background image

Vademecum 

Hornblowerowskie 

 

z mapkami Erwina Pawlusińskiego 

wg Samuela H. Bryanta 

 

 

Przekład Henryka Stępień 

 

WYDAWNICTWO MORSKIE GDAŃSK 

”TEKOP” GLIWICE 1991 

 
 

 

Tytuł oryginału angielskiego 
The Hornblower Companion — With Maps and 
Drawings by Samuel H. Bryant 
Redaktor Alina Walczak 
Opracowanie graficzne Erwin Pawlusiński Ryszard Bartnik 
Korekta Teresa Kubica 
© Copyright 1964 by C. S. Forester 
ISBN 83-215-5795-3 (W. M.) ISBN 83-85297-88-X (Tekop) 
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991 
we współpracy z 
”Tekop” Spółka z o.o. Gliwice 
Bielskie Zakłady Graficzne zam. 1726/K

 

 
 

background image

 

I. 

Atlas Hornblowerowski 

 

Opowieść o tym, jak powstawała  
saga hornblowerowska — z trzydziestoma  
mapkami naświetlającymi wszystkie  
ważniejsze morskie wyczyny powieściowego bohatera.

 

 
 

Mapka 1 
Mapka ogólna podróży Horatia Hornblowera 

 

Jest  rzeczą  znamienną,  że  na  tej  mapie  nie  trzeba  było  uwzględniać  Bliskiego 

Wschodu  i że  poza  jedynym  wypadem  na  Pacyfik  działania  Hornblowera  w okresie  trzy-

dziestu  lat,  między  latami  1794  i 1823,  ograniczały  się  do  rejonu  Oceanu  Atlantyckiego 

z przyległymi  do  niego  morzami:  Bałtykiem,  Morzem  Śródziemnym  i Morzem  Karaibskim. 

Losy świata rozstrzygały się na Atlantyku, chociaż trzeba pamiętać, że dokonujące podbojów 

armie były eskortowane przez Królewską Marynarkę Wojenną aż do Manili i Jawy. Za rzecz 

równie  znamienną  można  by  uznać,  że  przez  tak  długi  czas  Hornblower  działał  na  Morzu 

Karaibskim. W całym tym okresie Indie Zachodnie były niezmiernie ważne z gospodarczego 

punktu  widzenia.  Dobrobyt  Londynu  w znacznym  stopniu  zależał  od  sprawowania  kontroli 

nad  ”wyspami  cukrowymi”,  a zależność  ta  utrzymywała  się  aż  do  zniesienia  niewolnictwa 

i rozwoju  produkcji  cukru  z buraków  cukrowych.  Pojawienie  się  setki  nowych  czynników 

ekonomicznych  sprawiło,  że  znaczenie  gospodarcze  tych  wysp  dość  znacznie  zmalało 

w okresie, gdy Hornblower wchodził w pięćdziesiąte lata życia. 

To wszystko jest bardzo słuszne i ważne. Może jednak warto wspomnieć także o tym, 

że  —  zbiegiem  okoliczności  —  te  wody  były  jedynymi  wodami,  z którymi  biograf 

Hornblowera był dobrze obeznany, gdy pisał o końcowych latach wojen napoleońskich. 

 

 

Mapka 2 

Pan Midszypmen Hornblower 

Rozdziały II, III i V. Czerwiec 1794 

Zatoka Biskajska 

 

Ta  strefa  była  ośrodkiem  walk  o supremację  na  morzu  w okresie  wojen  rewolucji 

francuskiej  i cesarstwa.  Tu  Królewska  Marynarka  Wojenna  miała  pilnować,  aby  Marynarka 

Francuska,  stacjonująca  na  tym  wybrzeżu,  nie  tamowała  najważniejszych  dojść  do  Kanału 

background image

 

Angielskiego.  Ciekawa  rzecz,  że  na  tych  wodach  nie  było  większych  akcji  flot;  bitwa 

słynnego  Pierwszego  Czerwca

1

 miała  miejsce  o stopę

2

 czy  nawet  więcej  poza  lewym 

brzegiem zamieszczonej  obok mapki.  Lecz właśnie w wyniku  tej bitwy  Hornblower znalazł 

się jako dowódca pryzu ”Marie Galante” w punkcie l, a kiedy próbował przeprowadzić go do 

kraju, pryz zatonął w punkcie 2. W punkcie 3 został on wzięty na pokład ”Pique”, jednostki 

płynącej z Nantes w stronę wejścia do Kanału. Tak więc spotkanie ”Pique” i ”Indefatigable” 

w punkcie  4,  gdzie  brytyjskie  okręty  czyhały  na  takie  właśnie  stateczki  korsarskie,  nie  było 

żadnym szczególnym zbiegiem okoliczności. 

Trochę  później  ”Indefatigable”  wpłynęła  na  wody  Żyrondy,  a jeszcze  później, 

w zatoce  w punkcie  5,  daleko  od  brzegów  dających  osłonę  przed  zimowymi  sztormami, 

natknęła się na francuską fregatę, usiłującą od południa wydostać się na otwarty Atlantyk. 

 

1. Zdobycie ”Marie Galante”.  

2. Zatonięcie ”Marie Galante”. 3.  

3. Spotkanie z ”Pique”.  

4. Spotkanie ”Pique” z ”Indefatigable”.  

5. Miejsce bitwy opisanej w rozdziale V. 

 

 

Mapka 3 

Pan Midszypmen Hornblower 

      Rozdział IV. Wrzesień 1794 

Żyronda 

 

Typowy  przykład  operacji  przeprowadzanych  dziesiątki  razy  w czasie  wojen 

napoleońskich,  kiedy  to  francuskie  jednostki  przemykały  się  wzdłuż  wybrzeża  spod  osłony 

jednej  baterii  do  następnej,  a okręty  brytyjskie  skwapliwie  szukały  sposobności,  aby  je 

zaatakować. W tym wypadku zaskoczenie udało się doskonale. Francuska załoga spędziła już 

wiele nocy na kotwicy,  to  tu,  to  tam, tak że normalne środki zabezpieczenia przed nocnym 

atakiem  stały  się  zwykłą  formalnością.  Nie  widziano  więc  żadnego  powodu,  aby  atak  miał 

mieć miejsce akurat tej nocy, a nie innej. 

                                                           

1

 Bitwa na Atlantyku l VI 1793 r. pomiędzy okrętami liniowymi Anglii i Francji o panowanie na morzu.

 

2

 Stopa — 30,48 cm.

 

background image

 

Po stronie brytyjskiej nieodzownym czynnikiem była znajomość sztuki żeglarskiej. To 

dzięki  niej  ”Indefatigable”  mogła  przejść  nocą  za  widnokręgiem  z punktu  l  dokładnie  na 

właściwe miejsce zakotwiczenia w punkcie 3. Dzięki dobrej organizacji i wyposażeniu można 

było  bezzwłocznie wysłać łodzie z załogami. Umiejętności nawigacyjne porucznika Ecclesa 

pozwoliły  przeprowadzić  łodzie  nieoczekiwaną  (i  nie  strzeżoną)  drogą  przez  mielizny 

zalewane  przy  przypływie  wyższym  niż  średni  i zaatakować  ”Papillona”  w punkcie  2.  Do 

tego jeszcze doszła umiejętność postawienia żagli w absolutnych ciemnościach na nieznanej 

jednostce  i wyprowadzenia  jej  na  fali  odpływu.  Zdecydowane  działanie  też  odegrało  swoją 

rolę  —  tylko  tej  jednej  jedynej  nocy  przypływ  następował  na  godzinę  przed  wschodem 

słońca. Dzień zwłoki, noc spędzona na namyśle i sposobność mogłaby umknąć. 

