background image

WIELKIE SERIE FANTASY

HARRY HARRISON

cykl  Młot i krzyż  

                            

                  CZĘŚĆ DRUGA

 

Przełożyła : JUSTYNA ZANDBERG

                                              Tytuł oryginału THE HAMMER AND THE CROSS

1

background image

                                              Część druga

Karl

Rozdział pierwszy

Z  początku   szlak   wiódł   płaską,   suchą   równiną,   która  stanowiła   południową   część 

wielkiej Doliny Yorku, rozciągającej się na północ od bagien Humberu. Nawet wówczas 

jednak   dla   wielkiej   armii   był   to   ciężki   marsz:  osiem tysięcy wojowników, tyleż  samo 

koni, setki handlarzy, prostytutek oraz niewolników na sprzedaż krok po kroku udeptywało 

ziemię.   Po   ich   przejściu   nawet   kamienne  drogi   zbudowane   jeszcze   przez   Rzymian 

zamieniały się w grząskie bagna, gdzie błoto bryzgające spod kopyt chlapało na końskie 

brzuchy.   Teraz   zaś,   gdy   armia   poruszała   się   po   glinianych   traktach   czy   pasterskich 

dróżkach, zostawał za nią jedynie pas podmokłego gruntu.

Brand   Zabójca   uniósł   w   górę   wciąż   zabandażowaną  rękę   i   szereg   jeźdźców   — 

dziewięć   tuzinów   ludzi,   trzy   pełne  załogi   —   ściągnął   wodze.   Ci   na   samym   końcu 

natychmiast zaczęli się odwracać, spoglądając na szarą, wilgotną płaszczyznę, gdzie mdłe 

jesienne światło jęło już przygasać.

Dwaj mężczyźni na czele oddziału pilnie wpatrywali się w drogę przed sobą. Błotnista 

szeroka ścieżka schodziła

w dół, zakręcając w stronę koryta jakiegoś strumienia.  Widać było, że sto jardów dalej 

szlak   ponownie   wyłania   się   z   zagłębienia   i   biegnie   przez   otwartą   przestrzeń.   Przedtem 

jednak   prowadził   obok   gęstego   lasu,   porastającego   brzegi  potoku.   Olbrzymie   dęby   i 

leszczynowe zarośla, szeleszczące liśćmi w podmuchach wiatru, tłoczyły się wokół ścieżki.

— I co o tym sądzi nasz młody kapitan? — zapytał Brand, skubiąc brodę palcami 

lewej ręki. — Podobno jednym okiem widzisz więcej niż większość ludzi obydwoma.

— Wystarczyłaby mi połówka oka, żeby dostrzec to, co najważniejsze, mój drogi 

mańkucie — odparł Shef ze spokojem. — Spójrz na to końskie łajno przy drodze; 

przestało już dymić. Główne siły coraz bardziej się oddalają. Idziemy zbyt wolno. 

Mieszkańcy Yorkshire mieli mnóstwo czasu, żeby nas otoczyć.

— A jak masz zamiar sobie z tym poradzić, pogromco Ivara?

— Na twoim miejscu sprowadziłbym ludzi z drogi i ruszył w dół prawą stroną. 

Prawą,  bo mogliby się spodziewać, że zejdziemy lewą, z tarczami zwróconymi w 

stronę drzew i zasadzki. Możemy zjechać aż do strumienia, a potem zadąć w rogi i 

zaatakować, jakbyśmy dostrzegli lukę w palisadzie wroga. Jeżeli nikogo tam nie ma, wy-

jdziemy na głupców. Jeżeli jednak urządzili zasadzkę, uda nam się ich wykurzyć. 

Cokolwiek zamierzamy zrobić, zróbmy to szybko.

Brand z lekkim poirytowaniem pokręcił głową.

— Głupi nie jesteś. To dobra odpowiedź. Ale odpowiedź taka przystoi może 

czcicielowi twojego jednookiego patrona, Odyna, Zdrajcy Wojowników. Nie jest godna 

karla Wielkiej Armii. Wyznaczono nas do zbierania maruderów, by żaden z nich nie 

dostał się w łapy Anglików. Wężowe Oko nie przejmuje się głowami, które co ranka 

wrzucają nam do obozu. Ludzie robią się niespokojni. Lubią myśleć, że wszyscy są 

równie ważni i że każdy, kto ginie, ginie w jakimś celu, a nie ot tak, przez przypadek. 

2

background image

Gdybyśmy zjechali z drogi, moglibyśmy kogoś przeoczyć, a prędzej czy później jego 

przyjaciele zaczęliby się o niego dopytywać. Zaryzykujemy więc i pojedziemy szlakiem.

Shef skinął głową. Zdjął tarczę z pleców, przesunął  dłoń pod skórzanym paskiem i 

zacisnął   palce  wokół  uchwytu, znajdującego się tuż pod wypukłym  guzem  zdobiącym 

szczyt puklerza. W szeregach rozległy się szmery i szczęk metalu; stu dwudziestu pięciu 

wojowników ujęło broń w pozycji bojowej i ruszyło przed siebie. Shef zdawał sobie 

sprawę, że Brand rozpoczyna tego  typu rozmowy po to, aby go wypróbować i wpoić 

mu sposób myślenia dowódcy. Nie czuł żalu, gdy doświadczony wojownik odrzucał jego 

radę.

Jednak   w   głębi   duszy   podejrzewał,   że   wszyscy   ci   mądrzy  ludzie,   ci   wspaniali   i 

doświadczeni   wojownicy   —   Brand   Zabójca,   Ivar   Sopel   Lodu,   nawet   sam   niedościgły  

Wężowe Oko — wszyscy oni się mylą. Popełniają wciąż te same błędy. Co prawda błędy 

te   nie   przeszkodziły   im   w   podbiciu  każdego   królestwa,  przeciwko   któremu   się  zwrócili. 

Ulegały im państwa o wiele potężniejsze od mizernego, nędznego państewka East Anglii. 

Mimo to on, Shef, niegdyś niewolnik, potem zabójca, który nawet przez dziesięć uderzeń 

serca   nie   stał   w   szyku   bojowym   —   on   właśnie   uważał,   że  lepiej   się   zna   na   sprawach 

wojskowych.

Czy   dowiedział   się   tego   ze   swoich   wizji?   Czy   wiedzę   tę  zesłał   mu   jego   opiekun   z 

Walhalli — Odyn Sprzeniewierca, Bóg Powieszonych, Zdrajca Wojowników — tak jak to 

sugerował Brand?

Tak   czy   owak,   gdyby   to   Shef   był   wodzem   armii,  zarządzałby   postój   sześć   razy 

dziennie i kazał dąć w trąby, żeby straż boczna i tylna wiedziała o posunięciach głównych sił. 

W dodatku nie ruszałby dalej, póki nie usłyszałby odpowiedzi.

Najlepiej byłoby, gdyby wszyscy wiedzieli, o jakiej porze mają się odzywać trąbki. Ale 

jak można to osiągnąć, jeżeli

poszczególne   oddziały   stracą   się   z   oczu?   Czarni   mnisi   w   klasztorach   mieli   jakiś 

sposób, żeby odmierzać czas między nabożeństwami. Przez chwilę chłopak zastanawiał się 

nad tym problemem. Koń niósł go między drzewami;  cienie poczynały zalegać ścieżkę. 

Ostatnimi czasy głowa Shefa wprost puchła od natłoku myśli, pomysłów i problemów, dla 

których, wydawałoby się, dostępna wiedza nie zapewnia rozwiązania. Chłopak zatęsknił do  

pracy   w   kuźni  i   huku   młota.   Czuł,   że   łatwiej   przyszłoby   mu   wykuć  odpowiedź   na 

kowadle. Na bezowocnych rozmyślaniach tracił tylko siły.

Na drodze przed nimi stał jakiś człowiek. Aż podskoczył, gdy usłyszał tętent kopyt — 

rozpoznał jednak jeźdźców i schował miecz do pochwy.

— Jestem Stuf — powiedział. — Byłem w oddziale Humlego z Ribe.

Brand   skinął   głową.   Humli   dowodził   małym,   niezbyt  dobrze   zorganizowanym 

oddziałem. Często się zdarzało, że taka grupa gubiła człowieka i nie interesowała się jego 

losem do chwili, gdy było już za późno.

— Mój koń okulał i nie nadążałem za resztą. W końcu postanowiłem puścić go wolno i 

ruszyć dalej na piechotę.

Brand ponownie przytaknął.

— Mamy kilka luzaków. Pozwolę ci dosiąść jednego.

Będzie cię to kosztować sztukę srebra.

Stuf  już  otworzył   usta,   żeby  zaprotestować   i   rozpocząć  tradycyjną   sprzeczkę,   która 

powinna towarzyszyć  targom  o konia, jednak zmienił zdanie, widząc, że Brand gestem 

każe swoim ludziom ruszać dalej. Szybko chwycił wodze wierzchowca, którego prowadził 

dowódca.

— Cena jest wysoka — powiedział — ale chyba nie mam czasu się wykłócać. W 

pobliżu kręcą się Anglicy. Czuję to.

Ledwo przebrzmiały te słowa, gdy Shef kątem oka  dostrzegł jakiś ruch. Poruszyła się 

jedna z gałęzi. Nie, całe drzewo wygięło się nagle w okazały łuk; sznury przywiązane do jego 

czubka, napięte teraz do granic możliwości, stały się całkowicie widoczne. Chwilę później 

po lewej stronie szlaku rozpoczęło się jakieś zamieszanie.

Shef   szybko   zasłonił   się   tarczą.   Usłyszał   głuchy   stuk.  Grot   strzały   przebił   miękkie, 

lipowe drewno tuż obok jego dłoni. Z tyłu rozległy się krzyki i wrzaski. Konie wierzgały i 

stawały   dęba.   Chłopak   zdążył   już   ześliznąć   się   z   siodła  i   kulił   się   teraz   przy   szyi 

wierzchowca, odgradzając się nim od zasadzki. Jego umysł w mgnieniu oka zarejestrował 

kilkanaście faktów.

3

background image

Zasadzkę przygotowano już po przejściu armii. Tylna  straż oddaliła się bardziej, niż się 

spodziewał. Atak nastąpi  z   lewej;   napastnicy   będą   chcieli   ich   zepchnąć   w  zarośla  po 

prawej. Ucieczka jest niemożliwa; z przodu zagradza drogę powalone drzewo, z tyłu leżą 

trupy koni i kłębią się zaskoczeni ludzie. Trzeba zrobić to, czego najmniej oczekują!

Shef przemyka pod pyskiem konia, unosi tarczę i na czworakach wspina się na strome  

zbocze po lewej stronie  szlaku,   trzymając   włócznię   w  opuszczonej   dłoni.   Trzy   skoki, 

jeden   po   drugim;   gdyby   się   zatrzymał,   błotnisty  grunt   mógłby   się   pod   nim   osunąć. 

Pośpiesznie   sklecona  barykada   z   gałęzi,   wygląda   zza   niej   czyjaś   twarz,   jakiś  Anglik 

nerwowo  sięga  do  kołczana  po strzałę.  Shef dźga  włócznią przez gałęzie na wysokości 

krocza. Twarz wykrzywia się z bólu. Chłopak przekręca dłonie na drzewcu,  wyszarpuje 

włócznię, po czym sięga w stronę rannego i przerzuca go przez barykadę, Wbija ostrze 

w ziemię i jak o tyczce skacze przez gałęzie. Odwraca się gwałtownie i tnie nieprzyjaciół.

Nagle   zdał   sobie   sprawę,   że   gardło   boli   go   od   krzyku.  Towarzyszył   mu   o   wiele 

grubszy,  mocniejszy głos: to  Brand, niezdolny do walki jedną ręką, kierował zaskoczo-

nych wikingów w stronę wyłomu. Shefa otacza już kilkanaście postaci. Chłopak odcina się 

na wszystkie strony,  usiłując ich odeprzeć. Nagle ktoś wbija mu łokieć w plecy,  Shef się 

potyka.   Dookoła   roi  się   od  mężczyzn   w  kolczugach.   Anglicy   wycofują   się   w  pośpiechu, 

uciekają ile sił w nogach.

Wieśniacy, stwierdził Shef. Skórzane kapoty, myśliwskie  łuki   i   ościenie,   używane   do 

poganiania knurów, nie do walki z ludźmi. Gdyby wikingowie uciekli w las, jak tego się 

spodziewali   napastnicy,   bez   wątpienia   natrafiliby   na  doły   i   sieci,   gdzie   szamocąc   się 

nadaremnie   czekaliby,   aż  ich  dobiją.  Jednak w  walce  wręcz  angielscy chłopi   nie  mogli 

dorównać wojownikom, kryjącym się za drewnianymi tarczami.

Nie było sensu ścigać kerlów w ich własnym lesie. Wikingowie rozejrzeli się dokładnie i 

bez pośpiechu dobili wszystkich, których udało im się zranić w pierwszym  ataku. W ten 

sposób zyskiwali pewność, że żaden z nich nie  przeżyje, by chełpić się tym dniem. Shef 

poczuł, jak ciężka ręka uderza go po plecach.

— Dobra robota, chłopcze. Nigdy nie stój bezczynnie w zasadzce. Zawsze albo 

uciekaj, albo rzucaj się naprzód. Skąd jednak o tym wiedziałeś? Może Thorvin nie mylił się 

co do ciebie.

Brand   zapiął   na   szyi   amulet-młot   i   ponownie   zaczął  wykrzykiwać   rozkazy,   każąc 

ludziom zejść ze szlaku i obejść powalony pień, zdjąć uprząż z martwych bądź okaleczonych 

koni oraz zająć się kilkunastoma mężczyznami, zranionymi w potyczce.

— Na taką odległość strzała posłana z krótkiego łuku może przebić kolczugę, ale nic 

więcej. Nie ma siły, by wbić się w żebra czy brzuch. Strzały i łuki jeszcze nigdy nie 

wygrały bitwy.

Orszak   ruszył   pod   górę   wijącą   się   ścieżką   po   drugiej   stronie   strumienia,   po   czym  

wydostał się z lasu na równinę oświetloną resztkami jesiennego słońca.

Na szlaku leżała jakaś rzecz. Nie, nie jedna — kilka  rzeczy. Dopiero gdy podjechali 

bliżej Shef dostrzegł, że to ludzie — maruderzy jak Stuf, odziani w brudną, połataną odzież 

charakterystyczną dla weteranów. W ich wyglądzie było jednak coś przerażającego, coś, co 

widział już przedtem...

Z tym samym szokiem nagłego rozpoznania, którego doświadczył w Emneth, Shef zdał 

sobie sprawę, że wojownicy są zbyt mali. Ich ręce zostały odcięte w łokciach,  a nogi w 

kolanach; swąd przypalonego ciała dobitnie  świadczył o tym, co ich spotkało. Obaj żyli 

jeszcze.   Jeden,  słysząc   nadjeżdżających,   uniósł   głowę,   ujrzał   zszokowane  i   gniewne 

twarze.

— Bersi — zawołał. — Z drużyny Skulego. Fraendir, vinir, czyńcie waszą powinność. 

Dajcie nam umrzeć, jak przystało wojownikom.

Brand z poszarzałym obliczem zeskoczył z konia, lewą ręką wyciągnął sztylet. Delikatnie 

pogładził zabandażowaną  dłonią twarz okaleczonego, ustawił ją odpowiednio, po  czym 

mocno   wbił   ostrze   tuż   za   uchem.   To   samo   zrobił   z   drugim   mężczyzną,   który   na 

szczęście był nieprzytomny.

— Ściągnijcie ich z drogi — powiedział. — Ruszamy dalej. „Heimnarowie" — dodał 

pod adresem Shefa. — Zastanawiam się, kto ich tego nauczył.

Shef   nie   odpowiedział.   Daleko   przed   sobą,   w   ostatnich  promieniach   zachodzącego 

słońca, które padały niemal  poziomo przez szparę w chmurze, dostrzegł żółte kamienne 

4

background image

ściany,  stadko domów na łagodnym  zboczu przed nimi, dym  wznoszący się z tysiąca 

kominów. Widział to już kiedyś. Znowu nadeszła fala przypomnienia.

— Eoforwich — powiedział.

— Yovrvik — powtórzył stojący w pobliżu wiking, z trudem wypowiadając obce 

zgłoski.

— Do diabła z tym — odezwał się Brand. — Po prostu York.

Po   zmroku   grupka   ludzi   na   miejskich   murach   spoglądała   w   dół   na   nieprzebrane 

mrowie ognisk armii wikingów.   Patrzący stali na szczycie południowo-wschodniej  wieży 

starej   fortecy,   zbudowanej   na   planie   kwadratu.   Tę  imponującą budowlę wznieśli jeszcze 

Rzymianie, by trzymać  w  ryzach   mieszkańców   północy.   Niegdyś   stacjonował   tu  Szósty 

Legion.   Za   plecami   patrzących   znajdowało   się   trzysta  dwadzieścia   akrów   bronionego 

terytorium, gdzie piętrzyła się katedra Świętego Piotra, niegdyś najsłynniejsze na północy 

siedlisko wiedzy i źródło nauki. W obrębie murów mieściła się również siedziba  króla,  

domy szlachetnie urodzonych oraz ciasno skupione chaty, w których mieszkali ich tanowie, 

kompani   i   najemnicy.   A   także   kuźnie,   zbrojownie,   warsztaty   płatnerzy,   garbarnie   — 

słowem  wszystko,  co  stanowi  o potędze.   Na zewnątrz   zaś  rozciągało  się   miasto   z   jego 

składami i portami na brzegach rzeki  Ouse. Samo miasto jednak nie było aż tak ważne. 

Najważniejsze kryło  się za murami: tymi  otaczającymi  starą fortecę legionistów, a także 

tymi, które broniły twierdzy po drugiej  stronie rzeki, z kościołem Marii Panny pośrodku. 

Niegdyś znajdowała się tam rzymska kolonia; fortyfikacje zbudowali weterani, którzy się tam 

osiedlili,   zgodnie   ze   swym   zwyczajem   odgradzając   się   od   ewentualnych   zamieszek   czy 

oporu krajowców.

Król Ella ponuro spoglądał na niezliczone ognie. Przy jego boku tkwiła krzepka postać 

Cuthreda, kapitana straży. W pobliżu stał arcybiskup Yorku, Wulfhere, odziany w biel   i 

purpurę. Flankował go archidiakon Erkenbert w czarnej sutannie.

— Nic nie opóźniło ich przybycia — powiedział Ella. — Myślałem, że może zatrzymają 

ich   bagna   Humberu,   ale  udało   im   się   prześliznąć.   Liczyłem   na   to,   że   skończy   im   się 

żywność, ale widać dali sobie radę.

Mógł też dodać, że wiązał pewne nadzieje z desperackim  atakiem   króla   Edmunda,   o 

którym   krążyło   tyle   opowieści.  Jednak   na   samo   wspomnienie   poczuł   zimno   w   sercu. 

Wszystkie   te   opowieści   kończyły   się   opisem   męczarni,  w   jakich   król   rozstał   się   z 

życiem. A Ella wiedział — wiedział to od chwili, gdy doszły go słuchy o przybyciu 

Ragnarssonów — że dla niego szykują to samo, jeżeli nie coś gorszego. Osiem tysięcy ludzi 

siedzących przy ogniskach czyhało na jego życie. Gdyby uciekł, ruszyliby za nim.  Gdyby 

się ukrył, wyznaczyliby cenę za jego głowę. Wulfhere, a nawet Cuthred, mogli liczyć na to, 

że przetrwają porażkę. Ella wiedział, że musi pokonać armię albo zginie.

— Stracili wielu wojowników! — odezwał się diakon Erkenbert. — Nawet wieśniacy 

ruszyli, by opóźniać ich marsz, napadać na tylne straże i odcinać dostawy żywności. Do tej 

pory musiały zginąć setki, może tysiące wikingów. Wszyscy nasi ludzie szykują się do 

obrony.

— To prawda — zgodził się Cuthred. — Wiesz jednak, z czyjego powodu to robią.

Cała grupka odwróciła się, by spojrzeć na dziwaczny przedmiot stojący kilka jardów 

dalej. Wyglądał jak płaska skrzynia, do której doczepiono żerdzie, tak by mogła służyć 

jako   nosze.   Pomiędzy   jedną   parą   żerdzi   tkwiła   oś  z   kołami,   aby  na  płaskim   gruncie 

można   ją   było   pchać  niczym   taczki.   W   skrzyni   tkwił   kadłub   człowieka.   Teraz,  gdy 

skrzynia była przechylona, człowiek ów stał niemal  pionowo i podobnie jak reszta mógł 

spoglądać ponad blankami. Utrzymywał go w tej pozycji szeroki pas,   biegnący wokół 

piersi   i   pod   pachami.   Krocze   okaleczonego  spoczywało   na   wyściełanej   podpórce.   Całe 

ciało opierało się na obandażowanych kikutach nóg.

— Teraz jestem ostrzeżeniem — zagrzmiał Wulfgar, zdumiewająco  donośnym 

głosem jak  na tak  strasznie pomniejszonego człowieka. — Pewnego dnia posłużę jako 

zemsta. Za to i za wszystko, co zrobili mi ci poganie.

Nikt się nie odezwał. Wszyscy wiedzieli, jaki skutek miało  pojawienie się okaleczonego 

tana z East Anglii. W swoim  niemal triumfalnym przejeździe z rodzinnych stron, wyprze-

dzając armię, zatrzymywał się w każdej wiosce, by opowiadać wieśniakom, jaki los czeka 

ich i ich kobiety.

5

background image

— Czy te wszystkie przygotowania miały w ogóle jakiś sens? — zapytał gorzko król 

Ella.

Cuthred zmarszczył czoło w zamyśleniu.

— Nie opóźniły ich marszu. Nie przetrzebiły szeregów. Sprawiły,  że musieli trzymać 

się razem.  Może  nawet pomogły im się zjednoczyć. Wciąż jest ich koło ośmiu 

tysięcy.

— Możemy wystawić o połowę więcej — odezwał się  archidiakon Erkenbert. — Tu 

nie East Anglia, W samym Eoforwich żyje koło dwóch tysięcy ludzi zdolnych do 

walki. W dodatku jesteśmy zbrojni mocą Pana Zastępów.

— Nie sądzę, aby to wystarczyło — odparł Cuthred powoli.  — Nawet pomijając 

Pana Zastępów, trzy  do dwóch to dobre proporcje. Jednak w otwartym polu zawsze 

walczy się jeden na jednego. My też mamy doskonałych wojowników, ale nie aż tak 

wielu, jak oni. Jeżeli stawimy się

— A więc nie wyjdziemy z fortecy?

— Zostaniemy tutaj. Jeżeli będą chcieli się do nas dostać, niech spróbują wspiąć 

się na mury.

— Oni zniszczą naszą własność — krzyknął Erkenbert. — Wybiją stada, 

uprowadzą młodzież, wytną sady. Spalą zboże. Ale to nie wszystko. Dzierżawa z 

gruntów kościelnych jest wyznaczona na Świętego Michała. Nikt jeszcze nie zapłacił. 

Wieśniacy nadal mają pieniądze schowane w sakiewkach, albo ukryte w ziemi. Jeśli 

zobaczą, że ich ziemie są plądrowane, a szlachta kryje się za murami, czy będą chcieli 

zapłacić?

Teatralnym gestem wzniósł ręce do nieba.

— Nastąpi  katastrofa!   Wszystkie  kościoły  w  całej Northumbrii popadną w ruinę, a 

słudzy Boży umrą z głodu.

— Nie umrą, jeżeli stracą tylko roczną dzierżawę — powiedział Cuthred. — Ile wam 

zostało z zeszłego roku?

— Jest jeszcze jedno wyjście — odezwał się Ella. — Proponowałem  to już 

wcześniej.  Moglibyśmy  zawrzeć pokój. Zaproponować im daninę, można by ją 

nazwać wergildem za zmarłego ojca. To musiałby być wielki skarb, żeby ich skusił. Ale w 

Northumbrii jest dziesięć domów na każdego wikinga w armii. Dziesięć gospodarstw 

powinno spłacić jednego karla. Dziesięć rodzin tanów może spłacić jednego szlachetnie 

urodzonego. Część z nich może się sprzeciwiać, ale jeżeli ogłosimy rzecz publicznie, 

przekonają ich właśni towarzysze. Poprosimy o rok pokoju. A przez ten rok — bo oni na 

pewno pojawią się znowu — wyszkolimy wszystkich zdolnych do walki tak, że będą mogli 

stawić czoło Ivarowi Ragnarssonowi, albo i samemu diabłu. Wtedy, przy proporcjach trzy 

do dwóch, uda nam się ich pokonać, co, Cuthred? A jeśli będzie trzeba, to i jeden na 

jednego damy sobie radę.

Krępy kapitan aż prychnął z rozbawienia.

— Odważne słowa, panie, i dobry plan. Chętnie bym się do niego zastosował. 

Problem w tym... — Cuthred rozwiązał rzemienie sakiewki u pasa i wysypał jej zawartość 

na otwartą dłoń. — Spójrzcie na to. Kilka porządnych srebrnych pensów ze sprzedaży 

konia na południu. Reszta

to podróbki z mennicy naszego arcybiskupa. W większości ołów, jeżeli nie miedź. Nie 

wiem, co się stało z całym srebrem, kiedyś mieliśmy go w bród. Od jakichś dwudziestu lat 

jest go coraz  mniej. My używamy pieniędzy arcybiskupa, ale już południowcy ich nie 

przyjmują; jeżeli chce się prowadzić z nimi handel, trzeba mieć coś na wymianę. 

Możecie być pewni, że armii też nie skuszą. Co chcecie im dać w zamian, ziarno i miód?

— A jednak przypłynęli do nas — odparł Ella. — Musimy mieć coś, na co mają ochotę. 

Kościół posiada zasoby złota i srebra...

— Zamierzasz poświęcić skarby Kościoła, żeby spłacić wikingów? — krzyknął 

Erkenbert. — Zamiast wyjść za mury i walczyć z nimi, co jest twoim chrześcijańskim 

obowiązkiem? To, o czym mówisz, to świętokradztwo, odstępstwo od wiary! Jeżeli 

chłop ukradnie srebrny talerz

z najpośledniejszej kaplicy, obdziera się go żywcem ze skóry i przybijają do drzwi 

kościoła. To, co ty proponujesz, jest tysiąc razy gorsze.

— Narażasz swą nieśmiertelną duszę — zawołał arcybiskup.

— Nie po to zrobiliśmy cię królem — zasyczał jak żmija Erkenbert.

6

background image

Głos Wulfgara zagłuszył ich obu.

— Wszyscy zapominacie, z kim mamy do czynienia. To nie są ludzie, to pomiot 

diabelski. Nie możemy się z nimi targować. Nie wolno pozwolić, by obozowali tu 

całymi miesiącami. Trzeba ich zniszczyć... — Na bladych wargach mężczyzny pojawiła 

się piana. Tan uniósł na

moment kikut ramienia, jak gdyby chciał ją otrzeć, zaraz jednak opuścił go z powrotem. 

— Panie królu, poganie nie są ludźmi. Nie mają duszy.

Sześć miesięcy temu — pomyślał Ella — poprowadziłbym zastępy Northumbryjczyków 

do bitwy. Tego właśnie oczekują. Jeżeli rozkażę cokolwiek innego, nazwą mnie tchórzem. 

Nikt   nie   słucha   tchórza.   Erkenbert   wyraził   się  zupełnie   jasno:   jeżeli   nie   będę   walczył, 

przywrócą władzę temu prostakowi Osbertowi. Pewnie nadal ukrywa się gdzieś na północy.  

Ten pomaszerowałby do boju z wdziękiem idioty.

Jednak Edmund udowodnił, co się dzieje, kiedy walczy  się z wikingami na otwartym 

terenie,   nawet   jeżeli   uda   się  ich   zaskoczyć.   Jeżeli   ruszymy   do   walki   w   starym   stylu, 

przegramy, wiem że przegramy, a ja umrę. Muszę zrobić coś innego. Coś, na co Erkenbert 

się zgodzi. A na jawne zapłacenie daniny nie zgodzi się na pewno.

Ella zdecydował się nagle. Przemówił z całą mocą i powagą swojego urzędu:

— Przygotujemy się do oblężenia i spróbujemy ich zmęczyć. Cuthred, sprawdź 

obronę i zapasy żywności, odeślij wszystkich bezużytecznych ludzi. Panie arcybiskupie, 

powiedziano mi, że w katedralnej bibliotece są uczone księgi starożytnych Rzymian, 

którzy pisali wiele na tematy

wojenne, zwłaszcza o oblężeniach. Powinny one dopomóc w pokonaniu wikingów.

Król odwrócił się i zszedł z murów. Za nim postępował Cuthred i gromadka 

pośledniejszej szlachty. Dwaj krzepcy niewolnicy znieśli Wulfgara po kamiennych 

schodach.

— Tan z East Anglii ma rację — szepnął Erkenbert do arcybiskupa. — Musimy 

pozbyć się tych ludzi zanim zniszczą nasze dzierżawy i zbałamucą niewolników. A także 

szlachtę.  Znam  kilku  takich,  którzy  łatwo  daliby  się przekonać, że mogą się obejść 

bez nas.

— Odszukaj księgę Wegecjusza zatytułowaną „De ReMilitari" — odparł Wulfhere. — 

Nie wiedziałem, że nasz pan jest taki uczony.

— Siedzi tam już  cztery  dni  — zauważył Brand. On, Thorvin, Hund i Ingulf, 

mistrz Hunda, stali zbici w gromadkę kilka jardów od migoczącego paleniska kuźni. 

Wikingowie znaleźli ją, pełną węgla drzewnego, w wiosce Osbaldwich, kilka mil od 

Yorku.  Shef natychmiast ją zajął, żądając ludzi, żelaza i paliwa. Czwórka przyjaciół 

przyglądała mu się teraz przez otwarte szeroko drzwi warsztatu.

— Cztery dni — powtórzył Brand. — Prawie nic nie jadł. Nie spałby też, gdyby 

ludzie nie oświadczyli, że oni, w przeciwieństwie do niego, potrzebują trochę snu i nie 

zmusili go, by w nocy przestawał walić młotem przynajmniej na kilka godzin.

— Nie wygląda na to, żeby poniósł jakąś szkodę — stwierdził Hund.

Rzeczywiście, jego przyjaciel, którego nadal w myślach nazywał chłopcem, zmienił się 

całkowicie   w   trakcie   ostatniego   lata.   Postury   był   niezbyt   masywnej,   sądząc   według 

standardów armii, pełnej olbrzymów. Wydawało się jednak, że nie ma zbędnego ciała. Shef, 

nie bacząc na październikową niepogodę, rozebrał się do pasa. Gdy kręcił się dookoła 

paleniska, pracując nad jakimś drobnym przedmiotem, podnosząc szczypcami rozpalony do 

czerwoności metal,   pokrzykując na swego pomocnika — Anglika  w żelaznej obroży 

— żeby mocniej dął w miechy, mięśnie pod jego skórą rysowały się tak wyraźnie, jak gdyby 

nie pokrywała ich najcieńsza nawet warstwa tłuszczu. Gwałtowne szarpnięcie, syk metalu i 

kolejny element wyłania się z ognia. Przy każdym ruchu poszczególne mięśnie nasuwały się 

gładko na siebie. W czerwonym blasku kuźni Shef przypominał spiżowe posągi z dawnych 

czasów.

Brakowało   mu   jednak   ich   urody.   Nawet   w   przytłumionym   świetle   prawy  oczodół 

wyglądał   jak   gnijąca  czeluść.   Na   grzbiecie   chłopaka   wyraźnie   odcinały   się   ślady 

chłosty,   pamiątka   z   niewolniczych   czasów.   Niewielu  ludzi   w   armii   równie   beztrosko 

ukazywałoby oznakę podobnej hańby.

7

background image

— Może nie ucierpiał na ciele — odparł Thorvin. — Ale co do umysłu,  to  nie 

byłbym tego  taki pewien.

Pamiętasz słowa ballady o Volundzie:

Siedział, nie sypiając, wciąż uderzał młotem, Cierpiał nienawistną pracę dla 

Nidhada...

— Nie wiem, jaką przemyślną rzecz twój przyjaciel wykuł w swoim umyśle. Ani dla 

kogo ją wykonuje. Mam nadzieję, że powiedzie mu się lepiej niż Vólundowi, że łatwiej 

zdobędzie to, czego pożąda jego serce. 

— A co właściwie on tam robił przez te cztery dni? — zapytał Ingulf.

— Na przykład to. — Thorvin podsunął przyjaciołom hełm do zbadania.

Nie   przypominał   on   żadnego   hełmu,   które   dotychczas  widzieli.   Był   zbyt   duży, 

bombiasty jak głowa olbrzymiego owada. Osadzono na nim obręcz, opiłowaną z przodu 

ostro niczym czubek sztyletu. Z przodu biegł ochraniacz na nos, kończąc się pałąkami, które 

łączyły się z osłonami policzków. Szeroka koszulka z solidnego metalu opadała na kark.

Jeszcze bardziej zdumiało ich wnętrze hełmu. Przymocowano doń paskami skórzaną 

wyściółkę. Po założeniu wyściółka ściśle otulała głowę, chroniąc ją przed dotykiem metalu. 

Szeroki pasek z klamrą służył do zapinania pod brodą.

— Nigdy nie widziałem czegoś takiego — odezwał się Brand. — Uderzenie w metal 

nie uszkodzi czaszki, chociaż i tak wolałbym unikać ciosów.

Gdy rozmawiali, huk w kuźni ustał nagle i ujrzeli Shefa, jak pilnie składa w całość 

maleńkie elementy. Wkrótce podszedł do nich, uśmiechnięty i spocony.

Brand podniósł głos. 

— Moim zdaniem, niewczesna pobudko wojowników, hełm niepotrzebny jest temu, 

kto unika ciosów. A cóż to w imię Thora trzymasz w ręce?

Shef uśmiechnął się szeroko i zaprezentował świeżo wykutą broń. Trzymał ją poziomo, 

wspaniale wyważoną, w miejscu, gdzie drewno łączyło się z metalem.

— Co to ma być — zapytał Thorvin. — Dzido-topór? Siekiera na drągu?

— Bastard topora bojowego i lemiesza? — podpowiedział Brand. — Nie rozumiem, 

jaki z tego użytek.

Shef  ujął   wciąż   zabandażowaną   dłoń   Branda   i   delikatnie  podwinął   rękaw.   Przytknął 

własną rękę do ramienia przyjaciela.

— Jakim jestem szermierzem? — zapytał.

— Kiepskim. Brak treningu. Trochę talentu.

— Gdybym zaczął trenować, czy mógłbym kiedykolwiek dorównać komuś takiemu 

jak ty? Nigdy. Spójrz na swoje ramię. Jest dwa razy grubsze od mojego? A może tylko 

o połowę grubsze? A przecież nie jestem słaby. Po prostu mam inną budowę. Ty 

nadajesz się idealnie do machania mieczem, czy nawet toporem. Potrafisz zawinąć 

bronią niczym mały chłopiec patykiem do łamania ostów. Ja tego nie potrafię. A 

pewnego dnia będę musiał stawić czoło  takiemu  mistrzowi,  jak  ty.   Może 

Muirtachowi. A może jeszcze gorzej.

Cała piątka w milczeniu skinęła głowami.

— Muszę więc wyrównać szansę. Tym zaś, zobaczcie... — Shef począł z wolna 

obracać bronią. — Mogę pchnąć. Mogę ciąć od lewej i od prawej, nie musząc 

przekręcać rąk na rękojeści. Mogę zmienić uchwyt i uderzyć rękojeścią. Mogę zablokować 

uderzenie z dowolnego kierunku. Mogę używać obu rąk. Nie potrzebuję tarczy. A co 

najważniejsze, taki oręż, nawet w moich rękach, może zadać cios dorównujący 

ciosowi Branda, który niewielu potrafi sparować.

— Ale masz odsłonięte ręce — powiedział Brand. Shef skinął w stronę kuźni. 

Angielski pomocnik wybiegł z niej pośpiesznie. Niósł dwa metalowe przedmioty. Shef 

wziął je i przekazał przyjaciołom.

Były to rękawice: wyściełane skórą, z długimi metalowymi ochraniaczami sięgającymi 

do pół łokcia. Najbardziej jednak zadziwiającą rzeczą był sposób, w jaki poruszał się metal. 

Na każdym  palcu znajdowało się  pięć  kawałków  blachy,  z których  każdy łączył  się  z 

sąsiednimi małymi  nitami. Większe kawałki chroniły kłykcie i wierzch dłoni; one też się 

poruszały. Shef założył rękawice i zademonstrował ich działanie, otwierając i zamykając 

ręce wokół drzewca broni.

8

background image

— Wyglądają jak łuski smoka Fafnira — odezwał się Thorvin.

— Fafnir został zabity ciosem w brzuch, od spodu. Mam nadzieję, że mnie trudniej 

będzie ukatrupić. — Shef odwrócił się. — Muszę załatwić jeszcze jedną sprawę. Nie 

zdołałbym zrobić wszystkiego na czas bez pomocy Halfiego. Świetnie szyje skórę, chociaż 

za wolno pracuje przy miechach.

Gestem kazał Anglikowi uklęknąć, po czym zaczął przepiłowywać żelazną obrożę na 

jego szyi.

— Powiecie pewnie, że nie ma sensu go uwalniać, skoro i tak ktoś zaraz go 

schwyta. Ale nocą wyprowadzę go poza ogniska wartowników armii, a jego pan jest 

uwięziony w Yorku. Jeżeli będzie miał trochę szczęścia i oleju w głowie, ucieknie stąd, 

tak daleko, by nikt już go nigdy nie złapał.

Anglik podniósł wzrok, gdy Shef jął delikatnie ściągać żelazo z jego karku.

— Jesteście poganami — powiedział niewolnik, nie rozumiejąc. — Księża mówią, że 

nie znacie litości. Ucięliście tanowi ręce i nogi, sam go widziałem! Jak to możliwe, że 

uwalniacie człowieka, którego sprzedali w niewolę kapłani Chrystusa?

Shef postawił go na nogi. Odpowiedział po angielsku,  nie  po  norwesku,  którym   to 

językiem posługiwał się do tej pory.

— Ludzie, którzy okaleczyli tana, nie powinni byli tego robić. Nie mówię jednak o 

chrześcijanach i poganach, lecz o tym, że źli ludzie są wszędzie. Mogę dać ci tylko jedną 

radę. Jeżeli nie wiesz, komu ufać, spróbuj zwrócić się do tych, którzy noszą taki znak. — 

Machnął ręką w stronę przyjaciół, którzy w milczeniu ukazali srebrne amulety: Brand i 

Thorvin młot, zaś dwaj medycy, Hund i Ingulf, jabłka Ithun.

— Są różne symbole. Łódź dla Njörda, młot dla Thora, fallus dla Freyra. Nie twierdzę, 

że ci pomogą. Ale będą cię traktować jak człowieka, a nie jak bydlę.

— Ty nie nosisz żadnego znaku — zauważył Halfi.

— Nie wiem, jaki powinienem.

Dookoła   zwykły   zgiełk   obozu   przeradzał   się   właśnie   we  wrzawę,   towarzyszącą 

rozchodzącym się wieściom; rozmawiano podniesionymi głosami, wojownicy krzyczeli do 

siebie. Ludzie w kuźni unieśli głowy, gdy pojawił się jeden z podkomendnych Branda. Jego 

usta w gęstwinie splątanej brody rozciągnięte były w szerokim uśmiechu.

— Ruszamy! — wykrzyknął. — Jarlowie i Ragnarssonowie przestali wreszcie kręcić 

się w kółko, rozmyślać i drapać po tyłkach. Jutro bierzemy się za mury! Strzeżcie się, 

kobiety i dziewczyny Yorku!

Shef rzucił mu ponure spojrzenie. Nie rozbawiły go te słowa.

—   Moja   dziewczyna   nazywała   się   Godiva   —   powiedział.   —   To   znaczy   „Dar   od 

Boga".   —  Założył  rękawice  i zamachnął się halabardą. — Nazwę ją „Pomsta thralla", 

Zemsta Niewolnika. Pewnego dnia zemszczę się za Godivę. I za inne dziewczęta.

Rozdział drugi

W szarym świetle poranka wikingowie jęli przemykać wąskimi uliczkami wśród ruder 

zewnętrznej części Yorku. Wszystkie trzy główne mosty na rzece Ouse znajdowały się za 
murami starej kolonii na południowym brzegu, ale to nie sprawiło trudności 
doświadczonym szkutnikom zapełniającym szeregi armii, której główną bronią były 
przecież topory. Wojownicy rozebrali kilka domów oraz oddalony kościół i z co większych 
desek zbudowali w pobliżu własnego obozowiska szeroki most przez Ouse. Przedostali się 
na drugą stronę i poczęli wspinać się, niczym przypływ, ku żółtym ścianom w sercu 
miasta. Nie było żadnego pośpiechu, wykrzykiwania rozkazów; osiem tysięcy ludzi, nie 
licząc kilku oddziałów pozostawionych dla obrony obozu, zbliżało się w stronę oczy-
wistego celu.

Podczas marszu od gromady odrywały się niewielkie grupki ludzi, by kopniakami 

otwierać drzwi lub rąbać okiennice. Shef sztywno, niezgrabnie odwrócił głowę, nie-

przywykłą jeszcze do ciężkiego hełmu i spojrzał pytająco w stronę Branda, który 

9

background image

spokojnie szedł u jego boku, co chwila rozprostowując dłoń, świeżo odwiniętą z 

bandaży.

— Głupcy są wszędzie — stwierdził Brand. — Uciekinierzy mówili, że król wiele dni 

temu kazał opuścić miasto; część ludzi schroniła się w fortecy, inni powędrowali gdzieś na 

wzgórza. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto uważa, że wie lepiej, i że nic się nie stanie.

Nagle z przodu, jak gdyby na potwierdzenie tych słów, wybuchło jakieś zamieszanie. 

Rozległy się okrzyki mężczyzn, wrzask kobiety, odgłos uderzenia. Zza strzaskanych drzwi 

wyłoniło się czterech wojowników, uśmiechniętych od ucha do ucha. W ich uścisku wiła 

się i szamotała obdarta, niechlujna młoda kobieta. Wikingowie podchodzący pod górę 

zatrzymywali się, by pożartować.

— Nie przemęczaj się zbytnio, Tosti! Zabraknie ci siły na później.

Jeden   z   mężczyzn   zarzucił   dziewczynie   sukienkę   na  głowę   niczym   worek, 

unieruchamiając ramiona i tłumiąc wrzaski. Dwóch innych chwyciło jej gołe nogi i rozwarło 

je  brutalnie.  Nastrój w przechodzącym  obok tłumie  zmienił  się nagle. Ludzie zaczynali 

zatrzymywać się, żeby popatrzeć.

— Zostawisz coś dla innych, Skakul?

Shef mocno zacisnął urękawiczone dłonie na rękojeści  Zemsty Niewolnika i również 

skierował   się   w   stronę  kotłującej   się   i   postękującej   grupy.   Olbrzymia   dłoń   Branda 

zamknęła się delikatnie wokół jego ramienia.

— Zostaw  to,  chłopcze.  Jeżeli wywiąże  się walka, dziewczyna na pewno zginie. W 

takich przypadkach najpierw zawsze ginie najsłabszy.  Zostaw ich w spokoju, a może 

pod koniec puszczą ją wolno. Idą do bitwy, więc muszą się pośpieszyć.

Shef   niechętnie   odwrócił   wzrok   i   poszedł   dalej,   starając  się   nie   słyszeć   dźwięków 

dobiegających z tyłu — a także, w miarę dalszego marszu, również z innych stron. Miasto,  

jak stwierdził,  przypominało pole jesiennego zboża. Z pozoru   puste,   ale   gdy   kosiarze 

posuwają   się   coraz   dalej,  coraz   bardziej   zawężając   pas   nie   zżętej   pszenicy,   nagle 

ujawniają się jego mieszkańcy, niespokojni, przerażeni,  uciekający w popłochu na oślep, 

byle dalej od ludzkich  głosów i ostrzy kos. Powinni odejść, kiedy im kazano, pomyślał. 

Król powinien się upewnić, czy wszyscy zastosowali się do jego rozkazu. Dlaczego ludzie 

nie mogą zachowywać się rozsądnie?

Budynki skończyły się. Przed wikingami ciągnęła się otwarta przestrzeń, szeroka gdzieś 

na   osiemdziesiąt   jardów,  pełna   błota   i   gruzów,   dochodząc   ostatecznie   do   żółtych 

kamiennych murów, wzniesionych przez Rzymian. Brand i jego towarzysze wyłonili się z 

uliczki, spoglądając na blanki, gdzie poruszały się jakieś postacie, nawołując  szyderczo. 

W powietrzu rozległ się świst i strzała wbiła się w pokrytą gliną, splecioną z gałęzi ścianę 

pobliskiego  domu. Kolejny świst i jeden z wikingów zaklął gniewnie, patrząc na drzewce 

wystające z uda. Brand wyciągnął rękę i wyrwał strzałę, zerknął na nią po czym odrzucił 

w tył, przez ramię.

— Jesteś ranny, Arnthorze?

— Lekko draśnięty. Gdyby szła kilka cali wyżej, po prostu odbiłaby się od kurtki.

— Nie   mają   dostatecznego   pędu   —   stwierdził Brand. — Lepiej jednak nie 

patrzcie w tamtą stronę. Możecie dostać w oko.

Shef ruszył naprzód, usiłując na równi z innymi ignorować świsty i odgłosy uderzeń.

— Robiłeś już kiedyś coś takiego? — zapytał. Brand zatrzymał się, zwołał swoją 

drużynę, po czym odwrócił się w stronę ściany i przysiadł na piętach.

— Raczej nie. Nie na tę skalę. Ale dzisiaj musimy po prostu wykonać to,  co  nam 

kazano.  Ragnarssonowie mówią, że mają plan i zdobędą miasto, jeżeli wszyscy będą w 

pogotowiu, żeby w razie czego się przyłączyć. Musimy więc patrzeć i czekać. Do licha, 

jeżeli ktokolwiek wie,

w jaki sposób zabrać się do rzeczy, to właśnie Ragnarssonowie. Czy wiesz, że ich ojciec, 

Ragnar, usiłował kiedyś zdobyć miasto Franków? Nazywało się Paryż. Och, to musiało 

być ze dwadzieścia lat temu. Ragnarssonowie od tej pory wiele myśleli o murach i 

miastach. Oczywiście, trudno porównać osady w Kilkenny czy Meath z tym tutaj. Z chęcią 

popatrzę, jak się zabiorą do dzieła.

Shef   wsparł   się   na   halabardzie   i   rozejrzał   dookoła.   Z   przodu   wznosił   się   mur 

zwieńczony blankami. Po jego szczycie przechadzali się ludzie, nie marnując już pocisków. 

Przyglądali   się   masie   wikingów,   zgromadzonych   na   skraju  otwartej   przestrzeni, 

najwyraźniej gotowi strzelać natychmiast, gdy rozpocznie się jakiś ruch. Shef, zaskoczony, 

10

background image

pomyślał,   jak   niewielką   przewagę   może   dać   łucznikom  nawet   wysoki   kamienny   mur. 

Ludzie na blankach, trzydzieści jardów nad ziemią, byli bezpieczni, nietykalni. Mimo to ich 

łucznicy niewiele mogli zdziałać. W odległości pięćdziesięciu jardów było niebezpiecznie, 

przy dziesięciu człowiek miał nikłe szansę przeżycia.. W odległości osiemdziesięciu jardów 

można było stać na otwartej przestrzeni i bez pośpiechu robić przygotowania.

Chłopak dokładniej przyjrzał się murom. Po lewej, jakieś dwieście jardów dalej, kończyły 

się   one   okrągłą,   wysuniętą   w   przód   wieżą,   skąd   obrońcy   mogli   strzelać   wzdłuż   linii  

blanków, przynajmniej na taką odległość, na jaką mogły nieść łuki. Za wieżą teren opadał w 

stronę brązowej, mulistej Ouse. Na drugim brzegu znajdowała się drewniana palisada chroniąca 

nadrzeczną  część kolonii  — Marystown,  jak nazywali  ją  miejscowi. Tam również tkwiła 

grupka mężczyzn, przyglądając się niespokojnie przygotowaniom pogan, znajdujących się tak 

blisko, a jednak będących poza ich zasięgiem.

Wikingowie czekali, ustawiwszy się w szyku, rozciągniętym   na   pięćset   jardów,   po 

sześciu-ośmiu   ludzi   w   każdym   rzędzie.   Większość   wojowników   schroniła   się   w 

wylotach   uliczek   i   alejek,   para   z   ich   oddechów  unosiła   się   w   powietrzu.   W   masie 

matowego   metalu,  zgrzebnej   wełny   i   kiepsko   wyprawionej   skóry   z   rzadka   jedynie 

połyskiwały jaskrawe farby na tarczach. Wojownicy stali spokojni, opanowani, niczym 

parobcy czekający na gospodarza.

Z   centrum   oczekujących   szeregów,   jakieś   pięćdziesiąt  czy   sześćdziesiąt   jardów   na 

prawo od Shefa rozległ się dźwięk rogów. Chłopak nagle zdał sobie sprawę, że powinien 

raczej przyjrzeć się bramie tkwiącej pośrodku murów. Wybiegała z niej szeroka ulica, teraz 

już niezbyt imponująca  pośród zwałów mułu  i stert gałęzi,  które pozostały na  miejscu 

domów, ale najwyraźniej pełniąca niegdyś funkcję głównej drogi na wschód. Sama brama 

była   nowa;   nie  stanowiła   dzieła   Rzymian,   jednak   wyglądała   wystarczająco   potężnie   i 

masywnie.  Tworzące  ją  bale   pochodziły  z  pni  najstarszych  dębów, wznosiła  się równie 

wysoko jak wieże  po obu jej stronach. Zawiasy wykonano z najtwardszego  żelaza, jakie 

mogli wykuć angielscy kowale.

Była   jednak   słabsza   niż   kamienie.   Naprzeciwko   niej  ruszało   teraz   czterech 

Ragnarssonów. Shef odszukał  wzrokiem   najwyższego   z   nich,   który   wyglądał   niemal 

wątle  u   boku   swych   potężnych   braci.   Ivar   Sopel   Lodu.   Przyodział  się   na   tę   okazję   w 

migotliwy,   szkarłatny   płaszcz.   Zielone  jak   trawa   spodnie   wystawały   spod   długiej 

kolczugi; hełm  i tarczę miał pomalowane na srebrno. Ragnarsson zatrzymał  się i machnął 

ręką,   każąc   zagrać   sygnał.   Znowu   zabrzmiały   rogi;   Anglicy   na   blankach   odpowiedzieli  

deszczem strzał,  świszczących w powietrzu, wbijających się w tarcze, odbijających się od 

kolczug.

Tym   razem   Wężowe   Oko   dał   znak   i   setki   ludzi   truchtem  ruszyły   naprzód.   Byli   to 

specjalnie dobrani poplecznicy Ragnarssonów. Pierwszy szereg niósł tarcze, nie te okrągłe, 

używane do walki wręcz, ale wielkie prostokąty,  mogące  zakryć  ciało od kostek aż po 

szyję. Przebiegli pod gradem strzał i zatrzymali się, tworząc wielką literę V wycelowaną  w 

bramę. W drugim i trzecim stali łucznicy. Ci też ruszyli naprzód, przykucnęli za tarczami 

i jęli strzelać w górę. Teraz po  obu stronach zaczęły padać trupy,   z przestrzelonym 

gardłem lub mózgiem. Shef widział, jak wojownicy siadają, mocując się ze strzałami mocno 

wbitymi w zbroje i skórę. Gromadki rannych wycofywały się na tyły.

Jednak zadaniem pierwszych atakujących było tylko oczyszczenie blanków.

