background image

Serge Jacquemard

To niesłychane!

background image

I

– Zgasić papierosy – rozkazał strażnik. – Nie pali się w korytarzu.
– Do diabla – mruknął Rodriguez, gdy Jo Lahaye wysunął się przed niego.
Odbywał się właśnie niezmienny ceremoniał udawania się na mszę. Strażnicy obchodzili 

cele, a więźniowie, którzy chcieli uczestniczyć w mszy, wychodzili i ustawiali się parami w 
głównych korytarzach „bloku” i „okrąglaka”. Potem obie kolumny więźniów spotkały się w 
wielkim hallu wejściowym.

Jeden z oddziałowych stanął przed więźniami i krzyknął:
– Przystępujący do komunii, wystąpić!
Jo Lahaye prześliznął się między dwoma współwięźniami i przyłączył do grupy, która 

zbierała się przed kratą zamykającą dostęp do długiego korytarza prowadzącego do kaplicy. 
Drzwi kaplicy połyskiwały jasnym drewnem i stanowiły miłą oku, cieplejszą plamę na tle 
otaczających je wielkich, szarych kamieni.

Jo Lahaye odszukał wzrokiem Piotra Merceya zwanego Piotrusiem-Adwokatem, Gerarda 

Lesaigneura i Roberta Barradesa, którzy stali już przy samej kracie.

– Po dwóch w szeregu – rozkazał oddziałowy.
Jo Lahaye  zauważył,  że tamci  trzej  ustawili  się po lewej  stronie kolumny więźniów. 

Postąpił tak samo. Jeden ze strażników otworzył kratę i więźniowie, zachowując ustalony 
porządek, weszli do korytarza. Drugi strażnik, który stał przed wejściem do kaplicy, opuścił 
dźwignię, stalowe sztaby przytrzymujące skrzydła drzwi uniosły się posłusznie i drzwi się 
rozchyliły.

Ten sam strażnik poszedł przodem i wprowadził ich do kaplicy.
Zatrzymał się przed ołtarzem, odwrócił i dał znak więźniom, że mogą zająć miejsca w 

ławkach, jeden rząd kolumny z lewej, drugi z prawej strony kaplicy.

Mercey, Barrades i Lesaigneur znaleźli się prawie pośrodku pierwszego rzędu ławek, w 

pewnej odległości od Jo Lahaye  siedzącego na końcu drugiego  rzędu, tuż przy bocznym 
przejściu, w którym stanęli strażnicy.

Bocznymi   drzwiami   wszedł   kapelan,   za   nim   dwaj   więźniowie   służący   do   mszy   i 

rozpoczęło się nabożeństwo.

Piotr Mercey spojrzał kątem oka na Roberta Barradesa i Gerarda Lesaigneura i stwierdził 

z zadowoleniem, że na ich twarzach maluje się spokój.

Najważniejsze, żeby nie wpadli w panikę – pomyślał. O Jo był spokojny, stary gangster 

miał duże doświadczenie.

Udając,  że drapie  się w pierś, podsunął wyżej  imitację  granatu,  którą  jeszcze  w celi 

włożył sobie pod pachę.

Robert i Gerard również przyciskali ramionami do ciała „granaty” sporządzone z miąższu 

background image

chleba   ugniecionego   z  wodą,  wymodelowane  w kształcie   cytryny,   posmarowane   papką  z 
kakao i artystycznie pokratkowane. Zapalnik imitowało wystające z jednej strony zakończenie 
tuby aspiryny ukrytej w środku „granatu”.

Naśladownictwo było dalekie od doskonałości, a pył kakao brudził im ręce, ale była to 

ostateczność przygotowana na wypadek, gdyby Jo nie zdążył dostarczyć im na czas imitacji 
pistoletów.

Stojący na stopniach ołtarza ksiądz właśnie się odwrócił, trzymając w rękach kielich z 

hostią.

Środkiem kaplicy przeszedł oddziałowy i dał znak więźniom z dwóch pierwszych rzędów 

ławek, że mają podejść do ołtarza i klęknąć do komunii.

Mercey, Barrades i Lesaigneur zastosowali się do tego.
Jo Lahaye zawahał się. Zgodnie z planem powinien również podejść do ołtarza. Ksiądz 

oczywiście nie podałby mu opłatka, ale też nie zrobiłby żadnej uwagi w czasie trwania mszy, 
a gdyby nawet klawisze zauważyli incydent, byłoby już za późno na zastosowanie sankcji 
dyscyplinarnych.

Jo Lahaye poczuł się w swojej ławce samotny i jakby obnażony. Kątem oka dostrzegł 

zbliżającego się oddziałowego.

– Co jest grane? – szepnął oddziałowy, pochylając się nad nim.
–   Szefie,   nie   mam   już   chęci   –   odparł   równie   cicho   Jo   Lahaye   z   właściwym   sobie 

akcentem paryskiego ulicznika. – Obiecałem księdzu, że pójdę do komunii, żeby mu zrobić 
frajdę, bo to przyjemny facet, ale właśnie pomyślałem, że to nieelegancko nabierać go w 
takich świętych dla niego sprawach. Więc pomyślałem sobie, że nie pójdę...

Oddziałowy   przyglądał   mu   się   dłuższą   chwilę   z   niedowierzaniem,   ale   nie   dał   się 

wyprowadzić w pole.

– Zobaczymy... Nazwisko, numer rejestru, numer celi?
– Lahaye George, numer rejestru więźniów 15C24, numer akt 14199, cela 32, blok.
Oddziałowy spojrzał podejrzliwie.
– Cela 32? Jesteście pod ścisłym nadzorem?
– Tak.
– Hm...
Jo   odwrócił   głowę   i   spostrzegł   niespokojny   wyraz   twarzy   Merceya   wracającego   z 

Lesaigneurem i Barradesem na miejsca. Ale on sam nie denerwował się. Oddziałowy nie 
mógł teraz nic zrobić. Nie w kaplicy.

Zauważył   niechętne   spojrzenia   rzucane   mu   ukradkiem   przez   więźniów,   którzy   przed 

chwilą   przystępowali   do   komunii.   Nawet   nie   zamierzał   pokpiwać   sobie   z   nich.   Byli   to 
przeważnie więźniowie z małymi wyrokami, nie było wśród nich prawdziwych przestępców. 
Ci   ludzie   wpadli   za   nadużycie   zaufania,   oszustwo,   przestępstwa   przeciw   obyczajności, 
okradanie samochodów, lub też byli to żebracy, którzy chcieli teraz zwrócić na siebie uwagę 

background image

kapelana, aby po wyjściu z więzienia skorzystać z jego rekomendacji i znowu żyć na koszt 
parafii   i   organizacji   dobroczynnych.   Ich   śmietankę   tworzyli   faceci,   którzy   siedzieli   za 
zabójstwo w afekcie. Wszystko to hołota.

Tylko że to ich zezowanie w jego stronę mogło zwrócić uwagę klawiszy.
Nie mógł doczekać się końca mszy. Piotr Mercey miał wrażenie, że nabożeństwo trwa 

dłużej  niż zwykle.  Ale musiało  to być  złudzenie,  po prostu niecierpliwił  się czekając na 
rozpoczęcie akcji. I tak bardzo chciałby wiedzieć, czy się powiedzie!

Gerard Lesaigneur myślał tylko o swoim granacie, przyciskanym zbyt mocno ramieniem 

do boku, lepiącym się nieprzyjemnie do ciała i mokrym od strużek potu spływających spod 
pachy. Barradesowi tak zaschło w ustach, że nie udało mu się przełknąć opłatka komunii: 
przylepił się do podniebienia i za nic nie chciał się odkleić. Robert na próżno przełykał ślinę, 
czy raczej próbował przełykać, i dotykał opłatka koniuszkiem języka, wszystko na próżno. 
Opłatek   tkwił   nieruchomo.   Gdy   dotykał   go   językiem,   Robertowi   zdawało   się,   że   ma 
znieczulone podniebienie, co mu przypominało wyrywanie zębów przez dentystkę z ulicy 
Sainte-Cathérine.

Wreszcie kapelan wypowiedział słowa kończące mszę.
Piotr Mercey rzucił ostatnie spojrzenie na swoich sąsiadów z ławki, zrobił oko, by dodać 

im odwagi i wstał.

Obejrzał się na Jo Lahaye, który skinął głową, dając mu znak, że wszystko w porządku.
Gdy upewnił się o tym, ruszył do środkowego przejścia.
Najpierw mieli opuścić kaplicę więźniowie siedzący w pierwszym rzędzie ławek, to jest 

ci, którzy przystępowali do komunii i których zawsze ustawiano w pierwszych szeregach 
więźniów, aby zmniejszyć do minimum odległość dzielącą ich od ołtarza, do którego mieli 
podejść w czasie komunii.

Część planu Piotra Merceya opierała się właśnie na tym niezmiennym rytuale i dlatego 

dał się kapelanowi namówić na spowiedź i komunię i z kolei skłonił do tego samego Roberta 
Barradesa   i   Gerarda   Lesaigneura.   Teraz,   przepychając   się   trochę,   wszyscy   trzej   zdołali 
wyminąć kilku wyprzedzających ich więźniów w grupie posuwającej się głównym przejściem 
między ławkami.

W   ten   sposób   mogli   jako   pierwsi   wyjść   z   kaplicy   i   dotrzeć   do   kraty   odgradzającej 

korytarz od hallu wejściowego.

Dwunastu   więźniów   dzieliło   ich   od   Jo   Lahaye,   który   próbował   wyminąć   ich   –   bez 

powodzenia – ale nie upierał się specjalnie przy tym, bo nie chciał zwracać na siebie uwagi 
strażników.

Oba rzędy więźniów zatrzymały się przed kratą. Po drugiej stronie stał strażnik z dużym 

pękiem kluczy w ręku i czekał, aż oddziałowy poleci otworzyć kratę.

Oddziałowy  zaś przeszedł   powoli  wzdłuż  kolumny  więźniów,  potem  stanął   tyłem  do 

kraty i skinął ręką w stronę strażnika stojącego z drugiej strony kraty. Strażnik włożył klucz 

background image

do dziurki zamka.

– Stać dwójkami – polecił oddziałowy znudzonym głosem. – I bez głupstw!
Krata uchyliła się pociągnięta z drugiej strony przez strażnika. Robert Barrades udał, że 

niechcący potrącił Gerarda Lesaigneura i zatoczył się na oddziałowego.

– Ach! Co... – zaczął.
– Dalej! – wrzasnął Jo Lahaye.
W czterech susach dopadł kraty.
Piotr Mercey i Gerard Lesaigneur prześliznęli się przez uchyloną kratę i rzucili się na 

strażnika zaskoczonego tym, co mu się przytrafiło.

– Spluwy! Szybko! – krzyknął Mercey.
Straszliwym   ciosem   z   prawej   Robert   Barrades   powalił   oddziałowego   na   ziemię.   Jo 

Lahaye szturchnął go czubkiem buta w brodę. Oddziałowy nie poruszył się.

Tymczasem Jo wyjął spod kurtki imitacje pistoletów i rozdał je kolegom.
Hall opanowało szaleństwo.
Znajdowało się tam czterech strażników, nie licząc tego, który otworzył kratę.
Chcieli biec ku stalowym drzwiom i zaalarmować przez judasz kolegę z drugiej strony, 

ale Jo Lahaye, z pistoletem w ręku, zagrodził im drogę.

– Stać! – rzucił rozkazująco. – Pierwszy, który się ruszy, dostanie w łeb.
Strażnicy zatrzymali się w biegu.
– Cofnąć się – dorzucił. – Twarzą do ściany. Teraz przyszła kolej na was!
Zastosowali się do polecenia.
– Zamknijcie kratę, na miłość boską! – krzyczał Mercey, przystawiając jednocześnie lufę 

pistoletu do pleców strażnika, którego trzymał mocno wraz z Gerardem.

Robert Barrades podbiegł do kraty.
Po   chwili   osłupienia   więźniowie   wracający   z   mszy   ruszyli   się,   chcąc   wykorzystać 

nadarzającą się okazję i również przedostać się do hallu.

Nie   było   to   po   myśli   Merceya,   który   chciał,   by   wszystko   odbyło   się   zgodnie   z 

opracowanym przez niego planem, przy zachowaniu kolejności poszczególnych etapów.

– Wal w nich! – krzyknął do Barradesa. – Żaden nie może wyjść.
I dorzucił pod adresem strażnika:
– Nie ruszaj się, ty tam, to wyjdziesz z tego cało. Przypomnij sobie Buffeta i Bontempsa.
Strażnik nie odpowiedział.
Barrades nie mógł zamknąć kraty. Dwaj więźniowie uczepili się jej, tkwiąc wpół między 

kratą a ścianą. Napierał na nich tłum pozostałych więźniów.

– Wypuście nas! Chcemy wyjść! Pomożemy wam! Banda łobuzów! Chyba nie zostawicie 

nas tutaj! To świnie! Myślą tylko o sobie!

Barrades pchał z całej siły kratę, ale bez powodzenia, więc wyjął nóż, skoczył naprzód i 

uderzył nim w pierś więźnia napierającego całym ciężarem ciała na kratę tak, że prawie zdołał 

background image

przesunąć się na drugą stronę.

Ten jęknął przeraźliwie i padł w tył, przygniatając swoim ciałem drugiego więźnia.
Straszliwa cisza zapanowała nagle w hallu i w korytarzu prowadzącym do kaplicy. Jo 

wybuchnął śmiechem.

– Możesz teraz zamknąć – powiedział do Barradesa.
Mercey postanowił natychmiast wykorzystać to zdarzenie.
– Widziałeś, co się stało? – powiedział zgryźliwie do strażnika, którego trzymał pod lufą.
Z gardła strażnika wydobył się nieartykułowany dźwięk.
– Dobrze. Jeśli nie chcesz, żeby i tobie to się przytrafiło, będziesz grzecznie robił, co ci 

każę. Podejdziesz do judasza. Oczywiście, my pójdziemy razem z tobą, ale schowamy się za 
ciebie. Naciśniesz dzwonek. Twój kolega otworzy okienko. Wtedy powiesz, że wybuchł bunt 
i żeby ci szybko otworzył drzwi. Zrozumiałeś?

– Tak jest – wybełkotał strażnik.
– Dobrze. To nie wszystko. Staniesz tak, żeby twoja twarz zakrywała judasz i żeby twój 

kolega nie mógł zobaczyć, co tu się dzieje. Rozumiesz?

– Rozumiem.
– Gdyby się pytał, to bunt wybuchł w korytarzu prowadzącym do kaplicy.
Więźniowie zamknięci w tym korytarzu właśnie znowu zaczęli krzyczeć, co przydawało 

wiarygodności słowom, które miał wypowiedzieć strażnik.

–   Powiesz   też,   że   zbuntowani   więźniowie   wzięli   strażników   jako   zakładników. 

Zapamiętałeś wszystko?

– Tak – zapewnił słabym głosem strażnik.
– Lepiej będzie, jak dobrze zapamiętasz, jeśli chcesz wyjść z tego żywy.
– Zastosuję się do tego – drżąc wyjąkał strażnik.
Mercey rozejrzał się po hallu. Wszystko było w porządku. Za kratą „bloku” stało kilku 

strażników wymyślających głośno, ale żaden z nich nie odważył się otworzyć kraty.

Gerard stanął naprzeciw nich, pokazując im imitację pistoletu, lecz w taki sposób, by nie 

mogli odgadnąć niegroźnego charakteru tej broni. Ich przekleństwa nie robiły na nim żadnego 
wrażenia.

– Ty świnio, zobaczysz, jak się znowu dobierzemy do ciebie!
– Ty gnojku, zapłacisz nam za to!
– Nie uciekniesz daleko, ty, ja ci to mówię!
– Czeka cię gilotyna, dostaniemy cię!
Przy   drzwiach   do   „okrąglaka”   Robert   Barrades   pilnował   innej   grupy   strażników 

zachowujących ostrożnie dystans między nim a sobą.

Mercey dał znak ręką Jo Lahaye’owi.
– Niech odejdą stąd!
Jo podszedł do czterech strażników, których  pilnował, i kazał im przejść w kierunku 

background image

korytarza prowadzącego do „okrąglaka”.

Robert Barrades odsunął się, by ich przepuścić.
– Jak się nazywasz? – Mercey spytał strażnika.
– Coulissier – odrzekł ochryple strażnik.
–   Posłuchaj,   Coulissier,   teraz   kolej   na   ciebie.   Zapamiętaj   dobrze   instrukcje,   jakie   ci 

dałem. Wiedz jedno: jeśli twój kolega nie otworzy drzwi, ty już nie żyjesz. Daję ci pół minuty 
na zebranie sił. Potem idziemy.

Po upływie trzydziestu sekund popchnął strażnika przed sobą.
Gdy podchodzili do ciężkich, stalowych drzwi, Mercey pochylił się i schował za plecami 

strażnika.

Strażnik, na którego twarzy widniały krople potu, zatrzymał się.
– Dzwonek – powiedział Mercey.
Strażnik powoli nacisnął dzwonek i po chwili okienko otworzyło się.
– A to ty, Coulissier – powiedział mrukliwie jakiś głos. – O co chodzi?
– Te typy zbuntowały się – jęknął Coulissier.
– Psiakrew!
– Otwieraj, szybko!
– Nic nie widzę. Odsuń się, do cholery, żebym mógł zobaczyć, co się dzieje! Przykleiłeś 

się do okienka, czy co!

– Szybko, Marchal, otwieraj!
Marchal nadstawił ucha.
– Psiakrew, to prawda! Słyszę krzyki. Jaki harmider!
Coulissier czuł, że lufa pistoletu wciska mu się coraz mocniej w plecy.
– Wzięli kolegów jako zakładników – dodał pospiesznie. – Otwieraj, nie chcę tu paść 

trupem!

– Poczekaj – powiedział szybko Marchal – zawiadomię wartownię. Nie ruszaj się stąd!
–   Nie!   –   wrzasnął   Coulissier.   –   Otwieraj,   mówię   ci,   zabiją   mnie,   jeżeli   zaraz   nie 

otworzysz! Oni tu idą, już są tam z tyłu, nie widzisz ich, ale... A... a... ach!

Wrzasnął przeraźliwie. Mercey właśnie przeorał mu nożem skórę na plecach.
– Zabijają mnie!
– Cholera! – jęknął Marchal.

* * *

René Estebeteguy miał już zupełnie mokre dłonie. Gorączkowo spoglądał na zegarek. 

Wiedział, o której godzinie kończy się zwykle niedzielna msza w więzieniu i dziwił się, że nic 
się nie dzieje.

Trudno   –   pomyślał   –   nie   można   już   dłużej   czekać,   inaczej   nic   się   nie   uda.   Trzeba 

wykazać się własną inicjatywą. Piotruś-Adwokat na pewno to doceni. To fachowiec.

background image

Spojrzał   jeszcze   raz   na   starannie   zabarykadowane   drzwi   biblioteki   i   otworzył   okno. 

Wychylił się ostrożnie i przyjrzał się z uwagą stalowej bramie pomalowanej na jasnoszary 
kolor   odbijający   od   brudnozielonych   kamieni   wysokiego   muru   otaczającego   podwórze   z 
prawej i z lewej strony. Wiedział, że za każdym skrzydłem tej bramy stoi dwóch policjantów 
uzbrojonych w karabiny maszynowe. Nie widział tam jednak żadnego poruszenia. Spojrzał 
teraz   na   wejście   do   więzienia.   Główne   drzwi   były   jak   zwykle   otwarte.   Okna   budynku 
wychodziły na biuro i na wartownię. Dwa ostatnie okna, położone najbliżej wejścia, należały 
do kancelarii więziennej. W biurze nie było nikogo, to była niedziela.

Za to w wartowni siedziało dwunastu strażników grając w karty, czytając lub słuchając 

audycji   radiowych   z   przenośnych   tranzystorków.   Widać   było   także   dowódcę   straży 
rozmawiającego  z trzema  oddziałowymi  w pomieszczeniu  kancelarii  więziennej. Siedzieli 
tam też dwaj więźniowie funkcyjni, obliczając coś na kalkulatorach.

Położył   się   na   podłodze,   uchylił   okno   i   zaczął   umocowywać   do   framugi   okna   haki 

drabinki sznurowej.

Kiedy skończył, przeszedł na czworakach do drzwi, zostawiając za sobą rozwinięte sześć 

metrów   drabinki.   Gdy   już   ją   zupełnie   rozwinął,   sprawdził,   czy   haki   są   dobrze   wbite, 
pociągając mocno kilka razy za ostatni szczebel drabinki.

Zadowolony z rezultatu, przywiązał do końców obu sznurów drabinki dwa brezentowe 

worki,   do   których   przedtem   włożył   najcięższe   książki,   jakie   tylko   znalazł   na   półkach 
biblioteki   i   do   każdego   jeszcze   pięciokilogramową   żeliwną   formę   odlewniczą.   Kilka   dni 
wcześniej przyniósł je do Pałacu Sprawiedliwości

1

, schowane w teczce na dokumenty.

Każdy worek ważył jakieś dwadzieścia kilo. Miały one zapobiec zwijaniu się drabinki i 

jednocześnie zapewnić jej obciążenie.

Gdy  skończył,   przesunął   worki   pod   okno   i   poczołgał   się   z   kolei   po   worek   plażowy 

zawierający   pięć   pistoletów,   zapasowe   magazynki,   dwa   pistolety   maszynowe   i   granaty 
dymne.

Prawdziwy   arsenał   –   pomyślał   z   radością.   Piotruś-Adwokat   będzie   zadowolony! 

Kosztowało to pół kawałka

2

, ale inwestycja była tego warta.

Odsunął nieco worki i wyjrzał na dziedziniec. Za oknem nic się nie zmieniło. Opanował 

go niepokój. Co oni tam robią?

Znowu spojrzał na zegarek. Upłynęło  zaledwie  dziesięć  minut.  Zbeształ  się w myśli. 

Ostatecznie,   ucieczka   z   więzienia   to   nie   chleb   z   masłem.   Za   bardzo   się   denerwował   – 
pomyślał – nigdy przedtem nie miał do czynienia z takim wielkim skokiem!

Nagle drgnął...
Tam na dole, w kancelarii, działo się coś dziwnego!
Już się nie wahał. Podniósł się szybko, otworzył szeroko okno, schylił się, podniósł jeden 

z wielkich worków, postawił na parapecie, to samo zrobił z drugim workiem i pchnął je z 

1 siedziba sądu
2 tu: pół miliona starych franków

background image

całych sił, dysząc ciężko z ogromnego wysiłku i krzywiąc się pod wpływem przeszywającego 
bólu mięśni brzucha.

Worki spadły na ziemię, drabinka naprężyła się, haki zaskrzypiały, ale nie wysunęły się 

nawet na milimetr.

W jednej chwili założył na szyję pasek worka plażowego, przerzucił nogi przez okno, 

uchwycił się drabinki i spuścił się po niej tak szybko, jak tylko mógł...

* * *

Marchal opuścił drążek przekładni elektrycznej, szybko otworzył drzwi i jednocześnie 

wściekłym ciosem pięści uruchomił dzwonek alarmowy umieszczony tuż koło drążka.

W kancelarii więziennej rozległ się ostry dźwięk sygnału i poderwał na nogi tych, którzy 

się tam znajdowali: dowódcę straży, trzech oddziałowych i dwóch więźniów funkcyjnych.

W pomieszczeniu wartowni strażnicy rzucili karty, zostawili gazety i tranzystory, zerwali 

się   z   miejsc   i   potrącając   się   nawzajem,   podbiegli   do   stojaka   z   bronią,   niepotrzebnie   się 
spiesząc,   bo   to   dowódca   straży   miał   kluczyk   do   wielkiej   kłódki   spinającej   łańcuch 
przewleczony przez kabłąki karabinów.

Gwałtownym ciosem w bok Mercey rzucił Coulissiera na ziemię i skoczył naprzód.
Marchal   był   zaskoczony   nagłym   atakiem,   ale   nie   stracił   zimnej   krwi.   Spróbował 

kopniakiem zamknąć drzwi, a jednocześnie jego lewy – w który włożył cały ciężar swoich 
dziewięćdziesięciu kilo – Spadł na ramię Merceya. Merceya rzuciło w tył i o mało co nie 
upuścił pistoletu.

– Nie wygłupiaj się, bo strzelam – wymówił z trudem, gdy tylko odzyskał oddech po 

gwałtownym zetknięciu się z twardą, stalową ścianą.

Marchal spojrzał na drewniany pistolet i cofnął się o krok.
W tym momencie do korytarza wpadł René Estebeteguy.
Skierował   na   dowódcę   straży   i   trzech   oddziałowych   biegnących   tu   z   kancelarii   lufę 

trzymanego   w   rękach   pistoletu   maszynowego   i   o   mało   co   nie   wysłał   im   serii,   tak   się 
denerwował.

– Nie ruszać się – rozkazał głosem, który wreszcie udało mu się opanować.
Tamci zatrzymali się w miejscu.
Drugą, wolną ręką René Estebeteguy zdjął z karku worek plażowy, postawił na ziemi i 

kopnął w kierunku Merceya.

– Spluwy – rzekł lakonicznie. – Uważajcie, bezpieczniki są naciągnięte, ale w lufach są 

kule.

– Dobra robota – pochwalił zwięźle Mercey.
W mgnieniu oka otworzył worek i wyjął z niego pistolet maszynowy.
Wycelował go w kierunku tych strażników, którzy zdecydowali się wybiec z wartowni, 

gdy nie pojawił się tam dowódca straży, aby zdjąć łańcuch z ich karabinów.

background image

– Bez zbędnych ruchów, chłopcy, a wszystko będzie dobrze. Nie zrobimy wam nic złego. 

Po   prostu   chcemy   się   stąd   wydostać,   to   wszystko.   Ale   jeżeli   któryś   z   was   zechce   się 
wygłupiać, jeżeli choć spróbuje, to ma zapewniony medal pośmiertny za odwagę!

Nikt się nie ruszył.
Dowódca straży, trzej oddziałowi, Marchal, więźniowie funkcyjni i strażnicy z wartowni 

przeszli przez stalowe drzwi do głównego hallu.

–   Ty   zostajesz   tutaj   –   rozkazał   Mercey   Renému.   –   Pilnuj   dziedzińca,   kancelarii   i 

korytarza oddziału kobiecego. Jeżeli zadzwoni telefon, rób co chcesz, ale musisz przyjąć!

Widząc, jak Mercey podaje broń Lesaigneurowi, jeden ze strażników pilnowanych przez 

Barradesa zrozumiał nagle, że zostali wystrychnięci na dudka.

– Chłopaki! – wrzasnął. – Oni nas nabrali! Mają lipne pistolety!
I skoczył głową naprzód. Grał w drużynie C. A. Beglais i technika gry w rugby bardzo 

mu się teraz przydała w operacji powalenia Barradesa na ziemię.

Już miał zabrać się za następnych, gdy do akcji wkroczył Jo Lahaye.
Przed   chwilą   dostał   od   Merceya   pistolet   i   bez   wahania   strzelił   w   górę.   Nie   miał 

najmniejszego   zamiaru   zabijać   strażników,   ani   nawet   ranić   któregoś   z   nich.   Nie   znosił 
niepotrzebnego przelewania krwi. Wystrzelił tylko po to, by ich nastraszyć.

Dwa wystrzały wystarczyły. Strażnicy zrozumieli, że to nie przelewki.
Mercey   pobiegł   do   hallu.   Stanął   przed   strażnikami,   którzy   wycofali   się   w   kierunku 

„okrąglaka” i zatrzymał ich, wywijając pistoletem maszynowym.

– Niech wystąpi ten, który ma klucz do „bloku”! – polecił ostrym głosem.
Nikt się nie ruszył.
– Bardzo dobrze – uśmiechnął się. – Liczę do dwóch i strzelam. Potem obszukam trupy... 

i znajdę ten przeklęty klucz.

Podniósł wyżej pistolet, ujął go mocniej w rękach i wycelował.
– Raz! – zaczął.
– Nie bądź idiotą, Schneider – krzyknął nagle któryś z oddziałowych. – Daj klucz!
Zaraz odezwały się inne głosy.
– Schneider, słyszysz? To szaleńcy, zabiją nas wszystkich!
– Nie udawaj bohatera! Daj mu ten klucz!
– Dawaj ten idiotyczny klucz, mówię ci!
– Dwa! – huknął Mercey tak głośno jak tylko mógł, by przekrzyczeć panujący hałas.
Z grupy strażników wypadł nagle jak z katapulty mężczyzna wypychany przez dziesiątki 

niecierpliwych rąk i o mało co nie upadł u stóp Merceya. Niechętnie wyciągnął z kieszeni 
klucz i podał go Merceyowi. Ten szybko go pochwycił i rzucił się pędem w stronę drzwi 
„bloku”. Odepchnął na bok Lesaigneura i w jednej chwili otworzył drzwi. Znajdujący się za 
nimi strażnicy uciekli na drugi koniec korytarza.

Mercey   przechylił   się   przez   biurko   dyżurnego   oddziałowego   „bloku”   i   zdjął   klucz 

background image

zawieszony pod czerwoną naklejką na drewnianej tablicy.

Razem   z   Lesaigneurem   podbiegł   do   drzwi   celi   umocnionego   nadzoru,   pospiesznie 

otworzył zamek, pociągnął drzwi i wpadł do środka.

Niemal potrącił Christiana Sancy.
– Piotrek! – krzyknął Sancy. Jego twarz wyrażała osłupienie.
W drugim końcu celi stał śmiertelnie blady strażnik Lemaire z wzrokiem utkwionym w 

lufę pistoletu Merceya, trzymając się kurczowo prętów kraty.

– Ja mam żonę i dzieci... – wybełkotał.
– Cześć, stary! – rzucił Mercey, nie zwracając uwagi na strażnika. – Dobra. Nie ma czasu 

do stracenia.

Dotarli do głównego hallu w chwili, gdy jakiś dźwięczny głos przedarł się przez krzyki 

tych więźniów, którzy byli przedtem na mszy, poprzez hałas wywołany wściekłym kopaniem 
drzwi przez więźniów zamkniętych w celach na piętrach wyczuwających, że dzieje się coś 
niezwykłego.

– Mercey! Bądźcie rozsądni! – krzyczał głos. – Rzućcie broń! Nie wygłupiajcie się! To 

do niczego nie doprowadzi!

Mercey poznał głos kapelana. Spojrzał w tamtą stronę.
Ksiądz   utorował   sobie   drogę   do   kraty   i   potrącany,   narażony   na   ciosy   pięści 

rozwścieczonych więźniów, uczepił się rozpaczliwie prętów kraty tak, by nie dać się od niej 
oderwać i krzyczał ze wszystkich sił:

– Mercey! Mercey! Wracaj!
Mercey otworzył  szeroko stalowe drzwi, a Jo Lahaye  i Robert Barrades podbiegli do 

niego.   Na   ich   widok   René   Estebeteguy   zarzucił   na   szyję   pasek   swojego   pistoletu 
maszynowego i popędził do drabinki sznurowej.

– Jo, zamknij za nami drzwi! – krzyknął Mercey.
René Estebeteguy pospiesznie wdrapał się na drabinkę i dostał się do biblioteki.
Wyciągnął rękę do Christiana Sancy i pomógł mu przejść przez parapet okna.
Mercey,   Barrades,   Jo   Lahaye   i   Gerard   Lesaigneur   wchodzili   kolejno   po   drabince   do 

biblioteki.

– I co teraz robimy? – spytał niecierpliwie Mercey, patrząc na Renégo.
– Tędy, szybko! – odpowiedział tamten.
Wyszli drzwiami z biblioteki, przeszli długim, skręcającym w bok korytarzem i zbiegli po 

śliskich, zadeptanych stopniach wąskich, kamiennych schodów.

Znaleźli się w wysoko sklepionej sali o ścianach ociekających wilgocią. Po przeciwnej 

stronie   sali   widoczne   było   wejście   do   mrocznego   korytarza   oświetlonego   skąpo   jedną 
żarówką umieszczoną na suficie.

Za przykładem Renégo przebiegli przez długi korytarz skręcający pod kątem prostym i 

wreszcie ujrzeli światło dzienne.

background image

René Estebeteguy dał im znak gestem ręki, aby się zatrzymali.
– Zobaczę, czy wszystko jest w porządku – powiedział.
Po chwili wrócił.
– Dobra jest, idziemy!
Wyszli na dwór z uczuciem ulgi.
Przed drzwiami czekały na nich dwie furgonetki.

background image

II

René Estebeteguy znalazł im doskonałą kryjówkę.
Był to stary dom z początków ubiegłego stulecia, który jeszcze pół wieku temu musiał 

być w dobrym stanie. Teraz był mocno podniszczony i przypominał niemłodą kobietę, która 
kiedyś raz na zawsze zdecydowała się na starość, pogodziła się z nią i z rezygnacją poddała 
się niszczącemu działaniu czasu.

Był obszerny, jak obszerne bywały budowane niegdyś pańskie siedziby. Stał w rozległym 

parku   porośniętym   chwastami   i   polnymi   kwiatami,   które   znalazły   sprzyjające   warunki 
rozwoju w cieniu sędziwych lip.

Park   był   ogrodzony   trzymetrowej   wysokości   murem   pokrytym   szklaną   stłuczką. 

Wewnątrz ogrodzenia, pomiędzy lipami, kryty się zastawione tu i ówdzie wilcze wnyki.

Posiadłość   ta   kryła   się   wewnątrz   Bouscatu

3

  na   końcu   jakiejś   ślepej   drogi   pokrytej 

usianym dziurami asfaltem.

Czyż nie idealna kryjówka?
Stałymi jej mieszkańcami była para ludzi równie zżartych rdzą czasu, jak ich domostwo.
On, Wiktor, był dawniej fałszerzem pieniędzy i spędził więcej czasu na ciężkich robotach 

niż na wolności.

Ona, Honoryna, niska, szczuplutka, miała rzadkie włosy, twarz pomarszczoną niczym 

skóra słonia i oczy szare jak wzburzone morze u wybrzeży Bretanii, jej stron rodzinnych. 
Wiecznie   zatroskana   jak   ktoś,   kto   poznał   tylko   gorszą   stronę   życia,   przypominała 
bezdomnego   kota,   któremu   widok   ludzkiej   nogi   kojarzy   się   wyłącznie   z   grożącym   mu 
kopniakiem.

Kupno tej zagrożonej  ruiną posiadłości pochłonęło wszystkie niewielkie  oszczędności 

tych dwojga staruszków. Zamknęli się w niej jak w pustelni, z dala od ludzi, i oczekiwali 
śmierci, zastanawiając się, które z nich opuści wpierw swojego współmałżonka.

Co ich łączyło z Estebeteguyém, pochodzącym zresztą z Bordeaux i znającym te okolice? 

Dlaczego   zgodzili   się   udzielić   schronienia   pięciu   zbiegłym   przestępcom,   kryminalistom, 
których będzie niebawem poszukiwać cała policja francuska i których wykrycie w tym domu 

3 region w departamencie Bordeaux

background image

oznaczałoby dla dwojga starych więzienie do końca życia? – zastanawiał się Mercey.

Żądza zysku?
Czy René Estebeteguy obiecał im jakąś większą sumę?
Jeżeli tak, to okazał się bardzo dyskretny w tej sprawie i wykręcał się od odpowiedzi na 

wszelkie pytania.

To zresztą nie ma znaczenia – westchnął. Mieli tu zostać tylko kilka dni. Potem opuszczą 

te strony.

Postanowił wracać z przechadzki do domu. Właśnie odbył dłuższy spacer po parku dla 

zdrowia,   po   zbyt   obfitym   obiedzie   przygotowanym   przez   Honorynę   i   wykorzystał   tę 
sposobność, by dokonać dokładnej inspekcji terenu.

Wystrzegając   się   wchodzenia   na   tereny   porośnięte   chaszczami   i   dzikimi   kwiatami 

kryjącymi wilcze wnyki i pilnując się wąskich ścieżek, wrócił do domu.

Wiktor  drzemał  na kanapie.  Jo Lahaye,  Christian  Sancy,  Gerard  Lesaigneur  i Robert 

Barrades siedzieli przed starym, rozregulowanym telewizorem. Nie było tu ani Estebeteguya, 
ani Honoryny.

Policja zaczęła przeszukiwać teren. Głos lektora zabrzmiał teraz radośnie:
„...niebywały tłum zebrał się dziś na nowym, bogato Wyposażonym Parku Książęcym, 

gdzie już po raz drugi odbywają się finały mistrzostw Francji w piłce, nożnej...”

* * *

Bernard Charigués, osobistość niezastąpiona w branży budownictwa i robót publicznych, 

przyjechał na lotnisko Merignac wielką, czarną limuzyną, którą oddał mu do dyspozycji Jean-
Luc Borton.

Jean-Luc   Borton   siedział   zresztą   obok   niego   w   samochodzie.   Sekretarka   osobista 

Chariguésa,   jego   przyjaciółka   i   osoba   do   wszelkich   poruczeń,   Korynna,   siedziała   obok 
szofera w liberii.

– Sądzi pan, że to się uda? – spytał Borton.
– A jakże, mój drogi!
Samochód zatrzymał się przed szlabanem zamykającym dostęp do części płyty lotniska 

zarezerwowanej   dla   prywatnych   samolotów.   Wartownik   przycisnął   dźwignię   i   szlaban 
powędrował do góry.

Limuzyna ruszyła naprzód tak cicho, jak drapieżnik zbliżający się do swojej ofiary.
Samolot Mystere 20 stał już na pasie, gotów do startu.
Ten Dubois to dobry pilot – pomyślał z zadowoleniem Charigués. Jak zawsze, miał nosa 

angażując go do pracy.

Samochód zatrzymał  się tuż koło samolotu.  Charigués chwycił  swoją ciężką  teczkę i 

wysiadł. Borton pomógł Korynnie wydostać się z wozu.

Słychać   było   warkot   silników.   Ten   Dubois   nie   tracił   czasu.   Charigués   pospiesznie 

background image

uścisnął rękę Bortonowi i pchnął lekko Korynnę w stronę samolotu, aby uciąć pożegnalną 
gadaninę Bortona.

– Będę telefonować i informować pana na bieżąco – rzucił mu przez ramię.
Spojrzał na długie, zgrabne nogi Korynny wchodzącej po schodkach do samolotu i poczuł 

nagły przypływ pożądania.

Gdy sam stanął na ostatnim stopniu, odwrócił się i pomachał ręką odchodzącemu już 

Bortonowi, przesunął wzrokiem po kolorowych światełkach na szczycie wieży kontrolnej i 
postawił nogę wewnątrz samolotu.

Chwyciły  go dwie ręce i wciągnęły siłą do środka. Trzecia  ręka rozgniotła  mu  usta. 

Popchnięto go bezceremonialnie na fotel.

– Siedź cicho, a nic ci się nie stanie – szepnął mu ktoś do ucha.
Usłyszał trzask zamykanych drzwi i zaraz potem głos Dubois zwracającego się do wieży 

kontrolnej o zezwolenie na start, następnie przekazany pilotowi komunikat meteorologiczny, 
wreszcie ogłuszający warkot.

Dubois znalazł się w powietrzu, ucisk na wargach Chariguésa zelżał.
– Korynno! – zawołał.
– Jestem tutaj – odpowiedziała przestraszonym głosem.
Trochę uspokojony, postanowił rozejrzeć się w sytuacji. To niesłychana historia!
W   kabinie   panowały   ciemności   rozpraszane   jedynie   światełkami   tablicy   rozdzielczej. 

Spojrzał w drugą stronę i domyślił się, że jest obserwowany.

– Gdybyście mi wyjaśnili... – wykrztusił.
– Tu nie ma  nic do wyjaśniania  – odparł sucho Piotr Mercey.  – Potrzebujemy pana 

maszyny. Korzystamy z niej, to wszystko. Siedźcie spokojnie wszyscy troje, a nic złego wam 
się nie stanie. Pana pilot jest uprzedzony. Zrozumiał. Ma żonę i troje dzieci i bardzo mu 
zależy, by mógł dalej nimi się opiekować. Niech pan postępuje tak jak on, a po przybyciu do 
Paryża   będzie   pan   wolny.   Zastanawiam   się   zresztą,   co   innego   może   pan   zrobić,   zanim 
wylądujemy.

Siedzący za nim Jo Lahaye roześmiał się drwiąco.
– Chyba że chciałby popełnić samobójstwo!
– Na razie niech mi pan poda swoją teczkę – powiedział Mercey.
Charigués drgnął i przycisnął teczkę do piersi.
– Tam są tylko dokumenty, które was nie zainteresują.
– Pana dokumenty nie obchodzą mnie. Szukam tylko pieniędzy.
– Pieniądze są w moim portfelu.
– Niech mi pan więc da i to i to, i teczkę i portfel. Oddam panu wszystko prócz pieniędzy.
Charigués niechętnie zastosował się do polecenia.
– Po co porwaliście mój samolot? – spytał. – Żeby mi wszystko odebrać?
– Nie zadawaj pytań – przerwał bezceremonialnie Sancy. – Tracisz tylko czas. I tak nie 

background image

dostaniesz odpowiedzi. Rób tylko to, co ci się każe.

Mercey wyjął z portfela jego zawartość i oddał go właścicielowi wraz z teczką.
– Teraz pani, ślicznotko – poklepał Korynnę po ramieniu. – Proszę mi dać torebkę.
Posłuchała bez słowa.
Tym   razem   Charigués   wpadł   we   wściekłość,   zapomniał   o   ostrożności   i   zerwał   się   z 

miejsca. Chciał rzucić się na Merceya, lecz nagle poczuł dźgającą go w kark lufę pistoletu.

– No, no, bez głupstw – powiedział cicho Sancy. – Nie zrobimy nic złego twojej damie. 

Chcemy tylko zabrać jej forsę. Ty jej przecież zwrócisz, co? My bardziej potrzebujemy forsy 
niż ona. To dla ciebie kropla w morzu w porównaniu z całą tą flotą, którą zarabiasz na tej 
umowie, którą dzisiaj podpisałeś.

To   ostatnie   zdanie   zaniepokoiło   Chariguésa:   A   jeśli   to   byli   ludzie   wynajęci   przez 

konkurencyjne firmy, zazdrosne o jego sukcesy w interesach?

Opadł bezwładnie na miejscu.
– O, właśnie! – pochwalił go Sancy pobłażliwym tonem. – Już zrozumiałeś? Nikt tu ci źle 

nie   życzy.   My   chcemy   po   prostu   dostać   się   do   Paryża.   Mamy   po   uszy   wina   Bordeaux 
robionego z winogron zebranych w Corbières

4

.

Mercey oddał torebkę Korynnie i przesunął się do pilota.
– Uważaj, tylko bez kawałów – powiedział. – Nie próbuj wysadzić nas w jakimś innym 

miejscu. Zaufaliśmy ci. Jeżeli nas oszukasz, wiesz, co cię czeka?

Dubois nie odpowiedział. Patrzył przed siebie i zaciskał ręce na drążkach steru.
W kabinie zapanowała cisza.
Mercey usadowił się wygodnie w fotelu i pogratulował sobie w myśli. Jeszcze raz jego 

plan sprawdził się.

Jeżeli wydostając się z więzienia musieli chwilami improwizować, to przynajmniej ta 

ostatnia operacja obyła się bez niespodzianek. Co prawda, sprzyjała im noc.

Mógłby wyrecytować z pamięci artykuł z gazety, który przyspieszył sprawy i skłonił go 

do   powiadomienia   Estebeteguya,   że   wyjadą   w   najbliższą   niedzielę,   to   znaczy   o   tydzień 
wcześniej, niż przewidywali.

„We   wtorek   po   południu   przyjedzie   do   Bordeaux   pan   Bernard   Charigués,   znany 

przedsiębiorca budowlany, aby podpisać kontrakt, o który pertraktował z zarządem miejskim, 
na wyburzenie i przebudowę dzielnicy Saint-Michel.

W   kołach   dobrze   poinformowanych   mówi   się,   że   kontrakt   będzie   opiewał   na   kwotę 

pięćdziesięciu milionów nowych franków; sumę tę zapewnią trzy źródła: rząd, zarząd miasta 
i, prócz tych funduszy państwowych, także kapitał prywatny.

Pan Charigués, który jak zwykle podróżuje na pokładzie swojego samolotu Mystere 20, 

odleci do Paryża tego samego dnia wieczorem.

Należy przypuszczać, że...”

4 masyw górski w Pirenejach Wschodnich, dość odległy od rejonu Bordeaux

background image

Telefon na lotnisko Merignac, by upewnić się, że samolot  tam właśnie wylądował,  i 

sprawa załatwiona.

Reszta, to już była  dziecinna zabawka: ostrożnie wyjść z domu Wiktora i Honoryny, 

wsiąść do furgonetki prowadzonej przez Barradesa i przejechać okrężnymi uliczkami przez 
miasto, aby dostać się do Merignac, wreszcie zaczaić się przy drucianej siatce odgradzającej 
lotnisko. Gerard pierwszy odkrył miejsce postoju Mystere 20. Był to zresztą jedyny samolot 
tej firmy stojący na części płyty zarezerwowanej dla prywatnych samolotów.

Podeszli bliżej, pod siatkę.
Pilot spacerował tam i z powrotem po betonowych płytach w pobliżu samolotu. Od czasu 

do czasu oddalał się, by zapalić papierosa, opierając się plecami o ścianę hangaru.

Christian bez trudu przeciął siatkę, posługując się wielkim przecinakiem, przewidująco 

zabranym do samochodu. Potem kolejno przecisnęli się przez wycięty otwór.

Koło   hangaru   nie   było   nikogo,   a   pilot   zaskoczony   niespodziewanym   przebiegiem 

wypadków nie stawiał oporu. Szybko zdał sobie sprawę, że to nie żarty, rozumiejąc dobrze, z 
której strony jest posmarowana jego kromka chleba, jak mówią Amerykanie.

Piotr   Mercey   nie   zapomniał   o   zdjęciu   tablic   rejestracyjnych   z   furgonetki,   zanim   ją 

zostawili na lotnisku.

Teraz nagle dotknął ramienia Chariguésa.
– Czy będzie czekał na pana samochód na lotnisku Le Bourget?
– Tak – mruknął rekin robót budowlanych.
– Pana prywatny wóz?
– Tak.
– Jakiej marki?
Tamten zawahał się.
– Jakiej marki? – naciskał Mercey.
– Rolls.
Mercey skrzywił się. Za bardzo rzucający się w oczy,  jak na samochód ludzi, którzy 

chcieli ujść niepostrzeżeni.

