background image

Carol Marinelli  

 

Ordynator i praktykantka 

background image

PROLOG 

 

– Masz podwyŜszone ciśnienie.  

Alice spojrzała na Bretta Hallidaya, lekarza połoŜnika, który się nią opiekował.  

– O ile? 

Brett pokręcił głową.  

– Nie tak bardzo, ale jednak...  

Wrócił na miejsce za biurkiem. Unikała jego spojrzenia.  

–  Rano  byłam  bardzo  zaganiana,  no  i  jest  strasznie  gorąco.  Poza  tym,  wiesz,  denerwuję 

się trochę, w końcu jestem w ciąŜy.  

Brett skinął głową.  

–  Uwzględniłem  wszystkie  czynniki,  ale  fakt  pozostaje  faktem.  Masz  ciśnienie  trochę 

wyŜsze,  niŜ  powinnaś.  –  Zaczął  przeglądać  wyniki  badań.  –  Krew  w  porządku,  chociaŜ 

poziom  hemoglobiny  ledwie  się  mieści  w  normie.  No  cóŜ,  spróbuj  uzupełniać  Ŝelazo  w 

sposób naturalny. Jedz duŜo sałaty, wszystkiego, co je zawiera. Łykaj witaminę C, pomaga je 

przyswajać. Zresztą, sama przecieŜ wiesz.  

– Ale z dzieckiem wszystko w porządku, prawda? – zapytała niespokojnie.  

Brett się uśmiechnął.  

– Pewnie. Rozmiar prawidłowy, duŜo się rusza. Bardziej martwi mnie mama.  

–  Brett,  słowo,  czuję  się  doskonale.  –  Nawet  dla  niej  samej  zabrzmiało  to  sztucznie. 

Zebrała  siły,  by  nad  sobą  zapanować.  Musi  przekonać  Bretta  Hallidaya.  Jednym 

pociągnięciem kosztownego wiecznego pióra mógłby ją wysłać na przymusowe zwolnienie, a 

tego właśnie nie chciała. Zebrała się w sobie i dodała spokojniejszym głosem: – Naprawdę nic 

mi nie jest.  

–  Posłuchaj,  Alice,  to  szósty  miesiąc.  Nie  najlepsza  pora  na  trzymiesięczną  praktykę  w 

szpitalu. Poza tym, Jeremy Foster jest dobrym chirurgiem, ale akurat teraz wraca do pracy po 

długiej przerwie. Ma do nadrobienia masę zaległości, a co waŜniejsze, musi wiele udowodnić.  

– Co masz na myśli? – zapytała Alice, gdyŜ osoba nowego szefa zainteresowała ją w tej 

chwili bardziej niŜ własna praca.  

–  No  cóŜ,  miał  powaŜny  wypadek  samochodowy.  Właściwie  nikt  się  nie spodziewał,  Ŝe 

przeŜyje, nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe będzie mógł chodzić. Wraca po niemal roku i do końca nie 

wiadomo,  w  jakim  jest  stanie.  Będą  go  obserwować.  Słusznie  czy  nie,  będzie  musiał  się 

naharować, Ŝeby ich przekonać, Ŝe nadaje się do pracy.  

–  PrzecieŜ  to  świetny  chirurg  –  obruszyła  się  Alice.  Nie  poznała  jeszcze  Jeremy’ego 

Fostera,  nie  było  to  jednak  konieczne.  Wszyscy  wiedzieli,  Ŝe  w  szpitalu  złamał  więcej 

niewieścich serc, niŜ Alice mogłaby spamiętać. Pomimo jednak nieco skandalicznej reputacji, 

nikt  nigdy  nie  kwestionował  jego  nadzwyczajnych  umiejętności.  –  To  wschodząca  gwiazda 

medycyny. Jestem szczęśliwa, Ŝe znajdę się w jego zespole – zakończyła.  

– Raczej zachodząca – poprawił ją Brett. – Posłuchaj, Alice. Jeremy musi się wykazać, a 

to oznacza, Ŝe będziesz miała bardzo duŜo pracy.  

background image

– Poradzę sobie. StaŜ trwa trzy miesiące, skończy się na tydzień przed terminem porodu. 

W  dzisiejszych  czasach  kobiety  pracują  na  ogół  do  ostatniej  chwili  i  na  nikim  nie  robi  to 

wraŜenia.  

Alice  perorowała  tak  przekonująco,  Ŝe  niemal  sama  w  to  uwierzyła.  Brett  nie  dał  się 

jednak  zwieść,  –  Ale  te  kobiety  mają  zwykle  w  domu  partnera  albo  przynajmniej  rodzinę, 

która  im  pomaga.  Ktoś  zdejmuje  z  nich  część  cięŜaru.  Wiem,  Alice,  jak  bardzo  pragniesz 

odbyć ten staŜ, nie chcę ci burzyć planów. Muszę jednak mieć pewność, Ŝe wiesz, co robisz.  

Te  słowa,  choć  wypowiedziane  miłym  tonem,  wstrząsnęły  nią.  Maska  spokoju  znikła, 

pozostał  tylko  strach.  Pojawiły  się  łzy.  Brett  szybko  obszedł  biurko,  Ŝeby  podać  Alice 

chusteczkę.  

– Przepraszam – załkała. – Nie chciałam się przy tobie rozpłakać. Zresztą przy nikim...  

– AleŜ spokojnie się wypłacz. Widziałem juŜ tutaj wiele łez. Nie jesteś jedyną cięŜarną, 

która  stara  się  wszystko  jakoś  ułoŜyć.  Kobiety  chcą  zwykle  uporządkować  swoje  sprawy, 

załatwić  je,  zanim  dziecko  przyjdzie  na  świat,  tak  Ŝeby  potem  zajmować  się  juŜ  tylko  nim. 

Niekiedy potrzebny jest ktoś, kto podejmie za kobietę decyzję, kto po prostu kaŜe jej zwolnić 

tempo, by sama nie przeŜywała rozterek.  

Alice  milczała.  Wycierała  oczy  i  czuła  się  upokorzona.  Siedziała  w  gabinecie  lekarza, 

błagała o moŜliwość pracy. MoŜliwość utrzymywania dziecka.  

–  Jeśli  nie  ukończę  tego  staŜu,  nie  zostanę  lekarzem,  a  to  oznacza,  Ŝe  nie  będę  mogła 

podjąć starań o przyjęcie na szkolenie lekarzy rodzinnych.  

– MoŜesz przecieŜ zaliczyć praktykę na chirurgii juŜ po urodzeniu dziecka.  

Alice pokręciła głową.  

–  Teraz  wynajmuję  tylko  kawalerkę,  a  i  tak  ledwie  mnie  stać  na  czynsz.  Jeśli  przestanę 

pracować...  

– MoŜesz się ubiegać o zasiłek macierzyński. Nie grozi ci głód.  

– Nie chcę, Ŝeby moje dziecko Ŝyło w takich warunkach. Wiesz, jakie dodatki przysługują 

lekarzom rodzinnym, którzy zgodzą się wyjechać na wieś? Miałabym dom, stać by mnie było 

na  opiekunkę,  więc  mogłabym  chodzić  do  pracy.  Jeśli  nie  zrobię  tego  teraz,  wszystko  się 

opóźni o wiele miesięcy.  

– A co z twoimi rodzicami? Wiem, Ŝe mieszkają w Adelaide i Ŝe nie układa ci się z nimi 

najlepiej,  ale  moŜe  zaczęliby  się  przyzwyczajać  do  myśli  o  pomocy  przy  wnuku?  Gdybyś 

wytłumaczyła matce, jakie masz problemy...  

Zrozpaczone spojrzenie Alice powiedziało mu wszystko.  

–  A  ojciec  dziecka?  –  sondował  dalej.  –  Nie  pomoŜe?  W  końcu  ma  taki  prawny 

obowiązek.  

–  Nie  chce  mieć  nic  wspólnego  ani  ze  mną,  ani  z  dzieckiem.  Wyraził  to  wystarczająco 

jednoznacznie.  

– To co, Ŝe nie chce? – zapytał Brett. – Prawo chroni kobiety właśnie takie jak ty. MoŜe 

nadszedł czas, aby spojrzał prawdzie w oczy. Zostanie ojcem, a to oznacza odpowiedzialność, 

choćby tylko finansową.  

– Nie poproszę go o złamanego centa. Marcus moŜe albo być ojcem, albo nim nie być. I 

background image

to raz na zawsze. Nie pozwolę, Ŝeby się pętał  gdzieś pośrodku. Wybrał tę drugą moŜliwość. 

Jeśli o mnie chodzi, moŜe tak zostać. – Przez chwilę milczała. – Posłuchaj, Brett, naprawdę 

potrzebuję  tej  pracy.  UwaŜasz,  Ŝe  jestem  zestresowana?  Ale  będę  się  czuła  znacznie  gorzej, 

jeśli  mi  to  uniemoŜliwisz.  Oczywiście,  gdyby  cokolwiek  groziło  dziecku,  zrezygnuję. 

Stwierdziłeś jednak, Ŝe tak nie jest.  

– Dobrze – zgodził się po namyśle. – Pod warunkiem, Ŝe będziesz tu przychodziła co dwa 

tygodnie. Jeśli ciśnienie choć trochę się podwyŜszy albo jeśli stwierdzę, Ŝe cokolwiek zagraŜa 

dziecku  lub  tobie,  zabronię  ci  pracować.  Mówię  to  z  całą  powagą,  Alice.  Oszczędzaj  się  i 

odŜywiaj prawidłowo.  

Alice uśmiechnęła się szeroko i wstała.  

– Przyrzekam.  

Brett odwzajemnił uśmiech.  

–  Wychodząc,  zapisz  się  u  Madge  na  wizytę.  W  poniedziałki  przyjmuję  wieczorem,  to 

specjalnie dla pracujących matek.  

– Dziękuję.  

Uśmiechnięta, wyszła i ruszyła do recepcji.  

~ Udało się, moje maleństwo – szepnęła do dziecka i poklepała się delikatnie po brzuchu. 

– Teraz mama będzie mogła się tobą dobrze opiekować.  

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Autorka  artykułu  w  czasopiśmie  „Matka  i  dziecko”,  który  Alice  przeczytała  w 

poczekalni, dowodziła, Ŝe na rynku jest ogromny wybór ubrań dla cięŜarnych. Musiała mieć 

albo  portfel  bez  dna,  albo  fatalny  gust,  pomyślała  smutno  Alice,  ubierając  się.  Odniosła 

wraŜenie,  Ŝe  brzuch  urósł  dosłownie  z  dnia  na  dzień.  Spódnice  przestały  się  dopinać,  co 

oznaczało 

konieczność 

nabycia 

luźniejszych. 

Wyprawy 

do 

sklepów 

przynosiły 

rozczarowanie. Alternatywę dla rzeczy potwornie drogich stanowiły sukienki obszyte ohydną 

koronką. Alice zdecydowała się w końcu na „zestaw dla cięŜarnej”. Miał dość rozsądną cenę i 

uzupełniony kilkoma koszulami pozwalał dotrwać do porodu.  

Wybrała  z  niego  spódnicę  i  bluzkę,  związała  włosy  w  koński  ogon  i  przed  lustrem  w 

łazience zrobiła makijaŜ. Obrzuciła krytycznym spojrzeniem swe odbicie.  

Emanująca  z  twarzy  „promienność”,  która  zdaniem  innego  autora  z  tego  samego 

czasopisma miała się zaznaczać gdzieś w połowie piątego miesiąca, była równie niewyraźna, 

jak  bezkształtny  ciąŜowy  stanik.  Lekko  podkreśliła  oczy  kredką,  pociągnęła  rzęsy  tuszem, 

połoŜyła na wargi odrobinę szminki i uznała, Ŝe nie wygląda najgorzej. Gdy jednak przejrzała 

się w duŜym lustrze, aŜ jęknęła. Wygląda, jakby wybierała się na pogrzeb. Mimo zapewnień 

producenta jej nogi w czarnych rajstopach wcale nie wyglądały „świetliście”.  

Spóźnię  się  juŜ  pierwszego  dnia,  pomyślała,  w  panice  ściągając  winną  cmentarnego 

wyglądu część garderoby. Wpadła z powrotem do łazienki, odnalazła koloryzujący krem. JuŜ 

od miesięcy nie zawędrowała nawet w okolicę plaŜy i biała skóra wymagała pewnej pomocy. 

Choć efekt nie robił oszałamiającego wraŜenia, poczuła się troszkę lepiej. Niemal wybiegła z 

domu. Na szczęście, nie czekała długo na tramwaj, od szpitala zaś dzieliło ją zaledwie kilka 

przystanków.  Dzięki  temu  nie  tylko  się  nie  spóźniła,  lecz  nawet  dotarła  na  miejsce  dziesięć 

minut wcześniej.  

– Dzień dobry. Alice Masters, prawda? – usłyszała po przekroczeniu drzwi.  

–  Tak.  –  Uśmiechnęła  się  do  męŜczyzny  o  sympatycznej,  piegowatej  twarzy.  –  Josh 

Winters, młodszy chirurg? 

–  We  własnej  osobie.  Chyba  na  razie  jesteśmy  sami.  Linda  McFarlane  prawdopodobnie 

wysysa przed obchodem cytrynę, Ŝeby przypadkiem nie zacząć się uśmiechać.  

– Fakt. Ona nie jest zbyt czarująca, prawda? Chodziło o lekarkę, która podczas rozmowy 

kwalifikacyjnej z Alice traktowała ją niesympatycznie i protekcjonalnie.  

– Niezbyt. Darren Barker jest w porządku, ale poszedł na długi urlop. Szkoda Ŝe on, a nie 

Linda.  Mnie  powiedziała,  Ŝe  muszę  się  ostrzyc,  bo  inaczej  w  ogóle  nie  rozwaŜą  mojej 

kandydatury.  

–  I  co?  Zrobiłeś  to?  –  zapytała  Alice,  patrząc  z  niedowierzaniem  na  jasne  włosy 

rozmówcy opadające mu niemal na ramiona.  

– Pewnie, tyle Ŝe ona mimo to zaczaiła się na mnie z noŜyczkami. Kiedy byłem staŜystą, 

parę  razy  się  pokłóciliśmy.  Wiesz,  po  staŜu  nigdy  bym  się  tu  nie  zatrudnił,  ale  praktyka  u 

Jeremy’ego Fostera to duŜy plus w Ŝyciorysie. Od niego moŜna się naprawdę wiele nauczyć.  

background image

Alice  skinęła  głową.  Sama  ubiegała  się  o  staŜ  w  tym  właśnie  szpitalu  z  tego  samego 

powodu.  

– Myślałam, Ŝe Linda czepia się mnie dlatego, Ŝe jestem w ciąŜy – wyznała.  

–  A  jesteś?  –  zapytał  Josh,  udając  zdumienie.  –  Moja  Ŝona  spodziewa  się  bliźniaków, 

teraz juŜ lada dzień. Przestała pracować wiele miesięcy temu.  

– Ma urodzić bliźnięta? Twoja Ŝona? 

Nie mogła ukryć zdziwienia. Josh Winters wyglądał jak młody surfer, a nie Ŝonaty lekarz 

z dwójką dzieci w drodze.  

– Wiem, wiem, nie przypominam statecznego ojca – roześmiał się i dodał: – Nie przejmuj 

się kwaśnymi minami Lindy. Złości ją tylko powrót wielkiego Jeremy’ego. Nikt nie spisał go 

na  straty  tak  szybko  jak  ona.  Miała  nadzieję,  Ŝe  zostanie  po  nim  ordynatorem  oddziału.  A 

poza tym – dodał ciszej – Linda jest w całym szpitalu jedyną kobietą, której Jeremy nawet nie 

próbował poderwać.  

– Na pewno przesadzasz.  

–  Zapamiętaj  moje  słowa,  on  jest  nienasycony.  Ale  ty  nie  masz  się  czym  przejmować. 

Twój brzuch podziała na niego jak czosnek na wampira. Przynajmniej względów Jeremy’ego 

Linda nie będzie ci zazdrościć. Mam nadzieję, Ŝe dziś się ogoliła – dodał złośliwie.  

Alice  zorientowała  się,  Ŝe  się  uśmiecha,  co  samo  w  sobie  stanowiło  ostatnio  niezwykłe 

wydarzenie. Z tego wniosek, Ŝe z Joshem będzie się przyjemnie pracowało.  

–  A  więc  tu  państwo  jesteście?  Zakładam,  Ŝe  nie  przeoczyliście  faktu,  Ŝe  zaczynacie 

pracę? – W głosie Lindy McFarlane próŜno by szukać ciepła i sympatii. – Wszyscy czekamy 

przy dyŜurce.  

– Powiedziałaś, Ŝe spotkamy się poza oddziałem – odparł Josh, niezraŜony jej tonem.  

– Ja? Na pewno nie. Czego się chcecie nauczyć tutaj? Studenci juŜ od trzydziestu minut 

przeglądają karty pacjentów i zdjęcia. ChociaŜ oni wykazują pewną inicjatywę.  

Odwróciła się na pięcie i odeszła.  

–  PrzecieŜ  naprawdę  umówiła  się,  przynajmniej  ze  mną,  tutaj  w  holu  –  szepnęła  Alice 

Joshowi w drodze na oddział.  

–  To,  co  Linda  mówi,  i  to,  co  przyznaje,  Ŝe  powiedziała,  lo  zupełnie  róŜne  sprawy  – 

stwierdził ponuro Josh. – Nie dawaj się zaskoczyć.  

Alice  juŜ  jednak  go  nie  słuchała.  Wpatrywała  się  w  plecy  i  szerokie  ramiona  swego 

nowego szefa, który właśnie oglądał zdjęcie rentgenowskie. Blondyn, nienagannie ostrzyŜony 

i gustownie ubrany, przypominał bardziej aktora niŜ lekarza.  

–  MoŜemy  wreszcie  zacząć  –  stwierdziła  cierpko  Linda.  Alice  wstrzymała  oddech,  gdy 

Jeremy  Foster  odwrócił  się  i  obdarzył  ją  uśmiechem.  Oczywiście,  spojrzał  na  jej  brzuch. 

IHjczuła, Ŝe troszkę się czerwieni. Przypomniała sobie uwagę Josha o czosnku i wampirze.  

– Bardzo mi miło.  

Wyciągnął rękę na powitanie. Alice zorientowała się ze wstydem, Ŝe ma wilgotne dłonie, 

co  doktor  Foster  musiał  zauwaŜyć.  śadne  opowieści  czy  plotki  nie  mogły  oddać  wraŜenia, 

jakie  wywierał.  Jasne,  wypłowiałe  od  słońca  włosy,  niebieskie  oczy  i  wyniosły,  nieco 

arogancki  uśmiech.  Oszołomiona  i  jednocześnie  zakłopotana,  wpatrywała  się  w  niego  bez 

background image

słowa.  

– No to zaczynamy – rzucił i dopiero wtedy Alice oderwała od niego wzrok.  

Podczas  obchodu  próbowała  się  za  wszelką  cenę  skoncentrować,  nie  zwracać  uwagi  na 

czar,  jaki  Jeremy,  jakby  mimochodem,  wokół  siebie  roztaczał.  Najwięcej  do  powiedzenia 

miała Linda. Wydawała się korzystać z kaŜdej okazji, by zademonstrować, jak świetnie sobie 

radzi.  Od  czasu  do  czasu  Jeremy  zmieniał  jednak  jej  decyzję,  korygował  wskazania  co  do 

leków.  Choć  odzywał  się  rzadko,  wszyscy  widzieli,  kto  tu  naprawdę  rządzi.  Linda  dusiła  w 

sobie gniew. Przy ostatnim łóŜku jednak nie wytrzymała.  

–  Pani  Marshall  została  przyjęta  w  czwartek  z  ostrym  zapaleniem  trzustki.  NaduŜywa 

alkoholu.  Jako  środek  znieczulający  podawaliśmy  petydynę.  Obecnie  stopniowo  ją 

odstawiamy. Myślałam o przejściu od dziś na czyste płyny – wyjaśniła ze złością.  

– Dzień dobry, pani Marshall. Nazywam się Foster, jestem chirurgiem. Jak się pani czuje? 

Pacjentka spróbowała usiąść.  

– Trochę lepiej, ale marzę o szklance wody.  

Jeremy obejrzał wyniki badania krwi. Zwrócił się do koleŜanki: 

– Poziom amylazy jest nadal bardzo wysoki.  

– Ale znacząco się obniŜa – odparła Linda.  

–  Chyba  jest  jednak  trochę  za  wcześnie  na  przejście  na  płyny  –  zauwaŜył  spokojnie 

Jeremy.  

– MoŜna jej przecieŜ pozwolić na picie małymi łyczkami.  

Widzisz, jaka jest zdenerwowana. Pielęgniarki mają z nią urwanie głowy. Ciągle próbuje 

wstać i zdobyć coś do picia.  

– To się chyba bardziej wiąŜe z bólem. Zwiększamy jej dawkę petydyny – zadecydował 

Jeremy.  

Linda wydęła wargi.  

–  Pewnie,  zastąpmy  jedno  uzaleŜnienie  drugim.  Jestem  pewna,  Ŝe  parę  łyków  wody 

podziała lepiej.  

Jeremy zdjął z poręczy łóŜka kartę.  

–  Pani  Marshall  skarŜy  się  na  ból.  Nie  moŜna  tego  ignorować.  Warto  teŜ  pomyśleć  o 

valium, skoro pacjentka siłą rzeczy nie pije od jakiegoś czasu alkoholu.  

Zwrócił się do chorej: 

–  Pani  Marshall,  zamierzamy  nadal  podawać  pani  petydynę.  Wiem,  Ŝe  odczuwa  pani 

pragnienie,  ale  na  razie  bezpieczniej  jest  nie  pić.  Zwiększamy  dawkę  środka 

przeciwbólowego. Przepiszę równieŜ valium, to środek uspokajający.  

O  dziwo,  pacjentka  wydawała  się  bardziej  zadowolona  z  tej  decyzji,  niŜ  z  podjętej 

uprzednio przez Lindę. Opadła na poduszkę.  

– Brawo, Jeremy – szepnął Josh.  

Alice zawtórowała mu w duchu. Z pewnością chirurg pokazał tej wiedźmie, gdzie jest jej 

miejsce. Po obchodzie Josh spojrzał na Alice.  

– MoŜe uda się nam łyknąć trochę kawy? 

– Wątpię – westchnęła. – Mam jeszcze kilka zastrzyków i cały stos kart do wypełnienia.  

background image

– Alice, Alice, musisz się jeszcze wiele nauczyć. Fi – zatrzymał przechodzącą przełoŜoną 

pielęgniarek  –  ta  młoda  staŜystka  nie  wie  jeszcze,  Ŝe  czasem  moŜna  skorzystać  z  pomocy 

innych.  

Fi uśmiechnęła się ciepło do Alice.  

– Mam nadzieję, Ŝe nie słuchasz Josha? Zdemoralizuje cię.  

Fi  miała  delikatne,  orientalne  rysy  i  miły  uśmiech.  Wyglądała  na  osobę,  która  traktuje 

wszystko  lekko,  Alice  wiedziała  jednak,  Ŝe  prowadzi  oddział  w  sposób  absolutnie 

nienaganny.  

–  To  nie  fair,  Fi.  –  Josh  mrugnął  do  Alice.  –  Fi,  powiedz  Alice  prawdę.  CzyŜ  nie 

przychodzę w nocy na kaŜde zawołanie? Nie pomagam? Nie przynoszę pączków? 

Fi skinęła głową.  

– Aha, tyle Ŝe za to wykonuję za ciebie połowę pracy.  

–  To  tak,  jakbyś  miała  to  wszystko  za  pół  ceny.  Fi,  chyba  nie  narzekasz.  PrzecieŜ  tylko 

dla ciebie wróciłem na ten oddział.  

Fi roześmiała się.  

– No dobrze, zrobię te zastrzyki. Ale pamiętaj – ostrzegła – w przyszłym tygodniu mam 

nocne dyŜury. Czekam na rewanŜ.  

Josh  poszedł  wpisać  zalecenia  do  kart.  Fi  zwróciła  się  do  Alice,  która  układała  juŜ 

strzykawki i tampony.  

– Kiedy z tym skończysz, oprowadzę cię po oddziale – zaproponowała.  

– Dziękuję.  

Fi spojrzała na nią z namysłem.  

– Posłuchaj, Alice. Gdybyś kiedykolwiek miała jakieś wątpliwości, moŜesz mnie zapytać.  

Alice skinęła głową. Doświadczone pielęgniarki często proponowały taką pomoc nowym 

lekarzom, oni zaś skwapliwie z niej korzystali.  

– Dziękuję. Na razie przygotuję te strzykawki.  

Gdy  skończyła,  podeszła  do  łóŜka  pani  Marshall.  Choć  ta  nadal  nie  wyglądała  na  okaz 

zdrowia, silniejsze znieczulenie zaczęło działać i pacjentka nabrała ochoty na pogawędkę.  

–  Pobiorę  pani  krew  z  nadgarstka  –  wyjaśniła  Alice.  –  Proszę  się  nie  ruszać,  najpierw 

zrobię miejscowe znieczulenie.  

–  Dziwne.  Nikt  inny  nie  zawracał  sobie  tym  głowy.  Alice  zdecydowała  się  na 

dyplomatyczną odpowiedź: 

– MoŜe pani stan uzasadniał pośpiech...  

– Raczej im się nie chciało. Kiedy ma pani termin? 

– Za mniej więcej trzy miesiące.  

– To pani pierwsze dziecko? 

Alice  skinęła  głową.  Nie  miała  ochoty  na  omawianie  swoich  prywatnych  spraw  z  panią 

Marshall, nie mogła sobie jednak pozwolić na niegrzeczność wobec cięŜko chorej osoby.  

–  Musi  być  pani  trudno  samej  –  zauwaŜyła  pacjentka,  wskazując  dłoń  lekarki,  na  której 

nie dostrzegła obrączki.  

Alice skoncentrowała się na tętnicy.  

background image

– Proszę się nie ruszać, pani Marshall.  

Na szczęście trafiła za pierwszym razem. Strzykawka napełniała się jasną krwią.  

– Ukłuła mnie tylko raz i nawet najpierw znieczuliła – oświadczyła głośno pani Marshall.  

Do kogo skierowała te słowa? Alice nie miała pojęcia.  

– Miło mi to słyszeć. – Alice niemal podskoczyła na widok Jeremy’ego.  

– Mówiłam właśnie, jak cięŜko musi być młodej, samotnej lekarce w ciąŜy.  

Alice  chciała  się  zapaść  pod  ziemię.  Nie  miała  jednak  takiej  moŜliwości.  Przyciskała 

nasączony spirytusem tampon do miejsca wkłucia.  

–  Och,  nie  wiem  –  rzucił  Jeremy  lekkim  tonem.  –  Samotność  ma  swoje  zalety.  Chyba 

moŜe juŜ pani puścić – dodał pod adresem Alice.  

Upokorzona, wyszła za chirurgiem z sali.  

– Niech im pani tyle o sobie nie opowiada – poradził Jeremy.  

Zaczerwieniona  Alice  wpatrywała  się  w  podłogę.  Przy  okazji  zauwaŜyła,  Ŝe  krem 

koloryzujący, przynajmniej na stopach, rozmazał się, tworząc brzydkie plamy.  

–  Przepraszam,  wiem,  Ŝe  to  nie  wygląda  za  dobrze,  nie  wygląda  profesjonalnie  – 

poprawiła się. – To znaczy, Ŝe będę samotną matką i w ogóle.  

Zdumiona usłyszała w odpowiedzi śmiech.  

–  śyjemy  w  dwudziestym  pierwszym  wieku,  Alice,  nie  w  dziewiętnastym.  Kogo  w 

dzisiejszych czasach obchodzi, Ŝe cięŜarna kobieta jest samotna? 

– No cóŜ, mnie – zauwaŜyła cierpko.  

–  Wiem  –  odparł  powaŜnie.  –  ZauwaŜyłem,  Ŝe  pytania  pani  Marshall  wprawiły  cię  w 

zakłopotanie.  Następnym  razem  wytłumacz,  Ŝe  spuchły  ci  dłonie  i  musiałaś  zrezygnować  z 

noszenia  obrączki  albo  Ŝe  nie  chcesz  o  tym  rozmawiać.  Zresztą,  mów,  co  chcesz.  Jesteś 

lekarzem. To ty panujesz nad sytuacją.  

– Dziękuję. Nigdy nie myślałam o tym w taki sposób.  

– Zanieś tę krew na OIOM.  

Dopiero w tym momencie Alice przypomniała sobie, Ŝe trzyma tackę ze strzykawką.  

–  Nie,  zaniosę  do  laboratorium.  Nie  wolno  nam  uŜywać  aparatu  z  oddziału  intensywnej 

opieki  do  zwykłych  analiz,  tylko  w  nagłych  wypadkach  –  przypomniała  mu.  Jeremy  się 

skrzywił.  

– Od kiedy? 

– Od zawsze. No cóŜ, w kaŜdym razie od dziewięciu miesięcy, odkąd tu jestem.  

Jeremy nie wyglądał jednak na przekonanego.  

– Nigdy nie miałem z tym problemu. MoŜe dlatego, Ŝe jestem ordynatorem? – zastanowił 

się.  

Jasne,  on  nie  będzie  miał  problemu,  pomyślała  Alice,  gdy  weszli  na  OIOM.  Na  widok 

Jeremy’ego  wszyscy  się  ucieszyli.  Witali  go  jak  starego  przyjaciela.  Dopiero  po  krótkiej 

rozmowie Jeremy przypomniał sobie cel odwiedzin.  

– Zróbmy juŜ tę analizę – powiedział.  

Nikt  nie  gderał  tak  jak  wtedy,  gdy  Alice,  nie  mając  absolutnie  innego  wyjścia,  chciała 

wykonać to samo badanie. Jeremy nie napotkał Ŝadnej przeszkody. Ktoś nawet zaproponował, 

background image

Ŝ

e go wyręczy.  

– Nie, dziękuję – odparł. – Chcę jeszcze rzucić okiem na wydruk, a potem muszę lecieć. 

Pogadamy później.  

Alice nagle poczuła się dotknięta tą nierównością traktowania. Wprowadziła rozmaz krwi 

do aparatu i wystukała polecenie.  

– Nie bierz tego do siebie – poprosił niespodziewanie Jeremy. – Pozwalają mi korzystać 

ze sprzętu po znajomości. Przez jakiś czas funkcjonowałem tu jako pacjent.  

Alice  zaśmiała  się  z  niedowierzaniem,  gdy  pojawił  się  wydruk.  Pewnie,  dostrzegła,  Ŝe 

Ŝ

eński personel intensywnej terapii zna Jeremy’ego Fostera, na pewno jednak nie dlatego, Ŝe 

tu leŜał. Ani nawet dlatego, Ŝe był ordynatorem.  

Wyrwała wydruk i wręczyła go chirurgowi.  

–  Lepiej  niŜ  myślałem,  bardzo  dobrze.  UwaŜaj  jednak  na  nią,  Alice.  Powiedz 

pielęgniarkom,  Ŝe  muszą  do  niej  zaglądać  co  godzinę,  najwyŜej  dwie,  no  i  sprawdzaj 

wchłanianie tlenu.  

Skinęła głową.  

– No to do zobaczenia.  

Gdy odszedł, dziecko silnie kopnęło. Alice odruchowo pomasowała brzuch.  

– Nie martw się, nie zapomniałam, Ŝe tam jesteś – szepnęła.  

Przez wewnętrzne okno widziała, jak Jeremy oddala się korytarzem. KaŜda pielęgniarka, 

którą  mijał,  odwracała  w  jego  stronę  głowę.  Alice  pomyślała  z  ulgą,  Ŝe  nie  musi  się 

przynajmniej  obawiać  wypróbowywania  na  niej  jego  starannie  wyćwiczonych  sztuczek.  To 

dobrze, uznała, gdyŜ wątpiła, czy potrafiłaby się im oprzeć.  

 

W salach przedoperacyjnych pracowało się zawsze równieŜ po godzinach. Ten dzień nie 

stanowił wyjątku.  

Na  Alice  spoczywał  obowiązek  zakładania  dokumentacji  przyjmowanych  pacjentów,  co 

oznaczało  konieczność  przeprowadzenia  wywiadu  i  sporządzenia  pełnego  opisu  historii 

choroby.  Potem  mogła  zlecić  wszelkie  badania,  takie  jak  EKG  czy  krwi.  Następnie  starszy 

lekarz kontrolował decyzje staŜysty.  

–  Omówmy  wszystko  razem  –  zaproponował  Jeremy.  –  Minusem  jest  to,  Ŝe  nie 

wyjdziemy ze szpitala przed szóstą, moŜe nawet siódmą. Czy to dla ciebie kłopot? 

Pokręciła głową.  

– Nie, wcale.  

Zabrali się do pracy. Jeremy’emu najwidoczniej nie przeszkadzało powolne tempo Alice. 

Przeciwnie, gdy wskazówka zegara zbliŜyła się do siódmej, nie spieszył się z odejściem.  

–  To  juŜ  ostatni,  panie  doktorze  –  poinformowała  młoda  pielęgniarka,  stając  w 

uchylonych drzwiach. Spojrzała znacząco na zegarek.  

– Dziękuję, Emily. Przepraszam, Ŝe tak długo cię trzymaliśmy. Przy okazji, daj spokój z 

tym doktorem, mów mi Jeremy.  

Kwaśne spojrzenie ustąpiło miejsca szerokiemu uśmiechowi.  

Temu  facetowi  wybaczyliby  chyba  morderstwo,  pomyślała  Alice.  Nawet  najbardziej 

background image

powaŜany  ordynator  naraŜał  się  nieuchronnie  na  złość  pielęgniarek,  trzymając  je  w  pracy 

dwie godziny dłuŜej. Jeremy’mu wszystko jednak uchodziło na sucho.  

– Zanim wyjdziemy, mógłbym ci jeszcze coś wyjaśnić? – przerwał jej myśli.  

– Tak, słucham? 

Alice zebrała formularze i usiadła z drugiej strony biurka.  

– Nie śpieszysz się? Nie musisz na przykład zwolnić opiekunki do dziecka, czy coś w tym 

rodzaju? 

– Tym będę się martwić dopiero za kilka miesięcy.  

–  Jeśli  pani  Marshall  się  nie  myliła,  nie  masz  teŜ  męŜa,  który  czeka,  Ŝeby  zjeść  z  tobą 

kolację? 

Alice  nerwowo  przełknęła  ślinę.  Powiedziała  sobie  w  duchu,  Ŝe  Jeremy’ego  interesuje 

tylko kwestia czasu.  

– O to teŜ nie muszę się martwić.  

– To dobrze.  

Alice spojrzała na niego ostro.  

– Doprawdy? 

Jeremy się uśmiechnął.  

– Dobrze dla mnie – przyznał. – Alice, musiałaś słyszeć jakieś plotki. Jestem skończony, 

wróciłem zbyt wcześnie, jestem tylko w połowie tym chirurgiem sprzed wypadku. I tak dalej.  

Alice zaczerwieniła się.  

~ Niczego takiego nie słyszałam – skłamała.  

– Chrzanisz.  

– No dobrze, moŜe kilka uwag – przyznała. – Ale co to ma, u diabła, wspólnego z moim 

stanem cywilnym? 

–  Wszystko  i  nic.  Wiesz,  jak  waŜna  jest  w  dzisiejszych  czasach  tak  zwana  poprawność 

polityczna? PrzecieŜ ja nawet nie powinienem zauwaŜyć, Ŝe jesteś w ciąŜy. A jeśli zauwaŜę, 

nie  mogę  dopuścić  do  tego,  Ŝeby  wpłynęło  to  w  jakikolwiek  sposób  na  ocenę  twojej  pracy. 

Nawet  po  tej  rozmowie  mogłabyś  się  na  mnie  poskarŜyć,  Ŝe  cię  dyskryminuję,  i  narobić  mi 

kłopotów.  

Alice niczego juŜ nie rozumiała.  

– Niby dlaczego? 

–  PoniewaŜ,  jak  juŜ  powiedziałem,  twój  brzuch  nie  powinien  w  najmniejszym  stopniu 

wpływać na to, jak cię oceniam.  

– A wpływa? – spytała ze złością.  

Jeremy  wpatrywał  się  w  nią  zdawałoby  się  w  nieskończoność.  Widział  bujne,  czarne 

włosy  i  pytające  spojrzenie  pięknych  szarych  oczu.  Na  chwilę  zapomniał,  co  chciał 

powiedzieć.  

– Tak – odparł w końcu – wpływa.  

– Ale dlaczego? To, Ŝe jestem w ciąŜy, nie zmniejsza moich umiejętności.  

Jeremy uniósł ręce. Miał opalone, zadbane dłonie.  

– Nie chodzi mi wcale...  

background image

Alice zerwała się na nogi. Nagle poczuła, Ŝe coś jej grozi. Jeremy powie, Ŝe nie chce jej w 

swoim zespole, Ŝe gdyby wiedział, nie wyraziłby na to zgody. Ale ona musi tu zostać! 

– W ciąŜy jestem nawet lepszym lekarzem! – zawołała. – Teraz dopiero wiem, jak to jest 

być pacjentem, czuć się pyłkiem w trybach bezdusznego mechanizmu! 

– Jezu, co ty wygadujesz? 

Zła  na  siebie,  Ŝe  tak  gwałtownie  zareagowała,  powoli  usiadła.  Wolała  się  juŜ  więcej  nie 

odzywać, uniosła tylko wzrok na rozmówcę.  

