background image

Cykl FIONAVARSKI GOBELIN składa się z trzech ksiąg:

LETNIE DRZEWO

WĘDRUJĄCY OGIEŃ

NAJMROCZNIEJSZA DROGA

Guy Gavriel Kay

WĘDRUJĄCY OGIEŃ

Księga druga Fionavarskiego Gobelinu

Przełożył Michał Jakuszewski

Zysk i S-ka Wydawnictwo

Tytuł oryginału The Wandering Fire

Copyright © 1986 by Guy Gavriel Kay

Ali rights reserved

Copyright © 1995 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c, Poznań

Redaktor Barbara Borszewska

background image

Wydanie I ISBN 83-7150-007-6

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c.

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 532-751, 532-767, tel./fax 526-326

Łamanie tekstu

perfekt s.c, Poznań, ul. Grodziska 11

tel. 67-12-67

WĘDRUJĄCY OGIEŃ jest dedykowany mojej żonie, Laurze, która wyruszyła ze mną, 
by go odnaleźć.

PODZIĘKOWANIA

Druga księga Gobelinu powstała na farmie naszych przyjaciół, Marge i Antoniosa 

Katsipisa, nie opodal miasta Whakatane w Nowej Zelandii. W kształtowaniu własnego świata 
niezmiernie pomogło mi ciepło, z którym oboje, a także ich syn, łakomi, przywitali nas u 
siebie.

CO WYDARZYŁO SIĘ WCZEŚNIEJ      

W LETNIM DRZEWIE opowiedziano, jak Loren Srebrny Płaszcz i Matt Soren, mag 

i jego źródło, wywodzący się z Najwyższego Królestwa Brenninu leżącego w świecie 
Fionavar, skłonili pięcioro ludzi z naszego świata, by przeszli wraz z nimi do tego, z którego 
przybyli. Goście mieli jakoby uczestniczyć w uroczystościach towarzyszących obchodom 
pięćdziesiątej rocznicy wstąpienia na tron Ailella, najwyższego króla. W rzeczywistości 
poczynania maga wywołane były żywionymi przez niego mrocznymi przeczuciami.

Tymczasem królestwo Brenninu dotknęła straszliwa susza. Starszy syn Ailella, Aileron, 

został już uprzednio wygnany, gdyż przeklął swojego ojca za to, że ten nie pozwoli] mu 
podjąć próby zakończenia suszy przez złożenie z siebie ofiary na Letnim Drzewie.

W Fionavarze pięcioro obcych szybko wpadło w skomplikowany gobelin wydarzeń. 

Prastara jasnowidząca, Ysan-ne, rozpoznała Kim Ford jako swą następczynię, którą uprze-
dnio widziała w proroczym śnie. Wtajemniczenia Kim w wiedzę jasnowidzących dokonał 
wodny duch Eilathen Otrzymała też Baelrath, Wojenny Kamień, którego strzegte 
jasnowidząca. W geście ostatecznego poświęcenia użyła one Lókdala, magicznego sztyletu 
krasnoludów, by popełnić sa-

7

mobójstwo. Przedtem jednak nakreśliła na czole śpiącej Kimberly pewien symbol, który 
umożliwił jej uczynienie ze swej duszy daru dla dziewczyny.

background image

Tymczasem Paul Schafer i Kevin Laine przeszli całkiem odmienną inicjację. Paul rozegrał 

— i przegrał —- nocną partię szachów z najwyższym królem, podczas której nieoczekiwanie 
nawiązała się między nimi nić sympatii. Następnego ranka wraz z Kevinem przyłączyli się do 
drużyny lekkomyślnego księcia Diarmuida, by dokonać wypadu na drugą stronę rzeki Saeren, 
do Cathalu, Krainy Ogrodów. Tam Diarmuid zrealizował swój plan i uwiódł Sharrę, księż-
niczkę Cathalu. Gdy kompania powróciła do Brenninu, jej członkowie spędzili szaloną noc w 
tawernie „Pod Czarnym Dzikiem". Było już późno, gdy piosenka, którą zaśpiewał Kevin, 
przypomniała Paulowi o śmierci w wypadku samochodowym Rachel Kincaid, kobiety, którą 
kochał. Paul obwiniał za ów wypadek siebie, jako że wydarzył się on niedługo po tym, gdy 
Rachel oznajmiła, że ma zamiar wyjść za mąż za kogoś innego. Uczynił więc drastyczny 
krok. Zgłosił się do najwyższego króla i ten pozwolił mu, by zajął jego miejsce jako ofiara na 
Letnim Drzewie.

Następnej nocy polana Letniego Drzewa leżąca w Lesie Boga ujrzała bitwę na epicką 

skalę. Przywiązany do drzewa Paul przyglądał się bezradnie, jak Galadana, wilczego władcę, 
który przyszedł odebrać mu życie, zaatakował i odpędził tajemniczy szary pies. Kolejnej 
nocy — trzeciej spędzonej przez Paula na drzewie — mimo że była to pora nowiu, na niebie 
pojawił się czerwony księżyc w pełni, a Dana, Bogini Matka, uwolniła Paula od poczucia 
winy, ukazując mu, że w rzeczywistości wcale nie wywołał podświadomie wypadku, w 
którym zginęła Rachel. Gdy Paul zalał się łzami, na Brennin spadł wreszcie deszcz. Sam Paul 
jednak nie umarł. Zdjęła go żywego z drzewa Jaelle, najwyższa kapłanka Dany.

Było więc jasne, że zbliża się epokowa konfrontacja. Rakoth Maugrim, Spruwacz, 

pokonany przed tysiącleciem i spętany pod wielkim szczytem Rangat, wydostał się na

wolność i — by to ogłosić — sprawił, że góra eksplodo wała, tworząc ognistą dłoń.

Jego uwolnienie miało przykre konsekwencje dla Jenni fer Lowell, czwartej z przybyłych. 

W Paras Derval była on; świadkiem niepokojącego incydentu, który wydarzył si( podczas 
dziecinnej wyliczanki. Dziewczynka imieniem Lei la po raz trzeci tego lata wyznaczyła 
chłopca, zwanego Fin nem, do wstąpienia na Najdłuższą Drogę. Nikt, nawet Jaelle która 
również przyglądała się temu wydarzeniu, nie wiedzia dokładnie, co ono oznacza. 
Następnego dnia, wyjechawsz; za miejskie mury, Jennifer spotkała Brendela, jednego z Ho 
alfarów — Dzieci Światła — wraz z grupąjego pobratym ców. Zatrzymała się na noc razem z 
nimi w lesie. W cie mności zaatakowano ich. Zaniepokojony przybyciem pię ciorga obcych 
Rakoth Maugrim nakazał Galadanowi ora; Metranowi — zdradzieckiemu pierwszemu 
magowi Bren ninu — uprowadzić Jennifer. Przywiązano ją do grzbieti czarnej łabędzicy 
Avai, która zaniosła ją na północ, do For tecy Rakotha, Starkadh.

Tymczasem eksplozja góry spowodowała śmierć stareg< najwyższego króla. 

Doprowadziło to do pełnej napięcia kon frontacji między Diarmuidem a jego bratem 
Aileronem, któr od chwili wygnania ukrywał się jako sługa Ysanne. Sytuacji grożącą 
wybuchem przemocy zakończyło zrzeczenie si< przez Diarmuida pretensji do tronu. Został 
on jednak ugo dzony nożem w bark przez Sharrę z Cathalu.

Ostatni z piątki przybyszów, Dave Martyniuk, rozłączo ny z pozostałymi w chwili 

przejścia do Fionavaru, znalaz się daleko na północy, wśród Dalrei, Jeźdźców z Równiny Dał 
się tam wciągnąć w życie trzeciego plemienia, któryn władał Ivor, ich wódz.

Młodemu synowi Ivora, Taborowi, który odbywał w le sie głodówkę, by ujrzeć wizję 

swego totemowego zwierzę cia, przyśniło się stworzenie, które — jak się zdawało — nie 
mogło istnieć: skrzydlaty jednorożec kasztanowej maści Następnej nocy na granicy Wielkiej  
Puszczy, Pendaran

spotkał istotę ze swej wizji i poleciał na niej. Była to Im-raith-Nimphais, obosieczny dar 
Bogini zrodzony z czerwonego księżyca w pełni.

Nazajutrz grupa Dalrei dowodzona przez najstarszego syna Nora, Levona, odprowadziła 

Dave'a do Brenninu. Drużyna wpadła w pułapkę zastawioną przez wielu złych svart alfarów. 
Ocaleli jedynie Dave, Levon oraz jeszcze jeden Dalrei imieniem Torc, którzy umknęli w 
mrok Puszczy Pen-daran. Jej drzewa i duchy, które nienawidziły wszystkich ludzi od chwili, 
gdy — przed tysiącem lat — utraciły piękną Lisen z Puszczy, planowały uśmiercić intruzów. 
Uratowała ich interwencja Flidaisa, puszczańskiego ducha niewielkiego wzrostu. Twierdził 
on między innymi, że zna odpowiedzi na wszystkie zagadki we wszystkich światach, z 

background image

wyjątkiem jednej: imienia, za pomocą którego można wezwać Wojownika. Tak się złożyło, 
że poszukiwanie tego imienia było jednym z zadań powierzonych Kimberly przez Ysanne.

Flidais wysłał wiadomość do Ceinwen, kapryśnej, odzianej w zieleń bogini łowów, która 

darzyła Dave'a szczególnym uczuciem. Sprawiła ona, że trzech przyjaciół przebudziło się 
rankiem bezpiecznie na południowym skraju Wielkiej Puszczy.

Uczyniła też więcej. Spowodowała, że Dave odnalazł dawno zagubiony przedmiot mocy: 

Róg Oweina. Levon, którego uczył stary, mądry Gereint, ślepy szaman jego plemienia, 
odszukał w pobliżu Grotę Śpiących — jaskinię, w której spał Owein wraz z królami Dzikich 
Łowów.

Trójka przyjaciół pojechała na południe, by zanieść tę wiedzę do Paras Derval. Przybyli 

akurat na czas, aby zdążyć na pierwszą sesję rady pod rządami Ailerona. Obrady przerywano 
dwukrotnie. Za pierwszym razem powodem było przybycie Brocka, krasnoluda z Banir Tal, 
który klęknął przed Mattem Sórenem — ongiś królem tej rasy — po czym przekazał 
straszliwą wiadomość, że krasnołudowie, pod przewodnictwem dwóch braci, Kaena i Blóda, 
pomogli

10

Spruwaczowi uwolnić się, zdradziecko niszcząc kamiei strażniczy z Eridu, co uniemożliwiło 
przekazanie ostrzeże nia, iż spętany pod górą Rakoth zaczął się poruszać. Oddal mu też 
odnaleziony przez siebie Kocioł z Khath Meigol który miał moc wskrzeszania niedawno 
zmarłych.

W samym środku tej straszliwej recytacji Kimberly uj rżała nagle — w wizji 

ukształtowanej przez Baelrath — Jennifer gwałconą i torturowaną przez Rakotha w jego for 
tecy. Przywołała do siebie Dave'a, Paula i Kevina, po czyn dosięgła nieszczęsną dziewczynę 
dziką mocą swego pier ścienia i ściągnęła całą piątkę z Fionavaru z powrotem dc ich 
własnego świata.

Tak zakończyło się LETNIE DRZEWO.

Część I

Wojownik

Rozdział 1

Zbliżała się zima. Śnieg, który spadł ostatniej nocy, nie stopniał. Pokrywał nagie 

drzewa. Toronto przebudziło się tego ranka i ujrzało, że jest ubrane całkowicie na biało, a był 
dopiero listopad.

Dave Martyniuk przechodził przez Nathan Philips Sąuare na wprost bliźniaczych 

krzywizn ratusza. Stąpał tak ostrożnie, jak tylko mógł. Żałował, że nie założył zimowych bu-
tów. Gdy kierował się w stronę położonego po przeciwległej stronie placu wejścia do 
restauracji, z pewnym zaskoczeniem ujrzał, że pozostała trójka już na niego czeka.

 Dave — odezwał  się bystrooki  Kevin Laine. —

Nowy garnitur! Kiedy to się wydarzyło?

 Cześć wszystkim — odparł Dave. — Kupiłem go

w zeszłym tygodniu. Nie mogę przez cały rok nosić takich
samych sztruksowych marynarek, zgadza się?

 Święta prawda — zgodził się uśmiechnięty Kevin.

Miał na sobie dżinsy i barani kożuszek. Oraz zimowe buty.
Ukończył już obowiązkowy staż w firmie prawniczej, który

background image

Dave właśnie rozpoczął, i pogrążył się teraz w równie nud
nym, choć mniej formalistycznym, sześciomiesięcznym kur
sie adwokackim. —  Jeśli to jest trzyczęściowy garnitur —
dodał — to twój wizerunek w moich oczach zostanie nie
odwracalnie zburzony.

13

Dave rozpiął bez słowa marynarkę, by odsłonić kryjącą się pod spodem olśniewającą, 

ciemnoniebieską kamizelkę.

— Wszyscy święci Pańscy miejcie nas w swej opiece!

— zawołał Kevin. Przeżegnał się niewłaściwą ręką, kreśląc
jednocześnie drugą znak chroniący przed złem. Paul Schafer
roześmiał się. — Tak naprawdę — ciągnął Kevin — wy
gląda bardzo fajnie. Tylko dlaczego nie wybrałeś odpowied
niego rozmiaru?

— Och, Kev, daj mu spokój! — wtrąciła się Kim Ford.

— Naprawdę jest fajny, Dave, i świetnie na ciebie pasuje.
Kevin zauważył, że wygląda jak łajza, i jest zazdrosny.

 Nieprawda — sprzeciwił się obwiniony. — Po prostu

zatruwam koledze życie. Jeśli nie będę mógł dokuczać Da-
veowi, to kto mi zostanie?

 Nic nie szkodzi — odparł Dave. — Jestem twardy.

Potrafię to znieść.

W tej samej chwili jednak przypomniał sobie twarz Ke-vina Laine'a zeszłej wiosny w 

pokoju hotelu Park Plaża. Twarz oraz bezbarwny, chrapliwy, lecz opanowany głos, którym 
przemówił, spoglądając na leżącą na podłodze zmasakrowaną kobietę.

Na to odpowiem, choćby nawet był bogiem i choćby miało to oznaczać moją śmierć.

Trzeba okazać trochę tolerancji komuś, kto złożył podobną przysięgę — pomyślał Dave 

— nawet jeśli jego styl nierzadko bywa drażniący. Pamiętał o tym również owego wieczoru 
— i nie tylko wtedy — kiedy Kevin dał wyraz niemej wściekłości kryjącej się w jego 
własnym sercu.

— Tak jest — odezwała się łagodnym głosem Kim

Ford. Dave wiedział, że jest to odpowiedź na jego myśli,
a nie nonszalanckie słowa. Byłoby to niepokojące, gdyby
nie to, kim była, ze swymi białymi włosami, zieloną bran
soletą na nadgarstku i czerwonym pierścieniem — który
rozjarzył się, by sprowadzić ich do domu — na palcu. —
Wejdźmy do środka — powiedziała. — Musimy omówić
kilka spraw.

14

Paul Schafer, Dwukrotnie Narodzony, na te słowa odwrócił się by ruszyć na ich czele.

Ile odcieni — pomyślał Kevin — ma bezradność? Pamiętał to uczucie z zeszłego roku, 

gdy obserwował, jak Paul zamknął się w sobie w miesiącach po śmierci Rachel Kin-caid. To 
był dla jego przyjaciela niedobry okres, lecz otrząsnął się z tego. W ciągu trzech nocy 
spędzonych na Letnim Drzewie w Fionavarze zmienił się tak dalece, że w najważniejszych 
kwestiach nie sposób go już było zrozumieć. Został jednak uzdrowiony i Kevin uważał to za 
dar od Fiona-varu, swego rodzaju rekompensatę za to, co zrobił z Jennifer bóg zwany 
Rakothem Maugrimem. Rekompensata nie była jednak raczej właściwym określeniem, gdyż 
owej krzywdy nie można było naprawdę wynagrodzić ani na tym, ani na żadnym innym 
świecie. Pozostawała jedynie nadzieja zemsty — płomień tak słaby, że mimo złożonej przez 
niego przysięgi zaledwie się tlił. Cóż znaczyło którekolwiek z nich wobec boga? Nawet Kim, 
ze swym Wzrokiem, nawet Paul, nawet Dave, który zmienił się wśród Dalrei z Równiny i od-
nalazł róg w Puszczy Pendaran.

A kim był on, Kevin Laine, by składać przysięgę zemsty? Wszystko to wydawało się takie 

background image

żałosne i śmieszne, zwłaszcza tutaj, gdy jadł filety z soli w sali jadalnej restauracji Mackenzie 
King, wśród pobrzękiwania sztućców oraz szmeru rozmawiających przy obiedzie prawników 
i urzędników państwowych.

 I co? — zapytał Paul tonem, który sprawił, że oto

czenie straciło nagle znaczenie. Patrzył na Kim. — Czy coś
widziałaś?

 Przestań — odparła. — Przestań mnie naciskać. Jeśli

coś się wydarzy, powiem ci o tym. Czy chcesz zapewnienia
na piśmie?

 Spokój, Kim — odezwał się Kevin. — Musisz zro

zumieć, jak bardzo nieświadomi się czujemy. Jesteś dla nas
jedynym połączeniem.

 No więc, w tej chwili nie jestem z niczym połączona

15

i tyle. Istnieje pewne miejsce, które muszę odnaleźć. Nie panuję nad swymi snami. Wiem 
tylko, że ono leży w tym świecie. Nie mogę nigdzie się udać ani niczego zrobić, dopóki go 
nie odszukam. Czy sądzicie, że jest mi przyjemniej niż wam trzem?

 Czy nie możesz nas odesłać? — zadał niemądre py

tanie Dave.

 Nie jestem cholerną kolejką podziemną! — wybu-

chnęła Kim. — Udało mi się nas wydostać, ponieważ Bael-
rath wyrwał się w jakiś sposób na swobodę. Nie umiem tego
zrobić na zawołanie.

 To znaczy, że utknęliśmy tutaj — skwitował Kevin.

 Chyba że przybędzie po nas Loren — poprawił go

Dave.

Paul potrząsnął głową. — Nie zrobi tego.

 Dlaczego? — zapytał Dave.

 Sądzę, że Loren nie będzie ingerował. Rozpoczął całą

sprawę, ale teraz zostawi ją nam i niektórym z pozostałych.

Kim pokiwała głową. — Wprowadził nić do krosien — szepnęła — ale nie chce tkać tego 
gobelinu. Ona i Paul wymienili spojrzenia.

 Ale dlaczego? — nie ustępował Dave. Kevin słyszał

brzmiącą w głosie potężnego mężczyzny frustrację. — Je
steśmy mu potrzebni. Przynajmniej Kim i Paul. Czemu po
nas nie przybędzie?

 Ze względu na Jennifer — odparł cicho Paul. —

Uważa, że wycierpieliśmy już wystarczająco wiele — do
dał po chwili. — Nie będzie nam już nic narzucał.

Kevin odchrząknął. — Jak rozumiem, wszystko co wydarzy się w Fionavarze prędzej czy 

później znajdzie odbicie tutaj i w pozostałych światach, gdziekolwiek one się znajdują. Czyż 
to prawda?

 Tak jest — odparła spokojnie Kim. — Być może

nie natychmiast, ale jeśli Rakoth zawładnie Fionavarem, bę
dzie panował wszędzie. Istnieje tylko jeden Gobelin.

 Mimo to — dorzucił Paul — musimy to zrobić

16

z własnej inicjatywy. Loren od nas tego nie zażąda. J( śli chcemy we czwórkę tam wrócić, 
musimy sami znalei drogę.

— We czwórkę? — zapytał Kevin. Z bezradnością pc

patrzył na Kim.

W jej oczach lśniły łzy. — Nie wiem — wyszeptała — Po prostu nie wiem. Ona nie chce 

widzieć was trzecr Nigdy nie wychodzi z domu. Rozmawia ze mną o prac> pogodzie oraz 

background image

aktualnych wydarzeniach i... i...

— I ma zamiar to zrobić — stwierdził Paul Schafer.
Kimberly skinęła głową.
Była złota — przypomniał sobie Kevin, pogrążon; w smutku.
— No dobra — dorzucił Paul. — Teraz moja kolej.
Strzała Boga.

Kazała wprawić w drzwi judasza, by widzieć, kto puka Większą część dnia spędzała w 

domu. Wychodziła jedynis na popołudniowe spacery do pobliskiego parku. Do drzw często 
ktoś przychodził: doręczyciele z przesyłkami poleconymi, inkasent z gazowni. Choć to 
głupie, z początku przez pewien czas dostawała kwiaty. Sądziła, że Kevin jest inte-
ligentniejszy. Nie dbała o to, czy osądza go sprawiedliwie Pokłóciła się z tego powodu z 
Kim, gdy pewnego wieczon: jej współlokatorka wróciła do domu i znalazła w kuble na 
śmieci róże.

— Czy nie masz żadnego pojęcia, co on czuje? Czy cię

to nie obchodzi? — krzyczała Kimberly.

Odpowiedź: nie i nie.

Jak mogłaby kiedykolwiek jeszcze wzbudzić w sobie coś tak ludzkiego, jak uczucia? 

Niezliczone, pozbawione mostów rozpadliny dzieliły miejsce, w którym się teraz znajdowała, 
od ich czworga i całej reszty ludzi. Wszystko było tu nadal przesiąknięte odorem łabędzia. 
Widziała świat w przesączonym przez filtr nieswietle Starkadh. Jakiż głos, jakież oczy 
dostrzegane przez tę zieloną, zniekształcającą przesłonę, mogłyby zaćmić moc Rakotha, który
przekopał

17

się przez jej umysł i ciało, jak gdyby Jennifer, ongiś cała i kochana, była jedynie stertą żużla?

Cudem pozostała przy zdrowych zmysłach. Tylko jedna rzecz prowadziła ją naprzód, ku 

jakiemuś czasowi przyszłemu. Nie była ona dobra i nigdy nie mogła się taka stać, była jednak 
rzeczywista, nie planowana i należała do niej. Nie pozwoli jej sobie odebrać.

I tak, gdy Kim powiedziała o wszystkim pozostałym trzem, i w lipcu przyszli do niej, by 

się z nią spierać, wstała i wyszła z pokoju. Od tego dnia nie widziała się z Kevinem, Davem 
ani Paulem.

Urodzi to dziecko, dziecko Rakotha Maugrima, i umrze.

Nie wpuściłaby go, gdyby nie zobaczyła, iż jest sam. Było to wystarczająco 

nieoczekiwane, by sprawić, że otworzyła drzwi.

— Chcę ci opowiedzieć historię. Czy mnie wysłuchasz?

— powiedział Paul Schafer.

Na werandzie było zimno. Po chwili odsunęła się na bok i Paul wszedł do środka. 

Zamknęła drzwi i weszła do pokoju. Powiesił płaszcz w szafce na korytarzu i podążył za nią.

Usiadła w fotelu na biegunach. Paul spoczął na kanapie i spojrzał na nią. Była wysoka i 

jasnowłosa, nadal pełna gracji, choć już nie szczupła, w siódmym miesiącu ciąży. Głowę 
trzymała wysoko. Duże, zielone oczy miały nieprzejednany wyraz.

 Poprzednim razem sobie poszłam i teraz zrobię to

samo, Paul. W tej sprawie nie ustąpię.

 Powiedziałem: historię — szepnął.

 No to mów.
Opowiedział jej po raz pierwszy o szarym psie na murach Paras Derval i o niezgłębionym 

smutku w jego oczach. Opowiedział o swej drugiej nocy na Letnim Drzewie, kiedy Ga-ladan, 
którego ona również znała, przyszedł po niego, o tym, jak pies pojawił się ponownie i o 
walce stoczonej w Lesie Mórnira. Opowiedział jej też, że — gdy był przywiązany

18

na Drzewie Boga — ujrzał, jak wzeszedł czerwony księży i szary pies przepędził wilka z 
lasu.

Opowiedział jej o Danie. I o Mórnirze. O mocach, któr owej nocy postanowiły się 

background image

ujawnić w odpowiedzi na Cie mność z północy. Jego głos był głębszy niż to pamiętała 
Brzmiały w nim echa.

— Nie jesteśmy w tej walce sami — powiedział. —

On może nas na koniec roztrzaskać na kawałki, lecz nie zrób
tego bez naszego oporu. Bez względu na to, co widziała:
czy wycierpiałaś w tamtym miejscu, musisz zrozumieć, ż<
on nie jest w stanie ukształtować wzorca dokładnie tak, jal
tego pragnie. W przeciwnym razie nie byłoby cię tutaj.

Wysłuchała go niemal wbrew woli. Jego słowa przywołały z powrotem inne, które 

wyrzekła w samym Starkadh Nie dostaniesz ode mnie nic, czego mi nie odbierzesz — 
powiedziała wtedy. To jednak było przedtem. Zanim przystąpił do odbierania jej wszystkiego 
i zanim Kim ją stamtąc wyciągnęła.

Uniosła lekko głowę. — Tak — rzekł Paul. Jego wzroŁ ani na moment nie oderwał się od 

jej twarzy. — Czy to rozumiesz? Jest silniejszy od każdego z nas, nawet od Boga, który 
odesłał mnie z powrotem. Silniejszy od ciebie, Jenni-fer. Nie warto by było o tym 
wspominać, gdyby nie jedna rzecz: nie może ci odebrać tego, kim jesteś.

— Wiem o tym — odparła Jennifer Lowell. — Dla

tego właśnie urodzę jego dziecko.

Opadł głębiej na kanapę. — W takim razie staniesz się jego sługą.

— Nie.  Wysłuchaj mnie teraz, Paul, ponieważ ty rów

nież nie wiesz wszystkiego. Kiedy mnie zostawił... potem
dał mnie krasnoludowi. Jego imię brzmiało Blód. Byłam
nagrodą, zabawką. Powiedział mu jednak jedną rzecz: że
ma mnie zabić, bo są ku temu powody. — W jej głosie
brzmiała chłodna determinacja. — Urodzę to dziecko, po
nieważ żyję, a on chciał mojej śmierci. Ono jest niepożądane.
Nie mieści się w jego planach.

19

Milczał przez dłuższy czas. — Ale to samo dotyczy ciebie samej — powiedział wreszcie.

Jej śmiech brzmiał brutalnie. — A w jaki sposób ja sama mam mu odpowiedzieć? Będę 

miała syna, Paul, i on stanie się moją odpowiedzią.

Potrząsnął głową. — Jest w tym zbyt wiele zła. I chcesz tylko dowieść tego, czego już 

dowiedziono.

— Wszystko jedno — odparła Jennifer.
Po chwili jego usta wykrzywiły się. — W takim razie nie będę na ciebie naciskał. 

Przyszedłem tu ze względu na ciebie, a nie na niego. Zresztą Kim wyśniła już jego imię.

Jej oczy błysnęły. — Paul, zrozum mnie. Zrobiłabym to, co robię teraz, bez względu na 

to, co powiedziała Kim, czy co się jej akurat przyśniło. I sama wybiorę dla niego imię!

Uśmiechał się, co było niewiarygodne. — A więc nie odchodź i zrób to. Zostań z nami, 

Jen. Jesteś nam potrzebna.

Dopiero gdy usłyszała jego słowa, zdała sobie sprawę, co powiedziała. Uznała, że oszukał 

ją, celowo sprowokował do czegoś sprzecznego z jej zamiarami. Z jakiegoś powodu nie 
mogła się jednak na niego gniewać. Gdyby ta pierwsza, cienka kładka, którą dla niej 
przerzucił, była mocniejsza, mogłaby naprawdę się uśmiechnąć.

Paul podniósł się. — W Galerii Sztuki jest wystawa japońskich drzeworytów. Czy 

chciałabyś obejrzeć je razem ze mną?

Przez dłuższą chwilę kołysała się na fotelu, spoglądając w górę na niego. Był 

ciemnowłosy i szczupły. Nadal wydawał się kruchy, choć już nie tak bardzo, jak ostatniej 
wiosny.

 Jak nazywał się ten pies? — zapytała.

 Nie wiem. Chciałbym się tego dowiedzieć.
Po jeszcze jednej chwili podniosła się, włożyła płaszcz i postawiła pierwszy, ostrożny 

krok na pierwszym moście.

background image

20

Czarne nasienie czarnego boga — myślał Paul, usiłując udawać, że interesują go 

dziewiętnastowieczne drzeworyty z Kioto i Osaki. Żurawie, powykręcane drzewa czy 
eleganckie kobiety z długimi szpilkami we włosach.

Kobieta, która mu towarzyszyła, nie mówiła zbyt wiele, przyszła jednak do galerii, a już 

to sprawiło mu niemałą ulgę. Przypomniał sobie skurczoną postać, jaką była siedem miesięcy 
temu, gdy Kim w akcie desperacji sprowadziła ich z powrotem z Fionavaru za pomocą 
dzikiej, gorejącej potęgi Baelrath.

Wiedział, że to właśnie jest moc Kim: Wojenny Kamień i sny, przez które wędrowała 

nocą, białowłosa jak uprzednio Ysanne, mająca w sobie dwie dusze oraz wiedzę dwóch 
światów. To musiało być trudne zadanie. Cena władzy — przypomniał sobie słowa 
najwyższego króla Ailella, w nocy, gdy rozegrali partię tabael. Owa noc stanowiła uwerturę 
do trzech innych, które stały się jego trudnym, najtrudniejszym zadaniem. Bramą do tego, 
kim był teraz. Panem Letniego Drzewa.

Cokolwiek mogło to znaczyć. Dotarli już do dwudziestego wieku: więcej żurawi, długie, 

wąskie pejzaże górskie, niskie łodzie płynące po szerokich rzekach.

 Tematyka nie  zmienia  się  zbytnio — zauważyła

Jennifer.

 To fakt.
Odesłano go z powrotem. Był odpowiedzią Mórnira, nie miał jednak pierścienia, którym 

mógłby palić, snów, wzdłuż których mógłby tropić sekrety gobelinu, czy choćby rogu, 
takiego, jaki znalazł Dave, wiedzy niebios jak Loren czy korony jak Aileron. Nie miał nawet 
— choć na tę myśl przeszył go dreszcz — w sobie dziecka, jak kobieta u jego boku.

A jednak. Na gałęziach Drzewa, u jego ramienia, usiadły kruki. Ich imiona brzmiały Myśl 

i Pamięć. Na polanie stała jakaś postać. Trudno ją było dostrzec, ujrzał jednak rogi na jej 
głowie i zobaczył, że pokłoniła mu się. Potem nadciąg-

21

nęła biała mgła wznosząca się ku niebu, na którym w noc nowiu żeglował czerwony księżyc. 
Przyszedł też deszcz. A na koniec Bóg.

Ten ostatni nadal mu towarzyszył. Nocami wyczuwał niekiedy jego milczącą, dominującą 

obecność w pędzie i strumieniu swej krwi, w przytłumionym grzmocie swego ludzkiego 
serca.

Czy był tylko symbolem? Manifestacją tego, o czym mówił Jennifer: istnienia oporu 

przeciwko poczynaniom Spruwacza? Jak sądził, istniały gorsze role. Wyznaczono mu 
zadanie do wykonania w nadchodzących wydarzeniach. Niemniej coś w jego wnętrzu — a 
tam był Bóg — mówiło mu, że kryje się w tym coś więcej. Nie będzie Panem Letniego 
Drzewa ten, kto nie urodzi się dwukrotnie — powiedziała mu Jaelle w sanktuarium.

Był czymś więcej niż symbolem. Oczekiwanie na to, aż dowie się czym i w jaki sposób, 

było najwyraźniej częścią ceny, jaką musiał zapłacić.

Dotarli już niemal do końca. Zatrzymali się przed wielkim drzeworytem 

przedstawiającym scenę nad rzeką: łodzie popychane tyczkami oraz inne, rozładowywane 
przy zatłoczonym nabrzeżu; po drugiej stronie strumienia las, a za nim wznoszące się góry o 
ośnieżonych szczytach. Drzeworytu nie powieszono jednak jak należy. Paul widział w szkle 
odbicia stojących za nim ludzi: dwóch studentów i zaspanego strażnika. Nagle dostrzegł 
niewyraźny obraz stojącego w drzwiach wilka.

Odwrócił się szybko, zaczerpnąwszy tchu, i spojrzał w oczy Galadana.
Wilczy władca przybrał swój prawdziwy kształt. Paul usłyszał, jak Jennifer wciągnęła 

głośno powietrze. Zrozumiał, że ona również pamięta ową pokrytą bliznami, wspaniałą, 
potężną moc ze śladami siwizny w ciemnych włosach.

Złapał dziewczynę za rękę, odwrócił się błyskawicznie i ruszył szybko ku wyjściu. 

Obejrzał się przez ramię. Gala-

background image

22

dan podążał za nimi z sardonicznym uśmiechem na twarzy. Nie śpieszyło mu się.

Wyszli zza rogu. Paul wymamrotał szybką modlitwę i nacisnął na klamkę drzwi z 

napisem WYJŚCIE AWARYJNE. Usłyszał za sobą krzyk strażnika, lecz alarm nie włączył 
się. Znaleźli się w korytarzu służbowym. Nie mówiąc ani słowa, pomknęli pędem. Z tyłu 
Paul usłyszał ponowny krzyk strażnika, gdy drzwi otworzyły się raz jeszcze.

Korytarz rozwidlał się. Paul otworzył kolejne drzwi i pośpiesznie przeprowadził przez nie 

Jennifer. Potknęła się i musiał ją podtrzymać.

— Paul, ja nie mogę biec!

Zaklął w duchu. Byli tak daleko od wyjścia, jak to tylko możliwe. Drzwi zaprowadziły ich 

do największej sali w galerii, mieszczącej stałą ekspozycję rzeźb Henry Moore'a. Stanowiła 
ona dumę Galerii Sztuki stanu Ontario. Dawała jej poczesne miejsce na artystycznej mapie 
świata.

I w niej to najwyraźniej mieli umrzeć.

Pomógł Jennifer oddalić się od drzwi. Minęli kilka wielkich rzeźb: Madonnę z dzieckiem, 

nagą postać i coś abstrakcyjnego.

— Zaczekaj tutaj — powiedział. Posadził ją na sze

rokim postumencie jednej z rzeźb. W sali nie było niko
go poza nimi. Był ranek powszedniego, listopadowego
dnia.

Wszystko się zgadza — pomyślał. Odwrócił się. Wilczy władca wszedł tymi samymi 

drzwiami, co oni. Po raz drugi Paul i Galadan stanęli twarzą w twarz w miejscu, gdzie 
odnosiło się wrażenie, że czas się zatrzymał.

Jennifer wyszeptała jego imię. Nie odrywając spojrzenia od Galadana, usłyszał, jak 

szokująco zimnym głosem powiedziała: — Jest za wcześnie, Paul. Bez względu na to, kim 
jesteś, musisz się tego dowiedzieć teraz. W przeciwnym razie przeklnę cię, umierając.

Wciąż wstrząśnięty tymi słowami, ujrzał, jak Galadan uniósł długi, cienki palec do 

czerwonej pręgi na swej skroni.

23

— Ten ślad — powiedział władca andainów — kładę
u korzeni twego Drzewa.

 Masz szczęście — odparł Paul — że żyjesz i mo

żesz go gdzieś położyć.

 Być może — przyznał tamten. Uśmiechnął się raz

jeszcze. — Ale nie mam go więcej niż ty do tej pory. Ty
i ona.

W jego ręku błysnął nóż, choć Paul nie widział, by go wyjmował. Pamiętał tę broń. 

Galadan zbliżył się o kilka kroków. Paul wiedział, że nikt nie wejdzie do sali.

I wtedy zdał sobie sprawę z czegoś jeszcze. Coś poruszyło się w głębi jego umysłu 

niczym morze. On również ruszył naprzód, oddalając się od Jennifer. — Czy chcesz walczyć 
z Dwukrotnie Narodzonym Mórnira? — zapytał.

I wilczy władca odpowiedział: — Nie przybyłem tu po nic innego, choć zabiję 

dziewczynę, gdy będziesz już martwy. Pamiętaj kim jestem: dzieci bogów uklękły, by umyć 
mi stopy. Nie jesteś jeszcze niczym, Pwyllu Dwukrotnie Narodzony, i będziesz dwukrotnie 
martwy, nim pozwolę ci osiągnąć twą moc.

Paul potrząsnął głową, a jego krew zaczęła pulsować. Usłyszał swe słowa, jakby głos 

dobiegał z daleka: — Twój ojciec mi się pokłonił, Galadanie. Czy ty tego nie uczynisz, synu 
Cernana?

Poczuł jak wezbrała w nim moc, gdy spostrzegł wahanie przeciwnika.
Lecz tylko na chwilę. Następnie wilczy władca, który od tysiąca lat był potężną mocą i 

rządził potężnymi, roześmiał się w głos. Ponownie uniósł rękę i pogrążył salę w całkowitym 
mroku.

— A  kiedy  to  słyszałeś, by syn podążał śladami ojca?

background image

— zapytał. — Nie ma tu teraz psa, który by cię strzegł,
a ja widzę w ciemności!

Wewnętrzna moc opuściła Paula. Zamiast niej pojawiło się coś innego — cisza, przestrzeń 
przypominająca sadzawkę w lesie. Instynktownie zro-

24

zumiał, że to prawdziwy dostęp do tego, kim teraz był i kii miał się stać. Wyszedł z tej 
ciszy, podszedł do Jennifc i powiedział do niej: — Spokojnie. Trzymaj się mnie tera mocno.

Gdy poczuł, że ścisnęła jego dłoń i podniosła się, b stanąć za nim, przemówił raz jeszcze 

do wilczego władc) Jego głos uległ zmianie.

— Niewolniku Maugrima — powiedział. — Nie mc gę na razie cię pokonać. Nie widzę 

też w ciemności. Spoi karny się jeszcze, a trzeci raz jest zapłatą za wszystko — o czym 
dobrze wiesz. Nie będę jednak czekał na ciebie tutaj

Wypowiadając te słowa poczuł, że opada w spokojni głębokie miejsce, ukrytą w jego 

wnętrzu sadzawkę, któr; odnalazł w skrajnej potrzebie. Mknął wciąż w dół. Trzyma jąc 
mocno Jennifer, powiódł ich oboje przez zimno, szpan w czasie, przestrzeń między światami 
Tkacza, z powroten do Fionavaru.

ROZDZIAŁ 2

Vae usłyszała stukanie do drzwi. Odkąd Shahars wysłano na północ, do jej uszu 

często dobiegały nocą różne rozlegające się w domu dźwięki. Nauczyła się na ogół nie 
zwracać na nie uwagi.

Jednakże walenia do drzwi sklepu, który znajdował się na dole, nie można było 

zignorować jako zrodzonego z zimowej samotności lub wywołanych wojną obaw. Było 
rzeczywiste i naglące, a ona nie chciała wiedzieć, kto puka.

Jej syn był już jednak na korytarzu. Przywdział spodnie i ciepłą kamizelkę, którą mu 

zrobiła, gdy zaczęły się śniegi. Wydawał się zaspany i młody, dla niej jednak zawsze wy-
glądał młodo.

25

 Czy mam pójść zobaczyć? — zapytał odważnie.

 Zaczekaj — odparła Vae. Podniosła się i założyła

na nocny strój wełnianą szatę. W domu było zimno. Dawno
już minął środek nocy. Jej mężczyzna był daleko. Została
sama pośród mroźnej zimy z czternastoletnim dzieckiem
i coraz bardziej natarczywym stukaniem w drzwi.

Zapaliła świecę i podążyła za Finnem schodami na dół.
— Zaczekaj — powiedziała po raz drugi, gdy znaleźli

się w sklepie. Zapaliła jeszcze dwie świece, nie zważając
na marnotrawstwo. Zimową nocą nie otwierało się drzwi,
jeśli nie miało się jakiegoś światła, które pozwoliłoby zo
baczyć, kto przyszedł. Gdy płomień się rozpalił, dostrzegła,
że Finn zabrał żelazny pogrzebacz z kominka na górze. Ski
nęła głową i chłopak otworzył drzwi.

W zaspie śnieżnej na zewnątrz stało dwoje nieznajomych: mężczyzna i wysoka kobieta, 

którą podtrzymywał, obejmując ręką jej ramiona. Finn opuścił swój oręż. Byli nie uzbrojeni. 
Gdy się zbliżyła, trzymając świecę wysoko, Vae zobaczyła dwie rzeczy: że kobieta nie jest 
jednak nieznajomą i że jest w zaawansowanej ciąży.

— Takiena? — zapytała Vae. — Trzeci raz.
Kobieta skinęła głową. Przeniosła wzrok na Finna, a potem z powrotem na jego matkę. — 

Jeszcze tu jest — powiedziała. — Cieszę się.

background image

Finn nie mówił nic. Był tak młody, że mogło to złamać serce Vae. Mężczyzna stojący w 

drzwiach poruszył się. — Potrzebna nam pomoc — oświadczył. — Uciekliśmy z naszego 
świata przed wilczym władcą. Ja jestem Pwyll, a to jest Jennifer. Byliśmy tutaj zeszłej 
wiosny, razem z Lorenem.

Vae skinęła głową. Żałowała, że Shahara nie ma tutaj, że przebywa w wietrznym chłodzie 

Północnej Twierdzy z włócznią swego dziadka. Był rzemieślnikiem, a nie żołnierzem. Co jej 
mąż wiedział o wojnie?

— Wejdźcie — poprosiła. Ustąpiła im z drogi. Finn za

mknął i zaryglował drzwi za ich plecami. — Jestem Vae.
Mój mężczyzna odjechał. Jakiej pomocy mogę wam udzielić?

26

 Przejście przyśpieszyło chwilę mojego rozwiązań:

— odparła kobieta, zwana Jennifer. Vae wyczytała z j<
twarzy, że to prawda.

 Rozpal ogień — poleciła Finnowi. — W moim pc

koju na górze.

Zwróciła się w stronę mężczyzny. — Pomóż mu. Zź gotuj wodę na ogniu. Finn pokaże 

ci, gdzie jest czyste płótnc Ruszajcie się szybko.

Oddalili się, wbiegając na górę po dwa schody.
Same w oświetlonym blaskiem świec sklepie, miedz nie przędzoną wełną i ukończonymi 

wyrobami, Vae i drug kobieta popatrzyły na siebie.

— Dlaczego ja? — zapytała Vae.

Oczy tamtej zmącił ból. — Dlatego — odparła — ż potrzebna mi matka, która wie, jak 

kochać swe dziecko.

Vae zaledwie kilka chwil temu spała głęboko. Kobie ta przebywająca z nią w pokoju była 

tak piękna, że gdyb; nie wyraz jej oczu mogłaby być stworzeniem ze świat; snów.

 Nie rozumiem — odrzekła.

 Będę musiała go zostawić — padła odpowiedź. —

Czy potrafisz oddać swe serce drugiemu synowi, gdy Fini
wstąpi na Najdłuższą Drogę?

W świetle dnia Vae mogłaby uderzyć bądź przekląć każ dego, kto tak bez ogródek 

mówiłby o sprawie, która prze szywała ją niczym miecz. To jednak była noc i na wpół sen a 
do tego jej rozmówczyni płakała.

Vae była prostą kobietą. Pracowała ze swym mężerr przy wełnie i suknie. Miała syna, 

który z niezrozumiałych dla niej powodów został trzykrotnie wezwany na Drogę, gdy dzieci 
grały w proroczą grę, takienę, a potem po raz czwarty, zanim Góra eksplodowała, 
zapowiadając wojnę. A teraz nadeszło to.

— Tak — odpowiedziała po prostu. — Mogłabym ko

chać inne dziecko. Czy to syn?

Jennifer otarła łzy. — Tak — odrzekła. — Kryje się

27

w tym jednak coś więcej. On będzie z andainów i nie wiem, co to może oznaczać.

Vae poczuła, że jej dłonie drżą. Dziecko boga i śmier-telniczki. Oznaczało to wiele 

rzeczy, większość z nich zapomnianych. Zaczerpnęła głęboko tchu. — Zgoda — powiedziała.

— Jest jeszcze jedno — stwierdziła złotowłosa kobieta.
Vae zamknęła oczy. — Powiedz mi więc.

Nie otwierała ich przez długi czas, gdy padło już imię ojca. Wreszcie, zdobywszy się na 

odwagę tak wielką, że nigdy by nie podejrzewała, iż jest do niej zdolna, Vae rozchyliła 
powieki i powiedziała: — To znaczy, że trzeba go będzie kochać bardzo mocno. Spróbuję.

Ujrzała, że stojąca obok kobieta rozpłakała się, usłyszawszy te słowa. Poczuła zalewające 

ją fale litości.

Wreszcie Jennifer opanowała się, po to tylko, by wstrząsnął nią wyraźny spazm bólu.

— Lepiej chodźmy na górę — zaproponowała Vae. —

background image

To nie będzie łatwa sprawa. Czy dasz radę wejść po sto
pniach?

Jennifer skinęła głową. Vae otoczyła ją ramieniem i ruszyły razem ku schodom. Młodsza 

kobieta zatrzymała się.

— Gdybyś miała drugiego syna — wyszeptała. — Ja

kie nosiłby imię?

Rzeczywiście był to świat snów. — Darien — odpowiedziała. — Po moim ojcu.

Nie była to łatwa sprawa, nie trwała też jednak długo. Był oczywiście mały, gdyż urodził 

się o przeszło dwa miesiące za wcześnie, lecz nie tak mały, jak się tego spodziewała. Gdy 
było po wszystkim, położono go na chwilę u jej piersi. Spojrzawszy po raz pierwszy na 
swego syna, Jennifer rozpłakała się z miłości i ze smutku nad wszystkimi światami i 
wszystkimi polami bitew, gdyż był piękny.

Oślepiona łzami, zamknęła oczy. Potem, raz tylko, dla formy, gdyż należało to zrobić i 

inni powinni wiedzieć, że

28

to zrobiono, powiedziała: — Nazywa się Darien. Imię nadała mu jego matka.

Wyrzekłszy te słowa, ułożyła głowę z powrotem na poduszkach i oddała swego syna Vae.
Gdy ta go przyjęła, zdumiała się, z jaką łatwością znowu poczuła miłość. Kiedy go 

kołysała, w jej oczach również pojawiły się łzy. Uznała, że to z ich winy i przez migotliwe 
światło świec jego bardzo niebieskie oczy wydały jej się przez chwilę — ale nie dłużej — 
czerwone.

Było jeszcze ciemno, gdy Paul wyszedł na ulice. Padał śnieg. W zaułkach Paras Derval, a 

także pod domami i sklepami, piętrzyły się zaspy. Minął szyld gospody „Pod Czarnym 
Dzikiem", który pamiętał. Wewnątrz było ciemno. Okna zasłaniały żaluzje. Tabliczka 
skrzypiała na wietrze. Na białych ulicach nie było nikogo poza nim.

Ruszył dalej na wschód, ku granicy miasta. Następnie — choć było to trudniejsze — 

skierował się na północ, wspinając się na zbocze pałacowego wzgórza. W zaniku widać było 
światła, latarnie morskie ciepła pośród wiatru i sypiącego śniegu.

Paul Schafer poczuł głębokie pragnienie, by pójść ku owym sygnałom, usiąść razem z 

przyjaciółmi — Lorenem, Mattem, Diarmuidem, Collem, a nawet Aileronem, surowym, 
brodatym najwyższym królem — by wysłuchać wieści i podzielić się z nimi brzemieniem 
tego, co przed chwilą widział.

Oparł się tej pokusie. Dziecko stanowiło nić wprowadzoną przez Jennifer do tej tkaniny. 

Był jej winien przynajmniej tyle: nie zniszczy owej nici, roznosząc po całym kraju 
wiadomość, że dziś w nocy narodził się syn Rakotha Mau-grima.

Nazwała go Darien. Pomyślał o chwili, gdy Kim powiedziała: Znam jego imię. Potrząsnął 

głową. To dziecko było czymś tak nieprzewidywalnym, tak prawdziwie nie planowanym, że 
paraliżowało to myśli. Jakie będą moce tego

29

najmłodszego z andainów i komu, ach komu, będzie wiemy? Czy Jennifer sprowadziła dziś 
na świat nie tylko prawą rękę, lecz i dziedzica Ciemności?

Obie kobiety płakały. Ta, która go urodziła, i ta, która miała go wychowywać. Obie 

kobiety, ale nie dziecko. Nie to jasnowłose, niebieskookie dziecko dwóch światów.

Czy andainowie umieli płakać? Paul sięgnął w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie ku 

cichemu miejscu, źródłu mocy, która ich tu sprowadziła. Nie zdziwił się jednak, gdy nie 
znalazł tam nic.

Przedarł się przez ostatnią zaspę, wzbijając w górę obłoki śniegu, i dotarł do celu. 

Zaczerpnął tchu, by przyjść do siebie po wysiłku i pociągnął za łańcuch wiszący u 
zwieńczonych hakiem drzwi.

Usłyszał dzwonek, który zabrzmiał w głębi nakrytej kopułą świątyni Matki. Potem znowu 

zapadła cisza. Stał w ciemności przez długi czas, nim wielkie drzwi otworzyły się i blask 

background image

świec lekko oświetlił pełną śnieżnych zasp noc. Przesunął się na bok i do przodu, by widzieć 
i być widzianym.

— Ani kroku dalej! — zawołała jakaś kobieta. — Mam

nóż.

Paul zachował zimną krew. — Jestem tego pewien — odparł. — Mam jednak nadzieję, że 

posiadasz też oczy, i powinnaś wiedzieć, kim jestem. Byłem tu już kiedyś.

Było ich dwie. Dziewczynka ze świecą i starsza kobieta stojąca obok niej. Nadchodziły 

też inne, niosące więcej świateł.

Dziewczynka podeszła bliżej. Uniosła świecę, tak że płomień w pełni oświetlił jego twarz.

 Na Dane od Księżyca! — wydyszała starsza kobieta.

 Tak jest — odparł Paul. — Proszę was, wezwijcie

teraz szybko waszą kapłankę. Mam mało czasu, a muszę
z nią porozmawiać.

Spróbował wejść do sieni.

— Stój! — powtórzyła kobieta. — Wszyscy mężczyźni

muszą zapłacić daninę krwi, by przestąpić ten próg.

30

Tym razem zabrakło mu już cierpliwości. Postąpił szybko naprzód, złapał ją za nadgarstek i 
wykręcił go. Nóż upadł z brzękiem na marmurową podłogę.

— Sprowadźcie  natychmiast  kapłankę!   —  warknął,

wciąż trzymając przed sobą odzianą szaro kobietę.

Żadna z nich się nie poruszyła. Za jego plecami wiatr wpadał ze świstem przez otwarte 

drzwi.

— Puść ją — odezwała  się spokojnie dziewczynka.

Zwrócił się w jej stronę. Wyglądała na nie więcej niż trzy
naście lat. — Nie chciała zrobić nic złego — ciągnęła. —
Nie wie, że krwawiłeś, gdy byłeś tu poprzednio, Dwukrotnie
Narodzony.

Zapomniał o tym: dotyk palców Jaelle na jego policzku, gdy leżał bezradny. Przymrużył 

oczy, spoglądając na to nienaturalnie opanowane dziecko. Puścił kobietę.

 Shiel — powiedziała do niej młodsza, wciąż zacho

wując spokój. — Powinnyśmy wezwać najwyższą kapłankę.

 Nie ma potrzeby — odezwał się inny, chłodniejszy

głos. Jaelle nadeszła, przechodząc między pochodniami, jak
zawsze odziana w biel. Zatrzymała się tuż przed nim. Ujrzał,
że stoi boso na zimnej podłodze, a jej długie, rude włosy
spływają w dół pleców w nie uczesanych splotach.

 Przepraszam, że cię obudziłem — rzekł.

 Mów — odparła. — Ale uważaj. Zaatakowałeś jedną

z moich kapłanek.

Nie mógł pozwolić, by wyprowadziła go z równowagi. Jego zadanie i bez tego miało być 

wystarczająco trudne.

— Przykro mi — skłamał. — Przyszedłem tu poroz

mawiać. Powinniśmy być sami, Jaelle.

Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, po czym odwróciła się. — Zaprowadźcie go do 

moich komnat — rozkazała.

 Kapłanko! Krew, on musi...

 Shiel,  choć  raz bądź  cicho! — warknęła Jaelle,

w niezwykły dla siebie sposób zdradzając odczuwane na
pięcie.

31

— Mówiłam jej — wtrąciła łagodnym głosem dziew

czynka — że krwawił, gdy był tu poprzednio.

background image

Jaelle nie chciała, by jej o tym przypominano. Nadłożyła znacznie drogi, by musiał 

przejść pod kopułą i zobaczyć topór.

Łoże pamiętał. Obudził się w nim w noc deszczu. Było schludnie zaścielone. Nakazy 

dobrego wychowania — pomyślał z przekąsem — i garstka dobrze wyszkolonych sług.

 Słucham — odezwała się.

 Proszę cię, najpierw wieści. Czy mamy wojnę? —

zapytał.

Podeszła do stołu, odwróciła się i spojrzała Paulowi w twarz, opierając dłonie na 

wypolerowanym blacie. — Nie. Zima zaczęła się wcześnie i jest ostra. Nawet svart alfarowie 
nie maszerują sprawnie po śniegu. Wilki stanowią pewien problem i brakuje nam żywności, 
ale nie było jeszcze żadnych bitew.

— A  więc słyszeliście ostrzeżenie Kim?

Gdy rozpoczynali przejście, Kimberly krzyknęła: Nie atakujcie, on czeka w Starkadh!
Jaelle zawahała się. — Ja je słyszałam. Tak.

 Ale nikt inny?

 Czerpałam z mocy avarlith.

 Pamiętam. To była niespodzianka — wykonała gest

świadczący o zniecierpliwieniu. — A więc uwierzyli ci?

 W końcu.
Tym razem nie okazała nic. Paul mógł się jednak wszystkiego domyślić, wiedząc o 

głębokiej nieufności, którą zebrani owego ranka w wielkiej sali pałacowej mężczyźni z 
pewnością odczuwali wobec najwyższej kapłanki.

 I co teraz? — spytał jedynie.

 Czekamy na wiosnę. Aileron radzi się każdego, kto

chce z nim rozmawiać, ale wszyscy czekają na wiosnę.
Gdzie jasnowidząca?

Tym razem w jej głosie dało się słyszeć pewien niepokój.

32

 Ona też czeka. Na sen.

 Dlaczego przybyłeś tutaj? — zapytała.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Z pełną powagą opowiedział jej to: Strzała Mornira 

kapłance Matki. Wszystko. Cicho powtórzył jej imię dziecka, a jeszcze ciszej zdradził, kto 
jest jego ojcem.

Nie poruszyła się podczas tej relacji ani po jej ukończeniu. Niczym nie zdradziła, jakie 

wywarła na niej wrażenie. Musiał podziwiać jej opanowanie. Potem zapytała go raz jeszcze, 
ale już innym głosem: — Dlaczego przybyłeś tutaj?

 Dlatego, że poprzedniej wiosny uczyniłaś Jennifer

gościem-przyjacielem — odpowiedział.  Nie spodziewała
się tego. Tym razem zaskoczenie uwidoczniło się na jej
twarzy. Stanowiło to dla niego swego rodzaju triumf, lecz
chwila była zdecydowanie zbyt doniosła, by małostkowo
liczyć punkty w walce o dominację. Mówił dalej, by złago
dzić złe wrażenie. — Lorena taka wiadomość napełniłaby
zbyt wielką nieufnością, sądziłem jednak, że ty dasz sobie
z tym radę. Jesteś nam potrzebna.

 Masz do mnie aż takie zaufanie?
Teraz na niego przyszła kolej, by wyrazić gestem zniecierpliwienie. — Och, Jaelle, nie 

przeceniaj mocy swej złej woli. Każdy głupiec potrafiłby dostrzec, że nie jesteś zadowolona z 
panującej tu równowagi sił, ale tylko bardzo wielki głupiec miałby z tego powodu 
wątpliwości, po której stronie opowiadasz się w tej wojnie. Służysz Bogini, która zesłała ten 
księżyc, Jaelle. Ze wszystkich ludzi, ja mam najmniej szans, by o tym zapomnieć.

W tej chwili wydała mu się bardzo młoda. Pod białą szatą kryła się kobieta, osoba, a nie 

tylko symbol. Kiedyś, w tym samym pokoju, gdy na zewnątrz padał deszcz, popełnił ten błąd,

background image

że spróbował jej to powiedzieć.

— Czego potrzebujesz? — zapytała.

Odpowiedział krótko: — Dozoru nad dzieckiem. I oczywiście pełnej tajemnicy. To 

kolejny powód, dla którego zwróciłem się do ciebie.

33

 Będę musiała powiadomić Mormae w Gwen Ystrat.

 Tak też myślałem — podniósł się i zaczął spacero

wać po pokoju, nie przestając mówić. — Jak rozumiem,
wśród Mormae sytuacja przedstawia się tak samo?

Skinęła głową. — Podobnie jak wśród wszystkich kapłanek. Niemniej ta tajemnica nie 

opuści wewnętrznego kręgu.

 W porządku — odparł. Zatrzymał się bardzo blisko

niej. — Masz jednak pewien problem.

 Jaki?

 Taki!

Uniósł rękę, otworzył wewnętrzne drzwi i złapał podsłuchującą. Wciągnął ją do pokoju, 

tak że rozciągnęła się na pokrytej dywanami podłodze.

— Leila! — zawołała Jaelle.
Dziewczynka poprawiła szarą szatę i podniosła się. Paul dostrzegł w jej oczach ślad lęku, 

niemniej jednak — tylko ślad. Trzymała głowę bardzo wysoko, spoglądając im obojgu w 
oczy.

 To może oznaczać twą śmierć — głos Jaelle brzmiał

lodowato.

 Czy mamy o tym rozprawiać z tym mężczyzną? —

odparła zuchwale Leila.

Jaelle zawahała się, lecz tylko przez krótką chwilę. — Tak jest — odparła. Paula zdumiała 

nagła zmiana jej tonu. — Leilo — przemówiła łagodnie najwyższa kapłanka. — Nie masz 
prawa mnie pouczać. Nie jestem Shiel czy Marline. Nosisz szare szaty dopiero od dziesięciu 
dni i musisz znać swoje miejsce.

Paul uznał, że jest zbyt wyrozumiała. — Do diabła z tym! Co ona tu robiła? Co usłyszała?
— Słyszałam wszystko — wyznała Leila.
Jaelle była zdumiewająco spokojna. — Wierzę w to — stwierdziła. — A teraz powiedz mi 

dlaczego.

— Ze  względu na Finna — odrzekła dziewczynka. —

Dlatego, że wyczułam, iż on przyszedł od Finna.

34

 Ach — powiedziała powoli najwyższa kapłanka. Pode

szła do dziecka i po chwili pogłaskała długim palcem jego poli
czek w niepokojącym, pieszczotliwym geście. — Oczywiście.

 Nie rozumiem — wtrącił się Paul.

Obie zwróciły się w jego stronę. — Powinieneś rozumieć — stwierdziła Jaelle. W pełni 

już odzyskała panowanie nad sobą. — Czy Jennifer nie mówiła ci o takienie?

 Tak, ale...

 I o tym, dlaczego chciała urodzić swe dziecko w do

mu Vae? Matki Finna?

 Och — połapał się. Spojrzał na szczupłą, jasnowło

są Leilę. — To ona? — zapytał.

Dziewczynka odpowiedziała mu sama. — To ja wezwałam Finna na Drogę. Trzy razy, a 

potem jeszcze raz. Jestem z nim związana, dopóki nie odejdzie.

Zapadła cisza. — No dobrze, Leilo — odezwała się Jaelle. — Teraz nas zostaw. Zrobiłaś 

to, co musiałaś. Nie mów nikomu ani słowa.

— Chyba bym nie mogła — odparła Leila cichym gło

sem. — Ze względu na Finna. Czasami wewnątrz mnie jest

background image

ocean. Myślę, że pochłonąłby mnie, gdybym spróbowała.

Odwróciła się i wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
Spojrzawszy w blasku wysokich świec na kapłankę, Paul zdał sobie sprawę, że nigdy 

dotąd nie widział w jej oczach litości.

— Nic jej nie zrobisz? — wyszeptał.

Jaelle skinęła głową, wciąż spoglądając na drzwi, przez które wyszła dziewczynka. — 

Kogokolwiek innego kazałabym zabić. Uwierz mi.

 Ale nie ją?

 Nie ją.

 Dlaczego?

Zwróciła się w jego stronę. — Zostaw mi tę tajemnicę — poprosiła cicho. — Istnieją 

pewne sekrety, których lepiej jest nie znać, Pwyllu. Nawet dla ciebie.

35

Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. Ich spojrzenia spotkały się. Tym razem 

to Paul odwrócił wzrok. Ze wzgardą Jaelle potrafił się uporać, lecz ten wyraz jej oczu dawał 
połączenie z mocą starszą i głębszą nawet od tej, której dotknął na Drzewie.

Odchrząknął. — Rankiem powinniśmy już stąd zniknąć.

 Wiem — odparła Jaelle. — Za chwilę wyślę po

Jennifer i sprowadzę ją tutaj.

 Gdybym mógł dokonać tego sam, nie prosiłbym cię

0 to —   zapewnił ją. — Wiem, że to wyczerpie korzeń
ziemi, avarlith.

Potrząsnęła głową. Światło świec lśniło w jej włosach. — Uczyniłeś głęboką rzecz, 

sprowadzając ją tutaj o własnych siłach. Jeden Tkacz wie, jak to się stało.

— Cóż, ja z pewnością tego nie wiem — odrzekł, przy

znając jej rację.

Umilkli. W sanktuarium, w jej pokoju, panowała głęboka cisza.

 Darien — powiedziała.
Zaczerpnął tchu. — Wiem. Czy się boisz?

 Tak — odparła. — A ty?

 Bardzo.

Spoglądali na siebie przez dzielącą ich od siebie pokrytą dywanami przestrzeń, 

niewiarygodnie wielką dal.

— Lepiej się ruszmy — odezwał się wreszcie.
Uniosła rękę i pociągnęła za wiszący w pobliżu sznur.

Gdzieś zadźwięczał dzwonek. Gdy w odpowiedzi na wezwanie kapłanki, zjawiły się, wydała 
im rozkazy, szybko
1 skrupulatnie. Wydawało się, że upłynęło bardzo niewiele
czasu, nim wróciły, niosąc Jennifer.

Potem trwało to już krótko. Weszli pod kopułę. Mężczyźnie zawiązano oczy. Jaelle 

utoczyła własnej krwi, co niektóre z nich zaskoczyło. Następnie sięgnęła na wschód, do 
Gwen Ystrat i odnalazła najpierw Audiart, potem pozostałe. Poinformowała je, a one 
wyraziły zgodę. Następnie

36

powędrowały wszystkie razem, dotknęły Dun Maura i poczuły, jak przepłynął przez nie 
korzeń ziemi.

— Żegnaj! — usłyszała słowa Paula, gdy moc avarlith zmieniła się dla niej — tak, jak 

działo się to zawsze, w sposób, który wyróżniał ją już wówczas, gdy była dzieckiem — w 
przenikający jej ciało strumień przypominający światło księżyca. Znalazła drogę i pełna 
wdzięczności odesłała ich do domu.

Później była zbyt zmęczona na cokolwiek poza snem.

W domu stojącym nie opodal trawnika, na którym śpiewano takienę, Vae stanęła przy 

kominku i wzięła swe nowo narodzone dziecko w ramiona. Kapłanki w szarych szatach 

background image

przyniosły mleko i powijaki. Obiecały też inne rzeczy. Finn zrobił już dla Dariena 
prowizoryczną kołyskę.

Pozwoliła mu chwilę potrzymać brata. Serce jej rosło, gdy widziała blask jego oczu. 

Pomyślała, że może on zdoła go tutaj zatrzymać. Ta straszliwa rzecz była tak potężna, że 
mogła przemóc zew, który usłyszał Finn. Kto wie.

Nawiedziła ją też inna myśl: bez względu na to, kim był ojciec — a na jego imię rzuciła 

klątwę — dziecko uczyło się kochać dzięki miłości najbliższych, a ona i Finn — oraz Shahar, 
kiedy już wróci do domu — dadzą mu tyle uczucia, ile tylko będzie potrzebowało. Jak można 
było nie kochać tak spokojnego i pięknego chłopca z podobnie niebieskimi oczyma. 
Niebieskimi jak kamienie strażnicze Ginserata, pomyślała. Potem jednak przypomniała sobie, 
że je strzaskano.

ROZDZIAŁ 3

Paul, który stał na czatach przy szosie, zagwizdał na znak, że droga wolna. Dave 

złapał za słupek, by znaleźć punkt oparcia, i przeskoczył płot. Zaklął cicho, gdy zarył się po 
kostki w wiosennym błocie.

37

— Dobra — powiedział. — Teraz dziewczyny.
Kevin pomógł najpierw Jen, a potem Kim utrzymać równowagę na sztywnym drucie 

kolczastym, by Dave mógł je podciągnąć i przesadzić na drugą stronę. Obawiali się, że płot 
może być pod napięciem, ale Kevin sprawdził to wcześniej i upewnił się, że tak nie jest.

— Jedzie samochód! — krzyknął przenikliwym gło

sem Paul.

Padli płasko na zimną, błotnistą ziemię, dopóki światła reflektorów ich nie minęły. 

Następnie Kevin podniósł się i również przeskoczył przez płot. Ta część była łatwa, wiedzieli 
jednak, że dalej w gruncie kryją się wrażliwe na nacisk czujniki i gdy zapuszczą się w tamto 
miejsce, w podziemnym pomieszczeniu strażników rozlegnie się alarm.

Paul podbiegł do płotu i przesadził go zgrabnie. On i Ke-vin wymienili spojrzenia. Mimo 

ogromu tego, co mieli zamiar uczynić, Kevin poczuł przypływ radości. Cudownie było 
znowu coś robić.

— No dobrze — powiedział cicho, panując nad sytu

acją. —   Jen, ty zostajesz ze mną. Przygotuj się. Masz być
seksowna jak diabli. Dave i Paul, znacie swoje zadania? —
Skinęli głowami. Zwrócił się w stronę Kim. — Wszystko
gotowe, kochanie. Rób swoje. I...

Przerwał. Kim zdjęła rękawiczki. Baelrath na jej prawej dłoni lśnił bardzo jasno. Sprawiał 

wrażenie żywej istoty. Kim wzniosła go nad głowę.

— Niech wszystkie moce zmarłych wybaczą mi to —

powiedziała i pozwoliła, by światło zaniosło ją poza rozsy
pujący się, tworzący podstawę monolit, ku Stonehenge.

Jednej z pierwszych nocy wiosny postawiła wreszcie drugi krok. Czekała tak długo, że 

zaczynała już wpadać w rozpacz, jak jednak można było nakazać snowi, by nadszedł? Ysanne 
jej tego nie nauczyła. Również dar jasnowidzenia, choć przyniósł jej tak wiele, nie uczynił 
możliwą tej jednej rzeczy. Była teraz tą, która śni sen, wymagało to

38

jednak długiego oczekiwania, a nikt dotąd nie nazwał Kim berly cierpliwą osobą.

Raz za razem, podczas lata, kiedy powrócili, oraz długie_ zimy, która nadeszła później — 

i wciąż się nie skończyła choć był już kwiecień — oglądała co noc ten sam przesuwający się 

background image

przed jej oczami obraz. Teraz już jednak go znała Znała ten pierwszy krok na drodze 
wiodącej do Wojownika od pewnej nocy w Paras Derval. Sterczące bezładnie kamienie oraz 
wiatr wiejący nad trawą stały się dla niej bardziej znajome niż cokolwiek innego. Wiedziała, 
gdzie się znajdują.

To czas przyprawiał ją o dezorientację. Gdyby nie ten fakt, jej zadanie byłoby łatwe, choć 

w pierwszych snach, w czasach młodości jej mocy, wizja wydawała się zamglona. Nie 
widziała tego miejsca tak, jak wyglądało ono teraz, lecz postrzegała je takim, jakim było trzy 
tysiące lat temu.

Stonehenge. Tam, gdzie leżał pochowany król, olbrzym w swych czasach, lecz mały, 

maleńki w porównaniu z tym, którego sekretne imię trzymał w nieprzeniknionej tajemnicy za 
murami śmierci.

Nieprzeniknionej dla wszystkich, oprócz — nareszcie — niej. Jak zawsze, natura jej mocy 

przytłoczyła ją smutkiem. Wydawało się, że nawet zmarli nie mogą zaznać spokoju od niej, 
od Kimberly Ford z Baelrathem na dłoni.

Stonehenge. To wiedziała. Punkt wyjścia. W ukrytej Księdze Gortyna, którą znalazła pod 

stojącą przy jeziorze chatą, odszukała — z łatwością, gdyż była tam Ysanne — słowa, które 
przywołają zmarłego strażnika z miejsca jego drugiego spoczynku.

Potrzebne jej jednak było coś więcej, gdyż zmarły był ongiś potężny i nie chciał zdradzić 

swej tajemnicy bez oporu. Musiała poznać jeszcze jedno miejsce. Następne. Ostatnie. Miejsce 
wezwania.

I wreszcie, pewnej kwietniowej nocy, poznała je.
Ten od dawna poszukiwany obraz zmyliłby ją raz jeszcze, gdyby nie była przygotowana 

na sztuczkę, jaką mógł

39

spłatać czas. Jasnowidzący wędrowali w swych snach wzdłuż pętli powstających w 
niewidzialny sposób, gdy Tkacz pracował na swych Krosnach, i musieli być przygotowani na 
ujrzenie niewytłumaczalnego.

Była więc gotowa na ten widok: mała, zielona wyspa leżąca na jeziorze o tafli gładkiej jak 

szkło, pod sierpem księżyca, który wzeszedł przed chwilą. Był to obraz promieniujący tak 
niezrównanym spokojem, że rok temu Kim-berly rozpłakałaby się, wiedząc, jakie 
spustoszenie wywoła jej nadejście.

Nawet nie rok temu, nawet nie tyle. Zmieniła się jednak i choć był w niej teraz smutek — 

głęboki jak kamień i równie niezmienny — czuła też olbrzymią potrzebę, a zwłoka była zbyt 
długa, by Kim mogła sobie pozwolić na luksus łez.

Podniosła się z łóżka. Wojenny Kamień zamigotał stłumionym, wieszczącym blaskiem. 

Wiedziała, że wkrótce się rozjarzy. Będzie niosła ogień na swej dłoni. Kuchenny zegar 
powiedział jej, że jest czwarta nad ranem. Zobaczyła też, że Jennifer siedzi przy stole, a woda 
w czajniku zaczyna się gotować.

— Krzyknęłaś — odezwała się jej współlokatorka. —

Myślałam, że coś się dzieje.

Kim zajęła jedno z wolnych krzeseł. Owinęła się szczelnie szlafrokiem. W domu panował 

chłód, a ze swych podróży zawsze wracała zziębnięta. — Działo się — odparła zmęczonym 
głosem.

 Czy wiesz, co musisz zrobić?
Skinęła głową.

 Wszystko w porządku?

Wzruszyła ramionami. Zbyt trudno było to wyjaśnić. Zaczęła ostatnio rozumieć, dlaczego 

Ysanne wycofała się do swej pustelni nad jeziorem. W pokoju paliły się dwa światła: jedno 
na suficie, a drugie na jej dłoni. — Lepiej zadzwońmy po chłopaków — powiedziała.

— Już to zrobiłam. Wkrótce tu będą.

40

Kim obrzuciła ją bacznym spojrzeniem. — Co mówiłam przez sen?
Oczy Jennifer znowu miały łagodny wyraz. Tak było od chwili narodzin Dariena. — 

background image

Krzyczałaś, by ci wybaczyli — odparła. Ma wyrwać zmarłych z miejsca spoczynku, a tych, 
którzy nie mogą umrzeć, powieść ku ich przeznaczeniu.

— Marne szansę — stwierdziła Kimberly.
Zadźwięczał dzwonek. Po chwili wszyscy stali już wokół

niej, niespokojni, rozczochrani i na wpół śpiący. Podniosła wzrok. Czekali, lecz okres 
oczekiwania dobiegł już końca. Widziała wyspę i jezioro o tafli jak szkło.

— Kto poleci ze mną do Anglii? — zapytała z kruchą,

fałszywą pogodą w głosie.

Polecieli wszyscy. Nawet Dave, który musiał właściwie zrezygnować ze swej pracy 

praktykanta, by dostać wolne z dwudziestoczterogodzinnym wyprzedzeniem. Rok temu był 
tak mocno zdecydowany odnieść sukces jako prawnik, że zabrał ze sobą do Fionavaru plik 
notatek z postępowania dowodowego. Zmienił się bardzo, podobnie jak oni wszyscy. Gdy 
widziało się, jak Rangat wzniosła w górę swą nieczystą dłoń, wszystkie inne sprawy można 
było uważać jedynie za nieistotne.

Cóż jednak mogło się wydawać mniej istotne niż sen? A to właśnie sen sprawił, że cała 

piątka pomknęła nad oceanem boeingiem 747 do Londynu, a potem wypożyczonym w 
Heathrow renaultem prowadzonym w nieobliczalny sposób na pełnym gazie przez Kevina 
Laine'a do Amesbury obok Stonehenge.

Kevin był w wybuchowym nastroju. Uwolniony wreszcie od oczekiwania, od trwającego 

miesiącami udawania, że interesują go kursy dotyczące podatków, własności gruntu oraz 
postępowania cywilnego, które poprzedzały przyjęcie go w poczet adwokatów, przemknął 
samochodem przez rondo, nie zważając na prychającego Dave'a, po czym zatrzymał się z 
piskiem opon przed starożytnym hotelem połączonym z tawerną, który zwał się oczywiście 
„Nowa Gospoda".

41

Obaj z Dave'em wzięli bagaże — żadne z nich nie zabrało nic poza torbą podręczną — 

podczas gdy Paul zajął się rejestracją. Wchodząc do środka, minęli wejście do baru

— zatłoczonego z uwagi na porę obiadową — i Kevin do
strzegł przelotnie ładniutką, piegowatą barmankę.

 Czy wiesz — zapytał Dave'a, gdy czekali, aż Paul

załatwi pokoje — że nie pamiętam, kiedy ostatni raz mia
łem kobietę?

 Choć raz zapomnij o tym, co masz między nogami

— mruknął Dave, który również tego nie pamiętał i w do
datku czuł się bardziej usprawiedliwiony.

Kevin mógł przyznać, że zachował się niepoważnie. Nie był jednak mnichem i nigdy nie 

byłby w stanie go udawać. Diarmuid by mnie zrozumiał — pomyślał. Niemniej zastanowił 
się, czy nawet rozpustny książę potrafiłby pojąć, jak dalece przeżywał Kevin akt miłości i 
czego w nim naprawdę szukał. To skrajnie nieprawdopodobne, uznał, ponieważ sam 
właściwie tego nie wiedział.

Paul przyniósł klucze do dwóch sąsiadujących ze sobą pokojów. Zostawiwszy Kimberly, 

po jej usilnych prośbach, w jednym z nich, pozostała czwórka pojechała samochodem milę na 
zachód, by dołączyć do turystycznych autobusów i tłumu zwiedzających Stonehenge. Gdy 
już się tam znaleźli, Kevin spoważniał, choć w świetle dnia wyglądało to raczej tandetnie. 
Mieli do wykonania robotę. Musieli się przygotować do tego, co miało wydarzyć się nocą.

Dave pytał o to w samolocie. Było już bardzo późno. Film się skończył, a światła 

przygaszono. Jennifer i Paul zasnęli. Rosły mężczyzna podszedł do miejsca, gdzie siedzieli 
Kevin i Kim, którzy nie spali, lecz nic nie mówili. Kim przez cały czas nie odezwała się ani 
razu, zagubiona w jakiejś niespokojnej krainie zrodzonej ze snu.

— Co mamy tam zrobić? — zapytał nieśmiało Dave,

jak gdyby bał się ją niepokoić.

Białowłosa dziewczyna siedząca obok Kevina wyrwała się z zamyślenia, by powiedzieć: 

— Wasza czwórka będzie

background image

42

musiała zrobić wszystko, co okaże się konieczne, by dać mi czas.

— Na co? — Dave nie ustępował.
Kevin również odwrócił głowę, by spojrzeć na Kim, gdy mówiła, nazbyt rzeczowym 

tonem: — Żeby przywołać zmarłego króla i zmusić go do zdradzenia imienia. Potem będę 
musiała radzić sobie sama.

Następnie popatrzył dalej, przez okno, i zobaczył gwiazdy widoczne za skrzydłem. 

Lecieli bardzo wysoko nad głębokimi wodami.

 Która godzina? — zapytał Dave po raz piąty, zma

gając się z atakiem nerwowości.

 Po jedenastej — odparł Paul, który wciąż obracał

w palcach łyżkę. Znajdowali się w salonie pierwszej klasy
hotelowego baru. On, Dave i Jen siedzieli za stolikiem, a Ke-
vin — co niewiarygodne — wdał się w pogawędkę z kel
nerką przy barze. Właściwie jednak nie było to takie nie
wiarygodne. Znał Kevina Laine'a już od dawna.

 Do licha, kiedy ona zejdzie? — w głosie Dave'a

brzmiał autentyczny niepokój. Paul czuł, że narasta on rów
nież w nim. Wiedział, że nocą, gdy znikną popołudniowe
tłumy, będzie to całkiem inne miejsce. Pod gwiazdami, Sto-
nehenge cofnie się daleko w czasie. Wciąż jeszcze drzemała
tam moc. Wyczuwał ją i wiedział, że w nocy się objawi.

 Czy wszyscy wiedzą, co mają robić? — powtórzył.

 Tak,  Paul — odparła Jennifer.  Była zaskakująco

spokojna. Przygotowali plany po powrocie przy kolacji. Kim
nie wyszła z pokoju od chwili przybycia do hotelu.

Kevin podszedł z powrotem do stolika, niosąc całą pintę piwa.

 Chcesz się napić? — zapytał ostrym tonem Dave.

 Nie bądź idiotą. Podczas gdy wy dwaj siedzieliście

sobie tutaj, nic nie robiąc, ja poznałem imiona obu tutejszych
strażników. Len to ten wielki, brodaty. Kate mówi, że jest
jeszcze drugi. Nazywa się Dougal.

Dave i Paul umilkli.

43

— Niezła robota — powiedziała Jennifer. Uśmiechnęła

się lekko.

— No dobra — odezwała się Kim. — Chodźmy już.
Stała przy stoliku. Założyła lotniczą kurtkę i szalik. Jej

widoczne pod lokami białych włosów oczy miały lekko szalony wyraz. Twarz była 
śmiertelnie blada. Przez czoło przebiegała pojedyncza pionowa bruzda. Kim uniosła w górę 
dłonie. Miała na nich rękawiczki.

— Zaczął się żarzyć pięć minut temu — wyjaśniła.
Dotarła więc na miejsce. Był to zaiste odpowiedni moment, by objawić się tu i teraz i 

okazać Baelrath gorejący karmazynowym płomieniem mocy. To był Wojenny Kamień, 
znaleziony, nie zrobiony, i bardzo dziki. Nadeszła wojna i pierścień wchodził w posiadanie 
swej mocy. Przeniósł Kim obok wysokich, okrytych całunem ciemności kamieni, potem do 
leżącego na ziemi oraz przechylonego, aż po najwyższy, tworzący nadproże. Przy nim 
zatrzymała się.

Za jej plecami rozległ się krzyk. Bardzo daleko z tyłu. Nadszedł czas. Kimberly uniosła 

rękę przed twarz i krzyknęła zimnym głosem, bardzo różnym od tego, którym przemawiała, 
gdy wolno jej było być tylko sobą, tylko Kim. Skierowała w ciszę, w wyczekujący spokój 
tego miejsca, słowa mocy nad mocami, by przywołać pochowanego tu zmarłego spoza ścian 
Nocy.

background image

— Damae Pendragon! Sed Baelrath riden log verenth.

Pendragon rabenna, nisei damae!

Nie było jeszcze księżyca. Między starożytnymi monolitami Baelrath lśnił jaśniej niż 

którakolwiek z gwiazd, oświetlając trupim blaskiem olbrzymie kamienne zęby. W tej mocy 
nie było nic subtelnego czy delikatnego. Nic pięknego. Kim przybyła tu narzucić swą wolę, 
posiłkując się ową siłą oraz tajemnicą, którą znała. Przybyła wezwać.

I nagle, gdy rozpętał się wiatr, tam gdzie przedtem go nie było, zrozumiała, że dokonała 

tego.

Pochyliła się pod prąd powietrza, trzymając Baelrath przed sobą, i ujrzała, w samym 

środku zabytku, postać sto-

44

jącą na kamiennym ołtarzu. Była wysoka i skryta w cieniu, spowita mgłą niczym całunem. 
Przybysz zmaterializował się jedynie w połowie, w połowicznym świetle gwiazd i kamienia. 
Walczyła z jego ciężarem, oporem. Był martwy tak długo, a ona kazała mu wstać.

Nie było tu miejsca na smutek, a okazanie słabości mogło zniweczyć wezwanie. 

Zawołała: — Utherze Pendragonie, staw się, gdyż rozkazuję twej woli!

— Nie rozkazuj mi! Jestem królem!

Głos był wysoki, mocno naciągnięty na drucie stuleci, zachował jednak władcze 

brzmienie.

Nie było miejsca na litość. Najmniejszego. Znieczuliła swe serce. — Jesteś martwy — 

powiedziała zimno, na zimnym wietrze. — I oddano cię kamieniowi, który noszę.

 Dlaczego miałoby tak być?
Wiatr był coraz silniejszy.

 Za oszukaną Ygraine i syna spłodzonego w fałszu.
Stara, stara opowieść.

Uther wyprostował się, osiągając pełen wzrost. Stał nad swym grobem, bardzo wysoki. — 

Czyż nie okazał się wielki ponad wszelką miarę?

A zatem: — To nie ma znaczenia — odparła Kimber-ly. Była w niej teraz boleść, której 

żadne znieczulenie nie mogło powstrzymać. — Zamierzam go wezwać, używając imienia, 
którego strzeżesz.

Zmarły król wyciągnął ręce ku spoglądającym na nich gwiazdom. — Czyż nie dosyć już 

wycierpiał? — zawołał ojciec głosem, który zagłuszył wiatr.

Na to nie istniała ludzka odpowiedź, Kimberly rzekła więc: — Nie mam czasu, Utherze. 

Musimy go przywołać. Na żar mojego kamienia, rozkazuję ci: Jak brzmi imię?

Widziała srogi wyraz jego twarzy. Zapanowała nad własną, by nie mógł z niej wyczytać 

niezdecydowania. Opierał się jej. Czuła, że ziemia oddala go od niej i ciągnie w dół.

 Czy znasz miejsce? — zapytał Uther Pendragon.

 Znam.

45

W jego oczach, jak przez mgłę lub dym, wyczytała, iż wiedział, że tak jest, a także to, że 

za pomocą Baelratha zdoła go ujarzmić. Jej dusza przewracała się pod wpływem 
wywołanego tym bólu. Wydawało się, że nie zdoła stać się aż tak podobna do stali.

— Był młody, gdy to się wydarzyło — powiedział. — Kazirodztwo i cała reszta. Bał się, 

ze względu na przepowiednię. Czy nie mogą się nad nim ulitować? Czy nigdzie nie ma 
zmiłowania?

Kimże była, że dumni królowie zmarłych błagali ją w taki sposób? — Imię! — 

powtórzyła Kimberly wśród zawodzenia wiatru. Uniosła pierścień nad głowę, by okiełznać 
króla.

Okiełznany, powiedział jej. Odniosła wrażenie, że wszędzie wokół gwiazdy zaczęły 

spadać z nieba. Ściągnęła je w dół mocą tego, czym była.

Była czystą czerwienią, była dzika, noc nie mogła jej pomieścić. Nawet w tej chwili 

potrafiłaby się podnieść, by później opaść w dół, tak jak mógł to zrobić czerwony blask 
księżyca. Ale nie tutaj. W innym miejscu.

background image

Leżało ono wysoko. Wystarczająco wysoko, by ongiś mogło być wyspą na jeziorze o tafli 

jak szkło. Potem wody cofnęły się w całym Somerset, pozostawiając równinę oraz wznoszące 
się wysoko nad nią wzgórze o siedmiu graniach. Jeśli jednak jakieś miejsce było kiedyś 
wyspą, pozostaje w nim wspomnienie o wodzie i wodnej magii, bez względu na to, jak 
daleko leży morze czy jak dawno temu opadło.

Tak też wyglądało to w przypadku Glastonbury Tor, które w dniach świetności zwano 

Avalonem i które widziało, jak trzy kobiety odwiozły łodzią na jego brzeg umierającego 
króla.

Tyle w szczątkowych legendach kryło się prawdy, reszta jednak była tak od niej daleka, 

że to również niosło ze sobą żal. Kim rozejrzała się wokół ze szczytu pagórka i ujrzała wąski 
sierp księżyca wznoszący się na wschodzie nad ciąg-

46

nącą się daleko równiną. Gdy tak patrzyła, blask Baelratha zaczął zanikać, a wraz z nim moc, 
która ją tu sprowadziła.

Musiała coś uczynić, dopóki jeszcze płonął. Wzniosła pierścień w górę i odwróciła się — 

niczym światło latarni morskiej pośród nocy — z powrotem w stronę Stonehenge, które 
leżało tak wiele mil stąd. Sięgnęła przed siebie, tak jak zrobiła to już raz przedtem. Tym 
razem jednak było to łatwiejsze. Dziś w nocy była bardzo silna. Odszukała pozostałą 
czwórkę, zebrała ich razem: Kevina i Paula, Jennifer i Dave'a. Zanim Wojenny Kamień zgasł, 
wysłała ich do Fionavaru resztką czerwonej dzikości zrodzonej przez Stonehenge.

Potem światło, które nosiła, stało się jedynie pierścieniem na jej palcu. Na smaganym 

wiatrem szczycie wzgórza zapadła ciemność.

Księżyc lśnił wystarczająco jasno, by mogła dostrzec kaplicę, którą wzniesiono tu jakieś 

siedemset lat temu. Kim dygotała teraz i to nie tylko z zimna. Płonący pierścień wzniósł ją w 
górę i dał jej determinację w normalnej sytuacji znajdującą się poza jej zasięgiem. Teraz była 
tylko Kimberly Ford, a przynajmniej tak się jej zdawało. Poczuła lęk, stojąc na tym 
starożytnym wzgórzu, które wciąż wydzielało zapach morskiego wiatru, tutaj w głębi 
Somerset.

Miała zamiar uczynić coś strasznego, pobudzić raz jeszcze do życia klątwę tak starą, że 

wiatr wydawał się przy niej młody.

Na pomocnych terytoriach Fionavaru wznosiła się jednak ongiś góra, pod którą był 

uwięziony bóg. Potem nastąpiła detonacja tak potężna, że mogła oznaczać tylko jedno. Ra-
koth Spruwacz nie był już spętany. Przeciwko nim wystąpiło tak wiele mocy. A jeśli 
Fionavar padnie, Maugrim zawładnie wszystkimi światami i Gobelin na Krosnach Świata 
zostanie rozerwany i splątany bez możliwości naprawy.

Pomyślała o Jennifer w Starkadh.
Pierścień na jej dłoni zgasł. Nie miała w sobie żadnej mocy poza imieniem, które znała, 

straszliwym i bezlitos-

47

nym. Wiedziała, że w tym wysoko położonym, mrocznym miejscu musi okazać się silna. 
Wypowiedziała własnym głosem jedyne słowo, na które Wojownik bezwzględnie musiał 
odpowiedzieć.

— Dzieciobójco!
Potem zamknęła oczy, gdyż wydało jej się, że wzgórzem i całą równiną Somerset 

wstrząsnęły rozdzierające konwulsje. Rozległ się dźwięk: wiatr, smutek, zaginiona muzyka. 
Jego ojciec mówił, że był młody i bał się, a zmarli mówili prawdę albo milczeli. 
Przepowiednia Merlina wybiła podzwonne dla promiennego marzenia, a więc rozkazał poza-
bijać dzieci. Och, jak można było się nie rozpłakać? Wszystkie dzieci. Po to, by jego 
przepowiedziany, skalany, kazirodczy potomek nie ocalił życia, by zniszczyć ów jasny sen. 
Sam był niewiele więcej niż dzieckiem, lecz jego imieniu powierzono nić, a co za tym idzie 
świat. A gdy niemowlęta zginęły...

Gdy niemowlęta zginęły, Tkacz wyznaczył mu długi, nie kończący się los. Krąg wojny i 

background image

pokuty pod różnymi imionami i w wielu światach, by można było osiągnąć zadośćuczynienie 
za dzieci i za miłość.

Kim otworzyła oczy i ujrzała nisko zawieszony, wąski sierp księżyca. Widziała 

błyszczące wiosenne gwiazdy nad głową. Nie myliła się sądząc, że są jaśniejsze niż 
uprzednio.

Nagle odwróciła się i w owym niebiańskim świetle dostrzegła, że nie jest sama w tym 

wysoko położonym, zaklętym miejscu.

Nie był już młody. Jak mógł zachować młodość po tak wielu wojnach? Jego broda była 

ciemna, choć ze śladami siwizny, a oczy nie przystosowały się jeszcze do czasu. Wydało jej 
się, że widzi w nich gwiazdy. Wspierał się na mieczu. Otoczył dłońmi jego rękojeść, jak 
gdyby była to jedyna pewna rzecz pośród szerokiej nocy. Nagle przemówił, głosem tak 
łagodnym i zmęczonym, że trafił jej wprost do serca: — Byłem tutaj Arturem, pani, prawda?

— Tak — wyszeptała.

48

 Gdzie indziej nosiłem inne imiona.

 Wiem — przełknęła ślinę. — To jednak twoje pra

wdziwe imię. Pierwsze.

— A nie tamto?
Och, kimże była?
— Nie. Nigdy go nikomu nie zdradzę ani nie wypowiem

po raz drugi. Przysięgam.

Wyprostował się powoli. — Inni jednak to zrobią, tak jak działo się to uprzednio.
— Nie  mogę nic uczynić, by to zmienić. Wezwałam cię

jedynie dlatego, iż cię potrzebujemy.

Skinął głową. — Tutaj jest wojna?

— W Fionavarze.
Usłyszawszy to, poderwał się nagle. Nie był tak wysoki, jak jego ojciec, lecz majestat 

spowijał go niczym płaszcz. Uniósł głowę na wzmagającym się wietrze, jak gdyby usłyszał 
odległy dźwięk rogu.

 A więc to ostatnia bitwa?

 Jeśli przegramy, będzie ostatnią.
Wydawało się, że gdy usłyszał te słowa, nabrał stałości, jak gdyby pogodzenie się z losem 

zakończyło jego przejście z miejsca, gdzie przebywał uprzednio. W głębi jego oczu nie było 
już gwiazd. Stały się one brązowe i łagodne niczym szeroka, zorana ziemia.

— Niech tak będzie — powiedział Artur.

To ta spokojna zgoda załamała ostatecznie Kimberly. Dziewczyna osunęła się na kolana i 

opuściła twarz, by się rozpłakać.

W chwilę później poczuła, jak bez wysiłku podźwignięto ją z ziemi. Otoczył ją uścisk tak 

serdeczny, że w tym samotnym podniesieniu poczuła się tak, jakby wróciła do domu po 
długiej podróży. Wsparła głowę na jego szerokiej piersi i poczuła mocne uderzenia serca. 
Było to dla niej pociechą w jej żalu.

Po chwili cofnął się. Otarła łzy i ujrzała, że Baelrath rozjarzył się ponownie. Nie zdziwiło 

jej to. Po raz pierwszy

49

zdała sobie sprawę z tego, jak czuje się zmęczona. Przeszło przez nią tak wiele mocy. 
Potrząsnęła głową. Nie miała czasu na słabość. Ani trochę. Spojrzała na niego.

 Czy mi wybaczasz?

 Nie potrzebujesz mojego wybaczenia — odparł Ar

tur. —  Nawet nie w połowie tak bardzo, jak ja potrzebuję
go od was wszystkich.

 Byłeś młody.

 To były maleńkie dzieci — odparł cicho. 

:

— Czy

oni już tam są, oboje? — spytał po chwili.

background image

Ból słyszalny w głosie odsłonił przed nią po raz pierwszy prawdziwą naturę jego 

przekleństwa. Powinna była się tego domyślić. Łatwo było to dostrzec. Za dzieci i za miłość.

 Nie wiem — odparła z wysiłkiem.

 Zawsze się zjawiają — stwierdził. — Dlatego, że

kazałem zabić dzieci.

Na to nie można było odpowiedzieć. Zresztą Kim nie zaufałaby swemu głosowi. Ujęła 

tylko jego dłoń i raz jeszcze, resztką swych sił, wznosząc w górę Baelrath, przeszła z Arturem 
Pendragonem, Potępionym Wojownikiem, ku Fionavarowi i wojnie.

Część II

Owein

Rozdział 4

Ruana spróbował słabym głosem podjąć pieśń. Miał do pomocy jedynie Iraimę. Nie 

żywił zbytniej nadziei, że jego głos dotrze tak daleko, jak było to konieczne, nie przychodziło 
mu jednak do głowy nic innego, co mógłby zrobić. Leżał więc w ciemności, słuchając jak 
wokół niego umierają jego towarzysze, i śpiewał raz za razem pieśń ostrzegawczą oraz pieśń 
zbawienną. Iraima pomagała mu, kiedy mogła, była jednak bardzo słaba.

Rankiem ich strażnicy odkryli, że Taieri nie żyje. Wyciągnęli go z groty i pożarli. 

Następnie spalili jego kości, by ogrzać się w przenikliwym chłodzie. Ruanę dławił dym 
unoszący się ze stosu. Umieszczono go przy wejściu do jaskini, by utrudnić im oddychanie. 
Słyszał kaszel Iraimy. Wiedział, że nie zabiją ich bezpośrednio z obawy przed klątwą krwi, 
trzymano ich już jednak w grotach bez jedzenia przez długi czas, a do tego wdychali dym 
pochodzący z ich braci i sióstr. Snuł abstrakcyjne rozważania na temat uczuć nienawiści czy 
gniewu. Zamknął oczy i raz jeszcze zaśpiewał kanior dla Taieriego. Wiedział, że nie robi tego 
w należytej zgodzie z obrządkami i poprosił o wybaczenie. Potem znowu zaczął śpiewać raz 
za razem te same dwie pieśni: ostrzegawczą i zbawienną. Iraima przyłączyła się po chwili do 
niego, podobnie jak Ikatere, lecz przez większość czasu Ruana śpiewał sam.

51

Wspięli się po zielonej trawie na Atronel. Wielcy spod wszystkich trzech znaków stawili 

się przed Ra-Tennielem. Jedynie Brendel przebywał na południu, w Paras Derval, Znak 
Pustułki reprezentował więc Heilyn. Spod Znaku Brei-na zjawiły się bliźnięta — Galen i 
Lydan — a z Łabędzia najpiękniejsza ze wszystkich Leyse. Była odziana na biało, jak 
wszyscy spod tego znaku, na pamiątkę Lauriel. Był tam też Enroth, który był najstarszym od 
chwili, gdy Laien Dziecię Włóczni odszedł do swej pieśni. Nie nosił żadnego znaku i 
wszystkie zarazem, co przysługiwało jedynie najstarszemu i królowi.

Ra-Termiel sprawił, że tron rozjarzył się jaskrawym, niebieskim blaskiem. Sroga Galen 

uśmiechnęła się, choć jej brat zmarszczył brwi.

Leyse ofiarowała królowi kwiat. — Znad Celynu — szepnęła. — Jest tam piękny gaj 

srebrnych i czerwonych sylvainów.

— Chciałbym pójść z tobą je zobaczyć — odparł Ra-

Tenniel.

Leyse uśmiechnęła się zwodniczo. — Czy mamy dziś w nocy otworzyć niebo, Promienny 

Panie?

Zaakceptował jej unik. Tym razem to Lydan się uśmiechnął.

 Tak jest — odrzekł. — Na-Enrothu?

background image

 To zostało utkane — potwierdził najstarszy. — Spró

bujemy wywabić go ze Starkadh.

 A jeśli nam się uda? — zapytał Lydan.

 Wyruszymy na wojnę — odpowiedział Ra-Tenniel.

— Jeśli jednak będziemy zwlekać albo jeśli Czarny tak po
stąpi, bo, jak się zdaje, taki ma zamiar, ta zima może zabić
naszych sojuszników, zanim Maugrim przyjdzie po nas.

 A więc to on ją wywołał? — odezwał się po raz

pierwszy Heilyn. — Czy to pewne?

 Pewne — odrzekł Enroth. — Wiadomo nam też coś

jeszcze. Baelrath rozjarzył się dwie noce temu. Nie w Fio-
navarze, ale stanął w ogniu.

52

Ta wiadomość wywołała poruszenie. — Jasnowidząca'

— zaryzykowała Leyse. — W swoim świecie?