Wstał i podszedł do pilota.
Dubois usłyszał, że zbliża się i odwrócił głowę, marszcząc gęste brwi.
– Ile czasu potrzebujesz, żeby dostać połączenie radiowe z Le Bourget?
– Już mam.
–   Dobrze.   Więc   przekaż   im,   że   pan   Charigués   życzy   sobie,   żeby   dwa   wynajęte 

samochody   czekały   na   niego   na   lotnisku.   Dwa   peugeoty   604,   jeśli   to   możliwe.   I   żeby 
podstawili je do samolotu, razem z rollsem. Pan Charigués nie zdąży podpisać umowy na 
wynajem   samochodów.   Będzie   się   spieszył.   Niech   mu   wyślą   umowę   do   biura.   Z 
przyjemnością podpisze i wyśle wraz z czekiem. Do umowy trzeba wpisać termin wynajęcia 
dwadzieścia  cztery godziny.  Oczywiście, chodzi o samochody bez szofera. I, powtarzam, 

background image

wszystkie auta mają być podstawione u wyjścia z samolotu. Zrozumiałeś? Powtórz.

Dubois posłusznie powtórzył.
– Dobrze – pochwalił Mercey. – Teraz wal. Wezwij lotnisko.
Dubois włączył przycisk nadajnika i po paru daremnych próbach udało mu się połączyć z 

lotniskiem. Przekazał bezbarwnym tonem polecenia Merceya i poprosił o potwierdzenie ich 
wykonania.

–   Alfa   Tango   Charlie   –   brzmiał   nosowo   głos   jego   rozmówcy   –   wezwiemy   was   i 

potwierdzimy.

– O której lądujemy? – spytał Mercey.
– Za jakieś czterdzieści minut – odpowiedział Dubois obojętnie, koncentrując uwagę na 

swoich przyrządach.

Mercey wrócił na fotel. W przejściu Christian szturchnął go po przyjacielsku.
– Wszystko pójdzie dobrze, stary.
– Mam nadzieję – mruknął Mercey.
Po upływie dziesięciu minut radio znowu zatrzeszczało.
– Alfa Tango Charlie?
– Alfa Tango Charlie, słucham – pospiesznie odpowiedział Dubois.
– Alfa Tango Charlie, zgoda na dwa wynajęte auta. Peugeot 504 i renault 17, jeżeli wam 

pasuje.

– W porządku – podpowiedział Mercey ze swojego miejsca.
– Pasuje – odpowiedział krótko pilot.
– Agencja Hertza z przyjemnością załatwi zlecenia pana Chariguésa. Niech się nie martwi 

o umowę. Będzie załatwiona  tak, jak sobie życzy.  Oba samochody będą podstawione do 
samolotu, także rolls pana Chariguésa. Czy jeszcze coś, Alfa Tango Charlie?

– Nie, to wszystko, dziękuję.
– Dziękuję.
– Wzywam wieżę kontrolną, wzywam wieżę kontrolną – podjął Dubois. – Tu Alfa Tango 

Charlie...

Samolot  zaczął  schodzić. Mercey odwrócił się do okna i przez chwilę przyglądał się 

migocącym w ciemności światełkom Paryża.

Kiedy Dubois dostał z wieży kontrolnej zgodę na lądowanie, Mercey poprosił o ciszę.
– Oto jak zrobimy – powiedział. – Pan, panie Charigués, wsiądzie jak zwykle do rollsa. 

Pewnie pan ma swojego kierowcę, który będzie czekał na pana?

– Tak – odpowiedział słabym głosem przedsiębiorca.
– Jeden z nas pojedzie z panem.
Mercey dotknął  po ciemku  ramienia  Jo Lahaye.  Należało  unikać wymieniania  imion, 

chociaż i tak policja szybko się zorientuje, kim są sprawcy skoku.

– Ty. Ja pojadę peugeotem...

background image

Pochylił się i położył rękę na ramieniu Gerarda Lesaigneura.
– ... z tobą, i z pana sekretarką jako zakładniczką, panie Charigués. Pozostali dwaj wsiądą 

do renaulta razem z pilotem.

– Niemożliwe – zaprotestował Dubois.
– A to dlaczego? – spytał szorstko Mercey.
– Muszę zająć się moją maszyną.
– To znaczy?
– Ach... no... muszę ją odprowadzić do hangaru... zostawić... sprawdzić parę rzeczy... no, 

wszystko jak zwykle! Kto widział pilota, który zostawia swoją maszynę na płycie! Chyba że 
chcecie poczekać na mnie, ale to potrwa! – mówił z ironią w głosie.

– Wystarczy, jak powiesz, że jesteś chory – wtrącił Christian Sancy.
– Ale...
–  Milcz!   –  przerwał   Sancy.   –   Będziesz   mnie   uczył,   jak   to   się   załatwia   na  lotnisku? 

Ciągniki wezmą to twoje pudło na hol i wprowadzą do hangaru, tak że wcale nie musisz być 
przy tym.

– Właśnie – przytaknął Piotr Mercey – i...
– Nie na Le Bourget – upierał się Dubois. – Oni mi tam...
– Nie nudź! – uniósł się Jo Lahaye. – Zrobisz, jak ci mówimy i zamiast pleść głupstwa, 

zajmij się lepiej tymi swoimi drążkami, bo ja nie mam zamiaru nabić sobie guza! I radzę ci, 
nie próbuj wygłupiać się, kiedy wylądujemy, bo tak dostaniesz, że się nie pozbierasz, możesz 
mi wierzyć! I tobie tak samo radzę, Charigués, i twojej laluni... Róbcie, co się wam każe, a 
nic wam nie grozi...

Mówił z nie ukrywaną groźbą w głosie, tak by Charigués, Korynna i Dubois zakarbowali 

to sobie dobrze w pamięci.

Ale na Korynnę podziałało to tylko przez chwilę. Za długo już panowała nad nerwami. 

Nagle wybuchnęła płaczem.

Robert Barrades, ufny w swoje dawne doświadczenie sutenera, przysunął się do niej i 

wymierzył jej dwa tęgie policzki, co natychmiast wywołało reakcję oburzonego Chariguésa.

– Potwory! Nie macie prawa...
Piotr Mercey miał już dość.
– Ciszej! Za chwilę będziemy lądować, a to nie jest odpowiedni moment, żeby pilot robił 

głupstwa. A ty, Charigués, zamknij się i pamiętaj, że trzymam wycelowany w ciebie pistolet. 
Jeżeli   jeszcze   raz   otworzysz   dziób,   nie   odpowiadam   za   moją   rękę...   I   uspokój   Korynnę. 
Poradź jej, żeby siedziała cicho, to nie jest właściwa chwila na atak nerwowy!

* * *

Leyland zjechał wreszcie na bok i Sancy miał już wolną drogę przed sobą. Odszukał 

wzrokiem rollsa i peugeota, które trochę zwolniły, aby mógł je dogonić, i zjechał za nimi z 

background image

autostrady w kierunku Saint-Ouen.

Kwadrans później trzy samochody zatrzymały się na skraju nie zabudowanego terenu 

zawalonego   wrakami   starych   aut.   Z   trzech   stron   tego   cmentarzyska   straszyły   na   wpół 
zrujnowane mury nieczynnych fabryk.

– Koniec drogi – obwieścił Piotr Mercey.
Charigués błędnie zrozumiał znaczenie tych słów.
– Nie! – wrzasnął. – Nie możecie nas zabić! Obiecaliście nas uwolnić, jeżeli zachowamy 

spokój! Niech pan sobie przypomni!

– Cicho! Nie mamy zamiaru was zabijać – odparł oschle Mercey. – Po prostu zostawimy 

was tutaj. Na waszych własnych nogach, naturalnie. Zabieramy pana samochód. Proszę się 
nie obawiać, za kilka dni policja odda go panu. Szybko, nie ma czasu do stracenia, idźcie tam.

Wepchnięci między wraki samochodów Charigués, Korynna, Dubois i szofer zostali w 

mgnieniu   oka   zakneblowani   brudnymi   szmatami   i   związani   starymi   sznurami 
poniewierającymi się na zaśmieconej ziemi.

Potem   rzucono   ich   na   platformę   jakiejś   zardzewiałej   ciężarówki,   płosząc   gromadkę 

wynędzniałych kotów.

– Piękna pogoda, nie zmarzniecie – roześmiał się szyderczo Jo Lahaye. – W dodatku 

dziewczyna leży między wami. Przytulicie się do niej, będzie wam cieplej... Jeżeli się trochę 
pokręcicie, to może...

– Wystarczy – przerwał Piotr Mercey. – Skończ z tymi dowcipami. Charigués – zwrócił 

się w stronę ciężarówki – jutro zatelefonujemy do gliniarzy i powiemy im, gdzie jesteście. To 
będzie tylko jedna przykra noc. Mimo to, dobranoc...

Wrócili do samochodów i odjechali.
Zostawili zbyt rzucającego się w oczy rollsa w Levallois-Perret, nad brzegiem Sekwany, 

naprzeciw wyspy Grande Jatte, o sto metrów od mostu Levallois.

Mercey znalazł czarny mazak w schowku na rękawiczki i na reklamówce firmowej rollsa 

nabazgrał słowo „awaria”, po czym wetknął kartkę za zderzak, w dobrze widocznym miejscu.

Zyskamy parę godzin – pomyślał, nie żywiąc – jednak nadmiernych złudzeń.
Dom w Chesney był pogrążony w całkowitej ciemności, gdy peugeot i renault zatrzymały 

się cichutko, ze zgaszonymi światłami, przy krawężniku.

Na  ulicy   nie   było   nikogo.  Skąpe   światło   latarni   ustawionych   co   pięćdziesiąt   metrów 

rzucało na chodnik trupi odblask.

W peugeocie panowała cisza.
– Przecież nie będziemy tu siedzieli całą noc – zniecierpliwił się Jo Lahaye.
– Teraz kolej na ciebie – Piotr Mercey zwrócił się do Christiana Sancy.

background image

III

Piotr Mercey otworzył lodówkę, wyjął ostatnią butelkę piwa przytuloną do zamrażalnika i 

postawił ją na stole. Zamknął lodówkę i spojrzał pytająco na Christiana Sancy.

– Napijesz się?
Sancy   potrząsnął   przecząco   głową.   Miał   zabawny   wyraz   twarzy,   wyglądał   jak   mały 

chłopiec przyłapany na jakimś figlu, co nie pasowało do jego zimnych oczu i twardych rysów 
pobrużdżonej twarzy o kwadratowej brodzie zdradzającej silną wolę.

Mercey przeniósł wzrok na Zuzannę. Właśnie odcięła brzeg torebki z zupą w proszku i 

wrzuciła zawartość do wielkiego garnka, do którego nalała gorącej wody z kranu. Postawiła 
garnek na kuchence gazowej i zapaliła palnik. Po chwili rozszedł się po kuchni ostry zapach 
porów. Nie spuszczając wzroku z Zuzanny, Mercey podniósł butelkę do ust i przechylił ją, 
wlewając  do  gardła  zimny  płyn.  Gdy Zuzanna  podeszła   bliżej,  by wyjąć   coś  z  lodówki, 
pochwycił jej posępne spojrzenie.

– Nie zostaniemy tu długo – powiedział uspokajająco.
Zamiast odpowiedzi wzruszyła ramionami.
Christian  trochę   przesadził,  mówiąc   o jej   życzliwości  wobec  ludzi   i o  gościnności  – 

pomyślał, trochę podrażniony. Trzeba jednak przyznać, że narażała się na wielkie ryzyko. 
Ukrywała u siebie w domu pięciu przestępców poszukiwanych przez policję całego kraju i na 
pewno   przechodziły   ją   od   tego   ciarki.   Gdyby   to   był   tylko   Christian,   pewnie   by   tak   nie 
grymasiła, ale ich pięciu...

Miała pięćdziesiąt kilka lat. Była wysoka, solidnie zbudowana, miała szerokie ramiona i 

rozłożyste biodra, płaską, bladą twarz, smutne oczy i fałdy goryczy w kącikach ust. Włosy 
krótko   obcięte   po   męsku.   Była   z   gatunku   małomównych,   mogłaby   wzbudzić   zazdrość 
dawnych gwiazd filmu niemego.

Jakieś   czterdzieści   lat   temu   odważyła   się   popłynąć   pod   prąd   wydarzeń   dziejowych, 

zakochując   się   w   żołnierzu   Wehrmachtu,   czego   jej   nie   zapomniano   podczas   czystek   po 
wyzwoleniu. Ogolono jej głowę i przeprowadzono nagą ulicami jej rodzinnego miasta. Przez 
tydzień pełniła rolę „wypoczynku wojownika”, po czym zamierzano ją rozstrzelać wraz z 
pięćdziesięciu innymi dziewczynami znajdującymi się w podobnej sytuacji, gdy pojawił się 

background image

ojciec   Christiana   Sancy,   wziął   ją   w   obronę   i   uratował   jej   życie.   Była   mu   bezgranicznie 
wdzięczna i gdy państwo Sancy zginęli w wypadku samochodowym, przelała swoje uczucie 
wdzięczności na Christiana.

Już dwadzieścia lat temu dowiodła swojej lojalności, gdy policja poszukiwała Christiana 

za jego działalność w O.A.S.

5

. Ukrywała go u siebie przez kilka dobrych tygodni i policja 

nigdy się o tym nie dowiedziała.

Naturalnym biegiem rzeczy Christian teraz znowu postanowił prosić ją o pomoc, tym 

razem jednak nie tylko dla siebie, lecz także dla współtowarzyszy swojej ucieczki z więzienia.

Zgodziła się bez entuzjazmu, jedynie dlatego, by przysłużyć się Christianowi.
Może nastąpić jednak moment, gdy będzie miała dosyć. Należałoby tego uniknąć i nie 

siedzieć tak bez końca w tym domu w Chesney. Christian dobrze o tyra wiedział i stąd ta jego 
dziwna   mina.   Niestety,   na   razie   nie   było   dokąd   iść.   Trzeba   było   coś   obmyślić   i   to   jak 
najszybciej. Siedzieli tu już dwa dni. Cała Francja wiedziała, że ukryli się w rejonie Paryża, 
więc sam Paryż i okolice musiały roić się od gliniarzy. A jednak trzeba się stąd ruszyć. I 
dlatego też, żeby zdobyć trochę forsy...

– Możecie siadać do stołu – powiedziała Zuzanna ponurym głosem.
Nie czekając na nich podniosła wazę z zupą i zaniosła ją do jadalni.
– Nie zwracajcie na to uwagi – usprawiedliwił ją Sancy, uśmiechając się blado. – Ona jest 

naprawdę bardzo dzielna, wiesz przecież.

Wstali obaj i poszli za Zuzanną.
Tamci trzej siedzieli już przy okrągłym stole w jadalni, rzucając zgłodniałe spojrzenia na 

wazę z zupą.

Jo Lahaye  próbował rozruszać towarzystwo, opowiadając słone kawały,  wtórował mu 

Robert Barrades, ale ich wymuszona wesołość nikogo nie oszukała.

Zjedli kolację, jak ludzie spieszący się na pociąg.
Gdy Zuzanna sprzątała ze stołu, Gerard Lesaigneur włączył telewizor. Wszyscy umilkli i 

słuchali wieczornego dziennika.

Nie było nic nowego. W każdym razie tak twierdził spiker, siedząc na tle ich fotografii 

wydobytych   z   archiwów   policyjnych.   Zrobiono   je   kiedyś,   wczesnym   rankiem,   po 
nieprzespanej nocy. Ukazywały teraz żądnym sensacji telewidzom ich półprzytomne oczy na 
chorobliwie bladych, zarośniętych twarzach.

– Naprawdę mamy obrzydliwe gęby – roześmiał się Jo Lahaye. – Lepiej by dali białą 

planszę, bo nastraszymy dzieciaki!

– Będą miały złe sny – dodał Robert Barrades. – Niektórzy spędzą fatalną noc! Będą 

musieli aż do rana uspokajać swoje bachory!

Koło dziesiątej Zuzanna poszła się położyć, życząc Christianowi dobrej nocy, ale tylko 

jemu. Wyszła z pokoju w chwili, gdy kończył się stary western nadany zaraz po dzienniku 

5 Organisation Armée Secrète – Organizacja Armii Podziemnej, która działała w latach 1961-1963

background image

telewizyjnym.

Mercey skorzystał z tego i wyłączył telewizor.
Gerard Lesaigneur spojrzał na niego ze zdziwieniem.
– Co ty, co robisz? My ziewamy z nudów, a tu nie można się nawet trochę rozerwać!
– Właśnie, jak powiedziałeś, ziewamy z nudów, ale ja nie mam zamiaru długo ziewać i 

proponuję,   żebyśmy   coś   postanowili.   I   zaraz   wszyscy   się   naradźmy,   co   robić,   żeby   stąd 
wyjść.

Wskazał   im   miejsce   przy   stole.   Robert   Barrades   przewidująco   przyniósł   z   kredensu 

butelkę koniaku wraz z tacą z kieliszkami i postawił na stole.

– Nalejcie sobie – powiedział. – Przy rozmowie zasycha w gardle.
Chętnie zastosowali się do tej rady. Piotr Mercey upił łyk koniaku, odchrząknął i zabrał 

głos.

– Podsumujmy. Odkąd wyrwaliśmy się z mamra, zupełnie nieźle sobie radzimy. Dzisiaj 

jest piątek, więc ukrywamy się już od pięciu dni i gliny nas jeszcze nie złapały. To punkt dla 
nas. Udało nam się przyjechać do Paryża. Pamiętacie, co mówiliśmy, kiedy byliśmy jeszcze u 
Wiktora? Wszyscy uważaliśmy, że najważniejsze to dostać się do Paryża, bo, po pierwsze 
klimat Bordeaux nam nie służył, po drugie, nasze bazy wypadowe – Jo, Christiana i moja – 
były tutaj i wreszcie, że jak raz tu już będziemy, to resztę łatwo się załatwi. No i wreszcie 
nadeszła chwila, żeby załatwić. Jak dotąd, wszystko nam się udawało. Znaleźliśmy jedną 
melinę w Bordeaux, drugą w tym domu, samolot, żeby za darmo przejechać się do Paryża, a 
teraz   siedzimy   tu   jak   zapędzeni   w   kozi   róg.   Nie   możemy   dłużej   zostać   w   tym   domu. 
Widzieliście minę Zuzanny...

Położył dłoń na ramieniu Christiana.
– To oczywiście nie twoja wina, Christianie. I tak bardzo dobrze, że znalazłeś nam tę 

kryjówkę. Ale nie możemy się dłużej oszukiwać. Musimy się wynieść. Wreszcie kwestia 
zasadnicza: pieniądze. Jo, Christian i ja mamy trochę forsy. Niestety, chwilowo niedostępnej. 
Więc nie mówmy o tym. Wniosek: musimy zdobyć pieniądze.

Mercey przerwał, żeby upić koniaku i bardzo powoli postawił kieliszek z powrotem na 

stole.

– Tak jest. Mam na myśli pewien skok. Wielki skok. Nawet bardzo.
– Ile? – spytał natychmiast Jo Lahaye.
– Dwa miliardy.
Patrzyli   na   niego   z   przerażeniem.   On,   nie   spiesząc   się,   wziął   ze   stołu   paczkę 

gauloises’ów, prztyczkiem wyrzucił papierosa i spokojnie go zapalił.

– Nabierasz nas – wyksztusił Christian Sancy.
– Wcale nie.
– Ale niedawno mówiłeś – zdziwił się Robert Barrades – że skoki na pięćset kawałków 

rzadko się zdarzają, a teraz mówisz o dwóch miliardach.

background image

– Mówiłem wtedy o rabunku.
– A ten twój skok, to co?
– Może mokra robota?
– Też nie. Kidnaperstwo.
Jo Lahaye gwizdnął przeciągle.
–   Wybacz,   Piotrek,   ale   ja   na   to   nie   idę.   Porywanie   dzieciaków,   to   nie   dla   mnie. 

Obrabować bank, zgoda, ale napaść na smarkacza... Dziwię się nawet, że przyszło ci to do 
głowy, Piotrusiu, z twoim wykształceniem i z całą twoją przeszłością...

Piotr Mercey zachował niewzruszony spokój.
– Słyszałeś, Jo, jaka sumę wymieniłem?
– Dwa miliardy, oczywiście, słyszałem. No pewnie, ładna sumka! Tylko jaki facet zapłaci 

tyle pieniędzy?

Mercey uśmiechnął się tajemniczo.
– Mogę cię zapewnić, że ta suma będzie wypłacona.
– Czy wolno wiedzieć, jak się nazywa ten miliarder? – spytał niedowierzającym tonem 

Gerard Lesaigneur.

– Nie wiem.
Przyglądali mu się, jak gdyby nagle oszalał.
– Nie wiesz?
– Nie – odparł Mercey obojętnie. – I nie znam nawet nazwisk dzieci, które trzeba będzie 

porwać.

– Dzieci? – wtrącił Barrades. – Chcesz powiedzieć, że będzie więcej, niż jedno dziecko?
– Tak. Czworo.
– Czworo? – zbuntował się Sancy. – Ależ to czyste szaleństwo. Wiesz, Piotrek, myślę, że 

ty   masz   źle   w   głowie.   Nie   wiem,   czy   to   pod   wpływem   odsiadki   w   mamrze,   ale   mam 
wrażenie, że zwariowałeś.

– To wpływ więzienia – zapewnił Jo Lahaye tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Zawsze 

dobrze się rozumieliśmy, Piotrek, ale z tym porwaniem, to chyba rzeczywiście zwariowałeś, 
jak powiedział Christian.

– A te wasze napady rabunkowe – odciął się Mercey – dokąd was zaprowadzą? Chcecie, 

żebym powiedział? Prosto do więzienia. Jeśli to jest waszym celem... Nacieszyć się wolnością 
przez parę miesięcy i...

– Te twoje dwa miliardy wcale nie są pewne – zaoponował Sancy.
– Mylisz się. Możesz mi wierzyć. Miałem dość czasu, by rozważyć szanse. Są bardzo 

duże. A w końcu chodzi o dwa miliardy. Po odliczeniu kosztów własnych, każdemu z nas 
przypadnie – oczywiście, jeżeli pójdzie na to – mniej więcej trzysta pięćdziesiąt milionów, a z 
taką sumą można łatwo ukryć się gdzieś za granicą. Zresztą, mam również plan przedostania 
się za granicę bez większych kłopotów. A mając trzysta pięćdziesiąt milionów w kraju, który 

background image

nie podpisał z Francją układu o ekstradycji – a na szczęście dla gangsterów istnieje takich 
kilkanaście – będziemy mogli żyć, jak gdybyśmy nie mieli nic na sumieniu, jak gdyby nigdy 
nic.

– To piękna mowa obrończa – rzekł Jo Lahaye. – Słowo daję, zdawało mi się, że jestem 

w Pałacu Sprawiedliwości, a może już się za nim stęskniłem, co? Tylko że ta twoja historia 
nie jest do końca przemyślana. Ty nawet nie wiesz, komu zabierzesz te dwa miliardy.

– To prawda, nie wiem komu, nie wiem nawet, jakie dzieci będą porwane, ale za to wiem 

na pewno, że te dwa miliardy zostaną wpłacone.

–   Więc   komu   w   końcu   zabierzesz   te   dzieci?   –   spytał   Gerard   Lesaigneur   cokolwiek 

podrażnionym tonem.

– Mój plan jest dlatego oryginalny – odrzekł spokojnie Mercey – że rodzice dzieci, które 

mają być porwane są, że tak powiem, pozbawieni jakiegokolwiek majątku, no i to wcale nie 
oni złożą okup...

Tym razem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie.
– Słuchaj, nabijasz się z nas, czy co?
– Co to znowu za historia?
– To jakaś lipa!
Pozwolił im się wykrzyczeć, a gdy wreszcie umilkli, powiedział spokojnie:
– Zgoda, na pierwszy rzut oka to wygląda idiotycznie, ale mogę was zapewnić, że ten 

pomysł wcale nie jest taki niemądry.

– No więc wytłumacz nam – zniecierpliwił się Jo Lahaye.
– To słuchajcie...

* * *

Inspektor   okręgowy,   Le   Guennec,   wodził   swoim   jednym   okiem   po   twarzach   szefów 

sekcji. Twarze te wyrażały znużenie wywołane nieprzespaną nocą.

– Nic nowego, jeśli chodzi o Lesaigneurów?
– Nic. Wszyscy są inwigilowani – odpowiedział Vanderbussche. – Musieliśmy zresztą 

prosić o pomoc tych z drogówki i z brygad terenowych, bo nie dalibyśmy sobie sami rady. 
Okropna rodzina, może doprowadzić do rozpaczy!

– Nie można nikogo z nich spuścić z oka. Tylko dzięki tej rodzinie zdołamy odnaleźć 

naszych pięciu zbiegów.

– W każdym razie – wtrącił komisarz Servant – Charigués z przyjaciółką i pilot wyszli 

cało z tej przygody. Mogło się gorzej skończyć, bo co tamci mieli do stracenia? Zwłaszcza 
mordercy, jak Sancy i Lahaye.

– Dobrze, niech będzie – powiedział Le Guennec – ale nie zebraliśmy się tutaj, żeby 

użalać   się   nad   Chariguésem.   On   ma   swoje   miliardy,   które   mu   pomogą   zapomnieć   o   tej 
niemiłej przygodzie. Co do Merceya, to znam na pamięć jego życiorys. Więc zostawcie mi to. 

background image

Ale właśnie w tym życiorysie nie ma nic, co by mogło nasunąć nam myśl o jego kryjówce. 
Tak samo z Lahayem i z Sancym. Ci trzej nie mają żadnych znanych nam przyjaciół czy 
znajomych,   żadnych   przyjaciółeczek   czekających   na   nich   w   ciepłych   gniazdkach.   Nic. 
Pustka. Zero do kwadratu. Jeśli chodzi o tego z Bordeaux, to nie ma nawet o czym mówić. 
Jest w Paryżu pierwszy raz w życiu. Dlatego powtarzam, jedyna szansa złapania naszych 
spryciarzy, to Gerard Lesaigneur. Można się założyć, że w którymś momencie skontaktuje się 
z kimś ze swojej rodziny. My musimy tam wtedy być, wyśledzić go i przez niego dostaniemy 
pozostałych.   Więc   żebyście   tylko   nie   nawalili   i   nie   pozwolili   zwiać   któremuś   z   tych 
gagatków.

– Jest jednak jeden szkopuł, szefie – zauważył komisarz Serant.
– Jaki?
– Josiane Lesaigneur.
– Co, Josiane Lesaigneur?
– Zniknęła.
– Co?! – wybuchnął Le Guennec.

* * *

Robert Barrades westchnął przeciągle.
– Do diabła...
– To jest naprawdę skok – powiedział Gerard Lesaigneur tonem pełnym podziwu.
– Nie ma co – przyznał z rozmarzeniem Jo Lahaye – nie wyszedłeś z wprawy, Piotrusiu. 

Ta twoja kombinacja jest skomplikowana, ale wykonalna...

– Chciałeś powiedzieć, Jo, że jest genialna – poprawił Christian Sancy.
–   Tylko   nie   cieszcie   się   jeszcze   z   góry   –   ostrzegł   Mercey.   –   Nie   zapominajcie,   że 

przedtem musimy zdobyć trochę forsy na sfinansowanie operacji, niewiele, ale jednak coś i 
nie tylko na to, lecz także dlatego, że musimy z czegoś żyć. No i musimy zmienić melinę. Co 
do pieniędzy, to przyznaję, jest tylko jeden sposób. Rabunek. Ale nie jakaś wielka historia. 
Coś prostego. Jeśli to możliwe, coś, o czym już myśleliśmy. Nie mamy czasu szukać czegoś 
nowego. Poza tym nie możemy sobie pozwolić na dłuższe spacery po mieście.

– Masz jakiś pomysł? – spytał z zainteresowaniem Jo.
– Tak. Czy przypominacie sobie, ty i Christian, sklep jubilera przy ulicy de la Paix?
–   Pamiętam.   Ale   postanowiliśmy   zrezygnować   z   tego.   To   mogłoby   przynieść   tylko 

grosze.

– To prawda, ale skok jest łatwy, a o to właśnie chodzi.
– Ale nic z tego nie będziemy mieli – zaprotestował Christian. – Ta biżuteria jest warta 

mniej więcej pięćset tysięcy starych franków za sztukę!

– I ile z tego dostaniesz od pasera? – dorzucił Jo Lahaye.
– Najwyżej dziesięć procent wartości – przyznał niefrasobliwie Mercey – i w dodatku 

background image

tylko wtedy, gdy się zwrócimy z tym do Davidowsky’ego.

– Więc widzisz! – rzekł triumfalnie Sancy.
– Gwiżdżę na to. Wiem o tym doskonale. Ale to, co wyciągniemy z tego, wystarczy nam. 

Tylko że trzeba poczynić przygotowania i to będzie na twojej głowie, Gerard, a także to, co 
się wiąże z naszą nową meliną.

– Słucham cię, Piotrze.
– W tym domu nie ma telefonu. Musisz więc zaryzykować, wyjść i zatelefonować.
– Do kogo?
– Do twojej siostry.
Na twarzy Gerarda pojawił się szeroki uśmiech.
– Mów dalej, to mi się podoba...
– Powiesz jej, że...

background image

IV

Josiane Lesaigneur odłożyła słuchawkę na widełki i usadowiła się wygodniej w fotelu. 

Cieszyła się. Gerard zatelefonował. Czekała na ten telefon od pięciu dni, ściśle mówiąc od 
ubiegłej niedzieli, kiedy to ojciec dowiedział się z radia o ucieczce Gerarda z więzienia i 
wezwał wszystkich na naradę rodzinną nad tym, co można zrobić w tej sytuacji.

Przybyli wszyscy. Cały klan. Mężczyźni i kobiety. Trochę jak w piosence Aznavoura „La 

mamma”. Oczywiście wszyscy z wyjątkiem kuzyna Paula nudzącego się w więzieniu Santé 
oraz Etienne’a, który wypluwa powoli płuca w sanatorium więziennym w Liancourt, aż do 
chwili, gdy już nic nie będzie miał do wypluwania. Wszyscy przybyli: dziewczyny uliczne z 
okolic   la   Madelaine,   Porte   Saint-Denis,   Pól   Elizejskich   i   alei   Wielkiej   Armii,   złodzieje 
samochodów z Montreuil, sutenerzy w mercedesach 350 i cicho stąpający włamywacze. No i 
dziadek Wiktor z dwoma synami i wnukiem, wszyscy czterej – najwięksi fałszerze pieniędzy 
wszystkich czasów. Wyrwali się na chwilę ze swojej piwnicy w Issy-les-Moulineaux, gdzie 
trudzili się obecnie nad produkcją pięciuset fałszywych paszportów dla arabskich robotników 
oraz marek niemieckich, upłynnianych następnie przez Josiane.

Wszyscy   zgodnie   stwierdzili   że   jedyne,   co   można   zrobić,   to   czekać,   aż   odezwie   się 

Gerard. A może odezwać się w jeden jedyny sposób: telefonując do „kawalerki”.

Ta kawalerka, to było ciche mieszkanko w budynku bez dozorcy przy ulicy de Teheran. 

Stanowiła   zarazem   skrzynkę   kontaktową   i   kryjówkę   dla   członków   rodziny   Lesaigneur 
znakujących się chwilowo w tarapatach. Gerard wiedział, że powinien zgłosić się właśnie 
tam,   a   nie   gdzie   indziej   bo   policja   musiała   zacząć   poszukiwania   zbiegów   od   śledzenia 
wszystkich członków rodziny Lesaigneur.

Ktoś   jednak   musiał   stale   siedzieć   w   kawalerce   i   czekać   na   telefon   Gerarda,   więc 

delegowano Josiane, bo wiedziano, że była z nim w bardzo dobrych stosunkach, że miała 
teraz czas, a także dlatego, że uważano ją za zdolną dziewczynę.

Właśnie dlatego, że już w dzieciństwie wykazała się szczególną inteligencją, udało jej się 

uniknąć  prostytucji,  losu,  jaki  normalnie   przypadał   w  udziale   żeńskim   członkom   rodziny 
Lesaigneur.

Gdy już podjęli decyzję, wszyscy złożyli się, żeby Gerard miał trochę grosza na swoje 

background image

wydatki. Zebrali pięć kawałków na pierwsze potrzeby.

Otrząsnęła się z medytacji. Miała tyle do zrobienia. Przede wszystkim to, o co ją prosił 

Gerard.

Zastanawiała się przez chwilę; tylko wuj Germain mógł to załatwić. To jest prawdziwy 

twardy człowiek, w całej rodzinie nie ma takiego drugiego. Jak ze stali. On jeden stanie na 
wysokości zadania.

Sięgnęła   po   książkę   telefoniczną   i   odszukała   numer   telefonu   „Café   du   Roy  Jean”   w 

dzielnicy Batignolles.

* * *

Germain Lesaigneur przekroczył próg budynku, w którym mieszkał, i stanął na chodniku. 

Przesunął się między ścianą domu a małą ciężarówką dostawczą zaparkowaną beztrosko na 
chodniku i wolnym krokiem przespacerował się do rogu ulicy.

Udał, że zastanawia się nad czymś, spojrzał w gorę przyglądając się z zainteresowaniem 

niebu,   przy   okazji   pozwolił   się   potrącić   dwom   gosposiom,   które   właśnie   wychodziły   z 
narożnej mleczarni i znalazł się na jezdni, o włos od zderzaków jakiejś gwałtownie hamującej 
simki. Głuchy na wymyślania kierowcy przeszedł spokojnie na drugą stronę ulicy.

Zatrzymał się przed kioskiem z gazetami, kupił „L’Equipe”, zwinął w rulon i wsunął pod 

pachę.

Nie udało mu się jeszcze usytuować gliniarzy śledzących go bez wytchnienia od czterech 

dni. Co prawda, codziennie zmieniano i samochód i jego załogę.

Ulica była zatłoczona przechodniami. Byli to mieszkańcy dzielnicy, zwykli, prości ludzie. 

Gospodynie domowe, które porównywały ceny żywności w sklepikach, biorąc pod uwagę 
skromne   dochody   rodziny   przy   robieniu   codziennych   zakupów.   Próżnujący   emeryci   o 
ruchliwych   rękach   przyglądający   się   pożądliwie   dziewczętom   w   mini   spódniczkach. 
Wiecznie   bezrobotni   mężczyźni   z   Afryki   Północnej,   przyglądający   się   lekceważąco 
malijskiemu   zamiataczowi   ulic,   który   bez   zapału   zasuwał   miotłą   do   rynsztoka   śmieci 
najróżniejszego   pochodzenia.   Paru   młodych   chuliganów,   którzy   męskim,   kołyszącym   się 
krokiem udawali się na codzienną partyjkę bilardu elektrycznego.  Miejscowe dziewczyny 
lekkich   obyczajów,   wybierające   się   na   bulwar   des   Batignolles,   koło   placu   Clichy,   w 
poszukiwaniu porannych klientów.

Jego   samochód   był   zaparkowany   trochę   dalej.   Podszedł   powoli,   otworzył   bagażnik   i 

rozłożył   w   nim   „L’Equipe”.   Odepchnął   skrzynkę   z   narzędziami,   przysunął   ciężki   młot 
kowalski i owinął go w gazetę. Zamknął  bagażnik, wrócił do kierownicy.  Wziął  kurs na 
bulwar   des   Batignolles,   skręcił   w   kierunku   przeciwnym   do   placu   Clichy   i   dalej,   na 
skrzyżowaniu z ulicą de Rome zauważył w lusterku wstecznym jadącego za nim czarnego 
peugeota 404 z anteną radiową.

Uśmiechnął   się   do   siebie   i   skoncentrował   się   na   prowadzeniu   wozu.   Bulwarem   de 

background image

Courcelles dojechał do Ternes, przejechał aleją Wagram do placu de L’Etoile, okrążył go i 
wtopił się w potok samochodów spływający Polami Elizejskimi.

Umyślnie jechał skrajnym prawym pasmem jezdni, najwyżej metr za poprzedzającym go 

autobusem. Czarny peugeot sunął w tyle najbliższym pasmem z lewej, oddalony o pięć czy 
sześć metrów.

Gdy   zobaczył   po   prawej   stronie   wjazd   na   parking   George-V,   oderwał   się   od 

poprzedzającego   go   autobusu,   zwolnił   mimo   przeraźliwego   sygnału   jadącego   za   nim 
samochodu, nie włączając migacza przyspieszył i ostro skręcił w prawo.

Wóz ześlizgnął się po pochylni  wjazdu na parking, jak gdyby to był  saneczkowy tor 

wyścigowy,   gwałtownie   zahamował   i   stanął   jak   wryty   przed   elektronicznym   punktem 
kontrolnym. Germain wysunął rękę przez okienko, wcisnął guzik automatu, wyrwał kartkę. W 
tej samej chwili podniósł się metalowy szlaban otwierający mu drogę.

Ruszył ostro naprzód. Lusterko przekazało mu obraz opadającego szlabanu. Zatrzymał 

się, pociągnął ręczny hamulec i szybko rozwinął zawiniątko leżące obok niego na przednim 
siedzeniu. Wyjął młot, wyskoczył z samochodu i pędem wrócił do punktu kontrolnego.

Czarny peugeot już zjeżdżał po pochylni równie szybko jak przed chwilą jego własny 

wóz.

Germain  zamachnął  się wysoko  młotem,  ściskając  go mocno  w rękach  i z całej  siły 

uderzył   nim   w   tarczę   automatu.   Gdy   po   raz   trzeci   powtarzał   tę   operację,   peugeot   z 
przerażającym piskiem opon wpadł na szlaban. Trysnęły kolorowe iskry, rozległ się zgrzyt 
zgniatanego metalu.

Rzucił   młot   na   ziemię   i   wrócił   biegiem   do   samochodu   zostawionego   z   otwartymi 

drzwiczkami.

– Hej! Ty, tam! Stój! – usłyszał wściekły okrzyk. – Stać, bo strzelam!
Już włączył biegi i ruszył naprzód długim, źle oświetlonym korytarzem między rzędami 

podobnych do wielkich chrabąszczy samochodów ustawionych w ciasnych, pomalowanych 
na żółto boksach.

Osłabły mu ręce, skurczył się cały nad kierownicą.
W tyle rozległ się huk wystrzału. Coś zgrzytnęło w schowku na rękawiczki. Nie zwrócił 

na to uwagi. Teraz nic mu już nie groziło. Gliniarze mogli, ostatecznie, gonić go pieszo, lub 
nawet   włączając   wsteczny   bieg   mogli   wycofać   wóz   sprzed   zablokowanego   szlabanu   i 
próbować go zatrzymać przy wyjeździe z parkingu. Taki manewr zabrałby im jednak masę 
czasu   i   mógłby   udać   się   tylko   pod   warunkiem   znalezienia   wolnej   drogi   między 
zaparkowanymi samochodami – a tymczasem on będzie już daleko!

Oczywiście,   istniało   ryzyko,   że   zawiadomią   przez   radiotelefon   swoich   kolegów 

krążących gdzieś w okolicy, ale to było mało prawdopodobne, no i przecież on znacznie ich 
wyprzedził.

Już bez przeszkód dotarł do kasy i podał kartkę kasjerowi. Ten obejrzał ją, zerknął na 

background image

elektryczny zegar ścienny i popatrzył ze zdziwieniem na Germaina.

– No, no, niedługo pan tu był!
– Rozmyśliłem się – odparł ze zniecierpliwieniem Germain. – Niech pan się pospieszy, 

nie mam czasu, ile płacę?

– Dwa franki. To najniższa opłata, niezależnie od tego, czy pan był tu minutę czy też...
– Dobrze. Proszę.
Szlaban podniósł się i Germain ostro ruszył  z miejsca. Wyjechał  z tunelu na jezdnię 

zatłoczoną samochodami i po chwili, mimo znaku zakazu, skręcił w lewo i wjechał w ulicę de 
Colisee. Dojechał bulwarem Malesherbes do la Madelaine, potem bulwarem des Capucines 
do Opery i skręcił w ulicę du 4-Septembre.

Dopiero na skrzyżowaniu ulicy Reamur z bulwarem de Sebastopol odetchnął głęboko, z 

ulgą.

Udało mu się zgubić gliny.
Wstąpił do spokojnego baru na uboczu i zatelefonował do Josiane.

* * *

Dom wynajęty dla nich przez Josiane stał w oddalonej dzielnicy Montreuil, wciśnięty 

między ślepe mury dwóch sąsiednich fabryk, co zapewniało pożądaną dyskrecję. Był to duży 
budynek z czerwonej cegły o wilgotnych ścianach, brzydki i smutny. Prócz pomieszczeń na 
parterze i na piętrze były także piwnice tak obszerne jak podziemne składy win w Szampanii. 
Skąpe umeblowanie wnętrza domu i zapach stęchlizny dopełniały obrazu.

Mimo   odstręczającego   wyglądu   nowej   kryjówki.   Piotr   Mercey   musiał   przyznać,   że 

Josiane dokonała doskonałego wyboru. Dom stał na uboczu, a na podwórzu, chronionym od 
ciekawych   spojrzeń   wysokim   murem   pokrytym   szklaną   stłuczką,   można   było   postawić 
samochody.  Zresztą, nie mieli jeszcze samochodów, bo te wynajęte, które przywłaszczyli 
sobie na lotnisku le Bourget, zostawili w Wersalu na placu przed pałacem, gdzie przesiedli się 
do samochodów Josiane i Germaina i przyjechali nimi do Montreuil.

Trzeba   przyznać,   że   zostawienie   tamtych   samochodów   w   Wersalu   było   świetnym 

pomysłem,  mogło   z  powodzeniem  skierować   gliny  na   fałszywy   trop.  Będą   przeszukiwać 
zachodnie okolice Paryża, podczas gdy oni schronili się na wschodnim przedmieściu. Nie 
należy jednak uważać gliniarzy za głupców. Nie wszyscy byli tacy jak ci, których posiał na 
drodze Germain.

Piotr Mercey objął Germaina serdecznym gestem.
– Chodź, wypijemy szklaneczkę, musimy sobie pogadać.
Jo Lahaye poszedł z nimi.
Josiane została, czekając na Christiana Sancy. W chwili, gdy wsiadł do jej samochodu i 

usiadł   obok   niej   na   przednim   siedzeniu,   doznała   dobrze   sobie   znanej   sensacji   fizycznej. 
Pożądania mężczyzny. Prawdziwego. Wiedziała, że się nie myli, że to był „on”. Poznała go 

background image

po tej twarzy o surowych rysach i kwadratowym podbródku, po zimnych oczach, po ustach 
bez uśmiechu. I to, że ten człowiek zabijał. Znała jego wyczyny. Rozciągnął siedmiu ludzi 
jedną serią z pistoletu maszynowego. To nie byle co! No i stanowiło to dla niej odmianę po 
różnych   cwaniaczkach,   zarozumiałych   durniach,   małych   kombinatorach   i   bohaterach 
pisuarów, drżących na widok policjanta. Wiedziała, że na pierwsze skinienie tego człowieka 
pójdzie z nim do łóżka.  A gdyby opierał  się, to ona już go zmusi  do kapitulacji.  Nie u 
gliniarzy, ale u niej w łóżku.

Pociągnęła go energicznie za rękę i zaprowadziła do kuchni.
– Gerard mówił, że możemy na ciebie liczyć – powiedział Mercey do Germaina.
Ten uśmiechnął się lekko.
– Myślę, że tak.
– W każdym razie już słyszałem o tobie.
– Tak? Gdzie?
– W więzieniu w Melun.
– Od kogo?
– Od twoich dawnych wspólników, Maksa z Nancy i Juliana Cadillaka.
– Tak, to były dobre czasy, kiedy pracowałem z nimi. Ostre chłopy – powiedział Germain 

z nutą nostalgii w głosie.

– A teraz nadeszły chude lata?
– Gliny nie spuszczają mnie  z oka. Jestem jak zapowietrzony,  nikt  nie chce ze mną 

pracować.   Wiadomo,   taki   chwat,   który   by   się   na   to   odważył,   to   gotowy   kandydat   do 
więzienia. Tylko smarkacze chętnie by wzięli ze sobą doświadczonego człowieka, który by 
im służył radą, ale tych to ja unikam. Łatwo zginają się im palce na cynglach, wyżywają się w 
strzelaniu.

– Zdaje się, że coraz więcej jest szczeniaków?
– Tak. Nie ma co, są odważni. Za bardzo. Z lekkomyślności. Biorą nawet dziewczyny ze 

sobą. Są tak śmiałe jak oni, ale, naturalnie, jeszcze bardziej agresywne. No i te szczeniaki 
strzelają z byle powodu, żeby tylko zaimponować tym dziewczynom. Wydaje im się wtedy, 
że są prawdziwymi gangsterami...

– Jeżeli to ci odpowiada, Germain, to możesz się do nas przyłączyć – powiedział Mercey.
– Odpowiada mi.
– Szykujemy duży skok. Potrzeba nam ludzi. Ale o tym porozmawiamy później. Na razie 

interesuje nas ta biżuteria. Myślę, że Josiane mówiła ci o tym?

– Tak.
– Udało ci się zdobyć sprzęt?
– Będę go miał za dwa dni.
– Świetnie. Teraz pogadamy o szczegółach, wytłumaczymy ci wszystko.
Trochę   później   Josiane,   Germain   i   Gerard   w   towarzystwie   Merceya,   Barradesa,   Jo 

background image

Lahaye i Christiana Sancy zasiedli przed dwiema wielkimi butlami „Comtes do Champagne 
Taittinger 1973”. Josiane zrobiła świetny sprawunek. Kierując się intuicją, kupiła wspaniały 
szampan na oblewanie nowego mieszkania.

– W porównaniu z nędzną wegetacją, jaką prowadziłem w więzieniu, czuję się teraz jak 

król! – Mercey był zachwycony. – Niech ten boski trunek będzie dobrą wróżbą dla naszego 
przedsięwzięcia!

* * *

Druga córka familii Lesaigneur, Sylwiana, stanęła przed drzwiami domu w Montreuil. 

Przybyła   prosto   z   hamburskiego   centrum   seks-rozrywki,   w   którym   pracowała   od   roku. 
Powodowana rodzinną solidarnością, stawiła się od razu na wezwanie Josiane.

Josiane otworzyła drzwi i uśmiechnęła się radośnie.
– Wejdź, stara. Czy ciągle marzysz o wyjeździe do Honolulu?
– Częściej, niż zwykle. Trzęsę się z zimna w tych Niemczech.
–  Jeżeli   uda   się  planowany  przez   nas  skok,  w  którym   weźmiesz   udział,   to   niedługo 

będziemy się opalać na Hawajach!

background image

V

Germain zaparkował wielką ciężarówkę do przewożenia mebli tuż przy krawężniku, w 

prostokącie oznaczonym białą farbą na jezdni z napisem „Dostawa towarów”.

W chwili gdy nadjeżdżał, Josiane siedząca za kierownicą starej furgonetki – z silnikiem 

spreparowanym przez Michaela, także członka klanu Lesaigneurów i najlepszego w Paryżu 
mechanika-specjalisty   od   przerabiania   samochodów   –   ruszyła,   zwalniając   przez   to   dla 
Germaina miejsce.

