background image

 
 

background image

 

 

background image

 
 

 

Mamie

 

background image

Rozdział pierwszy

 

Krążę po ogromnym, ponurym budynku, który przypomina opuszczoną fabrykę 

amunicji, a może raczej zdewastowane koszary, i za wszelką cenę usiłuję się stamtąd 
wydostać, coraz bardziej przerażona, bo ktoś za mną idzie. Nie mogę biec, bo taszczę ze 
sobą przedpotopową walizkę z pomarańczoworudej skóry. Słyszę ciche, pulsujące echo 
czyichś kroków i czuję, że to Marcel. Czego ode mnie chce? Przecież się rozwiedliśmy, i 
to całkiem przyzwoicie, w dziesięć minut. Prowadzimy osobne życia, staramy się nie 
wchodzić sobie w paradę. W końcu zziajana, z uczuciem ulgi, wypadam na pusty, 
betonowy dziedziniec. Mam wrażenie, że w ostatniej chwili. Ale w ostatniej chwili przed 
czym? I gdzie ja jestem? Widzę wyludnione miasto. To przecież Borne Sulinowo tuż po 
odjeździe wojsk radzieckich. Ulicą biegnie wychudzony pies z podkulonym ogonem, 
dostrzega mnie, nasze wystraszone spojrzenia spotykają się na ułamek chwili, 
nieruchomieję, a on przyspiesza i znika za rogiem odrapanego domu naprzeciwko. 
Wszystko tutaj jest martwe, nawet drzewa: ich zielone korony pozbawione ptaków trwają
w kamiennym bezruchu.
 

Niestety, po chwili następuje kolejna odsłona koszmaru: ostatkiem sił docieram 

do przyjaciół na imprezę. Z tą samą walizką, w której widocznie są jakieś cenne rzeczy, 
skoro ją taszczę z takim poświęceniem. Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że zaproszono 
też Marcela z jego kobietą, czyli, jak zwykłam o niej mówić, konkubiną? Mam na sobie 
beznadziejne ubranie: flanelową koszulę w czarno-żółtą kratkę, bez trzech guzików, po 
których zostały jedynie smętnie zwisające nitki w różnych kolorach, i wyświechtane 
robocze spodnie – nic dziwnego, właśnie wróciłam ze wsi, gdzie ktoś chodził po 
ogrodzie, słyszałam kroki, szepty, szelesty. Mogłam wrócić do domu, żeby się przebrać, 
ale nie zrobiłam tego. Czy ja nie mam domu? I dlaczego bez przerwy dźwigam starą 
walizkę ze skóry? Chowam się w pokoju obok. Przez uchylone drzwi docierają do mnie 
salwy śmiechu. Otwieram walizkę i moim oczom ukazują się rozmaite przedmioty ze 
srebra i złota: świeczniki, sztućce, półmiski, biżuteria. Skąd ja to mam? Boże, przeszywa 
mnie straszliwa myśl, jestem złodziejką. Okradłam kogoś. Szybko zamykam walizkę, 
wsuwam ją pod łóżko i ruszam do salonu. Chcę wyjaśnić, dlaczego jestem tak 
niestosownie ubrana, ale nikt mnie nie słucha. Wszyscy się śmieją, coraz głośniej. 
Pokazuję na miejsca po guzikach, dukam coś o człowieku, który kręcił się po ogrodzie, 
zaglądał do okien, a oni zatykają uszy. Z oczu płyną mi łzy. Jak mogą, przecież to moi 
przyjaciele. Koszula rozchyla mi się na biuście, na brzuchu, wciąż muszę ją poprawiać, 
przytrzymywać, a drugą ręką, przybierając dziwne pozy, staram się zakryć plamy na 
spodniach.
 

Fantastycznie! Już od wielu dni co rusz ktoś mi przypominał, żebym koniecznie 

zapamiętała sen pierwszej nocy w nowym mieszkaniu, bo się sprawdzi. Czyli najbliższą 
przyszłość już znam: czekają mnie draki z Marcelem, który postanowił mnie ścigać (za 
co?), a także zdrada przyjaciół. Czuję do nich ogromny żal. Skoro to sen proroczy, musi 
być w nim ziarno prawdy. Jak w plotce. A taki piękny sen sobie zaplanowałam – że czas 
cofa się o ćwierć wieku, a ja, już mądrze i rozsądnie, układam sobie życie: mam 
pasjonującą i dobrze płatną pracę, uroczą rodzinę, kochającego i wiernego męża bez 
nałogów, jestem piękna i młoda, a wszystkie zimy spędzam na ciepłej wyspie z palmami, 
którą opływa szafirowe morze. Zapisałam go nawet, ze szczegółami, żeby wesprzeć 
ośrodek w mózgu odpowiedzialny za sny. Ludzie zapisują to, co im się przyśniło, a ja 

background image

przeciwnie: to, co mi się przyśni, a właściwie to, co powinno mi się przyśnić. Już dawno 
wymyśliłam tę metodę, niestety, mało skuteczną.
 

Krótko mówiąc, zimę spędzę w Warszawie, gdzie jest tylko jedna palma, i to 

sztuczna, w dodatku ostatnio, na znak protestu – nie pamiętam przeciwko czemu, może 
chodziło o głód w Afryce – obsmyczona przez chimeryczną artystkę. Potem stracę 
przyjaciół i w moim życiu pojawi się ktoś niezbyt życzliwy, kogo niestety nie widziałam 
we śnie, ale był tam. Jakiś wróg. „Tylko tego brakuje – szepcze Strofa, która mieszka w 
mojej głowie i wciąż mnie strofuje – żebyś teraz, u progu nowego życia – cóż z tego, że 
tuż przed pięćdziesiątką, podobno tylko na łożu śmierci jest naprawdę za późno na 
zmiany – zaczęła wierzyć w przesądy”. Jak to zaczęła? – dziwię się. – Przecież ja od 
dzieciństwa wierzę w przesądy, może chodzi ci o to, żebym przestała? Oczywiście nie 
będę się przejmować głupim snem. Tym bardziej że wreszcie mam za sobą całą 
przeprowadzkę – co za ulga. Naprawdę nie jest łatwo przenieść do M3 ogromne 
mieszkanie z garderobą, pełne schowków i szaf z mnóstwem półek i szuflad. A jeszcze 
trudniej przeprowadzić się ze słonecznego mieszkania do ciemnej nory, gdzie słońce 
tylko rano oświetla z ukosa kawałek saloniku, a łazienka przypomina ptasią dziuplę. 
„Bzdury, przesadzasz”, prycha Strofa. I znów ma rację, co ja bym bez niej zrobiła – 
owszem, mieszkanie jest niewielkie, ale całkiem przytulne, a w łazience zmieściła się i 
pralka, i półka na ręczniki i mam dwie ogromne szuflady. Słońca jest mało, ale to nawet 
lepiej, biorąc pod uwagę koszmarne upały, jakie co roku latem nawiedzają nasz kraj, 
kiedy tylko stopnieje śnieg i odpuszczą siarczyste mrozy. Przynajmniej nie trzeba będzie 
zakładać klimatyzacji, na którą i tak mnie nie stać. A poza tym okna są duże i mam dość 
światła. I piękny balkon, gdzie będę palić papierosy. I hodować kwiaty. Jak mi się zechce,
rzecz jasna. Na razie mi się nie chce, zresztą jest początek jesieni, za późno na zakładanie
ogrodu. Nie – żadnych kwiatów! Zwłaszcza doniczkowych, z którymi są same kłopoty. 
Koniecznie muszę uprzedzić przyjaciół, znajomych, żeby mnie nimi nie uszczęśliwiali. 
Jakoś nie mam do nich serca, a trudno wyrzucić żywą roślinę, więc trzeba potem 
zajmować się nią przez całe lata. Niektóre przeżywają swoich właścicieli: na przykład 
kwiaty cioci Róży, które po jej śmierci z moją pomocą powędrowały do różnych 
staruszek i staruszków. Nie chcę osierocić swoich kwiatów.
 

Patrzę na stosy pudeł, które piętrzą się wokół mnie, i zastanawiam się, gdzie ja to 

wszystko upchnę. Muszę przyznać, że jednak Judyta Grocholi lepiej sobie poradziła w 
sprawach lokalowych. Ale jej życie to tylko fikcja literacka – tam ceny były szokująco 
niskie, a bohaterka dziwnie dużo zarabiała jak na zawód redaktorki, który ja już dawno 
musiałam porzucić, żeby przestać wybierać między zapłaceniem czynszu i rachunku za 
prąd. Ciekawe, w jakim piśmie pracowała – może by mnie tam przyjęli? Umiem pisać 
listy i znam się na wszystkim. A zresztą Grochola nie musiała dbać o realia, napisała 
książkę ku pokrzepieniu serc. Dzisiaj już nikt nie tęskni za ojczyzną jak latarnik, już 
raczej kto żyw i dobrze wykształcony ucieka z niej w popłochu. Teraz trzeba krzepić 
serca kobiet po rozwodach z bogatymi mężami, którzy przed podziałem majątku 
gwałtownie biednieją i nie są już tacy hojni jak dawniej. Jeśli w ogóle byli hojni. Marcel 
był. Szkoda, że nie nosiłam biżuterii, przez dwadzieścia lat małżeństwa mogłabym 
uzbierać całkiem pokaźną kolekcję, którą teraz sprzedawałabym sztuka po sztuce. Albo 
chociaż córka i wnuczka miałyby po mnie coś cennego. Cóż, zamiast pierścionków 
zostawię im w spadku książki – sama korzyść.
 

Siedzę nad kawą, rozczarowana snem pierwszej nocy, i próbuję wykrzesać z 

background image

siebie trochę zapału. Powinnam szybko uporać się z resztą pudeł, żeby nie zaczynać 
nowego życia od rozgardiaszu, ale po tym wielkim pakowaniu, rozdawaniu rzeczy, 
wyrzucaniu ton starych dokumentów perspektywa rozpakowywania, układania, 
segregowania nie napawa radością. Jestem zmęczona. Dopiero teraz czuję, jak bardzo 
wyczerpały mnie te ostatnie tygodnie, miesiące, lata. Jak wyczerpało mnie całe moje 
dorosłe życie. „Nie jęcz”, prosi Strofa. Muszę, bo jestem wyczerpana! Ciekawe, kiedy 
zaczęłam się tak chybotać i podejmować beznadziejne decyzje: postanowiłam studiować 
polonistykę, która w ogóle mnie nie pociągała, chociaż bez trudu mogłam się dostać się 
na jakieś ciekawsze studia; mając kapitalny temat pracy magisterskiej, zmieniłam go na 
supertrudny i supernudny; a w końcu rzuciłam dobrego i wesołego chłopaka, żeby się 
związać z palantem, co prawda również wesołym, ale jednak przesadnie. W dodatku od 
początku wiedziałam, że to błąd. Podobno mamy to w genach, które nie przejmują się 
szczęściem swego właściciela, mając na względzie jedynie fizyczny dobrostan jego 
przyszłego potomstwa. To one sprowadzają ludzi na manowce, rzucając ich w ramiona 
osobników o odpowiednich genach, ale paskudnych charakterach. Potomstwo 
rzeczywiście mam ładne i zdrowe. Ale ze szczęściem u mnie krucho. U potomstwa też. 
W końcu wszystko przestało mnie cieszyć: słońce, praca, wiosna, a nawet dzieci. 
Kocham je, ale jak sięgnę pamięcią, macierzyństwo zawsze było jakąś udręką i do dziś 
kojarzy mi się głównie z niewyspaniem, nieustanną pracą, lękami i pasmem porażek. I 
pomyśleć – jeden gen może zdeterminować całe życie durnej kobiety, która ćwierć wieku
męczy się z facetem, bo wciąż ma nadzieję, że on się zmieni. A ludzie się nie zmieniają, 
chyba że mają ku temu jakiś ważny powód.
 

Wiem, nie warto zaczynać nowego życia od gorzkich refleksji nad przeszłością, 

ale niestety same cisną się do głowy. I pewnie naszłyby mnie kolejne, równie mocno 
sfatygowane, gdyby nagle gdzieś w pobliżu nie rozległo się ostre brzęczenie. W 
pierwszej chwili nie wiem, skąd dochodzi i co oznacza, bo jeszcze nie oswoiłam się z 
okolicznymi dźwiękami, w końcu jednak olśniewa mnie – to dzwonek do drzwi. Kto 
mnie tutaj znalazł? Przecież tylko rodzina i przyjaciółki, Jolka, Baśka i Weronika, znają 
mój nowy adres. Idę otworzyć, zanim nieproszony gość, przekonany, że nie ma mnie w 
domu, odejdzie, unosząc ze sobą jakąś ważną wiadomość. Przede mną stoi starszy pan w 
typie Koszałka-Opałka, uśmiechnięty kurdupel w okularach o sympatycznej, 
zarumienionej twarzy i wyglądzie pedanta: spodnie w kancik, kamizelka w serek, na 
nogach kapcie w kratkę, resztka włosów zaczesana na pożyczkę. Znam ten wzruszający 
typ ludzi: zbierają torebki po cukrze, gazetę kupują tylko w piątek, mają przedpotopowe 
latarki na płaskie baterie, których już się nie produkuje (chyba), i nigdy nie wyrzucają 
jedzenia, zwłaszcza chleba. Co oni z nim robią, na litość boską? Co robią z chlebem, 
którego nie da się już zjeść?! Podobno zakopują w ziemi, żeby wrócił tam, skąd 
pochodzi. Ja też będę tak robić, postanawiam.
 

– Witam miłą panią jak najserdeczniej. – Dziwnie się wyraża, myślę, chyba dość 

staroświecko. Zabawny. – Nazywam się Eugeniusz Dzięcioł i mam ogromną 
przyjemność być pani sąsiadem. Chciałbym zaprosić na kawę, kiedy znajdzie pani wolną 
chwilkę. Może jutro?
 

Tak od razu? Szczerze mówiąc, nie mam jeszcze ochoty na sąsiedzkie amory, 

wiem, co może wyniknąć ze zbyt pochopnych decyzji towarzyskich. Jakieś wizyty u 
nudnych ludzi, a potem rewizyty. „Też nudne”, dodaje Strofa. Sztuczne uśmiechy, 
sztuczne żarty, a jak dobrze pójdzie, oglądanie starych fotografii. A ja obiecałam sobie – 

background image

od dziś żadnych głupich decyzji, tylko chłodny rozsądek. Jednak taki akt życzliwości ze 
strony pana Dzięcioła wydaje się na tyle wzruszający, że go nie spławiam, znaczy się 
spławiam, ale tylko połowicznie.
 

– Och, dziękuję. To bardzo miłe. Nie wiem, czy jutro zdołam – jego wytworny 

styl najwyraźniej mi się udzielił – bo mam sporo pracy i jeszcze się nie rozpakowałam, 
ale za jakiś czas chętnie napiję się z panem kawy. Naprawdę dziękuję.
 

– Cała przyjemność po mojej stronie. A gdyby potrzebowała pani pomocy, chętnie

służę. – Chyba jakiś hrabiowski potomek, myślę, albo nauczyciel łaciny. – Jestem na 
emeryturze i mam mnóstwo czasu. – To brzmi groźnie: siedzi w domu i od rana do nocy 
skupia się na życiu sąsiadów, a teraz skupi się głównie na moim, bo mieszkamy drzwi w 
drzwi. – Jeszcze raz zapraszam i życzę miłego dnia.
 

– A ja jeszcze raz dziękuję – odpowiadam i mam ogromną ochotę na końcu zdania

dodać: „Koszałku”, ale udaje mi się powstrzymać.
 

Niezły początek. Chciałam najpierw urządzić się, trochę odetchnąć, zebrać myśli, 

zastanowić się nad sobą, zanim wrócę do życia towarzyskiego, a tu sąsiedzi nachodzą 
mnie już pierwszego dnia. Jakoś wymigam się od tej kawy, a jeśli się nie uda, dołożę 
wszelkich starań – jak widać, język Eugeniusza Dzięcioła już się we mnie zadomowił – 
żeby mimo wszystko trzymać go na dystans. Zdaje się, że jesteśmy z innych bajek – on z 
Konopnickiej, ja z braci Grimm.
 

W końcu bez większego entuzjazmu zaczynam się krzątać po kuchni – rozpakuję 

dziś resztę naczyń. Mam dwa dni na to, żeby się tutaj urządzić. Czynności, za którymi nie
przepadam, staram się wykonywać na raty, tym razem jednak postanowiłam niczego nie 
odkładać na później. Stawiam na kuchence ekspres do kawy i podchodzę z nożem do 
najbliższego pudła, jakbym chciała je zamordować. Na pudle widnieje litera „K”, czyli 
„Kuchnia”, na bardziej szczegółowe opisy nie było czasu – nie pamiętam dokładnie, co w
nim jest. Na szczęście szafek jest sporo, więc wszystko się zmieści, zwłaszcza że 
pozbyłam się mnóstwa rzeczy – nie bez żalu, bo mam naturę chomika – żeby nie 
zagracać sobie życia. Ale już zaczynam za nimi tęsknić: za przypaloną drewnianą łyżką, 
którą każdego ranka, półprzytomna, mieszałam w garnuszku kaszkę mannę dla dzieci, 
żeby się nie skrupiła. Za kryształowym szafirowym wazonem, który dostałam od cioci 
Róży na czterdzieste urodziny, a już wtedy miał chyba z dziesięć lat. Niedowidziała, 
biedulka, i była pewna, że się nie zorientuję, chociaż nosił ślady całkiem intensywnego 
użytkowania. I tęsknię za wielkim garem służącym do gotowania bigosu, który komuś 
oddałam w przekonaniu, że już nigdy mi się nie przyda, ponieważ na zawsze rozstałam 
się z amatorem bigosu. „Przestań! Tutaj ma być ład, koniec z nadmiarem: od dziś tylko 
to, co naprawdę niezbędne”. Ale przecież tego nie da się z góry ustalić. Nie wiadomo, 
czego będę potrzebować jutro, za rok. Idiotyzm, przecież, jeśli zechcę ugotować bigos, 
pożyczę garnek. Ciekawe od kogo – żadna z moich przyjaciółek nie gotuje bigosu ani go 
nie jada. Podobno wątroba go nie znosi, tak jak obcokrajowcy, którzy na sam widok tej 
potrawy dostają mdłości.
 

Po kilku godzinach kuchnia wygląda jak należy. Czuję się znacznie lepiej. Moje 

mieszkanie zaczyna żyć. Resztę – oprócz książek, bo to wyższa szkoła jazdy – rozpakuję 
jutro. Teraz należy mi się odpoczynek.
 

A jednak nie jest mi pisany. Kiedy, obolała od dźwigania, schylania się i 

wchodzenia na drabinę, mam zamiar położyć się na godzinę (no, może dwie) z książką, 
znów rozlega się dzwonek, tym razem telefonu. Marcin? Czego chce? Przecież 

background image

ustaliliśmy, że to już naprawdę koniec, żadnych spotkań, żadnych telefonów. Tak, ale 
ustalaliśmy to z dziesięć razy, więc zanim umowa ostatecznie wejdzie w życie, jeszcze, 
jak widać, trochę się pomęczymy. Raz on ją zrywa, raz ja.
 

– Cześć.

 

– Cześć.

 

Milczy, więc ja też milczę, choć ciekawi mnie, co ma do powiedzenia. Pewnie 

czeka, aż zacznę, jak zwykle, paplać, wypytywać, ale trafił na zły moment: nie mam siły 
ruszyć ani ręką, ani nogą, ani nawet językiem. A poza tym postanowiłam sobie, 
wypisawszy wcześniej listę swoich wad, które mi doskwierają, że będę z nimi bezlitośnie
walczyć (te, które mi nie doskwierają, mam zamiar zostawić w spokoju, nawet jeśli 
doskwierają innym), że na przykład przestanę paplać, ględzić i zrzędzić. Pierwszy raz 
mam okazję sprawdzić, czy to potrafię. Sukces. Po dłuższej chwili milczenia, które 
znoszę całkiem mężnie, Marcin pyta:
 

– Co u ciebie? Kupiłaś mieszkanie?

 

– Tak, właśnie spędziłam w nim pierwszą noc.

 

– Gratulacje. A co ci się śniło? Wiesz, podobno…

 

– Wiem, wiem, śniły mi się cudowne rzeczy: piękna wyspa z szafirowym morzem

i złocistą plażą i przystojny, opalony facet, który podaje mi drinka z małą różową 
parasolką z bibułki…
 

– Aha, to dobrze… – mówi niepewnie, bo nie wie, czy się zgrywam, czy mówię 

poważnie. – Szkoda, że nie powiedziałaś, pomógłbym ci w przeprowadzce.
 

Nie cierpię tego, przecież niejeden raz miał okazję mi pomóc, ale pech chciał, że 

zawsze akurat wtedy był potwornie zajęty. Może naprawdę nie mógł, w porządku, ale 
niech przestanie proponować pomoc, zwłaszcza po czasie, a poza tym bywa tak, że trzeba
komuś pomóc akurat wtedy, kiedy jesteśmy zajęci czymś ważnym.
 

– Tak, oczywiście, ale wiesz, wolę polegać na sobie. Ludzie mają swoje kłopoty i 

sprawy.
 

– Ale ja nie jestem jakimś tam ludziem, tylko… – milknie, nie wie, jak określić, 

kim jest, albo raczej kim był, w moim życiu. Wcale się nie dziwię, bo to rzeczywiście 
trudno nazwać. – Słuchaj, właśnie wyszła moja książka, chciałbym ci ją osobiście 
wręczyć, a może przy okazji pokażesz mi swoje nowe mieszkanie. Czy mógłbym jutro 
wpaść na godzinkę?
 

„Już było kilka takich godzinek, które potem zamieniły się w całe doby”, 

przypomina Strofa.
 

Mimo wszystko jestem trochę zaskoczona. Również tym, że chciałabym go 

zobaczyć.
 

– No dobrze – odpowiadam po chwili wahania. – Jutro muszę rozpakować resztę 

rzeczy i wpaść do mamy. Może o szóstej?
 

– O szóstej, dzięki.

 

Chyba zwariowałam. Przecież to miał być pierwszy dzień nowego życia bez 

pochopnych decyzji. Czasem – nie, bez przerwy – mam wrażenie, że moimi czynami 
kieruje jakaś siła zewnętrzna, że ktoś, jakiś dowcipniś, wbrew mojej woli porusza mną 
jak kukiełką i świetnie się przy tym bawi. A może nie postępuję pochopnie, może 
potrzebuję się spotkać z Marcinem, żeby to był już naprawdę ten najostatniejszy raz?
 

Uświadamiam sobie, że nie podałam mu adresu. Już mam zamiar chwycić za 

telefon, gdy Strofa wrzeszczy: „Przestań z tą nadopiekuńczością!”. Potulnie wracam do 

background image

pudeł.
 

Już od windy słyszę, że telefon w moim mieszkaniu dzwoni jak szalony. W 

dziurce od klucza tkwi żółta karteczka, pewnie od Koszałka, który wczoraj zaproponował
powitalną kawę, o czym już zdążyłam zapomnieć. Chyba jednak się nie wymigam. Z 
trudem wygrzebuję z torby klucz, otwieram drzwi i biegnę do telefonu: Jolka.
 

– Błagam cię, sekunda, oddzwonię, muszę siusiu, pa! – wołam, rzucając na 

podłogę płaszcz, torebkę, klucze, i ze słuchawką biegnę do łazienki. Myjąc ręce, muszę 
się skonfrontować ze swoim odbiciem w ogromnym i dobrze, zbyt dobrze, oświetlonym 
lustrze: zmęczona twarz, sfatygowany makijaż, opadnięte kąciki ust. A przecież za dwie 
godziny ma wpaść Marcin. Już naprawdę ostatni raz, powtarzam w myślach po raz setny, 
żeby nie zapomnieć. Jeszcze zdążę wziąć prysznic, ale odmłodnieć na pewno nie. 
Kolacja. Nie rozmroziłam łososia! Trudno, zepsuję go w mikrofali. A teraz Jolka. Pewnie 
chce opowiedzieć o swoich najnowszych podbojach na portalu randkowym. Śmieszne. 
Nie, żałosne. Nie, dziwne. A właściwie, co w tym dziwnego? Już cały świat to robi. 
Podobno w Izraelu nawiązywanie znajomości matrymonialnych w internecie stało się 
sportem narodowym.
 

– Jest naprawdę fantastyczny – jak wielu poprzednich – bardzo inteligentny, 

wyrozumiały, potrafi gotować, lubi podróże i chcemy razem stanąć… – Chryste, chyba 
nie na ślubnym kobiercu
 – znaczy się, wejść razem na Mount Everest – uff, dzięki Bogu – 
finanse w porządku. I wiesz, ma piękny profil. Bo Olek, mówiłam ci, nie mogłam znieść 
jego profilu. Myślałam, że przywyknę, pokocham, ale nic z tego. Utknęliśmy w martwym
punkcie: co spojrzałam na niego z boku, na przykład w samochodzie, serce mi zamierało 
z przerażenia. I wciąż ten profil widziałam, nawet jak siedział do mnie an face albo 
tyłem. Tylko ten profil… Nie wiem, jak ci to wyjaśnić… Nie pomogło mu nawet, że znał 
na pamięć Ulissesa.
 

– Nie mówiłaś, że zna na pamięć Ulissesa. Gdybym wiedziała, wzięłabym go 

sobie.
 

– Niestety, już zajęty. Znalazł kobietę, która zna na pamięć całego Pana Tadeusza.

 

– Zwariowałaś? Jakaś aktorka czy co?

 

– Żartuję, ona z pewnością nie wie nawet, kim był Mickiewicz – prycha z pogardą

Jolka. – Ale rzeczywiście jest już zajęty. Niestety, ten profil…
 

Dla mnie prosta sprawa: jak się spędziło z facetem dwadzieścia lat, to nawet jeśli 

nie grzeszył pięknym profilem i miał sporo wad (jak na przykład jej mąż: co rusz 
bezrobotny, w domu – nogi na stole, pilot w dłoni, skoki na boki…), był kimś 
oczywistym. A teraz chciałoby się ideału. Ale skąd go wziąć? Wszyscy w miarę fajni 
mężczyźni w naszym wieku są zajęci. Nawet księża, choć formalnie są kawalerami. Jedni
przez żony, inni przez kochanki, i to dużo młodsze. A tych kilku, którzy gdzieś się 
zadekowali, na pewno nie nawiązuje znajomości przez internet. To przecież groteskowe. 
Fajny facet zawsze trafi na fajną kobietę. Nawet niefajny facet trafi na fajną kobietę. 
Facet to facet – wartość sama w sobie.
 

– A może ty też spróbujesz? Nie powinnaś być taka sama… – mówi Jolka 

najwyraźniej zaniepokojona moim milczeniem. – Co ci szkodzi? Dziczejesz. Przecież 
widzę. Coraz rzadziej chodzisz do fryzjera i wiesz… utyłaś. – Co za małpa, myślę sobie, 
ale przecież ma rację, zaokrągliłam się ostatnio i już dawno przestałam się malować. – 
Podam ci adresy tych portali, jest kilka, ale według mnie najlepszy to…
 

Nie chce mi się po raz kolejny wyjaśniać, że moim zdaniem tak nie można poznać

background image

kogoś odpowiedniego, że świat roi się od beznadziejnych facetów, a poza tym ci w moim
wieku wydają mi się strasznie starzy, pomarszczeni, nieapetyczni i – przede wszystkim – 
że wątpię, czy jeszcze chcę z kimś być (wahanie stąd, że czasem by się przydał, 
niekoniecznie do remontów czy pocieszania, ale do wyjścia na imprezę, do kina, do 
wyjazdów na wakacje itp.), a wreszcie, że pokochałam wolność i będę jej bronić 
pazurami. Cieszy mnie widok świeżej, nierozbebeszonej gazety, którą mogę sobie 
rozbebeszyć, nawet bez czytania, i opuszczonej deski klozetowej (nigdy nie zrozumiem, 
dlaczego jej nie zamykają), nie chce mi się gotować ani wzruszać czyimiś 
niewzruszającymi wadami. W każdym razie, ilekroć ktoś wpada mi w oko, natychmiast 
przed tym okiem przesuwa się film: jak muszę rano wstać, żeby zrobić śniadanie i 
zaparzyć kawę, ćwiczyć umiejętność proaktywnego słuchania, której nauczam podczas 
szkoleń, ale wiem, że jest nie do opanowania, i codziennie rano słać łóżko, co uważam za
stratę czasu. Również teraz nie mogę powstrzymać wizji nadchodzącej katastrofy: całe 
moje mieszkanie jest pod okupacją barbarzyńcy, który panoszy się po nim, wyleguje na 
moich kanapach, czyta w wucecie moją gazetę, a pewnego dnia staje w drzwiach z 
wielkim pudłem, w którym jest pięćdziesięciocalowy telewizor, i z drugim – oczywiście 
z kinem domowym – i od tej chwili muszę zasiadać w salonie, żeby obejrzeć kolejną 
tragikomedię w wykonaniu naszych posłów i posłanek albo jakiś szpiegowski film.
 

– Nigdy!!! – wrzeszczę do słuchawki.

 

– Co nigdy? – pyta z przestrachem Jolka.

 

– Przepraszam cię… No, nigdy telewizora…

 

– Przecież nie masz telewizora.

 

– Ale musiałabym mieć, wszyscy mają.

 

– Coś ty, przecież nie trzeba razem mieszkać – przekonuje Jolka. – Niektórzy 

chcą spędzać razem tylko weekendy. I telewizję oglądają u siebie.
 

– Ale facet, który w ten sposób szuka kobiety, musi mieć jakiś poważny defekt. 

Przecież świat się roi od kapitalnych kobiet. Tylko ofermy i oszu… No, może ten twój 
jest inny – reflektuję się, niestety, zbyt późno – zdarzają się wyjątki, ale wiesz, kochanie, 
nie mnie, ja mam pecha, a szczęście tylko do dupków.
 

– Dobra, dobra, dupkiem to on był, znaczy Marcel, ale kawałkiem wspólnego 

majątku to się jednak z tobą podzielił. Przecież mógł ukryć wszystko, co nie? Doceń to. 
Jurek, kiedyśmy się rozwodzili, zabrał nawet Kapitał Marksa i wyszczerbione talerze…
 

– Jasne – przerywam jej w obawie, że zaraz wymieni długą i doskonale znaną mi 

listę przedmiotów, które zabrał jej bezrobotny i nierobotny mąż, i dotrze do korkociągu, o
który stoczyli prawdziwą bitwę – ale po co ci Kapitał i wyszczerbione talerze? Ciesz się, 
że cię od nich uwolnił.
 

– Ale postąpił tak tylko, jak mawia pewien poseł, dla pro formy, i mnie to nadal 

wkurza. Nieważne, masz dobrą pracę, to korzystaj z życia.
 

– Jolka, daj spokój, jak mam korzystać z życia? Ja wciąż tylko pracuję.

 

– Substytut – rzuca złośliwie.

 

– No dobrze, pomyślę. – Pewnie uważa, że wyję z samotności do księżyca. Że po 

prostu mam blokady i zahamowania i tylko dlatego nie wiszę na wszystkich możliwych 
portalach matrymonialnych. Nie przekonuję jej, że tak nie jest, bo i tak nie uwierzy. – 
Joluś, Chryste, o szóstej ma wpaść Marcin, muszę wziąć prysznic i zrobić kolację.
 

– Jak to, przecież już dawno się rozstaliście.

 

– Tak, ale to ostatni raz.

background image

 

– Już był ostatni raz, kilka razy… Przestań. On ma żonę. Ty się wciąż łudzisz.

 

– Nie łudzę się, przecież wiesz, że było mi to na rękę, bo kiedy przyjeżdża, 

pardon, przyjeżdżał, na dłużej, nie mogłam się doczekać, kiedy wyjedzie. Chciał, żeby 
każde spotkanie było świętem.
 

– Z tobą nawet żonaty nie wytrzyma. Ty byś chciała mieć i faceta, i wolność. Tak 

się nie da. Mania – jej głos łagodnieje, słyszę w nim nawet nutkę czułości, niepokoju – 
daj sobie spokój, to zbyt długo trwa… Słuchaj, on woli nieszczęśliwe życie z nią niż 
szczęśliwe z tobą. Zrozum.
 

Wiem, wiem, ale nigdy nie zastanawiałam się nad tym, żyłam chwilą. Może 

dopiero pod koniec, kiedy zaczął bąkać o wspólnym zamieszkaniu, ale wtedy zawsze 
wpadałam w popłoch. W ostatnim roku już tylko nieustannie zamykaliśmy furtkę, która 
miała chyba jakiś defekt zawiasów, bo za każdym razem, po kilku tygodniach czy 
miesiącach, okazywała się niedomknięta i wystarczyła chwila słabości, jego albo moja, 
żeby znów otworzyła się na oścież. I tak w kółko. Tym razem udało nam się ponad trzy 
miesiące.
 

– Naprawdę ostatni raz. Nie wiem, skąd to wiem, ale wiem.

 

Daje mi spokój. Wraca do porzuconego wątku, ale ja w jej szczebiocie słyszę 

smutek, znużenie. Nie wiem, czy odnosi się do mnie, czy do niej.
 

– No to spróbuj, ten portal nazywa się „Randewu”.

 

– Dzięki, zanotowałam, przepraszam, dzwoni Baśka, odbiorę, dobrze? Do niej też

miałam się odezwać, ale przez tę przeprowadzkę całkiem wyleciało mi z głowy, pa.
 

– No to zadzwoń, a kiedy się już urządzisz, zaproś, co?

 

Moje przyjaciółki. Dlaczego muszą dzwonić akurat wtedy, kiedy mam się spotkać

po raz ostatni z Marcinem? Jakby to wyczuły, muszą właśnie wtedy.
 

– Hej, Maniu, wiem, że nie lubisz komórki, ale cały czas zajęte, miałaś 

zadzwonić.
 

– Tak, przepraszam, ale się przeprowadzałam.

 

– Słuchaj, jestem śmiertelnie zakochana! – woła Baśka. – Nigdy mnie coś 

podobnego nie spotkało. Zobaczyłam go i już byłam zakochana. – Nigdy bym jej nie 
podejrzewała o takie porywy uczuć, bo jest raczej powściągliwa. To chyba jakaś 
epidemia. Rozwody i wdowieństwa poodbierały im rozum.
 

– Chyba powariowałyście…

 

– A kto jeszcze? Jolka? – pyta Baśka, zdziwiona, że nie tylko jej przytrafiają się 

takie niespodzianki, a właściwie to już żadne niespodzianki, bo od dwóch lat co kilka 
miesięcy, a to od jednej, a to od drugiej, wysłuchuję entuzjastycznych opowieści o jakimś
nowym panu.
 

– Nieważne. A gdzie go poznałaś? – W słuchawce chwila wahania. Od razu wiem:

tak jak trzech poprzednich, zresztą nieciekawych. Jeden zapewniał na portalu, że jest 
abstynentem, a chlał jak awangardowy artysta. Drugi obiecywał cuda-niewidy i znikł tak 
nagle, jak się pojawił, bez pożegnania. Trzeci najwyraźniej chciał, żeby go utrzymywała. 
Wyszło na moje – świat się roi od beznadziejnych facetów.
 

Oczywiście, nie wierzę, że ten jest taki fantastyczny, od razu wietrzę podstęp, 

oszustwo matrymonialne, musi czegoś chcieć. Ale czego? Jest niemłoda, forsy nie ma 
(ale kto ją tam wie), może chodzi o mieszkanie (Baśka tymczasem zapewnia, że mieszka 
sam). Niebawem się okaże. Życzę jej powodzenia, ale mam przeczucie, że ktoś znów 
chce ją nabrać. Resztką sił powstrzymuję się od wyrażania wątpliwości i udzielania rad.

background image

 

– Jesteś tam? – pyta.

 

– To fantastycznie. Trzymam kciuki – zapewniam ją, a przed oczyma przesuwają 

mi się losy Anny Kareniny, Damy Kameliowej i innych nieszczęśliwie zakochanych 
bohaterek powieściowych, które popełniają samobójstwo, lądują w burdelu, umierają z 
rozpaczy albo na suchoty. Nie, tak nie wolno. Do reszty zgorzkniałam. Z daleka dociera 
do mnie alarmująca końcówka zdania:
 

– …eście.

 

– Co mówiłaś, na Evereście?

 

– Coś ty! Powiedziałam w Budapeszcie. Czy ty mnie słuchasz? Mieszkał w 

Budapeszcie i zna węgierski.
 

Nie wiem, czy to zaleta, czy wada, że ktoś zna jakiś bezużyteczny język, który 

przydaje się tylko w jednym małym kraju, dokąd i tak lepiej nie jeździć, bo nie ma tam 
ani morza, ani gór, na śniadanie trzeba jeść paprykowaną słoninę i pić palinkę, a w każdej
knajpie gra cygańska kapela.
 

– Czy ty mnie słuchasz? – Ma rację, że pyta, i to po raz drugi, bo rzeczywiście nie

słucham.
 

– Tak, tak, słucham… Ale wiesz, za dwie godziny ma wpaść…

 

– Maniu, nie mów, przecież już się rozstaliście, nie mów, że…

 

Cholera, skąd ona wie, że właśnie Marcin? Czy jestem aż tak przewidywalna?

 

– Daj spokój, ostatni raz… Baśka, ostatni…

 

– No to zadzwoń jutro, koniecznie.

 

– Zadzwonię.

 

Nie będę jutro do nikogo dzwonić, mam wolny poniedziałek i chcę odpocząć. 

Rano zjem jajecznicę na maśle, a potem pójdę do kina. Posłucham płyt, których 
słuchałam z Marcinem przez kilka lat. Zapadnę się w ciemny dół, programowo, żeby 
potem móc się z niego wygramolić. Chcę być jutro sama. Otwieram chardonnay, prezent 
od Artura, który w czasie studiów zajmował się czasem naszymi dziećmi. 
Zaprzyjaźniliśmy się i nadal utrzymujemy kontakt. Włączam piekarnik. Sałata gotowa. 
Która to już wspólna kolacja? Pewnie było ich ze trzysta, może więcej. Ale nie kolacje 
się przecież liczą, tylko wspólne dzieci, wspólne dorabianie się, wspólne domy. Ja z kim 
innym się dorabiałam, z kim innym mam dzieci. Wiadomo, dziś rzeczy nie reperuje się, 
dziś się je wyrzuca i kupuje nowe. Po co ja znów o tym myślę? Ryba do mikrofali, 
kieliszki, serwetki, talerze na stół. Ja – pod prysznic. Wszystko jest takie proste. Może 
zatańczymy, pośmiejemy się, spędzimy razem noc, ostatnią, bo przecież wiadomo, że nie 
wpadnie na „godzinkę”. Tak, on woli swoje życie. Mimo wszystko. A ja mimo wszystko 
wolę swoje. Już nie umiem inaczej. Może nawet nie chcę tego spotkania, na które… 
chyba niepotrzebnie się zgodziłam. Ruszam do łazienki. Znużona i zniechęcona. Po co 
mi ten ostatni wieczór, ta ostatnia noc? – pytam siebie pod strumieniem ciepłej wody. 
Żeby jutro rano znów zamknąć za nim drzwi, uśmiechnięta, taka bezkonfliktowa, taka 
fair, taka do tańca i do różańca, z którą na dodatek można pogadać o książkach i o armii 
pruskiej? Dochodzę też do wniosku, że nie chcę pokazywać mu nowego mieszkania – to 
miała być ta granica, której już nie przekroczy. Wracam do kuchni, całkiem dziarsko, z 
mokrą głową, rzucam okiem na świeżutką „Wyborczą”, którą Marcin na pewno 
rozbebeszy. Potem na piekarnik, który wyczekuje łososia obsypanego tymiankiem, na 
otwartą butelkę chardonnay, którą całkiem nieoczekiwanie mam ochotę wypić sama, a w 
końcu na telefon leżący na blacie kuchennym. Powiedzieć prawdę czy raczej skłamać, że 

background image

coś mi wypadło i późno wrócę? Wybieram to pierwsze. Zbyt wiele kłamstwa było 
między nami i już dawno zmęczyła mnie gra w perfekcyjną kochankę i w dyskrecję. A 
zresztą i tak się wydało. Żony mają na to swoje sposoby. Dzisiaj wystarczy zajrzeć do 
komórki męża – a tam wszystko jak na dłoni: „Straszliwie za tobą tęsknię”, „Gdzie 
jesteś? Kocham”. Kiedyś niewierni mężowie mieli dużo łatwiej – wystarczyło opróżnić z 
dowodów zbrodni teczkę i kieszenie garnituru i spryskać się old spice’em. A teraz? – 
szkoda gadać, wszyscy jesteśmy na pasku, tylko w samolocie można na chwilę 
odetchnąć. A więc wydało się i zaczęła wydzwaniać, wysyłać esemesy, w których życzyła
mi samych nieszczęść i oskarżała mnie o rzeczy, których nie zrobiłam. Mało brakowało, 
a czułabym się odpowiedzialna nawet za głód w Afryce, za obsmyczoną palmę na 
rondzie De Gaulle’a, za wszystko. Nie mam pretensji, kobiety powinny się bronić przed 
wrednymi rozwódkami, które kradną im mężów. Zwłaszcza jeśli są to fajni mężowie. A 
Marcin miał parę zalet: czytał mi przed snem, był czuły i wciąż powtarzał, zgodnie z 
prawdą, że jest tchórzem. Lubiłam to, bo Marcel z kolei, zwłaszcza kiedy się upił, 
zapewniał: „Wiem, że jestem chujem”, ale z taką dumą, jakby mówił: „Wiem, że jestem 
fantastyczny”. Co za kokieteria!
 

Ogarnia mnie prawdziwy spokój. Biorę telefon i już z ulgą, jaka płynie z podjętej 

decyzji, z nagłej pewności, że się czegoś nie chce, chociaż jeszcze za wcześnie, żeby 
wiedzieć, czego się chce, wybieram numer Marcina. Jest zaskoczony i chyba 
rozczarowany, może nawet dotknięty – zawsze łatwo go było dotknąć – ale w sumie 
całkiem dzielnie przyjmuje do wiadomości, że nie mam ochoty na dzisiejsze spotkanie.
 

– Czy ja znów coś zrobiłem? – pyta na wszelki wypadek, żeby usłyszeć, że 

naprawdę nic.
 

– No coś ty, nic nie zrobiłeś, a niby kiedy miałbyś? Nie widzieliśmy się trzy 

miesiące. Po prostu mam ochotę na całą butelkę chardonnay i dwa kawałki łososia.
 

– Ty się zawsze wygłupiasz.

 

– A ty nigdy tego nie doceniasz.

 

– Nie zaczynaj.

 

– Nie zaczynam, tylko kończę. Trzymaj się, pa.

 

– Trudno, to pa… Książkę wyślę pocztą.

 

– Dzięki.

 

A jednak będę mieć spokojny wieczór. Ogarnia mnie radość – mała rzecz, a 

cieszy. Nie, wcale nie taka mała, pierwsza rozsądna decyzja w nowym życiu. 
Zastanawiam się, jak Marcin wyśle mi książkę, skoro nadal nie zna mojego adresu, ale 
tym razem nie mam zamiaru chwytać za telefon.
 

„No, już myślałam, że…” Strofo, nikt cię nie pytał o zdanie.

 

A może jednak ten portal?… Może nie idę z duchem czasu, jestem starą babą 

pozbawioną fantazji i poczucia humoru? Przecież świat się zmienia i ludzie 
niekoniecznie muszą poznawać się na potańcówkach w remizie, na przyjęciach albo 
swatani dyskretnie, z ukrycia, przez przyjaciół. Ludzie nie mają dziś czasu na 
długotrwałe zaloty, wchodzą na portal matrymonialny i od razu dostają listę kandydatek 
albo kandydatów, którzy pasują do nich jak ulał. Wszyscy są posegregowani. Po co tracić
czas i ryzykować? Może jest jakiś facet tysiąc razy fajniejszy od mojego egoistycznego, 
nielojalnego, kłamliwego, zapijaczonego, powierzchownego, nieoczytanego, 
destruktywnego („Spokój! – wrzeszczy Strofa – i tak nie zdołasz wymienić wszystkich 
jego wad”, a po chwili dorzuca: „ani swoich”) męża i szuka właśnie mnie? Nie wiem, 

background image

skąd ta pewność, że tam są sami zakompleksieni nudziarze, zgorzkniali osobnicy w 
depresji albo fajtłapy czy rolnicy, którzy potrzebują kogoś do roboty w obejściu. Albo 
podrywacze i oszuści. Skąd to wiem? Może jest też ktoś, kto czyta, nie upija się na umór 
i jest zwyczajnie miły. Nie musi od razu znać całego Joyce’a na pamięć. Wystarczy nawet
hymn. Cokolwiek. Jolka i Baśka znów są zakochane – to jednak przyjemne uczucie i od 
razu człowiekowi, znaczy kobiecie, zaczyna na czymś zależeć: fryzjer, nowa sukienka, 
parę kilogramów w dół, tak, tak, to najlepsza kuracja odchudzająca. Może jednak…?
 

Po kieliszku chardonnay moje przekonanie o beznadziejności internetowych 

randkowiczów zaczyna wątleć, wątpliwości powoli ustępują miejsca płochej myśli: a cóż 
mi szkodzi. Tylko żeby nie trzeba było płacić. Nie zapłacę ani złotówki. Ale przecież za 
wszystko w życiu trzeba płacić, dlaczego nie miałabym zapłacić kilku złotych za fajnego 
faceta… Za fajnego dałabym nawet stówę. Jeszcze jeden kieliszek – efekt odwrotny do 
oczekiwanego: dochodzę do wniosku, że to mi uwłacza, że wolałabym tak jak kiedyś, 
kiedy co rusz ktoś mnie podrywał albo chociaż oglądał się za mną. A jeden (dość stary, to
prawda, biorąc pod uwagę moje ówczesne osiemnaście lat, i pewnie już nie żyje) gonił 
mnie po plaży w Ustce, a sądząc, że nie słyszę jego rozpaczliwego wołania, wdrapał się 
na wieżę ratowniczą i wrzeszczał do megafonu: „Pani Marysiu, pani Marysiu, proszę się 
zatrzymać!”. A wtedy już wszyscy się za mną oglądali, nawet psy i małe dzieci. Tak bym 
wolała, ale nikt się już nie ogląda, nikt mnie nie podrywa, chyba tylko menele z mojej 
dzielnicy na głodzie alkoholowym, którzy zbierają na pół litra i mówią do mnie 
„szefowo”. Ale ja też nie jestem aktywna i nikt mi się nie podoba, prócz mężów moich 
koleżanek, którzy, oczywiście, gdyby byli wolni, ale nie są, natychmiast związaliby się z 
młodymi, ślicznymi dziewczynami. Wcale się nie dziwię. Antropologia się kłania. 
Szczerze mówiąc, młodzi mężczyźni bez nadwagi, chorób i zmarszczek mnie też wydają 
się bardziej atrakcyjni od dziadków. Od biednych emerytów, którzy ledwie wiążą koniec 
z końcem. Różnica jest tylko taka, że babcie nie lecą na młodzieńców w wieku swoich 
synów, a dziadkowie wolą dziewczyny młodsze od swoich wnuczek. Kłania się 
antropologia. Ciekawe, że świat tak szybko się zmienia, a męski gust – ani drgnie. Jestem
z tym pogodzona bez reszty, złości mnie tylko, kiedy moi zakłamani koledzy wygadują 
bzdury o tym, jak to wiek kobiety nie ma żadnego znaczenia: najważniejsze, żeby była 
interesująca, liczy się wdzięk i wnętrze.
 

Jeszcze jeden kieliszek i siadam przed laptopem, żeby wreszcie przestać 

zadręczać się tym wahaniem. Jak szukać? Singiel? Zakochaj się? Na dobre i na złe? 
Skończ z samotnością? Tylko ty? Razem? Pokochaj mnie? Klub samotnych serc? Serca 
dwa? Jolka mówiła, że najlepszy jest… No właśnie, powiedziałam, że notuję, ale 
skłamałam. Przez ekran przewala się potężna fala kiczu – serduszka, kwiatki, wschody i 
zachody słońca, pary z profilu i tyłem, przytulone, na tle morza i błękitnego nieba. Nagie 
biusty i pośladki. Trudno temu sprostać. Zalewa mnie fala wątpliwości: czy na pewno 
chcę brać w tym udział? Kieliszek chardonnay. Po godzinie wybieram portal Amore – 
brzmi równie okropnie jak inne, ale ma ładnie zaprojektowaną stronę, na której nie 
doczytałam się słowa „samotność”. Przecież nie jestem samotna, tylko sama, a to wielka 
różnica. I w dodatku lubię być sama. Powiedziało się A, powie się B. Trzeba stworzyć 
swój profil: wypełnić ankietę i wizytówkę – bagatela, trwa to ponad godzinę, poważne 
podejście do sprawy: wszystko opracowane przez profesjonalnego psychologa z tytułami.
Przystępuję do działania. Dziwne, mam wyższe wykształcenie, a nie rozumiem pytań, 
które na dodatek nie uwzględniają odpowiedzi, jakich chciałabym udzielić. Są debilne. Ja

background image

też czuję się debilnie. Mimo to brnę dalej, już zaciekawiona, co z tego wyniknie. Na 
koniec kilka słów o sobie… Boże, co w kilku słowach można o sobie powiedzieć? No 
dobrze: „Lubię czytać”. Koniec – tylko tyle umiem o sobie powiedzieć. Lubię czytać. Co 
ja jeszcze lubię? Przecież ja tylko czytam i pracuję. Dopisuję: „Lubię kino i teatr”. Lubię 
czytać, lubię kino, lubię teatr… I co jeszcze? A może, że lubię swoją mamę… Albo że 
chodzę na wystawy i do muzeów. Ale przecież przestałam, nie chce mi się. W końcu 
jakoś daję radę, lecz po chwili pojawia się kolejna seria, niestety znów niemądrych, 
pytań, które – wmawiam to sobie – muszą mieć jakiś sens, żeby ludzie mogli się dobrać. 
Żeby skojarzyć mnie z kimś odpowiednim, nie z nieśmiałym domatorem, który ma kino 
domowe, lecz z wesołym, wysportowanym, szczupłym i oczytanym humanistą z 
poczuciem humoru i kartą kredytową platinum, abyśmy mogli jeździć po świecie. Zaraz 
– platinum miał Marcel, wystarczy złota. Eee – jakakolwiek. Mazury też piękne, nie 
mówiąc już o Tatrach. Mam spory kłopot z wybraniem z listy dwudziestu wad dziesięciu 
najdotkliwszych, bo żadnej z nich nie znoszę u siebie, a co dopiero u innych. I jeszcze 
większy kłopot z wybraniem zalet, bo wydają mi się zarazem wadami. I co napisać o 
paleniu? „Palę od czasu do czasu” – tak, przecież mam zamiar rzucić. A co o alkoholu? 
Zerkam na butelkę chardonnay. Jak napiszę, że piję trzy, cztery, pięć razy w tygodniu, 
pomyślą, że alkoholiczka. I znów trafię na alkoholika, który na dodatek poszukuje 
alkoholiczki, żeby mieć z kim pić i żeby nikt mu nie truł, kiedy pije. Gotowe, jakoś się 
uporałam i z testem, i z hasłem, które na pewno od razu zapomnę. Lepiej zapisać. 
Zapisuję.
 

Zgodnie z planem wyspałam się, zjadłam jajecznicę i przeglądam repertuar kin. 

Potrzebuję komedii, może być romantyczna. Wczorajszy spokój trwa. Sama, co za 
rozkosz. Nie musiałam wysłuchiwać zwierzeń, sugestii, boleściwych samooskarżeń, 
przeprosin, rozmawiać o armii pruskiej (to konik, wręcz rumak Marcina) ani za nikim 
zamykać drzwi. Mam to z głowy. Kiedy kończy się chemia, a nie mieszka się razem, 
kończy się też reszta. To i tak trwało dłużej, niż ustawa przewiduje.
 

Chociaż mamy początek października, jest piękny, niemal upalny, słoneczny 

dzień. Myślę, że to nagroda za mój rozsądek. Proszę, wystarczy, że człowiek słusznie 
postąpi, a los natychmiast nagradza go szerokim uśmiechem. Palę papierosa i w koronie 
drzewa, to chyba topola, sięgającego powyżej mojego balkonu, widzę ptasie gniazdo. Kto
wie, może w przyszłym roku ptaki do niego wrócą. I będę miała pisklęta. Namiastka 
przyrody w moim nowym mieszkaniu napawa mnie optymizmem. Wieczorem zajrzę na 
portal, żeby sprawdzić, czy mnie przyjęli, a teraz kino: O północy w Paryżu.
 

Wychodząc, natykam się na Dzięcioła, który czeka na windę.

 

– A, witam przemiłą sąsiadkę – mówi, dzierżąc w dłoni worek, a raczej woreczek,

ze śmieciami. – Tak późno do pracy?
 

– Zgadza się, ale, niestety, wracam też późno – mówię ze smutkiem, sugerując, że

dzisiaj nici z naszej kawy, i przypominam sobie o karteczce od niego, której nie 
zdążyłam, czy którą raczej zapomniałam przeczytać, zanim się zawieruszyła. Gdzie ja ją 
podziałam? Chyba jest w torebce, ale nie wypada jej teraz szukać i tym samym dać 
Dzięciołowi do zrozumienia, że go ignoruję. – Pamiętam o kawie, dziękuję za 
przypomnienie, znaczy za karteczkę w drzwiach.
 

– Jaką karteczkę? – Dzięcioł wygląda na szczerze zdziwionego.

 

– No, w moich drzwiach, żółtą, w dziurce od klucza.

 

– Aha, ale to nie ja, przepraszam, nie zostawiłem żadnej karteczki, to byłoby 

background image

nieeleganckie.
 

Kurczę, co za wpadka, nie tylko czuję, ale słyszę, jak zalewa mnie rumieniec 

wstydu.
 

– Miałem zamiar wieczorem do pani zapukać i jeszcze raz zaprosić. Żona upiekła 

szarlotkę. Z panem Mirkiem, chociaż był dużo młodszy, to myśmy przynajmniej raz na 
tydzień… a kiedy się ożenił z koleżanką…
 

W tym momencie drzwi windy się otwierają, więc wykorzystuję to, żeby umknąć 

i nie musieć wysłuchiwać, co się stało, kiedy pan Mirek, czyli poprzedni właściciel 
mojego mieszkania, się ożenił. Widziałam go w sumie trzy razy i kiedy przyszłam 
obejrzeć mieszkanie, wydawał się całkiem sympatyczny, ale już przy drugiej wizycie 
zachowywał się tak, jakbym go chciała oszukać. Podobnie u notariusza. Powinien był 
jednak zdobyć się choćby na jeden uśmiech, skoro dobiliśmy targu bez żadnych prób 
negocjacji z mojej strony.
 

– Oczywiście, dziękuję, ale późno wrócę, bo po pracy – dlaczego kłamię? – mam 

jeszcze zamiar odwiedzić mamę. – Może jutro albo pojutrze? – dodaję z poczuciem ulgi: 
dzięki Bogu ma żonę, a więc nie będzie żadnych komplikacji. Bałam się, że wdowiec, a 
wdowcy trudno znoszą samotność. Wiem to od mamy, która prawie codziennie chodzi do
parku i ledwie usiądzie na ławce, zaraz pojawia się przy niej jakiś emeryt. „Nie jestem 
głupia – zapewnia mama – dobrze wiem, czego chcą: żeby im prać, gotować i cerować. 
Nie ma mowy”.
 

– Dobrze, oczywiście, jesteśmy w domu. My rzadko wychodzimy. – W jego 

głosie słyszę rozczarowanie i czuję się podle. Postanawiam sobie solennie, że jutro już na
pewno i że wcześniej ich o tym zawiadomię.
 

Na ulicy szukam w torebce karteczki, ale bezskutecznie. Pewnie wrzuciłam ją do 

szuflady w kuchni. Skoro nie od sąsiada, to od kogo?
 

Wracam na tyle wcześnie, że spokojnie mogłabym jeszcze zapukać do 

Dzięciołów i mieć tę wizytę z głowy. A swoją drogą, czemu tak się przed nią bronię, 
przecież jestem tu nowa, nikogo nie znam, dobrze jest mieć w pobliżu życzliwych ludzi, 
od których w razie potrzeby można pożyczyć sól, cukier albo papierosa. Jolka ma rację, 
zdziczałam. Ale dzisiaj strasznie mi się nie chce, mimo tej szarlotki, więc możliwie 
najciszej otwieram drzwi, bezszelestnie wsuwam się do przedpokoju i nie zapalając 
światła, żeby sąsiedzi nie zorientowali się, że wróciłam, zdejmuję buty i siadam przy 
stole w pokoju, który postanowiłam nazywać salonem. Nikłe światło ekranu na pewno 
nie dociera na balkon, więc nie zauważą, że jestem. Szczerze mówiąc, to mało zabawne, 
że już od początku muszę się przed kimś ukrywać. Wcale nie muszę, po prostu nie chcę 
im sprawiać przykrości. „Tere-fere”, słyszę charakterystyczne prychnięcie Strofy. To 
strasznie głupie, przecież mam prawo nie mieć na coś ochoty.
 

Zarejestrowana, zaakceptowana, co jest sukcesem, bo nie każdy na portalu Amore

dostępuje tego zaszczytu – odpowiadając na pytania, nie wolno na przykład „reklamować
się” ogólnikami typu: „jaki jestem, sama się przekonaj” albo „jestem, jaki jestem”, 
„sprawdź mnie, a nie pożałujesz”, albo „przyjdzie na to czas”. Trzeba konkretnie: „jestem
inteligentny, przystojny i bogaty”. W serwisie już czekają panowie „dopasowani do 
mnie” na podstawie testu, nad którym męczyłam się wczoraj. Istny raj: po pierwsze, 
prawie wszyscy są „normalni” albo „zwyczajni”. Skąd tylu normalnych panów w naszym
kraju? I czy trzeba tak podkreślać swoją normalność? Trzeba, trzeba, bo jest tak wielu 
nienormalnych, że każda kobieta chce wreszcie normalnego. Po drugie, większość jest: 

background image

czuła, szczera, wrażliwa, opiekuńcza, cierpliwa, tolerancyjna, spokojna, niezależna 
finansowo, dowcipna, lojalna, nie znosi kłamstwa, zdrady, nieuczciwości, cwaniactwa, i 
wszyscy spędzają wolny czas na łonie natury, zbierając grzyby albo łowiąc ryby, i 
uprawiają sporty. Nie sposób wymienić wszystkich wspaniałych zalet, które skupił portal.
Prawie nikt nie pali, prawie nikt nie pije, no, może sporadycznie (tak jak ja). Zaledwie 
jeden-dwóch szczerze przyznaje się do brzuszka (czyli prawdopodobnie gigantycznego 
brzucha), kilku do umiarkowanego palenia (kopcą jak smoki). Ci ostatni wydają mi się 
najbardziej wiarygodni. Miałam rację, sami oszuści matrymonialni – bez wad, bez skazy. 
Ciekawe, skąd tyle rozwodów? Czuję się okropnie staro. Przecież oni tak wciągają 
brzuchy, bo chcą młodych, atrakcyjnych kobitek. I pewnie je znajdą. Ale ja też 
zapewniłam: „Sylwetka normalna”, a powinnam zaznaczyć „puszysta”. Ten portal 
naprawdę wciąga, przestaję się dziwić moim przyjaciółkom, rzeczywiście można się 
uzależnić. Zwłaszcza kiedy dołączone są zdjęcia. Najczęściej koszmarne, które zamiast 
zachęcać, wręcz odstraszają. Jak to działa? Czy nie widzą, że są starzy, nieatrakcyjni? 
Strofa, słysząc moje myśli, natychmiast ożywia się radośnie: „Ty też jesteś stara, 
nieatrakcyjna i w dodatku złośliwa”. Zamknij się, rozkazuję. Jest pierwsza wiadomość: 
„A może się spotkamy? Całusy, Pedro”. Fajne imię. Sprawdzam profil: 24 lata, Lublin. 
No tak, zapomniałam, że są młodzieńcy, którzy szukają sponsorek. Głupek, mój syn jest 
starszy od niego. Co on sobie wyobraża? – oburzam się, wściekła, że zaczęłam się w to 
bawić. Nie odpowiadam. Jeszcze chwilę analizuję kilka propozycji i odkrywam, o co 
chodzi każdemu z panów na portalu Amore – żeby mnie zrozumiała, żeby akceptowała, 
była tolerancyjna i nie czepiała się, w domyśle: tak jak moja żona.
 

– Oczywiście – komentuję na głos – i żeby widziała, jaki jestem wspaniały 

(chociaż jest całkiem przeciętny), że mam bujną czuprynę (jest prawie łysy) i pokochała 
moje niewinne słabości (koszmarne wady). – Nie pasuję do nich. Ja wcale nie chcę, żeby 
ktoś mnie rozumiał i akceptował, chcę tylko, żeby mi towarzyszył we fragmentach 
mojego życia, nie przeszkadzając w tym, co robię, i nie chcąc mnie zmieniać. Żeby ze 
mną czasem był, ale nie oczekiwał, że go zrozumiem, w ogóle nie chcę się tym 
zajmować. Dlaczego muszę kogoś rozumieć? Czy bez tego nie da się żyć? Zresztą jestem
agnostyczką i nie wierzę w możliwość poznania psychiki drugiego człowieka. Jak Jolka i 
Baśka szukają? A, prawda, miałam zadzwonić. Zamiast przygotować się do jutrzejszego 
spotkania z Kowalem (nie, on się nazywa inaczej, znów zapomniałam jak – może 
Kowadło albo Podkowa, potem sprawdzę), zmitrężę wieczór na rozmowach 
telefonicznych.
 

– Cześć, oddzwaniam, nie za późno? – pytam głupio, bo przez te ciemności 

panujące w mieszkaniu wydaje mi się, że jest co najmniej północ.
 

– Z księżyca spadłaś czy co? Dopiero dziewiąta. No, jak było wczoraj? – pyta 

Jolka, zamieniając się w słuch.
 

– Nijak, odwołałam. Nie chciało mi się. No, wiesz, gazeta i tak dalej.

 

– Jaka gazeta?

 

– „Wyborcza”, przecież wiesz, że z braku laku czytam „Wyborczą”.

 

– Aha. Ja też.

 

– Nieważne, i tak nie zrozumiesz. Każdy ma jakąś manię i jakąś fobię.

 

– Nie wiem, o czym mówisz, twoja sprawa. Ja nie mam ani manii, ani fobii.

 

– No to masz szczęście.

 

– Mów: o co chodzi?

background image

 

– O nic, miałam zadzwonić, to dzwonię.

 

– Ale oddzwaniasz najczęściej wtedy, kiedy masz coś do powiedzenia. Więc mów.

 

– Właściwie to nie mam, ale skoro już dzwonię, to wyjaśnij mi, dlaczego wciąż 

kogoś szukasz, przecież oni są beznadziejni.
 

– To chyba rzeczywiście nie dla ciebie. Ty byś zwariowała z facetem w domu i 

zamęczyła go…
 

– Bo nie ma wolnych facetów, z którymi bym nie zwariowała.

 

– Bo w ogóle nie ma takich facetów. Z każdym można zwariować. Zapewniam 

cię, miałam ich tysiące. Mogę ci wymienić setki ich wad i tylko nieliczne zalety. Chcesz?
 

– Nie chcę. Ale jeśli są tacy okropni, to dlaczego wciąż kogoś szukasz? Piszesz 

książkę? Przeprowadzasz eksperyment?
 

– To proste. Nie widziałaś Seksmisji? Świat bez mężczyzn nie ma sensu.

 

– Ale konkretnie: czego szukasz w mężczyźnie? Znaczy, jak już nie będziesz 

rodzić dzieci. Czego szukasz na przykład w mężczyźnie pięćdziesięcioletnim, którego nie
znałaś, jak był młody i piękny, z którym w czasach studenckich nie chodziłaś po górach i 
który cię nie utrzymuje?
 

– No, na przykład nie cierpię spędzać sama wakacji, nie cierpię sama spać. Ale o 

ile wiem, ty po nocach czytasz. Czy myślisz, że którykolwiek facet to wytrzyma?
 

– Żaden. Marcel przez tyle lat męczył się ze mną. Stękał, jęczał, burczał – 

musiałam gasić lampkę. Już samo to było wystarczającym powodem do rozwodu, każdy 
sąd by się nad nim ulitował, albo nade mną, bo cierpiałam na bezsenność. Ale Marcin 
znosił to bardzo mężnie. I wiesz, ja sobie czytałam, a on spał. A czasem on mi czytał, a 
wtedy ja spałam.
 

– Idiotko, bo był żonaty. Znaczy się, jest żonaty… Jak facet ma kochankę i nie 

chce się rozwodzić, to zniesie nawet zapaloną lampkę w nocy. Jakby się rozwiódł, koniec
z czytaniem, koniec z wolnością. A właściwie to dlaczego spałaś, jak on ci czytał? Tak 
nudno to robił?
 

– Nie wiem, ale to jest najskuteczniejszy środek nasenny, kiedy ktoś ci czyta. Po 

prostu zasypiasz. Czytał tym swoim cudownym aksamitnym głosem, a ja przytulona do 
niego zasypiałam. Ciekawe, że lekarze jeszcze na to nie wpadli – tanio, skutecznie i bez 
skutków ubocznych.
 

– Aha. Muszę kiedyś wypróbować. Słuchaj, jestem tylko realistką. Stąpam mocno

po ziemi. – Boże, ona mówi językiem portali matrymonialnych! – A ty trzymaj się z 
daleka od żonatych, bo rzeczywiście mają więcej zalet niż wolni. Muszą mieć, bo inaczej
skąd by wzięli kochanki? Nie, oczywiście, kochanie, nie przeszkadza mi, że czytasz po 
nocach, a poza tym ty tak wspaniale gotujesz. I w ogóle – moja żona jest taka, siaka, 
owaka, a ty istny anioł, czytaj sobie, skarbie, a rano zrobię ci aromatyczne espresso z 
pianką. Przestań, bo robi mi się niedobrze. Mówię ci, tylko wdowcy.
 

– Tak, wykończyli swoje żony, a teraz szukają nowych, żeby je też wykończyć. 

Zbrodnia doskonała i powolna, bolesna śmierć bez znieczulenia. Nie chcę, żeby mnie 
jakiś facet wykończył. Wolę się sama wykończyć.
 

– I jesteś na dobrej drodze, papieroski, winko, stresy, nadwaga, żadnego ruchu…

 

– A zresztą tam nie ma ani jednego interesującego faceta – oświadczam, 

puszczając mimo uszu jej, bardzo zresztą trafny, komentarz na temat mojego stylu życia.
 

– Skąd wiesz? Weszłaś?

 

– Weszłam. Spławiłam Marcina, piłam wino, które dostałam od Artura, i 

background image

weszłam. I co? – nic a nic, no może było ze dwóch obiecujących, dopóki u jednego nie 
dotarłam do wpisu, że jego hobby to filmy SF, a ja ich nie cierpię, a u drugiego, że 
„Paniom po 50-tce dziękuję”. Jak ktoś tak pisze, mając sześćdziesiąt lat, to jest dupkiem, 
co nie?
 

– Piszą tak, a potem spuszczają z tonu. Olek też się tak puszył, a kiedy z nim 

zrywałam, niemal płakał. Daj spokój. Przecież ty nie masz o tym pojęcia! Z nikim się 
jeszcze nie spotkałaś.
 

– A ty się spotkałaś z dziesiątkami. I co? Ilu było fajnych? Jeden, dwóch?

 

– Żadnego…

 

Obie wybuchamy serdecznym śmiechem. Jak za dawnych lat, kiedy się razem 

uczyłyśmy do egzaminów i wszystko nas jeszcze śmieszyło. W dwie godziny 
przerabiałyśmy średniowiecze (Jolka na piątkę, ja na tróję), a potem gnałyśmy na randkę.
 

– A poza tym ten okropny test, który trzeba wypełnić. Ani jednego ciekawego 

pytania.
 

– Nie muszą być ciekawe. Chodzi o to, żeby, na przykład, domator nie trafił na 

kobietę, która wiecznie podróżuje. A swoją drogą, to jakich ty chciałabyś pytań?
 

– Nie wiem, wolałabym, żeby mnie spytali, jakiej śmierci najbardziej się boję.

 

– Jezu! – wykrzykuje Jolka, po czym pyta z zaciekawieniem: – A jakiej się boisz?

 

– Boję się zginąć w ogniu albo utonąć.

 

– No to przestań palić i naucz się pływać.

 

– Umiem pływać – mówię, ale dość niepewnie, bo jednak umiem połowicznie – 

tylko muszę mieć pewność, że zawsze znajdę pod stopami dno.
 

– Tak… pływasz w jeziorze w kamizelce ratunkowej. Ludzie gromadzą się na 

brzegu i wytykają cię palcami.
 

– Już nigdy nie zabiorę cię na wakacje. Żałuj, bo piękne są te jeziora u mojego 

szwagra Tomka.
 

– Byłego szwagra.

 

– Nie, były jest mąż, a szwagier wciąż obecny. Muszę kończyć, jutro mam ważne 

spotkanie. Jeśli tego nie spaprzę, przez pół roku nie będę musiała martwić się o finanse. 
Pięćdziesiąt osób do przeszkolenia. Trzymaj kciuki.
 

– No to pa, ja też muszę lecieć, jestem umówiona.

 

– O tej porze?

 

– Nie bądź głupia…

 

– Aha, no to pa.

 

Dochodzi dziesiąta, światło u sąsiadów już zgasło, bo mój balkon pogrążył się w 

ciemnościach. Wcześnie się kładą. Jutro do nich wpadnę. Znów przypomina mi się żółta 
karteczka, która coraz bardziej mnie intryguje. Biorę latarkę i jeszcze raz przeszukuję 
torebkę. Potem uniwersalną, bo jeszcze przed przeprowadzką przeznaczyłam ją na mydło
i powidło, szufladę w kuchni, półeczkę w przedpokoju, jak złodziejka skradam się z 
latarką do biurka, potem do sypialni, do łazienki. Nie ma. A może to Marcin ją zostawił –
że nie będzie mógł przyjść, a ja jak idiotka zadzwoniłam później do niego, żeby nie 
przychodził. Brzmiał dziwnie, to znaczy miał zdziwiony głos. Tak, pomyślał, że się znów
wygłupiam. Ciągle mówił, że się wygłupiam. Ale przecież nie przyjeżdżałby zostawiać w
drzwiach wiadomości, tylko by zadzwonił. Nigdy nie robił nic zaskakującego, poruszał 
się jak po szynach, które w dodatku biegną przez płaską jak patelnia równinę. Zresztą, 
kiedy zadzwoniłam, Marcin wspomniałby o kartce. Nie, to wykluczone, on nie zna 

background image

mojego nowego adresu. Trudno, karteczka kiedyś się znajdzie. I po co ta latarka, skoro 
sąsiedzi poszli spać? Obiecuję sobie, obietnice to moje hobby, że koniec z wygłupami. 
Nadchodzą zimowe ciemności – przecież nie będę wieczorami siedzieć przy jakimś 
kaganku jak mały pisarczyk z Florencji.
 

Zrobiło się chłodno, wkładam ciepły szlafrok i niechętnie wracam do komputera, 

żeby przygotować ofertę cyklu szkoleń dla… No właśnie – dla kogo? Sprawdzam: ani 
Kowal, ani Kowadło, ani Podkowa, tylko Miech. Widocznie jego nazwisko skojarzyło mi
się z kuźnią. Zaproponuję mu sztukę komunikacji z elementami paru innych 
umiejętności, wystarczy zmodyfikować kilka programów, przykroić je do potrzeb firmy 
farmaceutycznej. Tak jak zrobił to Chaplin z ubraniami wystającymi z walizki, której nie 
mógł domknąć. Idzie jak z płatka. Już prowadziłam podobne szkolenia i doświadczenie 
teraz się przydaje.
 

Umówiłam się z Miechem na ósmą, stanowczo za wcześnie, to oznacza, że muszę

wstać o szóstej, czego nie znoszę. Trudno, szykuję kostium (szary), wydrukowaną ofertę 
szkoleń. Stawiam na kuchence ekspres do kawy, żeby rano nie tracić czasu.
 

Sen długo nie przychodzi, a jednak przydałby się Marcin z tym swoim czytaniem.

Założę wypożyczalnię facetów do czytania. Nisza rynkowa. Wstaję, wypijam szklankę 
ciepłego mleka z miodem, podobno pomaga, znów się kładę, wreszcie zasypiam i znów 
dręczą mnie koszmary. Ktoś mnie śledzi na ulicach Dublina. Nie widzę go, ale cały czas 
czuję na sobie jego wzrok. To pewnie przez tego Olka od Joyce’a, ale ja przecież nigdy 
nie byłam w Dublinie ani nawet nie czytałam Ulissesa. Jolka mi go kiedyś streściła, tak 
barwnie, że sam Joyce byłby z niej dumny. A właściwie skąd wiem, że to Dublin? No 
wiem, jak to we śnie. Na szczęście to już nie jest sen pierwszej nocy, więc się nie spełni. 
Ciekawe, że znów pojawia się w nim ktoś nieżyczliwy.
 

Budzę się i natychmiast wiem, że zaspałam: piętnaście po ósmej, od pół godziny 

powinnam być w pracy. Sytuacja jest tak beznadziejna, że już nawet nie wpadam w 
popłoch. Zrezygnowana idę do łazienki, myję zęby, a potem dzwonię do biura.
 

– Na litość boską – Michał mówi, a właściwie syczy tłumionym szeptem – gdzie 

ty się podziewasz?
 

– Zaspałam – wyjaśniam, nie mając siły kłamać, zresztą nie lubię takich 

zmyślonych historii, zawsze wtedy przychodzi mi na myśl ten cholerny Durczyk, 
hydraulik, który pożyczył ode mnie pieniądze, a potem zmyślał niestworzone historie, 
żeby mi ich nie oddać: a to, że miał jakieś tajemnicze schorzenie jelit (ze szczegółami) i 
trafił do szpitala zakaźnego, to znów mu ciotka umarła („To już ostatnia, pani Marysiu, 
więcej ciotek nie mam”), potem z kolei żona mu się rozchorowała na nerwy, tak ciężko, 
że zawieźli ją do Tworek. – Będę około jedenastej. Przepraszam, miałam kiepską noc.
 

– Fantastycznie, ale co mamy zrobić z tym Miechem z Farmatesu. Czeka na 

ciebie i jest wkurzony. Ewka próbuje z nim pogadać, ale słabo jej idzie, nie zna waszych 
ustaleń, a jej uroda nie robi na nim żadnego wrażenia.
 

– Powiedz, że miałam atak wyrostka ro…

 

– Maryśka, uspokój się…

 

– Masz rację, daj mi go do telefonu.

 

Wypijam kilka łyków wody, serce mi wali, to przecież mój najlepszy klient, 

miałam z niego żyć przez następne kilka miesięcy. A teraz wszystko przepadło: przekonał
się, że jestem niesolidna, nie można na mnie polegać, i poprosi o zmianę trenera.
 

– Halo – słyszę miły, ale trochę spięty, trudno się dziwić, głos Miecha, kompletnie

background image

niepasujący do jego nazwiska.
 

– Dzień dobry, przepraszam pana, ale… – głos więźnie mi w gardle – ale…

 

– Tak, słucham.

 

– …ale zaspałam…

 

Po drugiej stronie zapada głucha cisza. Głucha i długa. Oboje milczymy, 

przerażeni tą sytuacją – moją szczerością i bezczelnością. I nagle w słuchawce rozlega się
głośny śmiech. Truchleję. Jeszcze nie wiem, o co chodzi, nie wierzę, że zrozumiał.
 

– Wie pani, mnie też przydarzyło się to przedwczoraj. Nic nie szkodzi. Będziemy 

się umawiać na późniejsze pory. Czy może być jutro o jedenastej?
 

Nie wierzę własnym uszom. Czy on zwariował, ten sztywniak śmieje się i 

rozumie? Boże, ty wredny Durczyku, chyba mi pomogłeś, ty oszuście, krętaczu i 
złodzieju – obyś wylądował w pierdlu!
 

– Tak, oczywiście, i jeszcze raz przepraszam. Będę jutro o jedenastej, jeśli panu 

wygodniej, to u pana w biurze.
 

– Zapraszam, mamy fantastyczny ekspres do kawy.

 

– A więc do zobaczenia – szybko odkładam słuchawkę i jeszcze szybciej zapalam 

papierosa, żeby się uspokoić. Owszem, to mnie uspokaja. Szkoda, że nosi obrączkę na 
palcu, myślę sobie, naprawdę facet z fantazją. I ocykam się – te portale matrymonialne 
mnie też rzuciły się na rozum.
 

Kiedy docieram do naszego biura, od razu wpadam na Michała, który czeka na 

mnie z ponurą miną.
 

– Słuchaj – mówi – szefa nie ma, więc ci się upiekło. Uwijaliśmy się wokół 

Miecha jak wariaci. Nie rób więcej takich numerów.
 

– Daj spokój, przecież to pierwszy raz, a poza tym…

 

– A swoją drogą – przerywa mi – coś ty mu powiedziała, że tak rechotał? Chyba 

nie wyrostek albo angina? Jaką chorobę wymyśliłaś?
 

– Michał, powiedziałam prawdę. Że zaspałam. Widzisz, prawda popłaca – mądrzę

się. – Oczywiście tylko w kontaktach z normalnymi ludźmi. W przeciwnym razie lepiej 
kłamać. Mogę stworzyć fantastyczne szkolenie „Jak skutecznie kłamać i mówić prawdę”.
 

Michał robi taką minę, jakbym mu zaproponowała randkę. Wreszcie dochodzi do 

siebie i zbolałym głosem mówi:
 

– Wiesz, to niesprawiedliwe, wyobraź sobie, że to ja jestem na twoim miejscu i 

mówię jakiemuś szefowi od szkoleń, że zaspałem.
 

– Nie radzę. Przyznaję, my, kobiety, mamy lepiej. Możemy nawet we dwie pójść 

sobie do opery i nikt nas o nic nie posądzi.
 

Michał macha ręką i zamyślony rusza do swojego pokoju.

 

– A z tą operą to o co właściwie chodzi? – pyta w drzwiach.

 

Ręce mi opadają. Jak on prowadzi swoje szkolenia, skoro nie rozumie, jak 

wyglądają dwaj faceci, którzy idą razem do opery? Owszem, to niesprawiedliwe.
 

– Aha, chyba wiem. Bzdura – mówi i ciężko wzdychając, znika za drzwiami.

 

Szybko załatwiam kilka drobnych spraw i wracam do domu. Rozkoszuję się 

myślą, że jestem umówiona z Miechem dopiero na jedenastą. Muszę przyznać, że mam 
szczęście do ludzi: fajne przyjaciółki, kapitalni koledzy, szef całkiem, całkiem, dzieci 
wychodzą na prostą po ekscesach młodości, matka zdrowa i niemarudna, były mąż 
daleko i, jak na razie, wcale mnie nie ściga, a teraz jeszcze ten Miech, który wydawał się 
strasznym sztywniakiem, a okazał się dowcipnym i miłym człowiekiem.

background image

 

Spotkanie z Miechem wyjątkowo udane, klepnął cały plan szkoleń – będę zajęta 

przez następne trzy miesiące, a może nawet pół roku, jeśli zdecyduje się na ciąg dalszy. 
Trochę mi lżej na sercu i czuję się też dowartościowana: wszystko mu się podobało. I 
chyba miał weselsze oczy niż podczas naszych dwóch poprzednich spotkań. Czyżby 
moje szczere wyznanie tak go rozbawiło? Nie, po prostu wcześniej rozmawiałam z nim 
nie jak z człowiekiem, tylko menedżerem, od którego zależą moje finanse. Dopijam 
espresso, rzeczywiście doskonałe, i podnoszę się ze szlachetnie podniszczonej skórzanej 
kanapy.
 

– Czyli zaczynamy za dwa tygodnie, tak żeby skończyć w połowie grudnia – 

podsumowuje swoim zwyczajem rozmowę.
 

– Tak, proszę się jeszcze tylko zastanowić, czy szkolenia dwudniowe, czy 

jednodniowe. I nie wspomniałam o takiej możliwości, ale mogą się odbywać w 
weekendy. Czasami nieobecność dziesięciu pracowników całkowicie paraliżuje pracę 
firmy – mądrzę się, robiąc zatroskaną minę, chociaż paraliż jego firmy w ogóle by mnie 
nie obszedł. – Ale wówczas możemy zacząć dopiero za miesiąc.
 

– Dobrze, zastanowię się i jutro dam pani znać.

 

– Wobec tego czekam na wiadomość. Dziękuję… i jeszcze raz przepraszam… – 

może niepotrzebnie wracam do mojej wczorajszej wpadki, ale czuję, że powinnam to 
zrobić.
 

Miech przerywa mi, domyślając się, co chcę powiedzieć:

 

– Przecież mówiłem, że nic się nie stało.

 

– Dziękuję i do zobaczenia.

 

Stoję już w drzwiach, kiedy rzuca:

 

– Pozwoli pani, że jeszcze o coś spytam… – Odwracam się i patrzę na niego 

wyczekująco. – Czy pani lubi swoją pracę?
 

Jestem zdumiona i zdezorientowana. Miech pyta mnie o coś, o co ja pytam siebie 

od kilku lat i zawsze uciekam przed odpowiedzią. A najdziwniejsze jest to, że teraz, kiedy
to pytanie padło z jego ust, natychmiast wiem, że nie przepadam za nią. Tym razem 
jednak nie stać mnie już na całkowitą szczerość. To byłby szczyt bezczelności. Wpatrując
się z lekkim uśmiechem – na szczęście Miech nie wie, że to uśmiech zarezerwowany na 
chwile niepewności – w bukiet kwiatów na stoliku obok kanapy, i w miarę szczerze, bo 
jednak nie ma w tym kłamstwa, mówię:
 

– To zależy…

 

– Bo wie pani, ja swojej pracy nie lubię. I nie bardzo wierzę w te szkolenia – 

mówi chyba ze smutkiem.
 

Chciałabym zaprotestować, że nie ma racji, że są naprawdę skuteczne i pomagają 

– nie powinnam przecież podcinać gałęzi, na której siedzę – nie mam jednak ochoty 
wstawiać mu gadki o tym, jak to pracownicy, chcąc nie chcąc, podnoszą swoje 
kwalifikacje i umiejętności. Mój zapał dawno minął. Teraz to już rutyna i często niestety 
nuda, ale zdarzają się wesołe grupy, i wtedy bywa sympatycznie. „I tego się trzymaj” – 
radzi Strofa. Przenoszę spojrzenie z bukietu na twarz Miecha, który wpatruje się we mnie
takim wzrokiem, jakby od mojej odpowiedzi zależało jego życie.
 

– To zależy od ludzi, z którymi mam do czynienia, i od rodzaju szkoleń – mówię. 

– Są tacy, którym bardzo pomagają, i tacy, którym dają niewiele. Do wszystkiego 
potrzeba talentu. Nasze szkolenia nie mają nic wspólnego z tresurą, którą stosują 
właściciele supermarketów, zmuszając swoich kasjerów, żeby setki razy wypowiadali 

background image

słowa „dzień dobry” i „zapraszamy ponownie”. To jest znęcanie się nad pracownikiem i 
klientem.
 

Uff. Przywykłam już do gotowych formułek, rutynowych rozmów i garsonek, 

których nadal nie lubię, ale chodzę w nich bez większego bólu. To mój mundurek, tak jak
mundurki mają policjanci i kominiarze. Przywykłam, ale, zaskoczona pytaniem Miecha, 
mam ochotę natychmiast rozstać się z garsonką i już na zawsze przerzucić na dżinsy. 
„Daj spokój – ostrzega mnie Strofa – bo to źle się skończy. Masz matkę z niewielką 
emeryturą, tylko połowicznie samodzielną córkę, kredyt i samochód wymagający 
remontu. Żadnych zmian. Trzeba dotrwać do emerytury”. Na samą myśl, że aż do 
emerytury, dostaję gęsiej skórki.
 

Kiedy wchodzę do firmy, Michał i Ewka zrywają się z krzeseł i patrzą na mnie w 

napięciu, jakbym przynosiła wiadomość spod Maratonu. Trudno się dziwić – im więcej 
szkoleń, tym więcej zarabiają, bo to głównie oni zdobywają klientów i od każdego 
szkolenia mają prowizję.
 

– No i co? – pytają jednocześnie.

 

– Z czym? – udaję, że nie wiem, o co im chodzi. Zdejmuję płaszcz i idę do swojej

kasetki po wiadomości. Uzbierał się spory plik. Mam aż czterech klientów, ponad stu 
uczestników. Nie wszyscy lubią pisać mejle. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy nadal 
wolą zawracać głowę sekretarce, żeby przekazywała nam wiadomości. Pewnie telefon 
zajmuje mniej czasu.
 

– Nie wygłupiaj się! Jak ci poszło z Miechem?

 

– Jak to powiedzieć… Nie było łatwo… – W końcu nie wytrzymuję ich wzroku i 

wybucham śmiechem. – Doskonale. Trzy miesiące pewnej roboty. Nic więcej nie wezmę.
 

Patrzą po sobie zdziwieni, Ewka jakby z lekkim zawodem. Nie, tak mi się tylko 

wydaje. Michał podskakuje z radości. To oczywiste, w końcu to on znalazł Miecha.
 

– Błagam cię, nie zawal tego, mam żonę i małe dziecko. – To jego stały tekst, 

który powtarza do znudzenia; myśli chyba, że w ten sposób mobilizuje nas do wytężonej 
pracy.
 

– A ja mam matkę staruszkę na zasiłku emerytalnym i kredyt – rewanżuję się 

Michałowi.
 

– Wiem, wiem. Aha, i odezwij się do kobitki z Fisany, numer telefonu u Isi. Chce 

kilku szkoleń ze sprzedaży.
 

– Nie, proszę, wiesz, że sprzedaż marnie mi idzie.

 

– Nieprawda, tylko trochę cię nudzi. Nie wykręcisz się. Prosiła o ciebie. Mówiła, 

że ktoś rekomendował jej naszą firmę i właśnie ciebie.
 

– Jak to mnie? Kto? Na ogół ze sprzedaży mam gorsze oceny niż inni trenerzy. I 

wiesz, że nigdy niczego nie udało mi się sprzedać. Nawet kupuję beznadziejnie.
 

– Nieważne, przecież nie trzeba mieć dzieci, żeby pracować w przedszkolu. 

Wystarczy trochę fantazji i wiedzy, a tego ci nie brakuje. Wiem tylko tyle, że ktoś cię jej 
polecił, i prosiła, a właściwie zażądała, żebyś to ty poprowadziła szkolenia. Zadzwoń do 
niej i wszystko ustal. A potem daj mi znać.
 

– Michał, ale kiedy? Miech będzie trwał trzy miesiące, a może nawet pół roku…

 

– A matka? A kredyt? Tak ustalimy grafik, że nawet nie poczujesz. Proszę cię, 

zadzwoń, może być jutro, nie pali się.
 

Ma rację, nie powinnam wymigiwać się od roboty, potrzebuję pieniędzy. Będę 

jednak musiała nieco zweryfikować plany na przyszłość, w których jeden z punktów 

background image

stanowczo przypomina mi o tym, że życie nie kończy się na pracy.
 

Przeglądam wiadomości z kasetki. Nie jest źle: facet od serdelków dziękuje i 

zapewnia, że jest zadowolony. Szef prosi o oddanie ankiet i zaprasza na spotkanie w 
piątek o 16 (nie przyjdę, mam szkolenie), kilka pism branżowych, których nigdy nie 
czytam, i wiadomość w kopercie: „Podobno lubisz poezję, więc mój wierszyk na pewno 
sprawił ci przyjemność”. Co to takiego? Jaki wierszyk? I czy mam to traktować jako coś 
miłego, czy wręcz przeciwnie? Brzmi jak wiadomość od adoratora, ale ktoś, kto to 
napisał, nie może mieć dobrych intencji, bo po pierwsze, list nie ma nagłówka, po drugie,
„ci” jest z małej litery, po trzecie, to anonim. Pewnie jakaś pomyłka, mam za dużo pracy, 
żeby zajmować się głupstwami. Mimo wszystko pytam naszą sekretarkę Isię:
 

– Skąd się wzięła u mnie ta koperta?

 

– Aha, zapomniałam ci powiedzieć, znalazłam ją rano w drzwiach. Ktoś musiał ją 

przynieść przed ósmą, bo ja zawsze jestem w biurze punkt ósma – zapewnia i na chwilę 
milknie wymownie, co pewnie jest aluzją do mojego spóźnienia. – Albo wczoraj 
wieczorem, ale o ile wiem, szef pracował do późna, więc chyba raczej rano. Coś nie tak?
 

Isia to bratnia dusza, zawsze nas pociesza, wspiera. Nie zasługuje na to, żeby ją 

denerwować. A poza tym nie chcę, żeby pobiegła do szefa albo do Michała z 
wiadomością, że dostaję anonimy.
 

– Nie, wszystko w porządku. Janusz u siebie?

 

– Tak, pospiesz się, bo za godzinę musi wyjść. Aha, a tutaj jest telefon do tej 

szefowej od szkoleń z Fisany.
 

– Co to za firma?

 

– Nie mam pojęcia, ale potem sprawdzę i wszystko ci powiem. Marysiu, ale 

wiesz, ona nie brzmiała fajnie, to musi być ostra baba.
 

– Nie szkodzi, rzadko się zdarza, żeby szef od szkoleń był łagodny. Przywykłam.

 

W garażu, zamykając samochód, widzę Dzięcioła, który zmierza do swojego opla 

corsy, starego, ale wypucowanego na glans. Czyli jednak pedant. Nie wiem dlaczego 
każdy, kto dba o samochód, wydaje mi się pedantem. Już mam zamiar zagadnąć 
Dzięcioła i zapewnić, że wieczorem wpadnę, ale on wyraźnie udaje, że mnie nie widzi, 
więc rezygnuję. Szczerze mówiąc, jest mi to na rękę, bo dzisiaj muszę jeszcze napisać 
artykuł o szkoleniach z tak zwanej komunikacji międzyludzkiej. Nie powinnam 
przyjmować tego zlecenia, bo wątpię w ich skuteczność. Albo ktoś ma talent, albo nie, 
jak to delikatnie dałam do zrozumienia Miechowi. I tak jest w każdym zawodzie i z 
wychowywaniem dzieci też. Ja na pewno nie mam talentu do wychowywania dzieci, ale 
zbyt późno się o tym przekonałam.
 

Wchodząc do przedpokoju, przebiegam wzrokiem po moim saloniku, kuchni i 

uznaję, że jest całkiem przytulnie. Dobrze, że zrezygnowałam z bieli, do której namawiał 
mnie malarz, i zdecydowałam się na beże i szarości. Z marszu zasiadam do artykułu, 
żeby czym prędzej mieć go z głowy. Wprawdzie nawet po licznych szkoleniach nie 
zdarzyło mi się zaobserwować jakichś radykalnych zmian w zachowaniu ich 
uczestników, teraz jednak nie będę tak szczera jak w rozmowie z Miechem. Zarabiam 
przecież na masło do chleba. „To oczywiste, że o powodzeniu zarówno dużych, jak i 
niewielkich firm decyduje między innymi sprawne zarządzanie personelem. 
Menedżerowie doskonale wiedzą, że wymaga ono odpowiedniego wykształcenia i 
wiedzy fachowej, często jednak zapominają o różnych umiejętnościach pracowników, 
które…” Moje zdania zieją nudą, ale chyba właśnie tego oczekuje redakcja, więc mężnie 

background image

stawiam czoło zadaniu i nawet się rozkręcam: piszę kilka słów o „konstruktywnej 
krytyce”, o „proaktywnym słuchaniu”, o inspirowaniu pracowników itp. A kończę już 
całkiem po ludzku: „Niestety, nauka czasem idzie w las”.
 

Bardzo rada z siebie, że jednak nie jestem całkiem nieszczera, mogę zajrzeć na 

portal. A nuż. Przedtem sprawdzam jeszcze dzisiejsze wiadomości, na wypadek gdybym 
musiała pilnie komuś odpowiedzieć: Miech dziękuje za spotkanie i informuje, że 
zdecydował się na dwu- i trzydniowe szkolenia w dni powszednie. Może i lepiej, że nie 
w weekendy, szybciej zaczniemy i będę mogła uaktywnić się towarzysko. W końcu 
zrobię parapetówkę. O, Marcin też się odezwał: „Czy ty się na mnie gniewasz?”. Nie 
będę odpowiadać. Decydując się na romans z żonatym facetem, nawet jeśli zapewniał, że
jest w separacji, odmówiłam sobie prawa do gniewu. A poza tym skoro żona wciąż 
sprawdza jego komórkę, to na pewno również mejle; całe jego życie jest pod kontrolą. 
Baśka – że potrzebuje ode mnie jakiegoś przewodnika. Córka, że ma zmartwienie, a ja 
nie odbieram telefonów. Syn, że jeszcze nie podjęli decyzji co do tegorocznych świąt. 
Wiadomość z portalu, że mają dla mnie partnerów bardzo odpowiednich. Chryste, 
przecież tam należy bywać regularnie, kilka razy dziennie, inaczej, jeśli pojawi się 
interesujący humanista, jakaś młodsza kobitka zaraz sprzątnie mi go sprzed nosa. 
Niestety, nie ma w czym wybierać. „A co, sądziłaś, że ustawi się do ciebie długi 
ogonek?” – pyta Strofa. Zamknij się, rozkazuję.
 

