background image

ADRE ORTO

 

 

 

GALAKTYCZI     

ROZBITKOWIE 

 

TOM II CYKLU ROSS MURDOCK 

 

(Tłumacz: Wiesława i Paweł Czajczyńscy) 

 
 

www.scan-dal.prv.pl

 

background image

 

 
Gorąco  -zapowiadał  się  upalny  dzień.  Lepiej  sprawdzić  źródło  w  zaroślach,  zanim 

jeszcze słońce rozpali ziemię. To jedyna woda na niezmierzonej przestrzeni nagich skał... Czy 
aby na pewno? 

Travis  Fox  pochylił  się  do  przodu  w  siodle,  aby  przyjrzeć  się  różowawo  żółtemu 

pasowi  pustyni,  jaki  oddzielał  go  od  odległej  linii  zielonych  jałowców  kontrastujących  z 
płowożółtą  bylicą,  która  wyznaczała  granicę  zarośli.  To  była  ziemia  jałowa,  odpychająca 
surowością każdego, oprócz rdzennych mieszkańców. 

W  innych  zakątkach  świata  pustynie  dawno  już  nawodniono.  Tam,  gdzie  niegdyś 

wznosiły  się  piaszczyste  wydmy,  teraz  były  pola  uprawne.  Ludzkość  coraz  szybciej 
uniezależniała  się  od  kaprysów  pogody  i  warunków  klimatycznych.  Jednak  ta  pustynia  nie 
zmieniła się, ponieważ kraj, na którego obszarze leżała, był na tyle bogaty, że nie trzeba było 
pozyskiwać kolejnych terenów pod, uprawy. 

Pewnego  dnia  ta  pustynia  również  zniknie,  a  wraz  z  nią  zginie  kultura  tutejszych 

mieszkańców.  Od  pięciuset,  a  może  nawet  od  tysiąca  lat-nikt  nie  wiedział,  kiedy  pierwszy 
szczep Apaczów przybył na to terytorium-w kanionach, na piaszczystych pustkowiach a i w 
dolinach  mieszkali  twardzi  pustynni  wojownicy,  którzy  nauczyli  się  żyć  w  bardzo  ciężkich 
warunkach,  w  jakich  nikt  inny  nie  zdołałby  przetrwać  bez  stałych  dostaw  zapasów.  Przez 
wiele stuleci walczyli o utrzymanie swej ziemi, a ich przodkowie pozostali tu i żyli w równie 
surowych, trudnych warunkach. 

Źródło  w  zaroślach...  Travis  bezwiednie  stukał  brązowymi  palcami  w  łęk  siodła, 

odliczając kolejne lata. Dziewiętnaście... dwadzieścia... Dwudziesty rok od ostatniej wielkiej 
suszy. Jeśli Chato się nie mylił, oznaczało to, że okresowo zabraknie wody, która powinna tu 
być. Starzec miał słuszność, przewidując niezwykle suche lato tego roku. 

Gdyby Travis pojechał do źródła, a to okazałoby się wyschnięte, straciłby większość 

dnia,  a  każda  chwila  była  droga.  Muszą  przeprowadzić  zwierzęta  do  wodopoju.  Z  drugiej 
strony,  gdyby zawrócił do kanionu Hohokam i pomylił się, wówczas Whelan miałby prawo 
zarzucić  mu  głupotę.  Jego  brat  uparcie  ignorował  rady  Starszyzny.  I  to  właśnie  on  był 
głupcem. 

Travis  zaśmiał  się  cicho.  Białe  Oczy  -  świadomie  użył  słów,  jakimi  stary  wojownik 

określał tradycyjnego wroga jego ludu. . 

-  Pinda-lick-o-yi-  powiedział  głośno.  Białe  Oczy  nie  wiedziały  wszystkiego.  A 

niektórzy z nich od czasu do czasu nawet się do tego przyznawali. 

Roześmiał się raz jeszcze, tym razem z siebie i z własnych myśli. Podrap farmera,  a 

znajdziesz Apacza tuż pod jego wysuszoną słońcem skórą. Travis zmusił łaciatego konia do 
galopu, wkładając w to więcej siły, niż było konieczne. Pojedzie do Hohokam i dzisiaj będzie 
Apaczem. Tym razem mu się uda. 

Whelan  uważał,  że  gdyby  Apacze  żyli  tak  jak  Białe  Oczy  i  zrezygnowali  ze  starych 

przyzwyczajeń,  zyskaliby  wszystko  co  najlepsze  od  swoich  odwiecznych  wrogów.  Nie 
widział niczego dobrego w przeszłości i nawet same rozważania na temat Starszyzny, tego, co 
zrobili i dlaczego, uznawał za niepotrzebną stratę czasu. Travis zagryzł wargi, czując gorycz 
rozczarowania, równie silną jak przed rokiem. 

Srokacz  zwinnie  kluczył  między  głazami  leżącymi  wzdłuż  koryta  wyschniętego 

potoku.  To  dziwne,  że  na  tak  suchej  ziemi  wciąż  widoczne  były  ślady  wody.  Ciągnące  się 
milami rowy irygacyjne  wykorzystywane przez Starszyznę rozcinały skąpane słońcem poła-
cie  nieosłoniętej  ziemi,  która  od  wieków  nie  zaznała  kojącego  dotyku  wilgoci.  Travis 
popędził  konia  pod  ostre  zbocze  i  skręcił  na  zachód.  Czul,  jak  słońce  przypieka  mu  plecy, 
przenikając przez cienki materiał wyblakłej koszuli. 

background image

Wątpił,  żeby  Whelan  wiedział  o  kanionie  Hohokam.  Wzmianki  o  tym  miejscu 

pojawiały  się  jedynie  w  opowieściach  o  dawnych  czasach,  które  przechowywali  w  pamięci 
ludzie  tacy  jak  Chato.A  Whelan  nie  znał  opowieści  Chato.  Choć  był  Apaczem,  odrzucał 
tradycję  swego  ludu  i  żył  tak,  jakby  przynależał  do  świata  Białych.  Chato  prezentował 
Odmienną  postawę.  Ignorował  istnienie  Białych  Oczu  i  całkowicie  odizolował  się  od  ich 
świata.     

Kiedyś  Travisowi  wydawało  się,  że  możliwa  jest  trzecia  droga:  połączenie  nauki 

białego człowieka z wiedzą Apaczów. Sądził, że znalazł ludzi, którzy się z nim zgadzali. Ale 
wszystko  to  minęło  równie  szybko,  jak  wyparowałaby  kropla  wody  spuszczona  na  jeden  z 
leżących tu kamieni. Teraz skłaniał się ku opinii Chato, który przekazał mu wiedzę, jakiej nie 
posiadał Whelan, wiedzę o ich ziemi.   

Ojciec  Chato.  Travis  znów  zaczął  odliczać.  Taft,  ojciec  Chato  miałby  teraz  sto 

dwadzieścia  łat.  Urodził  się  w  dolinie  Hohokam,  w  czasie  gdy  jego  rodzina  ukrywała  się 
przed żołnierzami w niebieskich mundurach. 

Chato  znał  zaginiony  kanion.  Zaprowadził  tam  Travisa,  który  wtedy  był  jeszcze  na 

tyle  mały,  że  ledwo  mógł  opasać  krótkimi  nóżkami  brzuch  konia.  Potem  Travis  wciąż 
powracał do tego miejsca. Intrygowały go domy Hohokam, a znajdujące się tam źródło wody 
jeszcze nigdy nie zawiodło. W sezonie zielone orzechowce dostarczały mnóstwa owoców, a 
niektóre gatunki drzew owocowych wciąż rodziły. Kiedyś był to ogród - teraz ukryta oaza. 

Travis zagłębiał się w labirynt kanionów, odtwarzając w myślach zapomniany szlak, 

gdy  nagle  usłyszał  buczenie.  Instynktownie  ściągnął  wodze.  Wiedział, że  cień  klifu  stanowi 
wystarczającą kryjówkę. Spojrzał w górę. 

-  Helikopter!  -  krzyknął.  Widok  nowoczesnego  śmigłowca  na  prastarej  pustyni 

wprawił go w zdumienie. 

Czyżby  to  Whelan  śledził  poczynania  brata?  Kiedy  o  wschodzie  słońca  Travis 

wyjeżdżał z rancza. Bili Redhorse, wnuk Chato, właśnie naprawiał silnik. Nie. to niemożliwe, 
żeby  Whelan  tracił  paliwo  na  podróże  po  pustyni.  Teraz,  kiedy  wojna  wisiała  na  włosku, 
zmniejszono  dostawy  i  z  helikopterów  korzystano  tylko  w  nagłych  wypadkach.  Do 
codziennych prac używano koni. 

Groźba wojny... Travis myślał o tym, patrząc Jak dziwna maszyna znika za załomem 

skały.  Jak  daleko  sięgał  pamięcią,  gazety,  radio  i  telewizja  nieodmiennie  donosiły  o 
rozmaitych konfliktach. Raz po raz dochodziło do lokalnych walk, potem zawierano rozejmy 
i prowadzono nie kończące się  negocjacje. Przed kilkoma miesiącami w Europie wydarzyło 
się coś dziwnego-wielki wybuch na północy. Czerwoni nie wyjaśnili, co się stało, lecz krążyła 
pogłoska,  że  jakaś  nowa  bomba  wymknęła  się  spod  kontroli  i  eksplodowała.  Te  epizody 
mogły stanowić wstęp do poważnego rozłamu między Wschodem a Zachodem.         

Ograniczano  coraz  to  nowe  prawa  i  szeptano  o  nadchodzących  kłopotach.  Znów 

nałożono embargo na dostawy paliwa. Wyczuwało się napięcie... 

Tutaj, na pustyni, łatwo było o tym nie myśleć. Skalne ściany stały tu, zanim Apacze 

przybyli  z  północy,  i  prawdopodobnie  będą  stać  nadal  -  choć  może  radioaktywne  -  kiedy 
Białe Oczy ponownie wykurzą stąd prawowitych mieszkańców. 

Helikopter poleciał w stronę kanionu. Travis zastanawiał się, jaka misja przywiodła w 

te  strony  stalowego  ptaka.  Był  pewien,  że  nie  jest  to  śmigłowiec  któregoś  z  miejscowych 
farmerów.  Gdyby  pilot  szukał  pojedynczych  sztuk  bydła,  które  oddaliły  się  od  stada, 
zataczałby  koła.  Czyżby  poszukiwacze?  Obecnie  nie  słyszało  się  o  żadnych  ekspedycjach 
rządowych,  a  w  ciągu  ostatnich  pięciu  lat  drobiazgowo  kontrolowano  wszelkie  wyprawy 
poszukiwawcze. 

Travis  znalazł  ukryty  zakręt  prowadzący  do  kanionu.  Srokacz  stąpał  ostrożnie,  a 

jeździec  badawczo  przyglądał  się  ziemi.  Nie  dostrzegł  żadnego  śladu,  co  świadczyło,  że  od 
długiego czasu nikt tędy nie przejeżdżał. Cmoknął językiem i koń przyspieszył. Gdy ujechali 

background image

może dwie mile wijącą się ścieżką, Travis raptownie zatrzymał wierzchowca. 

Ostrzeżenie przyniósł powiew lekkiego wiatru. Nie był to pustynny wiatr, brzemienny 

gorącem i pyłem; niósł zapach jałowca. Srokacz też rozpoznał znajomą woń. Woda! Na ziemi 
dokoła widniały jednak ślady ludzkiej bytności. 

Travis wyciągnął z olstrów strzelbę i zeskoczył z siodła. Jeżeli od ubiegłego roku nie 

zaszły  tu  żadne  zmiany,  u  wejścia  do  ukrytego  kanionu  znajdowała  się  dobra  kryjówka. 
Mógłby rozejrzeć się niepostrzeżenie. Teraz dotarły do niego zapachy świadczące niezbicie o 
istnieniu jakiegoś obozowiska: woń drzewnego dymu, kawy, smażonego bekonu. 

Bez trudu wspiął się do upatrzonego miejsca. W dole pachniały sosny - teraz znacznie 

silniej  skąpane  w  słonecznym  żarze  -  świergotały  ptaki,  rozpowiadając  o  swoich  troskach  i 
niepokojach. Była tam również zielona plama, zasilany źródłem stawek, w którym odbijał się 
gorący  błękit  nieba.  Między  wodą  a  szeroką  płytką  jaskinią,  kryjącą  kamienne  miasto 
Starszyzny, stał helikopter. Jakiś mężczyzna krzątał się przy ognisku, drugi poszedł do stawu 
po wodę. 

Travis  był  pewien,  że  to  nie  farmerzy.  Zachowywali  się,  jakby  rozbijali  obóz.  W 

cieniu rzucanym przez niewielką kępę drzew dostrzegł zrolowane koce. Nie zauważył jednak 
narzędzi  do  kopania,  żadnych  wskazówek  świadczących  o  tym,  że  ma  przed  sobą  poszu-
kiwaczy. 

Mężczyzna  wrócił  znad  stawu,  postawił  napełnione  wiadro  przy  ogniska  i  usiadł  po 

turecku  przed  dużą  paczką.  Wyjął  z  niej  coś,  co  mogło  być  nowoczesną  przenośną 
radiostacją.                               

Kiedy  zaczął  wysuwać  antenę,  srokacz  za  plecami  Travisa  zarżał  ostrzegawczo. 

Wiedziony odwiecznym instynktem, Indianin odwrócił się na kolanach z bronią w pogotowiu. 
Ale strzelba napotkała inną lufę, skierowaną prosto w jego pierś. 

Szare oczy ponad nieruchomą lufą patrzyły na niego z chłodnym dystansem, gorszym 

niż  wypowiedziana  groźba.  Travis  Fox  miał  się  za  godnego  potomka  najtwardszych 
wojowników, teraz jednak zdał sobie sprawę, że ani on, ani żaden z jego ziomków nie stanął 
nigdy  oko  w  oko  z  takim  człowiekiem.  Mężczyzna  był  młody,  ale  na  jego  szczupłej 
chłopięcej twarzy matowało się zdecydowanie. 

- Rzuć to! - rozkazał tonem nie znoszącym sprzeciwu. Travis wypuścił strzelbę z rąk; 

zsunęła mu się po nodze i upadła na piaszczyste zbocze, 

- Wstawaj. Nie ociągaj się. I schodź tam. - Kolejne polecenia zostały wypowiedziane 

równie kategorycznym tonem. 

Travis wstał i ruszył w dół zbocza. Nie wiedział, w co wdepnął, ale nie wątpił, że to 

coś paskudnego. 

Mężczyzna  przy  ognisku  i  ten  z  radiostacją  obserwowali  spokojnie,  jak  nadchodzi. 

Niewiele  się  różnili  od  okolicznych  białych  farmerów.  Travis  spojrzał  na  nich  ponownie  i 
nagle zdał sobie sprawę, że twarz mężczyzny przy ognisku jest mu znajoma. Tak, na pewno 
widział już kiedyś tego człowieka. 

- Skąd go wytrzasnąłeś, Ross? - zapytał mężczyzna z radiostacją. 
-  Leżał  na  grani,  podglądał  -  odparł  zapytany.  Mężczyzna,  który  krzątał  się  przy 

ognisku, wstał, wytarł ręce w jakąś szmatę i ruszył w ich kierunku. Był najstarszy z trójki nie-
znajomych,  miał  zaskakująco  jasne  błękitne  oczy,  kontrastujące  z  ciemną  karnacją.  Travis 
wyczuł, że to on jest przywódcą grupy. I znów pojawiło się niewyraźne wspomnienie twarzy 
tego człowieka. Ale dlaczego tę twarz otaczała czarna obwódka? 

Nieznajomy  nie  spieszył  się  z  zadawaniem  pytań.  Travis  patrzył  mu  prosto  w  oczy, 

starając się zachować spokój. 

- Apacz-rzekł mężczyzna. 
Było  to  bardziej  stwierdzenie  niż  pytanie.  Pomogło  jednak  Travisowi  lepiej  ocenić 

nieznajomego.  Niewielu  ludzi  potrafiło  na  pierwszy  rzut  oka  odróżnić  Apacza  od  Hopi, 

background image

Nawaja czy Ute. 

-  Farmer?  -  Tym  razem  było  to  pytanie  i  Travis  udzielił  prawdziwej  odpowiedzi. 

Coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że w przypadku tego Białego Oka milczenie nie 
przyniesie niczego dobrego. 

- Z farmy Double A - odparł. 
Parę  minut  wcześniej  mężczyzna  obsługujący  radiostację  rozłożył  mapę.  Teraz 

przejechał po niej palcem wskazującym i pokiwał głową. 

- Najbliższe pasmo na wschód - rzekł. - Ale niemożliwe, żeby tak daleko na pustyni 

szukał sztuk bydła, które oddaliły się od stada. 

- Woda. - Przywódca wskazał na staw. - Z tego źródła wody korzystała Starszyzna. 
Pośrednio  było  to  kolejne  pytanie  i  Travis  zdał  sobie  sprawę,  że  odpowiada 

automatycznie. 

- Przodkowie je znali. - Brodą wskazał na ruiny  w wielkiej, płytkiej jaskini. - Nigdy 

nie wysychało, nawet w złych latach. 

- A mamy zły rok. - Mężczyzna potarł dłonią podbródek, nie spuszczając niebieskich 

oczu z jeńca. - Komplikacja, jakiej nie przewidzieliśmy. A więc pędzicie tu bydło w suchych 
latach, synu? 

- Nie - odparł Travis. - Niewielu Apaczów wie o tym miejscu. Niewielu chce słuchać 

opowieści  starców.  -  Wciąż  intrygowało  go  dokuczliwe  wspomnienie  szczupłej  twarzy.  I  ta 
czarna  otoczka  dokoła  niej.  Rama!  Tak,  rama  obrazu!  Portret  nieznajomego  wisiał  nad 
biurkiem doktora Morgana, na uniwersytecie. 

-  Ale  ty  chcesz  słuchać  -  powiedział  mężczyzna,  obrzucając  Indianina  badawczym 

spojrzeniem, zupełnie jakby chciał czytać w jego myślach. 

-  Tak  istotnie  jest.  -  Travis  bezwiednie  użył  innego  narzecza,  próbując  przypomnieć 

sobie coś więcej. 

- Co my teraz z tobą zrobimy? - odezwał się mężczyzna z radiostacją, wstając leniwie. 

- Jak myślisz, Ashe? Pójdzie do chłodni? - Może tam na górę? - Wskazał kciukiem na ruiny. 

Ashe!  Doktor  Gordon  Ashe!  Travis  wreszcie  dopasował  nazwisko  do  osoby.  I 

zrozumiał,  dlaczego  ten  człowiek  znalazł  się  w  tym  miejscu.  Ashe  był  archeologiem.  Ale 
Travis  nie  musiał  widzieć  radiostacji  czy  obozowiska,  aby  się  domyślić,  że  nie  jest  to 
ekspedycja  poszukująca  starożytnych  reliktów.  Co  zatem  doktor  Ashe  i  jego  ludzie  robią  w 
Kanionie Umarłych? 

-  Opuść  ręce,  synu  -  powiedział  Ashe.  -  Wszystko  będzie  w  porządku,  jeśli 

dobrowolnie zostaniesz tu przez jakiś czas. 

- Jak długo? - spytał Travis. 
- To zależy - odparł archeolog. 
- Zostawiłem tam mojego konia. Musi się napić wody. 
- Ross, przyprowadź tego konia. 
Młodzieniec  zarzucił  na  ramię  broń  osobliwych  kształtów  i  wspiął  się  po  zboczu. 

Niebawem  wrócił,  prowadząc  srokacza.  Travis  zdjął  siodło  z  wierzchowca,  napoił  go  i 
powrócił do obozowiska, gdzie czekał na niego Ashe. 

- A więc powiadasz, że niewielu ludzi wie o tym miejscu? -rzekł archeolog. 
Travis wzruszył ramionami. 
-  Jeszcze  jeden  człowiek  z  Double  A.  Jest  bardzo  stary.  Jego  ojciec  urodził  się  tutaj 

dawno temu, kiedy Apacze walczyli z wojskiem. Nikogo innego to miejsce nie interesuje. 

- A zatem w tych ruinach nigdy nie prowadzono poszukiwań? 
- Raz. 
- Kto? 
Travis odsunął z czoła kapelusz. 
- Ja - odpowiedział krótko. 

background image

-  Ach  tak?  -  Ashe  wyjął  paczkę  papierosów  i  poczęstował  wszystkich.  Travis 

bezwiednie sięgnął po papierosa. 

- Przyjechaliście tu, żeby kopać? - zapytał. 
-  W  pewnym  sensie  -  odparł  Ashe,  ale  kiedy  zerknął  na  pueblo  nad  urwiskiem, 

Travisowi  przyszło  do  głowy,  że  archeolog  widzi  coś  o  wiele  ciekawszego  niż  pokruszone 
bloki wysuszonej słońcem cegły. 

- Sądziłem, że interesuje pana głównie okres przed Majami, doktorze Ashe. - Kucnął i 

wyjął  z  ogniska  tlącą  się  gałązkę,  żeby  przypalić  papierosa.  Czuł  satysfakcję  na  widok 
zaskoczenia malującego się na twarzy archeologa. 

- Znasz mnie! - Słowa Ashe'a zabrzmiały jak wyzwanie. Travis pokręcił głową. 
- Znam doktora Prentissa Morgana - wyjaśnił. 
- Teraz rozumiem! Jesteś jednym z jego błyskotliwych chłopców! 
- Nie - padła szybka odpowiedź, która zabrzmiała niczym ostrzeżenie, by  nie drążyć 

dalej. 

Archeolog właściwie odczytał intencje Travisa i nie zadał kolejnego pytania. 
- Żarcie gotowe, Ashe? - spytał człowiek przy radiostacji. 
Ross  podszedł  do  ogniska  i  sięgnął  po  patelnię.  Travis  spojrzał  na  jego  rękę.  Skóra 

poorana była bliznami. Apacz już kiedyś widział podobne szramy - pozostałość po głębokich, 
bolesnych oparzeniach. Odwrócił pospiesznie wzrok, kiedy młodzieniec rozkładał jedzenie na 
talerze, i wyjął własny prowiant z sakw przytroczonych do siodła. 

Jedli w milczeniu, ale było to dziwnie towarzyskie milczenie. Napięcie spowodowane 

nieoczekiwanym spotkaniem opadło. Travis nie czuł już wzburzenia na myśl o tym, że dał się 
podejść w tak prosty sposób. Zastąpiła je ciekawość. Pragnął dowiedzieć się czegoś więcej o 
tych  ludziach,  poznać  przyczynę  ich  obecności  w  tym  kanionie.  Ten  młody  Ross  był 
doskonałym  tropicielem.  Musiał  mieć  sporo  doświadczenia,  skoro  z  taką  łatwością  go 
podszedł.  Apacz  chciał  bliżej  przyjrzeć  się  broni  Rossa.  To  nie  był  konwencjonalny 
rewolwer.  Mężczyzna  nosił  go  zawsze  w  pogotowiu,  tak  jakby  w  każdej  chwili  spodziewał 
się nagłego ataku. 

Travis bacznie obserwował trzech mężczyzn. Dostrzegł, że Ashe i Ross znacznie się 

różnią  od  swego  towarzysza.  On  miał  jasną  karnację  i  sprawiał  wrażenie  nieco 
flegmatycznego.  Oni  zaś  byli  śniadzi,  poruszali  się  zwinnie  i  bezszelestnie,  cały  czas 
zachowując  czujność.  Im  dłużej  przyglądał  się  całej  trójce,  tym  bardziej  był  pewien,  że  nie 
przybyli tu, aby badać ruiny na urwisku. Podejrzewał, że wykonywali o wiele poważniejszą, 
może nawet śmiertelnie niebezpieczną misję. 

Nie zadawał pytań, zadowolony, że do nich należy pierwszy krok. Buczenie nadajnika 

przerwało  spokój  panujący  w  małym  obozowisku.  Radiowiec  błyskawicznie  założył 
słuchawki na uszy i po chwili przekazał wiadomość. 

- Trzeba wznowić procedurę. Dzisiaj w nocy zaczną sprowadzać sprzęt! 

background image

 

 
No i co? - Spojrzenie Rossa prześlizgnęło się po Travisie i spoczęło na Ashe'u. 
- Czy ktokolwiek wie, że tu jechałeś? - spytał archeolog. 
-  Chciałem  sprawdzić  wszystkie  źródła  wody.  Jeżeli  nie  wrócę  na  ranczo  w 

rozsądnym czasie, zaczną mnie szukać. - Travis nie widział powodu, by dodawać, że Whelan 
nie przejąłby się, gdyby brat nie wrócił w ciągu dwudziestu czterech godzin, spodziewał się 
bowiem, iż poszukiwanie wody może potrwać nawet parę dni. 

- Mówisz, że znasz Prentissa Morgana. Jak dobrze? 
- Przez jakiś czas na uniwersytecie byłem w jednej z jego grup. 
- Jak się nazywasz? 
- Fox. Travis Fox. 
Operator zerknął na mapę i powiedział: 
- Double A należy do Foxa... 
- To mój brat. Pracuję dla niego. 
- Grant - Ashe zwrócił się do operatora - oznacz to jako pilne i prześlij do Kelgarriesa. 

Poproś, żeby sprawdzili Foxa. 

- Możemy go odesłać, gdy tylko przyjdzie pierwszy transport, szefie. Przechowają go 

w  bazie,  ile  będziesz  chciał  -  zaproponował  Ross,  jakby  Travis  przestał  być  osobą  z  krwi  i 
kości i stanowił tylko zbędny balast. 

Ashe potrząsnął głową. 
-  Posłuchaj,  Fox,  nie  chcemy  ci  robić  kłopotów.  Miałeś  po  prostu  pecha,  że  akurat 

dzisiaj tu zaszedłeś. Szczerze mówiąc, nie możemy ściągać na siebie uwagi. Ale jeśli dasz mi 
słowo, że nie przekroczysz tego wzgórza, póki co zostawimy sprawy tak, jak stoją. 

  Opuszczenie tego miejsca było ostatnią rzeczą, jakiej Travis pragnął. Rozbudzili już 

jego ciekawość i nie miał zamiaru się stąd ruszać, chyba żeby usunęli go siłą. A to, jak sobie 
w duchu obiecał, będzie wymagało od nich sporego wysiłku. 

- Umowa stoi - powiedział. 
  Ashe myślał już o czymś innym. 
- Mówisz, że tu trochę kopałeś. Co znalazłeś?   
-  Zwykłe  rzeczy:  trochę  ceramiki,  kilka  grotów  strzał.  Prawdopodobnie  pochodzą  z 

okresu przedkolumbijskiego. W tych górach mnóstwo takich ruin. 

- Czego się pan spodziewał, szefie? - zapytał Ross.   
  -  Cóż,  była  niewielka  szansa  -  odparł  dwuznacznie  Ashe.  -  Ten  klimat  świetnie 

konserwuje. Znaleźliśmy kosze, tkaniny, kości, które przetrwały... 

- Wezmę te kości i kosze w zamian za inne rzeczy. - Ross przyłożył okaleczoną rękę 

do  piersi  i  potarł  blizny  drugą  dłonią,  jakby  koił,

 

ból  w  ciągle  dokuczającej  ranie.  -  Lepiej 

zapalić światła, skoro chłopcy wpadną dzisiaj w nocy. 

Ross i Ashe zaczęli ustawiać na łące małe plastikowe kanistry w równych odstępach, 

w dwóch rzędach. Travis domyślił się, że , oznaczają lądowisko. Jego rozmiary wskazywały, 
że oczekują helikopterów znacznie większych niż ten, który już wylądował w kanionie. Gdy 
skończyli,  Ashe  usiadł,  opierając  się  plecami  o  drzewo  i  zaczął  przeglądać  gruby  notes,  a 
Ross przyniósł rolkę papy i rozwinął ją. 

Wyjął  pięć  kamiennych  grotów.  Miały  charakterystyczny  kształt  ,  i  były  zbyt  długie 

jak na groty do strzał. Travis rozpoznał szczególny kształt i wzór płatkowych ostrzy! Było to 
rękodzieło  o  wiele  lepsze  od  późniejszych  wyrobów  jego  ludu,  chociaż  dużo  starsze.  Już 
wcześniej  miał  okazję  podziwiać  kunszt  zapomnianego  producenta  broni.  Groty  ludzi 
Folsom!  Wieńczyły  włócznie  myśliwych,  którzy  polowali  na  mamuty,  gigantyczne  bizony, 
niedźwiedzie i lwy alaskańskie.   

background image

-  Człowiek  Folsom  tutaj?  -  Travis  zauważył,  że  Ross  rzucił  mu  zaciekawione 

spojrzenie, a Ashe oderwał wzrok od notesu.   

Młodszy mężczyzna wziął ostatni grot z rzędu i podał Apaczowi. Ten delikatnie ujął 

go w dłonie. Grot był idealny, wspaniały. Obrócił go w palcach.   

- Imitacja - powiedział. 
Czy  aby  na  pewno? Już wcześniej  trzymał  w  ręku  groty  Folsom  i  niektóre,  mimo  iż 

bardzo stare, zachowały  się w równie idealnym stanie jak ten. Tyle że z tym... było coś nie 
tak. Nie potrafił sprecyzować, co. 

- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał Ashe. 
-  O  jego  autentyczności  zaświadczył  Stefferds  -  wtrącił  Ross,  sięgając  po  następny 

grot. 

Jednak Travis był pewny swej oceny, mimo odmiennej opinii Jednego z największych 

autorytetów w dziedzinie archeologii. 

- Czuję, że coś z nim nie tak. 
Ashe skinął na Rossa, który podniósł trzeci kamienny grot. Na pierwszy rzut oka ten 

również  stanowił  kopię  pierwszego.  Travis  przeminął  palcem  wzdłuż  wyżłobień  łuszczącej 
się krawędzi i zrozumiał, Że to właśnie jest pierwowzór. Podzielił się tym spostrzeżeniem. 

-  No,  no.  -  Ross  przyglądał  się  grotom.  -  Dowiedzieliśmy  się  czegoś  nowego  - 

wymamrotał na wpół do siebie. 

- Nie pierwszy raz - stwierdził Ashe. - Pokaż mu swoją broń. 
Ross  zmarszczył  brwi.  Przez  chwilę  zdawało  się,  że  odmówi,  lecz  w  końcu  spełnił 

polecenie.  Apacz  odłożył  ostrożnie  pradawny  grot,  wziął  broń  i  przyjrzał  jej  się  uważnie. 
Mimo iż kształtem przypominała rewolwer, znacznie się od niego różniła. Gdy wycelował w 
pień  drzewa,  zauważył,  że  kolba  wcale  nie  jest  wygodna,  jakby  dłoń,  dla  której  została 
wykonana, nie była podobna do jego ręki. 

Im  dłużej  trzymał  broń,  tym  więcej  zauważał  szczegółów  różniących  ją  od 

klasycznego rewolweru czy pistoletu. Nie podobało mu się to dziwne wrażenie... 

Położył rewolwer koło krzemowego grotu i spojrzał na oba przedmioty. Wyczuwał w 

nich  wspólne  dziedzictwo  wieku.  W  przypadku  grotu  to  odczucie  wydawało  się  jak 
najbardziej na miejscu. Ale dlaczego rewolwer oddziaływał na niego podobnie? Przyzwyczaił 
się  już  polegać  na  tym  osobliwym  szóstym  zmyśle,  jaki  posiadał.  Fakt,  te  w  tej  chwili 
zawiódł, wytrącał go z równowagi. 

- Ile lat ma ta broń? - zapytał Ashe. 
-  Niemożliwe,  żeby...  -  Travis  zaprotestował  wbrew  wewnętrznemu  przekonaniu.  - 

Nie uwierzę, że jest równie stara jak ten grot włóczni! 

-  Bracie  -  Ross  przyjrzał  mu  się  z  dziwnym  wyrazem  twarzy  -  tak  właśnie  jest!  - 

Wsunął dziwny rewolwer do kabury. - Mamy tu zgadywacza czasu, szefie. 

-  Taki  dar  wcale  nie  należy  do  rzadkości  -  skomentował  Ashe.  -Widziałem  już 

podobne przypadki. 

- Ale pistolet nie może być aż tak stary! - upierał się Travis. 
Lewa brew Rossa uniosła się sardonicznie, a usta ułożyły się w kpiący półuśmieszek. 
- Nic o nim nie  wiesz, bracie - zauważył.  - Nowy  rekrut? - To pytanie skierował do 

Ashe'a,  który  zmarszczył  brwi,  lecz  w  końcu  uśmiechnął  się  tak  ciepło,  że  przez  moment 
Travis poczuł się nieswojo. Ten uśmiech jednoznacznie wskazywał, iż Ashe i Ross od dawna 
tworzą zgrany zespół, i zarazem odgradzał ich od nowo poznanego. 

- Nie spiesz się, chłopcze. - Archeolog wstał i podszedł do nadajnika. - Jakieś wieści z 

frontu? 

-  Trzask-trzask,  prask-prask  -  żachnął  się  operator.  -  Gdy  tylko  poradzę  sobie  z 

jednym zakłóceniem na paśmie, trafiam na inne. Może kiedyś skonstruują takie walkie-talkie, 
że człowiekowi nie będą pękać bębenki w uszach. Nie, póki co, nic nowego. 

background image

Travisowi  nasuwało  się  mnóstwo  pytań.  Był  jednak  pewny,  że  na  większość  z  nich 

uzyskałby  wymijające  odpowiedzi.  Próbował  dopasować  ten  pistolet  do  układanki 
wskazówek  i  domysłów,  i  przekonał  się,  że  mu  się  to  nie  udaje.  Zapomniał  o  wszystkim, 
kiedy Ashe usiadł ponownie i zaczął mówić jak archeolog. Z początku Travis tylko słuchał, 
potem zdał sobie sprawę, że coraz częściej odpowiada, wyraża własne opinie, a raz czy dwa 
ośmielił  się  nawet  sprzeciwić  rozmówcy.  Wiedza  Apacza,  ruiny  pośród  skał,  człowiek 
Folsom - pytania Ashe'a miały szeroki zasięg. Travis dopiero wtedy zrozumiał, że archeolog 
sprawdza  jego  wiedzę,  gdy  zaczął  mówić  swobodnie,  z  zapałem  człowieka,  któremu  od 
dawna odmawiano możliwości ekspresji. 

-  Wygląda,  że  ciężko  im  się  kiedyś  żyło  -  stwierdził  Ross,  gdy  Indianin  zakończył 

opowieść o tym, jak w dawnych czasach Apacze wykorzystywali to obozowisko. 

Wtem  nadajnik  ożył  i  Grant  założył  słuchawki  na  uszy.  Ułożył  sobie  notes  na 

kolanach i zaczął bardzo szybko pisać. 

Travis  spojrzał  na  cienie  kładące  się  na  klifach.  Zbliżał  się  zachód  słońca,  a  on 

zaczynał  się  niecierpliwić.  Czuł  się,  jakby  siedział  w  teatrze  i  oczekiwał  na  podniesienie 
kurtyny, albo ze spluwą w ręku oczekiwał nadciągających kłopotów. 

Ashe  wziął  od  Granta  zagryzmoloną  kartkę  i  porównał  ją  z  innymi  zapiskami  w 

notesie.  Ross  leniwie  żuł  długie  źdźbło  trawy.  Sprawiał  wrażenie  ospałego,  ale  Travis 
podejrzewał,  że  gdyby  tylko  zrobił  jakiś  niewłaściwy  ruch,  mężczyzna  natychmiast  by  się 
rozbudził. 

-  Ten  kraj  musiał  być  kiedyś  gęsto  zaludniony  -  odezwał  się  Ross.  -  To  wygląda  na 

zwyczajny blok mieszkalny. Na sto albo dwieście osób. Tak czy siak, jak oni tu żyli? Przecież 
to mała dolina. 

-  Na  północny  zachód  jest  jeszcze  jedna  dolina  z  wyraźnie  zaznaczonymi  rowami 

irygacyjnymi  -  wyjaśnił  Travis,  -  Poza  tym  polowali:  na  indyki,  jelenie,  antylopy,  nawet  na 
bizony - jeśli tylko dopisało szczęście. 

-  Gdyby  człowiek  znał  jakiś  sposób  na  zerknięcie  w  przeszłość,  mógłby  się  wiele 

nauczyć... 

- Chodzi ci o użycie Vis-Texu na podczerwień? - zapytał Travis obojętnym tonem. Z 

satysfakcją  patrzył,  jak  pryska  spokój  jego  rozmówcy.  -  My,  Indianie,  nie  ubieramy  się  w 
koce i nie nosimy już piór we włosach. Niektórzy z nas czytają książki, oglądają telewizję i 
chodzą  do  szkoły.  Ale  Vis-Tex,  którego  działanie  widziałem,  nie  był  zbyt  skuteczny.  - 
Zdecydował się na zgadywankę. - Zamierzacie tu przetestować nowy model? 

- W pewnym sensie tak. 
Travis nie oczekiwał odpowiedzi. Ashe udzielił jej jednak, ku wyraźnemu zdumieniu 

Rossa. 

Fotografowanie przeszłości przy użyciu fal podczerwieni zakończyło się sukcesem w 

eksperymentach  prowadzonych  dwie  dekady  wcześniej  -  pod  koniec  lat  pięćdziesiątych. 
Wówczas  rejestrowano  stan  (przed  kilku  godzin.  Później  proces  ten  udoskonalono  i 
przedmioty pojawiały się na filmach nagrywanych tydzień po ich zniknięciu z danego punktu. 
Travis 

uczestniczył 

kiedyś 

prowadzonym 

przez 

doktora 

Morgana 

pokazie 

eksperymentalnego Vis-Texu. Jeśli rzeczywiście mają nowy model, którym można sięgnąć w 
głąb  historii!  Wziął  głęboki  oddech  i  utkwił  wzrok  w  ruinach  puebla.  Zwizualizowanie 
przeszłości miałoby kolosalne znaczenie! Uśmiechnął się na myśl o tym. 

- Jeżeli rzeczywiście macie taki model, i jeśli zadziała, wiele rozdziałów historii trzeba 

będzie napisać na nowo - rzekł. 

- Nie tej historii, którą znamy. - Ashe wyciągnął papierosy i poczęstował ich. - Synu, 

teraz jesteś częścią tego przedsięwzięcia, czy ci się to podoba czy nie. Nie możemy cię puścić 
wolno. Rozumiesz, sytuacja jest krytyczna. A więc... otrzymasz szansę na werbunek. 

- Do czego? - zainteresował się Travis. 

background image

-  Do  projektu  Folsom  Jeden.  -  Ashe  zapalił  papierosa.  -  W  kwaterze  głównej 

sprawdzono  cię  dokładnie.  Skłaniam  się  do  stwierdzenia,  że  opatrzność  maczała  palce  w 
twoim pojawieniu się tu akurat dzisiaj. Wszystko pasuje idealnie. 

- Aż za bardzo? - Czoło Rossa przecięła głęboka bruzda. 
- Nie - odparł Ashe. - Jest tym, za kogo się podaje. Nasz człowiek sprawdził Double A 

i rozmawiał z Morganem. On nie jest szpiclem. 

Jakim  szpiclem?  -  zastanawiał  się  Travis.  Najwyraźniej  zwerbowali  go  w  swoje 

szeregi, ale chciał się dowiedzieć, dlaczego i po co. Uważał, że najlepiej będzie, jeśli zapyta 
wprost. 

- Jesteśmy tu, aby zobaczyć świat łowców Folsom - wyjaśnił mu Ashe. 
- Wysoko pan mierzy, doktorze. Musi pan dysponować wspaniałym Vis-Texem, skoro 

może pan zajrzeć dziesięć tysięcy lat wstecz. 

-  Bardziej  prawdopodobne,  że  jeszcze  dalej  -  poprawił  go  Ashe.  -  Póki  co,  nie 

jesteśmy pewni. 

-  Po  co  to  całe  “cicho-sza"?  Obserwacja  jakiegoś  wędrownego,  prymitywnego 

plemienia powinna się odbywać przy udziale telewizji, ekip wiadomości... 

- Prymitywni tubylcy nie interesują nas tak bardzo jak inne rzeczy. 
-  Na  przykład,  skąd  pochodzi  ta  broń  -  wtrącił  Ross.  Znów  pocierał  naznaczoną 

bliznami  rękę,  a  Travis  rozpoznał  w  jego  oczach  ten  sam  cień,  który  ujrzał  podczas 
pierwszego spotkania u wejścia do kanionu. Było to spojrzenie wojownika szykującego się do 
bitwy. 

-  Przez  jakiś  czas  będziesz  musiał  wierzyć  nam  na  słowo  -  rzekł  Ashe.  -  To  dziwna 

robota i z konieczności ściśle tajna - używając określenia naszych czasów. 

Zjedli kolację i Travis przeprowadził srokacza na wąski, położony niżej skraj kanionu, 

dostatecznie  daleko  od  zaimprowizowanego  lądowiska.  Tuż  po  zmierzchu  wylądował 
pierwszy  z  transportowych  śmigłowców.  Wkrótce  Apacz  stał  w  jednej  linii  z  pozostałymi 
mężczyznami,  przekazując  paczki  i  pudła  z  maszyny  do  schronu  w  niewielkim  gaiku. 
Pracowali, nie tracąc energii na zbyteczne ruchy, z prędkością, która sugerowała, że czas jest 
drogi.  Travis  zauważył,  iż  zaraził  się  od  innych  potrzebą  pośpiechu.  Pierwsza  maszyna, 
opróżniona  z  ładunku,  uniosła  się  w  powietrze  i  znikła  w  ciemnościach.  Zaledwie  po  kilku 
minutach kolejny śmigłowiec zajął jej miejsce. Ponownie uformowali łańcuch do rozładunku, 
tym  razem  przekazując  sobie  cięższe  skrzynie,  których  podniesienie  wymagało  siły  dwóch 
mężczyzn. 

Zanim odleciał czwarty helikopter, Travisa bolał już kręgosłup i ramiona. Do pomocy 

przyszło  kolejnych  czterech  mężczyzn.  Prawie  nie  rozmawiali,  koncentrując  się  na 
rozładunku  i  układaniu  towaru.  Gdy  tylko  czwarty  śmigłowiec  odleciał,  Ashe  podszedł  do 
Travisa w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. 

-  Oto  on.  -  Położył  dłoń  na  ramieniu  Indianina  i  obrócił  go  twarzą  w  stronę  nowo 

przybyłego. 

Mężczyzna  był  wyższy  od  doktora  i  emanował  pewnością  siebie.  Obrzucił  Travisa 

bacznym spojrzeniem, a potem uśmiechnął się. 

- Jesteś dla nas sporym kłopotem, Fox - powiedział. 
-  Albo  brakującym  ogniwem  -  poprawił  Ashe.  -  Fox,  to  major  Kelgarries,  nasz 

dowódca. 

- Porozmawiamy później - obiecał Kelgarries. - Zanosi się na pracowitą noc. 
-  Zejść  z  lądowiska!  -zawołał  ktoś  z  linii  flar.  -  Ląduje  następny.  Odbiegli  na  bok, 

robiąc miejsce dla piątego helikoptera, i praca ruszyła na nowo. Major stał w rzędzie i razem 
z innymi przerzucał pudła i skrzynie. Rzeczywiście nie było czasu na rozmowę. 

Który  to  rozładunek,  siódmy  czy  ósmy?  Travis  próbował  policzyć,  rozprostowując 

zesztywniałe palce. Wciąż była noc, ale pogaszono już flary. Wszyscy usiedli wokół ogniska. 

background image

Pili  kawę  i  jedli  kanapki,  które  przyleciały  z  ostatnim  ładunkiem.  Mówili  niewiele.  Travis 
widział, że pozostali mężczyźni są zmęczeni nie mniej niż on. 

-  Czas  spać,  bratku.  Nareszcie  można  odpocząć!  -  powiedział  Ross  pomiędzy 

ziewnięciami. - Potrzebujesz czegoś? Koca, czegokolwiek? 

Travis, otępiały z wyczerpania, pokręcił przecząco głową. 
- Mam koc przy siodle - odparł. Zasnął, zanim zdążył się dobrze ułożyć. 
 
W  świetle  poranka  obozowisko  wyglądało  na  niezorganizowane.  Ludzie  jednak 

sprawnie  radzili  sobie  z  sortowaniem  sprzętu.  Pracowali  tak,  jakby  często  robili  coś 
podobnego. W pewnej chwili Travis, który właśnie pomagał przenieść w inne miejsce wielki 
kosz, podniósł wzrok i napotkał spojrzenie majora. 

- Poświęć mi chwilę, Fox - rzekł Kelgarries. Odeszli na bok. 
-  Pogmatwałeś  życie  i  sobie,  i  nam,  młody  człowieku  -  podjął  major.  -  Szczerze 

mówiąc,  nie  możemy  cię  wypuścić  -  dla  twojego  i  naszego  dobra.  Musimy  trzymać  ten 
projekt w tajemnicy, a kilku twardzieli aż się pali, żeby wydusić z ciebie to, co o nas wiesz. 
Tak  więc  albo  cię  wtajemniczymy,  albo  pójdziesz  do  chłodni.  Wybieraj.  Doktor  Morgan  za 
ciebie poręczył.,                       

Travis  począł  narastające  napięcie.  Co  oni  znowu  wymyślili?  Wspomnienia 

zawirowały mu w głowie. Ale skoro rozmawiali z Prentissem Morganem, pewnie wiedza, co 
zdarzyło  się  w  zeszłym  roku...  i  dlaczego.  Najwyraźniej  wiedzieli,  ponieważ  Kelgarries 
kontynuował: 

-  Fox,  czasy  uprzedzeń  rasowych  już  minęły.  Wiem  o  ofercie  Hewitta  złożonej 

władzom  uniwersytetu.  Wiem  też,  co  się  stało,  kiedy  zaczął  wywierać  naciski,  żeby  cię 
skreślono  z  listy  członków  ekspedycji.  Ale  uprzedzenia  mogą  się  rozciągać  w  dwóch 
kierunkach - niezbyt długo mu się opierałeś, prawda? 

 

Travis wzruszył ramionami. 
-  Może  pan  słyszał  określenie  “obywatel  drogiej  kategorii",  majorze.  Czy  zdaje  pan 

sobie  sprawę,  jak  traktuje  się  Indian  w  tym  kraju?  Dla  tłumu  jesteśmy  i  zawsze  będziemy 
brudnymi, ignoranckimi  dzikusami. Nie można walczyć, kiedy przeciwnik dysponuje całym 
arsenałem.  Hewitt  udzielił  dotacji  uniwersytetowi,  aby  zrobiono  coś  ważnego.  Zażądał, 
żebym  odpadł  z  tego  programu.  Gdybym  się  zgodził,  by  doktor  Morgan  walczył  o  mnie, 
Hewitt sprzątnąłby mu czek sprzed nosa tak szybko, że od samego tarcia papierek zająłby się 
ogniem.  Znam  Hewitta  i  wiem,  co  nim  powoduje.  Poza  tym,  praca  doktora  Morgana  była 
ważniejsza... - Travis umilkł raptownie. Czemu, u diabła, powiedział Kelgarriesowi tak dużo? 
Po co tłumaczył, dlaczego odszedł z uniwersytetu i wrócił na ranczo? Majorowi nic do tego. 

- Na szczęście, nie zostało już wielu ludzi pokroju Hewitta.  I zapewniam  cię, że my 

nie posługujemy się jego metodami. Jeżeli się do nas przyłączysz,  gdy już Ashe wprowadzi 
cię pokrótce w nasze sprawy, staniesz się jednym z nas. Boże, człowieku-major uderzył ręką 
w  zakurzone  bryczesy  -  nie  obchodzi  mnie,  czy  ktoś  jest  niebieskim  Marsjaninem  o  dwóch 
głowach  i  czterech  otworach  gębowych  -  jeśli  tylko  trzyma  język  za  zębami  i  robi  swoje! 
Tutaj liczy się tylko, co się robi, a sądząc ze słów Morgana, mógłbyś się przydać. Zastanów 
się i daj mi znać, co postanowiłeś. Jeżeli zdecydujesz nie wchodzić do  gry, dziś wieczorem 
cię odtransportujemy. Powiesz bratu, że wykonujesz jakieś zlecenie rządowe, a my po prostu 
przez  jakiś  czas  będziemy  pilnowali,  żebyś  siedział  cicho.  Przykro  mi,  ale  właśnie  w  taki 
sposób trzeba będzie to załatwić. 

Travis  uśmiechnął  się  na  tę  obietnicę.  Uważał,  że  sam  może  się  stąd  bezpiecznie 

ulotnić jeśli tylko zechce. Postanowił trochę przycisnąć majora.   

- Wyprawa w przeszłość, by schwytać człowieka Folsom... -Ale Kelgarries we słyszał, 

ponieważ zdążył się już odwrócić i właśnie odchodził. Travis, podążając za nim, natknął się 
na Ashe'a. 

background image

Archeolog składał trójnóg ze smukłych prętów z uwagą i delikatnością, z jaką traktuje 

się  kruche  i  drogocenne  przedmioty.  Zerknął  w  górę,  kiedy  cień  Travisa  przesłonił  jego 
dzieło. 

- Postanowiłeś do nas dołączyć, aby zerknąć w przeszłość? 
- Naprawdę uważasz, że potraficie tego dokonać? . 
-  Nieograniczamy  się  tylko  do  obserwowania  tych  ludzi.  -  Ashe  włożył  delikatnie 

śrubę.-My tam byliśmy. 

Travis otworzył szeroko oczy. Mógł przyjąć do wiadomości, ze nowy, udoskonalony 

Vis-Tex  umożliwia  spojrzenie  w  historię  czy  nawet  prehistorię.  Jednak  podróżowanie  w 
czasie było czymś zupełnie innym.                                                     

-  To  najprawdziwsza  prawda.-  Ashe  uporał  się  ze  śrubą.  Przeniósł  uwagę  z  trójnogu 

na rozmówcę. Na jego twarzy malowała się stanowczość i determinacja.- I zamierzamy tam 
wrócić. 

- Po człowieka Folsom? - zapytał Apacz z niedowierzaniem. 
- Po statek kosmiczny. 

background image

 

 
To  nie  był  sen,  nawet  jeden  z  tych  najbardziej  realistycznych.  Widział  Ashe'a 

przebierającego palcami, jego brązową twarz rysującą się na de czerwono-żółtych ścian klifu 
i sypiących się ruin. To, co mówił archeolog, wydawało się Travisowi najdzikszą fantazją. 

- ... więc odkryliśmy, że Czerwoni poznali tajemnicę podroży w czasie i wielokrotnie 

przenosili się do przeszłości. Co dawały im te podróże? Tego bardzo długo nie potrafiliśmy 
ustalić. Dopiero niedawno odkryliśmy, że oni znaleźli szczątki - bardzo źle zachowane -statku 
kosmicznego.  Leżał  w  lodach  Syberii  razem  z  zamrożonymi  ciałami  mamutów  i  kilkoma 
trafnymi  wskazówkami,  które  sugerowały  właściwą  erę,  jaką  mieli  badać.  Zatarli  ślady 
najlepiej, jak potrafili, ustawiając stacje przekaźnikowe w innych epokach. Zaryzykowaliśmy 
i  przez  przypadek  trafiliśmy  na  jedną  z  nich.  Czerwoni,  przechwytując  naszych  agentów 
czasu, pokazali wrak statku, który plądrowali kilka tysięcy lat wcześniej. 

Ta  historia  miała  sens.  Travis  mechanicznie  podał  Ashe'owi  mały  klucz,  którego 

archeolog szukał, macając w kępach trawy. 

-  Ale  jak  ten  statek  się  tam  znalazł?-  zapytał.-  Czy  na  Ziemi  istniała  jakaś  wczesna 

cywilizacja, która znała podróże w czasie? 

-  Tak  właśnie  sądziliśmy  -  aż  do  chwili,  gdy  znaleźliśmy  ten  statek.  Frachtowiec  z 

ładunkiem zszedł z kursu i zgubił się w trakcie jakiejś galaktycznej ucieczki. Ten świat mógł 
być  dla  nich  tak  samo  niebezpieczny  jak  rafa  na  morzu,  ale  z  jakiejś  przyczyny  musieli  tu 
lądować.  Znaleźliśmy  w  bazie  Czerwonych  film,  na  którym  zarejestrowano  około  tuzina 
takich wraków. Niektóre znajdowały się po tej stronie Atlantyku. 

- Zamierza pan tu kopać, w poszukiwaniu jednego z nich? Ashe roześmiał się. 
- A jak sądzisz, co byśmy znaleźli po około piętnastu tysiącach lat i piętrzeniach się 

lądu,  czy  nawet  lokalnej  działalności  wulkanicznej?  Chcemy,  żeby  nasz  statek  był  w  jak 
najlepszym stanie. 

- Do badań? 
- Ostrożnie. Gdybyś spytał Rossa Murdocka, podałby ci dobry powód do zachowania 

ostrożności.  Jako  jeden  z  naszych  agentów,  wszedł  na  pokład  statku,  który  plądrowali 
Czerwoni. Kiedy osaczyli go w kabinie nawigacyjnej, przypadkowo włączył system komuni-
kacyjny,  wzywając  tym  samym  prawdziwych  właścicieli.  Nie  uradowali  ssą  na  widok 
Czerwonych.- pojawili się nagle i zniszczyli ich bazę czasu na tym poziomie, a potem ścigali 
ich, niszcząc kolejne stacje. Pamiętasz ten wybuch na Bałtyku na początku tego roku, o któ-
rym tak szybko ucichło? To kosmiczny patrol, czy jak tam oni siebie nazywają, położył kres 
projektowi Czerwonych. Z tego, co wiemy, jeszcze nie odkryli, że my interesowaliśmy się i w 
dalszym ciąga interesujemy tą samą rzeczą, A zatem, jeśli znajdziemy tu statek, dokładnie go 
sobie obejrzymy. 

- Interesuje was ładunek?                                        . 
-  Także.  Ale  przede  wszystkim  zależy  nam  na  wiedzy  konstruktorów,  stanowi  ona 

bowiem klucz do kosmosu. 

Travis  poczuł,  jak  po  plecach  przebiegł  mu  dreszcz  emocji.  Ludzkość  sięgała  ku 

gwiazdom już prawie od dwóch generacji. Odniosła wprawdzie pewne sukcesy, ale znacznie 
więcej  było  druzgoczących  porażek.  A  poza  tym  -  czym  jest  pomyślny  lot  na  Księżyc  w 
porównaniu z podróżami do gwiazd czy nawet do innych galaktyk? 

Ashe uśmiechnął się, czytając z wyrazu twarzy Travisa. 
- Ty też to czujesz, prawda? 
Apacz  pokiwał  bezwiednie  głową.  Patrzył  na  kanion  i  próbował  uwierzyć,  że  gdzieś 

tutaj, uwięziony w stałych murach czasu, czeka na nich wrak statku kosmicznego. Nie potrafił 
jednak  sobie  wyobrazić,  jak  ten  kraj  wyglądał  w  czasach  pluwialnych.  Deszcze  padające 

background image

przez większą cześć roku niewątpliwie zamieniły w mokradła tereny leżące poza ramionami 
kurczących się lodowców, niezbyt daleko na północ. 