Pojechała prosto ulicą de la Paix do placu Opery, okrążyła go i wróciła przeciwną stroną 

ulicy de la Paix.

– Jak sądzisz, czy będą nam przeszkadzać? – spytała siedzącego obok niej Christiana, 

wskazując   ruchem   głowy   dwóch   policjantów,   którzy   raczej   beztrosko   pełnili   straż   przed 
Izraelskim Biurem Turystycznym.

– Są za daleko – odparł krótko.
– A jednak! Mogą pomyśleć, że to dziwne.
– Mają to w nosie. Kazano im strzec Izraelskiego Biura Turystycznego i tylko to ich 

obchodzi. Mają wystarczająco dużo roboty, obserwując przechodniów i zastanawiając się, czy 
któryś z nich nie zamierza podrzucić bomby, żeby martwić się jeszcze o to, co dzieje się dalej 
na ulicy.

– Pewnie masz rację.
Dojechali   do   placu   Vendôme.   Zatrzymała   samochód.   Christian   nasunął   na   czoło 

płócienną niebieską czapkę i otworzył drzwiczki. Uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– Uważaj na siebie.
– Nie przejmuj się.
Wysiadł, a Josiane odjechała.
Włożył   ręce   do   kieszeni   i   podszedł   szybko   do   miejsca,   gdzie   zostawił   przedtem 

sprężarkę, młot pneumatyczny i biało-czerwone uliczne barierki ochronne.

Siedzący w szoferce ciężarówki Mercey spojrzał na zegarek. Mieli jeszcze trochę czasu, 

trzy minuty, nie więcej. Trudno było dokładnie wyznaczyć chwilę rozpoczęcia akcji, bo duży 
ruch uliczny mógł rezerwować niespodzianki. Już przedtem zapewnił sobie wystarczający 

background image

margines czasu, aby nie spóźnić się na umówione miejsce.

– Co teraz robimy? – spytał Germain. – Czekamy?
– Czekamy. Przyjechaliśmy trochę wcześniej.
Spojrzał na sklep jubilerski. Mieścił się między perfumerią a biurem jakiegoś arabskiego 

towarzystwa lotniczego, a jego witryny zajmowały całą szerokość budynku.

Znowu   spojrzał   na   zegarek.   Jeszcze   minuta.   Nie   spuszczał   wzroku   z   drzwi   sklepu 

jubilera. Policzył w myśli do sześćdziesięciu, potem do osiemdziesięciu siedmiu i wreszcie 
zobaczył,   że   otwierają   się   oszklone   drzwi   sklepu,   pchnięte   przez   jakiegoś   starszego 
mężczyznę, pochylonego i łysiejącego.

Metalowa żaluzja zsunęła się wolno spod płóciennej markizy,  zagłębiła się w ziemię, 

drgnęła i znieruchomiała.

Mercey opuścił szybę i wysunął głowę. Nie musiał długo czekać. Zza rogu ulicy wyszedł 

właśnie Jo Lahaye i szybko poszedł do ciężarówki. Gdy był już przy drzwiczkach, dotknął 
lekko ramienia Merceya i szepnął cicho:

– Wszyscy wyszli. Możemy iść.
Mercey powtórzył to Germainowi.
– Idziemy.
Jednocześnie zastukał w tylną ściankę szoferki.
Mercey i Germain wysiedli i podeszli do Jo, który odpinał plandekę z tyłu szoferki.
Gerard Lesaigneur szybko zeskoczył na ziemię. Jo wyciągnął zatyczki i spuścił tylny bord 

skrzyni ciężarówki.

Mercey obejrzał się. W odległości kilku metrów stał na chodniku Sancy i przyglądał się 

ciekawie, z rękami w kieszeni. Wyglądał jak robotnik drogowy.

– Ty, tam, chodź nam pomóc! – krzyknął Mercey.
Sancy podbiegł prędko.
Podnieśli   w   pięciu   wielką   szafę   normandzką   ustawioną   tuż   przy   tylnej   krawędzi 

ciężarówki i unieśli ją na plecach.

– Cholera – zaklął Gerard przez zęby – ale jest ciężka!
– Zwłaszcza to co jest w środku, jest ciężkie! – szepnął Jo Lahaye.
Pokrzykując   i   potrącając   przechodniów,   postawili   szafę   tuż   przy   drzwiach   sklepu 

jubilerskiego.

Szafa była zwrócona tyłem do ulicy.
Sancy szybko przyniósł biało-czerwone barierki ochronne i ustawił je dokoła szafy, w 

odległości mniej więcej dwóch metrów. Barierki tak zablokowały chodnik, że przechodnie 
musieli schodzić na jezdnię i dopiero po okrążeniu ciężarówki mogli wracać na chodnik.

Sancy zawiesił na barierkach żółte, metalowe tabliczki z czerwonym napisem „Zakłady 

Gazownicze – naprawa przewodów”.

Potem   ustawił   sprężarkę.   Kiedy   wprawił   ją   w   ruch,   chwycił   młot   pneumatyczny, 

background image

przeciągnął za sobą gumowe przewody i ulokował się naprzeciw szafy, tuż przy krawędzi 
chodnika. Umieścił dłuto w miejscu złączenia dwóch płyt, napiął mięśnie i mocno trzymając 
rękojeść młota, naciśnięciem kciuka wprawił młot w ruch.

Mimo swoich dziewięćdziesięciu kilo wagi o mało co nie wyskoczył w powietrze pod 

wpływem wstrząsu. Dłuto ześlizgnęło się, ale udało mu się ponownie je zaczepić i tym razem 
oparł się na rękojeści całym ciężarem ciała, by utrzymać przyrząd w miejscu. Młot drgał mu 
w rękach, a ból wywołany wibracją przeszywał mu mięśnie.

Sprężarka i młot czyniły jednak straszliwy hałas, a właśnie o to mu chodziło.
Mercey zwrócił wzrok w drugą stronę. Tu wszystko szło dobrze.
Jo, Germain i Gerard z zaaferowanymi minami wyładowywali różne meble z ciężarówki i 

stawiali je tu i tam na chodniku, bądź przy szafie, bądź obok wejścia do budynku, w którym 
mieścił się sklep jubilerski, przy witrynie arabskiego towarzystwa lotniczego.

– To już niedługo potrwa, niech pan się nie martwi! – krzyknął Gerard do pracownika 

towarzystwa, który, zaniepokojony, wyszedł na próg swojego biura.

Po chwili urzędnik wrócił do biurka i zasiadł za stosem reklamowych folderów. Za nim, 

na   ścianie,   wisiał   zegar   elektryczny.   Wskazywał   jedenaście   minut   po   pierwszej.   Mercey 
sprawdził   czas   na   własnym   zegarku.   Zgadzało   się   mniej   więcej.   Oznaczało   to,   że   mieli 
jeszcze najwyżej czternaście minut.

Przez chwilę zatrzymał wzrok na stołach, stolikach, kredensach i komodach tarasujących 

chodnik. Oczywiście, bardziej przenikliwy człowiek mógłby zastanowić się, któż to w tej 
eleganckiej dzielnicy mógł się przeprowadzić z takimi gratami, kupionymi za grosze przez 
Germaina u algierskiego handlarza starzyzną na Pchlim Targu w Saint-Ouen. Lecz sądząc z 
obojętności przechodniów mijających z roztargnieniem te meble, było mało prawdopodobne, 
ażeby w ogóle ktoś zadawał sobie podobne pytania.

Przymrużając oczy przyjrzał się teraz dwóm policjantom pilnującym Izraelskiego Biura 

Turystycznego w głębi ulicy. Byli to młodzi ludzie, bardziej niż czym innym zainteresowani 
nogami   i   biodrami   dziewcząt,   muskających   ich   w   przejściu   swymi   minispódniczkami.   Z 
przyjemnością przystaliby na zamach na damską cnotę. Ta sytuacja również nie dostarczała 
powodu do niepokoju.

Znowu spojrzał na zegarek. Pierwsza szesnaście... Jeszcze dziewięć minut. Potem trzeba 

będzie odjechać, zachowując w ten sposób pięciominutową rezerwę czasu przed powrotem do 
pracy   sprzedawców   zatrudnionych   u   jubilera.   Mieli   oni   bowiem   półgodzinną   przerwę 
obiadową, dokładnie od pierwszej do pierwszej trzydzieści. I niezbyt rozsądnie wychodzili 
wszyscy razem ze sklepu. Nie budziło to niepokoju kierownictwa zapewne dlatego, że sklep 
nie był nigdy obrabowany i że, niesłusznie, uważano pół godziny za zbyt krótki okres dla 
dokonania włamania.

Tak więc zostawiono w witrynach biżuterię i zegarki wyjęte rano z sejfów. Naturalnie, 

nie   były  to   najdroższe   przedmioty,  te   pozostawały  w  sejfach.   Niemniej  wartość  biżuterii 

background image

grzecznie leżącej na wystawach wynosiła od pięciuset tysięcy do miliona starych franków za 
sztukę; było tego w sumie około dwustu klejnotów drzemiących spokojnie w gablotach i w 
witrynach.

Mercey zastanawiał się, jak to wyglądało w oczach towarzystwa ubezpieczeniowego. A 

może o niczym nie wiedzieli?

Zbliżył się Jo. Za nim dolna część wystawy sklepu była całkowicie założona meblami 

ustawionymi tam przez Jo, Gerarda i Germaina. Wykonano dokładnie jego polecenia.

– Jeszcze nie – szepnął Mercey.
– Nie.
– Wracaj tam.
– Dobrze.
Mercey oparł się o drzwi ciężarówki i nasunął daszek czapki na oczy, chroniąc je przed 

słońcem.   Machinalnie   dotknął   długiej   metalowej   skrzyni   na   narzędzia   umieszczonej   na 
błotniku   ciężarówki.   Była   rozpalona.   Zawierała   składany   pistolet   maszynowy   i   cztery 
magazynki   z   nabojami.   Był   to   jeden   z   pistoletów   dostarczonych   im   kiedyś   przez   René 
Estebeteguya. Przywieźli je z sobą do Paryża.

Leżał w zasięgu ręki, tak że w razie potrzeby nietrudno byłoby się nim posłużyć. Poza 

tym każdy z jego towarzyszy miał pod roboczym kombinezonem zwykły pistolet.

Odwrócił   się   i   spojrzał   na   Christiana,   który   ciągle   męczył   się   nad   młotem 

pneumatycznym.   Pot  spływał   mu   po  oczach,   a   jego   twarz,   chorobliwie   blada   po  długim 
pobycie   w  więzieniu,   powoli   czerwieniała  pod  wpływem  słońca.  Mercey uśmiechnął  się. 
Tylko jeden z nich, Christian, mógł znieść tak długo podobny trud. Oczywiście, w sensie 
wysiłku fizycznego. Przecież żaden z nich nigdy nie pracował fizycznie...

W szafie było niesłychanie gorąco. Robert Barrades otarł czoło, przeklinając w duchu ten 

ostatni kawałek, który nie chciał ustąpić.

Zaraz jak tylko usłyszał, że Christian wprawił w ruch sprężarkę i młot pneumatyczny, 

zapalił palnik. Jeszcze raz spojrzał na manometr butli z acetylenem i wyregulował płomień 
palnika. Potem zabrał się za metalową żaluzję.

Ogromnie   się  cieszył.  Nareszcie   go potrzebowano.  Pierwszy  raz  od czasu  ucieczki  z 

więzienia w Bordeaux. A przecież to on i jego brat René wpadli na pomysł ucieczki! Gdyby 
nie oni, gdzie by teraz byli ci paryżanie? W mamrze, oczywiście!

Do diabła!
Co jest z tą cholerną żaluzją?
Przecież dotąd wszystko szło dobrze.
Popchnął   zasuwane   drzwi   szafy,   zaczerpnął   świeżego   powietrza   i   poprawił   okulary 

ochronne.

Pochylił się i kolba pistoletu wpiła mu się mocno w brzuch.
– Cholerna spluwa! – zaklął przez zęby.

background image

Przesunął okulary na czoło i przytknął twarz do szpary między szafą a drzwiami sklepu, 

przez którą wpadła smuga światła.

Powietrze ochłodziło trochę jego rozpalona twarz.
Odetchnął  głęboko. To nie jest odpowiednia chwila, żeby się poddawać. Czas naglił. 

Spojrzał na zegarek. Pierwsza siedemnaście.

– Psiakrew! – rozeźlił się. – Zostało tylko osiem minut, a tyle jeszcze jest do zrobienia!
Zsunął okulary na czoło i zmniejszył płomień palnika. Trzeba jak najszybciej rozwalić tę 

żaluzję! Zabrał się za nią z pasją i wreszcie jego wysiłek został uwieńczony powodzeniem.

Zgasił pospiesznie płomyk, odrzucił palnik za butlę z acetylenem i sięgnął po młotek. 

Starannie   odbił   młotkiem   wystające   ułamki   prętów   i   z   całej   siły  pchnął   środkową   część 
żaluzji.  Wycięty przed chwilą  fragment  żaluzji  opadł do tyłu  i oparł się o drzwi sklepu. 
Barrades poprawił rękawice i wahadłowym ruchem przyciągnął go do przodu. Przesunął go 
za siebie i oparł o tylną ścianę szafy. Odetchnął z ulgą, podniósł odrzucony przedtem młotek i 
wsunął go między kolana. Wyjął rolkę scotchu i przykleił dwa paski taśmy na krzyż na szybie 
drzwi do sklepu. Uderzeniem młotka w miejsce skrzyżowania pasków stłukł szybę, zebrał 
odłamki szkła, zsunął je w głąb szafy i z młotkiem w ręku wszedł do sklepu.

Spojrzał nerwowo na zegarek. Jeszcze trzy minuty. Zdjął szybko okulary ochronne, lewą 

ręką   przyciągnął   z   pleców   jeden   z  trzech   zawieszonych   na   szyi   woreczków.   Skoczył   do 
najbliższej  witryny,  zgarnął do worka zegarki i biżuterię,  tak samo  z dwóch pozostałych 
wystaw. Potem pobiegł do gablot i stłukł kolejno pokrywające je szkło. Odrzucił młotek, 
przesunął na plecy napełniony woreczek i ściągnął na piersi drugi, pusty. Zgarnął do niego 
obu rękami zegarki, klipsy, pierścionki, bransolety, naszyjniki, wisiorki...

W sumie napełnił trzy woreczki.
Gdy kończył, wiszący na ścianie zegar wybił pierwszą trzydzieści. Nie zwracając uwagi 

na kilka klejnotów, które jeszcze zostały w gablotach, podbiegł do wyjścia, wszedł do szafy i 
zastukał szybko w tylną ściankę zamykając jednocześnie drzwi szafy.

Jo Lahaye czekał tylko na ten sygnał.
Podniósł   rękę,   dając   znak   Gerardowi   i   Germainowi   Lesaigneurom,   którzy   zaczęli 

odciągać szafę od sklepu, podczas gdy Sancy popychał w jej miejsce drugą, postawioną obok 
i bardzo podobną do tamtej szafę, aby zasłonić ziejący otwór w szybie.

Potem wszyscy czterej podnieśli szafę, w której siedział Robert Barrades i wstawili ją do 

ciężarówki. Mercey już zdążył schować skrzynię z pistoletem maszynowym i zapuścił silnik. 
Germain wspiął się do szoferki na miejsce za kierownicą i ruszył ostro, nie zwracając uwagi 
na jakąś taksówkę, która właśnie wysunęła się z tyłu i musiała gwałtownie zahamować.

Ciężarówka popędziła w kierunku placu Opery. Germain dobrze prowadził wóz.
Mercey spojrzał w lusterko boczne, chcąc sprawdzić, co się dzieje koło sklepu jubilera, 

ale odjechali już za daleko.

Germain skręcił w prawo w aleję Opery nie zatrzymując się przed czerwonym światłem, 

background image

które zapaliło się właśnie w tym momencie, przyspieszył, przejechał następne skrzyżowanie 
przy żółtym świetle, przemknął jak wicher aleją, przeciął ulicę Rivoli i znalazł się na placu du 
Carrousel. Zatrzymał ciężarówkę na skraju placu naprzeciw Łuku Triumfalnego du Carrousel 
i spojrzał pytająco na Marceya.

– Wysiadamy, ona już jedzie – rzekł Mercey, sięgając po skrzynię z pistoletem.
Furgonetka z Josiane za kierownicą zatrzymała się obok nich. Mercey i Germain usiedli z 

przodu, obok Josiane, a czterej pozostali mężczyźni wsiedli do furgonetki od tyłu.

– Spóźniliście się – upomniała Josiane.
Mercey mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi.
Josiane nie nalegała, upewniła się, że wszyscy już się usadowili w furgonetce i ruszyła.

background image

VI

Le Guennec czuł się bezradny. Banda Merceya właśnie dała o sobie znać. Ale co się stało 

z jej słynnym szefem? Kradzież biżuterii i zegarków, których nie można sprzedać nie należała 
do jego ulubionych zajęć.

Więc?
W ogóle nie starali się ukryć swojego autorstwa włamania. Znaleziono odciski palców 

Christiana Sancy na rękojeści młota pneumatycznego.

I gdzie się podziała słynna dokładność Merceya w wykonywaniu na czas zaplanowanych 

czynności?

Bo o mało co nie zaskoczyli ich pracownicy sklepu. Przyglądając się z bliska tej sprawie, 

nie   mógł   powstrzymać   się   od   uwagi,   że   cała   ta   operacja   nosiła   znamiona   czegoś 
pospiesznego, zaimprowizowanego. W pewnym sensie można to było łatwo wytłumaczyć. 
Mercey i jego ludzie nie mogli żyć samym powietrzem. Potrzebowali pieniędzy, i to prędko.

Lecz ile mieli zamiar wyciągnąć z tych zegarków i biżuterii nie do opylenia?
Czy   znaleźli   jakiegoś   pasera,   o   którym   policji   nic   nie   wiadomo,   a   który   potrafiłby 

upłynnić ten towar?

Bo na pewno żaden znany policji paser nie weźmie nawet za darmo takiego towaru, jaki 

zdobył Mercey.

Nie ma co, ten Mercey działał w sposób trudny do przewidzenia, a co gorzej, policjanci z 

jego brygady nie mogli się pochwalić żadnymi osiągnięciami w tej sprawie, nie wpadli na 
trop bandytów.

Nic. Zupełnie nic.
W każdym razie można się założyć, że Mercey planuje jakiś inny skok.
Jeżeli  chciał  wyciągnąć  jakieś pieniądze  z tej  swojej  biżuterii  i zegarków,  to w celu 

sfinansowania   nowego,   wielkiego   skoku,   no   i   by   mieć   z   czego   łożyć   tymczasem   na 
utrzymanie bandy.

Ale żeby odgadnąć, jaki to ma być skok, to inna sprawa. Zupełna niewiadoma. Mgła.
Najbardziej jednak irytujące, to ten brak tropu, którym by mogli pójść.
Nasuwa   to   myśl,   że   banda   korzysta   z   pomocy   jakiejś   dobrze   zorganizowanej   szajki 

background image

przestępczej, a to może być tylko rodzina Lesaigneurów.

Bo   i   dlaczego   by   Mercey   zawracał   sobie   głowę   takim   szczeniakiem   jak   Gerard 

Lesaigneur,   oczywiście   niezależnie   od   tego,   że   był   jego   kompanem   z   więziennej   celi   w 
Bordeaux?

Dlatego, że dowiedział się od niego o szerokich możliwościach klanu Lesaigneurów.
I zrozumiał, jakie korzyści może wyciągnąć z tej znajomości.
Ostatecznie, Mercey, Sancy i Lahaye działali zawsze w pojedynkę, samotnie, nie mieli 

żadnych bliższych związków ze światem przestępczym.  Nikt by im teraz nie pomógł. Na 
pewno to środowisko nie dopuściłoby ich do siebie.

Tymczasem, z pomocą familii Lesaigneurów... Spryciarz, ten Mercey...
W każdym razie Germain i Josiane zniknęli. Le Guennec puknął się nagle w czoło.
Mercey, taki inteligentny facet, musiał mieć jakiś ważny powód przyjazdu do Paryża. 

Zbliżał   się   lipiec   i   Mercey   świetnie   wiedział,   że   miał   duże   szanse   przedostania   się   do 
Hiszpanii wraz z falą sześciu milionów Francuzów – wśród których nietrudno byłoby się 
ukryć – przepływającą na Półwysep Iberyjski na wakacje letnie.

Przecież z Bordeaux jest bliżej do Hiszpanii, niż z Paryża.
A   może   taki   był   jego   pierwotny   plan,   ale   w   ostatniej   chwili   coś   mu   stanęło   na 

przeszkodzie?

* * *

Kierowniczka   szkoły   uśmiechnęła   się   życzliwie   do   dwojga   młodych   ludzi   z   prasy   i 

poprosiła, by zajęli miejsca w podniszczonych skórzanych fotelach stojących naprzeciw jej 
biurka.

–   Proszę   wybaczyć,   że   musieliście   państwo   czekać.   Miałam   rozmowę   telefoniczną   z 

inspektorem Akademii. Mamy tyle różnych spraw...

Westchnęła.
– Rzeczywiście, wyobrażam sobie, ile pani napotyka trudności – powiedziała kobieta.
Kierowniczka przytaknęła z zakłopotaną miną.
–   To   gęsto   zaludniona,   robotnicza   dzielnica   na   przedmieściu   i   nasza   szkoła   jest 

przepełniona.   Stale   na   to   się   skarżę,   lecz   cóż,   nie   można   nic   zrobić.   Ale   pewnie   nudzę 
państwa moimi sprawami...

– Ależ nie – przerwała kobieta. – Wręcz przeciwnie, bo jak mówiłam pani przez telefon, 

interesują   mnie   problemy   dzieci   robotników   cudzoziemskich,   podobno,   jak   mi   pani 
powiedziała, bardzo liczne w tej szkole.

– Rzeczywiście. Zdaje się, że nie dosłyszałam nazwy czasopisma, w którym pani pracuje.
– „France-Etudes”.
– „France-Etudes”? Publikuje zwykle bardzo dobre reportaże.
– Dziękuję.

background image

– A co konkretnie chciałaby pani wiedzieć?
Z uwaga przyglądała się spoza okularów swojej rozmówczyni.
Pociągła   twarz   prawdziwej   intelektualistki,   czoło   odsłonięte,   włosy   krótkie,   raczej 

rozczochrane – pomyślała, że należałoby je umyć dobrym szamponem – okulary w stalowej 
oprawie, poważny wyraz jasnych oczu. Nieumalowana.

Spojrzenie kierowniczki przesunęło się na ubranie.
Sprane   dżinsy,   takie   jak   spodnie   jej   kolegi,   który  nie   wymówił   zresztą   dotąd   słowa. 

Długowłosy chłopak ze zwichrzoną  brodą, w ciemnych  okularach zakrywających  oczy,  z 
piersią obwieszoną aparatami fotograficznymi.

–   Byłabym   wdzięczna,   gdyby   pani   zechciała   mi   opowiedzieć   o   problemach   dzieci 

robotników zagranicznych, na przykład o ich kłopotach językowych, o odrabianiu lekcji w 
domu w atmosferze nie sprzyjającej dobrej nauce, o ich kontaktach z francuskimi kolegami, o 
stosunku ich rodziców do nauczycieli, coś w tym rodzaju, rozumie pani.

Wyjęła   notes   i   długopis   z   teczki,   którą   oparła   o   nogę   fotela   i   podniosła   wzrok   na 

kierowniczkę.

– To szkoła koedukacyjna, prawda?
– Tak. Tym trudniejsze są nasze zadania.
– Doskonale to rozumiem.
– A więc, problemy, na jakie się najczęściej natykamy, gdy chodzi o dzieci, o jakich pani 

mówi i, jak sądzę, problemy charakterystyczne dla wszystkich szkół, ale które, oczywiście, 
rysują się ostrzej w szkołach o dużej liczbie tych dzieci...

Opowiadała o swoich codziennych kłopotach. Doskonale znała ten temat. Czyż nie pisała 

dziesiątków sprawozdań dla ministerstwa, raportów, które nie wywołały żadnego oddźwięku?

Dziennikarka   szybko   notowała,   zapełniając   kolejne   kartki   notesu.   Jej   towarzysz 

postukiwał machinalnie palcami po futerale jednego ze swoich aparatów fotograficznych, nie 
podnosząc oczu, z obojętną miną, jak gdyby temat rozmowy zupełnie go nie interesował.

– Bardzo ciekawe, to co pani mówi – powiedziała dziewczyna.
– Czy pani przeprowadza takie wywiady w innych szkołach, czy tylko w tej?
–   Alain   Fergeat...   –   dziewczyna   wskazała   ręką   na   swojego   towarzysza   –   i   ja, 

przeprowadzamy wywiady na północnym przedmieściu, ale nasi koledzy robią to samo w 
innych dzielnicach Paryża.

– Rozumiem.
Mówiła  jeszcze  przeszło  pół  godziny.   Była   zadowolona,  że   ma  słuchaczy  i   że  może 

mówić na temat, który ją żywo interesuje. Poza tym ten wywiad może przecież wywołać jakiś 
oddźwięk, a może nawet była to dla niej szansa zwrócenia uwagi szerszej opinii publicznej, 
może i ministerstwa, na tę sprawę? Gdyby ten reportaż przyczynił się do polepszenia losu 
tych kochanych dzieci, bardzo by się cieszyła, że miała w tym swój udział.

– ... to by było chyba wszystko – powiedziała wreszcie.

background image

– Dziękuję. Pani wypowiedź była bardzo wyczerpująca.
– Mam nadzieję, że okaże się przydatna.
– Mówiła pani bardzo interesująco.
Dziennikarka złożyła zapisane kartki i razem z długopisem włożyła je do teczki.
– Jest jeszcze coś, o co chciałam panią prosić.
– Tak, słucham?
–   Chcielibyśmy   zrobić   zdjęcia   kilkorga   dzieci   różnych   narodowości.   Wczoraj,   w 

rozmowie telefonicznej, powiedziała pani, że to jest możliwe?

– Rzeczywiście.
– Może więc czworga dzieci, dwóch chłopców i dwóch dziewczynek, bo przecież to jest 

szkoła koedukacyjna.

– Proszę bardzo.
– Spośród najmłodszych, jeśli to nie sprawi pani kłopotu, w wieku sześciu, siedmiu lat.
– Chwileczkę.
Kierowniczka podniosła słuchawkę telefonu i nacisnęła przycisk wewnętrznej linii
– Ewelina?
Rozmawiała chwilę i potem odłożyła słuchawkę.
– Załatwione.
– Dziękuję. Chcielibyśmy zrobić kilka zdjęć na dziedzińcu szkolnym, a także w klasie.
Kierowniczka spojrzała na zegarek.
– Za kwadrans będzie pauza. Przyprowadzą tu czworo dzieci, tak jak pani prosiła i pójdą 

razem z wami. Będziecie mogli zrobić zdjęcia na dziedzińcu, a kiedy usłyszymy dzwonek na 
przerwę, pójdziemy do jakiejś pustej klasy i w ten sposób nie będziemy nikomu przeszkadzać.

– To bardzo uprzejmie z pani strony.
Zastukano do drzwi i do pokoju weszła zastępczyni kierowniczki, prowadząc przed sobą 

dwóch małych chłopców i dwie dziewczynki. Onieśmielone dzieci spuściły oczy.

Kierowniczka i dziennikarze powstali z miejsc.
– Nie bójcie się, dzieci – powiedziała dziennikarka, uśmiechając się przyjaźnie i podeszła 

do dzieci. – Jak się nazywają?

– To jest Malika – odpowiedziała zastępczyni kierowniczki – tamta dziewczynka ma na 

imię Encarnacion, ten chłopiec to Sadok, a tamten, który się chowa z tyłu, to Joao.

– Jakiej są narodowości?
–   Joao   jest   Portugalczykiem,   Malika   –   Tunezyjką,   Encarnacion   Hiszpanką,   a   Sadok 

Algierczykiem.

– Doskonale. Pójdziemy zrobić zdjęcia? – dziennikarka zwróciła się do kierowniczki.
– Idziemy.
Wyszli z pokoju. Fotoreporter wychodził ostatni, więc kierowniczka nie mogła zauważyć, 

że   wziął   filiżanki,   z   których   młoda   dziennikarka   i   on   sam   pili   herbatę   i   że   włożył   je 

background image

pospiesznie do jednego z futerałów, z którego przedtem wyjął aparat fotograficzny i trzymał 
teraz w ręku.

Zrobił kilka zdjęć dzieci na dziedzińcu szkolnym, a po dzwonku na przerwę fotografował 

je w jednej z klas, po czym młoda dziennikarka zwróciła się z uśmiechem do kierowniczki:

– Chcielibyśmy jeszcze skorzystać z pani uprzejmości i zrobić parę zdjęć na schodkach 

przed szkołą.

– Dobrze – zgodziła się kierowniczka – ale pospieszcie się, bo za dziesięć minut skończy 

się przerwa, a nie chciałabym przeszkadzać dzieciom w nauce.

– Oczywiście
Przeszli do korytarza prowadzącego do wyjścia ze szkoły. W momencie, gdy przechodzili 

pod   drzwiami   gabinetu   kierowniczki,   mężczyzna   stanął   nagle   pośrodku   nich,   oddzielając 
swoją osobą kierowniczkę i zastępczynię kierowniczki od młodej kobiety, która szła dalej, 
popychając dzieci przed sobą.

– Nie ruszać się – powiedział ostro.
W obu rękach trzymał pistolety wymierzone w kobiety.
– Wejdźcie tutaj – ruchem głowy wskazał gabinet kierowniczki.
Przestraszone, posłuchały go.
Wszedł za nimi do pokoju.
– Siadajcie.
Kierowniczka usiadła za biurkiem, a jej zastępczyni w fotelu, który przedtem zajmował 

mężczyzna.   Ten   wsunął   trzymany   w   prawej   ręce   pistolet   do   jednego   z   futerałów 
zawieszonych na szyi i jednocześnie wyjął z innego futerału dwie pary kajdanek.

– Ręce do tyłu – polecił zastępczyni kierowniczki.
Posłuchała. Kajdanki szczęknęły jej na rękach. Zaczepił łańcuch drugiej pary kajdanek o 

nogę fotela i nałożył jej na nogi w kostkach. Podniósł się i wyjął dwie inne pary kajdanek.

– Teraz pani – powiedział do kierowniczki.
Powtórzył tę samą operację, a następnie przeciął kabel telefonu nożyczkami, które leżały 

na biurku.

Pistolet trzymany w lewym ręku wsunął do futerału, z którego wyjął kajdanki. Sięgnął do 

kieszeni i wyjął złożoną w czworo kartkę papieru. Rozprostował ją i położył na biurku przed 
kierowniczką.

– Niech pani to sobie poczyta, nie będzie się pani nudziło. Niech pani też powie tym, 

których to dotyczy, że lepiej będzie, żeby nas posłuchali, jeżeli chcą znowu zobaczyć dzieci.

– Błagam pana, tylko nie zróbcie nic złego dzieciom – zaszlochała kierowniczka.
– Nie stanie się im nic złego, jeżeli nas posłuchacie.
I nie troszcząc się więcej o obie kobiety, opuścił szybko pokój.

* * *

background image

Wyjęte   z   kuwety   odbitki   fotograficzne   schły   w   powietrzu,   przypięte   szczypczykami. 

Mercey   wytarł   ręce   i   pogratulował   sobie   w   myśli.   Jak   dotąd,   wszystko   szło   zgodnie   z 
przewidywaniami  i dokładnie  według  jego planu.  Przede wszystkim  Jo zdołał  wyciągnąć 
trzydzieści milionów za biżuterię i zegarki od tego dusigrosza Davidowsky’ego. Sukces! Bo 
on liczył tylko na dwadzieścia. To prawda, że był zawsze pesymistą, jak twierdziła Myriam.

Z tych  trzydziestu  milionów  część dostali  Germain  i Josiane,  jako zwrot kosztów za 

wydatki   związane   z   operacją   przy   ulicy   de   la   Paix,   część   Zuzanna   za   kłopoty,   jakie   jej 
sprawili. Dwa miliony przekazali okrężną drogą adwokatowi Rodrigueza, jak to obiecali temu 
ostatniemu przed ucieczką z więzienia. René Estebeteguy dostał także swoją część.

Kochajmy   się   jak   bracia,   lecz   liczmy   się   jak   obcy.   Nie   bez   powodu   zyskał   sobie 

przydomek Zasadniczego Piotrusia. Kiedy żyje się poza prawem, nie można sobie pozwolić 
na lekceważenie zasad.

Trzeba  też  było  zapłacić  za dom  i uregulować  rachunek  za samochody,  które kupiła 

Josiane, posługując się podrobionymi dokumentami, otrzymanymi od dziadka Lesaigneura, 
fałszerza, i przechowywanymi w kawalerce.

Poza tym Josiane podjęła się kupna aparatów fotograficznych, sprzętu potrzebnego do 

wywołania   klisz   i   wykonania   odbitek   oraz   maszyny   do   pisania,   kopert,   znaczków 
pocztowych, fotokopiarki, maseczek pielęgniarskich, żywności i zabawek dla dzieci, a także 
dwóch   kolorowych   telewizorów.   Kupiła   też   narzędzia   grawerskie   i   białą   farbę.   Wraz   z 
pięcioma  milionami,  które dał im Gerard, zostało  im raptem niecałe  siedem milionów, a 
przecież muszą z czegoś żyć, czekając na te dwa miliardy... A trzeba wyżywić dwanaście 
osób...

Mimo to, nie ma powodu do narzekania. Wszystko jest na dobrej drodze.
W ciągu dwóch dni nauczył Josiane roli dziennikarki. Świetnie sobie z tym poradziła, jak 

zapewniał Gerard, który jej towarzyszył.

Zresztą efekty są widoczne.
Czworo   dzieci   bawiło   się   w   przeznaczonym   dla   nich   pokoju   pod   opieką   Josiane   i 

Sylwiany, które kolejno przy nich dyżurowały.

To on dał Josiane wskazówki, jak ma zmienić swoją powierzchowność, jak się przebrać i 

podobne rady dał Gerardowi.

Mowy nie ma, żeby gliny wyniuchały, skąd wiatr wieje. Było mało prawdopodobne, by 

mogła im się nasunąć myśl, że to on zorganizował porwanie. Kidnaperstwo nie leżało w jego 
zwyczajach. Policja uważała go za specjalistę od napadów z bronią w ręku.

Bandyci rzadko zmieniają specjalność.
No, a w tej drugiej połowie XX wieku porwania stały się monetą bieżącą. Coraz więcej 

jest porywaczy...

Na pewno przez to współzawodnictwo...
Byle kto porywa teraz byle kogo lub co.

background image

I na ogół rządy poszczególnych krajów ustępują przed żądaniami porywaczy.
Błogosławione czasy dla przestępców!
Już dawno zrozumiał, że powinien przerzucić się na inny rodzaj działalności. Napady na 

banki stały się zbyt niebezpieczne. Podczas gdy porwania, branie zakładników...

Tak, naprawdę jest mało prawdopodobne, by gliny mogły wpaść na myśl, że to on jest 

wmieszany w tę sprawę.

Pomacał odbitki fotograficzne. Były jeszcze wilgotne. Podszedł do stołu i wziął do ręki 

kopię pisma zostawionego na biurku kierowniczki szkoły.

„Szanowny Panie Prefekcie Policji!
Porwaliśmy czworo dzieci. Nie wybieraliśmy ich, zdaliśmy się na przypadek. Tak, lecz 

jedna szczególna cecha wyróżnia ten przypadek: są to dzieci robotników cudzoziemskich. 
Liczba zagranicznych robotników sięga we Francji czterech milionów.

Przyczyniają   się   oni   haniebnie   do   zaciskania   jarzma   nałożonego   masom   pracującym 

przez kapitał, nie próbują nawet walczyć z tym zniewoleniem.

Interesuje ich tylko jedno: pieniądze, za wszelką cenę.
W jakim celu?
Chcą wrócić kiedyś do rodzinnego kraju, gdzie kupią parę kóz i owiec, lub nawet całe 

gospodarstwa. Nie troszczą się o walkę prowadzoną na całym świecie przez ludzi miłujących 
wolność i sprawiedliwość społeczną i gotowych poświęcić życie dla tej szlachetnej sprawy. 
Twierdzimy więc, że zdradzają wzniosłe ideały mas robotniczych pragnących wyzwolić się z 
krępujących je więzów. Uważamy, że tak jak wielu innych ponoszą oni odpowiedzialność za 
nieme cierpienia ciemiężonych ludzi pracy na całym świecie.

Pewnego dnia przyjdzie kolej na tych innych.
Dziś potępiamy robotników cudzoziemskich przebywających we Francji.
Żądamy, by złożyli okup w wysokości dwóch miliardów franków na rzecz ujarzmionych 

mas pracujących.

W przeciwnym razie czworo porwanych przez nas dzieci poniesie śmierć.
Ich los leży w Pana rękach, Panie Prefekcie.
Pan może nadać tej sprawie pożądany rozgłos, sprzyjający ściągnięciu okupu. Pan może 

podjąć   stosowne   kroki   w   celu   zgromadzenia   funduszów.   Od   Pana   zależy   złożenie   tych 
pieniędzy   tego   dnia   i   o   tej   godzinie,   jakie   wyznaczymy,   w   taki   sposób   i   w   takich 
okolicznościach, jakie wskażemy.

Licząc od dziś, od godziny dwunastej w południe, pozostaje Panu piętnaście dni.
W tym terminie ponownie nawiążemy z Panem kontakt.
Proszę pamiętać: posuniemy się do środków ostatecznych...
Światowy Komitet Wyzwolenia Uciemiężonych Mas Pracujących”.
Już chyba po raz dziesiąty Mercey uśmiechnął się z zadowoleniem.
Styl i słownictwo tchnęły autentyzmem. Tylu wariatów chodzi sobie po świecie, więc 

background image

czemu   wątpić,   że   ten   list   nie   został   spłodzony   przez   jakiegoś   ekstremistę   cokolwiek 
pomylonego? Przez szaleńca, zdolnego do zgładzenia czterech biednych niewiniątek, jeżeli 
nie dostanie tych swoich dwóch miliardów...

Poza tym zeznania kierowniczki szkoły i jej zastępczyni będą decydujące w tej sprawie. 

A   Josiane   i   Gerard   byli   tak   ubrani   i   tak   się   zachowywali,   że   obie   panie   są   na   pewno 
przekonane o politycznych motywach porwania.

Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, on sam nie tak prędko wróci za kratki!
W każdym razie zabrał się do tego we właściwym czasie. Jeszcze kilka dni i zaczynają się 

wakacje szkolne...

Westchnął.
Było   jeszcze   tyle   rzeczy   do   zrobienia,   zanim   w   ciemnościach   pojawi   się   pierwsze 

światełko...

Poświęcił następną godzinę, by powkładać do kopert następujące dokumenty:
– 1 kopię listu, który Gerard zostawił na biurku kierowniczki szkoły,
– 1 zdjęcie dzieci w klasie,
– 1 zdjęcie dzieci na dziedzińcu szkolnym,
– 1 zdjęcie twarzy każdego dziecka,
– 1 list.
Na każdym zdjęciu była nalepiona plastikowa taśma z wygrawerowanym napisem:
„Tym  dzieciom (lub temu  dziecku) grozi śmierć,  jeżeli  nie zostanie  złożony okup w 

wysokości dwóch miliardów...”

List był napisany na maszynie. Był krótki i konkretny:
„Szanowny Panie!
Przesyłamy Panu kopię listu zaadresowanego do Prefekta Policji Paryskiej. Przekazujemy 

ją Panu do wiadomości wraz z fotografiami porwanych przez nas dzieci. Oto imiona dzieci:

Zdjęcie nr 3 – Joao
Zdjęcie nr 4 – Malika
Zdjęcie nr 5 – Encarnacion
Zdjęcie nr 6 – Sadok.
Dokumenty te mówią same za siebie.
Dowie się pan z listu, że żądamy okupu w wysokości dwóch miliardów. Pięćset milionów 

za jedno dziecko. To nie jest drogo. Życie nie jest nic warte, ale nic nie jest warte tyle co 
życie, jak napisał Malraux.

Nie wątpimy, że zrobi Pan wszystko, co leży w Pana mocy, aby spełniono nasze żądania.
Światowy Komitet Wyzwolenia Uciemiężonych Mas Pracujących”.
Na  kopertach   już   wypisano   na   maszynie   adresy  dzienników   i  tygodników   paryskich, 

dzienników prowincjonalnych, miesięczników zagranicznych, prywatnych stacji radiowych 
oraz stacji telewizyjnych.

background image

Mercey zalepił koperty i nakleił znaczki.
Josiane podjęła się nadać je w nocy na poczcie, w jakiejś odległej dzielnicy.

background image

VII

– Pani, powiedz, dlaczego tu wszystko jest na biało?
– Bo jesteście w szpitalu.
– Więc jesteśmy chorzy?
– Tak, jesteście chorzy.
– A na co?
– To tajemnica.
– Nie możesz nam powiedzieć?
– Nie.
– A doktor, to ten duży pan biało ubrany?
– Tak.
– Dlaczego on nosi maskę jak Zorro?
– Ty też, proszę pani, masz maskę jak Zorro.
– Tak, ale moja jest biała, a Zorro ma czarną maskę.
– A po co jest ta maska?
– Żeby was rozśmieszyć.
– A ja się boję.
– Pani, dlaczego ty zawsze nosisz ciemne okulary? Tu nie ma słońca, w oknach są zawsze 

spuszczone żaluzje.

– To dlatego, że oczy mnie bolą, wiesz?
– To ty jesteś też chora, jak my?
– Właśnie, ja też jestem chora.
– Czy długo tu zostaniemy?
– Kiedy już będziecie zdrowi, to wyjedziecie.
– A wakacje?
– Nie bójcie się, wyjedziecie na wakacje.
– Dlaczego mama i tata nie przychodzą do mnie?
– Bo nie wolno.
– Dlaczego nie wolno?

background image

– Bo jesteście chorzy. Gdyby przyszli, także by zachorowali. Chyba nie chcesz, żeby 

zachorowali?

Sylwiana odsunęła mankiet swojego fartucha pielęgniarki i spojrzała na zegarek.
Pół do ósmej.
Pora filmu rysunkowego w drugim programie telewizji. Odetchnęła z ulgą. Będzie miała 

chwilę spokoju.

– Chodźcie dzieci, włączymy telewizor.
– Fajnie! A co będzie? Flip i Flap?
– Nie. To będzie Bib Bip Bip.
Włączyła telewizor i dzieci wlepiły oczy w ekran.
Skrzypnęły drzwi i do pokoju wsunęła się Josiane.
– Jak tam? – szepnęła.
– Zaczynam mieć po uszy tych bachorów.
– Cierpliwości. Tu chodzi o forsę.
Josiane   wyślizgnęła   się   z   pokoju   i   poszła   do   jadalni,   w   której   siedzieli   wszyscy 

mężczyźni.

– Co tam słychać? – spytał Mercey.
– Sylwiana jest nie w humorze.
– Co jej jest? – zainteresował się Gerard.
– Tęskni do swoich chłopów.
Wybuchnęli śmiechem.
– Ale wytrzyma – zapewniła Josiane.
Mercey wskazał stos kopert leżących na kredensie.
– Josiane, zaniesiesz to wieczorem na pocztę.
Skinęła głową.
– Jak myślisz, Piotrze, czy się uda? – spytał Sancy z nutą niepokoju w głosie.
– Na pewno. W każdym razie pociąg już ruszył, nie czas go zatrzymywać.
Jo Lahaye skrzywił się z powątpiewaniem.
– Nie jestem tak inteligentny jak ty, Piotrusiu, ale trudno mi uwierzyć, że oni okażą się 

tacy głupi i dadzą nam te dwa miliardy.

–   Trzeba   odwołać   się   do   psychologii,   Jo   –   odrzekł   Mercey.   –   Najpierw   porwaliśmy 

dzieci. Czworo. Nie jedno, nie dwoje, jak to się zwykle robi, ale czworo! I to nie dzieci 
bogaczy, ale dzieci pochodzące z najbiedniejszych warstw społecznych, i to w dodatku dzieci 
imigrantów. Słuchasz radia, oglądasz telewizję i sam wiesz, ile hałasu to narobiło. W tym 
liście, który Gerard zostawił na biurku kierowniczki szkoły, położyliśmy specjalny nacisk na 
polityczny charakter porwania i na fakt, że pieniądze z okupu przyczynią się do wyzwolenia z 
ucisku mas pracujących. To nam zyska sympatię pewnych ludzi, tych, którzy oddziałują na 
opinię publiczną, bo mają dostęp do środków masowego przekazu. I ci ludzie nam pomogą, 

background image

wystarczy ich tylko trochę zdopingować. Jest teraz mnóstwo ludzi, którzy użalają się nad 
losem robotników zagranicznych. Możesz być pewny, wyleją wiele łez, ale zamiast tych łez, 
lepiej by było, żeby złożyli okup. Ale kto go złoży? Na razie nikt nie wie. Każdy ci powie, że 
to nie on, że to kolega powinien zrobić. Oczywiście rodzice porwanych dzieci nie wchodzą w 
rachubę – wiadomo, że nie rozporządzają odpowiednimi środkami finansowymi. Więc kto? 
Dziennikarze będą pisać piękne artykuły, wielu ludzi będzie chciało dawać dobre rady, ale 
nikt nie sięgnie do kieszeni. Wszyscy będą patrzeć na rząd, rząd będzie się zasłaniać policją, 
twierdząc, że powinna znaleźć porywaczy, czas będzie uciekał, termin piętnastu dni minie i 
nie zbiorą ani grosza, jeżeli my się w to nie włączymy. Właśnie tu przechodzimy do drugiej 
fazy operacji i to od jutra, bo jutro, jak myślę, wrzenie opinii publicznej z powodu porwania 
dzieci   osiągnie   punkt   krytyczny.   Listy,   które   wyślemy   dziś   wieczorem,   podsycą   jeszcze 
płomień. Prasa i telewizja pokażą zdjęcia, poruszą opinię publiczną. Trzeba to wykorzystać.

– Tak, ale muszą jednak skądś wziąć te dwa miliardy – Gerard nie był przekonany.
– Będą je mieli – zapewnił stanowczym głosem Mercey.
Christian uderzył ręką w stół.
– A ja wierzę. Ostatecznie, Jo, Piotrek nigdy nas nie wpakował w jakąś niepewną historię.
– To prawda – przyznał Jo Lahaye. – Ale nie chodzi o to, co było dawniej. Przecież każdy 

może się omylić. Piotrek też może popełnić błąd.

Potrząsnął głową.
– Nie, przyznaję, jakoś nie czuję tego skoku, a ty wiesz, Piotrek, że mam dobrego nosa do 

tych rzeczy.

