background image

Deaf, Dumb and Blind
Współautor: C. M. Eddy, Jr.
Napisane (prawdopodobnie) w roku 1924
Przekład: Andrzej Ledwożyw
GŁUCHY, NIEMY I ŚLEPY

Nieco po południu 28 czerwca 1924 roku doktor Morehouse zatrzymał swój samochód przed 
domem Tannera. Wysiadło z niego czterech mężczyzn. Kamienny budynek, naprawiony i 
odnowiony, stał w pobliżu drogi i nic z wyjątkiem bagna na tyłach nie sugerowało niczego 
ponurego. Nieskazitelnie białe drzwi widniały za przystrzyżonym trawnikiem, lecz ciężkie wierzeje 
były szeroko otwarte. Jednak bliskość celu spowodowała, że cała czwórka popadła w jakieś 
nerwowe milczenie… Poczuli nieokreślone przerażenie, które osłabło, kiedy usłyszeli wyraźny 
dźwięk maszyny do pisania Richarda Blake’a.
Mniej niż godzinę temu starszy mężczyzna wybiegł stąd bez kapelusza oraz płaszcza i wpadł do 
mieszkania najbliższego sąsiada o pół mili dalej, bełkocząc coś nieskładnie o „domu”, „ciemności”, 
„bagnie” i „pokoju”.
Doktor Morehouse już wcześniej przeczuwał, że wydarzy się coś złego, gdy dwóch mężczyzn 
zamieszkało w tym przeklętym starym domostwie: uciekinier oraz jego pan, Richard Blake, 
bostoński poeta, geniusz, który powrócił z wojny na wpół sparaliżowany, odcięty na zawsze od 
fizycznego świata — głuchy, niemy i ślepy. Blake wkrótce odkrył niesamowite tradycje i 
wstrząsające pogłoski dotyczące miejsca swego obecnego pobytu oraz jego dawniejszych 
mieszkańców, i choć „śmiał się” z podejrzliwości miejscowych, teraz, po ucieczce swego jedynego 
towarzysza, bezsilny wobec tego, co spowodowało panikę tamtego, mógł mieć mniej okazji do 
śmiechu.
Taka przynajmniej była refleksja doktora Morehousa, kiedy stanął przed problemem uciekiniera i 
wezwał zaskoczonych wieśniaków na pomoc.
Morehouse’owie od pokoleń mieszkali w Fenham. Dziadek doktora był świadkiem spalenia 
pustelnika, Simeona Tannera w 1819 roku. Nawet po tylu latach doświadczonemu lekarzowi 
dreszcz przebiegał po krzyżu na myśl, co zapisano o tamtym wydarzeniu, a co było dość głupie z 
punktu widzenia medycyny… Przecież drobne kostne wyrostki na czole nie miały najmniejszego 
znaczenia i były często obserwowane u ludzi z dumnym czołem.
Wśród czterech mężczyzn, którzy ostatecznie postanowili wyjaśnić zagadkę, trzech wydawało się 
znajdować szczególną przyjemność w niejasnych legendach i na wpół tajemnych, rzadko 
powtarzanych i nigdy nie usystematyzowanych plotkach. Sięgały do roku 1692, kiedy Tanner zginął 
na Gallows Mili w Salem*, choć nie wspominano o tym do czasu wybudowania domu w 1747 
roku.
Choć wszyscy Tannerowie byli dziwni, ludzie potwornie bali się tylko ostatniego z nich — starego 
Simeona. Dołożył coś do własnego dziedzictwa, coś przerażającego, jak wszyscy szeptali, i 
zamurował okna południowo — wschodniego pokoju, którego wschodnia ściana wychodziła na 
bagna. To był gabinet i biblioteka o drzwiach podwójnej grubości. Wyrąbano je siekierami owej 
straszliwej nocy w 1819 roku, gdy śmierdzący dym uniósł się z komina i znaleziono ciało Tannera z 
TYM wyrazem na twarzy. To dlatego, a nie z powodu wyrostków na czole spalono ciało, księgi i 
rękopisy.