Jakiś Tantus chciałby się spotkać, ale jeszcze nie teraz, bo najpierw chce mnie 

lepiej poznać „korespondencyjnie”, mój profil przypadł mu do gustu. On też lubi czytać i 
kocha utwory poetyckie… – znów poezja, za wiele jej jak na jeden dzień. Sprawdzam 
profil Tantusa: „75 lat, mechanik samochodowy, kocha przyrodę i kobietę, którą 
wybierze, obrzuci kwiatami”. Mam założyć kwiaciarnię? Nie jestem oszczędna, ale takiej
rozrzutności naprawdę nie pochwalam. Kobiety wcale nie potrzebują, żeby je obsypywać
kwieciem. Pedro pyta: „No to jak, chętna?”. Smarkacz jeden, niech najpierw skończy 
szkołę. Jedyny facet, do którego napisałam, chyba tymczasem umarł albo się śmiertelnie 
wystraszył – na jedno wychodzi – bo od tej pory ani razu nie wszedł na portal. Moja 
wiadomość – jak pokazuje ikona – jest cały czas zamknięta. Wejścia chyba można ukryć. 
Może wszedł, sprawdził mój profil i się zniechęcił. Wcale mu się nie dziwię: kto chciałby
się spotykać z pięćdziesięcioletnią kobietą, dla której gotowanie nie jest pasją (powinnam
napisać uwielbiam gotować?) i „od czasu do czasu” pali, co – jak wszyscy wiedzą – 
oznacza, że po prostu pali, bo najczęściej jest tak, że albo się pali, albo nie.
 

Pojawia się sporządzona przez administratora lista nowych panów, którzy bardzo 

do mnie pasują: menedżer spod Warszawy (58 + same zalety), muzyk (60 + same zalety 
+ bardzo religijny – więc odpada) itp. Wszyscy wydają się równie groteskowi jak ja. Jest 
jeszcze Mariusz z Warszawy, 60 lat, instruktor tańca – ciekawe – niestety, po chwili 
docieram do wstrząsającego zdania: „Paniom w wieku trolejbusowym dziękuję”. A ja, 
kretynie, dziękuję panom w wieku parowozowym. Zeźlona nie na żarty opuszczam 
portal.
 

Położę się wcześniej. Jeszcze tylko kilka telefonów – mama i Laura, Jolka albo 

Baśka, do obu nie zdołam, a poza tym nie mam siły dwa razy mówić o tym samym. 
Mama ogląda jakiś film, Laura już zapomniała o swoim zmartwieniu i właśnie wychodzi.
 

– Tak późno? – pytam z niepokojem, chociaż wiem, że jest dorosła.

 

– Mamo… – mówi z wyrzutem.

 

Zresztą tym lepiej, bo jakoś nie miałam ochoty na kolejną porcję jej kłopotów 

background image

sercowych i innych, którym nie umiem zaradzić. Oczywiście mam cały zestaw 
doskonałych rad, które jednak na Laurze nie robią żadnego wrażenia. Jeszcze o tym nie 
wie, ale za dziesięć lat pożałuje, że nie wzięła ich sobie do serca, myślę dotknięta tym, że
nie chce korzystać z mojego przebogatego doświadczenia życiowego, i staram się nie 
pamiętać, gdzie miałam rady i doświadczenie mojej matki, kiedy byłam w wieku Laury. 
Zanim wpadnę w przygnębienie z powodu moich życiowych doświadczeń, dzwonię do 
Baśki, żeby się dowiedzieć, o jaki przewodnik chodzi.
 

– Słuchaj, wybieramy się do Budapesztu, mówiłam ci, że Antek tam pracował i 

zna węgierski, prawda?
 

– Jasne, że pamiętam, jakby znał angielski, pewnie od razu wyleciałoby mi z 

głowy, ale węgierski… Podziwiam ludzi, którzy uczą się niepotrzebnych rzeczy i zbierają
bezużyteczne przedmioty. Bezinteresowność to cenna cecha.
 

– Ależ ty jesteś złośliwa. Nie szkodzi. O ile mnie pamięć nie myli, a rzadko mnie 

myli, masz jakiś przewodnik po Budapeszcie. Możesz mi go pożyczyć?
 

– Tak, ale to przewodnik komunistyczny, znaczy, z lat osiemdziesiątych. 

Tymczasem wszystko się zmieniło.
 

– Co z tego, przecież zabytki nadal stoją na dawnym miejscu.

 

– Niby tak, ale tam są też rozmówki, które raczej ci nie pomogą, bo chyba nie 

masz zamiaru nikogo pytać o wydajność spółdzielni produkcyjnej, o pogłowie bydła ani 
o plony z kwintala.
 

– Nie, dlaczego? Chętnie zapytam.

 

– Ale są też wdzięczne pytania typu: „Czy wszyscy członkowie załogi są 

członkami partii?” albo: „Gdzie mogę kupić gumowe majtki?”.
 

– Co to są gumowe majtki?

 

– Nie wiem, nikt nie wie, ale syn moich przyjaciół, który też wykazuje się 

absolutną bezinteresownością, kolekcjonuje to zdanie we wszystkich językach świata. 
Ma już chyba z dwieście wersji. À propos: czy znasz kogoś, kto zna język udmurcki?
 

– Zmyślasz, prawda? Ale jeśli nie, to tym bardziej chcę mieć ten przewodnik.

 

– Tylko że nie rozpakowałam jeszcze książek. Strasznie mi się nie chce. Może mi 

pomożesz? A przy okazji pogadamy i napijemy się wina.
 

– Dobrze, i poczęstujesz mnie swoim łososiem, co? – mówi ze śmiechem Baśka, 

wiedząc, że tym najczęściej karmiłam Marcina.
 

– No trudno, poświęcę się.

 

– Aha, to przyniosę kilka twoich książek, które trzymam od lat i wiecznie 

zapominam ci oddać.
 

– Nie, zostaw je sobie, mam za mało półek – mówię, ale natychmiast budzi się we

mnie pazerność. – A co to za książki?
 

– Chyba jakieś lektury, jeszcze z czasów liceum. I dwóch Dostojewskich…

 

– Dostojewskiego przyjmę z powrotem, a jeśli masz jakiegoś Żeromskiego, to go 

sobie zatrzymaj. Co jeszcze?
 

– I tomik twoich wierszy, ale chyba dostałam go na zawsze, co nie?

 

Ogarniają mnie wzruszenie i żal. Rzeczywiście, przed laty, jeszcze w czasie 

studiów, wydano mi książkę poetycką, jak to się mówi, żeby lepiej brzmiało, poważnie 
myślałam o pisaniu, również prozy, zaczęłam nawet jakąś powieść, którą potem po 
latach, robiąc generalne porządki, wrzuciłam do zsypu, żeby już nigdy nie kłuła mnie w 
oczy. Szkoda gadać, życie szybko zweryfikowało moje plany, zwłaszcza że wciąż nam 

background image

brakowało pieniędzy, a Marcel, co mi nie pomogło, miał zwyczaj ironizować z moich 
literackich zapędów, mówiąc z przekąsem: „poetka”. Zaraz, czy ja mam tę książkę? Nie 
pamiętam, żebym trafiła na nią w czasie przeprowadzki. Jak przez mgłę przypomina mi 
się, że komuś ją pożyczałam. Ciekawe komu. Kto chciał czytać moje wiersze?
 

– Owszem, ale czy możesz mi ją oddać, bo chyba nie mam żadnego egzemplarza, 

a chętnie sobie poczytam. Stęskniłam się za nią.
 

– A może znów zaczniesz pisać? Przepraszam, muszę kończyć – jasne, w tle 

słyszę męski głos – pogadamy jutro, przy łuskaniu fasoli.
 

– Wolę darcie pierza. Wieczorem, może o szóstej? W piątek mam szkolenie, więc 

musimy się uporać najpóźniej do dziewiątej. Nie chcę znów zaspać.
 

– Znów?

 

– Pa, opowiem ci jutro.

 

Ciekawe, że miałam dzisiaj trzy spotkania z poezją. Staram się nie myśleć o tej 

anonimowej wiadomości, którą ktoś podrzucił mi do biura, ale przykre rzeczy lubią 
człowiekowi chodzić po głowie. Najchętniej parami, jak nieszczęścia. Biorę papierosy i 
wychodzę na balkon (postanowiłam nie palić w nowym mieszkaniu, jak na razie się 
udaje, prawie), może tam przyjdzie mi do głowy jakieś sensowne wyjaśnienie. Niestety, 
znów natykam się na Dzięcioła, który – jak się okazuje – też pali. Fajkę. Na mój widok 
wyraźnie się płoszy, a więc jednak jest obrażony, i ma zamiar umknąć do mieszkania, ale 
nie pozwalam mu na to.
 

– Dobry wieczór… – mówię z uśmiechem, chcąc go zagadnąć na temat pogody 

albo tej nieszczęsnej kawy, on jednak posyła mi niechętne spojrzenie i rzuca 
nieprzyjaźnie:
 

– Dla kogo dobry, dla tego dobry… – I z zaciętą miną znika w mieszkaniu.

 

Proszę, jak szybko kończą się dobre maniery i wyszukany język. Jeszcze kilka dni

temu był cały w uśmiechach, ukłonach i eleganckich zdaniach, a dziś nie potrafi 
odpowiedzieć „dzień dobry”. To dziecinne obrażać się o taki drobiazg. No to sąsiedzi mi 
się nie udali. Trudno. Siedzę na ławeczce i myślę o tej dziwnej wiadomości w kopercie. 
Potem o swoich wierszach. Ciekawe, ten ktoś wie, że lubię, czy raczej lubiłam, poezję, i 
wspomina o jakimś „wierszyku”. Czyżby dawny wielbiciel z czasów studiów, któremu 
dałam się we znaki i po trzydziestu latach chce się przypomnieć?
 

Zastanawiam się jeszcze nad planem na następne dni: w piątek, sobotę i niedzielę 

szkolenie, w dodatku z trudną grupą, która się stale czepia i zadaje dociekliwe, 
bezsensowne pytania, więc trzeba będzie przemyśleć strategię. Poza tym zrobić mamie 
zakupy i trochę pobyć z nią, przygotować się na jutrzejsze rozpakowywanie księgozbioru
i kupić łososia na kolację. I powinnam zamówić panią Jelenę do sprzątania, bo do tej 
pory nie wyjęłam jeszcze odkurzacza. Przypominam sobie, że zapasowy klucz jest u 
Jolki, nie oddała mi go po tym, jak przyszła ze swoim fachowcem od rolet. Od razu do 
niej dzwonię.
 

„Świetnie, już myślałam, że na zawsze zamkniesz się w czterech ścianach 

swojego nowego mieszkania. A poza tym uwielbiam ustawiać książki na półkach”.
 

Przed snem przeglądam jeszcze pocztę. Są dwa awiza, więc jutro będę musiała 

odstać swoje na beznadziejnej poczcie, gdzie są zawsze kolejki; kilka rachunków, jakieś 
pisma reklamowe i biała niezaadresowana koperta.
 

W środku karteczka, na której widnieje tylko jedno słowo: zdzira.

 

Nie chce mi się jechać na zakupy, więc zamawiam wszystko przez internet, a 

background image

zaoszczędzony czas postanawiam spędzić na portalu. Wprawdzie moje zaciekawienie 
minęło, ale wytrwam jeszcze z tydzień. O całym miesiącu nie ma mowy, to już pewne. 
Naprawdę mam ochotę przerzucić się na kobiety. Już dawno rozgłaszam wśród 
koleżanek, że szukam żony – przynajmniej mogłabym spokojnie pracować, ile zechcę, a 
może nawet… Może nawet mogłabym wrócić do pisania – nie wierzę, że w ogóle o tym 
pomyślałam. To przez Baśkę, która sobie przypomniała o moich wierszach. Mam 
nadzieję, że nie zapomni ich przynieść. A Jolka nie zapomni zabrać kluczy.
 

Kobiety na portalu też są niesłychanie pozytywne i większość z nich koniecznie 

chce się kimś zaopiekować. Ale nie tylko nie szukają młodszych, ale pogodzone z 
twardymi regułami gry – najczęściej starszych, a co odważniejsze – panów w tym samym
wieku. Ciekawe, czy wstydzą się swojej samotności. Bo przecież w tej części Europy to 
wciąż wstyd! Znaczy niepełnowartościowa. A poza tym podejrzana: może komuś zabrać 
męża – tego uroczego dżentelmena, który spędza dzień przed telewizorem, książkę widzi,
tylko przechodząc obok księgarni, i zachowuje się, jakby miał o dwadzieścia lat mniej, a 
na koncie co najmniej milion.
 

Na portalu co rusz pojawia się jakiś nowy facet – równie doskonały jak reszta. 

Gust ma jak wszyscy. Woli młodsze. Wcale się nie dziwię. Nasuwają mi się kolejne 
wnioski. Jeśli sześćdziesięciolatek pisze, że chęć posiadania dziecka uzależnia od 
partnerki, to sygnalizuje – wciąż mogę mieć dzieci, czyli jestem sprawny seksualnie; jeśli
pisze: dzieci ze mną mieszkają od czasu do czasu albo sporadycznie – to oznacza, że 
mieszkają z nim na stałe, więc potrzebuje pani z mieszkaniem. Najmilsze są drobne 
panie z ogromnym mieszkaniem
. I niestety, większość panów pragnie, o zgrozo!, związku 
na resztę (czasem już tylko nędzną resztkę) życia. Znaczy się, chcą z tobą mieszkać aż do
śmierci.
 

Wysyłam list do jakiegoś dziadka, czyli do pana, który ma wnuka, bo 

pomyślałam, że jak facet pisze, że jest dziadkiem i lubi bawić się z wnukiem, to może 
jest naprawdę normalny, chociaż formułka „jestem normalnym facetem” bywa tu nader 
częsta (zdarza się też intrygujące: „jestem prawie albo całkiem normalnym facetem”). 
Może ja też powinnam była napisać: Jestem zwykłą, normalną kobietą, a może nawet 
całkiem normalną, domatorką, ciepłą i opiekuńczą itd. Ale takie bezczelne kłamstwa nie 
przeszłyby mi przez klawisze. Pan Marek proponuje od razu spotkanie – „po co tracić 
czas”. Ja z kolei proponuję jeszcze wymienić się listami, choć oczywiście sprawa jest 
beznadziejna, bo on w wolnym czasie „gra na komputerze”. Po chwili przysyła mi 
zdjęcie w okularach przeciwsłonecznych (w okularach przeciwsłonecznych wszyscy 
wyglądają atrakcyjnie), które zakrywają mu pół twarzy, rewanżuję się podobnym – 
szczęśliwy traf chciał, że miałam na pulpicie kilka fotografii ze słonecznych wakacji 
sprzed trzech lat. Wszyscy, rzecz jasna, są tolerancyjni, ale okazuje się, że niektórzy mają
z tym wielki kłopot, o czym przekonuję się na własnej skórze. Pan o imieniu Franciszek, 
który przy pierwszej wymianie zdań wydawał się sympatyczny, więc nawet mu się 
zwierzyłam, że niestety nie jestem gospodarna (na wszelki wypadek, bo wymienił tę 
cechę jako bardzo cenną), odpisał dość antypatycznie, że to okropne i współczuje mi 
(empatia). Szybciutko odpisałam, że znam gorsze wady. Dlaczego ja z własnej 
nieprzymuszonej woli wdaję się w taką żałosną grę? Chyba zwariowałam! Jeszcze chwila
i zacznę sobą pogardzać. Na koniec „tolerancyjny” oznajmił, że jestem stuknięta. Tu 
akurat ma rację, ale w regulaminie wyraźnie stało, że nie wolno obrażać ludzi.
 

Wylogowuję się, chociaż „mój wymarzony partner czeka na Amore”. Niech sobie 

background image

czeka. Widzę to: siedzi w fotelu z drinkiem w ręce i czeka na mnie, machając nogą obutą 
w kapeć. A czas płynie. Niebawem skończę pięćdziesiąt lat i będę w wieku 
trolejbusowym. Nie pamiętam, czy numery trolejbusów rozpoczynały się od 50, czy od 
51. Trzeba to sprawdzić.
 

Czekając na dostarczenie zakupów, przypominam sobie, że miałam się 

skontaktować z szefową z Fisany. Isia mówiła, że niesympatyczna, więc nie będę teraz 
dzwonić, po co mam sobie psuć przedpołudnie? Pogoda jest nadal piękna, otwieram 
drzwi na balkon i docierają do mnie fragmenty rozmowy – to moi sąsiedzi, chyba się 
kłócą, mówią głośno, ale nie na tyle, żebym mogła zrozumieć, o co chodzi. Że też 
ludziom na stare lata chce się jeszcze sprzeczać. Nie rozumiem tego.
 

– …tak nie wolno… proszę cię… – krzyczy Dzięciołowa.

 

– …bezkarnie… to karygodne, każdy ma prawo… – odkrzykuje Dzięcioł, który 

najwyraźniej jest na nią wkurzony.
 

Czuję się, jakbym podsłuchiwała. Nie wiedzą, że pracuję w nietypowych 

godzinach i często przed południem jestem w domu. Ale przecież przez ich kłótnie nie 
będę wiecznie trzymać zamkniętego balkonu. Przy okazji napomknę Dzięciołowi, że do 
pracy wychodzę późno i w dodatku niecodziennie, może się opamiętają.
 

Michała jeszcze nie ma, mogę spokojnie zadzwonić do Malwiny Myszoł.

 

– Tak, słucham – odzywa się przerażająco smętny, wręcz ponury męski głos.

 

– Dzień dobry, tu Maria Dudek z Edukatora. Czy mogę rozmawiać z panią 

Malwiną Myszoł?
 

– To pomyłka, a gdzie pani dzwoni?

 

– No, do pani Myszoł, firma Fisana…

 

– Ale dodzwoniła się pani do zakładu pogrzebowego.

 

– O, przepraszam – mówię, szybko odkładając słuchawkę.

 

Co się dzieje? Mam zamiar spytać Isię, czego dowiedziała się o Fisanie, ale ona 

sama, widząc, że coś jest nie tak, natychmiast zdaje relację ze swoich poszukiwań.
 

– Słuchaj, spędziłam przed komputerem ponad godzinę i nic. Nie znalazłam firmy

Fisana ani Malwiny Myszoł. A przecież w internecie jest każda firma. Jeśli jakiejś nie 
ma, to znaczy, że nie istnieje.
 

– Dzięki, już się nią nie zajmuj. Pewnie zadzwoni jeszcze raz. – Czuję jednak, że 

nie zadzwoni, i zaczynam jej osobę łączyć, może niesłusznie, z kopertą i ze „zdzirą”.
 

Przychodzi Michał i widząc nasze strapione miny, pyta, o co chodzi.

 

– Nic takiego – wyjaśniam. – Telefon do Fisany. Chyba mamy zły numer.

 

– Dziewczyny, nie róbcie mi tego. Jak można źle zapisać numer telefonu? A może

coś pomyliłaś, spróbuj jeszcze raz. Do kogo się dodzwoniłaś? – Ociągam się z 
odpowiedzią, ale on nie daje za wygraną, świdruje mnie wzrokiem. – Do kogo?
 

– Do zakładu pogrzebowego!

 

Patrzy na mnie z niedowierzaniem.

 

– Chyba tylko tobie przydarzają się takie niestworzone historie. Poszukam tej 

firmy i dam ci znać, a ty idź do Janusza i opowiedz o szkoleniach dla Miecha.
 

Wczoraj tak się cieszyłam, a dziś żałuję, że się umówiłam z dziewczynami. Nie 

chce mi się rozpakowywać książek, rozmawiać ani tym bardziej robić kolacji, ale 
dochodzi czwarta, za późno, żeby odwoływać spotkanie. Wlokę się do łazienki – może 
szybki prysznic postawi mnie na nogi. Zawsze kiedy stoję pod strumieniem ciepłej wody,
wspominam. I nie wiem dlaczego – najczęściej przykre sprawy. Dlaczego w tak 

background image

przyjemnej chwili nie przychodzą do mnie radosne myśli, na przykład jakieś 
wspomnienia z dzieciństwa albo fajnych wakacji. Malwina, Malwina… Myślę o 
wszystkich kotach, które miałam w życiu, zawsze były przytulne, miłe i przyjazne. 
Zwłaszcza ostatnie trzy kocice, które pojawiły się, jedna po drugiej, kiedy dzieci trochę 
podrosły i miałam nadzieję, że będą się nimi same opiekowały. Owszem, spały z nimi, 
ale ze zmienianiem żwirku był już kłopot. – A nie mówiłem, a nie mówiłem – zrzędził 
Marcel, który też nie zmieniał żwirku, bo rodzice powinni być konsekwentni. Ale muszę 
przyznać, że lubił koty, kto wie, czy nie bardziej niż nas.
 

Nie podoba mi się, że szefowa od szkoleń z firmy widmo nazywa się jak jedna z 

moich kocic – Malwina. Wiem, skąd te myśli – mam ochotę znów mieć kota, ale bronię 
się przed tym, bo nie chcę rezygnować z wolności. Zwierzę to obowiązek, ostrzegam 
samą siebie, tak jak kiedyś uprzedzałam Laurę, która całymi dniami przekonywała, że 
powinna mieć kota. Kończę prysznic, spłukuję włosy, które myję codziennie jak każda 
rozsądna palaczka, i staję przed lustrem – jest wielkie, to się udało panu Mirkowi.
 

Zmęczenie nie minęło. Uświadamiam sobie, że od kiedy zamieszkałam tutaj, 

wciąż spotyka mnie coś przykrego. Chyba należało się wycofać przy drugim spotkaniu, 
kiedy pan Mirek zachowywał się tak niesympatycznie. To był zły znak. Niedobre emocje,
zła energia nigdy się nie ulatniają. Chyba muszę wezwać egzorcystę, jest ich teraz pod 
dostatkiem.
 

Kupiłam mieszkanie, bo nie miałam gdzie się podziać i czym prędzej chciałam 

zacząć nowe wspaniałe życie. Wolałam przymknąć oko na jego wady i skwaszoną minę 
właściciela, niż szukać czegoś przez kolejne miesiące i koczować u mamy, a meble 
trzymać na działce u znajomych w nieogrzewanym drewnianym domku. A zresztą nastał 
kryzys i gazety codziennie straszyły, że możemy stracić wszystkie oszczędności na 
rachunkach bankowych. Okazało się, że to były strachy na Lachy, ale skąd mogłam 
wiedzieć?
 

„Mogłaś, gazety i telewizja są od straszenia, a ludzie od myślenia”. Dzięki, 

ciekawe że nigdy nie udzielasz mi rozsądnych rad, tylko bez przerwy mnie strofujesz.
 

A zatem łosoś w sosie koperkowym i zielona sałata. Dziewczyny odchudzają się 

(Baśka tylko tak mówi, żeby nam dokuczyć, ma idealną figurę) co najmniej od dziesięciu
lat, więc wystarczy. Przynajmniej na początek, bo wiem, że po dwóch godzinach zaczną 
się delikatne sugestie, że są głodne i chętnie zjedzą kanapki. Nic z tego – nie mam 
chleba. Muszę je o tym uprzedzić. Piąta. Myję sałatę, dorzucam kilka pomidorów, 
oczywiście bez skórki, bo Jolka zapewnia, że skórka jej szkodzi. Kiedy otwieram szafkę, 
żeby wyjąć miód do sosu, wylatuje z niej dorodny mól zbożowy – nie mam siły, zastałam
je tutaj jako spadek po panu Mirku, nie wiem, czym się żywią, przecież nie trzymam 
żadnych zapasów, dosłownie niczego, co lubią: ryżu, mąki, kaszy, bakalii, orzechów. Ale 
i tak je mam. Trudno, zginą śmiercią głodową albo pani Jelena znajdzie gniazdo i 
wymorduje je bez żadnej litości. Szykuję stół, włączam piekarnik – czuję się, jakbym 
czekała na Marcina – i wracam do łazienki, żeby wysuszyć włosy. Właściwie to dobrze, 
że przyjdą, już słyszę ich okrzyki: Mania, pożycz mi to, pożycz mi tamto. Och, masz 
nawet Konopnicką! Ha, ha, ha! I pierwsze polskie wydanie Cudaczka Wyśmiewaczka
pożycz. Nie ma mowy, to zabytkowa książka, a poza tym będę ją niebawem czytać mojej 
wnuczce. Kiedy dotrzemy do Szekspira, Jolka zacznie się popisywać, recytując nam 
swoje ulubione fragmenty. Zawsze miała doskonałą pamięć. I potrafiła cytować 
tasiemcowe urywki rozmaitych książek, dzięki czemu, cwaniara, w ogóle nie musiała się 

background image

uczyć do egzaminów. Pytano ją o coś, a ona wypowiadała na wstępie jakąś ogólną 
refleksję na temat, po czym oddawała się deklamacjom. Najczęściej całkiem 
nieadekwatnym, ale robiła takie wrażenie na egzaminatorach, że zauroczeni i 
wstrząśnięci stawiali jej piątki. Okropnie jej tego zazdrościłam, bo ja z kolei musiałam 
mieć wszystko przeanalizowane i umiałam zacytować co najwyżej wiersze, których 
uczyłam się jeszcze w liceum.
 

Całkiem już odprężona i nawet rozbawiona sięgam do szuflady po suszarkę i mój 

wzrok pada na żółtą karteczkę, która leży sobie wśród tubek, słoiczków, hotelowych 
mydełek i grzebieni. Jasna sprawa – wpadłam wtedy do łazienki ze słuchawką i karteczkę
wrzuciłam do szuflady pod umywalką, a nie w kuchni, jak przypuszczałam. Czyli tylko 
połowiczna skleroza. W tym momencie słyszę dzwonek do drzwi. Kurczę, przecież 
dopiero za dwadzieścia szósta. To nieładnie przychodzić przed czasem, myślę, wsuwając 
karteczkę do kieszeni szlafroka
 

– Nie gniewaj się, Karol mnie podwiózł, więc jestem trochę wcześniej. Mogę w 

czymś pomóc – mówi Jolka, trzymając przed sobą pokaźnych rozmiarów doniczkę z 
draceną.
 

– Nie, proszę, żadnych kwiatów doniczkowych, zapomniałam was uprzedzić, że 

ja nie chcę…
 

– Nie wygłupiaj się, dom bez kwiatów jest jak…

 

– Daruj sobie te porównania. Ja akurat lubię dom bez kwiatów. I wolałabym 

butelkę wina.
 

– Dobra, zabiorę go z powrotem i dam w prezencie komuś milszemu, kto kocha 

przyrodę. Wino też przyniosłam. A ty w szlafroku, z mokrą głową?
 

– Zdaje się, że przyszłaś dwadzieścia minut wcześniej? No to musisz chwilę 

poczekać, aż się ubiorę, bo włosy już i tak mi wyschną same. Albo przyjmę was w 
negliżu.
 

– Was? Ktoś jeszcze będzie?

 

– A, nie mówiłam ci, przyjedzie Baśka.

 

– Fantastycznie, całe wieki jej nie widziałam.

 

– Masz klucze?

 

– Przepraszam cię, ale odłożyłam je w tak dobre miejsce, że nie mogłam ich przed

wyjściem znaleźć. Szukałam przez całe dziesięć minut, następnym razem, dobrze?
 

– Jesteś niemożliwa. Masz taką świetną pamięć, cytujesz z głowy Szekspira i 

Broniewskiego, a gubisz nawet cudze rzeczy. Proszę, znajdź je, bo nie mogę zamówić 
sprzątaczki.
 

– Zostawiasz sprzątaczce klucze, czyś ty zwariowała!? Jedna moja znajoma…

 

– Jolka, proszę cię… Idę się ubrać, a ty otwórz Baśce, jak przyjdzie. I włóż 

łososia do piekarnika.
 

W sypialni sięgam do kieszeni szlafroka po karteczkę, żeby ją w końcu 

przeczytać. Mam złe przeczucia i słusznie:
 

Gdyby myszka grzeczna była

 

I nikogo nie krzywdziła,

 

Toby fajne życie miała

 

I teraz by się nie bała.

 

cdn.

 

Siedzę na łóżku jak skamieniała. A więc to ten wierszyk. Czy mi się podoba? Co 

background image

za pytanie – jest fantastyczny! A to „cdn.” napawa prawdziwą otuchą i wzbudza 
ciekawość. Są dwa wyjścia: albo ktoś chce mi dokuczyć, albo mnie z kimś myli i chce 
dokuczyć temu, z kim mnie myli. Tak czy inaczej – kolejna przykrość w nowym życiu, 
które miało być bezchmurne i pełne radości. Z odrętwienia wyrywa mnie głos Jolki:
 

– Dlaczego się nie ubierasz? Czy coś się stało? – patrzę na nią, obok stoi Baśka, w

jednej dłoni dzierży doniczkę, z której sterczy paskudny kaktus z pąsowym kwiatkiem na
czubku, w drugiej jakiś podejrzany metalowy przedmiot.
 

– Nie, nic. Zamyśliłam się – odpowiadam, znów chowając karteczkę do kieszeni. 

– Jeszcze sekunda.
 

– Chyba zabierzesz to z powrotem – informuje Jolka, wskazując na doniczkę z 

kaktusem. – Ona nienawidzi kwiatów.
 

– A to co? – pytam, wskazując na ten podejrzany przedmiot w ręce zdziwionej 

Baśki.
 

– Jak to co? Żardiniera. Też mam zabrać?

 

– Jeśli to na kwiaty, to owszem. Żardiniera, też coś, pierwszy raz w życiu słyszę 

to pretensjonalne słowo – zrzędzę, wyjmując z szafy dżinsy, T-shirt i ciepłe skarpety. 
Kiedy się odwracam, moje przyjaciółki stoją w milczeniu, z uniesionymi do góry 
głowami, jakby obserwowały coś na suficie.
 

– O co chodzi? – pytam i też podnoszę głowę, żeby sprawdzić, na co się gapią.

 

W górze fruwa srebrzysty mól, tym razem ubraniowy, piękny i spasiony. Ja też 

nie mogę od niego oderwać wzroku. W milczeniu śledzimy wdzięczny lot owada. To 
naprawdę chwila, w której trudno coś powiedzieć i trudno wyrazić bezmiar zdumienia.
 

Jolka pierwsza odzyskuje głos i dramatycznym szeptem mówi:

 

– Człowiek z bólem serca wyrzuca stare łachy, sprowadza się do nowego 

mieszkania z ubraniami prosto z pralki i pralni chemicznej, na którą wydał majątek, po 
czym okazuje się, że przywlókł ze sobą mole.
 

Po niej głos zabiera Baśka, która skończyła biologię i teraz korzysta z okazji, 

żeby popisać się swoją wiedzą:
 

– Mól włosienniczek, Tineola bisselliella, motyl nocny z rodziny molowatych, 

powszechnie znany jako mól odzieżowy. W ciągu roku rozwija się do czterech pokoleń. 
Ich larwy odżywiają się wełną, bawełną, futrem, perukami…
 

– Masz perukę? – pyta Jolka.

 

– A futro? – wtóruje jej Baśka.

 

– Przestańcie! Musiałam go odziedziczyć po panu Mirku – tłumaczę się jękliwie, 

ignorując ich głupie pytania. – Tak jak mole zbożowe… – dopowiadam szeptem, nadal 
zadzierając głowę.
 

– Mklik mączny, Ephestia kuehniella, motyl z rodziny omacnicowatych… – 

zaczyna recytować Baśka, ale widząc moją minę, milknie.
 

– Widać, że byłaś prymuską – mówi z uznaniem Jolka.

 

Patrzą na mnie z niedowierzaniem.

 

– Nie patrzcie tak, owszem, mam dwa rodzaje moli, ale niebawem i jedne, i 

drugie zginą z głodu, bo nie trzymam żadnych zbóż ani peruk. Jak pech, to pech. Mąż 
mnie rzucił dla młodszej, kochanek zdradzał z żoną, syn nie chce mnie znać, matka i 
córka mnie nie potrzebują, ojciec mnie osierocił i mam w mieszkaniu robactwo. Brakuje 
tylko prusaków, karaluchów, wołków zbożowych i… – dopiero po chwili dorzucam do 
tej wyliczanki: – …myszy.

background image

 

– Nie przesadzaj, to nie skorpiony. Są różne środki. Raz, dwa je zlikwidujesz – 

pociesza mnie Baśka.
 

– Ale mój światopogląd nie pozwala mi na mordowanie. Wyjątek robię tylko dla 

krwiopijców, czyli kleszczy i komarów – zapewniam, chociaż to nieprawda.
 

– Zapomniałaś o pchłach, wszach i pluskwach.

 

– Daj spokój, bo zwymiotuję. A na domiar wszystkiego mam wroga.

 

– No wiesz, nazywać wrogiem biedne mole… – oburza się Jolka.

 

– Nie, mam ludzkiego wroga. Prawdziwego, który mnie nie cierpi i chce mi 

dokuczyć.
 

– O czym ty mówisz? – wykrzykują w duecie.

 

Podaję im karteczkę z wierszykiem, który zaczynają czytać na głos, ale zdumione 

doczytują już w milczeniu. Opowiadam im pokrótce o pozostałych wiadomościach. Sny 
przemilczam, boby mnie wyśmiały.
 

– Nie martw się, to pewnie pomyłka, zaraz się wyjaśni – mówi bez przekonania 

Jolka.
 

– Żadna pomyłka. I czuję, że to dopiero początek, że ta Malwina dopiero się 

rozkręca, a potem…
 

– Co potem? – pyta z zaciekawieniem Jolka.

 

– Nie oglądasz filmów kryminalnych? Ciach, mach i po mnie…

 

Nie kontynuuję, bo widzę, że Baśka obserwuje nas z rosnącym przerażeniem. Nie

po raz pierwszy zresztą nasza wymiana zdań i zjadliwa ironia wprawiają ją w ten stan. 
Jest prostolinijną i niewinną osobą, która wiecznie się boi, że ktoś w jej towarzystwie się 
pokłóci albo ktoś komuś sprawi przykrość, i nigdy nie bierze udziału w takich gierkach. 
Trochę szkoda, mogłaby czasem wyluzować, bo strasznie się stresuje.
 

– Baśka, wszystko porządku, nie patrz tak. Trochę sobie pożartowałyśmy.

 

– Maniu, dlaczego ktoś cię prześladuje?

 

– Nie wiem, ale mam wrażenie, że nie istnieje prosta zależność między tym, co 

się robi i co cię spotyka od ludzi. Po prostu czasami ktoś wejdzie w zasięg twojej 
egzystencji i chce naprawiać świat albo się zemścić za coś, co w życiu robią wszyscy 
albo prawie wszyscy. Może zalazłam za skórę jakiejś uczestniczce szkolenia, a może 
komuś kiedyś odbiłam chłopaka. Nie wiem, naprawdę nie wiem.
 

– Idź na policję – radzi Baśka, znana panikara.

 

– Nie żartuj. Chyba za wcześnie na to. Nie chcę stać się pośmiewiskiem komendy

dzielnicowej. Zdaje się, że potrzebujesz przewodnik po Budapeszcie – zmieniam temat. –
No to trzeba go znaleźć. A przedtem, jeśli lubicie spalonego łososia, zapraszam do stołu.
 

Dawno się tak nie uśmiałam. Baśka opowiada o swoich romansach uwieńczonych

sukcesem w postaci Antoniego, a Jolka, układając książki na półce, bez przerwy coś 
cytuje. Wszystko pamięta, okazuje się, że nawet z podstawówki, bo w pewnej chwili, 
trzymając opasły tom bajek La Fontaine’a, zaczyna deklamować:
 

Prosiła młoda myszka i niedoświadczona

 

Myśląc, że prośbą kota ułagodzi,

 

Że go przekona:

 

Niech mi pozwoli żyć jeszcze dobrodziej!

 

Wszystkie trzy nieruchomiejemy: Baśka z Baczyńskim w dłoni, ja – z Mannem, a

Jolka z nieszczęsnym La Fontaine’em w ciemnofioletowej okładce.
 

– Nie chciałam, naprawdę – mówi, patrząc na mnie przepraszająco.

background image

 

– Nie wygłupiaj się. Właściwie to nie znoszę tych bajek, nie wiem, po co 

trzymam tę książkę. Chyba tylko dlatego, że kupiłam ją kiedyś spod lady. Takich książek 
bardzo trudno się pozbyć, bo od razu sobie przypominasz, ile trudu włożyło się w ich 
zdobycie i ile radości sprawiła ta zdobycz.
 

Ale wesoły nastrój prysł. Znów zaczynam myśleć o wrogu, o tym „cdn.” na końcu

rymowanki i rozmowa przestaje się kleić. W każdym razie żadnej z nas nie jest do 
śmiechu.
 

– Nie martw się – mówi Jolka na odchodnym, po czym dodaje coś, co oznacza, że

jednak powinnam się martwić: – I nikomu nie otwieraj bez pytania. Mówię o tym, bo ty 
masz taki zwyczaj, nigdy nie pytasz, tylko od razu otwierasz.
 

Nie reaguję, bo wiem, że już nie zmienię tego zwyczaju. Odziedziczyłam go po 

mamie, która, mimo że jest staruszką, nigdy nie pyta „kto tam?”. Trzeba mieć do ludzi 
zaufanie.
 

– Nie wspominając o tym – kontynuuje Jolka – że często w ogóle nie zamykasz 

drzwi na klucz. Może to nic takiego, ale na wszelki wypadek bądź ostrożna. Zadzwonię 
jutro.
 

Koszmarne szkolenie, koszmarni uczestnicy. Nie wyrobiłam się z czasem i 

wkurzały mnie ich pytania: „No a co, jeśli…?”, „Jak się zachować w sytuacji, gdy…?”, 
„Czy jest jakaś metoda na…?”. Osiem godzin takich zajęć to stanowczo za dużo. Już po 
pięciu, nawet jeśli wszystko idzie jak z płatka, a grupa jest miła i niezbyt dociekliwa, 
czuję się wyczerpana. Jeszcze sobota i niedziela. Muszę zmienić taktykę. Jutro już na 
wstępie uprzedzę, o czym będzie mowa w trakcie zajęć, i zawczasu poproszę o pytania, 
które ich nurtują. Sama ich nimi zarzucę. Wtedy przestaną bez przerwy pytać i uda się 
uniknąć niepotrzebnych dyskusji w tak prostej sprawie jak obsługa klienta, której przy 
odrobinie wyobraźni można się nauczyć w dwie godziny. Ale nie, oni muszą każdy 
drobiazg rozebrać na czynniki pierwsze. A co, a jak, a kiedy, a po co? Wiem, jestem 
niesprawiedliwa – przecież to ich praca, mają prawo do pytań, a ja powinnam im pomóc 
znaleźć odpowiedzi, skoro ich firma płaci mi za to. Problem nie w nich, ale we mnie – ta 
praca mnie nudzi, nie rozwijam się, tylko zwijam. Od czasu rozmowy z Miechem jest 
jeszcze trudniej, bo musiałam sobie szczerze odpowiedzieć na zadane przez niego 
pytanie. Sobie, nie jemu.
 

„Ale kto ci broni dobrze zarabiać i po pracy robić ciekawe rzeczy?” – dziwi się 

Strofa.
 

Niestety, po szkoleniu nie mam już na nic siły, a poza tym jednak zgnuśniałam, 

zleniwiałam i teraz za to, że się nudzę, zwalam winę na innych. Tak najłatwiej. Coś 
trzeba z tym zrobić. Przedtem jednak wytępię mole, a może przeczytam też swoje 
wiersze, które po wyjściu dziewczyn położyłam na szafce przy łóżku, ale wczoraj nie 
miałam odwagi do nich zajrzeć. Zresztą bałam się, że jeśli będę do późna czytać, znów 
zaśpię. Tym razem na szkolenie!
 

Bez większego zapału wchodzę na portal. Dostałam serduszka, uśmiechy, kwiatki

i inne emotikony, które nie wiem, co znaczą, mimo to nie sprawdzam. Żeby dorośli 
ludzie, a nawet starcy, bawili się w takie głupstwa! Trudno uwierzyć. Te kontakty od razu
skreślam, ale, być może, zbyt pochopnie: przecież ktoś „tam” też może się czuć bezradny
w tej idiotycznej sytuacji i nie wiedząc, co począć, robi to, co mu radzą na portalu. Kilku 
nowych panów podsuniętych przez administratora – każdy ze zdjęciem z czasów 
kawalerskich. To granda. Mnie na pytanie, co jest najważniejsze w życiu, nie chcieli 

background image

zaakceptować odpowiedzi: „życie, życie, życie”, a innym akceptują zdjęcia sprzed 
trzydziestu lat albo takie, na których nic nie widać prócz ucha. W mojej głowie rozpętuje 
się istny żydowski pojedynek, jak nazywa to moja przyjaciółka Weronika. O co ci idzie? 
Chcesz faceta? Nie wiem. Nie wiem, czego chcę. Dzisiaj słuchałam w radiu pewnego 
profesora, który mówił o świecie i kulturze – takiego bym chciała. Profesora. Ale gdzie ja
go spotkam? Przecież to oczywiste, że profesor nie ma pojęcia, że istnieją portale 
matrymonialne, nawet jeśli jest wdowcem. Przecież ludzie umierają. I żony, i mężowie. 
Ja też umrę. Dlaczego nie mogę mieć profesora wdowca? Nawet bym mu koszule 
prasowała. Robiłam to kiedyś. Umiem.
 

No, czego milczysz? „Oj, żal mi ciebie” – wzdycha Strofa. „Jesteś potwornie 

zakłamana. Boisz się. Starości. I że będziesz sama”. Nie chrzań – samotność jest fajna. 
„No to boisz się, że nikt się tobą nie zaopiekuje, kiedy będziesz chora”. Pudło – znacznie 
bardziej boję się, że ktoś na starość wytrąci mi z ręki szklankę wody albo sama będę 
musiała zaopiekować się kimś, kto się rozchoruje.
 

To oczywiste, kiedy się ze sobą spędziło dziesiątki lat, ma się wspólne dzieci. Ale 

jak poznajesz kogoś około pięćdziesiątki, to strasznie trudne: nagle masz obok siebie 
starzejącego się człowieka (oczywiście sama też jestem niemłoda, ale tego nie widzę) i 
ten człowiek ma stare ciało i wszystko stare i nie widziałaś go, kiedy był młody, nic 
ważnego razem nie przeżyliście, i nagle masz go kochać i w razie czego pielęgnować. Jak
długo trzeba kogoś znać, żeby przestał być obcy? Wystarczy rok? Nie! Nie wystarczy.
 

„Straszna z ciebie asekurantka”. Owszem, tak działają moje komórki mózgowe. 

Boję się chorób, patologii i cudzych wad. Boję się fizjologii faceta, z którym nie 
spędziłam co najmniej dekady życia. I lubię świeżą gazetę, pięknie złożoną i niepomiętą. 
Ten ostatni argument najwyraźniej trafił do Strofy, bo milknie na dobre.
 

Na dziś się poddaję, do nikogo nie piszę i nie sprawdzam długiej listy panów, dla 

których jestem już w wieku trolejbusowym. Zaglądam jeszcze tylko do skrzynki 
mejlowej, bo, niestety, nasi uczestnicy mają zagwarantowaną możliwość pisania do nas 
po szkoleniu i należy im czym prędzej odpowiedzieć. Uważam, że to nadopiekuńczość, 
ale nic na to nie poradzę. Regulamin. W skrzynce znajduję tylko jedną wiadomość: „Czy 
chcesz się pobawić w kotka i myszkę?” – bez podpisu, nadawca: Arkadia. To imię mojej 
innej kotki.
 

Ten ktoś wie, że miałam trzy kotki, i zna ich imiona. Była Malwina, jest Arkadia, 

została jeszcze Ofelia. To jakiś koszmar. Niby nic strasznego, ale czuję się tak, jakby ktoś
mnie osaczał. Pojawia się nawet w moich snach, już od pierwszej nocy tutaj, kiedy 
jeszcze nie wiedziałam o jego istnieniu. Czyżby nimi sterował? Albo wyszedł z nich? 
Sama powołałam go do życia? To niedorzeczny pomysł, choćby dlatego, że zawsze 
śniłam bardzo intensywnie, ale w tej chwili nie umiem tego inaczej wytłumaczyć. 
Chciałabym, żeby przyśniła mi się jego twarz. Twarz anonimowego prześladowcy.
 

Przeglądam apteczkę w poszukiwaniu tabletek nasennych, kiedyś brałam je przez 

jakiś czas – może coś zostało. Są. Spróbuję się wyspać przed jutrzejszym szkoleniem, bo 
inaczej nie dam rady.
 

Kolejne dni mijają spokojnie. Moja grupa w sobotę była bardziej zmęczona niż ja 

i znacznie mniej energiczna niż poprzedniego dnia. Zmiana metody okazała się bardzo 
skuteczna. Tak bardzo, że w niedzielę wyraźnie tęsknili za ogniskiem domowym i 
poprosili, żeby nie robić przerw i skończyć nieco wcześniej. I zaczęło mi nawet 
doskwierać, że przestali pytać. Trudno mnie zadowolić…

background image

 

Docieram do domu wcześniej, niż planowałam, i postanawiam wyjechać na trzy 

dni na Mazury do Weroniki. Zaprasza mnie od dwóch miesięcy. Muszę tylko uprzedzić 
Janusza albo chociaż Michała. Chyba nie będzie kłopotu, bo następne szkolenie mam 
dopiero w piątek. Przygotuję je u Weroniki, przed kominkiem, w którym trzaska ogień. 
Zresztą będę pod telefonem – w końcu to tylko dwie i pół godziny drogi.
 

Michał zapewnia, że mogę jechać, ale pod warunkiem, że w razie czego od razu 

wrócę.
 

– I odbieraj mejle, mam nadzieję, że będziesz miała dostęp do internetu.

 

– Jasne. Wrócę w czwartek po południu. Dzięki. Czy muszę dzwonić do Janusza?

 

– Nie, nie trzeba. Baw się dobrze. Aha, nie znalazłem tej firmy ani Malwiny 

Myszoł. I niestety, to bardzo dziwna sprawa, znów z tej Fisany ktoś zadzwonił, tym 
razem mężczyzna, i ochrzanił Isię, że się nie zgłosiłaś. Nie wiem, o co chodzi, a ty?
 

– Ja też nie, naprawdę nie rozumiem – zapewniam go i czuję, że ręce mi się 

trzęsą, a głos zaczyna drżeć.
 

A zatem płeć mojego wroga nie jest wiadoma. Albo mam dwóch wrogów różnej 

płci. Z jednym może bym sobie jeszcze dała radę, ale z dwoma…
 

Szybko dzwonię do Weroniki, która wydaje okrzyk radości: jakie to przyjemne, 

kiedy ktoś cieszy się na spotkanie z tobą. Ja też się cieszę, bardzo się za nią stęskniłam, 
za tą szaloną dziewczyną, która zamieszkała na Mazurach, gdzie latem urządza 
minikolonie dla miejscowych dzieci, jesienią chodzi na grzyby i robi dziwne przetwory z 
własnych owoców, zimą czyta tony książek, na wiosnę zakłada ogród, a tak w ogóle to 
tłumaczy z angielskiego różne czytadła. Ona żyje jak człowiek, miała odwagę rzucić 
pracę, której nie lubiła, sprzedać mieszkanie i wynieść się na wieś. A ja się boję 
cokolwiek zmienić. To nie takie proste – kocham wieś, lecz boję się lasu, boję się 
ciemności, i musiałabym w całym domu zainstalować kraty i system alarmowy. To bez 
sensu: mieszkać w drewnianej chałupie z kratami w oknach. I co z tego? To byłyby 
piękne, artystyczne kraty, a na parapecie postawiłabym pelargonie. Nie, pelargonie 
odpadają, Jolka by mnie za nie zamordowała po tym, jak kazałam jej zabrać dracenę.
 

Pakuję tylko kilka ciuchów, parę książek dla Weroniki, paczkę zielonej herbaty. 

Dzwonię do mamy i Laury, żeby uprzedzić, że wyjeżdżam na kilka dni, a potem do Jolki,
która zatrzymuje mnie na dłuższą chwilę.
 

– Mania, tylko minutkę: jestem zdruzgotana.

 

– Joluś, możemy w czwartek?

 

– Czy coś się stało?

 

– Nie, tylko miałam ciężkie szkolenie, ktoś chce się pobawić ze mną w kotka i 

myszkę, a potem być może zamordować, nikt mnie nie kocha i śniło mi się, że twój 
kolejny facet okazał się draniem…
 

– Skąd wiesz? Ty masz prorocze sny, już dawno ci mówiłam, że mogłabyś śnić na

zamówienie albo zostać wróżką. Mania, na tym się zarabia kupę forsy. Kupisz sobie 
szklaną kulę, odpowiednio urządzisz mieszkanie, wiesz: kotary w gwiazdy, przyćmione 
światło, czarny zielonooki kot, i będziesz ludziom przepowiadać…
 

– Cudowny pomysł. Jak Frau Frida z opowiadania Marqueza. Pamiętasz?

 

– Jasne! Nic nie robiła, tylko śniła na zamówienie i dzięki temu zdobyła wielki 

majątek i kupiła sobie dom w Porto. – Natychmiast postanawiam zamienić wyspę z 
palmami i chałupę na Mazurach na dom w Porto z widokiem na ocean. – Ale marnie 
skończyła, nie wyśniła własnej śmierci w jakiejś katastrofie.

background image

 

– Aha, tego nie pamiętam. A co z tym twoim facetem z internetu?

 

– Nie, Karol nie był z internetu, poznałam go po bożemu, normalnie.

 

– Niemożliwe. I co?

 

– Miałaś rację, zwykły drań. Podsłuchałam, że ma żonę albo kochankę w 

Niemczech. Albo i żonę, i kochankę. Nie wiem dokładnie, bo nie znam niemieckiego.
 

– No to skąd wiesz, z kim rozmawiał i o czym mówił?

 

– Nie wiem, ale sama rozumiesz, przyciszony głos, zakłopotana mina i takie tam. 

Nie jestem głupia.
 

– Pewnie, że nie. Naprawdę mi przykro. Wiesz, nie mogę cię teraz pocieszać, bo 

wyjeżdżam na trzy dni do Weroniki. Odezwę się po powrocie, dobrze?
 

– Zazdroszczę ci, też bym chętnie wyjechała.

 

– Nic z tego, ty musisz chodzić do szkoły.

 

Mam jeszcze chwilę, żeby odwiedzić Amore. Julian „nie lubi kłamstwa, głupoty, 

braku poczucia humoru i odrobiny luksusu wokół siebie”. Piękne zdanie. Wciąż tylko ja 
w tym gronie mam wady. Reszta portalczyków nadal opływa w cudowne zalety – 
gdzieście się podziewali do tej pory, panowie? Ja za chwilę zwariuję. Nikt nie pisze, że 
bywa niewierny, nielojalny, leniwy. A przecież ludzie po prostu tacy są. A przynajmniej 
bywają. Nie mówię tego z pretensją, stwierdzam fakty. Czy ktoś da mi szansę? Jeśli 
pojawi się tam jeden wesoły, inteligentny, niedotknięty „trolejbusowym defektem” facet, 
obiecuję tego nie zmarnować.
 

Czytam list pana Jacka do „wszelkich” pań: „Dzięki za zainteresowanie moją 

osobą i odpowiedzi na uśmiech. Jak każdy na tym portalu poszukuję szczęścia na dalsze 
dni życia. Po przysłaniu listu podaję zdjęcia celem dalszej kontynuacji. Wszystkim 
miłym paniom przesyłam życzenia spełnienia najskrytszych marzeń i urzeczywistnienia 
postawionych przed samym sobą zadań i oczekiwań. Oby wszystko to, co niesie 
szczęście i radość, niech do Ciebie dotrze i wywoła radość na twym licu”. Moje lico 
oblewa rumieniec. Ostatni raz wstydziłam się tak, kiedy przed Pałacem Kultury pękła mi 
gumka w spódnicy, która miękko i lekko jak woal opadła na bruk, odsłaniając moje 
wdzięki. Dostałam też dwa uśmiechy i jeden list z koszmarnymi błędami 
ortograficznymi. Staram się nie uprzedzać, w końcu facet może mieć dysgrafię. Wielu 
słynnych twórców pisało z błędami, sama znam parę osób o wybujałym intelekcie, które 
słowo życie piszą przez „rz”. Zresztą życie być może na to zasługuje. Ale treść też nie 
zachęca. Świat naprawdę podąża ku zagładzie – faceci dzisiaj, nawet ci w moim wieku, 
najwyraźniej chcą być podrywani i adorowani. Siedzą w fotelach i czekają, aż ktoś się 
wokół nich zakręci. W życiu!!! Niech sczeznę i niech nie ujrzę faceta do końca swoich 
dni, ale mizdrzyć się nie będę. Jedno jest pewne: portalczyk matrymonialny jest wyzuty z
poczucia humoru i kipi lękiem przed odrzuceniem. Nikt nie chce dowcipkować: 
wyłącznie ciężka jak ołów, szara jak beton powaga i buzia w ciup. A poza tym słoneczka,
serduszka, kwiatuszki. I śmiertelna nuda.
 

„Ale po co się tak pieklisz? – dziwi się Strofa. – Jak myślisz, ile punktów dałby ci

ten no, ten pisarz, co tak leci na baby i daje im punkty?” Po pierwsze nie myl autora z 
fikcyjnym bohaterem, bo nie po to w mękach studiowałyśmy razem polonistykę, a po 
drugie „ten no” nie leci na baby, tylko na młode, ładne dziewczyny, i nie dałby mi ani 
jednego punktu, nawet gdybym stała przy bankomacie ze złotą kartą i wywrzaskiwała 
cyfry swojego PIN-u, bo w ogóle by mnie nie zauważył.
 

Dochodzę do smętnego wniosku, że misja Amore polega na tym, aby kiedyś, po 

background image

latach, tuż przed śmiercią, cudem trafić na „kogoś odpowiedniego”. Czyli: osobno się 
zestarzeć, lecz razem umrzeć.
 

Jeszcze skrzynka pocztowa i w drogę. Tylko jedna wiadomość. Malwina 

najwyraźniej ma upodobanie do kocio-mysich metafor:
 

Uciekaj, myszko, do dziury

 

bo ciebie złapie kot bury,

 

a jak cię złapie kot bury,

 

to cię obedrze ze skóry.

 

Czyli już zrezygnował z zabawy, chce mnie podręczyć, a potem zamordować. 

Pamiętam ten wierszyk z przedszkola i swoje przerażenie obrazem myszki obdartej ze 
skóry – ten widok prześladował mnie przez wiele miesięcy, nie mogłam spać. A teraz ja 
mam nią być. To się jeszcze zobaczy: nieoczekiwanie czuję przypływ gniewnej energii, 
niezgodę na to, żeby ktoś mnie prześladował. Dopadnę cię, zanim się do mnie zbliżysz, i 
gorzko pożałujesz, myślę, zaciskając usta. Mimo wszystko boję się, ale to normalne, 
większość ludzi czuje lęk przed nieznanym. „Uciekaj, myszko” – zgoda, ucieknę na kilka
dni. Mam nadzieję, że kot się o tym nie dowie.
 

background image

 Rozdział drugi

 

U Weroniki jest cudownie – żadnych rozmów o problemach, zapominam o pracy, 

o wrogu, o kredycie, a nawet o matce i Laurze. Chyba beze mnie nie zginą, chociaż wciąż
sobie wmawiam, że to nieuchronne i powinnam być w stałym pogotowiu, tak na wszelki 
wypadek. Bzdura. Świetnie sobie radzą i potrafią o siebie zadbać.
 

Spacerowałyśmy z Weroniką po jesiennym lesie wokół jeziora, które też już 

przybrało barwy jesieni, a kiedyśmy wracały, znalazłam dwa prawdziwki, co mnie 
zdumiało, bo grzyby się przede mną chowają. – Nie lubią mnie – zapewniam Weronikę, 
która puka się w czoło: grzyby lubią wszystkich, ale kiedy zbierasz je, musisz myśleć o 
nich, a nie o innych sprawach. Jeśli głowę masz zajętą kłopotami, zmysł wzroku przestaje
działać, znaczy się patrzysz, lecz nie widzisz, nawet jeśli grzyb pcha ci się w ręce i błaga:
weź mnie. Ma rację, zawsze chodzę po lesie, nie widząc lasu, „zbieram” grzyby, 
układając w głowie plan szkolenia albo zamartwiając się czymś. Tym razem było inaczej,
i proszę – dwa dorodne prawdziwki.
 

– Przepraszam, że o to pytam – zwracam się do Weroniki wieczorem przy 

obieraniu stosu grzybów – dlaczego wciąż jesteś sama? Trudno mi to zrozumieć, ale nie 
musisz wyjaśniać.
 

Weronika parska śmiechem.

 

– Nigdy mnie o to nie pytałaś. Dlaczego akurat teraz?

 

– Wiesz, zerwałam jakiś czas temu z Marcinem, a może on ze mną, sama nie 

wiem, przeprowadziłam się, Jolka i Baśka bez przerwy romansują. Po prostu 
zastanawiam się, czy wolę być sama, czy chcę jeszcze kogoś poznać. Lubię samotność, 
ale czasem czegoś mi brakuje. Tylko nie wiem czego, może wcale nie chodzi o 
mężczyznę. Jestem prawie pewna, że nie, ale tylko „prawie”, a jak wiadomo „prawie robi
różnicę”.
 

– Kiedy Bartek zginął, długo nie mogłam się pozbierać. Bez przerwy do niego 

mówiłam, konsultowałam z nim każdą decyzję. Zadawałam mu pytania, a on mi 
odpowiadał z zaświatów. Wtedy zrozumiałam, na czym polega życie pozagrobowe: 
wcale nie na zmartwychwstaniu i życiu wiecznym, ale na tym, że ktoś na zawsze z tobą 
zostaje. Mówi do ciebie, uśmiecha się do ciebie, doradza ci i cię chroni. Wiem, że to 
trudno zrozumieć, bo świat żywych i umarłych dzieli przepaść. Ale nie musi tak być. Ja 
nikogo nie potrzebuję, chcę tylko Bartka i mam go – jest ze mną zawsze i wszędzie. Ze 
spokojem wysłuchuję życzliwych, którzy przekonują mnie, że już czas, było, minęło, 
trzeba się otrząsnąć i zacząć od nowa. Mają dobre intencje, nie gniewam się o to, ale, 
wiesz, ludzie nie wszystko rozumieją. Zwłaszcza jeśli coś odbiega od stereotypu, czyli, 
ich zdaniem – od normy. Co rusz kogoś mi tutaj przywożą w nadziei, że serce mi drgnie. 
Ale mnie nie doskwiera samotność, przecież istnieje coś takiego jak dozgonna miłość. A 
jeśli ci się przydarzyła, to jej energia nigdy się nie wyczerpuje. Siedzimy sobie tutaj, 
obieramy grzyby, a ja czuję, że Bartek jest z nami, idę do lasu, a on idzie obok i wiem, że
nic złego nie może mnie spotkać. Ja się nigdy nie boję. Dzięki niemu.
 

Milknie, chyba trochę zmieszana. Ja też się nie odzywam, trudno coś powiedzieć 

po takim wyznaniu. I przyznaję, trochę jej zazdroszczę tej nadzwyczajnej miłości, którą 
przeżyła, takiej naprawdę „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Nie mam pojęcia, jak to jest, 
że ktoś cię otacza opieką, dba o ciebie, jest wobec ciebie zwyczajnie lojalny, ciekawi go 
twoja praca. Marcela moja praca drażniła, kiedy miałam zapalenie płuc, wyjechał na 

background image

narty, zostawiając mnie z małymi dziećmi, a kiedy trzeba była ratować Laurę, okazało 
się, że ona jest tylko moją córką.
 

„Oj, oj, znów zaczynasz – a było tak fajnie – mówi zezłoszczona Strofa – daj mi 

trochę odpocząć na łonie przyrody”. Dam, ale za chwilę, bo nie mogę się już zatrzymać. 
To piękne, co Weronika mówi, ale jej słowa potwierdzają ogrom mojej klęski. Chce mi 
się płakać. A może weszłam na ten portal i tak długo rozstawałam się z Marcinem, bo 
chciałabym przeżyć coś podobnego. Prawdziwą, pełną czułości miłość.
 

– Dzięki, że mi o tym powiedziałaś. Trochę ci zazdroszczę, bo ja nie znam 

takiego uczucia. Chyba w ogóle nie znam miłości. Może ze dwie młodzieńcze, kiedy 
człowiek strasznie się miota i nic jeszcze nie rozumie.
 

Nie umiem jej tego wyjaśnić, bo, jak mówi moja mama, ludzie zdrowi nie 

zrozumieją chorych, a szczęśliwi nieszczęśliwych. Czuję jednak, że Weronika wie, o co 
chodzi.
 

– Uważam, że powinnaś być otwarta na jakiś związek. Bo jeśli masz wątpliwości,

to znaczy, że jeszcze nie wykluczyłaś go ze swojego życia. Chyba. Ale najważniejsze, 
żeby wiedzieć, czego tak naprawdę się chce. No, po prostu, jakie są twoje marzenia, 
potrzeby. To niby oczywiste, ale rzadko zastanawiamy się nad tym. Nasze marzenia 
kończą się bardzo wcześnie, tak jak intuicja, której w pewnej chwili przestajemy słuchać,
więc zdezorientowana zaczyna szwankować, bo nie czuje się potrzebna. Czy wiesz, że 
intuicję trzeba trenować?
 

– Nie. – Patrzę na Weronikę ze szczerym zdziwieniem. – Żartujesz, prawda?

 

– Ani trochę. Bartek mnie tego nauczył. On uważał, że bez intuicji nie powinno 

się chodzić po górach. A przecież życie też przypomina wspinaczkę.
 

– Moje na pewno – ciężko wzdycham, na co Weronika zaczyna się śmiać.

 

– Każde, moja kochana Maniu, każde, tylko że jedni wchodzą na Gubałówkę, a 

inni na K2.
 

– Ja na K2 – wzdycham ponownie, sięgając po kolejnego prawdziwka.

 

– Jeśli jeszcze raz westchniesz, każę ci jutro zaopiekować się trójką dzieci 

sąsiadki, wydoić jej krowę, narąbać drewna i nakarmić inwentarz – grozi Weronika, a jej 
słowom wtóruje złośliwy chichot Strofy: chyba się zaprzyjaźniły.
 

– Nie! Już wolę swoje K2. Zresztą jutro wyjeżdżam.

 

To był fantastyczny pomysł, żeby pojechać do Weroniki. Mój instynkt 

samozachowawczy i intuicja jeszcze działają: przecież to one podszepnęły mi, że trzeba 
uciec, poszukać gdzieś dobrej energii, odetchnąć („Ale ty ciągle wzdychałaś, a to nie to 
samo!” A ty jesteś coraz bardziej bezczelna) i przestać się bać. Posłuchałam.
 

Po śmierci Bartka spędziłam z Weroniką wiele dni i nocy. Robiłam jej zakupy, 

próbowałam ją namówić do jedzenia, chodziłyśmy na spacery. I milczałyśmy, prawie 
cały czas milczałyśmy, może dlatego wolała być ze mną niż ze swoją mamą – nie 
pocieszałam jej, nie zapewniałam, że na Bartku świat się nie kończy. Bardzo jej 
współczułam, ale to raczej mnie należałoby współczuć. Ona straciła coś najważniejszego,
ale przynajmniej to miała, i, jak się okazuje, w pewnym sensie nadal ma, a moje życie 
wówczas było straszliwie ubogie, zredukowane do walki z dnia na dzień.
 

– Przestań się bać – powiedziała Weronika, kiedy się żegnałyśmy, nic nie wiedząc

o moim wrogu, czyli strach mam już wypisany na czole. A kiedy wsiadłam do 
samochodu, dodała: – Dziękuję ci, że byłaś wtedy ze mną.
 

Wracam już całkiem spokojna, można powiedzieć, że nawet szczęśliwa. I wiozę 

background image

słoiki z malinami, sok z pomidorów, który nie tuczy, konfiturę ze śliwek bez cukru i 
pachnące prawdziwki, ususzone przez Weronikę na piecu. Cały samochód pachnie 
świętami.
 

Docieram do domu wczesnym popołudniem. Wypoczęta, spokojna. Jest zimno, 

cieszę się, że za chwilę wejdę do mieszkania, w którym zaczęli grzać jeszcze przed moim
wyjazdem. To zalety nowoczesnych osiedli: kiedy temperatura spada poniżej 17 stopni, 
włączają ogrzewanie. Jadąc windą, znów przypominam sobie o sąsiadach, którzy się 
obrazili. To już obsesja. Może powinnam teraz do nich zapukać, przeprosić, chociaż nie 
wiem za co, i w końcu wypić z nimi kawę. I powoli wracają też myśli o wrogu. To 
naprawdę okropnie denerwujące, że w języku, w którym są rodzaje gramatyczne, 
niektóre słowa mają tylko męską formę. A przecież wiele wskazuje na to, że mam wroga 
kobietę. Tę wróg.
 

Przez kilka chwil walczę z zamkiem, nie mogę go otworzyć. W końcu naciskam 

klamkę. Drzwi są otwarte. Czyżby Laura na mnie czekała? – przemyka mi przez głowę 
radosna myśl. Kiedy wchodzę do salonu z uśmiechem na twarzy, pośrodku dębowego 
secesyjnego stołu, który w amoku wylicytowałam na Allegro, natychmiast dostrzegam 
ogromny bukiet róż. Niestety paskudnych i gnijących, ze zwisającą smętnie na 
sznureczku ozdobną kopertką. Stojąc nieruchomo w korytarzu, wpatrzona w bukiet, 
wołam z nadzieją: „Lauro, jesteś tu?”. Ale nikt się nie odzywa. Nie ma jej. I w następnej 
chwili już wiem: to róże od wroga, był tutaj, przecież ani Laura, ani Jolka, które mają 
klucze, nie przyniosłyby mi, w dodatku pod moją nieobecność, zwiędłych kwiatów. Nie 
mylę się:
 

Strzeż się, Ofelio, strzeż się, luba siostro;

 

I stój w odwodzie twej skłonności, z dala

 

Od niebezpieczeństw i napaści pokus.

 

Ofelia. A zatem wszystkie trzy kocice mam już z głowy. Czuję się tak, jakby ktoś 

pod moją nieobecność zamieszkał u mnie i teraz gdzieś się ukrywał. Strach ustępuje 
miejsca absolutnemu przerażeniu. Ostatni raz czułam się tak, kiedy mój ojciec dostał 
zawału i karetka pogotowia zabierała go nieprzytomnego do szpitala. Z walącym sercem 
rozglądam się wokoło, wychodzę na balkon, zaglądam do łazienki, do szaf, pod łóżko. 
Najwyraźniej przyszedł tylko po to, żeby zostawić kwiaty i liścik. A nie mówiłam, że 
kobiety wcale nie lubią, żeby je obsypywać kwiatami? Co mam zrobić? Zadzwonić na 
policję, bo ktoś przysyła mi głupie rymowanki i cytaty z Szekspira, wie, jak nazywały się
moje koty i przyniósł mi kwiaty? Policjant, któremu to powiem, zamknie mnie w areszcie
albo wezwie karetkę. Mój wróg jest sprytny, wie, że gdyby narobił mi w mieszkaniu 
bałaganu, coś zdemolował, to już byłby czyn karalny i natychmiast mogłabym się 
zwrócić do policji. A tak może bezkarnie nękać mnie dalej. Bo prawo nie zabrania 
podsyłać komuś wierszyków ani kwiatów. Nikt mi nie uwierzy, że to róże od wroga, 
który ma klucz do mojego mieszkania.
 

Ale co on zamierza? Czy chce mnie tylko straszyć? I pewnego dnia przestanie? 

Czy też ma poważniejsze zamiary? Siedzę bezradna, a energia, którą naładowałam się na 
Mazurach, błyskawicznie ze mnie uchodzi. Trzeba wymienić zamek – natychmiast. Od 
tego zacznę, a potem zastanowię się, co dalej. Może Jolka coś poradzi. Ale dziś i tak 
niewiele wskóram. Nie, dlaczego? Przecież policja powinna chronić i wspierać 
obywateli. Przecież płacę podatki. Muszą się tym zająć. Ktoś obcy wszedł do mojego 
mieszkania – to przestępstwo.

background image

 

– Halo!

 

– Proszę czekać. Proszę czekać. Proszę czekać…

 

– Ale ile mam czekać, ile? Ja nie mam czasu, rozumiecie?

 

– Komisariat policji, słucham – słyszę wreszcie w słuchawce kobiecy głos.

 

– Tu Maria Dudek. Proszę pani, ktoś pod moją nieobecność wszedł do mojego 

mieszkania i zostawił mi kwiaty, ale zgniłe.
 

– Dlaczego zgniłe? – pyta policjantka.

 

– Nie wiem. Dokucza mi już od wielu dni. Straszy i pisze wierszyki.

 

– A nie mogą państwo załatwić tego między sobą?

 

– Nie, bo ja go nie znam.

 

– A nie może się pani dowiedzieć, kto to?

 

– No właśnie po to dzwonię, żeby policja to ustaliła.

 

– Mamy ustalić, kto pani daje kwiaty?

 

– Ale on wszedł do mojego mieszkania pod moją nieobecność. Ma klucz.

 

– No to nie trzeba było mu dawać klucza, skoro pani nie lubi dostawać kwiatów.

 

– Nie dawałam. Nikomu prócz mamy, córki i Jolki nie dałam klucza.

 

– Czyli dała pani. Naprawdę nie rozumiem, o co chodzi.

 

Czuję się bezsilna, nie potrafię jej wytłumaczyć, dlaczego powinni zająć się moją 

sprawą. Podejmuję jeszcze jedną próbę, ale kiedy w odpowiedzi słyszę w słuchawce 
wycedzoną znużonym głosem radę pani sierżant, żebym sprawy prywatne spróbowała 
załatwić sama, poddaję się i już tylko oświadczam:
 

– Wie pani co, chyba przestanę płacić podatki. Bo po co? Przez ponad 

dwadzieścia pięć lat łożę na służbę zdrowia, a potem muszę czekać miesiąc na operację 
wyrostka robaczkowego.
 

– Ale to nie nasza branża. Proszę zadzwonić do Narodowego Funduszu Zdrowia. 

Przepraszam, ale mam tutaj trzy pobicia, dziesięć kradzieży i jedno zabójstwo. Chętnie 
zajęłabym się zgniłymi kwiatami, ale sama pani rozumie.
 

– Jasne, jak mnie zabiją, wtedy zajmiecie się moim martwym ciałem.

 

– Czy ktoś grozi, że panią zabije?

 

– Nie. Tylko chce mnie obedrzeć ze skóry.

 

– No to do widzenia.

 

Czekając na ślusarza, który obiecał przyjechać możliwie najszybciej i z możliwie 

najprostszym do założenia zamkiem, żeby nie masakrować drzwi, sprawdzam 
wiadomości. Na szczęście z pracy nikt się nie odezwał, a MAO, Malwina-Arkadia-
Ofelia, też milczy. Pewnie pozwala mi w spokoju nacieszyć się różami i cytatem z 
Hamleta, a poza tym, wiedząc, że oczekiwanie bywa większą katorgą niż spełnienie, 
chce, żeby mój lęk narastał i żebym nie mogła zasnąć: wiadomo, właśnie nocą, w 
ciemnościach, strach ma największe oczy. A za kilka dni znów zacznie, bo wciągnęła ją ta
„zabawa”. To pewne, że mnie zna, ale za co się mści? Przecież nie dokucza mi bez 
powodu. Gdybym była piękną i młodą gwiazdą filmową, wchodziłby w grę stalking. A 
tak – nic z tego nie rozumiem, nie widzę żadnego motywu.
 

Kiedy ślusarz montuje zamek, wchodzę na portal, ale już tylko po to, żeby się z 

niego wypisać. Koniec z głupotami. Miałam wprawdzie jeszcze trochę wytrwać, ale 
przestało mnie to bawić, a poza tym rozmowy z Weroniką uświadomiły mi, że nie tędy 
droga. Że może nie należy się zamykać, ale nie trzeba też otwierać się na oścież, 
zwłaszcza jeśli robi się to bez przekonania i ma się mnóstwo zastrzeżeń, oporów i 

background image

złośliwych uwag pod adresem poczciwych portalowiczów. To nie ich wina, że mnie 
drażnią, tylko moja. A teraz wejdę tam po raz ostatni. Lista nowych pięciu panów. Kilka 
wiadomości. W tym samym duchu co poprzednie. Powtarza się formułka „twardo stąpam
po ziemi” i „jestem zwykłym facetem”, widocznie „zwykłość” tak jak „normalność” to 
jakaś nadzwyczajna cnota. I jest jeszcze wiadomość: uśmiechnięta buźka od kogoś o 
pseudonimie „Ofelia”. I, co gorsza, widzę, że mam wysłanych mnóstwo serduszek, 
chociaż tego nie robiłam.
 

Wie o mnie absolutnie wszystko, nawet to, że jestem na portalu Amore, a to już 

wyższa szkoła jazdy, bo przecież nie ma tam mojego zdjęcia ani prawdziwego imienia i 
nazwiska. I zna hasło! Wspomniałam o portalu tylko Jolce i Laurze, ale nawet one nie 
wiedzą, że chodzi o Amore. Muszę się stąd wypisać. Natychmiast! Nie chcę już wiedzieć,
kto na mnie czeka i jaki ma profil. Ale nie tak łatwo opuścić na zawsze Amore. Okazuje 
się to tak skomplikowane, że walczę z tym jeszcze długo po odejściu ślusarza. W końcu 
udaje mi się wysłać do nich list, żeby mnie skasowali, usunęli, zlikwidowali, ale nie mam
pewności, czy to wystarczy. Próbuję uważnie przeczytać tasiemcowy regulamin, ale jest 
tak zawile sformułowany, że akurat do tej najważniejszej informacji w żaden sposób nie 
mogę dotrzeć. Zaczynam się bać, że to pułapka, że wszystko jest tak zorganizowane, 
żeby tkwić w klatce Amore po wieczne czasy. Mam nadzieję, że oni śledzą nekrologi w 
gazetach i przynajmniej po mojej śmierci usuną mnie, bo już nie będą mogli czerpać ze 
mnie żadnych zysków. Teraz też nie będą, bo nie mam zamiaru korzystać z ich usług, ale 
doczytuję w regulaminie, że jeśli się nie wypiszę, to automatycznie przedłużą mi 
abonament, za który muszę zapłacić. To chyba niemożliwe, to brzmi jak szantaż! Moja 
wyobraźnia zaczyna pracować – to chyba jakaś mafia, zaraz zagrożą, że rozgłoszą na 
cały świat, że siedzę na portalu matrymonialnym, a ja ze wstydu zacznę ich opłacać. Nic 
z tego – wyznam wszystkim całą prawdę, zanim jakiś gangster zadzwoni do mnie z 
propozycją nie do odrzucenia. Wreszcie otrząsam się z tych niedorzecznych myśli. Nie 
mogę pozwolić, żeby moja chora wyobraźnia dostała skrzydeł. I tak mam dość powodów 
do zmartwień. Po półgodzinie otrzymuję wiadomość od administratora, że mogę 
zrezygnować, kiedy skończy się mój miesięczny abonament. Uff, trochę mi ulżyło, a 
więc uczestnik tego zbiorowego szaleństwa może zrezygnować, chociaż to skandal, że 
nie wtedy, kiedy ma na to ochotę. W każdym razie więcej tam nie wejdę. Niech mnie 
sami wypiszą. Żegnajcie, panowie. Żegnaj, moja miłości – przed moimi oczyma pojawia 
się na chwilę Demis Russos w długiej szamerowanej złotem szacie – może już nigdy nie 
spadniesz na mnie jak grom z jasnego nieba…
 

Tym lepiej, bo kiedy na mnie spadasz, to zawsze źle się kończy.

 

Paradoksalnie, czuję się całkiem bezpiecznie, bo chociaż mój wróg nadal istnieje i

gdzieś na mnie czyha, po założeniu nowego zamka mam wrażenie, jakbym się od niego 
odseparowała. Przedtem chodziło jedynie o głupie wierszyki, telefon z nieistniejącej 
firmy, teraz już o obecność w mojej intymnej, zabezpieczonej hasłem przestrzeni. Niech 
sobie dalej rymuje, niech się podszywa pod szefowe fikcyjnych firm, niech mnie straszy, 
ale wara mu od mojego domu, gdzie właśnie rozpoczęłam nowe życie. Nie pozwolę, żeby
ktokolwiek je zburzył, nawet jeśli już niewiele mnie czeka.
 

Po szkoleniu, które poszło nad podziw dobrze, pewnie dlatego, że miałam 

sympatyczną grupę i nie czułam zniecierpliwienia ani tym bardziej złości, mam jeszcze 
wystarczająco dużo energii, żeby od razu przystąpić do dalszego rozpakowywania 
książek i ustawić je na półce zgodnie z systemem, który lubię i stosuję od lat: poezja 

background image

polska, proza polska, literatura obca, dyskurs, słowniki, encyklopedie, albumy, książki 
dla dzieci itd. Wydaje się, że to logiczne, a jednak niedawno u znajomych widziałam 
książki ustawione według wzrostu, jak ustawia się zawodników drużyny sportowej. 
Można też ustawiać je alfabetycznie albo według kolorów. Albo jak popadnie – tak 
właśnie za rok będzie wyglądał mój księgozbiór.
 

Odkrywam, że pakowanie książek, chociaż trwa dużo krócej, nie jest ani trochę 

tak przyjemne jak ich rozpakowywanie. Nie rozumiem, dlaczego nie miałam na to 
ochoty, przecież to sama rozkosz. Biorę do ręki kolejne tomy – niemal z każdym mam 
związane jakieś wspomnienia, opowiadają moją historię. Niektóre od razu stawiam na 
półce, bo z niczym mi się nie kojarzą, a w dodatku nie przeczytałam ich i nigdy nie 
przeczytam, inne długo trzymam w ręce i wspominam, a nawet się wzruszam. Czasy 
licealne – Baczyński, Wojaczek, Jasnorzewska. Wojaczka dostałam od Sławka, z którym 
w czwartej klasie chodziłam, jak to się wtedy mówiło. Był znacznie bardziej wyrobiony 
literacko niż ja i podsuwał mi różne lektury. Wybierał się na polonistykę, więc ja też, bez 
namysłu, złożyłam tam papiery. On w ostatniej chwili się wycofał i postanowił zdawać 
na psychologię, a ja już zostałam. Jest dzisiaj znanym psychologiem – robi karierę, 
opracował podobno jakąś skuteczną metodę leczenia jąkania się. Najwyraźniej podjął 
słuszną decyzję z tą psychologią, a ja mu w tym pomogłam, bo tuż przed maturą 
zaczęłam się z kimś spotykać. Kiedy się o tym dowiedział, zerwał ze mną, co trwało dwie
minuty, i żeby ode mnie uciec, dosłownie w ostatniej chwili przeniósł dokumenty na 
psychologię. A ja, niestety, dostałam się na polonistykę, na której potem męczyłam się 
przez cztery lata, a Strofa razem ze mną. Patrzę na Wojaczka i mam pretensję do Sławka, 
że nie dał nam szansy. Przecież nie przestałam go wtedy kochać, tylko potrzebowałam 
jakichś nowych emocji, zmiany, zresztą do dziś nie wiem, czego potrzebowałam i 
dlaczego zaczęłam romansować – niewinnie i bardzo krótko – z tym, tym… no właśnie, 
nawet nie pamiętam jego imienia. Jackiem? Jankiem? Julkiem? A Sławek odszedł w siną 
dal. Powinnam była wtedy przeprosić, wyjaśnić, w każdym razie zrobić coś, ale uniosłam
się honorem. Dzisiaj, mimo żalu, widzę, że miał rację. Chciał poważnego, uczciwego 
związku, a ja miałam jeszcze pstro w głowie, jak wtedy większość z nas, i nie myślałam 
o przyszłości ani zakładaniu rodziny. Z tego, co wiem, Sławek ma trójkę udanych dzieci i
fantastyczną żonę, też psycholożkę. Jednym słowem, zrobiłam mu przysługę. Wojaczek z
dedykacją „Dla Marysi, z miłością, od Sławka” wędruje na półkę. Kamienne tablice 
Żukrowskiego, których nie cierpię, ale nie mogę ich wyrzucić, bo to prezent od Marcela, 
jedyna książka, jaką od niego dostałam. Niech sobie stoi, aż kiedyś rozprawią się z nią 
moi spadkobiercy. Niemal cały Kraszewski, nie do ruszenia, bo to z kolei spadek po 
dziadkach, którzy go uwielbiali. Gombrowicz – nie kojarzy mi się z nikim, ale może 
kilka osób kojarzy go ze mną. Norwid – jego Fortepian Chopina, ku uciesze całej klasy, 
musiałam deklamować na jakiejś akademii ku czci, trochę mnie poniosło, co 
przypłaciłam rozstrojem nerwowym i dłuższą nieobecnością w szkole. Właściwie to 
miałam zamiar porzucić naukę i pójść do pracy, ale koleżanki i koledzy ulitowali się nade
mną: czwartego dnia moich wagarów przyszli i zapewnili, że już się naśmiali i proszą, 
żebym wróciła, bo nudzą się beze mnie. A ja dałam się ubłagać, bo szczerze mówiąc, 
wolałam chodzić do szkoły, niż stemplować dokumenty w jakimś urzędzie. Postawiłam 
im tylko jeden warunek: że nie wolno w mojej obecności wypowiadać słowa „fortepian” 
ani nazwisk Chopin i Norwid. Obiecali. Od tej pory nie cierpię Norwida, chociaż jest 
Bogu ducha winny i naprawdę na to nie zasługuje. Mickiewicz – jego też skutecznie 

background image

obrzydzili nam w liceum, i też na to nie zasługiwał. Nad NiemnemNoce i dnie – lubiłam.
Chłopi, do których miałam tylko jedno zastrzeżenie: należałoby ich skrócić o jedną 
trzecią.
 

Ale po chwili zaczynają się też przykre wspomnienia, bo na pierwszym roku 

studiów pojawił się w moim życiu niejaki Jakub, który uwielbiał mroczną literaturę i sam
też był mroczny. Ale poza tym bardzo inteligentny, wręcz błyskotliwy, i bardzo 
przystojny. Nie mogłam mu się oprzeć i – szczerze mówiąc – nawet nie próbowałam. 
Romans trwał kilka miesięcy. Zerwałam, kiedy okazało się, że Jakub jest nie tylko 
chorobliwie zazdrosny, lecz bywa też agresywny. Nie mogłam znieść jego wybuchów 
złości, więc odeszłam, a właściwie uciekłam: pewnego wieczoru, kiedy wściekał się o 
jakąś błahostkę, po prostu chwyciłam plecak i bez słowa wybiegłam z jego mieszkania. 
Jeszcze jakiś czas dzwonił, nachodził mnie, a potem znikł. Po kilku miesiącach 
dowiedziałam się, że jest w szpitalu psychiatrycznym. Odwiedziłam go raz, ale nie chciał
ze mną rozmawiać. Mam po nim Kuśniewicza, którego właśnie trzymam w ręce, Kafkę, 
który jeszcze spoczywa w którymś z pudeł, i wiersze Wyspiańskiego – pewnie podarował
mi je dlatego, że pisarz miał chorobę weneryczną, która często prowadzi do zaburzeń 
psychicznych. Nie wiem, co się dzieje z Jakubem. Zadzwonił raz, już po moim ślubie, i 
była to strasznie przykra rozmowa, wpędził mnie w poczucie winy, a ja uznałam, że ma 
uzasadnione żale, bo jednak nie interesowałam się jego losem po tym, jak nasze drogi się 
rozeszły. W końcu musiałam przerwać rozmowę, miałam już małego Kacpra, który 
zaczął płakać, domagając się swojej porcji mleka. Powiedziałam: „Kuba, przepraszam za 
wszystko, nie miałam złych intencji, niestety muszę kończyć, bo dziecko jest głodne”. 
Zamilkł zdziwiony, dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie: przecież on nie wie, 
że wyszłam tymczasem za mąż i urodziłam dziecko. „Przepraszam, już się zmywam”. To 
był nasz ostatni kontakt. Nie mam sentymentu do tego związku, ale mimo wszystko był 
ważny.
 

Dochodzi jedenasta, muszę przerwać wędrówkę po książkach i przeszłości, jutro 

będę kontynuować, mam nadzieję, że nadal z przyjemnością, chociaż niektóre 
wspomnienia, jak widać, są przykre.
 

Wróg zamilkł – może działa na Amore, ale ja już tam nie zaglądam. Kończę z 

książkami przy pomocy Jolki, która znalazła klucz i wpadła, żeby mi go oddać. Nie 
obywa się bez dalszych wzruszeń. Odkrywam na przykład, że na osiemnaste urodziny 
dostałam od mamy książkę Maria Stuart, bardzo krwawą i bardzo pouczającą lekturę. 
Przeczytałam ją wtedy w jeden wieczór, ale chyba po łebkach, bo nie powstrzymała mnie
przed wiązaniem się z nieodpowiednim mężczyzną. Ciekawe, co oprócz genów – nigdy 
nie uwierzę w to, że ich siła jest decydująca – tak bardzo mnie do niego ciągnęło: nie był 
przystojny ani bogaty, ani nawet sympatyczny, nie mieliśmy podobnych zainteresowań i 
od początku nie za dobrze mnie traktował. I szybko odkryłam jego skłonność do zdrady. 
Kiedy zgłębię tę zagadkę, zgłębię też tajemnicę życia, przynajmniej własnego. Ale po co 
mi tajemnica życia w ogóle, wystarczy, jeśli zrozumiem, co kieruje moim. Ciekawe, jak 
bardzo chcę udziału w nim jakiejś tajemniczej siły. Ale naprawdę nie bez powodu: nie 
sposób zrozumieć, dlaczego ktoś nieprzymuszany do tego marnuje życie sobie i innym. 
Zwłaszcza że to życie trwa okropnie krótko i nie można go powtórzyć. Nie mamy czasu 
na głupie eksperymenty i głupie nadzieje. Przecież to wszystko jest w literaturze, choćby 
u Szekspira, którego na półce ustawia mi Jolka, jak z rękawa sypiąc cytatami.
 

– A ty którą sztukę Szekspira lubisz najbardziej? – pyta, tuląc do piersi Makbeta.

background image

 

– Ja go w ogóle nie lubię. Może przez profesora Jurczyńskiego, podpadłam mu, 

już nie pamiętam z jakiego powodu, i znęcał się nade mną na egzaminie przez dwie 
godziny. A w końcu postawił mi gałę. Żeby zdać poprawkowy, musiałam wszystko 
przeczytać od deski do deski, skupiając się na detalach. To była męka. Czy pamiętasz na 
przykład, z jakich kwiatów Ofelia wiła wianek?
 

– Jasne że pamiętam. Każdy powinien to wiedzieć. Z pokrzyw, stokrotek, jaskrów

i podłużnych kwiatów, czekaj… chyba purpurowych albo karmazynowych, którym 
prości pasterze szpetną dają nazwę, a zaś dziewice w skromności je zowią palcami 
zmarłych.
 

– Czy ty nie chciałabyś zostać suflerką? – pytam i po raz setny nie mogę nadziwić

się jej pamięci.
 

– W budce jest za mało miejsca, nie zmieściłabym się. A poza tym, wiesz o tym, 

cierpię na klaustrofobię.
 

– Czyli jednak masz jakąś fobię. A właściwie dlaczego ten Jurczyński tak mnie 

tępił, pamiętasz może?
 

– Jasne, że tak. Na wykładach dawałaś mu do zrozumienia, że jest nudziarzem. 

Wierciłaś się, ziewałaś. Spóźniałaś się. Albo – co gorsza – demonstracyjnie wychodziłaś 
przed końcem.
 

– No tak. Ale nie robiłam tego celowo, naprawdę trudno było u niego wysiedzieć.

 

– A wiesz, że on tutaj mieszka? Zapomniałam ci powiedzieć, że spotkałam go, 

kiedy byłam u ciebie z fachowcem od rolet. Zmienił się, wygląda jak zmurszały grzyb, 
ale go poznałam.
 

– Nie wygłupiaj się. Chryste, wyobraź sobie, że wpadamy na siebie w śmietniku, 

a on pyta: „Jaką suknię miała na sobie Ofelia w chwili śmierci?”.
 

– Z tego, co pamiętam, Szekspir nie opisał jej sukni. W razie czego powiedz mu, 

że była w bikini, bo chciała się wykąpać.
 

– Czyli mam w pobliżu jeszcze jednego wroga. Miejmy nadzieję, że mnie nie 

pozna, kiedy się na niego natknę.
 

– Nie łudź się. Jak ktoś kogoś znienawidzi, to pamięta go do końca życia – mówi 

Jolka ze śmiechem. – Ja pamiętam nawet Jaśka z przedszkola, który złośliwie wylał na 
mnie zupę. Nie cierpię go do dzisiaj i nigdy nie przestałam myśleć o zemście.
 

– Coś ty, przecież minęło prawie pół wieku – udaję, że jej wierzę.

 

– No właśnie. Kiedy się kogoś serdecznie nie cierpi, upływ czasu podsyca chęć 

zemsty, która w końcu niemal cię rozsadza, i wychodzisz na żer: szukasz obiektu swojej 
nienawiści i się mścisz.
 

– Biedny Jasiek, mam nadzieję, że go nie dopadniesz.

 

– Dopadnę, dopadnę. Uczę jego dzieci.

 

– Chyba nie myślisz poważnie – mówię z przestrachem, ale już prawdziwym.

 

– Z tobą naprawdę jest źle, skoro odebrało ci nie tylko rozum, ale nawet poczucie 

humoru.
 

Rzeczywiście, marnie z nim w ostatnim czasie. Staram się jak mogę, ale co rusz 

spotyka mnie jakaś przykrość. Teraz na przykład wieść, że gdzieś w pobliżu mieszka 
Jurczyński. Mam nadzieję, że już dokonał zemsty, stawiając mi dwóję i tym samym 
marnując całe wakacje. Wiem, że Jolka żartowała, ale w moim stanie nawet niewinny 
żart może stać się gwoździem do trumny albo wieczkiem urny. Proszę, zaczynam już 
nawet myśleć o śmierci. Nic z tego, moi wrogowie, niebawem zacznę działać.

background image

 

– Daj mi klucz, bo potem zapomnisz – zmieniam temat.

 

– A, tak, jasne. Leżał sobie w szufladzie, tylko w innej. Wiesz, ja coraz częściej 

patrzę i nie widzę. Ty też masz coś takiego? – pyta.
 

– Owszem, teraz na przykład pod sufitem fruwają dwa mole zbożowe, a ich nie 

widzę. Potem pójdę sobie do sypialni i też nie zobaczę moli, które doskonale się u mnie 
czują.
 

– Wiesz, podobno są jakieś plastry, które coś tam wydzielają, wabiąc owady.

 

– Przestań, to działa jak lep na muchy, nigdy nie dopuszczę do tego, żeby jakiś 

owad zdychał w mękach przez kilka godzin.
 

– Nie to nie. Mieszkaj sobie z molami i prusakami.

 

– Prusaków jeszcze nie mam. A co do klucza, to właściwie nie jest mi już 

potrzebny. Musiałam zmienić zamek.
 

– Dlaczego?

 

Wprawdzie miałam zataić przed Jolką historię z bukietem róż, ale nie 

wytrzymałam. Potrzebuję, żeby jakaś bratnia dusza towarzyszyła mi w tej „przygodzie”, 
coś doradziła.
 

– Słuchaj – mówi zmartwiona. – Naprawdę trzeba coś zrobić. Teraz muszę lecieć. 

Ale zastanowię się i zadzwonię do ciebie. Może Karol będzie miał jakiś pomysł. 
Rozumiem, że nie dojrzałaś jeszcze do tego, żeby pójść na policję.
 

Opowiadam jej o rozmowie z panią sierżant i zapewniam, że policja nie zajmie 

się taką sprawą. Przyznaje mi rację i przypomina o niewpuszczaniu do domu nikogo 
obcego i o zamykaniu drzwi na klucz.
 

Kiedy wychodzi, nagle uświadamiam sobie, że wspomniała o Karolu.

 

– Zaraz, przecież mówiłaś, że okazał się draniem. Ma żonę i kochankę.