 Na to wygląda — zgodził się Enroth. — Coś no

wego przesuwa się przez Krosna.

 Albo coś bardzo starego — poprawił go Ra-Tenniel

Najstarszy pochylił głowę.

 W takim razie dlaczego czekamy? — krzyknęła Ga-

len. Jej głęboki głos śpiewaczki poniósł się aż ku pozo
stałym, stojącym na zboczach Atronel. Do szóstki zgroma
dzonej przy tronie dobiegł szept przypominający muzyczną
nutę.

 Przestaniemy czekać, gdy tylko osiągniemy zgodę

— odrzekł Ra-Tenniel. — Czyż to nie najbardziej gorzka
ironia, że my, których imię oznacza Światło, byliśmy od
tysiąca lat zmuszeni ukrywać swój kraj w mroku? Dlaczego
Daniloth ma być nazywane Krainą Cieni? Czy nie chcieli
byście zobaczyć nad Atronel lśniących jasno gwiazd i wysłać
ku nim w odpowiedzi naszego blasku?

Wszędzie wokół na wzgórzu rozbrzmiała muzyka wyrażająca zgodę i pożądanie. Porwała 

ona nawet ostrożnego Lydana. On również pozwolił, by jego oczy sięgnęły do kryształu, gdy 
Ra-Tenniel sprawił, że tron rozjarzył się pełnym blaskiem i, wypowiedziawszy niezbędne 
słowa, rozwiązał zaklęcie, które Lathen Tkacz Mgły utkał po Bael Rangat. I wtedy lios 
alfarowie, Dzieci Światła, zaśpiewali jednym głosem zachwytu, gdyż ujrzeli w górze lśniące 
pełnym blaskiem gwiazdy i wiedzieli, że ha całej północy Fio-navaru światłość Daniloth 
rozjaśni noc po raz pierwszy od tysiąca lat.

Rzecz jasna, odsłonili się w ten sposób. To właśnie był bohaterski czyn. Uczynili z siebie 

przynętę, najbardziej kuszącą z możliwych, by wywabić Rakotha Maugrima ze Star-kadh.

Czuwali przez całą noc. Nikt nie chciał spać, gdy można było oglądać gwiazdy, a potem 

również przybywający księżyc. I gdy ich północne granice były otwarte, gdy wiedzieli,

53

że Spruwacz przebywa na swych wzniesionych wśród lodu wieżach i widzi stworzoną przez 
nich wyzywającą, mieniącą się barwami tęczy łunę, wysławiali śpiewem światło, by dotarły 
do niego również ich czyste głosy. Najczyściej ze wszystkich śpiewał Ra-Tenniel, władca 
lios alfarów.

Rankiem ponownie zaciągnęli zasłonę Tkacza Mgły. Ci, których wysłano, aby strzegli 

granic, wrócili na Atronel, by zameldować, że na południu, nad posępną, pustą Równiną, 
rozszalała się straszliwa nawałnica.

Światło jest szybsze od wiatru. W kraju leżącym na południe od Rienny, Dalrei ujrzeli 

łunę nad Daniloth, gdy tylko rozbłysła. Najnowsza zawierucha potrzebowała trochę czasu, by 
do nich dotrzeć.

background image

Nie znaczy to, że u bram, gdzie pełnił teraz straż Na von z trzeciego plemienia, nie było 

wystarczająco zimno. Być jednym z Jeźdźców Dalrei wciąż wydawało się wspaniałą rzeczą 
dla kogoś, kto ujrzał swe zwierzę tak niedawno. Kryły się w tym jednak również mniej 
przyjemne dla czternastolatka aspekty, jak wpatrywanie się w białą noc w poszukiwaniu 
wilków, podczas gdy wiatr targał jego eltorowy płaszcz, docierając do kryjących się pod 
spodem cienkich kości.

Wieść o świetle, które rozbłysło daleko na pomocnym zachodzie, obiegała w szalonym 

tempie skupione ciasno obozy. Navon tymczasem skoncentrował się na pełnieniu straży. Nie 
popisał się podczas swych pierwszych łowów jako Jeździec. Usiłował efektownie powalić 
zwierzynę, co było jednym z błędów, które doprowadziły do tego, że Levon dan Ivor naraził 
życie w próbie zadania Ciosu Revora. Udanej próbie. I choć naczelny łowczy trzeciego 
plemienia nie zganił go ani słowem, Navon od owej chwili ze wszystkich sił starał się 
wymazać z pamięci wspomnienie o swym szaleństwie.

Szczególnie dlatego, że każdy członek trzeciego plemienia czuł zwiększoną dumę i 

odpowiedzialność po tym, co wydarzyło się pod Celidonem, gdy zaczął padać śnieg i wilki

54

przystąpiły do zabijania eltorów, Navon przypomniał sobie, jak po raz pierwszy ujrzał 
przyprawiający o mdłości widok zagryzionych zwierząt w kraju między Adein a samym Ce-
lidonem, tak blisko kamieni środka Równiny, że zakrawało to na szyderstwo. Albowiem, gdy 
Dalrei mogli podczas jednych łowów zabić piętnaście czy dwadzieścia uciekających zwierząt 
i to w ścisłej zgodzie ze swym surowym prawem, owego dnia Jeźdźcy trzeciego i ósmego 
plemienia, minąwszy razem wyniosłość wznoszącego się w górę terenu, ujrzeli dwieście 
leżących na śniegu eltorów. Ich czerwona krew wyglądała szokująco na białych zaspach 
Równiny.

To one stały się przyczyną ich zguby, gdyż eltory, na trawie tak szybkie, jakby umiały 

fruwać, miały kopyta słabo przystosowane do głębokiego, sypkiego śniegu. Zapadały się w 
nim. Ich płynna gracja zmieniała się w niezgrabny, niezdarny ruch, co czyniło je łatwym 
łupem dla wilków.

Jesienią eltory zawsze odchodziły na południe, by zostawić śnieg za sobą. Dalrei zawsze 

podążali za nimi do owej krainy o łagodniejszym klimacie, leżącej na granicy pastwisk 
Brenninu. W tym roku jednak śnieg spadł wcześniej i był bezlitosny. Zwierzęta zostały 
uwięzione na północy. A potem nadeszły wilki.

Dalrei przeklinali, zwracając ku północy twarze pełne żalu i gniewu. Przekleństwa w 

niczym im jednak nie pomogły. Nie powstrzymały też następnej złej rzeczy, gdyż wiatry 
zaniosły morderczy śnieg na południe, aż do Brenninu. Znaczyło to, że nigdzie na Równinie 
nie ma dla eltorów bezpiecznego miejsca.

Dlatego Dhira z pierwszego plemienia wystosował Wielkie Wezwanie do Celidonu, 

skierowane do wszystkich dziewięciu wodzów, a także ich szamanów i doradców. I wtedy 
czcigodny Dhira podniósł się — wszyscy już znali tę opowieść — i zapytał: — Dlaczego 
Cernan od Zwierząt pozwala na tę rzeź?

Tylko jeden z obecnych wstał z miejsca, by udzielić mu odpowiedzi.

55

— Dlatego — odparł Ivor z trzeciego plemienia — że

nie może jej powstrzymać. Maugrim jest potężniejszy od
niego. Nazwę go teraz po imieniu i powiem Rakoth.

Jego głos stał się silniejszy, by stłumić szepty, które podniosły się na dźwięk nigdy nie 

wypowiadanego miana.

— Musimy go teraz nazwać i wiedzieć, kim jest napra

wdę, gdyż przestał już być tylko koszmarem czy wspomnie
niem. Istnieje rzeczywiście. Jest teraz tutaj i musimy wyru
szyć na wojnę przeciwko niemu o nasz lud i nasz kraj. I my,
i nasi sojusznicy. W przeciwnym razie nie nadejdą po nas
następne pokolenia, które jeździłyby z eltorami po szerokiej

background image

Równinie. Będziemy niewolnikami Starkadh, zabawkami
svart alfarów. Każdy mężczyzna na tym zgromadzeniu musi
poprzysiąc na kamienie Celidonu, na to serce naszej Równi
ny, że zginie, nim nadejdzie ten bezsłoneczny dzień. Nie ma
tu z nami Revora, ale jesteśmy jego synami i dziedzicami
jego dumy oraz Równiny, daru najwyższego króla. Mężczy
źni Dalrei, czy okażemy się godni tego daru i tej dumy?

Navon zadrżał w ciemności, gdy zapamiętane słowa przemknęły przez jego umysł. 

Wszyscy słyszeli o ryku, jaki rozległ się po przemowie Ivora. Eksplodował on z Celidonu, jak 
gdyby mógł pokonać wszystkie ciągnące się na północy białe mile, minąć Gwynir i Andarien, 
by wstrząsnąć murami samego Starkadh.

Wszyscy też wiedzieli, co wydarzyło się później, gdy z kolei podniósł się spokojny, 

mądry Tulger z ósmego plemienia, by powiedzieć po prostu: — Od czasów Revora dziewięć 
plemion nie miało jednego pana, jednego ojca. Czy powinniśmy teraz mieć avena?

 Tak! — krzyknęło zgromadzenie. (Wszyscy to wie

dzieli.)

 Kto ma nim być?

W ten sposób Ivor dan Banor z trzeciego plemienia został pierwszym avenem całej 

Równiny od tysiąca lat. Jego imię również eksplodowało głośno z tego świętego miejsca.

56

Widać to po nich wszystkich — pomyślał Navon, oti lając się mocniej płaszczem na 

przenikliwym wietrze. Każd z członków trzeciego plemienia miał swój udział zarówn w 
chwale, jak i w odpowiedzialności. Ivor upewnił się, b przy podziale obowiązków nie 
przysługiwały im żadne przy wileje.

Celidon powinien być bezpieczny — uznał Navon. Wil ki nie wejdą tu jeszcze. Nie 

narażą się na spotkanie z głę boką, starożytną mocą wiążącą krąg pionowych kamieni czj z 
Domem stojącym w jego środku.

W tej chwili najważniejsze były eltory. Zwierzęta dotarł) wreszcie na południe, do kraju 

leżącego nad Latham. Plemiona miały udać się tam za nimi. Myśliwi otoczą zebrane skrzydła 
— choć na śniegu ta nazwa brzmiała jak drwina — a obozy będą nieustannie mieć się na 
baczności przed atakiem.

Tak też się stało. Dwukrotnie wilki próbowały zaatakować jedno ze strzeżonych skrzydeł 

i dwukrotnie śmigli au-berei dotarli z wiadomością do najbliższego obozu na czas, by 
umożliwić odpędzenie napastników.

Nawet w tej chwili, pomyślał Navon, krocząc to na północ, to na południe wzdłuż 

drewnianej zewnętrznej palisady, nawet w tej chwili Levon, syn avena, pełnił w dotkliwym 
zimnie nocną straż wokół wielkiego skrzydła znajdującego się w pobliżu obozu trzeciego 
plemienia. Razem z nim przebywał ten, kto stał się dla Navona osobistym bohaterem, choć 
zaczerwieniłby się on i zaprzeczył temu, gdyby ktoś przypisał mu tę myśl. Niemniej żaden 
mężczyzna z któregokolwiek plemienia, nawet sam Levon, nie zabił tylu wilków, czy nie 
spędził tylu nocy na straży, co Torc dan Sorcha. Navon przypomniał sobie, że kiedyś zwano 
go banitą. Potrząsnął głową, co wydawało mu się dorosłym wyrazem niedowierzania. To już 
była przeszłość. Cicha śmierć niesiona przez Torca stała się teraz między plemionami 
przysłowiowa.

Plemię Navona miało w dzisiejszych dniach więcej bohaterów niż wynosiła przeciętna 

miara i był on zdecydowany

57

ich nie zawieść. Wpatrywał się bystrym wzrokiem w ciemność na południu. Czternastoletni 
strażnik, i to nie najmłodszy z nich.

Najmłodszy czy nie, to on pierwszy ujrzał i usłyszał samotnego auberei zbliżającego się 

galopem. To Navon podniósł alarm, podczas gdy auberei pognał do następnego obozu, nie 
zatrzymując się nawet, by pozwolić koniowi na odpoczynek.

background image

Najwyraźniej był to poważny atak.

Bardzo poważny atak — zdał sobie sprawę Torc, gdy ujrzał ciemne, niewyraźne kształty 

wilków pędzące w kierunku wielkiego skrzydła, którego strzegły wspólnymi siłami trzecie i 
siódme plemię. Albo próbowały strzec — poprawił się w myśli, gnając do Levona, by 
usłyszeć rozkazy naczelnego łowczego. Sytuacja wyglądała niedobrze. Tym razem wilki 
nadciągnęły w wielkiej liczbie. Wśród narastającego chaosu Torc wyprostował się na siodle i 
dokonał przeglądu skrzydła. Czwórka jego przewodników wciąż była spętana i 
unieruchomiona. Było to nieprzyjemne, ale niezbędne, gdyż jeśli to olbrzymie, mieszane 
skrzydło rzuciłoby się do ucieczki, nieład stałby się niemożliwy do opanowania. Dopóki 
przewodnicy pozostawali na miejscu, grupa zachowa jedność, a eltory miały rogi i mogły 
walczyć.

Gdy dotarła do nich pierwsza linia atakujących bestii, ujrzał, że rzeczywiście walczą. 

Była to scena z piekła rodem: warczenie wilków, wysokie głosy eltorów, gorejące, kołyszące 
się pochodnie trzymane przez Jeźdźców w ciemności, a potem znowu krew zabitych zwierząt 
na śniegu.

Wściekłość omal nie zaparła Torcowi tchu w piersiach. Zmusił się do zachowania 

spokoju. Ujrzał, że na prawej przedniej granicy skrzydła jest za mało ludzi i wilki otaczają je, 
gnając w tamtą stronę.

Levon również to zobaczył. — Doraidzie! — krzyknął do naczelnego łowczego siódmego 

plemienia. — Zabierz połowę swych ludzi na bliższą flankę!

58

Doraid zawahał się. — Nie — odparł. — Mam inny pomysł. Dlaczego nie...

W tej samej chwili został wyszarpnięty z siodła i runął w śnieg. Torc nie zatrzymał się, by 

sprawdzić, gdzie upadł. — Jeźdźcy siódmego plemienia! — wrzasnął, przekrzykując hałas 
bitwy. —   Za mną!

Tabor dan Ivor, niosący pochodnię obok swego brata, ujrzał, że faktycznie za nim 

podążyli. Mimo szalejącej wokół rzezi, serce mu rosło, gdy widział, jak sława Torca dan 
Sorcha wymusiła posłuszeństwo. Nikt na Równinie nie żywił do Ciemności nienawiści 
równie nieustępliwej, jak odziany w czerń Jeździec trzeciego plemienia, którego jedynym 
ustępstwem wobec zimowych wiatrów była eltorowa kamizelka noszona na nagiej piersi. 
Otaczała go teraz taka aura, że łowcy z innego plemienia podążyli za nim, nie zadając żad-
nych pytań.

Torc dotarł do flanki przed wilkami, choć w ostatniej chwili. On i Jeźdźcy siódmego 

plemienia wpadli w stado napastników, wymachując mieczami niczym kosami. Przecięli 
grupę na pół i zawrócili szybko, by wyrąbać sobie drogę powrotną.

 Cechtarze — odezwał się Levon, chłodny jak za

wsze. — Zabierz dwudziestu ludzi i okrąż skrzydło z prze
ciwnej strony. Strzeż znajdujących się na drugim końcu
przewodników.

 Zrobione! — krzyknął Cechtar. Jak zwykle lubił się

popisywać. Pognał po sypkim śniegu z grupą Jeźdźców za
plecami.

Tabor wzniósł się w siodle tak wysoko, jak tylko mógł. Omal nie spadł, złapał jednak 

równowagę i, zwróciwszy się w stronę Levona, zawołał: — Auberei się przedostał. Widzę 
pochodnie zbliżające się od obozu!

— Dobrze — odrzekł ponurym tonem Levon, spoglą

dając w drugą stronę. — Potrzebni nam będą wszyscy.

Tabor obrócił konia w kierunku, w którym patrzył jego brat. On również ich ujrzał. Serce 

ścisnęło mu się niczym pięść.

59

Z południa nadjeżdżali urgachowie.
Straszliwe stworzenia siedziały na bestiach, jakich Tabor nigdy dotąd nie widział — 

background image

wielkich, sześcionożnych wierzchowcach równie potwornych jak ich jeźdźcy. Z głów po-
tworów sterczały pojedyncze, okrutnie zakrzywione rogi.

— Wydaje się, że czeka nas walka — odezwał się Le-von, przemawiając jakby do siebie. 

— Chodź, bracie, teraz nasza kolej — powiedział, odwróciwszy się w stronę Ta-bora z 
uśmiechem na twarzy.

Obaj synowie Ivora — jeden wysoki i jasnowłosy, drugi jeszcze młody, żylasty, o 

włosach koloru orzechowego — pognali swe konie w stronę zbliżającej się linii urgachów.

Choć Tabor starał się ze wszystkich sił, nie mógł dotrzymać kroku Levonowi, który 

wkrótce zostawił go z tyłu. Nie był jednak sam. Pochylony nisko na pędzącym wierzchowcu 
Jeździec w czarnych sztylpach i eltorowej kamizelce gnał ku niemu, by przeciąć mu drogę.

Levon i Torc popędzili razem prosto ku szerokiej linii urgachów. Jest ich zbyt wielu — 

pomyślał Tabor, zawzięcie starając się dopędzić obu mężczyzn. Był bliżej niż ktokolwiek 
inny, a więc najlepiej widział to, co się stało. W odległości trzydziestu kroków od 
atakujących, Levon i Torc, nie odzywając się ani słowem, zawrócili nagle konie pod kątem 
prostym i, gnając wzdłuż linii olbrzymich, sześcionożnych wierzchowców, wypuścili z 
oszałamiającą szybkością po trzy strzały.

Sześciu urgachów padło na ziemię.

Tabor jednak nie mógł sobie pozwolić na wznoszenie okrzyków radości. Gnając 

zawzięcie naprzód w ślad za dwójką Jeźdźców, przekonał się nagle, że galopuje wprost na 
linię potworów, trzymając w ręku jedynie pochodnię.

Usłyszał, że Levon wykrzyknął jego imię. Nie pomogło mu to zbytnio. Zdławił 

narastający w nim skowyt lęku piętnastolatka i skierował konia ku wyrwie w napierającym 
szeregu. Jeden z urgachów, wielki i kudłaty, zmienił kurs, by przeciąć mu drogę.

60

— Cernanie!  — krzyknął  Tabor.   Cisnął pochodnią

i skrył się pod końskim brzuchem. Usłyszał świst miecza
w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa, oraz gard
łowy ryk bólu, gdy rzucona pochodnia uderzyła w kudły
i ciało. Następnie minął linię nieprzyjaciela i zaczął oddalać
się po pięknej, szerokiej, białej Równinie, pod przybywają
cym księżycem i pod wszystkimi gwiazdami.

Nie trwało to długo. Zatrzymał konia i zawrócił go. Sięgnął po mały miecz wiszący u 

siodła. Nie był mu jednak potrzebny. Żaden z urgachów go nie ścigał. Zamiast tego 
napastnicy wpadli z wściekłością między przerażone eltory, po czym, rąbiąc i siekąc 
piszczące głośno zwierzęta niczym rzeznicy, uderzyli z brutalną siłą w lewą flankę 
kontyngentu Dalrei. Nadciągały posiłki. Tabor dostrzegał w oddali pochodnie napływające 
ku nim od obozów, pomyślał jednak z rozpaczą, że to nie wystarczy. Nie przeciw urgachom.

Patrzył, jak Levon i Torc pomknęli, by powtórzyć swój atak, urgachowie jednak pogrążyli 

się już głęboko w tłumie Jeźdźców. Ich olbrzymie miecze siały spustoszenie wśród łowców, 
podczas gdy wilki, nie powstrzymywane przez nikogo, szalały w skrzydle eltorów.

Usłyszał za sobą tętent kopyt. Uniósł miecz i zawrócił z rozpaczą konia. Nagle z jego 

gardła wyrwał się okrzyk radości.

— Naprzód, braciszku! — krzyknął ktoś. Dave Marty-

niuk przemknął z łoskotem obok niego, wznosząc wysoko
nad głową topór Brenninu. Obok niego pędził złotowłosy
książę, a za nimi trzydziestu ludzi.

W ten sposób wojownicy Brenninu przybyli na pomoc Dalrei, prowadzeni przez księcia 

Diarmuida oraz przez człowieka zwanego Davorem, wielkiego i srogiego, spowitego 
bitewnym szałem niczym czerwoną aureolą w blasku przybywającego księżyca.

Tabor ujrzał, jak oni z kolei uderzyli. Wyszkoleni żołnierze z drużyny Diarmuida wpadli 

w najbliższe stado wilków. Widział, jak ich miecze opadały, kreśląc srebrne łuki,

61

i podnosiły się znowu, ciemne od krwi. Następnie runęli na gęstą falangę urgachów z 

background image

Torcem, Levonem i odważnym Cechtarem u boku. Wśród pisków ginących eltorów i war-
czenia wilków Tabor usłyszał wznoszący się nad oświetloną blaskiem pochodni jatką głos 
Davora, krzyczący raz za razem: — Revor!

Poczuł się młody w potężnym przypływie ulgi i dumy.

Nagle jednak opuściło go to uczucie. Przestał być jedynie piętnastoletnim, świeżo 

mianowanym Jeźdźcem Dalrei.

Ze swego punktu obserwacyjnego położonego na tyłach toczącej się bitwy, na 

wznoszącym się ponad nią zboczu, Tabor dostrzegł na wschodzie zbliżające się bardzo 
szybko, ciemne skupisko. Zrozumiał, że Dalrei nie są jedynymi, którzy otrzymają posiłki. A 
jeśli potrafił dojrzeć urgachów z podobnej odległości, musiało ich być bardzo wielu. Zbyt 
wielu. A więc.

A więc nadszedł czas.

Ukochana. Ukształtował to słowo w swym umyśle.

Jestem tutaj — usłyszał natychmiast. — Zawsze jestem z tobą. Czy chcesz pojeździć?

Myślę, że musimy — wysłał odpowiedź Tabor. — Przyszedł nasz czas, jasna.

Jeździliśmy już przedtem.
Pamiętał to. Zawsze będzie to pamiętał. Ale nie na wojnę. Będziemy musieli zabijać.
W głosie pojawiła się nowa nuta: Jestem stworzona do wojny. I do lotu. Wezwij mnie.

Stworzona do wojny. Była w tym prawda i był żal, lecz urgachowie się zbliżali. A więc.

A więc w swym umyśle Tabor wypowiedział jej imię. Imraith-Nimphais — zawołał na 

szczycie fali miłości. Zsiadł z konia, gdyż kiedy padły te słowa, znalazła się na niebie ponad 
nim, wspanialsza niż cokolwiek na ziemi. Stworzenie z jego snu.

Wylądowała. Jej róg lśnił srebrem takim samym, jak srebro księżyca, choć sama sierść 

była ciemnoczerwona, jak

62

ów księżyc, który dał jej życie. Stąpała tak lekko, że ta gdzie przeszła, na śniegu nie było 
widać śladów jej kop;

Upłynęło już wiele czasu. Jego serce wypełniło się i dością niczym światłem. Uniósł 

dłoń. Opuściła głowę i mi nęła go pieszczotliwie swym pojedynczym rogiem, by md w 
zamian pogłaskać jej głowę.

Tylko siebie — usłyszał i wysłał w odpowiedzi porwie dzenie i akceptację. Czy 

polecimy? — zapytała potem.

Poczuł usilne pożądanie, które przemknęło przez ni a potem przez niego. — Lećmy 

zabijać, moja ukochana -powiedział na głos.

Tabor dan Ivor dosiadł latającego stworzenia swego czi wania, obosiecznego daru Dany, 

który — choć oboje by młodzi — miał go zanieść pod niebo, daleko od świata lu dzi. I 
Imraith-Nimphais uczyniła to. Porzuciła ziemię n; rzecz zimnych, szerokich niebios, niosąc 
Jeźdźca, który jak< jedyny ze wszystkich istot wyśnił jej imię. Dla ludzi w dol< wyglądali 
jak kometa, która wyrwała się na swobodę po między gwiazdami a równiną.

Widzisz? — odezwał się nagle Tabor w swym wnętrzu,
Widzą — padła odpowiedź.

Zwrócił ją w stronę podążających na pole bitwy urga-chów. Runęli na nich niczym 

zabójcze światło. Zmieniła się, gdy opadali w dół. Swym lśniącym rogiem zabiła raz i drugi 
raz, i jeszcze wiele, wiele razy, kierowana jego dłonią. Urgachowie rozproszyli się. Ścigali 
ich, zabijając. Wilki złamały szyki i również uciekły, na południe. Dalrei i ludzie z Brenninu 
krzyknęli głośno, zdumieni i uradowani, ujrzawszy lśniącą istotę, która przybyła z nieba, by 
im pomóc.

Nie usłyszała ich, podobnie jak on. Ścigali i zabijali, aż jej róg stał się lepki od zakrzepłej 

krwi i nie było już żadnych ohydnych stworów Ciemności, które mogliby uśmiercić.

Wreszcie, dygocząc ze zmęczenia i szoku wywołanego tym, co zrobili, wylądowali w 

białym miejscu z dala od krwi. Tabor oczyścił jej róg śniegiem. Potem stanęli blisko siebie w 
rozległej ciszy nocy.

63

background image

Tylko siebie — wysłała.

Na końcu tylko siebie — odpowiedział. Później odleciała, błyszcząc, i gdy nad górami 

wstał świt, Tabor rozpoczął długą podróż z powrotem do obozów ludzi.

ROZDZIAŁ 5

Pierwsza bitwa zawsze jest najgorsza — stwierdził Carde, przysuwając swego konia 

bliżej Kevina, by nikt inny go nie usłyszał.

Te słowa miały wyrażać pocieszenie. Kevin zdobył się na gest wdzięczności, nie był 

jednak skłonny do nieszcze-rości względem siebie i wiedział, że szok wywołany bitwą, choć 
faktycznie go odczuwał, nie był jego największym problemem.

Nie była nim też zazdrość, jaką czuł wobec Dave'a Mar-tyniuka, choć rzetelność zmuszała 

go do przyznania, że ona również stanowiła jedną z przyczyn nastroju, jaki ogarnął go teraz, 
w chwilę po tym, jak wszystko zakończyło elektryzujące pojawienie się na niebie 
skrzydlatego, lśniącego stworzenia. Dave był nadzwyczajny, niemal przerażający. 
Wymachując wielkim toporem, który Matt Sóren znalazł dla niego w zbrojowni w Paras 
Derval, rzucił się z rykiem w wir bitwy, prześcigając nawet Diarmuida. Siał gwałtowne spu-
stoszenie wśród wilków, wrzeszcząc ile sił w płucach. Potężny mężczyzna starł się nawet z 
jedną z olbrzymich, obdarzonych długimi kłami bestii zwanych urgachami. Do tego ją zabił. 
Zablokował okropne uderzenie miecza i zadał cios na odlew toporem, na wpół odcinając 
głowę stwora. Urgach zleciał z grzbietu swego monstrualnego wierzchowca. Następnie Dave 
uśmiercił też sześcionożną, rogatą bestię.

A Kevin? Bystry, sprytny Kevin Laine niósł wtedy pochodnię. Och, dali mu miecz, by 

miał z czym stanąć do

64

boju, ale co mógł wiedzieć o konnej walce z wilkami za pomocą tej broni? Utrzymanie się na 
wierzgającym wierzchowcu w pełnym wrzasków piekle bitwy było wystarczająco trudnym 
zadaniem. Gdy znalazł czas, by zrozumieć, jak całkowicie jest bezużyteczny, Kevin schował 
do kieszeni dumę, skrył miecz w pochwie i złapał płonącą pochodnię, by dać Dave'owi 
światło, które pomoże mu zabijać. W tym również nie był zbyt dobry. Dwukrotnie omal go 
nie powalił wirujący topór jego towarzysza.

Niemniej zwyciężyli w tej pierwszej prawdziwej bitwie wojny, a na niebie pokazało się 

coś wspaniałego. Kevin trzymał się kurczowo splendoru owej wizji skrzydlatego jednorożca. 
Usiłował podnieść się na duchu na tyle, by móc uczestniczyć w triumfie tej chwili.

Wyglądało jednak na to, że ktoś inny również nie jest szczęśliwy. Doszło do jakiejś 

konfrontacji. On i Carde skierowali swe konie bliżej ku skupisku ludzi otaczających 
krzepkiego Jeźdźca o brązowych włosach oraz Torca, przyjaciela Dave'a, którego Kevin 
pamiętał z ich ostatnich dni w Paras Derval.

— I jeśli zrobisz to raz jeszcze — mówił głośno brą-zowowłosy mężczyzna — okaleczę 

cię, przywiążę do palików na Równinie i wysmaruję ci oczy miodem, żeby przywabić 
aigeny!

Torc, niewzruszony na swym ciemnosiwym koniu, nie raczył udzielić odpowiedzi. 

Chełpliwa groźba drugiego mężczyzny zabrzmiała głupio w panującej ciszy. Dave uśmiechał 
się. Siedział na koniu między Torcem a Levonem, drugim Jeźdź-cem, którego Kevin 
pamiętał z czasów poprzedniej bytności.

To Levon przemówił, cicho, lecz z olbrzymim autorytetem. — Doraidzie, zamilcz. I 

wysłuchaj mnie: otrzymałeś wyraźny rozkaz w czasie bitwy i wybrałeś akurat ten moment na 
dyskusję o strategii. Gdyby Torc nie zrobił tego, co poleciłem tobie, wilki dobrałyby się do 
flanki skrzydła. Czy chcesz. «iąwf*JOTih^T^italcłj, czy przea avenem i wo-

background image

65

Doraid zwrócił się z wściekłością w jego stronę. — Od kiedy to trzecie plemię rozkazuje 

siódmemu?

— Nie rozkazuje — odparł z pełnym spokojem Levon.

— Ja jednak wydaję rozkazy temu oddziałowi. Byłeś obe
cny, gdy powierzono mi dowództwo.

 Ach, tak! — krzyknął szyderczo Doraid. — Zna

komity syn avena. Trzeba go słuchać i...

 Chwileczkę! — warknął znany głos. Doraid prze

rwał w pół słowa. — Czy dobrze rozumiem, co się tu wy
darzyło? — ciągnął Diarmuid, wjeżdżając w krąg Jeźdźców.
— Czy ten człowiek odmówił wykonania wyraźnego roz
kazu? A teraz jeszcze się uskarża?

Jego ton był jadowity.

— Odmówił — Torc odezwał się po raz pierwszy. —

I uskarża się. Dobrze zrozumiałeś, mości książę.

Kevina ogarnął oślepiający atak deja vu. Dziedziniec gospody na południu i wieśniak 

krzyczący: Niech Mórnir ma cię w swej opiece, młody książę! A potem coś jeszcze.

 Coli — powiedział Diarmuid.

 Nie! — krzyknął Kevin. Rzucił się płaskim szczu

pakiem z grzbietu konia. Uderzył barkiem swego rosłego
przyjaciela, prawą rękę Diarmuida. Obaj runęli na ziemię
między tupiącymi wierzchowcami Dalrei.

Kevin spóźnił się o jakieś pół sekundy. Niedaleko od nich w śniegu leżał też inny 

mężczyzna: Doraid ze strzałą Colla wbitą głęboko w pierś.

— Niech to diabli — zaklął przybity Kevin. — Niech

to wszyscy diabli.

Nie sprawił mu też ulgi chichot, który usłyszał za plecami. — Niezła robota — odezwał 

się cichym głosem Coli, w najmniejszym stopniu nie zbity z tropu. — O mały włos nie 
złamałeś mi nosa po raz kolejny.

 Boże. Przepraszam cię, Coli.

 Nieważne — chichot rozległ się raz jeszcze. —

W gruncie rzeczy spodziewałem się tego. Pamiętam, że nie
lubisz jego sprawiedliwości.

66

Nikt nawet na nich nie patrzył. Wyglądało na to, że jego szaleńczy skok nie zdał się 

absolutnie na nic. Z miejsca, gdzie leżał na ziemi, ujrzał dwóch mężczyzn wpatrujących się w 
siebie w kręgu pochodni.

— Dziś w nocy poległo wystarczająco wielu Dalrei. Nie

trzeba było dodawać następnego — stwierdził spokojnie
Levon.

Głos Diarmuida brzmiał chłodno. — W tej wojnie polegnie wystarczająco wielu, byśmy 

nie mogli narażać się na większe straty, pozwalając na to, co uczynił ten człowiek.

 Ta decyzja należała do nas, do avena.

 Nieprawda — odrzekł Diarmuid. Po raz pierwszy pod

niósł głos. — Pozwólcie, bym przypomniał wam wszystkim,
jak mają się sprawy. Lepiej teraz niż później. Gdy Revor
otrzymał Równinę w darze dla siebie i swych dziedziców,
poprzysiągł wierność Colanowi. Nie zapominajmy o tym.
Ivor dan Banor, aven Dalrei, występuje, podobnie jak Revor,
jako lennik najwyższego króla Brenninu. Jest nim Aileron
dan Ailell, któremu ty również złożyłeś przysięgę, Levonie!

background image

Twarz Levona zarumieniła się, lecz jego głos nie zadrżał ani na chwilę. — Nie 

zapominam o tym — odparł. — Ale sprawiedliwości nie powinno się wymierzać za pomocą 
strzał wypuszczanych nocą na polu bitwy.

— Nieprawda — powtórzył raz jeszcze Diarmuid. —

Na wojnie rzadko jest czas, by wymierzać ją w inny sposób.
Jaką karę — zapytał cicho — przewiduje prawo Dalrei za
to, co Doraid uczynił dziś w nocy?

To Torc udzielił mu odpowiedzi. — Śmierć — powiedział wyraźnie. — On ma rację, 

Levonie.

Leżący wciąż na ziemi razem z Collem Kevin zdał sobie sprawę, że Diarmuid — który 

ongiś był uczniem Lorena Srebrnego Płaszcza — dobrze o tym wiedział. Po chwili dostrzegł, 
że Levon skinął głową.

— Wiem o tym — przyznał. — Jestem jednak synem

mojego ojca i nie potrafię skazywać na śmierć z taką łatwo
ścią. Czy mi wybaczysz, mości książę?

67

Zamiast odpowiedzi, Diarmuid zeskoczył z konia i podszedł do Levona. Z ceremonialnym 

gestem posłużył mu jako lokaj pomagający zsiąść z siodła. Następnie dwaj mężczyźni, obaj 
młodzi, obaj jasnowłosi, padli sobie w objęcia. Dalrei i ludzie z Brenninu krzyknęli głośno na 
znak aprobaty.

 Czuję się jak idiota! — wyznał Kevin Collowi, po

magając mu wstać.

 Wszyscy  się  czasem tak czujemy — odrzekł ze

współczuciem rosły mężczyzna. — Zwłaszcza w towarzy
stwie Diara. Chodźmy się napić, przyjacielu. Jeźdźcy pędzą
morderczy trunek!

Faktycznie był morderczy. Było go też bardzo dużo. Nie zgadzało się to jednak z jego 

nastrojem, podobnie jak pobłażliwa reakcja Diarmuida na jego nierozważny krok.

— Nie wiedziałem, że aż tak bardzo lubisz Colla! —

stwierdził książę, co wywołało salwę śmiechu w wielkim,
drewnianym domu, w którym zebrała się spora gromada.

Kevin udał, że również się śmieje. Nie przychodziła mu do głowy żadna stosowna 

odpowiedź. Nigdy dotąd nie czuł się zbędny, coraz bardziej jednak zaczynało wyglądać na to, 
że nie ma z niego żadnego pożytku. Zauważył, że Dave — zwany tutaj Davorem — zbił się w 
grupę z Levonem, Tor-cem i wieloma innymi Dalrei, a także z długonogim nastolatkiem o 
rozwichrzonych włosach, który — jak dano mu do zrozumienia — dosiadał latającego 
jednorożca. Ujrzał, jak Diarmuid podniósł się i utorował sobie drogę przez skupisko 
rozchichotanych kobiet, by przyłączyć się do tego zgromadzenia. Zastanowił się, czy zrobić 
to samo. Wiedział, że przywitaliby go z radością, lecz z jakiegoś powodu wydało mu się to 
bezcelowe. Nie miał im nic do zaoferowania.

— Jeszcze sachenu? — zapytał cichy głos przy jego

uchu.  Przechylił głowę, by ujrzeć ładną, brązowowłosą
dziewczynę trzymającą kamienny puchar.  Coli mrugnął
ukradkiem i przesunął się lekko na ławie, by zrobić miejsce.

Niech będzie.

68

— Proszę bardzo — odpowiedział Kevin. Uśmiechną

się. — Czy usiądziesz przy mnie?

Wśliznęła się zgrabnie na miejsce obok. — Na chwilę — odparła. — Mam obsługiwać 

gości. Jeśli przyjdzie moja matka, będę musiała wstać. Na imię mi Lianę dal Ivor.

Nie miał właściwie nastroju, ale była wesoła i bystra i przez większość czasu to ona 

podtrzymywała rozmowę. Z pewnym wysiłkiem, chcąc przynajmniej okazać uprzejmość, 

background image

Kevin poflirtował z nią bez przekonania przez jakiś czas.

Później zjawiła się jej matka, która okiem gospodyni dokonała przeglądu całej sali. Lianę 

podźwignęła się z zaskakującym przekleństwem, by podać kilka kolejnych pucharów 
sachenu. Po chwili zgromadzenie na przeciwległym końcu pomieszczenia rozeszło się i Dave 
podszedł do niego.

 Wyjeżdżamy wcześnie rano — oznajmił zwięźle. —

Levon chce zobaczyć się z Kim w Paras Derval.

 Jeszcze jej tam nie było — sprzeciwił się Kevin.

 Gereint mówi, że będzie — odparł tamten. Nie wda

jąc się w dalsze szczegóły, odszedł w noc. Zapiął płaszcz,
by uchronić się przed zimnem.

Kevin spojrzał na Colla. Obaj wzruszyli ramionami. Przynajmniej sachen był dobry. 

Ocaliło to wieczór przed całkowitym spisaniem na straty.

Znacznie później wydarzyło się jednak coś jeszcze. Nie leżał w łożu zbyt długo. Zdążył 

dopiero poczuć, jak ciężkie narzuty się nagrzewają, gdy drzwi otworzyły się i do środka 
wśliznęła się szczupła postać ze świecą w ręku.

— Jeśli poprosisz mnie o puchar sachenu — powie

działa Lianę — rozwalę ci go na głowie. Mam nadzieję, że
tam u ciebie jest ciepło.

Postawiła świecę na niskim stole stojącym przy łożu i rozebrała się. Widział ją przez 

chwilę w świetle, po czym znalazła się obok niego.

— Lubię blask świec — wyznała.

To była ostatnia rzecz, jaką któreś z nich powiedziało

69

przez dłuższy czas. Po raz kolejny, na przekór wszystkiemu, akt miłości porwał go ze sobą 
tak daleko, że wydało mu się, iż światło zmieniło kolor. Zanim płomień się wypalił, ujrzał ją 
nad sobą, wygiętą do tyłu niczym kabłąk w jej własnym, przekraczającym granice ludzkiego 
pojmowania łuku. Powiedziałby coś wtedy, gdyby mógł.

Potem, gdy było już ciemno, wyrzekła: — Nie bój się. Zaszliśmy tak głęboko, bo 

jesteśmy blisko Gwen Ystrat. A jednak stare opowieści mówią prawdę.

Potrząsnął głową. Musiał odbyć długą podróż powrotną, by móc zrobić choć tyle, a 

jeszcze dłuższą, żeby przemówić. —   Wszędzie — odparł. — Tak głęboko.

Zesztywniała. Nie chciał jej zranić. Jak miał to wyjaśnić? Lianę jednak pogłaskała go po 

czole i wyszeptała, innym już głosem: — A więc nosisz Dun Maura w swym wnętrzu?

Gdy pogrążył się w bezładnych myślach, nazwała go innym imieniem. Chciał ją o to 

zapytać. Dręczyły pytania, lecz fala już odpływała, a on dał się jej ponieść daleko,
0wiele za daleko.

Rankiem, gdy uśmiechnięty Erron obudził go potrząsaniem, już jej rzecz jasna nie było. 

Nie zobaczył jej też, nim odjechali: trzydziestu ludzi z drużyny Diarmuida oraz on
1Dave, z Levonem i Torcem u boku.

Dla Dave'a podróż na północny wschód, na obszar leżący wzdłuż górnego biegu Latham, 

stanowiła obietnicę ponownego spotkania. W rezultacie przyniosła mu je, podobnie jak 
zemstę. Od chwili, gdy zrozumiał, że człowiekiem, którego miał sprowadzić Diarmuid, jest 
Gereint z trzeciego plemienia, serce zaczęło mu walić szybko z niecierpliwości. W żaden 
sposób nie mogliby powstrzymać go przed przyłączeniem się do drużyny księcia. Loren 
chciał się zobaczyć z Gereintem z jakiegoś powodu, który — jak rozumiał — miał coś 
wspólnego z rozwiązaniem tajemnicy zimy. Dla niego nie miało to wielkiego znaczenia. 
Ważne było, że wkrótce znowu znajdzie się między Dalrei.

Drogi wiodące na wschód były oczyszczone aż do jeziora

70

Leinan, lecz gdy następnego ranka skręcili na północ, wędrówka stała się trudniejsza. 
Diarmuid miał nadzieję, że dotrze do obozów przed zachodem słońca, ale przez zaspy 
posuwali się naprzód powoli, a do tego jechali pod lodowaty wiatr, który dął niczym nie 

background image

powstrzymywany znad Równiny. Dave i Kevin otrzymali w Paras Derval cudownie ciepłe — 
i do tego lekkie — płaszcze z tkaniny. Było oczywiste, że tutaj umieją pracować w wełnie i 
suknie. Bez tych okryć zamarzliby. Nawet gdy mieli je na sobie, kiedy słońce zaszło, podróż 
stała się bardzo uciążliwa. Ponadto Dave nie miał pojęcia, jak daleko od obozów się znajdują.

Nagle wszystkie myśli o zimnie zniknęły, gdyż dostrzegli pochodnie poruszające się 

wśród nocy, usłyszeli piski ginących zwierząt oraz krzyki walczących ludzi.

Dave nie czekał na nikogo. Pogonił kopniakiem swego wielkiego ogiera i ruszył naprzód 

ponad kopcem śniegu. Ujrzał rozciągające się z przodu pole bitwy, zaś pomiędzy sobą a 
walczącymi siedzącego na koniu piętnastoletniego chłopaka, którego znał.

Diarmuid, elegancki książę, dopędził go, gdy mijali galopem Tabora, pędząc w dół 

zbocza. Dave jednak niemal nie dostrzegał nikogo, gdy wpadł w najbliższe stado wilków. 
Rąbał toporem w obie strony, kierując się wprost na najbliższego urgacha. Gnało go 
wspomnienie zabitych nad Lle-wenmere.

Pogrążył się w bitewnym szale z zapamiętaniem. W pewnej chwili Kevin Laine znalazł 

się u jego boku, trzymając w ręku pochodnię, by dostarczyć mu światła. Później usłyszał, że 
w pojedynku zabił urgacha i jego wierzchowca. Powiedzieli mu też, że sześcionożne rogate 
bestie nosiły nazwę slaugów. To jednak było później.

Po tym, jak Tabor pojawił się w zdumiewający sposób na niebie nad nimi, na grzbiecie 

śmiercionośnego, skrzydlatego stworzenia obdarzonego własnym rogiem, który lśnił i zabijał.

Po chwili, gdy wilki umknęły, slaugi uniosły w dal ucie-

71

kających urgachów, a on zsiadł z konia i ponownie stanął twarzą w twarz ze swymi braćmi. 
Brzemię zła minęło, gdy poczuł mocny uścisk Torca na swym ramieniu, a potem objęcia 
Levona.

Napięcie i groza powróciły, gdy Diarmuid kazał zabić jakiegoś Dalrei za niesubordynację, 

co doprowadziło do konfrontacji z Levonem. To jednak również zakończyło się szczęśliwie. 
Kevin Laine, z niepojętych dla Dave'a powodów, próbował interweniować, ale wydawało się, 
że nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

Pojechali do obozu i do Ivora. Nosił on teraz nowy tytuł, lecz nadal pozostał tym samym 

krępym, siwiejącym mężczyzną, którego pamiętał Dave, i miał takie same, głęboko osadzone 
oczy oraz ogorzałą twarz.

— Witaj w domu, Davorze — powiedział, co podnios

ło Dave'a jeszcze bardziej na duchu. — Jasna nić w cie
mności sprowadziła cię z powrotem.

Potem był sachen i dobre jedzenie przy paleniskach oraz wiele znajomych twarzy. W tym 

również Lianę.

— Ile razy będę musiała odtańczyć dla ciebie zabicie

urgacha? — zapytała go zuchwale z błyskiem w oczach.
Poczuł miękki dotyk jej ust na swym policzku. Pocałowała
go, stając na palcach, nim się oddaliła.

Tabor wszedł do środka w chwilę później. Dave zapragnął uściskać chłopaka, lecz coś w 

jego twarzy go powstrzymało. Powstrzymało wszystkich obecnych, nawet jego ojca. Wtedy 
właśnie Ivor gestem wezwał Dave'a do grupy zgromadzonej wokół mniejszego paleniska, 
pod jedną ze ścian.

Oprócz niego było tam siedmiu ludzi. Po chwili dołączył do nich ósmy — lekko 

rozczochrany Diarmuid z własnym pucharem w ręku. Dave nie wiedział, co o nim sądzić. Le-
psze wrażenie robił Aileron, starszy brat, który był teraz najwyższym królem. Diarmuid 
wydawał się zdecydowanie nazbyt gadatliwy. Z drugiej strony, w tempie, które narzucił 
podczas podróży, czy w panowaniu nad sytuacją, jakim wykazał się w sprawie Dalrei, 
którego kazał zabić, nie było

72

śladu zniewieściałości. Dave zauważył też, że Ivor nie poruszał już tej kwestii.

Ponadto Diarmuid, mimo że pił, sprawiał wrażenie w pełni opanowanego, gdy w 

background image

zwięzłych słowach przekazał, iż najwyższy król i jego pierwszy mag pragną, by szaman 
Gereint pojechał z nimi do Paras Derval. Miał się tam przyłączyć do prowadzonych przez 
magów poszukiwań źródła zimy, która miażdżyła powoli ich wszystkich pod swym wrogim 
obcasem.

— On rzeczywiście jest wrogi — dorzucił cicho ksią

żę, który przykucnął przed ślepym Gereintem. — Liosowie
potwierdzili to, czego wszyscy się domyślaliśmy. Chcieli
byśmy wyjechać jutro, jeśli odpowiada to szamanowi i wam
wszystkim.

Ivor skinął głową w podziękowaniu za to kurtuazyjne zastrzeżenie. Nikt jednak się nie 

odezwał. Wszyscy czekali na słowa Gereinta.

Dave wciąż jeszcze nie uwolnił się od niepokoju, jaki odczuwał w towarzystwie tego 

pomarszczonego starca, którego puste oczodoły zdawały się w jakiś sposób zaglądać w głąb 
ludzkich dusz oraz mrocznych zaułków czasu. Przypomniał sobie, że Cernan, bóg dzikich 
stworzeń przemówił do Gereinta i wezwał Tabora na głodówkę prowadzącą ku zwierzęciu, 
które widzieli na niebie. Ta myśl doprowadziła go do Ceinwen oraz jelenia w zagajniku 
Faelinn. To był jego własny mroczny zaułek.

Odwrócił się od niego i usłyszał, jak Gereint powiedział: —   Będzie nam też potrzebna 

jasnowidząca.

Jeszcze się nie zjawiła — odparł Diarmuid.

Wszyscy spojrzeli na Dave'a. — Miała kogoś sprowa
dzić —   wyjaśnił. — Wysłała nas przodem.

 Kogo? — zapytał siedzący obok Ivora mężczyzna

imieniem Tulger.

 Sądzę, że to ona powinna udzielić odpowiedzi —

wyszeptał Dave w przypływie rzadkiej u niego dyskrecji.
Ujrzał, że Ivor skinął głową na znak zgody.

73

Gereint uśmiechnął się półgębkiem. — To prawda — stwierdził. — Ja jednak to wiem. 

Sąjuż na miejscu. Przybyli do Paras Derval przed waszym odjazdem.

To właśnie u Gereinta doprowadzało Dave'a do szaleństwa.

Diarmuid najwyraźniej się tym nie przejął. — Zapewne są z Lorenem — wyszeptał. 

Uśmiechnął się, jak gdyby był to żart. Dave go nie zrozumiał. — Czy więc udasz się z nami? 
— ciągnął książę, zwracając się do szamana.

— Nie do Paras Derval — odparł spokojnie Gereint.

— To za daleko dla moich starych kości.

 Cóż, z pewnością... — zaczął Diarmuid.

 Spotkam się z wami — kontynuował szaman, nie

zwracając na niego uwagi — w Gwen Ystrat. Jutro ruszę
do świątyni w Morvran. Wszyscy tam się udacie.

Tym razem nawet Diarmuid wyglądał na zbitego z tropu.

— Dlaczego? — odezwał się.

 W którą stronę uciekły wilki? — spytał szaman, od

wracając się w stronę Torca.

 Na południe — odpowiedział ciemnowłosy męż

czyzna. Zapadła cisza. Od największego z palenisk dobiegł
głośny śmiech. Dave spojrzał mimo woli w tamtą stronę.
Przeszył go nagły dreszcz, gdy zobaczył, że Lianę siedzi
obok Kevina i oboje szepczą sobie do uszu. Pociemniało
mu przed oczyma. Niech szlag trafi tego uganiającego się
za spódniczkami pozera! Dlaczego wszędzie musieli się zja
wiać powierzchowni, beztroscy Kevinowie Laine, by wszy
stko zepsuć? Pełen wzburzenia Dave nakazał sobie zwrócić
się z powrotem ku zgromadzeniu.

background image

 Wszyscy tam się udacie — powtórzył Gereint. —

A Gwen Ystrat jest najlepszym miejscem do dokonania tego,
co będziemy musieli zrobić.

Diarmuid wpatrywał się w ślepego szamana przez długą chwilę. — Zgoda — odezwał się 

nagle. — Przekażę to mojemu bratu. Czy jest coś jeszcze?

— Jedna sprawa — to był Levon. — Dave, masz swój róg.

74

Róg z Pendaran. O brzmieniu, które było dźwiękiem samego Światła. — Mam — 

potwierdził. Wisiał mu na piersi.

— To dobrze — stwierdził Levon. — W takim razie,

jeśli jasnowidząca jest w Paras Derval, chciałbym pojechać
tam z wami. Jest coś, co chciałbym spróbować uczynić,
zanim wyruszymy do Gwen Ystrat.

Usłyszawszy to, Ivor poruszył się niespokojnie. Zwrócił się ku swemu starszemu synowi. 

— To lekkomyślność — powiedział powoli. — I ty o tym wiesz.

— Nie wiem — odparł Levon. — Wiem tylko, że da

no nam Róg Oweina. Po cóż, jeśli nie po to, byśmy zrobili
z niego użytek?

Owe słowa zabrzmiały wystarczająco rozsądnie, by uciszyć jego ojca. Nie była to jednak 

bynajmniej prawda.

 O czym właściwie rozmawiamy? — zapytał książę.

 O Oweinie — odrzekł Levon z napięciem w głosie.

Jego twarz pojaśniała. — Chcę obudzić Śpiących i uwolnić
Dzikie Łowy!

Te słowa przyciągnęły ich uwagę, choćby tylko na chwilę.
— To pysznie! — rzucił lekko Diarmuid. Dave do

strzegł jednak, że jego oczy zalśniły, podobnie jak u Levona.

Jedynie Gereint roześmiał się. Był to cichy, niepokojący dźwięk. — To pysznie — 

powtórzył szaman, chichocząc do siebie i kołysząc się w przód i w tył.

W chwilę później zauważyli, że Tabor zemdlał.

Wrócił do życia rankiem. Wyszedł na zewnątrz blady, lecz pogodny, by się z nimi 

pożegnać. Dave zostałby z Dal-rei, gdyby mógł, wyglądało jednak na to, że potrzebowali go 
ze względu na róg. Zresztą Levon i Torc jechali z nimi, wszystko więc było w porządku. Do 
tego wkrótce mieli się spotkać ponownie w Gwen Ystrat. Miejsce, które wymienił Gereint, 
nazywało się Morvran.

Myślał o śmiechu szamana, gdy ruszyli z powrotem na południe, by dojechać do traktu 

wiodącego do Paras Derval w miejscu, gdzie się zaczynał, na zachód od jeziora Leinan.

75

Levon zapewniał, że podczas każdej normalnej pogody przejechaliby na przełaj przez 
pastwiska północnego Brenninu. Lod i śnieg, tak wczesne o tej porze roku, uniemożliwiały 
to jednak.

Kevin — niezwykle wyciszony — jechał w towarzystwie paru Judzi Diarmuida. Był wśród 

nich ten, na którego w tak idiotyczny sposób rzucił się poprzedniej nocy. Dave był 

zadowolony z tej sytuacji. Nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Jeśli ludzie chcieli 

nazywać jego reakcję zazdrością, to proszę bardzo. Nie miał ochoty wyjaśniać tej sprawy. Nie 

zamierzał nikomu zdradzać, że sam wyrzekł się owej dziewczyny — przed Zieloną Ceinwen 

w puszczy — ani też powtarzać tego, co odpowiedziała bogini. Ona należy do Torca — rzekł.

Czyżby nie miała innego wyboru? — odparła Ceinwen i roześmiała się, zanim zniknęła.

Ten epizod był jego osobistą sprawą. Na razie musiał odrobić zaległości. Opowiedzieć wszy-
stko ludziom, których od czasu rytuału w Puszczy Pendaran nazywał braćmi. Jego relacja 
doprowadziła ich wreszcie do chwili na błotnistych polach wokół Stonehenge, gdy Kevin 
tłumaczył strażnikom po francusku i łamaną angielszczyzną, dlaczego on i Jennifer 

background image

postanowili się migdalić na zakazany va terenie. Był to nadzwyczaj udany występ. Trwał do-
kładnie do chwili, gdy wszyscy czworo poczuli nagły wstrząs wywołany mocą, która zebrała 
ich razem i cisnęła w zimny mrok przejścia między światami.

ROZDZIAŁ 6

Gdy znajomy już chłód przejścia ustąpił, Jennifer zdała sobie sprawę, że jest to ta 

sama komnata, co za pierwszym razem. Nie ta sama jednak, co podczas jej drugiego

76

przejścia, gdy oboje z Paulem przedostali się na drugą stronę z takim impetem, że upadli na 
kolana na pokrytych śniegiem ulicach miasta.

To tam, kiedy wciąż oszołomiony Paul dźwignął się z wysiłkiem na nogi pod kołyszącym 

się szyldem gospody „Pod Czarnym Dzikiem", poczuła pierwsze bóle przedwczesnego 
porodu. Następnie, gdy dotarło do niej, gdzie w jakiś sposób zdołał ich przenieść, 
przypomniała sobie nagle stojącą w drzwiach sklepu nie opodal trawnika zapłakaną kobietę i 
jej droga stała się zupełnie jasna.

Poszli więc do domu Vae i Darien przyszedł na świat. Miała wrażenie, że bardzo wiele się 

w niej później zmieniło. Od czasu Starkadh pełno było ostrych, drażniących zachowań i 
nieuzasadnionych reakcji. Świat, jej własny świat, nabrał złowróżbnych odcieni. Możliwość, 
że kiedykolwiek, któregoś dnia, powróci do normalnych międzyludzkich stosunków 
wydawała się śmiechu wartą, nie rokującą żadnych nadziei abstrakcją. Zniszczył ją Maugrim. 
Cóż mogłoby ją uleczyć?

Potem przyszedł Paul i powiedział to, co powiedział. Ukazał, przede wszystkim swym 

tonem, słaby ślad ścieżki. Bez względu na to, jak wielki mógł być Rakoth, nie był wszystkim. 
Istniało coś poza nim. Nie zdołał przeszkodzić Kim w okazaniu jej pomocy.

Ani narodzinom dziecka.
Tak przynajmniej sądziła do chwili, gdy ze skurczem przerażenia ujrzała Galadana w ich 

własnym świecie i usłyszała, jak zapowiedział jej śmierć, co oznaczało również śmierć 
dziecka.

I wtedy ostrzegła Paula, że przeklnie go, jeśli mu się nie uda. Jak mogła coś takiego 

powiedzieć? Skąd się to wzięło?

Wydawało się, że była wówczas całkiem inną osobą. Inną kobietą. Być może było tak 

naprawdę, gdyż od chwili gdy dziecko narodziło się, otrzymało imię i zostało wysłane w 
światy Tkacza, by stać się jej odpowiedzią na to, co z nią uczyniono, jej jedyną nie 
planowaną nicią wątku rzuconą

77

w poprzek osnowy — Jennifer była zdumiona swym wewnętrznym spokojem. Nie było już 
żadnych ostrych uczuć ani zadrażnień. Miała wrażenie, że nic nie sprawia jej bólu. Wszystko 
było zbyt oddalone. Przekonała się, że jest w stanie kontaktować się z innymi i dokonywać 
zaskakujących aktów delikatności. Nie było już porywistych wichrów, podobnie jak blasku 
słońca. Zdawało się jej niekiedy, że porusza się w zwolnionym tempie przez szary krajobraz z 
chmurami tego samego koloru nad głową. Czasami, lecz tylko czasami, wracało do niej 
wspomnienie barwy i pełni życia niczym słaby przypływ odległego morza.

Wszystko to ją zadowalało. Nie było to zdrowie, miała na tyle rozumu, by zdawać sobie z 

tego sprawę, nieskończenie jednak przewyższało stan wcześniejszy. Jeśli nie mogła być 
szczęśliwa i zdrowa, mogła przynajmniej być... spokojna.

Delikatność stanowiła nieoczekiwany dar, swego rodzaju rekompensatę za zniszczoną w 

Starkadh miłość i za pożądanie, które umarło.

Znoszenie dotyku było czymś trudnym — nie ostrym, palącym problemem, niemniej 

jednak niełatwym zadaniem. Gdy ktoś jej dotykał, czuła, jak zwija się w sobie — mała, 

background image

krucha osoba, która ongiś była złotą Jennifer Lowell. Nawet gdy udawała — w Stonehenge, 
wcześniej w nocy, gdy z Ke-vinem udało się im przekonać strażników, że są parą galijskich 
kochanków szukających pogańskiego błogosławieństwa kamieni — nawet wtedy trudno jej 
było poczuć jego usta na swych ustach, zanim zjawili się strażnicy. Niemożliwe zaś było, aby 
tego nie wyczuł. Przed Kevinem niełatwo było coś ukryć. Jak jednak z tej szarej, spokojnej 
krainy, po której wędrowała, można było powiedzieć byłemu kochankowi, i to najczulszemu 
ze wszystkich, że w Starkadh obejmował ją on, ohydny i zniekształcony, a z jego odciętej ręki 
skapywała czarna krew, która parzyła jej ciało? Jak wytłumaczyć, że nie można było cofnąć 
się poza to ani ruszyć stamtąd naprzód?

78

Pozwoliła, by Kevin ją obejmował. Udawała pełną zawstydzenia trwogę, gdy zjawili się 

strażnicy, uśmiechała się i wydymała w milczeniu usta, zgodnie z instrukcją, podczas gdy 
Kevin rozpoczął swe gorączkowe, bezładne wyjaśnienia.

Później poczuła, że zbliżyli się. Ogarnął ją chłód. Przechwyciła ich Kim. Znaleźli się w tej 

komnacie, ich pierwszej komnacie w Paras Derval i znowu była noc.

Gobelin był ten sam. Tym razem pochodnie się paliły, mogli więc przyjrzeć mu się jak 

należy. Było to oszałamiająco wykonane wyobrażenie Iorwetha Założyciela w Lesie Boga, 
przed Letnim Drzewem. Jennifer, Kevin i Dave obrzucili go spojrzeniem, po czym wszyscy 
troje popatrzyli instynktownie na Paula.

Ten prawie się nie zatrzymał, by popatrzeć na gobelin. Ruszył szybko w stronę nie 

strzeżonych drzwi. Jennifer przypomniała sobie, że poprzednio stał tam strażnik i Matt Soren 
rzucił nożem.

Tym razem Paul wszedł na korytarz i zawołał cichym głosem. Rozległ się donośny szczęk 

broni. W chwilę później nadbiegł wystraszony chłopiec w za dużej zbroi, który niezbyt 
pewnie dzierżył w dłoniach naciągnięty hak.

— Znam  cię — oznajmił Paul, ignorując tę broń. —

Jesteś Tara. Byłeś królewskim paziem. Czy mnie pamiętasz?

Łuk opuścił się. — Pamiętam, panie. Grałeś w tabael. Jesteś...
Na twarzy chłopca malował się zachwyt.

 Tak, jestem Pwyll — odparł po prostu Schafer. —

Czy zostałeś teraz strażnikiem, Tarnie?

 Tak, panie. Czy...

 Dlaczego nie zaprowadzisz nas do niego? — zapy

tał Paul. Kevin zwrócił uwagę na szorstki ton w głosie Scha-
fera. Przypomniał sobie, że słyszał go już wcześniej. Podczas
ich poprzedniego spotkania między Paulem i Aileronem pa
nowało niezaprzeczalne napięcie. Najwyraźniej istniało ono
nadal.

79

Podążyli za chłopcem przez pajęczynę korytarzy. Zeszli kamiennymi schodami o jedną 

wietrzną kondygnację w dół. Wreszcie dotarli do pary drzwi, które pamiętał jedynie Paul.

Tarn zapukał i oddalił się. Obrzuciwszy ich zdumionym spojrzeniem, wysoki strażnik 

wpuścił przybyłych do środka.

Paul ujrzał, że komnata zmieniła się. Zdjęto wspaniałe draperie. Na ich miejsce 

powieszono szereg większych i mniejszych map. Zniknęły również głębokie fotele, które 
pamiętał. Zamiast nich stały tam teraz liczne drewniane krzesła oraz długa ława.

Nigdzie nie było też widać szachownicy z jej pięknie rzeźbionymi figurami. Pośrodku 

komnaty znajdował się natomiast wielki stół, na którym spoczywała olbrzymia mapa 
Fionavaru. Nachylony nad nią, zwrócony plecami do drzwi, stał mężczyzna średniego 
wzrostu, odziany w proste, brązowe szaty. Włożył na koszulę futrzaną kamizelkę, by uchro-
nić się przed zimnem.

 Kto to, Shainie? — zapytał, nie przerywając oglę

dzin mapy.

background image

 Jeśli się odwrócisz, będziesz mógł sam zobaczyć —

odezwał się Paul Schafer, zanim strażnik zdążył odpowie
dzieć.

Aileron odwrócił się, bardzo szybko, niemal zanim głos Paula zdążył ucichnąć. W oczach 

widocznych nad jego brodą pojawił się gorący błysk, który trzech z nich pamiętało.

 Chwała Mórnirowi! — zawołał najwyższy król. Po

stąpił ku nim kilka kroków. Nagle zatrzymał się. Wyraz jego
twarzy uległ zmianie. Przenosił wzrok od jednego z przy
byłych do drugiego. —   Gdzie ona jest? — krzyknął Ai
leron dan Ailell. — Gdzie moja jasnowidząca?

 Przybędzie — odrzekł Kevin, przesuwając się do

przodu. — Sprowadzi kogoś ze sobą.

 Kogo? — warknął Aileron.

Kevin popatrzył na Paula, który potrząsnął głową. — Powie ci sama, jeśli jej się uda. 

Sądzę, że tylko ona może to uczynić, Aileronie.

80

Król popatrzył wilkiem na Paula, jak gdyby miał zamiar drążyć temat dalej. Nagle jednak 

jego twarz złagodniała. — Bardzo dobrze — powiedział. — O ile rzeczywiście przybędzie. 
Jest... mi bardzo potrzebna — po chwili w jego głosie pojawił się gorzki ton. — Jestem w 
tym kiepski, prawda? Zasłużyliście wszyscy na uprzejmiejsze przywitanie. A to jest Jennifer?

Podszedł bliżej i zatrzymał się przed nią. Przypomniała sobie jego brata i pierwsze z nim 

spotkanie. Ten brat, skromny i pełen rezerwy, nie nazywał jej brzoskwinią ani nie nachylał 
się, by ucałować jej dłoń. Zamiast tego powiedział ze skrępowaniem: — Cierpiałaś za naszą 
sprawę. Przykro mi z tego powodu. Czy czujesz się już dobrze?

— Wystarczająco — odparła. — Przybyłam tutaj.
Odszukał wzrokiem jej oczy. — Dlaczego? — zapytał.
Celne pytanie. Nikt jej go dotąd nie zadał, nawet Kim.

Istniała na nie odpowiedź, Jennifer jednak nie zamierzała udzielać jej teraz temu młodemu, 
grubiańskiemu królowi Brenninu. — Dotarłam już daleko — odparła spokojnie, 
odwzajemniając jego spojrzenie swymi jasnozielonymi oczyma. — I będę się nadal trzymała 
tego kursu.

Mężczyźni bieglej si w postępowaniu z kobietami spuszczali wzrok, gdy spojrzała im w 

oczy Jennifer. Aileron odwrócił się. — Dobrze — powiedział, wracając do leżącej na stole 
mapy. — Możesz nam pomóc. Będziesz musiała opowiedzieć wszystko, co zapamiętałaś ze 
Starkadh.

 Hej! — zawołał Dave Martyniuk. — To nie jest

w porządku. Ona tam wiele wycierpiała. Stara się zapo
mnieć!

 Potrzebna nam ta wiedza — odparł Aileron. Spoj

rzenia mężczyzn potrafił wytrzymać.

 I nie dbasz o to, w jaki sposób ją zdobędziesz? —

zapytał Kevin z nutą groźby w głosie.

 Raczej nie — odrzekł król. — Nie podczas tej

wojny.

Ciszę przerwała Jennifer. — Proszę bardzo — rzekła.

81

background image

I

— Powiem wszystko, co pamiętam. Ale nie tobie.., — wskazała na króla — ...ani, obawiam 
się, żadnemu z was. Pomówię o tym z Lorenem i z Mattem. Z nikim innym.

Mag postarzał się od chwili, gdy widzieli go po raz ostatni. Wśród szpakowatych włosów 

jego brody i głowy było teraz więcej bieli, a bruzdy na twarzy pogłębiły się. Oczy jednak 
wyglądały tak samo, jak zawsze: rozkazujące i pełne współczucia zarazem. Matt Sóren zaś 
nie zmienił się w ogóle. Nawet wykrzywiony grymas, który służył krasnoludowi jako 
uśmiech, pozostał taki sam.

Wszyscy jednak odgadli jego znaczenie. Po opryskliwo-ści Ailerona przywitanie, jakie 

zgotował im mag i jego źródła, wyznaczyło dla nich wszystkich moment prawdziwego 
powrotu do Fionavaru. Gdy Matt ścisnął jej dłoń pomiędzy dwiema swoimi, pokrytymi 
zgrubiałą skórą, Jennifer rozpłakała się. — Nic nie wiedzieliśmy — odezwał się szorstkim 
głosem Loren Srebrny Płaszcz. — Nawet tego, czy cię wyciągnęła. I tylko Jaelle usłyszała 
ostatnie ostrzeżenie na temat Starkadh. To ocaliło życie wielu. Przypuścilibyśmy atak.

 A potem nadeszła zima — wtrącił Aileron. — I nie

było nadziei na ofensywę ani na nic innego. Nie byliśmy
w stanie zrobić czegokolwiek.

 Moglibyśmy poczęstować naszych gości winem —

zauważył zgryźliwym tonem krasnolud.

 Shainie, przynieś kilka pucharów i obsłuż każdego,

kto tego zapragnie — powiedział nieobecnym tonem Aile
ron. —   Bardzo potrzebujemy Kim — ciągnął. — Musi
my się dowiedzieć, w jaki sposób Maugrim panuje nad zimą.
Nie jest to rzecz, której potrafiłby dokonać uprzednio. Lio-
sowie to potwierdzili.

 Sprawia, że jest ostrzejsza? — zapytał z powagą

w głosie Paul.

Zapadła cisza. Przerwał ją Loren. — Nie zrozumiałeś tego — powiedział cicho. — On ją 

wywołuje. Całkowicie

82

zwichrował pory roku. Te śniegi leżą tu od dziewięciu mi sięcy, Pwyllu. Za sześć nocy 
nadejdzie wigilia przesileń letniego.

Wyjrzeli przez okno. Szkło pokrywał lód. Znowu zacz padać śnieg. Wokół murów 

zawodził przenikliwy wiche Choć w komnacie płonął ogień w dwóch kominkach i wszi 
dzie były pochodnie, panował tu dotkliwy chłód.

 O Boże! — zawołał nagle Dave. — Co się dzie

z Dalrei?

 Zebrali się niedaleko Latham — odpowiedział L(

background image

ren. —   Plemiona i eltory.

 W tym jednym zakątku? — wykrzyknął Dave. -

Cała Równina należy do nich!

 Nie w tej chwili — odparł Aileron. W jego głosi

brzmiał bezsilny gniew. — Nie, dopóki trwa ta zima.

 Czy możemy ją powstrzymać? — zapytał Kevin.

 Nie możemy, dopóki nie dowiemy się, w jaki sposó

ją wywołuje — wyjaśnił Loren.

 A do tego potrzebna wam jest Kim? — wtrącił si

Paul. Oddalił się od pozostałych, by stanąć przy oknie.

 I ktoś jeszcze. Chcę sprowadzić tutaj Gereinta, sza

mana Ivora. Żeby się przekonać, czy wszyscy wspólnie zdo
łamy przebić się przez zasłonę ze śniegu i lodu, by odnaleź
ich źródło. Jeśli nam się nie uda — ciągnął mag — mo
żerny przegrać wojnę, zanim jeszcze się zacznie. A tej wojn;
przegrać nam nie wolno.

Aileron nie powiedział nic. Wszystko wyrażały jegc oczy.

 W porządku — odezwała się ostrożnie Jennifer. —

Myślę, że Kim jest już w drodze. Mam taką nadzieję. Tym
czasem jednak mam chyba coś do powiedzenia Lorenow
i Mattowi.

 Teraz? — zapytał Kevin.

 Dlaczego nie? — uśmiechnęła się, choć nie był te

swobodny uśmiech. — Napiję się tylko trochę tego wina.
Shainie. Jeśli nikt nie ma nic przeciwko temu.

83

Jennifer, mag i jego źródło oddalili się do wewnętrznej komnaty. Pozostali popatrzyli na 

siebie.

 Gdzie Diarmuid? — zapytał nagle Kevin.

 A jak ci się zdaje? — odrzekł Aileron.
W jakieś pół godziny wcześniej, wkrótce po tym, jak Matt i Loren udali się do pałacu, 

Zervan z Seresh leżał na swym łożu w domu magów. Nie spał.

Nie miał już właściwie nic do roboty. Rozpalił ogień w kominku frontowego pokoju na 

tyle mocno, że powinien wytrzymać całą noc. Wiedział też, że jeśli Brock wróci przed 
pozostałą dwójką, dołoży dla nich oparu.

Życie służącego magów nigdy nie było trudne. Był z nimi już od dwudziestu lat, od 

chwili, gdy powiedzieli mu, że on sam nie został skrojony z magicznej tkaniny. Nie było to 
niespodzianką. Wyczuł to bardzo wcześnie. Polubił jednak wszystkich trzech, nawet — choć 
było to gorzkie wspomnienie — Metrana, który był zdolny, zanim stał się stary, zanim okazał 
się zdrajcą. Polubił też Paras Derval, energię tego miasta i bliskość pałacu. Przyjemnie było 
znajdować się w centrum spraw.

Gdy Teymon poprosił go o to, Zervan z przyjemnością pozostał tu, by służyć magom.
Po dwudziestu latach pierwotna sympatia przerodziła się w coś przypominającego miłość. 

Tych czterech, którzy pozostali, Loren i Teyrnon, Matt i Barak byli właściwie jedyną rodziną, 
jaką miał Zervan. Czuwał nad nimi nieustannie, dbając o wszystkie drobiazgi z nieubłaganą 
skrupulatnością.

Poczuł przelotny niepokój, gdy rok temu przybył Brock z Banir Tal, by z nimi 

zamieszkać. Choć jednak ten nowy krasnolud niewątpliwie zajmował wysoką pozycję wśród 
swych współplemieńców, był skromny i nie miał wielkich wymagań. Zervan pochwalał jego 
widoczne poświęcenie dla Matta Sórena. Zawsze uważał, że Matt za bardzo się eksploatuje. 
Dobrze było mieć pod ręką Brocka, który go popierał i podzielał jego opinię.

To dzięki przybyszowi Zervan zrozumiał przyczynę wy-

84

background image

stepujących niekiedy u Matta ataków głębokiej melancho połączonej z milczeniem 
uderzającym nawet u kogoś z r tury małomównego. Teraz stało się to dla Zervana jasi Matt 
Sóren, który ongiś był królem pod Banir Lók, stav się milczący i ponury, gdy walczył z 
nieustannym przyc ganiem Calor Diman, Kryształowego Jeziora. Wszyscy k Iowie 
krasnoludów, wyjaśnił mu Brock, musieli spędzić ti pełni księżyca u brzegu tego, położonego 
między blizn czymi szczytami, jeziora. Jeśli przeżyli to, co ujrzeli, i : chowali zdrowe 
zmysły, mogli sięgnąć po Diamentową ronę. Brock mówił też, że nigdy nie uwalniali się 
pokrewnego pływom zewu Calor Diman. Zervan zrozum że to właśnie ów zew budził nocami 
źródło Lorena, j zbliżał się czas pełni. Matt chodził wtedy po pokoju mia wym krokiem w 
obie strony i nie spał aż do świtu.

Dziś w nocy jednak to sam Zervan nie mógł spać. Iv był w pałacu z Lorenem. Brock 

przeprosił go taktów i udał się „Pod Czarnego Dzika". Często robił podobne i czy, by 
zostawić maga i źródło samych. Zervan, który sam w domu, nie spał, ponieważ już 
dwukrotnie usłyszai oknem jakiś dźwięk.

Za trzecim razem zerwał się z łoża, ubrał i poszedł z dać sprawę. Mijając frontowy pokój, 

wrzucił jeszcze ki szczap drewna do obu kominków, po czym uzbroił się w i kij. Otworzył 
drzwi i wyszedł na ulicę.

Panował tam przejmujący chłód. Jego oddech zamar Nawet przez rękawice wyczuwał, 

jak ziębną mu konius palców. Przywitał go jedynie wiatr i nienaturalny śn Skierował się 
wzdłuż ściany budynku na zaplecze, g( znajdowały się sypialnie. Wydawało mu się, że 
słyszał dźwięk właśnie tam.

Kot — pomyślał, posuwając się z chrzęstem przez śr leżący między ich domem a 

sąsiednim. — Zapewne szałem kota.

Na śniegu przed nim nie było żadnych śladów. Ni uspokojony, minął tylny narożnik.

85

Zdążył zobaczyć, co to było, poczuć, jak jego umysi zmaga się z niemożliwością, i 

zrozumieć, dlaczego nie ujrzai na śniegu odcisków stóp.

Nie zdążył jednak zawołać, krzyknąć czy udzielić jakiegokolwiek ostrzeżenia.

Długi palec sięgnął w jego stronę. Dotknął go i Zervan umarł.

Po przyprawiającym o odrętwienie wietrze i pokrytych lodem zdradzieckich ulicach, 

gorąco panujące „Pod Czarnym Dzikiem" przywiodło Kevinowi na myśl piekło. Ta-werna 
była zatłoczona pokrzykującymi, spoconymi ludźmi. Palił się tam ogień w przynajmniej 
czterech wielkich kominkach, a także niezliczone pochodnie zatknięte wysoko na ścianach.

Było tu niemal dokładnie tak, jak to zapamiętał: gęsty, spowijający wszystko dym, woń 

mięsa piekącego się nad kuchennymi paleniskami oraz nieustanny, dręczący hałas. Gdy 
wszyscy trzej przepchnęli się przez drzwi, Kevin zdał sobie sprawę, że wydawało się, iż w 
tawernie panuje jeszcze większy tłok niż w rzeczywistości, ponieważ większość gości 
ścisnęła się w wielki krąg otaczający pustą przestrzeń na jej środku. Stoły podniesiono z 
kozłów i odwrócono, a ławy ułożono w stosy, by zrobić więcej miejsca.

Dave posłużył im jako potężny taran. Kevin i Paul przepchnęli się w ślad za nim na czoło 

ciżby tłoczącej się przy drzwiach. Gdy już tam dotarli, wśród trącających ich łokci i 
rozlewanego piwa, Kevin ujrzał, że wewnątrz utworzonego przez tłum kręgu stoi krzepki, 
rudowłosy mężczyzna. Dźwigał on mniejszą postać, spoczywającą na jego ramionach.

Naprzeciwko tej dwójki, wydając z siebie wojowniczy ryk, który w jakiś sposób przebijał 

się przez cały ten rejwach, stała ogromna, ludzka góra — Tegid z Rhoden. Na jego ramionach 
siedział roześmiany Diarmuid, książę Brenninu.

Kevin, który sam zaczynał się śmiać, dostrzegł, że w całym tłumie gorączkowo zawierano 

zakłady. Obie pary krążyły ostrożnie wokół siebie. Nawet podczas wojny! — po-

86

myślał, spoglądając na księcia. Ludzie stali na stołach, by lepiej widzieć. Inni weszli na 
piętro, by obserwować bitwę z góry. Kevin zauważył stojących na barze Carde'a i Errona. 
Obaj mieli pełne garście kartek z zawartymi zakładami. Obok nich, po sekundzie, rozpoznał 
Brocka, krasnoluda, który przyniósł im wiadomość o zdradzie w Eridu. Był starszy od Marta 

background image

i miał jaśniejszą brodę. Śmiał się w głos, co Matt Sóren robił bard-j rzadko. Wszystkie oczy 
skierowane były na walczących. Nikt jeszcze nie rozpoznał trzech przybyszów.

-— Poddajcie się, intruzi z Północnej Twierdzy! — ryknął Tegid. Kevin nagle coś 

zrozumiał.

— To  są ludzie Ailerona! — krzyknął do Dave'a i Pau-

la, gdy Tegid,  utykając,  rzucił się chwiejnym krokiem
w stronę pary przeciwników.

Potężny mężczyzna stojący naprzeciwko usunął się zgrabnie na bok i zanoszący się 

śmiechem Diarmuid ledwie zdołał uniknąć uścisku drugiego jeźdźca, który usiłował ściągnąć 
go na dół. Tegid zakończył swój bieg, wpadając na stół po przeciwległej stronie pierścienia, 
co spowodowało spustoszenie wśród widzów i omal nie wysadziło księcia z siodła.

Odwrócił się powoli z chrapliwym oddechem. Diarmuid pochylił głowę i wypowiedział 

do ucha swego niepewnego wierzchowca serię instrukcji. Tym razem ruszyli naprzód 
ostrożniej. Tegid posuwał się chwiejnym krokiem po pokrytej matami podłodze, rozstawiając 
szeroko nogi, by zachować równowagę.

— Ty pijany wielorybie! — prowokował go jeździec

przeciwnika.

Tegid przerwał swój uważny marsz i spojrzał na niego z poczerwieniałą z gniewu twarzą. 

Nagle, wciągnąwszy powietrze w miechy swych płuc, wrzasnął ogłuszająco głośno: — Piwa!

Usługująca dziewczyna natychmiast pognała ku nim z dwoma pienistymi pintami. 

Diarmuid i Tegid wysuszyli kufle długim łykiem.

87

— Dwanaście! — krzyknęli jednocześnie Carde i Er-

ron z blatu baru. Pojedynek najwyraźniej trwał już od pew
nego czasu. Diarmuid cisnął swój cynowy kufel dziewce,
podczas gdy Tegid rzucił swój przez ramię. Jakiś gość uchy
lił się szybko i spadł ze stołu, na którym stało łącznie z nim
pięciu mężczyzn. Do tej chwili.

Tego już było za wiele dla Kevina Laine'a.

W chwilę później para z Północnej Twierdzy została w niewybaczalny sposób powalona 

przez atak od tyłu. Nie był on misterny. Po prostu zwalono ich na podłogę. Gdy wycia i 
krzyki przeszły w nieopisany tumult, Kevin, usadowiony pewnie na szerokich ramionach 
Dave'a, zwrócił się w stronę pary spod Dzika.

— Teraz wy! — krzyknął.
Tegid miał jednak inne plany. Wydał z siebie ryk radości i pognał z rozwartymi 

ramionami w stronę Dave'a. Schwycił go w potężnym, niedźwiedzim uścisku, po czym — 
niezdolny dokonać czegoś tak skomplikowanego, jak zatrzymanie się — powalił całą 
czwórkę na podłogę, gdzie utworzyli splątany stos pijanych ciał.

Gdy już się tam znaleźli, zaczął okładać obu przybyłych gwałtownymi razami, które — w 

co Kevin nie wątpił — miały być wyrazem uczucia i radości, były jednak wystarczająco 
potężne, by sala zawirowała przed jego oczami. Śmiał się bez tchu w piersiach, usiłując 
odeprzeć wylewność Tegida, gdy usłyszał, że Diarmuid szepcze mu coś do ucha.

 Niezła robota, mój przyjacielu Kevinie — książę nie

ucierpiał nawet w najmniejszym stopniu. — Bardzo bym
nie chciał przegrać. Skoro jednak znaleźliśmy się na podło
dze, mamy pewien problem

 Jaki?

Ton jego głosu świadczył o powadze sytuacji.

— Już od godziny, siedząc na plecach Tegida, miałem

oko na kogoś, kto stoi przy drzwiach. Obawiam się, że to
nieznajomy. Nie przejmowałem się tym zbytnio, ponieważ

liczyłem, że zamelduje, iż jesteśmy kiepsko przygotowań do wojny.

 Jakiego rodzaju nieznajomy?

 Miałem nadzieję przekonać się o tym później. Skore

background image

jednak się tu zjawiliście, to zmienia postać rzeczy. Nie chcę
by przekazał wiadomość, że Kim i Paul wrócili.

 Kim nie wróciła. Paul jest tutaj.

 Gdzie? — zapytał ostrym tonem książę.

 Przy drzwiach.

Otaczało ich wtedy mnóstwo ludzi: Carde i Erron, Col] i sporo kobiet. Zanim przedarli się 

do drzwi, było już za późno, by mogli cokolwiek zrobić.

Paul obserwował walkę z lekkim oszołomieniem. Wydawało się, że naprawdę nic nie 

mogło rozbudzić w Diar-muidzie poczucia odpowiedzialności. Niemniej jednak książę był 
czymś więcej niż nicponiem. Podczas krótkiego czasu, jaki spędzili tu wiosną, dowiódł tego 
zbyt wiele razy, by można jeszcze było mieć w tej sprawie wątpliwości.

Wiosną. Właściwie wiosną zeszłego roku, jeśli zbliżało się letnie przesilenie. To nad tym 

faktem zastanawiał się Paul, oraz nad znaczeniem tej okrutnej, sztucznie podtrzymywanej 
zimy. Szczególnie zaś nad czymś, co zauważył podczas wędrówki przez śniegi z pałacu do 
tawerny.

Nawet pośród tego pandemonium jego myśli zaprzątały ukryte znaczenia i abstrakcje. 

Jedynie kącikiem oka dostrzegł, że Kevin wgramolił się na plecy Dave'a i obaj rzucili się do 
ataku, by powalić parę z Północnej Twierdzy od tyłu.

Ryk, który rozległ się później, przykuł jego uwagę. Paul uśmiechnął się, gdy ogarnął 

wzrokiem tę scenę. Zabawny, obłąkańczo wesoły Kevin Laine, na swój sposób równie 
niepohamowany jak Diarmuid i równie pełen życia.

Jego uśmieszek przeszedł w głośny śmiech, gdy ujrzał, jak Tegid pognał z łoskotem 

naprzód, by objąć Dave'a w potężnym uścisku. Następnie Paul skrzywił twarz, gdy wszyscy 
czterej runęli z hukiem na podłogę.

89

Ponieważ ta scena przyciągnęła i pochłonęła jego uwagę, nawet nie zauważył odzianej w 

płaszcz z kapturem — mimo panującego „Pod Czarnym Dzikiem" palącego gorąca — 
postaci, która kierowała się w jego stronę.

Dostrzegł ją jednak ktoś inny. Ktoś, kto zobaczył Kevina oraz Dave'a i domyślił się, że 

może tu być też Paul. Gdy tylko postać w płaszczu znalazła się przed jego obliczem, ten ktoś 
stanął pomiędzy nimi.

— Chwileczkę, siostro! On najpierw będzie mój — odezwała się brązowowłosa Tiene. — 

Możesz zaprowadzić innych do swego łoża, gdziekolwiek je masz, ale on jest dla mnie. Dziś 
w nocy, na górze.

Paul odwrócił się i ujrzał drobną, ładną dziewczynę, której łzy sprawiły rok temu, że 

przerwał akt miłosny i wyszedł w rozgwieżdżoną noc, a potem, gdy usłyszał pieśń, która nie 
była przeznaczona dla niego, ruszył ku Letniemu Drzewu.

I dlatego, że był na Drzewie i zachował życie, że Bóg go odesłał, postać w płaszczu — 

która faktycznie była kobietą, choć nie siostrą żadnej śmiertelniczki — przybyła tu go zabić.

Lecz głupia, wścibska dziewczyna stanęła między nimi. Spod płaszcza wychynęła dłoń, 

która dotknęła Tiene jednym, długim palcem. Nie zrobiła nic więcej, ale dziewczyna 
wciągnęła głośno powietrze, gdy lodowaty, paraliżujący ból przeszył jej ramię w miejscu 
dotyku. Poczuła, że pada na podłogę. W tej samej chwili wyciągnęła drugą rękę, do której 
zimno jeszcze nie dotarło, i ściągnęła kaptur z twarzy tamtej.

Było to oblicze ludzkie, lecz nie do końca. Skóra tak biała, że niemal niebieska. 

Wyczuwało się, że w dotyku byłaby lodowata. Kobieta w ogóle nie miała włosów. Jej oczy 
były koloru księżyca odbijającego się w lodzie, lodzie lodowców, i wystarczająco zimne, by 
tchnąć zimę w serca tych, którzy w nie spojrzeli.

Ale nie w serce Paula. Odwzajemnił jej spojrzenie i dostrzegł, że cofnęła się na moment 

przed czymś, co wyczytała w głębi jego oczu. Co niewiarygodne, wydawało się, że nikt

90

wokół nich nie zauważył niczego, nawet upadku Tiene. Dziś w nocy w tawernie wiele osób 

background image

padało na podłogę.

Ale .tylko jedna osoba usłyszała, jak przemówił kruk. Był nią Paul. Myśl, Pamięć. 

Wiedział, że tak brzmią ich imiona. Oba były z nim na Drzewie, na samym końcu, gdy 
przyszła Bogini, a potem Bóg.

I w chwili, gdy zjawa stojąca przed nim wróciła do siebie i ruszyła na niego, by go 

powalić, tak jak zrobiła to z Tiene, Paul usłyszał kruki i wyśpiewał przekazane mu słowa. 
Brzmiały one tak:

Biała przeze mnie mgła płynie, Bielsza niż ziemie są twoje. Spętać cię 
może twe imię, Gdy usta wyrzekną je moje.

Przerwał. Wokół nich dwojga, mocy pierwszego świata, a co za tym idzie wszystkich 

światów, nie ustawało oszalałe pandemonium. Nikt nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. 
Paul przemawiał cichym głosem, widział jednak, że każde słowo rani ją boleśnie. Później, 
równie cicho jak poprzednio, lecz z naciskiem wypowiadając każdą sylabę, gdyż była to 
magia stara i głęboka, nie ustępująca pod tym względem żadnej innej, powiedział: — Jestem 
Panem Letniego Drzewa. Moje imię nie jest tajemnicą i nie można mnie nim spętać.

Miała czas. Mogła poruszyć się, by go dotknąć i zamrozić mu serce. Jego słowa 

powstrzymały ją jednak. Jego spojrzenie przykuło jej lodowate oczy. Usłyszała, jak mówi: — 
Jesteś daleko od Pustkowi i od swej mocy. Przeklnij tego, kto cię tu przysłał, i odejdź, gdyż 
nazywam cię twoim imieniem, Fordaetho z Riik!

Rozległ się krzyk, który nie był krzykiem, płynący z gardła ludzkiego, a zarazem 

nieludzkiego. Wzniósł się niczym ranne stworzenie, rozpoczął własny, monstrualny lot i 
niemal całkowicie powstrzymał wszelkie inne dźwięki „Pod Czarnym Dzikiem".

91

W chwili, gdy ostatnia płaczliwa wibracja ucichła, pozostawiając pełną przerażenia ciszę, 

na podłodze przed Pau-iem pozostał tylko pusty płaszcz. Twarz mężczyzny pobladła z 
napięcia i znużenia. Jego oczy były świadectwem, że ujrzał wielkie zło.

Kevin i Diarmuid pognali ku niemu. Dave wraz z pozostałymi podążał tuż za nimi. 

Tawerna eksplodowała przerażonym, pełnym pytań życiem. Nikt z jego przyjaciół się nie 
odzywał. Patrzyli na Paula, który przykucnął przy leżącej na podłodze dziewczynie. Zsiniała 
już od głowy aż do stóp. Porwała ją w swe szpony lodowata śmierć, która była przeznaczona 
dla niego.

Wreszcie się podniósł. Ludzie księcia zrobili dla nich

miejsce. Teraz, na skinienie głowy Diarmuida, dwóch z nich
podźwignęło martwą dziewczynę i wyniosło ją w noc, która
była zimna, lecz nie tak zimna, jak ona.

*

— Owoce zimy, mości książę — odezwał się Paul. —

Czy słyszałeś opowieści o królowej Riik?

Na twarzy Diarmuida nie było widać śladu niczego poza skupieniem. — Tak jest. 

Fordaetha. Legendy mówią, że to najstarsza z mocy Fionavaru.

 Jedna z nich — wszyscy odwrócili się, by spojrzeć

na ponurą twarz krasnoluda Brocka. — Jedna z najstar
szych mocy — ciągnął krasnolud. — Pwyllu, w jaki spo
sób Fordaetha dotarła tu z Pustkowi?

 Wraz z lodem, który stamtąd przyszedł — odparł

Paul. —   Owoce zimy — powtórzył z goryczą.

 Zabiłeś ją, Paul?

To był Kevin. Na jego twarzy widniało jakieś gorące, dręczące uczucie.

Władza — pomyślał Paul. Przypomniał sobie starego króla, którego miejsce zajął na 

Drzewie. — Nie zabiłem — powiedział tylko. — Nadałem jej imię drogą inwokacji. To ją 
odegnało. Przez długi czas nie przybierze żadnej postaci, a przez jeszcze dłuższy nie opuści 
Pustkowi, nie jest jednak martwa i nadal służy Maugrimowi. Gdybyśmy znaj-

background image

92

dowali się dalej na północ, nie dałbym sobie z nią rady. N miałbym żadnych szans. Był 
bardzo znużony.

— Dlaczego mu służą? — usłyszał Dave'a Martynii

ka. W jego głos wcieliło się pragnienie zrozumienia.

Znał odpowiedź również na to pytanie. Wyczytał j w oczach Fordaethy. — Obiecał jej 

lód. Lód tak daleko n południu. Aż tak wiele zimowego świata, którym mogłab rządzić.

 Pod jego władzą — dorzucił cicho Brock. — RzŁ

dzić pod jego władzą.

 Och, tak — zgodził się Paul. Pomyślał o Kaeni

i Blódzie, braciach, pod których przewodnictwem równie
krasnoludowie stali się sługami Maugrima. Wyczytał tę sa
mą myśl z twarzy Brocka. — Wszystko znajdzie się poi
jego władzą i to na zawsze. Nie możemy przegrać tej wojn>

Tylko Kevin, który znał go najlepiej, dosłyszał despera cję w głosie Paula. Patrzył, razem 

ze wszystkimi, jak Schafe odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Tam zatrzymał się n; chwilę 
wystarczającą, by zdjąć płaszcz i cisnąć go na pod łogę. Pod spodem miał jedynie koszulę.

 Jest coś jeszcze — dorzucił Paul. — Niepotrzebna

mi kurtka. Ta zima nie może mnie dotknąć. Co prawda
niewiele nam z tego.

 Dlaczego?
To Kevin go zapytał, w imieniu ich wszystkich.

Schafer wszedł już w śnieg, zanim odwrócił się, by udzielić odpowiedzi. — Dlatego, że 

poznałem jej smak na Drzewie, podobnie jak wszystkich innych postaci śmierci.

Drzwi zatrzasnęły się za nim, odcinając ich od wiatru i sypiącego śniegu. Stali w jasnej, 

pełnej wrzawy tawernie. Zewsząd otaczały ich ciepło i wesołe towarzystwo. We wszystkich 
światach niewiele można było znaleźć cenniejszych rzeczy.

Mniej więcej w tym samym czasie gdy Paul opuszczał gospodę, Loren Srebrny Płaszcz i 

jego źródło wracali do

93

r

znajdującego się w mieście domu magów. Żaden z nich nie był odporny na zimno, a choć 
śnieg przestał padać, wiatr się nie uspokoił i zaspy gdzieniegdzie sięgały krasnołudowi aż do 
piersi. Na górze widniały letnie gwiazdy lśniące jasno ponad zimowym światem, lecz żaden 
z nich nie podnosił wzroku. Nic też nie mówili.

Wysłuchali tej samej opowieści, obaj więc żywili takie same uczucia: wściekłość na to, co 
uczyniono kobiecie, którą przed chwilą zostawili w pałacu, litość dla bólu, którego nie mogli 
uleczyć, oraz miłość — w obu z nich — do piękna, które nie zaprzestało walki w 
najmroczniejszym z miejsc. W Matcie Sórenie żyło też coś jeszcze, gdyż to krasnolud, Blód, 
splugawił ją, gdy Maugrim już skończył. Nie wiedzieli o Darienie.

Wreszcie dotarli do domu. Teyrnon i Barak przebywali gdzie indziej, a Brock gdzieś 

wyszedł. Zapewne był z Diar-muidem. Dzięki temu mieli dla siebie dużo miejsca. Przyjęli 
zasadę, że każdej nocy będą spać w mieście, by przekonać mieszkańców Paras Derval, że 
ważne osobistości królestwa nie ukrywają się za murami pałacu. Zervan rozpalił ogień w 
kominkach, zanim położył się do łóżka, w domu było więc cudownie ciepło. Mag podszedł 
do największego z kominków, znajdującego się we frontowym pokoju. Krasnolud napełnił 
dwa kielichy płynem o kolorze bursztynu.

 Usheen, by rozgrzać serce — zacytował Matt, wrę

czając kielich Lorenowi.

 Moje jest dziś w nocy zimne — odparł wysoki mag.

background image

Pociągnął łyk i skrzywił twarz. — Gorzkie ciepło.

 Dobrze ci zrobi.

Krasnolud osunął się na niskie krzesło i zaczął ściągać buty.

 Czy powinniśmy sięgnąć ku Teyrnonowi?

 Co  mielibyśmy  mu przekazać? — zapytał  Matt,

unosząc głowę.

— Jedyną rzecz, której się dowiedzieliśmy.
Obaj popatrzyli na siebie w milczeniu.

94

 Czarna Łabędzica powiedziała Metranowi, że Kocio]

jest w ich rękach i że ma się udać do miejsca spirali —
powtórzyła im Jennifer, pobladła i sztywno opanowana, gd>
wróciła w opowieści do polany drwala, gdzie przybyła pc
nią Avaia. To była ta jedyna rzecz.

 Co chce tam robić ze zmarłymi? — zapytał Matl

Sóren. W jego słowach zabrzmiała nienawiść głęboka ni
czym jaskinia.

Twarz maga miała posępny wyraz. — Nie wiem — odparł. — Mam wrażenie, że nic nie 

wiem. Oprócz tego. że nie możemy wyruszyć przeciwko niemu, dopóki nie przerwiemy 
zimy, a tego nie potrafimy.

— Zrobimy to — stwierdził krasnolud. — Przerwie

my ją, ponieważ musimy. Nie żywię wątpliwości, że tegc
dokonasz.

Wtedy mag uśmiechnął się. Surowe rysy jego twarz} złagodniały. — Czy nie czujesz się 

zmęczony po czterdziestu latach dodawania mi sił w ten sposób? — zapytał.

— Nie — odparł po prostu Matt Sóren. Po chwili or

również się uśmiechnął, demonstrując wykrzywiony grymas
swych ust.

Loren wypił usheen, ponownie krzywiąc twarz. — Proszę bardzo — powiedział. — Chcę 

sięgnąć ku Teyrnonowi zanim pójdziemy spać. Powinien wiedzieć, że Metran rrn Kocioł z 
Khath Meigol i udał się z nim... na Cader Sedat.