– Po pierwsze – usłyszała – nie mam absolutnie Ŝadnych wątpliwości co do tego, Ŝe jesteś 

ś

wietną lekarką. Twoje referencje są bez zarzutu, a to, co dziś zobaczyłem, upewniło mnie, Ŝe 

kaŜde  zawarte  tam  słowo  odpowiada  prawdzie.  Po  drugie,  jestem  pewien,  Ŝe  wiele  się 

nauczyłaś,  kiedy  znalazłaś  się  po  drugiej  stronie.  Ja  na  pewno  tak.  Wiem  to  bez  cienia 

wątpliwości. Wiem juŜ, co to ból. I w ogóle rozumiem znacznie więcej.  

Przez dłuŜszą chwilę milczał, jakby zapomniał o obecności Alice.  

– A po trzecie? – ponagliła go. – Rozumiem, Ŝe to jeszcze nie koniec? 

Uśmiechnął się nieznacznie.  

–  Nie  jestem  połoŜnikiem,  i  to  nie  bez  powodu.  –  Widząc  pytające  spojrzenie  Alice, 

dodał: – W końcu oni nieźle zarabiają.  

–  Coś  o  tym  wiem  –  oświadczyła,  myśląc  o  rachunku  od  Bretta  Hallidaya, 

spoczywającym w szufladzie obok innych, jeszcze nie zapłaconych.  

–  Próbuję  ci  powiedzieć,  choć  nie  idzie  mi  zbyt  zręcznie,  Ŝe  cięŜarne  kobiety  mnie 

przeraŜają.  

Alice roześmiała się, lecz natychmiast spowaŜniała. Spojrzenie chirurga powiedziało jej, 

Ŝ

e to nie dowcip.  

– Nie mówisz chyba powaŜnie? Jeremy ponuro skinął głową.  

– Niestety, bardzo powaŜnie. Spójrz na to z mojego punktu widzenia. Gdybym na ciebie 

krzyknął, mogłabyś się rozpłakać, albo co gorsza poronić. Jeśli zatrzymam cię dłuŜej w pracy 

albo wezwę o północy na blok operacyjny, wyrządzę dziecku krzywdę...  

Tym razem Alice roześmiała się szczerze.  

– Jeremy, nie jestem cenną wazą z epoki Ming, której nie moŜna nawet dotknąć. Jestem 

tylko w ciąŜy. Kobiety od dawna jakoś sobie z tym radzą.  

–  Wiem,  wiem.  Chyba  nie  postępuję  uczciwie,  mówiąc  ci  to  wszystko.  Zdaję  sobie 

przecieŜ  sprawę,  Ŝe  nie  prosiłaś  o  Ŝadne  szczególne  traktowanie.  Chodzi  tylko  o  to,  Ŝe  w 

najbliŜszych  miesiącach  zamierzam  działać  na  najwyŜszych  obrotach,  pracować  znacznie 

więcej  niŜ  inni  chirurdzy.  To  oznacza,  Ŝe  będę  musiał  duŜo  od  ciebie  wymagać.  Muszę 

wiedzieć, czy dasz radę. Jeśli nie, powiedz od razu.  

– Dam radę.  

– Nadal nie rozumiesz, prawda? 

Alice  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem.  Czego  on  jeszcze  chce?  śebym  podpisała 

uroczyste zobowiązanie? 

–  Muszę  wiedzieć,  Ŝe  jeśli  przesadzę,  powiesz  mi  o  tym.  Obiecaj  mi,  Ŝe  dowiem  się 

pierwszy,  gdybyś  miała  jakiś  problem  ze  zdrowiem.  Wszystko  jedno,  czy  to  poprawne  czy 

background image

nie, nie mogę udawać, Ŝe nie dostrzegam twojego stanu. Kiedy będziesz miała dość, musisz 

mi o tym powiedzieć.  

Alice  była  zdumiona.  Z  tego,  co  słyszała  wcześniej  o  Jeremym  Fosterze,  wynikało,  Ŝe 

współczucie i zrozumienie są mu obce. Choć teraz wyraŜał się niezręcznie, właściwie wręcz 

ją dyskryminował, trochę się wzruszyła.  

– Dobrze, powiem – zapewniła.  

PoŜegnała  się  i  wyszła  z  pokoju.  Biorąc  torebkę  z  dyŜurki,  uznała  nagle,  Ŝe  musi  mu 

podziękować.  

Gdy  wróciła,  Jeremy  siedział  tyłem  do  drzwi,  trzymając  się  za  głowę.  Przed  nim  stała 

szklanka  z  wodą,  w  której  rozpuszczały  się  dwie  tabletki  przeciwbólowe.  Jego  postawa 

znamionowała napięcie, być moŜe cierpienie. Na odgłos kroków wyprostował się i odwrócił.  

– Coś jeszcze? – zapytał.  

Alice zawahała się. Czuła, Ŝe stała się mimowolnie świadkiem czegoś, co jej szef wolałby 

ukryć.  

– Chciałam ci tylko podziękować.  

– Naprawdę nie ma za co. Nie minie nawet tydzień, gdy zaczniesz mnie przeklinać.  

Uśmiechnęła  się  niepewnie.  Wiedziała,  Ŝe  powinna  juŜ  wyjść,  coś  ją  jednak 

zatrzymywało. MoŜe i Jeremy jest jej szefem, lecz teraz wyglądał tylko jak miły męŜczyzna, 

którego rano poznała i który po całym dniu pracy jest trochę zmęczony.  

– Chcesz coś moŜe? – zapytała niepewnie. Obrzucił ją zdumionym spojrzeniem.  

– Niby co? 

– Na przykład filiŜankę herbaty? Zaśmiał się gorzko.  

– Babskie lekarstwo na wszystko – zauwaŜył ironicznie. Gdy Alice spąsowiała, dodał juŜ 

uprzejmiej:  –  Przynajmniej  mojej  matki.  –  Pokręcił  głową.  –  Trochę  boli  mnie  głowa,  to 

wszystko. Zaraz przejdzie.  

Odwrócił się do biurka i zaczął dyktować do magnetofonu polecenia dla sekretarki.  

No cóŜ, czego się spodziewała? śe Jeremy jej zaufa, opowie, jak źle się czuje? Jęknęła. I 

ta herbata! Jednym krótkim zdaniem sama zaliczyła się do grona głupiutkich kobieciątek, do 

którego zdaniem Jeremy’ego i tak juŜ na pewno naleŜała.  

Nie wiedziała, Ŝe Jeremy znów ściska głowę i Ŝałuje, Ŝe odmówił. MoŜe krótka rozmowa 

z Alice pomogłaby, ułatwiła wszystko? MoŜe powinien był jej powiedzieć, Ŝe obraŜenia, jakie 

odniósł w wypadku, nie  minęły bez następstw? śe ból w plecach i głowie jest często nie do 

zniesienia? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Co z tym światłem? To sala operacyjna, a ciemno jak w jakimś cholernym lochu! 

Alice zmieniła odrobinę kąt oświetlenia.  

– Dobry BoŜe, dlaczego nie przywieźli go wcześniej? Nie odpowiedziała. Zdawała sobie 

sprawę, Ŝe Jeremy mówi bardziej do siebie, niŜ do kogokolwiek innego.  

– Szerzej, bardziej odciągnąć – polecił.  

Alice  posłusznie  przestawiła  retraktor  przytrzymujący  krawędzie  nacięcia,  które  Jeremy 

szybko teraz przedłuŜył, by uzyskać lepszą widoczność. Dostrzegła na jego czole krople potu. 

Znów ten ból, pomyślała w nagłym przypływie współczucia.  

Pracowała z Jeremym juŜ od kilku tygodni. Braki w dobrym wychowaniu rekompensował 

z  nawiązką  w  sali  operacyjnej.  Był  po  prostu  najlepszym  chirurgiem,  jakiego  kiedykolwiek 

widziała.  Miał  nieprawdopodobnie  zręczne  dłonie,  niebieskie  oczy  dostrzegały  natychmiast 

kaŜdy  szczegół,  który  dla  innych  stawał  się  widoczny  dopiero  po  chwili.  Czy  jednak  jego 

umiejętności wystarczą, by ocalić to młode Ŝycie? 

Lachlan Scott trafił do szpitala przed dwoma godzinami. Ten student medycyny odczuwał 

ból juŜ od kilku dni, nie wpadło mu jednak do głowy, Ŝe powinien coś z tym zrobić.  

MoŜe  myślał,  Ŝe  przyszłego  lekarza  choroby  się  nie  imają?  Dopiero  tego  dnia  przyszedł 

do  ojca.  Gdy  zaczął  wymiotować  i  skręcać  się  z  bólu,  ojciec,  jeden  z  najlepszych  lekarzy 

szpitala,  natychmiast  wezwał  karetkę.  Stwierdzono  ostre  zapalenie  wyrostka  robaczkowego. 

Twardy  brzuch  i  wykrzywiona  straszliwym  bólem  twarz  świadczyły  o  zapaleniu  otrzewnej. 

Linda  i  Josh  operowali  właśnie  przepuklinę,  Jeremy’emu  została  więc  do  pomocy  tylko 

najmłodsza asystentka.  

Pracowali juŜ długo. Alice czuła rwący ból w plecach.  

– Chyba się uda. – Jeremy uniósł na  chwilę  głowę.  ZałoŜył dreny i opatrunek. Operacja 

trwała ponad dwie godziny. – Bardzo wszystkim dziękuję. Zabieramy go na pooperacyjną.  

Alice  marzyła  o  prysznicu,  po  którym  zrobiłaby  sobie  dobrą  herbatę.  Te  luksusy  muszą 

jednak  poczekać.  Trzeba  jeszcze  starannie  dobrać  leki,  by  uniknąć  całego  arsenału 

komplikacji zagraŜających pacjentowi po tak powaŜnej interwencji chirurgicznej.  

–  Jego  ojciec  czeka  –  przypomniała  Carrie,  przełoŜona  instrumentariuszek.  –  Jest 

profesorem, Jeremy. Chyba to ty powinieneś z nim porozmawiać.  

–  Wiem,  wiem  –  odparł  zirytowanym  tonem.  –  Porozmawiam,  ale  najpierw  wezmę 

prysznic. Potem wpadnę jeszcze obejrzeć Lachlana.  

– O co mu chodzi? – Alice zadała to pytanie, gdy Jeremy zniknął za drzwiami. – PrzecieŜ 

wykonał wspaniałą robotę. Myślałam, Ŝe z przyjemnością o tym opowie doktorowi Scottowi.  

Carrie wzruszyła ramionami.  

– MoŜe się obawia, Ŝe będzie musiał osuszać mu łzy – Zaśmiała się z goryczą. – Gdyby 

chodziło  o  prosty  wyro  stek,  Jeremy  juŜ  byłby  na  zewnątrz,  uśmiechał  się  szeroko  i 

opowiadał,  jak  dobrze  poszło.  A  teraz?  Wiesz  przecieŜ,  Ŝe  operacja  to  dopiero  początek,  do 

wyleczenia  droga  daleka.  Na  pewno  Jeremy  ma  nadzieję,  Ŝe  zanim  wróci  z  łazienki,  ktoś 

background image

weźmie cięŜar rozmowy na siebie.  

– Słyszałem, Ŝe mieliście tu niezłą zabawę? 

Alice  odwróciła  się  i  uśmiechnęła  na  widok  Josha.  Carrie  mruknęła  coś  pod  nosem  i 

poszła do Lachtana.  

–  Trochę  za  duŜo  jak  na  jedno  przedpołudnie  –  odpowiedziała  Alice.  –  A  co  u  ciebie, 

Josh? Jak tam poranek z Lindą? 

Josh wywrócił oczami.  

– Do zniesienia. Przynajmniej miała maskę na twarzy.  

– Josh, jesteś straszny – zachichotała Alice.  

– Mówię tylko, jak jest. – Ściszył głos. – Dlaczego Carrie tak się boczy? 

– Boczy? Nie, wydaje ci się.  

–  Niekoniecznie.  Jeremy  niedawno  ją  porzucił.  I  na  dodatek  poprosił  kogoś,  Ŝeby 

zakomunikował jej to w jego imieniu.  

Odezwał się pager Josha.  

– Czego ta Linda chce? – mruknął niechętnie, lecz po przeczytaniu wiadomości zbladł. – 

To Dianne – wyjaśnił, chwytając słuchawkę najbliŜszego telefonu.  

Chodziło o jego Ŝonę. Ze zdenerwowania wystukał niewłaściwy numer.  

– Spokojnie, Josh – poprosiła z uśmiechem Alice. – Ona pewnie chce, Ŝebyś na wieczór 

kupił pizzę.  

Dianne  nie  chciała  jednak  pizzy.  Chciała,  by  Josh  zjawił  się  natychmiast  w  domu.  Jeśli 

nie, sama wezwie karetkę.  

– Jak często ma skurcze? – zapytała Alice, gdy biały jak ściana Josh odłoŜył słuchawkę.  

–  Co  dwie,  trzy  minuty,  a  sądząc  z  odgłosów,  jakie  usłyszałem,  muszą  być  silne.  – 

Podrapał się w głowę. – Rano jeszcze nic się nie działo, a zwykle to tak szybko nie przebiega.  

– W podręcznikach, Josh, ale w Ŝyciu bywa inaczej. Lepiej się pospiesz.  

– A co z... ? 

– Leć. Powiem Jeremy’emu i Lindzie. Daj mi swój pager. I zadzwoń do mnie, kiedy coś 

będzie  wiadomo  –  dodała,  biorąc  od  niego  pager  i  notatki.  Josh  był  tak  roztrzęsiony,  Ŝe 

wręczył  jej  takŜe  swój  portfel.  –  Nie  musisz  mi  za  to  płacić  –  oświadczyła  ze  śmiechem.  – 

Powodzenia! – zawołała w kierunku oddalającej się szybko postaci.  

Z krótkiego zamyślenia wyrwał ją głos Carrie: 

– Budzi się.  

Alice podeszła do łóŜka Lachlana.  

– Co z nim? 

– Stan stabilny. Ciśnienie dobre, trochę gorączki, trzydzieści osiem stopni.  

–  No  cóŜ,  musimy  poczekać,  zanim  antybiotyk  zrobi  swoje.  Lachlan,  jestem  doktor 

Masters. LeŜ spokojnie, nie ruszaj się, właśnie dochodzisz do siebie.  

Wszedł anestezjolog, przygotował petydynę do infuzji.  

– Jak się czuje? – zapytał Jeremy.  

Po  kąpieli  wyglądał  świeŜo  i  jak  zwykle  nienagannie.  Wziął  od  Carrie  kartę.  Pytanie 

skierował bardziej do anestezjologa niŜ Alice.  

background image

– Z mojego punktu widzenia dobrze. Gdzie go połoŜycie? 

– Na chirurgii mamy salę intensywnej terapii.  

– Telefonowała Ŝona Josha – poinformowała Alice. – Wygląda na to...  

– JuŜ wiem – odparł Jeremy, nie unosząc wzroku. – Zderzyłem się z nim po drodze. – I to 

wszystko,  pomyślała  Alice.  śadnej,  nawet  zdawkowej  uwagi.  Jeremy’ego  ta  sprawa 

najwidoczniej w ogóle nie interesuje. – Podobno zostawił ci pager? – Alice skinęła głową. – 

Powiedz Lindzie, jeśli nie dasz rady. PomoŜe ci.  

Głupia uwaga, pomyślała Alice. Myśl, Ŝe Linda mogłaby za nią na przykład pobrać krew, 

wydawała się absurdalna.  

– Co z rodziną Lachlana? – zapytała Carrie.  

– Jak zwykle. Zmartwienie, ulga... Powiedziałem, Ŝe mogą tu na chwilę wpaść, zanim go 

przewieziemy.  

Carrie zaprotestowała: 

– Znasz przecieŜ przepisy. Niech poczekają, aŜ trafi na oddział, jak wszyscy. To, Ŝe jego 

ojciec jest tu profesorem i ordynatorem oddziału...  

– Nie jedynym – przypomniał Jeremy, wpadając  jej w słowo. – Jeśli zazdrościsz komuś 

moŜliwości  odwiedzenia  syna  w  krytycznym  stanie  w  sali  pooperacyjnej,  Carrie,  moŜe 

powinnaś się ograniczyć do asystowania przy zabiegach i trzymać z daleka od przytomnych 

pacjentów.  

Alice  dostrzegła,  Ŝe  Carrie  zesztywniała.  Policzki  zabarwił  jej  rumieniec  złości. 

Współczuła  jej.  Wiedziała,  Ŝe  jest  świadkiem  scysji  nie  tylko  pomiędzy  lekarzem  i 

pielęgniarką. Reakcja Carrie dowodziła jednoznacznie, Ŝe wciąŜ bardzo przeŜywa rozstanie.  

– Jakieś wieści od Josha? Podchodząc do Fi, Alice pokręciła głową.  

–  Jeszcze  się  nie  odezwał,  ale  chyba  musi  najpierw  obdzwonić  wszystkich  krewnych  i 

przyjaciół.  

Fi wzruszyła ramionami.  

– Nie przypuszczam, chyba Dianne nadal rodzi. Wygląda na to, Ŝe niejedną kobietę czeka 

dziś cięŜka noc. Rozumiem, Ŝe poza własną pracą zastępujesz Josha? 

– Linda teŜ się stara – zauwaŜyła bez przekonania Alice.  

– Tak, cięŜka noc, nie myliłam się.  

Alice się uśmiechnęła.  

– Przyniosłam pączki – oświadczyła, wyciągając przed siebie papierową torebkę.  

Fi wzięła ją ze śmiechem.  

– Dziękuję, przygotuję leki. Pomóc ci w czymś? 

–  Nie,  dziękuję,  chyba  sobie  poradzę.  Idę  na  dół,  do  izby  przyjęć.  Jest  paru  pacjentów, 

których trzeba opisać, zanim trafią na oddział. Wrócę tu przed jedenastą, Ŝeby pobrać krew do 

badań, a potem...  

Urwała, gdyŜ Jeremy i Linda weszli właśnie na oddział.  

– Trochę za późno na obchód – mruknęła Fi.  

– Co z Lachlanem Scottem? – zapytał Jeremy.  

– Temperatura się obniŜyła, stan stabilny – odrzekła Alice. – Właśnie od niego wróciłam.  

background image

– Dobrze. Przyszliśmy jeszcze na niego spojrzeć.  

– Aha.  

Nie poszedł jednak za Lindą. . – Moglibyśmy zamienić parę słów? – zapytał.  

– Zajmę się tymi lekami – rzuciła wesoło Fi. Jeremy pokręcił głową.  

– Z wami obiema, dobrze? Fi, moŜemy skorzystać z twojego pokoju? 

Nie czekając na odpowiedź, ruszył przodem. Fi i Alice niespokojnie spojrzały po sobie i 

ruszyły za nim.  

– Usiądźcie, proszę. Obawiam się, Ŝe mam nie najlepsze wieści.  

Alice nerwowo przełknęła ślinę.  

– Jakie? – zapytała po prostu Fi.  

– Poród Dianne nie był taki prosty. – Alice przeszedł zimny dreszcz. – Pierwszy bliźniak 

urodził się bez kłopotów, z wyciągnięciem drugiego były problemy.  

– Przekręcił się trochę? – zapytała drŜącym głosem Fi.  

– Nie. Josh nie mówił przez telefon zbyt składnie, ale wygląda na to, Ŝe drugie dziecko w 

ogóle nie chciało wyjść. UŜyli kleszczy, lecz nie mogli go uchwycić. Próbowali kilka razy...  

Alice wzdrygnęła się, Jeremy na nią spojrzał.  

– Przepraszam, chyba nie musisz znać szczegółów. Alice gwałtownie pokręciła głową.  

– Nie, opowiedz, chcę usłyszeć.  

–  No  cóŜ,  kiedy  go  w  końcu  wyciągnęli,  to  teŜ  chłopczyk,  nie  oddychał.  Musieli  go 

reanimować.  Trwało  to  trochę  długo,  ale  w  końcu  się  udało.  Teraz  nie  jest  w  najlepszym 

stanie. Trzymają go na pediatrycznej intensywnej terapii. Ma sińce i rany od kleszczy, takŜe 

kłopoty z oddychaniem.  

– Biedny Josh – szepnęła Alice. – I Dianne – dodała.  

– Oczywiście, Josh tak od razu nie wróci, a to oznacza dla ciebie więcej pracy, Alice.  

– NiewaŜne – odparła z błyszczącymi od łez oczami. – Okazuje się, Ŝe są rzeczy waŜne i 

mniej waŜne.  

Jeremy skinął głową.  

W  milczeniu  opuścili  pokój.  Linda  przekazywała  właśnie  smutną  wiadomość 

anestezjologowi. Robiła to nieco mniej taktownie: 

–  Wspaniale.  Ordynator  dopiero  wrócił,  drugi  chirurg  na  rocznym  urlopie,  młodszy  na 

zwolnieniu, a staŜystka wybiera się na macierzyński. Wszystko na mojej głowie.  

–  To  właśnie  w  tobie  lubię,  Linda  –  oświadczy!  Jeremy,  udając,  Ŝe  nie  dostrzega 

rozpaczliwych  znaków,  którymi  anestezjolog  chciał  uciszyć  koleŜankę.  –  Poczucie 

solidarności z zespołem.  

Nie oglądając się, ruszył do sali Lachlana Scotta. Linda rzuciła jakieś usprawiedliwienie 

w kierunku jego oddalających się pleców.  

Mrugając powiekami, by pozbyć się łez, Alice zeszła na parter. Jak mogło się wydarzyć 

coś  tak  okropnego?  Przypomniała  sobie  radosne  podniecenie  Josha.  Pewnie,  wiedziała,  Ŝe 

takie rzeczy się zdarzają, ale dlaczego właśnie akurat Joshowi? To niesprawiedliwe! 

W izbie przyjęć panował zwykły rozgardiasz.  

– Jak się masz, Alice – przywitała ją Fay, kierowniczka izby.  

background image

– Cześć, Fay. Trafił ci się nocny dyŜur? 

– Nawet nie pytaj. – Fay westchnęła. – To ja ustalam dyŜury, tylko do siebie mogę mieć 

pretensję. Ale wiesz, nie jest dziś tak źle. Większość pacjentów po badaniu ambulatoryjnym 

wraca do domu. Masz do wpisania tylko dwie osoby, i to na spokojnie. Jak skończysz, wyślę 

ich na oddział i w ten sposób będę miała dwa wolne wózki.  

Alice  wzięła  się  więc  do  pracy,  gdy  jednak  skończyła  z  pierwszym  pacjentem,  odezwał 

się pager.  

– Przykro mi, pani West – przeprosiła pacjentkę. – Muszę odpowiedzieć. Zaraz się panią 

zajmę.  

– Nic nie szkodzi, dziecino.  

Kartkując dokumentację medyczną pani West, zadzwoniła na swój oddział. Zdziwiła się, 

gdyŜ  telefon  odebrała  Fi.  Fi  nie  uŜyłaby  normalnie  pagera,  wiedziała  bowiem,  Ŝe  Alice 

niedługo wróci. Musiało się coś stać.  

– Nie podoba mi się Lachlan Scott, Alice. Mogłabyś wpaść i rzucić okiem? 

Alice  nie  trzeba  było  tego  dwa  razy  powtarzać.  Nie  zwracając  uwagi  na  pełne  wyrzutu 

spojrzenie Fay, pobiegła na oddział.  

– Dobrze, Ŝe jesteś – powitała ją Fi. – Mam nadzieję, Ŝe martwię się na zapas, ale według 

mnie on za dobrze nie wygląda.  

– Dane? – zapytała Alice w drodze do sali.  

–  Nic  szczególnego.  Temperatura  w  normie,  ciśnienie  trochę  niskie,  ale  to  moŜe  być 

skutek znieczulenia.  

Lachtan Scott wyglądał podobnie jak przedtem, moŜe był tylko trochę bledszy. Właściwie 

nic nie budziło niepokoju.  

– Lachlan, jak się czujesz? – zapytała – Jestem zmęczony.  

– Czy coś cię boli? 

Nie otwierając oczu, pokręcił przecząco głową. Alice ostroŜnie obmacała brzuch chorego. 

Bez zmian, pomyślała. Osłuchała płuca. TakŜe w tym punkcie nic godnego uwagi.  

Fi się jednak niepokoiła. Alice nie mogła tego zignorować.  

Nagle Lachlan otworzył oczy.  

–  Powinienem  siedzieć  w  bibliotece,  rano  mam  egzamin.  Alice  i  Fi  wymieniły 

zaniepokojone spojrzenia.  

– Lachlan, wiesz, gdzie jesteś? – zapytała głośno Fi. Zamknął oczy i skinął głową.  

– Gdzie, Lachlan? 

– W Melbourne.  

Ta prawidłowa skądinąd odpowiedź zmusiła Alice do działania.  

– Zadzwonię do Lindy.  

Linda nie okazała się jednak skora do pomocy.  

–  Nie  rozumiem  –  oświadczyła.  –  Ciśnienie  i  temperatura  w  porządku,  badanie  niczego 

nie wykazało. Po co właściwie do mnie telefonujesz, Alice? 

– Pielęgniarki są zaniepokojone, ja teŜ. Poza tym, jak powiedziałam, on stracił orientację.  

–  Chwilowo  –  zauwaŜyła  Linda.  –  W  końcu  obudziłyście  go  w  środku  nocy.  Posłuchaj, 

background image

Alice,  dzwonili  z  dołu,  pacjentka  czeka  na  przyjęcie.  Ja  jestem  teraz  zajęta.  Dzwonisz  w 

sprawie pacjenta, którego widziałam godzinę temu i który jest teraz w takim samym stanie.  

–  Chciałam  tylko,  Ŝeby  go  pani  zbadała  –  odrzekła  Alice  tak  spokojnie,  jak  umiała  – 

Bardzo cenię pani opinie – dodała.  

– Dobrze, jak będę miała czas.  

– Przyjdzie? – zapytała Fi, gdy Alice odłoŜyła słuchawkę.  

– Kiedy będzie miała czas. – Alice wzruszyła ramionami. – No i co? Mamy coś nowego? 

– Niewielka zmiana. Temperatura jeszcze trochę spadła, teraz jest trzydzieści pięć.  

Mało, pomyślała Alice.  

– Mogło się wdać zakaŜenie – wyjaśniła.  

– Nie miałby wtedy wyŜszej temperatury? – zdziwiła się młodsza pielęgniarka Kate.  

Alice pokręciła głową.  

– Niekoniecznie. ZakaŜenie moŜe niekiedy powodować hipotermię.  

Alice czuła, Ŝe z chorym coś jest nie tak.  

– Zadzwonię do Jeremy’ego – oświadczyła nagle i spojrzała pytająco na Fi.  

– Dobrze, zadzwoń na komórkowy, on tak woli. Jeśli to fałszywy alarm, biorę część winy 

na siebie.  

Było oczywiste, Ŝe Jeremy spał. Obudziła go tym telefonem.  

– Co powiedziała Linda? – zapytał, gdy skończyła relację.  

–  Jest  teraz  zajęta.  Poza  tym,  kiedy  z  nią  rozmawiałam,  temperatura  jeszcze  tak  bardzo 

nie spadła. MoŜe powinnam jeszcze raz do niej zatelefonować”...  

– Teraz to bez znaczenia. Zaraz u was będę.  

–  MoŜe  nie  trzeba,  moŜe  zadzwonię  jeszcze  raz  do  Lindy.  Albo  podam  ci  przez  telefon 

wyniki badań. MoŜe to nic powaŜnego.  

– Miejmy nadzieję – odparł ponuro. ~ JuŜ idę.  

Linda  wkrótce  się  jednak  zjawiła.  Alice  poczuła  ulgę,  po  chwili  jednak,  gdy  Linda 

dowiedziała się o telefonie do Jeremy’ego, rozpętało się piekło.  

– Co zrobiłaś? Wezwałaś go? Jak śmiałaś bez porozumienia się ze mną? 

Alice  próbowała  się  skoncentrować  na  poszukiwaniu  tętnicy.  Odpowiadając,  nie  uniosła 

głowy.  

–  Zadzwoniłam  najpierw  do  pani.  Czułam,  Ŝe  Lachlanem  trzeba  się  szybko  zająć,  a 

wiedziałam, Ŝe pani jest bardzo zajęta.  

– Działasz za moimi plecami? 

Alice  nie  odpowiedziała.  Myślała  tylko  o  Lachłanie.  Nie  mogła  znaleźć  tętnicy,  co  u 

młodego człowieka stanowiło bardzo zły znak.  

–  Wzywanie  ordynatora  nie  naleŜy  do  twoich  obowiązków.  Zawiadamiasz  mnie,  a  ja 

decyduję. To cię nie powinno obchodzić.  

Kłótnie przy łóŜku chorego? Alice musiała zareagować.  

–  Płacą  mi  właśnie  za  to,  Ŝeby  mnie  obchodziło.  Teraz  byłabym  wdzięczna,  gdybyś 

pomogła mi znaleźć tętnicę. MoŜesz na mnie nakrzyczeć później.  

– Zajmijmy się pacjentem, dobrze? – usłyszały glos Jeremiego.  

background image

– Tak szybko? – zdziwiła się Fi.  

– Spałem dziś w szpitalu – wyjaśnił chirurg. Alice uniosła brwi, lecz milczała.  

Stan  Lachlana  pogarszał  się  z  minuty  na  minutę.  Chłopak  miotał  się,  zdzierał  maskę 

Uenową.  

–  Linda,  leć  na  OIOM  –  rzucił  Jeremy  –  niech  szybko  zbadają  krew.  Fi,  wezwij  zespół 

ratunkowy.  

Alice poczuła przypływ adrenaliny. Medyczny zespół ratunkowy wzywano tylko w razie 

bezpośredniego zagroŜenia Ŝycia. Tego względnie nowego rozwiązania nie stosowano jeszcze 

we  wszystkich  szpitalach,  zdąŜyło  juŜ  jednak  niejednokrotnie  dowieść  swej  przydatności. 

Zespół  składał  się  z  anestezjologa,  pielęgniarki  i  dyŜurnego  lekarza.  Przybywał,  by  ratować 

Ŝ

ycie  od  razu,  jeszcze  przed  ewentualnym  przewiezieniem  pacjenta.  Mimo  wszystko  Alice 

zdumiała aŜ tak gwałtowna reakcja Jeremy’ego.  

Gdy zjawili się ludzie i sprzęt – ludzie bardziej doświadczeni w tego rodzaju sytuacjach – 

Alice  poczuła  się  trochę  zbędna.  Jeremy  przekazywał  informacje  zespołowi.  Lachlanowi 

podawano  płyny  fizjologiczne  i  zwiększono  dawkę  tlenu.  Fi  usunęła  zagłówek  łóŜka,  by 

anestezjolog miał lepszy dostęp. Pacjenta podłączono do monitora kardiologicznego.  

Do małŜowiny usznej miał teraz przyczepiony czujnik wskazujący saturację tlenem.  

– Zadzwoń do laboratorium, Alice, niech szybciej zbadają tę krew – polecił Jeremy, gdy 

zadyszana Linda wróciła z wstępnymi wynikami.  

– Zabieramy go na OIOM – poinformował Jeremy’ego anestezjolog. – Wyciągniemy go, 

a i antybiotyk powinien wkrótce zaskoczyć. Na szczęście mamy na wszystko czas. Dobrze, Ŝe 

tak szybko się zorientowałeś.  

Gdy nosze wyjechały, Alice została w sali tylko z Fi.  

– Niewiele brakowało – zauwaŜyła pielęgniarka.  

– Tak – potwierdziła Alice. – Błyskawicznie odchodził. Fi skinęła głową.  

–  Często  tak  jest  z  młodymi,  sprawnymi  ludźmi.  Organizm  jest  stabilny  do  ostatniej 

chwili. Dziękuję, Fi, gdyby nie ty...  

–  Nie  pomniejszaj  swoich  zasług.  Trzeba  było  mieć  odwagę,  Ŝeby  w  tej  sytuacji 

zadzwonić do Jeremy’ego.  

Uniosły wzrok, gdyŜ chirurg kaszlnął, Ŝeby ujawnić swą obecność.  

– Święta racja – zgodził się. Alice nie odpowiedziała.  

– Co z Lachlanem? – zapytała Fi. – Wróci na operację? 

–  Nie,  przynajmniej  nie  teraz.  Zrobili  mu  ultrasonografię,  nie  ma  raczej  zakaŜenia. 

Miejmy  nadzieję,  Ŝe  wytrzyma,  aŜ  zadziałają  antybiotyki.  Przyjechali  jego  rodzice.  Nie 

poszłabyś ze mną do nich, Fi? 

Pielęgniarka skinęła głową.  

– Zaprowadzę ich na dół.  

– Ty, Alice, moŜesz juŜ chyba iść spać – zauwaŜył Jeremy, nie patrząc jej w oczy.  

– Muszę jeszcze przyjąć pacjentkę z izby.  

–  Nie  przejmuj  się  tym.  Zadzwoniłem  do  nich,  przyślą  ją  prosto  na  górę,  a  formularze 

moŜna wypełnić później. Linda i tak zostaje na noc, poproszę ją, Ŝeby to zrobiła. Jest jeszcze 

background image

coś? 

–  Tylko  dwa  poranne  pobrania  krwi.  –  Alice  spojrzała  na  zegarek.  –  To  juŜ  właściwie 

zaraz.  

– Jestem pewien, Ŝe Fi moŜe to za ciebie załatwić. Jeśli nie, sam wpadnę i to zrobię.  

–  Ty?  –  zdumiała  się.  Od  kiedy  to  ordynator  proponuje  staŜystce,  Ŝe  wyręczy  ją  w 

pobieraniu krwi? – Jesteś pewien? 

–  A  co,  uwaŜasz,  Ŝe  sobie  nie  poradzę?  –  obruszył  się  Ŝartobliwie  i  dodał  powaŜnym 

tonem: – Powiedzmy, Ŝe jestem ci to winien. Zresztą Linda takŜe. Idź, odpocznij. MoŜe nawet 

uda ci się ze dwie godziny przespać.  

Dopiero  w  tej  chwili  Alice  zauwaŜyła,  jak  Jeremy  jest  blady.  Dramatyczne  wydarzenia 

musiały i na nim zrobić wraŜenie.  

– Dziękuję, ale koniecznie daj mi znać, gdybyś mnie potrzebował.  

Skierowała się do drzwi, przystanęła jednak na dźwięk głosu Jeremy’ego.  

– Ty teŜ, Alice. Daj znać, gdybyś potrzebowała mnie. Zawsze ci pomogę.  

Nigdy  jeszcze  wąskie  i  twarde  łóŜko  w  pokoju  dyŜurnego  lekarza  nie  wyglądało  tak 

kusząco.  Alice  była  wyczerpana  i  czuła  ból  w  plecach.  Machając  nogami,  zrzuciła  buty  i 

powoli opadła na materac. Miło ze strony Jeremy’ego, Ŝe tak się zachował. W pewnym sensie 

podziękował  mi,  na  swój  sposób.  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  właściwie  nie  ma  w  tym  nic 

dziwnego.  Jeremy  przez  cały  czas,  od  samego  początku,  zachowywał  się  wobec  niej  bardzo 

miło. Nie spodziewała się tego.  

Zapadając  w  sen,  myślała  o  pewnym  chirurgu  o  jasnych  włosach  i  uśmiechu,  który 

sprawiał, Ŝe serce zaczynało bić szybciej.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Dzień dobry, doktor Masters. Pobudka. Godzina szósta.  

– Nie zamawiałam budzenia – mruknęła zdezorientowana Alice. Sięgnęła po zegarek, by 

odzyskać świadomość czasu i miejsca. Tknięta nagłą myślą, chwyciła pager. – Czy ktoś mnie 

szuka? 

– Nie, o ile wiem.  

OdłoŜyła słuchawkę i powoli usiadła.  

Pod  prysznicem  zamknęła  oczy.  Cztery  godziny  głębokiego  snu  na  nocnym  dyŜurze  to 

luksus,  o  jakim  nigdy  nawet  nie  marzyła.  Dzięki  Bogu,  Ŝe  mnie  obudzili,  pomyślała. 

Mogłabym  spać  do  południa.  Ubrała  się  i  ruszyła  w  kierunku  kantyny.  Dźwięk  pagera 

unicestwił  jednak  myśli  o  ciepłym  posiłku.  Kupiła  tylko  w  automacie  batonik  i  kawę, 

westchnęła i ruszyła na chirurgię.  

– Dzteń dobry, Fi. Działo się coś? 

– Nic takiego. Widzę, Ŝe wyglądasz znacznie lepiej. Wyspałaś się? 

– Tak, cudownie. To ty  zamówiłaś mi budzenie? Dziękuję– Nie, moŜe Linda miała atak 

wyrzutów  sumienia.  Wiesz,  chciałam  cię  wezwać  pagerem  do  kroplówek,  ale  Linda 

powiedziała,  Ŝe  sama  to  zrobi.  Myślałam,  Ŝe  zemdleję  z  wraŜenia.  Kto  wie,  moŜe  ona  się 

zmienia? 

– MoŜe – potwierdziła Alice. – Jak się czuje Lachlan, wiesz coś? 

–  Jest  stabilny.  Jeremy  siedział  przy  nim  przez  całą  noc.  Dobrze,  Ŝe  szybko 

zareagowałyśmy. Gdyby nie to, nie postawiłabym na jego Ŝycie złamanego centa.  

–  AŜ  trudno  w  to  uwierzyć  –  zauwaŜyła  Alice  i  cicho  westchnęła.  –  To  tylko  wyrostek. 

Gdyby nie zlekcewaŜył bólu i dał się od razu zbadać...  

Fi skinęła głową.  

–  To  tak  samo  jak  z  bliźniętami.  Teraz,  przy  tych  wszystkich  kuracjach  hormonalnych, 

mnoga ciąŜa zdarza się częściej. A ludzie nie zdają sobie sprawy z zagroŜeń. Wydaje się, Ŝe 

to nic takiego, a jednak bywają teŜ komplikacje.  

– Słyszałaś coś o dzieciach Josha? 