- Ale dlaczego groty Folsom? - Z gmatwaniny faktów i domysłów wybrał ten problem 

na początek. 

-  Wysłaliśmy  agentów,  którzy  wcielili  się  w  role  starożytnych  Celtów  i  Tatarów  -  a 

nawet  ich  przodków  z  epoki  brązu.  Teraz  prawdopodobnie  będziemy  musieli  wykreować 
kilku włączników Folsom. Jedna z pierwszych i najważniejszych  reguł tej gry mówi, że me 
wolno  ingerować  w  naturalny  bieg  czasu.  Dlatego  nie  może  być  mowy  o  prawdziwej 
tożsamości naszych agentów. Nie mamy pojęcia, co mogłoby się stać,  gdyby  ktoś wmieszał 
się w strumień znane nam histerii, i ufamy, że nigdy nie będziemy musieli tego doświadczyć 
na własnej skórze.               

-  Myśliwi  -  powiedział  powoli  Travis,  ledwo  zdając  sobie  sprawę,  że  w  ogóle  coś 

mówi. - Mamuty, mastodonty, wielbłądy, wilki, tygrysy szablozębne... 

- Dlaczego cię interesują? 
-  Dlaczego?  -  Travis  powtórzył  niczym  echo  i  umilkł,  aby  rozważyć  powody. 

Dlaczego jego reakcją na odmalowany przez Ashe'a obraz prehistorycznych myśliwych była 
wizja lądu zamieszkanego przez dziwne bestie, na które jego współplemieńcy nigdy nie polo-
wali?  A  może  polowali?  Czyżby  łowcy  Folsom  byli  jego  przodkami,  tak  jak  starożytni 
Celtowie  byli  praojcami  Ashe'a?  Czuł  silne  podekscytowanie.  Zapragnął  zobaczyć  świat, 
który  jemu  współcześni  znali  jedynie  z  niewyraźnych  i  często  sprzecznych  śladów  widocz-
nych  na  skałach,  z  garści  krzemieni,  połamanych  kości,  dawno  wygasłych  ognisk.  -  Moi 
rodacy  żyli  z  myślistwa  jeszcze  długo  po  tym,  jak  twoi  przystosowali  się  do  innego  trybu 
życia- odpowiedział wreszcie. 

- Zgadza się.-W tonie Ashe'a pobrzmiewała nuta satysfakcji. -A teraz podaj mi tamten 

pręt. 

Powrócił  do  pracy.  Travis  został  przy  nim  i  pomagał  archeologowi  najlepiej,  jak 

potrafił.  Wiedział,  że  dokonał  wyboru,  jakiego  życzył  sobie  Kelgarries:  postanowił  stać  się 
częścią tej niewiarygodnej przygody. 

Kolejne  dwa  dni  spędzili  bardzo  pracowicie,  przygotowując  ekwipunek  do  wyprawy 

w przeszłość. Zastosowali odpowiednie trzonki do imitacji grotów, potem eksperymentowali 
z  wyrzutnią.  Broń,  którą  w  końcu  stworzyli,  skutecznością  dwukrotnie  przewyższała  ory-
ginalną. Za pomocą długiej na dwie stopy wyrzutni można było ciskać oszczep na odległość 
dobrych  stu  pięćdziesięciu  kroków  albo  nawet  dalej.  Travis  zdawał  sobie  sprawę  z 
ogromnych  zalet  tych  włóczni.  Nic  dziwnego,  że  tak  uzbrojeni  myśliwi  ośmielali  się  atako-
wać mamuty i inne gigantyczne ssaki tego okresu. 

Oprócz  włóczni  mieli  krzemienne  noże,  odpowiedniki  tych,  jakie  znaleźli  w 

pozostałościach  po  obozowiskach  ludzi  Folsom. Travisa  prześladowało  przeczucie,  że  użyje 
noża i włóczni, odgrywając rolę prehistorycznego łowcy. Był tego pewien. Dowiedział się od 
Rossa,  że  pozostały  sprzęt  dla  agentów  czasu  trafi  do  bazy  dopiero  wówczas,  gdy  eksperci 
przejrzą filmy z przeszłości. 

Trzeciego  dnia  Kelgarries  i  Ashe  wyruszyli  na  wyprawę  zwiadowczą.  Załadowali 

helikopter  po  brzegi  i  wylecieli  z  kanionu.  Wrócili  po  tygodniu.  Filmy,  które  przywieźli, 
natychmiast  wysłano  do  centrum  dowodzenia.  Jeszcze  tej  samej  nocy  Ashe  dołączył  do 
Travisa i Rossa. Położył się przy ognisku, wzdychając ze zmęczenia i radości. 

- Trafiliście? - zapytał Ross. 
Szef  pokiwał  głową.  Ciemne  smugi  pod  oczami  nadawały  jego  twarzy  wyraz 

zdeterminowania. 

- Wrak tam jest, a na obrzeżach tego terytorium zlokalizowaliśmy myśliwych. Myślę 

jednak, że możemy postępować zgodnie z planem numer jeden. To plemię jest nieliczne, a w 
okolicy  chyba  nie  ma  innych.  Nasze  domysły  okazały  się  słuszne:  ten  obszar  był  bardzo 

background image

rzadko  zaludniony.  Nie  ma  potrzeby  wysyłania  zwiadowców,  żeby  zintegrowali  się  z 
plemieniem - wystarczy, jeśli będą na bieżąco śledzić ruchy koczowników.   

- A transfer? 
Ashe zerknął na zegarek. 
-  Harvey  i  Logwood  montują  nową  stację.  Zajmie  im  to  około  czterdziestu  ośmiu 

godzin.  Nie  mamy  czasu  na  omawianie  szczegółów,  Ekipa  techników  wchodzi,  gdy  tylko 
zwiadowcy przekażą nam wiadomość, że teren jest czysty. W kwaterze głównej analizują ra-
porty filmowe. Dostarczą nam resztę sprzętu możliwie jak najszybciej. 

Travis poruszył się niespokojnie. Kto wejdzie w skład grupy zwiadowców? Chciał o 

to  spytać,  mając  nadzieję,  że  on  również.  Ale  pomny  na  wydarzenia  sprzed  roku,  które 
zniweczyły mnóstwo planów, teraz trzymał język za zębami. Ross przyszedł mu z pomocą. 

- Kto robi pierwszy skok, szefie? 
- Ty i ja, i nasz przyjaciel - dodał, wskazując na Apacza - jeśli tylko zechce. 
- Mówisz serio? - zapytał Travis z niedowierzaniem.   
Ashe sięgnął po stojący przy ognisku dzbanek kawy. 
Fox,  jeżeli  tylko  nie  zamierzasz  odskoczyć,  żeby  na  pierwszym  lepszym  mamucie 

przetestować  tę  broń  z  krzemiennymi  grotami.  którą  skonstruowałeś,  możesz  iść  z  nami. 
Głównie dlatego, że jesteś swój chłop, albo raczej staniesz się sam, gdy cię wtajemniczymy. I 
może potrafisz się lepiej przystosowywać niż my. Omawianie szczegółów podróży w czasie 
zwykle zajmowało wiele tygodni. Zapytaj Rossa; on ci powie, jak wygląda w naszym fachu 
kurs wkuwania danych. Teraz jednak nie mamy tygodni. Mamy jedynie dni, których zresztą 
robi się coraz mniej z każdym wschodem słońca. A zatem stawiamy na ciebie, na Rossa, na 
mnie.  Ale  musisz  zrozumieć  jedno:  ja  dowodzę  sekcją,  rozkazy  pochodzą  ode  mnie.  A 
główna zasada brzmi: robota na pierwszym miejscu! Trzymamy się z dala od tubylców, nie 
mieszamy  się  w  żadne  wydarzenia.  Przenosimy  się  tam  tylko  po  to,  żeby  zapewnić 
bezpieczeństwo i spokój naszym technikom podczas badania wraku. A to może wcale nie być 
łatwe. 

- Dlaczego? - spytał Ross. 
- Ponieważ nasz statek nie wylądował tak dobrze jak ten, w którym natknąłeś się na 

Czerwonych.  Z  tego,  co  widać  na  filmach,  porządnie  grzmotnął  o  ziemię.  Możliwe,  ze 
będziemy musieli z niego zrezygnować i odnaleźć numer drugi z naszej listy. Przypuszczam 
jednak,  że  zgodę  komisji  na  dalsze  badania  uzyskamy  tylko  pod  warunkiem,  że  znajdziemy 
coś interesującego na pokładzie pierwszego statku. 

- Może przydałoby się wciągnąć do sprawy kogoś z komisji? -zasugerował Ross. 
Ashe wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Chcesz stracić pracę, chłopcze? Daj im się przyjrzeć naszym znaleziskom, a szybko 

położą na nich swoje łapska.                               

Trzy  dni  później  rozpoczęli  ostatnie  przygotowania  do  podróży.  Towarzyszył  im 

niski,  schludnie  ubrany  mężczyzna.  Obserwował  bacznie  całą  trójkę  przez  górną  część 
dwuogniskowych okularów, wygłaszając raz po raz szorstkie krytyczne uwagi. Rozebrali się i 
natarli  dokładnie  kremem  otrzymanym  od  instruktora.  Wkrótce  ich  opalona  skóra  nabrała 
barwy  matowobrązowej,  charakterystycznej  dla  ludzi,  którzy  bez  względu  na  pogodę  noszą 
nader skąpy przyodziewek.                       

Ashe  i  Ross  włożyli  szkła  kontaktowe,  aby  ich  oczy  były  ciemnobrązowe  jak  oczy 

Travisa.  Krótko  ostrzyżone  włosy  ukryli  pod  mistrzowsko  wykonanymi  perukami  ze 
sztywnych czarnych włosów, które opadały im na ramiona i spływały niczym grzywa kucyka 
między łopatkami. 

Następnie  każdy  kładł  się  kolejno  na  plecach,  a  charakteryzator,  wzorując  się  na 

kadrach  z  filmu,  malował  im  na  piersiach,  ramionach,  brodach  i  górnych  częściach  kości 
policzkowych wzory symulujące tatuaże. Poddając się tym męczarniom, Travis przyglądał się 

background image

całkowicie  ucharakteryzowanemu  archeologowi.  Gdyby  nie  widział  wszystkich  etapów  tej 
transformacji, nie domyśliłby się, że pod skóra dzikusa kryje się doktor Gordon Ashe.                                             

-  Cieszę  się,  że  możemy  nosić  sandały  -  skomentował  tenże  “dzikus",  zaciskając 

rzemienie utrzymujące kombinację przepaski biodrowej i kiltu z grubej skóry. 

Ross właśnie wsunął gołe stopy w prymitywne obuwie. 
-  Miejmy  nadzieję,  że  nie  zawiodą,  gdy  będziemy  musieli  brać  nogi  za  pas,  szefie  - 

powiedział, lustrując sandały powątpiewającym wzrokiem. 

Wreszcie  wszyscy  trzej  stanęli  w  szeregu  do  ostatecznego  przeglądu,  który 

przeprowadzili  charakteryzator  i  Kelgarries.  Major  trzymał  na  ramieniu  jakieś  futra  i  teraz 
rzucił po jednym każdemu z mężczyzn 

- Lepiej się z nimi nie rozstawajcie. Tam bywa zimno. No dobrze, helikopter czeka. 
Travis  przerzucił  futro  przez  ramię  i  wziął  do  ręki  trzy  włócznie,  które  wcześniej 

uzbroił w groty. Każdy otrzymał taką samą broni worek z zapasami.   

Helikopter  wyleciał  z  kanionu  Hohokam  na  szeroką  przestrzeń  pustyni  i  po  jakimś 

czasie  wylądował  przed  skrupulatnie  zakamuflowana  konstrukcją.  Kelgarries  przekazał 
Ashe'owi ostatnie instrukcje.   

- Macie dzień... w razie potrzeby dwa. Zatoczcie koło na jakieś pięć mil, jeśli wam się 

uda. Reszta należy do was. 

Ashe skinął głową.   
  - Dobrze. Odezwiemy się, gdy tylko będziemy mogli przesłać sygnał: “czysto". 
Ukryta  konstrukcja,  obok  której  walało  się  mnóstwo  skrzyń,  składała  się  z  czterech 

ścian i podłogi. Nie miała dachu. Agenci weszli do środka i patrzyli, jak panel zamyka się za 
nimi,  a  wokół  ich  ciał  strzelają  strumienie  promieni.  Travis  poczuł  mrowienie  w  kościach  i 
mięśniach, a potem ukłucie paniki, kiedy dziwne szarpniecie skręciło mu trzewia i wycisnęło 
powietrze z płuc. Utrzymał się na nogach tylko  dzięki temu, że podparł  się włóczniami. Na 
sekundę lub dwie cały świat zatonął w mroku. W końcu Travis złapał oddech i otrząsnął się, 
jakby wyskoczył z rwącej rzeki. Ross wykrzywił usta w uśmiechu i podniósł kciuk do góry w 
wymownym geście. 

- Koniec podróży. Ruszamy... 
Wciąż  znajdowali  się  w  skrzyni,  kiedy  jednak  Ashe  popchnął  panelowe  drzwi,  nie 

zobaczyli sterty skrzyń, lecz nieregularne, skaliste wzniesienia. Wspinając się na nie w ślad za 
swoimi  kompanami,  Apacz  z  zaciekawieniem  patrzył  na  zupełnie  odmienny  świat,  w  jakim 
się znaleźli. Znikła pustynia ze spieczonymi słońcem skałami. Równina, porośnięta szorstką- 
miejscami  sięgającą  ud,  miejscami  pasa  -  tamą,  przechodziła  w  oddali  w  łagodne  wzgórza. 
Trawiasty  ocean  kończył  się  na  skraju  jeziora,  które  rozciągało  się  po  horyzont  w  kierunku 
północnym.  Travis  zobaczył  tam  kępy  krzaków  i  niewielkich  drzewek.  Ledwo  dostrzegł 
poruszające się powoli kształty. Domyślił się, że to pasące się zwierzęta. 

Świeciło  słońce,  lecz  zimny,  porywisty  wiatr  chłostał  lodowatymi  biczami  półnagie 

ciało Travisa. Mężczyzna narzucił futro na ramiona, pozostali zwiadowcy poszli jego śladem. 
Przenikliwie  chłodne    powietrze  wręcz  ociekało  wilgocią.  Każdy  powiew  wiatru  niósł  ze 
sobą  nowe  zapachy,  których  Apacz  nie  potrafił  zidentyfikować.  Świat,  który  oglądał, 
wydawał  się  równie  surowy  i  ponury  jak  ten,  w  którym  Travis  żył  dotychczas,  lecz  była  to 
zupełnie inna surowość. 

Ashe  pochylił  się  i  przetoczył  na  bok  jeden  z  pobliskich  głazów,  odkrywając  małą 

skrzynkę.  Z  worka  z  zapasami  wyjął  trzy  miniaturowe  głośniki  i  wręczył  po  jednym  swym 
towarzyszom. 

-  Wetknijcie  je  do  lewego  ucha  -  polecił,  robiąc  tak  ze  swoim.  Nacisnął  klawisz  z 

boku  pudełka.  Natychmiast  rozległ  się  niski,  przenikliwy  dźwięk.  -  To  sygnał 
naprowadzający. Działa jak radar i w razie potrzeby sprowadzi nas tutaj.   

  - Co to takiego?   

background image

Na  północy  wykwitła  smuga  dymu  spychana  wiatrem  w  podłużny  ślad  szarobiałej 

pary. Z kształtu chmury Travis wywnioskował, że nie jest to pożar lasu, chociaż niewątpliwie 
ogień musiał być ogromny. 

Ashe spojrzał w górę, jakby od niechcenia. 
- Wulkan - stwierdził. -Ta część świata jeszcze nią zdążyła się ustatkować. Kierujemy 

się na północny zachód, wzdłuż brzegów jeziora. W ten sposób powinniśmy natrafić na wrak. 

Ruszył równym krokiem i Travis domyślił się, ze archeolog nie pierwszy raz odgrywa 

rolę prymitywnego łowcy. 

Mokra trawa pozostawiała krople zimnej wilgoci na nagich nogach wędrowców. Tuż 

przed ich przybyciem musiało porządnie lać. Gromadzące się na wschodzie chmury stanowiły 
zapowiedź nadciągającej burzy.                                                 

Kiedy oddalili się od wzgórza z transferem czasu, sygnał naprowadzający osłabł. Szli 

wzdłuż  brzegu  jeziora,  gęsto  porośniętego  bujną  roślinnością.  Zbliżyli  się  do  pasących  się 
zwierząt, ale nie na tyle, by móc rozpoznać gatunek 

  Pół  mili  od  północnego  krańca  jeziora  ujrzeli  jakiś  dziwny  przedmiot.  Głęboko  w 

ziemi  tkwiła  metalowa  półkula;  w  zaokrąglonym  boku  widniały  dwie  poszarpane  szczeliny. 
Pociemniała  ziemia  dokoła  była  z  rzadka  porośnięta  młodą  trawą.  Na  Travisie  szczególne 
wrażenie wywarły rozmiary przedmiotu; wydedukował, że jedynie jego połowa jest widoczna 
-o ile miał kształt regularnej kuli. Mimo to cześć wystająca ponad ziemię miała wysokość co 
najmniej sześciu pięter. Pojazd musiał być istnym monstrum, zbliżonym rozmiarami raczej do 
oceanicznego liniowca niż do największego nawet statku powietrznego. 

- Spójrzcie na to! - zawołał Ross. -Paskudne pęknięcie tam na górze. Pewnie powstało 

podczas lądowania... 

-  Albo  przed  lądowaniem.  -  Ashe  oparł  się  na  włóczni  i  z  uwagą  przyglądał  się 

kadłubowi. 

- W jaki sposób? 
-  Te  dziury  mogły  powstać  wskutek  pożaru.  Eksperci  to  ocenią,  Być  może  mamy 

przed  sobą  ofiarę  gwiezdnej  wojny.  Nadciąga  burza.  Chyba  będzie  lepiej,  jeśli  zatoczymy 
koło  na  zachód,  zachodząc  wrak  od  frontu,  i  znajdziemy  jakąś  kryjówkę  pośród  wzgórz. 
Jeżeli pierwsze raporty były precyzyjne, złapie nas ulewa, o jakiej nigdy nam się nie śniło!                                     

Ashe  przyspieszył  kroku,  przeszedł  w  trucht,  a  po  chwili  puścił  się  pędem  ku 

odległym wzgórzom. Aby jednak do nich dotrzeć, musieli obiec wąski kraniec jeziora. 

Kiedy ostrożnie przedzierali się przez bagnisty teren, zatrzymał ich krzyk. Rozległ się 

tuż przed nimi. Travis od razu pojął, że było to przedśmiertelne wołanie i że ten rozdzierający 
wrzask  nie  pochodzi  od  człowieka  ani  od  żadnego  zwierzęcia  z  jego  czasów.  Po  chwili 
usłyszeli  chrząknięcie,  jakie  mogło  się  wyrwać  z  piersi  gigantycznej  świni.  Tym  razem 
chrząkanie rozległo się za ich plecami! 

- Na ziemię! - krzyknął Ashe. 
Travis padł  w  grząskie błoto i przeczołgał się w  lewo. Chwilę później wszyscy trzej 

skryli się w kłujących zaroślach. Nie zwracali uwagi na kolce wbijające się im w ramiona i 
barki,  ponieważ  zajmowali  miejsca  w  pierwszym  rzędzie,  oglądając  szalony,  dziki  dramat, 
który całkowicie ich zahipnotyzował. 

Na  ziemi  leżało  sapiące  cielsko,  najwyraźniej  targane  śmiertelnymi  drgawkami. 

Długa, posklejana, żółta sierść była umazana krwią, Tuż za ofiarą ujrzeli drugą bestię. Travis 
bez  trudu  rozpoznał  tygrysa  szablozębnego.  Nieco  krótszy  od  afrykańskiego  lwa,  miał 
muskularne  łapy  i  potężne  barki,  świadczące  o  sile  zdolnej  poskramiać  większe  zwierzęta. 
Teraz jednak tygrys stanął oko w oko z gigantem... 

Przeciwnik,  którego  młode  właśnie  padło,  miał  ponad  pięć  metrów  wysokości. 

Oparłszy  się  na  grubokościstym  zadnich  łapach  i  potężnym  ogonie,  stanął  przed 
szablozębnym, wysuwając do przodu potężne łapy zwieńczone gigantycznymi pojedynczymi 

background image

pazurami. Podłużna głowa obracała się nad wąską klatką piersiową, a gęsta, brązowa grzywa 
falowała nieustannie. 

Kiedy drugi monstrualny leniwiec przyłączył się do walki, mężczyźni poczuli niesioną 

z wiatrem woń zwierząt. Tygrys szablozębny parsknął rozwścieczony. 

background image

 

4

 

 
Czyjaś  ręka  zacisnęła  się  na  ramieniu  Travisa,  odwracając  jego  uwagę  od 

rozpoczynającej  się  walki.  Ashe  wskazał  na  zachód.  Ross  już  czołgał  się  w  tym  kierunku. 
Wiatr wiał im w plecy, więc czuli fetor bestii, nie będąc jednocześnie narażeni na wykrycie. 

-  Wycofujemy  się  -  rozkazał  Ashe.  -  Nie  potrzeba  nam  tego  kota  na  szlaku.  Nie 

poradzi  sobie  z  dwoma  dorosłymi  leniwcami,  więc  będzie  o  jednego  rozczarowanego 
drapieżnika więcej. Niebawem zacznie szukać kolejnego posiłku. 

Ruszyli ostrożnie, oddalając się od pomruków tygrysa i pochrząkiwań leniwców. Nie 

wiedzieli, czy walka osiągnęła już etap wymierzania sobie ciosów. Travis wiedział, że jeżeli 
tygrys  jest  mądry  odejdzie.  Znając  zwyczaje  i  taktykę  lwów  górskich,  przypuszczał,  że  tak 
właśnie się stanie. 

-  No  dobra,  teraz  biegiem!  -  Ashe  zerwał  się  na  nogi  i  popędził  przez  otwartą 

przestrzeń. 

Ross  i  Travis  podążyli  jego  śladem.  Słońce  skryło  się  już  za  horyzontem,  a  szarość 

pod  zniżającymi  się  chmurami  przypominała  o  zapadającym  zmroku.  Sygnał  urządzenia 
naprowadzającego wydawał się teraz osamotniony i odległy. 

Wkrótce zbliżyli się do pasących się zwierząt Byty podobne do bizonów, miały jednak 

bardziej  zakrzywione  rogi.  Zwietrzywszy  woń  zwiadowców,  podrzuciły  pyski  w  górę  i 
pogalopowały  w  kierunku  północnym.  Pośród  prehistorycznych  bizonów  widać  było  też 
wielkogłowe  konie,  które  umaszczeniem  przypominały  zebry;  poruszały  się  równie  szybko, 
lecz z większą gracją, Bezsprzecznie był to raj dla myśliwych. 

Ulewa  nadciągnęła  od  południa.  Kaskady  wody  spadającej  z  nieba  otoczyły  ich  ze 

wszystkich stron. Travis zaczął się krztusić i sapać, z trudem walczył o oddech pod bezlitosną 
nawałnicą.  Jednak  zdołał  utrzymać  tempo  narzucone  przez  Ashe'a.  Zmierzali  ku  wzgórzom, 
teraz prawie niewidocznym za zasłoną deszczu. 

Zwolnili  na  łagodnym  zboczu  i  dwukrotnie  musieli  przeskakiwać  przez  rwące 

strumienie niosące nadmiar wody, jaki gromadził się powyżej. Błyskawica mignęła zaciekle, 
na  chwilę  rozświetlając  okolicę.  Ktoś  pociągnął  Travisa  w  lewo  do  prowizorycznego 
schronienia. 

Przykucnęli,  kryjąc  się  po  zawietrznej  stronie  skał.  Nie  była  to  co  prawda  jaskinia, 

lecz niewielka szczelina, zawsze jednak lepsza niż odsłonięte zbocze. 

-  Jak  długo  to  potrwa?  -  mruknął  Rosa,  Ashe  odpowiedział  bez  cienia  nadziei  w 

głosie: 

- Od godziny do kilku dni. Miejmy nadzieję, że szczęście nam dopisze. 
Zarzucili  na  ramiona  skórzane  peleryny  i  przylgnęli  do  siebie,  chroniąc  się  przez 

przenikliwym  chłodem.  Musieli  zapaść  w  krótką  drzemkę,  ponieważ  Travis  oprzytomniał 
nagle,  szarpnąwszy  głową.  Ruch  ten  przyprawił  go  o  ból  szyi  i  ramion.  Mimo  iż  wokół 
panowały ciemności, wiedział, że deszcz przestał padać. 

- Idziemy dalej? - zapytał. 
Odpowiedział  mu  rozdzierający  ryk.  Travis  miał  wrażenie,  że  pękają  mu  bębenki  w 

uszach.  Wbił  paznokcie  w  drewniany  trzon  włóczni,  nie  mogąc  zapanować  nad 
wzdrygnięciem, które targnęło jego ciałem, 

-  Jeśli  nie  chcemy  dostarczyć  kolacji  naszemu  koledze,  to  zmykamy  -  skomentował 

Ashe.  -  Ten  deszcz  prawdopodobnie  popsuł  komuś  polowanie.  Są  w  tej  okolicy  tygrysy 
szablozębne,  alaskańskie  lwy,  niedźwiedzie  jaskiniowe  i  kilku  innych  mięsożerców,  z 
którymi nie zamierzam się spotykać, dopóki nie będę miał do dyspozycji czołgu. 

-  Wesołe  miejsce  -  zauważył  Ross.  -  Rzekłbym,  że  naszemu  współtowarzyszowi 

siedzącemu na grani powyżej nie poszczęściło się tej nocy. Jest szansa, że zejdzie na dół, aby 

background image

nas spróbować? 

-  Jeśli  to  zrobi,  będzie  miał  całe  łapy  w  grotach  włóczni  -  odparł  Ashe.  -  Dopóki 

siedzimy w tej szparze, bez naszego przyzwolenia nic tu nie wejdzie. 

Travis  zarejestrował  z  ulgą,  że  kolejny  ryk  rozbrzmiał  z  większej  odległości. 

Oznaczało to, iż drapieżnik z pewnością nie przybył na wzgórza ich śladem. Deszcz zmył z 
trawy i ziemi wszelkie zapachy. Mężczyźni pozostali w bezpiecznej szczelinie, zesztywniali i 
zziębnięci. Od czasu do czasu poruszali nogami i rękami, żeby całkiem nie zdrętwieć i rano 
móc się poruszać. Wreszcie nadszedł świt 

Ledwie  Travis  wyczołgał  się  na  zewnątrz  i  rozprostował  obolałe  kończyny,  poranny 

mroźny  wiatr  wdarł  się  pod  połę  jego  okrycia.  Uznał,  że  aby  właściwie  przygotować  się  do 
wędrówki  po  plejstoceńskim  świecie,  trzeba  by  co  najmniej  miesiąc  trenować  na  mrozie  w 
samych szortach. Z zadowoleniem zobaczył, że ani Ashe, ani Ross nie wyglądali lepiej, kiedy 
wyłonili się z kryjówki. 

Z  worków  z  zapasami  wyjęli  pigułki  żywnościowe.  Travis,  mimo  że  znał  wartość 

energetyczną  tabletek,  zatęsknił  za  prawdziwym  mięsem,  gorącym  i  soczystym, 
wyciągniętym prosto z ogniska. Te tabletki były zupełnie bez smaku. 

- Ruszamy.- Ashe przetarł usta wierzchem dłoni i zarzucił sobie worek na plecy. Przez 

chwilę  obserwował  wzgórze,  wybierając  najlepsze  podejście.  Travis  już  szedł  pod  górę, 
lawirując między głazami. 

Kiedy dotarli na wierzchołek, odwrócili się, aby spojrzeć w dolinę. Gładka tafla wody 

zajmowała  połowę  niecki.  Travis  odniósł  wrażenie,  że  lustro  Wody  jest  teraz  bliżej  wraku 
statku niż wczoraj po południu. Podzielił się swoim spostrzeżeniem z Ashe'em, ten zaś skinął 
głową i wyjaśnił:                                 

- Woda musi się gdzieś gromadzić, a te deszcze zasilają wszystkie strumienie płynące 

w dół. To kolejny powód, dla którego musimy się pospieszyć. Chodźmy zatem.                                                   

Kiedy się odwrócili, aby podążyć wzdłuż linii wzgórz, Travis dostrzegł wąską smugę 

światła przedzierającą się przez chmury od zachodu. Spojrzał w dół, na drugą stronę wzgórz... 
Nie; nie mógł się mylić! To światło, choć słabe, odbijało się od jakiegoś punktu w dolinie. Od 
wody? Raczej nie, błysk był zbyt silny. 

Jego towarzysze również to dostrzegli. 
- Drugi statek? - zasugerował Ross. 
-  Jeżeli  tak,  to  nie  został  naniesiony  na  nasze  mapy.  Ale  przyjrzymy  się  temu. 

Zgadzam się, że błysk jest zbyt jasny jak na słońce odbijające się w wodzie. 

Czyżby ktoś ocalał z drugiej katastrofy? -zastanawiał się Travis. Jeśli tak, czy  rozbił 

tam  obozowisko?  W  ciągu  ostatnich  kilku  dni  Indianin  słyszał  dostatecznie  dużo,  aby 
zrozumieć, że jakikolwiek kontakt z pierwotnymi właścicielami statków galaktycznych może 
być bardzo niebezpieczny. Jeden z ich patroli ścigał Rossa przez wiele dni. Zwiadowca zdołał 
uciec przed umysłową kontrolą, jaką mu narzucili, świadomie przypalając sobie rękę w ogniu 
i dzięki bólowi opierając się ich żądaniu, aby się poddał. Obce istoty ze statku kosmicznego 
dysponowały niezrozumiałą dla ludzi mocą i uzbrojeniem. 

Zaczęli schodzić w dół. Poruszali się ostrożnie, kryjąc się za krzakami i głazami lub w 

skalnych  załomach.  Travisa  zdumiały  umiejętności  jego  towarzyszy.  Wcześniej  polował  na 
lwy, które zachowywały niezwykłą czujność i trudno je było podejść. Dzięki naukom Chato, 
który przekazywał mu wiedzę starych wojowników, umiał znakomicie czytać ślady. A jednak 
Ashe i Ross dorównywali mu w tym, co - jak zawsze uważał - było domeną czerwonoskórych 
a nie białych. 

W  końcu  dotarli  na  skraj  lasu.  Położyli  się  na  ziemi  i  ostrożnie  rozsunęli  trawę,  aby 

wyjrzeć  na  otwartą  prerię.  Pośrodku  doliny  spoczywał  sferyczny  Statek  W  porównaniu  z 
gigantem, którego widzieli poprzedniego dnia, wyglądał jak Pigmej. Wydawało się natomiast, 
że wylądował normalnie. W połowie kadłuba, w zakrzywionej części widniała ciemna dziura 

background image

otwartego luku, z którego zwisała drabina. Ktoś przeżył lądowanie i zszedł na ziemię!   

- Kapsuła ratunkowa? - spytał Ashe szeptem. 
-  Nie  przypomina  kształtem  tej,  którą  widziałem  wcześniej  -  odparł  Ross.-  Tamta 

wyglądała jak rakieta. 

Wicher  zaśpiewał  na  polanie.  Pod  jego  naporem  drabina  uderzała  w  bok  kadłuba.  Z 

podnóża  dziwnego  statku  poderwało  się  stado  ptaków.  Poruszały  się  niezdarnie,  trzepocząc 
skrzydłami  z  osobliwą  ociężałością,  Wiatr  niósł  słodkawy,  przyprawiający  o  mdłości  odór 
rozkładających się zwłok. 

  Ashe uniósł się nieco, bacznie obserwując zachowanie ptaków, i powoli ruszył przed 

siebie.  Warczenie  rozległo  się  tuż  przy  ziemi,  Włócznia  Travisa  zafurkotała  w  powietrzu. 
Umaszczona na brązowo czworonożna bestia wyskoczyła w gorę i zamachała łapami tylko po 
to,  by  za  chwilę  runąć  z  powrotem  w  trawę.  Tym  razem  więcej  padlinożerców  zatrzepotało 
skrzydłami i odskoczyło od swej uczty. 

To,  co  leżało  obok  drabiny,  przedstawiało  niemiły  widok.  Zwiadowcy  nie  potrafili 

stwierdzić na pierwszy rzut oka, ile ciał się tam znajduje. Ashe spróbował podejść bliżej, lecz 
wrócił po chwili blady,  z szeroko otwartymi ustami. Ross podniósł strzęp błękitnozielonego 
materiału.                                                                         

- Fragment kombinezonu łysych - zidentyfikował od razu. - To jedna z kilku rzeczy, 

których nigdy nie zapomnę. Co tu się stało? Jakaś walka? 

-  Cokolwiek  to  było,  zdarzyło  się  już  jakiś  czas temu.  -  Ashe,  siny  pod  opalenizną  i 

pomalowaną  skórą,  starannie  dobierał  słowa.  -  Nie  pochowano  ciał,  więc  sądzę,  że  cała 
załoga zginęła. 

- Wejdziemy do środka? - Travis położył rękę na drabinie. 
- Tak. Ale niczego nie dotykaj. Szczególnie żadnych urządzeń ani instalacji. 
Ross roześmiał się nieco histerycznie. 
- Mnie tego nie musisz przypominać. Proszę przodem, szefie. Wspięli się po drabinie 

za  Ashe'  em  i  weszli  do  wnętrza  statku  przez  otwór  w  burcie.  Kawałek  dalej  ujrzeli  drugie 
drzwi  -  podwójne,  grube,  o  ciężkich  zasuwach,  lecz  również  otwarte.  Ashe  popchnął  je  i 
znaleźli się w szybie, z którego wznosiły się w górę kolejne, podobne do drabiny schody. 

Travis spodziewał się, że w środku będzie ciemno ponieważ w zewnętrznej powłoce 

kuli  nie  zauważył  okien  czy  wylotów.  Ze  ścian  sączyło  się  jednak  błękitne  światło  kojące 
swym ciepłem. 

- Ten Statek wciąż żyje - skomentował Ross. - A jeśli jest nie tknięty...   
- To - dokończył miękko Ashe - mamy na swoim koncie wielkie znalezisko, chłopcy. 

Nie spodziewaliśmy się takiego szczęścia. 

Zaczęli  wchodzić  po  wewnętrznych  schodkach.  Dotarli  do  poziomu,  czy  raczej 

platformy  z  trzema  parami  owalnych  drzwi.  Ross  próbował  je  kolejno  otwierać,  lecz  żadne 
nie ustąpiły. 

- Zamknięte na klucz? - zapytał Travis.             
- Możliwe - odparł Ross. - Albo nie wiemy, jak się do nich zabrać- Idziemy na górę, 

szefie? Jeżeli ten statek jest zaprojektowany tak  jak tamten z doliny, to kabina nawigacyjna 
znajduje się na samej górze. 

-  Rzucimy  okiem,  ale  żadnych  eksperymentów,  pamiętajcie.  Ross  pogładził  się  po 

pokrytej bliznami ręce. 

- Nie zapomnę o tym. 
Drogie schody zaprowadziły ich przez otwór w podłodze do półkolistej kabiny, która 

zajmowała  całą.  gorę  statku.  Zanim  tam  weszli.  zrozumieli,  że  śmierć  przyszła  przed  nimi 
właśnie tą drogą. 

Znaleźli  tylko  jedno  ciało,  pochylone  do  przodu,  przytrzymywane  przez  pasy  fotela, 

który  zwieszał  się  na  sprężynach  i  linach  z  dachu.  Przed  sztywnymi  zwłokami  w   

background image

błękitnozielonym uniformie znajdowała się konsola pełna pokręteł, przycisków i dźwigni. 

-  Pilot.  Zginał  na  stanowisku.  -Ashe  podszedł  bliżej  i  pochylił  się  nad  ciałem.  -  Nie 

widzę żadnych ran. Załogę mogła dopaść jakaś epidemia. Nasi lekarze to zbadają, 

Nie  wnikali  w  sprawę  głębiej,  ponieważ  znalezisko  było  zbyt  ważne.  Musieli 

przekazać wieści o drugim statku Kelgarriesowi i jego przełożonym. Ross i Travis zeszli na 
dół. Ashe natomiast wciągnął drabinę do wnętrza kuli, a sam spuścił się po linie.   

- Spodziewasz się, że ktoś przyjdzie węszyć? - zapytał Ross. 
- Takie małe zabezpieczenie. Wiemy, że północną część tego kraju zamieszkują ludy 

prymitywne,  Dla  nich  wszystko,  co  dziwne,  to  tabu.  Mogą  okazać  się  wścibscy  i  zaczną 
zgłębiać to, co im dotąd nieznane. A wcale mi się nie uśmiecha, żeby ktoś znowu uruchomił 
nadajnik  i  wezwał  galaktyczny  patrol,  czy  jak  tam  się  zwali  ci  goście  w  błękitnych 
mundurach. A teraz musimy dostać się do transferu! 

Słabe  światło  wczesnego  poranka  stawało  się  coraz  bardziej  intensywne.  Robiło  się 

cieplej  i  wzrastała  wilgotność  powietrza,  w  miarę  jak  ciężka  od  rosy  trawa  pozbywała  się 
brzemienia  nocnych  opadów.  Podróż  przypominała  bieg  przez  rzekę  usianą  śliskimi 
kamieniami, tyle że tutaj mężczyźni mieli stały grunt pod stopami. Dysząc ciężko, dotarli na 
wzniesienie,  zbiegli  w  dół,  mijając  skalną  szczelinę,  w  której  skryli  się  przed  burzą,  i 
popędzili  na  równinę  jeziora,  okrążając  miejsce,  gdzie  ścierwojady  uwijały  się  przy 
szczątkach łupu tygrysa szablozębnego.   

Kiedy  dotarli  na  otwartą  przestrzeń  Ashe  zwolnił  i  machnięciem  ręki  dał  znak,  żeby 

się ukryć. Stado bizonów i koni, które wystraszy li zeszłej nocy, gnało ukośnie w stosunku do 
ich  szlaku.  Zwierzęta  najwyraźniej  uciekały  przed  jakimś  niebezpieczeństwem.  Znowu 
szablozębny? Zdawało się jednak, że bizony - tony ciężkich kości i mięśni uzbrojone w ostre 
rogi - mogły sobie poradzić z tym drapieżnikiem. 

Dopiero  gdy  wiatr przyniósł wysokie, odległe krzyki, Travis zrozumiał, że to ludzie. 

Prymitywni  tubylcy  jakimś  sposobem  spłoszyli  stado,  aby  podczas  biegu  odciąć  drogę 
słabszym osobnikom. 

Zwiadowcy stali nieruchomo, patrząc, jak coraz większy potok zwierząt przecina ich 

szlak wiodący do czasowego przekaźnika. Zanim dotarli do celu, główna część stada pędziła 
przed nimi; konie zgrabnie galopowały przed cięższymi od siebie bizonami. Teraz mężczyźni 
dostrzegli jeszcze innych myśliwych korzystających z ogólnego zamieszania. Pięć ciemnych 
kształtów  wystrzeliło  z  ukrycia  jakieś  sto  kroków  od  nich,  zamierzając  odłączyć  od  stada 
niewielkie cielę biegnące na skraju lawiny bizonów.       

- Wilki - stwierdził Ashe.   
Krępe  zwierzęta  q  dużych  głowach  z  zamkniętymi  pyskami  biegły  zakosami,  co 

świadczyło, że znają się na rzeczy. Dwa skręciły gwałtownie, aby zatopić zęby w szyi cielaka, 
podczas gdy pozostałe próbowały chwycić go za tylne nogi. 

-Ooooooou - yahhh! 
Dramat  rozgrywający  się  nieopodal  zaabsorbował  Travisa  na  tyle,  że  prawie 

zapomniał o rzeczywistości. Nie było szansy, aby ujrzeli łowców. W tym momencie jakiś koń 
chwiejnym  krokiem  minął  bizona,  który  starał  się  odwrócić  uwagę  wilków.  Koń  zwieszał 
nisko  głowę,  a  z  pyska  kapała  mu  krwawa  piana.  Z  brzucha  zwierzęcia  wystawało  drzewce 
głęboko  wbitej  włóczni.  Koń  podszedł  bliżej,  spróbował  unieść  łeb,  zachwiał  się  i  runął  na 
ziemię. 

Jeden  z  wilków  błyskawicznie  zwrócił  się  ku  nowej  ofierze,  rezygnując  z  walki  z 

cielakiem.  Chwilę  węszył  zaciekawiony  przy  wciąż  oddychającym  koniu,  po  czym  z 
warknięciem  rzucił  mu  się  do  gardła.  Wilk  przystąpił  do  uczty,  ale  właściciel  łupu 
błyskawicznie odpowiedział na tak jawną kradzież. 

Kolejna włócznia, lżejsza, lecz równie śmiercionośna i dobrze wycelowana, przecięła 

powietrze i ugodziła drapieżnika tuż za prawym barkiem. Wilk wykonał konwulsyjny skok i 

background image

padł  za  ciałem  konia.  Jednocześnie  błysnęły  inne  włócznie,  powalając  jego  towarzyszy  z 
watahy, a na końcu nękanego przez nich młodego bizona. 

Do  tej  pory  większość  uciekającego  stada  minęła  zwiadowców.  Na  stratowanej, 

czarnej  murawie  leżały  padłe  zwierzęta.  Zwiadowcy  przykucnęli.  Nie  mogli  snę  wycofać,  a 
nie chcieli ściągnąć uwagi łowców podchodzących do swoich ofiar.                                   

Naliczyli  około  dwudziestu  mężczyzn:  wszyscy  średniego  wzrostu,  śniadzi,  o 

czarnych,  sztywnych  włosach  przypominających  peruki.  Byli  odziani  w  skóry  przepasane 
parcianymi  pasami  i  sznurkami.  Travis  przekonał  się  na  własne  oczy,  jak  doskonale 
upodobniono go do myśliwych Folsom. 

Za  mężczyznami  podążała  liczniejsza  grupa  kobiet  i  dzieci  Wszyscy  zatrzymali  się, 

aby  oprawić  upolowane  zwierzęta.  Nie  można  było  stwierdzić,  czy  ci  mężczyźni  stanowili 
pełną  siłę  plemienia.  Teraz  nawoływali  się  hałaśliwie,  a  dwaj,  którzy  upolowali  wilki, 
wydawali  się  szczególnie  uradowani  Jeden  z  nich  przysiadł  na  piętach,  rozdziawił  pysk 
drapieżnikowi,  który  dobił  konia,  i  krytycznym  wzrokiem  zlustrował  kły.  Miał  na  piersiach 
naszyjnik  z  wilczych  kłów,  wiec  było  jasne,  że  zastanawia  się  nad  kolejnym  dodatkiem  do 
swojej ozdoby. 

Ashe położył rękę na ramieniu Travisa. 
- Do tyłu - szepnął mu do ucha. Pełznąc w trawie, wycofali się na sam skraj moczarów 

na  końcu  jeziora.  Stamtąd,  pokryci  mułem  i  błotem,  ruszyli  dalej,  oganiając  się  od  much  i 
innych  naprzykrzających  się  owadów.  Oddalali  się  od  miejsca  polowania,  starając  się 
pozostać niezauważeni, radzi, że członkowie plemienia są zaprzątnięci obfitością mięsiwa. 

Grupki drzew podobnych do wierzb płaczących dostarczyły lepszego ukrycia i w ich 

cieniu  zwiadowcy  znów  puścili  się  pędem,  aż  Ashe,  dysząc  ciężko,  zwolnił  przy  gęstych 
zaroślach. Travis rzucił się na ziemię twarzą w dół, czując ogień w piersiach. Ross runął obok 
niego.   

-  O  mały  włos  -  wysapał  pomiędzy  haustami  powietrza.  -  W  tym  interesie  człowiek 

nigdy się nie nudzi... 

Travis uniósł głowę i poszukał wzrokiem charakterystycznych punktów terenu. Zanim 

zwierzęta  i  nagonka  odcięły  im  drogę,  zmierzali  do  zamaskowanego  w  skałach  przekaźnika 
czasowego. Musieli jednak odbić na północ, aby  uniknąć spotkania z łowcami. A zatem cel 
ich wędrówki leżał gdzieś w kierunku południowo-wschodnim. 

Ashe klęczał, spoglądając w kierunku północnym, gdzie z równiny wystawał kadłub 

rozbitego statku. 

- Patrzcie! 
Stanęli koło dowódcy i obserwowali, jak  grupa łowców krąży  wokół wraku. Jeden z 

nich podniósł włócznię i dźgnął nią w metalową burtę.   

- Nie uszedł ich uwagi.-Travis rozumiał znaczenie tego faktu. 
- Co oznacza, że musimy pospieszyć się z tym mniejszym! Jeżeli go odkryją, zapewne 

spróbują go dokładniej zbadać. Czas ucieka. 

-  Między  nami  a  transferem  jest  otwarta  przestrzeń.  -  Travis  zauważył  to,  co  było 

oczywiste.  Aby  dotrzeć  do  odległej  grupki  skał,  musieli  wyjść  na  otwartą  przestrzeń,  gdzie 
tubylcy natychmiast by ich spostrzegli. 

Ashe patrzył na niego w zadumie. 
- Myślisz, że zdołasz się przemknąć nie zauważony? - spytał.   
Travis ocenił odległość i zlokalizował naturalne kryjówki wzdłuż najkrótszego szlaku. 
- Spróbuję - odparł. 

background image

 

 
Ruszył w kierunku wzniesienia, po którego południowej stronie znajdowały się głazy 

maskujące przekaźnik czasowy. Jakiś cętkowany kształt zbiegł mu z drogi, obnażając groźnie 
kły.  Wilk  potruchtał  do  martwego  bizona,  z  którego  kobiety  wybrały  już  najlepsze  części. 
Zwierzę obwąchiwało zdobycz, która trafiła mu się bez walki. 

Travis  posuwał  się  wzdłuż  łagodnego  stoku.  Czarny  pas  stratowanej  ziemi  został  na 

zachodzie, więc Apacz uznał, że to stosunkowo bezpieczne miejsce. Ale nieco dalej z przodu 
usłyszał  chrapliwy  odgłos.  W  niewysokich  krzakach  coś  się  poruszyło  i  za  chwilę  stanął 
oków  oko  z  samicą  bizona.  Złamana  włócznia  sterczała  z  barku  zwierzęcia.  Rana  nie  była 
śmiertelna, ale ból rozjuszył krowę. 

W  takiej  sytuacji  nawet  zwykła  łaciata  krasula  byłaby  groźna  dla  człowieka,  a  ten 

bizon był o jedną trzecią większy od znanych Transowi zwierząt tego gatunku. Tylko krzaki 
uratowały  Indianina  od  śmierci.  Krowa  zaryczała  i  zaszarżowała  na  niego  z  niewiarygodną 
prędkością. Rzucił się na lewo w dzikie jeżyny i upadł otoczony kolczastą gmatwaniną. Bizon 
minął go na tyle blisko, że szorstka sierść zadrapała wyciągniętą w locie rękę. 

Trans  szamotał  się  w  zaroślach,  przygotowując  najcięższą  ze  swoich  włóczni.  Czuł, 

jak  w  głowie  huczy  mu  od  ryku  krowy,  która  stanęła  i  zaczęła  się  obracać,  drąc  kopytami 
trawę  i  darń.  Trzon  włóczni  wystający  z  jej  barku  zaczepił  się  o  jedno  z  wielu  karłowatych 
drzewek. Zwierzę ryknęło po raz kolejny i rzuciło się gwałtownie do przodu, atakując gruby 
konar,  aż  złamana  włócznia  została  wydarta  z  ciała.  Krew  chlusnęła  z  otwartej  rany, 
wsiąkając  w  gęstą  grzywę  okalającą  łeb.    Travis  zyskał  czas,  aby  szybko  stanąć  na  nogi  i 
przygotować  włócznię.  Szeroki  łeb  naprzeciwko  niego  nie  stanowił  dogodnego  celu.  Apacz 
zdjął  z  pleców  worek  z  zapasami,  zamachnął  się  nim  i  rzucił  w  kierunku  pyska  zwierzęcia. 
Sztuczka  się  udała.  Bizon  zaszarżował  nie  na  człowieka,  ale  na  worek,  a  Travis  z  całej  siły 
wraził mu włócznię tuż za łopatkę. 

Pod  wpływem  ciężaru  bizona  i  impetu  szarży  trzonek  odłamał  się  od  ostrza.  Krowa 

opadła na kolana, zakasłała ciężko i po chwili ogromne cielsko przetoczyło się na bok. Travis 
przeskoczył nad zadem zwierzęcia, lękając się, że odgłosy walki mogły ściągnąć łowców. 

Większość pozostałej drogi przebył na  czworakach, przedzierając się ostrożnie przez 

zarośla.  W  końcu  przykucnął  za  skałą,  dysząc  ciężko,  niepomny  krwawiących  zadrapań  na 
ramionach i dłoniach. 

Przypadł do ziemi, spojrzał za siebie i zrozumiał, że postąpił mądrze, oddalając się od 

miejsca  walki.  Trzech  myśliwych  biegło  przez  równinę  w  kierunku  zarośli,  szykując 
włócznie. Poruszali się z ostrożnością sugerującą, że nie po raz pierwszy mają do czynienia ze 
zranionym zwierzęciem, które odłączyło się od uciekającego w popłochu stada. 

Penetrując zarośla, łowcy zbliżyli się do martwej krowy. Kilka sekund później Travis 

usłyszał  okrzyki  zdumienia.  Zrozumiał,  że  myśliwi  znaleźli  bizona.  W  następnej  chwili  ź 
jakiegoś  miejsca  na  wzgórzu  ponad  skałami  doszedł  przeciągły,  upiorny  skowyt.  Travis 
poruszył się niespokojnie. 

Włócznia, która musiał zostawić w cielsku krowy, przypominała broń tubylców - ale 

czy wyglądała na tyle podobnie, by uwierzyli, że zwierzynę upolował ich współplemieniec? 
Czy  ci  ludzie  mieli  system  indywidualnych  oznaczeń  broni,  taki,  jaki  mieli  jego 
współplemieńcy? Czy ruszą za nim po śladach? 

Klucząc, dotarł do skalnej szczeliny. Wcześniej zwiadowcy umieścili tam urządzenie 

alarmowe  -  małą  puszkę  umieszczoną  obok  urządzenia  naprowadzającego,  które  zahuczało 
mu  wprost  do  ucha.  Travis  przesunął  w  dół  dźwignię  w  pokrywie,  poruszał  nią  w  górę  i  w 
dół,  tak  jak  nauczono  go  poprzedniego  dnia.  Na  pustyni  z  końca  dwudziestego  wieku  to 
wezwanie  zostałoby  zarejestrowane  przez  kolejne  urządzenie,  przekazując  Kelgarriesowi 

background image

wiadomość o potrzebie spotkania. 

Travis  odszedł  kilka  kroków  od  skałek  i  rozejrzał  się  ostrożnie  dokoła.  Potem 

przywarł  do  wysokiego  głazu  i  nasłuchiwał,  nie  tylko  uszami,  lecz  wszystkimi  zmysłami 
wyczulonymi  na  odgłosy  dziczy.  Usłyszał  ostrzegawcze  kukanie  i  mocniej  ścisnął  nóż  w 
dłoni. Uniósł drugą rękę, aby chwycić wzniesione przedramię, równie brązowe i umięśnione 
jak  jego.  Przeciwnicy  zwarli  się  ze  sobą  pierś  w  pierś.  Woń  krwi  i  tłuszczu  uderzyła  w 
nozdrza Travisa. Nieznajomy zalał go potokiem niezrozumiałych słów. Apacz podniósł pięść, 
w  której  dzierżył  nóż.  Nie  chciał  dźgnąć  przeciwnika,  tylko  wymierzyć  mu  cios  w  szczękę. 
Głowa śniadoskórego odchyliła się raptownie w tył na lekko zgarbione plecy. 

Kiedy się rozdzielili, Travis poczuł, jak przez żebra przebiega mu silny dreszcz bólu. 

Zadał  kolejny  cios  w  szczękę  i  błyskawicznie  podniósł  kolano  do  góry,  gdy  przeciwnik 
skoczył  ku  niemu  z  nożem  w  dłoni.  Chciał  powalić  przeciwnika,  nie  robiąc  mu  przy  tym 
krzywdy. Myśliwy zachwiał się. Travis właśnie miał zadać ostatni, rozstrzygający cios, kiedy 
jakaś postać wyskoczyła zza skał i uderzyła tubylca w potylicę. Łowca osunął się na ziemię. 

Ross Murdock nie tracił czasu na wyjaśnienia. 
- Dalej. Pomóż mi go ukryć! 
Zdołali  wcisnąć  się  do  transferu,  trzymając  między  sobą  człowieka  Folsom.  Ross 

działał  szybko  i  skutecznie:  skrępował  mu  nadgarstki  i  kostki  u  nóg,  po  czym  wetknął 
kawałek wyprawionej skóry w rozchylone usta. 

Travis obejrzał krwawiącą ranę biegnącą w poprzek żeber i stwierdziwszy, że nie jest 

poważna, odwrócił się. Zobaczył przed sobą Ashe'a. 

- Wygląda na to, że zostałeś wybrany na trofeum dnia. - Ashe odsunął dłoń Apacza i 

krytycznie  ocenił  ranę.  -Będziesz  żył  -  stwierdził,  szperając  w  worku  z  zapasami.  Wyjął  z 
niego niewielkie pudełeczko z pigułkami. Rozgniótł jedną na dłoni i posypał ranę powstałym 
proszkiem. Drugą tabletkę kazał pacjentowi połknąć od razu. -Jak się tego nabawiłeś? 

Travis opisał przygodę z bizonem. 
Archeolog wzruszył ramionami. 
- Po prostu jedno z tych pechowych zdarzeń, z którymi trzeba się uczyć, Teraz mamy 

zmartwienie z tym kolegą. - Popatrzył posępnie na pojmanego. 

-  Co  z  nim  zrobimy?  -  Ross  pokręcił  głową.  -  Otworzymy  zoo  z  tym  tu  jako 

pierwszym eksponatem? 

- Przekazałeś wiadomość? - zapytał Ashe.   
Travis skinął głową. 
-  A  zatem  usiądziemy  i  poczekamy.  Gdy  się  ściemni,  wyniesiemy  go  na  zewnątrz, 

przetniemy więzy i zostawimy w pobliżu jednego z ich obozowisk. To najlepsze wyjście. Tak 
się nieszczęśliwie składa, że to plemię najwyraźniej maszeruje na zachód... 