 

– Nie, wszystko się wyjaśniło. Ma krewnych w Niemczech. Niepotrzebnie mnie 

poniosło.
 

Od powrotu z Mazur zmieniłam trochę styl życia. Chodzę na spacery. Mniej palę. 

Staram się być bardziej tolerancyjna wobec uczestników szkoleń i przychodzi mi to bez 
trudu. Ilekroć czuję zniecierpliwienie, nie dopuszczam do tego, żeby narastało, 
przypominając sobie spokojny, kojący głos Weroniki i jej opinię w kwestii pracy: „Mnie 
się wydaje, że jeśli ktoś, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ma pracę i nieźle zarabia, to 
powinien ją szanować. A tak ją traktując, tylko się szarpiesz, sobie robisz krzywdę”. W 
pierwszej chwili nawet mnie trochę zeźliła tym swoim programowym „pozytywnym 
myśleniem”, ale zaraz sobie uświadomiłam, że to nie jest u niej wyuczone, ona naprawdę
tak uważa i bez trudu stosuje tę zasadę w życiu. To chyba jej cecha wrodzona. Niektórzy 
ludzie mają talent do życia i Weronika na pewno do nich należy. Pomyślałam też, że 
łatwo jej mówić, mieszka sobie w raju, niczym się nie denerwuje, ale Strofa natychmiast 
przywołała mnie do porządku.
 

„Nikt ci nie broni zamieszkać na wsi”.

 

Na szczęście jest już całkiem chłodno, więc sąsiedzi mają zamknięte okna – 

starzy ludzie podobno łatwo marzną, chociaż moja zwariowana matka prawie przez cały 
rok ma otwarte okna – i stojąc na balkonie, już nie słyszę głosów z ich mieszkania. 
Zresztą może kłócą się sporadycznie i akurat miałam pecha, oni też, że aż dwa razy 
stałam się mimowolnym świadkiem ich rodzinnych nieporozumień. Moje drzewo z 
gniazdem gubi liście i widok z okna robi się mało ciekawy: dopiero teraz spostrzegam, że
blok naprzeciwko jest tak blisko, że widać wnętrza mieszkań, a zatem ich lokatorzy 

background image

widzą również mnie, zwłaszcza ci na piątym i szóstym piętrze, co oznacza, że aż do 
wiosny, dopóki przyroda nie odrodzi się, będę mieszkać za opuszczonymi roletami. 
Naprzeciwko ktoś stoi na balkonie i tak jak ja pali papierosa. Nasze spojrzenia spotykają 
się, oboje szybko gasimy papierosy i wracamy do swoich mieszkań. Jeszcze tylko mejle i
do łóżka. Wróg milczy. Może zabrakło mu fantazji. Ale nie ma obawy, odezwie się, to 
pewne. Zostawi nowy wierszyk za wycieraczką albo w dziurce od klucza, ewentualnie w 
kasetce, albo zadzwoni do biura, albo znów przyśle list. Albo… no właśnie, mam 
przeczucie, że teraz chce mnie dopaść inaczej, pokazać, że nie mam żadnej drogi 
ucieczki. Kto może tak dużo o mnie wiedzieć? Kto mnie śledzi? Muszę przestać się 
łudzić, że nie mam wrogów i że to jakaś pomyłka, która w końcu się wyjaśni.
 

Fantastyczna jesień, obłędnie kolorowe parki i październikowe słońce, z którego 

staram się korzystać, bo przecież miało być trochę zdrowiej, trochę inaczej. Po 
skróconym niedzielnym szkoleniu wędruję przez Łazienki, które roją się od wiewiórek 
biegających po alejkach i podchodzących do wyciągniętych dłoni spacerowiczów. Dzieci 
piszczą z radości, dorośli trzymają w rękach torebki pełne orzechów laskowych. Nie 
byłam tu od lat, bo właściwie nie przepadam za miejscami niedzielnych spacerów. 
Wydają mi się okropnie nudne. Teraz jednak chcę być wśród ludzi. Tylko że – niestety – 
zamiast się odprężyć cały czas ich obserwuję i co rusz widzę w tłumie kogoś 
podejrzanego. Wciąż mam wrażenie, że i mnie ktoś obserwuje – a to stojąca nad stawem 
kobieta w bordowym płaszczu, do której podpływają kaczki, a to jakaś trzymająca się za 
ręce para, która, to pewne, wpatruje się we mnie intensywnie, to znów jakieś dziecko 
jadące na hulajnodze boczną alejką, które pokazuje mi język. Muszę stąd czym prędzej 
wyjść, jeszcze trochę i popadnę w obłęd: wszędzie widzę wroga.
 

Docieram do samochodu, już z daleka wpatrując się w wycieraczki, czy 

przypadkiem nie zobaczę tam jakiejś koperty. Nic. To dobry znak. Jeśli rzeczywiście 
chciał mnie postraszyć, jeśli zadanie wykonał, a teraz odpuści, to nigdy nie dowiem się, 
kim był i czego chciał. Taki scenariusz bardzo mi odpowiada. Trudno, nie zaspokoję 
ciekawości, ale moje życie wróci do normy: będę spokojnie pracować, spotykać się z 
przyjaciółmi i niebawem zacznę wyprawiać przyjęcia i niedzielne obiady dla Laury i 
mamy.
 

W dziurce od klucza – nic, w skrzynce mejlowej – nic. Na Amore nie wchodzę. 

Moja noga więcej tam nie postanie.
 

Lubię niedziele, bo w poniedziałki rzadko mam szkolenia. Mogę spokojnie 

poczytać, szykować się do drugiej połowy tygodnia, która na ogół jest piekielna. 
Niebawem ruszą szkolenia Miecha. Mam wobec niego dług wdzięczności – muszę je 
poprowadzić perfekcyjnie. Poświęcę na przygotowania wszystkie poniedziałki i wtorki 
następnych tygodni. Całe szczęście, że Malwina Myszoł nie istnieje, bo doszłyby mi 
szkolenia ze sprzedaży, których nie cierpię. Mogła jednak podać telefon jakiejś cukierni 
albo wesołego miasteczka zamiast zakładu pogrzebowego.
 

Zaczęły się ciemności. Wstajemy w ciemnościach i w ciemnościach wracamy z 

pracy. Zapowiadają pierwszy śnieg, o czym z radością mówi chyba tylko moja wnuczka 
Gosia. Wieczorami przed snem czasem do mnie dzwoni i za każdym razem zaczyna od 
radosnej wieści: Wies, będzie śnieg. To takie białe, cym się mozna bić. Ciekawe, że 
wymawia „ś” i „ć”, a ma kłopoty z „sz” i „ż”. Może trzeba iść do logopedy? Zaraz, 
dziecko ma przecież rodziców, a ja sobie obiecałam, że przestanę być nadopiekuńcza i 
wszystkim doradzać.

background image

 

Odbyłam na ten temat rozmowę z Jolką, która od lat bezskutecznie sztorcuje mnie

za tę moją skłonność. Powiedziałam, że przestanę. A właściwie, że się postaram. Czyli 
jest jakiś postęp, bo najczęściej albo milczę, albo się obruszam.
 

Trzeba przyznać, że Jolka dość trafnie opisała moją nadopiekuńczość. 

Układałyśmy książki, a potem biedziłyśmy się nad wiadomościami od wroga, szukając, 
na próżno, jakiegoś punktu zaczepienia. Nie było w nich żadnych konkretów. Po prostu 
głupie rymowanki, epitety albo cytaty z ukrytą groźbą, że spotka mnie kara. Za co – nie 
wiadomo. A potem Jolka ni stąd, ni zowąd naskoczyła na mnie.
 

– Wiesz, ty, jak słyszysz, że ktoś ma kłopoty, natychmiast oferujesz pomoc, 

chociaż nikt cię o to nie prosi. Ludzie wcale tego nie potrzebują, czasem chcą się tylko 
wygadać, pożalić.
 

– Jolka, zlituj się, jaki to ma związek z moim wrogiem?

 

– Nie wiem, ale ma.

 

– Chyba cię pogięło, jak mówi dzisiejsza młodzież.

 

– Już tak nie mówi, wiem, bo pracuję z młodzieżą.

 

– A jak się teraz mówi?

 

– Nie powiem, bo mi to przez usta nie przejdzie. Zwróć uwagę, że nawet menele 

garną się do ciebie. Bo wabisz ich wzrokiem, który mówi: „Chodź, chodź, poczęstuję cię 
papierosem, nie – dam ci całą paczkę papierosów i kupię pół litra”. Ty rozpuszczasz 
nawet swoich szefów, nie wiem, czy teraz też, ale w wydawnictwie na pewno tak było. W
dodatku nękasz Laurę i matkę.
 

– No teraz to naprawdę przesadzasz.

 

– Owszem, ale spójrz, kiedy o tym mówię, zawsze używasz słowa „przesadzasz”. 

A ja przesadzam tylko w formie, nie w treści. Mama też kilka razy ci powiedziała, żebyś 
przestała do niej wydzwaniać i wciąż wypytywać, czy jej czegoś nie potrzeba i jak się 
czuje. Ona doskonale sobie radzi. I potrafi zrobić zakupy. A jak było z hydraulikiem? 
Trzeba mieć naprawdę kuku na muniu, żeby oszustowi, którego dobrze się nie zna, co ja 
mówię: którego w ogóle się nie zna, pożyczać pieniądze. I co? Minęły dwa lata, a twoje 
pieniądze odpłynęły w siną dal. Razem z Durczykiem, który w dodatku nie potrafi nawet 
porządnie naprawić kranu. Za to doskonale wie, jak wykorzystywać finansowo głupie, 
samotne kobiety.
 

Milczę jak grób, bo tutaj akurat ma absolutną rację. Już nawet ukryłam przed nią 

dramatyczne opowieści, którymi mnie raczył, żebym tylko przestała mu grozić sądem.
 

Mina coraz bardziej mi rzednie, a do oczu napływają łzy. Jolka, nie wiedząc, że to

łzy wściekłości, nieco łagodnieje.
 

– Zrozum, tak nie wolno, ty robisz z siebie ofiarę. I tak strasznie się boisz, że ktoś

się obrazi albo nie będzie cię lubił, że ciągle uprawiasz jakąś karkołomną gimnastykę. A 
jak komuś odmówisz, to gnębi cię to przez lata.
 

– Masz rację, trochę, ale skończmy z tym. Lepiej doradź mi, co przygotować na 

parapetówkę.
 

– Wydaje mi się, że jednak pilniejszą sprawą jest twój wróg. Karol też uważa, że 

policja na razie nie zajmie się nim, bo właściwie nic się nie stało. W żadnym wierszyku 
nie ma groźby wprost, że coś złego ci zrobi.
 

– Jasne, co najwyżej obedrze ze skóry.

 

– Na razie tylko cię nęka i to w dość nietypowy sposób. Może nawet z 

wdziękiem.

background image

 

– Tak, z wdziękiem słonia w składzie porcelany.

 

– Przyznaj, że tam nic nie ma. Jak komuś opowiesz tę historię, to nie zrozumie, 

dlaczego to takie okropne. I nie uwierzy, że kwiatów nie dostałaś od kogoś bliskiego. 
Uważam, że trzeba zatrudnić prywatnego detektywa. Jest ktoś. To kobieta. Chodziła z 
nami do szkoły.
 

Miałam jednak nadzieję, że Jolka powie, żeby się nie przejmować i jeszcze 

poczekać, tymczasem ona uważa, że należy przystąpić do działania. Więc znów 
zaczynam się bać i chcąc zagadać strach, zaczynam też paplać:
 

– A czy to nie mógłby być jakiś facet w moim wieku, inteligentny i wesoły, który 

lubi puszyste kobiety? I nie cierpi młodych, zgrabnych dziewczyn. No, bez przesady, ale 
powiedzmy – nie robią na nim wrażenia. Aha, wolałabym też, żeby nie oglądał telewizji 
i…
 

– Mańka, zamknij się, przecież ty jesteś niebezpieczna, zwłaszcza dla siebie. Nie 

mam przystojnego Rutkowskiego, jak chcesz, to się do niego zgłoś, ale odradzam, bo 
zrobi z tego ogólnopolską aferę i pokażą cię w telewizji, a ty nie jesteś zbyt fotogeniczna.
Natomiast mam bardzo fajną babkę, która prowadzi agencję detektywistyczną i sprawia 
wrażenie bystrej i rozsądnej. Podobno jest skuteczna. No to jak?
 

– Mówisz, że chodziła z nami do szkoły?

 

– Nie możesz jej pamiętać, bo była w młodszej klasie, zresztą już wszystkie 

kobiety są od nas młodsze. Z moją siostrą. Nadal się spotykają, więc czasami wpadamy 
na siebie.
 

– No dobrze, wiem, że policja mi nie pomoże, bo to wszystko strasznie śmiesznie,

znaczy niepoważnie wygląda, a oni nie zajmują się drobiazgami, tylko morderstwami i 
malwersacjami. Mimo wszystko wolę to, co mnie spotyka, niż aferę z agentem Tomkiem.
Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby to mnie taki agent Tomek…
 

– Daruj sobie, po pierwsze, nawet gdyby był bystry jak potok górski, nie 

znalazłby powodu, żeby cię uwodzić, po drugie, gdyby jakimś cudem dostał takie 
zadanie służbowe, wolałby wylecieć z roboty, niż cię uwodzić.
 

– Nigdy w to nie uwierzę. Nie ma lepszej roboty, niż za pieniądze uwodzić 

kobiety.
 

– Urodziwe, moja Marysiu, urodziwe…

 

– Fakt. O tym nie pomyślałam. Czyli pozostaje mi agentka.

 

– Nie agentka. Ona jest detektywem czy – jeśli wolisz – detektywką. Niestety, nie

ma na to jeszcze w polszczyźnie określenia, ale zapewniam cię, że za pięć lat ta forma 
będzie już w powszechnym użyciu.
 

– Tak jak kominiarka.

 

– Przecież jest.

 

– Ślusarka.

 

– Też jest.

 

– Kowalka.

 

– Już nawet nie ma kowali.

 

– Pilotka.

 

– Jest.

 

– Aktówka.

 

– Jest.

 

– Chirurżka…

background image

 

– Przeciwko chirurżce będę głośno protestować, są jednak granice, których nie 

wolno przekraczać. Masz dość?
 

– Tak.

 

– No to podaję ci jej numer. Same już się umówicie, dobrze? Zapisuję ci na 

karteczce.
 

– Od razu wpiszę do telefonu, bo mam talent do gubienia karteczek. Zrobię tak: 

jeszcze poczekam, a jeśli znów coś się zdarzy, wtedy do niej zadzwonię.
 

– Zrób, jak chcesz.

 

Ale nic się nie dzieje. Dwie, trzy nowe rymowanki znoszę bez większych emocji. 

Potwierdza się: mój wróg porymuje sobie, porymuje i w końcu mu się znudzi. Nawet 
zaczynam trochę uzależniać się od niego, mam skłonność do nałogów. Tak, jestem 
pewna, nie ma się czego bać… Nadal jednak przeraża mnie, że był w moim mieszkaniu, i
wciąż zachowuję czujność: rozglądam się na ulicy, idąc do samochodu, wpatruję się w 
wycieraczki, a kiedy otwieram pocztę, serce wali mi jak młotem. Moje życie zmieniło 
się, planowałam, że się zmieni, ale nie tak. Nie tak! Planowałam, że na lepsze.
 

Jutro pierwsze szkolenie w firmie Miecha, z którym jestem w miłym kontakcie. 

Ustalamy szczegóły, nadal dostosowujemy zajęcia do potrzeb jego pracowników. Przy 
okazji spotkań zawsze sobie trochę gawędzimy. Okazuje się, że Miech całkiem nieźle zna
się na literaturze i jest na bieżąco w sprawach sztuki. Chodzi do teatru i chciałby 
prowadzić własne małe wydawnictwo, ale nie ma na to kasy. I chyba jest dobrym ojcem. 
Chyba, bo niewiele mówił o swoich synach, ale zorientowałam się, że pilnie śledzi ich 
studenckie poczynania i kiedy o nich wspomina, robi to z przyjemnością.
 

Dzięki temu, że szkolenia mają odbywać się w dni powszednie, będę miała wolne

weekendy i wreszcie wyprawię parapetówę, której wciąż ktoś się domaga. Jolka 
poradziła, żebym zamówiła firmę cateringową. Podobno wszystko przywożą na 
eleganckich srebrnych (brrr!) tacach i półmiskach. Nawet zastawę stołową dają. A na 
drugi dzień zabierają całe szkło. Brudne! To kuszący pomysł, ale szkoda mi pieniędzy. 
Jednak utrzymuję się z pracy własnych rąk, więc nie mam ochoty szastać forsą. W końcu 
decyduję się na wariant mieszany: trochę cateringu, trochę sama. Poproszę Laurę o 
pomoc. Przyjedzie i będziemy sobie pichcić i rozmawiać. Dawno jej nie widziałam.
 

Szkolenie dla pracowników Miecha bardzo, bardzo udane, ale nie chwal dnia 

przed zachodem słońca, czyli przed obejrzeniem ankiet. Dziesięć kobiet i wszystkie 
bystre, wesołe, sympatyczne, tak że spokojnie mogłyśmy pogadać również o innych 
problemach, nie tylko o tych związanych ze szkoleniem. No, może jednej nie udało mi 
się polubić, najwyraźniej miała jakiś kłopot ze sobą, bo przez cały czas milczała, ani razu
się nie uśmiechnęła i patrzyła na mnie niezbyt przyjaźnie. Ale może tylko mi się 
wydawało. Po szkoleniu Miech zaprosił mnie do siebie na kawę i jeszcze chwilę 
pogadaliśmy o kolejnych grupach.
 

– Pan codziennie w pracy do szóstej?

 

– Niestety, najczęściej do ósmej. Czasem również w weekendy.

 

– To niewiele ma pan czasu dla rodziny i na rozrywki – komentuję ni w pięć, ni w

dziesięć, bo przecież to jego prywatna sprawa.
 

– Owszem, ale synowie są już dorośli. Kiedy skończą studia, na pewno to rzucę.

 

Zazdroszczę mu, ale nie mówię tego na głos. Wiem, że do samej emerytury będę 

prowadzić szkolenia, jeśli mnie przedtem nie wyleją, bo jednak, co tu ukrywać, jestem w 
firmie najstarsza i coraz rzadziej mam uczestników w swoim wieku. Bywa, że krępują się

background image

przejść ze mną na ty, co zawsze proponujemy. Takie jest zalecenie.
 

– Dziękuję za kawę.

 

– Może gdzieś panią podwieźć? – pyta Miech.

 

– Nie, dziękuję, przyjechałam samochodem. Do widzenia.

 

Nie mogę się już doczekać Laury. Kiedy mieszkałyśmy razem, bez przerwy się 

żarłyśmy. Szczerze mówiąc, chwilami byłam u granic wytrzymałości, ona pewnie też. To 
Jolka – miewa czasem mądre pomysły – poradziła mi, żebym, jeśli zależy mi na dobrych 
relacjach z córką, czym prędzej, dopóki mam pieniądze, zakręciła się wokół mieszkania 
dla niej. I była to fantastyczna rada, bo po pierwsze, kiedy Laura się wyprowadziła, obie 
poczułyśmy ulgę i natychmiast za sobą zatęskniłyśmy, a po drugie, pół roku później 
mieszkania podrożały o ponad sto procent i mogłabym jej kupić co najwyżej piwniczną 
izbę. Wprawdzie mam do spłacenia kredyt, ale wolę harować od rana do wieczora, niż 
kłócić się z własną córką, widzieć jej obrażone miny, mieć wszędzie bałagan i popełniać 
kolejne błędy wychowawcze, chociaż już dawno wyczerpałam ich limit. Naprawdę, 
cudownie jest mieszkać samej, nie mogę się tym nacieszyć po latach chaosu, jaki 
wszyscy produkowaliśmy na co dzień.
 

Po raz kolejny powtarzam sobie, że nie ma w moim życiu miejsca dla faceta, i nie

mogę pojąć, że weszłam na Amore. Na tę myśl robi mi się słabo.
 

Przed przyjściem Laury, żeby dać jej dobry przykład, wysprzątałam mieszkanie. 

Wygląda znacznie lepiej, mimo że od czasu do czasu tu i ówdzie pojawiają się mole, z 
którymi bezskutecznie walczę. Nie rozumiem, wszystkie ubrania przejrzałam ze trzy 
razy, poupychałam po szafach krzaczki bagna, bo Weronika twierdzi, że to 
najskuteczniejsze, a poza tym – i to na pewno jest prawda – nie śmierdzi jak naftalina. 
Nie znoszę zapachu naftaliny, którym za chwilę wypełnią się wnętrza autobusów. Nadal 
nie mam peruki ani futra i nie trzymam w kuchni niczego, czym żywią się mole. Ale kto 
wie, może to jakieś mutanty, które żrą, co popadnie. Do poczty dziś nie zaglądam, żeby 
nie psuć sobie humoru przed przyjściem córki. I jutro też nie zajrzę. Jak zabawa, to 
zabawa. Odwiedzą mnie przyjaciele, niech nie widzą mojej skwaszonej czy zmartwionej 
miny.
 

Laura jest wesoła i miło sobie gawędzimy o wszystkim, głównie o jej pracy. 

Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, jak można lubić zajmowanie się starymi ludźmi 
w tak zwanym domu spokojnej starości, ale tym bardziej to szanuję. Ciekawe, że akurat 
moja córka zdecydowała się na coś takiego. Sądziłam, że bardziej interesuje ją moda i 
kosmetyki. I widziałam ją raczej w jakiejś korporacji, gdzie spędza się czas od rana do 
nocy i chodzi w strojach biurowych. Zaskoczyła mnie, pozytywnie. Mimo wszystko 
wolałabym, żeby po spełnieniu swojej misji przekazała pałeczkę jakiemuś innemu 
zapaleńcowi z głową pełną ideałów, a sama zajęła się… No właśnie – czym? Nie wiem.
 

Chowamy, co się da – pieczony schab, pstrąga w galarecie, zupę z groszku – do 

lodówki, a reszta wędruje na balkon. Wypalam tam papierosa, zerkając na balkon 
sąsiadów. Nadal czuję się nieswojo, że tak nam się nie ułożyło. I mam zamiar coś z tym 
zrobić, ale wciąż odkładam to na później. Ponieważ jednak jestem gorącą zwolenniczką 
zasady „nie odkładaj na jutro tego, co możesz zrobić pojutrze”, czuję, że nieprędko to 
nastąpi.
 

– Mamo – mówi Laura, kiedy trochę zmarznięta wracam do środka. – Wiesz, 

chciałabym… – milknie.
 

– No, mów. Co byś chciała?

background image

 

– Może byś tak rzuciła palenie, co? Martwię się o ciebie.

 

Zalewa mnie rumieniec wstydu, ale zarazem wzruszenia. Nigdy nie sądziłam, że 

ktoś może się o mnie martwić. To zawsze było moje zajęcie. Ale nie chcę, żeby moja 
córka martwiła się o mnie, lepiej zarezerwować to sobie na starość, kiedy być może – 
oby nie! – okaże się to konieczne.
 

– Wiem, że muszę… Ale nie wiem jak. Myśl o rzuceniu palenia tak bardzo mnie 

przeraża, że natychmiast zaczynam palić jeszcze więcej. Ale rzucę, jeszcze chwilka.
 

– Mam nadzieję. Słuchaj, czy… – znów chce o coś spytać i znów milknie.

 

– O co chodzi? Pytaj.

 

– Czy ty masz wrogów?

 

Nie wierzę własnym uszom. Szklanka z sokiem porzeczkowym, którą podnosiłam

do ust, nieruchomieje w powietrzu. Wpatruję się w jego rubinową barwę i czuję, że moja 
twarz przybiera podobny kolor. Laura patrzy na mnie czujnie. Chyba nie sądziła, że jej 
pytanie zrobi na mnie tak piorunujące wrażenie. Dobrze, że je zadała, zanim łyknęłam 
soku, bo na pewno bym się zakrztusiła.
 

– Ale dlaczego? Dlaczego o to pytasz?

 

– Bo… Bo… Może to nic takiego i niepotrzebnie ci o tym mówię, ale dostałam 

list, właściwie trudno nazwać to listem, bo w kopercie była kartka z tylko jednym 
zdaniem, niepodpisanym. Ale dziwnym, bardzo. Pomyślałam, że powinnaś o tym 
wiedzieć.
 

– Przyniosłaś ją?

 

Laura sięga do plecaka, wyciąga z niego złożoną białą kopertę, którą, nie patrząc 

na mnie, podaje mi bez słowa. Jedno zdanie: „Twoja matka to zdzira”. A zatem ten ktoś 
dotarł do mojej córki, potem dotrze do mojej matki, do syna, do wnuczki, do wszystkich. 
I ich też będzie nękać. Nie mogę dopuścić do tego, żeby wciągnął w tę koszmarną grę 
również moją rodzinę.
 

– Mamo…

 

Laura patrzy na mnie z niepokojem, zapomniałam, że jest tutaj. Muszę się 

pozbierać.
 

– Słuchaj – mówię z udawaną wesołością. – Owszem, wydaje się, że mam 

jakiegoś wroga, bo od kiedy zamieszkałam tutaj, zaczęłam dostawać dziwne listy, to 
znaczy jakieś głupie wierszyki, wiadomości za wycieraczką, mejle. Ale to nie wydaje się 
groźne. Po prostu ktoś chce mi dokuczyć. Tylko nie wiem dlaczego.
 

– I ty tak spokojnie o tym mówisz? Trzeba coś zrobić. Skąd wiesz, że nie ma 

zamiaru cię skrzywdzić?
 

– Nie wiem. Czuję, że nie chce. Ale czuję też, że… – boję się powiedzieć to na 

głos – że mnie szczerze nienawidzi.
 

– Nie bagatelizuj tego.

 

Ma rację, przecież nikt dla samej rozrywki nie zadawałby sobie tyle trudu co on. 

Ta gra wymaga dużego zaangażowania. Milczę.
 

– No dobrze, na wszelki wypadek zostawiam ci tę kopertę. Chodźmy spać, bo 

jutro od rana mam dyżur.
 

– Jak to, idziesz w sobotę do pracy i mimo to przyjechałaś mi pomóc?

 

– Widzisz, nie jestem taka najgorsza.

 

– Nie wygłupiaj się, jesteś najlepsza. Ale wieczorem przyjdziesz, prawda?

 

– Zobaczy się.

background image

 

Jednak nie przyjdzie, może i lepiej, bo to oznacza, że ma jakieś życie 

towarzyskie, co mnie cieszy, ponieważ zawsze była samotnicą. Niech nie spędza czasu ze
staruchami.
 

Miło widzieć wszystkich w komplecie, w dobrych nastrojach, roześmianych i 

zdrowych – co w naszym wieku nie jest już takie oczywiste. Moje mieszkanie pęka w 
szwach – jednak w poprzednim łatwiej było urządzić przyjęcie. Najpierw wszyscy 
siadaliśmy przy ogromnym stole, a po kolacji towarzystwo rozłaziło się po kątach i 
odbywały się zajęcia w podgrupach. Jedni gadali o literaturze, inni o sztuce, inni o 
dzieciach albo najnowszych odkryciach naukowych. I ciekawe – nikt o pieniądzach. Za 
to ich kocham, że nie gadają o gadżetach ani o kasie.
 

Staram się odpędzić myśli o wrogu, co nie do końca się udaje, bo tym razem 

dopadł mnie z nieoczekiwanej strony. Kiedy na chwilę zamyślam się, natychmiast czuję 
na sobie badawczy wzrok Jolki, który zdaje się pytać: „Czy stało się coś nowego?”. A 
mój wzrok, chcąc nie chcąc, odpowiada: „Tak, stało się coś nowego”. Jolka przyszła z 
Karolem. Sympatyczny, ale nie ktoś, z kim od razu czujesz się dobrze, swojsko. Musimy 
przełamać lody. Powinnam z nim trochę porozmawiać, bo jest nowy w naszym 
towarzystwie, ale nie mam do tego głowy. Zresztą koleżeństwo stanęło na wysokości 
zadania i co rusz ktoś wciąga go do swojej wesołej i rozgadanej podgrupy, więc mogę z 
Jolką zamienić kilka zdań.
 

– Coś nowego? – pyta przy kuchni, kiedy podgrzewam w piekarniku schab i 

kartofelki z rozmarynem.
 

– Tak. Przysłał list z pogróżkami do Laury. Rozumiesz, wciąga w to moją córkę.

 

– No to nie ma już na co czekać.

 

– Najbardziej mnie intryguje, skąd on to wszystko wie. Skąd znał adres mojej 

córki, mój adres, skąd miał klucz. Mam wrażenie, że jest bardzo, bardzo blisko. Że 
obserwuje mnie nawet, kiedy jestem w łazience. Czasem boję się tam wejść.
 

– O czym tak szepczecie? – woła Baśka, która jest już chyba zawiana. – 

Rozmawiacie o wrogu?
 

Boże, tylko nie to, ona gotowa zaraz ogłosić tę sprawę całemu towarzystwu, a ja 

naprawdę nie mam na to ochoty. Wystarczy mi Jolka.
 

– Nie, nie, wszystko już się wyjaśniło – zapewniam ją. – Dołącz do towarzystwa, 

Basiu. Albo nam pomóż. Czy umiesz pokroić schab?
 

Przez chwilę wydaje się, że Baśka została spacyfikowana. Chwyta nóż i już ma 

zamiar przystąpić do zadania, które jej powierzyłam, kiedy nagle nieruchomieje i pyta:
 

– A kto to był i o co mu chodziło?

 

– Basiu, teraz krój, jutro wszystko ci opowiem – obiecuję wściekła na nią i na 

siebie, że w ogóle dowiedziała się o tej historii.
 

– Ale ja chcę wiedzieć dziś – mówi stanowczo, odkładając nóż.

 

– No to powiem ci jeszcze dziś, ale potem.

 

– Ale ja chcę wiedzieć teraz. Słuchajcie, czy wiecie… – woła Baśka, odwracając 

się do koleżeństwa.
 

Ale Jolka nie pozwala jej dokończyć zdania, którego dalszy ciąg był do 

przewidzenia.
 

– Jeżeli natychmiast się nie zamkniesz – syczy jej do ucha – położymy cię spać i 

zamkniemy drzwi na klucz.
 

Baśka robi obrażoną minę, ale na szczęście milknie. Trzymam ją mocno za łokieć 

background image

i niemal rozkazującym tonem mówię:
 

– Wszystko ci wyjaśnię, a teraz krój albo opowiedz koleżeństwu o swoim 

wypadzie do Budapesztu – radzę – na pewno się ucieszą.
 

– No tak, zapomniałam! – wykrzykuje Baśka z entuzjazmem i wymachując 

nożem, ogłasza:
 

– Uwaga, uwaga, byłam z Antkiem w Budapeszcie. Czy chcecie posłuchać?

 

Nie wiem, czy chcą, ale zewsząd rozlegają się zapewnienia, że tak, niech opowie. 

Baśka rozanielona siada na kanapie i zaczyna:
 

– Piękne miasto, cudownie położone. Wychodzisz nad Dunaj po peszteńskiej 

stronie, a tam istne Tatry.
 

– Gdzie? – pyta Andrzej. – Gdzie są takie góry jak nasze Tatry?

 

– No, w Budzie są.

 

– Chyba pagórki.

 

– Ale wyglądają jak góry. Z jednej z nich zrzucili jakiegoś biskupa. Gelert się 

nazywał, tak samo jak ta góra. Spuścili go do Dunaju w beczce nabijanej gwoździami i 
się zabił albo utopił.
 

– Na jedno wychodzi – słyszę czyjś komentarz.

 

– I dzięki temu został świętym – obwieszcza Baśka, która słynie z tego, że nigdy 

się nie zraża ani nie obraża.
 

– Słuchajcie, czy zawsze trzeba jakoś osobliwie umrzeć, żeby zostać świętym? – 

pyta Jarek i sam sobie odpowiada: – Chyba tak. Najlepiej śmiercią męczeńską.
 

– A tylu Żydów zginęło śmiercią męczeńską i jakoś żaden nie został świętym – 

komentuje Iwona.
 

– Może trzeba zginąć z własnej woli, znaczy się sprowokować śmierć – 

zastanawia się Baśka. – I chyba być katolikiem. Ale nie sądzę, żeby ten biskup z własnej 
nieprzymuszonej woli wszedł do beczki. Musieli go do niej wepchnąć. Mam opowiadać?
 

– Taaak! – wołają chórem.

 

– Na placu, którego nazwy nie pamiętam, zresztą żaden normalny człowiek nie 

potrafi jej wymówić, stoi pomnik jakiegoś wielkiego poety, niestety, zapaskudzony przez 
gołębie, no więc na tym placu jest fantastyczna kawiarnia o nazwie Gerbaud. 
Kryształowe żyrandole, piękne tapety, wytworny kibel i klimat monarchii.
 

– Jakiej monarchii?

 

– No przecież austro-węgierskiej. Byli jednym państwem, a w tym państwie były 

też inne państwa, które nie były państwami.
 

– Dobrze, mów już lepiej o tej kawiarni – radzi Jarek.

 

– Podają tam fantastyczne kolorowe drinki, torty i lody. I jest jeszcze New York.

 

– Ale to chyba gdzie indziej, w Stanach – wygłupiam się, bo przecież wiem, nie 

pamiętam skąd, że w Budapeszcie jest taka kawiarnia, strasznie pretensjonalna.
 

– Nie, w Budapeszcie – zapewnia Baśka, która najwyraźniej dostała głupawki. – 

Gdzie kiedyś zbierali się słynni poeci. Wszyscy strasznie pili, palili, ćpali, chodzili do 
burdeli i umierali na potworne choroby. Jeden na raka mózgu, podobno napisał o tym 
książkę. Drugi na raka dziąseł, trzeci na raka krtani. Wiecie, to od papierosów. – 
Zawiesza głos i patrzy na mnie wymownie, a ponieważ milczę, kontynuuje: – Czwarty na
syfilis. – To od częstego i nieodpowiedzialnego zmieniania partnerek, mruczę pod nosem.
– Piąty na alkoholizm, zresztą takich było więcej, szósty na schizofrenię, siódmy rzucił 
się z mostu do Dunaju, ósmy był narkomanem i się zastrzelił…

background image

 

– Zmyślasz – przerywa jej Iza, pewnie w obawie, że dojdzie do trzydziestki.

 

– Ani trochę. Dlaczego tak uważasz?

 

– Bo w żadnym kraju nie ma tylu poetów.

 

– Ale tam jest tylu – mówi Baśka uroczyście – a przynajmniej było. I sami 

wybitni. Tylko, rozumiesz, z tego języka nie da się nic przetłumaczyć. Pomarli biedacy 
na te wszystkie choroby, a komu nie udało się zachorować, popełniał samobójstwo, i 
świat o nich nie usłyszał.
 

– Widzę, że mój przewodnik na nic się nie przydał, bo miałaś własny, a właściwie

to własnego – mówię ze śmiechem.
 

– To wszystko wierutna prawda. Pojedź, zobacz, posłuchaj, a sama się 

przekonasz. A poza tym podobno, podobno… – mówi Baśka z filuternym uśmiechem i 
milknie, a wszyscy wstrzymują oddech – podobno… – zapada głucha cisza – Węgrzy są 
najlepszymi kochankami na świecie – ogłasza zdumiewającą wieść i szybko dodaje: – 
Przynajmniej tak sami o sobie twierdzą. Ale nie wiem, bo nigdy nie miałam żadnego 
Węgra. Któraś z was miała? – kończy zuchwałym pytaniem, które, rzecz jasna, zostaje 
bez odpowiedzi, zwłaszcza że wszyscy mężowie świdrują wzrokiem swoje żony.
 

– To chyba przesada, skoro są tacy chorowici – bąkam pod nosem.

 

– Nie, chorują tylko poeci, a przecież żadna rozsądna kobieta nie idzie do łóżka z 

poetą. Zapomniałam, a właściwie nie zdążyłam wymienić melancholii. Na to też 
chorowali. Ich kochanki i żony były dziwne… Jedna była śliczna i młoda, a wyszła za 
chorego na syfilis alkoholika, bo był wieszczem.
 

– Faceci mają lepiej – rzuca Jolka. – Napiszą kilka wierszy i już wszystkie na nich

lecą. Oczywiście wszystkie nierozsądne.
 

Męska część towarzystwa najwyraźniej rozważa, czyby nie poświęcić się pisaniu 

poezji.
 

– A kuchnia węgierska, mówię wam, marzenie. Można tam jeść wszystko to, 

czego sobie odmawiacie na co dzień. Można, a nawet trzeba, bo nic innego nie ma.
 

– Widać, że kuchnia węgierska przypadła ci do serca – mówi Aśka, która nigdy 

się nie odchudza.
 

– Wiem, wiem, trochę utyłam – nie zraża się Baśka, bezbłędnie odczytując jej 

pozornie niewinny komentarz. – Tam rzeczywiście nie sposób nie utyć. W każdej 
„lekkiej” potrawie są ukryte skwareczki, smalec i śmietana trzydziestka.
 

Na koniec Baśka proponuje wspólny wypad do knajpy Transylwania, rozlegają 

się brawa. Szczerze mówiąc, jej prelekcja była ciekawa, bo o parlamencie, zamku i 
bazylice Świętego Stefana można przeczytać wszędzie, a o tym, co opowiedziała Baśka –
nie.
 

O dwunastej zamykam drzwi za ostatnimi gośćmi, czyli Jolką i Karolem, padam 

na kanapę i mam wrażenie, że już się z niej nie podniosę. Patrzę na sterty brudnych 
naczyń na blacie kuchennym, na stole, na parapecie, półkach – niestety, to cena życia 
towarzyskiego. Ale sądząc po śmiechach i radosnych minach, przyjęcie się udało. 
Trudno, niedzielne przedpołudnie mam już zajęte sprzątaniem.
 

W końcu podnoszę się jak stuletnia staruszka i wlokę do łazienki, żeby umyć 

zęby, prysznic wykluczony. Mimo że myśl o wrogu cały czas mi się kołacze po głowie, 
zasypiam natychmiast kamiennym snem i nic mi się nie śni. A jednak organizm ludzki 
umie się w razie konieczności bronić.
 

Budzę się w całkiem dobrym nastroju, wyspana, bez bólu głowy, co pewnie 

background image

zawdzięczam temu, że starałam się ograniczać wino albo byłam w bezwiednym 
kontakcie telepatycznym ze szwagrem, który na odległość wziął na siebie mojego kaca. 
Ciekawe, jak się czuje Baśka. Muszę coś wymyślić i do niej zadzwonić. Powiem, że 
sprawa już się wyjaśniła – że to taka dziwna gra, a jej nowi uczestnicy dowiadują się 
dopiero po jakimś czasie, że w niej uczestniczą. No i właśnie się o tym dowiedziałam, ale
musi zachować to w tajemnicy, bo w przeciwnym razie zostanę zdyskwalifikowana. 
Baśka pewnie spyta, co można wygrać. Powiem, że nie wiadomo, ale coś cennego. Rada 
z siebie przeciągam się przed wstaniem i w nogach łóżka stopą wyczuwam coś 
miękkiego, jakieś futerko. Przecież nie mam kotów, a poza tym koty mają inne futro – 
przechodzi mi przez głowę. Zrywam się i podnoszę kołdrę. Kobiety na taki widok 
najczęściej wydają z siebie przeraźliwy pisk, a ja wówczas najczęściej kamienieję, nie 
mogę się ruszyć i dopiero po jakimś czasie ogarnia mnie wielka słabość, a moje biedne 
serce pika jak zwariowane. Na prześcieradle leży mysz. Pewnie martwa, skoro się nie 
rusza. Cofam się przerażona, a w końcu wybiegam z sypialni, z trudem łapiąc powietrze i
czując skurcze żołądka, które nie wróżą niczego dobrego, więc po drodze do kuchni 
zaliczam jeszcze łazienkę.
 

Po kwadransie nerwowego chodzenia i gorączkowego myślenia dzwonię do Jolki.

 

– Czyś ty oszalała, wiesz, która jest godzina? – mówi Jolka zaspanym głosem.

 

– Dziewiąta – odpowiadam, patrząc na zegarek.

 

– No właśnie, ale jest niedziela. A ja codziennie wstaję o szóstej. A poza tym 

jestem przejedzona i mam kaca. Zadzwoń za dwie godziny, dobrze?
 

– Jolka, nie odkładaj słuchawki – wołam rozpaczliwie.

 

– Cholera, nie ma to jak przyjaźń.

 

– Słuchaj, mam już nie tylko mole. Ja mam również… – milknę, bo boję się jej o 

tym powiedzieć.
 

– Mów, skoro już mnie obudziłaś.

 

– Ja mam mysz – mówię ze zdziwieniem. Teraz już obie milczymy. Jest zaspana, 

może do niej nie dotarło. – Mam mysz – powtarzam, teraz już z rezygnacją.
 

– Słyszałam.

 

– I co ty na to?

 

– No to kicha, jak mówią menele w mojej okolicy. A gdzie ją masz?

 

– W łóżku.

 

– Nie zgrywaj się. Myszy mieszkają w norach albo… No nie wiem gdzie, ale na 

pewno nie w ludzkich łóżkach. Spytaj Baśki, ona jest biologiem.
 

– Przestań, Baśka nie może się o tym dowiedzieć.

 

– Racja, po wczorajszym występie lepiej nic jej nie mówić. Jeszcze raz powiedz, 

co z tą myszą, bo nie rozumiem.
 

– No, obudziłam się i stopą, wiesz, że rano lubię się przeciągać, dziś widocznie 

przeciągnęłam się bardziej niż zwykle, i stopą dotknęłam czegoś futerkowego. 
Podniosłam kołdrę, a tam leży mysz.
 

– Jak leży, to pewnie martwa, bo nie sądzę, żeby sobie smacznie spała.

 

– Ja też tak pomyślałam, ale boję się wejść i sprawdzić. Już i tak się porzygałam. 

Najgorsze, że, no wiesz, w tych wierszykach było o myszach.
 

– Słusznie. Czyli ciąg dalszy?

 

– Jestem pewna. Czy mogłabyś do mnie przyjechać? Sama tam nie wejdę.

 

– Boże, dlaczego ja się z tobą przyjaźnię? Żegnaj, leniwa niedzielo. Daj mi 

background image

godzinę.
 

– Jadąc, zastanawiałam się nad motywem myszy w literaturze – mówi Jolka z 

przekąsem, kiedy otwieram jej drzwi. – Chyba zadam swoim uczniom takie 
wypracowanie do napisania.
 

– A co wymyśliłaś? Jakie książki? – dopytuję się, żeby opóźnić chwilę naszego 

wejścia do sypialni.
 

– Ludzie i myszyDżuma

 

– Tam są szczury…

 

– Postanowiłam zaliczyć je do tej samej kategorii co myszy. Myszy w Królu 

Learze, ktoś tam się nimi żywił, a w Hamlecie pułapka na myszy symbolizowała pułapkę 
na zło, a mysz diabła. I setki bajek. Ale ty mnie tu nie zagaduj, tylko pokaż swoją mysz.
 

– Nie jest moja.

 

– Teraz jest twoja, spałaś z nią w jednym łóżku.

 

– Chyba raczej ona ze mną.

 

Jolka to dzielna osoba, ale do czasu. W progu sypialni zatrzymuje się i dalej 

zaczyna się już skradać, idzie na palcach, ja za nią, też na palcach, ostrożnie, powolutku. 
Stajemy obok łóżka, daje mi znak, żebym podniosła kołdrę, która jak na złość 
powleczona jest w poszwę w kotki: to pościel Laury, nie chciała jej zabrać, a szkoda mi 
było ją wyrzucić. Kręcę głową, że nie mogę. Jolka robi groźną minę i rozkazująco 
wskazuje palcem kołdrę. Nie mam wyjścia. Podnoszę ją. Naszym oczom ukazuje się 
szarobura mysz z oczami, ogonem, pazurkami. Jolka pochyla się ostrożnie, potem trochę 
bardziej, a wreszcie zaczyna się śmiać.
 

– Przecież to sztuczna mysz. Zabawka – mówi, chwytając moją mysz za ogonek. 

– No tak, ale skąd się tutaj wzięła?
 

– Właśnie.

 

Patrzymy na siebie z niedowierzaniem i zgrozą. Obie z pewnością myślimy o tym

samym: o historiach z ubecką legitymacją, którą gospodarz przyjęcia znajduje w swoim 
mieszkaniu po wyjściu gości. Jolka najwyraźniej nie przyjmuje do wiadomości tego 
scenariusza, bo pyta:
 

– Od kiedy możesz ją tam mieć? Bo nie wierzę, że od wczoraj.

 

Zastanawiam się dłuższą chwilę. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty się 

przyznawać, że od kiedy mam sypialnię tylko do własnej dyspozycji, czyli od wielu lat, 
nie ścielę rano łóżka, tylko tak troszkę uklepuję pościel, żeby nie była całkiem 
rozgrzebana.
 

– Najwyżej od dwóch tygodni. Wprawdzie, jak wiesz, zmieniam pościel co 

tydzień – zaczynam się tłumaczyć – ale tym razem mi się nie chciało. Miałam zamiar 
zrobić to dzisiaj.
 

– I domyślam się, że nie ścielesz starannie łóżka ani nie wietrzysz pościeli, no 

wiesz, jak nasze matki, w otwartym oknie.
 

Milczę.

 

– Czyli w ogóle go nie ścielesz ani tym bardziej nie wietrzysz, więc mysz 

rzeczywiście może spać z tobą już od dwóch tygodni.
 

– Owszem, od dwóch tygodni.

 

Łapiemy się kurczowo tego pomysłu i już go nie wypuszczamy z rąk. Myśl, że 

moim prześladowcą mógłby być ktoś z przyjaciół, jest zbyt straszliwa, żeby ją brać pod 
uwagę, ale, niestety, nie chce mi się też wierzyć, że przez dwa tygodnie spałam z myszą i 

background image

jej nie odkryłam.
 

– A teraz, moja droga, naprawdę już czas, żebyś zadzwoniła do Anki. Nawet nie z 

powodu tej myszy, którą będziesz mogła podarować swojej wnuczce do zabawy, ale z 
powodu córki. To był sygnał, że nieprędko, jeśli w ogóle, wróg da ci spokój. Płonne 
nadzieje. Wracam do domu, żeby się jeszcze przespać – patrzy na mnie z wyrzutem – a 
wieczorem chcę wiedzieć, co z nią ustaliłaś.
 

– Z kim? – pytam.

 

– Z detektywką Anną Parduc – mówi dobitnie Jolka, zmieniając spojrzenie z 

pełnego wyrzutu na mordercze. – Wychodzę. Przyjemnego sprzątania – dodaje, rzucając 
okiem na bajzel w kuchni. – Wybacz, że nie pomogę. I zmień pościel, żeby nie cuchnęła 
myszami.
 

– No to pa, dzięki – mówię potulnie, bo widzę, że skończyły się żarty, a zaczęły 

się schody, bardzo strome, po których, być może, długo będę musiała się wspinać. Nie 
szkodzi, może przynajmniej schudnę. Podobno w czasie wspinaczki traci się mnóstwo 
kalorii. Tak przynajmniej twierdził Bartek, mąż Weroniki, który chodził po górach.
 

A potem cały dzień odkładam telefon do Anny Parduc na później. Sprzątam 

dokładniej, niż planowałam, przygotowuję się do szkolenia solidniej, niż trzeba. Co rusz 
biorę do ręki telefon i rzeczywiście dzwonię, ale za każdym razem do kogo innego, a do 
mamy nawet trzy razy. W końcu zirytowana pyta:
 

– Słuchaj, czy ty się nudzisz? Dzwonisz trzeci raz i pytasz o to samo. Myślisz, że 

ja mam czas na rozmowy? Niczego mi nie trzeba, czuję się doskonale, w mieszkaniu 
grzeją, wnuki dzwoniły, a poza tym w ogóle się nie nudzę – odpowiada hurtem na 
pytania, które jej zadawałam na raty.
 

– No to świetnie, uspokoiłaś mnie – odpowiadam nieznośnej staruszce, w której 

nie ma za grosz wdzięczności, chociaż tak się o nią troszczę. Nie ma pojęcia, jakie 
wredne bywają dzieci, kiedy rodzice są starzy i chorzy.
 

Oczywiście wiem, że tak naprawdę się nie złości, to jej taktyka, żeby nie sprawiać

mi kłopotu i przekonać mnie, że doskonale sobie radzi, więc powinnam zająć się 
własnymi sprawami.
 

Potem dzwonili do mnie moi imprezowicze, żeby podziękować i zapewnić, że 

było fantastycznie. Może był wśród nich ten, kto podrzucił mi mysz? Nie, przysięgam 
sobie, że nigdy więcej o tym nie pomyślę. Odezwała się także Baśka, chociaż po swoich 
występach pod wpływem kilku kieliszków wina na ogół milczy całymi dniami.
 

– Czy ja coś przeskrobałam? – pyta cicho.

 

– Nie, skądże znowu, ale proszę cię nie mów nikomu o grze, w której uczestniczę,

bo to tajemnica – odpowiadam półszeptem.
 

– O jakiej grze?

 

– Mówiłam ci, chyba zapomniałaś – kłamię. – Wiesz, jesteś jedyną osobą na 

świecie, której po trzech kieliszkach wina urywa się film – dogryzam jej, chociaż Baśka 
jest tak poczciwa, że nie zasługuje na to.
 

– Po jakich trzech kieliszkach! Wypiłam tylko dwa.

 

Ręce mi opadają. Może powinna przerzucić się na wódkę?

 

– Basiu, w porządku, tylko na razie nic nie mów. Potem ci wszystko wyjaśnię.

 

– Dobrze, przepraszam cię. I wiesz, mam sposób na twoje owady. Bardzo 

skuteczny. Przyślę ci mejlem, bo to trochę skomplikowane. Na pewno byś nie 
zapamiętała. Metoda ekologiczna.

background image

 

– Słuchaj, a masz też coś na myszy? – pytam i w tym samym momencie gryzę się 

w język, bo po pierwsze, nie chcę, żeby Baśka wiedziała o myszy, a po drugie, przecież 
mysz jest sztuczna.
 

– Masz myszy? – pyta przerażona.

 

– Nie, nie, tylko u mamy chyba są.

 

– Pomyślę.

 

– Dzięki.

 

W końcu nie ma rady, dzwonię do Anny Parduc. Pokrótce wyjaśniam, o co mi 

chodzi, jąkam się i dukam – chociaż skończyłam polonistykę, nie potrafię opowiedzieć 
prostej historii, składającej się z kilku faktów. Słucha cierpliwie, a wreszcie umawiamy 
się na koniec tygodnia, bo tak się składa, że teraz jest we Wrocławiu, a potem wyjeżdża 
do Gdyni. Prosi, żebym przygotowała wszystkie wiadomości i wydrukowała mejle od 
wroga, żebym opisała całą historię możliwie szczegółowo, z datami, i sporządziła listę 
wszystkich bliskich mi osób, zwłaszcza tych, na które pada choć cień podejrzenia.
 

– Wszystkich, rozumie pani, nawet z przeszłości, jeśli stało się coś szczególnego 

w związku z daną osobą.
 

– Również z czasów przedszkolnych? – pytam, przypominając sobie, że Jolka 

chce się mścić na Jaśku, który ją oblał zupą, kiedy byli w starszakach.
 

– Bez przesady – odpowiada – tylko z lat dorosłych, ale jeśli w czasach liceum 

był ktoś, komu pani zalazła za skórę, jego też proszę uwzględnić.
 

– Przepraszam, a czy mogę spytać o koszty?

 

– Spotkanie wstępne za darmo, a jeśli pani się zdecyduje, przedstawię kosztorys.

 

Szczerze mówiąc, nie pomyślałam o tym wcześniej, ale to musi być kosztowna 

impreza. Przecież szukanie takiego wroga jest jak szukanie igły w stogu siana albo 
obrączki w piasku na plaży. Wiem coś o tym, bo Marcel kiedyś nad Bałtykiem zgubił 
swoją („Aha, zgubił – kpi Strofa. – Zdjął ją, bo się zapatrzył na jakąś laskę”.) i na 
czworakach szukaliśmy jej pięć godzin w dziesięć osób. Bezskutecznie. Potem sobie 
wmawiałam, że to przyniosło nam pecha, ale pecha mieliśmy od początku. No więc – 
koszty. Czy mnie na to stać?
 

Znów spokój. Cisza na morzu, żadnych myszy ani wierszyków. U Laury też. Nie 

mam jednak odwagi odwoływać spotkania z Anną Parduc. Szkolenia z pracownikami 
Miecha idą fantastycznie. I byłam z nim na kolacji. Chciałam odmówić, ale uznałam, że 
nie powinnam, bo to kolacja służbowa. Michał na pewno by mnie zrugał, na koniec 
dodając swoje rytualne: „Czy ty wiesz, że mam żonę i małe dziecko?”. Kolacja była 
fantastyczna i wypiliśmy do niej butelkę wina, więc oboje musieliśmy zostawić 
samochody pod restauracją o wdzięcznej nazwie Stonoga. Ale warto było się spotkać, bo 
nie tylko udało nam się wprowadzić kilka zmian do kolejnych szkoleń, ale także 
porozmawiać na inne tematy. W pewnym momencie zdumiona jego oczytaniem i wiedzą 
spytałam, co studiował.
 

– Nie zgadniesz – bo tymczasem przeszliśmy na ty. – Filozofię.

 

– Aha, czyli wszystko jasne. Tylko filozofowie mają tak otwarte i wszechstronne 

umysły i znają się na wszystkim.
 

– Bez przesady. Znam też bardzo głupich filozofów. I nigdy nie byłem orłem. 

Ciągnąłem na trójczynach. A egzamin z logiki zdawałem trzy razy. Do dziś mi się śni.
 

– Ale nie żałujesz tych studiów.

 

– Nie, mimo wszystko. Były ciekawe, a od kolegów z innych wydziałów nieraz 

background image

słyszałem, że konają z nudów.
 

– Tak, wiem coś o tym. Ja też umierałam, na przykład na zajęciach z języka 

starocerkiewnosłowiańskiego. Nie mogłam też znieść wielu wykładów. A przez Szekspira
miałam zmarnowane wakacje i go znienawidziłam.
 

– Musiałaś zdawać jakiś egzamin we wrześniu?

 

– Tak, w dodatku pod koniec września. Profesor mnie nie lubił, ale Jolka, moja 

przyjaciółka, uważa, że miał ku temu powody. Mniejsza z tym. W każdym razie nie pytał 
o sens, lecz o detale. Rozumiesz – o de-ta-le. Czyli na przykład o to, kto jak był ubrany. A
w dodatku ten profesor mieszka teraz gdzieś obok mnie, chyba w sąsiedniej klatce. Na 
myśl o tym, że kiedyś natknę się na niego, a przecież wcześniej czy później musi to 
nastąpić, ciarki mi chodzą po plecach.
 

Miech był wyraźnie rozbawiony moimi opowieściami. Trudno uwierzyć, że 

wydawał mi się sztywniakiem. Potem on z kolei opowiedział kilka anegdot ze studium 
wojskowego, potem ja z zajęć z ekonomii politycznej socjalizmu i ze szkoleń. W końcu 
zerknęłam na zegarek.
 

– Niemożliwe, już dziesiąta, a ja jutro mam spotkanie z twoją grupą.

 

– No tak, trzeba iść, ja też zapomniałem o pracy. Pocieszę cię, że jutrzejsza grupa 

będzie wyjątkowa, sama się przekonasz. Więcej nie powiem, niech to będzie 
niespodzianka, mam nadzieję, że miła.
 

– No dobrze, więc nie pytam, tak czy inaczej, muszę być wyspana i punktualna, z 

czym, jak miałeś okazję się przekonać, miewam kłopoty.
 

– Nie przypominaj już o tym. Zresztą ja cierpliwie czekałem i przynajmniej 

mogłem spokojnie przeczytać gazetę. To twoi współpracownicy panikowali i bez przerwy
próbowali mnie od niej oderwać.
 

– Mówili, że jesteś zdenerwowany. – Nie powinnam tego mówić.

 

– Nic podobnego. Często przypisujemy własne uczucia innym.

 

Kiedy wyszliśmy z restauracji, ulice były już prawie puste. Ponieważ jechaliśmy 

w przeciwnych kierunkach – on na Żoliborz, ja na Mokotów, zamówiliśmy dwie 
taksówki. Szczerze mówiąc, chętnie posiedziałabym z nim jeszcze godzinkę, co oznacza, 
że mam się trzymać od niego z daleka. Tylko tego brakowało, żebym się znów uwikłała 
w romans z żonatym facetem. Ciekawe, że do tej pory ani razu nie wspomniał o żonie. 
Kiedy ludzie spędzają ze sobą trzy godziny, mówią również o swoich mężach i żonach. A
on ani słowa.
 

Umówiłam się z Miechem, że jego pracownicy nie będą mi wysyłać mejli po 

szkoleniach, tylko wszelkie wątpliwości wyjaśnimy na kolejnym spotkaniu. Dzięki temu 
mogę nie odbierać poczty i nie myśleć bezustannie o wrogu. Zajrzę do skrzynki dopiero 
w piątek. Żeby do poniedziałku zdążyć przetrawić kolejne wierszyki i obelgi typu 
„suczydło”, „wredny babsztyl”, i dotrwać do następnego piątku.
 

Miech miał rację – to szkolenie było miłą niespodzianką. Jeszcze nigdy takiego 

nie prowadziłam. Jego firma postanowiła zrobić prezent wolontariuszom z różnych 
domów opieki i domów dziecka. Jestem pewna, że to był pomysł Miecha i że udało mu 
się jakoś przekonać dyrektorów. Ale jak, przecież bogaci biznesmeni na ogół niechętnie 
wydają pieniądze? Byłam naprawdę wzruszona. W pewnej chwili zamknęłam swój 
podręcznik do szkolenia. Nie był mi potrzebny. Omawialiśmy trudne sytuacje, które 
często są udziałem wolontariuszy, a czasem pozwalałam im po prostu na rozmaite 
refleksje związane z ich pracą. Uczyli się od siebie nawzajem i uczyli mnie. Byłam 

background image

jedynie dyskretnym moderatorem. Czasem zadawałam pytania, zachęcałam ich do 
rzucania pomysłów na rozwiązanie problemów, z którymi sobie nie radzą. Jedna z 
wolontariuszek, po sześćdziesiątce, była wręcz kopalnią wiedzy, jakiej nie sposób znaleźć
w podręcznikach. I kilkoro młodych, zaledwie dwudziestoparolatków, nauczyło się od 
niej więcej niż podczas kilku miesięcy pracy. Ciekawe, jak nienachalnie przekazywała 
swoje doświadczenie, jak ostrożnie wypowiadała się na temat różnych sytuacji ze starymi
ludźmi albo chorymi w hospicjach, jak podkreślała, że trzeba zrozumieć osobę, której 
pomagamy, w przeciwnym razie możemy jej zaszkodzić. Podawała przykłady. Umiała 
odpowiedzieć prawie na każde pytanie, ale swoje odpowiedzi kończyła jednak pełnym 
wątpliwości: „Ale nie muszę mieć racji”. Albo: „Za każdym razem jest inaczej”.
 

– Czasem ktoś nie chce, żeby mu pomagać, wystarczy, że się przy nim w 

milczeniu posiedzi. I zdarzają się tacy, którzy mają o wszystko pretensję, zrzędzą, 
złoszczą się. Ale ci ludzie często już nie są sobą. Bardzo ważne jest, że inaczej się 
starzejemy. Mnie się wydaje, że ci najbardziej nieznośni są też najbiedniejsi, najbardziej 
samotni, bo mają w sobie najwięcej lęku i niezgody na swoją sytuację. I często nie lubią 
nie tylko swojej rodziny, ale również siebie. A ich też nikt nie lubi.
 

Pożegnaliśmy się serdecznie, z żalem, że to koniec, bo każdy miał jeszcze coś do 

powiedzenia, chciał o coś zapytać. Z tego wszystkiego zapomniałam im rozdać ankiet. 
Szczerze mówiąc – nie zapomniałam. Wydawało mi się niestosowne, żeby oceniali tak 
wyjątkowe spotkanie, które zresztą poprowadzili sami. Potem jeszcze wpadłam na chwilę
do Miecha.
 

– No i co? – spytał, zanim zdążyłam zamknąć drzwi. – Miałem rację?

 

– Oj, tak. Ale skąd wiedziałeś, że ja umiem poprowadzić takie spotkanie, przecież

ja nigdy…
 

– Wiedziałem.

 

– Wiesz, wciąż nie mogę ochłonąć, to było coś nadzwyczajnego. Gdybyś mnie 

teraz spytał o to, czy lubię swoją pracę, nie miałabym kłopotu z odpowiedzią. Dzisiaj 
naprawdę ją lubię.
 

– Cieszę się. To był eksperyment. Spytałem kilku wolontariuszy, czy mają ochotę 

na takie spotkanie. Nie byłem pewny, bo przecież oni też uczestniczą w jakichś 
szkoleniach. Ale wszyscy bardzo się ucieszyli, podobał im się ten pomysł. Według mnie 
firmy farmaceutyczne, które przecież zarabiają na starości i chorobach, powinny czasem 
dać coś ludziom, którzy ich lekarstwa kupują. Teraz gromadzę następną grupę, z którą 
spotkasz się za dwa tygodnie. Aha, zapomniałem ci powiedzieć, że nie musisz im dawać 
ankiet do wypełniania.
 

– Całe szczęście, bo właśnie tak zrobiłam, chociaż nie byłam pewna, czy się na to 

zgodzisz.
 

– Ale jutro już klasyczne szkolenie z ankietami, dobrze?

 

– Tak, jasne. To ja lecę, bo muszę teraz przemyśleć swoje jałowe życie. Wiesz, 

nigdy nie byłam wolontariuszką, przy nich czułam się gorsza.
 

– Przestań, nie wszyscy muszą to robić i nie wszyscy się do tego nadają. 

Większość z nas, niestety, się nie nadaje. Na przykład ja.
 

– Ale coś ważnego jednak zrobiłeś, zebrałeś tych ludzi, namówiłeś swoich 

szefów, żeby zapłacili. Podle się czuję, żerując na wolontariuszach. To tak, jakbym 
zaciągnęła dług.
 

– No to kiedyś go spłacisz. Nie marudź, tylko leć do domu.

background image

 

Lecę do domu jak na skrzydłach. Może jednak uda mi się rozpocząć to nowe 

życie, może dzisiejszy dzień jest zwiastunem czegoś nowego, innego. Może mnie 
zainspiruje. W każdym razie postanawiam o tym pomyśleć, trzeba coś zrobić, ale na razie
nie mam pojęcia co. Jedno jest pewne – myśl o konieczności spłacania kredytu, 
wspierania mamy i Laury nie może mnie wiecznie paraliżować. Skoro nie sposób 
naprawić błędów młodości, to może chociaż jakoś rozsądnie wypełnię swoją starość, 
żeby na łożu śmierci Strofa wreszcie mogła mnie za coś pochwalić. Ale po co myśleć o 
śmierci? Po takim szkoleniu jednak trudno o niej nie myśleć. Wciąż mówiliśmy o 
śmierci. Boże, spraw, żebym nie była dokuczliwą staruszką, której nikt nie cierpi i która 
wszystkim dokoła zatruwa życie. Niemal słyszę, jak Bóg mi odpowiada: „Dajże mi 
spokój”. Tak, wiem, wstyd o coś takiego prosić Boga. Ludzie proszą o pokój na świecie, 
o zażegnanie klęsk żywiołowych, a ja o taką błahostkę.
 

Laura zostawiła dwa esemesy, żebym się odezwała. Od czasu, kiedy dostała od 

mojego wroga list, staram się do niej codziennie dzwonić, na wszelki wypadek.
 

– Cześć, mała, wszystko porządku?

 

– Nie, dostałam kolejny list…

 

Boże, dorwę go i zabiję! Niech dręczy mnie, ale Laurę niech zostawi w spokoju.

 

– Co napisał?

 

– Lepiej nie wychodź po zmierzchu.

 

To już nie epitety pod moim adresem ani idiotyczne rymowanki, to groźba 

skierowana do niej.
 

– A jak ja mam nie wychodzić po zmierzchu, skoro jest jesień, a mam dwa psy?

 

– No właśnie. To niemożliwe. Słuchaj, zrobię coś z tym. Przyrzekam. A na razie 

poproś jakąś sąsiadkę, żeby ci towarzyszyła. Kogoś, kto też ma psa. Żebyś nie chodziła 
sama. Albo przeprowadź się na kilka dni do mnie.
 

– Nie ma mowy.

 

– No to umów się z jakąś sąsiadką, dobrze? Naprawdę mi przykro, nie wiem, co 

się dzieje.
 

– A może byś tak trochę pogrzebała w swojej przeszłości – mówi ze złością, 

chociaż wiem, że nie jest zła, po prostu się boi.
 

Dzwonię do Anny Parduc, żeby się upewnić, czy nasze niedzielne spotkanie jest 

aktualne.
 

– Jak najbardziej. Czy coś nowego?

 

– Tak, moja córka dostała list, tym razem z pogróżkami. Jak na razie nie 

sprawdzam skrzynek, bo mam cały czas szkolenia i nie mogę sobie pozwolić na bezsenne
noce ani zdenerwowanie.
 

– Ale przed niedzielą proszę to zrobić i wszystko wydrukować. I niech pani nie 

zapomni o tej liście.
 

– Tak, pamiętam. Zrobię ją w sobotę.

 

– Powinnam mieć też listę nazwisk pani sąsiadów, ale to chyba niemożliwe. Zdaje

się, że pani mieszka tu od niedawna.
 

– Od miesiąca. Znam tylko sąsiada, który mieszka obok. To znaczy nie znam go, 

kilka razy rozmawialiśmy, to wszystko.
 

– W porządku, sama to załatwię.

 

– Dziękuję. A więc do niedzieli.

 

W piątek sprawdzam w końcu skrzynki. W pocztowej są rachunki, własnoręcznie 

background image

wykonana widokówka od Weroniki (jaka ona jest staroświecka, całkiem jak 
Szymborska), listy z banku, w mejlowej wiadomość od wroga. Najwyraźniej znudziło mu
się rymowanie i szukanie adekwatnych wierszyków, bo tym razem ogranicza się do 
jednego pytania: „Jak się ma córeczka?”. Jasne, że nie najlepiej, draniu, skoro ją 
straszysz. Ale nawet gdybym zrobiła coś okropnego, nikt nie ma prawa mścić się za to na
moim dziecku.
 

Dzwonię do Jolki, żeby pomogła mi przygotować listę dla Anny Parduc.

 

– Może do mnie przyjedziesz? Skoro mi naraiłaś detektywkę, to teraz pomóż mi 

zrobić listę wszystkich ludzi, których znam.
 

– Nie wygłupiaj się, byłaby dłuższa niż książka telefoniczna. Chyba coś źle 

zrozumiałaś.
 

– Powiedziała: rodziny, przyjaciół, obecnych i dawnych znajomych, którzy 

wydają się ważni albo podejrzani.
 

– No to chyba rzeczywiście przyjadę, bo nie uporasz się z tym do końca świata. 

Białe czy czerwone?
 

– Może tym razem białe?

 

– Pa, jadę.

 

Siedzimy przy stole nad kartką i zapisujemy każde nazwisko, jakie nam 

przychodzi do głowy. Na razie z przeszłości. Najpierw te, które kojarzą się pozytywnie, 
potem te, które nie wywołują miłych wspomnień.
 

– Słuchaj, to nie ma sensu – mówi Jolka, sięgając po kolejną kartkę. Trzeba 

zapisywać tylko te naprawdę znaczące. Po co ci na przykład Agata Kot? Poznałyśmy ją 
chyba na wakacjach i przez jakiś czas, nie więcej niż rok, spotykałyśmy się na różnych 
imprezach. A potem znikła z naszego życia.
 

– Tak, ale wpisałam ją, bo ma na nazwisko Kot, a to mi się kojarzy z myszą.

 

Jolka otwiera szeroko oczy i patrzy na mnie z… powiedzmy, że z podziwem.

 

– Dobrze, najwyżej wykreślimy. Są jeszcze jakieś koty albo myszy?

 

– Owszem: Jacek Myszkowski, Ewa Mysik, Iza Kocik…

 

– I był jeszcze Wojtek Myszko. Pamiętasz, poznałyśmy go w Stodole na jakimś 

koncercie. Strasznie się do nas przylepił i rzeczywiście wyglądał jak mysz w okularach.
 

– Tak, piszę Wojtek Myszko.

 

Długo biedzimy się nad listą historyczną, czyli nazwiskami z przeszłości. W 

sumie jest ich trzydzieści – mam nadzieję, że Anna Parduc będzie wiedziała, które od 
razu odrzucić. Wpisałam też mojego profesora – jak wszyscy, to wszyscy. Wredny był, 
ale jestem pewna, że nawet mnie nie pamięta. I Kubę. I kilka dziewczyn, które kochały 
się w moich chłopakach, i kilka takich, w których chłopakach kochałam się ja.
 

– Wiesz – komentuje Jolka tę grupkę nazwisk – byłaś okropnie kochliwa.

 

– To były tylko przelotne znajomości. Czasem wystarczyło pójść z kimś do kina, 

żeby wiedzieć, że nie chce się z nim więcej spotykać. Szukałam tego naj-naj-.
 

– No to ci się udało.

 

A teraz lista druga, ważniejsza, z którą mam wielki kłopot, bo przecież to 

świństwo wpisywać na nią dobrych niezawodnych przyjaciół i rodzinę. Ale Anna Parduc 
wyraźnie powiedziała: wszystkie bliskie osoby. Po dwóch godzinach obie listy są 
gotowe. Najwięcej kłopotów miałyśmy z tym, czy wpisać Jolkę.
 

– Uważam, że mnie tutaj nie musisz umieszczać.

 

– Ale przecież ty jesteś mi bardzo bliska.

background image

 

– Ale poza podejrzeniem.

 

– Kto wie, kto wie, Jasiek z przedszkola też nie podejrzewa, że się mścisz na jego 

dzieciach.
 

– Przestań, stawiam im same piątki.

 

– A pamiętasz, jaka byłaś wściekła, kiedy bez ciebie pojechałam nad morze?

 

– Pamiętam, no to wpisz mnie, bo do dziś mam ochotę udusić cię za to.

 

– Co jeszcze?

 

– Wszystkie dowody rzeczowe. Gdzie twoja mysz?

 

– Boże, wyrzuciłam ją.

 

– No to pięknie, główny dowód rzeczowy przepadł.

 

– Ale zaraz, dopiero przedwczoraj, a jeszcze nie byłam w śmietniku, bo nie 

miałam czasu. Nie po to kupuję wielkie worki, żeby latać tam co trzy godziny.
 

Rzucam się do kubła, niestety już pełnego i dość lepkiego, bo trafiły tam również 

obierki warzyw, zawartość kubełka z łazienki, brudna szmata do podłogi, która kilka dni 
leżała wilgotna i zaczęła cuchnąć.
 

– Jest! Tutaj nic nie ginie, co najwyżej zmienia miejsce pobytu.

 

– Wiesz, ja tę scenę widziałam już setki razy. Jak na klęczkach pochylasz się nad 

kubłem pełnym obrzydliwych śmieci i grzebiesz w nim w poszukiwaniu czegoś ważnego.
 

– Przesadzasz. Owszem, raz wyrzuciłam antybiotyki, które miałam zażywać przez

dziesięć dni, jeden raz receptę…
 

– Niestety, pamiętam też kilka ważnych dokumentów, aparat ortodontyczny 

twojej córki, sztuczną szczękę, chyba górną, twojej mamy, kluczyki od…
 

– Dość, niech ci będzie, że setki razy. Mysz jest, a to najważniejsze. A teraz 

drukuję listy.
 

– Czego tu nie ma, i wiersze dla dzieci, i La Fontaine, i Krasicki, i Szekspir – 

mówi z zachwytem Jolka. – O, tego wierszyka nie znam, a właściwie znam go, ale nie 
pamiętam skąd. Tyleś się natrudziła, aby z ziemi, patyków i liści zbudować norkę, a teraz 
wszystko legło w gruzach i nie masz gdzie się schronić
. Słuchaj, on nie jest głupi, to 
fragment wiersza Burnsa Do myszy. W każdym razie jest oczytany w mysiej literaturze. 
Ale Burns, Burns, ktoś z naszych znajomych bardzo go lubił. Znał jego wiersze na 
pamięć. Po angielsku.
 

– Nie ktoś, tylko Kuba. I znał nie tylko Burnsa, ale też Keatsa i w ogóle mnóstwo 

wierszy. Czy ty coś sugerujesz? To śmieszne, przecież większość naszych znajomych 
studiowała jakąś filologię. Co w tym dziwnego, że czytali wiersze. W tamtych czasach to 
było oczywiste. To dzisiaj możesz nie czytać, a i tak ci zaliczą.
 

– Ja niczego nie sugeruję, podzieliłam się tylko cenną refleksją, która mi przyszła 

do głowy. A ty zrób z tym, co chcesz. Albo raczej nic nie rób. Niech już Anka się tym 
zajmie. I proszę, umyj tę mysz.
 

Zamykam za Jolką drzwi. Po kilku minutach wraca.

 

– Cofnęłam się z dołu, bo o czymś sobie przypomniałam. Pamiętasz, Baśka miała 

chłopaka na biologii, który robił jakieś doświadczenia na myszach. Zresztą Baśka też 
musiała.
 

– Zlituj się, bo oszaleję. Nie chcę tego słuchać!

 

– Ja nic nie mówię, ale przypomnij sobie. Miał ciężkie poczucie humoru i Baśka 

rzuciła go, bo po kolejnej myszy w domu, tym razem żywej, uznała, że dłużej tego nie 
wytrzyma. Spakowała się i wyszła bez pożegnania jak ty od Kuby.

background image

 

– I co z tego?

 

– A to, że ten chłopak mówił potem, że to twoja wina. Że to ty zbuntowałaś 

Baśkę.
 

– Przecież to nieprawda. Nie obchodziło mnie, z kim Baśka chodzi.

 

– Prawda czy nie, on tak uważał. Radzę ci wpisać go na listę, obok Baśki. Był 

naprawdę dziwny. Czy pamiętasz, czym się zajmował?
 

– Nie pamiętam nawet jego twarzy.

 

– Otóż temat jego pracy dyplomowej brzmiał: „Mutacje negatywne dominujące w

pętlach regulacyjnych bakteriofaga lambda i operonu laktozowego”.
 

– Tak – odzywam się wreszcie po dłuższej chwili pełnego grozy milczenia. – Nie 

mógł być normalny. Ale ty też nie jesteś.
 

To niesamowite: kiedy człowiek przyjrzy się swojej przeszłości, odkrywa w niej 

mnóstwo wrogów, no może to przesada, że wrogów, ale – powiedzmy – osób, które nie 
były mu życzliwe albo o coś się obraziły. Komu jednak dopiekłam tak bardzo, że mnie do
dziś nienawidzi, nadal nie mam pojęcia.
 

Sobotę staram się spędzić tak, jakby nic się nie działo. Jadę do Laury, potem 

zabieram mamę do parku. Chodzi z laską, ale całkiem sprawnie. Chyba jej jeszcze nie 
potrzebuje, ale czuje się z nią pewniej.
 

– Och – wzdycha mama, wystawiając twarz do jesiennego słońca – jakie ty miałaś

powodzenie u chłopców. Kiedy byłaś w liceum, ciągle do nas przychodzili jacyś 
młodzieńcy. Ja to najbardziej lubiłam Jarka, ale on chyba był już z twoich studiów.
 

– Jakiego Jarka? Nigdy nie miałam takiego chłopaka.

 

– Miałaś, miałaś. Pamiętam go. Nie mogłam zrozumieć, że go nie chcesz. Czasem

przychodził pod twoją nieobecność i gawędziliśmy sobie w kuchni. Był naprawdę 
przystojny, dobrze wychowany i to od niego nauczyłam się parzyć dobrą herbatę. 
Właściwie to czemu go nie chciałaś?
 

Tak, mama ma dobrą pamięć, Jarek – trzeba go wpisać na listę. Zerwałam z nim z 

dnia na dzień, bo paskudnie sobie ze mnie zażartował w towarzystwie, które w dodatku 
słabo znałam. Pamiętam, jak oczy wszystkich skierowały się na mnie, a niektórzy zaczęli 
się śmiać, chociaż to, co Jarek powiedział, było raczej przykre. Kiedy mnie odprowadził 
do domu, powiedziałam na ulicy przed drzwiami: „To nasze ostatnie spotkanie. Nigdy 
więcej do mnie nie przychodź i nie dzwoń”. Był zdumiony, chociaż wiedział, o co 
chodzi. „Przepraszam cię, nie chciałem tego powiedzieć”. „Ale powiedziałeś. A jak 
powiedziałeś raz, to powiesz też drugi raz i następny. Nie chcę być z kimś, kto mnie 
obraża w towarzystwie swoich przyjaciół”, wyjaśniłam. Ale była w tym doza 
nieuczciwości, bo tak naprawdę już od jakiegoś czasu szukałam pretekstu, żeby z nim 
zerwać. Już po miesiącu miałam go dość: wciąż opowiadał o swojej dziewczynie, która 
go rzuciła, i mówił, że śmierdzę jak popielniczka. Może miał rację, ale wobec tego dałam
mu szansę, żeby sobie znalazł kogoś, kto pachnie konwaliami. I znalazł. Wielu 
chłopaków, z którymi mi nie wyszło, dobrze na tym wyszło.
 

– Odpowiesz mi? – słyszę głos mamy.

 

– A jakie było pytanie?

 

– Nieważne, chyba nie powinnam pytać.

 

Chyba nie powinna. W każdym razie za późno na pytania o facetów z przeszłości,

których ledwie pamiętam. Ale może powinnam sobie wszystkich przypomnieć, skoro 
dzisiaj któryś z nich mnie nienawidzi. Nie wiem, skąd ten pomysł, ale zaczynam sądzić, 

background image

że to jeden z nich. Chociaż żaden nie był wredny ani złośliwy. Za radą Jolki postanawiam
zostawić to Annie Parduc. A ja zrobię sobie miły wieczór. Pójdę do kina, a potem 
poczytam. Może wreszcie swoje wiersze, które leżą nietknięte na nocnej szafce – boję się
do nich zajrzeć, bo takie spotkanie po ponad dwudziestu pięciu latach może być przykre, 
a co gorsza śmieszne.
 

Czytam je cały wieczór. No cóż, zdaje się, że świat uwolnił się od jednej 

grafomanki. Dlaczego ktoś chciał je wydać, dziwię się po przeczytaniu kolejnego, w 
którym dość łzawo pastwię się nad jakimś nieudanym związkiem. Prawdziwym, 
wyobrażonym? Nie wiem. Znęcam się też nad przyrodą i detalami z życia codziennego. 
Od czasu do czasu tu i ówdzie pojawia się cień ironii, co mnie cieszy, bo przecież zawsze
byłam wesołą dziewczyną, ale tak zwane liryczne ja w moich wierszach jest najczęściej 
śmiertelnie poważne. Widocznie uważałam, że tak powinno się pisać. Najdziwniejsze jest
to, że dzisiaj, kiedy mam za sobą tak wiele porażek, uważam inaczej. Że bez ironii i 
śmiechu nie da się żyć normalnie. Pod koniec książki trafiam na wiersz, który daje mi do 
myślenia – nie, nie dlatego, że jest lepszy czy gorszy niż pozostałe, ale ze względu na 
obecny kontekst, w który się wpisuje:
 

Szary brzask na twojej twarzy przechodzi w decrescendo,

 

Śpisz. Niebo w mysim kolorze wisi w oknie zmęczone,

 

Nie śpię. Gdzieś skrobie mysz. Chyba sprawię ci kota.

 

No tak, Kuba miał myszy. I rzeczywiście chciałam mu podarować kota, ale 

rozstaliśmy się, zanim zdążyłam to zrobić. Bałam się u niego zostawać na noc, bo myszy 
grasowały po całym mieszkaniu, wypełniając je przerażającymi piskami i skrobaniem. 
Bałam się zasnąć. Ale Kubie nie przeszkadzały, nawet je dokarmiał. W ogóle miał lepszy 
kontakt ze zwierzętami niż z ludźmi. Tak jak Marcel.
 

Zamykam książkę i postanawiam, że stłamszę w zarodku myśl o jakimkolwiek 

pisaniu. Wszyscy wtedy pisaliśmy, prawie każdy miał potrzebę przelewania na papier 
swoich emocji, jednak tylko dwie, może trzy osoby rzeczywiście poświęciły się 
pisarstwu i wydały kilka książek. Nie było wielkich talentów na naszym roku. Ale z 
pewnością Jolka do nich należała, tylko nie zrobiła użytku ze swoich zdolności. Krótko 
mówiąc, zmarnowała się. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego zamiast pisać, zostać 
dziennikarką albo w najgorszym razie zatrudnić się w jakimś wydawnictwie, wolała 
pójść do szkoły. Twierdziła, że czuje powołanie i nic na to nie poradzi. Zrozumiałabym, 
że chce wstąpić do klasztoru, bo to jest jej powołanie, ale do szkoły!? W której tkwi od 
skończenia studiów i nadal wygląda na zadowoloną. Czyta dziesiątki wypracowań i 
każde rzetelnie komentuje. Gada co roku o średniowieczu, odrodzeniu, romantyzmie. I 
nie ma dość. Kiedy ją o to pytam, zapewnia, że co roku inaczej o tym mówi i inni są 
uczniowie. A jednak uważam, że zmarnowała talent. I nie ma na swoim koncie nawet 
podręcznika. Musi jakiś napisać. Będę ją o to dręczyć. Na razie to ona mnie dręczy, co 
chwila dzwoni i dopowiada kolejne nazwiska do listy. W pewnym momencie mówię 
stanowczo:
 

– Jolka, skoro tak późno przypominasz sobie o niej, to znaczy, że nie jest istotna. 

Daj już spokój. Twoja pamięć jest twoim przekleństwem. W ogóle nie wierzę, że te 
wszystkie osoby kiedykolwiek chodziły po świecie. Kto to jest Natalia Kociel? Kto to 
jest Jerzy Jaskułka?
 

– Tak, był taki i nawet pamiętam, że jego nazwisko pisało się przez u zwykłe, z 

czym miał wieczne kłopoty, bo nikt nie chciał tego przyjąć do wiadomości. A oprócz 

background image

Jaskułki byli również Orzeł i Wróbel. Mówiliśmy o nich ptasia trójca.
 

I tak bez końca. Co pół godziny przypomina sobie kogoś, o kim opowiada jak o 

bohaterze powieści. Anna Parduc powinna zatrudnić Jolkę w swojej agencji. Podsunę jej 
ten pomysł, kiedy już rozwikła zagadkę i będę mogła odetchnąć z ulgą.
 

Tymczasem jednak sprawy nabierają rozpędu i podążają w złym kierunku, bo 

punkt ciężkości coraz bardziej przenosi się na Laurę.
 

– Mamo – dzwoni o siódmej rano, przed wyjściem do pracy – ja zwariuję. Co się 

dzieje? Dostałam jakieś twoje zdjęcie z facetem w restauracji. Nie ma w tym nic złego, 
że chodzisz po restauracjach, ale co to za facet, może jakiś gangster? Czy robisz coś w tej
sprawie?
 

– Tak – odpowiadam zdruzgotana.

 

– Co?

 

– Wynajęłam detektywkę.

 

– Kogo?

 

– Kobietę detektywa.

 

– A nie lepszy byłby detektyw?

 

– Nie bądź mizoginistką. Kobiety dzisiaj… – właśnie miałam zamiar zrobić 

wykład o tym, że kobiety zaczynają wyprzedzać mężczyzn we wszystkich dziedzinach 
(no może nie są górnikami, ale tylko dlatego, że nie chcą), ale przerywa mi.
 

– Przestań, nie chcę tego słuchać, nie mam zaufania do detektywki, ale rób jak 

chcesz, tylko skutecznie, bo boję się wyjść z psami, a za chwilę przestanę chodzić do 
pracy, bo niedługo zapanują wieczne ciemności.
 

Cieszę się, że mimo wszystko dopisuje jej poczucie humoru, bo bez tego ani rusz,

ale wiem, że się boi. Ja też.
 

background image

 Rozdział trzeci

 

Anna Parduc zjawia się punktualnie o siódmej, jakby stała pod drzwiami ze 

stoperem w dłoni i palcem na dzwonku. Spodziewałam się kobiety w sportowym ubraniu,
szczupłej, umięśnionej, trochę męskiej, tymczasem mam przed sobą pulchną i bardzo 
kobiecą, z fryzurą, na jaką nie stać mnie nawet w sylwestra, w pantoflach na obcasach i 
wdzięcznej letniej sukience w kwiaty, chociaż jest już listopad. Przypominam ją sobie. 
Chodziła do klasy z francuskim, jedynej żeńskiej klasy w naszym liceum, o której, w 
zależności od sytuacji, mówiono albo wersal, albo harem. Współczułyśmy im. Dziś na 
pewno bym im zazdrościła. Domyśla się, że jestem zdziwiona jej wyglądem, więc, od 
razu przechodząc ze mną na ty, pyta ze śmiechem:
 

– Co, spodziewałaś się jakiejś Angeliny Jolie w skórzanych spodniach?

 

– No, nie aż tak, ale rzeczywiście inaczej wyobrażałam sobie detektywkę.

 

Anka natychmiast przystępuje do działania. Wyjmując duży czarny notes, 

uprzedza, że pierwszy etap będzie dosyć nużący, bo zada mi dziesiątki, może nawet setki 
pytań. I prosi, żebym niczego nie ukrywała, bo musi złapać jakąś nić, po której podąży 
do kłębka. A może nawet kilka nici, ponieważ w takich sprawach rzadko od razu wpada 
się na właściwy trop.
 

– A końce nici na ogół tkwią w historiach, o których wolimy nie pamiętać. 

Powroty do nich bywają bolesne. Nic na to nie poradzę, ale jakiś pozornie nieistotny 
drobiazg często prowadzi do odkrycia dramatycznej prawdy, na przykład tajemnicy 
rodzinnej – mówi, zawieszając na chwilę głos i patrząc mi prosto w oczy. – 
Przypuszczalnie chodzi o kogoś, kogo znasz i z kim coś cię łączy. – Wielkie mi odkrycie!
– Najpierw opowiedz dokładnie, co i od kiedy się dzieje.
 

Ponieważ już wcześniej zrekonstruowałam i zanotowałam w punktach cały 

przebieg wydarzeń, poczynając od karteczki w dziurce od klucza przez bukiet róż i 
myszkę, a kończąc na groźbach i zdjęciu, które dostała Laura, bez większego trudu 
relacjonuję jej historię mojego lęku, ze szczegółami, jak prosiła, a ona pracowicie notuje.
 

– To wszystko – kończę, rada, że poszło mi tak sprawnie.

 

– A teraz poproszę o listę osób.

 

Wręczam jej obie listy, które sporządziłam z Jolką. Patrzy na mnie z 

niedowierzaniem.
 

– Przecież mówiłam, że najważniejszych, a to chyba rejestr wszystkich ludzi, 

jakich kiedykolwiek poznałaś.
 

– Nie. Jedna zawiera najważniejsze i podejrzane osoby z przeszłości, druga 

dotyczy teraźniejszości.
 

– No to sprawy komplikują się już na wstępie. Nie spodziewałam się takiego 

tłumu. Wobec tego zacznijmy od tych, których choć odrobinę mogłabyś podejrzewać.
 

– Chodzi ci o moich wrogów? Każdy czasem wkurzy się o coś, ale ja nie mam 

wrogów.
 

– Wszyscy mają. Co najwyżej o tym nie wiedzą. Nie masz pojęcia, z jak błahych 

powodów ludzie gotowi są do popełnienia zbrodni. A niektórzy w końcu je popełniają.
 

– Zbrodnie? Co masz na myśli?

 

Widząc strach na mojej twarzy, próbuje osłabić siłę rażenia tej makabrycznej 

refleksji.
 

– No, może nie od razu zbrodnie, ale, powiedzmy, większe i mniejsze akty 

background image

zemsty. Zacznij od osób, które za tobą nie przepadają i mogą mieć powód, żeby źle ci 
życzyć.
 

– Naprawdę nie widzę nikogo takiego, ale Jolka twierdzi, że na przykład nasz 

profesor z polonistyki, którego spotkała tutaj, ma powody, żeby mnie nie cierpieć.
 

Snuję tę idiotyczną opowieść z czasów studiów i, kątem oka, ku mojemu 

ubolewaniu, dostrzegam, że Anka wykreśla go z listy. A potem kolejnych dziesięć osób. 
W końcu zniechęcona prosi, żebym przeszła do Kuby.
 

Opowiadam o nim, wspominam też o myszach w jego mieszkaniu, które 

przyczyniły się do naszego rozstania. Wiedział, że panicznie się ich boję. Obok nazwiska 
Kuby ląduje plus. Po chwili otrzymują go także Marcel i obie jego kobiety zwane przeze 
mnie konkubinami, następnie Marcin i żona Marcina (to Anka dopisała ją do listy, bo 
przecież miałam uwzględnić tylko znane mi osoby), Jolka i Baśka, ich partnerzy, kilku 
przyjaciół.
 

– O reszcie opowiedz na razie w dużym skrócie, po dwa, trzy zdania, skupiając 

się na jakichś przykrych wspomnieniach. Krótko mówiąc, spróbuj źle mówić o ludziach. 
Najbardziej interesują mnie ich wady. Taka praca. W razie czego poproszę też o zalety.
 

Tak więc bezkarnie i bez większego poczucia winy, bo przecież dla dobra sprawy,

zaczynam plotkować na temat swoich znajomych i przyjaciół, co wcale nie jest takie 
łatwe, jak się kogoś lubi. Jest jednak pouczające – okazuje się, że wcale nie są tacy 
pozytywni. Coraz bardziej się rozkręcam, a Anka ozdabia listę rozmaitymi znaczkami i 
cały czas notuje, czasem używając czerwonego flamastra, a ma też zielony i niebieski. W 
końcu docieram do Tomka, mojego szwagra, na którym mam zamiar poużywać sobie 
trochę, bo doskonale się do tego nadaje. Ale czuję, że przeholowałam, i trochę 
przestraszona tym, że plotkowanie zaczyna sprawiać mi przyjemność, szybko 
wymieniam kilka jego zalet.
 

– Ale kiedy do niego przyjeżdżam, pozwala mi spać w swojej spiżarni, gdzie 

pachnie chlebem, i bierze na siebie nasze kace.
 

To pewnie dla Anki mało ważna informacja, ale pyta z zaciekawieniem:

 

– Co robi?

 

– Trudno w to uwierzyć, ale kiedy towarzystwo pije, tylko on na drugi dzień ma 

kaca, chociaż jest abstynentem. Mnie to bardzo odpowiada. On jest takim naszym 
portretem Doriana Graya albo kotem z opowiastki Mrożka.
 

– Wolałabym, żebyś się streszczała – mówi Anka, nie podzielając mojego 

zachwytu dla tej nadzwyczajnej zdolności mego wielkodusznego szwagra, którego nasze 
wiejskie imprezy kiedyś wykończą. – Czy to prawdziwy szwagier, czy ksywka?
 

– Najprawdziwszy na świecie. Mój przyjaciel.

 

– A brata kocha?

 

– Kocha.

 

– A nie miał pretensji, że wasze małżeństwo się rozpadło?

 

– Na pewno nie, sam był wtedy zajęty rozwalaniem własnego małżeństwa, a poza

tym on nigdy niczego nie potrafi utrzymać w tajemnicy, to u nich genetyczne. Jeśli 
chcesz, żeby coś szybko rozeszło się po całym kraju, powiedz to jednemu z nich. Marcel 
załatwi Warszawę, a Tomek – prowincję. Gdyby to on był moim prześladowcą, już 
dawno by mi o tym opowiedział ze szczegółami i jeszcze uprzedzałby w przeddzień, co 
właśnie knuje.
 

– Trochę niedorozwinięty? – pyta ostrożnie Anka.

background image

 

– Coś ty! Superinteligentny facet.

 

– Ja chyba nie dam rady! Wszyscy, o których mówisz, wydają się jacyś pokręceni.

Może spróbuj o nich opowiadać jakoś inaczej, bo mam ochotę całą tę menażerię zamknąć
w więzieniu albo w domu wariatów. Rzeczowo, moja droga, i bez fantazji.
 

– Dobra, obiecuję.

 

– Mieszkasz tu od miesiąca, tak?

 

– Na stałe od pierwszego października, ale już wcześniej tu bywałam. 

Przeprowadzałam się na raty. A poza tym było malowanie, zakładanie rolet, przewożenie 
mebli.
 

– A więc zatrudniałaś fachowców.

 

– Oprócz malarza i faceta od rolet jeszcze dwóch mięśniaków, którzy wnosili 

meble, hydraulik, elektryk.
 