Z gardzieli jednej z uliczek powoli wytoczyła się duma Ragnarssonów. Shefowi, który 

przyglądał się, jak wyłania się spomiędzy szeregów ludzi, przypominała monstrualnego 

odyńca. Nogi mężczyzn, popychających konstrukcję, były niewidoczne. Długą na 

dwadzieścia stóp machinę z boków i od góry chroniły ciężkie, zachodzące na siebie 

tarcze.

Wewnątrz znajdował się wykonany z pnia dębu taran, który zwieszał się z drewnianego 

szkieletu na żelaznych łańcuchach. Pięćdziesięciu najsilniejszych mężczyzn pchało platformę 

umieszczoną na ośmiu kołach, dwukrotnie większych niż koła zwykłych wozów. Z przodu 

wystawał żelazny czub tarana. Gdy machina dostojnie sunęła pośród szeregów, wojownicy 

zaczynali wiwatować i razem z nią ruszać przed siebie, nie zważając na angielskie strzały. 

Ragnarssonowie kroczyli obok taranu, gestami każąc swoim ludziom trzymać się z tyłu i 

sformować coś w rodzaju kolumny. Shef posępnie spoglądał na furkoczący, kraciasty pled 

koloru szafranu. To był Muirtach. Nie wyciągnął jeszcze miecza z pochwy, podobnie jak 

inni wymachiwał rękami, klnąc.

11

background image

— Tak właśnie wygląda plan — odezwał się Brand; nie zadał sobie nawet trudu, by 

wstać. — Taran rozwali bramę i wejdziemy do środka.

— Uda się?

— Gdyby można to było przewidzieć, nie musielibyśmy walczyć.

Taran znajdował się już o dwadzieścia metrów od   bramy; zrównał się z najbardziej 

wysuniętymi do przodu łucznikami. Machina ruszyła teraz szybciej; pchający ją mężczyźni 

musieli ujrzeć cel przez szczelinę znajdującą się z przodu. Na blankach nagle pojawili się 

ludzie. Łucznicy  wikingów powitali ich gradem strzał. Obrońcy także naciągnęli tuki i z 

murów   posypały   się   w   stronę   taranu   płonące   pociski,   z   łoskotem   uderzając   w   twarde  

drewno.

— Nie zapalą — stwierdził Brand. — Gdzie indziej, może, ale w Anglii? Po żniwach? 

Musiałbyś suszyć to drewno przez cały dzień, zanim wreszcie zajęłoby się ogniem.

Płomienie   zasyczały   i   przygasły.   Taran   był   już   przy  samej   bramie,   wciąż 

przyśpieszając, nim w końcu zatrzymał  się z hukiem. Nastąpiła chwila przerwy; wojownicy 

zostawili powrozy, na których ciągnęli machinę i podeszli do uchwytów przy taranie. Cała 

konstrukcja drgnęła, gdy ciężki  bal został odciągnięty w tył  na żelaznych łańcuchach. 

Potem pchnięcie w przód, napędzane siłą setki ramion   i masą samego tarana. Brama 

zatrzęsła się.

Shef   zdał   sobie   nagle   sprawę,   że   wszystkich   poczyna  ogarniać   bitewna   gorączka. 

Nawet  Brand  stał  już  na  nogach; wojownicy pchali się do przodu. Zorientował się,  że 

znajduje   się   dziesięć   jardów   bliżej   muru   niż   poprzednio.  Obrońcy   nie   odpowiadali,   nie 

naprzykrzali się już próbami podpalenia.

Uwaga obu walczących stron skupiła się na bramie.  Potężna konstrukcja zadygotała, 

gdy   wikingowie   ponownie  rozbujali   kłodę.   Kolejne   uderzenie,   towarzyszący   mu   huk 

głośniejszy niż echo tysiąca głosów, drżenie masywnych  wrót. Co robili Anglicy? Jeżeli 

nie   udaremnią   poczynań  ludzi  przy  taranie,   brama  ich  fortecy  wkrótce   rozsypie   się  w 

drzazgi i armia przedrze się do środka.

Na   wieżach   poczęły   ukazywać   się   głowy.   Obrońcy   nie   kryli   się,   mimo   deszczu 

pocisków, którymi zasypywali ich wikingowie. Każdy mężczyzna — a wszyscy oni musieli 

mieć niepospolitą siłę — taszczył spory kamień, który teraz dźwignął ponad głowę i cisnął 

w dół, prosto na tarcze  chroniące  taran. Takiego  celu nie  sposób było  chybić.  Tarcze 

łamały   się   z   trzaskiem.   Jednak   mocujące   je   gwoździe  trzymały   mocno,   a   zresztą   dach 

pokrywający całą machinę  zbudowano pod pewnym kątem. Kamienie spadały, staczały się 

po pochyłości.

Działo   się   jednak   coś   jeszcze.   Shef   stał   teraz   blisko,   tuż  za   linią   łuczników 

Ragnarssonów.  Wojownicy   za   nim   przeciskali   się   do  przodu  z   naręczami   odzyskanych 

strzał.  Cóż   to   było?   Liny.   Ludzie   na   wieżach   przy   bramie   mieli  liny,  mnóstwo lin — 

ciągnęli   je   ile  sił,   będąc   wciąż   poza  zasięgiem   strzał.   W   polu   widzenia   pojawił   się   na 

moment jeden z Ragnarssonów — prawdopodobnie Ubbi — krzycząc coś do napierających 

w przód wojowników. Kazał im rzucać oszczepy na blanki, celować w ludzi ciągnących  

powrozy. Kilku wikingów złożyło się do rzutu, lecz niezbyt wielu. Takie ciskanie na ślepo 

oznaczało bezsensowne pozbawianie się kosztownej broni, jaką był oszczep. Liny  naprężyły 

się.

Ponad   górną   krawędzią   bramy   pojawił   się   dziwny  przedmiot,   olbrzymi   walec 

balansował tuż na skraju murów.  Była to kolumna; kamienna kolumna jeszcze z czasów 

rzymskich, opiłowana na obu końcach. Żadna konstrukcja nie mogłaby przetrzymać  jej 

upadku z trzydziestu stóp.

Shef przekazał Zemstę Niewolnika Brandowi i biegiem ruszył przed siebie, wrzeszcząc 

coś nieartykułowanie. Wojownicy we wnętrzu odyńca nie widzieli nic z tego, co się działo 

ponad ich głowami,  ale inni  już spostrzegli,  co się święci. Problem w tym,  że nikt nie  

wiedział, co robić. Gdy Shef dopadł do tylnego końca machiny, stało tam już kilku ludzi,  

przynaglając załogę, by rzucała uchwyty i ponownie  chwytała za liny, aby wyprowadzić 

cały   mechanizm   w   bezpieczne   miejsce.   Inni   wołali   do   Muirtacha   i   jego   oddziałów 

szturmowych,  aby przyłożyli  się od zewnątrz i pomogli  pchać  taran. Gdy to się stało, 

angielscy łucznicy znów pojawili się na blankach i powietrze napełniło się świstem strzał, 

tym razem nadchodzących z morderczej odległości.

Shef odepchnął jakiegoś człowieka, potem następnego, i tylnym wejściem wśliznął się 

do wnętrza machiny. Natychmiast ogarnęła go smrodliwa fala potu i oddechów. 

12

background image

Pięćdziesięciu herosów stękało z wysiłku, niektórzy ciągnęli już liny, inni odsuwali się 

pośpiesznie od masywnego tarana.

— Nie — krzyknął Shef na całe gardło. — Wracajcie do uchwytów.

Wojownicy obrócili w jego stronę nierozumiejące twarze, coraz to nowi ludzie poczynali 

chwytać za liny.

— Nie trzeba wycofywać całej machiny, po prostu odciągnijcie taran do tyłu...

Ktoś złapał go za ramię, obrócił gwałtownie, wcisnął  linę do ręki. Inni mijali ich w 

pośpiechu.

— Ciągnij,  ty  przeklęty  próżniaku,  albo  ci  wytnę wątrobę — wrzasnął chłopakowi 

Muirtach prosto w ucho.

Shef poczuł, jak cała konstrukcja drży;  koło za nim  zaczęło się obracać. Z całej siły 

pociągnął za linę — wystarczy, jeśli odsuną całość o dwie, może o trzy stopy, przecież i tak 

nie zdołają wycofać olbrzymiej machiny dalej...

Nagle ziemia się trzęsie, gwałtowny cios w plecy,  głowa  uderza   o   deski,   rozlega   się 

potworny   wrzask,   wysoki   jak  głos   kobiety,   rozbrzmiewa   wciąż   na   tę   samą   nutę,   bez 

końca...

Shef   dźwignął   się   na   nogi,   rozejrzał   wokół.   Wikingowie  okazali   się   zbyt   wolni. 

Kamienna   kolumna,   setką   ramion  przerzucona   ostatecznie   przez   krawędź   muru,   spadła 

prosto   na   żelazny   czub   tarana,   wbijając   go   w   ziemię,   zrywając  łańcuchy   i   wyrywając 

sworznie. Strzaskała także przednią  część drewnianej konstrukcji i upadła przygniatając w 

biodrach jednego z członków załogi. To właśnie on — potężny, szpakowaty mężczyzna po 

czterdziestce — tak krzyczał. Jego towarzysze wycofali się — przestraszeni i zawstydzeni 

— ignorując trzy czy cztery leżące bez ruchu ciała, które uderzył rozpędzony łańcuch bądź 

spadające   deski.   W   każdym   razie   wszyscy,   poza   tym   jednym   człowiekiem,   trwali  w 

milczeniu. Shef zdawał sobie sprawę, że gwar głosów wybuchnie już za chwilę, lecz teraz 

jeszcze mógł nagiąć tych ludzi do swojej woli. Wiedział, co trzeba zrobić.

— Muirtach. Ucisz go.

Ciemna, okrutna twarz spojrzała nań, najwyraźniej nie rozpoznając, po czym mężczyzna 

postąpił krok do przodu, wyciągając sztylet z cholewy.

— A wy, reszta, odciągnijcie taran do tyłu. Nie za daleko.  Sześć stóp.  Dosyć. 

Teraz...  — Shef stał przy deskach z przodu, badając uszkodzenia. — Dziesięciu na 

zewnątrz;  weźcie połamane deski,  drzewca  oszczepów, cokolwiek, i odtoczcie kolumnę 

tuż pod bramę. Jest szeroka

tylko na kilka stóp, jeśli wesprzemy o nią przednie koła,

będziemy jeszcze mogli zrobić użytek z tarana.

— Teraz trzeba połączyć łańcuchy. Potrzebny mi jest młot, dwa młoty. Zacznijcie 

ciągnąć taran do tyłu, powoli, żeby nie zsunął się z pętli...

Czas mijał szybko. Shef kątem oka dostrzegał wpatrujące się w niego twarze, gdzieś 

przy   tylnym   wejściu  mignął   mu   srebrny   hełm,   Muirtach   wycierał   klingę   sztyletu.   Nie 

zwracał na to uwagi. W jego głowie łańcuchy i słupy, gwoździe i połamane deski jawiły się  

jako świetliste linie,  zmieniając położenie w miarę jak podejmował kolejne  decyzje. Nie 

miał żadnych wątpliwości, co robić.

Na zewnątrz rozległa się pełna podniecenia wrzawa; armia przypuściła niespodziewany 

atak na nie broniony fragment murów, przystawiając do nich sklecone naprędce   drabiny. 

Obrońcy jednak szybko zorientowali się w sytuacji i napastnicy musieli się wycofać.

Wewnątrz odyńca słychać było postękiwania z wysiłku, pomruki.

— To kowal, jednooki kowal. Róbcie, co mówi.

Gotowe.  Przechodząc  do  tyłu,   Shef machnął  ręką w stronę wojowników, aby 

ponownie chwytali za liny, ujrzał, jak machina toczy się w przód, jak koła opierają się o 

kolumnę, a wierzchołek tarana — żelazny czub odrąbano i porzucono — znów uderza o 

bramę, dąb o dąb. Wojownicy podeszli do uchwytów, odciągnęli je do tyłu, po czym 

pchnęli w przód. I jeszcze raz w przód. Śpiewali teraz pieśń wioślarzy. Ich ciała poddawały 

się rytmowi, tak że mogli

uderzać   bez   namysłu   i   bez   komendy.   Shef   przedostał   się   przez   otwór   i   wyszedł   na  

zewnątrz.

Dookoła,   tam   gdzie   rano   była   tylko   pusta,   błotnista  równina,   rozciągało   się 

pobojowisko. Na ziemi  leżały  ciała,  wlekli się ranni — sami  lub z pomocą  towarzyszy, 

13

background image

wszędzie poniewierały się strzały, które skrzętnie zbierali zapobiegliwi łucznicy. Niespokojne 

twarze obróciły się w stronę Shefa. Potem obejrzały się na bramę.

Wrota zaczynały już trzaskać. Z każdym  uderzeniem  przechodziło przez nie drżenie; 

jeden ze słupów przechylił się lekko. Ludzie wewnątrz machiny przesuwali właśnie taran, 

szykując się do tym lepszego ciosu. Za pięćdziesiąt,  może sto oddechów, brama  stanie 

otworem.   Wypadną  z   niej   Northumbryjczycy,   wymachując   mieczami   o   złotych 

rękojeściach, by stawić czoło mistrzom z Danii, Vik oraz  irlandzkim odstępcom. To był 

punkt zwrotny całej bitwy.

Shef zorientował się nagle, że spogląda prosto w twarz  Ivara Ragnarssona, który stał 

ledwie   kilka   stóp   dalej,  wpatrując   się   weń   nienawistnym,   podejrzliwym   spojrzeniem 

bladych oczu. Po chwili jednak Ivar skierował uwagę na  coś zupełnie innego. On także 

wiedział,   że   zbliża   się  rozstrzygająca   chwila   walki.   Odwracając   się,   wiking   zamachał 

ramionami  w umówionym  geście. Spośród domów  nad brzegiem Ouse wybiegła zgraja 

ludzi. Nieśli długie drabiny, nie prowizoryczne, jak podczas ostatniego ataku, ale starannie 

wykonane   i   ukrywane   dotychczas.   Nowi   wojownicy   dobrze   wiedzieli,   co   robią.   Skoro 

doborowi  szermierze atakowali  bramę, Ivar posyłał swoje oddziały  w   stronę   narożnej 

wieży,   skąd   odeszli   co   odważniejsi  i   bardziej   doświadczeni   spośród   Anglików,   by 

przyłączyć się do walki przy bramie.

Anglicy  są  skończeni,   pomyślał   Shef.  Ich  obrona  załamała   się   w   dwóch   miejscach. 

Teraz armia zdoła się przedostać.

Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego pomogłem Ivarowi, tym, którzy wypalili mi oko?

Zza skrzypiących  wrót dobiegł go dziwny,  głuchy brzęk,  jak   gdyby   pękającej   struny 

harfy, lecz nieporównanie  głośniejszy, nie dający się zagłuszyć przez bitewny zgiełk.  W 

powietrze wzniósł się jakiś przedmiot, ogromny przedmiot, głaz, jakiego nie uniosłoby nawet 

dziesięciu ludzi. To niemożliwe, pomyślał Shef. Niemożliwe.

Głaz jednak nadal się wznosił, w górę, wysoko, tak że  Shef musiał dobrze zadzierać 

głowę, żeby mu się przyjrzeć. Wydało mu się, że kamień na ułamek sekundy zamarł  w 

powietrzu.

A potem runął w dół.

Wylądował   dokładnie   pośrodku  tarana,   miażdżąc   tarcze  i   drewnianą   konstrukcję   jak 

dziecinny domek z kory. Wierzchołek tarana wystrzelił w górę, i opadł na bok, niczym 

zdychająca ryba. Wewnątrz odyńca rozległy się gardłowe okrzyki bólu.

Atakujące oddziały zdążyły już oprzeć drabiny o mur; wojownicy wspinali się w górę; 

jedna drabina została  odepchnięta, inne trzymały  się mocno. Dwieście jardów  dalej, za 

nurtem Ouse, na szczycie drewnianej palisady Marystown trwało jakieś zamieszanie: ludzie  

pochylali się nad maszyną.

Tym razem nie głaz, lecz jakiś podłużny przedmiot przeciął powietrze wznosząc się nad 

rzeką,   po   czym   zaczął   opadać,   kierując   się   w   stronę   drabin.   Wojownik   na   szczycie 

najbliższej z nich chwycił już za blanki i właśnie usiłował  przedostać się do środka. Jego 

ciało znalazło się na linii lotu pocisku.

Mężczyzna  szarpnął  się nagle  w przód,  jak gdyby  uderzony w plecy przez giganta, 

szarpnął się tak mocno, że drabina pod nim załamała się od impetu. Wojownik zwinął się w 

powietrzu,   rozłożył   szeroko   ramiona;   Shef   ujrzał  gigantyczny   pocisk   sterczący   mu   z 

kręgosłupa. Wiking spadając nienaturalnie wygiął się do tyłu, złożył wpół, po czym opadł 

powoli na stertę swoich towarzyszy, usiłujących właśnie dźwignąć się na nogi.

Strzała.   A   jednak   nie   strzała.   Żadna   ludzka   istota   nie  mogłaby   jej   wystrzelić,   ani 

rzucić głazu. A przecież te  rzeczy zdarzyły się naprawdę. Shef powoli ruszył naprzód  i 

obejrzał   wielki   kamień   leżący   pośród   szczątków   taranu,  ignorując   rozpaczliwą 

szamotaninę rannych i wołanie o pomoc.

Tego zniszczenia dokonały maszyny. I to jakie maszyny!  Gdzieś wewnątrz fortu, może 

pośród   czarnych   mnichów,  jest   mistrz   maszyn,   o   jakim   nawet   nie   śnił.   Musi   go 

odnaleźć. W każdym razie wiedział już, dlaczego pomaga  armii: nie mógł znieść widoku 

niewłaściwie wykorzystywanej maszyny. Teraz jednak maszyny były po obu stronach.

Brand chwycił go, wcisnął mu do ręki Zemstę Niewolnika i pogonił go, sycząc gniewnie.

— ...stój tam jak czubek, za moment przejdą do ataku!

Shef spostrzegł, że są jednymi z ostatnich, którzy zostali

14

background image

jeszcze na opustoszałej równinie, miejscu rzezi.  Reszta wycofywała się już w dół 

zbocza, na które wspinali się rano. Atak Ragnarssonów na York zakończył się niepowo-

dzeniem.

      Bardzo ostrożnie, lekko wysuwając język, Shef przyłożył do postronka błyszczące ostrze 

kuchennego noża. Sznurek pękł. Ciężarek na jednym końcu drewnianego ramienia opadł, 

drugi podskoczył w górę. Kamienny okruch szerokim łukiem poszybował nad paleniskiem 

kuźni.

Shef usiadł z westchnieniem.

— Tak to właśnie działa — wyjaśnił Thorvinowi. — Krótkie ramię, duży ciężar; 

długie ramię, mniejszy ciężar. Nareszcie.

— Cieszę się, że w końcu jesteś usatysfakcjonowany — odparł Thorvin. — Przez dwa 

dni zabawiałeś się drewienkami i kawałkiem sznurka, a ja musiałem odwalać całą 

robotę. Może teraz mi trochę pomożesz.

— Oczywiście, ale to też jest ważna praca. To nowa wiedza, której muszą szukać 

ludzie Drogi.

— Zgoda, ale nie można zaniedbywać codziennych obowiązków.

Thorvin odnosił się do eksperymentów z równym jak Shef entuzjazmem, lecz po kilku 

próbach udzielenia mu  pomocy zdał sobie sprawę, że tylko tłamsi rozpaloną  wyobraźnię 

swojego byłego czeladnika, i wrócił do ogromu obowiązków, które każda armia, przez sam 

fakt swego istnienia, nakłada na swoich płatnerzy.

— Czy jednak jest to nowa wiedza? — zapytał  Hund. — Ingulf umie robić 

rzeczy, których żaden Anglik nigdy nie potrafił. A on uczy się metodą prób i błędów, oraz 

poprzez krajanie na części ciał umarłych. Ty też uczysz się na błędach, ale starasz się 

osiągnąć tylko to, co czarni mnisi umieją już od dawna. A oni nie bawią się modelami.

Shef skinął głową.

— Wiem, że marnuję czas. Teraz rozumiem, jak można było tego dokonać,  ale wciąż 

są sprawy, których nie pojmuję. Gdybym umieścił tu prawdziwy ciężar, jak ten, który 

oni przerzucili przez mury, czym musiałbym obciążyć drugie ramię? Musiałoby to być o 

wiele cięższe niż jakakolwiek rzecz, którą może udźwignąć tuzin mężczyzn. A gdyby było aż 

tak ciężkie, jak zdołałbym opuścić długie ramię, to, które wyrzuca pocisk? Potrzebowałbym 

jakiegoś kołowrotu.

A przecież wiem,  co za dźwięk usłyszałem tuż przed ukazaniem się głazu. To był 

brzęk przecinanej liny, którą ktoś zwolnił, aby uruchomić machinę. Jednak najbardziej 

niepokoi mnie coś zupełnie innego. Anglicy wystrzelili jeden kamień, a on strzaskał 

taran. Gdyby nie powiodło im się za pierwszym razem, brama poszłaby w drzazgi i wszyscy 

mistrzowie machin by zginęli. Musieli być absolutnie pewni, że trafią.

Shef gwałtownie zatarł linie, które do tej pory rysował w pyle.

— To strata czasu. Rozumiesz, o czym mówię, Thorvinie? Musi istnieć jakiś rodzaj 

wiedzy, jakiś rodzaj rzemiosła, które pozwala ludziom przewidzieć, co się stanie, bez 

potrzeby kolejnych powtórek. Kiedy po raz pierwszy ujrzałem palisadę wokół waszego 

obozu nad Stour, byłem zaskoczony. Zastanawiałem się, skąd wodzowie wiedzą, ile pni 

przygotować, aby wznieść ogrodzenie, które pomieści wszystkich ich ludzi. Teraz wiem, że 

nawet Ragnarssonowie potrafią to zrobić. Na każdy statek biorą jeden patyk, robią 

dziesięć nacięć na każdym z nich, a potem rzucają patyki na kilka stert, po jednej dla 

każdej z trzech ścian, czy czterech ścian, czy ile ich tam jest, a kiedy nie ma już patyków, 

liczą, ile jest w każdej stercie. Oto, co obchodzi największych wodzów i kapitanów tego 

świata. Sterta patyków. Ale w tym mieście kryje się wiedza Rzymian, którzy potrafili pisać 

cyframi równie łatwo, jak literami. Gdybym umiał pisać cyframi Rzymian, zbudowałbym 

maszynę!

Thorvin odłożył szczypce i w zamyśleniu spojrzał na srebrny młot zawieszony na swojej 

piersi.

— Nie powinieneś myśleć, że Rzymianie znali  odpowiedź na wszystkie pytania — 

zauważył. — Gdyby tak było, to do dzisiejszego dnia władaliby Anglią z Yorku.

Zresztą, cokolwiek by o nich mówić, to byli przecież tylko chrześcijanie.

Shef gwałtownie zerwał się na nogi.

— Ha! A jak wyjaśnisz to drugie urządzenie? To, które wystrzeliło olbrzymią strzałę? 

Myślałem nad tym i myślałem. Tego się nie da zrobić. Nie można zrobić tak dużego łuku. 

Drewno się złamie. A co poza łukiem może strzelać?

15

background image

— Wiem, czego ci trzeba — odezwał się Hund. — Uciekiniera z miasta, albo z 

Marystown. Kogoś, kto widział machiny przy pracy.

— Może kogoś złapiemy.

Zapadła cisza, zakłócana jedynie przez miarowy stukot  młota   Thorvina   i   przez   syk 

miechów   którymi   Shef   ze   złością   poruszał   przy   palenisku.     Uciekinierzy   stanowili  

drażliwy   temat.   Po   zakończonym   niepowodzeniem   ataku,  Ragnarssonowie,   w   swej 

wściekłości, zwrócili się przeciw  wsiom dookoła miasta York, przeciw bezbronnym rol-

nikom — bo przecież wszyscy zbrojni, i szlachta, i thanowie,  i szermierze, zamknęli się z 

królem Ellą za murami.

— Jeżeli nie możemy zdobyć miasta — krzyczał Ivar — obrócimy w perzynę całą 

prowincję. — I tak też zrobili.

— Niedobrze mi się robi — zwierzył się Shefowi Brand, gdy nadeszła ich kolej 

przejścia przez spustoszony już krajobraz. — Nie myśl że jestem mięczakiem, albo 

chrześcijaninem. Chcę się wzbogacić i nie ma wielu rzeczy, których nie zrobiłbym dla 

pieniędzy. Ale z tego, co robimy, nie będzie pieniędzy. A w tym, co robią 

Ragnarssonowie i gaddgedlarowie nie ma, jak na mój gust, zbyt wielkiej rozrywki. 

Żadna przyjemność przechodzić przez wioskę po tym, jak oni już przez nią przeszli. 

Wiem, to są tylko chrześcijanie, i może zasługują na swój  los za to,  że płaszczą się 

przed tym bogiem, Chrystusem, i jego kapłanami. — Brand westchnął. — Nie widzę w 

tym sensu. Łapiemy niewolników całymi setkami, towar najlepszej jakości. Ale gdzie 

ich sprzedać? Na południu? Trzeba by mieć mocną flotę i szeroko otwarte oczy. Nie 

jesteśmy tam zbyt popularni, a za to winię Ragnara i jego potomstwo. Do Irlandii? 

Daleka droga, dużo czasu by minęło, zanim ujrzelibyśmy pieniądze. A poza 

niewolnikami nie ma tu nic. Kościoły odprowadziły swoje złoto i srebro do Yorku jeszcze 

przed naszym przybyciem. Zaś to, co mają wieśniacy czy ich tanowie to nędza. Jedna wielka 

nędza. Dziwne. To bogata kraina, widać na pierwszy rzut oka. Gdzie się podziało całe 

srebro? W ten sposób nigdy się nie wzbogacimy. Czasami żałuję, że zawiozłem do 

Braethraborgu wieści o śmierci Ragnara, bez względu na to, co mówili kapłani Drogi.

Mimo to Brand ponownie wyprowadził swoją drużynę,  przemierzając całą prowincję w 

stronę świątyni w Strenshall,  mając nadzieję, że uda mu się znaleźć  choć trochę złota czy 

srebra.  Shef  poprosił   go  o  zwolnienie  z  tego  obowiązku.  Obrzydł   mu   już   widok   ziemi 

plądrowanej przez Ragnarssonów i ich popleczników, z których  każdy marzył  tylko  o 

tym,   żeby   popisać   się   przed   innymi   umiejętnością   wydobywania   tajemnic,   informacji   i 

ukrytych skarbów od kerlów  i  thrallów,   którzy   żadnej   z   tych   rzeczy,   a  już   zwłaszcza 

skarbów, nie posiadali. Brand zawahał się, spojrzał spode łba.

— Wszyscy jesteśmy w armii — powiedział w końcu. — To, o czym zadecydujemy, 

wszyscy musimy wykonywać, nawet jeżeli niektórzy są przeciwni. Jeżeli powstają jakieś 

wątpliwości, należy je przedyskutować na otwartym spotkaniu. Nie podoba mi się, młody 

człowieku, że chciałbyś wedle swej woli popierać w armii jedne rzeczy, a odrzucać inne. 

Jesteś teraz karlem. Karlowie robią to, co uważają za najlepsze dla większości. Dlatego 

wszyscy mamy prawo głosu.

— Kiedy złamał się taran robiłem to, co uważałem za najlepsze.

Brand spojrzał powątpiewająco.

— Dla swoich własnych celów — mruknął.

Pozwolił jednak Shef owi zostać razem z Thorvinem i górą pracy w kuźni, w obozie 

naprzeciwko Yorku, dobrze strzeżonym wobec możliwości wypadu oblężonych. Shef 

natychmiast zaczął bawić się modelami, wyobrażać sobie olbrzymie łuki, proce, młoty. 

Jeden problem przynajmniej udało mu się rozwiązać, chociaż nie w praktyce, ani nawet nie w 

teorii.

Przed kuźnią rozległ się tupot nóg, urywany ze zmęczenia oddech. Trzech mężczyzn w 

środku jak na komendę ruszyło w stronę szeroko otwartych drzwi. Kilka stóp  przed nimi 

Thorvin   ustawił   szereg   palików,   połączonych  przędzą,   na   której   pozawieszał   owoce 

jarzębiny oznaczające  granice  jego posiadłości, zasięg świętego  miejsca.  Do  jednego z 

owych palików przywarła zadyszana postać, odziana w podarte łachmany. Żelazna obroża 

wokół szyi mężczyzny zdradzała jego status. Niewolnik rozpaczliwie wodził wzrokiem po 

trzech przypatrujących mu się ludziach.  Jego twarz nagle rozjaśniła się z ulgi; spostrzegł 

młot na masywnym karku Thorvina.

16

background image

— Sanctuarium — wydyszał. — Udzielcie mi sanctuarium — mówił po angielsku, ale 

użył łacińskiego słowa.

— Czego on chce? — zapytał Thorvin.

— Schronienia. Chce dostać się pod twoją opiekę. Wśród chrześcijan panuje 

zwyczaj,  że uciekinier może chwycić drzwi kościoła i tym samym znaleźć się pod opieką 

biskupa, póki jego przypadek nie zostanie rozpatrzony.

Thorvin powoli pokręcił głową. Widział już zbliżający się pościg. Pół tuzina mężczyzn, 

sądząc   z   wyglądu   —   Hebrydyjczyków,   najgorliwszych   pośród   łowców   niewolników. 

Teraz, mając zdobycz w zasięgu wzroku, już się nie śpieszyli.

— My tutaj nie mamy tego zwyczaju — powiedział.

Niewolnik zawył ze strachu, widząc jego gest i czując za sobą obecność swych 

prześladowców. Jeszcze mocniej uchwycił się wątłego palika. Shef przypomniał sobie mo -

ment, gdy on sam podchodził do Thorvina, nie wiedząc, czy idzie na śmierć, czy też nie. 

Chłopak miał jednak wówczas tę przewagę, że mógł się nazwać kowalem, kolegą po fachu. 

Ten człowiek zaś wyglądał po prostu na niewykwalifikowanego robotnika, nie umiejącego 

nic, co mogłoby przedstawiać jakąś wartość.

— Chodź no tutaj — odezwał się przywódca Hebrydyjczyków, uderzając skuloną 

postać w ucho i rozginając palce zaciśnięte na paliku.

— Ile za niego chcecie? — zapytał Shef impulsywnie. — Odkupię go od was.

Wybuch śmiechu.

— Po co, Jednooki? Chcesz mieć popychadło? W zagrodzie mam o wiele lepszych.

— Powiedziałem, że kupię tego. Patrzcie, mam pieniądze. — Shef odwrócił się w 

stronę Zemsty Niewolnika wbitej w ziemię tuż przy wejściu do kuźni. Wieszał zwykle na 

niej swoją sakiewkę z kilkoma monetami, które dał mu Brand jako udział w mizernym 

łupie.

— Nie ma mowy. Jeżeli chcesz niewolnika, przyjdź do zagrody, sprzedam ci którego 

zechcesz. Tego muszę zabrać z powrotem i przykładnie ukarać. Zbyt wielu z nich uciekło od 

jednego pana i teraz sądzi, że mogą uciekać również od innych. Trzeba im pokazać, że to 

się nie opłaca.

Niewolnik zrozumiał  coś z dialogu, bo znowu zawył,  przerażony,  tym  razem jeszcze 

bardziej rozpaczliwie. Kiedy prześladowcy chwycili go za dłonie i ramiona, odciągając go 

na bok i starając się jednocześnie nie uszkodzić palików, wyrywał się i walczył.

— Amulety — krzyknął. — Mówili mi,  że ludzie z amuletami są bezpieczni.

— Nie możemy ci pomóc — odparł  Shef,  znowu przechodząc na angielski. — 

Powinieneś był zostać ze swoim angielskim panem.

— Moimi panami byli czarni mnisi. Wiecie, jacy oni są dla swoich niewolników. A moim 

panem był najgorszy z nich wszystkich, diakon Erkenbert, ten, który robi maszyny...

Rozgniewany   Hebrydyjczyk   stracił   w   końcu   cierpliwość  do   szamocącego   się 

uciekiniera,   odwiązał   od   pasa   worek  z   piaskiem   i   zadał   cios.   Chybił   jednak,   trafił 

niewolnika w szczękę, a nie w skroń. Rozległ się trzask, szczęka obwisła bezwładnie, z 

kącika ust pociekła krew.

— E...ken...ert. To...abeł....obi...belskie...szyny.

Shef   podniósł   rękawice,   naciągnął   je  na   dłonie,   gotując   się,   by  wyrwać   halabardę   z 

ziemi. Kotłująca się gromadka cofnęła się o kilka kroków.

— Stać — powiedział. — Ten człowiek jest cenny. Nie ważcie się go więcej uderzyć.

Dziesięć   słów   —   pomyślał.   Potrzeba   mi   tylko   dziesięciu  słów,   a   będę   znał   zasadę 

działania wielkiego łuku.

Niewolnik,   walczący   teraz   z   zaciekłością   schwytanej  łasicy,   uwolnił   jedną   stopę, 

wymierzył kopniaka. Jeden z Hebrydyjczyków stęknął, zgiął się wpół, zaklął.

— Dosyć tego — warknął przywódca gromady. Shef skoczył przed siebie, wyciągając 

ręce obronnym gestem, ale Hebrydyjczyk dobył noża, zrobił krok w stronę leżącego i 

zadał cios wygiętą dłonią. Niewolnik, nadal podtrzymywany przez liczne ręce, wygiął się 

w łuk, wykrzywił z bólu, po czym zwisł bezwładnie.

— Ty zakuta pało!  — wrzasnął Shef.  — Zabiłeś człowieka od maszyn!

Hebrydyjczyk   obrócił   się   w   jego   stronę,   gniewnie   wydymając   wargi.   Chciał   coś 

powiedzieć, ale Shef dłonią w żelaznej rękawicy uderzył  go prosto w twarz. Mężczyzna 

runął na wznak. Zapadła głucha cisza.

17

background image

Hebrydyjczyk powoli dźwignął się na nogi, wypluł na rękę jeden ząb, chwilę później 

wypluł drugi. Spojrzał na swoich ludzi, wzruszył ramionami. Jego podwładni porzucili trupa 

niewolnika, odwrócili się i odeszli w stronę obozu.

— Doigrałeś się, chłopcze — odezwał się Thorvin.

— Jak to?

— Tylko jedna rzecz może się teraz wydarzyć.

— Co takiego?

— Holmgang.

Rozdział trzeci

Shef leżał na sienniku tuż obok paleniska kuźni, rzucając się niespokojnie przez sen. 

Thorvin wmusił w niego ogromną kolację, którą powinien przyjąć z wdzięcznością po wielu 
dniach zmniejszających się nieustannie racji, typowych dla obozu, który w kwestii żywności 
był całkowicie zależny od oddziałów plądrujących okolicę. Mimo to żytni chleb i wołowa 
pieczeń ciężko zaległy mu na żołądku. Jeszcze cięższe były jednak myśli chłopaka. 
Towarzysze wyjaśnili mu już zasady holmgangu, tak bardzo różne od chaotycznej bójki, w 
której kilka miesięcy wcześniej zabił Irlandczyka Flanna. Zdawał sobie sprawę, że znalazł się 
w bardzo niekorzystnym położeniu. Nie mógł się jednak w żaden sposób wymigać. 
Wiedział, że cała armia wyczekuje jutrzejszego pojedynku jako głównej atrakcji dnia. 
Znalazł się w pułapce.

A mimo to wciąż myślał o machinach. Jak je budowano? Jak można ulepszyć te, które on 

budował? W jaki sposób można zburzyć mury Yorku? Z wolna zapadł w mocniejszy sen.

Stał na jakiejś odległej równinie. Przed nim piętrzyły się ogromne mury, tak wielkie, że 

całkowicie przyćmiewały potęgę ścian Yorku oraz innych budowli wzniesionych przez 

śmiertelnego człowieka. Wysoko na murach stały jakieś postacie, które już wcześniej  

widywał w swoich snach — w „wizjach", jak je nazywał Thorvin — olbrzymie istoty o 

twarzach niczym ostrze topora i surowym, poważnym wyrazie oczu.  Teraz jednak na  

twarzach tych malowały się troska i trwoga. Na przedpolu, przed murami ujrzał  

postać jeszcze bardziej gigantyczną niż figury bogów, tak przepotężną, że wzrostem 

sięgała niemalże blanków. Postać ta nie miała proporcji ludzkiej istoty: krępe nogi,  

grube ramiona, pękaty brzuch, szczerbate zęby.   Wyglądała po

prostu błazeńsko.   Wyglądała jak zdeformowane od urodzenia dziecko, które, jeśli ojca  

Andreasa nie będzie akurat pod ręką, cicho zakończy swój żywot w bagnach Emneth.  

Olbrzym poganiał równie monstrualnego konia, zbudowanego jakby na jego miarę,  

który ciągnął wóz, a na nim kamienny blok wielki jak góra.

Shef zdał sobie sprawę, że blok ów ma zapełnić lukę w wielkim murze. Mur bowiem 

był prawie kompletny — z jednym tylko wyjątkiem. Słońce w tym dziwnym świecie zachodziło 

właśnie, a chłopak wiedział, że jeżeli budowa muru zostanie ukończona przed zachodem, 

wydarzy się coś przerażającego, coś nieodwracalnego i strasznego. To dlatego bogowie 

spoglądali z niepokojem, dlatego olbrzym popędzał konia — ogiera, jak dostrzegł Shef — 

okrzykami radości i  zniecierpliwienia.

Z tyłu rozległo się ciche rżenie. Następny koń, tym razem bardziej proporcjonalnej  

budowy. Klacz o kasztanowej sierści i grzywie opadającej na oczy. Klacz zarżała znowu, po 

czym odwróciła się bojaźliwie, jak gdyby nieświadoma efektu, jaki wywarł jej głos. Ogier 

jednak usłyszał. Poderwał głowę. Potrząsnął uprzężą. Jego członek zaczął powoli wysuwać 

się z moszny. Olbrzym krzyczy, bije ogiera po głowie, usiłuje zasłonić mu oczy. Nozdrza  

konia falują, rozlega się rżenie wściekłości. Kolejna zachęta ze strony klaczy, tym razem  

z bliższej odległości, podkowy kokieteryjnie podzwaniają o ziemię. Ogier staje dęba, 

zamierza się na olbrzyma mocnymi kopytami, zrywa uprząż. Wóz przewraca się, głaz  

koziołkuje na ziemię. Olbrzym tupie nogami z irytacji. Ogier jest wolny, pędzi w stronę 

klaczy, by zatopić w niej swój naprężony członek, długi niczym łańcuch. Klacz jednak  

zwodzi go, tańczy, prowokuje, aby się do niej zbliżył, po czym odskakuje w bok. Dwa konie 

wirują, nagle zrywają się do galopu, ogier powoli dogania klacz, ale wkrótce zwierzęta  

18

background image

znikają za horyzontem. A z tyłu, za nimi, olbrzym przeklina i podskakuje w komicznej 

pantomimie. Słońce zaszło. Jedna z postaci na murze z  nieruchomą   twarzą  rusza  do  

przodu,   naciąga metalowe rękawice.

Ktoś będzie musiał zapłacić grzywnę, myśli Shef.

I znowu równina, i znowu otoczone murami miasto  na równinie. To miasto także jest  

potężne — mury wznoszą się o wiele wyżej niż w Yorku — ale przynajmniej zbudowano je w 

ludzkiej skali. Podobnie ludzkie są tysiące postaci uwijających się w mieście i na równinie.  

Ludzie za murami ciągną olbrzymią figurę — nie odyńca, na którego kształt został wykonany  

taran Ragnarssonów, ale gigantycznego konia. Drewnianego konia. Jaki sens budować konia  

z drewna, zastanawia się Shef. Z pewnością nikt nie da się na to nabrać.

Istotnie, nikt się nie nabrał. Strzały i pociski wylatywały zza murów, trafiając w konia, w  

ludzi   pchających   ciężkie  koła.   Część   z   nich   odbiła   się   nie   czyniąc   żadnej   szkody,   inne  

dziesiątkowały   ciągnących,   ale   nie   zdołały   rozproszyć   ani  zniechęcić   setek   nowych  

wojowników, którzy natychmiast przejmowali obowiązki zabitych towarzyszy. Koń przysunął  

się do samych murów, górując ponad blankami. Shef wiedział,  że to, co się teraz wydarzy,  

będzie rezultatem konfliktu, który trwał od wielu  lat, pochłonął już   tysiące  istnień  i 

pochłonie dalsze tysiące.  Coś mówiło mu także, że te  wypadki będą fascynować  

ludzi przez całe pokolenia — ale niewielu pojmie, o co naprawdę chodziło, więc powstanie  

mnóstwo nieprawdopodobnych domysłów.

Nagle w głowie Shefa odezwał się głos, który chłopak słyszał już wcześniej. Głos, który  

ostrzegał go przed nocną bitwą nad Stour. Tym razem również przemówił w jego umyśle z 

wyraźną nutą rozbawienia, nie pozbawioną jednak troski.

— Patrz teraz — odezwał się głos. — Patrz uważnie.

Pysk konia otworzył się, język wysunął się i oparł  o blanki. A z pyska...

Thorvin potrząsał jego ramieniem, nieubłaganie ściągając z wyrka. Shef usiadł, nadal 

usiłując rozwikłać znaczenie snu.

— Czas wstawać — powiedział Thorvin. — Czeka cię ciężki dzień. Mogę jedynie 

mieć nadzieję,  że dożyjesz zachodu.

Archidiakon Erkenbert siedział w swoim pokoiku na  wieży,  wysoko  ponad główną 

nawą katedry. Przysunął bliżej świecznik. Tkwiły w nim trzy świece, wszystkie wykonane 

z najlepszego pszczelego wosku, nie śmierdzące łojem i dające jasne światło. Erkenbert 

spojrzał   na   nie  z   upodobaniem,   po   czym   wyciągnął   gęsie   pióro   z   kałamarza.  To,   co 

zamierzał zrobić, nie było  proste, wymagało mozolnej pracy,  a efekty mogły być  mało 

zadowalające.

Przed   diakonem   leżała   sterta   welinowych   zwitków,  zapisanych,   pokreślonych   i 

zapisanych na nowo. Mężczyzna  ujął pióro, przygotował sporą kartę świeżego, czystego 

welinu i napisał:

De parochia quae dicitur Schirlam desunt nummi XLVIII

 „      „      „     Fulford     „     „     XXXVI

 „     ,,     „     Haddinatunus „ „     LIX

Lista ciągnęła się długo. Wreszcie mężczyzna podkreślił zapis nie zapłaconych dzierżaw 

grubą linią, wziął głęboki oddech i przystąpił do wyczerpującej umysł czynności dodawania 

liczb.

— Octo et sex — mruczał pod nosem — ąuattuordecim. Et novo, sunt... viginta tres. Et 

septem. — Aby sobie ułatwić zadanie, rysował małe kreski na luźnej karcie, przekreślając je, 

gdy doszedł do dziesięciu.  Zaczął też, przesuwając palcem po liście,  stawiać mały 

znaczek pomiędzy XL

a VIII, między L a IX, aby tym lepiej pamiętać, które cyfry należy dodawać, a które 

zostawiać. Nareszcie dobrnął do końca  pierwszego  obliczenia,  pewnym  ruchem 

zapisał CDXLIX, po czym znów zaczął liczyć od góry karty, tym razem dodając cyfry, 

które wcześniej pominął.

— Quaranta et triginta sunt septuaginta. Et ąuinąuaginta. Centum et yiginta.

19

background image

Nowicjusz, który po paru minutach skromnie wsunął się do komnaty, żeby sprawdzić, 

czy nie jest potrzebny, pełen respektu wrócił do swych towarzyszy.

— Powtarza liczby, których nigdy nie słyszałem — oznajmił.

— To cudowny człek — odezwał się jeden z czarnych mnichów. — Oby Pan sprawił, 

aby taka znajomość czarnych kunsztów nie przyniosła mu żadnej szkody.

— Duo milia ąuattuor centa nonaginta — powiedział Erkenbert, zapisując 

jednocześnie: MMCDXC. Obok siebie leżały teraz dwie liczby: MMCDXC oraz CDXLIX. 

Znowu minęło kilka minut intensywnego kreślenia i poprawiania. Wreszcie  miał  gotowy 

wynik:  MMCMXXXIX.   Teraz dopiero zaczynały się prawdziwe trudności. To była 

suma zaległych dzierżaw za jeden kwartał. Ile pieniędzy straci Kościół, jeżeli Bóg 

dopuści, aby plaga wikingów ciążyła na grzbietach Jego owieczek przez okrągły rok? 

Wielu ludzi, nawet spośród arithmeticusów, poszłaby łatwiejszą drogą i czterokrotnie 

dodała do siebie tę samą liczbę. Erkenbert jednak stawiał się wyżej ponad takimi 

wykrętnymi sposobami. Z drobiazgową dokładnością przygotował się do najbardziej 

złożonej procedury, do najtrudniejszego spośród wszystkich diabelskich kunsztów: mnożenia 

rzymskich cyfr.

Skończywszy, pełen niedowierzania wpatrywał się w wynik. Mimo sporego doświadczenia 

nigdy jeszcze nie spotkał  się z tak olbrzymią sumą. Powoli, trzęsącymi się palcami, zgasił 

świece. Za oknem szarzał już świt. Po jutrzni będzie musiał spotkać się z arcybiskupem.

Straty byłyby zbyt wielkie. Nie wolno do nich dopuścić.

Daleko,   sto  pięćdziesiąt   mil   na  południe,  światło   budzącego   się   poranka   padło   na 

powieki   kobiety,   wtulonej  w   puchowy   materac,   chroniącej   się   przed   zimnem   pod 

stosem wełnianych kocy. Kobieta poruszyła się, drgnęła.  Jej dłoń trafiła na ciepłe, nagie 

udo mężczyzny leżącego obok. Wzdrygnęła się, jak gdyby dotknęła łusek żmii.

To mój przyrodni brat, pomyślała chyba po raz tysięczny. Syn mojego własnego ojca. 

Żyjemy w śmiertelnym  grzechu. Ale jak mogę im to powiedzieć? Nie mogę się  zwierzyć 

nawet   kapłanowi,   który   nas   zaślubił.   Alfgar  powiedział   mu,   że   zgrzeszyliśmy   cieleśnie 

podczas ucieczki od wikingów, i że teraz modli się do Boga o wybaczenie i odkupienie w 

naszym   związku.   Wszyscy   myślą,   że   jest   jak  święty.   A   królowie   Mercji   i   Wessexu   z 

zapartym  tchem  słuchają jego opowieści o zbrodniach wikingów, o tym,  co  zrobili  jego 

ojcu, o tym, jak przedarł się do obozu wroga, aby mnie uwolnić. Uważają go za bohatera. 

Mówią, że uczynią go aldermanem i nadadzą mu własną prowincję, że przywiozą z Yorku 

jego biednego, umęczonego ojca, który nadal broni się przed poganami.

Co się stanie, gdy ojciec ujrzy nas razem. Gdyby Shef żył...

Na przypomnienie tego imienia, podobnie jak poprzedniego ranka, łzy popłynęły spod 

zamkniętych powiek Godivy, skapując na poduszkę.

Shef maszerował  błotnistą  uliczką  pomiędzy  szeregami  szałasów, wzniesionych  przez 

wikingów dla ochrony przed zimową pogodą. Halabardę trzymał opartą na ramieniu,  na 

dłoniach   miał   metalowe   rękawice,   ale   hełm   został   w   kuźni   Thorvina.   Jak   się 

dowiedział, regulamin holmgangu nie zezwalał na noszenie kolczug ani hełmów. Pojedynek 

był sprawą honorową, więc nie należało myśleć o drobnostkach, takich jak przeżycie czy 

zabicie przeciwnika.

Co nie oznaczało, że w holmgangu nie można zginąć.

W walce brały udział cztery osoby. Dwaj przeciwnicy  kolejno zadawali ciosy,  przed 

którymi   bronili   ich   sekundanci   z   tarczami.   Ich   zadaniem   było   trzymać   tarczę   i   wy-

chwytywać na nią uderzenia. Życie walczącego zależało więc od zręczności sekundanta.

Shef   takowego   nie   posiadał.   Brand   i   cała   jego   drużyna  jeszcze nie wrócili.  Thorvin 

nerwowo szarpał brodę i w zdenerwowaniu   uderzał   młotem   o   ziemię,   ale   jako   kapłan 

Drogi   nie   mógł   uczestniczyć   w  walce.   Gdyby   zgłosił   swą kandydaturę, sędziowie z 

pewnością by ją odrzucili. To samo dotyczyło Ingulfa, mistrza Hunda. Jedyną  osobą, 

którą mógł poprosić na sekundanta, był Hund. Rozważywszy ten pomysł, Shef doszedł 

do   wniosku,  że Hund — skoro tylko zorientuje się w sytuacji — sam  zaofiaruje się z 

pomocą.   Uprzedził   go   więc,   wybijając  mu   to   z   głowy.   Pomijając   wszystko   inne, 

chłopak był pewien, że w krytycznym momencie, gdy ostrze miecza zacznie opadać, Hund 

spostrzeże czaplę na bagnie albo traszkę w mokradle i prawdopodobnie przyczyni się 

do śmierci ich obu.

20

background image

— Sam sobie poradzę — oznajmił kapłanom Drogi, którzy schodzili się, by mu 

udzielać rad, zresztą ku jego wielkiemu zdumieniu.

— Nie po to przemówiliśmy za tobą do Wężowego Oka i uchroniliśmy cię przed 

zemstą Ivara — odezwał się ostro Farman, kapłan Freyra, słynny ze swych wędrówek w 

innych światach.

— Tacy jesteście pewni ścieżek losu? — zapytał Shef i kapłani nie znaleźli na to 

odpowiedzi.

Jednak   prawdę   mówiąc,   kiedy   szedł   na   miejsce  holmgangu,  nie   martwił   go   sam 

pojedynek. Martwiło go to, czy  sędziowie pozwolą mu rozegrać walkę bez sekundanta. 

Jeżeli nie, zostanie po raz drugi w życiu zdany na łaskę vapna takr, zbiorowego osądu 

wojowników   armii.   Na  samo wspomnienie zgiełku i szczęku broni, które towarzyszyły 

wyrokowi, poczuł, jak jelita skręcają mu się w supeł.

Przeszedł przez bramę w palisadzie i wydostał się na  zdeptaną łąkę przy rzece, gdzie 

zgromadziła się już cała armia. Gdy się zbliżał, rozległ się szmer głosów. Tłum rozstąpił 

się, aby dać mu przejść. W centrum znajdował się  pierścień wytyczony przez wierzbowe 

witki, szeroki zaledwie na dziesięć stóp.

— Tradycja każe, by holmgang odbywał się na wyspie pośrodku strumienia — 

tłumaczył mu Thorvin. — Kiedy jednak w  pobliżu  nie ma  nic  odpowiedniego, 

można posłużyć się symbolem. W holmgangu nie wolno stosować uników. Walczący stoją 

naprzeciw siebie i uderzają, póki jeden z nich nie padnie martwy. Albo stanie się 

niezdolny do walki, złoży okup, rzuci broń na ziemię czy wystąpi poza oznakowany 

obszar. Ostatnie dwie możliwości są równoznaczne z oddaniem się na łaskę przeciwnika, 

który może zażądać śmierci bądź okaleczenia. Jeżeli walczący okaże się tchórzem, 

sędziowie z pewnością zażądają jednej z tych dwóch rzeczy, jeśli nie obu.

Shef   spostrzegł,   że   jego   wrogowie   już   stoją   przy   wierzbowych   gałązkach. 

