwatowali jak szaleni, a za nimi kroczyła dobrze znana postać: Nenapus, wódz Nonończyków, 

w  otoczeniu  swoich  oficerów.  Za  nim  maszerowali  chyba  wszyscy  mieszkańcy  Nononu,  ma-

mrocząc  coś  niezrozumiale  i  wykrzykując  do  Lorian,  których  mijali.  Jednak  mieszkańcy  Loru 

przyglądali  się  nie  tyle  Nonończykom,  co  tym,  którzy  szli  za  nimi.  A  był  to  tłum  Jakran,  z 

których kaŜdy niósł na kiju białą szmatę, wciąŜ jeszcze, po tak wielu latach, oznaczającą pokój. 

Był  wśród  nich  Datto,  postawny  wódz  Jakran,  a  takŜe  jego  krzepki  bratanek  Torp  oraz  wielu 

innych,  o  których  Lorianie  słyszeli  od  Nonończyków.  Zaś  na  ramionach  dwóch  najsilniejszych 

Jakran... zobaczyli Tumitaka we własnej osobie! 

Lorianom zdawało się, Ŝe śnią. Tumitak odziany był w szaty tak piękne, Ŝe słowa tego nie 

background image

 

 

mogły wyrazić. Wykonane z najszlachetniejszych tkanin, przejrzystych muślinów barwionych w 

najdelikatniejsze  odcienie  opalizujących  róŜów,  zieleni  i  błękitów,  spływały  z  jego  postaci 

przylegając  do  ciała  i  nadając  mu  iście  boski  wygląd.  Na  głowie  Tumitak  miał  metalową 

przepaskę przypominającą koronę, jaką wedle legendy mieli nosić królowie szylków. 

Ale  co  najbardziej  niewiarygodne  - Tumitak  trzymał w  wyciągniętej ręce  pomarszczoną 

głowę szylka! 

Tumlok,  Nikadur  i  Tepra  nie  potrafili  powiedzieć,  kiedy  włączyli  się  w  ludzką  rzekę. 

Biegli  korytarzem  w  kierunku  niesamowitego  pochodu,  a  juŜ  po  chwili  maszerujący  ludzie 

wchłonęli ich jako część wrzeszczącego, rozentuzjazmowanego tłumu, który siłą i śmiechem to-

rował sobie drogę ku głównemu placowi Loru. 

Maszerujący  dotarli  do  skrzyŜowania  dwóch  głównych  korytarzy  i  utworzyli  olbrzymie 

zgromadzenie,  z  Tumitakiem  i  gromadą  Jakran  pośrodku.  Przez  chwilą  jeszcze  tłum  krzyczał  i 

wiwatował, lecz wkrótce Tumitak, wszedłszy na kamienny postument, od dawna uŜywany przez 

mówców,  uniósł  rękę  prosząc  o  spokój.  Cisza  zapadła  nieomal  natychmiast  i  wtedy  rozległ  się 

głos Nenapusa, który instynktownie przyjął na siebie rolę mistrza ceremonii. 

- Przyjaciele Lorianie - przemówił. - Dziś oto nadszedł dzień, który pozostanie wiecznie 

w  pamięci  mieszkańców  trzech  miast  z  dolnych  korytarzy.  Minęły  lata  od  czasu,  gdy  te  trzy 

miasta spotkały się po raz ostatni na przyjacielskiej stopie. By stało się tak ponownie, trzeba było 

wydarzenia tak niewiarygodnego, Ŝe trudno weń uwierzyć. Oto bowiem nareszcie człowiek zabił 

szylka... 

Przerwał mu dudniący głos Datty, odświętnie wystrojonego wodza Jakran. 

-  Dość  słów!  -  krzyknął.  -  Przybyliśmy  tu,  aby  oddać  hołd  Tumitakowi,  Lorianinowi, 

który  zabił  szylka.  Wznośmy  na  jego  cześć  okrzyki  i  śpiewajmy  pieśni.  Schylmy  przed  nim 

czoła,  Nenapusie,  my,  wodzowie,  i  wezwijmy  równieŜ  wodzów  Loru,  by  uczynili  to  samo,  bo-

wiem ten, który zabił szylka, jest ponad nas wszystkich. 

Nenapusa zezłościł nieco fakt, Ŝe mu przerwano ulubione zajęcie, nim jednak zdołał coś 

odpowiedzieć,  przemówił  Tumitak,  którego  zarówno  Jakranie,  jak  i  Nonończycy  słuchali  z 

szacunkiem. 