–  Wiem  tyle,  Ŝe  chyba  nie  dzieje  się  nic  strasznego.  A  na  szczegóły  musimy  chyba 

poczekać.  

Josh  jednak  nie  zatelefonował.  Alice  pomyślała  o  nim,  kiedy  o  piątej  jechała  windą  na 

oddział połoŜniczy. Chciała go odwiedzić. Gdyby, nie daj BoŜe, jej samej coś się przydarzyło, 

wiedziała, Ŝe Josh takŜe by się tym zainteresował. A Jeremy? Na pewno się martwił, ale przez 

cały dzień nawet nie wspomniał o Joshu.  

Co  do  Lindy...  Alice  zacisnęła  wargi.  Jej  uwagi  nie  umknęły  mordercze  spojrzenia 

lekarki. Miałam rację, umiem osądzać ludzi, pomyślała. No, moŜe tylko z Marcusem mi nie 

wyszło.  

O,  i  chyba  z  Jeremym  teŜ,  uznała  ze  zdziwieniem,  gdy  otworzyły  się  drzwi  windy. 

Zaplanowała  sobie,  Ŝe  zapyta  w  dyŜurce,  czy  mogłaby  zamienić  kilka  słów  z  Joshem. 

background image

Okazało się, Ŝe Jeremy wpadł na ten sam pomysł.  

Gdy się do nich zbliŜała, patrzyli na nią uwaŜnie.  

– Mam nadzieję, Ŝe przyszłaś tu do mnie, a nie urodzić? – powitał ją z uśmiechem Josh.  

Mimo tych Ŝartobliwych słów widać było, Ŝe jest wykończony. Miał podpuchnięte oczy i 

ledwie trzymał się na nogach.  

– Tak, Josh, na mnie jeszcze nie pora. Co z Dianne? O bliźnięta nawet bała się zapytać.  

–  Jakoś  się  trzyma,  choć  jest  wyczerpana.  Przez  cały  czas  czuwała  przy  dziecku.  Teraz 

pielęgniarki dały jej tabletki nasenne, moŜe więc wreszcie trochę odpocznie.  

– A chłopcy? – zadała wreszcie to pytanie.  

– Declan świetnie, a Eamon... Właśnie mówiłem Jeremy’emu, Ŝe z nim jest trochę gorzej 

– zakończył zdławionym głosem.  

Alice  spojrzała  po  raz  pierwszy  na  chirurga.  Nieznacznie  skinęła  głową  na  powitanie. 

Gdy odwróciła się z powrotem do Josha, dostrzegła z przeraŜeniem spływające po policzkach 

ogromne łzy. PołoŜyła mu rękę na ramieniu.  

–  Zobaczysz,  Josh,  wszystko  będzie  dobrze.  Wpadłam  tylko,  Ŝeby  sprawdzić,  jak  sobie 

radzisz i czy mogę w czymś pomóc.  

Czuła się tak bezradna...  

– Rzeczywiście, właściwie moŜesz.  

– Co mam zrobić? – ponagliła go.  

Na bladej twarzy Josha pojawił się nieznaczny rumieniec.  

– No cóŜ, wiesz, z domu wychodziliśmy szybko, Dianne nie zabrała swoich... wiesz... W 

holu na dole jest apteka. Mogłabyś, Alice...  

– Rany boskie, Josh! – wtrącił się Jeremy. – Upadłeś na głowę i coś ci się przestawiło? 

– Wiem, wiem – odparł nieszczęśnik, czerwieniąc się jeszcze bardziej. – A jak ty byś się 

czul, gdybyś musiał je kupić? Co z twoim wizerunkiem chłodnego specjalisty? 

Absurdalność  tej  uwagi  wprowadziła  do  ponurej  sytuacji  element  humoru,  który 

wszystkim bardzo się przydał.  

–  Na  pewno  legnie  w  gruzach  –  zaŜartował  Jeremy.  –  Zaraz  wracam.  Alice,  kup  mu 

kanapkę  czy  coś  tam,  dobrze?  Ja  juŜ  próbowałem,  ale  nic  nie  zjadł.  Wygląda,  jakby  miał 

zemdleć.  

Gdy za Jeremym zamknęły się drzwi windy, Alice wzięła Josha pod rękę.  

–  Słyszałeś,  co  kazał  szef.  Chodź,  musisz  coś zjeść.  Przy  wejściu  na  oddział  połoŜniczy 

działał mały sklepik z napojami, jedzeniem, a takŜe ubrankami dla dzieci i misiami. Były teŜ 

baloniki  z  Ŝyczeniami  pomyślności  dla  chłopca,  dziewczynki...  nawet  bliźniąt.  Gdy  Alice 

kupowała kanapkę i dwie kawy, Josh patrzył na nie smutno.  

–  Nie  ma  balonu  z  Ŝyczeniem  „szybko  wyzdrowiej”  –  zauwaŜył.  –  Nie  myślałem,  Ŝe 

moŜe pójść aŜ tak źle.  

Alice przypomniała sobie słowa Fi, lecz zachowała je dla siebie.  

– Nie, to nie tak – ciągnął Josh. – WyobraŜałem sobie kaŜdy moŜliwy przebieg zdarzeń, 

tyle  Ŝe  tak  naprawdę  się  tym  nie  przejmowałem.  Byłem  po  prostu  przekonany,  Ŝe  wszystko 

pójdzie jak z płatka.  

background image

– To normalne, Josh, wszyscy tak myślą. Inaczej moŜna by zwariować.  

Przez kilka minut Josh wpatrywał się w milczeniu w filiŜankę z kawą.  

– Cieszę się, Ŝe nawet Jeremy tu przyszedł – odezwał się wreszcie. – Powiedział, Ŝebym 

nie myślał o pracy i wziął sobie tyle wolnego, ile chcę. Porządny facet, mimo wszystko.  

– TV go właściwie lubisz, prawda? – spytała ze zdziwieniem Alice.  

–  UwaŜam,  Ŝe  jest  wspaniały.  Dlaczego  cię  to  dziwi?  Alice  wzruszyła  ramionami.  Nie 

bardzo wiedziała, co odpowiedzieć.  

–  Sam  mówiłeś,  Ŝe  ma  nie  najlepszą  opinię.  Wiem,  oczywiście,  Ŝe  jest  świetnym 

chirurgiem, tyle Ŝe zbyt wielu osobom nastąpił na odcisk.  

Josh się uśmiechnął.  

– Tak, nie uwaŜał, gdyŜ spieszył się do sypialni. Ale wiesz, w głębi duszy to miły facet. 

Do diabła, ja sam, gdybym wyglądał tak...  

– Proszę! – Jeremy rzucił Joshowi na kolana wielką torbę. – Dla mnie, jak widzisz, to nie 

problem.  

Na twarzy Josha pojawił się uśmiech.  

–  Jeremy,  widzę,  Ŝe  wykupiłeś  cały  sklep.  O  proszę,  pasta  do  zębów,  pluszowy  miś, 

dezodorant... Zakryłeś tym wszystkim podpaski? 

Tym razem to Jeremy się zaczerwienił.  

– PrzecieŜ je kupiłem, prawda? 

Tę wymianę zdań przerwała połoŜna.  

– Doktorze Winters, Declan się obudził i strasznie krzyczy, a mamusia śpi. MoŜe chciałby 

pan go nakarmić? 

Josh zgodził się skwapliwie: 

– JuŜ idę. – Uśmiechnął się do Alice i Jeremy’ego. – Dziękuję za odwiedziny. Nie macie 

pojęcia, ile to dla mnie znaczyło.  

Szybko uściskał Alice, podał Jeremy’ęmu rękę i odszedł do dziecka.  

– A ty nie jesteś głodna? – zapytał Jeremy Alice.  

– Trochę. MoŜe teŜ wezmę kanapkę, nie będę musiała gotować.  

– To chyba nie najlepiej dla dziecka? Alice obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.  

–  Jesteś  specjalistą  od  odŜywiania  cięŜarnych  kobiet?  Zamierzam  wybrać  taką  z 

befsztykiem i naleśniki ze szpinakiem. DuŜo Ŝelaza.  

Jeremy pokręcił głową.  

–  śelazo  zniknęło  bez  śladu,  gdy  tylko  tutejsi  kucharze  zabrali  się  do  roboty.  Chodź, 

zjedzmy coś smaczniejszego.  

Zaprosił  ją  tak  naturalnie  i  tak  obojętnym  tonem,  Ŝe  trudno  to  było  właściwie  nazwać 

zaproszeniem. Alice wiedziała, Ŝe odmawiając, na pewno by się wygłupiła, a jednak...  

– Na co czekasz? – rzucił, dostrzegając jej wahanie. – Gdzie zaparkowałaś? 

– Nigdzie – odrzekła. – Przyjechałam tramwajem.  

– Świetnie, w ten sposób nie musimy się martwić o twój samochód.  

No cóŜ, pomyślała, biorąc torebkę. Czy mam w ogóle jakiś wybór? 

Wnętrze  sportowego  samochodu  Jeremy’ego  okazało  się  mile  klaustrofobiczne.  Z 

background image

powodu  nieprawdopodobnie  niskich  foteli  Jeremy  musiał  pomóc  Alice  zapiąć  pas,  którego 

najwidoczniej nie projektowano z myślą o kobietach w ciąŜy. Alice nigdy jeszcze nie poczuła 

z  równą  mocą,  Ŝe  jest  tak  pękata  i  nieatrakcyjna.  Jednocześnie  ciasnota  kabiny  boleśnie 

uzmysłowiła jej fakt, Ŝe Jeremy jest męŜczyzną  w kaŜdym  calu. Kiedy się nad nią pochylał, 

poczuła  subtelny  zapach  wody  kolońskiej,  na  ramieniu  dotyk  materiału  kosztownego 

garnituru,  no  i  w  ogóle  wraŜenie  męskiej  fizyczności.  Wcisnęła  się  w  fotel,  czyniąc 

beznadziejną próbę, by wydać się szczuplejszą. Po kilku próbach Jeremy ułoŜył jakoś pas na 

jej wielkim brzuchu i go zapiął. Myślała, Ŝe spali się ze wstydu.  

Nie  bez  znaczenia  był  teŜ  fakt,  Ŝe  miała  w  torebce  tylko  jeden  pięćdziesięciodolarowy 

banknot.  Zdegustowane  spojrzenie,  jakim  Jeremy  obrzucił  szpitalną  kanapkę,  nie 

pozostawiało  cienia  nadziei,  Ŝe  zatrzymają  się  przy  barze  z  hamburgerami.  Nie  zdziwiła  się 

wiec nawet, gdy zajechali pod hotel Hyatt.  

Wysiedli i ruszyli do wejścia.  

Na  szczęście  w  hotelu  był  takŜe  bar  samoobsługowy.  Alice  oceniła  w  myślach,  Ŝe 

zamówi makaron i wystarczy jej pieniędzy.  

Jeremy odrzucił jednak ze wstrętem jej sugestię.  

–  Przez  cały  dzień  harowałem,  bez  przerwy  byłem  na  nogach.  Nie  zamierzam  stać  w 

kolejce, idziemy dalej.  

Alice  się  najeŜyła.  On  jednak  jest  wyniosły  i  arogancki.  Jak  śmie  nie  liczyć  się  z  jej 

zdaniem i ciągnąć ją na kolację do pięciogwiazdkowej restauracji? 

Złość  jednak  szybko  jej  minęła.  Zasiadając  na  wygodnym  krześle,  spojrzała  na 

Jeremy’ego  i  napotkała  jego  wspaniały  uśmiech.  Morderstwo,  pomyślała  ponownie.  Temu 

człowiekowi  wybaczono  by  nawet  morderstwo.  Miała  w  końcu  kartę  kredytową.  Przyrzekła 

sobie,  Ŝe  będzie  z  niej  korzystać  tylko  w  razie  absolutnej  konieczności,  ale...  Znalazła  się 

przecieŜ w luksusowej restauracji, z zabójczo przystojnym męŜczyzną, który, tak się składa, 

jest jednocześnie jej szefem.  

Raz się Ŝyje, pomyślała. W końcu to jedzenie zrobi dobrze takŜe dziecku. Zamówiła stek 

ze świeŜymi jarzynami.  

Jeremy wybrał rybę.  

– Czy chciałby pan zobaczyć kartę win? Jeremy pokręcił głową.  

– Poproszę tylko wodę mineralną. Alice? 

– Ja teŜ.  

Zanim pojawiła się woda, kelner podał chleb i zabrał ze stołu kieliszki. Alice poczuła, Ŝe 

mija jej dobry nastrój.  

– No i jak ci się podoba? – zapytał Jeremy. Uśmiechnęła się.  

– Bardzo. Miałeś rację, nie mogę juŜ patrzeć na szpitalne kanapki.  

– Chodzi mi o pracę. Zaczerwieniła się.  

– Och... – Zjawił się kelner. Zabrał nóŜ Alice i połoŜył w to miejsce nóŜ do steków. – W 

porządku – odparta, gdy znów zostali sami.  

– Ale nie cudownie i wspaniale? 

– śeby opisać ostatnią noc, uŜyłabym innych słów. Jeremy spojrzał na nią z namysłem.  

background image

– Rozmawiałem z Lindą. Zawsze moŜe ci pomóc, wiesz przecieŜ.  

– Nie, Jeremy, nie wiem – odrzekła zdecydowanie, po raz pierwszy patrząc mu prosto w 

oczy.  –  Nie  interesują  mnie  te  wszystkie  podchody.  Zdaję  sobie  sprawę,  Ŝe  jestem  jeszcze 

bardzo  młodą  lekarką  i  nie  mam  złudzeń  co  do  własnego  znaczenia.  Kiedy  Linda  nie 

zapewniła,  Ŝe  zjawi  się  na  czas,  nie  miałam  wyboru.  Gdyby  coś  się  stało...  Jeremy  się 

skrzywił.  

–  Dzięki  Bogu,  do  tego  nie  doszło.  Dziś  po  południu  nasz  pacjent  czuł  się  juŜ  znacznie 

lepiej.  

Alice wypiła łyk wody.  

~  Cieszę  się.  Posłuchaj,  Jeremy,  Ŝeby  oddać  jej  sprawiedliwość  trzeba  powiedzieć,  Ŝe 

jednak przyszła.  

– Ale następnym razem dwa razy się zastanowisz, zanim do niej zatelefonujesz? 

– Właśnie. Taka sytuacja nie jest bezpieczna.  

–  Teraz  ty  posłuchaj,  ale  to  musi  pozostać  między  nami.  Trochę  jej  powiedziałem  do 

słuchu. Nie martw się tym wszystkim, będę czuwał nad rozwojem zdarzeń. Obiecaj mi, Ŝe w 

razie  potrzeby,  w  kaŜdej  sytuacji,  zawiadomisz  mnie  bez  wahania.  Nie  naraŜaj  na  szwank 

swojej dobrej opinii.  

– Nie ma obawy – odparła powaŜnym tonem. – Nie zamierzam naraŜać ani swojej opinii, 

ani pacjentów. O to naprawdę nie musisz się martwić.  

– Wiem.  

Zadowolona z zakończenia tej trochę krępującej rozmowy, Alice zajęła się przyniesionym 

właśnie  stekiem.  Nadzieję  na  przejście  do  lŜejszych  tematów  rozwiało  jednak  pytanie 

Jeremy’ego: 

– W jaki sposób zaszłaś w ciąŜę? Omal się nie zadławiła.  

– Co takiego? – zapytała, gdy  odzyskała  głos. –  Chcesz mi wmówić, Ŝe  nie wiesz, skąd 

się biorą dzieci? 

Jeremy się uśmiechnął, lecz nie ustępował.  

– To naturalne pytanie. Chodzi o to, czy celowo? 

– Nie twoja sprawa – warknęła. – Sam mi tłumaczyłeś, Ŝe nie muszę się nikomu z niczego 

spowiadać.  

– Mówiłem o pacjentach, a ja jestem przyjacielem. Spojrzała na niego ze zdumieniem.  

– Jesteś kolegą lekarzem i moim szefem.  

– Niech ci będzie, porozmawiajmy w takim razie o mnie. W tym jestem dobry.  

Znów  jego  twarz  rozjaśnił  ten  niesamowity  uśmiech.  CóŜ  takiego  w  końcu  się  stanie, 

pomyślała. To przecieŜ nie jest tajemnica państwowa.  

– Nie, nie celowo – wyznała. – Myślałam, Ŝe to oczywiste.  

–  Niektóre  kobiety  postanawiają  same  wychowywać  dziecko.  –  Nachylił  się  do  niej  nad 

stołem,  nie  zawracał  sobie  jednak  głowy  ściszeniem  głosu.  –  Moja  matka  zna  „pannę”  w 

kaŜdym  znaczeniu  tego  słowa,  która  znalazła  jednak  najwidoczniej  faceta  gotowego  wnieść 

wkład...  

Alice uniosła rękę.  

background image

–  Oszczędź  mi  szczegółów  –  poprosiła.  Zaczerwieniła  się,  gdyŜ  uśmiechnięty  kelner 

napełniał właśnie jej szklankę wodą.  

Jeremy  wybuchnął  śmiechem.  Jego  bezpośredniość  podziałała  na  Alice  dziwnie 

odświeŜająco.  Otworzyła  się.  Jedząc  znakomity  stek,  ujawniła  mu  najbardziej  bolesne 

szczegóły swego Ŝycia.  

–  Z  Marcusem  przez  dwa  lata  stanowiliśmy  parę.  Nigdy  nie  rozmawialiśmy  powaŜnie  o 

małŜeństwie,  wydawało  mi  się  jednak,  Ŝe  to  po  prostu  któregoś  dnia  nastąpi.  Oboje 

studiowaliśmy w Adelaide. Marcus zamierzał przejąć praktykę dentystyczną swojego wuja tu, 

w Melbourne...  

– A ty? – przerwał jej.  

– Skończę staŜ, potem zrobię specjalizację.  

– Jaką? 

–  Pediatryczną.  Tak,  na  pewno,  choć  fascynuje  mnie  teŜ  trochę  medycyna  ratunkowa. 

Najzabawniejsze, Ŝe właśnie przez pediatrię skomplikowałam sobie Ŝycie.  

– Tak? 

– Gdy odbywałam praktykę na pediatrii, mieliśmy na oddziale dziewczynkę – wyjaśniła. 

– Okazało się, Ŝe zaraŜoną ziarenkowcem. Braliśmy profilaktycznie antybiotyki.  

– PrzecieŜ wiedziałaś, Ŝe wchodzą w reakcję z pigułką? 

–  Wiedziałam  –  przyznała  ze  smutnym  uśmiechem  –  ale  Marcus  przyjechał 

nieoczekiwanie na weekend. Chciał mi zrobić niespodziankę. Wtedy po prostu zapomniałam.  

– Jak Marcus przyjął wieść o dziecku? 

Zanim odpowiedziała, przez dłuŜszą chwilę grzebała widelcem w jedzeniu.  

– Chciał, Ŝebym usunęła ciąŜę.  

– Oczywiście tego nie zrobiłaś? Alice wzruszyła ramionami.  

– Chciałabym powiedzieć, Ŝe nawet o tym nie pomyślałam, ale skłamałabym. Umówiłam 

się  juŜ  na  wizytę,  tyle  Ŝe  gdy  nadszedł  czas,  po  prostu  nie  mogłam.  Marcus  był  wściekły, 

powiedział,  Ŝe  to  rujnuje  mu  wszystkie  plany,  Ŝe  jeszcze  przez  wiele  lat  nie  zamierza  mieć 

dzieci. Chyba chciał, Ŝebyśmy zostali yuppisami, zarabiali krocie i mieszkali w penthausie.  

– Jak to się miało do twojej wizji przyszłości? Zastanowiła się.  

– Chyba nie miałam Ŝadnej wizji. Zrobić uprawnienia, specjalizację... Ja zresztą takŜe nie 

planowałam tak wcześnie dziecka, a juŜ na pewno tego, Ŝeby je samotnie wychowywać.  

– Poradzisz sobie – zauwaŜył Jeremy. – Z Marcusem to juŜ na pewno koniec? Nie wróci, 

gdy urodzisz dziecko? 

– Wątpię. Zresztą to bez znaczenia. Teraz ja sama juŜ go nie chcę. To jedno wiem z całą 

pewnością.  

– A twoi rodzice? 

Jeremy dostrzegł w oczach Alice błysk bólu.  

–  Z  nimi  jest  jeszcze  gorzej.  Harowali  i  oszczędzali,  Ŝebym  mogła  skończyć  studia.  W 

obecnej sytuacji nawet nie rozmawiamy.  

Jeremy  spojrzał  na  nią  ze  współczuciem  i  zajął  się  rybą.  Teraz  to  Alice  zadała  osobiste 

pytanie: 

background image

– Nadal masz bóle po tym wypadku, prawda? 

Nie zakrztusił się ani nie udawał, Ŝe grzebie sztućcami w jedzeniu, dostrzegła jednak, Ŝe 

stracił pewność siebie.  

– Wszyscy to zauwaŜyli? 

Nagle zrobiło jej się go Ŝal. MoŜe nie powinna była zadawać tego pytania? 

– Nie, o ile wiem, to nikt – odrzekła szybko. – Ja zobaczyłam to pierwszego dnia, kiedy 

zaskoczyłam  cię  z  tymi  proszkami.  Potem  widziałam,  Ŝe  cierpisz,  ale  tylko  dlatego,  Ŝe 

zwracałam na to uwagę. Jestem pewna, Ŝe poza mną nikt się nie zorientował.  

– Tak, mam bóle – przyznał cichym głosem. – Nie przez cały czas i na pewno nie takie, 

Ŝ

eby wpływały na moją pracę. Tyle Ŝe po kilku operacjach albo pod koniec cięŜkiego dnia... – 

Nie dokończył.  

– Bierzesz coś na to? 

– Paracetamol. Trochę pomaga.  

–  Trochę?  Jestem  pewna,  Ŝe  mógłbyś  brać  coś  mocniejszego.  To  znaczy  wieczorem,  w 

domu.  

–  W  domu?  Jestem  chirurgiem.  Muszę  zachować  stuprocentową  sprawność...  i  to  przez 

cały  czas.  Przypomnij  sobie  Lachlana  Scotta,  wtedy  w  nocy.  Co  bym  powiedział  jego 

rodzicom, gdybym nie mógł go powtórnie zoperować? Albo popełniłbym błąd? 

– Ale Jeremy – upierała się – wystarczyłby tylko troszkę mocniejszy lek.  

– Nie, Alice. Gdybym zaczął brać leki, oznaczałoby to, Ŝe wróciłem za wcześnie. Muszę 

wytrzymać. Chyba oboje nie mamy wyboru, prawda? – zakończył lekkim tonem.  

Alice roześmiała się.  

–  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  ja  nie  mam.  –  Uniosła  szklankę.  –  Wypijmy  za  tych,  którzy 

ponoszą cięŜar konsekwencji.  

Ich  spojrzenia  znów  się  spotkały.  Jeremy  ponownie  obdarzył  Alice  uśmiechem,  ona 

jednak nie odpowiedziała mu tym samym. Poczuła nagle, Ŝe ma w głowie zamęt, Ŝe nie moŜe 

zebrać  myśli.  Szybko  napiła  się  wody.  Oczywiście,  nie  zaczynam  się  w  nim  zakochiwać, 

pomyślała w panice. A moŜe wszystkim jego kobietom teŜ tak się początkowo wydawało? 

Teraz,  gdy  Jeremy  się  uśmiechnął,  zobaczyła  go  jakby  po  raz  pierwszy.  Nagłe  przestał 

być tylko przystojnym szefem. Stał się kimś, kto słuchał z zainteresowaniem opowieści o jej 

problemach, kimś, kto sam jest wraŜliwy na ciosy.  

– Co się stało? – zapytał nagle z troską w głosie.  

– Nic – odparła pospiesznie – dziecko akurat się poruszyło – skłamała.  

– Na pewno jesteś zmęczona. Poproszę o rachunek.  

Gdy dawał znak kelnerowi, zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu portfela.  

– Nawet o tym nie myśl – zaprotestował.  

– Nie, płacimy po połowie – upierała się. Jeremy’ego jakoś to rozbawiło.  

–  To  niesprawiedliwe.  Mieliśmy  wprawdzie  po  jednym  daniu,  ale  ty  wypiłaś  aŜ  dwie 

wody  mineralne.  Posłuchaj,  Alice,  musi  być  jakaś  nagroda  za  spędzenie  wieczoru  z 

zarozumiałym męskim szowinistą. Przyjmij choć taką rekompensatę.  

Przyjęła więc. I nie protestowała zbytnio, gdy Jeremy uparł się, by ją odwieźć do domu. 

background image

Gdy jednak zatrzymali się w końcu przed jej kamienicą, wpadła w panikę.  

– Eee, na pewno nie chcesz kawy, ani niczego? – zapytała modląc się, Ŝeby odmówił.  

Jej skromna, malutka kawalerka nie przypominała w niczym hotelu Hyatt. Poza tym nie 

pamiętała, czy przed wyjściem pościeliła łóŜko.  

– Właśnie marzyłem o kawie.  

 

Dzięki  Bogu,  łóŜko  było  posłane.  Gdy  robiła  kawę,  Jeremy  natychmiast  się  rozgościł. 

Zrzucił  mianowicie  buty  i  włączył  telewizor.  W  mieszkaniach  obcych  kobiet  czuje  się  jak  u 

siebie w domu, pomyślała Alice.  

Gdy  przyniosła  juŜ  kawę,  miała  do  wyboru  kanapę  i  podłogę.  Gdyby  jednak  usiadła  na 

podłodze,  miałaby  trudności  ze  wstaniem,  a  juŜ  na  pewno  nie  zrobiłaby  tego  w  estetyczny, 

kobiecy  sposób.  Musiała  więc  zająć  miejsce  na  kanapie,  obok  niego.  Ogarnęła  ją  taka  sama 

ś

wiadomość  jego  bliskości  jak  wcześniej  w  samochodzie.  Szukając  gorączkowo  tematu  do 

rozmowy, dostrzegła, Ŝe stłumił ziewnięcie.  

– Ty teŜ na pewno jesteś zmęczony – odezwała się wreszcie. – W końcu w nocy w ogóle 

nie spałeś.  

Wzruszył ramionami.  

– Taka praca... Alice wypiła łyk kawy.  

– Dobrze, Ŝe wczoraj spałeś w szpitalu i tak szybko przyszedłeś. – Paliły ją policzki, lecz 

nie mogła się powstrzymać przed zadaniem pytania. – Dlaczego zostałeś? 

Obserwowała go ukradkiem znad filiŜanki.  

–  Po  prostu  jego  stan  od  razu  mi  się  nie  podobał.  Właściwie  czekałem  na  telefon,  choć 

myślałem,  Ŝe  zadzwoni  Linda.  Poza  nim  mamy  zresztą  jeszcze  jeden  cięŜki  przypadek.  Jak 

łatwo się domyślić, nie lubię teraz przekraczać prędkości. Po co gnać po nocy samochodem...  

A zatem nie zaszył się gdzieś w szpitalu z jakąś kobietą. Na pewno? Kto mógł zaręczyć, 

Ŝ

e nie był z Carrie czy kimś innym? Jednak jego argumenty zabrzmiały przekonująco.  

– Nie wiem, Alice, czy  zdajesz sobie w pełni sprawę, jak sensownie wczoraj postąpiłaś. 

W takich sytuacjach hipotermia prowadzi często do zgonu. Na szczęście zaczęliśmy go z tego 

wyciągać dostatecznie szybko.  

– To Fi pierwsza się zorientowała. Jej powinieneś dziękować.  

– JuŜ to zrobiłem, ale ona miała rację, gratulując ci odwagi, tego, Ŝe zadzwoniłaś do mnie 

tylko na podstawie przeczucia. Pomogłaś nie tylko Lachlanowi, lecz takŜe mnie.  

– Tobie? W jaki sposób? 

–  Mówiłem  ci  juŜ,  Ŝe  wiele  osób  bardzo  uwaŜnie  mnie  obserwuje.  Śmierć  młodego 

człowieka jest zawsze tragiczna, a do tego syna kolegi ordynatora...  

–  Nikt  nie  mógłby  cię  winie,  Jeremy.  Wykonałeś  wspaniałą  robotę  w  sali  operacyjnej, 

zajmowałeś  się  nim  później.  Wiesz  lepiej  ode  mnie,  jak  trudno  zauwaŜyć  symptomy  szoku 

pooperacyjnego, zwłaszcza u kogoś tak młodego.  

Jeremy odstawił pustą filiŜankę.  

–  Mylisz  się,  Alice,  wiele  osób  czeka  na  moje  potknięcie,  jakiekolwiek.  NiewaŜne, 

zawinione czy nie. Konsekwencje byłyby dość ponure.  

background image

– Na szczęście do tego nie doszło – podsumowała łagodnie.  

– Dzięki Bogu. Wiem, Ŝe mogło być róŜnie. Ci, którzy poklepują mnie teraz po plecach, z 

rozkoszą wbiliby w nie nóŜ.  

– Ale dlaczego? Dlaczego miałoby komuś na czymś takim zaleŜeć? 

Jeremy westchnął.  

–  Nie  wszystkim  oczywiście.  Nie  mam  tak  wielu  wrogów.  Ci  nieliczni  są  jednak  dość 

potęŜni.  W  swoim  czasie  nie  pozwoliłem  paru  osobom  wtrącać  się  w  nie  swoje  sprawy. 

UwaŜają teraz, Ŝe mój wypadek to zasłuŜona kara. Zbieram, co posiałem, i tak dalej.  

– Chyba nie byłeś aŜ taki zły, Ŝeby ci się to naleŜało? 

– Jasne, Ŝe nie. – Jeremy zdobył się na uśmiech skruszonego grzesznika. – Przynajmniej 

ich córki są tego zdania.  

– Aha, zaczynam rozumieć.  

– Tak? 

Błękitne oczy wpatrywały się w Alice.  

– Doskonale.  

Uśmiechnął się tak, Ŝe podziałało to jak pieszczota. Poczuła, Ŝe coś w niej drgnęło, choć 

tym razem nie miało to nic wspólnego z dzieckiem.  

– Zrobić ci drugą kawę? – zapytała szybko. Jeremy jednak odmówił.  

– Lepiej juŜ sobie pójdę.  

Wstał. Uśmiechnął się, gdy Alice usiłowała nieporadnie pójść jego śladem. Niska kanapa 

jej tego nie ułatwiała. Wyciągnął do niej rękę. Niemal instynktownie ją chwyciła. Czując, Ŝe 

jest tak uwodzicielska jak małe słoniątko, zaśmiała się z zakłopotaniem.  

–  Kiedyś  byłam  sprawna  –  rzuciła  na  swoje  usprawiedliwienie.  –  Wydaje  się,  Ŝe  całe 

wieki temu.  

Nie  ruszył  się  z  miejsca,  nie  puścił  nawet  jej  dłoni.  Alice  czuła,  Ŝe  wytworzyło  się 

pomiędzy  nimi  jakieś  napięcie,  przypisywała  je  jednak  tylko  sobie.  Była  zbyt  świadoma 

swego stanu, by choćby przypuszczać, Ŝe Jeremy’ego mogłoby coś w niej interesować.  

– Dobranoc, Alice.  

Objął  ją  i  pocałował  w  policzek.  Zwykły,  zdawkowy  pocałunek  na  poŜegnanie,  tyle  Ŝe 

Alice  tak  go  nie  odebrała.  Odniosła  wraŜenie,  Ŝe  świat  powoli  wiruje.  KaŜdy  męŜczyzna 

mógłby zakończyć w ten sposób miły wieczór, nie ma się czego doszukiwać, myślała. To nic 

nie znaczy.  

Znaczyło  jednak,  i  to  wiele,  przyznała  w  duchu,  gdy  wreszcie  ją  puścił.  Bliskość 

Jeremy*ego  zapierała  jej  wprost  dech.  Zasługuje  w  pełni  na  swoją  opinię,  uznała.  Nic 

dziwnego,  Ŝe  te  wszystkie  kobiety  za  nim  szalały,  dodała  w  myślach,  gdy  odwrócił  się,  by 

odejść.  

– Śpij dobrze – zdołała wykrztusić. Jeremy skinął głową.  

– Co do tego nie mam Ŝadnych obaw. Obym tylko nie zaspał.  

Alice tknęła nagła myśl.  

– A moŜe to ty zamówiłeś dziś budzenie dla mnie? 

– Tak, jasne.  

background image

– Ale dlaczego? – zdumiała się.  

– UwaŜałem, Ŝe powinnaś odpocząć. Nie zaszkodziło przy tym przypomnieć Lindzie, ile 

pracy  wykonuje  staŜysta.  Ona  uwaŜa,  Ŝe  przez  rok  pracowała  za  cały  zespół,  choć  w 

rzeczywistości zastępowała tylko mnie.  

– Powiedziałam ci przecieŜ, Ŝe nie chcę Ŝadnego szczególnego traktowania.  

To juŜ przekracza wszelkie wyobraŜenie. Jeremy zamówił budzenie, Ŝeby przespała pełne 

cztery godziny. Kto by pomyślał, Ŝe tak o nią zadba? 

Jeremy zdawał się nie rozumieć, o co jej chodzi.  

–  Tak,  pamiętam.  Jeśli  ci  to  sprawi  przyjemność,  mogę  ci  jutro  dać  do  wiwatu.  Alice, 

trzydzieści  sześć  godzin  na  nogach  to  naprawdę  duŜo,  nawet  gdybyś  nie  była  w  ciąŜy.  Na 

dyŜurach powinnaś korzystać z kaŜdej okazji, Ŝeby trochę odpocząć.  

– Dz... dziękuję – wykrztusiła.  

Nie odpowiedział. Na poŜegnanie uniósł dłoń i otworzył drzwi. Alice patrzyła, jak znika 

za zakrętem schodów.  

W  pokoju  spojrzała  na  filiŜanki.  Stały  blisko  siebie.  W  powietrzu  unosił  się  jeszcze 

zapach  wody  kolońskiej.  Alice  zamknęła  na  chwilę  oczy.  Jeremy  to  ostatni  człowiek,  w 

którym  mogłaby  się  zakochać.  Facet  zmieniający  kobiety  jak  rękawiczki.  Tylko  tego  jej 

brakowało.  Tak  czy  owak,  pomyślała,  nie  jestem  w  jego  typie.  Lubił  podobno  kobiety  z 

długimi  włosami  i  duŜym  biustem,  nie  upierające  się  przy  swoim  zdaniu  i  raczej 

nieskomplikowane.  

Alice  nie  spełniała  Ŝadnego  z  tych  kryteriów.  Na  szczęście,  doszła  do  wniosku.  Tylko 

tego  brakowało,  Ŝeby  dzięki  niej  zrobił  sobie  kolejny  karb  na  krawędzi  łóŜka. Jeszcze  jedna 

kobieta  obnosząca  po  szpitalu  złamane  serce,  tylko  dlatego,  Ŝe  uległa  jego  czarowi.  Dzięki 

Bogu,  Ŝe  jestem  w  ciąŜy,  pomyślała.  Wiedziała  bowiem,  Ŝe  gdyby  nie  to,  pokazanie 

Jeremy’emu drzwi byłoby ponad jej siły.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Jeśli  –  a  to  ,  Jeśli”  miało  dla  Alice  fundamentalne  znaczenie  –  tamtego  wieczoru 

nawiązali  nawet  jakiś  delikatny  flirt,  w  szpitalu  nie  miało  to  Ŝadnego  znaczenia.  Jeremy  nie 

traktował  jej  wprawdzie  jak  silnego  niczym  tur  faceta,  ale  próŜnować  teŜ  jej  nie  pozwalał. 

Kilkakrotnie  spostrzegła  jednak,  Ŝe  na  nią  patrzy,  i  to  ewidentnie  jak  na  kobietę.  Choć 

powtarzała  sobie,  Ŝe  nie  chce  powtórki  tej  niby  randki,  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  w  głębi 

duszy tego pragnie.  

Darren Baker powrócił z urlopu. Josh stawił się w pracy po miesiącu. Mimo jednak tego, 

Ŝ

e zespół był po raz pierwszy od długiego czasu w komplecie, pracy ciągle przybywało.  

– Cholera, co ten Jeremy chce udowodnić? – zapytał Josh, przeglądając plan operacji na 

następny tydzień. – Tyle to się robi w ciągu miesiąca. Dobrze, Ŝe mamy wolny poniedziałek, 

bo  chyba  byśmy  padli.  Nie  ma  nawet  tylu  łóŜek  na  pooperacyjnej.  Kilku  pacjentów  trzeba 

będzie przesunąć.  

Alice nie uniosła wzroku znad kart.  

–  Nie  łudź  się.  Jeremy  załatwił  dodatkowe  łóŜka,  Ŝeby  skrócić  czas  oczekiwania  na 

operację.  Fi  właśnie  dzwoni  do  agencji  i  angaŜuje  dodatkowy  personel.  Jak  widać,  Jeremy 

załatwi w tydzień cały roczny budŜet oddziału.  

– Załatwi nie tylko budŜet. Dianne wyrzuci mnie z domu. jeśli będę nadal wracał o takich 

porach.  

Alice uniosła głowę. OdłoŜyła długopis i z rozkoszą wypiła łyk herbaty.  

–  A  jak  Dianne  się  czuje?  Wspominałeś,  Ŝe  nie  najlepiej?  Josh  przeczesał  dłonią  długie 

włosy.  

–  Sądzę,  Ŝe  jest  tylko  wyczerpana.  Declan  to  prawdziwy  szatan,  trudno  sobie  z  nim 

poradzić, a teraz mamy jeszcze w domu Eamona... – Odchylił się na krześle. – Nie skarŜymy 

się. Wypisali go szybko... To tak, jakby spełniły się wszystkie marzenia. Tyle Ŝe...  