 

1. Pozycja ”Indefatigable” o zachodzie słońca.  

2. ”Papillon” na kotwicy.  

3. Pozycja ”Indefatigable” o północy. 

 

 

Mapka 4 

Pan Midszypmen Hornblower 

Rozdział VI, 20 lipca 1795 

Plaża pod Muzillac 

 

Co  się  tyczy  historycznych  wydarzeń,  to  tego  dnia  miał  faktycznie  miejsce  desant 

rojalistycznej  armii  pod  Quiberon,  kilka  cali  w lewo  od  tej  mapki.  Desant  zakończył  się 

klęską,  znacznie  gorszą  od  poniesionej  w wypadzie,  w którym  uczestniczył  Hornblower. 

Wysadzenie  dodatkowego  oddziału  desantowego  na  plaży  pod  Muzillac,  dla  pilnowania 

flanki  sił  głównych  przed  oddziałami  posuwającymi  się  główną  drogą  z Nantes,  nie  byłoby 

więc wcale zbędnym środkiem ostrożności. 

Dziś  wybrzeże  to  jest  usiane  plażami  zatłoczonymi  letnią  porą  przez  urlopowiczów. 

Dla nich odwiedzenie plaży, gdzie wylądował Hornblower (punkt 2) i obejrzenie mostu, który 

pomógł  wysadzić  w powietrze  (punkt  4),  byłoby  tylko  krótką  wycieczką.  Można  by  nawet 

znaleźć gospodę, gdzie w Muzillac nocował Hornblower. Trzeba jednak pamiętać, że budowa 

nowych dróg, osuszenie bagien oraz budowy i przebudowy prowadzone na szeroką skalę po 

roku 1795 bardzo zmieniły krajobraz. 

background image

 

Niepowodzenie wypadu było w znacznym stopniu wynikiem błędnej pracy wywiadu. 

Nikt nie miał pojęcia, że w Vannes stacjonują duże, lotne siły, mogące dotrzeć do punktu 5 na 

nie strzeżonej flance. 

 

1. Miejsce zakotwiczenia ”Sophii” i ”Indefatigable”.  

2. Miejsce lądowania na plaży.  

3. Bród i pozycja czterdziestego trzeciego.  

4. Szosa na grobli i most.  

5. Początek głównego ataku francuskiego. 

 

 

Mapka 5 

Pan Midszypmen Hornblower 

Rozdziały VII i VIII. Styczeń 1796 i marzec 1796 

Cieśnina Gibraltarska 

 

Galery  hiszpańskie,  z którymi  stoczył  walkę  Hornblower,  istniały  rzeczywiście 

i służyły aż do tego czasu, głównie z powodu hiszpańskiego konserwatyzmu — nikt bowiem 

jeszcze nie podjął kroków niezbędnych do ich wycofania z eksploatacji. Zresztą były łatwym 

sposobem  pozbycia  się  zatwardziałych  przestępców  przez  zasadzanie  ich  u wioseł.  Jeszcze 

w roku  1800,  podczas  oblężenia  Genui,  Keith  zdobył  genueńską  galerę.  Galery  przydawały 

się też w okresach ciszy morskiej, kiedy dzięki łatwości manewrowania nimi i dwóm ciężkim 

działom na ich dziobach można było nękać chwilowo unieruchomione jednostki morskie. 

Często  występowały  trudności  z przebyciem  Cieśniny  Gibraltarskiej  w kierunku 

zachodnim  z powodu  stałego  kierunku  prądu  ku  wejściu,  utrzymywaniu  się  zachodnich 

wiatrów i częstego występowania ciszy morskiej — Nelson miał poważne kłopoty z powodu 

tych warunków w swoim pościgu za Villeneuve'em w roku 1805. 

 

1. Pierwsza potyczka z hiszpańskimi galerami.  

2. Walka z galerami.  

3. Brandery w zatoce. 

 

 

background image

 

Mapka 6 

Pan Midszypmen Hornblower 

Rozdział IX. Lipiec 1796 

Wyprawa ”Caroline” 

 

Wybrzeże  berberyjskie  było  poważnym  źródłem  świeżego  mięsa  dla  garnizonu 

w Gibraltarze  i dla  floty  strzegącej  Tulonu  i Kadyksu,  zwłaszcza  w okresach  (jak  ten 

właśnie),  gdy  Hiszpania  była  wrogo  nastawiona  do  Anglii.  Zapotrzebowanie  dzienne 

wynosiło dwadzieścia ton mięsa, nie licząc podrobów i odpadów, a to oznaczało, że naciskane 

służby  zaopatrzeniowe  musiały  codziennie  dostarczyć  ponad  sto  sztuk  nędznego 

berberyjskiego  bydła.  Wieprzowina,  rzecz  jasna,  była  nieosiągalna  na  tym  mahometańskim 

wybrzeżu, a brytyjski marynarz — nawet jeśli w dzieciństwie miał się za szczęśliwca jedząc 

mięso raz w tygodniu — nie lubił być karmiony baraniną. Tak więc na całej trasie od Sallee 

do  Algieru  brytyjskie  zaopatrzeniowce  skupowały  bydło,  płacąc  złotem  lub  prochem 

armatnim  (prawie  równie  cennym  dla  dejów

3

 i bejów

4

),  udręczeni  zaś  konsulowie  robili,  co 

mogli, aby utrzymywać neutralność tych kapryśnych monarchów. 

Warto  może  zauważyć,  że  gdy  Hornblower  lawirował  ”Caroline”,  czekając,  aż 

skończy  się  okres  jej  kwarantanny,  generał  Bonaparte  zajmował  północne  Włochy  w swej 

triumfalnej pierwszej kampanii, w jakiej był głównodowodzącym. 

 

1. Hornblower obejmuje dowództwo ”Caroline”.  

2. Pierwszy wypad na ląd po słodką wodę.  

3. Drugi wypad po wodę i utarczka z hiszpańskimi guardacosta

5

.  

4. Ładunek dostarczony. 

 

 

Mapka 7 

Pan Midszypmen Hornblower 

Rozdział X. Listopad 1797 

El Ferrol 

 

                                                           

3

 Dej (tur.) — władca Algieru do 1830 r., kiedy Francuzi owładnęli tym krajem.

 

4

 Bej (tur.) — tu: tytuł panującego w Tunisie.

 

5

 Guardacosta (hiszp.) — przybrzeżny statek strażniczy.