– Poczekaj trochę, Jo, a zobaczysz...
– Słuchajcie, teraz powinien być dziennik telewizyjny – przerwał Germain.
– Masz rację, włącz telewizor – rzekł Mercey.
– Wiecie, chłopaki, dziś wieczorem dają w telewizji mistrzostwa świata, mecz Menetrey 

– Napoles... – powiedział Barrades.

Mercey wzruszył ramionami.
Na   ekranie   pojawiła   się   twarz   komentatora   telewizyjnego,   a   w   tle   ogromne   zdjęcie 

szkoły,   przed   którą   biegały   dzieci   pod   czujnym   okiem   umundurowanej   funkcjonariuszki 
pomocniczych służb policyjnych.

„...   Nowa   wiadomość   o   sprawie   porwania   czworga   dzieci   przez   pewną   organizację 

rewolucyjną. Inspektor okręgowy Le Guennec, szef brygady do walki z bandytyzmem, czyli 
francuskich G-Menów, pospieszył z pomocą brygadzie kryminalnej prowadzącej dochodzenie 
w tej sprawie, wnosząc wkład swojego doświadczenia i metod śledczych właściwych jego 
brygadzie. Prefekt policji paryskiej poinformował o tej decyzji w czasie konferencji prasowej, 
która odbyła się dziś w późnych godzinach popołudniowych.

Dodał, że prowadzi się poszukiwania w kręgach organizacji politycznych, które można by 

posądzić o porwanie tych dzieci.

background image

Nie   zanotowano   żadnych   szczególnych   reakcji   robotników   cudzoziemskich 

przebywających we Francji.

Natomiast   rządy   Tunezji,   Algierii   i   Portugalii   powiadomiły   dziś   rząd   francuski   za 

pośrednictwem swych ambasadorów o swoim głębokim zaniepokojeniu tym skandalicznym 
porwaniem.

W imieniu swoich rządów ambasadorzy czterech krajów wystąpili do rządu francuskiego 

z żądaniem podjęcia stosownych kroków w celu jak najszybszego zwrócenia dzieci rodzicom.

Pan Jean-Louis Dufraing, deputowany z departamentu Rhône, złożył w Zgromadzeniu 

Narodowym  pisemną  interpelację na ręce Ministra Spraw Wewnętrznych  z zapytaniem  o 
kroki jakie minister podejmie w razie, gdy porywacze nie zostaną zatrzymani i zaaresztowani 
w   wyznaczonym   terminie   dwóch   tygodni.   Minister   jeszcze   nie   odpowiedział   na   pytanie 
deputowanego Dufraing...”

Dziennikarz przerwał na chwilę i rzucił okiem na kartkę, którą właśnie znalazł na swoim 

stole.

„Wiadomość   z   ostatniej   chwili...   Z   Genewy   donoszą,   z   kół   na   ogół   dobrze 

poinformowanych, że Światowy Komitet Wyzwolenia Uciemiężonych Mas Pracujących, to 
jest,   przypominam   państwu,   organizacja   odpowiedzialna   za   porwanie,   został   założony 
zaledwie   kilka   miesięcy   temu,   a   w   skład   jego   wchodzą   odstępcy   z   innych   podobnych 
organizacji ocenianych przez owych dysydentów jako zbyt słabe i kunktatorskie.

Nadto organizacja ta miałaby już przejawiać swą działalność w Zurychu, w Atenach i na 

Cyprze oraz dokonać porwania pewnego dyplomaty amerykańskiego w Buenos Aires. Jej 
szefem ma być Wenezuelczyk poszukiwany przez Interpol za inne czyny przestępcze. Dwóch 
z pięciu członków organizacji miałoby być Francuzami.

Przechodzimy teraz do wiadomości z Bliskiego Wschodu. Tel-Aviv przygotowuje się 

do...”

– Świetny kawał – ucieszył się Jo Lahaye. – Skąd oni wzięli tę historyjkę?
– To się doskonale składa – powiedział z radością Mercey. – To bardzo nam na rękę. Im 

mocniej będą przekonani, że mają do czynienia z jakąś organizacją polityczną, tym łatwiej 
nam   będzie   działać.   A   to,   że   brygada   do   walki   z   bandytyzmem   ma   szukać   sprawców 
porwania, pozwoli nam trochę odetchnąć.

– Tak, ale to może okazać się dla nas niebezpieczne – zauważył Sancy. – Im więcej glin 

bierze w tym udział, tym bardziej ryzykujemy, że nas złapią.

– W każdym razie ten Le Guennec, to ktoś – powiedział Germain. – To on mnie dostał w 

48 lub 49 roku, już nie pamiętam dokładnie, w barze Lucchiniego przy ulicy Douai. Rzucił się 
na   mnie,   zanim   zdążyłem   sięgnąć   po   broń.   Twardy   facet.   Obaj   wtedy   mieliśmy   po 
dwadzieścia pięć lat... Potem stracił oko. Zdaje się, lewe, i ma teraz szklane. Stracił je w 
czasie ataku na chatę, w której ukrył się Michel z Lyonu, pamiętacie? To było w 61 czy 62 
roku. Odłamek granatu... Niektórzy mówią, że więcej jest ciepła w tym szklanym oku niż w 

background image

żywym...

* * *

Josiane uchyliła drzwi. Sylwiana położyła palec na ustach.
– Cicho! Śpią. O co chodzi?
– Zostajesz tu jeszcze?
– Dlaczego pytasz?
– Chcę pójść do mojego chłopaka.
– Masz szczęście! Bo ja spędzam noce tylko z tymi dzieciakami... Dobrze, idź. Ja tu 

zostanę.

– Dziękuję. Dobranoc.
Mrugnęła do niej po przyjacielsku i zamknęła drzwi. Christian Sancy jeszcze nie spal. 

Palił przeglądając jakiś magazyn ilustrowany.

– Jak poszło?
– Doskonale.
– Nie zauważono cię?
– Dlaczego by mieli zwrócić na mnie uwagę? Nadałam zresztą listy w czterech różnych 

miejscach. Taki stos listów mógłby się wydać dziwny na jednej poczcie.

– Policja nie zatrzymywała cię po drodze?
–   Nie.   Poza   tym   mam   fałszywe   papiery.   Jak   widzisz,   dobrze   jest   mieć   fałszerza   w 

rodzinie.

Uśmiechnął się.
– Nigdy w to nie wątpiłem. Twoja rodzina obfituje w różne talenty.
– Ale nie potrafi zgarnąć dwóch miliardów. Trzeba być Piotrem Merceyem, żeby wpaść 

na taki pomysł. A właśnie, czy on już śpi?

– Tak. Nie trzeba mu przeszkadzać, by powiedzieć jak załatwiłaś sprawę. Skoro wszystko 

poszło dobrze...

– W porządku.
– Chodź, połóż się.
Uśmiechnęła się i zaczęła się rozbierać.
– Chcesz mnie?
– Zawsze chcę ciebie.
Uśmiechnęła się jeszcze cieplej.
– Pewnie dlatego, że to jest uczucie spełnione z opóźnieniem.
Podniósł brwi.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Cóż, więzienie...
– Już dawno nadrobiłem to opóźnienie. Dzięki tobie.

background image

– Czy mężczyzna, który siedzi w więzieniu, myśli dużo o kobietach?
– Chyba tak.
Rozebrała się i wsunęła do łóżka. Wtuliła się w jego ramiona. Czuła się wspaniale. Nigdy 

przedtem,   będąc   z   mężczyzną,   nie   doznawała   podobnego   uczucia.   A   Bóg   jeden   –   jeżeli 
istnieje – wie, ilu mężczyzn było w jej życiu. Pewnie ze stu, w wieku dwudziestu czterech lat, 
to nieźle...

Wziął   ją   mocno   w   ramiona,   bez   żadnych   wstępów,   jak   gdyby   była   dziewczyną   dla 

żołnierzy, nadającą się tylko do roli „wypoczynku wojownika”.

Odezwały się w nim nawyki dawnego komandosa.
Ważył  dziewięćdziesiąt kilo, ale ona lubiła to wrażenie przytłoczenia, lubiła czuć się 

więźniem jego mocnych uścisków. Westchnęła z rozkoszy, odwzajemniając mu pożądanie z 
zapałem, jaki zwykle potrafiła okazać, gdy znajdowała partnerów na odpowiednim poziomie. 
Na   przemian   żarliwa,   gwałtowna,   wymagająca,   pojękiwała   crescendo   aż   do   końcowego 
staccato.

Gdy wreszcie jej  głowa opadła  na poduszkę, nie przyszło  jeszcze  uspokojenie. Ciało 

Christiana działało na nią oszałamiająco.

– Zapalisz? – spytał po chwili.
Westchnęła.
– Nie, za dużo palę. Ty zresztą też.
– Papieros potem najlepiej smakuje, tak jak po kawie.
Przyglądała mu się, gdy zapalał papierosa.
Prześcieradło zsunęło się, odkrywając jego muskularne ciało. Jej spojrzenie ześliznęło się 

po nim i zatrzymało się na lewym biodrze. Wyciągnęła rękę i dotknęła blizny w kształcie 
gwiazdy.

– Co to jest?
– Blizna po kuli.
– Gdzie to się wydarzyło?
– W Algierii.
– Jak to się stało?
Wzruszył ramionami.
– W górach. Strzelec ukryty za skałą.
Cofnęła rękę.
– Powiedz, naprawdę wierzysz, że nam się uda?
– Słyszałaś dzisiaj, co powiedziałem. Mam zaufanie do Piotra.
– Ależ się wkopaliśmy. Piotr, Jo, Robert i ty nie ryzykujecie więcej niż przedtem. Ale 

Gerard, Germain, Sylwiana i ja wpakowaliśmy się bez reszty!

– Mamy duże pieniądze na widoku.
– Tak, ale mamy także na widoku całe lata w kryminale, jeżeli damy się złapać!

background image

Nie odpowiedział, brak mu było argumentów.
– Nigdy nie byłaś w mamrze? – spytał po chwili.
– Nie. I wcale nie mam ochoty tam iść. Zdaje się, że mają tam dosyć łajdaczek!
Oboje wybuchnęli śmiechem.
– Jednak to jest teraz w modzie.
– To mnie nie pociąga. Wiesz co, ostatecznie, daj mi papierosa.
Zaciągnęła się mocno i wypuściła nosem duży kłąb dymu.
– Słuchaj, Christian...
– Tak?
– Co masz zamiar zrobić ze swoją częścią tych dwóch miliardów?

background image

VIII

Jean-François Ballert szedł korytarzem prowadzącym do jego mieszkania. Pogwizdywał 

sobie beztrosko i wcale nie zauważył wyciągniętej podstępnie nogi. Potknął się o tę nogę i 
wyciągnąłby   się   jak   długi,   gdyby   nie   podtrzymały   go   dwa   mocne   ramiona.   Czyjaś   dłoń 
zamknęła   mu   usta,   podczas   gdy   druga   ręka   obmacywała   mu   kieszenie   w   poszukiwaniu 
kluczy.

Usłyszał dźwięk przekręcanego w zamku klucza, po czym został wepchnięty, zresztą bez 

przesadnej brutalności, do mieszkania.

– Zapal lampę, Christianie.
Rozbłysło   światło   i   Jean-François   Ballert   otworzył   usta,   żeby   zaprotestować   z   całą 

stanowczością, jednak szybko zmienił zdanie, gdy tylko spojrzał na twarz, która nagle przed 
nim się pojawiła.

– Piotr! – krzyknął wybałuszając oczy ze zdziwienia.
– Zamknij drzwi, Jo. A ty siadaj, Jean-François.
Wyciągnął obie ręce:
– Czy możesz mi wytłumaczyć, Piotrze?
– Mamy ci dużo do powiedzenia, Jean-François, więc lepiej usiądź.
Mercey zajął miejsce w fotelu naprzeciw Ballerta. Jo Lahaye stał oparty o ścianę.
– Nic się u ciebie nie zmieniło – stwierdził Mercey. – Zawsze taki sam bajzel.
Rozejrzał się po dużym pokoju pełniącym równocześnie funkcję bawialni, biblioteki i 

gabinetu. W pokoju panował nieprawdopodobny bałagan.

– Nie przedstawiłem ci moich przyjaciół, wybacz, ale myślę, że jak zawsze doskonale 

orientujesz się w tym, co się dzieje i że rozpoznałeś ich...

–   Słuchaj,   Piotrze   –   zaprotestował   Ballert   –   przychodzisz   tu   bez   uprzedzenia   z 

przyjaciółmi, jak ich nazywasz, traktujecie mnie brutalnie, a ja nie mogę się nawet doprosić o 
jakieś   wyjaśnienie.   Myślę,   że   to   jest   zbyt   bezceremonialne   postępowanie.   Twoje   liczne 
pobyty w więzieniu sprawiły, że oduczyłeś się dobrych manier.

Jo Lahaye zmarszczył brwi.
– Ty tam, uważaj, tylko grzecznie. Nie podobają ci się faceci, co uciekli z mamra?

background image

Na ustach Merceya zarysował się życzliwy uśmiech.
– Nie gniewaj się, Jean-François, będziesz miał swoje wyjaśnienia.
Mercey podszedł do biurka i rzucił okiem na stos zapisanych na maszynie kartek.
– Stale działasz w polityce, Jean-François?
Ballert mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi.
– Ostatnio, kiedy się z tobą widziałem, to ci dawało niezłe zyski. Nic nadzwyczajnego, 

ale zawsze zapewniało ci to pewien dostatek. Trzeba przyznać, że potrafisz wyłudzać składki 
i inne świadczenia, wszystko na rzecz słusznej sprawy.

– Do czego zmierzasz, Piotrze?
– Czy nadal subsydiuje cię Wydział Informacji Ogólnej?
Ballert zbladł. Rzucił przerażone spojrzenie na Christiana i Jo, którzy przyglądali mu się z 

ironicznym wyrazem twarzy.

– Oni wiedzą, Jean-François, nie musisz się trudzić.
– Słuchaj, Piotrze, nie podoba mi się ta rozmowa.
–   To   tylko   zwykłe   wprowadzenie,   chcę   ci   udowodnić,   że   mam   dobrą   pamięć. 

Wprowadzenie do dalszej rozmowy.

Ballert  sięgnął  nerwowym  ruchem po paczkę pall-malli  leżącą  na stole i drżącą  ręką 

zapalił papierosa.

– A teraz, Piotrze, może będziesz łaskaw udzielić mi wyjaśnień, na które czekam.
Mercey wyjął z pudełka papierosa i zapalił go bez pośpiechu.
– Najpierw małe zestawienie faktów, Jean-François. Powiesz mi, kiedy się pomylę.
Zaciągnął się mocno papierosem i milcząc zastanawiał się przez chwilę.
–   Widzisz   –   zaczął   powoli,   z   przymkniętymi   oczami   i   rękami   skrzyżowanymi   na 

piersiach – cieszysz się wielkimi wpływami w tych wszystkich lewackich i wywrotowych 
ugrupowaniach, w różnych komitetach pomocy lub wsparcia dla krajów trzeciego świata, a 
także w organizacjach wspomagających robotników zagranicznych, w ruchach wyzwolenia 
seksualnego,   to   jest   w   organizacjach   feministek   i   homoseksualistów,   w   ruchach 
upowszechniania świadomego macierzyństwa lub na rzecz uznania trzeciej płci. Brałeś udział 
w różnych zjazdach...

Ballert   potrząsnął   grzywą   zmierzwionych   włosów   opadającą   mu   na   ramiona   i 

prztyczkiem strącił ze spodni popiół z papierosa prosto na dywan, tak brudny, że nic mu już 
nie mogło zaszkodzić.

– Prawdziwy glina... – skrzywił się z niesmakiem.
– Jeśli chodzi o gliny, Jean-François, to za chwilę wrócimy do tego tematu. Jeszcze nie 

skończyłem. Więc jesteś w dobrych stosunkach z przedstawicielami różnych narodowości; 
wygłaszasz   żartobliwe   przemówienia   na   wiecach,   podpisujesz   wszelkie   apele...   Jednym 
słowem, jesteś wielkim działaczem międzynarodowym.

– To żadna nowina. Wszyscy o tym wiedzą.

background image

– Właśnie. Uchodzisz za ideowego działacza. Zapaleńcy skandują twoje imię na wiecach. 

To bardzo do ciebie pasuje, zawsze byłeś dobrym mówcą. Raczej leniem, ale dobrym mówcą. 
Twoje pierwsze mowy obrończe były olśniewające, pamiętam, jak chodziłem z kolegami do 
Pałacu Sprawiedliwości słuchać twoich oracji...

– Nie lubię wspominać tamtych czasów.
–   To   normalne,   że   tego   nie   lubisz.   Byłeś   zbyt   wielkim   karierowiczem.   Złamano   ci 

kręgosłup.

Ballert westchnął z poirytowaniem.
– Czy powiesz mi wreszcie, Piotrze, o co ci chodzi? Chyba nie przyszedłeś tu, żeby grać 

rolę sędziego śledczego starającego się odtworzyć życiorys oskarżonego, który ma wkrótce 
stanąć przed sądem?

– Nie denerwuj się, Jean-François... Mam nadzieję, że nikt na ciebie nie czeka?
– Nie.
– Bo nasza rozmowa jeszcze trochę potrwa.
– Gdybyś mógł się streszczać...
– A więc, bardzo dobrze się czujesz w roli bojownika międzynarodowych organizacji i, 

jak już mówiłem, ta działalność nie przynosi ci nadzwyczajnych dochodów, ale pozwala żyć 
na przyzwoitym poziomie. Najważniejsze, że mówi się o tobie, a w gruncie rzeczy właśnie o 
to ci zawsze chodziło: o popularność i pieniądze. Bo przecież ty nie jesteś ideowcem, Jean-
François. Ty sobie kpisz z rewolucyjnych ideałów tych wszystkich ludzi, którzy cię oklaskują, 
którzy   cię   wielbią   jak   jakiegoś   świętego   świeckiego,   jak   gdybyś   był   ich   idolem,   jakimś 
nowym Che Guevarą...

–   Piotrze,   zabraniam   ci   poddawać   w   wątpliwość,   nawet   przez   chwilę,   moje 

zaangażowanie ideowe... Jesteś obrzydliwy...

Mercey skrzywił się ironicznie.
– No, no, Jean-François, powiedz to komuś innemu... Nie weźmiesz na plewy takich 

starych wróbli jak my. Ci twoi rozentuzjazmowani uczestnicy wieców bardzo by się zdziwili, 
gdyby mogli zobaczyć twoją teczkę w Wydziale Informacji Ogólnej. Aż puchnie od twoich 
donosów.   Przez   cały   boży   rok   zdradzasz   swoich   kolegów.   Dostarczasz   wywiadowi 
protokołów tajnych narad w ścisłym gronie i co w zamian za to dostajesz? Forsę. Forsę, a 
także   poufne  instrukcje prefektury  policji,  jak  lepiej   manipulować   tymi  organizacjami,  w 
których   grasz  mniej  lub   bardziej  ważną  rolę.  A  powiedz  no,  w  tej   historii   z  porwaniem 
czworga dzieciaków  i z żądaniem dwóch miliardów okupu, jakoś nie czytałem  w prasie, 
żebyś   zabierał   głos,   jak   to   masz   w   zwyczaju,   poza   jedną   mglistą   wypowiedzią,   którą 
zamieściło tylko parę gazet...

– Jeszcze nie zdążyłem zająć się tym na serio. Czekam na dalszy rozwój wypadków. Nie 

wiadomo jeszcze, czy to nie jest jakaś prowokacja polityczna.

– A kto to zrobił, jak sądzisz?

background image

– Nie wiem... Jakieś ugrupowanie rewolucyjne. Ale nigdy przedtem nie słyszałem o tej 

organizacji, która podpisała żądanie okupu. A dlaczego to cię interesuje?

– Dlatego, że to my porwaliśmy te dzieci.
W oczach Ballerta pojawił się błysk niedowierzania.
– Nie wierzę.
– Czytałeś dzisiejsze gazety?
– Oczywiście.
– A wieczorne wydanie „France-Soir”?
– Nie, ale rzuciłem okiem na pierwszą stronę tej gazety wyłożonej w kiosku.
– Więc widziałeś zdjęcia na pierwszej stronie?
– Zdjęcia tych dzieci? Tak.
– Popatrz.
Wyjął z kieszeni kopertę i rzucił ją Ballertowi na kolana.
– Co to jest?
– Negatywy zdjęć, które widziałeś na pierwszej stronie „France-Soir”.
Ociągając się, Ballert wyjął klisze z koperty, podniósł na wysokość oczu i przyjrzał im się 

uważnie pod światło lampy zawieszonej u sufitu.

– Psiakrew! – zaklął.
– Widzisz sam...
– Więc wy to zrobiliście... – wykrztusił Ballert. – Nie mogę się nadziwić... Ale dlaczego?
– Ale dlaczego? – przedrzeźnił Ballerta.
– Co za naiwniak! – rzekł Sancy, dusząc się ze śmiechu.
– Dla dwóch miliardów, idioto! – wytłumaczył Jo Lahaye.
– A ty nam pomożesz je dostać! – dorzucił Mercey.
– Ja?! – wrzasnął Bałlert.
– Tak, ty.
– Słuchajcie – wybuchnął Ballert, zrywając się z fotela – wy zwariowaliście chyba... Że 

porwaliście te dzieci, dużo mnie to obchodzi, ale że chcecie mnie wmieszać w swoje brudne 
sprawki,   o   tym   nie   ma   mowy!   Ja   nie   jestem   bandziorem   i   nie   mam   zamiaru   nim   być. 
Dożywotnie więzienie, to jak te dyskusje telewizyjne, końca tego nie widać!

Wszyscy trzej patrzyli chłodno na niego, nic nie mówiąc.
– Wątpię, czy dobrze orientujesz się w sytuacji, Jean-François – powiedział wreszcie 

Mercey spokojnym tonem. – Nie masz zresztą wyboru.

– To ty tak twierdzisz.
– Sam się zaraz przekonasz. Mamy w ręku dwa atuty. Przede wszystkim wiemy, że jesteś 

informatorem policji. Twoi przyjaciele bardzo nie lubią takich rzeczy. A znam kogoś takiego, 
kto mógłby im o tym powiedzieć. Możesz sobie wyobrazić, Jean-François, jakie by to miało 
konsekwencje.   Byłbyś   spalony,   wyschłoby   źródło   twoich   dochodów,   nie   mówiąc   już   o 

background image

ewentualnej zemście twoich przyjaciół, wściekłych, że tak długo ich szpiegowałeś. Po drugie, 
ty   za   dużo   wiesz...   Byliśmy   zbyt   gadatliwi,   rozumiesz?   I   nie   możemy   teraz   spokojnie 
zostawić za sobą kłopotliwego świadka, i to takiego, który jest informatorem policji i zaraz 
pobiegnie zreferować glinom treść naszej rozmowy. Jo?

Jo Lahaye już trzymał w ręku pistolet. Przytknął lufę do karku Ballerta.
– Piotrze! – krzyknął ten ostatni. – Oszalałeś, przecież na to nie pozwolisz!
Mercey wzruszył ramionami.
– No wiesz, jedno morderstwo więcej czy mniej, w naszym położeniu...
Raptem Ballert skoczył w przód, w kierunku drzwi. Christian Sancy złapał go w biegu i 

powalił na ziemię.

– Mały... no, malutki, spokojnie! – zarechotał trzymając go mocno za ramiona.
Mercey podszedł do Ballerta i szturchnął go czubkiem buta w żebra.
– Durniu, jeszcze nie rozumiesz, że masz do czynienia z mocniejszymi od siebie? No i nie 

powiedziałem ci – dorzucił lekceważąco – że znajdzie się dla ciebie sto milionów za pomoc 
jakiej nam udzielisz...

Ballert popatrzył na niego rozszerzonymi oczami.
– To chyba nieźle, sto kawałków, co? – ciągnął Mercey. – Lepiej, niż te grosze od twoich 

przyjaciół, no nie? Pomyśl sobie o tym, co będziesz mógł zrobić z tymi pieniędzmi i o tym, 
czego w ogóle nie będziesz mógł zrobić, jeżeli nam odmówisz i dostaniesz od Jo kulkę w łeb.

Ballert głośno odchrząknął.
– Co miałbym zrobić? – wykrztusił.
– Nareszcie jesteś rozsądny. Puść go, Christianie, sprawiasz mu ból...
Gdy Ballert podniósł się, Mercey spojrzał mu prosto w oczy.
– Słuchaj uważnie, oto co chcę, żebyś  zrobił. Zaalarmujesz wszystkie  te organizacje, 

komitety i ugrupowania, w których masz wpływy i poruszysz niebo i ziemię, aby zebrano 
pieniądze na okup. Będziesz organizował wiece i pochody uliczne, będziesz nalegał, żeby 
składano petycje i podpisywano apele, jednym słowem wszystko to, co zwykle robisz, kiedy 
chodzi o ułaskawienie jakiegoś przywódcy skazanego na śmierć w Rio de Janeiro czy gdzie 
indziej.   Ale   przede   wszystkim,   słyszysz,   przede   wszystkim   przeprowadzisz   akcję   zbiórki 
pieniężnej w całej Francji, a nawet, jeżeli to możliwe, za granicą. Zaprzęgniesz do pracy 
swoich działaczy. Niech obrobią imigrantów, niech ich zmuszą do składki pieniężnej. Wiesz, 
jakich argumentów mają użyć: ty głąbie, nie chcesz dać forsy, żeby uratować życie dziecka z 
twojego   kraju?   Coś   w   tym   sensie...   Poślesz   niektórych   swoich   społeczników   na   granicę 
hiszpańską. Wkrótce zaczną się wyjazdy na urlopy. Hiszpanie i Portugalczycy będą tamtędy 
przejeżdżać. Będą kolejki stojących samochodów czekających na granicy na kontrolę celną i 
policyjną. Niech korzystają z tego i wyciągają forsę. Tak samo przy odlocie samolotów do 
Afryki Północnej, na lotniskach Orly i Marignane. Żądaj też na tych swoich wiecach, aby rząd 
sięgnął   do   kieszeni   i   wpłacił   część   pieniędzy   na   okup.   Ostatecznie,   te   dzieci   są   gośćmi 

background image

Francuzów. Zażądaj, aby przemysłowcy korzystający z obcej siły roboczej wpłacili składkę, 
aby zmuszono ich do udziału w zbiórce na okup. Rozumiesz, o co chodzi?

W czasie przemowy Merceya zachowanie Ballerta zmieniło się diametralnie.
Trzymał się teraz prosto, z uśmiechem wyrozumienia.
– Niezła ta twoja kombinacja – pochwalił, kiedy Mercey skończył mówić. – To powinno 

wyjść... Już wiem, jak się do tego zabiorę...

Zastanawiał się chwilę.
–   Powiedziałeś   sto   milionów?   To   nie   jest   dużo   w   porównaniu   z   waszymi   dwoma 

miliardami.

– Mamy inne wydatki.
– Gdybyś mógł podwoić tę sumę... – zaryzykował Ballert.
– Mowy nie ma – przerwał sucho Mercey. – Sto kawałków albo kulka w łeb. Wybieraj.
– Już wybrałem.
–   I   jeszcze   coś,   Jean-François,   w   razie   gdybyś   chciał   się   wycofać,   pomyśl,   zanim 

pójdziesz do swoich kumpli z policji, że zawsze się znajdzie ktoś na wolności, kto ci strzeli tę 
kulkę, której Jo ci dzisiaj oszczędził.

Mercey strzepnął z trzaskiem palcami i wszyscy trzej opuścili mieszkanie Ballerta.

* * *

„Je suis un homo
Comme ils di – i – sent...”
Piosenka   Aznavoura   zakończyła   się   przeciągłym,   wibrującym   dźwiękiem   skrzypiec   i 

spod igły adapteru zaczęły się wydobywać trzaski.

Pełnym   gracji   ruchem   Eglantine   zsunął   nogi   na   ziemię   i   kołysząc   biodrami   poszedł 

zmienić płytę.

– Piotrusiu, czy znasz „The lady is the man”? To bardzo dobre, zobaczysz.
– W każdym razie przycisz. Nastawiłeś za głośno, jak na mój gust.
– Jak chcesz, kochanie.
Eglantine znów wtulił się w sofę wyciągając długie, zgrabne nogi.
– Nie widzieliśmy się od lat.
– Całe wieki.
– Zawsze jesteś ze swoim ministrem?
– Bardziej, niż kiedykolwiek. Jest taki dobry, czarujący, wspaniałomyślny.
Mercey rozejrzał się po luksusowo urządzonym salonie.
– Rzeczywiście, jest wspaniałomyślny.
– Nie pijesz swojej whisky, Piotrusiu? Nie smakuje ci?
– Ależ owszem... Wypił i postawił kieliszek.
– Myślisz, że wszystko ułoży ci się dobrze, Piotrusiu?

background image

– To zależy.
– Od czego?
– Od powodzenia pewnej sprawy. W związku z tym zresztą przyszedłem do ciebie.
– Potrzebujesz pieniędzy?
– Nie.
– Więc?
– Porwanie tych czworga dzieci, to ja.
Eglantine siedział nieporuszony.
– Ach!
– Więc... powiedziałem ja... powinienem raczej powiedzieć my...
Wzrok Eglantine przesunął się w stronę Jo Lahaye.
– Tak myślałem.
Piotr Mercey ucieszył się, widząc reakcję Eglantine. Żadnego przesadnego zdziwienia, 

żadnych okrzyków, nic, chłodny spokój, może z odrobiną ciekawości, to wszystko.

Eglantine nazywał się w rzeczywistości, według dokumentów, Patrice di Loretto i miał 

27-28 lat.

Przed sześciu laty był  członkiem znanego zespołu tancerek, do którego udało mu się 

dostać   wykorzystując   nieświadomość   kierowniczki   trupy,   starej   Angielki,   w   materii   jego 
właściwej płci, tak udatnie jego aparycja i stale noszone damskie stroje nadawały mu wygląd 
kobiety.

Któregoś wieczoru pewien szejk z Wybrzeża Piratów oglądał występy tego zespołu w 

jednym z paryskich kabaretów. Oczarowany wdziękiem Eglantine, poprosił go do stolika i 
zaczął uwodzić, ufny w powodzenie swoich zalotów. Wiara ta utwierdzona była posiadaniem 
zasobnego konta w banku, zasilanego stale zyskami z dochodowych pól naftowych Zatoki 
Perskiej.

Znęcony mnogością  zer na obiecanym  czeku, Eglantine  dał się namówić  i poszedł  z 

szejkiem do jego apartamentu w hotelu Ritz Carlton. Niestety, szejk spostrzegł się, gdy miał 
nastąpić tak zwany moment psychologiczny, że obiekt jego pragnień niezupełnie odpowiada 
jego wybujałym nadziejom i wściekły, że zakpiono sobie z niego, usiłując zemścić się, dobył 
szabli, z którą nie rozstawał się nawet w podróży.

Nie   widząc   innego   wyjścia,   Eglantine   pospiesznie   chwycił   maleńki   pistolet   6.35 

spoczywający w głębi jego damskiej torebki i wystrzelił. Trafiony w samo serce, szejk na 
miejscu wyzionął ducha.

Skazany   na   pięć   lat   Eglantine   odbywał   karę   w   więzieniu   w   Melun,   do   którego 

przewieziono   Piotra  Merceya   i  Jo  Lahaye  po  wyroku   skazującym  ich   na  dożywocie,   i  z 
którego mieli potem zbiec.

Napastowany   przez   więźniów   z   racji   kobiecego   wyglądu   i   sposobu   bycia,   Eglantine 

zmuszony   był   frymarczyć   swoimi   wdziękami   na   konto   pewnego   nieokrzesanego   gbura, 

background image

przezwiskiem King Kong.

Wtedy wmieszali się w to Mercey i Lahaye, oburzeni zniewoleniem Eglantine przez King 

Konga i w dramatycznej walce wręcz Jo Lahaye udzielił mu takiej lekcji, że gbur stracił cały 
swój prestiż, którym cieszył się dotąd u więźniów i zostawił Eglantine w spokoju.

Zdarzyło się później, że Eglantine był jednym z naocznych świadków zabójstwa Rolanda 

Carrieza, lecz mimo brutalnego traktowania, razów i kopniaków, mimo drakońskiego reżimu 
celi karnej – nie powiedział ani słowa.

Chociaż pedał, to jednak człowiek – myślał Mercey. Człowiek, w takim znaczeniu tego 

słowa, jakie miało ono w ustach ludzi ze środowiska przestępczego.

W   tym   sensie   Eglantine   mógłby   zakasować   wielu   „twardych”   gości,   którzy   zwykli 

dumnie wypinać pierś w barach na Pigalle i podnosić głos, nadużywając dosadnych wyrażeń, 
lecz   którzy   zaraz   po   pierwszym   mocniejszym   szturchańcu   opowiadali   glinom   szczegóły 
swego życiorysu.

Jednym słowem, Eglantine był kimś, na kogo można było liczyć. Tym bardziej że miał 

poważne zobowiązania wobec Merceya i Jo Lahaye.

– Skoro powiedziałeś mi o tym, Piotrusiu, to znaczy, że czegoś ode mnie potrzebujesz?
– Zgadza się. Potrzebuję twojej pomocy.
Eglantine zmarszczył wyskubane brwi.
– Ale... jakiej?
– Ten twój minister... to chyba wpływowy facet.
Eglantine przesunął koniuszkiem języka po uszminkowanych wargach.
– Myślę, że tak... Sądząc z tego, co mi opowiada o posiedzeniach rady ministrów...
– Często się z nim widujesz?
– Trzy, cztery razy w tygodniu. Rozumiesz, on jest żonaty. Nie jest zupełnie wolny...
– Sądząc z tego, co słyszałem, ma duże wpływy.
– Skoro tak twierdzisz... Wiesz, ja i polityka...
– Posłuchaj, czego oczekuję od ciebie. Twój minister musi zrobić co się da, w radzie 

ministrów, żeby złożono okup. Musisz zagrać fortissimo, rozumiesz, co chcę powiedzieć? 
Najpierw   święte   oburzenie,   że   ta   czwórka   biednych   dzieci   jest   w   rękach   bezlitosnych 
porywaczy, że te nieszczęsne dzieci czeka niechybna śmierć, jeśli nie złoży się okupu, że te 
niewinne ofiary znajdują się w rękach obłąkańców... Potem uderzysz w strunę patriotyczną, 
że tu wchodzi w grę prestiż Francji... Francji, która zawsze była w awangardzie ludzkości, 
Francji   broniącej   zawsze   praw   człowieka,   Francji,   kraju   azylu   stojącego   otworem   dla 
pokrzywdzonych... Czyż Francja może skąpić swoich środków, gdy wchodzi w grę ratowanie 
życia tych niewiniątek?... Rozumiesz, o co chodzi?

Eglantine zatrzepotał rzęsami.
– Kłopot w tym, że on mnie nie zna z tej strony, Piotrze.
– Nieważne. Więc zagrasz to w półtonach. Czytałeś gazety, jesteś przejęty... Czy on by 

background image

nie mógł czegoś zrobić? On, który jest tak wpływowy... On, o którym wszyscy mówią... No i 
jaka korzyść wypłynęłaby stąd dla jego kariery politycznej, gdyby to on wystąpił z inicjatywą  
uratowania życia tych dzieci.

Eglantine przesunął dłonią po swoim aksamitnym policzku.
– Masz rację, Piotrze, właśnie to trzeba mu powiedzieć. To podziała na niego.
– Czy masz duży wpływ na niego?
– Owszem, niemały.
– Dobrze. Więc mogę liczyć na ciebie.
– Tak, możesz być pewny, zrobię, co mogę.
– W każdym razie nie zrobisz tego za darmo. Dostaniesz pięćdziesiąt kawałków, kiedy 

podejmiemy okup.

Eglantine potrząsnął przecząco długą blond czupryną.
– Mowy nie ma. Mam wszystko, czego mi trzeba. To wy uciekliście z więzienia i wam 

potrzeba jak najwięcej forsy. Zatrzymajcie sobie wszystko, ja nic nie chcę.

Spojrzenie   Merceya   skrzyżowało   się   ze   wzrokiem   Jo   Lahaye,   który   promieniał   z 

zadowolenia.

–   Brawo   –   powiedział   ten   ostatni   –   jesteś   przyzwoitym   człowiekiem,   Eglantine. 

Wiadomo, że nie potrzebujesz forsy. To widać.

Wskazał palcem na wytworną suknię, którą miał na sobie Eglantine i która zdradzała 

krojem pochodzenie z wielkiego domu mody.

background image

IX

Piotr Mercey zerwał ostrożnie kartkę z kalendarza ściennego, zgniótł w kulkę i rzucił do 

kosza.

Już dziewięć dni...
Dziewięć dni od chwili porwania dzieci.
A pierwsze rezultaty okazały się bardzo zachęcające...
Co tego dnia donosiła prasa?
Najpierw otworzył okno, bo mimo wczesnej godziny w pokoju było już bardzo gorąco.
Na stole pełniącym rolę biurka leżał już stos gazet kupionych przez Sylwianę (gdy w tym 

czasie Josiane pełniła dyżur przy dzieciach). Widać było od razu, że Jean-François Ballert i 
Eglantine przyłożyli się dobrze do dzieła.

Sprawa porwania dzieci nie znikła z pierwszej strony gazet. Prasy, która w ciągu dwóch 

pierwszych   dni   po   porwaniu   potrafiła   tak   się   rozczulać,   bardzo   stonowała   swój   zapał   w 
okresie dwóch następnych dni, gdy policja nie dostarczała jej żeru.

Na szczęście działania interwencyjne, jakie podjęli wobec Ballerta i Eglantine, przyniosły 

już owoce i zasiliły nową energią maszyny drukarskie.

Dzięki   tym   dwóm   sprawa   przybrała   takie   rozmiary,   że   objęła   wkrótce   cały   kraj.   A 

właściwie nie tylko kraj, lecz także zagranicę.

W   redakcjach   gazet   atramentowe   łzy   spływały   strumieniami   spod   piór   dziennikarzy. 

Zależnie   od   opcji   politycznej   gazety,   artykuły   wyrażały   mściwość,   krytykę,   rozczulenie, 
wyrozumiałość lub agresywność. Niektóre kwestionowały nawet fundamentalne zasady, na 
których   wspiera   się   społeczeństwo,   do   tego   stopnia   tegoroczne   upalne   lato   rozgrzewało 
namiętności i wzniecało gniew komentatorów zaangażowanych dzienników.

W rzeczywistości  niewielu  ludzi  troszczyło  się naprawdę o los porwanych  dzieci.  W 

odczuciu   szerokiej   publiczności   dzieci   te   stały   się   jakimś   abstrakcyjnym   bytem,   wokół 
którego rodziły się najbardziej szalone domysły, nie mówiąc już o tym, że ogromna wysokość 
okupu   wzbudzała   sensację   i   podniecała   ludzką   wyobraźnię.   Piotr   Mercey   stwierdził   z 
satysfakcją, że jego psychologiczna analiza sytuacji była bezbłędna. Sprawa ruszyła ostro z 
miejsca   także   na   płaszczyźnie   politycznej.   Wszędzie   organizowano   wiece.   Ulicami 

background image

przechodziły   pochody.   U   wyjścia   z   fabryk,   biur   i   stacji   metra,   a   także   na   przystankach 
autobusowych rozdawano odbijane na powielaczach ulotki.

We   wszystkich   regionach   kraju   organizowano   strajki   protestacyjne   przeciw   bierności 

rządu.

W   Vierzon   pracownicy   fabryki   ciągników,   zatrudniającej   wielu   robotników 

cudzoziemskich, zatrzymali  w biurze dyrektora naczelnego, dopóki nie zgodził się złożyć 
składki na gromadzony okup: 25 milionów.

Ten przykład znalazł naśladowców w Grenoble i w Tourcoing i istniały wszelkie szansę 

rozszerzenia się tego ruchu na inne obszary kraju.

Tym razem Paryż nie nadążał za prowincją, ale nie było wątpliwości, że szybko nadrobi 

opóźnienie. Thierry de Quermeur i Annamarie Goldschmidt, para słynnych pisarzy, laureaci 
wielu nagród literackich uważający się za wyrazicieli świadomości zbiorowej, zaapelowali do 
swoich przyjaciół na całym świecie.

Nie   chcąc   pozostać   w   tyle,   większość   pisarzy   włączyła   się   niezwłocznie   do   już 

rozpoczętej akcji.

Przedstawiono   rządowi   petycję   podpisaną   mnóstwem   nazwisk   najbardziej   znanych 

pisarzy, artystów i naukowców, składano też interpelacje w Zgromadzeniu Narodowym na 
temat zamierzeń władz w tej sprawie. Nieco zakłopotany rzecznik prasowy rządu oświadczył, 
że   wobec   zgromadzenia   znacznych   funduszów   przeznaczonych   na   okup,   rząd   upoważnił 
prefekta policji paryskiej do otwarcia specjalnego konta w banku, na które powinny wpływać 
wszystkie zebrane sumy.

Papież wystosował apel do porywaczy, a także, działając bardziej konkretnie, zgłosił swój 

wkład w ogólną sumę okupu w wysokości 100 milionów.

Katolicki   Komitet   Pomocy   dołożył   również   swój   grosz,   naśladowany   przez   różne 

organizacje protestanckie, Czerwony Krzyż i Wielkiego Rabina Francji.

Na   wszystkich   przejściach   granicznych   w   Pirenejach   działacze   społeczni   obiegli 

hiszpańskich   i   portugalskich   robotników   wyjeżdżających   pociągami   lub   samochodami   na 
urlop do swoich krajów.

Ta kwestia, choć czasem wymuszona, budziła jednak ogólną życzliwość.
Zastosowano   identyczny   proceder   wobec   robotników   pochodzących   z   krajów 

północnoafrykańskich. Na wszystkich lotniskach, z których odlatywały samoloty w tamtym 
kierunku, specjalne ekipy Jean-François Ballerta zaczepiały urlopowiczów.

Wobec tego nieustannego napływu pieniędzy ze źródeł prywatnych rząd spuściła tonu i 

za wszelką cenę starał się bronić własnych pozycji.

Zapewnił mianowicie ustami swojego rzecznika, że również weźmie udział w zbiórce, nie 

wymieniając   jednak   wysokości   sumy,   prawdopodobnie   dlatego,   by   nie   hamować   dalszej 
aktywności inicjatywy prywatnej.

Pewien wyspecjalizowany tygodnik zapewnił sobie wyłączne prawo druku pamiętników 

background image

rodziców   porwanych   dzieci   i   poświęcił   sześć   stron   na   szczegółową   opowieść   o   ich 
nieszczęściu, bogato ilustrowaną fotografiami.

Pewien reżyser filmowy, znany zwłaszcza ze swego oportunizmu, postanowił nakręcić 

film   zatytułowany   „Największe   porwanie   stulecia”,   co   nie   świadczyło   o   szczególnej 
oryginalności.   Telewizja   pokazywała   codziennie   rodziców   porwanych   dzieci,   a   ci,   mimo 
wyłącznego   prawa   przyznanego   wspomnianemu   wyżej   tygodnikowi,   chętnie   opowiadali 
łamaną francuszczyzną o katuszach, jakich doznawali podczas chorób ich dzieci na koklusz, 
odrę, wietrzną ospę oraz świnkę.

Uszczęśliwieni, że stali się ośrodkiem zainteresowania, zdawali się chwilami zapomnieć 

o   niebezpieczeństwie   grożącym   ich   dzieciom   i   nie   szczędzili   telewidzom   uśmieszków   i 
minek,   aby   potem,   przypomniawszy   sobie   nagle   powód   swojego   wyniesienia   na   podium 
telewizyjne, pospiesznie i ostentacyjnie wycisnąć spóźnioną łzę.

W gruncie rzeczy nie dziwi mnie to, o czym mówiły Josiane i Sylwiana – pomyślał Piotr 

Mercey. – Tym dzieciom jest dużo lepiej u nas. Gdy wrócą do domu, do rodziny, czeka je 
zmiana na gorsze.

Otrząsnął się z tych myśli i skarcił w duszy. Chyba się starzeje. To nie jest odpowiedni 

moment, aby się rozczulać. Czeka go jeszcze dużo trudu, zanim będzie mógł wreszcie wziąć 
do ręki te dwa miliardy.

Wstał   i   przekręcił   gałkę   tranzystora.   Ale   informacje   przekazywane   przez   rozgłośnie 

państwowe i prywatne stacje nie różniły się niczym od wiadomości, jakie już wyczytał w 
gazetach.

Wyłączył radio i poszedł przyjrzeć się swoim grafikom.
Po rozmowach z Ballertem i z Eglantine wykreślił cztery grafiki.
Każdy nosił jeden z następujących nagłówków:

PRASA

RADIO

TELEWIZJA

PIENIĄDZE

Na trzech pierwszych arkuszach notował codziennie, za pomocą linii krzywej, reakcje 

ludzi na porwanie dzieci, jakie wyłowił z gazet, radia i telewizji.

Przyjął skalę od zera do dziesięciu i według tego systemu przeciągał co dzień linię, jak 

dotąd stale wznoszącą się, co oznaczało, że wydarzenia toczyły się w przewidzianym przez 
niego kierunku.

Na cztery grafiki nanosił sumy, które, jak słyszał, były przelewane na specjalne konto 

założone przez prefekta policji paryskiej.

W tej sprawie mógł, niestety, polegać jedynie na informacjach pochodzących ze środków 

background image

masowego przekazu. Oświadczenia te przyjmował z pewnym sceptycyzmem i żałował, że nie 
ma żadnej możliwości ich sprawdzenia, ale naprawdę nie wiedział, w jaki sposób można by 
zweryfikować te informacje. W lewym rogu tego grafiku widniała jedna cyfra: 0, a w prawym 
górnym rogu liczba: 2.000.000.000.

Dziewiątego dnia po porwaniu Mercey wpisał liczbę: 1.400.000.000.
Według jego obliczeń zbliżała się chwila zebrania całej sumy.

* * *

Wzrok   inspektora   Le   Guenneka   powędrował   w   kierunku   ścian   wytapetowanych 

zażółconym papierem, ponaddzieranym pod wpływem wilgoci.

– Więc tu widujesz się ze swoimi kapusiami?
Komisarz Massard z Wydziału Informacji Ogólnej przytaknął energicznie głową.
– Tak, to nędzne pomieszczenie, ale za to praktyczne. W nocy nie ma nikogo w całym 

domu, a dzielnica jest spokojna. Na ogół informatorzy lubią dyskrecję, co jest zrozumiałe, 
prawda? I to miejsce im odpowiada.

Le   Guennec   dotknął   końcem   języka   zepsutego   zęba   trzonowego   i   przyrzekł   sobie   w 

duszy – bez przekonania – że wybierze się do dentysty, zanim sytuacja ulegnie pogorszeniu. 
Wyjął z kieszeni paczkę gauloise’ów.