Hebrydyjczyk, któremu wybił zęby,  a który nazywał się Magnus, trzymał w dłoni nagi 

miecz,  tak   wypolerowany,   że   węże   wyobrażone   na   klindze   zdawały   się   pełzać   i   wić   w 

mętnym,   szarym   świetle.   Obok   Hebrydyj-  czyka   zajął   pozycję   jego   sekundant:   wysoki, 

pokryty bliznami, potężnie wyglądający mężczyzna w średnim wieku. Trzymał pokaźnych 

rozmiarów tarczę z malowanego drewna, opatrzoną w metalowe brzegi i takiż guz. Shef 

przyglądał   im   się   przez   moment,   po   czym   ostentacyjnie   rozejrzał  się   w   poszukiwaniu 

sędziów.

Serce załomotało mu mocno, gdy na pierwszy rzut oka,  w grupce czterech mężczyzn 

nieomylnie rozpoznał sylwetkę  Sopla Lodu. Jego wróg wciąż miał  na sobie szkarłatno-

zielony   strój,   ale   srebrny   hełm   odłożył   na   bok;   blade   oczy  o niewidocznych  brwiach  i 

rzęsach spoglądały prosto w źrenice chłopaka. Tym razem Ragnarsson nie patrzył podejrzli-

wie, zareagował za to rozbawieniem i pogardą na niekontrolowany paroksyzm strachu Shefa 

oraz jego natychmiastową próbę przywołania na twarz bardziej obojętnego wyrazu.

Ivar ziewnął, przeciągnął się i odwrócił.

— Rezygnuję z sędziowania tego przypadku — powiedział. — Mam z tym 

kogucikiem kilka rachunków do wyrównania. Nie chcę, by mógł mówić, że 

wykorzystałem sytuację  i  rozstrzygnąłem   sprawę  na jego  niekorzyść. Zostawiam jego 

śmierć Magnusowi.

Wśród najbliżej stojących rozległ się szmer aprobaty. Słyszeć się dało także falę szeptu, 

gdy zaczęto przekazywać  informację  bardziej  oddalonym  gapiom.  Shef ponownie  zdał 

sobie   sprawę,   że   wszystkie   działania   armii   podlegają   kolektywnemu   osądowi.   Zawsze  

dobrze było mieć opinię publiczną po swojej stronie.

Po   odejściu   Ivara   w   radzie   sędziów   pozostało   trzech  mężczyzn,   najwyraźniej 

doświadczonych   wojowników,   dobrze  uzbrojonych,   o   karkach,   pasach   i   ramionach 

połyskujących od srebra, które miało świadczyć o ich pozycji. W środkowym Shef rozpoznał 

Halvdana Ragnarssona, najstarszego z braci. Miał on opinię mężczyzny okrutnego, rzucającego 

się do walki bez powodu — nie tak mądrego, jak jego brat Sigurth, ani tak przerażającego, jak 

jego brat Ivar, ale na pewno kogoś, kto nie  okaże litości człowiekowi niegodnemu miana 

wojownika.

— Gdzie jest  twój  sekundant? — spytał Halvdan, marszcząc brwi.

— Nie potrzebuję sekundanta — odparł Shef.

21

background image

— Musisz go mieć. Nie można walczyć w holmgangu bez tarczy i tarczownika. Jeżeli 

stajesz przed nami sam, oddajesz się tym samym na łaskę swojego przeciwnika. Magnus, co 

chcesz z nim zrobić?

— Powiedziałem, że nie potrzebuję sekundanta! — Tym razem Shef krzyknął głośniej, 

wystąpił naprzód i wbił koniec halabardy w ziemię. — Tarczę mam. — Uniósł lewe 

ramię, do którego przypasał prostokątny ochraniacz, szeroki na stopę, mocno 

przytwierdzony do łokcia i nadgarstka, a wykonany w całości z żelaza.. — Nie walczę 

mieczem i drewnianym puklerzem, ale tym i tym. Nie potrzebuję sekundanta. Jestem 

Anglikiem, nie Duńczykiem!

Tłum odpowiedział głośnym  pomrukiem — pomrukiem  z  nutką   rozbawienia.   Armia 

uwielbiała   przedstawienia,  Shef dobrze o tym wiedział. Mogli nagiąć reguły gry,  jeżeli 

spodziewali się zobaczyć coś atrakcyjnego. Wojownicy  poprą każdego, kto wykaże się 

dostatecznym tupetem.

— Nie możemy przyjąć tej propozycji — odezwał się Halvdan do dwójki sędziów. — 

Zgadzacie się ze mną?

Zamieszanie z tyłu, ktoś przepycha się w stronę kręgu,  by zająć miejsce obok Shefa 

przed   sędziami.   Następna   potężna,   mocarnie   wyglądająca   postać,   odziana   w   srebro. 

Hebrydyjczycy zmarszczyli brwi. Wstrząśnięty Shef rozpoznał   swojego   ojca,  Sigvartha. 

Sigvarth popatrzył na  syna, po czym zwrócił się w stronę sędziów. Umięśnione  ramiona 

rozpostarł w pojednawczym geście.

— Chcę wystąpić jako sekundant tego człowieka.

— Czy prosił cię o to?

— Nie.

— Jaka jest więc twoja rola w tej sprawie?

— Jestem jego ojcem.

Kolejny pomruk wśród tłumu, pełen narastającego podniecenia. Wojownicy w 

zimowym obozie nudzili się i marzli. To była najlepsza rozrywka, jaka ich spotkała od 

czasu nieudanego ataku na York. Podobnie jak dzieci, żołnierze armii bardzo troszczyli 

się o to, żeby przedstawienie nie skończyło się za szybko. Zaczęli przepychać się bliżej, 

nadstawiać ucha i przekazywać wiadomości kolegom z tyłu. Ich postawa zrobiła wrażenie 

na sędziach: musieli nie tylko wydać właściwą decyzję, ale również właściwie wyczuć 

nastrój tłumu.

Gdy trzej mężczyźni zaczęli się cicho naradzać, Sigvarth obrócił się w stronę Shefa. 

Podszedł bliżej, nachylił się trochę i przemówił błagalnym tonem:

— Posłuchaj, chłopcze. Już raz się mnie wyparłeś, kiedy byłeś w kłopotach. To 

dowiodło twojej odwagi, muszę to przyznać. Ale zobacz, ile to cię kosztowało. Straciłeś 

oko. Nie rób tego znowu. Przykro mi z powodu tego, co stało się z twoją matką. Gdybym 

wiedział, że ma syna takiego, jak ty, nigdy bym tego nie zrobił. Wielu ludzi opowiadało mi o 

tym, czego dokonałeś podczas oblężenia, przy taranie. W armii wciąż jeszcze huczy na ten 

temat. Jestem z ciebie dumny. Pozwól mi trzymać tarczę dla ciebie. Robiłem to już 

kiedyś. Jestem lepszy niż Magnus, lepszy niż jego sekundant Kolbein. Mając mnie za 

tarczownika możesz się niczego nie bać. A przecież już raz przewróciłeś tego 

hebrydyjskiego głupca, wziąłeś go z kompletnego zaskoczenia. Zrób to znowu! Wspólnie 

wykończymy tę dwójkę.

Chwycił   syna   za   ramię.   Jego   oczy   błyszczały   z   podniecenia,   widniała   w   nich 

mieszanina dumy, zakłopotania i czegoś jeszcze — żądzy sławy, jak to ocenił Shef. Nikt nie 

może przez dwadzieścia lat być zwycięskim wojownikiem, jarlem, dowódcą oddziałów, jeżeli 

w   sercu   nie   ma   potrzeby   przebywania   na   szczycie,   zawsze   na   oczach   wszystkich, 

przekreślania   losu   jednym   ciosem   miecza.   Shef   poczuł,   jak  nagle   ogarnia   go   spokój   i 

opanowanie.   Mógł   nawet   zastanowić   się   nad   sposobem,   w   jaki   sposób   pozwolić   ojcu 

zachować twarz, odrzucając jednocześnie jego propozycję.  Wiedział już, że jego najgorsze 

obawy się nie sprawdzą.  Sędziowie pozwolą mu walczyć samemu. Gdyby teraz  zmienił 

zdanie, armia straciłaby dla niego całe zainteresowanie i poparcie.

Shef odsunął się lekko, nie pozwalając ojcu na objęcie go ramionami.

— Dziękuję jarlowi Sigvarthowi za ofertę trzymania mojej tarczy w tym holmgangu. 

Między nami jest jednak przelana krew, on wie, czyja. Wierzę, że popierałby mnie 

lojalnie w tej sprawie, a jego pomoc oznaczałaby wiele dla tak młodego człowieka, jak ja. 

Straciłbym jednak drengskapr przyjmując tę propozycję.

22

background image

Shef użył słowa oznaczającego honor, przymioty wojownika — słowa, które stosowano, 

aby oznajmić, że jest się ponad wszelkimi błahostkami, że nie dba się o własny pożytek. 

Gdy ktoś odwołał się do drengskapru, jego przeciwnik nie mógł okazać się gorszy.

— Powtarzam: mam tarczę, mam broń. Jeżeli to nie wystarczy, tym lepiej dla 

Magnusa. Ja mówię, że wystarczy aż nadto. Walka rozstrzygnie, czy się mylę, czy nie.

Halvdan   Ragnarsson   spojrzał   na   dwóch   współsędziów.  Zobaczywszy,   że   kiwają 

głowami, również uczynił gest  zgody. Dwaj Hebrydyjczycy natychmiast weszli w obręb 

wytyczonego   kręgu   i   zajęli   pozycje   ramię   przy   ramieniu:  wiedzieli,   że   wahanie   lub 

przeciąganie dyskusji zrobiłoby złe wrażenie na armii. Shef stanął naprzeciwko, zobaczył, 

że   dwaj   młodsi   sędziowie   zajmują   miejsca   po   bokach,  a Halvdan, stojąc w środku, 

powtarza reguły walki. Kątem oka dostrzegł Sigvartha. Jarl wciąż nie ruszał się z miejsca. 

U  jego  boku  pojawił  się  młody  człowiek,  którego   Shef  widział już wcześniej — ten z 

wystającym, końskim zębem.  Hjörvarth Jarlsson, stwierdził beznamiętnie. Jego przyrodni 

brat. Tuż za ojcem i synem stał szereg mężczyzn z Thorvinem pośrodku. Mimo starań, by 

skupić się na przemowie Halvdana, chłopak zdołał zauważyć, że każdy z nich ma na szyi  

srebrny amulet, tak ułożony, by wszyscy dobrze go widzieli. Thorvin zadbał o to, by w razie  

czego mogli się wypowiedzieć ludzie darzeni powszechnym szacunkiem.

— ...walczący muszą uderzać na zmianę. Jeśli któryś z was spróbuje zadać cios po 

raz drugi, nawet chcąc wykorzystać nieuwagę przeciwnika, złamie reguły holmgangu 

będzie musiał poddać się wyrokowi sędziów. A nie będzie on łagodny! Tak więc, 

zaczynajcie. Magnus, jako strona poszkodowana, będzie uderzał pierwszy.

Halvdan   odsunął   się,   patrząc   czujnie,   z   mieczem   w   ręce,   aby   zablokować   każdy 

niedozwolony cios. Shef znalazł się nagle pośrodku wielkiej ciszy, twarzą w twarz z dwójką 

wrogów.

Przesunął halabardę do przodu, celując prosto w twarz  Magnusa. Lewą ręką uchwycił 

broń tuż pod masywnym,  złożonym ostrzem. Prawą dłoń trzymał  opuszczoną, gotowy  w 

każdej   chwili   uchwycić   drzewce   i   zablokować   bądź   odparować   dowolny   cios.   Magnus 

zmarszczył   brwi,   zdając  sobie   sprawę,   że   musi   teraz   przesunąć   się   w   którąś   stronę, 

zdradzając tym samym kierunek ataku. Zrobił dwa kroki, w przód i w prawo, stając tuż  

przy   linii,   którą   wyrysował  w   błocie   Halvdan,   oddzielając   w   ten   sposób   walczących. 

Uderzył z góry, wyprostowaną ręką, celując w głowę — najbardziej podstawowy cios. Chce 

jak   najszybciej   z   tym  skończyć,   pomyślał   Shef.   Uderzenie   było   bezlitosne   i   szybkie  jak 

błyskawica.   Chłopak   poderwał   lewe   ramię,   wyłapując   cios   w   sam   środek   żelaznego  

ochraniacza.

Miecz odbił się z brzękiem. Klinga zostawiła na ochraniaczu matową rysę i wklęśnięcie 

przez całą jego długość.  Co stało się z ostrzem miecza, o tym  Shef, jako kowal,  wolał 

nawet nie myśleć.

Magnus cofnął się daleko za linię, a do przodu wystąpił  Kolbein z nastawioną tarczą. 

Shef obiema rękami uniósł  halabardę   powyżej   prawego  ramienia,   podszedł   do  linii   i 

pchnął prosto w serce Magnusa, nie zwracając uwagi na osłaniającą go tarczę. Trójkątne 

ostrze przebiło lipowe drewno niczym ser, ale w tym samym momencie Kolbein podrzucił  

puklerz do góry, tak że ostry czub minął policzek Magnusa, nie czyniąc mu szkody. Shef 

szarpnął mocno, przekręcił drzewce w dłoni, szarpnął znowu i uwolnił broń wśród trzasku 

łamanego drewna. W błękitno malowanej  tarczy zionęła teraz szeroka dziura. Kolbein i 

Magnus wymienili posępne spojrzenia.

Magnus   ponownie   wystąpił   naprzód,   rozumiejąc,   że   nie  może   uderzać   od   strony 

ochraniacza. Zamachnął się z drugiej strony, nadal jednak mierząc w głowę, wciąż sądząc, 

że człowiek bez prawdziwego miecza i tarczy musi znajdować się w niekorzystnej sytuacji. 

Nie zmieniając uchwytu, Shef przesunął w bok ostrze halabardy, wyłapując cios opadającej 

klingi nie siekierą, ale grubym jak kciuk żelaznym hakiem.

Miecz wyfrunął z dłoni Magnusa, lądując daleko za linią po stronie Shefa. Wszystkie 

oczy zwróciły się na sędziów. Shef cofnął się o krok, potem jeszcze o jeden, utkwił wzrok  

w niebo.

Wśród  widzów,   do   których   dotarło   wreszcie,   co   właściwie  się wydarzyło,  przeszedł 

szmer uznania. Szmer ten narastał w miarę jak żywo zainteresowana publiczność zaczęła 

zdawać   sobie   sprawę   z   możliwości   halabardy   i   z   problemu,   przed   jakim   stanęli 

Hebrydyjczycy. Magnus  z kamienną twarzą wystąpił naprzód, odzyskał ostrze,  zawahał 

się, po czym szybko zasalutował bronią i wrócił na swoją stronę linii.

23

background image

Tym   razem   Shef   zadał   cios   znad   lewego   ramienia  i   uderzył   niczym   drwal 

powalający drzewo, lewą dłonią przesuwając w dół styliska, mobilizując wszystkie siły 

i   całą   moc   siedmiu   stóp  metalu   podtrzymujących   rozpędzone,   długie   prawie   na   dwie 

stopy   ostrze.   Kolbein  skoczył   szybko   i   bez   wahania,   zasłaniając   swojego   partnera   i 

unosząc   tarczę   wysoko   ponad   głowę.   Siekiera   przerąbała   się   przez   drewno,   zmieniła 

lekko kierunek na  metalowej  krawędzi i odpłatała ze dwie stopy tarczy,  po czym  z 

mlaśnięciem   wbiła   się   w   błotnisty   grunt.   Shef   wyszarpnął   ją   szybko,   po   czym 

przybrał obronną pozycję.

Kolbein spojrzał na połówkę tarczy wciąż przypasaną  do   swego   ramienia,   szepnął 

coś   do   Magnusa.   Halvdan  Ragnarsson,   niewzruszony,   zbliżył   się,   podniósł   strzaskany 

owal drewna i odrzucił go na bok.

— Tarcze można wymieniać jedynie za zgodą obu stron — zauważył. — Uderzaj.

Magnus zrobił krok do przodu, a w jego oczach   błysnęło coś na kształt rozpaczy. 

Uderzył  nagle, bez  ostrzeżenia, na wysokości kolan. Szermierz przeskoczyłby  nad klingą 

albo przynajmniej by usiłował — cios został zadany odrobinę powyżej wysokości, na którą 

człowiek   spodziewałby   się   doskoczyć.   Shef   przesunął   lekko   prawą   rękę   i   zablokował  

uderzenie za pomocą wzmocnionego metalem drzewca halabardy. Ledwo Magnus zdołał 

schronić   się   za   tarczą   swego   partnera,   chłopak   skoczył   w   przód   i   pchnął   z   dołu,   z 

wysuniętym  do przodu  hakiem.  Żelazo  z głuchym łoskotem wbiło się w resztki tarczy. 

Tym razem na jego drodze znalazło się nie tylko drewno. Kolbein   z niedowierzaniem 

wpatrywał się w długi na stopę szpikulec,  który przeszedł przez tarczę i jego przedramię, 

rozdzielając kość łokciową i ramieniową.

Shef   z   kamienną   twarzą   przesunął   rękę   pod   głowicę  halabardy,   uchwycił   mocno   i 

szarpnął.  Kolbein zachwiał  się na nogach, postawił stopę poza linią, po czym odzyskał 

równowagę i wyprostował się, z twarzą pobladłą z szoku  i bólu. Widząc, jak jeden z 

walczących   przekracza   linię,  tłum   zawrzasnął   jednym   głosem,   po   czym   wybuchnął 

tumultem okrzyków.

— Walka skończona, wyszedł za znak!

— Uderzył sekundanta!

— Celował w Magnusa. Skoro sekundant podsunął ramię...

— Pierwsza krew dla kowala, to rozstrzyga wszystkie zakłady!

— Przerwać walkę, przerwać walkę — zawołał Thorvin.

Zagłuszył go jednak mocny głos Sigvartha:

— Niech walczą dalej! To wojownicy,  a nie małe dziewczynki, które płaczą na 

widok zadrapania.

Shef rozejrzał się, zobaczył  jak Halvdan, poważny lecz  zafascynowany,  gestem każe 

walczyć dalej.

Kolbein,   trzęsąc   się   cały,   zaczął   mocować   się   z   klamrami  bezużytecznej   tarczy, 

najwyraźniej   nie   będąc   w   stanie  trzymać   jej   dłużej.  Magnus  także   pobladł.  Z   każdym 

dotychczasowym   ciosem   halabardy   ledwie   o   włos   unikał  śmierci.   Teraz   nie   miał   już 

żadnej ochrony. Nie mógł jednak ani uciec, ani się poddać.

Gryząc pobielałe wargi, wystąpił naprzód z odwagą rozpaczy, uniósł miecz i ciął prosto, 

od góry. W normalnych warunkach każdy wojownik mógłby uniknąć takiego ciosu, nawet o 

tym nie myśląc; w  holmgangu  jednak należało stać  nieruchomo. Po raz pierwszy w tym 

pojedynku   Shef  przekręcił   lewą   ręką,   by   z   całej   mocy   odparować   uderzenie  siekierą 

halabardy.   Oba   ostrza   spotkały   się   w   pół   drogi.  Klinga   miecza   odskoczyła   w   bok, 

wytrącając Magnusa  z równowagi. Hebrydyjczyk odzyskał ją szybko, spoglądając na swą 

broń. Nie pękła, ale została przecięta wzdłuż  i mocno wygięta.

— Miecze mogą zostać wymienione — zaintonował Halvdan — jedynie za zgodą obu 

stron.

Twarz Magnusa skurczyła się z rozpaczy. Usiłował się  wyprostować, by z godnością 

przyjąć śmiertelny cios. Kolbein przysunął się kawałek do przodu, trzymając się za łokieć 

zdrową ręką.

Shef spojrzał na ostrze halabardy, przeciągnął kciukiem po świeżej szczerbie. Wystarczy 

trochę pracy z pilnikiem, pomyślał. Jego broń nazywała się Zemstą Niewolnika. Walczył, 

ponieważ jego przeciwnik zabił niewolnika. Teraz nadszedł czas zemsty, za tego zabitego i 

bez wątpienia za wielu innych.

24

background image

Ale   przecież   uderzył   Hebrydyjczyka   nie   dlatego,   że   ten   zamordował   niewolnika,   ale 

dlatego, że on, Shef, chciał go dla siebie. Chciał się dowiedzieć czegoś o maszynach, które 

niewolnik robił. Zabicie Magnusa nie przywróciłoby tej wiedzy. A zresztą i tak już wiedział  

więcej.

Pośród   kompletnej   ciszy   Shef   cofnął   się,   wbił   halabardę  ostrzem   w   błoto,   odwiązał 

ochraniacz i rzucił go na ziemię.  Obrócił się w stronę Halvdana i zawołał głośno, tak by 

usłyszała go cała armia:

— Poddaję ten holmgang i oczekuję werdyktu sędziów. Żałuję, że w gniewie uderzyłem 

Magnusa Ragnaldssona, wybijając mu dwa zęby. Jeżeli zwolni mnie od holmgangu, 

proponuję mu grzywnę za tamtą szkodę i za zranienie jego partnera Kolbeina, prosząc 

jednocześnie o przyjaźń i poparcie w przyszłości.

Jęki rozczarowania zmieszały się z krzykami aprobaty.  W tłumie zawrzało; zwolennicy 

dwóch przeciwstawnych poglądów już zaczynali się przepychać. Halvdan i sędziowie zebrali 

się   na   naradę,   po   kilku   minutach   dopuszczając   do  niej  także  obu Hebrydyjczyków.  W 

końcu osiągnęli porozumienie. Powoli zapadała cisza. Widzowie chcieli usłyszeć decyzję, by 

móc ją zaaprobować. Shef nie czuł strachu, nie naszło go przypomnienie ostatniego razu, 

kiedy to stał czekając na werdykt Ragnarssona. Wiedział, że właściwie ocenił nastrój tłumu, 

i że sędziowie nie ośmielą się postąpić wbrew woli armii.

— Wszyscy trzej sędziowie doszli do wniosku, że ten holmgang został rozegrany 

dobrze i sprawiedliwie, bez ujmy dla któregoś z przeciwników, i że Shef... — Mówca 

walczył z angielskim imieniem, nie mogąc go wypowiedzieć. — ...Skjef, syn Sigvartha, 

miał prawo oddać walkę pod osąd  w momencie, gdy nadeszła jego kolej uderzenia. — 

Halvdan rozejrzał się, po czym powtórzył: — Gdyż była to jego kolej uderzenia. A 

zatem, skoro Magnus Ragnaldsson również jest przygotowany, by zaakceptować wyrok, 

ogłaszamy, że ten pojedynek może zostać przerwany bez kary dla którejkolwiek ze stron.

Magnus Hebrydyjczyk wystąpił naprzód.

— A ja oświadczam, że przyjmuję ofertę Skjefa Sigvarthssona dotyczącą grzywny za 

szkody wyrządzone mnie i Kolbeinowi Kolbrandssonowi, i oceniam je na pół miarki srebra 

dla każdego z nas... — Wśród wyspiarzy, których pazerność była przysłowiowa, rozległy się 

gwizdy i pohukiwania, jako wyraz dezaprobaty dla niskiej ceny. — ...pod jednym wszelako 

warunkiem: że Skjef Sigvarthsson w swojej kuźni zrobi dla nas broń taką, jaką dzisiaj walczył, 

i sprzeda po pół miarki srebra od sztuki. Gdy ten warunek zostanie spełniony, ofiarujemy 

mu naszą przyjaźń i pełne poparcie. Magnus ruszył naprzód, z szerokim uśmiechem na 

twarzy, uścisnął dłoń Shefa. Kolbein również pokuśtykał do przodu. W kręgu pojawił się 

Hund, pochylił się nad skrwawionym i już zapuchniętym łokciem Kolbeina, zacmokał na 

widok brudnego rękawa. Sigvarth kręcił się w pobliżu niedawnych przeciwników, 

usiłując coś powiedzieć. Nagle przez gwar przebił się głos zimny niczym lód:

— Coś  szybko dochodzicie do  porozumienia.  Jeśli zamierzaliście przerwać walkę, 

skoro tylko padną dwie krople krwi, powinniście raczej załatwić to na osobności, a nie 

angażować w to całą armię. Ale powiedz no mi jedną rzecz, koguciku... — Głos Sopla 

Lodu, który sunął do

przodu, z gorejącymi oczami, padał teraz w sadzawkę ciszy. — Co zamierzasz zrobić, 

by zdobyć moją przyjaźń i pełne poparcie? Co? Bo między nami również jest rozlana krew. 

Co możesz mi ofiarować w zamian?

Shef obrócił się, podnosząc głos, znów nadając mu wyzywające, pogardliwe brzmienie. 

Chciał, by armia wiedziała, że Ivar znalazł godnego przeciwnika.

— Mogę dać ci, Ivarze Ragnarssonie, coś, co już raz próbowałem dla ciebie zdobyć, 

skoro sam nie możesz sobie z tym poradzić. Nie, nie myślę o kobiecych spódnicach... — 

Ivar cofnął się, nie spuszczając wzroku z twarzy Shefa. Shef wiedział, że teraz Ivar 

go już nie opuści, że nie zapomni go, póki jeden z nich nie padnie martwy. 

— Nie. Przydziel mi pięciuset ludzi, a ja dam ci coś, czym będziesz mógł się podzielić z 

nami wszystkimi. Dam ci maszyny mocniejsze od tych, które posiadają chrześcijanie. 

Broń większą od tej, której użyłem w tej walce. A kiedy już będę miał to wszystko, dam ci 

coś innego. Dam ci York!

Zakończył przemowę głośnym okrzykiem, a cała armia mu towarzyszyła, waląc mieczami 

o tarcze na znak aprobaty.

25

background image

—   Łatwo   jest   się   chwalić   —   odparł   Ivar,   spoglądając  na   Sigvartha,   na 

Hebrydyjczyków, na Thorvina i grupkę jego noszących amulety przyjaciół, którzy otoczyli 

Shefa,  by w ten  sposób wyrazić  swoje poparcie  dla niego. — Ale  przyrzekam,  że   jeśli 

chwalipięta nie spełni tej obietnicy, gorzko jej pożałuje!

Rozdział czwarty

Trudno stwierdzić, kiedy nadchodzi świt podczas angielskiej zimy — pomyślał Shef. 
Chmury unosiły się nisko nad ziemią, zalewając równinę strugami deszczu lub deszczu ze 
śniegiem. Gdziekolwiek znajdowało się słońce, jego światło nie mogło się przebić przez 
grube zasłony. A Shef potrzebował światła dla swoich ludzi, potrzebował go, by widzieć 
Anglików. Do tego czasu wszyscy musieli czekać.

Obolałe ciało chłopaka ocierało się o warstwę nasiąkniętej potem wełny, która była jego 

tuniką, i o sztywną, wygotowaną skórę, która stanowiła jedyną zbroję, jaką zdołał 

dotychczas wysłużyć. Teraz, po godzinach mozolnej harówki, wilgotna tkanina 

przyprawiała go o dreszcze. Najbardziej pragnąłby zdjąć z siebie wszystko i owinąć się 

suchym płaszczem. Ludzie w ciemnościach za nim musieli czuć się tak samo.

A przecież każdy z nich powinien myśleć tylko o jednej rzeczy i wykonywać jeden tylko 

obowiązek, bez względu na to, jak bardzo zmęczyła ich już jego monotonia. Jedynie Shef 

nosił w umyśle obraz rzeczy, które mają się wydarzyć, wizję fragmentów, które muszą się 

połączyć w całość. Tylko on przewidywał setki spraw, które mogą się nie powieść. Shef 

nie obawiał się śmierci ani okaleczenia, nie bał się bólu, wstydu ani niesławy — zwykłych 

niebezpieczeństw,   o   których   pozwala   zapomnieć   zgiełk   walki,  i   podniecenie,   i   szal 

bitewny. On obawiał się tego, co nieprzewidywalne, niespodziewane: złamanej szprychy koła, 

śliskich liści, nieznanej maszyny.

Doświadczonemu   jarlowi   piratów   niewątpliwie   wydałoby   się,   że   Shef   dotychczas 

popełniał   same   błędy.   Jego  ludzie   zostali   zgromadzeni,   ale   byli   zziębnięci,   zmęczeni, 

zesztywniali i niepewni swej przyszłości.

To jednak miała być bitwa zupełnie inna od dotychczasowych. O jej losach przesądzi 

nie to, jak ludzie się  czują, ani to, jak walczą. Byle tylko każdy zrobił to, co do   niego 

należy, nic więcej nie będzie się liczyło. Ta walka odbędzie się niczym granie pola albo 

karczowanie pniaków. Bez chwały, bez bohaterstwa.

W   oddali   błysnęło   coś   jakby   iskra.   Rzeczywiście.   Cały   snop   iskier,   rosnące   jęzory 

płomieni, pojawiające się w różnych  miejscach.  Widać już było  zarysy  budynków,  nad 

dachami zaczynał unosić się dym, rozwiewany wiatrem. Ogień oświetlił długą linię muru 

oraz   bramę,   którą   Ragnarssonowie   usiłowali   sforsować   dwa   tygodnie   temu.   Na   całej 

długości   wschodniej   ściany   ludzie   podpalali   chaty.  Kłęby   dymu   buchały   pod   niebo, 

wojownicy   pędzili   naprzód  z   przygotowanymi   drabinami   —   nagłe   starcie,   świst   strzał, 

dźwięk rogów, nowi wojownicy zastępują wycofujących się towarzyszy. Hałas, płomienie i 

ataki nie czyniły jednak żadnej szkody. Wkrótce angielscy wodzowie zorientują się, że to 

tylko  fałszywy  alarm i zwrócą uwagę gdzie indziej.  Shef zapamiętał  jednak z Emneth 

rozpaczliwą  powolność  i zamieszanie; w szeregach Anglików to, co myślą wodzowie,  nie 

miało większego znaczenia. Zanim dowódcy przekonają swoich ludzi, by nie wierzyli temu, 

co widzą ich oczy, bitwa powinna już dobiec końca.

Ogień,  dym.  Wojenne rogi na blankach  trąbiły na   alarm, naprzeciwko na murach 

zaczynały się już jakieś ruchy. Czas zaczynać.

Shef   obrócił   się   w   prawo   i   rozmyślnie   powoli   jął   iść  wzdłuż   linii   domów   przy 

północnej   ścianie.   Halabardę  luźno   trzymał   w   dłoni.   Powinien   odliczyć   czterysta   po-

dwójnych kroków. Kiedy doszedł do czterdziestu, ujrzał wielki, kanciasty kształt pierwszej 

z wojennych  machin.  Jej  załoga   tłoczyła   się   w   wylocie   jednej   z   alejek,   dokąd   z 

wielkim trudem przy wlokła olbrzymie urządzenie. Chłopak drzewcem halabardy dotknął 

człowieka   stojącego  z przodu — był to Egil ze Skaane. Egil poważnie skinął  głową i 

zaczął maszerować w miejscu, mozolnie licząc pod nosem za każdym razem, gdy jego lewa 

stopa dotknęła ziemi.

To był najtrudniejszy etap przygotowań: namówić dowódców, by zgodzili się robić coś 

takiego. To się nie mieściło w ich wyobrażeniu o wojnie. W ten sposób nie zachowuje się 

26

background image

żaden  drengir.  Ludzie   mogliby   się   z   nich  śmiać.  A  poza  tym,   kto  zdołałby  liczyć   tak 

długo? Shef dał Egilowi pięć białych kamyków, po jednym na każdą setkę, i jeden czarny, 

na ostatnią sześćdziesiątkę. Po pięciuset  sześćdziesięciu krokach Egil ruszy naprzód — o 

ile nie  pomyli  się w rachubie, a jego ludzie nie zaczną się śmiać.  Do tego  czasu Shef 

dotrze do końca swej trasy, zawróci, i znów znajdzie się na swoim stanowisku pośrodku. 

Nie  sądził, by ludzie Egila  zaczęli  się śmiać.  Specjalnie dobrał  najsławniejszych  pośród 

wojowników. Godność nierozerwalnie wiązała się z ich imionami.

Oto rola przywódcy w nowym stylu wojowania, rozważał Shef posuwając się naprzód. 

Dobierać ludzi tak, jak cieśla dobiera belki na szkielet domu. Doliczył do osiemdziesięciu, 

zobaczył   drugą   machinę,   dotknął   Skulego,   ujrzał,  jak   ten   chwyta   kamyczki   i   zaczyna 

odliczanie, po czym ruszył dalej. Dowódca musi nie tylko dobrać belki, ale i osobiście 

sprawdzić, czy będą do siebie pasować.

Musi   być   jakaś   łatwiejsza   metoda,   myślał   Shef,   mijając   trzecią   i   czwartą   machinę. 

Rzymianie   ze   swoją   znajomością  liczb   nie   mieliby   z   tym   żadnego   problemu.   Chłopak 

wiedział jednak, że na żadnym kowadle, choćby najtwardszym, nie zdoła wykuć dla siebie 

tej wiedzy.

Trzy drużyny Branda tworzyły załogi kolejnych trzech machin w szeregu. Dalej stało  

pół tuzina Hebrydyjczyków, każdy ze świeżo wykutą halabardą w dłoni.

Dziwni byli ci ochotnicy, którzy się do niego zgłosili. Po holmgangu chłopak 

poprosił Sigurtha Wężowe Oko o pięciuset ludzi. Pod koniec potrzebował najmarniej 

dwóch tysięcy, nie tylko po to, aby obsadzić załogami machiny i stworzyć oddziały 

dywersyjne, ale przede wszystkim by mieć robotników do gromadzenia drewna, 

przycinania go do odpowiednich kształtów, wyszukiwania bądź wykuwania olbrzymich 

gwoździ, wtaczania wielkich konstrukcji pod błotniste wzgórze. Jednak ludzie 

wykonujący całą tę pracę nie przyszli od Sigurtha, Ivara, ani któregokolwiek z 

Ragnarssonów, którzy po kilku dniach zaczęli trzymać się z daleka. Pochodzili oni z 

małych drużyn, niezorganizowanych obrzeży armii. Większość nosiła amulety Drogi.

Shef z niepokojem uświadamiał sobie, że spora część wojowników zaczyna podzielać 

zdanie Thorvina i Branda co do jego osoby. Na jego temat poczynały krążyć opowieści.

Jeżeli   wszystko   pójdzie   dobrze,   wkrótce   przybędzie   im  jeszcze   jedna   historia   do 

opowiadania.

Doliczywszy   do   czterystu   dwunastu   znalazł   się   przy  ostatniej   machinie,   zawrócił   na 

pięcie i przyśpieszył kroku, rozumiejąc, że rachuba dobiegła już końca. Mrok rzedł coraz 

bardziej; przy wschodniej ścianie nadal panował zamęt, dym unosił się pod wciąż ciemne 

niebo.

Niespodziewanie   w   głowie   Shefa   rozbrzmiała   strofa  wiersza,   angielskiego   wierszyka 

zapamiętanego z czasów dzieciństwa:

Gdzie bród u wierzb, drewniany most,

 Tam królów ród w swych łodziach śpi...

Nie, nie tak! To było: Pył wzbił się w niebo, szron pokrył ziemię, zapadła noc — tak 

brzmiał ten wierszyk... Więc co to za słowa mu się przypomniały?

Chłopak zatrzymał się, zgiął się w pół, jak gdyby  chwycił go kurcz. Coś strasznego 

działo się w jego głowie, a on nie miał czasu, by się tym zająć. Zmusił się, żeby  ruszyć 

dalej. Zobaczył, jak nadchodzi Brand. Na twarzy wikinga malowała się troska.

— Straciłem rachubę.

— Nie szkodzi. Widać już na czterdzieści kroków. Ruszymy, gdy Gummi ruszy ze 

swoimi. Jest tylko jedna sprawa... — Brand nachylił się wprost do ucha Shefa. — Z 

tyłów przyszedł jakiś człowiek. Mówi, że Ragnarssonów nie ma za nami. Nie chcieli się 

podporządkować.

— A więc poradzimy sobie sami. Ale mówię ci: Ragnarssonowie czy nie, jeśli nie będą 

walczyć, nie dopuścimy ich do podziału!

— Ruszają.

Shef   wycofał   się   do   własnej   machiny,   z   lubością   wciągnął  w   nozdrza   zapach   trocin. 

Zanurkował do wnętrza, zaczepił ostrze halabardy o złamany gwóźdź, który osobiście wbił  

zeszłej nocy, stanął na wyznaczonej pozycji przy ostatniej  belce, z całej  siły pchnął do 

przodu. Machina z wolna zaczęła sunąć w stronę murów.

27

background image

Angielskim   wartownikom   wydało   się,   że   to   domy  zaczęły   się   ruszać.   Jednak   nie 

znajome, przysadziste chaty  z plecionki i gliny toczyły się w ich stronę pośród wstającej 

mgły,   ale   budowle   wysokie   niczym   dwory   tanów,   wieże  kościołów   czy   dzwonnice. 

Tygodniami spoglądali z murów, bacząc na wszystko, co może dostrzec ludzkie oko. Teraz 

zbliżały się do nich konstrukcje sięgające aż do blanków. Czy to tarany? Czy może ukryte  

drabiny? Albo też tarcze dla jakichś innych diabelskich wynalazków? Sto łuków napięło 

się,   wypuściło   strzały.   Bezskutecznie.   Na   pierwszy  rzut   oka   było   widać,   że   pocisk   z 

krótkiego łuku nie uczyni tym konstrukcjom żadnej szkody.

Ale Anglicy mieli przecież lepszą broń. Tan dowodzący obroną północnej bramy, burcząc 

gniewnie, odesłał bladolicego chłopaka, rekruta w służbie jednego z pomniejszych władców, 

z powrotem na jego miejsce na blankach. Chwycił też jednego z gońców-niewolników.

— Idź na wschodnią wieżę — warknął. — Każ ludziom przy maszynie, żeby strzelali. Ty 

tam! To samo do zachodniej wieży. Ty! Wracaj na dziedziniec, powiedz załodze 

miotacza kamieni, że do północnego muru zbliżają się machiny. Powiedz machiny! Z 

całą pewnością! Cokolwiek się dzieje, to nie jest udawany atak. No dalej, ruszajcie.

Gdy gońcy rozbiegli, tan skupił uwagę na własnych  oddziałach. Część ludzi pędziła po 

drabinach, by zajmować stanowiska. Ci, którzy zorientowali się już, co się dzieje, krzyczeli i 

wskazywali palcami na zbliżające się konstrukcje.

— Nie rozpraszać się — wrzasnął. — Patrzcie na dół, na litość boską! Czymkolwiek 

są te konstrukcje, nie można pozwolić, by dotknęły murów. Broń mnichów zniszczy je, gdy 

tylko dostatecznie się zbliżą!

Gdyby w fortecy nadal siedzieli rzymscy żołnierze,  myślał Shef, u podstawy murów 

znajdowałby się głęboki rów, który zagradzałby atakującym drogę. Wieki zaniedbania oraz 

sterty   odpadków   wypełniły   zagłębienie,   tworząc  wciąż   rosnący,   pokryty   darnią   wał, 

wysoki   na   pięć   stóp  i równie szeroki. Człowiek, który wspiąłby się nań, wciąż by się 

znajdował   kilkanaście   stóp   poniżej   często   naprawianych   blanków,   więc   obecność 

wybrzuszenia   nie   wydawała   się   obrońcom   niebezpieczna.   Prawdę   mówiąc,  całkowicie 

bezwiednie stworzyli sobie w ten sposób kolejne zabezpieczenie.

Gdy wieża oblężnicza zbliżała się do murów, człowiek z przodu krzyknął nagle, załogi 

napierające na belki  przyśpieszyły  krok do truchtu.   Machina potoczyła  się  w przód, 

napotkała   wybrzuszenie,   zatrzymała   się   z   dygotem,  Natychmiast   kilkunastu   mężczyzn 

wyłoniło   się   zza   wieży  i   ruszyło   do   przodu.   Połowa   z   nich   wznosiła   w   górę   ciężkie, 

czworokątne tarcze, zasłaniając się przed deszczem strzał. Pozostali mieli ze sobą oskardy i 

łopaty. Bez słowa zabrali  się do kopania kolein na linii wytyczonej przez przednie  koła, 

odrzucając ziemię na bok niczym borsuki.

Shef   przedarł   się   pomiędzy   ociekającymi   potem   wojownikami   i   przez   cienkie 

przepierzenie wyjrzał na zewnątrz machiny. Cały problem polegał na wadze. Z grubsza 

rzecz biorąc wieża składała się z drewnianej konstrukcji na osiem stóp szerokiej, dwanaście 

stóp długiej i trzydzieści  stóp wysokiej, wspartej na sześciu kołach. Całość była  raczej 

niestabilna i dość nieporęczna do obsługi. Dla obrony przed angielskimi machinami dół 

wieży po bokach  wykonano  z najcięższych  belek,  jakie można  było  znaleźć  wśród   ruin 

northumbryjskich domów i kościołów. Dla  równowagi należało odciążyć  koła w innym 

miejscu. Wybór Shef a padł na front konstrukcji. Deski miały tam  grubość tarczy. Groty 

angielskich  strzał  przebijały je  bez trudu; ich ostrza sterczały po wewnętrznej stronie. 

Zaledwie   kilka   cali   dalej   pracowali   ludzie   z   łopatami,   gorączkowo   usiłując   przedłużyć  

koleinę o następne dwie stopy.

Nareszcie. Gdy Shef odwrócił się, by krzyknąć na  wojowników przy belkach, z tyłu 

rozległ się zbiorowy okrzyk i głuchy odgłos upadku. Shef zakręcił się wokół własnej osi, 

serce podeszło mu do gardła. Wielka strzała? Jeden z olbrzymich głazów? Nie, nie aż tak 

źle. Jakiś krzepki Anglik cisnął w dół kamieniem, ważącym najmarniej pięćdziesiąt funtów. 

Ciężar przełamał osłonę i runął na  przód machiny, druzgocąc deski. Nic poważnego. Na 

ziemi jednak znalazł się także jakiś człowiek — Eystein leżał   z nogą wykrzywioną tuż 

przed lewym kołem, z otwartymi ustami wpatrując się w górujący nad nim kształt.

— Stać! — Ludzie zamarli w bezruchu. Właśnie zbierali siły do ostatecznego wysiłku, 

który miał pchnąć machinę dokładnie przez zmiażdżoną nogę Eysteina.

— Stać. Wyciągnij go, Stubbi. W porządku. Wy z łopatami — z powrotem pod osłonę. 

Do roboty, chłopcy, pchnijcie porządnie. Wystarczy! Jesteśmy w domu. Brand, wbij z tyłu 

28

background image

kilka   palików,   żebyśmy   nie   potoczyli   się   do   tyłu.  Opuścić   drabiny.   Łucznicy   na   górną 

platformę. Oddział szturmowy, za mną!

Jedna para drabin wyniosła ciężko uzbrojonych wojowników dwanaście stóp w górę. 

Wszyscy dyszeli teraz  z wysiłku, ale z podnieceniem parli pod górę. Następne  drabiny, 

kolejne   dwanaście   stóp.   Ktoś   podał   Shefowi  halabardę,   zapomnianą   w   pośpiechu. 

Chwycił   ją,   patrząc  na   ludzi   tłoczących   się   na   górnej   platformie.   Czy   są   na   jednym 

poziomie z blankami?

Tak! Widział pod sobą szczyt murów, niewiele niżej  niż na długość kolana. Stojący 

tam Anglik strzelał w górę  z łuku. Grot trafił na przerwę pomiędzy deskami, brzechwa 

zagrzechotała   o   drewno,   po   czym   ugrzęzła,   zatrzymała   się   zaledwie   o   cal   od 

zdrowego oka Shefa. Chłopak odłamał strzałę, odrzucił ją. Ludzie byli już gotowi, czekali 

na sygnał.

Shef przyłożył ostrze halabardy do liny i ciął.

Zwodzony   most   natychmiast   zaczął   opadać   w   dół,  najpierw   powoli,   potem   z 

rozmachem niczym wielki młot:  jego przednią krawędź obciążono workami z piaskiem. 

Rozległ się głuchy łoskot, chmura piasku z pękniętego  worka rozwiała się z wiatrem. Z 

góry dochodził jęk cięciwy; to łucznicy starali się oczyścić blanki.

W końcu dało się słyszeć głośne stęknięcie; na pomoście pojawiła się olbrzymia postać 

Branda z uniesionym toporem. Shef skoczył za nim, ale w tym samym momencie od tyłu 

złapały   go   czyjeś   ramiona.   Chłopak   spojrzał  przez   ramię   i   ujrzał   Ulfa,   statkowego 

kucharza, najpotężniejszego mężczyznę we wszystkich trzech załogach, nie licząc Branda.

— Brand powiedział, że ty nie. Kazał ci na początku trzymać się z daleka.

Ludzie   parli   naprzód:   najpierw   doborowy   oddział  szturmowy,   potem   reszta   załogi. 

Nadciągali nieprzerwanym  strumieniem, wspinając się po drabinach i biegnąc pomostem. 

Następnie pojawili się wojownicy,  którzy pracowali  łopatami.  Shef  wił  się  w  uścisku 

Ulfa, majtał nogami w powietrzu. Słyszał szczęk broni, jęki i bitewne okrzyki.

Gdy na drabinach pojawili się obcy ludzie z innych  załóg, Ulf zwolnił uścisk. Shef 

skoczył na pomost, wybiegł na zewnątrz, i zobaczył wreszcie, jak działa jego plan.

W szarym świetle poranka olbrzymie machiny na oczyszczonym pasie ziemi pomiędzy 

murami a miastem zewnętrznym wyglądały niczym potężne zwierzęta, które dowlokły się 

tu, by umrzeć. Ta musiała zgubić koło albo złamać oś na nierównym terenie; może  

wjechała  w stary dół kloaczny.  Druga, ta, którą prowadzili Hebrydyjczycy,  pomyślnie 

dotarła do murów. Pomost wciąż wspierał się o blanki, właśnie pędziła po nim kolejna 

grupa   ludzi.   Następna   nie   miała   tyle   szczęścia.   Załoga  przecięła   linę   i   most   opadł   o 

stopę   za   blisko.   Zwieszał   się   teraz   bezwładnie,   niczym   olbrzymi   jęzor   wystający   z 

bezokiej twarzy. Między nim a podstawą ściany leżały ciała w kolczugach.

Shef cofnął się, by dać przejście kolejnej fali atakujących,  po czym zaczął liczyć. Trzy 

wieże nie dotarły do ściany,  dwie dotarły, ale ludzie z nich nie zdołali przedostać się na 

blanki. A więc w najlepszym wypadku pięć machin spełniło zadanie. Powinno wystarczyć. 

Gdyby   ruszali   się   wolniej,  straciliby   dużo   więcej.   Albo   gdyby   nie   zaatakowali   wszyscy 

naraz.  W   tym   musi   być   jakaś   prawidłowość.   Jak   to   powiedzieć?  Może:  Höggva   ekki 

hyggiask. Uderzaj i nie myśl. Jeden potężny cios, a nie seria drobnych. Brand uznałby to 

za dobrą zasadę, gdyby mu ją wytłumaczyć

     Shef spojrzał w górę i ujrzał na niebie coś, co przez całe  tygodnie widział w swoich 

snach, w swoich koszmarach:  oto gigantyczny głaz wznosi się z nadludzką  łatwością, 

wciąż wyżej i wyżej, przecząc zdrowemu rozsądkowi, wreszcie osiąga szczyt. I spada.  

Nie na niego. Na wieżę.

Chłopak  skulił   się  z  przerażenia   —  nie  w  trosce  o  własną  skórę,   ale   w   oczekiwaniu 

przeraźliwego   trzasku,   rozdzierającego   jęku   miażdżonych   desek,   kół   i   osi,   które   tak 

pieczołowicie   łączył   ze   sobą.   Wikingowie   na   moście   skulili  się   także,   wznosząc 

bezużyteczne tarcze.

Głuchy odgłos, szmer spadających grudek ziemi. Shef  z niedowierzaniem spojrzał na 

głaz zaryty w ziemię dwadzieścia  stóp od wieży,  wyglądający,  jak gdyby leżał tam  od 

początku   świata.   Anglicy   chybili.   Chybili   o   całe   jardy.   Nie   przypuszczał,   że   to   jest 

możliwe.

Nagle mężczyzna z przodu, zwalisty osiłek w kolczudze, został zmieciony z pomostu.

Krew   w   powietrzu,   brzęk,   jakby   ktoś   szarpnął   najgrubszą   strunę   harfy   olbrzymów, 

pocisk zbyt szybki, żeby go można dostrzec, przebił na wylot ciało wojownika.

29

background image

A   więc   wielki   łuk   także   działał,   nie   tylko   miotacz  kamieni.  Shef przysunął  się do 

krawędzi muru, by spojrzeć na zmasakrowane ciało leżące na ziemi. No tak, machiny może 

i działają, ale jedna chybiła, a obie wystrzeliły o wiele za późno. Widać Anglicy jeszcze nie 

otrząsnęli z zaskoczenia.

— Dalej, nie stójcie tam jak prawiczki, które po raz pierwszy zobaczyły byka! — Shef 

gniewnie machnął ręką na ludzi tłoczących się przy wyjściu z wieży. — Minie  godzina, 

zanim ponownie zdołają ustawić machiny. Chodźcie za mną, a dopilnujemy, żeby to im się 

nie udało.

Chłopak odwrócił się i ruszył szybko wzdłuż szczytu murów, za blankami. Ulf, niczym  

olbrzymia niańka, sadził olbrzymimi krokami tuż za nim.

Branda   znaleźli   tuż   za   bramą,   teraz   już   otwartą,   na  placu  usłanym  wszystkim,  co 

kojarzy się z bitwą: strzaskanymi  tarczami,  powyginaną  bronią, ciałami.  Shef dostrzegł 

także,   absurdalnie   wyglądający   w   tym   otoczeniu,  podarty   but,   który   w   jakiś   dziwny 

sposób rozstał się ze swym właścicielem. Brand oddychał ciężko i trzymał usta przytknięte 

do draśnięcia na gołym ramieniu, tuż nad rękawicami, ale poza tym nie odniósł żadnych 

obrażeń. Ludzie wciąż przepychali się przez wrota, kierowani w różne strony przez szyprów, 

najwyraźniej zgodnie z jakimś wcześniejszym planem. Wszystko to odbywało się w gorącz-

kowym pośpiechu. Kiedy się zbliżyli, Brand przywołał dwóch starszych wojowników i 

wydał krótkie rozkazy.

— Sumarrfugl, weź sześciu ludzi, obejdź wszystkie ciała dookoła, obszukaj Anglików i 

zgromadź to, co znajdziesz, przy tamtym domu. Kolczugi, broń, łańcuchy, klejnoty, 

sakiewki. Nie zapomnij sprawdzić pod pachami. Thorstein, weź kolejną szóstkę i zrób to 

samo wzdłuż murów. Nie

dajcie się otoczyć i nie ryzykujcie bez powodu. Przynieście wszystko i zwalcie na jedną 

kupę. Kiedy już to zrobicie, możecie posegregować naszych zabitych i rannych. A te-

raz... Thorvin, tutaj!

Kapłan  pojawił  się w  bramie,  prowadząc  jucznego  konia, obładowanego do granic 

możliwości.

— Masz swoje narzędzia? Chcę, żebyś został tutaj póki nie zdobędziemy katedry i 

przyszedł do nas gdy tylko poślę po ciebie. Wtedy będziesz mógł rozstawić warsztat i zacząć 

przetapiać łupy.

— Łupy! — Oczy Branda błysnęły zachwytem. — Już widzę tę farmę w Halogaland. 

Gospodarstwo! Posiadłość! W porządku, do roboty.