– Masz na nich namiary?

 

– Tak, a na roletowca ma Jolka, bo ona z nim tutaj była.

 

– Poprzedni właściciel?

 

– Nie znam go. Widzieliśmy się raptem trzy razy. Młody człowiek, około 

trzydziestki. Informatyk. Ożenił się i postanowili kupić dom pod Warszawą, mieli coś na 
oku, więc było im pilno, tak jak i mnie. Szybko się dogadaliśmy.
 

– Powiedz wszystko, co o nich wiesz, detalicznie. Jak się zachowywał, co mówił 

– prosi Anka i szybko przypomina: – I bez fantazji.
 

Opowiadam, opowiadam, rzeczywiście już nawet głupstwa, na przykład, że na 

podpisanie aktu notarialnego przyszedł w czerwonym krawacie. W końcu, kiedy 
informuję, że taki młody, a już łysieje, i właśnie mam zamiar złapać wiatr w żagle, Anka 
mi przerywa.
 

– A ona?

 

– Widziałam ją tylko raz, kiedy do nich przyszłam. Po dziesięciu minutach się 

zmyła. Nie pamiętam nawet, jak wygląda.
 

– Ile par kluczy dostałaś?

 

– Trudno mówić o parach, bo w drzwiach był tylko jeden zamek. Dostałam cztery

klucze. Kiedy znalazłam zgniłe róże, zadzwoniłam do niego, sugerując, a nawet 
wmawiając mu, że ktoś ma klucz do tego mieszkania. Przestraszył się i zapewnił, że 
oddał mi wszystkie. A poza tym zdziwił się, że go podejrzewam o jakieś kwiaty dla 
siebie. Pewnie pomyślał, że jestem nimfomanką, bo urażony oświadczył, że nie daje 
kwiatów nawet żonie i matce, a co dopiero…
 

– …a co dopiero co?

 

– Nie wiem, nie dokończył zdania, ale jestem pewna, że chciał powiedzieć: 

„obcym babom” albo coś w tym rodzaju.
 

– Kto miał klucze?

 

– Jolka, jak mówiłam, i moja córka Laura. Wiesz, jestem samotna, jakbym, nie 

daj Boże, zemdlała, wolałabym, żeby rodzina nie musiała wyważać drzwi. Ale zmieniłam
już zamek. A właściwie dodałam drugi. Mam teraz dwa, co jest denerwujące, bo gubię się
w tej kolekcji.
 

– Niepotrzebne możesz wyrzucić.

 

– Nigdy nie wyrzucam kluczy, to przynosi pecha. Mam też klucze od mieszkania 

Laury, mamy, cioci Róży, Jolki. Poprzyczepiałam do nich karteczki z imionami.
 

Anka notuje coś przy Jolce. Jak na razie najwięcej notatek jest obok imienia mojej

background image

przyjaciółki. Powiem jej o tym, na pewno się ucieszy, że jest podejrzaną numer jeden. 
Stawia też plusik przy Laurze, co nie spotyka się z moją aprobatą.
 

– Słuchaj, moja córka chyba jednak…

 

– Nie stawiam plusów przy podejrzanych, tylko przy osobach, z którymi 

powinnam porozmawiać – wyjaśnia. – Sąsiedzi?
 

– Znam tylko Koszał… Eugeniusza Dzięcioła, który mieszka obok. Chciał się 

zaprzyjaźnić, ale po kilku dniach się obraził, bo nie przyjęłam zaproszenia na kawę. Jego 
żona piecze szarlotkę. Czasem się kłócą, słyszałam.
 

Anka dalej zasypuje mnie pytaniami: „Kto cię do tej pory odwiedził?” 

(wymieniam towarzystwo parapetówkowe), „Czy ostatnio miałaś z kimś konflikt?” 
(Jasne, że nie.), „Jak znalazłaś mieszkanie?” (Przez internet.), „Czy masz w domu cenne 
rzeczy?” (Niestety, nie.) – bez przerwy notuje i stawia te swoje plusy, minusy, znaki 
zapytania, wykrzykniki. Mam już dość, ale niebawem okazuje się, że najgorsze dopiero 
przede mną.
 

– A teraz Laura. Stan rodzinny, co robi, znajomi, jak wam się układa itp.

 

– Mieszka sama. Nie znam jej towarzystwa. Jest skryta. Pracuje w domu starców 

– odpowiadam rzeczowo, podchwytując styl Anki, po czym dodaję z dumą: – Układa 
nam się dobrze.
 

– Związki?

 

– Kilku nieciekawych chłopaków w przeszłości, ale o szczegóły musisz wypytać 

ją sama. Jest mi niezręcznie mówić o jej życiu osobistym. Same dupki.
 

Anka podnosi głowę i zadaje dziwne pytanie, które nie ma nic do rzeczy:

 

– Nie lubisz mężczyzn?

 

– Uwielbiam mężczyzn. Nie lubię dupków. I to samo odnosi się do kobiet. Ale tak

się składa, że znam więcej dupków niż… no, dupkiń. To nie przypadek, że nie ma 
żeńskiej formy słowa „dupek”. Ani słowa „wróg”. Zauważyłaś to?
 

Parska śmiechem.

 

– Opowiedz coś jeszcze o córce. Coś… charakterystycznego. Sama nie wiem… O

czym powinnam wiedzieć? Czy miała na przykład jakieś kłopoty, dziwne towarzystwo?
 

Tego nie przewidziałam. Że po którymś pytaniu Anki będę musiała opowiedzieć o

sprawach, które już na zawsze pogrzebały w głębokim dole cząstkę mnie. I cząstkę mojej
córki. I wcale nie mam ochoty dokonywać ekshumacji tych cząstek.
 

– Nie wiem, czy to ważne… – ociągam się z odpowiedzią.

 

– Skoro się wahasz, to znaczy, że bardzo ważne – mówi Anka, patrząc na mnie 

wzrokiem, który zapewnia: nie odpuszczę.
 

– Laura… Laura była narkomanką.

 

Zapada cisza. Długopis Anki zawisa nieruchomo w powietrzu. Ta informacja 

musiała na niej zrobić wrażenie, bo siedzi jak sparaliżowana. Nie wie, co powiedzieć.
 

– Domyślam się, że nie znasz jej towarzystwa z tamtych lat – odzywa się 

wreszcie.
 

– Nie bardzo. Przelotnie kilka osób. Na przykład jednego chłopaka, z którym ją 

kilka razy widziałam, ale on już nie żyje.
 

– Jak z tego wyszła?

 

– Nie wiem, czy zdołam ci o tym dzisiaj opowiedzieć, bo to długa historia.

 

– Spróbuj.

 

– Wobec tego pozwól, że napiję się wina. Masz ochotę?

background image

 

– Mam, ale przyjechałam samochodem, więc nie mogę. Ale ty się napij.

 

– Kiedy Laura była w trzeciej klasie liceum, nasze małżeństwo przeszło w 

drastyczne stadium totalnej demolki. Nikt sobie z tym nie radził: ani my, ani tym bardziej
nasze dzieci. Może Laura dałaby radę, gdyby miała coś, czego mogłaby się uchwycić. 
Nie wiem: jakąś pasję, fajnego chłopaka albo mądrą przyjaciółkę, albo gdyby chociaż 
lubiła szkołę. Ale ona była zwykłą nastolatką. Bardzo emocjonalną i bez dystansu wobec 
siebie i świata. I bezbronną. Podejrzewam, że zaczęła brać, żeby uciec od tego i może 
zwrócić na siebie uwagę. Ale my byliśmy zajęci własną draką. Nie zauważyłam tego. 
Widziałam, że coś jest nie tak, ale, uwierz mi, na początku trudno zorientować się, o co 
chodzi. A poza tym… Poza tym chyba jest tak, że wtedy włącza się jakiś mechanizm 
samooszukiwania się. A ja akurat rozsypywałam się po wielu latach żołnierskiej 
dyscypliny i lepienia naszego życia, tak że nadawałam się jedynie do wariatkowa. Kiedy 
sobie uświadomiłam, co się dzieje, nie zwlekałam już ani chwili. Znaczy się z decyzją o 
rozstaniu z Marcelem. A on, też nie zwlekając, z dnia na dzień się wyprowadził. Jakby 
tylko na to czekał. „Jak chcesz – powiedział. – Już mnie nie ma”. Wiedział, co robi: jego 
znajomi mu współczuli i mieli mi za złe, że biedaka pozbawiłam domu. Od tej pory 
wpadał tylko, żeby zabrać swoje rzeczy. Ale kiedy mówiłam mu o Laurze, nie chciał 
słuchać. Gotów był wyłożyć kasę na jej leczenie, żeby go tylko zostawić w spokoju. 
Laura coraz rzadziej nocowała w domu. Szukałam jej. Chodziłam albo jeździłam po 
mieście w nadziei, że ją gdzieś zobaczę. Wypytywałam koleżanki, ale one już dawno 
straciły z nią kontakt. Czasem się pojawiała, wychudzona, ze spuchniętą twarzą, z lękiem
w oczach… Słuchaj, nie mogę dalej o tym opowiadać. Myślałam, że to już nieważne, ale 
nie. Nigdy o tym nie mówię. Nie rozmawiam o tym nawet z Jolką i Weroniką, chociaż to 
przyjaciółki.
 

Jestem bliska łez. Anka podaje mi chusteczkę, którą przyjmuję z wdzięcznością, i 

czeka, aż się uspokoję. Nie pogania mnie, chociaż dochodzi dziesiąta. W końcu, widząc, 
że się całkiem rozkleiłam, proponuje:
 

– Wobec tego napisz mi o tym i wyślij mejlem. Od jutra zaczynam działać i będę 

miała jeszcze wiele pytań.
 

Kładzie na stole całą paczkę chusteczek i wkłada do torby notatnik. Myszkę 

jedynie ogląda, komentując, że pochodzi ze sklepu zoologicznego.
 

– Przypomnij mi, kiedy ją znalazłaś?

 

– W niedzielę po parapetówie. Rozmawiałyśmy o tym z Jolką, bo przeraziła nas 

myśl, że ktoś wśród nas jest ubekiem…
 

– Jakim ubekiem? Przecież to stare dzieje.

 

– No, nie tak dosłownie. Przeraziło nas, że to może być ktoś z przyjaciół. Ale ja tę

mysz mogłam mieć w łóżku już wcześniej, na przykład od dnia, kiedy dostałam róże. 
Czyli od…
 

– Mam to zapisane. I już naprawdę na koniec: czy w razie czego zrobisz listę 

uczestników swoich szkoleń z ostatniego półrocza?
 

– Nie, to byłoby kilkaset osób.

 

– A listę uczestników, których źle wspominasz?

 

– Nie wiem, w każdym razie spróbuję.

 

– I zrób też listę współpracowników. Jutro napiszę ci, jakie przewiduję koszty. 

Oczywiście na początek.
 

– Dzięki. Jedź ostrożnie, podobno jest ślisko.

background image

 

Ta rozmowa rozłożyła mnie na łopatki, nie sądziłam, że nawet po tylu latach nie 

potrafię spokojnie mówić o Laurze. A pewnie czeka mnie jeszcze, też niełatwa, opowieść 
o Kacprze, który pewnego dnia spakował się w jedną torbę i znikł bez pożegnania, 
zostawiając jedynie kartkę z informacją, że wyjeżdża za granicę. Odezwał się dopiero po 
kilku tygodniach, z Berlina. I nie był to miły list. Przeciwnie: pełen żalu i oskarżeń. Co 
miałam mu odpowiedzieć? Napisałam: Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz i że nie 
pozwolisz na to, aby głupi rodzice zmarnowali Ci życie. Zrób z niego lepszy użytek niż 
my
. Dziś już nie uważam, że byłam okropną matką, ale wtedy składałam się z samego 
poczucia winy. Po jakimś czasie nawiązaliśmy kontakt. Wymieniamy listy, dzwonimy do 
siebie, lecz między nami jest mur. Jakbyśmy nie byli rodziną. Może już na zawsze. 
Najważniejsze jednak, że mu się tam ułożyło. Radzi sobie. Czasami myślę, że nie 
zasłużyłam na taką nagrodę od losu, że w ogóle na nic dobrego nie zasłużyłam, więc 
kiedy coś takiego się dzieje, natychmiast staję się podejrzliwa. Zasłużyłam natomiast na 
wroga. I mam go – dziwne, że karząca ręka sprawiedliwości objawiła się tak późno. Ta 
pompatyczna refleksja jest już ostatnią tego dnia – zasypiam.
 

Miech znów proponuje kolację, ale wykręcam się, nie chcąc narażać Laury na 

kolejne przykrości. Na tym zdjęciu nie było nic kompromitującego, ale sugeruje ono: 
patrz, twoja matka z jakimś fagasem, i staje się dowodem winy. Dopóki Anka nie 
znajdzie mojego wroga, wolę go nie prowokować. W weekend piszę list, o który prosiła. 
Zaczynam od chwili, kiedy skończyłam. Wiem, że Anka nie lubi, kiedy się nad czymś 
rozwodzę, ale nie umiem ograniczyć się do nagich faktów, opowiedzieć o Laurze w 
trzech zdaniach, bez wzruszeń, zwłaszcza że wciąż drzemie we mnie niespełniona 
pisarka.
 

„Pewnego dnia przyszła, mizerna, brudna, zgarbiona. Nie miałam nawet siły 

podnieść się od stołu w kuchni, gdzie spędzałam czasem całe noce, bezczynnie, myśląc o 
swoich dzieciach. Marcel bardzo szybko zamieszkał z inną kobietą, znacznie ode mnie 
młodszą. Chciałam, żeby odszedł, ale mimo wszystko to był cios. Wiedziałam, że od tej 
pory już nie mogę liczyć na jego pomoc. Niestety, kobiety, które wiążą się z dzieciatymi 
mężczyznami, często zachowują się tak, jakby tych dzieci nie było, jakby straciły prawo 
do ojca, który coraz bardziej się oddala, zwłaszcza kiedy są z nimi kłopoty. Gdzieś w 
Biblii jest mowa o tym, że udany syn jest synem ojca, nieudany – synem matki. Coś w 
tym jest. Wpadłam w panikę, że sama nie dam rady ratować Laury. Przychodziła na kilka
godzin, na jedną noc, nie chciała rozmawiać, a o świcie, albo kiedy byłam w pracy, 
znikała z jakimś cennym przedmiotem. Nigdy nie zamykałam drzwi na klucz, co, jak 
wiesz, zdarza mi się do dziś. Zapominam je zamknąć, jakby ze strachu, że Laura wróci i 
nie będzie mogła dostać się do domu. Pewnego razu wróciła nad ranem, spojrzała na 
mnie i szepnęła: „Zrób coś”. Nic więcej, ale to mi wystarczyło. Otrząsnęłam się, 
poczułam przypływ energii, widocznie potrzebowałam jakiegoś bodźca, który wyrwie 
mnie z odrętwienia. Każdy doświadczony terapeuta powie ci, że to był błąd, bo 
narkomanowi należy pozwolić stoczyć się na dno, żeby potem, kiedy na tym dnie będzie 
już konał, podać mu rękę. I że tylko wtedy jest szansa, że ją przyjmie i przestanie ćpać. 
Może to prawda, ja tak nie umiałam. I nie sądzę, że zrobiłam błąd, bo wiesz, czekanie, aż
ktoś upadnie, to zarazem czekanie na taką degradację człowieka, że być może już na 
zawsze straci szansę na normalne życie. Po dwóch tygodniach poszukiwań Jolka znalazła
ośrodek dla narkomanów na południu Polski. Pojechałam tam, porozmawiałam z ludźmi, 
którzy go prowadzą, i uwierzyłam, że potrafią pomóc Laurze. Zwabili ją tam podstępem, 

background image

nie chcę o tym opowiadać. To był jeden z najstraszniejszych dni w moim życiu. Nie 
umiałam spojrzeć jej w oczy, kiedy stała tam zgnębiona i upokorzona. Dostała wybór: 
może zostać u nich albo pójść, dokąd chce, ale od tej pory drzwi do domu będą dla niej 
zamknięte. Musiałam to potwierdzić. Została na cały rok. A teraz kończy studia. I ma się 
dobrze. To tyle o Laurze. Jeśli chcesz, żebym o czymś jeszcze napisała, daj znać. To było 
najtrudniejsze, o innych sprawach opowiem już na żywo”.
 

Czy myślę o przeszłości? Tak, myślę o niej codziennie. I codziennie, kiedy się 

budzę, najpierw witam moje dzieci: „Cześć, Lauro, cześć, Kacprze. Życzę wam miłego 
dnia”. A kiedy zasypiam, mówię w myślach: „Dobranoc, Kacprze, dobranoc, Lauro, 
życzę wam miłych snów”. I tak już będzie do końca mojego życia.
 

Po półgodzinie dostaję od Anki list:

 

„Dzięki. O Laurze wystarczy. Uprzedź ją, że zadzwonię i że już znam tę historię. 

Wpadnę do Ciebie w piątek. Nie martw się, najbardziej mozolny jest ten wstępny etap. A 
potem już z górki. Co do kosztów…”
 

Koszty nie są małe, ale dam radę, zwłaszcza jeśli Anka nie będzie musiała nigdzie

wyjeżdżać, nikogo zatrudniać do jakiegoś śledzenia (nie wiem, czy to legalne) ani 
kupować od nikogo informacji. Jolka miała dobry pomysł, nie czuję się już taka 
bezradna. Ktoś zajął się moimi sprawami, które mnie przerosły. Nie mam siły dzisiaj do 
niej dzwonić, ale piszę: „Jolka, dzięki, Anka już działa. Mam nadzieję, że raz-dwa da 
sobie radę z głupolem, który mi dokucza. Pa, M.”. Po chwili: „A nie mówiłam! Raz-dwa 
to pewnie się nie da, bo co nagle, to po diable. W tym tygodniu nie licz na mnie, bo 
mamy z Karolem bogate plany: kino, wystawa, wycieczka do Sandomierza. Jeśli chcesz, 
możesz do nas dołączyć. J.”. „Nie dołączę, ale dzięki, M.”.
 

I jeszcze telefon do Laury. Nie będzie zadowolona, ale nic na to nie poradzę.

 

– Chyba oszalałaś, robisz sobie wrogów, rozrabiasz, spotykasz się z bandytami, a 

potem ja jakiejś obcej babie mam opowiadać o swoim życiu!
 

– Nie musisz, ale obawiam się, że powinnaś. Jeśli chcesz, powiem jej, że się nie 

zgadzasz, ale wiedz, że tu nie chodzi o wścibstwo. Zrozum, ktoś nam grozi. Nie mogę na 
to pozwolić. I podejrzewam, że wolałabyś bez lęku wychodzić po zmierzchu. – Jestem 
wkurzona coraz bardziej i nie mam zamiaru jej komentarza na mój temat zostawić bez 
komentarza: – I zapamiętaj sobie, nie spotykam się z bandytami i nie rozrabiam – 
zapewniam ją, ale tego ostatniego wcale nie jestem pewna: czasem robimy coś złego i 
udajemy, że nic się nie stało.
 

– Zastanowię się – mówi ze złością, a ja wiem, że kiedy tak mówi, to dobry znak. 

– A właściwie to już się zastanowiłam. Spotkam się z nią, ale tylko jeden raz.
 

– Dzięki, wobec tego zadzwoni do ciebie.

 

– Dobrej nocy – mówi, a właściwie burczy Laura.

 

– Dobranoc, Lauro, dobranoc, Kacprze. Miłych snów – mówię na głos, gasząc 

lampkę.
 

Po szkoleniu cichcem przemykam obok gabinetu Miecha. Niestety, tym razem 

bez powodzenia. Otwiera drzwi, jakby czatował pod nimi i wiedział, że sunę tamtędy na 
palcach.
 

– Proszę, wejdź na chwilę.

 

Nie mam wyboru. Wchodzę i chcąc uprzedzić jego ewentualne pytania, 

natychmiast zaczynam paplać:
 

– Wszystko świetnie idzie. Oni są naprawdę fantastyczni i wydaje się, że 

background image

korzystają z tych spotkań. Dzisiaj, na przykład…
 

– Słuchaj, wiem, że idzie wam dobrze, i nie miałem zamiaru pytać o szkolenie. 

Chciałem tylko wypić z tobą kawę. I spytać, jak się masz.
 

– No, mam się dobrze – odpowiadam zdziwiona. – Ale dlaczego pytasz?

 

– Bo… Przepraszam, nie wiem, jak ci o tym powiedzieć.

 

– Zwyczajnie. W moim życiu dzieje się tyle dziwnych rzeczy, że bez trudu zniosę 

jeszcze jedną.
 

– Dostałem parę dni temu nasze zdjęcie z restauracji z paskudnym komentarzem. 

– Staram się nad sobą panować i to się generalnie udaje, prócz jednej rzeczy: zalewam się
rubinowym rumieńcem, jak zawsze, kiedy się denerwuję lub wstydzę. – Nasze zdjęcie z 
kieliszkami i komentarz: „Ciekawe, co na to twoja żona”.
 

Podchodzę do skórzanej kanapy i padam na nią bez wdzięku, jak kłoda. 

Odkładam na bok ciężką teczkę z materiałami szkoleniowymi i śliczną torebkę retro z 
pomarańczowej skóry, prezent od cioci Róży. Dopiero w tej chwili uświadamiam sobie, 
że pasuje do walizki, która mi się śniła, jakby stanowiły komplet.
 

– Dobrze, wobec tego poproszę o kawę. – Mogłam wprawdzie wyjść, ale co się 

odwlecze, to nie uciecze. Skoro Miech został wciągnięty w tę aferę, to lepiej od razu 
wszystko mu wyjaśnić. – Jest ktoś, kto od chwili, kiedy zamieszkałam w nowym miejscu,
prześladuje mnie. Przysyła listy z obelgami, a od jakiegoś czasu grozi również mojej 
córce. Dostałam mysz, sztuczną, nie przejmuj się, i zgniłe kwiaty. Nie rozumiem, o co 
chodzi, ale wynajęłam detektywkę. I ona już się tym zajęła.
 

– Przepraszam, nie wiedziałem, że masz kłopoty, pomyślałem, że to na przykład 

twój mąż cię śledzi i z zazdrości, nie wiedząc, że to kolacja służbowa, no może 
półsłużbowa, stara się mnie odstraszyć… Ale jeśli idzie o mnie, to się nie przejmuj, 
jestem wdowcem, więc szantaż nie wchodzi w grę.
 

– Uff, dzięki Bogu. To znaczy, przepraszam, przykro mi, bo pewnie trudno żyć 

samotnie, chociaż też bardzo fajnie, znaczy… Przepraszam! Chcę tylko powiedzieć, że 
byłoby mi przykro, gdybyś miał przeze mnie kłopoty.
 

– Nie będę miał, więc mnie już nie unikaj. Lubię z tobą rozmawiać, a jeśli ty też, 

to sobie czasem pogadajmy.
 

Uśmiecham się i czuję ulgę. Nie dlatego, że Miech nie ma żony, bo naprawdę nie 

szykuję na niego żadnego zamachu. Po prostu jest miły, inteligentny. I nawet jeśli na 
początku zerknęłam na jego obrączkę – ciekawe, dlaczego ją nosi – to zrobiłam to 
bezwiednie, bez intencji.
 

– Dzięki. Trochę mi ulżyło. Mam naprawdę niedobre dni. Muszę relacjonować 

Ance, czyli mojej detektywce, całe swoje życie, a zwłaszcza te jego wątki, o których 
wolałabym zapomnieć. A moja córka też dostała zdjęcie z restauracji, dlatego zaczęłam 
cię unikać.
 

– Rozumiem. Gdybyś potrzebowała pomocy, daj znać. Nie śmiej się, mówię 

poważnie. A teraz zmykaj do domu, bo dochodzi siódma. O ile mnie pamięć nie myli, 
jutro spotykasz się z…
 

– Tak, z wolontariuszami! Cudownie. Nigdy nie zdołam odwdzięczyć ci się za 

nich.
 

– To ty mnie natchnęłaś do tego pomysłu.

 

– Nie pamiętam, ale wierzę na słowo. Dobranoc, już mnie nie ma.

 

Dokuczaj mi, wrogu, ile chcesz, nic mnie to nie obchodzi, myślę w drodze do 

background image

domu, na wszelki wypadek wesoło podśpiewując: niech wie, że się go nie boję. Ale 
siebie nie potrafię o tym przekonać – boję się. Jak cholera.
 

Kolejne sesje z Anką. Do śledztwa trzeba mieć końskie zdrowie. Na szczęście 

historię Laury mam już za sobą. Szkoda, że musiałam ją opowiadać w takich 
okolicznościach, ale gdyby nie „takie” okoliczności, nigdy bym o Laurze nie mówiła. 
Przy tej okazji po raz kolejny przekonałam się o tym, że nie da się opowiedzieć swojego 
życia, a nawet tygodnia z tego życia – ani jeśli jest fantastyczne, ani tym bardziej jeśli 
straciło sens: kiedy czas płynie, a jednak stoi w miejscu, jest świat, ale zupełnie 
odrealniony, kiedy prawdziwe są tylko detale, drzwi, łóżko, okno, zegar z opalizującymi 
w ciemności pomarańczowymi cyframi. Czuję jednak, że Anka to wszystko rozumie.
 

– Co nowego? – pyta już w drzwiach, znów w letniej sukience, umalowana i 

pięknie ufryzowana.
 

– Ciąg dalszy. Zna adres mojej nowej skrzynki mejlowej, którą kazałaś mi 

założyć.
 

– Prześlij mi listę osób, które poinformowałaś o nowym adresie.

 

– Jak to? Zawiadomiłam wszystkich z książki adresowej.

 

– Niedobrze, powinnam cię uprzedzić, żebyś wzięła pod uwagę tylko około 

dwudziestu. Zmarnowana szansa. Trudno. Moja wina. Znów wierszyk?
 

– Nie. Jakaś błahostka w jego stylu. – Nie mam ochoty zdradzać treści 

wiadomości, bo Anka dowie się o moim portalu matrymonialnym i umrę ze wstydu. 
Czyli jednak znów chcę coś ukryć, a miałam tego nie robić.
 

– Możesz mi go przeczytać i wydrukować? – pyta, trochę zdziwiona moim 

ociąganiem się. – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale kolekcjonuję twoje listy nie dlatego, że 
uwielbiam czytać cudzą korespondencję.
 

– Myszko, dawno nie byłaś na Amore, a tam czeka zatrzęsienie cudownych panów.

 

– O co chodzi?

 

– Nie powiem, bo spalę się ze wstydu.

 

– Owszem, powiesz, a potem, jeśli chcesz, zamknij się już na zawsze w czterech 

ścianach swojego wstydu.
 

Kiedy relacjonuję krótką historię swojej kariery na portalu, Anka nie robi żadnych

min, nie śmieje się ani nie dziwi, tylko kąciki ust drżą jej niebezpiecznie. A niech się 
śmieje, skoro nie zna maksymy „Nic, co ludzkie, nie jest mi obce”.
 

– Prosiłam cię, niczego przede mną nie ukrywaj. Twój wróg z czymś się zdradzi, 

może w jakimś liście. Skoro już zdecydowałaś się na moje usługi, to chciałabym, 
żebyśmy współpracowały. To Amore całkowicie zmienia postać rzeczy. On jest bliżej, niż
sądziłam. Jakby mieszkał w twojej głowie.
 

Anka ma rację – tak się właśnie czuję: jakbym nosiła w głowie swojego 

prześladowcę, jakbym sama nim była.
 

– Nie miałam zamiaru tego ukrywać, o tyle rzeczy pytałaś, że w końcu o tym 

zapomniałam. Naprawdę.
 

– No to już nie zapominaj. Musisz wejść na to Amore i przeczytać wszystkie 

nowe wiadomości.
 

– Nie, błagam, tylko nie to! Dam ci hasło i zrób to za mnie. Przysięgam, nigdy 

więcej o nic cię nie poproszę, opiszę całe swoje życie od narodzin aż do śmierci. Zdradzę
najskrytsze tajemnice. Opowiem ze szczegółami o kochankach. Zapłacę dodatkowe 
honorarium – ciekawe, z czego? – ale nie wejdę tam!

background image

 

– Dobrze, podaj mi hasło – mówi Anka z rozbawieniem. – A kto wiedział, że 

jesteś na tym portalu?
 

– Moja córka, która doradzała mi inny, jakiś dla seniorów, bezczelna, i Jolka, ale 

nie mówiłam jej, że to Amore.
 

– A teraz szybko o rodzicach – mówi, dodając swoje ulubione pytanie: – Czy 

powinnam coś wiedzieć?
 

– Moim zdaniem nie. Ojciec nie żyje od dwudziestu pięciu lat. Matka zwyczajna. 

Większość jej znajomych pomarła, facetów zero – wiem, że mam odpowiadać szybko, 
precyzyjnie, bez gadulstwa, ale też bez bagatelizowania szczegółów, które „mogą okazać 
się ważne”.
 

– Współpracownicy.

 

Opowiadam o kilku redaktorach z wydawnictwa, a potem o Michale, Ewce, Isi, 

Januszu. O innych trenerach, z którymi spotykam się jedynie w przelocie albo na 
zebraniach.
 

Anka stawia plusik przy Ewce. Chyba udało mi się zasygnalizować, że za mną nie

przepada i lubi, jak mi się coś nie udaje. Zasługuje na ten plusik.
 

– Ale my się słabo znamy, i tylko z pracy – zapewniam z niewinną miną.

 

– Już ci mówiłam, do czego służą mi znaczki. Szefowie od szkoleń w firmach?

 

– Najczęściej ma z nimi do czynienia Michał. Ja unikam ich jak ognia, bo bywają 

trudni, marudni i przemądrzali. Michał lepiej sobie z nimi radzi. Do wyjątków należy 
Miech, z którym, jak wiesz, byłam nawet w restauracji. I czasem rozmawiamy po 
szkoleniach. Parzy dobrą kawę, ma taki niesamowity ekspres, który…
 

Nie rozumiem, dlaczego Anka zawsze przerywa mi, kiedy akurat mam coś 

ciekawego do powiedzenia.
 

– Czy zrobił coś albo powiedział, co wzbudziło twój niepokój albo zdziwienie?

 

– Nie przypominam sobie.

 

Pytania Anki sprawiają, że wszyscy wydają mi się podejrzani, łącznie z moją 

matką. Mam wrażenie, że każdy człowiek nosi w sobie mnóstwo mrocznych tajemnic i 
jest zdolny do zbrodni. Czuję zniechęcenie. Anka, zresztą nie po raz pierwszy, jakby 
czytała w moich myślach, wyjaśnia:
 

– Zrozum, chirurg nie może operować, odczuwając emocje, a ja nie mogę 

prowadzić śledztwa, kierując się uprzedzeniami albo wiarą w czyjąś niewinność. – 
Ciekawe, że ludzie lubują się w porównaniach z chirurgiem w roli głównej, może po 
aferze z nieszczęsnym doktorem G. przestaną. – Dla mnie każdy jest podejrzany, a 
zarazem niewinny. Tu nie chodzi o zdradę, kiedy bierzesz aparat fotograficzny i 
dyktafon, po czym ruszasz w miasto za czyjąś żoną czy mężem i w pięć minut wiesz, co 
jest grane. Ktoś wam grozi, może skończy na straszeniu, a może nie.
 

– Masz rację, ale trudno przestawić się na taki tryb myślenia. Staram się.

 

– No to staraj się bardziej. A teraz twoja parapetówa. Trochę więcej o 

imprezowiczach.
 

Opowiadam o każdym z nich: co robią, jakie mają charaktery, wady (to bardzo 

ważne) i zalety (Anka ich nie potrzebuje).
 

– Oprócz Karola, jednego męża i dwóch żon to przyjaciele z liceum albo ze 

studiów. W sumie szesnaście osób. Tylko ja i Baśka bez pary. Ja na stałe i już na zawsze, 
Baśka tylko na ten wieczór, bo jej Węgier, jak go nazywam, gdzieś wyjechał.
 

– Znasz go?

background image

 

– Jeszcze nie. Wybieramy się razem do restauracji.

 

– I twoje związki z ostatnich lat.

 

Wzdycham głośniej, niżbym chciała. Nabieram głęboko powietrza i milknę.

 

– Wolisz o tym napisać?

 

– Nie. Słowo pisane zostaje na zawsze. Gdzieś w eterze. Nie chcę, żeby cała 

Polska znała moje sekrety. Był tylko jeden. Marcin. Trwało ze trzy lata, nie licząc 
ostatniego roku, kiedy spotkaliśmy się tylko cztery, pięć razy.
 

– Gdzie pracuje?

 

– W kilku miejscach. W Lublinie w jakimś wydawnictwie. W Warszawie w 

redakcji kwartalnika socjologicznego, gdzie się poznaliśmy. Poproszono mnie, żebym 
napisała coś o szkoleniach jako zjawisku socjologicznym. W mojej firmie, kiedy coś 
trzeba napisać, zawsze mnie w to wrabiają, bo przedtem pracowałam w wydawnictwie i 
uważają, że wobec tego umiem pisać. On redagował ten tekst. I tak to się zaczęło.
 

– Kto zerwał i dlaczego?

 

– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Chyba oboje albo samo wygasło. Ale 

obyło się bez pretensji, choć nie bez przykrych chwil.
 

– Marcin ma żonę.

 

– Tak, ale mówił, że są w separacji – usprawiedliwiam się zawstydzona. – 

Dopiero po jakimś czasie okazało się, że my inaczej rozumiemy słowo „separacja”.
 

– Czyli?

 

– Byłam przekonana, że mieszkają osobno. Po kilku miesiącach okazało się, że 

razem, chociaż w osobnych pokojach, ale jednak. Wtedy zaczęło się między nami psuć. 
Nie wiedziałam, co mam myśleć. Czułam się oszukana, że ukrył to przede mną. Był 
zdziwiony: przecież o to nie pytałam, tylko z góry założyłam, że separacja oznacza 
osobne mieszkania i tak dalej. Od tej pory to już właściwie historia rozstań i powrotów, a 
w tym roku jedynie rozstań. Widzieliśmy się tylko kilka razy.
 

– Kiedy ostatni raz?

 

– W lipcu. Był upał, piliśmy na balkonie szampana prosto z lodówki. Trochę za 

zimnego i rozchorowałam się na gardło. Tak, na początku lipca, to był urodzinowy 
szampan. Marcin kończył pięćdziesiątkę. Czy nie uważasz, że faceci spod znaku Raka 
są…
 

Anka przerywa mi, chociaż miałam jeszcze dużo do powiedzenia i o tym naszym 

spotkaniu, i o charakterach mężczyzn spod znaku Raka.
 

– Mówiłaś, że wydzwaniała do ciebie. Co mówiła?

 

– Nie mówiła, tylko krzyczała. To były wściekłe monologi z groźbami.

 

– Czyli jednak masz wroga. A co było w jej esemesach?

 

– To samo. Mówiąc wprost: żebym się… odczepiła od jej męża. Mimo to nie 

udało się nam zerwać z dnia na dzień. To on przeciągał. A potem ja. I się zagubiłam. 
Chyba chciał się rozwieść, ale nie miał odwagi. Zresztą nie oczekiwałam tego, nie 
wyobrażam sobie życia z kimś pod jednym dachem. Właściwie do dziś nie wiem, o co 
chodziło w jego małżeństwie. Na pewno było marne, ale czy… aktywne, że się tak 
wyrażę, tego nie wiem. I czasem miałam wrażenie, że tam dzieje się coś dziwnego, 
tajemniczego.
 

– Gdzie ona pracuje?

 

– Uczy matematyki w liceum. Ale nie wiem w którym.

 

Anka ciężko wzdycha i zakreśla Marcina i jego żonę czerwonym flamastrem. 

background image

Mam nadzieję, że nie wciągnie jej w to i nie doprowadzi do jakiejś niebotycznej 
awantury. Wreszcie zamknęliśmy tę furtkę o obluzowanych zawiasach.
 

– Jakieś dzieci?

 

– Syn jest ekonomistą i robi karierę w Londynie. Zdolny chłopak.

 

– Kiedy wyjechał?

 

– Dwa, dwa i pół roku temu. Córka skończyła, albo właśnie kończy, romanistykę. 

Wyszła za warszawiaka, ślub był na wiosnę. Moim zdaniem ona też, jak mój syn, chciała 
wyrwać się czym prędzej z domu.
 

– Twój syn?

 

– Tak. Kacper mieszka w Berlinie. Ożenił się tam i ma córeczkę.

 

– Jeszcze do tego wrócimy. Jutro jadę do ośrodka, gdzie leczyła się twoja córka, 

żeby porozmawiać z jej terapeutą.
 

– O czym?

 

– Powiem ci po powrocie, jeśli to się okaże konieczne. Chciałabym, żebyś 

zaprosiła Dzięciołów na kawę. Mogłabym wtedy przypadkiem wpaść i posiedzieć z 
wami. I dowiedz się, w której klatce mieszka ten profesor, co cię dręczył Szekspirem.
 

– Po co? Naprawdę chciałabym, żeby to był on, bo przynajmniej mogłabym go 

wsadzić do więzienia za zmarnowane wakacje, ale to nie ma sensu.
 

– Wiem, ale nie mogę niczego bagatelizować. Rzucę na niego okiem i 

natychmiast się zorientuję, czy jest choćby nikłe prawdopodobieństwo, że maczał w tym 
palce. Kilka wiadomości zawierało cytaty z Szekspira. A profesor był specem od niego. 
Czy tak?
 

– Nie tylko, znał się na wszystkim, taki typ. Skąd wiesz, że to cytaty z Szekspira?

 

– Wrzuciłam wszystkie wiadomości w Google. Aha, i poproszę o namiary na pana

Mirka, byłego właściciela.
 

– Pójdziesz do niego?

 

– Jeszcze nie wiem.

 

– Słuchaj, czy ja mogę wyjechać na weekend do Weroniki? Jestem wyczerpana. 

Wrócę w poniedziałek.
 

– Możesz, ale odbieraj telefony. I bądź w kontakcie z Laurą. Ja też do niej 

zadzwonię, chyba się zakolegowałyśmy.
 

– Coś ty? Zakolegowałaś się z tym jeżozwierzem?

 

– Bardzo ładna, miła i rozsądna dziewczyna.

 

Nie wierzę własnym uszom, bo Laura naprawdę jest często najeżona, zwłaszcza 

wobec obcych. Kiedy Anka stoi pod drzwiami windy, pytam ją:
 

– Czy ty masz dzieci?

 

– Tak, mam syna – odpowiada, wchodząc do windy i trzymając rękę na 

fotokomórce w drzwiach, żeby się nie zamknęły, po czym dodaje: – I miałam córkę. Nie 
żyje. Była narkomanką.
 

Zostaję sama w ciemnej klatce schodowej. Długo nie mogę dojść do siebie. 

Zawsze mi się wydawało, że wszyscy wokół mnie są szczęśliwi, mają udane życie, udane
dzieci, które o niczym innym nie marzą, tylko żeby robić doktoraty i też mieć udane 
życie i udane dzieci. Wiem, dlaczego się zakolegowały. Ona chyba rozumie Laurę lepiej 
niż ja.
 

Gnam do Weroniki, która czeka na mnie z ekologiczną, wegetariańską kolacją. 

Kto ją odwiedza, niech nie liczy na kotlety. Będzie za to mógł się zajadać pysznym 

background image

chlebem na zakwasie, warzywami prosto z ogródka i prawdziwym twarogiem. Docieram 
ledwie żywa, chociaż na szosie ruch był nie większy niż zwykle. Weronika, słysząc 
samochód, wychodzi przed dom. I jak w bajce zbiegają się zwierzaki: psy i koty, nawet 
jakieś kury z sąsiedztwa. Wydaje mi się, że gdzieś zabeczała koza.
 

– Masz kozę? – pytam, gramoląc się z auta.

 

– Ano mam – odpowiada ze śmiechem, biorąc mnie w swoje ciepłe objęcia. – 

Znalazłam ją w lesie, przywiązaną do drzewa.
 

– To ludzie wyrzucają nawet kozy?

 

– Owszem. Kozy są strasznie żarłoczne.

 

– Czuję, że tu się pali w kominku.

 

– Jasne, że tak. I gotuje się zupę z soczewicy. I parzy zioła na uspokojenie.

 

– Co takiego? Ja nie znoszę ziół.

 

– Nie szkodzi, tym razem wypijesz. Kiedy dzwoniłaś, słyszałam, że masz 

znękany głos, i doszłam do wniosku, że dobrze ci zrobią.
 

– Ale mnie już przeszło – zapewniam bez większego przekonania, bo przecież 

nawet kiedy wydaję się całkiem spokojna, napięcie mnie nie opuszcza ani za dnia, ani w 
nocy.
 

– Dobrze, wypiję, ale tylko jeden kubek.

 

Siedzimy w ciepłej kuchni, zioła najwyraźniej zaczynają działać, bo czuję, jak złe

myśli i niepokój wyparowują ze mnie i uchodzą przez komin mazurskiej chaty. Trzy koty
z trzech kątów wpatrują się w nas, mrużąc ślepia, a ich wzrok jest bardzo wymowny: 
„Och, wy, ludzie, wiecznie gdzieś gnacie, wiecznie ściągacie na siebie kłopoty, a życie 
jest takie fajne”. Mają rację, życie jest całkiem fajne i proste, to my je komplikujemy. 
Niestety, wypowiadam tę odkrywczą prawdę na głos i Weronika zaczyna się śmiać.
 

– Jasne, że tak, ale lepiej idź już do łóżka, bo mam zamiar obudzić cię o świcie i 

zabrać na długi spacer. Jestem pewna, że po mojej miksturze zaśniesz bez trudu.
 

– A co w niej jest? – pytam z niepokojem.

 

– To tajemnica.

 

– Nieładnie, że nie chcesz dzielić się z ludźmi swoją wiedzą i doświadczeniem, ja 

to robię od rana do wieczora.
 

– Ale za pieniądze.

 

– Powiedz, zapłacę ci.

 

– Nie ma mowy, ale dostaniesz cały słój do domu.

 

Co za rozkosz. Leżę w pościeli pachnącej świeżym powietrzem. W nogach łóżka 

mam Gacka, czyli jedynego kota, który lubi spać z obcymi. Weronika pozwala swoim 
kotom pakować się do łóżka, pod warunkiem że będą leżały w nogach. Ona ma jakiś dar. 
Jak można skłonić kota do czegokolwiek? Mnie nigdy się to nie udało. Moje wylegiwały 
się gdzie popadło, najczęściej w szafach albo na poduszkach. Może wzięłabym kota, 
zastanawiam się, minęły już dwa lata. Nie ma mowy. Gdybym miała jakieś zwierzę, nie 
mogłabym na przykład ot, tak sobie przyjechać do Weroniki. Jakie to szczęście, że mój 
wróg jest daleko. W tej chwili śmieszy mnie, że na szosie wciąż miałam wrażenie, że 
ktoś za mną jedzie. To się nazywa idée fixe, bo za każdym razem ten ktoś mnie 
wyprzedzał i za każdym razem było to inne auto. W końcu powiedziałam sobie na głos, 
żeby to usłyszeć: – Przestań, na drodze zawsze ktoś jedzie przed nami i za nami, a na 
autostradzie nawet obok nas. – Na wszelki wypadek jednak, ilekroć z tyłu nadjeżdżał 
samochód, zwalniałam, żeby mnie wyprzedził. I tak aż do lasu, do którego bałam się 

background image

wjechać, a w końcu zacisnęłam ręce na kierownicy i ruszyłam szybciej, niż powinno się 
jechać po piaszczystej drodze. – To się musi skończyć. To się musi skończyć – 
powtarzałam i miałam ochotę zamknąć oczy, ale w ten sposób zamiast u Weroniki, 
wylądowałabym na drzewie.
 

W prostokącie okna widzę ciemne kształty drzew oblanych poświatą księżyca. 

Słyszę odgłosy wiejskiej nocy. I mruczenie Gacka, który wzrokiem zachęca, żebym już 
spała. Jego ślepia świecą jak dwa diamenty, rozbłyskują i gasną. – Powiedz, kto to jest? –
pytam Gacka, który zaczyna nieprzytomnie mruczeć. Zapadając w sen, słyszę z bardzo 
daleka: „To bardzo proste. Pomyśl”.
 

Weronika przegnała mnie po jesiennym lesie, jestem zmęczona i głodna co 

najmniej tak jak jej pies, Czarek, który bez przerwy myśli o jedzeniu i wiecznie wpatruje 
się w lodówkę albo w stół. Wprawdzie nie żebrze namolnie, ale trudno znieść jego 
błagalne miny.
 

– Tylko bez dokarmiania – uprzedza Weronika, widząc, że wymieniamy 

porozumiewawcze spojrzenia. – Widzisz, jak on wygląda.
 

– Ale ja przecież nic…

 

– Jeszcze nic, ale łapki już ci latają, żeby dać mu coś pod stołem.

 

Strasznie jest przenikliwa, bo rzeczywiście właśnie chciałam podzielić się z nim 

kawałkiem chleba z pierwszorzędnym pachnącym masłem.
 

– Jak ty możesz znieść ten wzrok?

 

– Przywykłam. Nikt tak jak psy nie potrafi wzbudzać litości. A Czaruś pod tym 

względem jest mistrzem. To wybitny aktor, istny Łomnicki. Łatwo się nabrać, mimo że 
jest grubasem. – Przy słowie „grubas” Czaruś zawstydzony spuszcza łeb i wlecze się do 
kąta. – A teraz nastąpi spektakl pod tytułem „Nikt mnie nie kocha”.
 

Czaruś kładzie się z ciężkim westchnieniem i wpatruje w podłogę. To naprawdę 

rozdzierająca scena.
 

– Masz serce z kamienia.

 

– Wiem. Ale wiem też, że nie jest głodny. I tak dostaje większą michę niż Józia, 

która podchodzi do jedzenia, jakby najpierw chciała się upewnić, że nie jest zatrute. A 
potem wybiera tylko to, co lubi, czyli mięsko. Muszę wszystko drobniutko kroić, żeby 
zjadała też trochę warzyw i makaronu.
 

– Weroniko, dlaczego ty nie napiszesz książki o swoim życiu na wsi?

 

– A kto ci powiedział, że nie piszę?

 

– Naprawdę? Jakąś powieść?

 

– Nie – wybucha śmiechem – to właściwie jest, że się tak wyrażę, półfikcja. 

Trochę dziennik, trochę pamiętnik, trochę zmyślenie. Zaczęłam pisać po śmierci Bartka. 
Najpierw dlatego, że to mi pomagało, a potem już z nawyku. Utrwalałam wszystko co 
popadnie, wiedząc, że kiedyś zapomnę nasze wspólne chwile, może nawet jego twarz. 
Ktoś mi powiedział, że nawet twarz ukochanej osoby z czasem zaciera się w pamięci. 
Więc zapisywałam jego słowa, śmiech, ulubione powiedzenia, jego wyrazy twarzy. 
Wszystko, co mi przyszło do głowy. Od tamtej pory nie było już dnia bez pisania. Mam 
dziesięć grubych brulionów.
 

– Dawno nie słyszałam słowa „brulion”. Powinnaś to wydać.

 

– Po pierwsze, piszę dla siebie i nie wiem, czy to ma jakąś wartość literacką. Po 

drugie, nie sądzę, żeby w czasach kryzysu ktoś chciał wydawać coś takiego. Po trzecie, 
musiałabym wszystko przepisać i zredagować, co jest ponad moje siły. Po czwarte i 

background image

najważniejsze, zbyt dużo tam rzeczywistych osób i zdarzeń. Ale pomyślę o tym. A teraz 
obieraj warzywa, gaduło, bo będziemy gotować obiad.
 

U Weroniki lubię nawet obieranie warzyw i gotowanie. Wprawdzie nie zagania 

mnie do mycia statków (ona tak to nazywa – w dobie zmywarek!), ale nie miałabym nic 
przeciwko temu. Wszystkie niewdzięczne czynności nabierają u niej jakiegoś 
magicznego sensu. Jakby były czymś więcej niż tylko codzienną koniecznością. Tutaj 
nawet robienie na drutach może się wydawać czymś nadzwyczajnym. Szybko biorę 
obieraczkę i porzucam te myśli w obawie, że znów zatęsknię za wsią i w końcu popełnię 
jakieś głupstwo.
 

„A czemu by nie? – szepcze Strofa, której też się tutaj podoba. – Matkę możesz 

zabrać do siebie. Córka jest dorosła, a jak zatęskni, to przyjedzie”. A jeśli nie zatęskni? 
„Tym lepiej, bo to będzie oznaczało, że jest zajęta swoim życiem”. W tej samej chwili 
jednak uświadamiam sobie, że trzeba wybierać szambo, wprawdzie nie własnymi rękami,
ale jednak; że ogrzewanie takiego domu to bardzo skomplikowana sprawa; że jak na wsi 
jest ciemno, to oko wykol; że czasem wyłączają prąd; a wreszcie pytam z ironią: I co ja 
bym tutaj robiła? Jak bym zarabiała na życie? „Jasne, lepiej uważać na marzenia, bo 
mogą się spełnić”.
 

– Zamknij się – mówię zezłoszczona.

 

– Ale ja przecież nic nie mówię – słyszę głos Weroniki.

 

– Och, przepraszam, to nie do ciebie.

 

– Często tak ze sobą rozmawiasz?

 

– To było widać?

 

– Aha. Ja też to robię. A jak on się nazywa?

 

– Kto? – podnoszę zdziwiony wzrok znad marchewki.

 

– No, twój wewnętrzny głos – mówi Weronika, jakby to było oczywiste, z kim 

rozmawiam.
 

– Strofa.

 

– A mój Pikuś.

 

– Co takiego!? – Wybucham śmiechem, którego przez dłuższą chwilę nie mogę 

opanować. – Dlaczego Pikuś?
 

– Kiedy z Bartkiem planowaliśmy coś i marudziłam, że nie, bo to, bo tamto, że 

nie potrafię, nie uda się i tak dalej, patrzył na mnie, mrużąc oczy, a w końcu mówił: „To 
dla ciebie pikuś”. I najczęściej miał rację, chodziło mu tylko o to, żebym spróbowała. I 
próbowałam. Kiedy zabrakło Bartka, sama ze sobą zaczęłam prowadzić takie rozmowy. I 
mówię: „Przecież to dla ciebie pikuś”. Ale nigdy nie mówię do Pikusia „Zamknij się”. Bo
gdyby się rzeczywiście zamknął, byłabym w kłopocie. Nie umiałabym podejmować 
decyzji. Zresztą ja mam to we krwi, taki żydowski pojedynek, bo moi przodkowie na 
pewno mieli zwyczaj prowadzić tego rodzaju monologi i dialogi. Wiesz: „z jednej strony 
to, z drugiej strony tamto”.
 

– Przyrzekam, że już nigdy nie zbesztam Strofy. Właściwie to ja z nią nie 

rozmawiam, tylko ciągle się kłócimy. Ale do kłótni potrzeba dwóch osób, więc to nie 
tylko moja wina. Jej też.
 

– No to przestań, może ona też przestanie. Daj jej przykład, jak prowadzić 

kulturalną rozmowę – proponuje Weronika, chichocząc. – A czy do swojej córki też 
mówisz „Zamknij się”?
 

– Nie, ale czasem mam ochotę, jak wygaduje głupoty.

background image

 

– No dobra, mów do swojej Strofy, jak chcesz, ale gdybyś chciała to zmienić, 

powiem ci, że to dla ciebie pikuś.
 

Nie musi mnie do tego zachęcać. Już postanowiłam, że przestanę się kłócić. 

Strofa jest mi teraz potrzebna jak nigdy. Potrzebuję doradcy na co dzień.
 

Siedzimy w ciepłej izbie (to też słowo Weroniki), sączymy wino, które 

przywiozłam. To znaczy ona sączy, bo, jak zwykle, wypije tylko jeden kieliszek, a resztę, 
jak zwykle, wyżłopię ja – nie można nazwać tego sączeniem.
 

– Jak ty to robisz, że potrafisz skończyć na jednym kieliszku?

 

– Nic nie robię, po prostu alkohol mi nie służy. Po śmierci Bartka Jolka poradziła,

żebym zawsze miała na podorędziu butelkę wina albo czegoś mocniejszego. I chyba ze 
dwa razy nawet się zawiałam. Jolka zapewniała, że to pomaga, ale ja tylko rozklejałam 
się jeszcze bardziej i kręciło mi się w głowie. Nie wiem, na czym to polega. W czasach 
liceum większość z nas próbowała palenia, ale tylko niektórzy popadli w nałóg. 
Pamiętasz, paliłam trawkę, ale potem przestałam z dnia na dzień, bez trudu.
 

– Myślisz, że to przez geny?

 

– Skąd mogę wiedzieć? Przestań, jestem filolożką klasyczną, nie specjalistką od 

nałogów. Ale tak na chłopski rozum, przecież każdy wie, że są nałogi i co uzależnia, a 
mimo to nałogowców nie ubywa, tylko przybywa. Czyli nasz mózg ma jakiś talent do 
oszukiwania nas. Podoba mu się ten stan, nawet jeśli reszta ciała czuje się koszmarnie, 
powiedzmy ma kaca i tak dalej, i prosi nas „Napij się” – to jest ten sam Pikuś czy Strofa. 
I może wtedy rzeczywiście należałoby mu powiedzieć: „Zamknij się”. Pamiętasz 
Cudaczka Wyśmiewaczka?
 

– Jasne, moja ulubiona książka z lat dziecięcych. Bałam się, żeby nie zagnieździł 

się w moich włosach. Ze strachu omal nie stałam się perfekcjonistką. A potem okazało 
się, że nie ma Mikołaja, szybko przestałam wierzyć w krasnoludki, w Cudaczka, a w 
końcu nawet w Boga.
 

– Nie wierzysz?

 

– Chyba jestem agnostyczką. Ale wiem, to taki wykręt. A ty?

 

– Nie wierzę. Czymś innym zastępuję potrzebę mistyki. A właściwie nie czymś 

innym, bo też mistyką, tylko inną.
 

– Ale w co wobec tego wierzysz?

 

– Nie gniewaj się, uważam, że to głupie pytanie. Bo co to właściwie oznacza? 

Czy mam coś zamiast Boga? A dlaczego muszę mieć? Dlaczego nie mogę fajnie żyć, nie 
wierząc w nic. Tylko po prostu coś lubić. Las, przyjaciół, książki, zwierzęta. Czy wierzę 
w jakąś potęgę? Owszem, na przykład w potęgę żywiołu. Widziałam kiedyś pożar. 
Zresztą góry, które tak bardzo zmieniły moje życie, też są żywiołem. I wiesz… Wierzę 
też w potęgę zła. – To ostatnie zdanie Weronika wypowiada jakoś dziwnie, zdławionym 
głosem i jakby mając na myśli coś konkretnego. – Szatan zawsze wiernie nam 
towarzyszy i zawsze możemy liczyć na to, że wyciągnie do nas pomocną dłoń. Bardzo 
łatwo zawrzeć pakt z diabłem, a z Bogiem właściwie się nie da.
 

– Nie posądzałam cię o pesymizm.

 

– To nie pesymizm. Ale dajmy temu spokój. Prochu nie wymyślimy, Ameryki nie 

odkryjemy. Inni zrobili to za nas. Chodźmy lepiej na spacer.
 

Wędrujemy przez las, który szykuje się do zimowego snu i wygląda dość smutno,

bo dzień jest pochmurny.
 

– Po co rozmawiać o Bogu – przyznaję Weronice rację – o dobru i złu, o 

background image

przemijaniu, skoro nic z tego nie wynika? Bo co my na dobrą sprawę wiemy o Bogu, 
chociaż mądrzy ludzie zajmują się nim od zarania dziejów? Wciąż tylko tyle, że albo jest,
albo go nie ma. Mniej niż człowiek pierwotny, który nie wątpił w istnienie swojego 
bóstwa.
 

– Ja się tym nie zajmuję. Przestałam, bo miałam dość kłótni tych wszystkich 

bogów. Bogowie wciąż się żrą. Przepraszam, ja nie znoszę takich rozmów. Lepiej popatrz
tam.
 

Na polanie stoją dwie sarny i od czasu do czasu, podnosząc niespokojnie głowy, 

ogryzają z kory młode drzewo. Po chwili spoglądają w naszą stronę i umykają w zarośla.
 

W tym momencie słyszę dźwięk telefonu. Niestety, swojego, nie Weroniki, a to 

oznacza, że albo ktoś z pracy, albo Anka. Owszem, ona.
 

– Wracam z Paliczek i muszę coś wiedzieć. Czy znałaś niejakiego Piotra Perta?

 

– Tak – potwierdzam, odchodząc na bok, żeby Weronika nie słyszała naszej 

rozmowy. – Leczył się razem z Laurą. Chyba coś między nimi było, w każdym razie 
podkochiwał się w niej. Podobno namawiał ją, żeby przerwała leczenie, na szczęście bez 
skutku. Jakieś pół roku po tym, jak Laura trafiła do ośrodka, okradł mnie. Zginęło sporo 
rzeczy. Platynowe łyżeczki do kawy, które dostaliśmy w prezencie ślubnym. Klasery ze 
znaczkami Marcela, o co zrobił mi karczemną awanturę. Zgłosiłam kradzież na policję i 
okazało się, że to właśnie ten Piotr, znał adres pewnie od Laury. Zapewniał, że chciał 
tylko pożyczyć trochę pieniędzy, ale nie zastał mnie. A drzwi akurat zostawiłam otwarte. 
Nacisnął klamkę i wszedł. Złapali go, ale skradzionych przedmiotów nie odzyskałam. 
Zresztą nie byłam do nich przywiązana.
 

– Jego rodzice prosili, żebyś wycofała oskarżenie. Obiecali zapłacić za skradzione

rzeczy. Tak?
 

– Skąd wiesz?

 

– Powiedzieli mi w ośrodku.

 

– Jasne, głupio pytam. Nie zgodziłam się. Zresztą za radą terapeutów. Szczerze 

mówiąc, nie wiedziałam, co robić, żeby chłopakowi nie zaszkodzić.
 

– Czy może pamiętasz, gdzie ci ludzie mieszkają, bo w Paliczkach wiedzą tylko 

tyle, że w Lublinie. A telefony mają nieaktualne.
 

– Podejrzewasz jego rodziców?

 

– Na razie nie. Aha, chłopak wyszedł dwa miesiące temu.

 

– Boże!

 

– Znasz ich adres?

 

– Nie znam.

 

– Trudno. Jakoś ich znajdę. No to baw się dobrze.

 

– Anka, czy ty myślisz, że ja wtedy postąpiłam słusznie?

 

– Chyba tak, bo chłopak miał do wyboru leczenie albo więzienie. Wybrał 

leczenie, ale po miesiącu zrezygnował. Miał szansę. Ale nie wiem, naprawdę… Nie da 
się tego zweryfikować. Zresztą on siedział za poważniejsze sprawy.
 

– Dzięki, jutro wracam.

 

Weronika wpatruje się we mnie, ale o nic nie pyta. Wyznaje zasadę, że jeśli ktoś 

zechce jej opowiedzieć o swoich sprawach, to opowie. Ale to nie zawsze się sprawdza. 
Gdyby mnie teraz spytała, pewnie bym się jej zwierzyła, a tak mówię jedynie:
 

– Nic takiego, dawne sprawy. – Nie chcę mącić spokoju w tym raju Weroniki.

 

– Ty pewnie myślisz, że to miejsce jest doskonałe i nieskalane. Nic z tego. 

background image

Mnóstwo tu biedy, przemocy, alkoholików. Miesiąc temu jeden z nich umarł. Sąsiadka 
została z trójką dzieci, które na dobrą sprawę nie mają szansy na normalne życie.
 

Weronika nie mówi o tym, ale jestem pewna, że jakoś im pomaga. I pewnie nie 

tylko im. Przychodzą mi na myśl moi wolontariusze. Oni przynajmniej mają poczucie, że
robią coś wyjątkowego, towarzysząc swoim staruszkom albo chorym w ostatnich latach 
czy miesiącach ich życia. A tutaj – trudno wykonać jakąś sensowną pracę.
 

Po powrocie do domu już nie myślę, że wieś Weroniki jest wyspą niezakłóconej 

szczęśliwości i że na co dzień życie tam jest mniej brutalne niż w dużym mieście. W 
mojej dzielnicy wprawdzie nie widać nędzy, ale gdyby zajrzeć do wielu okolicznych 
kamienic, okazałoby się, że jest. Wiem, że to przelotna refleksja, bo chociaż nie jestem 
niewrażliwa, mam – jak zresztą większość ludzi – mocno rozbudowany instynkt 
samozachowawczy, który nazywa się po prostu wygodnictwem. To tak jak z jedzeniem 
mięsa – uważamy, że to nie fair zjadać zwierzęta, których się samemu nie upolowało, a 
jednocześnie wsuwamy kotleciki i szyneczkę. Współczujemy pokrzywdzonym, ale nie 
spieszymy im z pomocą. Ja swoje sumienie uspokajam niewielkimi datkami na konta 
rozmaitych fundacji. Dobre i to. Może zresztą coś kiedyś zrobię, ale najpierw muszę się 
rozprawić z wrogiem, który, wraz z przekroczeniem przeze mnie granicy Warszawy, 
rozsiadł się w moim samochodzie i już mnie nie opuszcza.
 

Otwieram pocztę i zastanawiam się, dlaczego pisze tak nieregularnie. Czasem 

dostaję od niego dwa listy jednego dnia, po czym na wiele dni zapada milczenie. Nie 
rozumiem. Muszę spytać Ankę. Dzwonię od razu, bo i tak miałam się zgłosić po 
powrocie.
 

– To oczywiste. On korzysta z kawiarenek internetowych. Nie dzwoni do ciebie, 

bo numer łatwo sprawdzić. A jeśli dzwoni, jak ta Elwira…
 

– Malwina…

 

– Tak, Malwina, to możesz być pewna, że z budki telefonicznej. Dziwi mnie 

jednak, że był tylko jeden taki telefon.
 

– Nie, były dwa. Za drugim razem dzwonił mężczyzna.

 

– Znów nie wiem czegoś – wzdycha Anka, ale mnie nie sztorcuje – co zmienia 

postać rzeczy. Właśnie weryfikuję listę. Dopisuję i wykreślam. Na szczęście głównie 
wykreślam. Mam już adres Pertów. Znała go jedna z pacjentek, która tymczasem wyszła 
za mąż, ma dziecko, ale kiedy się leczyła, kilka razy była u Piotra Perta w Lublinie. 
Wiesz, w tym ośrodku panowała taka zasada, że oni podróżują parami. I żeby nikt w 
czasie leczenia nie zostawał sam. Jeśli jednemu coś strzeliło do głowy, ten drugi miał za 
zadanie skutecznie mu to z głowy wybić, czyli go wesprzeć. Oni chyba nawet planowali 
pobrać się po zakończeniu leczenia. Ale Piotr poszedł do więzienia, a ona kogoś poznała i
wyszła za mąż. Zaraz, zaczekaj… ona się nazywa… jest: Beata Kozicka. Mieszka w 
Krakowie.
 

– Ja znam skądś to nazwisko.

 

– No to spróbuj sobie przypomnieć skąd.

 

– Spróbuję.

 

– Laura ją zna, ale nie miały kontaktu od czasów ośrodka. Zresztą już kończyła 

leczenie, kiedy tamta zaczynała. Nie przyjaźniły się.
 

– Laura z nikim się tam nie zaprzyjaźniła. Do dziś nie utrzymuje z nimi kontaktu. 

Narkomani są specyficzni, właściwie na całe życie pozostają narkomanami, a ona chciała
wrócić do całkowitej normalności. Tylko od czasu do czasu dzwoni do terapeutów, którzy

background image

ją o to prosili. Zresztą robi to z własnej woli. Powiedzieli, że jeśli zechce, to w każdej 
chwili dostanie u nich pracę. Ale ona woli zajmować się staruszkami. Jak moi 
wolontariusze.
 

– Jacy twoi wolontariusze? Nic o nich nie mówiłaś. Mam nadzieję, że na naszą 

listę nie trafi już żadne nazwisko. Ja cię proszę. Już i tak poważnie się zastanawiam, czy 
nie ograniczyć się do śledzenia niewiernych mężów i żon.
 

– Nigdy w to nie uwierzę.

 

– Pewnie, że nie. – Anka się śmieje. – Zwłaszcza że większość niewiernych ma 

powody ku temu, żeby być z wiernością na bakier, i wcale ich nie potępiam. To jest 
przygnębiające. Ale, cóż, głównie z tego żyję. Nie ma co kręcić nosem. To i tak lepsze 
niż siedzieć przy biurku i wypełniać jakieś rubryki. No więc jacy wolontariusze?
 

– Nie, nie martw się, miałam dwa szkolenia z wolontariuszami, opłacone przez 

firmę Miecha. Mówię o nich „moi wolontariusze”, bo są fantastyczni.
 

– No to kamień spadł mi z serca. Z naszej listy wolałabym już tylko wykreślać. 

Śpij dobrze. I pamiętaj o tej Kozickiej.
 

Odbębniam szkolenia, jedno pod drugim, zrobiło się nudnawo, jak zawsze, kiedy 

zbyt długo prowadzi się te same zajęcia i przestaje się dziać cokolwiek nowego. Kolejni 
uczestnicy nie chcą się zbytnio angażować, a ja nie mam zamiaru ich porywać. 
Potrzebują porcji wiedzy w pigułce, ani tej wiedzy nie negują, ani się nią nie zachwycają.
Po prostu przyjęli do wiadomości, że to obowiązkowe zajęcia, i uczestniczą w nich bez 
entuzjazmu. Taka sytuacja mnie też odpowiada. Bo rozmawiamy rzeczowo, nie dzielimy 
włosa na czworo, a kiedy ktoś się wykazuje nadmierną gorliwością, reszta grupy 
natychmiast go usadza, żeby dał spokój, bo to nie jest szkolenie z ratowania życia.
 

Wieczorami gadam z Laurą. Zbliżyłyśmy się w trakcie tej afery. Właściwie nigdy 

nie rozmawiałyśmy o jej chorobie i leczeniu. Żadna z nas nie miała odwagi ani ochoty 
poruszać tego tematu. Może powinnam była spytać, może ona czekała na to, jak ja na 
pytanie Weroniki. Chyba jednak bałam się jakiegoś ofuknięcia typu: „To moja sprawa” 
albo: „Wolałabym, żebyś się w to nie wtrącała”, więc czekałam, aż sama o tym opowie. 
Teraz wiem, że nie ma sensu do tego wracać.
 

– Wiesz, ja cię przepraszam – mówi do telefonu pewnego wieczoru. – Od razu 

założyłam, że to ty mnie wrobiłaś w tego wroga. Że coś narozrabiałaś, bo czasem, musisz
to przyznać, masz jakieś odlotowe pomysły. Ale przecież może być odwrotnie. 
Niewykluczone, że to przeze mnie: w końcu miałam wokół siebie sporo nieciekawych 
osób, zresztą sama do nich należałam. Niektórzy… – Milknie, ale ja nie spieszę jej z 
pomocą. – Niektórzy byli zwykłymi bandziorami. – Serce mi się ściska na myśl o tym, 
przez co przeszła. – Wiesz, Ania powiedziała, że według niej Piotrek nie ma z tym nic 
wspólnego. Ulżyło mi, bo to był, jest, bardzo dobry chłopak.
 

– Ja też się cieszę i życzę mu powodzenia.

 

Tak, cieszę się, bo nie chciałam, żeby znów wpadł w tarapaty i żeby jego rodzice 

pomarli ze zgryzoty. Ja też kiedyś umierałam ze zgryzoty i przeżywałam koszmar. Dzień 
po dniu, noc po nocy. A rodzice Piotra na dodatek zaliczyli jego więzienie, za co jednak 
zawsze będę się czuć trochę winna. Okazało się, że nie mają już do mnie żalu, bo 
wprawdzie ich syn ledwo przetrwał więzienie, ale przynajmniej żyje, a nawet zaczął już 
snuć plany na przyszłość.
 

– Prosili, żebyś się na nich nie gniewała za tamtą wizytę. Ale byli w rozpaczy – 

informuje mnie Anka z Lublina.

background image

 

– A ten Piotrek? Laura mówi, że to nie on.

 

– Tak. Smutny widok. Na razie jest strasznie zagubiony. Uważam, że nie ma nic 

wspólnego z twoją sprawą. Do tego, żeby kogoś tak dręczyć, trzeba dużo energii, sprytu i
nienawiści. A w nim tego nie ma. I nie przyjeżdża do Warszawy. A jego rodzice wydają 
się bardzo poczciwi. Wiesz, taki staroświecki gatunek ludzi, którzy zbierają torebki po 
mrożonkach i drewniane szpulki. Co nie znaczy, że mogę ich całkiem wykluczyć. 
Zwłaszcza że ojciec Piotra ma siostrę w Warszawie. Był u niej w dniu, kiedy dostałaś 
kwiaty.
 

– No tak, ale nie mógł znać mojego nowego adresu ani nie mógł mieć klucza.

 

– Aha, dobrze, że o tym wspominasz: z ręką na sercu przysięgnij, że wtedy 

wyjeżdżając, na pewno zamknęłaś drzwi.
 

Milczę. Szczerze mówiąc, nie brałam takiej możliwości pod uwagę, a powinnam.

 

– Nie przysięgnę.

 

– No właśnie. A swoją drogą, kto jeszcze wie, że dość często nie zamykasz drzwi?

 

– Przecież już zamykam. Wracam z dołu po pięć razy i sprawdzam, czy 

zamknęłam. Raz nawet musiałam wrócić…
 

– Wobec tego, że zdarzało ci się nie zamykać…

 

– Nie wiem, sporo osób. Nie pamiętam, co komu mówiłam, kiedy Laura brała. 

Moim zdaniem wszyscy wiedzą, bo to stało się już anegdotą.
 

– Bardzo mi pomogłaś, dzięki.

 

Czwartkowy wieczór postanawiam spędzić z mamą. Może jednak zatęskniła za 

mną, bo po ostatniej rozmowie telefonicznej poczułam się urażona i na jakiś czas 
zamilkłam. A ona w szampańskim humorze, dosłownie, bo na stole widzę otwartą butelkę
szampana. A przy stole pana Mietka, kolegę ojca z pracy, który roześmiany zrywa się i 
woła:
 

– Całuję rączki, Maryniu, jakże ty ślicznie wyglądasz. I w dodatku coraz 

młodziej.
 

– Ależ – udaję, że nie rozumiem tych grzecznościowych grepsów – panie Mietku, 

przecież od ostatniego naszego spotkania jestem starsza o pięć lat.
 

– Niemożliwe, niemożliwe. A piękna Helenka też jakby odmłodniała.

 

Z tym wypada się zgodzić, bo moja osiemdziesięcioletnia matka promienieje, 

policzki ma zaróżowione i się uśmiecha. Koniec świata. A na stole piętrzą się książki, 
które pewnie streszczała panu Mietkowi.
 

– Wiesz, kochanie, pan Mietek wybiera się do… Dokąd, Mieciu, ty się wybierasz,

bo zapomniałam?
 

– Wybieram się do Peru – odpowiada pan Miecio, wskazując palcem na okno, 

jakby miał zamiar przez nie wyfrunąć.
 

Baranieję. Co się tutaj dzieje, na litość boską? Czy oni powariowali? Widząc moją

nieszczęśliwą minę, pan Mietek lituje się nade mną.
 

– Marysiu, nie, to tylko dawne marzenia. Opowiadałem Helence, jak przed laty 

wybierałem się do Peru, gdzie osiedlił się mój szkolny kolega. Ale nic z tego nie wyszło, 
moja droga. Bo żona mnie nie puściła. Bała się, że spotkam tam jakąś ognistą Mulatkę i 
już nie wrócę. – Zastanawiam się, czy w Peru są Mulaci. – Kochała mnie. To pewne. No i
zamiast do Peru pojechaliśmy razem do Ciechocinka. I nie żałuję, bo spędziliśmy tam 
niezapomniane dwa tygodnie. Spacerowaliśmy sobie pod tężniami, kąpaliśmy się w 
solance. Pięknie było. A teraz wybieram się do Nałęczowa.

background image

 

– A szampan z jakiej okazji?

 

– Dzisiaj ósma rocznica śmierci mojej Jadzi. I nie chciałem być sam – mówi pan 

Mietek ze skruchą. – Starzy jesteśmy. Znaczy się ja, bo przecież nie Helenka – Helenka 
się śmieje – i uznałem, że wdowy i wdowcy powinni trzymać się razem. Kto wie, może 
nawet założę stosowny klub. Nie wiem tylko, jak go nazwać. Może wpadniesz na jakiś 
stosowny pomysł. – „Stosowny” to ulubione słowo pana Mietka. – A może kieliszek 
szampana?
 

– Nie, dziękuję, przyjechałam samochodem. I tylko na chwilę. Przywiozłam 

zakupy. I już mnie nie ma – odpowiadam, oburzona, że opijają rocznicę śmierci pani 
Jadzi.
 

Skandal, myślę, zbiegając po schodach, już nawet do matki nie powinno się 

wpadać bez uprzedzenia, bo można natknąć się na adoratora. Na szczęście w porę 
odkrywam, że jestem zazdrosna, i tłamszę to niegodziwe uczucie. Ale czy oni czegoś nie 
knują? Nie za późno? A jaka mama była roześmiana, jaka wesoła. I wypili całą butelkę 
szampana. Już mam zamiar zgorszyć się po raz kolejny, kiedy przychodzi mi na myśl, że 
też bym chciała móc w jej wieku pić szampana. No i co takiego? Pan Mietek jeszcze 
dziarski, zdrowy, wesoły, dowcipny, szarmancki. Niech mama się z nim spotyka i 
streszcza mu książki – przekonuję siebie, ale z mizernym skutkiem.
 

Mama dzwoni późnym wieczorem, już po wyjściu pana Mietka. Nadal jest w 

świetnym humorze. Ani śladu skruchy.
 

– Ale dlaczego tak szybko uciekłaś? Prawda, że Miecio wciąż uroczy?

 

– Prawda – odpowiadam lakonicznie.

 

– Co ci jest? Nie cieszysz się, że mam przyjaciół?

 

– Cieszę się, mamo, ale wiesz, że tobie nie wolno pić.

 

– A kto tak powiedział?

 

– To się rozumie samo przez się.

 

– Dziecko, jestem od ciebie trochę starsza, i wierz mi, wolno mi pić i robić 

wszystko, na co mam ochotę, chociaż już na niewiele mam ochotę, ale jeśli mam, to…
 

– Proszę cię. Alkohol szkodzi na trzustkę, na nerki, na wątrobę… – Mam zamiar 

wymienić wszystkie organy wewnętrzne niezbędne do życia, a na koniec nawet urodę, 
ale „piękna Helenka” przerywa mi stanowczo:
 

– Marysiu, czy ty nie mogłabyś martwić się o swoje organy, bo moje działają 

całkiem dobrze i mam wrażenie, że wypiłam w swoim długim życiu mniej alkoholu, niż 
ty wypijasz w ciągu roku, nie mówiąc już o wypalonych papierosach. A zresztą po tym, 
jak mi zabili w powstaniu, i pamiętaj, mówię to przez duże „P”, brata i ojca, 
postanowiłam, że nigdy, ale to przenigdy nie będę się przejmować głupstwami, a organy 
to głupstwo. I wiesz, jakoś mi się udało. Nie obchodziły mnie nawet twoje stopnie w 
szkole, bylebyś miała trójki i przechodziła z klasy do klasy.
 

– No właśnie, nie interesowałaś się moją nauką…

 

– Nie pleć. Podsuwałam ci książki i chodziłam z tobą do teatru. Cóż więcej rodzic

może zrobić dla dziecka? Nic, kochanie, zupełnie nic, bo ono i tak zrobi, co zechce. Tak 
jak ty. To znaczy spotka palanta, jak to zwykłaś określać, chociaż nie pochwalam takiego 
słownictwa, bo język jest duszą człowieka, i co?
 

– I wyjdzie za niego.

 

– No właśnie. A ja wyszłam za twojego ojca, bardzo przyzwoitego człowieka, 

który o nas dbał, nie pił, nie palił… no, palić to jednak palił, ale…

background image

 

– …czytał książki, miał poczucie humoru i romansował z tą… no…

 

– Z Irenką…

 

– No właśnie.

 

– Po pierwsze, nie romansował, tylko był z nią kilka razy na spacerze, a ja nigdy 

nie dociekałam, co tam robili, bo akurat była zima i współczułam im, że muszą marznąć. 
Po drugie, o czym nie wiesz, ale czas, żebyś się dowiedziała, bo jesteś już duża, to był 
tylko rewanż…
 

– Mamo, nie rób mi tego, błagam!

 

– Niestety, kochanie, lepiej usiądź i bądź dzielna, miałam romans, mniejsza o 

szczegóły, z tak zwanym bożyszczem dam, czyli… O nie, dżentelmeni nie zdradzają 
nazwisk. Krótko mówiąc, miałam romans, przelotny zresztą, który bardzo ożywił nasze 
małżeństwo. Twój ojciec szalał. No, nie jakoś przesadnie, nie miał pistoletu ani szabli, ale
szalał w wielkim stylu. A potem zabrał mnie do Budapesztu na wycieczkę. – Co z tym 
Budapesztem? Czy wszyscy faceci zabierają tam swoje ukochane? – I przeżyliśmy drugi 
miesiąc miodowy. A jak wszystko wróciło do normy, to zaczął chodzić z Irenką na 
spacery, z czym szybko się rozprawiłam.
 

Ponieważ wymownie zamilkła, pytam z obawą:

 

– Ale jak?

 

– Zwyczajnie. Poszłam do niej i spytałam, czy woli swojego męża, czy mojego. 

Bo jeśli mojego, to niech mi odda swojego Wacława i będziemy kwita. Nie muszę ci 
mówić, że wolała swojego. Obaj byli już niemłodzi, no, mniej więcej w twoim wieku…
 

– Dzięki.

 

– Nie ma za co. I szczerze mówiąc, różnili się tylko tym, że tamten miał swoje 

wady, a twój ojciec swoje. Irenka uznała, że znane wady są jednak lepsze niż nieznane.
 

– Czy ty jej wymieniłaś wady ojca?

 

– Skądże znowu, to byłaby nielojalność. A poza tym twój ojciec, tak naprawdę, 

miał tylko jedną wadę. Spytałam ją, na wszelki wypadek, gdyby jednak wybrała Janka, 
czy Wacław kolekcjonuje znaczki, po czym dodałam, że pytam o to, bo mój mąż całą 
pensję wydaje na znaczki, więc często pod koniec miesiąca głodujemy.
 

– Mamo, my nigdy nie głodowaliśmy! – wołam z oburzeniem. – To szkalowanie 

pamięci taty.
 

– Przesadzam tylko trochę. Nie głodowaliśmy, bo ilekroć twój ojciec wpadł na 

trop jakiegoś znaczka i kupował go za całą swoją pensję plus oszczędności, plus 
pożyczki, pomagała nam ciocia Róża. I to była ta jedyna wada twojego ojca, a Wacław 
miał ich całe mnóstwo.
 

– Chryste, dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz?

 

– A do czego wcześniej przydałaby ci się ta wiedza?

 

– A teraz do czego mi się przyda?

 

– Żebyś zrozumiała, że nic nie jest takie, na jakie wygląda, i że każdy człowiek 

jest zagadką. A w gruncie rzeczy tylko po to, żebyś zajęła się ważniejszymi sprawami niż
moje organy.
 

– Nie widzę w tym żadnej logiki, ale postaram się – zapewniam wstrząśnięta tą 

rozmową, po czym już w myślach dodaję: Jeśli własna matka, którą się zna od 
pięćdziesięciu lat, okazuje się taką zagadką, to co z innymi ludźmi, którzy wydają się 
zagadkowi? Mój wróg na pewno jest wielką zagadką. Co tkwi w człowieku, który zadaje 
sobie tyle trudu, żeby dręczyć kogoś dzień po dniu. Dlaczego po prostu nie zabije mnie 

background image

od razu? Mam ochotę powiedzieć mamie o nim: tajemnica za tajemnicę. Nie, nie wolno 
martwić starych matek. Niech sobie popija szampana z panem Mietkiem. A swoją drogą, 
skąd on się u niej wziął po tylu, chyba pięciu, latach?
 

Zima. Mrozy są jeszcze niewielkie, za to śniegu mnóstwo. Kupiłam sanki z 

nadzieją, że jednak wnuczka przyjedzie na święta. Na razie tylko z nadzieją, bo nie mam 
jeszcze wieści od Kacpra. Stoję na balkonie, zasypanym śniegiem po kostki, i palę 
papierosa. Mój sąsiad z naprzeciwka macha do mnie, a ja mu odmachuję. Spotykamy się 
tak kilka razy w tygodniu, czasem codziennie, ale jest zbyt ciemno, żeby posyłać sobie 
uśmiechy. Właściwie to nawet nie wiem, jak wygląda, jest raczej szczupły i chyba ma 
poczucie humoru, skoro zareagował, kiedy ze dwa tygodnie temu pierwszy raz do niego 
zamachałam.
 

Anka powoli posuwa się naprzód, co oznacza, że stopniowo kurczy się lista 

podejrzanych. Ciekawe, co by powiedzieli moi przyjaciele, wiedząc, że padł na nich cień 
podejrzenia o nękanie. Mam nadzieję, że to nigdy nie wyjdzie na jaw. Drukuję dla Anki 
kolejne listy, które mnie już nudzą. Myszki i przyroda znikły. Pojawiły się natomiast 
kiczowate refleksje o wymowie uniwersalnej. Anka nie potrafi znaleźć żadnego punktu 
zaczepienia.
 

– Nie może powiedzieć, o co chodzi, żebyś nie dowiedziała się, kim jest – 

tłumaczy Anka, kiedy po raz kolejny pytam ją o ten koniec nici, o którym wspomniała 
pierwszego dnia. – Na razie najbardziej zastanawia mnie dwukrotnie pojawiające się 
słowo „cierpienie”.
 

– Co masz na myśli?

 

– Listy z… – zagląda do notatek – z dwudziestego piątego i trzydziestego 

października. W jednym jest napisane: „cierp, tak jak ja”, w drugim cytat z Mickiewicza, 
który zna każdy licealista: „Kto nie zaznał cierpienia na ziemi, ten…”.
 

– Ale to bez sensu, ja zaznałam.

 

– Według twojego wroga za mało. Ale nie wiem, co szykuje i czy w ogóle coś 

szykuje. Czasem skłaniam się ku twojej opinii, że chce cię tylko postraszyć. Czasem 
jednak…
 

– Co?

 

– Myślę, że czeka na jakąś datę. Wiele razy pisał, że coś nastąpi, że już 

niebawem. Więc jednak chce coś zrobić, a straszenie to tylko preludium. Czy w twoim 
życiu przydarzyło się coś ważnego o tej porze roku: w listopadzie albo grudniu?
 

– Nie pamiętam. Trzeba zapytać Jolki, ona ma dobrą pamięć. Czy nie uważasz, że

moja córka powinna mieć jakąś ochronę?
 

– Konsultowałam to ze znajomym policjantem. Nie ma szansy. Ale nie martw się, 

wysłałam tam swojego asystenta, który czuwa w pobliżu, kiedy Laura wychodzi z psami. 
To bystry chłopak. Poradzi sobie w razie czego.
 

– W razie czego? Czy coś się stało?

 

– Tak. Laura nie chciała ci mówić, zadzwoniła od razu do mnie. Ktoś stał pod 

domem i obserwował jej okna.
 

– Dlaczego on nęka moją córkę? O mnie mu chodzi czy o nią?

 

– Wydaje się, że o was obie, dlatego tak bardzo pasował mi ten Piotr i jego 

rodzice. Ale to nie są oni, mam już absolutną pewność.
 

– Skąd?

 

– Nie mogę powiedzieć. Musi ci wystarczyć, że wpadłam do nich jeszcze raz, bo 

background image

obiecałam coś panu Pertowi…
 

– Co?

 

– Że odwiedzę ich po spotkaniu z Piotrem i powiem, jak według mnie mogą mu 

pomóc. I po tej wizycie już wiedziałam, że to nie oni.
 

– Ale skąd? Jesteś jasnowidzem?

 

Patrzy na mnie z politowaniem i kręci głową.

 

– Z ich rozmów pod moją nieobecność – wymowne spojrzenie – wynika, że nie 

mają o niczym pojęcia.
 

– Aaa, rozumiem.

 

– Ale zachowaj tę informację dla siebie. Ani oni, ani Piotr. To nie ulega 

wątpliwości. On wychodzi rano do pracy, wraca do swojej kawalerki pod wieczór i już jej
nie opuszcza. Nie ma telefonu komórkowego. Ani internetu.
 

– To niemożliwe. Takich ludzi nie ma już nawet w Afryce.

 

– Ale w Polsce są. Możesz mi wierzyć. A poza tym musiałby mieć wspólnika w 

Warszawie. Wszystkie przesyłki pocztowe są nadane w Warszawie. Listy mejlowe 
wysłano z warszawskich kawiarenek internetowych. On chyba nawet nie potrafi 
obsługiwać komputera. Ostatni raz miał z nim do czynienia w szkole podstawowej. I ani 
razu od wyjścia z więzienia nie opuścił Lublina. Wykreśliłam ich z listy.
 

– No to klops – mówię, chociaż zarazem czuję ulgę.

 

– Chyba nie sądziłaś, że mając setkę znajomych, szybko dowiesz się, kto cię 

nęka?
 

– Właśnie tak sądziłam. Że masz na to swoje sposoby.

 

– Czy przypomniałaś sobie o tej Kozickiej?

 

– Nie. Może mi się tylko wydawało, że znam to nazwisko. Nie mogę go z nikim 

skojarzyć.
 

– Trudno. A teraz przygotuj się na opowieści o Marcelu. Zostawiam ci listę pytań 

na jego temat, żebyś się nad nimi zastanowiła. Nie ukrywam, że szczególnie zależy mi na
informacjach o jego znajomościach z kobietami, że się tak wyrażę.
 

– Ale ja nic o nich nie wiem.

 

– Powiesz tyle, ile wiesz, a wiesz więcej, niż ci się wydaje. I muszę się z nim 

spotkać.
 

– Z kim?

 

– Z twoim mężem.

 

– Moim byłym mężem.

 

– Niech ci będzie, z twoim byłym mężem i jego obecną żoną.

 

– On nie ma żony, to jego partnerka, czyli konkubina.

 

– Mylisz się. Są małżeństwem.

 

– Chryste, czy ja zawsze o wszystkim muszę dowiadywać się ostatnia? Od kiedy?

 

– Od pół roku. Dlaczego tak reagujesz? Czy to ważne?

 

– Nie, ale spędziłam z tym człowiekiem ponad dwadzieścia lat, więc powinnam 

wiedzieć. Laura wiedziała?
 

– Tak.

 

Odbieram to jako zdradę. Moja własna córka mnie zdradza. To potworne. I 

trzyma sztamę z ojcem przeciwko mnie. Dlaczego?
 

– Chcesz wiedzieć dlaczego?

 

– To niepojęte. Nie chcę.

background image

 

– Jak nie, to nie.

 

– Chcę.

 

– Ona uważa, że to sprawiłoby ci przykrość.

 

– Wszyscy powariowali. Skończmy na dzisiaj. Czy masz jeszcze dla mnie jakieś 

zadania?
 

– Tak, napisz parę słów o niejakim Durczyku.

 

– On nie jest wart jednego złamanego słowa. – Nagle ogarnia mnie złość. – 

Słuchaj, czy mnie stać na takie kosztowne śledztwo? Wyjeżdżasz, wynajmujesz 
asystentów, zakładasz podsłuchy, wszystko się przeciąga.
 

– Rozłożę ci na raty.

 

– Dzięki, tak czy siak, wezmę dodatkowe szkolenia, które mnie już na pewno 

zabiją.
 

– Co cię nie zabije…

 

– Błagam, nie kończ, nienawidzę tego powiedzenia.

 

To prawda, nienawidzę, bo używają go już nawet politycy, przemawiając z 

ambony. A poza tym to nieprawda. Czy moje przejścia mnie wzmocniły? Ani trochę. 
Owszem, byłam zdeterminowana, działałam, podjęłam trudne decyzje, ale jestem słaba 
jak źdźbło trawy, które ugina się nawet bez podmuchu wiatru. Człowieka wzmacnia to, 
co dobre, a nie dramaty.
 

Jestem straszliwie znużona, tak bardzo, że przestałabym się przejmować 

wrogiem, gdyby nie Laura. Boję się tylko o nią. Może jednak zamieszka ze mną na jakiś 
czas. Jutro z nią porozmawiam. Nie tylko o tym, w ogóle przyda się nam rozmowa. 
Dlaczego nie powiedziała mi o ślubie Marcela? Wydaje się jej, że wciąż jest dla mnie 
ważny? Chyba przesadziła. Ostatni papieros. Po chwili na balkonie naprzeciwko też się 
zapala ogieniek. Jakby sąsiad tylko czekał, aż się pojawię. Jest całkiem ciemno, widać 
tylko żar papierosów – on zamachał swoim, a ja swoim. Jest coraz zimniej, więc nasze 
spotkania będą trwały coraz krócej. A może nawet uda nam się rzucić palenie. Ciekawe, 
czy on też to planuje.
 

W sobotni wieczór, zamiast się gdzieś rozerwać, opowiadam Ance o Marcelu i 

jego kobietach, „że się tak wyrażę”.
 

– Opowiedz tylko o tych, które szczególnie zalazły ci za skórę.

 

– Wszystkie zalazły mi za skórę, bo zdrada ma to do siebie, że załazi za skórę.

 

– Powiedziałam: szczególnie – mówi Anka z naciskiem na drugie słowo. – Czyli 

że nieco bardziej stanowczo zaznaczyły swoją obecność w twoim życiu.
 

– Tak, była taka jedna, miała na imię Monika. Masz ją na liście. Marcel, jak 

zwykle, próbował ukryć romans i jak zwykle włożył w to zbyt mało wysiłku. Po jakimś 
czasie zaczęła bez żenady dzwonić, jakby się w ogóle mną nie przejmowała. 
Przychodziła nawet pod jego nieobecność. Marcel się przestraszył, że ona zbyt poważnie 
to traktuje, i starał się od niej uwolnić. Bez skutku. W końcu postanowiłam zrobić z tym 
porządek i zadzwoniłam do jej męża.
 

– Skąd wiedziałaś, że ma męża?

 

– Byli u nas razem. Baśka ich kiedyś do nas przyprowadziła. Myślę, że ta Monika

od początku uwodziła Marcela. Wiesz, naprawdę tego nie rozumiem, on się podobał 
kobietom. Zwłaszcza wtedy – ale to akurat rozumiem – kiedy zaczął zarabiać duże 
pieniądze.
 

– Co z tym mężem?

background image

 

– Zadzwoniłam do niego i grzecznie poprosiłam, żeby z nią porozmawiał, bo nie 

ręczę za siebie. Najwyraźniej nie chciała tracić obu i znikła z naszego życia.
 

Okropne jest takie wypytywanie. Wszystko, co udało mi się zapomnieć, a 

przynajmniej usunąć w głębokie zakamarki pamięci, muszę teraz odgrzebywać. 
Niewykluczone, że to wtedy nasze małżeństwo ostatecznie legło w gruzach, a z tych ruin 
nie dało się już niczego zbudować, może jedynie szopę na bezużyteczne graty. Zresztą 
nie próbowaliśmy. Po tym wszystkim może z tydzień Marcel był trochę skruszony, raz 
nawet odkurzył mieszkanie i ciągle pytał, czy się napiję herbaty, a potem wszystko 
wróciło do normy. Nie chciałam robić żadnych manifestacji przed dziećmi, więc nie 
wyprowadziłam się z naszej wspólnej sypialni, ale od tej pory już nie spaliśmy ze sobą, 
tylko obok siebie. Zresztą od dawna starałam się kłaść albo dużo wcześniej, kiedy on 
akurat oglądał jakiś szpiegowski film, albo kiedy już spał. Podsłuchiwałam pod 
drzwiami, bo wiesz, to można poznać po oddechu albo…
 

– Czy później miałaś z nią jeszcze do czynienia?

