background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

Nocny przypływ

PrzełoŜył: MICHAŁ WROCZYŃSKI

   Kiedy juŜ chłopak umarł i wiatr rozwiał woń palonego ciała, wróciliśmy na plaŜę. Corey miał ze
sobą radiomagnetofon, jeden z tych tranzystorów wielkości walizki, który wymaga chyba ze
czterdziestu baterii. Odbiornik nie był moŜe najlepszy, ale za to bardzo głośny. Coreyowi przed A6
powodziło się bardzo dobrze, lecz teraz nie miało to juŜ najmniejszego znaczenia. Nawet ten olbrzymi
radiomagnetofon znaczył niewiele i był w zasadzie tylko ładnie wyglądającym śmieciem. W eterze
zostały dwie stacje, które mogliśmy złapać. Jedną z nich - WKDM w Portsmouth - prowadził jakiś
zwariowany prezenter, który dostał hopla na punkcie religii. Odtwarzał płytę Perry'ego Como,
odmawiał modlitwę, puszczał płytę Johnny'ego Raya, czytał psalmy (kaŜdy kończył słówkiem "sela",
tak jak robił to James Dean w filmie Na wschód od Edenu), a później jeszcze coś wykrzykiwał. Takie
tam róŜne głupoty. Pewnego dnia odśpiewał nawet ochrypłym, matowym głosem Pogrzebową
wiązankę kwiatów
, czym przyprawił mnie i Needlesa o wybuch histerycznego śmiechu. 
   Stacja Massachusetts była lepsza, ale mogliśmy łapać ją tylko w nocy. Zajmowały się nią jakieś
dzieciaki. Myślę, Ŝe przejęły nadajniki WRKO albo WBZ, kiedy wszyscy pracownicy odeszli lub
umarli. Nadawali cały czas dowcipy, jak WDOPE, KUNT, WA6 czy inne rozgłośnie. Naprawdę
ś

mieszne - moŜna było pękać ze śmiechu. Wracając na plaŜę, słuchaliśmy właśnie Massachusetts.

Trzymałem Susie za rękę; przed nami szli Kelly i Joan, a Needles skrył się juŜ za pagórkiem i nie było
go widać. Na samym końcu wlókł się Corey ze swym radiem. Z głośników dobiegało Angie Stonesów.
- Czy kochasz mnie? - zapytała Susie. - Chcę wiedzieć tylko to: czy mnie kochasz? 
   Susie nieustannie domagała się takich zapewnień. Byłem jej pluszowym misiaczkiem. 
- Nie - odparłem. 
   Bardzo szybko tyła i jeśli poŜyje wystarczająco długo, co było mało prawdopodobne, jej ciało stanie
się tłuste i sflaczałe. JuŜ teraz bardziej przypominała beczkę. 
- Jesteś wstrętny - powiedziała i zakryła dłonią twarz. 
   W blasku połówki księŜyca, która od godziny juŜ świeciła na niebie, zalśniły lekko jej lakierowane
paznokcie. 
- Znowu będziesz się mazać? - Zamknij się! 
   Najwyraźniej jednak zamierzała ponownie wybuchnąć płaczem. CóŜ, jej sprawa. 
   Weszliśmy na wzgórze i tam przystanąłem. Zawsze w tym miejscu przystawałem. Przed A6 była to
plaŜa publiczna. Turyści, piknikowicze, ryjące nosami w piasku bachory, grube i rozdęte jak worek
babcie ze spieczonymi słońcem ramionami. Papierki po cukierkach i patyki po lizakach, piękni ludzie
pieszczący się na rozłoŜonych kocach. Wymieszane zapachy spalin z pobliskiego parkingu, morskich
wodorostów i olejku do opalania marki "Coppertone". 
   Teraz jednak wszystkie te brudy i syfy zniknęły. Ocean po- chłonął je od niechcenia, tak jak
człowiek pochłania garść cracker jacksów. Nie było juŜ ludzi, którzy by wrócili i ponownie zaśmiecili
plaŜę. Zostaliśmy tylko my; ale nas było za mało, Ŝeby narobić aŜ takiego bałaganu. Poza tym
kochaliśmy plaŜę - czyŜ to nie dla niej złoŜyliśmy tę ofiarę? Nawet Susie, ta mała suka. Susie z
grubym tyłkiem wbitym w wiśniowe dzwony. 
   Wokoło rozciągały się wydmy i biały piasek znaczony jedynie linią przypływów - splątanymi
pękami wodorostów i kawałkami drewna. W kłującym blasku księŜyca przedmioty rzucały ostre,
wyraźne cienie barwy atramentu, a poświata otaczała wszystko. Opuszczona wieŜa ratownika, stojąca
jakieś dwadzieścia metrów od budynku z prysznicami, sterczała w niebo białym szkieletem niczym
kościsty palec. 
   I przypływ, nocny przypływ, wzbijający w powietrze rozbryzgi piany, klekoczące nieustannie o
brzegi przylądka fale, bezkresne morze. Jeszcze zeszłej nocy te białe grzywacze znajdowały się
zapewne w połowie drogi z Anglii. 
- Angie Stonesów - zagrzmiał głos w radiu Coreya. - Tę płytę, odprysk dobrych czasów jak z atłasów,
wygrzebałem dla was w magazynie wytwórni. Nazywam się Bobby. To noc Freda, ale Fred złapał
grypę. Jest cały spuchnięty. 
   Susie zachichotała, a na rzęsach trzepotały jej pierwsze łzy. Ruszyłem trochę szybciej w stronę
plaŜy, Ŝeby się nieco uspokoiła. 
- Poczekaj! - zawołał Corey. - Bernie? Ej, Bernie, zaczekaj! Chłopak w radio zaczął czytać jakieś
ś