Shef wystąpił naprzód i chwycił go za łokieć.

— Brand, potrzebuję dwudziestu ludzi.

— Po co?

— Żeby zdobyć strzelającą machinę na narożnej wieży, a potem iść do tej rzucającej 

głazy.

Wiking odwrócił się, nie spuszczając oka z pobojowiska dookoła. Chwycił ramię Shefa 

olbrzymimi, metalowymi palcami, ścisnął lekko.

— Posłuchaj no, uparty smarkaczu. Dokonałeś dzisiaj wielkich rzeczyAle pamiętaj: 

ludzie walczą, aby zdobyć pieniądze. Pieniądze! — Brand użył słowa fe, oznaczającego 

każdy rodzaj dóbr: pieniądze, metal, towary, bydło. — Więc na jeden dzień, młody 

kowalu, zapomnij o machinach

i chodźmy się obłowić!

— Ale gdybyśmy mieli...

Shef poczuł, jak palce boleśnie wpijają mu się w obojczyk.

— Powiedziałem. Zapamiętaj sobie: nadal jesteś karlem Wielkiej Armii, jak my wszyscy. 

Walczymy razem i dzielimy się zyskami. I na błyszczące cycki Gerth-dziewicy, pląd-

rujemy też razem. A teraz wracaj do szeregów!

Chwilę   później   pięciuset   wojowników   zwartą   kolumną  maszerowało   w   stronę   gardzieli 

jednej z uliczek wewnętrznego miasta, kierując się do katedry. Shef, na samym   końcu, 

zerknął na odziane w kolczugę plecy, zważył w dłoni halabardę, po czym tęsknie obejrzał 

się przez ramię na małe grupki wikingów pozostawione z tyłu.

— Chodź — ponaglał Ulf. — Nie przejmuj się. Brand zostawił wystarczająco dużo 

ludzi, by chronić łup. I tak wszystkim dostanie się równy udział, wszyscy w armii to 

wiedzą. Ci z tyłu są tylko po to, żeby uważać na Anglików.

30

background image

Kolumna   przyśpieszyła   kroku   niemalże   do   truchtu  i   jednocześnie   przybrała 

znajomy,   klinowaty   kształt,   który   Shef   zapamiętał   ze   swojej   pierwszej   potyczki. 

Dwukrotnie napotkali opór; wzniesione w pośpiechu barykady zagradzały wąską uliczkę, 

zdesperowani northumbryjscy tanowie godzili w swych wrogów ponad tarczami z lipowego 

drewna, ich kerlowie zaś i sprzymierzeńcy ciskali oszczepy  i kamienie z okien na górze. 

Wikingowie przypuścili szturm, wymienili ciosy, wdarli się do domów, usunęli łuczników 

i   oszczepników,     zburzyli   wewnętrzne   ściany,     by   zajść  Anglików z boku i od tyłu, 

działając cały czas bez rozkazu  i bez  zatrzymania,  z  przerażającą  żądzą  zabijania.  Za 

każdym razem, gdy następowała chwila przerwy, Shef wykorzystywał to, by przedrzeć się 

bardziej do przodu,  obierając sobie za cel szerokie plecy Branda. Zdał sobie  sprawę, że 

będzie   musiał   pozwolić   im   zdobyć   katedrę.   Ale  może   kiedy   znajdą   już   swój   łup, 

drogocenne pamiątki wielu wieków, Shef dostanie kilku ludzi, by przechwycić machiny. A 

nade wszystko musi poruszać się blisko dowódców, aby uratować życie jeńców — życie 

ludzi wykształconych, znających liczby.

Wikingowie znowu poruszali się truchtem, Brand wyprzedzał teraz chłopaka zaledwie o 

kilka   szeregów.   Zakręt  w   wąskiej   uliczce,   ludzie   po   wewnętrznej   stronie   wyhamowują 

powoli, by ich towarzysze na zewnątrz mogli dotrzymać kroku. I oto katedra, wyrastająca 

ponad   wojownikami niczym  dzieło gigantów, oddalona zaledwie o sześćdziesiąt kroków, 

tkwiąca pośród stłoczonych pomniejszych budynków.

I znowu Northumbryjczycy; rzucają się do walki po raz ostatni, z odwagą zrodzoną z 

rozpaczy bronią domu swego Boga.

Wikingowie zwolnili nieco, wysoko dźwignęli tarcze. Shef, który nadal przepychał się 

do przodu, znalazł się nagle w jednym szeregu z Brandem, ujrzał klingę northumbryjskiego 

miecza lecącą niczym meteor w stronę jego szyi.

Bez namysłu sparował cios, usłyszał znajomy trzask  łamiącego się brzeszczotu. Zadał 

pchnięcie halabardą, przekręcił drzewce i szarpnął, wyrywając tarczę z dłoni przeciwnika. 

Wsparty   barkami   w   plecy   Branda,   chłopak  zamachnął  się  szeroko.   Dookoła   zrobiło   się 

pusto;   wrogowie  ze   wszystkich   stron.   Uderzył   znowu,   siekiera   halabardy   ze  świstem 

przecięła   powietrze.   Zmienił   uchwyt   i   ciął   w   tył;   wrogowie   usiłowali   prześlizgiwać   się 

poniżej   zasięgu   halabardy.   Chybił   powtórnie,   ale   przez   ten   czas   wikingowie  zdołali 

odtworzyć   szyk.  Klin  ruszył   do przodu,  klingi   cięły  pod   wszystkimi   kątami.   Prowadził 

Brand, wymachując toporem z precyzją cieśli.

Pierwsza   fala   szturmujących   załamała   się   nad   angielskimi   obrońcami,   miażdżąc   ich 

doszczętnie. Nagle Shef spostrzegł, że biegnie ile sił w nogach po otwartej przestrzeni, po 

wyludnionym nagle terenie, z przodu wznosi się  katedra, zewsząd dochodzą go okrzyki 

podniecenia.

Oślepiony   nagłym   przebłyskiem   słońca   chłopak   ujrzał   przed   sobą...   jaskrawożółte, 

szafranowe   płaszcze.   Z   niedowierzaniem   rozpoznał   znajomą,   rozciągniętą   w  szyderczym 

uśmiechu   twarz   Muirtacha.   Mężczyzna   wbił   oszczep   w   ziemię.   Tkwił   tam   już   szereg 

oszczepów   powiązanych   sznurkiem,   niczym   ogrodzenie   z   owoców   jarzębiny   strzegące 

kuźni Thorvina. Okrzyki zamarły na ustach.

— Nieźle biegacie, chłopcy. Ale na tym koniec. Trzymajcie się z daleka od sznurka, 

słyszycie?

Muirtach cofnął się widząc postępującego naprzód Branda, rozpostarł ramiona.

— Spokojnie, spokojnie. Każdy dostanie swój udział, bez obawy. Rozstrzygnięto o 

tym bez was. Dostalibyście swój udział, nawet gdyby atak się nie powiódł.

— Weszli od tyłu — krzyknął Shef. — Wcale nie przyłączyli się do nas rano. 

Zdobyli zachodnią bramę, gdy my atakowaliśmy od północy.

— Zdobyli, akurat — warknął jakiś głos. — Wpuszczono ich. Spójrzcie!

W drzwiach katedry, opanowany jak zawsze, wciąż odziany w szkarłat i zieleń, pojawił 

się Ivar. U jego boku  kroczyła   postać   w   stroju,   jakiego   Shef   nie   widział   od   śmierci 

Ragnara   zeszłego   roku:   mężczyzna   miał   na   sobie  biało-purpurową   szatę,   na   głowie 

dziwaczną, wysoką czapę, a w dłoni dekorowaną złotem laskę z kości słoniowej. Wolną 

rękę odruchowo uniósł w geście błogosławieństwa. Był to metropolita Eoforwich we własnej 

osobie, arcybiskup Wulfhere.

— Zawarliśmy układ — odezwał się Ivar. — Chrześcijanie zaproponowali, że 

wpuszczą nas do miasta jeśli katedra zostanie oszczędzona. Dałem im na to słowo. 

Możemy wziąć wszystko inne: miasto, całą okolice, majątek króla, cokolwiek. Nie wolno 

31

background image

jednak ruszać katedry ani mienia Kościoła. W zamian chrześcijanie będą naszymi 

przyjaciółmi i pokażą, jak wycisnąć z tego kraju wszystko.

— Jesteś jarlem armii — zawył Brand. — Nie masz prawa zawierać układów, 

nikomu nic o tym nie mówiąc.

Ivar teatralnym gestem uniósł ramię, poruszył nim, zakręcił, przesadnie wykrzywiając 

się z bólu.

— Widzę, Brand,  że twoja ręka jest już sprawna. Kiedy ja też wyzdrowieję, 

będziemy mieli kilka spraw do omówienia. Ale teraz trzymaj się po swojej stronie liny!

I przypilnuj swoich ludzi, bo inaczej źle skończą. Chłopców też to dotyczy — dodał, 

gdy natrafił wzrokiem na Shefa.

Zza katedry wyłaniali się ludzie, setki popleczników Ragnarssonów — uzbrojonych po 

zęby,   wypoczętych,  pewnych   siebie,   zimno   spoglądających   na   zdziesiątkowanych, 

wyczerpanych towarzyszy. Spośród gromady wystąpił  Wężowe Oko. Flankowali go obaj 

bracia — posępny Halvdan oraz Ubbi, który przynajmniej raz wyglądał na zawstydzonego 

i spoglądał w ziemię, mówiąc:

— Spisaliście się dobrze. Przykro nam, że spotkała was niespodzianka. Wszystko 

zostanie wyjaśnione na zgromadzeniu. Ale Ivar ma rację. Nie przekraczajcie liny. Trzymaj-

cie się z dala od katedry. Wszędzie indziej możecie grabić, ile dusza zapragnie.

— Bardzo   zabawne  —  zawołał jakiś   anonimowy głos. — Czy ktoś kiedy 

widział, aby kapłani Chrystusa zostawiali cokolwiek dla innych?

Wężowe Oko nic nie odpowiedział.  Jego brat Ivar  odwrócił  się,  machnął  ręką.  Za 

plecami Ragnarssonów wzbił się w powietrze jakiś drąg. Silne dłonie zatknęły go w ubitą 

ziemię   przed   katedrą.   Szarpnięcie   za   sznurek   i z drąga rozwinął się — powiewając 

niemrawo na wilgotnym wietrze — słynny Kruczy Sztandar, na którym czarny ptak, godło 

braci, rozpościerał skrzydła na znak zwycięstwa.  Zjednoczona dotychczas gromada ludzi, 

która szturmowała mury i wywalczyła sobie drogę przez miasto, powoli zaczynała tracić 

na zwartości, dzielić się na mniejsze grupki, szeptać między sobą, liczyć poległych.

— No i dobrze, niech sobie zachowają katedrę — mruknął Shef do siebie. — My jeszcze 

możemy zająć maszyny.

— Brand! — zawołał. — Brand! A teraz, czy dasz mi tych dwudziestu ludzi?

Rozdział piąty

W bladym, zimowym słońcu, pośród bezlistnych drzew zagajnika poza murami Yorku, 
siedziała grupka mężczyzn. Otaczały ich sznury, owoce jarzębiny czerwieniły się pomiędzy 
włóczniami. Było to tajne zgromadzenie kapłanów, wszystkich kapłanów Drogi do 
Asgardu, którzy towarzyszyli armii Ragnarssonów. Siedział tu Thorvin, kapłan Thora, 
Ingulf, kapłan Ithun, i inni: Vestmund, nawigator, znawca gwiazd, kapłan morskiego boga 
Njörda; Geirulf, kronikarz bitew, kapłan Tyra; Skaldfinn tłumacz, kapłan Hajmdalla. A 
także najbardziej poważany ze wszystkich, ze względu na swoje wizje i wędrówki w innych 
światach, Farman, kapłan Freyra.

Pośrodku kręgu tkwiła srebrna włócznia Odyna, tuż obok świętego ognia Lokiego. 

Jednak żaden kajdan w armii nie pragnął wziąć na swoje barki wielkiej odpowiedzialności, 

jaka wiązała się z włócznią. Podobnie nie było kapłana Lokiego — chociaż o istnieniu 

boga ognia nigdy nie zapominano.

Wewnątrz pierścienia znajdowało się też dwóch ludzi nie należących do rady 

kapłanów: Brand Zabójca oraz Hund, uczeń Ingulfa siedzieli w milczeniu, z dala od 

głównej grupy. Wezwano ich by dali świadectwo oraz, w razie potrzeby, udzielili rady.

Pierwszy, powiódłszy wzrokiem po zgromadzeniu, odezwał się Farman:

— Nadszedł czas, byśmy rozważyli naszą pozycję.

Słuchacze w milczeniu skinęli głowami. Ludzie Drogi nie odzywali się bez potrzeby.

— Wszyscy wiemy, że nic w historii heimsins kringla, okręgu świata, nie jest z góry 

przesądzone. A przecież wielu

z nas w swoich wizjach oglądało rzeczy, które zdają się zbliżać nieubłaganie. Nadchodzi 

32

background image

świat, w którym dominuje bóg-Chrystus. Gdzie przez ponad tysiąc lat ludzie będą 

podlegli jemu jednemu, oraz jego kapłanom, póki pod koniec owego tysiąclecia nie 

nastanie głód i pożoga. A do tego czasu trwać będzie walka, by ludzie pozostali takimi, 

jakimi są,  i by nie myśleli  o tym  świecie,  a jedynie o

przyszłym. Jak gdyby 

Ragnarök, walka bogów, ludzi i gigantów została już rozstrzygnięta, a ludzie byli pewni 

swego zwycięstwa.

Farman z kamienną twarzą spojrzał na krąg kapłanów.

—- Takiemu właśnie światu musimy się przeciwstawić, z nim właśnie musimy walczyć. 

Pamiętacie zapewne, że przez przypadek dowiedziałem się w Londynie o śmierci Ragnara 

Lothbroka.   Wówczas   we   śnie   przyszło   do   mnie  objawienie,   że   to   jest   jeden   z   tych 

momentów, kiedy  historia świata może przybrać zupełnie inny obrót. Dlatego wezwałem 

Branda — mówca machnął ręką w stronę masywnej postaci przycupniętej kilka stóp dalej 

— aby przekazał wiadomość synom Ragnara, i to w takiej formie,  żeby nie mogli oprzeć 

się wyzwaniu. Niewielu ludzi podołałoby takiej misji. A przecież Brand tego dokonał, speł-

niając swój obowiązek wobec nas wszystkich, w imię tego, który, jak wierzymy, nadejdzie z 

Północy, by sprowadzić świat na właściwą ścieżkę.

Ludzie w kręgu z szacunkiem dotknęli amuletów. Farman mówił dalej:

— Łudziłem się, że synowie Ragnara, spadając na chrześcijańskie królestwa Anglii, 

zniweczą ich potęgę i staną się naszą forpocztą, forpocztą ludzi Drogi. Byłem głupcem, 

sądząc, że zdołam przeniknąć zamierzenia bogów. Głupio też wierzyłem, że zło 

Ragnarssonów może zrodzić jakiekolwiek dobro. Synowie Ragnara nie są chrześcijanami, 

ale ich czyny dają chrześcijanom siłę. Tortury. Gwałty. Mnożenie „heimnarów".

W tym momencie wtrącił się Ingulf, mistrz Hunda.

— Ivar jest z rodzaju Lokiego. Posłano go, by siać zamęt na ziemi. Widywałem go 

już po drugiej stronie, i to nie jako człowieka. Nie można go wykorzystać w żadnym 

dobrym celu.

— Teraz to widzimy — odparł Farman. — Zamiast walczyć z potęgą kościoła boga-

Chrystusa, zawarł z nim układ, dla swoich własnych celów. I tylko taki głupiec jak ten 

arcybiskup mógł mu zaufać. Co nie zmienia faktu, że chwilowo obaj na tym skorzystali.

— A myśmy stracili! — warknął Brand, zapominając o należnym szacunku.

— Ale czy Ivar istotnie coś zyskał? — zapytał Vestmund. — Nie rozumiem, co Ivar 

i jego bracia osiągnęli przez ten układ. Poza wejściem do Yorku.

— Mogę ci udzielić na to odpowiedzi — powiedział Thorvin — gdyż dobrze 

wejrzałem w tę sprawę. Wszyscy widzieliśmy, jak marnego pieniądza używa tutejsza 

ludność. Niewiele srebra, dużo miedzi i ołowiu. Gdzie się podziało całe srebro? Nawet 

Anglicy zadają sobie to pytanie. A ja

wiem. Kościół je zabrał.  Nie tylko nam, ale również Ivarowi trudno jest sobie 

wyobrazić, jak bogaty jest Kościół w Northumbrii. Istnieje tu od dwustu lat i przez cały 

ten czas dostawał podarki w postaci srebra, złota i ziemi. A z ziemi potrafi czerpać 

jeszcze więcej srebra. I to nie tylko z tej, którą posiada.  Ochlapać niemowlę wodą, 

uświęcić małżeństwo, a w końcu pogrzebać człowieka w poświęconej ziemi oraz oddalić 

groźbę wiecznych męczarni, męczarni nie za popełnione grzechy, ale za opieszałość w 

płaceniu daniny.

— Ale co oni robią z całym tym srebrem? — zapytał Farman.

— Ozdoby dla swojego boga. Wszystko to leży teraz w katedrze, równie 

bezużyteczne jak wtedy, gdy jeszcze tkwiło pod ziemią. Złote i srebrne kielichy, wielkie 

krucyfiksy, zdobione sklepienia, naczynia na ołtarzu, kasetki na szczątki ich świętych. 

To wszystko pochodzi z pieniędzy.  Im bogatszy jest Kościół, tym nędzniejsze są 

monety. — Thorvin z odrazą pokręcił głową.

— Kościół niczego nie odda, a Ivar nawet nie zdaje sobie  sprawy,  na czym 

mógłby położyć  rękę.  Księża powiedzieli mu,  że zbiorą wszystkie monety  z całego 

królestwa i przetopią na nowo. Usuną nieszlachetny metal, a z całego srebra wybiją jego 

własną monetę. Monetę Ivara Zwycięskiego, króla Yorku. Oraz Dublina.

— Ragnarssonowie może nie będą bogatsi,  ale na pewno potężniejsi.

— A Brand, syn Barna, będzie biedniejszy! — warknął gniewny głos.

— A więc dokonaliśmy tylko tyle — podsumował Skaldfinn — że połączyliśmy 

Ragnarssonów i kapłanów Chrystusa. Co teraz myślisz o swoim śnie, Farmanie? I co z 

historią świata oraz jego przyszłością?

33

background image

— Jest jedna rzecz, o której wtedy nie śniłem — odparł Farman. — Za to od tamtej 

pory zdarzało mi się to dość często. Mówię o tym chłopcu, Skjefie.

— On nazywa się Shef — wtrącił Hund.

Farman skinął głową na znak zgody.

— Pomyślcie tylko.  Sprzeciwił się Ivarowi. Walczył w holmgangu. Przedarł się 

przez mury Yorku. A kilka miesięcy temu przybył do Thorvina, mówiąc, że jest tym, 

który przychodzi z Północy.

— Miał na myśli tylko tyle, że pochodzi z północnej

części królestwa, z Northfolku — zaprotestował Hund.

— Co on myślał, to jedna rzecz, a co mieli na myśli bogowie, to zupełnie co innego 

— odparł Farman. — Poza tym nie zapominajcie, że widziałem go po drugiej stronie. W 

domu bogów.

— I jeszcze jedna zagadka. Kto jest jego ojcem? Jarl Sigvarth myśli, że on. Ale na to 

mamy tylko słowo jego matki. Wydaje mi się, że być może ten chłopak jest 

zaczątkiem wielkiej zmiany, środkiem kręgu, chociaż nikt by się tego po nim nie 

spodziewał. Mam więc jedno pytanie

do jego przyjaciół i tych, którzy go znają: czy on jest  opętany?

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Ingulfa. Ten uniósł brwi.

— Opętany? Medycy nie używają raczej tego słowa.

Ale skoro ująłeś to w ten sposób, odpowiem ci. Tak, oczywiście, on jest opętany. 

Pomyśl tylko... 

Hund znalazł swego przyjaciela dokładnie tam, gdzie się spodziewał: pośród 

kawałków usmolonego drewna i odłamków żelaza na północno-wschodniej wieży. Ota-

czała go garstka zaintrygowanych mężczyzn z amuletami na szyjach. Hund przecisnął się 

przez tłumek niczym węgorz.

— Udało się? — zapytał.

Shef podniósł wzrok.

— Sądzę, że znam już odpowiedź. Przy każdej maszynie stali mnisi, których obowiązkiem 

było zniszczyć urządzenie, by nie wpadło w nasze ręce. Ci zrobili, co uważali za 

najpilniejsze, po czym schronili się do katedry. Thrallom, których zostawili, 

nieszczególnie zależało na pilnowaniu, by  ogień dopalił się do  końca.  Ten  niewolnik 

został schwytany — Shef skinął głową w stronę Anglika w obroży, który stał pośród 

wikingów. — Powiedział mi, jak działała

machina. Nie próbowałem jej odbudować, ale wszystko rozumiem.

Wskazał ręką na stos nadpalonego drewna i kawałków żelaza.

— To jest maszyna, która wyrzuca pociski. Sekret nie tkwi w drewnie, ale w linie. 

Skręconej linie. Oś się obraca i skręca linę, która naciąga oba ramiona łuku. A potem, 

we właściwym momencie zwalniasz cięciwę...

— I buch, trafiasz starego Tonniego — powiedział jeden z wikingów.

Wojownicy parsknęli śmiechem. Shef pokazał zębate koła na ramie konstrukcji.

— Widzisz tę rdzę? Są stare jak świat.  Nie wiem, ile czasu minęło, odkąd odeszli 

Rzymianie, ani czy te rzeczy walały się do tej pory w jakiejś zbrojowni. Wiem jednak, 

że nie zrobili ich ludzie z katedry. Potrafią ich tylko używać.

— A co z maszyną od wielkich głazów?

— Spłonęła prawie doszczętnie. Ale wiedziałem, jak działa, jeszcze zanim 

przedostaliśmy się przez mury. Ludzie z katedry mieli wszystko w książce. Mieli też 

zapasowe części, pozostałe z dawnych czasów, jak mówi niewolnik. Choćby dlatego 

żałuję, że wszystko spłonęło. Chciałbym

zobaczyć książkę, która mówi, jak budować machiny. I tę drugą, o sztuce liczb.

— Erkenbert zna sztukę liczb — odezwał się nieoczekiwanie thrall, wychwytując 

znajomo brzmiące słowo; Szef wciąż mówił po norwesku z lekkim angielskim akcentem. — 

On jest arithmeticusem

Kilku wikingów obronnym gestem dotknęło amuletów na piersi. Shef zaśmiał się.

— Arithmeticus czy nie, i tak potrafię budować machiny lepsze niż ma on. Wiele 

machin. Thrall mówi, że słyszał niegdyś, jak jeden z ludzi katedry porównywał 

chrześcijan do karłów na ramionach gigantów — Rzymian. Cóż, może czarni mnisi istotnie 

siedzą na ramionach gigantów, mając te wszystkie książki, stare machiny i stare mury, 

34

background image

pozostawione z minionych czasów. Ale to nie zmienia faktu, że są karłami. A my, my 

jesteśmy...

— Nie mów — przerwał nagle jeden z wikingów, występując naprzód. — Nie 

wypowiadaj tego słowa, Skjefie Sigvarthssonie. Nie jesteśmy gigantami,  a giganci, 

iótnarowie, to przeciwnicy bogów i ludzi. Sądziłem, że wiesz o tym. Czy nigdy ich nie 

widziałeś?

Shef   z   wolna   skinął   głową,   przypominając   sobie   sen  o nieukończonych  murach  i 

gigantycznym, niezgrabnym właścicielu ogiera. Tłumek poruszył się, spoglądając po sobie.

Chłopak rzucił na ziemię żelazne części, trzymane do tej pory w ręce.

— Steinulfie, puść niewolnika wolno, w nagrodę za to, co nam powiedział. Pokaż mu, 

jak się stąd wydostać, żeby nie wpadł w łapy Ragnarssonów. Teraz możemy już sami 

zbudować machinę.

— Czy wystarczy nam na to czasu? — zapytał jakiś wojownik.

— Potrzebujemy tylko drewna. Oraz trochę pracy przy kowadle. A do spotkania armii 

zostały jeszcze dwa dni.

— To nowa wiedza — dodał jeden ze słuchaczy. — Thorvin kazałby nam to 

wypróbować.

— Przyjdźcie tu jutro rano — powiedział Shef stanowczo.

Gdy ludzie zaczęli się rozchodzić, któryś z wikingów powiedział:

— To będą bardzo długie dwa dni dla króla Elli.

Chrześcijański biskup postąpił jak pies wydając go Ivarowi. Ivar porządnie się przygotował 

na to spotkanie.

Shef zagapił się na plecy odchodzących, po czym obrócił się w stronę przyjaciela.

— Co tam masz?

— Eliksir od Ingulfa. Dla ciebie.

— Nie potrzebuję żadnego eliksiru. Na co to?

Hund zawahał się.

— Ingulf powiedział, że dla uspokojenia umysłu. I...przywrócenia pamięci.

— Co jest nie tak z moją pamięcią?

— Ingulf i Thorvin mówią... mówią, że zapomniałeś nawet o tym, że to my 

wypaliliśmy ci oko. Że Thorvin cię trzymał, Ingulf rozgrzał igłę, a ja ją ustawiłem. 

Zrobiliśmy tak dlatego, żeby nie oddać cię w ręce któregoś z rzeźników Ivara. Ale oni 

mówią, że nienaturalne jest, żebyś nigdy o tym nie wspominał. Sądzą, że zapomniałeś 

tamtą chwilę. I  nie pamiętasz już  Godivy,  dla której wszedłeś do obozu.

Shef spojrzał na niewysokiego medyka ze srebrnym jabłkiem-amuletem na szyi.

— Możesz im powiedzieć, że nigdy nie zapomniałem żadnego z tych momentów. Ale 

mimo to — wyciągnął rękę — przyjmę twój eliksir.

— Wziął eliksir — oznajmił Ingulf.

— Shef przypomina mi ptaka ze starej historii — powiedział Thorvin. — Tej, którą 

opowiadają chrześcijanie tłumacząc, jak Anglicy z północy przeszli na nową wiarę. 

Podobno kiedy król Edwin zwołał radę, by zdecydować, czy on i jego poddani powinni 

zostać przy wierze ojców, czy też przyjąć naukę Chrystusa,  odezwał się kapłan 

Aesira, mówiąc,  że starzy bogowie nie przynieśli im żadnej korzyści, więc lepiej ich 

porzucić. Wtedy jednak wstał inny z członków rady, i to jest prawdziwsza opowieść, i 

rzekł, że świat przypomina mu królewską komnatę podczas zimowego wieczoru: ciepłą 

i jasno oświetloną,   odgrodzoną  od  ciemnego,   zimnego   świata  na zewnątrz.   „I  do 

tej  komnaty —  opowiadał  królewski doradca — wlatuje  ptak,  przez moment  czuje 

ciepło i widzi światło, lecz po chwili znowu wyfruwa w ciemność i zimno.  Jeżeli  bóg-

Chrystus może  nam  lepiej  wytłumaczyć, co się dzieje z człowiekiem przed 

narodzinami i po śmierci, powinniśmy dowiedzieć się czegoś więcej o jego naukach

— To dobra historia i zawiera trochę prawdy — stwierdził Ingulf. — Rozumiem, 

dlaczego uważasz, że Shef może być jak ten ptak.

35

background image

— Może tak, a może nie. Może być czymś zupełnie innym. Kiedy Farman ujrzał go 

w swoich wizjach, w Asgardzie, widział go na miejscu Vólunda, kowala bogów.

Chyba nie znasz tej historii, Hundzie. Vólunda schwytał  i

uwięził zły król Nidhad, 

przeciął mu ścięgna pod kolanami,  by mógł pracować, lecz nie mógł uciec. Ale Vólund 

zwabił do swej kuźni królewskich synów, zabił ich, zrobił brosze z ich oczu i naszyjnik 

z ich zębów, i dał to ich ojcu, swojemu panu. Zwabił do kuźni córkę króla, spoił ją 

piwem i zgwałcił.

— Dlaczego miałby to robić, skoro wciąż był więźniem? — zapytał Hund. — Jeżeli 

kulał i nie mógł uciec?

— Był mistrzem-kowalem — odparł Thorvin. — Kiedy córka króla obudziła się i 

pobiegła do ojca, żeby wszystko mu  opowiedzieć,  a Nidhad przybył,  aby zabić swego 

niewolnika wśród męczarni, Vólund przypiął skrzydła, które sekretnie wykuł sobie na 

kowadle. I odleciał, naś-

miewając się z tych, którzy uważali go za kalekę.

— W czym Shef przypomina Vólunda?

— Widzi rzeczy na górze i na dole. Większość ludzi tego nie potrafi. To wielki dar, 

ale obawiam się, że to dar od Odyna, Odyna Ojca Wszystkich,  Odyna Bólverka,

Niosącego Zgubę. Twój eliksir, Ingulfie, ześle mu sny. Co zobaczy w tych snach?

Resztkami gasnącej świadomości Shef usiłował przeniknąć skład wypitego  specyfiku. 

Smakował miodem, co stanowiło odmianę od obrzydliwych mieszanek, które Ingulf i Hund 

zwykle sporządzali. Jednak poza słodyczą czuł też  inny smak. Pleśni? Grzyba? Nie miał 

pojęcia, lecz wyczuwał

coś   gorzkiego   i   gnijącego.   Ledwo   wypił,   zdał   sobie   sprawę,  że   będzie   musiał   coś 

przecierpieć.

A mimo to sen zaczął się słodko, jak te, które miewał  w czasach, zanim zaczęły się 

jego kłopoty, zanim się dowiedział, że przeznaczyli go na thralla.

Pływał w jeziorze. Wyrzuty jego ramion stawały się coraz silniejsze, brzeg oddalał się  

w zawrotnym tempie; poruszał się szybciej od galopującego konia. Pęd wyrwał go z wody.  

Wznosił się teraz w powietrzu. Nie wymachiwał już rękami. Z początku rozpaczliwie wspinał  

się coraz wyżej,  a potem, gdy strach minął, poszybował przed siebie, frunąc wysoko niczym 

ptak. Kraina pod nim była zielona i słoneczna, wszędzie rozwijały się świeże, wiosenne liście, a  

łąki   pięły   się  ku   zalanym   słońcem   wzgórzom.   Nagła   ciemność.   Tuż   przed  nim   zwarta 

kolumna ciemności. Wiedział, że był tu już wcześniej. Wtedy jednak znajdował się wewnątrz  

ciemności, wyglądał na zewnątrz; nie chciał znów ujrzeć tego, co wtedy zobaczył. Król, król  

Edmund   o   smutnej   i   umęczonej   twarzy,  z   własnym   kręgosłupem   w   ręce.   Jeżeli   przeleci  

ostrożnie, nie rozglądając  się na boki ani nie patrząc za siebie, może tym  razem   go   nie 

zobaczy.

Powoli, ostrożnie, wędrująca dusza zbliżyła się do olbrzymiego, pociemniałego drzewa.  

Shef wiedział, co tam zobaczy: przybitą do pnia postać z kolcem wystającym z jednego 

oka. Chłopak z uwagą zajrzał w twarz przybitego, zastanawiając się, czy nie zobaczy swojej  

własnej.

Ale nie. Zdrowe oko było przymknięte. Zdawało się nie zwracać uwagi na przybysza.

Nad głową postaci krążyły dwa czarne ptaki z czarnymi  dziobami. Kruki. Obróciły na 

chłopaka błyszczące oczy,  przekrzywiając ciekawie głowy. Lotki ich skrzydeł zaszeleściły, 

poruszyły   się   lekko.   Ptaki   bez   najmniejszego   wysiłku  nieruchomo   tkwiły   w   powietrzu.  

Postacią był Odyn czyli Woden, kruki zaś były jego nieodłącznymi towarzyszami.

Jak one się nazywały? Shef wiedział, że to bardzo ważne. Słyszał gdzieś ich imiona. Tak,  

zgadza   się  —  brzmiały   one  Hugin   i   Munin.   Po   angielsku   to   będzie   Hyge   i   Myne.  

Hugin/Hyge. To oznaczało „rozum". Nie tego szukał. Ptak, jak gdyby odprawiony, opuścił  

się w dół i przysiadł na ramieniu pana.

MuninjMyne.   To   znaczy   „pamięć".   Tego   właśnie   pragnął.  Wiedział   jednak,   że   będzie  

musiał   zapłacić   cenę.   Miał  przyjaciela,   opiekuna,   pośród   bogów,   z   tego   już   zdał   sobie  

sprawę. Ale nie był nim Odyn, wbrew przypuszczeniom  Branda. Tak więc cena zostanie  

zapłacona.   I   znowu,   nieoczekiwanie,   przypomniał   mu   się   fragment   wiersza.   Angielskiego 

36

background image

wiersza. Opisywał on człowieka, który wisiał na szubienicy, kołysząc się w te i we wte, nie  

mogąc unieść ręki, by odgonić czarne kruki, które nadleciały...

Nadleciały,   żeby   wydziobać   mu   oczy.   Oko.   Ptak   pojawił  się   nagle,   tak   blisko,   że  

zasłaniał sobą cały świat. Jego czarny dziób niczym strzała godził w oko Shefa. Ale nie  

w zdrowe oko. W to wypalone, które już stracił. Tam jednak  była pamięć. Pamięć, którą  

utracił   wraz   ze   źrenicą.   Ręce  miał opuszczone,  nie mógł nimi  poruszyć. To dlatego,  że  

Thorvin je trzymał. Nie, tym razem mógł ruszać rękami, tyle  tylko, że mu nie wolno. Nie  

poruszy.

Ptak jakby to zrozumiał. Podleciał bliżej, skrzecząc triumfalnie i zatopił ostrze dzioba w 

oku chłopaka, w jego mózgu. Ból przeszył ciało Shefa, a wraz z nim pojawiły się słowa: słowa  

dawno umarłego króla.

Gdzie bród u wierzb, drewniany most

Tam królów ród w swych łodziach śpi.

Cztery pagórki w ziemi tkwią;

Popatrz na północ i omiń trzy

. W czwartym spoczywa tajemny skarb,

Strzeże go Wuffa, z Wehhy krwi.

                                                    Odszukaj go, jeśli masz hart

. Shef spełnił swój obowiązek. Ptak puścił go wolno. Chłopak natychmiast odpadł od 

pnia, koziołkując bezwładnie z unieruchomionymi rękami, spadając w stronę ziemi, oddalonej 

o całe miłe. Nie potrzebował rąk. Mógł po prostu odwracać ciało we właściwą stronę i toczyć  

się, póki znów się nie zanurzy w blasku słońca, opadać, zataczając łagodne kręgi, w stronę 

miejsca, gdzie jego ciało leżało na słomie.

Dziwnie jest oglądać świat z góry; ludzie, armie, kupcy przychodzili i odchodzili, niektórzy  

miot się rozpaczliwie,  a przecież z tej wysokości zdawało się, że wcale się nie  poruszają. 

Widział mokradła, widział morze, widział wielkie  kurhany, pagórki porosłe zieloną darnią.  

Musi   to   zapamiętać,  pomyśleć   o   tym   później.   Teraz   trzeba   dopilnować   jednej  rzeczy,  

wykonać ją skoro tylko jego duch znajdzie się  z powrotem na swoim miejscu, w ciele,  

które leżało na materacu, w ciele, do którego właśnie wchodził...

Shef rozbudził się gwałtownie, zerwał z posłania.

— Muszę zapamiętać, a nie umiem pisać — jęknął z rozpaczą.

— Ja umiem — odezwał się Thorvin, który siedział na stołku kawałek dalej, ledwo 

widoczny na tle płomieni.

— Umiesz? Umiesz pisać jak chrześcijanie?

— Jak chrześcijanie też, ale bardziej jak kapłan Drogi. Umiem pisać runami. Co mam 

ci napisać?

— Pisz szybko — powiedział Shef. — Kupiłem to od Munina za cenę bólu.

Thorvin spuścił wzrok, wyjął bukową deseczkę oraz nóż i przygotował się do rycia

           Gdzie bród u wierzb, drewniany most Tam królów ród w swych łodziach śpi...

— Trudno jest pisać runami po angielsku — mruknął Thorvin. Ale mruknął to bardzo 

cicho.

pozostanie  nienaruszona.   W  powietrzu  wyczuwało   się napięcie.

Gdy blade zimowe słońce osiągnęło południe, Sigurth rozpoczął spotkanie, wołając:

— Jesteśmy Wielką Armią. Spotkaliśmy się, aby omówić to,  co  zostało zrobione i 

to, co ma  się jeszcze dokonać. Mam do powiedzenia kilka rzeczy. Ale najważniejsze 

jest, że dochodzą mnie słuchy o ludziach, którym nie podoba się sposób, w jaki miasto 

zostało zdobyte. Czy jeden z nich zechce przemówić  otwarcie przed nami 

wszystkimi?

Z pierścienia wyłonił się jakiś mężczyzna i przeszedł na  środek, ustawiając się tak, by 

słyszeli   go   zarówno   właśni  poplecznicy   jak   i   Ragnarssonowie.   Był   to   Skuli,   który 

doprowadził machinę do murów, ale nie zdołał umieścić pomostu na ich szczycie.

— Ukartowana sprawa — mruknął Brand. — Zapłacono mu, żeby ponarzekał, ale 

niezbyt ostro.

37

background image

.

— Ja nie jestem zadowolony — zawołał Skuli. — Poprowadziłem moją drużynę  do 

ataku  na mury  tego miasta. Straciłem kilkunastu ludzi, w tym własnego szwagra, 

dobrego  człowieka.  Mimo  to  dostaliśmy  się  do środka i wywalczyliśmy sobie drogę 

do katedry. Wtedy  jednak  nie  pozwolono  nam jej   złupić,  chociaż  wedle tradycji to 

było nasze prawo. I odkryliśmy, że śmierć naszych towarzyszy poszła na marne, gdyż 

miasto było

już zdobyte. Nie dostaliśmy ani łupów, ani żadnej rekompensaty. Dlaczego pozwoliłeś 

nam rzucać się na mury jak głupcom,   Sigurth,  skoro  wiedziałeś,  że  nie ma  takiej 

potrzeby?

Szmer   aprobaty,   gwizdy   w   drużynie   Ragnarssonów.   Sigurth   wystąpił   naprzód, 

uniesieniem ręki nakazał ciszę.

— Dziękuję  Skulemu  za te  słowa i przyznaję,  że racja jest po jego stronie. Chcę 

jednak powiedzieć dwie rzeczy.  Po pierwsze, nie wiedziałem, że nie ma takiej 

potrzeby. Nie mogliśmy być pewni, że się dostaniemy

Armia zgromadziła się na otwartej przestrzeni poza wschodnimi murami miasta w trzy 

tygodnie   przed   dniem,  w   którym   chrześcijanie   obchodzili   narodziny   swego   Boga. 

Wojownicy,   nieufnie   nastawieni,   spoglądali   na   siebie   spode  łba.   Siedem   tysięcy   ludzi 

zajmowało sporo miejsca, zwłaszcza że wszyscy byli uzbrojeni od stóp do głów i szczelnie 

opatuleni przed wiatrem oraz sporadyczną mżawką. Ponieważ jednak Shef spalił wszystkie 

domy   pozostałe   w   tej  części   miasta,   wolna   przestrzeń   była   wystarczająco   duża,  aby 

wszyscy mogli utworzyć półokrąg, sięgający od muru do muru.

W środku półkręgu stali Ragnarssonowie i ich poplecznicy. Za nimi powiewał Kruczy 

Sztandar. Kilka kroków  dalej, w silnym uchwycie ludzi odzianych w szafranowe  pledy, 

czekał czarnowłosy król, a raczej były król, Ella.  Jego twarz była tak blada, że Shefowi, 

patrzącemu z odległości trzydziestu jardów, przypominała białko ugotowanego kurzego jaja.

Bowiem król Ella był  zgubiony.  Wyrok nie został   jeszcze ogłoszony,  ale nikt nie 

wątpił, jaka będzie jego treść. Wkrótce Ella usłyszy szczęk broni, przy którym to dźwięku 

armia zawsze oznajmiała swoją decyzję. A wtedy wikingowie zajmą się nim, jak przedtem 

zajęli   się   Shefem,  królem   Edmundem,   królem   Maelgualą   i   całą   resztą   irlandzkich 

królików,  na  których   Ivar  ostrzył   sobie  zęby  i doskonalił technikę. Dla Elli nie było 

nadziei. Wrzucił Ragnara do dołu ze żmijami. Nawet Brand, nawet Thorvin zgadzali się, że 

synowie   mają   prawo   pomścić   ojca.   Więcej  niż   prawo,   obowiązek.   Zaś   armia   miała 

dopilnować, by sprawę załatwiono porządnie i w sposób godny wojowników.

Prócz tego jednak w rękach armii leżała moc osądzania własnych przywódców. Nie 

tylko Ella był zagrożony. Nawet Ivar Ragnarsson, nawet sam Sigurth Wężowe Oko nie 

mogli   mieć   całkowitej   pewności,   że  wyjdą   bez   szwanku   z   tego   spotkania,   że   ich 

reputacja

do   miasta.   Księża   mogli   nas   okłamać.   A   gdyby   król  dowiedział   się   o   całej   sprawie, 

obsadziłby otwieraną bramę własnymi ludźmi. Gdybyśmy wtajemniczyli całą armię, jakiś 

niewolnik mógłby nas podsłuchać i zdradzić. Tak więc zachowaliśmy to dla siebie. A po 

drugie: nie przypuszczałem, że Skuli i jego ludzie przedostaną się przez mury. Nie sądziłem, 

że   w   ogóle   uda   im   się   do   nich   dotrzeć.   Te  machiny,   te   wieże   są   czymś,   czego   nigdy 

dotychczas nie widziałem. Wydawały mi się zabawkami, które można zatrzymać strzałą z 

łuku. Gdybym  myślał  inaczej, powiedziałbym  Skulemu, żeby nie ryzykował życia i nie 

narażał ludzi. Myliłem się i za to przepraszam.

Skuli z godnością skinął głową i wycofał się na swoje miejsce w szeregach.

— To nie wystarczy! — krzyknął ktoś z tłumu. —

A co z rekompensatą? Z wergildem za naszych towarzyszy?

— Ile dostaliście od księży? — zawołał inny. — I dlaczego nie podzieliliście się ze 

wszystkimi?

Sigurth ponownie uniósł rękę.

— Pozwólcie, że was zapytam: po co tu przybyliśmy?

Brand wystąpił naprzód, zamachnął się toporem i wrzasnął tak, że kark poczerwieniał mu z 

wysiłku:

— Po pieniądze!

Ale nawet jego głos utonął w ogólnym zgiełku:

— Pieniądze! Bogactwo! Złoto i srebro! Okup!

38

background image

Gdy wrzawa przycichła, Sigurth wystąpił znowu. Shef zdał sobie sprawę, że Ragnarsson 

trzyma całe zgromadzenie w garści. Wszystko rozgrywało się zgodnie z planem.  Nawet 

Brand działał na jego korzyść.

— A po co wam te pieniądze? — zapytał Sigurth.

Zamieszanie, wątpliwości, okrzyki różnej treści — niektóre lubieżne.

Wężowe Oko przekrzyczał je wszystkie.

— Ja wam powiem. Chcecie kupić sobie ziemię, razem z ludźmi, którzy będą ją dla 

was uprawiać, żebyście już nigdy nie musieli dotykać pługa. Słuchajcie uważnie: tutaj 

nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, by zaspokoić wasze marzenia. Tu nie ma dobrych 

pieniędzy. — Ragarsson pogardliwie cisnął na ziemię garść monet. Wszyscy rozpoznali 

bezwartościowy stop, który spotykali aż za często.

— Nie mówię jednak, że nie możemy się wzbogacić. Ale na to trzeba czasu.

— Czasu, Sigurth? Po to, żebyś zdążył ukryć swoje łupy?

Wężowe Oko postąpił krok naprzód. Jego dziwne,  biało obrzeżone oczy szukały w 

tłumie człowieka, który go oskarżał. Dłoń położył na głowni miecza.

— Wiem, że to otwarte spotkanie, gdzie każdy może  mówić,   co   mu  się   podoba  — 

zawołał.   —   Ale   jeżeli  ktoś   oskarży   mnie   albo   moich   braci   o   czyny   niegodne 

wojowników, wezwę go, żeby zdał z tego sprawę po spotkaniu! Słuchajcie, co mówię. 

Mnisi zapłacili  nam  okup, to prawda. Ci z was, którzy wdarli się na mury,   także się 

obłowili, obdzierając zmarłych albo plądrując  domy.   Wszyscy   odnieśliśmy   korzyść   z 

tego, co dała nam katedra.

-— Ale całe złoto było w katedrze! — To krzyknął  Brand, wciąż rozwścieczony, i 

dobrze wysunięty w przód, tak że nie można go było pomylić z nikim innym.

Sigurth obdarzył go zimnym spojrzeniem, ale nie zripostował.

—   Powiadam   wam,   że   cały   okup,   wszystkie   łupy  złożymy   do   jednej   puli   i 

podzielimy je między drużyny, jak  to zawsze było w zwyczaju armii. A potem nałożymy 

dodatkową   daninę   na   cały   ten   kraj,   z   terminem   zapłaty   do  końca   zimy.   Zapłacą   złą 

monetą, to pewne. My jednak weżmiemy  ją, wytopimy z niej srebro i wybijemy własny 

pieniądz. A ten podzielimy między siebie, żeby każdy miał  swój udział. Jest tylko jeden 

problem.   Aby   tego   dokonać,   musimy   mieć   mennicę.   —   Szmer   głosów;   wikingowie 

powtarzali nieznane słowo. — Potrzebujemy narzędzi oraz

ludzi, którzy zrobią monety. A oni są w katedrze. To kapłani Chrystusa. Nie mówiłem o 

tym dotychczas, ale mówię teraz: musimy przekonać mnichów, żeby pracowali dla nas.

Tym razem swary trwały o wiele dłużej. Wielu ludzi  występowało naprzód i mówiło 

naraz. Shef  powoli zrozumiał, że w dyskusji przeważają zwolennicy Sigurtha. Jego słowa 

wywarły pożądany efekt na wikingach zmęczonych bezowocną wojaczką. Napotkały też 

jednak zdecydowany  opór — wśród kapłanów Drogi, wśród ludzi, którzy po prostu nie 

lubili   chrześcijan   i   im   nie   ufali,   którym   wciąż  nie   uśmiechała   się   utrata   bogactw 

zgromadzonych w katedrze.

I   opór   ten   nie   cichł.   Stosowanie   przemocy   w   trakcie   spotkania   było   prawie   nie   do  

pomyślenia,   gdyż   zwyczaj   przewidywał   niezwykle   surowe   kary.   Jednak   wojownicy, 

wszystko ludzie zaprawieni w walce, stali w pełnym uzbrojeniu, łącznie z kolczugami,  

tarczami i hełmami. Zawsze należało się liczyć z możliwością rozruchów. Shef pomyślał, że 

Wężowe Oko będzie musiał coś zrobić, jeżeli chce odzyskać kontrolę nad tłumem. W tym 

właśnie momencie jeden z wikingów — był to Egil ze Skaane, który dowodził jedną z wież 

— przykuł uwagę całej armii  wygłaszając płomienny monolog o zdradzieckich metodach 

chrześcijan.

— I jeszcze jedno — wołał. — Wszyscy wiemy, że chrześcijanie nigdy nie dotrzymują 

danego nam słowa, bo sądzą, że tylko wyznawcy ich boga mogą żyć po śmierci. A ja wam 

mówię,   co   jest   jeszcze   bardziej   niebezpieczne.  Oni     sprawiają,     że   inni   również 

zaczynają zapominać   o swych   obietnicach.   Zaczynają   myśleć,   że   człowiek   może 

jednego dnia mówić jedno, a drugiego dnia drugie, a potem powiedzieć o tym kapłanowi, 

poprosić   o   przebaczenie     i wytrzeć całe zdarzenie ze swojej pamięci równie łatwo, jak 

mamka   wyciera   kupę   z   tyłka   niemowlaka.   To   właśnie   wam  mówię!   Wam,   synowie 

Ragnara!

Odwrócił się w stronę braci i postąpił ku nim o krok w geście wyzwania. Odważny 

człowiek, pomyślał  Shef, odważny   i   rozgniewany.   Egil   odrzucił   na   ramię   płaszcz,   by 

zademonstrować srebrny róg Hajmdala jaśniejący na tunice.

39

background image

— Jak pomściliście ojca, który poniósł śmierć w tym właśnie mieście, w wężowym 

dole? Co wynikło z waszych przechwałek w Roskilde, kiedy staliście na dębowym klocu i 

przysięgaliście, biorąc sobie Bragiego na świadka? Jaki los spotyka krzywoprzysięzców w 

świecie, w który wierzymy? Czy już zapomnieliście?

Z   gromady   poparł   go   nagle   czyjś   głęboki,   poważny   głos.   To   Thorvin   recytował 

święte pieśni.

Tam to mordercy i krzywoprzysięzcy Żywot swój pędzą w trwodze i katuszach. Z  

ciał obnażonych Nithhógg krew wysysa Wilcze kły ich szarpią. Czy to cię nie  

wzrusza?

— Krzywoprzysięzcy! — krzyknął Egil. Odwrócił się na pięcie i wtopił w tłum, 

pokazując Ragnarssonom plecy.

Mimo to bracia wyglądali na zadowolonych, nawet  usatysfakcjonowanych. Wiedzieli, 

że ktoś wystąpi z tym zarzutem.

— Rzucono nam wyzwanie — powiedział Halvdan Ragnarsson, odzywając się po 

raz pierwszy. — Pozwólcie nam więc odpowiedzieć. Bardzo dobrze pamiętamy, co 

mówiliśmy w Roskilde. Ja przysiągłem najechać Anglię w zemście za naszego ojca... 

— Bracia poparli go, powtarzając:

— Ja też przysiągłem. I Sigurth przysiągł...

— ...pokonać wszystkich królów Anglii i sprawić, by  byli nam podlegli.

Dwóch już pokonaliśmy, przyjdzie czas na resztę.

Od strony popleczników Ragnarssonów dobiegły okrzyki aprobaty.

— A Ivar przysiągł...

— ...wywrzeć zemstę na czarnych krukach, kapłanach Chrystusa, który wydali wyrok 

na naszego ojca.

Zapadła absolutna cisza. W tej ciszy przemówił Ivar:

— Tego nie dokonałem. Ale odłożyłem  zemstę na później, nie zapomniałem o 

niej. Pamiętajcie: mam teraz czarne kruki w garści. Sam zdecyduję, kiedy zacisnąć ją w 

pięść.

Pośród całkowitego milczenia Ivar mówił dalej:

— Ale Ubbi, mój brat, przysiągł...

Bracia znów podjęli wspólnie:

— ...pochwycić króla Ellę i zabić go wśród męczarni, jako zapłatę za śmierć Ragnara.

— I to właśnie zrobimy — zawołał Ivar. — Tak więc dwie z naszych przysiąg 

zostaną dopełnione i dwaj z nas będą wolni przed obliczem Bragiego, boga przysięgi. 

Zaś pozostałe dwie wypełnią się już wkrótce.

— Przyprowadzić więźnia.

Muirtach   i   jego   zbiry   natychmiast   wepchnęli   króla  Ellę   na   środek   kręgu.   Shef 

zdawał sobie sprawę, że Ragnarssonowie liczyli na zmianę nastroju tłumu. Przy pomniał 

sobie młodzika, który oprowadzał go po zagrodach  dla niewolników w obozie nad Stour, 

opowiadając o okrucieństwie Ivara. Na niektórych ludziach robiło ono wrażenie. Trudno 

jednak powiedzieć, czy plan zadziała i tym razem.