- Na zachód! - Travis pomyślał o drogim statku kosmicznym. 
-  A  jeżeli  spróbują  wejść  na  pokład  kosmolotu?  -  Wydawało  się,  że  Ross  podziela 

niepokój  Apacza.-  Mam  przeczucie,  że  to  nie  będzie  zbyt  udana  wyprawa.  Od  samego 
początku kłopoty deptały nam po piętach. Ale powinniśmy mieć oko na ten drugi statek... 

- A w jaki sposób moglibyśmy uniemożliwić im jego zbadanie? - zapytał Travis.                                         
-  Miejmy  nadzieję,  że  podążą  za  tamtym  stadem  -  odpowiedział  Ashe.  -  Dla 

koczowników pożywienie jest bardzo ważne, więc będą się trzymać dobrego źródła zapasów. 
Ale obserwacja statku ma sens. Muszę tu zaczekać i zdać raport Kelgarriesowi. Wy natomiast 
zabierzecie  naszego  kolegę  na  spacer  i  będziecie  dalej  posuwać  się  wzdłuż  tamtej  grani, 
między  dolinami.  W  odpowiednim  czasie  moglibyście  ostrzec  naszych  ludzi,  żeby  nie 
wychodzili z ukrycia, gdyby plemię ruszyło w tamtą stronę.                   

Ross westchnął. 
- W porządku, szefie. Kiedy ruszamy? 
-  O  zmierzchu.  Nie  ma  sensu  zwlekać.  Gdy  zapadnie  zmrok,  pojawią  się  maruderzy 

background image

poszukujący łupu. 

- Maruderzy! - Ross uśmiechnął się krzywo. - Delikatnie powiedziane. Nie zamierzam 

spotkać się po ciemku z trzymetrowym lwem! 

-  Przy  świetle  księżyca  -  poprawił  łagodnie  Travis  i  usiadł  wygodnie.  Chciał  chwilę 

odpocząć przed dalszą wędrówką. 

Nocą nie tylko księżyc rozpraszał ciemności. Niebo roziskrzyło się odległym ogniem 

wulkanu - albo wulkanów. Travis przypuszczał, że aa północy płonie kilka gór. W powietrzu 
wyczuwało się nikły, metaliczny posmak, który Ashe przypisał erupcji mającej miejsce wiele 
mil stąd.               

Jakimś  cudem  udało  im  się  podnieść  jeńca  na  nogi  i  poprowadzić  miedzy  sobą. 

Najwyraźniej  kręciło  mu  się  w  głowie,  bo  kiedy  Travis  wyszedł  naprzód,  aby  przyjrzeć  się 
grupie koczującej przy ognisku, tubylec ponownie upadł na ziemię.   

Mężczyźni  i  kobiety  Folsom  raczyli  się  mięsiwem  lekko  osmalonym  w  płomieniach 

ogniska.  Apacz  wyczuł  woń  pieczeni  i  zapalał  żądzą  schrupania  skwierczącego  żeberka; 
wystarczyło  wpaść  znienacka  między  ucztujących.  Koncentraty  dostarczały  wprawdzie 
składników  odżywczych  niezbędnych  organizmowi,  lecz  nie  mogły  się  równać  z  głównym 
daniem uczty, której właśnie się przyglądał. 

W obawie, by nadmierny apetyt nie przyćmił jego czujności, przybiegł z powrotem do 

Rossa  z  informacją,  że  nie  zauważył  straży,  które  mogłyby  pokrzyżować  ich  prosty  plan. 
Zaholowali  jeńca  na  skraj  obozowiska,  zdjęli  mu  więzy,  wyjęli  knebel  z  ust  i  lekko  go 
popchnęli. Nie tracąc czasu, puścili się pędem, żeby uciec w bezpieczne miejsce. 

Jeżeli któryś z tubylców ruszył ich śladem, najwyraźniej nie trafił na właściwy trop i 

obydwaj bez kłopotów dotarli do grani. 

-  Mamy  nie  po  kolei  w  głowach  -  zauważył  Ross,  kiedy  wbiegli  na  ostatnie 

wzniesienie i znaleźli stosunkowo dobrą kryjówkę pod wiszącą skałą. Nie była to jaskinia z 
prawdziwego  zdarzenia,  lecz,  co  istotne,  miała  tylko  jedno  wejście  i  nadawała  się  do 
ewentualnej  obrony.  -  Nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  będzie  za  nami  galopował  po 
ciemku.                       

-  Po  ciemku?  -  zaprotestował  Travis,  spoglądając  na  północ.  Jego  podejrzenia  co  do 

aktywności  wulkanicznej  wzbudziła  purpurowa  barwa  nieba  i  woń  spalenizny  w  powietrzu. 
Ten spektakularny widok nie napawał Apacza pewnością siebie. Travis pocieszał się jedynie 
tym, że wiele mil dzieliło grań od tej gniewnej góry. 

Ross milczał. Travisowi przypadła w udziale pierwsza warta, więc jego kompan otulił 

się skórzaną peleryną i zasnął. 

Czuwali na zmianę. Kiedy Indianin wstał o świcie, zobaczył, że skały pokrywa cienka 

warstewka szarego pyłu. W tym samym momencie siarkowy podmuch buchnął mu prosto w 
twarz. Zakasłał ochryple. 

- Coś tam się dzieje na dole? - wycharczał. 
Ross potrząsnął głową, podając mu butelkę z wodą. Mały statek kosmiczny spoczywał 

spokojnie  na  ziemi,  a  jedyną  zmianą  w  scenerii  z  dnia  poprzedniego  była  zmniejszona 
aktywność padlinożerców pod otwartym lukiem. 

- Jak oni wyglądają, ci kosmici? - zapytał niespodziewanie Travis. 
Ku  jego  zdziwieniu  Ross,  którego  zaczął  już  uważać  za  pozbawionego  nerwów, 

zadygotał. 

-  Czysta  trucizna,  człowieku,  nigdy  o  tym  nie  zapominaj!  Widziałem  dwa  rodzaje: 

łysych  w  błękitnych  kombinezonach  i  takiego  z  porośniętą  sierścią  twarzą  i  spiczastymi 
uszami. Może i wyglądają jak ludzie, ale nimi nie są. I wierz mi, każdy, kto wchodzi w jakieś 
konszachty z tymi kolesiami w błękicie, to jakby prosił, żeby go przepuścić przez maszynkę 
do mięsa! 

-  Ciekawe,  skąd  pochodzą.  -  Travis  podniósł  głowę.  Na  ciemnym  niebie  lśniło  kilka 

background image

gwiazd  -  słabych  punkcików  światła.  Myślenie  o  nich  jako  o  słońcach  zasilających  inne 
światy, takie jak Ziemia - na których egzystowali ludzie a przynajmniej istoty przypominające 
ludzi - wymagało dużej wyobraźni. Ross machnął ręką w kierunku nieba. 

-  Wybieraj,  Fox.  Wielkie  umysły  zawiadujące  naszą  eskapadą  uważają,  że  wtedy  w 

zjednoczonym  tym  czy  owym  znajdowała  się  cała  konfederacja  różnych  światów...  - 
Zamrugał i roześmiał się. - Mówię “wtedy", a mam na myśli “teraz"! Te skoki w przód i w tył 
w czasie mieszają człowiekowi w głowie. 

- I jeśli ktoś przypadkiem wystartowałby tą maszyną, tam na dole, Wpadłby na nich? 
- Gdyby tak się stało, gorzko by tego pożałował! 
- Ale jeśliby wystartował w naszych czasach, wciąż by na niego czekali? 
Ross bawił się sznurkiem od worka z zapasami. 
- To jedno z wielkich pytań.  I nikt nie pozna właściwej odpowiedzi, dopóki my tam 

nie dotrzemy i nie przekonamy się na własne oczy. Dwanaście, piętnaście tysięcy lat to spory 
szmat  czasu.  Czy  znasz  jakąś  cywilizację,  która  przetrwała  choćby  ułamek  tej  liczby?  Od 
pomalowanych  łowców  aż  po  erę  atomu.  Tam  może  to  być  od  atomu  do  pomalowanych 
łowców - albo do nicości. 

- Chciałbyś polecieć i sam się o tym przekonać? 
Ross uśmiechnął się.                                                                         
- Raz natknąłem się na tych błękitnych kolesiów. Gdybym wiedział z całą pewnością, 

że już ich nie ma na którejś z gwiezdnych map, mógłbym odpowiedzieć na to pytanie “tak". 
Nie  chciałbym  się  z  nimi  spotkać  na  ich  rodzimej  ziemi.  I  nie  jestem  kosmonautą.  Ale  ten 
pomysł naprawdę trafia do człowieka. Oho... mamy towarzystwo 

Na północy, w dolinie zarejestrowali jakiś ruch. Na widok zwierząt, które wychodziły 

zza  drzew  wolnym,  wręcz  leniwym  krokiem,  Ross  aż  gwizdnął  z  podziwu.  Travis  był  nie 
mniej podekscytowany. 

Stado  bizonów,  pasiaste  konie,  tygrys  szablozębny  w  konfrontacji  z  gigantycznym 

ziemnym leniwcem - żadne z tych zwierząt nie mogło się równać z tymi, które teraz ujrzeli. 
Wzbudzały nie tylko podziw, ale i lęk. Sam ich widok paraliżował zwiadowców. 

- Mamuty!   
Giganty  pokryte  gęstą  sierścią,  z  potężnym  kręgosłupem  opadającym  od  olbrzymiej 

kopuły  czaszki,  poprzez  rozbudowane  barki,  aż  do  krótszego  zada,  zdawały  się  drwić  t 
rozmiarów drzew i innych elementów krajobrazu. Trzy sztuki, mierzące prawie pięć metrów 
w kłębie, górowały sad stadem. Dumnie nosiły przed sobą ogromne, ciężkie, zakręcone ciosy 
i  kołysały  trąbami  w  takt  niespiesznych  kroków.  Travis  nigdy  dotąd  nie  widział  bardziej 
majestatycznych  i  zarazem  niebezpiecznych  istot.  Patrząc  na  nie,  nie  mógł  uwierzyć,  że 
łowcy, których zlokalizował w drugiej dolinie, powalali mamuty za pomocą włóczni. Jednak 
co  rusz  odkrywano  nowe  dowody  potwierdzające  tę  tezę;  porozrzucane  kości  z  końcówką 
grota tkwiącą między gigantycznymi żebrami albo rozcinającą masywny kręgosłup. 

- Jeden... drogi... trzeci - Ross liczył półgłosem. - I mały...   
- Cielę - stwierdził Travis. Nawet z tym niemowlakiem nie odważyłbym się walczyć 

bez nowoczesnej strzelby w rękach. 

- Czwarty... piąty... Rodzinne przyjęcie? - zastanawiał się Ross. 
- Być może. Może przemieszczają się stadami? 
- Zapytaj o to wielkie umysły. Ooo! Spójrz na to drzewo! 
Przywódca  stada  prowadzący  dystyngowaną  paradę  oparł  masywną  głowę  o  pień; 

naparł na niego lekko i drzewo trzasnęło jak krucha gałązka. Z piskiem, który dotarł do uszu 
zwiadowców, cielę mamuta pospieszyło do przodu i zaczęło pracowicie obrywać liście trąbą, 
podczas  gdy  pozostali  członkowie  stada  patrzyli  na  to  z  charakterystyczną  dla  dorosłych 
pobłażliwością.                       

Ross  odsunął  z  oczu  kędziory  peruki.  -  Możemy  mieć  problem.  Co  będzie,  jeśli  nie 

background image

ruszą dalej? Nie sądzę, aby ktokolwiek odważył się pracować obok tych gigantów. 

-  Jeżeli  chcesz  je  pogonić  -  zauważył  Travis  -  nie  mogę  cię  powstrzymać. 

Prowadziłem już uparte krowy w stadzie, ale nie zamierzam tam schodzić i zarzucać lassa na 
któreś z tych stworzeń! 

- Mogą grzmotnąć w statek. 
- Zgadza się - przytaknął Travis. - A jak moglibyśmy je powstrzymać?     
Na razie jednak rodzina mamutów zdawała się usatysfakcjonowana skrajem doliny, co 

oznaczało,  że  od  statku  dzieliło  je  ćwierć  mili.  Po  godzinie  obserwacji  Ross  zacieśnił 
rzemienie sandałów i podniósł z ziemi włócznie.       

- Złożę raport. Może te chodzące góry odstraszą łowców... 
-  Albo  właśnie  ich  tu  ściągną  -  odpad  Travis.  -  Myślisz,  że  uda  ci  się  trafić  do 

transferu? Ross uśmiechnął się. 

-  Z  tego  szlaku  robi  się  zwyczajna  autostrada.  Przydałby  się  jakiś  gliniarz  do 

kierowania ruchem, albo nawet dwóch. Do zobaczenia... 

Travis  obserwował  oddalającego  się  Rossa.  Ponownie  próbował  określić,  co  czyniło 

Ashe'a i Rossa Murdocka tak odmiennymi od pozostałych członków ich rasy. Oczywiście już 
wcześniej  odczuwał,  przynajmniej  w  pewnym  stopniu,  ten  sam  brak  uprzedzeń  u  doktora 
Morgana. Dla Prentissa Morgana rasa i kolor skóry człowieka nie miały żadnego znaczenia - 
tak  naprawdę  liczył  się  wyłącznie  entuzjazm.  Morgan  rozłupał  skorupę  Travisa  Foxa  i 
wprowadził go do wielkiego świata. A wtedy ten świat zrobił się wrogi i Travis, podobnie jak 
wszystkie  pozbawione  skorup  stworzenia,  odczuł  to  boleśnie  na  własnej  skórze.  Wówczas 
umknął z powrotem do swojego świata, pozostawiając wszystko, nawet przyjaźń. 

Czekał, aż stary, wciąż tlący się płomień gniewu ożyje na nowo. Był w nim przez cały 

czas,  lecz  przytłumiony,  i  podobnie  jak  nocny  ogień  wulkanu,  zamienił  się  teraz  w  leniwy 
słup dymu pod  wstającym słońcem. Pustynia, którą jeszcze tydzień temu przemierzał w po-
szukiwaniu wody, wydawała mu się teraz nierealna. 

Rozmyślania  Travisa  przerwało  ogłuszające  trąbienie.  Indianin  nigdy  w  życiu  nie 

słyszał  bardziej  przerażającego  dźwięku.  Spojrzał  w  dół.  Największy  z  mamutów  stał  z 
uniesioną trąbą, najwyraźniej wyczuwając czyjąś obecność.                                                       

Zatrąbił powtórnie. Czyżby szablozębny na łowach? Lew alaskański? Jaka istota była 

dostatecznie  duża  albo  aa  tyle  zdesperowana,  by  podkraść  się  do  tej  chodzącej  góry? 
Człowiek? 

Jeżeli  jakiś  łowca  Folsom  czatował  w  ukryciu,  pewnie  czmychnął  czym  prędzej. 

Przywódca stada przemaszerował skrajem lasu i wywrócił kolejne drzewo, żeby dostać się do 
obwieszonych liśćmi gałęzi i schrupać je ze smakiem. Kryzys minął. 

Godzinę  później  Rosa  powrócił,  wiodąc  ze  sobą  ekipę.  Kelgarries  i  czterej  inni 

mężczyźni, wszyscy ubrani w zielono-brązowe maskujące kombinezony, przywarli do ziemi. 

- To nasze dziecię! - Twarz majora promieniała entuzjazmem, kiedy wypatrzył wrak. - 

Co możecie z nim zrobić, chłopcy? 

Jeden z członków ekipy zwrócił lornetkę w innym kierunku. 
-  Hej,  tam  są  mamuty!  -  zawołał.  Jego  towarzysze  jak  jeden  mąż  spojrzeli  w  tamtą 

stronę. 

- Owszem - warknął major. - Ale patrz na statek, Wilson. Zakładając, że jest w stanie 

nienaruszonym, czy moglibyśmy go przenieść w czasie? 

Mężczyzna  niechętnie  oderwał  wzrok  od  mamuciej  rodziny.  Przez  dłuższą  chwilę 

obserwował wrak. 

-  Będzie  trochę  roboty.  Największy  transfer,  jaki  kiedykolwiek  robiliśmy,  to  łódź 

podwodna...                                                             

-  Wiem!  Ale  to  było  dwa  lata  temu,  a  eksperymenty  Crawforoa  dowiodły,  że  siatkę 

napięciową można rozszerzyć, nie tracąc mocy; 

background image

Jeżeli uda się nam wziąć ten wrak od razu, bez demontowania i rozbierania na części, 

zrobimy krok naprzód o jakieś pięć lat! A wiesz, co to oznacza. 

- Ale kto tam zejdzie i zainstaluje ożebrowanie pod bacznym okiem tych wyrośniętych 

słoni? Musimy mięć czyste pole do pracy. 

-  Racja  -  odezwał  się  jeden  z  podwładnych.  Lornetka  ponownie  zwróciła  się  ku 

północy. - Tylko, jak przepłoszyć mamuty? 

-  To  zadanie  dla  zwiadowcy  -  rzekł  Ashe,  który  właśnie  dołączył  do  pozostałych. 

-Cóż,  przyznaję,  że  nie  przychodzą  mi  do  głowy  żadne  pomysły,  ani  mądre,  ani  głupie,  jak 
zmusić mamuty do długiego spaceru. Ale jesteśmy otwarci na propozycje. 

-  W  milczeniu  wpatrywali  się  w  skubiące  trawę  zwierzęta.  Nikt  nie  miał  żadnej 

propozycji.  Wyglądało  aa  to,  że  powstały  problem  daleko  wykraczał  poza  wszelkie  reguły 
postępowania ujęte w instrukcjach. 

background image

 

 
Potrzebujemy  tu  pola  minowego.  Takiego  jak  to  wokół  centrum  dowodzenia  - 

odezwał się Ross. 

-  Pola  minowego?  -  powtórzył  mężczyzna,  którego  Kelgarries  nazywał  Wilsonem.  - 

Pole minowe! - żachnął się. 

- Masz coś? - zapytał major. 
- Na pewno nie pole minowe - odparł Wilson. - Moglibyśmy zaminować teren, żeby te 

bestie  wyleciały  w  powietrze.  Nie  ma  sprawy.  Ale  zabrałyby  ze  sobą  statek.  Bariera 
dźwiękowa z kolei... 

-  Tak!  Zainstalujcie  ją  dokoła  statku  poza  waszym  obszarem  pracy.  -W  majora 

ponownie wstąpił ochoczy duch. - Czy to zajmie dużo czasu? 

- Musielibyśmy sprowadzić sporo sprzętu. Potrwa to dzień, może dłużej. Ale to jedyne 

sensowne rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy. 

- Dobrze. Dostaniecie niezbędne materiały! - obiecał Kelgarries. 
Wilson zachichotał. 
- Tak po prostu, hę? Bez narzekania na wydatki? Pamiętaj, nie zamierzam podpisywać 

żadnych  rozkazów,  z  których  za  jakieś  dwa  lata  będę  się  musiał  tłumaczyć  przed  nowo 
utworzoną komisją śledczą. 

-  Jeżeli  to  nam  się  uda  -  odparował  Kelgarries  -  nigdy  nie  będziemy  się  z  niczego 

przed nikim tłumaczyć! Człowieku, przetransportujesz ten statek w stanie nietkniętym, a cały 
projekt okaże się oszałamiającym sukcesem. 

Następne  dni  były  bardzo  pracowite.  Travis  wraz  z  Ashe'em  i  Rossem  patrolowali 

szeroki pas wzgórza i doliny, obserwując obozowiska koczujących myśliwych i zaznaczając 
dryfujące  stada  zwierząt.  Ludzie  Wilsona  budowali  w  dolinie  drugi  transfer  czasu  i  barierę 
dźwiękową. 

Bariera  dźwiękowa  -  niewidzialna,  paraliżująca  nerwy  ściana  impulsów  o  wysokiej 

częstotliwości  -  szczelnie  otoczyła  statek.  I  chociaż  sygnały  nie  docierały  do  ludzkich  uszu, 
napięcie,  jakie  wytwarzała,  zatrzymałoby  każdą  istotę,  która  zapędziłaby  się  w  obszar  jej 
oddziaływania. Rodzina mamutów wycofała się do małego lasku nieopodal. Ludzie pracujący 
we  wraku  nie  wiedzieli,  czy  zwierzęta  odeszły  na  skutek  wibracji  -  ale  liczył  się  fakt,  że  w 
ogóle odeszły. 

Tymczasem na każdej ścieżce prowadzącej do doliny zainstalowano kolejne nadajniki 

dźwiękowe, izolując w ten sposób obszar i zabezpieczając się przed jakąkolwiek inwazją. 

Wokół  statku  urosła  konstrukcja  z  prętów.  Obserwując,  z  jaką  ostrożnością  ekipa 

dopasowywała  poszczególne  elementy,  Travis  zrozumiał,  że  mieli  do  wykonania  niezwykle 
delikatne  i  trudne  zadanie.  Z  zasłyszanych  komentarzy  dowiedział  się,  że  właśnie  składano 
nowy  typ  transferu  czasu,  który  wielkością  przewyższał  wszystkie  dotychczasowe.  Jeżeli 
prace zakończą się sukcesem, nietknięty statek zostanie przetransportowany do dwudziestego 
wieku i poddany szczegółowym badaniom. 

Tymczasem druga ekipa ekspertów przeszukiwała wrak, zwracając baczną uwagę, aby 

nie doprowadzić do aktywacji żadnego z urządzeń, oraz przeprowadzała szczegółowe badania 
szczątków załogi. Medycy robili, co w ich mocy, aby znaleźć przyczynę śmierci przybyszów 
z  kosmosu.  Ostateczna  diagnoza  mówiła  o  nagłym  ataku  jakiejś  choroby  albo  o  zatruciu 
pokarmowym, nie zauważono bowiem żadnych ran. 

Przez kolejne cztery dni Travis, wyczerpany do granic możliwości, wracał wieczorami 

ze  zwiadu  i  siadał  zgarbiony  przy  ognisku  w  małym  obozie,  jaki  rozbili  na  wzgórzu  nad 
doliną, Metaliczny smak w powietrzu drażnił gardło i płuca przy każdym głębszym oddechu. 
Wciągu ostatnich dwóch dni aktywność wulkaniczna na północy wzmogła się. Którejś nocy 

background image

zbudził  ich  huk  wybuchu.  Zobaczyli,  że  jedna  z  gór,  na  szczęście  oddalona  wiele  mil  od 
obozowiska,  eksplodowała  ku  niebu.  Dwukrotnie  zalały  ich  potoki  ciepłego  deszczu,  a 
wilgotność  powietrza  i  gorąco  dorównywały  warunkom  panującym  w  tropikach.  Travis 
pomyślał,  że  będzie  bardzo  szczęśliwy,  kiedy  misja  wreszcie  się  skończy  i  opuszczą  ten 
błotnisty świat 

-  Widzisz  coś?  -  Ross  Murdock  odrzucił  na  bok  skórzaną  pelerynę  i  zakasłał 

chrapliwie po jednym z przesyconych siarką podmuchów wiatru.   

-  Chyba  migracja  -  stwierdził  Travis.  -  Stado  bizonów  odeszło  dalej  na  południe,  a 

myśliwi idą jego śladem. 

- Przypuszczani, że nie podobają te się te fajerwerki. - Ross wskazał na północ. - I nic 

dziwnego. Dzisiaj płonie tam las. 

- Widziałeś jakieś mamuty? 
- Nie tutaj. Poszedłem na północny wschód. 
- Kiedy oni tam skończą? - Travis oddalił się, by popatrzeć na statek. W dolinie unosił 

się  opar  mgły,  co  utrudniało  obserwację.  Dostrzegł  jednak,  że  ludzie  wciąż  pracują  na 
żelaznych rusztowaniach, spiesząc się, aby zwieńczyć szkielet czapą nałożoną na kulę. 

- Zapytaj któregoś z nich. Ta druga ekipa - medycy - skończyła swoją działkę dzisiaj 

po południu. Przeszli przez transfer jakąś godzinę temu. Przypuszczam, że jutro będą gotowi 
zainstalować  włącznik  na  tym  cacku.  Najwyższy  czas.  Mam  złe  przeczucia  co  do  tego 
miejsca... 

- Może słusznie. - Ashe wyłonił się z mgły. - Z północy nadciągają kłopoty. 
Travis zauważył, że archeolog nie ma peruki. Dostrzegł też długą, czerwoną smugę na 

ramieniu Ashe'a, przecinającą biały szew poprzedniej blizny - ślad po oparzeniu. Ross, który 
również to dostrzegł, zerwał się na nogi i podszedł do archeologa, aby przyjrzeć się ranie. 

-  Coś  ty  robił?  Próbowałeś  bawić  się  na  płonącym  okręcie?  -  Z  jego  głosu  przebijał 

niepokój. 

-  Źle  obliczyłem,  jak  szybko  będzie  płonąć  kępa  zielonych  drzewek  -  przy 

sprzyjających  warunkach.  Wczoraj  w  nocy  wierzchołek  góry  rzeczywiście  wyleciał  w 
powietrze,  a  wkrótce  może  nastąpić  powtórka.  Przesuwamy  się  bliżej  transferu.  I  możemy 
mieć gości... 

- Myśliwych? Widziałem, jak szli na południe...   
Ashe zaprzeczył ruchem głowy. 
- Nie, ale może byliśmy zbyt sprytni, instalując ekran dźwiękowy. Mamuty skupiły się 

w małej dolinie na północy. Jeżeli piekło, którego się spodziewam, rozpęta się właśnie teraz, 
bariery dźwiękowe nie powstrzymają zwierząt, tylko je rozjuszą. Możliwe, że ruszą prosto na 
nas.  Jeśli  tak  się  stanie,  Kelgarries  będzie  musiał  użyć  swojego  wielkiego  przekaźnika,  i  to 
szybko.               

Zwiadowcy  dotarli  do  dna  doliny  akurat  w  momencie,  kiedy  technicy  schodzili  z 

rusztowań  i  w  pośpiechu  kierowali  się  do  przekaźnika  czasowego.  Nie  zdążyli  dojść.  Świat 
wokół nich oszalał: płomienie, hałas, grzmoty na północy, wielki słup ognia sięgający nisko 
wiszących  chmur.  Jakaś  potężna  siła  zwaliła  Travisa  z  nóg,  a  ziemia  pod  nim  poruszyła  się 
złowróżbnie. Zobaczył, jak rusztowanie dokoła kuli chwieje się, usłyszał okrzyki i wołania. 

-  Trzęsienie...!  -  krzyknął  ktoś.  I  rzeczywiście,  wybuchowi  wulkanu  towarzyszyło 

trzęsienie ziemi Travis spojrzał w górę na rusztowanie, spodziewając się, że w każdej chwili 
pręty rozpadną się i runą na kopułę statku. O dziwo, choć struktura się chwiała, wciąż stała na 
swoim miejscu. 

W gęstniejącej mgle Kelgarries poprowadził swoich ludzi do transferu dla personelu. 

Travis zdawał sobie sprawę, że powinien do nich dołączyć, lecz to, co się działo, tak bardzo 
go zdumiewało, że nie mógł ruszyć się z miejsca. Nagle usłyszał krzyk. Rozpoznał ten głos. 
Zerwał się na nogi i pobiegł na pomoc. 

background image

Ashe leżał na ziemi. Ross pochylał się nad nim, próbując go podnieść. Travis podbiegł 

do duszących się od dymu mężczyzn. Na chwilę stracił poczucie kierunku. Gdzie jest transfer 
czasu? Dryfujący pył sprawiał, że powietrze i ziemia zlewały się w jedną, niewyraźną całość; 
możliwe, że dopadła ich burza śnieżna. 

  Doleciał go wrzask przerażenia, który z sekundy na sekundę przybierał na sile. Ujrzał 

jakiś  czarny  kształt,  rozmiarem  przewyższający  największe  potwory  z  koszmarów  nocnych. 
Doliną pędziły mamuty, dokładnie tak jak przewidział Ashe. 

-  Uciekamy!  -  Hoss  i  Travis  pociągnęli  archeologa  na  prawo.  Ashe  potykał  się,  idąc 

między nimi. 

Dotarli  do  rusztowania  i  przylgnęli  do  ściany  statku.  Jakiś  mamut  zaryczał  za  ich 

plecami.  Zaczynali  tracić  nadzieję,  że  na  czas  dotrą  do  przekaźnika  dla  personelu.  Ashe 
również  musiał  zdawać  sobie  z  tego  sprawę.  Odłączył  się  od  towarzyszy  i  posuwał  się 
dookoła statku. 

Travis  domyślił  się,  że  archeolog  szuka  drabiny  prowadzącej  do  otwartego  luku,  by 

schronić się wewnątrz statku. Po chwili usłyszał wołanie i zobaczył, że Ashe trzyma drabinę. 

Ross  wspiął  się  za  szefem,  podczas  gdy  Travis  przytrzymywał  niestabilną  drabinę. 

Zaczął  wchodzić,  kiedy  postać  Ashe'a  zamajaczyła  w  wejściu  powyżej.  Znów  usłyszał 
rozdzierający ryk mamuta. Po chwili wgramolił się przez luk. Padł na podłogę, dysząc ciężko 
i kaszląc. Czuł, jak drażniąca mgła wżera mu się w tkanki nosa i gardła. 

- Zamknij je! - Ktoś popchnął go, przeciskając się obok. Właz zamknął się z brzękiem. 

Teraz  po  mgle  pozostały  tylko  smużki,  a  zgięte  panujący  na  zewnątrz  utonął  w  absolutnej 
ciszy. 

Travis  zaczerpnął  powietrza,  które  tym  razem  nie  podrażniło  mu  gardła.  Błękitnawe 

światło  ze  ścian  statku  było  przyćmione,  lecz  nie  na  tyle  słabe,  żeby  nie  widział  dokładnie 
Ashe'a.  Archeolog  leżał,  opierając  głowę  i  ramiona  o  ścianę.  Na  czole,  którego  nie 
przesłaniała peruka, wykwitł mu wielki siniak. 

-  Przytulne,  bezpieczne  gniazdko  -  skomentował.-  Równie  dobrze  możemy  balować 

tutaj. 

- Tędy...-Murdock wskazał najbliższe drzwi. Bariery, zamknięte podczas ich pierwszej 

wizyty,  zostały  pootwierane  przez  techników.  W  kabinie  znajdującej  się  za  tymi  drzwiami 
znaleźli koję przymocowaną linkami do sufitu. Poprowadzili Ashe'a do kabiny i położyli go 
na koi. Travis ledwie zdążył się rozejrzeć, kiedy jakiś głos zagrzmiał u podnóża schodów. 

- Hej! Kto tam jest? Co tu się dzieje? 
Wspięli  się  do  kabiny  nawigacyjnej.  Przed  nimi  stał  żylasty,  młody  mężczyzna  w 

kombinezonie technika. Patrzył na nich szeroko otwartymi oczami.                                                 

- Kim jesteście? - spytał, cofając się z podniesionymi pięściami. Travis był całkowicie 

zdezorientowany, dopóki nie spojrzał w odbicie na lśniącej powierzchni tablicy sterowniczej: 
brudny,  półnagi  dzikus;  Ross  wyglądał  identycznie.  Technik  Z  pewnością  wziął  ich  za 
tubylców.  Murdock  zerwał  z  głowy  pokrytą  pyłem  perukę.  Travis  poszedł  jego  śladem. 
Technik wyraźnie się rozluźnił. 

- Jesteście agentami czasu - rzekł. - Co tu się w ogóle dzieje? 
- Jedna wielka rozpierducha. - Ross usiadł ciężko na obrotowym fotelu. Travis oparł 

się o ścianę. We wnętrzu zacisznej kabiny trudno było uwierzyć w katastrofę i zamieszanie na 
zewnątrz.  -  Nastąpiła  erupcja  wulkanu-kontynuował  Murdock.  -  I  szarża  mamutów.  ..  tuż 
przed tym, jak tu weszliśmy... 

Technik ruszył ku schodom. 
- Musimy dostać się do przekaźnika.   
Travis złapał go za ramię. 
-  Nie  ma  mowy  o  opuszczaniu  statku.  Na  zewnątrz  nic  nie  widać,  za  dużo  pyłu  w 

powietrzu. 

background image

- Ile brakowało do przetransportowania statku? - zapytał Ross. 
-  Z  tego,  co  wiem,  wszystko  było  gotowe  -  zaczął  technik  i  dodał  szybko:  -  Chcesz 

powiedzieć, że spróbują z nami w środku? 

-  Jest  taka  możliwość.  Póki  co,  tylko  możliwość.  Skoro  rusztowanie  przetrwało 

trzęsienie ziemi i szarżę mamutów... - Ross mówił słabym, zmęczonym głosem.-Poczekamy i 
sami się przekonamy. 

- Trochę możemy podejrzeć. - Technik podszedł do panelu i podniósł rękę z zamiarem 

dotknięcia jednego z przycisków. 

Ross wyskoczył z fotela jak sprężyna. Wpadł na mężczyznę i powalił go na podłogę. 

Urządzenie  zostało  jednak  włączone.  Z  konsoli  wyłonił  się  jakiś  dysk  i  zajaśniał.  Ponad 
głową oszołomionego i wzburzonego technika, który opierał się rękami i nogami o podłogę, 
zobaczyli wirującą mgłę pełną kurzu i pyłu, zupełnie jakby wyglądali przez okno na dolinę. 

-  Ty  głupcze!  -  Ross  stanął  nad  technikiem.  Jego  oczy  rzucały  gromy.-Niczego  tutaj 

nie dotykaj!                                           

      -  Mądry  się  znalazł...  -  Mężczyzna  podnosił  się  na  nogi.  Twarz  płonęła  mu 

czerwienią, gdy składał pięści do walki. -Wiem, co robię... 

- Patrzcie tam! - Okrzyk Travisa ostudził ich zapał, zanim zdążyli się zewrzeć. 
We  mgle  pojawiło  się  coś  więcej.  Tworzyło  się  powoli,  pręt  za  prętem,  kwadrat  za 

kwadratem;  żółtozielone  linie  światła  o  sile  błyskawicy,  pozbawione  jednak  jej 
zygzakowatego kształtu. Wzór rósł szybko, dominując nad szarością dryfującego pyłu. 

- Żelazna siatka! - Technik odbiegł od Rossa. Usiadł na jednym z foteli obrotowych, 

pochylił się w przód iż zaciekawieniem wpatrywał się w ekran. - Włączyli zasilanie. Próbują 
nas przenieść. 

Rusztowanie wciąż jaśniało. Nie mogli już na nie patrzeć, bo blask stał się oślepiający. 

Statek  zakołysał  się.  Kolejne  trzęsienie  ziemi?  A  może  coś  innego?  Zanim  Travis  zdążył 
trzeźwo pomyśleć, ogarnęło go niesłychanie dziwne uczucie, którego nie umiałby nazwać ani 
opisać.  Miał  wrażenie,  ze  jego  ciało  i  umysł  znalazły  się  w  jednej  chwili  w  stanie  wojny. 
Dyszał, wił się. Chwilowy dyskomfort, jakiego doświadczył podczas przejścia przez transfer, 
był  niczym  w  porównaniu  z  obecnymi  katuszami.  Próbował  znaleźć  jakąś  stabilizację  w 
rozpadającym się świecie. 

Gdy  się  ocknął,  leżał  na  podłodze.  Nad  nim  było  okno  z  widokiem  na  zewnątrz. 

Powoli  uniósł  głowę.  Czuł  się  tak,  jakby  został  pobity.  Ale  ten  widok  za  oknem...  nie  było 
tam  szarości...  pył  nie  opadał  jak  śnieg.  Wszystko  było  błękitne,  jasne,  metalicznie  błękitne 
-błękit,  jaki  znał  i  jaki  kojarzył  mu  się  z  bezpieczeństwem.  Stanął  chwiejnie  na  nogach, 
wyciągając rękę do tej obietnicy błękitu, ale wciąż przeważało poczucie niestabilności. 

- Zaczekaj! - Technik zacisnął palce na jego nadgarstku. Odciągnął Travisa od ekranu 

i spróbował wepchnąć go na jeden z foteli. Ross był dalej; ręka pokryta bliznami    zaciskała 
się  na  krawędzi  konsoli.  Jego  twarz  straciła  gniewny  wyraz.  Teraz  wyglądał  na 
zaciekawionego. 

- Co się dzieje? - zapytał szorstko. 
- Siadaj na tamtym fotelu! - rozkazał technik. - Zapnij pasy! Jeżeli to jest to, co mi się 

wydaje, koleś...  - Popchnął Rossa z powrotem na najbliższy fotel, a ten  posłuchał pokornie, 
jakby nie starł się z tym człowiekiem zaledwie przed kilkoma chwilami. 

  - Przenosimy się w czasie, tak? - Travis wciąż obserwował tę cudowną, kojącą plamę 

błękitnego nieba. 

-  Naturalnie.  Przenosimy  się.  Ale  jak  długo  tu  pozostaniemy?  -  Technik  podszedł 

chwiejnie do trzeciego fotela, tego, na którym kilka dni temu znaleźli martwego pilota. Usiadł 
tak gwałtownie, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa,                       

- Co chcesz przez to powiedzieć? - Ross zmrużył oczy gniewne spojrzenie wróciło.                                                   
-  Energia  siatki  zaktywowała  silniki.  Nie  czujesz  tych  wibracji  człowieku?  Według 

background image

mnie statek przygotowuje się do startu! 

- Co takiego? - Travis niemal wyskoczył z fotela. 
Technik pochylił się do przodu i wepchał go tam z powrotem 
- Nawet nie próbuj wydostać się stąd, chłopcze. Popatrz tylko! 
Travis spojrzał we wskazanym kierunku. Szyb, którym wspięli się do kabiny, był teraz 

zamknięty. 

- Włączono zasilanie - kontynuował technik. - Według mnie niebawem ruszamy.                                                                             
- Nie możemy! - zaczął Travis i zadrżał, zdając sobie sprawę ze protestuje na darmo.                                   
- Czy potrafisz coś zrobić? - spytał Ross, odzyskując panowanie nad sobą.                                                                   
Technik roześmiał się, zakasłał i przeciągnął ręką po konsoli. 
-  Ale  co?  -  zapytał  posępnie.  -  Wiem  tylko,  do  czego  służą  zaledwie  trzy  przyciski. 

Nie  ośmielaliśmy  się  eksperymentować  z  pozostałymi  bez  uprzedniego  demontażu  całej 
instalacji.  Sprawdzaliśmy  wszystko  krok  po  kroku.  Nie  mogę  niczego  zatrzymać  ani  uru-
chomić. Polecimy na Księżyc, czy tego chcemy czy nie. 

- A czy oni mogą coś zrobić? - Travis spojrzał na błękitną plazmę. Nie wiedział nic na 

temat maszyn, nie znał nawet podstaw mechaniki. Pozostawało mu jedynie mieć nadzieję, że 
gdzieś, jakimś cudem, ktoś położy kres temu horrorowi. 

Technik spojrzał na niego i znów zaśmiał się nerwowo. 
- Oni mogą tylko szybko uciec. Jeśli po naszym starcie powstanie zawirowanie, wielu 

fajnych facetów może dostać za swoje. 

Wibracje, które Travis wyczuwał wcześniej, przybierały na sile. Dochodziły nie tylko 

ze ścian i podłogi kabiny, ale, jak mu się zdawało, z powietrza, które łykał szybkimi, płynami 
haustami.  Panika  związana  z  całkowitą  bezradnością  przyprawiła  go  o  mdłości,  wysuszyła 
usta, ścisnęła trzewia przejmującym bólem. 

- Jak długo..? - usłyszał pytanie Rossa i zobaczył, jak technik potrząsa głową, 
- Możesz zgadywać równie dobrze jak ja. 
- Ale dlaczego? Jak? - zapytał Travis ochrypłym głosem. 
-  Ten  pilot,  ten,  którego  tu  znaleźli  siedzącego...  -  Technik  zabębnił  palcami  po 

krawędzi konsoli sterowniczej. "- Może ustawił aktywację statku, zanim nastąpiło zderzenie. 
Potem  transfer  w  czasie.  ..  ta  energia  wywołała  gdzieś  reakcję...  Ale  to  są  tylko  moje  do-
mysły.                                                                       

-  Ustawił  automatyczną  aktywację?  Po  co?  Dokąd  chciał  lecieć?  -  Ross  przesunął 

językiem po wargach, jakby chciał je zwilżyć.   

-Do domu. Mozę

 

o to chodzi, chłopcy! Przypnijcie się! 

Travis mocował się z pasami, w końcu niezdarnie przypiął się do fotela. On również 

poczuł ostatnie drganie towarzyszące wibracjom. 

Potem  przygniotła  go  jakaś  niewidzialna  ręka,  tak  duża  i  potężna  jak  stopa  mamuta. 

Fotel wyprostował się i zmienił w rozkołysane łóżko. Travis, zespolony z nim na dobre i złe, 
nie  mógł  oddychać,  myśleć  czy  zrobić  cokolwiek  więcej  ponad  odczuwanie;  musiał  jakoś 
wytrzymać  ból,  ciśnienie  miażdżące  ciało  i  kości.  Błękitny  kwadrat  stanowił  jedyne 
wytchnienie dla obolałych oczu. Potem była już tylko ciemność. 

background image

 

 
Travis  odzyskiwał  przytomność  powoli,  boleśnie,  świadom  wewnętrznych  obrażeń. 

Dopiero po jakimś czasu zdołał pozbierać myśli. Spróbował przełknąć ślinę i poczuł w ustach 
smak  krwi.  Miał  trudności  ze  skupieniem  wzroku.  Ekran,  ostatnio  błękitny,  teraz  stał  się 
matowoczamy. Travis drgnął i koja zakołysała się gwałtownie. Powoli, ostrożnie podniósł się, 
opierając na obydwu rękach. 

Na  kolejnej  wiszącej  koi  leżał  Ross  Murdock.  Dolną  część  jego  twarzy  pokrywała 

zaschnięta krew. Miał zamknięte oczy, a skóra pod mocną opalenizną i brodem wydawała się 
zielonobiała.  Technik  nie  wyglądał  o  wiele  lepiej.  W  kabinie  panowała  całkowita  cisza, 
żadnych  dźwięków  czy  wibracji.  Dopiero  gdy  sobie  to  uświadomiła  zaczął  mocować  się  z 
pasem bezpieczeństwa opinającym go w talii. Spróbował wstać. 

Próba  przyniosła  katastrofalne  skutki.  Travis  oderwał  się  od  oparcia,  lecz  jego  stopy 

nie dotknęły podłogi. Brak przyciągania spowodował, że mężczyzna wypadł z łóżka i uderzył 
o  krawędź  głównej  konsoli  sterowniczej  z  siłą,  która  wyrwała  mu  z  gardła  okrzyk  bólu. 
Zdjęty  paniką,  przytrzymał  się  konsoli  i  przesuwał  się  wzdłuż  niej,  dopóki  nie  dotarł  do 
technika. Próbował go ocucić a nie widząc żadnych efektów, zastosował bardziej stanowcze 
metody. 

W końcu nieprzytomny jęknął, odwrócił głowę i otworzył oczy. Wraz z powracającą 

świadomością rosło zdumienie i strach. 

- Co... co się stało? - wybełkotał. - Jesteś ranny? 
Travis otarł usta i brodę wierzchem dłoni, na której pozostała krew. 
- Nie mogę chodzić - odparł. - Unoszę się... 
- Unosisz się? - Technik wstał z mozołem i odpiął pasy. - A więc nie ma grawitacji! 

Jesteśmy w kosmosie! 

Fragmenty  czytanych  niegdyś  artykułów  odżyły  w  pamięci  Travisa.  Brak  grawitacji; 

nie  ma  dołu,  góry,  ciężaru...  Pomimo  mdłości  i zawrotów  głowy,  przytrzymując  się  konsoli 
minął  technika  i  dotarł  do  Rossa.  Murdock  zaczynał  się  poruszać,  a  kiedy  Indianin  położył 
rękę na jego fotelu, jęknął. Bezwiednie przebierał palcami nad klatką piersiową, jakby chciał 
ukoić ból. Travis delikatnie ujął go za zakrwawiony podbródek i przekręcał mu powoli głowę 
z boku na bok, dopóki szare oczy nie otworzyły się. 

-  Stało  się,  jesteśmy  w  kosmosie  -  Technik  Case  Renfry  tylko  kręcił  głową  w 

odpowiedzi  na  potok  pytań.  -  Posłuchajcie,  koledzy,  wynajęto  mnie  do  tego  projektu,  abym 
pomógł  ocenić  stan  wraku.  Nie  potrafię  sterować  żadnym  statkiem,  nie  mówiąc  o  tym,  a 
zatem musi mieć włączonego automatycznego pilota. 

-  Włączonego  przez  martwego  pilota.  W  takim  razie  powinien  wrócić  do  bazy 

-zasugerował ponuro Travis. 

-  Zapominacie  o  jednej  rzeczy.  -  Ross  usiadł  ostrożnie,  przytrzymując  się  obiema 

rękami  łóżka.  -  Baza  tego  pilota  znajduje  się  mniej  więcej  dwanaście  tysięcy  lat  w 
przeszłości. Przetransportowali nas w czasie, zanim wystartowaliśmy... 

- I nie możemy wrócić do siebie? - domyślił się Travis. 
-  Nie  radzę  dotykać  żadnych  przycisków  na  tej  konsoli  -  ostrzegł  Renfry,  kręcąc 

głową. -Jeśli rzeczywiście statkiem steruje automat, najlepiej poczekać, aż dotrzemy do celu 
podróży. Potem zobaczymy, co da się zrobić. 

-  Tyle  że  trzeba  wziąć  pod  uwagę  kilka  innych  rzeczy,  takich  jak  żywność,  woda, 

zapasy powietrza - zauważył Travis. 

- No tak, powietrze - powtórzył Ross ponuro. - Jak długo już lecimy? 
Renfry uśmiechnął się słabo. 
- Możesz zgadywać równie dobrze jak ja. Myślę, że z zapasem powietrza nie będzie 

background image

problemu.  Mieli  na  statku  fabrykę  tlenu,  a  Stefferds  mówił,  że  jest  ona  w  idealnym  stanie. 
Utrzymywali świeże powietrze dzięki jakiemuś gatunkowi alg w odizolowanej sekcji. Można 
popatrzeć,  ale  nie  ma  możliwości,  żeby  tam  wejść.  Oni  oddychali  mniej  więcej  taką  samą 
mieszanką jak my. Ale jeśli chodzi o żywność i wodę... lepiej, żebyśmy się rozejrzeli. Widzę 
ta trzy gęby do wykarmienia...                                                                                         

-  Cztery!  Jest  jeszcze  Ashe!  -  Ross  na  chwilę  zapomniał,  gdzie  się  znajduje,  i 

spróbował zeskoczyć z fotela. Popłynął przed siebie machając chaotycznie nogami i rękami, 
aż Renfry ściągnął go na dół. 

-  Tylko  spokojnie,  kolego.  Naciśniesz  niewłaściwy  przycisk  podczas  takiego 

nurkowania i możemy znaleźć się w jeszcze gorszych opałach. Kim jest Ashe? 

- To nasz dowódca. Położyliśmy go w kabinie poniżej. Potężnie rąbnął się w głowę. 
Travis  skierował  się  do  schodów  prowadzących  do  centralnej  części  kadłuba. 

Przeleciał  za  daleko  i  odbił  się  z  powrotem,  ale  zdołał  zacisnąć  palce  na  uchwycie  włazu. 
Otworzyli  klapę  i  zaczęli  posuwać  się  niezdarnie  w  kierunku,  który  Travis  wciąż  uznawał  - 
mimo sprzecznych dowodów wzrokowych - za “dół"; 

Zejście  do  serca  statku  wymagało  zręczności  i  wysiłku,  który  przyprawiał  ich 

posiniaczone i obolałe ciała o wyjątkowe katusze. Kiedy wreszcie dotarli do kabiny, znaleźli 
w niej Ashe'a o wiele lepiej zabezpieczonego przed siłą ciągu niż oni. Tylko spokojna twarz 
archeologa  wystawała  ponad  gęstą  masą  galaretowatej  substancji  wypełniającej  wnętrze 
przeszklonej koi. 

- Wszystko będzie z nim dobrze. Trzymają to coś w kapsułach ratunkowych. Służy do 

leczenia. Raz uratowało mi życie - stwierdził Ross. - Lek na wszystko. 

-  Skąd  tyle  wiesz?  -  spytał  Renfry.  Przez  chwilę  wpatrywał  się  w  Murdocka 

zaciekawionym  wzrokiem,  a  potem  dodał:  -  Hmm,  musisz  być  facetem,  który  spotkał  się  z 
Czerwonymi na tamtym statku!   

-    Tak. Ale teraz chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tym. Żywność, woda... 
Rozpoczęli  poszukiwania,  posuwając  się  ostrożnie  za  Rossem.  Z  każdą  minutą 

nabierali  przekonania,  że  przystosowanie  do  stanu  nieważkości  wymaga  żmudnej  i  ciężkiej 
pracy. Byli jednak zdeterminowani, by poznać wszystkie, najlepsze i najgorsze, strony swego 
położenia.  Technik  już  wcześniej  dotarł  do  najmniejszych  zakamarków  na  statku  i  teraz 
pokazał  im  jednostkę  odnowy  powietrza,  maszynownię  oraz  pomieszczenia  załogi. 
Skrupulatnie  przeszukali  miejsce,  które  prawdopodobnie  pełniło  funkcję  mesy  i  kuchni.  W 
ciasnym  pomieszczeniu  mogło  się  pomieścić  nie  więcej  niż  czterech  ludzi  -  lub 
humanoidalnych istot -naraz. 

Travis  zmarszczył  brwi,  patrząc  na  rzędy  opieczętowanych  pojemników  stojących  w 

szafkach.  Wyjął  jeden,  potrząsnął  nim  koło  ucha  i  w  nagrodę  usłyszał  charakterystyczne 
bulgotanie.  Przesunął  suchym  językiem  po  zakrwawionych  ustach.  W  pojemniku 
niewątpliwie  był  jakiś  płyn,  a  Indianin  nie  pamiętał,  kiedy  ostatnim  razem  całkowicie 
zaspokoił pragnienie. 

-  To  woda.  jeśli  chce  ci  się  pić.  -  Renfry  przyniósł  z  kąta  menażkę.  -  Mieliśmy  na 

pokładzie takie cztery i korzystaliśmy z nich w czasie pracy. 

Travis sięgnął po metalową butelkę, ale nie zdjął z niej zakrętki. 
  -  Nadal  masz  wszystkie  cztery?  -  Dobrze  znał  wartość  wody  i  cierpienie 

spowodowane jej brakiem. 

Renfry przyniósł pozostałe menażki i potrząsnął każdą. 
- Trzy wydają się pełne. W tej jest połowa...może trochę mniej 
- Będziemy musieli racjonować wodę. 
- Jasne - zgodził się technik. - Myślę, że są tu także koncentraty żywności. Czy i wy 

macie takie tabletki? 

- Ashe miał swój worek ż zapasami, prawda? - Travis zwrócił się do Rossa. 

background image

- Tak Lepiej sprawdźmy, ile kapsułek zostało.   
Travis spojrzał na tajemniczy pojemnik, który wydał z siebie    miłe bulgotanie. W tej 

chwili  oddałby  wiele  za  możliwość  podniesienia  przykrywki,  wypicia  zawartości  i 
zaspokojenia pragnienia. 

-  Możliwe,  że  będziemy  musieli    tego  spróbować.  -Renfry  wziął  pojemnik  od 

zwiadowcy i odstawił go na miejsce. 

-  Domyślam  się  że  spróbujemy  wielu  rzeczy  przed  końcem  tej  podróży,  jeżeli 

kiedykolwiek  się  skończy.  Póki  co  chciałbym  się  wykąpać  albo  przynajmniej  umyć.  -  Ross 
przyjrzał  się  z  wyraźnym  niezadowoleniem  swemu  podrapanemu,  na  wpół  nagiemu,  bardzo 
brudnemu ciału. 

- Z tym nie ma problemu. Chodźcie.   
Renfry  ponownie  zmienił    się  w  przewodnika,  prowadząc  ich  do  małego 

pomieszczenia za mesą. 

- Stań na tym. Może uda ci się utrzymać w jednym miejscu. - Wskazał na jakieś pręty 

wystające  ze  ściany.  -  Stopy  postaw  na  tym  okrągłym  dysku,  a  potem  naciśnij  okrąg  w 
ścianie. 

- Co się wtedy stanie? Pieczesz się czy gotujesz? - zapytał podejrzliwie Travis. 
- Nic z tych rzeczy. To naprawdę działa. Sprawdzaliśmy wczoraj na śwince morskiej. 

Potem  korzystał  z  tego  Harvey  Bush,  kiedy  oblał  się  olejem.  To  urządzenie  przypomina 
prysznic. 

Ross  szarpnął  za  sznurki  od  kiltu  i  zdjął  sandały;  po  każdym  gwałtownym  ruchu 

lądował na ścianie. 

-  W  porządku.  Jestem  gotów.  Teraz  mogę  spróbować.  -  Postawił  stopy  na  dysku, 

utrzymując  się  w  jednym  miejscu  za  pomocą  drążków,  i  nacisnął  okrąg.  Spod  krawędzi 
podłogi uniosła się mgiełka i otoczyła mu nogi, stopniowo wznosząc się coraz wyżej. Renfry 
zamknął drzwi. 

- Hej! - zaprotestował Travis. - On się zagazuje! 
- Wszystko w porządku! - doleciał ich głos Rossa. - A nawet lepiej niż w porządku! 
Kiedy  po  kilku  minutach  wyszedł  z  zamglonej  kabiny,  na  jego  ciele  nie  było  widać 

śladów krwi i brudu. Co więcej, zadrapania, przedtem zaognione, zmieniły się w nikłe różowe 
linie. Ross uśmiechał się. 

-  Luksusy  jak  w  domu.  Nie  wiem,  co  to  za  substancja,  ale  czyści  aż  do  drugiej 

warstwy skóry i jest naprawdę przyjemna. To pierwsza dobra rzecz, jaką tutaj znaleźliśmy. 

Travis  z  ociąganiem  ściągał  swój  kilt.  Wcale  mu  się  nie  uśmiechała  kąpiel  w  tej 

kosmicznej  łaźni,  ale  równocześnie  bardzo  chciał  się  umyć.  Ostrożnie  stąpnął  na  dysk  na 
podłodze,  potem  stanął  całymi  stopami  i  nacisnął  kółko.  Wstrzymał  oddech,  kiedy  gazowa 
substancja zaczęła go otaczać. 

Po  chwili  zorientował  się,  że  to  nie  gaz.  Tajemnicza  substancja  miała  więcej  cech 

ciała  stałego  niż  para.  Odniósł  wrażenie,  jakby  zanurzył  się  w  powodzi  spienionych 
bąbelków,  które  ocierały  się  i  ześlizgiwały  z  jego  skóry  ze  stałym  naciskiem  energicznego 
wycierania  ręcznikiem.  Rozluźnił  się  i  zamknąwszy  oczy,  zanurzył  głowę.  Poczuł  delikatne 
muskanie na twarzy; ból spowodowany zadrapaniami i stłuczeniami szybko ustępował. 