wińskie limeryki. W pewnej chwili z tła dobiegł głos dziewczyny, która zapytała, gdzie jest piwo.

Coś tam jej odpowiedział, a my juŜ byliśmy na plaŜy. Obejrzałem się, Ŝeby zobaczyć, co robi Corey.
ZjeŜdŜał jak zwykle na plecach po piasku i wyglądał tak absurdalnie, Ŝe na chwilę zrobiło mi się go
Ŝ

al. 

- Biegnijmy - odezwałem się do Susie. - Po co? 
   Klepnąłem ją w tyłek, aŜ pisnęła. - To nam dobrze zrobi. Pobiegliśmy. 
   Pędziła za mną, dyszała mi w plecy jak koń i wołała, Ŝebym zwolnił, ale ja juŜ wcale o niej nie
myślałem. Wiatr gwizdał mi w uszach i odwiewał włosy z czoła. Pełną piersią chłonąłem słone
powietrze; ostre i cierpkie. Grzmiał przypływ. Fale wyglądały jak pokryte pianą szkło. Zrzuciłem

www.StephenKing.one.pl

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

gumowe sandały i pognałem boso po piasku, nie zwracając uwagi na sterczące tu i tam ostre muszle.
Krew kipiała mi w Ŝyłach... 
   W mroku przede mną wyłonił się szałas. W środku czekał juŜ Needles. Na zewnątrz stali Kelly i
Joan, trzymali się za ręce i patrzyli na bezkresną wodę. Upadłem na ziemię, zacząłem się toczyć, aŜ
nalazło mi piasku za koszulę. Chwyciłem Kelly'ego za nogi. Upadł na mnie i wytarzał mi twarz w
piachu. Joan wybuchnęła śmiechem. 
   Rozradowani, zerwaliśmy się na nogi. Susie dawno juŜ przestała biec i wlokła się noga za nogą w
naszą stronę. Corey prawie ją dogonił. 
- Ogień - odezwał się Kelly. 
- Naprawdę sądzisz, Ŝe nie kłamał mówiąc, Ŝe przyjechał tu aŜ z Nowego Jorku? - zapytała Joan. 
- Nie wiem. 
   Nie wydawało mi się to istotne. Kiedy go znaleźliśmy, siedział za kierownicą wielkiego lincolna, był
półprzytomny i bredził. Głowę miał rozdętą do rozmiarów piłki footballowej, a jego szyja wyglądała
jak ogromny serdel. Złapał Kapitana Tripsa i niedługo mógł sobie poŜyć. Zawlekliśmy go zatem na
Punkt, skąd rozciągał się przepyszny widok na całą plaŜę, i spaliliśmy chłopaka. Mówił, Ŝe nazywa się
Alvin Sackheim. Cały czas wzywał swoją babcię. Myślał, Ŝe to Susie jest tą babcią. Strasznie ją to
rozśmieszyło, Bóg jeden wie dlaczego. Susie zresztą potrafią śmieszyć najdziwniejsze rzeczy. 
   Na to, Ŝeby spalić chłopaka, wpadł Corey, ale wszystko zaczęło się od Ŝartu. W szkole Corey
przeczytał multum ksiąŜek o czarach i czarnej magii. Stojąc w mroku obok lincolna Alvina Sackheima
łypnął na nas chytrze okiem i oświadczył, Ŝe jeśli złoŜymy ofiarę mrocznym bogom, to moŜe duchy
uchronią nas od A6. 
   Oczywiście nikt nie wierzył w te bzdury, ale zaczęliśmy rozmawiać o tym coraz bardziej powaŜnie.
Było to coś nowego i w końcu postanowiliśmy pójść za radą Coreya. Przywiązaliśmy chłopaka do
statywu potęŜnej lunety stojącej w punkcie widokowym -jeśli wrzuciło się dziesięć centów, w
pogodny dzień moŜna było przez nią dostrzec nawet Portland Headlight. Przywiązaliśmy go paskami