Ludzie   Muirtacha  zaczęli   wbijać  w  ziemię  gruby pal.  Król   był   jeszcze   bledszy   niż 

poprzednio, co uwidaczniało  się zwłaszcza na tle jego czarnych włosów i czarnej brody. 

Ella   nie   został   zakneblowany,   usta   miał   otwarte,   lecz   nie  wydobywał   się   z   nich   żaden 

dźwięk. Na szyi jeńca widniała zakrzepła krew.

— Ivar przeciął mu  struny  głosowe — stwierdził  Brand. — Tak się robi ze 

świniami, żeby nie mogły kwiczeć. A to co znowu?

Gaddgedlarowie, z rękoma owiniętymi szmatami, wnieśli żelazny kosz pełen 

rozżarzonych węgli. Żelazne pręty, rozpalone do czerwoności, wystawały z niego 

złowieszczo. Tłum poruszył się, zaszemrał. Niektórzy zaczęli się przepychać do przodu, by 

lepiej widzieć, inni najwyraźniej zdawali sobie sprawę, że odwraca się ich uwagę od 

prawdziwego problemu, ale nie wiedzieli, jak temu przeciwdziałać.

Muirtach   zdarł   nagle   płaszcz   ze   skazańca,   tak   że   stanął  przed  nimi  nagi,  nawet  bez 

przepaski na biodrach. Śmiech, drwiny, kilka gwizdów dezaprobaty. Czterech gaddgedlarów 

chwyciło jeńca i rozkrzyżowało go między sobą, twarzą do góry. Ivar wystąpił naprzód, w 

jego ręce błysnął nóż. Ragnarsson pochylił się nad brzuchem Elli, zasłaniając króla przed 

40

background image

przerażonym wzrokiem Shefa. Nagi człowiek wyprężył się nagle, aż zatrzeszczały kończyny 

przytrzymywane bezlitośnie przez czterech oprawców.

Ivar cofnął się, trzymając w ręce zwój czegoś śliskiego, niebiesko-szarego.

— Otworzył mu brzuch i wyjął flaki — skomentował Brand.

Ivar zbliżył się do słupa, ciągnąc delikatnie lecz nieubłaganie za rozwijające się jelita, z 

krzywym   uśmieszkiem  spoglądając   na   wyraz   rozpaczy   i   męczarni   na   twarzy   króla. 

Ragnarsson wziął młot i przybił do pala wolny koniec wnętrzności Elli.

— A teraz — zawołał — król Ella będzie chodził dookoła słupa póki nie wyrwie 

sobie serca i nie umrze. Dalej, Angliku. Im szybciej ruszysz, tym prędzej będziesz

to miał za sobą. Trochę to jednak potrwa. Wedle moich obliczeń masz do przejścia 

dziesięć jardów. Czy proszę o

tak wiele? Pomóż mu, Muirtach.

Muirtach zbliżył się z kawałkiem rozpalonego żelaza i szturchnął króla w pośladek. 

Ella drgnął, twarz mu zszarzała. Powoli ruszył naprzód.

To najgorsza śmierć, jaka może spotkać człowieka —  myślał Shef. Bez szacunku, bez 

godności.   Jedynym   wyjściem  jest   spełnić   żądanie   ciemięzców   i   pokornie   wysłuchać   ich 

szyderstw. Człowiek wie, co musi zrobić, żeby zakończyć  cierpienie,  ale nie może  tego 

zrobić   szybko.   Rozpalone  żelazo   uniemożliwia   nawet   wybranie   własnego   tempa.   Nie 

można nawet krzyknąć. A przez cały ten czas jelita powoli wysuwają się z brzucha.

Chłopak   w   milczeniu   przekazał   halabardę   Brandowi  i   wyśliznął   się   spośród 

rozpychających się, wyciągających szyje ludzi. Z wieży spojrzało nań kilku pomocników, 

których zostawił tam, by mieli oko na machinę. Po chwili, gdy patrzący zorientowali się, o 

co  mu  chodzi,  z  góry  spuściła   się   lina.   Krótka   wspinaczka   po   murze   i   Shef   poczuł 

znajomy, czysty zapach trocin i świeżo wykutego żelaza.

—   Obszedł   już   słup   trzy   razy   —   odezwał   się   jeden  z   wikingów   na   wieży, 

mężczyzna z fallusem Freyra na szyi. — To nie jest koniec godny wojownika.

Chłopak   umieścił   bełt   w   rowku,   machina   gładko   obróciła   się   wokół   własnej   osi; 

poprzedniego dnia wpadli na  pomysł, żeby wesprzeć spód konstrukcji na parze mocnych 

kół. Grot trochę w górę, żeby mimo trzystujardowej odległości poszybował dostatecznie 

wysoko.

Gdy   jeniec,   poganiany   rozpalonym   do   czerwoności  prętem,   znalazł   się   naprzeciw 

muru, okrążając pal po raz czwarty, Shef wycelował w ranę na jego podbrzuszu. Zwolnił 

spust.

Brzęk. Pocisk wzniósł się w górę, po czym zaczął opadać; ugodził króla prosto w 

pierś, przeszywając na wylot jego zamierające serce. Gdy Ella, odepchnięty siłą uderzenia, 

padał   na   wznak,   Shef   ujrzał,   jak   jego   wykrzywiona   cierpieniem   twarz   odpręża   się, 

uspokaja.

Tłum zafalował, wszystkie oczy zwróciły się w stronę wieży, z której nadleciał bełt. Ivar 

pochylił się nad ciałem, po czym się wyprostował, zaciskając pięści.

Shef ujął w dłoń jedną z nowych halabard i ruszył  murem w stronę gromady,  chcąc, 

żeby go rozpoznano. Gdy znalazł się nad tłumem, jednym susem wskoczył na blanki.

— Jestem tylko karlem, a nie jarlem! — zawołał. — Mimo to chcę powiedzieć armii 

trzy rzeczy. Po pierwsze, synowie Ragnara spełnili tę przysięgę, bo nie mieli ochoty 

dotrzymać pozostałych. Po drugie, niezależnie od tego, co mówi Wężowe Oko, kiedy 

Ragnarssonowie wśliznęli się do Yorku, nie mieli na myśli dobra armii, ale swoje własne. 

Nie mieli ochoty ani walczyć, ani dzielić się łupami.

Okrzyki   gniewu,   gaddgedlarowie   miotają   się   wkoło,   szukając   wejścia   do   miasta   i 

schodów   prowadzących   do  miejsca,   w   którym   stał   Shef.   Inni   powstrzymują   ich, 

chwytając za pledy. Shef jeszcze bardziej podniósł głos, by słyszano go mimo całej wrzawy.

— A po trzecie: zabicie mężczyzny i wojownika tak, jak został zabity król Ella jest 

pozbawione drengskapru. Twierdzę, że to zwykły nithingsverk.

Czyn nithinga, człowieka pozbawionego honoru, bez żadnych praw, gorszego od banity. 

Nazwanie kogoś nithin-giem na oczach całej armii było najgorszą obelgą. Jeżeli armia się z 

tym zgodziła.

Część ludzi pokrzykiwała na znak zgody. Shef ujrzał  Branda z uniesionym  toporem, 

gotowego   do   uderzenia.  Wokół   niego   kłębili   się   jego   ludzie,   odpychając   tarczami 

popleczników Ragnarssonów. Z drugiego krańca pierścienia  nadciągali wojownicy, by się 

do niego przyłączyć. Kto to się wycofuje? Sigvarth z poczerwieniałą twarzą odkrzyknął coś 

41

background image

w   odpowiedzi   na   czyjąś   obelgę.   Skuli,   wyraźnie   nie  mogąc   się   zdecydować,   stał   nad 

trupem Elli. Ubbi wołał coś do niego.

W armii wrzało, tworzyły się dwa obozy. Gdy minęło  sto uderzeń serca dwie grupy 

stały już w sporej odległości  od siebie, a dystans zwiększał się z każdą chwilą. Na czele 

dalszej grupy stali Ragnarssonowie, na czele bliższej Brand, Thorvin i garstka innych.

— Ludzie Drogi plus kilku twoich przyjaciół przeciwko

reszcie   —   mruknął   czciciel   Freyra,   stojący   za   Shefem.   —   Dwa   do   jednego   na   naszą 

niekorzyść, jak sądzę.

— Podzieliłeś armię — odezwał się Hebrydyjczyk z drużyny Magnusa. — To wielki 

czyn, lecz nieco pochopny.

— Cięciwa była napięta — odparł Shef. — Ja ją tylko zwolniłem.

Rozdział szósty  

Gdy armia oddalała się spod murów Yorku, płatki   śniegu jęły opadać z bezwietrznego 
nieba. Nie była  to już  Wielka   Armia,   ona   przestała   istnieć.   Ta   część   niegdyś  wielkiej 
armii,   która   odmówiła   służenia   pod   rozkazami  Ragnarssonów   i   nie   chciała   już   im 
towarzyszyć,   liczyła  sobie  około dwustu tuzinów ludzi  — dwa tysiące  czterystu,  wedle 
rachuby Rzymian. Odchodzący prowadzili stadko  luzaków, jucznych koni i mułów oraz 
pięćdziesiąt drewnianych wozów, skrzypiących pod ciężarem ładunku. Na  wozach leżały 
łupy:   brąz   i   żelazo,   kowalskie   narzędzia,  kamienie   szlifierskie   oraz   skrzynki 
bezwartościowych   monet  i   nędzna   garstka   srebra,   pochodząca   podziału.   A   także   ranni, 
niezdolni iść czy dosiąść kuca.

Reszta   armii   obserwowała   ich   odejście   z   murów   miasta.   Kilku   młodszych,   bardziej 

zapalczywych wojowników pokrzykiwało i szydziło, a nawet posłało kilka strzał w ślad za 

odchodzącymi kamratami. Jednak milczenie panujące w oddalającej się kolumnie, a także 

posępne twarze dowódców na murach złamały ich ducha. Wikingowie otulili się szczelniej 

płaszczami, spojrzeli na niebo, na nisko wiszące chmury, na oszronioną trawę porastającą

  pagórki   wokół  miasta.   Poczuli   ulgę   na   myśl   o   ciepłych   kwaterach,   zapasach  drewna, 

zamykanych oknach i szczelnych ścianach.

— Przed świtem sypnie gęściej — mruknął Brand, idący w tylnej  straży kolumny, 

w miejscu najbardziej wystawionym na niebezpieczeństwo póki nie znajdą się w sporej 

odległości od Ragnarssonów.

— Jesteście wikingami — odparł Shef. — Sądziłem, że śnieg wam nie przeszkadza.

— Nie przeszkadza, o ile trzyma ostry mróz — powiedział Brand. — Jeżeli śnieg pada i 

zaraz topnieje, jak w tym kraju, trzeba maszerować po błocie. Ludzie się męczą, 

zwierzęta się męczą, a wozy nie chcą się toczyć. W dodatku jeśli podróżujesz w takich 

warunkach, potrzebujesz jedzenia. Wiesz, ile czasu zabiera parze wołów pochłonięcie 

siana o masie dorównującej im wagą? A przecież musimy oddalić się od tych z tyłu. Kto 

wie, co im teraz przyjdzie do głowy.

— Dokąd idziemy? — zapytał Shef.

— Nie mam pojęcia. A poza tym kto dowodzi tą armią? Wszyscy myślą, że ty.

Shef umilkł, zakłopotany.

Gdy ostatni opatuleni wojownicy tylnej straży zniknęli pośród zrujnowanych domów 

zewnętrznego Yorku, Rag-narssonowie na murze spojrzeli po sobie.

— No i bardzo dobrze — powiedział Ubbi. — Mniej gąb do żywienia, mniej głów do 

podziału. Poza tym cóż znaczy kilkuset ludzi Drogi? Miękkie ręce, słabe nerwy.

— Nikt nigdy nie posądził Vigi-Branda  o miękkie

ręce — odparł Halvdan. Od holmgangu nieczęsto popierał ataki swoich braci na Shefa i 

jego frakcję. — Poza tym nie wszyscy z nich byli ludźmi Drogi.

42

background image

— Nieważne, kim byli — odezwał się Sigurth. — Teraz są wrogami. A to już 

wystarczy. Nie możemy sobie pozwolić, by z nimi walczyć. Musimy zabezpieczyć zdo-

bycz...

Wskazał   palcem   na   grupkę   ludzi   na   murze   kilka   jardów   dalej.   Stał   tam   arcybiskup 

Wulfhere w otoczeniu czarnych mnichów, wśród których wyróżniała się nienaturalnie blada, 

wychudła twarz diakona Erkenberta, od paru dni zarządzającego mennicą.

Ivar roześmiał się nagle. Trzej bracia spojrzeli nań niespokojnie.

— Nie musimy z nimi walczyć — odezwał się Sopel Lodu. — Odchodzą na własną 

zgubę. Ich los już jest przesądzony.

Wulfhere także spoglądał spode łba na oddalającą się kolumnę.

— Część krwiożerczych potworów odeszła — powiedział. — Gdyby podzielili się 

wcześniej, nie musielibyśmy układać się z resztą. A tak mamy ich w środku miasta. — 

Mówił po łacinie, aby mieć pewność, że nie podsłuchają go wrogie uszy.

— W tak niespokojnych czasach musimy być roztropni jak węże, zachowując pozory 

niewinnych jak gołębice — odparł Erkenbert w tym samym języku. — Nasi 

nieprzyjaciele, zarówno w mieście jak i poza nim, mogą zostać jeszcze pokonani.

— Że w mieście, to rozumiem. Jest ich mniej niż przedtem i można z nimi 

walczyć. Nie mówię o Northumbryjczykach, ale o sprzymierzeńcach z południa: o 

Burgredzie z Mercji, o Ethelredzie z Wessexu. Dlatego przecież posłaliśmy do tych krajów 

okaleczonego  tana z  East

Anglii. On da świadectwo o naturze wikingów i rozbudzi bojowego ducha władców. Ale 

jaki masz plan względem tych, co odeszli, Erkenbercie? Co możemy zrobić w środku zimy?

Niewysoki archidiakon uśmiechnął się.

— Ludzie maszerujący zimą potrzebują jedzenia, a wikingowie przyzwyczaili się do 

plądrowania. Każda ukradziona garstka ziarna zwiększy liczbę dzieci, które umrą do

wiosny. Wobec takiego zagrożenia nawet kerlowie rzucą się do walki. Dopilnowałem, 

aby wieści o ich nadejściu rozprzestrzeniły się po kraju.

Ataki rozpoczęły się ledwo blade, zimowe słońce zniknęło za horyzontem. Z początku 

wyglądało to nieszkodliwie:  pojedynczy   kerlowie   wyłaniali   się   zza   drzew,   posyłali  z 

wiatrem kamień bądź strzałę i uciekali pośpiesznie, nie  patrząc nawet, czy pocisk trafił w 

cel. Później zaczęli  podchodzić bliżej, w małych grupkach. Wikingowie, nie  przerywając 

marszu, wyjmowali z kołczanów nieliczne posiadane łuki i, starając się chronić cięciwy przed 

śniegiem,  odpowiadali strzałami. Inni osłaniali głowy tarczami, pozwalali pociskom odbić 

się od nich, po czym krzyczeli szyderczo w stronę napastników, wyzywając ich do otwartej 

walki. W końcu jakiś wojownik, poirytowany, cisnął  włócznią w jedną z postaci, która 

zdawała   się   podejść   za   blisko.   Chybił   jednak  i   klnąc   pod  nosem   zszedł   ze   szlaku,   aby 

odzyskać broń. Natychmiast okryła go kurzawa śniegu. Gdy wszystko się uspokoiło, wiking 

zniknął. Jego towarzysze zatrzymali  kolumnę,   brnącą  naprzód  z  niemałym  trudem, po 

czym   trzydziestoosobową   grupą  ruszyli  mu   na  ratunek.   Po  chwili   wrócili  z   ciałem,  już  

obdartym z odzieży i okaleczonym. W ślad za nimi z ciemności pomknęły strzały.

Kolumna   zdążyła   się   już   rozciągnąć   na   milę.   Szyprowie  i   sternicy  przekleństwami  i 

kuksańcami usiłowali zaprowadzić porządek, ustawiając wozy pośrodku a łuczników po 

bokach.

— Nie mogą nam nic zrobić — powtarzał Brand. — Mają tylko myśliwskie łuki. 

Krzyczcie i uderzajcie w tarcze,

a zniechęcą się i uciekną. Jeżeli ktoś dostanie w nogę,  wsadźcie go na jucznego konia. 

Jeśli trzeba, wyrzućcie trochę tego złomu z wozów. Ale się nie zatrzymujcie.

Wkrótce angielscy kerlowie zorientowali się, na czym polega ich przewaga. Wrogowie 

byli   objuczeni   wojennym  rynsztunkiem,   ubraniu   grubo   i   ciężko.   Nie   znali   okolicy. 

Kerlowie   znali   tu   każde   drzewo,   każdy   krzak,   ścieżkę  czy   grudkę   błota.   Mogli 

rozebrać się do tunik i portek,  zwinnie doskakiwać, uderzać i znikać, zanim przeciwnik 

zdoła   wyzwolić   rękę   spod   płaszcza.   Żaden   wiking   nie  odważy   się   ścigać   ich   w 

ciemnościach dalej niż na kilka stóp.

43

background image

Po pewnym czasie jakiś wioskowy przywódca zdołał zgromadzić większą. liczbę ludzi. 

Czterdziestu   czy   pięćdziesięciu   kerlów   zaatakowało   z   zachodniej   flanki,   powaliło  kilku 

wikingów uderzeniami pałek i ościeni, po czym zaczęło odciągać na stronę ciała niczym 

wilki swą zdobycz.  Wikingowie, rozwścieczeni, rzucili się za nimi w pościg,  zasłaniając 

się tarczami, wznosząc topory. Kiedy przywlekli  się z powrotem, burcząc gniewnie, nie 

złapawszy nikogo,  zobaczyli stojące wozy i woły, leżące w bezruchu na ziemi.  Płachty na 

wozach były odsłonięte, a ranni zniknęli. Śnieg już zaczął zasypywać ślady.

Brand, niczym śnieżny troll, przemierzył krokami całą  kolumnę,   po   czym   zwrócił 

się do Shefa, który szedł u jego boku.

— Myślą, że mają nas w garści — warknął. — Ale niech tylko nastanie świt, a 

dam im nauczkę, choćby to była ostatnia rzecz,  jaką zrobię w życiu.

Shef popatrzył na niego, mruganiem powiek strząsnął śnieg z rzęs.

— Nie — powiedział. — Myślisz jak karl, jak karl armii. Armii już nie  ma. 

Musimy oduczyć się myślenia jak karlowie. Mówiłeś,   że ja patrzę na świat jak 

wyznawca Odyna, wodza bitew. Wy też będziecie się musieli tego nauczyć.

— A jakie są twoje rozkazy, mały wodzu? Wodzu, który nigdy nie stałeś w szyku 

bojowym?

— Zwołaj szyprów, wszystkich, którzy są w zasięgu głosu. — Shef szybko zaczął 

rysować na śniegu.

— Zanim rozpadało się na dobre, przeszliśmy przez Eskrick, mniej więcej tutaj. 

Teraz musimy być o krótką milę na północ od Riccall. — Wojownicy skinęli głowami, 

przytaknęli. Podczas plądrowania zdążyli dobrze poznać okolice Yorku.

— Potrzebuję setki mężczyzn, młodych, zwinnych i nie zmęczonych. Trzeba będzie 

ruszyć szybciej naprzód i zdobyć Riccall. Wziąć paru jeńców, będą nam potrzebni, a resztę 

przepędzić. Zostaniemy tam na noc. Nie ma tam wiele, pięćdziesiąt chat i nędzny kościół. 

Ale zyskamy schronienie, nawet jeśli będzie nam trochę ciasno.

— Druga setka w czterech grupkach niech patroluje obrzeża kolumny. Anglicy nie 

zaatakują, jeśli damy im powód do przypuszczeń, że zdołamy ich odeprzeć. Wojownicy  w 

patrolu  niech  zdejmą  płaszcze,  rozgrzeją  się w biegu. Cała reszta ma po prostu 

maszerować i poganiać woły. Jak tylko dotrzecie do Riccall, użyjcie wozów do 

zablokowania przerw między chatami. Woły i ludzi zgrupujcie pośrodku pierścienia. 

Rozpalimy  ogniska i postawimy  osłony.  Brand,  wybierz ludzi,  daj rozkaz do 

wymarszu.

Minęły dwie pracowite godziny. Shef siedział na stołku w domu tana Riccall, patrząc 

na   posiwiałego,   starszawego  Anglika.  Pomieszczenie   było  pełne  wikingów.  Wojownicy 

przeciągali się leniwie lub przysiadali na  piętach; przemoknięte ubrania zaczynały już 

parować. Zgodnie z rozkazem nikt nie zwracał uwagi na to,  co się działo.

Pomiędzy dwójką mężczyzn, na chropowatym stole, stał skórzany kufel piwa. Shef 

łyknął   z   niego,   spojrzał  uważnie   na  mężczyznę  naprzeciwko.   Anglik  wyglądał   na  w 

miarę przytomnego. Na szyi miał żelazną obrożę. Chłopak pchnął kufel w jego stronę.

— Widziałeś jak piję, możesz być pewny, że nie jest zatrute. Dalej, pij. Gdybym 

chciał cię zabić, wybrałbym łatwiejszy sposób.

Oczy   thralla   rozszerzyły   się   na   dźwięk   płynnej   angielszczyzny   Shefa.   Wziął   kufel, 

pociągnął głęboki łyk.

— Kim jest pan, któremu płacicie dzierżawę?

Mężczyzna dopił piwo.

— Większość ziemi posiada tan Ednoth, z nadania króla Elli. Zginął w bitwie. 

Reszta należy do czarnych mnichów.

— Zapłaciliście dzierżawę na Świętego Michała? Jeśli nie, mam nadzieję, że ukryliście 

pieniądze. Mnisi nie cackają się z opieszałymi płatnikami.

Gdy Shef  wspomniał  o  mnichach  i  ich  metodach,  przez  twarz   niewolnika   przebiegł 

skurcz strachu.

— Skoro nosisz obrożę, musisz wiedzieć, co mnisi robią z uciekinierami. Hund, 

pokaż mu swoją szyję.

Hund w milczeniu odpiął amulet Ithun, podał go  Shef owi, po czym odsunął tunikę, 

ukazując odciski i pręgi, powstałe w ciągu lat noszenia obręczy.

44

background image

— Czy pojawiali się tu jacyś uciekinierzy? Ludzie, którzy wspominali o czymś 

takim? — Shef zważył w dłoni amulet Ithun, po  czym oddał go Hundowi.  — Albo

takim. — Wskazał na Thorvina, Vestmunda, Farmana i czwartego kapłana, 

stojących w pobliżu. Widząc jego gest, oni także w ciszy odsłonili swoje insygnia.

— Jeśli tak, może wspominali także, że tym ludziom można ufać.

Niewolnik opuścił wzrok, zadrżał wyraźnie.

— Jestem dobrym chrześcijaninem. Nic nie wiem o takich pogańskich sprawach...

Mówię o zaufaniu, nie o pogaństwie czy chrześcijaństwie. —

Wy, wikingowie, 

jesteście tymi, którzy biorą niewolników, a nie ich uwalniają.

Shef wyciągnął rękę i poklepał żelazną obręcz.

— To nie wikingowie ci ją założyli. A poza tym ja jestem Anglikiem. Nie 

przekonała cię jeszcze moja wymowa? A teraz słuchaj uważnie. Puszczę cię wolno. 

Powiedz tym na zewnątrz, żeby zaprzestali ataków, bo nie my jesteśmy ich wrogami. 

Tamci zostali w Yorku. Jeśli twoi

ziomkowie pozwolą nam przejść, nikomu nie stanie się krzywda. I wspomnij im o tej 

chorągwi.

Shef wskazał palcem na drugą stronę pełnego dymu  i pary pokoju, gdzie siedziała 

gromadka   towarzyszących  armii   kobiet.   Podniosły   się   teraz   z   ziemi   i   rozwinęły   wielki 

sztandar, który w pośpiechu wyszywały. Na czerwonym jedwabiu, pochodzącym z łupów, 

widniał kowalski młot  o dwóch obuchach, zrobiony z kawałka białego lnu obrębionego 

srebrną nicią.

— Druga armia, ta, którą opuściliśmy, walczy pod Czarnym Krukiem, 

padlinożercą. Tamten znak zwiastuje chrześcijanom męki i śmierć. Nasz jest symbolem 

tworzenia. Powiedz im o tym. A teraz dam ci dowód, co młot może zrobić dla ciebie. 

Zdejmiemy ci obręcz z szyi.

Niewolnik zadrżał ze strachu.

— Ale czarni mnisi, kiedy powrócą...

— Zabiją cię w okrutny sposób. Zapamiętaj to i powtórz innym. Ofiarowaliśmy ci 

wolność, my poganie. Ale strach przed chrześcijanami trzyma cię w niewoli. A teraz idź.

— O jedno tylko proszę, i proszę w strachu. Nie zabijaj mnie za to, co powiem, ale... 

wasi ludzie opróżniają składy z żywnością, zabierają nasze zapasy. Będziemy głodować 

do wiosny. Umrze wiele dzieci.

Shef westchnął. To był twardy orzech do zgryzienia.

— Brand, daj coś thrallowi. Zapłać mu czymś. Ale uczciwym srebrem, jeśli łaska, 

a nie chłamem arcybiskupa. Ja mam mu płacić! To on mnie powinien zapłacić Co z 

wergildem za ludzi, których straciliśmy? I od kiedy to armia płaci zaprowiant?

— Armia już nie istnieje. A on nie musi ci płacić żadnego wergildu. Wszedłeś na 

jego ziemie. Zapłać mu. Dopilnuję, żebyś na  tym nie stracił.

Brand mruknął coś pod nosem, po czym rozsupłał sakiewkę i odliczył sześć srebrnych 

pensów z Wessexu.

Niewolnik ledwo mógł uwierzyć własnym oczom, wpatrywał się w błyszczące monety, 

jak gdyby nigdy nie widział pieniędzy takich jak   te. Może istotnie nie widział.

— Powiem im wszystko — powiedział, niemalże wykrzykując poszczególne słowa. — 

O chorągwi także.

— Jeżeli to zrobisz i wrócisz tutaj przed zmierzchem, dostaniesz drugie tyle, dla 

siebie, a nie do podziału.

Gdy   niewolnik   zniknął   za   drzwiami   razem   z   eskortą,  która   miała   go   bezpiecznie 

przeprowadzić   przez   straże,  Brand,   Thorvin   i   reeszta   z   powątpiewaniem   spojrzeli   na 

Shefa.

— Nie zobaczysz więcej  ani pieniędzy,  ani niewolnika — stwierdził Brand.

— Zobaczymy. A teraz potrzebuję osiemnaście tuzinów mężczyzn oraz najlepszych koni 

z jukami pełnymi żywności, gotowych do drogi ledwo niewolnik powróci.

Brand uchylił okiennicę i wyjrzał w noc, popatrzył na wirujące płatki śniegu.

— A to po co? — warknął.

— Chcę odzyskać twoje dwanaście pensów. A poza tym mam pomysł. — Z czołem 

zmarszczonym w skupieniu,

Shef ostrzem noża  jął ryć w deskach stołu jakieś linie.

45

background image

Czarnych   mnichów   z   katedry   Świętego   Jana   w   Beverley,  w   przeciwieństwie   do   ich 

konfratrów od Świętego Piotra w Yorku, nie otaczały bezpieczne mury fortecy legionistów. 

Za to ich dzierżawcy i mieszkańcy równin na wschód od Yorkshirskich Wzgórz mogli z 

łatwością wystawić dwa tysiące zbrojnych, nie licząc łuczników ani oszczepników. Przez 

całą  jesień,  gdy trwał   najazd  na  York,  wiedzieli,  że  mogą  nie obawiać się niczego  poza 

głównymi siłami wielkiej armii. Wiedzieli też, że siły te w końcu nadejdą. Kilka miesięcy 

temu  zniknął  zakrystian,  unosząc z sobą co  cenniejsze   relikwie   katedry,   a   parę   dni 

później   wrócił  z wieściami przeznaczonymi  tylko dla uszu opata. Połowa  sił zbrojnych 

Beverley trwała w pogotowiu, a reszta rozeszła się po okolicy, strzegąc zbiorów i nadzorując 

przygotowania  do   zimy.   Tego   wieczoru   poczuli   się   bezpieczniej.   Zwiadowcy  donieśli,   że 

wielka armia podzieliła się, a jedna jej część odmaszerowała na południe.

Jednak   angielska   noc   w   środku   zimy   trwa   szesnaście  godzin   od   zachodu   do   świtu; 

wystarczająco  długo,  by dać  gromadzie  zdeterminowanych  ludzi szansę przebycia  czter-

dziestu mil. Wikingowie przez pierwszych kilka mil wędrowali błotnistymi, wijącymi  się 

polnymi   dróżkami,   później   dopiero   przyspieszając   kroku   i   poganiając   konie   na   lepszych 

drogach wśród wzgórz. Stracili trochę czasu na obchodzenie  dookoła wiosek, na które się 

natknęli. Niewolnik, Tida, prowadził ich dobrze, a oddalił się dopiero wtedy, gdy wieże 

katedry w Beverley jęły rysować się na świtającym niebie. Z chat strażniczych na obrzeżach 

miasta właśnie wyłaniały się zaspane niewolnice od żaren, by rozpalić ogniska i zemleć ziarno 

na   poranną   owsiankę.   Na   widok   wikingów  rozbiegły   się   z   krzykiem   i   zawodzeniem, 

zaczęły ściągać z barłogów niedowierzających wojowników, tylko po to, by dowiedzieć się, 

że   są   idiotkami   i   by   stać   się   częścią   kompletnego   zamieszania,   które   tradycyjnie   czynią 

zaskoczeni Anglicy.

Shef otworzył na oścież wielkie drewniane drzwi katedry i wkroczył do środka. Za nim 

tłoczyli się jego towarzysze.

Wewnątrz  kościoła  rozbrzmiewała  antyfonalna  pieśń  śpiewana przez dwa chóry,  stojące 

naprzeciw siebie po obu stronach nawy. Słodko brzmiące hymny głosiły, że oto narodziło 

się Dzieciątko Jezus. W katedrze nie było innych  wiernych,    chociaż  drzwi   stały   nie 

zaryglowane.     Mnisi  wysławiali  swego  Boga  codziennie,  niezależnie   od  tego,   czy  mieli 

słuchaczy, czy nie. Zimą, o świcie, słusznie czynili nie spodziewając się tłumów.

Gdy wikingowie pojawili się w nawie prowadzącej do głównego ołtarza — odziani w  

przemoczone   płaszcze,   bez   widocznej   broni   nie   licząc   halabardy   na   ramieniu   Shefa   —  

twarz opata, siedzącego na wysokim krześle pośród chóru wykrzywiła się z przerażenia. 

Shef poczuł nagle, jak odstępuje go cała pewność siebie — takie wrażenie zrobił na nim 

widok   dostojnika,   uosabiającego   majestat   Kościoła,  w   szacunku   dla   którego   przecież 

dorastał.

Chłopak przełknął głośno ślinę, niepewny, jak zacząć.

Guthmund, stojący tuż za nim szyper ze szwedzkiego  wybrzeża Kattegat, nie miał ani 

skrupułów, ani wątpliwości. Przez całe życie marzył, by obrabować porządny kościół albo 

opactwo   i   nie   zamierzał   dopuścić   do   tego,   by   zdenerwowanie   jakiegoś   nowicjusza 

pozbawiło go takiej okazji. Z szacunkiem podniósł młodego dowódcę do góry i odstawił go 

na   bok,   po   czym   chwycił   najbliższego   mnicha   za   habit,  powalił   go   na   posadzkę, 

wyciągnął topór spod płaszcza i z hukiem wraził go w balustradę ołtarza.

— Do roboty — zawołał. — Przeszukajcie tych ptaszków i zapędźcie ich w tamten róg. 

Tofi, przynieś świeczniki. Frani, daj mi te talerze. Snok, Uggi, wy jesteście lżejsi,

obejrzyjcie no tę figurę... — Wskazał ręką na wielką postać ukrzyżowanego 

Chrystusa wysoko nad ołtarzem,

spoglądającego w dół umęczonym wzrokiem. — Właźcie na górę i zobaczcie, czy uda wam 

się zdjąć koronę, wygląda na złotą. A wy, reszta, przewróćcie wszystko do góry 

nogami, łapcie co tylko się świeci. To miejsce ma być dokładnie ogołocone, zanim te 

łobuzy na zewnątrz zdążą wzuć buty. Ej, ty... — Guthmund zbliżył się do opata, 

kulącego się na swym tronie.

Shef wyprzedził go.

— W porządku, ojcze — zaczął, przechodząc znów na angielski. Na dźwięk znajomego 

języka opat, przerażony, lecz równocześnie śmiertelnie obrażony, posłał mu bazyliszkowe 

spojrzenie.

46

background image

     Shef zawahał się na moment, po czym przypomniał sobie drzwi katedry, jak wiele innych 

obite od wewnątrz skórą. Ludzką skórą, zdartą z żywego ciała świętokradców, którzy chcieli 

przywłaszczyć sobie własność Kościoła. Pozwolił stwardnieć swemu sercu.

— Twoi  strażnicy wkrótce  nadbiegną.  Jeśli  chcesz przeżyć, musisz ich odwołać.

— Nie!

— A więc umrzesz. — Szpic halabardy dotknął gardła opata.

— Na jak długo? — Kapłan trzęsącymi się rękami bezskutecznie usiłował 

odepchnąć ostrze.

— Nie na długo. Potem możecie nas ścigać, spróbować odzyskać skradzione dobra. A 

więc rób, jak mówię...

Z   tyłu   dobiegły   jakieś   trzaski.   Guthmund   zbliżył   się,  ciągnąc   za   sobą   jednego   z 

mnichów.

— To chyba zakrystian. Mówi, że skarbiec jest pusty.

— To prawda — potwierdził opat. — Wszystko zostało ukryte całe miesiące temu.

— Co zostało ukryte, zawsze można odnaleźć — odparł Guthmund. — Zacznę od 

najmłodszych, żebyś wiedział, że mówię serio. Jeden, dwa trupy i zaczniesz mówić.

— Nie zrobisz tego — rozkazał Shef. — Weźmiemy ich ze sobą. Nie będzie tortur 

wśród ludzi Drogi. Azowie zabraniają.  I  tak nieźle się obłowiliśmy.  A teraz 

wyprowadźcie ich, żeby zobaczyli ich strażnicy. Mamy przed sobą długą drogę.

W katedrze pojaśniało. Shef spostrzegł, że coś wisi na ścianie: spory kawałek welinu  

ozdobiony jakimś dziwnym rysunkiem.

— Co to takiego? — zapytał opata.

— To nie ma żadnej wartości dla kogoś takiego, jak ty. Nie ma w tym ani złota, ani 

srebra. To mappa mundi. Mapa świata.

Shef zdarł ją ze ściany, zwinął i schował głęboko pod tunikę. Wikingowie wypchnęli opata 

i mnichów na zewnątrz, gdzie stał nierówny szereg uzbrojonych Anglików,  którzy wreszcie 

zwlekli się z łóżek.

— No, to drogę powrotną mamy odciętą — mruknął Guthmund nie wiadomo który raz, 

przyciskając do siebie worek z brzęczącą zawartością.

— A kto powiedział, że chcemy wracać tamtędy? — odparł Shef. — Wkrótce sam się 

przekonasz.

Rozdział siódmy

Burgred, król Mercji, jednego z dwóch wielkich królestw Anglii nadal nie podbitych 

przez wikingów, zatrzymał się przy wejściu do swych prywatnych komnat, odprawił tłum 
sług i pieczeniarzy, zrzucił kunie futro, pozwolił zdjąć sobie przemoczone buty oraz zastąpić 
je miękkimi kapciami ze skóry i przygotował się, by rozkoszować się nadchodzącą chwilą. 
Zgodnie z jego rozkazem młodzik wraz z ojcem czekał już na niego, podobnie jak Alfred, 
który reprezentował swojego brata Ethelreda, króla Wessexu, drugiego z ocalałych 
wielkich królestw Anglii.

Tematem,   nad   którym   mieli   radzić,   był   los   East  Anglii.   Jej   król   umarł 

bezpotomnie, ludność żyła w strachu i niepewności. Mimo to Burgred wiedział bardzo 

dobrze,   że   gdyby   wystąpił   zbrojnie,   aby   siłą   przyłączyć  East   Anglię   do   Mercji,   jej 

mieszkańcy stanęliby do walki. Anglicy przeciwko Anglikom, jak to już często bywało 

w   przeszłości.   Liczył   jednak   na   to,   że   jeśli   pośle   im   ich   rodaka,   kogoś   ze 

szlachetnego   rodu,   kto   wszystko,  łącznie     z     towarzyszącą   mu       armią,       będzie 

zawdzięczał  właśnie jemu, królowi Burgredowi — no cóż, może wtedy to przełkną.

Zwłaszcza że ten właśnie szlachetny i wdzięczny młody człowiek, o którym myślał, ma 

bardzo przydatnego ojca. Kogoś, kto, jeśli można się tak wyrazić — Burgred pozwolił sobie 

na gorzki uśmiech — dowody swojej nienawiści do wikingów zawsze nosi przy sobie. Któż 

oparłby się sile przekonywania tak posągowej postaci? Postaci, która przypominała posąg, 

47

background image

czy   może   raczej   popiersie?   Burgred  w   duchu   błogosławił   ten   dzień,   kiedy   z   Yorku 

przybyły dwa kuce, dźwigając między sobą nosze z pasażerem.

No i ta piękna, młoda kobieta. Cóż to była za wzruszająca scena! Młody człowiek, o 

jasnych włosach zaczesanych do tyłu, klęczy u stóp swego ojca zanim jeszcze zdjęto go z 

noszy, błagając o wybaczenie, że wziął sobie żonę bez jego pozwolenia. Tej parze można 

by wybaczyć  dużo więcej, po tym wszystkim, co razem przeszli, ale  nie, młody Alfgar 

jest   wcieleniem   przyzwoitości.   Ta   właśnie  cecha   uczyni   w   przyszłości   Anglików 

największym ze wszystkich narodów. Uczciwość, dumał Burgred, nienaganne maniery.

Słowa, które  Alfgar  wyszeptał  u  stóp swego ojca,  brzmiały naprawdę: „Poślubiłem 

Godivę, ojcze. Wiem, że jest moją przyrodnią siostrą, ale nie wspominaj o tym  nikomu, 

albo rozpuszczę pogłoskę, że oszalałeś. A wtedy  mogłoby  ci   się przydarzyć   coś złego. 

Ludzi bez rąk łatwo  się dusi. Poza tym nie zapominaj, że oboje jesteśmy twoimi  dziećmi. 

Jeżeli nam się uda, twoje wnuki mogą nadal być książętami. Albo i lepiej".

Wulfgar,   kiedy   już   otrząsnął   się   z   pierwszego   szoku,  łatwo   pogodził   się   z   tym 

wszystkim. To prawda, jego dzieci były winne incestu. Ale czy taka drobnostka mogła mieć 

jakiekolwiek znaczenie? Thryth, jego żona, dopuściła się cudzołóstwa z jakimś pogańskim 

wikingiem. Czy ktoś zrobił coś w tej sprawie? Jeśli z kazirodczego związku Alfgara i 

Godivy narodzi się dziecko, jak Siegmundowi

i jego siostrze w legendzie, nie może być gorsze od tego bękarta, którego on, Wulfgar, 

hodował w swej głupocie.

Gdy władca Mercji wkroczył do komnaty, ludzie znajdujący się w niej wstali i złożyli 

pokłon.   Jedyna   obecna   kobieta,   piękność   z   East   Anglii,   dygnęła   wedle   nowej   mody 

szerzonej   przez   Franków.   Dwaj   służący   —   jeszcze   przed  chwilą   spierali   się   cicho,   co 

wypada im uczynić — unieśli wyściełaną skrzynię Wulfgara do pionu, po czym ponownie 

oparli ją o ścianę. Na zezwalający gest króla obecni zajęli miejsca: dla wszystkich poza  

Burgredem   i   Wulfgarem  przeznaczone   były   zwykłe   trójnogi.   „Heimnar"   na   równi  z 

władcą   zajął   wysokie   krzesło   z   drewnianymi   poręczami;  nie   można   było   od   niego 

wymagać, by siedział na stołku.

— Mam wieści z Eoforwich — zaczął król. — Świeższe od tych, które przyniósł 

Wulfgar.  I lepsze.  Mimo  to zmusiły mnie one do działania. Jak słyszałem, po kapitulacji 

Kościoła i króla Elli...

— Powiedz raczej — wtrącił Alfred z Wessexu — po haniebnej zdradzie, której 

dopuścili się na osobie króla Elli ci, których chronił.

Burgred zmarszczył brwi. Młodzieniec, jak zdążył zauważyć, żywił niewielki szacunek 

dla królów, a już żadnego dla dostojników Kościoła.

— Po kapitulacji Ragnarssonowie, a zwłaszcza ten, którego nazywają Sopel Lodu, 

skazali króla Ellę na okrutną śmierć. Podobnie jak przydarzyło się to twemu panu,

szlachetnemu  Edmundowi  — dodał,  skinąwszy  głową Wulfgarowi.

— Wydaje  się jednak,  że  wydarzenie  to  stało  się przyczyną kłótni wśród pogan. 

Doszły mnie dziwne wieści,  że egzekucja została przerwana za pomocą swego rodzaju 

machiny. Zaiste, wszystko w Eoforwich zdaje się kręcić wokół machin. Najważniejsza 

jednak w tym wszystkim jest kłótnia, gdyż doprowadziła ona do rozłamu pośród 

wikingów.

Rozległ się szmer zdziwienia i zadowolenia.

— Część barbarzyńców opuściła Eoforwich i maszeruje na południe. Jest to mniejsza 

część armii, lecz nadal groźna. Zastanawiałem się więc, dokąd zmierzają. I doszedłem do 

wniosku, że ich celem jest East Anglia, skąd wyruszyli.

— Chcą wrócić na statki — rzucił Alfgar.

— Może i tak. Problem jednak w tym, że East Anglia raczej nie stanie do walki. Stracili 

króla oraz wielu przywódców, tanów i wojowników w bitwie nad Stour, skąd ty, młody 

człowieku, tak mężnie wywalczyłeś sobie drogę ucieczki. A przecież, jak wciąż 

powtarzacie — Burgred

zmierzył Alfreda sarkastycznym spojrzeniem — wikingowie muszą zostać pokonani. Tak 

więc wyślę do East Anglii  wojennego przywódcę wraz ze sporymi siłami moich wojsk, 

żeby go wspierały póki nie zbierze własnej armii. Mówię o tobie, młody człowieku. 

Alfgarze, synu Wulfgara. Pochodzisz z tamtych stron. Twój ojciec był tanem króla Edmunda.

Twoja rodzina straciła więcej, wycierpiała więcej i ważyła się na więcej niż jakakolwiek 

inna. Ty właśnie podźwigniesz królestwo z gruzów. Z tym, że nie będzie już ono królestwem.

48

background image

Burgred odszukał wzrokiem spojrzenie młodego  księcia. Alfred z Wessexu oczy miał 

równie błękitne a włosy równie  jasne jak Alfgar; prawdziwy książę krwi. Było  w nim 

jednak coś dziwnego, niepokojącego: trzeźwe spojrzenie.  Obaj wiedzieli, że zbliżyli się do 

drażliwego punktu. Burgred z Mercji nie miał do East Anglii więcej praw niż Ethelred  z 

Wessexu. Zaś ten, który zdoła wyprzedzić rywala, urośnie w potęgę.

— Jaki będzie mój tytuł? — spytał Alfgar ostrożnie.

— Alderman. Zarówno North Folk jak i South Folk.

— To są dwie prowincje — zaprotestował Alfgar. — Jeden człowiek nie może być 

aldermanem dwóch prowincji naraz. Nowe czasy, nowe obyczaje — odparł Burgred. — 

Ale w tym, co mówisz, kryje się prawda. W swoim czasie, Alfgarze, możesz zyskać nowy 

tytuł. Możesz zostać tym, co księża nazywają subregulus. Możesz zostać moim 

wicekrólem. Powiedz, czy będziesz lojalnie służył mnie i Mercji? Czy będziesz wiemy 

Marchii?

Alfgar w milczeniu ukląkł przed królem, na znak poddania. Burgred poklepał go po 

ramieniu, podniósł z klęczek.

— W odpowiedniej chwili załatwimy to bardziej formalnie. Chciałem po prostu wiedzieć, 

czy doszliśmy do porozumienia. — Król zwrócił się do Alfreda. — Tak, młodzieńcze, wiem, 

że ty nie wyraziłeś zgody. Ale powiedz swojemu królowi i bratu, jak teraz sprawy stoją. 

Niech on siedzi po swojej stronie Tamizy, a ja zostanę po swojej. Ale północna część 

Tamizy i południe Humberu należy do mnie. Całość.

Burgred   pozwolił,   by   pełna   napięcia   cisza   trwała   jeszcze  przez   moment,   po   czym 

zdecydował się ją przerwać.

— Doszły mnie również inne dziwne wieści. Armią zawsze dowodzili 

Ragnarssonowie, ale oni wszyscy zostali w Eoforwich. Część informatorów twierdzi, że 

ci, którzy odeszli, nie mają żadnych przywódców, inni mówią o wielu wodzach. Jednak mój 

zwiadowca dał mi do zrozumienia, że jednym z ich dowódców, albo też głównym dowódcą 

jest Anglik. Z East Anglii, sądząc z wymowy. Posłaniec mógł mi przekazać jedynie imię, 

jakim nazywają go wikingowie, ale oni mówią naszym językiem tak fatalnie, że nic mi to 

nie dało. Podobno wołają tego człowieka Skjef Sigvarthsson. Co to może być za imię?

— Shef! — To odezwała się milcząca kobieta. Nie odezwała się: westchnęła. Jej 

oczy, jej błyszczące, jakby szklane oczy ożywiły się nagle. Mąż spojrzał na nią jak 

człowiek, który zastanawia się, ile ma przygotować rózeg, Wulfgar zaś zakrztusił się nagle, 

poczerwieniał.

— Mówiłeś, że widziałeś go martwym — warknął oskarżycielsko pod adresem 

syna.

— Nic straconego — mruknął Alfgar. — Daj mi tylko ludzi.

Prawie  dwie setki mil  dalej  na północ Shef po raz kolejny  odwrócił   się   w  siodle,   by 

sprawdzić, czy straż tylna nadąża za głównymi siłami. Musiał uważać, by wszyscy jechali 

w zwartej gromadzie, trzymając się w zasięgu głosu. Shef wiedział, że w ślad za nimi po 

błotnistych   drogach   zmierza  grupa   ludzi   czterokrotnie   przewyższająca   ich   liczebnością, 

niezdolna jednak zaatakować ze względu na zakładników, mnichów od Świętego Jana i ich 

opata   Saxwulfa.   Ważne   też  było,   żeby   poruszać   się   w   miarę   szybko,   nawet   po   długiej 

nocnej  jeździe,  żeby nie dać  się wyprzedzić  wieściom   i uniemożliwić przeciwnikom 

poczynienie przygotowań.

Prowadził ich zapach morza a także, odkąd dotarli na  szczyt łagodnego wzniesienia, 

nie dający się z niczym pomylić kształt przylądka Flamborough. Shef ponaglił  awangardę 

okrzykiem i gestem.

Guthmund   został   kilka   kroków  z  tyłu,   wciąż   trzymając  uzdę opackiego  konia.  Shef 

przywołał go uniesieniem ręki.

— Nie ociągaj się. Prowadź opata blisko mnie.

Chłopak cmoknął i wbił pięty w boki zmęczonego

wałacha,   doganiając   resztę   kawalkady   w   momencie,   gdy  stu   dwudziestu   jeźdźców   i 

trzydziestu   zakładników   schodziło   długim   zboczem   w   stronę   zbiorowiska   nędznych 

chałup, składających się na osadę Bridlington.

Wybuch   paniki.   Kobiety   rzucają   się   do   ucieczki,   unosząc  z   sobą   obdarte   dzieci   o 

poodmrażanych   nogach.   Mężczyźni  chwytają   włócznie,   rzucają   je   znowu,   niektórzy 

pędzą  w   stronę   plaży,   gdzie   na   brudnym,   pokrytym   śniegiem  piasku   spoczywają 

49

background image

wyciągnięte   na   brzeg   łodzie.   Shef   zatoczył   koniem   koło,   wypchnął   naprzód   opata, 

rozpoznawalnego bez trudu dzięki czarnym szatom.

— Pokój — zakrzyknął. — Pokój. Chcę Ordlafa.

Ale Ordlaf już stał przed nim, sędzia okręgu Bridlington, a także, chociaż nikt go dotychczas 

nie wiązał z tym wydarzeniem, pogromca Ragnara. Wystąpił spomiędzy swoich ludzi, 

zdumionym wzrokiem mierząc wikingów i mnichów, niechętnie biorąc na siebie 

odpowiedzialność.

— Pokaż im opata — rzucił Shef Guthmundowi. — Niech ci z tyłu trzymają się z 

daleka. — Zwrócił się do Ordlafa. — Ty i ja spotkaliśmy się już kiedyś. Tego dnia, gdy 

złapałeś Ragnara.

Chłopak zsiadł z konia, wbił halabardę głęboko w piaszczystą ziemię. Kładąc rękę na 

ramieniu sędziego, odciągnął go na stronę, poza zasięg słuchu opata, patrzącego na nich z 

nienawiścią. Zaczął tłumaczyć coś naglącym tonem.

— To niemożliwe — powiedział Ordlaf chwilę później. — Nie da się zrobić.

— Czemu nie? Morze jest wzburzone i zimne, ale wiatr wieje z zachodu.

— Z południowego zachodu — poprawił Ordlaf odruchowo.

— Możesz płynąć wzdłuż wybrzeża i mieć wiatr od burty. Tylko do przylądka 

Spurn. Dwadzieścia pięć mil, nie więcej. Zdążysz przed zmrokiem. Nie proszę cię o 

przejście przez morze. Ani na moment nie stracisz ziemi z oczu. A jeśli pogoda się zmieni, 

rzucimy dryfkotwę i przeczekamy.

— Za Spurn będzie trzeba wiosłować pod wiatr.

Shef wskazał palcem za siebie.

— Najlepsi wioślarze na świecie i ty jako kapitan. Postoisz sobie tylko za sterem, 

jak król.

— Taak. A co się stanie, jeśli wrócę a opat wyśle swoich ludzi, aby spalili osadę?

— Robisz to, żeby ratować mu życie.

— Wątpię, żeby był wdzięczny.

— W drodze powrotnej nie musisz się śpieszyć. Zdążysz dobrze schować to, co ci 

damy. A zapłacimy ci srebrem z katedry. Twoim własnym srebrem, pochodzącym z 

wielu lat dzierżaw. Ukryj je, przetop. Nigdy go nie wywęszą.

— Skąd mam wiedzieć, że po prostu nie poderżniecie mi gardła? Mnie i moim 

ludziom?

— Tego nie możesz wiedzieć, ale masz niewielki wybór.

Decyduj.

Ordlaf wahał się jeszcze przez moment. Przypomniał  sobie Merlę, kuzyna swej żony, 

którego opat kazał sprzedać w niewolę za długi. Pomyślał o żonie i dzieciach Merli, które 

do dziś żyły na łasce mieszkańców Bridlington, po tym  jak ich mąż i ojciec zniknął z 

okolicy.