* * *

Kiedy doktor na czele grupy wszedł do holu stukanie maszyny do pisania nagle umilkło. W tejże 
chwili poczuli delikatny powiew zimnego powietrza (potem nie byli tego pewni), co było dziwne w 
upalny dzień. Hol był w doskonałym porządku, podobnie jak i szereg pokoi, do których wchodzili 
poszukując gabinetu Blake’a. Pisarz umeblował dom w stylu kolonialnym; z jednym tylko 
służącym udało mu się utrzymać go w stanie godnym pochwały.
Morehouse prowadził ludzi od pokoju do pokoju przez szeroko pootwierane drzwi i w końcu 

background image

znalazł bibliotekę czy też gabinet: piękny, południowy pokój na parterze, przylegający do dawnego, 
potwornego gabinetu Simeona Tannera. Był pełen książek zapisanych alfabetem Braile’a. 
Oczywiście Richard Blake był tutaj, siedząc jak zwykle przed maszyną do pisania. Po stole i 
podłodze prąd powietrza rozrzucił stos niedawno zapisanych kart. Jedna nadal tkwiła w maszynie, 
jakby Blake przerwał pracę nagle, może z powodu zimna. Jego głowa była zwrócona w kierunku 
słonecznego, przyległego pokoju w sposób bardzo szczególny dla kogoś, komu brakowało wzroku i 
słuchu.
Doktor Morehouse zobaczył oblicze pisarza i dał znak ręką, aby pozostali nie zbliżali się. 
Potrzebował czasu. Nie musiał już zastanawiać się, dlaczego spalono ciało starego Simeona 
Tannera w tamtą zimową noc… Było tu coś, czemu tylko bardzo zdyscyplinowany umysł mógł 
stawić czoła. Richard Blake „ujrzał” to coś i z tego powodu zmarł. Ludzkość nie miała nic 
wspólnego z wyrazem jego twarzy, czy szklistym wzrokiem wielkich, niebieskich, nabiegłych 
krwią oczu, zamkniętych na widoki tego świata od sześciu lat. Były utkwione w drzwi prowadzące 
do dawnego gabinetu Simeona Tannera.
Doktor zamknął ślepe oczy zanim pozwolił spojrzeć pozostałym. Zbadał pozbawione życia ciało z 
gorączkową dokładnością i skrupulatnie pod względem technicznym, mimo napiętych nerwów oraz 
drżących rąk. Niektóre rezultaty tego badania przekazywał od czasu do czasu pozostałej trójce, inne 
przemilczał, pozwalając tym samym na spekulacje bardziej niepokojące niż mogłyby być. Jeden z 
mężczyzn mruknął coś o zmierzwionych, czarnych włosach Blake’a i sposobie, w jaki 
porozrzucane były papiery. Powiedział, że jakiś silny wiatr musiał powiać przez otwarte drzwi. 
Przez cały dzień wiał jednak tylko lekki wietrzyk.
Gdy mężczyzna zaczął zbierać zapisane arkusze, doktor wstrzymał go zaniepokojonym gestem. 
Wcześniej obejrzał tę pozostałą w maszynie do pisania. Po przeczytaniu zdania czy dwóch 
pospiesznie wyciągnął ją i schował do kieszeni. Incydent przynaglił go do pozbierania kartek 
własnoręcznie. Cały ich plik włożył do kieszeni, nie starając się nawet posortować. Jednakże nawet 
przeczytany tekst nie przeraził go tak bardzo, jak pewne spostrzeżenie: subtelna różnica w odbiciu 
czcionek na porozrzucanych kartkach od tej z maszyny. To ponure wrażenie próbował na razie 
wyrzucić ze swojego umysłu. Nikt też nie wiedział, że podczas badania zauważył natychmiast, że 
śmierć musiała nastąpić co najmniej pół godziny przed znalezieniem ciała.
Doktor Morehouse zamknął zewnętrzne drzwi i zaczął poszukiwać jakiegoś dowodu, który mógłby 
bezpośrednio oświetlić tę tragedię, nigdy rezultat nie był bardziej negatywny. Wiedział o 
zapadowych drzwiach, które stary Simeon usunął natychmiast po spaleniu ksiąg i ciała samotnika. 
Kręty tunel biegnący pod bagnami został zasypany tuż po jego odkryciu, jakieś trzydzieści pięć lat 
później. Teraz nie spostrzegł żadnych świeżych nie normalności, a cała budowla wskazywała tylko 
schludność nowoczesnego odnowienia i wysmakowanej troskliwości.
Doktor zadzwonił po szeryfa z Fenham i lekarza sądowego z Bayboro. Ten pierwszy po przyjeździe 
niezwłocznie zaprzysiągł dwóch miejscowych na świadków do czasu przybycia lekarza. Potem 
Morehouse — obiecawszy szeryfowi, że przekaże mu wszelkie informacje — udał się do 
służącego.
Znalazł go krańcowo wyczerpanego, lecz w pełni świadomości i rozpoczął ostrożne badanie. 
Większa część spokoju tego człowieka spowodowana była litościwą niezdolnością do 
przypomnienia sobie wypadków. Był w gabinecie ze swym panem i wydawało mu się, że sąsiedni 
pokój z zamurowanymi oknami nagle pociemniał. Nawet to wspomnienie — w które na poły wątpił 
— w znacznym stopniu zdenerwowało służącego. Z największą delikatnością i ostrożnością doktor 
Morehouse powiedział mu, że jego pan nie żyje — padł ofiarą ataku serca. Sługa zasmucił się, gdyż 
był bardzo oddany kalekiemu pisarzowi, lecz obiecał, że wystarczy mu hartu ducha, aby odwieźć 
ciało do rodziny w Bostonie po formalnym zbadaniu przez lekarza sądowego.
Doktor — zaspokoiwszy (o ile było to możliwe) ciekawość gospodarza i jego żony, otrzymawszy 
od nich obietnicę, że będą trzymali służącego z dala od domu Tannera aż do jego odjazdu z ciałem 
— pojechał do siebie drżący z podniecenia. W końcu mógł przeczytać zapiski zmarłego i 
zorientować się, co tak upiornego „zobaczył”. Wiedząc, że czeka go groteskowe i straszliwe 
przeżycie, nie spieszył się z rozpoczęciem. Wprowadził samochód do garażu, przebrał w dres i 