Kiedy  bąbelki  opadły,  Travis  wyszedł  z  pomieszczenia.  Zobaczył  Rossa,  który 

właśnie  ubrał  się  w  błękitnozielony  kombinezon,  ściśle  przylegający  do  ciała.  Kombinezon 
był jednoczęściowy, a fragment zakrywający stopy miał grube gąbki, które łagodziły stąpanie. 
Ross podniósł z podłogi zawiniątko z drugim kombinezonem i rzucił je Apaczowi. 

- Wymogi tego domu - rzekł. - Nigdy nie przyszło mi do głowy, że jeszcze kiedyś coś 

takiego założę. 

- Ich mundury? - Travis przypomniał sobie martwego pilota. - Co to jest? Jedwab? - 

Powiódł dłonią po śliskim materiale, którego nie potrafił zidentyfikować. Zafascynowała  go 

background image

gra kolorów: błękitnego, zielonego i lawendowego - przy poruszeniu zmieniały się odcienie. 

-  Tak.  Ma  swoje  zalety.  Daje  ochronę  na  wypadek  zimna  i  gorąca.  Z  drugiej  strony, 

łatwo go zauważyć. 

Travis znieruchomiał z ręką włożoną do połowy prawego rękawa. 
- Zauważyć? 
-  No  cóż,  ścigali  mnie  przez  jakieś  pięćdziesiąt  mil  po  dość  nieprzyjaznym  terenie, 

ponieważ  miałem  na  sobie  jeden  z  tych  kombinezonów.  Próbowali  również  wtargnąć  do 
mojego umysłu. Pewnej nocy zbudziłem się, idąc prosto w łapy tych chłopców. 

Travis wpatrywał się w Rossa szeroko otwartymi oczami, ale nie wątpił, że Murdock 

mówi serio. Spojrzał na jedwabisty materiał i poczuł nagły impuls, żeby zerwać kombinezon 
z ciała. 

-  Gdybyśmy  byli  we  właściwym  czasie,  nie  dotknąłbym  tego  nawet  kijem  - 

kontynuował Ross z kwaśnym uśmiechem. - Ale skoro jesteśmy oddaleni o kilka tysięcy lat 
od  prawowitych  właścicieli,  zaryzykuję.  Tak  jak  mówiłem,  te  kombinezony  naprawdę  mają 
pewne zalety. 

Travis  pozapinał  się  szybko.  Materiał  był  miły  w  dotyku,  dawał  trochę  ciepła  i  koił 

prawie tak, jak spienione bąbelki, które oczyściły i doenergetyzowały wyczerpane ciało. 

Uczyli  się  poruszać  w  stanie  nieważkości.  Wkrótce  szło  im  to  zupełnie  dobrze. 

Przemieszczali się, wykonując ruchy jak przy pływaniu, i wciągali się po licznych poręczach. 
Gdyby nie to, że statek zmierzał w nieznane, ich obecne położenie miało wiele pozytywnych 
aspektów. Godzinę później wszyscy zebrali się w kabinie sterowniczej. 

Ashe,  który  po  kuracji  w  kabinie  kąpielowej  poczuł  się  znacznie  lepiej,  objął 

dowództwo. Renfry był jedyną nadzieją zwiadowców. Technik nie miał jednak zbyt wiele do 
zaoferowania. 

-  Tuż  przed  śmiercią  obcy  musiał  zaprogramować  kurs  powrotny.  Nie  widzę  innego 

rozsądnego  wytłumaczenia.  Kiedy  prowadziliśmy  badania,  mój  szef,  bazując  na  tym,  czego 
dowiedział się z taśm zabranych z kwatery rosyjskiej, odkrył trzy instalacje. Jedna umożliwia 
obserwację  tego,  co  się  dzieje  na  zewnątrz.  -  Wskazał  ekran,  który  ożył  błękitem  na  kilka 
drogocennych sekund poprzedzających niechciany start. - Kolejna tworzy wewnętrzny system 
komunikacyjny.  No  i  wreszcie  trzecia.  Ta.  -  Przesunął  dźwignię  do  końca.  Na  tablicy 
zamrugały  trzy  światełka  i  niespodziewanie  ponad  głowami  usłyszeli  głos  mówiący  w 
niezrozumiałym języku. 

- A to co takiego? - Ashe z zainteresowaniem obserwował światła. 
-  Broń!  Mamy  teraz  otwarte  cztery  wejścia,  a  w  każdym  działo  gotowe  do  strzału. 

Szef domyślał się, że był to, a raczej jest, mały wojskowy statek zwiadowczy albo policyjny 
patrolowiec. - Przesunął dźwignię z powrotem i światełka zgasły. 

- Nie przyda się nam ta broń - skomentował Ross. - Jakie mamy szansę na powrót do 

domu? 

  Renfry wzruszył ramionami. 
-  Póki  co,  nie  widzę  żadnej.  Szczerze  mówiąc,  boję  się  dłubać  w  tych  urządzeniach, 

kiedy jesteśmy w kosmosie. Istnieje zbyt duże ryzyko, że zatrzymamy się i nie ruszymy ani 
do przodu, ani do tyłu. 

-  Brzmi  sensownie.  W  takim  razie  musimy  lecieć  do  miejsca,  na  które 

zaprogramowany jest autopilot? Renfry skinął głową. 

-  Ta  technologia  jest  bardziej  zaawansowana  i  statek  znacznie  się  różni  od  naszych 

samolotów.  Gdybym  miał  czas  i  siedział  sobie  bezpiecznie  na  Ziemi,  może  zdołałbym 
rozpracować silniki. Ale zaraz potem stanąłbym przed kolejnym dylematem: co wprawia je w 
ruch. 

- Napęd jądrowy? 
-  Niewykluczone.  Napęd  może  być  atomowy,  ale  nie  zdołam  tego  ustalić.  Silniki  są 

background image

całkowicie ukryte. 

-  A  cel  podróży  może  znajdować  się  gdziekolwiek  we  wszechświecie  -  odezwał  się 

Ashe. - Oni musieli znać sposób na skoki w przestrzeni. Podróże nie mogły trwać setek lat. 

Renfry, wyraźnie rozdrażniony, przyglądał się rzędom przycisków i dźwigni. 
- Mogli dysponować wszystkim, co byłby w stanie wyobrazić sobie dobry pisarz, ale 

nie dowiemy o tym, aż coś zadziała, albo nie zadziała! 

-  Niezła  perspektywa.  -  Ashe  wstał.  -  Myślę,  że  powinniśmy  teraz  dokładnie  zbadać 

nasz obecny dom. 

Znaleźli  trzy  małe  kabiny  mieszkalne  -  każda  z  dwoma  kojami.  Eksperymentując  z 

panelami ściennymi, natknęli się na odzież i rzeczy osobiste załogi. Travisowi nie podobało 
się  opróżnianie  płytkich  szafek  i  zagarnianie  rzeczy  zmarłych.  Z  chęcią  uczestniczył 
natomiast w polowaniu na wskazówki, które dla obecnych pasażerów mogły oznaczać życie 
albo  śmierć:  Otworzywszy  ostatnią  szufladkę,  ujrzał  obiecujący  błysk.  Podniósł  śliski 
prostokątny  przedmiot,  w  dotyku  przypominający  szkło.  Na  pierwszy  rzut  oka  był 
mlecznobiały i gładki, lecz kiedy obrócił go z zaciekawieniem, dostrzegł drobne, błyszczące 
żółte punkty na krawędzi, które mogły być jakimiś klejnotami otaczającymi osobliwą ramką 
nie obrazek, ale pustkę. 

Obrazek! Gdyby nosił przy sobie jakieś zdjęcie, co by przedstawiało? Rodzinę? Dom? 

Przyjaciół?  Wpatrywał  się  w  pustkę  w  obrębie  ramki.  Pustkę?  Tam  coś  było!  Na 
powierzchnię sączył się kolor, kształty stawały się coraz bardziej wyraźne. Zdezorientowany, 
prawie przerażony, Travis obserwował zadziwiające zjawisko. 

Teraz naprawdę patrzył na obrazek - znajomy widok pustyni i gór. Hmm, możliwe, że 

stał na urwisku i patrzył w kierunku kanionu Czerwonego Konia! Jak to możliwe, żeby jakiś 
obcy, który żył dwanaście tysięcy lat temu, miał pośród rzeczy osobistych zdjęcie rodzinnego 
kraju Travisa? To niewiarygodne! Nierealne! 

- Co to jest, synu? - Ręka Ashe'a na jego ramieniu była bardzo realna, głos wydawał 

się  ciepły  w  porównaniu  z  chłodem  ogarniającym  Travisa,  w  miarę  jak  wpatrywał  się  w 
trzymany  w  ręku  przedmiot,  przedmiot,  który,  mimo  znanego  piękna,  był  czymś  złym, 
okropnym... 

- Zdjęcie... - wymamrotał. - Zdjęcie mojej ziemi rodzinnej. 
Tutaj. 
-  Co  takiego?  -  Ashe  pochylił  się  i  z  okrzykiem  wyrwał  Travisowi  z  rąk  dziwny 

przedmiot. Apacz potarł spocone dłonie o biodra, starając się zetrzeć wspomnienie dotyku. 

Archeolog, patrząc na pustynny krajobraz, krzyknął ponownie. Obraz bladł, a barwy 

pochłonęła biel. Zarysy urwisk i gór zniknęły. Ashe podniósł ramkę w obu dłoniach. Teraz w 
jej głębi znów coś zawirowało, scena nabierała nowej ostrości. 

Tyle że nie była to już pustynia, lecz las wysokich, zielonych drzew. Travis rozpoznał 

sosny. Poniżej znajdował się pas szarobiałego piachu, a dalej fale, które unosiły się wysoko i 
spienione rozbijały o poszarpane skały. Nad niespokojną wodą wisiały białe ptaki. 

-  Safeharbour!  -  Ashe  usiadł  raptownie  na  koi  i  obraz  zatrząsł  się  w  jego  drżących 

dłoniach. - To plaża przy moim domu w Maine! -W Maine, naprawdę! Safeharbour, Maine! 
Ale jak się tu znalazła? -Na jego twarzy malowało się zdumienie. 

- Mnie również pokazał dom rodzinny - powiedział wolno Travis. - A teraz tobie inną 

scenę.  Być  może  istocie,  która  kiedyś  mieszkała  w  tej  kabinie,  też  pokazywał  dom.  To  z 
pewnością  magiczny  przedmiot.  I  nie  chodzi  tu  o  magię,  jaką  twoja  rasa  zaprzęgła  do  speł-
niania woli, ani o taką, jaką znali moi przodkowie. 

Myśl,  że  ten  przedmiot  zaskoczył  także  białego  człowieka,  rozproszyła  początkowy 

strach Travisa. Ashe podniósł wzrok i spojrzał na Apacza. Powoli pokiwał głową. 

- Wydaje mi się, że masz rację. Co oni znali, ci ludzie? Jakie cuda znali! Musimy się 

dowiedzieć, czego tylko się da, podążyć ich śladem. 

background image

Travis zaśmiał się nerwowo. 
- Ich śladem to my podążamy, doktorze Ashe. A co do nauki, no cóż, zobaczymy. 

background image

 

8

 

 
W wąskim korytarzu pojawiła się jakaś postać. Opatrzone poduszeczkami stopy ledwo 

dotykały podłogi. W bezczasowym wnętrzu statku kosmicznego, gdzie nie było zmiany dnia 
w noc, Travis musiał długo czekać na ten szczególny moment. Zaczął odpinać pas. 

Zapasy wody podzielili na ścisłe racje i tak samo zrobili z kapsułkami zawierającymi 

koncentraty  żywności.  Lecz  jutro,  czy  w  kolejnym  okresie  przebudzenia,  który  umownie 
nazywali “jutrem", pozostaną im tylko cztery małe porcje. Travis zdawał sobie z tego sprawę. 
Pamiętał  “również,  co  powiedział  Ross  w  dniu,  w  którym  omawiali  potrzebę 
eksperymentowania z zapasami żywnościowymi obcych. 

- Case Renfry - rzekł Murdock - nie zamierza być królikiem doświadczalnym. Jeżeli 

kiedykolwiek mamy dowiedzieć się, co wprawia w ruch ten pojazd i jak go zawrócić, to tylko 
dzięki  niemu.  A  ty,  szefie  -  spojrzał  na  Ashe'a  -  masz  najbystrzejszy  umysł.  Musisz  mu 
pomóc. Może uda ci się zlokalizować jakąś instrukcję obsługi. 

Przeglądali  znalezione  w  kabinach  materiały.  Przedmioty  podobne  do  znikającego 

obrazka  odłożyli  na  bok  w  nadziei,  że  Ashe,  dzięki  swemu  doświadczeniu  w  penetrowaniu 
pradawnych tajemnic, po głębszej analizie zrozumie ich działanie. 

- Natomiast rozwiązanie problemu żywności - kontynuował Ross - należy powierzyć 

ochotnikowi... czyli mnie. 

Travis milczał, lecz on również miał pewien plan. Rozumiał sens wywodów Rosa, ale 

jego  wniosek  różnił  się  od  konkluzji  Murdocka.  Z  czterech  mężczyzn  na  pokładzie  to  on,  a 
nie  Murdock,  był  najbardziej  bezużyteczny.  A  historia  jego  ludu  dowodziła  niezbicie,  że 
Apacze mieli najbardziej wytrzymały system pokarmowy. Potrafili żyć z naturalnych płodów 
ziemi,  podczas  gdy  inne  rasy  umierały  z  głodu.  Dlatego  zaangażował  się  teraz  we  własny, 
prywatny projekt. 

W trakcie ostatniego okresu snu wziął pierwszy pojemnik z szafki z zapasami, ten, w 

którym bulgotało podczas poruszania. Połknął dwie spore porcje bardzo słodkiej substancji o 
konsystencji  bigosu.  Miała  nieprzyjemny  smak,  ale  nie  spowodowała  żadnych  dolegliwości 
żołądkowych.  Potem  wybrał  małą,  okrągłą  puszkę.  Szybko  zerwał  z  niej  przykrywkę, 
nasłuchując odgłosów z korytarza. 

Zostawił  śpiącego  Rossa  w  małej  kabinie,  którą  wspólnie  dzielili,  zajrzał  do 

Renfry'ego i Ashe'a i dopiero wtedy wybrał się na tę małą wycieczkę. Miał niewiele czasu, a 
po spożyciu każdej nowości musiał odczekać kilka minut przed spróbowaniem następnej. 

Dręczyło  go  pragnienie,  lecz  wiedział,  że  lepiej  niczego  nie  pić.  Podczas  ostatniego 

“posiłku" położył sobie na dłoni tabletkę z koncentratem, przyłożył manierkę do ust, ale nie 
napił się wody. Teraz przyglądał się z obrzydzeniem nowej potrawie. 

Brązowa galareta drżała lekko wraz z ruchem pojemnika w dłoni; światło odbijało się 

od jej powierzchni. Używając przykrywki jako łyżki, Travis włożył sobie niewielką porcję do 
ust. Skrzywił się, czując coś tłustego na języku. Przełknął jednak i nabrał kolejną porcję. Jako 
trzecie  w  kolejności  wybrał  kwadratowe  pudełko.  Zaczeka.  Jeżeli  nie  będzie  żadnych 
niepożądanych objawów po  galarecie - wtedy zje to. Jeśli kilka z tych pojemników zawiera 
pożywienie, na statku jest dostatecznie dużo jedzenia, żeby przetrwać bardzo długą podróż. 

Nie  wrócił  na  koję.  Magnetyczne  dna  kolejnych  pojemników  przywierały  do 

powierzchni  stołu,  podobnie  jak  grube  podeszwy  jego  kombinezonu  przyczepiały  się  do 
powierzchni spacerowych na statku, jeśli stawiał nogi zdecydowanie. Wszyscy przystosowali 
się  w  pewnym  stopniu  do  braku  grawitacji,  ale  Travis  nie  czul  się  dobrze.  Chwilowa 
samotność sprawiła mu niemałą ulgę. Bardzo chciał się rozluźnić. 

Polubił  wyprawy  w  czasie.  Rozumiał  prehistoryczny  świat,  bezkresną  dzicz.  Ale  ten 

statek był inny. Apacz miał wrażenie, że cień śmierci wciąż unosi się w małych kabinach, w 

background image

wąskich korytarzach i przejściach, że obcość tego miejsca jest o wiele bardziej zatrważająca 
niż szablozębny tygrys czy szarżujący mamut. 

Kiedyś chciał poznać tajemnice swoich przodków. Wierzył, że posiądzie ich wiedzę, 

badając  skorupy  starych  naczyń  czy  groty  strzał  wciśnięte  w  jakąś  szczelinę  w  jaskini.  Z 
przodkami  łączyła  go  duchowa  więź,  byli  mu  bliscy,  a  konstruktorzy  tego  statku  nie.  Przez 
chwilę  czuł  się  uwięziony,  osaczony.  Zapragnął  gołymi  pięściami  rozkruszyć  otaczające  go 
ściany, wydostać się z tej skorupy. 

Ale za ścianami nie było światła ani powietrza, tylko próżnia - tajemniczy kosmos, w 

którym  odległości  między  gwiazdami  wydawały  się  niczym.  Travis  walczył  z  własną 
wyobraźnią. Nie mógł się pogodzić z obrazem statku zawieszonego w pustce, gdzie nie było 
stałych punktów światła oznaczających gwiazdy, gdzie nie istniało nic stabilnego. 

Podróżnicy mogli jedynie mieć nadzieję, że kiedyś dotrą do portu, na który umierający 

obcy zaprogramował autopilota. Ten kurs został obrany dwanaście tysięcy - a może więcej - 
lat  temu.  Co  zastaną  za  ścianą  czasu?  Kilkanaście  tysięcy  lat...  okres  zbyt  długi  dla  umysłu 
zwyczajnego  człowieka.  W  tych  czasach  na  Ziemi  jeszcze  nie  budowano  pierwszych 
lepianek,  nie  siano  ziaren.  Kim  byli  wtedy  Apacze...  i  Biali?  Myśliwymi,  którzy  wprawnie 
posługiwali  się  włócznią  i  nożem  podczas  polowania  na  zwierzynę.  A  obcy  w  tych  czasach 
podróżowali, nie tylko między planetami pojedynczego systemu, lecz pośród gwiazd! 

Travis  próbował  wyobrazić  sobie  ich  przyszłość,  ale  przeszkadzało  mu  pragnienie 

otwartej  przestrzeni.  Chciał  stanąć  w  blasku  słońca,  poczuć  wiatr  -  tak,  nawet  gorący 
pustynny  wiatr,  ciężki  od  pyłu,  dmuchający  mu  w  twarz.  To  pragnienie  sprawiało  mu  ból 
-ból! 

Przycisnął  ręce  do  pasa.  Nagły  spazm  bólu  targnął  jego  ciałem.  I  nie  był  to  ból 

zrodzony z tęsknoty za domem. Ten ból był fizyczny i bardzo realny. Travis zgiął się wpół, 
starając  się  złagodzić  piekący  uścisk  w  trzewiach.  Kabina  wirowała  mu  przed  oczami. 
Wreszcie kłucie minęło i Indianin wyprostował się, lecz po chwili ból powrócił. Już rozumiał. 
Drugi pojemnik z żywnością obcych okazał się pechowy. 

Jakimś  cudem  Indianin  podniósł  się  na  nogi,  a  kiedy  dopadła  go  trzecia  fala  bólu, 

oparł  się  o  stół.  Wydawało  się,  że  tortury  trwają  wieczność;  jego  twarz  i  dłonie  były  całe 
mokre.  Przebył  połowę  drogi  wzdłuż  korytarza,  docierając  do  celu  dokładnie  w  chwili,  gdy 
rozszalały żołądek nie wytrzymał. 

Travis  nigdy  by  nie  uwierzył,  że  dwa  łyki  tłustej  galarety  mogą  tak  bardzo  osłabić 

człowieka.  Wycieńczony,  powlókł  się  z  powrotem  do  mesy  i  opadł  bezwładnie  na  fotel. 
Bardziej niż czegokolwiek innego pragnął teraz napić się wody, oczyścić zły smak w ustach, 
ugasić  ogień  w  gardle.  Nie  śmiał  jednak  wziąć  żadnej  z  manierek,  zdając  sobie  sprawę,  jak 
niewiele zostało drogocennego płynu. 

Przez chwilę pochylał się nad stołem, zadowolony, że ból minął. Przyciągnął do siebie 

puszkę  z  galaretą.  To  musiała  być  trucizna.  Spróbował  pożywienia  z  zaledwie  dwóch 
pojemników - zawartość ilu jeszcze okaże się niezdatna do jedzenia? 

Zostało  im  tylko  pięć  kapsułek  z  koncentratem.  Jeżeli  mają  przetrwać  tę  podróż, 

muszą skorzystać z zapasów obcych. Nie mógł opanować drżenia rąk, kiedy otwierał wieczko 
kwadratowego pudełka. Może postępował zbyt pochopnie, biorąc kolejną próbkę niedługo po 
fatalnym efekcie zjedzenia poprzedniej. Wiedział jednak, że jeśli nie zrobi tego teraz i tutaj, 
później nie zdoła się zmusić do trzeciej próby. 

Wieczko  w  końcu  ustąpiło,  odsłaniając  suche,  czerwone  kwadraty.  W  dotyku 

przypominały  chleb,  czy  raczej  twardszy  od  chleba  biszkopt.  Podniósł  puszkę  i  powąchał 
zawartość. Woń wydała mu się znajoma. Kwadraciki, cienkie i chrupkie jak tortiiie, miały po-
dobny  do  nich  aromat.  Wzbudzały  przyjemne  wspomnienia,  więc  Travis  zatopił  w  jednym 
zęby z nieoczekiwaną ochotą. 

“Ciastko"  przełamało  się  niczym  chleb  kukurydziany  i  mimo  niezwykłego  koloru 

background image

również w smalcu go przypominało. Travis dokładnie przeżuł kawałek ciastka i połknął. Było 
suche,  ale  wyeliminowało  palenie  w  gardle  pozostawione  przez  galaretę.  Tak  mu  za-
smakowało, że ugryzł jeszcze kilka razy. Szybko skończył pierwsze, a potem drugie ciastko. 
W  końcu,  trzymając  pudełko  w  jednej  ręce,  opadł  głębiej  w  fotelu  i  zamknął  oczy. 
Wyczerpane ciało domagało się odpoczynku. 

Jechał wierzchem. Widział wjazd do kanionu Czerwonego Konia i czuł w powietrzu 

zapach  jałowca.  Niedaleko  poderwał  się  jakiś  ptak.  Orzeł!  Wznosił  się  wysoko  ku 
bezchmurnemu  niebu.  Nagle  błękitne  dotąd  niebo  pokryło  się  czernią,  bynajmniej  nie 
zrodzoną  z  nocy.  Ta  czerń  zaraziła  wszystkie  gwiazdy,  które  powiększały  się  w  szybkim 
tempie. Ciągnęło go w górę do ciemności, w której były już tylko małe świecące punkciki... 

Uniósł  ciężkie  powieki,  spojrzał  niepewnie  na  błękitną  postać,  na  chudą,  pociągłą 

twarz o lekko zapadniętych policzkach i ciemnych smugach pod zimnymi, szarymi oczami. 

- Ross! - Podniósł głowę, krzywiąc się pod wpływem bolesnego kłucia w plecach. 
Murdock  usiadł  po  przeciwnej  stronie  stołu,  wciąż  przenosząc  wzrok  z  Travisa  na 

pojemniki z żywnością. 

- Zrobiłeś to! - W jego tonie znać było oskarżenie, nawet nutę wściekłości. 
- Sam powiedziałeś, że to robota dla najbardziej bezużytecznego. 
- Zgrywasz bohatera! - Teraz oskarżenie było jawne i palące. 
- Kiepski ze mnie bohater. - Travis oparł brodę o pięść i spojrzał na ustawione przed 

sobą pojemniki. - Na razie spróbowałem z trzech - dokładnie trzech. 

Ross  opuścił  powieki.  Odzyskał  kontrolę  nad  sobą,  chociaż  Travis  nie  wątpił,  że 

gniew wciąż go trawi. 

- Jakie rezultaty? 
-  Numer  jeden  -  Travis  wskazał  odpowiednią  puszkę  -  to  coś  w  rodzaju  bigosu,  za 

słodkie,  ale  można  strawić.  To  numer  dwa.  -  Poklepał  puszkę  z  brązową  galaretką.  - 
Rzekłbym,  że  służyła  jedynie  do  pozbywania  się  wilków.  To  -  ujął  w  dłonie  pudełko  z 
czerwonymi ciastkami -jest naprawdę dobre. 

- Jak długo się z tym zabawiasz? 
- Podczas ostatniego okresu snu spróbowałem tych dwóch. 
- Trucizna, co? - Ross podniósł puszkę z galaretą. 
- Jeśli nawet nie trucizna, nieźle ją udaje - odparował Travis, dotknięty sceptycyzmem 

towarzysza. Murdock odstawił puszkę. 

- Więc jednak trucizna - mruknął. - A ten mały numer jeden? 
Wstał i podszedł do szafki, z której wyjął płytki, okrągły pojemnik. Mieli problemy z 

jego otworzeniem, a gdy w końcu im się udało, ujrzeli małe kuleczki w żółtym sosie. 

-  Wiesz,  to  może  być  zwyczajna  fasola  -  zauważył  Ross.  -  Jeszcze  nie  widziałem 

żadnego  statku,  w  którego  menu  nie  pojawiłby  się  jakiś  rodzaj  fasoli.  Zobaczmy,  czy  tak 
smakuje. - Włożył do ust jedno ziarno i żuł w zadumie. - Fasola raczej nie. Powiedziałbym, że 
smakuje raczej jak kapusta, lekko przyprawiona na ostro. Ale niezłe, całkiem niezłe! 

Travis  złapał  się  na  tym,  że  w  głębi  duszy  chce,  aby  kapusto  -  fasola  dopiekła 

Rossowi, oczywiście nie przynosząc tak przykrych skutków jak galaretka. Tego nie życzyłby 
nikomu!  Ale  gdyby  Murdock  uświadomił  sobie,  że  testowanie  żywności  nie  należy  do  ła-
twych zadań... 

- Czekasz, aż zacznie mi flaki wyżerać? - Ross wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
Travis  zaczerwienił  się  lekko,  gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  spojrzeniem  zdradził  swoje 

myśli.  Przesunął  chrupki  chleb,  wstał  i  sięgnął  po  wysoki  cylinder,  w  którym  coś 
zachlupotało zachęcająco, kiedy dobrał się do przykrywki. 

- Nieszczęścia chodzą parami - kontynuował Ross. - Jak to pachnie? 
Odkrycie chleba dodało Travisowi animuszu. Powąchał z nadzieją, ale szybko odsunął 

od nosa pojemnik o stożkowatym otworku, gdyż zaczęła się z niego wylewać biała piana. 

background image

- Może trafiło ci się mydło w płynie - skomentował Ross. - Poliż to, masz tylko jeden 

żołądek do stracenia w służbie dla kraju. 

Travis  polizał,  spodziewając  się  czegoś  niezjadliwego.  Ku  swemu  zdziwieniu, 

przekonał  się,  że  choć  piana  była  dość  słodka,  smakowała  o  wiele  lepiej  niż  bigos.  W 
zetknięciu  z  językiem  dawała  odświeżający  efekt  i  w  pewnym  stopniu  łagodziła  uporczywe 
pragnienie. Zjadł więcej i usiadł w oczekiwaniu na ewentualne fajerwerki w żołądku. 

- Dobre? - zapytał Ross. - Cóż, nie może cię ciągle prześladować pech. 
- Ciężko stwierdzić, czy to pech czy szczęście. - Travis zamknął pojemnik, z którego 

wciąż uchodziła piana. - Żyjemy i wciąż lecimy. 

- Podróżowanie samo w sobie jest pozytywne. Nieco więcej informacji o celu podróży 

byłoby pocieszające. Albo wprost przeciwnie. 

-  Świat  konstruktorów  tego  statku  nie  może  zbytnio  różnić  się  od  naszego.  -  Travis 

powtórzył  wcześniejsze  spostrzeżenia  Ashe'a.  -  Oddychamy  ich  powietrzem,  nie  czując 
dyskomfortu, i możemy jeść niektóre produkty żywnościowe. 

- Dwanaście tysięcy lat... Wiesz, mogę to powiedzieć, ale nie potrafię nadać tej liczbie 

realnego wymiaru w swoim umyśle. - Wrogość Rossa zniknęła. - Wymawiasz słowa, lecz nie 
potrafisz  wysilić  wyobraźni  na  tyle,  by  coś  wyrażały...  Wiesz,  co  mam  na  myśli?  -  rzucił 
wyzywająco. 

Travis opanował w sobie wzburzenie, zanim odpowiedział. 
-  Częściowo  tak.  Spędziłem  cztery  lata  na  uniwersytecie.  Nie  nosimy  koców  i  piór 

przez cały czas. 

Ross podniósł wzrok. W jego zimnych, szarych oczach zabłysło zdumienie. 
-  Nie  chciałem,  żeby  to  tak  zabrzmiało.  -  Uśmiechnął  się  i  po  raz  pierwszy  w  jego 

spojrzeniu nie pojawiła się wyższość czy ironia. - Chcesz znać całą prawdę, kolego? Zanim z 
cholernym  trudem  dostałem  się  do  projektu,  sam  uczyłem  się,  czego  mogłem.  Żadnych 
uniwersytetów. Ty studiowałeś archeologię, jak nasz szef? 

- Tak. 
-  W  takim  razie  co  znaczy  dla  ciebie  dwanaście  tysięcy  lat?  Odmierzasz  czas  w 

dużych porcjach, czyż nie? 

- To szmat czasu. Przeskakujemy dokładnie do okresu człowieka jaskiniowego. 
-  Taak.  Zanim  wzniesiono  piramidy  w  Egipcie,  zanim  wynaleziono  pismo.  Cóż, 

dwanaście tysięcy lat, a ci błękitni chłopcy już mieli gwiazdy dla siebie. Ale założę się, że ich 
nie utrzymali! W naszym świecie żadna cywilizacja, nawet ta w Chinach, nie przetrwała tak 
długo.  Wspinają  się  do  góry,  do  góry,  a  potem...  -  pstryknął  palcami  -  kaput  i  ktoś  inny 
przejmuje władzę. Może kiedy dotrzemy do portu, do którego, zgodnie z opinią Renfry'ego, 
zmierzamy, niczego tam nie znajdziemy albo będzie tam na nas ktoś czekał. Można obstawiać 
jedną albo drugą możliwość i mieć spore szansę wygranej. Jeśli jednak rzeczywiście niczego 
nie znajdziemy, może być z nami cienko. 

Travis  musiał  się  zgodzić  z  logiką  tego  stwierdzenia.  Przypuśćmy,  że  przybędą  do 

portu, który istotnie przestał istnieć, wylądują w dziwnym świecie, z którego nie będą mogli 
odlecieć,  ponieważ  nie  potrafią  pilotować  statku.  Resztę  życia  spędzą  jako  wygnańcy  w 
kosmosie, niezbadanym przez swoich współziomków. 

- Jeszcze nie umarliśmy - powiedział Travis. Ross roześmiał się. 
-  Mimo  wszystkich  naszych  wysiłków?  Nie,  myślę,  że  to  nasza  prywatna  bitwa. 

Dopóki człowiek żyje, dopóty przebiera nogami. Ale dobrze byłoby się dowiedzieć, jak długo 
będziemy zamknięci w tym statku. - Typowy dla niego, na wpół lekceważący ton złagodniał, 
jakby skrzętnie wypielęgnowane poczucie samowystarczalności zaczynało drżeć w posadach. 

Eksperymenty  zjedzeniem  zakończyły  się  częściowym  sukcesem.  Krakersy,  które 

Travis  wciąż  określał  mianem  “kukurydzy",  piankę  i  kapusto-fasolę  Rossa  system 
pokarmowy  człowieka  trawił  bez  większego  trudu.  Do  tej  listy  dodali  jeszcze  lepką  pastę  o 

background image

konsystencji  dżemu,  smakiem  przypominającą  bekon,  i  ciastkopodobną  substancję,  jadalną 
pomimo  kwaśnego  smaku.  Travis  poklepał  pojemnik  z  wodą  obcych  i  pociągnął  tęgi  łyk. 
Chociaż  płyn  pozostawiał  po  wypiciu  metaliczny  posmak,  którym  trudno  było  się 
rozkoszować, okazał się nieszkodliwy. 

Co  więcej,  młodsi  członkowie  przypadkowej  załogi  okazali  się  bardzo  przydatni  w 

badaniach  prowadzonych  przez  Ashe'a  i  Renfry'ego.  Sfrustrowany  technik  spędzał  długie 
godziny  w  kabinie  nawigacyjnej,  gdzie  próbował  zgłębić  zasady  działania  poszczególnych 
urządzeń.  Obawiał  się  jednak  je  uruchamiać  i  nawet  nie  śmiał  rozmontowywać.  Pewnego 
ranka o dziesiątej - przynajmniej zgodnie z zegarkiem Renfry'ego, a tylko dzięki' niemu mogli 
ustalać  czas  -Travis  właśnie  siedział  za  plecami  technika,  kiedy  zaszła  zmiana,  o  której 
należało zameldować. 

Przenikliwy  brzęczyk  przeciął  niezmienną  ciszę,  sygnalizując  najprawdopodobniej 

jakieś niebezpieczeństwo. Renfry chwycił mały mikrofon obwodu komunikacyjnego statku. 

-  Zapiąć  pasy!  -  rzucił  krótką  komendę.  -  Włączył  się  system  alarmowy.  Może 

będziemy podchodzić do lądowania. Zapiąć pasy! 

Travis  złapał  pasy  bezpieczeństwa.  Znów  odczuwał  wibracje.  Statek  przestał 

bezwładnie dryfować i budził się do życia. 

To,  co  nastąpiło  później,  trudno  było  opisać.  Indianin  najpierw  poczuł  potężne 

wirowanie, podobne do tego, jakie przeżył, kiedy statek przedostawał się przez transfer czasu. 
Leżał  zupełnie  bezwładny,  obserwując  ekran,  który  tak  długo  nic  nie  pokazywał.  Po  chwili 
krzyknął podekscytowany: 

- To nasze słońce! 
Żółty punkt wysyłał w czerń kosmosu światełko przewodnie. 
-  Jakieś  słońce  -  poprawił  Renfiy.  -  Zrobiliśmy  niezły  przeskok.  Teraz  ostatni  etap 

podróży do systemu... 

Żółtoczerwona  łuna  znikała  z  ekranu.  Travis  odniósł  wrażenie,  że  statek  obraca  się 

powoli.  Teraz,  kiedy  jaśniejsza  poświata  bijąca  od  słońca  zniknęła,  zobaczył  niewielki 
punkcik, o wiele mniejszy niż gwiazda, która go zasilała. Punkcik nie znikał z ekranu. 

-  Coś  mi  mówi,  chłopcze  -  odezwał  się  Renfry  słabym  głosem,  z  którego  przebijało 

wahanie - że to tam zmierzamy. 

- Ziemia? - Przez umysł Travisa przepłynął ciepły strumień nadziei. 
- Może i ziemia, ale nie nasza. 

background image

 

 
Wylądowaliśmy.  -  Cienki,  ochrypły  głos  Renfry'ego  przerwa  ciszę  w  kabinie 

nawigacyjnej.  Jego  ręce  powędrowały  do  krawędzi  konsoli  z  dźwigniami  i  przyciskami  i 
opadły  na  nią  bezradnie.  Chociaż  nie  miał  nic  wspólnego  z  tym  lądowaniem,  wydawał  się 
wyczerpany jak po ogromnym wysiłku. 

- Cel podróży? - Travis wypowiedział te słowa suchymi wargami. 
Chociaż  lądowanie  nie  kosztowało  ich  tyle  nerwów  i  zdrowia  co  start,  okazało  się 

bardzo  nieprzyjemne.  Albo  obcy  byli  lepiej  przystosowani  do  prędkości  swoich  statków 
kosmicznych, albo na drodze bolesnych doświadczeń przyzwyczaili się do takich cierpień. 

- Skąd miałbym wiedzieć? - odparł Renfry, wyraźnie rozdrażniony. 
Ekran, ich okno na świat zewnętrzny, ponownie pokazał niebo. Nie było to normalne 

błękitne niebo, które Travis znał i tak bardzo pragnął ujrzeć. Ten kolor bardziej przypominał 
zieleń, przybierającą odcień turkusu ze wzgórz. To niebo było zimne, wrogie. 

Otwartą  przestrzeń  przecinała  potężna  struktura  rzucająca  metaliczny  błysk.  Gładź 

czerwonych  powierzchni  kończyła  się  postrzępionymi  krawędziami,  surowymi  na 
błękitnozielonym tle, najwyraźniej oznaczającymi ruiny. 

Travis odpiął pasy i stanął na nogach, przyzwyczajając się na nowo do siły grawitacji. 

Zdążył już znienawidzić statek i bardzo pragnął się z niego wydostać, lecz w tym momencie 
nie miał ochoty wychodzić pod turkusowe niebo i badać widniejących na ekranie ruin. 

Spotkali  się  przy  przedostatniej  grodzi,  skąd  poszli  do  luku  wyjściowego.  Technik 

spojrzał przez ramię. 

-  Hełmy  zapięte?  -  Jego  głos  grzmiał  głucho  wewnątrz  opierającej  się  na  ramionach 

kuli  umocowanej  na  ściśle  dopasowanej  uprzęży.  Kule  i  uprząż  odkrył  Ashe.  Zdążyli  je 
wcześniej  wypróbować,  przygotowując  się  do  momentu,  w  którym  będą  musieli  wyjść  w 
nieznane.  Bańka  nie  była  wyposażona  w  nieporęczne  zbiorniki  z  tlenem.  Działała  na 
niezrozumiałej  dla  Renfry'ego  zasadzie,  ale  obcy  używali  tych  hełmów  i  Ziemianie  musieli 
wierzyć, że są skuteczne. 

Zewnętrzny luk opierał się o kadłub statku. Renfry wyrzucił drabinę i zszedł po niej. 

Kiedy znalazł się na zewnątrz, pozostali mężczyźni rozejrzeli się dokoła. 

Poniżej  rozciągał  się  szeroki  pas  twardej,  białej  powierzchni,  poprzerywany 

kwadratowymi  i  trójkątnymi  strukturami  wzniesionymi  z  matowoczerwonego,  metalicznego 
materiału.  Pośrodku  każdej  z  nich  znajdowała  się  powierzchnia  naznaczona  czarnymi 
okręgami. Żadna z czerwonych budowli nie zachowała się w całości, a lądowisko - o ile było 
to lądowisko - wyglądało na od dawna opuszczone. 

- Kolejny statek... - Ashe podniósł rękę, jego głos dotarł do Travisa przez komunikator 

w hełmie. 

Statek  spoczywał  na  jednym  z  placów  otoczonych  budynkami,  jakieś  ćwierć  mili  od 

nich.  Travis  dostrzegł  trzeci  pojazd,  nieco  dalej.  Nigdzie  jednak  nie  widać  było 
jakiegokolwiek śladu życia. Indianin czuł na nagich odkrytych dłoniach delikatny wiatr, który 
prawie pieścił swym dotykiem. 

Zeszli po drabinie i stanęli u podnóża statku, niepewni, co dalej robić. 
- Czekaj! - krzyknął Renfry do Ashe'a. - Coś się poruszyło! Tam! 
Przygotowali  znalezioną  na  statku  broń,  podobną  do  pistoletu,  jaki  miał  przy  sobie 

Ross,  kiedy  Travis  po  raz  pierwszy  go  spotkał.  Wiatr  wiał  nieprzerwanie.  Jakiś  kawałek 
dawno uschniętego zielska zaczepił się o kadłub statku, zawirował i pofrunął dalej, wyginając 
siew osobliwym tańcu. 

Z  otworu  u  podnóża  najbliższej  czerwonej  wieży  coś  wychodziło.  Travis  zamarł, 

patrząc,  jak  stwór  zmierza  wprost  na  nich.  Wąż?  Tak  długi,  że  jego  głowa  zbliżała  się  do 

background image

miejsca, w którym stali, podczas gdy ogon leżał pośród ruin. 

Indianin  wycelował  broń.  Nagle  Renfry  uderzył  go  w  nadgarstek,  podbijając  w  górę 

lufę miotacza. W tym samym momencie Apacz dostrzegł coś, co Renfry zobaczył pierwszy: 
wąż nie składał się z ciała, skóry, kręgów, ale z jakiegoś przetworzonego materiału. 

Wił  się  mechanicznie  przez  otwór  w  budowli.  Poruszał  się  do  przodu  gwałtownymi 

ruchami, stawał, pełzł dalej, jakby zmuszany do tego, wbrew ograniczeniom starego materiału 
i  długiego  użytkowania.  Fakt,  że  posuwał  się  na  szczudłowatych  nogach,  sprawiał,  iż 
przypominał istotę ludzką. Miał jednak cztery górne wypustki, teraz zgięte na głównej części 
tułowia, a w miejscu, gdzie powinna być głowa, znajdował się trzon przypominający antenę 
zespołu komunikacyjnego. 

Szarpany,  przerywany  chód  wskazywał,  że  wąż  nie  jest  w  pełni  sprawny. 

Prawdopodobnie rdzewiał tu i niszczał przez długi czas. Ale jak długi? Mężczyźni odeszli od 
statku, dając przejście dziwnym istotom z wieży. 

- Roboty! - odezwał się nagle Ross. - To roboty! Ale co Zamierzają zrobić? 
- Chyba nalać paliwa - rzekł Ashe. 
-  Trafiłeś  w  dziesiątkę!  -  Renfry  postąpił  krok  do  przodu.  -  Ale  czy  mają  jeszcze 

paliwo? 

- Miejmy nadzieję, że coś zostało - powiedział Ashe. - Chyba nie powinniśmy tu stać. 

Lepiej wejdźmy z powrotem na pokład. 

Groźba uwięzienia w tym miejscu, gdy automatyczny pilot poderwie statek do góry i 

pozostawi  Ziemian  na  pastwę  losu,  wywołała  w  nich  falę  czegoś  zbliżonego  do  paniki. 
Pomknęli  do  drabiny  i  zaczęli  się  wspinać.  Kiedy  jednak  dotarli  do  luku,  Renfry  stanął  w 
otworze wejściowym i spojrzał na roboty. 

- Myślę, że ta ożywiona rura jest połączona pod spodem. Nie widzę, co robi ten robot 

na  początku.  Może  po  prostu  czeka  na  wypadek  kłopotów.  I  coś  się  dzieje  z  tym  wężem. 
Widać, jak pęcznieje! Chyba tankujemy paliwo! 

-  Stacja  paliwowa.  -  Ashe  spojrzał  na  szeroki  pas  kruszących  się  wież  i  lądowisk.  - 

Popatrzcie na rozmiary tego miejsca. Z pewnością zbudowano je do obsługi setek albo nawet 
tysięcy  statków  kosmicznych.  A  fakt,  że  wszystkie  naraz  nie  mogły  lądować,  sugeruje 
istnienie przeogromnej floty. - Wziął głęboki oddech - Floty, której liczebność wykracza poza 
ludzkie pojęcie. Mieliśmy rację. Ta cywilizacja rozprzestrzeniła się na całą galaktykę. Może 
sięgnęła do następnej. 

Travis wpatrywał się w postrzępiony wierzchołek wieży, z której wyszły roboty. 
- Wygląda na to, że od jakiegoś czasu nikogo tu nie było - stwierdził. 
- Maszyny - rzekł Renfry - będą pracować, dopóki się nie zepsują. Myślę, że zdołąją 

jedynie dojść do statku. Wzbudziliśmy jakiś impuls, lądując na właściwym miejscu. Roboty 
zostały  zaktywowane  do  wykonania  swego  zadania,  może  ostatniego.  Ile  czasu  minęło,  od 
kiedy pracowały po raz ostatni? Być może stały tu bezczynnie przez tysiące lat, a cywilizacja, 
która  je  stworzyła,  powoli  umierała.  Ci  obcy  konstruowali  maszyny,  a  stopy  metali,  jakie 
wykorzystywali, o niebo przewyższają najlepsze ziemskie materiały. 

-  Chciałbym  zobaczyć  wnętrze  jednej  z  tych  wież  -  powiedział  Asche  z  zadumą.  - 

Może przechowywali jakieś zapiski, mieli coś, co potrafilibyśmy zrozumieć i co pozwoliłoby 
nam rozwikłać tę zagadkę. 

Renfry potrząsnął głową. 
- Nie radziłbym próbować. Możliwe, że wzniesiemy się, zanim zdążysz  przekroczyć 

próg tych drzwi. Oho, robot wraca. Chyba trzeba szykować się do startu. 

Zamknęli właz i wewnętrzną grodź. Renfry skierował się do sterówki. Pozostała trójka 

poszła  do  swoich  kabin.  Wkrótce  nastąpił  start.  Tym  razem  nie  stracili  przytomności  i 
wytrzymali do czasu, aż znaleźli się z powrotem w przestrzeni kosmicznej. 

- Co teraz? - spytał Renfry, gdy po kilku godzinach zebrali się w mesie. Ale że żaden 

background image

z nich nie mógł zaoferować nic ponad domysły, pytanie technika pozostało bez odpowiedzi. 

- Czytałem kiedyś książkę - odezwał się nagle Ross z lekkim zakłopotaniem, jak ktoś, 

kto przyznaje się do błędu - o pewnym holenderskim kapitanie, który poprzysiągł, że opłynie 
przylądek Horn na jednym z tych dawnych żaglowców. Wezwał na pomoc diabła i nigdy nie 
powrócił do domu. Po prostu ciągle żeglował. Przez wieki. 

- Latający Holender - powiedział Ashe. 
- Ale my nie wzywaliśmy diabła - zauważył Renfry. 
- Czyżby? - Travis wypowiedział na głos swoje myśli. Wszyscy spojrzeli na niego. 
- A cóż to za diabeł? - zainteresował się Ashe. 
- Szukaliśmy tego statku po to,  aby zdobyć  wiedzę niedostępną ludzkości - wyjaśnił 

Indianin. 

- I zostaliśmy za to ukarani - wszedł mu w słowo Ashe. - Jeśli rozpatrywać sprawę z 

tego punktu widzenia, masz rację. Zakazany owoc wiedzy. To przekonanie tak dawno zostało 
zasiane w umysłach ludzi, że do dzisiaj w nich pokutuje. 

- Zasiane - powtórzył Ross w zamyśleniu. - Zasiane... 
-  Zasiane!  -zagrzmiał  Travis,  jakby  nagle  wszystko  zrozumiał.  -  Przez  kogo?  - 

Rozejrzał się po statku obcych i dodał miękko: - Przez te istoty? 

- Nie chcieli, żebyśmy się o nich dowiedzieli. - powiedział Ross. - Przypomnij sobie, 

co zrobili z bazą czasu Czerwonych. Odszukali ją i zniszczyli. Przypuśćmy, że rzeczywiście 
nawiązali  kontakt  z  prymitywnymi  ludźmi  z  naszego  świata.  Zasiali  idee.  Albo  dali  im 
przerażającą lekcję, i pamięć o niej została w umysłach naszych przodków? 

- Oprócz legendy o Latającym Holendrze są też inne opowieści. - Ashe poruszył się na 

siedzeniu.  Żaden  z  foteli  na  statku  nie  był  dopasowany  do  rozmiarów  ludzkiego  ciała.  - 
Choćby  o  Prometeuszu,  który  ośmielił  się  wykraść  bogom  ogień.  Podarował  go  ludziom  i 
cierpiał  przez  wieki  za  zuchwałość.  Tak,  istnieją  wskazówki  na  poparcie  takiej  teorii,  lecz 
dowody  są  za  słabe.  -  Jego  zapał  rósł  w  miarę  mówienia.  -  Może,  tylko  może,  wkrótce  się 
tego dowiemy! 

-  Ten  port  z  zapasami  od  dawna  był  opustoszały  -  zauważył  Travis.  -  Może  nic  nie 

zostało z ich imperium? 

- Cóż, jeszcze nie dotarliśmy do celu podróży. - Renfry wstał. -Kiedy tam wylądujemy 

- nie wiem gdzie, ale przecież musimy gdzieś wylądować - być może będzie szansa, byśmy 
powrócili  do  domu,  pod  warunkiem,  że...  -  Zabębnił  palcami  o  drzwi.  -  Pod  warunkiem,  że 
dopisze nam wyjątkowe szczęście. 

- To znaczy? - spytał Ashe. 
- Automaty muszą być ustawiane za pomocą jakiegoś przewodnika - może taśmy albo 

dysku. Po wylądowaniu, przy sprzyjających warunkach, zabiorę się do pracy i może uda mi 
się  odwrócić  cały  proces.  Tyle  że  od  Ziemi  dzielą  nas  setki  “jeśli",  a  nie  możemy  na  nic 
liczyć. 

-  Jest  jeszcze  coś  -  dodał  Ashe.  -  Analizowałem  znalezione  przez  nas  materiały. 

Gdybyśmy  zdołali  rozszyfrować  ich  język...  niektóre  z  zapisków  muszą  traktować  o 
konserwacji i sterowaniu tym statkiem. 

-  A  gdzie  w  kosmosie  zamierzasz  znaleźć  Kamień  Rosetty?  -zapytał  Travis.  Nie 

sądził, aby, zapiski obcych okazały się przydatne. - Nie mamy wspólnego dziedzictwa mowy. 

- Czy prawa matematyki nie powinny być takie same, bez względu na język? Dwa i 

dwa zawsze równa się cztery - odparł Ross. 

- Proszę, znajdź mi na dyskach, które przepuszczałeś przez czytnik, symbole choćby 

w  najmniejszym  stopniu  podobne  do  naszych  liczb.  -  Renfry'ego  na  powrót  ogarnął 
pesymizm.  -  Tak  czy  siak,  nie  mam  zamiaru  bawić  się  z  urządzeniami  w  sterówce,  póki 
jesteśmy w kosmosie. 

Wciąż  w  kosmosie  -  jak  długo  jeszcze?  Drugi  etap  wyprawy  donikąd  okazał  się 

background image

gorszy  niż  pierwszy.  Spodziewali  się,  że  pierwszy  gwiezdny  port  okaże  się  ostatnim.  Ale 
krótka  przerwa  na  zatankowanie  stanowiła  zapowiedź  o  wiele  dłuższej  podróży.  Upływ 
godzin mierzyli wedle wskazań zegarka Renfry'ego. Dni liczyli, odmierzając godziny. Minął 
tydzień od czasu, gdy opuścili stację paliw. 

Aby zająć czymś umysł, zgłębiali zagadki, jakie oferował im statek. Ashe zdążył już 

opanować  działanie  małego  projektora,  który  “odczytywał"  zapiski  przechowywane  na 
krążkach wypełnionych czymś, co przypominało cienki drucik. W ten sposób otworzył drzwi 
do  nieznanych  światów.  Śpiewna  mowa  towarzysząca  obrazom  była  niezrozumiała  dla 
Ziemian, ale obrazy okazały się bardzo ciekawe. Trójwymiarowe, barwne, stanowiły okno na 
świat tajemniczej cywilizacji zamieszkującej gwiazdy. 

Poznali mnóstwo ras, z których tylko jedną trzecią stanowiły istoty humanoidalne. Ale 

czy te dane były prawdziwe? Może to fikcja, która miała ich bawić podczas długich  godzin 
podróży w kosmosie? A może to raporty z jakichś innych planet? 

-  Jeśli  jesteśmy  na  statku  policyjnym,  a  to  są  autentyczne  raporty  ze  spraw  - 

skomentował  Ross  -  niewątpliwie  mieli  pewne  problemy.  -  Oglądał  z  zainteresowaniem 
niesamowitą  bitwę  w  dżungli,  w  przeważającej  części  zalanej  wodą.  Wrogowie  -  białe, 
amfibijne stwory  - posiadały zadziwiającą zdolność wydłużania  ciał i kończynami chwytały 
przeciwników.  -  Z  drugiej  strony  -  ciągnął  -  mogą  to  być  tylko  filmiki  służące  rozrywce 
chłopców w błękicie. Żeby im się zbytnio nie nudziło. Skąd mamy wiedzieć? 

- Dzisiaj rano odkryłem coś, co powinno nas bardziej zainteresować. - Ashe przejrzał 

krążki. - Spójrzcie na to. - Wyjął zapis bitwy w dżungli i wsadził nowy krążek. 

Z uwagą wpatrywali się w maleńki ekran. Travis próbował się domyślić, co oznacza 

wysokie  gdakanie,  które  dźwięczało  w  kabinie.  Przenikliwy  ton  głosu  nadwerężał  ludzkie 
uszy. 

Potem zobaczyli niebo zasnute szarymi, nisko wiszącymi, gęstymi chmurami. Poniżej 

rozciągało się pustkowie pokryte czymś, co mogło być jedynie śniegiem, takim, jaki znali z 
własnego  świata.  Na  ekranie  pojawiła  się  niewielka  grupka  istot.  Łatwo  było  rozróżnić 
znajome błękitne kombinezony kontrastujące z szarobiałym, monotonnym tłem. 

- Coś ci to mówi? - zwrócił się Ashe do Rossa. Murdock z ożywieniem przyglądał się 

scenie widocznej na ekranie. Czterej łysi humanoidzi byli ubrani tylko w błękitne kombine-
zony.  Travis  przypomniał  sobie  uwagi  Rossa  o  izolujących  właściwościach  dziwnego 
tworzywa. Z głowami skrytymi w bankowych hełmach, poruszali się powoli i ostrożnie. 

Obraz  mignął  i  nastąpiła  jedna  z  szybkich  zmian,  do  których  oglądający  zdążyli  się 

przyzwyczaić.  Teraz  prawdopodobnie  oglądali  tę  samą  krainę  z  punktu  widzenia  jednej  z 
czterech odzianych w błękitny kombinezon istot. Nagle nastąpił zapierający dech w piersiach 
spadek; kamera musiała zjechać z ogromną prędkością do doliny. Przed nimi znajdowało się 
drugie obniżenie terenu, lecz perspektywa nie zachowywała odpowiednich proporcji. 

Proporcje  nie  były  jednak  na  tyle  wypaczone,  aby  ukryć  to,  co  filmujący  chciał 

zarejestrować.  Widzowie  spoglądali  w  dół  na  szeroką  przestrzeń,  w  której,  na  wpół 
zagrzebany w śniegu, leżał jeden z wielkich frachtowców. 

- To niemożliwe! - Na twarzy Rossa malowało się nieopisane zdziwienie. 
- Patrzcie - rzekł Ashe. 
W  pewnej  odległości  od  porzuconej  półkuli  pojawiły  się  czarne  punkciki.  Poruszały 

się po ścieżce wydeptanej w ubitym śniegu. Rozległo się kolejne kliknięcie i znów zobaczyli 
lód  -  wielką  ścianę  lodu  wyrastającą  ku  szaremu  niebu.  Wydeptana  ścieżka  prowadziła 
bezpośrednio do tej ściany. 