 

background image

 

Hiszpańskie  porty,  El  Ferrol  i La  Coruña,  ze  swymi  doskonałymi  urządzeniami, 

bardziej niż Brest cierpiały z powodu niemożności normalnego funkcjonowania. Tak bardzo 

były  oddalone  od  centrum  spraw,  a ich  łączność  lądowa  tak  była  marna,  że  gdy  blokada 

uniemożliwiła im łączność drogą morską, podupadły i nie były w stanie właściwie pełnić roli 

baz  morskich.  To  by  wyjaśniało,  dlaczego  hiszpański  statek  handlowy  próbował  przerwać 

blokadę w czasie listopadowej wichury. W ładowniach mógł zmieścić tyle, ile pięćset wozów 

zaprzęgniętych w woły zdołałoby przewieźć przez góry. Miał pecha, a Hornblower szczęście, 

że w decydującym momencie pękł mu grotmarsel. 

Hornblower  wyzyskał oczywiście bez zwłoki  nadarzającą się sposobność, ułatwiając 

nie  tylko  sobie  drogę  do  wolności,  lecz  także  żywot  powieściopisarzowi,  który  podjął  się 

pisania jego biografii. 

 

1.Punkt obserwacyjny Hornblowera.  

2. Statek hiszpański traci grotmarsel.  

3. Statek rozbija się.  

4. Trasa, którą przeciągano łódź rybacką.  

5. Miejsce spuszczenia łodzi rybackiej na wodę. 

 

 

Mapka 8 

Porucznik Hornblower 

Rozdział VII—XVII. Od czerwca do sierpnia 1800 

Santo Domingo 

 

Okręt  JKM  ”Renown”,  z umysłowo  chorym  kapitanem  zamkniętym  pod  pokładem, 

płynął  na  kursie  południowo-zachodnim  pełnym  północno-wschodnim  wiatrem  pasatowym, 

mając przed sobą trudną misję. Gdy przeszło sto lat później biograf Hornblowera przepływał 

na  ”Margaret  Johnson”  cieśninę  Mona  na  przeciwnym  kursie,  był  jeszcze  beztrosko 

nieświadom faktu, że bliźniacze sylwetki Mony i Monity będą miały dla Hornblowera jakieś 

szczególne  znaczenie  ani  że  zatoka  Samaná  po  jego  lewej  ręce  będzie  sceną  takiej 

desperackiej akcji. Faktycznie nie tylko nie miał pojęcia o obchodzeniu się z rozgrzanymi do 

czerwoności  pociskami,  ale  dzieliło  go  nawet  jeszcze  kilka  dni  od  usłyszenia  od  swego 

wewnętrznego  ”ja”  nazwiska  Horatia  Hornblowera.  Jednakże  z jakiegoś  powodu  zabrał  ze 

sobą  bardzo  wyraźny  obraz  przylądka  Engaño  i falistych  wzgórz  Santo  Domingo.  Punkt  2, 

background image

 

o mniejszym znaczeniu, dotyczy nadejścia wiadomości o pokoju w Amiens

6

, co znaczyło, że 

pierwszy,  krótkotrwały  awans  Hornblowera  na  kapitana  ”nie  mianowanego”

7

 nie  zostanie 

zatwierdzony przez Admiralicję. 

 

1. Początek rozdziału VII.  

2. Potyczka ”Renown” z ”Clarą”. 

 

 

Mapka 9 

Porucznik Hornblower 

Rozdziały VII—XIII. Lipiec 1800 

Zatoka Samaná 

 

Chcąc  dać  w pełni  odczuć  swoją  potęgę,  Królewska  Marynarka  Wojenna  musiała 

przystąpić do działań desantowych. Historia morska dwudziestolecia po roku 1794 roi się od 

takich akcji, a prawie wszystkie naturalnie były podejmowane w miejscach, gdzie siły lądowe 

nieprzyjaciela  przeszkadzały  w pełnym  panowaniu  na  morzu.  Są  dziesiątki  przykładów 

szturmów  zaimprowizowanych  oddziałów  desantowych  na  baterie  osłaniające  okręty  nie-

przyjaciela.  W bardzo  wielu  miejscowościach  obrona  pozostawiała  z konieczności  dużo 

słabych punktów, toteż oddział wojska przewieziony morzem mógł często znaleźć miejsce na 

desant  i —  działając  szybko  i zdecydowanie  —  zaatakować  z zaskoczenia  obronę  brzegową 

od  tyłu.  Konfiguracja  terenu  na  wschodnim  krańcu  Santo  Domingo  stwarzała  doskonałą 

sposobność do takiego uderzenia. Można było po zapadnięciu nocy wysadzić oddział na ląd 

na północnym brzegu w punkcie 2, by o świcie poprowadzić go przez przesmyk do szturmu 

na  fort  zagradzający  wejście  do  zatoki.  Obecność  drugiej  baterii  na  południowej  stronie 

wejścia — teraz już ostrzeżonej o niebezpieczeństwie, co utrudniało wzięcie jej szturmem — 

sprawiła, że trzeba było  podciągnąć dziewięciofuntowe działo do punktu 7 i tak uprzykrzyć 

statkom handlowym stanie w zatoce na kotwicy, że musiały port opuścić. 

 

1. ”Renown” wchodzi na mieliznę.  

2. Miejsce lądowania przed atakiem na Fort.  

3. Droga oddziału desantowego atakującego Fort.  

                                                           

6

 Pokój w Amiens (1802) dał tylko krótką przerwę w wojnach napoleońskich.

 

background image

 

4. Kotwicowisko hiszpańskich statków handlowych.  

5. Hiszpańskie statki handlowe trafione rozżarzonymi pociskami.  

6. Miejsce wyładowania dziewięciofuntowego działa na ląd.  

7. Pozycja strzałowa działa. 

 

 

Mapka 10 

Porucznik Hornblower 

Rozdział XIV. Lipiec 1800 

Morze Karaibskie 

 

Właśnie  w trakcie  długiej  podróży  z cieśniny  Mona  na  jamajkę  hiszpańscy  jeńcy 

powstali  przeciwko  tym,  którzy  wzięli  ich  do  niewoli,  i na  krótko  opanowali  okręt  JKM 

”Renown”. Dzięki Hornblowerowi okręt został szybko odbity. W czasach statków żaglowych 

często  się  zdarzało  (przykładem  jest  zdobycie  ”Papillona”),  że  po  opanowaniu  pokładu 

głównego przez jakiś oddział i po przejęciu kontroli nad prowadzeniem statku można było tę 

kontrolę  utrzymać  mimo  obecności  większych  sił  nieprzyjacielskich  pod  pokładem.  Po 

zamknięciu otworów łukowych uwięziona na dole załoga zdobytej jednostki była właściwie 

bezradna,  bo  gdyby  się  jej  nawet  udało  sforsować  wyjście,  to  musiałaby  opuszczać  luk 

pojedynczo  —  pozostawało  podpalenie  statku  lub  wysadzenie  w powietrze  magazynu 

z amunicją,  ale  to  byłyby  kroki  samobójcze,  chociaż,  jak  wiadomo,  takie  wypadki  miały 

miejsce.  Dziwna  rzecz,  że  (na  ile  autor  niniejszej  książki  zdołał  się  zorientować  z lektury) 

nikomu  nie  przyszło  nigdy  do  głowy  zastosować  prostego  sposobu  w postaci  przecięcia  lin 

sterowych. 