background image

położył środki uspokajające obok fotela. Poukładał kartki kolejno, ostrożnie unikając spojrzenia na 
ich tekst.

* * *

Wszyscy wiemy, co manuskrypt zrobił z doktorem Morehouse. Żona znalazła go godzinę później w 
fotelu, ciężko dyszącego. Nie odpowiedział na pukanie, które mogłoby zbudzić mumię faraona.
Mimo grozy dokumentu nie można uniknąć wrażenia, że obeznany z folklorem lekarz zrozumiał 
ukryty horror, którego nikt inny nie mógł pojąć. W Fenham panowało ogólne przekonanie, że 
obeznanie doktora z opowieściami starych ludzi — przekazywanymi mu w młodości przez dziadka 
— zaopatrzyły go w pewne specjalne informacje, w świetle których potworna kronika Richarda 
Blake’a nabrała nowego, wyraźnego i niszczącego znaczenia, prawie przerastającego możliwość 
pojmowania przez ludzki umysł. To powinno wyjaśnić powolny powrót do zdrowia doktora, 
niechęć z jaką pozwolił przeczytać manuskrypt żonie i synowi, szczególne podejście do sprawy, 
gdy nie pozwolił na spalenie manuskryptu, a przede wszystkim osobliwy pośpiech, z jakim zakupił 
starą posiadłość Tannera, wysadził ją dynamitem i wyciął drzewa na mokradłach. Odtąd zaczął 
okazywać znaczną powściągliwość i stało się jasne, że wraz z nim umrze wiedza, bez której świat 
jest znacznie lepszy.
Manuskrypt został skopiowany staraniem Floyda Morehouse’a, syna doktora. Kilka opuszczeń 
zaznaczonych gwiazdkami dokonano w trosce o spokój opinii publicznej, inne wynikały z 
niejasności tekstu. W trzech miejscach zrobiono uzupełnienia na podstawie kontekstu. O zmianie 
stylu pod koniec manuskryptu lepiej nie wspominać. Z pewnością trzeba to przypisać 
rozstrojonemu umysłowi ofiary.
Tak więc jest to dokument napisany w przeklętym domu przez umysł zamknięty na świat widoków 
i dźwięków — umysł samotny w obliczu litości i drwin mocy, których nigdy nie widział, ani o 
których nie słyszał żaden człowiek, przeciwne wszystkiemu co wiemy o kosmosie dzięki fizyce, 
chemii i biologii. Logiczny umysł mógłby je zaklasyfikować jako produkt demencji.