- Bracia Lorianie - zaczął. - Przyjaciele Nonończycy i Jakranie, nie dla sławy podąŜyłem 

background image

 

 

na Powierzchnię i zabiłem potwora, którego łeb trzymam w ręku. Od dzieciństwa uwaŜałem, Ŝe 

ludzie  mogą  walczyć  z  szylkami.  Moim  celem  było  udowodnienie  tego  wszystkim.  Na  pewno 

Ŝ

aden  z  mieszkańców  Loru  nie  jest  gorszym  wojownikiem  ode  mnie.  A  jednak  wielu  mną 

pogardzało  jako  niepoprawnym  marzycielem.  CzyŜ  nie  widzicie,  Ŝe  człowiek  nie  jest  słabym  i 

nic nie znaczącym stworzeniem, za jakie się uwaŜa? Wy, Jakranie, nigdy nie uciekaliście w trwo-

dze,  gdy  przeciwko  wam  występowali  mieszkańcy  Loru!  Lorianie,  czy  kiedykolwiek  drŜeliście 

ze strachu zamknięci w mieszkaniach, gdy Jakranie napadali na wasze korytarze? 

A mimo to - mówił dalej - na okrzyk "szylk!" wszyscy, zdjęci przeraŜeniem, chowaliście 

się  do  domów!  CzyŜ  nie  widzicie  teraz,  Ŝe  szylki,  choć  potęŜne,  są  tylko  śmiertelnymi 

stworzeniami jak wy sami? Słuchajcie przeto opowieści o moich czynach i zastanówcie się, czy 

dokonałem czegoś, czego nie potrafilibyście zrobić sami. 

Tumitak począł opowiadać o swych przygodach. Mówił o tym, jak przeszedł przez Jakrę, 

i  choć  Lorianie  okrzykami  wyraŜali  zadowolenie,  wśród  Jakran  panowała  cisza.  Opowiedział  o 

mrocznych korytarzach i wówczas wiwatowali równieŜ Jakranie, zwłaszcza gdy mówił o zabiciu 

psów.  Mówił  o  komnatach  Estetów  i  w  Ŝywych  barwach  opisał  cuda,  które  tam  widział,  mając 

nadzieję, Ŝe wzbudzi w słuchaczach chęć zawładnięcia tymi skarbami. 

Potem  zaś  próbował  opowiedzieć  im  o  Powierzchni,  lecz  tu  zabrakło  mu  słów;  oddanie 

całej  historii  zabicia  szylka  i  drogi  powrotnej  przy  pomocy  ograniczonego  słownictwa 

mieszkańców korytarzy było prawie niemoŜliwe. 

-  Z  jakiegoś  powodu  szylki  mnie  nie  goniły  -  powiedział  Tumitak  -  i  udało  mi  się 

bezpiecznie dotrzeć do pierwszych korytarzy Estetów. Tu zostałem wykryty i musiałem pokonać 

pół  tuzina  grubasów,  nim  mogłem  iść  dalej.  Zabiłem  wszystkich.  -  Tumitak  w  swym  nie-

ś

wiadomym  zarozumialstwie  i  pogardzie  nie  wspomniał  o  tym,  jak  łatwo  było  pokonać  takich 

przeciwników - i odebrawszy im te szaty ruszyłem w dalszą drogę. 

Dotarłem  do  mrocznych  korytarzy,  lecz  nawet  tu  nikt  mnie  nie  zatrzymywał.  Zapewne 

straszny odór szylka był tak silny, Ŝe dzicy bali się podejść bliŜej. W końcu dotarłem do Jakry i 

stwierdziłem,  Ŝe  kobieta,  którą  poznałem w  czasie podróŜy na  Powierzchnię, opowiedziała swą 

historię wodzowi Datto, który gotów był oddać mi cześć w czasie mojej podróŜy do domu. I tak 

doszedłem do Nononu, a po jakimś czasie i do Loru. 

background image

 

 

Tumitak  zakończył  opowieść,  a  tłum  znowu  zaczął  wznosić  okrzyki  radości.  Wiwaty 

wzmagały się, a ich echo odbijało się od ścian, aŜ cały plac dźwięczał jak potęŜny dzwon. 

- Wielki jest Tumitak, syn Loru! - krzyczeli. - Wielki jest Tumitak, zabójca szylków! - A 

Tumitak skrzyŜował ramiona na piersiach i napawał się chwałą zapomniawszy na chwilę, Ŝe jego 

misja polegała na udowodnieniu, Ŝe nie trzeba nadludzkich sił, by zabić szylka. 

Po jakimś czasie tłum ucichł i dał się znowu słyszeć głos Datty. 

-  Lorianie.  -  zawołał  wódz.  -  Przez  wiele,  wiele  lat  ludzie  z  Jakry  toczyli  bezustanną 

wojnę  z  mieszkańcami  Loru.  Dziś  ta  wojna  się  kończy.  Dziś  poznaliśmy  Lorianina,  który 

przerasta  kaŜdego  z  Jakran,  dlatego  teŜ  nie  będziemy  więcej  walczyć  z  Lorem.  Aby  zaś 

udowodnić,  Ŝe  mówię  prawdę,  oto  Datto  składa  wiernopoddańczy  hołd  Tumitakowi!  Znowu 

rozległy się wiwaty, po czym wystąpił Nenapus. 