Alice podjechała z krzesłem bliŜej Josha.  

– śe jesteście zmęczeni – dokończyła za niego. – Nie miej z tego powodu poczucia winy. 

Chore dziecko wymaga zwiększonej opieki, a zdrowe rozrabia. Minęło dopiero sześć tygodni. 

Dianne  na  pewno  jest  cięŜko,  zwłaszcza  od  czasu,  kiedy  wróciłeś  do  pracy.  Myślałeś  o 

zatrudnieniu kogoś do pomocy? 

Spojrzał w górę, jakby przyzywał niebiosa na ratunek.  

– Oczywiście to zaproponowałem. Dianne się rozpłakała, powiedziała, Ŝe ją oskarŜam, Ŝe 

jest złą matką.  

–  MoŜe  chodzi  o  coś  więcej  niŜ  zmęczenie  –  zasugerowała  ostroŜnie.  –  Dianne  mogła 

zapaść  na  poporodową  depresję.  Poród  z  komplikacjami,  chore  niemowlę,  bliźnięta...  To  są 

wszystko znane czynniki ryzyka. Mój połoŜnik dał mi na ten temat cały stos broszur.  

– Chyba masz rację, Alice. MoŜe powinienem nie zwaŜać na protesty i kogoś zatrudnić.  

– I niech się wybierze do lekarza, na kontrolę.  

– Dziękuję, Alice. Nie spodziewałem się, Ŝe z dziećmi jest tak trudno...  

background image

– Wystarczy – wycedziła. – Zaczynam mieć tremę.  

– Przepraszam – odparł z uśmiechem. – Ile ci jeszcze zostało? 

–  Siedem  tygodni  i  odliczanie,  co  oznacza,  Ŝe  przestanę  pracować  juŜ  za  cztery.  Muszę 

przyznać, Ŝe jest mi coraz trudniej wytoczyć się rano z łóŜka. Trzy dni wolnego to dla mnie 

prawdziwe wybawienie. Muszę je jak najlepiej wykorzystać.  

Josh skinął głową.  

–  Ja  teŜ  bym  chciał.  MoŜe  zadzwonię  do  mamy  i  poproszę,  Ŝeby  wpadła  na  weekend  i 

trochę nas odciąŜyła? 

Przerwali rozmowę, gdyŜ odezwał się pager. Alice wybrała numer centrali telefonicznej. 

Usłyszała miły głos: 

– Ktoś czeka na panią w recepcji, doktor Masters. Pan Marcus Collins. Skierować go na 

oddział, czy pani zejdzie? 

Poczuła się tak, jakby sufit nagle runął jej na głowę. Czego Marcus chce? Jak się powinna 

zachować? 

– Zejdę – wykrztusiła wreszcie.  

– Czy coś się stało? – zapytał Josh, widząc, Ŝe zbladła.  

–  Jeszcze  nie  wiem.  Posłuchaj,  Josh,  właściwie  juŜ  skończyłam,  została  do  wypełnienia 

tylko jedna karta. Mógłbyś to za mnie zrobić? 

– Jasne. Powiesz mi, jeśli coś się stanie, prawda? 

–  Coś,  o  czym  powinienem  wiedzieć?  –  usłyszeli  nagle.  Zaskoczeni  spojrzeli  na 

Jeremy’ego.  

– Nie, nic się nie stało – skłamała Alice. – Stary... stary przyjaciel wpadł mnie odwiedzić, 

czeka w recepcji. Prosiłam tylko Josha, Ŝeby wypełnił za mnie kartę.  

Na  szczęście  Ŝaden  z  męŜczyzn  o  nic  nie  zapytał.  Chwyciła  stetoskop  i  ruszyła  w 

kierunku recepcji. Serce podeszło jej do gardła. Próbowała odgadnąć, co ją czeka.  

Przywitał  ją  chłodno,  niezręcznie.  Nie  tylko  nie  patrzył  jej  w  oczy,  lecz  takŜe  starannie 

omijał wzrokiem jej brzuch.  

– Muszę z tobą porozmawiać, Alice.  

Przełknęła ślinę i skinęła głową.  

– Sprawdzę, czy jest jakiś wolny pokój.  

W końcu znalazła nie zajęte pomieszczenie. Usiadła, złoŜyła dłonie na kolanach. Marcus 

nie  skorzystał  z  drugiego  krzesła.  Stał,  opierając  się  o  zamknięte  drzwi,  jakby  chciał  sobie 

zapewnić drogę odwrotu.  

–  O  co  chodzi,  Marcus?  Myślałam,  Ŝe  juŜ  powiedziałeś  wszystko,  co  miałeś  do 

powiedzenia? 

– Trudno mi o tym mówić. Poznałem kogoś. Wkrótce bierzemy ślub.  

Patrzył wszędzie, tylko nie na nią.  

–  A  co  to  ma  wspólnego  ze  mną?  –  zapytała.  –  Chyba  nie  potrzebujesz  mojego 

pozwolenia? 

– Pewnie – odparł zirytowany.  

– Ona o mnie wie? To znaczy o naszym dziecku? 

background image

– Częściowo.  

Alice wstała. Złościła ją konieczność wydobywania z Marcusa informacji. W końcu to on 

chciał się z nią spotkać.  

–  To  znaczy,  w  jakiej  części,  Marcus?  śe  porzuciłeś  mnie,  gdy  tylko  zaszłam  w  ciąŜę? 

Wie  o  tym,  Ŝe  błagałeś  mnie  o  jej  usunięcie?  Wie,  Ŝe  za  niecałe  dwa  miesiące  zostaniesz 

ojcem? Jeśli nie, chyba powinieneś ją o tym poinformować. Nie przejmuj się, nie zamierzam 

błagać cię o pomoc, takŜe materialną. W ogóle nie wiem, co mnie to wszystko obchodzi, ale 

czy nie uwaŜasz, Ŝe na początku nowej drogi Ŝycia przydałoby się trochę uczciwości? 

– Powiedziałem jej – warknął. – A Yvonne przyjęła to bardzo dobrze. Niepokoi się tylko 

trochę,  czy  po  urodzeniu  dziecka  nie  będziesz  prosiła  o  pieniądze.  Wie,  ile  to  niekiedy 

wywołuje zamieszania, jest wychowawczynią w przedszkolu.  

– Specjalistka, co? Marcus westchnął.  

– Powinnaś na to spojrzeć z jej punktu widzenia – Alice osłupiała. Tak bardzo, Ŝe dopiero 

po  chwili  dotarło  do  niej  znaczenie  następnego  zdania:  –  W  kaŜdym  razie  powiedziałem 

Yvonne, Ŝe gdybyś nagle poprosiła o pieniądze, będę nalegał na przeprowadzenie testu DNA, 

po prostu, Ŝeby się upewnić.  

Przytrzymała się poręczy krzesła.  

– Upewnić co do czego? 

Musiała  źle  usłyszeć.  Marcus,  człowiek,  którego  kochała,  nie  mógł  przecieŜ  czegoś 

takiego powiedzieć? 

– Ze dziecko jest moje. Poczuła dławienie w gardle.  

– Właśnie to dałeś jej do zrozumienia? Ze ja cię zdradzałam, Ŝe poza tobą sypiałam, z kim 

popadnie? – Czuła, Ŝe wzrosło jej ciśnienie. Poczuła nagle, Ŝe tego juŜ za wiele. – Wynoś się! 

– krzyknęła. – JuŜ, natychmiast! 

Marcus  się  jednak  nie  poruszył.  Łkając,  dopadła  do  drzwi,  otworzyła  je  i  wybiegła  na 

korytarz. Prosto w ramiona Jeremy’ego.  

– Alice – usłyszała jego przepełniony troską głos. – Co się stało? 

Dygocząc i płacząc, oparła się o niego.  

– Proszę, powiedz mu, Ŝeby sobie poszedł.  

Jeremy spojrzał na Marcusa, który niepewnie przekroczył próg.  

– Alice, musimy porozmawiać, uporządkować sprawy.  

– To chyba nie najlepsza pora, prawda? – Brzmienie głosu Jeremy’ego przeraziło nawet 

Alice. – Chyba powinien pan usłuchać Alice i zniknąć.  

Przez  chwilę  wyglądało  na  to,  Ŝe  Marcus  będzie  się  spierał.  Coś  jednak  w  postawie 

Jeremy’ego kazało mu zrezygnować.  

– Dobrze, juŜ dobrze. O co tyle hałasu? Wpadłem tylko porozmawiać.  

Nie odwracając się, ruszył korytarzem. Alice przysięgła sobie, Ŝe tym samym odszedł na 

dobre z jej Ŝycia.  

– Rozumiem, Ŝe to był Marcus? 

Jeremy zaprowadził Alice z powrotem do pokoju i przysunął jej krzesło. Powstrzymał się 

przed  wygłoszeniem  uwagi,  Ŝe  ma  nadzieję,  Ŝe  osobowość  Marcusa  nie  jest  dziedziczna. 

background image

Moment nie był najlepszy  do tego rodzaju Ŝartów. Przyciągnął sobie drugie krzesło, usiadł i 

objął Alice.  

– Chciał się z tobą pogodzić? 

Była zbyt wstrząśnięta, by usłyszeć w głosie Jeremy’ego nutę niepokoju.  

– Niezupełnie – odpowiedziała. – Ostrzec, Ŝebym nie zawracała mu głowy. śeni się.  

– Bardzo mi przykro.  

– Nie, nie o to chodzi. Wszystko między nami jest definitywnie skończone. JuŜ od dawna. 

MoŜe sobie robić, co chce.  

– A jednak to moŜe trochę boleć. Zdecydowanie pokręciła głową.  

– O dziwo, nie. No dobrze, boli, choć nie za bardzo – przyznała niechętnie. – Powiedział, 

Ŝ

e jeśli poproszę go o pieniądze, zaŜąda testu DNA.  

– Aha. – Jeremy obejmował ją teraz nieco mocniej. – Ktoś porozmawiał z adwokatem.  

– Dlaczego tak uwaŜasz? 

–  Bo  to  ich  zwykła  taktyka.  Wyciąganie  wszystkiego,  celowe  komplikowanie 

najprostszych rzeczy.  

–  Ale  ja  w  ogóle  nie  zamierzałam  prosić  go  o  pieniądze.  Chcę  sama  utrzymywać  moje 

dziecko.  

–  Marcus  chyba  zdaje  sobie  z  tego  sprawę,  tyle  Ŝe  zamiast  wyznać  prawdę,  woli 

powiedzieć swojej dziewczynie, Ŝe nie wiadomo, czy jest ojcem.  

Te słowa miały sens. Przynajmniej na tyle, by Alice przestała płakać. Nagle spostrzegła, 

w czyich jest ramionach.  

– Skąd się tam wziąłeś? – zapytała, starając się wyswobodzić.  

Jeremy jednak przytrzymał ją mocniej.  

– Martwiłem się o ciebie. Zapytałem w recepcji, w którym jesteś pokoju.  

– Ale dlaczego? 

– Dlatego, Ŝe sądziłem, Ŝe tam wiedzą. I rzeczywiście wiedzieli.  

– Nie o to pytałam. Uśmiechnął się nieznacznie.  

– Pewnie, wiem. No dobrze. Martwiłem się, gdyŜ nie jesteś mi obojętna. – Popatrzyła na 

niego ze zdumieniem. – ZaleŜy mi na tobie, Alice.  

Dostrzegła  jego  zbliŜającą  się  twarz.  Powoli,  lecz  nieuchronnie.  Mogła  się  odsunąć, 

odwrócić  głowę,  pozostała  jednak  nieruchoma.  Poczuła  na  wargach  delikatny  pocałunek, 

uniosła  dłonie  i  dotknęła  jego  jedwabistych  włosów.  Fajerwerki  na  powitanie  trzeciego 

tysiąclecia wydawały się niczym w porównaniu z tym, co teraz czuła.  

Oszołomiona i zakłopotana, siedziała bez ruchu, gdy się w końcu odsunął.  

–  PrzecieŜ  musiałaś  to  zauwaŜyć?  –  zapytał  łagodnie.  Nieznacznie  zaprzeczyła  ruchem 

głowy.  

– Nie, niczego nie zauwaŜyłam. No, moŜe ten wieczór poza szpitalem... Ale myślałam, Ŝe 

po prostu zachowałeś się miło...  

Zabrakło  jej  słów.  Starała  się  patrzeć  mu  w  oczy,  nie  mogła  jednak  oderwać  wzroku  od 

jego ust.  

– Miło? A ja wychodziłem z siebie, Ŝeby cię uwieść. Co trzeba zrobić, Ŝeby wywrzeć na 

background image

tobie wraŜenie? 

Usłyszała w jego głosie Ŝartobliwą nutę.  

– Nie wpadło mi w ogóle do głowy, Ŝe mógłbyś się mną zainteresować.  

– Dlaczego? 

To pytanie tak ją rozbawiło, Ŝe roześmiała się głośno.  

– Dlatego, Ŝe jestem w ciąŜy, Jeremy. I to zaawansowanej. Noszę w sobie dziecko innego 

męŜczyzny. Trudno byłoby mnie wpisać na listę najbardziej poŜądanych kobiet w Australii.  

– Dzięki Bogu. Większość z nich jest nudna jak flaki z olejem. Coś o tym wiem.  

Fakt jej ciąŜy zdawał się rzeczywiście wcale mu nie przeszkadzać. Alice pokręciła głową. 

Ś

mieszyło ją i jednocześnie dziwiło, Ŝe ta rozmowa naprawdę ma miejsce.  

–  Przepraszam,  Ŝe  zachowałam  się  tak  histerycznie.  Nie  spodziewałam  się  Marcusa, 

zaskoczył mnie.  

Dawała mu w ten sposób szansę wycofania się, potraktowania tego zdarzenia tylko jako 

próby pocieszenia płaczącej kobiety.  

Jeremy nie skorzystał z otwartej przed nim furtki.  

–  Nie  przepraszaj,  miałaś  wszelkie  powody,  Ŝeby  się  zdenerwować.  Zresztą,  ucieszyłem 

się, Ŝe mam okazję otrzeć ci łzy. Zawsze przyjdę ci z pomocą. Mówię to na wypadek, gdybyś 

tego nie zauwaŜyła. – I kaŜdej innej, pomyślała, Ŝeby sprowadzić się na ziemię. – Co robisz w 

weekend? – zakończył.  

–  Nic  –  odparła.  Potem  jednak  dodała  szybko:  –  Nic  szczególnego.  W  poniedziałek 

wieczorem  idę  do  lekarza.  Ostrzegł  mnie,  Ŝe  jeśli  ciśnienie  mi  podskoczy,  wyśle  mnie  na 

przymusowy urlop. Zamierzam odpoczywać i niczym się nie przejmować.  

– A Marcus przypadkiem do ciebie nie wpadnie, Ŝeby podjąć przerwaną rozmowę? 

O tym nie pomyślała! 

–  Jeśli  nawet  nie  wpadnie  –  ciągnął  Jeremy,  nie  czekając  na  odpowiedź  –  przez  cały 

weekend będziesz się tym zamartwiać.  

– Chyba tak – przyznała.  

–  Zamiast  więc  grać  w  rosyjską  ruletkę  ze  swoim  ciśnieniem,  wybierz  się  ze  mną  do 

Sorrento.  Mam  tam  dom  letniskowy,  przy  plaŜy.  To  tylko  godzina  drogi,  a  na  pewno  byś 

dobrze odpoczęła. Basen, spacery nad morzem...  

– Nie, Jeremy, nie sądzę, Ŝeby to było właściwe.  

Nie chciała się wydać aŜ tak pruderyjna. Gdy Jeremy się roześmiał, ona równieŜ zdobyła 

się na uśmiech.  

– Przeciwnie. PoniewaŜ przyznaliśmy wreszcie, Ŝe się lubimy, spędzenie razem czasu jest 

absolutnie stosowne.  

Alice  pokręciła  głową.  Jak  moŜe  mu  powiedzieć,  Ŝe  nic  nie  zabrzmiałoby  bardziej 

kusząco, ale Ŝe jest tak gruba i mało seksowna, jak jeszcze nigdy dotąd? Poza tym weekend z 

Jeremym, choć z innych przyczyn, mógłby jej podnieść ciśnienie znacznie bardziej niŜ wizyta 

Marcusa.  

–  Daj  spokój,  Alice  –  nalegał  –  to  ci  dobrze  zrobi.  Uwierz  mi,  Ŝe  nie  chcę  cię  tam 

podstępnie  zwabić  w  jakichś  niecnych  celach.  Odpoczniesz,  poznamy  się  lepiej...  Poza  tym, 

background image

naprawdę  nie  masz  się  czego  obawiać.  Jesteś  w  ciąŜy,  a  mnie  bolą  plecy.  Wątpię,  czy 

potrafilibyśmy wnieść coś nowego do Kamasutry! 

Gdy  w  końcu  się  zgodziła,  zaczął  się  bardzo  spieszyć.  Nie  chciał  się  nawet  zatrzymać 

przy mieszkaniu Alice, by mogła zabrać jakieś rzeczy.  

– Wiele ci nie potrzeba, dostaniemy wszystko na miejscu. Znów zakładał, Ŝe albo ją na to 

stać, albo za nią zapłaci.  

Nie była pewna, który wariant bardziej ją niepokoi.  

–  Nie.  Muszę  wpaść  do  domu  –  oświadczyła  twardo,  gdy  Jeremy  znów  walczył  z  jej 

pasem. – Źle to zaprojektowali – mruknęła – przecieŜ nie jestem aŜ tak wielka.  

Takt nie stanowił silnej strony Jeremy’ego.  

–  Jesteś  ogromna,  Alice  –  zaprotestował.  Gdy  jednak  dostrzegł  jej  minę,  szybko  się 

zreflektował. – To przecieŜ dziecko. Z tyłu nawet trudno zgadnąć, Ŝe jesteś w ciąŜy.  

W mieszkaniu stał nad nią, gdy się pakowała.  

–  Po  co  ci  to,  u  diabła?  –  zapytał  po  raz  któryś  z  rzędu,  gdy  Alice  nawijała  na  rączkę 

przewód suszarki do włosów.  

–  Po  co?  Na  wypadek,  gdybym  chciała  coś  ugotować!  Do  czego  twoim  zdaniem  moŜe 

słuŜyć suszarka? 

–  Alice,  jedziemy  do  Sorrento,  nie  w  stepy  Mongolii.  W  domu  jest  parę  nowoczesnych 

urządzeń.  MoŜe  nawet  znajdzie  się  jakiś  ręcznik  –  dodał,  zabierając  jej  ten,  który  schludnie 

składała,  i  odrzucając  go  na  łóŜko.  –  Weź  kostium  kąpielowy,  coś  do  przebrania  się,  i 

jedziemy.  

–  Kostium?  Chyba  nie  mówisz  powaŜnie?  –  Wyjęła  z  szuflady  i  pokazała  mu  skąpe 

bikini. – Innego nie mam. Gdybym go  włoŜyła, przymknęliby mnie za obrazę moralności. – 

Spojrzała na cieniutkie paski materiału i westchnęła. – Ciekawe, czy kiedykolwiek jeszcze się 

w to wbiję? 

Z  westchnieniem  schowała  kostium  do  szuflady,  Jeremy  jednak  szybko  go  z  powrotem 

wydobył.  

– Na pewno pasuje. Kto wie, moŜe opalisz sobie brzuch i zrobisz furorę na porodówce? 

Przeglądała torebkę z kosmetykami.  

– Zanim zapytasz, po co mi makijaŜ – zaczęła, nie unosząc wzroku – powiem ci, Ŝe mogę 

mieć biały brzuch, ale nikt, powtarzam nikt nie zobaczy mnie bez makijaŜu.  

– Tyle zachodu, Ŝeby wyglądać naturalnie – zaŜartował później, umieszczając torbę Alice 

w bagaŜniku.  

Walka z pasem rozpoczęła się na nowo. Jeremy puścił do niej oko.  

– MoŜe jednak powinnaś zabrać ten ręcznik. Wiesz, jeśli odejdą ci wody na te skórzane 

siedzenia...  

O  tym  akurat  nie  myślała,  teraz  jednak  poczuła  nowego  rodzaju  niepokój.  Ruszyli. 

Jeremy  wybrał  drogę  nad  morzem.  Gdy  jechali  wzdłuŜ  zatoki,  widzieli  w  lusterku 

pomarańczowy  obraz  Melbourne.  W  ogóle  świat  wyglądał  pięknie.  Alice  rozglądała  się  na 

róŜne strony.  

– Na Oliver’s Hill jest punkt widokowy – poinformował ją. – Zatrzymamy się tam.  

background image

Gdy dotarli na miejsce, zaparkował, okrąŜył samochód i podał pasaŜerce rękę. Wysiadła i 

z  wraŜenia  otworzyła  szeroko  oczy.  Z  tyłu,  na  stoku,  błyszczały  w  słońcu  okna  domów 

zaprojektowane  tak,  by  nie  zabierać  nawet  centymetra  wspaniałej  panoramy  zatoki,  która 

rozciągała  się  przed  nimi  jak  bajeczna  podkowa  piasku  i  morza.  Na  końcu  stały  wieŜowce, 

zamienione teraz promieniami słońca w masę płynnego złota.  

– Piękny widok, prawda? – zauwaŜył Jeremy. – Nigdy mi się nie znudzi.  

Alice  chciała  potwierdzić,  lecz  ugryzła  się  w  język.  Słuchała  z  uwagą  dalszego  ciągu 

wypowiedzi.  

–  Po  wypadku,  kiedy  juŜ  mnie  wypisali  z  rehabilitacji,  matka  zabrała  mnie  prosto  do 

Sorrento,  Ŝebym  doszedł  do  siebie.  Po  drodze  zatrzymaliśmy  się  tu.  Stałem  w  tym  samym 

miejscu  co  teraz...  jakbym  to  wszystko  widział  po  raz  pierwszy.  –  Spojrzał  na  Alice.  – 

Czułem wdzięczność za to, Ŝe Ŝyję.  

Wyobraziła sobie Jeremy’ego, to, jak musiał się wtedy czuć. Teraz stała tu razem z nim, 

dzielił się z nią waŜną częścią swego Ŝycia. Uświadomiła sobie, Ŝe po raz pierwszy naprawdę 

ją  do  niego  dopuścił.  Odsłonił  trochę,  fragment  siebie.  Wiedziała  bez  cienia  wątpliwości,  Ŝe 

chciałaby więcej.  

 

Letnia  siedziba  Jeremy’ego  ociekała  luksusem.  Wielki  salon  z  białymi  ścianami, 

udekorowany kanapami obitymi błękitną skórą, wyglądał mimo rozciągającego się przed nim 

tarasu jak przedłuŜenie świetlistego oceanu, którego widok wypełniał sięgające od podłogi do 

sufitu ogromne okna.  

Gospodarz  oprowadzał  ją  krótko,  nie  chełpił  się  rezydencją,  chciał  tylko,  by  Alice 

poczuła się tu jak u siebie. Nic nie mówiła. Wszystko wydawało się jej surrealistyczne. Gdy 

dotarli do łazienki, mimowolnie wydała okrzyk podziwu.  

– Jest boska – zachwyciła się.  

– MoŜe chcesz się wykąpać? Na pewno znajdę jakiś ręcznik. – Na oczach Alice otworzył 

niewidoczne  wcześniej  drzwi,  za  którymi  piętrzyły  się  grube  i  wytworne  ręczniki.  –  Nie 

spiesz się. Zrobię coś na kolację.  

LeŜenie w wannie, z bąbelkami piany po szyję, oraz słuchanie odgłosów dobiegających z 

kuchni,  miało  w  sobie  coś  rozkosznie  dekadenckiego.  Sądząc  z  trzasku  rozbitego  talerza  i 

wypowiadanych  niekiedy  przekleństw,  Jeremy  nieczęsto  zajmował  się  robieniem  kolacji. 

Alice pokonała jednak odruch i nie  ruszyła mu na pomoc. Dopiero po dłuŜszym czasie,  gdy 

poczuła dochodzące z kuchni smakowite zapachy, wyszła z wanny i włoŜyła duŜy szlafrok.  

– Lepiej? – zapytał Jeremy na jej widok.  

– Znacznie lepiej. Pójdę się ubrać.  

– Alice, spokojnie, nie jesteśmy w restauracji. W tym szlafroku dobrze wyglądasz.  

Usłuchała.  Usadowiła  się  na  kanapie,  Jeremy  zaś  kończył  tymczasem  przygotowania  do 

kolacji.  

– Ładnie pachnie. Co to jest? – zapytała.  

– Miało być risotto – wyjaśnił, stawiając przy niej na stoliku pełną tacę. – MoŜe po tym, 

co zrobiłem, wymyślimy dla tego dania jakąś inną nazwę. Nie martw się, jutro zrobię zakupy 

background image

i nie umrzemy z głodu.  

Dziwne, pomyślała Alice. Słowa „zakupy” i . Jeremy” jakoś do siebie nie pasują.  

– Pyszne! – oznajmiła, gdy spróbowała. – Nie miałam pojęcia, Ŝe tak dobrze gotujesz.  

Jeremy spojrzał na nią z przeraŜeniem.  

–  Ja?  Gotuję?  Rosę,  gosposia,  zostawiła  to  dziś  rano  w  lodówce.  Musiałem  tylko 

podgrzać.  

–  A  te  wszystkie  hałasy  to  skąd?  Tylko  od  podgrzewania?  Jeremy,  myślałam,  Ŝe  co 

najmniej oprawiasz rybę.  

Posłał jej zakłopotany uśmiech.  

– Powinienem uwaŜać na to, co mówię, prawda? W kaŜdym razie sam utarłem parmezan, 

mam na to dowód.  

Gdy pokazał jej grubo zabandaŜowany palec, zaczęła się śmiać.  

Po kolacji siedzieli razem na kanapie. Jeremy otworzył wielkie szklane drzwi, za którymi 

rozpościerała  się  ciemna  teraz  zatoka.  Alice  opowiadała  o  swych  nadziejach  i  obawach,  o 

sobie i dziecku.  

– Martwię się, Ŝe będzie cierpiało z braku ojca.  

– Będzie miał ciebie. Spojrzała na niego.  

– Albo ona będzie miała. – Westchnęła. – Czy jednak ja sama wystarczę? 

~  Oczywiście.  Wiesz...  uwaŜam,  Ŝe  lepiej  jest  mieć  tylko  matkę,  która  naprawdę  kocha, 

niŜ znosić, na przykład raz w miesiącu, wizyty takiego ojca.  

– Mówisz tak, jakbyś to przemyślał. Jeremy poruszył się niespokojnie.  

–  Przemyślałem.  –  Zawahał  się,  spojrzał  na  zatokę,  potem  znów  na  Alice.  –  Nigdy 

nikomu  tego  nie  powiedziałem.  Nikomu  –  powtórzył  z  naciskiem.  –  MoŜe  dlatego,  Ŝe  po 

prostu nie wydawało mi się to waŜne. Moja biologiczna matka odeszła od ojca, gdy miałem 

trzy miesiące. Nigdy jej nie spotkałem. Znam ją tylko z fotografii.  

Alice nie potrafiła ukryć zdziwienia.  

– To znaczy, Ŝe matka, o której mi mówiłeś, nie jest twoją prawdziwą matką? 

Zobaczyła, jak sposępniał i poŜałowała, Ŝe nie ugryzła się w język.  

–  Jest,  Alice.  Mavis  jest  pod  kaŜdym  względem  moją  najprawdziwszą  matką.  – 

Uśmiechnął się. – Na początku była moją nianią, ojciec ją zatrudnił, bo jest wykwalifikowaną 

pielęgniarką. Po kilku miesiącach zakochali się w sobie. Ich małŜeństwo było wspaniałe.  

– Było? 

– Ojciec zmarł niedługo po moim wypadku. Miałem najlepszych rodziców, jakich moŜna 

sobie  wyobrazić.  Mavis  wstawała  do  mnie  w  nocy,  kiedy  mi  się  wyrzynały  ząbki,  widziała, 

jak  uczę  się  chodzić,  odbierała  mnie  ze  szkoły.  Siedziała  przy  mnie  dniami  i  nocami,  kiedy 

leŜałem na OIOM-ie. Jest moją „prawdziwą” matką.  

–  Na  pewno  jesteś  jednak  ciekawy,  to  znaczy...  Nie  myślisz  nigdy  o  prawdziwej... 

przepraszam,  biologicznej  matce?  Skąd  wiesz,  czy  nie  wywarło  to  na  ciebie  jakiegoś 

wpływu? 

– Kto to moŜe wiedzieć? Zapłaciłbym fortunę psychoanalitykowi, który by stwierdził, Ŝe 

traktuję  źle  kobiety  z  powodu  dezercji  matki.  Zawsze  to  jakieś  usprawiedliwienie.  Ale  nie, 

background image

Alice. Miałem piękne dzieciństwo i wspaniałych rodziców.  

– A dlaczego traktujesz źle kobiety? 

Zaczerwieniła  się,  zadając  to  pytanie.  Pewne  sprawy  wymagają  jednak  wyjaśnienia. 

Jeremy spojrzał na nią. Uznała, Ŝe jego oczy są błękitne jak morze i Ŝe równie łatwo w nich 

utonąć. Speszyła się jeszcze bardziej.  

– Na pewno chcesz wiedzieć? – zapyta! powaŜnie, Alice zaś skinęła głową. – Bo zawsze 

uchodziło  mi  to  na  sucho.  Wiem,  Ŝe  trudno  to  uznać  za  usprawiedliwienie,  ale  taka  jest 

prawda.  

– Czy byłeś kiedykolwiek zakochany? 

Długo  nie  odpowiadał.  Gdy  wreszcie  potwierdził  skinieniem  głowy,  Ałice  poczuła 

przypływ paniki. Chciała poznać prawdę, nie wiedziała jednak, czy potrafi ją znieść.  

– Tak, jeden raz. – Wstał i powoli wyszedł na taras. Alice uniosła się z trudem i wyszła za 

nim. – I zamieniłem jej Ŝycie w piekło.  

– Jak się nazywała? 

– Olivia – odparł  cicho,  tak Ŝe ledwie dosłyszała. – Byliśmy ze sobą przez pięć lat, a ja 

wszystko zepsułem.  

– Miąłeś romans na boku? 

Usłyszała jego śmiech, w którym zabrzmiała jednak nuta rozpaczy..  

– O jednym wiedziała, o drugim nie.  

– Ale dlaczego, Jeremy? Skoro ją kochałeś, dlaczego tak postąpiłeś? 

–  Dlatego,  Ŝe  kiedy  byliśmy  razem,  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  Ŝe  ją  kocham.  Kiedy 

Olivia  się  zorientowała,  natychmiast  ode  mnie  odeszła.  Odszukałem  ją,  lecz  za  późno. 

Poznała juŜ kogoś i nie chciała mnie  widzieć na  oczy. No  cóŜ, myślisz pewnie, Ŝe dostałem 

nauczkę  i  zmądrzałem. Nic  z  tego,  zacząłem  wieść  dość  hulaszcze  Ŝycie,  jakby  jej  na  złość. 

Mało to dojrzałe, prawda? 

– A później? 

–  Wydarzył  się  wypadek.  Byłem  zmęczony,  jechałem  za  szybko  i  ledwie  przeŜyłem. 

Potem  trzy  miesiące  nieruchomo  na  plecach,  na  wyciągu,  moŜe  naprawdę  przynieść 

otrzeźwienie. Miałem masę czasu na przemyślenia, zorientowanie się, jaki byłem głupi.  

– Czy Olivia cię odwiedziła? – Gdy skinął głową, poczuła ukłucie zazdrości. – Nadal ją 

kochasz? – zapytała niby obojętnie.  

–  Nie,  to  juŜ  przeszłość.  Jest  po  uszy  zakochana,  teraz  ma  pewnie  małe,  rude  dzieci. 

Cieszę się z tego, naprawdę. Kochałem ją, nadal bardzo mnie obchodzą jej losy, ale Ŝycie nie 

stoi  w  miejscu.  Wszystko  się  zmienia,  ja  teŜ.  Mam  nadzieję,  Ŝe  udowodnię  ci,  Ŝe  się 

zmieniłem. Jeśli tylko dasz mi szansę.  

Alice rozwaŜała jego słowa. Nie postąpił zbyt pięknie, teraz jednak uczciwie się do tego 

przyznawał.  Takie  wyznanie  musiało  go  wiele  kosztować.  Tak  czy  owak,  ta  rozmowa  nieco 

zbliŜyła  ich  do  siebie.  Fakt,  Ŝe  wzajemnie  coś  do  siebie  czuli,  nie  ulegał  juŜ  wątpliwości. 

Alice przeraŜały tylko moŜliwe skutki tego stanu rzeczy.  

Później,  na  tarasie,  czuła  nocną  bryzę  omiatającą  jej  delikatnie  twarz.  Stojący  koło  niej 

Jeremy  działał  jak  magnes.  Powoli,  z  wahaniem,  odwróciła  się  do  niego.  Ten  drobny  lecz 

background image

znaczący ruch był wszystkim, czego potrzebował. Objął ją i przyciągnął do siebie.  

Czuła jego silne  ramiona, dotykała  go swym brzuchem. Powoli jego  ręce  przesunęły się 

wyŜej,  aŜ  ujęły  jej  twarz.  Pocałował  ją,  powoli  i  gorąco.  Oszołomiona  poŜądaniem, 

odwzajemniła pocałunek. Czy to nie za duŜo? – pomyślała.  

To jednak on pierwszy się opamiętał.  

– Och, Alice! – Zatopił twarz w jej włosach. – Nie wiesz nawet, jak się przy tobie czuję. 

Co to było? – odsunął się nagle i obrzucił ją zdumionym spojrzeniem. – Dziecko? – No i czar 

chwili  prysł.  Alice  mogła  się  tylko  roześmiać.  Spojrzał  na  jej  brzuch  i  niepewnie  wyciągnął 

rękę. – Mogę? 

Ujęła  jego  dłoń,  naprowadziła  ją  na  miejsce,  w  którym  wyczuwało  się  ruchy  dziecka. 

Patrzyła na Jeremy’ego i czekała. Dostrzegła w jego oczach niemal dziecinną fascynację. Być 

moŜe speszone publicznością, dziecko zakończyło przedstawienie.  

– Chyba poszło spać – mruknęła, gdy Jeremy z ociąganiem cofnął rękę.  

– Ty teŜ powinnaś to zrobić. – Delikatnie ją pocałował. – W sumie miałaś wyczerpujący 

dzień.  

Zaprowadził  ją  do  oddzielnej  sypialni  i  jeszcze  raz  pocałował  na  dobranoc.  Alice 

zamknęła  za  nim  drzwi,  opadła  na  łóŜko  i  niemal  zatkała.  Pragnęła  go  tak  bardzo,  Ŝe  nie 

zaprotestowałaby,  gdyby  chciał  zostać.  Czuła  jednak  wdzięczność  za  to,  Ŝe  nie  nalegał,  Ŝe 

dawał jej czas, by mogła się zastanowić.  

Zdjęła  szlafrok,  ułoŜyła  go  starannie  w  zasięgu  ręki.  Długo  leŜała,  wpatrując  się  w 

ciemność i słuchając szumu uderzających o brzeg fal. Miała niemal bolesną świadomość tego, 

Ŝ

e  Jeremy  leŜy  w  łóŜku  w  sąsiedniej  sypialni.  Czuła  jeszcze  na  ustach  jego  pocałunki,  całe 

ciało  zdawało  się  budzić  z  głębokiego  snu,  powracać  do  Ŝycia.  Starała  się  nie  myśleć,  jaki 

byłby  Jeremy  jako  kochanek,  lecz  usiłowania  te  spełzały  na  niczym.  Przestań,  powtarzała 

sobie w myślach.  

Sen jednak, o którym marzyła przez cały tydzień, nie nadchodził. Poza tym musiała pójść 

do  łazienki.  Wstała,  włoŜyła  szlafrok  i  ruszyła  na  palcach  do  pogrąŜonego  w  ciemnościach 

holu.  Trochę  błądziła,  w  końcu  jednak  znalazła  łazienkę.  Starając  się  zrobić  jak  najmniej 

hałasu, przeszła potem do kuchni, otworzyła lodówkę i nalała szklankę wody.  

– Wszystko w porządku? 

Na dźwięk głosu Jeremy’ego odwróciła się i uśmiechnęła.  

– Tak, chcę tylko pić. Przykro mi, Ŝe cię obudziłam.  

– I tak nie mogłem zasnąć.  

– Dlaczego? – zapytała i od razu zaczerwieniła się, przypominając sobie powód własnej 

bezsenności.  

Okazało się jednak, Ŝe Jeremy nie spał z bardziej praktycznych powodów.  

–  Pomyślałem  sobie,  co  by  było,  gdybyś  nagle  zaczęła  rodzić?  Czy  powinienem  cię 

zawieźć do najbliŜszego szpitala, czy do naszego? A moŜe wezwać karetkę? 

– Jeremy – pouczyła go – zostało jeszcze siedem tygodni. Poza tym na pewno zorientuję 

się z wyprzedzeniem, Ŝe zbliŜa się poród. To się nie dzieje tak nagle.  

–  Wiem,  wiem.  –  Uśmiechnął  się  bezradnie.  –  Mówiłem  ci  juŜ,  Ŝe  boję  się  cięŜarnych 

background image

kobiet.  

– Nie ma w nas nic nienormalnego, naprawdę. Podejdź tutaj, znów zaczęło się ruszać.  

Tym razem, gdy umieściła jego dłoń na brzuchu, dziecko dało całą serię kopnięć. Jeremy 

uśmiechnął się.  

– Silne – zauwaŜył z podziwem.  