MANUSKRYPT

Niejasne obawy ostatniego kwadransa przerodziły się w ściśle określony strach. Jestem przekonany, 
iż coś stało się z Dobbsem. Pierwszy raz, odkąd jesteśmy razem, nie odpowiedział na wezwanie. 
Najpierw sądziłem, że dzwonek nie działa, lecz moje walenie obudziłoby umarłego.
W pierwszej chwili pomyślałem, że chciał odetchnąć świeżym powietrzem (popołudnie było 
upalne), ale Dobbs nigdy nie wychodził, nie sprawdziwszy najpierw, czy czegoś mi nie potrzeba.
Niezwykłe wydarzenia ostatnich minut szybko potwierdziły me podejrzenia: nieobecność Dobbsa 
została spowodowana czymś niezależnym od niego. To samo skłoniło mnie do przelania mych 
wrażeń i domysłów na papier w nadziei, że sam fakt zapisania zapobiegnie pewnym złowróżbnym 
sugestiom. Próbowałem, lecz nie mogłem uwolnić się od legend związanych z tym miejscem.
Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem się do tego, że Dobbs stał się mym szóstym zmysłem. 
Teraz, po raz pierwszy, zdałem sobie w pełni sprawę z mojej impotencji. To Dobbs kompensował 
moje niewidome oczy, bezużyteczne uszy, pozbawione głosu gardło i kalekie nogi. Na stoliku stoi 
szklanka wody. Bez Dobbsa będę cierpiał męki Tantala*. Tylko nieliczni odwiedzali nas odkąd 
zamieszkaliśmy tutaj… Niewiele jest wspólnego między sąsiadami a paralitykiem, który nie widzi, 
nie słyszy i nie mówi… Mogą minąć dni zanim ktoś tu zajrzy…
Sam… tylko ze swymi myślami, niepokojącymi myślami, których nie złagodziły uczucia ostatnich 
minut. Nie lubię takich odczuć, gdyż coraz mocniej zmieniają zwykłe wiejskie plotki w 
fantastyczne imaginacje, które wpływają na moje emocje w bardzo szczególny sposób.
Wydaje się, że minęły godziny odkąd zacząłem pisać, lecz wiem, że tylko minuty, gdyż dopiero 
przed chwilą wkręciłem nową kartkę w maszynę. Odruchowe działanie, choć krótkotrwałe, 
pozwoliło mi wziąć się w garść. Może będę mógł się otrząsnąć z tego wrażenia zbliżającego się 
niebezpieczeństwa.