- Posterunek czasu Czerwonych!  Na pewno! A ten statek...  - Ross prawie krzyczał - 

ten  statek  musiał  brać  udział  w  nalocie!  Rozległo  się  ostatnie  kliknięcie  i  ekran  zaświecił 
pustką, 

- Gdzie reszta? - spytał Ross. 

background image

-  To  już  wszystko.  Jeżeli  nagrali  coś  jeszcze,  nie  ma  tego  na  tym  zwoju.  -  Ashe 

wskazał  palcem  kolorową  tabliczkę  przyczepioną  do  krążka.  -  Nie  znalazłem  niczego  z 
podobnym oznaczeniem. 

- Ciekaw jestem, czy Czerwoni w jakiś sposób im się odpłacili. 
Może  wybili  później  załogę  naszego  statku.  Broń  biologiczna...  -  Ross  bawił  się 

włącznikiem projektora. - Przypuszczam, że nigdy się nie dowiemy. 

Wtem  ponad  ich  głowami,  przerywając  ciszę,  nadeszło  ostrzeżenie  z  kabiny 

nawigacyjnej, gdzie Renfry pełnił wachtę. 

-  Koledzy,  statek  szykuje  się  do  kolejnego  przeskoku.  Zapnijcie  pasy!  Czeka  nas 

niezła jazda! 

  Pospieszyli  do  koi.  Travis  naciągnął  na  siebie  ochronną  pajęczynę.  Co  znajdą  tym 

razem?  Kolejną  zamieszkaną  przez  roboty  stację  paliw  czy  też  tak  bardzo  oczekiwany  cel 
podróży?  Przygotował  się  psychicznie  na  katusze  związane  z  wyjściem  z  hiperprzestrzeni, 
gdzie nie istniało poczucie odległości ani czasu. 

Załoga  ponownie  doświadczyła  owej  zmiany,  która  drwiła  z  praw  naturalnych  i 

wypełniała dyskomfortem umysły i ciała. 

-  Przed  nami  słońce.  -  Travis  otworzył  oczy,  słysząc  głos  Renfry'ego  trochę 

wyostrzony  przez  komunikator.  -  Jedna,  dwie,  cztery  planety.  Zdaje  się,  że  zmierzamy  do 
drugiej. 

Kolejne  oczekiwanie.  Potem  przejście  przez  atmosferę,  powrót  grawitacji,  wibracje 

śpiewające w ścianach i podłogach. Wreszcie lądowanie, lekkie uderzenie i tarcie o podłoże. 

-  To  coś  innego...  -  Słowa  Renfry'ego  utonęły  w  ciszy,  jakby  to,  co  zobaczył  na 

ekranie, odebrało mu mowę. 

Wspięli  się  do  kabiny  sterowniczej,  stłoczyli  przed  oknem.  Na  zewnątrz  była  noc, 

ożywiona czerwonawym światłem, jakby jakiś gigantyczny ogień wypełniał niebo gniewnym 
odbiciem swej furii. 

-  Jesteśmy  w  domu?  -  Tym  razem  to  Ross  zadał  pytanie.  Renfry,  zahipnotyzowany 

widokiem ognistego światła, odpowiedział jak zwykle rozważnie: 

- Nie wiem. Po prostu nie wiem. 
- Spróbujmy wyjrzeć przez właz - zdecydował Ashe. 
-  Może  to  wulkan  -  odezwał  się  Travis,  pamiętając  o  doświadczeniach  z 

prehistorycznego świata. 

- Nie, nie sądzę. Widziałem tylko jedno podobne zjawisko 
- Wiem, co masz na myśli. - Ross stał już na drabinie    - Noce polarne! 

background image

 

10 

 
Port  paliwowy,  mimo  dość  nietypowej  architektury,  nie  różnił  się  aż  tak  bardzo  od 

budowli, które widywali wcześniej. To jednak było jak spełnienie najbardziej fantastycznego 
marzenia. Travis patrzył na zewnętrzny świat, dziki i oszałamiający. 

Migocząca  czerwień,  sięgająca  chmur,  wystrzeliwała  jęzorami  wzdłuż  horyzontu, 

wypełniając  jedną  czwartą  nieba.  Sprawiała,  że  gwiazdy  wydawały  się  blade,  i  walczyła  z 
zawieszonym  na  nieboskłonie  księżycem,  trzykrotnie  większym  od  tego,  który  towarzyszył 
rodzimej planecie Ziemian. 

Dokoła  statku  rozciągało  się  spękane,  choć  kiedyś  z  pewnością  gładkie  pole.  W 

powietrzu  rozlegały  się  słabe  trzaski,  bynajmniej  nie  od  wiatru,  lecz  od  elektrycznych 
wyładowań. Niesamowita łuna to podświetlała, to znów zacieniała horyzont. 

-  Powietrze  jest  w  porządku.  -  Renfry  ostrożnie  ściągnął  hełm.  Po  tym  zapewnieniu 

pozostali też uwolnili głowy. Powietrze było suche, równie suche jak pustynny wiatr. 

- Jakieś budynki. Tam. - Odwrócili głowy w kierunku wskazanym przez Rossa. 
Podczas  gdy  ruiny  wież  stacji  paliwowej  wystrzelały  prosto  ku  niebu,  ta  struktura, 

przylegała  do  ziemi,  a  jej  najwyższa  część  nie  wystawała  ponad  kopułę  statku.  Nigdzie  w 
czerwonym świetle Travis nie mógł dostrzec czegoś, co sugerowałoby istnienie życia. Planeta 
ze stacją paliw wyglądała na opuszczoną, lecz tutaj nagość i surowość niepokoiła, była wręcz 
złowroga. 

Żaden  z  mężczyzn  nie  kwapił  się,  by  badać  teren  pod  ognistym  niebem.  Z  drugiej 

strony, nic nie wyszło na powitanie statku. Jeśli była to kolejna stacja obsługi, dawno już nie 
działała. W końcu Ziemianie wrócili na statek, zamknęli właz i postanowili czekać. 

- Pustynia - powiedział Travis. Ashe spojrzał na niego pytająco. 
-  To  się  czuje  w  powietrzu  -  wyjaśnił  Indianin.  -  Człowiek  bez  trudu  ją  rozpoznaje, 

jeśli przeżył na niej większość życia. 

- Czy to koniec wyprawy? - zapytał Ross Renfry'ego. 
- Nie wiem - odparł technik. 
Wspięli  się  po  schodkach  do  kabiny  nawigacyjnej.  Renfry  stanął  przed  główną 

konsolą. Przyglądał się jej, marszcząc brwi. Niespodziewanie zwrócił się do Travisa. 

- Czujesz tam pustynię. No cóż, ja czuję maszyny, spędziłem z nimi większość swego 

życia. Wylądowaliśmy i nie zanosi się, abyśmy mieli znów startować. Mam jednak wrażenie, 
że podróż jeszcze się nie skończyła. - Roześmiał się. - W porządku, a teraz powiedz mi, że 
widzę duchy, a ja przyznam ci rację. 

-  Wprost  przeciwnie.  Zgadzam  się  z  tobą  w  zupełności  i  nie  zamierzam  się  zbytnio 

oddalać  od  statku.  -  Ashe  odwzajemnił  uśmiech. -  Czy  sądzisz,  że  to  kolejny  przystanek  na 
uzupełnienie paliwa? 

- Nie widać żadnych robotów - zaoponował Ross. 
-  Mogły  zostać  unieruchomione  dawno  temu  albo  zżarła  je  rdza  -  odparł  Renfry. 

Teraz, kiedy wzbudził zwątpienie, sprawiał wrażenie zasmuconego. 

Po  jakimś  czasie  mężczyźni  rozeszli  się  do  swoich  kajut.  Jeżeli  którykolwiek  z  nich 

zdołał  zasnąć,  był  to  niespokojny  sen.  Leżąc  na  miękkim  materacu,  który  samoczynnie 
dopasowywał  się  do  kształtów  ciała,  Travis  odczuwał  brak  bezpieczeństwa  -  tego  dziwnego 
bezpieczeństwa oferowanego przez statek w czasie lotu. Teraz na zewnątrz skorupy, w której 
mógł odpoczywać, znajdował się nieznany świat, bardziej złowrogi niż przyjazny. Być może 
ognista  łuna  rozjaśniająca  noc  oraz  suchość  powietrza  przekonały  Indianina,  że  w 
rzeczywistości nie jest to świat maszyn pozostawionych do wykonywania określonych zadań 
na długo przed narodzinami jego rasy. Nie. Tutaj było życie. I czekało na zewnątrz. 

Musiał  się  zdrzemnąć,  ponieważ  zbudził  go  dotyk  dłoni.  Powlókł  się  za  Rossem  do 

background image

mesy.  Jadł  w  milczeniu,  czując  napięcie  nerwów,  przekonany,  że  na  zewnątrz  statku  czyha 
niebezpieczeństwo. 

Wyszli  uzbrojeni  w  miotacze  obcych,  wiszące  w  specjalnych  pasach  z  kaburami. 

Natychmiast  zostali  zalani  bezlitosnymi  promieniami  słonecznymi,  równie  przerażającymi 
białą jasnością, jak płomienie poprzedniej nocy. Ashe przesłonił oczy ręką. 

- Włóżmy hełmy - rozkazał. - Może zredukują część promieniowania. 
Miał słuszność. Przezroczyste tworzywo tak skutecznie odbijało światło, że nawet nie 

musieli mrużyć oczu. 

Travis również się nie mylił, sądząc że wylądowali w kraju pustynnym. Piach, wpełzał 

na długie, opustoszałe lądowisko. Wydmy białego piasku połyskiwały w świetle słonecznym i 
oślepiały nie zasłonięte oczy. Nie zauważyli innych statków, tylko samotne góry piachu, nie 
urozmaicone najmniejszym śladem wegetacji. 

Był  tylko  piach  i  budynki,  niskie,  przylegające  do  ziemi,  oddalone  o  jakieś  ćwierć 

mili. 

Mężczyźni  zawahali  się,  stojąc  u  podnóża  drabiny.  Nie  tylko  przeczucie  Renfry'ego, 

że wyprawa jeszcze się nie skończyła, trzymało ich w pobliżu statku. Pustkowie dookoła nie 
zapraszało  do  odkrywania  nieznanego  lądu.  Mimo  to  zawsze  istniała  szansa,  że  jakieś 
znalezisko pomoże im rozwiązać zagadkę powrotu. 

-  Zrobimy  tak.  -  Ashe,  badacz-weteran,  przejął  kontrolę  nad  załogą.  -  Ty,  Renfry, 

zostaniesz tutaj, przy luku. Na najmniejszy znak, że statek znów ożywa, wypalasz. Na maksa. 

Z  wąskiej  lufy  miotaczy  strzelał  błękitny  promień,  który  powinien  być  widoczny  na 

wiele  mil.  Nie  wiedzieli,  jaki  zasięg  mają  komunikatory  w  hełmach,  ale  z  pewnością  mogli 
liczyć na skuteczność błyskowych sygnałów ostrzegawczych. 

- Zrobi się! - Renfry już wspinał się po drabinie, nie okazując rozczarowania, że nie 

będzie jednym z odkrywców. 

Ruszyli  w  stronę  budynków.  Ashe  szedł  przodem,  a  Ross  i  Travis  kroczyli  z  tyłu. 

Indianin  przyglądał  się  piaskowi  pod  stopami.  Nie  wiedział,  czego  szuka.  Przecież  na  tych 
luźnych,  sypkich  ziarenkach  nie  pozostałyby  żadne  ślady.  Ślady!  Spojrzał  za  siebie.  Nawet 
niewielkie wgłębienia po stopach były prawie niewidoczne. 

Piach  nie  pokrywał  jednak  całej  planety.  Travis  stąpnął  w  bok,  aby  ominąć  pękniętą 

betonową  płytę  przechyloną  na  jedną  stronę  i  odsłaniającą  wgłębienie.  Zawahał  się, 
spoglądając w dół. 

Zeszłej  nocy  wiał  wiatr,  Indianin  czuł  go  wyraźnie  na  górze  przy  luku  wejściowym 

statku.  Dzisiaj  powietrze  stało  nieruchomo,  nawet  najmniejszy  podmuch  nie  przesuwał 
drobinek piasku. A w tym wgłębieniu nie było piachu. Instynkt podpowiadał mu, że oznacza 
to coś niedobrego. Nękany podświadomym niepokojem, ukląkł, aby przyjrzeć się jamie. 

Zobaczył  to,  co  w  innym  wypadku  uszłoby  jego  uwagi  -  otwór  w  ziemi,  gdzie  nie 

zebrał  się  piasek.  Wiedziony  impulsem,  przesunął  opuszkami  palców  po  wgłębieniu.  W 
dotyku wyczuł coś tłustego. Zdjął hełm i podniósł palce do nosa. 

Cuchnący, słodki odór - czegoś żyjącego, czegoś, co nie dbało o higienę  ciała. Tego 

był pewien! Stwór najwidoczniej przycupnął na dłuższy czas w dobrze wybranej kryjówce, z 
której mógł niepostrzeżenie obserwować statek. Travis wywnioskował, że obca istota posiada 
pewnego  rodzaju  inteligencję.  Założył  hełm  i  przez  komunikator  powiadomił  o  swoim 
odkryciu resztę załogi. 

- Twierdzisz, że musiało tu siedzieć jakiś czas? - spytał Ashe. 
-  Tak.  A  odeszło  całkiem  niedawno.  -  Doszedł  do  tego  wniosku,  widząc  niewielkie 

wgłębienie, które musiało powstać w skutek nacisku ciepłego ciała na piaszczyste podłoże w 
obrębie małego schronienia. 

- Żadnych śladów? 
- Nie byłoby ich tu widać. - Travis uniósł stopę i postawił ją na ziemi. - Nie, nie ma 

background image

mowy o śladach. 

Ukryty  obserwator  mógł  przybyć  tylko  z  jednego  miejsca  -  z  budynków,  w  połowie 

zakrytych pod przemieszczającymi się wydmami. 

Wstał  i  ostrożnie  ruszył  do  przodu,  trzymając  ręce  blisko  zatkniętej  za  pas  broni. 

Poczucie czającego się niebezpieczeństwa było wyjątkowo silne. 

Ashe zatrzymał się przed budynkami. Gdy przyjrzał się strukturze, zorientował się, że 

to  jedna  budowla.  Niskie,  pozbawione  okien  przejście  łączyło  dwa  skrzydła  z  głównym 
blokiem.  Travis  wiedział,  jaki  wpływ  na  struktury  skalne  mają  wiatr  i  erozja.  Tutaj  te  same 
czynniki  od  dawna  żłobiły  w  kamieniu  wgłębienia,  zaokrąglając  i  polerując  krawędzie, 
dopóki ściany nie upodobniły się wyglądem do wszędzie widocznych wydm. 

Mężczyźni  nie  dostrzegli  okien  ani  drzwi.  Tylko  na  krańcu  skrzydła  widniało 

zagłębienie  w  wydmie,  łamiące  naturalną  linię  wyznaczoną  przez  wiatr.  Załamanie  było 
dostatecznie niezwykłe, aby przyciągnąć wyostrzoną uwagę Indianina. 

-  Tam  -  zawołał,  zapominając  o  komunikatorze  w  hełmie.  Powoli,  z  ostrożnością 

myśliwego podkradającego się do płochliwego zwierzęcia, ruszył ku przerwie w wydmie. Nie 
widział  żadnych  śladów,  a  mimo  to  wyczuwał,  że  zmiana  w  wyglądzie  piaszczystego 
wzniesienia  zaistniała  niedawno  z  powodu  czegoś,  co  poruszało  się  w  określonym  celu.  Z 
pewnością nie był to skutek działania wiatru. 

Okrążył wydmę, która sięgała mu do ramion, i oparł się o ścianę. Nie mylił się. Piach 

został odrzucony i zablokowany luźno po dwóch stronach, jakby jakieś drzwi otwarły się na 
zewnątrz. 

- Osłaniaj go! - Cień Ashe'a przeciął skąpany słońcem wzgórek i spotkał się z drugim, 

rzucanym  przez  Rossa.  Z  dwoma  agentami  czasu  po  bokach  Apacz  rozpoczął  wnikliwe 
badanie zewnętrznej strony muru. 

Nie widział żadnej różnicy w gładkiej powierzchni, lecz jego palce wyczuły coś mniej 

więcej na poziomie bioder. Namacał pasek biegnący aż do ziemi, który różnił się w dotyku od 
materiału  powyżej  i  po  bokach.  Spróbował  nacisnąć,  ciągnąć,  w  końcu  naparł  całym 
ciężarem, chcąc przesunąć fragment płyty, ale skała nie ustępowała. Był prawie pewien, że ta 
część się otwiera. Stąd ślady na piasku. 

W końcu, opierając się na rękach i kolanach, wcisnął końcówki palców  pod mur tuż 

przy  ziemi.  Wtedy  odkrył  szorstki  pędzelek  włosów  wystający  z  niewidocznej  szczeliny. 
Pomagając  sobie  czubkiem  noża,  uwolnił  kosmyk.  Włosy  były  sztywniejsze  niż  sierść 
znanych  mu  zwierząt,  a  każdy  pojedynczy  włos  był  sześciokrotnie  grubszy  od  ludzkiego. 
Maskujący szarobiały kolor sprawiał, że zlewały  się z odcieniem piasku i na tle wydm były 
niewidoczne. 

Tłusty kosmyk przylgnął mu do palców. Travis nie musiał wąchać swego znaleziska, 

aby  stwierdzić,  że  cuchnie.  Oddał  je  Ashe'owi,  czując  wzrastający  niesmak.  Dowódca 
wyprawy badawczej włożył trofeum do jednej z kieszeni paska. 

- Jest jakaś szansa, żeby to otworzyć? - Wskazał na ukryte drzwi. 
- Nie sądzę - odparł Travis. - Prawdopodobnie są zabezpieczone od wewnątrz. 
Przyglądali się niepewnie budynkowi. Poza nim rozpościerała się pustynia, sięgająca 

aż po horyzont, gdzie zeszłej nocy płonął ogień. Jeżeli była tu jakaś zagadka, jej rozwiązanie 
leżało wewnątrz tej budowli, a nie w pustynnym krajobrazie. 

- Ross, ty zostaniesz tutaj. Travis, przejdź na koniec skrzydła. Stań tak, żebyś widział 

Rossa i mnie, gdy będę szedł wzdłuż tylnej części budynku. 

Ashe  zachowywał  się  równie  ostrożnie  jak  Apacz.  Przesuwał  dłonie  wzdłuż  muru, 

szukając  jakiegoś  wejścia,  które  spróbowaliby  sforsować.  Przeszedł  całą  długość  budynku  i 
wrócił z niczym. 

- Byty tu kiedyś okna i drzwi, ale dawno temu zostały zamurowane. Gdybyśmy mieli 

czas i odpowiednie narzędzia, moglibyśmy dostać się do środka. 

background image

Głos Rossa zabrzmiał w komunikatorach. 
- Są jakieś szansę na wejście przez dach, szefie? 
- Jeżeli chcesz spróbować, proszę bardzo! 
Travis oparł się o ścianę, która pilnie strzegła swoich sekretów, a Ross wspiął się po 

nim  na  dach.  Po  chwili  dwaj  zwiadowcy  stracili  go  z  oczu.  Zgodnie  z  poleceniem  Ashe'a, 
nieustannie komentował przez komunikator to, co widzi. 

-  Niewiele  piasku.  Wydawałoby  się,  że  powinno  go  być  więcej  ...  Zaraz,  zaraz!  - W 

tym nagłym okrzyku wyczuwało się zapał. - Mam coś! Okrągłe talerze ustawione w kołach. 
Są praktycznie wszędzie. Zamontowano je na stałe i nie można ich ruszyć z miejsca. 

- Metalowe? - zapytał Ashe. 
-  Nieeee...  -  Ross  wyraźnie  się  wahał.  -  Wygląda  to  raczej  na  szkło,  tyle  że 

nieprzezroczyste. 

- Okna? - zasugerował Travis. 
- Za małe - zaoponował Murdock. - Ale jest ich tu dużo. Są wszędzie. Zaczekajcie! - 

Gwałtowność ostatniego okrzyku zaniepokoiła ich. - Czerwone. Robią się czerwone! 

- Uciekaj stamtąd! Skacz! - Komenda Ashe'a rozbrzmiała we wszystkich hełmach. 
Ross  nie  miał  najmniejszego  zamiaru  kwestionować  rozkazu.  Wykonał  przewrót  w 

powietrzu i wylądował na jednej z wydm. Kompani podbiegli do niego, skupiając uwagę na 
dachu  zamkniętego  budynku.  Być  może  hełmy,  rozpraszające  promienie  słoneczne, 
umożliwiły im ujrzenie nikłych czerwonawych linii sięgających z dachu aż do nieba. 

Travis  poczuł  mrowienie  na  odkrytej  skórze  rąk,  jakby  na  chwilę  ustała  w  nich 

cyrkulacja krwi. Ross wygramolił się z piasku i otrząsnął gwałtownie. 

- Co tu się dzieje? - W jego głosie pojawiła się nuta trwogi. 
- Myślę, że to jakieś fajerwerki mające cię zniechęcić, może odstraszyć. Chyba należy 

założyć,  że  w  przypadku  wszelkich  wizyt  mieszkaniec  tej  twierdzy  udaje,  że  nie  ma  go  w 
domu.  Co  więcej,  gospodarz  dysponuje  jakimiś  nieprzyjemnymi  urządzeniami,  które 
wspierają jego pragnienie prywatności. Prawdopodobnie dlatego nie znaleźliśmy tu otwartych 
drzwi. 

Cienkie,  ogniste  smugi  zniknęły.  Albo  wyłączono  moc,  albo  promienie  nie  były 

widoczne  dla  ludzkich  oczu.  Sztywne  włosy,  odrzucający  smród,  a  teraz  to.  Nic  nie  łączyło 
się  w  spójną  całość.  Oczywiście  sierść  mogła  pochodzić  z  jakiegoś  psa.  To  przypuszczenie 
tłumaczyłoby  również  niskie  wejście  do  budynku.  Ale  czy  pies  czatowałby  w  rozważnie 
wybranej kryjówce, obserwując statek...? To nie zgadzało się z naturą zwierząt, które Travis 
dotychczas poznał. Takie działanie świadczyło o pewnej inteligencji. 

-  Uważam,  że  są  stworzeniami  nocnymi  -  odezwał  się  nagle  Ashe.  -  To  pasuje  do 

wszystkiego, co do tej pory widzieliśmy. Blask słoneczny może być dla nich równie bolesny 
jak dla nas, kiedy nie nosimy hełmów. Za to w nocy... 

- Usiądziemy i będziemy patrzeć, co się stanie? - zapytał Ross. 
-  Nie  na  otwartej  przestrzeni.  Poza  tym,  najpierw  musimy  dowiedzieć  się  czegoś 

więcej - odparł dowódca. 

Travis  przyznał  mu  rację.  Powinni  zachować  najwyższą  ostrożność.  Ten  świat  był  o 

wiele bardziej zatrważający i wrogi niż planeta z portem paliwowym. Suche pustkowie miało 
w  sobie  mglistą,  nienazwaną  groźbę,  jakiej  nigdy  wcześniej  nie  wyczuwał  w  pustynnych 
kramach na własnej planecie. 

Wrócili do statku, wspięli się po drabinie i z zadowoleniem zamknęli właz, odcinając 

się od upiornej białej łuny. 

- Co widziałeś? - zapytał Ashe Renfry'ego. 
-  Najpierw  Murdock  zeskoczył  z  wysokiego  dachu,  a  potem  jakieś  czerwone  linie, 

bardzo  słabe,  wystrzeliwały  z  całej  powierzchni.  Co  zrobiliście?  Nacisnęliście  zły  dzwonek 
do drzwi? 

background image

-  Prawdopodobnie  kogoś  obudziliśmy.  Nie  sądzę,  żeby  to  było  szczególnie  zdrowe 

miejsce do zwiedzania. Boże, jak to cuchnie! - zakończył Ross, pociągając nosem. 

Ashe trzymał na dłoni kosmyk włosów, którego odór przenikał na wskroś dotychczas 

bezwonne powietrze statku. 

Zanieśli  kosmyk  do  małego  pomieszczenia,  kiedyś  być  może  siedziby  dowódcy,  w 

którym  Ashe  gromadził  materiały  do  badań.  Mimo  śmierdzących  wyziewów  wszyscy  stali 
dokoła stołu, kiedy archeolog rozdzielał kosmyk na pojedyncze włosy i rozkładał je na blacie. 

- Ale grube te włosy! - zdziwił się Renfry. 
-  Jeżeli  to  włosy.  Czego  bym  nie  oddał  za  laboratorium!  -  Ashe  przykrył  znalezisko 

czystą kartką pochodzącą z materiałów piśmiennych znalezionych na statku. 

- Ten smród... - Travis przypomniał sobie, że trzymał w dłoni cuchnące znalezisko, i 

wytarł rękę o udo. 

- Tak? - ponaglił Ashe. 
- Cóż, myślę, że bierze się po prostu z brudu. To sierść nieznanego stworzenia. 
- Obcy metabolizm. - Archeolog pokiwał głową. - Każda rasa na Ziemi charakteryzuje 

się szczególnym zapachem ciała, który jest bardziej wyraźny dla człowieka innej rasy. Ale do 
czego zmierzasz? 

- Hmm, jeżeli rzeczywiście pochodzą od jakiegoś... jakiegoś człowieka... - Travis użył 

tego terminu, ponieważ nie potrafił znaleźć innego - a nie od zwierzęcia, to rzekłbym, że gość 
mieszka  w  zwyczajnym  chlewie.  A  to  oznacza  albo  stosunkowo  wysoki  stopień 
prymitywizmu, albo też mamy do czynienia z degeneratem. 

-  Niekoniecznie  -  zauważył  Ashe.  -  Kąpiel  wymaga  wody,  a  nie  widzieliśmy  tu 

żadnych zbiorników. 

-  Oczywiście.  Nie  widzieliśmy  tu  wody.  Ale  muszą  ją  gdzieś  mieć.  I  myślę...  -  Nie 

mógł zaoferować zbyt wielu dowodów na poparcie swojej teorii. 

- Możliwe. Tak czy owak, dziś w nocy będziemy czuwać i przekonamy się, co wyłazi 

z tego domku. 

Drzemali w ciągu dnia; Renfry jak zwykle w kabinie nawigacyjnej. Żaden z nich nie 

wiedział,  z  jakiej  przyczyny  statek  wylądował  na  tym  bezmiarze  piachu,  a  jałowość  lądu 
wzmocniła  przekonanie  Renfry'ego,  że  jeszcze  nie  dotarli  do  celu  podróży.  Wydawało  się 
logiczne,  że  statek  wyruszył  z  jakiegoś  centrum  cywilizacji,  a  to  miejsce  takiego  nie 
przypominało. 

Kiedy  słońce  przygasło  i  zmierzch  okrył  góry  pełzającego  piachu,  zgromadzili  się 

ponownie  przy  drzwiach  w  zewnętrznej  skorupie,  aby  obserwować  budynek  i  pas  ziemi 
leżący między nimi a tajemniczym blokiem. 

- Jak sądzisz, będziemy musieli czekać? - Ross zmienił pozycję. 
- Wcale - odpowiedział cicho Ashe. - Patrz!   
Zza wydmy z niskim wejściem, zlokalizowanym wcześniej przez Travisa, wydobywał 

się bardzo słaby czerwony blask. 

background image

 

11 

 
Gdyby  znów  odbywał  się  ognisty  pokaz,  jaki  oglądali  poprzedniego  wieczoru,  na 

pewno  by  tego  nie  spostrzegli.  Teraz,  o  zmierzchu,  kiedy  kształty  wydm  zniekształcały 
widok,  trudno  było  cokolwiek  zobaczyć.  Ashe  powoli  liczył  pod  nosem.  Przy  dwudziestu 
błysk zniknął niespodziewanie, co sugerowało, że zatrzaśnięto drzwi. 

Travis  wytężył  wzrok,  obserwując  koniec  maskującej  wydmy.  Gdyby  to  coś,  co  ich 

szpiegowało  poprzedniej  nocy,  wracało  na  starą  pozycję,  najkrótsza  droga  przecinałaby  ten 
punkt. Ale jak dotąd niczego nie zobaczył. 

Usłyszał natomiast dźwięk dolatujący z przeciwnego kierunku, jakiś szept z otwartej 

przestrzeni. Powiew suchego powietrza musnął mu policzki, zwiastując wiatr wzmagający się 
wraz  z  nastaniem  nocy.  Szept  musiał  być  spowodowany  poruszającymi  się  ziarnami  piasku 
pod pierwszym silnym podmuchem. 

- Moglibyśmy się zaczaić - zauważył w zadumie Ross. 
- Niewykluczone, że mają bardziej wyostrzone zmysły niż my. Jeśli są stworzeniami 

nocnymi, po ciemku widzą lepiej od nas. Należy również przypuszczać, że zdążyli już nabrać 
podejrzeń. Poza tym chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o naturze istoty, na którą mam 
zastawić pułapkę. 

Travis słuchał Ashe'a jednym uchem, wydało mu się bowiem, że dostrzegł tam jakiś 

ruch. Tak! Zacisnął palce na ramieniu archeologa w geście ostrzeżenia. Jakiś cień prześliznął 
się na końcu wydmy i szybko ukrył za nasypem. Wyraźnie zmierzał do schronienia za płytą. 
Czy ma zamiar pełnić wartę w zaimprowizowanym punkcie obserwacyjnym? 

A może dzisiejszej nocy on, ona lub ono zbliży się jeszcze bardziej do statku? 
Robiło  się  coraz  mroczniej,  a  z  nadejściem  całkowitych  ciemności  języki  ognia 

rozpoczęły  na  niebie  prawdziwy  taniec.  Chociaż  barwny  pokaz  nie  dawał  równomiernego 
blasku, oświetlał płaski teren bezpośrednio przy statku. Jakikolwiek atak tubylców nie uszedł-
by  uwagi  mężczyzn  stojących  na  straży.  Wiedzieli,  że  przy  podniesionej  drabinie  i  włazie 
znajdującym się kilkanaście stóp nad ziemią nie muszą się obawiać prób sforsowania swojej 
twierdzy.  Oczywiście,  o  ile  tajemnicze  istoty  nie  dysponują  bronią  umożliwiającą  im 
zredukowanie odległości. 

-  Zamknij  wewnętrzną  grodź  -  rozkazał  nagle  Ashe.  -  Odetniemy  światło  w  statku  i 

trudno im będzie nas dostrzec. 

Przy  zamkniętej  grodzi,  przez  którą  nie  dochodziła  błękitna  poświata,  przywarli  do 

podłogi, starając się nie gnieść wzajemnie. Czekali na następny ruch ze strony kryjącego się 
lub kryjących poniżej. 

- Coś tam jest - ostrzegł cicho Ross. - Po lewej. Dokładnie na końcu ostatniej wydmy. 
Tubylec okazał się niecierpliwy. Ciemny cień, który mógł być głową, przesunął się na 

tle białego piasku. Wiatr zawodził dokoła statku, stopniowo przybierając na sile. Mężczyźni 
założyli  hełmy,  aby  się  ochronić  przed  gwałtownymi  podmuchami.  Tumany  wirującego 
piasku najwyraźniej nie przeszkadzały tubylcowi. 

- Myślę, że jest ich więcej - powiedział Travis. - Ten ostatni ruch nastąpił zbyt daleko 

od pierwszego. 

- Czy to możliwe, że szykują się na nas? - zastanawiał się Ross. 
Żaden  z  mężczyzn  nie  przygotował  miotacza.  Punkt  obserwacyjny  był  wysoko  nad 

ziemią  i  wydawało  się  niemożliwe,  by  komukolwiek  udało  się  wdrapać  po  gładkiej 
powierzchni kuli, więc załoga statku czuła się bezpieczna. 

Ciemny obiekt rzucił się w ich kierunku. Albo biegł zgięty wpół, albo poruszał się na 

czworakach!  Gdy  jedna  ze  zdumiewających  eksplozji  światła  na  niebie  oświetliła  postać, 
mężczyźni krzyknęli jednocześnie. 

background image

Człowiek  czy  zwierzę?  Stworzenie  miało  cztery  długie  kończyny  i  jeszcze  dwie 

szczątkowe  w  połowie  ciała.  Biegnąc,  pochylało  okrągłą  głowę  w  dół,  więc  nie  widzieli 
twarzy.  Całe  ciało  pokrywała  sierść,  ciemniejsza  niż  włosy  znalezione  przez  Travisa.  Nie 
dostrzegli ubrania ani jakiejkolwiek broni. 

Na  chwilę  cień  zatrzymał  się  przed  statkiem.  Potem  wycofał  się  pędem  do  kryjówki 

pośród wydm. Nastąpił  kolejny ulotny ruch, który  obserwatorzy ledwo dostrzegli, ponieważ 
tym razem sylwetka biegnącego była słabo widoczna na tle piasku. 

- Możliwe, że to jego włosy znalazłeś - stwierdził Ashe. -Niewątpliwie jest jaśniejszy 

od tego pierwszego. 

-  Te  stwory  mają  różne  kolory,  ale  wszystkie  są  mniej  więcej  tej  samej  wielkości  - 

dodał Ross. - Co to jest, do diaska? 

-  Na  pewno  nie  pochodzą  z  naszego  świata  -  orzekł  Ashe.  -Wygląda  na  to,  że  ten 

statek je interesuje i próbują znaleźć jakiś sposób, by zbliżyć się do niego niepostrzeżenie. 

- Poruszają się - zauważył Travis - jakby obawiały się ataku. 
Muszą mieć jakichś wrogów. 
- Wrogów związanych z tego typu statkami?- Ashe doszedł do tego wniosku z typową 

dla  niego  łatwością  kojarzenia  faktów.  -  Tak,  to  możliwe.  Nie  sądzę  jednak,  żeby  podobny 
statek lądował tu niedawno. 

- Wspomnienia przekazywane... 
-  Wspomnienia  oznaczałyby,  że  to  rozumne  istoty!  -  Dopiero  wypowiedziawszy  te 

słowa, Travis zdał sobie sprawę, iż myśl o jakimkolwiek pokrewieństwie z tymi stworzeniami 
napawa go odrazą. 

-  Dla  siebie  mogą  byś  istotami  rozumnymi  -  odpowiedział  Ashe  -  a  my  możemy 

wydawać się im potworami. Wszystko jest względne, synu. W każdym razie, nie sądzę, żeby 
zachowywały się w stosunku do nas przyjaźnie. 

- Co ja bym dał za latarkę - odezwał się smutno Ross. -Chciałbym porządnie oświetlić 

któregoś z tych stworów i dobrze mu się przyjrzeć. 

Mijały  kolejne  minuty,  a  oni  wciąż  obserwowali  słabo  widocznych  tubylców 

poruszających  się  wśród  piaszczystych  wzniesień,  lecz  ani  razu  nie  mieli  okazji  dobrze  się 
przyjrzeć któremu kolwiek z nich. 

- Myślę, że próbują zajść nas od tyłu - stwierdził Travis, wypatrzywszy uprzednio co 

najmniej dwa cienie zmierzające w tym kierunku. 

-  Daremny  trud.  To  jest  jedyne  wejście  na  statek  -  głos  Rossa  brzmiał  niemal 

filuternie. 

Travis nie potrafił z taką niefrasobliwością myśleć o tym, że tubylcy zachodzą od tyłu 

ich  statek.  Instynkt  podpowiadał  mu,  że  zagraża  to  jego  bezpieczeństwu.  Choć  z  drugiej 
strony,  zdawał  sobie  sprawę,  że  istnieje  tylko  jedno  wejście,  więc  ewentualna  obrona  nie 
nastręczy trudności. Wystarczyło zamknąć właz i nic nie mogło dostać się do środka. 

-  Dlaczego  statek  tu  wylądował?  -  zastanawiał  się  Ross.  -  Musi  istnieć  jakiś  powód. 

Może musimy coś znaleźć albo coś zrobić, zanim znów odlecimy? 

Te obawy nurtowały wszystkich, Murdock tylko je zwerbalizował. A jeśli odpowiedź 

znajdowała się właśnie tam, w budynku, do którego nie potrafili wejść? Może udałoby się go 
sforsować  nocą?  Otulone  ciemnościami  wejście  strzeżone  przez  ruchliwe,  owłosione 
stworzenia, doskonale widzące po zmroku, na których terenie łowieckim się znajdowali... 

-  Budynek?  -  Travis  wypowiedział  to  słowo  pytającym  tonem.  Poczuł,  jak  Ashe 

poruszył się obok niego niespokojnie. 

-  Możliwe  -  zgodził  się  dowódca.  -  Jeżeli  zostaniemy  tu  dłużej,  możemy  spróbować 

dostać się do niego za dnia przy osłonie ognia. Te miotacze nastawione na maksimum mają 
całkiem niezłą siłę rażenia. 

Travis  gwałtownym  ruchem  położył  dłoń  na  ramieniu  Ashe'a.  Wszyscy  mieli  na 

background image

głowach  hełmy  dla  ochrony  przed  wszędobylskim  piachem  niesionym  przez  wiatr,  lecz 
Indianin trzymał rękę na krawędzi grodzi i wyczuł dudnienie przenoszone przez zewnętrzną 
powłokę  statku.  Poniżej  wzniesienia,  które  zasłaniało  Ziemianom  dolną  część  kadłuba,  coś 
uderzało  w  metalową  burtę.  Travis  chwycił  rękę  Ashe'a  i  przycisnął  do  grodzi,  aby 
współtowarzysz zrozumiał, co było powodem jego niepokoju. 

- Uderzają w statek. - Wiedział, że wiadomości przekazywane przez komunikatory w 

hełmach nie dotrą do uszu znajdujących się poniżej tubylców. - Ale dlaczego? 

-  Chcą  go  przedziurawić?  -  Ross  włączył  się  do  rozmowy.  -  Nie  ma  szans,  by 

przedostali się przez kadłub. Chyba nie ma, prawda? 

Pozostali podzielali jego niepokój. Tak naprawdę, nic nie wiedzieli o możliwościach 

tubylców. 

Obok Travisa leżała zwinięta drabina. Czy ośmieliłby się zejść po niej i sprawdzić, co 

robią nocni goście? Wydawało mu się, że dudnienie przybiera na sile. Przypuśćmy, że jakimś 
cudem, albo przy użyciu nieznanego narzędzia, włochate stwory przebiją zewnętrzną powłokę 
statku? Wówczas nie będzie już nadziei na ucieczkę z tej zapomnianej pustyni. 

Zaczął  przesuwać  drabinę  do  przodu.  Ashe  chwycił  go  za  rękę,  lecz  Travis 

wyswobodził się z uścisku. 

- Musimy sprawdzić - powiedział z naciskiem. - Musimy! 
Ross i Ashe ruszyli jednocześnie i zaklinowali się w wąskim przejściu na dostatecznie 

długo,  aby  Travis  mógł  przecisnąć  się  przez  drzwi  i  opuścić  się  na  długość  własnego  ciała. 
Poczuł,  że  drabina  nie  wysuwa  się  dalej,  i  zrozumiał,  że  pozostała  dwójka  stara  sieją  przy-
trzymać. 

Chwyciwszy  się  mocno  szczebli  i  utrzymując  się  jak  najbliżej  powierzchni  statku, 

spojrzał  w  dół.  Gra  czerwonych  błysków  na  niebie  w  osobliwy  sposób  oświetlała  scenę 
poniżej. Miał słuszność. Włochate stwory podpełzły nie zauważone od tyłu i cała grupka tło-
czyła  się  teraz  u  podstawy  statku.  Nie  widział  jednak  w  nieustannie  migającym  świetle,  co 
robią.  Wtem  jeden  osobnik  porzucił  typową  pozycję  na  czterech  łapach  i  podniósł  ramiona 
ponad  głowę.  Kończyny  w  połowie  ciała  drgnęły,  wysunęły  się  ruchem  wijącym,  suge-
rującym brak szkieletu kostnego, i przywarły ściśle do powierzchni statku. 

Stworzenie  wyskoczyło  w  powietrze  i  zawisło,  dyndając  tylnymi  kończynami  około 

pół  metra  nad  ziemią.  Najwyraźniej  trzymało  się  za  pomocą  macek  wychodzących  z  pasa, 
podczas gdy pięści, czy  też pazury górnych kończyn waliły zaciekle w powierzchnię statku. 
Stworzenie  wykonało  kolejny  ruch  do  góry.  Coś  w  tej  wspinaczce  świadczyło  o  zajadłości 
osobnika. 

Drugi stwór podciągnął się za pomocą macek do kadłuba i zaczął wspinaczkę na sam 

szczyt.  Travis  nie  zauważył  u  nich  żadnej  broni,  niczego  z  wyjątkiem  tych  równomiernie 
uderzających  pięści.  Nie  miał  zamiaru  walczyć  ze  wspinaczami.  Przekazał  informacje 
Ashe'owi  i  otrzymał  rozkaz  powrotu  na  statek.  Zamknęli  właz  i  zabezpieczyli  go,  jakby 
szykowali się do odlotu. Dopiero wtedy poluzowali henny. 

Teraz nie słyszeli huku uderzeń. Travis był jednak pewien, że stwory nie zaprzestały 

wysiłków  i  wciąż  próbują  dostać  się  do  wnętrza  statku.  Mężczyźni  weszli  po  schodkach  do 
kabiny nawigacyjnej, aby obserwować świat na zewnątrz przez mały ekran. Renfry sprawiał 
wrażenie zdezorientowanego. 

-  Nic  nie  rozumiem.  Wciąż  jestem  pewien,  że  to  nie  koniec  lotu.  Nie  potrafię 

powiedzieć,  dlaczego  tak  mi  się  wydaje,  ani  dlaczego  tu  wylądowaliśmy.  Jeśli  odpowiedź 
znajduje  się  w  tamtym  budynku,  będziecie  musieli  do  niego  wejść,  a  możliwe,  że  mamy 
lepsze narzędzia niż te ręczne miotacze. 

Ross pierwszy zrozumiał, o co mu chodzi. 
- Działa. 
- Zgadza się. 

background image

- Czy potrafimy ich użyć? - zapytał Ashe. 
- Cóż, ich obsługa jest mniej skomplikowana niż pozostałych urządzeń na pokładzie. 

Pamiętasz  to?  -  Nacisnął  dźwignię:  zamrugały  światełka,  rozbrzmiało  słowo  w  nieznanym 
języku. Wszystko było tak, jak podczas pierwszego badania statku. 

- I potrafisz z nich wypalić? 
-  Mój  szef  wywnioskował,  że  trzeba  nacisnąć  tamto  -  wskazał  palcem  jakiś 

przełącznik,  którego  jednak  nie  dotknął.  -  Z  tego  co  ja  mogę  wydedukować,  jeden  z  tych 
ogromnych  miotaczy  jest  wycelowany  w  dach  waszej  twierdzy.  Możemy  spróbować,  kiedy 
tylko będziecie gotowi. 

Ashe, nieobecny duchem, pocierał brodę, co oznaczało, że jeszcze nie podjął decyzji. 
- Za dużo domysłów. Nie wiemy, czy naprawdę musimy otworzyć ten budynek, żeby 

wystartować  ponownie.  W  rzeczywistości,  jeśli  go  rozłupiemy  i  nie  znajdziemy  tego,  co 
potrzeba, nasza sytuacja wcale się nie polepszy. Życie tubylców niewątpliwie zależy od tego 
schronienia.  Jeśli  je  zniszczymy,  to  tak  jakbyśmy  zmietli  ich  z  powierzchni  planety.  Mogą 
nam  się  nie  podobać,  ale  to  ich  świat,  a  my  jesteśmy  intruzami.  Chciałbym  jeszcze  trochę 
zaczekać,  zanim  zdecyduję  się  na  coś  równie  drastycznego,  jak  wysadzenie  tej  budowli  w 
powietrze. 

Żaden z pozostałych mężczyzn nie zamierzał ponaglać Ashe'a. Na zewnątrz płomienie 

buchały ku niebu, a biel księżyca, który widzieli poprzedniej nocy, została przyćmiona żółtą 
poświatą  mniejszego  satelity,  podążającego  za  większym  bratem.  Ekran  nie  pokazywał,  co 
robią włochaci nieznajomi. 

Pierwszą  wskazówką  było  zdumiewające  przesunięcie  się  statku.  W  jaki  sposób 

stwory  na  zewnątrz  do  tego  doprowadziły?  Być  może,  wyobraził  sobie  Travis,  wskutek 
naporu wielu wspinających się po kadłubie ciał statek zmienił pozycję. I może to uruchomiło 
kontrolę lotu. Znajome ostrzeżenia przed startem sprawiły, że zerwali się na równe nogi. 

-  Nie!  -  zaprotestował  Renfry.  -  Nie  możemy.  Jeszcze  nie.  Najpierw  musimy  się 

dowiedzieć, dlaczego. 

Silniki,  których  działania  nie  rozumieli  i  nie  potrafili  kontrolować,  nie  dawały 

posłuchu  tym  słabym  oporom.  Być  może  tylko  limit  czasowy  rządził  pobytem  statku  na  tej 
planecie;  pełen  dzień  i  pełna  noc  czasu  planetarnego.  A  może  chodziło  o  atak  włochatych 
stworzeń? 

Co  z  tymi  stworami?  Czy  uwolnią  się  na  czas,  opadną  na  ziemię  podczas  startu, 

ostrzeżone  wibracjami?  Czy  też  będą  się  trzymać,  skupione  bezmyślnie  na  ataku,  i  zostaną 
zabrane do mrożącej czerni wiecznej nocy w przestworzach? 

Członkowie załogi zapięli pasy, oczekując na katusze startu i skoku w hiperprzestrzeń. 

Znowu przenosili się w nieznane, mając przed sobą kolejny lot. 

Tym  razem  podróż  nie miała  być  taka  sama.  Travis  dostrzegł  pierwszą  zmianę:  start 

nie  był  tak  uciążliwy  jak  poprzednie,  chyba  że  zdążyli  się  już  przyzwyczaić.  Indianin  nie 
stracił przytomności. Usłyszał okrzyk zdziwienia Renfry'ego: 

-  Chyba  nie  weszliśmy  w  hiperprzestrzeń!  Co  się  stało?  Zerwali  się  z  miejsc  i 

podbiegli do ekranu. Technik miał rację.  Zamiast kompletnej ciemności, która zamykała się 
wokół  nich,  kiedy  wykonywali  skoki  międzyplanetarne,  zobaczyli  oddalającą  się  orbitę 
pustynnej planety, która żegnała ich zmieniającymi się barwami. 

-  Chyba  zmierzamy  do  innej  planety  w  tym  samym  systemie  -powiedział  Ashe.  W 

miarę upływu godzin przekonali się, że się nie mylił. Statek najwyraźniej obrał kurs na trzecią 
planetę nieznanego słońca. 

-  Odwiedzimy  je  wszystkie?  -  zapytał  Ross  z  nutą  dawnej  nonszalancji  w  głosie.  - 

Jeśli tak, to dlaczego? Dostawa mleka? 

Minęły  trzy  dni,  cztery.  Żywili  się  zapasami  obcych  i  poruszali  się  niespokojnie  po 

statku,  nie  potrafiąc  skupić  się  dłużej  na  czymś  innym  niż  ekran  w  kabinie  nawigacyjnej. 

background image

Szóstego dnia pojawiły się pierwsze sygnały świadczące o rychłym lądowaniu. 

Na  ekranie  cel  podróży  malował  się  żywymi  błękitno-zielonymi  barwami 

przerywanymi  tu  i  ówdzie  pomarańczowo-czerwonymi  plamami.  Kontrastujące  kolory 
przyprawiały  o  zawrót  głowy.  Ciągnęli  losy,  kto  będzie  siedział  na  trzech  fotelach  w 
sterowni; czwarta osoba miała zostać relegowana na koje poniżej. Wypadło na Travisa, który 
leżał teraz samotnie w sercu dudniącej kuli, zastanawiając się, co czeka ich tym razem. 

Statek  wylądował  za  dnia.  Apacz  pospiesznie  rozpiął  pasy.  Potknął  się,  na  nowo 

przyzwyczajając  się  do  siły  grawitacji.  W  końcu  dotarł  do  drabiny.  Wszyscy  wyszli  na 
zewnątrz, by oglądać nowy świat. 

- Nie...! 
Zrujnowane wieże, równie potężne jak budynki w porcie paliwowym, strzelały prosto 

ku niebu, lecz różniły się od tych z pierwszej planety. Na tle bezchmurnego, jasnoróżowego 
nieba  widniała  opalizująca  kopuła,  rzeźbiona  liniami,  które  wiły  się  spiralnie  ku  górze, 
przeobrażając  się  na  szczycie  w  kruchą,  zamarzniętą  koronkę.  Trudno  było  uwierzyć,  by 
człowiek stworzył taką wymyślną konstrukcję. 

Travis  przyglądał  się  wędrującym  ku  górze  liniom.  Widział  przerwy,  które  psuły 

idealny  wzór. Mimo tych uszkodzeń fantastyczne piękno piany, światła i gry kolorów tęczy 
królowało w krajobrazie. Wyrastało z roślinności o błękitnym odcieniu, niepodobnym do zie-
leni typowej dla liści ze świata Travisa. 

Ulistnione  gałęzie  poruszały  się  ledwo  dostrzegalnie,  jakby  muskał  je  delikatny 

wietrzyk, ukazując to tu, to tam coraz to inne barwy. Owoce? Kwiaty? 

Renfry odciągnął uwagę pozostałych od sceny tak ulotnej, że aż nierealnej. 
- Spójrzcie! 
Stał przed główną konsolą, ściskając rękami oparcie fotela pilota tak kurczowo, że na 

ramionach zarysowały mu się kontury mięśni. Pulpit sterowniczy ożył. Mężczyźni patrzyli na 
migające kontrolki zwiastujące przygotowywanie dział statku. Linia małych światełek płynęła 
nierówno  wzdłuż  rzędów  dźwigni  i  przycisków.  Tam,  gdzie  jakieś  zajaśniało,  podnosiła  się 
dźwignia,  któryś  z  klawiszy  albo  wciskał  się,  albo  wyskakiwał  ponad  poziom  konsoli.  Na 
końcu  światło  eksplodowało  z  miejsca,  które  Travis  mógł  zakryć  kciukiem.  Otworzyła  się 
klapa  i  w  jamie  poniżej  ukazał  się  mały  kawałek  czerwonego  metalu  w  kształcie  monety, 
który wypadł i potoczył się po podłodze. 

Renfry ożywił się nagle i skoczył, żeby złapać dziwny przedmiot. Podniósł ostrożnie 

mały dysk, jakby był czymś drogocennym. 

-  Cel  podróży!  -  Odwrócił  się  do  pozostałych,  ukazując  rozpromienioną  twarz.  -  To 

cel naszej podróży! Myślę, że właśnie trzymam zapis z wytyczonym kursem! 

Nie  mogło  być  innego  wyjaśnienia.  Podróż  zaprogramowana  przez  zmarłego  pilota 

dobiegła końca. Mały metalowy dysk, który Renfry dzierżył w dłoni, krył nie tylko tajemnicę 
ich przybycia, lecz również powrotu. Wrócą do własnego świata tylko wtedy, gdy rozwikłają 
zasadę działania tego dysku. 

Travis  przeniósł  wzrok  z  zaciśniętej  dłoni  technika  na  ekran.  Delikatny  wiatr  unosił 

kwitnące gałęzie dokoła opalizującej wieży. 

Najbliższa  przyszłość  zdawała  mu  się  w  tym  momencie  bardziej  pociągająca  niż  ta 

bardziej odległa. 

Być może Ashe miał podobne odczucie, ponieważ podszedł do wewnętrznej drabiny, 

zatrzymał się i spojrzawszy przez ramię, powiedział z dziwną prostotą: 

- Wychodzimy. 

background image

 

12 

 
Jeśli  kiedyś  było  tu  szerokie  lądowisko,  to  bujna  zieleń  dawno  je  pochłonęła.  Z 

roślinności zmiażdżonej przez lądujący statek unosiły się różne zapachy: niektóre przyjemne, 
inne niemiłe. 

Ziemianie  nie  założyli  hełmów;  nie  były  im  tu  potrzebne.  Słońce  przygrzewało, 

zupełnie  jak  na  Ziemi  wczesnym  latem.  Delikatny  wietrzyk  nie  nanosił  piachu,  a  tylko 
podrywał płatki kwiatów i liście pod ich stopami. 

Teraz  widzieli  więcej  niż  przez  ekran  na  statku.  Obok  opalizującej  wieży  o 

fantastycznym  kształcie  wznosił  się  budynek  równie  dziwny  i  odmienny  w  stylu  od  swej 
towarzyszki, tak jak pustynny świat różnił się od tego zielonego. Masywne matowoczerwone 
bloki,  geometryczne  w  swej  strukturze,  nie  mogły  zrodzić  się  w  tym  samym,  twórczym 
umyśle - a nawet w tej samej epoce. 

Nieco dalej stal kolejny budynek o ostrych niczym noże wieżycach i wąskich oknach 

w  szarych  murach.  Spiczasty  dach  wykonano  z  jakiegoś  szorstkiego,  matowego  materiału. 
Gdzieniegdzie  zwieszały  się  z  niego  pnącza,  a  nawet  wyrastało  małe  drzewko.  Ta  budowla 
również diametralnie różniła się stylem od baśniowej kopuły czy masywnych bloków. 

-  Dlaczego...?  -  Ross  powoli  kręcił  głową,  przenosząc  wzrok  z  jednego  budynku  na 

drugi, gdzie niższe piętra skrywała bujna roślinność. Wysokie budowle dominowały nad kulą 
statku, sprawiając, że wydawał się wręcz miniaturowy. 

Travis powrócił myślami do przeszłości, nieco zamazanej przez ostatnie wydarzenia. 

W jego własnym świecie były przecież miejsca, gdzie miniaturowa wioska Zuni graniczyła z 
osadą Dakota czy Apaczów. 

-  Jakieś  muzeum?  - zasugerował.  To  było  jedyne  wytłumaczenie,  jakie  przychodziło 

mu do głowy. 

Twarz Ashe'a wydawała się blada pod opalenizną. Spoglądał w skupieniu na kopułę, 

na blok i dalej na ostro zaznaczające się wieżyce. 

- Albo stolica, w której każdą ambasadę wzniesiono w rodzimym stylu. 
- A teraz to wszystko jest martwe - dodał Travis. I nie mylił się. Miejsce było równie 

opustoszałe jak port paliwowy. 

-  Możliwe,  że  to  stolica  galaktycznego  imperium.  Czego  można  się  tu  dowiedzieć! 

Skarbiec... - Ashe oddychał szybko. - Możemy tu odkryć skarby tysiąca światów. 