 

– Tak. Jeden raz. Na pewnym przyjęciu biznesowym. Akurat zaczęłam pracować 

w Edukatorze i czasem musiałam w czymś takim uczestniczyć. Nie znosiłam tych 
spotkań. Rozmawiałam z właścicielem firmy handlującej sokami, a on pokazał mi ją z 
daleka, mówiąc, że będziemy współpracowały, bo to pani Monika kieruje działem 
szkoleń w jego firmie. Nogi się pode mną ugięły. Chciałam stamtąd czmychnąć, 
przeprosiłam i ruszyłam do wyjścia, ale Janusz, mój szef, zauważył to i kazał mi wracać. 
„Nie waż się, on zamówił u nas serię szkoleń. Jeśli chcesz u mnie pracować, musisz 
przywyknąć do takich spotkań i rozmów”. Zostałam. Później w biurze wyjaśniłam mu 
oględnie, o co chodzi, i zlecił te szkolenia innemu trenerowi. Zostałam tam, starając się 
ukryć przed Moniką, ale to było niemożliwe. W pewnym momencie podeszła do mnie z 
radosnym uśmiechem na twarzy, smukła, sporo młodsza, atrakcyjna, pewna siebie, a 
wiesz, ja już wtedy zaczęłam tyć. Chyba zajadałam kłopoty. Kacprowi groziło, że nie 
przejdzie do następnej klasy, i zorientowałam się, że popija. Krótko mówiąc, wyglądałam
przy niej jak jej matka. – Ciężko wzdycham. Anka mi nie przerywa, chociaż na pewno 
wolałaby, żebym się streszczała. – W dodatku poszło mi oczko w rajstopach, o czym nie 
omieszkała mnie poinformować. Podeszła i powiedziała: „Witaj, myszko, masz…” – 
milknę przerażona, Anka przestaje notować, patrzymy na siebie, ona szeroko otwierając 
oczy, ja z otwartymi ustami, skamieniałe, jakbyśmy się bawiły w nieruchomą niemowę – 
„…masz śliczne oczko na łydce” – kończę szeptem i bardzo powoli, nadal wpatrzona w 
Ankę i nadal bez ruchu.
 

Mija chwila grobowej ciszy, w której słychać nawet trzepot skrzydełek wołka 

zbożowego, fruwającego wesoło nad naszymi głowami. W końcu zrywam się i wołam z 
entuzjazmem:
 

– To ona, aresztuj ją i wsadź do więzienia. Powiedziała: „myszko”!

 

– Dlaczego tak powiedziała?

 

– Mój mąż był draniem, ale miał czasem miłe

 odruchy. Na początku naszej znajomości i w pierwszych latach małżeństwa czasem 
mówił do mnie „myszko”, zresztą przypominałam myszkę: chuda, w okularach.
 

– Myszy nie noszą okularów – wyrywa się Ance. – Przepraszam, ja pod twoim 

wpływem głupieję.
 

– Dzięki. Potem przestał i przerzucił się na „poetkę”, a pod koniec to już zwracał 

się do mnie bezosobowo, unikał nawet wypowiadania mojego imienia. Musiał jej 

background image

powiedzieć o tej myszce. Wiesz, ludzie czasem zwierzają się sobie z tajemnic 
małżeńskich.
 

– Ale to żadna tajemnica – oponuje Anka. – Ludzie jawnie używają takich 

zdrobnień: myszko, misiaczku, kotku…
 

– …ptaszku, kruszynko, króliczku…

 

– …żabko, basku…

 

– Tego jeszcze nie słyszałam.

 

– A, nieważne… – Anka macha ręką i się rumieni.

 

– Powiedz.

 

– Mój mąż mówił do mnie grubasku, bo byłam bardzo chuda. I po jakimś czasie 

zrobił się z tego „basek”. Dziś już bardzo adekwatne.
 

– Ładnie.

 

Siedzimy zamyślone, ja wspominam myszkę, a ona baska. Najwyraźniej już tak 

do niej nie mówi. Nie mam odwagi o to zapytać, ale sama zaspokaja moją ciekawość:
 

– Rozwiedliśmy się po śmierci córki. Nie, nie odszedł, to była wspólna decyzja. 

Uznaliśmy, że skoro nie umieliśmy uratować naszego dziecka, to nasze małżeństwo jest 
porażką. A poza tym zaczęliśmy się nawzajem obwiniać. Nagle odkryłam, on zresztą też, 
że nic nas już nie łączy i że nie mamy ochoty być razem. Wyprowadziłam się do 
kawalerki po mojej babci. Niedawno drugi raz wyszłam za mąż. No, na dzisiaj wystarczy.
Muszę sprawdzić ten trop.
 

– Ale były jeszcze inne kobiety. Nie chcesz posłuchać? – pytam rozczarowana, bo

nagle mam jej ochotę opowiedzieć o wszystkich romansach Marcela: o Karolinie, o 
Tamarze, Zuzannie, Natalii, Krysi, chociaż to bez sensu, bo naprawdę nic o nich nie 
wiem: żadnej nie poznałam, bo Marcel mi ich nie przedstawił.
 

– Chętnie, ale za kilka dni. I jeszcze jedno: co wiesz o mężu Moniki?

 

– Widziałam go tylko raz. Bardzo przystojny, dużo przystojniejszy od Marcela, 

który…
 

– I pewnie nie wiesz, gdzie ona mieszka.

 

– Nie, zapytaj Marcela. Musiał ją odwozić do domu. Chociaż… On nigdy nie był 

dżentelmenem, wiele razy po nocy wracałam sama do domu, raz nawet w ciąży. Nie, 
zaraz, chyba dwa razy, a może nawet…
 

– Maniu, wystarczy.

 

No to koniec z moim wrogiem. A jednak kobieta. Gdybym chciała jej dopiec, 

zażądałabym horrendalnego odszkodowania za straty moralne, ale będę wielkoduszna – 
wystarczy, że raz na zawsze zniknie z mojego życia. Dlaczego to robi? Przecież to ona 
mnie skrzywdziła, nie ja ją. Musi mieć coś z głową. Mam nadzieję, że Anka szybko się z 
tym upora. Wypijemy sobie szampana, jak mama z Mietkiem, i po sprawie. Z tej radości 
gnam na papierosa. Z pogrążonego w ciemnościach balkonu macham żarem do palacza 
naprzeciwko. Kiedy rzucę palenie, stracę kogoś bliskiego, przemyka mi przez głowę. 
Jednak palenie zbliża ludzi.
 

Jutro szkolenie z kolejną grupą Miecha, który znów zaprosił mnie na kolację i 

tym razem nie odmówiłam. „Skończ pół godziny wcześniej – namawiał mnie – nikt się 
nie dowie, a to zdolna grupa, w mig się uczy”. „Nie ma mowy – odpowiedziałam – nigdy
nie skracam szkoleń, co najwyżej je przeciągam”. „No dobrze, ale błagam, skończ 
chociaż punktualnie”.
 

„Och, jak przyjemnie, kołysać się wśród fal” – nucę sobie piosenkę, którą mama 

background image

śpiewała, kiedy była w dobrym humorze. Ciekawe, czy również wtedy, kiedy 
romansowała. A jednak rodzice nie powinni swoim dzieciom, nawet dorosłym, zdradzać 
takich tajemnic. Ale szczerze mówiąc, zaimponowała mi. Nigdy bym jej nie posądzała o 
jakieś romanse. Jest mi lekko na duszy, mogę już bez obawy wchodzić do skrzynki 
mejlowej i spotykać się z Miechem w restauracji. Czy on mnie przypadkiem nie 
podrywa? Trzeba uważać, to przecież kontakt służbowy. Janusz jest na takie sprawy 
bardzo wyczulony. Kiedy przyjmował mnie do pracy, uprzedził: „I żadnych biurowych 
romansów, to chyba oczywiste”. Spojrzałam na niego zdumiona. Zmieszał się, bo to 
jednak dziwnie zabrzmiało, i szybko wyjaśnił: „Wspominam o tym, bo coś takiego, 
niestety, niedawno się u nas zdarzyło i wyniknęło z tego mnóstwo komplikacji. A 
właściwie to afera na czternaście fajerek. Czyli żadnych romansów”. „Czy ja wyglądam 
na kogoś, kto wdaje się w romanse?” – spytałam urażona, poprawiając okulary, które 
widocznie miały potwierdzić moją wiarygodność osoby opornej na romanse. Przyjrzał mi
się i odparł: „Niestety, tak”. Polubiłam go wtedy.
 

Restauracja nie ma tak gustownego wystroju jak poprzednia, ale krewetki są 

fantastyczne, a wino hiszpańskie – wręcz bajeczne. Miech wesół jak nigdy. Sypie 
anegdotami. Trzeba przyznać, że ma dar opowiadania i poczucie humoru. Dwie cechy 
bardzo wysoko przeze mnie cenione. Nie sposób się przy nim nudzić. Ale to przecież nic 
nie znaczy, o Marcelu też wszystkie kobiety mówiły, że nie można się przy nim nudzić. I 
też umiał opowiadać i był dowcipny. Wprawdzie głównie w towarzystwie i tylko do 
czasu, kiedy się nie upił, bo w domu najczęściej oglądał telewizję. Miech chyba pije 
umiarkowanie. Chociaż zamówił już drugą butelkę wina.
 

– A może byśmy razem założyli wydawnictwo? – rzuca w pewnej chwili. – 

Przecież masz jakieś doświadczenie z książkami. Znasz się na literaturze. I nie 
przepadasz, zdaje się, za swoją pracą.
 

– Chyba żartujesz – odpowiadam zdziwiona. – To nie takie proste. Wydrukować 

książkę może dzisiaj każdy, ale sprzedać ją potrafi niewielu.
 

– Myśląc w ten sposób, człowiek upupia się na całe życie. Może trzeba podjąć 

ryzyko.
 

– Żeby podjąć ryzyko, trzeba mieć kasę. I powiedzieć sobie: nic nie szkodzi, 

najwyżej stracę, a i tak jeszcze mi zostanie.
 

– Ja też mam za mało, szczerze mówiąc, a jeśli będę gromadził finanse w tym 

tempie, nigdy nie zrealizuję swojego pomysłu. Potrzebny mi wspólnik. I ty wydajesz się 
do tego idealna. Na początek potrzebujemy nie więcej niż sto tysięcy. Trzeba wydać 
jeden bestseller, a potem już się rozkręci.
 

– Ale skąd wziąć takiego Harry’ego Pottera?

 

– To proste. Trzeba u kogoś zamówić książkę, a właściwie serię książek, włożyć 

pieniądze w reklamę, zanim ukaże się pierwszy tom. I różnymi metodami podsycać 
apetyt czytelników. A potem jechać już na opinii bestsellerowego wydawnictwa. Kiedy 
zainteresowanie książkami opadnie, znów urządzić taki spektakl.
 

– Ale ja myślałam, że tobie chodzi o ambitną literaturę.

 

– Owszem, ale żeby wydawać ambitną, musisz też wydawać mniej ambitną. Poza 

tym ja się nie znam na poezji, a ty tak. Można by, po jakimś czasie, rzecz jasna, 
uruchomić również serię poetycką.
 

– Skąd wiesz, że znam się na poezji? – pytam i poważnieję, bo zbyt wiele miałam 

z nią ostatnio do czynienia, i to w przykrych okolicznościach.

background image

 

– Nie wiem – odpowiada zmieszany – tylko się domyślam. Przecież skończyłaś 

polonistykę.
 

Nagle mam ochotę zakończyć ten wieczór. Przestaje mi się podobać ta rozmowa i 

to, że Miech jest najwyraźniej zawiany.
 

– Dobrze, pomyślę o tym – kłamię, uśmiechając się, bo nie chcę go dotknąć. – 

Późno już, muszę wracać, bo jutro znów mam wolontariuszy, a to niełatwe spotkania, 
chociaż bardzo przyjemne.
 

– Masz rację, trzeba wracać – mówi zawiedziony, a uśmiech znika z jego twarzy. 

– Trochę dałem się ponieść wyobraźni. Ale nie przejmuj się tym, co powiedziałem, to 
tylko mrzonki, choć czasem wydaje mi się, że możliwe do zrealizowania.
 

– Zazdroszczę ci, ja już nie mam mrzonek ani nawet marzeń. Chcę spłacić kredyt,

dotrwać do emerytury i odłożyć trochę pieniędzy, żeby w razie czego mieć na lekarzy. 
Tymczasem cieszę się, że nieźle zarabiam i radzę sobie na co dzień.
 

– No to wpadnij jutro na kawę. I nie gniewaj się, bo mam wrażenie, że trochę się 

przestraszyłaś.
 

– Ależ nie – znów kłamię. – To piękne, że masz marzenia.

 

Jolka od wielu dni milczy jak zaklęta. To do niej niepodobne. Dzwonię i pytam:

 

– Co tak milczysz?

 

– To jednak prawda, że każdy człowiek umiera w samotności – odpowiada 

potwornie zakatarzonym, rzężącym głosem. – I nawet w ostatnich chwilach jego życia 
nikt nie okaże mu odrobiny czułości.
 

– Chora jesteś?

 

– Sama jesteś chora.

 

– Chciałam spytać, no, czy się przeziębiłaś – bełkoczę, zalana falą wyrzutów 

sumienia.
 

– Gorzej, jestem pierwszą ofiarą grypy, która właśnie do nas dotarła ze wschodu, i

postanowiła zacząć ode mnie. Wybacz, jeśli bredzę, ale mam pięćdziesiąt stopni gorączki 
i bolą mnie nawet cebulki włosów.
 

– Przepraszam, nie wiedziałam.

 

– Bo wiecznie jesteś zajęta tylko sobą. Tym razem wybaczam ci, bo wiem, że też 

ci niewesoło. Zanim zemdleję z wysiłku, prowadząc z tobą rozmowę, powiedz, co 
nowego.
 

– Chyba już po kłopotach. Wiesz, kto to jest?

 

– Skąd mam wiedzieć?

 

– Rzeczywiście. Pamiętasz romans Marcela z niejaką Moniką? To ona. Nie mam 

pojęcia, dlaczego po tylu latach postanowiła poznęcać się nade mną, ale Anka na pewno 
dowie się tego. Jestem ci za nią bardzo wdzięczna. To profesjonalistka.
 

– Co za ulga, może wreszcie wybierzemy się gdzieś razem i będzie można z tobą 

normalnie porozmawiać. Czyli o czymś innym niż twój wróg.
 

– No wiesz, mnie się wydaje, że jak na to wszystko, co się działo, zachowuję się 

całkiem normalnie.
 

– To prawda – przyznaje Jolka, kichając.

 

– Masz leki?

 

– Mam, mam, Karol się spisał. Codziennie przychodzi, gotuje mi i sprząta. Ale, 

niestety, przewiduję, że za chwilę to ja będę musiała się sprawdzić, a wiesz, jak nie 
znoszę opiekować się chorymi facetami. Jurek ledwie kichnął, a już kładł się do łóżka i 

background image

jęczał, że coś go bierze.
 

– Pamiętam, a ty wtedy dodawałaś: „Mam nadzieję, że to szlag”.

 

– Przestań, mówiłam to szeptem i tylko do siebie.

 

– Myślisz, że nie słyszał?

 

– Dzisiaj mam nadzieję, że słyszał.

 

Śmiech osoby chorej na grypę brzmi okropnie, więc szybko mówię:

 

– Słuchaj, nie chcę się zarazić, więc kończę, a jak się wykurujesz, to daj znać. 

Wybierzemy się gdzieś. A w przyszłym roku zaszczep się na grypę.
 

– Zaszczepiłam się – słyszę w słuchawce odgłos przypominający warczenie 

wściekłego psa, więc rzucam z obrzydzeniem słuchawkę.
 

To czarny czwartek. Zbyt wcześnie zabrzmiały zwycięskie fanfary. Jestem 

załamana. Anka twierdzi, że to na pewno nie Monika. Rozmawiała z nią i wierzy w jej 
opowieść, chociaż podkreśla, jak zwykle, że nigdy nie można mieć stuprocentowej 
pewności.
 

– Nie pogrążaj mnie, Anka. Czyli wracamy do punktu wyjścia?

 

– No, niezupełnie, przecież mamy podejrzanych pod dostatkiem.

 

– A co ci powiedziała ta cała Monika?

 

– To nie na telefon, wpadnę jutro. Zapewniam, że mocno się zdziwisz.

 

Niech Anka nie wabi mnie żadnymi niespodziankami. Mam ich dość. Chcę tylko 

jednego – żeby w moim życiu zapanowała całkowita nuda. Myślałam, że to koniec. 
Wszystko do siebie pasowało jak ulał, przecież powiedziała „myszko”! A ja mimo zimy 
zaczęłam się odradzać, wypuszczać młode, wesołe listki.
 

Zaglądam do kalendarza, żeby sprawdzić, co mnie czeka w najbliższych dniach 

oprócz szkoleń, i mój wzrok pada na wpis: „Urodziny Artura”. Jak mogłam zapomnieć? 
Mogłam, mogłam – zawsze zapominam, dlatego już w styczniu zapisuję ważne daty w 
kalendarzu, ale potem zapominam do niego zajrzeć i składam ludziom życzenia po 
tygodniu. Jedni się obrażają, inni nie. Nie wszyscy wierzą w to, że nie pamiętam nawet o 
własnych urodzinach.
 

– Halo, halo, czy to zacny solenizant? Witaj. Życzę ci zdrowia, radości, miłości, 

sukcesów, słońca i własnej winnicy. Niestety, nie mam dla ciebie prezentu.
 

– Dzięki, że pamiętałaś. Jestem naprawdę wzruszony. A co u ciebie? Chyba już w 

nowym mieszkaniu. Co ci się…
 

– Artur, błagam, nie pytaj, co mi się śniło. Same koszmary: wróg, który po kilku 

dniach przeniósł się z moich snów do realu, i wredni przyjaciele.
 

Mocno trzymałam się do tej pory, ale nagle nerwy mi puszczają i zaczynam 

ryczeć.
 

– Maniu, coś ty, nie płacz, proszę. – Artur łatwo się wzrusza, nie powinnam się 

rozklejać, zwłaszcza że dziś są jego urodziny, w dodatku okrągłe: czterdzieste. – Wiesz, 
siedzimy sobie z Pawłem, popijamy szampana prosto z piwniczki, zaraz, co my pijemy? 
Tak, tak… Nicolas Feuillatte Grand Reserve Brut Champagne, oglądamy Rejs i… 
przyjedź do nas, mam jeszcze co najmniej pięć butelek, a poza tym piwnicę pełną 
cudownych francuskich win, które przywiozłem jesienią.
 

– Daj spokój, zepsułabym wam cały wieczór, nawet Rejs mnie dzisiaj nie 

rozśmieszy.
 

– Nie szkodzi. A pamiętasz, jak kiedyś przyszedłem do ciebie i przez pół nocy 

jęczałem, a ty nie wiedziałaś, jak mnie pocieszyć, więc zrobiłaś mi jajecznicę na boczku i

background image

poiłaś jakimś podłym cabernetem.
 

– Nie, to była paskudna węgierska kadarka – chlipię.

 

– I całe szczęście, bo szybciej się upiłem. A później jeszcze zjadłem całą 

bombonierkę, którą kupiłaś dla mamy – przypomina mi z zapałem Artur, więc zanim 
dojdzie do tego, że jeszcze później wszystko zwrócił i zaległ na kanapie, skąd nie ruszył 
się przez piętnaście godzin, rzucam do słuchawki: – To ja jadę. Wyjdziecie po mnie na 
przystanek?
 

– Jasne! Paweł, Mania do nas jedzie, robimy kolację i wkładamy krawaty – woła 

Artur do Pawła. – No to daj znać pięć minut wcześniej, wyjdziemy po ciebie, bo wiesz, 
kogoś tutaj ostatnio pobili.
 

Wcale nie jestem pewna, czy Paweł się ucieszy, bo jest trochę o Artura zazdrosny.

Tak na wszelki wypadek, z wielkiej miłości, ale bez powodu, bo przecież nie jestem 
żadną konkurencją: dyskwalifikują mnie nie tylko płeć i wiek, lecz – niestety – także 
wygląd, zwłaszcza dzisiaj. Na pewno lepiej bym się prezentowała w masce 
przeciwgazowej albo w kapeluszu pszczelarza. Ocieram łzy, pudruję nos, chwytam 
płaszcz i biegnę do autobusu.
 

Mieszkają na zadupiu, ale za to w przyjemnym wygodnym domu z ogródkiem i 

piwniczką pełną win, do której od razu schodzimy, żeby znaleźć trunek, który, jak mówi 
Artur, najlepiej zadziała na chandrę i łzy.
 

– Patrz: Château Bel-Air Pomerol – mówi z nabożeństwem – a to Drouhin 

Charmes-Chambertin Grand Cru z dwa tysiące ósmego roku, specjalnie dla ciebie.
 

– A mówiłeś, że na siedemdziesiąte urodziny twojej mamy – rzuca Paweł z 

przekąsem.
 

– Owszem, ale mam go więcej.

 

W piwniczce jest chłodno, ale przytulnie i cicho. Lubię jej zapach – to zapach 

tradycji, spokoju, umiaru, wieczności. Pod ścianami na stojakach, które Artur 
odziedziczył po ojcu, a ten z kolei po swoim ojcu, przedwojennym sommelierze, leżą 
dziesiątki, nie – setki, butelek z winem, głównie francuskim, ale są też wina hiszpańskie, 
włoskie, a od jakiegoś czasu także węgierskie, być może z sentymentu dla tamtej podłej 
kadarki. Przysiadam na dębowej beczce, znów ocieram łzy, tym razem łzy wzruszenia, 
które popłynęły mi z oczu, kiedy Pawełek, taktownie, wymienił cenę wina wybranego dla
mnie przez Artura, i unoszę kieliszek do ust. Nawet ja czuję różnicę między winem, które
piję na co dzień, a tym, którego nazwy, niestety, nie pamiętam.
 

– Zostańmy tutaj, co? – proszę Artura, bo czuję, że świat zewnętrzny nie ma 

pojęcia o istnieniu tego miejsca, więc mnie tutaj nie znajdzie.
 

– To wy siedźcie sobie w piwnicy, a ja zrobię kolację – mówi Paweł i wbiega po 

schodach na górę.
 

– Dzięki! – woła za nim Artur. – Maniu, co z tobą, przecież ty nigdy nie płaczesz.

 

Opowiadam, co się dzieje, znów chlipiąc – widocznie muszę wylać łzy uzbierane 

w ostatnich tygodniach. Słucha uważnie. Pijemy to nieprzyzwoicie drogie wino, na które 
na pewno nie zasługuję, i użalam się nad swoim losem.
 

– Może znajdziesz mi jakiegoś fajnego heteroseksualnego geja. Znasz kogoś?

 

– Nie, ale znam kilku biseksualistów.

 

– Nie, nie chcę, żeby facet mnie zdradzał i z kobietami, i z mężczyznami. Marcel 

zdradzał mnie tylko z kobietami i to było wystarczająco okropne.
 

– No to klops. A co z Marcinem?

background image

 

– E, koniec pieśni.

 

Jestem wdzięczna Arturowi, że daruje sobie komentarze w stylu Jolki: „i całe 

szczęście” albo „najwyższy czas”.
 

– Otworzysz następne? Może być tańsze, wystarczy za sto złotych – zapewniam 

bezczelnie, bo sama zaopatruję się w Biedronce. Artur zdejmuje ze stojaka kolejną 
butelkę wina. – Kto mnie tak dręczy?
 

– To kobieta – mówi z przekonaniem. – Wyczuwam w tej metodzie młodą 

kobietę. Zdesperowaną, smutną i zakochaną.
 

– We mnie? Niemożliwe. Co one we mnie widzą? A zresztą, mówisz tak, bo jesteś

gejem.
 

– Nieprawda, po prostu mam wyjątkową intuicję.

 

– Kobieta, mówisz. Kobieta… Daj spokój, tylko faceci mają tyle czasu, żeby tak 

bardzo angażować się w jakieś bezsensowne przedsięwzięcia.
 

– Chcesz powiedzieć, że zemsta nie ma sensu? Otóż niektórym ludziom dostarcza

ona takiej rozkoszy, że nic nie może się z nią równać.
 

– Skąd wiesz.

 

– Z literatury.

 

– Masz rację, hrabia Monte Christo, Konrad Wallenrod, Hamlet, Zorro, Jurand ze 

Spychowa, ksiądz Robak, Fredro, no, popatrz, sami faceci.
 

– Ale działali inną metodą, żadne tam wierszyki, liściki, pierdułki.

 

– Czy nie uważasz, że w życiu sens ma tylko śmierć?

 

W tym momencie Paweł zagląda do piwniczki i patrzy na mnie z politowaniem, a 

może ze współczuciem, już sama nie wiem.
 

– Nie złość się – proszę go na wszelki wypadek, bo boję się, że zacznie zrzędzić.

 

– Nie złoszczę się, tylko nie mogę znieść, kiedy ktoś jest nieszczęśliwy – 

odpowiada. – A w dodatku płacze i mówi o śmierci. Kolacja gotowa.
 

– Już idziemy – mówi Artur, zdejmując ze stojaka dwie butelki wina.

 

– Dasz radę? – pyta Paweł, widząc, jak nieporadnie próbuję zsunąć się z beczki, 

która, niestety, jest sporo wyższa niż standardowe krzesło.
 

Mam ochotę go ofuknąć, ale zmieniam zdanie i proponuję:

 

– A może zjemy tutaj, bo jak się teraz zabiję, wszyscy moi wrogowie umrą z 

rozkoszy, że sama zemściłam się na sobie. Zresztą, jak wiadomo, im trudniej z czegoś 
spaść, tym śmieszniej się spada. Kto to powiedział?
 

– Friedmann i Kofta – informuje Paweł i dodaje: – Niestety, ja nie cierpię zapachu

stęchlizny, a jeszcze bardziej rozmów o życiu.
 

– Ale my o życiu już sobie opowiedzieliśmy, teraz jesteśmy na etapie śmierci, 

właśnie opisuję Arturowi swoją urnę.
 

– A może jednak spróbujcie wdrapać się na górę.

 

– Dobrze, za chwilę – zapewniam go, po czym znów zaczynam marudzić, 

analizując swoje lekkomyślne życie.
 

Artur słucha tak, jak zalecają moje podręczniki.

 

– No i co? – Paweł po kwadransie znów woła ze szczytu schodów. – Czy jesteście

już na etapie wędrówki dusz i życia pozagrobowego?
 

– Nie, teraz przerzuciliśmy się na życie prenatalne. Opowiadam Arturowi, jak 

pochopnie zaszłam w ciążę, a właściwie w dwie – wyjaśniam i znów usiłuję zsunąć się z 
beczki, która na pewno jest wyższa niż wtedy, kiedy na niej siadałam.

background image

 

Paweł obserwuje moje poczynania, w końcu zaniepokojony pyta:

 

– Pomóc ci?

 

– Z przyjemnością – odpowiadam bez sensu, i szybko dodaję: – oczywiście moją, 

nie twoją.
 

Paweł wydaje z siebie przeciągły jęk, Artur się śmieje, a ja znów zaczynam 

płakać. I wszystko jest na swoim miejscu.
 

Ostatnia rzecz, jaką pamiętam z tego wieczoru, to błagalna prośba:

 

– Obiecajcie mi, że jak będziecie brać ślub, zostanę waszym świadkiem, 

zwłaszcza że zafundujecie mi wtedy fajną wycieczkę zagraniczną.
 

Docieram do domu w południe, z potwornym kacem. Nawet najdroższe 

francuskie wina nie chronią przed bólem głowy. Po co wydawać pieniądze! Wypijam 
dzbanek wody z cytryną i kładę się do łóżka. „Kobieta, zdesperowana, smutna i 
zakochana”, dudnią mi w skroniach słowa Artura. Muszę o tym powiedzieć Ance. 
Niestety, chyba zbyt wcześnie zwabiam ją w myślach, bo ledwie przykładam głowę do 
poduszki, dzwoni i mówi, że będzie za kilka minut.
 

– Co ci się stało? – pyta.

 

– Nic.

 

– Okropnie wyglądasz.

 

– Jakbyś wypiła dwie butelki wina, zalewając się przy tym łzami, wyglądałabyś 

tak samo.
 

– Może zadzwoń do swojego szwagra, a nuż przez telefon też zadziała.

 

– Tak, spróbuję.

 

Anka, nie przejmuje się moim opłakanym stanem i zaczyna od złych wieści.

 

– Ktoś wczoraj szedł za Laurą, kiedy spacerowała z psami. Nie wiem, czego 

chciał, ale ją wystraszył. Miał na głowie kaptur.
 

– Trudno się dziwić, jest zima – mówię z rezygnacją.

 

– Mój asystent go spłoszył. Kiedy zauważył, co się święci, podbiegł do nich, ale 

tamten uciekł, wsiadł do samochodu zaparkowanego sto metrów dalej i odjechał.
 

– Mnie jest już wszystko jedno. Nie mam siły – mówię.

 

– Nie możesz tak. Musisz ze mną współpracować – przypomina mi Anka nie po 

raz pierwszy.
 

– Staram się, ale, jak widać, bez skutku. Co z tą Moniką?

 

– Zdziwisz się.

 

– Nie zdziwię się. Mam kaca, a na kacu człowiek nie dziwi się, tylko jest 

zalękniony.
 

– Jej wcale nie chodziło o Marcela.

 

– Tak? A o kogo? Chyba nie o Kacpra, on był wtedy chłopcem i nigdy nie miał 

skłonności do starszych od siebie kobiet.
 

– Jej chodziło o ciebie.

 

Podrywam głowę, którą coraz częściej trzymam opuszczoną, żeby nie patrzeć na 

nieprzyjazny świat i nie widzieć wroga w każdej napotkanej osobie, i bezmyślnie 
wpatruję się w Ankę.
 

– O ciebie. Ona zakochała się w tobie. Wysyłała ci rozmaite sygnały, wypytywała 

Marcela. Pewnie dlatego wiedziała o tej myszce. Ale ty się nie domyśliłaś. On zresztą też 
nie. Była wściekła, że zadzwoniłaś do jej męża, kiedy ona, zakochana w tobie, walczyła 
właśnie ze swoją orientacją seksualną, znaczy się przestała walczyć, bo ulokowała w 

background image

tobie swoje uczucia, uważając, że spotkała odpowiednią kobietę, ale nie miała odwagi ci 
tego wyznać. Współczuła ci i nie mogła zrozumieć, dlaczego z nim jesteś: ty, taka 
fantastyczna kobieta, z takim dupkiem – relacjonuje Anka z większym niż zwykle 
zaangażowaniem.
 

– Powiedziała, że fantastyczna?

 

– Aha.

 

Całe szczęście, że mam kaca i słowa Anki docierają do mnie z oddali, w 

zwolnionym tempie. Kiedy milknie, nadal je analizuję, przekonana, że coś źle 
zrozumiałam albo śnię. Anka też się nie odzywa, siedzi zadumana i wzdycha, rysując na 
kartce esy-floresy, co kompletnie do niej nie pasuje.
 

– O czym myślisz? – pytam w końcu.

 

– O tym samym co ty: że fajnie byłoby mieć żonę.

 

– Szkoda, że się nie zorientowałam, bo może stworzyłybyśmy szczęśliwy związek

i moje dzieci miałyby dwie troskliwe matki. I mogłybyśmy pojechać za granicę, żeby 
wziąć ślub. Jest wolna?
 

– Nie wiem. Szybko opowiadaj o innych kobietach, a potem o swoich 

mężczyznach. Mnie też już męczy, że to tyle trwa. Wciąż mam wrażenie, że albo o czymś
ważnym zapominasz, albo trzeba iść innym tropem, ale, niestety, musimy najpierw 
wyeliminować te prawdopodobne, lecz fałszywe.
 

– Było tych kobiet trochę, ale romanse Marcela trwały dość krótko i o większości 

nie miałam pojęcia. Dowiadywałam się o nich po latach. Byłam tak zapracowana, że nie 
miałam czasu zajmować się bzdurami. Zapamiętałam głównie Monikę, jak widać nie bez 
powodu. Resztę znałam tylko z imion. Naprawdę.
 

– A po waszym rozstaniu?

 

– Chyba nie sądzisz, że wiem coś o romansach Marcela z tego okresu. To już nie 

moja sprawa, tylko jego konkubin.
 

– Ale mnie chodzi właśnie o konkubiny. Coś chyba o nich wiesz, zwłaszcza że 

Laura bywała u ojca.
 

– Tak, ale nie mówiła o tych wizytach. Tej pierwszej, Ewy, Laura nie lubiła, 

zresztą z wzajemnością. Trudno się dziwić, miała żal do ojca, że tak szybko po odejściu 
zamieszkał z inną kobietą, w dodatku niewiele starszą od niej. A poza tym uważała, że 
ona poluje na jego pieniądze. Laura rzadko tam chodziła, a kiedy już całkiem wpadła w 
narkotyki, to głównie po to, żeby wyciągnąć od ojca pieniądze albo coś mu wynieść z 
domu. Ze dwa razy zadzwonił, że coś mu zginęło i że podejrzewa Laurę. Miał do mnie 
pretensję i powiedział, żebym koniecznie coś z tym zrobiła, bo on nie zgadza się na to, 
żeby jego córka kradła. Ich związek trwał półtora roku. Nie znam szczegółów, ale ktoś mi
mówił, że z dnia na dzień kazał się Ewie wyprowadzić.
 

– Czy ona uważała, że to przez Laurę albo przez ciebie?

 

– Nie wiem, może. Laura się nie zmartwiła, to pewne. Niestety, w tym czasie 

miałyśmy słaby kontakt, coraz częściej znikała z domu. Nie rozmawiałyśmy. 
Przychodziła tylko po to, żeby się wyspać. – Nagle przeżywam chwilę olśnienia.– 
Słuchaj, już wiem, skąd znam nazwisko Kozicka! Ta Ewa miała siostrę, Beatę Kozicką, 
chyba przyrodnią, bo nosiły inne nazwiska. Laura kiedyś wymieniła to nazwisko. Ale 
czemu tobie o tym nie powiedziała?
 

– A pytałyśmy ją o Beatę Kozicką? Chyba jednak nie ma takiej zasady, że należy 

mówić o czymś na wyrost. Nie wiedziała, że to ważne. Obecna.

background image

 

– Co obecna?

 

– Konkubina, jak to nazywasz.

 

– Żona – poprawiam Ankę. – Sylwia. Nic o niej nie wiem. Widziałyśmy się dwa 

razy na ślubach dzieci wspólnych znajomych. Marcel przedstawił nas sobie, ale nie 
rozmawiałyśmy. Byłam zaproszona na oba wesela, ale nie poszłam. Nie miałam z kim, 
taka sytuacja była dla mnie bardzo krępująca. Czułabym się jak porzucona żona i 
podejrzewałabym wszystkich, że szepczą za moimi plecami: jaka biedna, jaka stara, jaka 
gruba…
 

– Nie miałaś z kim? Przecież spotykałaś się z Marcinem.

 

– Tak, ale on nie chciał uczestniczyć w takich imprezach, a poza tym w weekendy

był u siebie, w Lublinie. Byliśmy kochankami z doskoku. Mnie to coraz bardziej 
odpowiadało, bo skoro nie miałam z niego pożytku w razie imprez czy wyjazdów, to nie 
chciałam też rezygnować z wolności. W przeciwieństwie do Marcela był typem 
samotnika, nie przepadał za życiem towarzyskim. Czasem Artur chodził ze mną na 
przyjęcia, ale akurat pojechał po wino do Francji.
 

– Artur?

 

– Mój przyjaciel gej, to u niego spędziłam dzisiejszą noc. W piwnicy. Na beczce, 

z której nie umiałam zejść…
 

– Dość! – krzyczy Anka. – Naprawdę już dość – dodaje szeptem. – I weź się w 

karby, bo czekają nas trudne dni. Mam zamiar spotkać się z Marcinem. Uprzedź go o 
tym. Lecę. I zrób coś z molami zbożowymi.
 

– I z ubraniowymi… – dodaję.

 

– Ubraniowe też masz? – pyta z obrzydzeniem.

 

– Owszem. Walczę z nimi, ale bez efektu. Musiałam je odziedziczyć po 

poprzednim właścicielu. Już przywykłam, tylko trochę mi wstyd, jak ktoś mnie 
odwiedza, a te towarzyskie cholery wylatują, żeby się przewietrzyć, jak teraz.
 

– Kup przynętę, są jakieś plastry. I pamiętaj, masz się zastanowić, co w 

przeszłości mogło się wydarzyć o tej porze roku. On zapowiada, że niebawem coś się 
stanie. Niech Jolka ci pomoże, to mogłoby nas do niego doprowadzić.
 

– Pomyślę – zapewniam ją, ale ani trochę nie wierzę, że przypomnę sobie jakieś 

ważne daty.
 

background image

 Rozdział czwarty

 

Kiedyś przygotowania do świąt zaczynały się na początku grudnia, aż do tej pory 

człowiek miał spokój i umierał z nudów. Nie to, co teraz: witryny sklepowe i reklamy już
od października straszą, że najwyższy czas pomyśleć o prezentach gwiazdkowych. 
Ludzie dzielą się na tych, co kochają święta, i tych, co ich nie cierpią, i jest też spora 
grupa takich, którym są mniej czy bardziej obojętne, i albo wyjeżdżają, albo urządzają je,
żeby tradycji stało się zadość. W dzieciństwie należałam do tej pierwszej grupy, potem do
trzeciej, po ślubie przeszłam do drugiej, a po rozwodzie wróciłam do trzeciej. Teraz mam 
szansę znów zasilić pierwszą. Podobno na liście wydarzeń, które wywołują największy 
stres, święta zajmują jedną z czołowych pozycji. Chyba dlatego, że przy jednym stole 
często zasiadają ludzie, którzy za sobą, delikatnie mówiąc, nie przepadają. Wiem coś na 
ten temat. Przypomina mi się mój nabzdyczony teść wypowiadający głębokie prawdy o 
życiu, zwłaszcza o życiu kobiet, na którym znał się jak nikt: „Miejsce kobiety jest w 
kuchni, he, he, he”, „Całe zło przez ten feminizm”, „Kobietom poprzewracało się w 
głowach”, „Oj, Marysiu, ile jest noblistek, no ile? Nawet nie warto liczyć”. Przed 
świętami mój mózg rzeczywiście kurczył się i przechodził w stan spoczynku. Wiedział, 
co go czeka: huczne obchody zbliżających się narodzin Jezuska, w których Marcel przez 
dwa tygodnie (taka firma, siaka firma) będzie brał aktywny udział, a na koniec coroczny 
uprzejmy komentarz teścia na temat prezentu, który od nas dostawał (a właściwie ode 
mnie, bo Marcel nigdy nie zajmował się bzdetami): „A na co mi kolejny krawat?”, „Wy 
chyba macie za dużo pieniędzy, że je wyrzucacie na taką drogą whisky, która niczym nie 
różni się od bimbru”, „Pasek, świetnie, mam ich dziesięć”. Każdej kobiecie szczerze 
radzę, żeby przed zamążpójściem przyjrzała się swojemu przyszłemu teściowi, bo a nuż 
w porę się rozmyśli. Mieliśmy tylko jedną normalną rozmowę. Odwiedził mnie jakiś czas
po tym, jak Marcel się wyprowadził, i natychmiast, jakby obawiał się mojej reakcji, 
zapewnił, że o nic mnie nie obwinia – jeszcze tego brakowało, pomyślałam – i bardzo 
żałuje, że tak się stało. „Wiesz, chyba byłem marnym ojcem”, powiedział, kiedy 
parzyłam herbatę. Nie zaprzeczyłam, więc było dla niego oczywiste, że zgadzam się z tą 
opinią. „I marnym mężem” – znów nie zaprzeczyłam. Jego żona nie zdążyła zostać moją 
teściową, bo umarła kilka lat przed naszym ślubem. Prawdopodobnie ze zgryzoty. 
„Władzia nie miała lekkiego życia, oj nie”. I tak przez godzinę biczował się, coraz 
bardziej skruszony, a ja cały czas milczałam. Wreszcie odważyłam się spytać, jaki jest cel
jego wizyty. „Chciałbym, żebyś przekonała Marcela do powrotu. Może wasze 
małżeństwo uda się naprawić. Przecież on cię kocha, Marysiu, tylko nie umie tego 
okazać. Będzie mi brakowało naszych świąt. I w ogóle was. Rodzina powinna trzymać 
się razem. No i Laura potrzebuje ojca” – zanim zdążył się rozkręcić, przypomniałam mu, 
że po pierwsze, dzieci miały ojca wystarczająco długo, żeby zdążył zaspokoić ich 
potrzebę rodzicielskiej troski, a po drugie, że ten ojciec nadal żyje, więc nadal może się 
nią wykazywać. Nie wiem, skąd wzięłam tyle odwagi. Nigdy nie komentowałam jego 
wypowiedzi, nigdy się z nim nie spierałam: uznałam, że zaciskając zęby, można od czasu 
do czasu zdzierżyć niedzielne i świąteczne męki. Ale teraz już nic nie muszę. Już 
żadnych wspólnych świąt, a Laura – jeśli chce – niech odwiedza dziadka. Zresztą robi to, 
bez entuzjazmu, ale robi. Żal mi go, jest bardzo samotny, ale nie potrafię się przemóc. Z 
tego, co wiem, w czasie świąt tuła się po znajomych albo jedzie do siostry na wieś, teraz 
ją pewnie poucza, gdzie jest miejsce kobiety, i opowiada o straszliwym spustoszeniu, 

background image

jakie sieje feminizm. A może przestał, kto wie? W każdym razie obecna żona Marcela na 
pewno nie daje sobie w kaszę dmuchać i gwiżdże na tak zwane kobiece obowiązki – 
oboje wyjeżdżają na święta, a także na weekendy. Kiedy zbliżały się pierwsze święta po 
naszym rozstaniu Marcel jeszcze do mnie zadzwonił z prośbą, żebym zaprosiła ojca na 
Wigilię, ale, zgodnie z prawdą, powiedziałam, że nie urządzam świąt, po czym, chyba 
bez potrzeby, dodałam, że to dorosłe dzieci powinny zadbać o swoich starych rodziców. 
Mama mnie za to ofuknęła: „Mogłaś sobie darować!”.
 

Tymczasem nasze tegoroczne święta zapowiadają się przyjemnie i licznie. Kacper

wreszcie dał znać, że przyjadą. Wigilię spędzą z nami, a resztę świąt u rodziców Kasi pod
Warszawą. Na sylwestra pojadą do Zakopanego, a stamtąd wrócą do Berlina. Niewiele 
tego, ale na początek wystarczy. Postanowili spać u babci, która ma większe mieszkanie. 
Ale mnie się wydaje, że to raczej ze względu na Kasię, która może się czuć niezręcznie. 
Ja też uważam, że to dobre rozwiązanie, bo mama jest osobą nienarzucającą się i 
bezkonfliktową. Sama to zaproponowała, widząc, jak się miotam. I powiedziała, że chyba
ja bardziej – na zapas – boję się swojej synowej niż ona mnie.
 

To już pewne, że znów pognam po prezenty gwiazdkowe w ostatniej chwili, bo 

głowę nadal mam zajętą wrogiem, który nie odpuszcza i chętnie panoszyłby się po moim 
mieszkaniu, zostawiał mi róże i myszki, ale ja po pierwsze, wymieniłam zamek, po 
drugie, zawsze zamykam drzwi, co stało się już moją obsesją. Gdyby Koterski chciał 
nakręcić damską wersję Dnia świra, mógłby mnie spokojnie obsadzić w roli głównej 
albo przynajmniej poprosić o konsultację. W niczym nie ustępuję Adasiowi 
Miauczyńskiemu, a pod pewnymi względami na pewno biję go na głowę.
 

Wychodząc rano na szkolenie, spotykam panią Dzięciołową, która wybiera się 

chyba na zakupy, bo trzyma wózeczek, jakiego używają starsi ludzie, żeby nie dźwigać. 
Najchętniej wycofałabym się do mieszkania, udając, że czegoś zapomniałam, ale 
przypominam sobie, że Anka powierzyła mi trudne i chyba niewykonalne zadanie: mam 
państwa Dzięciołów do siebie zaprosić.
 

– Dzień dobry. O ósmej po zakupy? – Posyłam jej najmilszy i najbardziej 

fałszywy z moich uśmiechów.
 

– Tak – odpowiada spłoszona ze wzrokiem wbitym w posadzkę.

 

Pewnie jej głupio, że mąż tak błaznuje, bo trudno to inaczej nazwać. Trzeba kuć 

żelazo póki gorące, nie tylko ze względu na polecenie Anki: naprawdę doskwiera mi, że 
są na mnie obrażeni. W dodatku z tak błahego powodu.
 

– A może jednak któregoś dnia wypijemy kawę – proponuję niepewnie, co, 

niestety, ma niewiele wspólnego z kuciem gorącego żelaza.
 

Dzięciołowa oblewa się rumieńcem i zaczyna dukać, że są zajęci, mąż ma grypę, 

a w dodatku spodziewają się wizyty wnuczki, która odwiedza ich trzy razy w tygodniu.
 

– Niekoniecznie dzisiaj. Może być za kilka dni, u mnie.

 

– Tak, tak, powtórzę Gieniowi.

 

To zdrobnienie ani trochę nie pasuje do zacietrzewionego Dzięcioła, który ma 

zamiar już do końca świata mnie unikać albo mijać z chłodnym i wyniosłym „dzień 
dobry”.
 

Niepomna instrukcji Anki, karteczkę, która tkwi za wycieraczką samochodu, 

ostentacyjnie drę bez czytania, na wypadek gdyby mój wróg skądś mnie obserwował. 
Wciąż mam uczucie, że mnie śledzi, co podobno w takich sytuacjach jest zupełnie 
normalne. „Tak się czuje każdy, kto ma sekretnego wroga”, twierdzi Anka. Strzępki 

background image

papieru wkładam do kieszeni płaszcza. Najchętniej rzuciłabym je na betonową posadzkę, 
ale skoro oburzam się, kiedy ktoś śmieci albo nie sprząta po swoim psie, sama też nie 
mogę zachowywać się jak barbarzyńca.
 

Nie widzieliśmy się z Miechem od tamtej nieszczęsnej kolacji. Chyba wychodzi z

firmy przed końcem szkolenia. Teraz to on mnie unika. Nasza rozmowa rzeczywiście 
była niefortunna, może mu wstyd albo obraził się, jak Dzięcioł, za to, że bez entuzjazmu 
zareagowałam na jego propozycję. Ale przecież wyjaśniłam dlaczego. Cały czas mam 
niesmak po tym wieczorze. Rozmawialiśmy sobie bezinteresownie, czuliśmy do siebie 
sympatię, a on wyrywa się z takim pomysłem. Właściwie nie znając mnie. I mam 
wykładać kasę na jego wydawnictwo. Wariactwo. Postanawiam nie zamartwiać się 
Miechem, tylko całą swoją wolną energię skupić na tym, żeby do Wigilii uwolnić się od 
MAO, co oznacza, że powinnam mocniej wesprzeć Ankę. Naprawdę nie mam zamiaru 
wchodzić w nowy rok z kłopotami. Ani z papierosami – obiecuję sobie solennie – i na tę 
myśl szybko wychodzę na balkon. Po chwili naprzeciwko pojawia się „mój palacz”. Jak 
zwykle machamy do siebie w ciemnościach. A potem on wykonuje dziwne, chaotyczne 
ruchy papierosem. Po co on tak macha? Wygląda to, jakby oganiał się od osy. W końcu 
domyślam się, że żarem pisze coś w powietrzu drukowanymi literami, które natychmiast 
znikają, więc niełatwo je przeczytać. Mimo wszystko próbuję. Na próżno. Macham 
gwałtownie, dając mu do zrozumienia, że nie zdążyłam. To naprawdę trudne, bo litery 
trzeba pisać odwrotnie, chyba tak, jakby to było ich lustrzane odbicie. W końcu wiem! 
IMIE?, pyta palacz. Odpowiadam: MARIA TY? On: MAKS. Mój papieros gaśnie, więc 
wracam do mieszkania. On chyba się nudzi, skoro tak na mnie czatuje i pojawia się na 
balkonie, ilekroć wychodzę na papierosa. A może mnie śledzi? Ponieważ ostatnio 
zrobiłam się wyjątkowo podejrzliwa, ta hipoteza wydaje mi się całkiem prawdopodobna. 
Czy powinnam Ance powiedzieć o tych spotkaniach na balkonie? E tam, Maks – ładne 
imię – po prostu dużo pali. Tkwię nad szkoleniem, nie mogąc się skupić, kiedy dzwoni 
Michał.
 

– Kłopoty… – rzuca do słuchawki bez żadnego „cześć” albo „witaj”.

 

– Tylko błagam, nie mów, że masz…

 

– Powiem: mam żonę i małe dziecko.

 

– Co znów zrobiłam? – pytam obojętnie, nie odrywając wzroku od ekranu.

 

– Janusz nie dostał ankiet z dwóch szkoleń i zaczął dociekać dlaczego. 

Dowiedział się, że prowadziłaś jakieś warsztaty dla wolontariuszy, i się wściekł.
 

– Ale dlaczego? Były bardzo udane.

 

– Zrozum, my się na tym nie znamy. Powinnaś to z nim skonsultować.

 

– Nie mogłam, Miech mnie zaskoczył, i do głowy mi nie przyszło, że to może 

nam zaszkodzić.
 

– Może, może, chodzi o profesjonalizm. Nie mamy takiego programu, 

podręczników i nie wiemy, tak naprawdę, na czym polega wolontariat. Konkurencja 
może to wykorzystać przeciwko nam.
 

– Wiesz co, mam to w… – milknę, żeby się nie wyrażać. – Jestem zmęczona, 

niewyspana i śmiertelnie znudzona. Trudno, sprzedam wszystko, co mam, na przykład 
kolekcję znaczków mojego ojca, która jest warta z pięćdziesiąt tysięcy, i wyjadę na…
 

Rozmowa przybiera nieoczekiwany obrót, bo Michał przerywa mi i zadaje 

głupawe pytanie:
 

– Jak to? Twój ojciec zbiera znaczki?

background image

 

– Zbierał, bo od dawna nie żyje.

 

– A jak on się nazywał?

 

– Jan.

 

– Ale na nazwisko.

 

– Teleszko.

 

– Ty jesteś z domu Teleszko?

 

– Owszem, Teleszkówna, a dlaczego pytasz?

 

– Dziewczyno, nazwisko twojego ojca wśród filatelistów do dzisiaj jest legendą. 

Wiem, bo kolekcjonuję znaczki. On miał wybrakowanego Belgijczyka.
 

– Belgijczyka? Mówi się Belga. A u nas nigdy nie było żadnego Belga.

 

– Nie, my tak nazywamy ten znaczek, może niepoprawnie, ale nie o to chodzi. 

Jest bardzo cenny, dla jednego z nich podobno kiedyś kogoś zamordowano.
 

– Michał, czy ty sugerujesz, że ktoś może chcieć zamordować mnie albo moją 

matkę z powodu znaczka?
 

– No coś ty! Trochę się podjarałem, przepraszam, ale rzeczywiście jest wart kupę 

forsy. Naprawdę chcesz je sprzedać?
 

– No wiesz, podobno mają sporą wartość, a skoro Janusz chce mnie wywalić z 

roboty, to kto wie.
 

– Od razu wywalić. Jak zwykle, tylko zmyć ci głowę. Bo zawsze coś ci do niej 

strzeli.
 

– Nie mnie, tylko Miechowi. To był jego pomysł, i nie zapominaj, że to on płaci.

 

– Ja cię tylko uprzedzam, bo nie chcę, żebyś czuła się zaskoczona. A swoją drogą,

co to za dziki pomysł z tymi wolontariuszami?
 

– Nie uważam, że dziki, my też moglibyśmy czasem zrobić coś za darmo albo 

chociaż półdarmo. I mam zamiar zaproponować to Januszowi. – W tym momencie 
uświadamiam sobie, że pomysł wcale nie jest absurdalny i wystarczy zręczna 
argumentacja, żeby Janusz go chwycił, więc zapewniam Michała: – Będzie zachwycony.
 

– Boże, kobieto, opamiętaj się, zupełnie jakbyś nie wiedziała, po co człowiek 

prowadzi firmę.
 

– Nie opamiętam się, a poza tym nam, trenerom, też przyda się od czasu do czasu 

przemówić bardziej ludzkim głosem – zapewniam z przekonaniem.
 

– Rób, jak uważasz. Ale tak za darmo? Pokażesz przy okazji te znaczki?

 

– Nie, są u mamy.

 

Ciekawe, Marcel też kolekcjonował znaczki, nie sądziłam, że to nadal tak 

popularne hobby. W dzieciństwie zbieraliśmy znaczki i zapałczane etykietki, fotosy i 
sreberka po czekoladkach. Ale żeby dorośli mężczyźni… Niesłychane! I w dodatku 
Michał mówił o jakimś cennym Belgijczyku. Co to znaczy cenny? I czy mama o tym 
wie? Dzwonię do niej, żeby o to spytać.
 

– Tak, wiem, że są cenne, przecież żyliśmy w biedzie nie dlatego, że twój ojciec 

kolekcjonował znaczki, ale dlatego, że kolekcjonował cenne znaczki. Trzymam je dla 
was na czarną godzinę.
 

– Było już dziesięć czarnych godzin.

 

– Ty chyba nie wiesz, co to znaczy czarna godzina. Czarna godzina, moja droga, 

to… A zresztą, nie musisz tego wiedzieć.
 

– I są bardzo cenne…

 

– Tak. Dopiero przed śmiercią Janka zrozumiałam, że chciał nas w ten sposób 

background image

zabezpieczyć. Kiedy po zawale odzyskał na krótko przytomność, powiedział bardzo 
słabym głosem, Boże, jaka to była straszna chwila, nagle sobie uświadomiłam, że mogę 
go stracić, no więc powiedział: „Nie oddawaj ani nie pokazuj nikomu znaczków. Są 
bardzo cenne. W razie czego zgłoś się do Zbyszka Barcika”. Popłakałam się, bo tyle lat 
wierciłam mu dziurę w brzuchu, a on nie chciał nas zostawić w biedzie. Pierwszy zawał 
miał przed czterdziestką.
 

– I mimo to palił.

 

– Ty też palisz.

 

– Ale nie miałam zawału.

 

– Co to za argument?

 

– I trzymasz je w domu?

 

– A gdzie mam trzymać?

 

No niby tak, gdzie ma je trzymać?

 

– Ale może byś je sprzedała i trochę pożyła, na przykład wyjechała na wycieczkę.

Są pewnie warte z pięćdziesiąt tysięcy.
 

Nie widzimy się, ale mam wrażenie, że patrzy na mnie ze zgrozą, jakby nie mogła

uwierzyć, że jestem jej córką. No tak, może propozycja nie była stosowna. Ktoś, kto w 
dzisiejszych czasach ceruje rajstopy, nie będzie wyrzucać pieniędzy na zagraniczne 
wojaże.
 

– Na wycieczkę to ja się wybieram, ale inną.

 

– Mamo, nie zaczynaj.

 

– A poza tym on trzymał je dla nas, a ja trzymam je dla was. A nuż przydadzą się 

tobie albo dzieciom. Wiesz, dzisiaj traci się pracę z dnia na dzień i jest wielkie 
bezrobocie.
 

– A wiesz, czasem chciałabym stracić pracę z dnia na dzień, bo przynajmniej 

musiałabym się rozejrzeć za inną.
 

– No to jak ją już stracisz, o co najwyraźniej się starasz, daj mi znać. Słuchaj, była

u mnie Laura. Mnie się wydaje, że coś ją gnębi. Mam nadzieję, że trzymasz rękę na 
pulsie.
 

– Tak, tak, drobne kłopoty, nic poważnego.

 

– Ale chyba nie poznała jakiegoś palanta, jak nazywasz mężczyzn szczególnego 

pokroju.
 

– Nie, według mnie już wyrobiła normę i trzyma się od nich z daleka. Nie martw 

się.
 

– Ale gdyby potrzebowała tych znaczków, to można by…

 

– Mamo, dzięki, w razie czego ci powiem. Tymczasem Laura doskonale sobie 

radzi, lubi swoich staruszków, oni ją wręcz uwielbiają, więc się nie wtrącajmy. Przyjdzie 
na to czas.
 

– Tylko żeby nie było za późno.

 

– A dlaczego miałoby być za późno? – pytam zdziwiona. – Na pieniądze nigdy 

nie jest za późno, co najwyżej, przynajmniej w wypadku dzieci, może być za wcześnie.
 

– Co innego miałam na myśli. Tylko się nie złość. – Mam już pewność, że powie 

coś, co mnie strasznie wkurzy. – Bo wiesz, jakiś czas temu… nie mówiłam ci o tym, 
miałaś tyle spraw na głowie. I w ogóle trudno było dogadać się z tobą. Kiedyśmy 
spacerowały po parku, byłaś zamyślona i nie odpowiadałaś na moje pytania. A tamtego 
dnia, to był jedenasty listopada, ktoś ich u mnie szukał.

background image

 

– Nic nie rozumiem. Czego szukał?

 

– Znaczków. Po powrocie do domu zastałam drzwi otwarte, a ja w 

przeciwieństwie do ciebie zamykam drzwi, i w pokoju panował straszny rozgardiasz.
 

– I ty tak spokojnie o tym mówisz?

 

– Przecież nic się nie stało. No więc mieszkanie wyglądało tak jak twoje, kiedy 

czegoś szukasz, a ty często czegoś szukasz, bo wciąż coś ci ginie. W pierwszej chwili 
pomyślałam, że jakiś włamywacz szukał pieniędzy albo kosztowności, ale nie: na stole 
leżała cała moja emerytura – nic dziwnego, myślę, raptem tysiąc złotych – a perły i 
pierścionki od Róży, bo ona zawsze wszystkim dzieliła się ze mną, na toaletce obok 
lustra. Nic nie brakowało. Wezwałam policję, obiecali się tym zająć, a potem Mietka, bo 
to już jedyny żyjący mężczyzna, jakiego znam, żeby mi założył jakiś porządny zamek. 
Aha, muszę ci koniecznie dać klucz. I on od razu wiedział: „Helenko, przecież ktoś 
szukał znaczków Janka”.
 

Słucham jej z rosnącym zdumieniem. Jak to możliwe, że nic mi nie powiedziała? 

Przecież grozi jej niebezpieczeństwo. Dlaczego własna matka i córka ukrywają przede 
mną ważne informacje? Myślałam, że tylko ja to robię, żeby ich nie martwić… Wreszcie 
odzyskuję głos.
 

– Mamo, nie wiadomo, czego ten ktoś szukał, ale wolałabym, żebyś na jakiś czas 

zamieszkała u mnie. Dopóki to się nie wyjaśni.
 

– O, nie ma mowy. Mam teraz solidny zamek i łańcuch, a Mietek codziennie 

dzwoni, nawet po trzy razy, i odwiedza mnie. A znaczki dobrze schowane, nikt ich nie 
znajdzie, nawet ty. Możesz być tego pewna.
 

– Słuchaj, muszę to wszystko przemyśleć, bo jestem oszołomiona. Nic nie 

rozumiem.
 

– Dobrze, ale nie martw się, kochanie. Matka sobie radzi.

 

– Nie, nie martwię się, przecież nie mam żadnego powodu do zmartwień.

 

Czyli wróg uparł się na całą moją rodzinę. Nie sposób tego ogarnąć: ja, potem 

Laura, a teraz mama. Zastanawiam się, czy to dwie osobne sprawy, czy może jedna: czy 
ten, kto z takim uporem straszy mnie od początku października, jest zarazem 
poszukiwaczem znaczków ojca? Ale skąd pewność, że szukał właśnie ich? Na wszelki 
wypadek relacjonuję Ance rozmowę z mamą i proszę, żeby wpisała na listę pana Mietka, 
który z miejsca wydał mi się podejrzany.
 

– Co za rodzina – mamrocze Anka pod nosem. – Na razie nie wiem, co z tym 

zrobić. Te sprawy rzeczywiście mogą mieć związek, ale nie mam pojęcia jaki. Aha, 
jeszcze jedno: kto to jest ciocia Róża? Czy uważasz, że mogę ją wykreślić?
 

– Jasne, przecież nie żyje.

 

– Maniu, ja naprawdę jestem twardą kobietą, trzy razy omal mnie nie zabili, 

uprawiam karate i skułam kajdankami niejednego bandziora, ale ty będziesz pierwszą 
osobą, która mnie wykończy.
 

– A co ja takiego zrobiłam?

 

– Wpisałaś na listę ducha.

 

– Ale ciocia Róża nie jest zwykłym duchem.

 

– Wykreślam ją, a ty mi o niej opowiesz, jak już będzie po wszystkim. A teraz 

pozwól mi działać, bo zaczynam mieć dość tej sprawy.
 

No to się doigrałam, nawet Anka, taka twarda kobieta, straciła do mnie 

cierpliwość. Szkoda, że nie pozwoliła mi opowiedzieć o cioci Róży. Przecież nie bez 

background image

powodu ją wpisałam. Nie jestem głupia. Zresztą Jolka, mimo wątpliwości, też w końcu 
uznała, że ciocia Róża zasłużyła sobie na honorowe członkostwo w klubie podejrzanych, 
bo zanim odeszła tam, gdzie jej miejsce – do raju, ciągle mnie nawiedzała. Najpierw po 
to, żeby przypomnieć, jak w bajkach – „pomnij, coś mi obiecała” – że przyrzekłam 
zabrać do siebie jej kota Lunatyka – imię stąd, że chodził przez sen, widziałam to na 
własne oczy – a potem jej duch straszył mnie za to, że oddałam go w dobre ręce. 
Tłumaczyłam jej: „Ciociu, przecież mnie całymi dniami nie ma w domu, często 
wyjeżdżam, oddałam Lunatyka w najczulsze ręce. Czy ty wiesz, jakie on ma sielskie 
życie u Koseckich? Lepsze niż u ciebie. A poza tym Kosecki jest weterynarzem, 
wprawdzie na emeryturze, ale jednak. Gdybyś ty miała za męża kardiologa, też byś 
jeszcze pożyła. Lunatyk skonałby u mnie z nudów, a może nawet z głodu, bo ja już 
odwykłam od kotów i cały czas pracuję. I musiałby się tułać po różnych domach, kiedy 
wyjeżdżam, więc przestań mnie nachodzić i odpoczywaj w pokoju, bo na to zasłużyłaś”. 
Ona jednak nie posłuchała. Po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z duchem i 
uwierzyłam, że po zmarłych zostaje na ziemi, po której ja oczywiście „mocno stąpam”, 
jakaś aktywna energia. Energia cioci Róży była superaktywna. Raz przestawiła mi 
książki na półce, to znów przewiesiła obrazy: martwą naturę z buciorami zamieniła 
miejscem z mazurskim pejzażem, który dostałam od Weroniki. Chociaż, trzeba przyznać, 
że nie bałam się ani przez chwilę. Ciocia nawet za życia nigdy nikogo nie skrzywdziła, a 
co dopiero po śmierci. W końcu rozproszyła się we wszechświecie. A wtedy zaczęła mnie
straszyć MAO. I niestety, czasem nachodzi mnie niedorzeczna myśl, że to nadal ciocia 
Róża, chociaż trudno uwierzyć, że mogłaby mnie wyzywać od suk i zdzir i układać 
wierszyki. Nie wiadomo jednak, jak po śmierci zmienia się charakter człowieka. Może 
ktoś miły i łagodny staje się nagle agresywny? I na odwrót.
 

Tymczasem Anka zaczyna wypytywać o Weronikę, co wydaje mi się całkowitą 

stratą czasu, ale już nie protestuję, bo wiem, że nic nie wskóram.
 

– Mieszka na Mazurach w drewnianym domu. Latem…

 

– Wiem, wiem, opowiedz, jaka była kiedyś.

 

– Trochę inna, zmieniła się pod wpływem Bartka. To była wielka miłość. 

Przedtem hippisowała, paliła trawkę i słuchała Janis Joplin. Wszystkie zresztą jej 
słuchałyśmy i chciałyśmy wyglądać jak ona. Miałyśmy skołtunione włosy i ćwiczyłyśmy 
chrypkę. Weronika chodziła na wagary, co matce i babci, z którymi mieszkała, spędzało 
sen z powiek, zadawała się z próżniaczym, wesołym towarzystwem, którego strasznie jej 
zazdrościłyśmy, ale nie miałyśmy odwagi do nich dołączyć. To byli sympatyczni ludzie, 
ale bałam się ich. Zresztą o dziewiątej wieczorem ukazywały mi się przed oczyma 
zatroskane twarze moich rodziców, którzy na mnie czekają, i wracałam grzecznie do 
domu. A tamci po nocach grali na gitarach, palili trawkę i nie chodzili do szkoły albo, tak 
jak Weronika, chodzili sporadycznie, żeby na samych trójczynach zdać do następnej 
klasy. Nie wiem, jak ona dostała się na filologię klasyczną. A dlaczego pytasz o 
Weronikę? Ona jest najbardziej pozytywną osobą, jaką znam. Bez wad. Istny ideał.
 

– Jak umarł jej mąż? – pyta, ignorując moje obawy.

 

– Wypadek w Karpatach rumuńskich. Niestety, nie znam szczegółów, urwana lina 

albo czyjaś nieostrożność. Proszę, nie wciągaj w to Weroniki.
 

– O nic jej nie podejrzewam – zapewnia Anka, po czym jednak zaprzecza temu: – 

„Żeby zrozumieć czyn, szukaj motywu”, radzi Ajschylos.
 

– Nie, to Arystoteles. Ajschylos to ten od żółwia.

background image

 

– Aha, może i tak. Tylko sprawdzam. Przecież wiesz, że każdego. Nawet Jolkę.

 

– Naprawdę wolałabym, żeby to była Jolka, chociaż ją kocham. Weronika nie ma 

motywu. Znam ją.
 

– Co ty powiedziałaś? Od żółwia?

 

– No tak, sęp albo orzeł, już nie pamiętam, wypuścił żółwia ze szponów, bo 

myślał, że łysa głowa Ajschylosa to kamień…
 

– Przepraszam cię, właśnie sobie o czymś przypomniałam, muszę to sprawdzić, 

ale wrócimy do tej rozmowy.
 

Nic nie rozumiem i już dawno zaplątałam się w gęstej sieci, którą Anka tka, 

prowadząc śledztwo. Zaczynam się bać najwierniejszych przyjaciół, bo u każdego w 
końcu udaje mi się znaleźć jakiś motyw albo chociaż motywek. Ja też, gdyby mi odbiło, 
mogłabym chcieć się zemścić na kilku osobach: Szekspirze, Sławku, Kubie, Jolce i 
Baśce, a nawet na moich dzieciach, nie mówiąc już o Marcelu. Ale gdyby ten mechanizm
był taki prosty, świat stałby się sceną krwawej rzezi. Odbija komuś, a jak wiadomo 
każdemu się zdarza, i zaczyna nękać albo nawet morduje upatrzoną osobę. Żeby jednak 
dręczyć kogoś tygodniami, jak MAO mnie, potrzeba czegoś więcej niż tylko nagłej żądzy
zemsty – trzeba mieć jakiś defekt psychiczny, czuć przyjemność w osaczaniu ofiary, i 
chyba też nosić w sobie wielkie cierpienie. A mój wróg pisał o cierpieniu i że życzy mi 
tego samego. Czyli konkretnie czego?
 

Po szkoleniu (Miech nadal mnie unika) jadę do mamy, żeby jednak namówić ją na

przeprowadzkę do mnie. Kilka dni pomieszkamy razem, a kiedy sprawa się wyjaśni, 
wróci do domu. Wchodząc na trzecie piętro, sapię jak miech kowalski (z przeproszeniem 
Miecha, który nie pali i nie sapie), a potem staję pod drzwiami, żeby się wysapać. Coś się
na nich bieli, chyba kartka. Zapalam światło i nogi się pode mną uginają: ZNACZKÓW 
TUTAJ NIE MA! Nie po raz pierwszy w ostatnich tygodniach mam wrażenie, że życie 
naprawdę jest snem. Muszę się wreszcie obudzić, zanim ten sen mnie unicestwi. 
Wiedziałam, że moja matka jest trochę stuknięta, w końcu po kimś to mam, ale żeby do 
tego stopnia? Dzwonię do drzwi: raz krótko, dwa razy dłużej. Otwiera roześmiana.
 

– Widziałaś kartkę? Prawda, że fantastyczny pomysł? Nie rozumiem, dlaczego 

wcześniej na to nie wpadłam. Teraz na pewno już się nie odważy.
 

– Mamo, nie dobijaj mnie. Za chwilę cały świat się dowie, że masz cenne znaczki.

A poza tym, jeśli z ich powodu ktoś gotów był włamać się do ciebie, to znaczy, że tak 
łatwo nie odpuści. Czy policja coś ustaliła?
 

– Nie. Powiedzieli, że szansa jest nikła.

 

– A mówiłaś im, czego szukał?

 

– Ależ skąd, nie chciałam, żeby wiedzieli o znaczkach.

 

– Nie, jasne, na pewno nikt się nie dowie, to oczywiste, bo ty umiesz być 

dyskretna, to twoja główna cecha – mówię całkiem spokojnie, choć krew mnie zalewa, 
więc dodaję już podniesionym tonem: – A kartka na drzwiach!?
 

– Nie unoś się, to wiadomość dla złodzieja, nie dla policji.

 

No to rzeczywiście nie ma szansy, myślę, patrząc na nią, tak bezradna, że 

przestaję się odzywać. Pijemy herbatę, streszcza mi jakąś książkę, która ma chyba z 
osiemset stron, więc nieprędko skończy. Nie słucham, tylko cały czas intensywnie myślę 
nad tym, co dalej. Anka zajmuje się MAO, nie zdoła znaleźć filatelisty, jeśli to dwie 
różne osoby. Muszę coś zrobić.
 

– I tak się kończy ta nieprawdopodobna historia – mówi mama. – Samo życie.

background image

 

– Tak, bardzo ciekawa. To ja lecę i proszę, zdejmij kartkę z drzwi.

 

– Zastanowię się.

 

W domu od razu dzwonię do Michała.

 

– Możesz mi poświęcić kilka minut?

 

– Kłopoty ze szkoleniem?

 

– Nie, wszystko w porządku. Tylko mam kilka pytań w związku ze znaczkami. 

Kto może wiedzieć, że mój ojciec miał znaczki? Wiesz, Belgijczyka i jakieś tam.
 

– Wszyscy, kobieto, wszyscy prawdziwi filateliści – wyjaśnia.

 

– A ty jesteś prawdziwym filatelistą?

 

– Ja się w ogóle nie liczę w tej branży. Musiałbym zacząć co najmniej pół wieku 

temu. Albo być bogaczem. A nie jestem – wzdycha – i nigdy nie będę.
 

– Te znaczki są takie cenne?

 

– Nie wiem, co miał twój ojciec, ale na świecie są znaczki warte trzy miliony 

euro.
 

– Na pewno więcej, przecież są miliardy znaczków.

 

– Kretynka. Jeden znaczek jest tyle wart.

 

– Co!? – krzyczę do słuchawki. – Chyba zwariowałeś!

 

– Nie. Sprawdź sobie w internecie.

 

– A ten Belgijczyk, ile może być wart?

 

– Chyba ze sto tysięcy złotych. Nie, na pewno więcej. Było ich w Polsce przed 

wojną całkiem sporo, ale o ile mi wiadomo, został tylko jeden. I miał go twój ojciec.
 

Jestem oszołomiona. Moja matka, która ma tysiąc złotych emerytury i ceruje 

rajstopy, jest w rzeczywistości bajecznie bogata. I pomyśleć, że opłacam jej czynsz, prąd 
i telefon. Nie do wiary!
 

– Michał – mówię drżącym głosem – ale przecież jeśli ktoś ukradnie taki znaczek,

to nie może go potem sprzedać.
 

– Owszem, może. To ryzykowne, ale nie niemożliwe. A poza tym, pewnie tego 

nie zrozumiesz, są filateliści, którym wystarcza świadomość, że mają jakiś wyjątkowy 
znaczek. Codziennie sobie na niego popatrzą i dostają takiej adrenaliny, że wysiada przy 
tym najbardziej ekstremalny sport ekstremalny. A poza tym to świetna lokata kapitału.
 

– Dzięki. Rozumiem. Czy znasz niejakiego Barcika?

 

– No pewnie. Wybitny fachowiec. Ma sklep filatelistyczny na Bielanach. Byłem 

tam raz, co za raj, ale nazwy ulicy nie pamiętam. Będziesz na zebraniu?
 

– Jasne, że będę – odpowiadam, ale nie mam pojęcia, o jakie zebranie chodzi, 

więc jednak dodaję: – A przypomnij mi, kiedy i o której godzinie.
 

– Wiedziałem, że zapomniałaś. W najbliższy poniedziałek o dwunastej.

 

Skąd ojciec miał pieniądze na takie znaczki? Nawet jeśli wydawał na nie całą 

pensję, to przecież nie chodzi o sumy tego rzędu. Sto tysięcy! Wprawdzie ich cena kiedyś
musiała być dużo niższa, ale nie tak bardzo. Jeśli Belgijczyk wart jest dzisiaj sto tysięcy, 
to nie mógł kiedyś kosztować stu złotych. Poza tym ludzie po wojnie byli bardzo biedni, 
a ojciec niewiele zarabiał, był zwykłym inżynierem. Przeszywa mnie straszliwa myśl: 
może był malwersantem? A po chwili druga, równie straszliwa: może kradł znaczki? Tak 
jak próbował to zrobić włamywacz mamy? Jestem gotowa swój ateizm na wszelki 
wypadek pomieszany z agnostycyzmem zamienić na gorliwy katolicyzm, buddyzm, 
judaizm, a nawet na islam, żeby tylko jakiś Bóg wysłuchał moich błagań: „Boże spraw, 
żeby mój ojciec okazał się uczciwym człowiekiem. To znaczy nie, spraw, żeby nie okazał

background image

się nieuczciwy!”. Tak czy siak, nigdy go nie przestanę kochać. Jestem gotowa pójść za 
niego do więzienia albo nawet – z wielkim bólem – oddać znaczki prawowitemu 
właścicielowi. Nie ma rady, muszę oględnie wypytać mamę, skąd ojciec brał pieniądze. 
Ale tak, żeby się nie zorientowała, że mógł być złodziejem. Nie przeżyłaby tego, 
przecież, w przeciwieństwie do mnie wyszła za „bardzo przyzwoitego człowieka”.
 

Tymczasem bez uprzedzenia wpada Anka. Nadal chodzi w kwiecistych sukniach i

nadal ma na głowie loki prosto od fryzjera. Zapewnia, że tylko na chwilę. Przejeżdżała 
obok i postanowiła zadać mi kilka ważnych pytań.
 

– Mogłaś zadzwonić – burczę.

 

– Dzwoniłam, ale ty pewnie masz telefon w jakiejś szufladzie albo go zgubiłaś.

 

– Nigdy nie zgu… – zaczynam i milknę. – Raz tylko wpadł mi do muszli 

klozetowej.
 

– No właśnie. Pomyślałam, że wpadł ci do kibla. Czy twój ojciec dobrze zarabiał?

– Ona naprawdę ma niebywałą intuicję.
 

– Taaak, baaardzo, bardzo dobrze zarabiał – kłamię jak z nut, przestraszona, że 

odkryła mroczną tajemnicę mojego taty. – Oczywiście żyliśmy skromnie, ponieważ 
znaczki były drogie, okropnie drogie, a on nie mógł się powstrzymać, bo prawdziwi 
filateliści…
 

Przerywa mi, jak zwykle, kiedy jej zdaniem zaczynam przynudzać.

 

– Wiem, okropnie drogie, sprawdziłam to. Podobno po śmierci twojego ojca 

dzwonili do mamy z propozycją kupna klaserów, ale odpowiadała, że nie są na sprzedaż. 
W końcu przestali. Miał Belgijczyka z jakimś defektem, jest ich tylko kilka na świecie, w
Polsce chyba jeden, może to właśnie ten jedyny. I jest wart dzisiaj – Anka zawiesza głos, 
wpatrujemy się w siebie w napięciu – dwieście tysięcy złotych.
 

Milczymy przerażone. Ja znów widzę przed sobą wyspę, a Anka, być może, swoje

honorarium. Dwieście tysięcy, a przecież w klaserach są też inne znaczki. Pewnie nie tak 
cenne jak Belgijczyk, ale także cenne. Wymienię samochód, spłacę kredyt, a może, nie 
sprzedając warszawskiego mieszkania, kupię sobie, jak Weronika, mazurską chatę… Nie,
jednak wyspa…
 

Niestety, ta słodka chwila, która z trudem wytrzymuje ciężar moich rozbuchanych

marzeń i planów, trwa bardzo krótko.
 

– Podobno jednak sprzedał go – obwieszcza Anka i widząc moją minę, 

nerwowym gestem podaje mi paczkę chusteczek.
 

– Obejdzie się – burczę na nią. – Płonne nadzieje mam dobrze przetrenowane. 

Czyli na listę wrogów albo przynajmniej osób podejrzanych o włamanie do mieszkania 
mamy należałoby wpisać wszystkich „prawdziwych filatelistów” w Polsce, a może nawet
na świecie.
 

– To właściwie nie było włamanie. Zamek nie nosi najmniejszych śladów 

uszkodzenia.
 

– No to jak się dostał do środka?

 

– Pokaż mi klucz do mieszkania mamy – mówi Anka rozkazującym tonem.

 

Pełna złych przeczuć ruszam do przedpokoju, gdzie w koszyczku na półce 

dębowego secesyjnego wieszaka trzymam klucze zaopatrzone w „identyfikatory”: swoje, 
mamy, Laury, od piwnicy, od skrzynki i kilka innych, chyba niepotrzebnych, których 
jednak boję się wyrzucić, bo nigdy nie wiadomo. Gmeram w koszyczku, szukam, ale 
bezskutecznie.

background image

 

– Nie ma – obwieszczam zdziwiona, odwracając się do Anki.

 

– Tak myślałam.

 

– Czyli podarował mi mysz i róże, a zabrał klucze od mieszkania mamy.

 

– Za wcześnie na takie wnioski.

 

– A teraz: Weronika. Mówiłaś, że jej mąż zginął w górach.

 

– Tak, Bartek się wspinał. Weronika z nim nie jeździła, bo bała się gór, nie 

przekonał jej do nich nawet Pikuś…
 

– Kto to? – pyta, chwytając za długopis.

 

– Jej głos wewnętrzny, który…

 

– Proszę cię, do rzeczy.

 

– A poza tym ona uważała, że facet powinien mieć coś własnego, do czego jego 

żona się nie wtrąca i w czym nie uczestniczy. Nie bardzo rozumiałam, o co jej chodzi, bo 
Marcel miał tylko takie rzeczy i…
 

– O Marcelu innym razem.

 

– Bartek przejął tę pasję po ojcu, który też zginął w górach, chyba w Himalajach. 

Ale Bartek w całkiem niewysokich, bo w Karpatach. Jakiś głupi wypadek, błąd, nie wiem
dokładnie. Byli całą ekipą, w kilka osób.
 

– Sprawdziłam to.

 

– I co? – pytam nie tylko zdziwiona, ale również zniesmaczona, bo wolałabym, 

aby Anka uprzedzała mnie, w życiu którego z moich przyjaciół akurat gmera, żeby mi go 
na zawsze odebrać.
 

– To była sześcioosobowa ekipa. Ktoś przez nieostrożność zrzucił kamień. Ten 

kamień uderzył Bartka w głowę, zabijając go na miejscu.
 

Już rozumiem, dlaczego Anka wybiegła tak nagle, kiedy jej powiedziałam o 

Ajschylosie i żółwiu, i jestem zgorszona, bo to wszystko zaczyna osuwać się w groteskę.
 

– Tak, tak, twój Ajschylos mnie natchnął. Było tam trzech polskich alpinistów, 

dwóch Rumunów oraz jakiś młody Polak z Niemiec, który dołączył do nich w ostatniej 
chwili.
 

– Ale właściwie to o co ci chodzi?

 

– Na razie tylko szukam motywu, więc sprawdzam wszystko i wszystkich, nawet 

ciebie.
 

– Że niby sama siebie prześladuję?

 

– Zdarza się.

 

– I płacę ci za to, żebyś mnie złapała? No dobra, ale co moja sprawa ma 

wspólnego z Bartkiem i Weroniką?
 

– Wybierasz się do niej?

 

– Miałam zamiar, ale wiedząc, że o coś ją podejrzewasz, na pewno nie będę 

umiała spojrzeć jej w oczy. Zrozum, dom Weroniki jest jedynym miejscem, gdzie 
zapominam o kłopotach. A teraz i to przepadnie. Zostanie mi już tylko piwnica Artura, 
więc na pewno wpadnę w alkoholizm albo zabiję się, spadając z beczki.
 

– Gdybym była tak wrażliwa jak moi klienci i badała tylko te tropy, które mi 

wskażą, nigdy bym nie rozwiązała żadnej sprawy. Nikogo jeszcze nie podejrzewam, ale 
wykluczam tylko te osoby, które już sprawdziłam.
 

– I przyszła kolej na Weronikę, tak?

 

– Tak. Ale poza nią jest ich co najmniej dziesięć.

 

– Zdaje się, że po tym wszystkim będę musiała wyemigrować z Polski, bo nie 

background image

zostanie mi tutaj żadna bratnia dusza.
 

– Nie będzie tak źle, wierz mi, umiem zadawać pytania w taki sposób, że 

niektórzy nie mają pojęcia, o co tak naprawdę pytam. I wiele spraw można wyjaśnić na 
drodze dedukcji. Umówiłaś się z Dzięciołami?
 

– Nie. Nie chcą mnie znać.

 

– Musisz do nich zapukać i uśmiechnąć się promiennie, tak żeby nie mogli 

odmówić, a potem zawiadomić mnie, kiedy mam wpaść, żeby przypadkiem natknąć się 
na nich. Jeśli tego nie zrobisz, przerywam śledztwo. Lecę, myśl o kluczu.
 

– No to leć, bo mam dość. Pa.

 

Baśka i Antoni, wreszcie zapamiętałam jego imię!, na mój widok machają z końca

sali w restauracji Transylwania. Lokal jest pełen haftowanych obrusów, makatek i starych
zdjęć przedstawiających wąsatych mężczyzn, kobiety w strojach ludowych, góry i zamki.
Pod jedną ze ścian stoi stara drewniana prasa do wyciskania winogron. Baśka dokonuje 
prezentacji, bo przecież jeszcze się nie znamy z Antonim, i podaje mi kartę.
 

– A gdzie reszta?

 

– Nikt więcej nie przyjdzie – mówi Baśka z goryczą, bo chciała zorganizować 

spotkanie całej grupy, a skończyło się na trzech osobach.
 

– Antoni, chyba będziesz musiał mi wyjaśnić, z czego składają się te potrawy – 

mówię, wpatrując się w kartę dań, która od góry do dołu brzmi zagadkowo. Nie znam ani
jednej, chociaż oprócz nazw węgierskich i rumuńskich pod spodem widnieją też polskie. 
Jedno jest pewne: tylko desery nie zawierają mięsa.
 

– To jest knajpa siedmiogrodzka – wyjaśnia Antoni – chyba wiesz, gdzie jest 

Siedmiogród? – pyta i groźnie na mnie patrzy.
 

– W Rumunii – odpowiadam struchlała.

 

– Tak, ale kiedyś należał do Węgier – nadal patrzy na mnie badawczo.

 

– Przepraszam, nie wiedziałam. Marnie sobie radzę z historią.

 

– Antek, przestań, bo Mania gotowa pomyśleć, że mówisz poważnie. Słuchaj, on 

się tak tylko wygłupia.
 

W oczekiwaniu na potrawy, w których jest to wszystko, o czym Baśka mówiła, 

komentując na parapetówce kuchnię węgierską: słonina, smalec, śmietana, czosnek, 
cebula, papryka, Antoni opowiada o Siedmiogrodzie. Nareszcie rozumiem, co ma 
wspólnego z Węgrami. Zajadając się maleńkimi gołąbkami zawiniętymi w liście 
winogron, a potem siedmiogrodzkim tokaniem, popatruję na fotografie przedstawiające 
Karpaty, które wciąż przyciągają mój wzrok. To tam zginął Bartek, uświadamiam sobie. 
Wiedziałam, że w Karpatach rumuńskich, ale do tej pory wydawały mi się jakimś 
abstrakcyjnym, nierealnym miejscem. A teraz widzę je na starych zdjęciach, dzikie i 
ponure. Cóż że sfotografowane sto lat temu – to te same góry, nie zmieniły się od tej 
pory. Podnoszę widelec do ust, wpatrując się w skalisty szczyt. Właściwie dopiero teraz 
dociera do mnie ta śmierć w wymiarze konkretnym.
 

– Dlaczego tak patrzysz na te zdjęcia? – pyta Baśka, zaniepokojona moim 

milczeniem.
 

– Przepraszam was, nie mogę od nich oderwać oczu, bo przypominają mi o 

śmierci kogoś bliskiego. Pamiętasz, Basiu, tam zginął Bartek, mąż Weroniki. To 
niesamowite, te góry naprawdę istnieją.
 

– Tak – mówi Antek – Karpaty tylko pozornie są bezpieczne. Nie wolno ich 

lekceważyć. Zresztą żadne góry tego nie lubią. Nie wiem, o jakim wypadku mówisz, ale 

background image

byłem akurat w Siedmiogrodzie, kiedy przed laty zginął tam pewien Polak. Ćwiczyli 
przed jakąś poważniejszą wyprawą, to miała być jedynie rozgrzewka, i jeden z nich 
zginął.
 

– Co się stało? – pytam, mając niemal pewność, że Antek mówi o Bartku.

 

– Widziałem się z nimi, kiedy zeszli na dół. Trzech było z Polski, dwóch z 

Rumunii i jeden z Niemiec, młody Polak mieszkający w Berlinie. Był cały czas w szoku, 
siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, nie dało się z nim rozmawiać.
 

– Skąd się tam wziąłeś?

 

– Akurat mieszkałem w Klużu. Byłem tam jedynym tłumaczem, który znał 

rumuński i polski. Wezwali mnie, bo trzeba było przesłuchać ekipę. Ale szybko 
zamknięto sprawę. To był nieszczęśliwy wypadek. Żal mi było tego chłopaka. Zdaje się, 
że to on przez nieostrożność zrzucił kamień.
 

– Czy wiesz, jak to się stało? – pytam, usiłując zapanować nad głosem.

 

– Nie. Pomagałem im potem załatwić różne formalności. Przyjechało trzech, a 

wróciło dwóch i jeden w trumnie. Ten młody Polak przeżył straszliwy wstrząs. Kiedy 
wyjeżdżał, powiedział mi, że kończy z górami.
 

– Dajmy temu spokój – mówię ze ściśniętym gardłem. – A jakie macie plany 

świąteczne i sylwestrowe?
 

Reszta wieczoru przebiega już w pogodniejszej atmosferze, przynajmniej dla 

nich. Antek opowiada o swojej pracy, o Budapeszcie, o kulturze węgierskiej i rumuńskiej.
 

– Jak nauczyłeś się tych języków?

 

Baśka piorunuje mnie wzrokiem, bo doskonale wie, że miałam ochotę 

powiedzieć: „tych bezużytecznych języków”. Odpowiadam jej, też wzrokiem, żeby się 
nie obawiała. Może lubię sobie poironizować, ale jednak, kiedy trzeba, trzymam fason.
 

– Moja żona była Węgierką z Siedmiogrodu – wyjaśnia.

 

Milczę, ale mój wzrok dopytuje: rozwiedliście się, umarła?

 

– Rozpadło się. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale jeśli ludzie nie mają 

wspólnego języka do kłótni, to nie ma szansy na trwały związek. Nie umieliśmy się 
kłócić, rozumiecie? A to wielka sztuka. Mój węgierski zawsze wtedy wysiadał i każdy 
spór kończył się na wykrzykiwaniu jakichś pokracznych zdań, z których Judit się śmiała. 
To było groteskowe. Przecież nikt nie lubi być śmieszny podczas kłótni. Trochę żartuję, 
ale tylko trochę. Nie wiem, jak inni sobie z tym radzą, ale dla mnie nieustanne 
funkcjonowanie w obcym języku okazało się zbyt trudne. Po kilku latach myślałem, że 
dostanę rozdwojenia jaźni. Oboje uznaliśmy, że najgorsze przed nami i że lepiej przez to 
nie przechodzić. Tam tęskniłem za Polską, a tutaj tęsknię za Budapesztem i 
Siedmiogrodem. I tak już pewnie zostanie.
 

Na stole ląduje deser: ciasto przypominające nasz kołacz i mocna kawa. Na 

dworze tymczasem zaczął padać śnieg. Jest mróz, więc się nie topi. Przypominam sobie o
zimowych oponach. Zawsze za późno je zmieniam. A w zeszłym roku w ogóle tego nie 
zrobiłam. I opłaciło się, bo pierwszy śnieg spadł dopiero pod koniec lutego.
 

Od kiedy wiem, że znaczki ojca są bardzo cenne, cały czas głowię się nad tym, 

skąd brał pieniądze. Postanowiłam podpytać mamę, ale boję się, żeby nie wyszły z tego 
kłopoty. Jestem gotowa wybaczyć mu, że dopuścił się kradzieży czy malwersacji, ale za 
żadne skarby nie chcę, żeby zostało nadszarpnięte przekonanie matki o nieskazitelnej 
uczciwości jej męża. Wreszcie któregoś dnia pytam niewinnie:
 

– Mamo, czy tata długo zbierał znaczki?

background image

 

– Od zawsze.

 

– Coś ty. Pytam poważnie.

 

– A ja ci poważnie odpowiadam.

 

– Ale przecież dzieci nie mają pieniędzy.

 

– Dzieci nie, ale rodzice tak. Pierwszy klaser dostał od ojca, kiedy miał pięć lat. 

On mu bez przerwy mówił o znaczkach, pewnie nie wiedział, ile nam to przysporzy 
zgryzoty. Prawdziwy kolekcjoner, a twój ojciec był nim, prędzej odmówi sobie jedzenia 
niż kupna jakiegoś znaczka, który zamajaczył mu na horyzoncie. Czasem gotów 
wszystko sprzedać, żeby tylko zdobyć jakiś egzemplarz z defektem. Nigdy nie 
zrozumiem, dlaczego właśnie takie znaczki są najcenniejsze. Widocznie ludzie w ten 
sposób się umówili.
 

– A ile wart jest cenny znaczek? – pytam ostrożnie.

 

– Lepiej, żebyś nie wiedziała, bo dostaniesz zawrotu głowy. Jakiś tam niebieski 

Mauritius podobno kilka milionów, nie wiem tylko, czy złotych, czy dolarów, czy euro. 
Ale w przypadku milionów, to już nie stanowi różnicy. Jak masz sto złotych i dostaniesz 
drugie sto, to i owszem, ale przy milionach absolutnie nie. No bo na co komu milion 
złotych? Pomyśleć, mały papierek wart jest więcej niż auto. Po śmierci ojca ten jego 
znajomy filatelista, Barcik, o którym wspomniał na łożu śmierci, dzwonił do mnie kilka 
razy, proponując kupno klaserów. Ale ja pamiętałam słowa ojca: „Nikomu nie oddawaj 
ani nie pokazuj” i że dopiero w razie czego mam poprosić tego Barcika o pomoc. 
Niestety, nie bardzo wiedziałam, co znaczy to „w razie czego”, więc postanowiłam 
trzymać je dla ciebie.
 

– Czy wiesz, ile są warte?

 

– Nie wyceniałam ich, ale na pewno bardzo dużo. A ich wartość wciąż rośnie.

 

Ona mnie nigdy nie przestanie zadziwiać. Mieszkałyśmy pod jednym dachem ze 

skarbem i jednocześnie klepałyśmy biedę. Gdyby nie korepetycje, których udzielałam w 
czasie studiów, nie miałabym na papierosy.
 

– Wiem, o czym myślisz. Ale chyba ci nie zaszkodziło, prawda? Gdybym je 

sprzedała, na pewno przewróciłoby ci się w głowie. I pewnie wyszłabyś za mąż za 
jeszcze większego…
 

– Daj spokój. Co to ma wspólnego z pieniędzmi?

 

– Nie wiem co, ale ma.

 

– A skąd tata brał pieniądze na znaczki?

 

– Przecież wiesz. Na nic nigdy nie wydawaliśmy. Odkładał każdy grosz. Aż w 

końcu stać go było na jakąś kancerę i biegł ją kupić. Wtedy późno wracał do domu, bo 
bał się spojrzeć mi w oczy. Kiedy znikał na cały dzień, wiedziałam, że powinnam 
zadzwonić do Róży, a ona nazajutrz zjawiała się z zakupami i jakąś sumą pieniędzy w 
kopercie, którą wręczała mi bez słowa. Czasem czułam się tak, jakbym brała łapówki.
 

Wciąż nie wiem, skąd miał pieniądze. Przecież chodzi o znaczki, na które nie stać

żadnego zwykłego śmiertelnika.
 

– Czyli na jeden znaczek musiał oszczędzać całymi latami, tak?

 

– No nie aż tak. Bez przesady. Ale te najcenniejsze otrzymał w spadku po swoim 

ojcu Arnoldzie i dziadku Aleksandrze, który zbierał znaczki już przed pierwszą wojną 
światową. Podobno Aleksander, czyli jego ojciec, kiedyś sprzedał perły żony, żeby kupić 
jakiegoś Belga. Klasery przechodziły z ojca na syna razem z wadą serca. Dobrze, że 
Kacper ustrzegł się i przed jednym, i przed drugim. Ale zapewniam cię, że gdyby twój 

background image

ojciec dłużej pożył, Kacper też wydawałby dzisiaj całą pensję na znaczki i jego rodzina 
przymierałaby głodem. To straszny nałóg.
 