od spodni, a potem rozbiegliśmy się w poszukiwaniu suchego chrustu i kawałków wyrzuconego przez
ocean drewna - zupełnie jakbyśmy się bawili w ciepło i zimno. Alvin Sackheim przez cały czas
mamrotał coś do swojej babci. Susie szybko od- dychała i błyszczały jej oczy. Najwyraźniej wszystko
to bardzo ją ekscytowało. Kiedy znaleźliśmy się na dole, po drugiej stronie wydmy, pochyliła się nade
mną i zaczęła mnie całować. Miała na ustach zbyt duŜo szminki i smakowała jak tłusty talerz. 
   Odepchnąłem ją. Wtedy właśnie zaczęła stroić fochy. 
   Wróciliśmy na górę i obłoŜyliśmy Alvina suchymi gałęziami 
i chrustem do wysokości klatki piersiowej. Needles podpalił stos zapalniczką "Zippo". Gałęzie w
jednej chwili zapłonęły jasnym ogniem. Na koniec, tuŜ przed tym, jak zajęły mu się włosy, chłopak
zaczął krzyczeć. Śmierdziało wieprzowiną po chińsku na słodko. 
- Bernie, masz papierosa? - zapytał Needles. - Za tobą leŜy z pięćdziesiąt kartonów. 
   Wyszczerzył zęby i pacnięciem dłoni zabił komara, który usiadł mu na ramieniu. 
- Nie chce mi się ruszać. 
   Podałem mu zapalonego papierosa i usiadłem. Needlesa spotkałem w Portland, dokąd wybrałem się
pewnego dnia z Susie. Siedział na krawęŜniku przed State Theatre i na wielkiej, starej gitarze Gibsona,
którą gdzieś ukradł, wygrywał melodie Leadbelly'ego. Dźwięk niósł się po całej Congress Street,
zupełnie jakby Needles grał w sali koncertowej. 
   Do szałasu dowlokła się wreszcie cięŜko zdyszana Susie. . 
- Jesteś wstrętny, Bernie. 
- Daj spokój, Susie. Zmień płytę, bo ta zaczyna trzeszczeć. - Skurwysyn. Głupi, nieczuły skurwysyn.
Łachrnyta. 
- Spadaj albo podbiję ci oko, Susie - odparłem. - UwaŜaj, bo się doigrasz. 
   Znów zaczęła płakać. W tym jednym była naprawdę dobra. ZbliŜył się Corey i próbował ją objąć.
Uderzyła go łokciem w krocze, a on napluł jej w twarz. 
- Zabiję cię! 
   Z krzykiem i płaczem ruszyła na niego, wymachując rękami jak wiatrak. Corey cofnął się, prawie
upadł, a potem wziął ogon pod siebie i zaczął uciekać. Susie pędziła za nim, z ust płynął jej potok
najordynarniejszych przekleństw. Needles odchylił głowę i wybuchnął śmiechem. Poprzez huk
przypływu dochodziły do nas ciche dźwięki radia Coreya. 
   Kelly i Joan odeszli. Widziałem ich sylwetki nad samą wodą; spacerowali objęci ramionami.
Wyglądali jak z plakatu biura podróŜy: OCZEKUJE WAS BAJKOWA ST. LORCA. Ale tak właśnie
było. Stanowili wdzięczną parę. 
- Bernie? - Co? 
   Siedziałem, paliłem i rozmyślałem o Needlesie, który bawił się swoją zapalniczką "Zippo". Unosił
przykrywkę, krzesał kółkiem iskrę i zapalał maleńki ognik - jak jaskiniowiec posługujący się
krzemieniem i hubką. 
- Złapałem - powiedział Needles. 
- Tak? - popatrzyłem na niego. - Jesteś pewien? 