Powiedział to tonem tak prozaicznym, jak tylko potrafił lecz sam dźwięk nazwy wyspy 

wystarczył, by przemkną po nich dreszcz. Nikt z ich zakonu nie mógłby go nie poczuć Tysiąc 
lat temu w owym miejscu zginął Amairgen Biafc Gałąź, pierwszy z magów.

Matt przygotował się i Loren zamknął połączenie Odnaleźli Teyrnona za pośrednictwem 

Baraka w odległość dnia jazdy — w towarzystwie żołnierzy w Północne_ Twierdzy. 
Przekazali mu wiadomość o tym, co się wydarzyło, po czym we czterech podzielili się 
wątpliwościami które nie miały wyjść poza radę magów.

95

Następnie przerwali połączenie. — Wszystko w porządku? —   zapytał po chwili Srebrny 

Płaszcz swe źródło.

— Łatwizna — odparł Matt. — To pomoże mi zasnąć.
W tej właśnie chwili rozległo się donośne pukanie w drzwi. To nie mógł być Brock. On 

miał klucz. Wymienili tylko jedno ostrzegawcze spojrzenie, gdyż byli tym, czym byli, i to od 
długiego czasu. Później ruszyli razem otworzyć drzwi wejściowe.

W mroku na zewnątrz stał brodaty mężczyzna. Za jego plecami lśniły gwiazdy i 

półksiężyc. Miał szerokie ramiona i nie był wysoki. Nić czasu wplotła mu się głęboko w 
oczy. W jego ramionach spoczywała zemdlona kobieta.

Było bardzo cicho. Loren miał wrażenie, że gwiazdy również znieruchomiały, podobnie 

jak księżyc, który wze-szedł późno. Wreszcie przybysz odezwał się niskim, dźwięcznym 
głosem. — Chyba jest po prostu wyczerpana. Zanim zemdlała, skierowała mnie do tego 
domu. Czy wy jesteście Loren Srebrny Płaszcz i Matt Sóren?

To byli dumni mężczyźni, mag i jego źródło. Liczono ich pomiędzy wielkich Fionavaru. 

background image

Mimo to uklękli obaj z pełnym pokory i wdzięczności zachwytem przed Arturem 
Pendragonem i tą, która go wezwała. Oddali hołd kobiecie w nie mniejszym stopniu niż 
mężczyźnie.

Inne pukanie w inne drzwi. Jennifer przebywała sama w swej komnacie w pałacu. Nie 

spała. Oderwała się od kontemplacji ognia. Długa szata, którą jej dali, muskała grube dywany 
leżące na podłodze. Wykąpała się i umyła włosy, po czym uczesała je przed lustrem, 
wpatrując się w swą obcą twarz, w zielone oczy, które widziały to, co widziały. Gdy 
usłyszała stukanie, stała przed ogniem już przez dłuższy czas, nie wiedziała, jak długo.

Wraz z nim rozległ się głos. — Nigdy się mnie nie bój — usłyszała przez drzwi. — Nie 

masz większego przyjaciela.

Głos o brzmieniu przypominającym dzwony, dźwięk na granicy pieśni. Otworzyła drzwi, 

by ujrzeć Brendela z lios

96

alfarów. Choć dusza Jennifer przebywała daleko, poruszył ją widok jego jasnej, smukłej 
gracji.

— Wejdź — powiedziała. — Ale czas na łzy już minął.
Zamknęła za nim drzwi. Ze zdumieniem ujrzała, że ogień

w kominku oraz płomień świecy u jej łoża zaczęły migotać i tańczyć jaskrawiej, gdy Brendel 
znalazł się w komnacie. Liosowie byli Dziećmi Światła. Samo ich imię oznaczało jasność, z 
którą byli trwale związani.

A Najmroczniejszy żywił do nich nienawiść tak absolutną, że wszystko inne wydawało się 

przy niej małe. Oto świadectwo tego, czym jest zło — pomyślała, choć sama najmniej ze 
wszystkich śmiertelnych potrzebowała podobnego świadectwa. — Fakt, że może ono tak 
dogłębnie nienawidzić istoty, która stoi przede mną. Oczy przybysza były już suche. Gdy w 
nie spoglądała, przybierały na nowo bursztynową barwę.

— Temu królowi nie jest obca uprzejmość — stwier

dził Brendel. — Choć na to nie wygląda. Przesłał do moich
komnat wiadomość, że przybyłaś.

Kevin opowiedział jej, co zrobił Brendel: jak podążył za Galadanem i jego wilkami, a 

potem złożył przysięgę w wielkiej sali pałacowej. — Nie masz powodu obciążać się winą za 
to, co mi się stało — powiedziała. — Jak słyszałam, zrobiłeś więcej niż mógłby dokonać 
ktokolwiek inny.

— To nie wystarczyło. Cóż mogę ci powiedzieć?
Potrząsnęła głową. — Daliście mi też radość. Śpiew lio-

sów, gdy zasypiałam, to moje ostatnie prawdziwie szczęśliwe wspomnienie.

 Czy nie możemy obdarzyć cię nią raz jeszcze, skoro

jesteś z powrotem wśród nas?

 Nie wiem, czy potrafię ją przyjąć, Brendelu. Nie je

stem... zdrowa.

Z jakiegoś powodu było to łatwiejsze dla niej niż dla niego. Zapadła długa cisza, podczas 

której znosiła spojrzenie jego oczu. Nie próbował sondować jej wnętrza, choć wiedziała, że 
potrafi to zrobić, podobnie jak Loren nie użył

97

w stosunku do niej Badania. Żaden z nich nie chciał się narzucać. Dzięki temu była w stanie 
ukryć Dariena i zamierzała to zrobić.

 Czy cofniesz swe słowa? — zapytał. Muzyka w nim

była głęboka i niosła ze sobą ból.

 Czy mam cię okłamywać?

Odwrócił się i podszedł do okna. Nawet ubranie, które miał na sobie, wydawało się utkane 

z wielu kolorów, które zmieniały się, gdy się poruszał. Bijący zza okien blask gwiazd 
rozświetlał jego srebrzyste włosy i iskrzył się wśród nich. Jak mogła w ten sposób odrzucać 
kogoś, kto potrafił schwytać gwiazdy w swe włosy?

Jak jednak mogła go nie odrzucić? Odbiorę ci wszystko — zapowiedział Rakoth i bardzo 

background image

zbliżył się do spełnienia swej groźby.

Brendel odwrócił się. Oczy miał złote. Wydawało się, że to jego najprawdziwszy kolor. — 

Czekałem tutaj przez długi czas, gdyż pragnął tego Ra-Tenniel i ja sam — powiedział. — On 
chciał, bym służył radą temu młodemu królowi i poznał zamiary ludzi z Brenninu, ja zaś 
chciałem ujrzeć tu ciebie żywą, bym mógł ci przedstawić pewną propozycję i prośbę.

— A mianowicie jaką?
Była bardzo wysoka, piękniejsza nawet niż przedtem. Naznaczył ją smutek i cień, lecz 

tym samym coś otrzymała w zamian.

— Żebyś wyruszyła ze mną do Daniloth, by zostać uz

drowioną. Jeśli w ogóle można tego dokonać, to tylko tam.

Popatrzyła na niego, jak gdyby z wielkiej wysokości czy głębokości: tak czy inaczej z 

oddali. — Nie — powiedziała. Ujrzała, jak ból rozjarzył się w jego oczach niczym płomień. 
— W obecnym stanie jest mi lepiej. Paul doprowadził mnie do tego miejsca. On i coś jeszcze. 
Nie myśl o tym. Jestem tutaj i nie czuję się nieszczęśliwa. Boję się sięgnąć po więcej światła, 
by nie oznaczało ono też więcej ciemności.

98

Nie istniała żadna odpowiedź, jakiej mógłby jej udzielić. Tego właśnie pragnęła. Zanim 

wyszedł, dotknął jej policzka. Zniosła to, pogrążona w żalu, że podobna rzecz nie mogła jej 
sprawić radości. Tak się jednak nie stało i cóż miała uczynić albo powiedzieć?

Lios alfar przemówił spod drzwi. Muzyka niemal całkowicie zniknęła z jego głosu. — A 

więc pozostaje zemsta — stwierdził Brendel spod Znaku Pustułki. — Jest tylko ona i zawsze 
ona.

Zamknął cicho drzwi za sobą.
Przysięgi — pomyślała, odwracając się powoli z powrotem w stronę kominka. Kevin, 

Brendel. Zastanowiła się, kto jeszcze poprzysięgnie, że ją pomści. Zastanowiła się, czy 
kiedykolwiek będzie to coś dla niej znaczyło.

W tej samej chwili, gdy tak stała, w szarej krainie niemoty i cienia, Loren i Matt otwierali 

drzwi, by ujrzeć dwie postacie stojące na śniegu z gwiazdami i księżycem za plecami.

Jeszcze jedne, ostatnie drzwi, późną, przejmująco zimną nocą. Niewielu ludzi pozostało na 

pokrytych lodem ulicach. Dzika dawno już zamknięto. Kevin i Dave posuwali się ku 
koszarom Południowej Twierdzy w towarzystwie Diarmuida i jego ludzi. Podczas tej 
poprzedzającej świt godziny, gdy północ zdawała się leżeć bliżej, a wiatr był jeszcze bardziej 
szalony, strażnicy trzymali się blisko swych stanowisk, nachyleni nad małymi ogniskami, 
które pozwolono im rozpalić. Nie spodziewali się żadnego ataku. Był on niemożliwy. Dla 
wszystkich było jasne, że ten wiatr i śnieg, ta stworzona przez złą wolę zima stanowi 
wystarczająco groźny atak. Była tak mroźna, że mogła zabić i zabijała już nieraz, a stawała 
się jeszcze mroźniejsza.

Tylko jeden człowiek tego nie czuł. W samej koszuli i niebieskich dżinsach, Paul Schafer 

szedł samotnie przez uliczki i zaułki miasta. Wiatr mierzwił jego włosy, lecz nie przeszkadzał 
mu. Gdy zwrócił się na północ, trzymał głowę wzniesioną wysoko.

99

Wędrował niemal bez celu, właściwie po to tylko, by znaleźć się wśród nocy, potwierdzić 

fakt swej niezwykłej odporności i uporać się z problemem dystansu, którym oddzielił go on 
od pozostałych. Bardzo wielkiego dystansu.

Jak mogłoby to wyglądać inaczej dla kogoś, kto poznał smak śmierci na Letnim Drzewie? 

Czy spodziewał się, że będzie jednym z członków drużyny? Przyjacielem, którego Carde i 
Coli, czy nawet Kevin, będą mogli traktować jak równego sobie? Był Dwukrotnie 
Narodzonym, widział kruki, słyszał, jak przemówiły, słyszał Dane w lesie i czuł w swym 
wnętrzu Mórnira. Był Strzałą Boga. Włócznią. Panem Letniego Drzewa.

Był też boleśnie nieświadomy tego, co to wszystko oznacza i w jaki sposób tę wiedzę 

wykorzystać. Został zmuszony do ucieczki przed Galadanem, lecz nawet nie rozumiał, jak 
zdołał dokonać przejścia z Jennifer. Musiał błagać Jaelle, by ich odesłała. Wiedział, że 
wykorzysta to przeciwko niemu w ich ledwie rozpoczętej dyspucie o Bogini i Bogu. Nawet 

background image

dziś w nocy okazał się ślepy na zbliżanie się For-daethy. Tylko dzięki śmierci Tiene miał 
czas usłyszeć słowa kruków. Ponadto nie wzywał ich. Nie wiedział, skąd się wzięły ani jak 
przywołać je z powrotem.

Czuł się jak dziecko. Niegrzeczny bachor chodzący zimą bez płaszcza. Stawka była zbyt 

wysoka. Zawierało się w niej absolutnie wszystko.

Dziecko — pomyślał raz jeszcze. Stopniowo zaczął zdawać sobie sprawę, że wcale nie 

wałęsa się bez celu. Znalazł się na ulicy prowadzącej do trawnika. Stanął przed drzwiami, 
które pamiętał. Sklep znajdował się na parterze, a pokoje mieszkalne na piętrze. Podniósł 
wzrok. Światła oczywiście się nie paliły. Było już bardzo późno. Z pewnością wszyscy spali: 
Vae, Finn i Darien.

Odwrócił się, by odejść. Nagle zamarł. Po raz pierwszy tej nocy poczuł chłód, gdy blask 

księżyca coś mu ukazał.

Ruszył naprzód i popchnął uchylone drzwi sklepu. Otworzyły się szeroko ze skrzypieniem 

luźnych zawiasów. We-

100

wnątrz wciąż widać było zagradzające mu drogę półki z wyrobami z sukna, wełny oraz 
tkanin wyższej jakości. W przejściu leżał jednak śnieg. Pod ladami uzbierały się go całe 
zaspy. Gdy ruszył po ciemku na górę, natknął się na schodach na lód. Wszystkie meble stały 
na miejscu, tak jak je zapamiętał, ale dom był opuszczony.

Usłyszał jakiś dźwięk. Odwrócił się nagle, ogarnięty trwogą. Zobaczył, co było jego 

źródłem. Na wpadającym przez rozbite okno wietrze pusta kołyska bujała się powoli w obie 
strony.

ROZDZIAŁ 7

Wczesnym rankiem następnego dnia armia Cathalu przekroczyła Saeren i znalazła się 

na terenie Najwyższego Królestwa. Jej dowódca pozwolił sobie na odczucie niejakiej 
satysfakcji. Wszystko starannie zaplanowano. Bezbłędnie wyliczono czas. Przybyli do 
Cynanu nocą, po cichu, i wysłali wiadomość na drugą stronę rzeki zaledwie na pół godziny 
przed tym, nim specjalnie w tym celu zbudowane barki przewiozły ich do Seresh.

Liczył na to, że główny trakt wiodący do Paras Derval będzie oczyszczony ze śniegu. 

Faktycznie był. Wśród przenikliwego zimna, pod lśniącym, błękitnym niebem, ruszyli przez 
białą krainę ku stolicy. Posłaniec do nowego najwyższego króla mógł ich wyprzedzać 
najwyżej o parę godzin. Aileron nie będzie miał czasu, by cokolwiek zorganizować.

I o to, rzecz jasna, chodziło. Wiadomości przedostawały się z jednego brzegu Saeren na 

drugi — między Seresh a Cynanem krążyły barki, a dalej na wschód wymieniano 
zakodowane sygnały świetlne. Na brennińskim dworze wiedziano, że zbliżają się żołnierze z 
Cathalu, lecz nie to, ilu ich było czy kiedy się zjawią.

101

Sprawią wrażenie ubogich i kiepsko przygotowanych, gdy ten wspaniały oddział, liczący 

sobie dwa tysiące pięciuset ludzi, nadciągnie galopem z południowego zachodu. I nie była to 
tylko konnica. Cóż powiedzą mieszkańcy północy, gdy zobaczą, jak dwieście legendarnych 
cathalskich rydwanów wojennych zajedzie pod same bramy Paras De-rval? A w pierwszym z 
nich, zaprzężonym w cztery wspaniałe ogiery z Faille, nie będzie zasiadał wódz armii czy 
jakiś kapitan eidolathów, straży honorowej, lecz sam Shal-hassan, najwyższy władca Sang 
Marlen, Larai Rigal i dziewięciu prowincji Krainy Ogrodów.

Niech młody Aileron da sobie radę z tą sytuacją, jeśli potrafi.
Nie był to tylko czczy pokaz. Shalhassan zbyt długo już władał krajem zdominowanym 

przez intrygi, by pozwalać sobie na bezcelową ekstrawagancję. Za każdym krokiem tego 
manewru kryła się chłodna wola, za szybkością, jakiej żądał od woźnicy swego rydwanu, 

background image

świadoma kalkulacja, a za wspaniałością jego własnego wyglądu — od splecionej w 
warkoczyki, uperfumowanej brody aż po futro, sprytnie rozcięte tak, by ukazać zakrzywiony, 
wysadzany klejnotami miecz — konkretny powód.

Tysiąc lat temu Angirad poprowadził ludzi z południa na wojnę przeciwko Spruwaczowi i 

maszerowali oni oraz jechali pod brennińskim sztandarem z księżycem i dębem, pod 
dowództwem Conary'ego, a potem Colana. Wtedy jednak nie było prawdziwego Cathalu ani 
flagi z kwiatem i mieczem, a tylko dziewięć skłóconych prowincji. Dopiero gdy powrócił, 
okryty chwałą zdobytą w Andarien i Gwynirze, w ostatniej, rozpaczliwej bitwie u mostu 
Valgrind, a potem podczas spętania pod Rangat, Angirad mógł zademonstrować kamień 
strażniczy, który mu powierzono, stworzyć królestwo, wybudować południową fortecę, a 
potem letni pałac nad brzegiem jeziora w Larai Rigal.

Niemniej jednak dokonał wszystkich tych rzeczy. Południe nie było już skupiskiem 

walczących ze sobą księstw.

102

Było Cathalem, Krainą Ogrodów, a nie królestwem zależnym od Brenninu, bez względu na 
to, jakie tytuły nadawali sobie dziedzice Iorwetha. Cztery wojny, stoczone w ciągu czterech 
stuleci, uczyniły ten fakt bezspornym. Choć Bren-nin miał swe Drzewo — przechwalano się 
na południu — Larai Rigal miało ich dziesięć tysięcy.

Miało też prawdziwego władcę, mężczyznę, który zasiadał na Tronie z Kości Słoniowej 

już od dwudziestu pięciu lat, bystrego, nieodgadnionego i znającego walkę, gdyż brał udział 
w ostatniej wojnie z Brenninem, trzydzieści lat temu, gdy ten król-chłoptaś Aileron jeszcze 
się nie narodził. Ailellowi Shalhassan mógłby ewentualnie ustąpić pierwszego miejsca, ale 
nie jego synowi, który zaledwie rok temu powrócił z wygnania, by założyć Dębową Koronę.

Bitwy wygrywa się w drodze — pomyślał Shalhassan z Cathalu. To była celna myśl. 

Uniósł dłoń w pewien, określony sposób. Po chwili przygalopował do niego Raziel, siedzący 
niepewnie na szybko pędzącym koniu. Najwyższy władca Cathalu kazał mu ją zapisać. Przed 
nimi, pięciu członków straży honorowej, zebranych pośpiesznie przez porażonego szokiem 
księcia Seresh, okładało biczami swe wierzchowce, by utrzymać się przed rydwanami. 
Shalhassan zastanowił się, czy ich nie wyprzedzić, postanowił jednak, że tego nie zrobi. 
Bardziej satysfakcjonujące — w pewnym stopniu, w jakim pozwalał sobie czerpać 
zadowolenie z podobnych rzeczy — okaże się jeśli przybędzie do Paras De-rval, depcząc po 
piętach ich straży honorowej, jak gdyby zmuszał ją do ucieczki.

Uznał, że wszystko idzie dobrze. W Sang Marlen Ga-lienth będzie nadzorował decyzje 

jego córki. Było właściwe, że zaczynała się już wprawiać w kierowaniu nawą państwową. 
Studiowała tę umiejętność od chwili śmierci brata. Shalhassan nie będzie miał następnego 
dziedzica. Nie można już było tolerować podobnych eskapad, jak ta poprzedniej wiosny, gdy 
Sharra prześcignęła posłańców, których wysłał do Paras Derval. W gruncie rzeczy nigdy nie 
usłyszał pełnej,

103

lub choćby w miarę zadowalającej relacji z tego incydentu. Właściwie jednak na to nie liczył, 
biorąc pod uwagę, z kim miał do czynienia. Jej matka była dokładnie taka sama. Potrząsnął 
głową. Czas już, by Sharra wyszła za mąż, lecz za każdym razem, gdy poruszał ten temat, 
unikała rozmowy. Aż do ostatniej próby, gdy zademonstrowała swój pełen fałszywego 
szacunku uśmiech (znał go; jej matka uśmiechała się tak samo) i wyszeptała nad półmiskiem 
mrożonych mrae, że jeśli jeszcze raz poruszy tę kwestię, faktycznie wyjdzie za mąż... i 
wybierze sobie za małżonka Venassara z Gath.

Jedynie nabywana przez dziesięciolecia wprawa powstrzymała go przed poderwaniem się 

z kanapy i okazaniem całemu dworowi oraz eidolathom swego zmieszania. Gorsza jeszcze od 
perspektywy ujrzenia owego patykowatego, pół-rozumnego pseudomężczyzny na tronie obok 
Sharry była myśl o chytrym jak lis Bragonie z Gath, jego ojcu, który stałby za ich plecami.

Zmienił temat i zaczął mówić o tym, jak powinna radzić sobie pod jego nieobecność z 

kwestią podatków. Wyjaśnił, że bezprecedensowa zima, która sprawiła, że zamarzło nawet 
jezioro w Larai Rigal i spustoszyła ogrody T'Varen, wszędzie spowodowała ciężkie straty i że 

background image

jego córka będzie musiała kroczyć po wąskiej linii między współczuciem a pobłażliwością. 
Słuchała go, demonstrując ostentacyjnie zainteresowanie, lecz Shalhassan dostrzegał uśmiech 
pod jej spuszczonymi oczyma. On sam nigdy się nie uśmiechał. To zbyt wiele zdradzało. Z 
drugiej jednak strony, nigdy nie był piękny, a Sharra była i to niezmiernie. Dla niej uśmiech 
był narzędziem, a nawet bronią, zrozumiał, aby zachować królewski spokój.

Musiał nad nim pracować nawet teraz, gdy gnał do Paras Derval, wspominając pełen 

poczucia wyższości uśmiech swego niewiarygodnego dziecka. Jest w tym jakaś myśl, 
powiedział sobie. Po chwili nadał jej wystarczająco abstrakcyjną postać. Raz jeszcze uniósł 
na wpół zamkniętą dłoń. Po chwili Raziel ponownie pognał do jego boku, by zapisać,

104

co należy. Shalhassan z przyjemnością ujrzał niezadowolenie na jego twarzy. Następnie 
zapomniał o córce. Spojrzą z ukosa na popołudniowe słońce i uznał, że zbliżają się dc celu. 
Wyprostował się, otrzepał swój ciężki płaszcz, by usunąć z niego fałdy, uczesał brodę i 
przygotował się do wtargnięcia z jeźdźcami i rydwanami bojowymi Cathalu, olśniewającymi 
i sformowanymi w równy szereg, do pogrążonej w chaosie stolicy swych nie 
przygotowanych sojuszników. Zobaczą to, co zobaczą.

W odległości około mili od Paras Derval wszystko zaczęło iść zupełnie źle.

Po pierwsze, na drodze ustawiono blokadę. Gdy straż przednia zwolniła, a jego woźnica 

stopniowo uczynił to samo, Shalhassan popatrzył naprzód. Przymrużył oczy, by uchronić je 
przed blaskiem słońca na śniegu. W chwili gdy wszyscy się zatrzymali, a konie zaczęły 
parskać i tupać pod wpływem zimna, Shalhassan przeklinał już w duchu z żarliwością, której 
jego zewnętrzny spokój nie okazywał w najmniejszym stopniu.

Przed nimi stała dwudziestka konnych żołnierzy odzianych schludnie w brąz i złoto. 

Zaprezentowali mu broń z zachowaniem pełnego ceremoniału. Za ich szeregami rozległ się 
słodki i czysty dźwięk rogu. Żołnierze odwrócili się i sprawnie ustawili w szeregi wzdłuż 
szerokiej drogi, by zrobić miejsce dla sześciorga dzieci. Wszystkie były ubrane w identyczne, 
czerwone szaty lśniące na tle śniegu. Dwoje z nich minęło honorową straż z Seresh i, nie 
obawiając się ruchów jego koni, wręczyło Shalhassanowi z Cathalu bren-nińskie kwiaty na 
znak powitania.

Przyjął je z powagą na twarzy. Skąd wzięli kwiaty podczas tej zimy? Następnie odwrócił 

się, by ujrzeć gobelin wzniesiony wysoko na tyczkach przez pozostałą czwórkę dzieci. 
Rozwinięto przed nim, w geście godnym królów, wspaniałe dzieło sztuki. Na tej otwartej 
drodze, wystawiwszy ją na działanie żywiołów, ukazano mu utkaną scenę

105

z Bael Rangat. W szybko blednących odcieniach stanowiących szczyt sztuki tkackiej, 
Shalhassan ujrzał bitwę o most Valgrind. I to nie jakiś jej przypadkowy epizod, lecz ten 
właśnie moment, którego od tego czasu nie przestawano opiewać i wysławiać w Cathalu — 
chwilę, gdy Angirad, jako pierwszy z członków owego promiennego zastępu, postawił stopę 
na moście wiodącym przez Ungarch, by poprowadzić wojska do Starkadh.

Uhonorowali go na dwa sposoby. Gdy opuścił wzrok, mimo wszelkich swych wysiłków 

czując się wzruszony, Shalhassan ujrzał jakąś postać, która przeszła pod gobelinem, by 
zatrzymać się na drodze przed gościem. Zrozumiał wtedy, że honor był potrójny i że 
poważnie się przeliczył.

W futrze o barwie najczystszej bieli, które opadało w gęstym splendorze z ramion aż do 

białych butów, stał przed nim Diarmuid, brat i dziedzic króla. Nicpoń — pomyślał 
Shalhassan, usiłując zapanować nad nieprzepartym podziwem dla jego swobodnej elegancji, 
który natychmiast go nawiedził. Diarmuid założył też białe rękawiczki, a złote włosy nakrył 
białym, futrzanym kapeluszem. Jedynym kolorowym elementem na tym połyskującym 
śnieżnym księciu było czerwone pióro djeny u kapelusza, o odcieniu dokładnie takim samym, 
jak stroje dzieci.

Był to żywy obraz o tak starannie wyreżyserowanym przepychu, że nikt z żyjących nie 

mógłby nie zrozumieć jego znaczenia. Z pewnością też wszyscy z obecnych, z obu krajów, o 

background image

tym opowiedzą.

Książę uniósł palec, nic więcej, i nad szeroką, pokrytą śniegiem panoramą rozległy się 

wspaniale zagrane, poruszające serce dźwięki Renabael — bitewnego hejnału lios alfa-rów 
skomponowanego tak dawno temu przez Ra-Termainea, największego z ich władców, a także 
z tkaczy muzyki.

I wtedy biały książę wykonał następny gest. Ponownie był to nie więcej niż ruch palca. 

Muzyka ucichła, niosąc się echami w zimnym, nieruchomym powietrzu. Grający wystąpił 
naprzód. Przewyższał nawet gracją księcia. Po raz

106

pierwszy w życiu Shalhassan z Cathalu, pełen niedowierzania, ujrzał na własne oczy lios 
alfara.

Książę pokłonił się. Lios uczynił to samo. Ponad ich głowami widniał skąpany po kolana 

w krwi Angirad zdobywający most Valgrind w imię Światła.

Shalhassan z Cathalu wyszedł na drogę ze swego pojazdu i odwzajemnił pokłon.

Pięciu strażników z Seresh ruszyło przodem. Z pewnością poczuli ulgę, że znaleźli takie 

zastępstwo. Na ostatniej mili drogi do Paras Derval armię Cathalu prowadziła straż honorowa 
złożona z ludzi księcia Diarmuida, wyćwiczona i imponująca. Po jednej stronie rydwanu 
Shalhassana maszerował sam książę, po drugiej zaś Na-Brendel, najwyższy Znaku Pustułki z 
Daniloth.

Nie posuwali się też szybciej niż tempem spacerowym, gdy bowiem zbliżyli się do 

stolicy, po obu stronach traktu, nie zważając na zaspy, zebrał się olbrzymi tłum wiwatujących 
ludzi. Shalhassan był zmuszony w odpowiedzi kiwać głową i machać ręką, rytmicznie i z 
dostojeństwem.

Wtem, na peryferiach samego miasta, natknęli się na oczekujących żołnierzy. Wzdłuż 

całej krętej, pnącej się w górę drogi wiodącej do placu przed pałacem stali w równych 
odległościach od siebie, wszyscy odziani w szykowne mundury, piechurzy, łucznicy oraz 
kawalerzyści z Paras Derval.

Gdy dotarli już do samego placu, otoczonego gęstym tłumem wiwatujących ludzi, orszak 

zatrzymał się raz jeszcze i książę Diarmuid zaprezentował mu, z zachowaniem pełnej 
etykiety, pierwszego maga Brenninu oraz jego źródło, w towarzystwie innego krasnoluda, 
którego książę przedstawił jako Brocka z Banir Tal; najwyższą kapłankę Dany, która również 
była odziana w olśniewającą biel i nosiła czerwoną koronę — gęste, rude, opadające na plecy 
włosy; a na koniec człowieka, o którym opowieści Shalhassan już słyszał — młodego, 
ciemnowłosego mężczyznę, szczupłego i niewysokiego, którego książę z powagą w głosie 
przedsta-

107

wił jako Pwylla Dwukrotnie Narodzonego, Pana Letniego Drzewa.

Król Cathalu usłyszał reakcję tłumu w chwili, gdy spojrzał w niebieskoszare oczy owego 

młodego mężczyzny z innego świata, wybrańca Boga.

Nie padło już ani słowo więcej. Piątka osobistości dołączyła do księcia i lios alfara. 

Shalhassan wysiadł, gdyż brak miejsca uniemożliwiał podjechanie rydwanem pod bramy 
pałacu. Następnie ruszył ku nim piechotą, by spotkać się z Aileronem, najwyższym królem, 
który zorganizował to wszystko w ciągu być może dwóch godzin.

Sharra udzieliła mu w Sang Marlen niezbędnych informacji, miał więc pewne pojęcie, 

czego oczekiwać. Było to jednak za mało, gdy bowiem Aileron ruszył naprzód, by spotkać go 
w pół drogi, Shalhassan — któremu pokazano już, czego Brennin potrafi dokonać, jeśli mu 
się spodoba — ujrzał, co mu się podobało.

Najwyższy król oszacował go srogim spojrzeniem spod ciemnych, nie uczesanych 

włosów. Jego surowa, brodata twarz — nie tak chłopięca, jak się tego spodziewał — była 
równie niewzruszona jak oblicze Shalhassana i równie nie uśmiechnięta. Był niedbale 
odziany w szaty o różnych odcieniach brązu. Buty miał poplamione, a spodnie wytarte. 

background image

Włożył prostą koszulę, a na nią krótką, ciepłą kamizelkę pozbawioną ozdób. U jego boku 
wisiał nie miecz ceremonialny, lecz bojowy, o drugiej rękojeści.

Ruszył naprzód z gołą głową. Obaj królowie popatrzyli na siebie. Shalhassan usłyszał ryk 

tłumu. Brzmiało w nim coś, czego on nigdy nie doświadczył w ciągu dwudziestu pięciu lat 
spędzonych na tronie. Pojął wtedy to, co rozumiał już lud Brenninu: że stojący przed nim 
mężczyzna był królem-wojownikiem. Niczym więcej, a już z pewnością niczym mniej.

Wiedział, że padł ofiarą manipulacji, lecz zdawał też sobie sprawę, jakich umiejętności 

wymagało coś podobnego.

108

Błysk młodszego brata równoważyła, a nawet więcej niż równoważyła, świadoma skromność 
starszego, który był królem. Shalhassan z Cathalu zrozumiał wtedy, stojąc między jasno- a 
ciemnowłosym bratem, że jednak nie on będzie wodzem na tej wojnie.

Aileron nie odezwał się ani słowem.

Królowie nie składali sobie pokłonów, lecz Shalhassan nie był małostkowym 

człowiekiem. Mieli wspólnego wroga i to straszliwego. To, co mu zademonstrowano, miało 
na celu nie tylko dać mu po nosie, lecz również rozproszyć jego wątpliwości. To również 
rozumiał. Jego wątpliwości zostały rozproszone.

W jednej chwili porzucił wszelkie plany, jakie przygotował na ten dzień. — Najwyższy 

królu Brenninu, armia oraz rydwany Cathalu przybyły i są do twojej dyspozycji — oznajmił. 
— Jestem też gotów służyć ci radą, jeśli tylko tego zapragniesz. Zaszczyciło nas powitanie, 
które dla nas przygotowaliście, oraz wzruszyło przypomnienie czynów naszych przodków 
zarówno tych z Brenninu, jak i z Cathalu.

Nie spotkała go nawet drobna satysfakcja, jaką byłoby ujrzenie w ciemnych oczach 

drugiego monarchy ulgi lub zaskoczenia. Widniała w nich jedynie niewzruszona akceptacja, 
jak gdyby ani przez chwilę nie było wątpliwości, co powie Shalhassan.

Odpowiedź Ailerona brzmiała: — Dziękuję. Osiemnaście z waszych rydwanów ma źle 

wyważone koła. Będziemy też potrzebować jeszcze co najmniej tysiąca ludzi.

Shalhassan widział, ilu żołnierzy było w Seresh i tutaj w Paras Derval. Wiedział też o 

garnizonach w Rhoden i w Północnej Twierdzy. — Zanim nadejdzie nów, przybędzie jeszcze 
dwa tysiące — odparł bez chwili zwłoki.

Niespełna trzy tygodnie. Było to możliwe, lecz Sharra musiałaby wyruszyć w drogę. A 

kapitana rydwanów czekała chłosta.

Aileron uśmiechnął się. — Bardzo dobrze.
Podszedł do Shalhassana, młodszy król do starszego, tak

109

jak należało, i obdarzył go żołnierskim uściskiem. Obie armie oraz ludność nagrodziły ich 
burzą oklasków.

Aileron cofnął się. Jego oczy lśniły teraz jasno. Wzniósł ręce, by nakazać ciszę. Gdy już 

zapadła, przemówił czystym, suchym głosem w mroźnym powietrzu: — Ludzie z Paras 
Derval! Jak widzicie, Shalhassan z Cathalu przybył do nas osobiście w towarzystwie dwóch 
tysięcy pięciuset ludzi i obiecał nam jeszcze dwa tysiące więcej. Czy przywitamy ich 
serdecznie? Czy zapewnimy im kwatery i wyżywienie?

Wyrażający potwierdzenie krzyk, jaki nastąpił, nie przesłonił właściwego problemu. 

Shalhassan, w nieokreślony sposób poruszony, uznał, że czas już, by sam dokonał gestu, w 
przeciwnym bowiem razie ci mieszkańcy północy nie dostrzegą prawdziwej wspaniałości 
Cathalu. Uniósł dłoń. Pierścień na jego kciuku zalśnił w jasnych promieniach słońca. Gdy dla 
niego również zapadła cisza, przemówił: — My również ci dziękujemy, najwyższy królu. 
Schronienia będą nam potrzebne, gdyż znaleźliśmy się daleko od naszych ogrodów, ale lud 
Cathalu wyżywi swych żołnierzy oraz tylu mieszkańców Brenninu, dla ilu wystarczą zapasy 
w naszych zimowych spichlerzach.

Niech teraz król z północy znajdzie słowa, które wywołałyby owację równą tej — 

pomyślał z triumfem Shalhassan z twarzą pozbawioną wyrazu. Zwrócił się w stronę Ailerona. 
— Moja córka przyśle zapasy i nowych żołnierzy.

background image

Król Brenninu skinął głową. Ryk tłumu nie ucichł jeszcze. Shalhassan usłyszał 

przebijający się przez niego, lekko drwiący głos.

— Założysz się? — zapytał Diarmuid.
Shalhassan dostrzegł błysk gniewu, który pojawił się

w chwili nieuwagi w oczach młodego króla. Następnie zwrócił się w stronę księcia.

— A o co? — zapytał z powściągliwością w głosie.
Diarmuid uśmiechnął się. — Nie mam najmniejszych

wątpliwości, że zarówno zapasy, jak i żołnierze zjawią się wkrótce u nas, nie wątpię też 
jednak w to, że postara się

110

o to znakomity Galienth lub być może Bragon z Gath. Z pewnością nie będzie to twoja 
córka.

 A dlaczegóż to tak sądzisz? — zapytał cicho Shal-

hassan,   ukrywając   wewnętrzny  skurcz,  jaki  poczuł  na
wzmiankę o Bragonie.

 Dlatego, że Sharra przybyła z twoją armią — odparł

Diarmuid ze spokojną pewnością siebie.

Utarcie nosa temu zarozumiałemu księciu byłoby przyjemnością, której Shalhassan nie 

zamierzał sobie odmówić. Mógł tego dokonać: choćby tylko ze względu na to, iż spodziewał 
się czegoś podobnego; podczas drogi z Seresh do Paras Derval kazał dwukrotnie sprawdzić 
armię pod kątem obecności niesfornej księżniczki w przebraniu. Znał swą córkę 
wystarczająco dobrze, by tego oczekiwać. Wśród wojsk jej nie było.

 Co chcesz postawić? — zapytał najwyższy władca

Sang Marlen, bardzo cicho, by nie spłoszyć ofiary.

 Moje futro przeciw twojemu — odparł natychmiast

książę. Jego niebieskie oczy lśniły figlarnie. Białe futro było
lepsze i obaj o tym wiedzieli. Shalhassan powiedział to Diar-
muidowi. —   Być może — odparł ten. — Ale nie spo
dziewam się, bym przegrał.

Utarcie mu nosa będzie bardzo wielką przyjemnością.

— Zakład — powiedział Shalhassan. Otaczająca ich szla
chta zaczęła szeptać pod nosem. — Bashraiu — rozkazał.
Jego nowy kapitan straży wystąpił dziarskim krokiem na
przód. Król odczuwał brak poprzedniego. Pamiętał, w jaki
sposób zginął Devorsh. Cóż, przebywająca w Sang Marlen
Sharra wynagrodzi mu teraz w pewnym stopniu tę stratę.
— Rozkaż ludziom wystąpić naprzód w grupach po pięć
dziesięciu —   polecił.

 I zdjąć nakrycia głów — dorzucił Diarmuid.

 Tak, to również — potwierdził Shalhassan. Bashrai

odwrócił się szybko i poszedł wykonać rozkaz.

 To pokaz totalnej lekkomyślności — warknął Aile-

ron, spoglądając na brata chłodnym wzrokiem.

111

— I jej trochę się nam przyda — wtrącił się dźwięczny

jak muzyka głos. Uśmiech Brendela z lios alfarów był
zaraźliwy. Shalhassana przeszył dreszcz, gdy zauważył złotą
barwę jego oczu. Akurat na czas zdążył powstrzymać wę
drujące ku górze kąciki swych ust.

Wiadomość o zakładzie rozeszła się natychmiast. Plac wypełnił dźwięk pełnego 

wyczekiwania śmiechu. Widzieli, jak z rąk do rąk przechodzą karteczki z zakładami. Jedynie 
rudowłosa kapłanka oraz ponury najwyższy król sprawiali wrażenie niewrażliwych na 
panujący nastrój.

background image

Nie trwało to długo. Biegłość Bashraia mogła sprawiać satysfakcję. Po krótkiej chwili 

cała armia Cathalu przemaszerowała z gołymi głowami przez pałacowe bramy, u których 
stali obaj królowie. Ludzie Diarmuida sprawdzali uważnie żołnierzy, Shalhassan jednak 
uczynił uprzednio to samo.

Sharry wśród nich nie było.
Król Cathalu zwrócił się powoli ku odzianemu na biało księciu. Diarmuid zdołał 

zachować swój uśmiech. — A może konie? — podjął próbę. Shalhassan uniósł jedynie brwi 
w ruchu, który na jego dworze znano bardzo dobrze. Diarmuid roześmiał się i z pełnym 
gracji gestem zdjął swoje kosztowne futro. Stanął na zimnie tylko w czerwonym ubraniu 
harmonizującym barwą z piórem u jego nakrycia głowy oraz strojami dzieci.

— Kapelusz też? — zaproponował, trzymając go w rę

ku wraz z futrem.

Shalhassan skinął na Bashraia, gdy jednak uśmiechnięty z powodu sukcesu swego króla 

kapitan wystąpił naprzód, ten pierwszy usłyszał aż nazbyt znajomy głos, który zawołał: — 
Bashraiu! Nie bierz go! Ludzie z Cathalu przyjmują wygrane jedynie wtedy, gdy zdobyli je 
uczciwie!

Shalhassan pojął wszystko odrobinę zbyt późno. O świcie w Seresh pośpiesznie zebrano 

pięcioosobową straż honorową. Jeden z jej członków ruszył teraz naprzód z miejsca, gdzie 
zatrzymała się cała piątka, po bliższej zamku stronie placu. Ruszył naprzód i, ściągnąwszy 
ciasną czapkę, pozwo-

112

lił, by aż do pasa spłynęły mu czarne, lśniące włosy, z których słynęła Sharra.

— Przepraszam cię, ojcze — odezwała się Ciemna Róża Cathalu.
Tłum zareagował na ten nieoczekiwany obrót sytuacji eksplozją krzyków i wesołości. 

Nawet niektórzy z cathal-skich żołnierzy wybuchnęli gromkim śmiechem. Ich król obrzucił 
swe jedyne żyjące dziecko lodowatym spojrzeniem. Jak — pomyślał — mogła tak beztrosko 
okryć go w obcym kraju podobnym wstydem?

Gdy jednak odezwała się ponownie, nie mówiła do niego. — Pomyślałam, że tym razem 

zrobię to sama — wyjaśniła Diarmuidowi bez śladu ciepła w głosie. Wyraz twarzy księcia był 
trudny do odczytania. Sharra, nie przerywając, zwróciła się ku jego bratu. — Mości królu — 
ciągnęła. — Z przykrością informuję cię o pewnym rozluźnieniu dyscypliny wśród twoich 
żołnierzy zarówno w Seresh, jak i tutaj. Nie powinno mi się udać przyłączyć do tej straży, bez 
względu na to, jak wielki chaos panował dziś rano. A już z pewnością powinni byli mnie 
odkryć, gdy przybyliśmy do Paras Derval. Nie mam prawa udzielać ci rad, muszę cię jednak 
powiadomić o faktach.

Jej głos brzmiał szczerze i bardzo czysto. Docierał do każdego zakątka placu.
W skamieniałym sercu Shalhassana rozpaliło się ciepłym płomieniem ognisko. Wspaniała 

kobieta! Przyszła królowa i to godna swego królestwa! Zmieniła jego dotkliwe upokorzenie w 
jeszcze większy wstyd dla Brenninu i triumf dla siebie oraz dla Cathalu.

Przystąpił do ataku, by nie zaprzepaścić odniesionych korzyści. — Niestety! — krzyknął. 

— Wygląda na to, że moja córka pokonała nas wszystkich. Jeśli ktoś wygrał dzisiaj zakład, to 
tylko ona.

Bashrai pośpieszył mu z pomocą. Król ściągnął futro, nie zważając na ostry wiatr, po 

czym podszedł do córki i położył je u jej stóp.

113

Krok w krok z nim, nie wysuwając się naprzód ani nie zostając z tyłu, posuwał się 

Diarmuid z Brenninu. Uklękli jednocześnie. Gdy się podnieśli, dwa futra, jedno ciemne i 
jedno białe, leżały na śniegu przed Sharrą. Jej imię poniosło się echem po zatłoczonym placu.

Shalhassan nadał swym oczom możliwie najłagodniejszy wyraz, by wiedziała, że czuje się 

w tej chwili zadowolony. Nie patrzyła na niego.

 Sądziłam, że ocaliłam ci futro — zwróciła się do

Diarmuida.

 Ocaliłaś. Cóż mógłbym z nim zrobić lepszego niż

background image

złożyć ci w darze?

W jego oczach widniało coś bardzo dziwnego.

 Czy galanteria wystarczy, by zrekompensować nie

kompetencję? — zapytała słodkim głosem Sharra. — Ty
jesteś odpowiedzialny za południe kraju, prawda?

 To powinna ci wyjaśnić mina mojego brata — zgo

dził się z powagą w głosie Diarmuid.

 Czy nie ma on powodów do niezadowolenia? — py

tała dalej Sharra, pragnąc wykorzystać chwilową przewagę.

 Być może — odparł książę niemal nieobecnym to

nem. Zapadła cisza: coś bardzo dziwnego. Nagle, na chwilę
przed tym, nim przemówił, złośliwy wyraz ponownie błysnął
w jego oczach. Ojciec i córka ujrzeli tam — niczym roz
wartą przed nimi otchłań — wesołość, nad którą nie był już
w stanie zapanować.

 Averrenie — odezwał się Diarmuid. Wszystkie oczy

zwróciły się ku kolejnej postaci, która oddzieliła się od po
zostałej czwórki jeźdźców z Seresh. Ten człowiek również
zdjął czapkę, odsłaniając krótkie włosy koloru miedzi. —
Złóż meldunek —   rozkazał książę, starannie zachowując
obojętny ton.

 Tak jest, panie. Gdy usłyszeliśmy, że cathalska armia

ruszyła na zachód, wysłałem z Południowej Twierdzy do
ciebie wiadomość, zgodnie z instrukcją. Również zgodnie
z instrukcją, sam udałem się na zachód, do Seresh. Wczoraj

114

wieczorem przeprawiłem się przez rzekę do Cynanu. Czekałem tam na przybycie armii. 
Potem, w cathalskich barwach, odszukałem księżniczkę. Widziałem, jak przekupiła flisaka, 
by przewiózł ją nocą na drugi brzeg. Sam zrobiłem to samo.

— Wydając moje pieniądze — zauważył książę. Na

placu zapadła absolutna cisza. — Mów dalej.

Averren odchrząknął. — Chciałem poznać aktualną cenę, panie. Hmm... w Seresh 

odnalazłem jej ślad bez trudności. Dziś rano omal jej nie zgubiłem, ale, ach... kierując się 
twoim przypuszczeniem, mości książę, odnalazłem ją, gdy czekała w towarzystwie 
strażników, odziana w barwy Seresh. Pomówiłem z księciem Niavinem, a potem z trzema 
pozostałymi strażnikami. Następnie przez cały dzień po prostu jechaliśmy za nią, panie. 
Zgodnie z instrukcją.

Po ciszy nastał dźwięk. Dźwięk imienia wykrzykiwanego raz za razem na wznoszącej się 

nucie, aż wreszcie osiągnęło crescendo tak potężne, że zanosiło się na to, iż przebije się przez 
sklepienie niebios na górze i ziemię na dole, by Mórnir i Dana mogli oboje usłyszeć, jak 
bardzo Brennin miłuje swego olśniewającego, roześmianego księcia.

Shalhassan, pogrążony we wściekłych kalkulacjach, ocalił jeden skromny okruch 

pocieszenia z popiołów owego popołudnia: wiedzieli o wszystkim z góry. Mogło to nie być 
korzystne, lecz dawało się pojąć. Lepsze to niż gdyby dokonali tego wszystkiego w dwie 
godziny, zupełnie bez ostrzeżenia. To było — byłoby — po prostu zbyt przerażające.

Nagle spojrzał przypadkowo w twarz Ailerona. Dodając w myślach kolejny punkt do listy 

dzisiejszych wyczynów Diarmuida, poczuł, że jego jedyny okruch również obraca się w 
popiół. Wyraz twarzy najwyższego króla mówił z absolutną jasnością, że Aileron o niczym 
nie wiedział.

Diarmuid spoglądał na Sharrę. Jego mina była łagodna.
— Powiedziałem ci, że futro to dar, a nie skutek prze

granego zakładu.

115

background image

— Dlaczego zrobiłeś to w ten sposób? — zapytała z go

rejącą kolorami twarzą. — Dlaczego udawałeś, że o ni
czym nie wiesz?

Diarmuid roześmiał się nagle. — Pokaz totalnej lekkomyślności — odparł, nieźle 

naśladując głos brata. Potem, wciąż się śmiejąc, odwrócił się, by stawić czoło złowieszczemu,
bardzo przypominającemu morderczy, wyrazowi oczu najwyższego króla. Mogło to być 
więcej niż się spodziewał. Śmiech niknął powoli z jego oczu. Nareszcie — pomyślał z 
przekąsem Shalhassan, choć to nie on go stamtąd przegnał. Okrzyki nie milkły.

 Wiedziałeś o wszystkim z góry — powiedział Aile-

ron. Nie było to pytanie.

 Tak — odparł po prostu Diarmuid. — Nasze me

tody są inne. Miałeś swoje mapy i plany.

 Ale mnie nie powiadomiłeś.

Diarmuid otworzył szeroko oczy. Widniało w nich jakieś dążenie i — jeśli wiedziało się, 

czego szukać — zadawnione pożądanie. Ze wszystkich ludzi obecnych na placu, jedynie 
Kevin Laine, który przyglądał się wszystkiemu, stojąc wśród tłumu, widział już przedtem ów 
wyraz, a i on stał tym razem zbyt daleko. Głos księcia był spokojny, choć bardzo cichy. — 
Jak inaczej mógłbyś się dowiedzieć? — zapytał. — Jak inaczej mógłbyś poddać próbie swe 
plany? Spodziewałem się, że odniesiesz sukces, bracie. Zrobiliśmy to na oba sposoby.

Zapadła długa cisza. Zbyt długa. Skryte pod ciężkimi powiekami oczy Ailerona 

wpatrywały się posępnie w twarz brata. Aplauz ucichł. Minęła chwila. Następna. Powiew 
bardzo zimnego wiatru.

— Jasno utkane, Diar — odezwał się Aileron. Olśnił

nagle wszystkich ciepłem swego uśmiechu.

Zaczęli wchodzić do środka. Na oba sposoby — myślał oszołomiony Shalhassan. 

Wiedzieli o wszystkim z góry, a zarazem przygotowali się w dwie godziny. Jakimiż to 
ludźmi byli ci dwaj synowie Ailella?

116

— Ciesz się — odezwał się jakiś głos u jego boku. —

Są po naszej stronie.

Odwrócił się i otrzymał złociste mrugnięcie od lios alfara oraz uśmieszek od Brocka, 

stojącego obok krasnoluda. Zanim zorientował się, co robi, Shalhassan również się uśmie-
chnął.

Paul chciał zaatakować kapłankę natychmiast, szła jednak w orszaku przed nim, a gdy 

tylko minął wielkie drzwi pałacu, skręciła w lewo i stracił ją z oczu w zatłoczonym przejściu. 
Potem, gdy wydostał się z tłumu i podążył za nią, zjawił się Kevin i musiał się zatrzymać.

 Był świetny, prawda? — jego przyjaciel wyszcze

rzył zęby w uśmiechu.

 Diarmuid? O tak.
Paul wspiął się na palce, by rozejrzeć się nad głowami tłoczących się wokół ludzi. Trwały 

przygotowania do bankietu. Słudzy i dworzanie potrącali się nawzajem, przechodząc przez 
sień. Ujrzał Gorlaesa, przystojnego kanclerza, który przejął opiekę nad grupą przybyszów z 
Cathalu, w której skład wchodziła teraz nieoczekiwanie również księżniczka.

 Nie słuchasz mnie — poskarżył się Kevin.

 Och. Co? — Paul zaczerpnął tchu. — Przepraszam.

Spróbuj to powtórzyć.

Zdołał się uśmiechnąć.
Kevin spojrzał na niego badawczo. — Dobrze się czujesz? Po ostatniej nocy?
— Nic mi nie jest. Dużo spacerowałem. Co mówiłeś?
Kevin zawahał się raz jeszcze, choć już z inną, bardziej

niepewną miną. — Tylko to, że Diarmuid wyjeżdża już za godzinę, by sprowadzić tego 
dalrejskiego szamana. Dave wybiera się z nim i ja też. Czy chcesz pojechać z nami?

W jaki sposób wyjaśnić, jak bardzo tego pragnął? Pojechać i radować się, nawet podczas 

wojny, prawdziwym koleżeństwem i śmiechem, który zarówno książę, jak i Kevin potrafili 

background image

wywoływać. Jak mógłby to wytłumaczyć, nawet gdyby miał czas?

117

 Nie mogę, Kev. Mam zbyt wiele do roboty tutaj.

 Hmm. W porządku. Czy mogę w czymś pomóc?

 Nie w tej chwili. Może później.

 Zgoda — odparł Kevin, udając obojętność. — Wró

cimy za trzy albo cztery dni.

Paul ujrzał przez sklepione przejście rude włosy. — Świetnie — rzekł do swego 

najlepszego przyjaciela. — Uważaj na siebie.

Pomyślał, że powinien powiedzieć coś więcej, nie mógł jednak być wszystkim. Nie był 

nawet pewien, czym dokładnie mógł być.

Ścisnął Kevina za ramię i oddalił się szybko, przedzierając się przez kłębiący się tłum, by 

przechwycić Jaelle. Nie oglądał się za siebie. Wiedział, że wyraz twarzy Kevi-na zmusiłby go 
do zatrzymania się i udzielenia wyjaśnień, a nie czuł się na siłach tłumaczyć, jak głęboki 
ogarnął go strach.

W pół drogi między piętrami ujrzał, że kapłance towarzyszy Jennifer. Przeraził się, jednak 

zapanował nad wyrazem twarzy i podszedł do nich.

— Potrzebuję was obu — odezwał się.
Jaelle przeszyła go chłodnym spojrzeniem. — To będzie musiało zaczekać.

Coś w jej głosie. — Nie, nie może — odparł Paul. Ścisnął jej prawe ramię bardzo mocno, 

rękę Jennifer zaś delikatniej i, uśmiechając się głupkowato na użytek tłumu, poprowadził obie 
przez wejściowy hol i rozgałęziający się korytarz, a potem, niemal nie zwalniając kroku, 
zaciągnął je do pierwszej komnaty, jaką napotkali.

Na szczęście nie było w niej ludzi. Na dwóch stołach oraz szerokim okiennym parapecie 

leżało mnóstwo instrumentów muzycznych. Na środku pomieszczenia stał szpinet. Obok 
niego znajdowało się coś, co wyglądało na przewróconą na bok, ustawioną na nóżkach harfę 
osadzoną na wspornikach.

Zamknął drzwi.

118

Obie kobiety popatrzyły na niego. Gdyby chwila była inna, mógłby pohamować swą 

złość, by pozachwycać się obecnym w komnacie pięknem, lecz w tym momencie obie pary 
zielonych oczu były co najmniej zimne, a w tych ciemniejszych błyszczał gniew. Wiedział, 
że zostawił ślad na ręce Jaelle, ta jednak nie miała zamiaru okazać bólu. — Lepiej się 
wytłumacz — warknęła zamiast tego.

Tego już było trochę za wiele.
— Gdzie on jest? — zawołał Paul, ciskając pytanie ni

czym sztylet.

Poczuł się zakłopotany i bezbronny, gdy, po chwili zmieszania, obie kobiety uśmiechnęły 

się i wymieniły pełne pobłażania spojrzenia.

— Przestraszyłeś się — stwierdziła bez ogródek Jaelle.
Nie zaprzeczał temu. — Gdzie? — powtórzył.

To Jennifer udzieliła odpowiedzi. — Wszystko z nim w porządku, Paul. Jaelle właśnie mi 

o nim opowiadała. Kiedy się dowiedziałeś?

— Ostatniej nocy. Poszedłem do ich domu.
Kołyska bujająca się na lodowatym wietrze... w pustym

budynku.

— Wolałabym, żebyś zapytał mnie albo Jaelle, nim zro

bisz coś w tym rodzaju — stwierdziła łagodnym tonem Jen
nifer.

Wyczuł nadciągający gniew. Przystąpił do bezlitosnej akcji, by temu zapobiec. Udało mu 

się, choć z najwyższym trudem. Gdy obie kobiety spojrzały na niego, z ich twarzy zniknęło 
samozadowolenie.

— Wydaje się, że zaszło tu pewne nieporozumienie —

background image

powiedział, starannie ważąc słowa. — Nie wiem, czy któ
raś z was jest w stanie zrozumieć tę fundamentalną kwestię,
ale nie mówimy tu o jakimś słodkim niemowlęciu ze ślinką
na bródce. Chodzi o syna Rakotha Maugrima. Muszę się
dowiedzieć, gdzie on jest!

Czuł, że jego głos załamuje się z wysiłku, jaki wkładał w to, by powstrzymać krzyk.

119

Jaelle pobladła. Po raz drugi jednak to Jennifer udzieliła odpowiedzi. — Nie ma żadnego 

nieporozumienia, Paul — odparła odważnie. — Nie jest prawdopodobne, bym zapomniała, 
kto jest jego ojcem.

Poczuł się, jakby oblano mu twarz zimną wodą. Jego gniew odpłynął, pozostawiając za 

sobą smutek i głęboki ból.

— Wiem o tym — powiedział po trudnej dla siebie

chwili. — Przepraszam. Przestraszyłem się wczoraj w nocy.
Dom to była druga rzecz.

 A co było pierwsze? — zapytała Jaelle. Tym razem

jej głos nie brzmiał ostro.

 Fordaetha z Ruk.

Z pewną mglistą satysfakcją dostrzegł, że jej ręce zaczęły drżeć. — Tutaj? — wyszeptała. — 
Tak daleko na południu? Schowała dłonie do kieszeni sukni.

— Była tutaj — odparł cicho. — Przepędziłem ją. Zdą

żyła jednak zabić. Mówiłem dziś rano z Lorenem. Ich sługa
nie żyje: Zervan. Tak samo jak dziewczyna z tawerny —
zwrócił się w stronę Jennifer. — Prastara moc zimy była
w Paras Derval. Próbowała zabić również mnie, ale... nie
udało się jej. Niemniej dookoła jest mnóstwo zła. Muszę się
dowiedzieć, gdzie jest Darien, Jennifer.

Potrząsała głową. Nie ustępował. — Wysłuchaj mnie, proszę! On nie może teraz należeć 

tylko do ciebie, Jen. Nie może. Stawka jest zbyt wysoka, a my nawet nie wiemy, kim on jest!

— Nie  był planowany — odparła spokojnie. Stała —

bardzo wysoka i złotowłosa — pośród instrumentów mu
zycznych. — Nikt nie może go wykorzystać, Paul.

Tak wiele w tym ciemności. Gdzież podziały się jego kruki? Były to twarde, okrutne 

słowa, trzeba je jednak było wypowiedzieć, rzekł więc:

— Nie w tym rzecz. Kwestia polega na tym, czy trzeba

go będzie powstrzymać.

W ciszy, która zapadła, słyszeli odgłosy kroków na korytarzu oraz nieustanny gwar 

niezbyt odległego tłumu. Jedno

120

z okien było otwarte. Paul podszedł do niego, by nie ogląd reakcji Jennifer na jego słowa. 
Mimo że przebywali na pa terze pałacu, znajdowali się całkiem wysoko. Poniżej, w ki 
runku południ owo-wschodnim, widać było grupę około trz; dziestu ludzi, którzy właśnie 
opuszczali Paras Dera Drużyna Diarmuida. Łącznie z Kevinem, który mógłby n; prawdę 
wszystko zrozumieć, gdyby tylko Paul wiedział dc kładnie, co chce mu wyjaśnić.

Za jego plecami, Jaelle odchrząknęła i przemówiła z nie zwykłą u niej nieśmiałością. — 

Nic na razie nie świadcz
0 tym ostatnim, Pwyllu — zapewniła. — Tak mówią Va
1

jej syn. My również go obserwowałyśmy. Nie jestem tak

głupia, za jaką mnie uważasz.

Odwrócił się. — Bynajmniej nie uważam cię za głupii — odparł. Wpatrywał się w nią 

być może dłużej niż był< trzeba, zanim, ociągając się, spojrzał na drugą kobietę.

Jennifer od dłuższego czasu była blada. Upłynął już nie> mai rok, odkąd ostatnio 

pokrywała ją zdrowa opalenizna Nigdy jednak nie widział jej podobnie białej jak teraz. Przez 

background image

pełną dezorientacji chwilę wydało mu się, że widzi Fordaet-hę. To jednak była śmiertelna 
kobieta i to taka, której uczyniono niewyobrażalną krzywdę. Na tle białej skóry wysoko 
ustawione kości policzkowe uwidaczniały się w nienaturalny sposób. Zastanowił się, czy 
Jennifer zemdleje. Zamknęła oczy, po czym otworzyła je. — Powiedział krasnoludowi, że 
mam umrzeć. Mówił, że jest powód.

Jej głos brzmiał jak pełen bólu zgrzyt.

 Wiem o tym — odparł Paul, tonem tak łagodnym,

jak tylko mógł. — Wyjaśniłaś mi to.

 Jaki mógł być powód, by mnie zabić, jeśli... jeśli

nie było nim dziecko?

Jak można było pocieszyć kogoś, kogo spotkała taka rzecz?

 Jaki powód, Paul? Czy mógł być jakiś inny?

 Nie wiem — wyszeptał. — Zapewne masz rację,

Jen. Proszę cię, przestań.

121

Spróbowała to zrobić. Otarła łzy obiema dłońmi. Jaelle podeszła do niej z kwadratową, 

jedwabną chustką i wręczyła ją Jennifer z zakłopotaniem. Ta podniosła wzrok. — Ale jeśli 
mam rację... jeśli bał się dziecka, to... czy Darien nie powinien być dobry?

Tak gorące pragnienie w tym pytaniu, tak wielka głębia jej duszy. Kevin by skłamał — 

pomyślał Paul. Podobnie jak każdy, kogo znał.

— Będzie dobry albo stanie się jego rywalem, Jen —

odpowiedział bardzo cicho Paul Schafer. — Nie wiemy,
która z tych ewentualności jest prawdziwa. Dlatego muszę
się dowiedzieć, gdzie on jest.

Gdzieś na trakcie Diarmuid galopował ze swymi ludźmi. Użyją na tej wojnie mieczy i 

toporów. Będą wypuszczać strzały i miotać włóczniami. Okażą się odważni bądź tchórzliwi. 
Będą zabijać lub ginąć, połączeni więzami ze sobą i z wszystkimi innymi ludźmi.

Jego droga była inna. Powędruje samotnie przez mrok, by znaleźć własną ostatnią bitwę. 

On, który powrócił, potrafił mówić zimne i gorzkie prawdy. Zraniona kobieta płakała przez 
niego, jak gdyby złamał w tej chwili to, co zostało z jej serca.

Dwie kobiety. Również na policzkach Jaelle widniały jasne łzy, które zlekceważyła. — 

Udali się nad jezioro — powiedziała kapłanka. — Jezioro Ysanne. Chata była pusta, więc 
wysłałyśmy ich tam.

 Dlaczego?

 On jest z andainów, Pwyllu. Mówiłam o tym Jenni

fer, zanim się zjawiłeś. Oni nie rozwijają się tak, jak my.
Ma tylko siedem miesięcy, ale wygląda na pięciolatka. A te
raz rośnie jeszcze szybciej.

Łkanie Jennifer uspokajało się. Paul podszedł do ławy, na której siedziała i spoczął obok 

niej. Z autentycznym wahaniem ujął jej dłoń i ucałował.

— Nigdy nie znałem nikogo lepszego od ciebie — po

wiedział. — Każdą ranę, którą ci zadaję, sam odczuwam

122

jeszcze mocniej. Musisz uwierzyć, że to prawda. Nie stałem się tym, kim jestem, z własnej 
woli. Nie jestem nawet pewien, kim właściwie się stałem. Wyczuł, że go słucha.

— Płaczesz ze strachu, że postąpiłaś niewłaściwie albo

sprowadziłaś na świat zło — mówił. — Mogę ci tylko po
wiedzieć, że tego nie wiemy. Jest równie prawdopodobne,
że Darien okaże się naszą ostatnią, najgłębszą nadzieją na
światło. Pamiętajmy też — podniósł wzrok i ujrzał, że Ja-
elle podeszła bliżej. — Pamiętajmy wszyscy troje, że Kim
wyśniła jego imię. To znaczy, że on ma miejsce. Jest częścią
Gobelinu.

background image

Przestała płakać. Jej dłoń pozostała w jego dłoni. Nie wypuścił jej. Po chwili podniosła 

wzrok. — Powiedz mi
— zwróciła się do Jaelle — w jaki sposób go obserwowa
łyście?

Kapłanka zrobiła zakłopotaną minę. — Leila — odparła.

— Ta  mała? — zapytał Paul, który jej nie zrozumiał.

— Ta, która nas podsłuchiwała?

Jaelle skinęła głową. Podeszła do zamontowanej poziomo harfy i szarpnęła dwie struny, 

zanim mu odpowiedziała.

— Jest zespolona z jego bratem — szepnęła. — Nie ro
zumiem dokładnie, jak to się dzieje, ale ona widzi Finna,
a on niemal zawsze przebywa z Darienem. Dostarczamy im
też co tydzień jedzenie.

W gardle ponownie zaschło mu ze strachu. — A co w razie ataku? Czy nie mogą po 

prostu go zabrać?

— Dlaczego mieliby ich atakować? — odparła Jaelle,

dotykając lekko instrumentu. — Matkę z dwojgiem dzieci?
Kto w ogóle wie, że oni tam są?

Zaczerpnął tchu. Podobna, naga bezbronność wydała mu się szaleństwem. — Wilki? — 

nie ustępował. — Wilki Galadana?

Jaelle potrząsnęła głową. — One tam nie przychodzą

— odrzekła.— Nigdy nie przychodziły. Nad tym jeziorem
jest moc, która je odpędza.

123

 Jaka moc? — zapytał.

 Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nikt w Gwen Ystrat

tego nie wie.

— Założę się, że Kim wie — wtrąciła Jennifer.
Przez dłuższą chwilę zachowywali milczenie, słuchając

kapłanki szarpiącej struny harfy. Dźwięki następowały przypadkowo jeden po drugim, jak 
gdyby grało dziecko.

Wreszcie rozległo się pukanie do drzwi.

— Słucham? — odezwał się Paul.
Drzwi otworzyły się. Do komnaty wszedł Brendel. — Usłyszałem muzykę — wyjaśnił. — 

Szukałem ciebie — patrzył na Jennifer. — Ktoś przybył. Sądzę, że powinnaś tam pójść.

Nie powiedział nic więcej. Jego oczy były ciemne.
Podnieśli się wszyscy. Jennifer otarła twarz, odgarnęła włosy do tyłu i rozprostowała 

ramiona. Paulowi wydało się, że wygląda całkiem jak królowa. On i Jaelle podążyli w ślad za 
nią, idąc obok siebie. Lios alfar wyszedł z komnaty ostatni i zamknął za sobą drzwi.

Kim była podenerwowana i pełna obaw. Mieli zamiar przedstawić Artura Aileronowi już 

rano, lecz wtedy Brock odkrył w śniegu zamarznięte zwłoki Zervana. Zanim zdążyli na to 
zareagować, a tym bardziej poczuć należytą żałobę, nadeszły wieści, że Shalhassan 
przybędzie za chwilę z Seresh, i pałac oraz miasto opanowała gorączkowa aktywność.

Gorączkowa, lecz kontrolowana. Loren, Matt i Brock pognali gdzieś pośpiesznie z 

zasępionymi twarzami. Kim i Artur zostali sami w domu magów. Weszli na górę, by 
obserwować przygotowania przez okno na piętrze. Zarówno dla jej niewprawnego oka, jak i 
dla niego, który był wytrawnym znawcą, było jasne, że całym tym chaosem na dole ktoś 
świadomie kieruje. Widziała, jak ludzie, których rozpoznawała, pędzą gdzieś konno lub na 
piechotę: Gorlaes, Coli, znowu Brock, Kevin, który wypadł zza węgła z chorągwią w ręku, a 
nawet łatwa do rozpoznania postać lios

124

alfara Brendela. Wskazywała ich wszystkich stojącemu oboŁ mężczyźniej przemawiając 
tonem tak spokojnym i wolnym od wszelkiej intonacji, jak tylko mogła.

background image

Było to jednak trudne. Trudne dlatego, że nie miała niemal żadnego pojęcia, czego się 

spodziewać, gdy przywitanie Cathalian dobiegnie końca i nadejdzie czas, by przedstawić 
Artura Pendragona Aileronowi, najwyższemu królowi Bren-ninu. Czekała trzy pory roku — 
jesień, zimę i podobną do zimy wiosnę — na sen, który pozwoliłby jej wezwać mężczyznę, 
który stał teraz, opanowany i uważny, u jej boku. Wiedziała w najgłębszy sposób, właściwy 
tylko jej, że trzeba było to uczynić. W przeciwnym razie nie zdobyłaby się na odwagę ani na 
nieczułość konieczną, by pokonać ścieżkę, którą podążyła poprzedniej nocy, poprzez 
ciemność oświetloną jedynie płomieniem, który nosiła.

Przypomniała sobie, że Ysanne również to wyśniła. To było uspokajające, pamiętała też 

jednak inną rzecz brzmiącą złowróżbnie. To ma być moja wojna — zapowiedział Aile-ron. 
Na samym początku, podczas ich pierwszej rozmowy, zanim jeszcze został królem, a ona 
jego jasnowidzącą. Podszedł, utykając, do ogniskajako Tyrth, kaleki sługa, a oddalił się od 
niego jako książę gotowy zabić, by zdobyć koronę. I co, zastanawiała się niespokojnie, 
uczyni czy też powie ten młody, dumny, nietolerancyjny król, gdy stanie twarzą w twarz z 
Wojownikiem, którego sprowadziła? Wojownikiem, który sam ongiś był królem, który 
walczył w tak wielu bitwach przeciwko tak wielu różnym postaciom Ciemności i który 
powrócił ze swej wyspy, ze swych gwiazd, ze swym mieczem i przeznaczeniem, by wziąć 
udział w wojnie, którą Aileron uważał za swoją.

To nie miało być łatwe. Nie przewidziała dotąd niczego, co stanie się po chwili wezwania. 

Nie mogła też dokonać tego teraz. Rakoth był na swobodzie w Fionavarze. To wymagało 
odpowiedzi. Wiedziała, że z tego powodu, choćby nawet i z żadnego innego, otrzymała 
ogień, który nosiła na dłoni. Był to Wojenny Kamień i sprowadziła ze sobą Wo-

125

jownika. Nie wiedziała dlaczego ani w jakim celu. Rozumiała jedynie, że wykorzystała moc 
spoza ścian Nocy i że w sercu całej sprawy kryje się żal.

— W  pierwszej   grupie jest  kobieta  —  powiedział

dźwięcznym głosem. Spojrzała w tamtą stronę. Cathalianie
już przybyli. Ludzie Diarmuida, których po raz pierwszy
widziała w ceremonialnych strojach, zastąpili straż z Seresh.
Nagle popatrzyła na nich raz jeszcze. Pierwsza grupa była
właśnie ową strażą. Co niewiarygodne, w jej skład wchodziła
osoba, którą znała.

— Sharra! — wydyszała. — Znowu! O mój Boże.
Odwróciła wzrok od księżniczki w przebraniu, z którą

zaprzyjaźniła się rok temu, i popatrzyła ze zdumieniem na stojącego obok niej mężczyznę, 
który zauważył ją wśród tak wielu jeźdźców w podobnie zgiełkliwym tłumie.

Odwzajemnił jej spojrzenie z łagodnym wyrazem ciemnych, szeroko rozstawionych oczu. 

— Jest moim obowiązkiem widzieć podobne rzeczy — stwierdził Artur Pen-dragon.

Było już dobrze po południu. Oddechy ludzi i koni uwidaczniały się jako obłoki pary na 

zimnie. Śnieg lśnił jasno w promieniach stojącego wysoko na czystym, błękitnym niebie 
słońca. Dobrze po południu, a stojąca przy oknie Kim-berly, spoglądając Arturowi w oczy 
ponownie pomyślała o gwiazdach.

Poznała wysokiego strażnika, który otworzył drzwi: odprowadzał ją do jeziora Ysanne, 

gdy udawała się tam po raz ostatni. Jego oczy zdradziły jej, że on również ją rozpoznał. 
Wyraz jego twarzy uległ nagłej zmianie, gdy dostrzegł mężczyznę, który stał spokojnie u jej 
boku.

 Cześć, Shainie — odezwała się, zanim zdążył co

kolwiek powiedzieć. — Czy Loren tu jest?

 Tak. I lios alfar też, pani.

 To dobrze. Czy mnie wpuścisz?

Odskoczył do tyłu ze skwapliwością, która rozbawiłaby

126

background image

r

Kim, gdyby choć trochę było jej do śmiechu. Bali się jej, tak samo, jak ongiś Ysanne. 
Nie było w tym nic zabawnego ani nawet ironicznego. To nie było miejsce czy czas 
na podobne reakcje.

Zaczerpnąwszy głęboko tchu, Kim ściągnęła kaptur i rozpuściła białe włosy. 

Weszli do środka. Najpierw ujrzała Lo-rena. Otrzymała od niego pośpieszne skinienie 
głową na znak zachęty. Nie ukryło to jednak odczuwanego przez niego napięcia. 
Dostrzegła też Brendela, srebrnowłosego lios alfa-ra, oraz Matta w towarzystwie 
Brocka, drugiego krasnoluda, a także kanclerza Gorlaesa.

Następnie zwróciła się w stronę Ailerona.

Nie zmienił się. Przez ten rok stał się co najwyżej w jeszcze większym stopniu 

tym, czym był już przedtem. Stał przed dużym stołem, na którym leżała rozpostarta 
wielka mapa Fionavaru. Ręce miał splecione za plecami, a nogi szeroko rozstawione. 
Jego głęboko osadzone oczy, które pamiętała, przeszyły ją spojrzeniem. Znała go 
jednak: była jego jasnowidzącą i to jedyną.

W tej chwili wyczytała w jego twarzy ulgę.

 Cześć — powiedziała spokojnie. — Powiedziano mi,

że usłyszeliście moje ostatnie ostrzeżenie.

 Usłyszeliśmy. Witaj z powrotem — odrzekł Aile-

ron. — Od pół godziny Loren i Matt chodzą wokół mnie
na palcach —   dodał po chwili. — Czy powiesz mi, jaki
jest tego powód i kogo ze sobą sprowadziłaś?

Brendel już to wiedział. Dostrzegła znamionujący zachwyt srebrny blask w jego 

oczach. Podnosząc głos, by był wyraźny i stanowczy, jak przystało jasnowidzącej, 
oznajmiła: — Użyłam Baelratha w sposób, jaki Ysanne wyśniła dawno temu. 
Aileronie, najwyższy królu, obok mnie stoi Artur Pendragon, Wojownik z dawnych 
opowieści, który przybył, by wesprzeć naszą sprawę.

Podniosłe słowa rozbrzmiały, po czym opadły w ciszę niczym fale rozbijające się 

o nieruchomą jak skała twarz króla. Każdy z obecnych w komnacie zrobiłby to lepiej 
ode

127

mnie — pomyślała, zdając sobie boleśnie sprawę z faktu, że stojący u jej boku mężczyzna nie 
pokłonił się. Nie można było od niego wymagać, by kłaniał się komukolwiek z żyjących, ale 
Aileron był młody, dopiero niedawno został królem i...

— Mojemu  dziadkowi — odezwał  się  Aileron  dan

Ailell dan Art — nadano imię na twoją cześć. Jeśli któregoś
dnia będę miał syna, on również je otrzyma. — Gdy obecni
w komnacie mężczyźni oraz jedyna kobieta wciągnęli głośno
powietrze ze zdumienia, twarz najwyższego króla rozjaśnił
radosny uśmiech. — Nikt, nawet Colan czy Conary, nie
mógłby nam sprawić swym zjawieniem się więcej radości,
mości Arturze. Och, jasno utkane, Kimberly!

Ścisnął mocno jej ramię, mijając ją zamaszystym krokiem, po czym uściskał z zapałem 

niczym brata mężczyznę, którego sprowadziła.

Artur odwzajemnił ten gest. Gdy Aileron cofnął się, w oczach Wojownika po raz pierwszy 

pojawił się wesoły błysk. — Dano mi do zrozumienia, że możesz nie być zbyt zadowolony z 
mojej obecności —   powiedział.

 Służą mi — odparł z mocnym naciskiem Aileron

— doradcy o ograniczonych zdolnościach. Jest smutną pra
wdą, że...

 Przestań! — zawołała Kim. — To niesprawiedliwe,

Aileronie. To... niesprawiedliwe.

Przerwała, ponieważ nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłaby jeszcze powiedzieć, a 

background image

do tego król się z niej śmiał.

 Wiem — odrzekł. — Wiem o tym — zapanował

nad sobą, po czym,

1

 zupełnie innym głosem, oznajmił: —

Nie chcę nawet słyszeć o tym, przez co musiałaś przejść,
by sprowadzić do nas tego człowieka. Jako chłopiec byłem
uczniem Lorena i sądzę, że potrafię to sobie wyobrazić.
Z wielką radością witamy tu was oboje. Nie mogłoby być
inaczej.

 Rzekłeś   prawdę   —   potwierdził   Loren   Srebrny

128

Płaszcz. — Mości Arturze, czy nigdy dotąd nie walczyłeś w Fionavarze?

 Nie — odparł niskim głosem. — Ani też przeciw

ko samemu Rakothowi, choć wiele razy widywałem cienie
jego cienia.

 I zwyciężałeś je — dodał Aileron.

 Tego nigdy nie wiem — odrzekł cicho Artur.

 Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytała szep

tem Kim.

 Ginę, zanim nadejdzie koniec — stwierdził rzeczo

wym tonem. — Sądzę, że lepiej będzie, jeśli pojmiecie to
już teraz. Nie zostanę z wami do końca. To jeden z elemen
tów losu, na który mnie skazano.

Zapadła cisza. — Wszystko, czego mnie uczono — odezwał się raz jeszcze Aileron — 

mówi mi, że jeśli Fio-navar padnie, każdy z pozostałych światów spotka ten sam los i to 
niedługo później. Zawładną nimi cienie cienia, jak to nazwałeś.

Kim zrozumiała, że król ucieka od emocji w kierunku czegoś bardziej abstrakcyjnego.
Artur skinął z powagą głową. — Tak powiadają w Ava-lonie i między letnimi gwiazdami 

— potwierdził.

— I to samo mówią lios alfarowie — dodał Loren. Od

wrócili się, by spojrzeć na Brendela, i zauważyli, że go nie
ma. Coś poruszyło się w głębi Kimberly. Słabiutka, ledwie
wyczuwalna zapowiedź — o wiele zbyt późna — jedynej
rzeczy, której nie mogła przewidzieć.

Na-Brendela spod Znaku Pustułki nawiedziło to samo poczucie spóźnionego zrozumienia. 

Było ono jednak silniejsze, gdyż lios alfarowie mieli tradycje i wspomnienia sięgające głębiej 
i dalej niż te, posiadane przez jasnowidzące. Kimberly, a przed nią Ysanne, mogły zaglądać 
w przyszłość lub śnić o niektórych z jej nici, lecz liosowie żyli wystarczająco długo, by znać 
przeszłość i często byli wystarczająco mądrzy, by ją zrozumieć. Ponadto Brendel, najwyższy 
Zna-

129

ku Pustułki, nie zajmował wśród nich ostatniego miejsca pod względem wieku czy rozumu.

Pewnego razu, rok temu, w lesie na wschód od Paras Derval, wydało mu się, że na wpół 

słyszy jakiś akord. Teraz nawiedził go on ponownie, silniej niż wtedy. Pełen smutku i 
zdumienia zarazem, podążył za dźwiękiem harfy ku kolejnym drzwiom. Otworzywszy je, 
powiedział, by wszyscy troje poszli za nim: jedno dla Boga, drugie dla Bogini, a trzecie w 
imię dzieci i najbardziej gorzkiej ze wszystkich miłości.

Nie pomylił się, podobnie jak Kimberly. Gdy wszedł do królewskiej komnaty w 

towarzystwie Pwylla i kobiet, nagle znieruchomiała twarz maga powiedziała mu, że on 
również domyślił się prawdy. Loren, jego źródło oraz Brock z Banir Tal stali razem z Kim 
przy oknie. Aileron i Artur, wraz z Gorlaesem, zatrzymali się nad rozłożoną mapą.

Gdy weszli do środka, król i kanclerz odwrócili się. Artur tego nie zrobił, Brendel 

background image

dostrzegł jednak, że uniósł szybko głowę, jak gdyby wywęszył bądź usłyszał coś, czego 
pozostali nie potrafili wyczuć. Zauważył też, że spoczywające na blacie dłonie Wojownika 
zbielały nagle.

— Otrzymaliśmy niezmiernie potężne wsparcie — oznajmił sprowadzonej przez siebie 

trójce. — Oto Artur Pen-dragon, którego wezwała do nas Kimberly. Mości Arturze, 
chciałbym ci przedstawić...

Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Brendel żył już długo i widział przez ten czas bardzo 

wiele, a jeszcze więcej poznał, dzieląc się wspomnieniami ze starszymi z Daniloth. Nic 
jednak, nigdy, nie mogłoby zbliżyć go do tego, co ujrzał w oczach Wojownika, gdy ten się 
odwrócił. Poczuł, że głos odmówił mu posłuszeństwa pod naciskiem owego spojrzenia. Nie 
było żadnych słów, które mógłby wypowiedzieć. Żadna litość nie sięgnęłaby dostatecznie 
głęboko, by go dotknąć czy choćby prawie dotknąć.

Kim również je ujrzała: oczy tego, którego wezwała z zaginionej wyspy, z letnich gwiazd. 

Na wojnę, jak sądziła,

130

ponieważ zaistniała taka potrzeba. W tej chwili jednak zrozumiała w pełni klątwę, jaką na 
niego rzucono. Poczuła, że serce poruszyło się gwałtownie w jej piersi, jak gdyby runęło w 
otchłań. W otchłań żalu i najgłębszej miłości. Głęboko odwzajemnionej i najgłębiej 
zdradzonej. Najsmutniejsza ze wszystkich długich historii, jakie opowiadają. Odwróciła się 
w stronę tamtej. Och, Jen, pomyślała. Och, Jennifer.

— Och, Guinevere — powiedział Artur. — Och, moja najmilsza.

Nie spodziewając się niczego, minęła długie korytarze i weszła na górę po kamiennej 

klatce schodowej. Stłumione odcienie murów harmonizowały ze spokojną szarością, jaką 
wniosła w swym wnętrzu. Wszystko będzie dobrze, a jeśli nie, to znaczy, że nie miało tak 
być. Istniała nadzieja, że Darien okaże się tym, czego tak gorąco dla niego pragnęła w 
dniach, gdy cokolwiek obchodziło ją jeszcze naprawdę. Istniała taka szansa oraz ludzie, 
którzy o tym wiedzieli. Zrobiła wszystko, co mogła. Nie była w stanie uczynić nic więcej.

Weszła do komnaty i uśmiechnęła się, ujrzawszy Kim. Najwyraźniej udało się jej 

sprowadzić tego, na kogo czekała. Nagle Brendel wypowiedział jego imię i Artur odwrócił 
się powoli. Ujrzała jego oczy i usłyszała, jak nazywa ją tym drugim imieniem. Ogarnął ją 
ogień, światło, wspomnienia, tak wiele miłości i pożądania: eksplozja w piersi.

A później inne wspomnienie, inna eksplozja. Płomienie Rangat wspinające się w górę, by 

przesłonić jej niebo, i ręka, ■ odrąbana ręka, krew czarna jak jego forteca, zielone światło i 
czerwone oczy jego: Rakotha, w Starkadh.

I tutaj też. Były i tutaj. I, och, zbyt brutalnie oddzielały ich od siebie. Musiała tylko 

podejść do stołu, przy którym stał Artur. Kochał ją, do dzisiaj, i ofiarowałby jej schronienie. 
Lecz pomiędzy nimi stał Spruwacz.

Już nigdy nie będzie się mogła zbliżyć do równie doskonałej miłości. Zresztą nie zrobiła 

tego i za pierwszym razem ani za żadnym z następnych. Ale nie z tego powodu.

131

Nigdy dotąd nie działo się to w Fionavarze. Były tam cienie cienia oraz inny miecz Światła, 
ten trzeci, najjaśniejsza i najbardziej gorzka miłość. Lecz nigdy dotąd Rakoth. Nie mogła 
przejść, nie przez ten płomień, nie przez tę parzącą jej ciało krew, nie ku niemu; och, nigdy 
nie wzniesie się ponad Ciemność i to, co z nią ona uczyniła.

Nawet ku brzegowi, którym był Artur. Potrzebowała szarości. Nie ognia czy krwi, kolorów 
pożądania czy dostępu do miłości. — Nie mogę przejść na drugą stronę — powiedziała. Jej 
głos brzmiał bardzo wyraźnie. — Tak jest lepiej. Zostałam okaleczona, ale przynajmniej nie 
zdradzę. Jego tu nie ma. Nie ma trzeciego. Niech bogowie prowadzą twój miecz w bitwie i 
obdarzą cię wreszcie spoczynkiem.

W jego oczach było tak wiele spadających gwiazd, tak wiele z nich już spadło. 

Zastanowiła się, czy zostały jeszcze jakieś na niebie.

— I ciebie — odpowiedział po długiej chwili. — Niech obdarzą cię spoczynkiem.

background image

Tak wiele gwiazd już spadło, tak wiele jeszcze spadało. Odwróciła się i wyszła z pokoju.

ROZDZIAŁ 8

Nie mogła rzecz jasna winić nikogo poza sobą. Shalhassan wytłumaczył jej to z 

wielką jasnością. Jeśli dziedziczka cathalskiego tronu postanowiła udać się w miejsce, gdzie 
trwała wojna, musiała zachowywać się tak, jak przystało członkom królewskiego rodu. 
Istniała też kwestia uratowania — w miarę możliwości — twarzy po wczorajszej katastrofie.

Przez cały ranek, a nawet po południu, Sharra musiała więc siedzieć za stołem w sali 

poselskiej najwyższego króla

132

i słuchać ze znudzeniem, jak planowano rozmieszczenie i zaopatrzenie wojsk. Był tam jej 
ojciec oraz Aileron, chłodny i kompetentny. Bashrai i Shain, obaj kapitanowie straży, stali 
obok, by zapisywać rozkazy i przekazywać je dalej za pośrednictwem gońców, którzy 
czekali tuż pod drzwiami.

Był tam jeszcze jeden mężczyzna, którego obserwowała z największą uwagą — postać z 

tajemniczego królestwa dziecinnych opowieści. Przypomniała sobie, jak jej brat Marlen bawił 
się w Wojownika, gdy miał dziesięć lat, udając, że wyciąga Królewską Włócznię ze stoku 
góry. A teraz Marlen nie żył już od pięciu lat, a u jej boku stał Artur Pendragon, który 
udzielał swych rad głębokim, czystym głosem, a od czasu do czasu zaszczycał ją 
spojrzeniem, uśmiechając się łagodnie. W jego oczach jednak nie dostrzegało się uśmiechu. 
Nigdy dotąd nie widziała podobnych oczu, nawet u lios alfara Brendela.

Trwało to aż do popołudnia. Zjedli posiłek nad wielką mapą oraz niezliczonymi 

mniejszymi, jakie przygotował Aileron. Rozumiała, że jest to konieczne, lecz zarazem z ja-
kiegoś powodu wydawało się jej bezsensowne. Dopóki trzymał mróz, nie mogło być żadnej 
prawdziwej wojny. To Rakoth wywoływał tę zimę podczas lata, nie wiedzieli jednak, w jaki 
sposób to robi i dlatego nie mogli nic uczynić, by ją powstrzymać. Spruwacz nie musiał 
podejmować ryzyka bitwy i z pewnością nie miał takiego zamiaru. Zamrozi ich albo zagłodzi, 
gdy skończą się zgromadzone zapasy żywności. Już dostrzegali tego początki: starcy i dzieci, 
którzy zawsze byli pierwszymi ofiarami, zaczęli umierać w Catha-lu, w Brenninie i na 
Równinie.

Wobec tej brutalnej rzeczywistości, na cóż mogły się przydać abstrakcyjne plany użycia 

rydwanów jako barykad w wypadku, gdyby zaatakowano Paras Derval?

Nie powiedziała jednak tego na głos. Siedziała cicho i słuchała. Kilka godzin po południu, 

gdy milczała już tak długo, że o niej zapomnieli, uciekła i wyruszyła na poszukiwanie Kim.

133

To Gorlaes, wszechwiedzący kanclerz, skierował ją do niej. Poszła do swych komnat po 

futro i zauważyła, że białe skrócono już do jej rozmiarów. Założyła je z obojętną miną, 
wspięła się na schody i dotarła na szczyt wieżyczki wznoszącej się wysoko ponad zamkiem. 
Stała tam Kim. Miała na sobie podszyty futrem płaszcz i rękawiczki, lecz nie założyła 
kaptura. Wicher targał zdumiewającymi, białymi włosami kobiety, zasłaniając jej oczy. Na 
północnym horyzoncie ciągnęła się długa linia chmur. Wiatr dął z tamtej strony.

 Zbliża się burza — zauważyła Sharra, opierając się

o balustradę tuż obok tamtej.

 Między innymi.

Kim zdołała się uśmiechnąć, lecz jej oczy były zaczerwienione.

— Opowiedz mi wszystko — poprosiła Sharra. Wysłu

chała słów, które wypłynęły z ust jej towarzyszki niczym
powstrzymywana powódź. Sen. Martwy król i jego syn, któ
ry nie mógł umrzeć. Zabite dzieci i Jennifer złamana w Star-

background image

kadh. Jedyna rzecz, której nie przewidziała:  Guinevere.
Zdradzona miłość. Żal w sercu tej sprawy, w sercu wszy
stkiego.

Stały na zimnym, porywistym wietrze, gdy opowieść dobiegła końca. Zmarznięte i 

milczące, zwrócone ku okrutnej północy. Żadna nie płakała. To wiatr pokrył ich policzki 
zamarzniętymi łzami. Słońce stało już nisko na zachodzie. Na horyzoncie przed nimi widać 
było gęste chmury. — Czy on tu jest? — zapytała Sharra. — Tamten? Ten trzeci?

 Nie wiem. Powiedziała, że go nie ma.

 Dokąd teraz poszła?

 Do świątyni. Z Jaelle.

Ponownie zapadła cisza, mącona jedynie przez wiatr. Tak się złożyło, że — choć z 

całkiem odmiennych powodów — obie przebywały myślami daleko na północnym 
wschodzie, gdzie jasnowłosy książę jechał na czele trzydziestu ludzi.

134

I       M

Chwilę później słońce zniknęło wśród drzew za Lasem Mórnira i zimno stało się zbyt 

dojmujące. Weszły do środka.

W trzy godziny później wróciły na tę samą wieżę wraz z królem i — jak się zdawało — 

połową dworu. Było całkiem ciemno i okrutnie zimno, lecz nikt w tej chwili tego nie 
zauważał.

Na północy, bardzo, bardzo daleko, na niebo padał jasny, perłowy blask.

 Co to jest? — zapytał ktoś.

 Daniloth — odparł cicho Loren Srebrny Płaszcz.

Brendel stał obok niego. Jego oczy miały ten sam kolor, co
owa poświata.

 Podjęli próbę — wydyszał lios. — Od tysiąca lat

ani razu nie obnażono Daniloth. Dziś w nocy na Kraj Światła
nie padają cienie. Później, gdy zmniejszą jasność, będą tam
patrzeć na gwiazdy, które zaświecą nad Atronel.

Przemawiał głosem tak pięknym i pełnym tęsknoty, że była to niemal pieśń. Każdy z 

obecnych spoglądał na tę rzuconą na niebo łunę. Ze zdumieniem zdali sobie sprawę, że tak to 
wyglądało każdej nocy, zanim pojawił się Maugrim i nadeszło Bael Rangat, zanim Lathen 
utkał mgłę, by zamienić Daniloth w Krainę Cieni.

— Dlaczego? — zapytała Sharra. — Dlaczego to robią?
Ponownie odpowiedzi udzielił Loren. — Dla nas. Chcą

go wywabić ze Starkadh, by odciągnąć jego moc od tworzenia zimy. Lios alfarowie oferują 
siebie w ofierze, byśmy mogli położyć kres zimnu.

 Z pewnością skończy się ono też dla nich? — sprze

ciwił się Gorlaes.

 W Daniloth nie ma śniegu — odpowiedział mu Na-

Brendel, ani na chwilę nie odrywając oczu od blasku na
północy. — Sylvainy kwitną tam teraz, jak zawsze w pełni
lata, a Atronel porasta zielona trawa.

Patrzyli na poświatę, próbując to sobie wyobrazić. Mimo przenikliwego wiatru, poczuli 

się pokrzepieni przez tę bijącą

135

w górę łunę symbolizującą odwagę i rycerskość, grę światła na niebie u samych wrót 
Ciemności.

Kim przeszkodził w obserwacji jakiś dźwięk — bardzo słaby, całkiem jakby jej umysł 

odbierał zakłócenia. Przypominał raczej szum niż muzykę. O ile mogła to określić, dobiegał 
ze wschodu. Uniosła dłoń. Baelrath zachowywał spokój, co było błogosławieństwem. 
Zaczynała obawiać się jego ognia. Odepchnęła od siebie ów szepczący dźwięk — nie było to 

background image

trudne — i zwróciła się całą jaźnią ku światłu Daniloth, próbując zaczerpnąć z niego siłę oraz 
osiągnąć częściowe złagodzenie smutku i poczucia winy. Upłynęło mniej niż czterdzieści 
osiem godzin od chwili, gdy była w Stonehenge. Czuła się dogłębnie znużona, a zostało jesz-
cze tak wiele roboty.

Najwyraźniej trzeba było przystąpić do niej natychmiast.

Gdy wrócili do wielkiej sali pałacowej, czekała tam na nich jakaś odziana na szaro 

kobieta. Na szaro, tak jak szare były szaty kapłanek, i to Jaelle, która wysunęła się zama-
szystym krokiem przed królów, przemówiła do niej.

— Alinę, co się stało?

Kobieta w szarym stroju osunęła się na podłogę, wykonując przed Jaelle głęboki, dworski 

ukłon, po czym złożyła Aileronowi jego niedbałą wersję. Zwróciła się z powrotem ku 
najwyższej kapłance i przemówiła z uwagą, jak gdyby recytowała z pamięci.

— Mam przekazać ci hołd Mormae oraz przeprosiny

Audiart. Wysłała mnie osobiście, ponieważ uznano, że tu
tejsi mężczyźni lepiej pojmą, jak pilna jest sytuacja, jeśli
nie skorzystamy z połączenia.

Jaelle nawet nie drgnęła. Na jej twarzy widniał odpychający, chłodny wyraz. — Co za 

sytuacja? — zapytała z cichą groźbą ukrytą w głosie.

Alinę zaczerwieniła się.
Za nic w świecie nie chciałabym się znaleźć na jej miejscu — pomyślała nagle Kim.

136

r

— Ponownie przekazuję ci przeprosiny Audiart, najwy

ższa — wyszeptała Alinę. — Przysłała mnie jako namie-
stniczka Gwen Ystrat, a nie druga pomiędzy Mormae. Ka
zano mi, bym ci to przekazała.

W niemal niedostrzegalny sposób Jaelle odprężyła się. — Bardzo dobrze... — zaczęła. 

Zanim jednak zdążyła skończyć, przerwano jej.

— Jeśli przysłała cię moja namiestniczka, powinnaś

zwrócić się do mnie — odezwał się Aileron. Jego głos był
tak samo chłodny jak głos Jaelle. Najwyższa kapłanka stała
bezruchu, niewzruszona. Ona jej nie pomoże — pomyślała
Kim. Litowała się przez chwilę nad Alinę, która była pion
kiem w skomplikowanej grze. Tylko jednak przez chwilę.
Pod pewnymi względami pionkom było łatwiej.

Alinę podjęła decyzję. Opadła przed królem w należytym ukłonie. — Potrzebujemy cię, 

najwyższy królu — oznajmiła, podźwignąwszy się. — Audiart prosi, byś pamiętał, jak rzadko 
zwracamy się o pomoc i byś w związku z tym ze współczuciem spojrzał na nasze położenie.

— Do rzeczy! — warknął najwyższy król. Stojący tuż

za nim Shalhassan z wielką uwagą słuchał tego wszystkiego.
Nie był to czas, by pozwolić sobie na cokolwiek poza opa
nowaniem.

Alinę ponownie popatrzyła na Jaelle i ponownie nie otrzymała od niej wsparcia. Oblizała 

wargi. — Wilki — odezwała się nagle. — Żadna z nas nigdy nie widziała równie wielkich. 
W lesie na północ od jeziora Leinan są ich tysiące, najwyższy królu. Nocami napadają na 
gospodarstwa rolne. Gospodarstwa twoich poddanych, mości królu.

— A Morvran? — zapytała ostrym tonem Jaelle. —

Co z nami?

Alinę potrząsnęła głową. — Widziano je nie opodal miasta, ale jeszcze nie na terenach 

świątynnych, najwyższa. Miałam ci powiedzieć, że gdyby tak się stało, to...

— Mormae nawiązałyby połączenie, by mnie o tym po

background image

wiadomić — wyszeptała Jaelle. — Audiart to wcielony spryt.

137

Potrząsnęła głową. Fale rudych włosów spłynęły w dół po jej plecach niczym rzeka.

Oczy Ailerona lśniły jasno w świetle pochodni. — Chce, bym tam wyruszył i przepędził 

je dla niej? A co na to najwyższa kapłanka?

Jaelle nawet na niego nie spojrzała. — To jest twoja namiestniczka, a nie moja 

zastępczyni, Aileronie — odparła.