Trochę  pechowo  złożyło  się  dla  Hornblowera,  że  w tym  właśnie  punkcie  jego  życia 

jego  biograf  bardziej  interesował  się  wyczynami  porucznika  Busha,  tak  że  dobry  pomysł 

Hornblowera,  żeby  przed  rozpoczęciem  kontrataku  z ”Gaditany”  (potem  całkiem  trafnie 

przechrzczonej na ”Retribution”

8

) ściągnąć obsady pryzowe ze wszystkich pryzów, nie zyskał 

takiego  uznania,  na  jakie  zasługiwał.  Mimo  jednak  tego  przeoczenia  ze  strony  biografa 

Hornblower dostał od admirała Lamberta stanowisko (pechowe) dowódcy ”Retribution”. 

 

1. Jeńcy odbijają ”Renown”, lecz Hornblower z powrotem go im odbiera. 

                                                                                                                                                                                      

7

 Ang. commander — pośrednia ranga między porucznikiem a kapitanem ”mianowanym” (post-captain) w Brytyjskiej 

Marynarce Wojennej.

 

background image

 

10 

 

 

Mapka 11 

Hornblower i jego okręt ”Hotspur” 

Rozdziały IV—XXV. Od kwietnia 1803 do lipca 1805 

Podejścia do Brestu 

 

Mapka  jest  upstrzona  punktami  odniesienia,  co  wynika  stąd,  że  Hornblower  spędził 

dwa  lata  na  blokowaniu  Brestu  i że  można  tu  więc  było  oczekiwać  wielu  akcji  bojowych. 

Mnóstwo mężczyzn mniej szczęśliwych od Hornblowera spędziło w służbie blokadowej całe 

dziesięć  kolejnych  lat,  przeżywając  w tych  trudnych  warunkach  okres  życia  od  wczesnej 

młodości do wieku średniego, tak że koniec wojny zastał ich całkiem nie przygotowanych do 

bytowania na lądzie i bez możności znalezienia pracy na morzu. 

Żeglarze znający to wybrzeże muszą zawsze odczuwać zdziwienie z powodu nikłych 

strat poniesionych przez znaczne siły pilnujące Brestu zimą i latem prawie bez przerwy. Przez 

okres  tych  dziesięciu  lat  stracono  tylko  jeden  okręt  liniowy,  który  wpadł  na  skałę  nie 

zaznaczoną na mapie morskiej. Jest to wybitny dowód doskonałych umiejętności żeglarskich 

ludzi będących w owym czasie w służbie Królewskiej Marynarki Wojennej. 

 

1.  6°  stopień  długości  geograficznej  zachodniej:  otwarcie  zapieczętowanych 

rozkazów.  

2. Zaoczenie ”Deux Freres”.  

3. Zwykła droga patrolowa ”Hotspura”.  

4. Pokojowe spotkanie z ”Loara”.  

5. i 6. Pozycja ”Hotspura” i ”Loary” w czasie potyczki.  

7. Uszkodzenie ”Loary”.  

8. Starcie z francuskimi kabotażowcami.  

9. Obiad na pokładzie ”Tonnanta”.  

10. Pomost, na którym wylądowała grupa desantowa,  

11. Lokalizacja stacji sygnalizacyjnej.  

12. Lokalizacja baterii.  

13. Obozowisko oddziałów francuskich.  

14. Pierwsze zetknięcie z francuskimi transportowcami.  

                                                                                                                                                                                      

8

 ”Retribution” — ”Odwet”.

 

background image

 

11 

15. Tu pierwszy transportowiec osiadł na mieliźnie.  

16. Tu dwa transportowce weszły na mieliznę (na Rafach Małych Dziewczynek).  

17. Starcie z czwartym transportowcem i francuską fregatą.  

18. ”Grasshopper” traci maszty.  

19. Przewoźne baterie.  

20. Zwykła pozycja ”Hibernii”. 

 

 

Mapka 12 

Hornblower i jego okręt ”Hotspur” 

Rozdział XIII. Październik 1803 

Trasa ”Hotspura” do zatoki Tor 

 

Przy  utrzymujących  się  wiatrach  zachodnich  zawsze  istniało  niebezpieczeństwo 

spychania przez nie jednostek pływających w górę Kanału. Wciąż trzeba było pamiętać o tej 

ewentualności,  która  wpływała  na  myślenie  strategiczne  co  najmniej  od  czasów  Armady. 

W okresie amerykańskiej wojny o niepodległość admirałowie francuscy bardzo uważali, żeby 

nie wypływać poza punkt, skąd nie było powrotu, choćby byli naciskani przez Vergennesa

9

 

czy Napoleona. Brytyjska Marynarka Wojenna, mająca duże i dobre porty otwarte dla siebie, 

była  —  rzecz  jasna  —  w korzystniejszej  sytuacji.  Lecz  jeśli  w czasie  wichury  od  zachodu 

okręt został zepchnięty w górę Kanału aż za Start, mógł się spodziewać trudności z powrotem 

na  swoją  pozycję  ze  względu  na  konieczność  halsowania  na  węższych  wodach  w kierunku 

wschodnim.  Stąd  znaczenie  zatoki  Tor  jako  kotwicowiska  —  z Plymouth  trudno  było 

wychodzić  w morze,  dopóki  nie  zbudowano  tam  falochronów,  zaś  Falmouth  miało  słabe 

połączenia  lądowe.  Po  stracie  Sir  Cloudesleya  Shovela

10

 na  wyspach  Scilly  Brytyjczycy 

przeprowadzili  badania  układu  pływów  w ujściu  Kanału.  Lecz  te  uwagi  nie  powinny 

umniejszać wyczynu Hornblowera jego podejścia do lądu koło Bolt Head. 

 

1. Potyczka z ”Najadą”.  

2. Zmiana kursu w celu ustawienia się na wiatr z lewej strony rufy.  

                                                           

9

 Charles Gravier Vergennes (1719—1787) — francuski dyplomata. Jako minister spraw zagranicznych, dążąc do osłabienia 

Anglii, wspiera! angielskich kolonistów w Ameryce Północnej w ich wojnie wyzwoleńczej. Przyczynił się do zawarcia 
paryskiego traktatu pokojowego (1783) uznającego niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

10

 Sir Cloudesley Shovel (1650—1707) — angielski admirał, przez wiele lat pełniący służbę morską na Morzu Śródziemnym. 

Wracając z flotą po nieudanej akcji zajęcia Tulonu, zatonął wraz ze swym okrętem ”Association” z 800-osobową załogą 
w pobliżu wysp Scilly.