Właśnie zapalał papierosa, gdy zastukano cicho do drzwi.
Massard mrugnął na niego i poszedł otworzyć.
Do pokoju wśliznął się Jean-François Ballert, lecz gdy zobaczył Le Guenneka zatrzymał 

się, patrząc na niego niezdecydowanie.

– Kolega – Massard zadowolił się krótkim wyjaśnieniem.
– Zwykle był tylko pan i ja – zaoponował Ballert.
– Dzisiaj okoliczności ułożyły się inaczej.
– Sądzę, że nie potrzeba mi tu sprowadzać całego personelu prefektury policji.
– Niech pan się uspokoi, Ballert, i usiądzie. Proszę, tam jest krzesło.
Ballert   usłuchał   marszcząc   gniewnie   czoło.   Wyjął   z   kieszeni   paczkę   pogniecionych 

papierosów   i   zapalił   jednego,   zdając   się   nie   zwracać   uwagi   na   Le   Guenneka.   Ten   zaś 
przyglądał się z ciekawością Ballertowi.

– Pan mnie tu wezwał – Ballert wyrzucił z siebie kłąb dymu. – W jakiej sprawie?
Massard oparł się plecami o chwiejący się kredens i skrzywił usta w półuśmiechu.
– Przede wszystkim po to, by wręczyć panu pobory za ten miesiąc.
Ballert zaczerwienił się i spojrzał zezem w stronę Le Guenneka.
Massard sięgnął po skórzaną, podniszczoną aktówkę leżącą na łóżku tuż koło pośladków 

Le Guenneka, otworzył ją, wyjął gruby plik banknotów i położył na kredensie. Pogłaskał 
zwitek pieniędzy z rozmarzoną miną, jak gdyby zastanawiał się, co z nimi zrobić.

– Proszę. Oto pieniądze.

background image

Ballert zrobił gest, jakby chciał wstać z krzesła, ale Massard powstrzymał go ruchem ręki.
– Chwileczkę, Ballert.
– Tak?
– Pan był ostatnio bardzo zajęty.
Ballert popatrzył na niego z niewinną miną.
– Zajęty?
– Porwaniem.
– Ach, tak... Te biedne dzieci... Trzeba było coś zrobić...
– Na pewno. Ale pan szczególnie energicznie krzątał się koło tej sprawy.
– Jak zwykle.
– Nie, nie jak zwykle. Śledziłem z zainteresowaniem pana godne pochwały wysiłki w 

celu zgromadzenia pieniędzy na okup i muszę przyznać, że robił pan, co mógł. Duża rzecz...

– Och!...
– Tak, tak! Między innymi  mówiąc, żałowałem, że nie uprzedził mnie pan o swoich 

przedsięwzięciach.

– Nie sądziłem, że to pana zainteresuje.
– Wszystko, pan rozumie, wszystko mnie interesuje.
– To była raczej szczególna sprawa. Przyjąłem postawę humanitarną, że się tak wyrażę.
Massard podniósł wysoko brwi.
– Humanitarną? No, no... to nie bardzo podobne do pana.
– Człowiek się zmienia, wie pan.
– Pan chce powiedzieć, że w pana duszy drgnęły czułe struny na myśl o tych dzieciach 

skazanych na niechybną śmierć, jeżeli nie złoży się za nie okupu?

– Właśnie.
– To dobrze o panu świadczy. Od chwili jednak, gdy zauważyłem, z jakim zapałem pan 

działa, nie przestaję zadawać sobie pewnego pytania.

– Jakiego?
– Zastanawiam się, czy pan nie jest przypadkiem zainteresowany osobiście w złożeniu 

okupu.

Ballert nawet się nie poruszył.
–   Nie   wiem,   skąd   to   panu   przyszło   na   myśl.   Bo   chyba   nie   podejrzewa   mnie   pan   o 

podsunięcie komuś pomysłu porwania tych dzieci?

– Nie. Ale podejrzewam, że pan wie, jakie wywrotowe ugrupowanie tego dokonało.
Ballert wybuchnął śmiechem.
– Pan nie mówi tego poważnie, panie komisarzu.
– Krąg pana znajomości nie przemawia na pana korzyść.
– Znajomości nie bezinteresownych, pan o tym wie nie gorzej ode mnie, panie komisarzu.
– Właśnie dlatego, że nie są bezinteresowne, pan nie okazuje zwykle takiej gorliwości w 

background image

działaniu.

– Przypominam to, co przed chwilą powiedziałem. Moje podejście do tej sprawy ma 

podłoże czysto humanitarne.

– Wcale nie jestem tego pewien, Ballert. Jean-François Ballert wyciągnął przed siebie 

ręce bezradnym gestem.

– A pan życzy sobie, żebym co powiedział, panie komisarzu?
– Prawdę. Całą prawdę.
– Przecież nie mogę zmyślać nie istniejących faktów!
– Nie chodzi o zmyślanie, chodzi o to, by pan powiedział prawdę.
– Cały czas mówię panu prawdę!
Łóżko głośno skrzypnęło, gdy Le Guennec podniósł się ociężale.
– Możemy tak gadać całą noc – powiedział niechętnie.
Przyjrzał się nieufnie podłodze z rozeschniętych klepek, pełnej szpar, rzucił niedopałek 

papierosa i zdeptał go nogą. Jednocześnie mocny cios jego ręki spadł, jak uderzenie cepem, 
na twarz Balla.

– Ja nie mam czasu, ty gnido – powiedział cicho. – I wcale nie mam ochoty siedzieć całą 

noc w tej norze. Albo powiesz, o co tu chodzi, albo dostaniesz tak, że odechce ci się łgać.

Ballert jęknął.
– Panie komisarzu – powiedział błagalnym tonem, szukając wzrokiem Massarda, prawie 

niewidocznego  za masywną  sylwetką  Le Guenneka – niech  mnie  pan nie opuszcza! Pan 
dobrze wie, że zawsze starałem się być użyteczny.

Massard  zbliżył   się,  okrążając   Le  Guenneka   i  stanął   na  rozstawionych   nogach  przed 

Ballertem.

–   To   prawda.   Oddałeś   mi   niejedną   przysługę.   Więc   teraz   też   zrób   tak,   jak   zwykle. 

Powiedz nam to, co chcemy. Potem zostawimy cię w spokoju. Będziesz mógł spokojnie stąd 
wyjść, tak jak wszedłeś.

– Ale ja nic nie wiem!
– Słuchaj – rzekł Massard, przytrzymując Le Guenneka za rękę już uniesioną do ciosu – 

jeżeli nic nie powiesz, nawet po nauczce, którą zaraz dostaniesz, co mi się wydaje mało 
prawdopodobne, bo na pewno obawiasz się bólu, mam inny sposób, żeby cię zmusić do 
mówienia.

– Jaki? – wyjąkał Ballert zduszonym głosem.
– No więc dobrze, obejdę się bez źródła informacji, przyznaję, że posiadającego pewną 

wartość, ale... Wiesz, że mamy we Francji dwa tygodniki specjalizujące się w odsłanianiu 
kulis różnych spraw. Wielkie skandale i tak dalej... Jeden prawicowy, drugi lewicowy. Ty 
wiesz, o jakich pismach mówię?

– Tak – szepnął Ballert.
–   Więc   wyobraź   sobie,   że   dostaną   fotokopie.   Wiesz,   od   roku   fotokopie   są   modne. 

background image

Spreparowane, zmontowane z kilku kawałków, tak żeby razem stanowiły kompromitujący 
dokument. Nikt się nie spostrzeże. Obecnie technika stoi tak wysoko... Od razu twoi kumple 
rewolucjoniści narobią wrzasku. Ich bohater jest tylko policyjnym szpiclem. Na pewno będą 
chcieli się zemścić...

– Pan tego nie zrobi! – krzyknął Ballert z przerażeniem.
– Oczywiście, że nie. Bo ty nam powiesz to, czego chcemy się dowiedzieć.
Le Guennec wymierzył mu mocny szturchaniec i Ballert opadł z powrotem na krzesło.
– Więc pospiesz się, powiedziałem, że nie będziemy tu siedzieć całą noc.
Ballert potrząsnął głową, z rozpaczą w oczach.
– Ryzykuję życiem, jeżeli to dojdzie do wiadomości publicznej.
– Będziemy cię chronić.
Wybuchnął histerycznym śmiechem.
– Wiadomo, jak skuteczna jest wasza ochrona!
– Mówię ci, że będziemy cię chronić.
– Nie przed nimi.
– A kto to jest, ci oni?
Ballert przełknął ślinę.
– Mercey i jego banda.
– Kpisz sobie ze mnie?! – krzyknął Le Guennec, chwytając go za gardło.
– Nie.
I opowiedział im wszystko.
Massard i Le Guennec utkwili w nim wzrok i słuchali w milczeniu.
Ballert skończył i westchnął.
– Jestem teraz skazany na śmierć z zawieszeniem.
–   Nic   nie   ryzykujesz,   chyba   nie   sądzisz,   że   przekażemy   prasie   twoje   rewelacje?   – 

odezwał się Le Guennec. – To by zaalarmowało Merceya. Czy wiesz jeszcze coś? Czy wiesz, 
gdzie się ukrywa?

– Nie.
– Jak możesz się z nimi skontaktować?
– To oni skontaktują się ze mną.
– Kiedy?
– Nie mam pojęcia.
Le Guennec odwrócił się zamyślony.
Massard podszedł do kredensu, sięgnął po zwitek banknotów i rzucił go Ballertowi na 

kolana.

– Możesz iść.

background image

X

Piotr Mercey zagłębił się w fotelu i przymknął oczy. Czuł się bardzo znużony. Ostatnie 

dni były męczące.

– Jesteś bardzo wyczerpany. Jedna whisky dobrze ci zrobi.
Otworzył oczy i popatrzył z czułością na Myriam. Pociągła twarz o złotawej karnacji, 

ogromne,   wyraziste   oczy,   których   ciemną   barwę  podkreślały   jeszcze   brązowe   cienie   pod 
oczami, pełne, zmysłowe usta i kask czarnych, aż granatowych włosów wieńczących głowę.

Miała dwa lata w 1944 roku, gdy wywieziono ją, wraz z matką, do Ravensbrück. Zaraz 

po przybyciu do obozu oderwano ją od matki, której już więcej nie zobaczyła. Zaopiekowały 
się nią starsze dzieci i tak przetrwała ten ciężki okres życia w obozie.

Przeżyła, ale nie bez trwałych śladów.
Zimą tamtego roku panowały silne mrozy i dziewczynka odmroziła sobie nogi. Na skutek 

nie leczonego odmrożenia wdała się gangrena. Amputowano jej obie nogi powyżej kolan.

Myriam, jeszcze dziecko, zniosła jednak te cierpienia, mimo wycieńczenia organizmu i 

pewnego dnia na wiosnę 1943 roku znalazła się w Paryżu u wuja, jedynego żyjącego członka 
rodziny.

Minęły lata. Pamięć koszmaru zatarła się. Myriam była zbyt młoda, by ciężkie przejścia z 

przeszłości mogły zostawić niezatarte ślady w jej psychice.

Choć nosiła protezy, przyzwyczaiła się poruszać w fotelu na kółkach.
Uczyła   się   i   skończyła   studia   zaoczne.   Potem   zaczęła   pisać   powieści   kryminalne. 

Zamknęła się we własnym świecie i żyjąc wyobraźnią, wydana na łup samotności, obmyślała 
skomplikowane, przewrotne intrygi.

Pisanie powieści kryminalnych uniezależniało ją w pewnej mierze, w sensie materialnym, 

od wuja, który poświęcał dotąd swoje skromne dochody, by zapewnić jej trochę komfortu.

Pewnego dnia poznała Piotra Merceya i od razu zakochała się w nim.
Niezwłocznie oddała mu się, prześladowana myślą, że jej kalectwo mogłoby go od niej 

odstręczyć. Potem płakała rzewnymi łzami, wspominając bohaterkę powieści Stefana Zweiga 
„Niecierpliwość   serca”,   młodą   dziewczynę   z   wielkiego   świata,   do   której   udawał   miłość 
pewien oficer austriacki powodowany współczuciem, jakie budziły w nim sparaliżowane nogi 

background image

dziewczyny. Była przekonana, że uczucie Merceya trwało tylko jedną noc i że nigdy więcej 
go nie zobaczy. On jednak nadal utrzymywał z nią bliskie stosunki i kochał ją nie mniej niż 
ona jego.

Jej  dom był  dla niego azylem,  przystanią  pokoju, do której dążył  szukając uczucia  i 

wypoczynku, gdy tylko pozwalały mu na to zmienne koleje jego życia narażonego stale na 
niebezpieczeństwo.

Nikt z jego otoczenia  nie wiedział  o istnieniu Myriam. Ani Jo Lahaye,  ani Christian 

Sancy, ani też Antoni Carini zastrzelony przez policję w trakcie napadu w Marsylii.

To była jego tajemnica i jego „wieża z kości słoniowej”.
Tylko towarzystwo Myriam dostarczało mu poczucia pełnego szczęścia.
Myriam,  zaślepiona  miłością,  odnosiła  się z wyrozumiałością  do jego trybu  życia  na 

marginesie społeczeństwa i wzdrygała się przed osądzaniem go. Jak Penelopa, czekała zawsze 
cierpliwie   na   jego   pojawienie   się   między   dwoma   napadami   lub   po   kolejnej   ucieczce 
zwiezienia.

Stary wuj Maks nie pochwalał tego związku, lecz i nie protestował głośno.
– Czy whisky ci dobrze zrobiła?
Odstawił szklankę.
– Tak. To mi poprawiło humor.
– A co słychać u tamtych?
– W porządku.
– Napięcie nie rośnie?
– Owszem, to nieuniknione.
– A dzieci, jak się zachowują?
Spojrzał na nią trochę zakłopotany. Wiedział, że miała całkowicie różny od niego pogląd 

na temat kidnaperstwa. Ale przecież musiał powiedzieć jej o tym porwaniu. Potrzebował jej 
do realizacji ostatniej fazy swojego planu.

– Dzieci czują się dobrze. Lepiej bawią się u nas, niż u rodziców. Gdyby to tylko od nich 

zależało, jestem pewny, że wolałyby zostać z nami.

Nie   zadawała   już   pytań.   Nie   chciała   wszczynać   dyskusji,   która   by   do   niczego   nie 

doprowadziła. To on mówił dalej na ten temat.

– Widzisz  – powiedział  opuszczając  wzrok – staram  się, aby miały wszystko,  czego 

zapragną. Przypominają mi moje niełatwe dzieciństwo... W każdym razie mam nadzieję, że 
nigdy nie będą bandytami...

–  Mój   kochany  –  odpowiedziała   z  łagodnym  uśmiechem   –  wielu  ludzi  miało  trudne 

dzieciństwo i młodość, ale jednak nie doprowadziło to ich do bandytyzmu.

Zmienił temat rozmowy.
– Czy piszesz obecnie jakąś powieść?
– Nie. Czekam na natchnienie.

background image

– Powinnaś zrobić sobie przyjemność i opisać któregoś dnia moje przygody.
– Napiszę o tym powieść-rzekę.
– Właśnie. Mogłabyś ją zatytułować „Przeminęło z bandytyzmem”.
Uśmiechnęła się.
– Na razie czekam na natchnienie, czytając Miltona w oryginale.
– Miltona?
– Tak. „Raj utracony”.
– Przecież nie w „Raju utraconym” Miltona znajdziesz natchnienie do napisania powieści 

kryminalnej.

– Odpoczywam przy tym.
– Mówisz, w oryginale? Dajesz sobie radę z tą siedemnastowieczną angielszczyzną?
– Wiesz przecież, że skończyłam anglistykę.
– Prawda. Zapomniałem, przepraszam. A jak sobie wyobrażasz raj na podstawie tego 

poematu Miltona?

Potrząsnęła głową.
– To wcale nie jest tematem poematu, ale żeby ci odpowiedzieć na pytanie, myślę, że... 

Wiesz, dla mnie raj po śmierci to tak, jakby się było pogrążonym w głębokim śnie, budząc się 
od czasu do czasu... Raz na sto lat, na przykład... Słychać deszcz padający na dworze, budzi 
to lekki dreszcz i współczucie dla tych, którzy wędrują na zewnątrz po deszczu... Potem 
można   znowu   zasnąć   w   ciepłym   łóżku,   przykrywając   się   starannie   prześcieradłem,   które 
zdążyło się zsunąć...

Spojrzał na nią zdziwiony.
– A... a piekło?
– Piekło?
Przymrużyła oczy.
– Piekło jest jak materac ciążący na piersiach i na twarzy i to okropne uczucie duszenia 

się, którego nie można przezwyciężyć...

– Ty cierpisz na kompleks łóżka – powiedział z wymuszonym uśmiechem. – Ten materac 

i prześcieradło, które się zsuwa...

– Widocznie już jest późno.
– Rzeczywiście.
Podniósł szklankę i upił łyk alkoholu.
– Wiesz, Piotrze...
– Tak?
– Coś mi przyszło na myśl.
– Co?
– Jak bardzo byliśmy spokojni i szczęśliwi w tej epoce, kiedy jeszcze nie było nas na 

świecie.

background image

Drgnął. Wiedział, że są okresy, gdy opadają ją ciężkie, depresyjne myśli.
Próbował zażartować.
– Ależ my istnieliśmy! Istnienie poprzedza istotę, jak napisał kiedyś Kierkegaard.
Potrząsnęła głową, jak gdyby chciała się pozbyć swoich czarnych myśli.
– Zostaniesz na noc?
Zawahał się i spojrzał na nią uważnie.
– Wiesz, że będę musiał wyjść wcześnie rano.
– Wiem. Obudzę cię.
– Nie mogę sobie pozwolić na jakąkolwiek nieostrożność.
– Odpowiada ci czwarta rano?
– Za późno. Nie zapomnij, że jest lato.
– Więc o trzeciej.
– Niech będzie o trzeciej.
Dopił swoją whisky i wstał.
– A więc trzeba zaraz iść spać.
Podszedł do niej i położył ręce na oparciu fotela inwalidzkiego, ale wstrzymał się jeszcze 

przez chwilę.

– Och, mógłbym zapomnieć.
Sięgnął do kieszeni marynarki  i wyjął  kartkę papieru złożoną we czworo. Wsunął ją 

Myriam do ręki.

–  Chciałbym,   żebyś   wysłała   ten   list...   Mówiłem   ci   o   nim.   Przepisz   go   na  czysto   na 

maszynie...

* * *

Jo Lahaye zwolnił i poczekał na zmianę świateł na czerwone. Przyspieszył odrobinę i 

samochód   prześliznął   się   wzdłuż   krawężnika   na   pasmo   przeznaczone   dla   autobusów   i 
taksówek.

Piotr   Mercey   otworzył   tylne   drzwiczki   i   Eglantine   wskoczył   w   biegu   do   środka 

samochodu.

Mercey zatrzasnął drzwiczki. Zapaliło się zielone światło i Jo Lahaye znowu przyspieszył 

i ruszył naprzód.

– Psiakrew – jęknął Eglantine – zdaje się, że złamał mi się obcas...
– Nie trzeba było udawać girlsy z baletu – zażartował Jo Lahaye. – Nie musiałeś tak się 

spieszyć z wsiadaniem.

– Cześć chłopaki! – zaszczebiotał Eglantine.
–   Przeczytaliśmy   twoją   wiadomość   w   „Le   Figaro”   –   zaczął   Piotr   Mercey.   –   Jakieś 

kłopoty?

– I to poważne.

background image

– Powiedz jaśniej. Jo, skręć na lewo, tam będzie spokój niej.
– Więc słuchaj, Piotrze. Gliny wiedzą, że to wy zmontowaliście to porwanie.
Jo Lahaye i Piotr Mercey aż podskoczyli.
– Co ty mówisz?!
– To fakt.
– Jak się dowiedzieli?
– Zaraz ci powiem.
Eglantine odchrząknął i dotknął ramienia Merceya.
– Podnieś szybę, bo boję się o moją fryzurę.
Mercey zastosował się do tej prośby, mrucząc coś pod nosem.
– Już. Teraz mów.
– To mój minister... Oni mówili o tym na posiedzeniu rządu... Oni wiedzą, że to wy.
– Jak się o tym dowiedzieli? – spytał oschle Mercey.
– Policja dowiedziała się od któregoś ze swoich informatorów.
– Od informatora?
– Tak.
– Czy wiesz, jak on się nazywa?
– Nie.
– Twój minister też nie wie?
– Nie. A jeżeli wiedział, to zapomniał. On najczęściej drzemie na posiedzeniach.
– Więc żadnej wskazówki? – nalegał Mercey.
– Żadnej. Ale czekaj... on coś powiedział na temat ludzi, którzy najwięcej gadają na 

policję, a w rzeczywistości są przez nią opłacani...

– Drań – powiedział Jo Lahaye. – Tak myślałem. Mówiłem ci, Piotrze, że nie można mieć 

do niego zaufania.

– Czy to was naprowadziło na jakiś trop? – spytał z zaciekawieniem Eglantine.
– Powiedzmy,  że coś nam przyszło do głowy – powiedział sucho Mercey.  Ale zaraz 

zreflektował się.

– Dziękuję ci, Eglantine, że nas uprzedziłeś. Mamy dług wdzięczności wobec ciebie. 

Jeżeli będziesz miał jakieś nowe wiadomości, zawiadomisz nas w taki sam sposób?

– Tak, Piotrze.
– Myślę, że prasa dlatego o tym  nie pisała, żeby nas trzymać  w nieświadomości, bo 

inaczej   mielibyśmy   się   na   baczności,   no   i   chcą   chronić   informatora   przed   ewentualnym 
odwetem.

– O, właśnie tak, Piotrze. Chciałem ci to powiedzieć, ale wypadło mi to z głowy.
– Dobrze. W każdym razie, jeżeli nawet nie dasz nam znać, to umowa stoi?
– To niekonieczne, wiesz... Już ci mówiłem, że pieniądze dla mnie...
– Nie wracajmy do tego tematu. Wysiadasz tu?

background image

– Zawieźcie mnie tam, gdzie wsiadłem.

* * *

Jean-François Ballert pogwizdując sobie wesoło, szedł korytarzem prowadzącym do jego 

mieszkania. Ostatecznie – myślał – życie jest piękne, choć tyle kłopotów spada człowiekowi 
na głowę.

Zastanawiał się kiedyś, czy nie przeprowadzić się do któregoś z kolegów, by ukryć się 

przed   Merceyem   i   jego   bandą,   ale   zmienił   zdanie,   gdy   przekonał   się,   że   prasa,   radio   i 
telewizja przemilczały więź łączącą Merceya ze sprawą porwania dzieci.

Tak więc gliny dotrzymały słowa.
Nie zauważył wyciągniętej podstępnie nogi.
Potknął się i przewróciłby się na ziemię, gdyby nie podtrzymały go dwa mocne ramiona. 

Psiakrew! – pomyślał – już drugi raz robią mi taki kawał. Jedna ręka zasłoniła mu oczy,  
podczas gdy druga przeszukiwała mu kieszenie w poszukiwaniu kluczy. Dałem się złapać, jak 
dzieciak – pomyślał ze smutkiem.

Usłyszał szczęk klucza przekręcanego w zamku i pchnięto go do mieszkania.
Gdy   odsłonięto   mu   oczy,   zobaczył   twarz   Jo   Lahaye   przyglądającego   mu   się 

bezwzględnym wzrokiem.

– Co ty sobie myślisz, ty draniu? Zawsze te same stare numery?
– Piotruś nie mógł się pofatygować – powiedział Christian Sancy z udanym żalem – ale 

prosił, żebyśmy za niego strzelili ci karniaka.

Na czole Ballerta pojawiły się kropelki potu. Chciał wytrzeć twarz, ale Christian Sancy 

mocno trzymał mu ręce wykręcone za plecy. Bez uprzedzenia pięść Jo Lahaye dźgnęła go z 
całą silą w żołądek.

Zrobiło mu się niedobrze i miał ochotę zwrócić zupę rybną i pastasciutta, które zresztą nie 

bardzo mu smakowały we włoskiej restauracji.

Po drugim ciosie zwymiotował prosto na perski dywan, za który kiedyś słono zapłacił.
Jo Lahaye ledwie zdążył się cofnąć.
– Ohyda! – skomentował z miną pełną obrzydzenia.
Ballert czknął i skrzywił się z bólu.
– Litości! Zostawcie mnie... – jęknął.
Jo Lahaye roześmiał się szyderczo.
– Łatwiej donieść glinom, niż dostać lanie, co!
– Nie powiedziałem policji – wystękał.
Trzeci cios trafił go w splot słoneczny. Jego twarz stała się biała, jak śnieg.
– My tak możemy całą noc, wiesz – uprzedził go Jo Lahaye. Sancy ściskał mocniej łokcie 

Ballerta i uderzył go kolanem w kręgosłup.

– Nie wygłupiaj się i mów. Potem zostawimy cię w spokoju.

background image

– Właśnie – dodał Jo Lahaye, uderzając go w twarz. Dwie łzy stoczyły się po twarzy 

Ballerta wzdłuż bruzd koło nosa i zatrzymały się w kącikach ust.

– Dobrze – jęknął – przestańcie, wszystko powiem.
– No nareszcie, już zmądrzałeś – zażartował Sancy.
–   Ale   to   nie   moja   wina   –   zaprotestował   chrapliwym   głosem   Ballert   –   policja   mnie 

zmusiła...

– Oczywiście – mruknął Jo Lahaye – oni cię zmusili...
Ballert nagle stał się gadatliwy.
– Ale popatrzcie na efekty, do diabła! Wykonałem całą robotę, o którą mnie prosił Piotr. 

To są fakty. Zebrano większą część pieniędzy na okup. Przecież właśnie o to wam chodziło, 
co? Więc teraz nie możecie mieć mi za złe zwykłej słabości, po prostu słabości, dlatego, że 
uległem ohydnemu szantażowi policji!

– Owszem. Dokładnie to mamy ci za złe.
Jo Lahaye dał znak Christianowi i ten nagle uderzył Ballerta. Ballert jak gdyby wzniósł 

się raptem do góry. Poczuł się nagle lekki, wolny od wszelkich więzów. Zachwiał się, usiłując 
utkwić wzrok w lampie wirującej pod sufitem i niemal nie poczuł ciosu wymierzonego przez 
Christiana Sancy, ciosu, który złamał mu kręgi szyjne. Jo Lahaye podtrzymał chwiejące się 
ciało i złożył je na podłodze.

– Ładny ten twój cios – powiedział z uznaniem.
– Szkolenie w oddziale komandosów – wyjaśnił Sancy, masując sobie rękę.
– Nie żyje – stwierdził Jo po dokładnym obszukaniu ciała.

background image

XI

Piotr Mercey źle spal tej nocy.
Wbrew   swoim   zwyczajom   palii   papierosa   za   papierosem   i   o   trzeciej   nad   ranem 

spostrzegł, że wypalił te dwie paczki, które sobie kiedyś odłożył na wypadek bezsennej nocy.

Jutro jest decydujący dzień.
A po upływie  doby spotka ich zasłużona nagroda za włożone wysiłki. Ku wielkiemu 

zaskoczeniu wszystkich – ale nie jego samego – dwunastego dnia po porwaniu dzieci zebrano 
już dwa miliardy. Trzeba przyznać, że rząd także miał w tym swój udział. Miliard siedemset 
osiemdziesiąt   milionów   franków   wpłynęło   z   różnych   źródeł,   głównie   prywatnych,   na 
specjalne konto otwarte przez prefekta policji. I raptownie napływ pieniędzy zatrzymał się. 
Wtedy rząd ustąpił pod naciskiem opinii publicznej, krajowej i międzynarodowej, i rzecznik 
prasowy rządu oświadczył łamiącym się głosem, że los porwanych dzieci nie jest obojętny 
rządowi, wbrew temu, co można by wnioskować z jego postępowania w tej sprawie i że, 
wobec tego, ministerstwo finansów dostało polecenie przekazania prefektowi policji różnicy 
między zgromadzonym już funduszem a sumą okupu, jakiej żądają porywacze – czyli 282 
milionów.

Trzynastego dnia prefekt policji złożył  dramatyczną  deklarację w telewizji, nadawaną 

jednocześnie   na   trzech   kanałach   o   dwudziestej   trzydzieści,   czyli   w   porze   „szczytu” 
telewizyjnego.

Prefekt wystąpił z apelem do porywaczy, utrzymanym w tonie pełnego patosu, wzywając 

ich, by natychmiast się z nim skontaktowali. Oświadczył, że rozporządza całą sumą okupu, że 
jest   gotów   przekazać   ją   w   taki   sposób,   jaki   wskażą   i   że   wobec   tego   bezcelowe   jest 
przetrzymywanie dzieci aż do chwili, gdy upłynie wyznaczony wcześniej termin.

Apelując na koniec do ich ludzkich uczuć, prosił, by wzięli pod uwagę rozpacz rodziców, 

niepokojących się już od prawie dwóch tygodni o los swoich pociech.

To   wezwanie   powtórzono   późnym   wieczorem   w   ostatnich   wiadomościach,   w   trzech 

programach telewizji.

Następnego dnia Piotr Mercey skontaktował się z prefektem policji. Po raz pierwszy, 

przynajmniej.

background image

To był zwykły list, lecz ze zdjęciami, które już przedtem wysyłał, na dowód, że list nie 

pochodzi spod pióra jakiegoś żartownisia. Istotnie, dziennikarze skarżyli się wiele razy, że 
dostają   coraz   dziwniejsze   anonimy   pochodzące   z   pewnością   od   ludzi,   w   których   strona 
sensacyjna afery musiała rozbudzić najniższe instynkty.

Zwykły list, w którym wymienił swoje pierwsze żądanie: okup powinien być złożony w 

używanych banknotach i w następującej formie: 1.200 paczek po 100 banknotów o nominale 
100 franków, 1.600 paczek po 100 banknotów o nominale 50 franków.

To było wszystko. Na razie nie warto było podawać dalszych warunków. Niech się trochę 

pomartwią.

Czternastego dnia wieczorem pojawił się znowu w telewizji prefekt policji, o tej samej 

godzinie co poprzednio i także na trzech kanałach. Powiedział przepraszającym tonem, że 
zupełnie   niezależnie   od   swej   woli   nie   jest   w   stanie   przekazać   sumy   okupu   zgodnie   z 
podanymi warunkami w tak krótkim terminie, gdyż zgromadzenie takiej ilości używanych 
banknotów   wymaga   ogromnej   pracy,   i   poprosił   porywaczy   o   zachowanie   cierpliwości   w 
ciągu najbliższych 48 godzin.

Mercey postąpił tak z rozmysłem. Świetnie wiedział, że spełnienie jego żądania wymaga 

pewnego czasu, ale zależało mu przede wszystkim na tym, by pokrzyżować plany policji, 
która przypuszczalnie poleciła wynotować numery banknotów.

Jeśli  o to chodzi,  to  policjanci  mogli  przecież  zawsze  zanotować  numery banknotów 

wchodzących w skład sumy okupu. Życzył im dobrej zabawy... Ale by później odnaleźć ich 
ślad...

W innym obszarze zainteresowań: śmierć Jean-François Ballerta narobiła trochę hałasu, 

ale okoliczności zdawały się potwierdzać hipotezę o samobójstwie i nikt w nie chyba nie 
wątpił.

Z tej strony nie było się więc czego obawiać. Policja musiała być daleka od myśli, że on 

wiedział, że oni wiedzieli...

Z tą pokrzepiającą myślą udało mu się wreszcie zasnąć. Obudził się o dziewiątej, oblany 

potem.   Panował   straszliwy   upał.   Niepewnym   krokiem   udał   się   do   łazienki,   wszedł   pod 
prysznic i odkręcił kurek z zimną wodą. Zabrakło mu tchu i upłynęło dobre kilka minut, 
zanim przyszedł zupełnie do siebie. Odświeżony prysznicem, ogolony, ubrany, poszedł do 
kuchni.

Kręciła się tam Josiane, podśpiewując modną piosenkę.
– Robię kawę dla ciebie – powiedziała.
– Czy Germain już wyszedł?
– Tak.
– Jak samopoczucie? – spytał z uśmiechem.
– Moje? Dobre. Dzisiaj mamy decydujący dzień, prawda?
– Gdzie jest Jo i Christian?

background image

– Są w swoich pokojach.
– Już wstali?
– Już zjedli śniadanie.
– A dzieci?
– Wiesz, są trochę nerwowe, no pewnie, są tutaj od dwóch tygodni. Już nie dają się 

nabrać na historię ze szpitalem i chorobą. Zadają mnóstwo pytań. Już czas z tym skończyć. Ja 
jakoś wytrzymuję, ale Sylwiana jest bliska ataku histerii...

– Możecie być spokojne. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jutro uwolnimy dzieci.
– A jeżeli nie pójdzie dobrze?
– To też je uwolnimy. A co ty byś chciała? Zresztą, niepotrzebnie się martwisz. Wszystko 

będzie dobrze. Ręczę za to.

Pokiwała głową bez słowa.
Mercey   usiadł   przy   stole   i   Josiane   postawiła   przed   nim   filiżankę   kawy   i   biszkopty 

posmarowane masłem.

–   Jeżeli   nie   masz   nic   innego   do   roboty   –   powiedział   jedząc   –   to   powiedz   Jo   i 

Christianowi, żeby tu przyszli.

Zdjęła fartuch i wyszła.
Skończył właśnie pić kawę, gdy Jo i Christian zjawili się w kuchni.
Podniósł się z krzesła.
– Idziemy – rzekł.
Jo i Christian bez słowa poszli za nim.
– Ty siadasz przy kierownicy, Jo.
Wyszli z domu, wsiedli do peugeota i Jo ruszył. Czekał na nich Germain w bocznej alei 

od avenue Hoche, o dwadzieścia metrów od parku Monceau. Citroën DS21 błyszczał, jak 
gdyby dopiero co zszedł z taśmy montażowej.

Germain   miał   na   sobie   niebieski   garnitur   z   białą   koszulą   i   ciemnym   krawatem,   i 

granatową   sztywną   czapkę   z   daszkiem.   Wyglądał   jak   klasyczny   szofer   za   kierownicą 
limuzyny swojego chlebodawcy.

Mercey i Sancy wysiedli z peugeota i bez pośpiechu zajęli miejsca w citroënie.
– Jak poszło? – spytał Mercey, siadając obok Germaina.
–   Bezbłędnie.   Co   chcesz,   jak   się   płaci   gotówką   za   wynajęcie   samochodu   i   depozyt 

gwarancyjny.

– Wytłumaczyli ci, jak się obchodzić z telefonem?
– Tak, nauczyłem się na pamięć.
– Dobrze. Jedziemy.
– Daj mi instrukcję obsługi telefonu – zażądał Mercey. Germain podał mu kartkę papieru.
Mercey szybko przebiegł wzrokiem tekst wydrukowany na kartce i sięgnął po słuchawkę 

telefoniczną umieszczoną na małej podstawce. Zastosował się ściśle do podanej instrukcji i 

background image

dostał   szybko   połączenie   z   jedną   z   prywatnych   radiostacji   znajdujących   się   w   okolicach 
Paryża.

– Słucham? – odezwał się dźwięczny głos. W tle słychać było muzykę pop.
– Tu mówi szef francuskiej sekcji Światowego Komitetu Wyzwolenia Uciemiężonych 

Mas Pracujących. To my porwaliśmy tę czwórkę dzieci. Pani słyszała o porwaniu?

– Och...ach... oczywiście – wykrztusiła telefonistka.
– Nie mam dużo czasu – powiedział bezbarwnym głosem. – Zatelefonuję za dziesięć 

minut. Proszę zarezerwować jedną linię telefoniczną, tak aby była wolna, kiedy zadzwonię. I 
żeby wtedy podszedł do telefonu redaktor odpowiedzialny za informacje waszej rozgłośni? 
Zrozumiano?

– Ale... bo... – dziewczyna się wahała.
– O co chodzi?
– Skąd mogę wiedzieć, że... mamy tyle telefonów... od osób, które twierdzą, że są tymi... 

no...

– Przewidziałem to – przerwał niecierpliwie.  – Proszę posłuchać. Zaraz po porwaniu 

wysłaliśmy   list   ze   zdjęciami.   Ten   list   został   napisany   na   maszynie   na   cienkim   papierze 
produkcji niemieckiej. Jeżeli obejrzeć ten papier pod światło, widać na nim znaki wodne 
tworzące słowo STARK. S.T.A.R.K., zanotowała pani?

– Tak – odpowiedziała telefonistka ledwie słyszalnym głosem.
– Nie mówiono ani nie pisano nigdzie o tym szczególe i na pewno nikt z was go nie 

zauważył. Więc niech sprawdzą i stwierdzą, że mówię prawdę. Za dziesięć minut, proszę nie 
zapominać.

Odłożył słuchawkę.
Podniósł   wzrok   na   obelisk,   który   pojawił   się   w   głębi   ulicy   i   napotkał   spojrzenie 

Christiana Sancy.

– Zaraz polecą zawiadomić gliny – roześmiał się Sancy.
– Przewidziałem to – odpowiedział Mercey beztroskim tonem. – Niech sobie próbują 

szukać nas w Paryżu. Nie będą mogli zlokalizować naszego telefonu w samochodzie.

– Ależ muszą się tam zwijać, na Quai des Orfèvres

6

.

Telefonistka, nie tracąc czasu, przekazała wiadomość swojemu szefowi, ten powtórzył ją 

redaktorowi   naczelnemu   dziennika   radiowego,   który   z   kolei   natychmiast   zawiadomił 
Międzyresortowe Biuro Kontroli, zgodnie z instrukcją inspektora okręgowego Le Guenneka 
przekazaną wszystkim środkom masowego przekazu.

Polecono telefonistce zarezerwować jedną linię w centralce, w oczekiwaniu na następny 

telefon porywaczy.

W Międzyresortowym Biurze Kontroli zapanował ruch.
W dziale obsługi policji kryminalnej  jeden z cywilnych  pracowników otrzymał  przez 

6 siedziba Prefektury Policji

background image

telefon wewnętrzny polecenie i pospiesznie nacisnął fioletowy przycisk na swoim pulpicie. 
Obok przycisku widniały dwa słowa: Priorytet nasłuchu.

W sąsiednim dziale inny pracownik dostał inne polecenie przez wewnętrzny telefon.
Gdy zobaczył palące się fioletowe światełko na swoim pulpicie, założył słuchawki na 

uszy i przesunął dźwignię w dół. Wcisnął żółty guzik i przygotował się do szukania telefonu 
porywaczy; przeprowadzona rozmowa miała być nagrywana przez jego kolegę.

Citroën zagłębił się teraz w tunel i sunął wolno krętą jezdnią pod ziemią. Kiedy wynurzył 

się na powierzchnię, Piotr Mercey sięgnął po słuchawkę telefonu.

– Słucham?
– To ja dzwoniłem przed chwilą – powiedział Mercey głosem bez wyrazu. – Pani mnie 

poznaje?

– Linia jest wolna, tak jak pan sobie życzył – odpowiedziała telefonistka. – Proszę się nie 

rozłączać.

Uśmiechnął się. Zwykła sztuczka. Starali się zlokalizować ich telefon. Odsunął rękaw 

marynarki   i   spojrzał   na   zegarek.   Mijały   sekundy.   7...   11...   14...   19...23...Doszedł   do   36 
sekundy, gdy usłyszał wreszcie w słuchawce męski głos.

– Hallo?
– Czy ma pan pod ręką papier i ołówek? – rzucił ostro.
– Proszę?
– Słuchaj pan, nie przeciągajcie w nieskończoność sprawy,  bo rozłączę  się z wami  i 

zadzwonię do jakiejś konkurencyjnej radiostacji. Niech pan będzie rozsądny i nie lekceważy 
sobie prawa pierwszeństwa w tak ważnej sprawie. Pana kolegów aż poskręca z zazdrości.

Głos z drugiej strony kabla telefonicznego stał się bardziej uprzejmy.
– Zgoda. Maurycy Salzberger przy telefonie. Słucham pana?
– Przede wszystkim, czy ma pan pewność, że rozmawia pan z jednym z porywaczy?
– Tak. Sprawdziliśmy dane, które pan nam przedtem podał. Zgadza się.
– Doskonale.
Wieże Conciergerie

7

 zarysowały się groźnie na niebie z drugiej strony Sekwany, ale Piotr 

Mercey nie poświęcił im wiele uwagi.

– Zaraz panu podam informacje przeznaczone dla prefekta policji. Zobowiązuję pana do 

przekazania mu ich.

– Może pan na mnie liczyć – odpowiedział głos wyraźnie podekscytowany.
– Dotrzymałem przesuniętego o 48 godzin terminu, o co prefekt prosił przedwczoraj w 

telewizji,   i   teraz   mam   prawo   sądzić,   że   okup   jest   już   przygotowany   w   postaci,   jakiej 
zażądaliśmy. Należy zastosować się do następujących wskazówek, by przekazać nam okup. 
Pan mnie słucha?

– Tak, tak, proszę mówić.

7 słynne w przeszłości więzienie paryskie, mieści się w zespole budynków obecnego Pałacu Sprawiedliwości

background image

– Przy ulicy du Havre, koło dworca Saint-Lazare jest sklep z artykułami sportowymi. Na 

szybie wystawowej jest napis „Wszystko dla sportu”. Sprzedają tam między innymi worki 
marynarskie,   koloru   granatowego,   z   pasami   służącymi   do  zarzucania   worka   przez   ramię, 
firmy La Terre-Neuvas. Należy kupić osiem worków, powtarzam: osiem worków. Trzeba 
poprosić o rozmiar trzeci. Proszę włożyć 1.200 paczek banknotów stufrankowych do czterech 
worków,   po   300   paczek   do   jednego.   Natomiast   banknoty   pięćdziesięciofrankowe   –   do 
czterech pozostałych worków, po 400 paczek. Czy to jest jasne?

Maurycy Salzberger aż jąkał się z podniecenia.
– Ja... ja wszystko zapisałem. Niech pan będzie spokojny. Co jeszcze?
– Należy przymocować czerwone etykietki do pasów worków zawierających banknoty 

stufrankowe, a białe etykietki – do worków z pięćdziesięciofrankowymi banknotami.

Mercey zamilkł na chwilę.
– I co dalej? Co jeszcze? – niecierpliwił się Maurycy Salzberger.
– Należy przewieźć worki do siedziby Banku Francuskiego – ciągnął spokojnie Mercey. – 

Rozumiem przez to budynek mieszczący się przy ulicy Croix-des-Petits-Champs 39...

Germain zwolnił przed czerwonymi światłami i citroen zatrzymał się przy skrzyżowaniu, 

obok Instytutu Medycyny Sądowej.

– Gdy już zawiozą worki do budynku Banku Francuskiego, niech je położą na kontuarze, 

jeden obok drugiego, w głównej hali banku. Worki z czerwoną etykietką na lewo, a te z białą 
– na prawo, z punktu widzenia osoby stojącej przed kontuarem.

Germain ruszył i zręcznie wyminął długą kolumnę taksówek wiozących urlopowiczów na 

Dworzec Lyoński. Raptem skręcił i wjechał w ulicę de Lyon.

– Hallo... Hallo? Czy jest pan tam? – zaniepokoił się Maurycy Salzberger.
– Tak, jestem. Czy pan zapisał moje wskazówki? 
– Zapisałem dokładnie. Czy to wszystko?
– Nie. Mówię dalej.
– Słucham.
– Tej nocy między godziną 24 a 0

30

 jeden z nas przyjedzie do Banku Francuskiego, do 

budynku, którego adres podałem panu przed chwilą. Będzie zamaskowany. Policzy pieniądze 
i zabierze je. Aby dowieść, że przychodzi od nas, zostawi dla prefekta negatywy zdjęć dzieci, 
tych  fotografii,  które mu  posłaliśmy.  Niech nikt za nim nie idzie. Niech policja nie robi 
żadnych przygotowań w pobliżu Banku Francuskiego i w ogóle w Paryżu. My byśmy to 
wykryli.   Nasi   ludzie   będą   krążyć   w   okolicy.   W   razie   gdybyśmy   zauważyli   coś 
niepożądanego, nasz człowiek nie przyjdzie na wskazane miejsce i będziemy z przykrością 
zmuszeni pozbyć się dzieci w sposób, jak może pan sobie wyobrazić... A więc prefekt bierze 
na siebie całą odpowiedzialność...

– A jeżeli pieniądze zostaną wam przekazane bez przeszkód, czy uwolnicie dzieci?
– Na pewno tak.

background image

– Kiedy?
– Jutro.
– Gdzie?
– To już nie pana sprawa.
– Jak się czują dzieci?
– Bardzo dobrze.
– Co zamierzacie zrobić z pieniędzmi z okupu?
– Zasilą nasz fundusz wojenny.
– Fundusz wojenny?
– Tak. Przeznaczony na kontynuowanie walki, jaką prowadzimy na całym świecie na 

rzecz wyzwolenia uciemiężonych mas pracujących.

– Proszę o bardziej szczegółową wypowiedź na temat tej walki. To zainteresuje naszych 

słuchaczy.

– Przykro mi, ale to już innym razem...
– Chwileczkę! Niech pan nie odkłada słuchawki!
– Ja już skończyłem. Niech pan przekaże moje wskazówki prefektowi policji. Jeżeli się 

do nich nie zastosuje, nikt już nigdy nie zobaczy dzieci...

Mercey odłożył słuchawkę.

* * *

W   budynku   przy   alei   de   Trouville,   w   którym   mieściło   się   Międzyresortowe   Biuro 

Kontroli, pracownik obarczony poleceniem zlokalizowania aparatu telefonicznego, z którego 
dzwoniono do prywatnej radiostacji, wyrzucił z siebie nieprawdopodobne przekleństwo.

– ...Nie możemy ich zlokalizować, mówią z samochodu!
Jego kolega, siedzący obok niego, skrzywił się współczująco.
– Czy nie mogłeś ustalić numeru ich telefonu?
– Owszem, tak. Ale jak go usytuować w Paryżu?

background image

XII

– Musi mnie pan dobrze zrozumieć, Le Guennec, rozkazy prefekta są wyraźne i muszą 

być ściśle wykonane.

Le   Guennec   znów   skrzywił   się   z   niezadowoleniem.   Dyrektor   rzucił   mu   zakłopotane 

spojrzenie, skrzyżował ręce na piersi, rozprostował je, wreszcie przygryzł wargę.

– Gdyby to ode mnie zależało...
– Ale to prefekt wydaje rozkazy – zauważył Le Guennec z odrobiną złośliwości.
– Właśnie. I, jak powiedziałem, rozkazy są stanowcze. W żadnym wypadku, powtarzam, 

w żadnym wypadku nie wolno nam podejmować zbędnego ryzyka. Musimy zastosować się 
do żądań porywaczy. Gdyby dzieciom zdarzyło się coś złego, to by była katastrofa.