Zapadła cisza. Nagle rozległo się uprzejme kaszlnięcie i Paul Schafer podszedł do 

wysłanniczki Audiart.

— Chwileczkę — powiedział. — Aileronie, mówiłeś

0 przepędzeniu wilków. W tym może się kryć coś więcej
—   przerwał. — Alinę, czy w Lesie Leinan jest Galadan?

W oczach kapłanki błysnął strach. — Nie przyszło nam to do głowy. Nic o tym nie wiem.

A więc nadszedł czas. Jeśli miała otrzymać znak, z pewnością stało się to teraz. Kim 

zapanowała nad swą twarzą. W tej samej chwili Aileron przesunął wzrok, by odnaleźć 
jasnowidzącą.

Czy kiedyś się do tego przyzwyczai? Czy Ysanne kiedykolwiek przywykła do tego 

przemieszczania się w przód
1w tył na krosnach czasu? Nie dalej jak poprzedniej nocy,
niespokojna i zrozpaczona z powodu Jennifer, pogrążyła się
w półśnie i nawiedziła ją zamazana, nieokreślona wizja ło
wów w lesie, gdzieś, w jakimś lesie, oraz grzmiący tętent
ponad ziemią.

Spojrzała w oczy króla. — Coś tam jest — stwierdziła, starając się, by jej głos brzmiał 

pewnie. — Albo ktoś. Widziałam łowy.

Aileron uśmiechnął się i zwrócił ku Shalhassanowi oraz Arturowi, którzy stali obok. — 

Czy pojedziemy we trzech zapolować na wilki Ciemności w Gwen Ystrat?

Ponury król Cathalu skinął głową.

— Z  radością przywitam teraz szansę na zabijanie wro

gów — odparł Artur.

Kim wiedziała, że w jego słowach kryło się coś więcej niż usłyszał Aileron, nie miała 

jednak czasu na smutek, gdyż

138

jeszcze jeden element jej snu znalazł swe miejsce pod wpływem słów najwyższego króla.

 To nie będą jedynie łowy — wyszeptała. Jasnowi

dząca nigdy nie musiała mówić głośno. — Ja też tam po
jadę, a także Loren i Jaelle, jeśli zechce.

 Dlaczego? — rzucił jej wyzwanie Paul, który mu

siał dźwigać własne brzemię.

 Śniłam o ślepcu — wyjaśniła. — Gereint z Dalrei

wyruszy jutro do Morvran.

Gdy wypowiedziała te słowa, rozległ się szept. Pomyślała, że ludzie muszą się czuć 

zaniepokojeni, słysząc podobne rzeczy. Nie mogła jednak — a w tej chwili również nie miała 
ochoty — zrobić w tej sprawie zbyt wiele. Czuła się bardzo znużona, i nie miało jej od tej 
chwili być łatwiej.

— W takim razie wyruszymy jutro wszyscy — oznaj

mił stanowczym tonem Aileron.

Loren spoglądał na nią.
Potrząsnęła głową, po czym odgarnęła włosy z twarzy. — Nie — powiedziała, zbyt 

zmęczona, by bawić się w dyplomację. — Zaczekaj na Dairmuida.

Nie miało jej bynajmniej być łatwiej. Jeszcze przez długi czas albo nawet nigdy.

Tracił kontrolę nad sytuacją. Przewidywał to już od dawna, pod pewnymi względami 

nawet sam to wywołał, niemniej jednak Loren Srebrny Płaszcz nie mógł patrzeć, jak jego 

background image

obowiązki przejmują inni. Szczególnie trudne było to, że widział, jaką cenę muszą za to 
zapłacić. Najbardziej ucierpiała Kim: jasnowidząca z Baelrathem na dłoni i darem duszy 
innej. Z pewnością uginała się pod podobnym ciężarem.

Dzisiejszy dzień poświęcony był na przygotowania. Pięciuset ludzi — połowa z Cathalu, a 

połowa z Brenninu — miało wyruszyć do Gwen Ystrat, gdy tylko wróci Diarmuid. Czekali 
na niego ze względu na słowa Kim. Ongiś to magowie mogliby udzielić podobnie stanowczej 
rady, teraz jednak tracili kontrolę. To on nadał wydarzeniom ten kierunek,

139

gdy sprowadził tu całą piątkę. Był wystarczająco mądry, aby — bez względu na wszystkie 
pełne wyrzutu spojrzenia Matta — pozwolić im się toczyć bez swej ingerencji, o ile tylko 
było to możliwe. Miał też na tyle serca, by czuć dla nich litość: dla Kim i Paula, który 
dźwigał ciężar imienia Dwukrotnie Narodzonego, wraz ze wszystkim, co z tego wynikało, 
lecz który nie potrafił jeszcze czerpać ze źródła swej mocy. Każdy głupiec mógłby dostrzec, 
że ją posiadał. Niewykluczone, że okaże się większa niż ktokolwiek z nich był w stanie pojąć, 
na razie jednak miała charakter utajony. Wystarczało to, by oddzielić go boleśnie od innych, 
lecz nie mogło mu dać zadośćuczynienia ani poczucia kierunku.

Była też Jennifer. Nad nią mógł tylko płakać. Dla niej nie było zadośćuczynienia czy 

nawet marzenia o nim, żadnej szansy na działanie. Jedynie ból. Tak wiele odcieni bólu. 
Dostrzegł go już na początku — wydawało się, że to tak dawno temu — zanim dokonali 
przejścia, gdy odczytał przekaz ukryty w jej urodzie oraz mroczną przyszłość w jej oczach. 
Bez względu na to, zabrał ją ze sobą. Tłumaczył sobie, że nie ma wyboru. Nie była to jedynie 
sofistyka. Tyle przynajmniej stało się jasne po eksplozji Rangat.

Nie rozproszyło to jednak smutku. Rozumiał teraz jej piękno. Wszyscy je rozumieli. Znali 

też jej najstarsze imię. Och, Guinevere — powiedział Artur. Czy w którymkolwiek ze 
światów istniało przeznaczenie bardziej bezlitosne od tego, które spotkało ich dwoje? I tego 
trzeciego.

Spędził cały dzień samotnie, pogrążony w niespokojnych myślach. Matt i Brock 

przebywali w zbrojowniach, służąc swą biegłą znajomością broni obu kapitanom straży. 
Teyr-non, którego pragmatyczny zdrowy rozsądek byłby dla nich pomocny, przebywał w 
Północnej Twierdzy. Dziś w nocy mieli zamiar sięgnąć ku niemu: dla niego i Baraka również 
znajdzie się miejsce w Gwen Ystrat.

O ile dla któregokolwiek z magów, ludzi posiłkujących się wiedzą niebios, mogło znaleźć 

się miejsce tak blisko Dun Maura. Wysoki czarodziej potrząsnął głową i dorzucił

140

do ognia kolejną kłodę. Zmarzł i to nie tylko ze wz na zimę. Jak doszło do tego, że w 
Brenninie pozostało dwóch magów? Nigdy nie mogło ich być więcej niż sie Tak zarządził 
Amairgen, gdy powoływał radę. Ale d

tylko dwóch i to w takiej chwili? Najwyraźniej 

tracili trolę na więcej niż jeden sposób.

Tylko dwóch magów w Brenninie, by toczyć \ z Maugrimem, lecz w Fionavarze było 

ich trzech, a był w zmowie z Ciemnością. Przebywał na Cader 5 zaczarowanej wyspie, 
która od dawna już była prze! Był tam i miał Kocioł z Khath Meigol, dzięki któremu 
przywrócić życie niedawno zmarłym.

Bez względu na to, co jeszcze mogli utracić, ta j rzecz należała do niego. Do niego i do 

Matta. Na k będziemy mieli swoją bitwę — powiedział krasnolud<

O ile zima kiedyś się skończy. Metran.

Nadeszła noc, a wraz z nią następna burza, gorsz; kiedykolwiek dotąd. Wiatr zawodził i 

świstał po całej I ninie, aż po Najwyższe Królestwo, niosąc ze sobą śc śniegu. Zasypał on 
gospodarstwa rolne wraz z zabudi niami. Nakrył grubą pokrywą lasy i przesłonił księżyc, 
dawało się, że w wywołanej burzą nieludzkiej ciemr poruszają się jakieś budzące grozę 
postacie, a wycie wi to odgłos ich śmiechu.

Darien leżał w łóżku, nasłuchując tego. Z początku ślał, że to kolejny koszmar, potem 

jednak zdał sobie spr; że nie śpi. Przestraszył się. Naciągnął sobie kołdrę na głc by 
spróbować stłumić głosy, które słyszał w wietrze.

background image

Wzywały go. Chciały, by przyszedł do nich i bawił si zewnątrz, w dzikim, mrocznym 

tańcu burzy. Żeby połą się z nimi pod naporem wiatru i śniegu. On jednak był t; małym 
chłopcem i bał się. Gdyby wyszedł z domu, umar choć tu, gdzie mieszkali, burza nie była 
taka straszna.

Finn wytłumaczył mu to. Mówił, że choć prawdz matka Dariena nie mogła być z nimi, 

chroniła go przez < czas, a ponieważ go kochała, sprawiła, że zima wokół j

141

łóżka była lżejsza. Wszyscy go kochali: jego matka Vae i nawet jego ojciec Shahar, który od 
chwili, gdy przybyli nad jezioro, tylko raz wrócił do domu z wojny. Uniósł chłopca wysoko 
w powietrze, aż ten się roześmiał. Później powiedział, że Dari wkrótce będzie większy od 
Firma i sam wybuchnął śmiechem. Nie był to jednak wesoły śmiech.

Finn był bratem Dariego i kochał go bardziej niż ktokolwiek inny. Był najwspanialszą 

osobą na świecie i do tego wiedział wszystko.

To on wytłumaczył mu, co miał na myśli ojciec, gdy Dari przyszedł do niego ze łzami, coś 

bowiem było nie w porządku w tym, że miał być większy od Firma. Wkrótce — powiedział 
ojciec.

Brat założył mu płaszczyk i buciki. Poszli na spacer. Dari lubił to najbardziej ze 

wszystkich rzeczy, które robili. Finn rzucał go w śnieg, lecz tylko wtedy, gdy ten był świeży i 
miękki, po czym sam padał obok niego. Obaj tarzali się w zaspach, aż robili się zupełnie biali 
i Dari śmiał się tak głośno, że dostawał czkawki.

Tym razem jednak Finn był poważny. Czasami miał taki nastrój i kazał Dariemu słuchać 

swych słów. Powiedział mu, że nie jest taki jak reszta małych chłopców. Jest kimś szcze-
gólnym, ponieważ jego prawdziwa matka była wyjątkowa. Dlatego będzie większy, silniejszy 
i mądrzejszy od innych dzieci. Nawet ode mnie — powiedział Finn. Mówił też, że znaczy to, 
iż Dari musi też stać się lepszy, bardziej wyrozumiały, łagodniejszy i odważniejszy, by 
zasłużyć na to, co dała mu jego prawdziwa matka.

Finn powiedział mu, że musi spróbować pokochać wszystko z wyjątkiem Ciemności.
Dari wiedział, że Ciemność jest tym, co wywołuje burzę na zewnątrz. Przez większość 

czasu nienawidził jej, tak jak mówił mu Finn. Starał się robić to przez cały czas, by być 
dokładnie taki jak on, czasem jednak słyszał głosy i choć z reguły się ich bał, czasem tak nie 
było. Czasem myślał, że nieźle byłoby pójść z nimi.

142

Tyle że musiałby wtedy opuścić Finna, a tego nigdy nie potrafiłby zrobić. Wstał z łóżka i 

założył swe zrobione na drutach bambosze. Odsunął zasłonę, minął śpiącą matkę i podreptał 
do miejsca, gdzie stało łóżko jego brata, pod przeciwległą ścianą.

Finn nie spał. — Dlaczego czekałeś tak długo? — wyszeptał. — Właź, braciszku, 

ogrzejemy się nawzajem.

Z westchnieniem przyjemności Dari zsunął bambosze i wczołgał się do łóżka obok Finna, 

który odsunął się, pozostawiając mu ciepłą część, na której leżał uprzednio.

— Słyszałem głosy — wyznał.
Brat mu nie odpowiedział. Objął tylko Dariego ramieniem i przytulił mocno. Głosy nie 

były takie donośne, gdy leżał tutaj, obok niego. Pogrążając się we śnie, usłyszał, jak szepcze 
mu do ucha. — Kocham cię, maleńki.

Dari również go kochał. Kiedy zasnął, ponownie nawiedziły go sny. Próbował w nich 

powiedzieć to widmowym postaciom przyzywającym go pośród zawiei.

Rozdział 9

Po południu, po burzy — dnia tak pięknego i jasnego, że niemal zakrawało to na 

drwinę — Diarmuid, książę Brenninu, powrócił do Paras Derval. W towarzystwie kilku 

background image

innych osób zaprowadzono go do sali poselskiej wielkiego króla, gdzie czekało na niego 
wielu ludzi. Tam jego brat, Aileron, przedstawił go Arturowi Pendragonowi.

I nic się nie wydarzyło.
Paul Schafer, który stał obok Kim, ujrzał, że pobladła, gdy Diarmuid wszedł do komnaty. 

Teraz, kiedy książę pokłonił się ceremonialnie Arturowi i Wojownik przyjął jego hołd z 
niewzruszoną miną, usłyszał, jak zaczerpnęła tchu rozdygotana i wyszeptała spod serca: — 
Och, dzięki Bogu.

143

Ona i Loren, stojący po przeciwległej stronie komnaty, wymienili spojrzenia. Z oblicza 

maga Paul wyczytał tę samą ulgę. Zajęło mu to chwilę, zrozumiał jednak wszystko.

— Myślałaś, że on jest tym trzecim? — zapytał. —

Trzecim wierzchołkiem trójkąta?

Skinęła głową, nadał pobladła. — Obawiałam się tego. Sama teraz nie wiem dlaczego. 

Dlaczego byłam tego taka pewna.

— Czy z tego powodu chciałaś, żebyśmy zaczekali?
Popatrzyła na niego — szare oczy pod białymi włosami.

—   Tak mi się zdawało. Wiedziałam, że musimy zaczekać, zanim wyruszymy na łowy. Teraz 
już nie wiem dlaczego.

 Dlatego — rozległ się głos — że jesteś prawdziwą

i wierną przyjaciółką i nie chciałaś, żeby ominęła mnie ta
przyjemność.

 Och, Kev! — odwróciła się i uściskała go w całko

wicie niegodny jasnowidzącej sposób. — Tęskniłam za tobą!

 Cieszę się — odrzekł radosnym tonem Kevin.

 Ja też — dorzucił Paul.

 Z tego również się cieszę — wyszeptał przybyły,

mniej nonszalancko.

Kim cofnęła się o krok. — Czujesz się niedoceniany, marynarzu?
Uśmiechnął się do niej półgębkiem. — Odrobinę zbędny. A na dodatek Dave walczy teraz 

z pokusą rozpłatania mnie na dwie części swym toporem.

 To nic nowego — zauważył z przekąsem Paul.

 Co znowu się stało? — zapytała Kim.

— Spałem z niewłaściwą dziewczyną.
Paul roześmiał się. — Nie pierwszy raz.

 To  nie jest  śmieszne — odrzekł  Kevin. — Nie

miałem pojęcia, że on ją lubi, a poza tym sama do mnie
przyszła. Dalrejskie kobiety już takie są. Próbują tego z każ
dym, kto im się spodoba, dopóki nie postanowią wyjść
za mąż.

 Czy wyjaśniłeś to Dave'owi? — zapytała Kim. Zby-

144

łaby całą sprawę żartem, ale Kevin miał nieszczęśliwą minę. Uznała, że kryje się w tym coś 
więcej.

— Jemu ciężko jest coś wytłumaczyć. Przynajmniej ja

mam z tym trudności. Prosiłem o to Levona. To jego siostra.

Kevin wskazał na kogoś, przesuwając w bok głowę.

I o to rzecz jasna chodziło.

Kim odwróciła się do przystojnego, jasnowłosego Jeźdźca, który stał tuż za nimi. Istniał 

powód, dla którego należało zaczekać na tę grupę i nie był nim Diarmuid czy Kevin, lecz ten 
mężczyzna.

— Wyjaśniłem mu już wszystko — odparł Levon. —

I zrobię to ponownie, tyle razy, ile będzie potrzeba —
uśmiechnął się. Potem jednak przybrał poważniejszą minę.

background image

— Jasnowidząca, dawno temu pytałem cię, czy możemy
porozmawiać — przemówił do Kim.

Pamiętała to. Ostatniego ranka, zanim Baelrath zapłonął, w jej głowie eksplodowały 

krzyki Jennifer i zabrała ich stąd.

Spojrzała na swą dłoń. Pierścień ożył na nowo, choć pulsował tylko odrobinę.

 Zgoda — odparła, niemal obcesowo. — Ty też, Paul.

Kev, czy przyprowadzisz Lorena i Matta?

 I Davora — dorzucił Levon. — A także Diarmui-

da. On o wszystkim wie.

 Do mojego pokoju. Chodźmy.

Wyszła z komnaty, pozwalając, by podążyli za nią. Za nią i za Baelrath.

Gdy się ogień ze snu zbudzi, Królów wezwie granie rogu, Nie 
utrzymasz w pętach ludzi, Co z Oweina Twierdzy progu, Mkną, a 
galop ich nie trudzi, z dzieckiem odebranym Bogu.

Głos Levona ucichł. W ciszy do Kim dotarł irytujący szum, ten sam, który słyszała dwa 

dni temu. Teraz również

145

dobiegał ze wschodu. Z Gwen Ystrat, zdecydowała. Zaczynała dostrajać się do wiadomości, 
jakie przekazywały sobie nawzajem kapłanki. Przeszkadzało jej to, wypchnęła więc sygnał ze 
swego umysłu. Miała wystarczająco wiele powodów do niepokoju, zaczynając od tych 
wszystkich mężczyzn w jej sypialni. Marzenie sfrustrowanej kobiety — pomyślała. Nie 
potrafiła jednak uznać tego za zabawne.

Czekali na nią. Milczała i pozwoliła im czekać. To Levon po chwili przemówił ponownie. 

Ostatecznie to był jego pomysł.

 Nauczyłem się tego wiersza od Gereinta, kiedy byłem

jeszcze chłopcem — oznajmił. — Przypomniałem go so
bie poprzedniej wiosny, gdy Davor znalazł róg. Potem zloka
lizowaliśmy drzewo i skałę. Dzięki temu wiemy, gdzie są
Owein i Śpiący — nie mógł wygnać ze swego głosu pod
niecenia. — Mamy róg, który ich przyzywa i... i domyślam
się, że ożywiony Baelrath jest płomieniem, który ich prze
budzi.

 To by się zgadzało — przyznał Diarmuid. Zsunął

z nóg buty i położył się na jej łożu. — Wojenny Kamień
również jest dziki. Lorenie?

Mag, prawem starszeństwa, zajął fotel stojący przy oknie. Zapalił fajkę i zaciągnął się 

głęboko, zanim odpowiedział.

— Rzeczywiście się zgadza — oznajmił wreszcie. —

Będę szczery i powiem, że nie wiem, jakie mogą być im
plikacje.

To ciche wyznanie ostudziło ich. — Kim? — zapytał Diarmuid. Książę przejął inicjatywę, 

leżąc rozciągnięty w poprzek jej łoża.

Nadal miała ochotę dać im w kość, była jednak zbyt dumna na podobną małoduszność. — 

Nie widziałam tego — wyszeptała. — Żadnej z tych rzeczy.

— Czy jesteś pewna? — zapytał Paul Schafer, który

stał w drzwiach z Mattem Sórenem. — Czekałaś na Levona,
prawda?

146

Był diabelnie bystry, lecz jako jej przyjaciel nie zdradził obaw odczuwanych na początku 

przez Kim z powodu Diar-muida. Skinęła głową i uśmiechnęła się półgębkiem. — 
Wyczułam, że przybędzie. Domyśliłam się też, dzięki naszej poprzedniej rozmowie, o co 

background image

chce mnie zapytać. Nie sądzę, byśmy mogli wyciągnąć z tego zbyt wiele wniosków.

 Raczej nie — zgodził się Diarmuid. — Musimy

jednak podjąć decyzję.

 My? — to był Kevin Laine. — Kim ma pierścień,

a Dave róg. Wybór należy do nich, nieprawdaż?

 Tak naprawdę nie są ich własnością — odrzekł Le-

von.— Oni jedynie...

 Czy ktoś planuje im je odebrać i użyć? — zapytał

lakonicznie Kevin. — Albo zmusić ich do tego? —   ciąg
nął, by wbić im to do głowy. Zapadła cisza. Jeszcze jeden
przyjaciel — pomyślała Kim.

Rozległo się pełne zakłopotania kaszlnięcie. — Cóż — odezwał się Dave. — Nie mam 

zamiaru sprzeciwiać się postanowieniu, jakie tu zapadnie, chciałbym jednak usłyszeć 
odrobinę więcej o tym, z czym mamy do czynienia. Jeśli jestem posiadaczem rogu, który 
wzywa tych... hmm, Śpiących, wolałbym wiedzieć, kim są.

Popatrzył nieśmiało na Lorena. Wszyscy zwrócili się w stronę maga. Słońce świeciło mu 

za plecami, przez co trudno było dostrzec jego twarz. Gdy przemówił, wydało im się niemal, 
że słyszą bezcielesny głos.

— Byłoby zdecydowanie lepiej — odezwał się spo

między zachodzącego słońca a dymu — gdybym potrafił
udzielić zadowalającej odpowiedzi na pytanie Dave'a. Nie
stety, nie potrafię. Oweina oraz Dzikie Łowy uśpiono nie
wyobrażalnie dawno temu. Niezliczone stulecia przed tym,
nim Iorweth przybył zza morza czy Dalrei przyszli przez
góry ze wschodu, a nawet ludzie wtargnęli do zielonego
Cathalu z dalekich krain leżących na południowym wscho
dzie. Nawet lios alfarowie byli tu niemal nieznani, gdy Łowy
przeobraziły się w Śpiących. Brendel, a przed nim Laien

147

Dziecię Włóczni, opowiadali mi, że liosowie znają jedynie mgliste legendy o tym, czym były 
Dzikie Łowy, zanim ułożono je do snu.

 Czy ktoś tu wtedy był? — wyszeptał Kevin.

 W rzeczy samej — odparł Loren. — Ktoś przecież

uwięził ich pod tym kamieniem. Powiedz mi, Levonie, czy
to jest bardzo wielka skała?

Zapytany skinął głową bez słowa. Loren czekał.

 Paraiko! — zawołał Diarmuid, który w młodości był

uczniem maga. Jego głos był cichy i pełen zdumienia.

 Paraiko — powtórzył Loren. — Giganci. Byli tu

taj, gdy Dzikie Łowy mknęły po nocnym niebie. Był to
całkiem odmienny świat. Tak przynajmniej mówią legendy
liosów. Widmowi królowie na widmowych koniach, które
potrafiły gnać pomiędzy gwiazdami i pomiędzy światami
Tkacza.

 A dziecko?

Tym razem pytanie zadała Kim. Była to kwestia, która nękała ją już od pewnego czasu. Z 

dzieckiem odebranym Bogu.

 Chciałbym to wiedzieć — odrzekł Loren. — Oba

wiam się jednak, że nie wie tego nikt.

 A co jeszcze nam wiadomo? — zapytał łagodnym

tonem Diarmuid.

 Powiadają — odezwał się niski głos dobiegający

spod drzwi — że oni przesunęli księżyc.

 Co? — wykrzyknął Levon.

background image

 Tak powiadają — powtórzył  Matt — pod  Banir

Lók i Banir Tal. To nasza jedyna legenda o Łowach. Chcieli
mieć jaśniejsze światło, by łatwiej im było jechać, więc
przesunęli księżyc.

Zapadła cisza.

— On rzeczywiście jest tu bliżej — odezwał się Kevin

z zastanowieniem w głosie. — Zauważyliśmy, że jest wię
kszy.

148

 To fakt — zgodził się poważnym tonem Loren. —

Te opowieści mogą być prawdą. Tak jak większość krasno-
ludzkich legend.

 Jak zdołano uwięzić ich pod tym kamieniem? — za

pytał Paul.

 To najbardziej zagadkowa ze wszystkich kwestii —

wyszeptał Loren. — Liosowie powiadają, że uczynił to
Connla, władca Paraiko, i że nie było to niemożliwe dla
kogoś, kto zrobił Kocioł z Khath Meigol i, co za tym idzie,
na wpół zapanował nad śmiercią.

 To byłoby potężne starcie — odezwał się cicho Levon.

 W istocie — zgodził się Loren. — Niemniej lios

alfarowie w swych legendach twierdzą co innego — prze
rwał. Jego twarz niemal całkowicie zniknęła w blasku słoń
ca. — Mówią, że nie było starcia. Że Owein i Łowy po
prosili Connlę, by ich uwięził. Nie wiedzą jednak dlaczego.

Kim usłyszała jakiś dźwięk albo tak jej się zdawało. Przypominał szybki trzepot skrzydeł. 

Popatrzyła na drzwi.

I usłyszała, jak Paul Schafer powiedział głosem, który brzmiał, jakby wydobywał się 

wprost z serca: — Ja to wiem.

Wyraz jego twarzy stał się odległy i wyobcowany, lecz gdy mówił dalej, jego głos brzmiał 

wyraźnie. — Stracili dziecko. Dziewiątego. Było ośmiu królów i jedno dziecko. Popełnili 
błąd i stracili je. Na znak żałoby i pokuty poprosili Paraiko, by spętali ich pod kamieniem. 
Sami mieli też wybrać rodzaj więzów oraz metodę uwolnienia.

Nagle przerwał. Przesunął sobie dłoń przed oczyma, po czym odchylił się do tyłu, by 

oprzeć się o ścianę.

— Skąd to wiesz? — zapytał zdumiony Levon.
Paul przeszył go spojrzeniem swych niezgłębionych, niemal nieludzkich oczu. — 

Dowiedziałem się dosyć dużo o stanie połowicznej śmierci — odrzekł.

Nikt nie odważył się przerwać ciszy. Czekali na Paula. — Przepraszam — odezwał się 

wreszcie głosem bardziej podobnym do własnego. — To... mnie zaskakuje i prawie 
doprowadza do nieprzytomności. Levonie, ja...

149

Dalrei potrząsnął głową. — Nic nie szkodzi. Naprawdę. Wiem, że to cud, a nie dar, ale 

zasłużyłeś na niego. Brak mi słów, by wyrazić radość z tego, że jesteś tutaj, ale ci nie 
zazdroszczę.

To mniej więcej wyjaśnia sprawę — pomyślała Kim.

— Czy jest coś jeszcze, Paul? — zapytała go. — Czy
mamy ich obudzić?

Popatrzył na nią. Z każdą mijającą sekundą stawał się w większym stopniu sobą. 

Wyglądało to tak, jakby przez komnatę przemknęło trzęsienie ziemi, które zaraz minęło. 
Albo łoskot nadzwyczaj potężnego pioruna.

— Nie ma już nic — odparł. — Jeśli chodzi ci o to,

czy wiem coś więcej. Niemniej, choć nie jestem pewien,

background image

jakie ma to znaczenie, na chwilę przed tym, nim opuściliśmy
tamtą komnatę, coś zauważyłem.

O wiele za sprytny — pomyślała Kim. Przerwał jednak, pozostawiając to jej. — Niewiele 

umyka twojej uwadze, prawda? — wyszeptała. Nie odpowiedział jej. Zaczerpnęła tchu. — To 
prawda — przyznała. — Baelrath rozjarzył się na moment, gdy Levon podszedł do mnie. W 
chwili, gdy zrozumiałam, po co przybył. Mogę ci to powiedzieć, choć
— jak mówi Paul — nie jestem pewna, jakie ma to zna
czenie.

 Jakieś  z  pewnością ma — stwierdził  z  powagą

w głosie Levon. — Tak, jak mówiłem: po co dano by nam
róg i pokazano grotę, jeśli nie po to, byśmy ich obudzili?
A teraz kamień mówi nam to samo!

 Dzikość do dzikości — wyszeptał Loren. — Mogą

przywoływać się nawzajem, Levonie, z powodów nie ma
jących nic wspólnego z nami. To jest najdziksza magia. To
samo mówi wiersz: nie utrzymamy ich w pętach. Owein
i Łowy byli wystarczająco potężni, by przesunąć księżyc,
i wystarczająco kapryśni, by uczynić to dla własnej przyje
mności. Nie sądźmy, że zechcą potulnie spełnić nasze żą
dania, a potem odejść.

Znowu cisza. Jakaś ukryta myśl nie dawała spokoju Kim.

150

T

Coś, co — jak wiedziała — powinna pamiętać. Ostatnio stało się to u niej chroniczną 
dolegliwością. Nie mogła jednak przypomnieć sobie tego na zawołanie.

Niespodziewanie to Dave Martyniuk przerwał ciszę. — Nie wiem, może to bardzo głupie 

— przemówił potężny mężczyzna ze skrępowaniem, które zawsze towarzyszyło mu w 
podobnych sytuacjach — ale... przyszło mi do głowy, że jeśli pierścień Kim otrzymał 
wezwanie, to może Owein jest już gotów odzyskać wolność i dano nam środki, by go 
uratować. Czy mamy prawo im tego odmówić, bez względu na to, czy wiemy, co uczynią? 
To znaczy, czy nie zrobi to z nas więziennych strażników czy czegoś w tym rodzaju?

Loren Srebrny Płaszcz zerwał się jak oparzony. Gdy jego twarz wynurzyła się z 

padającego pod kątem światła, dostrzegli, że wbił wzrok w Dave'a. — To nie jest nawet w 
najmniejszym stopniu grupie. To najgłębsza prawda, jaką tu wypowiedziano — stwierdził 
mag. Dave zaczerwienił się jaskrawo. Loren mówił dalej: — Taka jest najprawdziwsza natura 
rzeczy kryjących się w samym sercu Gobelinu: dzika magia powinna być wolna, bez względu 
na to, czy służy to naszym celom.

— A  więc zrobimy to? — zapytał Kevin. Ponownie

zwrócił się w stronę Kim.

Na końcu, tak samo jak na początku, wszystko zależało od niej, gdyż to ona nosiła 

pierścień. Coś nadal ją niepokoiło, czekali jednak na nią, a to, co powiedział Dave, było 
prawdą. Tego przynajmniej była pewna.

 Zgoda — odrzekła. W tej samej chwili Baelrath za

płonął czerwonym pożądaniem niczym światło przewodnie.

 Kiedy? — zapytał Paul. Wszyscy wstali, blask pier

ścienia rzucał na nich swoje światło.

 Teraz, oczywiście — odparł Diarmuid. — Dziś w no

cy. Lepiej już ruszajmy. Na drodze jest pełno śniegu.

151

background image

Zostawili Matta i Lorena, lecz zabrali drugiego Dalrei, Torca, oraz prawą rękę Diarmuida, 

Colla.

Mag zaproponował, że zostanie, by poinformować obu królów o tym, co się wydarzyło. 

Torc — jak dano do zrozumienia Kevinowi — był obecny w chwili, gdy znaleziono róg i 
grotę. Było dla niego miejsce w tej tkaninie. Kevin nie zamierzał tego kwestionować, gdyż 
widział, że dla niego nie było właściwie żadnego miejsca. Coli towarzyszył Diar-muidowi, 
ponieważ nigdy go nie opuszczał.

Kevin z początku jechał u boku Paula. Diarmuid prowadził ich na północny wschód przez 

dolinę o łagodnie nachylonych stokach. Choć to osobliwe, zimno wydawało się tu 
łagodniejsze, a wiatr mniej mroźny. Gdy wyjechali zza pasma wzgórz, ujrzał małe jeziorko 
przypominające klejnot osadzony w oprawie pokrytych bielą stoków. Woda w nim nie była 
zamarznięta.

 Jest osłonięte przed wiatrem, czy co? — zapytał

Paula.

 Kryje się w tym coś więcej. To jezioro Ysanne. Mie

szka w nim wodny duch. Ten, którego widziała Kim.

 Czy myślisz, że to jego robota?

 Możliwe.

Paul nie zwracał już jednak na niego uwagi. Nakazał wierzchowcowi zwolnić i spoglądał 

na chatkę stojącą przy jeziorze. Omijali je bokiem, jadąc wysoką granią, lecz Kevin dostrzegł 
dwóch chłopców, którzy wyszli na zewnątrz, by popatrzeć na mijającą ich drużynę jeźdźców. 
Pod wpływem impulsu pomachał do nich ręką. Starszy chłopiec odwzajemnił ten gest. 
Wydawało się, że nachylił się i powiedział coś do swego brata. Po chwili mały też uniósł rękę 
w ich stronę.

Kevin uśmiechnął się i zwrócił w stronę Paula, by coś powiedzieć, lecz to, co ujrzał w 

kamiennej twarzy Schafera, spłoszyło jego swobodny uśmiech. W chwilę później wznowili 
jazdę. Posuwali się naprzód szybko, by dogonić pozostałych. Paul milczał. Jego twarz 
zastygła w gwałtownym

152

skurczu. Nic nie mówił. Tym razem Kevin nie zadawał pytań. Nie był pewien, czy potrafiłby 
znieść kolejne odrzucenie.

Dogonił Colla i przez resztę drogi jechał obok niego. Gdy dotarli do północnego końca 

doliny, zrobiło się zimniej, a gdy minęli główny trakt wiodący z Rhoden do Północnej 
Twierdzy, zapadł już zmrok. Kevin trzymał w ręku pochodnię. Wyglądało na to, że stało się 
to ostatnio jego przeznaczeniem. Głównym źródłem światła, potężniejszym nawet niż 
wiszący nisko na niebie po ich prawej stronie, prześwitujący przez chmury księżyc, było 
żarzące się coraz jaśniej czerwone światło pierścienia na palcu Kim. Dzikość do dzikości — 
przypomniał sobie Kevin.

W ten sposób, prowadzeni przez Baelratha, dotarli wreszcie do Puszczy Pendaran. Były 

tam moce, które zdawały sobie sprawę z ich obecności, przyciągane przez nią i przez 
oddziaływanie pierścienia. Istniały też inne, potężniejsze moce: bogini, której dar przyniósł 
więcej niż się spodziewała oraz jej brat, bóg zwierząt i lasu. Jeszcze wyżej stał oczekujący 
Mórnir i Dana, która również wiedziała, dlaczego płonie Wojenny Kamień. Bardzo daleko na 
północy, w swej siedzibie wśród lodu, Spruwacz znieruchomiał na chwilę i zamyślił się, choć 
nie wiedział dokładnie nad czym ani dlaczego.

A wysoko, wysoko ponad nimi wszystkimi, poza czasem, czółenko Krosien Świata 

zwolniło ruch, a potem znieruchomiało. Tkacz również zapragnął ujrzeć, co chce wrócić do 
Gobelinu.

Kimberly ruszyła nagle naprzód, ku skrajowi Puszczy Pendaran, prowadzona przez 

płomień na swej dłoni. Drużyna czekała za jej plecami, milcząca i zalękniona. Obywając się 
bez żadnych wskazówek, jak gdyby kiedyś już to wszystko robiono, udała się ku miejscu, 
gdzie piorun rozszczepił olbrzymie drzewo. Stało się to tak dawno, że nawet lios alfarowie 
nie pamiętali nocy tej burzy. Zatrzymała się w miejscu rozwidlenia z dziką magią na dłoni. 
Inna, jeszcze

background image

153

dziksza, spała za wielką skałą, którą umieścił tu Connla z Paraiko. Teraz, gdy nadszedł czas, 
by to uczynić, w jej sercu nie było strachu ani nawet zdumienia. Dostroiła się do dzikości i do 
starożytnej mocy, która była bardzo wielka. Czekała, aż księżyc wysunie się zza ławicy 
chmur. Na górze lśniły gwiazdy. Letnie gwiazdy ponad śniegiem. Baelrath był jaśniejszy niż 
którakolwiek z nich, jaśniejszy niż księżyc, który Łowy przesunęły tak dawno temu. 
Zaczerpnęła tchu, by zebrać siły. Poczuła, jak wnika w nią serce wszechrzeczy. Uniosła rękę, 
by blask wędrującego ognia mógł przedrzeć się przez rozszczepione drzewo. Powiedziała:

— Oweinie, zbudź się! Tej nocy pora wyruszyć. Czy

nie chcesz się przebudzić, by polować wśród gwiazd?

Musieli wszyscy zacisnąć powieki, gdy czerwień zapul-sowała pod wpływem jej słów. 

Usłyszeli dźwięk przypominający osunięcie się zbocza. Potem zapadła cisza.

— Wszystko w porządku — zapewniła Kim. — Chodź,

Dave. Teraz kolej na ciebie.

Otworzyli oczy, by ujrzeć ziejącą jaskinię w miejscu, gdzie przedtem była skała Connli, 

oraz padający na rosnącą przed nią trawę blask księżyca. Łuna Baelratha przygasła. Pierścień 
błyszczał słabą czerwienią na tle śniegu, nie był to już jednak płomień.

To w świetle księżyca, srebrnym i znajomym, ujrzeli jak Dave zbliżył się do Kim, 

długimi, powolnymi krokami, zgrabniej szymi niż mu się w owej chwili zdawało, po czym 
stanął obok niej, a gdy się cofnęła, został sam w rozwidleniu drzewa.

— Ogień ich budzi — usłyszeli jej głos. — A róg przy

wołuje, Dave. Musisz ich uwolnić.

Rosły mężczyzna bez słowa odchylił do tyłu głowę. Rozstawił szeroko nogi, by utrzymać 

równowagę na śniegu. Nagle uniósł w górę Róg Oweina, tak że zalśnił on w świetle księżyca, 
przytknął go do warg i z całą mocą, jaką miał w płucach, wypuścił z niego dźwięk Światła.

Żaden z obecnych mężczyzn — ani jedyna kobieta —

154

T

nie zapomniał owego dźwięku aż po kres swych dni. By) noc, a więc ton, który usłyszeli, 
wywodził się z blasku ksic życa i gwiazd padającego na świeży śnieg w głębokim lesk 
Ciągnął się i ciągnął. Dave ciskał dźwięki ku górze, b ogarnęły ziemię i niebo i stały się jego 
osobistym wyzwą niem rzuconym Ciemności. Dął i dął, aż wydało się, że jegi płuca nie 
wytrzymają. Stał mocno na zakrzywionych no gach. Serce pękało mu od piękna, którego 
raczono mu udzie lic, a także wielkiej kruchości tego dźwięku.

Gdy głos rogu ucichł, świat stał się innym miejscem Wszystkie światy. Dłonie Tkacza 

poruszyły się, by wprowadzić na nowo do pajęczyny Gobelinu od dawna nie używany wątek 
nici.

W przestrzeni przed grotą pojawiło się siedem widmowych postaci. Każda z nich miała na 

głowie koronę i dosiadała równie mglistego jak ona wierzchowca. Ich zarysy były zamazane, 
jak gdyby przesłaniał je dym.

Nagle pojawiła się ósma. Siedmiu królów ustąpiło z drogi, gdy Owein wyszedł wreszcie z 

Groty Śpiących po tak długim spoczynku. Podczas gdy królowie i ich widmowe konie mieli 
odcień ciemnoszary, on był koloru jasnoszarego przechodzącego w srebrzysty, jego 
wierzchowiec zaś czarnego. Owein był też wyższy od pozostałych, a jego korona świeciła 
jaśniej. Wprawione w nią klejnoty były czerwone, tak jak czerwony był Baelrath. W 
rękojeści wyciągniętego przez niego miecza lśnił kamień tej samej barwy.

Ruszył naprzód, mijając siedmiu królów. Jego wierzchowiec nie dotykał gruntu, podobnie 

jak ich siwe konie. Owein uniósł miecz w salucie dla Dave'a i po raz drugi, dla Kim, która 
dzierżyła ogień. Następnie uniósł głowę, by spojrzeć za plecy ich dwojga i ogarnął wzrokiem 

background image

zebraną z tyłu drużynę. W tej samej chwili ujrzeli, że jego czoło zasępiło się. Nagle wielki, 
kary koń stanął dęba. — Gdzie jest dziecko? — krzyknął Owein głosem, który był głosem 
szkwału.

Siwe konie królów poszły w ślad karosza. Ich jeźdźcy podnieśli głosy. — Dziecko! 

Dziecko! — zawołali chó-

155

rem przypominającym zawodzenie wichru. Drużynę ogarnął strach.

To Kimberly przemówiła, choć w sercu nazywała się głupią, gdyż to właśnie była owa 

rzecz, którą usiłowała sobie przypomnieć przez całe popołudnie i potem, podczas drogi do 
tego miejsca mocy.

— Oweinie — powiedziała. — Przybyliśmy tu cię uwol

nić. Nie wiedzieliśmy, czego jeszcze ci potrzeba.

Zaciął konia batem. Wierzchowiec wzniósł się z głośnym rżeniem w powietrze ponad nią. 

Obnażył zęby i wierzgnął kopytami w kierunku jej głowy. Padła na ziemię. Owein majaczył 
nad nią, dziki i gniewny. Usłyszała, jak po raz drugi wykrzyknął: — Gdzie jest dziecko!

I wtedy świat zmienił się raz jeszcze. Zmienił się na sposób, którego nie przewidziało 

żadne z nich, absolutnie nikt: śmiertelnik, leśny duch czy obserwujący ich bóg.

Zza linii drzew, niedaleko od niej, wychynęła postać, która zbliżyła się spokojnie.
— Nie strasz jej. Jestem tutaj — powiedział Finn.
I tak wstąpił na Najdłuższą Drogę.

Już od chwili, gdy obudził się rankiem po burzy, ogarnął go niepokój. Jego serce ni stąd, 

ni zowąd zaczynało walić jak opętane, a na dłoniach pojawiała się wilgoć. Zastanawiał się, 
czy nie jest chory.

Nie mogąc się uspokoić, założył Dariemu buciki, płaszczyk oraz kapelusz, który ich 

matka zrobiła z niebieskiego materiału zbliżonego barwą do oczu chłopca. Następnie zabrał 
młodszego brata na spacer po lesie wokół jeziora.

Wszędzie leżał śnieg, miękki i czysty. Obciążał konary nagich drzew i tworzył zaspy na 

ścieżkach. Dari był zachwycony. Finn uniósł go wysoko w górę i dzieciak strząsnął biały pył 
z gałęzi, których mógł dosięgnąć. Roześmiał się w głos i brat dźwignął go raz jeszcze, by 
mógł zrobić to ponownie. Z reguły śmiech Danego poprawiał jego nastrój, lecz dziś tak się 
nie stało. Był zbyt niespokojny. Być może sprawiło to wspomnienie ostatniej nocy. 
Wydawało się, że

156

Dari nie pamięta wzywających go głosów, lecz Finn ; potrafił o nich zapomnieć. Ostatnio 
zdarzało się to coi częściej. Za pierwszym razem opowiedział o nich mat< Zadrżała i 
pobladła, a potem płakała przez całą noc. Późn nie opowiadał jej już o niczym, gdy Dari 
przychodził < jego łóżka, by wyszeptać: — Słyszę głosy.

Posuwając się długimi krokami, zaniósł chłopca głębi w las, dalej niż zapuszczali się 

zwykle — blisko miejsc gdzie ich zagajnik stawał się gęstszy, a potem przechodź w mrok 
Lasu Mórnira. Zaczęło robić się zimniej. Zrozumia że opuszczają dolinę. Zastanowił się, czy 
głosy wzywając Dariego staną się z dala od jeziora głośniejsze i bardzie nęcące.

Zawrócili. Przystąpił do zabawy ze swym bratem. Rzuca Dariego w śnieżne zaspy i 

skakał w nie w ślad za nim Chłopiec nie był już taki lekki jak ongiś. Trudniej było nim 
ciskać. Niemniej wydawane przez niego okrzyki zachwytu nadal brzmiały dziecinnie i łatwo 
było się zarazić jego radością. Mimo wszystko ogarnęła ona także i Finna.

Przewracając się i tarzając w śniegu, oddalili się znacznie od ścieżki i dotarli do jednego z 

dziwnych miejsc. Wśród śniegu pokrywającego grubą warstwą leśną ściółkę Finn dostrzegł 
błysk czegoś barwnego. Złapał Dariego za rękę i obaj pobrnęli przez zaspy w tamtą stronę.

Na maleńkim skrawku nieprawdopodobnie zielonej trawy rosło trochę kwiatów. Finn 

uniósł głowę i ujrzał w górze wolną przestrzeń umożliwiającą promieniom słońca przedo-
stanie się między gałęziami drzew. Gdy przeniósł wzrok z powrotem na kwiaty, zauważył, że 
wszystkie są mu znane — narcyzy i corandiele — z wyjątkiem jednego. Widywali już 
przedtem z Darim te zielone miejsca i zbierali kwiaty, by zanieść je do domu, do Vae, nigdy 

background image

jednak nie wszystkie. Dari nachylił się, by zerwać kilka, gdyż wiedział, jak bardzo ich matka 
lubi otrzymywać podarki.

— Nie ten — odezwał się Finn. — Ten zostaw.
Nie był pewien dlaczego, coś jednak mówiło mu, że nie

157

powinni go zrywać. Dari jak zawsze go usłuchał. Zebrali garść corandieli wraz z żółtym 
narcyzem i wrócili do domu. Vae umieściła kwiaty w wodzie i postawiła na stole, po czym 
położyła Dariego do łóżka na poobiednią drzemkę.

Zostawili w lesie rosnący w dziwnym miejscu samotny niebieskozielony kwiat ze 

środkiem czerwonym niczym krew.

Nadal był niespokojny, bardzo podenerwowany. Po południu ponownie poszedł na spacer. 

Tym razem udał się w stronę jeziora. Szare, lodowate fale uderzały o płaski kamień, na 
którym zawsze stawał. Wody były zimne, lecz nie zamarzły. Wiedział, że wszystkie inne 
jeziora skuł lód. To miejsce było pod ochroną. Lubił sobie wyobrażać, że historia, którą 
opowiedział Dariemu, była prawdziwa i chroniła ich matka chłopca. Przypomniał sobie, że 
mimo swego bólu wyglądała jak królowa. Gdy Dari się narodził i kapłanki przyszły ją zabrać, 
kazała im, by postawiły nosze obok łóżka Finna. Nigdy nie miał o tym zapomnieć. Pogłaskała 
jego włosy swymi długimi palcami, po czym przyciągnęła do siebie jego głowę i wyszeptała, 
tak by nikt inny nie usłyszał: — Proszę cię, opiekuj się nim. Tak długo, jak będziesz mógł.

Tak długo, jak będziesz mógł. Gdy o tym pomyślał, Leila nawiązała z nim kontakt, 

całkiem jakby czekała na sygnał. Poirytowało go to.

Czego chcesz? — wysłał ku niej, pozwalając jej wyczuć swe podrażnienie. Z początku, po 

ostatniej takienie, gdy odkryli, że potrafią to robić, milcząca komunikacja na odległość była 
ich sekretną przyjemnością. Ostatnio jednak Leila stała się inna. Finn wiedział, że wiąże się to 
z jej przemianą z dziewczynki w kobietę, lecz ta świadomość nie ułatwiała mu w 
najmniejszym stopniu radzenia sobie z obrazami, które przesyłała do niego ze świątyni. Nie 
mógł przez nie spać w nocy. Wydawało się niemal, że Leili sprawia to przyjemność. Była 
młodsza od niego o ponad rok, lecz nigdy w życiu nie czuł się od niej starszy.

158

Jedyne, co mógł zrobić, to pozwalać, by wyczuwała jego niezadowolenie, i nie 

odpowiadać, gdy zaczynała przesyłać mu myśli o charakterze bardziej intymnym niż był to w 
stanie zaakceptować. Jeśli tak postępował, po chwili zawsze zostawiała go w spokoju. Robiło 
mu się wtedy przykro.

Dzisiaj jednak był w złym humorze i w związku z tym, gdy zdał sobie sprawę z jej 

obecności, pytanie, które ku niej wysłał, było ostre i nieuprzejme.

Czy to czujesz? — odparła Leila. Serce przyśpieszyło mu lekko, ponieważ pierwszy raz w 

życiu odkrył w niej strach.

Lęk u innych czynił go silnym, by mógł dodać im otuchy. Odczuwam lekki niepokój. Co 

to jest? — wysłał.

I wtedy jego życie zaczęło się kończyć. Och, Finn, Finn, Finn — odpowiedziała mu. 

Słowom towarzyszył obraz.

Obraz takieny na trawniku, kiedy go wybrała.

A więc w tym rzecz. Na chwilę opuściła go odwaga i nie potrafił tego przed nią ukryć, ten 

moment jednak minął. Spojrzał na jezioro, zaczerpnął głęboko tchu i zauważył, że jego 
podenerwowanie minęło. Ogarnął go głęboki spokój. Miał wiele czasu, by to zaakceptować. 
Czekał już długo.

Wszystko w porządku — wysłał do Leili. Z lekkim zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że 

dziewczynka płacze. Wiedzieliśmy, że ta chwila nadejdzie.

Nie jestem gotowa — odpowiedziała Leila w jego umyśle.

Brzmiało to odrobinę zabawnie, gdyż nie kazano jej niczego robić. Ciągnęła jednak: Nie 

jestem gotowa powiedzieć żegnaj, Finn. Kiedy odejdziesz, zostaną zupełnie sama.

Będą z tobą wszystkie kobiety w sanktuarium.

background image

Nie nadesłała żadnej odpowiedzi. Przypuszczał, że coś mu umknęło albo czegoś nie 

zrozumiał. Nie można już było nic na to poradzić. Był też ktoś jeszcze, kto będzie tęsknił za 
nim mocniej.

Leilo — wysłał. Opiekuj się Darienem.

159

Jak? — wyszeptała w jego umyśle.
Nie wiem. Ale on się przestraszy, kiedy odejdą, i... podczas burz słyszy głosy, Leilo.
Umilkła, lecz była to inna cisza. Słońce skryło się za chmurą. Finn poczuł powiew wiatru. 

Był już czas ruszać w drogę. Nie miał pojęcia, skąd to wie ani nawet dokąd musi się udać, to 
jednak był ów szczególny dzień i zbliżała się już wyznaczona godzina.

Żegnaj — wysłał.
Niech Tkacz obdarzy cię Światłem — usłyszał jej słowa w swym umyśle.

Zniknęła. Wracając do chatki, miał już wystarczające wyobrażenie o tym, dokąd się udaje, 

by wiedzieć, że nie jest prawdopodobne, by jej ostatnie życzenie zostało spełnione.

Już dawno temu postanowił, że nie powiadomi matki, gdy czas już nadejdzie. To 

zdruzgotałoby ją, jak uderzenie młota druzgocze zamek w drzwiach. Nie było potrzeby, by 
którekolwiek z nich musiało to znosić. Wrócił do środka i pocałował ją lekko w policzek. 
Siedziała przy kominku zajęta tkaniem czegoś.

Uśmiechnęła się do niego. — Kolejna kamizelka dla ciebie, mój rosnący synu. Tym razem 

brązowa, żeby pasowała do twoich włosów.

 Dziękuję — odparł. Złapał go skurcz w gardle. Była

wątła i zostanie teraz sama, gdyż ojciec wyruszył na wojnę.
Cóż jednak mógł zrobić, w jaki sposób sprzeciwić się temu,
co zostało postanowione? To były mroczne czasy, być może
najmroczniejsze ze wszystkich. Wyznaczono go. Nogi za
niosą go na miejsce, choćby nawet jego serce i odwaga
zostały z tyłu. Wiedział, że lepiej, by serce i dusza poszły
również, gdyż dzięki temu ofiara stanie się głębsza i będzie
prawdziwa. Zaczynał wiedzieć wiele nieoczekiwanych rze
czy. Jego podróż już się rozpoczęła.

 Gdzie Dari? — odezwał się. Głupie pytanie. — Czy

mogę go obudzić?

160

Vae uśmiechnęła się pobłażliwie. — Chcesz się pobawić? Proszę bardzo, chyba już się 

wyspał.

— Nie śpię — odezwał się zaspanym głosem Dari zza

swej zasłony. — Słyszałem, jak wszedłeś.

Finn wiedział, że to będzie najtrudniejsze. Nie wolno mu było płakać. Musiał zostawić 

Dariemu obraz siły, czysty i niezmącony. To było wszystko, co mógł mu dać.

Rozsunął zasłony i ujrzał senne oczy młodszego brata. — Chodź — powiedział. — 

Ubierzemy cię szybko i zrobimy rysunek na śniegu.

 Kwiat? — zapytał Dari. — Taki jak ten, który wi

dzieliśmy?

 Taki sam.

Nie przebywali na dworze zbyt długo. Część jego duszy krzyczała bezgłośnie, że to za 

mało i że potrzebuje więcej czasu. Dari potrzebuje go więcej. Ujrzał jednak jeźdźców, ośmiu 
jeźdźców, i ta jego część, która podróżowała, wiedziała, że to początek, a nawet to, że liczba 
się zgadza.

Gdy patrzył na nich, a Dari ściskał mocno jego dłoń, jeden z jeźdźców uniósł nagle rękę i 

pomachał w ich kierunku. Finn wzniósł powoli wolne ramię i pokiwał w odpowiedzi. Dari 
spoglądał na brata z niepewnością na twarzy. Finn uklęknął przy nim.

— Pomachaj, malutki. To są ludzie najwyższego króla

background image

i mówią nam cześć.

Nadal onieśmielony Dari podniósł maleńką dłoń skrytą w rękawiczce z jednym palcem i 

pomachał nią niepewnie. Finn musiał odwrócić na chwilę wzrok.

— Chciałbym ich dogonić, żeby chwilę z nimi poroz

mawiać, malutki — odezwał się nagle ze spokojem w gło
sie do brata, który był całą jego radością. — Muszę ich
o coś zapytać. Zaczekaj tu. Sprawdź, czy sam potrafisz na
rysować kwiat.

Podniósł się i zaczął się oddalać, by brat nie dostrzegł jego twarzy, gdyż zaczęły z niej 

skapywać łzy. Nie mógł

161

mu nawet powiedzieć na pożegnanie „kocham cię", ponieważ Dari był już wystarczająco 
duży, by wyczuć, że coś jest nie w porządku. Powtarzał to jednak tak często i wkładał w to 
tak wiele serca. To z pewnością wystarczy, biorąc pod uwagę, że mieli tak mało czasu. Z 
pewnością wystarczy?

Gdy Vae wyjrzała w chwilę później z chaty, ujrzała, że jej starszego syna nie ma. Dari 

jednak zrobił coś wspaniałego: narysował na śniegu bezbłędnie kwiat, zupełnie sam.

Vae również nie brak było odwagi i wiedziała, co nadeszło. Spróbowała wypłakać swą 

żałość, zanim wyszła na podwórko, by powiedzieć swemu synkowi, że jego najnowszy kwiat 
jest piękny i że czas już wejść do domu coś zjeść.

Ostatecznie jednak załamało ją to, że ujrzała, iż Dari poruszał się cicho w śniegu i rysował 

zgrabnie swój kwiat cienką gałązką wśród zapadającego zmierzchu, podczas gdy po twarzy 
bez ustanku spływały mu łzy.

Podążał za nimi w półmroku, a potem w świetle księżyca i ich pochodni. Z początku 

wysunął się nawet odrobinę naprzód, gdyż przeszedł na przełaj przez dolinę, podczas gdy oni 
jechali wyżej położonymi graniami. Nawet gdy go minęli — pochodnie i czerwony płomień 
po jego prawej stronie -— nie śpieszyło im się i nie został daleko z tyłu. Wiedział skądś, że 
potrafiłby dotrzymać im kroku, nawet gdyby pędzili szybko. Rozpoczął wędrówkę. To był 
wyznaczony dzień, wyznaczona noc i zbliżała się już wyznaczona godzina.

Wreszcie nastały wszystkie trzy. Nie było w nim strachu, a gdy oddalał się coraz bardziej 

od chaty, smutek również go opuszczał. Pozostawiał za sobą ludzkie sfery i przechodził w 
inne miejsce. Niemal z trudem, gdy zbliżali się do Puszczy, przypomniał sobie, by poprosić 
Tkacza, żeby uważał na Krosnach na nić kobiety imieniem Vae oraz dziecka imieniem 
Darien. Było to niełatwe, dokonał jednak tego i po tej ostatniej rzeczy poczuł, że więzy się 
zerwały. Ogień roz-

162

błysnął, by pozwolić rogowi zabrzmieć. Finn ujrzał królów i rozpoznał ich.

Usłyszał, jak Owein wykrzyknął: — Gdzie jest dziecko?

Zobaczył, iż niosąca płomień kobieta pada pod kopyta Cargaila. Pamiętał głos Oweina i 

wiedział, że brzmi w nim teraz strach i niepokój. Spali w swej grocie tak długo. Kto miał 
poprowadzić ich z powrotem w rozgwieżdżone niebo?

Doprawdy, kto?
— Nie strasz jej — powiedział. — Jestem tutaj.
Wyszedł spomiędzy drzew, minął Oweina i znalazł się

w kręgu siedmiu siedzących na wierzchowcach królów. Usłyszał, jak krzyknęli z radości, a 
potem zaczęli śpiewać wiersz Connli, który po upływie tak długiego czasu stał się takieną, 
dziecinną zabawą. Poczuł, że jego ciało i oczy zmieniają się. Wiedział, że wygląda jak dym. 
Zwrócił się w stronę groty i przemówił głosem, który — czego był świadomy — brzmiał jak 
wicher. — Iselen — zawołał i ujrzał, że jego nieskazitelnie biała klacz wyszła z jaskini. 
Dosiadł jej i, nie oglądając się za siebie, poprowadził Oweina i Łowy z powrotem w niebo.

Wszystko połączyło się w całość — pomyślał Paul. Wciąż ściskały go wewnątrz 

oszołomienie i ból. Dwa wiersze spotkały się w tym samym miejscu: dziecinna wyliczanka i 

background image

ten o Oweinie. Rozejrzał się wokół i ujrzał w świetle księżyca, że Kim nadal klęczy w śniegu. 
Podszedł do niej, również uklęknął i przytulił ją do piersi.

 On był tylko chłopcem — łkała. — Dlaczego wy

wołuję tak wiele smutku?

 Nie ty — szepnął, głaszcząc jej białe włosy. — Wez

wano go już dawno temu. Nie mogliśmy o tym wiedzieć.

 Powinnam była to odgadnąć. Potrzebne było dziecko.

Wiersz o nim wspominał.

Ani na chwilę nie przestał głaskać jej włosów. — Och, Kim, możemy czynić sobie 

uzasadnione wyrzuty z powodu wielu spraw. Daj sobie spokój z tymi, które od nas nie zależą. 
Sądzę, że nie mieliśmy o tym wiedzieć.

163

Cóż za snująca dalekosiężne plany wola — myślał Paul — posiadała wystarczające 

umiejętności przewidywania, by nadać kształt tej nocy przed tak wielu laty? Przemówił 
cicho, by dać temu wyraz:

Kiedy wędrujący ogień

Uderzy w serce kamienia

Czy podążysz?
Czy porzucisz swój dom?
Czy porzucisz swe życie?
Czy wstąpisz na Najdłuższą Drogę?

Sens takieny wypaczono w ciągu długich lat. Nie miała ona wyznaczać czterech 

odrębnych losów dla czterech różnych dzieci. Wędrującym ogniem był pierścień, który nosiła 
Kim. Kamieniem była skała, którą roztrzaskał. A wszystkie pytania dotyczyły Drogi, na którą 
wstąpił teraz Finn.

Kim uniosła głowę i popatrzyła na niego szarymi oczyma, tak podobnymi do jego 

własnych. — A ty? —- zapytała. — Wszystko z tobą w porządku?

Przed kimś innym mógłby udawać, lecz Kim była w pewnym sensie z nim spokrewniona, 

oddzielona od innych, tak jak i on, choć nie przez tę samą rzecz.

— Nie — odrzekł Paul. — Jestem tak przerażony, że nawet nie mogę płakać.
Wyczytała to z jego twarzy. Ujrzał, że jej oblicze zmieniło wyraz, stając się jemu bliskie. 

— Och — odezwała się. — Darien.

Nawet Diarmuid milczał podczas długiej powrotnej jazdy do domu. Niebo pojaśniało. 

Bliski pełni księżyc lśnił bardzo jasno i wysoko. Nie potrzebowali pochodni. Kevin jechał 
obok Kim, a Paul po jej drugiej stronie.

Spojrzawszy na nią, a potem na Paula, Kevin poczuł, że opuszcza go poczucie krzywdy. 

Było prawdą, że miał tutaj mniej do zaoferowania, zdecydowanie mniej niż jego na-

164

T

znaczeni, udręczeni przyjaciele, nie musiał też jednak dźwigać brzemienia, które w tak 
wyraźny sposób ich przygniatało Pierścień Kim nie był promiennym, przeobrażającym darem 
Spowodowanie tego, co stało się z owym chłopcem, z pe\V' nością nie było łatwe. Jak mogło 
ludzkie dziecko na id oczach przeobrazić się w istotę zbudowaną z mgły, tak roz proszoną, że 
potrafiła wzlecieć w nocne niebo i zniknąi wśród gwiazd? Wiedział, że źródłem tajemnicy są 
dwa wier sze. Miało to coś wspólnego z ich połączeniem. Choć ra: w życiu nie był pewien, 
czy chciałby dowiedzieć się więcej

background image

Paul jednak nie miał wyboru. Faktycznie wiedział wiece i nie był w stanie ukryć tego 

faktu ani napięcia wywołanegf zmaganiem z nim. Nie, uznał Kevin, tym razem nie będzif 
zazdrościł im ich ról ani żałował, że sam nie odegrał żadne w tym, co się wydarzyło.

Wiatr dął im w plecy, co ułatwiało podróż. Nagle, gd> zjechali z powrotem w otaczającą 

jezioro dolinę, Kevin po raz drugi poczuł, że powiew stał się łagodniejszy i mniej 
przenikliwy.

I tym razem ominęli chatę bokiem, wracając tą samą drogą. Spojrzał w dół i dostrzegł, że 

w oknie pali się jeszcze światło, choć było już bardzo późno. Później usłyszał, że Paul 
zawołał go po imieniu.

Zatrzymali się obaj na ścieżce. Pozostali nadal jechali naprzód. Po chwili zniknęli za 

zakrętem na stoku wzgórza.

Spoglądali na siebie przez chwilę, po czym Paul przemówił: — Powinienem powiedzieć 

ci o tym przedtem. Tam na dole jest dziecko Jennifer. Ten mały chłopiec, którego 
widzieliśmy. To jego starszy brat... w pewnym sensie... przed chwilą na naszych oczach 
odjechał z Łowami.

 Co nam wiadomo o tym chłopcu? — zapytał Kevin

ze spokojem w głosie.

 Bardzo niewiele. Rośnie nadzwyczaj szybko. To

oczywiste. Jaelle mówi, że tak to wygląda u wszystkich
andainów. Nie widać jeszcze znaku żadnych... tendencji.
— Paul wciągnął powietrze do płuc i wypuścił je. — Finn,

165

ten starszy, czuwał nad nim, podobnie jak kapłanki, za pośrednictwem dziewczynki, którą 
łączyła z Finnem mentalna więź. Teraz chłopak odszedł i została tylko matka. Czeka ich 
dzisiaj ciężka noc.

Kevin skinął głową. — Zjedziesz do nich na dół?
— Chyba lepiej będzie, jak to zrobię. Chcę jednak, żebyś

skłamał. Powiedz, że pojechałem do Lasu Mórnira, z po
wrotem do Drzewa, z powodów wiadomych tylko mnie.
Jaelle i Jennifer możesz zdradzić prawdę. W gruncie rzeczy
lepiej będzie, jeśli to zrobisz, bo i tak dowiedzą się od dziew
czynki, że Finn odszedł.

— A  więc nie pojedziesz na wschód? Na polowanie?
Paul potrząsnął głową. — Lepiej będzie, jak zostanę.

Nie wiem, co mogę poradzić, ale lepiej będzie, jak zostanę. Kevin milczał. — Powiedziałbym 
ci, żebyś uważał na siebie, ale obawiam się, że to nie oznacza tu zbyt wiele — odezwał się 
nagle.

Niezbyt — zgodził się Paul. — Ale spróbuję.

Popatrzyli na siebie. — Zrobię to, co chciałeś — do
rzucił Kevin. Zawahał się. — Dziękuję, że mi powiedziałeś.

Paul uśmiechnął się półgębkiem. — A komu miałem powiedzieć? — zapytał.
Po chwili obaj mężczyźni objęli się, pochylając się ku sobie na siodłach.
— Adios, amigo — rzucił Kevin. Odwrócił się i popę

dził kopniakiem konia do kłusa. Wierzchowiec poniósł go
za zakręt.

Paul patrzył, jak odjeżdża. Jeszcze przez długi czas stał później bez ruchu ze wzrokiem 

wbitym w zakręt ścieżki, za którym zniknął Kevin. Droga w tym miejscu nie tylko skręcała, 
lecz rozwidlała się i to bardzo ostro. Zastanowił się, kiedy znowu ujrzy swego przyjaciela. 
Gwen Ystrat leżało daleko. Oprócz wielu innych rzeczy, mogło się też zdarzyć, że będzie tam 
Galadan, a Paul poprzysiągł, że kiedy spotkają się po raz trzeci, będzie on należał do niego. O 
ile do tego dojdzie.

166

background image

Teraz jednak oczekiwało go inne zadanie, nie tak n bezpieczne, lecz mimo to mroczne. 

Odwrócił myśli od p godnego Kevina oraz władcy andainów i skierował je '. temu, który 
również był andainem i mógł jeszcze okaz się większy od ich pana, na dobre czy na złe.

Zjechał ostrożnie w dół zbocza i ominął obejście, kier jąc się światłem księżyca oraz 

bijącym z okna blaskie lampy. Do bramy wiodła ścieżka.

I coś ją blokowało.
Kogoś innego mógłby sparaliżować strach, Paula jedna nawiedziło inne uczucie, choć 

nie mniej intensywne. Ile cię kich przeżyć nagromadziło się tej jednej nocy? — pomyślą 
Zsiadł z konia i stanął na ścieżce naprzeciwko szarego ps;

Upłynął rok, a nawet więcej, lecz księżyc lśnił jasn i mężczyzna dostrzegł blizny. Blizny 

zdobyte pod Letnir Drzewem, gdy Paul był związany i bezradny wobec Gala dana, który 
przyszedł odebrać mu życie. Powstrzymał gi wówczas pies, który stał teraz na ścieżce 
wiodącej do Da riena.

Paul poczuł przeszkodę w gardle. Postąpił krok naprzód

— Jasna jest godzina — powiedział i opadł na kolan;
w śnieg.

Na moment opuściła go pewność, lecz potem wielki pies podszedł do niego i pozwolił 

otoczyć swą szyję ramionami W głębi jego gardła rozległo się warknięcie. Paul wyczuł, że 
zwierzę zaakceptowało go jako podobnego sobie.

Odchylił się, by spojrzeć mu w oczy. Wyglądały tak samo, jak wtedy, gdy po raz 

pierwszy je ujrzał, lecz teraz do nich dorósł. Stał się wystarczająco głęboki, by wchłonąć w 
siebie ich smutek. Potem dostrzegł w nich coś więcej.

— Strzegłeś go — powiedział. — Mogłem się domyślić, że to zrobisz.
Pies ponownie warknął w głębi piersi, lecz to w jego błyszczących oczach Paul odczytał 

przekaz. Skinął głową.
— Musisz odejść — stwierdził. — Twoje miejsce jest
wśród myśliwych. Coś więcej niż zbieg okoliczności spro-

167

wadziło mnie tutaj. Zostanę na noc i stawię czoło jutrzejszemu dniu.

Szary pies stał jeszcze przez chwilę naprzeciwko niego, po czym minął go z kolejnym 

niskim warknięciem, pozostawiając ścieżkę do chaty otwartą. Gdy przechodził obok, Paul raz 
jeszcze, wyraźniej, dostrzegł, jak wiele ma blizn. Serce go zabolało.

Odwrócił się. Pies uczynił to samo. Przypomniał sobie ich poprzednie pożegnanie i wycie, 

które rozległo się w sercu Lasu Boga.

— Cóż mogę ci powiedzieć? — zapytał. — Poprzy

siągłem, że zabiję wilka, gdy tylko go spotkam.

Pies uniósł głowę.
— To  mogła być pochopna obietnica — wyszeptał Paul

— ale jeśli będę martwy, któż będzie mi czynił wymówki?
Ty go przepędziłeś. Ja mam prawo go zabić, jeśli zdołam.

Szary pies podszedł z powrotem do miejsca, w którym Paul wciąż kucał na ścieżce. 

Zwierzę, które było Towarzyszem w każdym ze światów, polizało go delikatnie po twarzy, 
zanim odwróciło się ponownie, by odejść.

Paul, którego suche oczy wysłały na Letnie Drzewo, rozpłakał się. — Żegnaj — 

wypowiedział cichym głosem. — Odejdź bez obaw. Pozwala się na odrobinę jasności. Nawet 
tobie. Ranek przyniesie światło.

Patrzył, jak pies wspina się na zbocze, z którego przed chwilą sam zjechał, po czym znika 

za zakrętem, za którym pożegnał Kevina.

Wreszcie podniósł się, ujął w dłoń wodze, otworzył bramę, podszedł do stodoły i umieścił 

swego konia w pustym boksie.

Zamknął stodołę, a potem bramę. Przeszedł przez podwórko, zbliżył się do tylnych drzwi 

chaty i stanął na ganku. Zanim zapukał, podniósł wzrok. Nad jego głową lśniły gwiazdy i 
księżyc. Kilka szybko poruszających się kosmyków chmur mknęło z wiatrem na południe. 
Nie było widać nic więcej. Wiedział, że gdzieś tam są: dziewięciu jeźdźców

background image

168

r

na niebie. Ośmiu z nich było królami, ale ten, który jechał na białej klaczy, był dzieckiem.

Zapukał. — To przyjaciel. Znasz mnie — zawołał cicho, by jej nie przestraszyć.

Tym razem otworzyła drzwi szybko, zaskakując go. Oczy miała zapadnięte. Ściskała w 

dłoni szatę, którą się owinęła. — Spodziewałam się, że ktoś może przyjść — powiedziała. —  
Zostawiłam światło.

 Dziękuję — odparł Paul.

 Wejdź. On wreszcie zasnął. Bądź cicho, proszę.
Wszedł do środka. Wyciągnęła rękę, by zdjąć mu płaszcz

i zauważyła, że nie ma go na sobie. Otworzyła szeroko oczy.

 Dysponuję pewną mocą — stwierdził. — Pomy

ślałem sobie, że zostanę na noc, jeśli mi pozwolisz.

 A więc on odszedł? — zapytała. Z jej głosu dawno

już zniknęły łzy. Z jakiegoś powodu wydawało się to gorsze.

Paul skinął głową. — Cóż mogę rzec? Czy chcesz dowiedzieć się wszystkiego?

Nie brak jej było odwagi. Chciała wiedzieć. Zrelacjonował jej wszystko cichym głosem, 

by nie obudzić dziecka. Gdy skończył, powiedziała tylko: — To zimny los, jak na kogoś o 
tak ciepłym sercu.

Paul podjął próbę. — Będzie wędrował przez wszystkie światy Gobelinu. Może nigdy nie 

umrzeć.

Była jeszcze młodą kobietą, lecz tej nocy jej oczy nie były młode. — Zimny los — 

powtórzyła, kołysząc się na fotelu stojącym przed kominkiem.

W ciszy usłyszał, jak dziecko odwróciło się na drugi bok w łóżku za zaciągniętą zasłoną. 

Spojrzał w tamtą stronę.

 Nie chciał zasnąć bardzo długo — wyszeptała Vae.

—   Czekał. Dziś po południu coś zrobił. Narysował kwiat
w śniegu. Zwykle robili to razem, jak to dzieci, ale ten Dari
nakreślił sam, po odejściu Finna. I... pokolorował go.

 Co chcesz przez to powiedzieć?

 Właśnie to. Nie wiem, jak to zrobił, ale zabarwił

śnieg, żeby pokolorować kwiat. Rankiem to zobaczysz.

169

 Pewnie zniszczyłem go, przechodząc przez podwórko.

 Pewnie tak — zgodziła się. — Zostało już niewie

le nocy, ale chyba spróbuję zasnąć. Ty też wyglądasz na
bardzo zmęczonego.

Wzruszył ramionami.
— Jest tylko łóżko Finna — dorzuciła. — Przepra

szam cię.

Podniósł się. — To mi absolutnie wystarczy.
W chwilę później, w ciemności, usłyszał dwie rzeczy. Pierwszą było łkanie matki 

płaczącej za utraconym dzieckiem, a drugą wicher na zewnątrz, wzmagający się przed 
świtem.

Nadeszło wołanie. Obudziło Dariena, tak jak zawsze. W pierwszej chwili znowu wydało 

mu się, że to sen, potem jednak potarł oczy i zrozumiał, że nie śpi, choć jest bardzo 
zmęczony. Zaczął nasłuchiwać. Odniósł wrażenie, że tym razem słyszy coś nowego. Głosy w 
wietrze krzyczały do niego, by wyszedł do nich na zewnątrz, tak jak robiły to zawsze, lecz 

background image

nazywały go innym imieniem.

Było mu jednak zimno, a jeśli marznął w łóżku, na zewnątrz, w wichrze, zginąłby. Mali 

chłopcy nie mogli wychodzić na dwór podczas takiego wiatru. Czuł dotkliwy chłód. Potarł 
rozespane oczy, założył bambosze i ruszył po podłodze, by wśliznąć się do łóżka Finna.

Lecz to nie Finn w nim leżał. Z jego łóżka podniosła się jakaś ciemna postać. — Słucham 

cię, Darienie. W czym mogę ci pomóc? — powiedziała do niego.

Dari przestraszył się, ale nie krzyknął, gdyż nie chciał obudzić matki. Podreptał z 

powrotem do swego łóżka, które stało się teraz jeszcze zimniejsze, i leżał w nim, nie mogąc 
zmrużyć oka. Tęsknił za Finnem. Nie rozumiał, jak brat, który miał go kochać, mógł go 
zostawić zupełnie samego. Po chwili poczuł, że jego oczy zmieniły barwę. Zawsze wyczuwał 
to w swym wnętrzu. Zmieniły się, gdy kolorował kwiat i teraz zrobiły to samo. Leżał w 
łóżku, słysząc głowy w wietrze wyraźniej niż kiedykolwiek dotąd.

Część III

Dun Maura

ROZDZIAŁ 10

Rankiem lśniąca drużyna opuściła Paras Derval przez wschodnią bramę. Wiodło ją 

dwóch królów. Jechały w niej też dzieci monarchów: Diarmuid dan Ailell, Levon dan Ivor i 
Sharra dal Shalhassan, a także Matt Sóren, który ongiś był królem, oraz Artur Pendragon, 
którego klątwa skazywała na to, by był nim na wieki, bez odpoczynku. Było tam też wielu 
innych wybitnych i wysoko postawionych ludzi oraz pięciuset żołnierzy z Brenninu i 
Cathalu.

Szary był poranek, pod szarymi chmurami, które nadciągnęły z północy, lecz najwyższy 

król Aileron czuł się uszczęśliwiony. Uwolnił się wreszcie od bezradnego snucia planów pod 
osłoną murów swego zamku. Jego radość wywołana tym, że wreszcie może działać, biegła 
wzdłuż połączonych armii niczym złota nić.

Chciał narzucić szybkie tempo, gdyż dziś w nocy mieli w Morvran coś do zrobienia, lecz 

gdy tylko drużyna wyjechała za granice miasta, był zmuszony unieść rękę, by nakazać jej się 
zatrzymać.

Na pokrytym śniegiem zboczu, na północ od odśnieżonego traktu, rozległo się szczekanie. 

Ostry dźwięk niósł się daleko w zimnym powietrzu. Nagle, gdy najwyższy król pod 
wpływem jakiegoś instynktu nakazał ludziom postój, dobiegły do nich jeszcze trzy 
szczeknięcia. Każdy z człon-

171

ków drużyny, który znal psy, usłyszał w tym dźwięku oszalałą radość.

Gdy się zatrzymali, ujrzeli szarą postać myśliwskiego psa, która gnała na łeb na szyję 

przez zaspy w ich kierunku. Zwierzę nie przestawało szczekać i staczało się w dół ze zbocza.

To Aileron pierwszy dostrzegł światło, które zalśniło w twarzy Artura. Wojownik 

zeskoczył z siodła na trakt i z całych sił swego potężnego głosu wykrzyknął: — Cavall!

Stanął mocno na nogach i rozłożył szeroko ramiona, lecz mimo to szalony skok psa zwalił 

go z nóg. Tarzali się na ziemi we wszystkie strony. Zwierzę skowyczało w pełnej upojenia 
radości, a z głębi piersi Wojownika wydobywał się dźwięk naśladujący warkot.

Na twarzach wszystkich członków drużyny pojawiły się uśmiechy. Potem rozległ się 

śmiech przywodzący na myśl kwiaty na kamiennym pustkowiu.

Nie zważając na swe szaty czy godność, Artur bawił się na trakcie z psem, którego nazwał 

background image

Cavallem. Upłynęło sporo czasu, nim się podniósł i zwrócił w stronę pozostałych. Dyszał 
ciężko, lecz w jego oczach widniała jasność, w której Kim Ford odnalazła jakieś spóźnione 
rozgrzeszenie za to, co uczyniła na Glastonbury Tor.

— To twój pies? — zapytał Aileron z łagodną ironią.
Artur zareagował na nią śmiechem. Jego odpowiedź

przeniosła ich jednak w inne miejsce. — Mój — odparł.

 O ile można powiedzieć, że w ogóle jest czyjś. Kiedyś
należał do mnie, bardzo dawno temu, ale teraz Cavall toczy
własne wojny —   popatrzył na stojące przy nim zwierzę.

 I wydaje się, że odniósł w nich wiele ran.

Gdy pies znieruchomiał, dostrzegli ślady wielu blizn oraz nierówno zregenerowanej 

sierści, która pokrywała jego ciało. Był to okropny widok.

— Mogę ci powiedzieć, skąd się one wzięły. — Loren

Srebrny Płaszcz skierował wierzchowca ku królom i stanął
obok nich. —   Stoczył bój z Galadanem, wilczym władcą,

172

w Lesie Mórnira, by ocalić życie tego, kto stał się Dwukrotnie Narodzonym.

Artur uniósł głowę. — To był przepowiedziany bój? Machy i Nemain?

— Tak — odparła Kim, która również zbliżyła się do

nich.

Artur przeniósł wzrok na nią. — Czy to wilczy władca dąży do unicestwienia tego świata?

 Tak jest — odparła. — Ze względu na Lisen z Pu

szczy, która odrzuciła go i wybrała Amairgena.

 Nie obchodzi mnie powód — stwierdził Artur zi

mnym głosem. — To na jego wilki mamy polować?

 Jego — potwierdziła.
Zwrócił się w stronę Ailerona. — Mości królu, przedtem miałem powód, by wyruszyć na 

łowy: żeby zapomnieć
0 żalu. Teraz doszedł drugi. Czy w twojej sforze znajdzie
się miejsce dla jeszcze jednego psa?

 Czołowe miejsce — odpowiedział Aileron. — Czy

zechcesz nas teraz poprowadzić?

 Cavall to zrobi — stwierdził Artur, dosiadając ko

nia. Nie oglądając się za siebie, szary pies zerwał się do
biegu.

Ruana zaśpiewał kanior dla Ciroi, lecz nie zrobił tego jak należy. Dla Taieriego również 

nie wykonał go jak trzeba, lecz tym razem także dodał do pieśni kodę, w której błagał go o 
przebaczenie. Był bardzo osłabiony i wiedział, że brak mu sił, by podnieść się i wykonać 
bezkrwawe rytuały stanowiące serce prawdziwego kanioru. Iraima śpiewała razem z nim, za 
co wznosił dzięki, lecz Ikatere umilkł w nocy

1leżał w swej niszy, oddychając ciężko. Ruana wiedział, że
nadchodzi jego kres. Napełniało go to żałobą, gdyż przyjaźń
Ikaterego była jak złoto.

U wejścia do jaskini palili Ciroę. Do środka wpadał dym wraz z wonią zwęglonego mięsa. 

Ruana zakasłał i złamał rytm kanioru. Iraima podtrzymała go jednak. Gdyby nie to, musiałby 
zacząć od nowa: istniała koda przepraszająca za

173

niewykonanie bezkrwawych rytuałów, ale nie za zakłócenie rytmu samej pieśni.

Potem odpoczywał przez krótką chwilę, po czym, sam, ponownie zaczął słabo śpiewać 

pieśni: ostrzegawczą i zbawienną, jedną po drugiej. Jego głos zupełnie nie przypominał tego, 
jakim władał w dniach, gdy ci z innych jaskiń prosili go, by przyszedł poprowadzić kanior 
dla ich zmarłych. Nie ustawał jednak bez względu na wszystko. Cisza byłaby oznaką 
ostatecznej rezygnacji. Tylko gdy śpiewał, mógł powstrzymać swe myśli przed błądzeniem. 

background image

Nie był nawet pewien, ilu ich zostało w jaskini. Nie miał pojęcia, co dzieje się w pozostałych. 
Napadnięto na nich w ciemności, a od wielu lat nikt nie sprawdzał ich liczby.

Słodki głos Iraimy powrócił do niego podczas trzeciego cyklu pieśni ostrzegawczej. 

Potem jego serce stało się czer-wonozłote z żalu i miłości, gdy usłyszał, jak Ikatere zaśpiewał 
nisko razem z nimi przez krótki czas. Nic nie mówili, gdyż słowa oznaczały siłę, lecz Ruana 
zmienił stopniowo intonację swego głosu, by harmonizował ze śpiewem Ikate-rego. 
Wiedział, że jego przyjaciel to zrozumie.

Nagle, podczas szóstego cyklu, gdy na zewnątrz, gdzie ich strażnicy rozbili obóz na 

zboczu, zapadał półmrok, Ruana dotknął pieśnią zbawienną innego umysłu. Ponownie 
śpiewał sam. Zebrawszy resztkę sił, która mu pozostała, skupił ją w jasny punkt, choć 
kosztowało go to wiele, i wysłał jako wiązkę w kierunku istoty, którą odnalazł.

Wtem przechwyciła ona wysłaną wiązkę i odesłała z powrotem, bez wysiłku, dźwięk 

śmiechu. Ruana runął głębiej niż czerń, zrozumiał bowiem, kogo odszukał.

Głupcze! — usłyszał. W jego jaźń wbiły się lancety. Czy sądziłeś, że was nie zagłuszę? 

Jak ci się zdaje, dokąd dotarły twoje marne dźwięki?

Ruana ucieszył się, że śpiewał sam i że inni nie musieli tego znosić. Sięgnął do swego 

wnętrza. Ponownie zapragnął dostępu do nienawiści czy gniewu, choć wiedział, że będzie 
musiał odbyć pokutę za podobne życzenie. Wysłał wzdłuż

174

wiązkę, którą stworzyła pieśń: Jesteś Rakoth Maugrim. Nadaję ci imię.

W jego umysł uderzył śmiech. Sam je sobie nadałem, już dawno temu. Jaką moc chcesz 

odnaleźć w nadaniu mi imienia, głupcze z rasy głupców? Nie nadajecie się nawet na 
niewolników.

Nie możemy być niewolnikami — wysłał Ruana. Satha-in — dodał. Szydercze imię.

W jego umyśle zapłonął ogień. Czerwonoczarny. Zastanowił się, czy zdoła sprowokować 

tamtego do zabicia go. Wtedy mógłby...

Ponownie rozległ się śmiech. Nie wyślecie już żadnej klątwy krwi. Zginiecie. Wszyscy co 

do jednego. I dla ostatniego nikt nie zaśpiewa kantoru. Gdybyście spełnili me życzenie, 
znowu stalibyście się w Fionavarze potęgą. A teraz wyrwę waszą nić z Gobelinu i owinę ją 
sobie wokół szyi.

Nie jesteśmy niewolnikami — wysłał Ruana, lecz zabrzmiało to słabo.

Usłyszał śmiech, a potem wiązka pieśni złamała się.
Przez długi czas leżał w ciemności, dławiąc się dymem z palonej Ciroi, dręczony wonią 

mięsa oraz dźwiękami wydawanymi przez nieczystych podczas uczty.

Nagle, dlatego że nie miał do zaoferowania nic innego i dostępu do niczego więcej, a 

także dlatego, że nie chciał zakończyć życia w ciszy, Ruana zaczął śpiewać od nowa. 
Dołączyła do niego Iraima oraz wielce umiłowany Ikatere. Potem jego serce wyszło z czerni i 
wróciło do złota, gdy usłyszał głos Tamurego. W czwórkę spróbowali wykonać daleko 
sięgającą pieśń. Nie mieli nadziei, że dotrze aż tam, gdzie by musiała, gdyż Spruwacz ich 
zagłuszał i byli bardzo słabi. Nie po to, by przebić się do kogokolwiek, lecz aby nie umrzeć w 
milczeniu, nie jako słudzy, a nigdy jako niewolnicy, choćby ich nić została zerwana z 
Krosien i na zawsze zniknęła w Ciemności.

175

Jennifer rozumiała, że jej los był odmienny od losu Artura, choć tak wiele ich łączyło. 

Teraz to pamiętała. Już w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzała jego twarz, przypomniała sobie 
wszystko. Również gwiazdy w jego oczach nie były dla niej czymś nowym. Widziała je już 
przedtem.

Nie rzucono na nią klątwy równie mrocznej jak na niego, gdyż z jej imieniem nigdy nie 

łączyło się przeznaczenie równie wspaniałe, czy nić Gobelinu. Była jedynie czynnikiem 
wpływającym na jego los, źródłem jego gorzkiego żalu. Umarła. Umarła w opactwie 
Amesbury. Zastanawiała się teraz, jak mogła go nie rozpoznać, gdy jechała do Stonehenge. 

background image

Przyznano jej odpoczynek, dar śmierci. Nie wiedziała, ile razy wracała, by złamać Artura, z 
powodu dzieci i miłości.

Nie miała o tym pojęcia. Pamiętała jedynie pierwsze życie, gdy była Guinevere, córką 

Leodegrancea i pojechała wziąć ślub do Camelotu, który teraz zaginął i uważano go za sen.

Faktycznie był snem, lecz również czymś więcej. Przybyła tam z komnat swego ojca i 

zrobiła to, co zrobiła, kochała tak, jak kochała, zniszczyła sen i umarła.

Zakochała się tylko dwa razy w życiu, w dwóch promiennych mężczyznach swego świata. 

Drugi nie był mniej złoty od pierwszego, bez względu na to, co mówiono o tym później. Obaj 
kochali też siebie nawzajem, co sprawiło, że wszystkie kąty były równe — najdoskonalszy 
kształt, by przynieść żal.

Najsmutniejsza ze wszystkich długich historii, jakie opowiadają.
Powiedziała sobie jednak, że tym razem nie rozegra się ona raz jeszcze. Nie w Fionavarze. 

Jego tu nie ma — zapewniła i wiedziała, że to prawda, gdyż w tej sprawie — choćby nawet i 
w żadnej innej — dysponowała wiedzą. Nie było tu trzeciego z jego swobodnym, 
wzbudzającym zazdrość krokiem oraz dłońmi, które kochała. Zostałam okaleczona, ale 
przynajmniej nie zdradzę — dorzuciła jeszcze, gdy spłynął na nią deszcz światła gwiazd.

176

Dotrzyma słowa. Wszystko tu uległo zmianie, dogłęt zmianie. Rakoth Maugrim rzucił 

swój cień pomiędzy r dwoje, na to, co utkał Tkacz na Krosnach, i wszystko zosl 
splugawione. Nie zmniejszało to jej żalu, a nawet go zv kszało, gdyż widziała mrok 
Starkadh, jeśli jednak nie mo przejść na drugą stronę do miłości, nie zniszczy Artura, jak 
robiła to przedtem.

Zostanie tu, gdzie była teraz. Otoczona przez kapłai w szarych szatach, pogrążona w 

szarym kolorycie miejs do którego skryła się jej dusza, będzie spacerowała wśr kobiet z 
sanktuarium, podczas gdy Artur wyruszy na woj z Ciemnością z miłości do niej, z żalu za 
nią, a równi z powodu dzieci.

Doprowadziło ją to, gdy spacerowała wzdłuż cichyc biegnących po łuku murów 

świątyni, z powrotem do my; o Darienie. Wydawało się, że z tym również się pogodzi] 
Dzięki Paulowi. Paulowi, którego nigdy nie rozumiała, a któremu teraz ufała. Zrobiła to, co 
zrobiła. Okaże się, dok; wiedzie ścieżka.

Ostatniej nocy Jaelle opowiedziała jej o Firmie. Siedzia potem razem przez chwilę. 

Poczuła przelotny smutek na my o chłopcu wśród zimnych, rozsianych po niebie gwiazd. P( 
tem, bardzo późno, do drzwi zastukał Kevin. Złożył ofiai z krwi, jak musieli to robić 
wszyscy mężczyźni, po czyi przyszedł do nich, by powiedzieć, że Paul jest z Darienen a 
więc wszystko jest na tyle w porządku, na ile to tylko możliwf

Jaelle opuściła ich później. Jennifer pożegnała się z Ke vinem, który rankiem odjeżdżał na 

wschód. Nie mogła ni poradzić na głębokie zakłopotanie w jego spojrzeniu, lec; jej nowo 
zdobyta łagodność potrafiła przemówić do smutku który zawsze w nim wyczuwała.

Rankiem Jaelle również odjechała, pozostawiając Jennifer, by spacerowała po cichej 

świątyni. Nigdy się jej nie śniło, że mogłaby stać się równie pogodna jak teraz. Nagle jednak 
usłyszała, że niedaleko kopuły, w skrytej w ścianie niszy, ktoś rozpaczliwie płacze.

177

Nie było tam drzwi, przechodząc obok zajrzała więc do środka. Ujrzawszy, że to Leila, 

zatrzymała się. Miała już zamiar ruszyć naprzód, gdyż żal był wyraźnie widoczny, a nie 
chciała urazić dziewczęcej dumy. Leila jednak podniosła wzrok z ławy, na której siedziała.

— Przepraszam — odezwała się Jennifer. — Czy mo

gę w czymś pomóc, czy mam sobie iść?

Dziewczynka, którą pamiętała z takieny, popatrzyła na nią oczyma pełnymi łez. — Nikt 

nie może mi w niczym pomóc — odparła. — Utraciłam jedynego mężczyznę, jakiego 
kiedykolwiek mogłam pokochać!

Bez względu na całe swe współczucie i pogodny spokój, Jennifer z trudnością 

powstrzymała śmiech. Głos Leili był tak przesycony ciężką, młodzieńczą rozpaczą, że 
przypomniały się jej urazy, które sama przeżyła jako nastolatka.

background image

Z drugiej strony jednak, nigdy nie utraciła nikogo w taki sposób, jak teraz ta dziewczynka 

Finna. Z nikim też nie łączyła ją taka więź, jak tych dwoje. Opuściła ją ochota, by się 
uśmiechnąć. — Przepraszam — powiedziała raz jeszcze. — Masz powód do płaczu. Czy 
pomoże ci, jeśli powiem, że czas leczy rany?

— Gdy nadejdzie pełnia księżyca podczas przesilenia

zimowego, za pół roku — wyszeptała dziewczynka, jakby
niemal jej nie usłyszała — zapytają mnie, czy pragnę otrzy
mać święcenia i przywdziać te szaty. Zgodzę się. Nigdy nie
pokocham innego mężczyzny.

Była tylko dzieckiem, lecz w jej głosie Jennifer usłyszała niezłomne postanowienie.

Wzruszyło ją to. — Jesteś bardzo młoda — powiedziała. — Nie pozwól, by żal tak 

szybko odwrócił cię od miłości.

Usłyszawszy to, dziewczynka podniosła wzrok. — Jakie masz prawo, by to mówić? — 

zapytała Leila.

— To niesprawiedliwe — odrzekła Jennifer po chwili

wywołanego szokiem milczenia.

Na policzkach Leili lśniły łzy. — Być może — przyznała. — Ale ile razy sama kochałaś? 

Czy nie czekałaś na

178

niego przez wszystkie swe dni? A teraz, kiedy Artur tutaj, boisz się.

Była ongiś Guinevere i potrafiła dawać sobie radę z dobnymi rzeczami. W gniewie 

było zbyt wiele odcieni, pytała więc łagodnie: — Czy tak to widzisz?

Leila nie spodziewała się podobnego tonu. — Tak odparła, lecz bez wyzwania w 

głosie.

— Jesteś mądrym dzieckiem — stwierdziła Jenni

— A  być może nie tylko dzieckiem. Nie jest to całkowi
fałszywa opinia, lecz niech ci się nie wydaje, że moż
mnie osądzać, Leilo. Istnieją większe i mniejsze żale, a
staram się odnaleźć ten mniejszy.

 Mniejszy żal — powtórzyła Leila. — A gdzie j

radość?

 Nie tutaj — odparła Jennifer.

 Ale dlaczego?

To było pytanie skrzywdzonego dziecka.

 Dlatego, że już kiedyś go złamałam, dawno temu •

odpowiedziała ku własnemu zaskoczeniu Jennifer. — I dl
tego, że mnie złamano tutaj, poprzedniej wiosny. On je
skazany na smutek i wojnę, a ja nie mogę ku niemu przejś
Leilo. A nawet gdybym to zrobiła, zdruzgotałabym go pr
dzej czy później. Zawsze to robię.

 Czy to musi się powtarzać?

 Raz za razem — odrzekła. Długa historia, -r- D(

póki nie uzyska zwolnienia.

 A więc udziel mu go — odparła po prostu Leili

— Jak ma osiągnąć odkupienie, jeśli nie przez ból? Có
innego może je przynieść? Udziel mu zwolnienia.

Gdy usłyszała te słowa, wydało jej się, że powrócił d niej cały dawny smutek. Nie mogła 

tego znieść. Poczuł ostry ból we wszystkich odcieniach, od poczucia winy di żalu. Równie 
intensywne było wspomnienie miłości, miłość i pożądania oraz...

— Nie mam prawa go udzielić! — wykrzyknęła. —

Kochałam ich obu!

179

Jej krzyk poniósł się echem. Znajdowały się blisko kopuły, od której odbijał się 

background image

wielokrotnie. Oczy Leili rozwarły się bardzo szeroko. — Przepraszam — zawołała. — Prze-
praszam!

Podbiegła do starszej kobiety i wtuliła głowę w jej piersi. Zapuściła się na morza głębsze 

niż jej się zdawało.

Głaszcząc odruchowo jasne włosy Leili, Jennifer zauważyła, że ręce jej drżą. To jednak 

dziewczynka płakała, a ona dodawała jej otuchy. Ongiś, w tym innym czasie, przebywała w 
ogrodzie klasztoru w Amesbury, gdy — tuż przed zachodem słońca — przybył posłaniec. 
Kiedy pojawiły się pierwsze gwiazdy, to ona pocieszała inne kobiety, które przychodziły do 
niej do ogrodu, płacząc na wieść o śmierci Artura.

Było bardzo zimno. Jezioro zamarzło. Gdy mijali je od strony północy, skryci w cieniu 

lasu, Loren zastanawiał się, czy będzie musiał przypomnieć królowi o tradycji. Aileron 
jednak raz jeszcze go zaskoczył. Gdy podjechali do mostu nad Latham, mag ujrzał, że król 
nakazał drużynie postój. Nie oglądając się za siebie, powstrzymał wierzchowca, dopóki Jaelle 
nie minęła go na swoim, jasnosiwym. Artur przywołał swego psa do nogi. Potem najwyższa 
kapłanka ruszyła naprzód, by poprowadzić ich przez most do Gwen Ystrat.

Rzeka również zamarzła. Las chronił w pewnym stopniu przed wiatrem, lecz pod grubą 

warstwą chmur późnego popołudnia okolica sprawiała ponure, żałobne wrażenie. W sercu 
Lorena Srebrnego Płaszcza, gdy po raz pierwszy w życiu wjeżdżał na tereny Matki, gościł 
równie posępny nastrój.

Przejechali przez drugi most, nad Kharnem, w miejscu, gdzie ta rzeka również wpadała do 

jeziora Leinan. Trakt zakręcał na południe, oddalając się od lasu, w którym kryły się wilki. 
Myśliwi oglądali się przez ramię, by spojrzeć na drzewa w zimowej szacie. Myśli Lorena 
przebywały jednak gdzie indziej. Mimo woli odwrócił się i popatrzył na wschód. W oddali 
ciągnęły się turnie pasma Carnevon, pokryte lodem

180

i niemożliwe do przebycia inną drogą niż przez Khath Mei-gol, gdzie przebywały duchy 
Paraiko. Były to piękne góry, lecz oderwał od nich wzrok i skierował go bliżej, na miejsce 
oddalone o nie więcej niż dwie godziny jazdy, tuż za najbliższym szeregiem wzgórz.