 

background image

 

12 

3. Tu dokonano sondowania. 

 

 

Mapka 13 

Hornblower i jego okręt ”Hotspur” 

Rozdział XXII. Wrzesień 1804 

Obszar patrolowany przez eskadrę Moore'a  

opodal Przylądka Św. Wincentego 

 

Kapitan  Graham  Moore  istniał  naprawdę,  rzeczywiście  został  wysłany  w owym 

czasie, żeby przechwycił cenną hiszpańską flotyllę i prowadził patrolowanie dokładnie w taki 

sposób,  jak  opisany.  Także  cały  incydent  wzięcia  ”floty”

11

 do  niewoli  i późniejsza  odmowa 

wypłaty pryzowego przez rząd brytyjski tym, którzy tego dokonali, zdarzyły się rzeczywiście 

— przy poprzedniej okazji, kilka lat wcześniej, gdy ”flota” została przechwycona, ci, co tego 

dokonali,  otrzymali  miliony  do  podziału.  Niestety,  ktoś  czytający  uważnie  raporty  i nie 

znajdujący wzmianki o ”Hotspurze” i ”Félicité” mógłby zwątpić, czy w ogóle istniał kapitan 

Hornblower. Jeśli jednak zaakceptuje istnienie Hornblowera, to może przynajmniej przyzna, 

że  w tym  wypadku  działania  Hornblowera  były  nacechowane  samozaparciem  i jasnością 

widzenia godną bohatera powieści. 

 

1. Obszar patrolowany przez eskadrę Moore'a.  

2. Zaoczenie ”Félicité” przez ”Hotspura”.  

3. ”Hotspur” niezdolny do dalszej żeglugi. 

 

 

Mapka 14 

Hornblower i jego okręt ”Atropos” 

Rozdziały I—III. Październik 1805 

Z Gloucester do Deptford 

 

Dzięki  pomyślnemu  zbiegowi  okoliczności  biograf  Hornblowera  zdobył  duże 

doświadczenie w żeglowaniu po rzekach i kanałach Anglii i innych krajów. Na długo zanim 

                                                           

11

 Flota (hiszp.) — eskadra, mała flotylla okrętów (złożona np. z 3 lub 4 fregat).

 

background image

 

13 

ten  sposób  podróżowania  wszedł  ponownie  w modę,  przepłynął,  jako  kapitan  łodzi, 

z Londynu  do  Llangollen  i z powrotem.  Pasażerem  łodzi  był  jego  starszy,  kilkumiesięczny 

wówczas syn, który spędził trzy szczęśliwe miesiące na spokojnych wodach kanałów. Trochę 

tylko  był  niepokojony  koszmarnymi  przeprawami  przez  takie  tunele,  jak  Blisworth 

i Braunston. W gruncie rzeczy największym zagrożeniem dla błogiego spokoju tych wypraw 

był fakt, że przypadkiem kapitan łodzi był równocześnie pisarzem, właśnie zajętym pisaniem 

powieści. A nie było to najłatwiejszym zadaniem na małej łodzi, na której jedna osoba z trójki 

załogi  nie  miała  jeszcze  sześciu  miesięcy.  Lecz  przeżycia  te  dały  autorowi  przynajmniej 

jakieś  podstawy  do  opisania  podróży  Hornblowera  rzeką  i kanałem  przez  Anglię 

w towarzystwie małego synka. 

 

1. Tunel Sapperton.  

2. Przejście z kanału na rzekę.  

3. Kolacja w Oksfordzie.  

4. Przejście na prom.  

5. ”Atropos”na kotwicy (w Deptford) 

 

 

Mapka 15 

Hornblower i jego okręt ”Atropos” 

Rozdział IV. Styczeń 1806 

Tamizą z Deptford do Westminsteru 

 

Przy  innej  okazji  biograf  Hornblowera  załadował  swą  łódź  na  pokład  płynącego  ze 

wschodniego Bałtyku statku, który stanął na kotwicy niezbyt daleko od miejsca, gdzie zako-

twiczyła  ”Atropos”  w roku  1806.  Mimo  gwałtownej  wichury  od  zachodu,  wśród  potoków 

deszczu,  wszystkie  holowniki  i barki  na  rzece  zdawały  się  posuwać  z maksymalną 

prędkością.  Trzeba  było  opuścić  łódź  za  burtę,  zanim  statek  wejdzie  do  basenu.  Biograf 

z żoną  zeszli  po  sznurowej  drabince,  aby  dalej  popłynąć  łodzią  w górę  rzeki,  gdzie  pędzące 

holowniki  miotały  bryzgi  —  wydawało  się,  a może  i rzeczywiście  —  pionowo  w górę  na 

wysokość  ośmiu  stóp.  Tylko  trzymając  się  obu  rękami  i nogami  mogli  uniknąć  zbiorowego 

wypadnięcia z łódki kiwającej się z dziobu na rufę i podskakującej na wysokich falach. Przy 

wietrze przeciwnym pływowi fale te niewiele się zmniejszyły nawet za Mostem Londyńskim, 

gdzie ruch był mniejszy. Dopiero taras budynków parlamentu dał upragnioną osłonę, i można 

background image

 

14 

było wyczerpać wodę z łodzi — wiele lat później, spożywając pewnego wspaniałego letniego 

dnia truskawki ze śmietaną, pisarz uśmiechnął się na to wspomnienie. Podróż skończyła się 

małą awarią tuż za Vauxhall

12

, i po tych doświadczeniach pisarz postanowił — przynajmniej 

przez  pewien  czas  —  przeżywać  przygody  tylko  poprzez  Hornblowera.  To  wyjaśniałoby 

trudności napotykane przez Hornblowera w żałobnym kondukcie Nelsona. 

 

1. ”Atropos” na kotwicowisku.  

2. Tu formuje się kondukt; pęka klepka w barkasie pogrzebowym.  

3. Zaczyna się wyczerpywanie.  

4. Tu trumna zostaje wyniesiona na ląd.  

5. Pomost, przy którym dokonano awaryjnej naprawy barkasa pogrzebowego. 

 

 

Mapka 16 

Hornblower i jego okręt ”Atropos” 

Rozdział VIII. Maj 1806 

Downs 

13

 

 

Pewne  wspomnienie  z dzieciństwa  doprowadziło  do  zdobycia  ”Vengeance”  przez 

”Atropos”  i do  odbicia  ”Amelii  Jane”.  Mały  chłopiec  bawił  się  z gościem  z obcego  kraju 

w jakąś  grę,  w której  zapisywało  się  wyniki.  Zaintrygowały  go  dziwne  kreski  poprzeczne 

stawiane  przez  gościa  na  siódemkach.  Gość  był  człowiekiem  dorosłym,  więc  powinien 

wiedzieć lepiej. To, co robił, było wbrew temu, co według chłopca być powinno — uczono go 

przecież  pisać  siódemki  bez  kresek,  a dzieci  bywają  formalistami  w sprawach  drobnych 

szczegółów.  Później,  gdy  dziecko  wyrosło  na  powieściopisarza  (jeśli  można  to  nazwać 

rośnięciem),  z tego  wspomnienia  zrobiła  się  fabuła.  Tak  się  złożyło,  że  akurat  wtedy  pisarz 

zajmował  się historią morską, stąd siódemka z kreską pojawiła się na wiośle i ”Vengeance” 

została  zdobyta.  Gdyby  przypomniał  sobie  o tym  w jakiejś  innej  fazie  pracy  pisarskiej, 

przekreślona  siódemka  mogłaby  się  była  pojawić  w książce  na  temat  międzynarodowej 

bankowości, a Hornblower miałby o jedną przygodę mniej. 