Spojrzała na jego ciało, niemal nagie pod owiniętym wokół bioder ręcznikiem. Jej uwagę 

przykuła  dość  świeŜa  blizna  na  piersi,  szpecąca  jego  doskonałe  ciało.  Wyciągnęła  rękę, 

dotknęła blizny chłodną po kontakcie z zimną wodą dłonią.  

Wstrzymując oddech, uniosła wzrok. Patrzył na nią.  

– Biedactwo.  

Czuła  na  policzku  jego  oddech.  Nachyliła  się.  Przesuwała  delikatnie  chłodne  od  wody 

usta  wzdłuŜ  blizny.  Słyszała,  Ŝe  Jeremy  głośno  oddycha.  Zatopił  dłoń  w  jej  włosach,  drugą 

ręką usiłował rozwiązać  pasek szlafroka. Pomogła mu. Zsunął jej szlafrok z ramion, tkanina 

bezgłośnie upadła na podłogę.  

Widok jego twarzy sprawił, Ŝe resztki jej zdenerwowania minęły. Nigdy jeszcze, w całym 

swoim Ŝyciu, nie czuła się tak kobieca, tak zmysłowa. WraŜenie, jakie jej nagie ciało wywarło 

na  Jeremym,  stanowiło  najlepszą  nagrodę  za  odwagę.  Powoli  ruszyli  do  jego  sypialni.  Tam 

Jeremy pomógł jej się połoŜyć.  

– Pragnę cię, Alice. Powiedz, Ŝe ty teŜ mnie pragniesz. Odpowiedziała mu pocałunkiem. 

Przywarli do siebie.  

Alice czuła, jak rozpala ją poŜądanie, jak ciało Jeremy’ego domaga się spełnienia.  

– Nie chcę zrobić ci krzywdy – szepnął. Wiedziała, Ŝe musi mu pomóc.  

–  Nie  zrobisz  –  mruknęła,  siadając  na  nim.  Poruszali  się  początkowo  ostroŜnie,  potem 

coraz  szybciej,  śmielej.  Pieścił  jej  wspaniałe,  nabrzmiałe  piersi,  robił  to  jednak  delikatnie, 

przez  cały  czas  świadom  jej  stanu.  Traktował  ją  z  czcią  dającą  świadectwo  nowo  odkrytej 

miłości.  Otworzyła  oczy,  spojrzeli  na  siebie.  Poddała  się  wybuchowi  rozkoszy,  który  ją 

ogarnął.  Potem,  gdy  leŜeli  obok  siebie  spleceni  w  czułym  uścisku,  pomyślała,  Ŝe  to  dopiero 

początek długiej drogi.  

– Więc tak to się przejawia – usłyszała jego głos.  

– Co? – zapytała, wtulając mocniej głowę w jego ramię.  

– Miłość – padła prosta odpowiedź.  

Poczuła,  Ŝe  po  policzku  spływa  jej  łza.  Mimo  radości,  mimo  tego,  co  sama  właśnie 

doświadczyła, Ŝałowała jednego. Dziecko, które w sobie nosi, nie było jego.  

– Alice, coś nie tak? – Usłyszała w jego głosie niepokój. Milczała, by nie zorientował się, 

Ŝ

e jest smutna. Pokręciła tylko przecząco głową. – No to dobranoc.  

Pocałował ją delikatnie. Poczuł, Ŝe Alice rozluźnia się w jego objęciach, Ŝe oddycha coraz 

spokojniej,  a  wreszcie  zasypia.  Gdy  zapadał  w  sen  z  ręką  na  brzuchu  Alice,  myślał  jeszcze 

tylko o tym, Ŝe chciałby, by dziecko kobiety, którą kocha, było jego.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

We dnie leŜeli leniwie na słońcu, ochładzając się od czasu do czasu w wielkim błękitnym 

basenie. Tylko raz opuścili posiadłość. Poszli na spacer do Sorrento, do restauracji z owocami 

morza,  najlepszej,  jak  zapewniał  Jeremy,  na  półkuli  południowej.  Wzięli jednak  jedzenie  na 

wynos.  

Siedzieli  potem  na  plaŜy  i  wyciskali  sok  z  cytryny  na  duŜe  krewetki.  Odpływał  właśnie 

prom  do  Queensciiff.  Alice  patrzyła  na  niego,  rzucając  od  niechcenia  mewom  pozostałe 

frytki.  

– Następnym razem popłyniemy. – Jeremy przerwał jej sen na jawie. – Mają tam świetne 

restauracje.  

AHce uśmiechnęła się błogo.  

– Na pewno nie lepsze od tej.  

–  Chcesz  się  załoŜyć?  –  zapytał  Ŝartobliwie  i  dodał:  –  Nie  wspomniałem  ci  jeszcze  o 

fajnym  hotelu.  Moglibyśmy  tam  właśnie  wchodzić  do  łoŜa  z  baldachimem  w  apartamencie 

dla nowoŜeńców.  

– No, skoro tak...  

Wstali, wzięli się za ręce i ruszyli w drogę powrotna.. Choć na jej końcu nie znaleźli ani 

restauracji  ze  srebrnymi  sztućcami,  ani  łoŜa  z  baldachimem,  kochali  się  tak  romantycznie  i 

czule jak nowoŜeńcy. Alice wiedziała, Ŝe z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić – oboje o 

tym  wiedzieli.  Z  powodu  dziecka,  a  w  bliŜszej  perspektywie  pracy,  nie  mieli  luksusu 

nadmiaru czasu, musieli się spieszyć, korzystać z chwili. Nie rozmawiali o przyszłości.  

Tę zmowę milczenia przerwał pierwszy Jeremy.  

– Jakie masz teraz ciśnienie? – zapytał.  

–  Hm?  –  Spod  półprzymkniętych  powiek  spojrzała  na  ręce  Jeremy’ego,  który  właśnie 

masował jej ramiona. – Chyba tak niskie, Ŝe Brett Halliday nazwie je podciśnieniem.  

Siedziała  na  podłodze,  nie  widziała  więc  twarzy  rozmówcy.  Poczuła  jednak,  Ŝe  zacisnął 

dłonie na jej ramionach i niespokojnie się poruszyła.  

– A moŜe byś sobie odpuściła, Alice? Czeka nas cięŜki tydzień. Na pewno nie wpłynie to 

dobrze ani na ciebie, ani na dziecko.  

– UwaŜasz, Ŝe naraŜałabym dziecko? Odsunęła jego dłonie.  

–  Jasne,  Ŝe  nie  –  odrzekł  po  chwili  i  wznowił  masaŜ.  –  Wiem,  Ŝe  to  wszystko  stało  się 

bardzo  szybko,  sam  jestem  zdziwiony,  ale  to  dobrze.  Czuję  się,  jakbym  przez  całe  Ŝycie 

czekał  na  tę  chwilę,  na  to,  Ŝeby  się  zakochać  po  uszy  i  do  końca.  Jeśli  to  brzmi  zbyt 

sentymentalnie, trudno, nie będę przepraszał.  

Poczuł, Ŝe Alice zaczęła się rozluźniać. Mówił dalej, postanowił kuć Ŝelazo póki gorące.  

– Kocham cię, a to oznacza, Ŝe chcę dbać takŜe o twoje zdrowie. Nie chcę, Ŝebyś miała 

kłopoty z ciśnieniem. Chciałbym, Ŝebyś wypoczywała w domu, a nie stała przez cały dzień w 

sali operacyjnej, a w nocy pełniła dyŜury.  

Rozumiała go aŜ za dobrze. Praca... Teraz jest jednak przede wszystkim kobietą. Kobietą 

background image

w  zaawansowanej  ciąŜy,  zmęczoną,  która  powinna  odpocząć  i  skoncentrować  się  na 

noszonym w sobie Ŝyciu. Jak łatwo byłoby poddać się, oprzeć się na Jeremym, pozwolić mu 

decydować  za  nią.  ZłoŜyła  jednak  obietnicę  dziecku.  Nie  moŜe  sobie  po  prostu  pozwolić  na 

luksus wyboru, musi wytrzymać. Aby ukryć te rozterki, odezwała się złośliwym tonem: 

–  Takie  jest  zalecenie  wielkiego  doktora  Fostera?  Kobiety  potrafią  sobie  radzić  bez 

męŜczyzn, chyba o tym wiesz? 

Odwróciła się, by spojrzeć mu w oczy.  

–  Nie  wątpię,  Ŝe  potrafisz  sobie  radzić,  Alice.  Mówię  tylko,  Ŝe  juŜ  nie  musisz  się 

zaharowywać na śmierć.  

– Bo ty się nami zajmiesz...  

Choć wypowiedziała te słowa drwiącym tonem, Jeremy nie dał się sprowokować.  

– Jeśli tylko mi pozwolisz.  

Alice  milczała,  zbierała  myśli.  Potrzebowała  trochę  czasu  do  namysłu.  Zdarzenia 

następowały po sobie zbyt szybko.  

– Nie mogę, Jeremy. – Dostrzegła w jego oczach ból.  

– Gdybyśmy dłuŜej pozostali razem, gdyby to było nasze dziecko... – Spojrzała na niego z 

zakłopotaniem.  –  Nie  twierdzę,  Ŝe  ci  nie  ufam,  ale  muszę  skończyć  staŜ.  Mam  swoje  plany, 

bardzo  waŜne.  Chcę  się  przenieść  na  wieś,  wychowywać  tam  dziecko.  Przynajmniej 

powinnam, nie, właściwie muszę mieć taką moŜliwość, jak asa w rękawie. Nie mogę ot tak, 

po prostu, ze wszystkiego zrezygnować pod wpływem jednego weekendu.  

– Cenię twoją szczerość. – Jeremy wziął głęboki oddech.  

– Wyjdź za mnie, Alice. – Wpatrywał się w nią, czekał na odpowiedź. Nie doczekał się, 

dodał więc: – Proszę.  

Alice  przez  chwilę  nie  wierzyła,  Ŝe  naprawdę  padły  te  słowa.  Kochała  Jeremy’ego,  a 

mimo gorzkich doświadczeń z innym męŜczyzną ufała, Ŝe Jeremy takŜe ją pokochał. Tego się 

jednak  nie  spodziewała,  nigdy,  nawet  za  milion  lat.  Ponadto,  gdzieś  w  zakamarkach  umysłu 

kołatało  się  nieprzyjemne  ostrzeŜenie.  Przed  przeszłością  Jeremy’ego,  jego  ewidentną 

niezdolnością do dochowania wierności. Musiała to spokojnie przemyśleć.  

– Nie poprosiłbyś mnie o rękę, gdybym nie była w ciąŜy – zauwaŜyła w końcu.  

Spojrzał na nią z namysłem.  

– Naprawdę nie  chcę ci  tego przypominać, ale to nie jest moje dziecko. PrzecieŜ w tym 

sensie nie muszę się z tobą Ŝenić.  

– Wiem – zgodziła się i uśmiechnęła. – Taka jest prawda, Jeremy. – Ujęła go za ręce. – 

Cieszę  się  z  twoich  oświadczyn,  ale  to  niedobra  pora.  Poproś  mnie  o  rękę,  kiedy  będę 

szczupła i piękna, kiedy zegar nie będzie tykał.  

– Mam czekać? Uśmiechnęła się szerzej.  

–  Aha.  Co  ty  w  ogóle  wiesz  o  czekaniu?  Jestem  pewna,  Ŝe  zawsze  mogłeś  mieć 

natychmiast wszystko, czego chciałeś.  

– Do tej pory.  

–  Powiedzmy,  Ŝe  sprawa  pozostaje  w  zawieszeniu.  Potrzebuję  tego,  Jeremy.  Jeśli 

naprawdę mamy być razem, mała zwłoka tego nie zmieni.  

background image

Tym musiał się zadowolić.  

W drodze powrotnej znów podziwiali piękno zatoki. Alice rozmyślała o wydarzeniach, w 

jakie  niespodziewanie  obfitował  kończący  się  weekend.  Zakochała  się,  Jeremy  się  jej 

oświadczył.  Poza  tym  jego  miłość  pozwoliła  jej  odkryć  w  sobie  pokłady  zmysłowości, 

których istnienia nawet nie podejrzewała. Niemal się uszczypnęła, by się przekonać, Ŝe to nie 

sen.  

– O której masz wizytę? – zapytał.  

– O piątej trzydzieści. Jeremy spojrzał na zegarek.  

– Dojedziemy sporo przed czasem.  

Skinęła głową. Po raz pierwszy nie denerwowała się przed spotkaniem z Brettem. Jeszcze 

nigdy nie czuła się tak spokojna i zadowolona. Ciśnienie musiało spaść.  

Gdy Jeremy zatrzymał samochód, odpięła pas.  

– To nie potrwa długo. Skinął głową.  

– Niech sobie trwa, ile chce. Wejdę z tobą, mogę? Zawahała się.  

– Chodź – poprosiła.  

 

–  Doktor  Masters,  próbowałam  się  do  pani  dodzwonić.  –  Madge  uśmiechnęła  się 

przepraszająco. – Bretta wezwano do cesarskiego cięcia. Musiał odwołać dzisiejsze wizyty.  

– Nie szkodzi, Madge – odrzekła. – Czy mogę się od razu zapisać na następny termin? 

–  Nie,  Brett  chce  panią  widzieć  co  tydzień,  powiedział  to  bardzo  wyraźnie.  Mogę  panią 

upchnąć jutro, o dziesiątej. Albo w środę, o szesnastej? 

Alice nie zwracała uwagi na Jeremy’ego, choć niemal fizycznie czuła, jak się najeŜył.  

– Dobrze, w środę o szesnastej. Do zobaczenia. Gdy tylko wyszli, Jeremy zadał pytanie: 

– Dlaczego nie umówiłaś się na rano? ~ Bo rano będę w pracy.  

–  Poradzilibyśmy  sobie.  Ta  wizyta  jest  waŜna.  Alice  stała  przy  samochodzie,  Jeremy 

otwierał drzwi.  

– I odbędzie się, tyle Ŝe w środę.  

Nie spierał się juŜ, widać jednak było, Ŝe nie jest zachwycony.  

–  Posłuchaj, Jeremy,  jeśli  zacznę  sobie  wychodzić  ze  szpitala,  kiedy  tylko  nabiorę  na  to 

ochoty, a ty będziesz to bez zastrzeŜeń akceptował, ludzie zaczną plotkować.  

Nonszalancko wzruszył ramionami.  

– Niech sobie plotkują. PrzecieŜ niczego nie musimy się wstydzić.  

– Wiem, ale kiedy to wyjdzie na jaw...  

Niemal  słyszała  juŜ  plotki  krąŜące  po  oddziałach,  wiszące  w  powietrzu  pytania,  których 

nikt im nie zada.  

– Chciałabyś zachować to w tajemnicy? Alice skinęła głową.  

– Przynajmniej do końca staŜu, to chyba najlepsze rozwiązanie? 

Jeremy przekręcił kluczyk w stacyjce.  

–  Skoro  tak  wolisz...  –  Uśmiechnął  się.  –  Dokąd  jedziemy?  Alice  nagle  zapragnęła 

znaleźć się w swym mieszkaniu, wśród znajomych przedmiotów.  

– Mógłbyś mnie odwieźć do domu? – zapytała.  

background image

–  Jasne.  –  W  głosie  Jeremy’ego  zabrzmiało  rozczarowanie.  W  samochodzie  przez  całą 

drogę  milczeli.  Alice  nagle  się  zaniepokoiła.  A  jeśli  on  juŜ  Ŝałuje,  zaczyna  zdawać  sobie 

sprawę, w co się wplątał? 

Gdy weszli do mieszkania, postawiła torbę na podłodze.  

– Wiesz, nie wiem dlaczego, ale jakoś chciałam się szybko tu znaleźć. Następnym razem 

moŜemy pojechać do ciebie.  

Nastrój natychmiast się zmienił. Jeremy uśmiechnął się szeroko.  

– Myślałem, Ŝe chcesz tylko, Ŝebym cię podrzucił. O to więc chodziło! 

– Hej, nie jest pan taki chłodny, na jakiego wygląda, panie Foster.  

–  Nie,  jeśli  chodzi  o  ciebie.  Teraz,  gdy  cię  mam,  nie  chcę  spędzić  samotnie  ani  jednej 

nocy. Mogę nawet spać z tobą w namiocie, proszę bardzo.  

Alice podeszła do niego.  

–  Nie  wierzę  w  ani  jedno  twoje  słowo.  Nie  mogę  sobie  ciebie  wyobrazić  bez  bieŜącej 

wody i marmurowej łazienki.  

–  No,  moŜe  nie  w  namiocie  –  ustąpił.  –  Słyszałem  jednak  o  bardzo  luksusowych 

przyczepach kempingowych.  

Jeremy  nucił  coś,  fałszując,  pod  prysznicem,  w  końcu  pojawił  się  w  pokoju.  Na  widok 

jego ciała spowitego zabawnie tylko w mały, róŜowy ręczniczek, Alice zachichotała.  

–  Przepraszam.  Masz  tylko  ten  ręcznik?  MoŜe  wieczorem  powinienem  wyskoczyć  po 

inne? 

– Nie. Nie zajmuj się wieczorem ręcznikami, tylko mną. Pójdę w czasie lunchu do sklepu. 

Kupię dla ciebie jakiś ręcznik i moŜe kilka koszul.  

Alice  patrzyła,  jak  Jeremy  suszy  kołnierzyk  jedwabnej  koszuli  suszarką  do  włosów. 

Dopiero późno w nocy zorientowali się, Ŝe całe jego ubranie zamieniło się na dnie walizki v. 

pognieciony niemiłosiernie kłąb.  

Gdy  skończył,  podszedł  do  łóŜka,  usiadł  i  wypił  łyk  kawy  przygotowanej  przez  Alice. 

Spojrzał na nią i dostrzegł w jej oczach niebezpieczny błysk.  

– O nie, nie ma mowy, spóźnimy się – zaprotestował, wstając i chwytając ręcznik, by się 

okryć.  

– Jeśli nie chcesz się spóźnić, to się pospiesz – poradziła mu i pociągnęła go z powrotem 

na łóŜko.  

W  końcu  wjechali  na  parking  przed  szpitalem.  Jeremy  miał  tam  swoje  zarezerwowane 

miejsce.  

– Jak ja wytrzymam? – poskarŜył się. – Przez najbliŜsze dwanaście godzin nie będę mógł 

cię nawet dotknąć.  

– Tym lepiej będzie nam wieczorem – przyrzekła i pocałowała go. – Tyle musi ci na razie 

wystarczyć. Zbieram się.  

Przecinając  parking,  Alice  uśmiechała  się  do  siebie.  Czuła  się  tak,  jakby  wszyscy 

bogowie naraz okazali jej łaskawość.  

– O której to przychodzimy do pracy? – powitał ją Ŝartobliwie Josh.  

– Wiem, wiem – odparła, czerwieniąc się. – Tramwaj mi uciekł. Normalnie zdąŜyłabym 

background image

dobiec, ale teraz...  

Od konieczności wypowiadania dalszych łgarstw wybawił ją wściekły głos Lindy.  

– Co do spóźnień – wysyczała – nie chcę słuchać Ŝadnych wyjaśnień.  

Alice milczała. Dziś spóźniła się tylko o dwie minuty, a zwykle przecieŜ przychodziła pół 

godziny  wcześniej.  Na  widok  Jeremy’ego,  który  właśnie  wchodził  i  wyglądał  mniej 

nieskazitelnie  niŜ  zawsze,  pochyliła  głowę,  by  ukryć  uśmiech.  Niech  tam,  pomyślała,  warto 

trochę pocierpieć, by to zobaczyć.  

– Dzień dobry wszystkim.  

Nie przeprosił za spóźnienie, czego zresztą nikt nie oczekiwał.  

Zespół  zarezerwował  na  przedpołudnie  dwie  sale  operacyjne.  Wszystkie  zaplanowane 

zabiegi były nieskomplikowane, problem polegał tylko na ich duŜej liczbie.  

O ósmej trzydzieści pierwszy pacjent leŜał juŜ na stole. Alice asystowała Jeremy’emu.  

–  Pan  Jacobs,  przepuklina  pachwinowa.  Dziś  zamiast  tradycyjnego  zabiegu  robimy 

laparoskopię ścianki jelita. Mniejsze ryzyko infekcji i krótszy czas gojenia. Jakieś pytania? 

W miarę upływu godzin lista oczekujących malała. Zrobili sobie tylko krótką przerwę, na 

kawę i drugie śniadanie.  

– W porządku? – zapytał Jeremy, gdy Alice zaczęła jeść kanapkę z jajkiem.  

– Tak, doskonale – skłamała.  

W  sali  operacyjnej  panował  nieznośny  upał.  Poza  tym,  mimo  Ŝe  Alice  teraz  siedziała, 

czuła nadal w plecach trudny do zniesienia ból.  

– Jak tam u ciebie? – zapytał Jeremy na widok wchodzącej Lindy.  

–  Bez  problemów  –  rzuciła  wesoło.  –  Wysłałam  Josha  na  oddział,  tam  jest  teraz  więcej 

pracy.  

– Dobra myśl. Alice, moŜe jak zjesz, teŜ wrócisz na górę? My tu sobie poradzimy.  

Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać.  

Pod koniec dnia była juŜ krańcowo wyczerpana. śeby nie zwracać na nich uwagi, Jeremy 

wyszedł  od  razu  po  ostatnim  obchodzie  sali  pooperacyjnej,  pozostawiając  Alice  i  Josha, 

którzy  musieli  jeszcze  zrobić  coś  na  oddziale.  Gdy  w  końcu  Alice  dotarła  do  tramwaju, 

marzyła juŜ tylko o wypoczynku.  

Zastała Jeremy’ego na kanapie. Szturchnęła go delikatnie.  

– Myślałam, Ŝe kolacja czeka – zaŜartowała.  

Jeremy skierował oczy ku niebu.  

– Nie miałem nawet siły zamówić pizzy. MoŜe poszlibyśmy prosto do łóŜka? 

Gdy się w nim znaleźli, zapomniał najwidoczniej o swych porannych deklaracjach. Przed 

zaśnięciem zdołali tylko nastawić budzik.  

–  Jesteśmy  jak  stare  małŜeństwo  –  zauwaŜył  rano  ze  śmiechem.  –  ŁóŜko  słuŜy  nam  do 

zupełnie prozaicznych celów. Jak się czujesz? – zapytał, gdy juŜ na dzień dobry pocałował ją 

delikatnie w usta.  

Alice zmruŜyła oczy. Łupiący ból głowy nie zapowiadał miłego dnia i następującego po 

nim nocnego dyŜuru.  

Gdy  Jeremy  odszedł,  by  zrobić  kawę,  przez  chwilę  jeszcze  leŜała.  To  juŜ  tylko  trzy 

background image

tygodnie.  Niby  krótko,  a  wydaje  się,  Ŝe  cała  wieczność.  Gdyby  Jeremy  poprosił  ją  teraz  o 

pójście na urlop, trudno by jej było odmówić. Wygramoliła się z łóŜka i ruszyła pod prysznic. 

Nie, wytrzyma, teraz sienie podda.  

Obchód  znacznie  się  wydłuŜył,  gdyŜ  Jeremy  i  Josh  zostali  nagle  wezwani  do  bloku 

operacyjnego. Jeśli nie liczyć Fi, Alice pozostała więc sama z Lindą, która wyrzucała z siebie 

polecenia  jak  wulkan.  KaŜdy  pacjent,  którego  odwiedzały,  potrzebował  jej  zdaniem 

dodatkowych testów, zmiany reŜimu podawania leków i zastrzyków. Wszystko to spadało na 

Alice.  

–  Uroczy  obchód  –  zauwaŜyła  Fi,  gdy  Linda  zniknęła  wreszcie  za  drzwiami  oddziału.  – 

Bardzo chciałabym ci pomóc, Alice, ale sama jestem zawalona pracą. Dziś połowa personelu 

to ludzie z agencji. Dobre pielęgniarki, ale spędzę pół dnia na pokazywaniu im, co gdzie jest.  

– Poradzę sobie – odparła Alice grobowym głosem.  

I  poradziłabym  sobie,  gdyby  pager  nie  odzywał  się  co  pięć  minut,  a  pielęgniarki  nie 

prosiły jej ciągle o wypełnianie kart zamówień leków, które mogły z pogodzeniem poczekać.  

– Pani doktor, zmieniam właśnie opatrunek panu Lintonowi, chyba powinna pani spojrzeć 

– poprosiła zdenerwowana młoda siostra, której Alice nie znała.  

Westchnęła i podeszła do łóŜka pacjenta.  

– Jest zaczerwieniona na krawędziach – poinformowała pielęgniarka, odsłaniając ranę.  

– Oglądałam juŜ ją na porannym obchodzie, nic się od tego czasu nie zmieniło – odparła 

Alice,  starając  się,  by  w  jej  głosie  nie  zabrzmiało  zniecierpliwienie.  –  Ma  dostawać 

antybiotyki, ranę trzeba oczyszczać i stosować suchy opatrunek.  

– Ale nie ma nic o tym w karcie... Alice przygryzła wargę.  

–  Gdyby  chociaŜ  przez  pięć  minut  nikt  nie  zawracał  mi  głowy,  moŜe  zdąŜyłabym 

uaktualnić karty.  

Odwróciła się i odeszła.  

– Cholera – mruknęła, siadając w dyŜurce. Wyładowanie się na biednej pielęgniarce nie 

poprawiło jej nastroju. Czując nieznośny ból  głowy,  rozmasowała skronie, wzięła długopis i 

zabrała się do pracy.  

–  Mamy  nową  pacjentkę  –  poinformowała  pogodnie  Fi,  gdy  dyŜurkę  mijał  wózek  ze 

starszą  panią.  –  Linda  chce,  Ŝeby  ją  szybko  zarejestrować,  tak  aby  mogła  od  razu  dostać 

antybiotyk.  

– Wspaniale – mruknęła Alice.  

Pacjentka,  pani  Dalton,  miała  na  nodze  wrzód  spowodowany  Ŝylakowatością.  Cierpiała 

na cukrzycę i miała kłopoty z krąŜeniem. W jej przypadku nawet najdrobniejsza rana mogła 

powodować  komplikacje.  Wrzód  nie  znikał  mimo  zabiegów  przeprowadzanych  dwa  razy 

dziennie przez pielęgniarkę środowiskową. A teraz doszła do tego infekcja.  

– Przepraszam, pani Dalton, muszę zadać parę pytań.  

–  Nie  przejmuj  się,  kochanie,  wiem

:

  jak  to  wszystko  działa.  Przynajmniej  powinnam 

wiedzieć odrzekła pacjentka z uśmiechem, wskazując stos kart, które Fi połoŜyła przed Alice.  

– Od jak dawna ma pani cukrzycę? – zapytała Alice, odchylając delikatnie opatrunek, by 

obejrzeć wrzód.  

background image

– Odkąd skończyłam dziesięć lat.  

– Bez wątpienia moŜe mi więc pani coś o tym opowiedzieć.  

Pani Dalton roześmiała się.  

– Tak, bez wątpienia. Pytaj, kochana, jestem kopalnią informacji. Przynajmniej nie jesteś 

taka przemądrzała jak ta dama, która rozmawiała ze mną wcześniej. Jak ona się nazywa? 

Alice wyrwała formularz recepty z ksiąŜeczki Jeremy’ego i po prostu nie odpowiedziała.  

– Zdaje się, Ŝe bardzo panią boli? – zmieniła temat.  

–  Tak.  Nie  lubię  brać  środków  przeciwbólowych,  ani  w  ogóle  się  nad  sobą  rozczulać, 

ale...  

Alice uśmiechnęła się do niej z sympatią. Pani Dalton miała ogorzałą twarz australijskiej 

osadniczki,  a  rzut  oka  na  jej  dokumentację  medyczną  wystarczał,  by  wiedzieć,  Ŝe  na  pewno 

się nad sobą nie rozczula. Z powodu cukrzycy musiała wiele wycierpieć.  

– Przepiszę pani mocny środek. Pielęgniarka zrobi zastrzyk przed zmianą opatrunku.  

Wypełniając  kartę,  Alice  czuła  potęŜne  łupanie  w  głowie,  a  przed  oczami  tańczyły  jej 

maleńkie  kropeczki.  Gdy  skończyła,  zegar  wskazywał  juŜ  niemal  dwunastą.  Ból  w  plecach, 

który odczuwała rano, teraz jeszcze bardziej się nasilił, a przecieŜ pozostawała do przetrwania 

reszta dnia i nocny dyŜur. W tym momencie wiedziała juŜ, Ŝe nie wytrzyma. Co za duŜo, to 

niezdrowo.  

Kropeczki rozmazały się, gdy jej oczy wypełniły łzy. Usłyszała głos Fi: 

– MoŜe wpadniesz do mnie na herbatę? 

Przełknęła  ślinę,  z  wdzięcznością  skinęła  głową  i  potulnie  jak  dziecko  poszła  za  Fi. 

Pielęgniarka, zanim przemówiła, dała się jej trochę wypłakać.  

– Masz nie najlepszy dzień, co? 

– Jak się tego domyśliłaś? – zapytała Alice, śmiejąc się przez łzy.  

–  No  cóŜ,  kiedy  ta  siostra  z  agencji  powiedziała,  Ŝe  jakaś  lekarka  na  nią  warknęła, 

myślałam  oczywiście,  Ŝe  to  Linda.  Kiedy  jednak  ona  dodała,  Ŝe  to  pewnie  przez  hormony, 

odgadłam prawdę. Wiemy obie, Ŝe Linda nie ma Ŝadnych.  

Alice zaśmiała się i natychmiast znów rozpłakała.  

–  Potwornie  boli  mnie  głowa  –  poskarŜyła  się.  –  Myślałam,  Ŝe  ze  zmęczenia,  ale 

zaczęłam widzieć małe punkciki.  

Fi natychmiast spowaŜniała.  

– Kiedy? 

– Jakieś pięć minut temu.  

Fi delikatnie ujęła jej dłonie.  

– Masz trochę spuchnięte palce. Kiedy ostatnio mierzyłaś ciśnienie? 

– Lekarz przełoŜył mi wizytę, ale ostatnio na pewno nie było wysokie.  

– Ty głupia babo! – zganiła ją czule pielęgniarka. – Co ty tu jeszcze robisz? 

– Sama zaczynam się zastanawiać.  

Fi wyszła z pokoju, po chwili powróciła z aparatem do pomiaru ciśnienia.  

– Zaraz się przekonamy – oświadczyła, owijając rękę Alice rękawem. Gdy napełniała go 

powietrzem, Alice wiedziała juŜ, Ŝe jej Ŝyciowe plany legły w gruzach.  

background image

– Ile? – spytała z rezygnacją. Fi nie odpowiedziała wprost.  

– Musi cię obejrzeć połoŜnik.  

– Jak wysokie, Fi? 

– Sto sześćdziesiąt na sto.  

Nagle praca, staŜ, uprawnienia lekarza rodzinnego, wszystko to przestało mieć znaczenie. 

Zarówno ona, jak i dziecko, znaleźli się w prawdziwym niebezpieczeństwie.  

–  Wiedziałam,  Ŝe  cię  tu  znajdę!  MoŜe  raczysz  dokończyć  herbatę  i  pójść  do  pacjentów, 

którzy na ciebie czekają! 

Alice  nie  spojrzała  nawet  na  Lindę.  W  spokojnym  głosie  usłyszała  ton,  jaki  medycy 

przybierali, gdy sytuacja stawała się powaŜna.  

–  Doktor  Masters  nie  czuje  się  dobrze.  Zmierzyłam  jej  ciśnienie.  Musi  się  natychmiast 

pokazać swojemu połoŜnikowi.  

Linda nagle zaczęła przejawiać troskę.  

– Dlaczego nic nie mówiłaś, Alice? – Podeszła bliŜej. – Kto się tobą opiekuje? 

– Brett Halliday.  

– Aha, znam go. Chcesz, Ŝebym ci załatwiła transport? 

–  Nie  –  wtrąciła  się  Fi.  –  Ja  cię  zawiozę.  Tak  będzie  szybciej.  Alice  skwapliwie  się 

zgodziła.  

– No to załatwione – podsumowała Linda. – Zadzwonię do Bretta i uprzedzę, Ŝe jesteś w 

drodze. I zawiadomię Jeremy’ego, niczym się nie przejmuj.  

Wręczając  swój  pager  Lindzie,  Alice  nie  miała  wątpliwości,  Ŝe  juŜ  tu  nie  wróci.  Nie 

wpadnie  nawet  do  domu.  W  mieszkaniu  znajdzie  się,  jeśli  wszystko  pójdzie  dobrze,  juŜ  z 

dzieckiem.  

 

Brett zbadał ją dokładnie, wysłuchał bicia serca dziecka, zlecił badania.  

–  Wesz,  Ŝe  przyjmujemy  cię  na  oddział,  prawda?  –  zapytał.  –  Masz  nadal  podwyŜszone 

ciśnienie, lekkie trudności z oddawaniem moczu, a w nim białko. To się zdarza, ale wszystko 

naraz, w połączeniu z ciąŜą... Musimy zachować ostroŜność.  

– To moja wina, prawda? – zapytała, przełykając łzy.  

–  Nie.  Okres  przedrzucawkowy  to  dość  tajemnicza  choroba.  Nie  wiadomo  właściwie, 

skąd  się  bierze.  Rzeczywiście  pracowałaś  cięŜko,  ale  schorzenie  to  dotyka  równie  często 

zdrowe  mamy,  które  siedzą  w  domu.  Teraz  najwaŜniejsze  jest  obniŜenie  ciśnienia  i 

umoŜliwienie ci wypoczynku. Miejmy nadzieję, Ŝe to wystarczy.  

– A jeśli nie? Co się stanie z dzieckiem? 

– Spokojnie, wszystko po kolei. Teraz załatwię USG i badanie krwi pępowinowej. Gdyby 

dziecko poczuło się źle albo nie pobierało prawidłowo poŜywienia, dowiemy się od razu i coś 

z tym zrobimy.  

– Ale to za wcześnie, dopiero trzydziesty czwarty tydzień.  

Brett wykonał uspokajający gest.  

– Zróbmy najpierw ultrasonografię, dobrze? 

LeŜąc w szpitalnym łóŜku, Alice bezskutecznie starała się uspokoić. Rozumiała wszystko, 

background image

czuła się jednak winna – nie tylko z powodu pracy. Coś jej mówiło, Ŝe to kara boska. Gdyby 

nie  szalała  w  weekend  z  Jeremym,  na  pewno  nic  takiego  by  się  jej  nie  przytrafiło.  Poczucie 

winy tylko się pogłębiło, gdy Brett wrócił z wynikiem ultrasonografii.  

– Nie będę owijał w bawełnę, Alice. Dziecko jest absolutnie w porządku, ale łoŜysko nie 

funkcjonuje prawidłowo i nie dostarcza tyle pokarmu, Ŝeby wystarczyło do porodu.  

– Co oznacza...  

– śe urodzisz raczej wcześniej niŜ później. – Uśmiechnął się do niej. – Zobaczymy, czy 

uda  się  nam  doczekać  do  trzydziestu  sześciu  tygodni.  Nawet  teraz  dziecko  jest  juŜ 

wystarczająco rozwinięte, chociaŜ czekałby je inkubator. Zaczniemy ci podawać steroidy, co 

pomoŜe  w  rozwoju  płuc  płodu.  No  i  postaraj  się  nie  niepokoić.  Wiem,  Ŝe  to  trudne,  ale 

naprawdę  waŜne.  Miejmy  nadzieję,  Ŝe  uda  się  nam  dodać  kilka  gramów  do  wagi  przy 

urodzeniu.  Poza  tym...  moŜe  ktoś  mógłby  przy  tobie  posiedzieć?  Co  z  twoimi  rodzicami? 

MoŜe jednak? 

Alice pokręciła głową.  

– Nie, nie chcę wysłuchiwać kazań matki. Brett, to by mi teraz naprawdę nie pomogło.  

– W takim razie jacyś przyjaciele? 

Alice pomyślała o przyjaciółce z Adelaide. Jess przyjechałaby na pewno, lecz nie mogła 

jej o to poprosić. Podobnie jak Alice, kończyła właśnie staŜ.  

– Jest ktoś – powiedziała cicho, myśląc o Jeremym. – Zapewne wkrótce się tu zjawi.  

–  Doskonale.  –  Brett  poklepał  ją  po  ramieniu.  –  Przepisałem  ci  trochę  środków 

uspokajających. Nic mocnego – dodał, widząc jej wyraz twarzy. – Odpowiem od razu, zanim 

zapytasz. Nie, to nie zaszkodzi dziecku. Pamiętaj, Ŝe walczymy o to samo.  

Uśmiechnął  się,  gdy  młoda  pielęgniarka  wniosła  tackę  z  lekarstwem.  Alice  niechętnie 

połknęła małą pastylkę.  

– Chcesz sprawdzić, czy nie schowałam pod językiem? – zapytała, gdyŜ Brett patrzył na 

nią podejrzliwie.  

– Nie, to chyba nie jest konieczne.  

– Daje ci niezłą szkołę, co? 

Niewiele  brakowało,  by  Alice  znów  się  rozpłakała,  gdy  zobaczyła  w  drzwiach  nieco 

pobladłego  i  zadyszanego  Jeremy’ego.  Brett  Halliday  rzecz  jasna  go  znał.  Podszedł  do 

chirurga i podał mu rękę.  

– Witaj. Właśnie tłumaczyłem twojej młodej staŜystce, Ŝe ma się niczym nie przejmować. 

Mam nadzieję, Ŝe nie zniweczysz efektów mojej cięŜkiej pracy. JuŜ i tak sama się martwi, Ŝe 

musiała opuścić oddział.  

Brett  mówił  to  lekkim  tonem,  tym  razem  jednak  Alice  usłyszała  w  jego  głosie  ukryte 

ostrzeŜenie. Jeremy oczywiście takŜe je usłyszał.  