Choć trudno było to dostrzec na tle ciemnoszarego nieba, wydało mu się, że dostrzega 

wznoszące się z Dun Maura pasmo dymu.

— Lorenie — odezwał się nagle Matt. — Chyba o czymś

zapomnieliśmy. To przez ten śnieg.

Loren zwrócił się w stronę swego źródła. Krasnolud nigdy nie czuł się dobrze na koniu, 

teraz jednak na jego twarzy gościła posępna mina, której powody kryły się głębiej. Ten sam 
wyraz widać było w oczach Brocka, który jechał po drugiej stronie Matta.

 O czym?

 O Maidaladan — odrzekł krasnolud. — Jutro w nocy

wypada wigilia przesilenia letniego.

Z ust maga wyrwało się przekleństwo. W chwilę później odmówił w duchu płynącą z 

głębi serca modlitwę do Tkacza przy Krosnach, modlitwę o to, by Gereint z Dalrei, który 
chciał, by spotkali się tutaj, wiedział, co robi.

Jedyne oko Matta spoglądało teraz za jego plecy. Loren odwrócił się, by również 

popatrzeć na wschód. Dym, czy pasmo chmur o innym odcieniu? Nie potrafił tego roz-
strzygnąć.

Nagle, w tej samej chwili, poczuł pierwsze oznaki budzącego się pożądania.
Jego szkolenie ułatwiało mu opór, lecz po kilku sekundach zrozumiał, że nawet znający 

wiedzę niebios wyznawcy Amairgena nie zdołają oprzeć się potędze Dany w Gwen Ystrat. 
Nie w noc poprzedzającą Maidaladan.

Drużyna przejechała za najwyższą kapłanką przez Mor-vran wśród sypiącego śniegu. Na 

ulicach byli ludzie. Kłaniali się im, lecz nie wydawali okrzyków radości. Dzień nie był do 
tego odpowiedni. Minąwszy miasto, wjechali na te-

181

reny świątynne i Loren ujrzał czekające na nich Mormae, wszystkie dziewięć. Odziane były 

background image

w czerwień. Za nimi, nieco z boku, stał Ivor z Dalrei i stary, ślepy szaman Gereint, a jeszcze 
dalej Teyrnon i Barak z ulgą malującą się na twarzach. Gdy Loren zobaczył tych dwóch, 
poczuł, że jego niepokój zelżał nieco.

Na czele stała siwowłosa kobieta o szerokich ramionach, licząca sobie dobrze ponad sześć 

stóp wzrostu. Plecy miała wyprostowane, a głowę trzymała władczo wzniesioną do góry. Ona 
również była odziana w czerwień. Loren wiedział, że to z pewnością Audiart.

— Jasna jest godzina twego powrotu, pierwsza kapłanko

Matki — odezwała się z chłodną uprzejmością. Jej głos był
niski, jak na kobietę. Jaelle jechała przed nimi i Loren nie
mógł dostrzec jej oczu. Mimo że było pochmurne popołud
nie, rude włosy kapłanki błyszczały jasno. Miała na nich
srebrny diadem. Audiart go nie nosiła.

Miał czas zauważyć to wszystko, gdyż Jaelle nie udzieliła odpowiedzi drugiej kobiecie. Z 

murów świątyni wznoszących się za plecami dziewięciu Mormae zerwał się nagle ptak. 
Łopot jego skrzydeł wydał się głośny w panującej ciszy.

Jaelle wysunęła delikatnym ruchem but ze strzemienia siodła i wyciągnęła ją ku Audiart.
Nawet z oddali Loren dostrzegł, że tamta pobladła. Wśród Mormae rozległ się cichy szept. 

Audiart znieruchomiała na chwilę ze wzrokiem wbitym w twarz Jaelle, po czym dwoma 
długimi krokami podeszła do najwyższej kapłanki, stanęła u boku jej wierzchowca i złożyła 
dłonie, by pomóc jej zsiąść.

— Mów dalej — wyszeptała Jaelle. Następnie odwróciła

się do niej plecami i przeszła przez bramę świątyni ku odzia
nym w czerwień Mormae. Loren patrzył, jak jedna za drugą
klękały, by otrzymać jej błogosławieństwo. Każda z nich,
jak sądził, była co najmniej dwa razy starsza od niej. Moc
do mocy, pomyślał, wiedząc, że czeka ich jeszcze więcej.

182

Audiart odezwała się ponownie. — Witaj, Wojowniku — powiedziała. W jej głosie 

słychać było pewne onieśmielenie, nie uklękła jednak. — W Gwen Ystrat zawsze z radością 
przywitamy tego, kogo trzy królowe odwiozły łodzią do Avalonu.

Artur skinął głową, z powagą i w milczeniu.
Audiart wahała się przez chwilę, jak gdyby liczyła na coś więcej. Następnie, bez 

pośpiechu, odwróciła się ku Aile-ronowi, który czekał na nią z beznamiętnym wyrazem bro-
datej twarzy. — Dobrze się stało, że tu jesteś — stwierdziła. — Upłynęły długie lata, odkąd 
ostatnio król Brenninu przybył do Gwen Ystrat na wigilię przesilenia letniego.

Nadała swemu głosowi taką intonację, by poniósł się daleko. Loren usłyszał, że wśród 

jeźdźców rozległy się nagle szepty. Zauważył też, że Aileron również nie pamiętał, co to za 
dzień. Nadszedł czas, by przystąpić do akcji.

Mag przesunął się do przodu i stanął u boku najwyższego króla. — Nie wątpię, że rytuały 

Bogini odbędą się równie sprawnie, jak zawsze — przemówił i to głośno. — Nas one nie 
dotyczą. Poprosiłyście najwyższego króla o pomoc i przyjechał wam jej udzielić. Jutro w 
Lesie Leinan odbędzie się polowanie na wilki — przerwał. Przeszył ją wzrokiem, czując jak 
wzbiera w nim odwieczny gniew. — Przybyliśmy tu również z innego powodu. Mamy zgodę 
i poparcie najwyższej kapłanki. Chcę, by zrozumiano, że rytuały Mai-daladan nie mogą w 
żaden sposób kolidować z obydwoma zadaniami, które mamy tu wykonać.

 Czy mag wydaje rozkazy w Gwen Ystrat? — zapy

tała głosem, który miał brzmieć lodowato.

 Najwyższy król to robi — Aileron zdążył już odzy

skać rezon. Przemawiał twardo i bez ogródek. — Jako na-
miestniczce mojej prowincji Gwen Ystrat rozkazuję ci teraz,
byś dopilnowała, żeby wszystko odbyło się tak, jak polecił
mój pierwszy mag.

Loren wiedział, że Audiart będzie szukała za to zemsty. Zanim jednak zdążyła coś 
powiedzieć, dobiegł do nich

background image

183

wysoki, słaby śmiech. Loren spojrzał w tamtą stronę i dostrzegł, że Gereint kołysze się w 
przód i w tył na śniegu, chichocząc z rozbawienia.

— Och,  młodzieńcze — krzyknął szaman. — Czy na

dal jesteś tak bardzo gwałtowny w swych namiętnościach?
Chodź! Upłynęło wiele czasu, odkąd dotykałem twoją twarz.

Upłynęła chwila, zanim Loren zdał sobie sprawę, że Gereint mówi do niego. Zsiadł z 

konia, czując żal, który cofnął go ponad czterdzieści lat w przeszłość.

Gdy tylko dotknął gruntu, poczuł kolejny, silniejszy przypływ fizycznego pożądania. Nie 

zdołał ukryć tego w pełni. Zauważył, że usta Audiart zacisnęły się z zadowolenia. Stłumił 
chęć powiedzenia jej czegoś bardzo nieuprzejmego. Podszedł do miejsca, gdzie stali Dalrei i 
uściskał Ivora jak starego przyjaciela.

— Jasne spotkanie, avenie — powiedział. — Revor był

by dumny.

Krępy Ivor uśmiechnął się. — Nie tak dumny, jak Amairgen z ciebie, pierwszy magu.
Loren potrząsnął głową. — Jeszcze nie teraz — odparł poważnym tonem. — Nie do 

chwili, gdy poprzedni pierwszy mag będzie martwy, a ja przeklnę jego kości.

 Bardzo  gwałtowny! — powtórzył Gereint.  Loren

prawie spodziewał się podobnych słów.

 Zamilcz,  starcze — odpowiedział.  Mówił jednak

cicho, by nie mógł go usłyszeć nikt oprócz Ivora. — Chy
ba że możesz stwierdzić, iż nie przyłączyłbyś się do mojej
klątwy.

Tym razem Gereint się nie roześmiał. Niewidzące oczodoły zwróciły się w stronę Lorena. 

Szaman przebiegł zdeformowanymi palcami po twarzy maga. By to zrobić, musiał podejść 
blisko, odpowiedział mu więc szeptem.

 Gdyby nienawiść w moim sercu mogła zabijać, Me-

tran byłby już trupem i żaden Kocioł nie przywróciłby mu
życia. Nie zapominaj, że uczyłem i jego.

 Pamiętam o tym — wyszeptał mag, czując jak dło-

184

nie tamtego prześlizgują się po jego twarzy. — Dlaczego jesteśmy tutaj, Gereincie? Przed 
Maidaladan?

Szaman opuścił ręce. Loren usłyszał za swymi plecami wykrzykiwane rozkazy. 

Myśliwych kierowano do wioski na wyznaczone dla nich kwatery. Podszedł do niego 
Teyrnon o okrągłej, miękkiej twarzy i bystrej inteligencji.

— Ogarnęło mnie lenistwo — oznajmił irytującym tonem Gereint. — Było zimno, a do 

Paras Derval jest daleko.

Żaden z magów nie odezwał się ani nie roześmiał, podobnie jak Ivor. — Wymieniłeś dwie 

rzeczy, młodzieńcze — odezwał się po chwili Gereint głębszym głosem. — Wilki i twoją 
misję. Wiesz jednak, równie dobrze jak ja, że czyny Bogini objawiają się trójkami.

Ani Loren, ani Teyrnon nie powiedzieli ni słowa. Żaden z nich nie spojrzał na wschód.

Pierścień zachowywał spokój, co stanowiło błogosławieństwo. Kim wciąż czuła się 

głęboko wyczerpana pracą, którą musiała wykonać poprzedniej nocy. Nie była pewna, czy 
potrafiłaby znowu poradzić sobie z ogniem po tak krótkiej przerwie. Spodziewała się go już 
od chwili, gdy przekroczyli pierwszy most. Zewsząd otaczała ją tutaj moc. Kim wyczuwała ją 
nawet przez zieloną welinową osłonę na nadgarstku, która chroniła przed magią.

Potem, gdy niesympatyczna Audiart mówiła o nocy letniego przesilenia, ta część Kim, 

która była Ysanne i posiadała jej wiedzę, zrozumiała, skąd bierze się owa moc.

Nie mogła jednak w tej sprawie nic zrobić. Nie ona, nie w tym miejscu. Dun Maura nie 

miało nic wspólnego z talentem jasnowidzącej ani z Baelrathem. Gdy drużyna zaczęła się 
rozdzielać — zauważyła, że Kevin pojechał z powrotem do Morvran razem z Brockiem oraz 

background image

dwoma ludźmi Diar-muida — udała się w ślad za Jaelle i magami do świątyni.

Tuż za zwieńczonym łukiem przejściem stała kapłanka z lśniącym, zakrzywionym 

sztyletem w dłoni. Drżąca lekko akolitka, odziana w brąz, trzymała misę.

185

Kim zobaczyła, że Loren zawahał się, Gereint zaś wyciągnął rękę, by ostrze ją nacięło. 

Wiedziała, jak trudne musi to być dla maga. Dla każdego z wyznawców wiedzy niebios ta 
ofiara krwi była skażona najmroczniejszymi odcieniami. Ysanne jednak coś jej ongiś 
opowiedziała, w chacie nad jeziorem. Kim położyła dłoń na ramieniu maga. — Rae-derth 
spędził tu kiedyś noc. Sądzę, że o tym wiesz.

Nawet teraz, wypowiadając te słowa poczuła smutek. Raederth, jako pierwszy mag, był 

tym, który zobaczył młodą Ysanne pomiędzy Mormae w tym miejscu. Dostrzegł w niej 
jasnowidzącą i zabrał ją stąd. Kochali się, dopóki nie spotkała go śmierć z rąk zdradzieckiego 
króla.

Rysy twarzy Lorena złagodniały. — To prawda — przyznał. — Sądzę, że ja też 

powinienem być w stanie tego dokonać. Czy uważasz, że powinienem przejść się po świątyni 
i znaleźć akolitkę, która dzieliłaby dziś ze mną łoże?

Przyjrzała mu się uważniej i dostrzegła napięcie, które przedtem uszło jej uwagi. — 

Maidaladan — wyszeptała. — Czy trudno ci to znieść?

— Wystarczająco trudno — odrzekł krótko, zanim ruszył w ślad za Gereintem, by 

oferować swą krew maga Danie, tak jak każdy inny mężczyzna.

Pogrążona głęboko w myślach Kim minęła kapłankę ze sztyletem i podeszła ku jednemu z 

wejść do zapadniętej w ziemię kopuły. Za ołtarzem ujrzała osadzony w bloku drewna topór o 
dwóch ostrzach. Stała w przejściu i wpatrywała się w niego, dopóki nie nadeszła jedna z 
kobiet, by zaprowadzić ją do jej pokoju.

Starzy przyjaciele — pomyślał Ivor. Jeśli w tkaninie wojny widniała choć jedna jasna nić, 

to było nią właśnie to: że czasami — jak wątek i osnowa — krzyżowały się ponownie 
ścieżki, które nie spotykały się od lat i nie zetknęłyby się już nigdy, chyba że w ciemności. 
Dobrze było, nawet w czasach takich, jak obecne, siedzieć z Lorenem Srebrnym Płaszczem, 
słyszeć zadumany głos Teyrnona, śmiech Baraka

186

i starannie wyważone myśli Marta Sórena. Dobrze też było ujrzeć mężczyzn i kobiety, o 
których już dawno słyszał, ale nigdy ich nie spotkał: Shalhassana z Cathalu i jego córkę, 
która była rzeczywiście tak ładna, jak głosiły plotki; najwyższą kapłankę Jaelle, równie 
piękną jak Sharra i równie dumną; Ailerona, nowego najwyższego króla, który był chłopcem, 
gdy Loren przywiózł go, by spędził dwa tygodnie wśród plemienia Dalrei. Ivor pamiętał, że 
był on dzieckiem cichym i bardzo biegłym we wszystkim. Wyglądało na to, że teraz został 
małomównym królem. Mówiono też, że nadal radzi sobie ze wszystkim bardzo dobrze.

Pojawił się też nowy element, kolejny owoc wojny: on, Ivor z Dalrei, spotykał się teraz z 

tymi wysoko postawionymi osobami jak równy z równymi. Nie był już tylko jednym z 
dziewięciu wodzów z Równiny, ale władcą, pierwszym avenem od czasów samego Revora. 
Bardzo trudno było to ogarnąć. Leith w domu zaczęła tytułować go avenem. Ivor wiedział, że 
robi to tylko półżartem. Widział jej dumę, choć prędzej Równina zostanie zalana przez morze,
nim jego żona przyzna się do tego głośno.

Wspomnienie Leith nasunęło kolejną myśl. Gdy jechał na południe, do Gwen Ystrat, 

poczuł nagle, jak pożądanie uderzyło jego lędźwie niczym młot. Zaczął rozumieć, co oznacza 
Maidaladan. Raz jeszcze poczuł wdzięczność dla Gereinta za to, że poradził mu, by zabrał ze 
sobą żonę. Jutrzejszą nocą Morvran ogarnie szaleństwo. Nie był w pełni zadowolony z tego, 
że i Lianę pojechała na południe razem z nimi. Niemniej niezamężne kobiety Dalrei nie 
słuchały w tych sprawach wskazówek żadnego mężczyzny. A Lianę, pomyślał z żalem lvor, 
słuchała wskazówek w bardzo niewielu sprawach. Leith twierdziła, że to jego wina. Zapewne 
tak było.

Żona oczekiwała na niego w pokojach przydzielonych im tutaj w świątyni. Pójdzie do niej 

background image

później. Teraz czekało go zadanie, które trzeba było wykonać pod kopułą, wśród woni 
płonącego kadzidła.

187

W tym miejscu zebrali się dwaj ostatni magowie w Bren-ninie ze swymi źródłami, 

najstarszy i zdecydowanie najpotężniejszy szaman z Równiny, białowłosa jasnowidząca 
Najwyższego Królestwa oraz najwyższa kapłanka Dany w Fionavarze. Tych siedmioro miało 
teraz przeniknąć przez cienie przestrzeni i czasu, by podjąć próbę otwarcia drzwi: drzwi, za 
którymi leżało źródło zimowych wichrów oraz lodu w dniu przesilenia letniego.

Siedmioro wędrowców i czterech świadków: królowie

Brenninu i Cathalu, aven Dalrei oraz ostatni człowiek w po
mieszczeniu, Artur Pendragon, Wojownik, któremu, jako je
dynemu z obecnych tu mężczyzn, nie kazano złożyć ofiary
z krwi.

'*■

— Stój! — zawołała Jaelle do kapłanki przy wejściu.

Ivor zadrżał lekko, przypomniawszy sobie jej głos. — Nie
ten. On spotkał się z Daną w Avalonie.

Odziana na szaro kobieta opuściła nóż, by pozwolić Arturowi przejść.

On też dotarł, podobnie jak Ivor i pozostali, do tej pogrążonej w ziemi komnaty skrytej 

pod kopułą. To robota Gereinta — pomyślał aven, rozdarty między dumą a lękiem. Znaleźli 
się tutaj przez szamana i to on przemówił jako pierwszy z zebranych. Nie powiedział jednak 
tego, czego spodziewał się Ivor.

— Jasnowidząca Brenninu — oznajmił Gereint. — Je

steśmy tu po to, by spełnić twe polecenia.

A więc wszystko spadło na nią. Nawet w tym miejscu wszystko spadło na nią, tak jak 

działo się to ostatnio z wieloma rzeczami. Ongiś, i to nie tak dawno temu, ogarnęłyby ją 
wątpliwości. Zastanawiałaby się, dlaczego. Zapytałaby w myśli, jeśli nawet nie na głos, kim 
była, że zebrane tu moce ustępują jej przewodnictwa? Kimże jesteś — wykrzyknąłby jej 
wewnętrzny głos — by tak miało się dziać?

To już jednak była przeszłość. Jedynie drobnym, głęboko ukrytym zakątkiem umysłu 

żałując utraconej niewinności,

188

Kim zaakceptowała uległość Gereinta jako słusznie należną jedynej prawdziwej 
jasnowidzącej w komnacie. Gdyby nie zaoferował jej przewodnictwa, sama by je przejęła. 
Byli w Gwen Ystrat, które należało do Bogini, a co za tym idzie do Jaelle, lecz podróż, jaką 
mieli teraz odbyć, wchodziła w zakres kompetencji Kimberly, a nie nikogo innego. Jeśli 
groziło im niebezpieczeństwo, to ona musiała stawić mu czoło.

 Loren i Jaelle już raz mi towarzyszyli — oznajmiła,

głęboko świadoma obecności Ysanne, a także bieli swych
włosów. — Kiedy wyciągnęłam Jennifer ze Starkadh —
wydało jej się, że światło świec na ołtarzu zamigotało, gdy
wymieniła tę nazwę. — Teraz zrobimy to samo, z Teyrno-
nem i Geremtem na dodatek. Naprowadzę się na obraz zimy
i spróbuję przedostać się poza tę wizję, do umysłu Spruwa-
cza. Mam nadzieję, że osłoni mnie welin. Będzie mi po
trzebne wasze wsparcie.

 A co z Baelrathem?

To była Jaelle, przejęta i skupiona. Nie czuło się w niej teraz goryczy. Nie z tego powodu. 

— To czysta sztuka jasnowidzącej — odparła Kim. — Nie sądzę, by kamień się rozjarzył.

Kapłanka skinęła głową.

 A jeśli przedostaniesz się poza wizję, co wtedy? —

zapytał Teyrnon.

 Czy dacie radę zostać ze mną? — zwróciła się do

background image

obu magów.

Loren skinął głową. — Sądzę, że tak. Chodzi ci o to, żebyśmy ukształtowali artefakt?
— Tak jest. Taki, jak ten zamek, który pokazałeś nam,

zanim przybyliśmy tu po raz pierwszy.

Odwróciła się w stronę królów. Było ich tu trzech, a także czwarty, który ongiś był 

monarchą i miał nim pozostać na zawsze, przemówiła jednak do Ailerona: — Mości naj-
wyższy królu, trudno ci będzie cokolwiek dostrzec, lecz wszyscy z nas mogą pod wpływem 
mocy utracić zdolność

189

widzenia. Jeśli pojawi się coś ukształtowanego przez magów, musisz zapamiętać, co to 
będzie.

 Zrobię to — odparł swym silnym, pozbawionym

modulacji głosem. Popatrzyła na szamana.

 Czy jest coś jeszcze, Gereincie?

 Zawsze jest coś jeszcze — odparł. — Ale nie wiem,

co to takiego. Może się jednak okazać, że potrzebny nam
pierścień.

 Może — odpowiedziała krótko. — Nie potrafię mu

nic narzucić.

Samo wspomnienie jego ognia sprawiło jej ból.

— Oczywiście, że nie — zgodził się ślepy szaman. —

Poprowadź nas. Podążę tuż za tobą.

"

Przygotowała się. Popatrzyła na pozostałych, ustawionych w krąg wokół niej. Matt i 

Barak rozstawili szeroko nogi, a Jaelle zamknęła oczy. Zobaczyła teraz, że Teyrnon uczynił 
to samo. Spojrzała w oczy Lorenowi Srebrnemu Płaszczowi.

— Jeśli się nie uda, będzie po nas — stwierdził mag.

— Poprowadź nas, jasnowidząca.

— Chodźcie więc! — krzyknęła. Zamknęła oczy i za

częła spadać wciąż w dół poprzez warstwy świadomości.
Czuła, jak jedno za drugim wnikają do jej wnętrza: Jaelle
czerpiąca z mocy avarlith; dwaj magowie: Loren gwałtowny
i namiętny, Teyrnon wyraźny i jasny; następnie Gereint,
który sprowadził swe totemowe zwierzę — latającą w nocy
keię z Równiny. Był to dar dla niej i dla nich wszystkich
— dar jego sekretnego imienia.

Dziękuję — wysłała do niego, po czym objęła sobą ich wszystkich i runęła, jak gdyby 

rzuciła się do wody płaskim, długim skokiem, w sen na jawie.

Było tam bardzo ciemno i zimno. Kim zwalczyła strach. Mogła tu zabłądzić. Było to 

możliwe. Jeśli jednak jej się nie uda, będzie po nich. Loren mówił prawdę. W jej sercu 
zapłonął lśniący gniew, nienawiść do Ciemności tak jasna, że Kim wykorzystała ją, by 
ukształtować obraz w głę-

190

bokim, spokojnym miejscu do którego przybyli, na dn sadzawki.

Nie przygotowała go z góry. Postanowiła pozwolić, 1 sen sam objawił swój 

najprawdziwszy kształt. Tak też s stało. Poczuła, że pozostali dostrzegli go. We wszystkii 
odcieniach odczuwanego przez siebie żalu, gniewu i pełń bólu miłości do rzeczy, którą 
splugawiono, ujrzeli ów w raźny obraz Daniloth rozświetlonego na znak wyzwani otwartego 
i pozbawionego obrony wśród obcego krajobraz pokrytego lodem i śniegiem.

Przedostała się do wnętrza wizji. Nie udała się ku świa łu, choć tęskniła za nim całym 

sercem, lecz skierowała pr< sto w otaczającą je posępną zimę. Posuwając się naprze z całą 
swą mocą, sięgnęła do tyłu, po siłę pozostałych, p czym uczyniła z siebie strzałę 
wypuszczoną z łuku świat] prosto w kształt zimy.

I przebiła się na drugą stronę.

background image

Kompletna czerń. Obraz zniknął. Kręciła się wokół os Nie był to już kontrolowany lot. 

Leciała prosto w ciemnoś i to bardzo szybko. Nie miała nic, czego mogłaby się uchw) cić, 
żadnego oparcia, nic...

Jestem tutaj. Loren tu był.
I ja. Jaelle.
Zawsze. Odważny Teyrnon.
Wciąż jednak otaczał ją mrok i zapuściła się weń tai głęboko. Nie istniało tu żadne 

poczucie przestrzeni czy ściai ani miejsce, ku któremu mogłaby sięgnąć, nawet w towarzy 
stwie pozostałych. Ich siły nie wystarczały. Nie w miejscu w którym się znalazła, tak głęboko 
wśród dzieł Maugrima Było tu tak wiele Ciemności. Widziała to już raz — gdy udałi się po 
Jennifer i wydostała na zewnątrz. Teraz jednak ni< było drogi wyjścia, a musiała dotrzeć 
jeszcze bardzo daleko

Nagle odnalazł się piąty z nich, który odezwał się do niej
Pierścień. Usłyszała Gereinta, jak gdyby przemawia głosem samej kei, nocnego 

stworzenia, strażnika drogi dc świata zmarłych.

191

Nie mogą! — rzuciła, lecz gdy tylko nadała kształt tej myśli, poczuła straszliwy ogień, a 

w jej umyśle pojawił się czerwony blask.

Oraz ból. Nie wiedziała, że krzyknęła na głos w świątyni. Nie zdawała też sobie sprawy, 

jak szalona jasność rozjarzyła się pod kopułą.

Płonęła. Była zbyt blisko. Zapuściła się za daleko w pajęczynę Ciemności, za blisko serca 

mocy. Zewsząd otaczały ją płomienie, a ogień nie tylko daje światło. Również parzy, a był 
teraz wokół niej. Znajdowała się...

Ukojenie. Chłodzący oddech przypominający nocny wietrzyk muskający jesienią trawy 

na Równinie. Gereint. A teraz ktoś jeszcze: blask księżyca padający na Calor Diman, 
Kryształowe Jezioro. To był Loren, za pośrednictwem Marta.

A potem podnieta: Naprzód! — krzyknęła Jaelle. Jesteśmy już blisko celu.
I siła Teyrnona, chłodna w samej swej istocie. Musimy chyba zejść głębiej, ale jestem 

tutaj.

Wznowiła wędrówkę. Mknęła naprzód i w dół. Straciła już niemal orientację, jak głęboko 

musi się jeszcze zapuścić. Był tu ogień, lecz pozostali jej strzegli. Mogła to wytrzymać i 
wytrzyma. Była to dzika magia, ale to nie Ciemność, stanowiąca kres wszystkiego.

Nie była już strzałą. Przeobraziła się w kamień i runęła w dół. Gnana potrzebą, namiętną 

tęsknotą za Światłem, zapuściła się w Ciemność. Czerwony kamyk spadający w tajemne 
serce, pełne robactwa jaskinie zamiarów Maugrima. Spadała w ową czeluść, odrzuciwszy 
wszystkie cumy poza jedną, wzdłuż której mogła przesłać, zanim umrze i zaginie bez śladu, 
jeden wyraźny obraz, któremu magowie nadadzą kształt w nakrytej kopułą komnacie leżącej 
tak nieskończenie daleko.

Za daleko. Głębia była zbyt wielka, a ona posuwała się tak szybko. Jej jaźń przerodziła się 

w zamazaną plamę, cień. Nie mogli utrzymać z nią kontaktu. Zostawiała ich za sobą, jednego 
po drugim. Loren, który był ostatni, wydał krzyk rozpaczy, gdy poczuł, jak wyślizguje się z 
jego uścisku.

192

Został więc ogień oraz Rakoth i nikt już nie mógł powstrzymać żadnego z nich. Zgubiła 

się. Była sama.

A przynajmniej powinna być sama. Gdy jednak spadała, płonąc, w dół, wykryła nowy 

umysł, pogrążony tak głęboko w Ciemności, że nie mogła niemal uwierzyć w jego obecność.

Ogień ponownie zelżał. Mogła istnieć, mogła się poruszać przez ból. Nagle — niczym we 

wspomnieniu o czystym, spokojnym miejscu — usłyszała, jak ktoś śpiewa niskim głosem.

Mrok leżał między nimi niczym stworzenie o czarnych skrzydłach. Zasłonił przed nią 

nieznajomego. Było już niemal po niej. Niemal, ale nie do końca. Była już czerwoną strzałą i 
kamieniem. Teraz przekształciła się w miecz. On również musiał być czerwony. Odwróciła 
się. W tym pozbawionym kierunków świecie zdołała jakoś się odwrócić i, rozjarzywszy swe 

background image

serce po raz ostatni, przecięła zasłonę, znalazła tamtego w miejscu, gdzie się krył, i 
pochwyciła obraz, by przesłać go z powrotem. Musiała zrobić to sama, gdyż magowie 
zniknęli. Ostatnią resztką swej mocy, używając ognia tak jak miłości, cisnęła wizję za siebie, 
niewyobrażalnie daleko, w stronę sanktuarium w Gwen Ystrat. Potem zapadła ciemność.

Była stłuczonym naczyniem, piszczałką, na której mógłby grać wiatr, gdyby wiatr w tym 

miejscu był możliwy. Była podwójną duszą pozbawioną kształtu. Pierścień zgasł całkowicie. 
Zrobiła, ile tylko mogła.

Ktoś jednak z nią był i nie przestawał śpiewać.

Kto to? — wysłała, gdy wszystko zaczęło z niej uchodzić.
Ruana — padła odpowiedź. Uratuj nas — wysłał. Uratuj.
Nagle zrozumiała, a zrozumiawszy, zdała sobie sprawę, że nie może go tak zostawić. Nie 

było jeszcze dla niej uwolnienia. Tutaj nie istniały kierunki, lecz jego śpiew rozbrzmiewał na 
północny wschód od miejsca, gdzie leżało jej ciało.

W Khath Meigol, gdzie ongiś byli Paraiko.

193

Jesteśmy tam — wysłał. Wciąż jesteśmy. Uratuj nas.

W pierścieniu nie było już ognia. Mając za przewodnika przez czerń jedynie powolny 

śpiew, zaczęła długą wspinaczkę ku tej odrobinie światła, która jeszcze istniała.

Gdy Baelrath rozjarzył się, Ivor zacisnął powieki, w równym stopniu z powodu bólu 

rozbrzmiewającego w krzyku jasnowidzącej, jak i pulsującego, czerwonego blasku. Po-
proszono ich jednak, by byli świadkami i w chwilę później zmusił się do otwarcia oczu.

Trudno było cokolwiek dojrzeć w raniącym blasku Wojennego Kamienia. Widział jedynie 

postacie młodej jasnowidzącej oraz pozostałych, którzy ją otaczali. Zauważył skurcz 
cierpienia na twarzach Matta i Baraka. Miał poczucie, że widzi straszliwy, niemal niszczący 
wysiłek. Jaelle zaczęła dygotać. Gereint wyglądał jak eriduńska maska pośmiertna. Serce 
zabolało Ivora na myśl, że zawędrowali tak daleko, tocząc podobną, milczącą bitwę.

W tym samym momencie gdy o tym pomyślał, komnatę wypełniły niosące się echem 

głosy. Jaelle, Gereint i wysoki Barak niemal jednocześnie krzyknęli z rozpaczy i bólu. Matt 
Sóren milczał jeszcze przez chwilę. Pot spływał po jego porowatej twarzy. Nagle źródło 
Lorena również krzyknęło, głębokim, rozdzierającym głosem. Krasnolud runął na podłogę.

Gdy Ivor wraz z Arturem i Shalhassanem pognali na pomoc, usłyszeli, jak Loren Srebrny 

Płaszcz wyszeptał bezbarwnym, odrętwiałym głosem. — Za daleko. Zapuściła się za daleko. 
To koniec.

Ivor wziął w ramiona łkającego Baraka i poprowadził go na stojącą pod łukiem ściany 

ławę. Potem wrócił, by w ten sam sposób pomóc Gereintowi. Szaman drżał niczym ostatni 
liść na drzewie targany jesiennym wiatrem. Ivor bał się o niego.

Najwyższy król Aileron nie poruszył się. Nie oderwał też wzroku od Kim. Światło gorzało 

jeszcze, a jasnowidząca ledwo trzymała się na nogach. Ivor spojrzał na jej twarz, po czym 
odwrócił pośpiesznie wzrok: usta miała szeroko otwar-

194

te w nie kończącym się, bezdźwięcznym krzyku. Wyglądała, jakby palono ją żywcem.

Podszedł z powrotem do Gereinta, który wciągał w płuca powietrze, szybko i 

rozpaczliwie oddychając. Jego pomarszczona twarz miała szary kolor, nawet w czerwonym 
świetle. Nagle, gdy Ivor uklęknął obok swego szamana, jasność eksplodowała ponownie, 
blaskiem tak szalonym, że poprzednia łuna wydała się przy niej blada. Wszędzie wokół za-
pulsowała uwolniona z okowów obecność mocy. Ivorowi wydało się, że świątynia zatrzęsła 
się w posadach.

Usłyszał krzyk Ailerona: — Mamy obraz! Patrzcie!
Ivor spróbował to zrobić. Odwrócił się akurat na czas, by zobaczyć, że jasnowidząca pada 

na podłogę i dostrzec niewyraźny kształt unoszący się w powietrzu obok niej, lecz światło 
było zbyt czerwone, zbyt jasne. Oślepiło go. Poparzyło. Nie mógł niczego dojrzeć.

A potem zapadła ciemność.

background image

Albo tak mu się zdawało. Na ścianach nadal płonęły pochodnie, a na kamiennym ołtarzu 

świece, lecz w umyśle Ivora wciąż tańczył oszalały blask Baelratha, aven odnosił więc 
wrażenie, że otacza go mrok. Owładnęło nim poczucie przegranej. Coś się wydarzyło. Nawet 
bez pomocy magów Kim zdołała w jakiś sposób przesłać obraz. Teraz leżała na podłodze, 
najwyższy król stał nad nią, a Ivor nie miał pojęcia co im przekazała spazmem, który 
wyglądał na ostatnie drgnienie jej duszy. Nie mógł dostrzec, czy dziewczyna oddycha. W 
ogóle widział bardzo niewiele.

Poruszył się jakiś cień. To Matt Sóren dźwignął się z podłogi.
Ktoś się odezwał. — Było za jasno — powiedział Shal-hassan. — Nic nie zobaczyłem.
W jego głosie brzmiał ból.

 Ja też nie — wyszeptał Ivor. Odzyskiwał wzrok, lecz

było już o wiele za późno.

 Ja zobaczyłem — oznajmił Aileron. — Ale nie ro

zumiem tej wizji.

195

 To był Kocioł — w niskim głosie Artura Pendrago-

na brzmiała spokojna pewność. — Ja również go zauwa
żyłem.

 Tak jest, Kocioł — potwierdził Loren. — WCader

Sedat. To już wiemy.

—- Ale to nie ma związku — sprzeciwiła się słabym głosem Jaelle. Sprawiała wrażenie, 

że zaraz zemdleje. — On przywraca do życia niedawno zmarłych. Co ma wspólnego z zimą 
Kocioł z Khath Meigol?

No właśnie, co? — pomyślał Ivor. Nagle usłyszał głos Gereinta. — Młodzieńcze — 

wychrypiał szaman niemal niesłyszalnym głosem — to jest godzina magów. Dożyłeś tej 
chwili. Pierwszy magu Brenninu, do czego on używa Kotła?

Godzina magów — pomyślał Ivor. W świątyni Dany

w Gwen Ystrat. Gobelin utkano w sposób naprawdę prze
kraczający wszelkie pojęcie.

■■••"'■

Nie zważając na ich błagalne spojrzenia, Loren zwrócił się powoli ku swemu źródłu. Mag 

i krasnolud popatrzyli na siebie tak, jakby w komnacie — i na całym świecie — nie było 
nikogo poza nimi. Nawet Teyrnon i Barak wpatrywali się w obu z oczekiwaniem. Ivor 
zauważył, że wstrzymuje oddech, a jego dłonie powilgotniały.

 Czy pamiętasz — odezwał się nagle Loren, a w jego

słowach Ivor usłyszał ton mocy, który brzmiał w głosie
Gereinta, gdy ten przemawiał w imieniu boga. — Czy pa
miętasz Księgę Nilsoma?

,

 Przeklęte niech będzie jego imię — odparł Matt

Sóren. — Nie czytałem jej, Lorenie.

 Ja też nie — dorzucił cichym głosem Teyrnon. —

Przeklęte niech będzie jego imię.

— A ja czytałem — odparł Loren. — I Metran też.
Przerwał. — Wiem, co on robi i w jaki sposób.

Ivor wypuścił głośno powietrze z płuc i wciągnął je ponownie. Usłyszał, że wszyscy 

wokół zrobili to samo. W jedynym oku Marta Sórena ujrzał błysk takiej samej dumy, z jaką 
spoglądała niekiedy na niego Leith. — Wiedziałem,

196

że to odgadniesz — powiedział cicho krasnolud. — Czy więc czeka nas bitwa?

— Obiecałem ci ją już dawno temu — odparł mag. Wo

rowi wydało się, że urósł on na ich oczach.

— Chwała Tkaczowi! — zawołał nagle Aileron.
Wszyscy spojrzeli pośpiesznie w jego stronę. Najwyższy

król przykucnął, by podtrzymać w ramionach głowę Kim. Ivor dostrzegł, że dziewczyna 

background image

znowu oddycha normalnie, a jej twarz odzyskała kolory.

Czekali w skupionym milczeniu. Ivor, bliski łez, ujrzał, jak młoda była jej twarz pod 

białymi włosami. Wiedział, że zbyt łatwo skłonić go do płaczu. Leith często się z tego 
wyśmiewała. Z pewnością jednak teraz mógł sobie na to pozwolić? Widział łzy na twarzy 
najwyższego króla, a także podejrzany blask w oczach ponurego Shalhassana z Cathalu. Czy 
w takim towarzystwie Dalrei nie może się rozpłakać? — pomyślał.

Po krótkiej chwili otworzyła oczy. W ich szarości widać było ból oraz olbrzymie 

zmęczenie, lecz gdy przemówiła, jej głos brzmiał wyraźnie.

 Znalazłam coś — powiedziała. — Spróbowałam to

wysłać. Czy mi się udało? Czy to wystarczyło?

 Udało ci się i wystarczyło — odparł ochrypłym gło

sem Aileron.
Uśmiechnęła się z prostotą dziecka. — To dobrze — stwierdziła. — W takim razie teraz 
zasnę. Mogłabym spać całe dni. Zamknęła oczy.

ROZDZIAŁ 11

Teraz już wiesz — odezwał się Carde, mrugając znacząco — dlaczego mężczyźni z 

Gwen Ystrat zawsze wyglądają na tak zmęczonych!

197

Kevin uśmiechnął się i osuszył swój kielich. W tawernie było zaskakująco mało ludzi, 

biorąc pod uwagę panujący tej nocy nastrój. Wyglądało na to, że zarówno Aileron, jak i 
Shalhassan wydali stosowne rozkazy. Najwyraźniej jednak drużynę Diarmuida jak zwykle 
wyłączono spod podobnych dyscyplinujących zarządzeń.

— To w najlepszym razie połowa prawdy — odpowie

dział Carde'owi Erron. Uniósł rękę, by zamówić następną
butelkę wina z Gwen Ystrat, po czym zwrócił się w stronę
Kevina. — On trochę się z ciebie naigrawa. Słyszałem, że
to uczucie utrzymuje się w pewnym stopniu przez cały rok,
ale tylko w nieznacznym. Dzisiejsza noc jest inna. A wła
ściwie jutrzejsza, ale to ujawnia się już dzisiaj. To, co czu
jemy teraz, zdarza się tylko podczas Maidaladan.

Oberżysta przyniósł zamówione wino. Usłyszeli, że na piętrze otworzyły się drzwi. W 

chwilę później przez poręcz przechylił się Coli. — Kto następny? — zapytał z uśmiechem.

— Ruszaj — odezwał się Carde. — Przypilnuję, żeby

wino ci się nie ogrzało.

Kevin potrząsnął głową — Opuszczę kolejkę — powiedział, gdy Coli złaził ciężko ze 

schodów.

Carde uniósł brwi. — Drugiej propozycji nie będzie — stwierdził. — Nie czuję się dziś aż 

tak szczodry, zwłaszcza że mamy tu bardzo mało kobiet.

Kevin roześmiał się. — Dobrej zabawy — powiedział, unosząc kielich, który napełnił dla 

niego Erron.

Coli wśliznął się na miejsce Carde'a. Nalał sobie wina i opróżnił kielich jednym łykiem, 

po czym przeszył Kevina zaskakująco bystrym spojrzeniem. — Czy boisz się jutrzejszego 
dnia? — zapytał cicho, tak by nie usłyszano go przy innych stołach.

— Odrobinę — odparł Kevin. To było najłatwiej po

wiedzieć. Po chwili zdał sobie sprawę, że znalazł drogę
wyjścia. — A właściwie — wyszeptał — więcej niż od
robinę. Chyba nie mam dziś ochoty się bawić — podniósł
się. — W gruncie rzeczy, chyba położę się spać.

background image

198

 To nie jest zły pomysł, Kevinie — powiedział Erron

ze zrozumieniem w głosie. — Zresztą prawdziwa zabawa
odbędzie się jutrzejszej nocy. To, co czujemy teraz, ulegnie
dziesięciokrotnemu wzmocnieniu. Gdy już zaliczysz polo
wanie na wilki, poczujesz się gotowy przelecieć kapłankę
albo i trzy.

 One wychodzą na zewnątrz? — zapytał Kevin, za

trzymując się na chwilę.

 Tylko tej jednej nocy w roku — odparł Erron. —

To  część rytuałów ku czci  Liadona — uśmiechnął się
z przekąsem. — Jedyna przyjemna część.

Kevin odwzajemnił jego uśmiech. — W takim razie zaczekam do jutra. No to, do rana.
Klepnął Colla w ramię, założył płaszcz i rękawiczki, po czym wyszedł w przenikliwy 

chłód nocy.

Nie jest dobrze — myślał — kiedy musi się okłamywać przyjaciół. Rzeczywistość była 

jednak za trudna i odsunęłaby go od pozostałych zbyt daleko. Zresztą była to jego prywatna 
sprawa. Niech sobie myślą, że dręczy go lęk przed polowaniem. To było lepsze niż prawda.

Ta zaś wyglądała tak, że nie odczuwał nawet odrobiny pożądania, które ogarnęło 

wszystkich pozostałych członków drużyny. Absolutnie nic. Jedynie dzięki toczącym się 
wszędzie wokół rozmowom zdołał się dowiedzieć, że dzieje się coś niezwykłego. Bez 
względu na to, czym był rozbudzony erotyzm, który towarzyszył w tym miejscu wigilii 
przesilenia letniego — tak silny, że nawet kapłanki Bogini wychodziły ze świątyni, by się 
kochać — to, co się działo, nie raczyło uwzględnić jego osoby.

Wiatr był z piekła rodem. Gorszy nawet niż podczas grudniowych wakacji, które spędził 

ongiś na prerii. Ciął jego skryte pod płaszczem ciało niczym kosa. Nie wytrzyma na dworze 
długo. Nikt nie mógłby wytrzymać. W jaki sposób — pomyślał Kevin — można walczyć z 
wrogiem, który potrafi dokonać czegoś takiego? Przypomniał sobie, że poprzysiągł, iż 
pomści Jennifer. Jego usta wykrzywiły się w wyrazie

199

gorzkiej ironii. Cóż to była za fanfaronada. Po pierwsze, nie było nawet wojny, w której 
mógłby walczyć. Rakoth Mau-grim miażdżył ich uderzeniami młota uczynionego z wichru i 
lodu. Po drugie — i ta prawda zwijała się w nim niczym sprężyna od chwili, gdy przybyli tu 
ze Stonehenge — nie byłoby z niego żadnego pożytku, nawet gdyby zdołali w jakiś sposób 
położyć kres zimie i gdyby zaczęła się walka. Wspomnienie tego, jak bezproduktywnie 
wymachiwał rękami podczas bitwy na Równinie, trzy noce temu, nadal go paliło.

Zostawił już za sobą zazdrość. Nie męczyła go ona zresztą zbyt długo, gdyż nie stanowiła 

właściwie części jego natury. Był jednak przyzwyczajony do tego, że potrafi coś zrobić. Nie 
zazdrościł już Paulowi czy Kim ich mrocznych, uciążliwych mocy. Żal, jakiego 
doświadczyła Kim poprzedniej nocy w Puszczy Pendaran, oraz samotność Paula przegnały to 
uczucie, pozostawiając w jego miejsce coś w rodzaju litości.

Nie pragnął dla siebie ich ról ani pozwalającej władać toporem siły Dave'a, a żadna 

zdrowa na umyśle osoba nie chciałaby udziału w losie, który odnalazła Jennifer. Życzył sobie 
jedynie mieć jakieś znaczenie, odnaleźć sposób, by móc w choć niewielkim stopniu spełnić 
płynącą z głębi serca przysięgę, którą złożył.

A właściwie dwie przysięgi. Zrobił to dwukrotnie. Pierwszy raz w wielkiej sali pałacowej, 

gdy Brendel przyniósł wiadomość o śmierci lios alfarów i porwaniu Jennifer. A potem po raz 
drugi, kiedy Kim sprowadziła ich do domu i spojrzał na to, co uczyniono kobiecie, którą 
kochał. Nakazał sobie wtedy nie odwracać wzroku, by owa paląca wizja pozostała w nim na 
zawsze, na wypadek, gdyby kiedykolwiek opuściła go odwaga.

Ten obraz nadal tam był. Nie brak mu było również — a przebadał się pod tym kątem — 

odwagi. Bez względu na to, co mogli myśleć pozostali, nie czuł strachu przed jutrzejszymi 
łowami, a jedynie gorzką, szczerą świadomość, że będzie na nich po prostu balastem.

background image

200

A dla Kevina Laine'a była to najtrudniejsza do zniesienia sytuacja we wszystkich 

światach. Wyglądało na to, że tutaj, w Fionavarze, jest skazany na całkowitą niemoc. Raz 
jeszcze jego usta wykrzywiły się gorzko na mrozie, gdyż słowo to było w owej chwili 
szczególnie trafne. Każdy mężczyzna w Gwen Ystrat czuł siłę przyciągania Bogini. Każdy 
oprócz Kevina, któremu przez całe dorosłe życie nieustannie towarzyszył głęboki wpływ 
pożądania, znany jedynie kobietom, które spędziły z nim noc.

Jeśli miłość i pożądanie należały do Bogini, to najwyraźniej ona również go opuściła. Cóż 

więc mu pozostało?

Potrząsnął głową. Za bardzo litował się nad sobą. To, co pozostało, nadal było Kevinem 

Laine'em, którego znano jako bystrego i utalentowanego, gwiazdę wydziału prawa i — jak 
mówili wszyscy — przyszłą gwiazdę sal sądowych. Zaznał szacunku i przyjaźni. Niejeden też 
raz go kochano. Pewna kobieta powiedziała mu ongiś, że ma twarz stworzoną do 
szczęśliwego losu. Było to ciekawe sformułowanie i zapamiętał je.

Powiedział sobie, że w podobnym życiorysie nie ma miejsca na płaczliwe użalanie się nad 

sobą.

Z drugiej strony, cały blask odniesionych przez niego sukcesów wiązał się wyłącznie z 

jego rodzinnym światem. Jak mógłby znowu napawać się triumfami w symulowanych 
procesach? Jak mógłby liczyć na prawnicze osiągnięcia po tym, co widział tutaj? Cóż ze 
spraw, jakie znał w domu, mogło mieć znaczenie, skoro ujrzał, jak Rangat wyrzuciła pod 
niebiosa płonącą dłoń, oraz usłyszał niosący się na północnym wietrze śmiech Spruwacza?

Bardzo niewiele. Prawie nic. Właściwie tylko jedna rzecz. Miał ją jednak. Z bólem serca, 

który zawsze go nawiedzał, gdy nie robił tego przez dłuższy czas, Kevin pomyślał o ojcu.

Fur gezunter heit, und cum gezunter heit — powiedział w jidysz Soi Laine, kiedy Kevin 

oznajmił mu, że już za dziesięć godzin musi polecieć do Londynu. Leć bezpiecznie

201

i wróć bezpiecznie. Nic więcej. Kryło się w tym nieograniczone zaufanie. Gdyby Kevin 
chciał mu wyjaśnić powody tej podróży, zrobiłby to. Skoro tego nie uczynił, miał powód i 
prawo tak postąpić.

— Och, Abba — wyszeptał na głos w tej okrutnej nocy. W krainie Matki jego wzywające 

ojca słowo stało się swego rodzaju talizmanem, który zaprowadził go ze smagającego wichru 
do domu przydzielonego w Morvran Diarmuidowi.

Osoby królewskiej krwi miały pewne przywileje. Współ-lokatorami księcia byli jedynie 

Coli, Kevin i Brock. Coli siedział w tawernie, krasnolud spał, a Diarmuid był Bóg wie gdzie.

Z lekkim rozbawieniem, które poczuł na myśl o Diar-muidzie i jutrzejszej nocy, oraz 

sięgającą głębiej ulgą, jaką zawsze sprawiały mu myśli o ojcu, Kevin położył się do łóżka. 
Coś mu się śniło, lecz było to nieuchwytne i rano o wszystkim zapomniał.

Łowy zaczęły się o wschodzie słońca. Niebo w górze było jaskrawoniebieskie. Na śniegu 

lśniły poranne promienie słońca. Dave pomyślał, że chłód trochę zelżał, jak gdyby fakt, że 
nadeszło letnie przesilenie, w jakiś sposób wywarł na to wpływ. Myśliwych ogarnęła 
elektryzująca energia, którą niemal można było dostrzec. Erotyczne impulsy, które zaczęły 
się, gdy wjechali na obszar Gwen Ystrat, stały się teraz silniejsze. Dave nigdy w życiu nie 
czuł czegoś podobnego. Mówiono, że nocą wyjdą do nich kapłanki. Na samą myśl o tym 
robiło mu się słabo.

Zmusił swój umysł do powrotu do zadań oczekujących ich dziś rano. Chciał wyruszyć na 

łowy z małym oddziałem Dalrei, ale konie nie miały przydać się w lesie na wiele, Aileron 
poprosił więc Jeźdźców, by przyłączyli się do łuczników, którzy mieli otoczyć las 
pierścieniem i zabić wszystkie próbujące ucieczki wilki. Dave widział, jak prawa ręka 
Diarmuida, rosły Coli, zdjął z pleców wielki łuk i ruszył w towarzystwie Torca i Levona 
przez most, kierując się na północny zachód.

202

Pomyślał, że stwarza mu to szansę. Ociągając się lekko, podszedł z toporem w ręku do 

background image

miejsca, gdzie stał Kevin Laine wymieniający żarty z dwoma członkami drużyny księcia. 
Krążyły plotki, że wczoraj rozpoczęli oni przedwczesne obchody święta przesilenia letniego, 
co sprzeciwiało się rozkazom obu królów. Dave nie mógł powiedzieć, by wywarło to na nim 
korzystne wrażenie. Co innego pohulać sobie w mieście, a co innego urządzać libacje w 
przededniu bitwy.

Z drugiej strony, żaden z nich nie sprawiał wrażenia, by odczuwał skutki wczorajszego 

dnia, a Dave nie znał właściwie nikogo innego, do kogo mógłby się przyłączyć. Stanął więc 
skrępowany obok księcia i czekał, by ten go zauważył. Diarmuid przeglądał pośpiesznie 
pisemne instrukcje wydane przez swego brata. Gdy skończył, podniósł swe niepokojąco 
niebieskie oczy i dostrzegł obecność Davea.

— Znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego? — zapytał ten.

Był przygotowany na jakąś drwiącą uwagę, lecz książę powiedział tylko: — Oczywiście. 

Pamiętaj, że widziałem, jak walczyłeś — podniósł głos bardzo nieznacznie, lecz około 
pięćdziesięciu otaczających go mężczyzn ucichło. — Ustawcie się wokół mnie, dzieci, a coś 
wam opowiem. Mój brat przeszedł samego siebie, przygotowując ten plan. Oto co mamy 
zrobić.

Mimo frywolnego tonu, jego słowa były krótkie i treściwe. Dave ujrzał, że za plecami 

księcia eidolathowie, członkowie honorowej straży Cathalu, odjeżdżają szybko na północny 
wschód w ślad za Shalhassanem. Tuż obok Aileron osobiście przemawiał do innej grupy 
ludzi. Nieco dalej to samo robił Artur. Mieli uformować kleszcze, zrozumiał Da-ve. Dwa 
zastępy spotkają się ze sobą, podążając z południowego zachodu i północnego wschodu.

Łucznicy, których było około dwustu, mieli otoczyć las. Cathalianie ustawili się już 

wzdłuż Kharnu, na wschodnim skraju puszczy, a także na jej północnej granicy, aż po Lat-
ham. Łuczników Brenninu również rozmieszczono w pew-

203

nych odstępach wokół lasu — od Latham na północy, aż po jego południowo-zachodni 
kraniec. Rzadsze gaje leżące na wschód od Kharnu już przeszukano i okazało się, że są puste, 
wyjaśnił Diarmuid. Wilki przebywały wewnątrz kręgu samego Lasu Leinan i, jeśli wszystko 
pójdzie zgodnie z planem, wkrótce znajdą się też w innym, utworzonym przez armie. Miano 
spuścić psy, by zagnały je w kierunku środka puszczy.

 O ile perfidne wilki nie okażą się tak zuchwałe, że

nie posłuchają planów najwyższego króla, powinniśmy spot
kać się z siłami Shalhassana nad Latham, w środku lasu,
mając bestie pomiędzy nami. Jeśli ich tam nie będzie —
zakończył Diarmuid — obciążymy winą wszysfkich i wszy
stko z wyjątkiem planu. Są pytania?

 Gdzie magowie? — odezwał się Kevin Laine. On

zawsze ma pytania — pomyślał Dave. To jeden z tych. Nie
potrafi po prostu wziąć się do roboty.

Diarmuid jednak udzielił poważnej odpowiedzi. — Mieliśmy ich dostać, ale nocą w 

świątyni coś się wydarzyło. Źródła są kompletnie wyczerpane. Dziś rano możemy skorzystać 
jedynie z mieczy i strzał.

Oraz toporów — pomyślał z zawziętością Dave. Nie potrzebowali niczego więcej. W ten 

sposób, bez magii, sprawa będzie czystsza. Więcej pytań nie było. Nie mieli już zresztą na nie 
czasu. Aileron ruszył ze swą drużyną naprzód. Diarmuid, poruszający się szybko i zgrabnie, 
poprowadził ich przez most na Latham ku lewej flance. Dave dostrzegł, że kompania Artura 
skierowała się ku prawej.

Znajdowali się na południowo-zachodnim skraju lasu, na wąskim skrawku ziemi leżącym 

między lasem a zamarzniętym jeziorem. Na zachód i na północ od nich — w miejscach, gdzie 
las stawał się rzadszy — Dave dostrzegał łuczników, którzy siedzieli na koniach, trzymając w 
rękach swą broń.

Nagle Aileron dał ręką sygnał Arturowi i Dave ujrzał, że Wojownik przemówił do swego 

psa. Szare zwierzę za-

background image

204

wyło i ruszyło naprzód, do Lasu Leinan. Inne pognały za nim. Dave usłyszał, jak z północnej 
strony boru dobiegły słabe dźwięki. To wypuszczono drugą połowę sfory. Ludzie odczekali 
jeszcze chwilę, po czym najwyższy król ruszył naprzód i myśliwi zagłębili się w las.

Bardzo gwałtownie zrobiło się ciemniej, gdyż nawet pozbawione liści gałęzie drzew były 

wystarczająco gęste, by przesłonić słońce. Najpierw ruszyli na północny zachód, po czym 
zaczęli zataczać szeroki łuk w kierunku wschodnim. W ten sposób skrzydło Diarmuida, ich 
skrzydło, znalazło się na czele. Dave poczuł nagle woń wilków, ostrą i łatwą do rozpoznania. 
Wszędzie wokół psy zaczęły szczekać, lecz niezbyt natarczywie. Dave trzymał topór w 
gotowości, z rzemieniem owiniętym wokół nadgarstka. Maszerował, widząc przed sobą 
postać Diarmuida. Po lewej stronie szedł Kevin Laine, a po prawej krasnolud imieniem 
Brock, który również dzierżył topór.

Nagle, po prawej, Cavall znowu zaczął ujadać, tak donośnie, że nawet ktoś, kto nigdy 

dotąd nie polował, wiedział, co oznacza ten głos.

— Skręcajmy! — krzyknął Aileron zza ich pleców. — Rozwińmy się w wachlarz i 

skręcajmy w stronę rzeki!

Dave całkowicie już tracił poczucie kierunku, zwrócił się jednak w stronę Diarmuida i z 

coraz szybszym biciem serca zaczął rozglądać się za wilkami.

To one znalazły ich pierwsze.
Zanim dotarli do rzeki czy do ludzi z Cathalu, czarne, bure i cętkowane kształty ruszyły 

na nich. Olbrzymie wilki nie miały zamiaru pozwolić, by na nie polowano. Rozpoczęły atak. 
W tej samej chwili, gdy Dave zadawał mordercze uderzenie toporem, usłyszał odgłosy bitwy 
również na wschodzie. Ludzie z Cathalu toczyli własną walkę.

Nie było już więcej czasu na myślenie. Pochylił się i odskoczył w prawo, by uniknąć 

czarnej, szczerzącej kły bestii. Poczuł, że pazury rozerwały mu kurtkę. Nie miał kiedy obej-
rzeć się za siebie. Zbliżał się następny wilk. Zabił go ude-

205

rżeniem na odlew, po czym musiał się uchylić, niemal paść na kolana, gdy kolejna bestia 
skoczyła ku jego twarzy. To był ostatni moment, który zapamiętał wyraźnie.

Bitwa przerodziła się w chaotyczną bijatykę. Kręcili się między drzewami, ścigający i 

ścigani. Dave poczuł w piersi przypływ zapierającej dech wściekłości, która zdawała się 
zawsze towarzyszyć mu podczas bitwy. Brodził w czerwonym od krwi śniegu, unosząc i 
opuszczając topór. Przed sobą cały czas widział władającego mieczem ze śmiercionośną 
elegancją księcia. Słyszał, jak Diarmuid śpiewał, gdy zadawał śmierć.

Utracił poczucie upływającego czasu. Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo trwało, zanim 

on i książę, z Brockiem tuż za plecami, przebili się na drugą stronę. Przed sobą, na 
przeciwległym brzegu zamarzniętej rzeki, widział postacie Cathalian. Z prawej strony były 
jednak wilki, które atakowały centrum szeregów Brenninu, a także flankę ludzi Artura. Dave 
zwrócił się w tamtą stronę, by pośpieszyć im z pomocą.

— Zaczekaj! — Diarmuid położył mu dłoń na ramieniu. — Popatrz.
Podszedł do nich krwawiący z rany na ramieniu Kevin Laine. Dave odwrócił się, by 

obserwować końcówkę bitwy na brzegu Latham.

W niewielkiej odległości Artur Pendragon, z szarym Ca-vallem u boku, siał wśród wilków 

kontrolowane spustoszenie. Dave nagle, nieoczekiwanie zastanowił się nad tym, ile ciosów 
zadał już Wojownik swym mieczem i w jak wielu wojnach.

Lecz to nie Arturowi przyglądał się Diarmuid. Dave podążył wzrokiem za spojrzeniem 

księcia i zobaczył, podobnie jak stojący obok niego Kevin, to samo, co ujrzała Kimberly rok 
temu, na skrytej w półmroku ścieżce na zachód od Paras Derval.

Był to Aileron dan Ailell z mieczem w ręku.
Dave widział już, jak walczył Levon oraz Torc, a także

206

śmiercionośną nonszalancję Diarmuida. Przed chwilą ujrzał też bezbłędną sztukę szermierczą 

background image

Artura, który nie wykonywał żadnego zbędnego ruchu. Wiedział nawet, jak bije się on sam, 
napędzany wzbierającą falą wściekłości. Walka Ailerona przypominała jednak lot orła albo 
bieg eltora latem na równinie.

Bój na drugim brzegu dobiegł końca. Shalhassan, pokryty krwią, lecz triumfujący, 

przeprowadził swych ludzi przez zamarznięte wody Latham i oni również to ujrzeli.

Zostało siedem wilków. Walczący bez słowa pozostawili je najwyższemu królowi. Dave 

zauważył, że sześć z nich jest czarnych, a jeden bury. Rzuciły się na Ailerona z trzech stron. 
Zobaczył, jak zginął bury oraz dwa czarne, nie zdołał jednak dostrzec ruchu miecza, który 
zabił pozostałe cztery.

W lesie zapadła niemal absolutna cisza. Dave słyszał na obu brzegach rzeki pojedyncze 

kaszlnięcia. Raz zaszczekał nerwowo jakiś pies. Stojący niedaleko mężczyzna zaklął cicho z 
bólu wywołanego odniesioną raną. Dave ani na chwilę nie oderwał wzroku od najwyższego 
króla. Klęczący na zdeptanym śniegu Aileron wytarł ostrożnie miecz do czysta, zanim 
podniósł się, by schować go do pochwy. Spojrzał przelotnie na brata, po czym odwrócił się, z 
niemal nieśmiałą miną, w stronę Artura Pendragona.

Ten ze zdumieniem w głosie powiedział: — Znałem tylko jednego człowieka, który 

potrafił dokonać tego, co zrobiłeś przed chwilą.

Głos Ailerona był cichy, lecz spokojny. — Nie jestem nim —   stwierdził. — Nie jestem 

częścią tej sprawy.

— Nie — odparł Artur. — Nie jesteś.

Po chwili Aileron odwrócił się w stronę rzeki. — Jasno utkane, mężowie z Cathalu. 

Zadaliśmy dziś rano Ciemności jedynie mały cios, lepiej jednak, że my to uczyniliśmy niż 
gdyby miało się stać na odwrót. Wielu ludzi będzie dziś spało spokojniej dzięki pracy, jaką 
wykonaliśmy w tym lesie.

Shalhassan z Cathalu był zbryzgany krwią od ramion aż po buty. Również na jego 

rozwichrzonej brodzie widniały

207

plamy posoki. Zachował jednak królewską postawę. Skinął z powagą głową na znak zgody. 
— Czy mamy odegrać hejnał na znak zakończenia łowów? — zapytał ceremonialnie Aileron.

 Zróbcie to — odrzekł Shalhassan. — Zagrajcie wszy

stkie pięć tonów, gdyż po tej stronie rzeki zginęło sześciu
naszych ludzi.

 Podobnie jak po naszej — odpowiedział Artur. —

Jeśli sobie życzysz, najwyższy królu, Cavall może dać głos
dla okazania zarówno triumfu, jak i żałoby.

Aileron skinął głową. Artur przemówił do psa.
Szary Cavall wyszedł na otwartą przestrzeń położoną nad brzegiem rzeki, gdzie śnieg nie 

był zdeptany ani czerwony od wilczej, psiej czy ludzkiej krwi. W tym białym miejscu pośród 
nagich drzew uniósł głowę.

Pomruk, jaki z siebie wydał, nie był jednak wyrazem triumfu ani — jeszcze — żałoby.
Dave nigdy nie zrozumiał, co sprawiło, że się odwrócił: ostrzegawcze warknięcie psa czy 

drżenie ziemi. Obrócił się wokół osi szybciej niż myśl.

Nastała chwila — mniej niż chwila, iskierka czasu w przestrzeni między sekundami — 

podczas której w okamgnieniu coś sobie przypomniał. Inny las: Pendaran. Flidais, 
przypominająca gnoma istota z jej niesamowitymi pieśniami. I jedna z nich: Strzeż się 
odyńca, strzeż łabędzia się niemało, słonego morza, co niosło jej ciało.

Strzeż się odyńca.

Nigdy dotąd nie widział stworzenia podobnego do tego, które wypadło teraz spomiędzy 

drzew. Musiało ważyć przynajmniej osiemset funtów. Zwierzę o straszliwych, zakrzy-
wionych szablach i pełnych wściekłości oczach było albinosem, równie białym, jak 
otaczający ich zewsząd śnieg.

Kevin Laine stał wprost na jego drodze, tylko z mieczem w ręku. Ponadto miał zraniony 

bark. W żaden sposób nie mógł odskoczyć poza zasięg kłów dzika. Nie było też najmniejszej 
nadziei, by zdołał powstrzymać jego szarżę.

background image

208

Odwrócił się ku niemu. Okazał odwagę, lecz było zbyt późno i był za słabo uzbrojony. W 

tej samej chwili, gdy przyszło mu na myśl dziwaczne wspomnienie o Flidaisie i usłyszał 
ostrzegawczy krzyk Diarmuida, Dave postąpił dwa szybkie kroki naprzód, wypuścił z rąk 
topór i z gołymi rękoma rzucił się przed siebie szaleńczym susem.

Zderzył się z dzikiem pod mniej więcej odpowiednim kątem. Uderzył zwierzę barkiem w 

łopatkę. Włożył w cios całą swą siłę.

Odbił się od niego niczym piłeczka pingpongowa od ściany. Poczuł, że leci w powietrzu. 

Miał czas, by zdać sobie z tego sprawę, nim wpadł, kręcąc się niczym bąk, między drzewa.

 Kevin! — wrzasnął. Spróbował wstać, co nie było

rozsądne. Świat zawirował wokół niego. Dotknął ręką czoła.
Gdy ją cofnął, była pokryta krwią, która zalała mu również
oczy. Nic nie widział. Słychać jednak było krzyki i warcze
nie psa. Coś stało się z jego głową. Na ziemi ktoś leżał.
Wszędzie biegali ludzie. Jeden z nich podszedł do niego,
potem następny. Raz jeszcze spróbował się podnieść. Poło
żyli go z powrotem na ziemię. Mówili coś do niego. Nie
rozumiał ich.

 Kevin? — spróbował zapytać. Nie zdołał wypowie

dzieć jego imienia. Krew wypełniła mu usta. Odwrócił się,
by kaszlnąć, i w tej samej chwili zemdlał z bólu.

Właściwie nie była to odwaga ani też głupia fanfaronada. Zabrakło czasu na podobnie 

skomplikowane T7.QQ.Ty. Stał z tyłu, usłyszał chrząknięcie i łoskot kroków, zaczął się więc 
odwracać, zanim jeszcze zaszczekał pies i ziemia zaczęła się trząść pod wpływem szarży 
białego odyńca.

W ułamku sekundy, którą miał, Kevin pomyślał, że bestia atakuje Diarmuida, zawołał 

więc, by zwrócić jej uwagę na siebie. Nie było to potrzebne, gdyż odyniec od początku gnał 
w jego stronę.

Dziwne, jak długo trwał dla niego ten czas, choć w ogóle

209

nie miał wtedy czasu. Nareszcie ktoś mnie chce — brzmiała pierwsza, żartobliwa myśl, która 
przemknęła przez jego umysł. Kevin jednak był szybki. Zawsze był szybki, nawet jeśli nie 
umiał posługiwać się mieczem. Nie miał dokąd uciec. W żaden sposób nie mógł też zabić 
tego potwora. Dlatego, gdy odyniec sunął ku niemu z tętentem racic, chrzą-kając szaleńczo i 
podnosząc już szable, by wypruć mu wnętrzności, Kevin, wymierzywszy czas z 
najchłodniejszą precyzją, wyskoczył w górę, by wykonać salto w przód, dotknąć rękami 
białej, cuchnącej sierści porastającej szeroki grzbiet bestii, przeskoczyć nad nią niczym 
Kretenka tańcząca z bykami i wylądować w miękkim śniegu.

Tak przynajmniej wyglądało to w teorii.
Radykalna rozbieżność teorii i rzeczywistości wzdłuż osi utworzonej przez lecącą postać 

Dave'a Martyniuka zaczęła się dokładnie w punkcie, w którym bark tego ostatniego uderzył 
w łopatkę odyńca.

Przesunął ją wszystkiego może o dwa cale. Wystarczyło to jednak, by zraniona prawa 

ręka Kevina ześliznęła się, gdy spróbował on znaleźć uchwyt pozwalający na wykonanie 
salta. Nie udało mu się. Padł rozciągnięty na grzbiet dzika. Zwierzę uderzyło w niego niczym 
kula armatnia, wybijając mu z płuc wszystkie cząsteczki nadającego się do użytku powietrza. 
W tej samej chwili jakiś ostatni, prymitywny mechanizm jego umysłu krzyknął: przetocz się, 
a jego ciało usłuchało.

W stopniu wystarczającym, by kieł bestii w swym okrutnym, rozpruwającym uderzeniu 

skaleczył wystające na zewnątrz organy jego krocza, zamiast uderzyć w górę, by go zabić. 
Kevin wykonał wreszcie swe salto i — w przeciwieństwie do Dave'a — wylądował w śniegu.

Czuł jednak straszliwy ból, w bardzo wrażliwym miejscu, a wszędzie na śniegu — niczym 

background image

czerwone kwiaty — widniały kropelki jego krwi.

To Brock odciągnął od niego odyńca, a Diarmuid jako pierwszy wbił miecz. Później było 

jeszcze wiele mieczy.

210

Kevin widział je wszystkie. Nie sposób jednak było określić kto zadał śmiertelny cios.

Byli bardzo delikatni, gdy nadszedł czas, aby go prze nieść, byłoby więc niemal 

nieuprzejmością, gdyby przy tyn wrzeszczał. Dlatego ściskał gałęzie prowizorycznych nosz; 
tak mocno, że aż wydało mu się, iż zmiażdżył drewno w dło niach, lecz nie krzyknął.

Gdy zamajaczyła nad nim nienaturalnie biała twarz Diar muida, spróbował zażartować. 

— Jeśli trzeba będzie wy bierać między mną a dzieckiem — wymamrotał — ura tujcie 
dziecko.

Diar nie roześmiał się. Kevin zastanowił się, czy zrozumiał żart. Zadał sobie pytanie, 

gdzie jest Paul, który b) zrozumiał. Nie krzyknął.

Nie zemdlał aż do chwili, gdy jeden z dźwigających nosze potknął się o korzeń w chwili, 

gdy wychodzili z lasu.

Gdy odzyskał przytomność, zobaczył że Martyniuk leży na sąsiednim łożu, patrząc na 

niego. Na głowie miał szeroki, pokrwawiony bandaż. Dave również nie wyglądał za dobrze.

— Nic ci się nie stało — zapewnił go. — Wszystko

jest całe.

Chciał być dowcipny, lecz Kevin poczuł ulgę zbyt głęboką, by się śmiać. Zacisnął 

powieki i zaczerpnął tchu. Czuł zaskakująco mało bólu. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że w 
pokoju jest też wielu innych: Diar, Coli i Levon, a także Torc oraz Erron. Przyjaciele. On i 
Dave leżeli we frontowym pokoju apartamentu należącego do księcia, w łożach przy-
suniętych do kominka.

 Czuję się dobrze — potwierdził. Zwrócił się w stro

nę Dave'a. — A ty?

 Świetnie. Tyle, że nie wiem dlaczego.

 Magowie byli na miejscu — wyjaśnił Diarmuid. —

Obaj. Każdy z nich uleczył jednego z was. To chwilę trwało.

Kevin coś sobie przypomniał. — Zaczekaj. W jaki sposób? Myślałem...
— ...żeźródła były wyczerpane — dokończyłDiarmu-

211

id. Jego oczy miały poważny wyraz. — Faktycznie były, ale nie mieliśmy wielkiego wyboru. 
Obaj odpoczywają teraz w świątyni. Matt i Barak. Loren mówi, że nic im nie będzie — twarz 
księcia stopniowo rozjaśnił uśmiech. — Nie stawią się jednak na Maidaladan. Będziecie 
musieli jakoś nadrobić ich nieobecność.

Wszyscy się roześmiali. Kevin ujrzał, że Dave spogląda na niego. — Powiedz mi — 

odezwał się z namysłem potężny mężczyzna — czy uratowałem ci życie, czy też omal nie 
spowodowałem twojej śmierci?

— Zostańmy przy tej pierwszej wersji — odparł Ke-

vin. —   Ale całe szczęście, że nie za bardzo mnie lubisz,
bo w przeciwnym razie przygrzmociłbyś tej świni jak należy,
zamiast tylko udawać, a wtedy...

— Hej! — zawołał Dave. — Hej! To nie... To nie jest...
Przerwał, ponieważ wszyscy się śmiali. Zapamięta sobie

jednak te słowa. Kevin zawsze wykręcał mu podobne numery.

— Skoro już mowa o świniach — pośpieszył Dave'owi

z pomocą Levon — pieczemy tego dzika na dzisiejszą ko
lację. Powinieneś poczuć zapach.

Po krótkiej chwili i kilku próbnych pociągnięciach nosem, Kevin faktycznie go poczuł. — 

To był naprawdę wielki prosiak — powiedział szczerze.

Diarmuid uśmiechał się. — Jeśli dasz radę przyjść na kolację, to załatwiliśmy już, żeby 

najlepszą część zachowano dla ciebie — rzucił.

background image

 Nie! — jęknął Kevin. Wiedział, na co się zanosi.

 Ależ tak. Pomyślałem sobie, że zechcesz otrzymać

od dzika to, czego omal nie odebrał tobie.

Rozległo się bardzo wiele słów zachęty oraz głośne śmiechy. Kevin po chwili zdał sobie 

sprawę, że — w nie mniejszym stopniu niż cokolwiek innego — tę wesołość wywołało 
odczuwane przez nich podekscytowanie. To było Maidaladan, wigilia przesilenia letniego. 
Uwidoczniało się to w każdym z mężczyzn przebywających w pokoju. Kevin wstał z łoża. 
Wiedział, że jest to swego rodzaju cud. Był

212

obandażowany, ale mógł chodzić. Dave najwyraźniej też. W potężnym mężczyźnie Kevin 
wyczuwał to samo, z trudem powstrzymywane podniecenie, które płonęło we wszystkich 
obecnych. Wszystkich oprócz niego. Teraz jednak coś zaczęło go niepokoić. Coś ukrytego 
bardzo głęboko, co wydawało się ważne. Nie wspomnienie, lecz coś innego...

Wszędzie wokół rozbrzmiewało mnóstwo śmiechu oraz nieokrzesanych, hałaśliwych 

żartów. Kevin przyłączył się do tego, radując się poczuciem koleżeństwa. Gdy weszli do 
morvrańskiego domu modlitw — który dziś w nocy służył jako sala jadalna — drużyny z 
Brenninu i Cathalu zareagowały spontanicznie aplauzem. Kevin zdał sobie sprawę, że to na 
cześć jego i Dave'a.

Usiedli razem z ludźmi Diarmuida oraz dwoma młodymi Dalrei. Zanim oficjalnie 

rozpoczęto kolację, Diarmuid, zgodnie z zapowiedzią, podniósł się ze swego miejsca za 
stojącym na podwyższeniu stołem i, z gracją niosąc przed sobą tacę, podszedł do Kevina.

Ten — wśród narastającej wesołości i rytmu wybijanego przez pięciuset głodnych 

mężczyzn uderzających pięściami w długie, drewniane stoły — tłumaczył sobie, że te rzeczy 
podobno są smakołykiem. Trzymając w ręku pełen kielich wina, wstał z krzesła, pokłonił się 
Diarmuidowi i zjadł jądra odyńca, który omal go nie zabił.

Wcale nie były złe.
— Macie więcej? — zapytał w głos. Nagrodził go głośny śmiech. Nawet Dave Martyniuk 

nim wybuchnął, co było nie lada osiągnięciem.

Aileron wygłosił krótką mowę, podobnie jak Shalhassan. Obaj byli zbyt mądrzy, by 

próbować mówić długo. Brali pod uwagę panujący w sali nastrój. Poza tym, pomyślał Kevin, 
królowie również musieli go odczuwać. Usługujące dziewczyny — jak sądził, córki 
wieśniaków — wymykały się już z chichotem z objęć ucztujących. Wydawało się jednak, że 
nie mają nic przeciwko temu. Kevin zastanowił się, jak Maidaladan wpływa na kobiety: na 
Jaelle i Sharrę, a na-

213

wet na zasiadającą za stołem na podwyższeniu, groźną jak okręt wojenny, Audiart. Później, 
gdy ze świątyni wyjdą kapłanki, rozpęta się szaleństwo.

Na wszystkich czterech ścianach sali widać było wysoko umieszczone okna. Otoczony 

pandemonium Kevin patrzył, jak na zewnątrz zapada mrok. Wokół było za dużo hałasu, za 
dużo gorączkowego podniecenia, by ktokolwiek mógł zwrócić uwagę na jego niezwykły 
spokój.

Był jedynym człowiekiem w sali, który zauważył księżyc, gdy jego promienie po raz 

pierwszy wpadły przez wschodnie okna. Była pełnia oraz dzień wigilii przesilenia letniego. 
To, co kryło się na skraju jego umysłu, naciskało teraz na niego mocniej, usiłując nabrać 
kształtu. Kevin podniósł się cicho i wymknął na zewnątrz. Nie był pierwszy. Mimo zimna, ja-
kieś pary obejmowały się tuż obok sali bankietowej.

Minął je. Czuł teraz lekki ból w ranie. Zatrzymał się na środku pokrytej lodem ulicy, 

spoglądając w górę i ku wschodowi, na księżyc. W tej samej chwili świadomość przebudziła 
się w nim wreszcie i nabrała kształtu. Nie było to pożądanie, lecz owa rzecz, która się za nim 
kryła.

 Tej nocy nie powinno się spędzać samotnie — ode

zwał się jakiś głos tuż za jego plecami. Odwrócił się, by
spojrzeć na Lianę. W jej oczach dostrzegł nieśmiałość.

background image

 Cześć — powiedział. — Nie widziałem cię na ban

kiecie.

 Nie było mnie tam. Siedziałam z Gereintem.

 Jak z nim?

Zaczął iść. Ruszyła dużymi krokami u jego boku przez szeroką ulicę. Inne pary, śmiejące 

się i biegnące, by skryć się w cieple, mijały ich ze wszystkich stron. Było bardzo jasno, gdyż 
światło księżyca odbijało się od śniegu.

— Nie najgorzej. Nie czuje się jednak szczęśliwy, nie

tak, jak pozostali.

Popatrzył na nią, po czym, ponieważ wydało mu się to właściwe, ujął jej dłoń. Lianę 

również nie założyła rękawiczek. Palce miała zimne.

214

— A dlaczego nie czuje się szczęśliwy?

Z pobliskiego okna dobiegł nieoczekiwany wybuch śmiechu. Świeczka zgasła.

 Nie sądzi, by nam się to udało.

 Co?

 Powstrzymanie zimy. Wygląda na to, że dowiedzieli

się, iż wywołuje ją Metran. Nie zrozumiałam, w jaki sposób.
Robi to w miejscu spirali, Cader Sedat, daleko na morzu.

Cichy odcinek drogi. Kevin poczuł, że w jego wnętrzu zbiera się inna, głębsza cisza. 

Nagle poczuł strach. — Nie zdołają się tam dostać — powiedział cicho.

W jej ciemnych oczach widniał wyraz przygnębienia.

— Nie  zimą. Nie dadzą rady wypłynąć. Nie mogą przerwać
zimy, dopóki zima trwa.

Kevinowi wydało się wtedy, że nawiedziła go wizja własnej przeszłości, pościgu za 

nieuchwytnym snem, budzenia się i zasypiania, przez wszystkie noce życia. Wszystko 
układało się w całość. W jego duszy zapadło milczenie. — Kiedy byliśmy razem, 
powiedziałaś mi, że noszę Dun Maura w mym wnętrzu — rzekł.

Zatrzymała się nagle na drodze i zwróciła ku niemu.

 Pamiętam — przyznała.

 No więc — ciągnął — dzieje się coś dziwnego. Nie

czuję nic z tego, co dotknęło dziś w nocy wszystkich pozo
stałych. Odczuwam coś innego.

Jej oczy zrobiły się bardzo szerokie w świetle księżyca.

— Odyniec — wyszeptała. — Naznaczył cię odyniec.

To też. Skinął powoli głową. Wszystko układało się

w całość. Odyniec. Księżyc. Letnie przesilenie. Zima, której nie mogli zakończyć. Wszystko 
naprawdę złożyło się w całość. Skryty w swej ciszy, Kevin wreszcie zrozumiał.

— Lepiej mnie zostaw — powiedział, tak delikatnie,

jak tylko potrafił.

Upłynęła chwila, zanim zauważył, że Lianę płacze. Nie spodziewał się tego.

— Liadon? — zapytała. To było imię.

215

— Tak — odparł. — Na to wygląda. Lepiej mnie zostaw.
Była bardzo młoda i myślał, że może odmówić. Nie docenił jej jednak. Lianę otarła łzy 

grzbietem dłoni. Nagle wspięła się na palce, pocałowała go w usta i odeszła w kierunku, z 
którego przyszli, ku światłom.

Patrzył, jak się oddala. Następnie odwrócił się i ruszył do miejsca, gdzie znajdowały się 

stajnie. Znalazł swego konia. Gdy go siodłał, usłyszał dobiegający ze świątyni dźwięk 
dzwonów. Jego ruchy spowolniały na chwilę. Za chwilę miały wyjść na zewnątrz kapłanki 
Dany.

Uporał się z siodłem i dosiadł konia. Ruszył cicho stępa uliczką. Zatrzymał się w cieniu, w 

miejscu, gdzie łączyła się ona z traktem wiodącym z Morvran do świątyni. Spojrzawszy na 

background image

północ, zobaczył jak wychodzą. W chwilę później kapłanki go minęły. Niektóre z nich 
biegły, inne szły. Wszystkie miały na sobie długie, szare płaszcze chroniące przed zimnem, 
wszystkie rozpuściły włosy, które spływały im na plecy, i wszystkie zdawały się lśnić lekko 
w świetle księżyca w pełni. Gdy go minęły, zwrócił głowę w lewo i ujrzał mężczyzn 
wychodzących im na spotkanie z miasta. Śnieg i lód lśniły w bardzo jasnych promieniach 
księżyca, podobnie jak wszyscy mężczyźni i kobiety na drodze w momencie, gdy spotkali się 
ze sobą.

Po krótkiej chwili ulica znowu opustoszała. Dzwony umilkły. Niezbyt daleko słychać było 

krzyki i śmiech, lecz Kevin odczuwał teraz w sobie własny, głęboki spokój. Skierował konia 
na wschód i ruszył w drogę.

Kim obudziła się późno po południu. Leżała w komnacie, którą jej przydzielili. Przy łożu 

cicho siedziała Jaelle.

Jasnowidząca podniosła się nieco i rozprostowała ramiona. — Czy spałam cały dzień? — 

zapytała.

Jaelle uśmiechnęła się, co było nieoczekiwane. — Należało ci się to.

 Jak długo przy mnie czuwałaś?

 Niedługo. Od czasu do czasu zaglądaliśmy do wszy

stkich z was.

216

 Do wszystkich? Kto jeszcze?

 Gereint. Oba źródła.

Kim podźwignęła się do pozycji siedzącej. — Nic ci nie jest?

Jaelle skinęła głową. — Nikt z nas nie zapuścił się tak głęboko, jak ty. Źródła wracały już 

do siebie, lecz wyczerpano je ponownie.

Kim spojrzeniem zadała pytanie i rudowłosa kapłanka opowiedziała jej o łowach oraz 

odyńcu. — Żaden z nich nie doznał trwałych uszkodzeń ciała, choć Kevin wywinął się tylko 
cudem — dokończyła.

Kim potrząsnęła głową. — Cieszę się, że tego nie widziałam — zaczerpnęła głęboko tchu. 

— Aileron powiedział mi, że coś przesłałam. Co to było, Jaelle?

— Kocioł — odpowiedziała druga kobieta. Ponieważ

Kim czekała na więcej, dodała: — Mag mówi, że Metran
wywołuje za jego pomocą zimę. Jest na Cader Sedat, na
morzu.

Zapadła cisza. Kim analizowała tę wiadomość. Gdy,wreszcie do niej dotarła, dziewczyna 

poczuła jedynie rozpacz. — W takim razie w niczym nie pomogłam! Nie możemy nic na to 
poradzić. Nie możemy się tam dostać podczas zimy!

 Niezły plan, prawda? — wyszeptała Jaelle chłod

nym tonem, który nie maskował jej strachu.

 Co mamy zrobić?
Jaelle poruszyła się. — Dziś w nocy niewiele. Czy tego nie czujesz?

Usłyszawszy to pytanie, Kim zdała sobie sprawę, że czuje. — Myślałam, że to tylko 

wyczerpanie — szepnęła.

Kapłanka potrząsnęła głową. — To Maidaladan. Działa na nas później niż na mężczyzn i 

chyba raczej jako niepokój niż pożądanie. Słońce już jednak prawie zaszło, a dziś jest wigilia 
przesilenia letniego.

Kim popatrzyła na nią. — Czy wyjdziesz na zewnątrz?
Jaelle zerwała się raptownie z miejsca i postąpiła kilka

217

kroków w stronę przeciwległej ściany. Kim pomyślała, że ją obraziła, lecz po chwili wysoka 
kapłanka wróciła do niej. — Przepraszam — powiedziała, zaskakując Kim po raz drugi. — 
To stara reakcja. Pójdę na bankiet, ale potem wrócę. Kapłanki w szarych szatach muszą dziś 
w nocy wyjść na ulice, by oddać się każdemu mężczyźnie, który ich zapragnie. Czerwone 
Mormae nigdy nie wychodzą, choć to zwyczaj, nie prawo — zawahała się. — Najwyższa ka-

background image

płanka ubiera się w biel i nie wolno jej być częścią Maida-ladan ani mieć mężczyzny w 
żadnym innym czasie.

 Czy istnieje jakiś powód? — zapytała Kim.

 Ty powinnaś to wiedzieć — odparła bez ogródek

Jaelle. ;■

Kim sięgnęła do środka, do swej drugiej duszy i dowiedziała się. — Rozumiem — 

wyrzekła cicho. — Czy to trudne?

Przez chwilę Jaelle nie odpowiadała. — Przeszłam od brązu akolitki prosto do czerwieni, 

a potem do bieli — wyznała.

— Nigdy nie nosiłaś szarych szat. — Kim przypomnia

ła sobie coś. — Ysanne też nie.

I wtedy, gdy tamta zesztywniała, zapytała ją: — Czy aż tak jej nienawidzisz? Za to, że 

odeszła z Raederthem?

Nie spodziewała się odpowiedzi, lecz było to dziwne popołudnie i Jaelle jej udzieliła. — 

Kiedyś tak było. Teraz przychodzi mi to trudniej. Być może cała nienawiść we mnie 
skierowała się na północ.

Zapadła długa cisza. Jaelle przerwała ją z zakłopotaniem.

— Chcę powiedzieć... dokonałaś ostatniej nocy bardzo

wielkiej rzeczy, niezależnie od tego, co to przyniesie.

Kim wahała się tylko przez krótką chwilę. — Otrzymałam pomoc — wyznała. — Myślę, 

że powiem o tym tylko tobie, Lorenowi i Aileronowi, ponieważ nie jestem pewna, co z tego 
wyniknie i chcę zachować ostrożność.

 Jaką pomoc? — zapytała Jaelle.

 Paraiko — odpowiedziała Kim. — Giganci żyją je

szcze. Oblegają ich w Khath Meigol.

218

Jaelle usiadła raptownie. — Dano, Matko nas wszystkich! — wy dyszała. — Co mamy 

zrobić?

Kim potrząsnęła głową. — Nie jestem pewna. Porozmawiamy o tym. Ale chyba nie 

dzisiaj. Jak powiedziałaś, nie wydaje się, by dziś w nocy miało się wydarzyć coś ważnego.

Usta Jaelle wykrzywiły się. — Powiedz to tym w szarych szatach, które czekały na tę noc 

przez cały rok.

Kim uśmiechnęła się. — Wyobrażam sobie. Wiesz, co miałam na myśli. Będziemy 

musieli pomówić też o Darienie.

 Jest z nim teraz Pwyll — wtrąciła Jaelle.

 Wiem o tym. Myślę, że musiał do niego pojechać,

ale wolałabym, żeby był tutaj.

Jaelle ponownie podniosła się z krzesła. — Będę musiała już iść. Zaraz się zacznie. Cieszę 

się, że czujesz się już lepiej.

— Dziękuję ci — odparła Kim. — Za wszystko. Mo

że zajrzę do Gereinta i źródeł. Po prostu powiedzieć im
cześć. Gdzie leżą?

Jaelle zarumieniła się raz jeszcze. — Ulokowaliśmy ich na łożach w komnatach, które 

należą do mnie. Pomyśleliśmy, że tam będzie spokojniej. Nie wszystkie kapłanki wychodzą 
na zewnątrz, jeśli w świątyni są mężczyźni.

Mimo powagi sytuacji Kim musiała zachichotać. — Jaelle — powiedziała. — W twoich 

pokojach śpią dziś w nocy jedyni trzej nieszkodliwi mężczyźni w Gwen Ystrat!

Po krótkiej chwili usłyszała, że najwyższa kapłanka roześmiała się. Nie przypominała 

sobie, by kiedykolwiek dotąd słyszała jej śmiech.

Kiedy została sama, mimo wszystkich swych dobrych intencji zasnęła ponownie. Nie było 

żadnych wizji ani działania mocy. Po prostu głęboki sen kogoś, kto przeciążył swą duszę i 
wiedział, że czeka go jeszcze więcej.

Obudziły ją dzwony. Usłyszała szelest długich szat na korytarzu, szybkie kroki bardzo 

wielu kobiet, szepty i zdyszany śmiech. Po chwili znowu zapadła cisza.

background image

Kim leżała w łożu. Nie chciało się jej już spać. Zasta-

219

nawiała się nad wieloma sprawami. Wreszcie, ponieważ było Maidaładan, jej myśli wróciły 
do wydarzenia wczorajszego dnia. Leżała jeszcze przez chwilę, rozważając całą sprawę, po 
czym podniosła się, umyła twarz i założyła na nagie ciało długą szatę.

Ruszyła naprzód biegnącym po łuku korytarzem. Zatrzymała się, nasłuchując, pod 

drzwiami, przez które widać jeszcze było słabe światło. To była wigilia przesilenia letniego w 
Gwen Ystrat. Zapukała do drzwi, a gdy je otworzył, weszła do środka.

 Tej nocy nie powinno się spędzać samotnie — po

wiedziała, spoglądając na niego.

 Czy jesteś pewna? — zapytał. Widać po nim było

napięcie.

 Jestem — odparła.   Skrzywiła usta. — Chyba że

wolisz poszukać akolitki?

Nie odpowiedział. Podszedł do niej. Uniosła głowę do pocałunku. Potem poczuła, że 

rozpina jej suknię. Gdy szata opadła na podłogę, Kim uniosły w górę silne ramiona Lorena 
Srebrnego Płaszcza, który zaniósł ją do swego łoża w noc wigilii przesilenia letniego.

Sharra myślała, że wreszcie zaczyna pojmować, do czego jest on zdolny, wyczuwać 

formy, jakie przybierała jego pogoń za rozrywkami. Rok temu sama była taką rozrywką, lecz 
skończyło się to dla niego pchnięciem nożem, które omal nie kosztowało go życia. Gdy 
siedziała za stojącym na podwyższeniu stołem w sali bankietowej, patrzyła, uśmiechając się 
półgębkiem, jak Diarmuid wstał i zaniósł dymiące jądra odyńca temu, kogo zwierzę zraniło. 
Naśladując gest służącego, wręczył tacę Kevinowi.

Kevina pamiętała: wykonał taki sam skok, jak ona rok temu, z galerii dla muzyków w 

Paras Derval, aczkolwiek z całkiem odmiennych powodów. On również był przystojny i 
jasnowłosy tak jak Diarmuid, choć oczy miał brązowe. W nich także jest smutek — 
pomyślała Sharra. Nie była pierwszą kobietą, która to zauważyła.

220

Smutek czy nie, Kevin wypowiedział jakąś uwagę, która przyprawiła o konwulsje 

otaczających go ludzi. Diarmuid śmiał się, gdy wracał na swe miejsce między jej ojcem a naj-
wyższą kapłanką, naprzeciwko Ailerona. Gdy siadał, spojrzał na nią przelotnie. Odwróciła 
wzrok z obojętną miną. Od czasu owego słonecznego popołudnia, gdy odniósł tak łatwe 
zwycięstwo nad wszystkimi, nie rozmawiali ze sobą ani razu. Dzisiejszej nocy jednak było 
Maidaladan i Sharra nie miała wątpliwości, że powinna spodziewać się jego awansów.

W miarę jak bankiet się rozwijał — mięso upolowanego rankiem dzika oraz eltorów 

sprowadzonych z Równiny przez oddział Dalrei — nastrój wieczoru stawał się coraz bardziej 
szalony. Sharra czuła ciekawość — z pewnością nie strach — a także irytujący niepokój w 
swym wnętrzu. Jak rozumiała, gdy zabrzmią dzwony, kapłanki wyjdą na zewnątrz. Ojciec 
wyjaśnił jej, że ona sama o wiele wcześniej znajdzie się w świątyni. Artur Pendragon oraz 
Ivor, aven Dalrei, którzy bawili ją rozmową przez cały wieczór, siedząc po obu jej bokach, 
udali się tam już teraz. A przynajmniej Sharra zakładała, że poszli do świątyni.

W związku z tym po obu jej stronach stały wolne krzesła. W sali panował coraz większy 

chaos. Zauważyła, że Shal-hassan zaczyna wiercić się niespokojnie. To nie był odpowiedni 
nastrój dla najwyższego władcy Cathalu. Zastanowiła się przelotnie, czy jej ojciec czuje ten 
sam przypływ pożądania, który stawał się coraz bardziej wyraźny u wszystkich pozostałych 
mężczyzn w sali. Z pewnością tak — uznała. Stłumiła uśmiech. Trudno było sobie wyobrazić 
Shalhassana zdanego na łaskę namiętności.

W tej samej chwili Diarmuid znalazł się obok niej. A jednak ją zaskoczył. Nie usiadł. To 

zwróciłoby w ich stronę zbyt wiele spojrzeń. Oparł się o krzesło, na którym uprzednio 
siedział Artur, i łagodnym, żartobliwym tonem powiedział coś, co kompletnie zbiło ją z 
tropu. W chwilę później oddalił się z uprzejmym skinieniem głowy. Prze-

221

background image

szedł przez długą salę, co kilka kroków wybuchając śmiechem bądź wygłaszając 
sarkastyczną uwagę, po czym zniknął w mroku nocy.

Była córką swego ojca i nawet Shalhassan, który obrzucił ją uważnym spojrzeniem, nie 

był w stanie dostrzec najmniejszego śladu jej wewnętrznego zmieszania.

Spodziewała się, że przyjdzie do niej dziś w nocy. Liczyła się z tym, że złoży jej 

propozycję. Fakt, że szepnął do niej przed chwilą: Później i oddalił się, nie mówiąc nic 
więcej, w znacznym stopniu zgadzał się z jej oczekiwaniami. Pasowało to do jego stylu 
leniwej nonszalancji.

Nie pasowało jednak do niego — i to właśnie tak bardzo odebrało jej odwagę — to, że 

Diarmuid uczynił z tego pytanie, cichą prośbę. A potem spojrzał na nią, czekając na 
odpowiedź. Nie miała pojęcia, co powiedziały mu jej oczy ani — co gorsza — co chciała, by 
mu powiedziały.

W kilka chwil później jej ojciec podniósł się z miejsca, podobnie jak siedzący w połowie 

długości sali Bashrai. Straż honorowa z przynoszącą zaszczyt dyscypliną odprowadziła 
najwyższego władcę oraz księżniczkę Cathalu z powrotem do świątyni. Przy drzwiach 
Shalhassan z pełnym łaskawości gestem — nawet jeśli nie autentycznym uśmiechem — po-
zwolił żołnierzom odejść w noc.

Sharra nie miała tu własnych służących. Jaelle wyznaczyła jedną z kapłanek, by jej 

usługiwała. Gdy księżniczka weszła do pokoju, ujrzała, że kobieta ścieli jej łóżko w świetle 
wpadających do środka mimo zasłoniętego okna promieni księżyca. Kapłanka przywdziała 
już szatę i kaptur odpowiednie do panującej na zewnątrz zimy. Sharra potrafiła się domyślić 
dlaczego.

 Czy już niedługo uderzą w dzwony? — zapytała.

 Bardzo niedługo, pani — wyszeptała kobieta. Księż

niczka usłyszała w jej niskim głosie nutę napięcia. To rów
nież ją zaniepokoiło.

Usiadła na jedynym krześle w pokoju, bawiąc się poje-

222

I

dynczym klejnotem, który miała na szyi. Kapłanka kończyła ścielić łóżko szybkimi, niemal 
niecierpliwymi ruchami.

 Czy życzysz sobie czegoś jeszcze, pani? Bo jeśl

nie... przepraszam, ale... ale to tylko ta jedna noc... —
jej głos drżał.

 Nie — odparła  wyrozumiałym  tonem  Sharra. -

Dam sobie radę. Tylko... zanim odejdziesz, otwórz okno.