-  Dobrze  uczyniłeś,  Datto  -  powiedział.  -  Zaprawdę,  jeśli  istnieje  wódz  wodzów,  to  jest 

nim  Tumitak.  W  przeszłości  nie  było  wielkich  waśni  między  Lorem  i  Nononem,  toteŜ  nasza 

historia jest inna. Mówi ona bowiem, Ŝe w dawnych czasach ludy Loru i Nononu stanowiły jeden 

naród. Słyszeliśmy o dniach wielkiego wodza Empitata, który panował... - w tym miejscu Datto, 

wściekły, szepnął mu coś do ucha i Nonończyk zaczerwienił się, ale po chwili podjął: 

-  Lecz  dość  tego.  Wystarczy  powiedzieć,  Ŝe  równieŜ  Nenapus  składa  hołd  Tumitakowi, 

wodzowi wodzów i wodzowi Nononu. 

Znowu zerwały  się brawa, a po chwili przemówił znów Datto. Czy nie przystoi, zapytał 

marszcząc gniewnie czoło, aby Lorianie równieŜ uznali Tumitaka za wodza, tym samym czyniąc 

go królem wszystkich dolnych korytarzy? Lorianie wznieśli radosny okrzyk, a potem przemówił 

Tagivos, najstarszy spośród lekarzy. 

-  Mieszkańcy  Loru  mają  nieco  inny  system  władzy  niŜ  Nonończycy  i  Jakranie  - 

powiedział.  -  Nie  mieliśmy  wodza  od  wielu  lat.  JednakŜe  pomysł  zjednoczenia  trzech  miast 

uwaŜam za dobry, toteŜ zwołam posiedzenie Rady, która o tym postanowi. 

Wkrótce zebrała się Rada pod przewodnictwem Tagivosa, Tumloka i starego Sidangi; po 

pewnym czasie oznajmili oni, Ŝe zgodzili się co do uznania Tumitaka równieŜ wodzem Loru. 

I tak pośród wiwatów okrzyknięto Tumitaka wodzem wszystkich dolnych korytarzy. 

Datto  i  jego  olbrzymi  bratanek  Torp,  najwyŜsi  spośród  Jakran,  byli  wśród  pierwszych, 

background image

 

 

którzy  zaprzysięgli  wierność  Tumitakowi.  Następnie  przyjął  on  hołd  od  Sidangi,  Tagivosa  i 

innych  Lorian.  Młodzieńca  przepełniło  dziwne  uczucie,  gdy  dotykał  miecza  ojca  i  słuchał  słów 

jego  przysięgi,  lecz  zachował  powagę,  traktując  Tumloka  na  równi  z  innymi  Lorianami  aŜ  do 

zakończenia ceremonii. Wtedy poprosił o uwagę. 

- Przyjaciele z dolnych korytarzy - zaczął. - Nowy dzień zaświtał dziś ludzkości. Minęło 

ponad  trzydzieści  lat  od  czasu,  gdy  wojna  zawitała  do  tych  korytarzy,  i  w  ciągu  tych  lat  ludzie 

prawie  zapomnieli  sztuki  wojennej.  śyliśmy  w  gnuśnym  pokoju,  podczas  gdy  ponad  nami 

wrogowie  ludzkości  rośli  w  potęgę.  Uznając  mnie  za  wodza  musicie  zerwać  z  tym  gnuśnym 

pokojem  i  rozpocząć  Ŝycie  wypełnione  działaniem.  Zbyt  wiele  widziałem,  by  pozwolić  wam 

gnuśnieć  w  najgłębszych  korytarzach.  Poprowadzę  was  do  walki  z  dzikusami  z  mrocznych 

korytarzy,  aby  zawładnąć  tymi  lochami  i  wypełnić  je  światłem,  które  jeszcze  gdzieniegdzie 

płonie. 

A  gdy  pokonamy  tych  dzikusów  -  mówił  dalej  -  powiodę  was  przeciwko  grubym 

Estetom, by wam pokazać, co znaczy prawdziwe piękno w Ŝyciu człowieka. A nadejdzie jeszcze 

czas, jeśli NajwyŜszy pozwoli, Ŝe poprowadzę was przeciwko samym szylkom, bowiem to, czego 

dokonałem, jest w granicach moŜliwości kaŜdego człowieka. 

A  jeśli  ktoś  uwaŜa,  Ŝe  cel,  jaki  wam  postawiłem,  jest  nieosiągalny,  niechaj  przemówi 

teraz. 

Znowu zerwały się okrzyki, które z kaŜdą chwilą nabierały mocy i odbijały się od ścian 

wielkiego  placu.  W  tej  chwili  podniecenia  i  entuzjazmu  nie  było  ani  jednego  człowieka  w  tym 

tłumie, który by nie czuł, Ŝe i on moŜe zabić szylka. 

A  gdy  tak  wszyscy  wiwatowali  i  śpiewali  popadając  w  stan  zbiorowej  euforii,  Tumitak 

zszedł z kamienia i oddalił się w kierunku domu.