–  Bez  obaw,  chcę  tylko  sprawdzić,  jak  się  czuje.  –  Podszedł  do  łóŜka  i  zwrócił  się  do 

Alice: – Przyleciałem tu najszybciej jak mogłem.  

Alice dostrzegła zaskoczenie na twarzy Bretta. Nic jednak nie powiedział, tylko po cichu 

wyszedł.  

Gdy zostali sami, Jeremy usiadł na łóŜku i wziął ją za rękę.  

background image

–  Co  się  stało?  –  spytał  przepełnionym  troską  głosem.  Tak  bardzo  chciała  na  niego 

krzyknąć,  zrzucić  na  niego  cięŜar  winy.  Gdy  spojrzała  mu  w  oczy,  wiedziała,  Ŝe  na  to  nie 

zasługuje.  

–  Okres  przedrzucawkowy  i  bardzo  wysokie  ciśnienie.  Brett  właśnie  powiedział,  Ŝe 

urodzę raczej wcześniej niŜ później.  

– Wszystko będzie dobrze – uspokajał ją Jeremy.  

Nie to jednak chciała usłyszeć. Ze złością odepchnęła jego dłoń.  

– Niby skąd wiesz? Bezradnie wzruszył ramionami.  

– Bo musi być dobrze – odpowiedział. Gdy się rozpłakała, przytulił ją do siebie. – Musi 

być dobrze – powtórzył, zamykając oczy w niemej modlitwie.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Alice starała się nie martwić. Brała maleńkie Ŝółte pastylki i czytała opasłe magazyny, aŜ 

zmorzył ją sen. Zjadała wszystko, co jej przynoszono, wstawała z łóŜka rzadko. Nie musiała 

się  nawet  martwić,  Ŝe  pozostawiła  kolegów  bez  pomocy,  gdyŜ  na  jej  miejsce  niemal 

natychmiast  zatrudniono  młodą  staŜystkę,  Mai  Wing.  Nic  jednak  nie  wskazywało  na  to,  Ŝe 

uda się przedłuŜyć ciąŜę do trzydziestego szóstego tygodnia.  

–  Zyskałaś  kilka  dni  dzięki  steroidom  –  zauwaŜył  Brett,  gdy  przekazywał  jej  tę 

wiadomość.  –  Wszystko  wskazuje  na  to,  Ŝe  dziecko  urodzi  się  zdrowe.  PoniewaŜ  jednak 

występowały  kłopoty  z  odŜywianiem  in  utero,  nie  zgromadziło  zapasu  tłuszczu.  MoŜesz  się 

spodziewać, Ŝe będzie niewielkie. Poza tym, będzie musiało otrzymywać często drobne ilości 

pokarmu, co moŜe być dla niego męczące.  

– A więc to chłopiec? – zapytała Alice.  

–  Nie,  tak  mi  się  tylko  powiedziało  –  zapewnił  Brett,  lecz  Alice  nabrała  mimo  to 

przekonania, Ŝe będzie miała syna. – Poczekajmy, przekonamy się, prawda? Teraz posłuchaj. 

Wiem,  Ŝe  chciałabyś  urodzić  naturalnie.  Pozwolimy  ci  spróbować,  ale  przy  najmniejszym 

sygnale,  Ŝe  dziecko  nie  daje  sobie  rady,  zrobię  bez  pytania  cesarskie  cięcie.  Rozumiesz, 

prawda? – Alice skinęła głową. – Fajnie, a więc uzgodnione.  

Do zobaczenia jutro rano. Postaraj się wyspać, chyba masz taką okazję po raz ostatni.  

Gdy Brett odszedł, opadła ha poduszkę! przyłoŜyła drŜącą dłoń do brzucha.  

–  W  porządku,  maleństwo,  jutro  będziesz  tu  przy  mnie  leŜał.  Spróbuj  teraz  odpocząć  – 

powiedziała.  

Zaniknęła  oczy.  Starała  się  zachować  spokój,  nie  przekazywać  dziecku  strachu,  jaki  w 

głębi  duszy  odczuwała.  Dopiero  po  dłuŜszej  chwili  zdała  sobie  sprawę  z  czyjejś  obecności. 

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się niepewnie do Jeremy’ego.  

– Jutro pełna gotowość i ruszamy. Usłyszał, Ŝe łamie się jej głos.  

– Wiem, Ŝe nie lubisz, kiedy to powtarzam, ale będzie dobrze. Wszystko na to wskazuje.  

Przełykając ślinę, skinęła głową.  

– Naprawdę tak sądzisz? 

–  Ja  to  wiem.  Nadszedł  czas,  Alice.  Przynajmniej  kiedy  się  urodzi,  będziesz  je  mogła 

nakarmić.  –  Rozluźniła  się  trochę.  Usłyszała  w  jego  głosie  taką  pewność,  Ŝe  niemal  mu 

uwierzyła. – A teraz... – ścisnął jej dłoń – jeśli chodzi o jutro. .. Wiem, Ŝe nie dałaś mi jeszcze 

odpowiedzi co do naszej przyszłości, ale nie chciałabyś, Ŝebym przy tobie był? 

Patrzyła  na  niego.  Pragnęła  tego  bardziej  niŜ  czegokolwiek  innego.  Nie  chciała 

przechodzić  przez  to  sama,  lecz  poprosić  Jeremy’ego?  To  ogromny  krok  w  kierunku 

zaangaŜowania.  

Jeremy zdawał się czytać jej w myślach.  

–  To  cię  do  niczego  nie  zobowiązuje.  Wpadłem  do  biblioteki  i  wypoŜyczyłem  kilka 

modnych  ksiąŜek  o  porodzie.  W  dzisiejszych  czasach  to  juŜ  normalka.  Będę  się  nazywał 

twoją „osobą wspierającą”. – śartobliwy ton sprawił, Ŝe na ustach Alice zagościł uśmiech. – 

background image

ZaŜądani  dla  siebie  wszystkich  moŜliwych  środków  uspokajających.  Fakt,  moŜe  nie 

powinienem był oglądać ilustracji. Alice się roześmiała.  

– Jutro zobaczysz to na Ŝywo – ostrzegła.  

– Zajmę pozycję od strony głowy. Będę wykrzykiwał polecenia, Ŝe tak powiem, z drugiej 

linii. To znaczy, jeśli chcesz, Ŝebym ci towarzyszył.  

Potwierdziła skinieniem głowy.  

– Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.  

Jeremy zbył jej słowa machnięciem ręki i pocałował ją w policzek.  

– A teraz śpij. Ja jadę do domu poczytać. Czy wiesz, Ŝe w niektórych kulturach zjada się 

później łoŜysko? MoŜe lepiej z tego zrezygnujmy na. rzecz butelki szampana.  

Gdy wyszedł, Alice nie mogła powstrzymać uśmiechu. Zawsze tak postępował. Podnosił 

ją  na  duchu,  sprawiał,  Ŝe  kaŜdy  cięŜar  stawał  się  trochę  lŜejszy.  A  jutro?  Jutro  będzie  przy 

niej, przez cały czas.  

Gdy  pielęgniarka  pełniąca  nocny  dyŜur  przyszła  sprawdzić  leki  i  wenflon,  spodziewała 

się zastać Alice we łzach. Zdziwiła się przyjemnie, widząc, Ŝe pacjentka mocno śpi, a na jej 

ustach gości cień uśmiechu.  

 

– Piękny dzień na urodzenie dziecka – zauwaŜyła Bridgette, połoŜna, odsłaniając okno.  

Alice powoli usiadła i zamrugała powiekami.  

– Niesamowite, dawno juŜ tak dobrze nie spałam.  

– Chcesz zostać w swojej koszuli, czy wolisz szpitalną? 

Alice wzięła od Bridgette białe giezło.  

–  Dobry  wybór.  Zaraz  wyjdę  i  wrócę  za  piętnaście  minut  –  poinformowała  połoŜna, 

mierząc temperaturę i ciśnienie. Osłuchała teŜ serce dziecka, posługując się małym aparatem 

Dopplera. – Chcesz jeszcze raz zadzwonić do matki? – zapytała, wskazując telefon.  

– Nie, chyba nie. Poczekam, aŜ będzie po wszystkim.  

– Druga rozsądna decyzja. Otocz się teraz pozytywnymi wibracjami.  

–  Będziesz  przy  porodzie?  –  spytała  niespokojnie  Alice.  Bridgette  wróciła  od  drzwi  i 

uścisnęła ją.  

– Nie darowałabym sobie do końca Ŝycia. Masz jakiś ulubiony olejek? 

Alice pokręciła przecząco głową.  

– Dobrze. To oznacza, Ŝe sama mogę wybrać. Do zobaczenia.  

Gdy  za  Bridgette  zamknęły  się  drzwi,  Alice  uśmiechnęła  się.  Obecność  tej  nieco 

ekscentrycznej  osoby  działała  na  nią  dziwnie  uspokajająco.  PołoŜna  często  przysiadała 

wieczorem  na  krawędzi  jej  łóŜka  i  opowiadała,  jak  „surfowała  po  menopauzalnym 

Internecie”, jak odkryła tam aromaterapię, przekonana, Ŝe pozbędzie się w ten sposób uderzeń 

gorąca  i  palpitacji,  Alice  odnosiła  się  do  tego  nieco  sceptycznie,  polubiła  jednak  Bridgette  i 

teraz cieszyła się, Ŝe to właśnie ona będzie jej asystować.  

Bridgette wróciła i zaczęła pokazywać jej oddział.  

–  Na  początku  moŜesz  wszędzie  chodzić.  Tu  jest  sala  telewizyjna.  Telewizję  moŜesz 

oglądać, ale nie wolno ci niczego jeść ani pić.  

background image

Alice rozglądała się nerwowo. Jej wiedza medyczna nagle się gdzieś ulotniła. Patrzyła na 

wszystko jak ktoś, kto po raz pierwszy znalazł się w szpitalu.  

–  Staraj  się  jednak  na  początku  jak  najwięcej  ruszać  –  kontynuowała  Bridgette  –  to 

przyspiesza rozwój wydarzeń. O, jest juŜ Brett.  

– Witaj, Alice. Na początek podamy ci niewielkie ilości środka na pobudzenie skurczy. W 

razie  potrzeby  moŜemy  je  zwiększyć,  ale  nie  chcemy,  Ŝeby  nastąpiły  zbyt  gwałtownie.  – 

Alice  patrzyła,  jak  sprawdzał  z  Bridgette  dawkę,  a  potem  dołączał  przewód  kroplówki  do 

wenflonu. – Teraz przerwę membrany. To nie boli, jest tylko ogólnie trochę nieprzyjemne... 

Dobrze.  Podłączymy  cię  na  chwilę  do  monitora  KTG  i  sprawdzimy,  jak  się  czuje  dziecko. 

Potem moŜesz wstać i sobie pochodzić. Wpadnę za jakiś czas, Ŝeby cię zbadać.  

–  Wyskoczę  na  pięć  minut  –  oświadczyła  Bridgette,  gdy  lekarz  wyszedł.  –  Tu  jest 

dzwonek, gdybyś czegoś potrzebowała.  

Wróciła jednak juŜ po chwili.  

– Przyszedł Jeremy – poinformowała.  

– Jak się czujesz? – spytał, wchodząc do środka z grubym plikiem gazet.  

–  Na  razie  nieźle.  Widzę,  Ŝe  dziś  rano  zamierzasz  się  relaksować  –  zauwaŜyła  Alice, 

zerkając na gazety.  

– Jasne, poczytam sobie. Nie w kaŜdy wtorek ma się wolne. Alice odęła wargi. Starała się 

nie okazać rozczarowania.  

Jeremy zmierzwił jej włosy i zaczął się śmiać.  

– Pomyślałem, Ŝe zechcesz je zachować dla dziecka, Ŝeby wiedziało, co się wydarzyło w 

dniu jego urodzin.  

–  Och,  jak  miło,  Ŝe  o  tym  pamiętałeś  –  odparła  z  ulgą.  Wkrótce  stało  się  oczywiste,  Ŝe 

poród  nie  zacznie  się  tak  od  razu.  Alice  postanowiła  się  przejść.  Jeremy,  szarmancki  jak 

zwykle, toczył stojak kroplówki. Alice dreptała obok. Nie zaszli daleko, gdyŜ nie bardzo mieli 

dokąd. Alice zajrzała przez uchylone drzwi do sali operacyjnej.  

–  Nie  patrz  tam  nawet  –  poprosił  Jeremy.  –  Dziś  mamy  wolne.  W  takie  miejsca  się  nie 

wybieramy.  

– Mam nadzieję – odrzekła nerwowo.  

Usiedli w sali telewizyjnej. Jeremy zaczął  robie’  kawę. W tym czasie Alice udawała, Ŝe 

ogląda program „Dzień dobry, Australio”.  

Spojrzała  na  Jeremy’ego.  W  markowych  dŜinsach  i  koszulce  polo  wyglądał  tak,  Ŝe 

musiała  się  uszczypnąć.  Nadal  trudno  jej  było  uwierzyć,  Ŝe  on  naprawdę  z  nią  jest. 

Westchnęła, a Jeremy natychmiast do niej podszedł.  

– Coś się dzieje? – zapytał.  

– Nie jestem pewna – skłamała.  

Z niezręcznej sytuacji wybawiła ją Bridgette.  

– To tylko ja – Zmierzyła Alice ciśnienie. – Gdyby przez cały czas było takie jak teraz... – 

Ukradkiem wtarła w brzuch Alice trochę olejku i osłuchała dziecko. – Wszystko w porządku.  

Alice  wstrzymała  oddech.  Zdało  się  jej,  Ŝe  czuje  nadchodzący  skurcz.  Bridgette 

zorientowała się po jej minie.  

background image

– Zaczyna się – zauwaŜyła. – Zostawię was samych. Alice próbowała się skoncentrować 

na  ekranie  telewizora,  gdzie  demonstrowano  właśnie  przyrządzanie  jakiejś  potrawy, 

zorientowała  się  jednak,  Ŝe  skurcz  naprawdę  nadchodzi,  a  dźwięk  zaczyna  ją  denerwować. 

Tymczasem Jeremy zaśmiał się z jakiegoś Ŝartu prowadzącego program.  

–  Wyłącz  to!  –  warknęła  i  Jeremy  natychmiast  jej  posłuchał.  –  Jeśli  się  tu  nudzisz...  – 

zaczęła ze złością.  

Nagle poczuła ból.  

– Co mam zrobić? – zapytał Jeremy. – Zawołać kogoś? 

– Po prostu coś do mnie mów zamiast się gapić w ten cholerny telewizor! 

– Chyba powinniśmy wrócić do sali, co, Alice? 

Jakaś  nuta  w  jego  głosie  powiedziała  jej,  Ŝe  lepiej  będzie  się  nie  spierać.  Pomógł  jej 

wstać. Nie zauwaŜyła nawet, Ŝe nacisnął jednocześnie guzik dzwonka.  

– Coś się stało? – spytała Bridgette, stając w progu.  

– Nie, chyba tylko Alice nie ma teraz ochoty na telewizję. Alice dostrzegła jednak, Ŝe dał 

połoŜnej znak oczami.  

– Czy moglibyście się oboje zamknąć? – krzyknęła. Bridgette bez słowa zaprowadziła ją 

do sali i pomogła się połoŜyć.  

 

– Czy mogę teraz dostać jakiś lek? – zapytała Alice, gdy chwycił ją kolejny skurcz.  

Jeremy  mocno  przyłoŜył  dłoń  do  jej  karku.  Usłyszała  z  przeraŜeniem  odpowiedź 

połoŜnej: 

–  Nie,  musi  ci  wystarczyć  gaz.  To  juŜ  długo  nie  potrwa.  Alice  powiedziała  kilka 

brzydkich  słów,  lecz  na  Bridgette  nie  zrobiło  to  najmniejszego  wraŜenia.  Na  Jeremym 

przeciwnie.  

– Ona nie chciała – usprawiedliwiał ją. – To bardzo miła, kulturalna...  

–  Wiem,  takie  są  najgorsze  –  przerwała  mu  Bridgette.  Od  tego  momentu  zaczęła  się 

walka.  Alice  poczuła,  Ŝe  nareszcie  moŜe  coś  sama  zrobić,  Ŝe  nie  jest  skazana  na  czekanie. 

Mogła  przeć,  mogła  robić  to,  co  nakazywał  jej  najbardziej  pierwotny  instynkt.  Niekiedy 

przerywała,  łykała  łapczywie  gaz,  raz  chciała  się  zerwać  na  nogi,  lecz  Jeremy  do  tego  nie 

dopuścił. Wreszcie w sali zjawił się Brett. Nic nie mogłoby jej bardziej ucieszyć.  

– Jak długo jeszcze? – wydyszała. Uśmiechnął się do niej.  

– To zaleŜy od ciebie, Alice. Przyj mocniej.  

Kiedy juŜ naprawdę nie miała siły, usłyszała głos Bridgette: 

– Ma czarne włosy! Czujesz je? 

Purpurowa na twarzy, zdobyła się na ostatni wysiłek. Po chwili, znacznie szybciej, niŜ się 

spodziewała, ktoś połoŜył jej na brzuchu coś śliskiego. Jak osłupiała wpatrywała się w małą 

istotkę, która nagle otworzyła buzię i wrzasnęła.  

– Jeremy był taki dzielny, moŜe mu pozwolimy? – zaproponowała Bridgette, wyciągając 

rękę z noŜyczkami.  

Alice patrzyła, jak Jeremy, normalnie opanowany chirurg, drŜącą dłonią bierze noŜyczki i 

ostroŜnie, jakby przeraŜony tym, co robi, odcina pępowinę.  

background image

– Ona jest taka śliczna – rzekł półgłosem.  

–  Dziewczynka?  Mam  córeczkę?  –  Przycisnęła  śliskie,  róŜowe  ciałko  do  piersi.  –  Witaj 

na świecie, młoda damo.  

Po  wyjściu  łoŜyska  zostali  na  chwilę  sami,  we  troje.  Alice  i  Jeremy  wpatrywali  się  w 

dziecko, dotykali je, szeptali, Ŝe jest śliczne. Wróciła Bridgette.  

– MoŜe byśmy ją wykąpali? 

Pielęgniarka umyła noworodka w zlewie, potem  włoŜyła do specjalnej kołyski, w której 

dziecko  pojechało  na  badanie.  Później  kołyska  wróciła  i  znalazła  się  przy  łóŜku  Alice. 

Bridgette umieściła nad nią grzejnik.  

–  Alice,  pediatra  mówi,  Ŝe  twoja  córeczka  na  razie  moŜe  tu  zostać  –  wyjaśniła.  – 

Zabierzemy ją na noc, Ŝebyś mogła odpocząć, no i Ŝebyśmy mieli na nią oko.  

– Mogę ją wziąć na ręce? 

– Jasne, ale za chwilę. Niech trochę odpocznie. Myśleliście juŜ o imieniu? 

– Maisy – oświadczyła Alice i spojrzała na Jeremy’ego.  

– Podoba ci się? 

Jeremy podszedł do dziecka, dotknął delikatnie palcem maleńkiego policzka.  

– Maisy – szepnął, a Alice poczuła, Ŝe dławi ją wzruszenie.  

Obudziła  się  z  głębokiego  snu  i  spojrzała  na  kołyskę.  Serce  zabiło  jej  szybciej,  gdyŜ  ta 

okazała się pusta.  Na tle okna dojrzała sylwetkę  Jeremy’ego. Trzymał dziecko na ręku i coś 

do niego szeptał.  

– Nie śpi? – zapytała.  

–  Nie.  –  Podszedł  i  podał  jej  córeczkę.  –  Uśmiechnęła  się,  przysięgam.  Pokazałem  jej 

księŜyc i gwiazdy, a ona się uśmiechnęła.  

– Nie sądzę, raczej ci się zdawało. – Spojrzała na niego.  

– Dziękuję, Jeremy, dziękuję, Ŝe ze mną byłeś.  

Machnął ręką.  

– To ja powinienem ci podziękować, Alice, Ŝe mi pozwoliłaś. – Spojrzał na noworodka. – 

Nie oddałbym jej za nic » świecie.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Lekarzu, lecz się sam. Alice słyszała to stare powiedzenie tysiące razy, podobnie jednak 

jak większość medyków ignorowała je, poniewaŜ chodziło o nią samą. Tak jak przedtem Josh 

u Ŝony, tak ona teraz u siebie nie dostrzegła tego, co zauwaŜyłaby natychmiast u pacjentki – 

poporodowej depresji.  

Troski,  które  nękały  ją  w  okresie  ciąŜy,  teraz  powróciły  i  zdawały  się  mnoŜyć  w 

nieskończoność. Kłopoty z mlekiem równieŜ nie przyczyniały się do poprawy nastroju. Alice 

czulą, Ŝe znów zawiodła. Jako matka nie stanęła na wysokości zadania.  

–  Jak  tam  moje  dwie  cudne  dziewczyny?  –  zapytał  Jeremy,  wchodząc  do  pokoju. 

Wyglądał  jak  zwykle  elegancko,  Alice  natomiast  leŜała  upokorzona  po  kolejnej  nieudanej 

próbie nakarmienia Maisy, z nieświeŜymi włosami i nieco nabrzmiałą twarzą. – Wpadłem do 

ciebie i przyniosłem pocztę, jak prosiłaś. – PołoŜył listy na łóŜku. – Nawet umyłem lodówkę 

–  pochwalił  się.  –  Dobrze,  Ŝe  woŜę  w  samochodzie  lateksowe  rękawice.  Ta  lodówka 

wyglądała, jakby ktoś w niej przeprowadzał interesujące eksperymenty z mikroorganizmami.  

– Nie musiałeś – wycedziła przez zęby. – Jutro wracam do domu.  

–  NiewaŜne.  –  Jeremy  powiedział  to  lekko,  rozmyślnie  ignorując  nutę  napięcia  w  jej 

głosie. – Miałaś tu gości? 

Alice wzruszyła ramionami. Przejrzała koperty, potem połoŜyła je na szafce. Nie musiała 

otwierać; widziała, Ŝe to same rachunki.  

– Wpadł Josh, Fi i jeszcze parę osób z oddziału.  

–  Alice,  muszę  wracać  do  pracy  –  oznajmił  Jeremy.  Musiał  jej  zakomunikować,  Ŝe  ma 

tylko pięć minut, co stanowiło pewien problem, poniewaŜ Alice nie była w dobrym nastroju. 

– Mam nocny dyŜur i do tego za chwilę operację – dodał, Ŝeby się usprawiedliwić.  

– Nie szkodzi – odrzekła, próbując się uśmiechnąć.  

– O której cię jutro wypiszą? 

– O jedenastej. Posłuchaj, wiem, Ŝe jesteś bardzo zajęty, pojedziemy taksówką.  

Jeremy nie chciał nawet o tym słyszeć.  

–  Spotykamy  się  tutaj  o  jedenastej  –  oświadczył  i  pochylił  się.  Chciał  ją  pocałować  na 

dobranoc, lecz odwróciła głowę. – Kocham cię, Alice – szepnął niemal błagalnie.  

Nie  zdobyła  się  na  odpowiedź.  Gdy  wyszedł,  uznała,  Ŝe  moŜe  się  wreszcie  rozpłakać. 

Spojrzała  na  śpiącą  córkę.  Nie  ma  ojca,  pomyślała,  matka  nie  ukończy  staŜu  i  nie  będzie 

mogła jej utrzymywać. Nawet nie jest w stanie karmić jej piersią.  

– To tylko ja – usłyszała czyjś glos.  

– Linda! – Alice sięgnęła po chusteczkę i wytarła nos.  

– Pielęgniarka powiedziała, Ŝe jeszcze nie śpisz.  

– Prawie minęłaś się z Jeremym – rzuciła szybko Alice, by znaleźć jakiś temat rozmowy z 

niespodziewanym gościem. – Spieszył się na operację.  

–  Jaką  operację?  –  Dostrzegła  zmieszanie  Alice,  dodała  więc:  –  W  końcu  nie  muszę  o 

wszystkim wiedzieć.  

background image

– Ale macie dyŜur, prawda? Linda pokręciła głową.  

–  Dziś  nie.  Przynajmniej  mam  taką  nadzieję  –  spróbowała  zaŜartować.  –  Zajrzała  do 

kołyski.  –  Och,  Alice,  ona  jest  prześliczna.  Josh  mówi,  Ŝe  boska.  Maisy,  prawda?  Ty  teŜ 

lubisz te staroświeckie imiona? 

Ten matczyny ton nie zrobił na Alice wraŜenia, zmusiła się jednak do uśmiechu. W końcu 

Linda zdobyła się na wysiłek...  

–  Nie  ma  więc  dzisiaj  dyŜuru?  –  zapytała  ponownie.  Musiałam  się  przesłyszeć, 

pomyślała.  

–  Nie,  dzisiaj  dyŜuruje  zespół  doktora  Taylora.  –  Linda  spojrzała  na  nią  z 

zaciekawieniem. – Dlaczego pytasz? Nie przejmuj się pracą, tylko tym słodkim maleństwem.  

Maisy poruszyła się i Linda zapytała, czy mogłaby ją wziąć na ręce.  

– Oczywiście, potrzymaj ją – zgodziła się, choć poczuła, Ŝe Ŝołądek jej się ściska.  

Linda  wyjęła  niemowlę  z  kołyski  i  zaczęła  je  delikatnie  kołysać.  Alice  trochę  się 

uspokoiła.  

–  Jest  śliczna,  Alice,  absolutnie  wspaniała.  Na  pewno  jesteś  z  niej  dumna.  Muszę 

przyznać,  Ŝe  cię  podziwiam,  to,  Ŝe  sama  przez  to  przeszłaś.  –  Spojrzała  na  Alice  jakby 

nieśmiało. – Moja przyjaciółka urodziła kilka lat temu chłopczyka.  Brakuje mi wprost słów, 

Ŝ

eby wyrazić podziw dla jej zaradności. Naprawdę cięŜko to przeszła.  

–  To  znaczy?  –  zapytała  Alice  nie  z  zainteresowania,  a  bardziej  po  to,  by  podtrzymać 

rozmowę. Miała dość własnych problemów.  

– Och, wiesz, jej chłopak nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Potem, nagle, gdy dziecko 

trochę  podrosło,  znalazł  sobie  Ŝonę.  Przez  rok  nie  udało  się  jej  zajść  w  ciąŜę.  Wtedy  nagle 

wystąpił o przyznanie mu prawa do opieki. – Widząc przestrach Alice, zaczęte ją uspokajać. – 

Alice,  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  tobą,  przepraszam,  nie  powinnam  była  o  tym  mówić.  No 

cóŜ, wystarczy powiedzieć, Ŝe sytuacja Mariannę nie była tak prosta jak twoja. Miała innych 

chłopaków  przed  i  podczas  ciąŜy,  takŜe  później.  To  nie  wygląda  najlepiej  w  sądzie 

rodzinnym, który zbiera informacje o środowisku domowym. Z drugiej strony występuje ten 

jej były chłopak i jego czarująca Ŝona domatorka. Ale to przecieŜ ciebie nie dotyczy. Jestem 

pewna,  Ŝe  sąd  przyznałby  opiekę  tobie.  W  końcu  jesteś  matką,  i  do  tego  lekarzem.  Dobra 

praca musi przecieŜ coś znaczyć.  

Alice  mruknęła  w  odpowiedzi  coś”  niezrozumiałego,  Linda  jednak  nie  zwróciła  na  to 

uwagi,  poniewaŜ  pochłaniało  ją  juŜ  tylko  dziecko.  Alice  zaś  poczuła,  Ŝe  ogarniają 

przeraŜenie. A jeśli Marcus mimo wszystko zmieni zdanie? Jaką szansę ma bezrobotna matka 

mieszkająca w wynajętej kawalerce w zestawieniu z zamoŜnym dentystą, którego Ŝona jest w 

dodatku przedszkolanką? A Jeremy? Gdyby ktoś chciał grać nie fair, cóŜ za wspaniała okazja 

do obrzucenia jej błotem! Tak, mimo ciąŜy wskoczyła do łóŜka największego podrywacza w 

historii szpitala.  

– Jak się to wszystko skończyło? 

– Przepraszam? 

– Z twoją przyjaciółką? Czym się ta sprawa skończyła? 

–  Och,  to  nie  ma  końca.  Mariannę  jest  u  kresu  sił.  Co  mogę  zrobić?  NajwyŜej 

background image

powstrzymać  się  przed  uwagami  typu  „a  nie  mówiłam”.  Naprawdę,  Alice,  nie  chciałam  ci 

tego  wszystkiego  mówić,  tylko  tak  jakoś  wyszło.  W  kaŜdym  razie,  decydowanie  się  na 

dziecko  przez  samotną  osobę  to  wybór  wyboistej  drogi.  Jeśli  ktoś  proponuje  randkę,  trzeba 

odmówić.  Dziecko  musi  być  zawsze  najwaŜniejsze.  Co  ja  zresztą  mówię,  to  tak,  jakbym 

chciała nawracać nawróconego. Wiem przecieŜ, Ŝe myślimy tak samo. – Spojrzała na Maisy, 

która  tymczasem  zasnęła.  –  Prawda,  kochanie?  Twoja  mama  chce  tylko  tego,  co  dla  ciebie 

najlepsze.  

Od  wysłuchania  szczegółów  wybawiła  Alice  Mary  Healesville,  pediatra,  która  właśnie 

weszła do sali.  

– Chciałabym teraz zbadać Maisy. Poza tym, masz jeszcze jakieś pytania przed powrotem 

do domu? 

Linda oddała dziecko Alice.  

– To ja juŜ lecę. Bardzo się cieszę, Ŝe mogłam cię odwiedzić. – Zwróciła się do lekarki. – 

Mary Black, prawda? Studiowałaś ze mną, tylko na niŜszym roku? 

– Aha. Ja teŜ cię poznałam. Teraz nazywam się Healesvil!e, w zeszłym roku wyszłam za 

mąŜ. A co u ciebie? 

– Och, nadal nazywam się McFarlane – odrzekła Linda trochę napiętym głosem. – Praca 

nie zostawia mi czasu na nic innego. Teraz jestem u Jeremy’ego Fostera. Długo go nie było, 

miałam wtedy urwanie głowy.  

– A tak, to on miał ten wypadek. Dobrze, Ŝe juŜ wrócił. Mary spojrzała na Alice, kończąc 

w ten sposób rozmowę, Linda jednak ociągała się z odejściem.  

– Tak, chyba wszystkie dziewczyny tak uwaŜają, niewaŜne ile by sieje ostrzegało. KaŜda 

myśli, Ŝe to ona go uleczy. Kiedy wreszcie do nich dotrze, Ŝe ten facet jest gotów powiedzieć 

wszystko, Ŝeby tylko je zaciągnąć do łóŜka? Mniej wylewałyby wtedy łez.  

– No cóŜ, Ŝycia trzeba się nauczyć – odparła zdawkowo Mary. – Miło było się spotkać, 

Linda, ale teraz muszę cię juŜ przeprosić i zabrać się do pracy.  

Linda na szczęście oszczędziła im dalszych uwag i po prostu wyszła. Gdy tylko zamknęły 

się za nią drzwi, Mary zapytała: 

– Przyjaźnicie się? 

– Niezupełnie. Pracujemy razem.  

– Tak... Dobrze, Ŝe przyjaciele to nie rodzina. MoŜna ich sobie wybierać.  

– Rozumiem, Ŝe Linda nie była na studiach nadzwyczaj lubiana? 

–  Tak  by  to  moŜna  określić.  No  i  z  tego,  co  słyszałam,  wiele  się  nie  zmieniła.  Ale 

przejdźmy do spraw przyjemniejszych. Jak się miewa Maisy? Wiem, Ŝe przybrała juŜ trochę 

na wadze.  

– Ale nie dzięki mnie – odparła Alice posępnie. Mary usiadła na łóŜku.  

–  Nadal  nie  moŜesz  karmić  piersią?  ~  Alice  pokręciła  głową  i  przygryzła  wargi,  by 

powstrzymać łzy. – Dzieci, które trzeba często karmić, łatwo się męczą ssaniem – wyjaśniła 

Mary. – Nic dziwnego, Ŝe karmienie nie idzie dobrze.  

–  Ale  to  na  pewno  waŜne,  Ŝeby  próbować,  zwłaszcza  z  takim  maleństwem.  PołoŜne 

mówią...  

background image

–  Ałice,  posłuchaj  mnie,  proszę.  –  Alice  umilkła.  Patrzyła  na  Maisy  leŜącą  w  jej 

ramionach. – Ciesz się nią, kochaj ją. To jest najwaŜniejsze. Nie musisz robić wszystkiego jak 

w  podręczniku.  Te  małe  istoty  są  wbrew  pozorom  dość  twarde.  Jesteś  jej  matką  i  to,  Ŝe  się 

starasz, wystarcza jej z nawiązką. Nie daj sobie wmówić, Ŝe jest inaczej.  

Gdy matka i córka zostały same, Alice podjęła kolejną, długą próbę karmienia. Wreszcie 

Maisy zapadła w sen, chyba przede wszystkim z wyczerpania.  

Alice, ganiąc się w myślach za brak zaufania, sięgnęła wreszcie po słuchawkę.  

– Szpital miejski w Melbourne, czym mogę słuŜyć? 

–  Mówi  doktor  Masters.  Czy  mogłaby  mi  pani  powiedzieć,  który  zespół  chirurgów  ma 

dzisiaj dyŜur? 

–  Chwileczkę.  –  Czekanie  się  przedłuŜało,  Alice  słyszała  szelest  przewracanych 

papierów. Wreszcie usłyszała: – Zespół doktora Taylora. Mam mu coś przekazać? 

– Nie, nie trzeba. Dziękuję.  

DrŜącą ręką odłoŜyła słuchawkę i sięgnęła po elektryczną pompkę. PrzyłoŜyła urządzenie 

do piersi w beznadziejnej próbie wydobycia z siebie więcej niŜ kilku kropli mleka. Podpisała 

naczynie ze skromną ilością pokarmu i płacząc, zaniosła je do lodówki. Gdyby miała w sobie 

tyle mleka co łez, napełniłaby je po brzegi.  

W  nocy  Maisy  ciągle  się  budziła,  jakby  wyczuwając  napięcie  matki,  Alice  usiadła  w 

fotelu, trzymała córkę na ręku i kołysała. Miała duŜo czasu na rozmyślania.  

Kocha Jeremy’go, to wie na pewno. Kocha go za to, co robi, jak mówi, jak ją dotyka. I za 

to,  Ŝe  pomaga  jej  przezwycięŜać  trudności.  To  jednak  nie  wystarczy,  myślała.  Teraz,  po 

miesiącach oczekiwania, w jej Ŝyciu pojawiła się nowa osoba. Osoba potrzebująca matki. Nie 

jakiejś tam matki, lecz najlepszej w świecie.  

Rok wcześniej Alice mogłaby rzucić się na oślep w romans z Jeremym i zobaczyć, dokąd 

ich  to  zaprowadzi.  Ale  teraz?  Teraz  jest  matką,  jedynym  opiekunem  tej  dziewczynki  Nie 

moŜe jej naraŜać na niebezpieczeństwo, by realizować swoje marzenia.  

Jeremy jest marzeniem, przyznała z westchnieniem – Jak w ogóle mogłaby go przy sobie 

zatrzymać? Z dzieckiem, bez pracy, skazana na mechaniczne ściąganie pokarmu? Jak miałaby 

konkurować  z  atrakcyjnymi,  młodymi  kobietami?  I  jakie  Ŝycie  by  prowadzili,  skoro  mu  nie 

wierzy,  sprawdza,  czy  jest  na  dyŜurze?  Gdy  to  wszystko  się  skumuluje  i  wybuchnie,  kto 

ucierpi najbardziej? Maisy.  

–  Przynieść  ci  coś  do  picia?  –  Alice  drgnęła,  słysząc  głos  połoŜnej.  –  Przepraszam,  nie 

chciałam cię przestraszyć, to przez te gumowe podeszwy.  

– Nie szkodzi, chyba się juŜ połoŜymy.  

Wstała, ułoŜyła Maisy w kołysce i pocałowała ją delikatnie w policzek.  

– Dobranoc, kochanie – szepnęła, przykrywając dziecko kocykiem.  

Tak,  liczy  się  tylko  Maisy.  Trudno  przyjmować  pouczenia  od  Lindy,  lecz  tym  razem 

Linda  ma  chyba  rację.  Muszę  zapomnieć  o  sobie,  skupić  się  na  dziecku.  Powoli  wróciła  do 

łóŜka.  Gdy  się  połoŜyła,  ogarnął  ją  strach.  Jutro  opuści  bezpieczny  szpital.  Nie  będzie 

połoŜnych, nie będzie lekarzy i, co najgorsze, Jeremy’ego.  

Pozostaje juŜ tylko jedno. Powiedzieć mu o tym.  

background image

Lepiej  powiedzieć  mu  juŜ  tu,  w  szpitalu,  myślała.  PrzecieŜ  nie  urządzi  sceny  na  środku 

oddziału połoŜniczego. Minęła jedenasta piętnaście. MoŜe sam uznał, Ŝe nie weźmie sobie aa 

głowę baby z dzieckiem? 

W końcu jednak przyszedł.  

~  Przepraszam  za  spóźnienie.  –  Pocałował  ją  w  policzek  i  spojrzał  na  Maisy.  –  Pięknie 

wygląda. – Rzeczywiście. W „cywilnych” śpioszkach, jednych z całej kolekcji zgromadzonej 

przez Jeremy’go, dziewczynka prezentowała się wspaniale. – Jesteście gotowe? 

Alice przełknęła ślinę.  

– Co to jest? – zapytała, by zyskać na czasie. Wskazała samochodowy fotelik dla dziecka, 

na oko najdroŜszy z moŜliwych w całej Australii. – Chciałam wypoŜyczyć w szpitalu.  