 Okno? — kapłanka okazała trwogę. —- Och, pan

nie! Z pewnością nie w twoim pokoju. Musisz zrozumie!
że dzisiejsza noc będzie bardzo szalona. Były wypadki, i
mężczyźni z wioski...

Sharra przeszyła kobietę najbardziej piorunującym 2 swych spojrzeń. Trudno jednak 

było okiełznać noszącą kaj tur kapłankę Dany w Gwen Ystrat. — Nie sądzę, by któr> z 
mężczyzn z wioski zapuścił się tutaj — powiedziała. -A jestem przyzwyczajona do spania 
przy otwartym okni< nawet zimą.

Bardzo wolno odwróciła się plecami i zaczęła zdejmo wać biżuterię. Dłonie miała 

spokojne, czuła jednak, jak sei ce wali jej na myśl o implikacjach tego, co przed chwil 
uczyniła.

Postanowiła, że jeśli po wejściu do pokoju będzie sii śmiał lub drwił z niej, zacznie 

krzyczeć. Potem niech san radzi sobie z konsekwencjami. Usłyszała, jak zatrzask okn; 

background image

otworzył się. Do środka wpadł zimny powiew.

Nagle rozległo się bicie w dzwony. Stojąca za nią ka płanka zaczerpnęła nerwowo tchu.
— Dziękuję ci — powiedziała Sharra, kładąc naszyjnil

na stole. — Jak sądzę, to znak dla ciebie.

Tak naprawdę było nim okno — odparł Diarmuid.

Wyciągnęła sztylet, zanim jeszcze skończyła się odwra
cać.

Odrzucił kaptur do tyłu. Stał, spoglądając na nią spokojnie. — Przypomnij mi, żebym ci 

któregoś dnia opowiedziai o tym, jak poprzednim razem zrobiłem podobną rzecz. To ciekawa 
historia. Czy zauważyłaś — dodał, by podtrzymać

223

rozmowę — jak wysokie są niektóre z tych kapłanek? To był szczęśliwy...

Czy  usiłujesz zasłużyć na moją nienawiść?

Cisnęła ku niemu te słowa, jakby to one były jej szty
letem.

Przerwał. — W żadnym wypadku — odparł, nadał zachowując swobodę. — Mężczyzna z 

zewnątrz nie może zbliżyć się do tego pokoju bez niczyjej pomocy, a nie chciałem nikogo w 
to wtajemniczać. Nie zdołałbym dostać się tu sam w żaden inny sposób.

 Skąd miałeś pewność, że ci wolno? Ile arogancji...

 Sharro. Skończ z tym tonem. Nie miałem żadnej pew

ności. Gdybyś nie kazała otworzyć tego okna, odszedłbym
stąd w chwili, gdy uderzono w dzwony.

 Ale... — przerwała. Nie było nic, co mogłaby po

wiedzieć.

 Czy zrobisz coś dla mnie?
Postąpił krok naprzód. Instynktownie uniosła sztylet. Ujrzawszy to, po raz pierwszy się 

uśmiechnął. — Tak — powiedział. — Możesz mnie zranić. Z oczywistych powodów nie 
ofiarowałem krwi, kiedy wchodziłem do świątyni. Nie podoba mi się myśl, że jestem w niej 
podczas Maida-ladan, a nie dopełniłem rytuałów. Jeśli Dana potrafi wpłynąć na mnie tak, jak 
robi to dziś w nocy, zasługuje na ofiarę błagalną. Obok ciebie stoi misa.

Podwinął rękawy szaty oraz niebieskiej koszuli, którą nosił pod spodem, po czym 

wyciągnął ku niej nadgarstki.

 Nie jestem kapłanką — powiedziała.

 Sądzę, że dzisiejszej nocy wszystkie kobiety nimi są.

Zrób to dla mnie, Sharro.

Tak więc, jej sztylet zranił go po raz drugi, kiedy ujęła jego nadgarstek i nacięła go 

poprzecznie od dołu. Trysnęła jasna krew. Zebrała ją do naczynia. Diarmuid miał w kieszeni 
kwadratową chustkę z sereshańskiej koronki. Wręczył ją jej bez słowa. Sharra odłożyła misę i 
nóż, po czym obandażowała ranę.

224

 To już dwa razy — wyszeptał, powtarzając echen

jej myśli. — Czy będzie i trzeci?

 Sam o to prosiłeś.
Usłyszawszy to, cofnął się w stronę okna. Znajdowali się po wschodniej stronie świątyni i 

wpadało przez nie światło księżyca. Sharra zdała sobie sprawę, że okno jest wysoko. U 
podstawy gładkich murów świątyni grunt opadał ostro w dół. Diarmuid złożył niedbale 
dłonie na krawędzi i wyjrzał na zewnątrz. Księżniczka usiadła na jedynym, stojącym przy 
łożu krześle. Kiedy się odezwał, nadal mówił cicho, lecz już poważnie. — Trzeba mnie 
przyjąć takim, jaki jestem, Sharro. Nigdy nie będę się poruszał w wyznaczonym rytmie — 
spojrzał na nią. — W przeciwnym razie byłbym teraz najwyższym królem Brenninu, a 
Aileron by nie żył. Byłaś tam.

Była. To on dokonał wyboru. Nikt z obecnych owego dnia w sali z pewnością tego nie 

zapomni. Siedziała w milczeniu z dłońmi złożonymi na kolanach. — Kiedy skoczyłaś z 

background image

galerii, myślałem, że widzę drapieżnego ptaka spadającego na ofiarę — powiedział. — 
Później, kiedy oblałaś mnie wodą, gdy wspinałem się po murze, myślałem, że widzę kobietę, 
która wie, co to znaczy zabawa. W Paras Derval pięć dni temu ujrzałem i jedno i drugie. 
Sharro, nie przyszedłem tu po to, by się z tobą przespać.

Z jej warg wyrwał się pełen niedowierzania śmiech.
Odwrócił się, by na nią spojrzeć. Jego twarz lśniła w blasku księżyca. — To prawda. 

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że nie podoba mi się namiętność Maidaladan. Wolę własną. I 
twoją. Nie przyszedłem przespać się z tobą, ale powiedzieć to, co powiedziałem.

Zaciskała dłonie bardzo mocno. Mimo to zadrwiła z niego, a w jej głosie brzmiał chłód. 

— Doprawdy — stwierdziła. — Sądzę więc, że poprzedniej wiosny przybyłeś do Larai Rigal 
tylko po to, żeby obejrzeć ogrody?

Nie poruszył się, lecz wydało jej się, że jego głos w jakiś sposób zbliżył się znacznie do 

niej. Brzmiał też bardziej

225

ochryple. — Tylko jeden kwiat — odparł Diarmuid. — I znalazłem więcej niż się 
spodziewałem.

Powinna coś powiedzieć, odwzajemnić mu się jednym z jego kąśliwych, sardonicznych 

docinków, lecz zaschło jej w ustach i nie była w stanie mówić.

Teraz postąpił naprzód, tylko o pół kroku, lecz wyszedł przez to ze smugi światła. Sharra 

wytężała wzrok, by widzieć go w mroku. Usłyszała, jak przemówił ostrożnie, maskując 
odczuwane przez siebie — nareszcie — napięcie. — Księżniczko, to są złe czasy, gdyż wojna 
narzuca określone ograniczenia, a ta wojna oznacza koniec wszystkiego, co znaliśmy. Bez 
względu na to, jeśli pozwolisz, będę się ubiegał o twoją rękę w sposób równie ceremonialny, 
jak zawsze czyniono to z księżniczkami Cathalu i jutro powiem twojemu ojcu to, co dzisiaj 
mówię tobie.

Przerwał. Wydawało się, że cały pokój nagle wypełnił blask księżyca. Czuła drżenie we 

wszystkich kończynach.

— Sharro — powiedział. — Słońce zagościło w twych oczach.
Tak wielu mężczyzn oświadczało się jej tymi słowami ceremonialnego wyznania miłości. 

Tak wielu mężczyzn, lecz żaden nigdy nie sprawił, by się rozpłakała. Chciała wstać, lecz nie 
ufała swym nogom. Diarmuid wciąż znajdował się w pewnej odległości. Powiedział: 
ceremonialnie. Rankiem porozmawia z jej ojcem. Słyszała też ochrypłe brzmienie jego głosu.

Nadal go nie opuszczało. — Przepraszam cię, jeśli czujesz się zaskoczona — powiedział. 

— To jest jedyna rzecz, w której brakuje mi doświadczenia. Teraz sobie pójdę. Nie będę 
rozmawiał z Shalhassanem, dopóki nie udzielisz mi pozwolenia.

Podszedł do drzwi. Nagle wszystko do niej dotarło: nie widział jej twarzy, gdyż siedziała 

w cieniu, a ponieważ nic nie mówiła...

Podniosła się wtedy. Wypowiadając słowa na szczycie fali, która wezbrała w jej sercu, 

powiedziała nieśmiało, lecz

226

nie bez nuty śmiechu: — Czy nie moglibyśmy udawać, że to nie Maidaladan? Przekonać się, 
dokąd zaniesie nas nasze własne, nieadekwatne pożądanie?

Odwracając się, wydał z siebie jakiś dźwięk.

Przesunęła się w bok i stanęła w świetle, żeby mógł ujrzeć jej twarz. — Kogóż innego 

mogłabym pokochać? — zapytała.

Nagle znalazł się obok niej i nad nią. Jego usta były na jej łzach, jej oczach, jej wargach. 

Blask pełni księżyca przesilenia letniego padał na nich niczym prysznic białego światła bez 
względu na całą ciemność, która ich otaczała, oraz tę, która miała dopiero nadejść.

Na otwartej przestrzeni panował mróz, lecz dzisiejsza noc nie była najgorsza, a śnieg i 

wzgórza oblewała lśniąca poświata. W górze, jaśniejsze gwiazdy jarzyły się lodowatym 
blaskiem, lecz mniej wyraźne ginęły w świetle widocznego wysoko na niebie księżyca w 
pełni.

Kevin jechał na wschód w jednostajnym tempie. Stopniowo jego wierzchowiec zaczął 

background image

wspinać się pod górę. Nie wiodła tędy prawdziwa ścieżka, nie wśród śniegu, lecz droga nie 
była trudna, a zaspy niezbyt głębokie.

Wzgórza ciągnęły się na północ i na południe. Nie upłynęło wiele czasu, nim dotarł na 

wysoki grzbiet i zatrzymał się, by spojrzeć w dół. W oddali szczyty lśniły w srebrzystym 
świetle, niedostępne i zachwycające. Nie wybierał się aż tak daleko.

Po jego prawej stronie na śniegu i łodzie poruszył się jakiś cień. Kevin odwrócił się 

szybko, by tam spojrzeć. Zdawał sobie sprawę, że jest sam wśród szerokiej nocy i nie ma 
broni.

To nie był wilk.

Szary pies poruszył się powoli i z powagą, by zatrzymać się przed koniem. Mimo 

straszliwych blizn było to piękne zwierzę. Kevin poczuł do niego gorącą sympatię. Stali tak 
przez moment — żywy obraz na szczycie wzgórza wśród śniegu i cichych, szerokich 
poszeptów wiatru.

227

— Czy zaprowadzisz mnie tam? — zapytał Kevin.

W chwilę później Cavall spojrzał w górę, jakby chciał zadać samotnemu jeźdźcowi 

siedzącemu na samotnym koniu jakieś pytanie bądź też potrzebował od niego zapewnienia.

Kevin zrozumiał go. — Boję się — przyznał. — Nie zamierzam cię okłamywać. Jest 

jednak we mnie silne uczucie. Teraz, kiedy tu jesteś, wzmogło się jeszcze. Chcę pójść do 
Dun Maura. Czy wskażesz mi drogę?

Zawirowanie wiatru wzbiło w górę obłok śniegu. Kiedy już minęło, Cavall odwrócił się i 

ruszył kłusem w dół wzgórza na wschód. Kevin oglądał się przez chwilę za siebie. W 
Morvran i w świątyni paliły się światła. Gdy się wsłuchał, usłyszał niewyraźne krzyki i 
śmiech. Szarpnął wodze. Koń ruszył w ślad za psem. Gdy znalazł się na zboczu, światła i 
hałas zniknęły.

Wiedział, że droga nie może być zbyt długa. Przez jakąś godzinę Cavall prowadził go w 

dół pomiędzy wzgórzami trasą wijącą się ku wschodowi i nieco na pomoc. Koń, człowiek i 
pies byli jedynymi istotami poruszającymi się wśród zimowego krajobrazu wiecznie 
zielonych roślin przysypanych śniegiem oraz posrebrzonych, zaokrąglonych kształtów 
pagórków i żlebów. Oddech Kevina zamarzał w nocnym powietrzu. Jedynymi dźwiękami 
były odgłosy ruchów konia oraz poszepty wiatru, które były teraz cichsze, gdyż zjechali w 
dół z wyżej położonych miejsc.

Nagle pies zatrzymał się i odwrócił, by spojrzeć na niego raz jeszcze. Kevin musiał szukać 

wzrokiem groty przez kilka chwil, zanim ją dostrzegł. Znajdowali się bezpośrednio przed nią. 
Zasłaniały ją krzaki i zwisające z góry pnącza. Wejście było mniejsze niż się tego 
spodziewał. Właściwie przypominało raczej szczelinę. Biegnąca na ukos ścieżka wiodła od 
niego w dół ku czemuś, co wydawało się ostatnim z niskich wzgórz. Gdyby księżyc nie 
świecił tak jasno, Kevin w ogóle nie dostrzegłby jaskini.

Jego dłonie nie były w pełni spokojne. Zaczerpnął szereg powolnych, głębokich 

oddechów i poczuł, że jego walące

228

mocno serce uspokoiło się. Zeskoczył z siodła i stanął na śniegu obok Cavalla. Spojrzał na 
grotę. Czuł bardzo wielki strach.

Raz jeszcze wciągnął powietrze w płuca i odwrócił się w stronę konia. Pogłaskał go po 

nosie. Zbliżył do niego głowę, by poczuć jego ciepło. Następnie ujął w dłoń wodze i 
skierował wierzchowca ku wzgórzom i leżącemu poza nimi miastu. — Idź już — rozkazał i 
klepnął go w zad.

Lekko zaskoczony tym, że przyszło mu to tak łatwo patrzył, jak ogier oddalił się 

galopem, wracając po własnym dobrze widocznym śladzie. Widział go jeszcze przez dług 
czas w jasnym świetle, nim ścieżka, którą tu przybyli, zakręciła na południe i zniknęła za 
zboczem. Stał jeszcze prze2 kilka sekund, gapiąc się na zachód, na miejsce, w którym 
zniknął koń.

— Cóż — powiedział, odwracając się. — Pora iść.

background image

Pies siedział na śniegu, obserwując go lśniącymi oczyma. Było w nich tyle smutku. 

Zapragnął go objąć, lecz zwierzę nie należało do niego. Nie dzielili ze sobą niczego i nie 
chciał posunąć się zbyt daleko. Wykonał gest dłonią — szczerze mówiąc głupi — po czym, 
nie mówiąc nic więcej, wszedł do Dun Maura.

Tym razem nie obejrzał się za siebie. Mógłby zobaczyć jedynie Cavalla. Pies z pewnością 

przyglądał się mu, siedząc bez ruchu na skąpanym w blasku księżyca śniegu. Kevin rozchylił 
paprocie, przeszedł przez krzaki i znalazł się w grocie.

Natychmiast ogarnął go mrok. Nie przyniósł ze sobą żadnego światła, musiał więc 

odczekać, aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności. Podczas tego oczekiwania zdał sobie 
sprawę, jak ciepło nagle się zrobiło. Zdjął płaszcz i rzucił go obok wejścia, choć trochę z 
boku. Po chwili wahania zrobił to samo z pięknie utkaną kamizelką, którą podarował mu 
Diarmuid. Serce zabiło mu gwałtownie, gdy na zewnątrz rozległ się jakiś szybki, trzepoczący 
dźwięk, lecz był to tylko ptak. Usłyszał jego przeciągły, cienki, drżący głos, raz, a po-

229

tem drugi. W chwilę później zew rozległ się po raz trzeci, o pół tonu niżej i nie tak 
przeciągle. Dotykając prawą dłonią ściany, Kevin zaczął posuwać się naprzód.

Ścieżka była równa i prowadziła w dół łagodnie. Kiedy rozłożył ręce, wyczuwał ściany 

po obu stronach. Miał wrażenie, że sklepienie jaskini jest wysoko, było jednak naprawdę 
ciemno i nie mógł go dostrzec.

Odniósł wrażenie, że serce bije mu teraz wolniej. Dłonie miał suche, choć chropowate 

ściany pokrywała wilgoć. Ciemność przysparzała mu trudności, wiedział jednak — z taką 
pewnością, jak to tylko możliwe — że nie zaszedł tak daleko po to tylko, by potknąć się i 
złamać sobie kark na pogrążonej w mroku ścieżce.

Szedł tak przez długi czas, nie wiedział jak długi. Dwukrotnie ściany zbliżyły się do 

siebie tak bardzo, że musiał odwrócić się bokiem, by przecisnąć się na drugą stronę. W 
pewnej chwili coś lecącego w ciemności przemknęło bardzo blisko niego. Uchylił się 
poniewczasie, ogarnięty pierwotnym strachem. Minął on jednak, podobnie jak wszystko inne. 
Wreszcie korytarz skręcił ostro w prawo i zaczął opadać w dół. Kevin dostrzegł w oddali 
lśniącą łunę.

Było ciepło. Rozpiął kolejny guzik koszuli, a potem, pod wpływem impulsu, ściągnął ją. 

Podniósł wzrok. Sklepienie było tak wysoko, że nawet w widocznym teraz świetle kryły je 
cienie. Droga stała się szersza. Pojawiły się stopnie. Bez określonego powodu zaczął je 
liczyć. Ostatni był dwudziesty siódmy. Ścieżka skończyła się. Stał na krawędzi wielkiej, 
okrągłej komory wypełnionej pomarańczowym blaskiem, którego źródła nie dostrzegał.

Instynktownie zatrzymał się na progu. W tej samej chwili włosy na karku stanęły mu dęba 

i poczuł pierwszy impuls — jeszcze nie przypływ, choć wiedział, że on nadejdzie — mocy 
tego najświętszego z miejsc. Przybrała postać tak oczekiwanego pożądania.

— Jasna twa krew i włosy jasne — usłyszał. Odwrócił się błyskawicznie w prawo.

230

Nie zauważył jej przedtem. Nie dostrzegłby jej w ogók gdyby się nie odezwała. W 

odległości zaledwie trzech sto od niego znajdowało się proste, kamienne siedzenie w> 
rzeźbione prymitywnie w skalnej ścianie. Na nim, zgięt niemal wpół ze starości, siedziała 
zwiędła, zgrzybiała baba Jej długie, pozlepiane włosy opadały w rozczochranych, żól 
tosiwych splotach na plecy oraz po obu stronach wąskie twarzy. Guzowatymi dłońmi, równie 
zdeformowanymi jal jej kręgosłup, robiła nieustannie na drutach coś bezkształt nego. Gdy 
zobaczyła jego przestrach, roześmiała się. Otwo rzyła  szeroko bezzębne usta z wysokim,  
charkotliwyn dźwiękiem. Jej oczy, jak się domyślał, miały ongiś barw^ niebieską, teraz 
jednak były mlecznobiałe i zaropiałe, zasnute zaćmą.

Suknia dawno temu była z pewnością biała, teraz jednak zrobiła się brudna i zaplamiona. 

Nabrała nieokreślonej barwy, a w wielu miejscach była porozrywana. Przez jedną z dziur 
Kevin dostrzegał obwisłą, skurczoną pierś.

Powoli, z najwyższym szacunkiem, pokłonił się strażniczce progu tego miejsca. Wciąż się 

śmiała, kiedy się podniósł. Po brodzie spływała jej ślina.

background image

— Dziś w nocy jest Maidaladan — powiedział.

Ucichła stopniowo, spoglądając na niego w górę z niskiego, kamiennego siedzenia. Jej 

plecy były tak przygarbione, że musiała skłonić szyję w bok, żeby podnieść wzrok. — Tak — 
odparła. — Noc Ukochanego Syna. Upłynęło już siedemset lat, odkąd ostatni raz mężczyzna 
przyszedł tu w wigilię przesilenia letniego.

Wskazała w dół jednym ze swych drutów. Kevin spojrzał na ziemię obok niej i zobaczył 

rozsypujące się kości oraz czaszkę.

— Nie pozwoliłam mu przejść — wyszeptała starucha

i roześmiała się.

Przełknął ślinę i stłumił strach. — Od jak dawna — wyjąkał. — Od jak dawna tu jesteś?
— Głupcze! — krzyknęła tak głośno, że aż podsko-

231

czył. Głupczegłupczegłupczegłupcze — poniosło się echem w jaskini. Wysoko w górze 
Kevin usłyszał nietoperze. — Czy sądzisz, że jestem żywa?

Żyważyważyważywa — dotarło do jego uszu. Potem słyszał już tylko własny oddech. 

Patrzył, jak starucha położyła robótkę obok leżących u jej stóp kości. Gdy ponownie 
podniosła ku niemu wzrok, trzymała w ręku tylko jeden drut, długi, ostry i ciemny. 
Wymierzyła go w jego serce. Zaśpiewała, wyraźnie, lecz cicho, tak że nie odezwało się echo:

Jasna twa krew i włosy jasne Czerwień i żółć, by Matce dodać siły. 
Powiedz mi swoje imię własne, Twoje prawdziwe imię, miły.

Podczas chwili, która minęła, nim odpowiedział, Kevin Laine miał czas, by przypomnieć 

sobie bardzo wiele rzeczy — jedne ze smutkiem, a inne z miłością. Wyprostował się przed 
nią. Była w nim moc, nagły przypływ pożądania. On również potrafił sprawić, by w Dun 
Maura rozbrzmiały echa.

— Liadon! — krzyknął. Gdy jego głos odbił się od

ścian, zaczęła w nim narastać siła. Poczuł oddech, dotyk na
twarzy czegoś przypominającego wiatr.

Starucha opuściła powoli drut.

— Tak jest — wyszeptała. — Przejdź.
Nie poruszył się. Serce znowu zabiło mu szybko, choć już nie ze strachu. — Jest we mnie 

życzenie — oznajmił.

 Tak jest zawsze — odparła starucha.

 Jasna ma krew i włosy jasne — ciągnął Kevin. —

Ofiarowałem ongiś krew, w Paras Derval, ale było to daleko
stąd i nie dzisiejszej nocy.

Czekał. Po raz pierwszy dostrzegł w jej oczach zmianę. Odniósł wrażenie, że pojaśniały, 

przesunęły się z powrotem w kierunku utraconego błękitu. Mogła to być gra pomarań-
czowego blasku na kamiennym siedzeniu, wydało mu się jednak, że dostrzegł, iż się 
wyprostowała.

232

Tym samym drutem wskazała w stronę położonej wewnątrz komory. Niedaleko, niemal 

jeszcze na progu, Kevin ujrzał rekwizyty ofiary. Nie było tu pięknie wypolerowanego 
sztyletu ani wspaniale wykonanej misy, by przechwycić spadający dar. To było najstarsze 
miejsce, ośrodek. Z dna jaskini wznosiło się skalne wypiętrzenie sięgające trochę wyżej niż 
jego pierś. Nie wieńczył go jednak płaski, zaokrąglony szczyt, lecz długi, wyszczerbiony 
grzebień. Obok stała kamienna misa, niewiele więcej niż kubek. Ongiś miała dwa uchwyty, 
lecz jeden się odłamał. Nie było na niej żadnych wzorów ani garncarskiej emalii. Była 
prymitywna i zaledwie nadawała się do użytku. Kevin nawet nie próbował odgadnąć jej 
wieku.

— Przejdź — powtórzyła starucha.

Podszedł do skały i podniósł ostrożnie naczynie. Wydało mu się bardzo ciężkie. Raz 

background image

jeszcze zatrzymał się i raz jeszcze bardzo wiele rzeczy powróciło do niego z głębiny niczym 
ognie na odległym brzegu czy światła miasta widziane zimową nocą ze wzgórza.

Poczuł dogłębną pewność. Gładkim, niespiesznym ruchem pochylił się nad skałą i rozciął 

sobie policzek o wyszczerbioną krawędź. W tej samej chwili, gdy poczuł ból i złapał w misę 
tryskającą krew, usłyszał za sobą zawodzący lament, szalony dźwięk radości połączonej z 
żalem w jednym wznoszącym się i opadającym krzyku towarzyszącym przebudzeniu się jego 
mocy.

Odwrócił się. Starucha uniosła się z miejsca. Oczy miała bardzo niebieskie, suknię białą, 

włosy białe jak śnieg, a palce długie i smukłe. Jej zęby również były białe, a wargi czerwone, 
podobnie jak zarumienione policzki. Wiedział, że to wyraz pożądania.

— W moim sercu jest życzenie — powtórzył.
Roześmiała się. Był to łagodny, pobłażliwy, czuły śmiech,

śmiech matki pochylonej nad kołyską dziecka.

— Ukochany — przemówiła. — Och, witaj z powro

tem, Liadonie. Ukochany Synu... Maidaladan. Będzie cię
kochała, na pewno.

233

Strażniczka progu, wciąż stara, lecz już nie zgrzybiała, dotknęła palcem jego rany, z 

której nadal płynęła krew. Poczuł, że skóra zasklepia się pod tym dotykiem i krwawienie 
ustało.

Stanęła na palcach i pocałowała go namiętnie w usta. Pożądanie wezbrało w nim niczym 

fala na porywistym wietrze. — Upłynęło tysiąc dwieście lat, odkąd ostatnio otrzymałam 
należność od ofiary, która zgłosiła się dobrowolnie — powiedziała.

W jej oczach lśniły łzy.
— Idź już — poleciła. — Zbliża się północ, Liadonie. Wiesz dokąd się udać. Pamiętasz to. 

Wylej zawartość misy wraz z życzeniem swego serca, Ukochany. Ona tam będzie. Dla ciebie 
przyjdzie tak szybko, jak wtedy, gdy pierwszy odyniec naznaczył pierwszego z jej 
kochanków.

Mówiąc, rozbierała go długimi palcami.

Pożądanie, moc, grzbiet fali. Był siłą, która kryła się za falą, i pianą powstającą tam, gdzie 

się załamała. Odwrócił się bez słów. Pamiętał drogę. Przeszedł przez obszerną komorę, 
niosąc swą krew w kamiennym naczyniu, i doszedł do jej najdalej położonego punktu. Do 
samego brzegu rozpadliny.

Nagi, tak jak ongiś w macicy, stanął ponad nią. Nie pozwolił, by jego umysł wrócił teraz 

do utraconych spraw z przeszłości. Zamiast tego zwrócił całą jaźń ku jedynemu życzeniu 
swego serca, jedynemu darowi, który chciał od niej otrzymać w zamian. Wylał pełen kubek 
własnej krwi w ciemną rozpadlinę, by przywołać z ziemi Dane w wigilię przesilenia letniego.

W komorze za jego plecami blask zgasł całkowicie. Czekał w absolutnej ciemności. Było 

w nim tak wiele mocy, tak wiele tęsknoty. Tęsknoty wszystkich jego dni zredukowanej do 
jednego punktu. Tego punktu. Tej szczeliny. Dun Maura. Maidaladan. Jego najgorętsze 
pragnienie. Odyniec. Krew. Pies na śniegu przed grotą. Księżyc w pełni. Wszystkie noce, 
wszystkie podróże przez wszystkie noce miłości. I teraz.

234

I teraz nadeszła i było to więcej niż cokolwiek inneg więcej niż wszystko. Była. Była 

przed nim w ciemność zawieszona w powietrzu nad rozpadliną.

— Liadonie — wyszeptała. Ochrypła żądza w jej gł( sie sprawiła, że ogarnął go ogień. 

Potem, jako ukoronowani i nadanie postaci, gdyż kochała go i miała go kochać, sz< pnęła 
raz jeszcze.— Kevinie — powiedziała, a potem: -Och, chodź!

Skoczył.

Była tam. Jej ramiona otoczyły go w mroku, gdy uznał go za swego. Wydawało mu się, że 

przez chwilę unosili si w powietrzu. Potem zaczął się długi upadek. Jej nogi owi nęły się 
wokół jego nóg. Wyciągnął ręce i odnalazł jej piersi Pieścił jej biodra i uda, poczuł jak 
otwiera się niczym kwia pod jego dotykiem. Poczuł szaloną erekcję. Wszedł w nią Spadali. 

background image

Nie było światła, nie było ścian. Gdy go całowała jej usta wydawały głośne dźwięki. Kiedy 
pchał, słyszał je jęki oraz własny, chrapliwy oddech. Czuł narastającą burzę moc, wiedział, że 
to jest przeznaczenie jego dni, słyszał, jal Dana wypowiada jego imię, wszystkie jego imiona 
we wszy stkich światach, poczuł, jak eksploduje w jej głębi ognierr swego nasienia. 
Rozbłysła jasno własną, przemieniającą ekstazą. Żarzyła się tym, co z nią uczynił. W blasku 
jej żądz> dostrzegł ziemię zbliżającą się, by go zagarnąć. Zrozumiał, że dotarł do domu, do 
kresu podróży. Kresu tęsknoty. Grunl gnał ku niemu. Ściany mijały go nieprzerwanym 
pędem. Żadnego żalu, dużo miłości i mocy, odrobina nadziei, zaspokojone pożądanie i tylko 
jeden smutek, który wypełnił końcowe pół sekundy, gdy mknął na ostatnie spotkanie z ziemią

Abba — pomyślał ni w pięć, ni w dziewięć. I uderzył.
W świątyni, Jaelle przebudziła się. Usiadła na łożu, sztywna i wyprostowana. Czekała. W 

chwilę później dźwięk rozległ się ponownie. Tym razem nie spała i nie mogło być mowy o 
pomyłce. Nie w tej sprawie i nie dziś w nocy. Była najwyższą kapłanką, nosiła biel i była 
nietknięta, ponieważ

235

ktoś musiał być zespolony z Matką, żeby usłyszeć krzyk, jeśli się rozlegnie. Dobiegł jej uszu 
raz jeszcze. Dźwięk, którego nigdy nie spodziewała się usłyszeć. Krzyk, który, według opinii 
żyjących, nie rozbrzmiewał od dłuższego czasu. Och, rytuał wykonywano. Odgrywano go 
każdego ranka po Maidaladan od czasu, gdy w Gwen Ystrat wzniesiono pierwszą świątynię. 
Lament kapłanek o wschodzie słońca to była jednak inna sprawa. Symbol. Wspomnienie.

Głos w jej umyśle był czymś nieskończenie odmiennym. Nie brzmiała w nim żałoba po 

symbolicznej stracie, lecz po Ukochanym Synu. Jaelle podniosła się z łoża. Zdała sobie 
sprawę, że drży. Nadal nie mogła w pełni uwierzyć w to, co usłyszała. Dźwięk jednak był 
wysoki i nieodparty, przesycony ponadczasowym żalem. Była najwyższą kapłanką i 
rozumiała, co się wydarzyło.

We frontowym pokoju jej apartamentu spało trzech mężczyzn. Żaden z nich nawet się nie 

poruszył, gdy ich mijała. Nie wyszła na korytarz, lecz zbliżyła się do innych, mniejszych 
drzwi, po czym ruszyła pośpiesznie boso, nie zważając na chłód, przez wąskie, mroczne 
przejście i otworzyła następne drzwi na jego końcu.

Znalazła się pod kopułą, za ołtarzem i toporem. Tam zatrzymała się. Głos rozbrzmiewał w 

niej donośnie, naglący i radosny, nawet w swym żalu. Poprowadził ją za sobą.

Była najwyższą kapłanką. To była noc Maidaladan i — choć to niewiarygodne — ofiara 

została złożona. Wsparła obie dłonie na toporze, który mogła unieść jedynie najwyższa 
kapłanka. Podźwignęła go z miejsca, zakręciła nim wokół i opuściła z trzaskiem na ołtarz. 
Dźwięk rozbrzmiał potężnie pod kopułą. Dopiero gdy ucichł, Jaelle podniosła głos, by 
wypowiedzieć słowa, które niosły się echem w jej jaźni.

— Rahod hedai Liadon! — wykrzyknęła. — Liadon umarł raz jeszcze!
Rozpłakała się. Całe jej serce wypełnił żal. Wiedziała, że usłyszała ją każda kapłanka w 

Fionavarze. Była najwyższą kapłanką.

236

Budziły się już, wszystkie te, które przebywały w świątyni. Wychodziły z miejsc, gdzie 

spały. Widziały ją tam w rozdartej szacie, z krwią na twarzy i uniesionym toporem w rękach.

— Rahod hedai Liadonl — krzyknęła ponownie Jaelle,

czując, jak owe słowa wzbierają w niej, domagając się wy
powiedzenia. Wszystkie Mormae były już przy niej. Zoba
czyła, że zaczynają rozdzierać szaty i rozdrapywać pazno
kciami twarze w oszalałej żałobie. Usłyszała, jak podnoszą
głosy, by powtórzyć jej lament.

Podeszła do niej płacząca akolitka. Przyniosła jej płaszcz i buty. Najwyższa kapłanka 

włożyła je pośpiesznie. Ruszyła naprzód, by poprowadzić je wszystkie na wschód — tam, 
gdzie się to wydarzyło. W pomieszczeniu byli teraz też mężczyźni — dwaj magowie oraz 
królowie. W ich oczach widać było strach. Ustąpili na bok, by ją przepuścić. Była jednak 
kobieta, która tego nie uczyniła.

background image

— Jaelle — zapytała Kim. — Kto to jest?
Niemal nie zwolniła kroku. — Nie wiem. Chodź!
Wyszła na zewnątrz. W całym Morvran zapalano światła.

Na długiej ulicy, wylotowej z miasta, widziała biegnące ku niej kapłanki. Sprowadzono jej 
konia. Dosiadła go i, nie czekając na nikogo, ruszyła w stronę Dun Maura.

Wszyscy podążyli za nią. W wielu przypadkach po dwie osoby na koniu, gdyż żołnierze 

zabrali ze sobą kapłanki, które zerwały się z płaczem z łóżek. Był to dzień letniego 
przesilenia i świt miał wstać szybko. Szarzało już, gdy dotarli do groty i ujrzeli psa.

Artur zeskoczył z siodła i zbliżył się do Cavalla. Przez chwilę wpatrywał się w jego oczy, 

po czym wyprostował się i zajrzał w głąb jaskini. Jaelle uklękła przy wejściu między 
czerwonymi kwiatami, które rozkwitły teraz pośród śniegu. Po jej twarzy spływały łzy.

Słońce wzeszło.

— Kto? — zapytał Loren Srebrny Płaszcz. — Kto to był?

237

Zebrało się tam już wówczas bardzo wielu ludzi. Wszyscy spoglądali na siebie w 

pierwszych promieniach poranka.

Kim Ford zamknęła oczy.
Wszędzie wokół kapłanki Dany zaczęły, z początku nierówno, lecz potem harmonijnie, 

śpiewać swój lament po zmarłym Liadonie.

— Spójrzcie!— zawołał Shalhassan z Cathalu. — Śnieg

topnieje!

Spojrzeli wszyscy oprócz Kim. Wszyscy to zobaczyli.

Och, mój ukochany — pomyślała Kimberly. Rozległ się szept, przechodzący stopniowo w 

ryk. Zachwyt i niedowierzanie. Początki rozpaczliwej nadziei. Kapłanki zawodziły w żalu i 
ekstazie. Promienie słońca padały na topniejący śnieg.

— Gdzie jest Kevin? — zapytał ostrym tonem Diar-

muid.

Gdzie, ach, gdzie? O mój kochany.

Część IV

Cader Sedat

Rozdział 12

Jako najstarszy z trzech braci, Paul Schafer miał ogólne pojęcie na temat 

postępowania z dziećmi. Ogólne pojęcie nie miało jednak przynieść mu wiele pożytku. Nie w 
przypadku tego dziecka. Rankiem Dari spadł na jego głowę, gdyż Vae musiała się uporać z 
własnymi problemami: żałobą po utraconym synu i niemal niewykonalnym zadaniem 
napisania listu do Północnej Twierdzy.

Obiecał, że dopilnuje, by dotarł on na miejsce, po czym wyszedł z Darim na dwór, by się z 

nim pobawić. A właściwie tylko pospacerować w śniegu, gdyż chłopiec — Paul uznał, że 
wygląda on teraz na siedem albo osiem lat — nie był w nastroju do zabawy, a poza tym nie 
ufał zbytnio nieznajomemu mężczyźnie.

Paul sięgnął pamięcią piętnaście lat wstecz, do wspomnienia o swych braciach. Zaczął 

mówić. Nie próbował skłonić Danego, by cokolwiek powiedział lub zrobił, nie proponował, 

background image

że go podrzuci w górę albo poniesie. Po prostu mówił i to nie tak, jak się mówi do dziecka.

Opowiedział Danemu o swym świecie i o Lorenie Srebrnym Płaszczu, magu, który 

potrafił wędrować między światami. Mówił o wojnie, o tym, dlaczego Shahar, ojciec 
Dariego, musiał wyjechać, i o tym, że wiele matek i dzieci

239

musieli opuścić mężczyźni, którzy odeszli na wojnę z powodu Ciemności.

— Ale Finn nie był mężczyzną — odezwał się Dari.

To były jego pierwsze słowa tego ranka.

Szli krętą ścieżką przez las. Z lewej Paul dostrzegał przelotnie jezioro — jak sądził jedyne 

w całym Fionavarze, które nie zamarzło. Spojrzał na dziecko, ważąc starannie słowa.

— Niektórzy chłopcy stają się mężczyznami szybciej

od innych — odparł. — Finn taki był.

Dari, w swym niebieskim płaszczyku, szaliku, rękawiczkach z jednym palcem oraz 

zimowych bucikach, podniósł ku niemu z powagą wzrok. Jego oczy były intensywnie nie-
bieskie. Po dłuższej chwili najwyraźniej podjął decyzję. — Potrafię zrobić kwiat na śniegu — 
powiedział.

 Wiem — odparł z uśmiechem Paul. — Patykiem.

Twoja matka powiedziała mi, że wczoraj taki zrobiłeś.

 Nie potrzebuję patyka — odrzekł Darien. Odwrócił

się, wskazał ręką w stronę nie tkniętego ludzką stopą śniegu
leżącego przed nimi i wykonał jakiś gest. Na ścieżce poja
wiło się dokładne odbicie ruchu jego dłoni w powietrzu.
Paul dostrzegł, że tworzy się tam zarys kwiatu.

Zobaczył również coś jeszcze.
— To jest... bardzo ładne — powiedział, tak spokoj

nie, jak tylko mógł, podczas gdy w jego głowie rozbrzmiały
dzwony alarmowe. Darien nie odwrócił się. Następnym ru
chem — tym razem nie rysował nic palcem, a po prostu
rozpostarł je wszystkie — pokolorował stworzony przez
siebie kwiat. Tam, gdzie były płatki, miał on barwę niebie-
skozieloną, a w środku czerwoną.

Czerwoną, jak oczy Dariena w chwili, gdy go kreślił.

— To jest bardzo ładne — zdołał powtórzyć Paul. Od

chrząknął. — Czy pójdziemy do domu na obiad?

Odeszli daleko. W drodze powrotnej Dari zmęczył się i poprosił, by go ponieść. Paul 

wsadził go sobie na barana i biegł, podskakując, z nim przez część drogi. Dari po raz 
pierwszy się roześmiał. Był to miły, dziecinny śmiech.

240

Vae dała mu obiad, po czym chłopiec przespał większą część popołudnia. Wieczorem 

również był spokojny. Przy kolacji Vae, nie pytając, rozłożyła trzy nakrycia. Ona również 
mówiła bardzo mało. Powieki miała zaczerwienione, lecz Paul nie widział, by płakała. Potem, 
gdy słońce już zaszło, zapaliła świece i roznieciła ogień w kominku. Paul położył dziecko 
spać i raz jeszcze doprowadził je do śmiechu za pomocą cieni na ścianie, po czym zaciągnął 
zasłony wokół łóżka.

Następnie powiedział Vae, co postanowił zrobić. Po chwili zaczęła cicho mówić o Firmie. 

Wysłuchał jej bez słowa. Wreszcie coś zrozumiał. Trwało to zbyt długo, gdyż w tej jednej 
sprawie wciąż był powolny. Podszedł do niej i wziął ją w ramiona. Umilkła wtedy i opuściła 
głowę, by po prostu się rozpłakać.

Spędził drugą noc w łóżku Finna. Tym razem Dari nie przyszedł do niego. Paul leżał, 

czuwając, i wsłuchiwał się w gwizd wiatru w dolinie.

Rankiem, po śniadaniu, zabrał Dariego nad jezioro. Stanęli na brzegu i nauczył chłopca, 

jak puszczać kaczki na wodzie. Grał na zwłokę, gdyż podjęta wczorajszej nocy decyzja wciąż 

background image

napełniała go niepokojem i niepewnością. Gdy wreszcie zasnął, śnił mu się kwiat Dariena. 
Czerwień jego środka przerodziła się we śnie w oko. Paul bał się i nie był w stanie w nie 
spojrzeć.

Teraz, nad wodą, tęczówki dziecka były niebieskie. Dari sprawiał wrażenie spokojnie 

skupionego na nauce puszczania kaczek. Można by niemal uwierzyć, że jest tylko chłopcem i 
nadal nim pozostanie. Niemal by można. Paul pochylił się nisko. — W ten sposób — 
powiedział i rzucił kamień, który odbił się od tafli jeziora pięć razy. Wyprostował się, by 
patrzeć, jak chłopiec pobiegł po więcej kamieni. Gdy podniósł wzrok, ujrzał srebrnowłosą 
postać mijającą konno zakręt traktu wiodącego z Paras Derval.

— Cześć — odezwał się Brendel, gdy się zbliżył. —

241

Cześć, mały — dodał, zsiadając z konia. — Tam jest kamień, tuż obok ciebie. I to chyba 
dobry.

Lios alfar stanął naprzeciwko Paula. W jego oczach malowała się powaga i wiedza.
— Kevin ci powiedział? — zapytał Paul.
Brendel skinął głową. — Mówił, że będziesz się gniewał, ale nie tak bardzo.
Paul skrzywił usta. — Zna mnie za dobrze.
Brendel uśmiechnął się, lecz jego zdradzające uczucia oczy były fiołkowe. — Powiedział 

też coś jeszcze, a mianowicie, że wygląda na to, iż wchodzi tu w grę wybór pomiędzy 
Światłem a Ciemnością i że być może powinien być przy tym obecny lios alfar.

Przez chwilę Paul milczał. — Wiesz, on jest najinteligentniejszy z nas wszystkich — 

stwierdził wreszcie. — Nie przyszło mi to do głowy.

Na wschodzie, w Gwen Ystrat, mężowie z Brenninu i Cathalu wkraczali na teren Lasu 

Leinan, a biały odyniec budził się z bardzo długiego snu.

Za plecami Brendela Dari próbował, bez większego powodzenia, puścić kaczkę. — Co 

zamierzałeś zrobić? — odezwał się cicho lios, spoglądając na chłopca.

Zabrać go do Letniego Drzewa — odparł Paul.

Brendel kompletnie znieruchomiał. — Moc przed wy
borem? —   zapytał.

Kamień rzucony przez Danego odbił się trzy razy. Chłopiec roześmiał się. — Bardzo 

dobrze — powiedział odruchowo Paul. — Nie może wybrać jako dziecko, a obawiam się, że 
moc już ma — dodał, zwracając się do Brendela.

Opowiedział liosowi o kwiecie. Dari przebiegł kilka kroków wzdłuż brzegu, szukając 

następnego kamienia.

Lios alfar był nieruchomym srebrzystym płomieniem pośród śniegu. Jego twarz była 

poważna, wiecznie młoda i piękna. — Czy możemy podjąć takie ryzyko, gdy narażone są 
Krosna Świata? —   zapytał, kiedy Paul już skończył.

— Z  jakiegoś nieznanego powodu Rakoth nie chciał, by

242

on żył — odparł ten. — Jennifer mówi, że Darien jest niepożądany.

Brendel potrząsnął głową. — Co to znaczy? Boję się, Pwyllu, bardzo się boję.
Słyszeli śmiech Dariego poszukującego kamieni do rzucania. — Z pewnością nikt, kto 

kiedykolwiek żył, nie mógł pozostawać w podobnej równowadze między Światłem a 
Ciemnością — stwierdził Paul.

Potem, gdy Brendel się nie odzywał, dodał, słysząc w swym głosie zwątpienie i nadzieję 

zarazem: — Rakotł nie chciał, by on żył.

— Z  jakiegoś nieznanego powodu — powtórzył Brendel
Nad jeziorem panowała łagodna pogoda. Powierzchnię

background image

pokrywały zmarszczki, lecz nie prawdziwe fale. Dariemi udało się rzucić kamień tak, by 
odbił się pięć razy. Odwróci] się z uśmiechem, żeby zobaczyć, czy Paul na niego patrzy. 
Przyglądali mu się obaj.

— Tkaczu, użycz nam światła — powiedział Brendel.

 Świetnie, mały — pochwalił go Paul. — Czy po

każemy Brendelowi naszą ścieżkę przez las?

 Ścieżkę Finna — poprawił go Dari i ruszył naprzód

jako pierwszy.

Vae obserwowała ich z chaty. Widziała, że Paul ma włosy ciemne, a czupryna lios alfara 

lśni srebrem w blasku słońca, lecz Darien — kiedy zagłębiał się między drzewa — błyszczał 
złotem.

Paul zawsze planował, że wróci tu sam, by zadać pewne pytanie, wyglądało jednak na to, 

że sprawy ułożyły się inaczej.

Gdy doszli do miejsca, gdzie drzewa otaczającego jezioro gaju zaczynały się mieszać z 

ciemniejszymi, rosnącymi w lesie, Dari zwolnił niepewnie kroku. Brendel wyciągnął z gracją 
ręce i wsadził go sobie lekko na barana. Paul minął ich w milczeniu, tak jak ongiś, niedaleko 
stąd, minął w nocy trzech mężczyzn. Trzymał głowę bardzo wy-

243

soko. Czuł już pulsowanie mocy. Po raz drugi wkraczał na teren Lasu Boga.

Był zimowy dzień, lecz w Lesie Mórnira, wśród prastarych drzew, panowała ciemność. 

Paul poczuł, że coś w jego wnętrzu wibruje niczym kamerton. Były w nim wspomnienia. 
Usłyszał, że za jego plecami Brendel przemawia do dziecka. Wydawali się jednak bardzo 
odlegli. Bliskie były teraz obrazy: stary najwyższy król Ailell grający w szachy przy blasku 
świec; Kevin śpiewający Pieśń Rachel; ten las nocą; muzyka; Galadan i pies; potem 
czerwony księżyc w pełni w noc nowiu, mgła, Bóg i deszcz.

Dotarł do miejsca, w którym drzewa tworzyły podwójny szpaler. To również pamiętał. Na 

ścieżce nie było śniegu. Wiedział, że tak blisko Drzewa nie mogło go być. Tym razem nie 
słyszał muzyki i mimo gęstych cieni nie była to noc, lecz moc była obecna. Zawsze była tu 
obecna, a on stanowił jej część. Za jego plecami, Brendel i chłopiec umilkli teraz. Paul 
poprowadził ich w milczeniu wzdłuż łuku utworzonego przez podwójną linię drzew na 
polanę Letniego Drzewa. Wyglądało ono tak samo, jak owej nocy, gdy go na nim 
przywiązano.

Na ziemi migotały plamki światła. Słońce stało wysoko na niebie i jego promienie padały 

na polanę. Przypomniał sobie, jak paliło go rok temu, bezlitosne na czystym, bezchmurnym 
niebie.

Odpędził swe wspomnienia.
— Cernanie, pragnę z tobą pomówić — powiedział. Usłyszał, jak wstrząśnięty Brendel 

wciągnął powietrze. Nie odwrócił się. Upłynęły długie chwile. Nagle zza zasłony 
otaczających polanę drzew wystąpił bóg.

Był bardzo wysoki i opalony na ciemny brąz. Kończyny miał długie. Nie nosił żadnego 

ubrania. Jego oczy były brązowe jak u jelenia. Poruszał się lekko — niczym jeleń — a na 
głowie miał rogi o siedmiu rosochach, również jak jeleń. Była w nim pewna dzikość oraz 
nieskończony majestat, a gdy przemówił, w jego głosie brzmiało coś, co przy-

244

woływało na myśl wszystkie mroczne, nie opanowane puszcze.

— Nikt nie będzie mnie wzywał w ten sposób — oz

najmił. Wydawało się, że światło na polanie przygasło.

— Ja będę — odparł spokojnie Paul. — W tym miejscu.
W tej samej chwili, gdy przemówił, rozległ się stłumiony

głos gromu. Brendel stał tuż za nim. Zdawał sobie sprawę z obecności dziecka, czujnego i nie 
okazującego strachu, które okrążało teraz polanę.

 Miałeś umrzeć — stwierdził Cernan. Wyglądał su

background image

rowo, wręcz okrutnie. — Pokłoniłem się, by oddać cześć
temu, w jaki sposób konałeś.

 Wszystko jedno — odrzekł Paul. Ponownie rozległ

się grom. Powietrze wydawało się w wyczuwalny sposób
naładowane mocą. Rozbrzmiewały w nim trzaski. Słońce
lśniło, lecz w oddali, jakby przez mgiełkę. — Wszystko
jedno — powtórzył. — Żyję i wróciłem w to miejsce.

Ponownie grom, a potem złowieszcza cisza.

 Czegóż więc pragniesz? — zapytał Cernan.

 Wiesz, kim jest to dziecko? — odrzekł Paul włas

nym głosem.

 Wiem, że jest z andainów — odpowiedział Cernan

od Zwierząt. — Oznacza to, że należy do mego syna, Ga-
ladana.

 Galadan należy do mnie — rzucił Paul ochrypłym

głosem. — Gdy spotkamy się po raz kolejny — trzeci...

Znowu cisza. Rogaty bóg postąpił krok naprzód. — Mój syn jest bardzo silny — 

powiedział. — Silniejszy od nas, gdyż nam nie wolno ingerować — przerwał. Po chwili, z in-
ną nutą w głosie, dodał: — Nie zawsze był taki, jak teraz.

Tak wiele bólu — pomyślał Paul. Nawet w tym. Potem usłyszał pełen goryczy i 

nieubłagany głos Brendela. — Zabił Ra-Termaine'a w Andarien. Czy chcesz, byśmy się nad 
nim litowali?

— Jest moim synem — odparł Cernan.

Paul poruszył się. Tak wiele ciemności wokół niego,

245

a jemu nie towarzyszyły krucze glosy, które by go prowadziły. — Potrzebujemy cię, leśny 
władco — powiedział, wciąż pełen wątpliwości i obaw. — Twojej rady i twojej mocy. W 
tym dziecku przebudziła się siła i jest ona czerwona. Istnieje wybór Światła, którego wszyscy 
musimy dokonać, lecz obawiam się, że jego wybór jest najpoważniejszy ze wszystkich, a on 
jest tylko dzieckiem.

Po chwili przerwy wypowiedział to: — Dzieckiem Ra-kotha, Cernanie.
Zapadła cisza. — Dlaczego? — wyszeptał przerażony bóg. — Dlaczego pozwolono mu 

żyć?

Do Paula dotarł poszept rozbrzmiewający wśród drzew. Pamiętał go. — By dokonał 

wyboru — odparł. — Najważniejszego wyboru we wszystkich światach. Ale nie gdy jest 
dzieckiem. Jego moc objawiła się zbyt wcześnie.

Usłyszał oddech Brendela za swymi plecami.
— Tylko gdy jest dzieckiem, można nad nim zapanować

—   odrzekł Cernan.

Paul potrząsnął głową. — Nad nim nie sposób zapanować. Nigdy nie było to możliwe. 

Leśny władco, on jest polem bitwy i musi być wystarczająco dorosły, by o tym wiedzieć!

Gdy wypowiedział te słowa, poczuł, że zabrzmiała w nich prawda. Nie uderzył grom, lecz 

Paul poczuł w swym wnętrzu dziwne, wyczekujące pulsowanie. — Cernanie, czy 
doprowadzisz go do dojrzałości? — zapytał.

Cernan od Zwierząt uniósł potężną głowę. Po raz pierwszy coś w nim przestraszyło Paula. 

Bóg otworzył usta, by wyrzec...

Nigdy nie usłyszeli tego, co zamierzał powiedzieć.
Na przeciwległym końcu polany rozbłysło światło, niemal oślepiające w naładowanym 

mocą półmroku tego miejsca.

 Tkaczu przy Krosnach! — krzyknął Brendel.

 Nie przesadzaj — odparł Darien.

Wyszedł zza Letniego Drzewa. Nie był już dzieckiem.

246

background image

Stał nagi jak Cernan, lecz włosy miał jasne, takie jak od urodzenia. Nie był też tak wysoki, 
jak bóg. Dorównywał mniej więcej wzrostem Finnowi — zdał sobie z odrętwiającym lękiem 
sprawę Paul. Wyglądał też na jego wiek.

— Dari... — zaczął, lecz owo zdrobnienie już do niego

nie pasowało. Nie mogło się odnosić do złotej postaci sto
jącej na polanie. Spróbował raz jeszcze. — Darienie, po to
cię tu przyprowadziłem, ale jak dokonałeś tego sam?

Odpowiedział mu śmiech, który zmienił obawę w przerażenie. — Zapomniałeś o czymś 

— odparł Darien. — Wszyscy o tym zapomnieliście. I to przez taką zwykłą rzecz, jak zima. 
Jesteśmy w dębowym gaju i nadchodzi wigilia przesilenia letniego! Mogąc czerpać z tak 
potężnego źródła, po cóż miałbym potrzebować pomocy rogatego boga, by osiągnąć mą moc?

 Nie moc — odparł Paul, tak spokojnie, jak tylko

potrafił. Wpatrywał się w oczy Dariena, które wciąż były
niebieskie. —   Dojrzałość. Jesteś już wystarczająco doro
sły, by wiedzieć dlaczego. Musisz dokonać wyboru.

 Czy mam udać się do mojego ojca — wykrzyknął

Darien —   żeby go zapytać, co powinienem uczynić?

Skinieniem dłoni podpalił otaczające polanę drzewa, które utworzyły krąg ognia, 

czerwony jak błysk jego oczu.

Paul zatoczył się do tyłu, czując falę gorąca, tak jak nie czuł zimna. Usłyszał, że Cernan 

krzyknął, lecz zanim bóg zdążył coś zrobić, Brendel postąpił krok naprzód.

— Nie — powiedział. — Zgaś ogień i wysłuchaj mnie,

zanim odejdziesz.

W jego głosie brzmiała muzyka, dzwony w wysoko położonym miejscu pełnym światła. 

— Tylko ten jeden raz — dodał cicho Brendel. Darien poruszył dłonią.

Ogień zgasł. Drzewa były nietknięte. Iluzja — zrozumiał Paul. To była iluzja. Nadal 

jednak czuł na skórze przygasający żar, w miejsce własnej mocy zaś bezradność.

Zwiewny, niemal świetlisty Brendel zwrócił się w stronę dziecka Rakotha. — Słyszałeś, 

jak wymieniliśmy imię twe-

247

go ojca— zaczął. — Nie wiesz jednak, jak nazywa się twoja matka. Masz jej włosy i jej 
dłonie. Jest jeszcze więcej: oczy twego ojca są czerwone, a matki zielone. Ty masz nie-
bieskie, Darienie. Nie jesteś skazany na żadne przeznaczenie. Nikt, kto się kiedykolwiek 
narodził, nie stał przed równie klarownym wyborem między Światłem a Ciemnością.

— To prawda — odezwał się między drzewami głębo

ki głos Cernana.

Paul nie widział oczu Brendela, lecz tęczówki Dariena znowu stały się niebieskie. Był 

piękny. Już nie dziecko, lecz nadal młodzieniec z otwartą twarzą bez zarostu i tak bardzo 
wielką mocą.

— Jeśli wybór jest klarowny — odparł Darien. — To

czy nie powienienem wysłuchać mojego ojca, tak jak i was?
Choćby po to, by być sprawiedliwym?

Roześmiał się wtedy, ujrzawszy coś w twarzy Brendela.

— Darienie — przemówił cicho Paul. — Kochano cię.

Co powiedział ci Finn na temat wyboru?

To było ryzyko i to kolejne. Nie wiedział, czy Finn mówił cokolwiek na ten temat.
Podjął je i wyglądało na to, że przegrał. — On odszedł

— odparł Darien. Jego twarz przeszył grymas bólu. —
Odszedł! —   krzyknął raz jeszcze chłopiec. Skinął dłonią
— taką samą jak dłoń Jennifer — i zniknął.

Zapadła cisza, po czym usłyszeli, jak coś ucieka z polany.

— Dlaczego... — zapytał raz jeszcze Cernan od Zwie

rząt, bóg, który dawno temu wydrwił Maugrima i nazwał
go Sathainem. — ... dlaczego pozwolono mu żyć?

background image

Paul spojrzał na niego, a potem na lios alfara, który nagle wydał mu się wątły. — By 

wybrał! — krzyknął z niejaką desperacją. Sięgnął do swego wnętrza, do pulsowania mocy, w 
poszukiwaniu potwierdzenia, lecz nie znalazł żadnego.

Paul i Brendel opuścili razem polanę, a potem Las Boga. Droga w to miejsce trwała długo, 

lecz powrotna ciągnęła się jeszcze bardziej. Słońce skłaniało się ku zachodowi za

248

ich plecami, gdy dotarli wreszcie do chaty. Rankiem wyruszyło ich trzech, lecz Vae ujrzała z 
powrotem jedynie dwóch.

Wpuściła ich do środka. Lios alfar pokłonił się jej, po czym pocałował ją w policzek, co 

było nieoczekiwane. Nigdy dotąd nie widziała żadnego z nich. Ongiś zachwyciłoby ją to 
niezmiernie. Ongiś. Usiedli zmęczeni na dwóch krzesłach przy kominku. Zrobiła ziołową 
herbatę, a oni opowiedzieli jej, co się wydarzyło.

— A  więc wszystko na nic — wyrzekła, gdy relacja

dobiegła końca. — Wszystko, co zrobiliśmy, zdało się na
mniej niż nic, jeśli przeszedł na stronę ojca. Sądziłam, że
miłość może zdziałać więcej.

Żaden z nich jej nie odpowiedział, co było wystarczającą odpowiedzią. Paul dorzucił drew 

do ognia. Czuł się zraniony wydarzeniami dzisiejszego dnia. — Nie ma już potrzeby, byś tu 
zostawała — stwierdził. — Czy mamy cię rankiem odwieźć do miasta?

Skinęła powoli głową. — W domu będzie tak pusto — rzekła drżącym głosem w chwilę 

potem, gdy samotność ugodziła ją w bolesny punkt. — Czy Shahar nie mógłby wrócić do 
Paras Derval i służyć w stolicy?

— Mógłby — odparł cicho Paul. — Och, Vae, tak mi

przykro. Dopilnuję, by tak się stało.

Płakała potem przez krótką chwilę. Nie chciała tego robić, lecz Finn odszedł 

niewiarygodnie daleko, a teraz Dari również, Shahara zaś nie było od tak dawna.

Zatrzymali się w chacie na noc. Przy blasku świec i kominka pomogli jej spakować 

nieliczne rzeczy, które zabrała tu ze sobą. Gdy zrobiło się już późno, pozwolili, by ogień 
wygasł. Lios spał w łóżku Dariego, a Paul — raz jeszcze — Firma. Mieli odjechać z 
pierwszymi promieniami świtu.

Obudzili się jednak wcześniej. To Brendel zerwał się pierwszy. Pozostali dwoje — 

pogrążeni w płytkim śnie — usłyszeli, jak wstał. Była jeszcze noc, być może dwie godziny 
przed świtem.

249

 Co to? — zapytał Paul.

 Nie jestem pewien — odparł lios. — Coś.

Ubrali się wszyscy troje i ruszyli w stronę jeziora. Księżyc w pełni wisiał już nisko na 

niebie, lecz lśnił bardzo jasno. Wiatr zmienił kierunek na południowy. Dął teraz ku nim 
sponad wody. Gwiazdy nad ich głowami oraz na zachodzie przyćmił blask księżyca. Paul 
zauważył, że na wschodzie świeciły jaśniej.

Nagle, wciąż spoglądając na wschód, opuścił wzrok. Nie mogąc wydobyć z siebie słów, 

dotknął Brendela i Vae, po czym wyciągnął rękę.

Wszędzie wokół wzgórz, wyraźnie widoczny w świetle księżyca, śnieg zaczynał topnieć.
Nie odszedł daleko. Nie był też niewidzialny zbyt długo. Nie była to rzecz, którą 

potrafiłby przeciągać. Usłyszał, jak bóg oddalił się w postaci jelenia, a potem pozostali dwaj. 
Szli powoli w milczeniu. Poczuł impuls, by za nimi podążyć, został jednak tam, gdzie stał, 
między drzewami. Później, gdy wszyscy już zniknęli, podniósł się i również sobie poszedł.

W piersi ciążyło mu coś przypominającego kamień lub

pięść. Bolało go to. Nie był przyzwyczajony do tego ciała,
które dał mu przyśpieszony przez niego wzrost. Nie był też
przyzwyczajony do świadomości, kim jest jego ojciec. Wie
dział, że to pierwsze wkrótce przestanie mu dolegać. Podej

background image

rzewał, że to drugie również. Nie był pewien, co ma sądzić
na ten temat, czy na jakikolwiek inny. Był nagi, lecz nie
czuł zimna. Palił go głęboki gniew na wszystkich. Zaczynał
się domyślać, jak jest silny.

/

Znał pewne miejsce — odnalazł je Finn — leżące na północ od chaty, wysoko na zboczu 

najwyższego ze wzgórz. Mówił, że latem łatwo by się było tam wspiąć. Darien nigdy nie 
widział lata. Gdy Finn go tam zaprowadził, zaspy sięgały Dariemu do piersi i brat musiał go 
nieść przez większą część drogi.

Nie był już Darim. Owo imię było kolejną rzeczą, którą

250

utracił, kolejnym zagubionym fragmentem. Stanął przeć wejściem do małej jaskini na stoku 
wzgórza. Dała mu on; schronienie przed wiatrem, choć go nie potrzebował. Możni było 
stamtąd dojrzeć wieże pałacu w Paras Derval, ale nit samo miasto.

Można też było spojrzeć w dół, gdy zrobiło się już ciemno, na światła w chacie nad 

jeziorem. Jego wzrok był bardzc dobry. Dostrzegał postacie poruszające się za zaciągniętym 
zasłonami. Obserwował je. Po chwili zaczęło mu jednak dokuczać zimno. Wszystko to 
wydarzyło się bardzo szybko. Nie potrafił w pełni dopasować się do tego ciała ani dać sobie 
rady z dojrzalszym umysłem, jaki teraz miał. W połowie nadal czuł się Darim, z jego 
niebieskim płaszczykiem zimowym i rękawiczkami z jednym palcem. Wciąż chciał, żeby 
ktoś go zaniósł do łóżka.

Trudno mu było nie wybuchnąć płaczem, gdy patrzył na światła, a jeszcze trudniej, gdy 

zgasły. Został wtedy sam na sam z blaskiem księżyca, śniegiem oraz głosami, które ponownie 
rozległy się w wietrze. Nie rozpłakał się jednak. Zamiast tego ponownie przywołał gniew. 
Dlaczego pozwolono mu żyć? — zapytał Cernan. Nikt z nich go nie chciał, nawet Finn, który 
odszedł.

Było zimno i czuł się głodny. Na tę myśl rozbłysnął czerwienią swych oczu i zmienił się 

w sowę. Latał przez całą godzinę. Pochwycił niedaleko lasu trzy nocne gryzonie. Poleciał z 
powrotem do jaskini. Jako ptak marznął mniej. Zasnął w tej postaci.

Obudził się, kiedy wiatr zmienił kierunek, gdy bowiem zaczął on dąć z południa, głosy 

ucichły. Przedtem były wyraźne i kuszące, lecz teraz zamilkły.

Podczas snu znowu stał się Darienem. Wyszedł z jaskini i popatrzył wokół na topniejący 

śnieg. Później, w świetle poranka, przyglądał się, jak jego matka odjeżdża w towarzystwie 
liosa i mężczyzny.

Spróbował ponownie zmienić się w ptaka, lecz nie potrafił. Nie był wystarczająco silny, 

by dokonać tego po tak

251

krótkim czasie. Zszedł w dół zbocza do chaty. Wszedł do środka. Vae zostawiła odzież Finna 
oraz jego własną. Popatrzył na małe rzeczy, które nosił uprzednio, po czym założył niektóre z 
ubrań Finna i oddalił się.

ROZDZIAŁ 13

I tak, w samym środku nocnego bankietu, Kevin wyszedł. Lianę widziała go na ulicy 

i mówi... — Dave usiłował zapanować nad sobą — ... mówi, że był bardzo pewny, że 
wyglądał... wyglądał...

Paul odwrócił się do wszystkich plecami i podszedł do okna. Znajdowali się w świątyni w 

Paras Derval, w pokojach Jennifer. Przyszedł opowiedzieć jej o Darienie. Wysłuchała go, 
oddalona i królewska, praktycznie nieporuszona. Niemal doprowadziło go to do gniewu. 
Potem jednak usłyszeli odgłosy na zewnątrz i ludzi pod drzwiami. Dave Martyniuk wraz z 
samą Jaelle weszli do komnaty i opowiedzieli im, co się wydarzyło, by położyć kres zimie.

background image

Zapadał zmierzch. Na zewnątrz śnieg prawie już znik

nął. Nie nastały żadne powodzie. Poziom rzek i jezior nie
podniósł się w niebezpiecznym stopniu. Jeśli Bogini w ogó
le mogła tego dokonać, potrafiła to zrobić bez szkody.
A stało się to dla niej możliwe dzięki ofierze. Ofierze Lia-
dona, ukochanego syna, którym był... którym był-oczywi-
ście Kevin.

/

Ścisnęło go potężnie w gardle. Poczuł szczypanie

w oczach. Nie chciał oglądać się na pozostałych. Do siebie
i do półmroku powiedział:

\

Najdroższa czy pamiętasz me imię? Zgubiłem się popołudniem. W lecie 
zmienionym w zimę,

252

Ściętym szronem.

A kiedy czerwiec staje się grudniem,

Serce za to płaci zgonem.

Słowa Kevina sprzed roku. Pieśń Rachel, jak to nazwał. Ale teraz — teraz wszystko się 

zmieniło i przenośnia stała się boleśnie prawdziwa. Tak całkowicie, że nie był nawet w stanie 
pojąć, jak podobna rzecz mogła się wydarzyć.

Działo się bardzo dużo i to o wiele za prędko. Paul nie był pewien, czy potrafi to 

wytrzymać. Nie był w najmniejszym stopniu pewien. Jego serce nie mogło poruszać się tak 
szybko. Nadejdzie dzień jutrzejszy, kiedy zapłaczesz nade mną — śpiewał Kevin rok temu. 
Śpiewał o Rachel, której Paul jeszcze wówczas nie opłakał. O Rachel, nie o sobie.

Wszystko jedno.

Za jego plecami zrobiło się bardzo cicho. Zastanowił się, czy wszyscy wyszli. Nagle 

jednak usłyszał głos Jaelle. Zimna, zimna kapłanka. Teraz jednak najwyraźniej taką nie była. 
— Nie mógłby tego uczynić, gdyby nie okazał się godny, gdyby nie podróżował ku Bogini 
przez całe życie — powiedziała. — Nie wiem, czy to ci w czymś pomoże, ale przedkładam ci 
to jako prawdę.

Otarł oczy i odwrócił się. Wystarczająco szybko, by zobaczyć Jennifer, która zrobiła 

wszystko, by zachować spokój dla wysłuchania relacji o Darienie, i trwała w pełnym napięcia 
milczeniu, gdy mówił Dave, a teraz, po słowach Jaelle; podniosła się z pobielałą z żalu 
twarzą, otwartymi ustami i oczyma lśniącymi nagim bólem. Paul zdał sobie sprawę, że 
Jennifer nie stara się ukryć swego cierpienia. Gorzko pożałował swego chwilowego gniewu. 
Postąpił krok w jej stronę, lecz w tej samej chwili wydała z siebie zdławiony dźwięk i 
uciekła.

Dave zerwał się, by podążyć za nią. Na jego kwadratowym obliczu pojawił się wyraz 

zakłopotania i smutku. Ktoś w korytarzu poruszył się, by przeciąć mu drogę.

253

 Pozwól jej odejść — powiedziała Leila. — To by

ło konieczne.

 Och, zamknij się! — wściekł się Paul. Wezbrało

w nim gwałtowne pragnienie uderzenia tego wiecznie obe
cnego i wiecznie spokojnego dziecka.

 Leilo — odezwała się zmęczonym głosem Jaelle.

— Zamknij drzwi i wyjdź.

Dziewczynka wykonała polecenie.

Paul opadł na krzesło. Choć raz nie dbał o to, że okaże słabość przed Jaelle. Cóż za 

znaczenie miały teraz podobne rzeczy? Nie zestarzeją się, tak jak my, którzy pozostaliśmy...

 Gdzie jest Loren? — zapytał nagle.

 W mieście — odpowiedział  Dave. — Tak  samo

background image

jak Teyrnon. Jutro w pałacu odbędzie się spotkanie. Wygląda
na to... wygląda na to, że Kim i pozostali dowiedzieli się,
co powoduje zimę.

 I co to było? — zapytał zmęczonym głosem Paul.

 Metran — odparła Jaelle. — Z Cader Sedat. Loren

chce wyprawić się przeciwko niemu na wyspę, gdzie zginął
Amairgen.

Westchnął. Działo się bardzo dużo. Jego serce nie zdoła

dotrzymać temu kroku. Gdy słońce zachodzi oraz rannym
świtem...

^

— Czy Kim jest w pałacu? Czy wszystko z nią w po

rządku?

-

/

Nagle wydało mu się dziwne, że nie przyszła tu do Jen-

nifer.

\

Wyczytał to w ich twarzach, zanim którekolwiek z nich się odezwało.

 Nie! — zawołał. — Nie ona też!

 Nie, nie, nie — uspokoił go pośpiesznie Dave. —

Nie, wszystko z nią w porządku. Po prostu... jej tu nie ma.

Zwrócił się bezradnie w stronę Jaelle. Najwyższa kapłanka wyjaśniła cicho, co Kimberly po-
wiedziała o gigantach, a potem przekazała mu, co jasnowi-

254

dząca postanowiła zrobić. Musiał podziwiać opanowanie w głosie Jaelle, jego chłodną 
klarowność. Kiedy skończyła, nie odezwał się. Nie przyszło mu do głowy nic, co mógłby 
powiedzieć. Jego umysł najwyraźniej nie funkcjonował zbyt sprawnie.

Dave odchrząknął. — Powinniśmy już iść — powiedział. Paul po raz pierwszy zauważył 

bandaż na jego głowie. Wiedział, że powinien o to zapytać, lecz był taki zmęczony.

— No to idźcie — wyszeptał. Nie był całkiem pewien,

czy zdoła wstać z krzesła, nawet gdyby zechciał. — Dołą
czę do was później.

Dave odwrócił się, by odejść, lecz zatrzymał się w drzwiach. — Chciałbym... — zaczął. 

Przełknął ślinę.
— Jest mnóstwo rzeczy, których bym chciał.

Wyszedł. Jaelle została.
Paul nie chciał przebywać z nią sam na sam. To nie był odpowiedni czas, by się na to 

narażać. Będzie jednak musiał sobie pójść.

— Pytałeś mnie kiedyś, czy możemy się podzielić swy

mi brzemionami, a ja odpowiedziałam nie — odezwała się.
Podniósł wzrok. — Jestem teraz mądrzejsza — ciągnęła
bez uśmiechu — a- brzemiona stały się cięższe. Rok temu
nauczyłam się czegoś od ciebie, a dwie noce temu od Kevina.
Czy jest za późno, bym mogła powiedzieć, że się myliłam?

Nie był na to przygotowany. Nie był przygotowany na nic z tego, co najwyraźniej się 

działo. Składał się w połowie z goryczy, a w połowie z żalu. Jak my, którzy pozostaliśmy.^.

— Bardzo się cieszę, że do czegoś ci się przydaliśmy

— odparł. — Musisz poczekać, aż będę miał lepszy dzień.
Zobaczył, że odrzuciła głowę do tyłu. Podniósł się z wy
siłkiem i wyszedł z komnaty, by nie zobaczyła, że płacze.

Pod kopułą, gdzie przechodził, kapłanki wznosiły lament. Niemal tego nie słyszał. W jego 

umyśle brzmiał śpiew Kevina Laine'a sprzed roku, dający wyraz jego własnemu lamentowi:

255

Fale biją o długi brzeg,

W szarości poranka wolno pada deszcz,

Och, najdroższa, pamiętaj, pamiętaj mnie.

background image

Wyszedł na zewnątrz, w blednące światło. Jego oczy przesłoniła mgła i nie widział, że 

wzdłuż całego stoku, na którym wznosiła się świątynia, na nowo zazieleniła się trawa i 
rozkwitły kwiaty.

Jej sny były niezliczone i we wszystkich pojawiał się Kevin. Jasnowłosy i dowcipny, bez 

wysiłku błyszczący inteligencją, lecz nie roześmiany. Nie w tej chwili. Kim widziała jego 
twarz taką, jak musiała wyglądać, gdy podążał za psem do Dun Maura.

Miała wrażenie, że serce jej pęka na myśl, iż nie pamięta ostatnich słów, jakie do niej 

wyrzekł. Podczas szybkiej podróży do Gwen Ystrat podjechał do niej, by oznajmić, co zrobił 
Paul, a także powiadoniić ją, że postanowił poinformować Brendela o Darienie/Wysłuchała 
go i wyraziła aprobatę. Uśmiechnęła się przelotnie, usłyszawszy, jak z ironią przewidział 
prawdopodobną reakcję Paula.

Pochłaniały ją jednak własne problemy. Przygotowywała się już w myślach do mrocznej 

podróży czekającej ją w Mor-vran. Później zdała sobie sprawę, że musiał to wyczuć, gdyż po 
chwili dotknął lekko jej ramienia, powiedział coś łagodnym tonem i cofnął się do ludzi 
Diarmuida.

Nie było to pewnie nic ważnego — żarcik, łagodny docinek — lecz Kevin odszedł, a ona 

nie dosłyszała ostatnich słów, jakie do niej wypowiedział.

Na wpół przebudziła się z dręczących snów. Była w Królewskim Domu w Morvran. W 

żaden sposób nie potrafiłaby spędzić następnej nocy w sanktuarium. Jaelle wyjechała, a armie 
wróciły do Paras Derval. Świątynia znowu należała do Audiart, a triumf w oczach tej kobiety 
to było więcej niż Kim mogła znieść.

Coś oczywiście osiągnęli. Śnieg topniał wszędzie. Rankiem zniknie całkowicie i ona 

również będzie mogła wyru-

256

szyć w drogę, choć nie do Paras Derval. Było to zwycięstwo, demonstracja mocy Dany, która 
udaremniła plany Ciemności. Za ową moc musieli jednak zapłacić. Okupiono ją krwią, a 
także czymś więcej. Wszędzie rosły czerwone kwiaty. Kwiaty Kevina, który odszedł.

Jej okno było otwarte. Wpadał przez nie świeży i łagodny nocny wietrzyk, w którym 

wyczuwało się obietnicę wiosny. Wiosny, jakiej nigdy dotąd nie było. Wiosny, która 
rozkwitła niemal przez jedną noc. Nie był to jednak dar. Kupiono i opłacono każdy kwiat, 
każde źdźbło trawy.

W sąsiednim pokoju słyszała oddech Gereinta. Był spokojny i miarowy, a nie nierówny, 

jak uprzednio. Rankiem szaman wróci do siebie. To znaczyło, że Ivor również odjedzie. Aven 
nie mógł raczej sobie pozwolić na zwlekanie, gdyż wraz z końcem zimy ciągnąca się na 
północy Równina ponownie stała się dostępna.

Czy wszystko, co robiła Bogini, było obosieczne? Kim znała odpowiedź na to pytanie. 

Wiedziała również, że tym razem zadawanie go było niesprawiedliwe, gdyż rozpaczliwie 
potrzebowali tej wiosny. Nie dbała jednak o sprawiedliwość. Było na to za wcześnie. 
Odwróciła się w łożu na drugi bok i zasnęła. Znowu śniła, lecz tym razem już nie o Kevinie, 
choć i tam towarzyszyły jej jego kwiaty.

Była jasnowidzącą Brenninu, tą, która śni sen. Po raz drugi w ciągu trzech nocy ujrzała 

wizję nakazującą jej odejść od wszystkich, których znała. Nawiedziła ją ona dwie noce temu, 
w łożu Lorena, po akcie miłości, który oboje mieli wspominać z wdzięcznością. Była 
wewnątrz tego snu, gdy obudził ich głos Jaelle opłakującej śmierć Liadona.

Teraz wizja powróciła, wędrując — jak zawsze podobne obrazy — wzdłuż pętli 

czasowych Gobelinu. Był w niej dym z płonących ognisk oraz na wpół widzialne postacie 
kryjące się za nimi, a także jaskinie, lecz nie takie, jak w Dun Maura: te były głębokie i 
szerokie oraz leżały wysoko w górach. Potem obraz zamazał się, czas prześliznął przez jej 
wizję. Ujrzała siebie — to było później — i jej twarz oraz

257

background image

I

ramiona pokrywały świeże rany. Nie było jednak krwi. Z jakiegoś powodu nie było krwi. 
Ogień. Wszędzie wokół śpiew. A potem Baelrath rozjarzył się i — tak samo jak we śnie o 
Stonehenge — omal jej nie zdruzgotała świadomość bólu, który miał przynieść. Tym razem 
był on nawet gorszy. Coś monstrualnego i niewybaczalnego. Tak potężny był rozbłysk i tak 
niezmierne miał mieć konsekwencje, że nawet po wszystkim, co się wydarzyło, jej umysł 
wykrzyczał we śnie dręczące pytanie, które — jak się jej zdawało — pozostawiła już za sobą: 
Kimże jestem, bym miała uczynić podobną rzecz?

Nie było żadnej odpowiedzi. Jedynie światło słońca wpadające przez okno oraz 

niezliczone ptaki śpiewające w promieniach wiosny.

Wstała z łoża, choć nie natychmiast. Ból w jej sercu wzmógł się na widok kwitnącego 

poranka i musiała zaczekać, aż zelżeje. Wyszła na zewnątrz. Jej towarzysz czekał już z 
dwoma końmi, osiodłanymi i gotowymi do drogi. Z początku miała zamiar pojechać sama, 
lecz magowie i Jaelle — którzy choć raz zgodzili się ze sobą — wspólnie w Ai-leronem 
zabronili jej tego. Chcieli, by wyruszyła z całą drużyną wojowników, lecz na to z kolei ona 
nie wyraziła zgody. Oznajmiła, że to, co chce uczynić, jest spłatą długu i nie ma właściwie 
nic wspólnego z wojną. Nie powiedziała im o tej drugiej rzeczy.

Zgodziła się na jednego towarzysza, po części dlatego, że nie była pewna czy znajdzie 

drogę. Musieli się tym zadowolić. — Już na początku ci mówiłam — przypomniała 
Aileronowi — że wykonywanie rozkazów nie jest moją silną stroną.

Nikt się nie roześmiał ani nawet nie uśmiechnął. Nie było to zaskoczeniem. Ona również 

się nie uśmiechała. Ke-vin nie żył i wszystkie drogi rozbiegały się w najróżniejszych 
kierunkach. Jeden Tkacz wiedział, czy jeszcze kiedyś się spotkają.

A teraz czekało ją kolejne rozstanie. Strażnik Ivora po-

258

prowadził ślepego szamana, Gereinta, ku miejscu, gdzie czekał na niego aven w towarzystwie 
żony i córki. Kim zauważyła, że Lianę wciąż ma czerwone oczy. Tak wiele mniejszych 
smutków kryło się w poważnych problemach.

Gereint, na swój niesamowity sposób, zatrzymał się tuż przed nią. Zaakceptowała 

dotknięcie jego niewidomego umysłu. Dostrzegła, że szaman jest słaby, ale jeszcze nie 
nadszedł jego koniec.

— Jeszcze nie — powiedział na głos. — Wrócę do

siebie, gdy zjem udziec eltora na trawie pod gwiazdami.

Pod wpływem impulsu postąpiła krok naprzód i pocałowała go w policzek. — Chlałabym 

być tam z tobą — powiedziała.

Jego koścista dłoń uścisnęła jej ramię. — Też bym tego chciał, śniąca. Cieszę się, że przed 

śmiercią stanąłem u twego boku.

— To  może się jeszcze powtórzyć — stwierdziła.
Na to nie udzielił odpowiedzi. Ścisnął tylko mocniej jej

ramię. Podszedł bliżej i wyszeptał, tak by tylko ona mogła usłyszeć: — Widziałem ostatniej 
nocy diadem Lisen, ale nie dostrzegłem, kto go założył.

To ostatnie zdanie brzmiało niemal jak przeprosiny.
Wciągnęła powietrze. — Ta wizja należała do Ysanne, a więc teraz do mnie. Wracaj w 

spokoju na swą Równinę, Gereincie. Tam czeka na ciebie pod dostatkiem zadań. Nie możesz 
być wszystkim dla każdego z nas.

 Ty również nie — odparł. — Będą ci towarzyszyć

moje myśli.

 Nie — odparła, ze względu na to, kim był. — Nie

background image

chciałbyś dzielić ze mną tego, co chyba będę musiała zrobić.
Skieruj je na zachód, Gereincie. Losy wojny rozstrzygną teraz
Loren i Matt, jak sądzę. W miejscu, gdzie zginął Amairgen.

Pozwoliła, by sięgnął do jej wnętrza i ujrzał bliźniacze cienie dręczącego ją snu. — Och, 

dziecko — wyszeptał. Ujął jej dłonie, uniósł je do warg i ucałował obie. Gdy odchodził, 
wyglądał jakby ciążyło mu coś więcej niż lata.

259

Kim odwróciła się ku miejscu, gdzie czekał cierpliwie jej towarzysz. Trawa była zielona. 

Wszędzie śpiewały ptaki. Słońce wzniosło się już wysoko nad pasmo Carnevon. Podniosła 
wzrok, osłaniając oczy przed światłem.

 Czy jesteśmy gotowi? — zapytała.

 Tak — odparł Brock z Banir Tal.
Dosiadła konia i ruszyła u boku krasnoluda w długą drogę do Khath Meigol.

***

Podróżował ku Bogini przez całe życie — powiedziała o Kevinie Jaelle. Jennifer, jako 

jedyna w komnacie, zrozumiała to w pełni. Nawet najwyższa kapłanka nie mogła wiedzieć, 
jak głęboka jest to prawda. Usłyszawszy jej słowa, Jennifer poczuła się nagle tak, jakby 
wszystkie nerwy w jej ciele wyrwano z osłonek i obnażono.

Przez wszystkie noce — zrozumiała teraz ze straszliwą jasnością. Przez wszystkie noce, 

podczas których leżała obok niego, gdy łuk aktu miłosnego dobiegł końca, i obserwowała, jak 
Kevin usiłuje powrócić z tak daleka. Tej rzeczy — nad którą jako jedyną nie umiał 
zapanować — nie rozumiała i bała się jej. Jego droga ku namiętności była wiodącą w dół 
spiralą, której jej dusza nie potrafiła prześledzić. Przez tyle nocy leżała, nie mogąc zmrużyć 
oka, i przyglądała się uproszczonemu pięknu jego twarzy, gdy spał.

Teraz wreszcie zrozumiała.

Nadeszła więc dla niej ostatnia bezsenna noc ukształtowana przez Kevina Laine'a. Nie 

spała, gdy na zewnątrz murów świątyni rozległ się śpiew ptaków. Rozsunęła zasłony, by 
patrzeć na nadejście poranka. Wiatr niósł świeże zapachy wiosny. Na wszystkich drzewach 
rozwinęły się pączki. Kolory, wielka paleta kolorów, powróciły do świata, wypierając czerń 
gałęzi i biel śniegu zimy. Ponownie pojawiła się zieleń, tak jaskrawa i żywa, że wreszcie stała 
się mocniejsza niż zielone nieświatło Starkadh. Gdy jej oczy ujrzały rozkwitającą na dworze 
wiosnę, serce Jennifer, które

260

było sercem Guinevere, również zaczęło wyglądać na zewnątrz. Nie była to też ostatnia 
część spuścizny Kevina.

Rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyła je i ujrzała Matta Sórena z laską w jednej 

dłoni, a kwiatami w drugiej.

— Jest wiosna — oznajmił. — A to są pierwsze kwiaty. Loren udał się do pałacu na 

spotkanie z całą masą ludzi. Pomyślałem sobie, że mogłabyś pójść ze mną na grób Aideen.

Gdy szli przez niżej położoną część miasta, a potem ścieżką prowadzącą na zachód, 

wspominała historię, którą słyszała od niego tak dawno temu. A właściwie nie tak dawno, jak 
się zdawało. Opowieść o Nilsomie, magu, który uległ złu, oraz o Aideen, jego źródle, która 
go kochała: jedynej kobiecie od czasów Lisen będącej źródłem dla czarodzieja. To Aideen 
uratowała Brennin i Letnie Drzewo przed Nilso-mem i obłąkanym najwyższym królem, 
Vailerthem. Na koniec nie chciała już być źródłem dla swego maga. Odmówiła mu mocy, a 
potem zadała sobie śmierć.

Matt opowiadał jej tę historię w wielkiej sali pałacowej w Paras Derval. Zanim wybrała 

się na przejażdżkę i spotkała lios alfarów. Zanim Galadan znalazł z kolei ją i oddał łabędzicy.

Szli teraz na zachód, przez tę będącą cudem wiosnę. Gdzie tylko Jennifer spojrzała, na 

ziemię wracało życie. Słyszała świerszcze i brzęczenie pszczół. Widziała, jak ptak o 
szkarłatnych skrzydłach zerwał się do lotu z jabłoni, a potem brązowy królik czmychnął z 

background image

kępy krzaków. Patrzyła, jak Matt wchłania to wszystko w siebie swym jednym okiem, jak 
gdyby zaspokajał dręczące go od dawna pragnienie. Wędrowali w milczeniu pośród 
dźwięków nadziei, aż krasnolud zatrzymał się wreszcie na skraju lasu.

Powiedział jej wówczas, że rada magów rokrocznie przeklinała Nilsoma w dniu 

przesilenia zimowego, gdy odbywało się jej spotkanie. Tak samo co roku przeklinali Aideen, 
która

261

zdradzając swego maga, złamała najświętsze z praw ich zakonu — mimo że zrobiła to, by 
ocalić przed zniszczeniem Brennin oraz Drzewo rosnące w środku tego lasu.

Mart wyznał też, że każdej wiosny on i Loren przynoszą pierwsze kwiaty na ten grób.
Był niemal niedostrzegalny. Trzeba było wiedzieć, gdzie jest. Kopczyk ziemi, żadnego 

kamienia i cień drzew rosnących na skraju Lasu Mórnira. Smutek i spokój zarazem ogarnęły 
Jennifer, gdy zobaczyła, jak Matt uklęknął i położył swe kwiaty na mogile.

Smutek i spokój, a potem zauważyła, że krasnolud płacze. Ona również wreszcie się 

rozpłakała, z całego serca, które otworzyła wiosna. Płakała nad Aideen i nad promiennym 
Kevinem, który odszedł; łkała nad Darienee'em i nad wyborem, którego musiał dokonać; nad 
Laeshą i Drancem, których zabito podczas jej porwania, a także nad wszystkimi żyjącymi, 
którzy stali w obliczu grozy Ciemności, w obliczu wojny i nienawiści Maugrima, albowiem 
narodzili się w czasie jego powrotu.

I wreszcie, wreszcie, przy grobie Aideen, wiosną Kevina, zapłakała nad sobą i nad 

Arturem.

Trwało to długi czas. Matt nie wstawał ani nie podnosił wzroku, dopóki wreszcie nie 

przestała.

 To miejsce przynosi ulgę sercu — powiedział.

 Ulgę? — zapytała. Cichy, zmęczony śmiech. — Gdy

przelaliśmy we dwoje tyle łez?

 To czasem jedyny sposób — odparł. — Czy jed

nak jej nie czujesz?

Po chwili uśmiechnęła się, czego nie robiła od bardzo dawna. Matt podniósł się z klęczek. 

Popatrzył na nią i zapytał: — Czy opuścisz teraz świątynię?

Nie odpowiedziała. Uśmiech zniknął powoli z jej twarzy.

— Czy po to mnie tu przyprowadziłeś? — zapytała.

Jego ciemne oko ani na moment nie opuściło jej twarzy,

lecz w głosie krasnoluda brzmiała teraz pewna nieśmiałość.
— Wiem tylko niewiele rzeczy — stwierdził Matt Sóren.

262

— Lecz co do nich mam pewność. Wiem, że widziałetr
gwiazdy lśniące w głębi oczu Wojownika. Wiem, że ciąż)
na nim klątwa i nie jest mu dane umrzeć. Wiem, co zrobione
z tobą, ponieważ mi to opowiedziałaś. Wiem też, albowien
widzę to teraz, że sama sobie nie pozwalasz żyć. Jennifer
z dwóch losów ten wydaje mi się gorszy.

Spojrzała na niego z powagą. Wiatr potargał jej złot< włosy. Uniosła dłoń, by odsłonić 

twarz. — Czy wiesz — zapytała, tak cicho, że musiał wytężać słuch, by ją usłyszeć
— ile doświadczyłam żalu, gdy byłam Guinevere?

— Sądzę, że tak. Żal istnieje zawsze. To radość jes

najrzadziej spotykaną z rzeczy — odrzekł były król kras-
noludów.

Na to nie udzieliła odpowiedzi. To Królowa Smutków stała wraz z nim pod Lasem Boga i 

bez względu na całe szczere przekonanie brzmiące w jego słowach, Mart przeżyj chwilę 
zwątpienia. Niemal do siebie, by odzyskać pewność, wyszeptał: — W śmierci za życia nie 
może być nadziei na nic.

Usłyszała to. Jej spojrzenie skupiło się na nim. — Och, Matt — powiedziała. — Och, 

background image

Matt, na co miałabym mieć nadzieję? Klątwa skazała go na ten los. Jestem wykonawczynią 
woli Tkacza. Na co miałabym mieć nadzieję?

Jej głos wbił się w jego serce niczym nóż. Krasnolud wyprostował się i bez wahania 

wypowiedział dręczącą go myśl. Tym razem nie miał żadnych wątpliwości.

— Nigdy w to nie wierz! — krzyknął. — Nie jeste

śmy niewolnikami Krosien. Nie jesteś też tylko Guinevere.
Jesteś teraz również Jennifer. Masz swoją własną historię,
wszystko, co dotąd przeżyłaś. Przyniosłaś tu ze sobą Kevina,
a także Rakotha, ze spotkania z którym ledwie uszłaś z ży
ciem. Jesteś tutaj i jesteś cała, a każda rzecz, którą wycier
piałaś, czyniła cię silniejszą. Tym razem nie musi być tak
jak przedtem!

Usłyszała go. Skinęła powoli głową. Odwróciła się i ruszyli razem z powrotem do Paras 

Derval, mijając hojne dary

263

owego poranka. Nie mylił się, gdyż krasnoludowie znali się na podobnych sprawach.

Niemniej jednak.

Niemniej jednak podczas wędrówki jej umysł wciąż wracał do innego poranka, 

innej wiosny. Niemal tak promiennego jak ten, choć nie tak długo wyczekiwanego.

Zewsząd otaczały ją kwitnące wiśnie, gdy stała u boku

!

 Artura, by zobaczyć, jak Lancelot po raz pierwszy wjeżdża do Cameloru.

Ukryty wśród drzew na zboczu, na północ od nich, ktoś obserwował ich powrót, 

podobnie jak przedtem przyglądał się, gdy szli do grobu. Czuł się samotny i miał 
ochotę zejść do nich, lecz nie wiedział, kim są, a od czasu gdy usłyszał słowa Cernana, 
odczuwał do wszystkich głęboką nieufność. Nie ruszył się z miejsca.

Darien pomyślał jednak, że kobieta jest bardzo piękna.

— On nadal tam jest — stwierdził Loren. — I nadal

ma Kocioł. Może upłynąć trochę czasu, nim wykorzysta go
w inny sposób, ale jeśli damy mu ten czas, uczyni to.
Aileronie, o ile mi tego nie zabronisz, rankiem wyruszę do
Taerlindel, by wsiąść tam na statek.

Przez salę narad przemknął wyrażający napięcie dźwięk. Paul ujrzał, że czoło 

najwyższego króla zasępiło się w wyrazie troski. Aileron potrząsnął powoli głową. — 
Lorenie — rzekł. — Wszystko, co mówisz, jest prawdą, i jedni bogowie wiedzą, jak 
bardzo pragnę śmierci Metrana. Jakże jednak mogę cię wysłać na Cader Sedat, jeśli 
nawet nie wiemy, jak tam trafić?

— Pozwól mi wypłynąć — odparł mag lodowatym to

nem. — Znajdę drogę.

— Lorenie, nie wiadomo nam nawet czy Amairgenowi

się to udało. Wiemy tylko, że zginął!

— Nie  miał źródła — odrzekł Loren. — Lisen została

na lądzie. Dysponował swą wiedzą, lecz nie mocą. Ja daleko
ustępuję mu mądrością, ale Matt będzie ze mną.

264

— Srebrny Płaszczu, na statku Amairgena byli inni ma

gowie. Trzech magów wraz ze źródłami. Żaden z nich nie
wrócił

Paul ujrzał, że to była Jaelle. Dziś rano błyszczała, chłodniejsza i bardziej groźna niż 

kiedykolwiek dotąd. Jeśli owego dnia ktoś prawdziwie dominował, to tylko ona, gdyż Dana 

background image

podjęła działanie i zima się skończyła. Najwyższa kapłanka nie miała zamiaru pozwolić im o 
tym zapomnieć. Mimo to Paul żałował słów, jakie wyrzekł do niej na pożegnanie wczoraj 
wieczorem. Nie było prawdopodobne, by miała jeszcze kiedyś powtórzyć podobny gest.

 To prawda — mówił Aileron. — Lorenie, jak mo

gę ci na to pozwolić? W jakiej sytuacji się znajdziemy, jeśli
zginiesz? Lisen ujrzała ze swej wieży statek śmierci. Jakiego
marynarza mógłbym poprosić, by wyruszył na następnym?

 Tego — wszyscy odwrócili się zdumieni w stronę

drzwi. Coli postąpił dwa kroki naprzód z miejsca, gdzie
pełnił straż obok Shaina. — Najwyższy król z pewnością
wie, że jestem z Taerlindel — powiedział wyraźnie. —
Zanim książę Diarmuid zabrał mnie stamtąd, bym służył
w jego drużynie, całe swe życie spędzałem na morzu. Jeśli
Loren potrzebuje marynarza, jestem do jego usług, a ojciec
mojej matki ma statek, który zbudowałem razem z nim.
Zabierze on nas tam wraz z pięćdziesięcioma ludźmi.

Zapadła cisza. Wpadł w nią niczym kamień w sadzawkę głos Artura Pendragona.
— Czy twój statek ma nazwę? — zapytał.
Coli zaczerwienił się nagle, jak gdyby po raz pierwszy zdał sobie sprawę, gdzie się 

znajduje. — Nie taką, która by coś znaczyła— wyjąkał. — Nie znam języka, z którego się 
wywodzi, ale ojciec mojej matki twierdził, że w jego rodzinie od dawien dawna nadawano 
statkom to imię. Nazwaliśmy go „Prydwen", panie.

Twarz Artura znieruchomiała całkowicie. Wojownik skinął powoli głową, po czym 

przeniósł wzrok z Colla na Aile-rona. — Mości  najwyższy  królu — powiedział. — Za-

265

chowywałem milczenie, gdyż nie chciałem się wtrącać pomiędzy ciebie a twego pierwszego 
maga. Mogę cię jednak zapewnić, że jeżeli martwisz się jedynie o to, czy znajdziemy Cader 
Sedat — nazywaliśmy je ongiś Caer Sidi albo Caer Rigor, ale to jest to samo miejsce — to 
byłem tam i wiem, gdzie ono leży. Być może właśnie dlatego sprowadzono mnie do was.

— Cóż to więc jest? — zapytał Shalhassan z Cathalu.

— Czym jest Cader Sedat?

— Miejscem  śmierci — odrzekł  Artur. — Ale  tyle

wiedzieliście już przedtem.

W sali było bardzo cicho.

— Wyspa  będzie strzeżona — zauważył Aileron. —

A na morzu również będzie czekała śmierć.