 

1. Miejsce zakotwiczenia ”Atropos”.  

                                                           

12

 Vauxhall — jeden z mostów w Londynie.

 

13

 The Downs — Wyżyna. Tu: obszar morza naprzeciwko Wyżyny Północnej (North Downs).

 

background image

 

15 

2. Miejsce zakotwiczenia ”Amelii Jane”.  

3. Miejsce zakotwiczenia ”Vengeance”.  

4. Inne, nie zidentyfikowane okręty na kotwicach. 

 

 

Mapka 17 

Hornblower i jego okręt ”Atropos” 

Rozdziały IX—XXI. Od lipca 1806 do stycznia 1808 

Morze Śródziemne 

 

Od  wieków  znana  jest  zmienność  kolei  życia  w marynarce  wojennej.  Lecz 

Hornblower  bywał  w swojej  karierze  ofiarą  kaprysów  bardziej  kapryśnego  losu  niż zwykle. 

Może  nie  było  w tym  nic  dziwnego,  że  kilka  zdawkowych  słów  rzuconych  przez  pewnego 

admirała sprawiło, że został on wysłany w daleką podróż Morzem Śródziemnym do wybrzeża 

tureckiego.  Ten  admirał,  będący  jednym  z najwybitniejszych  na  świetnej  liście  admirałów 

brytyjskich,  nie  tylko  skierował  zainteresowanie  hornblowerowskiego  biografa  na  zatokę 

Marmaris  jako  miejsce  działania  zabranych  przez  Hornblowera  nurków-poławiaczy  pereł, 

lecz także ofiarował mu egzemplarz Mediterranean Pilot

14

, tom 5, zawierający (wśród wielu 

innych rzeczy) locję tego obszaru — sondowania i namiary z roku 1950 niewiele się różniły 

od tych z roku 1806. Tak więc Hornblower popłynął ze swymi poławiaczami pereł do zatoki 

Marmaris.  Potem  stoczył  walkę  z hiszpańską  fregatą  ”Castilla”,  dzięki  czemu  po  latach 

prowadząc  pertraktacje  z  el  Supremem  mógł  mieć  u pasa  szpadę  ze  złotą  rękojeścią, 

ofiarowaną mu na pamiątkę tego wydarzenia. 

 

1. McCullum przybywa na pokład.  

2. Miejsce pierwszego spotkania.  

3. Spotkanie z flotą śródziemnomorską.  

4. McCullum ranny w pojedynku.  

5. Unieruchomiony ciszą na jeden dzień.  

6. Operacja McCulluma.  

7. Następne spotkanie z Collingwoodem.  

8. Skarb wydobyty.  

9. ”Castilla” w pościgu.  

background image

 

16 

10. Pan Książę wypada za burtę.  

11. Bój z ”Castillą”.  

12. ”Atropos” kupiona przez króla Sycylii. 

 

 

Mapka 18 

Hornblower i jego okręt ”Atropos” 

Rozdziały XI—XVIII. Marzec 1807 

Zatoka Marmaris 

 

Dzięki  podarunkowi  admirała  Hornblower  mógł  dokonać  zakończonej  takim 

sukcesem ucieczki z zatoki Marmaris pod ostrzałem dział „Mejidieha”. Dużo też zawdzięczał 

szczęśliwej okoliczności, że tej właśnie nocy wiatr był północno-wschodni, lecz szczęściarz 

to ten, kto jest przygotowany do wyzyskania szczęśliwego trafu i kto ma biografa skłonnego 

sfałszować  rzut  kości  na  jego  korzyść.  Zostawiając  fantazję  na  boku,  warto  zauważyć,  że 

zatoka Marmaris rzeczywiście była kotwicowiskiem floty i konwoju, gdy w roku 1801 Keith 

zbierał swe siły w celu odzyskania Egiptu, z pisanej zaś w owym czasie pracy Keitha można 

wyłuskać wiele ciekawych wiadomości. Fakty często rywalizują z fikcją. 

 

1. Miejsce zakotwiczenia ”Atropos”.  

2. Pozycja wraka.  

3. Miejsce zakotwiczenia ”Mejidieha”. 

 

 

Mapka 19 

Szczęśliwy powrót

15

 

Rozdziały I—XXI. Od czerwca do sierpnia 1808 

Wybrzeża Ameryki Środkowej od strony Pacyfiku 

 

Wiatr  nieprzerwanie  wieje  w zatoce  Tehuantepec,  jak  wiał  za  czasów  Hornblowera. 

Pasaty,  gdzie  indziej  zatrzymywane  przez  wielki  masyw  Ameryki,  tutaj  przedostają  się  jak 

przez lej poprzez stosunkowo niski i wąski przesmyk, wypadając na morze w postaci upalnej 

                                                                                                                                                                                      

14

 Mediterranean Pilot (ang.) — Locja Morza Śródziemnego.

 

15

 Szczęśliwy powrót w wydaniu amerykańskim, na życzenie tamtejszych wydawców, nosi tytuł: Bić na alarm.

 

background image

 

17 

wichury,  która  niekiedy  —  jak  podczas  bitwy  ”Lydii”  z ”Natividad”  —  zamierała  nagle, 

jakby po zakręceniu  kurka, wskutek jakiegoś nie znanego zaburzenia meteorologicznego na 

północnym  wschodzie.  Dalej  wzdłuż  wybrzeża,  bliżej  Panamy,  wiatr  jest  zmienny  i wieje 

w porywach.  Hornblower,  pływając  tam  i z powrotem,  odpowiednio  do  przycichania 

i nasilania  się  wojny,  musiał  mieć  sporo  szczęścia,  że  trafiał  na  pomyślne  dla  niego  wiatry. 

Lecz  przecież  do  tego  czasu,  nawet  nie  licząc  urlopów  i postojów  w portach,  spędził  już 

w morzu  faktycznie  ze  dwadzieścia  lat,  a przez  tak  długi  okres  ktoś  z jego  dociekliwością 

i chęcią  uczenia  się  musiał  nabyć  umiejętności  przewidywania  kierunku  wiatru  i zdolności 

wyzyskiwania jak najlepiej sprzyjających powiewów. 