– Rozumiem, ale...
– To jednak nie wyklucza możliwości podjęcia kroków niezbędnych, pana zdaniem, które 

ułatwiłyby nam ujęcie, prędzej czy później, tych porywaczy.

– Czy to nie hipokryzja?
–   Wcale   nie.   Według   prefekta   nie   ma   w   tym   sprzeczności   i   nie   musimy   odrzucać 

sposobności   podjęcia   pewnych   kroków,   powiedzmy,   środków   ochrony,   pozostawiając 
jednocześnie   porywaczom   swobodę   manewru,   która   by   im   zapewniła   poczucie 
bezpieczeństwa, a nam pozwoliła zachować nadzieję na utrzymanie dzieci przy życiu.

– Nie wyobrażam sobie, by Mercey mógł zabić dzieci. To nie w jego stylu. Jest, jaki jest, 

ale   na   pewno   nie   jest   mordercą   dzieci.   To   jest   bluff   z   jego   strony,   z   pewną   szansą 
powodzenia, i on na tym poprzestanie, nawet jeśli okaże się, że ten bluff nie wypalił.

– To pańska opinia, a nie prefekta.
Twarz inspektora nabrała zmęczonego wyrazu.
– No dobrze. Więc co mam zrobić, pana zdaniem?
– Zastosować niezbędne środki.
– To znaczy?
Dyrektor machnął ręką ze zniecierpliwieniem.
–   Le   Guennec,   ja   pana   nie   będę   uczył   fachu.   Pan   sam   ma   wystarczająco   duże 

doświadczenie.

background image

– Ale, panie dyrektorze, ta sprawa mi się nie podoba. Mercey wodzi nas za nos.
Dyrektor zrobił zdziwioną minę.
– Co pan przez to rozumie?
– Na przykład, te jego żądania. Rozumiem, chce dostać banknoty po 100 i po 50 franków, 

to   normalne.   Worki,   ostatecznie,   też...   Ale   Bank   Francuski   przy   ulicy   Croix-des-Petits-
Champs, kontuar w głównej hali, zamaskowany mężczyzna, który policzy pieniądze, a potem 
spokojnie   sobie   odejdzie,   to   podejrzane...   To   pachnie   podstępem...   Mercey   jest   zbyt 
inteligentny, żeby pakować się z własnej woli w taką pułapkę.

– Wie, że nie mamy wyboru.
– To prawda. Ale wie także, że my wiemy, że to on jest sprawcą tego wszystkiego.
– A skąd miałby wiedzieć?! – zaprotestował gwałtownie dyrektor.
– Nie mam pojęcia – wyznał Le Guennec.
– Widzi pan.
– Wiem jedno, to mianowicie, że to on jest winien śmierci Ballerta. Jestem tego pewny. 

Mój nos mi to mówi.

Dyrektor pogrążył się w medytacji.
– W takim razie on wie, że my się orientujemy...
– To więcej niż prawdopodobne i tym bardziej on jest niebezpieczny. Przychodzi mi na 

myśl, że przygotowuje nam jakiś nowy skok w swoim stylu.

– Jaki skok?
Le Guennec potrząsnął głową.
– Gdybym wiedział!
Dyrektor uniósł ręce bezradnym gestem.
– Błądzimy we mgle. Cóż mogę panu powiedzieć!
Le Guennec zgniótł papierosa w kryształowej popielniczce sąsiadującej ze stosem teczek 

zgromadzonych na biurku dyrektora.

– Jakie są pana zalecenia, teraz, gdy sprawa posunęła się naprzód?
– Te same. Ostrożność i skuteczność.
– Zrobię, co mogę, może pan być pewien, panie dyrektorze. Czy to wszystko?
Dyrektor westchnął ze znużeniem.
– To wszystko, Le Guennec. Proszę mnie informować na bieżąco.
Le Guennec wstał bez słowa i opuścił pokój. W jego gabinecie oczekiwali go pracownicy, 

głośno rozmawiając.

– No i co, wyciągamy automaty? – zażartował Servant.
Uśmiechy   jednak   szybko   zgasły   na   ich   twarzach,   gdy   zobaczyli   zasępioną   minę 

inspektora. Le Guennec podszedł szybkim krokiem do swojego biurka i ciężko opadł na fotel.

– Chcę was przede wszystkim prosić, żebyście przestali stroić sobie żarty – powiedział 

kwaśno. – Nie jestem w odpowiednim nastroju. Jeżeli chcecie wiedzieć, co myślę, to wam 

background image

powiem. Wdepnęliśmy fatalnie i jeżeli wybrniemy z tego, to kaktus mi tutaj wyrośnie!

Le Guennec zdobył się na wysiłek i opanował się. Czekała go ciężka praca i należało 

zachować kontrolę nad stanem swoich nerwów.

Spojrzał   swoim   jednym   okiem   na   zegarek,   potem   przesunął   wzrokiem   po   twarzach 

współpracowników.

–   Panowie,   mamy   niewiele   czasu   –   zaczął.   –   Ściśle   mówiąc,   dziewięć   godzin.   Nie 

możemy więc stracić ani chwili. Jak wiecie, właśnie wychodzę od dyrektora i jak na pewno 
się domyślacie, to mnie powierzono zadanie przekazania okupu porywaczom. Polecenia są 
następujące: nie robić nic, co by mogło narazić życie dzieci na niebezpieczeństwo. Nawet 
gdyby   trzeba   było   stracić   pieniądze.   Natomiast   mamy   poczynić   takie   przygotowania   na 
przyszłość, by po oddaniu dzieci rodzicom móc zaaresztować Merceya i jego ludzi. Musimy 
więc postarać się o jak najwięcej informacji na ich temat, ale, powtarzam, nie podejmując 
takich kroków, które by mogły narazić na ryzyko życie dzieci.

Takie są rozkazy „góry”.
Co   do   mnie,   to   mam   własną   opinię   na   ten   temat.   Nie   wierzę,   by   Mercey   mógł 

zamordować dzieci. Nawet gdyby nie udało mu się położyć ręki na pieniądzach, nie zabije 
dzieci...

– A inni? – zdziwił się Vanderbussche. – Lahaye i Sancy? Przecież to mordercy!
– Lahaye  i Sancy – tłumaczył  cierpliwie Le Guennec – to zabójcy,  ale nie mordercy 

dzieci.   A   w   każdym   razie   nie   zabijają   bez   powodu.   Przejrzyjcie   sobie   ich   akta.   Sancy 
zlikwidował   siedmiu   facetów   przez   zemstę.   Stare   historie   z   czasów   O.A.S.   Nawiasem 
mówiąc, to były mało interesujące typy... Szpicle najgorszego gatunku. Co do Lahaye, to ten 
na   ogół   albo   strzela   we   własnej   obronie,   albo   likwiduje   kogoś   w   ramach   jakichś 
porachunków. To różnica! Ale nie o to chodzi. A więc nie wierzę, by Mercey zabił lub kazał 
zabić te dzieci. Tylko że nie wolno mi ryzykować. Bo gdybym się mylił?... Ale jestem prawie 
pewien, że się nie mylę  twierdząc,  że Mercey szykuje jakiś podstęp. Teraz, jeśli można, 
podsumujmy dyspozycje, jakie przekazał tej radiostacji. Jeden z jego ludzi przyjdzie między 
dwunastą a pierwszą w nocy do Banku Francuskiego przy ulicy Croix-des-Petits-Champs i 
przyniesie negatywy zdjęć wysłanych prefektowi. Policzy pieniądze i zabierze je. Nikt nie 
powinien iść za nim i policja ma nie podejmować żadnych przygotowań ani na miejscu, ani w 
okolicy.

Dobrze. To prosi się o kilka uwag. Przede wszystkim ten facet na pewno nie będzie liczył  

banknotów. Będzie ich 280 tysięcy, a gdyby nawet chciał liczyć tylko paczki banknotów, to 
2.800.   Nie   będzie   miał   czasu.   Poza   tym   musiałby   mieć   stalowe   nerwy.   Liczyć   paczki 
pieniędzy na naszych oczach? Następnie, co on zrobi z tymi ośmioma workami? Może je 
wywieźć tylko samochodem. A jeśli już o to chodzi, to Mercey świetnie wie, że nie stracimy 
tego samochodu z oczu, że przekażemy wszędzie jego dane i że w końcu go znajdziemy. 
Mamy swoje sposoby, by nie zgubić tropu tak, że się nie zorientują. Mercey wie o tym.

background image

Otóż, skoro Mercey nie jest durniem, a pamiętacie rabunek miliarda franków w Marsylii z 

udziałem Lahaye, Sancy’ego i Cariniego, jeden z najlepiej zorganizowanych napadów...

– Tak, to prawda – potwierdził komisarz Servant – to było bardziej pomysłowe, niż napad 

na pociąg pocztowy w Anglii i na pocztę w Miluzie i niż największe skoki amerykańskich 
gangsterów.

Le Guennec pokiwał niecierpliwie głową.
– ...Tak, właśnie, chodzi o to, że Mercey szykuje coś innego. Puścił nam w oczy kłąb 

dymu, by nas oślepić i żebyśmy sądzili, że postąpi w taki właśnie sposób, podczas gdy w 
rzeczywistości ma zamiar zrobić coś zupełnie innego.

– Czy domyślasz się, jakiego sposobu użyje? – wtrącił komisarz Massard.
Le Guennec uśmiechnął się lekko.
– Panowie, wielu z was pamięta czasy, gdy trzeba było chronić Wielkiego Karola

8

 przed 

zamachami O.A.S. w czasie jego podróży. Myślę, że najbardziej potrzeba było nam wtedy 
wyobraźni.   Wyobraźni,   którą   można   porównać   do   reflektora   omiatającego   niebo   w 
poszukiwaniu nieprzyjacielskich samolotów. Tymi samolotami były dla nas wtedy metody, 
których   mogli   użyć   ewentualni   zamachowcy.   Trzeba   było   postawić   się   na   ich   miejscu   i 
pomyśleć, jaki przewrotny pomysł mógł zrodzić się w ich głowach.

Teraz zróbmy to samo. Postawmy się na miejscu Merceya. Przede wszystkim bandyci są 

konserwatywni w doborze metod działania. Stosują na ogół dobrze znane sposoby, a to co 
dobrze zna Mercey, to napad z bronią w ręku. Jeśli nawet raz chwycił się kidnaperstwa, to 
jestem przekonany, że szybko wróci do swojej pierwszej miłości.

– Czy chce pan powiedzieć, że Mercey dokona napadu w stylu ataku komandosów? – 

spytał główny inspektor, Lebeau.

– Właśnie tak myślę – odrzekł powoli Le Guennec, wymawiając każdą sylabę z osobna. – 

Servant, plan banku i plan dzielnicy, o które prosiłem niedawno.

– Proszę, oto one.
– Dziękuję. Jak to wygląda?
Servant pochylił się nad biurkiem, sięgnął po ołówek i zaczął przesuwać nim po planie 

dzielnicy.

–  Bank   Francuski   mieści   się   w  tym   trapezie   między   ulicami:   de   Valois,   du  Colonel 

Driant, Croix-des-Petits-Champs i la Vrilliere. Bank ma kilka wejść. Wejście główne przy 
ulicy Croix-des-Petits-Champs 39, to wielka brama, z obu stron drzwi dla pieszych i budynki 
strażnicze z wartownikami. Na tej samej ulicy pod numerem 31 druga brama z wartownikami. 
Między numerami 31 i 39 dwa inne wejścia, bez straży. Przy ulicy du Colonel Driant wjazd 
do garażu, z żelazną kratą i budką strażnika. Przy ulicy de Valois drugi wjazd do garażu i 
obok małe drzwi obite blachą z zakratowanym okienkiem i dzwonkiem obok w murze. Brak 
straży na chodniku przed tym wejściem.

8 mowa o generale de Gaulle’u

background image

– Więc tak – powiedział Le Guennec. – Czy to wszystko? Czy w okolicy nie ma nic 

szczególnego?

– Owszem, ustęp publiczny na chodniku przed bankiem u zbiegu ulic la Veillière i Croix-

des-Petits-Champs oraz posterunek żandarmerii republikańskiej na rogu ulicy la Vrillière i 
zaułka Radziwiłła.

– Zaułek Radziwiłła? Co on tam robi? Nie widzę go na planie.
– To maleńka, ślepa uliczka, wciśnięta w zespół budynków banku.
– Dziękuję. Proszę teraz o plan budynku.
– To tylko plan szkicowy. Zdaje się, że nigdzie nie ma dokładnego planu banku. Ale 

rozmawiałem   z   sekretarzem   generalnym.   To   prawdziwa   forteca   nie   do   zdobycia   przez 
włamywaczy.   Moim   zdaniem,   jest   mało   prawdopodobne,   by   Mercey   mógł   dostać   się   do 
środka inaczej niż przez drzwi. I dlaczegóż by miał szukać innej drogi, skoro drzwi będą 
szeroko otwarte na jego powitanie?

Le Guennec rozparł się wygodniej w fotelu i przymrużył swoje jedyne oko.
– To logiczne założenie – przyznał.
Komisarz Stepaniak chrząknął dyskretnie.
– Jeśli wolno mi wyrazić mój pogląd, sądzę, że oni dokonają napadu z zewnątrz banku.
– To możliwe – powiedział Vanderbussche. – Jest ich pięciu, a nawet sześciu, jeżeli 

liczyć Germaina Lesaigneura.

Le Guennec kiwnął potakująco głową.
– To jest prawdopodobne. Mogli wpaść na jakiś pomysł, żeby nas wyprowadzić w pole.
Rąbnął pięścią w biurko.
– Panowie! – huknął. – Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że szajka bandytów wpuściła 

nas   w   maliny,   choćby   to   byli   najsprytniejsi   gangsterzy   na   świecie.   Zaraz   poczynimy 
odpowiednie przygotowania, żeby poskromić ich niewczesne zapędy!

Podniósł się ociężale i podszedł do planu Paryża rozpiętego na ścianie.
–   Przede   wszystkim   nie   wolno   zapominać,   że   ta   radiostacja   nadała   wielki   rozgłos 

żądaniom Merceya. Te dwa miliardy przewiezione do Banku Francuskiego rozbudzą ludzką 
chciwość.  W  tej  chwili   wszyscy  paryscy  rabusie  muszą  się  zastanawiać,  co  zrobić,  żeby 
zagarnąć taką wielką forsę. Możecie sobie wyobrazić jakąś inną szajkę, która się pakuje do 
Banku, na przykład, za piętnaście dwunasta, i porywa nam pieniądze sprzed nosa!

Więc  żeby uchronić   nas, a  także  Merceya,   od takiego   kawału,  ty  Lebeau,  ze  swoim 

oddziałem,   będziesz   pilnował   forsy   wewnątrz   banku.   Zabierzecie   cały   arsenał,   kamizelki 
kuloodporne, granaty gazowe, pistolety maszynowe i karabiny snajperskie, przecież nigdy nic 
nie wiadomo.

Zwrócił się do komisarza Stepaniaka.
–   Stepaniak,   ty   podzielisz   swoich   ludzi   na   dwie   grupy.   Jedna,   przeznaczona   do 

przeprowadzenia   akcji   w   pobliżu   banku,   zajmie   miejsca   na   wyższych   piętrach   domów 

background image

okalających bank. Zatrzymajcie lokatorów w domu, pod żadnym pozorem nie pozwólcie im 
wychodzić, żeby nie opowiadali w pobliskich barach o tym, co się tu dzieje. Jeżeli nie będą 
mieli nic do jedzenia, pójdziecie sami kupić im żywność. Przedstawicie nam rachunki do 
rozliczenia.   I   zachowujcie   się   dyskretnie.   Mercey   na   pewno   wysłał   swoich   ludzi,   żeby 
podpatrzyli nasze przygotowania. Druga grupa zajmie stanowiska w większej odległości od 
banku,   rozstawisz   ich   w   promieniu   od   500   do   800   metrów   od   budynku.   Uwaga, 
najważniejsze, to nie zwracać uwagi otoczenia. Wszyscy jednak muszą być uzbrojeni, muszą 
wziąć cały arsenał, jak oddział Lebeau.

– Zadanie? – spytał Stepaniak.
– Interwencja w wypadku trudnej sytuacji.
– Inwigilacja?
– Nie, tym się zajmie Servant. Servant, weźmiesz najlepszych kierowców i zabierzesz 

brygadę kobiecą. A ty, Di Salvo, pomożesz mu. Weźmiecie zwykłe samochody, bez anten, 
żeby was nie rozpoznali. Na przednich siedzeniach mężczyzna i kobieta, lub dwie kobiety, 
aby nie zwracać uwagi. W tyle wozu, na podłodze, schowa się mężczyzna. Servant, zostawisz 
jeden samochód w każdej z dwudziestu komend dzielnicowych. Dowódca załogi każdego 
wozu będzie utrzymywał stały kontakt radiowy z Centralą w prefekturze.

Rozstawisz jedną kolumnę  samochodów  na obwodzie koła o promieniu  mniej  więcej 

dwóch kilometrów, licząc od banku. Ten trzeci pasażer każdego samochodu będzie miał przy 
sobie przenośną krótkofalówkę, niech się nią posługuje na jakimś podwórzu czy gdzie indziej, 
ale tak, by go nie zauważono. Niech się stale kontaktuje z komendą tej dzielnicy, w której 
będzie się znajdował i niech przejmie stamtąd instrukcje.

Druga kolumna wozów pojedzie aż do linii bulwarów des Marechaux. Te same polecenia 

co do przekazywania informacji.

Zadaniem   wszystkich   wozów   będzie,   ewentualnie,   śledzenie   samochodu   czy   też 

samochodów wiozących okup, zależnie od okoliczności. Załogi wozów składające się z trzech 
osób,   licząc   z   szoferem,   będą   mogły   wysadzić   jedną   lub   dwie   osoby,   tak   żeby   mogły 
zatelefonować do Centrali i zdać sprawę z przebiegu wypadków, nie zwalniając pościgu. Ten, 
kto będzie telefonował, zostaje na miejscu.

Le Guennec odetchnął głęboko i poklepał po ramieniu siedzącego obok niego głównego 

komisarza, Kramera.

– Daj mi papierosa. Ty, Kramer, zorganizujesz łączność radiową i telegraficzną między 

centralą, prefekturą i stanowiskiem, jakie zainstalujesz w Banku Francuskim, oraz między 
tym stanowiskiem a obu grupami Stepaniaka.

Zapalił   papierosa   od   zapałki,   którą   mu   podał   Kramer.   –   Valdeyron,   ty   się   zajmiesz 

komisariatami na przedmieściach – ciągnął wypuszczając kłąb dymu. – Niech trzymają pod 
ręką   ludzi   do   dyspozycji.   Ty,   Jousseaux,   będziesz   w   rezerwie   na   Quai   des   Orfevres. 
Vanderbussche, czy masz już worki?

background image

– Tak.
– A etykietki?
– Tak jest.
– Dobrze.
Zastanawiał się chwilę.
– Myślę, że Mercey zażądał tego dla pucu. Nie widzę powodu, dla którego miałoby mu 

zależeć na czerwonych plakietkach umocowanych do worków ze stufrankowymi banknotami 
i  na  białych   plakietkach  przy  workach  z  banknotami  po  pięćdziesiąt  franków.  Ale...  No, 
dobrze,   więc   ty,   Vanderbussche   za   swoimi   ludźmi   zapakujesz   pieniądze   do   worków   i 
zawieziesz je do Banku Francuskiego. Uwaga! W grę wchodzi wielka stawka! Samochód 
pancerny, ludzie uzbrojeni po zęby! Żeby nikt wam nie gwizdnął forsy!

– Pieniądze są przygotowane?
–   Tak,   we   Francuskim   Banku   dla   Krajów   Ameryki   Łacińskiej.   W   paczkach, 

obanderolowane. Oczywiście, musisz policzyć. Nie ma większych cwaniaków, niż bankierzy.

– Co potem mam zrobić?
– Zostaniesz w Banku Francuskim razem z Lebeau.
Klasnął w ręce.
– No, panowie, myślę, że odpowiedziałem na wszystkie pytania! Teraz na was kolej, 

zabierzcie się do roboty. Przyjadę na miejsce koło siódmej i przeprowadzę małą inspekcję. 
Tymczasem, jeżeli zajdzie potrzeba, jestem tutaj. Jeżeli jaz kolei będę miał dla was jakieś 
polecenia, lub będę chciał zmienić dyspozycję, skontaktuję się z wami.

– O której godzinie wszyscy mają zająć stanowiska? – spytał Servant.
– Bardzo dobre pytanie – pochwalił Le Guennec. – Wszystkie przygotowania mają być 

ukończone o dziewiątej.

– Trzeba będzie spieszyć się, jak na wyścigach samochodowych „24 godziny w le Mans” 

– poskarżył się Kramer.

Gdy wszyscy opuścili pokój z wyjątkiem Massarda, który był pracownikiem Wydziału 

Informacji Ogólnej i nie brał udziału w przeprowadzanej operacji, Le Guennec wrócił do 
biurka i poprosił telefonistkę o połączenie go z dyrekcją naczelną Republikańskich Kompanii 
Bezpieczeństwa.

– Zwracasz się także do nich? – zdziwił się Massard.
– Tak, dla przedmieścia  i rejonu podmiejskiego.  Chcę rozciągnąć  sieci  o tak małych 

oczkach, że nawet Mercey nie prześliźnie się przez nie.

background image

XIII

Germain przycisnął lekko hamulec i wielka ciężarówka załadowana gruzem zatrzymała 

się przy chodniku. Ten odcinek ulicy Quincampoix  ział  pustką, jak gdyby znajdował się 
gdzieś w Masywie Centralnym, i był zapewne niewiele lepiej oświetlony, niż działo się to w 
średniowieczu. A przecież w odległości dwustu metrów widać było oświetlony reflektorami 
plac budowy i kręcących się tam robotników z jakiegoś przedsiębiorstwa robót publicznych. 
Z   przeciwnej   strony   ulica   przybierała   kształt   wąskiego   przesmyku,   w   którym   krążyły 
niewyraźne   cienie   ocierające   się   o   dziewczyny   zaczajone   we   wnękach   bram.   To   było 
zdecydowanie ponure, niebezpieczne miejsce.

Mężczyźni   zeskoczyli   z   ciężarówki   i   zabrali   się   zaraz   do   zdejmowania   ciężkiego, 

drewnianego baraczku umieszczonego na szczycie kupy gruzu. Zachowując wszelkie środki 
ostrożności wyładowali go na chodnik i przysunęli do fasady najbliższej kamienicy.

– Czy nie mogli znaleźć lepszego miejsca na wychodek? – mruknął Gerard Lesaigneur, 

patrząc z niesmakiem na kałuże moczu rozlane na chodniku.

Tych   sześciu   mężczyzn   w   nieprzemakalnych   kurtkach,   w   plastikowych   kaskach   z 

okularami ochronnymi, w wysokich butach, nie różniło się prawie wyglądem od robotników 
pracujących na sąsiednim placu budowy.

Gerard   Lesaigneur   i   Christian   Sancy   weszli   pierwsi   do   baraku,   na   którego   ścianach 

widniał napis: S.A.G.T.P. – Budownictwo i Roboty Publiczne.

Jo Lahaye zamknął za nimi drzwi.
Już w baraczku Christian wyciągnął spod kurtki zakrzywiony na końcu łom i zagłębił go 

w   otwór   płyty   zakrywającej   studzienkę   włazową   kanału.   Napierając   z   całej   siły   na   łom 
podważył pokrywę, która skrzypiąc podniosła się o kilka centymetrów.

Gerard przyklęknął, wsunął w szparę ręce w rękawicach, uchwycił mocno pokrywę i 

wahadłowym ruchem wysunął ją z obramowania włazu. Korzystając z pomocy Christiana, 
odsunął   ją   na   bok.   Zapalił   latarkę   i   snop   jaskrawego   światła   omiótł   pierwsze   szczeble 
metalowej drabinki znikającej w czarnym otworze, z którego wydobywał się zgniły odór. Nie 
ociągając się, postawił nogę na pierwszym szczeblu i zaczął schodzić w głąb studzienki, z 
latarką zawieszoną na szyi. Gdy znikł w ciemnym otworze, Christian także zapalił latarkę, 

background image

umocował łom u pasa i stuknąwszy lekko palcem w drzwi baraku, sam z kolei zagłębił się w 
studzience. Jo Lahaye uchylił drzwi, zobaczył znikający w otworze studzienki kask Christiana 
i dał znak Merceyowi.

Wszyscy czterej zabrali się pospiesznie do przenoszenia dziesięciu kanistrów z benzyną z 

ciężarówki do budki.

Christian dołączył już do Gerarda czekającego na wąskim chodniczku koło drabinki i 

natychmiast   nastawił   latarkę   na  czerwone  migotanie,  kierując  światło  w górę.  Jo Lahaye 
zobaczył  sygnał, przywiązał koniec długiego sznura, który mu podał Robert Barrades, do 
uchwytu   pierwszego   kanistra   i   ostrożnie   wpuścił   pojemnik   do   otworu   studzienki,   powoli 
rozluźniając zwoje sznura. Kanister postukiwał chwilami o metalowe szczeble drabinki, nie 
wywołało to jednak większego hałasu. Na dole zaopiekował się nimi Gerard, a Jo Lahaye 
powtórzył dziewięć razy tę operację z pozostałymi kanistrami.

Mercey, Barrades i Jo Lahaye, każdy z zapaloną latarką, zanurzyli się kolejno w ciasnym 

otworze włazu. Gdy zeszli na wąski, śliski chodnik, gdzie ich oczekiwali Gerard i Christian, 
ustawili  się  rzędem   wzdłuż  chropowatego,   wilgotnego   muru.  Christian   i  Gerard  wręczyli 
każdemu po dwa kanistry, sami podzielili się czterema pozostałymi i wszyscy ruszyli gęsiego 
naprzód, z Gerardem na czele.

Na ulicy Quincampoix Germain rozejrzał się wokoło i po upewnieniu się, że nikt go nie 

widzi, wszedł do baraczku i zamknął pokrywą wylot studzienki. Zwinął sznur rzucony w kąt 
budy przez Jo Lahaye, cisnął go na stos gruzu na ciężarówce, pchnął drzwi baraku i usiadł za 
kierownicą.

Zapalił bez pośpiechu papierosa i ruszył ciężarówką naprzód, po czym skręcił w wąską, 

pustą przestrzeń przylegającą do terenu budowy. Zaparkował wóz tuż przy jakimś niedobitku 
sczerniałego, porysowanego muru, utrzymywanego w stanie jakiej takiej równowagi przez 
potężne drewniane bale, i z niezmąconym spokojem przygotował się na długie oczekiwanie.

Zewsząd dochodził pisk szczurów.
Gerard widział w świetle latarki, jak uciekają na jego widok.
Hordy olbrzymich, grubych szczurów o niebywale długich ogonach taplały się w stojącej 

wodzie   rynsztoku.   Uciekając   bestie   przeskakiwały   jedne   przez   drugie   i   ohydnie   piszcząc 
zsuwały się ze śliskich ścianek koryt. Silniejsze gryzły te słabsze, aby utorować sobie szybciej 
drogę.   We  wgłębieniach   muru  setki   małych   oczek   migotały  w  jaskrawym  świetle  latarki 
obnażającym bezlitośnie szkaradne pyski z wyszczerzonymi zębami.

Na widok tego nieprzeliczonego rojowiska, Gerard poczuł na plecach przykre łaskotanie 

zimnego potu. Przeszedł go lodowaty dreszcz.

Robert Barrades szedł między Christianem Sancy i Jo Lahaye. Obecność Jo tuż za nim 

uspokajała go. Szczury zawsze budziły w nim wstręt. Oczywiście, był odważny, ale na widok 
tych odrażających bestii tracił przytomność umysłu. Zdarzało się nieraz na wsi, w okolicach 
Bordeaux,   że   potrafił   zdeptać   głowę   jadowitej   żmii,   nie   odczuwając   strachu   ani   odrazy. 

background image

Wiedział   jednak,   że   gdyby   zaatakowały   go   szczury,   nie   potrafiłby   się   obronić,   byłby 
bezwolny, jak sparaliżowany.

Piotr Mercey utkwił wzrok w karku Gerarda oświetlonym światłem latarki. Starał się nie 

zwracać uwagi na szczury przemykające się tuż obok jego nóg. Pocieszał się myślą, że gdyby 
został nagle zaatakowany przez szczury, postawiłby prędko kanistry na ziemi i wyciągnąłby 
łom   zza   pasa.   Ta   straszna   broń   spowodowałaby   na   pewno   wielkie   straty   w   szeregach 
napastników. Za radą Gerarda wszyscy byli uzbrojeni w łomy, nie zwyczajne, lekkie i krótkie, 
ale   te   wykonane   ze   stopu   żelaza   z   domieszką   stali,   z   długim   trzonkiem,   ważące   dwa 
kilogramy każdy. Takie łomy były kiedyś chlubą włamywaczy z początków naszego stulecia.

Pragnąc zmienić  kierunek myśli,  zaczął  przypominać  sobie to, co powiedział  Gerard, 

chyba już wieki temu, i co zapoczątkowało całą sprawę.

Tamtego ranka Robert Barrades został wezwany do więziennej sali widzeń na rozmowę z 

adwokatem.

Właśnie   przyniesiono   pocztę.   Tylko   jeden   list,   dla   Gerarda.   Jak   zwykle,   Gerard 

pospiesznie otworzył list i zatopił się w lekturze.

– Wiesz Gerard – zauważył Mercey – kiedy czytasz te gryzmoły, to słowa z ciebie nie 

można wyciągnąć!

Gerard, rozradowany, składał już list.
– To pisze moja siostra Josiane. Ona zawsze opowiada mi  o całej rodzinie. Dziś mi 

napisała o drugiej siostrze, Eliane. To zakała całej rodziny.

– Zakała rodziny? Dlaczego?
– Wyszła za maż za strasznego pracusia. Ten ma czarną robotę! W takiej bandyckiej 

rodzinie jak nasza, to wstyd, to hańba!... Zdajesz sobie sprawę?

– Co on robi?
– Jest kanalarzem. Gdyby jeszcze był lekarzem czy adwokatem, albo gdyby był nadziany 

forsą, to bym zrozumiał! Ale kanalarz!

Śmiał się, jak z dobrego dowcipu.
– Całe szczęście – ciągnął – że szybko się przystosował.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Sam nie wiem, czy to atmosfera rodzinna... W każdym razie... Wyobraź sobie, że on 

pracuje w pierwszej dzielnicy Paryża. Nie jestem pewien, czy wiesz o tym, ale w pierwszej 
dzielnicy mieści się główna siedziba Banku Francuskiego.

– Ach, tak?
– Właśnie. Więc Gilbert, bo tak ma na imię, schodzi sobie któregoś dnia do kanałów, do 

pracy. Jest z kolegą. Kanalarze zawsze pracują we dwójkę, ze względu na szczury...

– ...Szczury?
– W kanałach roi się od szczurów. Straszne bestie, wielkie jak koty i bardzo agresywne. 

Kanalarze   biorą  ze   sobą   kije  zakończone   żelaznymi   okuciami.  We   dwóch   łatwiej  im   się 

background image

bronić.

– Miła praca!
– A więc Gilbert schodzi do kanału z jednym ze swoich kolegów, a na górze, na ulicy, 

czuwa drugi kolega, czy nie zbiera się na deszcz. Bo rozumiesz, gdy jest ulewa, całe rzeki 
wody   spływają   do   kanałów.   Kanały   wypełniają   się,   woda   przelewa   się   przez   podziemne 
chodniki i może porwać kanalarza, który pracuje tam, w dole, i może nie zdążyć wyjść na 
powierzchnię.   Żeby   uniknąć   w   takim   wypadku   nieuchronnej   śmierci   przez   utopienie, 
zostawia się jednego kanalarza przy włazie, na ulicy, ma on obowiązek obserwować niebo i 
przy   najmniejszym   pogorszeniu   się   pogody   wezwać   swych   kolegów   do   powrotu   na 
powierzchnię.

– To bardzo ciekawe.
–   Tego   dnia   nie   mieli   szczęścia.   Gość,   który   miał   uważać   na   zmianę   pogody,   to 

prawdziwy pijanica. Taka beczka bez dna na białe wino. Jak tylko Gilbert i jego kumpel 
zniknęli w kanale, ten facet pobiegł do najbliższego baru i zaczął tankować. Jak to się zwykle 
dzieje   w  takich   wypadkach,   spada   ulewa,   woda   zalewa   kanały   i   powódź   porywa   kolegę 
Gilberta. A Gilbert natyka się na jakąś kratę, czepia się jej, wspina się na nią, trzęsie nią z 
całej siły i ku jego zdziwieniu krata ustępuje. Rozgląda się wokoło i widzi lekko wznoszący 
się tunel.

– Ty mi  chyba  opowiadasz  „Tajemnice  Paryża”  Eugeniusza  Sue – wtrącił  ironicznie 

Mercey.

– Zapewniam cię, że to prawda.
– Żartuję. Mów dalej, my tu w więzieniu rzadko możemy posłuchać takich historyjek.
– Gilbert pada na ziemię, brodzi chwilami w wodzie i idzie tym podziemnym przejściem 

do góry, wypłaszając po drodze całe stada szczurów, które tam się schroniły. Dochodzi do 
końca   tunelu   i   trafia   na   mur   z   cegieł,   zupełnie   zżarty   przez   wilgoć,   prawie   pozbawiony 
zaprawy murarskiej łączącej cegły, wygryzionej pewnie przez całe pokolenia szczurów. Mur 
tak zniszczony, jak jakaś stara szafa zjedzona przez korniki. Gilbert, któremu zupełnie nie 
odpowiada towarzystwo szczurów w kanale, myśli sobie, widząc ten dziurawy ser, że nie 
powinno być tak trudno wydłubać otwór, przez który mógłby przejść i że prawdopodobnie za 
murem jest jakieś wyjście  na powierzchnię. Wali kijem w mur,  udaje mu  się obluzować 
niektóre cegły i zrobić otwór wystarczający, żeby się prześliznąć. Przedostaje się do ciasnego 
korytarzyka   i   w   świetle   latarki   widzi   tuż   przed   sobą   drewniane   przepierzenie.   Maca   je, 
znajduje jakąś szparę, wsuwa w nią żelazne zakończenie kija, podważa deski i przepierzenie 
przestaje stawiać opór... Pcha, ścianka chwieje się i Gilbert...

– ...Wchodzi do jaskini Drakuli.
Gerard nachmurzył się.
– Piotrze, ty sobie ciągle żartujesz! To może wygląda nieprawdopodobnie, ale to jest 

prawda! Posłuchaj, co się potem działo!

background image

– Nie zwracaj na mnie uwagi. Mów dalej, umieram z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co 

dalej.

– Dobrze, ale daj spokój tym żartom. Więc... otwierają się drzwi, bo to były drzwi, i 

Gilbert   wchodzi   do   jakiegoś   zupełnie   ciemnego   pomieszczenia...   Zamyka   czym   prędzej 
drzwi, ze względu na szczury, i...

– Czy woda tam nie dochodziła?
– Nie, mówiłem ci, że podziemny korytarz wznosił się. Gilbert rozgląda się więc dookoła, 

świecąc latarką, i co widzi?

Tym razem Mercey nie odezwał się.
– Co widzi? – powtórzył Gilbert.
– Nie mam pojęcia, mów.
– Pieniądze.
– Pieniądze? Przyznaj, Gerard, ty...
– Poczekaj. To nie były zwykłe pieniądze, ale banknoty przeznaczone na makulaturę.
– Jak to?
– Zaraz ci wytłumaczę. Gilbert trafił do piwnic Banku Francuskiego. Po wysłuchaniu 

jego opowiadania zasięgnąłem dyskretnie języka. Posłuchaj, jak to się dzieje. Budynek Banku 
Francuskiego mieści się przy ulicy Croix-des-Petits-Champs w pierwszej dzielnicy. Właśnie 
tam   był   Gilbert.   Ale   pieniądze   wypuszcza   się   –   drukuje   się   banknoty,   jeśli   wolisz   –   w 
Puteaux, przy nadbrzeżu National, w filii Banku. Tam też składuje się nowe banknoty. A co 
się dzieje, gdy jakiś bank, obojętnie jaki, na przykład, Crédit Lyonnais czy Société Générale, 
znajduje wśród pieniędzy, które do niego wpływają, banknoty tak zniszczone, że nie nadają 
się do dalszego użytku? Brudne, wytłuszczone, podarte lub podklejone taśmą samoprzylepną?

– Wymienia je na nowe?
– Właśnie. A jak się postępuje w takim wypadku? Raz na miesiąc zbiera się wszystkie 

banknoty   do   wymiany   i   wysyła   je   do   Banku   Francuskiego   przy   ulicy   Croix-des-Petits-
Champs, który gromadzi wszystkie takie przesyłki z Paryża i z prowincji, a potem posyła je 
do Puteaux. Bank Francuski uznaje na kontach banków wysyłających sumę równą wartości 
zużytych banknotów, a te ostatnie przeznacza się „na makulaturę”, to znaczy, do zniszczenia.

– Ale dlaczego nie wysyła się ich prosto do Puteaux, zamiast do głównej siedziby Banku 

Francuskiego? Byłoby prościej i szybciej.

– Nie pytaj mnie dlaczego. Musi być jakaś przyczyna. W każdym razie przyjęto taką 

procedurę.

–   Domyślam   się,   że   Gilbert   trafił   do   miejsca,   gdzie   magazynuje   się   stare   banknoty 

czekające na wysyłkę do Puteaux.

– Trafiłeś w dziesiątkę.
– I co on potem zrobił?
– Nic.

background image

– Jak to nic?
– Bardzo mądrze  postąpił.  Wyszedł  nic nie zabierając,  zamknął  drzwi i poczekał,  aż 

minie ulewa i z kanałów spłynie woda. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby wyszedł z 
kanału z paczką starych banknotów pod pachą? Potem przyszedł zobaczyć się z nami, to jest z 
jednym z moich szwagrów i ze mną, i wyłożył nam całą sprawę. Gilbert wyszukał właz do 
kanału   w   jakiejś   cichej,   ciemnej   uliczce.   Postawiliśmy   wielką,   starą   ciężarówkę   bez 
platformy,   dokładnie   pod   pokrywą   włazu.   Wleźliśmy   do   środka,   zdjęliśmy   pokrywę   i 
zszedłem   z   Gilbertem   do   kanału,   podczas   gdy   szwagier   stał   na   straży   na   zewnątrz.   I 
poszliśmy prosto do podziemia banku.

– Gilbert trafił do tego miejsca?
– Jest coś, o czym pewnie nie wiesz. Każdej ulicy, alei i bulwarowi w Paryżu odpowiada 

jeden kanał. Tak jak biegną ulice na powierzchni, tak samo ciągną się pod ziemią kanały. I 
uważasz, każdy odcinek kanału ma tabliczkę z nazwą kanału, taką samą tabliczkę, jakie są na 
domach. Tej samej wielkości i w tych samych kolorach, niebieskim i białym. Nie mógłbyś 
tam zabłądzić. Jeżeli znasz dobrze Paryż, możesz chodzić po kanałach równie łatwo, jak po 
ulicach na powierzchni, możesz iść, gdzie chcesz i zawsze będziesz wiedział, gdzie jesteś.

– To nadzwyczajne.
– Więc opowiadam dalej... Weszliśmy do piwnicy ze starymi banknotami i zabraliśmy 

jedną paczkę.

– A czy te pieniądze nadają się do użytku?
– Oczywiście. Są brudne, tłuste, poklejone taśmą, ale można nimi doskonale płacić. W 

małych ilościach, naturalnie.

– Jedną paczkę, powiedziałeś? A czy było ich więcej?
– Tak.
– Dlaczego ich nie wzięliście?
–   Bo   tak   umówiliśmy   się   z   Gilbertem.   Przyszło   nam   na   myśl,   że   gdybyśmy   wzięli 

wszystko, to pewnego pięknego dnia Gilbert mógłby zostać objęty śledztwem. Odkryto by 
podziemny korytarz  i kanał, szukano by wśród kanalarzy,  ktoś by sobie przypomniał,  że 
Gilbert uratował się w cudowny sposób z powodzi w kanałach, podczas gdy jego kolega 
utopił się. Zastanawiano by się, w jaki sposób uszedł powodzi, w końcu prawda wyszłaby na 
jaw   i   Gilbert   wpadłby   z   kretesem.   Tymczasem   zniknięcie   jednej   paczki   można   łatwo 
wytłumaczyć   jakąś  pomyłką,  przypadkowym   pominięciem  czy  zgubieniem   i  Gilbert   miał 
szansę   wyjść   z   tego   cało.   Uważaliśmy,   że   widząc   większość   pieniędzy   na   miejscu, 
prowadzący śledztwo wywnioskują z tego faktu, że to nie jest kradzież.

– A jak Gilbert wytłumaczył swoim szefom swoje cudowne ocalenie, jak to nazwałeś?
– Linia metra od Porte de Clignancourt do Porto D’Orléans przechodzi przez Hale, jak 

wiesz. Tunel metra biegnie głęboko pod zabudowaniami Hal, które zresztą już zburzono. W 
tym miejscu tunel przechodzi pod ulicą Baltard, idzie równolegle do kanału, ale nieco wyżej. 

background image

A ponieważ jest mnóstwo przecieków wody do tego tunelu, przebito w nim otwór ściekowy 
łączący się z kanałami i umożliwiający spływ wody. Gilbert powiedział, że zawisł na rękach 
na kracie tego otworu ściekowego.

– I jak się ta cała historia skończyła?
– Wzięliśmy jedną paczkę banknotów pięćdziesięciofrankowych, czyli tysiąc banknotów. 

Pięć kawałków dla każdego. Oczywiście, nie można tego porównywać z twoimi skokami. 
Piotrze, ale jak na godzinę pracy w kanałach, to całkiem nieźle. No i, rozumiesz, my byliśmy 
małymi rabusiami, a nie prawdziwymi bandytami jak, na przykład, ty.

– A śledztwo?
– Nie znam jego wyników. W każdym razie nigdy nie niepokojono Gilberta, co dowodzi, 

że postąpiliśmy słusznie, nie zabierając wszystkiego.

– Czy Gilbert potem dalej pracował jako kanalarz, tak jak przedtem?
– Tak.
Musiał przyznać w głębi duszy, że historia opowiedziana przez Gilberta była niezwykle 

interesująca. Otwierały się nowe, interesujące perspektywy.

Zamyślił się, a Gerard w milczeniu składał machinalnie i rozkładał list od siostry.
– Jest jednak coś, co mnie dziwi... – powiedział po chwili Mercey.
– Co takiego? – spytał Gerard.
– Drzwi... Jak to może być, że w takiej instytucji jak Bank Francuski drzwi do tego 

pomieszczenia chroni po prostu ściana z cegieł, że nie są porządnie umocnione i obite blachą, 
aby uniemożliwić dostęp do wnętrza?

Gerard uśmiechnął się kpiąco.
–  Ależ,   Piotrze,   czemu   mieliby   podejmować   tyle   środków  ostrożności?   Przecież   tam 

właściwie nie ma co kraść! Prócz tych banknotów nie ma nic, co można by ukraść! Mówię ci, 
to jest siedziba spółki. Ty, dawny adwokat, musisz wiedzieć, czym jest siedziba spółki. Biura, 
archiwa, ale nie ma forsy. W tym budynku mieści się także mieszkanie dyrektora banku. 
Pieniądze są gdzie indziej, w Puteaux czy w innym miejscu, ale nie tam.

– A stare banknoty?
– Myślę, że to niewielka ilość dla nich. Gdybyś widział tę salę, w której trzymają te stare 

banknoty! To prawdziwy śmietnik! Obrzydliwe brudy! Jestem pewny, że nikt tam nigdy nie 
wchodzi, chyba żeby wnieść lub wynieść paczki ze zniszczonymi banknotami. Zastanawiam 
się nawet, czy w ogóle ktoś pomyślał o tym, co jest za tymi drzwiami! Zresztą, w tym banku 
panuje straszny bałagan...

– Mianowicie?
–   Wiesz,   kiedy   już   się   tam   dostałem,   chciałem   się   przekonać,   jak   się   rzeczy   mają. 

Rozumiesz,   byłem   w   podziemiu   Banku   Francuskiego!   Postanowiłem   zobaczyć   skarbiec 
bankowy, kombinując sobie, że może są widoki na zmontowanie skoku. Mój kuzyn Yves jest 
specjalistą od kas pancernych, odsiaduje zresztą siedem lat w Clairvaux za to, że obrobił sejf 

background image

pewnego nadzianego bankiera w Troyes. Krótko mówiąc, mimo błagań Gilberta, który trząsł 
portkami ze strachu, zbadałem to miejsce. Wyszedłem z podziemnej sali i powędrowałem nie 
kończącymi się korytarzami aż do głównej hali, nie spotykając po drodze żywego ducha.

– Nie było strażników?
–   Nie.   Nie   widziałem   też   sejfów.   Owszem,   widziałem   zegary   kontrolne,   w   których 

strażnicy muszą znaczyć co jakiś czas swoje karty, ale żadnego strażnika nie widziałem.

– Długo tam byłeś?
– Pół godziny, może trzy kwadranse...
– To wszystko wydaje mi się mało prawdopodobne.
– Jest tak, jak ci mówię. I powtarzam, po co by mieli łamać sobie głowę? Tam przecież 

nie ma co kraść!

– A więc to ma ręce i nogi – przyznał Mercey.
Rozmyślał  o tej historii całymi  tygodniami. Kilkakrotnie prosił Gerarda o dodatkowe 

szczegóły.   I   pewnej   nocy   wpadł   na   pomysł,   jak   wykorzystać   te   informacje.   Pasowałyby 
bardzo dobrze do planu, który właśnie obmyślił i chętnie by wprowadził w czyn, gdyby tylko 
udało mu się odzyskać wolność.

Gdy więc Robert zaproponował mu wspólną ucieczkę z więzienia, skorzystał natychmiast 

z nadarzającej się okazji i namówił także Gerarda.

– Nie można ot, tak sobie, tracić z oczu podobnego skarbu.
Gerard, to żyła złota, której nie powinno się pozostawiać na pastwę losu!
Mercey   spostrzegł,   że   Gerard   wchodzi   na   wąską,   metalową   kładkę,   przerzuconą   nad 

korytarzem ściekowym kanału.

Zanim poszedł jego śladem, odczytał w świetle latarki napis na niebiesko-białej, trochę 

zardzewiałej tabliczce umieszczonej na skrzyżowaniu kanałów: Ulica Rambuteau.

Ulica Rambuteau... Jeszcze sto metrów i dojdą do miejsca pierwszego przystanku.
Odległość   między   ulicą   Quincampoix   a   Bankiem   Francuskim   wynosiła   mniej   więcej 

półtora kilometra, takie obliczenie przeprowadził osiemnaście dni wcześniej, gdy poszedł na 
zwiady do kanałów i podziemi Banku Francuskiego, by sprawdzić, czy opis Gerarda jest 
dokładny.