-  A  kto  się  o tym  dowie?  Kogo  to  zainteresuje? -  zapytał  Ross.  -  Nie  mówię,  że  nie 

jestem gotowy iść i ich poszukać. 

Nagle  Travis  dostrzegł  jakiś  ruch  w  masie  poplątanych  roślin,  gdzie  lądujący  statek 

rozpłaszczył  paprocie,  ciągnąc  inne,  powiązane  pnączami.  Indianin  obserwował  drżenie 
połamanych gałęzi. Coś torowało sobie drogę od miejsca oddalonego o jakieś sto metrów od 
statku w kierunku ściany nieruchomych roślin. I to coś było całkiem sporych rozmiarów. 

Czy pełzające stworzenie jest ranne? Czy wlecze się, aby umrzeć w jakimś zacisznym 

miejscu?  Travis  nasłuchiwał,  starając  się  usłyszeć  coś  więcej  niż  szelest  liści.  Jeżeli 
mieszkaniec  tej  planety  rzeczywiście  jest  ranny,  nie  skarżył  się.  Jakieś  zwierzę?  Czy...  coś 
innego?  Coś  równie  obcego  jak  wydmowe  stwory,  bardziej  zbliżone  do  zwierzęcia  niż  do 
człowieka, takiego, jakiego znali? 

- Ukryło się już - wysapał Ross. - Nie może być ciężko ranne, bo nie przesuwałoby się 

tak szybko. 

- Wydaje się, że ten świat nie jest tak opustoszały, jak wyglądał na pierwszy rzut oka - 

powiedział Ashe sucho. - A tamte? 

“Tamte" zbliżały się lekko i cicho, dryfując przez sztuczną polanę powstałą podczas 

lądowania  statku.  Raz  czy  dwa  zatrzepotały  cienkimi  jak  pajęczyna  skrzydłami,  żeby 

background image

utrzymać się w powietrzu. Całą uwagę skupiały na statku. 

Czym  właściwie  były?  Ptakami?  Owadami?  Latającymi  ssakami?  Travis  miał 

wrażenie,  że  te  cztery  małe  stworzenia  stanowią  dziwaczną  kombinację  wszystkich  trzech 
rodzajów.  Długie,  wąskie  skrzydła,  prawie  przezroczyste,  przypominały  skrzydła  owada.  Z 
drugiej strony, te istoty miały trzy nogi, dwie mniejsze z przodu, zakończone trzema palcami 
w kształcie pazura, i jedną większą kończynę z tyłu, o jeszcze bardziej wydatnych szponach. 
Ich głowy zdawały się wychodzić bezpośrednio z karku i były okrągłe na górze, zwężając się 
w  zakrzywiony  dziób.  Oczy  zaś  -  czworo  oczu!  -  sterczały  na  krótkich  wypustkach:  jedna 
para z przodu, druga z tyłu. Trójkątne ciała pokrywało blade futerko o błękitnym odcieniu. 

Powoli  i  bezszelestnie,  wręcz  uroczyście  dryfowały  w  kierunku  statku.  Drugi  w 

rzędzie wyłamał się z formacji i zanurkował ku ziemi. Tylnymi pazurami zakotwiczył się na 
pniaku złamanej gałęzi i złożył skrzydła na grzbiecie, tak jak robiły to ziemskie motyle. 

Dwa  ostatnie  osobniki  z  rzędu  przeleciały  w  jedną  i  w  drugą  stronę  przed  otwartym 

włazem, zakołowały i wzniósłszy się ku niebu, zniknęły za wierzchołkami drzew. Przywódca 
zbliżał się powoli, aż wreszcie zawisł w powietrzu, od czasu do czasu bijąc skrzydłami, aby 
utrzymać się na równej wysokości, bezpośrednio przed wejściem do statku. 

Niczego  nie  można  było  wyczytać  ze  sterczących,  jaskrawobłękitnych  oczu.  Ludzie 

nie  czuli  jednak  odrazy  ani  zaniepokojenia,  jakie  towarzyszyło  im  w  trakcie  spotkania  z 
mieszkańcami  pustyni.  Kimkolwiek  był  tajemniczy  lotnik,  nie  sprawiał  wrażenia  agresyw-
nego czy niebezpiecznego. 

-  Śmieszny  mały  żebrak,  co?  -  rzekł  Renfry.  -  Chciałbym  przyjrzeć  mu  się  z  bliska. 

Jeżeli wszystkie tu są takie jak on, nie mamy się czym martwić. 

Dlaczego  technik  określał  skrzydlate  stworzenie  jako  “on",  było  dla  reszty  niejasne, 

lecz  czterooki  stwór  bardzo  ich  zainteresował.  Ross  pstryknął  palcami  i  wyciągnął  rękę  na 
powitanie. 

- Chodź tu, kolego - zawołał. 
Połyskujące,  błękitne  ogniki  zamrugały  wraz  z  ruchem  wypustek  ocznych,  skrzydła 

zatrzepotały i stwór zbliżył się do włazu. Jednak nie na tyle blisko,  aby  Ziemianin mógł  go 
dotknąć.  Stworzenie  na  chwilę  zawisło  nieruchomo  w  powietrzu,  a  potem  zatrzepotało 
tęczowymi skrzydłami i wzbiło się ku niebu. Jego partner wystartował z krzaka poniżej, aby 
do niego dołączyć. Kilka sekund później zniknęły, jakby nigdy ich tu nie było. 

- Sądzisz, że jest inteligentny? - Ross patrzył za skrzydlatym stworzeniem, a na jego 

zazwyczaj obojętnej twarzy malowało się rozczarowanie. 

- Zgadujesz równie dobrze jak ja - odparł Ashe.  - Renfry - zwrócił się do technika - 

masz teraz zapis z podróży. Czy możesz go odtworzyć? 

-  Nie  wiem.  Szkoda,  że  nie  mam  instrukcji  albo  chociaż  jakiegoś  przewodnika. 

Myślisz, że można coś takiego tu znaleźć? 

- Dlaczego tak ci spieszno do wyjazdu, szefie? Dopiero co tu dotarliśmy, a to miejsce 

wygląda mi na niezły klejnocik wakacyjny. - Ross uniósł głowę, aby popatrzeć na kopułę, na 
której opałowe błyski igrały w promieniach słońca. 

- Właśnie dlatego - odpowiedział spokojnie Ashe. - Za dużo    tu pokus. 
Travis zrozumiał; wiedza, którą skrywał ten świat, pociągała Ashe'a z nieodpartą siłą. 

Zafascynowani  jego  sekretami,  mogliby  odkładać  badania  statku  i  opóźniać  start.  Znał 
podobne sztuczki. Zanim zostaną wciągnięci w pułapkę, muszą zwalczyć wszechogarniające 
pragnienie  zanurzenia  się  w  tej  zielonej  dżungli,  wycięcia  ścieżki  do  opalizującej  kopuły  i 
przekonania się na własne oczy, jakie skrywa cuda. 

Godzinę  później  wyszli  ze  statku,  pozostawiając  technika  na  straży.  Nastawili 

miotacze na minimum i torowali sobie drogę przez las. Travis zerwał jeden z kwiatów. Pięć 
szerokich  płatków,  wydłużonych  i  lekko  pomarszczonych  na  końcach,  miało  intensywny 
kremowy  kolor,  przechodzący  w  środku  w  pomarańczowy.  Spoczywające  na  dłoni  płatki 

background image

zaczęły się poruszać i zamykać w pączek. Nie potrafił wyrzucić kwiatu. Jego barwa niewoliła, 
a aromatyczny zapach pociągał. Włożył krótką łodyżkę do jednej z kieszeni worka na pasku, 
gdzie,  pozbawiony  ciepła  jego  dłoni,  kwiat  ponownie  się  otworzył.  Ani  nie  zbladł,  ani  nie 
zwiądł mimo krótkiej łodyżki. 

Teraz,  poza  bezpośrednim  wpływem  promieni  słonecznych,  powietrze  wydawało  się 

dużo  chłodniejsze,  wilgotne  i  ciężkie  od  intensywnie  pachnących  roślin.  Aromatyczna  woń, 
silniejsza niż perfumy, nabierała intensywności, w miarę jak stąpali po masie zgniłych liści. 

-  Fuu!  -  Ross  zamachał  dłonią  przed  twarzą,  jakby  chciał  rozrzedzić  powietrze.  - 

Fabryka perfum, czy co? Czuję się, jakbym brodził w powodzi róż! 

Ashe najwyraźniej stracił część charakterystycznej dla siebie trzeźwości umysłu. 
- Raczej goździków - rzekł. - Wyczuwam tu - powąchał i kichnął - goździki i chyba 

gałkę muszkatołową. 

Travis oddychał płytko. Już kilka minut wcześniej zwietrzył tę kombinację zapachów. 

Teraz złapał w nozdrza wiatr przesycony zapachem szałwi. 

Dżungla kończyła się tuż u podstawy opałowego budynku, który z bliska wydawał się 

o  wiele  wyższy.  Posuwali  się  naprzód,  szukając  wejścia.  Musiało  gdzieś  być,  chyba  że 
wszyscy tubylcy potrafili latać. Co dziwne - mimo iż na wielu wyższych piętrach znajdowały 
się  okna  z  małymi  balkonikami  -  na  dole  nie  było  żadnych  otworów.  Widzieli  tylko  panele 
osadzone  w  rzeźbionych  ramach  i  solidne  bloki  z  opalu.  Na  każdym  panelu  widniała 
połyskująca  mozaika,  która  nie  tworzyła  żadnego  rozpoznawalnego  wzoru  i  mieniła  się 
tysiącem kolorów. 

Mężczyźni  przebrnęli  przez  zarośla,  docierając  do  krańca  muru.  Duży  budynek 

przypominał typowy blok w ziemskim mieście. Za rogiem, na froncie kolistej rampy, znaleźli 
drzwi. Były zwieńczone łukiem i sięgały pierwszego piętra. Rampa przypominała zamarznię-
tą poprzerywaną gdzieniegdzie koronkę 

Zawahali się. Gdyby nie westchnienia wiatru, szmer liści i szemranie niewidzialnych 

mieszkańców  zielonego  świata,  dokoła  panowałaby  cisza  -  cisza  dawno  zapomnianego 
miejsca. 

Ashe wszedł na rampę i wolnym krokiem  wspiął się po delikatnej pochyłości, jakby 

wcale nie chciał się dowiedzieć, co jest dalej. 

Travis i Ross podążyli za nim. W zakamarkach i krzywiznach rampy znajdowały się 

kieszonki  pełne  opadłych  liści,  a  jeszcze  więcej  suchych  roślin  dryfowało  wewnątrz 
otwartego portalu. Szli po szeleszczącym kobiercu, szurając nogami, aż dotarli do holu, które-
go  wysokość  zapierała  dech  w  piersiach.  Podążając  wzrokiem  za  wewnętrzna  spiralą, 
wznoszącą  się  nieprawdopodobnie  wysoko,  poczuli  zawroty  głowy.  Na  samej  górze 
wieńczyła  ją  ogromna  opalizująca  kopuła.  Przebijało  przez  nią  światło  słoneczne,  malując 
tęcze  na  murach  i  na  rampie,  która  wznosiła  się  wzdłuż  murów,  służąc  innym  łukowatym, 
koronkowym wejściom na każdym piętrze. 

Tutaj  nie  dostrzegli  błysku  zewnętrznej  mozaiki.  Szeroka  gama  kolorów  została 

zredukowana  do  delikatnych,  wyblakłych  cieni,  ciemnego  fioletu,  zieleni,  brudnego  różu, 
kremowego... 

-  ...  czterdzieści  osiem,  czterdzieści  dziewięć,  pięćdziesiąt!  Pięćdziesięcioro  drzwi 

wzdłuż  tylko  tej  rampy.  -  Ross  ściszył  głos  do  szeptu,  a  mimo  to  echo  odpowiedziało  im 
upiornie. - Od czego zaczynamy? - Teraz mówił mocniejszym głosem, jakby rzucał wyzwanie 
pogłosowi i ciszy, która go tłumiła. 

Ashe przemierzył obszerny hol i włożył obie ręce do niewielkiej niszy. Pospieszyli za 

nim  i  zobaczyli,  że  trzyma  w  dłoniach  małą  statuetkę  z  ciemnofioletowego  kamienia. 
Podobnie  jak  błękitni  lotnicy,  figurka  była  uderzająco  podobna  do  żyjątek,  które  znali,  a 
jednocześnie wydawała się obca.                                                 

- Człowiek? - zastanawiał się Ross. - Zwierzę? . 

background image

- Totem? Bóg? - dodał Travis, bazując na własnej wiedzy i doświadczeniu. 
- Każde albo żadne z nich - podsumował Ashe. - Ale z pewnością dzieło sztuki. 
Przyjrzeli  się  statuetce.  Postać  stała  w  pozycji  wyprostowanej  na  dwóch  szczupłych 

kończynach  zakończonych  stopami  o  długich,  wąskich,  szeroko  rozstawionych  palcach. 
Ciało,  również  szczupłe,  z  widocznie  zarysowaną  talią  i  szerokimi  barkami,  przypominało 
ciało  ludzkie.  Stworzenie  wznosiło  ramiona  do  góry,  jakby  zamierzało  wyskoczyć  w 
powietrze.  Miałoby  jednak  większe  szansę  przeżycia  takiego  skoku  niż  ci,  którzy  teraz 
patrzyli  na  statuetkę;  skórzaste  skrzydła  łączyły  ramiona  i  żebra  podobnie  jak  u  ziemskich 
nietoperzy. 

Głowa,  przypominająca  ludzką,  była  wręcz  groteskowa  w  swej  brzydocie.  Spiczaste 

uszy przytłaczały wielkością resztę szczegółów twarzy: głęboko osadzone oczy pod ciężkimi 
wypukłościami  czaszki;  nos,  pionowa  wypustka  nad  otworem  gębowym;  i  cienkie  wargi, 
ukazujące  potężne  kły.  Ale  istota,  choć  szpetna,  nie  była  odrażająca  ani  zatrważająca.  Brak 
jakiegokolwiek  odzienia  mógłby  sugerować,  że  przedstawiciele  tej  rasy  nie  należą  do 
osobników kierujących się rozumem. Jednak im dłużej odkrywcy przyglądali się posążkowi, 
tym bardziej byli przekonani, że nie przedstawia zwierzęcia. 

Fioletowy  kamień  był  gładki  i  chłodny  w  dotyku,  a  kiedy  Travis  podniósł  go  do 

światła,  sączącego  się  z  kopuły,  statuetka  zalśniła  jak  klejnot.  Misterne  detale  postaci 
kontrastowały  z  abstrakcyjnymi  malowidłami  na  zewnętrznych  ścianach.  Były  bardziej 
zbliżone do ornamentów na kopule i ponad wejściami. 

Ross przejechał palcem po wewnętrznej stronie niszy, w której Ashe znalazł figurkę. 

Kurz posypał się na posadzkę. Jak długo ta uskrzydlona postać tu stała? 

Ashe wsunął statuetkę pod pachę i poszli dalej - nie pod górę spiralną rampą, lecz do 

pierwszych otwartych drzwi na parterze. Pomieszczenie okazało się puste, oświetlone jedynie 
światłem wpadającym przez szczeliny w ścianie.  Również pokoje były puste. Wyglądało na 
to, że mieszkańcy tego budynku - o ile był to budynek mieszkalny - opuszczając go, zabrali ze 
sobą wszystko oprócz małej statuetki w holu. 

Kiedy sprawdzili ostatnie pomieszczenie, Ross westchnął i oparł się o ścianę. 
- Nie wiem, jak się czujecie - powiedział - ale ja w ciągu ostatniej godziny nałykałem 

się dość kurzu. O śniadaniu prawie zapomniałem. Przerwa na kawę - gdybyśmy tylko ją mieli 
-mogłaby nas podbudować. 

Nie  mieli  kawy,  ale  zabrali  ze  sobą  pienisty  napój  ze  statku.  Usiadłszy  rzędem 

naprzeciwko  rampy,  na  przemian  wysysali  płyn  z  pojemników  i  pożywiali  się  ciastkami 
“kukurydzianymi", które wcześniej podzielili na równe porcje. 

- Dobrze by było zjeść coś świeżego - powiedział w zadumie Travis. Monotonna dieta 

z  zapasów  na  statku  zaspokajała  głód,  lecz  nie  satysfakcjonowała  upodobań  smakowych. 
Indianin wyobraził sobie skwierczący stek i przystawki, jakie zwykle serwowano na ranczo. 

-  Może  tam  coś  znajdziemy.  -  Ross  wskazał  kobierzec  zieleni  nieco  w  dole.  - 

Moglibyśmy urządzić małe polowanie... 

- Co ty na to? - Travis wstał i zwrócił się do Ashe'a. - Moglibyśmy spróbować? 
Propozycja nie spodobała się archeologowi. 
- Nie zabiję niczego, dopóki nie będę wiedział, co zabijam - odparł. 
Travis  z  początku  nie  zrozumiał,  dopiero  po  chwili  dotarło  do  niego  znaczenie  słów 

Ashe'a. Skąd mogli mieć pewność, że ich łupem nie padnie istota rozumna! Mimo wszystko 
jednak, wciąż miał ochotę na stek, i to pragnienie nie dawało mu spokoju. 

- Wchodzimy na górę? - Ross wstał. - Mamy tu pracy na cały dzień, jeśli chcemy się 

czegoś dowiedzieć. 

-  Zapewne.  -  Ashe  przycisnął  do  piersi  nietoperzopodobną  figurkę.  -  Możemy 

rozejrzeć się na parterze tego dużego czerwonego bloku na pomocy. 

Przebrnęli  przez  gęstą  zasłonę  krzaków,  trawy,  drzew  i  pnączy  i  dotarli  do 

background image

czerwonego  budynku  o  monolitycznej  architekturze.  Tu  ponownie  stanęli  przed  otwartymi 
drzwiami; były bardzo wąskie, jakby broniły wstępu do wnętrza. 

-  Wygląda  na  to,  że  ci,  co  go  zbudowali,  nie  przepadali  za  swoimi  sąsiadami  - 

skomentował Ross. - W razie potrzeby byłaby tu niezła forteca. Tamten budynek z kopułą jest 
otwarty na oścież. 

Travis  zawahał  się  przez  moment,  nim  zdecydował  się  na  przekroczenie  progu. 

Ledwie znalazł się w środku, znieruchomiał. 

- Kłopoty! - pomyślał i błyskawicznym ruchem wyciągnął gotowy do strzału miotacz. 
Przed  nim  rozciągał  się  szeroki  hol,  taki  jak  w  budynku  z  kopułą.  Ten  jednak 

wyglądał  inaczej.  Przecinało  go  wiele  przepierzeń,  niektóre  o  wysokości  prawie  dwóch 
metrów. Dzieliły hol na niewielkie schowki. Z żadnego nie można było zobaczyć, co jest za 
następnym. Nie tym jednak przejął się zwiadowca, lecz wonią, która dotarła do jego nozdrzy. 

To,  co  wyczuł,  przypominało  odór  nocnych  stworzeń  z  piaszczystej  planety.  Była  to 

woń nory - nory, z której od dawna korzystano. Powietrze cuchnęło zgnilizną, obcym ciałem, 
wysuszonymi i zgniłymi roślinami oraz odchodami. Coś tu miało swoje legowisko i często z 
niego korzystało. 

Tajemniczego  stwora  zdradziła  niecierpliwość.  Indianin  usłyszał  niski,  gardłowy 

pomruk,  taki  jaki  wydobywa  się  z  gardzieli  kota  szykującego  się  do  skoku  na  nieświadomą 
niebezpieczeństwa ofiarę. 

Odwrócił  się  w  mgnieniu  oka.  Ujrzawszy  zgarbiony  kształt  balansujący  na  górnej 

krawędzi  przepierzenia,  zrozumiał,  że  stworzenie  lada  moment  skoczy  wprost  na  niego. 
Instynktownie uniósł rękę i wyzwolił energię miotacza. 

Promień trafił napastnika w powietrzu. Straszliwy skowyt szału i bólu odbił się echem 

od masywnych murów. Cepowata kończyna zaopatrzona w ostre pazury zdołała sięgnąć celu. 
Travis zatoczył się i zanurzył w jeszcze większych ciemnościach. Niemal w tej samej chwili 
wpadli  Ross  i  Ashe,  strzelając  z  miotaczy  w  ryczącego  stwora,  który  szykował  się  do 
ponownego ataku. 

Stworzenie  było  nieprawdopodobnie  żywotne.  Dopiero  kiedy  płomienie  dwóch 

miotaczy  skupiły  się  na  jego  ciele,  padło  na  ziemię  i  znieruchomiało.  Travis,  wyraźnie 
wstrząśnięty,  usiłował  się  podnieść.  Wiedział,  że  gdyby  nie  ostrzeżenie,  byłby  już  albo 
martwy, albo tak straszliwie okaleczony, iż pragnąłby śmierci. 

Pokuśtykał  w  kierunku  drzwi.  Cała  noga  zdrętwiała  mu  od  druzgoczącego  ciosu. 

Pomacał  ręką,  lecz  nie  znalazł  rozdarcia  w  kombinezonie  i  wydawało  mu  się,  że  nie  ma 
otwartej rany. 

- Dostał cię? - Ashe zbadał ranę. 
Travis, wciąż oszołomiony, skrzywił się pod naciskiem palców archeologa. 
- Tylko siniaki. Co to było? 
Ross spojrzał na zwłoki tajemniczego stwora. 
- Trudno określić - odparł. - Ale na pewno jest martwy i ma sześć łap. 
Rzeczywiście, po strzałach z miotaczy pozostały tylko spalone szczątki. Przyjrzawszy 

się  im,  stwierdzili,  że  futrzasty  drapieżnik  miał  sześć  łap,  ponad  dwa  metry  długości  i 
proporcjonalne do rozmiarów ciała kły i pazury. . 

- Miejscowa odmiana tygrysa szablozębnego - zasugerował Ross. 
Ashe pokiwał głową. 
- Proponuję strategiczny odwrót. Ten tutaj może mieć kolegów. Wolałbym nie spotkać 

któregoś z nich w dżungli. 

background image

 

13 

 
Myślałeś,  że  nie  natrafimy  tu  na  żadne  paskudne  niespodzianki?  -Ross  bębnił 

pokaleczoną  ręką  o  blat  stołu  w  mesie.  Patrzył  na  Travisa  nieco  protekcjonalnie.  -  Pozwól, 
kolego,  że  dam  ci  pewną  radę.  Właśnie  wtedy,  gdy  wszystko  idzie  po  twojej  myśli, 
powinieneś spodziewać się pułapki. 

Indianin potarł posiniaczone udo. Miał czas na przeanalizowanie ostatniej walki. Sam 

doszedł do wniosku, że był zbyt pewny siebie, wchodząc do budynku o czerwonych murach, 
toteż  uwagi  Rossa  wydały  mu  się  zbyt  protekcjonalne.  Zobaczył  w  korytarzu  Renfry'ego  i 
Ashe'a. Po chwili weszli do mesy. 

- Wiesz - mówił technik - że te błękitne latające stwory wróciły dwukrotnie podczas 

waszej nieobecności? Podleciały do włazu, ale nie próbowały dostać się do środka. 

Travis, przypomniawszy sobie pazury tych stworzeń, chrząknął. 
- Na szczęście - powiedział. 
-  Potem  -  kontynuował  Renfry,  nie  zwracając  uwagi  na  wtręt  Apacza  -  tuż  przed 

waszym powrotem, znalazłem to. Za zewnętrznymi drzwiami. 

“To" nie zostało przyniesione przez wiatr. Trzy różki ze zwiniętych zielonych liści o 

żółtych  nerwach,  spiętych  kilkucentymetrowymi  cierniami,  były  wypełnione  owalnymi 
bladozielonymi przedmiotami, mniej więcej wielkości paznokcia kciuka. 

Mogły  być  to  owoce,  nasiona  lub  jakaś  forma  ziarna.  Co  dziwne,  Travis  miał 

pewność,  że  stanowiły  czyjeś  pożywienie.  Nietrudno  było  się  domyślić,  że  błękitni  lotnicy 
podarowali je w geście przyjaźni. Dlaczego? Z jakiej przyczyny? 

- Widziałeś, jak te skrzydlaki to zostawiały? - zapytał Ashe. 
- Nie. Gdy poszedłem do włazu, już tam leżało. Jedno z ziarenek wypadło z paczuszki 

i potoczyło się po stole. Travis przycisnął je palcem i kulka natychmiast pękła, jak przejrzałe 
winogrono.  Bez  namysłu  podniósł  lepki  palec  do  ust.  Było  cierpkie,  lecz  słodkie  i  miało  w 
sobie świeżość mięty czy podobnego ziela. 

- Zrobiłeś to - zauważył Ross. - No cóż, pozostaje nam tylko patrzeć, jak obsypiesz się 

purpurowymi  krostami  albo  cały  zrobisz  się  zielony  i  uschniesz.  -  Mówił  jak  zwykle 
rozbawionym tonem, lecz z jego głosu przebijało napięcie. Zapewne Ross uważał, że Apacz, 
robiąc ten eksperyment, wziął na siebie zbyt duże ryzyko. 

- Smakuje całkiem nieźle - odparował Travis. Wziął kolejny owoc, włożył go do ust i 

rozgniótł  skórkę  zębami.  Jagoda,  ziarenko,  czy  cokolwiek  to  było,  nie  mogła  wprawdzie 
zastąpić mięsa, lecz była świeża i, co najważniejsze, miała smak. 

-  Dosyć!  -  Ashe  sprzątnął  mu  sprzed  nosa  pakuneczek  wraz  z  zawartością.  -  Nie 

możemy ryzykować bez potrzeby. 

Kiedy  jednak  Travis  nie  odczuwał  żadnych  sensacji,  podzielili  miedzy  siebie  resztę 

ziarenek.  Podczas  kolacji,  po  raz  pierwszy  od  wielu  tygodni,  rozkoszowali  się  smacznym 
pożywieniem. 

- Może moglibyśmy czymś pohandlować, żeby dostać tego więcej - zaczął Ross, lecz 

zreflektował się i zamilkł. Ashe roześmiał się. 

- Właśnie się zastanawiałem, kiedy zaświta ci w głowie ta możliwość. 
Murdock wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
-  Łatwo  ci  mówić.  Pewnie  myślisz,  że  mi  się  nie  uda,  co?  W  porządku,  raz  jeszcze 

zmienimy  się  w  handlarzy.  Tak  naprawdę  nigdy  nie  miałem  okazji,  by  wypróbować  swoje 
zdolności. Zbyt wiele przeszkód. 

Travis  czekał  cierpliwie,  aż  mu  wszystko  wyjaśnią.  Kolejny  raz  wspólne  przeżycia 

Ashe'a  i  Rossa  z  przeszłości  izolowały  go,  przypominając,  że  uczestniczy  w  tej  przygodzie 
przez czysty przypadek. 

background image

-  Między  przedmiotami,  które  wybraliśmy  do  analizy,  powinny  być  takie,  które 

zainteresują tubylców. - Ross minął Ashe'a, wychodząc z messy. - Rzucę okiem. 

- Handel, co? - pokiwał głową Renfry. - Słyszałem, jak wy, chłopcy, podczas podróży 

w czasie pogrywaliście w ten sposób. 

- To dobra przykrywka. Jedna z najlepszych. Handlarz bez przeszkód porusza się po 

prymitywnym  świecie  i  nikt  nie  kwestionuje  jego  obecności  czy  zachowania.  Każde 
dziwactwo  mowy,  zwyczajów,  ubioru  można  wiarygodnie  wytłumaczyć.  Wiadomo,  że 
przybywa  z  daleka,  więc  ci,  którzy  się  z  nim  kontaktują,  nie  oczekują,  że  będzie  do  nich 
podobny. Handlarz szybko podłapuje nowinki. Tak, handel to przykrywka, jakiej używaliśmy 
od samego początku. 

- Też byłeś handlarzem, kiedy cofnąłeś się w czasie? - zapytał Travis. 
Ashe wyraźnie się ożywił, gdy dano mu szansę opowiedzenia o swoich przygodach. 
-  Słyszałeś  kiedykolwiek  o  ludzie  pucharu?  Byli  to  kupcy;  na  początku  epoki  brązu 

mieli swoje faktorie od Grecji aż po Szkocję. To był mój kamuflaż w starożytnej Brytanii, a 
potem  w  krajach  nadbałtyckich.  Ten  zawód  naprawdę  wciąga  i  fascynuje.  Mój  pierwszy 
partner mógł odejść na emeryturę jako milioner - a raczej odpowiednik milionera w tamtym 
okresie. - Ashe przerwał nagle, lecz Travis zadał kolejne pytanie. 

- Dlaczego tego nie zrobił? 
-  Czerwoni  zlokalizowali  naszą  stację  i  wysadzili  ją  w  powietrze.  Sami  też  zginęli, 

ponieważ dali nam namiar na swoją bazę. - Dopóki się nie zobaczyło jego oczu, można było 
sądzić, że przywołuje z pamięci suche fakty. 

Travis  wiedział,  że  Ross  jest  niebezpieczny.  Teraz  zrozumiał,  że  Ashe  w  razie 

konieczności  potrafi  być  bardziej  bezwzględny  niż  jego  podwładny,  który  właśnie  wrócił  z 
pełnymi rękami i rozłożył przedmioty na stole. 

Znalazł  się  tam  kawałek  materiału  -  być  może  apaszka  -  który  znaleźli  w  jednej  z 

szafek  członków  załogi.  Była  to  zielona  tkanina  w  purpurową  kratkę;  żywe  kolory 
przyciągały  wzrok.  Obok  leżały  cztery  drewniane  płaskorzeźby  o  odcieniu  koralowym, 
zdobione złotem. O ile mogli się zorientować, były to stylizowane imitacje liści paproci lub 
piór. Ashe przypuszczał, że przedstawiają istoty pochłonięte jakąś grą, chociaż na statku nie 
zlokalizowali dotychczas żadnej planszy czy innych akcesoriów do gry; Nieco dalej na blacie 
Ross  położył  tabliczkę,  która  w  tajemniczy  sposób  odtwarzała  trzymającej  ją  osobie  obraz 
rodzinnych stron. Ashe odsunął tabliczkę, kręcąc głową. 

- To zbyt ważne. Za pierwszym razem nie musimy być aż tak hojni. Jakkolwiek by na 

to  patrzeć,  otrzymaliśmy  bardzo  drobny  podarunek.  Spróbuj  dać  im  apaszkę  i  te  dwie 
płaskorzeźby. 

- Położyć je w wejściu? -zapytał Ross. 
- Raczej nie. Nie ma co zwabiać tu gości. Wybierz jakieś miejsce na ziemi. 
Ashe wyszedł za Murdockiem. Travis poczuł nagle ostre ukłucie w nodze, pokuśtykał 

więc  na  koję,  aby  wypróbować  jej  uzdrawiające  właściwości.  Zdjął  kombinezon,  wyciągnął 
się z grymasem bólu i spróbował się rozluźnić. 

Musiał zasnąć pod narkotycznym wpływem uzdrawiającej galarety, która wlała się do 

przeszklonej koi i otoczyła jego ciało. Kiedy uniósł powieki, zobaczył nad sobą Rossa, który 
szarpał go gwałtownie. 

- Co się dzieje? 
Murdock nie dał mu czasu na protesty. 
-  Ashe  zniknął!  -  Jego  twarz  była  na  pozór  obojętna,  lecz  zimne  błyski  w  oczach 

zdradzały silne emocje. 

-  Zniknął?  -  Senność  spowodowana  uzdrawiającymi  właściwościami  galarety 

utrudniała myślenie. - Gdzie? 

- Tego właśnie musimy się dowiedzieć. Ruszaj się! 

background image

Travis ubrał się i zapiął pas z miotaczem, który podał mu Ross. 
- Powiedz mi, jak to się stało - zwrócił się do Murdocka, gdy wyszli na korytarz. 
- Byliśmy na zewnątrz. Szukaliśmy kamienia, na którym można by położyć rzeczy do 

handlu. Obserwowała nas para tych skrzydlaków, więc czekaliśmy, by zobaczyć, czy zlecana 
dół.  Nie  kwapiły  się,  więc  Ashe  powiedział,  żebyśmy  udali,  że  idziemy  do  tych  budynków. 
Przeszedł za powalone drzewo... widziałem, jak tam szedł. Mówię ci... widziałem go! Potem 
zniknął! - Ross był wyraźnie wytrącony z równowagi. 

- Pułapka w ziemi? - Travis podał pierwsze rozwiązanie zagadki, jakie przyszło mu na 

myśl  i  podążył  za  Rossem  do  komory  powietrznej.  Renfry  mocował  tam  dwa  kawałki 
jedwabnego sznurka, który, jak wcześniej sprawdzili, był zdumiewająco wytrzymały. W taki 
sposób,  doczepieni  do  statku,  mogli  przeczesać  okolicę,  pozostawiając  jednocześnie 
wiadomość o miejscu swego pobytu. 

-  Przeszukałem  ten  teren  cal  po  calu  -  wycedził  przez  zęby  Ross.  -  Nie  znalazłem 

nawet  dziurki  mrówek  czy  innego  robaka.  W  jednej  chwili  Ashe  tam  był,  a  w  następnej 
zniknął! 

Przywiązali  się  linkami  i  zostawiwszy  Renfry'ego  na  straży,  zeszli  na  ziemię,  gdzie 

połamana przez statek roślinność usychała w promieniach zachodzącego słońca. Wiedzieli, że 
gdy  zapadnie  zmrok,  trudno  będzie  prowadzić  poszukiwania.  Mieli  nadzieję  znaleźć  jakiś 
ślad, zanim ciemności ogarną okolicę. 

Ross  ruszył  przodem,  balansując  na  zwalonym  pniu.  Dotarł  do  samej  korony 

powalonego drzewa o przywiędłych liściach, teraz zmiażdżonych i połamanych. 

- Stał dokładnie tutaj. 
Travis  zeskoczył  na  połamane  liście.  Ostry  zapach  lepkiej  posoki  oraz  ciężka  woń 

kwiatów  i  liści  drażniły  nozdrza.  Ross  miał  słuszność.  Zielsko  porastało  ziemię  szerokim 
pasem i nic nie wskazywało, że cokolwiek zostało tu naruszone. Przyjrzał się uważnie śladom 
stóp,  lecz  niczym  się  nie  różniły  od  tych,  które  sam  zostawił.  Mogły  to  być  odciski  stóp 
zarówno Ashe'a, jak i Rossa. Z uwagi na brak innych śladów Indianin poszedł tym tropem. 

Chwilę  później,  na  samym  skraju  polany,  którą  Murdock  wydeptał  w  czasie 

poszukiwań,  Travis  ujrzał  coś  jeszcze.  Leżał  tam  inny  pień  drzewa,  pozostałość  leśnego 
giganta,  który  nie  został  powalony  podczas  lądowania  statku.  Leżał  tam  dostatecznie  długo, 
aby  nagromadziły  się  dokoła  niego  ziemia  i  opadłe  liście  oraz  porósł  go  czerwony  mech  i 
grzyby. 

Na mchu widniały dwie duże ciemne plamy, poszarpane smugi sugerujące, że coś lub 

może  ktoś  wbił  tu  paznokcie,  aby  przeciwstawić  się  jakiejś  potężnej  sile.  Ashe?  Ale  jak  to 
możliwe,  że  schwytano  go,  a  Ross  ani  nie  widział  walki,  ani  nie  słyszał  żadnych  jej 
odgłosów? 

Travis  przeskoczył  pień  drzewa  i  znalazł  potwierdzenie  swych  domysłów:  kolejny 

głęboki odcisk stopy w ściółce. Ale dalej nic. Zupełnie nic! A żadna istota żywa nie mogłaby 
iść po tak miękkim podłożu, nie zostawiając śladów. Wydawało się, że w tym miejscu Ashe 
uniósł się w powietrze. 

Ależ  tak!  Powinni  szukać  nie  na  ziemi,  lecz  w  górze,  Travis  zawołał  Rossa.  Dokoła 

nich rosły potężne drzewa. Gładkie pnie sięgały ponad siedem metrów w górę, dopiero na tej 
wysokości widać było liście. Nie dostrzegli żadnego niezwykłego ruchu ani nie słyszeli żad-
nych dźwięków. 

Wtem nadleciał jeden z błękitnych skrzydlaków. Krążył nad Travisem, obserwując go 

czworgiem wystających oczu. Czyżby skrzydlate stwory porwały archeologa? Nie mógł w to 
uwierzyć. Człowiek o wadze i sile Ashe'a, walczący zaciekle - co sugerowały ślady na mchu - 
nie  dałby  się  porwać  w  powietrze  jednemu  takiemu  stworzeniu.  Musiałoby  go  dopaść  całe 
stado.  Apacz  był  jednak  pewien,  tak  jakby  to  widział,  że  archeologa  uprowadzono  w 
powietrze, albo na wierzchołki drzew. 

background image

-  Jak  zdołały  go  unieść?  -  zastanawiał  się  Ross.  Najwyraźniej  skłaniał  się  do 

zaakceptowania pomysłu Travisa. - A potem - kontynuował agent czasu - dokąd go zabrały? 

-  W  przeciwnym  kierunku  niż  trzy  najbliższe  budynki  -  zasugerował  Travis.  - 

Transportowanie  więźnia  nie  było  łatwe,  więc  poleciały  bezpośrednio  do  miejsca  swego 
zamieszkania. Bardziej zależało im na czasie niż na ukrywaniu się. 

- Czyli lot do dżungli. - Ross powiódł wzrokiem po drzewach, pnączach i krzakach. - 

No  cóż,  zastosujemy  pewną  sztuczkę.  Podaj  mi  swój  pas.  Uczyli  nas  tego  na  początku 
szkolenia. - Wziął pas od Travisa, zaczepił o swój i otoczył nim drzewo. Jednak pień był zbyt 
szeroki.  Ross  odczepił  sznurek  łączący  ich  ze  statkiem,  odciął  kawałek  i  dołączył  do  obu 
pasków.  Tym  razem  wystarczyło.  Wykorzystując  pasy,  zaczął  wspinać  się  po  pniu  niemego 
świadka ostatniej walki. 

Liście drżały, kiedy torował sobie między nimi drogę. 
-  Znalazłem  ślad  -  zawołał  po  chwili.  -  Dokoła  tego  konaru  zaczepiono  linę,  która 

wyżłobiła rowek w korze. I... no, no, no... nie są zbyt mądre albo nie sądzą, że my jesteśmy. 
Wejdź i sam zobacz! 

Linka wykonana ze sznurka i pasków opadła wzdłuż pnia. Travis złapał ją i wspiął się 

z  mniejszą  zręcznością  niż  Ross.  Po  chwili jednak  dołączył  do  kompana  ukrytego  na  gałęzi 
pośród liści. Ross składał w dłoniach inną linę, zieloną, zrobioną z pnączy roślin. 

- Trzeba zabawić się w Tarzana. - Ross pociągnął koniec zielonej liny. - Przelatujesz 

na  tamto  drzewo,  prawdopodobnie  znajdujesz  kolejną  linę.  I  tak  dalej.  Wciąż  nie  bardzo 
rozumiem, jak przenosiły Ashe'a. Chociaż - zmrużył oczy - może zaczekały, aż wróciłem po 
ciebie na statek. 

Travis przyjrzał się linie. 
- To, że zostawiły tu linę oznacza, że... 
- Że wrócą? - Ross pokiwał głową. - Możliwe, że zamierzają wyłapywać nas jednego 

po drugim. Ale kim są? To na pewno nie te latające stworzenia... 

-  Te  mogą  pełnić  rolę  psów  myśliwskich.  -  Travis  starał  się  nie  patrzeć  na  ziemię, 

ponieważ wysokość, na jakiej siedział, nie napawała go otuchą. 

- A ten prezent z owoców był tylko przynętą, żeby zwabić nas w pułapkę - zgodził się 

Ross. - Wszystko pasuje: owoce, żeby wyciągnąć nas ze statku, skrzydlaki miały dać sygnał, 
kiedy wyszliśmy. A potem - atak! I jeden z nas sprzątnięty! Tyle że Ashe nie zostanie długo 
więźniem. 

- To również może być pułapka - przypomniał mu Travis, kiedy szarpnąwszy za linę, 

zorientował się, że jest bardzo mocno przywiązana do drzewa. 

- To prawda. Wkrótce się dowiemy. 
- W nocy? - Słońce chyliło się ku zachodowi. Travis chciał iść po śladach, podobnie 

jak  Ross,  lecz  zdrowy  rozsądek  nakazywał  im,  by  nie  dali  się  wciągnąć  w  bezmyślną  akcję 
ratowniczą. 

- Noc... - Ross skrzywił się, patrząc na ostatnie promienie słońca. - Te stworzenia są 

aktywne za dnia i przyzwyczajone do dużych wysokości. 

- Co sugeruje, żeby nie podróżować po ziemi ani w nocy. - Travisa zaczynało męczyć 

mówienie.  -  Nasz  kolega  w  czerwonym  domu  może  służyć  jako  przykład.  Jakie  widzisz 
rozwiązanie? 

-  Wracamy  do  budowli  z  kopułą.  Idziemy  na  górę.  Dokoła  kopuły  jest  balkon. 

Stamtąd rozpoczniemy poszukiwania. 

Travis  był  skłonny  się  zgodzić,  lecz  musieli  jakoś  zdławić  protesty  Renfry'ego. 

Dotychczas  Ross  akceptował  żądania  technika,  twierdząc,  że  z  całej  ekipy  tylko  Renfry 
dysponuje  wiedzą,  dzięki  której  mogą  przejąć  kontrolę  nad  statkiem,  a  zarazem  nad  własną 
przyszłością.  Co  więcej,  konieczność  zorganizowania  ekipy  poszukiwawczej  przed 
zapadnięciem  zmroku  wiązała  się  z  jak  najszybszym  odnalezieniem  śladów,  które  mogłyby 

background image

doprowadzić do Ashe'a. 

Podążyli  ścieżką,  którą  wyrąbali  rankiem,  kiedy  przechodzili  przez  małe  polanki. 

Travis  zerkał  na  niebo.  Miał  nadzieję,  że  dostrzeże  błękitne  skrzydlaki  na  czatach.  Nie 
zobaczył żadnego. 

Gdy  dotarli  do  wewnętrznej  rampy  pod  kopułą,  Ross  przyspieszył  kroku.  Zwolnił 

tempo,  kiedy  wchodzili  stopniowo  na  piąty,  szósty,  potem  siódmy,  ósmy,  dziewiąty,  a 
wreszcie dziesiąty poziom. Z budynku nie doleciał ich najmniejszy dźwięk, nic, co zmąciłoby 
ciszę i pustkę bajecznie pięknego wnętrza. 

Dotarli  na  balkon  -  wąskie  przejście,  okalające  kopułę,  zabezpieczone  sięgającą  do 

piersi  rzeźbioną  poręczą.  Wzmagający  się  wiatr  burzył  im  włosy  i  zawodził  osobliwie  w 
szczelinach budowli. Ross ruszył do miejsca, skąd roztaczał się widok w kierunku, w którym, 
jak sądzili, podążyli oprawcy Ashe'a. 

Dopiero z kopuły mężczyźni ujrzeli inne budowle, a raczej rumy, wystające z dżungli. 

Większość z nich nie dorównywała wielkością kopule, lecz trzy czy cztery stojące w dalszej 
odległości wyraźnie ją przewyższały. 

Ross wskazał na jedną z budowli, 
-  Jeżeli  skierowały  się  do  najbliższej  budowli,  przemieszczając  się  pośród 

wierzchołków drzew, to musi być tamta - powiedział. 

Travis analizował w myślach najdrobniejsze szczegóły krajobrazu. 
- Na prawo od tego dachu w kształcie lejka i na lewo od stosu kamieni. To może być 

kilka mil stąd. 

Uzbrojeni  w  miotacze  mogli  zaryzykować  przejście  tego  szlaku,  lecz  wtedy 

obwieściliby wszem i wobec swoje przybycie. Jeżeli chcieli zlokalizować wroga - oczywiście 
pod  warunkiem,  że  Ross  trafnie  wybrał  budowlę  -  wiązało  się  to  z  dłuższymi  i  bardziej 
skomplikowanymi podchodami. A takiej wyprawy nie można było zaczynać nocą. 

-  Jest  jeden  sposób,  aby  sprawdzić  prawdziwość  naszych  domysłów  -  powiedział 

Murdock,  jakby  myślał  na  głos.  -  Jeżeli  zostaniemy  tu  do  zmierzchu,  dowiemy  się 
wszystkiego. 

- Jak? 
- Światła. Jeśli zobaczymy tam jakieś światła, będziemy mieli dowód. 
- Mamę szansę. Okazaliby się głupkami, gdyby zapalili światła. 
-  Mogłaby  to  być  pułapka  -  mruknął  Ross.  -  Jeszcze  większa  przynęta,  żeby  nas 

zwabić. 

-  To  tylko  domysły.  Skąd  możemy  wiedzieć,  co  im  chodzi  po  głowach?  Nawet  nie 

wiemy,  czym  są.  Nie  podobał  ci  się  ten,  który  nosił  taki  sam  uniform.  -  Travis  wskazał  na 
błękitny kombinezon. - Jeżeli to właśnie jest ich rodzima planeta, może grają z nami tak, jak 
grali z tobą, kontrolując twój umysł? 

- Rozejrzyj się! - Zamaszystym ruchem dłoni Ross wskazał rozległą dżunglę i budynki 

wyrastające z niej niczym odizolowane wyspy.  - Kimkolwiek byli twórcy  tych budowli, już 
nie żyją. I to od dawna. Albo też spadli z drabiny ewolucji. Jeżeli są istotami prymitywnymi, 
Ashe zdoła sobie z nimi poradzić; szkolił się w tym. Widziałem go w akcji. Daj mi godzinę 
po zachodzie słońca. Jeśli wtedy zobaczymy światła, pójdę tam... 

Travis  wyciągnął  miotacz.  Ciemności,  a  nawet  szarówka  zmierzchu,  mogły  ożywić 

stwory, które będą się czaić wzdłuż szlaku. Rozumiał jednak Rossa, a poza tym mieli dobrze 
oznaczoną drogę do statku. 

- W porządku. 
Chodzili  powoli  wkoło  kopuły,  czekając  na  zapadnięcie  zmroku.  Naliczyli 

przynajmniej pięćdziesiąt budynków, fantastycznych, niezwykłych. Niektóre z nich zdawały 
się przeczyć prawom grawitacji. Za nimi stały te wyższe, zwyczajne. Czy niższe to budowle 
wzniesione przez tubylców, a wyższe to ambasady, przykłady trans galaktycznej architektury, 

background image

jak sugerował Ashe? Jeśli nie wszystkie były puste, cóż za bogactwo wiedzy zawierały... 

Krzyk Rossa wyrwał Travisa z zamyślenia. Na niebie za ich plecami wciąż odbijał się 

blask  słońca.  Lecz...  przeczucia  Murdocka  sprawdziły  się.  Niewyraźne  światełko  błysnęło 
przez bezmiar zieleni z pierwszej z odległych wysokich wieżyc. Zabłysło - zgasło - zabłysło. 

Czy było nęcącym sygnałem? 

background image

 

14

 

 
Wrócili na statek, gdzie odbyli naradę wojenną przy zamkniętym luku zewnętrznym - 

tego środka ostrożności nauczyli się w pustynnym świecie. 

- Trudno będzie iść prosto przez dżunglę w tamtym kierunku -zauważył Renfiy. - Oni 

oczekują, że tak postąpicie. 

-  Czasami  najszybsza  jest  droga  okrężna,  a  nie  ta  na  wprost  -  zgodził  się  Ross. 

Rozłożył na stole mapę narysowaną na kawałku materiału obcych; krzyżykami i kwadratami 
oznaczyli  poszczególne  budynki.  -  Zobaczcie  tutaj.  Stoją  w  grupie,  te  wysokie  wieże.  Ale 
tutaj, tutaj i tutaj są inne budynki. Przypuśćmy, że skierujemy się na ten,  który wygląda jak 
olbrzymi  lejek.  Tuż  za  nim  jest  to  zgrupowanie  bloków.  Wieża,  o  którą  nam  chodzi,  stoi 
między nimi. A więc  ruszamy do lejka, potem do bloków i z powrotem. Jeżeli uda się nam 
ich  przekonać,  że  szukamy  na  oślep,  zyskamy  na  czasie.  Dotrzemy  mniej  więcej  do  tego 
miejsca...  -  wskazał  punkt  na  zaimprowizowanej  mapie  -  a  potem  zawrócimy  i  puścimy  się 
pędem. - Podniósł wzrok. - Ktoś ma lepszy pomysł? 

Renfry wzruszył ramionami. 
- To twoja działka, przeszedłeś odpowiednie szkolenie. Ale pójdę z tobą. 
- I pozwolisz, żeby jakiś dowcipniś rąbnął nam statek? - żachnął się Ross. - Oni coś na 

nas  mają.  Gdyby  było  inaczej,  nie  zdołaliby  porwać  szefa.  To  nie  pierwszy  lepszy  rekrut, 
pamiętaj. Widziałem go w akcji. 

-  Szlak  pośród  wierzchołków  drzew  -  zamyślił  się  Travis.  -  Jeżeli  to  ich  typowy 

sposób podróżowania, może jest coś, co działa na naszą korzyść. Kiedy już zagłębimy się w 
dżungli, po prostu znikniemy im z oczu. Nie mogą nas przez cały czas obserwować z góry. 

- A więc wyruszacie obydwaj? - Renfry wciąż studiował mapę. 
Murdock wstał. 
-  Nie  pozwolę  im  tak  po  prostu  sprzątnąć  nam  szefa  sprzed  nosa  i  odejść  spokojnie. 

Im prędzej wyruszymy, tym lepiej! 

Nawet Ross musiał przyznać, że ze zrealizowaniem planu powinni zaczekać do świtu. 

Przetrząsnęli  statek  w  poszukiwaniu  zapasów  i  zgromadzili,  co  się  dało.  Każdy  założył  pas 
podtrzymujący miotacze. Dodatkowo zarzucili sobie na ramiona po zwoju linki i wzięli noże, 
które  stanowiły  ich  główną  broń,  gdy  udawali  myśliwych.  Chociaż  krzemień  wydawał  się 
zbyt  kruchy,  mistrzowsko  wykonane  ostrza  mogły  się  przydać  w  śmiertelnych  zmaganiach. 
Zabrali również worki z jedzeniem i pojemniki z pianą. 

Renfry nie chciał siedzieć z założonymi rękami. Musiał jednak przyznać, że w innym 

razie  nie  można  by  zamknąć  włazu,  więc  ktoś  powinien  zostać  na  straży.  Nalegał  jedynie, 
żeby wykorzystać uzbrojenie statku. Tak więc, kiedy wczesnym rankiem zeszli po drabinie, z 
kadłuba sterczały czarne lufy złowrogich dział. 

Na  zmianę  torowali  sobie  drogę.  Tam,  gdzie  mogli,  przeciskali  się  przez  zarośla, 

oszczędzając  energię  miotaczy.  Travis  właśnie  szedł  przodem,  kiedy  przebrnąwszy  przez 
gęstą ścianę paproci, wpadli do zielonego tunelu. 

Przypominał  płytką  rynnę.  Apaczowi  wystarczyło  jedno  spojrzenie,  żeby  się 

zorientować, co to jest. Szlak dzikich zwierząt prowadził albo do wodopoju, albo do jakiegoś 
ulubionego pastwiska. Ścieżka była wykorzystywana od bardzo dawna. 

Znaleźli  tu  mnóstwo  śladów:  wgłębienia,  ślady  pazurów,  odciśnięte  kopyto,  i  jakieś 

mniejsze, obce tropy, których nie potrafili zidentyfikować. 

-  Pójdziemy  tą  ścieżką?  Prowadzi  we  właściwym  kierunku.  -Travis  nie  potrafił  się 

zdecydować.  Gdyby  poszli  ścieżką,  poruszaliby  się  znacznie  szybciej,  co  było  niezwykle 
istotne,  ale  z tego  szlaku  oprócz  zwierząt mogły  korzystać  istoty,  które  czatowały  na  takich 
wędrowców jak oni. 

background image

Ross wyszedł na ścieżkę. Wiła się i zakręcała, lecz rzeczywiście prowadziła w stronę 

budynku o lejkowatym wierzchołku, który kończył ich pierwszy etap podróży. 

- Tak, idziemy tędy - postanowił. 
Ruszył biegiem. Do jego uszu dolatywały odgłosy szemrania, pisków, czasami jakieś 

przenikliwe skrzeczenie. Nigdzie jednak nie widział żadnych stworzeń. 

Szlak  opadał  do  płytkiego  wąwozu.  Na  dnie,  po  brązowozielonym  piasku  wił  się 

leniwie  strumień,  a  nad  nim  rozpościerało  się  otwarte  niebo.  Waśnie  tam  przeszkodzili 
rybakowi. 

Ręka Travisa powędrowała do rękojeści miotacza, lecz zastygła w bezruchu. Podobnie 

jak  błękitne  skrzydlaki,  i  ten  mieszkaniec  nieznanego  świata  nie  wyglądał  złowrogo. 
Stworzenie miało wielkość dzikiego kota i nieco go przypominało - może z powodu okrągłej 
głowy  i  lekko  skośnych  oczu.  Bardzo  długie  i  spiczaste  uszy  zwieńczone  były  ciężkimi 
kosmykami...  piór.  Piór!  Błękitne  skrzydlaki  były  porośnięte  sierścią,  a  to  stworzenie,  bez 
wątpienia  lądowe,  miało  miękkie  upierzenie  w  tym  samym  błękitnozielonym  odcieniu  co 
roślinność  dokoła.  Gdyby  dziwaczny  kot  nie  kucał  na  kamieniu  na  otwartej  przestrzeni,  nie 
zauważyliby go. 

Opierał  się  na  masywnych  zadnich  łapach.  Dwiema  parami  o  wiele  szczuplejszych  i 

dłuższych 

przednich 

kończyn 

przytrzymywał 

bezwładne, 

łuskowate 

stworzenie, 

systematycznie  obgryzając  mu  nóżki  otaczające  całe  ciało.  Kot,  wyraźnie  zaintrygowany, 
obserwował  Travisa  szeroko  otwartymi  oczami,  nie  wykazując  śladu  zaniepokojenia  czy 
gniewu. 

Kiedy  Apacz  podszedł  bliżej,  jedną  z  przednich  łap  strzepnął  w  roztargnieniu  jakąś 

nóżkę czy dwie z upierzonego brzucha. Potem, przyciskając do siebie śniadanie, za pomocą 
środkowych kończyn, wykonał spektakularny skok i skrył się w zaroślach. 

-  Zając,  kot,  sowa  czy  cokolwiek  to  było  -  skomentował  Ross.  -  Wcale  się  nas  nie 

bało. 