1. Pierwsze zaoczenie lądu.  

2. Potyczka z hiszpańskim lugrem.  

3. Tu na pokład wchodzi lady Barbara.  

4. Rejon ostatnich bitew między ”Lydia” i ”Natividad”.  

5. Druga utarczka z hiszpańskim lugrem.  

6. Tu ”Lydia” zostaje położona na burcie dla potrzeb naprawy.  

7. Końcowa potyczka z hiszpańskim lugrem. 

 

 

Mapka 20 

Szczęśliwy powrót 

Zatoka Fonseca 

 

Obecnie  trzy  kraje  graniczą  z morzem  w zatoce  Fonseca,  toteż  wzdłuż  jej  wybrzeży 

rozlokowane  są  nieuniknione  urzędy  celne,  lecz  są  one  takie,  jakich  można  się  spodziewać 

w tym  rejonie.  Krótka  linia  kolei  żelaznej  urywa  się  w pobliżu  miejsca,  gdzie  stal  dom  el 

Suprema  —  co  tłumaczy  daremność  trudów  badacza  pragnącego  go  odnaleźć  —  lecz  mimo 

tych  innowacji  zatoka  Fonseca  mało  się  zmieniła  od  czasu,  kiedy  ”Lydia”  stała  tam  na 

kotwicy. Wciąż jest łatwiej — a nawet szybciej — dostać się tam morzem, a nie powietrzem. 

Te same ulewne burze deszczowe, te same nędzne wioski, a wulkany dalej świecą nocami, jak 

wówczas  gdy  Hornblower  ujrzał  je  po  raz  pierwszy.  Jego  biograf  miał  na  szczęście 

sposobność pokręcić się motorową łodzią ratunkową z ”Margaret Johnson” po tych nękanych 

przez  moskity  wodach,  tak  że  na  własne  oczy  widział  miejsce  za  wyspą  Meanguera,  gdzie 

”Lydia” urządziła zasadzkę, chociaż w owym czasie nie wiedział jeszcze, że istniał taki okręt, 

jak ”Lydia”. 

background image

 

18 

 

1. Pierwsze miejsce zakotwiczenia ”Lydii”.  

2. Dom el Suprema.  

3. Miejsce, gdzie uzupełniono zapasy wody.  

4. Drugie miejsce zakotwiczenia ”Lydii”.  

5. Zdobycie ”Natividad”. 

 

 

Mapka 21 

Szczęśliwy powrót 

Rozdziały XIII i XIV. Lipiec 1808 

Pierwsza potyczka ”Lydii” z ”Natividad” 

 

Oto  typowa  akcja  okrętu  w pojedynkę,  przy  dobrym  wietrze  i z nieograniczoną 

przestrzenią morską, dającą wszelkie korzyści lepiej prowadzonej jednostce. Przychodzi ona 

na  pamięć  bitwy  fregat  z wczesnego  okresu  wojny  roku  1812.  Cel  manewrów  był  zawsze 

jednakowy: przeciąć nieprzyjacielowi drogę przed dziobem albo za rufą, aby, wystawiony na 

salwy  burtowe,  mógł  odpowiadać  tylko  ogniem  z bardzo  niewielu  dział.  Sam  Napoleon 

powiedział,  że  wojna  to  sprawa  dosyć  prosta,  tylko  trudno  ją  prowadzić.  Hornblower  miał 

okręt  łatwiejszy  do  manewrowania,  lepiej  wyszkoloną  załogę  i umiał  szybko  myśleć,  toteż 

żeglując  mógł  prawie  dosłownie  zataczać  koła  wokół  swego  cięższego  przeciwnika.  Tylko 

uszkodzenie masztów i takielunku nie pozwoliło ”Lydii” odnieść zwycięstwa w tej pierwszej 

potyczce. 

 

1. Pozycja ”Lydii” w momencie zaoczenia ”Natividad”. 

2. Pozycja ”Natividad” w czasie zaoczenia ”Lydii”.  

3. ”Natividad” otwiera ogień prawoburtowej baterii.  

4. ”Lydia” otwiera ogień prawoburtowej baterii.  

5.  ”Lydia”  ostrzeliwuje  rufę  ”Natividad”  ogniem  flankowym  swojej  lewoburtowej 

baterii.  

6. ”Natividad” przy burcie ”Lydii”.  

7. ”Lydia” omiata rufę ”Natividad” ogniem flankowym baterii prawoburtowej.  

8. ”Lydia” ostrzeliwuje rufę ”Natividad” ogniem flankowym lewoburtowej baterii.  

9. ”Lydia” traci stermaszt.  

background image

 

19 

10. ”Natividad” ostrzeliwuje rufę ”Lydii” ogniem flankowym,  

11. Oba okręty strzelają salwami burtowymi.  

12. ”Natividad” traci fokmaszt, okręty odsuwają się od siebie. 

 

 

Mapka 22 

Szczęśliwy powrót 

Rozdziały XV—XVII. 21 lipca 1808 

Druga potyczka ”Lydii” z ”Natividad” 

 

Zamieranie wiatru w drugim dniu bitwy zmniejszyło przewagę ”Lydii”, tak że można 

by  powiedzieć,  że  obie  jednostki  musiały  przeważnie  walczyć  ze  sobą  w zwarciu,  jak 

niedoświadczeni  bokserzy.  Jednakże  ”Natividad”  bardziej  ucierpiała  poprzedniego  dnia 

i wolniej  naprawiano  tam  szkody,  toteż  ”Lydia”  była  teraz  jednostką  działającą  skuteczniej. 

A gdy  tylko  dał  się  znów  odczuć  powiew  wiatru,  potrafiła  ostrzelać  z flanki  bezradnego 

przeciwnika.  Zgodnie  z ówczesnymi  tradycjami  prowadzenia  wojny  na  morzu  ”Natividad” 

powinna  była  się  teraz  poddać,  gdyż  nic  już  nie  mogła  zrobić  przeciwnikowi,  i jej  załoga 

ginęła  niepotrzebnie.  W tym  wypadku  bitwa  zakończyła  się  zatopieniem  ”Natividad”. 

W czasie  wojen  napoleońskich  bywały  przykłady  zatonięć  drewnianych  jednostek 

w rezultacie  ostrzału  z armat.  Rzecz  bardzo  możliwa,  że  ciężki  dwupokładowiec  tak  wiele 

utracił  ze  swej  stateczności,  iż  przy  bocznym  kołysaniu  woda  wlewała  się  do  niego  przez 

otwory strzelnicze. 

 

1. Pozycja ”Lydii” w chwili zaoczenia ”Natividad”.  

2. Pozycja ”Natividad” w momencie zaoczenia ”Lydii”.  

3. Wiatr zamiera; łodzie zaczynają holować ”Lydię”.  

4. Wiatr zamiera; łodzie zaczynają holować ”Natividad”.  

5. ”Natividad” otwiera ogień z pościgówki rufowej.  

6. Barkas ”Lydii” zatopiony.  

7. ”Lydia” otwiera ogień z baterii lewoburtowej.  

8. ”Natividad” traci awaryjny fokmaszt i grotmaszt.  

9. Okręty burta w burtę.  

10. ”Natividad” zapala się i tonie. 

 

background image

 

20 

 

Mapka 23 

Okręt liniowy i Z podniesioną banderą 

Od maja 1810 do czerwca 1811 

Ogólna mapa operacji Hornblowera 

 

W  którymś  miejscu  w niniejszej  książce  wspomniano  o wpływie  hiszpańskiej  wojny 

domowej na pisanie Okrętu liniowego

16

. W czasie owych niespokojnych lat w grę wchodziły 

inne  czynniki.  Półwyspowe  i Orientalne  Towarzystwo  Żeglugi  Parowej

17

 ustalało  specjalne 

ceny za przejazd z Londynu do Marsylii i z powrotem, jako że i statki pływały prawie puste, 

w sytuacji  gdy  większość  pasażerów  jechała  do  Marsylii  i z powrotem  drogą  lądową.  Tak 

więc każdy, kto nie bał się burz na Biskajach, mógł spędzić czternaście dni na morzu płacąc 

mniej  więcej  tyle  co  za  pobyt  w pensjonacie  na  Pimlico

18

,  i to  za  większy  komfort. 