Był dokładny.
Drzwi do piwnicy ze starymi banknotami otworzyły się z łatwością, gdy zabrali się za nie 

Jo i Christian, a potem udali się wszyscy, pod przewodem Gerarda, na rekonesans podziemi i 
dotarli aż do głównej hali banku.

Okazało  się  więc,  że  jego  plan  w części   dotyczącej  wykorzystania  podziemia   Banku 

Francuskiego był możliwy do zrealizowania.

Półtora   kilometra   drogi   kanałem   do   banku   stanowiło   dość   dużą   odległość,   ale   on 

opowiadał się za takim właśnie rozwiązaniem, bo zapewniało im względne bezpieczeństwo. 
Ukryta obstawa policyjna, którą na pewno zorganizował Le Guennec, nie mogła być zbyt 

background image

gęsta w takiej odległości od banku.

Zmusił się, by oddychać ustami. Duszące wyziewy kanałów drażniły zmysł powonienia i 

wywoływały mdłości.

Chwilami   wyczuwał   przez   skórzane   cholewy   butów   jakieś   miękkie   uderzenia.   To 

szczury, które przemykały się między nogami, wydając żałosne piski.

– Cholerne szczury – usłyszał z tyłu głos Christiana. – Dlaczego tu jeszcze siedzą? Nie 

ma tu nic do żarcia, odkąd przeniesiono Hale do Rungins! Co za idiota, ten dziennikarz, co 
napisał, że wszystkie szczury wyniosły się stąd!

– Powinni wylać ścieki napalmem – powiedział słabym głosem Robert Barrades, chcąc 

dodać sobie odwagi.

Jo Lahaye, który zamykał pochód, roześmiał się. Był zupełnie pozbawiony wyobraźni i 

dla niego te szczury stanowiły tylko chwilową niedogodność.

Gerard właśnie zatrzymał się. Mercey widział w świetle latarki, że się waha. Obrócił 

głowę w prawo, potem w lewo.

Mercey oświetlił  swoją latarką  biało-niebieską, emaliowaną  tabliczkę  umieszczoną  na 

odrapanej ścianie kanału.

– Ulica Baltard – przeczytał.
– Przejdź przez kładkę i skręć w lewo – powiedział krótko.
Gerard usłuchał. Szli za nim gęsiego. Sto pięćdziesiąt metrów dalej Gerard znów się 

zatrzymał i podniósł głowę do góry. Mercey odwrócił się.

– Christian, do roboty.
Christian Sancy postawił na ziemi swoje kanistry z benzyną, rozpiął kurtkę i wyjął łom.
– Teraz pomożesz mi wyjść, Jo – powiedział.
Jo Lahaye postawił swoje kanistry obok kanistrów Christiana i podsadził Christiana na 

rękach. Christian stanął na ramionach Jo i w ciągu paru minut wybił kratę z otworu, przez 
który przenikało słabe światło z tunelu metra. Potem mocno pociągnął i krata została mu w 
rękach. Podał ją Merceyowi, który oparł ją o ścianę kanału.

Robert skorzystał z tego, aby pozbyć się plastikowego worka, jaki niósł dotąd na ramieniu 

i wsunął go za kratę.

– Worek, Robercie? – spytał Mercey.
– Zrobione.
– Dobrze. W górę.
Christian zeskoczył na ziemię i wszyscy podjęli znów swoją wędrówkę.

background image

XIV

Le Guennec  odsunął  rękaw swojej koszulki  polo, odsłaniając  owłosiony nadgarstek  i 

spojrzał na zegarek.

Pierwsza cztery!
Co oni tam robią, do cholery!
Mercey twierdził, że to nastąpi między dwunastą a pierwszą w nocy. A może to jakieś 

jego nowe numery?

Rzucił   okiem   na   osiem   granatowych   worków   ustawionych   rzędem   na   kontuarze.   Ich 

czerwone   i   białe   etykietki   drgały   leciutko   w   podmuchach   powietrza   poruszanego   przez 
wentylatory   zawieszone   u   sufitu.   Kazał   je   włączyć,   bo   upał   stawał   się   nieznośny. 
Przygotowania   już   dawno   ukończono   i   ludzie   zaczynali   się   niecierpliwić.   Takie   długie 
oczekiwanie fatalnie działało na nerwy.

W   pobliżu   frontowych   drzwi   jeden   z   ludzi   Lebeau,   Queyran,   żuł   z   roztargnieniem 

kanapkę, trzymając rękę na kolbie swojego automatu, podczas gdy naprzeciw niego Castellani 
i Andrade popijali piwo z jednej butelki.

Pozostali policjanci z oddziałów Lebeau i Vanderbussche’a rozproszyli się po całej hali, 

stali też w bocznych korytarzach i na pierwszym piętrze.

Na  dworze   trzymali   straż   ludzie   z   oddziału   interwencyjnego   Stepaniaka.   Oddział   ten 

znany był szerokiej publiczności pod nazwą brygady antydywersyjnej.

W centrum miasta załogi wozów z oddziału Servanta czekały tylko na sygnał rozpoczęcia 

łowów.

W   przedmiejskich   dzielnicach   Paryża   krążyły   patrole   policji   z   komisariatów 

peryferyjnych i żandarmerii z Republikańskich Kompanii Bezpieczeństwa.

Wyżej, na pierwszym piętrze banku, w jednym z pokojów biurowych, oddanych policji 

do dyspozycji przez sekretarza generalnego Banku Francuskiego, usadowił się Kramer ze 
swoimi ludźmi, utrzymując stały kontakt radiowy z Centralą w prefekturze i z obu grupami 
Stepaniaka.

Jednym słowem, „komitet powitalny” był gotów na przyjęcie Merceya lub jego człowieka 

wysłanego po odbiór okupu, albo też na wszelką inną ewentualność.

background image

Le Guennec ruszył ciężko w kierunku szerokich, marmurowych schodów, oparł rękę na 

solidnej poręczy pamiętającej z pewnością XVIII wiek i przeskakując po dwa stopnie, wbiegł 
na   pierwsze   piętro.   Zatrzymał   się   chwilę   przy   balustradzie   galerii,   podziwiając   po   raz 
pierwszy imponujący widok hali z góry.

Cofnął się o parę kroków i już chciał wejść do korytarza prowadzącego do pokoju, w 

którym siedział Kramer, gdy nagle usłyszał czyjś głos.

– Wszyscy ręce do góry! Róbcie to, co każemy, a nie będzie żadnych strat. Gorzej z tymi, 

którzy będą się stawiać, wtedy strzelamy bez uprzedzenia. Zapamiętajcie to sobie.

Ton tych słów był szorstki, kategoryczny.
Le Guennec zesztywniał. Nie namyślając się zdjął buty, położył się na zimnym marmurze 

galerii i przyczołgał się z powrotem do balustrady.

Miał stąd widok na całą halę.
Z dołu był niewidoczny.
W hali stało półkolem pięciu ludzi.
Byli  ubrani w nieprzemakalne kurtki, na głowach mieli kaski ochronne jak robotnicy 

budowlani, na nogach długie skórzane buty, mocno zachlapane błotem. Twarze mieli ciemne, 
czymś wysmarowane, jak gdyby poczernione sadzą.

Dwaj z nich trzymali pistolety maszynowe, trzej pozostali zwykłe pistolety. Le Guennec 

nie mógł rozróżnić rysów twarzy, ale był pewien, że to Mercey i jego ludzie. Pięciu. Byli w 
komplecie – Mercey, Lahaye, Barrades, Sancy i Gerard Lesaigneur.

Jeden z dwóch mężczyzn z pistoletami maszynowymi zdradzał swoją masywną sylwetkę 

– mógł się o to założyć – Christiana Sancy, dawnego porucznika komandosów, olbrzyma 
wagi   stu   kilogramów.   A   drugi   człowiek   z   pistoletem   maszynowym,   niewiele   niższy   od 
tamtego,  to musiał  być  Jo Lahaye.  Zgadzało  się. Mercey powierzył  pistolety maszynowe 
swoim   dwóm   zbirom.   Jego   zdaniem   Barrades   i   Lesaigneur   nie   mieli   tyle   zimnej   krwi   i 
dostatecznego doświadczenia, by pełnić tę funkcję. Teraz, gdy był prawie pewny, że to jest 
Mercey ze swoją bandą, a nie jakaś inna szajka usiłująca przywłaszczyć sobie tanim kosztem 
cudzy łup, trzeba było zastanowić się nad własnym sposobem postępowania.

Kolbami pistoletów wypchnęli przed siebie dwóch ludzi. Dwóch mężczyzn, którzy robili 

wrażenie niezupełnie przytomnych, a na ich kołnierzach widać było plamy krwi. Le Guennec 
poznał oficerów policji, których Lebeau postawił na straży w jednym z korytarzy, kierujących 
się z hali krętą drogą w głąb budynku.

Zrozumiał wtedy, że Mercey i jego ludzie przyszli tym  korytarzem zaczynającym  się 

prawdopodobnie w podziemiach banku. Ale jak dostali się do tych piwnic? Chyba jednak nie 
kanałami!

W takiej instytucji jak Bank Francuski fundamenty budynku musiały być równie solidne 

jak podziemia Bastylii, trzeba by je kuć przez wiele miesięcy, aby wyrąbać otwór.

I tak powinno być!

background image

No i czy sekretarz generalny banku nie zapewnił Servanta, że ten budynek, to prawdziwa 

forteca? Więc jak oni to zrobili?

Obaj oficerowie upadli na marmurową posadzkę hali. Inni ludzie z oddziałów Lebeau i 

Vanderbussche’a z widoczną niechęcią unosili ręce do góry. Le Guennec pomyślał, że jego 
prestiż doznał w tej chwili znacznego uszczerbku.

– Uwaga – odezwał się rozkazująco ten sam szorstki głos. – Niech każdy z was weźmie 

broń lewą ręką i rzuci ją na ziemię. Tylko bez nieprzemyślanych gestów, bo pożałujecie. Ale 
nie wszyscy jednocześnie. Zaczynamy z tej strony. A reszta niech się nie rusza.

To musiał być Mercey.
Le Guennec widział, jak się przesuwa uważając, żeby nie znaleźć się na linii strzału 

pistoletów   maszynowych   i   wskazuje   ręką   trzech   mężczyzn   stojących   tuż   koło   drzwi 
wejściowych.

Trzej policjanci niechętnie usłuchali.
– Bardzo dobrze, teraz wy.
Wskazał ręką czterech mężczyzn tkwiących nieruchomo u stóp schodów.
Powoli   zastosowali   się   do   polecenia.   Potem   przyszła   kolej   na   Lebeau.   Następnie   na 

Vanderbussche’a. Le Guennec dojrzał kątem swojego jedynego oka jakiś cień rysujący się w 
odległości paru metrów. Poznał Kramera. Położył szybko palec na ustach.

Kramer zatrzymał się w miejscu. Teraz już cała broń leżała na marmurowej posadzce 

hali.

– Doskonale Bądźcie nadal grzeczni, a wszystko pójdzie dobrze. A teraz, wszyscy ręce na 

kark! Położyć się na brzuchu.

Do Le Guenneka dochodziły odgłosy wściekłych pomruków, ale wszyscy usłuchali.
– Broń! – rzucił głos.
Dwaj   mężczyźni   z   pistoletami,   każdy   z   workiem   w   ręku,   opuścili   swoje   miejsce   w 

półkolu.   Zebrali   broń   z   ziemi,   wepchnęli   do   worków   i   z   pytającym   wyrazem   twarzy 
zatrzymali się przed tym mężczyzną, który jedyny dotąd zabierał głos. Ten zakręcił się na 
pięcie   i   szybkim   krokiem   skierował   się   do   kontuaru,   na   którym   stały   rzędem   worki   z 
pieniędzmi na okup.

Nie zwracając uwagi na worki z białymi etykietkami, sięgnął po jeden z czterech worków 

z czerwonymi plakietkami i wyrzucił jego zawartość na ziemię. Rozerwał szybko banderole i 
obejrzał kilka banknotów wybranych na chybił trafił.

Trzy następne worki z czerwonymi etykietkami spotkał ten sam los. W tym czasie tamci 

dwaj mężczyźni położyli na ziemi, koło nóg, worki z bronią i zajęli się wkładaniem pieniędzy 
z powrotem do worków. Zaciągnęli zamki błyskawiczne, podnieśli się i poszli po worki z 
białymi plakietkami. Wzięli po dwa worki, przerzucając przez ramię ich szerokie, płócienne 
pasy.

Zabrali worki zawierające broń i skręcili do tego korytarza, którym tu przyszli.

background image

Ten, który przedtem mówił – zdaniem Le Guenneka musiał to być Mercey – dźwignął 

dwa   worki   z   czerwonymi   plakietkami,   a   jeden   z   dwóch   mężczyzn   z   pistoletami 
maszynowymi, dwa pozostałe worki. I oni skierowali się do korytarza, a za nimi piąty członek 
bandy, wycofując się, z pistoletem wymierzonym przed siebie, osłaniał swoich towarzyszy.

I nagle Le Guennec doznał olśnienia.
Pięciu członków bandy Merceya znajdowało się tutaj, wszyscy razem. Gdyby udało się 

zatrzymać   tu   ich   wszystkich,   porwanym   dzieciom   nie   zagrażałoby   już   żadne 
niebezpieczeństwo.   Obojętne,   kto   teraz   strzegł   dzieci,   Germain,   Josiane   czy   Sylwiana 
Lesaigneur, czy też wszyscy troje naraz.

Które z nich zdobyłoby się na to, by zabić dzieci, gdyby skok się nie udał?
Żadne z nich.
Tym bardziej że wiązałoby się to z ogromnym ryzykiem.
Nawet   gdyby   chodziło   o  zaspokojenie   żądzy  zemsty,   zwłaszcza   w  wypadku   Gerarda 

Lesaigneura, przez solidarność rodzinną, to niemożliwe!

Gdyby  skok nie wyszedł  przyjęliby najrozsądniejsze rozwiązanie:  uwolnienie  dzieci  i 

ucieczkę.

Więc on, Le Guennec, miał wszelkie szanse powodzenia za sobą.
W mgnieniu oka pistolet smith and wesson znalazł się w jego rękach. Ten sam smith and 

wesson, który otrzymał na zakończenie kursu strzelania intuicyjnego, na jaki chodził w F.B.I. 
w Waszyngtonie.

W   tyle,   u   wylotu   korytarza   Kramer,   który   nie   tracił   z   oczu   żadnego   jego   gestu, 

naśladował go.

Na dole tylko jeden człowiek został w polu widzenia.
Ten, który trzymał w ręku wymierzony pistolet i nie niósł worków.
Już   miał   wycofać   się   do   korytarza.   Prawie   bez   celowania,   Le   Guennec   strzelił.   Ale 

swobodę ruchów jego ręki, spoczywającej na podmurowaniu balustrady, krępowały słupki 
podtrzymujące poręcz. Kula dosięgła celu, mężczyzna na dole zachwiał się, cofnął, uderzył 
plecami o futrynę drzwi. Kramer popełnił błąd, interweniując w tym momencie. Wypadł z 
korytarza z pistoletem w ręku.

Mężczyzna podniósł swój pistolet maszynowy, wycelował w kierunku pierwszego piętra. 

Padła seria.

Kramer oderwał się od ziemi i zwalił ciężko na ścianę.
Le Guennec, z głową częściowo osłoniętą przez słupek balustrady, nie mierząc, opróżnił 

magazynek. Wokół niego gwizdały kule, z jękiem uderzały o marmur.

Nagle   dał   się   słyszeć   odgłos   biegu   wielu   nóg   z   korytarza   zatarasowanego   ciałem 

Kramera.

Le Guennec odwrócił głowę.
To ludzie Lebeau i Vanderbussche’a biegli z pomocą ze swoich stanowisk na pierwszym 

background image

piętrze.

– Zostać na miejscu! – huknął. – Zawiadomić Centralę i Stepaniaka. Zarządzam alarm!

* * *

Christian Sancy rzucił worki przed siebie na ziemię, położył się na brzuchu i zza osłony 

grubej warstwy banknotów ostrzeliwał pierwsze piętro hali, żeby Jo miał czas wycofać się. 
Policjanci, którym przedtem odebrano broń, leżeli jak dłudzy na ziemi. Tak się rozpłaszczyli, 
by uniknąć rykoszetów, że ich ciała niemal zapadały się w marmurową posadzkę.

Chwiejnym krokiem Jo Lahaye zdołał dotrzeć do korytarza i ukryć się w nim. Na jego 

kurtce,   pod   lewym   barkiem,   widać   było   dwie   dziury.   Odpiął   kurtkę   i   Mercey   z   trudem 
opanował wyraz twarzy. Cała koszula była mokra od krwi.

Jo usiłował uśmiechnąć się.
– Nie wysilaj się, nie graj komedii. Dla mnie to już koniec drogi... – powiedział z trudem.
– Zwariowałeś, Jo, wyciągniemy cię stąd – zaprotestował Mercey.
– Nie warto... – wyjąkał Jo. – Krew leje mi się aż do butów... Zmywajcie się stąd... 

Christian, daj mi swoje magazynki, spróbuję ich zatrzymać...

Christian przyczołgał się z hali do korytarza, ciągnąc za sobą worki, aż znalazł się poza 

polem ostrzału. Kiedy podniósł się i spojrzał na Jo Lahaye, nie miał wątpliwości. Widział 
mnóstwo tak urządzonych ludzi w Algierii. Nie można było dla nich nic zrobić.

Bez namysłu podał Jo trzy magazynki, jakie mu pozostały. Jo machinalnie wyciągnął po 

nie szybko rękę i zakasłał. Strumień krwi zalał mu koszulę. Wytarł usta wierzchem dłoni i 
powiedział z rozpaczliwym gestem ręki:

– Uciekajcie, do cholery!
Christian podniósł worki, zarzucił je na ramiona i odwrócił głowę.
– Do zobaczenia wkrótce, Jo! – szepnął Mercey.
– Właśnie – uśmiechnął się drwiąco Jo. – Nie zapomnijcie tylko przynieść mi moją część 

pieniędzy...

Już odchodzili. Zawołał ich jeszcze:
– Hej, wy tam!
Odwrócili się.
– Jednak dobrze się bawiliśmy, wszyscy trzej! – zażartował z nutą goryczy w głosie. – 

Pozdrowię od was Antoniego. Będzie mu miło...

Po przyjacielsku, zrobili do niego oko.
Dochodzili do końca korytarza, gdy usłyszeli trzask serii z pistoletu Jo.
Bez słowa zaczęli biec labiryntem korytarzy i schodów, aż dotarli do znajomej piwnicy. 

Weszli do środka, a Gerard i Robert zamknęli za nimi drzwi.

Paczki starych banknotów przeznaczonych na makulaturę tworzyły ogromną stertę, która 

pchnięta przez Barradesa zwaliła się za drzwi.

background image

Koło niskiego, połamanego stołu stały rzędem kanistry z benzyną.
Gerard i Robert wywrócili je kopniakami, wylewając benzynę i na stos banknotów i na 

ziemię.

Potem   pospiesznie   chwycili   swoje   worki,   minęli   drzwi   prowadzące   do   podziemia   i 

przeczołgali się przez dziurę w murze, popychając przed sobą worki. Podnieśli się na równe 
nogi i, jak Christian, zapalili zawieszone na szyi latarki.

Mercey poczekał, aż straci ich z oczu, potem poszedł w ich ślady. Po drugiej stronie muru 

wygrzebał z kieszeni długą petardę, podobną do tych, jakich używają dzieci w święto 14 
Lipca i zapałką podpalił lont. Z petardy zaczęły się wydobywać kolorowe iskierki.

Mercey   położył   się   na   brzuchu,   wycelował   przez   wyrwę   w   murze   w   otworze   drzwi 

piwnicy i rzucił petardę do środka, prosto w kałuże benzyny rozlewające się po ziemi.

Jednocześnie skoczył do tyłu. Nie mógł jednak ukryć się przed podmuchem gorąca, który 

go uderzył prosto w twarz. W tej samej chwili rozległ się grzmot wybuchu.

Podniósł się, zapalił latarkę zawieszoną na szyi i rzucił snop światła na mur. Zaraz znalazł 

otwór, w którym Christian schował przedtem materiał wybuchowy.

Wyrwa, którą Gilbert, szwagier Gerarda, zrobił w murze, dziewięć miesięcy wcześniej, 

gdy odkrył piwnicę ze starymi banknotami, została częściowo wypełniona przez Gerarda i 
Gilberta w czasie wyprawy po paczkę tych pieniędzy tak, by zamaskować przejście, którym 
dostali się do piwnicy. Kiedy więc Mercey poszedł na zwiady do kanałów i do podziemia 
Banku Francuskiego, trzeba było znów ją powiększyć, a następnie załatać, by nie wzbudziła 
podejrzeń, gdyby trudnym do przewidzenia trafem wpadł na nią jakiś kanalarz lub pracownik 
banku.

Gdy   więc   teraz   ponownie   wchodzili   do   podziemia   banku,   tym   razem   dla   dokonania 

wielkiego skoku, trzeba było jeszcze raz wybić wystarczająco duży otwór, aby mogli przejść 
przezeń ludzie z wielkimi workami wypchanymi pieniędzmi.

To zadanie wziął na siebie Gerard. Już przyzwyczaił się! W tym czasie Christian zrobił 

inne wgłębienie w murze i umieścił w nim materiał wybuchowy, który ukradli nocą, wraz z 
ciężarówką, z jakiegoś placu budowy, po unieszkodliwieniu dwóch strażników nocnych, ludzi 
z Afryki Północnej, których zaskoczyli zagłębionych po uszy w grze w domino. To było 
konieczne. Nie można było pozwolić, by Germain biegał po mieście w poszukiwaniu jakiejś 
ciężarówki!  Przy tych  wszystkich  patrolujących  Paryż  i okolice  tajniakach  i policjantach, 
czyhających na taką okazję, oznaczałoby to wysłanie Germaina prosto do więzienia!

Tak jak to pokazywał Christian, Mercey zapalił spłonkę, której detonacja miała za chwilę 

rozerwać ładunek wybuchowy, porwał swoje worki, zawiesił je na ramionach i rzucił się w 
głąb podziemia, w ślad za tamtymi.

Ogień   i   gruz   wysadzonego   w   powietrze   muru   powinny   stanowić   przeszkody   nie   do 

przebycia dla gliniarzy, a dla nich dodatkowe szańce obronne uzupełniające zacięty bój Jo, 
który osłaniał ich odwrót.

background image

Pomyślał ze wzruszeniem o tym  swoim towarzyszu, który poświęcił się, zdając sobie 

sprawę, że zostało mu tylko kilka minut życia.

Po Antonim Carinim w Marsylii, teraz Jo Lahaye...
Zostało ich teraz tylko dwóch, on i Christian...
Gwiazdy gangsterskiej  rewii  znikają  jedna po  drugiej... Jeden  refren  na  scenie  teatru 

zbrodni, dwa lub trzy piruety, entuzjastyczne oklaski wtajemniczonych amatorów i hop! na 
zawsze znikają za kulisami... Dziś światła rampy, jutro zimna płyta kostnicy... Dlaczego tak 
się dzieje?

Bo rzucili się w bezsensowną, szaloną pogoń – za pieniędzmi.
Za pieniędzmi, takimi jak te, które właśnie dźwigał.
Dwa ciężkie worki, pełne pieniędzy, stufrankowych banknotów.
Umyślnie zachował dla siebie worki z czerwoną etykietką.
Dlatego   zażądał   różnych   kolorów   plakietek   odpowiadających   wartości   pieniędzy 

umieszczonych   w   workach,   że   chciał   móc   odróżnić   na   pierwszy   rzut   oka   worki   ze 
stufrankowymi banknotami i zarezerwować je dla siebie i dla Christiana. Robert i Gerard, to 
dzielni   chłopcy,   ale   mogło   im   się   coś   przydarzyć,   więc   Mercey   wolał   nieść   sam,   z 
Christianem, worki zawierające najwięcej pieniędzy. Bo nawet w wypadku, gdy tylko jemu 
jednemu udałoby się wyjść z tego cało, nie wszystko by było stracone. Zostałoby sześćset 
milionów! Nie powtórzyłoby się fiasko z Marsylii!

* * *

– Hallo? – usłyszał głos w słuchawce.
Germain nacisnął guzik.
– Czy to komisariat? – spytał umyślnie onieśmielonym głosem.
– Tak – zachrypiał głos.
– Jest taka sprawa, nie wiem, ale... – mówił z wahaniem.
– Słucham. O co chodzi?
– No, właśnie, ja jestem kierowcą ciężarówki. Mieszkam w Vienne i przyjechałem z 

towarem do Hal w Rungis, ale w Rungis nie ma dziewczynek, więc pojechałem do starych 
Hal, do Paryża, żeby jakąś znaleźć, jak w dawnych, dobrych czasach, kiedy Hale były jeszcze 
Halami, no i...

– I któraś z nich okradła pana? – przerwał niecierpliwie głos.
– Nie, to nie to... Co też pan, ja wiem, do kogo iść... Od dwudziestu lat jeżdżę do Hal raz 

na tydzień. To nie to... Właśnie byłem z dziewczynką w takim hotelu na ulicy des Lombards i 
potem poszliśmy oboje na jednego, bo mówię panu, ja ją znam od pięciu lat i ona mnie nigdy 
nie nabrała... No i potem ją zostawiłem i idę ulicą Quincampoix po mojego berlieta i widzę 
tam   jakieś   dziwne   typy.   Wyglądali,   jak   jacyś   gangsterzy.   Postawili   drewnianą   budę   na 
chodniku, podnieśli pokrywę włazu do kanału i... nie wiem, ilu ich było... pięciu czy sześciu... 

background image

i   zaczęli   wchodzić   do   kanału.   Starali   się   zachować   ostrożność,   ale   na   próżno,   ja   ich 
widziałem! Pan rozumie? Wchodzić do kanału o takiej porze, i jak oni wyglądali!

Głos w słuchawce spoważniał.
– Jak dawno to było?
– Jakąś godzinę temu... Bo musi pan wiedzieć, że kiedy myślałem o tym  wszystkim, 

spotkałem kumpla, gościa z Vienne, jak ja. No i oczywiście, poszliśmy wypić szklaneczkę, 
ale ciągle myślałem, że powinienem was zawiadomić.

– A gdzie to było, mówił pan?
– Na skrzyżowaniu ulicy Quincampoix i de la Reynie. Na chodniku po lewej stronie, idąc 

z ulicy des Lombards.

– Godzinę temu?
– Tak, ale zanim zatelefonowałem do was, poszedłem jeszcze raz to obejrzeć. Tkwi tam 

przed budą jeden typ, wygląda jakby stał na straży. Jest tak ubrany jak tamci w budzie, w 
nieprzemakalną kurtkę i w kask na głowie i ma wysokie buty. Nawet zdawało mi się, że 
widzę karabin pod kurtką...

Głos po drugiej stronie zadrżał z podniecenia.
– Niech pan tam wraca i czeka na nas.
Odłożono słuchawkę na widełki. On zrobił to samo.
Wrócił bez pośpiechu do kontuaru. Na jego piwie opadła już piana. Przełknął łyk, ale 

piwo było już ciepłe i mdłe. Zamówił drugie.

Wokół niego rozmawiano z ożywieniem. Głuptasy – pomyślał – udają ludzi z lepszego 

towarzystwa.

Germain upił piwa, które przed nim postawiono i odstawił szklankę. Usłyszał z ulicy 

odgłos deszczu uderzającego o asfalt.

Z początku nie zwrócił na to większej uwagi. I nagle przypomniał sobie opowiadanie 

Gilberta.

Zostawił pieniądze na kontuarze i podszedł do drzwi.
Pod   wpływem   deszczu   jezdnia   i   chodnik   odzyskiwały   dziewiczą   świeżość,   woda 

zmywała nagromadzone pokłady kurzu. Rynsztokami spływały potoki zabierające wszystek 
brud i śmieci i ostatniego tygodnia. Stara, brzydka dzielnica brała kąpiel. Strumienie wody 
biły   w   ziemię   w   piekielnym   rytmie,   przesłaniając   mglistą   kurtyną   blade   światło   starej, 
gazowej latarni narożnej, która jakimś trafem przetrwała do epoki elektryczności.

Chłodny deszcz w zderzeniu z nagrzaną ziemią rodził mleczne, kłębiące się opary.
Germain   przetarł   ręką   zaparowaną   szybę   i   spojrzał   z   przestrachem   na   potok   wody 

spływający wzdłuż chodnika do najbliższej studzienki ściekowej. Przypomniał sobie, że przed 
zejściem do kanałów Piotr podniósł wzrok w niebo i stał tak dłuższą chwilę, z bezradną miną. 
Musiał się zastanawiać, jakie zmiany szykuje pogoda w najbliższym czasie.

Przeszedł go dreszcz, gdy przypomniał sobie przygodę Gilberta. Gilbert miał szczęście, 

background image

że udało mu się ujść z życiem. Powódź w kanałach na ogół nie oszczędza. Woda podnosi się 
aż do sklepienia i zabiera wszystko po drodze. I człowiek, w połowie zjedzony przez szczury, 
rozbija się o kratę odgradzającą kanał od wód Sekwany.

Gdzie byli tamci w tej chwili?
Jeżeli wszystko odbyło  się zgodnie z planem, powinni teraz znajdować się niedaleko 

wyjścia.

Lecz   jeśli   coś   im   przeszkodziło   i   opóźniło   powrót,   narażali   się   na   wielkie 

niebezpieczeństwo.

Najgorsze, że nie mógł nic dla nich zrobić.
Mógł tylko czekać.
Zacisnął wielkie pięści. Pomyśleć, że ta cała forsa, którą już miał prawie w ręku, wymyka 

mu się teraz z powodu tego przeklętego deszczu.

background image

XV

– Cholera, woda się podnosi! – zaklął Gerard.
– Musi być porządna burza na dworze! – zauważył Christian.
– Pospieszmy się! – krzyknął Mercey, który zamykał pochód.
Przyspieszyli wszyscy kroku, ale ciążyły im worki i utrudniały marsz.
Każdemu przypadło w udziale sześćdziesiąt kilo do niesienia – liczył Mercey. To Josiane 

zważyła paczkę stufrankowych i paczkę pięćdziesięciofrankowych banknotów na wadze dla 
niemowląt, w jakiejś zatłoczonej aptece. Każda paczka zawierała sto papierków. Pierwsza 
paczka   ważyła   sto   gramów,   a   druga   siedemdziesiąt   pięć.   Worki   z   czerwoną   etykietką 
zawierały trzysta paczek, to jest trzydzieści kilo. Te drugie – czterysta paczek, czyli również 
trzydzieści   kilo.   Nieśli   po   dwa   worki,   co   oznaczało   obciążenie   sześćdziesięciu   kilo   na 
każdego.

On sam obliczył rozłożenie całego bagażu, aby każdy z nich niósł taki sam ciężar.
Przyznał   się   teraz   w   głębi   duszy,   że   przecenił   możliwości   ludzkiej   wytrzymałości. 

Przeszedł ledwie sto metrów i już się zadyszał. Pasy worków wpijały mu się boleśnie w ciało 
ramion i czuł ostry ból w karku i w krzyżu.

Dyszał   ciężko   z   wysiłku,   a   fetor   zgnilizny   unoszący   się   wszędzie   w   powietrzu 

przyprawiał go o mdłości. Mimo chłodu napływającego wraz z wodą, pocił się. Strużki potu 
spływały mu po plecach.

Najbardziej jednak niepokoiła go woda, ta woda wzbierająca groźnie w korycie kanału.
Latarka   oświetlała   burzącą   się   groźnie   czarną   ciecz.   Na   jej   powierzchni   usiłowały 

utrzymać się stada szczurów. Poziom wody rósł nieustannie, a im zostało jeszcze czterysta 
metrów do przejścia. Nieskończoność...

Ale może wreszcie przestanie padać? Była pełnia lata i taka ulewa nie mogła długo trwać. 

Przynajmniej można było żywić taką nadzieję.

Zanim zeszli do kanałów, przyjrzał się niebu – było czarne, bezgwiezdne. Powietrze stało 

ciężkie, nieruchome, naładowane elektrycznością. Zapowiadało burzę, a to oznaczało dla nich 
zagrożenie przez cały czas wędrówki po kanałach.

Naturalnie, nic tamtym nie powiedział.

background image

Cóż by to zmieniło?
Było   za  późno, by  rezygnować  z  wyprawy  i  uprzedzenie   ich  o zbliżającej   się burzy 

mogłoby tylko odebrać im odwagę, a czuł, że Gerard i Robert są niesłychanie napięci, po 
prostu u kresu nerwów.

Chcąc odpędzić myśli o zagrażającym im niebezpieczeństwie, przywołał na pomoc swoją 

własną  filozofię,   którą  zwykł   kierować  się  w  życiu.  Uważał  mianowicie,  że  życie  niesie 
kolejno pomyślne i niepomyślne wydarzenia.

Tak jak z kobietami.
Raz porzucasz dziewczynę, innym razem ona ciebie porzuca.
Tego dnia niepomyślnym wydarzeniem była śmierć Jo. A szczęśliwym – mógł być koniec 

nawałnicy.

Robert Barrades widział przed sobą worki chyboczące się na plecach Christiana w takt 

jego kroków.

Christian szedł równym, miarowym krokiem, jak gdyby niósł puch, a nie papier wagi 

sześćdziesięciu kilo – pomyślał z zazdrością, nawet nie dlatego, że tak bardzo ciążył mu na 
ramionach jego własny bagaż. Owszem, to było ciężkie, ale do zniesienia.

Właściwie   plan   Piotra   był   całkiem   pomysłowy.   Wchodzili   jednym   wejściem,   a 

wychodzili innym,  położonym o wiele bliżej banku, unikając w ten sposób zbyt długiego 
marszu   z   tym   cholernym   obciążeniem.   Jednocześnie   Germain   telefonował   do   gliniarzy, 
kierując ich na fałszywy trop.

Musieliby mieć chyba zatkane cylindry i zatarte łożyska kulkowe w samochodach, żeby 

ich oddziały specjalne nie zjechały się wszystkie na ulicę Quincampoix, do włazu do kanału, 
w przekonaniu, że zgarną ich w chwili, gdy będą wychodzić. A na wypadek, gdyby gliny nie 
dały się  na  to  nabrać,  Piotrek  wydumał  inny sposób  na  nich.  I w obu  wypadkach   gliny 
powinny mieć się z pyszna. Miał dobrze w głowie, ten Piotrek, ale jednego nie przewidział, 
tego mianowicie, że Jo pożegna się z tym światem.

Biedny Jo! Wyciągnął  nogi właśnie w chwili, gdy miał podjąć nagrodę za wszystkie 

swoje trudy.

Miewali   dobre   pomysły,   to   pewne,   ale   śmierć   zbyt   łatwo   zbierała   wśród  nich   swoje 

żniwo. A on, Robert, był za młody, by wybierać się na tamten świat przed 2000 rokiem, a 
nawet później.

Te cholerne worki stawały się coraz cięższe. Jakby były z ołowiu. Bolały go mięśnie 

brzucha i nóg. Pot spływał z niego strumieniami, zalewał mu oczy przesłaniając wzrok do 
tego stopnia, że blask latarki wydawał mu się światłem lampy przeciwmgłowej.

Zdobył się na wielki wysiłek, podniósł rękę i przetarł rękawem oczy. Ale to nie było 

jeszcze wszystko.

Ta cholerna, smrodliwa ciecz ciągle wzbierała. Jeszcze trochę i zaleje chodnik, a potem 

podniesie się jeszcze wyżej.

background image

Było czym się martwić.
I do tego jeszcze szczury.
Te, którym udało się utrzymać na powierzchni wody, płynęły w stronę chodnika, czepiały 

się jego krawędzi i wdrapywały się na górę. Przemykały się między ich nogami i wydawały 
wstrętne piski, a to mu przypominało tamte ohydne szczury, od których roiło się w tej dziurze 
w kazamatach, gdzie musiał odsiedzieć dziewięćdziesiąt dni. Szczury, które mu zżerały koc i 
tak już mocno dziurawy, i kąsały go podczas snu.

Straszliwe bestie. W czasie tych  dziewięćdziesięciu dni mógł spać właściwie tylko w 

ciągu dnia. Wtedy szczury znikały, żeby znowu pojawić się nocą. A w nocy Robert, napięty 
do ostateczności,  stawał na  krawędzi drewnianej  przegrody,  broniąc  się przed  szczurami, 
które   go   tak   gryzły   w   pierwszych   dniach   w   tej   dziurze.   Był   przygotowany   na   każdą 
ewentualność, choć dobrze wiedział, że w razie napaści tych potworów strach by go całkiem 
sparaliżował.

Starał się nie patrzeć na ściany kanału, wiedział, że światło latarki odkryłoby setki tych 

bestii rojących się we wgłębieniach muru.

Teraz dotarł, tuż za Christianem, do kolejnej kładki przerzuconej przez koryto kanału w 

miejscu skrzyżowania się ulic. Woda zaczęła już ją zalewać.

Spojrzał   na   niebiesko-białą   tabliczkę   z   nazwą   ulicy,   pod   którą   właśnie   szli:   Ulica 

Vauvilliers.

Już niedaleko – westchnął z ulgą.
Na szczęście, bo worki coraz bardziej mu ciążyły, a poziom wody stale się podnosił.
Brodził teraz po kostki w rwącej wodzie, więc posuwał się coraz wolniej.
Poczuł nagle, że coś wśliznęło mu się do buta i szamotało się za cholewką. Coś innego 

wdrapało mu się na uda, na brzuch...

Poczuł   skurcz   żołądka.   Opuścił   wzrok  i   zobaczył   trzy  wielkie   szczury   uwieszone   na 

połach   jego   kurtki.   Ich   rzadka   sierść   kleiła   się   do   brudnej   skóry,   wyszczerzone   pyski 
ukazywały żółte kły, a małe oczka wpatrywały się w niego złośliwie. Były ogromne, jak koty.

Stracił władzę w nogach. Opanowało go nerwowe drżenie i otworzył usta, by wezwać 

pomocy.

Nagle poczuł na szyi muśnięcie czegoś lepkiego, a potem bolesne ukąszenie.
Krzyknął dziko i odskoczył w bok.
Jego noga trafiła w próżnię.
Zachwiał się, stracił równowagę i pociągnięty ciężarem worków, gubiąc kask, pogrążył 

się w czarnej cieczy.

Rozpaczliwie starał się uchwycić czegoś i z ogromnym wysiłkiem spróbował obrócić się 

do tyłu.

Gwałtowne   uderzenie   głową   o   krawędź   chodnika   pozbawiło   go   w   jednej   chwili 

przytomności, a jednocześnie worki wciągnęły go w głąb kłębiącej się wody.

background image

Gerard, który był świadkiem tej sceny, przełknął z trudem ślinę.
Odwrócił się do Merceya, mrużąc oczy w świetle latarki.
– Co... co robimy? – spytał ochryple.
– Nic nie możemy zrobić – odrzekł szorstko Mercey. – Idź dalej. Nie możemy tracić 

czasu. I uważaj na szczury. Wyjmij łom.

Mercey sam dał przykład, wyciągając łom spod kurtki.
– No, naprzód  –  rozkazał   równie   szorstko,  jak przedtem.   – To  nie  jest odpowiednia 

chwila, żeby się poddawać; Pospiesz się! Już niedługo.

Wszyscy trzej podjęli wędrówkę niepewnym, chwiejnym krokiem.
Woda   dochodziła   im   teraz   do   połowy  ud,   nogi   ślizgały   się   po   chodniku,   a   z   butów 

wydobywały się banieczki powietrza.

Mercey szalał wewnętrznie.
To   był   straszliwy   pech.   Najpierw   Jo,   teraz   Robert.   A   już   myślał,   że   zła   passa   się 

odwróciła!

Razem z Robertem zniknęło czterysta milionów!
Biedny   Robert!   W   końcu   to   był   dzielny   chłopak.   Przecież   to   również   dzięki   niemu 

znajdowali się na wolności. Jaki pech, zginąć tak blisko celu...

Woda  dochodziła   im  do piersi,  i  już prawie  nie  mogli   posuwać  się  dalej,  gdy nagle 

Christian stanął.

Mercey   z   uczuciem   ulgi   zatrzymał   wzrok   na   prześwicie   w   sklepieniu   kanału,   skąd 

wydobywało się słabe światło. Powstrzymał dreszcz odrazy, czując jak znoszone przez nurt 
wody szczury usiłują uczepić się jego kurtki.

– Szybko! – krzyknął dysząc ciężko.
Oby tylko worek był jeszcze tutaj – pomyślał. Gdyby porwał go prąd wody, to byłaby 

katastrofa.

Patrzył, jak Christian pochyla się. Patrzył, jak opiera się rwącym nurtom, jak szuka w 

głębi po omacku...

Waliło mu serce, czuł się jak grotołaz, który zabłądził w podziemnym labiryncie jaskiń i 

pozostało mu niewiele nadziei na odnalezienie wyjścia.

Spojrzał ze zgrozą na kilka wielkich szczurów, które usadowiły się na jednym z worków 

Gerarda i wgryzały się uparcie w płótno.

Pracowały   z   niesłychaną   szybkością   i   przez   wyżarte   i   wyszarpane   pazurami   dziury 

dobierały się już do banknotów, które zaczęły przezierać przez otwory.

Mercey zatrząsł się ze złości.
Z wielkim trudem, bo miał wrażenie, że podnosi tonę betonu, udało mu się wyjąć spod 

wody, własną rękę uzbrojoną w łom. Zbliżył się do Gerarda, podniósł rękę krzywiąc się z 
wysiłku, napiął muskuły i z całej siły zadał kilka ciosów łomem.

Ze   wstrętem   obrzucił   spojrzeniem   ścierwa   szczurów   przesuwające   się   po   wodzie   tuż 

background image

przed jego twarzą. Czuł ostry ból w skroniach i huczało mu w uszach, jak gdyby wszystkie 
dzwony świata umówiły się tam na spotkanie.

– Mam ją! – krzyknął radośnie Christian i szybko rozłożył składaną drabinkę wykonaną z 

grubych rur i zakończoną dwoma stalowymi hakami.

Mercey pomyślał z zadowoleniem, że to na pewno ciężar drabinki zapobiegł uniesieniu 

jej  przez  prąd. Może także  wyjęta  z  otworu w stropie  krata,  za którą  umieścili  worek z 
drabinką, przyczyniła się do jej ocalenia.

Christian zaczepił  haki o krawędź otworu i z głośnym  sapaniem  zaczął  wchodzić na 

drabinkę.

Wreszcie znikł w otworze.
Z kolei Gerard wspiął się po drabince. Wdrapywał się niepewnymi ruchami i Mercey bał 

się przez chwilę, że straci równowagę.

To prawda, z powodu wody worki stały się jeszcze cięższe. Pokasłując, Mercey podszedł 

do drabinki, poczekał, aż Gerard z pomocą Christiana wydostanie się na górę, i sam zaczął 
wchodzić. Zaciskał zęby z bólu, bo worki ciągnęły go do tyłu, a ich pasy wpijały mu się 
boleśnie w ciało.

Chwyciły go nagle dwie pary rąk i wyciągnęły na górę.
Odpoczywał dłuższą chwilę, głośno dysząc.
Twarze   Christiana   i   Gerarda   rozjaśniały   się   w   uśmiechu.   On   również   spróbował 

uśmiechać się.

– Jak dotąd, dobrze sobie dajemy radę – powiedział Christian.
– Tak, najgorsze za nami. – I dorzucił: – No, ale pospieszmy się. Idziemy.
Wskazał ruchem głowy peron stacji metra, odległy o dziesięć metrów.
Była to stacja Châtelet.
Panował tam półmrok, bo o tej porze nie jeździły już pociągi, z wyjątkiem tego składu, 

który rozwoził ekipy sprzątające perony na odcinku Châtelet – Porte de Clignancourt, gdy 
drugi podobny skład metra obsługiwał linię Châtelet – Porte d’Orléans. Ale pierwsza kolejka 
już dawno odjechała ze stacji w kierunku Porte de Clignancourt.

Właśnie dla zapewnienia sobie marginesu bezpieczeństwa, Mercey postanowił dostać się 

do Banku Francuskiego kwadrans po pierwszej w nocy, czyli w porze, gdy metro jest już 
nieczynne i tak, aby kolejka z ekipami sprzątającymi zdążyła już odjechać ze stacji. Pomysł 
wykorzystania tunelu metra do wydostania się z kanałów nasunął mu się wtedy, gdy razem z 
Gerardem   przeprowadzał   rozpoznanie   podziemnych   przejść   i   gdy   odkrył   otwór   dzięki 
słabemu światłu przebijającemu się przez sklepienie kanału. Postanowił wtedy wykorzystać 
ten otwór w sklepieniu, nie wyobrażał sobie jednak, że stanie się dla nich zbawieniem.

Podłoże tunelu metra było w tym miejscu przewiercone na wylot aż do stropu kanału, 

choć nieco przesunięte w stosunku do niego. Przebito kiedyś ten otwór, aby umożliwić spływ 
wody ściekającej prawdopodobnie z Hal, których zabudowania znajdowały się nad tunelem. 

background image

Przynajmniej  taki wniosek nasuwał się na widok wilgotnych  zacieków i grubych  osadów 
wapienia na ścianach tunelu.

Rozglądając się wtedy po stacji, Mercey natrafił na korytarz prowadzący na zewnątrz, ale 

zamknięty   dla   pasażerów   metra.   Korytarz   kończył   się   ślepo,   zagrodzony   drewnianym 
parkanem, za którym, już na dworze, rozciągał się plac budowy przylegający bezpośrednio do 
terenu Hal.

W rezultacie zmienił plan odwrotu z banku... Tym bardziej że w nocy nie pracowano na 

budowie...

Wszyscy trzej wyszli z tunelu, dostali się na peron po kilku schodkach i, półprzytomni, 

skierowali   się   chwiejnym   krokiem   do   korytarza.   Byli   straszliwie   zmęczeni,   dolegały   im 
bolesne skurcze mięśni, lecz uparcie posuwali się naprzód, ożywieni nadzieją na zbliżający 
się koniec tych tortur.

U wylotu ciemnego korytarza zobaczyli rysującą się w półmroku sylwetkę Germaina.
Zdjął   z   nich   worki.   Schował   je   w  przygotowanym   specjalnie   miejscu   w   ciężarówce, 

zajmującym całą powierzchnię platformy, z wyjątkiem półmetrowej przestrzeni przy tylnym 
bordzie. Schowek był pokryty kupą gruzu.