background image

Z początku czułem tylko drżenie, podobne do drżenia taniego domu czynszowego, kiedy obok 
przejeżdżają wielkie ciężarówki… Ale to nie jest tani dom czynszowy.
Może jestem zbyt wrażliwy na takie rzeczy, a może pozwoliłem na to, żeby moja wyobraźnia 
płatała mi figle, ale wydaje mi się, że zaburzenie przejawia się wprost przede mną, a moje krzesło 
zwrócone jest ku południowo — wschodniemu skrzydłu, z dala od drogi. Może to złudzenie, ale nie 
można zaprzeczyć temu, co nastąpiło później. Przypominam sobie chwilę, gdy ziemia drżała pod 
mymi stopami, budynek również, każda deska wyginała się jak cierpiąca istota. Moja maszyna do 
pisania trzęsła się tak, że wyobrażałem sobie, iż klawisze szczękają ze strachu.
Po chwili skończyło się. Było spokojnie. Zbyt spokojnie! Wydawało się niemożliwe, że coś takiego 
może się wydarzyć i pozostawić wszystko dokładnie tak jak przedtem. Nie, nie dokładnie… Jestem 
przekonany, że coś przytrafiło się Dobbsowi. To przekonanie — i nienaturalny spokój — podkreśla 
mój strach. Strach? Tak, choć usiłuję rozumować, że nie ma tu niczego, czego mógłbym się bać. 
Krytycy chwalą i ganią mą poezję z powodu, jak to określają, zbyt żywej wyobraźni. W takiej 
chwili z całego serca zgadzam się z tymi, którzy krzyczą: „Zbyt żywa!”.
Dym! Nie, delikatny, siarczany zapach… Mój wyostrzony węch nie może się mylić. Tak delikatny, 
że nie mogę powiedzieć, czy pochodzi z jakiejś części budynku, czy napływa przez otwarte na 
bagna okno sąsiedniego pokoju. Wrażenie stało się wkrótce bardziej określone. Teraz jestem 
pewien, że nie napływa z zewnątrz.
Przesuwające się sceny z przeszłości, smutne sceny z innych dni: płonący budynek, histeryczne 
krzyki przerażonych kobiet otoczonych ścianami ognia, płonąca szkoła, żałosne krzyki bezsilnych 
dzieci schwytanych w pułapkę przez zapadające się schody, teatr ognia…, ogarnięci paniką ludzie 
walczący o uwolnienie na pokrytych bąblami podłogach. Nad wszystkim — nieprzeniknione 
chmury czarnego, trującego dymu zanieczyszczającego spokojne niebo.
Powietrze w pokoju nasycone jest gęstymi, ciężkimi, duszącymi chmurami… Oczekiwałem, kiedy 
języki płomieni zaczną lizać me bezużyteczne nogi…
Bolą mnie oczy, w uszach mi tętni, kaszlę i dławię się usiłując oczyścić płuca z ocypetiańskich 
oparów*… Dym towarzyszący tylko przerażającym katastrofom… Żrący, kłujący dym, zmieszany 
z odrzucającym smrodem palonego ciała.
Znowu jestem sam. Przyjemny wietrzyk, który owiewa moje policzki szybko przywrócił mi 
odwagę, najwidoczniej dom nie stanął w ogniu, wszelkie pozostałości dymu zniknęły, nie mogłem 
wykryć żadnego śladu, choć węszyłem niczym pies. Zacząłem się zastanawiać, czy nie oszalałem, 
czy lata samotności nie wytrąciły mego umysłu z równowagi. Ale zjawisko było zbyt określone, 
abym mógł je uważać za zwykłą halucynację. Szalony czy nie, nie mogłem traktować tych rzeczy 
inaczej jak rzeczywistość.
Chciałem, aby ustało tętnienie w mych uszach. Było to tak, jakby jakiś widmowy muzyk bębnił w 
duecie na obolałych bębnach. Może jest to tylko reakcja na męczące sensacje, jakich ostatnio 
doświadczyłem.
Jeszcze kilka powiewów tego ożywczego wietrzyku…
Coś lub ktoś jest w pokoju! Jestem pewien! Uczucie, jakbym przepychał się przez zatłoczoną 
ulicę… Określone uczucie, że czyjeś oczy wypatrują mnie w tłumie wzrokiem tak intensywnym, że 
wystarczy do zatrzymania mej podświadomej uwagi… To samo uczucie, tylko tysiąckroć bardziej 
nasilone. Kim, czym może być?
Może Dobbs wrócił…? nie… To nie Dobbs.
Tak jak oczekiwałem, tętnienie w uszach ustało, moją uwagę zwrócił cichy szept… To COŚ weszło 
do mojego mózgu… Słyszę!
To nie jest jeden szepczący głos, ale wiele!… Lubieżne brzęczenie zwierzęcych gzów… Szatańskie 
brzęczenie podnieconych pszczół… Szepczący chór nieludzkich gardeł… Wzmaga się… Pokój 
rozbrzmiewa demonicznym zaśpiewem bez melodii, bez dźwięków, groteskowo ponury…
Diaboliczny chór powtarza piekielną litanię… Peany nieszczęść Mefistofelesa zawarte w muzyce 
jęczących dusz… Potworne crescendo pogańskiego pandemonium…
Otaczające mnie głosy zbliżają się i nagle rozmywają w nierozpoznawalne dźwięki. Wytężam uszy, 
aby usłyszeć słowa. Bliżej… coraz bliżej. Teraz są wyraźne — zbyt wyraźne. Lepiej, aby moje uszy 