-  Znaczy  to,  że  albo  nie  ma  naturalnych  wrogów,  albo  my  ich  nie  przypominamy.  - 

Travis  spojrzał  w  kierunku,  gdzie  zniknął  rzeczny  łowca.  -  Obserwuje  nas.  Stamtąd  -  dodał 
szeptem. 

Obecność  upierzonego  stwora  wzmogła  w  nich  czujność.  Travis  znalazł  wejście  na 

szlak  po  drugiej  stronie  strumienia.  Podążył  nim  raźno,  chociaż  drzewa  paprociowe  łączyły 
się ponad ich głowami i obydwaj z Rossem ponownie zagłębili się w zielonym tunelu. 

Wciąż  docierały  do  nich  sygnały  o  ukrytym  życiu  toczącym  się  dokoła.  Dwukrotnie 

natknęli  się  na  ślady  przechodzącego  szlakiem  łowcy  lub  łowców.  Raz  znaleźli  kawałek 
podobnego  do  pluszu  szarego  futra,  zbroczonego  jasnoróżowawą  posoką,  potem 
kremowożółte pióra i ściągniętą skórę. 

Przed  lejkowatym  budynkiem  znajdował  się  otwarty  plac,  a  wzdłuż  murów  wyrastał 

kamienny  wachlarz  częściowo  porośnięty  czerwonym  mchem.  Jeśli  mieli  działać  zgodnie  z 
planem Rossa, musieli teraz zagłębić się w dżungli i przedzierać przez gęstą roślinność. Naj-
pierw jednak, z uwagi na ewentualnych obserwatorów, przeszli przez pokrytą mchem polanę 
do  budynku,  jakby  zamierzali  zbadać  jego  wnętrze.  Tyle  że  nie  było  to  łatwe.  Krata, 
wykonana  z  takiego  samego  trwałego  materiału  jak  ten,  który  tworzył  kamienny  wachlarz 
przed  drzwiami,  zagradzała  przejście.  Przez  pręty  tylko  częściowo  widzieli  wnętrze. 
Najwyraźniej  ten  budynek  nie  został  ogołocony,  jako  że  na  podłodze  walało  się  mnóstwo 
przeróżnych przedmiotów, owiniętych w rozpadające się opakowania. 

Ross zagwizdał, przyciskając twarz do kraty. 
- Rzekłbym, że przygotowali się do przeprowadzki, ale ciężarówki nigdy nie dotarły. 

Szef będzie chciał tu wejść. Pewnie znajdzie sporo ciekawych rzeczy. 

-  Lepiej  najpierw  znajdźmy  jego.  -  Travis  stanął  na  szczycie  czterech  szerokich 

schodków  prowadzących  do  zakratowanego  wejścia.  Widział  wieżę,  która  stanowiła  ich 

background image

ostateczny cel, chociaż olbrzymie paprotniki przesłaniały trzy pierwsze piętra. Na ile mógł się 
zorientować, nie było tu najmniejszego nawet śladu życia, nic nie poruszało się w otworach 
okiennych. Ale poprzedniego wieczora widzieli w nich światło. 

-  No,  dobra.  Idziemy!  -  Ross  odszedł  od  krat.  Szerokim  gestem  wskazał  wybrany 

przez nich cel. 

Musieli  torować  sobie  drogę,  używając  miotaczy  i  własnych  rąk  do  wyrąbywania 

ścieżki między małymi, odizolowanymi przesiekami utworzonymi przez zwalone gigantyczne 
pnie. Sapiąc i potykając się, dotarli do trzeciej polanki. 

- Wystarczy - powiedział Ross. - Zawracamy. Na szczęście wyłaniający się od czasu 

do czasu z gąszczu szczyt wieży służył im za przewodnika. Podchodzili do budowli od tyłu. Z 
tej  strony  było  mniej  zarośli,  musieli  więc  szukać  kryjówek,  zwracając  baczną  uwagę,  czy 
jakiś  zwiadowca  albo  szpieg  ich  nie  obserwuje.  Travis  poruszał  się  wyjątkowo  ostrożnie, 
jakby w każdej chwili spodziewał się zasadzki. 

Przeszli  może  połowę  drogi  do  podstawy  wieży,  kiedy  usłyszeli  przenikliwy  pisk. 

Znieruchomieli. Okrzyk wojenny stworzenia, które miało swe legowisko w czerwonym holu! 
Odgłos został zniekształcony przez dżunglę i Travis nie potrafił stwierdzić, skąd pochodził. 

Wojenny  skowyt  stanowił  jedynie  początkowy  sygnał  do  istnej  wrzawy.  Spomiędzy 

krzaków wystrzelił jakiś ptak, zmierzając w panice prosto na dwójkę mężczyzn. W ostatniej 
chwili  skręcił  i  minął  ich  bezpiecznie.  Wdzięczne,  smukłe  stworzenie  o  nakrapianej  sierści 
oraz  pojedynczym,  zakrzywionym  rogu  mignęło,  zanim  Travis  mógł  z  całą  pewnością 
stwierdzić, że je w ogóle widział. 

Skowyty wściekłości nie ustawały. Musiało być więcej tych bestii - może całe stado! 

A  odgłosy  świadczyły,  że  toczyła  się  tam  walka.  Travis  wyobraził  sobie  Ashe'a,  który 
przyparty  do  muru,  stawia  czoła  śmiertelnemu  wrogowi.  Indianin  puścił  się  pędem.  Ross 
zrównał się z nim i za chwilę rzucili się wspólnie na krzaczasty żywopłot, zmierzając prosto 
do podnóża wieży. 

Travis  potknął  się,  stracił  równowagę  i  runął  na  murawę.  Przez  chwilę  leżał 

nieruchomo u wejścia do wieży - długiego, wąskiego otworu. Z wnętrza budynku dolatywały 
odgłosy  zażartej  walki.  Ross  minął  go  błyskawicznie  i  puścił  na  oślep  wiązkę  błękitnych 
płomieni. 

Apacz  zerwał  się  na  nogi  i  kiedy  wbiegli  do  środka  bezpośrednio  na  prowadzącą  do 

góry  rampę,  znajdował  się  tuż  za  swoim  towarzyszem.  Jeden  ze  skowytów 
rozbrzmiewających  na  górze  zakończył  się  zdławionym  kaszlem.  Na  dół  stoczyła  się  masa 
matowoczerwonego futra o bezwładnych nogach, płaskim, wąskim łbie łasicy z obnażonymi 
zębami, drgająca, szarpana śmiertelnymi konwulsjami. Ross odskoczył w bok. 

- Promień miotacza! - zawołał. - Szefie! Ashe! Jesteś tam? 
Jakakolwiek odpowiedź musiała utonąć we wrzasku zwierząt. Pomimo przyćmionego 

światła  mężczyźni  dostrzegli  barierę  biegnącą  w  poprzek  rampy.  Barykada  stała  tu 
najwidoczniej od jakiegoś czasu. Teraz widniała w niej dziura, w której zaklinowały się dwie 
czerwone bestie walczące o przejście. Tuż za nimi obnażała kły trzecia. 

Travis oparł sobie na przedramieniu lufę miotacza i wycelował z precyzją snajpera w 

podskakującą głowę łasicy. Futrzasty stwór zaryczał i stoczył się po rampie. 

Jedno  ze  stworzeń  przy  otworze  zobaczyło  dwójkę  obcych  poniżej  i  cofnęło  się, 

pozwalając  drugiemu  przejść  przez  barierę.  Samo  odwróciło  się,  aby  skoczyć  na  Rossa. 
Promień miotacza trafił  w przednie łapy.  Bestia  wrzasnęła wściekle i runęła na ziemię, dra-
piąc  zaciekle  zadnimi  nogami,  próbując  się  podnieść.  Ross  wypalił  ponownie  i  zwierzę 
znieruchomiało. Jednak walka za barykadą nie ustawała. 

- Ashe! - zawołał Ross, a Travis, łapiąc oddech, powtórzył wołanie. Nie mieli ochoty 

przechodzić przez otwór w barterze i natrafić na promień z miotacza archeologa. 

-  Haaaaalooooo!  -  Okrzyk  odbił  się  upiornym,  nieludzkim  echem  i  doleciał  gdzieś  z 

background image

góry albo z przodu. Jednak obydwaj go usłyszeli. Minęli barierę i wbiegli do szerokiego holu. 

Wnętrze rozświetlały palące się głownie, które leżały na podłodze w dalekim końcu, 

jakby  zrzucono  je  z  wyższej  kondygnacji.  Ominęli  nieruchome  ciało  jednej  z  czerwonych 
bestii. Inna, wlokąc bezwładne zadnie kończyny, pełzała ku nim. Travis bez namysłu ją dobił. 
Promień  miotacza  zgasł,  zanim  mężczyzna  zdążył  oderwać  palec  od  spustu.  Kolejna  próba 
potwierdziła jego obawy - energia się wyczerpała. 

Usłyszeli drapanie na drugiej rampie, w dalekim końcu holu. Ross stanął u podnóża, 

unosząc miotacz. Travis nachylił się, aby podnieść jedną z głowni. Zakręcił nią w powietrzu, 
rozbudzając tlący się koniec do życia. 

Ross  wycelował  w  szarżującą  łasicę,  lecz  chybił.  Rzucił  się  w  bok,  przekoziołkował 

przez  barierkę  na  podłogę.  Bestia  popędziła  za  nim  w  dzikim  szale.  Travis  zakołował 
pochodnią, celując płonącą głownią w wężową głowę napastnika. 

Jedna z potężnych przednich łap wydarła pochodnię z ręki Apacza. Lecz Ross zdążył 

już stanąć na nogach i przygotować miotacz. Czerwony drapieżnik padł jak rażony gromem. 
Travis cofnął się chwiejnie, aby podnieść drugą pochodnię. 

- Haaaaloooo! - Znów ten krzyk z góry.   
Ross odpowiedział. 
- Ashe! Tutaj, na dole... 
Na rampie zapadła cisza, ale Travis zastanawiał się, czy nie czeka tam na nich więcej 

łasicogłowych.  Z  bezużytecznym  miotaczem  nie  miał  zamiaru  wspinać  się  w  nieznane. 
Kamienny nóż nie wystarczyłby do obrony. 

Czekali,  nasłuchując.  Nikt  ich  nie  atakował,  więc  Ross  ruszył  przodem.  Travis 

podążył  za  nim,  niosąc  nową  pochodnię.  Po  kilku  krokach  chwycił  Murdocka  za  ramię  i 
zrównał się z nim. Coś tam w górze na nich czekało. 

Travis zanurzył pochodnię w ciemnościach i wtedy zobaczył, że Ross trzyma miotacz 

w pogotowiu... 

- Wejdźcie! - Słowa brzmiały dość zwyczajnie, lecz odnieśli wrażenie, jakby Ashe'owi 

brakowało  tchu  i  mówił  wyższym  głosem  niż  zazwyczaj.  Ale  to  naprawdę  był  Ashe,  cały  i 
zdrowy. Wkroczył w krąg światła i czekał, aż do niego dołączą. Tyle że nie był sam. Za nim 
poruszały się na wpół widoczne cienie. Ross nie schował miotacza, a dłoń Travisa zacisnęła 
się na trzonku noża. 

- Wszystko w porządku, szefie? 
Ashe roześmiał się w odpowiedzi na pytanie Rossa. 
-  Teraz,  kiedy  wylądował  kosmiczny  patrol,  tak,  wszystko  w  porządku.  Dobrze 

zagraliście, chłopcy, i w odpowiednim momencie. Chodźcie, poznacie moich znajomych. 

Pochodnia zgasła w momencie, gdy cienie zbliżyły się do Ashe'a. Wtem nowe światło 

zajaśniało  ponad  podłogą.  Travis  zamrugał  na  widok  towarzystwa,  jakie  wyłoniło  się  z 
ciemności. 

Ashe nie był zbyt wysoki, ale nad tymi istotami górował niczym wieża. Najwyższy z 

jego nowych przyjaciół sięgał mu do ramienia. 

- Mają skrzydła! - zawołał Travis. 
Tak, niespodziewanie para skrzydeł - nie upierzonych, lecz z gołej skóry - rozpostarła 

się  ponad  ramionami  obcej  istoty.  Gdzie  widział  takie  skrzydła?  Statuetka  w  budynku  z 
kopułą! 

Jednak  twarze  zwrócone  w  kierunku  Ziemian  nie  były  tak  groteskowe  jak  twarz 

posążka. Te istoty miały uszy i rysy bardziej humanoidalne, choć nosy pozostały pionowymi 
szparkami. Albo statuetka była karykaturą, albo przedstawiała o wiele bardziej prymitywnego 
osobnika. 

Tubylcy  cofnęli  się  nieco,  a  z  ich  wąskich,  spiczastych  szczęk  wydobyło  się  niskie 

buczenie, z którego Travis nie potrafił wyłowić poszczególnych dźwięków. 

background image

- To oni cię porwali, szefie? - Ross wciąż nie wypuszczał miotacza z rąk. 
-  W  pewnym  sensie.  Rozumiem,  że  poradziliście  sobie  z  tymi  dzikimi  bestiami  na 

dole? 

- Z wszystkimi, jakie spotkaliśmy - odparował Travis, obserwując skrzydlatych ludzi. 

Był pewien, że są ludźmi. 

-  W  takim  razie  możemy  stąd  wyjść.  -  Ashe  odwrócił  się  do  czekających  cieni  i 

schował własną broń do kabury. 

Dwaj  skrzydlaci  mężczyźni  skinęli  głowami  i  reszta  cofnęła  się,  pozwalając 

Ziemianom  wspiąć  się  na  trzecią  rampę.  Na  górze,  gdzie  powitały  ich  jasne  promienie 
słoneczne,  weszli  do  szerokiego  holu  o  łukowatych  wejściach,  znajdujących  się  na  całej 
długości pomieszczenia. 

Nozdrza  Travisa  rozszerzyły  się,  gdy  doleciała  do  nich  mieszanka  zapachów, 

niektórych  przyjemnych,  innych  wprost  przeciwnie.  Były  to  ślady  czyjejś  aktywności; 
wskazówki  świadczące,  iż  znajdują  się  w  stałym  siedlisku.  Niektóre  łukowate  wejścia 
obwieszono sieciami zieleni i przystrojono kwiatami, w większości podobnymi do tych, jakie 
znaleźli  pierwszego  dnia  na  nieznanej  planecie.  Przy  ścianach  leżały  koryta  wykonane  z 
masywnych  pniaków.  Wyrastały  z  nich  przeróżne  rośliny,  wszystkie  skierowane  ku  słońcu, 
którego promienie sączyły się przez okna, tworzące zasłonę zieleni od podłogi aż po sufit. 

Skrzydlaci  ludzie  przestali  być  cieniami.  W  świetle  słońca  wyraźnie  było  widać 

humanoidalne rysy. Złożone skrzydła zakrywały im plecy niczym złożone peleryny; nie mieli 
na sobie żadnych ubrań poza kilkoma ozdobami: paskami, kołnierzykami i naramiennikami. 
Wszyscy nosili przy sobie broń: niewielkie włócznie, które nie dawały odpowiedniej ochrony 
przed czerwonymi zabójcami. 

Przypatrywali  się  bacznie  Ziemianom,  brzęcząc  nieustannie,  ale  nie  wykonując 

żadnych  wrogich  gestów.  Przybysze  nie  potrafili  niczego  wyczytać  z  wyrazu  ich  twarzy  i 
Travis nie wiedział, czy traktowano ich jak więźniów, sprzymierzeńców czy po prostu obiekt 
ogólnego zainteresowania. 

- Tutaj... - Ashe stanął przed jednym z zasłoniętych łuków i zagwizdał cicho. 
Zasłona  rozchyliła  się  i  mężczyzna  wszedł  do  środka,  dając  znak  pozostałej  dwójce, 

żeby poszli za nim. 

Kroczyli po grubej macie z pnączy i liści. Ujrzeli niskie przepierzenia z okratowanych 

konstrukcji,  ponad  którymi  pięły  się  rośliny,  tworząc  ścianki  działowe,  dzielące  jedno 
obszerne pomieszczenie na wiele mniejszych. 

- Nie zwracajcie uwagi na ściany - rzucił Ashe. - Skupcie wzrok na tym. 
Przy wysokim na ponad pół metra stole przykrytym roślinnym obrusem kucał jeden ze 

skrzydlatych  ludzi.  Skóry  tych,  których  widzieli  w  zewnętrznym  holu  miały  barwę  ciemnej 
lawendy,  zbliżonej  w  odcieniu  do  kamienia,  z  którego  wyrzeźbiony  został  posążek.  Ten 
jednak  był  ciemniejszy,  prawie  ciemnopurpurowy.  Coś  w  jego  oszczędnych  ruchach 
sugerowało, że wiele przeżył. 

Tubylec podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Ashe'a. Travis zrozumiał, że ma przed 

sobą przywódcę. Emanowało to z jego oczu, ruchów i powolnej rozwagi, z jaką przyglądał się 
trzem przybyszom. 

background image

 

15 

 
- Co za złomowisko! - Ross rozglądał się dokoła oniemiały. 
- Skarby! - poprawił go archeolog ostrym tonem.   
Travis stał między nimi, chłonąc oczami wszystko to, co widział dokoła. Pomyślał, że 

obydwa określenia są w pewnym stopniu trafne. 

- Porwali cię, żebyś to uporządkował? - spytał Ross tonem pełnym niedowierzania. 
- Zgadza się - przyznał Ashe. - Pozostaje pytanie: od czego zaczynamy, co mamy i w 

jaki sposób wyjaśnimy im znaczenie tego, co znajdziemy? 

- Jak długo to wszystko gromadzili? - zainteresował się Travis.   
Ashe wzruszył ramionami.                                   
-  Jak  można  się  czegokolwiek  dowiedzieć,  kiedy  jedyna  metoda  komunikacji  opiera 

się na gestach i domysłach? 

- Ale dlaczego ty? To znaczy... skąd masz wiedzieć, na jakich zasadach  to wszystko 

działa? - zapytał znowu Ross. 

- Przylecieliśmy statkiem. Możliwe, że mają jakieś dziwne tradycje, legendy mówiące, 

że ludzie z kosmosu wiedzą wszystko. 

- Bogowie - wtrącił Travis. 
- Tylko że my nie jesteśmy Cortezem i jego ludźmi - odparował Ashe. 
-  A  oni  nie  są  tymi  łysymi,  czy  tym  futrzakiem,  którego  widziałem  na  monitorze  u 

Czerwonych. Gdzie zatem można ich umieścić? 

- Sądząc po statuetce, ich przodkowie wznieśli tę kopułę - odparł Ashe. - Uważam, że 

są prymitywni, nie dekadenccy. 

Wyobraźnia Travisa wykonała nagły skok. 
- Ulubione zwierzątka? 
Mężczyźni spojrzeli na niego. Ashe wziął głęboki oddech. 
-  Możliwe,  że  masz  rację!  -  Wypowiedział  te  słowa  z  naciskiem.  -  Dajcie  naszemu 

światu dziesięć tysięcy lat plus odpowiednią kombinację warunków i zobaczcie, co się stanie 
z naszymi psami czy kotami. 

- Jesteśmy ich więźniami? - Ross powrócił do głównego punktu. 
-  Teraz  już  nie.  Dzięki  temu,  że  rozprawiliśmy  się  z  łasicogłowymi.  Wspólny  wróg 

jest doskonałym argumentem do polepszenia wzajemnych stosunków. Ponadto mamy ten sam 
cel. Jeśli chcemy znaleźć coś, co pomoże Renfry'emu, powinniśmy rozpocząć poszukiwania 
właśnie tutaj. 

-  Przejrzenie  zaledwie  wierzchniej  warstwy  tego  bałaganu  zabierze  cały  rok  -  rzekł 

posępnie Ross. 

- Wiemy,  czego szukamy. Mamy  przecież wzorce na statku. A jeśli znajdziemy coś, 

co mogłoby pomóc naszym skrzydlatym przyjaciołom, zwrócimy im. 

Ashe  nie  mylił  się  co  do  skrzydlatych  ludzi.  Wódz,  który  ich  przyjął  w  pokoju  o 

ścianach  z  pnączy  i  zaprowadził  do  ogromnej  izby  z  przedmiotami  zgromadzonymi  przez 
jego  plemię,  nie  sprzeciwił  się,  gdy  postanowili  wrócić  na  statek.  Tyle  że  ich  powrót 
nadzorowały dwa błękitne, skrzydlate stworzenia, które łączyło coś z latającymi ludźmi, być 
może więź typu człowiek - pies. 

Podczas  uwięzienia  Ashe  dowiedział  się,  że  czerwone  łasice  stanowią  główne 

zagrożenie na tej planecie i skrzydlaci próbowali oddzielić murem niższe kondygnacje wież, 
aby zniechęcić łowców. Czerwone stworzenia posługiwały się pewną taktyką, atakując bary-
kadę  na  rampie,  co  świadczyło,  że  nie  są  całkowicie  pozbawione  inteligencji.  Jednakże 
dopiero  zdecydowany  atak  całego  stada  doprowadził  do  przerwania  pieczołowicie 
skonstruowanej  barykady  i  wdarcia  się  do  mieszkania  skrzydlatych  ludzi.  Miotacz  Ashe'a 

background image

oraz  zaskakujący  atak  Rossa  i  Travisa  unicestwiły  wrogów,  co  wywarło  dobre  wrażenie  na 
obrońcach.  Zgodnie  z  wcześniejszą  uwagą  archeologa,  wspólny  wróg  stanowił  mocną 
podstawę, na której można budować przymierze. 

-  Przecież  oni  mają  skrzydła  -  zauważył  Ross.  -  Dlaczego  po  prostu  nie  odlecieli, 

zostawiając ten budynek sześcionożnym łasicom? 

-  Z  przyczyny,  którą  wodzowi  udało  się  wreszcie  wyjaśnić.  Okazuje  się,  że  to  pora 

narodzin ich potomstwa. Mężczyźni mogliby uciec, lecz kobiety i dzieci - nie. 

Renfry  oczekiwał  ich  z  niecierpliwością.  Wyraźnie  mu  ulżyło,  gdy  zobaczył 

wszystkich  całych  i  zdrowych.  Powitał  ich  wiadomością,  że  poprzez  konsolę  sterowniczą 
udało mu się dojść do źródeł zapisu z wyprawy. Nie wiedział jednak, czy potrafiłby przesunąć 
go na początek. 

-  Nie  wiem,  czy  powinienem  to  przesunąć.  -  Postukał  palcem  w  dysk  wielkości 

monety, który wysunął się z konsoli w dniu lądowania na tej planecie.  -  Jeśli ten drucik się 
przerwie... - Wzruszył ramionami. Nie musiał dodawać nic więcej. 

- Rozumiem, że chciałbyś mieć inny do eksperymentowania. -Ashe pokiwał głową. - 

W  porządku,  wszyscy  wiemy,  czego  mamy  szukać,  gdy  jutro  zaczniemy  grzebać  w  tych 
skarbach. 

- Jeśli drugi taki dysk istnieje. - Głos Renfry'ego brzmiał powątpiewająco. 
- Wniosek numer jeden. - Ashe pociągnął spory łyk z puszki z pieniącym się płynem. - 

Uważam, że większość rzeczy, jakie zgromadzili skrzydlaci, pochodzi z wież takich jak ta, w 
której  żyją.  A  jest  tu  ich  sporo.  Pozostałe  budynki  diametralnie  różnią  się  stylem 
architektonicznym i nie mają swoich duplikatów. Oznacza to, że struktury z wieżami należą 
do  rodzimej  tradycji  tej  planety,  a  wszystkie  pozostałe  z  jakiejś  przyczyny  zostały  tu 
sprowadzone. 

-  Kiedy  ten  obcy  nastawił  automatycznego  pilota,  aby  sprowadzić  tu  statek,  ustalił 

kurs  albo  na  swoją  ojczystą  planetę,  albo  na  główną  stację  obsługi.  A  zatem  istnieje 
prawdopodobieństwo,  że  w  gmatwaninie  rozmaitych  przedmiotów,  jakie  zebrali  skrzydlaci, 
natkniemy się na coś, co wiąże się z zapisami znalezionymi na statku. 

- Dużo tu gdybań, wahań i domysłów - stwierdził Renfry.   
Ashe roześmiał się. 
-  Człowieku,  przez  większą  część  dorosłego  życia  zajmowałem  się  gdybaniami  i 

domysłami.  Szperanie  w  przeszłości  wymaga  wielu  domysłów,  a  potem  ciężkiej  pracy,  by 
dowieść,  że  były  prawdziwe.  Istnieją  podstawowe  wzory,  które  można  wykorzystać  jako 
szkielet dla tych gdybań. 

- Ludzkie wzory - przypomniał Travis. - Tutaj nie mamy do czynienia z ludźmi. 
- Tak, to prawda. Chyba że rozszerzymy definicję człowieka i określimy tym mianem 

każdą  istotę  obdarzoną  inteligencją  i  na  dodatek  potrafiącą  się  nią  posługiwać.  Uważam,  że 
powinniśmy  tak  właśnie  uczynić.  W  każdym  razie,  stoimy  przed  pierwszym,  konkretnym 
zadaniem, a mianowicie musimy zbadać pozostałości po tej cywilizacji. 

Nazajutrz wszyscy, łącznie z Renfrym, wyruszyli do wieży. Zadanie, jakie wyznaczyli 

Ashe  i  wódz  skrzydlatych,  wydawało  się  bardzo  trudne.  Przynajmniej  do  momentu,  gdy 
dzieci tubylców zaoferowały pomoc swych zwinnych rączek i bystrych oczu. Travis zauważył 
nagle,  że  stoi  w  środku  małej  grupki  skrzydlatych  maluchów,  które  obserwują  go  z 
ożywieniem,  gdy  próbuje  rozplatać  kilka  połączonych  ze  sobą  przedmiotów.  Para  małych 
rączek chwyciła cylindryczny pojemnik, a inny pomocnik wyjął pudełko. Trzeci rozprostował 
szybko zwój elastycznej linki, która ugrzęzła w wierzchniej części stosu. Apacz roześmiał się 
i  pokiwał  z  uznaniem  głową,  mając  nadzieję,  że  obydwa  gesty  zostaną  odebrane  jako 
podziękowanie  i  zachęta  do  dalszej  pomocy.  Najwyraźniej  tak  się  stało,  jako  że  młodzi 
ruszyli  do  pracy  z  jeszcze  większym  wigorem,  docierając  do  miejsc,  do  których  mężczyzna 
nie  mógł  się  dostać.  Dwukrotnie  musiał  jednak  pospiesznie  wyciągać  zbyt  ambitnego 

background image

“szperacza", ratując go przed lawiną ciężkich przedmiotów. 

Mnóstwo  odkrytych  i  przejrzanych  rzeczy,  które  odłożyli  na  jedną  stronę,  było  zbyt 

zniszczonych  albo  nie  miało  żadnego  znaczenia  dla  Ziemian.  Travis  mocował  się  z 
popękanymi  pojemnikami  i  skrzynkami,  które  czasami  rozpadały  mu  się  w  rękach;  kiedy 
indziej  znowu  po  otworzeniu  pudełka  znajdował  w  środku  jedynie  pył  po  dawno  nie 
istniejących przedmiotach. 

Odłożył  na  bok  fragmenty  stopów  uformowanych  w  rurki.  Sprawiały  wrażenie 

nienaruszonych i mogły być w dalszym ciągu wykorzystywane przez skrzydlatych ludzi jako 
materiał na broń lub narzędzia bardziej skuteczne od obecnie używanych. Raz natknął się na 
owalne pudełko, które rozpadło mu się w rękach. Na otwartej dłoni ujrzał połyskujący kamień 
osadzony w metalu. Mali pomocnicy zabuczeli ze zdumienia. Indianin wręczył lśniący klejnot 
najbliższemu i patrzył, jak skrzydlaci przekazują sobie go z ręki do ręki, aż w końcu ozdoba 
powróciła do niego. 

Do  południa  żaden  z  czterech  Ziemian,  pracujących  w  różnych  częściach  dużego 

pomieszczenia, nie znalazł niczego użytecznego. 

Spotkali  się  pod  oknem,  aby  podzielić  się  pozostałymi  zapasami  żywności,  na 

szczęście nie zakurzonej tak bardzo, jak wszystko dokoła. 

- Wiedziałem, że to robota na co najmniej rok - poskarżył się Ross. - Co dotychczas 

znaleźliśmy? Jakiś metal, który jeszcze do cna nie przerdzewiał, kilka klejnotów... 

- I to. - Ashe wyciągnął niewielki krążek. - Jeśli się nie mylę, to dysk z zapisem. Być 

może jest w stanie nienaruszonym. Wygląda jak te ze statku. 

- Nadchodzi wielki szef- odezwał się Ross, podnosząc wzrok. -Zapytasz go? 
Wódz  i  jego  eskorta  weszli  do  magazynu.  Poruszał  się  powoli,  przyglądając  się 

stertom,  które  badacze  ledwo  co  naruszyli.  Kiedy  podszedł  do  Ziemian,  wstali;  wzrostem 
przewyższali  wodza  i  jego  towarzyszy.  Nie  mieli  wspólnego  języka  i  porozumiewali  się 
głównie  za  pomocą  gestów,  więc  Ashe  podszedł  do  owoców  ich  pracy.  Klejnoty  wzbudziły 
zainteresowanie wodza. Na metalowe tuby popatrzył raczej obojętnie. 

Ashe zwrócił się do Renfry'ego. 
- Czy można je przerobić na włócznie? 
- Możliwe, ale potrzebuję trochę czasu. I narzędzi.- Glos technika nie brzmiał jednak 

zbyt pewnie. 

Na koniec archeolog wyjął dysk i twarz wodza po raz pierwszy wyraźnie się ożywiła. 

Ujął  krążek  w  dłonie  i  zahuczał  do  jednego  ze  strażników,  który  oddalił  się  pospiesznie. 
Postukał  palcem  w  mały  przedmiot,  a  potem  pokazał  kilkakrotnie  wszystkie  palce,  kończąc 
gestykulację szerokim, zamaszystym ruchem ramienia. 

-  Co  on  nam  próbuje  powiedzieć,  Ashe?  -  Renfry  przyglądał  się  bacznie 

przedstawieniu. 

- Chyba chodzi mu o to, że to tylko jeden z wielu. Możliwe, że dokonaliśmy odkrycia. 
Strażnik wrócił, prowadząc mniejszego skrzydlatego, który wyglądał jak jego młodszy 

brat.  Nowo  przybyły,  wzrostem  przewyższający  dzieci,  prawdopodobnie  wszedł  w  wiek 
młodzieńczy.  Przywitał  się,  klapnąwszy  skrzydłami,  i  znieruchomiał  w  oczekiwaniu.  Wódz 
wysunął  przed  siebie  ramię,  ujął  Ashe'a  za  rękę  i  wsunął  ją  w  dłoń  młodszego.  Na  koniec 
odprawił ich gestem. 

- Pójdziesz? - zapytał Ross. 
- Tak. Chyba chcą nam pokazać, skąd się to wzięło. Renfry, dobrze by było, gdybyś z 

nami poszedł. Jesteś technikiem i łatwiej będzie ci zrozumieć pewne rzeczy. 

Kiedy  mężczyźni  odeszli  wraz  z  wodzem  i  jego  świtą,  Ross  rozejrzał  się  dokoła  z 

wyraźnym niezadowoleniem na twarzy. 

- Nie ma tu czego szukać. 
Travis  podszedł  do  okna  i  podniósł  tubę  na  wysokość  oczu,  by  przyjrzeć  jej  się  w 

background image

pełnym  świetle.  Miała  nieco  ponad  metr  długości  i  nie  widać  na  niej  było  żadnych  oznak 
erozji  czy  uszkodzeń  związanych  z  upływem  czasu.  Nie  wiedział,  jakie  było  pierwotne 
przeznaczenie  tego  stopu,  wyjątkowo  lekkiego  i  gładkiego.  Przesuwając  przedmiot  w 
dłoniach, wpadł jednak na pewien pomysł. 

Skrzydlaci  ludzie  potrzebowali  czegoś  lepszego  od  włóczni.  A  wykonywanie  takiej 

broni  z  kawałków  metalu  znalezionych  w  tej  kupie  śmieci  wymagało  metod,  jakich 
prawdopodobnie  nie  znał  nawet  Renfry.  Mogli  jednak  zrobić  z  tego  skuteczną  broń,  a  być 
może w nie zidentyfikowanej masie przedmiotów na podłodze znalazłaby się amunicja. 

- Co jest wyjątkowego w tej tubie? - zapytał Ross. 
- Może być wyjątkowa dla tych ludzi. - Travis podniósł tubę i przyłożył jeden koniec 

do ust. Tak, była dostatecznie lekka. 

- W jaki sposób? 
- Nie słyszałeś nigdy o dmuchawach? 
- O czym? 
-  Podstawę  stanowi  tuba,  taka  jak  ta.  Używają  ich  głównie  Indianie  Ameryki 

Południowej.  Dmuchając  w  nią,  strzela  się  małymi  strzałkami.  Jest  to  broń  celna  i 
śmiercionośna. Czasami używa się zatrutych strzał. Ale zwykłe też spełniają swoje zadanie, o 
ile tylko trafi się w odpowiednie miejsce, powiedzmy w oczy albo gardło. 

- Zaczynasz mówić sensownie, kolego. - Ross poszukał rurki zbliżonej wyglądem do 

tej,  jaką  trzymał  Travis.  -  Zamierzasz  nauczyć  skrzydlatych  lepszego  sposobu  na  obronę 
przed czerwonymi łasicami? Potrafiłbyś zrobić taką dmuchawkę? 

- Zawsze możemy spróbować. - Indianin odwrócił się do stłoczonych dzieci i pokazał 

im,  że  mają  szukać  tego  typu  rurek.  Młodzi  asystenci  rozpierzchli  się  w  okamgnieniu, 
wydając przy tym podekscytowane buczenia. 

Zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, Travis znalazł przedmioty nadające się na strzałki. 

Pod  koniec  półgodzinnych  poszukiwań  dzierżył  już  całą  garść  cieniutkich  jak  igły  drutów  z 
tego  samego  lekkiego  stopu  co  rurki.  Nigdy  nie  robił  ani  nie  używał  dmuchawek,  zasadę 
działania tej broni znał wyłącznie z książek, więc nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł 
wypróbować  swoje  dzieło.  W  końcu  wyszukali  w  pomieszczeniu  całą  masę  materiałów  do 
eksperymentowania.  Nie  zdążyli  jednak  nic  zrobić,  ponieważ  młodzieniec,  który  wyszedł  z 
Ashe'em, wrócił, pociągnął Rossa za rękaw i skinął na Ziemian, aby za nim podążyli. 

Przechodzili  z  jednej  rampy  na  drugą,  minęli  miejsce,  w  którym  skrzydlaci 

odbudowywali zniszczoną przez łasice barykadę. Nie wyszli jednak z wieży. Ich przewodnik 
dotarł  do  holu  wejściowego,  położył  obydwie  ręce  na  pozornie  gładkim  murze  i  naparł  na 
niego. Travis i Ross, widząc jego wysiłki, pomogli mu i w ścianie pojawiła się szpara. 

Ujrzeli ostro opadającą rampę niknącą w ciemnej studni. Chłopiec rozpostarł skrzydła, 

by utrzymać równowagę, i przemieszczał się w dół z prędkością, o jakiej żaden Ziemianin nie 
mógłby nawet marzyć. 

Kiedy  zeszli  już  dość  głęboko,  dostrzegli  blask  kopcącej  pochodni.  Obrawszy  nowy 

kurs, pobiegli wąskim korytarzem, wzniecając masę kurzu. 

Pomieszczenie  w  wieży  powyżej  mieściło  niezliczone  sterty  przedmiotów.  Miejsce, 

do którego obecnie weszli i gdzie czekał na nich Ashe, było pomnikiem precyzji i wydajności 
stworzonym przez konstruktorów kulistego statku. 

Znaleźli  tu  liczne  zaawansowane  technologicznie  urządzenia,  konsole  z  tysiącami 

przycisków, ciemne ekrany. W miarę jak posuwali się do przodu, światło pochodni wyławiało 
z ciemności szafki pełne pojemników z archiwalnymi zapisami i z dyskami z podróży. Setki, 
tysiące  nośników  informacji,  takich  jak  te,  które  przeniosły  ich  przez  przestrzeń  kosmiczną, 
leżało w cylindrach o przezroczystych wieczkach oznaczonych nieznanymi symbolami. 

-  Centrum  kontroli  lotów.  -  Z  głosu  Ashe'a  przebijała  pewność.  Renfry  wkładał  pod 

kombinezon  próbki  wzięte  zarówno  z  pojemników  z  archiwalnymi  zapisami,  jak  i  dyski  z 

background image

podróży. 

- Biblioteka - ocenił Travis. Ashe pokiwał głową. 
-  Gdybyśmy  tylko  wiedzieli,  co  brać!  Boże,  tutaj  może  być  wszystko,  czego 

potrzebujemy. Nie tylko na teraz, ale na całą przyszłość! 

Ross podszedł do najbliższej szafki i zaczął robić to samo, co Renfry. 
-  Możemy  wrzucić  je  do  czytnika  na  statku.  Jeśli  weźmiemy  ich  dostatecznie  dużo, 

istnieje prawdopodobieństwo, że przynajmniej kilka okaże się pomocnych. 

Podchodził  do  problemu  w  sposób  sensowny  i  logiczny.  Zaczęli  systematycznie 

wybierać próbki z każdej szafki. 

-  Chyba  jest  tu  cała  galaktyka  wiedzy  -  dziwił  się  Ashe,  pieszcząc  palcami  kolejne 

krążki. 

W  końcu  wyszli  z  pełnymi  rękami  i  dziwacznymi  wybrzuszeniami  na  przodzie 

kombinezonów.  Zanim  jednak  opuścili  wieżę,  Travis  zabrał  rurki  i  metalowe  igły.  Po 
powrocie  na  statek  włączyli  czytnik  i  przygotowali  archiwalne  zapisy.  Apacz  wziął  się  do 
konstruowania  broni;  miał  nadzieję,  że  będzie  mógł  podarować  ją  skrzydlatym  ludziom  w 
zamian za przechowywane przez wieki informacje. 

Renfry, rozłożywszy przed sobą mozaikę małych narzędzi z szafek załogi, zajmował 

się jednym z dysków z podróży. Udało mu się go otworzyć i ostrożnie zaczął rozwijać cienki, 
spiralny  drucik.  Zarówno  przy  pierwszej,  jak  i  przy  drugiej  próbie  krucha  niteczka,  dzięki 
której  statek  docierał  do  najdalszych  gwiazd,  przerywała  się  przy  najmniejszym  dotyku.  Po 
drugim  niepowodzeniu  Renfry  podniósł  wzrok.  Wyglądał  na  zniechęconego,  oczy  miał 
przekrwione z wysiłku. 

- Chyba nic z tego - rzekł. 
-  Jest  jeszcze  ten.  -  Ashe  sięgnął  po  kolejny  krążek.  -  Zacząłeś  od  starych.  Tu  masz 

nowy ze statku. 

Zdawali  sobie  sprawę,  że  ten  wysiłek  może  zaowocować  powrotem  do  ich  świata. 

Zachęty  wyraźnie  podziałały  na  Renfry'ego.  Sprawdził  dyski  z  wieży  i  odłożył  na  bok  te 
nadgryzione zębem czasu. Wybrany krążek nie różnił się specjalnie od tego, w którym była 
zapisana ich przyszłość. Technik po raz trzeci, bardzo ostrożnie, spróbował wyjąć zwój. 

Tej  nocy  nie  było  im  pisane  znalezienie  istotnej  informacji.  Archiwalne  zapisy 

ukazały  jedynie  scenki,  fascynujące  same  w  sobie,  lecz  obecnie  bez  żadnej  wartości.  Co 
więcej, na pozostałych migały tylko niezrozumiałe symbole - może wzory albo rachunki. W 
końcu Ashe wyłączył czytnik. 

- Nie możemy oczekiwać, że cały czas będzie nam dopisywało szczęście. 
- W tym miejscu znajdziemy tysiące podobnych przedmiotów -zauważył Ross. - Jeśli 

rzeczywiście trafimy na coś użytecznego, to tylko dzięki łutowi szczęścia!                                                     

-  No  cóż,  w  tej  rozgrywce  musimy  liczyć  właśnie  na  uśmiech  losu  -  Z  głosu  Ashe'a 

przebijało zmęczenie. Poruszał się wolno, pocierając powieki palcami. - Kiedy przestanie się 
wierzyć w szczęście, jest się przegranym! 

background image

 

16 

 
Travis przytknął rurkę do ust i dmuchnął. Cienka, lśniąca igła, zakończona pierzastym 

kosmykiem,  pomknęła  ku  zaimprowizowanej  tarczy  z  liścia  o  czerwonych  nerwach  i 
przyszpiliła go do pnia paprotnika rosnącego kilka metrów dalej. Radość mężczyzny z udanej 
próby  nie  miała  granic.  Cofnął  się  o  metr  i  przygotował  do  drugiego  strzału.  Publiczność 
składająca się ze skrzydlatych istot, buczała w zachwycie. 

Kiedy udało mu się umieścić drugą strzałkę tuż obok pierwszej, jego satysfakcja była 

niemal  całkowita.  Skinął  palcem  na  młodzieńca,  który  pomógł  mu  przynieść  nową  broń  na 
tymczasową strzelnicę. Przekazał skrzydlatemu dmuchawę, której dotychczas używał, a sam 
podniósł z ziemi drugą, nieco dłuższą. 

Młody  wojownik  odłożył  włócznię  i  zaczął  nieporadnie  zaznajamiać  się  z  nową 

bronią.  Podniósłszy  ją  do  ust,  dmuchnął  z  wigorem.  Strzałka  wbiła  się  w  drzewo  nieco 
powyżej liścia. Dwóch innych tubylców, lekko rozkładając skrzydła w trakcie biegu, pospie-
szyło,  aby  ocenić  strzał,  a  Travis,  uśmiechając  się  i  kiwając  głową,  złożył  dłonie  w  geście 
aprobaty. 

Tubylcy nie potrzebowali dalszej zachęty. Popodnosili rurki z ziemi, przekazywali je 

sobie  z  ręki  do  ręki,  doszło  nawet  do  jakiejś  sprzeczki.  Potem  każdy  po  kolei  próbował 
strzelać, oczywiście z różnym szczęściem. Od czasu do czasu przerywali, aby powyjmować 
strzałki z pnia albo przyczepić inny liść na resztkach poprzedniego. 

Kilkoro z uczniów miało sokoli wzrok i Apacz uważał, że wkrótce przewyższą swego 

nauczyciela.  Kiedy  w  południe  silne  słońce  dało  mu  się  we  znaki,  zostawił  dmuchawki 
rozentuzjazmowanym tubylcom i poszedł szukać swoich towarzyszy. 

Wiedział,  że  Renfry  wciąż  jest  zaprzątnięty  rozpracowywaniem  dysków  z  podróży. 

Travis  wszedł  po  schodkach  do  kabiny  nawigacyjnej  i  ku  swemu  zdziwieniu  zastał  tam 
również Ashe'a. Czytnik stał na podłodze, a obydwaj mężczyźni kucali przed nim, na zmianę 
obserwując  zapis  i  badając  główny  panel  konsoli  sterowniczej.  Zdjęta  pokrywa  ukazywała 
zawiły  wzór  przewodów.  Od  czasu  do  czasu  Renfry  szedł  śladem  jednej  z  tych  nici  i  albo 
promieniał z radości, albo marszczył smutno brwi. 

- Co się dzieje? - spytał Apacz. 
- Możliwe, że nadszedł koniec naszych kłopotów! - odpowiedział mu Ashe. - To zapis 

manualny. Pokazuje pewne instalacje, które odpowiadają instalacjom w tej gmatwaninie, jaką 
widzisz. 

- Pewne instalacje. - Entuzjazm Renfry'ego nie dorównywał ekscytacji Ashe'a. - Mniej 

więcej jeden przewód na dziesięć! To tak, jakbyś próbował zmontować komputer, dysponując 
instrukcją  obsługi  napisaną  po  chińsku!  Taak,  ten  czerwony  przewód  dociera  do  ekranu  w 
tym punkcie, ale czy mówi nam to coś o tych białych drucikach po lewej stronie? 

Ashe  zmrużył  oczy,  wpatrując  się  w  gmatwaninę  przewodów,  i  przeniósł  wzrok  na 

czytnik. 

- Tak! - Renfry błyskawicznie opadł na kolana, aby zobaczyć na własne oczy schemat 

wyświetlany na ekranie. 

-  Jest  tam  kto?  -  Głos  Rossa  zabrzmiał  w  studni  wewnętrznego  szybu  i  po  chwili 

Travis odczuł wibrację kroków mężczyzny. 

Z  otworu  wyłoniła  się  zakurzona  głowa  i  barki;  zwiadowca  pilnie  wypełniał  swoje 

obowiązki w wieży skrzydlatych ludzi. 

- Znalazłeś coś? - zapytał Travis współczującym tonem. Ross wzruszył ramionami. 
-  Parę  rzeczy,  które  mogą  się  przydać.  Nie  mam  na  tyle  sprawnego  mózgu,  żeby 

połączyć  ze  sobą  jakieś  przewody,  wbić  kilka  gwoździ,  dodać  do  tego  parę  metalowych 
puszek i wyprodukować odrzutowiec. Widziałem, że twoi śmiałkowie nie mogą oderwać się 

background image

od  tych  strzałek.  Jeden  z  nich  już  upolował  przystawkę  do  obiadu.  Choć  ten  jeleń  nie 
wyglądał  na  specjalnie  smakowitego.  Nie  podobają  mi  się  stworzenia  z  kilkudziesięcioma 
nogami. Ale zjadłbym z apetytem jakieś bardziej cywilizowane pożywienie. 

Travis zerknął na Ashe'a i pochłoniętego pracą Renfry'ego. 
- Jeżeli coś dzisiaj mamy zjeść, wygląda na to, że właśnie wybrano nas na kucharzy. 

Oni odkryli zapis, który pokazuje wnętrze konsoli sterowniczej. 

-  Ho,  ho!  To  już  coś!  -  Ross  wszedł  do  kabiny  i  nachylił  się,  spoglądając  Ashe'owi 

przez ramię na miniaturowy ekranik. 

-  Rzekłbym,  że  bardziej  przypomina  schemat  zaprojektowanej  przez  demona 

czteropasmówki - skomentował rozsądnie. - Skupię się na puszce z bigosem. 

Renfry  i  Ashe  zjedli  w  kambuzie  posiłek  w  roztargnieniu  typowym  dla  ludzi 

pochłoniętych innymi myślami. Kiedy wrócili do swojej pracy, Ross przeciągnął się i spojrzał 
na Travisa. 

- Nie wybrałbyś się na małe, prywatne poszukiwanko? - zapytał z obojętnością, która 

od razu wzbudziła w Apaczu podejrzenia. 

- W którą stronę? 
-  Do  tego  lejkowatego  budynku.  Pamiętasz?  Cały  hol  zagracony,  jakby  mieszkający 

tam  chłopcy  bardzo  się  spieszyli  z  przeprowadzką,  ale  z  jakiegoś  powodu  zostawili  swoje 
rzeczy! Chciałbym przyjrzeć się temu bliżej. 

- O ile dobrze pamiętam, wejścia broni solidna krata - przypomniał mu Travis. 
- A ja znam sposób na obejście tego problemu. Chodź. 
Sposób  na  sforsowanie  zabezpieczonego  wejścia  okazał  się  nad  wyraz  prosty.  Jeden 

ze  skrzydlatych  ludzi  pofrunął  ze  zwojem  linki  do  okna  na  drugim  piętrze.  Okiennica  była 
zamknięta, lecz tubylec czubkiem włóczni otworzył rygiel i kilka chwil później lina dyndała 
już wzdłuż muru, zapraszając do wspinaczki. 

Na  balkonie,  na  który  po  chwili  się  dostali,  znaleźli  ślady  świadczące  o  czyjejś 

bytności.  Poszarpane  pajęczyny,  rozpadające  się  w  proch  pod  delikatnym  dotknięciem, 
przesłaniały  ściany.  Pod  grubą  warstwą  kurzu  dostrzegli  kilka  mebli  o  dziwnych  kształtach. 
W kilku miejscach na zakurzonej podłodze widniały ślady stóp lub łap. Skrzydlaty wskazał je 
włócznią  i  nie  spuszczając  wzroku  z  Ziemian,  dźgnął  ostrzem  w  ślad  z  zaciekłością,  z  jaką 
atakuje się wroga. 

Kolejna nora łasic? Travis nie bardzo w to wierzył. Odciski niepokojąco przypominały 

ludzkie stopy. 

Znaleźli  schody,  tak  wąskie  i  strome,  że  doszli  do  wniosku,  iż  istoty,  które  je 

zbudowały, znacznie różniły się od ludzi. Ross wysforował się do przodu i zaczął schodzić do 
zagraconego  holu,  który  widzieli  wcześniej  z  zewnątrz.  Pasja  odkrywcy  przyćmiła  jego 
czujność. 

Travis pociągnął nosem. Poczuł słabą, mdłą woń. Nie był to zapach nagromadzonego 

przez  wieki  kurzu  czy  rozkładających  się  liści  nawiewanych  tu  przez  wiatr,  ale  raczej  woń 
legowiska zwierzęcia. Co więcej, odór wydawał się znajomy. 

Jama  łasicogłowych?  Nie  sądził.  Smród  nie  był  aż  tak  odrażający,  jak  ten  w 

czerwonym  budynku,  którym  zawładnęły  bestie.  Nie  przypominał  również  zapachu  w 
mieszkaniach skrzydlatych ludzi. 

Zauważył, że płat skóry na nozdrzach tubylca rozszerzył się, a głęboko osadzone oczy 

na lawendowej twarzy zaświeciły, zwracając się to w jedną, to w drugą stronę. Już nie po raz 
pierwszy  Apacz  pożałował,  że  nie  znają  sposobu  na  szybkie  komunikowanie  się.  Ziemianie 
nie potrafili naśladować buczących dźwięków składających się na mowę tubylców, a żaden ze 
skrzydlatych  ludzi  nie  był  w  stanie  wyartykułować  słowa,  mimo  żmudnego  i  cierpliwego 
powtarzania. 

W  budynku  panował  półmrok,  chociaż  do  holu  wpadało  sporo  światła  przez 

background image

zakratowane wejście. Ross ominął stertę rupieci. Jedną rękę położył na jakimś pudle, drugiej 
nie zdejmując z kolby miotacza. 

Travis  nie  ruszał  się  z  miejsca.  Ta  woń...  Tkwiła  gdzieś  głęboko  w  pokładach  jego 

pamięci.  Mężczyźni  stali  nieruchomo.  Wtem  powiew  wiatru,  który  wdarł  się  przez  kraty, 
przyniósł świeży zapach i Travis natychmiast go rozpoznał... 

- Piaskowi ludzie! - Słowa, choć wypowiedziane szeptem, niosły w sobie stanowczość 

krzyku. Co mogły robić tutaj nocne stworzenia pustyni? 

- Jesteś pewny? - Ku jego zdziwieniu, Ross nie kwestionował tego spostrzeżenia. 
- Nie zapomina się szybko takiego smrodu. - Travis przebiegał gorączkowo wzrokiem 

po  skrzyniach  i  pudłach  stłoczonych  w  przedsionku.  Czy  coś  się  tam  ruszało?  Czy 
obserwowały ich stworzenia, które widziały o wiele lepiej po ciemku niż oni? 

Dłoń  tubylca  spoczęła  na  ramieniu  Apacza,  nakazując  ostrożność.  Travis  odwrócił 

powoli głowę i zobaczył, że skrzydlaty szykuje włócznię. Sam włożył strzałkę do dmuchawy. 

- Tam coś jest, na lewo - dotarł do niego ledwo słyszalny szept Rossa, który skierował 

miotacz w zacieniony kąt. 

Pomieszczenie  nagle  ożyło,  zamieniając  się  we  wrzący  kocioł  kształtów 

wyłaniających  się  z  zakamarków.  Atakujące  stworzenia  poruszały  się  zwinnie  na  czterech 
łapach, jak zwierzęta. Milczący atak wydawał się tym bardziej przerażający, że bestie - albo 
ich dalecy przodkowie - były kiedyś humanoidami! 

Promień  z  miotacza  powalił  trzech  napastników.  Jakaś  macka  wysunęła  się  w 

kierunku Rossa i czwarty stwór runął na ziemię ze strzałką we włochatym gardle. Skrzydlaty 
człowiek za Travisem cofnął się kilka schodków do góry i frunął w powietrze. W locie dźgał 
włócznią w pozbawione szkieletu kostnego kończyny, wznoszące się, aby go ściągnąć na dół. 
Robił to ze skupieniem i zapałem. 

Ross  krzyknął.  Jedna  z  macek  wysunęła  się  z  cienia,  zawinęła  dokoła  kostki  u  nogi 

mężczyzny  i  pociągnęła.  Wycelował  miotacz  w  długi  owłosiony  korpus.  Odpowiedział  mu 
przeraźliwy  ryk  i  pętla  odpadła.  Strzałka  Travisa  dosięgła  stwora,  który  podniósł  się  na 
zadnich  łapach,  pazurami  sięgając  pleców  Murdocka.  Apacz  strzelał  tak  szybko,  jak  zdołał 
wkładać strzałki do dmuchawki. Cofnął się ku schodom i teraz wymachiwał rurką, aby zrobić 
wolne pole i odciągnąć Rossa. 

Jeden z włochaczy wyrwał skrzydlatemu włócznię. Tubylec kucnął na stercie skrzyń i 

zaczął kołysać się w przód i w tył, bijąc skrzydłami. Poderwał się w powietrze w chwili, gdy 
potężne kontenery runęły w dół. 

-  Wyczerpał  mi  się  miotacz  -  wysapał  Ross.  Schwycił  za  lufę  bezużytecznej  broni  i 

rąbnął rękojeścią w okrągłą czaszkę stworzenia gramolącego się po skrzyniach. 

Wycofywali się, wchodząc po dość stromych schodach. Travis kopał.  Złapał kolejną 

szorstkowłosą głowę i popchnął stwora na innego przeciwnika. Skrzydlaty  przewrócił drugą 
stertę  skrzyń,  a  teraz  latał  w  tę  i  z  powrotem,  bombardując  napastników  mniejszymi 
pudełkami. 

W  końcu  odparli  pierwszy  atak.  Korzystając  z  chwili  wytchnienia,  dobiegli  do 

balkonu,  skąd  nie  było  wyjścia.  Tubylec  przeleciał  ponad  ich  głowami,  stanął  na  parapecie 
otwartego okna i skinął na nich, bucząc gorączkowo. 

Travis pociągnął Rossa w kierunku wyjścia. 
- Zostały mi tylko dwie strzałki. Szybko, wychodźmy stąd! Murdock opierał się, lecz 

po  chwili  podbiegł  do  okna.  Travis  wycelował  strzałką  w  przygarbione  plecy  i  głowę 
wyłaniające  się  ponad  schodami.  Pocisk  zaledwie  musnął  owłosioną  górną  kończynę  i  w 
otworze gębowym, który już nie przypominał ust człowieka, błysnęły kły. Małe, czerwone z 
wściekłości oczy płonęły straszliwym blaskiem. 