Czuję wielką ulgę: czyli ojciec nie kradł, nie malwersował, po prostu dziedzictwo 

– klaser przechodził z pokolenia na pokolenia. A teraz na dwadzieścia pięć lat utknął u 
mojej matki i dobrze ukryty gdzieś sobie dojrzewa.
 

– Bardzo brakuje mi Róży. Była najlepszym człowiekiem, jakiego znałam, rzecz 

jasna prócz twojego ojca. I też miała słabe serce, ale nie sądziłam, że jest aż tak chora. 
Nigdy się nie skarżyła. Twój dziadek ją też chciał zainteresować filatelistyką, ale, na 
szczęście, nic z tego nie wyszło, bo od kogo pożyczałabym pieniądze? Po śmierci taty 
chciałam podzielić się z nią jego kolekcją, ale powiedziała, że ma swoje i żebym 
trzymała klasery dla ciebie. Stanowczo za wcześnie odeszła. Była dziesięć lat młodsza 
ode mnie. Czy ja przeżyję wszystkich? – pyta mama retorycznie i głęboko wzdycha. – 
Czy ty do niej chodzisz? Trzeba tam od czasu do czasu przewietrzyć i wreszcie załatwić 
sprawy spadkowe. Ona tobie zapisała mieszkanie, co oznacza, że musisz zapłacić 
podatek. Zapewne ogromny podatek.
 

Ja też się zamyślam nad losami swojej rodziny i właśnie mam zamiar westchnąć, 

głęboko i z wielką ulgą, ponieważ wszyscy w niej byli bardzo uczciwi i przyzwoici, gdy 
słyszę dźwięk swojego telefonu.
 

– Czy możemy się teraz spotkać? Wiem, że jest późno, ale to naprawdę pilne – 

słyszę w słuchawce głos Anki.
 

– Tak, jestem u mamy, ale już wychodzę, czyli będę w domu za piętnaście minut.

 

– Czekam na dole, pa.

 

– Lubię czasem z tobą porozmawiać, kiedy nie mówisz o moich organach ani się 

nie denerwujesz, tylko sobie siedzimy i gawędzimy – mówi mama.
 

– Ja też, mamuś. Ja też. Przepraszam, wiem, że czasem jestem nieznośna. 

Postaram się to zmienić. A teraz lecę.
 

– Po co lecieć? Jeszcze sobie coś złamiesz. I proszę, idź do Róży. Nikogo 

biedulka nie miała. Tylko nas. A ty oddałaś jej kota.
 

– W dobre ręce, mamo.

 

Anka stoi pod drzwiami do klatki z dziwnie poważną miną. Przywykłam, że wita 

mnie uśmiechem, tym razem twarz ma zmęczoną i chmurną. Kiedy wchodzimy do 
mieszkania, robię jej kawę, nawet nie pytając, czy się czegoś napije.
 

– Tak, chętnie napiję się kawy – odpowiada na pytanie, którego jej nie zadałam.

 

– Uprzedzam, że niestety… nie mam dobrych wiadomości. Czy ty wiesz, kto był 

jednym z członków ekipy Bartka?
 

– Nie mam pojęcia – odpowiadam, nie do końca zgodnie z prawdą.

 

– Kacper.

 

– Mój syn? – pytam, a właściwie stwierdzam.

 

– Dołączył do nich przypadkiem. Dowiedział się, że szukają szóstego do ekipy, i 

pojechał do Rumunii. Przyjęli go i poszli w te góry, które Bartkowi przyniosły śmierć. To
miała być tylko rozgrzewka przed wyprawą w Himalaje. Do dziś nie wiadomo, jak 
doszło do wypadku. Policja rumuńska przesłuchała ich, ale chyba nawet nie wszczęła 
śledztwa. Wypadki zdarzają się nawet w Pieninach. A tamtejsze Karpaty są podobno 
zdradliwe. Weronika znała tych dwóch polskich alpinistów, to byli ich znajomi. Jeden z 
nich to niejaki Sebastian Kopeć, widziałam się z nim.
 

– Tak, znam go, był przyjacielem i wspólnikiem Bartka. Prowadzili razem firmę 

background image

architektoniczną. Załamał się po tym wypadku, był raz u Weroniki, ale więcej się nie 
widzieli. Nie obwiniała go, ale chyba miała żal, bo oni z Bartkiem od wielu lat razem 
jeździli w góry. Ale dlaczego Weronika nie powiedziała mi, że Kacper był z nimi?
 

– Albo o tym nie wiedziała, albo chciała oszczędzić ci bólu. Nie wiem. 

Odpowiedz mi raczej na pytanie: dlaczego Kacper nic ci nie powiedział?
 

– Mój kontakt z synem jest sporadyczny. A wtedy właściwie w ogóle go nie 

mieliśmy. Zaczął regularnie dzwonić dopiero od roku. Niewiele wiem o jego życiu. 
Przyjeżdżają na święta. Pierwszy raz zobaczę wnuczkę i synową. Czy Sebastian wie, że 
Kacper jest synem przyjaciółki Weroniki?
 

– Nie, ale pamięta, że miał na imię Kacper i był znajomym Bartka. Niestety, 

trzeba porozmawiać z Weroniką.
 

– A właściwie to w jakiej sprawie prowadzisz śledztwo? Do czego zmierzasz? – 

pytam przerażona, bo czuję, co się święci. – Proszę cię, ja jej bezgranicznie ufam. Nie 
chcę, żeby poczuła się oskarżona.
 

– Czy rozmawiałaś z nią o swoich kłopotach?

 

– Nie.

 

– Jesteś niemożliwa. Postaram się załatwić to w białych rękawiczkach, ale nie 

wiem, czy się uda. Bo ja zaczęłam zajmować się tym wypadkiem, kiedy się okazało, że 
MAO dzwoniła właśnie z Mazur. A poza tym Weronika bywa w Warszawie, a ty 
mówiłaś, że nie rusza się ze swojej wsi.
 

– Skąd wiesz?

 

– Od Kopcia. Powiedział, że byli umówieni, ale odwołała to spotkanie, mówiąc, 

że musi szybko wracać do domu na Mazury.
 

– Nie wiedziałam o tym. Nie chciała przyjechać nawet na parapetówkę. Nie 

rozumiem. Może to ja powinnam z nią porozmawiać? – pytam w nadziei, że Anka jednak
zaprotestuje.
 

– Tak byłoby najlepiej. Chociaż nie chcę cię na to narażać. Mnie będzie łatwiej. 

Ale jeszcze nie teraz, dobrze? A tak na marginesie, zajęłam się trochę znaczkami, 
wciągnęło mnie. Filateliści to oszołomy. To niepojęte, że maleńkie kawałki papieru mają 
taką wartość. A największą te, które są wybrakowane.
 

– Pociesz się, ja też tego nie rozumiem. Ale w ogóle mnie to nie martwi, że moja 

matka jest bogata. Nawet bez Belgijczyka warte są kupę forsy.
 

– No właśnie. Czyli znamy motyw, prawda?

 

– Tak, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.

 

– Albo?

 

– Albo?

 

– O emocje.

 

– A ty na co stawiasz?

 

– I na jedno, i na drugie. Mamy dwa motywy i dwóch sprawców. Temu, kto się 

włamał do mamy, chodzi o pieniądze, a temu, kto cię nęka, chodzi o emocje. To chyba 
zwykły zbieg okoliczności, że obie sprawy dzieją się jednocześnie. Moim zdaniem klucz 
znikł w dniu twojej parapetówy. Zastanów się, kto mógł go zabrać.
 

– Nie mam pojęcia. Nie używam go. Jest, znaczy był, u mnie tylko na wszelki 

wypadek.
 

– Zabrał go któryś z twoich gości. Czyli jednak jakiś ubek. Kto wie o znaczkach?

 

– Jolka, Baśka i Weronika, ale nie znają ich wartości. Czasem sobie żartowałyśmy

background image

z naszych ojców. Wszyscy mieli jakieś hobby, wiesz: ryby, grzyby, majsterkowanie, 
modele do sklejania, takie tam.
 

– Czy ktoś w czasie przyjęcia podchodził do wieszaka z kluczami?

 

– Anka, to jest małe mieszkanie, każdy przynajmniej raz, dwa razy stał w 

przedpokoju. Przepraszam, ale nic nie wymyślę. Trzeba spytać Jolkę. Ona ma 
fotograficzną pamięć, mogłabyś wziąć ją na asystentkę. Chociaż, trzeba przyznać, że 
klucza od mojego mieszkania nie mogła znaleźć.
 

Anka się zamyśla.

 

– Od twojego mieszkania, od twojego mieszkania… – mamrocze pod nosem. W 

końcu mówi: – I jeszcze ciocia Róża.
 

– Ale ty przecież wykreśliłaś ją i zakazałaś mi o niej mówić.

 

– Cofam zakaz. Wprawdzie nie wierzę w duchy, ale rzeczywiście jest w tym coś 

tajemniczego.
 

– W czym?

 

– Jak i kiedy umarła?

 

– W sierpniu tego roku w swoim mieszkaniu na atak serca, tak jak mój 

pradziadek, dziadek i ojciec dwadzieścia pięć lat temu. Była chodzącą dobrocią. Nieraz 
ratowała mi skórę, kiedy wpadłam w tarapaty. Nie miała dzieci i traktowała mnie jak 
własną córkę. Zapisała mi mieszkanie w testamencie. Ostatni raz byłam tam w dniu jej 
śmierci. Powinnam się zająć sprawą spadkową, ale po pierwsze, to wciąż jest zbyt 
świeże, po drugie, niedługo potem musiałam zająć się swoją przeprowadzką. Nie miałam 
czasu.
 

– Powiedziałaś, że ciocia Róża cię nawiedzała – mówi Anka z całkiem poważną 

miną.
 

– Tak. Nie śmiej się, ale wciąż słyszałam jej głos i co noc mi się śniła. A poza tym

przestawiała książki na półce i zamieniała miejscami obrazy. Chowała mi rozmaite 
przedmioty, które potem znajdowałam w przedziwnych miejscach. Na przykład 
szczoteczkę do zębów w bucie. Czułam jej obecność.
 

– Załóżmy, ale ostrzegam, tylko załóżmy, że bliscy rzeczywiście chcą nam coś 

przekazać po śmierci… Gdyby tak było, ale tylko załóżmy, oczywiście… – pierwszy raz 
widzę Ankę naprawdę zmieszaną: próbuje o coś zapytać, ale się asekuruje, i pytanie nie 
chce jej przejść przez usta. W końcu wydusza z siebie: – że do nas wracają, co mogła 
chcieć ci powiedzieć?
 

– Miała do mnie pretensje o Lunatyka. To rzeczywiście było nie w porządku, bo 

obiecałam, że się nim zaopiekuję, ale znalazłam lepsze ręce, odwiedzam go i przynoszę 
mu smakołyki. Wiem, że to zdrada, ale mimo wszystko…
 

– A gdyby nie chodziło o Lunatyka?

 

– To nie wiem. Tylko o to prosiła.

 

– Zapisała ci mieszkanie. Czy coś jeszcze?

 

– A to mało? Nieduże, ale piękne mieszkanko w Śródmieściu. Jestem jej 

bezgranicznie wdzięczna, tylko muszę zapłacić podatek. I podobno też miała jakieś 
znaczki po moim dziadku, a może pradziadku, już się w tym zagubiłam.
 

– Wiesz, chętnie pomogę ci przy tym sprzątaniu u niej. Co ty na to?

 

– Świetnie, ty zajmiesz się łazienką i kuchnią, bo ja tego nie znoszę, a ja resztą.

 

– Nie, ja będę przeglądać dokumenty, a ty zajmiesz się resztą.

 

– Wiedziałam, że weźmiesz sobie najlżejszą i najciekawszą robotę.

background image

 

– Tak, bo po powrocie z Lublina będzie mi się to należało.

 

– Po co tam jedziesz?

 

– Lubię to miasto.

 

– A z Marcinem się widziałaś?

 

– Tak. Masz od niego pozdrowienia. Powiedział, że zadzwoni, bo chce ci wysłać 

jakąś książkę, a nie ma adresu. Miły i przystojny. Niestety, nie ma pojęcia, kto może cię 
nękać. Twierdzi, że może twoje koleżanki, Jolka i Baśka, które zawsze wydawały mu się 
podejrzane i wścibskie. Powiedział, żebym je sprawdziła. Zwłaszcza Jolkę. Mówił, że 
jest nieprzewidywalna i wszystkiego można się po niej spodziewać.
 

– Co za świnia.

 

– Żartowałam.

 

Po chwili Anka zbiega po schodach, zostawiając mnie samą z ciężkim bagażem 

dzisiejszych informacji: że Bartek zginął przez Kacpra, a Weronika mogła się o tym 
dowiedzieć, następnie że prawie na pewno mam dwóch wrogów i że duchy naprawdę 
istnieją. Kiedy Antek mówił o ich wypadku, od razu miałam podejrzenie, że tym 
„młodym Polakiem” z Niemiec jest Kacper. On też chodził po górach. Bartek mógł go 
zaprosić. Podobno mieli ze sobą kontakt. Ani przez chwilę jednak nie łączyłam tego faktu
z Weroniką.
 

Z tego wszystkiego nie zdążyłam Anki poinformować, że udało mi się umówić z 

Dzięciołami. Trudno, zadzwonię jutro. Naprawdę wolałabym nie zostawać z nimi sam na 
sam. Dzięcioł struchlał, widząc mnie w drzwiach z uśmiechem na twarzy, który przedtem
przećwiczyłam przed lustrem. Najpierw się tłumaczył, że mają gościa, więc jest zajęty. 
Kątem oka dostrzegłam, że w pokoju rzeczywiście siedzi jakaś młoda kobieta. Pewnie 
wnuczka. A potem, że żona nie najlepiej się czuje. Najchętniej zatrzasnąłby mi drzwi 
przed nosem, ale zaparłam się i nadal, z debilnym, promiennym uśmiechem, czy może 
raczej grymasem, ponawiałam próbę zaproszenia. „No dobrze – powiedział ponuro, dając
w końcu za wygraną – jutro o siódmej, ale naprawdę tylko na chwilę”. „Tak, oczywiście”
– zapewniłam szczerze, bo naprawdę nie będę ich zatrzymywać.
 

Ciocia Róża siedzi w swoim ulubionym i jedynym fotelu z wielką księgą na 

kolanach i patrzy na mnie ze smutkiem.
 

– Ciociu, wybacz mi wreszcie – proszę ją po raz kolejny.

 

– Dziecko, przestań, w naszej rodzinie nigdy nie było głupich kobiet, nie rujnuj 

tej wielowiekowej tradycji. Zamiast wylegiwać się w raju, wciąż muszę cię nawiedzać, 
żebyś w końcu pojęła, ty idiotko. On jest blisko, bardzo blisko…
 

– Ale kto? Kto? – pytam z przestrachem, niestety, cioci Róży już nie ma.

 

Budzę się z łomotem serca. Wiem, że to tylko sen, który jest wynikiem lęków 

minionych tygodni, a także ostatniej rozmowy z Anką.
 

W drodze do pracy zawiadamiam ją o spotkaniu z Dzięciołami.

 

– Mam dla ciebie jeszcze jedno zadanie. Chciałabym, żebyś odszukała tego 

drugiego alpinistę, kolegę Bartka, może on więcej wie o ich wyprawie. Aha, pocieszę cię,
że twój profil na Amore został już zlikwidowany. I zmartwię: nie dostałaś ani jednej 
interesującej propozycji.
 

– Dzięki Bogu! A więc żaden gangster nie będzie mnie szantażować.

 

– Szantażowali cię?

 

Zanim Anka mnie ochrzani, że znów coś ukrywam, szybko dodaję:

 

– Nie, tylko mieli zamiar. Wiesz, ciocia Róża przyszła do mnie we śnie – mówię 

background image

już bez obaw, bo Anka też zaczęła wierzyć w duchy – i chciała mnie przed kimś ostrzec. 
Myślałam, że nadal chodzi o Lunatyka, ale nie. I powiedziała, że jestem idiotką. – 
Śmiech Anki wydaje mi się nie na miejscu. – Dlaczego nie powie mi wprost, o co jej 
chodzi?
 

– A jak wyglądała i co dokładnie mówiła?

 

Opowiadam jej swój sen. W słuchawce zapada dłuższa chwila milczenia, jakby 

Anka nad czymś się zastanawiała.
 

– Kiedy ostatni raz widziałaś ją żywą?

 

– W dniu śmierci. Byłam u niej. Siedziała w tym samym fotelu, w którym dzisiaj 

mi się śniła. Opowiem ci przy okazji, bo teraz muszę gnać do mojej grupy, nie chcę się 
spóźnić.
 

Ale spóźniłam się. Nie to jest jednak najgorsze. Mam naprawdę kryzys: łapię się 

na tym, że zamiast prowadzić szkolenie, stoję zamyślona. Uczestnicy wpatrują się we 
mnie w napięciu, bo weszłam już z dziesięć minut temu i zamiast ich powitać, milczę jak 
zaklęta. Udaję, że to było zamierzone, taki chwyt.
 

– Tak właśnie czuje się klient, kiedy nie przywitamy go ciepłym uśmiechem – 

mówię, czując do siebie niesmak, bo to zwykła manipulacja. – A zatem witam państwa na
szkoleniu…
 

Przechodzę do rutynowych formułek na temat zasad uczestnictwa w zajęciach, 

przedstawiam im plan, ale myślami cały czas jestem gdzie indziej. Wiem, że przegapiam 
jakąś ważną rzecz, że mam wystarczającą wiedzę, aby namierzyć swojego wroga, ale 
bagatelizuję jakąś informację. Z oddali dociera do mnie czyjś głos. Muszę się opanować. 
Widzę, że cała grupa znów wpatruje się we mnie, tym razem z niechęcią.
 

– Przepraszam, ta kwestia jest tak interesująca, że wymaga zastanowienia – nie 

mam pojęcia, o czym była mowa i czego może dotyczyć moja wypowiedź. – Powtórzmy 
pytanie.
 

Z trudem dotrwałam do piątej. Miech, jak zwykle, nie pojawia się, żeby 

zaproponować mi kawę. A może jest chory? Powinnam do niego zadzwonić.
 

O siódmej Dzięciołowie pukają do moich drzwi. Ona trzyma w ręce jakiś słoik.

 

– To konfitura z malin. Sama robiłam – mówi, wręczając mi go z wymęczonym 

uśmiechem.
 

– Och, dziękuję, uwielbiam maliny. A państwo od dawna tutaj mieszkają?

 

– Od pięciu lat. Sprzedaliśmy duże gospodarstwo z domem i postanowiliśmy 

starość spędzić w komforcie. Bez zajmowania się przeciekającym dachem, paleniem w 
piecu i tak dalej. A pani jak się tutaj mieszka?
 

– Dobrze, dziękuję. Nie narzekam.

 

Dzięcioł cały czas milczy naburmuszony. Chyba umówił się z żoną, że to ona 

weźmie na siebie trud konwersacji z osobą, której on nie cierpi. Tym lepiej. Wydaje się 
milsza od niego.
 

– Starość to niedobry okres w życiu człowieka. Na szczęście mamy wnuczkę 

Zosię, która… – Dzięciołowa milknie spiorunowana wzrokiem męża, tak mi się wydaje, 
który zapewne nie chce, żeby rozmowa stała się zbyt przyjazna. Postanowił odbębnić tę 
wizytę i mieć ją z głowy, ale żebym sobie przypadkiem nie wyobrażała, że mi wybaczył. 
O, nie.
 

Kiedy nie wiem już, o co pytać, a Dzięciołowa po raz kolejny kuli się zgromiona 

spojrzeniem męża, nadchodzi Anka.

background image

 

– Och, przepraszam, nie wiedziałam, że masz gości. Może przyjdę kiedy indziej.

 

– Nie, nie, poznaj państwa Dzięciołów, moich miłych sąsiadów, i usiądź z nami. 

Może masz ochotę na herbatę z malinami? Właśnie dostałam od pani w prezencie.
 

– Jasne, poproszę – mówi Anka, rozsiadając się przy stole i nic sobie nie robiąc z 

grobowej miny Dzięcioła, który ją też najchętniej zabiłby wzrokiem tak jak mnie i swoją 
żonę.
 

Sądziłam, że Anka chce ich dyskretnie wypytać o coś, co pomoże jej w śledztwie,

albo po prostu posłuchać naszej rozmowy, a ona tymczasem z grubej rury:
 

– Cieszę się, że Marysia ma tak wspaniałych sąsiadów, bo grozi jej wielkie 

niebezpieczeństwo.
 

Całą trójką podrywamy głowy znad talerzyków z sernikiem i w milczeniu 

wpatrujemy się w Ankę, która zdaje się tego nie dostrzegać. Kopię ją pod stołem, a ona 
brnie dalej:
 

– Ależ Marysiu, nie kop mnie, uważam, że twoi sąsiedzi powinni o tym wiedzieć, 

nie wolno takich rzeczy ukrywać, a nuż będzie ci potrzebna pomoc. Mieszkasz sama. W 
razie czego wybiegniesz na klatkę i zaczniesz krzyczeć, a wtedy pan na pewno ruszy ci z 
pomocą. Wiecie państwo, ktoś grozi mojej przyjaciółce. Nie wiadomo dlaczego, ale 
policja, która wszczęła śledztwo, podejrzewa, że z rąk tego osobnika ktoś już niestety 
zginął. Marysia może być następna. To naprawdę okropne.
 

Nie wierzę własnym uszom. Co ona wygaduje? Czyżby dostała pomieszania 

zmysłów od sprawy, która ją przerosła? Dzięciołowie wyglądają na przerażonych. Żal mi 
ich. Może nie są zbyt fajni, ale nie ma powodu straszyć biednych staruszków mordercą, 
który czai się gdzieś w pobliżu i im także może zagrażać. Próbuję powstrzymać Ankę, 
mrożę ją wzrokiem, chrząkam, ale ona niczym niezrażona brnie dalej, w dodatku z 
niewinną miną. Nie posądzałam jej o takie okrucieństwo.
 

– Anka, przestań…

 

– Nie, Marysiu, nie przestanę, bo wokół ciebie dzieją się okropne rzeczy i nie 

spocznę, dopóki twój prześladowca, prześladowca całej twojej rodziny, a może nawet 
morderca, nie znajdzie się za kratkami. – W końcu milknie bardzo rada z siebie, 
nakładając sobie kolejny kawałek sernika. – Aha, ale najgorsze, że on ma klucz do 
mieszkania Marysi.
 

Rozdygotany Dzięcioł zrywa się od stołu i oznajmia:

 

– Musimy już iść, naprawdę.

 

– Oj, mam nadzieję, że nie wystraszyłam państwa – mówi Anka z troską w głosie.

– Przepraszam, ale Marysia nikogo tutaj nie zna. I bardzo proszę dać mi znać, gdyby coś, 
nawet drobiazg, wzbudziło państwa niepokój. Oto moja wizytówka.
 

Dzięcioł z wizytówką w drżącej dłoni rusza do drzwi. Dzięciołowa za nim, też 

zdenerwowana. Bezradnie opadam na krzesło i w milczeniu dojadam sernik kupiony w 
cukierni na rogu. Jest bez smaku i cuchnie olejkiem wanilinowym. Anka wsuwa trzeci 
kawałek i podśpiewuje, udając, że nic się nie stało. Wreszcie dochodzę do siebie, 
przynajmniej na tyle, żeby spytać:
 

– Czy naprawdę musiałaś straszyć tych biednych staruszków? A poza tym byłam 

pewna, że ta sprawa to tajemnica.
 

– Tak, tajemnica, o której niektórzy powinni wiedzieć. Nie chciałam cię 

uprzedzać, bo na pewno byś protestowała i dołożyła wszelkich starań, żeby ich nie 
zaprosić. Choćby nieświadomie. Jesteś okropnym tchórzem.

background image

 

– Dzięki. Miło się z tobą pracuje.

 

– A teraz poważnie. Podejrzewam, że oni coś ukrywają, być może widzieli coś 

albo słyszeli, ale boją się o tym powiedzieć. Może ktoś ich zastraszył? Nie wiem. Jeśli 
moje podejrzenia się potwierdzą, to niebawem uchwycę koniec nitki. Cieszysz się?
 

– Bardzo – odpowiadam z ponurą miną, bo cały czas mam przed oczyma 

Dzięciołów, którzy w popłochu uciekają z mojego mieszkania. – Ale może jednak 
zdradziłabyś jakieś szczegóły. Nie sądzisz, że mam prawo wiedzieć, dlaczego 
podejrzewasz wszystkich moich przyjaciół i znajomych, a teraz także sąsiadów, z 
którymi chciałam ułożyć sobie stosunki w nadziei, że po tej wizycie pokochają mnie jak 
własną córkę?
 

– Na razie nic nie rób, po prostu czekaj. I pamiętaj, liczy się każdy drobiazg, 

każdy list, każda wiadomość, nie wolno ci nic przemilczeć ani przegapić. Zrozumiano? I 
miałaś się zastanowić nad tym, co wydarzyło się w listopadzie albo w grudniu. Mów.
 

– Przestań mi rozkazywać.

 

– Bądź tak uprzejma i powiedz.

 

– Jolka wymieniła następujące rocznice: ósmego grudnia umarł mój ojciec, 

dziesiątego grudnia wypadek Bartka, trzynastego ogłoszono stan wojenny, w połowie 
grudnia moja sprawa rozwodowa w sądzie i moje urodziny, dwudziestego Jolka złamała 
nogę.
 

Anka notuje. Nie ma zadowolonej miny.

 

– Rozmawiałam z Ewą Marcela.

 

– To fajnie. Nadal wygląda tak dobrze jak za czasów konkubinatu z moim 

mężem?
 

– Niestety, tak. Szczupła i ładna, ale jakaś smutna. Kozicka to jej nazwisko 

panieńskie, a zatem siostry są prawdziwe, nie przyrodnie. Była zamężna przez rok, a 
potem poznała Marcela. I mam dla ciebie wspaniałą wiadomość: to nie Laura, ale Beata 
ich okradała. Marcel w końcu przyłapał ją na tym i wtedy zerwał z Ewą. Było mu głupio, 
że oskarżył własną córkę. Laura okradała tylko ciebie. Cieszysz się?
 

– Przestań mnie wciąż pytać, czy się cieszę. Cieszę się od rana do wieczora.

 

– Ewa była przekonana, że to Laura wciągnęła Beatę w narkotyki. Ale to 

nieprawda, ta dziewczyna, chociaż młodsza od Laury, już wcześniej zaczęła i była 
bardziej od niej zdemoralizowana. Ewa ją kryła. Dlatego Marcel tak się wściekł. Ale 
nigdy Laury nie przeprosił. Ona ma o to do niego żal. I słusznie.
 

– Podejrzewasz, że to Ewa? – pytam z nadzieją.

 

– Muszę cię zmartwić: jest ładna i zgrabna, a w dodatku niewinna. Już dawno 

zorientowała się, że nie tylko nie ma powodu gnębić Laury, ale nawet powinna być jej 
wdzięczna, bo to dzięki niej Beata wyszła z narkotyków, ma męża, dziecko i normalne 
życie. Ale nie martw się, wciąż jest tłum podejrzanych.
 

– Dobrze byłoby znaleźć coś na obecną żonę Marcela. Nie wiem, dlaczego 

jeszcze się nią nie zajęłaś.
 

– À propos cioci Róży. Kiedy się do niej wybierasz?

 

– Nieprędko. Odziedziczyłam znaczki bez wady serca, więc jeszcze trochę 

pożyję. – Smak zemsty jest słodki, ale moja odpowiedź nie robi na Ance żadnego 
wrażenia. – W sobotę około szóstej.
 

– Przyjadę. A teraz lecę.

 

– Nie musisz tak latać – mamroczę i zamykam za nią drzwi.

background image

 

Obawiam się, że po moich kolejnych ankietach jednak wylecę z pracy. W rubryce 

„Zaangażowanie trenera” dostaję najniższe noty. Czeka mnie wobec tego nie tylko 
spotkanie z Januszem, ale również z Miechem. Na pewno nie zostawi tego bez 
komentarza. Ale się mylę: on najwyraźniej gwiżdże na ankiety. Natomiast Janusz 
rzeczywiście wzywa mnie na dywanik: „Jestem zaniepokojony twoimi ostatnimi 
ankietami i nie tylko. Bardzo proszę, żebyś po piątkowym szkoleniu wpadła do mnie. J.”.
 

No to wpadam. Nie czuję zdenerwowania, w końcu moja matka jest bogata i w 

razie kłopotów na pewno podzieli się swoją fortuną. Janusz, który najczęściej zaczyna od
zmycia głowy – tak jakby nie był właścicielem firmy szkoleniowej i nie miał pojęcia o 
umiejętnościach, których jego trenerzy nauczają – tym razem jest bardzo spokojny i pyta 
z troską:
 

– Czy ty masz jakieś kłopoty? Jeszcze nigdy nie dostałaś tak słabych ocen.

 

– Wiem. Rzeczywiście mam trochę kłopotów i podczas tamtego szkolenia nie 

mogłam się skupić. – Mam ochotę nadmienić, że grupa była wyjątkowo nudna, ale wiem,
że to żaden argument, przynajmniej dla Janusza. – Przykro mi. Dzisiaj było dużo lepiej. 
Ale, skoro już o tym mowa. Wiesz, że miałam dwa spotkania z wolontariuszami.
 

– Tak, o tym też chciałem z tobą pomówić, ale po rozmowie z Miechem 

zrezygnowałem. Zrobimy dla niego wyjątek. Ten jeden jedyny raz, bo nie będziemy 
prowadzili szkoleń, na których się nie znamy.
 

– No właśnie. Janusz, to od kilku lat, a może od zawsze, były moje najlepsze 

szkolenia, chociaż rzeczywiście nie znam się na wolontariacie. Czy ty nie uważasz, że 
powinniśmy trochę zmienić profil?
 

– To znaczy?

 

– Na rynku jest mnóstwo firm szkoleniowych. Prawie wszystkie mają programy 

podobne do naszych. Niczym się nie wyróżniamy. Moim zdaniem najwyższy czas na 
zmiany, trzeba pokazać, że jesteśmy lepsi, wyjątkowi. Nie da się tego zrobić za pomocą 
sztampowych gotowców, z których korzystamy od lat. Niedługo zaczniemy tracić 
klientów, bo konkurencja nie śpi. W ostatnich miesiącach powstały dwie kolejne firmy. 
Mają nowoczesne programy, z Niemiec i z Francji. Za chwilę…
 

– Czy ty uważasz, że ja o tym nie myślę? Wiem, że konkurencja depcze nam po 

piętach i niebawem nas wyprzedzi. Nie ma na to rady. Wszystkie firmy potrzebują 
podobnych szkoleń, więc pozostaje nam jedynie doskonalić te, które mamy. A ty 
przynosisz mi takie ankiety i zajmujesz się wolontariuszami.
 

– Te ankiety oczywiście są kompromitujące i powinieneś obniżyć mi honorarium, 

ale czy nie uważasz, że trenerzy, od lat prowadząc niemal identyczne szkolenia siłą 
rzeczy zaczynają się nudzić i popadają w rutynę? Przydałby się płodozmian. Coś 
odświeżającego. Moim zdaniem przy takiej konkurencji nie przetrwa żadna firma, która 
nie proponuje czegoś wyjątkowego, co przyciągnie klientów. A nawet jeśli przetrwa, to 
tylko na poziomie nędznej wegetacji.
 

– Słuchaj, nie mówię, że nie masz racji, ale niby co możemy zaproponować, 

czego inni nie mają w ofercie? Obsługa klienta, umiejętność sprzedaży, umiejętność 
prezentacji, sztuka tego, sztuka tamtego, skuteczne to, skuteczne tamto itd. To są typowe 
umiejętności niezbędne do prowadzenia firmy. Czy masz jakiś pomysł?
 

– Tak, mam. Uważam, że można zaproponować szkolenia za symboliczną 

złotówkę, które przyciągną płatnych klientów tylko dlatego, że nasza firma wzbudzi ich 
zaufanie pewną postawą etyczną, bezinteresownością. Są instytucje, które nie mają 

background image

pieniędzy na wspieranie i dokształcanie swoich pracowników i ochotników, różne 
fundacje zajmujące się dziećmi, starcami, ludźmi wykluczonymi, narkomanami, 
sierotami. Zróbmy coś dla nich. To nie jest takie trudne. Przecież nie znam się na tym, a 
mimo to zajęcia z wolontariuszami były fantastyczne, czyli mogę się tego nauczyć. Jeśli 
trzeba, zrobię jakieś studia podyplomowe. A warsztaty dla domów dziecka, powiedzmy z 
obsługi komputera. Albo dla kobiet po rozwodzie, które poszukują pracy. – Janusz patrzy 
na mnie z niechęcią, zapomniałam, że się w tym roku rozwiódł. – To tylko pierwsze z 
brzegu pomysły, ale można je dopracować. A poza tym, gdybyśmy się sprawdzili, to 
różne instytucje zaczęłyby zlecać nam takie szkolenia, wiedząc, że robimy je dobrze i 
solidnie i nie jesteśmy pazerni. – W końcu milknę, bo przecież nie przemyślałam tego 
pomysłu.
 

Dopiero teraz dociera do mnie, że Janusz siedzi nieruchomo i naprawdę mnie 

słucha, co rzadko mu się zdarza. Najczęściej gdzieś się spieszy, biegnie, sztorcuje nas, 
wydaje krótkie polecenia, wiecznie jest w tak zwanym niedoczasie. A teraz siedzi i myśli.
Kto wie, może miałam rację, zapowiadając Michałowi, że Janusz będzie zachwycony 
moimi pomysłami. Oczywiście powiedziałam to na wyrost, bo co najwyżej miałam 
nadzieję, że wykaże tu umiarkowane zainteresowanie.
 

– Masz rację, powinniśmy coś zmienić, tak żeby zaskoczyć konkurencję i żeby 

niełatwo było nas podrobić. Na razie nie mów o tym nikomu. Nawet w firmie. Chcę się 
zastanowić. Czy możemy się umówić na przyszły tydzień?
 

– Jasne.

 

Przez całą sobotę notuję pomysły, które jak szalone cisną mi się do głowy, 

rzeczywiście szalona. Obdzwaniam różne placówki z pytaniem, jakie wsparcie 
przydałoby się ich pracownikom i wolontariuszom. Przy okazji okazuje się, że wielu z 
nich nie przechodzi żadnego poważnego przeszkolenia, co najwyżej zaliczają rutynowe 
instruktaże. Wielu rozmówców nie widzi potrzeby żadnych warsztatów, inni uważają, że 
byłyby bardzo przydatne. Już z grubsza wiem, jak powinny wyglądać, kogo można by na 
nie zapraszać. Potem przygotowuję się solidnie do zajęć z grupą Miecha. Ta ostatnia 
wpadka na pewno nie ujdzie mi na sucho. W końcu przestanie się ukrywać przede mną.
 

I rzeczywiście – w środę spotykam go na korytarzu, ale nie jest ani obrażony, ani 

tym bardziej wkurzony, bo już z daleka śmieje się do mnie.
 

– Witaj, wpadniesz na kawę? Byłem na urlopie, przepraszam, zapomniałem cię 

uprzedzić. W listopadzie zawsze wyjeżdżam, bo późną jesienią przeżywam straszny 
kryzys. Drugi raz staram się wyjechać w marcu, a lato spędzam w pracy. Mam nadzieję, 
że wszystko w porządku.
 

Co za ulga, nie obraził się, nie unika mnie, po prostu wyjechał na urlop.

 

– Niezupełnie. Ankiety jednej z grup…

 

– Daj spokój z ankietami. Pewnie już wiesz od Janusza, że odchodzę z pracy. – 

Nic nie wiem. – Udało mi się sprzedać dom na Mazurach, był mi niepotrzebny, nie 
przepadam za tak zwanym łonem natury, i jednak zakładam to wydawnictwo. Na razie 
opracowuję strategię, szukam kontaktów, książek, jakiejś siedziby, niewielkiej, wystarczy
ze trzydzieści metrów, dokształcam się. Gdybyś miała ochotę, moja propozycja jest 
aktualna.
 

– Wspaniale! Dzięki za pamięć, ale ja też mam nowe plany zawodowe. Dzięki 

tobie. Za wcześnie, żeby o tym mówić, nie chcę zapeszać, ale powinno się udać.
 

Uśmiech nie schodzi z twarzy Miecha, cieszy się jak dziecko, ubyło mu parę lat. 

background image

Jest żywym dowodem na to, że należy realizować swoje pragnienia. Kto wie, jeśli z 
mojego projektu nic nie wyjdzie, może do niego dołączę. Nic nie ryzykuję, w końcu to 
jego pieniądze. Kiedy zwierzył się ze swoich marzeń o wydawnictwie, jeszcze nie 
wiedziałam, że moja sytuacja finansowa tak radykalnie się zmieni. Teraz z powodzeniem 
mogłabym zostać jego wspólniczką, ale, jak wiadomo, spółki często źle się kończą. Już 
widziałam, jak z ich powodu rozpadają się wielkie przyjaźnie i w konflikt popadają całe 
rodziny. Marcel i jego dawny przyjaciel do dziś nie podają sobie ręki po tym, jak 
poróżniły ich odmienne poglądy na temat prowadzenia wspólnej firmy. Rozstali się z 
takim hukiem, że echo poszło na całą Warszawę, a nawet Polskę, bo po tygodniu 
zadzwonił do nas znajomy z Bydgoszczy, żeby spytać, czy to prawda.
 

Dawno nie miałam kontaktu z Laurą. Namawiam ją, żeby przyjechała na noc, ale 

nie ma z kim zostawić psów.
 

– No to chociaż pogadajmy chwilę przez telefon.

 

– Coś cię gnębi? – pytam, słysząc, że nie brzmi zbyt dziarsko.

 

– Nie. A właściwie tak. Znów ktoś umarł. To bardzo trudne rozstawać się z 

człowiekiem, z którym spotykałaś się dzień w dzień przez dwa lata i który się do ciebie 
przywiązał. Znasz już całe jego życie, a potem pewnego dnia rano wchodzisz z 
uśmiechem do jego pokoju i na jego łóżku zastajesz goły materac.
 

Tak, to nie jest zwykła praca. Nie można przed powrotem do domu zostawić jej za

progiem. Ci staruszkowie razem z Laurą wchodzą do jej mieszkania. Tutaj nie można 
zobojętnieć. A właściwie można, ale wtedy ta praca traci sens. Laura, mam wrażenie, tak 
bardzo zżywa się ze swoimi podopiecznymi, że nie potrafi zachować dystansu.
 

– Chciałabym cię o coś zapytać w związku z twoją pracą. Jak ty sobie radzisz z 

trudnymi sytuacjami, na przykład właśnie ze śmiercią?
 

– Robię to intuicyjnie. Trochę uczyłam się o tym na studiach. Ale tak naprawdę 

nie radzę sobie. Nie mam z kim o tym porozmawiać. Czasem zamykam się w wucecie i 
płaczę. Czasem nie mogę spać. Ale najgorsze są sytuacje, kiedy nie wiem, jak im pomóc. 
Na przykład tym, których nie lubię, bo są koszmarni. A większość chorych na alzheimera
jest naprawdę nieznośna.
 

Żal mi Laury, a jej słowa utwierdzają mnie w przekonaniu, że mój pomysł jest 

strzałem w dziesiątkę. Szybko zapisuję w notatniku: „chorzy na alzheimera”.
 

– Gdybyś mogła od czasu do czasu z kimś doświadczonym o tym porozmawiać, 

poradzić się, byłoby ci lżej?
 

– Na pewno. Tutaj nikt nie ma na to czasu, jesteśmy bardzo zapracowani. Zresztą 

inni też często są bezradni. A wtedy zdarza się, i to jest okropne, że zaczynają się bronić 
obojętnością. – Laura milknie i szybko zmienia temat: – Ale z innej beczki. 
Rozmawiałam z Anką o Beacie. Ja nie wiedziałam, że to ważne. Nie mówiłam o niej, bo 
miałam przez nią okropną drakę z tatą, który posądzał mnie o kradzieże. Ale to nie byłam
ja, tylko ona. Tylko nie mogłam mu o tym powiedzieć. Ja okradałam tylko ciebie – 
wyjaśnia, a ponieważ brzmi to jakoś absurdalnie, obie zaczynamy się śmiać. – Ale chcę 
ci powiedzieć – dodaje już całkiem poważnie – że kiedyś odkupię ci te rzeczy, jeszcze nie
teraz, bo za mało zarabiam, ale odkupię je, nie te same, podobne. Pamiętam każdą z nich.
Zegarek…
 

– Całe szczęście, że moja rodzina była uboga i nigdy nie miałam biżuterii, bo 

byłabyś teraz w wielkim kłopocie – mówię zdławionym głosem.
 

Życie nauczyło mnie, żeby nie przywiązywać się do przedmiotów. W domu 

background image

zawsze było tylko to, co niezbędne, a nawet mniej. Nie przejmowałam się tym. Moje 
koleżanki zazdrościły mi rajstop w kwiatki, bo nie wiedziały, że hafty zakrywają dziury. I
miałam cudowne swetry robione przez ciocię Różę ze starych sprutych swetrów, które 
nazywała rodowymi. „Sprułam kolejny rodowy sweter i zobacz, jaka śliczna kamizelka 
mi wyszła”.
 

– Tak, te nasze rodowe swetry – bąkam.

 

– Mamo, jak ty się zamyślisz, zawsze mówisz jakieś bzdury. Jakie rodowe 

swetry? Może srebra?
 

– Nie, srebra po rodzicach ojca przepadły. Biżuteria jeszcze przed wojną poszła 

na znaczki. Zostały tylko swetry.
 

Laura się śmieje, a w tle wtórują jej psy, które uwielbiają, kiedy ich pani jest 

wesoła.
 

– Wiesz, ja nawet trochę się cieszę, że mamy tego wroga, bo dzięki temu mogłam 

wiele spraw przemyśleć i jakoś inaczej nam się rozmawia. A zresztą od ponad tygodnia 
nic się nie wydarzyło. Żadnego listu ani zdjęć. I nikt mnie nie śledził. Anka powiedziała, 
że jutro zabiera Wojtka.
 

– Kogo zabiera? I komu?

 

– No, swojego asystenta Wojtka, który właśnie wszedł do mnie na herbatę. On 

studiuje socjologię i pisze pracę magisterską na temat roli prywatnego detektywa we 
współczesnym społeczeństwie. Ma praktyki u Ani i czasem jej pomaga.
 

– Aha – bąkam – rola detektywa…

 

– No tak, prywatny detektyw pełni bardzo ważną funkcję w dzisiejszym świecie. 

Wiesz, zdrady, rozwody, pieniądze. A zresztą ty też wynajęłaś Anię. Czyli detektyw jest 
potrzebny, co nie?
 

– Tak. Dobrze, kochanie, to zadzwonię jutro. Czy masz kontakt z babcią?

 

– Tak, byłam u niej. Ale dzieje się z nią coś dziwnego. Nawet chciałam ci o tym 

powiedzieć. Wciąż mówi o jakichś znaczkach. Babcia zbiera znaczki? I był u niej jakiś 
pan Mietek. Znasz go?
 

– Wszystko w porządku, to kolega dziadka z pracy. Znam go od dzieciństwa – 

mówię spokojnie, ale wcale nie jestem spokojna, bo widzę, że pan Mietek nie zasypia 
gruszek w popiele i najwyraźniej adoruje żonę swojego dawnego przyjaciela, co wcale 
mi się nie podoba. – Dobrze, że babcia ma kolegów. Nie uważasz?
 

– Uważam – odpowiada Laura ze śmiechem. – Szkoda, że ty ich nie masz. No to 

ja kończę, pa.
 

Co takiego? Szkoda, że nie mam kolegów? Mam ich mnóstwo, smarkulo jedna. 

Już zaczynam wyliczać w myśli cały szereg bardzo fajnych, fajnych i niefajnych facetów,
z którymi spotykam się na co dzień albo od święta, ale wiem, że Laurze chodziło o 
innych kolegów. Nieważne. Grunt, że wróg zamilkł. Pewnie, tak jak przewidywałam, 
znudziło mu się. Postraszył, postraszył, i po wszystkim. I bardzo dobrze, bo muszę się 
zająć świętami, prezentami i projektem warsztatów. Kiedy Janusz da mi znać, powinnam 
być gotowa.
 

background image

 Rozdział piąty

 

W mieszkaniu cioci Róży panuje głucha cisza.

 

– Witaj, ciociu – mówię głośno, na wypadek gdyby tutaj była, a ściany 

odpowiadają mi echem.
 

Znam takie echo z dzieciństwa. Witało nas po powrocie z wakacji. A potem, po 

kilku godzinach milkło, kiedy mieszkanie wypełniło się naszymi głosami i krzątaniną.
 

Wszystko poza tym echem, które jednak wiele zmienia, jest takie, jak tamtego 

dnia, kiedy karetka odjechała i zostaliśmy we dwoje: Lunatyk i ja. Gdy po godzinie, 
trzymając go pod pachą, zamykałam za sobą drzwi, na klatce pojawiła się sąsiadka, pani 
Krysia. „Miałyśmy wczoraj razem obejrzeć nasz serial, ale postanowiła wcześniej się 
położyć”, powiedziała ze łzami w oczach. „Jak ja będę żyć bez mojej ukochanej Róży? Z
kim ja będę oglądać serial? Kto sprawdzi, czy jeszcze żyję?” „Tak, będzie nam ciężko”, 
powiedziałam, przytulając ją, lecz w swojej bezduszności nie zaproponowałam, że 
codziennie rano albo wieczorem wpadnę do niej albo chociaż zadzwonię. „Dziękuję, pani
Krysiu, że opiekowała się pani ciocią”. „Ona mną też, Maryniu, jeszcze bardziej”.
 

Otwieram okna na oścież, mimo że na dworze jest mróz. Po chwili nadchodzi 

Anka. Siada w zagłębieniu wersalki kupionej w salonie Emilia ze czterdzieści lat temu, 
przykrytej burym kocem w kwiaty, i rozgląda się po pokoju.
 

– Czy to ten fotel, w którym ci się śniła? – pyta.

 

– Tak – odpowiadam, siadając w nim. – Zresztą innego tutaj nie ma.

 

– Przypomnij sobie tę ostatnią rozmowę. Według mnie powiedziała coś ważnego. 

Wydaje ci się, że ciocia do ciebie wraca, ale to nie zmarli przychodzą do nas, tylko 
wiadomości, które przekazali nam przed śmiercią. Coś zostało w twojej podświadomości 
i teraz dobija się do ciebie w snach. Spróbujmy odtworzyć cały ten wieczór od samego 
początku. O czym rozmawiałyście, jak wyglądała, co robiła, jakie przedmioty miała 
wokół siebie? Mów wszystko, co tylko zapamiętałaś.
 

– Przyszłam koło szóstej. Ona siedziała w fotelu, a ja tam, gdzie teraz ty siedzisz. 

Miała na sobie zieloną kamizelkę i brązową spódnicę, pamiętam, bo rzadko ją nosiła, 
najczęściej do kościoła. Odprowadzałam ją czasem, ale nie wchodziłam do środka, tylko 
czekałam na zewnątrz.
 

– Aż tak wadzisz się z Bogiem?

 

– Coś ty? Nie wdaję się z nim w żadne dysputy. Obok fotela na podłodze stał 

koszyk z robótką, który teraz jest tam, pod oknem. Na stole leżała duża książka w 
zniszczonej brązowej okładce. – Rozglądam się, po czym pokazuję na grube tomiszcze 
spoczywające teraz na półeczce wysokiej lampy z żółtym, przepalonym abażurem, przy 
której ciocia miała zwyczaj czytać: – O, ta. Pośrodku stołu stała szklanka ze słonymi 
paluszkami i moje ulubione porcelanowe filiżanki w niebieskie kwiatki. Ciocia poszła do 
kuchni nastawić wodę. Chciałam jej pomóc, ale Lunatyk wpakował mi się na kolana, 
więc zrezygnowałam. Popijałyśmy herbatę i gawędziłyśmy, a właściwie to ona 
gawędziła, ale nie pamiętam o czym. Lubiła opowiadać, historie z młodości, jakiś serial, 
ale mnie to nudziło, więc jednym uchem wpuszczałam, drugim wypuszczałam. Spytała, 
czy podoba mi się nowy sweter i, jak zwykle, czy zabiorę „potem” Lunatyka do siebie. 
Wiesz, zarówno moja matka, jak i Róża używają słowa „potem” zamiast dosadnego „po 
mojej śmierci”. „Jestem stara, chora, co potem będzie z Lunatykiem?” „Zabiorę go, 
przestań się martwić, a poza tym jest tak spasiony, że może umrzeć przed tobą”, 

background image

powiedziałam. „Nie daj Boże, nie daj Boże”. To wszystko – zapewniam, sięgając po 
książkę, która okazuje się albumem ze zdjęciami. – Patrz, to fotografie rodzinne. O, tutaj 
jest mój pradziadek. A to mój ojciec i ciocia Róża z dziadkiem Arnoldem. Ale tych ludzi 
nie znam.
 

– Nigdy nie oglądałaś z ciocią zdjęć? – dziwi się Anka.

 

– Oglądałam, od dzieciństwa. Widziałam je ze sto razy, ale tych nie znam.

 

– Pokaż – Anka kartkuje album i nie podnosząc głowy, pyta: – Czy wszystko było

jak zawsze? Nic cię nie zaniepokoiło?
 

– Nie wiem. Kiedy mnie o to pytasz, nagle wiele rzeczy wydaje mi się dziwnych. 

Była chyba smutna, mniej się uśmiechała. Spytałam, czy się źle czuje, zaprzeczyła, ale i 
tak umówiłyśmy się, że zawiozę ją do lekarza. Niestety, już nie zdążyłam. Co jeszcze? 
Zjadłam wszystkie paluszki, bo byłam głodna, a ciocia nie upiekła mojego ulubionego 
piernika z marchewki. „A gdzie mój piernik?”, spytałam. Odpowiedziała, że przecież 
spodziewała się mnie jutro i dopiero miała zamiar go upiec. Tak, przypominam sobie, 
przyszłam dzień wcześniej, od razu po szkoleniu, bo na następny dzień Janusz zwołał 
nagłe zebranie.
 

– Zadzwoniłaś wcześniej?

 

– Chciałam ją zawiadomić z drogi, ale cały czas wisiała na telefonie. Okazało się 

później, że rozmawiała z moją mamą. Zjadłam paluszki, a ciocia zrobiła mi kanapkę z 
szynką.
 

Anka odkłada album i wychodzi do kuchni.

 

– Musisz solidnie posprzątać lodówkę, wszystko w niej zapleśniało – woła, 

zatykając nos, i dodaje: – Albo od razu wyrzucić z całą zawartością.
 

– Tak, zaraz wezmę się do roboty.

 

– Posiedźmy jeszcze chwilę, może Róża przemówi po śmierci, skoro za życia nie 

chciałaś jej słuchać. Ciężkie jest życie starych ludzi. Gdybym miała taką cudowną ciocię,
to lepiej bym ją traktowała. Mieszkanie, znaczki, piernik, swetry…
 

– Przestań, już i tak zżerają mnie wyrzuty sumienia. Pewnie to one znęcają się 

nade mną, przybierając postać cioci.
 

– Gdybyś jeszcze wiedziała, o czym mówią.

 

– W ostatnim śnie powiedziała: „Uważajcie”. Ale to oczywiste, że powinnam 

uważać. Przecież mam wroga.
 

– Czy ciocia Róża zawsze była samotna?

 

– Tak, nie wyszła za mąż, ale jako młoda dziewczyna podobno była zakochana. 

Słyszałam raz, jak rodzice o tym mówili. A mama wtedy co chwila wzdychała: „Biedna 
Róża”. To musiała być jakaś tragiczna historia.
 

– Możesz mamę o to wypytać?

 

– Spróbuję.

 

– Przyjaciół też nie miała?

 

– Miała kilkoro, ale żyje już tylko ciocia Kasia. Była na pogrzebie. Razem 

chodziły do szkoły. Jeszcze przed wojną. I przyjaźniła się z sąsiadką, panią Krysią, która 
rano znalazła ciocię martwą i zadzwoniła do mnie. Obie były schorowane i umówiły się, 
że dwa razy dziennie, pani Krysia rano, a ciocia wieczorem, a może na odwrót, nie wiem,
będą sprawdzać, czy wszystko w porządku, ściśle mówiąc, czy druga nie zasłabła albo 
nie umarła. I oglądały razem ten serial, którego nieodpartej magii uległy kilka, a może 
nawet kilkanaście lat temu. Tamtego wieczoru ciocia wybierała się do niej na kolejny 

background image

odcinek, dlatego wcześniej wyszłam. Chociaż miałam ochotę jeszcze posiedzieć. Lunatyk
mruczał kojąco, było mi dobrze, odpoczywałam. I chyba miałam złe przeczucia. 
Ciekawe, że dobre przeczucia omijają mnie szerokim łukiem.
 

– I co, obejrzały ten serial?

 

– Nie, pani Krysia powiedziała mi rano, na klatce schodowej, że ciocia 

postanowiła wcześniej się położyć.
 

– Pewnie chciała cię spławić. Trudno się dziwić, siedziałaś z nią przez ponad 

godzinę i nie potrafisz powtórzyć, co mówiła.
 

– Przyszłam po szkoleniu, na którym tyle gadali, że zmysł słuchu przestał mi 

działać. Uszy też się męczą. One mi się czasem same zamykają, jak płatki przebiśniegów 
na noc.
 

– Rozumiem cię, moja teściowa bez przerwy mówiła i gdyby w końcu 

powiedziała coś interesującego albo ważnego, na pewno bym nie usłyszała. Ale podobno 
ciocia Róża opowiadała ciekawie.
 

Przebrana w strój roboczy, w chustce na głowie, z zapasem starych tetrowych 

pieluch, z przygotowanym mopem i odkurzaczem, przystępuję do działania. Anka, jak 
zwykle wyelegantowana, zabiera się do przeglądania dokumentów w szufladach 
rozklekotanej dębowej komody.
 

– To niesprawiedliwe – jęczę. – Ja też wolałabym grzebać w starych listach.

 

– Niesprawiedliwe? A kto mi bez przerwy utrudnia śledztwo? Kto odziedziczył 

znaczki warte fortunę? Teraz to ja będę zasuwała jak mały parowozik, bo już wiem, że mi
zapłacisz. Stać cię na moje luksusowe usługi. Sprzątając, bądź czujna, na wszelki 
wypadek sprawdzaj każdą rzecz, zanim ją wyrzucisz – radzi Anka, a po chwili, patrząc na
mnie dziwnym wzrokiem, dodaje: – Albo lepiej w ogóle niczego nie wyrzucaj prócz 
zepsutego jedzenia. Kiepsko byłoby pozbyć się przez nieuwagę klasera albo złotych 
monet.
 

– Nic nie wiem o złotych monetach.

 

– Bo nigdy nie słuchałaś, co biedna staruszka mówi, i teraz zamiast odpoczywać 

w niebie, musi się tułać po ziemi, żeby ci o czymś przypomnieć.
 

– Co w Lublinie?

 

– Miałam nadzieję, że nie spytasz. To przygnębiająca historia. Sprawy wyglądają 

mniej więcej tak: jakieś dziesięć lat temu żona Marcina zaczęła chorować psychicznie. 
Początkowo wszyscy sądzili, że to minie, że po prostu cierpi na depresję. Ale, niestety, 
nie minęło, a choroba rozwijała się i stawała coraz bardziej uciążliwa dla otoczenia. 
Kilka razy trafiła do szpitala, po leczeniu było nieco lepiej, a potem znów się zaczynało. 
Od wiosny przebywa w zakładzie psychiatrycznym.
 

Zamiast sprzątać, z wrażenia siadam w fotelu.

 

– A więc miałam rację, była tajemnica.

 

– Tak. Rozmawiałam jeszcze raz z Marcinem. Czuł się niezręcznie, że odkryłam 

prawdę, którą, zdaje się, ukrywał przed całym światem. Są faceci, którzy kompletnie nie 
potrafią rozmawiać o sprawach osobistych. Ich córka bardzo to przeżywała, omal nie 
zawaliła studiów. W kwietniu wyszła za mąż i mieszka w Warszawie. Co tydzień jeździ 
do matki, która niebawem będzie mogła wrócić do domu. Sprzątaj, bo nigdy stąd nie 
wyjdziemy.
 

Zrywam się i chwytam za ścierkę.

 

– To ja zacznę od kuchni – postanawiam, bo nie chcę, żeby Anka widziała łzy w 

background image

moich oczach.
 

– Dobrze, włączę tryb głośnomówiący. Podejrzewałam ją, ale niesłusznie. Od 

wielu miesięcy jest, ujmijmy to tak, uwięziona.
 

Po raz kolejny sobie przyrzekam: żadnych tabu w moim życiu, żadnych tajemnic 

rodzinnych. Ciekawe, jakie niespodzianki jeszcze mnie czekają. W milczeniu krzątam się
po kuchni. Wyrzucam z lodówki gnijące warzywa, wędlinę, która tymczasem przybrała 
sinozielony kolor, spleśniały ser, zupę pokrytą barwnym kożuszkiem wylewam do muszli
klozetowej. Pudełka, puszki, pojemniki, małą bombonierkę czekoladek na razie 
odkładam na stół, żeby sprawdzić datę ważności. Ciocia nie dałaby mi spokoju do końca 
życia, gdybym wyrzuciła jakieś jedzenie.
 

– Mogła mnie chociaż poczęstować czekoladkami, skoro nie miała piernika – 

wołam do Anki, zaglądając do bombonierki, i na widok zdeformowanych, omszałych 
czekoladowych potworków szybko zmieniam zdanie: – Jednak lepiej, że tego nie zrobiła!
 

Kolej na szafki. Ciekawe, miała zapasy ryżu, mąki, kaszy, a nie pojawił się 

jeszcze ani jeden mól, nic. Koniec tego, przyrzekam sobie, rozprawię się ze swoją 
szarańczą – nie ma mowy, żeby dalej u mnie mieszkała. Czerwoną tasiemką, którą 
znalazłam w szufladzie, zawiązuję duży wór pełen śmieci.
 

– Kuchnia gotowa, trzeba tylko wyszorować lodówkę.

 

Anka wciąż przegląda papierki w szufladzie komody. Niektóre czyta uważnie, 

inne jedynie przebiega wzrokiem, czasem coś odkłada na bok.
 

Robi się późno. W przypływie litości Anka też zakasuje rękawy i pomaga mi 

wysprzątać pokój i łazienkę. Na koniec szukamy jeszcze klasera, ale bezskutecznie.
 

– Trudno, musisz wziąć urlop na poszukiwanie znaczków. Starzy ludzie mają 

dziwne skrytki. Zabieram kilka dokumentów i klucze cioci. A ty weź album z 
fotografiami i pokaż go mamie.
 

Na klatce schodowej Anka zadaje mi dziwne pytanie:

 

– Czy Weronika wie, że twój syn przyjeżdża?

 

– Tak, oczywiście. Podzieliłam się tą radosną wiadomością ze wszystkimi 

przyjaciółkami.
 

– Od kiedy wie?

 

– Kacper dopiero niedawno potwierdził swój przyjazd, ale mówię o tym już od 

września. A ja bym chciała wiedzieć, dlaczego w ogóle nie podejrzewasz Marcela ani 
jego kon… żony.
 

– Ona nie ma żadnego motywu. Jest bez reszty zajęta własnym, bardzo ciekawym

życiem i w ogóle jej nie obchodzisz. Zwłaszcza że nie dziedziczysz po Marcelu.
 

– Nawet się cieszę, bo to działa w dwie strony, więc on po mnie też nie. Ale Laura

po nim dziedziczy.
 

– To prawda, tylko że głównym celem jesteś ty. Poza tym Sylwia jest kobietą, 

która przenigdy nie traciłaby czasu na tak absurdalną, groteskową akcję, tylko od razu 
wynajęłaby płatnego mordercę. A nad Marcelem nawet się nie zastanawiałam, intuicja 
zawodowa. – Anka puszcza do mnie oczko. – Zresztą facet, który dzień w dzień jest 
podpity, naprawdę nie byłby zdolny do takiej wyrafinowanej zabawy. Kilka razy 
próbowałam z nim porozmawiać, ale zawsze kończyło się na tym, że chciał się ze mną 
umówić i pytał, jakie mam cycuszki.
 

– Co za kretyn.

 

– Nie, dlaczego, to akurat dobrze o nim świadczy.

background image

 

– Zrób coś, przecież ma motyw, zbierał znaczki – mówię zezłoszczona.

 

– Kiedy? Czy pamiętasz, żeby kupił chociaż jeden znaczek?

 

– No, nie. To był klaser z dzieciństwa.

 

– Właśnie. Wart pewnie z dziesięć złotych. A teraz, moja droga – mówi Anka, 

kiedy stoimy obok kontenera na śmieci, do którego wrzuciłyśmy dwa pięknie zawiązane 
na kokardkę worki – zanim stąd odjedziemy, chcę cię spytać o coś bardzo, bardzo 
ważnego i proszę, weź to sobie do serca. – Milknie i robi tajemniczą minę, świdrując 
mnie wzrokiem.
 

– Co ja znów zrobiłam?

 

– Pytanie brzmi: czego znów nie zrobiłaś?

 

– No, wielu rzeczy. Jestem bardzo zajęta.

 

– A pięć minut temu?

 

– Pięć minut temu… Pięć minut temu… Nie zamknęłam drzwi na klucz.

 

– No to zasuwaj na górę, a ja wracam do domu. To śledztwo to jakaś mordęga. 

Muszę nawet sprzątać.
 

Wbiegam pędem po schodach, bo właśnie przypomniałam sobie, że obiecałam 

mamie wpaść do niej na chwilę, ponieważ ma mi do powiedzenia „coś nie na telefon”.
 

Docieram do mamy ledwo żywa.

 

– Czy wszystko w porządku? – wysapuję w progu.

 

– Tak, chyba tak.

 

– A co, nie jesteś pewna?

 

– Wiesz, ktoś dzwonił i pytał o znaczki. Myślałam, że wie o nich tylko 

włamywacz. Jakiś filatelista chce kupić wszystkie klasery. Chyba je sprzedam. Po tym 
włamaniu jednak nie czuję się najlepiej, to okropne, że ktoś grzebie w twoich rzeczach 
bez twojej zgody i wiedzy. Po co nam te znaczki? A może nie trafi się już żaden kupiec, 
jest kryzys, ludzie nie mają pieniędzy, politycy bez przerwy się kłócą. To pewnie jeden z 
tych wariatów, któremu strasznie zależy na jakimś tam czarnym czy żółtym, który 
powinien być niebieski albo zielony. Niektórzy, ale to za granicą, tak mówił Mietek, 
kupują podobno znaczki tylko po to, żeby napawać się ich widokiem. Czas je sprzedać i 
zrobić użytek z pieniędzy. Ty za ciężko pracujesz, Laura też, w dodatku za marne grosze. 
Widziałaś, jak ona się ubiera? Wygląda, jakby nosiła rzeczy ze śmietnika.
 

– Nie, mamo, taka teraz moda. Wprawdzie kupuje ubrania w szmateksie, ale to 

dobre ciuchy. Tylko że używane.
 

– Widać. I należą wam się jakieś wakacje. Nie wyjeżdżałaś nigdzie od kilku lat.

 

– Błagam, nic nie sprzedawaj. Jutro po szkoleniu wpadnę i porozmawiamy. 

Przywiozę zakupy. Proszę cię, na razie nie wychodź z domu i nikogo nie wpuszczaj.
 

– Nawet Mietka?

 

– Mietka możesz – odpowiadam z wahaniem, bo przecież nie ma pewności, czy 

to nie on dybie na nasze znaczki.
 

– Nie wychodź, dobrze?

 

– No dobrze – odpowiada mama dziwnie potulnie, spodziewałam się raczej, że, 

jak zwykle, stanie okoniem.
 

Musi być jednak znękana. Naprawdę wolę ją radosną i lekkomyślną. Trzeba 

umieścić znaczki w bezpiecznym miejscu, zanim sprzeda je za jedną dziesiątą ceny albo, 
co gorsza, zostaną skradzione. Ktoś ich szukał, ktoś dzwoni i chce je kupić, pewnie jedna
i ta sama osoba.

background image

 

– Nie przedstawił się?

 

– Nie. Filateliści często chcą zachować incognito. Podobno, wiem to od Mietka, 

pewien posiadacz cennego znaczka – nie wiadomo, kto to jest – ukrywa go nawet przed 
żoną. Trudno się dziwić, gdyby kobieta dowiedziała się, że jest współposiadaczką 
papierka wartego dwa miliony dolarów, na pewno zażądałaby jego spieniężenia albo 
rozwodu i podziału majątku.
 

– Powiedz mi o romansie cioci Róży.

 

– Wiem tylko tyle, że była zakochana. Miała osiemnaście czy dziewiętnaście lat. I

on wyjechał, zdaje się do Izraela. I już nigdy się nie odezwał. Janek mówił, że przez kilka
lat codziennie sprawdzała skrzynkę pocztową, ale chyba nigdy nie nadszedł od niego 
żaden list.
 

– I nikogo więcej nie spotkała?

 

– Nie wiem. To była podobno wielka miłość. Tak jak wszystkie niespełnione 

miłości. Biedna Róża.
 

– Mówiłaś, że ona też miała znaczki.

 

– Tak mi powiedziała, kiedy po śmierci Janka chciałam się z nią podzielić 

swoimi. Przecież najcenniejsze znaczki otrzymał od ojca. Ale Róża na to: „Zatrzymaj je 
dla Marysi i wnuków. Przydadzą się im. Ja mam swoje. Nasz ojciec był sprawiedliwy. 
Podzielił kolekcję na trzy części”.
 

– Dlaczego na trzy części? Przecież miał dwoje dzieci: ojca i ciocię Różę.

 

– Wiesz, ani ojciec, ani Róża nie chcieli o tym opowiadać, w ich rodzinie były 

rozmaite skandale i tabu. Tylko czasem szeptali między sobą. Dopiero po latach 
dowiedziałam się, że mieli przyrodniego brata, syna dziadka Arnolda z pierwszego 
małżeństwa z Zuzanną, która mieszkała w Niemczech. Janek dwa lata przed śmiercią 
pojechał do niej razem z Różą. Wrócił w nie najlepszym nastroju. To spotkanie chyba się 
nie udało. Nie pytałam dlaczego, bo i tak nic by mi nie powiedział. Twój ojciec umiał 
milczeć, oj, umiał. Ale nigdy się nie obrażał.
 

Ciekawe, czego jeszcze się dowiem. W ciągu tych dwóch miesięcy zmieniłam 

zdanie o naszej niby to skromnej rodzinie.
 

– Czy ty wiesz, jak ona się nazywa i gdzie mieszka?

 

– Marysiu, ludzie tak długo nie żyją. Już po śmierci Janka przyszedł z Niemiec 

telegram, że właśnie ją pochowano.
 

– Ty wszystko przechowujesz, listy, widokówki, to może masz również ten 

telegram?
 

– Tak, powinnam go mieć. Poczekaj. – Mama otwiera szufladę dębowej 

biblioteki, jedynego mebla, który ocalał w jej rodzinie, i kiedy przegląda stare papiery, 
pytam:
 

– A co mi chciałaś powiedzieć, twierdząc, że to nie na telefon?

 

– No tak, nie na telefon, bo Mietek powiedział, że mogę mieć podsłuch. – Nie, 

trzeba go jakoś spławić, bo robi się groźny. – Wiesz, jak będziesz sprzątała u Róży, 
musisz uważać, bo ona miała nietypowe skrytki. Coś jej się porobiło na starość. 
„Helenko, ja trzymam emeryturę w puszce po sardynkach”, powiedziała mi kiedyś. A 
może po landrynkach, już nie pamiętam. Chyba jednak po landrynkach, bo puszka po 
sardynkach zawsze będzie cuchnąć. A kiedy w stanie wojennym dostała jakieś dolary od 
swojej przyjaciółki ze Szwecji, trzymała je w lodówce w pudełku z kukułkami. Nie po 
kukułkach, tylko razem z nimi. Na wierzchu były kukułki, a pod spodem dolary.

background image

 

– Co ty mówisz? W lodówce? – pytam z rozbawieniem i niedowierzaniem, ale już

po kilku sekundach uśmiech zamiera mi na ustach i ogarnia mnie przerażenie. – W 
lodówce?!
 

– Tak. Była dziwaczką.

 

– Słuchaj, mamuś, muszę lecieć, bo sobie o czymś przypomniałam, jak znajdziesz

ten telegram, to do mnie zadzwoń. Zostawiam album cioci, obejrzyj te zdjęcia. Zamknij 
drzwi i nikomu nie otwieraj. Pa! – wyrzucam z siebie jak karabin maszynowy, po czym 
zbiegam z trzeciego piętra po dwa schodki i ruszam nieomal z piskiem opon. Na 
skrzyżowaniu dzwonię do Anki, na szczęście odbiera.
 

– Nie mogę rozmawiać, jestem w pracy. Czy coś się stało?

 

– Błagam cię, o nic nie pytaj, tylko przyjeżdżaj pod śmietnik cioci Róży! – wołam

i natychmiast się rozłączam.
 

W lodówce. W lodówce, mamroczę przez całą drogę.

 

Kiedy docieram na miejsce, Anka już na mnie czeka. Mówię jej, czego przed 

chwilą dowiedziałam się od mamy. Patrzy na mnie, potem na kontener pełen cuchnących 
śmieci, znów na mnie, w końcu na swój elegancki beżowy płaszczyk z wytwornej 
wełenki.
 

– A nie mówiłam, żeby niczego nie wyrzucać. – Na jej twarzy maluje się wyraz 

najwyższej rezygnacji.
 

– Przeciwnie, powiedziałaś, żebym posprzątała w lodówce, bo śmierdzi.

 

– Trudno, w razie czego odkupisz mi płaszcz. Mam nadzieję, że są na wierzchu. 

Zaczekaj, przyniosę latarkę.
 

Wszystkie worki w kontenerze wyglądają identycznie, ale tylko nasze były 

przewiązane czerwoną tasiemką zawiązaną na kokardkę. Anka podsadza mnie, a ja 
szukam, świecąc sobie ogromną profesjonalną latarką. Taką mają tylko ona, z racji 
zawodu, oraz szwagier Tomek, który posiada latarki wszelkich generacji. Niestety, 
niektórzy ludzie wyrzucają śmieci luzem.
 

– Ktoś idzie – mówi szeptem Anka. – Muszę go spławić. Powiem, że w śmietniku

jest bomba.
 

– Nie, nie puszczaj mnie, błagam, mam je, są oba! O, wy moje śliczne czerwone 

tasiemki.
 

– Cześć, panienki, to mój rewir – burczy gniewnie nocny przeszukiwacz 

śmietników.
 

– Dwa nasze, reszta twoja – proponuje Anka.

 

– No dobra – zgadza się, wzruszając ramionami i lustrując jej fryzurę, płaszcz, 

pantofle. – Co-to-się-tutaj-wyprawia…
 

Odprowadza nas wzrokiem, kiedy biegniemy do samochodów. Nie chcąc tracić 

czasu na otwieranie bagażnika, bo „śmieciarz” za chwilę na pewno się rozmyśli, 
wrzucam worki na tylne siedzenie i machając do Anki, a potem do niego, odjeżdżam.
 

Końcówka tej błyskawicznej akcji przebiega równie sprawnie: z garażu, gdzie na 

szczęście nikogo nie spotykam, wjeżdżam do swojego czystego, pachnącego mieszkania, 
które za chwilę wypełni się smrodem produktów z lodówki, i w korytarzu, z oślizłymi 
workami w ramionach i uczuciem ulgi w sercu, osuwam się na posadzkę. Zastanawiam 
się, jaką przyjąć strategię,: czy gmerać w nich i wyciągać sztuka po sztuce, czy wszystko 
wysypać? Decyduję się na to pierwsze. Po kilku minutach docieram do pudełka z 
kukułkami. Kto trzyma w lodówce kukułki? W dodatku przeterminowane? No, przecież 

background image

ciocia Róża. Wysypuję pozlepiane cukierki na gazetę, na dnie widnieje zawiniątko w 
plastikowym woreczku śniadaniowym. Chryste, to są te zabytkowe dolary z czasu stanu 
wojennego. Kiedyś spora suma, w tej chwili w przeliczeniu na złotówki najwyżej trzysta 
złotych. Biedna ciocia, trzymała je tyle lat, aż straciły wartość, a właściwie wartości 
nabrała złotówka. Po chwili wymacuję w worku pudełko czekoladek, którymi 
wzgardziłam. Czekoladki wrzucam z powrotem do worka i widzę coś starannie 
zapakowanego: najpierw w kilka plastikowych woreczków, następnie w folię 
aluminiową, a na koniec w cieniutkie lniane płótno. Moim oczom ukazuje się czerwona 
książeczka przypominająca legitymację partyjną – wprawdzie nigdy nie widziałam 
takowej, ale tak ją sobie wyobrażam – i natychmiast wiem, że to klaser, czy raczej 
klaserek, cioci Róży. Ale dlaczego w lodówce? Przecież to bez sensu. Serce mi wali, w 
końcu zamykam oczy i otwieram go, potem również oczy, i widzę kilka niezbyt ładnych 
znaczków. Ale nie zmylą mnie swoim wyglądem, o nie! – znam je z internetu. Widziałam
tam zdjęcia przynajmniej czterech z nich, a pod zdjęciami sumę, za jaką dziś można je 
kupić lub sprzedać. Najmniejsza wynosiła pięćdziesiąt tysięcy złotych. Przede wszystkim
jednak widzę Belgijczyka! Jest! Jak mogła tak ryzykować? Przecież czekoladki były 
przeterminowane i gdybym dzięki mamie nie doznała olśnienia, w tej chwili być może 
należałyby już do „śmieciarza”. Rozmarzona patrzę na znaczki, za które niebawem kupię 
sobie wolność. Znajduję jeszcze czerwone korale w pudełku po landrynkach. Na wszelki 
wypadek przeszukuję też torebki z sypkimi produktami, które jednak nie zawierają 
żadnych skarbów. Wysyłam do Anki esemes: „Znalazłam TO!!! Właśnie sobie na TO 
patrzę i liczę”.
 

Teraz czeka mnie solidna kąpiel. Jutrzejsze szkolenie będzie klęską.

 

Niestety, nie mogę zasnąć. Jestem zbyt bogata, żeby sobie spokojnie spać jak 

zwykły śmiertelnik. Mam Belgijczyka! Czy tak będzie już zawsze, dopóki go nie 
sprzedam i nie wydam wszystkich pieniędzy? Siadam do laptopa. Po półgodzinie 
potwierdza się informacja, że w Polsce było kilka Belgijczyków. Trzy z nich należały do 
słynnego filatelisty Arnolda Teleszki, czyli mojego dziadka, ale z wojny ocalał 
prawdopodobnie tylko jeden, który jego syn, czyli mój ojciec, w latach osiemdziesiątych 
sprzedał anonimowemu kolekcjonerowi z Australii. A zatem cały filatelistyczny świat 
wie o tym, że moja mama może posiadać inne cenne znaczki. To żadna tajemnica, tylko 
ja jedna jej nie znałam. Miałam rację, radząc Ance, żeby na listę podejrzanych wpisała 
wszystkich filatelistów. Treskilling Yellow wart jest ponad dwa miliony dolarów, tylko 
dlatego, że zamiast w kolorze zielonym przez pomyłkę wydrukowano go w kolorze 
żółtym. Dwa Mauritiusy, czerwony i niebieski – każdy wart ponad milion dolarów. 
Odwrócona Jenny – prawie milion, a U.S Franklin Z-Grill – około trzech milionów 
dolarów, Gujana – dwa miliony. Szkoda, że nie ma ich w klaserze cioci. Na świecie krążą
też cenne podróbki, których wartość niekiedy przewyższa wartość oryginałów. Niejaki 
Sperati, fałszerz, uchodził za wielkiego artystę w tym fachu. W Polsce jest mało cennych 
kolekcji, ponieważ większość z nich została zniszczona podczas obu wojen. Do 
najpoważniejszych filatelistów w XIX wieku należał Aleksander Teleszko, czyli mój 
pradziadek. Posiadał nie tylko trzy wspomniane Belgijczyki (aha, czyli przekazał je 
dalej), ale również Zieloną Sowę (która powinna być szara). Wreszcie rozumiem, o co 
chodzi: kolekcjonowanie znaczków w Polsce stało się popularne dopiero po pierwszej 
wojnie, a mój dziadek już wówczas dysponował klaserami swojego ojca, który zaraził się
tą pasją w Niemczech, gdzie spędził wiele lat. Dochodzę do wniosku, że kolekcja ojca 

background image

może być warta około miliona złotych, nawet bez Belgijczyka. Boję się od ponad dwóch 
miesięcy, ale teraz boję się jeszcze bardziej. Morduje się dla kilkuset złotych, a co 
dopiero dla miliona… Boję się też o matkę. Trzeba znaczki umieścić w bezpiecznym 
miejscu. I na pewno nie wolno ich trzymać w domu – sejf nic tu nie pomoże. Zresztą nie 
mam sejfu. Odnajduję jeszcze adres sklepu filatelistycznego Barcika, który o znaczkach 
podobno wie wszystko.
 

Nazajutrz w przerwie szkolenia dzwonię do niego. Próbuje mnie spławić, 

mówiąc, że konsultacji udziela tylko przed południem w swoim sklepiku, a potem, 
niestety, jest zajęty, ale kiedy wyjaśniam, o co mi chodzi, i podaję swoje nazwisko 
panieńskie, zmienia zdanie. Zapewniam go, że nie zajmę mu dużo czasu.
 

– Pamiętam pani ojca. Kupił u mnie kilka znaczków, jeden nawet z okresu 

klasycznego.
 

– To znaczy?

 

– Sprzed tysiąc dziewięćset czternastego roku. Ale sprzedałem mu też odwrotkę 

bokserów z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego. Wtedy ten znaczek był 
stosunkowo tani, ale wiadomo było, że jego wartość wzrośnie. Dzisiaj jest wart około 
piętnastu tysięcy dolarów. Pani ojciec był prawdziwym filatelistą, kochał znaczki, czasem
nie miał pieniędzy, więc prosił o zatrzymanie jakiegoś i wracał po kilku miesiącach, a 
nawet po roku, żeby go kupić. Mój Boże, miał nawet Belgijczyka, ale chyba też kilka 
innych bardzo cennych znaczków, o których filateliści mogą tylko marzyć, bo rzadko się 
zdarza, że ktoś kolekcjonuje w trzecim pokoleniu. Pani pradziadek był pionierem 
polskich filatelistów. Zbierał znaczki już pod koniec dziewiętnastego wieku, ale 
przetrwały tylko te, które odziedziczył pan Janek. Mój Boże, to był wspaniały człowiek, 
jakże on kochał znaczki. Po jego śmierci odwiedziłem pani mamę, ale nie chciała ich 
sprzedać ani nawet pokazać. Mogę się tylko domyślać, co tam było. Gdyby mama 
zmieniła zdanie, mogę pośredniczyć w sprzedaży, ale żal by było, gdyby powędrowały za
granicę. Chętnie bym je kiedyś przynajmniej obejrzał.
 

– Kto może wiedzieć, że ojciec miał takie znaczki?

 

– Kiedy ojciec nabywał u mnie jakiś, prosił, żebym zachował to w tajemnicy, ale 

o tym, że miał Belgijczyka, wiedzieli wszyscy filateliści.
 

– Czy dlatego go sprzedał?

 

– Chyba tak. Bał się trzymać go w domu, bez przerwy ktoś o niego pytał, a poza 

tym potrzebował pieniędzy. Mówi się, że kupił go jakiś kolekcjoner z Australii. Przed 
wojną były u nas co najmniej trzy Belgijczyki, te z kolekcji pani pradziadka. Teraz 
zapewne nie ma już ani jednego. Ja też kocham znaczki. Na szczęście mój wnuk jest 
zapalonym filatelistą, odziedziczy po mnie całą kolekcję i sklep. Lepiej się zna na 
biznesie niż ja – pan Barcik się śmieje – bo wie pani, teraz ani rusz bez internetu. A ja nie
mam do tego serca. Szkoda Belgijczyka… Nawet nie zdążyłem go zobaczyć. Ale za to 
widziałem Mauritiusy na jednej wystawie. Piękne.
 

– Gdzie kolekcjonerzy trzymają cenne znaczki?

 

– Różnie, w domu na półce, w szafie, w rozmaitych skrytkach, w sejfie 

domowym albo bankowym. Ten ostatni sposób wydaje się najbezpieczniejszy.
 

– A czy pan się nie boi?

 

– Nie, wszystkie cenne znaczki wnuk umieścił właśnie w bankowym sejfie. I to 

samo radzę pani.
 

Już wiem, że trzeba wynająć sejf w banku – mam nadzieję, że koszty są 

background image

niewielkie. Ale jak zainteresowanego o tym zawiadomić? Ta kartka na drzwiach u mamy 
wcale nie była taka głupia – trzeba go jakoś poinformować, że znaczki są gdzie indziej, 
bo przecież nie wystawię straży przed jej mieszkaniem.
 

– No i co wymyśliłaś? – pyta zezłoszczona, kiedy do niej dzwonię, żeby 

sprawdzić, czy wszystko w porządku. – Wiesz co, zabierz je i szybko sprzedaj, bo mam 
już dość aresztu domowego.
 

A, o to chodzi, ona nie boi się z powodu znaczków, tylko chce sobie 

pospacerować po parku.
 

– Tak, zabiorę je i umieszczę w sejfie. Ale mogę to załatwić dopiero pojutrze, bo 

głupie banki zamykają się o piątej. Wytrzymaj jeszcze chwilę.
 

– Są cenne, ale po co od razu wyprawiać takie cyrki!

 

– Tylko na wszelki wypadek. Ja też nie chcę trzymać ich w domu. Tylko jak 

zawiadomić tych wszystkich świrów, że są w sejfie?– pytam pochopnie.
 

– Już ja się o to postaram – zapewnia mama stanowczym tonem.

 

– Nie! – krzyczę, oczyma wyobraźni widząc, jak cała Warszawa oblepiona jest 

kartkami z informacją ZNACZKI SĄ W BANKU. – Nic nie rób! I nadal nie wychodź z 
domu, dobrze?
 

To piękne, kiedy budzisz się z koszmaru i okazuje się, że to był tylko sen. Wróg 

naprawdę dał mi spokój. Tydzień to może zbyt mało, żeby się cieszyć, ale na tyle dużo, 
żeby się jednak przestać martwić. Może ma grypę, którą Jolka rozsiała po całej stolicy, a 
może mu się znudziło. Nie wiem, ale przestał nas nękać. I, o dziwno, jestem mu za to 
wdzięczna.
 

– Syndrom sztokholmski – komentuje Anka radosne wieści. – Jeszcze za nim 

zatęsknisz. Poczujesz się tak, jakbyś coś straciła. A teraz skończmy z ciocią.
 

– Los już z nią skończył.

 

– Ale bez żartów, mój czas jest zbyt cenny. Czekają na mnie moi niewierni. 

Dlaczego trzymała znaczki w lodówce? Przecież znała ich wartość i musiała wiedzieć, że
lodówka im nie służy.
 

– Moim zdaniem miała świra, jak cała moja rodzina, oczywiście prócz Laury i 

Kacpra.
 

– Nie. Czegoś się obawiała i schowała je tam tylko na jakiś czas.

 

– Ale wobec tego dlaczego nie powiedziała mi, że się czegoś boi?

 

– Bo to był, przynajmniej tak sądziła, lęk irracjonalny. Uważała, że nie powinna 

się bać, ale jednak na wszelki wypadek schowała klaser do lodówki. Potem miała zamiar 
go stamtąd wyjąć i przenieść do poprzedniego schowka, który widocznie wydawał jej się 
nie dość bezpieczny, ale już nie zdążyła, bo umarła na atak serca.
 

– Potem? To znaczy kiedy?

 

– Po wizycie gościa, którego się spodziewała. Mogła ci o nim wspomnieć, ale ty 

akurat miałaś uszy zamknięte jak przebiśniegi i byłaś zajęta głaskaniem Lunatyka.
 

– Skąd wiesz, że się kogoś spodziewała?

 

– Od ciebie. Powinnaś na to wpaść, ale nie potrafisz kojarzyć oczywistych 

faktów. Przyszłaś bez zapowiedzi, innego dnia niż zwykle. Tak?
 

– Tak. Dlatego nie było…

 

– …twojego ulubionego piernika z marchewki. Za to na stoliku stały dwie 

filiżanki w niebieskie kwiatki, z których potem piłyście herbatę. A kiedy przyszłyśmy 
sprzątać znów tam były. Czyste.

background image

 

– Boże! A do dzbanka, który stał w kuchni, Róża wsypała herbatę, jakby 

niebawem miała ją zalać wrzątkiem.
 

– Miała na sobie spódnicę, którą wkładała, wybierając się do kościoła. Chyba nie 

dla ciebie ją wtedy włożyła, zwłaszcza że miałaś przyjść nazajutrz. A potem cię spławiła 
pod pretekstem, że się wybiera do sąsiadki na serial, którego z nią nie obejrzała. Jaki z 
tego wniosek?
 

– Ano taki, że się kogoś spodziewała. I że… gdybym nie wyszła, mogłaby dalej 

żyć i cieszyć się zdrowiem, umiarkowanym, ale jednak.
 

– Doskonale, możesz zostać moją asystentką, jak Wojtek.

 

– Ten od pracy magisterskiej na temat prywatnych detektywów?

 

– Ten.

 

– Ale on pracuje dla ciebie za darmo – komentuję, jakbym się niepokoiła, że Anka

nie będzie mi płacić za moją ciężką pracę.
 

– Jeśli chcesz się czegoś nauczyć, czasem musisz do tego dopłacić. Nie pracuje za

darmo, dzielę się z nim swoją wiedzą. A teraz pytanie: kto tego wieczoru był u cioci 
Róży? I odpowiedź: nasz poszukiwacz znaczków. Tych, które leżały sobie w lodówce. 
Ale dlaczego ciocia nie zamknęła za nim drzwi?
 

Patrzę na Ankę w milczeniu i wzruszam ramionami.

 

– Bo najprawdopodobniej w jego obecności dostała ataku serca. Co w takiej 

sytuacji robi normalny, niewinny człowiek, który ma dobre maniery?
 

– Masaż serca? Sztuczne oddychanie?

 

– Przede wszystkim wzywa karetkę. A co on zrobił?

 

– Uciekł. Przestraszony, bo nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

 

– Domyślamy się, czego chciał od cioci Róży. I wiemy, dlaczego nie szukał tego 

po jej śmierci, kiedy spokojnie mógł splądrować całe mieszkanie: uciekł, bo się przeraził.
Być może jest złodziejem, ale nie mordercą, nie chciał jej zrobić krzywdy, zwłaszcza że 
się znali. Chciał tylko Belgijczyka. Nie miał odwagi wrócić w nocy, może chwilowo 
nawet odechciało mu się znaczków. Mógłby je znaleźć i zabrać, ale przecież wybiegł 
stamtąd w popłochu. A na drugi dzień rano, po telefonie sąsiadki, znalazłaś ciocię 
martwą. Więc kiedy ochłonął, już nie mógł dostać się do mieszkania cioci, bo wyjątkowo
zamknęłaś drzwi. Miał pecha. Nie tylko nie jest mordercą, ale nawet włamywaczem, to 
oferma, mówię ci.
 

– Czy to on się włamał do mamy?

 

– Nie włamał się. Miał klucz. Wziął go sobie od ciebie. Bo wiesz, ty w 

przedpokoju masz taki koszyczek, tuż obok drzwi wejściowych, i każdy może sobie 
stamtąd zabrać jakiś klucz, do wyboru, do koloru. Nawet nie zauważyłaś, że go nie ma, 
prawda? I pewnie zabrałby również klucz od cioci, ale ty, jak się domyślam, cały czas 
miałaś go w torebce.
 

– Mylisz się, kiedy wróciłam z workami, odłożyłam go na miejsce. Ale fakt, że 

dopiero teraz. – W głowie mam kompletny chaos. Zbyt wiele w tej historii wątków, nie 
ogarniam ich. – Ale myśmy, każda swoją metodą, doszły do wniosku, że mam dwóch 
wrogów, że to dwie różne osoby i dwie różne sprawy. Jeden przyniósł kwiaty i zostawił 
mysz, a drugi zabrał klucze, czyli… Boże, ty jednak myślisz, że u mnie naprawdę był 
jakiś ubek.
 

– Tak myślę – mówi Anka, sprawdzając, czy klucz od cioci rzeczywiście leży w 

koszyczku – i dlatego musisz jeszcze raz urządzić przyjęcie.

background image

 

– Coś ty, parapetówkę urządza się tylko raz.

 

– Wiem, ale może pod innym hasłem. Chodzi o to, żebyś zaprosiła tych samych 

ludzi co poprzednio. Roześlij zaproszenia jeszcze dziś. Wymyśl jakiś pretekst, przecież 
niedługo masz urodziny. Chyba możesz wyprawić je wcześniej, co nie?
 

– Tak, ale strasznie mi się nie chce.

 

– Upiekę ci szarlotkę, żebyś nie kupowała tego trującego sernika, i zrobię śledzie 

po żydowsku. A potem pomogę sprzątać. Może.
 

– No dobra, ale po co mam urządzać to przyjęcie? Co ty znów knujesz?

 

– Lepiej, żebyś na razie nie wiedziała. I bardzo, bardzo proszę: nie mów nikomu, 

że to mój pomysł, ani że sprzątałaś u cioci i znalazłaś klaser. Nikomu, nawet Jolce. Po 
prostu stęskniłaś się za nimi. Twój wróg znikł i tak dalej. A najlepiej w ogóle nie 
wspominaj o naszym śledztwie. Potrafisz trzymać język za zębami?
 

– Jolka twierdzi, że nie potrafię, ale bardzo się myli.

 

Z ponurą miną układam zaproszenie na urodziny: „Kochani, tak cudownie było 

gościć Was na parapetówie, że znów za Wami zatęskniłam. Co powiecie na przyjęcie 
urodzinowe z szarlotką i śledziem po żydowsku (kolejność dowolna) w sobotę 11 grudnia
o godzinie siódmej? Mam nadzieję, że stawicie się jak jeden mąż albo żona i zabierzecie 
ze sobą najlepsze humory. Niecierpliwie czekam na Wasze zgłoszenia. Aha – i uprasza 
się o nieprzynoszenie kwiatów doniczkowych. Wybaczcie, ale kwiaty u mnie marnieją i 
potem mi wstyd. Pozdrawiam, Mania”. Mimo późnej pory po kilku minutach dostaję 
kilka entuzjastycznych odpowiedzi. I dzwoni Jolka, która tymczasem pokonała grypę i 
wydaje się w świetnej formie, bo całkiem mocnym głosem woła:
 

– Czyś ty zwariowała? Fajnie jest razem pojeść, popić i pożartować, ale masz 

przecież tyle zmartwień na głowie.
 

Pamiętam o zaleceniu Anki: „Nawet Jolce”, więc kłamię jak najęta:

 

– Tak, ale stęskniłam się za wami i potrzebuję się trochę rozerwać i oderwać.

 

– A twój grafoman?

 

– Zamilkł.

 

– Ja się martwię, nie mogę spać po nocach, a ty nawet nie raczysz do mnie 

zadzwonić.
 

– Przepraszam, ale za wcześnie na radość. Może zamilkł tylko na jakiś czas.

 

– Anka mówiła, że w niedzielę masz zamiar sprzątać u cioci Róży. Boję się, że 

ciężko to odchorujesz.
 

Tak to jest z kobietami. Mój teść miał jednak rację, coś z nami nie tak: Anka 

powiedziała, że mam trzymać język za zębami, a potem sama rozpowiada i w dodatku 
kłamie. Nie wiem, jak zareagować, bo przecież nie zwolniła mnie z przysięgi, więc na 
wszelki wypadek nie zaprzeczam ani nie potwierdzam.
 

– Nie, już się oswoiłam z jej śmiercią. Teraz, jak na ironię, więcej rozmawiamy 

niż za jej życia. Musiała mnie naprawdę kochać, za mało o nią dbałam. Podobno po 
śmierci bliskiej osoby prawie każdy ma taką spóźnioną refleksję. I nagle przypomina 
sobie wszystkie przykrości, które jej wyrządził. Muszę koniecznie odzyskać ten 
szafirowy wazon. I częściej odwiedzać Lunatyka.
 

– Chyba przesadzasz, bez przerwy do niej latałaś i woziłaś ją do lekarzy.