background image

zostały zablokowane na zawsze, niż miałyby słuchać tych piekielnych słów…
Bezbożne objawienia… Widmowe orgie… Potworne groźby niewyobrażalnych męczarni…
Jest zimno! Nieracjonalnie zimno! Jakby zainspirowany przez demoniczne obecności wietrzyk, 
niedawno tak przyjazny, wył teraz wściekle koło mych uszu. Lodowate porywy wiatru od strony 
bagien i zmroziły mnie do szpiku kości.
Jeśli Dobbs mnie opuścił — nie mam o to do niego żalu. Nie pobłażałbym tchórzostwu, czy 
tchórzliwym obawom, ale są rzeczy… Mam tylko nadzieję, że jego los nie będzie gorszy niż gdyby 
tu pozostał.
Moje ostatnie wątpliwości rozwiały się. Jestem teraz podwójnie szczęśliwy mogąc zapisać swoje 
odczucia… Wie sądzę, aby ktoś je zrozumiał… Czy uwierzył… To będzie ulga od 
przyprawiającego o szaleństwo napięcia w próżnym oczekiwaniu na każdą nową manifestację 
psychicznych nienormalności. Widzę trzy możliwości: uciekać z tego przeklętego miejsca i spędzić 
męczące lata starając się zapomnieć… Ale nie mogę uciec; wejść w bluźnierczy układ z siłami tak 
szalonymi, że Piekło przy nich wydaje się przedsionkiem Raju… Ale nie mogę się poddać; 
wreszcie umrzeć… Ale wolę raczej, aby moje ciało rozdarto na strzępy niż skazić swą duszę 
kontaktem z tymi wysłańcami Beliala…
Przestałem na chwilę pisać. Pokój jest zimny jak grobowiec… Ogarnia mnie odrętwienie… Muszę 
przezwyciężyć to znużenie… Jestem zdeterminowany: raczej umrzeć niż poddać się tym 
zdradzieckim molestowaniom… Przysięgam raz jeszcze opierać się aż do końca… Do końca, o 
którym wiem, że nie jest już daleki…
Wiatr jest zimniejszy niż kiedykolwiek, jeśli to jest w ogóle możliwe… Wiatr przerażający 
smrodem istot ani martwych, ani żywych… Miłosierny Boże, który odebrałeś mi wzrok… wiatr tak 
zimny, że pali zamiast mrozić… Sirocco…
Chwytają mnie niewidzialne palce, którym brak fizycznej siły, aby oderwać mnie od maszyny… 
Lodowate palce wciągają mnie w wir rozpusty, w wieczną nikczemność… Palce śmierci wyciskają 
ze mnie dech i naciskają na me niewidome oczy tak, że muszą wybuchnąć bólem… Zimne punkty 
naciskające na me skronie… Twarde, kościste guzy, przypominające rogi… Dech jakiejś dawno 
zmarłej istoty całuje moje rozgorączkowane wargi i liże me rozpalone gardło mrożącym 
płomieniem…
Jest ciemno, ale to nie jest część ślepoty… nieprzenikniona ciemność grzesznej nocy… Czarna jak 
smoła ciemność czyśćca…
Widzę… Spes mea Christus… To koniec…

Śmiertelny umysł nie może oprzeć się siłom będącym poza ludzkim wyobrażeniem, nie może też 
nieśmiertelny duch pokonać tego, co mieszka w głębinach i czyni nieśmiertelność przemijającą 
chwilą. Koniec? Nie! To błogi początek…