– No to masz o jeden problem mniej. – Podniósł Maisy i ostroŜnie umieścił ją w foteliku. 

–  Kupiłem  wielki  tort  serowy.  Przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  moŜe  zechcesz  zanieść  go 

pielęgniarkom do porannej herbaty.  

Wyglądało na to, Ŝe Jeremy pomyślał o wszystkim. O wszystkim, oprócz reakcji Alice.  

– Nie musiałeś tego kupować – powiedziała. Rozpromienił się.  

– Wiem, Ŝe nie musiałem. Chciałem.  

–  Chyba  nie  rozumiesz,  co  mówię.  –  Patrzyła  na  niego  uwaŜnie.  –  Przepraszam,  Ŝe 

zawracałam ci głowę, ale nie moŜemy się juŜ spotykać.  

– Co takiego? 

– Po prostu to. Wiele myślałam, wiesz, o sobie, o Maisy i o przyszłości. Ale przyszłości 

bez ciebie. Muszę sama sobie poradzić.  

– Nie, Alice, nie musisz. I nie moŜesz. NiewaŜne, co ci chodzi po głowie, jakoś się z tym 

uporamy. Kocham cię, Alice, nie odtrącaj mnie teraz.  

– Nie, to nie wyjdzie. Lepiej będzie tak, jak mówię.  

– Lepiej? Dla kogo lepiej? 

–  Dla  nas  wszystkich  –  próbowała  go  przekonać.  –  MoŜesz  mieć  kaŜdą  kobietę,  jeszcze 

tylko nie doszedłeś do siebie po wypadku. Prędzej czy później otrząśniesz się i zorientujesz, 

jaki popełniłeś błąd. To zrani nas wszystkich. Nie chcesz tego, wiem, ale ten dzień nadejdzie.  

– Nie. Nic takiego nie nadejdzie. Wiem, Ŝe ty i Maisy jesteście wszystkim, czego pragnę.  

– Na razie. To nie twoje dziecko, Jeremy. Sam zaczniesz się kiedyś zastanawiać i pytać, 

co ci strzeliło do głowy. Spojrzysz na nią i przypomnisz sobie, Ŝe nie jest twoja.  

Alice  wiedziała,  Ŝe  czeka  ją  trudna  rozmowa.  Teraz  jednak,  gdy  zobaczyła  w  oczach 

Jeremy’ego łzy, na twarzy poczucie druzgocącej klęski, poczuła się podle.  

–  Jak  moŜesz  w  ogóle  coś  takiego  mówić?  Zawsze,  gdy  patrzę  jej

w

  oczy,  widzę  tylko 

ciebie.  Przyrzekłem  Maisy,  juŜ  pierwszej  nocy,  kiedy  spałaś,  Ŝe  będę  Ŝył  dla  niej,  Ŝe  zrobię 

dla niej wszystko.  

Zawahała się. MoŜe to błąd? MoŜe Maisy by go przy nich zatrzymała? Nie. Nie wolno jej 

się poddać. Musi być silna.  

– Nikt cię nie upowaŜnił do składania takich przyrzeczeń. Przykro mi, Jeremy.  

– Wszystko w porządku? 

W drzwiach pojawiła się zatroskana twarz Bridgette.  

background image

– Tak – odrzekła Alice, starając się opanować. – Zamierzam właśnie wezwać taksówkę.  

Jeremy jednak się uparł.  

–  Nie,  ona  nie  wróci  do  domu  taksówką  –  oświadczył,  podnosząc  fotelik.  –  Pozwól  mi 

przynajmniej to dla niej zrobić.  

Bridgette zeszła z nimi  na dół. Gdy dotarli na parking, Alice spostrzegła – i nawet ją to 

trochę rozbawiło – Ŝe samochód Jeremy’ego ze stelaŜem do mocowania dziecinnego fotelika 

nie wygląda juŜ jak auto playboya.  

– Zamontowany prawidłowo – oznajmiła Bridgette, próbując rozładować napięcie. – Nie 

kaŜdy męŜczyzna to potrafi. Zwykle proszą mnie o pomoc.  

Jeremy słabo się uśmiechnął.  

–  Muszę  przyznać,  Ŝe  ja  sobie  nie  poradziłem.  Walczyłem  z  tym  stelaŜem  w  garaŜu,  w 

końcu się poddałem i pojechałem do sklepu, Ŝeby poprosić o pomoc sprzedawcę. I dlatego się 

spóźniłem.  

Pokonali  drogę  w  całkowitym  milczeniu.  Alice  wniosła  na  górę  Maisy,  Jeremy  szedł  z 

tyłu  obładowany  licznymi  torbami.  Gdy  otworzyła  drzwi,  jej  zdecydowanie  zostało  znów 

wystawione  na  cięŜką  próbę.  Poczuła  w  oczach  łzy.  Nic  dziwnego,  Ŝe  Jeremy  się  spóźnił. 

Pokój wypełniały róŜowe baloniki i wstęgi, wśród nich najszersza z napisem „Witaj w domu”. 

W zlewie wypełnionym po brzegi kostkami lodu chłodziła się butelka szampana. Gdy Jeremy 

wniósł bagaŜe, stała nieruchomo i patrzyła na to wszystko ze ściśniętym gardłem.  

–  No  to  idę,  chyba  chcesz  teraz  zostać  sama  –  usłyszała.  Pochyliła  się  i  wyjęła  Maisy  z 

fotelika.  

– Zabierz jeszcze to – rzekła, wskazując fotelik.  

– Po co, niech zostanie – odparł ponuro.  

– A co ja z tym zrobię? Nawet nie mam samochodu.  

– MoŜesz montować go w taksówkach, do pasów – poradził, i dodał na odchodnym: – A 

co ja miałbym z tym zrobić, Alice, skoro nie mam ciebie? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Alice przetrwała jakoś kilka tygodni. Obecność Maisy sprawiła, Ŝe maleńkie mieszkanko 

jeszcze bardziej się skurczyło. W zlewie piętrzyły się ciągle butelki czekające na sterylizację. 

Z kosza wysypywały się stosy bielizny do prania. Łazienkę wypełniały dziesiątki buteleczek z 

płynami kąpielowymi i maściami. Karmienie, kąpiele, pranie i prasowanie pochłaniały Alice 

cały czas. Pomimo jednak nadmiaru obowiązków i samotności w Ŝyciu Alice był jeden jasny 

punkt. Maisy.  

Gdy pewnego dnia wspinała się po schodach, obciąŜona córeczką i zakupami, zobaczyła 

przy swych drzwiach uśmiechniętego Josha.  

– Cześć – powiedział. – Przyniosłem ciasto. – Josh odwiedzał ją dość często. Te wizyty 

zawsze sprawiały jej przyjemność. – Jak leci? – zapytał, gdy weszli do środka.  

–  Nie  najlepiej.  Właśnie  dziś  musiałam  tłumaczyć  facetowi  z  biura  zatrudnienia,  Ŝe  nie 

mogę pracować jako lekarz przed ukończeniem staŜu. I Ŝe ojciec dziecka, mimo Ŝe ma pełne 

uprawnienia stomatologa, jest największym...  

– Alice – zaprotestował Josh. – Miła, uśmiechnięta dziewczyna, którą znałem, tak się nie 

wyraŜała.  

–  Przepraszam.  –  Zaczerwieniła  się.  –  Na  pewno  nie  chcesz  wysłuchiwać  moich 

narzekań. A co u ciebie? 

Rozgrzebywał widelczykiem ciasto na talerzu.  

–  Trochę  nerwowo.  Ciągle  wmawiamy  sobie,  Ŝe  Eamon  rozwija  się  tak  szybko  jak 

Declan...  

–  Josh,  jeszcze  za  wcześnie  na  porównania.  Eamon  musi  dojść  do  siebie  po  tych 

wszystkich przejściach.  

– Wiem, ale czasami się o niego boję.  

Alice  spojrzała  na  Maisy.  Wiedziała,  Ŝe  ma  szczęście.  Mimo  wszystkich  komplikacji  i 

zagroŜeń, niemowlę cieszyło się doskonałym zdrowiem.  

– Przepraszam, Josh. Zamęczam cię swoimi problemami, choć wiem, Ŝe masz własne.  

– No, niezupełnie zamęczasz. Z plotkarskiego punktu widzenia twoje problemy są nawet 

ciekawe. Niech pani powie, doktor Masters, co właściwie zaszło pomiędzy panią a doktorem 

Fosterem? 

Alice zjadła kawałek ciasta.  

–  Jak  to  powiedzieć...  Najwidoczniej  moja  ciąŜa  nie  podziałała  na  niego  jak  czosnek  na 

wampira, jak to kiedyś obrazowo ująłeś.  

– No i? Długo milczała.  

–  Dorosłam  –  poinformowała  wreszcie.  –  SpowaŜniałam.  Maisy  potrzebuje  poczucia 

bezpieczeństwa, a szukanie go u Jeremy’ego jest trochę ryzykowne.  

Josha to nie przekonało.  

– Lubię Jeremy’ego, zawsze go lubiłem. Fakt, Ŝe jeszcze niedawno pękłbym ze śmiechu 

na myśl, Ŝe on moŜe zmieniać pieluszki, ale, droga Alice, Jeremy się zmienił.  

background image

– Próbował mnie o tym przekonać.  

– Dlaczego mu nie uwierzyłaś? 

Sama  do  końca  nie  wiedziała.  Teraz,  przeraŜona  samotnością,  nie  ośmielała  się  nawet 

pomyśleć, Ŝe Jeremy mógłby znów ją pokochać.  

– Alice, coś poszło nie tak? 

Po raz pierwszy podniosła do góry głowę. Miała zaczerwienione oczy.  

– Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.  

–  No  dobrze.  Zmieńmy  temat.  Wesz,  Ŝe  Mai  Wing  zajęła  twoje  miejsce  niemal  tego 

samego dnia? – Alice skinęła głową. Starała się okazać zainteresowanie, choć nie bardzo się 

jej udawało. – Zaczęła trzy tygodnie wcześniej – kontynuował Josh – co oznacza, Ŝe skończy 

równieŜ trzy tygodnie wcześniej.  

– Co z tego? 

– To, Ŝe pozostają trzy tygodnie luki i mogłabyś właśnie wtedy skończyć staŜ.  

– A dyŜury? 

Nie mogła uwierzyć, Ŝe to aŜ takie proste.  

–  Nie  będzie  ich  tak  wiele,  a  Dianne  poradzi  sobie,  jeśli  raz  czy  dwa  cię  zastąpię.  Poza 

tym, mogłabyś zostawiać u nas Maisy.  

– Nie bądź śmieszny. Twoja Ŝona ma juŜ i tak za duŜo na głowie.  

–  Alice,  to  tylko  trzy  tygodnie.  O  ilu  dyŜurach  mówimy?  Nagle  dostrzegła  światełko  w 

tunelu.  Tak,  rzeczywiście,  to  się  moŜe  udać!  Ukończy  staŜ,  zostanie  lekarzem  rodzinnym  i 

zapewni Maisy bezpieczeństwo! Jedyną przeszkodą jest Jeremy. Zgodzi się? Jeśli nawet tak, 

to  znów  będzie  musiała  go  widywać,  pracować  z  nim.  Lecz  gdy  spojrzała  na  Maisy,  serce 

zabiło jej szybciej. Trudno, pomyślała, dla tego maleństwa zniosę wszystko.  

– Chcesz, Ŝebym porozmawiał z Jeremym? – usłyszała. W jej oczach pojawił się błysk.  

– Tak. Tak, proszę.  

Gdy  następnego  dnia  rozległ  się  dzwonek  u  drzwi,  Alice  sprawdziła,  czy  nie  obudził 

Maisy, i poszła otworzyć. Na widok gościa osłupiała.  

– Je... Jeremy – wykrztusiła.  

Długo się nie odzywał. Patrzył na nią badawczo jak wtedy, gdy się poznali. Uświadomiła 

sobie, Ŝe po raz pierwszy widzi ją szczupłą, bez ogromnego brzucha. Mimo to zdawała sobie 

boleśnie sprawę, Ŝe wyrwana z wiru domowych zajęć musi wyglądać okropnie.  

–  Mam  dla  ciebie  propozycję  –  odezwał  się  wreszcie.  Powiedział  to  obojętnym  tonem, 

czego  jednak  miała  się  spodziewać?  Zaprosiła  go  do  środka.  Josh  musiał  z  nim  odbyć 

rozmowę. Wskazała gościowi kanapę, sama teŜ usiadła. Unikała jego wzroku.  

–  Jak  wiesz,  znaleźliśmy  zastępstwo,  kiedy  zachorowałaś.  –  Oficjalny  ton  wykluczał 

towarzyską  pogawędkę.  –  Mieliśmy  więc  nie  obsadzone  trzy  tygodnie  pomiędzy  terminami 

staŜów.  –  Alice  milczała.  Nie  chciała  nadmiernie  okazywać  radości.  –  Mai  Wing  otrzymała 

jednak  jakąś  niedobrą  wiadomość  z  kraju.  Nie  ma  wyboru,  musi  jechać.  Chciałem  ci 

zaoferować  te  trzy  tygodnie,  ale  w  tej  sytuacji  to  juŜ  nieaktualne.  –  Alice  poczuła,  Ŝe  znów 

ogarniają  panika.  Krótko  cieszyła  się  nadzieją.  –  Mai  wyjechała  na  pełne  trzy  tygodnie,  tak 

Ŝ

eby  nie  pozostała  luka  na  przykład  tylko  kilkudniowa.  Co  nam  pozostaje?  Rozmawiałem  z 

background image

doktorem Felisem. Z uwagi na okoliczności i nawał pracy zgodził się. MoŜemy umoŜliwić ci 

ukończenie staŜu, ale teraz. Mogłabyś zacząć w poniedziałek. Za trzy tygodnie moŜesz mieć 

uprawnienia i wyjechać na wieś. Co ty na to? 

–  Poniedziałek?  –  krzyknęła.  –  Nie  mogę.  Nie  szukam  pretekstu,  Jeremy.  To  jest  po 

prostu  niemoŜliwe.  Maisy  nie  przeszła  jeszcze  szczepień.  śaden  Ŝłobek  jej  nie  przyjmie.  – 

Pomyślała  o  ofercie  Josha,  lecz  uznała,  Ŝe  nie  moŜe  z  niej  skorzystać,  poniewaŜ  jest  za 

wcześnie. – MoŜe mama... – Urwała, wiedząc, Ŝe nie ma się co oszukiwać.  

–  Po  co  ci  Ŝłobek?  –  rzucił  lekko  Jeremy.  –  Mówiłem  juŜ  kiedyś,  Ŝe  moja  matka  jest 

wykwalifikowaną pielęgniarką. Nadal ma uprawnienia i nawet czasami zajmuje się dziećmi. 

Będzie szczęśliwa, mogąc trochę u mnie pomieszkać i do wszystkiego się wtrącać. JuŜ z nią 

rozmawiałem. Z przyjemnością zajmie się Maisy.  

– Nie stać mnie...  

– Na Boga, Alice, nie wszystko jest za pieniądze – odparł z irytacją. – Jedyna przeszkoda 

jest  taka,  Ŝe  mama  nie  zgodzi  się  mieszkać  u  ciebie.  Co  oznacza  –  dodał  z  naciskiem  –  Ŝe 

musiałabyś się przeprowadzić do mnie.  

– Moje mieszkanie jest dla niej za skromne? 

Alice nie wiedziała, dlaczego się oburza, nie mogła się jednak powstrzymać.  

– Szczerze mówiąc, tak.  

Nie  obraziła  się.  Po  wszystkim,  co  zaszło,  po  tym,  jak  go  potraktowała,  i  tym,  co  teraz 

zaproponował, nie moŜe się wszystkiego czepiać.  

– Dlaczego to dla mnie robisz? – zapytała.  

–  Powiedzmy  to  sobie  wyraźnie.  –  Patrzył  na  nią  chłodno,  z  dystansem.  –  Nie  robię 

niczego dla ciebie, tylko dla Maisy. Przyrzekłem jej coś i zamierzam dotrzymać słowa. Ty teŜ 

masz  teraz  okazję,  Ŝeby  coś  dla  niej  zrobić.  MoŜesz  się  zastanowić,  lecz  muszę  znać 

odpowiedź najpóźniej jutro rano.  

Wstał i zamarł w miejscu, gdyŜ Maisy się obudziła.  

Alice podeszła do łóŜeczka i wzięła dziecko na ręce.  

– Urosła – zauwaŜył Jeremy zupełnie innym głosem. Alice dostrzegła, Ŝe wpatruje się jak 

zahipnotyzowany  w  maleństwo.  Wzięła  głęboki  oddech.  Jeremy  ma  rację.  Maisy  na  to 

zasługuje.  

– Nie muszę się zastanawiać. Chcę zacząć w poniedziałek. Dziękuję.  

– Doskonale. Przyjadę po was w sobotę rano. MoŜesz być gotowa o dziesiątej? 

– W sobotę? Ale...  

Znów spojrzał na nią nieprzyjaźnie.  

–  W  poniedziałek  o  siódmej  trzydzieści  moja  matka  zostanie  sama  z  Maisy.  Powinna 

mieć  czas,  Ŝeby  ją  poznać.  Później  nie  zdąŜysz  jej  we  wszystko  wprowadzić.  A  ty  będziesz 

pracować bez taryfy ulgowej. Nie jesteś juŜ w ciąŜy, Alice.  

To  było  nieuczciwe.  Nigdy  nie  prosiła  o  Ŝadne  szczególne  względy.  Nie  chciała  się 

jednak teraz kłócić.  

–  Chyba  zresztą  dobrze  ci  zrobi  powrót  do  pracy  –  zauwaŜył,  a  Alice  ucieszyła  się,  Ŝe 

zatroszczył  się  równieŜ  o  nią.  To  miłe  wraŜenie  zatarły  jednak  następne  słowa:  –  Kto  wie, 

background image

moŜe nawet umyjesz włosy? 

Jeremy umieścił jej torby w bagaŜniku. Poczuła na sobie jego wzrok i zaczerwieniła się.  

– O co chodzi? – spytała nieuprzejmie.  

– Nic takiego. Pomyślałem sobie, Ŝe masz ładną fryzurę.  

– Właśnie się ostrzygłam.  

Wizyta Jeremy’ego spowodowała małą rewolucję. Alice niemal do zera wyczerpała swój 

zasób  gotówki.  Była  u  fryzjera,  spędziła  wiele  godzin  w  gabinecie  kosmetycznym.  Chciała 

dobrze  wyglądać.  Dla  kolegów,  dla  pacjentów,  no  cóŜ,  takŜe  dla  Jeremy’ego,  przyznała  w 

myślach.  

Resztki niepokoju z powodu pozostawienia Maisy z kimś obcym rozwiały się, gdy tylko 

przekroczyli próg mieszkania Jeremy’ego. Mavis Foster natychmiast uściskała Alice razem z 

trzymaną przez nią Maisy.  

– Nareszcie jesteście, witamy. Nie stójcie w progu, wejdźcie do środka.  

– Alice na pewno by weszła, gdybyś dała jej szansę – zauwaŜył z uśmiechem Jeremy, po 

czym zszedł po resztę bagaŜy. – To juŜ wszystkie – poinformował, gdy wrócił. – No to lecę. 

Do zobaczenia w poniedziałek, Alice.  

– W poniedziałek? WyjeŜdŜasz gdzieś? 

– Do Sorrento, na weekend. Nie chcę wam przeszkadzać.  

Uśmiechał  się,  lecz  jego  oczy  pozostawały  zimne.  Najwidoczniej  udawał  tylko  przy 

matce, Ŝe zachowuje się przyjaźnie. Właściwie niczego nie mogła mu zarzucić, lecz mimo to 

poczuła rozczarowanie.  

Objął i pocałował matkę, Alice pominął.  

– Baw się dobrze – poŜegnała go Mavis. – Kiedy wrócisz, zrobię twoją ulubioną kolację, 

stek z frytkami.  

–  Mama  nie  wierzy,  kiedy  jej  mówię,  Ŝe  jajecznicy  na  bekonie  nie  uwaŜa  się  juŜ  za 

zdrowy początek dnia – poinformował Jeremy Alice.  

– Bzdury – obruszyła się Mavis. – MęŜczyzna powinien zjeść porządne śniadanie.  

Gdy  za  Jeremym  zamknęły  się  drzwi,  dziecko  juŜ  spało.  Mavis  podała  kawę  i  ciasto. 

Długo rozmawiały o Maisy.  

Gdy  Alice  połoŜyła  się  wieczorem  do  łóŜka,  uśmiechała  się  w  ciemnościach  na 

wspomnienie  dnia.  O  szóstej  została  potraktowana  ogromną  porcją  pieczeni,  którą  ledwie 

zdołała zjeść. Mimo to o dziesiątej Mavis wyłoniła się z kuchni z tacą grzanek z serem. Alice 

musiała ją błagać o litość, gdyŜ wydawało się jej, Ŝe najadła się na tydzień naprzód.  

Kto  by  pomyślał,  zadumała  się,  Ŝe  ten  chłodny  Jeremy  ma  matkę  przepełnioną  wprost 

uczuciami macierzyńskimi. No i najwaŜniejsze, absolutnie oczarowaną Maisy.  

 

W poniedziałek, gdy wysiadała z tramwaju, mogła się juŜ skupić na czekającym ją dniu 

pracy. Wiedziała, Ŝe Maisy jest w dobrych rękach.  

– Cześć – rzucił na powitanie Josh, a potem cicho gwizdnął. – Jezu, co za seksbomba! Co 

się stało z tą dziewczyną, którą odwiedziłem we wtorek? 

– Fryzjer i kosmetyczka zrobili swoje – wyjaśniła krótko. – Bardzo się denerwuję, Josh. 

background image

Wydaje mi się, Ŝe wszystko zapomniałam.  

– Nie przejmuj się. Wystarczy jedno spojrzenie na Lindę, a wszystko ci się przypomni, i 

to boleśnie. Dziś jest naprawdę nie do zniesienia. Chyba zabrakło jej tabletek z hormonami.  

Josh  miał  rację.  Po  dwóch  godzinach  Alice  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  jest  w  szpitalu  od 

zawsze, Ŝe nie miała Ŝadnej przerwy. Obchód na szczęście nie trwał długo. Wydawało się, Ŝe 

pierwszy dzień w pracy, zwłaszcza bez dyŜuru, minie stosunkowo łatwo. Pomyślała to w złą 

godzinę.  

– Alice, mogłabym ci przeszkodzić? Uniosła głowę znad sterty wypisywanych kart.  

– Jasne, Fi, o co chodzi? 

– O panią Dalton. – Alice ją pamiętała. Wypisano ją, lecz niedawno ponownie przyjęto. 

Wrzód się powiększył, a ciśnienie wyraźnie podskoczyło. RozwaŜano operację wszczepienia 

bypassów. – Powinnaś chyba obejrzeć jej nogę.  

Poszły od razu. Alice odsłoniła stopę chorej.  

– Boli, prawda, pani Dalton? 

– Tak, kochanie. Przepraszam, Ŝe zawracam głowę. Wiem, jak jesteś zajęta.  

– Proszę się tym nie przejmować. Kiedy zaczął się ból? 

– Od razu po wyjściu pana Fostera. Starałam się nie zwracać na to uwagi...  

Alice wiedziała, Ŝe pani Dalton nie zwykła uskarŜać się bez powodu. Poza tym stopa była 

ewidentnie  zimna,  nawet  nie  chłodna.  Alice  postanowiła  zbadać  tętno  w  stopie  aparatem 

Dopplera. Zero pulsu.  

– Wezwać Jeremy’ego? – zapytała Fi. Alice przygryzła wargi.  

– Lepiej nie. MoŜe najpierw Lindę? 

Przyjacielski  ton  Lindy  z  dnia  odwiedzin  naleŜał  juŜ  do  odległej  przeszłości.  Gdy 

przyszła, nie spojrzała nawet na Alice. Pytania kierowała do Fi.  

– Od jak dawna? – warknęła.  

– Ból zaczął się zaraz po obchodzie.  

– To znaczy przed godziną. Na co czekałyście? AŜ zsinieje? 

– Dopiero teraz o tym powiedziałam – wyjaśniła pan Dalton.  

– Wezwać doktora Fostera? – zapytała Fi.  

– On juŜ tu idzie. Ja, powtarzam, ja od razu wiedziałam Ŝe trzeba działać szybko.  

Jeremy,  tak  samo  jak  przedtem  Alice,  zbadał  najpierw  starannie  stopę.  Zlecił  silny 

zastrzyk przeciwbólowy i zamówił ultrasonograf.  

– Nie wygląda najlepiej, prawda, panie doktorze? – zapytała pani Dalton.  

Jeremy oderwał wzrok od monitora.  

–  Utworzył  się  skrzep,  blokuje  przepływ  krwi  –  wyjaśnił  głosem  jednocześnie  miłym  i 

profesjonalnym.  –  Moglibyśmy  podawać  heparynę,  ale  to  by  trwało  za  długo.  Myślę,  Ŝe 

usuniemy pani zator, a przy okazji załoŜymy bypass. Miejmy nadzieję, Ŝe poprawi krąŜenie w 

stopie.  

– A jeśli nie? 

– Zrobię wszystko, Ŝeby tak się stało, ale owszem, jest moŜliwe, Ŝe się nie uda.  

– Wtedy amputacja, prawda? 

background image

– To najgorszy wariant  – Przerwał i poczekał. Pani Dalton wydobyła chusteczkę i cicho 

zapłakała.  –  Pani  Dalton,  nie  lubię  gdybać  i  nie  chcę  dawać  fałszywej  nadziei,  ale  to 

naprawdę ostateczność. Zamierzam ocalić pani stopę, Wkrótce potem przyszedł anestezjolog i 

przeprowadził  badanie  przedoperacyjne.  Fi  zrobiła  bez  pytania  EKG.  Gdy  zjawił  się 

zadyszany pan Dalton, jego Ŝona była juŜ gotowa do przewiezienia do bloku operacyjnego.  

~  Przyjechałeś  do  szpitala  w  ubraniu  do  prac  ogrodowych?  –  zaśmiała  się  pacjentka. 

Dostała środek przeciwbólowy i nabrała ochoty do Ŝartów. – Co ludzie sobie pomyślą? 

–  Te  kobiety,  nigdy  nie  są  zadowolone  –  odparł  pan  Dalton  lekkim  tonem,  ocierając 

ukradkiem łzę.  

– Święta prawda! – Jeremy pokiwał głową. Alice była pewna, Ŝe ta uwaga odnosi się do 

niej.  Podczas  operacji  Jeremy  jak  zwykle  dokonywał  cudów  jako  chirurg.  Gdy  skończył, 

stopa pani Dalton była juŜ róŜowa.  

–  Przez  pierwsze  dwie  godziny  badania  naczyniowe  co  piętnaście  minut,  potem  przez 

sześć godzin eo godzinę, a w nocy co dwie. Nie, teŜ co godzinę – zarządził.  

– DyŜurne pielęgniarki nie będą zadowolone – ostrzegła go Carrie.  

– Czy ja wyglądam na kogoś, kogo to obchodzi? – warknął Jeremy, zdejmując rękawice.  

Gdy wyszedł, Carrie uniosła brwi.  

– Patrzcie, patrzcie, ktoś nie ma szczęścia w miłości. Chciałabym wiedzieć, kim ona jest, 

postawiłabym jej drinka. NajwyŜszy czas, Ŝeby ktoś dał temu draniowi nauczkę.  

Alice nie podobał się jad w głosie pielęgniarki.  

– Przypominam, siostro – odezwała się – Ŝe pan Foster jest naszym szefem. Proszę się teŜ 

powstrzymać od wygłaszania tego rodzaju uwag przy pacjentach, nawet jeśli są nieprzytomni.  

– Przepraszam. To się juŜ nie powtórzy.  

– Mam nadzieję – ostrzegła ją Alice.  

W drodze do szatni zorientowała się, Ŝe dygocze. Oburzyta ją ta jawna niesprawiedliwość 

w stosunku do Jeremy’ego.  

Kogo  chcę  oszukać?  –  myślała,  siadając  na  wąskiej  ławęczce.  Kocham  go,  zawsze 

kochałam,  nigdy  nie  przestałam  go  kochać.  Utrata  Jeremy’ego  po  raz  pierwszy  okazała  się 

straszna. A gdyby tak spróbować” po raz drugi? Nie. Skoro pierwsze rozstanie jest taką męką, 

drugie byłoby z pewnością piekłem.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

W szpitalu Jeremy zachowywał się chłodno i z dystansem. W domu starał się przebywać 

jak najmniej, choć zdarzało się, Ŝe wymieniali kilka zdawkowych słów.  Znosili te spotkania 

łatwo,  przede  wszystkim  z  powodu  Maisy.  Jeremy  wprost  ją  uwielbiał,  choć  starał  się  przy 

Alice nadmiernie tego nie okazywać.  

Alice  zastawała  go  niekiedy  śpiewającego  dziecku  najnowsze  przeboje  albo 

wygłaszającego długie przemowy.  

– Jest wreszcie kobieta, która mi nie przerywa – wyjaśnił pewnego razu, zawstydzony, na 

widok wchodzącej Alice.  

– Daj jej trochę czasu, Jeremy, a nauczy się. Pozostawało jednak tyle niedopowiedzeń...  

Pewnej  nocy  Maisy  zachowywała  się  szczególnie  nieznośnie.  Wysiłki  Alice,  by  ją 

uspokoić, na nic się nie zdały. Próbowała wszystkiego, chciała juŜ nawet zapukać do Mavis i 

poprosić o pomoc, gdy nagle dziecko usnęło.  

Alice wyszła do kuchni z naręczem brudnych butelek. Na widok Jeremy’ego przystanęła. 

Siedział  przy  stole  ze  szklanką  w  ręku.  Z  zaskoczeniem  zauwaŜyła,  Ŝe  się  postarzał.  Sine 

obwódki wokół oczu dodawały mu lat. Nie unosząc wzroku, zapytał: 

– Co tam u Maisy? 

–  Właśnie  zasnęła.  Przepraszam,  Jeremy,  starałam  się  ją  uciszać.  A  ty?  Znów  źle  się 

czujesz? – zapytała.  

– Potwornie. – Z westchnieniem opróŜnił szklankę i odstawił ją na stół. – Czy ty w ogóle 

masz pojęcie, jak to jest słyszeć jej płacz? 

–  Powiedziałam,  Ŝe  się  starałam.  To  chyba  nie  tajemnica,  Ŝe  niemowlęta  płaczą?  Jeśli 

chcesz, moŜemy się wyprowadzić.  

Uderzył pięścią w stół.  

–  Chodzi  mi  o  to,  Ŝe  nie  mogę  nic  zrobić  tylko  dlatego,  Ŝe  wszystkiego  mi  zabraniasz. 

Przepraszam, dajmy juŜ temu spokój. Jutro mamy dyŜur, musimy się wyspać.  

– MoŜe dać ci jakiś proszek przeciwbólowy? – zapytała z troską.  

Uśmiechnął się krzywo.  

– Taki środek tu nie pomoŜe.  

Gdy tylko wyszedł, Alice pojęła, Ŝe nie chodziło mu o ból w plecach. Jęknęła, gdy zdała 

sobie sprawę, Ŝe to ona sprawia mu ból. To znaczy, Ŝe mimo wszystko nadal ją kocha...  

LeŜąc juŜ w łóŜku, poczuła nagle, Ŝe chce do niego pójść, wziąć za rękę, uspokoić. Ale... 

co  potem?  Znów  powróciły  wszystkie  obawy.  Jak  mogłaby  zaryzykować  bezpieczeństwo 

Maisy, ulegając własnym pragnieniom? 

Po  bezsennej  nocy  perspektywa  całodobowego  dyŜuru  była  nieco  przeraŜająca.  Mavis, 

która przez całą noc głęboko spała, zdawała się nie dostrzegać napięcia, jakie zapanowało w 

domu. NałoŜyła Alice porcję bekonu jak dla drwala i napełniła filiŜankę mocną kawę.  

– Jeremy! – zawołała z wyrzutem na widok nie ogolonej twarzy syna.  

Jeremy  i  Alice  starannie  unikali  swojego  wzroku.  Mavis  to  dostrzegła.  Obrzuciła  ich 

background image

uwaŜnym spojrzeniem.  

– Wrócicie jutro o drugiej? Jeśli nie zdąŜycie, pójdę z Maisy do przychodni, na badanie. 

Załatwić jeszcze coś? 

Alice miała długą listę potrzeb, pokręciła jednak głową.  

– Nie, na pewno zdąŜę. Z dyŜuru wychodzę zwykle o dwunastej. – Wstała. – Muszę się 

zbierać.  

– Dlaczego nie zaczekasz na Jeremy’ego? – zaprotestowała Mavis. – Prawda, syneczku? 

–  zwróciła  się  do  gazety  zasłaniającej  jego  twarz.  –  Po  co  ci  tramwaj,  skoro  Jeremy  i  tak 

jedzie samochodem? 

– MoŜe Alice potrzebuje świeŜego powietrza – rzucił zza gazety jej syn.  

Alice  wyszła.  Z  ulgą  powitała  ciepłe  promienie  słońca.  Do  końca  staŜu  pozostawał  juŜ 

tylko  tydzień,  miała  jednak  wraŜenie,  Ŝe  to  cała  wieczność.  –  Zajęła  miejsce  w  tramwaju 

dotknęła czołem chłodnej szyby. Przypuśćmy, myślała Ŝe wyzna Jeremy’emu swoje uczucie, 

a  on  jej  wybaczy.  Co  wtedy?  Mavis  nie  będzie  z  nini  mieszkała  wiecznie,  Jeremy  nie 

przeprowadzi się na wieś. Nie, to wszystko na nic.  

Tramwaj  zatrzymał  się  pomiędzy  przystankami.  Alice  widziała  juŜ  szpital,  słyszała 

sygnały karetek pogotowia. Podeszła do konduktorki.  

– Co się stało? Dlaczego stoimy? 

–  Policja  nas  zatrzymała,  kochana.  Chyba  wydarzył  się  jakiś  wypadek.  Mamy  nie 

blokować dojazdu.  

– Proszę otworzyć drzwi. Jestem lekarzem, muszę się tam dostać.  

– Nie ma problemu.  

Wyminęło ją wiele karetek. Musiało się wydarzyć coś strasznego. Gdy dotarła na miejsce, 

zobaczyła Fay w czerwonym czepku, co oznaczało, Ŝe ona tu teraz dowodzi.  

– Doktor Masters, prosto na oddział ratunkowy proszę. Pan Donovan powie, co dalej.  

– Co się stało? 

–  Dwa  autobusy  i  cięŜarówka  –  padła  ponura  odpowiedź.  Alice  przygotowała  się  na 

straszny widok. Pomimo jednak wiedzy zdobytej podczas wykładów, filmów i symulacji akcji 

ratunkowych przeŜyła teraz wstrząs. Wokół leŜały ciała. Samuel Donovan, ordynator oddziału 

medycyny ratunkowej, badał rannych, wykrzykując jednocześnie polecenia.  

Okazało się, Ŝe Jeremy ją wyprzedził. Nie miał czasu się przebrać. Jego wytworny szary 

garnitur  był  juŜ  zaplamiony  krwią.  Alice  widziała,  jak  unosi  głowę  znad  leŜącej  bezwładnie 

na wózku postaci. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały.  

– Zabierz ją dalej, Alice – usłyszała polecenie Samuela. Sanitariusze podeszli do wózka. 

LeŜąca  na  nim  młoda  kobieta  miała  w  oczach  przeraŜenie.  Była  tak  blada,  Ŝe  normalnie 

trafiłaby od razu na salę operacyjną. Dziś jednak nic nie było normalnie.  

–  Kim  Earl,  dwadzieścia  dwa  lata,  jechała  z  przodu  autobusu,  a  tam  było  najgorzej. 

Znaleźliśmy ją przytomną, miała uwięzioną lewą nogę. – Alice powędrowała spojrzeniem za 

wzrokiem  sanitariusza.  Noga  była  opatrzona,  lecz  sądząc  po  ułoŜeniu  stopy  i  zabarwieniu 

skóry  palców,  rokowania  nie  były  zbyt  dobre.  –  SkarŜy  się  teŜ  na  ból  w  brzuchu.  Dostała 

znieczulenie i trochę pomogło.  

background image

– Dziękuję. De jest jeszcze ofiar? .  

– Lepiej nie myśleć. Aha, nie powiedziałem jeszcze o jednym. Kim wychodzi w sobotę za 

mąŜ,  prawda,  Kim?  –  Przyjaźnie  mrugnął  okiem  do  przeraŜonej  kobiety.  –  Zaraz  się  tobą 

zajmą, Kim. Powodzenia. Później wpadnę cię odwiedzić.  

Sanitariusz  znalazł  jeszcze  czas,  by  przekonać  pacjentkę,  Ŝe  nie  jest  anonimowa,  Ŝe 

traktuje  się  ją  jak  Ŝywego  człowieka,  a  nie  przypadek  medyczny.  Alice  pomyślała,  Ŝe  nie 

zapomni nigdy tej lekcji.  

Podczas  badania  rannej  starała  się  zachować  spokój.  Noga  była  na  razie  opatrzona, 

wyniki  neurologiczne  dobre,  na  głowie  tylko  powierzchowne  rany.  Pacjentka  oddychała  bez 

trudności,  choć  trochę  za  szybko.  Brzuch  natomiast  okazał  się  napięty  i  bolesny.  Alice 

poczuła niepokój. ObraŜenia mogły się okazać cięŜkie. Porównała wynik pomiaru ciśnienia z 

tętnem.  Ciśnienie  niskie,  puls  przyspieszony.  To  oznacza  duŜą  utratę  krwi.  Co  by  zrobił 

Jeremy? 