— W porządku. Ale udawaj, że mi grozisz.

Shef wybuchł  udawaną wściekłością,  uderzył  Ordlafa  w głowę, wyszarpnął sztylet z 

pochwy. Sędzia odwrócił się, wykrzykując rozkazy w stronę garstki mężczyzn, stojącej kilka 

jardów dalej. Wkrótce rybacy zaczęli spychać łodzie  na wodę, stawiać maszty, wyciągać 

żagle z worków. Wikingowie w zwartej gromadzie zbliżyli się do brzegu morza, pchając 

przed   sobą   jeńców.   Pięćdziesiąt   jardów  dalej   pięciuset   angielskich   jeźdźców   postąpiło 

kawałek naprzód, nie chcąc dopuścić, by wrogowie wymknęli im się z rąk. Powstrzymał ich 

dopiero widok błyszczących mieczy nad wygolonymi głowami mnichów.

— Nie pozwól im się zbliżyć — warknął Shef do opata. — Wypuszczę połowę 

twoich braciszków, gdy tylko wejdziemy na pokład. Ty i reszta zostaniecie z nami jeszcze 

przez moment.

— Jak rozumiem to oznacza, że stracimy konie — odezwał się Guthmund ponuro.

— Ukradłeś je. Możesz ukraść sobie nowe.

Tak więc o zmroku wpłynęliśmy na wiosłach do zatoki Humberu, dobiliśmy do brzegu 

na noc, kiedy byliśmy już  pewni,   że   nikt   nas  nie  śledzi,  a  rano  powiosłowaliśmy   w 

górę rzeki. Razem z łupem.

— Ile tego jest? — zapytał Brand, siedząc wraz z innymi członkami zgromadzonej 

naprędce rady.

50

background image

— Już zważyłem — odparł Thorvin. — Naczynia, świeczniki, te małe pudełeczka, 

w których chrześcijanie   trzymają palce swoich świętych, kielich na kawałki ciasta, które 

nazywają ciałem swego Boga, puszki, w których palą

kadzidło a także sporo monet. Sądziłem, że mnichom nic nie wolno posiadać na własność, 

ale Guthmund mówi, że kiedy się dobrze potrząśnie, z każdego habitu wypadnie sakiewka. 

W każdym razie po podziale z rybakami zostały nam dziewięćdziesiąt dwa funty srebra. No 

i   jeszcze   złoto.   Korona,   którą   zdjęliście   z   posągu   Chrystusa,   była   szczerozłota,   i   dość 

ciężka.   Tak  samo   kilka  talerzy.   To  daje  dodatkowo   czternaście   funtów.   A  ponieważ 

złoto jest osiem razy cenniejsze od srebra, razem mamy dwieście cztery funty.

— Dwieście cztery — powtórzył Brand w zamyśleniu. — Trzeba będzie podzielić to 

między załogi i pozwolić im dokonać własnego podziału.

— Nie — odezwał się Shef.

— „Nie" wydaje się ostatnio twoim ulubionym słowem — zauważył Brand.

— To dlatego, że ja, w przeciwieństwie do innych, wiem co robić. Nie wolno nam 

dzielić tych pieniędzy. To będzie wojenny skarbiec armii. Dlatego zorganizowałem tę 

wyprawę. Gdybyśmy dokonali podziału, wszyscy byliby odrobinę bogatsi. A ja chcę ich 

użyć, żeby wszyscy stali się dużo bogatsi.

— Skoro tak to ujmujesz, sądzę, że armia nie wyrazi sprzeciwu — powiedział 

Thorvin. — W porządku. Ostatecznie sam zdobyłeś te pieniądze. Ale jak chcesz sprawić, 

żebyśmy się wszyscy wzbogacili?

Shef wyciągnął spod tuniki mapę, którą zdjął ze ściany katedry.

— Spójrzcie — powiedział. Kilkanaście głów pochyliło się nad welinową kartą. Twarze 

wyrażające rozmaite stopnie zdumienia wpatrywały się w nakreślone tuszem znaczki.

— Czy umiecie czytać takie pismo? — zapytał chłopak.

— Tu, w środku — odezwał się Skaldfinn, kapłan Heimdalla — nad  tym  małym 

obrazkiem, jest  napis: „Hierusalem". To święte miasto chrześcijan.

— Kłamstwo, jak zwykle — skomentował Thorvin. —

Ta czarna plama ma przedstawiać Ocean, wielkie morze otaczające całą Mithgarth, ziemię. 

Chcą nam wmówić, że ich święte miasto znajduje się w centrum świata. Bardzo typowe.

— Rozejrzyjmy się po brzegach — zagrzmiał Brand. — Zobaczmy, co znaki mówią o 

miejscach, które znamy. Jeśli kłamią na ich temat, możemy sądzić, że cała reszta też jest 

kłamstwem, jak mówi Thorvin.

— Dacia et Gothis — przeczytał Skaldfin. — Gocja. To ten kraj na południe od 

Szwecji. Chyba że chodziło im o Gotlandię. Ale Gotlandia jest wyspą, a to tutaj jest 

zaznaczone jako stały ląd. Zaś tuż obok napisano: „Bułgaria".

Rada wybuchnęła gromkim śmiechem.

— Bułgarowie są wrogami cesarza Greków — odezwał się Brand. — Podróż z kraju 

Gotów do Bułgarów zajmuje co najmniej dwa miesiące.

— Po drugiej stronie Gocji jest napisane: „Slesvic". No, w tym przynajmniej nie ma 

nic niejasnego. Wszyscy znamy Szlezwik zamieszkany przez Duńczyków. A te małe literki 

głoszą: Hic abundant leones. To znaczy: „Tu jest wiele lwów".

Kolejny ryk śmiechu.

— Wiele razy byłem na rynku w Szlezwiku — rzekł Brand. — I rzeczywiście 

spotkałem człowieka, który opowiadał o lwach. Lwy wyglądają jak wielkie koty, a żyją 

w gorącym kraju daleko na południu. W Szlezwiku nigdy nie było lwów, zwłaszcza 

wielu. Straciłeś tylko czas przy

nosząc nam tę — jak jej tam? — tę mappa. To czysty nonsens, jak wszystko, co 

chrześcijanie uważają za mądrość.

Shef  wodził   palcem  po  welinie,  mrucząc   pod  nosem  litery,  których  z takim trudem 

usiłował go wyuczyć ojciec Andreas.

— Tu jest jakiś napis po angielsku — powiedział. —

Dopisany inną ręką. Mówi on: „Suth-Bryttas", co znaczy „południowi Brytowie".

— To ma  oznaczać Bretończyków — odezwał się Brand. — Mieszkają na dużym 

półwyspie po drugiej stronie Kanału.

— A wiec nie wszystko jest kłamstwem. Można znaleźć prawdę na mapie. O ile się ją 

tam umieści.

— Nadal nie rozumiem, jak to ma nas wzbogacić — odparł Brand. — Od tego 

przecież zaczęliśmy rozmowę.

51

background image

— Ta mapa nas nie wzbogaci. — Shef zwinął welin, odrzucił go na bok. — Ale sama 

jej idea może to zrobić. Musimy znać więcej ważnych rzeczy. Przecież gdybyśmy nie 

wiedzieli, gdzie jest Riccall, tego dnia podczas zawiei, moglibyśmy zamarznąć albo 

dać się wyrżnąć co do nogi. Kiedy wyruszałem do Beverley znałem kierunek, ale bez 

przewodnika nigdy nie trafiłbym do katedry. Bridlington zaś i człowieka, który wyprowadził 

nas z pułapki, odnalazłem tylko dzięki temu, że byłem tam już wcześniej. Rozumiecie, o co 

mi chodzi? Posiedliśmy mnóstwo wiedzy, ale jesteśmy zależni od ludzi. Nie ma takiego 

człowieka, który umiałby odpowiedzieć na wszystkie pytania. Na mapie można umieścić 

mądrość wielu osób. Gdybyśmy ją mieli, moglibyśmy odnaleźć drogę do miejsc, w 

których nas nigdy nie było. Potrafilibyśmy określić kierunek, zmierzyć odległość.

— Dobrze więc, sporządzimy sobie taką mappa — powiedział Brand stanowczo. — A 

teraz przejdź wreszcie do tego bogactwa.

— Posiadamy jeszcze jedną cenną rzecz — zaczął Shef. — A tej nie dostaliśmy od 

chrześcijan. Thorvin wam opowie. Kupiłem ją sam.  Od Munina, kruka Odyna.

Okupiłem ją bólem. Pokaż im, Thorvinie.

Thorvin   wyjął   spod   tuniki   małą,   kwadratową   deszczułkę.   Widniały   na   niej   szeregi 

runicznych liter, wydrapanych nożem i zabarwionych czerwoną farbą.

— To jest zagadka. Ten, kto ją rozwiąże, odnajdzie skarb Raedwalda, króla East 

Anglii. Tego właśnie szukał Ivar zeszłej jesieni. Ale król Edmund zabrał tajemnicę 

dogrobu.

— Królewski skarb — zamyślił  się Brand.  — To

mogłoby być warte zachodu. Więc najpierw rozwiążmy zagadkę.

— Do tego właśnie będzie nam potrzebna mapa — powiedział Shef stanowczo. — 

Jeśli zaczniemy zapisywać wszystko, czego się dowiemy, pod koniec będziemy mieć

wystarczająco dużo kawałków, żeby z nich ułożyć odpowiedź. Ale jeśli nic nie 

zapiszemy, zanim dobrniemy do końca, zdążymy zapomnieć, co było na początku. I 

jeszcze jedno. — Shef walczył z pamięcią, usiłował przywołać obraz krainy widzianej 

z góry, z perspektywy, z jakiej nie mógł oglądać ziemi żaden żyjący człowiek. — 

Również ta mapa przedstawia nową ideę. Przedstawia świat widziany z góry. Taki, jakim 

mógłby go widzieć lecący orzeł. W ten sposób musimy szukać nowych rzeczy.

Zapadła długa cisza. Przerwał ją dopiero Guthmund.

— Ale zanim coś znajdziemy, musimy zdecydować, dokąd pójdziemy teraz.

— Jest coś jeszcze ważniejszego—wtrącił Brand. — Trzeba uzgodnić, w jaki sposób 

prowadzić armię, pod jakim prawem żyć. Kiedy walczyliśmy w Wielkiej Armii, podlegaliśmy 

staremu hermanna log naszych przodków, prawu wojowników. Ale Ivar Sopel Lodu złamał to 

prawo i nie chcę już do niego

wracać. Wiem, że nie wszyscy wśród nas noszą amulety. — Brand spojrzał znacząco na 

Shefa i Guthmunda, siedzących wraz z innymi przy stole. — Ale przyszło mi do głowy, że 

powinniśmy wprowadzić nowe prawo. Nazwałbym je vegmanna log, prawo ludzi Drogi. Jednak 

pierwszym krokiem musi być zwołanie otwartego zebrania całej armii i uzgodnienie, kogo i 

obdarzyć przywilejem tworzenia nowych praw.

Natychmiast   rozgorzała   dyskusja.   Shef,   jak   to   często  bywało,   odpłynął   umysłem 

zupełnie   gdzie   indziej.   On  wiedział,   co   armia   będzie   musiała   zrobić.   Przemaszerować 

przez   Northumbrię,   aby   oddalić   się   od   Ragnarssonów,  przejść   przez   prowincje 

Burgreda, potężnego króla Marchii,  tak  szybko, jak  to  tylko  możliwe.   Osiedlić  się

w pozbawionej króla East Anglii i nałożyć na ludność odpowiednią daninę — w zamian 

za ochronę. Ochronę przed królami, opatami i biskupami. Po pewnym czasie taka danina 

przyniesie efekty, z których nawet Brand będzie zadowolony.

Jednocześnie  zaś trzeba  będzie  popracować nad mapą.  I   nad   zagadką.   A   także,   co 

najważniejsze,   jeżeli   armia  Drogi   ma   chronić   swoje   ziemie   przed   łupieżcami,   trzeba 

będzie dać ludziom nową broń. Nowe machiny.

Gdy Shef zaczął rysować, przed oczami swego umysłu, kształty nowej katapulty, do jego 

świadomości przedarł się głos, gwałtownie żądający, by do rady dopuścić przede wszystkim 

dziedzicznych jarlów.

To obejmowałoby Sigvartha, ojca Shefa, którego drużyny w ostatniej chwili dołączyły 

do kolumny opuszczającej York. Chłopak żałował, że tak się stało. Nie pragnął  widywać 

Sigvartha ani jego syna, Hjóvartha. Może nie będą musieli się spotykać. Może pomysł z 

jarlami nie przejdzie.

52

background image

Shef na powrót zajął się rozważaniami, jaką siłą można zastąpić powolną i niewygodną w 

obsłudze przeciwwagę. Palce go swędziały, by znów wziąć młot do ręki.

Rozdział ósmy

W ciągu następnych czterech tygodni swędzenie palców Shefa zostało dość wydatnie 

złagodzone. Poza obozem, w którym armia zatrzymała się na zimę, znajdowało się pole, 
gdzie chłopak przeprowadzał próby z katapultami. Ale machiny, za którą właśnie stał, 
Rzymianie z dawnych czasów z pewnością by nie rozpoznali

.

— Opuszczać!  — krzyknął w stronę swych  ośmiu pomocników.

Długie   ramię   ze   skrzypieniem   opuściło   się   ku   jego   wyciągniętym   dłoniom, 

dziesięciofuntowy kamień zawirował w skórzanej sakwie, podwieszonej na dwóch hakach: 

jednym wolnym, drugim umocowanym.

— Trzymać! — Ośmiu krzepkich wikingów przy drugim ramieniu katapulty  napięło 

liny,  przygotowało  się do ciągnięcia. Shef poczuł, jak długie drzewce — wykorzystał na 

nie górną część masztu, odpiłowanego tuż nad pokładem — napręża się nagle, poczuł, 

jak stopy odrywają mu się od wilgotnej ziemi. Ciągnąć! — Wikingowie pociągnęli 

potężnie, z całej siły, doskonale jednomyślni, jak gdyby walczyli z martwą falą na 

Atlantyku. Krótkie ramię katapulty wygięło się w dół. Długie ramię skoczyło do góry. 

Skórzana sakwa, wirując gwałtownie, osiągnęła punkt, w którym wolny hak wyrwał się z 

zaczepu i zwisł luźno.

Głaz   poszybował   pod   chmurne   niebo.   Przez   długi   moment   zdawał   się   tkwić 

nieruchomo w szczytowym punkcie łuku, po czym zaczął opadać i z mlaśnięciem zarył się 

w ziemię dwieście pięćdziesiąt kroków dalej. Natychmiast kilka obdartych postaci popędziło 

w tamtą stronę, współzawodnicząc o to, kto pierwszy dopadnie kamienia i przyniesie go z 

powrotem.

— Opuszczać! — zawołał Shef ile sił w płucach. Jego drużyna, jak zwykle, nie 

zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Wszyscy pokrzykiwali, śmiali się głośno, klepiąc się 

nawzajem po plecach, patrząc, gdzie upadł pocisk.

— Najmarniej dwieście jardów! — krzyknął Steinulf, sternik Branda.

— Opuszczać! To jest próba szybkości! — wrzasnął Shef znowu. Wikingowie powoli 

przypomnieli sobie o jego istnieniu. Jeden z nich, kucharz Ulf, niespiesznie obszedł 

machinę i delikatnie poklepał chłopaka po plecach.

— Do licha z próbą szybkości — stwierdził dobrodusznie. — Jeśli trzeba będzie 

strzelać szybko, zrobimy to. A teraz pora coś zjeść.

Jego   towarzysze   skinęli   głowami   na   znak   zgody   i   podnieśli   kapoty,   które   wcześniej 

przewiesili przez podobne do szubienicy rusztowanie katapulty.

— Fajnie sobie postrzelaliśmy — odezwał się Kolbein

Hebrydyjczyk, od niedawna obnoszący z dumą swój amulet, fallus Freyra. — Jutro 

przyjdziemy znowu. Czas na żarcie.

Shef patrzył,  jak odchodzą w stronę palisady,  w stronę  garstki  namiotów   i  byłe  jak 

zadaszonych szałasów, które stanowiły zimowy obóz armii. W sercu miał gniew i poczucie 

zawodu.

Pomysł na nową katapultę przyszedł mu do głowy gdy się przyglądał, jak rybacy 

Ordlafa stawiają maszt. Wielki miotacz głazów z Yorku, maszyna, która trzy miesiące 

temu zniszczyła taran Ragnarssonów, działała dzięki przeciwwadze. Sama przeciwwaga 

była wynoszona w powietrze za pomocą kołowrotu. Tak więc służyła ona jedynie 

magazynowaniu siły, którą ludzie włożyli w pracę kołowrotu.

A po co magazynować siłę, zapytywał się Shef. Dlaczego  po prostu nie kazać ludziom 

ciągnąć lin przywiązanych do krótkiego ramienia? Dla małych kamieni, jak te, którym z 

trudem nadali kształt zbliżony do kuli, nowa machina,  „kamieniomiot", jak nazywali ją 

wikingowie, była wprost wyśmienita.

53

background image

Miotała głazy w doskonale prostej linii i można nią było celować z dokładnością do 

kilku   stóp.   Jej   pociski  dosłownie   rozbijały   wszystko   w   proch,   krusząc   kamienie  i 

przebijając tarcze niczym papier. W miarę, jak uczyli się obsługiwać nowe urządzenie z  

coraz większą wydajnością, jego zasięg wzrósł do ósmej części mili. A Shef był pewien, że 

gdyby tylko jego ekipa robiła to, co jej każe, mogliby posyłać dziesięć kamieni w czasie, 

jaki zabiera doliczenie do stu.

Ale jego drużyna nie traktowała katapulty jako nowego rodzaju broni. Dla nich była to 

tylko zabawka. Może  pewnego dnia przyda się do kruszenia palisady lub murów.  A na 

razie   służyła   jako   igraszka,   pozwalała   zapominać  o   nudzie   zimowego   obozu,   gdzie 

tradycyjne  rozrywki  wikingów, takie jak grabieżcze wyprawy po pieniądze lub  kobiety, 

były surowo zabronione.

A   przecież   ta   machina   zwyciężyłaby   wszystko.   Statki.   Armie.   Jaki   szyk   bojowy 

zdołałby się oprzeć deszczowi głazów, ciskanych z odległości większej niż strzał z łuku, z 

których każdy mógłby okaleczyć bądź zabić wielu ludzi?

Nagle zdał sobie sprawę, że otaczają go podniecone,  uśmiechnięte  szeroko twarze. 

Niewolnicy. Uciekinierzy z Northfolk i z ziem króla Marchii, przyciągnięci do obozu

na płaskiej, błotnistej rubieży między strumieniami Nene i Welland przez zdumiewającą 

plotkę,   że   tutaj   mogą   liczyć  na   zdjęcie   żelaza   z   szyi.   Że   mogą   pracować   w  zamian   za 

jedzenie. Słyszeli też, chociaż nie bardzo w to wierzyli, że nie zostaną pojmani w niewolę, 

gdy   ich   panowie   ruszą   dalej.  Każda   z   obdartych   postaci   dzierżyła   dziesięciofuntowy 

kamień, które w ostatnich dniach pieczołowicie obrabiali za pomocą najmniej cennych  

dłut Thorvina.

— W porządku — powiedział Shef. — Wyjmijcie kołki, rozbierzcie machinę, owińcie 

belki w płótno.

Mężczyźni przestąpili z nogi na nogę, spojrzeli po  sobie. Jeden z nich, zachęcony 

przez resztę, przemówił z oporem, wpatrując się w ziemię.

— Tak sobie myśleliśmy, panie. Skoro jesteś z Emneth i tak dalej. I mówisz tak jak 

my. Więc...

— Wyduś to z siebie.

— Zastanawialiśmy się, skoro jesteś z naszych stron, może pozwoliłbyś nam raz 

strzelić.

— Wiemy, jak to się robi! — krzyknął jeden z jego towarzyszy. — Przyglądaliśmy 

się dobrze. Nie jesteśmy aż tak silni jak oni, ale umiemy ciągnąć.

Shef   zagapił   się   na   podniecone   twarze.   Na   żylaste,  niedożywione   ciała.   Czemu   nie, 

pomyślał.   Zawsze   sądził,   że  najważniejsza   w   tej   pracy   jest   waga   i   siła.   Ale   jeszcze 

ważniejsza   jest   koordynacja.   Może   dwunastu   lekkich   Anglików   zdoła   dorównać   ośmiu 

potężnie zbudowanym wikingom. Z mieczami i toporami to nie miałoby sensu. Ale byli 

niewolnicy zrobią przynajmniej to, co im się każe.

— W porządku — powiedział. — Najpierw wystrzelimy pięć razy na próbę. A potem 

zobaczymy, ile kamieni zdołacie wypuścić zanim doliczę do pięćdziesięciu.

Wyzwoleńcy aż podskoczyli z radości, rzucili się w stronę lin.

— Spokojnie.   To   ma   być   próba   szybkości.   Ułóżcie  kamienie w jednym  miejscu, 

żebyście nie musieli nigdzie po  nie chodzić. A teraz, uwaga... Godzinę później, gdy jego 

nowa drużyna rozbierała machinę, którą już uważała za swoją, Shef w zamyśleniu   szedł 

do   szałasu   Hunda   i   Ingulfa,   gdzie   leżeli   chorzy   i   ranni.   Hund   stał   właśnie   na 

zewnątrz, wycierając zakrwawione ręce.

— Jak oni się czują? — zapytał Shef. Miał na myśli ofiary swojej drugiej machiny, którą 

wikingowie nazywali wielkim łukiem, a która jakiś czas temu skróciła cierpienia króla Elli.

— Będą żyć. Jeden stracił trzy palce. Dobrze że nie dłoń albo ramię. Drugi miał 

połamane żebra. Ingulf musiał go rozciąć, żeby wyjąć odłamek z płuca. Ale goi się szybko. 

Właśnie sprawdzałem szwy. Pachną w porządku. Ta twoja machina w ciągu czterech dni 

załatwiła dwóch mężczyzn. Co się z nią stało?

— Z nią nic. To ci wikingowie. Silni ludzie, dumni ze swej siły. Porządnie 

przykręcają koła zębate, ale któryś z nich zawsze musi naprzeć na dźwignię, żeby 

sprawdzić, czy nie pójdzie kawałek dalej. Ramię łuku puszcza i jest nieszczęście.

— A więc to wina załogi, nie machiny?

— Właśnie. Potrzebni mi ludzie, którzy przekręcą koła tyle razy, ile trzeba, którzy 

będą robić, co im się mówi.

54

background image

— Nie ma wielu takich w tym obozie.

Shef popatrzył na przyjaciela.

— A jednak...

Ziarno idei zakiełkowało.

Zapadał zimowy zmierzch. Wkrótce Shef będzie mógł wziąć świecę i popracować nad 

swoją mappa, nad mapą Anglii.

— Widzę, że z kolacji nie zostało już nic poza owsianką?

Hund w milczeniu podał mu miskę.

Sigvarth z lekkim niepokojem rozejrzał się dookoła. Kapłani Drogi uformowali święty 

krąg, z jarzębiną zwieszającą się z lin, wbitą w ziemię włócznią i rozpalonym

ogniem.  I tym  razem nie  dopuszczono nikogo z zewnątrz:  w mrocznej szopie o dachu 

zrobionym z żagla znajdowało się jedynie sześciu biało odzianych kapłanów oraz Sigvarth, 

jarl Małych Wysp.

— Nadszedł czas, byśmy wreszcie dowiedzieli się wszystkiego — odezwał się Farman. 

— A mianowicie czy możesz być pewien tego, że to ty jesteś ojcem Shefa?

— On sam tak twierdzi — odparł Sigvarth. — Wszyscy tak myślą. A poza tym jego 

matka była tego zdania, a ona powinna wiedzieć. Oczywiście mogła zrobić wiele rzeczy po 

tym, jak ode mnie uciekła. Dziewczyna po raz pierwszy spuszczona z uwięzi mogła się 

zabawić. — Żółte zęby wyszczerzyły się w uśmiech. — Ale nie sądzę. Była damą.

— Chyba znam całą historię — odezwał się Farman. — Uprowadziłeś ją od męża. Ale 

jednego nie rozumiem: uciekła od ciebie, przynajmniej tak słyszeliśmy. Czy zazwyczaj 

tak kiepsko pilnujesz branek? Jak udało jej się uciec? I w jaki sposób wróciła do męża?

Sigvarth w zamyśleniu potarł szczękę.

— Minęło już dwadzieścia lat. Ale dziwna rzecz, wciąż pamiętam całkiem nieźle. 

Wracaliśmy z wyprawy na południe.  Nie poszła nam za dobrze. W drodze powrotnej 

postanowiłem zawinąć do zatoki Wash, tak na wszelki wypadek. Jak zwykle wszędzie 

pałętało się mnóstwo Anglików. Dotarliśmy do małej wioski, Emneth, i złapaliśmy, kogo 

się dało. Między innymi żonę tana, zapomniałem już, jak się nazywała. Ale jej samej nie 

zapomniałem. Była dobra. Wziąłem ją dla siebie. Miałem wtedy trzydzieści lat, ona może 

ze dwadzieścia. To zawsze jest dobra kombinacja. Miała dziecko i była zupełnie załamana. 

Ale odniosłem wrażenie, że mąż nie dawał jej za wiele radości. Z początku walczyła ze 

mną jak lwica,  ale do  tego jestem przyzwyczajony; muszą tak robić,  aby pokazać, 

że nie są kurwami. Kiedy jednak zrozumiała, że nie ma wyboru, pogodziła się z losem. 

Miała takie drobne przyzwyczajenie: kiedy doszła do szczytu, unosiła się z ziemi, ze mną na 

górze.

Thorvin chrząknął  z dezaprobatą.  Farman,  z jedną  ręką zaciśniętą na wysuszonym 

końskim penisie, oznace swojej funkcji, uciszył go gestem.

— Ale jak łódź się kołysze, nie można mieć dobrej zabawy. Więc gdy dobiliśmy do 

brzegu, poszukałem odpowiedniego miejsca. Zamierzałem rozpalić ogniska, upiec 

jakiegoś wołu, wytoczyć kilka beczek piwa, zabawić się wieczorem. Rozruszać trochę 

chłopców przed przejściem przez morze. A jednocześnie nie ryzykować, nawet z Anglikami. 

No i znalazłem takie miejsce. Kawałek plaży, dalej wysokie klify. Jakiś wąwóz ze 

strumykiem. Dałem tam pół tuzina ludzi, żeby się upewnić, że żadna ze schwytanych 

dziewczyn nie ucieknie. Postawiłem po jednym człowieku na klifach po obu stronach, z 

rogami, by mogli zatrąbić, gdy dostrzegą jakiś ślad odwetu. No i ze względu na stromiznę 

każdy miał linę przywiązaną do palika. Gdyby ich zaskoczono, mieli zatrąbić w rogi. Ci z 

wąwozu mogli szybko się wycofać, a tamci ześliznąć się po linach na dół. Mieliśmy trzy 

łodzie, przywiązane na dziobie i na rufie: dziobem do plaży, z rufy kotwica daleko w morze. 

W razie czego wystarczyło wskoczyć do środka, zluzować cumę, wyciągnąć się na linie 

kotwicznej i postawić żagle. Ale najważniejsze, że moja plaża była strzeżona, jak zakonnica 

w klasztorze.

— No tak, kto jak nie ty miałby się znać na zakonnicach — odezwał się Thorvin.

Sigvarth zarechotał.

— Chyba tylko biskup zna je lepiej ode mnie.

— A jednak uciekła — podpowiedział Farman.

55

background image

— Właśnie. Zdążyliśmy się zabawić. Zrobiłem to z nią na piasku, dwa razy. Zapadł 

zmierzch. Nie dzieliłem się moją branką z nikim, ale chłopaki mieli kilkanaście dziewczyn 

i postanowiłem się do nich przyłączyć. Ha, miałem w końcu trzydzieści lat! Tak więc 

przyciągnąłem łódź, zostawiłem ubranie na brzegu i wsiadłem z żoną tana do środka. 

Wyciągnąłem się na linie kotwicznej, może ze trzydzieści jardów od brzegu, zostawiłem 

dziewczynę w  

łodzi, skoczyłem do morza i dopłynąłem do plaży. Upatrzyłem  sobie taką dużą blondynkę. 

Robiła mnóstwo hałasu. Ale po jakimś czasie, miałem właśnie kawał pieczeni w jednej ręce 

a kufel piwa w drugiej, ludzie zaczęli krzyczeć. Tuż za kręgiem światła z ognisk na piasku 

leżał jakiś kształt. Duży kształt. Myśleliśmy, że to wyrzucony na brzeg wieloryb, ale kiedy 

dobiegliśmy,  to coś ze świstem wciągnęło powietrze  i rzuciło się na pierwszego z brzegu 

człowieka.   Ten   odskoczył,  zaczęliśmy   się   rozglądać   za   bronią.   Sądziłem,   że   to   może   być 

whaleross. Wieloryb, jak niektórzy mówią. I w tym właśnie momencie dobiegły nas wrzaski 

ze szczytu klifu. Chłopak, którego tam zostawiliśmy, Stig, wołał o pomoc. Nie dął w róg, 

ale żądał pomocy. Jak gdyby z kimś walczył. Więc wspiąłem się po linie, żeby zobaczyć, 

co to takiego.

— I co to było?

— Nic. Kiedy dotarłem na górę, chłopak prawie płacząc opowiedział, że zaatakował go 

skoffin.

— Skoffin — zdziwił się Vigleik. — Co to takiego?

Skaldfinn roześmiał się.

— Musisz więcej  rozmawiać ze starymi kobietami, Vigleik. Skoffin jest 

przeciwieństwem skuggabaldura. Jeden jest potomkiem lisa i kotki, drugi kocura i lisicy.

— Do tego czasu — podjął Sigvarth — wszyscy już poczuli się nieswojo. Tak więc 

zostawiłem Stiga na górze, powiedziałem mu, żeby nie robił z siebie głupca, ześliznąłem się 

po linie i kazałem ludziom wchodzić do łodzi. Ale kiedy przyciągnąłem  swoją łódź, 

okazało  się,  że dziewczyna zniknęła. Przeszukaliśmy plażę. Sprawdziłem czaty w 

wąwozie; nie ruszyli się nawet z miejsca, przysięgali, że nikt tamtędy nie mógł przejść. 

Wspiąłem się na oba urwiska. Nikt nic nie widział. W końcu wpadłem we wściekłość i 

niewiele myśląc zrzuciłem Stiga z urwiska za to, że się mazgaił. Złamał sobie kark i 

umarł. Po powrocie do domu musiałem zapłacić za niego wergild. A swojej kobiety nie 

widziałem aż do zeszłego roku. Wtedy byłem jednak zbyt zajęty, żeby ją o cokolwiek 

pytać.

  — Rzeczywiście. Wszyscy wiemy, czym byłeś tak zajęty — wtrącił Thorvin. — 

Spiskowaniem z Soplem Lodu.   — A co, może stałeś się chrześcijaninem, skoro ci to 

przeszkadza?

  — Wracając do naszej sprawy — odezwał się Farman — wytłumaczenie może być 

proste. Kobieta mogła zwyczajnie dopłynąć do brzegu. Ty dopłynąłeś.   — Musiałaby to 

zrobić w ubraniu, bo jej suknie też zniknęły. A poza tym nie wystarczyło dopłynąć do 

brzegu, bo na plaży jej nie było, tego jestem pewien. Musiałaby popłynąć morzem, żeby 

okrążyć klify.   — Whaleross. Skoffin. Kobieta, która znika i pojawia się brzemienna — 

rozważał Farman.  — Wszystko  to można wytłumaczyć. I to na kilka różnych 

sposobów.

— Myślicie, że Shef nie jest moim synem — stwierdził Sigvarth. — Myślicie, że jest 

dzieckiem jednego z waszych bogów. To wam powiem: ja nie czczę żadnych bogów poza 

Ran, boginią, do której idą utopieni żeglarze. A ten cały inny świat, te wizje, którymi 

się przechwalacie, ta wasza

Droga, biorą się z picia i kwaśnego jedzenia, a ględzenie jednych zaraża innych, aż w 

końcu wszyscy muszą pleść te same bzdury, żeby nie różnić się od pozostałych. W tym nie 

ma więcej sensu niż w skoffinach. Ten chłopak jest moim synem. Wygląda jak ja. 

Zachowuje się jak ja, kiedy byłem w jego wieku.

— On zachowuje się jak mężczyzna — warknął Thorvin. — Nie jak zwierzę w czasie 

rui. I chociaż przez wiele lat chodziłeś bezkarnie po ziemi, jest kara dla takich jak ty.

Jeden z naszych poetów opisał, co dla zbrodniarzy przewidziano w świecie Hel:

Widziałem również jak butni wojacy Na ścieżkach Hel jęczą z rozpaczy i bólu  

Krew czarna zalewa ich okrutne twarze. Oto jest kara za cierpienia niewiast!

Sigvarth dźwignął się na nogi, położył rękę na mieczu.

56

background image

— A ja  odpowiem  ci  lepszą pieśnią.   Skald  Ivara Ragnarssona napisał ją w 

zeszłym roku na śmierć Ragnara.

Rąbaliśmy mieczami! Mówię, że to dobrze, By mąż męża spotykał na odległość  

miecza A nie drżał przed walką. W świecie wojowników Za zwycięzcą pójdą  

najpiękniejsze z kobiet.

— Oto poezja dla wojowników.  Dla ludzi,  którzy wiedzą jak żyć i umierać. Dla 

takich znajdzie się miejsce na uczcie Odyna, bez względu na to, ile kobiet doprowadził do 

płaczu. To poezja dla wikinga, nie mlekosysa.

W ciszy, jaka zapadła, odezwał się Farman:

— Cóż, Sigvarth, dziękujemy ci za opowieść. Weźmiemy pod uwagę, że jesteś jarlem 

i członkiem rady. Ty zaś weź pod uwagę, że żyjesz teraz według prawa Drogi, 

niezależnie od tego, co sądzisz o naszych wierzeniach.

Farman rozwiązał sznur wytyczający granice świętego kręgu, aby wypuścić Sigvartha 

na zewnątrz. Gdy jarl wyszedł, kapłani zaczęli się naradzać przyciszonym tonem.

Shef-który-nie-był-Shefem wiedział, że ciemności, w których się znajdował, przez dwieście  

lat nie rozproszyło żadne  światło. Przez pewien czas kamienna komora i ziemia wokół  niej 

jaśniała fosforyzującą poświatą rozkładu, blaskiem, przy którym robaki powoli toczyły zwłoki:  

oczy,  wątroby  i   szpik  wszystkich,   których   tu   złożono.   Ale   robaki   dawno   już   zniknęły.  

Pozostały tylko białe kości, tak twarde i bezwładne  jak kamień tkwiący  w jego  własnej,  

obranej z ciała dłoni. A także przedmioty, również bez życia, lecz należące tylko do niego:  

skrzynie i szkatułki wokół stóp i pod krzesłem. No  i samo krzesło  —  masywny drewniany  

tron, na którym usadowił się siedem wieków temu, by pozostać na nim przez całą wieczność. 

Krzesło zgniło pod właścicielem, przez tyle lat zdołali wrosnąć w siebie nawzajem. Mimo  

to postać

siedziała bez ruchu, puste oczodoły wpatrywały się w ziemię i w to, co było poza nią.

On, siedzący na krześle, dokładnie pamiętał, jak się  tu znalazł. Mężczyźni wykopali  

wielki  dół i przyciągnęli  na rolkach duży statek. Wedle jego wskazań tron postawili  na 

rufie, tuż przy wiośle sterowym. On sam zasiadł na tronie, na jednej jego poręczy ułożył  

sceptr  —  kamienną  osełkę rzeźbioną w wykrzywione gniewem twarze, na drugiej  umieścił 

miecz. Skinął głową, każąc ludziom kontynuować.  Najpierw przyprowadzili jego bojowego  

ogiera, ustawili  zwierzę pyskiem do pana i zabili ciosem topora. Potem  przyszła pora na 

cztery najlepsze psy; każdy dostał nożem prosto w serce. Człowiek na krześle pilnował, by  

każdy został zabity. Nie miał ochoty dać się pogrzebać na wieki   z żywym mięsożercą.  

Następnie   sokoły,   wszystkie   uduszono.  Potem   kobiety,   para   ślicznotek,   łkających   i  

wołających  o litość mimo wywaru z maku, który w nie wmuszono;  mężczyźni udusili je  

szybko.

W końcu przyniesiono skrzynie. Każdą dźwigało dwóch ludzi, stękających z wysiłku. I tym  

razem człowiek na krześle przypatrywał się uważnie, szukając oznak niechęci i oporu. Gdyby  

tylko się ośmielili, zachowaliby jego skarby. Albo wykopali je później. Ale się nie ośmielą.  

Przez  cały  rok  kurhan będzie otaczać błękitna poświata rozkładu; mężczyzna z pochodnią  

będzie podpalał gaz wydobywający się z wnętrza  ziemi, aż wszyscy zaczną się bać i unikać  

grobowca Kara Starego.

Skrzynie piętrzyły się coraz wyżej, ludzie poczęli je umieszczać również w środkowej  

części statku, tam gdzie leżały martwe ciała. Inni układali kamienie wokół tronu, póki nie 

sięgnęły na wysokość jedwabnego baldachimu. Wtedy ułożyli na nich grube drewniane belki,  

przykrywając je  dodatkowo ołowianą płytą. Dookoła stóp siedzącego i na  wiekach skrzyń 

ułożyli   smołowane   płótno.   Po   pewnym  czasie  drewno   zbutwieje,   ziemia   zasypie   wnętrze  

statku, kości martwych kobiet i zwierząt przemieszają się ze sobą. A on

będzie tu siedział, spoglądając na nie, nie musząc obawiać się ziemi. Oni zostaną pogrzebani  

martwi. On nie.

Kiedy wszystko już zostało zrobione, przed tronem pojawił się mężczyzna: ludzie nazwą go  

Kol Niggard, syn Kara Starego.

—  Dokonało   się,   ojcze  —  powiedział.   Na   jego   twarzy  malowało   się   coś   pomiędzy  

strachem i nienawiścią.

57

background image

Kar skinął głową, nie mrugając powiekami. Nie będzie się żegnał z synem ani życzył mu  

szczęścia. Gdyby w Kolu płynęła czarna krew jego przodkówwołałby raczej przyłączyć się do 

ojca i siedzieć na swych skarbach przez całą wieczność niż oddać je temu nowemu królowi  

przybyłemu z południa, niż żyć jako człowiek bez honoru, lennik.

Szóstka zaufanych wojowników jęła mordować niewolników i układać  ich ciała wokół  

statku. Potem zarówno oni jak i Kol wyszli na zewnątrz. Chwilę później na pokład zaczęły  

spadać   grudy   ziemi,   zasypując   go   szybko,   piętrząc  się   na   deskach,   płótnie   i   ołowianej 

pokrywie. Kar widział, jak ziemia powoli sięga jego kolan, jego piersi. Siedział bez ruchu, 

nawet gdy piasek pojawił się w kamiennej izbie, pokrywając rękę umieszczoną na osełce.

Wciąż jeszcze widać trochę światła. Piasek i kamienie bębnią o strop. Światło znika, mrok  

gęstnieje. Kar usadowił się wygodniej, odetchnął z ulgą i zadowoleniem. Teraz wszystko już 

jest jak powinno. Wszystkie te skarby pozostaną jego własnością. Na zawsze.

Zastanowił się, czy umrze tutaj. Bo co niby ma go zabić? To zresztą nie miało znaczenia.  

Czy umrze, czy też będzie żył, nic się nie zmieni. Na wieki już zostanie duchem kurhanu.

Shef przebudził się nagle. Jego ciało, okryte szorstkimi  kocami, było mokre od potu. 

Niechętnie   zsunął   z   siebie  derki,   ze   stęknięciem   przetoczył   się   po   łóżku   na   wilgotne 

klepisko. Natychmiast uderzyło go mroźne powietrze. Chłopak chwycił konopną koszulę, 

wdział ją przez głowę, rozejrzał się za ciężką wełnianą tuniką i spodniami.

Thorvin mówił, że wizje są zsyłane przez bogów dla pouczenia ludzi. Lecz czego uczyła 

go ta wizja? Nie było w niej żadnej machiny.

Płótno zawieszone w drzwiach szopy poruszyło się nagle i wszedł wyzwoleniec Padda. 

Na   zewnątrz   świtał   styczniowy   poranek.   Widać   było   tylko   gęstą   mgłę,   wstającą   z 

nasiąkniętej wodą ziemi. Wojownicy z pewnością późno dziś wy grzebią się spod ciepłych 

koców.

Ludzie we śnie nazywali się Kar i Kol. Nie przypominało to żadnych angielskich imion. 

Nordyckich   też   nie.   Ale  wikingowie   byli   niedoścignieni   w   skracaniu   słów.   Guth-mund 

stawał się dla przyjaciół Gummim, Thormoth — Tommim. Zresztą Anglicy też to robili. 

Jak brzmiała zagadka króla Edmunda? „...Wuffa, z Wehhy krwi..."

— Jak się naprawdę nazywasz, Padda? — zapytał.

— Paldriht, panie. Od śmierci matki nikt mnie tak nie wołał.

— Od czego skrótem może być Wuffa?

— Nie wiem. Może od Wulfstana? Trudno powiedzieć.

Znałem kiedyś człowieka imieniem Wiglaf. Bardzo szlachetne imię. Nazywaliśmy go 

właśnie Wuffa.

Gdy   Padda   zaczął   ostrożnie   rozdmuchiwać   żar   na  palenisku,   Shef   zatopił   się   w 

myślach.

Wuffa, syn Wehhy. Wulfstan albo Wiglaf, z krwi... Weohstana, czy może Weohwarda. 

Nie znał takich imion. Będzie musiał poszukać innych.

Padda   krzątał   się   wokół   drewna,   wody,   garnków   i   nieśmiertelnej   owsianki,   a   Shef 

odwinął welin z nasączonych woskiem płócien i rozpostarł mapę na stoliku, przytrzymu jąc 

kamykami   rogi.   Nie   patrzył   jednak   na   wykończoną  stronę,   na   mapę   chrześcijan.   Na 

odwrocie już od jakiegoś czasu rysował własną mapę. Mapę Anglii, na której umieszczał 

wszystkie zdobyte wiadomości. Z początku kreślił je pobieżnie na brzozowej korze, tam 

szkicował zarysy, pis4ał nazwy i odległości. Dopiero gdy je sprawdził i porównał z tym, 

co   już   wiedział,   dodawał   do   mapy   nową  informację.   Mapa   rosła   każdego   dnia, 

szczegółowa i dokładna  w Norfolk  i  okolicach   Mokradeł,   niezbyt  pewna  i upstrzona 

białymi  plamami  w  Northumbrii   z  dala   od  Yorku,   a   zupełnie   pusta   na   południu,   nie 

licząc Londynu  i Tamizy, oraz symbolicznego zarysu Wessexu na zachodzie. Padda zdołał 

jednak odszukać wśród wyzwoleńców  człowieka z Suffolk. Ten, w zamian za śniadanie, 

obiecał opowiedzieć Shefowi wszystko, co pamiętał ze swoich rodzinnych stron.

— Zawołaj go — rozkazał Shef, przygotowując świeżą korę i sprawdzając ostrość 

rysika. Wszedł wyzwoleniec.

— Chcę, żebyś powiedział mi wszystko  o  Suffolk. Zacznij od rzek. Znam już Yare i 

Waverly.

— No tak — odezwał się mężczyzna w zamyśleniu. — Niżej jest Alde, która wpływa 

do morza w Aldeburgh. Dalej Deben. Ta ma ujście dziesięć mil na południe od 

Aldeburgh, w Woodbridge, tam gdzie, jak to powiadają, leżą starzy królowie.  Bo 

58

background image

wiecie, panie, my w Suffolk mieliśmy kiedyś własnych królów, jeszcze zanim przybyli 

chrześcijanie...

Chwilę   później   Shef   wpadł   do   kuźni,   gdzie   Thorvin  przygotowywał   się   właśnie   do 

wykuwania kół zębatych dla wielkich łuków.

— Chcę, żebyś zwołał radę armii — zażądał chłopak.

— Po co?

— Chyba wiem, w jaki sposób zrobić Branda bogatym człowiekiem.

Rozdział dziewiąty

Ekspedycja wyruszyła tydzień później, pod nisko wiszącymi chmurami, godzinę po 

świcie. Rada nie zgodziła się na opuszczenie obozu przez główne siły armii. Należało 
przecież strzec statków wyciągniętych na brzegi rzeki Welland. Obóz zapewniał nie 
tylko schronienie na resztę zimy, ale także gromadził pracowicie zebrane zapasy. 
Ponadto wielu członków rady mocno powątpiewało w to, że mapa Shefa kryje w 
sobie przepis na bogactwo.

Mimo   to nikt   nie  kwestionował   faktu,  że  na  podobną  wyprawę  potrzeba więcej niż 

kilku drużyn. Królestwo East  Anglii nie było już królestwem, zginęli najpotężniejsi pośród 

wojowników i najszlachetniejsi pośród tanów. Zawsze jednak istniało niebezpieczeństwo 

sprowokowania   rozruchów.   Mała   grupka   wikingów   mogła   zostać   otoczona   i 

zmasakrowana przez przeważające siły.  Brand mamrotał  pod nosem,  że chociaż  uważa 

cały pomysł za mocno  pomylony, to nie życzy sobie, aby pewnego ranka wyrwano go ze 

snu ciskając zza palisady głowy jego towarzyszy.  Koniec końców Shefowi zezwolono na 

werbowanie ochotników.   W   obozie   ogarniętym   zimową   nudą   chłopak   nie  miał   z   tym 

żadnych problemów.

Tysiąc wikingów wyruszyło na swoich konikach, osiemdziesiąt trzy tuziny wojowników, 

zgodnie ze swoim zwyczajem   jadąc   załoga   za   załogą.   Setki   jucznych   kuców  dźwigały 

namioty   i   posłania,   żywność   i   piwo.   Prowadzili   je  angielscy   wyzwoleńcy.   W   centrum 

kolumny znajdowało się  jednak  coś niezwykłego:  sznur wozów, wiozących  liny,  belki, 

koła   i   dźwignie,   a   wszystko   to   dokładnie   pooz-naczane,   żeby   umożliwić   sprawną 

rekonstrukcję odpowiednich machin:  dwunastu kamieniomiotów,  ośmiu  wielkich  łuków. 

Shef   zabierał   ze   sobą   wszystkie   machiny,   które  wraz   z   Thoranem   zdołał   zbudować 

podczas   tygodni  spędzonych   w   obozie.   Gdyby   ich   nie   wziął,   zostałyby  zapomniane, 

rozebrane, użyte na opał. Zbyt wiele wysiłku go kosztowały, by mógł na to pozwolić.

Dookoła   kręciło   się   mnóstwo   thrallów,   uciekinierów   z   okolicy.   Załogi   katapult 

otaczały wozy ze swymi machinami, a każdą z załóg dowodził człowiek z owej pierwszej 

dwunastki, która przyszła do Shefa. Wikingom  bardzo   się   to   nie   podobało.   Owszem, 

każda   armia  potrzebuje   gromady   thrallów   do   kopania   dołów   kloacznych,   rozpalania 

ognisk, dbania o konie. Ale tak wielka  gromada?   Chmara   głodomorów   wyjadających 

zapasy?  W   dodatku   ci   thrallowie   zdawali   się   wierzyć,   że   już   wcale  nie   muszą   być 

thrallami. Nawet wyznawcy Drogi nie zamierzali uznawać za równych sobie ludzi, którzy 

mówili po angielsku; nawet Shef nie odważył się tego zasugerować.

Poradził Paddzie i reszcie swoich załóg, żeby nie podnosili głów za wysoko.

— Jeżeli ktoś chce, żebyście przyrządzili posiłek albo  rozstawili namiot, zróbcie to — 

mówił. — I starajcie się trzymać z daleka.

Mimo to pragnął, aby jego rekruci poczuli się inaczej.

Żeby byli dumni z tego, jak szybko i sprawnie zajmują  pozycje, obracają dźwignie czy 

łączą belki.

Aby można ich było odróżnić, wszyscy jego pomocnicy nosili teraz jednakowe kamizele, 

uszyte ze zwykłego workowego płótna ufarbowanego na zielono, zarzucone na łachmany, 

w których przybyli do obozu. Z tyłu i z przodu  każdy  z   nich  przyszył   młot   o  dwóch 

obuchach wycięty  z białego lnu. Każdy też przepasywał się kawałkiem  sznurka bądź 

rzemienia, za który zatykał nóż, o ile go posiadał.

59

background image

Może   się   uda,   rozmyślał   Shef,   patrząc,   jak   wozy   ze  skrzypieniem   ruszają   naprzód, 

wikingowie z przodu i z tyłu,  wyzwoleńcy   pośrodku.  Anglicy  już   o  wiele  lepiej  radzą 

sobie z katapultami niż wojownicy,  których zastąpili.   A w dodatku nawet w mroźny, 

zimowy dzień wyglądają na zadowolonych.

Nagle powietrze rozdarł dziwny jęk. Cwicca, thrall  który przybył kilka dni temu po 

ucieczce   z   kościoła   Św.  Guthlaca   na   Crowland,   a   który   maszerował   teraz   na   czele 

pochodu, przyniósł ze sobą swój największy skarb — kobzę.  Prowadził kolumnę wozów, 

nadymając policzki i szybko przebierając palcami po kościanej piszczałce. Jego towarzysze 

pokrzykiwali radośnie i przyśpieszali kroku. Niektórzy pogwizdywali cicho.

Nagle jakiś wiking ze straży przedniej zawrócił konia, spojrzał spode łba. Shef ujrzał, że 

to Hjörvarth Sigvarthson, jego przyrodni brat. Sigvarth zbyt szybko zgłosił się na ochotnika, 

by można go było odprawić z kwitkiem. Szybciej  nawet niż Thorvin, Hebrydyjczycy czy 

Brand, wciąż pełni wątpliwości. Teraz Hjörvarth kłusem podjechał do kobziarza; miecz do 

połowy   wyciągnął   z   pochwy.   Muzyk   dobył  ze   swego   instrumentu   jeszcze   kilka 

bezładnych tonów i zamilkł.

Shef   wmanewrował   swego   kuca   między   Hjörvartha  a thralla,  zeskoczył  z siodła, 

oddał wodze Paddzie.

— Muzyka daje ciepło — powiedział do brata, patrząc

w jego gniewną twarz. — Muzyka sprawia, że mile szybciej płyną. Pozwól mu grać.

Hjörvarth zawahał się, wykręcił łeb kuca.

— Jak tam sobie chcesz — rzucił przez ramię. — Aledla wojowników są harfy. 

Tylko hornung może słuchać piszczałki.

Hornung, bękart, myślał Shef. Ile słów wymyślono na określenie nieślubnego dziecka. A 

jednak nie powstrzymuje to mężczyzn przed umieszczaniem ich w brzuchach kobiet. Może 

Godiva też już ma takie.

— Graj dalej! — zawołał do kobziarza. — Zagraj

„Szybki taniec". Zagraj go dla Thunora, syna Wodena, i do Hel z mnichami!

Skoczna   muzyka   rozbrzmiała   ponownie,   tym   razem  głośniej,   akcentowana   zgodnym 

gwizdaniem. Wozy toczyły się naprzód, ciągnięte przez cierpliwe woły.

— Czy jesteś pewien, że Burgred zamierza zawładnąć East Anglią? — zapytał król 

Ethelred. Po tym pytaniu nastąpił długi paroksyzm ostrego, męczącego kaszlu.