www.StephenKing.one.pl

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

- Jestem. Boli mnie głowa. Boli mnie brzuch. Trudno mi sikać. J- MoŜe to tylko grypa z Hongkongu.
Susie teŜ ją przechodziła. Cały czas wołała o Biblię. 
   Roześmiałem się. Działo się to jeszcze wtedy, kiedy byliśmy na uniwersytecie - mniej więcej
tydzień przed zamknięciem uczelni i miesiąc przed tym, jak zaczęto wywrotkami wywozić ciała,
oblewać je benzyną i palić we wspólnych grobach. 
- Popatrz. 
   Pstryknął zapalniczką i przysunął ognik do szczęki. Ujrzałem pierwsze trójkątne plamki i lekką
opuchliznę. No tak, to była A6. 
- Masz rację - powiedziałem. 
- Ale nie czuję się najgorzej - mówił. - Znaczy się umysłowo. Ale ty teŜ ciągle o tym myślisz. 
- Wcale nie - skłamałem. 
- Myślisz. Tak samo jak ten chłopak dzisiaj wieczorem. TeŜ bez przerwy o tym myślisz. Jeśli się nad
tym wszystkim dobrze zastanowić, to wyświadczyliśmy mu łaskę. Nie sądzę nawet, Ŝeby zdawał sobie
sprawę z tego, co się dzieje. 
- Zdawał, zdawał. 
   Needles wzruszył ramionami i przekręcił się na bok. 
- To i tak juŜ nie ma znaczenia. 
   Paliliśmy, a ja patrzyłem na bijące o brzeg plaŜy fale. Needles złapał Kapitana Tripsa. A więc
wszystko zaczynało się od nowa. Był juŜ późny sierpień i za kilka tygodni nadejdą pierwsze chłody.
Trzeba się powoli przenosić gdzieś pod dach: Zima. A na BoŜe Narodzenie trup - być moŜe my
wszyscy będziemy juŜ trupami. W frontowym pokoju czyjegoś mieszkania, z drogim
radiomagnetofonem Coreya stojącym na regale wypełnionym egzemplarza- mi Reader ś Digest
Condensed Books. 
Słabe zimowe słońce malować będzie wzory okiennych ram na dywanie. 
   Obraz był taki sugestywny; Ŝe zadrŜałem... Nikt przecieŜ nie powinien myśleć o zimie w sierpniu.
To tak, jakby ktoś odwiedzał własny grób. 
   Needles roześmiał się. 
- A widzisz? Cały czas o tym myślisz. CóŜ miałem mu odpowiedzieć? Wstałem. 
- Poszukam Susie. 
- Bernie, być moŜe jesteśmy ostatnimi ludźmi na Ziemi. Czy przyszła ci kiedyś do głowy taka myśl? 
   W widmowym świetle księŜyca, z podkrąŜonymi oczyma i białymi; nieruchomymi palcami jak
ołówki juŜ teraz sprawiał wraŜenie półtrupa. 
   Stanąłem nad samą wodą i rozejrzałem się. Nie zobaczyłem nic z wyjątkiem będących w
nieustannym ruchu garbów fal z delikatnymi lokami piany na grzbietach. Powietrze drŜało od grzmotu
bijącego w brzegi morza - większego niŜ cały świat; zupełnie jakbym trafił w sam środek burzy z
piorunami. Zamknąłem oczy i kołysałem się na bosych stopach. Piasek był zimny, mokry i twardy.
Nawet jeśli jesteśmy ostatnimi ludźmi, to co z tego? Bez nas świat równieŜ będzie toczył się własnym
torem aŜ do chwili, kiedy księŜyc przestanie przyciągać masy wód w ziemskich oceanach. 
   Na plaŜę wtoczyli się Corey i Susie. On człapał na czworakach, a ona jechała na nim na oklep jak na
mustangu i wpychała mu co chwila głowę pod nadbiegające fale. Corey parskał i chlapał na wszystkie
strony. Oboje byli przemoczeni do nitki. Pobiegłem i popchnąłem Susie nogą. Corey plując wodą i
bełkocząc coś pod nosem natychmiast sobie poszedł - wciąŜ na czworakach. 

-

Nienawidzę cię! - wrzasnęła Susie w moją stronę. 