Pomógł im wsunąć się do wewnątrz, gdzie ułożyli się płasko, na brzuchach, jeden tuż 

obok drugiego. Opuścił szeroką klapę przytrzymującą dotąd gruz, szybko podniósł i zamknął 
tylny bord skrzyni ciężarówki, a gruz rozsypał się, wypełniając szczelnie wolną przestrzeń.

Wyrównał powierzchnię gruzu za pomocą łopaty,  którą potem zatknął w sam środek 

sterty.

Wsiadł do szoferki i odjechał, uważając na głębokie dziury, którymi plac był usiany.
Ciężarówka ślizgała się po rozmiękłym,  nierównym gruncie i zarzucała w błotnistych 

kałużach.

Deszcz przestał padać, jak zaczarowany, w chwili gdy Mercey i jego towarzysze pojawili 

się w korytarzu metra.

Ciężarówka wyjechała wreszcie z błotnistego placu budowy, trzęsąc się, trzeszcząc, jak 

gdyby miała się zaraz rozpaść.

Germain   odetchnął   z   ulgą.   Dopiero   jednak   na   placu   Republiki   zdołał   się   zupełnie 

odprężyć.

Przeżył   przecież   ciężki   moment,   gdy   wyminąwszy   duży   wóz   policyjny   stojący   na 

poboczu drogi, zauważył w lusterku czarnego peugeota, który zatrzymał się obok tamtego 
samochodu. Wysiedli z niego dwaj goście w cywilnych ubraniach. Na pewno też gliny, z 
brygady do walki z bandytyzmem. Gdyby przyjechali dwie minuty wcześniej, mogliby go 
poznać.

To się nazywa mieć szczęście!
A może gliniarze sprawnie zorganizowali obławę i przekazali jego rysopis na granicę 

miasta?

background image

Ale czyż Montreuil nie leżało na drodze do Raincy?

background image

XVI

Był tu już od trzech tygodni. Znalazł schronienie u Myriam.
Christian,   Gerard   i   Josiane   ukryli   się   w   kawalerce.   Germain   poszedł   „w   siną   dal”, 

zabierając swoją część łupu. Nie powiedział, dokąd idzie. Nikt go zresztą nie pytał. Germain 
był jak samotny żeglarz, który dobrze wie, jak sterować swoją łodzią.

Kiedy przyjechali do domu w Montreuil, Josiane zrobiła porwanym dzieciom zastrzyki z 

morfiny,   jako   środka   nasennego.   Potem   ułożyli   dzieci   na   ławeczce   ciężarówki,   zawieźli 
gdzieś pod Paryż i tam zostawili.

O świcie znalazł je patrol policji.
Tymczasem, mimo zmęczenia, Mercey przystąpił do podziału okupu, czytał przecież w 

ich pełnych chciwości oczach, że nie znieśliby dłużej oczekiwania.

Nikt z nich nie wniósł reklamacji co do sposobu podziału łupu, jaki zaproponował.
Powtórzył sobie to wszystko w myśli, tak po prostu dla własnej przyjemności.

Rodzina Lesaignerów 

50 milionów

René Estebeteguy 

50 milionów

Sylwiana 

100 milionów

Josiane 

200 milionów

Gerard 

275 milionów

Germain 

250 milionów

Christian 

275 milionów

On sam 

400 milionów

Wszystko razem miliard sześćset milionów.
Germain zobowiązał się przekazać rodzinie Lesaignerów jej część. Natomiast pieniądze 

przeznaczone dla matki Roberta, Mercey polecił przekazać okrężną drogą, licząc dwadzieścia 
procent prowizji, tak jak to było przyjęte w podobnych wypadkach.

Piotr Mercey nie miał złudzeń. Wszyscy pozbawieni skrupułów bandyci, których pełno 

było w środowisku przestępczym, deptali im po piętach.

background image

Miliard   sześćset   milionów,   to   stawka   wystarczająca,   by   pobudzić   ich   apetyty.   Te 

wszystkie drapieżne bestie na pewno przeszukują Paryż  i okolice, żeby odebrać im łup i 
ofiarować w zamian nagrobną płytę na cmentarzu.

Policja również urządziła polowanie, mimo strasznej kanikuły i urlopów, które musiały 

zmniejszyć   liczebność   gliniarzy.   Musieli   być   wściekli   z   powodu   śmierci   swojego   kolegi 
zastrzelonego przez Jo. Wypruwali z siebie żyły,  żeby tylko ich znaleźć. Najwyższy czas 
opuścić Francję.

Było ich pięcioro, tych, którzy chcieli wyjechać. Christian i Josiane, Gerard – sam, i on z 

Myriam.

Jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli, to sprawy szybko się ułożą, a oni będą się niedługo 

opalać na plaży w takim kraju, który nie będzie zainteresowany w ich ekstradycji.

Po obiedzie Piotr Mercey usiadł wygodnie w fotelu i popijał kawę.
– Która godzina? – spytał.
– Pół do drugiej.
– Jeszcze pół godziny. Czy wszystko zapamiętałaś?
– Tak.
– Jesteś pewna, że sama sobie poradzisz?
– Bądź spokojny.
– Przecież wiesz, jak bardzo to jest ważne.
Widziała, że się denerwuje. Uśmiechnęła się uspokajająco.
– Nie martw się. Świetnie dam sobie radę.
– To przedostatni etap. Potem jeszcze jeden, tym razem to będzie wyścig z czasem, no i 

jesteśmy u mety!

Palił papierosa  za papierosem.  Wreszcie  stary zegar kurantowy w salonie wydzwonił 

drugą godzinę. Zaledwie ucichły melodyjne tony, gdy zabrzmiał dzwonek w drzwiach.

Podniósł się szybko z fotela.
– Będę w pokoju obok.
Zawahał się chwilę, jakby chciał wrócić, ale rozmyślił się. Zanim opuścił salon, objął 

czule Myriam i ucałował ją.

– Musisz zakasować Sarę Bernhardt z jej najlepszego okresu.
Olivier   Clermont   był   wysokim   mężczyzną   o   surowym   wyrazie   twarzy,   wpadniętych 

policzkach   i   tak   zdecydowanej   łysinie,   że   mógłby   doprowadzić   do   samobójstwa,   lub 
przynajmniej bankructwa fabrykantów najbardziej „agresywnych” środków na porost włosów 
(reklamowanych w ten sposób przez ogłoszenia w „Le Monde”).

Miał na sobie raczej  oszczędnie skrojony garnitur z grubej wełny,  co przy upiornym 

upale, jaki panował tego lata, stanowiło nie byle jaki wyczyn.

Piotr Mercey obserwował przez nie domknięte drzwi, jak siada na brzeżku kanapy.
– Szanowna panno Zylberstein – Olivier Clermont przeszedł z miejsca do natarcia. – 

background image

Francuskie  Stowarzyszenie  Inwalidów  i ja sam pragniemy przede  wszystkim  złożyć  pani 
dzięki za pani szlachetne intencje, o których świadczy pani wkład w nasz wysiłek, którego 
celem jest zapewnienie naszym drogim kalekom odrobiny komfortu i dobrobytu. Tak bardzo 
tego potrzebują, bo, niestety, niewielu jest dobroczyńców... Tym bardziej jesteśmy wzruszeni, 
że  to ich  siostra  w niedoli  zapragnęła  ofiarować  swym  nieszczęśliwym  braciom  promień 
słońca, którego los, wreszcie pomyślny, tym razem im nie odmówił.

Myriam z trudem powstrzymywała się od śmiechu, słuchając tej pompatycznej przemowy 

i udawała zażenowanie.

– To przecież normalne... Ja sama tyle się wycierpiałam z powodu mojego kalectwa...
– Przynosi pani zaszczyt, że pamiętała pani o ludziach, którzy doświadczają podobnych 

cierpień.

Myriam nie odpowiedziała.
– Oczywiście, wykonałem pani polecenie i wynająłem samolot Boeing 707, tak jak pani 

sobie   życzyła.   Należy   do   pewnego   towarzystwa   angielskiego,   A.T.W.A.C.,   co   oznacza 
Around The World Air Charter. Mam tutaj...

Szukał czegoś w torbie, którą trzymał na kolanach.
–   ...ich   ofertę...   Zaraz   zobaczymy...   Z   Paryża   do   Recife   w   Brazylii...   Lądowanie   po 

drodze w Lizbonie, w Dakarze... Tylko dwa razy... 65 tysięcy dolarów. Płatne we frankach 
francuskich.

– Wydaje mi się, że to rozsądna propozycja – przytaknęła Myriam naturalnym tonem.
Olivier Clermont uśmiechnął się.
– Cieszę się, że to słyszę. Ja też tak uważam.
– Czy zgadzają się dokonać takich zmian w kabinie pasażerskiej, które by zapewniały 

wygodną podróż naszym drogim inwalidom?

– Zgadzają się, szanowna panno Zylberstein i jeżeli pani pozwoli, opowiem pani, jakie 

wydałem dyspozycje.

– Bardzo proszę, panie Clermont.
– Przede wszystkim parę danych technicznych. Boeing 707 ma 140 miejsc dla pasażerów. 

Jeżeli odejmę pięć miejsc, które rezerwuje pani dla siebie i swoich przyjaciół, to mam 135 
miejsc do dyspozycji.  A ponieważ nie można  uważać naszych  inwalidów za normalnych 
pasażerów...

– Oczywiście...
–  ...więc   doszedłem   do  wniosku,   że   jeden   inwalida   powinien   zajmować   dwa   zwykłe 

miejsca...

– W takim razie – przerwała Myriam – muszę mieć o pięć miejsc więcej.
– Więc ile razem?
– Powiedzmy, osiem.
–   Bardzo   dobrze,   osiem.   Więc   zostają   mi   132   miejsca   do   dyspozycji.   Jeżeli   odjąć 

background image

personel towarzyszący, ze mną włącznie, zostają 124 miejsca, co po podzieleniu przez dwa 
daje nam miejsca dla 62 inwalidów.

– A przystosowanie wnętrza?
– Właśnie. A.T.W.A.C. miało  już dwa podobne przypadki  w przeszłości  i dysponuje 

własnymi   fotelami   dla   inwalidów.   Złożono   te   fotele   w   hangarze   na   Le   Bourget,   więc 
wymiana   foteli   i   odlot   do   Recife   odbędą   się   właśnie   na   tym   lotnisku.   Co   do   mnie,   to 
poczyniłem   także   inne   przygotowania   i   sporządziłem   wykaz   najbardziej   interesujących 
przypadków spośród inwalidów, którymi się zajmujemy, to znaczy, przypadków najcięższych 
w sensie społecznym – ludzi o skromnych dochodach, tak by dziesięciodniowe wakacje, które 
im pani tak wspaniałomyślnie ofiarowuje, dały im prawdziwą radość.

Myriam skromnie spuściła oczy.
– Wybrałem więc z tej listy – ciągnął Olivier Clermont – 62 osoby spośród najbardziej 

upośledzonych...

– Więc pozostali nie mają szczęścia – westchnęła Myriam. – Gdybym mogła...
– To co pani robi, już jest rewelacyjne – przerwał pospiesznie. – Proszę więc nie robić 

sobie żadnych wyrzutów.

Usiadł wygodniej na kanapie i potrząsnął głową, przybierając dramatyczny wyraz twarzy.
–   Cóż   pani   chce!   Nie   możemy   zorganizować   niespodziewanych   wakacji   dla   nich 

wszystkich!

Po czym kaszlnął z zażenowaniem.
– Jeżeli zaś chodzi o koszty pobytu w Recife...
– Ureguluję je na miejscu – odparła swobodnie Myriam.
–   Doskonale...   Zajmę   się   więc   teraz   zgrupowaniem   naszych   62   inwalidów   w   zamku 

znajdującym   się   w   pobliżu   Le   Bourget,   który   jedna   z   naszych   działaczek   oddała 
wspaniałomyślnie do ich dyspozycji.

– Cudownie! – wykrzyknęła.
Zakaszlał jeszcze raz, dłużej niż poprzednio.
– Zdaje się... hm... że ostatni akapit ich pisma dotyczy... zaraz...a, tak... prośby o zaliczkę 

w związku z wiążącym zamówieniem...

Wskazała swobodnie owiniętą w papier paczkę leżącą na stole.
– Jest tam 35 milionów  starych  franków... Przepraszam, ale nie nauczyłam  się dotąd 

liczyć   w   nowych   frankach...   Proszę   wybaczyć,   że   te   pieniądze   przekazuję   gotówką,   ale 
dobroczynność powinna być anonimowa, a czeki zostawiają ślady...

Wydawał się nieco zdziwiony, ale powstrzymał się od komentarzy.
– Zgadzam się z panią, panno Zylberstein – powiedział tylko.
Wyjął bloczek blankietów ze swojej torby i wypełnił pokwitowanie.
Teraz z kolei Myriam odchrząknęła parę razy.
– Przypuszczam, że ci biedni inwalidzi skorzystają z jakichś ulg przy przeprowadzaniu 

background image

formalności celnych i policyjnych? Czy pomyślał pan o tym? Pytałam pana...

– Rzeczywiście, przeprowadziłem rozmowę na ten temat z władzami lotniska Le Bourget, 

nie będą robić trudności w tej sprawie. Nie będzie kontroli bagażu, a co dotyczy kontroli 
paszportów,   to   sam   je   wszystkie   zbiorę   i   przedłożę   policji   ochrony   granic,   tak   że   nasi 
pasażerowie nie będą musieli osobiście tego robić. Oczywiście, to będzie dotyczyło  także 
pani i pani przyjaciół. Muszę zresztą przyznać, że spotkałem się z całkowitym zrozumieniem 
ze strony władz lotniska. Mam nadzieję, że odpowiada pani takie złagodzenie formalności?

– Wydaje mi się wystarczające.
Myriam uśmiechnęła się lekko. Wygrała tę partię!
– A więc, nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz bardzo gorąco pani podziękować!
Wstał, wziął paczkę ze stołu i wsunął ją sobie pod pachę.
Myriam  odprowadziła go do wyjścia.  Gdy wróciła,  Piotr Mercey siedział  na miejscu 

opuszczonym przed chwilą przez gościa.

– Brawo! – zawołał radośnie. – Byłaś lepsza, niż wszystkie gwiazdy Hollywoodu razem 

wzięte.

– To jednak nie bardzo ładne, to do czego mnie zmuszasz...
– Dlaczego? – wykrzyknął. – Pomyśl, dzięki mnie ci ubodzy ludzie, w dodatku cierpiący 

z powodu kalectwa, spędzą dziesięć dni wspaniałych wakacji w Brazylii, nie płacąc za to ani 
grosza. A ile to nas kosztuje? 70 milionów, jak obliczyłem. Te koszty poniesiemy wspólnie – 
Gerard, Christian, Josiane i ja. Wypada na każdego trochę mniej, niż 18 milionów. To bardzo 
mało za okazję opuszczenia Francji bez przeszkód. A poza tym,  to dobry uczynek, który 
powetuje częściowo zło, jakie wyrządziłem, twoim zdaniem, kradnąc te pieniądze.

– Ale ci ludzie posłużą nam, w jakimś sensie, za parawan!
– Nie przesadzajmy. Niczym nie ryzykują.
Przytuliła się do niego.
– Ty jednak zawsze masz  rację. Ach, ci adwokaci!  Powiedz mi,  dlaczego ja cię  tak 

kocham?

– Zapytaj gwiazd...
– Musisz jednak przyznać, że porwanie tych biednych dzieciaków nie było chwalebnym 

czynem!

– Liczą się tylko rezultaty. W gruncie rzeczy – dorzucił zamyślony – jestem dobroczyńcą.
– Dobroczyńcą?! – żachnęła się.
– W pewnym sensie. Te dzieci nigdy w życiu nie były tak szczęśliwe, jak w czasie pobytu 

u nas. A wkrótce zapewnię trochę radości 62 inwalidom. Jak byś to nazwała?

Potrząsnęła głową z udaną rozpaczą.
– Czy można z tobą dyskutować?
Uśmiechnął się z czułością.
–   Nie.   Wiesz,   Myriam,   coś   ci   powiem.   W   naszych   czasach   społeczeństwa   są   słabe, 

background image

władze   są   słabe   i   wszystkim   rządzi   przesadny   sentymentalizm.   Niech   korzystają   z   tego 
bandyci, niech wyszukują najsłabsze miejsca, by wyciągnąć pożytek dla siebie. Jeżeli ludzie 
są głupi, to już nie moja wina!

background image

XVII

Josiane potrafiła zeszpecić się tak umiejętnie, że Mercey z trudem ją poznał. To już nie 

była ładna, szczupła, pełna wdzięku dziewczyna o zgrabnych nogach, ale przyciężka brzydula 
o chorobliwej cerze, w okropnych okularach pod krzaczastymi brwiami, z masywną sylwetką 
obciśniętą nakrochmalonym fartuchem pielęgniarki. Jej fryzura przypominała kłębek sznurka, 
którym przed chwilą bawił się kot.

Wielka sztuka!
Christian był równie doskonały w roli sanitariusza-posługacza. Jego potężna postać tonęła 

w obszernym fartuchu pielęgniarza, sięgającym do kostek i stanowiącym świetną osłonę dla 
dwóch   pistoletów   kaliber   38,   które   Christian   wsunął   za   pasek   spodni.   Włosy   ostrzyżone 
prawie   na   zero   i   gumowe   wkładki   wypychające   policzki   nadawały   jego   głowie   kształt 
gruszki. Przypominał karykaturę króla Ludwika Filipa autorstwa Daumiera.

Josiane  przykleiła  mu  kawałek  plastra  nad rzęsami  lewej  powieki,  co  zmusiło  go do 

przymknięcia oka; wydawał się niedowidzieć na to oko.

Miało   to   tę   złą   stronę   –  pomyślał   Mercey   –  że   gdyby   sprawy  przybrały   zły  obrót   i 

Christian musiał posłużyć się swoimi pistoletami, miałby ograniczoną widoczność z jednej 
strony.

Ale najważniejsze, że zmienił się nie do poznania. Robił teraz wrażenie prymitywnego 

draba nadającego się jedynie do przenoszenia kalek w swoich mocnych ramionach.

Najtrudniej było ucharakteryzować Gerarda. Josiane zdołała zmienić nieco jego wygląd, 

ale jego przeobrażenie nie było całkiem przekonujące. Tylko rozczochrana, rudawa peruka 
wyszczuplała mu twarz i nadawała jej cierpiętniczy wyraz.

Jeżeli chodzi o niego, o Piotra, to Myriam odbarwiła mu włosy i ufarbowała na nijaki, 

popielaty kolor, co go postarzyło o co najmniej o dziesięć lat. Odrobina brązowej szminki pod 
oczami przydała im gorączkowego blasku, bardzo odpowiedniego w jego roli ciężko chorego, 
podczas   gdy   dolną   wargę   wydymał   mu   aparacik   dentystyczny,   symulujący   anormalnie 
wystającą brodę i zniekształcając w ten sposób dolną część twarzy.

Wszystko to może nie było idealne, ale powinno wystarczyć w razie powierzchownej 

kontroli. Oczywiście, gdyby jakiś bardziej dociekliwy policjant uparł się, by przyjrzeć im się 

background image

bliżej, mógłby wyczuć, co w trawie piszczy.

Ale   należało   patrzeć   z   ufnością   w   najbliższą   przyszłość,   licząc   na   otrzaskanie   i 

doświadczenie Oliviera Clermonta.

Zresztą, fotografie zdobiące czwartą stronę ich fałszywych paszportów pochodzących z 

zasobów przechowywanych w kawalerce, a wręczonych teraz Clermontowi, przedstawiały ich 
nowe, odmienione twarze.

Gerard, Myriam i on siedzieli w inwalidzkich fotelach na kółkach w poczekalni lotniska 

le Bourget, zarezerwowanej  dla Bardzo Ważnych  Osobistości. Ze względu na szczególną 
sytuację, Clermontowi udało się uzyskać ten przywilej.

Mimo   panującego   gorąca,   bo   sala,   choć   przeznaczona   dla   ważnych   osób   nie   była 

klimatyzowana,   Gerard   i   on   przykryli   się   pod   szyję   lekkimi   kocami,   wraz   z   pistoletami 
wciśniętymi między nogi.

Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć – powiedział sobie – lepiej być przygotowanym 

na każdą ewentualność.

W   pozostałej   części   sali   siedziało   w   małych   grupkach   62   inwalidów   obojga   płci,   w 

różnym wieku. Rozmawiali żywo ze sobą, wszyscy mieli rozradowane miny. Pomarszczeni 
starcy   i   chudziutkie   dzieci,   cherlawi   młodzieńcy   i   niemłode,   zniszczone   kobiety, 
przedwcześnie   postarzałe   dziewczyny   o   pożółkłej   cerze,   obłożnie   chorzy   na   noszach   – 
wszyscy promienieli radością, choć wyraźnie nie śmieli okazywać jej w bardziej widoczny 
sposób.

Piotr   Mercey,   ten   twardy   mężczyzna,   czuł,   że   ogarnia   go   jakieś   niejasne   uczucie,   z 

którym próbował walczyć, nazywając się starym idiotą.

Przecież   nie   rozpłacze   się   zaraz   nad   losem   tych   upośledzonych   ludzi,   jak   jakiś 

awangardowy kaznodzieja  czy dziennikarz  wyspecjalizowany w wylewaniu  łez w swoich 
komentarzach prasowych.

Przyjrzał   się   personelowi   towarzyszącemu   inwalidom,   ludziom   zatrudnionym   przez 

Clermonta. Krzątali się wśród kalek, pytając czy czegoś nie potrzebują. Byli to pielęgniarze i 
pielęgniarki, siedem osób.

Biedni   ludzie,   ci   inwalidzi.   Dziesięć   dni   wakacji   w   Brazylii   dostarczy   im 

niezapomnianych wrażeń, wspominanych potem przez całe życie.

Co by sobie pomyśleli, gdyby wiedzieli, że pod siedzeniami foteli inwalidzkich Myriam, 

Gerarda i jego samego znajduje się miliard pięćdziesiąt milionów franków?

W   każdym   fotelu   350   milionów   franków.   Pieniądze   wypełniały   szczelnie   przestrzeń 

między nogami fotela, 55 centymetrów długości na 50 cm szerokości i 30 wysokości. Jedna 
paczka zawierająca sto banknotów stufrankowych miała 1,10 centymetra grubości. Pozostała 
część łupu, w banknotach pięćdziesięciofrankowych, została rozdzielona pomiędzy innych 
uczestników skoku.

Gerard   przylutował   płytki   chromowanego   metalu   z   czterech   stron   każdego   fotela, 

background image

powyżej   kół,   by   zakryć   schowki.   Użył   takiego   samego   stopu   metali   jak   ten,   z   którego 
zrobione były nogi foteli, tak że płytki niczym się od nich nie różniły. Nie licząc paru śladów 
po lutowaniu, starannie zresztą wygładzonych, trzeba by z bliska przyglądać się fotelom, by 
odkryć zamaskowane schowki. Co do foteli, na których siedzieli Gerard i Mercey, były to po 
prostu   stare   fotele   Myriam,   z   których   od   dawna   nie   korzystała   i   które   teraz   Gerard 
doprowadził do stanu używalności.

Ciężar pieniędzy też nie stanowił niebezpieczeństwa.
Oczywiście,   gdyby   pasażerowie   mieli   dostać   się   na   pokład   samolotu   za   pomocą 

ruchomych schodków, używanych zwykle przez towarzystwa lotnicze, to trzeba by wnosić 
fotele do wewnątrz samolotu i dodatkowy ciężar 35 kilogramów – ciężar banknotów ukrytych 
w każdym fotelu – mógłby wydać się podejrzany pracownikom lotniska.

Lecz jeszcze raz przydała się pomoc Oliviera Clermonta. Wystarał się w towarzystwie 

lotniczym, aby posłużono się pochyłą rampą zamiast schodków, tak by inwalidzi używający 
foteli na kółkach mogli dostać się na pokład samolotu nie opuszczając swoich miejsc.

Wszystko   jest   gotowe   –   pomyślał   Piotr   Mercey.   Trzeba   tylko   poczekać   na   powrót 

Clermonta z „zielonym  światłem” władz lotniska. Mercey spojrzał na zegarek. Właściwie 
Clermont powinien już być z powrotem...

Podeszła do niego Josiane, niosąc na tacy szklanki z oranżadą.
– Oranżada! – skrzywiła się Myriam, siedząca w swoim fotelu obok niego. – Nie będziesz 

pił, przecież ty lubisz tylko whisky...

– Słuchaj – przerwał jej niecierpliwie – czy nie sądzisz, że Clermont coś długo nie wraca?

* * *

Komisarz Lepelletier był grzeczny, lecz stanowczy.
– Obejrzałem paszporty, które mi pan przyniósł, panie Clermont, przyznaję, że wszystkie 

są w porządku, jednak chciałbym przyjrzeć się z bliska pana podopiecznym.

– Muszę ustąpić, ale zdawało mi się, że w trakcie naszej ostatniej rozmowy powiedział 

pan... – protestował słabo Olivier Clermont.

–   Zgadza   się,   panie   Clermont.   Ale   przypominam   panu,   że   dotrzymałem   obietnicy. 

Wyraziłem   zgodę,   by   ci   nieszczęśliwi   ludzie   mogli   uniknąć   zbędnych   formalności   i 
zgodziłem się też na udostępnienie im poczekalni przeznaczonej dla ważnych osobistości, 
niemniej jednak chciałbym zobaczyć pana pasażerów.

– Czy ma pan jakieś podejrzenia?
– Właściwie to nie są podejrzenia, ale muszę wypełniać skrupulatnie moje obowiązki. 

Nigdy nic nie wiadomo. Do pana stadka mogła zakraść się jakaś czarna owca.

– Ależ ja za nich odpowiadam! – przerwał porywczo Clermont. – Znam ich wszystkich. 

To są uczciwi ludzie i jestem przekonany, że nikt z nich nie zadarł ze sprawiedliwością.

– Nie wątpię – zapewnił go komisarz – ale musi pan wiedzieć, że ze względu na ostatnie 

background image

wydarzenia nasze granice lądowe, morskie i powietrzne podlegają obecnie specjalnej kontroli. 
Porwanie   tych   czworga   dzieci,   złożenie   okupu   w   wysokości   dwóch   miliardów   franków, 
zabójstwo komisarza policji, które było tylko, niestety, ostatnim ogniwem długiego łańcucha 
krwawych zbrodni dokonanych przez tę samą bandę oraz fakt, że ci kryminaliści są nadal na 
wolności – wszystko to wymaga dowodów szczególnej czujności od policji w ogóle, a od 
policji ochrony granic w szczególności.

– Ależ chyba pan nie chce powiedzieć, że moi biedni kalecy, to niebezpieczni przestępcy? 

– zbuntował się Clermont.

– Oni, nie – przyznał komisarz. – Ale któż może powiedzieć, czy jednemu lub kilku 

spośród tych kryminalistów, o których przed chwilą mówiłem, nie udało się zająć miejsca, 
czy miejsc, pana podopiecznych?

– To mi się wydaje niemożliwe.
– Czy wszystkich zna pan osobiście?
– Nie – wyznał Olivier Clermont.
– A widzi pan. Proszę mi wierzyć, ci bandyci mają jeszcze niejedną sztuczkę w zapasie, a 

odznaczają się niezwykłą zuchwałością. W każdym razie sprawdzenie nic nie kosztuje.

– Bardzo dobrze, to pan decyduje – poddał się Clermont.
– Niech pan się nie obawia, to nie zabierze dużo czasu i spowoduje tylko niewielkie 

opóźnienie startu samolotu. Więc bardzo proszę, niech pan pójdzie ze mną.

– Idę – Olivier Clermont ostatecznie skapitulował.
Opuścili pokój i poszli korytarzem prowadzącym do windy.
Komisarz niósł plastikową torbę z paszportami.
–   Rzucę   tylko   okiem   na   pana   pasażerów   i   będziecie   mogli   odlecieć   –   powiedział 

komisarz. – Paszporty już są zaopatrzone w wizy i pieczęcie.

– Doskonale – podziękował Clermont.
Zjechali windą na parter.
– Ma pan szczęście,  że jedzie  pan na wakacje do Brazylii!  – powiedział  komisarz  z 

odrobiną zawiści w głosie, gdy weszli do głównego hallu.

– Nieprawdaż?
Utorowali sobie drogę przez tłum krewnych i znajomych pasażerów samolotu, który miał 

wkrótce wylądować i skierowali się do poczekalni Bardzo Ważnych Osobistości.

Dwaj   żandarmi   z   Republikańskich   Kompanii   Bezpieczeństwa,   pilnujący   wejścia   do 

poczekalni, odsunęli się na bok na widok komisarza.

Kiedy obaj panowie weszli do sali, gwar rozmów obniżył się o ton. Piotr Mercey, Myriam 

i Gerard zesztywnieli w swoich fotelach. Mercey i Gerard przesunęli nieznacznie ręce wzdłuż 
ciała pud kocem, i zacisnęli je na kolbach pistoletów. Christian Sancy przeszedł niedbałym 
krokiem do tyłu i ulokował się w głębi sali, za plecami Clermonta i komisarza. Josiane o mało 
co nie upuściła tacy z oranżadą. Wszyscy wyczuli glinę.

background image

– Od kogo zaczynamy? – spytał komisarz Lepelletier.
– Myślę, że byłoby grzecznie zacząć od panny Zylberstein – podsunął Clermont. – To ona 

jest naszym dobroczyńcą. Właśnie jej zawdzięczamy tę podróż. To ona ponosi wszystkie 
koszty i przez delikatność...

– Dobrze, dobrze. Gdzie ona jest?
– Proszę iść za mną, tędy.
– Zobaczy pan, to szybko pójdzie. Złożył pan paszporty w porządku alfabetycznym, co 

ułatwi mi odnalezienie właściwego dokumentu. Zawsze zresztą mogę prosić o pomoc kogoś z 
Kompanii Republikańskich. Co do panny Zylberstein, to jej paszport powinien być na końcu. 
Nazwisko jest na Z, potem jest Y...

– Rzeczywiście – uśmiechnął się Olivier Clermont.
Piotr Mercey oczekiwał niespokojnie zbliżających  się mężczyzn. Przesunął ukradkiem 

oba   pistolety   na   wysokość   brzucha.   Jeżeli   sprawy   przybiorą   zły   obrót,   trzeba   będzie 
zastosować plan numer dwa, mimo ryzyka, jakie niesie ten wariant.

Zauważył kątem oka strategiczną pozycję Christiana.
Dał znak Josiane ruchem głowy,  by usunęła  się z linii  strzału. Usłuchała i jej  twarz 

przysłonięta trzymaną wysoko tacą z napojami ukazała się wkrótce w pobliżu Christiana.

Gerard strząsnął kosmyki swojej peruki na czoło i udawał, że drzemie.
Myriam wypiła połowę swojej oranżady i niezdecydowanym ruchem postukiwała palcem 

o   krawędź   szklanki.   By   dodać   sobie   odwagi,   sięgnęła   po   paczkę   pall-malli   i   zapaliła 
papierosa. Zaciągnęła się nerwowo parę razy i zwróciła głowę w kierunku Merceya, prosząc 
go o radę.

– Co robimy? – szepnęła.
– Spokojnie – odparł łagodnie. – Nie ruszaj się, cokolwiek się stanie.
– Boję się... – powiedziała.
Próbował ją pocieszyć.
– Wszystko pójdzie dobrze, zobaczysz...
Wcale nie był tego taki pewny, ale trzeba było podtrzymać ją na duchu.
Tamci dwaj mężczyźni zbliżyli się już na odległość kilku metrów.
Piotr Mercey przymknął oczy i liczył ich kroki.
Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć... sześć... siedem... osiem...
Zatrzymali się przed Myriam.
–   Przedstawiam   pani   komisarza   Lepelletiera,   panno   Zylberstein   –   zaczął   Olivier 

Clermont. – Chciałbym...

– Przepraszam, że opóźniam trochę odlot – przerwał komisarz – ale moje zawodowe 

obowiązki zmuszają mnie do dokładnego sprawdzenia identyczności pasażerów. Oczywiście, 
nie chodzi o pani osobę.

– Czy są jakieś komplikacje? – spytała Myriam ochrypłym głosem.

background image

–   Absolutnie   nie,   panno   Zylberstein,   ale   po   prostu   muszę   spełnić   mój   obowiązek... 

Chciałbym dodać, że jeżeli chodzi o panią, to sprawa załatwiona.

W   tym   momencie   Mercey   gorzko   pożałował,   że   nie   postarał   się   o   ciemne   okulary. 

Wprawdzie komisarz utkwił oczy w Myriam, ale w każdej chwili mógł przesunąć wzrok w 
jego stronę. Jeżeli to zrobi, to pytanie, czy wprowadzi go w błąd jego makijaż?

Właśnie policjant cofnął się o krok i odwrócił się w jego stronę. Mercey w porę dostał 

napadu kaszlu, aż zaczerwienił się. Pochylił się i pod kocem puścił lewą ręką pistolet, żeby 
nerwowym ruchem wyjąć z kieszeni spodni chusteczkę do nosa. Podniósł ją do ust, usiłując 
zakryć dolną połowę twarzy.

– Pan Beaulieu, znajomy panny Zylberstein.
Olivier Clermont dokonywał prezentacji.
Komisarz   Lepelletier   wsunął   rękę   do   plastikowej   torebki   i   wyciągnął   paszport 

wystawiony na nazwisko Beaulieu.

– Beaulieu Jacques... – mruknął.
Odwrócił  kartkę i przyjrzał  się fotografii.  Potem spojrzał  na Merceya.  Trwało to pół 

minuty, po czym wrzucił paszport z powrotem do torby.

– Wydaje się, że jest w porządku – oświadczył obojętnym tonem.
Mercey usiłował powstrzymać westchnienie ulgi.
Ale ciężka próba jeszcze się nie skończyła. Jeszcze Josiane, Gerard i Christian mieli się 

poddać egzaminowi badawczego wzroku policjanta.

Komisarz podchodził już do Gerarda.
– Pan...hm... – zawahał się Clermont.
– Moreau – podpowiedziała Myriam.
– Tak jest, Moreau, także przyjaciel panny Zylberstein.
– Moreau... Moreau... – powtarzał komisarz, przerzucając paszporty.
Gerard   ciągle   udawał   że   śpi,   Mercey   czuł   jednak,   że   jego   nerwy   są   napięte   do 

ostateczności.

– Moreau Jean-Claude – czytał komisarz – bez zawodu...
– Nie może pracować z powodu ciężkiego kalectwa – wtrąciła pospiesznie Myriam.
Mercey uśmiechnął się z zadowoleniem. Myriam cudownie grała swoją rolę.
Komisarz spojrzał na Myriam, trochę zaskoczony. Przewrócił kartkę paszportu i długo 

oglądał zdjęcia, po czym wolnym krokiem zbliżył się do fotela, w którym spoczywał Gerard.

Piotr Mercey zesztywniał. Jego lewa ręka wypuściła chusteczkę i zanurzyła się pod koc, 

by znowu sięgnąć po pistolet.

Gerard miał zamknięte oczy. Równy oddech unosił mu miarowo pierś.
Komisarz zatrzymał się przy fotelu i wyciągnął rękę...
Nagle w głębi sali otworzyły się drzwi i stuknęły o ścianę.
Na progu pojawił się jeden z ludzi z Kompanii Republikańskich.

background image

Mercey szybko obrócił głowę w kierunku drzwi i zobaczył, jak Christian Sancy uskakuje 

na bok, jak gdyby ukąszony przez osę.

– Panie komisarzu! – krzyknął żandarm, podbiegając do swojego zwierzchnika.
Komisarz Lepelletier zastygł bez ruchu. Tamten, dysząc ciężko, zatrzymał się przed nim.
– Bardzo pilny telefon od prefekta policji, panie komisarzu... – u pana w pokoju...
Komisarz skinął głową.
– Dziękuję, już idę.
– Przepraszam na chwilę, to nie potrwa długo – zwrócił się do Clermonta.
Odszedł szybkim krokiem i znikł w drzwiach wraz z torbą z paszportami.
Clermont wzruszył ramionami i podszedł do Myriam.
– Droga panno Zylberstein, to oczywiście wypadło nie w porę, ale nie sądzę, aby nasz 

odlot bardzo się opóźnił. Ach, ci policjanci i ich poczucie obowiązku! Nie można mieć jednak 
do nich pretensji, to tylko dowodzi, że jesteśmy pod dobrą opieką.

– A ja sądziłam, że sprawa paszportów została już załatwiona – zaprotestowała Myriam. – 

Pan mnie zapewnił, że...

– Tak, tak – odpowiedział szybko Clermont – ale w ostatniej chwili komisarz Lepelletier 

zmienił   zdanie.   Oczywiście,   nie   jestem   temu   winien   –   dorzucił,   jak   gdyby   chcąc   się 
usprawiedliwić.

Rozejrzał się wokoło.
– W każdym razie to nie wydaje się niepokoić naszych przyjaciół. Widzi pani, jacy są 

ożywieni.

Telefon od prefekta policji... Co się za tym kryje? – myślał niespokojnie Mercey.
Czyżby   prefektura   wykryła   fakt,   że   oni,   wszyscy   czworo,   znajdują   się   w   grupie 

inwalidów?   Na   pierwszy   rzut   oka   wydaje   się   to   mało   prawdopodobne.   Ale   nigdy   nie 
wiadomo...

A przecież nikt nie wiedział, w jaki sposób zamierzali uciec. Nawet stary Maks, wuj 

Myriam, nie wiedział, że jego siostrzenica miała wyjechać do Brazylii. Jak zwykle, siedział u 
siebie na wsi.

Więc?
Także   nikt   z   rodziny   Lesaignerów   nie   mógł   się   wygadać,   to   było   zbyt   mało 

prawdopodobne. Nikt z nich nie wiedział zresztą o wyjeździe Gerarda i Josiane za granicę.

No   cóż,   trzeba   było   spokojnie   czekać   na   powrót   komisarza,   spodziewając   się 

najgorszego.

Olivier Clermont rozpoczął dłuższą pogawędkę z Myriam, a raczej był to monolog.
Myriam prawie go nie słuchała, przygryzając wargę spoglądała niespokojnie na Merceya.
Gerard zdawał się być nadal pogrążony w głębokim śnie.
Christian stał koło drzwi ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, oparty plecami o ścianę.
Otworzyły się drzwi i wszedł komisarz Lepelletier.

background image

Mercey poczuł bolesny skurcz napiętych mięśni brzucha.
Komisarz zbliżał się do nich z zakłopotaną miną. Podszedł szybkim krokiem do Myriam.
– Panno Zylberstein, panie Clermont, mam dobrą wiadomość dla państwa – powiedział, 

trochę   zdyszany.   –   Możecie   państwo   zaraz   odlecieć.   Dodam   nawet,   że   będę   wdzięczny 
państwu za pośpiech. Wasz samolot powinien jak najszybciej wystartować.

– Ale co się stało? – zdziwił się Clermont.
Komisarz westchnął, nie kryjąc znużenia.
– Czy słyszeliście państwo o wczorajszym napadzie na ambasadę Arabii Saudyjskiej? 

Pięciu terrorystów palestyńskich zatrzymało trzynastu zakładników, dyplomatów arabskich i 
kobiety, sekretarki ambasady. Po całej dobie rozmów, żądań, propozycji i kontrpropozycji 
ciągnących się aż do rana, terroryści zgodzili się wreszcie wypuścić kobiety, bo ambasador 
jednego z krajów arabskich zaproponował siebie jako zakładnika na ich miejsce. W zamian za 
to oni zażądali samolotu arabskich linii lotniczych do swojej dyspozycji, który by ich zabrał 
do wybranego przez nich kraju, ich i zakładników mężczyzn – chcą ich wziąć ze sobą, aby 
mieć pewność, że nikt nie zastosuje siły, by przeszkodzić im w odlocie.

– I przyjęto żądania? – spytał gniewnie Clermont.
Komisarz Lepelletier wzruszył ramionami.
– Tak. Rozumiem pana oburzenie. Ale to nie wszystko. Dostaną autokar i niech pan 

uważa, eskortę policyjną, aby tu przyjechać. Samolot, którego zażądali, jest już zamówiony. 
To   jest   samolot   737   Syryjskich   Linii   Lotniczych   i   wyląduje   tu   za   pół   godziny.   Moim 
obowiązkiem jest zamknąć lotnisko przy pomocy Kompanii Republikańskich i opróżnić je z 
ludzi. Trzeba usunąć gapiów, ewentualnych pasażerów i personel lotniska. Żadnego odlotu 
samolotu   ani   lądowania   od   momentu,   gdy   samolot,   który   ma   zabrać   terrorystów   i   ich 
zakładników  znajdzie  się  na   pasie  startowym,   aż  do  chwili,  gdy odleci.  Dlatego  właśnie 
proszę   państwa   o   pośpiech.   Nie   należy   przeciągać   sprawy,   bo   w   przeciwnym   wypadku 
będziecie państwo musieli czekać całymi godzinami.

– To zupełnie nieprawdopodobna historia! – wykrzyknął Clermont.
– Proszę – komisarz Lepelletier podał mu torbę z paszportami.
– Bardzo państwa proszę, pospieszcie się!
Clermont wyprostował się, przybierając uroczysty wyraz twarzy.
– Może pan na mnie liczyć.
– Dziękuję. I życzę wszystkim dobrej podróży. Odwrócił się i odszedł równie szybko, jak 

przyszedł.

Clermont już się krzątał, aby zawiadomić personel towarzyszący inwalidom.
Myriam krzyknęła radośnie:
– Ty sobie zdajesz sprawę? To zupełnie niesłychane!
Piotr Mercey miał wrażenie, że dostał po głowie.
– Co się dzieje? – to Christian usiłował czegoś się dowiedzieć. Mercey opowiedział mu 

background image

całą historię.

– A ta Arabia Sadystka, to gdzie jest? – spytała Josiane. Napięcie nerwów spowodowało, 

że wybuchnęli głośnym śmiechem.

– Wiecie – powiedział z podziwem Christian – oni sobie lepiej radzą niż my! Zażądać 

eskorty policji i po prostu wyjechać sobie z kraju, zabierając ze sobą zakładników, to jest coś!

– Cóż chcesz – odrzekł Mercey – to nie są bandyci, to są porządni ludzie polityki... Ma 

się dla nich te względy. A nas, to by już dawno zakatrupiono...

background image

XVIII

Woda   była   ciepła   i   miła   w   dotyku.   A   słońce?   Roztapiająca   się   z   gorąca   złota   kula. 

Dziesiątki brązowych ciał zanurzały się w wodzie i znikały, potem pojawiały się znów na 
powierzchni, podobne do rozbawionych delfinów. Kąpiący się pokazywali sobie nawzajem 
wyciągających  się na plaży Marsjan, których skóra przypominała barwą miąższ granatów 
kupowanych tu na targu. Piotr Mercey pomyślał jednak o bazarze w jednym z miasteczek 
Prowansji i o piramidach dojrzałych pomidorów.

Kolor ich ciał, wszystkich czworga, przypominał przejrzałe pomidory. Czworga, bo nie 

było z nimi Gerarda. Od kilku dni zaciekle romansował ze wspaniałą Metyską o godnych 
pożądania   kształtach   i   niezwykłych   talentach,   sądząc   z   wychudłej   twarzy   Gerarda   z 
wpadniętymi policzkami i podkrążonymi oczami. Gerard wyglądał, jak jakieś straszydło z 
filmów grozy.

O sto metrów dalej Josiane i Christian zaanektowali teren boiska siatkówki i z wielkim 

ożywieniem grali w piłkę, pokrzykując wesoło po każdym odbiciu.

Odwrócił głowę i spojrzał na uśmiechniętą twarz Myriam. Wyciągnęła rękę i położyła 

dłoń   na   jego   ręce.   Duży,   kolorowy  ręcznik   przykrywał   dolną   część   jej   ciała,   zasłaniając 
okaleczone nogi.

– Czy jest ci dobrze? – spytała.
Wyciągnął się na gorącym piasku.
– Tak – odpowiedział spoglądając w dal.
– Jesteś szczęśliwy? – nalegała.
– Bardzo szczęśliwy... Czy nie mam cię cały czas przy sobie? I nie muszę się ukrywać... 

Dzień i noc... Czy nie o tym marzyliśmy?

– To prawda. A w ogóle, czy niczego nie żałujesz?
– Niczego. Czy nie odnieśliśmy jeszcze większego sukcesu, niż mogliśmy przypuszczać? 

Mamy  pieniądze.  Udało  nam  się  przejść  bez  przeszkód  przez  odprawę  celną  w  Brazylii. 
Mieszkamy w kraju, który nie podpisał z Francją umowy o ekstradycję, a od wczoraj mamy 
całkowity spokój, bo nasi dzielni inwalidzi odjechali pod opieką Clermonta nacieszyć  się 
znów urokami pięknej Francji.

background image

– Czy nie myślisz o przyszłości?
– Dlaczego miałbym się nad tym zastanawiać?
– Masz rację... Tak jest lepiej.. A właściwie, kto to jest ten typ, który cię zaczepił dziś 

rano w hotelu?

Zawahał się.
– Francuz – odpowiedział wreszcie. – Bandyta, który mnie poznał.
Drgnęła, przestraszona.
– Czego chciał? Pieniędzy?
– Niezupełnie. Ma zamiar odtworzyć francuską siatkę przemytu narkotyków w Ameryce 

Południowej. Dziennikarze   nazywają  to  „French  connection”.  Ta  francuska  siatka  została 
wykryta przez amerykańskie Biuro do Walki z Narkotykami. On potrzebuje kapitału, wie, że 
my mamy pieniądze, więc złożył mi swoją ofertę.

Zauważył niepokój w jej oczach. Odwrócił wzrok. Myriam wybuchnęła płaczem i nagle 

rzuciła się ku niemu, obejmując go za szyję.

– Nie pchaj się w taką historię! Błagam cię! Siedź spokojnie! Czy nie masz wystarczająco 

dużo pieniędzy? Nie chcę, żebyś znowu stał się przestępcą...

Mercey nie reagował. Potem odsunął ją delikatnie.
–   Wiesz,   te   350   milionów   nie   wystarczą   mi   do   końca   życia.   Powinny   owocować. 

Porozmawiam o tym z Christianem. Jeszcze nie podjąłem decyzji, ale trzeba coś robić. Nie 
potrafię siedzieć bezczynnie...

* * *

To był pierwszy dzień w szkole po wakacjach.
Na dziedzińcu szkolnym Malika, Joao, Sadok i Encarnacion bawili się z rówieśnikami w 

„policjantów i złodziei”.

Cała czwórka należała do grupy „złodziei”.
Joao podbiegł nagle i uderzył trzy razy w ramię Alaina, ostatniego przedstawiciela grupy 

przeciwników.

Ostatniego „policjanta”, którego właśnie wyeliminował z gry.
Już wszyscy „policjanci” dostali się do niewoli.
Wygrali „złodzieje”.
Cóż, czasami złodzieje wygrywają...

KONIEC


Document Outline