Młodszy   brat   Ethelreda,   Alfred,   spojrzał   na   swego  władcę   z   troską.   A   także   z 

mimowolną kalkulacją. Ojciec  Alfreda, Ethelwulf — król Wessexu, zwycięzca wikingów 

spod   Oakley   —   miał   czterech   silnych   synów:   Ethelstana,  Ethelbalda,   Ethelberta   i 

Ethelreda. Gdy więc pojawił się piąty potomek, wydało mu się tak nieprawdopodobne, by 

mógł   on kiedyś  wstąpić  na  tron,  że  odstąpił  od  tradycji  i nadał najmłodszej latorośli 

imię nie zawierające rdzenia „Ethel", który określał przynależność do królewskiego rodu 

Wessexu. Chłopcu nadano imię Alfred, popularne wśród ludu jego matki.

Teraz ojciec i jego trzej synowie już nie żyli. Żaden nie zginął w bitwie, ale wszystkich 

zabili wikingowie. Przez  całe lata maszerowali nie zważając na pogodę, spali w mokrym 

ubraniu, pili wodę ze strumieni przecinających obozowiska armii, których wojownicy nie 

dbali o to, by załatwiać się z dala od wodopoju. Członków królewskiego rodu wykończyły 

biegunki i choroby płuc. Teraz kaszel powoli wyniszczał Ethelreda. Ile czasu jeszcze minie, 

rozmyślał Alfred, zanim będę mógł zostać królem? Tymczasem musiał służyć swemu bratu.

— Całkowicie pewien — odparł.  — Nie krył się z tym  wcale.  Kiedy 

odchodziłem,  gromadził właśnie ludzi.  Nie zamierza jednak jawnie dokonać 

przejęcia władzy.  Wyznaczył  sobie wicekróla,  człowieka z  East Anglii. W ten 

sposób Anglowie łatwiej przełkną nowe panowanie.  Zwłaszcza że ma  po  swojej 

stronie  żywy totem. Tego tana bez kończyn, o którym ci wspomi  nałem.

— Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? — Ethelred z trudem poruszał oślinionymi 

wargami.

— Ziemia ta może pomieścić dwadzieścia tysięcy gos podarstw. To zaś, dodane do 

tego, co Burgred już posiada, uczyni Mercję daleko potężniejszą od Northumbrii. Gdy 

byśmy mogli wierzyć, że Burgred użyje swych sił tylko przeciwko poganom... Ale 

może połaszczyć się na łat wiejszą zdobycz. Mógłby powiedzieć, że jego obowiązkiem 

jest zjednoczenie wszystkich królestw Anglii. Łącznie z na szym.

60

background image

— A więc?

— Więc musimy przystąpić do rozgrywki.  Zobacz, Essex i tak należy do nas. A 

granica między Essexem a Suffolk przebiega...

Dwaj   mężczyźni,   król   i   książę,   niespiesznie   zaczęli  określać   terytorium,   o   które 

przyjdzie im się upomnieć. Nie mieli żadnego wyobrażenia owej ziemi, a tylko wiedzę, że 

jedna   rzeka   płynie   na   północ   od   drugiej,   że   dane   miasto   znajduje   się   w   określonej  

prowincji. Dysputa pochłonęła kolejną część i tak nadwątlonych sił Ethelreda.

— Jesteś pewien, że się podzielili? — zapytał Ivar Ragnarsson ostro.

Wysłaniec skinął głową.

— Prawie połowa wyruszyła na południe.

— Ale żadnych kłótni?

— Nie. Wieści głoszą, że mieli jakiś plan, żeby zdobyć bogactwa zabitego przez ciebie 

króla Jatmunda.

— Bzdura — warknął Ivar.

— Słyszałeś, ile wzięli z ataku na katedrę w Beverley? — zapytał Halvdan Ragnarsson. 

— Sto funtów srebra i tyle samo złota. To więcej niż nam się udało zgromadzić do tej 

pory. Ten chłopak nieźle planuje. Powinieneś był dojść z nim do porozumienia po 

holmgangu. Lepiej mieć go za  przyjaciela niż za wroga.

Ivar   obrócił   się   w   stronę   brata,   twarz   zbielała   mu  w   przypływie   wściekłości. 

Halvdan odwzajemnił spojrzenie. Ragnarssonowie nigdy nie walczyli między sobą. To był 

sekret ich potęgi, nawet Ivar w swym szaleństwie o tym  wiedział. Będzie musiał zaspokoić 

wściekłość w inny sposób, wywrzeć złość na kim innym. A jeżeli chodzi o utrzymanie całej 

sprawy w tajemnicy, to mieli już w tym niejakie doświadczenie.

— W każdym razie teraz jest naszym wrogiem — stwierdził Sigurth stanowczo. — 

Musimy tylko zdecydować, czy należy traktować go jako wroga numer jeden. Bo jeśli tak...

Wysłanniku, możesz odejść.

Bracia zebrali się w jednym z małych pokoików pełnego przeciągów dworzyszcza króla 

Elli w Eoforwich i jęli dyskutować na temat liczb, zapasów, dystansów, możliwości.

— Roztropni jak węże, niewinni jak gołębice — ode zwał się archidiakon Erkenbert 

z satysfakcją. — Nasi wrogowie już zaczynają się bić między sobą.

— W istocie — zgodził się Wulfhere. — Poganie czynią mnóstwo hałasu, wstrząsają 

królestwami. Ale Bóg wydał już wyrok i ich zagłada jest bliska.

Rozmawiali przekrzykując huk młotów panujący w klasztornej mennicy. Świeccy bracia 

układali srebrne płytki na  matrycach, uderzali w nie młotem, żeby odbić na powierzchni 

metalu odpowiedni wzór. Przenosili srebro na drugą matrycę, uderzali znowu. Na monetach 

najpierw   pojawiał   się   kruk   z   rozpostartymi   skrzydłami,   znak   Ragnarssonóv.  Następnie 

litery S.P.M. — Sancti Petri Moneta. Niewolnicy w obrożach kręcili się po sali, dźwigając 

kosze z węglem  drzewnym,  wytaczając wózki pełne odrzuconego ołowiu,  miedzi, żużlu. 

Jedynie mnisi, ci, których wspólną własnością  były skarby katedry,  dotykali srebra. A z 

nich każdy, zanim pomyślał o własnej korzyści, musiał sobie przypomnieć regułę Świętego 

Benedykta, w której zapisano, że arcybiskup ma władzę wymierzania kary cielesnej. Dużo 

czasu   wprawdzie   minęło   odkąd   ostatni   mnich   został   zaćwiczony   na   śmierć   podczas 

zebrania kapituły albo zamurowany żywcem w krypcie, ale takie wypadki się zdarzały.

— Są w rękach Boga — stwierdził arcybiskup. — A Je go zemsta z pewnością nie minie 

tych, którzy splądrowali katedrę Świętego Jana w Beverley.

— Jednak czasami to ludzie muszą wymierzyć Bożą sprawiedliwość — odezwał się 

Erkenbert. — I do tych ludzi musimy się zwrócić o pomoc.

— Do królów Mercji i Wessexu?

— Do kogoś nieporównanie potężniejszego.

Wulfhere spojrzał na swego rozmówcę. Na jego twarzy odmalowało się zdumienie,

powątpiewanie, w końcu zrozumienie. Erkenbert przytaknął.

— Napisałem już list.  Potrzebna mi tylko pieczęć. I posłaniec do Rzymu.

W oczach Wulfhere'a błysnęło zadowolenie, być może przypomniały mu się osławione  

luksusy Świętego Miasta.

—- T o   sprawa   najwyższej   wagi   —   oznajmił.   —   Pismo  do   Rzymu   zawiozę   sam. 

Osobiście.

61

background image

Shef w zamyśleniu spoglądał na odwrotną stronę mapy,  na mapę Anglii. W połowie 

pracy odkrył, że istnieje coś  takiego jak skala, zbyt późno jednak, by wszystko zmieniać. 

Suffolk   wyrosło   olbrzymie,   zajmując   czwartą   część   welinu.  W   jednym   rogu   chłopak 

wyrysował wszystkie informacje,  które zdołał zgromadzić na temat północnego brzegu 

Deben.

Zgadza się, pomyślał. Oto miasto Woodbridge, Drewniany Most. To o nim mówiła 

pierwsza linijka wiersza. Bo musiało tam chodzić o miasto — w przeciwnym wypadku 

nie miałoby to sensu: przecież wszystkie mosty są drewniane. Jednak ważniejsze jest to, 

co thrall mówił o

tym   miejscu   bez   nazwy,   w   dole   rzeki,   za   brodem.   Tam  właśnie 

znajdują   się   kurhany,   miejsce   spoczynku   starych  królów.   Kim   byli   ci   królowie? 

Niewolnik nie znał ich  imion, ale tan Helminghamu, który sprzedał wikingom   miód, 

wymienił przodków Raedwalda Wielkiego, wśród nich Wiglafa i jego ojca Weohstana. A 

więc Wuffa, z krwi Wehhy.

Jeżeli  niewolnik  dobrze zapamiętał,  za rzeką  znajdują  się   cztery   kurhany   w   jednej 

linii biegnącej mniej więcej z południa na północ. Miał wybrać ten najbardziej wysunięty 

na północ. Tam znajduje się skarb.

Dlaczego nikt dotychczas go nie odkopał? I skoro król Edmund wiedział, że grobowiec 

jest tajemnym skarbcem kryjącym bogactwo jego królestwa, to dlaczego go nie strzegł?

A może kurhan był strzeżony, tyle że nie przez ludzi.  Tak właśnie sądził niewolnik. 

Gdy  zorientował   się,   co  zamierza   zrobić   Shef,   umilkł   natychmiast.   Nikt   nie   mógł  go 

odnaleźć. Thrall wolał raczej zaryzykować ucieczkę

i ponowne schwytanie przez dawnych panów niż uczestniczyć w rabowaniu grobu.

Chłopak zajął swój umysł bardziej praktycznymi sprawami: kopaczami, strażnikami, 

szpadlami, skrzynkami i sposobem wygarniania ziemi na powierzchnię. A także

światłem — nie miał zamiaru kopać w biały dzień, na oczach całej okolicy.

— Powiedz mi, Thorvinie — zagaił. — Jak myślisz, co znajdziemy we wnętrzu 

kurhanu? Poza złotem, na które mamy nadzieję?

— Statek — odparł Thorvin krótko.

— Blisko milę od wody?

— Spójrz na mapę. Można przenieść łódź tym zboczem. Kurhany mają kształt łodzi. A 

tan powiedział nam, że Wiglaf był królem-żeglarzem, z wybrzeży Szwecji, o ile mówił 

prawdę. W moim kraju nawet bogaci chłopi, jeżeli mogą sobie na to pozwolić, każą się 

grzebać w pozycji

siedzącej w swoich łodziach. Wierzą, że dzięki temu pożeglują przez morza do Odainsakr, 

Wiecznego Brzegu, gdzie spotkają się ze swymi przodkami i Azami. Wcale nie 

twierdzę, że się mylą.

— Cóż, wkrótce się przekonamy. — Shef spojrzał na zachodzące słońce, zerknął zza 

płachty namiotu na pięć dziesięciu wikingów-strażników oraz garstkę angielskich 

kopaczy, którzy w milczeniu przygotowywali się do wymarszu. Ruszą zaraz po zmroku.

Gdy chłopak wstał, by poczynić własne przygotowania, Thorvin chwycił go za ramię.

— Nie traktuj tego zbyt lekko, młody człowieku. Nie za bardzo wierzę w duchy 

kurhanów, żywe trupy czy smoki lęgnące się ze szkieletów. Mimo to chcesz obrabować

zmarłych. Słyszałem wiele opowieści na ten temat, a wszystkie mówią to samo. Zmarli 

oddadzą swoje bogactwa, ale nie bez walki. I trzeba za to zapłacić. Powinieneś pozwolić, 

żeby poszedł z tobą jakiś kapłan. Albo przynajmniej Brand.

Shef pokręcił głową. Przerabiał to już wcześniej. Przedstawiał rozmaite wymówki i racje. 

Żadna z nich nie była prawdziwa. W głębi serca czuł, że tylko on ma prawo zabrać skarb, 

pozostawiony  mu   w spadku   przez  umierającego   króla.   Chłopak   wyszedł   w   gęstniejący 

mrok wiele, wiele godzin później Shef usłyszał, jak kilof uderza o drewno. Podniósł się 

z   kucek,   stanął   nad  czarną   jamą   w   ziemi.   Dotychczas   nie   wiodło   im   się  najlepiej. 

Miejsce znaleźli bez trudu, posługując się mapą.  Nikogo nie spotkali. Ale gdzie zacząć 

poszukiwania?  Strażnicy i kopacze stali w milczeniu, czekając na rozkazy.  Kazał zapalić 

pochodnie, żeby sprawdzić, czy gdzieś  nie ma oznak grzebania w ziemi. Jednak ledwo 

pierwsze  żywiczne   polano   zajęło   się   ogniem,   z   kurhanu   buchnął  pod   niebo   błękitny 

płomień. W tejże chwili Shef stracił połowę kopaczy; thrallowie po prostu rozpłynęli 

się  w   ciemnościach.   Eskorta   wikingów   sprawiła   się   trochę  lepiej,   wojownicy 

wyciągnęli  broń i zaczęli  rozglądać  się dokoła, jak gdyby spodziewając się w każdej 

62

background image

chwili ataku żądnych zemsty umrzyków. Jednak nawet Guth-mund Chciwy, najbardziej 

zagorzały poszukiwacz skarbów, stracił cały entuzjazm.

— Odejdziemy kawałek dalej — mruknął. — Trzeba pilnować, żeby nikt się nie 

zbliżył.

Od tego momentu Shef nie widział żadnego z wikingów. Musieli kryć się gdzieś w mroku, 

stojąc   w małych  grupkach,  plecami  do siebie.  Chłopak został  z dziesięcioma  angielskimi 

wyzwoleńcami, podzwaniającymi zębami ze strachu. Nie mając żadnej wiedzy ani żadnego 

planu, Shef wprowadził  ich po prostu na szczyt kurhanu i kazał kopać w dół, tak  blisko 

środka pagórka, jak mógł to określić w tych warunkach.

W końcu kilof uderzył o coś twardego.

— Czy to skrzynia? — zawołał z nadzieją w stronę otworu.

Jedyną odpowiedzią było nerwowe ciągnięcie za liny,  które   prowadziły   do   środka 

jamy, głębokiej już na osiem stóp.

— Chcą wyjść — mruknął jeden z mężczyzn stojących na zewnątrz.

— A więc ciągnijcie.

Umazani  błotem   ludzie   powoli  wydostali   się  na  powierzchnię.   Shef,   nakazując   sobie 

cierpliwość, czekał na relacje.

— Nie skrzynia, panie. To łódź. Dno łodzi. Musieli ją zagrzebać stępką do góry.

— No to przebijcie deski.

Anglicy   pokręcili   głowami.   Jeden   z   wyzwoleńców   w   milczeniu   podał   Shefowi   kilof. 

Drugi wyciągnął rękę z ledwo  się żarzącą  pochodnią. Chłopak przyjął  oba przedmioty. 

Zdał sobie sprawę, że nie ma sensu szukać ochotników. Wbił halabardę głęboko w ziemię, 

wziął linę, sprawdził kotwicę, do której była przywiązana i spojrzał po towarzyszach. W 

ciemności widać było jedynie białka ich oczu.

— Zostańcie przy linie. — Głowy skinęły potakująco. Shef niezgrabnie opuścił się w 

dół, z pochodnią i kilofem w jednej ręce.

Wkrótce dotknął stopami drewnianej, lekko zakrzywionej  powierzchni.   Najwyraźniej 

znajdował się w pobliżu stępki. W słabym świetle pochodni przesunął ręką po deskach. 

Zbudowane na zakładkę. I, o ile mógł to wyczuć, porządnie wysmołowane. Ile czasu mogły 

już   leżeć   w   tej  suchej,   piaszczystej   ziemi?   Chłopak   podniósł   kilof   i   uderzył.  Po   chwili 

uderzył jeszcze mocniej, usłyszał jęk pękającego drewna.

Ogarnęła go fala smrodu. Pochodnia zajaśniała nagle. Okrzyki przestrachu, poruszenie 

na górze. Jednak odór,  który poczuł, nie był odorem rozkładu. Bardziej coś jakby smród 

obory pod koniec zimy. Shef rąbał deski, poszerzając otwór. Pod spodem nie było ziemi, ale 

wolna   przestrzeń.  Twórcom   kurhanu   udało   się   stworzyć   dla   zmarłego   i   jego  skarbu 

podziemną komorę. Dzięki temu nie trzeba będzie badać każdej garści ziemi.

Shef wsunął linę w otwór i opuścił się niżej, z pochodnią w ręce.

Jego stopa trafiła na kości. Ludzkie kości. Chłopak spojrzał w dół i poczuł, jak ogarnia go 

fala współczucia. Żebra, które skruszył nogą, nie należały do władcy skarbca to był szkielet 

kobiety. Poniżej czaszki połyskiwała brosza  płaszcza.  Niewiasta leżała  twarzą do ziemi, 

podobnie jak  jej towarzyszka obok, wyciągnięta na podłodze komory. Dostrzegł teraz, że 

kręgosłupy   obu   kobiet   zostały   zmiażdżone   przez   wielkie   żarna,   które   najwyraźniej 

ciśnięto  z góry. Dwie kobiety ze związanymi rękami opuszczono do  grobu, złamano im 

kręgosłupy   i   zostawiono,   by   umarły  w  ciemnościach.  Żarna   dobitnie  świadczyły,   kim 

były i po co się tu znalazły: to były niewolnice, które mełły ziarno na posiłki swego pana. 

Teraz miały go żywić przez całą wieczność.

Gdzie są niewolnice, musi być ich pan. Shef uniósł  pochodnię i ruszył w stronę rufy 

statku.

Tam, na wysokim krześle, siedział król, patrząc na  swoje psy, konia i kobiety. Spod 

wysuszonej   skóry   połyskiwały   wyszczerzone   zęby.   Złoty   diadem   wciąż   lśnił   na  łysej 

czaszce. Chłopak podszedł bliżej, spojrzał na częściowo zachowaną twarz, jak gdyby szukał w 

niej   sekretu   dostojeństwa.   Przypomniał   mu   się   Kar   Stary,   który   wolał  raczej   zostać 

pogrzebany   ze   swymi   skarbami   niż   żyć   bez  nich.   Pod   dłonią   władcy   leżała   królewska 

osełka,   znak  króla-wojownika,   którego   utrzymywała   na   tronie   właśnie  ostra   broń. 

Pochodnia Shefa zgasła nagle.

Chłopak   zamarł   w   bezruchu.   Przeszedł   go   dreszcz.  Z   przodu   rozległo   się 

skrzypienie,  jak gdyby  stary król  wstawał z miejsca, by rozprawić się z intruzem, który 

63

background image

chciał  zagarnąć   jego   skarb.   Shef   przygotował   się   na   dotyk   kościstych   palców,   bliskość 

okropnych zębów w zeschłej twarzy.

Odwrócił się na pięcie i w kompletnych ciemnościach  cofnął się o cztery, pięć, sześć 

kroków, mając nadzieję  trafić na miejsce, w którym była lina. Czyżby mrok  pojaśniał 

trochę? I czemu on sam trzęsie się jak zwykły  niewolnik? Przecież na górze też spoglądał 

śmierci w oczy. Może to zrobić i tutaj.

— Nie masz już żadnego prawa do tego złota — powiedział w ciemność, po omacku 

odnajdując drogę z powrotem do wysokiego krzesła. — Dziecko dzieci twoich  dzieci 

oddało je mnie. Nie bez przyczyny.

Chłopak   macał   rękami   po   ziemi,   póki   jego   palce   nie  trafiły   na   pochodnię.   Wtedy 

zatrzymał się, wyjął z sakiewki hubkę i krzesiwo, po czym zaczął krzesać ogień.

— A poza tym,  stary kościotrupie,  powinieneś się cieszyć, że możesz oddać swój 

skarb Anglikowi. Są gorsi ode mnie, którzy chcieliby go zagarnąć.

Gdy pochodnia znów zapłonęła, Shef zatknął ją za  przegniłą deskę, postąpił krok w 

stronę tronu oraz jego przerażającego rezydenta, po czym otoczył ciało ramionami i uniósł 

je ostrożnie, mając nadzieję, że resztki skóry  i ubrania nie dadzą się rozsypać kruchym 

kościom. Ułożył zwłoki pośrodku łodzi, obok szkieletów kobiet.

— Teraz możecie sobie we trójkę załatwić stare porachunki.

Zdjął z czaszki złoty diadem i włożył go na własną  głowę. Wrócił do pustego tronu, 

wziął sceptr, który leżał pod prawą dłonią króla i w zamyśleniu zważył ciężki przedmiot 

w dłoni.

— W każdym razie jedno mogę ci na pewno ofiarować w zamian za złoto — dodał. — 

Pomszczę twojego potomka. Zemszczę się na Soplu Lodu.

Jeszcze   nie  skończył   mówić,  gdy  coś  poruszyło   się   w ciemności. Po raz pierwszy 

Shef odskoczył z przerażeniem. Czyżby Sopel Lodu pojawił się na dźwięk swego imienia? 

A może grobu strzegł jakiś potworny wąż?

Opanowując się z trudem Shef postąpił  w stronę, skąd  dobiegł   go   szelest,   unosząc 

wysoko pochodnię. To była lina, po której dostał się na dół. Drugi koniec został odcięty.

Daleko   na   górze   ktoś   stękał   z   wysiłku.   Podobnie   jak  w jego śnie, ziemia zaczęła 

osypywać się przez otwór.

Z największym trudem udało mu się zachować zdrowy rozsądek. To nie był koszmar, 

wizja, która miała doprowadzić go do szaleństwa. Musi myśleć o tym jako o zagadce, 

problemie do rozwiązania.

Na górze są jacyś wrogowie. Padda i jego przyjaciele mogli się wystraszyć i uciec, ale 

nie przecinaliby liny, ani nie zrzucali na niego ziemi. Guthmund tym bardziej nie.  Może 

więc ktoś ich przegonił, kiedy był tu na dole? Może  Anglicy przybyli, żeby bronić grobu 

swego króla? Widocznie jednak nie mają ochoty zejść do niego na dół. Tak czy  owak, tą 

drogą już się nie wydostanie.

Czy   jednak   jest   inna   droga?   Król   Edmund   mówił   o   kurhanie   jako   o   skarbcu 

Raedwalda,  a  to przecież  jest  grobowiec  Wuffy.  Czyżby  on i jego przodkowie używali 

grobu   jako   skrytki?   Jeśli   tak,   musieli   mieć   jakiś   sposób,   żeby   dokładać   do   niej   nowe 

bogactwa. Oraz wyjmować stare. Od góry kurhan wyglądał na nienaruszony. Więc czy jest 

inna droga? Musiałaby prowadzić blisko złota. A złoto powinno znajdować się jak najbliżej 

strażnika.

Shef przestąpił nad ciałami  i zbliżył  się do tronu.  Odepchnął go na bok, ujawniając 

cztery   mocne   skrzynie   ze  skórzanymi   uchwytami.   Obmacał   jeden   z   uchwytów;   skóra 

wyglądała na w miarę nową. Za skrzyniami, w deskach tworzących wygięty dziób statku, 

widniał czarny, kwadratowy otwór, niewiele szerszy niż ramiona mężczyzny.

Tunel! Chłopak poczuł nagłą ulgę, jak gdyby ktoś zdjął  z niego niewidzialny ciężar. 

Wszystko   się   zgadzało.   Człowiek   mógł   wpełznąć   tunelem,   otworzyć   skrzynię,   zamknąć 

skrzynię, zrobić to, o co mu chodziło. Nie musiałby nawet patrzeć na zwłoki.

A więc do dzieła. Shef ponownie włożył diadem na  głowę, chwycił pochodnię, która 

dopaliła się już niemal do końca. Czy powinien wziąć osełkę czy kilof? Kilofem mógłbym 

w razie czego poszerzyć otwór, myślał. Ale teraz,  gdy zabrałem królowi sceptr, nie mam 

prawa go odkładać.

Z pochodnią w jednej ręce a osełką w drugiej, chłopak wczołgał się w ciemność.

Tunel powoli się zwężał. Wkrótce Shef musiał przeć na przemian to jednym, to drugim 

ramieniem. Pochodnia dopaliła się, parząc mu dłoń. Skruszył ją o ziemię i poczołgał

64

background image

dalej, starając się nie myśleć o tym,  że ściany zaczynają się  zamykać  wokół  niego. Pot 

wystąpił mu na czoło i zalał oczy; nie mógł nawet uwolnić ręki, by go otrzeć. Nie mógł też 

się wycofać; tunel stał się zbyt niski, by można było unieść biodra i poczołgać do tyłu.

Wyciągnięta   w   przód   dłoń   napotkała   nagle   pustkę.  Jedno   pchnięcie   i   głowa   oraz 

ramiona chłopaka znalazły się nad dziurą w ziemi. Shef ostrożnie obmacał otwór. Twarda 

ziemia. Korytarz długi przynajmniej na dwie stopy, prowadzący w dół. Budowniczowie nie 

zamierzali nikomu ułatwiać sprawy, pomyślał.

A przecież wiem, co tam musi być. Wiem, że to nie  pułapka, lecz przejście. Muszę 

spuścić się w dół, poza zakręt. Przez jakieś dwie stopy będę miał twarz w ziemi, ale potrafię 

wstrzymać oddech na tak długo.

Jeśli się mylę, umrę uduszony, z głową do dołu. Najgorzej, jeśli zacznę walczyć. Tego 

nie zrobię. Jeśli nie będę się mógł przedostać, przycisnę twarz do ziemi i umrę.

Shef przeczołgał się przez krawędź i wsunął tułów w otwór. Przez moment nie mógł 

zmusić mięśni do pracy;  nogi zostały na górnym poziomie. Wreszcie wcisnął się cały  do 

dziury,   osunął   stopę   lub   dwie   i   utknął.   Tkwił   do   góry   nogami   w   tunelu,   pośród 

kompletnych ciemności.

Tylko bez paniki. Muszę myśleć o tym jak o zagadce. To nie może być ślepy zaułek, to 

przeczyłoby zdrowemu rozsądkowi. Thorvin zawsze powtarza, że najbardziej użytecznym 

brzemieniem człowieka jest jego rozsądek.

Shef   obmacał   ziemię   dokoła.   Jest   przerwa.   Z   tyłu,   za   karkiem.   I   znowu   poziomy 

korytarz, a za chwilę otwór prowadzący w górę. Chłopak wśliznął się do środka i po raz 

pierwszy   od   bardzo   długiego   czasu   stanął   na   nogach.  Pod   palcami   wyczuł   drewniane 

szczeble.

Z   trudem   wspiął   się   pod   górę.   Jego   głowa   uderzyła  o   zapadnię.   Ale   drzwi 

przeznaczone do otwierania się od zewnątrz nie chciały otworzyć  się od środka. Może  

przygniatała je ziemia.

Chłopak   wyszarpnął   sceptr   zza   paska   i,   zapierając   się  plecami   o   ścianę,   pchnął 

zaostrzonym  końcem w górę.  Drewno zaskrzypiało. Uderzał raz za razem. Kiedy mógł 

przecisnąć dłoń przez szparę, jął odłamywać deski. Piaszczysta ziemia zaczęła spadać do 

tunelu, osypując się coraz szybciej w miarę jak otwór się poszerzał, ukazując blade niebo  

przedświtu.

Shef z wysiłkiem wydostał się z tunelu, wyłaniając się pośród rosnących gęsto głogów, 

nie dalej niż sto kroków od kurhanu, do którego wszedł tak dawno temu. Na szczycie 

pagórka stała grupka ludzi, patrzących w dół. Nie zamierzał się przed nimi kryć ani uciekać. 

Wyprostował się, nasadził mocniej diadem na głowę, zważył sceptr w dłoni i cicho ruszył 

w ich stronę.

To był Hjörvarth, jego przyrodni brat. Mógł się tego spodziewać. Ktoś spostrzegł go w 

mdłym   świetle,   krzyknął   głośno,   odskoczył.   Gromadka   mężczyzn   rozproszyła  się 

szybko,   pozostawiając   Hjörvartha,   stojącego   nad   otworem,   jeszcze   nie   zasypanym   do 

końca. Shef przestąpił nad ciałem jednego z angielskich kopaczy, ciętego mie czem przez 

pierś.   Zdał   sobie   teraz   sprawę,   że   w   odległości  pięćdziesięciu   jardów   stoi   Guthmund   i 

grupka jego wikingów. Broń trzymali wyciągniętą, ale nie śpieszyli się do działania.

Shef ze zmęczeniem spojrzał w twarz przyrodniego brata.

— Cóż, bracie — powiedział. — Wydaje się, że chciał byś mieć więcej, niż wynosi twój 

przydział. A może działasz na rozkaz kogoś, kogo tu nie ma?

Twarz Hjörvartha stężała. Młody wiking wyszarpnął miecz, zasłonił się tarczą i ruszył 

w dół zbocza.

— Nie jesteś synem mojego ojca — warknął. Klinga przecięła powietrze.

Shef odparował cios kamiennym sceptrem, grubym jak nadgarstek.

— Kamień tępi ostrze — powiedział, gdy miecz zgrzytnął na osełce. — I kamień kruszy 

czaszki. — Zamachnął się nagle od lewej. Usłyszał trzask, gdy jedna z rzeźbionych, 

okrutnych twarzy uderzyła Hjörvartha w skroń.

Wiking zachwiał się, upadł na jedno kolano, podpierając  się przez moment złamanym 

mieczem.   Shef   odstąpił   na  bok,   zmierzył   odległość   i   uderzył   z   całej   siły.   Ponownie 

trzasnęła kość. Brat padł na twarz. Krew puściła mu się z ust i uszu. Shef niespiesznie 

otarł szarą masę z kamienia i obejrzał się na mężczyzn z drużyny Hjóvartha, gapiących się z 

otwartymi ustami.

— Sprawa rodzinna — oznajmił. — Nikt z was nie musi się w to mieszać.

65

background image

Rozdział dziesiąty

Sprawa, którą Sigvarth przedstawił radzie wikingów,  zdecydowanie nie rozwijała się 

po jego myśli. Z twarzą pobladłą i napiętą, ojciec Hjörvartha patrzył przez stół.

— On zabił mojego syna i za to żądam rekompensaty.

Brand uniósł potężną dłoń, nakazując mu milczenie.

— Najpierw wysłuchamy Guthmunda. Mów dalej.

— Moi ludzie stali w ciemnościach, otaczając kurhan. Ludzie Hjörvartha pojawili się 

nagle. Słyszeliśmy ich głosy, więc wiedzieliśmy, że to nie Anglicy, ale nie mieliśmy 

pojęcia, co zrobić.  Odepchnęli tych, którzy próbowali zastąpić  im drogę.  Nikt  nie 

zginął.  Wtedy Hjörvarth spróbował zabić swojego brata, najpierw chcąc pogrzebać go 

żywcem, potem rzucając się na niego z mieczem. Wszyscy widzieliśmy. Shef był uzbrojony 

jedynie w kamienną pałkę.

— Zabił Paddę i pięciu moich kopaczy — wtrącił Shef. Rada zignorowała go 

całkowicie.

Głos Branda zabrzmiał łagodnie, ale stanowczo.

— Z tego, co zrozumiałem, nie możesz żądać rekom pensaty, Sigvarth. Nawet za życie 

syna. Hjörvarth usiłował zabić swojego towarzysza, wojownika armii, chronionego przez 

prawo Drogi. Gdyby mu się udało, kazałbym go powiesić. Próbował też zasypać brata w 

grobowcu. A gdyby to mu się udało, pomyślcie tylko, co byśmy stracili! — Brand z 

niedowierzaniem pokręcił głową.

Co   najmniej   dwieście   funtów   złota.   Większość   pod  postacią   wyrobów   znacznie 

przekraczających wartością  cenę surowego kruszcu. Zdobione rzymskie misy. Naszyjniki 

torąues  z   białego   złota   pochodzące   z   Irlandii.   Monety  z   wizerunkami   nieznanych 

rzymskich władców. Wyroby  z Kordoby i Miklagarth, z Rzymu i Germanii. A ponadto 

worki srebra, przez całe stulecia upychane w tunelu przez potomków króla. Wszyscy byli 

zgodni, że tego, co zdobył Shef, wystarczy, żeby każdy wojownik armii żył dostatnio przez 

resztę swoich dni. O ile zdoła opuścić Anglię. Gdy tylko wzeszło słońce, całej sprawy nie 

dało się już utrzymywać w tajemnicy.

Sigvarth pokręcił głową, nie zmieniając wyrazu twarzy.

— Byli braćmi — wymamrotał. — Synami jednego  człowieka.

— Tym bardziej nie możesz żądać pomsty — odparł Brand. — Nie możesz mścić się 

na jednym synu za śmierć drugiego. Musisz to przysiąc. — Urwał na moment. — Tak 

chciały Norny. Żaden śmiertelnik nie może kwestionować ich wyroku.

Tym razem Sigvarth przytaknął.

— Taka była wola Norn. Dobrze, Brand. Przysięgnę. Hjörvarth nie zostanie 

pomszczony.

— W porządku. Bo mówię wam wszystkim — Brand rozejrzał się dokoła — całe to 

bogactwo sprawia, że czuję się nieswojo jak dziewica na orgii. Cała okolica musi aż 

huczeć od opowieści o tym, cośmy znaleźli. Wyzwoleńcy Shefa rozmawiają z kerlami i 

thrallami. A plotki rozchodzą się w obie strony. Słyszeli już, że w stronę tego królestwa 

maszeruje nowa armia. Angielska armia, prosto z Mercji, przybywa, żeby zająć kraj. 

Możecie być pewni, że już o nas słyszeli. Jeśli mają choć odrobinę zdrowego rozsądku, będą 

się śpieszyć, żeby odciąć nam drogę do statków, albo ścigać nas, gdy przybędą za późno. 

Chcę, żeby zanim słońce zajdzie, obóz był zwinięty a ludzie gotowi do drogi. Trzeba iść 

przez całą noc i jutrzejszy dzień. Nie zatrzymywać się przed zachodem słońca. Powiedzcie 

szyprom, niech każą nakarmić zwierzęta i zebrać ludzi.

Gdy  grupka   rozeszła   się   i   Shef   zmierzał   właśnie,   by  sprawdzić   swoje   wozy,   Brand 

chwycił go za ramię.

66

background image

— Ty nie — powiedział. — Gdybym miał kawałek wypolerowanego metalu, 

kazałbym ci się w nim przejrzeć. Czy wiesz, że posiwiały ci włosy na skroniach? 

Guthmund zajmie się wozami. Ty będziesz podróżował na jednym z nich,  okryty 

dodatkowo moim płaszczem. — Podał przyjacielowi flaszkę.

— Wypij to. Udało mi się ją zaoszczędzić. Nazwij to darem  Odyna dla człowieka, 

który znalazł największy skarb, odkąd Gunnar ukrył złoto Niflungów. — Shef 

poczuł zapach przefermentowanego miodu; napój Odyna.

Brand spojrzał na wycieńczoną,  zniszczoną  twarz chłopaka — jedno oko zapadnięte, 

kości   policzkowe   wystające  spod   napiętej,   suchej   skóry.   Ciekawe,   myślał,   jakiej   ceny 

zażąda duch kurhanu w zamian za swój skarb. Poklepał  Shefa po ramieniu i oddalił się 

pośpiesznie, pokrzykując na Steinulfa i szyprów.

Armia   ruszyła   w   drogę.   Shef,   opróżniwszy   butelkę,  drzemał   na   jednym   z   wozów, 

uśpiony przez jego kołysanie. Leżał wciśnięty między dwie skrzynie pełne skarbów i belkę 

od   katapulty.   Każdy   wóz   otaczało   kilkunastu   mężczyzn   z   załóg   Branda,   pełniących 

funkcję eskorty.  Wokół nich  maszerowali wyzwoleńcy obsługujący katapulty,  pobudzani 

przez pogłoskę, że również oni mogą mieć z podziału jakiś mały udział, że po raz pierwszy 

w życiu mogą dostać na  własność pieniądze. Z przodu, z tyłu i po bokach jechały  silne 

oddziały wikingów, nadstawiając uszu na wszelkie oznaki zasadzki bądź pościgu. Brand 

przemieszczał się wzdłuż kolumny, zmieniając konie

gdy   tylko   jakiś   zmęczył  się   pod   jego   ciężarem,   klątwami   przynaglając   wszystkich  do 

większego wysiłku.

Więc teraz on się z tym męczy, pomyślał Shef. Ponownie zapadł w głębszy sen.

Jechał konno po równinie. Nie tylko jechał — gorączkowo poganiał konia. Wierzchowiec  

chrapał   i   gryzł   wędzidło,   gdy  jeździec   orał   ostrogami   poranione   boki,   ale   zmuszony   do  

posłuchu   pędził   dalej.   Shef   stanął   w   strzemionach   i   spojrzał  za   siebie.   Zza   szczytu  

niewysokiego pagórka wyłoniła się horda jego prześladowców. Jeden z nich, ten wysunięty do 

przodu, dosiadał krzepkiego siwka. Athils, król Szwecji.

A kim był on sam, uciekający? Umysł Shefa nie potrafił stwierdzić, w czyim ciele się  

znalazł. W każdym razie był to mąż tak wysoki, że nawet siedząc na potężnym koniu niemalże  

szurał długimi nogami po ziemi. Wysoki mężczyzna miał towarzyszy, równie dziwnych jak on 

sam.   Najbliżej   jechał  człowiek   tak   szeroki   w   ramionach,   że   wyglądał,   jakby   włożył  pod 

skórzaną kurtkę drewniane nosidła. Nos miał zadarty,  twarz szeroką. Malowała się na niej  

jakaś zwierzęca przebiegłość. Jego koń także stękał z wysiłku, niezdolny nieść tak  wielki 

ciężar   w   równie   szybkim   tempie.   Obok   niego   pędził  mężczyzna   niezwykle   przystojny  — 

wysoki, urodziwy, o rzęsach jak u dziewczyny. Dziewięciu czy dziesięciu jeźdźców z przodu 

poruszało się z taką samą zabójczą szybkością jak wysoki człowiek i dwójka jego towarzyszy.

— Dogonią nas! — zawołał ten szeroki. Wydobył z juków krótki toporek i zamachnął się  

nim radośnie.

— Jeszcze nie, Bothvarze — odparł wysoki. Zatrzymał konia, rozwiązał sakwę  

przytroczoną do siodła, sięgnął do środka i wyjął garść złota. Sypnął nim na ziemię, po  

czym zawrócił konia i popędził dalej. Chwilę później, obracając się na szczycie kolejnego  

wzniesienia, dostrzegł jak pościg zatrzymuje się, rozprasza, jak ludzie zeskakują z koni  

i przepychając się nawzajem zbierają z ziemi cenny kruszec. Wielki siwek oderwał się od 

reszty, kontynuując pościg . Inni jeźdźcy ruszyli za nim, starając się zmniejszyć dystans.

Jeszcze dwukrotnie wysoki mężczyzna zastosował ten  sam manewr, za każdym razem  

pozbywając się części prześladowców. Teraz jednak ostrogi nie dawały już żadnego rezultatu; 

wierzchowce z trudem posuwały się stępa. A przecież tak niewiele dzieliło ich od bezpiecznego  

miejsca — czym ono było, tego Shef nie mógł wiedzieć. Statek? Granica? Nieważne. Liczyło  

się tylko to, żeby tam dotrzeć.

Koń Bóthvara, cały spieniony, zwalił się nagle na ziemię. Krew popłynęła mu z nozdrzy.  

Jeździec zwinnie zerwał się na nogi, chwycił topór i odwrócił w stronę, gdzie w odległości stu 

jardów mknął pościg. Prześladowców wciąż jeszcze było  zbyt   wielu.   Na  ich  czele   jechał  

Athils ze Szwecji na swoim koniu, Hrafnie.

— Poczekaj, Hjalti  — zawołał wysoki człowiek. Ponownie sięgnął do sakiewki, ale jego  

palce nic nie znalazły. Nic, poza jedną rzeczą: pierścieniem Sviagris. Nawet w obliczu śmierci, 

gdy ratunek znajdował się tak blisko, mężczyzna się  zawahał. Potem, wyraźnie się do tego  

67

background image

zmuszając, podniósł go  w ręce i cisnął daleko na błotnisty szlak, którym zbliżał się  Athils. 

Następnie ile sił w nogach pognał przez szczyt wzniesienia w stronę bezpiecznej przystani.

Tam odwrócił się. Athils dojechał do pierścienia. Wstrzymał konia, sięgnął w dół włócznią, 

usiłując ostrzem podnieść pierścień z ziemi i jechać dalej bez zsiadania. Pudło. Król zatoczył 

koniem, wprowadzając zamieszanie wśród ludzi jadących z tyłu, spróbował znowu. I znowu  

pudło.

Athils   spojrzał   z   nienawiścią   i   niezdecydowaniem   na  swego   wroga,   jeszcze   raz  

zerknął na pierścień grzęznący  w błocie. Nagle zeskoczył z siodła, schylił się, sięgnął po  

swój skarb. Stracił szansę.

Wysoki mężczyzna zaniósł się śmiechem, pobiegł za przyjaciółmi. Gdy Bóthvar obrócił się 

pytająco w jego stronę,  wykrzyknął z triumfem: „Teraz sprawiłem, że największy  pośród 

Szwedów rył w ziemi niczym świnia!"

Shef gwałtownie usiadł na wozie, międląc w ustach  słowo  svinebeygt.  Ujrzał przed 

sobą twarz Thorvina.

— Tarzający się jak świnia? To słowa, które wypowie dział król Hrolf na równinie 

Fyrisvellir. Cieszę się, że wypocząłeś. Teraz jednak chyba nadszedł czas, żebyś na 

równi z nami wszystkimi stawił czoło rzeczywistości.

Pomógł Shefowi zsunąć się z wozu, zeskoczył w ślad za nim.

— Ściga nas armia — powiedział głośnym szeptem. — W każdej wiosce twoi thrallowie 

zasięgają języka. Mówią, że idą za nami trzy tysiące ludzi, armia Mercji. Wyruszyli z 

Ipswich, gdy my opuściliśmy Woodbridge. Słyszeli o złocie. Brand wysłał posłańców do 

obozu w Crowland. Chce, żeby reszta naszych spotkała się z nami w March, gotowa do 

bitwy. Jeśli uda nam się do nich dotrzeć, będziemy bezpieczni, bo przewaga Anglików 

nie będzie zbyt duża. Jeżeli jednak złapią nas przed March, to będzie zupełnie inna 

historia.  Słyszałem też coś bardzo dziwnego. Jak powiadają, armię prowadzi jakiś 

„heimnar". I jego syn.

Shef poczuł, jak przenika go fala zimna. Od przodu dobiegło go echo wykrzykiwanych  

komend. Wozy zatrzymywały się, ludzie zaczynali zdejmować pakunki.

— Brand zatrzymuje kolumnę co dwie godziny, aby napoić zwierzęta i nakarmić 

ludzi — wyjaśnił Thorvin. — Mówi, że na dłuższą metę to oszczędza czas.

Armia za nami — myślał Shef. — A my spieszymy w stronę bezpiecznego miejsca. 

Tak jak w moim śnie. Pierścień powinien mnie czegoś nauczyć. Pierścień Sviagris. Ale k t o 

chciał mi dać tę lekcję? Jeden z bogów, ale nie Thor ani Odyn. Thor jest przeciw mnie, a  

Odyn tylko się przygląda. Ilu może być bogów? Szkoda, że nie mogę zapytać Thorvina. 

Ale   nic   sądzę,   żeby   mój   opiekun   —   ten,   który   zsyła   mi   ostrzeżenia   —   lubił   takie 

dociekania.

Gdy Shef ruszył w stronę czoła kolumny, zastanawiając się nad pierścieniem, ujrzał na 

skraju drogi Sigvartha. Ojciec przysiadł na składanym, płóciennym stołku, który

rozstawili dla niego jego ludzie. Starszy mężczyzna odprowadził chłopaka spojrzeniem.

Ledwo zaczynało świtać, gdy zmęczone oczy Shefa w półmroku lutowego poranka 

dostrzegły   wieże   katedry  w Ely,  wznoszące się pod niebo nieco na prawo od ich linii 

marszu.   Wielka   armia   splądrowała   ją   jakiś   czas   wcześniej,   ale   iglica   wciąż   godziła   w  

chmury.

— Czy jesteśmy już bezpieczni? — zapytał Thorvina.

— Thrallowie uważają, że tak. Spójrz, jak się śmieją. Ale dlaczego? Przecież do 

March został nam cały dzień uciążliwego marszu, a wojownicy z Mercji są tuż za nami.

— Myślą o mokradłach za Ely — stwierdził Shef. — o tej porze roku droga do 

March przez wiele mil biegnie po grobli, wzniesionej ponad powierzchnią wody i błota.

W razie potrzeby kilku ludzi mogłoby tam zatrzymać całą armię. Innego przejścia nie ma. 

Przynajmniej nie dla obcych.

W kolumnie powoli zapadała cisza, towarzysząca pojawieniu się Branda. Wiking 

stanął nagle przed Shefem i Thorvinem. Jego płaszcz był czarny od błota, twarz blada.

— Stać! — zawołał. — Stać, wszyscy! Przerwa na popas. Zluzować popręgi! — O 

wiele ciszej zwrócił do swoich dwóch kolegów z rady. — Mamy kłopoty. Jacyś ludzie 

przed nami. Nie dajcie nic po sobie poznać.

68

background image

Shef i Thorvin wymienili spojrzenia. W milczeniu ruszyli za Brandem.

Kilkunastu   mężczyzn,   dowódców,   stało   na   skraju   szlaku.   Ich   buty   już   zaczynały 

przesiąkać. Pośrodku, w milczeniu, zgodnie ze swym zwyczajem trzymając lewą dłoń na 

głowni miecza, stał Sigvarth.

— To Ivar — zaczął Brand bez żadnych wstępów. — Zeszłej nocy zaatakował nasz 

obóz w Crowland. Zabił kilku, rozproszył resztę.  Z pewnością złapał też paru 

naszych. Do tej pory musieli zacząć mówić. A więc wie, gdzie mieliśmy się spotkać. Wie 

o złocie. Trzeba przyjąć, że

już wyruszył, aby nam przeciąć drogę. Czyli mamy od północy Ivara, a od południa 

Anglików.

— Ilu ludzi? — zapytał Guthmund.

— Wojownicy, którzy uciekli, by nam przekazać wia domość, twierdzą, że około 

dwóch tysięcy. Nie cała armia z Yorku. Nie ma na przykład reszty Ragnarssonów. Tylko 

Ivar i jego zgraja.

— Moglibyśmy ich pokonać, jeśli zaatakujemy głównymi siłami — stwierdził 

Guthmund. — To banda kryminalistów. Gaddgedlarów. Ludzi wyjętych spod prawa. — 

Splunął w błoto.

— Nie jesteśmy tu przecież głównymi siłami.

— Ale wkrótce będziemy — ciągnął Guthmund. — Skoro Ivar wiedział o złocie, 

mogę się założyć, że nasi wiedzieli o tym wcześniej. Pewnie właśnie świętowali i spili się 

do nieprzytomności. Dlatego Ragnarssonowi udało się ich zaskoczyć. Gdy tylko 

wytrzeźwieją, ci, którzy zdołali uciec, ruszą prosto na wyznaczone miejsce w March. Kiedy 

ich spotkamy, nasze siły będą przeważające, a przynajmniej wyrównane. A wtedy 

rozprawimy się z Ivarem. Będziesz mógł go zachować dla siebie, Brand. Masz z nim 

rachunek do wyrównania.

Brand uśmiechnął się szeroko. Shef zdał sobie sprawę, jak trudno jest zastraszyć tych 

ludzi. Trzeba by ich pozabijać, jednego po drugim, żeby ich pokonać. Niestety przyszłość 

zwiastowała taką właśnie ewentualność.

— A co z Anglikami za nami? — zapytał.

Brand spoważniał nagle, otrząsnął z mrzonek o pojedynku.

— Z tym będzie mniejszy problem. Zawsze ich zwyciężaliśmy. Ale jeżeli nadejdą w 

chwili, gdy będziemy zajęci z Ivarem... Potrzebujemy czasu. Czasu, żeby spotkać się z 

resztą armii w March. Czasu, żeby rozprawić się z Ivarem.

Shef przypomniał sobie swoją wizję. Trzeba im rzucić coś, po co się schylą, pomyślał. 

Ale nie skarb. Brand nigdy by na to nie pozwolił.

Za   paskiem   chłopaka   wciąż   tkwił   sceptr   starego   króla  z   kurhanu.   Wyciągnął   go 

teraz, popatrzył na brodate, koronowane głowy wyrzeźbione po obu końcach

. Dzikie twarze, świadome swej potęgi. Królowie muszą robić rzeczy których trudno wymagać 

od zwykłego człowieka. Dowódcy tak samo. I jarlowie. Wszyscy mówili, że zmarły zażąda 

zapłaty   za   swoje   skarby.   Może   właśnie   nadeszła   właściwa  chwila.   Shef   uniósł   głowę   i 

ujrzał,   że   Sigvarth   z   szeroko  otwartymi   oczami   wpatruje   się   w   broń,   która   rozbiła 

czaszkę jego syna.

— Grobla — powiedział Shef ochryple. — Kilku ludzi może bardzo długo 

powstrzymywać Anglików.

— Rzeczywiście — zgodził się Brand. — Ale musiałby tam być ktoś z nas. Jakiś 

dowódca. Ktoś, kto przywykł do wydawania rozkazów. Ktoś, kto może polegać na swoich 

ludziach. I ma ich przynajmniej trzy załogi.

Zapadło   głuche   milczenie.   Ktokolwiek   zostanie,   by  bronić   przejścia,   mógł   już   się 

uważać za zmarłego. Nawet od tych wikingów trudno było wymagać takiego poświęcenia.

Sigvarth zimno  spoglądał  na Shefa,  czekając  na jego słowa. Ale  to Brand  przerwał 

ciszę.

— Potrzebujemy kogoś, kto ma ze sobą całą drużynę.

Kogoś, kto spotkał się już z tanem, którego wiozą teraz za nami ci Anglicy...

— Czy mówisz o mnie, Brand? Czy chcesz wysłać mnie i moich ludzi na ścieżki Hel?

— Tak, Sigvarth. Mówię właśnie o tobie.

Sigvarth chciał coś odpowiedzieć, ale obrócił się i popatrzył na Shefa.

— Dobrze. Zrobię to. Mam przeczucie, że wyryto już runy, które będą opowiadać o 

tym wydarzeniu. Powiedzie liście, że mój syn zginął z wyroku Norn. Myślę, że Norny 

69

background image

przędą nić przeznaczenia gdzieś tutaj, na tej grobli. I nie tylko Norny. Podniósł wzrok, 

by spojrzeć w oczy syna.

Pierwsze szeregi  wojsk Mercji, nawet nocą ścigając umykających  wrogów, wpadły w 

zasadzkę Sigvartha w godzinę po zachodzie słońca. Rzeź trwała dwadzieścia uderzeń serca. 

Anglicy, maszerujący po dziesięciu w szeregu wąską groblą, stracili pół setki doborowych 

wojowników.   Reszta   —   zmęczona,   przemoczona,   głodna   i   wściekła   na  swoich 

przywódców — wycofała się w popłochu, nie próbując nawet odzyskać ciał i zbroi. Przez 

godzinę   załogi   Sigvartha   czekały   w   napięciu,   słysząc,   jak   wrogowie   pokrzykują   i 

sprzeczają się między sobą. Potem z wolna dobiegło ich echo kroków odchodzących ludzi. 

Anglicy nie  byli wystraszeni. Raczej niepewni. Zastanawiali się, czy nie  ma  innej drogi. 