Indianin  wycofał  się  w  kierunku  okna.  Lawendowa  ręka  sięgnęła  mu  przez  ramię. 

Dłoń zacisnęła się na dmuchawie, starając się wyrwać mu ją z rąk. Skrzydlaty wciąż siedział 

background image

na parapecie i teraz wyraźnie domagał się broni. 

Zdając  sobie  sprawę,  że  tubylec  może  w  każdej  chwili  uciec,  Travis  oddał 

dmuchawkę, przeskoczył przez okno i złapał za linę. Widział, jak lawendowy  wycofuje się, 
unosząc skrzydła... 

Wtedy tubylec rzucił się do tyłu, demonstrując szalony pokaz akrobatyki powietrznej. 

Kiedy pierwsza futrzana głowa wysunęła się z okna, rozpostarł skrzydła i wzbił się ponownie 
w górę ruchem spiralnym. Ross zdążył już dotrzeć do ziemi, Travis znajdował się niedaleko 
za  nim.  Lina  zakołysała  się  potężnie,  sprawiając,  że  przejechał  ciałem  po  szorstkim  murze. 
Uświadomił sobie, że ci na górze próbują go wciągnąć z powrotem. 

Wypuścił linę z rąk. Uwolniony od ciężaru sznur podskoczył gwałtownie. Travis nie 

przypuszczał,  żeby  nocne  stworzenia  kontynuowały  pościg  w  pełnym  świetle  słońca.  Mimo 
to, kiedy przemierzali pas dżungli dzielący ich od statku, zachowywali niezwykłą ostrożność, 
obserwując, czy nikt za nimi nie podąża. 

Ashe z gradową miną wysłuchał raportu. 
- Sytuacja mogła się pogorszyć, gdybyśmy tu mieli zostać dłużej.   
Ross odrzucił w kąt bezużyteczny miotacz. 
- Chcesz przez to powiedzieć, że odlatujemy? Kiedy? 
- Za dzień, może dwa. Renfry jest gotów, by przesunąć zwój na początek. 
Po  raz  pierwszy  Travis  zrozumiał,  jak  wiele  zależy  od  tego  cieniutkiego  drucika. 

Jedno  niepowodzenie  mogło  udaremnić  wszelkie  plany,  pozostawiając  ich  na  zawsze  na 
wygnaniu. Jakiś ukryty defekt, którego teraz nie zauważyli, mógłby dać o sobie znać w prze-
strzeni  kosmicznej,  przerywając  niewidzialną  nić  łączącą  ich  z  rodzimą  planetą,  skazując 
statek na dryfowanie między gwiazdami niczym wieczny, kosmiczny wrak. Czy Renfry'emu 
uda  się  przewinąć  zwój?  A  jeśli  nawet,  to  czy  dysk  zadziała  w  odwrotną  stronę?  Nie  może 
być mowy o locie próbnym. Kiedy już wystartują, stale będą ryzykować życiem, krocząc po 
bardzo cienkiej nici stworzonej głównie z nadziei i pozbawionej logiki wiary w łut szczęścia. 

- Teraz rozumiesz? - zapytał Ashe. - Pamiętaj o jednym: zawsze możemy zostać tutaj. 
Do końca pozostaną na wygnaniu, ale przynajmniej przeżyją. Tutaj mieli wrogów, ale 

mogli przecież zawrzeć przymierze ze skrzydlatymi ludźmi i połączyć siły. Travis zerwał się 
na  równe  nogi.  Podszedł  do  szafki,  gdzie  ukryli  kwadratową  ramkę,  która  dostrajała  się  do 
ludzkiej pamięci, pokazując bliskie sercu miejsca. Musiał się przekonać, czy przeszłość miała 
dostatecznie silny wpływ, aby skłonić go do podjęcia tak ogromnego ryzyka. 

Ujął obrazek w dłonie i zajrzał do jego głębi. Wkrótce ujrzał czerwone klify górujące 

nad  zieloną  polaną,  błękitne  niebo,  wzgórza  Ziemi.  Wydało  mu  się,  że  czuje  na  języku 
gryzący pył unoszony wzmagającym się wiatrem. Wiedział już, że zaryzykuje. 

Wszyscy dokonali tego samego wyboru. 
-  Podróże  w  przeszłość  to  co  innego  -  powiedział  Ross.  -  Jeżeli  coś  nie  wyjdzie  i 

utkniemy  w  okresie  prehistorycznym...  cóż,  można  się  wtedy  wkurzyć.  Kto  by  chciał 
zabawiać  się  z  mamutami,  jeśli  jest  przyzwyczajony  raczej  do  odrzutowców?  Mimo  to  taki 
gość  wiedziałby,  co  mu się  przytrafiło,  i  że  ludzie,  których  będzie  spotykał  na  swej  drodze, 
należą do jego gatunku. Ale pozostać tutaj... Nie, moi drodzy! Oni trochę się od nas różnią. 
My jesteśmy tu gośćmi, nie imigrantami. A ja nie chcę być wiecznym gościem! Nigdy! 

Wybrali się jeszcze raz do biblioteki, skąd przynieśli kolejne dyski i poutykali je we 

wszystkich  możliwych  schowkach.  Wódz,  zachwycony  dmuchawkami,  pozwolił  im  wybrać 
też inne przedmioty z plemiennego skarbca. Poprosił tylko, żeby wrócili i podzielili się z nimi 
zdobytą  wiedzą.  Tym  razem  nie  natknęli się  na nocne  stworzenia  z  lejkowatej  wieży,  lecz  i 
tak przedsięwzięli środki ostrożności, zamykając na noc luk wejściowy. 

- Wrócimy tu? - zapytał Ross. 
-  My  polecimy  do  domu  tym  statkiem  -  odparł  sucho  Ashe.  -Ale  ktoś  na  pewno  tu 

przyleci. Tego możesz być pewny. Co u ciebie, Renfry? 

background image

Technik  wyglądał  jak  cień.  Zmarszczki,  których  prawdopodobnie  miał  się  już  nigdy 

nie pozbyć, otaczały mu usta, znaczyły kąciki zmęczonych oczu. Drżącymi rękoma usiłował 
podnieść do ust pojemnik z piciem. 

- Zwój przewinięty - rzekł. - I drut się nie przerwał. Jutro przygotuję statek do startu. 

Co do reszty, pozostaje tylko się modlić. Nie mogę wam nic więcej powiedzieć. 

Travis leżał tej nocy na swojej koi - jego koja, ich statek... Ten statek stawał się coraz 

mniej  obcy  w  porównaniu  ze  światem  na  zewnątrz.  Na  nadgarstku  miał  ciężką  metalową 
bransoletę  z  małymi  zielonymi  kamieniami  ułożonymi  we  wzór,  który  przypominał  łamiące 
się  fale  -  podarunek  od  skrzydlatego  wodza,  wręczony  podczas  formalnego  pożegnania. 
Travis był pewien, że skrzydlaci ludzie nie wykonali tej bransoletki. Ile miała lat? I z jakiego 
świata, z jakiej zapomnianej i dawno nie istniejącej cywilizacji pochodziła? 

Nawet  nie  zajrzeli  pod  powierzchnię  tego,  co  znajdowało  się  w  tym  starożytnym 

porcie.  Czy  ukryte  w  dżungli  miasto  było  stolicą  jakiegoś  galaktycznego  imperium,  jak 
podejrzewał Ashe? Nie mieli czasu na rozwiązywanie tych zagadek. Tak, kiedyś tu powrócą. 
Ludzie  z  jego  świata  będą  prowadzić  badania,  spekulować,  snuć  domysły,  prawdopodobnie 
błędne. Za jakiś czas powstanie gdzieś nowe miasto - może w jego własnym świecie - które 
będzie pełniło rolę przechowalni wiedzy zdobywanej pośród gwiazd. Czas będzie wciąż mijał 
i miasto umrze śmiercią naturalną. Dopóki przedstawiciel jakiejś rasy, jeszcze nie istniejącej, 
przybędzie, aby je badać i spekulować. .. i snuć domysły... Travis zasnął. 

Zbudził  się  wypoczęty  i  pełen  wigoru.  Ponad  głową  usłyszał  komunikat  z  kabiny 

nawigacyjnej. 

-  Wszystko  gotowe  -  doleciał  go  łamiący  się  z  wyczerpania  głos  Renfry'ego.  Cóż, 

technik pracował chyba całą noc. 

- Wszystko gotowe. 
Wciąż  mogli  powiedzieć  “nie"  tej  szalonej  wyprawie  i  wybrać  znajome 

niebezpieczeństwa.  Travisa  ogarnęła  fala  paniki.  Zacisnął  dłonie  na  krawędzi  koi  i  podniósł 
się  do  pozycji  siedzącej.  Musiał  powstrzymać  Renfry'ego.  Nie  wolno  im  wylatywać  w 
kosmos. 

Po  chwili  znów  się  położył  i  zapiął  pasy.  Niech  Renfry  naciśnie  właściwy  przycisk, 

jak  najszybciej!  Czekanie  zawsze  źle  wpływa  na  nastrój.  Poczuł  znajome  wibracje 
przenikające ciało. Teraz nie było już odwrotu.  Zamknął oczy  i próbował rozluźnić mięśnie 
protestujące przeciwko temu oczekiwaniu. 

background image

 

17 

 
- Wystartowaliśmy bez problemów. 
-  Dobre  i  to  -  jakiś  inny  głos  rozbrzmiał  w  głośniku.  Travis  otworzył  oczy. 

Zastanawiał  się,  czy  ktokolwiek  może  się  przyzwyczaić  do  dyskomfortu  związanego  ze 
startem  w  kosmos.  W  ciągu  ostatnich  kilku  dni,  kiedy  tak  miło  stąpało  się  po  ziemi,  za-
pomniał  już,  co znaczy  zostać  wyniesionym  poza  atmosferę  i  siłę  grawitacji.  Najważniejsze 
jednak, że dysk działał i udało im się opuścić nieznaną planetę. 

Nadal lecieli. Teraz z większą niż dotychczas ufnością patrzyli w przyszłość. 
-  Jeżeli  po  prostu  powtórzymy  schemat  -  powiedział  Ashe  wieczorem  piątego  dnia 

-jutro wylądujemy na pustynnej planecie. 

-  Byłoby  lepiej,  gdybyśmy  mogli  ominąć  ten  przystanek  -  zauważył  Travis. 

Opustoszały  świat  z  nocnymi  stworami  odpychał  go  bardziej  niż  cokolwiek  innego  podczas 
tej fantastycznej wyprawy. 

- Pomyślałem, że... - Ross zerknął na fotel pilota, w którym Renfry spędził większość 

poranka. - ... tankowaliśmy w tamtym pierwszym porcie. Przypuśćmy, tylko przypuśćmy, że 
tam wyczerpie się nam zapas paliwa. 

Na  trupiobladej,  wymizerowanej  twarzy  Renfry'ego  pojawił  się  szeroki  uśmiech. 

Technik skierował kciuk ku dołowi w odwiecznym geście porażki. 

-  Wtedy  kaput,  kolego.  Miejmy  jednak  nadzieję,  że  szczęście  nas  nie  opuści  i 

ominiemy ten etap podróży. 

Tym razem wylądowali w pustynnym porcie  wczesnym rankiem, kiedy  niesamowita 

gra  płomieni  wzdłuż  horyzontu  zaczynała  już  blednąć.  Łuna  wstającego  słońca  odbijała  się 
jaskrawo od bezmiaru piaszczystych wydm. 

- Spędzimy tu mniej więcej dwa dni, jeśli istotnie duplikujemy schemat. 
Dwa dni oczekiwania, zamknięci w statku, niepewni, czy wystartują. .. Na samą myśl 

o tym, Travis poruszył się niespokojnie w fotelu. 

- Mały spacerek? - Ross niewątpliwie podzielał jego odczucia. 
-  Nie  ma  sensu  -  odparł  spokojnie  Ashe.  -  Rozejrzymy  się  w  ciągu  dnia.  Choć  nie 

sądzę, by było tu dużo do oglądania. 

Rankiem  włożyli  na  głowy  hełmy  rozpraszające  promienie  słoneczne  i  otworzyli 

zewnętrzny  właz.  Zlustrowali  przestrzeń,  na  której  wiatry  mogły  ukształtować  nowe  formy 
pośród wydm, lecz nie dostrzegli żadnych zmian od czasu ostatniej wizyty. 

- Co oni tu robili?- Ręce Rossa poruszały się nerwowo wzdłuż krawędzi luku. - Ten 

przystanek na pewno miał jakieś znaczenie, musiał mieć. I dlaczego takie same stworzenia - 
ludzie, zwierzęta czy cokolwiek - znajdowały się w lejkowatym budynku na innej planecie? 

- Którzy z nich są banitami? - rozważał Ashe. - Czy tamci żyją od wielu wieków na 

obcej  planecie,  ponieważ  nie  zdołali  wrócić  na  czas?  A  może  ci  to  wygnańcy,  a  tamci  są  u 
siebie? Prawdopodobnie nigdy nie rozwikłamy tej zagadki i nie odpowiemy na żadne z pytań 
dotyczących tych stworzeń. - Przyjrzał się przysadzistej budowli pośród pełznących wydm. - 
Muszą  mieszkać  pod  ziemią,  a  ten  budynek  zakrywa  wejście.  Być  może  na  planecie 
skrzydlatych  też  żyją  pod  ziemią,  Kiedyś  musieli  tu  mieszkać,  aby  obsługiwać  statki  i 
pilnować bazy. 

- A potem - odezwał się powoli Travis - statki przestały tu lądować. 
- Tak. Nie było już statków. Być może czekali przez całą generację, mając nadzieję, że 

statki  nadlecą  i  zostaną  wezwani.  Potem  albo  pogrążyli  się  w  apatii  i  spadli  z  drabiny 
ewolucji, albo przystosowali się do istniejących tu warunków. 

- Ostatecznie rezultat był ten sam - zauważył Ross. - Nie sądzę, by ci tutaj różnili się 

od tych z lejkowatej wieży. A tam przynajmniej trafił im się lepszy świat. 

background image

- Czekajcie! - Travis od jakiegoś czasu nie odrywał wzroku od zagrzebanego w piachu 

budynku.  Wydawało  mu  się,  że  to  miejsce  wyglądało  inaczej  przed  kilkoma  tygodniami.  - 
Czy ta elewacja po lewej była tam wcześniej? 

Ross i Ashe wpatrywali się przez chwilę we wskazane miejsce. 
- Masz rację, to coś nowego! - Murdock potwierdził pierwszy. -I nie sądzę, żeby było 

z kamienia, tak jak cała resztą. 

Blok,  który  w  dziwny  sposób  pojawił  się  w  rogu  odległego  dachu,  nie  połyskiwał 

metalicznie  w  promieniach  słońca.  Miał  lekki  połysk,  taki,  jakim  charakteryzowało  się 
matowe szkło czy obsydian. 

Przez  kilka  chwil  nic  się  nie  zmieniało.  Potem  jednak  obserwatorzy  zarejestrowali 

niespodziewaną  aktywność.  Widzieli  już  wcześniej  promienie,  które  chroniły  dach  budynku 
przed  atakiem  czy  niepożądanym  badaniem.  Teraz  ujrzeli  coś,  co  musiało  być  jakimś 
rodzajem broni używanej przez architektów tej budowli. 

Co wybuchło u podnóża statku? Jakiś płomień? Piorun? Siła, jakiej ludzie nie potrafili 

sobie wyobrazić ani nazwać? 

Travis  uświadomił  sobie,  że  energia  uderzenia  wrzuciła  go  z  powrotem  do  statku  i 

cisnęła  wraz  z  Rossem  i  Ashe'em  za  wewnętrzną  grodź.  Runęli  na  metalową  ścianę, 
wypluwając całe powietrze z płuc. Świat dokoła zatonął w ciemności. 

Travis  leżał  na  podłodze,  próbując  złapać  oddech  pomimo  straszliwego  bólu  w 

piersiach. Jak za mgłą widział otwarty właz. W tej chwili liczył się tylko ten skrawek pustej 
przestrzeni. I poczucie, że trzeba ją odciąć, zamknąć, że to, co znajduje się na zewnątrz, ozna-
cza zagładę. 

Wpił  się  paznokciami  w  ciało,  które  przywaliło  mu  kolana.  Jakimś  cudem,  pomimo 

bólu,  udało  mu  się  obrócić  i  wysunąć  spod  ciężaru.  Zaczął  się  posuwać  cal  po  calu  w 
kierunku zewnętrznego włazu. Dzwonienie w uszach tłumiło wszelkie myśli, wzmagając za-
wroty głowy. Wyjrzał na piaszczysty świat skąpany w blasku słońca. 

Z  początku  miał  wrażenie,  że  coś  mu  się  pomieszało  w  głowie,  że  to,  co  widzi,  nie 

może być prawdą. Nad zasypanym lądowiskiem unosiły się cienkie smugi piachu, warstwami 
otaczając kulę. Zasłona wirowała pomimo bezwietrznej pogody! To było niewiarygodne, nie-
możliwe, chociaż wiedział, że wzrok go nie myli. 

Opadł na kolana i zatrzasnął luk, odcinając się od zasłony piachu, ostrego światła, od 

niemożliwego. Macając dłońmi w poszukiwaniu zasuwy, poczuł, że ból maleje. Znowu mógł 
oddychać swobodnie. Odwrócił się do swoich towarzyszy. 

Na  widok  sinych  twarzy  poderwał  się  do  działania.  Szarpnięciem  posadził  obu 

mężczyzn pod ścianą. Ashe otworzył oczy. 

- Co...?- Kiedy archeolog wypowiedział słabym głosem to jedno słowo, Travis skupił 

całą uwagę na Rossie. 

Z  kącika  ust  zwiadowcy  sączyła  się  cienka  strużka  krwi.  Jęknął,  kiedy  Travis  lekko 

nim potrząsnął. Ashe drgnął i skrzywił się, przyciskając ręce do piersi. 

- Co się stało? - Tym razem udało mu się wypowiedzieć całe pytanie. 
-  Wylądowali...  kosmiczni...  marines.  -  Ross  wyrzucał  z  siebie  pojedyncze  słowa.  - 

Chyba na mnie. 

- Haaaaloooo, tam na dole! - Wołanie doleciało z komunikatora. - Co się dzieje? 
Kadłub  nie  przepuszczał  światła  ani  dźwięku,  lecz  teraz  wyczuwali  drgania 

przebijające  się  przez  warstwy  ochronne.  Zupełnie  jakby  na  statek  oddziaływała  jakaś  siła. 
Piaskowe  ściany?  Travis  dowlókł  się  do  drabiny.  Chciał  spojrzeć  na  ekran  w  kabinie 
nawigacyjnej, stanowiący teraz jedyne połączenie ze światem. 

Renfry wpatrywał się z niedowierzaniem w grube warkocze piachu. Jeszcze chwila, a 

zostaną pogrzebani w morzu pyłu. Mieli powody, aby sądzić, że jakaś nieznana inteligencja, 
kierowana odwieczną animozją, świadomie usiłuje ich unicestwić. 

background image

-  Możemy  wystartować?  -  Travis  doczołgał  się  do  najbliższego  fotela.  -  Jest  jakaś 

szansa? 

Jeśli lot odbywał się zgodnie z wcześniejszym schematem, mieli tu jeszcze pozostać 

kolejną  noc  i  dzień.  Do  tego  czasu  statek  ugrzęźnie  tak  głęboko,  że  nie  będzie  nadziei  na 
wyrwanie się spod ton piachu. Zostaną żywcem pogrzebani w kosmicznym grobowcu. 

Renfry sięgnął do klawiatury na konsoli, lecz zawahał się. Zacisnął usta. 
- To ogromne ryzyko, ale mógłbym spróbować. 
-  Pozostanie  tutaj  wiąże  się  prawdopodobnie  z  jeszcze  większym  ryzykiem.  -  Travis 

przypomniał  sobie  o  przyjaciołach,  których  zostawił  przy  wejściu.  Trzeba  ich  wynieść  ze 
strefy zagrożenia przed startem w kosmos. 

- Daj mi pięć minut - krzyknął. - Potem odpalaj, jeśli potrafisz! 
Ashe  stał  o  własnych  siłach  i  próbował  przesunąć  Rossa  w  głąb  korytarza.  Travis 

pospieszył mu z pomocą. 

- Renfry spróbuje wystartować - poinformował. - Zagrzebują nas w piachu. 
Przenieśli Rossa na koję. Ashe rzucił się na sąsiednią, a Travis ledwo zdążył dojść do 

drugiej kabiny, kiedy w komunikatorze rozbrzmiał przenikliwy sygnał ostrzegawczy. Odczuli 
wibrację przeciążonych silników. Tym razem przeciążenie trwało o wiele dłużej. Travis leżał 
spięty, oczekując na ból związany z przyspieszeniem, odliczając sekundy... 

Wibracje  przybierały  na  sile  i  były  intensywniejsze  niż  kiedykolwiek.  Statek  kołysał 

się  na  podstawie;  ruch  i  dźwięk  zlewały  się  w  jedną  całość,  osłabiającą  mieszankę,  która 
przyprawiała o mdłości i paraliżowała myśli, pozostawiając strach. 

Nagle, w jednej chwili wszystko się urwało. I zapadły ciemności. .. 
Wibracje ustały, hałas ucichł. Pozostało tylko odległe wspomnienie oraz aromatyczny 

zapach  uzdrawiającej  galaretki,  która  w  razie  potrzeby  wypełniała  zamknięte  koje.  Travis 
otworzył oczy. Czyżby zdołali uciec z pustynnej planety? 

Usiadł  prosto  i  zaczął  ścierać  galaretkę.  Ześlizgiwała  się  bez  trudu  ze  skóry,  z 

kombinezonu,  pozostawiając  po  sobie  równowagę  umysłu  i  ciała.  Wracała  pewność  siebie, 
którą utracił. Wstał i zajrzał do sąsiedniej kabiny. 

Ross  i  Ashe  wciąż  leżeli  bez  ruchu  pod  drgającą  masą  uzdrawiającej  substancji. 

Wszedł do sterówki. 

Renfry  był  przypięty  do  fotela  pilota,  lecz  głowa  spoczywała  mu  bezwładnie  na 

ramionach.  Bladość  jego  twarzy  przeraziła  Travisa.  Położył  dłoń  na  piersi  nieprzytomnego. 
Serce  biło  powoli.  Poodpinał  pasy  i  tylko  dzięki  brakowi  grawitacji  udało  mu  się  przenieść 
technika  na  koję.  Ekran  pokazywał  jedynie  nieprzeniknione  ciemności,  co  oznaczało,  że 
statek  wszedł  w  hiperprzestrzeń.  Nie  tylko  wyrwali  się  z  piaskowej  pułapki,  lecz  odbywali 
kolejny etap podróży, który mógł zakończyć się na ojczystej Ziemi. Mógł bądź nie. 

Ile trwał ten etap poprzednim razem? Zgodnie z zegarkiem Renfry'ego, dziewięć dni. 

Dziewięć  dni  między  piachem  a  portem  paliwowym.  Dziewięć  dni,  zanim  się  upewnią,  czy 
poczynania technika nie sprawiły, że statek zboczył z kursu. 

Kiedy  wszyscy  doszli  do  siebie  po  szoku,  Ashe  przejął  dowodzenie  i  zaczął 

przeglądać  przedmioty  znalezione  w  archiwum,  by  odwrócić  uwagę  załogi  od  obecnego 
położenia. Kazał im pracować na zmianę przy czytniku, przetwarzając każdy nie uszkodzony 
krążek w poszukiwaniu instrukcji pilotażu. Kilka obiecujących zwojów było tak poplątanych, 
że  bali  się  za  nie  zabrać.  Musieli  je  zostawić  dla  ekspertów  na  Ziemi.  Ashe,  po  ucieczce  z 
pustynnej planety, ani  razu nie zakwestionował szczęśliwego powrotu do domu. Biorąc pod 
uwagę dotychczasowe przeżycia - jak zauważył - nie było powodu przypuszczać, że szczęście 
przestanie im dopisywać. 

Travis pomyślał w duchu, że nawet Ashe'em musiały targać wątpliwości, i pewnie był 

równie zdenerwowany jak pozostali - chociaż tego nie okazywał - kiedy zegarek Renfry'ego 
wyliczył  dziewiąty  dzień  lotu  i  nie  doświadczyli  żadnego  ostrzeżenia  przed  lądowaniem.  W 

background image

samo południe zebrali się w mesie. Tego samego ranka Travis przeliczył racje żywnościowe. 
Jeśli będą jedli bardzo niewiele, wystarczy im pożywienia do ojczystej planety, o ile podróż 
się nie przedłuży. Poinformował o tym Ashe'a, ale w odpowiedzi usłyszał tylko roztargnione 
chrząknięcie. 

Wtedy  -jakby  wbrew  okropnym  przeczuciom  -  nadeszło  ostrzeżenie.  Travis  przypiął 

się pasami i spojrzał na Rossa, który wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu. 

- W samą porę! Oto lądujemy na stacji po paliwko, a potem do domu! 
Na widok zrujnowanych wież, wyznaczających lądowiska, i metalicznie turkusowego 

nieba  pierwszego  galaktycznego  portu  zignorowali  dyskomfort  związany  z  lądowaniem.  No 
cóż, byli już prawie w domu! 

Zeszli  do  luku  wyjściowego  i  ochoczo  otworzyli  właz,  aby  zaczekać  na  pełznącego 

węża linii paliwowej i robota przewodnika. Minęło jednak sporo czasu a w cieniu rzucanym 
przez najbliższą wieżę nic się nie poruszyło. Travis przyglądał się badawczo otoczeniu. Czy 
wylądowali  w  tym  samym  miejscu,  co  poprzednio?  Czy  niewielka  zmiana  mogła  być 
przyczyną obecnej ciszy? 

- Może się to wiązać z czasem. - Głos Ashe'a zabrzmiał w komunikatorze, tak jakby 

archeolog  czytał  w  myślach.  -  Opuściliśmy  drugi  przystanek  sporo  przed  czasem,  według 
poprzedniego grafiku. 

Uchwycili  się  tej  ostatniej  nadziei.  Upłynęła  pierwsza  godzina,  potem  druga  i  wciąż 

nic  sienie  zmieniło.  Przywołując  wspomnienia,  stwierdzili  jednogłośnie,  że  wylądowali 
dokładnie w tym samym miejscu. Skrzętnie unikali wypowiadania na głos najgorszych obaw, 
że automaty obsługujące tak długo ten starożytny port w końcu się zużyły. 

W końcu Renfry powiedział: 
-  Nie  wiem,  ile  mamy  paliwa.  Nie  potrafię  wam  nawet  powiedzieć,  jakiej  ono  jest 

natury.  I  czy  możemy  wystartować  bez  tankowania.  Jeśli  tak,  nie  sądzę,  by  udało  nam  się 
dotrzeć  do  końca  tej  wyprawy.  Możliwe,  że  działamy  wbrew  czasowi  -  ale  musimy 
sprawdzić,  czy  uda  nam  się  zmusić  te  maszyny  do  wykonania  jeszcze  jednej  pracy.  I 
powinniśmy zrobić to jak najszybciej! 

Wyszli  na  zewnątrz.  Renfry  wpełzł  pod  łukowaty  bok  statku.  To,  co  tam  zobaczył, 

zakrawało na miano katastrofy. Jeżeli wcześniej zostało trochę paliwa w zbiornikach, to teraz 
już go nie było. Na ziemi widniała złowroga wilgotna plama. 

Głos Renfry'ego brzmiał głucho. 
- Teraz już wiadomo, koledzy. Zbiorniki są puste. Jeśli nie uda się wam uruchomić tej 

linii, aby zatankować, jesteśmy uziemieni. 

- Co sprawiło, że zbiorniki się otworzyły? - zastanawiał się Ross. 
-  Możliwe,  że  jakiś  mechanizm.  -  Ashe  postawił  nogę  na  betonowej  płycie.  -  Cóż, 

chodźmy poszukać tego robota i jego ożywionego dystrybutora. 

Ruszyli w kierunku wieży. Z ziemi struktura wydawała się jeszcze bardziej spiczasta, 

podobna do igły. U jej podnóża znajdował się otwór, wejście, z którego wcześniej wyłonił się 
robot. Ashe podszedł bliżej i stanął, zaglądając do środka. 

Zardzewiały  robot,  który  pobrzękując  wypełnił  swój  obowiązek  poprzednim  razem, 

stał  teraz  w  wejściu.  Za  nim,  widoczni  w  rdzawym,  żółtawym  świetle,  przycupnęli  jego 
podwładni.  Wszyscy  tacy  sami,  ustawieni  w  szeregu  pod  ścianą,  jakby  czekali  na  oficjalną 
inspekcję. 

Ze  studni  pośrodku  podłogi  wystawał  olbrzymi  kawał  metalu,  w  którym  Travis 

rozpoznał  “głowę"  węża.  Ashe  wyciągnął  rękę,  aby  popchnąć  robota.  Ku  zdumieniu 
mężczyzn,  maszyna,  która  sprawiała  wrażenie  masywnej  i  nieruchomej,  drgnęła.  Nie 
zareagowała jak budzik wstrząśnięciem zmuszony do chodzenia, lecz posunęła się w przód z 
dziwną słabością. Jedno z ramion odpadło z klekotem, potoczyło się po betonowym chodniku 
i uderzyło w głowę węża. 

background image

- Rusza się! Patrzcie, rusza się! 
Ross miał rację. Ciężka końcówka ruchomej linii szarpnęła się do przodu i przesunęła 

o parę centymetrów. Ziemianie wstrzymali oddechy, aż ponownie zastygła bez ruchu. 

- Uderz jeszcze raz - poradził Ross. 
Ashe obszedł robota dokoła, przyglądając mu się z uwagą. Przeniósł wzrok na węża, 

który wcale nie wyglądał na zniszczonego. Nachylił się, chwycił mocno za “łeb" i pociągnął. 
Pospiesznie  odskoczył  w  tył,  a  Ross  i  Travis  odkopnęli  robota  z  drogi  pełzającego 
dystrybutora. Pół metra, metr... wyszedł na zewnątrz, kierując się do statku. Renfry zobaczył, 
co  się  dzieje,  zamachał  do  nich  i  wczołgał  się  z  powrotem  pod  kulę,  aby  przygotować  wlot 
zbiorników na przybycie rury. 

Radość  okazała  się  jednak  przedwczesna.  Niespełna  dwa  metry  od  wieży  “głowa" 

opadła  na  ziemię.  Ashe  bezskutecznie  spróbował  poprzedniej  metody  ożywienia  węża. 
Mężczyźni  potrząsali  nim,  razem  i  osobno.  Był  o  wiele  cięższy  od  robota  i  nie  potrafili 
zmusić go do dalszego wysiłku. 

Renfry sprawdził studnię, z której wyłaniała się rura, lecz wrócił zdezorientowany. 
- Możemy pociągnąć go ręcznie? - zapytał Travis. 
- To właśnie będziemy musieli teraz sprawdzić - orzekł technik. 
Wzięli ze statku mocną linę i obwiązali nią “łeb" węża. Na komendę Ashe'a szarpnęli 

jednocześnie. Uparty rurociąg dał za wygraną i ruszył do przodu, poddając się sile ludzkich 
ramion. Przesunęli się o parę metrów, lecz wysiłek związany z poruszaniem tego ciężaru był 
zbyt wyczerpujący. 

Ross  potknął  się,  przewrócił,  stanął  na  nogi.  Jego  twarz  ukryta  pod  hełmem  kipiała 

wściekłością. Chwycił ponownie linę i wszyscy szarpnęli. Tym razem maszyna nie ustąpiła, a 
ich stopy ślizgały się na popękanym kamieniu. 

background image

 

18 

 
Travis przysiadł na obcasach butów. Pozostali położyli się obok liny “holowniczej" z 

twarzami czerwonymi od wysiłku. Renfry uniósł się, oparł na łokciu, a drugą ręką zdjął hełm. 
Odrzuciwszy go do tyłu, zaciągnął się mocno powietrzem jak tonący człowiek, któremu bra-
kuje tlenu. 

-  Załóż  henn,  głupku!  -  zgromił  technika  Ashe.  Renfry  pokręcił  głową  i  coś 

powiedział, ale jego słowa do nich nie docierały. Travis dotknął palcami małego zapięcia przy 
własnym hełmie. 

-  Nie  sądzę,  żebyśmy  tego  potrzebowali.  -  Ściągnął  bańkę  i  podniósł  głowę,  aby 

rozkoszować się dotykiem lekkiego, swawolnego wiaterku. Powietrze było rześkie, takie jak 
podczas  ziemskiej  jesieni.  Napełniło  mu  płuca,  orzeźwiając  jednocześnie  całe  ciało.  Sięgnął 
po linę, gotów do kolejnej próby. 

- Nie ma sensu wypluwać płuc przy ciągnięciu liny - orzekł Ashe. - Problem tkwi w 

tej wieży. 

Renfry  zaczął  pełznąć  na  czworakach  wzdłuż  rurociągu,  sprawdzając  jego 

powierzchnię.  W  końcu  wstał  chwiejnie  na  nogi  i  wszedł  do  budynku.  Pozostali  mężczyźni 
podążyli za nim. 

Znaleźli  technika  na  dole,  przy  wlocie  do  studni,  z  której  wystawał  wąż.  Sprawdzał 

pokrywę, próbując wykręcać elastyczną rurę w jedną i w drugą stronę. 

- Blokuje się gdzieś pod spodem! - Walnął pięścią w rurę. 
- Moglibyśmy zdjąć tę pokrywę i zobaczyć, co tam jest? - zapytał Ross. 
- Możemy spróbować. 
Taka  operacja  wymagała  określonych  narzędzi;  dźwigni,  klinów.  ..  Zerknęli  na  rząd 

oczekujących  robotów  -  czy  ich  części  mogą  się  przydać?  Ross  podniósł  luźne  “ramię"  i 
zaczął sprawdzać jego wytrzymałość, rozciągając z całej siły. 

Travis  przyglądał  się  klapie  od  studni.  Nie  widział  tam  otworu,  żadnej  szczeliny,  w 

którą dałoby się wetknąć klin. Renfry przejechał palcami dokoła okręgu, z którego wyłaniała 
się  rura,  próbując  wyczuć  to,  czego  nie  widziały  oczy.  Postukał  prętem,  najpierw  lekko, 
potem coraz silniej. 

- Czy to można odkręcić? - zasugerował Ross. 
Renfry  spojrzał  spode  łba  i  rzucił  kilka  krótkich,  mocnych  słów.  Skoncentrował 

wysiłki na zewnętrznej krawędzi przykrywy. Wtedy dokonał obiecującego odkrycia. Działali 
szybko,  usuwając  nagromadzony  przez  wieki  kurz  z  czterech  wgłębień  z  wypukłościami, 
które mogły stanowić głowy sworzni. 

Skupili  się  przy  uszkodzonym  robocie,  rozebrali  go  na  części  i  uzbrojeni  w 

prowizoryczne  narzędzia,  zaatakowali  oporną  klapę.  Była  to  jednak  długa,  irytująca  walka. 
Travis wrócił na statek, skąd zabrał pojemniki z galaretą, którą się zatruł w trakcie testowania 
zapasów. Posmarowali galaretą nieustępliwe gałki w nadziei, że po natłuszczeniu poluzują się 
pod uderzeniami i naciskiem. Wkrótce sworzeń ustąpił pierwszy i Renfry palcami odkręcił go 
do końca. Ten mały sukces zachęcił ekipę do dalszych wysiłków. 

Kiedy poddał się drugi sworzeń, tym razem Ashe'a, było już zupełnie ciemno. 
-  Koniec  na  dziś  -  powiedział  archeolog.  -  Nie  możemy  zainstalować  oświetlenia,  a 

nie  ma  sensu  bawić  się  tu  po  ciemku.  Przez  ostatnie  pół  godziny  częściej  waliłem  w  swoje 
palce niż w ten piekielny sworzeń. 

- Możliwe, że czas postoju się kończy - rzekł Ross. Wyraził słowami jedną z dwóch 

obaw, jakie ciążyły im podczas żmudnej pracy. 

- Cóż, nie wystartujemy bez paliwa. - Ashe wstał i jęknął z bólu, łapiąc się za plecy. - 

A  nie  możemy  dalej  pracować  po  ciemku,  bez  odpoczynku,  na  głodnego.  Tego  jesteśmy 

background image

pewni, co do pozostałych rzeczy możemy jedynie zgadywać. 

Wrócili  do  statku.  Dopiero  teraz,  po  zakończonej  bitwie  z  nieustępliwym  metalem, 

uświadomili sobie, jak bardzo są wyczerpani. Travis wiedział, że Ashe miał rację. Nie mogli 
się łudzić, iż rozwiążą problem, męcząc się ponad granice ludzkiej wytrzymałości. 

Posilili się, jedząc podwójne racje i wycieńczeni padli na koje. Kiedy rankiem Travis 

otworzył oczy, wciąż czuł się zesztywniały. Zdezorientowany wpatrywał się w twarz Rossa, 
który stał nad nim. 

-  Wracamy  do  kopalni  soli,  bracie!  -  Murdock  przyłożył  poczerniały  paznokieć 

okaleczonego palca do ust. - Teraz wystarczyłaby mi lutownica. Złaź z tego wszawego wyra i 
dołącz do bandy niewolników. 

Późnym  rankiem  poradzili  sobie  z  czwartym  i  ostatnim  sworzniem.  Przez  długą 

chwilę po prostu siedzieli dokoła krawędzi studni, zwiesiwszy posiniaczone i pełne pęcherzy 
ręce między kolanami. 

- No, dobra! - Ashe wstał. - Zobaczymy, czy teraz się ruszy! 
Żeby zdobyć dźwignie do podniesienia pokrywy, musieli rozebrać jeszcze dwa roboty. 

Przeprowadzali  destrukcję  z  satysfakcją  godną  dzikusów.  Demontaż  niewzruszonych,  na 
wpół człowieczych form uwalniał ich od frustracji i wszechobecnego strachu. Dzierżąc tęgie 
pręty ponowili atak na wieko studni. 

Nie  wiedzieli,  jak  długo  trwało  forsowanie  przykrywy.  W  końcu,  po  kolejnej  próbie 

podważenia  jej  wspólnymi  siłami,  metal  przełamał  się  na  dwie  części,  ukazując  ciemną 
dziurę, z której wystawała rura. 

Na  zewnątrz  był  dzień  równie  jasny  jak  poprzedni,  ale  wnętrze  wieży  tonęło  w 

półmroku,  a  oni  nie  mieli  latarki,  aby  oświetlić  czarną  czeluść.  Renfry  położył  się  i 
włożywszy  obie  ręce  do  środka,  badał  palcami  powierzchnię  rurociągu  na  tyle,  na  ile  mógł 
sięgnąć. 

- Znalazłeś coś? - Ashe kucnął obok technika i spoglądał mu przez ramię. 
-  Nie...  -  rzucił  Renfry,  ale  w  tej  samej  sekundzie  zmienił  zdanie  -  Tak!  -  krzyknął 

podekscytowany. - Ledwo sięgam, ale wydaje mi się, że zaczepiła się tu łuskowata warstwa 
rury. - Wykręcił się i Travis złapał go za nogi, żeby nie spadł na dół. 

Renfry  przystąpił  do  uwalniania  rury.  Pracował  przewieszony  przez  krawędź  studni 

głową  w  dół,  trzymany  przez  towarzyszy.  Musiał  bazować  głównie  na  wrażeniach 
dotykowych,  ponieważ  własnym  ciałem  przesłaniał  trzy  czwarte  i  tak  już  przytłumionego 
światła. Prowizorycznymi narzędziami usuwał śmieci dokoła. 

Za  czwartym  razem,  kiedy  go  wyciągnęli,  żeby  odpoczął,  przetoczył  się  na  plecy  i 

leżał dłuższą chwilę, ciężko dysząc. 

-  Uwolniłem  tę  rurę  tak  daleko  Jak  tylko  mogłem  sięgnąć  -  rzekł  wreszcie  z 

wysiłkiem. - Ale jest zaczepiona jeszcze niżej. 

- Może uda nam sieją uwolnić, jak pociągniemy z góry. - Ashe objął rękami łuskowata 

powierzchnię rurociągu w miejscu, gdzie wyłaniał się ze studni. 

- Możecie spróbować. - Renfry potarł pięściami czoło, kiedy Travis odsunął go dalej 

od otworu, aby wspomóc wysiłki Ashe'a. 

Wspólnymi siłami pociągnęli rurę wewnątrz studni. Sprawiała wrażenie przyklejonej 

do  ściany  w  miejscu,  gdzie  Renfry  walczył,  aby  ją  uwolnić.  Na  czole  Travisa  wystąpiły 
krople  potu,  by  spłynąć  w  dół,  omijając  wykrzywione  usta.  W  półświetle  widział  napiętą 
twarz Ashe'a i mięśnie jego ramion rysujące się pod błękitnym kombinezonem. 

Ross naparł na rurę całym ciężarem ciała. 
-  Ty  ciągnij  -  powiedział  do  archeologa.  -  My  będziemy  pchać  w  twoim  kierunku. 

Jeżeli w ogóle ma ustąpić, to powinno pomóc. 

Przez  bardzo  długą  chwilę  zdawało  się,  że  rura  się  nie  podda,  że  w  studni  poniżej 

dokonało się zbyt wielkie spustoszenie. Nagle Ashe poleciał do tyłu. Wąż uderzył go potężnie 

background image

w  klatkę  piersiową,  gdy  opór  niespodziewanie  zelżał.  Ross  i  Travis  również  runęli  na  beto-
nową podłogę. 

Ross  podskoczył  do  Ashe'a,  by  uwolnić  go  spod  węża.  Wyszli  razem  na  zewnątrz; 

Renfry  człapał  z  tyłu.  Ponownie  schwycili  linę  holowniczą  i  pociągnęli  węża  w  kierunku 
statku.  Łuskowaty  rurociąg  poruszył  się  niezdarnie,  lecz  metr  po  metrze  przesuwał  się  do 
przodu. 

Podczas  jednej  z  częstych  przerw  Travis  zerknął  za  siebie  i  krzyknął  przerażony. 

Znajdowali  się  trzy  czwarte  drogi  od  celu,  a  pod  brzuchem  węża  widniała  mokra  plama 
połyskująca w popołudniowym świetle. Ostatnie szarpnięcie musiało osłabić materiał i paliwo 
zaczęło wyciekać. 

Renfry cofnął się chwiejnym krokiem i klęknąwszy, przyglądał się plamie. Wyciągnął 

rękę, by po chwili cofnąć jaz okrzykiem bólu. 

- To jest żrące. Jak kwas - ostrzegł. - Nie dotykajcie tego. 
- Co teraz? - Ross kopnął nogą piach na plamę i patrzył, jak ziarenka rozpuszczają się 

w ciemnej kałuży. 

-  Możemy  dociągnąć  rurę  do  statku  i  mieć  nadzieję,  że  dostatecznie  dużo  paliwa 

pozostanie w środku - odpowiedział bezbarwnym głosem Ashe. - Nie sądzę, żeby udało nam 
się naprawić ten wąż.. 

Zabrali  się  znów  do  holowania,  starając  się  nie  patrzeć  za  siebie  ani  nie  myśleć  o 

wyciekającym  paliwie.  W  końcu  dowlekli  końcówkę  węża  do  statku.  Renfry,  przyciskając 
poparzoną rękę do piersi, wszedł pod kadłub i jęcząc z bólu, doczepił łeb węża do otworu pa-
liwowego. 

- Napełnia się? - Ross zadał nurtujące wszystkich pytanie. Renfry, jakby obawiał się 

odpowiedzi,  położył  zdrową  dłoń  na  łuskowatej  rurze  i  trzymał  jaw  tej  pozycji  przez  długą 
chwilę. 

- Tak - rzekł wreszcie. 
Nie  mieli  pojęcia,  ile  paliwa  potrzebuje  statek,  ani  czy  w  porcie  jest  go  dostateczna 

ilość. Mokra plama wzdłuż węża powiększała się z każdą chwilą. Renfry nie odrywał dłoni od 
rury, kiwając do nich od czasu do czasu, że płyn wciąż napływa. 

Rozległ  się  odgłos  przypominający  niewielką  eksplozję.  Głowa  węża  odpadła  od 

otworu  w  statku  i  zwiotczała  rura  upadła  na  ziemię.  Renfry,  pomagając  sobie  czymś  w 
rodzaju młotka, wsunął wieko na miejsce i nasunął na nie ochronną przykrywę. Kiedy usły-
szał satysfakcjonujące kliknięcie, wynurzył się spod brzucha kosmolotu. 

- Na tym koniec. Mamy już to, czego potrzebowaliśmy. 
- Wystarczy? - zapytał Travis, choć wiedział, że pozostali, podobnie jak on, nie znają 

odpowiedzi. 

Wspięli się na górę po drabinie i porozchodzili do swoich kabin. Zrobili już, co mogli 

- teraz ich przyszłość zależała od szczęścia. 

Travis ocknął się z drzemki. Wibracja w ścianach - znowu startują! Ale czy dolecą do 

ojczystej  planety?  Może  statek  zabierze  ich  po  prostu  w  przestrzeń  kosmiczną,  gdzie  będą 
skazani na wieczne dryfowanie? 

Śnił  o  czerwonych  urwiskach,  szałwi  i  świerkach,  o  śpiewie  małych  ptaków  w 

kanionie. Śnił o dotyku pustynnego wiatru i napiętych mięśniach końskiego grzbietu między 
nogami - o świecie, który istniał, zanim ludzkość pomyślała o lotach w kosmos. Był to dobry 
sen, tak dobry, że nawet gdy rozpłynął się jak mgła, Travis leżał nieruchomo z zamkniętymi 
oczami, próbując wysiłkiem woli przywołać go raz jeszcze. 

Miał jednak w nozdrzach sterylny zapach statku i dawna, klaustrofobiczna niechęć do 

tego pojazdu odżyła w nim z zapomnianą siłą. Z trudem otworzył oczy. 

- Wciąż lecimy. - Ross usiadł na przeciwległej koi, mrużąc oczy w błękitnym świetle. 

Złożył dłonie, splatając zarówno zdrowe, jak i okaleczone palce. Roześmiał się na ten widok. 

background image

- Zupa czeka - dodał. 

Tego  dnia  policzyli  puszki  z  jedzeniem.  Zawartość  kilku  pojemników  trzeba  było 

teraz  podzielić  na  porcje.  Ashe  odmierzał  racje,  które  musiały  utrzymać  ich  przy  życiu  do 
następnego okresu przebudzenia. 

- Wystarczy, jeśli będziemy oszczędzać siły, a podróż potrwa dokładnie tyle samo co 

w  tamtą  stronę.  Jak  najwięcej  czasu  spędzajcie  na  kojach  -  im  mniej  spalicie  energii,  tym 
lepiej. 

Człowiek  nie  może  ciągle  spać.  Mimo  usilnych  starań  sen  w  końcu  uciekał  i  mogli 

tylko leżeć nieruchomo, wpatrując się w sufit, podczas gdy długie minuty przeciągały się w 
godziny. 

-  Tak  sobie  myślę  -  odezwał  się  nagle  Ross  do  Travisa  -  że  kiedy  dolecimy, 

powinniśmy się pojawić na ekranach radarów jeszcze przed lądowaniem. A jakiś bystry koleś 
może posłać nam rakietę, tak tylko, żeby nie  wyjść z wprawy. Przecież nie ma możliwości, 
aby  ich  poinformować,  że  jesteśmy  tylko  kosmicznymi  wędrowcami,  którzy  wracają  do 
domu. 

- Jesteśmy uzbrojeni. - Travis zastanowił się, w jaką broń był wyposażony ten statek. 

Rząd  ich  kraju,  inne  rządy,  mogły  powitać  nie  zidentyfikowany  pojazd  licznymi 
nieprzyjemnymi niespodziankami. 

- I co z tego. - Ross wyglądał na rozdrażnionego. - Nie wydaje mi się, żebyśmy tymi 

działkami  mogli  rozwalić  rakietę  Nike  Cztery  wraz  ze  wszystkimi  jej  kuzynami.  Nawet  nie 
wiemy, jak celować tym świństwem! 

Statek  wyszedł  z  hiperprzestrzeni.  Mężczyźni,  choć  wciąż  osłabieni,  powlekli  się  do 

kabiny  nawigacyjnej,  aby  obserwować,  jak  naznaczona  zielonymi  plamami  piłka  coraz 
bardziej wypełnia ekran. Travis drżał, czując podobne mdłości, jak podczas testowania jedze-
nia. Czy ta zielona planeta to ich rodzinny dom? Czy to rzeczywisty obraz, czy tylko miraż, 
który  wszyscy  widzieli,  ponieważ  bardzo  chcieli  go  ujrzeć?  Dokładnie  tak  jak  z  magiczną 
ramką  obcych,  która  mogła  odtwarzać  ukochane  miejsca  każdego  człowieka,  aby  osłodzić 
przedłużającą się samotność? 

Teraz  jednak  znajome  zarysy  kontynentów  znacznie  się  wyostrzyły.  Ross  pochylił 

głowę i skrył twarz w dłoniach. Ashe wypowiadał powoli słowa, w których Travis rozpoznał 
dziękczynną modlitwę. Ręce Renfry'ego biegały w tę i z powrotem po pulpicie sterowniczym, 
pieszcząc delikatnie poszczególne klawisze. 

- Zrobił to! Przywiózł nas do domu! 
- Jeszcze nie wylądowaliśmy! - Ross nie podnosił głowy. 
-  Przywiózł  nas  aż  tak  daleko  -  ciągnął  Renfiy.  -  Dowiezie  nas  do  końca  podróży. 

Zrobisz to, stary, prawda? 

Szarpnięcie związane z wejściem w atmosferę przyjęli na wpół odrętwiali, wciąż nie 

wierząc we własne szczęście. Ross wstał z fotela i podszedł do wewnętrznych schodków. 

- Idę na dół. - Odwrócił wzrok od ekranu, jakby nie był w stanie dłużej patrzeć. 
Travis  również  zwątpił  w  prawdziwość  tego,  co  pokazywał  ekran,  i  podążył  za 

przyjacielem do swojej kabiny, gdzie rzucił się na koję, aby tam oczekiwać na lądowanie - o 
ile miało nastąpić. 

Przenikliwe  i  głośne  wibracje  silników  były  niczym  w  porównaniu  z  naciskiem 

atmosfery  na  powłokę  kuli.  Potworne  buczenie  wypełniło  im  uszy.  Koszmar  oczekiwania, 
jaki  mieli  już  za  sobą,  nie  dał  się  porównać  do  tego  ostatniego  okresu,  którego  nie  mogli 
zmierzyć żadnym zegarkiem. Przeczucie, że może się stać - że stanie się - coś, co zniweczy 
cały ich trud i wysiłek, wdzierało się im w serca niczym ostrze noża. 

Travis  usłyszał  mamrotanie  Rossa  po  drugiej  stronie  kabiny,  lecz  nie  potrafił 

rozróżnić  słów.  Co  teraz  się  działo?  Pędzili  dzień  i  noc  wokół  swego  świata,  próbując 
wylądować na miejscu, z którego poderwali się wiele tygodni temu? 

background image

Sekundy  pełzły  z  niewiarygodną  ospałością,  minuty...  godziny...  Mogli  odmierzać 

czas jedynie nierównymi, z trudem zaczerpywanymi oddechami - siła grawitacji oddziaływała 
na  statek.  Czy  byli  widoczni  na  ekranach  radarów,  wrogich  i  przyjaznych,  uruchamiających 
rakiety,  aby  odgrodzić  ich  od  Ziemi?  Travis  wyobrażał  sobie  start  takiego  pocisku,  z 
ognistym ogonem zmierzającego wprost na nich... 

Skulił się na koi i poczuł, jak miękkie posłanie podnosi się wokół napiętego ciała. 
- Podchodzimy do lądowania. 
Czy te słowa zabrzmiały przez komunikator statku, czy też były tylko wytworem jego 

wyobraźni? 

Odczuł nacisk na klatkę piersiową i płuca, trudniejszy teraz do wytrzymania z uwagi 

na ogólne osłabienie. Ale nie zemdlał. 

Nastąpił  wstrząs,  statek  potoczył  się  i  osiadł  lekko  na  boku.  Ręce  Travisa 

powędrowały do pasów bezpieczeństwa. Wokoło panowała niezmącona cisza. Obawiał się ją 
przerwać, prawie lękał się poruszyć - nie był w stanie uwierzyć, że naprawdę wylądowali, że 
pod nimi znajduje się brązowa gleba jego Ziemi. 

Ross szarpnął się w górę. Wyswobodził się z ochronnej uprzęży koi i ruszył do drzwi. 

Szedł jak chory człowiek, popychany wszechmocną siłą. 

- Muszę... to... zobaczyć... - wyszeptał. 
I wtedy Travis zrozumiał, że on również musi to ujrzeć. Nie potrafił przyjąć żadnego 

świadectwa  oprócz  tego,  jakie  mogły  mu  zapewnić  własne  oczy.  Poszedł  korytarzem  aż  do 
wewnętrznej grodzi, gdzie Ross właśnie mocował się z zamknięciem. Travis pospieszył mu z 
pomocą. 

Przeszli  przez  śluzę  powietrzną  i  razem  złapali  za  zewnętrzny  właz.  Ross  dygotał  z 

głową schowaną w ramiona. Jego poszarzałą twarz pokrywały krople potu. 

Travis  otworzył  luk.  Patrzyli  na  wschód.  Musiało  być  wcześnie  rano,  ponieważ  pod 

krzywizną statku kładły się cienie, a horyzont rozjaśniały bladozłote smugi. Travis zeskoczył 
na ziemię, chłonąc ten widok. 

-  Mamy  towarzystwo.  -  Ross  wysunął  rękę  do  przodu.  Usłyszeli  ogłuszający  huk. 

Kwartet samolotów w nienagannej formacji przeciął jaśniejszy pas nieba. 

Dokoła statku paliły się światełka, skutecznie rozpraszając resztki nocy. Dopiero teraz 

Travis  zauważył  olbrzymie  wklęśnięcie  w  burcie  -  oznakę  zderzenia  z  ziemią.  Zbliżali  się 
jacyś ludzie. A za ich plecami wschodziło słońce. Jego słońce. Wschodziło, aby opromienić 
jego  świat!  Dokonali  tego.  Wrócili  mimo  tak  marnych  szans.  Pogładził  ręką  powierzchnię 
statku  pod  krawędzią  otwartego  luku,  jakby  pieścił  wygiętą  w  łuk  szyję  srokacza,  który 
wytrwał niosąc go na grzbiecie przez cały dzień. 

Ponad odległymi wzgórzami jaśniało żółte słońce. A góry były z poczciwej, brązowej 

ziemi rodzinnej!