   W bladej twarzy jej usta były czarnym półksięŜycem i wyglądały jak wejście do wesołego
miasteczka. Kiedy byłem dzieckiem, matka prowadzała nas do Harrison State Park, gdzie znajdował
się lunapark. Bramę stanowiła olbrzymia głowa klowna i do środka wchodziło się przez jego usta. 
- Daj spokój, Susie. Wstawaj - powiedziałem, wyciągając do niej rękę. 
   Po krótkim wahaniu chwyciła ją i podniosła się. Do bluzki i ciała poprzylepiały się jej ziarna
mokrego piasku. 
-

Nigdy mnie tak nie traktuj, Bernie. Nigdy... 

-

Och, daj spokój! 

   Nie była wcale jak szafa grająca, która nie zagra, jeśli nie wrzuci się dziesięciocentówki. Poszliśmy
plaŜą w kierunku kompleksu rekreacyjnego. Facet, który zajmował się plaŜą, miał na piętrze
niewielkie mieszkanko. Było w nim łóŜko. Susie nie zasługiwała wprawdzie na łóŜko, ale Needles
miał rację. Nic juŜ nie miało znaczenia. W tej grze nikt nie liczył punktów. 
   Na górę budynku prowadziły zewnętrzne schodki. Przystanąłem przy nich na chwilę, Ŝeby popatrzeć
przez wybite okno na znajdujące się w sklepie zakurzone towary, których nawet nikt nie pofatygował
się ukraść - stojaki z podkoszulkami (na przodzie miały rysunek nieba i fal oraz napis "Anson
Beach"), lśniące bransolety barwiące nadgarstki na zielono juŜ drugiego dnia, tandetne kolczyki, piłki
plaŜowe, zabrudzone widokówki, paskudnie pomalowane gliniane madonny, plastikowe wymiociny
(Jak prawdziwe! Wypróbuj na własnej Ŝonie!), race i zimne ognie na Czwartego Lipca, którego nikt
juŜ nie będzie świętować, ręczniki plaŜowe ze zmysłowymi dziewczynami w bikini stojącymi pośród
setek nazw słynnych kurortów, chorągiewki (Pamiątka z Parku i PlaŜy Anson), balony i kostiumy
kąpielowe. W frontowej części zabudowań mieścił się równieŜ bar szybkiej obsługi z wielkim
napisem: SPRÓBUJ NASZEGO CIASTA Z MIĘ- CZAKAMI. 

www.StephenKing.one.pl

background image

Nocna zmiana – Nocny przypływ

   Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły średniej, spędzałem wiele czasu na plaŜy Anson. Działo się to
sześć lat przed A6. Kręciłem wówczas z dziewczyną imieniem Maureen. Była duŜa i przepysznie
zbudowana. Nosiła kostium kąpielowy w róŜową kratę i zawsze mówiłem jej, Ŝe wygląda w nim jak
owinięta obrusem. Szliśmy na molo, pod gołymi stopami czuliśmy gorące deski i nagrzany piasek.
Nigdy nie spróbowaliśmy ciasta z mięczakami. 

-

Na co patrzysz? 

-

Na nic. Chodź. 

   Dręczył mnie koszmar. Śniłem o Alvinie Sackheimie. Siedział wyprostowany za kierownicą
lśniącego, Ŝółtego lincolna i mówił o swojej babci. Pozostał z niego tylko zwęglony szkielet i
sczerniała, rozdęta głowa. Cuchnął spalenizną. Gadał i gadał, i po pewnym czasie nie potrafiłem
zrozumieć ani jednego słowa. Obudziłem się zlany potem. Z trudem łapałem oddech. 
   Susie spała z nogami przerzuconymi przez moje uda; biała i spasiona. Zegarek wskazywał trzecią
pięćdziesiąt, ale nie chodził. Za oknem ciągle jeszcze panował mrok. Huczał przypływ - jego punkt
kulminacyjny. A to znaczyło, Ŝe jest czwarta piętnaście. Niebawem wstanie świt. Zsunąłem się z łóŜka
i pomaszerowałem do drzwi. Morska bryza przyjemnie chłodziła mi rozpalone ciało. Na przekór
wszystkiemu wcale nie chciałem umierać. 
   Przeszedłem w kąt pokoju i wziąłem puszkę piwa. Pod ścianą stały trzy czy cztery kartony
budweissera. Ciepłego, bo nie było prądu. Mnie, w przeciwieństwie do większości ludzi, nie
przeszkadza, jeśli piwo jest ciepłe. Po prostu trochę bardziej się pieni. Piwo to piwo. Wyszedłem na
schody, usiadłem na stopniu, otworzyłem puszkę i zacząłem pić. 
   Tak oto cała rasa ludzka została zmieciona z powierzchni Ziemi. I to nie przez broń atomową, nie
przez wojnę biologiczną czy zanieczyszczenie środowiska; nie, nic z tych przeraŜających rzeczy. Po
prostu grypa. Chciałbym zamontować gdzieś olbrzymią tablicę - moŜe na Bonneville Salt Flats.
SpiŜowy Skwer. KaŜdy bok liczyłby sześć kilometrów długości. Na uŜytek kosmitów, którzy w
przyszłości wylądują na Ziemi, napisałbym wielkimi literami: PO PROSTU GRYPA. 
   Cisnąłem pustą puszkę za balustradę. Upadła z głuchym brzękiem na ciągnący się wokół budynku
chodnik. W oddali widniał majaczący na piasku czarny trójkąt szałasu. Zastanawiałem się, czy
Needles śpi. Zastanawiałem się, czy ja zasnąłbym na jego miejscu. 