Myśl, Pamięć. Paul podniósł się z miejsca. — Będzie

— potwierdził, gdy odwrócili się, by spojrzeć na niego. —
Myślę jednak, że potrafię sobie z nią poradzić.

Potem nie trwało to już długo. Gdy narada dobiegła końca, pełna zawziętej determinacji 

grupa wyszła w ślad za Aileronem i Shalhassanem z sali.

Paul czekał przy drzwiach. Brendel minął go ze zmartwioną miną, nie zatrzymał się 

jednak. Dave również popatrzył na niego, gdy wychodził na zewnątrz z Levonem i Torcem.

— Porozmawiamy później — zapewnił go Paul. Wie

dział, że Dave wyruszy na północ razem z Dalrei. Gdyby
podczas rejsu „Prydwen" miała wybuchnąć wojna, z pew
nością zaczęłaby się na Równinie.

Niavin z Seresh i Mabon z Rhoden przeszli obok niego pochłonięci rozmową. Za nimi 

podążała Jaelle. Trzymała głowę bardzo wysoko i nie chciała spojrzeć mu w oczy. Teraz, gdy 
wiosna wróciła, znowu stała się samym lodem. To nie na nią jednak czekał. Wreszcie sala 
opróżniła się i pozostał w niej tylko jeden człowiek.

Paul i Artur popatrzyli na siebie nawzajem. — Mam

background image

266

pewne pytanie — odezwał się ten pierwszy. Wojownik uniósł głowę. — Gdy byliście tam 
poprzednio, ilu z was ocalało?

— Siedmiu — odparł cicho Artur. — Tylko siedmiu.
Paul skinął głową. To było całkiem tak, jakby to sobie

przypomniał. Przemówił jeden z kruków. Artur zbliżył się.

 Czy to zostanie między nami? — zapytał niskim

głosem.

 Tak — zapewnił Paul. Wyszli razem z sali narad

i ruszyli korytarzami. Mijali ich biegający we wszystkich
kierunkach paziowie oraz żołnierze. Pałac ogarnęła wojenna
gorączka. Obaj jednak zachowywali milczenie, gdy masze
rowali ramię przy ramieniu przez całe to zamieszanie.

Zatrzymali się przed komnatą Artura. — Powiedziałeś, że być może właśnie po to cię 

wezwano — odezwał się Paul bardzo cicho, by go nie podsłuchano. — A jakiś czas temu 
mówiłeś, że nigdy nie oglądasz końca.

Na tym poprzestał.
Przez długą chwilę Artur milczał. Wreszcie skinął głową. — To miejsce śmierci — 

powtórzył raz jeszcze. — W obecnej sytuacji nie byłbym z niej niezadowolony — dodał po 
chwili wahania.

Paul otworzył usta, by coś powiedzieć, rozmyślił się jednak. Zamiast tego odwrócił się i 

odszedł korytarzem w kierunku swego pokoju, który jeszcze do przedwczoraj dzielił z 
Kevinem. Usłyszał, jak za jego plecami Artur otworzył drzwi.

Jennifer zobaczyła, że się uchylają. Zdążyła zaczerpnąć tchu, nim znalazł się w komnacie, 

przynosząc ze sobą wszystkie letnie gwiazdy.

— Och, mój kochany — powiedziała i jej głos mimo

wszystko się załamał. — Potrzebuję twego wybaczenia za
tak wiele rzeczy. Boję się...

Zabrakło jej czasu na cokolwiek więcej. Z jego piersi wyrwał się głęboki dźwięk. Artur 

przemknął przez pomie-

267

szczenię w trzech krokach i padł na kolana z głową skrytą w fałdach sukni, którą miała na 
sobie. Raz za razem powtarzał jej imię.

Dłońmi tuliła go do siebie, dotykała nimi jego włosów, brązowych z pasemkami siwizny. 

Próbowała coś powiedzieć, lecz nie zdołała. Zaledwie mogła oddychać. Uniosła jego twarz, 
by móc na nią spojrzeć i dostrzegła spływające mu po policzkach łzy gorzkiej tęsknoty. — 
Och, mój ukochany — wydyszała. Opuściwszy głowę, spróbowała osuszyć je wszystkie 
pocałunkami. Odszukała na oślep ustami jego usta, zupełnie jakby bez siebie oboje byli 
niewidomi i zagubieni. Dygotała niczym trawiona gorączką. Niemal nie mogła stać. Podniósł 
się i przytulił ją do siebie. Po tak długim czasie jej głowa znowu znalazła się na jego piersi. 
Poczuła otaczające ją ramiona i słyszała mocne bicie serca, które ongiś było jej domem.

 Och, Guinevere — usłyszała jego słowa po dłuższej

chwili. — Moje pragnienie jest wielkie.

 I moje — odparła, czując jak ostatnie mroczne pa

jęczyny Starkadh rwą się i staje otwarta przed pożąda
niem. — Och, proszę — mówiła. — Och, proszę, mój
ukochany.

Zabrał ją do swego łoża, na które padał skośny snop promieni słońca, i na część 

popołudnia wznieśli się ponad swe przeznaczenie.

Potem powiedział jej, dokąd musi się udać. Poczuła, że wszystkie żale światów powróciły, 

by w nią zapaść. Była jednak wolna. Wyswobodziła się z więzów Rakotha i każda rzecz, 
którą przeżyła, uczyniła ją silniejszą, zgodnie z zapowiedzią Matta. Podniosła się, stanęła we 

background image

wpadającym do komnaty świetle słońca odziana tylko w swe włosy i powiedziała: — Musisz 
wrócić do mnie. To, co mówiłam ci wcześniej, jest prawdą: tutaj nie ma Lancełota. Wszystko 
się zmieniło, Arturze. Jesteśmy tu tylko we dwoje, tylko my.

W   skośnych   promieniach   słońca   obserwowała,  jak

268

gwiazdy przemykają przez jego oczy. Letnie gwiazdy, z których przyszedł. Potrząsnął powoli 
głową. Poczuła ból na myśl o jego wieku i zmęczeniu.

— Tak nie może się stać — odparł. — Zabiłem dzieci, Guinevere.
Nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłaby powiedzieć. W ciszy potrafiła niemal 

usłyszeć cierpliwy, nieubłagany stukot Krosien.

Najsmutniejsza ze wszystkich długich historii, jakie opowiadają.

ROZDZIAŁ 14

Rankiem Artur i Guinevere opuścili razem Paras Derval i wyszli na wielki plac przed 

bramami pałacowymi. Zebrały się tam dwie drużyny. Jedna miała wyruszyć na północ, a 
druga na zachód, ku morzu. Wśród wszystkich zebranych nie było ani jednego, któremu nie 
urosłoby serce na widok tych dwojga razem.

Dave Martyniuk, który czekał za plecami Levona na sygnał do ruszenia w drogę, spojrzał 

na Jennifer ponad głowami pięciuset ludzi, których dał im Aileron, by poprowadzili ich na 
Równinę. W jego umyśle rozjarzyło się wspomnienie.

Pierwszy wieczór: kiedy Loren powiedział im pięciorgu, kim jest naprawdę, a Dave, pełen 

niedowierzania oraz wrogo nastawiony, ruszył ku drzwiom. I powstrzymało go jego imię, 
wypowiedziane przez Jennifer. A potem, gdy się odwrócił, majestat, jaki ujrzał w jej twarzy. 
Nie potrafił go wówczas nazwać i teraz również nie miał słów na jego określenie, lecz 
dzisiejszego ranka dostrzegł w niej tę samą rzecz i nie była ona przemijająca czy 
efemeryczna.

Oddaliła się od boku Artura i skierowała się, odziana

269

w suknię zieloną jak jej oczy, zieloną jak trawa, ku miejscu, gdzie stał Dave. Na jego twarzy 
musiała się odmalować niepewność, gdy bowiem podeszła bliżej, usłyszał, że roześmiała się i 
powiedziała: — Jeśli tylko zaczniesz się kłaniać albo coś w tym rodzaju, Dave, to cię zbiję. 
Daję słowo.

Dobrze było usłyszeć jej śmiech. Powstrzymał ukłon, który faktycznie zamierzał 

wykonać, i zaskoczył ich oboje, pochylając się, by ucałować jej policzek.

— Dziękuję — powiedziała i uścisnęła jego dłoń.
Uśmiechnął się do niej. Choć raz nie czuł się niezdarny

czy nieokrzesany.

Zbliżył się do nich Paul Schafer. Jennifer uścisnęła wolną ręką jedną z jego dłoni. Przez 

chwilę stali we troje, złączeni w ten sposób.

— No  cóż — odezwał się Dave.
Paul popatrzył na niego z powagą. — Wiesz, jedziesz w sam środek wojny.
— Wiem — odparł Dave. — Ale jeśli jest w tym wszy

stkim jakieś miejsce dla mnie, to sądzę, że wśród Dalrei.
Tam... tam, dokąd ty się udajesz, nie będzie łatwiej.

Umilkli wśród krzątaniny i gwaru panujących na placu. Nagle Dave zwrócił się w stronę 

Jennifer. — Myślałem o czymś — powiedział. — Dawno temu, kiedy Kim zabrała cię ze... 
stamtąd, Kevin coś zrobił. Na pewno tego nie pamiętasz, bo byłaś nieprzytomna, ale 
poprzysiągł zemstę za to, co z tobą uczyniono.

 Ja pamiętam — wtrącił Paul.

background image

 No więc — ciągnął Dave — na pewno zastanawiał

się, jak mógłby tego dokonać, ale myślę... myślę, że znalazł
sposób.

Z upstrzonego pojedynczymi obłokami nieba spływał na nich blask słońca. Wszędzie 

wokół mężczyźni chodzili w samych koszulach.

— Zrobił coś więcej — odezwała się Jennifer z błysz

czącymi oczyma. — Wydostał mnie całkowicie. Dokoń
czył tego, co zaczęła Kim.

270

— A niech to — odezwał się łagodnym tonem Paul.

— A ja myślałem, że to mój wdzięk.

Zapamiętane słowa, nie jego własne. Łzy, śmiech, a potem się rozstali.

Sharra przyglądała się, jak przystojny syn avena poprowadził pięciuset ludzi na północ. 

Stojąc z ojcem obok rydwanów, widziała, jak Jennifer i Paul podeszli z powrotem do 
drużyny, która wkrótce wyruszała na zachód. Shalhassan miał im towarzyszyć aż do Seresh. 
Jako że śnieg stopniał, dodatkowe cathalskie oddziały stały się pilnie potrzebne. Chciał 
osobiście wydać im rozkazy w Cynanie.

Aileron dosiadł już swego karego rumaka. Zobaczyła, że mag Loren uczynił to samo. 

Serce biło jej bardzo szybko.

Ostatniej nocy Diarmuid przyszedł do niej ponownie, przez okno. Przyniósł jej kwiat. 

Tym razem nie oblała go wodą. Dołożyła wszelkich starań, by zwrócić jego uwagę na ten 
fakt. Wyznał jej wdzięczność, a potem, innym głosem, znacznie więcej.

Następnie oznajmił: — Udaję się w niebezpieczne miejsce, moja droga. Wykonać 

ryzykowne zadanie. Może będzie mądrzej, jeśli porozmawiam z twoim ojcem dopiero, jeśli... 
kiedy wrócimy. Nie chcę, byś wiązała się ze mną, gdy będę...

Zakryła jego usta dłonią, po czym odwróciła się w łożu, jak gdyby chciała go pocałować, 

cofnęła rękę i ugryzła go w dolną wargę.

 Ty tchórzu! — wybuchnęła. — Wiedziałam, że się

boisz. Obiecałeś mi ceremonialne zaloty i trzymam cię za
słowo.

 Niech będą ceremonialne — zgodził się. — Czy

życzysz sobie również pośrednika?

 Oczywiście! 

:

— odparła. Potem, ponieważ płakała

i nie mogła już dłużej udawać, dodała: — Należałam do
ciebie już od Larai Rigal, Diar.

Pocałował ją delikatnie, a potem namiętnie. Jego usta

271

zaczęły wędrować po jej ciele. Po chwili straciła poczucie czasu i miejsca.

— Ceremonialnie  — powtórzył potem  raz jeszcze.

Szczególnym tonem.

I teraz, w świetle poranka, na ruchliwym placu, jakaś postać przepchnęła się nagle przez 

zgromadzony tłum i ruszyła prosto ku jej ojcu. Sharra poczuła, że się czerwieni. Zamknęła na 
chwilę oczy. Poczuła rozpaczliwy żal, że nie ugryzła go mocniej. Dużo, dużo mocniej. I w 
inne miejsce. Potem, mimo woli, zaczęła chichotać.

Obiecał, że odbędzie się to ceremonialnie. Łącznie z pośrednikiem, którego zgodnie ze 

staroświeckim zwyczajem miał wysłać, by ten przemówił w jego imieniu. W Gwen Ystrat 
ostrzegł ją jednak, że nigdy nie będzie się poruszał w wyznaczonym rytmie. Ze wszystkiego 
musiał robić zabawę.

Jego pośrednikiem został więc Tegid z Rhoden.
Grubas — o naprawdę kolosalnej tuszy — na całe szczęście był trzeźwy. Przystrzygł 

sobie nawet ekscentryczną brodę i przywdział na tę okazję przyzwoite ubranie w brunatnym 

background image

odcieniu. Z bardzo poważnym wyrazem okrągłej, czerwonej twarzy zatrzymał się tuż przed 
jej ojcem. Jego przybycie zauważono. Towarzyszyły mu krzyki i śmiech. Tegid czekał teraz 
cierpliwie na odrobinę ciszy. Podrapał się niespokojnym ruchem po zadku, po czym 
przypomniał sobie, gdzie się znajduje, i pośpiesznie skrzyżował ręce na piersi.

Shalhassan spojrzał na niego z łagodną, pozbawioną wyrazu ciekawością. W chwilę 

później, gdy Tegid wypowiedział grzmiącym głosem jego tytuł, przerodziła się ona w 
grymas.

— Najwyższy władco Cathalu — powtórzył grubas od

robinę ciszej, gdyż po owym pierwszym krzyku jego potężne
płuca przywołały wszędzie wokół ciszę. — Czy raczysz
mnie uważnie wysłuchać?

272

 Raczę — odparł jej ojciec z powagą i uprzejmością.

 Nakazano mi powtórzyć ci, że wysłał mnie tu pan

1 nieskończonej szlachetności, którego cnoty mógłbym wy
liczać, aż księżyc by wzeszedł, zaszedł i wzeszedł raz jesz
cze. Wysłał mnie on, bym ci powiedział, w tym miejscu
2 wśród ludzi tu zgromadzonych, że słońce wstaje w oczach
twej córki.

Rozległ się ryk zdumienia.

 A kim — zapytał ciągle uprzejmym tonem Shalhas-

san —  jest ten pan o nieskończonej szlachetności?

 To taka metafora — odezwał się Diarmuid, wycho

dząc z tłumu po ich lewej stronie. — A z tym księżycem
to był jego własny pomysł. Niemniej faktycznie jest moim
pośrednikiem, a sedno jego przekazu jest prawdziwe i płynie
z mego serca. Pragnę poślubić twą córkę, Shalhassanie.

Hałas na placu stał się całkowicie nie do opanowania. Trudno było cokolwiek dosłyszeć. 

Sharra ujrzała, że ojciec zwraca się powoli w jej stronę z wyrazem pytania w oczach, a także 
czegoś innego. Upłynęła chwila, nim zdała sobie sprawę, że to tkliwość.

Skinęła głową tylko raz. Wargami ukształtowała słowo tak, by mógł to zobaczyć.
Wrzawa doszła do zenitu, po czym ucichła powoli. Shal-hassan czekał przy swym 

rydwanie, poważny i nieruchomy. Spojrzał na Diarmuida, którego twarz również przybrała 
spokojny wyraz. Przeniósł wzrok z powrotem na nią.

Uśmiechnął się. Uśmiechnął.

— Chwała Tkaczowi i wszystkim bogom! — zawołał

Shalhassan z Cathalu. — Nareszcie zachowała się jak do
rosła! \

Ruszył naprzód i uściskał Diarmuida jak syna, zgodnie

z rytuałem.

\

Tak to więc wśród śmiechu i radości drużyna wyruszyła do Taerlindel, gdzie czekał statek 

mający zabrać pięćdziesięciu ludzi do miejsca śmierci.

273

Oczywiście ludzi Diarmuida. Nawet na moment nie podlegało to dyskusji. Automatycznie 

przyjęto takie założenie. Jeśli Coli miał być kapitanem statku, to dowódcą wyprawy będzie 
Diarmuid, a do Cader Sedat popłyną ludzie z Południowej Twierdzy.

Jadący samotnie blisko końca drużyny Paul widział, jak śmieją się niefrasobliwie, a nawet 

śpiewają ożywieni obietnicą działania. Popatrzył na zastępców Diarmuida: Colla i 
rudowłosego Averrena; na Carde'a, siwiejącego Rothe'a oraz szczupłego, zwinnego Errona; 
na pozostałych czterdziestu, których wymienił książę. Zastanowił się, czy wiedzą, dokąd 
prowadzi ich droga. Zastanowił się, czy on sam to wie.

Jadący na przedzie Diarmuid obejrzał się, by spojrzeć na grupę. Paul patrzył przez chwilę 

background image

w jego niebieskie oczy. Nie podjechał jednak naprzód ani książę nie cofnął się ku niemu. 
Nieobecność Kevina była jak puste miejsce w jego piersi. Czuł się całkiem samotny. Myśl o 
Kim, która była daleko i zmierzała na wschód, pogarszała jeszcze jego stan.

Shalhassan odłączył się od nich po południu w Seresh. Niemal natychmiast miano go 

przewieźć promem do Cyna-nu. Łagodne, dobroczynne promienie słońca stanowiły nie-
ustanne przypomnienie o konieczności pośpiechu.

Skierowali się na północ traktem wiodącym do Rhoden. Odprowadzało ich wielu ludzi: 

oczywiście Aileron, a także Na-Brendel z Daniloth. Jechała też z nimi Sharra, która miała 
wrócić do Paras Derval z Aileronem i zaczekać tam na ojca. Teyrnon i Barak, jak widział, 
byli głęboko pogrążeni w rozmowie z Lorenem i Mattem. Tylko ta druga para wyruszała w 
rejs. Młodszy mag miał zostać z królem. Paul pomyślał, że bardzo rozpraszają siły.

Właściwie jednak nie mieli wielkiego wyboru.
Niedaleko przed sobą widział Tegida, który jechał podskakując jednym z cathalskich 

rydwanów wojennych. Uśmiechał się przez chwilę na ten widok. Okazało się, że Shalhassan 
jest jednak człowiekiem. Miał poczucie humoru. Za

274

grubasem jechała Jaelle. Ona również była sama. Pomyślą-przez chwilę, czy by jej nie 
dogonić. Nie zrobił tego jednak, Jego głowę zaprzątało zbyt wiele myśli, aby teraz podejmo-
wać próbę przeproszenia kapłanki. Potrafił się domyślić, jak by na to zareagowała. Fakt, że z 
nimi pojechała, był jednak trochę zaskakujący: na brzegu morza kończyły się włości Dany.

To doprowadziło go do myśli o tym, czyje włości się tam zaczynały oraz o obietnicy, 

którą wygłosił wczoraj rano na naradzie: — Myślę, że potrafię sobie z nią poradzić — 
oznajmił wówczas cichym głosem Dwukrotnie Narodzonego. Cichym, tak jest, niemniej 
bardzo, ale to bardzo nierozważnym. A teraz będą na niego liczyć.

Gdy Paul zastanawiał się nad tym, zachowując z uwagą nieprzenikniony wyraz twarzy, 

zauważył, że ponownie skręcają na zachód, zjeżdżając z głównego traktu na podrzędny 
gościniec. Po prawej stronie rozciągały się do tej pory bogate ziemie uprawne prowincji 
Seresh, teraz jednak, gdy zakręcili, teren zaczął opadać powoli w rozpościerających się sze-
roko uskokach. Widział owce, kozy oraz inny gatunek pasących się zwierząt, którego nie 
potrafił rozpoznać. Później, zanim je ujrzał, usłyszał morze.

Przybyli do Taerlindel późnym wieczorem. Zaprowadziło ich tam słońce, które wisiało 

nad wodami. Bryza była słona i świeża. Trwał właśnie przypływ. Bałwany o białych 
grzywach uderzały w linię piaszczystych plaż ciągnących się na południe ku Seresh oraz 
ujściu Saeren.

Przed nimi leżał zwrócony na północ port Taerlindel osłonięty przylądkiem przed wiatrem 

i falami. Widzieli podskakujące na falach zakotwiczone tam małe stateczki rybackie, kilka 
większych oraz jeden prawdziwy statek pomalowany na złoto i czerwono. To z pewnością 
była „Prydwen".

Loren mówił mu, że ongiś zarzucała tu kotwicę cała flota. Ostatnia wojna z Cathalem 

zdziesiątkowała jednak armady obu krajów, a po zawarciu rozejmu nie zbudowano nowych 
statków, by zastąpić nimi zatopione. A ponieważ

275

Andarien od tysiąca lat było pustkowiem — wyjaśnił mag

— nie  było już żadnego powodu, by żeglować do zatoki
Linden.

Port otaczało wiele domów. Garstka ich ciągnęła się też od morza ku pochyłym 

wzgórzom. Miasto wyglądało bardzo pięknie w świetle późnego popołudnia. Paul jednak 
poświęcił mu jedynie przelotne spojrzenie, nim zatrzymał konia i pozwolił, by minęli go 
ostatni z członków drużyny. Stał na drodze górującej nad Taerlindel i zapuścił wzrok tak 
daleko, jak tylko mógł, nad szarozielone morze.

Przez ostatnie trzy noce pozwalali, by światło ponownie, rozbłysło nad Atronel, aby 

uczcić i uhonorować wiosnę, która powróciła. Teraz, gdy zbliżał się wieczór czwartego dnia, 
Leyse spod Znaku Łabędzia poszła na spacer, odziana w biel na pamiątkę białej łabędzicy, 

background image

Lauriel, u boku świetlistej postaci Ra-Tenniela. Byli sami nad jeziorem Celyn. Zbierali 
sylvainy, czerwone i srebrne.

Wewnątrz utkanych cieni Daniloth, które wykręcały czas w kanały nieznane nikomu poza 

liosami, zima nie zapadła nawet na chwilę. Potężne zaklęcie Lathena Tkacza Mgły okazało 
się skutecznym zabezpieczeniem przed zimnem. Niemniej przez zbyt długi czas liosowie 
spoglądając przez zmienną, zamazaną granicę Krainy Cieni, widzieli tylko śnieg 
pokrywający Równinę oraz jałowe pustkowie Andarien. Byli samotną, narażoną na atak 
wyspą stłumionych barw w świecie złowrogiej bieli.

To już się skończyło. Zawsze śmiały Ra-Tenniel ujął długą, szczupłą dłoń Leyse — choć 

raz mu na to pozwoliła
— i poprowadził ją przez tłumiącą zasłonę cieni stworzoną
przez Lathena na otwarte przestrzenie, gdzie do jeziora Ce
lyn wpadała rzeka.

O zachodzie słońca było to zachwycające i pogodne miejsce. Na brzegu rzeki rosły 

wierzby oraz pokryte świeżymi listkami aumy. Rozłożył na młodej trawie płaszcz, zielony 
jak welin, i Leyse usiadła obok niego z pełnym naręczem sylvainów. Oczy miała łagodnej, 
złotej barwy za-

276

chodzącego słońca, a jej włosy lśniły brązowo w jego promieniach.

Przeniósł wzrok z niej na słońce, a potem na rosnący nad nimi aum oraz łagodny nurt 

rzeki w dole. Na sposób liosów nigdy niedaleki od smutku, wzniósł wśród wieczornego 
brzęczenia pszczół oraz płynnego plusku wody o kamienie głos w lamencie nad 
spustoszeniem Andarien przed tysiącem lat.

Słuchała z powagą, z naręczem kwiatów, gdy śpiewał długą balladę opiewającą dawny 

żal. Słońce zaszło. Gdy wreszcie skończył, lekki wietrzyk poruszał w półmroku liśćmi nad 
ich głowami. Na zachodzie, nad miejscem, gdzie słońce znikło za horyzontem, lśniła samotna 
gwiazda, której dawno temu nadano imię na cześć Lauriel zabitej przez czarną Avaię pod 
Bael Rangat. Patrzyli na nią przez długi czas, po czym odwrócili się, by wrócić do Krainy 
Cieni, gdzie gwiazdy świeciły słabo.

Tylko jedno spojrzenie rzucił Ra-Tenniel na Andarien. Potem zatrzymał się i obrócił, by 

popatrzeć raz jeszcze dalekosiężnym wzrokiem lios alfarów.

Zawsze, już od początku, plany Rakotha cechowała niecierpliwość jego nienawiści. Zima, 

która właśnie minęła, stanowiła wyjątek, przerażający w swych implikacjach planowanego, 
niespiesznego zniszczenia.

Teraz jednak już się skończyła i, spoglądając na północ oczyma, których kolor zmienił się 

szybko na fiołkowy, Ra-Tenniel, władca lios alfarów, ujrzał mroczną hordę pędzącą przez 
spustoszone Andarien. Lecz nie w ich stronę. W tej samej chwili gdy Leyse odwróciła się, by 
patrzeć na to razem z nim, armia Rakotha skręciła na wschód. Na wschód, wokół Celynu, by 
ruszyć dalej przez Gwynir.

I ku Równinie.
Gdyby zaczekał do zmroku, Rakoth mógłby ich wysłać w całonocną podróż nie 

zauważonych przez nikogo. Ale nie zaczekał. Ra-Tenniel odmówił pośpieszną modlitwę. 
Oboje z Leyse szybko wrócili na Atronel. Tej nocy nie wysłali

277

w górę swego światła, gdyż na zewnątrz była armia Ciemności. Zamiast tego zebrali wielkich 
spod wszystkich znaków na wzgórzu Atronel. Zgodnie z oczekiwaniami króla, to sroga Galen 
natychmiast oznajmiła, że chce udać się do Celidonu. Również zgodnie z oczekiwaniami, 
Lydan — bez względu na to, jak był ostrożny — nie chciał pozwolić, by jego bliźniacza 
siostra pojechała sama. Podnieśli się, by ruszyć w drogę, gdy tylko Ra-Tenniel udzieli 
pozwolenia. Ten jednak uniósł dłoń, by ich powstrzymać.

— Będziecie musieli się pośpieszyć — powiedział. — Naprawdę bardzo pośpieszyć. 

Zabierzcie raitheny. Już czas, by ponownie ujrzano w Fionavarze złoto-srebrne konie z 
Daniloth.

background image

Oczy Galen pobłękitniały, a w chwilę później również oczy jej brata. Wyszli oboje, by 

rozpocząć wyprawę.

Z pomocą tych, którzy zostali, Ra-Tenniel sprawił, że szkło wezwania rozbłysło pilnym 

ostrzeżeniem, dzięki czemu szkło w komnatach najwyższego króla w Paras Derval mogło 
również przebudzić się do życia.

Nie było ich winą, że Aileron przebywał owej nocy w Taerlindel i miał wrócić dopiero 

następnego popołudnia, by ujrzeć, że szkło wezwania stanęło w ogniu.

Nie mógł zasnąć. Bardzo późno w nocy Paul wstał, wyszedł z domu matki Colla i udał się 

do portu. Księżyc, który zostawił już za sobą pełnię, stał wysoko na niebie. Na morzu 
widniała srebrzysta smuga jego blasku. Był odpływ i piasek ciągnął się daleko aż ku 
przylądkowi. Wiatr zmienił kierunek na północny. Paul wiedział, że jest chłodno, nadal 
jednak wyglądało na to, że jest niewrażliwy na zimno, naturalne czy nie. Była to jedna z 
niewielu rzeczy stanowiących oznakę tego, kim był. To, kruki oraz milcząca, wyczekująca 
obecność w jego tętnie.

„Prydwen" stała spokojnie na kotwicy. Załadowali ją w ostatnim świetle wieczoru i 

dziadek Colla oznajmił, że jest gotowa do drogi. W blasku księżyca złota farba jej kadłuba 
wydawała się srebrna, a białe, zwinięte żagle lśniły.

278

Było bardzo cicho. Gdy szedł wzdłuż drewnianego basenu portowego, jedynym 

słyszalnym dźwiękiem — nie licząc cichego plusku fal uderzających o łodzie — był stukoi 
jego butów. W Taerlindel nie paliły się żadne światła Gwiazdy rJad jego głową wydawały się 
bardzo jasne, nawel przy blasku, księżyca.

Opuścił f?ort. Szedł wzdłuż kamiennego nabrzeża, dopóki się nie skończyło. Minął ostatni 

dom w mieście. Znalazł tam ścieżkę, która wiła się przez pewien odcinek w górę i na wschód, 
podążając wzdłuż linii brzegowej zatoki. Było wystarczająco jasno, by mógł nią pójść i zrobił 
to. Po jakichś dwustu krokach osiągała szczyt, po czym zaczynała opadać w kierunku 
północnym. Niedługo Paul ponownie znalazł się na piasku, na długiej nadmorskiej plaży.

Łoskot i szum fal były tu głośniejsze. Niemal mógł coś w nich usłyszeć, lecz niemal to 

było za mało. Zdjął buty i skarpetki, po czym, zostawiwszy je na piasku, ruszył naprzód. 
Tam, dokąd sięgał przypływ, grunt był wilgotny. Fale lśniły srebrnym, fosforyzującym 
blaskiem. Poczuł, jak ocean omywa mu stopy. Wiedział, że woda musi być zimna, lecz nie 
wyczuwał chłodu. Zagłębił się w nią jeszcze trochę, po czym zatrzymał się, zanurzony tylko 
po kostki, by być obecny, ate nie natrętny. Stał zupełnie bez ruchu, usiłując — choć do dziś 
nie wiedział, jak tego dokonać — skupić w sobie to, kim był. Wsłuchał się. Nie usłyszał nic 
poza niskim szumem morza.

I wtedy, w głębi, poczuł przypływ mocy w swej krwi. Oblizał wargi. Czekał. Impuls się 

powtórzył. Za trzecim razem pomyślał, że złapał rytm, który nie był rytmem morza, gdyż nie 
z niego się wywodził. Podniósł wzrok ku gwiazdom, lecz nie spojrzał z powrotem na ląd. 
Mórnirze — pomodlił się.

— Lirananie! — zawołał, gdy nadszedł czwarty przypływ. Usłyszał w swym głosie 

uderzenie gromu.

Podczas piątego wykrzyknął imię raz jeszcze, a potem po raz ostatni, kiedy zaryczał w 

nim szósty impuls. Gdy

279

jednak jego krew wzburzył siódmy, Paul zachował milczenie i czekał.

Daleko na morzu ujrzał białą falę. Jej grzbiet sięgał wyżej od wszystkich pozostałych, 

które biegły na spotkanie odpływu. Kiedy spotkała długi, cofający się już przybój, kiedy 
załamała się, wysoka i błyszcząca, usłyszał, jak jakiś głos krzyknął: —   Złap mnie, jeśli 
potrafisz!

Zanurkował w swym umyśle za bogiem morza.
Nie było tam ciemno ani zimno. Wydawało się, że zewsząd otaczają go światła o 

pastelowych odcieniach, jak gdyby poruszał się wśród konstelacji zatopionych gwiazd.

Coś błysnęło: srebrna ryba. Podążył za nią, lecz zawróciła, by go zgubić. On również się 

background image

cofnął pośród wodnych gwiazd. Na dole były rafy koralowe: zielone i niebieskie, różowe, 
pomarańczowe i w odcieniach złota. Srebrna ryba przemknęła pod koralowym łukiem. Gdy 
Paul go minął, już jej nie było.

Czekał. Poczuł kolejny impuls.

— Lirananie! — zawołał i poczuł, jak grom wstrząsnął głębią. Gdy echa już się 

przetoczyły, ponownie ujrzał rybę. Była teraz większa. Jej boki upstrzyły tęczowe barwy 
koralowców. Uciekła. Podążył za nią.

Schodziła wciąż w dół, a on razem z nią. Minęli olbrzymie, ledwo majaczące 

niebezpieczeństwa najniższych głębin, gdzie morskie gwiazdy lśniły słabo, a kolory zginęły.

Wystrzeliła w górę, jak gdyby mknęła z powrotem ku światłu. Minęła podwodne gwiazdy 

i wyskoczyła nad powierzchnię w blasku księżyca. Stojący na plaży po kostki w wodzie Paul 
dostrzegł, jak błysnęła i spadła.

I zaczęła biec. Skończyło się kluczenie. Prostym kursem ku falom, morski bóg uciekał 

przed głosem gromu. Ścigano go. Zostawili tak daleko za sobą wspomnienie lądu, że Paulowi 
wydało się, iż słyszy w falach nutę śpiewu. Poczuł strach, albowiem domyślał się, co to jest. 
Nie zawołał raz jeszcze. Widział przed sobą srebrną rybę. Pomyślał o wszystkich zmarłych i 
o żywych w ich potrzebie,

280

schwytał Liranana daleko na morzu i dotknął go palcem swego umysłu.

— Mam cię! — zawołał na głos. Stał zdyszany na pla

ży, z której w ogóle się nie ruszył. — Chodź — wydysza]
—   i pozwól mi ze sobą porozmawiać, bracie mój.

I wówczas bóg przybrał prawdziwą postać, podniósł się w posrebrzonym morzu i ruszył, 

ociekając lśniącą wodą, ku plaży. Gdy się zbliżył, Paul dostrzegł, że spływająca woda służy 
Lirananowi jako szata okrywająca jego majestat. Nieustannie przemykały po niej barwy 
morskich gwiazd i raf koralowych.

— Nazwałeś mnie bratem — przemówił bóg głosem,

który syczał jak fale przewalające się nad skałami. Jego
broda była długa i biała. Oczy miały taką samą barwę jak
księżyc. — Jak śmiałeś? — zapytał. — Wymień swe imię!

. — Znasz je — odparł Paul. Jego wewnętrzne uniesienie opadło. Przemawiał własnym 

głosem. — Znasz je, morski władco. W przeciwnym razie nie przybyłbyś na moje wezwanie.

— Nieprawda. Usłyszałem głos mego ojca. Teraz go nie

słyszę. Kim jesteś, że potrafisz przemawiać gromem Mor-
nira?

Paul postąpił krok naprzód wraz z cofającą się falą i spojrzał prosto w twarz morskiego 

boga. — Jestem Pwyll Dwukrotnie Narodzony, Pan Letniego Drzewa — oznajmił. Li-ranan 
sprawił, że morskie fale rozbiły się z hukiem wokół nich obu.

— Słyszałem tę opowieść — przyznał bóg. — Teraz

wszystko rozumiem.

Był bardzo wysoki. Trudno było dostrzec, czy spływające wody jego szaty wpadają do 

morza u jego stóp, czy wznoszą się tam z niego, czy też jedno i drugie równocześnie. Był 
piękny, straszliwy i srogi. — Czegóż więc pragniesz? — zapytał.

— Rankiem wypływamy na Cader Sedat — odparł Paul.
Z ust boga wyrwał się dźwięk przypominający odgłos

281

fali uderzającej o wysoką skałę. Potem Liranan umilkł, spoglądając z góry na Paula w jasnym 
blasku księżyca. — To strzeżone miejsce, bracie — odezwał się po długiej chwili. W jego 
głosie brzmiała nuta smutku. Paul słyszał ją już przedtem w morzu.

 Czy to, co go strzeże, może cię przemóc? — zapytał.

 Nie wiem — odparł Liranan. — Nie wolno mi jed

nak ingerować w Gobelin, podobnie jak wszystkim bogom.
Dwukrotnie Narodzony, musisz o tym wiedzieć.

background image

 Wolno, jeśli zostaniecie wezwani.

Ponownie zapadła cisza, mącona jedynie nie kończącym się poszeptem odpływu oraz fal.

 Teraz jesteś w Brenninie — stwierdził bóg. — Bli

sko lasu twej mocy. Wtedy znajdziesz się daleko na morzu,
śmiertelny bracie. Jak chcesz mnie przymusić?

 Nie mamy innego wyboru, jak pożeglować — od

parł Paul. — Na Cader Sedat jest Kocioł z Khath Meigol.

 Nie zdołasz spętać boga w jego własnym żywiole,

Dwukrotnie Narodzony — głos był dumny, lecz nie zimny.
Niemal smutny.

Paul poruszył dłońmi w geście, który rozpoznałby Kevin Laine. — Będę musiał 

spróbować — odparł.

Liranan przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, po czym powiedział coś bardzo cicho. 

Jego głos połączył się z szumem fal i Paul nie dosłyszał słów boga. Zanim zdążył go
1 to zapytać, Liranan uniósł rękę. Kolory splatały się w jego
wodnej  szacie.  Rozpostarł palce nad głową mężczyzny
2 zniknął.

Paul poczuł, że kropelki morskiej wody spryskały mu twarz i włosy. Potem spojrzał w dół 

i dostrzegł, że stoi boso na piasku, już nie w morzu. Upłynął pewien czas. Księżyc wisiał 
teraz nisko na zachodzie. Ujrzał, że w padającej na wodę smudze jego srebrzystego blasku 
ryba o tej samej barwie wyskoczyła raz ponad powierzchnię, po czym zanurzyła się, aby 
pływać wśród morskich gwiazd i barw koralowych raf.

282

/Gdy odwrócił się, by ruszyć w drogę powrotną, potknął się. Dopiero wtedy zdał sobie 

sprawę, jak jest zmęczony. Wydawało mu się, że piasek ciągnie się bardzo długo. Dwukrotnie 
omal nie upadł. Po drugim razie zatrzymał się. Stał przez chwilę bez ruchu, dysząc ciężko. 
Poczuł, że zakręciło mu się w głowie, jak gdyby oddychał zbyt bogatym w tlen powietrzem. 
Przypomniał sobie mgliście pieśń, którą usłyszał daleko na morzu.

Potrząsnął głową i podszedł do miejsca, gdzie zostawił buty. Uklęknął, by je włożyć, lecz 

po chwili usiadł na piasku z rękoma wspartymi na kolanach i głową skrytą pomiędzy nimi. 
Pieśń cichła powoli. Czuł, że jego oddech — choć nie jego siła — wraca stopniowo do 
normy.

Ujrzał cień padający na piasek obok jego cienia.

 Chyba sprawia ci przyjemność oglądać mnie w takim

stanie — odezwał się cierpkim tonem, nie podnosząc wzro
ku. — Wygląda na to, że specjalnie szukasz okazji.

 Drżysz — odrzekła rzeczowo Jaelle. Poczuł, że jej

płaszcz spoczął na jego ramionach. Przenikał go jej zapach.

 Nie jest mi zimno — odrzekł. Gdy jednak spojrzał

na swe dłonie, zobaczył, że się trzęsą.

Wyszła zza jego pleców. Podniósł ku niej wzrok. Na czole rhiała diadem podtrzymujący 

włosy na wietrze. Księżyc dotykał blaskiem jej kości policzkowych, lecz zielone oczy 
skrywał cień. — Widziałam was dwóch w świetle, które nie pochodziło od księżyca — 
powiedziała. — Pwyl-lu, kimkolwiek jeszcze jesteś, jesteś śmiertelnikiem, a to nie był blask, 
w którym możemy żyć.

Nie odparł nic.
Po chwili zaczęła mówić dalej: — Dawno temu, kiedy zdjęłam cię z Drzewa, 

powiedziałeś mi, że najpierw jesteśmy ludźmi, a dopiero potem kimkolwiek innym.

Poderwał się i raz jeszcze podniósł wzrok. — Twierdziłaś, że się mylę.

— Wtedy  się myliłeś.

W panującej ciszy fale wydawały się bardzo odległe, nie

283

przestały jednak bić. — Kiedy tu jechaliśmy, miałem zamiar cię przeprosić — wyznał. — 

background image

Zawsze zaskakujesz mnie w trudnej chwili.

— Och, Pwyllu. Jakże mogłyby istnieć łatwe chwile?
Jej głos nagle wydał się starszy. Wsłuchał się w niego

w poszukiwaniu drwiny, lecz nie znalazł jej śladu.

— Nie wiem — przyznał. — Jaelle — dodał — je

śli nie wrócimy z tego rejsu, lepiej opowiedz Aileronowi
i Teyrnonowi o Darienie. Jennifer nie zechce tego zrobić,
ale nie sądzę, byś miała jakikolwiek wybór. Będą musieli
być na niego przygotowani.

Poruszyła się lekko. Widział teraz jej oczy. Oddała mu swój płaszcz i miała na sobie tylko 

długą nocną koszulę. Wiatr wiał od morza. Podniósł się, zarzucił jej płaszcz na ramiona i 
zapiął go pod szyją.

Patrząc na nią, na srogie piękno uczynione tak poważnym przez to, co przeżyła, 

przypomniał coś sobie. Zdając sobie sprawę, że kapłanka również posiada dostęp do wiedzy, 
zapytał: — Jaelle, kiedy liosowie słyszą swą pieśń?

— Wtedy,  gdy  są gotowi  wypłynąć — odparła. —

Z reguły to znużenie skłania ich do ruszenia w drogę.

Za sobą wciąż słyszał cichy dźwięk odpływu. — Co wtedy robią?

 Budują statek w Daniloth i odpływają nocą na za

chód.

 Dokąd? Na wyspę?
Potrząsnęła głową. — To miejsce nie leży w Fionava-rze. Gdy jeden z lios alfarów 

wypłynie wystarczająco daleko na zachód, przechodzi do innego świata. Ukształtowanego 
przez Tkacza wyłącznie dla nich. Nie wiem, w jakim celu. Sądzę, że oni też tego nie wiedzą.

Paul milczał.

— Dlaczego pytasz? — powiedziała.
Zawahał się. Zadawniona nieufność, wywodząca się jeszcze z czasu ich pierwszej 

rozmowy, kiedy zdjęła go z Drzewa. Po chwili jednak spojrzał jej w oczy i rzekł: —

284

Właśnie przed chwilą usłyszałem pieśń. Daleko na morzu, gdy ścigałem boga.

Zacisnęła powieki. Blask księżyca czynił z niej marmurową statuę, bladą i surową. — 

Dana nie sprawuje władzy na morzu — stwierdziła. — Nie wiem, co to mogłoby oznaczać.

Otworzyła oczy.

 Ja też nie — przyznał.

 Pwyllu — zapytała. — Czy można tego dokonać?

Czy możecie dotrzeć na Cader Sedat?

 Nie jestem pewien — odparł zgodnie z prawdą. —

Podobnie jak tego, czy zdołamy cokowiek osiągnąć, jeśli
nawet nam się to uda. Wiem jednak, że Loren ma rację.
Musimy spróbować.

 Wiesz, że popłynęłabym z wami, gdybym mogła...

 Wiem — odparł Paul. — Będziesz miała tutaj wy

starczająco wiele problemów, a nawet więcej. Lituj się nad
tymi, które — jak Jennifer i Sharra — mogą tylko cze
kać, kochać i mieć nadzieję, że oznacza to coś więcej poza
bólem.

Otworzyła usta, jak gdyby chciała przemówić, lecz rozmyśliła się i zachowała milczenie. 

Nie proszone, przyszły do niego słowa ballady. Niemal półszeptem wypowiedział je do 
nocnej bryzy i morza:

Czym jest kobieta, że ją zostawiasz,
Twój dom i pole, które uprawiasz,

I ze starym, siwym Twórcą Wdów się wyprawiasz?

background image

— Tkaczu broń — powiedziała Jaelle i odwróciła się.
Podążył za nią wąską ścieżką do Taerlindel. Gdy szli,

po ich prawej stronie księżyc pogrążył się w morzu. Wrócili do miasta oświetlanego jedynie 
przez gwiazdy.

Gdy słońce wzeszło, drużyna przygotowała się do wypłynięcia na „Prydwen". Najwyższy 

król Aileron wszedł na pokład i pożegnał się ze swym pierwszym magiem, Paulem

285

Schaferem, Arturem Pendragonem, ludźmi z Południowej Twierdzy, którzy mieli tworzyć 
załogę tego statku oraz Col-lem z Taerlindel, który miał być jego kapitanem.

Na koniec spotkał się ze swym bratem. Popatrzyli na siebie z poważnym wyrazem oczu: 

Ailerona tak brązowych, że były niemal czarne; Diarmuida bardziej niebieskich niż niebo nad 
ich głowami.

Przyglądająca się im z nabrzeża, nie zważająca na własne łzy Sharra zobaczyła, że 

Diarmuid coś powiedział, a potem skinął głową. Następnie ujrzała, jak postąpił krok naprzód 
i pocałował brata w policzek. W chwilę później Aileron odwrócił się i zszedł na ląd po 
pochylni. Jego twarz nie wyrażała absolutnie nic. Znienawidziła go odrobinę.

Rozwinięto żagle „Prydwen", które wydęły się na wietrze. Wciągnięto pochylnię. Wiatr 

dął z południowego wschodu: mogli z nim popłynąć.

Na-Brendel z Daniloth stał obok najwyższego króla i jego straży. Były tam również trzy 

kobiety, które przyglądały się, jak statek odcumował i zaczął oddalać się od brzegu. Jedna z 
nich była księżniczką, a druga najwyższą kapłanką. Obok nich stała jednak trzecia, która 
ongiś była królową, i Brendel nie mógł oderwać od niej wzroku.

Oczy Jennifer były czyste i błyszczące, gdy patrzyła w ślad za statkiem oraz mężczyzną, 

który stał na rufie, spoglądając z kolei na nią. Brendel wiedział, że przesyła mu swą siłę i 
dumę. Patrzył, jak tak stała, aż „Prydwen" było jedynie białym punktem widocznym w 
miejscu, gdzie morze i niebo stykały się ze sobą.

Dopiero wówczas odwróciła się w stronę najwyższego króla, dopiero wówczas smutek 

powrócił na jej twarz. A także coś więcej niż smutek.

— Czy możesz przydzielić mi strażnika? — zapytała. — Chciałabym udać się do Wieży 

Lisen.

W oczach Ailerona widniało współczucie, jak gdyby on również usłyszał to, co słyszał 

Brendel: kręgi czasu obracające się raz jeszcze, wzór kształtujący się na Krosnach.

286

 Och, moja droga — odezwała się Jaelle dziwnym

głosem.

 Anor Lisen stała pusta przez tysiąc lat — odrzekł

łagodnie Aileron. — Pendaran nie jest miejscem, w które
możemy się bezpiecznie zapuszczać.

 Nie zrobią mi tam krzywdy — zapewniła Jennifer

ze spokojną pewnością. — Ktoś powinien ich wypatrywać
z tego miejsca.

Miał zamiar wrócić do domu, do Daniloth. Upłynęło już zbyt wiele czasu, odkąd 

spacerował po wzgórzu Atronel.

— Zabiorę cię tam i zostanę z tobą — odezwał się

Brendel, biorąc na swe barki kolejne przeznaczenie.

Rozdział 15

Ponad wszystkim, pomyślał Ivor, byli Tabor i Ge-reint.

background image

Aven zatoczył szeroki krąg wokół skupionych obozów. Wrócił z Gwen Ystrat wczoraj 

wieczorem. Były to dwa dni powolnej jazdy, lecz Gereint nie był w stanie znieść szybszego 
tempa.

Dziś miał pierwszą okazję, by dokonać inspekcji obozów. Przynajmniej to jedno 

wywołało u niego pewne zadowolenie. Choć oczekiwał jeszcze na raport Levona — jego 
starszy syn powinien wrócić dziś w nocy — na temat decyzji podjętej przez radę w Paras 
Derval, Ivor przygotował własny plan. Zamierzał zostawić kobiety i dzieci pod strażą w 
osłoniętym zakątku kraju na wschód od Latham. Eltory zaczynały już wędrówkę na północ, 
lecz wiele z nich będzie się ociągać, co zapewni wystarczająco obfite łowy.

Resztę Dalrei planował bardzo szybko poprowadzić na północ, by zająć pozycję nad rzeką 

Adein. Gdy dotrą do nich najwyższy król oraz Shalhassan z Cathalu, połączone

287

siły będą mogły zapuścić się dalej na północ. Sami Dalrei nie byli w stanie tego dokonać. Nie 
powinni też jednak tu wyczekiwać, gdyż Maugrim równie dobrze mógł uderzyć bardzo 
szybko, a Ivor nie miał zamiaru oddawać Celidonu, dopóki będzie żył. Pomyślał, że o ile nie 
dojdzie do zmasowanego ataku, zdołają sami utrzymać linię obronną na Adein.

Dotarł do położonego najdalej na północ obozu i pomachał ręką na przywitanie do swego 

przyjaciela, Tulgera z ósmego plemienia. Nie zwolnił jednak, by z nim porozmawiać. Musiał 
wiele przemyśleć.

Tabor i Gereint.

Wczoraj, gdy wrócili, przyjrzał się uważnie swemu młodszemu synowi. Tabor uśmiechnął 

się, uściskał go i powiedział wszystko, co powinien powiedzieć. Nawet biorąc poprawkę na 
długą zimę, był nienaturalnie blady. Skórę miał tak białą, że była niemal przezroczysta. Aven 
usiłował przekonać sam siebie, że to jego zwykła nadmierna wrażliwość na sprawy własnych 
dzieci wprowadza go w błąd, później jednak, nocą w łóżku, Leith powiedziała mu, że się 
martwi. Serce Ivora zaczęło nierówno uderzać.

Jego żona prędzej odgryzłaby sobie język niż niepokoiłaby go w taki sposób bez powodu.

Wczesnym rankiem poszedł więc ze swym młodszym synem na spacer nad rzekę w 

świeżym wiosennym powietrzu, po zielonej trawie ich Równiny. Nocą lód na Latham 
stopniał. Rzeka, połyskująca i zimna, wypływała z gór. Lśniła w promieniach słońca 
jaskrawym błękitem. Mimo wszystkich swych trosk, Ivor poczuł się podniesiony na duchu, 
przez to tylko, że widział ten powrót życia i był jego częścią.

— Ojcze — odezwał się Tabor, zanim jeszcze Ivor zdążył go o cokolwiek zapytać. — Nie 

mogę nic na to poradzić.

Chwilowe zadowolenie opuściło Ivora. Zwrócił się w stronę chłopca. Tabor liczył sobie 

piętnaście lat, nie więcej. Miał drobne kości, a teraz stał się tak blady, że wyglądał jeszcze 
młodziej. Ivor nie powiedział nic. Czekał.

288

/— Ona porywa mnie ze sobą — zaczai chłopiec. — Kiedy lecimy, a zwłaszcza ostatnim 

razem, gdy zabijaliśmy. Na niebie jest inaczej, ojcze. Nie wiem, ile jeszcze razy zdołam 
wrócić.

— W takim razie musisz spróbować na niej nie jeździć

— rzekł z bólem w głosie Ivor. Przypomniał sobie noc na
skraju Puszczy Pendaran, gdy patrzył, jak Tabor wraz
z uskrzydlonym stworzeniem ze swego snu zataczał kręgi
między gwiazdami a Równiną.

— Wiem — odpowiedział mu Tabor nad brzegiem rzeki.

— Ale mamy wojnę, ojcze. Jak mogę nie jeździć?

 Mamy wojnę, a ja jestem avenem Dalrei — odparł

Ivor burkliwym tonem. — Ty zaś jesteś jednym z Jeźdź
ców, którymi dowodzę. Musisz pozwolić, bym to ja de
cydował, jak najlepiej wykorzystać siły, którymi dyspo
nujemy.

background image

 Tak, ojcze — zgodził się Tabor.

Obosieczny dar — pomyślał teraz Ivor, zataczając pętlę z powrotem na południe wzdłuż 

zachodniego brzegu Lat-ham, ku miejscu, gdzie zatrzymało się czwarte plemię Cul-liona. 
Każdy dar Bogini był obosieczny. Próbował, bez większego powodzenia, nie czuć z tego 
powodu goryczy. Wspaniałe uskrzydlone stworzenie o lśniącym, srebrnym rogu było 
najpotężniejszym narzędziem wojny, jakim dysponowali. Teraz jednak widział, że jego 
wykorzystanie będzie go kosztowało utratę najmłodszego dziecka.

Cullion o ostrych rysach i łagodnym spojrzeniu ruszył konno ku niemu, by przeciąć mu 

drogę. Ivor był zmuszony zatrzymać się i zaczekać na niego. Cullion, choć młody jak na 
wodza plemienia, był zrównoważony i bystry. Ivor ufał mu bardziej niż większości 
pozostałych.

 Avenie — zwrócił się do niego bez żadnych wstę

pów. — Kiedy wyruszamy? Czy mam rozkazać ludziom
jechać na polowanie, czy nie?

 Dzisiaj się wstrzymaj — odrzekł aven. — Wczoraj

289

Cechtar dobrze się spisał. Jeśli potrzebujesz kilku eltorów, podjedź do nas.

 Zrobię to. A co z...

 Wkrótce powinien do was dotrzeć auberei. Dzisiej

szej nocy urządzimy w naszym obozie naradę. Odłożyłem
ją na ostatnią chwilę, bo mam nadzieję, że Levon dotrze
z wieściami z Paras Derval.

 Dobrze.  Avenie,  męczyłem  mojego  szamana  od

chwili, gdy śnieg zaczął topnieć...

 Nie męcz go — przerwał mu odruchowo Ivor.

 ... ale nie powiedział zupełnie nic. Co z Gereintem?

 Nic — odparł Ivor i ruszył naprzód.

Nie był młody, gdy go oślepiono. Był następny w kolejce. Czekał w Celidonie przez całe 

lata, nim auberei przyniósł wiadomość, że Colynas, szaman Banora i trzeciego plemienia, nie 
żyje.

Teraz był stary i oślepienie nastąpiło dawno temu, pamiętał je jednak z absolutną 

jasnością. Nie było w tym zresztą nic zaskakującego: pochodnie, gwiazdy i otaczający go 
ludzie z plemienia Banora to były ostatnie rzeczy, które Gereint widział.

Miałem bogate życie — pomyślał. Bardziej pełne niż mógłby marzyć. Gdyby zakończyło 

się, zanim Rangat eksplodowała w ogniu, powiedziałby, że żył i umarł jako szczęśliwy 
człowiek.

Od chwili, gdy został naznaczony przez najstarszego w Celidonie, gdzie zawsze 

przebywało pierwsze plemię, przeznaczenie Gereinta różniło się od przeznaczenia wszystkich 
innych młodych mężczyzn wezwanych na głodówkę.

Po pierwsze, opuścił Celidon. Spośród członków pierwszego plemienia czynili to jedynie 

naznaczeni. Nauczył się, jak być myśliwym, jako że szaman musiał znać łowy i eltory. 
Wędrował od jednego plemienia do drugiego, spędzając z każdym z nich jedną porę roku, 
jako że szaman musiał znać zwyczaje wszystkich plemion, nie wiedział bo-

290

wjefn, do którego z nich się przyłączy i któremu wodzowi będzie służył. Spał również z 
kobietami we wszystkich dziewięciu plemionach, by rozsiać po Równinie swe naznaczone 
nasienie. Nie miał pojęcia, ile dzieci spłodził w ciągu tego czasu oczekiwania, choć pewne 
noce pamiętał bardzo dobrze. Trwało to całe lata. Jedne pory roku spędzał na wędrówce, a 
inne w Celidonie, studiując pergaminy prawa oraz inne fragmenty, które nie były prawem, 
lecz które szamani musieli znać.

Sądził, że miał na to wystarczająco wiele czasu, więcej niż z reguły mieli go inni. Zaczęło 

background image

się od tego, że zobaczył keię jako swój totem, co naznaczyło go wewnętrznie nawet między 
naznaczonymi.

Gdy nadeszła chwila oślepienia, sądził, że jest gotów. Gotów na zmianę, choć nie na ból: 

moc osiągało się drogą cierpienia, a na to nie sposób było się przygotować.

Rozpoznał jednak to, co wydarzyło się później i przywitał wewnętrzny wzrok tak, jak 

wita się długo poszukiwaną kochankę. Dobrze służył Banorowi przez ponad dwadzieścia lat, 
choć zawsze dzielił ich od siebie pewien dystans.

Inaczej z Ivorem. Żadnego dystansu i przyjaźń oparta początkowo na szacunku, a potem 

na czymś więcej. Gdyby zawiódł wodza trzeciego plemienia, który był teraz avenem 
wszystkich Dalrei, rozdarłoby mu to serce.

Tak jak w tej chwili.

Teraz jednak, gdy w grę wchodziła wojna między mocami, nie miał właściwie wyboru. 

Dwa dni temu, w Gwen Ystrat, dziewczyna powiedziała mu, by nie podążał za nią tam, dokąd 
się udawała. Patrz na zachód — rzekła i otworzyła swój umysł, by ukazać mu zarówno cel 
swej podróży, jak i to, co ujrzała w wizji dotyczącej misji Lorena. To pierwsze sprawiło mu 
ból, jakiego nie zaznał od chwili, gdy go oślepiono. To drugie objawiło zaś, gdzie spoczywa 
jego brzemię, a także zademonstrowało jego całkowicie nieoczekiwaną nieudolność.

Nim utracił oczy, miał wiele lat na to, by odnaleźć pra-

291

wdziwszy wzrok. Wiele lat na podróżowanie po Równinie, oglądanie rzeczy z widzialnego 
świata i poznawanie ich prawdziwej natury. Zdawało mu się wówczas, że dobrze z tym sobie 
poradził, i do tej chwili nic nie sprawiło, by zmienił zdanie. Do tej chwili nic. Teraz jednak 
pojął, w którym miejscu popełnił błąd.

Nigdy nie widział morza.
Czyż mógłby Dalrei, bez względu na to jak mądry, kiedykolwiek pomyśleć, że ta jedna 

sprawa mogłaby podkopać najgłębsze wyzwanie, jakie spotka go za jego dni? To Cer-nana 
od Zwierząt znali i Zieloną Ceinwen. Boga, który porzucił swe miejsce w Pendaran, by 
biegać z eltorami po Równinie oraz boginię łowów, która była jego siostrą. Cóż wiedzieli 
Jeźdźcy o zrodzonym w morzu Lirananie?

Na zachód miał popłynąć statek. Dziewczyna ukazała mu to. Ujrzawszy obraz w jej 

umyśle, Gereint zrozumiał coś jeszcze, coś czego nie dostrzegła nawet jasnowidząca 
Brenninu. Nigdy nie widział morza, lecz musiał odnaleźć ten statek gdzieś pośród jego fal.

Zamknął się więc w sobie. Pozbawił avena wszelkiego przewodnictwa, jakim mógłby mu 

posłużyć. W złej chwili, najgorszej, lecz naprawdę nie miał wyboru. Powiedział Ivo-rowi, co 
ma zamiar uczynić, lecz nie wyjaśnił gdzie ani z jakiego powodu. Pozwolił, by siła życiowa, 
która podtrzymywała funkcjonowanie jego postarzałego ciała, skurczyła się do jednej 
wewnętrznej iskry. Następnie usiadł ze skrzyżowanymi nogami na macie w domu szamana 
w obozie nad Latham i wysłał ową iskrę na wędrówkę, daleko, daleko od domu.

Gdy, później w nocy, obozy ogarnęło gorączkowe zamieszanie, nic o tym nie wiedział. 

Następnego dnia, w śród-. ku owego chaosu, przenieśli jego ciało — powiedział borowi, że 
można to zrobić — nie zważał jednak na to. Dotarł już wówczas dalej niż Pendaran.

Puszczę widział. Potrafił określić swe położenie i zogniskować się, kierując się 

wspomnieniami o niej oraz zary-

292

sami jej emanacji w swym umyśle. Wyczuł jej mroczną, nieubłaganą wrogość, a potem coś 
jeszcze. Przemknął nad Anor Lisen, o której słyszał. Na wieży paliło się światło, lecz z tego 
rzecz jasna nie zdawał sobie sprawy. Wykrył tam jakąś obecność i miał chwilę na to, by się 
zadziwić.

Jedynie chwilę, później bowiem zostawił za sobą kres lądu i znalazł się nad falami. 

Zakręciło mu się w głowie. Ogarnęła go pełna bezradności panika. Nie miał żadnego 
kształtu, który mógłby nadać temu wrażeniu, żadnego o nim wspomnienia. Zaledwie znał 
nazwę, by je ogarnąć. Co niewiarygodne, wydawało mu się, że gwiazdy lśnią i na górze, i na 
dole. Stary i wątły, ślepy pośród nocy, Gereint nakazał swemu duchowi porzucić ląd, który 

background image

zawsze znał, na rzecz nieogarnionego ogromu niewidocznego, niewyobrażalnego, 
mrocznego, wzburzonego morza.

— Nie możesz — odezwał się Mabon z Rhoden, do-pędziwszy ich — poganiać pięciuset 

ludzi przez cały dzień bez odpoczynku.

Powiedział to łagodnym tonem. Aileron jasno oznajmił, że to Levon dowodzi tą drużyną i 

Mabon bynajmniej się nie sprzeciwiał. Dave zauważył jednak, że Dalrei uśmiechnął się 
nieśmiało. — Wiem o tym — odpowiedział księciu. — Miałem zamiar urządzić postój. Rzecz 
w tym, że w miarę, jak się zbliżamy...

Książę Rhoden uśmiechnął się. — Rozumiem. Zawszę się tak czuję, gdy wracam do 

domu.

Dave uznał, że Mabon jest w porządku. Książę miał już za sobą najlepsze lata i ważył 

więcej niż należało, ale nadążał za nimi bez trudności, a poprzedniej nocy spał na trawie 
owinięty w koc jak stary wiarus.

Levon potrząsał głową, zły na siebie. Gdy dotarli do wzniesienia na pofałdowanej prerii, 

uniósł rękę, by nakazać postój. Dave usłyszał, jak — za jego plecami — przez drużynę 
przebiegły płynące z głębi serca szepty ulgi.

On również ucieszył się z chwili wytchnienia. Nie był urodzonym jeźdźcem, jak Levon i 

Torc czy nawet ci kawa-

293

lerzyści z północnych terenów Brenninu, a w ciągu kilku ostatnich dni spędził w siodle 
diabelnie dużo czasu.

Zeskoczył z konia i rozprostował nogi. Zrobił parę głębokich przysiadów, dotknął palców 

stóp i zatoczył kilka razy ramionami. Zauważył spojrzenie, jakim obrzucił go Torc, i 
uśmiechnął się. Nie miał nic przeciwko temu, że ciemnowłosy Dalrei się z niego nabijał. Torc 
był jego bratem. Wykonał kilka pompek tuż obok obrusa, który tamten zastawiał jedzeniem. 
Usłyszał, że Torc parsknął powstrzymywanym śmiechem.

Dave zrobił przewrót w tył. Zastanowił się, czy nie spróbować jeszcze skłonów leżąc, lecz 

uznał, że zamiast tego coś zje. Wziął sobie suszony pasek eltorowego mięsa oraz kawał 
brennińskiego chleba. Wysmarował jedno i drugie musztardowatym sosem, który uwielbiali 
Dalrei, po czym położył się na plecach, przeżuwając z zadowoleniem.

Była wiosna. Ptaki zataczały kręgi nad ich głowami. Wiejący z południowego wschodu 

wietrzyk był delikatny i chłodny. Trawa łaskotała go w nos. Podniósł się, by chwycić ka-
wałek sera. Torc również leżał na plecach. Oczy miał zamknięte. Potrafił zasnąć w ciągu 
dwudziestu sekund. Dave zdał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy to właśnie teraz zrobił.

Niemal nie sposób było uwierzyć, że zaledwie pięć dni temu wszystko to pokryte było 

śniegiem i wystawione na lodowaty wicher. Przypomniawszy sobie ten fakt, Dave pomyślał o 
Kevinie. Poczuł, że spokojny nastrój prześlizguje mu się między palcami niczym wiatr. Jego 
umysł zaczął odwracać się od otwartego nieba i szerokich stepów ku mro-czniejszym 
miejscom. Zwłaszcza jednemu mrocznemu miejscu, do którego udał się Kevin Laine: grocie 
w Gwen Ystrat, przed którą zaczynał topnieć śnieg. Wspomniał czerwone kwiaty i szarego 
psa. Aż do śmierci pamiętał będzie zawodzenie kapłanek.

Usiadł raz jeszcze. Torc poruszył się, lecz nie obudził. Słońce na niebie świeciło jasno i 

przygrzewało mocno. Dobrze było być żywym w takim dniu. Dave starał oderwać się od

294

wspomnień. Wiedział— dzięki gorzkim doświadczeniom, jakie przeżył w swej rodzinie — 
jak niezrównoważony się staje, gdy pozwala ponieść się nadmiernie uczuciom podobnym do 
tych, które przebudziły się w nim teraz.

Nie mógł sobie na to pozwolić. Może, ale tylko może, gdy będzie miał trochę wolnego 

czasu, by wszystko przemyśleć, poświęci dzień czy dwa na to, by zrozumieć dlaczego płakał 
po Kevinie Laine jak po nikim innym od czasu dzieciństwa.

Ale nie teraz. Wiedział, że to dla niego niebezpieczne terytorium. Schował Kevina, z 

pewnym smutkiem, w to samo miejsce, co ojca — nie całkiem zapomniane, ale nie 
odwiedzane — po czym podszedł do Levona, który siedział w towarzystwie księcia Rhoden.

background image

— Czujesz   niepokój? — zapytał  Levon,   podnosząc

z uśmiechem wzrok.

Dave przykucnął. — Torc nie czuje — odparł, wskazując za siebie ruchem głowy.
Mabon zachichotał. — Cieszę się, że przynajmniej jeden z was reaguje w normalny 

sposób. Bałem się, że macie zamiar popędzić prosto nad Latham. v

Levon potrząsnął głową. — Ja potrzebowałbym odpoczynku.: Torc jednak mógłby tego 

dokonać. Nie jest zmęczony. Po prostu ma więcej rozumu od nas.

— Wiesz co — stwierdził Mabon — myślę, że masz rację.
Położył się na plecach, zakrył sobie oczy koronkową

chusteczką i po niespełna minucie zaczął chrapać.

Levon uśmiechnął się i wykonał gest głową. Obaj z Dave'em podnieśli się i oddalili nieco 

od pozostałych.

 Jak długo jeszcze? — zapytał Dave.  Obrócił się

wkoło, zataczając pełny krąg. We wszystkich kierunkach
widział jedynie Równinę.

 Dziś w nocy dotrzemy na miejsce — odparł Levon.

—  Możemy zobaczyć warty, nim zapadnie zmrok. Wczoraj
straciliśmy trochę czasu, gdy Mabon zatrzymał się w Pół
nocnej Twierdzy. Pewnie dlatego tak gnałem.

295

Książę był zmuszony opóźnić ich marsz, by przekazać garnizonowi Północnej Twierdzy 

szereg instrukcji od Aile-rona. Sam również wydał rozkazy, które trzeba było zanieść traktem 
do Rhoden. Dave był pod wrażeniem niewzruszonej kompetencji Mabona. Powiedziano mu, 
że jest to cecha, którą szczycą się ludzie z Rhoden. Ci z Seresh, jak zauważył, byli 
zdecydowanie bardziej impulsywni.

 Ja również przyczyniłem się do opóźnienia. Przepra

szam — powiedział.

 Chciałem cię o to zapytać. O co chodziło?

 To przysługa dla Paula. Aileron wydał taki rozkaz.

Czy pamiętasz chłopca, który zjawił się, gdy przywołaliśmy
Oweina?

Levon skinął głową. — Wątpliwe, bym go zapomniał.
— Paul chciał, żeby jego ojca przeniesiono z powrotem

do Paras Derval. Był też list. Obiecałem, że go znajdę. To
trochę potrwało.

Dave przypomniał sobie, jak stał zażenowany, gdy Sha-har płakał na wieść o tym, co stało 

się z jego synem. Usiłował wymyślić coś, aby złagodzić jego ból, ale bez skutku. Z 
niektórymi rzeczami chyba nigdy nie nauczy się radzić sobie jak należy.

— Czy przypominał ci Tabora? — zapytał nagle Le-

von. —   Ten chłopiec?

Trochę — odparł Dave, zastanowiwszy się nad tym.

Levon potrząsnął głową. — Ja sądzę, że więcej niż tro
chę. Chyba chciałbym ruszyć już w drogę.

Wrócili do pozostałych. Dave zauważył, że Torc jest już na nogach. Na gest Levona 

ciemnowłosy Dalrei wsadził sobie palce do ust i zagwizdał przenikliwie. Drużyna rozpoczęła 
przygotowania do drogi. Dave dotarł do swego wierzchowca, dosiadł go i podjechał truchtem 
na czoło oddziału, gdzie czekali Levon i Mabon.

Ludzie z Brenninu byli już na miejscu. Wsiedli na konie bardzo szybko. Aileron przysłał 

im takich, którzy wiedzieli, co robią. Torc zbliżył się do nich i skinął głową. Levon

296

obdarzył go uśmiechem i uniósł rękę, by dać sygnał do wyruszenia.

— Mórnirze! — krzyknął książę Rhoden.

Dave ujrzał jakiś cień. Poczuł zapach zgnilizny.

background image

Usłyszał świst strzały. Leciał już jednak wtedy w powietrzu, strącony zgrabnie z siodła 

przez skok Mabona. Książę runął wraz z nim na trawę. To samo — pomyślał od rzeczy Dave 
—   zrobił Kevin z Collem.

I wtedy ujrzał, co uczyniła czarna łabędzica z jego koniem. Pośród smrodu zgnilizny i 

przyprawiającej o mdłości, słodkiej woni krwi, usiłował utrzymać w żołądku swój po-
łudniowy posiłek.

Avaia była już wysoko nad nimi. Zawracała na północ. Potężny impet opadającej 

łabędzicy złamał brązowemu ogierowi Dave'a kręgosłup. Jej pazury porozrywały go na 
ochłapy mięsa. Głowa była niemal całkowicie urwana. Z szyi tryskała fontanna krwi.

Levon również spadł z siodła, strącony uderzeniami potężnych skrzydeł. Wskoczył 

pośpiesznie z powrotem na wierzchowca wśród rżenia przerażonych koni i krzyków ludzi. 
Torc gapił się w ślad za łabędzicą, ściskając łuk w pobie- ■ lałych palcach. Dave zauważył, 
że drżą: nigdy dotąd nie widział Torca w takim stanie.

Poczuł, że odzyskuje władzę w nogach. Wstał. Mabon z Rhoden podźwignął się powoli z 

poczerwieniałą twarzą. Uderzenie zaparło mu dech w piersiach.

Przez chwilę nikt nie wyrzekł ani słowa. Avaia zniknęła już z pola widzenia. Flidais — 

pomyślał Dave, usiłując zapanować nad swym tętnem. Strzeż się odyńca, strzeż łabędzia się 
niemało...

 Uratowałeś mi życie — powiedział.

 Wiem — odparł cicho Mabon bez śladu afektacji.

— Chciałem spojrzeć na słońce i zobaczyłem, jak pikuje.

 Trafiłeś ją? — zapytał Levon Torca.
Ten potrząsnął głową. — Może w skrzydło. Może. Atak był tak nagły, tak przerażająco 
brutalny. Niebo po-

297

nownie opustoszało. Łagodny wietrzyk poruszał kołyszącymi się trawami, tak samo jak 
poprzednio. Obok leżał jednak martwy koń, którego jelita wylewały się na zewnątrz, a w po-
wietrzu unosił się zastarzały odór rozkładu, który nie pochodził od zabitego zwierzęcia.

— Dlaczego? — zapytał Dave. — Dlaczego ja?
Brązowe oczy Levona przechodziły od stanu szoku do

poważnego wyrazu zrozumienia. — Tylko jedna rzecz przychodzi mi do głowy — stwierdził. 
— Zaryzykowała bardzo wiele, nurkując w ten sposób. Musiała coś wyczuć i uznać, że może 
bardzo dużo zyskać.

Wskazał gestem.
Dave dotknął ręką swego boku i wyczuł zakrzywiony kształt Rogu Oweina.
W jego ojczystym świecie często działo się tak, że gracze przeciwnej drużyny upatrywali 

sobie Dave'a Martyniuka jako najbardziej niebezpiecznego gracza jego zespołu. Poświęcano 
mu wtedy szczególną uwagę: podwójne krycie, słowne prowokacje, a często jakieś nie 
całkiem dozwolone sposoby zastraszenia. W miarę jak stawał się starszy i grał coraz lepiej, 
zdarzało się to coraz częściej.

Lecz nigdy nie było skuteczne.

— Pochowajmy tego konia — powiedział teraz, gło

sem tak pełnym zawziętości, że przestraszyło to nawet obu
Dalrei. — Daj mi siodło na jednego z pozostałych i ruszaj
my w drogę, Levonie!

Postąpił krok naprzód i wyciągnął ze szczątków siodła swój topór, cały uwalany krwią. 

Wycierał go starannie do czysta, dopóki ostrze nie zaczęło lśnić, gdy unosił je pod światło.

Pochowali konia. A jemu dali siodło i nowego wierzchowca.
Ruszyli w drogę.
Słońce zachodziło, a Ivor przebywał w domu szamana, gdy przynieśli mu wiadomość.
Przyszedł tam pod koniec dnia, by popatrzeć na swego przyjaciela, i pozostał dłużej, 

bezradny i przerażony tym,

298

background image

co wyczytał w twarzy Gereinta. Jego ciało leżało spokojnie i nieruchomo na macie, lecz usta 
wykrzywiły się w wyrazie bezgłośnego przerażenia. Nawet ciemne, puste oczodoły stanowiły 
świadectwo straszliwej podróży. Zbolały i pełen obaw o starego szamana Ivor został w 
chacie, jak gdyby będąc świadkiem, mógł w jakiś nieokreślony sposób ułatwić jego podróż. 
Aven zrozumiał, że starzec się zgubił. Z całego serca pragnął przywołać go do domu.

Lecz tylko się przyglądał.
Potem zjawił się Cechtar. — Zbliża się Levon — oznajmił, stojąc w drzwiach. — 

Sprowadził ze sobą księcia Rhoden i pięciuset ludzi. Jest coś jeszcze, avenie.

Ivor odwrócił się.
Twarz potężnego Jeźdźca wyglądała dziwnie. — Z północy przybyły jeszcze dwie osoby. 

Avenie... to są lios alfa-rowie i... och, chodź zobaczyć, na czym jadą!

Nigdy dotąd nie widział liosów. Ze wszystkich żyjących Dalrei, jedynie Levon i Torc 

mieli tę okazję. I Levon również wrócił, prowadząc pięciuset ludzi najwyższego króla. Ivor 
podniósł się z coraz szybszym biciem serca. Ociągając się, rzucił jeszcze jedno spojrzenie na 
Gereinta, po czym wyszedł na zewnątrz.

Lavon wiódł swych ludzi z południowego zachodu. Przymrużywszy oczy, Ivor dostrzegał 

ich na tle zachodzącego słońca. Na otwartej przestrzeni przed nim stało jednak, oczekując w 
ciszy, dwoje lios alfarów siedzących na raithenach, których Ivor również nie spodziewał się 
nigdy w życiu zobaczyć.

Liosowie byli szczupli i srebrnowłosi. Mieli wydłużone palce i szeroko rozstawione, 

zmiennobarwne oczy, o których słyszał. Nic, co mu opowiadano, nie mogło go jednak przy-
gotować na ich nieuchwytne, upokarzające piękno, a także — nawet gdy stali bez ruchu —   
grację.

Bez względu na to wszystko, to raitheny przyciągnęły jego oniemiałe spojrzenie. Jazda 

konna stanowiła sedno życia Dalrei. Raitheny z Daniloth miały się do koni tak, jak bogowie 
do ludzi. Dwa z nich stały teraz przed nim.

299

Całe ich ciała miały barwę złocistą jak zachodzące słońce, lecz głowy, ogony i wszystkie 

kopyta srebrną jak poświata księżyca, który jeszcze nie wzeszedł. Ich oczy były jaskrawo 
niebieskie i lśniły inteligencją. Ivor pokochał je natychmiast z całej duszy. Wiedział też, że 
każdy obecny Dalrei poczuł to samo.

Na moment zalała go fala czystego szczęścia. Potem rozprysła się gwałtownie, gdy 

liosowie przemówili, by powiadomić go o armii Ciemności, która gnała ku nim przez 
pomocną Równinę.

— Ostrzegliśmy ludzi w Celidonie — mówiła kobieta.

— Lydan i ja ruszymy teraz w stronę Brenninu. Wczorajszej
nocy zaalarmowaliśmy najwyższego króla za pomocą szkła
wezwania. Powinien już być na Równinie, zmierzając ku
Daniloth. Przetniemy mu drogę. Dokąd mamy go skierować?

Ivor doszedł do głosu wśród rozbrzmiałej nagle paplaniny.

— Nad Adein — odparł zwięźle. — Spróbujemy dotrzeć
do rzeki przed sługami Ciemności i zatrzymać ich tam do
przybycia najwyższego króla. Czy możemy tego dokonać?

 Możecie, jeśli wyruszycie natychmiast i pomkniecie

bardzo szybko — odrzekł lios zwany Lydanem. — Galen
i ja pojedziemy do Ailerona.

 Zaczekajcie! — zawołał   Ivor. — Musicie   odpo

cząć. A już z pewnością raitheny. Jeśli pokonaliście całą
drogę z Daniloth...

Liosowie byli tak do siebie podobni, że z pewnością byli bratem i siostrą. Potrząsnęli 

głowami. — Miały na odpoczynek tysiąc lat — odparła Galen. — Oba były pod Bael Rangat. 
Od tego czasu nie biegały na wolności.

Ivor rozdziawił szeroko usta.
Usłyszał, jak Cechtar wydyszał: — Ile ich macie?

background image

— Te dwa i jeszcze trzy. Nie rozmnażają się od czasu

wojny z Maugrimem. Zbyt wiele z nich zginęło. Coś się
w nich zmieniło. Gdy tych pięciu zabraknie, żaden raithen
nie prześcignie już nigdy wiatru.

Głos Lydana brzmiał żalem utraty.

300

Ivor spojrzał z gorzkim smutkiem na raitheny. — Ri szajcie więc — powiedział. — 

Wypuśćcie je na swobód Niech jasno lśni dla was księżyc. Wiedzcie, że nie zapomnim

Liosowie jak jeden unieśli otwarte dłonie w salucie. Ni stępnie zawrócili raitheny i 

przemówili do nich. Dalrei u rżeli, jak dwie złoto-srebrne komety pomknęły przez pogn 
żającą się w mroku Równinę.

***

W Paras Derval, najwyższy król Aileron przed chwil wrócił z Taerlindel. Podczas 

wędrówki dotarła do niego wiz domość, że szkło wezwania rozjarzyło się. Właśnie wydaw* 
armii rozkazy wymarszu. Miała ona jednak do pokonani zbyt długą drogę. O wiele za długą.

Na Równinie Levon podszedł do swego ojca. Za jeg plecami stał Mabon z Rhoden.



Jechaliście przez dwa dni — powiedział Ivor d<

księcia. — Nie mogę prosić twych ludzi, by wyruszyli z na
mi. Czy będziecie strzec naszych kobiet i dzieci?

 Możesz prosić o wszystko, co tylko konieczne -

odparł cicho Mabon. — Czy dacie sobie radę bez pięciuse
ludzi?

Ivor zawahał się.

— Nie — odezwał się kobiecy głos. — Nie damy. Za

bierz ich wszystkich, avenie. Nie możemy stracić Celidonu

Ivor spojrzał na żonę i dostrzegł stanowczość w jej twa rzy. — Nie możemy też stracić 

naszych kobiet — odparj — Naszych dzieci.

— Pięciuset ludzi nas nie ocali — to była Lianę, stojąc;

obok matki. — Jeśli was pokonają, taka ich liczba nie będzii
miała najmniejszego znaczenia. Zabierz wszystkich, ojcze.

Wiedział, że się nie myliła. Jak jednak mógł je zostawi* tak zupełnie bezbronne? 

Nawiedziła go pewna myśl. Avei zawahał się przez chwilę, potem jednak powiedział: — Ta 
borze.

301

 Słucham, ojcze — odparło jego najmłodsze dziec

ko, występując naprzód.

 Jeśli zabiorę wszystkich, to czy dacie radę strzec obo

zów? We dwoje?

Usłyszał, jak Leith wciągnęła powietrze. Poczuł żal nad nią, nad nimi wszystkimi.

 Tak, ojcze — odparł Tabor, blady jak światło księ

życa. Ivor podszedł blisko i spojrzał synowi w oczy. Dzieliło
ich już tak wiele.

 Niech Tkacz ma cię w swej opiece — wyszeptał.

— Niech ma w opiece was wszystkich.

Zwrócił się z powrotem ku księciu Rhoden. — Wyruszamy za godzinę — oznajmił. — 

Nie zatrzymamy się, dopóki nie dotrzemy do Adein, chyba żebyśmy natknęli się na armię. 
Idź z Cechtarem. Twoi ludzie będą potrzebowali świeżych koni.

Wydał rozkazy Levonowi i — inne — zebranym auberei, którzy dosiedli już 

wierzchowców, by przekazać polecenia pozostałym plemionom. Wszędzie wokół niego 
wrzało.

Znalazł chwilę, by popatrzeć na Leith i przyniósł mu nieskończoną pociechę spokój w jej 

background image

oczach. Nic nie mówili. Wszystko już sobie powiedzieli w takiej czy innej chwili.

Okazało się, że nie upłynęła nawet godzina, nim zatopił palce w jej włosach i pochylił się 

w siodle, by ucałować ją na pożegnanie. Jej oczy były suche, a twarz spokojna i pełna siły, 
podobnie jak u niego. Potrafił aż nazbyt łatwo rozpłakać się z radości, wywołanego 
domowymi sprawami smutku czy miłości, tym jednak, kto dosiadał teraz w mroku jego wie-
rzchowca, był aven Dalrei, pierwszy od czasu, gdy Revorowi dano Równinę. W jego sercu 
była śmierć, gorzka nienawiść oraz najgwałtowniejsza, najzimniejsza determinacja.

Dopóki nie wzejdzie księżyc, potrzebowali pochodni. Wysłał przodem auberei z ogniem, 

by wskazywali im drogę. Starszy syn był u jego boku, podobnie jak książę Rhoden i siedmiu 
wodzów, wszyscy oprócz najstarszego z Celidonu, dokąd musieli się udać. Za ich plecami 
oczekiwało, siedząc

302

na koniach, pięciuset ludzi z Brenninu oraz Jeźdźcy z Równiny, z wyjątkiem jednego. O nim 
nie wolno było myśleć. Ujrzał Davora i Torca. Rozpoznał błysk w oczach ciemnowłosego 
mężczyzny.

Uniósł się w siodle. — W imię Światła! — krzyknął. —   Do Celidonu!

— Do Celidonu! — ryknęli jednym głosem.

Ivor zwrócił konia na północ. Stojący na przedzie auberei spojrzeli na niego. Skinął 

głową.

Ruszyli.

Tabor ustąpił spokojnie przewodnictwa zebranym szamanom, którzy z kolei 

podporządkowali się jego matce. Rankiem, zgodnie z instrukcjami avena, przystąpili do 
przeprawy na drugą stronę rzeki, do ostatniego obozu leżącego w samym rogu Równiny, 
gdzie teren zaczynał wznosić się ku górom. Rzeka mogła dać pewną, niewielką osłonę, a góry 
zapewnić kryjówkę, gdyby okazało się to konieczne.

Wszystko poszło szybko, z niewielką ilością łez, nawet wśród najmłodszych. Tabor 

poprosił dwóch starszych chłopców, by pomogli mu z Gereintem, lecz przestraszyli się 
twarzy szamana. Właściwie nie mógł mieć o to do nich pretensji. Sam zrobił hamak, a potem 
poprosił siostrę, by przeniosła Gereinta razem z nim. Przeszli rzekę w bród w płytkim 
miejscu. Stary niczym nie okazywał, by zdawał sobie sprawę z ich obecności. Lianę spisała 
się dobrze. Powiedział jej to. Podziękowała mu. Gdy odeszła, został jeszcze przez chwilę z 
szamanem w ciemnym domu, gdzie go położyli. Myślał o tym, jak pochwalił Lianę, a ona mu 
podziękowała, i o tym, jak wiele się zmieniło.

Później zajrzał do matki. Nie miała żadnych problemów. Wczesnym popołudniem 

wszyscy znaleźli się już w nowym miejscu. Było tu tłoczno, lecz pod nieobecność mężczyzn 
w obozie wybudowanym dla czterech plemion miejsca wystarczało. Panowała w nim bolesna 
cisza. Tabor zdał sobie sprawę, że dzieci się nie śmieją.

303

Ze zbocza góry położonej na wschód przez cały ranek przyglądała się im para bystrych 

oczu. Teraz, gdy kobiety i dzieci Dalrei zagospodarowały się z niepokojem w nowym obozie, 
kierując wszystkie swe myśli daleko na północ, do Celidonu, obserwator zaczął się śmiać. 
Jego rechot trwał przez długi czas. Nie słyszał go nikt poza dzikimi stworzeniami z gór, które 
go nie rozumiały i nie były nim zainteresowane. Po chwili — czasu było mnóstwo — 
obserwator podźwignął się i ruszył na wschód, by zanieść wiadomość. Wciąż się śmiał.

Teraz na Kim przyszła kolej, by jechać z przodu. Od chwili, gdy zostawili konie i 

rozpoczęli wspinaczkę, zmieniali się po każdym okresie odpoczynku. To był czwarty dzień 
ich podróży, a trzeci w górach. Tutaj, na przełęczy, nie było jeszcze tak źle. Brock twierdził, 
że następny dzień będzie najgorszy, a potem znajdą się blisko Khath Meigol.

Ani razu nie zapytał o to, co się wtedy stanie.
Mimo woli czuła głęboką radość z jego towarzystwa oraz równie głęboki podziw dla 

stoickiego spokoju, z jakim prowadził ją w najbardziej nawiedzane miejsce w całym 
Fionavarze. Uwierzył jej jednak. Zaufał, gdy powiedziała, że na górskiej przełęczy nie straszą 

background image

duchy Paraiko ze swą klątwą krwi.

Byli tam natomiast sami giganci. W swych jaskiniach. Żywi i — w jakiś sposób, którego 

jeszcze nie dostrzegła — uwięzieni.

Obejrzała się za siebie. Brock wlókł się wytrwale tuż za nią, dźwigając większą część ich 

bagażu: jedyna walka, którą przegrała. Wyglądało na to, że krasnoludowie są jeszcze bardziej 
uparci od Fordów.

— Czas na przerwę — zawołała do niego. — Wydaje mi się, że za tym zakrętem szlaku 

jest płaski występ.

Brock chrząknął na znak zgody.

Wdrapała się na górę. Musiała parę razy pomóc sobie rękoma, ale nie było to właściwie 

zbyt trudne. Miała rację. Znajdował się tam równy płaskowyż, większy nawet niż się jej 
zdawało. Znakomite miejsce na postój i odpoczynek.

304

Niestety było zajęte.
Złapano ją i zatkano jej usta, zanim zdążyła krzyknąć na znak ostrzeżenia. Nie 

podejrzewający niczego Brock wszedł w ślad za nią na górę i po chwili oboje byli już 
rozbrojeni — jego pozbawiono topora, a ją sztyletu — i starannie związani.

Zmuszono ich, by usiedli na środku płaskowyżu, gdy wielka, równa przestrzeń stopniowo 

wypełniała się napastnikami.

Po chwili jeszcze jedna postać wskoczyła na występ ze szlaku, po którym oboje się 

wspinali: potężny mężczyzna z czarną, krzaczastą brodą. Był łysy. Czoło i policzki miał 
pokryte zielonym tatuażem. Jego ślady były również widoczne na brodzie. Upłynęła chwila, 
nim zauważył ich obecność. Potem roześmiał się.

Nikt inny nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Otaczało ich może z pięćdziesiąt postaci. 

Łysy, wytatuowany mężczyzna wysunął się władczym krokiem na środek płaskowyżu i 
stanął nad Kim i Brockiem. Przez chwilę spoglądał na nich z góry. Następnie butem zadał 
krasnoludowi okrutnego kopniaka w bok głowy. Brock zgiął się wpół. Spomiędzy jego 
włosów popłynęła krew.

Kim zaczerpnęła tchu, by krzyknąć. Kopnął ją w bok. Zemdliło ją z bólu. Ponownie 

usłyszała jego śmiech.

— Czy wiecie, co zrobili Dalrei na dole? — zapytał gardłowym głosem łysy mężczyzna 

swych towarzyszy.

Kim zamknęła oczy. Zastanawiała się, ile żeber ma złamanych. Czy Brock nie żyje.

Uratuj nas — usłyszała w swym umyśle. Powolny śpiew. Och, uratuj nas.

Był czas, gdy Dave nie uważał, by wszystko powinno go obchodzić. Zmieniło się to już 

dawno temu, choć nie z powodu jakiejś abstrakcyjnej świadomości, że losy wszystkich 
światów splatają się ze sobą. Sprawili to Ivor i Lianę, wspomnienia o nich, gdy rok temu 
jechał na południe do Paras Derval. Po grozie Góry zaś — obecność Levona i Torca u je-

305

go boku, a potem bitwa nad Llewenmere, gdy bliscy mu ludzie zginęli zabici przez 
obrzydliwe stwory, których nie mógł nie znienawidzić. W Puszczy Pendaran znalazł braci. 
Na koniec była też Jennifer i to, co z nią uczyniono.

Teraz była to również jego wojna.

Zawsze był atletą i napawało go to dumą w równym stopniu jak fakt, że dał sobie radę z 

wymogami studiów prawniczych. Nigdy nie dopuszczał do utraty formy, a po ich ucieczce do 
domu, gdy czekali na powrót do Fionavaru — na to, aż przybędzie po nich Loren albo Kim 
będzie miała swój długo wyczekiwany sen — ćwiczył intensywniej niż zwykle. Potrafił sobie 
wyobrazić, co go może czekać. Fizycznie Dave był teraz w lepszej formie niż kiedykolwiek 
w życiu.

I nigdy dotąd nie bolały go tak mocno każdy mięsień i kość. Nie był też okrutniej 

zmęczony. Bardziej niż kiedykolwiek w życiu.

Jechali przez noc, przy świetle pochodni, dopóki nie wze-szedł księżyc. Później 

towarzyszył im jego blask. Spędził też w siodle dwa poprzednie dni, podczas podróży z Paras 

background image

Derval. Do tego jechał szybko. Jednakże ta prędkość, z powodu której Mabon czynił łagodne 
wymówki Levonowi, była niczym w porównaniu z tym, jak Dalrei pędzili przez ciemność na 
złamanie karku, podążając na północ za swym avenem.

Nocą niepokoił się o konie. Teraz, gdy po ich prawej stronie wzeszło słońce, jeszcze 

bardziej dręczyło go pytanie, jak długo wytrzymają tę morderczą szybkość. A jednak ją 
wytrzymały, bijąc kopytami w trawę bez chwili odpoczynku. Nie były to raitheny, lecz 
każdego ze swych wierzchowców Dalrei wyhodowali, wyszkolili i kochali na tej otwartej 
prerii, a teraz nadeszła ich najwspanialsza godzina od tysiąca lat. Dave pogłaskał rozwianą na 
wietrze grzywę ogiera, na którym jechał. Poczuł wielką żyłę pulsującą na jego szyi. To był 
kary koń, tak samo, jak rumak Ailerona. Który — o co modlił się w milczeniu Dave — pędził 
teraz na własnym karoszu niedaleko za nimi, zaalarmowany przez lios alfarów.

306

To Levon skłonił ojca, by się zatrzymał, nim słońce znalazło się nad ich głowami. Nakazał 

też wszystkim rozprostować nogi i zjeść posiłek. Poprowadzić konie stępa, by pozwolić im 
napić się wody z Rienny obok Cynmere, dokąd tymczasem dotarli. Ludzie padający na 
ziemię z kompletnego wyczerpania nie mogli brać udziału w bitwie. Z drugiej strony, musieli 
wygrać wyścig do Celidonu i do Adein, jeśli tylko było to możliwe. Dave przegryzł trochę 
mięsa i chleba, napił się zimnej wody z rzeki, wykonał swoje skłony oraz przysiady i wrócił 
na siodło, nim czas na odpoczynek dobiegł końca. Zauważył, że tak samo postąpił każdy 
mężczyzna w armii.

Ruszyli.
Miano to opiewać w legendach i pieśniach, jeśli nadejdą po nich następne pokolenia, by 

opowiadać stare historie i śpiewać pieśni. Śpiewać o galopie Wora, który pędził do Celidonu 
z Dalrei za plecami przez całą szaloną noc i dzień na spotkanie armii Ciemności, by stoczyć z 
nią bój na Równinie w imię Światła.

Dave popuścił karoszowi wodzy, tak jak to robił przez całą drogę. Czuł wstrząsającą moc 

jego kroków, która nadal nie osłabła mimo ciężaru, jaki musiał dźwigać. Czerpał z serca 
konia, który go niósł, jeszcze bardziej zawziętą determinację.

Był blisko za avenem i wodzami, gdy ujrzał, jak jeden z auberei zawrócił ku nim niczym 

błyskawica. Słońce przesunęło się już ku zachodowi i zaczynało schodzić w dół. Auberei 
zatrzymał się przed nimi, po czym zawrócił sprawnie konia i zaczął gnać u boku siwka Ivora.

 Gdzie oni są? — krzyknął aven.

 Zbliżają się już do rzeki!

Dave wciągnął powietrze. Armia Rakotha nie dotarła do Celidonu.

 Czy zdołamy tam zdążyć przed nimi? — Usłyszał

krzyk Ivora.

 Nie wiem! — odparł zrozpaczony auberei.
Dave ujrzał wtedy, że Ivor podniósł się w siodle. — W imię Światła! — ryknął aven. 

Popędził konia naprzód.

307

Wszyscy zdołali zrobić to samo. W jakiś sposób wierzchowce zwiększyły prędkość. Dave 
zobaczył, jak siwek Ivora przemknął obok prowadzących ich auberei. Pognał karosza w ślad 
za nim. Poczuł, że koń zareagował na to z odwagą, która go upokorzyła. Stali się zamazanym 
grzmotem na Równinie, pokrewnym wielkim skrzydłom samych eltorów.

Widział, jak Celidon wyłonił się z ich prawej strony. W jego oczach odbił się krąg 

kamieni podobnych do tych w Sto-nehenge, lecz nie zburzonych, jeszcze nie zburzonych. 
Ujrzał przelotnie za monolitami wielki obóz na środku Równiny, będący od tysiąca dwustu 
lat sercem domu Dalrei. Potem go minęli i gnali, gnali ku rzece w blednącym świetle 
popołudnia. Dojrzawszy, że Torc obok niego poluzował miecz, Dave wydobył wreszcie swój 
topór z miejsca, gdzie wisiał u siodła. Zerknął na Torca. Ich spojrzenia zetknęły się na 
sekundę. Następnie popatrzył przed siebie, na Levona, i dostrzegł, że obejrzał się on na nich, 
jadąc z wyciągniętym mieczem.

Minęli wzniesienie terenu. Zobaczył połyskującą w słońcu Adein. Widział svart alfarów 

background image

— obrzydliwe, zielone stwory, które znał, a także inne, większe, o kolorze brunatnym. 
Zaczynali przechodzić w bród przez rzekę. Dopiero zaczynali. Ivor przybył na czas. Uwieczni 
się to w pieśniach, oby tylko miał kto je śpiewać.

Albowiem przez rzekę przechodziło ku nim bardzo, ale to bardzo wielu wrogów. Równina 

na północ od Adein była ciemna od ogromu armii Rakotha. Ich ochrypłe krzyki roz-
brzmiewały w powietrzu: zaniepokojenie na widok Dalrei, a potem wysoka, szydercza nuta 
triumfu, gdy zobaczyli, jak niewielu ich jest.

Z toporem trzymanym w gotowości, Dave pognał za Ivorem. Serce zabiło mu nagle, gdy 

ujrzał, że szeregi svart alfarów rozstąpiły się, by zrobić miejsce dla urgachów dosiadających 
slaugów. Były ich setki, setki i setki, wśród tysięcy i tysięcy svart alfarów.

Pomyślał o śmierci. Potem, przelotnie, o swych rodzicach i bracie, którzy mogli nigdy się 

o niczym nie dowie-

308

dzieć. Pomyślał o Kevinie i Jennifer, o dwóch nowych braciach, którzy byli teraz z nim, oraz 
o rzezi nad Llewenmere, rok temu. Ujrzał wodza urgachów, największego z nich wszystkich. 
Zobaczył, że na znak szyderstwa odział się on w biel. Nienawidził go całym sercem i duszą.

— Revor! — krzyknął wraz ze wszystkimi Dalrei, a potem: — Ivor! — również ze 

wszystkimi. Następnie był już przy Adein. Zmęczenie zniknęło. W jego ciele wezbrała fala 
szaleństwa. Nadeszła wojna.