Czekali na rozkazy. Nikt nie chciał brać na siebie odpowiedzialności. Woleli się przespać na 

ziemi, pod przemoczonymi kocami, niż ryzykować życie na nieznanym terenie

Dwanaście godzin już zyskałem — pomyślał Sigvarth — zezwalając swoim ludziom na 

spoczynek. Ale nie dla siebie.  Równie   dobrze   mogę   czuwać.  Nie   zasnę  już   po  śmierci 

mego   syna.   Mojego   pierwszego   syna.   Zastanawiam   się,   czy  ten   drugi   też   jest   moim 

dzieckiem. Jeśli tak, to wydał wyrok na swojego ojca.

O świcie wrócili Anglicy, trzy tysiące ludzi, żeby sprawdzić, jaka to zapora blokowała 

im drogę.

Wikingowie   rozkopali   miękką   ziemię   po   obu   stronach   grobli.   Na   głębokości   jednej 

stopy natknęli się na wodę. Dwie stopy niżej zalegał muł. Zamiast zwykłego ziemnego wału 

stworzyli więc wypełniony wodą rów, szeroki na dziesięć stóp. Po jednej jego stronie wbili 

w ziemię kawałki desek, wszystkie, jakie zdołali odłamać z wozu, pozostawionego im przez 

Shefa.   Śmieszna   przeszkoda,   którą   gromada   kerlów   sforsowałaby   w   ciągu   paru   minut.  

Gdyby nie broniący jej wikingowie.

Na   grobli   było   miejsce   jedynie   dla   dziesięciu   ludzi  naraz.   Tylko   pięciu   mogło 

swobodnie walczyć. Wojownicy Marchii, zbliżając się ostrożnie z uniesionymi tarczami,

odkryli, że brną w głębokiej po uda lodowatej wodzie, nie mogąc nawet dosięgnąć wrogów 

czubkiem miecza. Ich skórzane buty ślizgały się po dnie. Gdy dotarli do brzegu, spojrzały  

na nich brodate twarze. Wikingowie opierali na  ramionach dwuręczne topory. Atakować 

ludzi? Trzeba by najpierw wspiąć się na błotnisty pagórek. Wikingowie mieliby mnóstwo 

czasu, by wybrać sobie dogodny cel.

A więc celować w deski, w szaniec. Ale wystarczy oderwać wzrok od przeciwnika, by 

ten zdołał odciąć ci rękę albo strącić głowę z karku.

Bardzo ostrożnie, rozpaczliwie starając się zachować równowagę, angielscy wojownicy 

bokiem   zbliżali   się   do  wrogów,   zachęcani   okrzykami   towarzyszy,   którzy   nie  dotarli 

jeszcze do rowu.

W miarę jak blade słońce zbliżało się do zenitu  walczący powoli nabierali rozpędu. 

Cwichelm,   kapitan   wojsk   Burgreda,   wyznaczony   przez   swego   króla   na   do radcę   i 

sprzymierzeńca nowego aldermana, stracił w końcu cierpliwość. Kazał ludziom wycofać się, 

pchnął do przodu łuczników.

— Strzelajcie na wysokości głów — rozkazał. — Nie ważne, jeśli chybicie. 

Bylebyście tylko nie dali im się podnieść.

Inni ciskali oszczepy, chroniąc w ten sposób walczących towarzyszy. Najlepsi szermierze 

Cwichelma, podbechtani  odpowiednio apelami do ich honoru, ruszyli, by spotkać  się z 

wikingami na długość miecza, nie usiłując jednak przedostać się przez barykadę.

— Zmęczcie ich po prostu i ustępujcie miejsca następnym szeregom — przykazał 

Cwichelm.

W tym czasie tysiąc ludzi wycofało się na tyły, aby  wycinać krzaki i znosić gałęzie, 

rzucając je pod stopy walczących. Po pewnym czasie miało to dać solidną platformę.

Alfred, przyglądając się temu z odległości dwudziestu stóp, niecierpliwie szarpał brodę.

— Ilu jeszcze ludzi potrzebujesz? — zapytał. — To tylko rów i kawałek płotu. 

Jeden porządny atak i sprawa załatwiona. Nic się nie stanie, jeśli stracimy garstkę żoł-

nierzy.

Kapitan z ironią spojrzał na swego nowego pana.

— Powiedz to tej garstce — odparł. — A może wolałbyś sam stanąć w pierwszym 

szeregu? Rzuć wyzwanie temu wielkiemu wikingowi z żółtymi zębami. Temu, co to się 

śmieje.

70

background image

W   bladym   świetle   Alfgar   spojrzał   ponad   zimną   wodą  i walczącymi  na Sigvartha, 

który, kołysząc się lekko na  boki, odbijał kolejne ciosy, sam je zadając na prawo i lewo. 

Młody alderman zatknął za pas trzęsące się ręce.

— Przynieście mojego ojca — rozkazał sługom. — Jest tu coś, co powinien zobaczyć.

— Anglicy niosą jakąś trumnę — zauważył jeden z wikingów obok Sigvartha. — 

Wydawałoby się, że potrzebują więcej niż jednej.

Sigvarth spojrzał na wyściełaną skrzynię,  stojącą niemalże   pionowo,   popatrzył   na   jej 

lokatora   przytrzymywanego  w tej pozycji  pasami  biegnącymi  na wysokości  piersi  oraz 

talii. Napotkał wzrok człowieka, którego okaleczył. Po  chwili wiking odrzucił głowę do 

tyłu i zaniósł się długim, dzikim śmiechem. Podrzucił do góry tarczę, potrząsnął toporem, 

wołając coś po norwesku.

— Co on mówi? — wymamrotał Alfgar.

— Woła do twojego ojca — przetłumaczył  Cwichelm. — Pyta, czy pamięta ten 

topór. Czy nie sądzi, że jego ostrze zapomniało o czymś. Jeśli tak, niech tylko spuści 

spodnie, a on się postara naprawić niedopatrzenie.

Usta Wulfgara poruszyły się bezgłośnie. Alfgar nachylił się ku ojcu.

— Mówi, że odda cały swój dobytek temu, kto weźmie tego człowieka żywcem.

Cwichelm wydął wargi.

— Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Te diabły mają jedną wadę. Czasami można ich 

pokonać . Ale zawsze jest to trudne. Cholernie trudne.

Powietrze nad nimi rozdarł nagle ostry świst, zbliżając się coraz bardziej.

— Opuszczać! — szczeknął dowódca pierwszej katapulty. Dwunastu wyzwoleńców 

trzykrotnie przesunęło dłonie po linach, odliczając głośno. Skórzana sakwa opuściła się 

prosto do rąk dowódcy. Ładowacz błyskawicznie zerwał się z klęczek, wsunął do sakwy 

dziesięciofuntowy kamień i natychmiast wrócił na swoje miejsce, chwytając kolejny 

pocisk.

— Trzymać! — Plecy się zgarbiły, ramię machiny wygięło się skrzypiąc, a stopy 

dowódcy lekko uniosły się z ziemi.

— Ciągnąć! — Jednogłośne stęknięcie, świst, kamień wiruje w powietrzu. Nacięcia 

na jego powierzchni zwiększają złowrogi gwizd pocisku. W tym samym momencie 

załoga usłyszała okrzyk dowódcy drugiej machiny.

— Trzymać!

Katapulty   były   dziwnymi   stworzeniami;   największą   moc  osiągały   przy   największej 

odległości. Ciskały głazy pod  niebo. Im wyżej któryś wzleciał, z tym większą siłą spadał. 

Dwie   drużyny   wyzwoleńców,   które   Shef   zostawił   razem  z   wozem   i   machinami, 

wspólnymi siłami ustawiły „kamieniomłoty" dwieście jardów za szańcem Sigvartha. W ten  

sposób pociski spadały dwadzieścia pięć jardów dalej.

Wąska grobla stanowiła idealny cel. Kamienie leciały cudownie prosto, z odchyleniem 

najwyżej   kilku   stóp   od  środka.   Angielscy   thrallowie   doszli   już   w   obsłudze   machin  do 

perfekcji. Wszystkie ruchy wykonywali harmonijnie i z maksymalną szybkością. Przez 

trzy minuty strzelali. Potem odpoczywali przez moment, dysząc ciężko.

Głazy   niosły   śmierć   żołnierzom   Mercji.   Pierwszy  pocisk  trafił  wysokiego  wojownika, 

stojącego w osłupieniu, niemal-

że   wbijając   mu   czaszkę   w   ramiona.   Drugi   uderzył   odruchowo   wzniesioną   tarczę, 

druzgocząc   trzymające   ją   ramię,  miażdżąc   klatkę   piersiową.   Trzeci   grzmotnął   w   czyjeś 

odwrócone plecy,  łamiąc kręgosłup. W mgnieniu oka na  grobli powstał straszny zamęt. 

Ludzie rozpaczliwie próbowali wymknąć się śmierci, której nie widzieli ani nie mogli pojąć. 

Kamienie zlatywały na kotłującą się masę, raz padając bliżej, raz dalej, zależnie od tego, 

z jaką siłą  wyzwoleńcy ciągnęli liny, ale nigdy nie chybiały grobli. Jedynie ci atakujący,  

którzy stali w rowie blisko wikingów, byli w miarę bezpieczni.

Gdy minęły trzy minuty, wojownicy prowadzący atak ujrzeli za sobą chaos i ruinę. Ci 

co uciekli dostatecznie daleko pojęli, że na tyłach nic im nie grozi.

Cwichelm,   stojąc   w   pierwszych   szeregach,   zamachnął  się   mieczem,   z   wściekłością 

krzyknął do Sigvartha:

— Dalej! Wyłaź ze swojego rowu i walcz jak mężczyzna! Na miecze, a nie na kamienie!

Sigvarth wyszczerzył w uśmiechu żółte zęby.

71

background image

— Chodź i zmuś mnie do tego — zawołał w języku, który przy dużej dozie dobrej woli 

można było nazwać angielskim. — Jesteś taki odważny. Ilu pomocników ci trzeba?

Zaoszczędziłem  jeszcze kilka godzin — pomyślał.  — Ile  czasu   trzeba,   żeby   nauczyć 

Anglików rozsądku?

Wcale nie tak dużo. Krótki lutowy dzień zbliżał się do  końca. Zaczął padać deszcz ze 

śniegiem. O świcie katapulty i rów wyraźnie budziły postrach wśród wojowników Burgreda. 

Ale powoli, bardzo powoli, może nawet trochę za szybko, żołnierze otrząsnęli się z szoku i 

zaczęli działać tak, jak powinni od samego początku.

Czyli   robić   wszystko   naraz.   W   pierwszej   linii   szermierze,  by   nie   dać   Sigvarthowi 

chwili  wytchnienia.   Włócznie  i strzały ciskane nad ich głowami, żeby go nieustannie 

drażnić. Gałęzie pod stopy walczących, aby zbudować platformę. Wojownicy nadchodzili 

teraz jeden za drugim, rozglądając się uważnie, stanowiąc kiepski cel dla katapult.

Inni   w   małych   grupkach   brnęli   przez   bagno,   usiłując  wspiąć   się   na   groblę   poza 

barykadą,   rozpraszając   i   tak  wątłe siły wikingów. Część na zarekwirowanych  łodziach 

przeprawiała się przez mokradło, odpychając się żerdziami  od dna, z zamiarem odcięcia 

Sigvarthowi   drogi   odwrotu.  Anglikom   wystarczyłby   jeden   solidny   atak,   by   zdobyć 

szaniec, bez względu na własne straty.

Jeden z  niewolników od machin  pociągnął  Sigvartha  za  rękaw,  przemówił  łamanym 

norweskim.

— My iść teraz — powiedział. — Nie być kamieni. Shef mówić, że my strzelać aż 

nie ma kamieni, potem iść. Ciąć liny, rzucić machiny w bagno. Iść teraz!

Sigvarth skinął głową, odprowadził wzrokiem drobną  postać. W tej chwili musiał już 

myśleć   jedynie   o   własnym   honorze.   Wypełnić   własne   przeznaczenie.   Ruszył   w   stronę 

pierwszego szeregu walczących, poklepując wojowników po ramionach.

— Już wystarczy — mówił każdemu. — Bierz konia

i uciekaj. Jedź prosto do March, to cię nie złapią.

Sternik Vestlithi zawahał się, gdy Sigvarth podszedł z kolei do niego.

— A kto tobie przyprowadzi konia, jarlu? Będziesz musiał szybko się stąd wynosić.

— Mam tu jeszcze coś do załatwienia. Idź, Vestlithi. To moje przeznaczenie. Ty nie 

masz z tym nic wspólnego.

Gdy tupot stóp z tyłu cichł powoli, Sigvarth spojrzał na pięciu najlepszych wojowników 

Marchii, którzy zbliżali się ostrożnie, zmęczeni już całodniową rzezią.

— Dalej — zawołał na nich. — Tylko ja.

Mężczyzna pośrodku pośliznął się nagle. Wiking skoczył z przerażającą szybkością, ciął, 

skontrował, wbił ostrze w gardło przeciwnika po czym odskoczył, odcinając się 

rozwścieczonym Anglikom.

— Dalej — powtórzył, rycząc słowa pieśni o śmierci Ragnara, ułożonej przez skalda 

Ivara Ragnarssona.

Rąbaliśmy mieczami! Sześćdziesiąt i jeden

Razy stawałem już w orężnej sprawie.

Do tej pory jednakże — choć wcześnie zacząłem

Szczerbić kolczugi — nigdy nie spotkałem

W boju godnego siebie przeciwnika.

Nie lękam się śmierci. Czeka mnie Walhalla.

Ponad   hałas   bitewny,   zgiełk   walki   jednego   człowieka  przeciw   całej   armii,   wzbił   się 

mocny głos Wulfgara:

— Brać żywcem! Przygniećcie go tarczami! Brać żywcem!

Muszę im na to pozwolić — pomyślał Sigvarth, wirując i parując ciosy. — Nie kupiłem 

synowi wystarczająco dużo czasu. Jest sposób, by podarować mu jeszcze jedną noc.

Dla mnie będzie ona bardzo długa.

72

background image

Rozdział jedenasty

Shef i Brand, stojąc ramię w ramię, patrzyli, jak po   płaskiej łące zbliża się powoli 

nieprzyjacielska   armia,   rozciągnięta   w  szyku   bojowym,   szerokim   na   dwustu   ludzi.  Nad 

ludźmi   powiewały   bitewne   sztandary,   rodowe   znaki  jarlów   i   sławnych   wojowników. 

Brakowało jednak Kruczego Sztandaru Ragnarssonów, który pojawiał się tylko  wtedy, 

gdy wszyscy czterej bracia stawali razem. Jedynie z tyłu, tam gdzie czekał główny odwód 

przeciwnika,   nagły  podmuch   wiatru   rozwinął   długi   proporzec:   Pełznący   Potwór  samego 

Ivara Ragnarssona. Shefowi wydało się, że dostrzega błysk srebrnego hełmu i szkarłatny 

płaszcz.

— Będzie rzeź. Siły są zbyt wyrównane — mruknął Brand. — Nawet zwycięska 

strona poniesie spore straty. Trzeba mieć mocne nerwy, żeby wiedząc o tym ruszać

w pierwszym szeregu. Ivara nie ma na czele. Szkoda. Miałem nadzieję, że uda mi się 

go spotkać. Naszą jedyną szansą na łatwe zwycięstwo byłoby zabicie przywódcy i 

osłabienie ducha reszty.

— A oni, czy mają szansę na łatwe zwycięstwo?

— Nie sądzę. Nasi chłopcy widzieli pieniądze. Oni tylko słyszeli o nich.

— Mimo to sądzisz, że przegramy?

Brand poklepał go po ramieniu.

— Wojownik nie powinien myśleć w ten sposób. Ale każdy kiedyś musi przegrać. A 

oni mają liczebną przewagę.

— Nie wziąłeś pod uwagę moich thrallów.

— Nigdy nie widziałem, żeby thrallowie wygrywali bitwy.

— Poczekaj, to zobaczysz.

Shef   odbiegł   kilka   kroków,   znalazł   się   pod   sztandarem  ze   znakiem   młota,   który 

powiewał na tyłach ich armii.  Armia Drogi ustawiła się dokładnie w ten sam sposób co 

siły Ivara, z tym, że w każdym rzędzie stało jedynie pięciu wojowników. Mniej też było 

odwodów. Shef ustawił w linii wielkie łuki, chronione zaledwie przez jeden szereg ludzi z 

tarczami.   Jeszcze   dalej   stały   kamieniomłoty   —   wszystkie  poza   parą,   którą   zostawił 

Sigvarthowi. Ich załogi trzymały zwisające luźno liny.

Pierwszy   ruch   należał   jednak   do   wielkich   łuków.   Posługując   się   halabardą   niczym 

tyczką,   Shef   wskoczył   na  środkowy   z   dziewięciu   wozów,   które   kazał   tam   ustawić   nie 

wyprzęgając wołów. Rozejrzał się po szeregach, spostrzegł, że załogi katapult przypatrują 

mu się uważnie.

— Oczyścić pole!

Wikingowie stojący na linii strzału rozstąpili się na boki. Liny zostały naciągnięte już 

wcześniej.   Dowódcy  załóg   stali   w   pogotowiu   z   naręczami   oszczepów.   Machiny  były 

wycelowane   i   gotowe.   Celu,   jaki   stanowiła   nadchodząca   masa   ludzi,   nie   sposób   było 

chybić.   Z   przeciwległego   krańca   łąki   dobiegło   ich   ochrypłe   zawołanie   armii 

Ragnarssonów.

— Ver thik — wołali wojownicy raz po razie. — Ver thik, her ek kom: „Strzeżcie się, 

oto nadchodzimy".

Shef opuścił ostrze halabardy, wołając jednocześnie:

— Strzelać!

Czarne smugi wznoszą się pod niebo, opadają ze  świstem, wcinają się w gromadę 

wojowników Wara.

Koła zębate już kręcą się w zawrotnym tempie, oszczepy  wskakują na  miejsce.  Shef 

odczekał, aż ostatnia machina zostanie załadowana, ostatnia dłoń wzniesie się w górę na 

znak gotowości.

— Strzelać!

73

background image

I   znowu   brzęk,   świst   pocisku.   Szmer   podniecenia   w szeregach armii Drogi. Coś 

działo się także w szyku Ragnarssonów. Wojownicy Ivara porzucili spokojny krok, bojowe 

okrzyki   urwały   się   nagle.   Przeciwnicy   poruszali   się   teraz   szybkim   truchtem,   chcąc 

przebyć   łąkę  zanim  zostaną nadziani na piki niczym prosięta na rożen, bez  możliwości 

obrony. Półmilowy bieg w pełnym uzbrojeniu porządnie ich zmęczy. Katapulty już dały 

się we znaki armii Ragnarssona.

Nie   mogli   jednak   z   nich   korzystać   dużo   dłużej.   Shef  obliczył,  że zdołają wystrzelić 

jeszcze dwukrotnie zanim  wrogowie   zbliżą   się   na   odległość   mieczy.   Kilku   zabiją,   w 

sercach reszty zasieją niepokój.

Gdy machiny po raz ostatni odskoczyły w tył po strzale, Shef kazał je wycofać.

Załogi chwyciły za liny, odtoczyły urządzenia w stronę wozów, wznosząc pełne triumfu 

okrzyki.

— Cisza tam! Do kamieniomiotów!

W ciągu  kilku  sekund byli  niewolnicy wzięli  się  do  ładowania   i   celowania   machin. 

Wikingowie   nigdy   by   tak  nie   postąpili,   pomyślał   Shef.   Potrzebowaliby   czasu,   żeby 

opowiedzieć wszystkim, jakich to czynów dokonali. Chłopak wzniósł halabardę i dziesięć 

głazów równocześnie wzbiło się w powietrze.

Thrallowie załadowali jak najszybciej, wedle wskazówek swych kapitanów w pocie czoła 

wyrównali machiny. Ponownie głazy ze świstem przecięły powietrze; nie leciały już  tak 

równo; każda załoga pracowała we własnym tempie.

Szyk nieprzyjaciela rozpadł się całkowicie; wojownicy,

wytrąceni z równowagi i wstrząśnięci, runęli do bezładnego  ataku. Kamienie leciały teraz 

zbyt wysoko, spadając poza  nacierającymi ludźmi. Mimo to Shef z satysfakcją dostrzegł 

długi szlak zmiażdżonych ciał i rannych, wijących się na ziemi, znaczący drogę armii jak 

śluz trasę ślimaka.

Oba wojska spotkały się wśród wrzasku i szczęku metalu, cofając się natychmiast i 

znów   prąc   naprzód.  Ludzie   Drogi   odebrali   impet   ataku   Ragnarssona,   przejęli  go   i 

odpowiedzieli tym samym. W mgnieniu oka bitwa przerodziła się w szereg indywidualnych 

walk.   Wojownicy  rąbali   tarcze   mieczami   i   toporami,   starali   się   przełamać  obronę 

przeciwnika, wytrącić mu broń z ręki lub zmiażdżyć  twarz albo żebra wypukłym guzem 

puklerza.

Biało   odziani   kapłani   Drogi,   skupieni   wokół   świętej  włóczni   Odyna   na   tyłach, 

rozpoczęli monotonną pieśń.

Shef, niezdecydowany, zważył w dłoni halabardę. Zrobił już to, co zamierzał. Czy teraz 

powinien   stanąć   do   walki   na  równi   z   szermierzami?   Jeden   człowiek   pośród   czterech 

tysięcy?

Nie. Wciąż jeszcze można było  znaleźć zastosowanie  dla machin. Pobiegł w stronę 

thrallów  przy kamieniomiotach, machając  rękami  i krzycząc.  W końcu pojęli, o co mu 

chodzi, biegiem wrócili do wielkich łuków, zaczęli wtaczać  opatrzone kołami machiny na 

wozy.

— Za mną! Skoro są zajęci walką, spróbujemy zajść ich od tyłu.

Wozy ze skrzypieniem ruszyły z miejsca, tocząc się w ślad za mozolnie kroczącymi 

wołami. Shef widział, jak ludzie odwracają głowy, patrzą za nim, zastanawiają się. Czyżby 

uciekał   z   bitwy?   Na   wozach?   Niektórych   rozpoznawał:   Magnus,   Kolbein   i   inni 

Hebrydyjczycy  czekali  w odwodzie. Brand postawił ich tutaj, mówiąc, że ich broń  nie 

nadaje się do walki w tłoku.

— Magnus! Potrzebuję po sześciu ludzi do obrony każdego z wozów.

— Ale wtedy nie będziemy mieć żadnej rezerw y.

 —Rób co mówię, a rezerwa nie będzie nam potrzebna. Halabardnicy otoczyli wozy i 

ruszyli za Shefem, który szerokim półkolem omijał obie walczące armie. Odprowadzały ich 

zdumione spojrzenia zarówno wojowników Drogi, jak i żołnierzy Ivara. Jednak w zamęcie 

bitwy nikt nie mógł poświęcić im większej uwagi. W końcu dotarli na tyły prawej flanki 

wojska Ragnarssona.

— Stop. Skręćcie w lewo. Zablokujcie koła. Nie! Nie zdejmujcie machin. Będziemy 

strzelać z wozów. Dobrze. Zrzućcie płachty.

Halabardnicy podważyli  ćwieki, pozwolili płachcie zsunąć   się   w   przód.   Ukazały   się 

załadowane, gotowe do strzału katapulty.

74

background image

Shef dokładnie zbadał sytuację. Dwie armie zwarły się  na dwustujardowym odcinku. 

Szansę wyglądały na wyrównane; żadna ze stron nie czyniła starań, by nagłym manewrem 

zyskać przewagę. Jednak w samym środku linii Ragnarssonów Ivar zgrupował dużą część  

swoich   oddziałów.  Wojownicy,   w   gromadzie   głębokiej   na   dwadzieścia   szeregów, 

nieubłaganie parli naprzód, chcąc samą liczebnością przełamać opór przeciwnika. Nad ich  

głowami powiewał sztandar. Tam właśnie należało celować. Wszędzie indziej Shef mógłby 

trafić własnych ludzi.

— Celujcie w środek. Celujcie w Pełznącego Potwora. Strzelać!

Katapulty   podskoczyły   na   twardych   deskach;   tym   razem  siły   odrzutu   nie   wygasiło 

miękkie podłoże. Machiny potoczyły się do tyłu. Thrallowie przytrzymali je i ustawili 

w poprzedniej pozycji. Ludzie przy dźwigniach z wysiłkiem napinali cięciwy.

Wokół sztandaru Ivara zapanował chaos. W kłębiącym  się tłumie  Shef  na mgnienie 

oka dostrzegł dwa ciała  nadziane na jedną włócznię niczym dwa skowronki na  rożen. 

Jakiś wojownik rozpaczliwie  usiłował wyciągnąć  z ramienia odłamany grot. W stronę 

machin odwracały się twarze. I nie tylko twarze. Ludzie nastawiali tarcze, rozumiejąc, że 

jakimś dziwnym sposobem atak nadszedł od tyłu i należy stawić mu czoło. Sztandar Ivara 

wciąż powiewał na wietrze. Człowieka, który go trzymał, nadal chroniły całe szeregi jego 

towarzyszy. Machiny już były gotowe do strzału.

— Strzelać! — wrzasnął Shef.

Tym   razem   sztandar   osunął   się   na   ziemię.   W   szeregach  armii   Drogi   powitano   to 

rykiem   zachwytu.   Co   prawda  ktoś   natychmiast   przechwycił   chorągiew   i   wyzywająco 

podniósł   ją   do   góry,   ale   i   tak   pięć   środkowych   jardów  ataku   Ragnarssonów 

przekształciło się w jatkę, gdzie wojownicy z trudem utrzymywali równowagę na wilgotnej 

od krwi ziemi, a cofając się potykali o ciała własnych towarzyszy. W stronę wozów pędzili 

już żołnierze Ivara.

— Zmieniamy  cel? — zapytał jeden  z kapitanów, wskazując na zbliżających się 

ludzi.

— Nie! Ponownie w sztandar. Strzelać!

I znowu grad włóczni posypał się na zbity tłum, znowu sztandar upadł na ziemię. Nie 

było czasu patrzeć, czy się podniesie, ani czy Brand zdoła zakończyć walkę. Ludzie przy 

dźwigniach znów pracowali ile tchu, ale z góry było wiadomo, że nie zdążą już wystrzelić.

Shef dłonią w rękawicy sięgnął po Zemstę Niewolnika  oraz hełm, którego dotychczas 

jeszcze nie nosił w walce.

— Halabardnicy na wozy — krzyknął. — Trzymajcie ich z dala. Wy, przy 

katapultach, użyjcie dźwigni i kilofów.

— A co z nami, panie? — Pięćdziesięciu nie uzbrojonych wyzwoleńców stłoczyło się 

za wozami. Na ich kaftanach widniał znak młota. — Czy mamy uciekać?

Schowajcie się pod wozy. W razie czego macie noże. Chwilę później dosięgła ich fala 

wojowników Ragnarssona, pośród błysków kling i wściekłych grymasów. Shef poczuł, jak 

gdyby   zdjęto  z  niego  wielki   ciężar.   Nie musiał   już  myśleć.  Nie  był   odpowiedzialny  za 

innych. Losy bitwy rozstrzygną się gdzie indziej. Teraz mógł tylko wymachiwać halabardą, 

jak gdyby kuł żelazo w kuźni: zamach i pchnięcie, w górę i w dół.

Na   ziemi   wojownicy   Ivara   dosłownie   przetoczyliby   się  po   nielicznej   i   kiepsko 

uzbrojonej gromadce Shefa. Nie mieli jednak pojęcia, jak walczyć z ludźmi stojącymi na 

farmerskich wozach. Wrogowie znajdowali się o wiele  wyżej, a w dodatku chroniły ich 

dębowe deski. Halabardy zrobione przez Shefa dawały Magnusowi i jego Hebrydyjczykom 

kilka dodatkowych stóp zasięgu. Wikingowie  przemykający pod ich ostrzami, usiłujący 

wspiąć się na  wozy,  stawali się łatwym celem dla pałek i kilofów angielskich  thrallów. 

Noże   trzymane   w   wychudzonych   rękach  zza   zasłony   kół   godziły   w   uda   i   krocza 

napastników.

Po   paru   rozpaczliwych   próbach   wikingowie   zaprzestali

 ataków.   Kilku 

najrozsądniejszych   zaczęło   wydawać   rozkazy.   Wojownicy   wyprzęgli   woły,   chwycili   za 

dyszle, chcąc  odciągnąć  wozy  znad  thrallów.  Nastawili  oszczepy,  przygotowując   się   do 

zmasowanego natarcia na odsłoniętych halabardników.

Nagle   Shef   spostrzegł   przed   sobą   Muirtacha.   Potężny  Irlandczyk   kroczył   naprzód 

niczym drapieżny wilk; szeregi rozstępowały się na jego widok. Nie miał na sobie kolczugi, a 

75

background image

tylko szafranowy pled, spod którego wystawał nagi tors  i prawe ramię. Muirtach odrzucił 

tarczę, oburącz uniósł długi, ostro zakończony miecz gaddgedlarów.

— Tylko ty i ja — powiedział do chłopaka. — Już wkrótce będę podcierał sobie tyłek 

twoim skalpem.

W odpowiedzi Shef wyciągnął ćwiek i kopniakiem zrzucił płachtę z wozu.

Muirtach   zaatakował   zanim   zdążył   się   wyprostować.  Shef   nigdy   nie   widział,   żeby 

człowiek poruszał się z taką  szybkością. Skoczył do tyłu, ale potknął się o koło machiny. 

Muirtach   już   był   w   wozie,   miecz   trzymał   sztychem   w   dół,  gotowy   do   pchnięcia.   Shef 

ponownie rzucił się w tył, odpychając się od przeciwnika nogami. W tej pozycji nie  mógł 

ani się bronić, ani ciąć wroga halabardą.

Muirtach już szykował się do ciosu. Cwicca uderzył  nagle pałką, zmieniając kierunek 

klingi, posyłając ją prosto w napiętą cięciwę katapulty.

Silny brzęk, huk potężny jak gdyby wieloryb rzucił się na powierzchni wody.

— Synu Dziewicy — jęknął Muirtach, patrząc w dół.

Jedno ramię katapulty,  zwolnione,  opadło  o  sześć

cali; tyle tylko miało miejsca. Na tych sześciu calach  zużyło całą energię, która mogła 

posłać głaz na odległość  mili. Jedna strona nagiej piersi Muirtacha została zmiażdżona, 

jak   gdyby   uderzył   w   nią   młot   giganta.   Krew  popłynęła   z   ust   Irlandczyka.   Wojownik 

cofnął się, usiadł, osunął na burtę wozu.

— Widzę, że znów nawróciłeś się na chrześcijaństwo — powiedział Shef. — A więc z 

pewnością pamiętasz: „oko za oko". — To mówiąc, odwrócił halabardę i wbił ostrze 

głęboko przez oko Muirtacha do jego mózgu.

W ciągu kilku sekund cała sytuacja uległa zmianie. Gdy  Shef podniósł wzrok, ujrzał 

przed   sobą   jedynie   plecy   uciekających.   Wojownicy   Ragnarssona   zrejterowali;   inni 

odrzucali broń i odpasywali tarcze.

— Bracie — wołali.  — Przyjacielu.  — Jeden,  ku zaskoczeniu  chłopaka, 

rozsznurował  tunikę,  wyciągnął srebrny amulet. Może to jakiś wyznawca Drogi, 

który wolał zostać z ojcem bądź przywódcą klanu niż opuszczać York. Równiną sunął 

najeżony bronią klin, z olbrzymią figurą Branda na czele. Poza klinem na łące widać 

było jedynie nielicznych wojowników, uciekających, kulejących, bądź stojących w małych 

grupkach z uniesionymi ramionami. Armia Ragnarssona poszła w rozsypkę. Ci, którzy 

przeżyli, mogli albo próbować ucieczki w ciężkiej zbroi, albo oddać się na łaskę 

zwycięzców.

Shef opuścił Zemstę Niewolnika, nagle zmęczony. Gdy zaczął zsuwać się z wozu, jego 

wzrok przykuł  jakiś ruch.  Dwa   konie,   na   jednym   jeździec   w   szkarłatnym   płaszczu  i 

spodniach koloru trawy.

Ivar   Ragnarsson   siedząc   w   siodle   odwrócił   głowę,   przez  moment   patrzył   na 

pobojowisko, na  Shefa  stojącego  na  wozie. Potem oddalił się, ciągnąc za sobą luzaka. 

Błoto tryskało spod rozpędzonych kopyt.

Brand przysunął się do chłopaka, ścisnął mu dłoń.

— Zmartwiłeś mnie wtedy. Myślałem, że uciekasz. A ty pędziłeś do bitwy, a nie od 

niej. Dobra robota.

— Dzień się jeszcze nie skończył. Wciąż mamy za plecami armię — odparł Shef. — 

Żołnierze Mercji powinni  byli runąć na nas już o świcie. Sigvarth przytrzymał ich 

dwanaście godzin dłużej, niż to uważałem za możliwe.

— Ale chyba niedostatecznie długo — odezwał się z wozu Magnus zwany 

Szczerbatym. Wyciągnął ramię, wskazał przed siebie. Gdzieś daleko na równinie 

jakiś zabłąkany promyk  słońca  wzbudził  nikłe  refleksy;  to błyszczały ostrza włóczni. 

Jakaś armia zbliżała się w rozciągniętym szyku.

— Potrzebuję więcej czasu — tchnął Brand w ucho Shefa. — Idź, pogadaj z nimi, 

potarguj się. Graj na zwłokę.

Nie było wyboru. Thorvin i Guthmund przyłączyli się do niego i wszyscy trzej ruszyli 

w stronę nadchodzącego  wojska. Na pierwszy rzut oka różniło się ono od tego,   które 

właśnie pokonali tylko tym, że wznosiły się nad nim trzy wielkie krzyże.

Z   tyłu   armia   Drogi   usiłowała   się   przegrupować.   Prawdopodobnie   trzecia   część 

wojowników leżała martwa lub ciężko ranna. Jednak ci, którzy mogli chodzić, zabrali się 

do   gorączkowej   pracy:   odbierali   pokonanym   broń   i   zbroje,   przetrząsali   pobojowisko, 

szukając jakichkolwiek wartościowych bądź użytecznych przedmiotów — w czym pomagali 

76

background image

im   entuzjastycznie   nastawieni   wyzwoleńcy   Shefa   —   oraz  odsyłali   jeńców   razem   z   tymi 

rannymi, którzy przeżyli  plądrowanie pobojowiska, w stronę zatoki Wash, gdzie  czekały 

statki i gdzie mieli się nimi zająć medycy.

To, co Shef uznał za całą armię, stanowiło zaledwie je  front: kilkuset najsprawniejszych 

mężczyzn w jednej linii miało złamać ducha przeciwników. Za nimi stały szeregi jeńców z 

luźno związanymi rękami. Obiecano im darować życie w zamian za to, że dzięki nim armia 

będzie wydawać się liczniejsza. Pół mili dalej thrallowie i wojownicy poś piesznie kopali 

rów, ustawiali machiny — a także obracali konie i wozy do ucieczki. Ludzie Drogi nie byli  

jeszcze  gotowi   do   walki   —   chociaż   bynajmniej   nie   brakło   im  ducha.   Tradycja 

nakazywała przerwę w celu uczczenia wygranej bitwy. Trudno wymagać, by natychmiast 

stawili czoło nowej armii.

Następnych kilka minut będzie bardzo niebezpiecznych, pomyślał Shef. Na spotkanie 

jego niewielkiej grupki wyszło trzech mężczyzn; w tym jeden kapłan. Z tyłu  dwaj inni 

pchali dziwną skrzynię na kołach. W tej skrzyni,  jak zdał sobie sprawę chwilę później, 

spoczywał jego ojczym, Wulfgar.

Dwie   grupy  zatrzymały   się   w   odległości   dziesięciu   kroków,   przyglądając   się   sobie 

bacznie. Shef przerwał głęboką, nienawistną ciszę.

— Cóż, Alfgarze — powiedział do swego przyrodniego brata. — Widzę, że urosłeś w 

świecie. Czy nasza matka jest zadowolona?

— Nasza matka nigdy nie doszła do siebie po tym, co zrobił jej twój ojciec. Twój 

zmarły ojciec. Przed śmiercią dużo nam o tobie opowiedział. Miał mnóstwo czasu.

— A więc schwytałeś go? Czy też znowu kryłeś się na tyłach, jak podczas bitwy nad 

Stour?

Alfgar postąpił naprzód, sięgając po miecz. Mężczyzna  z posępną twarzą, ten, który 

nie był kapłanem, szybko chwycił go za ramię.

— Jestem Cwichelm, dowódca wojsk Burgreda, króla Marchii — powiedział. — 

Wysłano mnie, bym pomógł nowemu aldermanowi objąć prowincje Norfolk i Suffolk 

oraz ustanowił w nich władzę mojego króla. A kim ty jesteś?

Powoli, świadom gorączkowych przygotowań, które czynili jego towarzysze, Shef 

przedstawił swoją grupkę, pozwolił Cwichelmowi zrobić to samo. Odżegnał się od złych 

intencji. Zgłosił gotowość wycofania. Rzucił propozycję wynagrodzenia za poczynione 

szkody.

— Bawisz się ze mną, młody człowieku — przerwał mu Cwichelm. — Gdybyście byli 

dostatecznie silni, żeby walczyć, nie rozmawiałbyś ze mną teraz. A więc powiem ci, co

masz zrobić, jeśli chcesz dożyć jutrzejszego  świtu.  Po pierwsze, wiemy że 

wykopaliście skarby z kurhanu przy Woodbridge. Musicie oddać wszystko. Należą do 

mojego króla, pochodzą z jego królestwa.

— Po drugie — wtrącił kapłan w czarnej sutannie, nie spuszczając oczu z Thorvina — 

są między wami chrześcijanie, którzy zdradzili swą wiarę i swych panów. Muszą zostać 

nam zwróceni dla przykładnego ukarania.

— To się tyczy również ciebie — powiedział Alfgar. — Cokolwiek stanie się z innymi, 

mój ojciec i ja dopilnujemy, abyś się nie wymknął. Własnoręcznie założę ci obrożę. I 

tak możesz być szczęśliwy, że nie potraktujemy cię tak, jak twojego ojca.

Shef nie trudził się tłumaczeniem tego fragmentu Guthmundowi.

— Co zrobiliście mojemu ojcu?

Wulfgar   nie   odzywał   się   do   tej   pory.   Wyprostował   się  w   swojej   skrzyni, 

przytrzymywany pasami. Shef zapamiętał jego twarz taką, jaką widział ostatnim razem: 

zżółkła  i pełną bólu. Teraz twarz Wulfgara była rumiana, czerwone wargi kontrastowały z 

przetykaną siwizną brodą.

— Co on mnie zrobił — oznajmił — ja jemu zrobiłem. Ale z większą wprawą. Najpierw 

palce u rąk, potem u nóg. Uszy, wargi. Ale nie oczy, żeby mógł widzieć, co robimy. Ani 

nie język, żeby mógł krzyczeć. Potem dłonie i stopy. Kolana i łokcie. Nie pozwalając mu 

się wykrwawić. Ostrugałem go jak dziecko struga patyk. W końcu nie zostało już nic poza 

kadłubem. Trzymaj, chłopcze. To pamiątka po twoim ojcu.

Wulfgar skinął głową i jeden ze służących  rzucił w stronę Shefa skórzaną sakiewkę. 

Chłopak rozwiązał rzemyki, zerknął do środka, po czym rzucił całość pod nogi Cwichelma.

— Wpadłeś w kiepskie towarzystwo, wojowniku — stwierdził.

— Czas wracać — odezwał się Guthmund.

77

background image

Obie   grupki   wycofały   się   na   bezpieczną   odległość,   po  czym   zwróciły   do   siebie 

plecami.  Gdy żwawo  wracali  w stronę własnych szeregów, uszu Shefa dobiegł dźwięk 

wojennych rogów, krzyk żołnierzy i szczęk broni. Angielska armia ruszyła.

W tej samej chwili, zgodnie z wcześniejszą umową, wojownicy Drogi odwrócili się od 

atakujących i zaczęli biec. Rozpoczął się pierwszy etap długiej, zaplanowanej ucieczki.

Kilka   godzin   później,   gdy   zimowy   zmrok   zaczął   ustępować   miejsca   nocy,   Brand 

ochryple wymamrotał do Shefa:

— A więc dzisiaj nam się udało.

— Dzisiaj, tak — zgodził się Shef. — Nie mam jednak

nadziei na jutro.

Brand   wzruszył   ramionami,   kazał   ludziom   zatrzymać  się,   rozpalić   ognie,   zagrzać 

wodę, przygotować jedzenie.

Cały dzień ludzie Drogi spędzili w odwrocie. Osłaniali  machiny Shefa, strzelali, gdy 

Anglicy zbytnio się zbliżyli,  zmuszali ich do trzymania się z daleka, pośpiesznie ładowali 

belki na wozy oraz juczne konie i partiami wycofywali się na następną pozycję. Żołnierze 

Mercji   podążali   za   nimi  niczym   ludzie,   którzy   chcą   wziąć   na   łańcuch   złego   psa: 

podchodzili   bliżej,   uskakiwali   przed   kłapaniem   pyska  i   warczeniem,   zbliżali   się 

znowu. Przynajmniej trzy razy  obie armie zwarły się w walce. Działo się tak wtedy, gdy 

wojownicy   Drogi   bronili   jakiejś   przeszkody:   wykopanego  rowu,   wału   wzdłuż   brzegu 

mokradła, głębokiego i błotnistego strumienia Nene. Za każdym razem, po półgodzinnej  

wymianie   ciosów,   Anglicy   wycofywali   się   z   ponurymi  minami,   nie   mogąc   przełamać 

obrony wikingów. A cofając się, dostawali się pod ostrzał katapult.

Ludzie   Drogi  walczyli  coraz  lepiej   w miarę  jak  nabierali  ducha.   Problem   w   tym,   że 

Anglicy   uczyli   się   także.   Na  początku   kulili   się   słysząc   pierwszy   świst   w   powietrzu, 

widząc pierwsze katapulty w szyku. Przed byle  rowem  w wilgotnej ziemi przeżywali 

chwile wahania. Sigvarth musiał udzielić im niezłej lekcji.

Z upływem czasu stawali się jednak coraz śmielsi; dostrzegli podstawową słabość armii 

Drogi: niewielką liczebność.

Wciąż   trzymając   w   dłoni   niedojedzoną   miskę   owsianki,  Shef   osunął   się   na   juki   i 

natychmiast zasnął.

Obudził   się   zesztywniały,   mokry   i   przemarznięty   do  kości.   Dźwięk   rogów   właśnie 

oznajmiał świt. Wszędzie dookoła ludzie dźwigali się z ziemi, pili wodę lub osuszali resztki 

zapasów piwa i miodu. Powłócząc nogami podchodzili do mizernego szańca, wzniesionego 

wokół osady, którą Brand wybrał na ich ostatni bastion.

W   szarym   świetle   oczom   wojowników   ukazał   się   widok,   który   mógł   nawet 

najdzielniejszych   pozbawić  ducha.   Armia,   z   którą   walczyli   poprzedniego   dnia, 

podobnie jak ich własna, powoli słabła, ludzie byli ubłoceni po czubek głowy, ubrania 

mieli   przemoknięte,  tarcze   umazane   mułem,   pod   wieczór   zaś   liczba   zabitych   i 

dezerterów po stronie wroga wzrosła tak bardzo, że wojsko Anglików zaledwie o połowę 

przewyższało ludzi Drogi.

Ta armia zniknęła. Zamiast niej wokół osady, szereg za szeregiem, dmąc w rogi na znak 

wyzwania, stała nowa  armia, tak świeża i wypoczęta, jakby nie przemaszerowała  nawet 

jednej mili. Tarcze błyszczały od nowej farby, broń

i kolczugi połyskiwały czerwono w świetle wschodzącego słońca. Nad szeregami wznosiły 

się krzyże, ale sztandary były zupełnie inne. Obok krzyży przedstawiały złotego smoka.

Z pierwszego szeregu kłusem wyjechał człowiek na siwym koniu. Siodło i uprząż miał 

jasnoszkarłatną, tarczę odwróconą w drugą stronę na znak rozejmu.

— Chce rozmawiać — powiedział Shef.

Wikingowie w milczeniu odsunęli przewrócony wóz,

robiąc  drogę swoim przywódcom.  Brand,  Shef,  Thorvin,  Farman,  Guthmund   i  Steinulf 

wyszli na zewnątrz. W milczeniu ruszyli za jeźdźcem w stronę długiego stołu na kozłach, 

ustawionego pośrodku gromady wojowników.

Po jednej jego stronie siedzieli Cwichelm i Alfgar ze ściągniętymi twarzami. O krok za 

nimi stała skrzynia  Wulfgara. Herald gestem kazał sześciu członkom rady  Drogi zająć 

miejsca po drugiej stronie.

78

background image

Pomiędzy   dwiema   grupami   zasiadł   jeden   tylko   mężczyzna   —   młody,   jasnowłosy, 

niebieskooki. Na głowie nosił złoty diadem, niczym król w grobowcu. Patrzył  dziwnie 

przenikliwie. Gdy Shef siadał, ich spojrzenia się spotkały. Młody człowiek uśmiechnął się.

— Jestem Alfred, brat króla Wessexu, Ethelreda — oznajmił. — Jak rozumiem, 

Burgred z Marchii wyznaczył aldermana na prowincje należące niegdyś do króla East 

Anglii. — Zrobił pauzę. — Nie możemy na to pozwolić.

Alfgar i Cwichelm spojrzeli kwaśno, milcząc. Musieli słyszeć to już wcześniej.

— Jednocześnie nie możemy pozwolić, żeby jakakolwiek armia wikingów z północy 

obrała sobie za siedzibę angielską prowincję, by rabować i zabijać, jak to ma w 

zwyczaju. Już raczej wolałbym zniszczyć was wszystkich.

Kolejna pauza.

— Ale nie wiem, co z wami zrobić. Z tego co słyszałem, wczoraj walczyliście z Ivarem 

Ragnarssonem, i pokonaliście go. Z nim nie zawarłbym pokoju. Zabił króla Edmunda. 

Kto zabił króla Ellę?

— Ja to zrobiłem — odparł Shef. — Ale podziękowałby mi, gdyby tylko mógł. 

Powiedziałem Ivarowi, że postąpił z Ellą w sposób niegodny wojownika.

— Czyli w tej kwestii się zgadzamy. Pozostaje tylko kwestia czy możemy zawrzeć 

pokój? Czy musimy walczyć?

— A pytałeś swoich kapłanów? — zapytał Thorvin swoją powolną, ostrożną 

angielszczyzną.

Młody człowiek uśmiechnął się.

— Mój brat i ja doszliśmy do wniosku, że ile razy ich o

coś pytamy, zawsze żądają 

pieniędzy. Na niewiele się też zdadzą podczas obrony przed ludźmi pokroju Ivara. 

Mimo to wciąż jestem chrześcijaninem. Trzymam się wiary moich ojców.   Mam 

nadzieję,   że  pewnego   dnia  nawet  wy, wojownicy Północy, dacie się ochrzcić i 

zaczniecie pod legać naszemu prawu.  Ale nie kocham przedstawicieli Kościoła.

— Niektórzy z nas są chrześcijanami — odparł Shef. — Niektórzy są Anglikami.

— Czy są pełnoprawnymi członkami armii? Z prawem do udziału w łupach?

Brand, Guthmund i Steinulf spojrzeli po sobie. Dotarła do nich intencja tego pytania.

— Jeżeli to konieczne, to tak — powiedział Shef.

— Więc dobrze.  Jesteście Anglikami i wikingami. Chrześcijanami i poganami.

— Nie poganami — wtrącił Thorvin. — Ludźmi Drogi.

— A mimo to potraficie żyć razem. Może powinniście służyć za model nam 

wszystkim. Posłuchajcie mnie teraz. Możemy dopracować szczegóły rozejmu: podział 

dóbr, podatki, prawa i obowiązki, zasady dotyczące wergildu i wyzwoleńców. Jednak 

najważniejsze jest to: mogę wam dać Norfolk, byście wprowadzili tam własne prawo. Ale 

musicie rządzić sprawiedliwie. Nigdy nie wpuścić w jego granice najeźdźcy. A ten, kto 

zostanie aldermanem, musi przysiąc na nasze relikwie i wasze świętości, że będzie 

przyjacielem króla Ethelreda

 i jego brata. Skoro już przy tym jesteśmy, kto ma być tym aldermanem?

Pokryta bliznami dłoń Branda dotknęła ramienia Shefa.

— On musi nim zostać, bracie króla. Mówi dwoma językami. Żyje w dwóch 

światach. Zobacz, nie nosi znaku Drogi. Został ochrzczony. Ale jest naszym 

przyjacielem. Wybierzcie jego.

— To uciekinier — zawołał Alf gar nagle. — Zwykły thrall. Ma na plecach ślady 

bicza!

— A na twarzy ślady kaini — odparł Alfred. — Może dopilnuje, żeby w Anglii było 

mniej obu tych rzeczy. Pociesz się jednak, młody człowieku. Nie odeślę cię do króla 

Burgreda samego.

Skinął ręką. Gdzieś z tyłu dobiegło ich trzepotanie spódnic. Wprowadzono gromadkę 

kobiet.

— Natknąłem się na nie po drodze. Zostały z tyłu i błąkały się samotnie. 

Przyprowadziłem je tutaj, żeby nie przytrafiło im się coś złego. Słyszałem, że jedna z nich 

jest twoją żoną, młodzieńcze. Zabierz ją do króla Burgreda i bądź mi wdzięczny.

Jego żona, pomyślał Shef, wpatrując się w szare oczy Godivy. Wyglądała piękniej niż 

kiedykolwiek.  Co ona  sobie o nim pomyśli, widząc go pokrytego błotem, śmierdzącego 

błotem i gnojem, z wypalonym  okiem?  Na jej twarzy pojawił się grymas  przerażenia. 

Chłopak poczuł, jak zimna pięść zaciska mu się wokół serca.

79

background image

Nagle Godiva znalazła się w jego ramionach, szlochając.  Objął   ją   mocno   jedną  ręką, 

rozglądając się wokoło. Alfgar zerwał się na nogi, rzucając się w silnym uchwycie dwóch 

strażników. Wulfgar wołał coś ze swojej skrzyni. Alfred, zaniepokojony, wstawał z miejsca.

Gdy zamieszanie ucichło, odezwał się Shef.

— Ona należy do mnie — przemówił.

— To moja żona — zawołał Alfgar.

Oraz przyrodnia siostra — pomyślał Shef. — Gdybym to powiedział głośno, Kościół by 

interweniował, zabrał ją od niego, . Ale to oznaczałoby, że pozwalam, by zasady Kościoła 

miały wpływ na mnie i na prawo Drogi. Na ziemię ludzi Drogi. Oto cena,

której duch kurhanu żąda za swoje złoto. Poprzednio zabrał mi oko. Teraz zabiera serce.

Stał spokojnie, pozwalając służącym  oderwać od siebie  Godivę, wtrącić ją na powrót w 

kazirodczy związek, oddając ją mężowi i jego zakrwawionym wierzbowym rózgom.     

Od królów i przywódców wymaga się rzeczy, których  trudno żądać od zwykłych ludzi.

— Skoro jesteś gotów oddać tę kobietę na znak dobrej woli — przemówił Alfred 

dźwięcznie — niniejszym przyłączam Suffolk do królestwa mojego brata i uznaję w tobie, 

Shefie Sigwardssonie, aldermana Norfolku. Co ty na to?  

— Nie mów „aldermana" — wtrącił Brand. — Użyj naszego słowa. Powiedz, że będzie 

naszym jarlem.     

      Koniec

80


Document Outline