 

– Latałam do niej, ale nie słuchałam, co do mnie mówi. To mnie nudziło. A 

próbowała powiedzieć mi coś ważnego.
 

– Już nie chce mi się tego słuchać. Czyli widzimy się w sobotę. Karol wyjechał na

background image

kilka dni w interesach, ale w piątek wraca. Mogę zrobić jakąś sałatkę.
 

– Dobra, zrób jarzynową, bo tylko ta ci się udaje.

 

– Wbrew pozorom to najtrudniejsza z sałatek i najbardziej pracochłonna.

 

Udaje mi się ustalić z kolejną grupą Miecha, że rozpoczniemy o dziesiątej. Nie 

mogę dłużej czekać – rano punkt dziewiąta wchodzę do banku, żeby wynająć skrytkę 
sejfową.
 

– Niestety, wszystkie skrytki są zajęte – informuje młoda urzędniczka w 

mundurku.
 

– Jestem waszą klientką od kilkunastu lat – milknę i liczę w myślach – nie, od 

dwudziestu, proszę coś wymyślić, błagam.
 

Widocznie moja mina robi na niej wrażenie, bo prosi, żebym usiadła, spróbuje 

sprawdzić, co się da zrobić. Po chwili wraca i pyta, na jak długo potrzebuję skrytki. 
Ponieważ nie wiem, jaka odpowiedź będzie lepsza, pytam chytrze:
 

– A co jest bardziej korzystne dla banku?

 

– My na tym raczej nie zarabiamy – odpowiada, śmiejąc się. – Oczywiście, 

bardziej opłacalne jest wynajęcie skrytki na cały rok, ale akurat w tej chwili to 
niemożliwe. Mamy jedną wolną, ale tylko do dwudziestego drugiego grudnia. Ludzie 
wyjeżdżają na święta i już wcześniej rezerwują skrytki.
 

– Dobrze, niech będzie do dwudziestego drugiego. Może ktoś się rozchoruje, nie 

wyjedzie i uda się przedłużyć. Jutro rano przyjadę z depozytem.
 

Nie wiedziałam, że to tak popularna usługa. W Polsce jest tylu bogaczy? Czuję 

ulgę, że dzisiaj wieczorem zabiorę znaczki od mamy, a jutro rano wszystkie będą 
bezpieczne.
 

Mama już na mnie czeka. Na stole leżą cztery maleńkie klasery w różnych 

kolorach.
 

– Nie sądziłam, że są takie malutkie. Spodziewałam się wielkich, grubych 

albumów. Mogę obejrzeć?
 

Otwieram najstarszy z nich i ręce zaczynają mi drżeć. Ojciec nie sprzedał 

Belgijczyka! Pewnie chciał, żeby tak myślano, i puścił tę wiadomość w świat. Ten 
śliczny znaczek tkwi na honorowym miejscu w klaserze. Nie mogę oczu od niego 
oderwać i czuję dziwne łaskotanie w brzuchu, mam ochotę go zatrzymać i po prostu 
mieć, nic więcej. Boże, spraw, żebym nie została filatelistką, modlę się bezgłośnie i 
wpatruję w trzy znaczki, już to wiem: z okresu klasycznego. Dwa z nich zapewne 
pochodzą z kolekcji pradziadka.
 

Następny klaser zawiera znaczki sprzed 1939 roku. Trzeci i czwarty – późniejsze, 

przy czym w tym ostatnim, jak się domyślam, są już jedynie zbiory mojego ojca. 
Najnowszy z nich przedstawia Audrey Hepburn z papierosem i też jest wart kupę forsy. 
Zaraz, coś tu nie gra. Przecież ten znaczek pochodzi z 2001 roku, a ojciec umarł w 1985.
 

– Mamo, to niemożliwe, przecież tata nie żyje od dwudziestu pięciu lat! – wołam 

wzburzona.
 

– Niestety, to nie tylko możliwe, ale nawet pewne. Owszem, od dwudziestu pięciu

lat jestem wdową po twoim ojcu, który nigdy…
 

– Wiem, nigdy nawet nie podniósł na ciebie głosu. Ale przecież ten znaczek jest z 

dwa tysiące pierwszego roku.
 

– I co z tego?

 

– No dobrze, przyjmuję do wiadomości, że duch ojca też zbiera znaczki albo że ty

background image

ze swojej emerytury, która wynosi tysiąc złotych…
 

– Tysiąc dwieście…

 

– Niech ci będzie, tysiąc dwieście, że kupiłaś znaczek, który jest wart dziesięć 

tysięcy złotych.
 

– Nie, moje dziecko, tyle jest wart Pałac Kultury, któremu brakuje iglicy, oraz 

czterej pancerni bez psa, chociaż pod spodem stoi jak wół: „Czterej pancerni i pies”.
 

– Co ty wygadujesz? Nie ma takich znaczków.

 

– No to spójrz na czwartą stronę niebieskiego klasera. Tu mnie boli, tam mnie 

strzyka, ale sklerozy to ja jeszcze nie mam – mówi spokojnie. – Na tej samej stronie 
ojciec zgromadził jeszcze kilka znaczków z różnymi brakami, mówił o nich „kastraty”. 
Bo są też odwrócone, na przykład bokserzy i jakiś samolot o żeńskim imieniu, ale na ten 
ostatni ojca nigdy nie było stać. On miał nosa: kiedy wydrukowano jakiś wybrakowany 
znaczek, natychmiast go kupował. Jakby stał w drukarni. Zresztą rzeczywiście przez jakiś
czas pracował w drukarni.
 

– Może to on je odwracał i kastrował.

 

Matka piorunuje mnie wzrokiem.

 

– Zapamiętaj sobie…

 

– Tak, nigdy o tym nie zapominam.

 

– Ale Audrey Hepburn?

 

– Skoro marudzisz, to ci powiem. W dwa tysiące pierwszym roku ciocia Róża 

dostała list z Niemiec od jakiegoś krewnego, chyba od swojego przyrodniego brata, i 
przyniosła mi go do przeczytania, bo on dotyczył również Janka. A tak na marginesie, 
znalazłam ten telegram, o który prosiłaś. I ja ten list zachowałam, bo ja nigdy nie 
wyrzucam listów, widokówek, telegramów, dokumentów ani…
 

– Mamo, co dalej?

 

– Zachowałam go, bo moje pokolenie uwielbiało Audrey Hebpurn. To była 

prawdziwa dama: piękna, zgrabna, utalentowana, elegancka. Nic dziwnego, jej matka 
była baronówną. Wszystkie marzyłyśmy o tym, żeby być takie jak ona. Czy ty wiesz, że 
jest starsza ode mnie o rok?
 

– Przecież nie żyje.

 

– To straszne, nawet takie kobiety jak ona umierają. Ten list zachowałam ze 

znaczkiem, zresztą mam wszystkie listy, jakie kiedykolwiek dostałam. A potem 
przeczytałam w gazecie, że ten znaczek, wyprodukowany w Niemczech w kilkunastu 
milionach egzemplarzy, kazano zniszczyć. Już nie pamiętam dlaczego. I zostało tylko 
kilkanaście sztuk. A jak czegoś jest bardzo mało i to jest bardzo piękne, moja droga, to to 
musi być również wartościowe. Nie uważasz? Wycięłam go z koperty i włożyłam do 
klasera. Janek byłby ze mnie baaardzo dumny. On myślał, że ja nie słucham, jak on mówi
o znaczkach. A jednak czegoś się nauczyłam. No cóż, jak większość mężczyzn, on też nie
znał kobiecej natury. Ale przyznam, kilka razy miałam ochotę wrzucić jego klasery do 
ognia.
 

Uff, całe szczęście, że nie mieliśmy pieca. Nie wiedziałam, że obok mnie 

rozgrywają się takie dramaty. Przecież to wszystko brzmi jak zwariowana fikcja 
literacka. Jak ja mogłam tak bardzo nie doceniać rodziców i cioci Róży?! Niby takie 
niewiniątka, zbierali puszki po sardynkach, robili na drutach, cerowali, a zostawiają po 
sobie fortuny. I przez całe życie uprawiali sztukę kamuflażu. Jak ja z tymi znaczkami 
dojadę do domu? Przecież umrę ze strachu. Jak ja jutro pojadę do banku z kilkoma 

background image

milionami pod pachą?!
 

– Poproszę o telegram i znikam, bo czuję, że za chwilę dostanę świra.

 

– Dobrze, że dopiero za chwilę, przynajmniej masz jeszcze szansę coś z tym 

zrobić. I skoro nie wolno mi się do tego mieszać, zrób coś, żeby dowiedzieli się, że nie 
mam znaczków.
 

– Postaram się, pa.

 

Chociaż jest późno, dzwonię do Anki.

 

– Nie śpisz?

 

– Coś ty. Tkwię w samochodzie pod hotelem Stokrotka.

 

– Po co?

 

– Po to.

 

– Aha. Rano wiozę TO i drugie TO do banku.

 

– Wieziesz sama taką fortunę do banku?

 

– Kurczę, po co ja mówię o tym TO, skoro ty nazywasz wszystko po imieniu!

 

– Racja. Straciłam głowę. Daj mi pomyśleć, bo to już nawet jak dla mnie zbyt 

wiele. Nie nadążam. Oddzwonię.
 

– Ale błagam cię, jeszcze dziś, bo nie wiem, co robić, i chyba umrę po drodze.

 

– No to weź taksówkę, tak będzie bezpieczniej.

 

Mimo moich błagań nie oddzwoniła ani wczoraj, ani dzisiaj rano. Pomysł z 

taksówką wydaje się sensowny. Jak na złość, z fortuną w podniszczonej reklamówce 
natykam się na Dzięcioła. Jestem zdenerwowana tak bardzo, że napadam na niego:
 

– Co pan tak wciąż wynosi śmieci?

 

Chcę natychmiast przeprosić, ale on mnie tak wkurza, że rezygnuję. Patrzy na 

mnie okrągłymi oczyma. Mam ochotę z kolei zapytać: „I co się tak gapisz?”, ale się 
powstrzymuję. Kiedy docieramy do parteru, Dzięcioł mówi coś zdumiewającego:
 

– Może jednak nie musimy gniewać się na siebie?

 

– Czy ja się gniewam? To pan się na mnie obraził.

 

Przed wyjściem z windy wystawiam na zewnątrz głowę, patrzę w prawo, w lewo, 

dopadam drzwi, znów staję, rozglądam się, czy w pobliżu nie kręci się jakiś podejrzany 
osobnik. Ktoś prowadzi dziecko do przedszkola, jakaś kobieta biegnie, chyba żeby 
zdążyć na autobus. Sąsiad z góry wyprowadza psa, który obsikuje nasz wypielęgnowany 
klomb. Dzięcioł obserwuje mnie ze zdumioną miną. Przychodzi mi na myśl, że mogę go 
wykorzystać.
 

– Czy może mnie pan odprowadzić do taksówki? Nie najlepiej się czuję.

 

Nie czekając na odpowiedź, chwytam go pod ramię i wlokę przerażonego w 

stronę ulicy. Teraz to już nigdy się nie zaprzyjaźnimy. Już wie, że ma do czynienia z 
niebezpieczną wariatką. Ale jest mi to obojętne. Niech się boi. Zasapany drepcze obok 
mnie z woreczkiem śmieci w dłoni. Najwyraźniej mają fobię śmieciową. Skoro on ma 
jakąś fobię, to ja też mogę mieć.
 

– Wie pan, boję się sama przechodzić przez podwórko, bo mam agorafobię – 

wyjaśniam, a widząc swoją taksówkę, porzucam Dzięcioła, wsiadam pospiesznie i 
rozkazuję taksówkarzowi, żeby zablokował drzwi, bo boję się jeździć, ale nie wiem, jak 
taka fobia się nazywa.
 

Kolejny zdziwiony. Uśmiecha się głupawo i ma zamiar, widzę to po jego minie w 

lusterku, rzucić jakiś żarcik, więc go uprzedzam:
 

– Nie ma się co dziwić ani śmiać. Niedawno na skrzyżowaniu jeden gość ukradł 

background image

mi torebkę. Musiałam podać do sądu korporację taksówkową. Wygrałam. Od tej pory nie 
jeżdżę z nimi. – Kierowca wydaje się przestraszony i natychmiast blokuje drzwi. Przez 
całą drogę do banku milczy. I lepiej, bo nie mam ochoty na pogawędki.
 

Po powrocie do domu padam na łóżko. Chryste, jak się czują konwojenci, którzy 

codziennie przewożą cenne przesyłki? No, jednak chyba trochę lepiej, bo wożą cudze 
pieniądze. Ale i tak im nie zazdroszczę. Wreszcie oddzwania Anka.
 

– Przepraszam cię, nie mogłam, a potem zrobiło się za późno. Do rana tkwiłam 

pod tą cholerną Stokrotką, w dodatku na próżno, bo facet wyszedł stamtąd z inną kobietą.
 

– A ta nie inna?

 

– Nie wiem. Widocznie był z dwiema. Ale on się nie liczy, chodzi właśnie o nią.

 

– Dzięki, myślałam, że umrę ze strachu, wioząc TO. Wystraszyłam Dzięcioła i 

taksówkarza.
 

– Ale dałaś radę. Czy znalazłaś tego drugiego alpinistę? – pyta.

 

– Właśnie się tym zajmuję, więc mi nie przeszkadzaj.

 

– Wiem, że kłamiesz, ale jutro chcę mieć jakieś wiadomości.

 

– Dobrze.

 

Wpisuję rozmaite frazy w wyszukiwarkę: trudno uwierzyć, że nie znajdę w 

internecie jakichś informacji o ich wyprawie. Podobno tam jest wszystko. Jak się 
okazuje, w Karpatach rumuńskich było mnóstwo wypadków: kogoś zabił piorun podczas 
wędrówki, ktoś spadł w przepaść, jakąś grupę turystów zaatakował niedźwiedź. Mam! 
Wspomnienie o Bartku. 1960–2005. Niejaki Juliusz Kaczorek pisze o ich wspólnych 
wspinaczkach i że od lat szykowali się w Himalaje. A na koniec o tej ostatniej wyprawie: 
„Niestety, w Himalaje musiałem pojechać bez Bartka, który był fantastycznym 
towarzyszem wspinaczki: koleżeński, pomysłowy, zawsze pogodny, nawet w 
najtrudniejszych chwilach nie tracił wiary, że dotrzemy na szczyt. Kilka razy się nie 
udało, a wtedy mówił: »Szczyt na nas poczeka. Jest cierpliwy, nigdzie się nie wybiera«. 
Karpaty nie są trudnymi górami dla takich wytrawnych wspinaczy jak Bartek. Zginął 
przez czyjąś nieostrożność. Tym razem to nie okrutna natura pogrzebała wspaniałego 
alpinistę, ale błąd człowieka”. A więc to prawda. Nie wymienia Kacpra z imienia i 
nazwiska, ale wiadomo, o kogo chodzi.
 

Juliusz Kaczorek najwyraźniej usiłuje wymigać się od spotkania ze mną. 

Twierdzi, że ma bardzo napięty kalendarz, a poza tym nie chce wracać do tamtych 
tragicznych wydarzeń. Niepotrzebnie uprzedziłam go, o czym chcę z nim rozmawiać. 
Poddaję się, nie mam odwagi napierać, ale po ochrzanie Anki, która znów koczuje pod 
Stokrotką, dzwonię do niego ponownie. Nie odbiera telefonu. Anka radzi, żebym 
odwiedziła go bez zaproszenia. „Chcę się dowiedzieć od naocznych świadków, a nie z 
gazet, co się naprawdę wydarzyło”.
 

Więc, chcąc nie chcąc, ruszam do firmy Kaczorka, który na mój widok spogląda 

na zegarek i mówi:
 

– Mam najwyżej dziesięć minut, muszę za chwilę wyjść.

 

– Postaram się streszczać – zapewniam, wchodząc do jego gabinetu. – Skoro jest 

pan tak zajęty, od razu przejdę do rzeczy. Jak pan wie, chodzi mi o wypadek, w którym 
zginął Bartek, mąż Weroniki. Przyjaźnimy się.
 

– Tak, wiem – odpowiada. – Ale ja nie mam nic do powiedzenia. Ktoś zrzucił 

kamień, który zabił Bartka. Takie rzeczy zdarzają się w górach. Nie da się uniknąć 
błędów, a niektóre, niestety, kończą się tragicznie.

background image

 

– Kto zrzucił kamień? – pytam wprost.

 

Kaczorek najwyraźniej przestaje się spieszyć, bo blady jak ściana z ciężkim 

westchnieniem opada na fotel.
 

– Przepraszam, nawet dziś trudno mi o tym mówić. Był z nami młody chłopak. 

Polak z Niemiec, znajomy Bartka. Niestety, niezbyt doświadczony. Dwa dni później 
wrócił do domu.
 

– Czy miał na imię Kacper?

 

– Tak. Dlaczego pani o to pyta?

 

– Bo to mój syn, więc jeśli rzeczywiście to on zawinił, powinnam o tym wiedzieć.

Muszę to wiedzieć.
 

Patrzy na mnie ze zdziwieniem i robi się jeszcze bledszy.

 

– Niestety, nie pamiętam nazwiska, chłopak dotarł do nas w ostatniej chwili, nie 

było czasu na prezentacje – mówi drżącym głosem. – To był wypadek. Po co do tego 
wracać? Nie powinniśmy zabierać go na tę wyprawę, ale Bartek zapewnił nas, że chłopak
da radę. Wspinali się razem w Tatrach.
 

– Tak. Bartek zabierał czasem grupkę studentów w góry. Między innymi Kacpra. I

jeszcze jedno: czy Weronika wie, że to zrobił mój syn?
 

– Tak. Ona też przeczytała moje wspomnienie o Bartku i odwiedziła mnie 

niedawno. Byłem zdziwiony, nie odzywała się od lat.
 

– Dziękuję, że poświęcił mi pan tyle czasu.

 

Wychodzę od niego z bardzo ciężkim sercem. Straszliwie żal mi Kacpra, wolę się 

nie domyślać, co przeżywał po wypadku. Dlaczego mi o tym nie powiedział? I jak ja 
spojrzę Weronice w oczy? Pojadę do niej. Ale teraz nie mogę. Mam dużo szkoleń i muszę
się pilnować, żeby nie powtórzyć wpadki sprzed dwóch tygodni, bo Janusz już tego nie 
zdzierży. A Miech też nie puści mi płazem drugich takich ankiet. A swoją drogą, ciekawe,
czemu Anka jakiś czas temu spytała, czy mówiłam mu o znaczkach. Pewnie, że nie. 
Wiemy o nich tylko ja, mama i pan Mietek. Aha, i Laura. I jeszcze Jolka i Baśka. Czyli 
jednak cały tłum. Ale dziewczyny nie mają pojęcia, że są cenne. Nawet ja dowiedziałam 
się o tym niedawno. Wychodzę na balkon, przez chwilę porozumiewam się pocztą 
papierosową z moim sąsiadem z naprzeciwka. CO ROBI? PRACA TY? CZYTAM. CO? 
STEINBECKA. Idź do diabła, myślę i szybko gaszę peta. Znów myszy. Dosyć tego.
 

Żeby wreszcie przestać myśleć o Kacprze, postanawiam podliczyć, ile warte są 

znaczki. Wypisując cyfry zaopatrzone w liczne zera, w brzuchu, w piętach czuję 
łaskotanie. To chyba chciwość daje znać o sobie, myślę zaniepokojona, ale tylko trochę. 
Ciągle mylę się w obliczeniach. Nie do wiary, przecież zera najłatwiej się dodaje. Kiedy 
już, już jestem bliska sukcesu, dzwoni Anka. Cholera!
 

– Byłaś u niego?

 

– Wszystko zepsułaś. Co mnie teraz obchodzi Kaczorek – odpowiadam. – Ja 

liczę, zostaw mnie w spokoju.
 

Nieprawda, niczego nie liczę, tylko tak udaję, żeby zapomnieć, nie myśleć o tym, 

czego się dowiedziałam.
 

– Co liczysz?

 

– Nic. Tak, byłam u Kaczorka.

 

Składam Ance relację z naszej rozmowy.

 

– Czyli Weronika wie.

 

– Niestety, tak. Powinnam do niej pojechać i porozmawiać, ale nie mam kiedy.

background image

 

– Zaproś ją na urodziny. Może tym razem przyjedzie.

 

– Spróbuję.

 

– Czy wszyscy przyjdą?

 

– Prawie. Znów nie będzie Antka. I chyba jednej pary, która wyjeżdża na narty.

 

Janusz zaprasza mnie do siebie na poniedziałek. Przemyślał mój pomysł, zrobił 

pobieżny research – wszyscy w naszej firmie uwielbiają używać angielskich terminów, 
mówią na przykład: „To nie nasz target” – i uznał, że warto stworzyć taki blok szkoleń. 
Byłby rad, gdybym przedstawiła mu szczegółową koncepcję. A zatem muszę poświęcić 
na to cały wieczór.
 

Słabo mi idzie, nie mogę się skupić, bo bez przerwy myślę o Kacprze i Weronice. 

Boję się. Była w Warszawie, co przede mną ukryła. I nie zdradziła się z tym, że wie o 
wszystkim. Malwina dzwoniła z Mazur. W tym momencie naciskam na hamulec: nie, 
przenigdy nie uwierzę, że Weronika byłaby zdolna do zrobienia czegoś wrednego. Ale 
jednak Anka mówi: „Znajdź motyw”, a motyw jest. Odkładam na bok opracowywanie 
koncepcji dla Janusza, zwłaszcza że dotarłam już do ryzykownego pomysłu nawiązania 
kontaktu z poprawczakiem dla dziewcząt, który znajduje się opodal naszej firmy, więc 
lepiej przystopować, i postanawiam zrobić sobie przerwę.
 

Kiedy parzę herbatę w towarzystwie dwóch moli, przypominam sobie, co 

postanowiłam u cioci: że je bez litości wytępię, choćby poszukiwania miały mi zająć całą
noc. Ogarnia mnie furia.
 

– Niedoczekanie wasze – mruczę pod nosem. – Albo wy, albo ja.

 

Po raz kolejny robię rewolucję w kuchni. Wyciągam wszystko z szafek i szuflad. 

Badam je dokładnie. Wchodzę na drabinę, z latarką w ręce, na klęczkach, badam listwy 
przypodłogowe. Nic. A mole sobie fruwają. Wiem, że za jakiś czas, nie mając nic do 
jedzenia, wreszcie zginą, ale nie mam zamiaru czekać „jakiś czas”. Niedługo będę gościć 
u siebie swoją synową i umrę ze wstydu, jeśli jakiś bydlak zacznie fruwać po salonie, 
niestety, otwartym na kuchnię. Jeszcze raz szuflady – nie mam już nic, za chwilę to ja 
umrę z głodu. Ciekawe, czemu nie schudłam. Od dwóch miesięcy nie jadłam ryżu, 
makaronu, muesli, kaszy, chleba. Grzyby przywiezione z Mazur oddałam na 
przechowanie Laurze. Nawet słoik z miodem badam podejrzliwie. Nie ma rady, muszę 
wyjąć wielkie i ciężkie szuflady, które stawiają opór, są umocowane na jakichś 
zaczepach. W końcu manewrując na klęczkach, na plecach, na brzuchu, udaje mi się 
wyjąć jedną, a potem drugą. Zasapana zaglądam w ciemną czeluść, gdzie przed chwilą 
tkwiły. Wylatują z niej dwa malutkie mole. W świetle latarki widzę coś: pod ścianą stoi 
papierowa torebka. Sięgam po nią. W środku są płatki owsiane i larwy. Obrzydlistwo! 
Najgorsze, że muszę teraz tam posprzątać. Baśka mówiła coś o occie i chyba zapachu 
pomarańczowym, ale ja nie mam nic z tych rzeczy. Mam tylko ocet balsamiczny. Trudno,
niech będzie. Działam jak w transie, jakby moje życie zależało od tego, czy szybko je 
wytępię. Odwracając głowę, wrzucam torebkę ze zwierzyńcem do plastikowego worka, 
który szczelnie zawiązuję. Potem długo odkurzam mroczną czeluść, a wreszcie spryskuję
ją wodą kolońską Marcela, której przed laty zapomniał zabrać, i wycieram gąbką 
nasączoną w occie balsamicznym z Madery, 15 złotych za buteleczkę. I zostawiam, żeby 
się wietrzyło. Na koniec zbiegam z workiem do śmietnika, żeby czym prędzej się go 
pozbyć. Kiedy wreszcie siadam, żeby dopić zimną herbatę, przeszywa mnie straszliwa 
myśl: przecież mogą być również za szafkami. Nie, koniec z tym. Szukam telefonu do 
pana Mirka. Odbiera jego żona. Nie cierpię, kiedy żony odbierają telefony komórkowe 

background image

mężów ani kiedy mężowie odbierają telefony komórkowe żon. Staram się opanować 
wściekłość, która jest nie do opanowania, i nie przedstawiając się, warczę do słuchawki:
 

– Poproszę z panem Mirkiem.

 

– A kto mówi? – pyta zdziwiona i chyba trochę przestraszona.

 

– Przepraszam, ale dzwonię do pana Mirka.

 

– Męża nie ma, zostawił mi komórkę, bo moja jest zepsuta, a ja jestem w ciąży, 

więc… – jej głos niebezpiecznie drży. Jeszcze gotowa się rozpłakać, myślę, reflektując 
się.
 

– Więc proszę, żeby do mnie zadzwonił, jak wróci. Nazywam się Maria Dudek – 

mówię już nieco spokojniej i się rozłączam.
 

Słabo mi się robi na myśl, że akcję mól muszę przeprowadzić również w sypialni.

Tam od razu zaczynam od szuflad, z którymi też trzeba powalczyć, a jest ich niestety aż 
sześć, ale przynajmniej są mniejsze i lżejsze. Znów zaglądam w czeluść i znów coś widzę
pod ścianą. Wracam po gumową rękawiczkę, bo za żadne skarby nie dotknę tego gołą 
ręką, i wyciągam wełnianą skarpetkę całą w larwach. Dobrze im było: cicho, ciemno, 
ciepło. No to żegnajcie, koleżanki i koledzy. Przykro mi, nie lubię zabijać, ale wy też 
wędrujecie do śmietnika.
 

Stoję na balkonie i ćmię już trzeciego papierosa. Nie mogę się uspokoić. Maks, 

czyli mój sąsiad z bloku naprzeciwko, w końcu pyta: CO JEST?, odpowiadam: MOLE. 
Po dłuższej chwili odpowiada: JA TEŻ MAM.
 

Moja złość już minęła. Wypiłam dwa kieliszki wina i czuję ulgę, że pozbyłam się 

wreszcie robactwa. I wtedy dzwoni pan Mirek.
 

– Dobry wieczór. Dlaczego pani straszy moją ciężarną żonę? – pyta spokojnie, ale

czuję, że w środku cały kipi.
 

– Wie pan co, powinnam podać pana do sądu za te mole, z którymi męczyłam się 

do tej pory. Nie sądzi pan, że jak się sprzedaje mieszkanie, to należy w nim przedtem 
posprzątać?!
 

Milczy.

 

– Wie pani, ja też chętnie podam panią do sądu i też mam dość: najpierw 

insynuuje pani, że mam klucz do mieszkania, podobno wtargnąłem do niego i zostawiłem
jakieś kwiaty, potem nęka pani moją ciężarną żonę, a teraz wygaduje głupoty o molach. 
Albo jest pani nienormalna, albo ciężko przechodzi klimakterium. Niech pani sobie 
znajdzie faceta, ale tym razem może jednak nieżonatego.
 

I się rozłączył. Idiota, myśli, że na niego lecę. Może mało umiejętnie 

prowadziłam tę rozmowę, co zasługuje na potępienie, zważywszy, że teoretycznie wiem 
o „komunikacji międzyludzkiej” prawie wszystko. Jak się jednak okazuje, na pewnym 
poziomie emocji nic się nie liczy, tylko żeby komuś nawymyślać. Ale nie odpuszczę mu. 
Natychmiast dzwonię do Anki i opowiadam o mojej akcji przeciwmolowej i kłótni z 
panem Mirkiem.
 

– Znaczy się nawrzeszczałaś na ciężarną kobietę, a potem pewnego młodego 

dżentelmena oskarżyłaś o założenie hodowli owadów w swoim mieszkaniu, na co on 
zasugerował, że masz klimakterium i poradził, żebyś sobie znalazła faceta, ale 
nieżonatego. Czy tak?
 

– Mniej więcej. Myśli że jestem nimfomanką i na niego lecę.

 

– Zostaw to na razie. Zastanowię się. Teraz mamy pilniejsze sprawy. Twoje 

urodziny i, niestety, Weronika. Jeśli ci na niej zależy, to pomóż mi ją wykluczyć. Bo sama

background image

nie potrafię. Twój syn przyczynił się do śmierci jej męża, a ona o tym wie, i wie też, że 
on niebawem przyjeżdża do Polski.
 

– Słuchaj, a może to ten Kaczorek mści się za śmierć przyjaciela?

 

– Przestań spekulować bez sensu. Zaprosiłaś Weronikę?

 

– Jeszcze nie, boję się zadzwonić. Nie chcę nią manipulować. Tu w grę wchodzi 

wielka przyjaźń. Mnie to bardzo boli.
 

– Wierzę ci, że jest ideałem, ale ja jestem tylko bezduszną detektywką, która, jeśli

zacznie ulegać emocjom, zostanie bez pracy. Nie chcę udowodnić, że to ona, przeciwnie, 
za wszelką cenę chcę ją wykluczyć. A ponieważ wiem, jak ważna jest dla ciebie, staram 
się, żeby wasza przyjaźń nie ucierpiała. Słuchaj, nie mogę dłużej rozmawiać, mam inną, 
na szczęście znacznie prostszą sprawę. Pa.
 

Kiedy już zasypiam, Anka znów dzwoni. Naprawdę przesadza, jest dwunasta.

 

– Anka, ja już śpię, jutro, dobrze?

 

– Nie rozłączaj się – słyszę w słuchawce głos Marcina. – Przepraszam, że tak 

późno, zbieram się od wielu dni i w końcu się odważyłem. Dwie godziny temu zostałem 
dziadkiem.
 

– Chłopiec czy dziewczynka?

 

– Dziewczynka, 52 centymetry, trzy kilo pięćset. Jutro do niej jadę. Pobędę w 

Warszawie przez tydzień, żeby im trochę pomóc. A potem wracam, bo moja żona 
wychodzi ze szpitala.
 

– Życzę ci powodzenia.

 

– Chciałem ci wysłać książkę, ale nie mam adresu.

 

– Przyślę ci esemesem. Zaraz to zrobię.

 

– Dzięki, dobranoc.

 

Mogę się pożegnać ze snem. Biorę z szafki swoje wiersze, które leżą tam od 

czasu, kiedy Baśka mi je oddała. Tym razem uznaję, że nie są takie złe. Kilka z nich 
wręcz mi się podoba. Fajny jest ten o moim dziadku. I ten, który pisałam z myślą o 
Sławku. Ale za późno, żeby wracać dziś do pisania. Nawet nie wiem, co się dzieje w 
polskiej literaturze. Przypominam sobie, że Marcinowi też się podobały. Olśniewa mnie –
ten ostatni egzemplarz podarowałam jemu, wpisując nawet jakąś dedykację. Wstaję, bo i 
tak nie zasnę. Czekając, aż zagotuje się woda, stoję w oknie, za którym już od trzech dni 
pada gęsty śnieg. W budynku naprzeciwko pali się w jednym oknie – u Maksa. 
Odruchowo się cofam, nie wiem dlaczego. Po tym Steinbecku czuję do niego niechęć… 
Kiedy człowiek się boi, przestaje lubić ludzi i podejrzewa ich o złe intencje. Właściwie 
każda z osób, które znam, choć przez chwilę miała twarz mojego wroga. Artur 
powiedział, że to kobieta, ja jednak widzę męską twarz: całkiem ładną, lecz chłodną i bez
wyrazu.
 

Stawiam na stole parującą herbatę i włączam laptop, po czym wiedziona jakimś 

instynktem, wręcz przymusem, zaczynam pisać: „Krążę po ogromnym, ponurym 
budynku, który przypomina opuszczoną fabrykę amunicji, a może raczej zdewastowane 
koszary, i za wszelką cenę usiłuję się stamtąd wydostać, coraz bardziej przerażona, bo 
ktoś za mną idzie”. Nad ranem stawiam kropkę na końcu pierwszego rozdziału. Dochodzi
czwarta, mam przed sobą trzy godziny snu. Za mało, żeby się wyspać, ale powinno 
wystarczyć, żeby przetrwać dzień.
 

Jedno z ostatnich grudniowych szkoleń dla pracowników Miecha. Myślę o tym z 

ulgą, bo jestem już bardzo, bardzo zmęczona. Miech chce wypić kawę, ale, niestety, 

background image

muszę odmówić, bo jadę jeszcze do Janusza, który pewnie siedzi jak na szpilkach. 
Powinien przejść jakieś szkolenie z cierpliwości. Nie myliłam się, wita mnie słowami:
 

– No, nareszcie.

 

– Miałam szkolenie.

 

– Wiem, wiem… Siadaj i referuj.

 

Wręczam mu odręczny szkic tego, co poprzedniego dnia wymyśliłam, a on słucha

w skupieniu. Nie przerywa mi, czasem notuje. Widząc, że nie protestuje nawet przy 
najdziwniejszych pomysłach, ryzykuję również, jakby od niechcenia, ten pomysł z 
poprawczakiem, którego nie zanotowałam w przekonaniu, że jest całkiem odlotowy. W 
końcu milknę, bo na tym etapie nie mam już nic do powiedzenia, a on uśmiechnięty 
mówi:
 

– Może masz rację. Ja też potrzebuję zmiany. Będziesz mózgiem całego projektu, 

dam ci kogoś do pomocy i zatrudnię pracownika od brudnej roboty, który będzie 
załatwiał wszystkie sprawy papierkowo-organizacyjne i logistyczne.
 

– Ja już mam kogoś takiego na oku. Chcesz usłyszeć? – Janusz kiwa głową. – 

Wśród ochotników była jedna kobieta, która ma niesamowitą wiedzę, umiejętność 
rozmawiania z ludźmi i zdolności organizacyjne. Zna się też na jakichś funduszach i 
fundacjach, o czym ja nie mam pojęcia. Na tych szkoleniach nie można dużo zarobić, ale 
jestem pewna, że dzięki nim przyciągniemy różne firmy.
 

– Nie musisz mnie już przekonywać. Klepnąłem to. Jestem szalony, wiem o tym, 

mogę nawet zbankrutować.
 

– Nie, to niemożliwe. Zbankrutujesz, jeśli nic nie zmienisz.

 

– Wystarczy, zaczynasz się mądrzyć. Masz ankiety dla mnie?

 

– Są w porządku – mówię, wręczając mu ankiety z ostatniego szkolenia, które 

poszło bardzo dobrze. – Czy Miech już zamówił kolejne?
 

– Niestety, nie. Odchodzi w styczniu z firmy i przekazuje swoje obowiązki komuś

innemu. Tak więc decyzja zależy już od nowego szefa. Być może ma na oku jakąś inną 
firmę, która mu zaproponuje prowizję.
 

– Łapówkę?

 

– Nie, prowizję.

 

I przetrwałam ten dzień, ale tego, czego Anka ode mnie żąda, już chyba nie dam 

rady spełnić. Po powrocie znajduję w skrzynce mejlowej list z długą listą poleceń: 
„Biegam po mieście za długonogą laską w ciuchach za sto tysięcy złotych, więc nie będę 
mogła zadzwonić. Polecenia dla ciebie: 1. Niech Laura na kilka dni zamieszka z babcią. 
Tak na wszelki wypadek. Potem wydam jej instrukcje. 2. Nie musisz zapraszać na 
urodziny Weroniki, ale możesz to zrobić, tylko, broń Boże, nie wspominaj o wypadku ani
o Kacprze. Mam nadzieję, że nie zdążyłaś. 3. Zadzwoń do Kacpra i spytaj, co się wtedy 
stało. 4. Na razie nie wolno ci z nikim rozmawiać. Najlepiej po prostu milcz. Później 
wszystko, no, prawie wszystko, ci wyjaśnię. Pa, A.”.
 

Czy ona zwariowała? Ja prowadzę szkolenia, na których muszę gadać jak najęta. 

Mam udawać, że dostałam zapalenia strun głosowych? Nie wiem, jak ja spełnię 
wszystkie te polecenia. Do cholery, czy Anka myśli, że jestem jakimś cyborgiem? Z 
niedowierzaniem patrzę na wydrukowany mejl. Przecież jej płacę. Jestem bogata i stać 
mnie na luksusowe usługi. A ona obarcza mnie taką kupą poleceń.
 

Nie mam ochoty dzwonić do Kacpra, zwłaszcza w takiej sprawie. Anka tego nie 

rozumie, ale ja dziś już nie znam swojego syna, nie ma między nami bliskości, nie chcę 

background image

go płoszyć trudnymi pytaniami. Wolałabym z tym poczekać. Może po świętach nadarzy 
się jakaś okazja… Chcę je spędzić normalnie, spokojnie, pierwszy raz od wielu lat 
zbierzemy się w komplecie. Bo teraz to właśnie jest dla mnie komplet: dzieci, mama, 
wnuczka, synowa.
 

Zapraszam Weronikę na urodziny, ale nie przez telefon, piszę list w obawie, że w 

rozmowie na żywo nie uda mi się nie zapytać o Kacpra.
 

Jednak dzwonię do Kacpra. Jak skazaniec wybieram jego numer i czekam, 

czekam, i kiedy już mam zamiar rozłączyć się, słyszę jego głos:
 

– Cześć, mamo.

 

– Cześć. Co słychać?

 

– Bez zmian. U ciebie też?

 

– Tak, ale chcę cię o coś zapytać, o coś przykrego i z góry za to przepraszam.

 

– Tak, a o co? – Słyszę, że się jeży.

 

– O wypadek, w którym zginął Bartek.

 

Chyba jeszcze nigdy nie słyszałam tak absolutnej ciszy. Nie wiem, jak długo 

trwała, ale to właśnie o czymś takim mówi się, że coś trwa wieki. To stulecia straszliwej 
pustki, samotności, smutku. Wiem, że Kacper w tej chwili jest jeszcze bardziej samotny. 
Mimo to czekam.
 

– Wiedziałem, że to do mnie wróci. Kto ci powiedział?

 

– Niejaki Kaczorek napisał wspomnienie o Bartku i spotkałam się z nim.

 

– Czy możemy o tym porozmawiać, kiedy przyjadę? Zresztą miałem taki zamiar.

 

– Dobrze. Odłóżmy to na później. Wiesz…

 

– Tak?

 

– Nie, już nic. Dobranoc.

 

Chciałam powiedzieć, że bardzo go kocham, ale nie zdołałam. Ostatni raz 

dowiedział się tego ode mnie, kiedy był jeszcze dzieckiem. Nie jestem zwolenniczką 
tego, żeby wciąż powtarzać te słowa, ale nie powinno się ich także wyrzucać ze 
słownika.
 

Idę na balkon z całą paczką papierosów i z zapalniczką. Zmiatam śnieg z 

ławeczki i mimo mrozu siadam na niej. W głębi mieszkania słyszę dźwięk telefonu. Po 
chwili znów. Naprzeciwko Maks macha i macha, chyba już trzecim papierosem – nie 
odpowiadam. Wreszcie daje za wygraną. Znów ktoś dzwoni. Ale ja teraz jestem w innym 
świecie, nie mam nic wspólnego z tym wszystkim, co się dzieje wokół mnie. Czas mija. 
Stopy, chociaż włożyłam ciepłe buty, mam zziębnięte i nie czuję już uszu. Ręce mi 
zgrabiały, wprawdzie można palić w rękawiczkach, ale zgubiłam tej zimy już trzy pary i 
postanowiłam dotrwać do wiosny, nie kupując nowych, bo po dwóch dniach i tak bym je 
zgubiła. Śnieg przestał padać i na niebie ukazał się księżyc. Z góry, chyba z szóstego 
piętra, słychać płacz niemowlęcia. U Dzięciołów zgasło światło. Być może w tej chwili 
daleko, na Mazurach, w swoim domu, Weronika w cieple kominka właśnie pisze swój 
dziennik, być może akurat o Kacprze i o jego matce, czyli o mnie. Być może ktoś 
obserwuje okna mojej córki, a ktoś inny czatuje pod drzwiami mojej matki. Może ktoś 
stoi również pod moimi, żeby znów obdarować mnie bukietem zgniłych róż… W tym 
momencie rzeczywiście słyszę dzwonek do drzwi. No to się doigrałam. Nie otworzę: 
niech je zostawi na wycieraczce. Znów dzwoni, bardzo nerwowo, strasznie mu się 
spieszy, pewnie ma więcej ofiar do obskoczenia. Pstrykam petem, który, zostawiając za 
sobą ognistą smużkę, frunie do ogródka na parterze, i nie mam nawet wyrzutów 

background image

sumienia. Kto ma ogródek, musi liczyć się z tym, że nie wszyscy sąsiedzi z siedmiu 
pięter to uszanują. I niech się cieszy, jeśli nie wyrzucają przez okna butelek. Idę do drzwi,
do których w tej chwili ktoś już łomocze. Przede mną stoi Anka z przerażonym 
Dzięciołem, który sięga jej do ramienia.
 

– O, myślałam, że pan już śpi. Ładny szlafroczek, przydałaby się jeszcze 

szlafmyca z pomponem. Wyglądałby pan jak Bogumił Kobiela. A ty chyba powinnaś 
tkwić pod Stokrotką albo Chabrem. Jest taki hotel nad Bałtykiem. Czułabyś się tam jak 
ryba w wodzie. A panu radzę kupować większe worki, nie musiałby pan tak często 
zbiegać do śmietnika. Najbardziej praktyczne są sześćdziesięciolitrowe. I po co pan się 
tak kłóci z żoną? To poczciwa i pracowita kobieta. Nawet pan nie wie, jakie leniwe są 
dzisiejsze kobiety. Proszę spytać mojego teścia, już on panu powie, w głowach im się 
pomieszało, tylko się kształcą i bez przerwy pracują, byle nie zajmować się domem i 
dziećmi. I nie dostają noblów. Niech pan sobie policzy noblistki, ale uprzedzam, nie 
warto. Podobno będzie manifa mężczyzn, niech pan tego nie przegapi. Staniecie pod 
Sejmem z transparentami, poskandujecie sobie, spalicie kilka opon.
 

– Maniu, spokój. Już dobrze – mówi cicho Anka.

 

Milknę. Boże, co ja wyprawiam, naprawdę straciłam kontakt z rzeczywistością. 

Anka prowadzi za łokieć struchlałego Dzięcioła do drzwi jego mieszkania i wpycha go 
do środka.
 

– Co się stało? – pyta, wchodząc do przedpokoju. – Co się stało?

 

– Nie wiem, to wszystko mnie przerosło. Nawet Strofa zamilkła. Przestała się do 

mnie odzywać. – Zaczynam cicho chlipać, potem płakać, a na koniec już histerycznie 
szlochać. Anka siedzi w milczeniu i czeka, aż się uspokoję.
 

– Maniu, nie martw się, wszystko jest na dobrej drodze. Przyjechałam, bo nie 

odbierałaś telefonu. A Dzięcioł powiedział, że siedzisz na balkonie.
 

– Podglądają mnie.

 

– Przestań, na wszelki wypadek poprzednio wzięłam od niego numer telefonu i 

teraz się przydał. Poprosiłam, żeby sprawdził, czy się u ciebie pali.
 

– Paliło się. I to jak. Poszła prawie cała paczka.

 

– Widzę, że wracasz do normy. Chwała Bogu. I mam dobrą wieść, nie powinnam 

jeszcze o tym mówić, ale najwyraźniej potrzebujesz pocieszenia. Moim zdaniem 
Weronika nie jest Malwiną, dlatego napisałam, żebyś z nią nie rozmawiała o wypadku.
 

– Ani Arkadią, ani Ofelią? – pytam z nadzieją, na wszelki wypadek jeszcze trochę

pochlipując.
 

– Żadną z nich.

 

– I nie dybie na moje znaczki?

 

– Ani przez chwilę nie było o tym mowy.

 

– I nadal jest bez wad i skazy?

 

– Ma jedną.

 

– Wiedziałam, że coś wymyślisz.

 

– Jest bardzo skryta. Bo już wcześniej powinna była powiedzieć ci o Kacprze.

 

– Nie mogła, za wszelką cenę chciała mnie chronić.

 

– Wiem, wiem, ale wszystko do człowieka wraca.

 

– To samo powiedział Kacper. To po telefonie do niego tak się zapadłam i 

zaczęłam świrować. Chce porozmawiać, ale dopiero w Warszawie.
 

– W każdym razie jestem na dobrym tropie. I w jednej, i w drugiej sprawie. 

background image

Wybacz, że nie zdradzę na razie szczegółów, ale nie chcę cię tym obciążać, dopóki nie 
nabiorę pewności.
 

– A Kacper?

 

– Tego się nie da przeskoczyć, ale przynajmniej mu ulży. Na twoim miejscu 

zaaranżowałabym jakieś spotkanie z Weroniką. Zaproś ją albo niech on do niej pojedzie. 
O ile ją znam z twoich opowieści, będzie ci za to wdzięczna. Idę, Stokrotka mnie 
wykończyła. Aha, a ten Chaber to gdzie jest dokładnie? Chętnie przeprowadzę się nad 
morze.
 

– Nie pamiętam, chyba go wymyśliłam – odpowiadam, już znacznie weselej.

 

– Wiedziałam, ty sobie pojedziesz na egzotyczną wyspę, a ja wciąż będę sterczeć 

pod motelami.
 

– Zabiorę cię ze sobą.

 

– Dzięki. Masz telegram? – przypomina sobie w drzwiach.

 

– Tak: „W dniu 20 XII odbył się pogrzeb śp. Zuzanny Drott vel Teleszko o czym 

zawiadamia pogrążona w smutku rodzina”. To pewnie ta pierwsza żona mojego dziadka. 
Ale kim jest rodzina? Może album ze zdjęciami odpowie na to pytanie, tylko że, zdaje 
się, nie były opatrzone podpisami. Z mamą jeszcze nie rozmawiałam.
 

– Nie musisz. Laura nie mogła pomieszkać u babci, bo ma jakichś gości, z 

którymi była umówiona już od dawna, więc podesłałam mamie Wojtka. Wychodzi z nią 
codziennie na spacer. I są właśnie na etapie oglądania zdjęć. Podobno byłaś ślicznym 
bobaskiem.
 

– Tak, mam takie zdjęcie, jak na golasa leżę u fotografa na baranicy.

 

– Niestety, nie dotarli jeszcze do albumu, na którym najbardziej nam zależy. Ale 

możesz być pewna, że Wojtek dowie się więcej niż ty, bo jest cierpliwy i umie słuchać.
 

– Jasne, bo słucha tych opowieści pierwszy raz w życiu.

 

– A co do czwartego punktu, miałam na myśli wszelkie rozmowy związane choć 

trochę ze śledztwem. Wszelkie. Ani słowa o wrogu, jednym czy drugim, o znaczkach, o 
cioci Róży, Dzięciołach i tak dalej. Rozumiesz?
 

– Nie.

 

– Nie musisz.

 

– Poza tym spróbuj, nie wiem, jak to zrobisz, ale spróbuj, zaprosić na urodziny 

Miecha.
 

– Czy ty go podejrzewasz, bo ma, miał, dom na Mazurach?

 

– Nie, chcę go poznać. Mówiłaś, że samotny. Pominę milczeniem fakt, że dopiero

teraz dowiaduję się o jego domu na Mazurach. Dasz radę?
 

– Jasne, nie krępuj się, kontynuuj. W końcu mam tak dużo czasu, że nie wiem, co 

z nim robić.
 

– Na pewno coś jeszcze przyjdzie mi do głowy. Odpocznij trochę. Ale z tą 

szlafmycą to ci się naprawdę udało.
 

Na wspomnienie tej żałosnej sceny, którą urządziłam, mam ochotę zapaść się pod 

ziemię, ale nie mogę też powstrzymać śmiechu, bo Dzięcioł naprawdę przypominał 
Kobielę ze sztuki Mieszczanin szlachcicem, chociaż nie miał tak bogato zdobionego 
szlafroka. Nigdy w życiu nie widziałam równie przerażonego człowieka. Ciekawe, czy 
wie, że mówi prozą.
 

background image

 Rozdział szósty

 

No to jesteśmy na półmetku – mówi Anka, wyjmując z torebki małą buteleczkę 

szampana, a ściślej mówiąc, wina musującego.
 

– Zwariowałaś, nawet moja matka potrafi wypić więcej.

 

– Jak półmetek, to półszampan.

 

– Ale powiedziałaś, że to koniec. Czy sugerujesz, że już się z gąską witał i znów 

klapa? Znów nie ta nitka?
 

Zaczynam się denerwować, że coś źle zrozumiałam, kiedy Anka po południu 

zadzwoniła, żeby ogłosić zwycięstwo: MAO została zdemaskowana.
 

Anka rozsiada się na kanapie, znów w jakiejś szacie, której nie powstydziłby się 

nawet ojciec dyrektor, i w pantoflach prosto z Dynastii.
 

– Przecież został jeszcze filatelista. Bez zaliczki nie kiwnę palcem w bucie.

 

– To rzeczywiście może być trudne – odpowiadam, patrząc na jej pantofle.

 

– Skończyłam, ale nie powiem ci kto, dopóki nie wypłacisz mi honorarium.

 

– Przeleję ci na konto. Przecież nie trzymam w domu takiej masy forsy.

 

– Chyba jednak za złapanie filatelisty zażądam podwójnej stawki.

 

– Co? Przecież to jedna sprawa i, jak zapewniałaś, prawie rozwikłana.

 

– Czy ty rozumiesz znaczenie słowa „prawie”? Nie oglądasz reklam? A poza tym 

wstydziłabyś się ze swoimi milionami wykłócać o pieniądze, obarczając mnie dwoma 
przestępcami. Chcesz od razu wiedzieć, czy mam opowiadać po kolei?
 

– Od razu.

 

– A więc to jest…

 

– Nie, zaczekaj! – wołam. – Mów od początku.

 

– Wiedziałam. No więc tak. Po pierwszych spotkaniach z tobą skupiłam się na 

tych, którzy wydawali się najbardziej podejrzani: na Marcinie, a zwłaszcza jego żonie, na
Marcelu, a zwłaszcza na jego konkubinach, na środowisku Laury, brałam też pod uwagę 
Kubę. Później postanowiłam sprawdzić również twojego szwagra Tomka od kaca, bo 
wydawało mi się mało prawdopodobne, że nie tylko nie drzecie kotów, ale w dodatku się 
przyjaźnicie. I trochę też z ciekawości: chciałam go poznać, bo pomyślałam, że może 
bierze na siebie również inne dolegliwości, nie tylko kaca.
 

– Nie, innych nie. Kiedyś byłam u niego i rozbolał mnie brzuch. Próbowałam siłą 

woli i żarliwą świecką modlitwą przerzucić na niego swoje cierpienia, zwłaszcza że on 
ma lodówkę pełną przeterminowanych produktów, czy jadłaś kiedyś dziesięcioletnią 
kiełbasę? – i nie udało się.
 

– Szkoda. Skupiłam się też na panu Mirku, choćby z powodu tej dziwnej zmiany 

w jego zachowaniu wobec ciebie. A wreszcie na Dzięciole, który obraził się o drobiazg. 
Zaczęłam jednak od Durczyka, ze względów praktycznych: mieszka na tym samym 
osiedlu co ja, i właśnie potrzebowałam hydraulika.
 

– Ale on nie potrafi naprawić nawet uszczelki!

 

– Uszczelek się nie naprawia. Odwiedziłam go. Kiedy powiedziałam, że poleciłaś 

mi jego usługi, dostał ataku śmiechu. Chyba zdaje sobie sprawę ze swoich umiejętności. 
A jak już się wyśmiał, dodałam z kamienną twarzą: „A tak przy okazji chętnie odbiorę 
dług pani Marii Dudek”. Co to się działo! Opowiedział mi historię swojego ciężkiego 
życia i nieszczęśliwego małżeństwa. Wymienił długą listę śmiertelnych chorób, na które 
cierpi. Chciał pokazać wypis ze szpitala, ale kiedy powiedziałam: „Chętnie sobie obejrzę,

background image

bo detektyw powinien interesować się wszystkim i sprawdzić każdy drobiazg”, niestety, 
nie mógł go znaleźć. Oczywiście, od początku wiedziałam, że to nie on, choćby dlatego, 
że w jego mieszkaniu nie ma ani jednej książki, ale skoro już tam byłam, postanowiłam 
załatwić tę drobną sprawę, za darmo – mówiąc to, Anka sięga do torebki i wyjmuje z niej
chudziutki plik setek. – Proponuję, żeby już zostały w mojej torebce. Pokwitowanie dam 
ci później.
 

– Dobrze – zgadzam się wspaniałomyślnie, zwłaszcza że już machnęłam ręką na 

dług Durczyka.
 

– Myślałam też o Jolce, a właściwie o kimś z jej znajomych, bo miała klucz do 

twojego mieszkania. A poza tym ona zna mnóstwo cytatów i chciała zadać swoim 
uczniom wypracowanie o myszach. I w dodatku nie mogła znaleźć tego klucza. Albo nie 
chciała ci go oddać, albo rzeczywiście zapomniała, gdzie go odłożyła, albo ktoś go zabrał
i potem podrzucił. Niestety, Jolka prowadzi dom otwarty, zbyt wiele osób się tam kręci. 
Uczniowie, ich rodzice, kochankowie, znajomi, sąsiedzi. Zgroza! Sprawę dodatkowo 
skomplikował fakt, że ty często zapominasz zamknąć drzwi, o czym wiedzą prawie 
wszyscy.
 

– Przypominam ci, że już nie zapominam.

 

– A zatem MAO nie musiała mieć kluczy, żeby wejść. Ale mogła je mieć i 

zostawić drzwi otwarte, nawet jeśli je zamknęłaś, czego nie dowiemy się nigdy, chyba że 
ją o to spytamy. Wiedziałam, że nic tutaj nie wskóram. Podążyłam tropem żony Marcina, 
bo tylko ona miała wyraźny motyw. Aż do mojej wizyty w Lublinie zajmowała czołowe 
miejsce na liście podejrzanych. Jednocześnie przeszukiwałam towarzystwo Laury. I 
natrafiłam na tych Pertów. Przez jakiś czas byłam niemal pewna, że to Piotr, który w tym 
czasie wyszedł z więzienia, albo/i jego rodzice. Też mieli solidny motyw. Szybko ich 
jednak wykluczyłam, tak jak wiele innych osób: Monikę, Ewę i Beatę Kozickie, Kubę, 
który mieszka za granicą. W przypływie bezradności odwiedziłam nawet naszego 
profesora, ale wystarczyło mi rzucić na niego okiem, chodzi o lasce i ma demencję, 
zapewniam cię, że dzisiaj wiesz o Szekspirze więcej niż on. Dzięciołów nie 
podejrzewałam z wielu powodów: nie znałaś ich wcześniej i początkowo chcieli się 
zaprzyjaźnić, nie mają i nie obsługują komputera, są starzy, a MAO to bardzo energiczna 
osoba. Nie mogłam jednak oprzeć się przeczuciu, że mają coś wspólnego ze sprawą, bo 
od początku nie wierzyłam, że Dzięcioł się obraził o jakiś drobiazg. Mógł się czuć 
dotknięty, mógł się trochę dąsać, ale miły facet z dnia na dzień nie zmienia się w gbura i 
nienawistnika.
 

– Nie znasz się na ludziach. Obrażają się o byle co. Jedna moja koleżanka…

 

– Sprawy znów się skomplikowały po pojawieniu się filatelisty, bo trudno było mi

uwierzyć w taki zbieg okoliczności. Przestałam to ogarniać. I nic do siebie nie pasowało. 
Klucze od mamy znikły, ale nie wiadomo kiedy – czy po wizycie kwiaciarza, czy po 
parapetówie, czy wcześniej. W każdym razie koszyczek wystawiłaś dopiero kilka dni po 
przeprowadzce, czyli nie mogli to być fachowcy. Znów pomyślałam o Jolce, a raczej o 
kimś z jej otoczenia, bywała u ciebie, miała kilka okazji do zabrania maminego klucza, 
miała też twoje klucze, wiedziała o znaczkach…
 

– Ale nie znała ich wartości – podkreślam kolejny raz – i też jest prawdziwą 

przyjaciółką. Tylko trochę inną niż Weronika.
 

– Przecież dzisiaj wszystko jest w internecie. Wpisujesz sobie nazwisko Teleszko 

i natychmiast wiadomo, ile były warte wasze kolekcje. Czyli mogła wiedzieć. Najpierw 

background image

założyłam, że wróg jest jeden. Na przykład taki scenariusz: wkroczyła do akcji jako 
MAO, żeby cię postraszyć i skierować sprawę na fałszywe tory, a potem, kiedy byłaś 
pochłonięta swoim nieistniejącym wrogiem, postanowiła ukraść znaczki. Ale ja znam 
Jolkę, to do niej nie pasowało, w dodatku to ona poleciła ci moje usługi. A wie, że jestem 
skuteczna, bo… O, przepraszam, to tajemnica zawodowa. W każdym razie, gdyby była 
winna, namawiałaby cię raczej na policję. Albo żebyś nic z tym nie robiła. A zatem może 
ktoś z jej otoczenia. Na przykład jej poprzedni facet Olek albo obecny, Karol. Ale kiedy 
„kwiaciarz” złożył ci wizytę, Karola nie było w Polsce. Z kolei w czasie parapetówy 
klucz mógł wziąć każdy. Nie mogłam sprawdzać całego towarzystwa, bo to by trwało bez
końca. Za wszelką cenę musiałam ustalić, czy mamy do czynienia z jedną, czy z dwiema 
sprawami. W końcu uznałam, między innymi z powodu dwóch tak bardzo odmiennych 
motywów, pamiętasz: pieniądze i emocje, że to dwie niezależne od siebie sprawy. Od tej 
pory było łatwiej, a właściwie byłoby, gdyby nie Kacper.
 

– Tak, to okazało się najgorsze.

 

– Podejrzaną numer jeden stała się Weronika, ale nie spuszczałam też wzroku z 

Dzięcioła, dlatego poprosiłam cię o zaaranżowanie spotkania z nimi. Sprawa wydawała 
się oczywista: Weronika wiedziała, że Kacper przyjeżdża do Polski na święta, a kiedy 
Kaczorek powiedział jej, że to Kacper zrzucił kamień, postanowiła się zemścić. A 
ponieważ najbardziej cierpimy, kiedy coś złego dzieje się z naszymi bliskimi, zaczęła też 
straszyć Laurę. Wiele za tym przemawiało: telefon z Mazur, jej przyjazdy do Warszawy, 
wiedziała, że nie zamykasz drzwi, miała twoje adresy mejlowe, a przeciwko temu 
przemawiała tylko wasza przyjaźń i to, co o niej mówiłaś.
 

– Ale to nielogiczne, nie mogła się rozdwoić: być jednocześnie na Mazurach i w 

Warszawie, żeby zostawić mi kwiaty.
 

– Owszem, dlatego brałam pod uwagę, że albo ma wspólnika, albo, co jednak 

było nieprawdopodobne: że przyjechała do Warszawy, kiedy spałaś. W nocy drogi są 
puste, podróż tam i z powrotem zajęłaby jej najwyżej cztery godziny. Klucz mogła wziąć 
z twojej torebki.
 

– Nie, to całkowity absurd.

 

– Owszem. Szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, ale zarówno Weronika, jak i 

alpiniści cały czas byli podejrzanymi. Dziwnie się zachowywali. Rozumiem, to straszne, 
że ich kolega zginął podczas wspólnej wspinaczki, ale minęły lata. Dlaczego reagują 
takim zdenerwowaniem na nasze pytania? Podejrzewałam, że współpracują z Weroniką, 
obaj albo jeden z nich, raczej Kaczorek, bo spotkała się z nim. Chciałam do niej 
pojechać, ale powstrzymała mnie przed tym, wstyd powiedzieć, twoja prawdziwa 
rozpacz, że to może być ona. Bo co tu dużo mówić, to rzeczywiście byłby koniec waszej 
przyjaźni. Postanowiłam się wstrzymać. Mocniej skupiłam się na Dzięciole. Dlaczego tak
śmiertelnie się obraził?
 

– Nie wiem. Pewnie coś jeszcze mu zrobiłam albo ktoś mu na mnie nagadał.

 

– Brawo! A kto mógł mu nagadać i co?

 

– Może pan Mirek, że jestem nienormalna i oskarżyłam go o dawanie mi kwiatów

i podrywanie go.
 

– No tak, ale Dzięcioł obraził się wcześniej, jeszcze przed kwiatami.

 

– No to nie mam pojęcia.

 

– Nie szkodzi. Czyli zajmuję się filatelistą i jednocześnie Weroniką i Dzięciołem. 

A teraz przypomnij sobie swoją drugą rozmowę z panem Mirkiem. Co ci powiedział na 

background image

koniec?
 

– Że mam klimakterium, co akurat jest prawdą. I żebym sobie znalazła faceta.

 

– Jakiego?

 

– Niestety, nie zaproponował mi nikogo konkretnego.

 

– On nie miał na myśli siebie. Chodziło mu o to, żeby jednak nie był żonaty! Nie 

wiem dlaczego, ale pomyślałam o Marcinie.
 

– Co?

 

– Zasugerował, żebyś jednak nie zajmowała się żonatymi. Zaczęłam rozumować 

w ten sposób: dowiedział się o Marcinie i podzielił się swoją wiedzą z Dzięciołem, który 
jest konserwatywnym starszym panem i takich rzeczy nie uznaje, zwłaszcza u kobiet. Ale
za żadne skarby nie powiedziałby ci o tym wprost. Zawrzał świętym oburzeniem i się 
obraził.
 

– Ale skąd pan Mirek mógł się dowiedzieć?

 

– Cierpliwości. Na razie nie wiem. Od kogoś, kto wiedział o tobie i Marcinie. 

Tymczasem nie mogłam się zająć bez reszty wątkiem filatelistycznym, ale starałam się 
rozpowszechnić wiadomość, że znaczki mamy są w sejfie. Rozumiesz?
 

– Mniej więcej, czyli w ogóle.

 

– I wysłałam Wojtka, a on u twojej mamy niemal zamieszkał. Zdaje się, że ze 

względu na Laurę.
 

– Tak, domyślam się.

 

– Bardzo fajny chłopak, żaden dupek. Wracamy do pana Mirka i Dzięcioła. 

Przyjaźnili się w czasach swojego sąsiedztwa. Owszem, mógł na ciebie nagadać. Na razie
nieważne, co takiego. Ale gdzie motyw? Dlaczego miałby się mścić na nieznajomej 
starszej kobiecie…
 

– Przestań!

 

– …która kupiła od niego mieszkanie i nic złego mu nie zrobiła? Na litość boską, 

dlaczego? I jak ten potwornie zapracowany młodzieniec znajduje czas na pisanie 
wierszyków, śledzenie swojej dobrodziejki, która nie negocjowała ceny, na kupowanie 
myszy i podrzucanie ich do jej łóżka, pisanie mejli, romansowanie na portalu Amore…
 

– Wystarczy, przecież doskonale wiem, co MAO robiła – mówię zawstydzona.

 

– Nie warto nad tym tak intensywnie myśleć, moja Marysiu, bo w całej tej 

sprawie na kilometr czuć kobiecą rękę. Możesz się oburzać, ale jednak nasze mózgi 
różnią się między sobą.
 

– Nie tylko mózgi. Nigdy nie pojmę, dlaczego w damskich toaletach zawsze jest 

kolejka, a męskie zieją pustkami.
 

– Kiedyś ci to wyjaśnię. A zatem kobieta. Gdzie jej szukać? Zdesperowana, 

smutna i zakochana.
 

– Czy ty się widziałaś z Arturem?

 

– A po co? Nigdy go nie podejrzewałam.

 

– Bo on powiedział to samo.

 

– Szkoda, że mi tego nie powtórzyłaś. Szybciej uświadomiłabym sobie, że warto 

zastanowić się nad młodymi kobietami w twoim otoczeniu. Na przykład?
 

– Młode mam tylko w pracy. Owszem, Ewka mnie nie lubi.

 

– Na przykład nad wnuczką Dzięciołów, która przyjaźniła się z żoną pana Mirka.

 

– Ale ja jej nie znam, a żonę pana Mirka widziałam raptem jeden raz, przez 

dziesięć minut.

background image

 

– I okazałoby się, że są w tym samym wieku, że już wcześniej się znały, że 

czasem u państwa Mirków pomieszkiwała, że razem studiują. A co? Romanistykę.
 

– I co z tego?

 

– Pomyśl, kto studiuje czy studiował romanistykę. Wspomniałaś mi kiedyś o tym.

 

– Boże, córka Marcina. Czy ty sugerujesz, że córka Marcina jest wnuczką 

Dzięcioła? Czyli że Dzięciołowie są teściami Marcina? Bzdura. Nie wiem, kim są, ale 
wspomniałby w ciągu tych kilku lat, że ma teściów w Warszawie. Ale jeśli to prawda, 
mieli powód, żeby mnie nienawidzić. Wybaczam im wszystko. Pójdę do nich z kwiatami 
i też poproszę o wybaczenie. I na pewno się stąd wyprowadzę.
 

– Niestety, pudło. Ich wnuczka ma na imię Zosia, a córka Marcina inaczej.

 

– Już nie mam siły, powiedz.

 

– Chciałaś po kolei, będzie po kolei. Gdyby Marcin wcześniej znał twój nowy 

adres, być może w ogóle nie byłoby sprawy.
 

– Tak, podałam mu adres tej nocy, kiedy został dziadkiem.

 

– I doznał olśnienia, a może go przeceniam, równie dobrze mogło się to odbywać 

powoli. Wiedział o twoich kłopotach ode mnie i zrozumiał, że… Czy możesz mi dać 
szklankę wody?
 

– Wykończysz mnie – burczę, biegnąc do kranu.

 

– Dziękuję. Na czym to ja skończyłam? – Anka spogląda w sufit. – Aha. 

Zrozumiał, od kogo kupiłaś mieszkanie.
 

– No, od pana Mirka. I co z tego?

 

– A kto jest jego żoną?

 

Nie mam zamiaru przyjmować tego do wiadomości. Nie chcę takiego finału, to 

zbyt okropne. Uparcie milczę, mimo że Anka, popijając małymi łyczkami wodę, czeka na
odpowiedź.
 

– Już wiesz?

 

– Niestety, tak.

 

– I Marcin domyślił się, że to oni cię dręczą, chociaż trochę się też mylił.

 

– Zadzwonił do ciebie?

 

– Niestety, nie, chyba miał nadzieję, że to się nie wyda. Albo nie miał odwagi. 

Szkoda, bo dzięki temu zyskałabym kilka dni i mogła zająć się już tylko filatelistą. To ja 
do Marcina zadzwoniłam, już wiedział, w jakiej sprawie. Ale mylił się, że to oni…
 

– Przestaniesz?

 

– …bo pan Mirek nie maczał w tej aferze palców. Dowiedział się o tobie i 

Marcinie, dlatego w czasie drugiej wizyty był już antypatyczny, ale o reszcie nie miał 
pojęcia. Ani o wierszykach, ani o pogróżkach, skierowanych również pod adresem Laury.
A Dzięcioł dowiedział się o tobie i Marcinie od Zosi, nie od niego. Był wzburzony, tym 
bardziej że lubi Agatę, żonę pana Mirka, a córkę Marcina. Nie znał szczegółów ich 
brawurowej akcji, ale domyślał się tego i owego, mógł ją na czymś przyłapać. A po tym 
spotkaniu u ciebie miał już pewność, że panna rozrabia i że to wygląda groźnie, dlatego 
był taki zdenerwowany i dlatego Dzięciołowie się kłócili. Zwróć uwagę, że od tej pory 
wróg przestał działać. Znikł. Widocznie Dzięcioł zmył głowę Zosi i się przestraszyła. 
Zresztą to ona była bardziej aktywna niż Agata, która, w zaawansowanej ciąży, nie mogła
biegać po mieście i cię śledzić, podrzucać karteczek ani przyjeżdżać z kwiatami, ani 
obserwować Laury. I uwaga, uwaga: zatrudniły jakiegoś kolegę fotografa, żeby robił ci 
zdjęcia. Ale tego dowiedziałam się dopiero dzisiaj.

background image

 

– Od kogo?

 

– Zbieg okoliczności. Czasem opowiadamy sobie w naszym gronie, gdzie 

bywamy, bo lubimy te wszystkie nazwy: Stokrotka, Chaber, Szeherezada, a Stonoga jest 
wręcz fantastyczna.
 

– No właśnie: Stonoga. Chwileczkę, przecież Zosia nie miała klucza. I nie 

wiedziała, że zostawiam drzwi otwarte.
 

– Miała klucz. A skąd?

 

– Jeśli pan Mirek nie kłamał, że oddał mi wszystkie, to nie mam pojęcia.

 

– Nie kłamał, ale nie mówił też prawdy. Zwróć uwagę, że zamki w budynku są 

identyczne, a zatem zakładała je jedna firma, dowiedziałam się, że wszystkim wręczono 
po pięć kluczy. A ty dostałaś tylko cztery. Od dawna zastanawiałam się nad tym piątym. 
Doszłam do wniosku, że pan Mirek mógł dać jeden klucz Dzięciołom, żeby na przykład 
podlewali kwiaty, kiedy wyjeżdża, i o tym zapomniał. Albo że Agata dała je Zosi. On po 
prostu nie pamiętał, ile w sumie ich było. A zresztą, Dzięcioł najbardziej gwałtownie 
zareagował, kiedy w czasie spotkania u ciebie wspomniałam o kluczach. Zerwał się i 
wyszedł.
 

– Czyli zamknęłam drzwi! – wołam triumfalnie.

 

– Niekoniecznie. Mogła wiedzieć, że nie zamykasz. Muszę odpocząć, a ty się 

zastanów, skąd wiedziała, żeby mieć nauczkę na całe życie.
 

– Mam przed sobą już tylko resztkę życia. I też muszę odpocząć, bo opowiadasz 

tak rozwlekle, że zaraz umrę z nudów.
 

– Mówiłaś, że Dzięcioł bez przerwy wyrzuca śmieci i wciąż się spotykacie przy 

windzie. Spokojnie mógł zauważyć twój osobliwy zwyczaj i przy okazji skomentować go
w obecności wnuczki. Czy wiesz, co to za szok dla pedanta, że ktoś może zapomnieć o 
zamknięciu drzwi na klucz? Pewnie przez cały dzień nie mógł ochłonąć z wrażenia.
 

– Tak, to możliwe, bo jeden raz nawet powiedział: „Drzwi”. W pierwszej chwili 

nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Ale wtedy nie był jeszcze obrażony.
 

– Być może przyłapał wnuczkę na tym, jak wchodzi do twojego mieszkania, nie 

wiem, ale można go teraz wypytać, tak się o nią boi, że wszystko wyśpiewa. Wyjechała 
na kilka dni, ale i tak będzie musiała spotkać się ze mną. Marcin poprosił, żeby Agatę na 
razie zostawić w spokoju, jest jeszcze słaba i zmęczona… Sam za jakiś czas z nią 
porozmawia. Zgodziłam się, uprzedzając jednak, że dopuściła się czynów karalnych i że 
to naprawdę poważna sprawa. Zresztą, muszę cię poinformować, że możesz podać każdą 
z nich do sądu, ale zostawiam tę delikatną sprawę do twojej decyzji.
 

– Wiesz, jaka będzie moja odpowiedź. Cieszę się, że to koniec, i nie chcę 

pogrążać tej biednej dziewczyny. A poza tym czuję się jednak winna.
 

– Tylko że romansowanie z żonatymi nie jest karalne, chociaż nie wiem dlaczego,

a nękanie ludzi tak.
 

– Nie martw się, nasi politycy za chwilę zrobią tak, żeby było odwrotnie. I żeby 

działało wstecz.
 

– Będę ci przynosić paczki.

 

– A skąd miała moje adresy mejlowe?

 

– Znała hasło do poczty ojca.

 

– A zatem czytała moje głupie listy do niego. – Robi mi się gorąco. – A Amore?

 

– Proste. Kiedy Zosia przyszła zostawić ci róże i mysz, znalazła obok laptopa 

karteczkę z nazwą portalu i hasłem. Widziałam ją u ciebie. Teraz już mogę ci powiedzieć,

background image

że rozesłały trochę listów w twoim imieniu. Mają dziewczyny fantazję, oj, mają. 
Posypały się propozycje jak z rogu obfitości. Wszyscy chcieli cię poznać.
 

– Milcz!

 

– Jak sobie życzysz.

 

– A moje koty?

 

– Mówiłam, Agata miała dostęp do poczty ojca. Pewnie pisałaś mu o kotach. 

Wiedziała o waszym romansie od matki. Chciała jej bronić i bała się stracić ojca. 
Kontrolując go, miała poczucie, że kontroluje całą sytuację. Ale prawdopodobnie, a 
nawet na pewno, nigdy nie doszłoby do tej afery, gdybyś przypadkiem nie trafiła w 
internecie na mieszkanie Mirka i Agaty. Musiała cię rozpoznać, kiedy przyszłaś do nich 
pierwszy raz, może widziała twoje zdjęcia, a może zorientowała się po nazwisku. 
Przecież na pewno się przedstawiłaś. Marcin nie pokazywał ci zdjęć syna i córki?
 

– Nie. A telefon z Mazur?

 

– To już Zosia – była tam na jakiejś imprezie, wiem to od pana Mirka. Oni też 

mieli zaproszenie, ale Agata źle się czuła i nie pojechali.
 

– Jakie to proste i za co ja ci płacę? – zaczynam się śmiać może jeszcze nie 

radośnie, ale to już przypomina beztroski śmiech.
 

– I ostatnie pytanie: dlaczego myszy?

 

– Niestety, nie wiem. Musisz to sama rozwikłać. Mnie już czeka tylko spotkanie z

obiema paniami, bo jednak muszę im zrobić mały wykład na temat prawa i bezprawia. A 
teraz zajmę się filatelistą, z którym niebawem utnę sobie pogawędkę.
 

– Wiesz kto to?

 

– Prawie.

 

Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Święta prawda. Jest wiele tego rodzaju 

przysłów i maksym. Mama najbardziej lubi „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. 
Chociaż rzeczywiście nie przejmowała się moimi stopniami, wygłaszała tę złotą myśl po 
każdej wywiadówce, chyba w nadziei, że w końcu to do mnie dotrze. Kiedy jednak 
miałam wychodzić za Marcela, dała sobie spokój z wszelkimi mądrościami, tylko od 
czasu do czasu wydobywała z siebie jękliwą prośbę: „Zastanów się. Chyba trochę za 
wcześnie”. Sądziłam, że chodzi jej o to, żebym jeszcze zażyła wolności, skończyła 
studia, ustawiła się zawodowo, ale po jakimś czasie zrozumiałam, że chodziło o Marcela. 
W pewnym wieku takie rzeczy się wie i próbuje swoją wiedzę przekazać córkom czy 
synom, ale natura tak wszystko urządziła, żeby do mózgów dzieci nie docierało nic, co 
mogłoby je odwieść od lekkomyślnych decyzji. Tym bardziej mnie cieszy, że w tej chwili
nie mam powodu do wygłaszania swojej córce żadnych morałów i dawania rad 
zawartych w lapidarnych życiowych maksymach. Wojtek, który przez wiele dni czuwał 
pod domem Laury, a na pożegnanie został przez nią poczęstowany herbatą, okazał się 
kapitalnym chłopcem. Na razie wiem o tym tylko od Laury, bo spotykają się i zachowali 
miły zwyczaj picia razem herbaty. To, że się nie myli, potwierdza się również w słowach 
mojej czujnej matki, która palantów rozpoznaje na kilometr:
 

– To naprawdę fantastyczny młodzieniec. Słuchał i słuchał historii rodzinnych i 

oglądał zdjęcia, i dopytywał się o różnych ludzi. Najbardziej podobał mu się ten album 
od cioci Róży. Oglądaliśmy go pięć razy. I chodził ze mną na spacery, a raz nawet 
ugotował zupę, jakąś egzotyczną, czekaj, jak ona…
 

– Minestrone – podpowiadam.

 

– Nie, to zupa jednosylabowa. Nazywa się tak jak to mydełko, o którym kiedyś 

background image

bez przerwy śpiewali.
 

– Fa?

 

– No właśnie. Była bardzo smaczna. Ale podobno, tak powiedziała ta twoja 

koleżanka Ania… Bardzo szykowna kobieta, ty też mogłabyś czasem…
 

– Co powiedziała?

 

– Że Wojtek będzie przychodził tylko do niedzieli. Pewnie pośle go do innej 

samotnej staruszki.
 

– Ty nie jesteś samotną staruszką.

 

– To prawda, ale wolałabym jednak więcej urozmaicenia w swoim życiu.

 

– A ja tęsknię za nudą i żeby nic się nie działo.

 

– Popatrz, jak my się różnimy, kto by pomyślał.

 

Jestem pewna, że jeśli ma się bzika, to wzmaga się on na starość. Moją matkę 

nagle zaczyna nudzić zwyczajne życie i tęskni za przygodą. Nigdy jej do końca nie 
poznam. Jest najbardziej zagadkową osobą w moim życiu.
 

– A czy ty wiesz, moje dziecko, że rodzice tego Wojtka są Wietnamczykami?

 

Nie, tego już za wiele! Czy ona chce mnie wykończyć?

 

– Zlituj się, co ty wygadujesz?

 

– Ja nic nie wygaduję, mówię prawdę. Wiem, spotykam się z nim codziennie.

 

– Ale wobec tego on też jest Wietnamczykiem!

 

– No tak. A czy ja mówię, że nie?

 

– W porządku, chcesz mi powiedzieć, że Wietnamczyk ma na imię Wojtek?

 

– O co ci chodzi? Jesteś rasistką?

 

Ona jest nienormalna.

 

„Jak ty się odnosisz do matki?”. O, cześć Strofa, myślałam, że umarłaś. 

„Musiałam trochę od ciebie odpocząć”. Przecież tylko pomyślałam, że jest nienormalna. 
Nie strofuj mnie, proszę, dopiero co uwolniłam się od MAO, drugi wróg chodzi sobie 
spokojnie po warszawskich ulicach, opłacam ochronę mojej mamie, która przez ćwierć 
wieku ukrywa, że trzymała w szafie fortunę i miała romanse, a ty znęcasz się nade mną 
bez żadnej litości.
 

– To bardzo dziwne, przecież masz kolegę gieja.

 

– Mówi się geja…

 

– No, mówię: gieja, i nagle ci przeszkadza, że ktoś jest Wietnamczykiem.

 

– Mamo, już dobrze, tylko, proszę, nie mów temu Wojtkowi, że jestem rasistką.

 

– Bądź spokojna, nie przeszłoby mi to przez usta.

 

– Jestem ci wdzięczna.

 

Coraz trudniej rozmawia mi się z moją matką. Na stare lata pokazuje swoje 

nieznane oblicze, a ja nie potrafię temu sprostać. Wszystko przekręca, ujawnia tajemnice,
które wprawiają mnie w zakłopotanie albo zdumiewają. Widocznie w przyrodzie 
rzeczywiście musi istnieć równowaga, bo z Laurą rozmawia mi się łatwiej niż 
kiedykolwiek. Może ona mi wyjaśni, co z tym Wojtkiem Wietnamczykiem. 
Niewykluczone, że mamie się pokręciło. A może lepiej podpytać Ankę? A zresztą co 
mnie to wszystko obchodzi! Wietnamczyk czy Chińczyk, jest mi obojętne, chodziło mi 
tylko o to imię. Lepiej milczeć i nie narażać się nikomu. Teraz powinnam myśleć o 
zakończeniu roku szkoleniowego. Napisać raport ze współpracy z firmą Miecha. A 
przede wszystkim zająć się przyjęciem urodzinowym. Na szczęście Anka obiecała, że w 
sobotę przyjdzie wcześniej, żeby mi pomóc. Niestety, zostanie na krótko, bo – jak się 

background image

wyraziła – pracuje na nocną zmianę. Trudno, posprzątam sama, w niedzielę rano, tym 
razem bez niespodzianek, w każdym razie na pewno nie znajdę w łóżku myszy. Wciąż 
nie rozumiem, co z tą myszą. I być może nigdy się tego nie dowiem. Jak dotąd stosuję się
do wszystkich nakazów i zakazów Anki. Wprawdzie nie wiem, dlaczego nie mogę 
porozmawiać z Jolką i Baśką, które w ostatnich tygodniach bardzo zaniedbałam i mam w
związku z tym wyrzuty sumienia, ale Anka zapewnia, że „jest na tropie”, więc jeszcze 
powinnam te kilka dni, czy na pewno tylko kilka?, wytrwać. A potem – hulaj dusza, 
piekła nie ma: kino, teatr, wystawy i przede wszystkim… Mina mi rzednie: Weronika. 
Ona nie dzwoni, ja nie dzwonię, obie się boimy. A może ona czeka, aż ja pierwsza się 
odezwę? Nie odpowiedziała na zaproszenie. Chyba jednak nie chce mnie znać i oswaja 
się z myślą, że to mój syn odebrał jej Bartka. Nie mogę tego tak zostawić. Trudno, może 
stracę przyjaciółkę, ale nie mogę znów uciekać się do strusiej taktyki, którą generalnie 
przez całe życie uprawiam. To zwykle źle się kończy. Problem zawsze wraca ze 
zdwojoną siłą.
 

„Jakaś ty mądra. Nie, ja wcale nie żartuję, mówię poważnie”. Dzięki, Strofo. To 

co, powinnam zadzwonić? „Nie, powinnaś właśnie siedzieć w samochodzie i jechać do 
niej”. Ale jak? Przyjęcie urodzinowe, szkolenie…
 

W tej samej chwili mam słuchawkę w ręce.

 

– Michał, nic nie mów, tylko szukaj zastępstwa na jutrzejsze szkolenie. 

Uprzedzam, że nie poprowadzę go bez względu na konsekwencje, bo mam życiową 
sprawę niecierpiącą zwłoki. I przypomnij sobie, ile razy w zeszłym roku zastępowałam 
trenerów, kiedy chorowały im dzieci albo oni sami chorowali.
 

Widocznie Michał słyszy determinację w moim głosie, bo nie wspomina o żonie i

dziecku, nie protestuje, tylko zadaje głupie pytanie:
 

– Chodzi o znaczki?

 

Powinnam powiedzieć, że tak, bo jest filatelistą i zrozumiałby, ale nie chcę 

kłamać.
 

– Nie, o przyjaźń.

 

– Dobrze, zaraz kogoś znajdę. Jest tylko jeden szkopuł: nikt prócz ciebie nie zna 

tego szkolenia.
 

– Jak już znajdziesz chętnego, wszystko mu wyjaśnię. Nie przesadzajmy, te 

programy są proste jak konstrukcja cepa. Znajdź kogoś, kto już szkolił pracowników 
firmy farmaceutycznej.
 

Ruszam o ósmej wieczorem. Jest ciemno i pada śnieg. Jakie to szczęście, że w 

tym roku wymieniłam opony. W drodze konferuję z Ewką, która mnie jutro zastąpi. A ja 
sądziłam, że ona za mną nie przepada. Wyjaśniam jej sens paru ćwiczeń, których nie 
zdążyłyśmy omówić.
 

– Ale możesz zrobić inne, przecież każdy trener ma swoje. Miech już wie, że 

mnie jutro zastąpisz, i nie tylko nie ma nic przeciwko temu, ale się nawet ucieszył.
 

– Naprawdę? To fajny facet.

 

– Też tak uważam. Był na dwóch moich szkoleniach, zna je, obiecał, że w razie 

czego cię wesprze.
 

Zawiadamiam Laurę i Ankę, że jestem w drodze na Mazury. I w końcu Weronikę.

 

– Jadę do ciebie, jeśli nie utknę w jakiejś zaspie, będę za trzy godziny.

 

Nie wydaje się zdziwiona. Czyżby czuła, że przyjadę?

 

– Już wiesz? – pyta ze smutkiem.

background image

 

– Tak, od Kaczorka.

 

– W lesie leży sporo śniegu, w razie czego daj znać, zawiadomię pana Staszka, 

wyjedzie po ciebie ciągnikiem.
 

– Masz coś do jedzenia? Umieram z głodu.

 

– Niewiele, ale coś się znajdzie.

 

Nie słyszę radości w jej głosie.

 

„A czego się spodziewałaś? Odkryła straszną prawdę i na razie nie potrafi się z 

nią pogodzić”. A może to błąd, że jadę. Może należało zostawić tę sprawę własnemu 
biegowi. Nie wiem, ale sprawy pozostawione własnemu biegowi często wykorzystują to 
do własnych niecnych celów. „Daj spokój, dobrze robisz”. Chyba będę musiała zmienić 
ci imię, Strofa przestaje do ciebie pasować. „E tam, lubię je, już przywykłam”.
 

Obyło się bez pomocy pana Staszka, wjeżdżam na podwórko. Wszędzie cisza jak 

makiem zasiał. Nikt mnie nie wita. Nie gaszę świateł, bo wokół panuje czarna ciemność. 
Nikt mnie tutaj nie chce, nawet koty i psy. Nikt na mnie nie czeka. W tej chwili jestem 
nie tylko sama, ale naprawdę samotna.
 

„Zanim się rozkleisz, wejdź do domu”.

 

Pukam, głucha cisza. Wchodzę. Józia i Czaruś biegną się przywitać. Dlaczego nie

szczekały? Na kanapce w kącie kuchni widzę skuloną Weronikę.
 

– Weroniko, jestem.

 

– Przepraszam, zdrzemnęłam się. Witaj. Zaraz zrobię herbatę.

 

– Mogą być zioła – zapewniam, chcąc jej sprawić przyjemność.

 

Mam ochotę ją przytulić, ale boję się, bo nie wiem, czy ona też ma na to ochotę. 

Nie chcę zrobić niczego, co mogłoby ją zaboleć. Weronika nastawia wodę.
 

– Niestety, nie mam chleba. Jest tylko wczorajsza zupa i jajka. I kawałek placka 

ze śliwkami, który dostałam od pani Zosi. Przywiozłaś wino? Chętnie się napiję.
 

– Pewnie, że tak. Usiądź, sama odgrzeję zupę. Ty też zjesz?

 

– Nie.

 

Weronika dokłada do kominka, w którym zgasło, kiedy się położyła. Psy jej nie 

odstępują na krok i wpatrują się w nią z niepokojem. Widzą, że coś jest nie tak. Pewnie 
dlatego nie szczekały. Położyły się obok kanapy i nie chciały jej budzić. Kiedy siada przy
stole, one też siadają obok krzesła, nie spuszczając jej z oczu. Jakie mądre i wierne psiny,
myślę sobie, ale po chwili Weronika mówi coś, co zmienia postać rzeczy:
 

– Zapomniałam je dzisiaj nakarmić.

 

– Co mogę im dać? Masz karmę? – pytam i rozglądam się po kuchni, bo 

Weronika nie odpowiada. W końcu znajduję w spiżarce worek z jakimiś suchymi 
bobkami.
 

– Weroniko, ja też strasznie się czuję. Byłam załamana po rozmowie z 

Kaczorkiem. O niczym nie wiedziałam, nawet o tym, że Kacper brał udział w wyprawie. 
Nie daję sobie z tym rady. Porozmawiajmy.
 

– Nie chciałam ci mówić o Kacprze, bo bardzo byś cierpiała. Miałam nadzieję, że 

nigdy się nie dowiesz.
 

– Wiem, ale jak widać, takich rzeczy nie powinno się ukrywać.

 

Siedzimy przed kominkiem i milczymy. Z trudem to znoszę. W końcu Weronika 

się odzywa:
 

– Jak on mógł tyle lat milczeć? To podłe.

 

I co ja mam powiedzieć? Że Kacper też cierpiał, że przeżył szok, że do dziś go to 

background image

dręczy.
 

– Pewnie nie miał odwagi, a potem było coraz trudniej. Tyle lat się nie 

widzieliście.
 

– Nie usprawiedliwiaj go. Przecież nic mu nie zrobię, ale muszę to wszystko 

przetrawić. I przetrawiam, cały czas, od chwili, kiedy się dowiedziałam. Zadzwoniłabym,
ale wolałam, żeby to do ciebie nigdy nie dotarło. Dzięki, że przyjechałaś, może jakoś 
damy radę. I trzeba zadzwonić do Kacpra.
 

– Już dzwoniłam.

 

Siedzimy w milczeniu. Tym razem to ja wypijam tylko jeden kieliszek, a 

Weronika resztę butelki. Chyba się trochę zawiała.
 

– Masz coś od bólu głowy? – pytam.

 

– Tak, okład z kota na noc, a rano spacer po lesie.

 

– Chodźmy spać, jutro muszę wracać.

 

– Szkoda. Powiedz jeszcze, jak Kaczorek cię znalazł.

 

– Nie, to ja go znalazłam. Po tym, jak przeczytałam wspomnienie o Bartku.

 

– Tak, ja też pojechałam, żeby mu podziękować. Chciałam ci zrobić 

niespodziankę i cię odwiedzić, ale nie zdążyłam. I co, tak po prostu ci powiedział? – 
dziwi się Weronika.
 

– Tak. Ale ja już wcześniej się domyśliłam, bo Anka rozmawiała z Sebastianem 

Kopciem.
 

– Nic nie rozumiem. A kto to jest Anka?

 

– Powiem ci jutro, dobrze? Mam ci mnóstwo do powiedzenia.

 

– A mnie Kaczorek wtedy nic nie powiedział, widocznie wolał, żeby zrobił to 

Sebastian.
 

– Widziałaś się z nim?

 

– Nie. Dopiero dzisiaj zadzwonił, chyba pod wpływem twojej wizyty.

 

– Czyli wiesz o tym dopiero od dzisiaj?

 

– Tak. Pomyśl, tyle lat milczeli. Tyle lat! A biedny Kacper wziął to na siebie.

 

– Co biedny Kacper wziął na siebie? – pytam i czuję, jak serce zaczyna mi walić.

 

– Jak to co? Śmierć Bartka.

 

– Ale przecież my cały czas o tym mówimy. Weroniko! O tym wypadku.

 

Weronika nieruchomieje, myśli, patrzy tęsknie na pustą butelkę po winie.

 

– Poczekaj, mam jeszcze jedną, cudowne wino od Artura, które dostałam dla 

mamy i wożę je w bagażniku od trzech miesięcy, bo zapomniałam jej dać, a właściwie 
uznałam, że ona go nie doceni, tylko nic nie mów Arturowi ani mamie, proszę, siedź 
tutaj, a ja zaraz wracam, pewnie jest trochę za zimne, ale to fantastyczne wino, które ma 
bardzo trudną francuską nazwę, po prostu siedź i nie ruszaj się – pod koniec tego 
koszmarnego monologu już niemal krzyczę: – I nie trzeźwiej!
 

Gnam do samochodu, gdzie wożę wino od Artura, i również biegiem wracam.

 

– Już otwieram, nie ruszaj się – korek też jest cudowny, wychodzi w sekundę, 

nalewam Weronice wina – a teraz mów.
 

– Ale co?

 

– Co Kacper wziął na siebie!?

 

– Śmierć Bartka.

 

– To oczywiste, bo zrzucił kamień, który spadł i…

 

Weronika jednak trzeźwieje. Patrzy na mnie, wstaje, znów siada. Wypija wino, 

background image

znów sobie nalewa. Patrzy na mnie, na swoje zdziwione psy.
 

– Maniu, o czym ty mówisz?

 

– O Kacprze. Dowiedziałam się, a Kaczorek to potwierdził, że Kacper był z 

Bartkiem na tej wyprawie i zrzucił… Weroniko, źle się czujesz?
 

– Okropnie. – Dolewa sobie wina, ja nadal nie piję. – Przecież to Sebastian… 

ubłagał wtedy Kacpra, a potem tyle lat milczał, aż… Był przyjacielem Bartka. Nie miał 
odwagi się przyznać… i Kacper się zgodził. Był jeszcze głupim dzieciakiem.
 

– A ja dopiero teraz dowiedziałam się, jak Bartek zginął i że Kacper z nimi był. I 

że to on zawinił. Dlatego tu jestem! – wołam.
 

Zaczynam płakać. Ona też. Po chwili już szlochamy, bo jak inaczej niż łzami 

wyrazić, co w tej chwili czujemy. Psy wtórują nam cichym zawodzeniem. Rozmawiamy 
od godziny, po czym okazuje się, że każda mówi o czym innym, chociaż wszystko niby 
się zgadza. W końcu zaczynam się śmiać.
 

– Przepraszam, ale to groteskowe.