Nie przekroczyli rzeki. Był to jedyny obiekt na płaskich preriach, który mógł im zapewnić 

jakąkolwiek przewagę. Svart alfarowie byli mali, nawet ci brunatni, i nie mieli 
wierzchowców. Musieli przechodzić w bród przez Adein i wdrapywać się na jej brzeg prosto 
pod miecze Dalrei. Dave zauważył, że Torc schował miecz i wyciągnął łuk. Wkrótce strzały 
Jeźdźców zaczęły przemykać nad rzeką, by nieść śmierć po jej drugiej stronie. Dostrzegł to 
tylko przelotnie, gdyż znajdował się pośrodku tryskającego krwią chaosu. Skierował karego 
konia wzdłuż brzegu. Walił raz za razem toporem, siekał i rąbał, a raz nawet pchnął nim svart 
alfara. Poczuł, jak żebra przeciwnika pękły pod jego uderzeniem.

Próbował trzymać się blisko Levona i Ivora, ale grunt był śliski" od krwi i rzecznej wody, 

a potem na drugi brzeg przedostała się grupa urgachów na straszliwych sześcionoż-nych 
slaugach i nagle musiał walczyć o ocalenie życia.

Odpychano ich od rzeki. Nie mogli walczyć z urgachami na równym gruncie. Adein była 

już czerwona od krwi w coraz słabszym świetle dnia. W nurcie rzeki leżało tak wielu mar-
twych i umierających svart alfarów, że żywi przechodzili na drugi brzeg po ich ciałach w ślad 
za urgachami i slaugami.

U boku Dave'a, Torc ponownie wyciągnął miecz. Tuż obok niego walczył wysoki 

wojownik z Północnej Twierdzy. Rozpaczliwie próbowali w trójkę utrzymać się blisko rzeki, 
wiedząc, że zaleją ich, jeśli dadzą się odepchnąć zbyt daleko. Zaatakował go urgach. Dave 
poczuł cuchnący oddech rogatego slauga. Kary koń skręcił w bok bez rozkazu. Ciężki miecz

309

urgacha zaświstał nad głową Dave'a. Zanim zdążył zatoczyć łuk w drugą stronę, Martyniuk 
pochylił się do przodu i z całej siły zatopił topór w ohydnej, kudłatej głowie. Wyszarpnął go i 
zadał cios na odlew slaugowi w tej samej chwili, gdy urgach ześliznął się niczym kłoda na 
pokrytą krwią ziemię.

Zabił go, lecz gdy zaczerpnął tchu, ujrzał, że w jego stronę gna kolejny wielki stwór. 

Wiedział, że nie wytrzyma tego długo. Nie zdoła utrzymać linii obrony. Torc również 
uśmiercił dosiadającego slauga wroga i odwrócił się rozpaczliwie, by stawić czoło 
następnemu. Svartowie przechodzili teraz przez rzekę wielką liczbą. Z grozą w sercu Dave 
ujrzał, ilu ich jeszcze zostało na drugim brzegu. Zorientował się też, że za pomocą noży i 
krótkich mieczy rozpruwają brzuchy koni Jeźdźców od dołu.

Krzyknął coś bez związku. Szał bitewny wezbrał w nim na nowo. Pogonił kopniakiem 

karego wierzchowca i ruszył na spotkanie pierwszemu ze zbliżających się slaugów. Dotarł do 
niego zbyt szybko, by zaskoczony urgach zdążył zamachnąć się mieczem. Lewą dłonią Dave 
przejechał okrutnie po jego ślepiach. Gdy bestia zawyła, zabił ją krótkim ciosem topora.

background image

— Davorze! — usłyszał. Spóźnione ostrzeżenie. Poczuł ból przeszywający jego lewy bok. 

Spojrzawszy w dół, ujrzał svarta, który pchnął go sztyletem. Torc zabił napastnika. Dave, 
łapiąc powietrze, wyrwał broń spomiędzy swych żeber. Popłynęła krew. Zbliżał się do niego 
następny urgach. Za plecami Torca były jeszcze dwa. Człowiek z Północnej Twierdzy padł na 
ziemię. Zostali nad rzeką niemal sami. Dalrei rozpoczęli odwrót. Nawet aven się cofał. Dave 
popatrzył na Torca. Ujrzał głęboką szramę na jego twarzy, a w oczach wyczytał najbardziej 
gorzką rozpacz.

Nagle, na drugim brzegu rzeki, na pomocy, gdzie były wojska Ciemności, usłyszał śpiew, 

wysoki i czysty. Odwrócił się w chwili, gdy urgach się zawahał. Spojrzawszy tam, zaczerpnął 
tchu z radości i zdumienia.

Przez Równinę, na północy i zachodzie, lios alfarowie

310

jechali na wojnę. Jaśni i wspaniali byli, gdy podążali za swym władcą, którego włosy lśniły 
w świetle złotym blaskiem. Ze śpiewem opuścili wreszcie Krainę Cieni.

Szybkie były ich rumaki, niezmiernie szybkie miecze, srogi zaś ogień w sercach Dzieci 

Światła. Wpadli w szeregi svartów z lśnieniem ostrzy. Piesi żołnierze Ciemności krzyknęli z 
nienawiści i strachu, gdy ich ujrzeli.

Wszyscy urgachowie byli już na południowym brzegu. Straszliwy olbrzym w bieli wydał 

rykiem rozkaz. Część z nich zawróciła na północ, tratując po drodze dziesiątki svart alfarów, 
żywych i martwych.

Dave krzyknął z ulgi. Nie zważając na coraz silniejszy ból w boku, pognał pośpiesznie, by 

pozabijać wycofujących się urgachów i odzyskać pozycję na brzegu rzeki. Nagle, nad wodą, 
usłyszał, jak Torc woła: — Och, Cernanie. Nie!

Spojrzawszy na niebo, poczuł, że smak radości obraca się w jego ustach w popiół.

Nad nimi, niczym ruchoma chmura śmierci, Avaia zniżyła lot, a wraz z nią — szare i 

czarne, przesłaniające niebo — nadleciało co najmniej trzysta sztuk jej pomiotu. Łabędzie 
Maugrima runęły w dół z bezlitosnych niebios. Lios alfarów pokryła ciemność. Zaczęli ginąć.

Odziany w biel urgach wrzasnął raz jeszcze, tym razem na znak brutalnego triumfu. 

Slaugi zawróciły ponownie, pozostawiając liosów łabędziom oraz ośmielonym svartom. 
Dalrei znowu obiegły przeważające siły.

Wyrąbując sobie drogę na północ, gdzie Ivor — wciąż na koniu, wciąż dzierżący miecz 

— również wrócił na brzeg, Dave ujrzał Bartha i Navona, którzy walczyli u boku avena. 
Następnie dostrzegł, że olbrzymi wódz urgachów zbliża się do nich. Krzyk ostrzeżenia 
wyrwał się z jego obolałego gardła. Malcy z puszczy, malcy Torca i jego, ci, których 
wspólnie strzegli. Miecz potężnego urgacha zatoczył łuk, który zdawał się ranić samo 
powietrze. Przeciął szyję Bartha niczym łodygę kwiatu. Dave ujrzał, jak głowa chłopca 
poleciała w powietrze, a krew trysnęła fontanną, nim

311

zmieszała się ze zdeptanym błotem u brzegu Adein. Ten sam miecz, opadając w dół, wbił się 
mocno i brutalnie w bok Navona. Dave zobaczył, że chłopiec osuwa się z konia. W tej samej 
chwili usłyszał przerażający dźwięk.

Zdał sobie sprawę, że to on sam go wydał. Jego bok był lepki od krwi. Zobaczył, jak Torc, 

ze spojrzeniem oszalałym z nienawiści, przemknął obok niego w kierunku odzianego w biel 
urgacha. Usiłował dotrzymać mu kroku. Trzech svartów zagrodziło mu drogę. Dwóch zabił 
toporem. Usłyszał, jak czaszka trzeciego pękła pod kopytami jego karego rumaka.

Spojrzał na północ i zobaczył liosów toczących bój z Avaią i jej łabędziami. Było ich zbyt 

mało. Zawsze było ich za mało. Wyszli z Daniloth, ponieważ nie chcieli przyglądać się 
biernie, jak giną Dalrei. A teraz oni również ginęli.

— Och, Cernanie — usłyszał czyjeś, wypowiedziane w rozpaczy słowa. Był to głos 

Cechtara. — Ta godzina zna nasze imię!

Podążył wzrokiem na wschód, za spojrzeniem wysokiego Jeźdźca. I zobaczył. Nadciągały 

wilki. Zarówno na pomocnym, jak i na południowym brzegu rzeki. Prowadziło je olbrzymie, 
czarne zwierzę ze srebrną łatą między uszami. Dzięki temu, co mu opowiadano, Dave odgadł, 

background image

że to Galadan z andainów, prawa ręka Maugrima. Była to prawda. Ta godzina znała ich imię.

Usłyszał własne. Z wewnątrz.

Nie wezwanie śmierci, jak sądził Dalrei, nie zew ostatniej godziny. Co absurdalne, ów 

wewnętrzny głos brzmiał jak głos Kevina Laine'a. Dave — usłyszał raz jeszcze. Ty idioto. 
Zrób to teraz!

Na tę myśl sięgnął ręką w dół, przytknął Róg Oweina do warg i zadął w niego ze 

wszystkich sił, jakie mu pozostały.

Dźwięk ponownie był Światłem i Ciemność nie mogła go usłyszeć. Mimo to jej słudzy 

spowolnili swój atak. Gdy grał, jego głowa była odchylona do tyłu. Zobaczył, że Avaia mu 
się przygląda. Zobaczył, że zawróciła nagle w powietrzu. Wsłuchał się w dźwięk, który 
wydał. Nie brzmiał on tak

312

samo, jak przedtem. Nie lśnienie księżyca na śniegu czy wodzie, nie wschód słońca czy 
świece przy kominku. To był błysk słońca w południe odbijający się w ostrzu miecza, 
czerwona poświata płonącego ognia, pochodnie, które nieśli ze sobą wczorajszej nocy, 
twardy, zimny blask gwiazd.

I to spomiędzy gwiazd nadszedł Owein. Dzikie Łowy były z nim. Widmowi królowie 

rzucili się z wysoka na łabędzie. Każdy z nich dzierżył w uniesionym ręku wyciągnięty 
miecz. Prowadzące ich dziecko również.

Runęli na falangę pomiotu Avai — dym dosiadający latających rumaków, widmowa 

śmierć na ciemniejącym niebie. Nic w powietrzu nie mogło im się oprzeć. Zabijali. Dave 
ujrzał, że Avaia zostawiła synów i córki swemu losowi i umknęła na północ. Słyszał 
szaleńczy śmiech królów, których wypuścił na wolność. Zobaczył, jak okrążają go jeden za 
drugim, wznosząc miecze w salucie.

Wreszcie wszystkie łabędzie zginęły bądź rozpierzchły się i Łowy zstąpiły na Fionavar po 

raz pierwszy od tak wielu tysiącleci. Wilki Galadana rzuciły się do ucieczki, podobnie jak 
svart alfarowie i urgachowie na slaugach. Dave patrzył, jak widmowi królowie zatoczyli nad 
nimi krąg, zabijając kogo chcieli. Po jego umazanej twarzy spływały łzy.

Nagle zauważył, że Łowy podzieliły się na dwie części. Czterech królów udało się za 

dzieckiem, które ongiś było Finnem, w szalonym, powietrznym pościgu za armią Ciemności. 
Pozostali, a jednym z nich był Owein, nadal krążyli nad Adein i w świetle wieczoru zaczęli 
zabijać liosów i Dal-rei jednego po drugim.

Dave Martyniuk krzyknął. Zeskoczył z konia.
Zaczął biec wzdłuż brzegu rzeki. — Nie! — ryczał. — Nie, nie, och, nie! Proszę!
Potknął się i upadł w błoto. Poruszyło się pod nim jakieś ciało. Słyszał uwolniony śmiech 

Łowów. Popatrzył w górę. Ujrzał jak Owein, szary jak dym, na swym czarnym, widmowym 
rumaku, zamajaczył nad Levonem dan Ivor, który stał przed swym ojcem. Usłyszał, jak 
władca Łowów raz

313

jeszcze roześmiał się z najczystszej radości. Spróbował się podnieść, lecz poczuł, że coś 
pękło mu w boku.

Dobiegł do niego na wpół zapamiętany głos, przekrzykujący cały ten hałas: — Królu 

Nieba, skryj miecz! Narzucam ci mą wolę!

Potem upadł do tyłu, krwawiący i zrozpaczony, w ohydne błoto i nie słyszał już nic 

więcej.

Przebudził się w blasku księżyca. Był czysty i ubrany. Podniósł się. Nie było bólu. 

Pomacał swój bok i — przez koszulę, którą miał na sobie — wyczuł ślad zagojonej blizny. 
Rozejrzał się powoli wokół. Stał na kopcu pośrodku Równiny. Na północy, w odległości 
może pół mili, widział połyskującą srebrno w promieniach księżyca rzekę. Nie przypominał 
sobie kopca. Nie pamiętał, by mijał to miejsce. Na wschodzie paliły się światła: Celidon. 
Żadnych dźwięków pośród nocy, żadnych ruchów nad rzeką.

Dotknął ręką biodra.

background image

 Nie zabrałam ci go — usłyszał jej głos. Zwrócił się

na zachód, gdzie była, a gdy już to uczynił, klęknął i skłonił
głowę.

 Spójrz na mnie — powiedziała. Zrobił to.
Była odziana w zieleń, tak jak poprzednio, u stawu w zagajniku Faelinn. Jej twarz jaśniała 

blaskiem, lecz stłumionym, mógł więc na nią patrzeć. Na plecach miała łuk i kołczan, a w 
dłoni dzierżyła Róg Oweina.

Bał się. — Bogini, jak mogę ich jeszcze kiedyś wezwać? — zapytał.
Ceinwen uśmiechnęła się. — Nie możesz — odrzekła. — Chyba że pod ręką będzie ktoś 

potężniejszy od Łowów, by nad nimi zapanować. Nie powinnam tego robić i zapłacę za to. 
Nie wolno nam ingerować w Gobelin. Otrzymałeś jednak róg ode mnie, choć z myślą o 
pomniejszym celu i nie mogłam przyglądać się biernie, jak Owein szalał niepowstrzymany.

Przełknął ślinę. Ceinwen była bardzo piękna. Stała nad

314

nim bardzo wysoka i bardzo jasna. — Jak można zmusić boginię, by za coś zapłaciła? — 
zapytał.

Roześmiała się. Pamiętał to. — Czerwona Nemain znajdzie sposób, a jeśli nie ona, zrobi 

to Macha. Nie ma obawy.

Pamięć mu wracała. A wraz z nią rozpaczliwy ból.

 Zabijali wszystkich — wyjąkał. — Nas wszystkich.

 Oczywiście, że tak — odparła Zielona Ceinwen,

która lśniła na szczycie kopca. — Jak mogłeś się spodzie
wać, że najdziksza magia potulnie spełni twą wolę?

 Tak wielu zabitych — dodał. Serce bolało go od tego.

 Zebrałam ich — odrzekła Ceinwen łagodnym to

nem. Dave nagle zrozumiał co to za kopiec i skąd się wziął.

 Levon? — zapytał wystraszony. — Aven?

 Nie wszyscy muszą umierać — stwierdziła. Mówiła

mu to już kiedyś. — Uśpiłam żywych nad rzeką. W Celi-
donie również śpią, choć światła się tam palą. Rankiem jed
nak wstaną, obciążeni swymi ranami.

 A ja nie — odparł z wysiłkiem.
— Wiem — potwierdziła. — Tego właśnie chciałam.
Podniósł się. Wiedział, że tego po nim oczekuje. Stali na

kopcu w jasnym blasku księżyca. Ceinwen błyszczała dla Da-ve'a równie łagodnie. Podeszła 
bliżej i pocałowała go w usta. Skinęła dłonią. Niemal go oślepił nagły powab jej nagości. 
Dotknęła go. Uniósł z drżeniem dłoń ku jej włosom. Wydała z siebie dźwięk. Dotknęła 
Dave'a raz jeszcze.

A potem osunął się z boginią na zieloną, trawę.

ROZDZIAŁ 16

Późnym popołudniem drugiego dnia Paul zauważył charakterystyczne spojrzenie 

Diarmuida. Podniósł się. Przeszli razem na rufę, gdzie stał Artur ze swym psem. Wszędzie 
wokół ludzie z Południowej Twierdzy ze swobodą i biegło-

315

ścią spełniali zadania załogi „Prydwen". Stojący za sterem Coli trzymał pewnie kurs na 
zachód. Prosto na zachód, jak polecił Artur, który powiedział też mu, że, gdy przyjdzie pora 
na zmianę kursu, powiadomi go i wskaże kierunek. Żeglowali ku wyspie, której nie było na 
żadnej mapie.

background image

Nie mieli też pewności, co tam na nich czekało. Dlatego właśnie we trzech, wraz z 

Cavallem kroczącym lekko u ich boku po ciemnych deskach pokładu, ruszyli teraz na dziób, 
gdzie stały obok siebie dwie postacie. Spędzały tam każdą godzinę czuwania od chwili, gdy 
„Prydwen" odbiła od brzegu.

Lorenie — odezwał się cicho Diarmuid.

Wpatrzony w morze mag odwrócił się powoli. Matt rów
nież się obejrzał.

— Lorenie, musimy porozmawiać — ciągnął książę,

nadal cicho, lecz nie bez władczego tonu w głosie.

Mag wpatrywał się w nich przez dłuższą chwilę. — Wiem — powiedział wreszcie 

ochrypłym głosem. — Czy rozumiesz, że złamię nasze prawo, jeśli ci odpowiem?

— Rozumiem — odrzekł  Diarmuid. — Musimy  się

jednak dowiedzieć, co on robi, Lorenie. I w jaki sposób.
Prawo waszej rady nie może służyć Ciemności.

Matt, z twarzą bez wyrazu, odwrócił się, by dalej patrzeć na morze. Loren nadal był 

zwrócony ku nim. — Metran używa Kotła, by przywrócić życie svart alfarom na Cader 
Sedat, kiedy umierają — powiedział.

Artur skinął głową. — Ale co ich zabija?
— On — odparł Loren Srebrny Płaszcz.
Czekali. Matt wbił spojrzenie w morze, Paul jednak widział, że jego dłonie zaciskają się 

na relingu statku.

 Dowiedzcie się, że w Księdze Nilsoma... zaczął Loren.

 Przeklęte niech będzie jego imię — wtrącił Matt Sóren.

 ... w tej księdze — ciągnął Loren — opisany jest

monstrualny sposób pozwalający magowi osiągnąć moc wię
kszą niż pochodząca od jego jednego źródła.

Nikt się nie odzywał. Paul poczuł powiew wiatru, gdy słońce skryło się za chmurą.

316

 Metran używa Denbarry jako kanału — mówił dalej

Loren, panując nad swym głosem. — Kanału dla energii
svart alfarów.

 Dlaczego umierają? — zapytał Paul.
— Dlatego, że wyczerpuje ich siły aż do śmierci.
Diarmuid skinął głową. — A martwych ożywia Kocioł?

Raz za razem. Czy właśnie dzięki temu wywołał zimę? Osiągnął wystarczającą moc?

— Tak — odparł po prostu Loren.
Zapadła cisza. „Prydwen" płynęła po spokojnym morzu.

 Będzie miał przy sobie też innych, by mu pomagali?

—   zapytał Artur.

 To konieczne — odparł mag. — Ci, których uży

wa jako źródeł, nie będą w stanie się poruszać.

 Denbarra — odezwał się Paul. — Czy on jest aż

tak nikczemny? Dlaczego to robi?

Mart nagle się odwrócił. — Dlatego, że źródło nie zdradza swego maga!
Wszyscy usłyszeli gorycz w jego głosie.
Loren położył dłoń na ramieniu krasnoluda. — Spokojnie — powiedział. — Zresztą nie 

sądzę, by teraz mógł to zrobić. Przekonamy się, jeśli dotrzemy na miejsce.

Jeśli dotrzemy na miejsce. Diarmuid oddalił się, pogrążony w myślach, by porozmawiać 

ze stojącym u steru Collem. W chwilę później Artur i Cavall wrócili na swe miejsce na rufie.

 Czy może ponownie wywołać zimę? — zapytał Lo-

rena Paul.

 Sądzę, że tak. Dysponując podobnie wielką mocą

może zrobić niemal wszystko, czego zapragnie.

Obaj odwrócili się i oparli o reling po obu stronach Mat-ta. Wpatrzyli się w puste morze.

background image

— Zaniosłem kwiaty na grób Aideen — odezwał się

po chwili krasnolud. — Razem z Jennifer.

Loren spojrzał na niego. — Nie sądzę, by Denbarra miał taki wybór, jak ona — powtórzył 

po   hwili.

— Na początku go miał — warknął krasnolud.

317

 Co byś zrobił, gdybym to ja był Metranem?

 Wyrwałbym ci serce z piersi! — odparł Matt Sóren.
Loren popatrzył na swe źródło. Na jego ustach pojawił

się uśmiech. — Naprawdę? — zapytał.

Matt wpatrywał się w niego gniewnie przez dłuższy czas. Potem skrzywił usta i potrząsnął 

głową. Ponownie odwrócił się w stronę morza. Paul poczuł w sercu pewną ulgę. Nie zrobiło 
mu się lżej, lecz był bliski akceptacji i rezygnacji. Nie był pewien, dlaczego znalazł siłę w 
wyznaniu krasno-luda, tak jednak było. Wiedział, że potrzebuje owej siły, a będzie jej 
potrzebował jeszcze bardziej.

Paul od śmierci Kevina spał źle, zgłosił się więc jako ochotnik na jedną z poprzedzających 

świt wacht. Był to czas na rozmyślania i wspomnienia. Jedynymi słyszalnymi dźwiękami 
były skrzypienie statku oraz plusk fal w mroku za burtą. Nad jego głową trzy żagle 
„Prydwen" wydęły się. Płynęli swobodnie z wiatrem. Oprócz niego na pokładzie pełniło wa-
chtę jeszcze czterech ludzi. Za sterem stał rudowłosy Averren.

Obok Paula nie było nikogo. Był to czas pełen intymności, niemal pokoju. Pogrążył się we 

wspomnieniach. Śmierć Ke-vina nigdy nie przestanie być źródłem żałoby, nigdy też jednak 
nie przestanie być czymś wspaniałym, nawet pełnym chwały. Tak wielu ludzi ginęło na 
wojnach, tak wielu zginęło już na tej, lecz żaden z nich, przechodząc w Noc, nie zadał 
Ciemności równie potężnego ciosu. I żaden nigdy tego nie zrobi — pomyślał. Rahod hedai 
Liadon 
— zawodziły kapłanki w świątyni w Paras Derval, gdy na zewnątrz, pośród nocy, 
wyrastała zielona trawa. Już teraz, choć smutek spowijał mu serce, Paul wyczuwał 
pojawiające się światło. Niech Rakoth Maugrim się boi, a wszyscy w Fionavarze — nawet 
zimna Jaelle — uznają, co zdziałał Kevin i ile była warta jego dusza.

A jednak — pomyślał — trzeba przyznać, że Jaelle uznała to wobec niego dwukrotnie. 

Potrząsnął głową. Najwyższa kapłanka o szmaragdowych oczach stanowiła problem, z 
którym nie czuł się w tej chwili na siłach borykać. Pomy-

318

ślał o Rachel i przypomniał sobie muzykę. Jej muzykę, a teraz także Keva, w tawernie. Teraz 
już zawsze te dwa wspomnienia będą ze sobą zespolone. Była to trudna świadomość.

— Czy przeszkadzam?
Paul obejrzał się i po chwili potrząsnął głową.

 Nocne myśli — wyjaśnił.

 Nie mogłem spać — wyszeptał Coli. Podszedł do

relingu. — Pomyślałem sobie, że mogę się na coś przydać
na górze, ale noc jest spokojna, a Averren zna się na swojej
robocie.

Paul uśmiechnął się raz jeszcze. Wsłuchał się w spokojne dźwięki statku i morza. — To 

dziwna godzina — zauważył. — Właściwie mi się podoba. Nigdy jeszcze nie byłem na 
morzu.

 Ja wychowałem się na statkach — odezwał się ci

cho Coli. — Czuję się, jakbym wrócił do domu.

 W takim razie dlaczego wyjechałeś?

 Diar mnie o to poprosił — odparł po prostu postaw

ny mężczyzna. Paul czekał. Po chwili Coli splótł luźno dłonie
na relingu i zaczął mówić dalej: — Matka pracowała w ta
wernie w Taerlindel. Nigdy nie wiedziałem, kto był moim

background image

ojcem. Czasami wyglądało na to, że wychowują mnie wszy
scy marynarze. Nauczyli mnie tego, co umieli. Moje naj
wcześniejsze wspomnienie, to jak podsadzili mnie, żebym
sterował statkiem, bo byłem za mały, by dosięgnąć rumpla.

Jego głos był głęboki i niski. Paul przypomniał sobie ich jedyną wcześniejszą nocną 

rozmowę. O Letnim Drzewie. Wydawało się, że to już tyle lat temu.

 Miałem siedemnaście lat, gdy Diarmuid i Aileron po

raz pierwszy przybyli spędzić lato w Taerlindel — ciągnął
Coli. —   Byłem starszy od nich obu i skłonny gardzić kró
lewskimi bachorami. Ale Aileron... robił wszystko niewiary
godnie szybko i niewiarygodnie dobrze, a Diar... — przerwał.
Jego twarz rozjaśnił przywołany wspomnieniami uśmiech.

 A Diar robił wszystko na swój własny sposób i rów

nie dobrze, a do tego pokonał mnie w bójce pod domem

319

ojca matki. Potem, na znak przeprosin, przebrał nas obu i zaprowadził do tawerny, gdzie 
pracowała matka. Rozumiesz, nie pozwalano mi tam wchodzić. Nawet ona mnie wtedy nie 
rozpoznała. Wszyscy myśleli, że przyjechałem z Paras Derval z jedną z dworek.

 Dworek? — zapytał Paul.

 Diar był dziewczyną. Pamiętaj, że był młody —

roześmiali się cicho w ciemności. — Zastanawiałem się
wtedy nad nim trochę, ale potem namówił dwie dziewczyny
z miasta, by poszły z nami na plażę leżącą za szlakiem.

 Znam ją — wtrącił Paul.

Coli spojrzał na niego. — Zgodziły się dlatego, że myślały, iż Diarmuid jest kobietą, a ja 

panem z Paras Derval. Spędziliśmy tam ze trzy godziny. Nigdy w życiu nie śmiałem się tak 
bardzo jak wtedy, gdy zdjął spódnicę, żeby popływać, i ujrzałem ich twarze.

Obaj uśmiechali się. Paul zaczynał coś rozumieć, choć nadal czegoś jeszcze nie 

pojmował.

— Później, kiedy jego matka umarła, mianowano go

namiestnikiem Marchii Południowych.  Sądzę, że przede
wszystkim chcieli się go pozbyć z Paras Derval. Był wów
czas jeszcze bardziej szalony. Młodszy i do tego kochał
królową. Przybył do Taerlindel i poprosił, bym został jego
prawą ręką. Pojechałem z nim.

Księżyc lśnił na zachodzie, jak gdyby wskazywał im drogę. Paul popatrzył na niego — 

Całe szczęście, że miał ciebie — powiedział. — Jako balast. A teraz doszła jeszcze Sharra. 
Sądzę, że tworzą dobraną parę.

Coli skinął głową. — Też tak myślę. On ją kocha, a jego miłość jest bardzo głęboka.
Paul wchłonął w siebie te słowa. Po chwili zaczęły mu one wyjaśniać jedyną zagadkę, 

której dotąd nie rozumiał.

Popatrzył na Colla. Dostrzegał w ciemności jego szczere, kwadratowe oblicze i wielki, 

wielokrotnie łamany nos. — Tej nocy, gdy poprzednio rozmawialiśmy w cztery oczy — 
zaczął — powiedziałeś mi, że gdybyś posiadał jakąkolwiek

320

moc, przekląłbyś Ailerona. Nie wolno ci wtedy było nawet wymieniać jego imienia. 
Pamiętasz?

 Oczywiście, że pamiętam — odrzekł spokojnie Coli.

Wydawało się, że otaczające ich ciche odgłosy statku po
głębiają jedynie nocną ciszę.

 Czy to dlatego, że zagarnął dla siebie całą miłość

ojca?

Coli spojrzał na niego, nadal spokojny. — Częściowo

background image

— przyznał. — Pamiętam, że od początku potrafiłeś się
wielu rzeczy domyślić. Jest jednak coś jeszcze i to również
powinieneś odgadnąć.

Paul zastanowił się nad tym. — No więc... — zaczął. Znad wody dobiegł ku nim śpiew.
— Słuchajcie! — krzyknął  Averren,  całkiem  niepo

trzebnie.

Wszystkich siedmiu mężczyzn czuwających na „Pry-dwen" wsłuchało się w ten głos. 

Rozlegał się z przodu, nieco ku prawej burcie. Averren przesunął rumpel, by mogli zbliżyć 
się do źródła dźwięku. Nieuchwytny i słaby był ów śpiew, wysoki i piękny. Niczym delikatna 
pajęczyna wysnuwał się ku nim z ciemności, utkany ze słodkiego smutku i powabu, Splatało 
się w nim bardzo wiele głosów.

Paul słyszał już przedtem tę pieśń. — Mamy kłopoty

— oznajmił.

Coli odwrócił gwałtownie głowę. — Co to?
Po prawej burcie spod wody wynurzył się potworny łeb. Wznosił się coraz wyżej, górując 

nad masztami „Prydwen". Światło księżyca ukazało gigantyczną, płaską głowę: pozbawione 
powiek oczy, rozwarte, drapieżne szczęki, cętkowaną, szarozieloną, pokrytą śluzem skórę. 
„Prydwen" zazgrzytała o coś. Averren mocował się z kołem sterowym. Coli pośpieszył mu z 
pomocą. Jeden z pełniących wachtę krzyknął na znak ostrzeżenia.

Paul widział przez moment w niepewnym blasku księżyca pomiędzy straszliwymi oczyma 

potwora coś białego, przypominającego róg. Nadal słyszał śpiew, czysty i roz-

321

dzierająco piękny. Ogarnęło go przyprawiające o mdłości przeczucie. Odwrócił się 
instynktownie. Po drugiej stronie „Prydwen" ogon potwora zakrzywił się w górę, 
przesłaniając południowe niebo, by runąć na nich!

Krucze skrzydła. Wiedział.
— Duszodzierżca! — wrzasnął. — Lorenie, wznieś tarczę!

Ujrzał, że olbrzymi ogon wzniósł się na maksymalną wysokość. Widział, jak opuszcza się 

w dół z siłą złowrogiej śmierci, by okropnym ciosem pozbawić ich życia. Potem zobaczył, że 
walnął z impetem w puste powietrze. „Prydwen" podskoczyła pod wpływem wstrząsu niczym 
zabawka, lecz tarcza maga wytrzymała. Loren wybiegł na pokład wraz z Diarmuidem i 
Arturem, którzy podtrzymywali Marta Sórena. Paul dostrzegł przelotnie wyraz pełnego 
udręki wysiłku na twarzy krasnoluda, po czym celowo odciął się od wszelkich doznań. Nie 
było czasu do stracenia. Sięgnął do swego wnętrza w poszukiwaniu pulsu Mórnira.

I znalazł go. Był rozpaczliwie słaby, blady niczym światło gwiazd w księżycową noc. W 

pewnym sensie tym właśnie był. Znajdował się za daleko. Liranan mówił prawdę. Jak mógł 
spętać morskiego boga na morzu?

Podjął próbę. Poczuł w sobie trzecie uderzenie pulsu. Przy czwartym wykrzyknął: — 

Lirananie!

Raczej wyczuł niż zobaczył, że bóg wymknął mu się bez trudu. Omal nie pochłonęła go 

rozpacz. Zanurkował w swym umyśle, tak jak zrobił to na plaży. Wszędzie słyszał śpiew. 
Wtem, daleko i głęboko, usłyszał też głos Liranana. — Przykro mi, bracie. Naprawdę 
przykro.

Spróbował raz jeszcze. Włożył w wezwanie całą duszę. Jakby znajdował się pod 

powierzchnią, ujrzał nad sobą cień „Prydwen". Zdał sobie sprawę, jak wielki jest potwór 
strzegący Cader Sedat. Duszodzierżca — pomyślał raz jeszcze. Wezbrała w nim nieprzeparta 
wściekłość. Skierował całą jej ślepą siłę w swe wezwanie. Poczuł, że załamuje się pod 
wpływem rozpaczliwego wysiłku. To było za mało.

322

— Mówiłem ci, że tak będzie — usłyszał słowa boga. W oddali ujrzał srebrną rybę 

umykającą mu przez ciemną wodę. Nie było tu morskich gwiazd. Na górze „Prydwen" raz 
jeszcze podskoczyła szaleńczo. Wiedział, że Loren zdołał w jakiś sposób zablokować drugi 
cios potwornego ogona. Ale nie trzeci — pomyślał. Nie zdoła powstrzymać trzeciego.

background image

I w jego umyśle odezwał się głos: W takim razie trzeci cios nie może nastąpić. 

Dwukrotnie Narodzony, mówi Gereint. Wezwij go teraz, przeze mnie. Jestem zakorzeniony na 
lądzie.

Paul połączył się ze ślepym szamanem, którego nigdy nie widział. Wezbrała w nim moc, 

boski puls Mórnira bijący gwałtowniej niż jego własny. Miał umysł zanurzony pod wodę, 
mógł więc wyciągnąć rękę w dół przez mroki oceanu. Poczuł eksplozję swej mocy mającej 
oparcie na Równinie, w Gereincie. Poczuł jej spiętrzenie. Nad nim ogromny ogon raz jeszcze 
wznosił się w górę. — Lirananie! — zawołał Paul po raz ostatni. Na pokładzie „Prydwen" 
wydało im się to głosem gromu.

I morski bóg nadszedł.

Paul odczuł to jako wezbranie wód. Usłyszał, że bóg krzyknął z radości, iż wolno mu 

działać. Poczuł, że więź łącząca go z Gereintem pryska. Zanim zdążył przemówić, czy 
przesłać jakąkolwiek myśl, umysł szamana zniknął z jego jaźni. Jakże daleko — pomyślał 
Paul. Jakże daleko się zapuścił. I jak długa czeka go podróż powrotna.

Potem znalazł się znowu na statku i własnymi oczyma ujrzał w słabym świetle księżyca, 

jak Maugrimowy Duszo-dzierżca toczył bój z Lirananem, bogiem morza. Przez cały ten czas 
śpiew nie ustawał ani na chwilę.

Loren opuścił tarczę ochronną. Mart leżał na pokładzie. Stojący u steru Coli usiłował 

przeprowadzić „Prydwen" przez doliny i wzniesienia ukształtowane przez tytanów wal-
czących przed nimi po prawej stronie. Paul dostrzegł, że jakiś człowiek wyleciał za burtę, gdy 
statek podskoczył na pokrytym pianą morzu niczym brykający koń.

Bóg walczył w swej własnej postaci, odziany w lśniącą,

323

wodną szatę. Potrafił wznosić się w górę niczym fala oraz zamieniać morze pod nimi w 
wodny wir i czynił obie te rzeczy.

Moc, jaką Paul zaledwie był w stanie pojąć, utworzyła nagle w morzu pustkę. „Prydwen" 

podskakiwała i kołysała się z trzaskiem wręg na samej jej krawędzi. Zobaczył, że wir kręci 
się coraz szybciej. W miarę, jak dzikość odmętu się wzmagała, Paul dostrzegł, że nawet 
olbrzymie rozmiary Duszodzierżcy nie chronią go przed naporem rozjuszonego morza.

Potwór schodził w dół. Bitwa miała się toczyć w głębinie. Paul wiedział, że to ze względu 

na nich. Patrzył jak bóg, świetlisty i migotliwy, zawisł na fali wzniesionej nad nimi, gdy 
kształtował wir, który wsysał jego przeciwnika pod powierzchnię.

Pokryta śluzem i obrzydliwą pianą głowa Duszodzierżcy opadła w dół. Paul ocenił, że jest 

niemal równie wielka jak statek. Dostrzegł też, iż olbrzymie, pozbawione powiek oczy 
zamknęły się, a zęby wielkości człowieka obnażyły wściekle.

Zobaczył, że Diarmuid dan Ailell skoczył z pokładu „Prydwen" i wylądował na płaskim 

łbie potwora. Usłyszał krzyk Colla. Zewsząd otaczał ich śpiew, przebijający się nawet przez 
ryk morza. Z niedowierzaniem w oczach patrzył, jak książę pośliznął się, odzyskał z trudem 
równowagę, po czym ruszył chwiejnym krokiem między oczy Duszodzierżcy, zatrzymał się 
tam i, jednym potężnym szarpnięciem, wyrwał z jego głowy biały róg.

Stracił w tym momencie równowagę. Paul ujrzał, że potwór opada coraz niżej, a morze 

zamyka się nad nim. Padając, Diarmuid odwrócił się i skoczył, zataczając łuk, w stronę 
„Prydwen".

By złapać jedną ręką linę, którą rzucił mu Artur Pen-dragon.
Wciągnęli go na pokład, walcząc z siłą zamykającego się morza. Paul odwrócił się akurat 

na czas, by zobaczyć,

324

że Liranan pozwolił opaść fali, na której zawisł i runął w odmęty w ślad za stworem, z 
którym wolno mu teraz było walczyć, gdyż wezwano go i zmuszono do tego.

Śpiew ucichł.

Tysiąc lat — pomyślał Paul z rozpaczą w sercu. Od chwili, gdy Rakoth zaczął 

wykorzystywać Cader Sedat podczas Bael Rangat. Przez tysiąc lat Duszodzierżca czaił się w 
głębinach oceanu i nikt dotąd nie zdołał go pokonać. Olbrzymi i niezwyciężony.

background image

Paul osunął się na kolana, płacząc nad schwytanymi duszami. Nad głosami wszystkich 

promiennych lios alfarów, którzy pożeglowali ku swej pieśni, by odnaleźć świat 
ukształtowany przez Tkacza jedynie dla nich.

Wiedział teraz, że ani jeden z nich tam nie dotarł. Przez tysiąc lat liosowie wyruszali, 

pojedynczo i parami, na bezksiężycowe morze.

By spotkać Maugrimowego Duszodzierżcę. I stać się jego głosem.
Najbardziej znienawidzeni przez Ciemność, gdyż ich imię znaczyło Światło.
Łkał przez długą chwilę, on, któremu suche oczy sprawiły ongiś tyle bólu. Później 

nadszedł deszcz. Po chwili zdał sobie sprawę, że pada na nich jakieś światło. Podniósł wzrok. 
Był bardzo osłabiony, lecz po jednej jego stronie stał Coli, a po drugiej utykający lekko 
Diarmuid.

Wszyscy ludzie na pokładzie „Prydwen", w tym — jak widział — również Matt, zebrali 

się u prawej burty. Ustępowali mu drogi w pełnym szacunku milczeniu. Gdy Paul zbliżył się 
do relingu, ujrzał stojącego na powierzchni morza Liranana. Lśnienie było światłem księżyca 
przechwyconym i wzmocnionym przez miliony kropli jego wodnej szaty.

Paul i bóg popatrzyli na siebie nawzajem, po czym Liranan oznajmił głośno: — On nie 

żyje.

Wzdłuż całego statku cicho szeptano.
Paul pomyślał o śpiewie i o promiennych liosach w ich małych łódkach. Przez tysiąc lat 

wyruszali w rejs ku wyso-

325

kiemu, słodkiemu zewowi swej pieśni. Tysiąc lat i żaden z nich nie znał prawdy.

— Ceiwen dała róg — powiedział zimnym głosem. —

Ty mogłeś ich ostrzec.

Morski bóg potrząsnął głową. — Nie mogłem — odparł. — Gdy Spruwacz po raz 

pierwszy przybył do Fiona-varu, powiedziano nam, że nie możemy ingerować z własnej woli. 
Zielona Ceinwen będzie musiała wkrótce odpowiedzieć i to za coś więcej niż podarowanie 
rogu, ja jednak nie naruszę woli Tkacza — przerwał. — Niemniej sprawiało mi to wielki ból. 
On nie żyje, bracie. Nie sądziłem, że zdołasz mnie wezwać. Dzięki tobie znowu zaświecą tu 
morskie gwiazdy.

— Otrzymałem pomoc — odrzekł Paul.
Po jeszcze jednej chwili Liranan pokłonił się mu, tak jak dawno temu uczynił to Cernan. 

Następnie bóg zniknął w ciemnościach morza.

Paul popatrzył na Lorena. Ujrzał na twarzy maga ślady łez. — Wiesz o tym? — zapytał. 

Loren skinął gwałtownie głową.

— O czym? — zapytał Diarmuid.
Pozostałym trzeba było powiedzieć. Paul uczynił to, tłumiąc żal: — Ten śpiew to byli lios 

alfarowie. Ci, którzy wypłynęli. Od czasu Bael Rangat nigdy nie docierali dalej na zachód niż 
do tego miejsca. Żaden z nich.

Brendel — myślał. Jak powiem to Brendelowi?

Słyszał ludzi z Południowej Twierdzy. Ich bezsilną wściekłość. Patrzył jednak na 

Diarmuida.

— Po co tam skoczyłeś? — zapytał księcia.

No  właśnie, po co? — powtórzył Loren.

Diarmuid zwrócił się w stronę maga. — Nie widzia
łeś jej?

Puścił ramię Paula i podszedł, utykając, do stopni wiodących ku rumplowi. Wrócił, 

trzymając w ręku coś, co lśniło biało w świetle księżyca. Wręczył to magowi.

— Och — odezwał się Matt Soren.
Loren nie powiedział nic. Wszystko wyrażała jego twarz.

326

/— Mości pierwszy magu Brenninu — przemówił Diar-muid, nieugięcie panując nad 

emocjami. — Czy przyjmiesz ode mnie jako dar przedmiot o najwyższej wartości? Oto jest 

background image

laska Amairgena Białej Gałęzi, którą tak dawno temu zrobiła dla niego Lisen.

Paul zacisnął pięści. Tak wiele smutku. Wyglądało na to, że jeszcze ktoś nie dotarł dalej 

niż tutaj. Teraz już wiedzieli, co stało się z pierwszym i największym z magów.

Loren przyjął laskę. Trzymał ją z boku, ściskając w obu dłoniach. Choć spędziła w morzu 

tyle lat, białe drewno nie wytarło się ani nie splamiło. Paul wiedział, że jest w nim moc.

— Zrób z niej użytek, Srebrny Płaszczu! — usłyszał sło

wa Diarmuida. — Pomścij go i wszystkich, którzy zginęli.
Wykorzystajmy tę laskę na Cader Sedat. Po to ją przyniosłem.

Palce Lorena zacisnęły się mocno na drewnie.

 Niech tak się  stanie — powiedział jedynie, lecz

w jego głosie brzmiała nuta przeznaczenia.

 Niech więc tak się stanie teraz — odezwał się niż

szy głos. Odwrócili się. — Wiatr się zmienił — wyjaśnił
Artur.

— Na  północny — dodał po krótkiej chwili Coli.
Artur patrzył tylko na Lorena. — Dotrzemy na Cader

Sedat, żeglując prosto na północ pod pomocny wiatr. Czy potrafisz tego dokonać, magu?

Loren i Mart zwrócili się ku sobie. Paul widział już przedtem, jak to robili. Wymienili 

głęboko osobiste spojrzenia, bez pośpiechu, jak gdyby dysponowali nieograniczonym 
czasem. Paul wiedział, że Mart jest rozpaczliwie zmęczony i Loren z pewnością również. 
Wiedział też jednak, że to nie będzie się liczyło.

Dostrzegł, że mag podniósł wzrok ku Collowi. Widział posępność jego uśmiechu. — 

Wszyscy na stanowiska — usłyszał głos Lorena. — I skierujcie statek na północ.

Nie zauważyli zbliżania się świtu. Gdy jednak Coli i ludzie z Południowej Twierdzy 

poderwali się, by wykonać rozkaz, słońce wyskoczyło z morza za ich plecami.

327

Potem znalazło się po ich prawej stronie, gdy Coli z Taerlindel skierował statek prosto 

pod silny, północny wiatr. Loren zszedł pod pokład. Gdy pojawił się ponownie, miał na sobie 
płaszcz o zmiennych, srebrnych odcieniach, któremu zawdzięczał swe imię. Jego godzina 
wreszcie się zaczęła. Jego i Matta. Wysoki i surowy, ruszył na dziób „Prydwen", niosąc laskę 
Amairgena Białej Gałęzi. Obok niego, równie surowy, równie dumny, kroczył Matt Sóren, 
który ongiś był królem pod Banir Lók, lecz zamienił owo przeznaczenie na to, które 
przywiodło go tutaj.

— Cenolan! — krzyknął Loren. Wyciągnął laskę pro

sto przed siebie. — Sed amairgen, sed remagan, den sedath
iren!

Rzucił te słowa ponad falami. Moc popłynęła przez nie niczym inna, potężniejsza fala. 

Paul usłyszał ryczący dźwięk, szum wiatrów, które — jak się zdawało — pomknęły ku nim 
ze wszystkich stron morza. Popłynęły wokół „Prydwen" niczym omywający jej burty odmęt 
Liranana. Po chwili chaotycznego wirowania. Paul ujrzał, że żeglują po cichym, 
bezwietrznym morzu, absolutnie gładkim jak szkło, podczas gdy z obu stron srożyły się 
szalone wichry.

A z przodu, całkiem niedaleko, oświetlona porannym słońcem, leżała wyspa. Wysoko na 

jej skale wznosił się zamek. Obracała się powoli na szklistym morzu. Okna zamku były 
brudne i pełne plam, podobnie jak jego mury.

— Ongiś błyszczał — zauważył cicho Artur.
Z najwyższego punktu zamku w niebo wzbijał się czarny, prosty jak strzała słup dymu. 

Wyspa była skalista i pozbawiona roślinności.

— Ongiś była zielona — stwierdził Artur. — Cavallu!
Pies warczał i szarpał się do przodu, szczerząc kły. Gdy

Artur przemówił do niego, uspokoił się.

Loren nie poruszył się ani razu. Trzymał laskę sztywno przed sobą.
Nigdzie nie było strażników. Duszodzierżca stanowił wystarczające zabezpieczenie. Gdy 

się zbliżyli, wirowanie

background image

328

wyspy ustało. Paul domyślił się, że kręcą się teraz wraz z nią, nie miał jednak pojęcia, gdzie 
się znajdują. Wiedział jednak, że nie jest to Fionavar.

Coli nakazał wyrzucić za burtę kotwice.

Loren opuścił rękę. Spojrzał na Matta. Krasnolud skinął głową, po czym znalazł sobie 

miejsce, w którym mógł usiąść. Stali na kotwicy na bezwietrznym morzu tuż przy brzegach 
Cader Sedat.

— W porządku — stwierdził Loren Srebrny Płaszcz.

— Diarmuidzie, Arturze, nie obchodzi mnie, jak tego do
konacie, ale oto czego potrzebuję.

To miejsce śmierci — powiedział mu ongiś Artur. Gdy się zbliżali, Paul zdał sobie 

sprawę, że należało to rozumieć dosłownie. Zamek przywodził na myśl grobowiec. Same 
wrota — Artur mówił, że jest ich czworo — znajdowały się w zboczach szarego wzgórza, z 
którego wznosiło się Cader Sedat. Mury pięły się wysoko, lecz droga wejścia prowadziła pod 
ziemię.

Stanęli przed jednymi z tych wielkich, żelaznych drzwi. Choć raz Paul zobaczył, jak 

Diarmuid się zawahał. Loren wraz z Mattem podążyli inną trasą, ku innej bramie. Nigdzie nie 
było widać strażników. Głęboka cisza budziła niepokój. Paul zwrócił uwagę, że w pobliżu 
tego miejsca nie ma nic żywego. Zaczął się bać.

— Drzwi  się otworzą — zapewnił cicho Artur. — Po

przednim razem trudność polegała na wydostaniu się.

I wtedy Diarmuid się uśmiechnął. Wydawało się, że ma zamiar coś powiedzieć, lecz 

zamiast tego ruszył naprzód i popchnął wrota wiodące do Cader Sedat. Uchyliły się bez-
głośnie. Odsunął się na bok i gestem wskazał Arturowi, by ruszył jako pierwszy. Wojownik 
wyciągnął miecz i wszedł do środka. Czterdziestu ludzi podążyło za nim z blasku słońca w 
ciemność.

Było tu bardzo zimno. Nawet Paul to czuł. Ten chłód był silniejszy niż osłona Mórnira i 

nie był na niego odporny. To

329

zmarli — pomyślał. Potem nawiedziła go następna myśl: znajdowali się w centrum. 
Wszystko owijało się spiralą wokół tej wyspy. Gdziekolwiek leżała. W jakimkolwiek 
świecie.

Korytarze były zakurzone. Gdy szli, czepiały się ich pajęczyny. Wszystkie przejścia miały 

wiele odgałęzień, z których większość prowadziła w dół. Było bardzo ciemno i Paul nie 
dostrzegał w ich głębi nic. Droga, którą podążali, wiodła pod górę. Jej nachylenie zwiększało 
się powoli. Po, jak się zdawało, długim czasie, minęli zakręt i w niewielkiej odległości 
dostrzegli zielonkawą poświatę.

Bardzo blisko, nie dalej niż pięć stóp od nich, od korytarza odchodziła kolejna, wiodąca w 

lewo i pod górę, odnoga. Wypadł z niej biegiem svart alfar.

Miał czas, by ich zobaczyć. Czas by otworzyć usta. Lecz nie miał czasu, by krzyknąć. 

Przeszyło go sześć strzał. Podniósł ręce w górę i padł martwy.

Bez zastanowienia Paul rzucił się płasko na podłogę. Domysł, przelotne spojrzenie. 

Wyciągnął rozpaczliwie rękę i złapał flaszkę niesioną przez svarta, zanim zdążyła rozbić się o 
podłogę. Gdy wylądował, przetoczył się tak cicho, jak tylko potrafił. Czekali. W chwilę 
później Artur skinął głową. Nie podniesiono alarmu.

Paul podźwignął się i podszedł z powrotem do pozostałych. Diarmuid bez słowa zwrócił 

mu miecz.

 Przepraszam — wyszeptał Paul. Gdy skoczył, wy

rzucił go bez ostrzeżenia w powietrze.

 Wykrwawię się na śmierć — szepnął książę, uno

sząc draśniętą dłoń, w którą go złapał. — Co on niósł?

Paul wręczył mu flaszkę. Diarmuid wyciągnął zatyczkę i powąchał otwór. Uniósł głowę. 

background image

Udawane zdumienie na jego twarzy było widoczne nawet w bladym, zielonym świetle.

— Na rzeczną krew Lisen — powiedział cicho książę.

— Wino z Południowej Twierdzy! — uniósł flaszkę i po
ciągnął długi łyk. — Ktoś jeszcze? — zapytał uprzejmie.

Co było do przewidzenia, nie znaleźli się chętni, lecz nawet Artur pozwolił sobie na 

uśmiech.

330

Wyraz twarzy Diarmuida zmienił się. — Dobra robota, Pwyllu — powiedział krótko. — 

Carde, usuń zwłoki z korytarza. Mości Arturze, czy pójdziemy obejrzeć zdradzieckiego 
maga?

Paulowi wydało się, że widział w mroku przez chwilę światło gwiazd w oczach 

Wojownika. Przypomniał coś sobie i popatrzył na Cavalla, po czym podążył w milczeniu za 
obydwoma wodzami ostatnim korytarzem. Blisko jego końca opadli na kolana i zaczęli się 
czołgać. Diarmuid zrobił dla niego miejsce. Paul przecisnął się naprzód na brzuchu i 
zatrzymał w przejściu obok księcia. Leżeli tam we trzech, patrząc na wszystko dookoła z 
przerażeniem. Ludzie z Południowej Twierdzy byli tuż za nimi.

Pięć stopni wiodło w dół od nakrytych łukiem drzwi, obok których leżeli. Do olbrzymiego 

pomieszczenia znajdującego się poniżej wiodło też wiele innych wejść. Strop znajdował się 
tak wysoko, że ginął w mroku. Podłoga jednak była oświetlona: na ścianach umocowano 
pochodnie, płonące niesamowitym, zielonym blaskiem, który dostrzegli z korytarza. Drzwi, 
do których dotarli, znajdowały się mniej więcej w połowie długości wielkiej komnaty Cader 
Sedat. Na jej przedzie, na podium, stał Metran, były pierwszy mag Brenninu. Obok niego, 
nad gorejącym ogniem, ustawiono Kocioł z Khath Meigol.

Był ogromny. Paul przypomniał sobie, że zrobili go giganci. Nawet gdyby tego nie 

wiedział, potrafiłby to odgadnąć. O ile był w stanie to określić w tego rodzaju świetle, Kocioł 
był czarny. Na jego zewnętrznej krawędzi, poplamionej i pokrytej warstwą brudu, wyryto 
jakieś słowa. Co najmniej piętnastu svart alfarów stało wokół niego na podwyższeniu. Trzy-
mali w rękach sieć, w którą, jeden za drugim, wrzucano ich pobratymców. Zanurzali ich bez 
życia do kipiącego Kotła.

Trudno było cokolwiek dojrzeć w zielonym świetle, lecz Paul wytężył wzrok, by 

zobaczyć, jak jednego z paskudnych stworów wydobywano z wody. Ostrożnie wyciągnięto 
go z dymiącej gardzieli Kotła, a potem postawiono.

331

Paul patrzył, jak ten, który przed chwilą był martwy, ruszył naprzód chwiejnym krokiem, 

podtrzymywany przez innych, by stanąć za jakimś mężczyzną.

Był to Denbarra, źródło Metrana. Widząc, jak stoi zaśli-niony, z opadłą szczęką, Paul 

zrozumiał, co miał na myśli Loren, gdy powiedział, że Denbarra nie ma już wyboru.

Stało za nim dobrze ponad stu svart alfarów, którzy bezmyślnie wyczerpywali swe siły 

życiowe, by karmić moc Metrana. Denbarra, równie bezmyślnie, służył im za kanał. Na 
oczach Paula dwóch svartów padło na podłogę tam, gdzie stali. Ujrzał, że podnieśli ich 
natychmiast inni, nie będący częścią pajęczyny mocy. Zanieśli ich do Kotła, a kolejnych 
wydobyto z niego i ustawiano za Denbarra.

Wezbrało w nim obrzydzenie. Usiłując nad sobą zapanować, spojrzał wreszcie wprost na 

maga, który wywołał zimę zakończoną wraz ze śmiercią Kevina.

Gdy po raz pierwszy przybyli do Fionavaru, Metran wydał im się nieudolnym 

sklerotykiem z rzadką bródką. Wszystko to było oszustwo, bezbłędne, przez nikogo nie 
wykryte oszustwo maskujące czystą zdradę. Mężczyzna stojący teraz przed nimi wśród 
zielonych świateł i czarnego dymu bijącego z Kotła w pełni panował nad sobą. Paul 
zauważył, że Metran nie wygląda już staro. Wyśpiewywał powoli jakieś słowa nad stronicami 
księgi.

Paul nie wiedział, że kryje się w nim tyle wściekłości.
Wyglądało na to, że była ona bezsilna.

 Nie zdołamy tego dokonać — usłyszał warknięcie

background image

Diarmuida w tej samej chwili, gdy i on zdał sobie sprawę
z tej prawdy.

 Oto czego potrzebuję — powiedział im Loren, gdy

„Prydwen" stała zakotwiczona u brzegów wyspy.

W pewnym sensie nie było to wcale dużo, w innym zaś wszystko. Wtedy jednak Paul 

przypomniał sobie, że nie przybyli tutaj, licząc na powrót.

Metran będzie robił dwie rzeczy — wyjaśnił Loren

332

z obcą mu zwięzłością. Olbrzymią większość swej spotęgowanej mocy skieruje ku 
przygotowaniom do następnego ataku na Fionavar. Część sił jednak zachowa, by utworzyć 
tarczę wokół siebie, swych źródeł i Kotła. Nie powinni bynajmniej się spodziewać, że 
natrafią tu na wielu strażników, o ile w ogóle jacyś będą, ponieważ tarcza Metrana — po-
dobnie jak stworzona przez Lorena, która powstrzymała Du-szodzierżcę — będzie 
wystarczającą ochroną.

By Loren miał jakiekolwiek szansę na rozbicie Kotła, musieli skłonić Metrana do 

opuszczenia tarczy. Przyszła im do głowy tylko jedna myśl: wdadzą się w bój ze svartami. 
Nie z służącymi za źródła, lecz z tymi — a z pewnością było ich bardzo wielu — których 
sprowadzono tu w charakterze wsparcia.

Jeśli zdołają wywołać wśród nich wystarczająco wielki chaos i panikę, może uda się 

sprawić, by Me tran zamienił swą obronną tarczę w ofensywny impuls skierowany przeciw 
intruzom z Południowej Twierdzy.

— A kiedy to zrobi — dokończył z zawziętością w głosie Loren. — Jeśli wybiorę 

odpowiednią chwilę, a on nie będzie wiedział, że z wami jestem, Matt i ja możemy mieć 
szansę na zniszczenie Kotła.

Nikt nie powiedział, co się stanie, jeśli potęga Metrana, wzmocniona przez svart alfarów 

oraz moc zawartą w Cader Sedat, uderzy w ludzi z Południowej Twierdzy.

Właściwie nie było o czym mówić. Po to tutaj przybyli.

Ale nie mogli tego dokonać. Z ostrożną przebiegłością, której nabrał w ciągu lat 

potajemnego spiskowania, Metran uniemożliwił realizację nawet tak rozpaczliwego planu. 
Nie było żadnych służących mu jako wsparcie svart alfarów, których mogliby zaatakować. 
Widzieli migotliwą tarczę przywodzącą na myśl letni żar wznoszący się nad pozostawionymi 
odłogiem polami. Osłaniała ona całą przednią część sali i wszyscy svart alfarowie znajdowali 
się za nią. Tylko niekiedy z komnaty wybiegał błyskawicznie goniec — taki,

333

jak ten niosący wino, którego zabili. Nie było sensu organizować akcji przeciwko tak 
nielicznym. Nie mogli zrobić w ogóle nic. Jeśli wypadną i ruszą do ataku, svartowie uśmie-ją 
się zdrowo, wykańczając ich strzałami zza osłony. Metran nie będzie nawet musiał podnieść 
wzroku znad księgi.

Paul rozejrzał się gorączkowo po komnacie. Zobaczył, że Diarmuid robi to samo. Zaszli 

tak daleko, Kevin zginął, by im to umożliwić, Gereint skierował ku nim swą duszę

— i wszystko to na nic! Za zasłoną nie było drzwi, a nad
podium, na którym stał Kocioł, Metran i wszyscy svart ałfa-
rowie, żadnych okien.

 Ściana? — wyszeptał bez nadziei. — Przez tylną

ścianę?

 Pięć stóp grubości — odparł Diarmuid. — A zre

sztą ją na pewno też zabezpieczył.

Paul nigdy nie widział, by książę wyglądał tak, jak teraz. Podejrzewał, że sam prezentuje 

się podobnie. Czuł mdłości. Widział, że drży.

Usłyszał tuż za sobą, że Cavall zaskomlał tylko raz, bardzo cicho.

Nagłe wróciło do niego wspomnienie z ciemnego korytarza. Rzucił pośpieszne spojrzenie 

background image

za Diarmuida. Po drugiej stronie księcia leżał twarzą w dół Artur, który patrzył z kolei na 
niego.
— Sądzę, że właśnie po to przywołała mnie Kim. Zresztą
nigdy nie widzę końca — wyszeptał najcichszym głosem.

W jego twarzy widniało coś, czego nie sposób było znieść. Paul usłyszał, że Diarmuid 

wciągnął gwałtownie powietrze. Przyglądał się, jak Artur cofnął się od wejścia, by móc wstać 
nie zauważony. Paul i książę podążyli za nim.

Wojownik przykucnął przed swym towarzyszem. Paul zdał sobie sprawę, że Cavall 

oczekiwał tego. Jego własna wściekłość go opuściła. Czuł zamiast niej ból, jakiego nie zaznał 
od chwili, gdy spojrzał w oczy szarego psa pod Letnim Drzewem.

Artur zatopił dłonie w pokrytym bliznami futrze psiego karku. Spojrzeli obaj na siebie, 

człowiek i zwierzę. Paul

334

przekonał się, że nie może na to patrzeć. Odwróciwszy wzrok, usłyszał, jak Artur mówi: — 
Żegnaj, moja dzielna radości. Wiem, że chciałbyś pójść ze mną, ale to niemożliwe. Będziesz 
jeszcze potrzebny, wielkie serce. Może... nadejdzie kiedyś dzień, gdy nie będziemy musieli 
się rozstawać. Paul nadal nie mógł na nich patrzeć. Czuł w gardle jakiś ucisk. Wywołany nim 
ból utrudniał mu oddychanie. Usłyszał, że Artur się podniósł. Zobaczył, że położył szeroką 
dłoń na ramieniu Diarmuida.

 Niech Tkacz obdarzy cię spoczynkiem — powie

dział książę. Nic więcej. Rozpłakał się jednak. Artur zwrócił
się w stronę Paula. W jego oczach świeciły letnie gwiazdy.
Paul nie płakał. Był na Drzewie, a Artur sam go ostrzegł,
że to się może zdarzyć. Wyciągnął obie ręce i poczuł, jak
je uściśnięto.

 Co mam powtórzyć? — zapytał. — Jeśli będę miał

taką szansę?

Artur spojrzał na niego. W jego brązowych włosach i brodzie było tak wiele siwizny. — 

Powiedz jej... — przerwał i potrząsnął głową. — Nie. Wie już wszystko, co można 
powiedzieć.

Paul skinął głową. A jednak się rozpłakał. Mimo wszystko. Jak można się było na to 

przygotować? Poczuł, że puszczono jego dłonie, które ponownie ogarnął chłód. Gwiazdy 
odwróciły się. Paul dostrzegł, że Artur wyciągnął na korytarzu miecz, po czym sam zszedł po 
pięciu schodach w dół, do komnaty.

Jedyna przynęta, która mogła przyciągnąć zabójcze uderzenie mocy Metrana.

Poruszał się szybko. Pokonał większą część drogi do podium, zanim się zatrzymał. 

Wróciwszy z Diarmuidem na poprzednie miejsce, Paul zauważył, że Metran i svartowie byli 
tak zaabsorbowani swą pracą, że nawet nie zauważyli intruza.

— Niewolniku Ciemności, wysłuchaj mnie! — krzyknął

Artur Pendragon potężnym głosem, który słyszano w tak wie
lu światach. Poniósł się on echem po Cader Sedat. Svart al-

335

farowie krzyknęli z trwogi. Paul zobaczył, że głowa Metrana poderwała się w górę. Widział 
też jednak, że mag się nie boi. Obrzucił Artura niespiesznym spojrzeniem spod białych brwi i 
kościstego czoła. A także — pomyślał z goryczą Paul — zza bezpiecznej zasłony.

 Zamierzam cię wysłuchać — oznajmił ze spokojem

Metran. — Zanim umrzesz, powiesz mi, kim jesteś i jak się
tu dostałeś.

 Nie mów w tym miejscu lekceważąco o śmierci —

odparł Artur. — Znajdujesz się wśród wielkich ze wszy
stkich światów. I można ich obudzić. Jeśli zaś chodzi o moje
imię, dowiedz się, że jestem Artur Pendragon, syn Uthera,
król Brytanii. Jestem Potępionym Wojownikiem wezwanym

background image

tu na bój z tobą i nie mogę umrzeć!

Wystarczy strzała — pomyślał ze strachem Paul. Jedna strzała mogłaby go w tej chwili 

zabić. Svart alfarowie zaczęli jednak bełkotać w panice. Nawet spojrzenie Metrana wydawało 
się mniej pewne.

 Nasze księgi mądrości twierdzą inaczej — odparł.

 Niewątpliwie — zgodził się Artur. — Zanim jed

nak uciekniesz się do nich, dowiedz się jednego: rozkazuję
ci natychmiast opuścić to miejsce, gdyż w przeciwnym razie
zejdę na dół i obudzę zmarłych, by w swym gniewie prze
gnali cię do morza!

W oczach Metrana pojawiło się niezdecydowanie. Mag wyszedł powoli zza wysokiego 

stołu. Zawahał się, po czym głosem, który rozbrzmiewał w wielkiej komnacie ostro i krucho, 
rzekł: — Powiadają, że można cię zabić. Robiono to raz za razem. Złożę twą głowę przed 
tronem w Starkadh!

Uniósł jedną rękę wysoko w górę. Cavall wydał z siebie niski dźwięk. Artur czekał z 

uniesioną głową. To ta chwila — pomyślał Paul. Zaczął się modlić.

Nagle Metran opuścił powoli dłoń i wybuchnął brutalnym śmiechem.
Trwał on długo, gryzący i pogardliwy. To aktor — przypomniał sobie Paul, krzywiąc 

twarz pod naciskiem jego

336

miażdżącego szyderstwa. Oszukiwał ich wszystkich przez tak długi czas.

— Lorenie,   Lorenie,   Lorenie — wydyszał  wreszcie

Metran, nie posiadając się ze zdumienia. — Czy dlatego,
że sam jesteś głupcem, musisz mnie również za takiego
uważać? Wyjdź i opowiedz mi, jak wymknąłeś się Duszo-
dzierżcy, zanim położę kres twym cierpieniom.

Śmiech maga umilkł. Na jego twarzy widniał wyraz posępnej złości.

Z przeciwległej strony komnaty Paul usłyszał głos Lo-rena: — Metranie, miałeś ojca, ale 

nie zamierzam zakłócać jego spoczynku, zwracając się do ciebie pełnym imieniem. Dowiedz 
się, że rada magów skazała cię na śmierć i najwyższy król Brenninu również. Przeklęto cię w 
radzie i wkrótce umrzesz. Dowiedz się też, że nie wymknęliśmy się Duszo-dzierżcy. 
Zabiliśmy go.

 Ha! — warknął Metran. — Nadal się chełpisz, Sre

brny Płaszczu?

 Nigdy tego nie robiłem — odparł Loren. Wyszedł

wraz z Mattem w zielone światło wielkiej komnaty. —
Ujrzyj na dowód laskę Amairgena!

Wzniósł wysoko w górę Białą Gałąź. Metran cofnął się na ten widok. Paul zobaczył w jego 
twarzy prawdziwą trwogę. Trwało to jednak tylko chwilę.

 Och, jasno utkane! — rzucił Metran z sarkazmem.

— Czyn godny pieśni! W charakterze nagrody, pozwolę ci
teraz stać i przyglądać się, Lorenie. Patrz bezradnie wraz z
tymi, których zmusiłeś do tej podróży, jak przesunę ponad
górami deszcz śmierci znad Eridu, na które pada już od
trzech dni, do Najwyższego Królestwa.

 W imię Tkacza — odezwał się przerażony Diarmu-

id, gdy Metran celowo odwrócił się plecami do Lorena
i wszedł z powrotem za swój stojący przy Kotle stół. Svart
alfarowie ponownie rozpoczęli cykl żywych i martwych.
Przez cały ten czas Denbarra stał — bezwolny i milczący —
z rozdziawionymi ustami i oczyma wpatrzonymi w pustkę.

337

— Spójrz — odezwał się Paul.

background image

Matt mówił coś niecierpliwie do Lorena. Widzieli, że mag stał przez chwilę 

niezdecydowany, spoglądając na kras-noluda. Potem Matt powiedział coś jeszcze i Loren 
skinął głową tylko raz.

Zwrócił się z powrotem ku podium. Podniósł laskę Amairgena i wskazał nią na Kocioł. 

Metran spojrzał na niego i uśmiechnął się. Loren wypowiedział słowo, potem następne. Przy 
trzecim z laski wyskoczyła błyskawica srebrnego światła, oślepiając ich wszystkich.

Kamienie Cader Sedat zatrzęsły się. Paul otworzył oczy. Zobaczył, że Metran podźwignął 

się z wysiłkiem na nogi. Czuł, że zamek drży jeszcze. Obserwował, jak olbrzymi Kocioł z 
Khath Meigol zachwiał się i zakołysał na swej umieszczonej nad ogniem podstawie.

Później jednak wrócił do poprzedniej pozycji.

Tarcza wytrzymała. Obejrzał się, by popatrzeć na podnoszącego się powoli z podłogi 

Matta. Nawet z daleka widział, że krasnolud drży z wysiłku, który włożył w ów impuls mocy. 
Przypomniał sobie nagle, że tego samego dnia Matt posłużył jako źródło dla tarczy przeciwko 
Duszodzierżcy, a później dla odwrócenia od nich wszystkich wiatrów świata, gdy płynęli na 
wyspę. Nie był w stanie sobie nawet wyobrazić, co musi znosić krasnolud. Jakie słowa, czy 
nawet jakie myśli, mogły dać wyraz czemuś takiemu? I jak można było uporać się z faktem, 
że to nie wystarczało?

Metran był wstrząśnięty, lecz nie doznał żadnych obrażeń. Ponownie wyszedł zza stołu. 

— Kupiłeś sobie teraz śmierć, po którą tu przybyłeś — oznajmił. W jego zachowaniu nie 
było już ani śladu czczej zabawy. — Gdy już będziesz martwy, ponownie zacznę kształtować 
deszcz śmierci. W ostatecznym rozrachunku to się nie liczy. Skruszę twe kości na proszek, a 
czaszkę położę sobie przy łożu, Lorenie Srebrny Płaszczu, sługo Ailella.

Zamknął leżącą na stole księgę i zaczął gestykulować ramionami z coraz większą 

prędkością.

338

Przywołuje swą moc — zdał sobie sprawę Paul. Zamierzał użyć jej całej przeciwko 

Lorenowi i Mattowi. A więc był to koniec. A jeśli tak...

Paul wyskoczył z korytarza, zbiegł po schodach i pognał po podłodze do boku Matta. 

Tam padł na kolana.

— Ramię mogłoby ci pomóc — stwierdził. — Wesprzyj się na mnie.
Mart uczynił to bez słowa. Paul poczuł, że Loren dotknął go z góry w geście pożegnania. 

Następnie ujrzał, jak Biała Gałąź wzniosła się raz jeszcze i wskazała wprost na Metrana, 
który stał teraz między nimi a Kotłem. Popatrzył na ich przeciwnika, który skierował długi 
palec prosto na nich trzech.

Obaj magowie przemówili jednocześnie. Wielką komnatą zatrzęsło aż po fundamenty, 

gdy dwie błyskawice mocy eksplodowały ku sobie. Jedna była srebrna jak księżyc, niczym 
płaszcz, który nosił Loren, druga zaś koloru złowróżbnej zieleni, jak światła w tym miejscu. 
Spotkały się w połowie drogi między magami. W miejscu ich zetknięcia trysnął ogień, który 
zapłonął w powietrzu.

Paul usłyszał, jak Mart Sóren usiłuje zapanować nad swym oddechem. Nad nim ujrzał 

kątem oka dzierżące laskę sztywne ramię Lorena. Mag usiłował nadać kierunek mocy, którą 
przekazywał mu krasnolud. Na podium widział Metrana, któremu jako źródła służyło tak 
wielu svart alfarów. Skierował on wprost na nich tę samą moc, która wywołała zimę w pełni 
lata. Swobodnie i bez wysiłku.

Poczuł, że Matt zaczął drżeć. Krasnolud wsparł się mocniej na jego ramieniu. Nie miał im 

nic do zaoferowania. Tylko ramię. Tylko litość. Tylko miłość.

Trzeszcząc okrutnie, dwie wiązki mocy zwarły się ze sobą. Zamek nie przestawał się 

trząść pod wpływem ich uwolnionej mocy. Ścierały się i ścierały, srebro i zieleń, 
podtrzymując się nawzajem w powietrzu, ogarnięte płomieniami, podczas gdy ważyły się 
losy światów. Trwało to tak długo, że Paul uległ złudzeniu, iż czas się zatrzymał. Pod-

339

pierał krasnoluda — otaczając go teraz dwoma ramionami — i modlił się z całej duszy do 
tego, co wiedział o Świetle.

background image

Nagle zrozumiał, że tego wszystkiego jest za mało. Odwaga, mądrość, modlitwa, 

konieczność. Żadna z tych rz&CTy nie wystarczała, gdy jeden musiał walczyć z tak wieloma. 
Powoli, z brutalną jednoznacznością, srebrna wiązka mocy była spychana ku nim. Paul 
widział, jak Loren — cal za calem, walcząc zawzięcie — musi się cofać. Słyszał teraz oddech 
maga, płytki i niemiarowy. Podniósł wzrok i ujrzał pot spływający strumieniami po jego 
twarzy. Stojący obok niego Mart wciąż trzymał się na nogach, wciąż walczył, choć całe jego 
ciało dygotało teraz niby trawione śmiertelną gorączką.

Ramię. Litość. Miłość. Cóż więcej mógł im dać tutaj, w tej ostatniej chwili? I z kim innym 

wolałby umrzeć, jeśli nie z tymi dwoma?

Matt Sóren przemówił. Z wysiłkiem tak morderczym, że niemal złamało to Paulowi serce, 

krasnolud wycisnął dźwięki ze swej piersi. — Lorenie — wydyszał z twarzą skrzywioną z 
wysiłku. —   Lorenie... zrób to teraz!

Zielona fala mocy Metrana podskoczyła o pół stopy bliżej do nich. Paul czuł już teraz 

ogień. Loren milczał. Jego oddech był straszliwie ochrypły.

— Lorenie — wymamrotał raz jeszcze Matt. — Po to

żyłem. Zrób to teraz.

Jedyne oko krasnoluda było zamknięte. Dygotał bez ustanku. Paul również zacisnął 

powieki. Obejmował go tak mocno, jak tylko mógł.

— Matt — dotarł do niego głos maga. — Och, Matt.
Tylko imię, nic więcej.
Potem krasnolud przemówił do Paula. — Dziękuję ci, przyjacielu — powiedział. — 

Lepiej wróć teraz na korytarz.

Trawiony głębokim żalem, Paul uczynił to. Podniósł wzrok i ujrzał twarz Lorena 

wykrzywioną najdzikszą nienawiścią. Usłyszał wtedy, jak mag krzyknął, czerpiąc z naj-
głębszych zasobów swej mocy, której źródłem był krasnolud Matt Sóren, a kanałem Biała 
Gałąź Amairgena. W owym

340

krzyku i w wybuchu, który po nim nastąpił, zespoliły si całe serce i dusza Lorena Srebrnego 
Płaszcza.

Nastąpił rozbłysk niszczycielskiego światła. Tym razer cała wyspa zachwiała się w 

posadach. W ślad za Cade Sedat, wstrząs ogarnął wszystkie światy Tkacza.

Metran wydał z siebie wrzask, wysoki i krótki, jak gdyb coś go przerwało. Nad ich 

głowami ze ścian posypały si kamienie. Paul zauważył, że Matt padł na podłogę. Lorei 
osunął się obok niego. Potem podniósł wzrok ku podiun i zobaczył, jak Kocioł z Khath 
Meigol rozpadł się z hukien pękającej góry.

Tarcza opadła. Wiedział, że Metran nie żyje. Podobni* jak ktoś jeszcze. Widział, jak 

svart alfarowie, wyszkoleń zabójcy, zaczęli biec ku nim z mieczami i nożami. Podniós się z 
głośnym krzykiem i wyciągnął własny oręż, by strzec tych, którzy tak wiele uczynili.

Svartowie nie zdołali do niego dobiec. Wcześniej spotkało ich czterdziestu ludzi z 

Brenninu, którymi dowodził Diarmuid dan Ailell. Gnani czystą furią żołnierze z Południowej 
Twierdzy wycięli pokos w szeregach Ciemności. Paul wpadł między walczących z mieczem 
w ręku. Miłość wezbrała w jego sercu jak przypływ — miłość i potrzeba, by walką uwolnić 
się od żalu.

Svartów było dużo i zabicie ich wymagało wiele czasu, uśmiercili jednak wszystkich. Gdy 

nadszedł koniec, Paul zdał sobie sprawę, że stoi, krwawiąc z licznych drobnych ran, wraz z 
Diarmuidem i Collem w jednym z korytarzy wiodących do wielkiej komnaty. Nie mieli gdzie 
iść, wrócili więc do niej.

W wejściu zatrzymali się i spojrzeli na spustoszenie, jakie wywołali w tym miejscu. Byli 

blisko podium. Weszli na nie. Metran leżał na plecach ze spaloną twarzą i ciałem 
zeszpeconym ohydnymi poparzeniami. Obok niego spoczywał Denbarra. Podczas walki 
bełkotał coś z tępym spojrzeniem nieuleczalnego szaleńca, aż wreszcie Diarmuid przeszył mu 
serce mieczem i zostawił obok maga.

341

background image

Nie opodal nich, nadal się tląc, leżały niezliczone tysiące odłamków roztrzaskanego kotła 

z Khath Meigol. Jak serce — pomyślał Paul. Odwrócił się, by odejść w przeciwną stronę. 
Musiał przechodzić nad ciałami martwych svart alfarów i omijać je, podobnie jak kamienie 
wyrwane ze ścian i sufitu przez końcowy kataklizm. Było tu teraz bardzo cicho. Zielone 
światła zgasły. Wszędzie w komnacie ludzie Diarmuida zapalali pochodnie. W ich blasku 
Paul ujrzał, gdy podszedł bliżej, postać kołyszącą się w przód i w tył pośród spustoszenia. Na 
kolanach podtrzymywała ciemnowłosą głowę.

Po to żyłem — powiedział Matt Sóren i skłonił swego maga, by wydobył z niego 

najpotężniejszą, zabójczą moc. I umarł.

Spoglądając na dół w milczeniu, Paul dostrzegł w martwej twarzy krasnoluda coś, czego 

nigdy nie widział w niej za życia: Matt Sóren uśmiechał się wśród ruin Cader Sedat. Nie był 
to grymas, który dobrze znali, lecz prawdziwy uśmiech kogoś, kto spełnił swe najgorętsze 
pragnienie.

Niezliczone tysiące odłamków. Jak serce. Paul spojrzał na Lorena.

Dotknął klęczącego mężczyzny, tak jak przedtem mag dotknął jego, po czym oddalił się. 

Obejrzawszy się, zobaczył, że Loren zakrył sobie twarz płaszczem.

Ujrzał Artura z Diarmuidem i podszedł do nich. Wszędzie w komnacie zapalono już 

pochodnie. — Mamy czas, tyle czasu, ile tylko nam potrzeba — stwierdził Artur. — 
Zostawmy go na chwilę.

Ruszyli we trzech, razem z Cavallem, mrocznymi, bu-twiejącymi korytarzami Cader 

Sedat. Było tam wilgotno i zimno. Wydawało się, że między rozsypującymi się kamieniami 
dmie wiejący znikąd, lodowaty wiatr.

 Wspominałeś coś o zmarłych? — wyszeptał Paul.

 Tak — odparł Artur. — W Spiralnym Zamku, po

niżej poziomu morza, spoczywają najpotężniejsi zmarli ze
wszystkich światów.

Skręcili. Kolejny mroczny korytarz.

342

— Mówiłeś, że ich obudzisz — ciągnął Paul.
Artur potrząsnął głową. — Nie potrafię. Chciałem go ty]

ko przestraszyć. Mogą tego dokonać jedynie ich imiona, a gd; poprzednio odwiedziłem to 
miejsce, byłem bardzo młody i ni znałem... — nagle przerwał. Stanął zupełnie bez ruchu.

Nie! — pomyślał Paul. Już wystarczy. To z pewnoścu wystarczy.
Otworzył usta, by przemówić, lecz przekonał się, że nii może tego zrobić. Wojownik 

wciągnął powoli powietrz* w płuca, jak gdyby czerpał je ze swej dalekiej przeszłości z serca 
swej jaźni. Następnie skinął głową, tylko raz i z wy siłkiem, jakby na jego barkach spoczął 
ciężar światów.

— Chodźcie — powiedział jedynie. Paul popatrzył m

Diarmuida. W ciemności dostrzegł na twarzy księcia ter
sam sztywny niepokój. Ruszyli za Arturem i psem.

Tym razem skierowali się w dół. Korytarz, który wybrai Artur, był stromy, musieli więc 

wykorzystywać ściany, b> zachować równowagę. Kamienie były zimne i wilgotne w dotyku. 
Widzieli jednak teraz światło, słabą fosforescencję samego korytarza, w której połyskiwała 
biała bluza Diarmuida.

Do ich uszu dobiegał nieustanny, ciężki odgłos dochodzący zza murów.
— Morze — wyjaśnił cicho Artur. Nagle zatrzymał się

przed drzwiami, których Paul nie zauważył. Wojownik
zwrócił się w stronę ich obu. — Może wolicie zaczekać
tutaj? — zapytał.

Zapadła cisza.
Paul potrząsnął głową. — Poznałem już smak śmierci — odparł.
Diarmuid wyszczerzył przelotnie zęby w swym dawnym uśmiechu. — Lepiej, żeby jeden 

z tych, którzy tam wejdą, był normalny, nie sądzicie?

Zostawili więc psa przed drzwiami i weszli do środka wśród nieprzerwanego łoskotu 

background image

uderzającego w mury morza.

Leżało ich tam mniej niż Paul się spodziewał. Nie była to zbyt wielka komnata. Podłoga 

była kamienna i pozbawiona

343

ozdób. Na środku stała pojedyncza kolumna, na której szczycie samotna świeca paliła się 
białym, nie migoczącym płomieniem. Mury lśniły bladą poświatą. Wokół całego pomie-
szczenia, w niszach oświetlonych słabo przez świecę oraz fosforescencję ścian, na 
kamiennych katafalkach spoczywało może ze dwadzieścia ciał. Tylko tylu — pomyślał Paul 
— spośród wszystkich zmarłych ze wszystkich światów. Omal do nich nie podszedł, by 
przyjrzeć się im, zobaczyć oblicza wybranych bohaterów, ogarnęła go jednak nieśmiałość, 
poczucie, że byłoby to zakłóceniem ich spokoju. Następnie poczuł rękę Diarmuida na swym 
ramieniu i ujrzał, że Artur stanął przed jedną z nisz, a jego twarz skryta była w dłoniach.

— To wystarczy! — krzyknął w głos. Podszedł do bo

ku Artura.

Przed nimi, niczym we śnie — poza tym, że nie oddychał — leżał mężczyzna więcej niż 

średniego wzrostu. Włosy miał czarne, a policzki ogolone. Pod wysokim czołem widniały 
zamknięte, szeroko rozstawione oczy. Usta i broda były mocne, a dłonie, jak widział Paul, 
obejmowały rękojeść miecza i były bardzo piękne. Sprawiał wrażenie władcy wśród ludzi, a 
jeśli spoczywał w tym miejscu, to był nim na pewno.

Znał również jego imię.
— Mości Arturze — przemówił z bólem Diarmuid. —

Nie musisz tego robić. Nie jest to nigdzie zapisane. Nic cię
do tego nie zmusza.

Artur opuścił dłonie. Jego wzrok ani na chwilę nie oderwał się od twarzy mężczyzny 

leżącego na katafalku.

— On  będzie potrzebny — odparł. — Nie może po

zostać martwym. Powinienem wiedzieć, że jest za wcześnie,
bym zginął.

— Sam ściągasz na siebie żal — wyszeptał Paul.
Artur przemówił do niego, a w jego oczach widniało

współczucie. — Ściągnąłem go na siebie już dawno temu.

Spoglądając w owej chwili w twarz Artura Pendragona,

Paul ujrzał szlachetność czystszą ponad wszystko. Większą

nawet niż w Lirananie czy Cernanie od Zwierząt. To była

344

kwintesencja. Cała jego osobowość krzyczała w prote przeciwko przeznaczeniu kryjącemu 
się za tym monstr nym wyborem.

Zobaczył, że Diarmuid się odwrócił.

— Lancelocie! — przemówił Artur do postaci na

miennym katafalku.

Oczy miał brązowe. Był wyższy niż na początku zdav się Paulowi. Przemawiał głosem 

spokojnym, niskim i ; oczekiwanie łagodnym. Drugą niespodziankę sprawił im p Paul 
spodziewał się, że wierność Cavalla objawi się wroj nastawieniem, lecz zamiast tego 
podszedł on do ciemnov sego mężczyzny z cichym skowytem radości. Lancelot uk] nął, by 
pogłaskać szarą, zszarganą sierść. Paul dostrzegł zauważył obecność blizn. Następnie ruszył 
w milczeniu n dzy Paulem a Diarmuidem z powrotem do świata żywyc

Odezwał się tylko na samym początku. Po tym, jak p niósł się na rozkaz Wojownika. 

Wstał, jakby naprawdę ty spał, a nie był martwy przez tak bardzo długi czas.

 Bądź pozdrowiony — przemówił Artur. — Toc

my wojnę przeciwko Ciemności w Fionavarze, który j
pierwszym ze wszystkich światów. Wezwano mnie, a te
ja wzywam ciebie.

background image

 Dlaczegóż uczyniłeś to nam trojgu, mój panie? -

odpowiedział Lancelot z uprzejmością i smutkiem.

Usłyszawszy te słowa, Artur zacisnął powieki. Następ otworzył oczy. — Dlatego, że 

zagrożone jest coś wię niż tylko my — odparł. — Zobaczę, czy zdołam załatw byśmy 
walczyli w innych drużynach.

— Arturze, wiesz, że zgodzę się walczyć tylko pod tw

mi rozkazami i u twego boku — odparł łagodnym ton*
Lancelot.

I wtedy Artur odwrócił się na pięcie, by odejść. Diarmi i Paul przedstawili się, po czym, 

wraz z Lancelotem, wys w ślad za Wojownikiem z miejsca zmarłych pośród łoskc morskich 
fal.

345

Loren podniósł się już. Jego płaszcz leżał na podłodze, przykrywając ciało Matta Sórena. 

Mag, z twarzą, którą zmęczenie i szok pozbawiły wyrazu, przysłuchiwał się, jak Diar-muid i 
Artur przygotowują plany powrotu. Niemal nie zwrócił uwagi na obecność Lancelota, choć 
ludzie z Południowej Twierdzy szeptali zachwyceni między sobą.

Paul zauważył, że na zewnątrz wciąż jest jasno. W gruncie rzeczy, niedawno minęło 

południe. Wydawało mu się, że spędzili na wyspie wieczność. Sądził, że w pewnym sensie 
jakaś jego cząstka zawsze na niej pozostanie. Zbyt wiele się tu wydarzyło. Wyglądało na to, 
że mają odpłynąć niemal natychmiast. Nikt nie miał ochoty spędzać nocy w tym miejscu.

Loren odwrócił się. Paul dostrzegł, że podszedł do jednej z pochodni. Stanął przy niej z 

kartami wydartymi z księgi w dłoni. Palił je jedną po drugiej. Paul podszedł do niego. Twarz 
Lorena pokryta była śladami łez i potu spływających po sadzy i brudzie, które wzbiły się w 
górę, gdy uderzyła ostatnia błyskawica. Ostatnia błyskawica Marta — pomyślał Paul. A także 
Lorena. Jego źródło nie żyło. Nie był już magiem.

— Księga Nilsoma — odezwał się mężczyzna, który, tak dawno temu, nakazał im pójść za 

sobą. Wręczył Paulowi garść stronic. Stanęli obok siebie, unosząc na zmianę ręce, by zapalać 
karty jedna po drugiej.

Trwało to długo. Robili to uważnie. W jakiś sposób uspokojony owym prostym, wspólnie 

wykonywanym zadaniem, Paul przyglądał się, jak płonie ostatni arkusz. Następnie on i Loren 
zwrócili się z powrotem ku pozostałym.

Którzy — wszyscy — gapili się w jeden punkt w komnacie.
Było tam ponad czterdziestu ludzi, lecz Paul nie słyszał oddechu żadnego z nich. Przedarł 

się do Lancelota przez krąg mężczyzn, ujrzał czystą, nieugiętą wolę w jego oczach, zobaczył, 
że jego twarz blednie i zaczął zdawać sobie sprawę

346

z wielkości tego człowieka, który usiłował samą siłą woli przezwyciężyć ruch koła czasu i 
czółenek Krosien. Stali bardzo blisko siebie, więc widział wszystko.

Obok niego Loren wydał z siebie zdławiony dźwięk i wykonał gest znamionujący 

odmowę. Paul usłyszał trzepot skrzydeł. Nawet tutaj. Myśl. Pamięć.

— Lorenie, zaczekaj! — zawołał. — On już kiedyś to

zrobił. A to jest Cader Sedat.

Mag ruszył powoli naprzód, a Paul razem z nim, by stanąć jeszcze trochę bliżej. Jeszcze 

trochę bliżej miejsca, w którym Lancelot z Jeziora, świeżo obudzony ze śmierci, klęczał na 
kamiennej podłodze, unosząc do swego czoła dłonie Marta Sórena złożone między własnymi.

A ponieważ byli bliżej niż pozostali, on i Loren jako pierwsi zauważyli, że krasnolud 

zaczął oddychać.

Paul nigdy potem nie pamiętał, co wówczas zawołał. Wiedział tylko, że krzyk, który 

wyrwał się z gardeł ludzi z Bren-ninu, sprawił, że z murów Cader Sedat osunęło się jeszcze 
więcej kamieni. Loren padł na kolana z rozpromienioną twarzą. Ciemnowłosy mężczyzna 
pobladł, lecz był opanowany. Ujrzeli, że oddech Matta powoli stał się bardziej miarowy.

A potem krasnolud podniósł ku nim wzrok.
Wpatrywał się w Lorena przez drugi czas, po czym zwrócił się w stronę Lancelota. 

background image

Popatrzył na swe dłonie, nadal skryte w dłoniach tamtego. Paul widział, jak dociera do niego, 
co się wydarzyło. Matt podniósł wzrok ku ich pochylonym nad nim w świetle pochodni 
twarzom. Jego usta wykrzywiły się w szczególny dla niego sposób.

— Co  się stało z moim drugim okiem? — zapytał Lan

celota Matt Sóren. Wszyscy roześmiali się i rozpłakali z ra
dości.

To dzięki miejscu, w którym się znajdowali, wyjaśnił Lancelot, a także temu, że sam 

świeżo przebudził się ze śmierci, Matt zaś nie odniósł śmiertelnej rany, a tylko wyczerpała się 
jego siła życiowa. A również dzięki temu, dodał

347

na swój uprzejmy, nieśmiały sposób, że dokonał już tego kiedyś w Camelocie.

Matt skinął powoli głową. Dźwignął się już na nogi. Skupili się ciasno wokół niego, nie 

chcąc zostawiać go samego, pozwolić, by oddzielał go od nich jakikolwiek dystans. 
Zmęczona twarz Lorena promieniała. Jej oblicze przynosiło ulgę sercu.

— No  więc — odezwał się Diarmuid — skoro mamy

już z powrotem naszego maga i jego źródło, to czy ruszymy
w drogę powrotną?

Rozległ się wyrażający zgodę chór.

 Powinniśmy ruszyć — odrzekł Loren. — Musicie

się jednak dowiedzieć, że Teyrnon jest teraz jedynym ma
giem w Fionavarze.

 Co?
To był krasnolud.
Loren uśmiechnął się ze smutkiem. — Sięgnij do mnie, mój przyjacielu.
Ujrzeli, jak twarz Matta pobladła.

— Spokojnie — ostrzegł go Loren. — Tylko spokojnie.
Zwrócił się ku pozostałym. — Niech nikt nie wpada

w żałobę. Kiedy Matt umarł, nasza więź uległa przerwaniu i przestałem być magiem. 
Przywrócenie mu życia nie mogło wytworzyć jej na nowo. Zapadła cisza.

— Och, Lorenie — odezwał słabym głosem Matt.
Loren odwrócił się błyskawicznie ku niemu. W jego oczach

rozbłysł ogień. — Wysłuchajcie mnie! — odwrócił się raz jeszcze i popatrzył na drużynę. — 
Byłem mężczyzną, zanim jeszcze zostałem magiem. Nienawidziłem Ciemności jako dziecko 
tak samo, jak nienawidzę jej teraz. Potrafię też władać mieczem! — ponownie zwrócił się w 
stronę Matta. Jego głos stał się głębszy. — Wyrzekłeś się ongiś swego przeznaczenia, by 
połączyć się z moim. Zaprowadziło cię to daleko od domu, mój przyjacielu. Teraz wygląda 
na to, że krąg się zamyka. Czy zechcesz mnie przyjąć? Czy jestem odpowiednim

348

towarzyszem dla prawowitego króla krasnoludów, który mus teraz wrócić do Calor Diman, 
aby odzyskać koronę?

Zawstydziło ich i zmieszało to, co promieniowało z Lc rena w owej chwili, gdy klęknął 

na kamieniach przed Matterr

Zebrali, co mieli do zebrania, i zaczęli opuszczać ko mnatę. Tak wiele się wydarzyło. 

Każdy z nich był skrajni wyczerpany. Potykali się ze zmęczenia. Tak wiele. Paul po myślał, 
że mógłby spać przez całe dni.

Wyglądało na to, że on i Artur są ostatni. Pozostali szli ju korytarzem. Na zewnątrz 

czekało na nich światło. Zdumie wało go to. Tutaj były tylko pochodnie oraz tlące się węgL 
pozostałe po ogniu, który płonął pod Kotłem z Khath Meigol

Zobaczył, że Artur zatrzymał się w drzwiach, by spojrzei za siebie po raz ostatni. On 

również się odwrócił. I zda sobie sprawę, że nie są jednak ostatnimi członkami drużyny 
Pośród ruin tego zniszczonego miejsca stała ciemnowłosi postać patrząca na nich obu.

background image

A właściwie nie na obu. Dostrzegł, że Artur i Lancelo wymienili spojrzenia. Przemknęło 

pomiędzy nimi coś tal głębokiego, że nie mógłby nawet próbować nadać temu na zwy. Potem 
Artur przemówił, a w jego głosie brzmiały smu tek i miłość. — Och, Lance, chodź — rzekł. 
— Ona będzie czekać na ciebie.

Tak kończy się WĘDRUJĄCY OGIEŃ

druga księga FIONAYARSKIEGO GOBELINU

POSTACI

Piątka:

KIMBERLY FORD, Jasnowidząca Brenninu

,

KEVIN LAINE JENNIFER LOWELL DAVE MARTYNIUK (Davor)
PAUL SCHAFER, pan Letniego Drzewa (Pwyll Dwukrotnie Narodzony)

W Brenninie:

AILERON, najwyższy król Brenninu
DIARMUID, jego brat
LOREN SREBRNY PŁASZCZ, pierwszy mag Brenninu
MATT SÓREN, jego źródło, ongiś król krasnoludów
TEYRNON, mag
BARAK, jego źródło
JAELLE, najwyższa kapłanka Bogini
AUDIART, jej zastępczyni w prowincji Gwen Ystrat
LEILA, młoda kapłanka

COLL, prawa ręka Diarmuida
CARDE

ERRON TEGID ROTHE AYERREN

ludzie z Południowej Twierdzy, członkowie drużyny Diarmuida

350

GORLAES, kanclerz Brenninu
MABON, książę Rhoden

NIAVIN, książę Seresh

CEREDUR, namiestnik Marchii Północnych
VAE, kobieta z Paras Derval
FINN, jej syn
SHAHAR, jej mąż
BRENDEL, dostojny lios alfar z Daniloth
BROCK, krasnolud z Banir Tal

W Cathalu:

SHALHASSAN, najwyższy władca Cathalu SHARRA, jego córka i następczyni (Ciemna Róża) 
BASHRAI, kapitan straży honorowej (eidolathów)

Na Równinie:

IVOR, wódz trzeciego plemienia Dalrei
LEITH, jego żona
LEVON

]

CORDELIANE (LIANĘ)    jego dzieci
TABOR

J

TORC, Jeździec z trzeciego plemienia
GEREINT, szaman trzeciego plemienia

background image

W Daniloth:

RA-TENNIEL, król lios alfarów
GALEN
LYDAN
LEYSE

■    panowie i panie lios ałfarów

HEILYN
ENROTH

351

Moce:

TKACZ przy Krosnach MÓRNIR od Gromu DANA, Matka CERNAN od 
Zwierząt CEINWEN od Łuku, ŁOWCZYM MACHA     I     ,     .. NEMAIN    
j     boginie wojny

OWEIN, wódz Dzikich Łowów Ciemność:

RAKOTH MAUGRIM (SPRUWACZ) GALADAN, wilczy władca andainów, jego prawa ręka 
METRAN, były pierwszy mag Brenninu, obecnie sprzymierzony z Ciemnością AVAIA, czarna 
łabędzica BLÓD, krasnolud, sługa Rakotha KAEN, brat Bloda władający krasnoludami w Banir Lok

Z Przeszłości:

IORWETH ZAŁOŻYCIEL, pierwszy najwyższy król Brenninu CONARY, najwyższy król podczas 
Bael Rangat COLAN, jego syn, najwyższy król po nim (Najukochańszy) AMAIRGEN BIAŁA 
GAŁĄŹ, pierwszy z magów LISEN z Puszczy, deiena, źródło i żona Amairgena REVOR, bohaterski  
przodek Dalrei,  pierwszy  z władców Równin