-

Bernie? 

   Stała w drzwiach ubrana w moją koszulę. JakŜeŜ jej nie znosiłem. Była spocona jak świnia. 
- JuŜ mnie nie lubisz, Bernie?  

   Nic nie odpowiedziałem. Czasami było mi przykro z powodu tego wszystkiego. Nie zasługiwała na

mnie bardziej niŜ ja na nią. 

- Czy mogę usiąść obok ciebie? - Nie zmieścisz się. 

   Wydała zdławiony, przypominający czkawkę dźwięk i zamierzała wrócić do pokoju. 

- Needles złapał A6. 
   Zatrzymała się w pół kroku i popatrzyła na mnie. Twarz miała nieruchomą. 

-   Bernie, nie Ŝartuj. Zapaliłem papierosa. 

- PrzecieŜ on nie moŜe... On juŜ... 

- Tak, przeszedł juŜ A2. Grypę Hongkong. Podobnie jak ty, jak ja, jak Corey, jak Kelly i Joan. 

- Wiec to znaczy, Ŝe nie jest... -  Uodporniony? 

- Tak. To znaczy, Ŝe i my moŜemy to złapać. 

- Nie wiem, moŜe kłamał, Ŝe przechodził A2. Po to, Ŝebyśmy mu pozwolili pójść z nami - odparłem. 

Na twarzy Susie pojawiła się ulga. 

- Jasne, Ŝe tak. Na jego miejscu teŜ bym skłamała. Nikt nie chce Ŝyć samotnie... - zawahała się. -

Wracasz do łóŜka? 

- Za chwilę. 

   Zniknęła w mieszkaniu. Nie musiałem jej mówić, Ŝe A2 nie stanowi Ŝadnej gwarancji odporności na

A6. Sama o tym dobrze wiedziała. Po prostu wymazywała ten fakt ze świadomości. Siedziałem i

obserwowałem przypływ. Osiągnął apogeum. Przed laty Anson było skromnym ośrodkiem, gdzie

uprawiano windsurfing. Na tle nieba majaczył wyniosły Punkt. Czasami myślałem, Ŝe jest to

stanowisko obserwacyjne, ale naturalnie ponosiła mnie wyobraźnia. Czasami Kelly zabierał na Punkt

Joan. Ale nie sądzę, Ŝaby zrobił to tej nocy. 
   Wtuliłem twarz w dłonie; czułem dokładnie ziarnistą fakturę skóry. Wszystko kończyło się tak

szybko i tak nędznie-nie było w tym odrobiny godności. 

A przypływ bił w brzegi przylądka, bił i bił. Bez końca. Czysty i tubalny. Latem, po skończeniu

szkoły średniej, tuŜ przed rozpoczęciem studiów, przyjechałem tutaj z Maureen, a z południowo-

-wschodniej Azji nadciągała juŜ A6, Ŝeby spowić świat swoim śmiertelnym całunem. Był lipiec,

jedliśmy pizzę, słuchaliśmy radia, które Maureen ze sobą wzięta, smarowałem jej plecy olejkiem do

opalania, ona smarowała moje, powietrze było gorące, piasek jasny, a słońce niczym płonące szkło. 

KONIEC

Skanował: Mando

www.StephenKing.one.pl

www.StephenKing.one.pl