 

– A ja myślałam, że Kaczorek powiedział ci całą prawdę. Że to Sebastian przez 

nieostrożność… Kacper zadzwonił do mnie po powrocie z Rumunii. Był zrozpaczony, 
przepraszał. Skąd mogłam wiedzieć, że mówi nieprawdę. Uporaliśmy się z tym i 
postanowiliśmy nic ci nie mówić, nawet tego, że Kacper tam był. Miałaś wtedy tyle 
problemów, to by cię dobiło. Ale jakoś sobie poradziliśmy. Maniu, Kacper jest niewinny!
 

– A ja byłam pewna, że dowiedziałaś się od Kaczorka, że to właśnie Kacper.

 

– Tak myślałam przez te wszystkie lata, aż do wczoraj. Zaczekaj, to o czym ty z 

Kacprem rozmawiałaś?
 

– O niczym, spytałam go o ten wypadek i uznaliśmy, że porozmawiamy, kiedy 

przyjedzie do Warszawy.
 

– Czyli on nie wie, że Sebastian się przyznał.

 

– Jeszcze nie. Ale dochodzi pierwsza. Za późno, żeby do niego dzwonić. Zrobimy

to rano.
 

I była to rozmowa trzech najszczęśliwszych na świecie osób.

 

A zatem kolejna impreza. Anka przygląda się mojej kuchni i wiem, o czym myśli.

Kiedy gotuję, robię wokół siebie niebotyczny bałagan, to cud, że umiem się w nim 
odnaleźć. Nawet herbaty nie potrafię zaparzyć tak, żeby nie nachlapać.
 

– Nie patrz tak. To też dziedziczne. Ale wolę taką przypadłość niż chorobę serca. 

Nie umiem inaczej, wiele razy próbowałam i się nie udało. Potem posprzątam. Na 
szczęście nie mam męża poznaniaka.
 

– Ale za to masz dwa razy więcej roboty.

 

– Moim zdaniem trzy razy więcej. Pogodziłam się z tym.

 

– Szkoda, że nie słyszałam twojej rozmowy z Weroniką. To musiało być strasznie 

śmieszne.
 

– Nie wygłupiaj się, było tragiczne i groteskowe. Postanowiłam na zawsze rzucić 

szkolenia z tak zwanej komunikacji międzyludzkiej. Poniosłam absolutną porażkę. Ale 
kiedy opowiadałam Weronice o śledztwie i MAO, to też brzmiało groteskowo, bo 
starałam się ukryć, że przez chwilę była podejrzaną numer jeden. Wspomniałam tylko, że
brałaś pod uwagę wszystkich moich przyjaciół i znajomych, nawet Jolkę.
 

– Ale ty jednak nigdy nie dopuściłaś do siebie myśli, że Weronika może być 

winna.
 

– Niestety, dopuściłam, co prawda tylko na sekundę. Twoja hipoteza brzmiała 

background image

dość prawdopodobnie. Namieszałaś mi w głowie. Obiecałyśmy sobie z Weroniką, że już 
nigdy nie będziemy przed sobą ukrywać ważnych spraw.
 

– Szkoda, że dzisiaj nie przyjedzie, chciałabym ją poznać.

 

– Mało ci? Będzie czternaście osób. Dobrze, że Miech nie mógł, boby się już nie 

zmieścił. Miał bardzo głupią minę, kiedy go zapraszałam. Pilnuj gulaszu, a ja wyjdę na 
szybkiego papierosa.
 

– Obrzydlistwo.

 

Ledwo go zapalam, naprzeciwko pojawia się Maks. Złość mi już minęła, więc 

macham do niego radośnie. OK?, pyta. TAK, odpowiadam swoim papierosem. MOLE? 
NIE MA. TWOJE? OK. PA.
 

– Czy ty zawsze w ten sposób palisz? – pyta Anka, kiedy wracam do kuchni.

 

– W jaki?

 

– Cały czas wymachując papierosem. Myślałam, że pęknę ze śmiechu.

 

– A, o to ci chodzi. Tak się porozumiewam z Maksem, palaczem z naprzeciwka.

 

– Od dawna?

 

– Od paru tygodni.

 

– Znasz go?

 

– Tylko z daleka.

 

– Dziwne, bardzo dziwne…

 

Jeszcze nigdy przygotowanie przyjęcia nie poszło mi tak sprawnie. Anka 

spokojnie mogłaby zostać szefem kuchni jakiejś wytwornej restauracji. Robota pali jej się
w rękach. Ma fantazję i wszystkie potrawy wyglądają jak na zdjęciach w książkach 
kucharskich. I nie robi bałaganu, wszystko samo się sprząta: „Na bieżąco, moja droga. 
Na bieżąco”. Do przyjścia gości mamy jeszcze pół godziny. Możemy chwilę odsapnąć i 
pogadać.
 

– A teraz instrukcje, a właściwie tylko jedna: żebyś zachowywała się całkiem 

naturalnie i niczemu nie dziwiła, nawet jeśli coś cię zdziwi.
 

– Ale to bez sensu. Jak mam się nie zdziwić, kiedy coś mnie zdziwi. W tym jest 

sprzeczność.
 

– Dlatego cię uprzedzam, że jak coś cię zdziwi, nie dziw się, znaczy nie okazuj 

tego, że się dziwisz.
 

– Mój teść ma rację, z kobietami jest coś nie tak.

 

– Po prostu nikomu się nie przypatruj i nie rozmawiaj o śledztwie. Najlepiej 

byłoby, gdybyś po prostu dbała o swoich gości, a mówienie zostawiła mnie.
 

– A co ty chcesz mówić? – pytam podejrzliwie.

 

– Kurczę, szkoda, że musisz brać udział w tym przyjęciu. Przyjmij do 

wiadomości, że masz się nie dziwić, tylko obsługiwać gości i jak najmniej gadać. W razie
czego mów o literaturze! Dobrze?
 

Jest wyraźnie wkurzona. Pewnie tym, że nie radzi sobie z tą sprawą.

 

– A poza tym – dodaje po chwili – jestem prawie pewna, że go tutaj nie będzie. 

Głupio mi, że wrobiłam cię w te urodziny, ale wtedy jeszcze wielu rzeczy nie 
wiedziałam. Więc to tylko na wszelki wypadek. A ja dzisiaj jestem zwykłym gościem, 
znamy się z liceum, spotkałyśmy się po latach u Jolki i się zakolegowałyśmy. Dobrze?
 

– Dobrze, ale to świństwo, że niepotrzebnie tak się naharowałam. Zaraz, ale Jolka

wie o znaczkach mamy i o śledztwie, nawet o tym, że wybieramy się sprzątać do cioci, 
chociaż już jest posprzątane. Nic nie rozumiem.

background image

 

– Nie szkodzi, Jolka wie tyle, ile trzeba.

 

– Czyli mam się nie dziwić, nie odzywać, nie przypatrywać się gościom, nie 

muszę nic rozumieć, bo jestem głupiutka i moje miejsce jest w kuchni, czasem mogę 
napomknąć, że coś niechcący czytam, a ty będziesz wygadywać głupstwa, na które nie 
wolno mi reagować.
 

– Doskonale. Nie będzie go, ale tak na wszelki wypadek, żeby nic nie przegapić, 

rozumiesz?
 

– Raczej nie.

 

– To dobrze. Niestety, wyjdę przed dziesiątą, bo za mało mi płacisz, żebym mogła

sobie pozwolić na nieprzyjmowanie innych zleceń, ale jutro się zobaczymy.
 

– Świetnie, przyjedź rano pomóc mi w sprzątaniu.

 

– Marzę o tym.

 

Swoją drogą, to podłe, że Anka wpadła na trop i nawet tego nie ujawniła. 

Wychodzę trochę pomachać sobie papierosem, zanim wszyscy się zejdą. W tym 
towarzystwie nikt nie pali. Powinnam zaprosić Maksa, żeby nie czuć przytłaczającej 
samotności palacza w dzisiejszym świecie, w którym czarne spaliny nie trują, a dym 
papierosowy zabija. To mi się kojarzy z rolą detektywa we współczesnym 
społeczeństwie. Gaszę papierosa i pytam Ankę o Wojtka.
 

– Słuchaj, ja nie jestem rasistką, ale co z tym Wojtkiem?

 

Patrzy na mnie ze zgrozą, wzrokiem, który mówi: „Zawiodłam się na tobie”. 

Chcę precyzyjniej wyjaśnić, o co mi chodzi, kiedy ona cicho i z głębokim smutkiem 
mówi:
 

– Nie sądziłam, że to ci może przeszkadzać.

 

– Ale co? Ja go nawet nie znam. Tylko źle zadałam pytanie, a wszystko przez 

moją matkę, która mnie zwyzywała.
 

– Jak to co? Że jest Wietnamczykiem. To miły, mądry i dobry chłopak.

 

– Laura też tak mówi, ale…

 

– No właśnie to „ale”. „Nie mam nic przeciwko Cyganom, ale…”, „Nie mam nic 

przeciwko Żydom, ale…”
 

– Anka, przestań, ja chcę tylko wiedzieć, dlaczego on się nazywa Wojtek, a nie na

przykład Viet. Jakbyś się nazywała Cio-cio-san, też bym się dziwiła.
 

– Bo to rzeczywiście dziwne nazywać się jak wino. Ale w Wojtku nie ma nic 

dziwnego, to popularne imię.
 

– Ty naprawdę pokochasz moją mamę, kiedy ją lepiej poznasz. Dogadacie się bez 

słów. Błagam, powiedz, dlaczego Wietnamczyk nazywa się Wojtek.
 

– Przecież to ładne imię. O co ci chodzi?

 

– Ale polskie, wybitnie polskie!

 

– I co z tego? Dziedzictwo narodowe, do którego inne narody nie mają prawa? 

Opamiętaj się. Wiesz, ile u nas jest kobiet o imieniu Isaura, ilu Alanów, ile…
 

W tym momencie – na szczęście, zanim się pokłóciłyśmy – odzywa się dzwonek 

domofonu. Ance chyba trochę głupio, że się tak uniosła, bo z niewinną miną grzebie w 
moim koszyczku z kluczami. Czekając na gości przy drzwiach, pytam, czy powinnam go 
schować.
 

– Broń cię panie Boże! Klucze mają tutaj leżeć, ładnie się prezentują.

 

Wchodzą wszyscy razem. Jarek, który jest najwyższy i najsilniejszy, trzyma 

wielkie pudło przewiązane mnóstwem kolorowych wstążek. Odśpiewują stosowną pieśń 

background image

okolicznościową, która jest naszym wielkim skarbem kulturowym i łączy wszystkich 
Polaków, czasem brzmi jak marsz wojskowy, a czasem jak pieśń żałobna. A potem po 
kolei rzucają mi się na szyję, całują, życzą, śmieją się, mówią wszyscy naraz, co zresztą 
nie zmieni się do końca wieczoru, pytają o coś, sami sobie odpowiadają, prawią sobie 
nawzajem komplementy (dziewczyny), poklepują się po plecach (chłopaki) – krótko 
mówiąc, totalny rozgardiasz i chaos. Kiedy dowiadują się, że Anka jest detektywem, 
zaczynają ją męczyć jak dzieci, żeby opowiedziała o różnych sprawach, które rozwikłała,
o tym, jak śledzi mężów i żony. A ona bryluje, potrząsając lokami:
 

– Pod Stokrotką spędziłam kiedyś niemal trzy doby. A w hotelu Chaber na 

wybrzeżu bywam przynajmniej raz w miesiącu – kłamie jak najęta.
 

Salwa śmiechu.

 

– A Mani w czym pomagałaś? Bo nic nam nie mówiła.

 

– W niczym, znamy się z liceum. Kiedyś spotkałyśmy się u Jolki i przypadłyśmy 

sobie do serca.
 

– Jolka, nic nie mówiłaś, że znasz prawdziwą detektywkę!

 

– Bo Anka przyjaźni się z moją młodszą siostrą, a mnie ignoruje, mam nadzieję, 

że to się teraz zmieni.
 

Jolka mruga do mnie porozumiewawczo, że wie i żebym się nie martwiła, bo 

nikomu nie powie o aferze z prześladowcą. Nie reaguję, bo po instrukcjach Anki boję się 
zrobić cokolwiek nienaturalnego, a nie wiem, czy mruganie jest naturalne, czy nie.
 

– Która to godzina? Oj, muszę biec do swoich cudzołożników. Marysiu, czyli 

jutro pomagam ci sprzątać u cioci, o dwunastej, pamiętasz? – woła w stronę kuchni, 
gdzie jest moje miejsce.
 

Miałam się nie dziwić, to się nie dziwię, co jest cholernie trudne, bo się dziwię.

 

– Pamiętam – odpowiadam ponuro. – Nie zapomnij stroju roboczego, bo tam jest 

mnóstwo kurzu.
 

– Mam piękne zielone dresy.

 

Będzie w nich wyglądała jak arbuz, myślę, i robi mi się wesoło, ale w tej samej 

chwili znów przypominam sobie, że wcale nie mamy zamiaru sprzątać. Tylko tak 
udajemy. Ale już nie pamiętam dlaczego.
 

Po wyjściu Anki impreza się rozkręca, bo straciła punkt centralny w postaci 

gadatliwej detektywki w kwiecistym przyodziewku, i w końcu wszyscy rzucają się do 
jedzenia. Co rusz ktoś mnie o coś pyta, o Laurę, o mamę, o Kacpra, o pracę, ale pomna 
instrukcji Jolki i przestraszona, że coś chlapnę, odpowiadam od rzeczy coś na temat 
ostatnich lektur. Czasem rozumnie, jeśli wpadnie mi coś adekwatnego do głowy, czasem 
plotę kompletne bzdury, aż Baśka pyta, czym się tak szybko upiłam. A ja od wizyty u 
Weroniki w ogóle nie piję. Jakoś mi się odechciało.
 

Widzę, że Karol Jolki stoi samotny pod oknem. Jest okazja, żeby wreszcie trochę 

z nim porozmawiać.
 

– Karol, przepraszam, jakoś nie było do tej pory okazji pogadać, ale – ściszam 

głos – moje kłopoty się skończyły i Jolka na pewno zorganizuje jakieś spotkanie. – 
Przypominam sobie, że wolno mi mówić tylko o literaturze. – Czy ty lubisz Stasiuka?
 

– Pewnie, znam wszystkie jego książki. Lubię jego język, humor, ironię. A Jola 

mówiła mi, że ty uwielbiasz Szekspira. – Zabiję ją, to pewne. – Nie umiem czytać 
dramatów, wolę je oglądać na scenie. Zresztą sam kiedyś zagrałem w kilku. Niestety 
tylko drugoplanowe role.

background image

 

– Jesteś aktorem?

 

– Już nie. Jak się ma zbyt mało talentu do wymarzonych ról, to ten zawód 

ogromnie frustruje. Raz obsadzono mnie w roli komediowej, i to było bardzo smutne, bo 
ja to grałem jak Hamleta. Ten jeden jedyny raz dostałem naprawdę dobre recenzje. 
Nieważne, to stare dzieje.
 

Chętnie porozmawiałabym dłużej z Karolem, który wydaje się naprawdę 

interesujący, ale obok nas wyrasta Baśka. Szybko odciągam ją, mrugając 
porozumiewawczo do Karola.
 

– A twoja gra już się skończyła? Dostałaś nagrodę? – pyta Basia, która już wypiła 

dwa kieliszki wina, więc najwyższy czas trochę porozrabiać.
 

Szkoda, że nie ma jej na liście Wildsteina, miałabym w końcu powód, żeby z nią 

zerwać. Jeden nasz kolega zerwał z drugim naszym kolegą i przestał mu podawać rękę, 
chociaż tamten zaklinał się, że wszystkie dokumenty są spreparowane. Okazało się, że 
jest niewinny, i wtedy z kolei on przestał podawać rękę tamtemu. Trzeba przyznać, że ta 
lista bardzo ożywiła nie tylko życie polityczne w naszym kraju, ale również kontakty 
międzyludzkie.
 

– Oj, Basiu, szkoda, że cię przegapili, kiedy robili listę.

 

– To może następnym razem, jak myślisz?

 

– Następnego razu nie będzie. À propos, czy ty czytałaś nowe, poprawione 

wydanie – coś szybko muszę wymyślić, wodzę wzrokiem po półce z książkami – no, na 
przykład, Ogniem i mieczem?
 

– Poprawili je?

 

– Tak.

 

Nie mogę się od niej odczepić, chodzi za mną krok w krok, wciąż muszę 

wygadywać jakieś bzdury, z tematów literackich przerzucam się na kulinaria i opisuję 
Baśce szczegółowo skład każdej potrawy. Wreszcie Jolka, widząc, co się dzieje, uwalnia 
mnie od niej.
 

– Basiu kochana, jeśli chcesz dotrzeć do domu samochodem, to możemy cię 

zabrać, ale teraz, bo Karol – Karol macha do mnie spod okna – musi jeszcze dziś 
popracować.
 

– Idziecie już? – pytam trochę rozczarowana, ale tylko trochę, bo to jednak 

wymuszona impreza.
 

– Jest już po jedenastej, nie przesadzaj. W przyszłym tygodniu wszystko sobie 

wynagrodzimy.
 

Basia wprawdzie powiedziała Jolce, że nigdzie się nie wybiera: „Ja chcę być last 

surviverem”, ale ta ciągnie ją do przedpokoju, gdzie zrobił się już tłok, bo niektórzy 
potraktowali słowa Jolki jako hasło do wyjścia. Zostajemy w piątkę. Wprawdzie panowie
już przysypiają, ale panie nie mogą się nagadać. Rozprawiają o jakimś letnim wypadzie 
do Grecji.
 

– Maniu, pojedziesz z nami?

 

– Nie mogę, bo muszę przeczytać – rzucam okiem na półkę – całego Prousta, a 

mam zaliczoną tylko pierwszą część. To pewnie zajmie mi cały rok.
 

Patrzą po sobie zdziwione i wybuchają śmiechem.

 

– Wolisz Prousta od Grecji? A zresztą możesz go sobie czytać na plaży.

 

– I jeszcze Szekspira po raz kolejny, bo tutaj mieszka mój dawny profesor, ten, co 

mnie kiedyś oblał.

background image

 

Uśmiech znika z ich ust, dochodzą do wniosku, że czas się zbierać, jakby się 

przestraszyły, że nałóg czytania jest zakaźny. Mężowie zrywają się i pędzą po ich 
płaszcze.
 

– Zaczekajcie, dzwoni Anka.

 

– No jak się bawicie?

 

– Niestety – mówię zbolałym głosem – właśnie wychodzą ostatni goście.

 

– Słuchaj, sprawdź, czy ja ci oddałam klucz od cioci, bo nie mogę go znaleźć.

 

Zaglądam do koszyczka.

 

– Niestety, nie oddałaś.

 

Ciocia przestała mnie odwiedzać. Zachęcałam ją do tego, a teraz żałuję, bo w tej 

próżni po niej natychmiast pojawiły się koszmary. Śniło mi się, że znów pracuję w 
wydawnictwie i powierzono mi „odcinek” żywiołów, czyli maszynopisów, które setkami 
nadchodzą do redakcji od ludzi tkniętych przymusem pisania – tak jak ja kilka dni temu, 
kiedy w przypływie weny twórczej nie mogłam się oderwać od laptopa, póki nie 
skończyłam pierwszego rozdziału. Siedzę w pokoju, gdzie na podłodze i biurku piętrzą 
się stosy zadrukowanego papieru, ogarnięta rozpaczą usiłuję czytać na bieżąco teksty, 
których w ogóle nie rozumiem, i powoli popadam w obłęd. Najgorsze są sny, w których 
ginę w wodzie albo w płomieniach, zaraz po nich plasują się te z obłędem – tracę kontakt
z ludźmi, a oni ze mną, nikt nie rozumie tego, co usiłuję rozpaczliwie wyjaśnić, mam 
samych wrogów, jak każdy szalony człowiek, a moja samotność przestaje być stanem czy
uczuciem i przybiera materialną postać czegoś, co przypomina głaz albo toczącą się ku 
mnie ogromną czarną oponę. Budzi mnie telefon od Anki, jestem jej za to wdzięczna. Już
nigdy żadnej pracy w wydawnictwie, i na pewno nie skorzystam z oferty Miecha, niech 
sam sobie czyta żywioły.
 

– Dzięki ci, że mnie wybawiłaś z tego snu! Śniło mi się, że…

 

– Marysiu, mamy kłopoty – słyszę głos Anki, który brzmi inaczej niż zwykle.

 

A może ja nadal śnię? Rzucam okiem na zegarek – dochodzi trzecia. Miała 

zadzwonić dopiero rano.
 

– Co się stało?

 

– Nie, nic takiego. Jestem u cioci Róży, gdzie pojechałam po wyjściu od ciebie, 

żeby poczekać na filatelistę.
 

Słyszę w słuchawce dziwny jęk.

 

– Byłaś z nim umówiona?

 

– Obudź się wreszcie i przestań zadawać głupie pytania.

 

Milknie na dłuższą chwilę, po czym mówi:

 

– Musisz tutaj koniecznie przyjechać, bo…

 

– Bo co?

 

Chcę ją namówić, żeby przełożyła nasze spotkanie na bardziej ludzką porę, ale 

już się rozłączyła i nie odbiera moich telefonów. Piękne metody. Nie ma rady, trzeba 
jechać, skoro to takie pilne. Może Anka znalazła jeszcze jeden klaser? Szczerze mówiąc, 
wolałabym się wyspać, niż mieć kolejny milion.
 

Kiedy wchodzę do mieszkania cioci, Anka sztywno siedzi w fotelu.

 

– Co się dzieje?

 

– Jestem przykuta do fotela.

 

– Sparaliżowało cię?

 

– Można tak powiedzieć.

background image

 

– Zadzwonię po…

 

W tym momencie za moimi plecami rozlega się męski głos:

 

– Nigdzie nie zadzwonisz. Przynajmniej w tej chwili.

 

Odwracam się i widzę przed sobą obcego mężczyznę z brodą, w ciemnych 

okularach i, niestety, z pistoletem w dłoni. Mam ochotę rzucić jakiś dowcip, bo w ogóle 
nie wierzę w to, co się dzieje, ani w to, że ktoś może zabić drugiego człowieka, kiedy 
brodacz podchodzi do Anki i przykłada jej lufę do skroni.
 

– Czy to filatelista? – pytam.

 

– Aha – odpowiada, a brodacz, odbezpieczając broń, zwraca się do niej:

 

– A teraz szybciutko powiedz koleżance, jaką mamy do niej prośbę.

 

– Otóż – zaczyna Anka, patrząc na mnie świdrującym wzrokiem, co zapewne jest 

sygnałem, żebym nie palnęła jakiegoś głupstwa – pan oczywiście chciałby wiedzieć, 
gdzie jest walizka cioci.
 

– Jaka walizka? – pytam zdziwiona, bo myślałam, że chodzi o znaczki, i właśnie 

zastanawiałam się, czy lepiej powiedzieć prawdę, czy skłamać.
 

Facet traci cierpliwość, sądząc, że gramy na zwłokę.

 

– Pomarańczowa, ze skóry – mówi.

 

– Ale ona mi się tylko śniła – odpowiadam, jeszcze bardziej zdziwiona, że ktoś 

zna mój sen, którego nikomu nie opowiadałam.
 

– A jak ci powiem, że ktoś teraz jest u twojej mamusi i czeka na sygnał ode mnie, 

to sobie przypomnisz?
 

Dopiero w tej chwili uświadamiam sobie, że to nie przelewki.

 

– Kto jest u mojej mamy i po co?

 

– Oddasz walizkę, a wtedy on zmywa się stamtąd, a ja stąd i czołem pieśni.

 

– A jeśli jej nie znajdę?

 

– Będzie po ptakach.

 

Znaczy się albo „czołem pieśni”, albo tamten zabije moją mamę, ten zabije nas, 

czyli – „po ptakach”.
 

– No to szukam! – wykrzykuję i zaczynam miotać się po mieszkaniu cioci, nie 

wiedząc, od czego zacząć.
 

– Musisz wiedzieć, gdzie jest!

 

– Przysięgam, że nie wiem, nigdy nie grzebałam w jej rzeczach. Dopiero dzisiaj 

miałyśmy zamiar posprzątać.
 

Facet rozgląda się po mieszkaniu i warczy:

 

– Przecież jest posprzątane.

 

– Tylko połowicznie.

 

– Masz pół godziny – mówi spokojnie – a potem…

 

– Wiem, „po ptakach”.

 

– No to na co czekasz, migiem, i po kolei, bez chaosu.

 

Trzeba przyznać, że jest całkiem uczynny, bo pomaga mi jak może, czasem 

podstawi krzesełko, czasem przystawi lufę, i coraz bardziej się denerwuje, co rusz 
patrząc na zegarek. A ja, z udręczoną twarzą matki przed oczyma, przemieniona w 
demona poszukiwań, robię prawdziwy ubecki kipisz w mieszkaniu cioci Róży. To 
przecież malutkie mieszkanko, niemożliwe, żebym nie mogła znaleźć w nim ogromnej, 
ciężkiej walizki z kosztownościami. Już, już mam zamiar powiedzieć brodaczowi, że 
widocznie przez przypadek znalazł się w moim śnie i błędnie uznał, że ta walizka 

background image

naprawdę istnieje, gdy słyszę z ust Anki, które brodacz tymczasem zakneblował, mówiąc,
że ma niewyparzony język, rozpaczliwe jęki. Patrzę na nią. Chryste, może ona się dusi. 
Wreszcie dociera do mnie, że, wytrzeszczonymi oczami na coś pokazuje. Patrzę w 
tamtym kierunku i w końcu dostrzegam coś, czego nigdy dotąd nie zauważyłam. Nad 
drzwiami między pokojem a przedpokoikiem wisi obraz, któremu nigdy się nie 
przyjrzałam, jest piękny, ale straszny: to jeden z fresków Goi z cyklu „Czarnych 
obrazów”. Ciocia, która studiowała historię sztuki, uwielbiała Goyę i twierdziła, że działa
na nią kojąco. Ale nie obraz jest dziwny, tylko to, że kiedy patrzy się na niego spod okna, 
wyraźnie widać, że sufit w przedpokoju jest obniżony w stosunku do sufitu w pokoju. 
Szybko wskakuję na krzesło i zdejmuję Goyę, ale pod spodem jest ściana – nie, widać 
dwie pionowe szpary, a zatem płyta, chyba z gipsu. Mam jeszcze pięć minut, zdążę, ale 
nie mogę dosięgnąć, brodacz usłużnie podaje mi drabinkę. Zdejmuję płytę. Jest! Niestety,
to nie waliza, tylko walizeczka, ale rzeczywiście pomarańczowa, ze skóry, takiej samej 
jak moja torebka, którą dostałam od cioci.
 

Widzę ulgę na twarzy brodacza, a nawet cień uśmiechu.

 

– Nada się? – pytam z nadzieją.

 

– Jeszcze jak. I dawaj kluczyk.

 

– Nie mam.

 

Chyba mi wierzy, bo znów patrząc na zegarek, macha ręką i mówi rozkazująco:

 

– A teraz zamknij się i siadaj na krześle.

 

Już dawno nie byłam taka posłuszna, z kłótliwej i złośliwej osoby w niecałą 

godzinę przeobraziłam się w potulnego baranka, który bez protestów daje się przywiązać 
do krzesła sznurem do bielizny i zakneblować, i który w dodatku cieszy się z takiego 
obrotu spraw, bo nie związuje się kogoś, kogo chce się zabić.
 

– Pożyczam sobie wasze telefony – mówi filatelista. – I na wszelki wypadek 

zamknę drzwi. – A z przedpokoju jeszcze informuje: – Na klucz, żebyście czuły się 
bezpieczne. Straszne mamy czasy. A pistolet nie był naładowany.
 

Wychodzi, lecz po kilku sekundach słyszymy jeszcze:

 

– Współczuję waszym mężom.

 

Pierwszy raz w życiu doświadczam, jakie to trudne śmiać się z kneblem w ustach.

Nic dziwnego, pierwszy raz w życiu jestem zakneblowana. Ten drań, niestety, ustawił 
moje krzesło tyłem do Anki, więc nie widzimy się, ale słyszę, że ona też wydaje z siebie 
bulgotanie przypominające śmiech. Albo płacz. Po półgodzinie udaje mi się jakoś 
przytruchtać z krzesłem do fotela i odwrócić do niej. Na widok swoich zakneblowanych 
ust znów zaczynamy się śmiać, komicznie podrygując. Przez jakiś czas dajemy sobie 
znaki oczami, ruchami głowy, ale nic z tego nie rozumiemy. Szkoda, że nie znamy 
alfabetu Morse’a. O świcie już się nie śmiejemy ani nie próbujemy porozumiewać, tylko 
od czasu do czasu zapadamy w krótką drzemkę. Mijają kolejne dwie godziny. Ręce i nogi
mam zdrętwiałe i wreszcie rozumiem, jak to jest, kiedy język staje kołkiem w ustach. Nic
nie umiem wymyślić. Gdybym nie miała skrępowanych nóg, wybiłabym szybę w oknie, 
może ktoś by usłyszał. Przecież jest niedziela, ludzie siedzą w domu. Dziwi mnie jednak, 
że Anka też nie ma żadnego pomysłu, mimo że jest detektywką. Widząc moją 
zrozpaczoną minę, daje mi do zrozumienia, żebym spała. Ale nie mogę, wszystko mnie 
boli i boję się o mamę. Następnie Anka pokazuje na budzik przy wersalce i kiwa głową. 
Marszczę brwi, że nie rozumiem. Pokazuje na swoje ręce przytwierdzone grubym 
sznurem do poręczy fotela. Patrzę tam: palcami, wskazującym i kciukiem, robi kółeczko, 

background image

to chyba znak, że jest okay. Patrzę pytająco i kiwam głową, ona też kiwa głową. 
Uspokajam się, nie chcę niszczyć jej patologicznego optymizmu. Nic mi z tego nie 
przyjdzie.
 

Przed ósmą słyszymy w korytarzu jakieś odgłosy. Anka kiwa głową, tak jakoś 

wesoło, i mimo knebla w ustach znów stara się uśmiechnąć, co wygląda koszmarnie. 
Wpatrujemy się w drzwi do pokoju, które się otwierają, i widzimy tam Laurę i Wojtka, 
poznaję go po skośnych oczach. Najgorsze jednak następuje w chwili, kiedy wyjmują 
nam kneble z ust i wyplątują z więzów, bo zamiast ich radośnie powitać, obie, 
przepychając się i sapiąc, rzucamy się bez słowa w stronę łazienki.
 

Ostatni w tym roku dzień w biurze. Janusz zebrał nas wszystkich, żeby nam 

życzyć spokojnych świąt i sukcesów w nowym roku. Oczywiście zawodowych.
 

– I chciałbym was jeszcze poinformować, że ruszamy z nowym blokiem szkoleń. 

Projektem zajmie się, a właściwie już się zajmuje, Maria.
 

Nie wiedziałam, że tak szybko podejmie ostateczną decyzję i że ogłosi ją dzisiaj. 

Patrzę z triumfem na Michała, który rozkłada ręce i spogląda w sufit, a potem na mnie, 
wzrokiem „Jak tego dokonałaś?”, a ja odpowiadam mu miną „A nie mówiłam?!”.
 

Janusz mówi pokrótce o moim pomyśle. Potem ja na jego prośbę opowiadam, jak 

sobie wyobrażam nasze nowe szkolenia i – nie używając słowa misja, które źle mi się 
kojarzy, ani nie przejmując się miną Janusza i paru trenerów – mówię, jakie korzyści 
przyniosą nam oraz ludziom, dla których je poprowadzimy.
 

– Maria potrzebuje kogoś do pomocy – ogłasza Janusz i pytającym wzrokiem 

wpatruje się w zespół.
 

O dziwo, zgłasza się Ewka. Nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę chce ze mną 

pracować, mimo że to ja będę kierować projektem, a ona lubi rządzić. Powinnam była go 
uprzedzić, że to musi być ktoś, kto nie ma takich ambicji, bo ja z kolei nie umiem rządzić
ani wydawać poleceń, i role mogą się odwrócić. Wolałabym współpracować z kimś, kto 
wręcz będzie się domagać poleceń.
 

Umawiam się z Ewką, że wyślę jej koncepcję warsztatów, żeby się z nią 

zapoznała, i na początku stycznia porozmawiamy.
 

– Wiesz, jestem zachwycona twoim pomysłem, mam już dość tego gadania o 

umiejętnościach. A poza tym w niedziele pracuję jako wolontariuszka w hospicjum, więc 
może się na coś przydam. A przy okazji również czegoś nauczę.
 

Zdziwienie jest tym uczuciem, które w ostatnim okresie nie opuszcza mnie ani na 

chwilę. Lepiej nie oceniać ludzi, jeśli się ich nie zna zbyt dobrze.
 

– To fantastycznie… – nie kończę zdania, bo Ewka do kogoś macha.

 

Odwracam się, w drzwiach stoi roześmiany Miech, który pewnie przyszedł się z 

nami pożegnać. Ewka podchodzi do niego i całują się w policzki, a potem przelotnie w 
usta. O, cholera, człowiek wyjedzie na dwa dni i już przestaje być na bieżąco w ważnych 
sprawach. Udaję, że nic nie widziałam, ale Ewka wcale się nie kryje.
 

– Przypadliśmy sobie do gustu – mówi, a Miech śmieje się jeszcze radośniej.

 

– Moje gratulacje – bąkam speszona.

 

– Marysiu, mam już mnóstwo pomysłów. Pewnie cię rozczaruję, ale na razie nici 

z ambitnych planów, bo na pewno zaraz bym zbankrutował. Myślałem o jakiejś serii 
filozoficznej, ale przyjrzałem się ofercie na rynku, i szybko zrezygnowałem. A o 
wierszach lepiej nie wspominać. Zacznę od czytadeł, mam już kilka na oku. A może coś 
napiszesz?

background image

 

Nie, ja już nie chcę się dziwić, bo od tego robią się zmarszczki na czole. I boję 

się, że to mi się utrwali. I każdy na mój widok będzie pytał: „Co się tak dziwisz?”.
 

– Pomyślę, a teraz uciekam, bo jestem umówiona z córką na kolację.

 

– Mówiłem poważnie! – woła za mną Miech.

 

– Wiem, dziękuję za propozycję!

 

Wchodzę do restauracji Parabola i jak wryta zatrzymuję się pod drzwiami. 

Szybko podchodzi do mnie młody kelner z niepewnym uśmiechem.
 

– Czym mogę służyć? – pyta.

 

– Zarezerwowałam stolik, ale nie będę mówić na jakie nazwisko – odpowiadam, 

rozglądając się po całkiem pustej sali – bo nie ma takiej potrzeby.
 

– Trafnie to pani ujęła. Było nam wesoło – pewnie pokładali się ze śmiechu – 

kiedy pani zadzwoniła. Czy mimo to zostanie pani? – pyta bez nadziei.
 

– Jasne – mówię po chwili wahania, pamiętając, że na dworze jest mróz – 

poproszę o najlepszy stolik dla czterech osób i na początek o whisky z lodem. A na 
koniec o rabat.
 

– Wszystko jest świeże – zastrzega kelner, bo ta chwila wahania nie uszła jego 

uwagi, i odchodzi.
 

Czekając na Ankę, Laurę i Wojtka, zastanawiam się nad propozycją Miecha: 

jeden rozdział już mam, pisało się bez przykrości, może to niegłupi pomysł. Podobno 
każdy nosi w sobie jedną książkę. Może należy ją napisać i uwolnić się od tego ciężaru. 
Może dzięki temu kobieta staje się prawdziwą kobietą, tak jak mężczyzna staje się 
prawdziwym mężczyzną, kiedy zasadzi drzewo, zbuduje dom i spłodzi syna. Łatwiej 
mają, bo przynajmniej wiedzą, czego się od nich oczekuje, a nam, kobietom, nadal nie 
udało się odkryć tajemnicy kobiecości – niestety, nie wystarczy nawet urodzenie pięciu 
synów. I dorobię sobie, Miech mi na pewno zapłaci. Ale po co ja mam dorabiać, skoro 
jestem milionerką? Ja w ogóle mogę zrezygnować z pracy. I co będę robić? Wizja 
dobrowolnego bezrobocia jest tak straszna, że jestem gotowa podzielić się swoim 
bogactwem, żeby tylko poszła sobie precz. Za oknem pojawiają się dwie roześmiane 
twarze: Laury i Wojtka, którzy robią do mnie miny, grają na nosie, podskakują. Oni są 
jeszcze dziećmi, myślę, Laura nie ma pojęcia, jakie to szczęście widzieć ją taką. Po 
chwili za ich plecami staje również Anka i widząc, co robią, też się zaczyna wygłupiać. 
Pukam się w czoło, ale tylko ona wie, że chodzi o nią. Dzieciom rzedną miny, więc 
szybko pokazuję palcem, odwracają się i znów wybuchają śmiechem.
 

– O, świetnie, że zamówiłaś stolik – chwali mnie Anka – bo byłby kłopot ze 

znalezieniem miejsca.
 

– Daj spokój, stałam się pośmiewiskiem całego personelu. Siadajcie, to podobno 

najlepszy stolik w restauracji, szef przekazał mi go w dożywotnią bezpłatną dzierżawę. 
Mogę go wynajmować na godziny.
 

– Niebywały zmysł do interesów. Proponuję najpierw zamówić, a potem wszystko

wam opowiem. Od czasu tej nocy spędzonej u cioci wciąż jestem głodna. Wtedy, na 
urodzinach Mani, nie zjadłam ani kęsa, chociaż naharowałam się przy szykowaniu 
kolacji, i pojechałam do cioci Róży na głodniaka, więc kiedy siedziałam w jej wygodnym
fotelu, najbardziej doskwierał mi głód. A potem… Już wiecie co.
 

– Czy wolicie od razu wiedzieć kto to, czy mam opowiadać po kolei? – pyta, 

kiedy kelner zabiera karty i odchodzi.
 

Patrzę na dzieciaki, bo tym razem jest mi naprawdę wszystko jedno.

background image

 

– Jasne, że po kolei! – wołają jednocześnie.

 

– Otóż męczę się nad rozwikłaniem sprawy, którą zleciła mi Mania, okropnej, bo 

lista podejrzanych nie ma końca, kiedy pewnego dnia ktoś wchodzi sobie do mieszkania 
babci i czegoś szuka. Nie wiadomo czego, ale najprawdopodobniej znaczków. Ten ktoś 
wie o nich i próbuje je ukraść. Ale są dobrze ukryte. Widzi przez okno, że wracasz z 
mamą ze spaceru, i ucieka. Odczekał piętro wyżej, aż…
 

– Mama mieszka na ostatnim piętrze – mówię z satysfakcją.

 

– Wobec tego minęłyście się z nim na schodach albo na parterze. Może nawet 

powiedziałyście mu „dzień dobry”. Zresztą nie wiem. A teraz słuchajcie uważnie, bo 
historia jest skomplikowana i sięga w daleką przeszłość. Opowiem wam bajkę. Dawno, 
dawno temu, jeszcze w dziewiętnastym wieku, w niewielkim dworku pod Kaliszem 
mieszkała sobie rodzina Teleszków: Aleksander i Cecylia, którzy mieli kilka córek i 
synów, między innymi Arnolda…
 

– Czyli twojego pradziadka – wyjaśniam Laurze.

 

– Tak. Ów Arnold z kolei, bardzo młodo, bo mu było pilno, ożenił się z Zuzanną, 

która niebawem urodziła syna Stefana. Niestety, małżeństwo po kilku latach się rozpadło,
bo ta, podobno bardzo urodziwa, kobieta poznała jakiegoś niemieckiego oficera, w 
którym zakochała się na zabój. Zażądała rozwodu i wraz ze Stefankiem wyjechała do 
Niemiec, czyli wówczas chyba Republiki Weimarskiej, w jej świetlanych czasach, bo to 
się działo w tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym roku. Arnold szybko otarł łzy, poznał
uroczą Izabelę i urodziły im się wspaniałe dzieci, syn…
 

– Jan – dopowiadam.

 

– A potem córka…

 

– Róża – dopowiada Laura.

 

– Tak jest.

 

Na stół wjeżdżają nasze potrawy, które wyglądają całkiem smakowicie, i Anka 

milknie, sięgając po sól i pieprz.
 

– Może jednak sprawdzisz, czy rzeczywiście niesłone – proponuję – bo sól 

podnosi ciśnienie.
 

Anka grzecznie odstawia solniczkę i obficie posypuje pieprzem swojego pstrąga i 

pieczone ziemniaki.
 

– Zarówno Aleksander, jak i Arnold, a potem Jan byli kolekcjonerami znaczków. 

Przechodziły one z pokolenia na pokolenie wraz z wadą serca, na którą wcześniej czy 
później umierali członkowie tego rodu. W czasie wojny przepadło wiele kolekcji, ale 
znaczki Teleszków ocalały, przynajmniej te należące do Arnolda, który przed śmiercią 
podzielił swoją kolekcję na trzy części, między troje dzieci. Połowę podarował synowi 
Stefanowi, a drugą połowę Róży i Janowi.
 

– To niesprawiedliwie – wyrywa mi się, chociaż rozumiem, dlaczego tak postąpił.

 

– Nie ma sprawiedliwości na świecie, już powinnaś to wiedzieć. Znaczki cioci 

Róży spoczywały sobie w ukryciu wraz listami i albumem z fotografiami w 
pomarańczowej walizeczce, a kolekcja znaczków Jana, która też była dobrze ukryta, stale
się powiększała, co kilka lat o jeden znaczek.
 

– Co? – dziwi się Wojtek. – Czyli była raczej skromna.

 

– Była wręcz bardzo skromna, bo Jan, tak jak jego ojciec, zbierał tylko cenne 

znaczki.
 

– Nie będę was zanudzać szczegółami, w każdym razie doszłam do wniosku, że 

background image

klucz od babci filatelista wziął sobie w czasie parapetówy. Kiedyśmy sprzątały u cioci, 
doszłam do kilku kolejnych wniosków: że Różę w dniu jej śmierci ktoś odwiedził, że to 
ta sama osoba, która odwiedziła babcię, czyli filatelista, i nie spocznie, póki nie 
zdobędzie tego, czego szuka. Poprosiłam Marysię, żeby powtórzyła przyjęcie w tym 
samym składzie. Domyślałam się, kto to jest. Zresztą przez chwilę, zanim objawił się 
jako filatelista, sądziłam, że to on jest MAO.
 

– Dlaczego MAO? – pytają jednocześnie Laura i Wojtek.

 

– Tak nazwałyśmy mojego dręczyciela – wyjaśniam. – To nieważne. A ja w tym 

czasie już przestałam nadążać za twoim tokiem myślenia i działania i się poddałam. 
Miałam chaos w głowie.
 

– Już wcześniej miałaś. Dlatego prosiłam, żebyś trzymała język za zębami i 

nikomu nie mówiła o śledztwie. Jedno nieostrożne zdanie, na przykład, że znalazłaś 
znaczki Róży, mogło pokrzyżować moje plany. A ja czym prędzej chciałam go dorwać. 
Przed tym przyjęciem wydałam ci różne polecenia, a widząc, że możesz wszystko 
zepsuć, powiedziałam, że filatelisty raczej na nim nie będzie. Chciałam, żebyś 
zachowywała się naturalnie, a o ile cię znam, mając pewność, że gościsz ubeka – Laura 
patrzy bezradnie na Wojtka, ale milczy – cały czas śledziłabyś podejrzliwie swoich gości 
i co rusz sprawdzała w koszyczku, czy klucz od mieszkania Róży jeszcze tam jest. A 
chodziło o to, żeby leżał na samym wierzchu! I żeby filatelista go zabrał.
 

– I przez ciebie prowadziłam z moimi gośćmi bezsensowne rozmowy, a Baśka 

uznała, że jestem pijana.
 

– Nie szkodzi, dzięki temu nie chlapnęłaś żadnego głupstwa, którym mogłaś 

spłoszyć ubeka.
 

– Ja nie rozumiem z tym ubekiem – mówi Laura, a Wojtek, który widocznie wie 

trochę więcej, obiecuje, że jej potem wyjaśni.
 

– Po wyjściu od ciebie pojechałam do cioci Róży, zasiadłam w fotelu i spokojnie, 

a właściwie bardzo niespokojnie, czekałam na filatelistę. Nie bałam się: ktoś, kto nie 
potrafił się porządnie włamać, uciekł po tym, jak ciocia Róża zasłabła, i bał się wrócić, 
żeby przeszukać mieszkanie, nie może być niebezpieczny. A poza tym znałam go i byłam
pewna, że nic mi nie grozi. Tylko że u cioci pojawił się nie ten, którego się 
spodziewałam.
 

– A kogo się spodziewałaś? – pytamy całą trójką.

 

– Jeśli powiem teraz, przestaniecie mnie słuchać, a ja uwielbiam te wasze 

zaciekawione miny i wstrzymywane oddechy. Czyli nie przewidziałam, że przyjdzie ktoś 
inny i w dodatku z bronią. Raz-dwa wykluczył mnie z gry i, trzeba przyznać, zrobił to 
bardzo sprawnie. Ale zaznaczam, tylko dlatego, że byłam zaskoczona i nie mogłam 
wcześniej sporządzić jego portretu psychologicznego. Za to miałam portret tego 
drugiego, wiedziałam, jak się zachowa, co zrobi, i już cieszyłam się na chwilę naszego 
spotkania.
 

– Nie tłumacz się, kardynalny błąd w sztuce, który mógł nas kosztować życie albo

uremię. Ocalałyśmy tylko dzięki mojej spostrzegawczości.
 

– Przypominam, że to ja zwróciłam twoją uwagę na ten upiorny obraz Goi. Nie 

mogłam oczu od niego oderwać, aż wreszcie doszłam do wniosku, że wisi w 
bezsensownym miejscu. Ludzie nie wieszają obrazów nad drzwiami. I zaczęłam się 
zastanawiać, dlaczego tam jest.
 

– Ale ja znów nic nie rozumiem – skarży się Laura, a po minie Wojtka widzę, że 

background image

on też nie nadąża.
 

– Dojdziemy do tego. Kiedy dowiedziałam się, że goście wyszli i że klucz jest w 

kieszeni jednego z nich…
 

– Od kogo? – pytam. – Nic nie mówiłaś, że masz pomocnika.

 

– Od ciebie. Przecież zadzwoniłam, żeby spytać, czy oddałam ci klucz od cioci, 

którego nie pożyczałam. Już czas, żebyś zaczęła kojarzyć. Zgasiłam światło i czekałam, 
czekałam, czekałam. Minęła dwunasta, pierwsza, i nic. Doszłam do wniosku, że jednak 
przyjdzie innego dnia i że popełniłam błąd, bo teraz albo będę musiała na okrągło 
siedzieć w mieszkaniu cioci, albo trzeba będzie wymienić zamek. Zapaliłam światło i 
zaczęłam się zbierać do wyjścia. I wtedy przyszedł, niemal zderzyliśmy się w drzwiach. 
On szybciej ochłonął niż ja. Nie chcę mówić, co się działo przez następny kwadrans, bo 
nie przynosi mi to chluby, ale już wiecie, i widzieliście, w jakim stanie zastała mnie 
Marysia, która przyjechała wpół do czwartej. Niestety, nie mogłam jej o niczym 
uprzedzić z lufą pistoletu przyłożoną do skroni. Byłam prawie pewna, że filatelista nie 
naciśnie na cyngiel, ale tylko „prawie”.
 

Nie mogę się oprzeć pokusie, żeby nie opisać dzieciom tej filmowej sceny.

 

– Wchodzę, a Anka przytwierdzona do fotela cioci Róży z miną, jakiej jeszcze u 

niej nie widziałam: mieszanka zdziwienia, rezygnacji, lęku i wstydu. Pomyślałam, że 
dostała zapalenia korzonków, ale w tej samej chwili zobaczyłam sznur na jej 
nadgarstkach i usłyszałam miły męski głos. A potem dowiedziałam się, że kolega tego 
pana jest u twojej biednej babci i jej życie zależy od tego, czy znajdę jakąś walizkę, 
której nigdy nie widziałam na oczy, a właściwie widziałam, ale tylko raz w proroczym 
śnie…
 

– Mamo, może lepiej, żeby jednak Ania opowiadała – proponuje Laura z 

przepraszającą miną.
 

– Matka ma rację, życie twojej babci, przynajmniej tak się mogło wydawać, 

wisiało na włosku i zależało od walizki, którą Marysia widziała we śnie, tylko nieco 
wyolbrzymioną. Z pomarańczoworudej skóry…
 

– O, jak ta torebka. – Podnoszę do góry pomarańczową torebkę na potwierdzenie 

prawdziwości swojego snu.
 

– Ponieważ Mania kocha swoją mamę, rzuca się do poszukiwań i, motywowana 

przez filatelistę odpowiednimi słowami, zresztą wypowiadanymi z obcym akcentem, i 
lufą pistoletu, w końcu w skrytce nad drzwiami, gdzie wisiał ów pogodny obraz Goi, 
znajduje ją: pomarańczową walizeczkę. Pięć minut później, zakneblowana i przywiązana 
do krzesła, siedzi opodal mnie. Wiedziałam, że rano, nie mogąc się do mnie dodzwonić, 
domyślisz się, że coś poszło nie tak, i nadejdziesz z pomocą – mówi Anka, zwracając się 
do Wojtka – ale Marysia sądziła, że umrzemy na siedząco, więc było jej trudniej. Co 
działo się później, już wiecie, bo przyszliście nas uwolnić. To wszystko.
 

– Aniu, jak to wszystko?! A kto to był i skąd miał klucz?

 

– Sądziłam, że to proste i same na to wpadniecie. Wojtku, na ciebie kolej.

 

– Domyślam się, że chodzi ci o album ze zdjęciami.

 

– Tak, dodam, że Marysia tego albumu nie znała, bo ciocia trzymała go w 

walizeczce, a walizeczkę w skrytce, ale w dniu jej śmierci leżał sobie na półeczce lampy, 
jakby chciała go obejrzeć albo komuś pokazać.
 

– A ja dodam – mówię – ale to chyba bez znaczenia, że w moim śnie ciocia 

trzymała go kolanach.

background image

 

– No więc – ciągnie dalej Wojtek – oglądałem ten album z babcią Laury wiele 

razy, bo wciąż sobie o czymś przypominała. Nie znała tych osób, ale ma bogatą 
wyobraźnię i dobrą pamięć, i snuła różne opowieści, a właściwie na głos się 
zastanawiała. Z jej słów wynikało, że na zdjęciach są przodkowie pani ojca. Dziadkowie, 
pradziadkowie, ich żony, dzieci, a gdzieś pojawia się nawet jakaś kochanka. Jest tam 
Cecylia z Aleksandrem i Arnold z Zuzanną, i ich syn Stefan, na kucyku, na kocyku, z 
ojcem, z dziadkiem. Sporo wesołych zdjęć. I Arnold z Izabelą, mały Janek, mała Róża.
 

– Nie wiem, dlaczego ciocia mi ich nie pokazała.

 

– Rozwód Arnolda był tajemnicą. Rodzina wstydziła się, że Zuzanna go 

porzuciła, zabierając dziecko, które uwielbiał. Zrobił się z tego temat tabu. Ale ciocia 
Róża nie tylko dlatego trzymała album w ukryciu i nigdy nikomu go nie pokazywała. Na 
końcu są zdjęcia młodego mężczyzny, właściwie chłopca, mniej więcej 
osiemnastoletniego. Młodzieńczej miłości cioci Róży. Pod koniec lat pięćdziesiątych 
wyjechał do Izraela i już się nie odezwał. To dlatego ciocia traktowała ten album jak 
relikwię i trzymała go razem ze znaczkami w skrytce.
 

– Ale przecież znaczki były w lodówce.

 

– Znaczki w lodówce – prycha Laura. – Mam nadzieję, że mnie tak nie pokręci na

stare lata.
 

Anka gromi nas wzrokiem.

 

– Znaczki zostały tam przeniesione tylko na jakiś czas. Przedtem były razem z 

albumem. Gdzie?
 

– W walizeczce.

 

– Właśnie. A ta w skrytce za plecami Goi. Po rozmowie z Wojtkiem doszłam do 

zuchwałego wniosku, że ciocia chciała obejrzeć ten album z kimś, kto jest na zdjęciach. 
Z kim?
 

– Z dawnym narzeczonym – rzuca Laura.

 

– A podobno to była wielka miłość. Jednak faceci są…

 

– Dobrze, że się ugryzłaś w język, bo to już nieznośne – niecierpliwi się Anka. 

Zawstydzona spuszczam wzrok. – Powtarzam: to był ktoś, kogo znała i komu chciała 
pokazać album, ale nie jej narzeczony. Czyżby ktoś z rodziny?
 

– Może któryś z synów Zuzanny? Miała w sumie trzech, bo dwóch urodziła po 

ślubie z oficerem Hansem Drottem. Wiem to od babci – mówi Wojtek.
 

– Może Stefan? Mój, nie wiem jak to nazwać, przyrodni wujek? – zastanawiam 

się.
 

– Czy ten brodacz, który uciekł z walizką, miał osiemdziesiąt kilka lat?

 

– Nie, około pięćdziesięciu – odpowiadam.

 

– Ale zostańmy na chwilę przy Stefanie, który umarł wiosną. Sprawdziłam to. 

Dostał połowę kolekcji od ojca i albo ją roztrwonił, albo, zgodnie z tradycją, przekazał 
swoim dzieciom. Przy czym musiał wiedzieć, że Jan i Róża też mają znaczki, wśród nich 
Belgijczyki, warte…
 

Teraz ja gromię ją wzrokiem, bo nie chcę Laury narażać na taki wstrząs, a tym 

bardziej żeby poznała smak chciwości.
 

– …sporą sumę – kontynuuje Anka. – Jan i Róża byli kiedyś u nich w Niemczech 

z wizytą, która się nie udała. Kto wie, może przez te znaczki? Może się o nie pokłócili? 
Może Stefan czuł się pokrzywdzony albo sądził, że dostali więcej? Skoro nie on, bo już 
nie żyje, to kto jeszcze mógł wiedzieć o Belgijczykach i chcieć je zdobyć?

background image

 

– Wiem od babci – zaczyna mnie denerwować, że Wojtek o mojej mamie mówi 

babcia, jakby już wszedł do rodziny – że Stefan miał syna i córkę. Są w tym albumie, ale 
na zdjęciach z dzieciństwa, wyjątkowo podpisanych: Klaus i Berta.
 

– Czy to Klaus? – pytam.

 

– Tak właśnie pomyślałam. Że po śmierci ojca postanowił odwiedzić ciocię, 

oczywiście nie bezinteresownie. A ona pewnie się ucieszyła, bo cierpiała, że więzi 
rodzinne zostały zerwane, i chciała z nim pooglądać zdjęcia. Ale coś ją zaniepokoiło. 
Może po tej wizycie w Niemczech wiedziała, że zażąda od niej Belgijczyka? Może 
dzwonił, a może nawet już raz był u niej, i przed drugą wizytą schowała znaczki do 
lodówki, bo uznała, że tam będą bezpieczniejsze. Już wiemy, jak zakończył się ten 
wieczór: śmiercią cioci i jego ucieczką. Ale on się nie poddał. Nie mógł się dostać do 
mieszkania Róży, więc zdobył klucz do mieszkania babci, który leżał w koszyczku w 
przedpokoju u Mani. Nie mógł zdobyć znaczków Róży, postanowił zdobyć znaczki Jana.
 

– A dlaczego nie zabrał z koszyczka klucza cioci? – pyta Laura.

 

– Bo go tam nie było. Od jej śmierci nie wyjmowałam go z torebki. Drugi klucz 

został w mieszkaniu cioci, a trzeci był u babci – wyjaśniam. – Anka, ale on mnie nigdy 
nie odwiedził, chybabym zapamiętała, prawda? – mówię z oburzeniem, bo Anka gotowa 
mi wmówić, że przy wszystkich swoich mankamentach jestem również ślepa.
 

– Masz rację, ale wobec tego skąd Klaus miał klucz? Wojtek już wie, bo mu 

powiedziałam. Laura nie może wiedzieć, bo niby skąd. Ale ty, Marysiu, powinnaś się 
domyślić… Ten pstrąg był naprawdę pyszny. Musimy tu częściej przychodzić.
 

– Widziałam tego brodacza pierwszy raz w życiu. Nie mógł wziąć klucza, bo 

zapomniałam zaprosić go na parapetówę.
 

– Ale zaprosiłaś jego wspólnika. Z tym że ja do końca myślałam, że to on jest 

filatelistą, czyli Klausem. Ale się myliłam.
 

– Nie! Ja wychodzę, bo najbardziej w życiu boję się, że popadnę w obłęd, chociaż

na pierwszym miejscu jest śmierć w wodzie albo w płomieniach. I boję się jeszcze, że 
pochowają mnie żywcem. Że obudzę się w trumnie.
 

– No to się spal – radzi Anka.

 

– I wie pani, podobno produkują takie trumny z dzwoneczkiem – dodaje z 

zapałem Wojtek.
 

Przy najlepszym stoliku w restauracji Parabola zapada milczenie i cała sala 

pogrąża się w grobowej ciszy. Kelner popatruje ku nam z niepokojem, a kiedy całą 
czwórką wybuchamy śmiechem, rusza w naszą stronę, po czym macha ręką i zawraca.
 

– Mamo, nie denerwuj się – prosi Laura, chichocząc – zaraz się wyjaśni, tylko 

pozwól Ani mówić.
 

– Jak mam się nie denerwować, skoro wśród moich przyjaciół jest rabuś, a Klaus 

to nie Klaus, tylko wspólnik, albo na odwrót. Ty rozumiesz? – Patrzę na Laurę z nadzieją,
że zaprzeczy.
 

– Nie, ale bardzo chcę zrozumieć.

 

– No to zamieniam się w słuch.

 

– Przynajmniej się postaraj. Pocieszę cię, że wspólnik od klucza nie jest twoim 

przyjacielem, ale go znasz.
 

– Nie jest przyjacielem… Chyba już wiem… Zabiję ją bez litości! – wołam 

naprawdę wściekła. – Kelner cofa się o krok. – Wiedziałam, że znów mi wykręci jakiś 
numer.

background image

 

– Czy to kobieta? Wspólnik jest kobietą? – pyta Laura Wojtka, który widząc jej 

bezradną minę, postanawia przejąć inicjatywę.
 

– Aniu, pozwól, może ja. Klucz od babci znikł, ale pani tego nie zauważyła. 

Dopiero Ania zorientowała się, że go brakuje. W każdym razie zamek został zmieniony i 
filatelista dochodzi do wniosku, że jednak musi zapolować na klucz do cioci Róży. A nuż 
się uda, a nuż będzie w koszyczku podczas drugiej imprezy. Ania mogła oczywiście 
zostać na przyjęciu i przyuważyć filatelistę, bo wtedy jeszcze myślała, że to on, a potem 
pojechać za nim do cioci. Ale to było kiepskie rozwiązanie. Wiedział, że Ania zajmuje się
tą sprawą, i nie odważyłby się w jej obecności zabrać klucza. Więc wcześniej pojechała 
do cioci. Upewniła się, że klucz znikł, i czekała tam na niego. Ale na miejscu pojawił się 
ktoś inny.
 

– Nie filatelista? – pyta Laura.

 

– No właśnie on! – woła zniecierpliwiona Anka. – Dostał klucz od wspólnika-

ubeka, który w tym czasie rzekomo zabawiał konwersacją twoją babcię, a w 
rzeczywistości przyjechał pod dom cioci i czekał na filatelistę, czyli Klausa.
 

– A tym ubekiem nie jest nikt z moich przyjaciół, tylko Karol! Całe szczęście, że 

nie zdążyłam się z nim zaprzyjaźnić – mówię uszczęśliwiona.
 

– Kto to jest Karol? – pyta Laura.

 

– Kolega pani Joli. Ale ona nic nie wiedziała – wyjaśnia Wojtek.

 

– A teraz już wie? – pytam.

 

– Nie – mówi Anka.

 

– Ja mam jej to powiedzieć?

 

– Aha.

 

– A nie mówiłam, że fa… że fajnie jest mieć kolegów? – udaję, że nie widzę miny

Anki.
 

– Znali się od dawna. Karol jeździł do Niemiec na jakieś roboty, przepraszam za 

to określenie. Klaus go wynajął, bo Karol był kiedyś aktorem. Miał poderwać Jolkę, żeby
przez nią dotrzeć do ciebie i zabrać klucze do mieszkania babci i cioci Róży, a potem 
zniknąć wraz z bajecznym honorarium. Mieli bilety lotnicze, jeszcze nie wiem dokąd, to 
dlatego filatelista cały czas patrzył na zegarek. Karol czekał na dole, a tymczasem twoja 
mama smacznie spała, a w drugim pokoju Laura. Kiedy Wojtek rano przyjechał do nich 
po klucze do mieszkania Róży – co za szczęście, że była trzecia para! – babcia ucieszyła 
się na jego widok, chociaż uznała, że zbyt wcześnie składa jej wizytę.
 

– Bo ja pojechałam w sobotę do babci i już zostałam na noc.

 

– I pomyśleć, że są już daleko i nie poniosą żadnej kary za to, co zrobili – 

wzdycham.
 

– Mylisz się. Skąd wiem, że mieli bilety lotnicze?

 

– Nie mam pojęcia, intuicja zawodowa.

 

– Po tak ciężkim dniu ten biedak dociera w końcu na lotnisko z Karolem i swoim 

cennym łupem i nagle uświadamia sobie, ale dużo za późno, bo stoi już w bramce, a jego 
bagaż znika w czeluści fotokomórki, że…
 

– W walizeczce są zabytkowe kosztowności, których nie wolno… – wołam z 

ulgą.
 

– …że nie pozbył się pistoletu.

 

Anka w najlepsze zajada tiramisu, a my siedzimy zadumani nad naturą ludzką.

 

– Rano zawiadomiłam policję – niestety, będziesz wezwana do złożenia zeznań – 

background image

która natychmiast zaczęła działać i niebawem obaj panowie zostali zatrzymani na 
lotnisku.
 

– Ale to przecież debile – stwierdzam, nie mogąc uwierzyć w tę historię.

 

– Sama widzisz, co chciwość robi z człowiekiem – mówi Anka, patrząc na mnie 

badawczo.
 

– Nie patrz tak, nie jestem chciwa, no, może trochę, ale ci zapłacę, już dzisiaj. Nie

całość, bo nie mam tyle, ale przysięgam, że zapłacę. – Nagle przed moimi oczyma 
pojawia się pomarańczowa walizka. – A walizeczka? – pytam cicho.
 

– Pewnie ci zwrócą, ale jeszcze nie teraz. Nie wiem, co w niej jest.

 

– Oby mój cudowny sen okazał się i pod tym względem proroczy. Patrz, wszystko

się sprawdziło, tylko Marcel okazał się kim innym. Pewnie chciałam, żeby coś 
przeskrobał i trafił za kratki.
 

– Mamo, przestań – prosi Laura, która nie cierpi, kiedy żartuję sobie z jej ojca.

 

– No tak, przepraszam, to silniejsze ode mnie. Ale popracuję nad tym.

 

– Nie rozumiem, ale jak się okazało, że to właśnie oni? – pyta Laura.

 

– Podałam policji nazwiska. Teraz są komputery, bazy danych, i jak trafisz na 

bystrego i pracowitego policjanta, a ja takich znam, to… Oczywiście Karol to wcale nie 
Karol, tylko Andrzej jakiś tam. Znalazłam jego prawdziwe nazwisko, bo chwalił się 
jakimiś rolami w sztukach. I kiedyś zdradził, że grał w teatrze w Opolu. No dobra… Są 
jeszcze jakieś pytania? Bo jeśli nie, pozwólcie, że spędzę dzisiejszą noc ze swoim 
mężem, który przeżył wczoraj ciężkie chwile, bo ja zawsze informuję go, że mam nocną 
zmianę, a tym razem tego nie zrobiłam.
 

Anka wstaje od stołu, ale Wojtek ją jeszcze zatrzymuje.

 

– Przepraszam cię, ale jak ty sobie wyobrażałaś spotkanie z filatelistą? Że on 

wejdzie tam, a potem grzecznie zadzwoni na policję i opowie, co zrobił?
 

– Mówiłam ci, sporządziłam profil psychologiczny Karola, nie Klausa. Byłam 

pewna, że zgodzi się na moją propozycję: znika bez śladu w zamian za milczenie. W 
końcu nieudzielenie pomocy umierającemu człowiekowi to czyn karalny, tak jak i 
kradzież. A Karol to poczciwy człowiek. Zmykam.
 

Kiedy stoi już w drzwiach, wołam, żeby się zatrzymała, bo znów czegoś nie 

rozumiem.
 

– Anka, to niemożliwe, Klaus bardzo dobrze mówił po polsku.

 

– Ale z akcentem, nie wiem, czy zwróciłaś na to uwagę. Wychowywała go babcia 

Zuzanna. A potem studiował w Polsce i od lat tutaj mieszka.
 

– I nigdy nas nie odwiedził?

 

– Jak to nie? A kto niechcący przewiesił obrazy i poprzestawiał książki w twoim 

poprzednim mieszkaniu? Duchów nie ma, moja droga.
 

– A to drań!

 

Zostajemy jeszcze, żeby chwilę pogadać. Dopiero teraz dostrzegam, a właściwie 

domyślam się, że Wojtek pod stołem trzyma Laurę za rękę i że siedzą trochę zbyt blisko 
siebie. Oboje mają ten specyficzny wyraz twarzy, kiedy człowiek jest szczęśliwy, a 
chemia jego mózgu wymyka się spod kontroli. Znam ten niebezpieczny stan, który 
odbiera człowiekowi rozum.
 

– Wojtku, przepraszam, czy mogę zadać ci niedyskretne pytanie.

 

Laura zaczyna się jeżyć, widzę to, ale udaję, że niczego nie zauważyłam.

 

– Chyba tak – mówi Wojtek, chyba zdenerwowany, że chcę go zapytać, jakie ma 

background image

zamiary wobec mojej córki.
 

– Jak to się stało, że masz na imię Wojtek?

 

Widzę ulgę na twarzy obojga, zaczynają się śmiać. Ja też, bo jestem im wdzięczna

za to, że nie podejrzewają mnie o rasizm, jak Anka i mama.
 

– Moi rodzice przyjechali z Wietnamu do Polski dwadzieścia pięć lat temu. Tutaj 

się urodziłem. Mama uparła się, żebym miał polskie imię, ale na drugie mam Viet, bo 
tutaj tata już nie odpuścił.
 

– Bardzo ładne imię.

 

Mam ochotę zapytać jeszcze, czym się zajmują rodzice, ale się powstrzymuję, bo 

może to pytanie zostanie źle odebrane. Przecież wcześniej czy później dowiem się. Ale 
Wojtek sam to wyjawia:
 

– Tata ma sklepik z żywnością egzotyczną, a mama pracuje w przedszkolu.

 

– I naprawdę piszesz pracę o roli detektywa?

 

– Naprawdę. Chciałem czegoś oryginalnego, a ponieważ znam Anię od dawna i w

czasie studiów trochę sobie u niej dorabiałem, wydawało się, że nie będzie trudno.
 

– To ona ci płaci?

 

– Jasne!

 

– Myślałam, że tylko swoją wiedzą.

 

– Wiedzą dzieli się bezinteresownie. Kiedy mnie już zwolniła z tego sterczenia 

pod blokiem Laury, to ja nadal tam stałem, bo mi się spodobało.
 

– Zimą? Dobrowolnie?

 

Laura, wiedząc, że zacznę zadawać coraz głupsze pytania, daje sygnał do 

odejścia. Kelner, który nie ma zbyt wiele pracy, bo nadal jesteśmy jedynymi gośćmi – 
wprawdzie co rusz jacyś ludzie wchodzili do środka, ale na widok wielkiej pustki od razu
wychodzili – natychmiast zjawia się przy stoliku.
 

– Mam nadzieję, że nasze potrawy państwu smakowały.

 

– Były wspaniałe, mamy zamiar rozsławić tę restaurację na całą Warszawę. To 

jeden z najpiękniejszych wieczorów w moim życiu.
 

Pewnie myśli, że przesadzam, ale to prawda.

 

– Jesteśmy zaszczyceni. I zawsze może pani liczyć na piękny rabacik.

 

– No to proszę zarezerwować mi stoliczek na jutro dla dwóch osób, może, nie, 

musi być ten sam.
 

Laura patrzy na mnie z filuternym uśmieszkiem, sądząc, że wybieram się na 

kolację z jakimś panem. Nie wyprowadzam jej z błędu, niech się dziecko cieszy póki 
czas. Kiedy Wojtek idzie po nasze płaszcze, podchodzę jeszcze do kelnera, żeby spytać, 
czy w restauracji podają ulubioną potrawę Jolki, czyli kotlety mielone z buraczkami.
 

– Naszą specjalnością są ryby, ale dla pani w drodze wyjątku przygotujemy 

kotleciki mielone.
 

Ja chyba znów śnię.

 

background image

 Rozdział siódmy

 

Filmy amerykańskie oparte na faktach często zaopatrzone są w końcowy 

komentarz na temat dalszych losów bohaterów: Joan Smith została oczyszczona z 
zarzutów i do późnej starości mieszkała wraz z mężem w Kalifornii, gdzie prowadzili 
sklepik wędkarski. Ich córka rozwiodła się z mężem, który odsiaduje wyrok w teksaskim 
więzieniu stanowym w…
 

Lubię znać dalsze losy bohaterów, zwłaszcza jeśli są szczęśliwe, tak jak losy 

bohaterów tej opowieści.
 

Wigilia była cudowna. W kącie pokoju stała ogromna choinka obwieszona 

bombkami i ozdobami, które kiedyś robiłam z dziećmi: długim łańcuchem, dziełem rąk 
małego Kacpra, i jeżykami z bibułki wykonanymi przez Laurę.
 

W przeddzień Wigilii Laura, Kasia, mała Gosia i ja lepiłyśmy pierogi pod 

kierunkiem mamy i bez przerwy coś sobie opowiadałyśmy. Najwięcej Gosia, która 
wyglądała na uszczęśliwioną i wciąż podchodziła do choinki, żeby ją powąchać. Psy 
Laury grzecznie leżały i zastanawiały się, co mają nam powiedzieć nazajutrz o północy. 
Kacper pojechał do Weroniki.
 

– Wiesz – powiedziała Kasia, kiedy na chwilę zostałyśmy same – od tamtego 

telefonu, kiedy rano zadzwoniłyście, on jest innym człowiekiem. Wciąż się śmieje. To 
musiał być dla niego straszny ciężar. Ale ja nic nie wiedziałam. Domyślałam się tylko, że 
ukrywa przede mną jakąś bolesną tajemnicę. Myślałam, że chodzi o was, że to sprawa 
rodzinna.
 

– My też przysporzyliśmy mu sporo smutku.

 

– Wiem, ale nie warto do tego wracać. Mnie się wydaje, że on wam już dawno 

wybaczył. Wybierał się do ciebie kilka razy, a potem rezygnował, teraz już wiem, że to 
przez ten wypadek w górach.
 

– O czym tak szepczecie? – pyta mama, która niedosłyszy.

 

– O tobie, mamuś, zastanawiam się, jak urozmaicić ci życie. I wpadłam na 

pomysł, żeby zabrać cię do Budapesztu, jak tata przed laty.
 

– A wiesz, to świetny pomysł. Może na wiosnę? Właśnie wiosną byliśmy tam z 

Jankiem, kwitły magnolie, a w hotelowej łazience pachniało mydełko Amo. 
Spacerowaliśmy po Wyspie Małgorzaty i oglądaliśmy Budapeszt z Góry Gellerta, z 
której zrzucono jakiegoś biskupa. Zdaje się, że w beczce. Ale chyba źle zapamiętałam.
 

– No to ustalone. Jedziemy na wiosnę. Możecie do nas dołączyć, jeśli chcecie – 

mówię do Kasi i Laury, ale one już mają inne plany.
 

– My jedziemy na narty – informuje Kasia.

 

– My też – mówi Laura.

 

– No to pojedziemy same, prawda, córciu?

 

O ósmej wieczorem wszystkie potrawy wigilijne mamy gotowe i szykujemy 

kolację, kiedy wchodzi rozradowany Kacper, niosąc w rękach jakieś zawiniątko.
 

– Chleb od Weroniki. I mam dla was jeszcze niespodziankę, ale powiem wam 

dopiero jutro.
 

Kiedy zostajemy same, Laura zaczyna krążyć wokół mnie. Znam to, chce mi coś 

powiedzieć, ale obawia się mojej reakcji. Robi tak od dziecka.
 

– No mów.

 

– Rozmawiałam z Kacprem i uważamy, że powinniśmy na Wigilię zaprosić…

background image

 

– Tak?

 

– …dziadka.

 

Reaguję fatalnie:

 

– Nie ma mowy, przez tyle lat znosiłam jego uwagi, głupie dowcipy i dąsy, a teraz

już…
 

– Nie rozpędzaj się. Byłam u niego, jest sam. Do siostry nie ma już siły jechać. To

nasz dziadek. Mimo wszystko mam trochę związanych z nim miłych wspomnień. Jako 
dziecko lubiłam go.
 

Zaperzona mam zamiar poprosić Laurę, żeby wymieniła te wspomnienia, gdy 

sobie uświadamiam, że to bez sensu. A poza tym spadło na mnie tyle szczęścia, że mogę 
się nim podzielić nawet ze swoim teściem.
 

– Masz rację. Zadzwonisz do niego?

 

– Wiedziałam, że się zgodzisz, więc już go zaprosiłam. Kacper go jutro 

przywiezie.
 

A kiedy w Wigilię usiedliśmy do stołu i w pokoju rozległy się kolędy, których nie 

cierpię, ktoś zadzwonił do drzwi.
 

– Boże, to pewnie bezdomny, jakie to szczęście, że przypomniałeś o dodatkowym

nakryciu – mówię do Kacpra.
 

Przede mną stoją Dzięciołowie z małą, pięknie zapakowaną paczuszką.

 

– Pani Marysiu, proszę to od nas przyjąć. Marynowane grzybki. A w drugi dzień 

świąt zapraszamy na makowiec. Chcielibyśmy…
 

Mają tak nieszczęśliwe miny, że robi mi się ich żal.

 

– Oczywiście, że wpadnę. Dziękuję za prezent.

 

– Jak to dobrze, że masz takich miłych sąsiadów – mówi mama.

 

Siadam w milczeniu, bo nie do końca się z nią zgadzam, i biorę z sianka opłatek, 

kiedy z kolei rozlega się skrobanie do drzwi. Serce mi podskakuje, bo znam tylko jedną 
osobę, która nigdy nie używa dzwonka ani nie puka, lecz skrobie w drzwi.
 

– A jednak bezdomny – mówi Kacper i idzie otworzyć. Oto niespodzianka, którą 

wam wczoraj obiecałem.
 

Do środka wchodzi Weronika z naręczem jakichś zimowych badyli i obwieszona 

torbami.
 

– Nie spóźniłam się? – pyta.

 

I było coraz piękniej. Wszyscy cieszyli się z prezentów, najbardziej teść, który 

siedział cichutko jak trusia, a na widok ciepłego swetra od Laury i Kacpra powiedział 
drżącym głosem:
 

– O takim marzyłem.

 

Ze wzruszenia już chciałam zaprosić go na pierwszy dzień świąt, ale się 

opamiętałam. Na początek wystarczy.
 

Rano przed odjazdem Weronika wyjęła z torby dziesięć brulionów i położyła je na

stole.
 

– Jeśli masz ochotę, przeczytaj.

 

Sylwestra postanowiłam spędzić w domu. Przeprosiłam przyjaciół, że w ostatniej 

chwili rezygnuję ze wspólnego wyjazdu. Zrozumieli, że mam ważne powody. Nawet 
Jolka zaakceptowała to bez słowa, chociaż w takich sytuacjach zawsze nalega, namawia 
mnie i się złości, bo żyć beze mnie nie może. Ona też swoje przeszła. Kiedyśmy siedziały
w Paraboli, orzekła, że raz na zawsze kończy z facetami.

background image

 

– Od razu powinnam się była zorientować, że coś tu nie gra. Zbyt przystojny, zbyt

nienaganny, zbyt interesujący. Nędzny aktorzyna.
 

– Ale ty zrobiłaś z niego wybitnego aktora, dzięki tobie zagrał swoją życiową rolę

– pocieszałam ją.
 

– Agent Tomek to przy Karolu zwykły pętak – przyznaje.

 

– Nawet James Bond się do niego nie umywa – zapewniłam. – A jak ty go 

właściwie poznałaś?
 

– Zwyczajnie, na ulicy. Zapytał mnie o drogę i wylądowaliśmy na kawie, a kilka 

dni później w łóżku. Cholera jasna!
 

A potem obie się zamyśliłyśmy, każda nad swoim życiem, co widocznie musiało 

zaniepokoić „mojego” wrażliwego kelnera, bo podszedł i spytał, czy nie potrzebujemy 
się napić czegoś mocniejszego. Dopiero w tej chwili zorientowałam się, że restauracja 
jest pełna gości, rozgwaru, śmiechów. Skąd oni się tutaj wzięli? Spojrzałam pytająco na 
kelnera, który pochylił się w moją stronę, ale nie przesadnie, i szepnął:
 

– Jesteśmy ogromnie wdzięczni, że tak błyskawicznie nas pani rozsławiła.

 

Już miałam zamiar powiedzieć, że palcem w bucie nie kiwnęłam, ale się 

rozmyśliłam.
 

– Drobiazg. Cieszę się, że zadziałało.

 

Ewa i Miech nadal się spotykają. Moim zdaniem będzie z tego ślub. Miech oddał 

do druku pierwszą książkę i szykuje promocję. Wciąż mnie namawia, żebym coś 
napisała, w końcu zdradzam mu tajemnicę, że piszę, ale żeby mnie nie poganiał, właśnie 
jestem przy fragmencie: „Uśmiech nie schodzi z twarzy Miecha, cieszy się jak dziecko, 
ubyło mu parę lat. Jest żywym dowodem na to, że należy realizować swoje pragnienia”.
 

– Jestem tam? – spytał speszony.

 

– Aha. A poza tym znam fantastyczną książkę napisaną przez pewną pisarkę z 

prowincji, która ma talent, tylko jeszcze o tym nie wie. Masz szansę ją odkryć – 
powiedziałam. – Tylko trzeba to przepisać, bo ona bazgrze piórem wiecznym w 
brulionach.
 

– Żaden problem. Kiedy je dostanę?

 

– Jutro dam ci odpowiedź.

 

Nowe warsztaty gotowe, co w dużym stopniu jest zasługą Ewy. Ma nawet więcej 

zapału niż ja, bo sama jest wolontariuszką i osobą wielkiej wrażliwości. Ruszamy w 
marcu, nie możemy się już doczekać.
 

Na wiosnę, w porze kwitnienia magnolii, wybieram się z mamą do Budapesztu. 

Dowiedziałam się, że mydełka Amo Węgrzy już nie produkują. Trudno to przeboleć, bo 
takiego zapachu jak Amo nie ma żadne z mydeł produkowanych w Unii Europejskiej. 
Jest dopiero luty, ale mama już się szykuje. Porządkuje garderobę, czyta przewodniki, 
które jej kupiłam, bo nie miałam odwagi dać jej tego z czasów komunizmu z gumowymi 
majtkami i pogłowiem bydła. Opowiedziałam jej o aferze z filatelistą, ale w skrócie, 
słowem nie wspominając o Karolu ani o nocy spędzonej w mieszkaniu cioci Róży. I 
wreszcie zapytałam o tę skrytkę, której „nikt nigdy nie znajdzie, nawet ty”.
 

– Teraz już mogę ci powiedzieć, bo jest, dzięki Bogu, pusta. Spójrz na ten obraz 

nad drzwiami do przedpokoju. To Makowski. Niestety, tylko reprodukcja, bo twój ojciec 
zbierał znaczki. Co widzisz?
 

Nie do wiary. Rzeczywiście zobaczyłam obraz Makowskiego, ale pierwszy raz w 

życiu, bo żaden normalny człowiek nie wiesza obrazów nad drzwiami. I domyśliłam się, 

background image

że za nim jest identyczna skrytka jak u cioci – coś w rodzaju pawlacza pod sufitem w 
korytarzu.
 

– Ciocia też ma taką, tylko z obrazem Goi. Wiedziałaś o tym?

 

– Jasne, przecież wymyślili ją razem z Jankiem i to on sam, własnoręcznie, a 

może chcesz narzędzia po ojcu?, zrobił obie. Odradzałam Róży ten obraz, na którym, o 
ile pamiętam, jakiś potwór kogoś pożera i wszędzie jest pełno krwi, brrr!, ale uparła się i 
powiedziała do mnie coś po łacinie.
 

– De gustibus non est disputandum?

 

– Możliwe, a ponieważ nie zrozumiałam, przestałam z nią dyskutować.

 

Już nie spytałam mamy, dlaczego mi o tym nie powiedziała, bo znów byśmy się 

wdały w jakąś koszmarną rozmowę, jak ta o Wojtku. Niech się cieszy Budapesztem i 
szykuje do podróży. Czasem jednak, kiedy natykam się u niej na pana Mietka, który 
nadal rozpieszcza ją szampanem i czekoladkami, dochodzę do wniosku, że może 
wolałaby wybrać się w tę podróż z nim.
 

Kiedy kilka dni temu wychodziłam od niej, powiedziała zaaferowana:

 

– Mam nadzieję, że samolot nie spadnie.

 

Musiałam się jednak zemścić za tę skrytkę:

 

– Kto wie. Czasem spadają.

 

A ponieważ ona zawsze chce być górą i jest bardzo szczera, rzuciła z głębi 

kuchni, kiedy stałam już w otwartych drzwiach:
 

– Ta twoja powieść, którą mi dałaś do przeczytania, to nie jest literatura wysokich

lotów.
 

Z Dzięciołami od czasu, kiedyśmy wypili zaległą kawę i zjedli makowiec, 

wszystko układa się jak w sielance. Ze łzami w oczach przeprosili za Zosię, mnie też 
dławiło w gardle, i opowiedzieli, co się stało. Rzeczywiście tylko domyślali się, co Zosia 
wyprawia, ale po wizycie u mnie „udzielili jej ostrej reprymendy” i uświadomili, że może
pójść do więzienia, więc się uspokoiła. Dzięcioł jest uroczym i pomocnym sąsiadem. 
Pewnego dnia zaproponował, że ilekroć będę musiała przejść przez podwórko, chętnie mi
pomoże, bo on wie, co to lęk, i wyznał mi szeptem, że straszliwie boi się nietoperzy.
 

– No to ma pan szczęście – odpowiedziałam też szeptem – bo tutaj nie ma 

nietoperzy. A ja przez podwórko muszę przechodzić codziennie. Ale jakoś daję radę.
 

Jeszcze trochę i rzeczywiście pokochają mnie jak własną córkę. Lepiej się przed 

tym nie bronić: na uczucia, ani własne, ani cudze, nie mamy wpływu, czasem lokujemy 
je w nieodpowiednich osobach.
 

Wypłaciłam Ance całe honorarium. Nie widziałyśmy się od spotkania w 

restauracji, bo, jak powiedziała, musi tę historię, a nawet dwie, odreagować, więc przez 
jakiś czas woli na mnie nie patrzeć. Nie wiem dlaczego, ale wkurzam ją. Bałam się, że 
już do końca życia będę się jej źle kojarzyć, ale nie, zadzwoniła kilka dni temu i 
powiedziała:
 

– A może wpadniemy do Paraboli? Nie wiem, co się stało, ale wciąż jakiś 

znajomy mówi mi o tej knajpie. Podobno zrobiła się bardzo modna. Słyszałaś o tym?
 

– Coś mi się obiło o uszy. Czy mam zamówić stolik?

 

– A nie masz go na dożywocie?

 

– Jasne, że tak, ale go wynajmuję! – burknęłam zezłoszczona, bo nie rozumiem, o

co chodzi z tą restauracją, która aż do naszej kolacji we czworo ziała pustkami i właśnie 
mieli ją zamykać.

background image

 

– No to zamów.

 

I wybieram się w cudowną podróż do Hiszpanii, która spadła na mnie jak dar z 

niebios. W zeszłym tygodniu zadzwoniłam do Artura, żeby mu pogratulować intuicji i 
zaprosić jego i Pawła do siebie na kolację.
 

– Jak to możliwe, że od razu wiedziałeś? Sprawdziło się: młoda, zdesperowana i 

zakochana.
 

– Nie wiem, to było dla mnie oczywiste. Słuchaj, mam ci coś ważnego do 

zakomunikowania. Od twojej wizyty u nas cały czas zastanawialiśmy się z Pawłem, 
czyby się nie pobrać.
 

– To mój widok tak działa na ludzi?

 

– Nie, nie, akurat tego dnia wyglądałaś fatalnie. Powiedziałaś wtedy, że 

koniecznie chcesz być świadkiem na naszym ślubie.
 

– Pewnie, że tak. Ale w razie czego ty nie możesz być moim świadkiem, bo ja już 

i tak muszę wybierać między Weroniką i Jolką. Jakoś to załatwię, żeby mieć dwie 
świadkowe i świadka. To chyba nie jest zakazane.
 

– Chcę powiedzieć, że jedziemy do Hiszpanii wziąć ślub, bo mamy dość życia na 

kocią łapę, i prosimy cię na świadkową. Maniu, czy ty znów płaczesz?
 

– Nie, ja ryczę. Wyjdziecie po mnie na przystanek?

 

– Jasne! Pawełku, Mania jedzie do nas, robimy kolację i wkładamy krawaty. To 

daj znać pięć minut wcześniej.
 

I skończyło się tak samo jak poprzednio, tylko że tym razem całą trójką 

siedzieliśmy w piwnicy, a Paweł na wszelki wypadek przytargał dla mnie krzesło.
 

Laura nadal kocha swoich staruszków i zaczęła notować ich wspomnienia. Wojtek

kończy pisać swoją pracę magisterską. I wciąż się spotykają. A może nawet razem 
zamieszkali, ale na razie o to nie pytam. Poznałam jego uroczych rodziców, a oni mnie. 
Laura ze dwa razy w czasie spotkania, kiedy zaczynałam się rozkręcać, kopnęła mnie pod
stołem, ale niepotrzebnie, bo oni mają fantastyczne poczucie humoru i rozumieją, że 
człowiek musi czasem wygadywać głupstwa, żeby nie zwariować.
 

Kacper i Kasia zastanawiają się nad powrotem do Polski. Poprosił, żebyśmy z 

Laurą do nich przyjechały, bo chciałby nadrobić te lata milczenia.
 

– Wiele razy żałowałem, że się na to zgodziłem – powiedział, kiedy podczas 

Wigilii na chwilę udało nam się zostać sam na sam. – Byłem w szoku po śmierci Bartka, 
nie wiedziałem, co biorę na siebie. A potem nie umiałem się już z tego wycofać. Podobno
czas leczy rany, ale mnie ta sprawa ciążyła coraz bardziej. Gdybym jednak powiedział 
prawdę, czułbym się jak donosiciel.
 

Odzyskałam pomarańczową walizkę. Nie było w niej ani kosztowności, ani 

znaczków, tylko listy Henryka do cioci Róży. Piękne. A zatem to nieprawda, że na próżno
na nie czekała. Dochodziły. To rzeczywiście była wielka miłość. Może on jeszcze żyje? 
Może powinnam go odszukać? W albumie było tylko jedno ich wspólne zdjęcie: 
młodziutka uśmiechnięta Róża trzyma głowę na jego ramieniu, a on patrzy na nią z 
miłością i obejmuje ją. Oprawiłam tę fotografię i postawiłam ją na półce: „Póki śmierć 
nas nie rozłączy”.
 

Klaus został deportowany do Niemiec. Nie wiem, co się z nim dzieje. Podobno 

jego ojciec Stefan szybko sprzedał swoją kolekcję znaczków, a pieniądze roztrwonił, a 
może rozsądnie wydał. Nie wiadomo. Na łożu śmierci kategorycznie zażądał, żeby syn 
zdobył Belgijczyki należące do cioci Róży i mojego ojca. Twierdził, że przy podziale 

background image

został poszkodowany. Małżeństwo Zuzanny i Hansa okazało się niezbyt szczęśliwe i 
pewnie syn miał pretensje do ojca, że wychowywał się bez niego. Przez całe lata narastał 
w nim żal, poczucie krzywdy, które, niestety, przekazał w spadku Klausowi. Karol dostał 
wyrok w zawieszeniu, wcale nie za to, że pod fałszywym nazwiskiem uwiódł Jolkę, za 
co, moim zdaniem, powinien trafić na szafot, ale za współuczestnictwo w próbie 
zawłaszczenia cudzej własności. Raz zadzwonił do Jolki, ale kiedy usłyszała jego głos, 
cisnęła słuchawką tak, że się rozpadła na drobne kawałki. Zdaje się, że Karol znów 
pracuje u bauera.
 

I jeszcze myszka. Rozmawiałam z Marcinem, który zadzwonił, żeby przeprosić. 

Spytałam go, czy wie, skąd te myszy.
 

– Tylko się domyślam – powiedział. – Podarowałaś mi kiedyś tomik swoich 

wierszy z dedykacją: „Najmilszemu Marcinowi, Mysia”. Moim zdaniem pomyliłaś się, 
napisałaś „Mysia” zamiast „Marysia”. Zjadłaś „ar”. Agata mi go zwędziła i widocznie ta 
Mysia bardzo ją zabolała, myślała, że tak cię nazywam. To straszne, co zrobiła, ale, 
proszę, wybacz jej. To moja wina.
 

To wszystko, co mam do opowiedzenia. Same dobre rzeczy. Wciąż sobie 

powtarzam, że nie śnię, ale czasem trudno w to uwierzyć. Na szczęście w takich chwilach
niezawodne okazują się Strofa i ciocia Róża. Jedna mnie strofuje, druga nawiedza w 
snach i przypomina, że w naszej rodzinie nigdy, ale to nigdy nie było głupich kobiet, 
więc prosi, żebym nie rujnowała tej pięknej wielowiekowej tradycji.
 

Aha, jeszcze jedno. Ale o tym za chwilę, bo ktoś dzwoni do drzwi. Pewnie 

Koszałek z jakimś wypiekiem od Koszałkowej albo z kolejnym słoikiem grzybków lub 
malin. Ciągle mnie dokarmiają. Lubię ich. Są naprawdę poczciwi. I ja też jestem 
poczciwa, bo w rewanżu podrzucam im różne tygodniki i pożyczam książki.
 

W drzwiach stoi obcy mężczyzna w zielonej sportowej kurtce. Mam wrażenie, że 

już go gdzieś widziałam, ale moja pamięć jest zawodna, w ogóle jej nie dowierzam: 
większość ludzi, których mijam na ulicy, wydaje mi się znajoma. No cóż, wszyscy są do 
siebie podobni – mają nosy, dwoje oczu, nad oczami brwi, usta, uszy, włosy i całą resztę. 
On też to wszystko ma, i to całkiem w porządku. Stoimy w milczeniu, patrząc na siebie. 
Zachęcam go wzrokiem, żeby wyjawił powód swojej wizyty. W końcu dochodzę do 
wniosku, że albo się pomylił, albo zrobiłam na nim tak piorunujące wrażenie, że 
zaniemówił, albo jest kolejnym sąsiadem, któremu czymś się naraziłam.
 

– Źle zaparkowałam samochód? – zadaję czujne pytanie.

 

Milczy.

 

– Zepsułam drzwi od windy?

 

Milczy.

 

– Aha, pewnie chciałby pan pożyczyć trochę soli. Oczywiście, proszę bardzo, 

mam jej pod dostatkiem, bo mole nie jedzą soli. Wie pan, że kiedyś sól była droższa od 
złota? Ale cukru, niestety, nie mam, od dziesięciu lat, od kiedy się odchudzam. – Milczy. 
– Soli? – pytam błagalnie.
 

– Nie – odzywa się wreszcie. – Papierosa, bo właśnie rzuciłem palenie.

 

– Ciekawe, bo ja też, ale powinnam mieć kilka, proszę wejść, zaraz, gdzie ja je…

 

Zaczynam szukać w szufladzie napoczętej paczki mentolowych vogue’ów, która 

na pewno gdzieś sobie leży, czekając na lepsze czasy, gdy nagle doznaję iluminacji. 
Nieruchomieję.
 

– Maks? – pytam znad szuflady, a on kiwa głową.

background image

 

– Maria?

 

Kiwam głową.

 

– No to dobrze trafiłem.

 

Nie byłabym sobą, gdybym go lojalnie nie ostrzegła.

 

– To się jeszcze okaże.

 

A znaczki wciąż spoczywają w bankowym sejfie i mogę je tam trzymać nawet do 

końca świata. Czasem idę na nie popatrzeć.
 
eh

background image

 

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

 

MUZA SA

 

ul. Marszałkowska 8

 

00-590 Warszawa

 

tel. 22 6211775

 

e-mail: info@muza.com.pl

 

Dział zamówień: 22 6286360

 

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

 

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

 

background image

 


Document Outline