Płukanie otrzewnej. Stosunkowo prosty zabieg. Jeśli jednak wypływająca solanka zawiera 

krew, pacjent trafia na stół. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, przygotowała wszystko i 

zawołała doktora Donovana.  

– No i co tu mamy? 

– Boję się o brzuch. Przygotowałam płukanie. Ordynator przedstawił się szybko rannej i 

wykonał zabieg.  

–  Zabieramy  ją  na  operację.  Powiem  Jeremy’emu.  Fay...  W  ciągu  dziesięciu  minut 

wykonano wszystkie badania.  

– Do zobaczenia na oddziale. – Alice trzymała kobietę za rękę. – Zoperuje panią doktor 

Foster.  

– A co z moją nogą? Odpowiedział jej Samuel Donovan: 

– Kim, to powaŜna rana. Wszystkie decyzje podejmiemy na sali, gdy dostaniesz narkozę. 

Zrobimy tam prześwietlenie.  

– Muszę być zdrowa do soboty.  

– Wychodzi za mąŜ – wyjaśniła Alice.  

Mimo  chaosu,  mimo  tragedii,  które  się  wokół  rozgrywały,  Samuel  wyjaśnił  pięknej 

młodej kobiecie, Ŝe choć zrobią wszystko, by ocalić jej nogę, moŜe się to okazać niemoŜliwe.  

– Nie! – krzyknęła. – Nie wyraŜę zgody! Nie moŜecie mi amputować nogi! 

Chirurg ortopeda Khan, który tymczasem bada! nogę, podszedł do wezgłowia wózka.  

–  Proszę,  kochanie,  kiedy  mówimy,  Ŝe  zrobimy  wszystko,  uwierz,  Ŝe  tak  jest.  Musisz 

jednak  wiedzieć,  Ŝe  to  nie  wygląda  dobrze.  Nie  moŜemy  pozwolić  na  to,  Ŝebyś  umarła  z 

powodu  nogi.  Tak  moŜe  się  stać.  Nie  przeprowadzimy  amputacji,  jeśli  nie  okaŜe  się  to 

absolutnie konieczne.  

Ranna spojrzała błagalnie na Alice.  

– To prawda? Stracę nogę? Czy mogę się jeszcze z kimś skonsultować? Mam prywatne 

ubezpieczenie...  

– Kim, oni naprawdę zrobią wszystko. I naprawdę musisz się poddać operacji. Wiem, jak 

jest ci cięŜko.  

background image

– Nie, nie wiesz.  

– Rzeczywiście, mogę sobie tylko wyobrazić.  

– Czy ja umrę? Alice ścisnęła jej dłoń.  

– Mowy nie ma. Kim, nie mamy juŜ czasu.  

– Ted, mój narzeczony...  

– Porozmawiam z nim, gdy się zjawi. Będzie na ciebie czekał...  

Dziewczyna  odjechała.  Mimo  nieustannego  dowoŜenia  nowych  rannych,  sytuacja 

wydawała się opanowana. Ściągnięto dodatkowych lekarzy i pielęgniarki. Odwołano planowe 

zabiegi i wypisano kogo się dało, by zwolnić łóŜka.  

Alice nie mogła dojść do siebie. Okazało się, Ŝe drogocenna powłoka normalności moŜe 

w kaŜdej chwili pęknąć, Ŝe Ŝycia nikt nie gwarantuje. Nie walczyła na pierwszej linii, w sali 

operacyjnej czy przy reanimacji. Wykonywała jednak setki czynności. Badała, czyściła rany, 

opatrywała,  znieczulała.  Jej  miękki  głos  uspokajał  pacjentów  i  ich  rodziny.  Co  pewien  czas 

myślała o Jeremym walczącym o Ŝycie młodej kobiety.  

–  Alice,  kiedy  skończysz?  Przyjechali  rodzice  i  narzeczony  Kim  Earl.  MoŜe  z  nimi 

porozmawiasz? Samuel naprawdę nie ma czasu, a ona jest nadal na stole.  

– Jasne, Fay, zaraz tam pójdę.  

– Drobne ostrzeŜenie. Narzeczony nie przyjął tego dobrze.  

– A masz mu za złe? Musiał przeŜyć szok. Fay pokręciła jednak głową.  

– Przejął się głównie tym, Ŝe ona nie będzie miała nogi. Sama się zresztą przekonasz.  

Bill  i  Sheila  Earl  byli  wstrząśnięci,  jak  zwykle  rodzice  w  takich  wypadkach.  Bill 

wpatrywał  się  tępo  w  ścianę,  Sheila  bezgłośnie  płakała.  Młodszy  męŜczyzna,  w  modnym 

garniturze i z włosami ułoŜonymi na Ŝel, chodził nerwowo po małym pokoju.  

Alice  przyciągnęła  krzesło  i  usiadła  naprzeciw  rodziców  Kim.  MoŜliwie  najdelikatniej 

przedstawiła im sytuację.  

– Siostra mówi, Ŝe obraŜenia są powaŜne – zauwaŜył Bill. – Jak powaŜne? Czy ona...  

–  Ma  krwotok  wewnętrzny.  Trwa  operacja.  Przykro  mi,  ale  w  tej  chwili  nic  więcej  nie 

wiem. Mogę tylko powiedzieć Ŝe zabieg rozpoczął się bardzo szybko i Ŝe operują ją najlepsi 

chirurdzy. Rozmawiałam z nią. Mówiła mi o ślubie.  

– Ale co z jej nogą? – Ted spojrzał na Alice ze złością. – Podobno moŜe ją stracić.  

Alice przełknęła ślinę.  

– Jest takie ryzyko. Chirurdzy zrobią wszystko, Ŝeby ją ocalić.  

–  Nonsens.  Będą  się  spieszyć  do  następnej  operacji.  Jeśli  nie  zrobicie  wszystkiego, 

powtarzam:  wszystkiego,  zaŜądam  od  tego  szpitala  takiego  odszkodowania,  jakiego  sobie 

nawet nie wyobraŜacie! 

– Panie Caversham, rozumiem, ze jest pan zdenerwowany...  

– Zdenerwowany? Przychodzi pani tutaj i spokojnie mówi, Ŝe Kim straci nogę...  

– Proszę poczekać na wynik operacji – przerwała mu.  

–  Jeśli  Kim  straci  nogę,  mogłaby  równie  dobrze  umrzeć.  Pani  jej  nie  zna.  Jest  modelką. 

Ona sobie po prostu z tym nie poradzi.  

Alice pomyślała, Ŝe to raczej Ted nie pogodzi się z taką stratą. Wstała.  

background image

– Zawiadomimy państwa, gdy tylko będzie coś wiadomo. Fay na nią czekała.  

– Czarujący facet, prawda? 

– Jest zmartwiony. Ludzie czasem dziwnie reagują.  

– Tak, dziwnie. – Fay spojrzała na nią znacząco. – Jak biedaczek będzie się prezentował z 

kulawą Ŝoną? Powiedz mi, Alice, gdzie się podziali porządni faceci? 

ZdąŜyły juŜ wejść do pokoju pielęgniarek, do którego przysłano z bufetu kanapki.  

– Tutaj – odparł jej Josh, wchodząc za nimi.  

Alice uśmiechnęła się do niego, a potem dostrzegła, Ŝe nie jest sam. Siedzący obok niego 

Jeremy wyglądał strasznie. Ponura twarz, stęŜała z napięcia. Operował bez przerwy od ósmej 

trzydzieści. Alice pomyślała o jego plecach. Nalali kawę, a Fay przełoŜyła kanapki na talerze.  

Wreszcie  trochę  spokoju.  Choć  szpital  pękał  w  szwach,  Ŝadnego  przypadku 

wymagającego natychmiastowej interwencji. Alice spojrzała na zegarek.  

– Trzecia – zauwaŜyła. – O której kończysz dyŜur, Fay? 

– Skończyłam siedem godzin temu! 

– No, ale jakoś sobie poradziliśmy – oświadczył Josh– Dzięki cięŜkiej pracy wszystkich. 

Ilu w końcu było rannych? 

– Pięćdziesięciu, z tego dwudziestu ośmiu trafiło do nas.  

– A ilu zmarło? 

–  W  sumie  osiemnastu.  –  Fay  westchnęła.  –  AŜ  trudno  uwierzyć,  prawda?  Człowiek 

jedzie po prostu do pracy albo do szkoły...  

–  No  dobrze.  –  Jeremy  odezwał  się  po  raz  pierwszy.  –  Mamy  jeszcze  kilka  zabiegów. 

Josh, spotkamy się w bloku operacyjnym, powiedzmy za pół godziny.  

–  Co  z  Kim  Earl?  –  zapytała  Alice,  gdy  wychodził.  Odwrócił  się,  lecz  nie  do  końca. 

Unikał jej wzroku.  

– Perforacja jelita, pęknięta wątroba. Wkrótce trafi na oddział. Powinna zostać na OIOM-

ie, ale juŜ od dawna nie ma tam miejsca.  

– Co z nogą? Jak z nią poszło? 

– Nie poszło.  

Wyszedł bez dalszych wyjaśnień.  

Fay  uniosła  brwi.  –  Co  z  Jeremym?  Był  blady  jak  ściana.  Chyba...  chyba  to  mu 

przypomniało jego własny wypadek? 

Josłi nie wyglądał na przekonanego.  

– MoŜe... Tylko dlaczego dopiero teraz? Od powrotu ma na co patrzyć. Ale rzeczywiście, 

coś jest z nim nie tak. Choć ośmielę się dodać, Ŝe przy stole operacyjnym dokonuje cudów.  

–  A  jak  tam  Linda?  –  zapytała  z  uśmiechem  Fay,  wiedząc,  Ŝe  sprawi  Joshowi 

przyjemność, stwarzając mu okazję do złośliwości.  

– Rozkoszowała się kaŜdą chwilą. Ten wypadek to największa podnieta, jaką miała od lat. 

Mam  na  myśli  wszystkie  rodzaje  podniet.  Po  raz  pierwszy  zobaczyłem,  Ŝe  miała  na  ustach 

szminkę. No dobrze, zbierajmy się.  

Wstali, gotowi do dalszej walki.  

– Zadzwonię jeszcze zapytać, co u Maisy. NajwyŜej pół minuty – sumitowała się Alice.  

background image

U Maisy wszystko było oczywiście w porządku.  

– Oglądałam reportaŜ z miejsca wypadku w telewizji – oznajmiła Mavis.  

–  Jeremy  zatelefonował,  gdy  tylko  dotarł  do  szpitala.  Dopytywał  się,  którym  autobusem 

miałaś jechać.  

Alice nie wpadło nawet do głowy, Ŝe Jeremy mógł się o nią niepokoić.  

– Jechałam tramwajem, Mavis. Rozmawiałaś z nim później? 

–  Nie,  skoro  nie  zadzwonił  drugi  raz,  musiał  cię  spotkać,  a  na  pewno  miał  za  duŜo  na 

głowie, Ŝeby tak po prostu poplotkować ze starą matką.  

Alice zaśmiała się.  

–  Nie  jesteś  stara,  a  on  naprawdę  miał  co  robić.  Był  wspaniały  –  dodała,  nie  ukrywając 

podziwu.  

– Jeśli go spotkasz, dopilnuj, Ŝeby coś zjadł.  

–  Dobrze  –  zapewniła  ją  Alice,  choć  po  śniadaniu  Mavis  Jeremy  mógłby  przez  tydzień 

obyć się bez posiłków.  

Gdy odłoŜyła słuchawkę, poszła do sali pooperacyjnej, do Kim Earl. Stan dziewczyny nie 

pozwalał  jej  jeszcze  zdać  sobie  sprawy  z  sytuacji.  Alice  spojrzała  ze  smutkiem  na  wielki 

opatrunek,  choć  zaczerwienione  oczy  rodziców,  którzy  siedzieli  przy  łóŜku,  od  razu 

powiedziały jej wszystko.  

– Co z nią, pani doktor? Alice spojrzała na kartę.  

– Stan stabilny. Powiedziała coś, kiedy się obudziła? 

– Tylko kilka słów – odrzekł Bill. – Siostra Fi mówi, Ŝe po morfinie i tym wszystkim nie 

moŜe się normalnie porozumiewać.  

– Tak – potwierdziła Alice. – Dostała masę środków.  

– Pytała, gdzie jest Ted. – Nie wiedziałem, co powiedzieć. Alice rozejrzała się.  

– Poszedł do bufetu? 

– Raczej do pubu. Kiedy doktor Khan powiedział nam o nodze, zniknął jak kamfora.  

– Nie wiadomo, Bill – zaprotestowała Sneila. – Jest zmartwiony. Jak my  wszyscy.  I  tak 

nie moŜe teraz nic zrobić.  

– Mógłby po prostu tu być. Dla niej, skoro niby ją kocha. Powinien zostać właśnie teraz, 

kiedy ona najbardziej go potrzebuje. Co Kim teraz pocznie? 

– Ma was – zauwaŜyła Alice. – O ile znam Ŝycie, to bardzo duŜo.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Przed drugą wyczerpanie zaczęło dawać o sobie znać.  

– O dziewiątej jest odprawa dla wszystkich, którzy pracowali przy wypadku. Przyjdziesz? 

– zapytała Fi.  

Alice skinęła głową.  

– Aha. Na pewno wyjaśnią nam, jak powinniśmy się czuć.  

– UwaŜasz, Ŝe to nie ma sensu? 

Alice oderwała się od kart, wyprostowała na krześle i spojrzała na Fi.  

– Nie wiem. Analizowanie, co czuliśmy, jak reagowaliśmy... Czasami myślę, Ŝe to tylko 

pogarsza  sprawę.  Co  innego  omówienie  przypadków.  Z  tego  moŜna  się  czegoś  nauczyć,  ale 

reszta...  

–  MoŜe  masz  rację.  –  Fi  stłumiła  ziewnięcie.  –  Wałkowanie  tych  spraw  niczego  juŜ  nie 

zmieni. To znaczy, albo ktoś sobie z tym radzi, albo nie.  

Usłyszały dzwonek. Fi wyszła, Ŝeby przyjąć wezwanie. Alice powróciła do pracy.  

– No i jak? 

Wszedł Jeremy  i  popatrzył  na  nią  zmęczonym  wzrokiem.  Chciała,  Ŝeby  połoŜył  jej  ręce 

na ramionach, Ŝeby mogła się o niego oprzeć, zapomnieć o koszmarze tego dnia. Wypełniała 

jednak nadal karty.  

– Jakoś leci, a co u ciebie? 

– Alice? – Fi wyglądała  na zaniepokojoną. – Kim Earl obudziła się. Strasznie przeŜywa 

utratę nogi. MoŜe mogłaby jeszcze coś dostać? Choćby valium? 

Alice wzięła od niej kartę pacjentki.  

– Chyba tak, ale przedtem do niej pójdę.  

– Ja to zrobię. – Fi i Alice spojrzały ze zdziwieniem na Jeremy’ego. – Pójdziesz ze mną, 

Alice? Ona cię juŜ widziała, a znajoma twarz moŜe dobrze podziałać.  

Łkanie Kim usłyszeli juŜ z daleka.  

– Kim, nazywam się Jeremy Foster. To ja panią operowałem.  

– Pan to zrobił? – Zdarła koc. Patrzyła z przeraŜeniem na opatrunek kryjący kikut. – Pan 

mi to zrobił? 

Uniosła  rękę,  Ŝeby  go  uderzyć.  Był  to  najbardziej  Ŝałosny  widok,  z  jakim  Alice  miała 

dotąd do czynienia. Zmaltretowana dziewczyna, której ciało zostało podłączone do aparatury, 

chce uderzyć człowieka, – który ją ocalił. Na szczęście Jeremy okazał się szybszy. Chwycił ją 

za nadgarstek.  

– Kim, to w niczym nie pomoŜe. Bezradna, opadła na poduszkę.  

– To pan ją amputował? – zapytała ponownie.  

– Nie, to nie ja – odparł łagodnie. – Decyzję podjął chirurg ortopeda. Kim, posłuchaj, nie 

wiem, czy ci to pomoŜe, ale chyba powinnaś wiedzieć. On jej nie amputował. Tak naprawdę 

nie  miałaś  nogi  juŜ  w  chwili,  kiedy  cię  tu  przywieźli.  Doktor  Khan  zrobił  absolutnie 

wszystko,  Ŝeby  ją  przywrócić,  ale  to  się  okazało  niemoŜliwe.  Mogłabyś  sobie  pomyśleć,  Ŝe 

background image

innemu lekarzowi by się udało. Zapewniam cię jednak, Ŝe nie. Doktor Khan zrobił naprawdę 

wszystko, wykorzystał najnowszą technologię. Nikt i nic nie mogło juŜ pomóc.  

– A co pan zrobił? 

–  Miałaś  pękniętą  wątrobę.  I  to  w  taki  sposób,  Ŝe  bardzo  trudno  było  zatamować 

krwawienie.  Do  tego  perforacja  jelita.  W  pewnym  etapie  operacji  wyglądało  na  to,  Ŝe 

będziemy musieli załoŜyć stomię. Wiesz, co to jest? Taki woreczek do noszenia na sobie, w 

którym gromadziłby się wyciek. No cóŜ, nie chcieliśmy, Ŝeby tak się stało. Walczyliśmy więc 

i  chyba  wygraliśmy.  Choć  nie  ma  gwarancji.  Całkowitą  pewność  zyskamy  dopiero  za  kilka 

dni. Nawet wtedy stomia będzie konieczna, tyle Ŝe tylko przez jakiś czas, a nie na cale Ŝycie.  

Tę brutalnie szczerą informację Kim przyjęła zadziwiająco spokojnie.  

– Alice powiedziała, Ŝe pan jest dobry.  

– Tak? 

Jeremy przeniósł na chwilę wzrok na lekarkę.  

–  Wiem,  Ŝe  powinnam  być  wdzięczna,  Ŝe  ocaliliście  mi  Ŝycie.  To  tylko...  tylko  ta  noga. 

Co ja teraz zrobię? Co sobie pomyśli Ted? Teraz mnie juŜ nie zechce.  

Zaczęła płakać, coraz bardziej histerycznie.  

– Oczywiście, Ŝe zechce.  

–  Nie  zna  go  pan.  Lubi,  kiedy  dobrze  wyglądam,  sama  zresztą  lubię,  jestem  w  końcu 

modelką. – Spojrzała na chirurga, jakby ponosił odpowiedzialność za całe zło świata. – A pan 

by mnie zechciał? Proszę tylko nie kłamać.  

Jeremy powoli przyciągnął krzesło i usiadł.  

– Dobre pytanie. No cóŜ, ujmijmy to tak. leszcze rok’ temu uciekałbym, aŜ by się za mną 

kurzyło.  Jezu,  rzucałem  dziewczyny,  bo  miały  na  przykład  za  krótkie  włosy.  Później  jednak 

miałem  wypadek,  tak  samo  jak  ty.  Fakt,  nie  straciłem  nogi,  lecz  cudem  uniknąłem  śmierci. 

LeŜałem  nieprzytomny  przez  trzy  tygodnie.  Lewą  nerkę  trzeba  było  od  nowa  mocować, 

miałem złamany kręgosłup. Przez trzy miesiące nie wiedziałem, czy będę mógł chodzić, czy 

nie  trzeba  będzie  mnie  karmić,  od  nowa  uczyć  mówić.  Ale  udało  mi  się, i  tobie  teŜ  się  uda. 

Wiesz  dlaczego?  Bo  mamy  szczęście.  Nie  wierzysz?  Teraz,  po  tym  wypadku,  w  kostnicy 

szpitala  jest  pełno  młodych  ludzi.  Na  pewno  woleliby  być  w  twojej  skórze.  Gdy  byłem 

dzieckiem, mówiło się „w twoich butach”.  

– Bucie – poprawiła go, o dziwo Ŝartobliwie.  

–  Kim,  ja  chyba  przed  wypadkiem  przypominałem  trochę  twojego  Teda.  Liczył  się  dla 

mnie wygląd, pieniądze. Po wypadku nastąpiło wielkie przebudzenie. Jestem z tego powodu 

szczęśliwy,  nie  Ŝartuję.  Ty  teŜ  będziesz  szczęśliwa,  zobaczysz.  Teraz  sobie  płacz,  masz  do 

tego  prawo.  Potem  się  otrząśniesz  i  zaczniesz  Ŝyć,  I  zastanów  się,  kto  powinien  ci  w  tym 

Ŝ

yciu towarzyszyć. Jeśli nie Ted, jeśli do tego nie dorósł, poŜegnaj się z nim.  

–  Panu  się  udało,  tak?  Jest  pan  teraz  szczęśliwy?  Alice  poczuła,  Ŝe  po  policzkach 

spływają jej łzy.  

– Jeszcze nie – odparł ze szczerością, która rozdarła Alice serce. – Ale pracuję nad tym i 

przynajmniej  nocami  śpię  spokojnie.  –  Nieznacznie  uśmiechnął  się  do  Alice.  –  Chodzi  o 

większość nocy.  

background image

Pojawiła się Fi.  

– Przyniosłam valium.  

– W porządku, Fi, juŜ nie trzeba.  

– Doskonałe. Jeremy, właśnie dzwonili z OIOM-u, potrzebują cię tam.  

Ja, teŜ cię potrzebuję. Alice zdławiła ten krzyk. Jeremy odszedł, zresztą i  tak jest juŜ za 

późno.  Nagie,  z  przeraźliwą  jasnością  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  pozwoliła  odejść  najlepszemu 

człowiekowi,  którego  mogły  spotkać  ona  i  Maisy.  Zapragnęła  świeŜego  powietrza.  Wyszła 

szybko przed szpital, na parking dla personelu.  

– Tylko nie mów Dianne.  

Odwróciła się gwałtownie. Zobaczyła Josha. Stał i palił papierosa. Zaśmiała się.  

–  MoŜesz  mnie  teŜ  poczęstować?  –  Nagle  śmiech  uwiązł  jej  w  gardle  i  wybuchnęła 

płaczem – Och, Josh, co ja najlepszego zrobiłam! 

– Co takiego? – zainteresował się natychmiast.  

–  To  uczucie,  to  była  wspaniała  miłość.  Byłam  bardzo  szczęśliwa,  ale  tak  się  bałam,  Ŝe 

coś się popsuje! 

–  Rozumiem,  Ŝe  rozmawiamy  o  naszym  szefie,  choć  teoretycznie  mogłoby  chodzić  o 

Lindę. Nie mylę się, mam nadzieję? 

Alice roześmiała się przez łzy.  

– Mógłbyś choć raz w Ŝyciu być powaŜny? 

–  Dobrze,  zrobię  to  dla  ciebie.  –  Usiedli  na  ławce.  Zaoferował  jej  papierosa,  lecz 

odmówiła. – Opowiedz mi o wszystkim. Pomyślimy, co da się zrobić.  

–  Nie  wiem,  od  czego  zacząć.  Jego  opinia...  Nigdy  nie  myślałam,  Ŝe  mógłby  zechcieć 

akurat  mnie.  No  wiesz,  pokłóciłam  się  z  Marcusem,  Jeremy  interweniował,  no  i 

wylądowaliśmy w łóŜku. To znaczy nie od razu – dodała pospiesznie. – Potem te komplikacje 

z ciąŜą, chociaŜ wiem oczywiście, Ŝe to przecieŜ nie jego wina... Gdy urodziła się Maisy, nie 

mogłam  wprost  uwierzyć,  Ŝe  on  nadal  mnie  chce.  Nie  potrafię  tego  wytłumaczyć.  Potem 

Linda mnie odwiedziła...  

– śeby jak słonce wychodzące zza chmur rozjaśnić ci dzień.  

– Josh, ona miała dobre intencje. Opowiedziała mi o swojej przyjaciółce...  

– Ona nie ma Ŝadnych przyjaciół.  

–  Zamierzasz  mnie  wysłuchać?  Opowiedziała  o  innej  samotnej  matce,  o  tym,  jak  ta 

stawała przed sądem rodzinnym i próbowała uzyskać prawo opieki nad własnym dzieckiem. 

Marcus  oŜenił  się  z  przedszkolanką.  Jaką  szansę  ja  bym  miała?  Poza  tym  Lindzie  się 

wymknęło,  Ŝe  wtedy  nasz  zespół  nie  miał  dyŜuru,  a  Jeremy  powiedział  mi,  Ŝe  tak.  Nawet 

zadzwoniłam,  Ŝeby  to  sprawdzić,  Linda  mówiła,  Ŝe  Jeremy  stosuje  stare  sztuczki,  Ŝe  chodzi 

mu tylko o zaciągnięcie kobiety do łóŜka.  

– I ty jej uwierzyłaś? 

– PrzecieŜ ona nie wiedziała, Ŝe nas coś łączy. Mówiła akurat szczerze.  

Josh wstał. Alice po raz pierwszy zobaczyła, Ŝe jest zły.  

– Pewnie, Ŝe wiedziała. Alice, wszyscy wiedzieliśmy.  

– Ale skąd? 

background image

– Widziała was razem w jego samochodzie, kiedy ona i ja wchodziliśmy do szpitala. A z 

tym  dyŜurem...  Jeremy  specjalnie  zamienił  się  z  doktorem  Taylorem,  Ŝeby  towarzyszyć  ci 

pierwszej nocy w domu. W centralce tego nie wiedzą, mają tylko plan dyŜurów.  

– Kiedy więc przyszła mnie odwiedzić...  

– Chciała wam po prostu zrobić na złość. Dlaczego zresztą uwaŜasz, Ŝe wypadłabyś lepiej 

w sadzie, a pewnie w ogóle do tego nie dojdzie, jako samotna matka? Chyba lepsza jest pełna, 

kochająca  się  rodzina.  Poza  tym  Jeremy  wcale  nie  sypiał  ze  wszystkimi.  Linda  jest 

najlepszym przykładem.  

– To najmniej waŜne.  

–  MoŜe  i  tak,  ale  jest  coś,  o  czym  jeszcze  nie  wiesz.  Na  tydzień  przed  wypadkiem 

Jeremy’ego  był  bal  chirurgów.  Linda  się  wtedy  na  niego  zasadziła.  Skłamałem  dziś,  Ŝe 

widziałem ją po raz pierwszy umalowaną. Po raz pierwszy wysztafirowała się właśnie wtedy. 

To było straszne. Wypiła za duŜo. Wiem, Ŝe Jeremy potrafi być łobuzem, ale na balu opędzał 

się  od  niej  bardzo  taktownie.  Ona  się  nie  zraŜała.  Wszyscy  byli  naprawdę  zakłopotani, 

niektórzy  się  z  niej  podśmiewali.  W  końcu  to  dostrzegła.  Nie  odezwała  się  ani  razu  do 

Jeremy’ego do czasu, kiedy wrócił do pracy.  

Alice przeczesała palcami włosy.  

–  Biedna  Linda.  To  musiało  być  dla  niej  straszne,  kiedy  widziała,  Ŝe  Jeremy  mnie 

podrywa...  

– On cię nie podrywał, Alice. On cię kocha.  

– Kocha? Co mam zrobić? Co mu powiedzieć? Czy nie jest juŜ za późno? 

– Na pewno coś wymyślisz. Zresztą, po co masz wymyślać. Trochę szczerości czasem nie 

zaszkodzi.  

Chwilowo  Alice  i  tak  nie  mogła  nic  zrobić.  Tkwiła  na  oddziale,  a  Jeremy  operował. 

Zobaczyła go dopiero na porannym obchodzie. Miał podkrąŜone oczy, był nie ogolony.  

– Ten dzień przejdzie do historii – zauwaŜyła Fi. – Pierwszy obchód bez marynarki.  

MoŜe przejdzie teŜ z innego powodu, dodała w myślach Alice.  

Gdy zdyszana wpadła do mieszkania, zderzyła się z Mavis, która wybierała się właśnie do 

przychodni dla dzieci.  

– ZdąŜyłaś jednak – rzekła Mavis, przywitawszy się.  

– Ledwie. Jak ona się czuje? 

Mavis spojrzała z dumą na dziewczynkę.  

–  Wspaniale.  Lepiej  weź  parasol,  bo  moŜe  padać.  Alice  spojrzała  na  błękitne  niebo  za 

oknem.  

– Te ich prognozy nigdy się nic sprawdzają.  

 

–  Wypiszę  kartę,  trzeba  ją  dać  pielęgniarce  z  nowego  rejonu  –  poinformowała  June, 

waŜąc  Maisy.  –  Co  ja  mówię,  przecieŜ  one  tam  na  wsi  nie  działają.  Zachowaj  dla  lekarza 

rodzinnego. Cieszysz się, Ŝe wyjeŜdŜasz? 

– Nie jestem pewna – wymamrotała z wahaniem Alice. PrzeraŜała ją myśl o opuszczeniu 

miasta, nie chciała jeszcze jednak palić wszystkich mostów.  

background image

–  No  dobrze,  wypełnimy  ksiąŜeczkę  Maisy.  –  June  zadała  pierwsze  pytanie.  –  Kiedy 

zaczęła wodzić za tobą oczami? 

– Chyba po dwóch tygodniach.  

– Dobrze. Co z reakcją na dźwięk? Na przykład trzaśniecie drzwi? To ją denerwuje? 

– Tak. Niestety, w mieszkaniu nad nami ciągle trzaskają drzwi.  

– Pierwszy uśmiech? Alice roześmiała się cicho.  

–  No  cóŜ,  Jeremy,  mój...  mój  przyjaciel  przysięga,  Ŝe  uśmiechała  się  do  niego  juŜ 

pierwszego dnia. Ja bym jednak powiedziała, Ŝe zaczęła, gdy miała cztery czy pięć tygodni.  

June spojrzała na Alice.  

–  No  proszę,  ten  Jeremy  ma  szczęście.  Pierwszy  uśmiech  jest  zawsze  czymś 

szczególnym. Wpisujemy jednak „po kilku tygodniach”, tak? 

Uśmiechnęła  się  wtedy  do  niego  czy  nie,  zastanawiała  się  Alice.  Na  pewno  mogłaby  i 

później,  tylko  Ŝe  ja  to  uniemoŜliwiłam.  A  przecieŜ  był  z  nią,  wtedy  kiedy  to  się  najbardziej 

liczyło. Pokazał jej księŜyc i gwiazdy.  

Alice wstała.  

–  June,  muszę  jeszcze  przez  parę  dni  zostać  w  mieście.  Mogłabyś  poczekać  z 

wypełnianiem karty? Zatelefonuję w ciągu tygodnia. – Urwała. – Chyba Ŝe się okaŜe, Ŝe nie 

będę jej potrzebowała.  

– W takim wypadku zadzwoń, Ŝeby się umówić na następną wizytę. Powodzenia, Alice.  

Okazało  się,  Ŝe  Mavis  miała  rację.  Niebo  pociemniało,  spadły  pierwsze,  wielkie  krople 

deszczu.  Alice  miała  juŜ  zawrócić  do  przychodni  i  wezwać  taksówkę,  gdy  zobaczyła 

srebrzysty  samochód.  Zamarła.  Jeremy  znów  jest,  znów  czeka,  by  jej  pomóc.  Jak  zawsze. 

Wyskoczył z samochodu, podbiegł i osłonił Maisy płaszczem. Razem doszli do samochodu.  

– Wsiadaj, ja się nią zajmę – powiedział.  

Gdy umieszczał Maisy w foteliku, Alice doszła do wniosku, Ŝe wcale jej nie zdziwiła jego 

obecność. CzyŜ nie zjawiał się zawsze, gdy go potrzebowały? 

Zajął miejsce za kierownicą i uśmiechnął się.  

– Mama powiedziała, Ŝe wyszłyście bez parasola – oznajmił i spojrzał na Maisy. – No i 

jak? 

– Przybyło jej następne trzysta gramów.  

– To dobrze.  

Wyglądał na wyczerpanego. Powinien w tej chwili wylegiwać się w wannie, odpoczywać 

po całodobowej harówce. Zamiast tego, obdarzył teraz Maisy czułym uśmiechem.  

– Szybko rośniemy, prawda, młoda damo? 

Gdy sięgnął do dźwigni ogrzewania, Alice przytrzymała jego rękę.  

– Dziękuję, Jeremy, Ŝe jesteś.  

– Nie ma problemu. Nie chciałem, Ŝebyście zmokły.  

– Nie o to chodzi. Za to, Ŝe w ogóle jesteś. Co byś powiedział, gdybyś się dowiedział, Ŝe 

zerwanie z tobą było największym błędem w moim Ŝyciu? 

Przez chwilę, która wydawała się wiecznością, nie odpowiadał. Wpatrywał się w podłogę 

samochodu.  

background image

– Jestem skłonny przyznać ci rację – oświadczył wreszcie.  

–  A  co  byś  powiedział,  gdybyś  usłyszał,  Ŝe  wcale  nie  chcę  wyjeŜdŜać,  Ŝe  chcę  zostać  z 

tobą? 

–  Alice!  –  Delikatnie  oswobodził  dłoń  i  dotknął  jej  policzka.  –  Zęby  być  ze  mną,  nie 

musisz tu zostawać. Jeśli uwaŜasz, Ŝe Maisy będzie lepiej na wsi, pojedziemy razem.  

Patrzyła na niego przez łzy.  

– Zrobiłbyś to dla nas? Zrezygnowałbyś z pracy? 

– Bez wahania, Alice. Zapomnij o tym, jak się wymigiwałem od mieszkania w namiocie. 

Jeśli chcesz, juŜ pakuję plecak. No, przyznaję, Ŝe najpierw musiałbym go kupić.  

Roześmiała się, lecz po chwili powróciły łzy.  

–  Nie  musisz  rezygnować  z  pracy.  Chciałam  wyjechać  na  wieś  tylko  po  to,  Ŝeby  móc 

zapewnić  Maisy  utrzymanie.  Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  zrobiłbyś  dla  nas  to  wszystko.  Po  tym, 

jak wobec ciebie postąpiłam, jak moŜesz mnie nadal kochać? 

–  Bo  kocham  i  tyle.  Rozumiem  cię.  Po  tym,  co  przeszłaś,  mogłaś  przeŜywać  rozterki. 

Musiałaś  być  przede  wszystkim  matką.  Mnie  to  zabolało,  ale  jeszcze  bardziej  cię  za  to 

kocham.  

Pocałowali się. Poczuła jego zarost na mokrym od łez policzku, poczuła jego usta. Maisy 

usnęła.  Jeremy  całował  jej  matkę  długo  i  przyrzekał,  Ŝe  juŜ  nigdy  nie  pozwoli  jej  odejść. 

Wreszcie,  gdy  deszcz  niemal  ustał,  włączył  silnik.  Uśmiechnął  się.  Z  jego  twarzy  zniknęło 

zmęczenie.  

– Dokąd, moje panie? 

Spojrzała  na  Maisy,  potem  na  Jeremy’ego.  Na  dwie  osoby,  które  głęboko  kochała. 

Wiedziała juŜ bez cienia wątpliwości, Ŝe jest najszczęśliwszą kobietą na świecie.  

– Do domu, Jeremy – poprosiła. – Zabierz nas do domu.  

background image

EPILOG 

 

Gdy  została  sama,  postanowiła  wykorzystać  ten  czas  jak  najlepiej.  Uporządkowała 

papiery,  wkleiła  do  albumu  nowe  zdjęcia  i  uzupełniła  wpisy  w  ksiąŜeczce  rozwoju  dziecka. 

Usłyszała klucz w zamku. Spojrzała jeszcze na świadectwo adopcji Maisy.  

– Odpoczęłaś? – zapytał Jeremy, wchodząc do środka ze śpiącą Maisy.  

– Tak, potrzebowałam tylko paru godzin wytchnienia po dyŜurze.  

– No dobrze, teraz zapomnij o pracy. Mamy wolne aŜ do poniedziałku.  

– Jak tam przyjęcie? Jeremy uśmiechnął się.  

– Nie tak szalone, jak niegdyś bywało, ale na pewno hałaśliwe.  

– Co u bliźniaków? 

–  Świetnie  się  czują.  Przyłapałem  Eamona,  jak  próbował  nakarmić  biedną  małą  Maisy 

lodami.  –  Alice  mu  nie  uwierzyła.  Podejrzewała  raczej,  Ŝe  sam  próbował  jeść  lody.  –  Mam 

dla  ciebie  prezent.  –  Rzucił  na  łóŜko  papierową  torbę.  –  W  aptece  chyba  traktują  mnie  z 

wielkim szacunkiem. Kupować testy ciąŜowe z Maisy na ręku? Powinienem zapuścić brodę, 

Ŝ

eby mnie nie poznali.  

Patrzył  na  nią  niepewnie  –  nie  wiedział,  jak  Alice  zareaguje.  ZauwaŜył  więc,  Ŝe  nie  ma 

okresu! 

–  Tak  naprawdę,  Jeremy,  to  ja  przejawiałam  największą  inicjatywę.  A  do  apteki 

fatygowałeś  się  niepotrzebnie.  –  Wyszła  do  łazienki.  Gdy  wróciła,  wręczyła  mu  test.  – 

Chciałam ci powiedzieć wieczorem.  

Test mówił, Ŝe będą mieli drugie dziecko! 

– Znowu będę gruba – dodała.  

–  Alice,  to  cudownie!  –  zawołał  uradowany.  –  Będziemy  mieli  dwoje  dzieci!  A  co  do 

twojej  tuszy,  to  mi  wcale  nie  przeszkadza.  Byłaś  gruba,  kiedy  cię  poznałem.  A  teraz...  póki 

Maisy śpi, marsz do łóŜka.  

–  Ale  nie  jestem  jeszcze  zmęczona  –  zaprotestowała.  Popchnął  ją  delikatnie  na  łóŜko, 

usiadł obok i pocałował, tak Ŝe nie miała juŜ Ŝadnych wątpliwości, Ŝe jest równie szczęśliwy 

jak ona.  

– To dobrze – odparł, patrząc na nią z uśmiechem – bo ja wcale nie mam zamiaru spać...