W Hiszpanii trwała jeszcze wojna, a Europa była w stanie wrzenia, gdy biograf Hornblowera 

odbył wycieczkę jego śladami, pisząc po tysiąc słów każdego ranka w spokojnej atmosferze 

statku, na którym był jedynym chyba pasażerem. Podwodne okręty Mussoliniego (czy ktoś to 

dziś  pamięta?)  nieładnie  zachowywały  się  na  Morzu  Śródziemnym,  torpedując  ”przez 

nieuwagę”  jednostki  podejrzewane,  że  niosą  pomoc  rządowi  republikańskiemu,  a biograf 

Hornblowera  wyszedłszy  na  pokład  o pierwszym  brzasku  dnia  (zupełnie  jak  Hornblower), 

aby  popatrzeć  na  góry  Hiszpanii,  ujrzał  brytyjski  niszczyciel  przesuwający  się  milcząco 

w pobliżu  burty  —  widok  niewymownie  wzruszający  w owych  niespokojnych  czasach. 

Człowiek wzruszał się jeszcze bardziej, gdy w dużo późniejszym czasie czytał o bohaterskim 

końcu tego niszczyciela w walce z przeważającymi siłami. 

 

1. Walka z korsarskimi lugrami opodal Ushant (Ouessant).  

2. Rozstanie z konwojem wschodnioindyjskim w okolicy Przylądka Św. Wincentego.  

Uwaga: Operacje na wybrzeżu hiszpańskim zaznaczone są na Mapce 24.  

Dalsze punkty dotyczą okresu po bitwie pod Rosas.  

3. Hornblower uwięziony z Rosas powozem pułkownika Caillarda.  

4. Jeńcy wymykają się eskorcie.  

5. Zamek Graçayów.  

6. Briare.  

                                                           

16

 Mowa o tym w eseju Garść zwierzeń osobistych (patrz dalej). Chodzi o wojnę 1935—1937.

 

17

 The Peninsular and Oriental Steamship Company (skrót: P&O).

 

background image

 

21 

7. Nantes — zdobycie ”Witch of Endor”.  

8. Noirmoutier — bitwa z łodziami brzegowymi.  

9. Spotkanie z flotą Kanału. 

 

 

Mapka 24 

Okręt liniowy 

Rozdziały IX—XX. Od lipca do października 1810 

Wschodnie wybrzeże Hiszpanii  

i południowe wybrzeże Francji 

 

Nazywają je Costa Brava, a w miejscu gdzie Hornblower wyładował swoje armaty na 

ląd, są do wynajęcia wille i malarze rozstawiają sztalugi nad urwiskiem, na które Hornblower 

musiał się wspinać walcząc o życie. Barki, ongiś niemrawo poruszające się po lagunach, dziś 

są wyposażone w silniki, lecz w dalszym ciągu ich załogi to rodziny, tak samo jak załoga tej, 

którą Hornblower spalił w punkcie 5. Nagłe wichury, jak ta co pozbawiła ”Plutona” masztów, 

wciąż nadlatują z gór, a turysta może stanąć na przylądku Creus i popatrzeć na morze, gdzie 

”Sutherland”  holował  ”Plutona”  do  miejsca  bezpiecznego  schronienia  w punkcie  9. 

Urlopowicz rozkoszujący się słońcem w punkcie 14 może poczuje przez chwilę współczucie 

dla Hornblowera, który, z rozdartym sercem, poddał się w zatoce wraz ze swoim okrętem — 

lecz  niech  tego  współczucia  nie  będzie  za  wiele,  bo  właśnie  stąd  wyruszył  w drogę,  która 

miała go prowadzić od zwykłego odznaczenia się od świetności i sławy. 

 

1. Spotkanie z ”Caligula” koło przylądka Palamos.  

2. Przylądek Creus — zdobycie ”Amelii”.  

3. Llanza — szturmowanie baterii.  

4. Port Vendres — ekspedycja odcinająca.  

5. Laguna de Vic — spalenie kabotażowca.  

6. Arenys de Mar — spotkanie z pułkownikiem Villena.  

7. Bombardowanie oddziałów maszerujących drogą nad brzegiem morza.  

8. Spotkanie z okrętem flagowym.  

9. Burza w pobliżu przylądka Creus — ”Pluto” traci maszty.  

10. Selva de Mar — wyładowywanie baterii oblężniczej na ląd.  

                                                                                                                                                                                      

18

 Pimlico Road' — ulica w Londynie, znana z pensjonatów.

 

background image

 

22 

11. Zaoczenie ”Cassandry”; flotylla francuska w polu widzenia.  

12. Pozycje pozostałych jednostek eskadry brytyjskiej  

13. Zaczyna się bój ”Sutherlanda” z francuską flotyllą.  

14. Koniec bitwy. 

 

 

Mapka 25 

Komodor 

Rozdziały VI—XVI. Od maja do lipca 1812 

Bałtyk 

 

Sytuacja  strategiczna  na  Bałtyku  zmieniła  się  radykalnie  od  czasu,  gdy  Hornblower 

przemierzył  go  wzdłuż  i wszerz.  Jeszcze  w okresie  wojen  krymskich  marynarki  wojenne 

brytyjska  i francuska  nie  miały  trudności  w docieraniu  na  jego  wody  i utrzymywaniu  się  na 

nich;  jeszcze,  we  wczesnych  latach  bieżącego  stulecia  admirał  Fisher  marzył  o wysadzeniu 

brytyjskich  sił  ekspedycyjnych  na  wybrzeżu  Pomorza,  gdzieś  w pobliżu  punktu  2.  Udo-

skonalenie  podwodnych  min  i przekopanie  Kanału  Kilońskiego  sprawiło  z pewnością  — 

jeszcze  przed  rozwojem  sił  powietrznych  —  że  świetna  Brytyjska  Marynarka  Wojenna  nie 

byłaby  w stanie  powtórzyć  wyczynu  Hornblowera.  Ludzie  lubiący  zastanawiać  się,  ”co  by 

było, gdyby…”, znajdą rozrywkę w ocenianiu wpływu stacjonującej w Kronsztadzie potężnej 

Rosyjskiej  Marynarki  Wojennej  w roku  1914  lub  1941;  poważniejsi  badacze  mogą  wynieść 

korzyść z rozważania problemów panowania na Bałtyku w dobie dzisiejszej. 

 

1. Zaoczenie ”Maggie Jones”.  

2. Zaoczenie ”Blanchefleur” przez ”Lotusa”.  

3. Spotkanie z lordem Wychwoodem.  

4. Rozmowa z carem.  

5. Spotkanie ”Clama”. 

 

 

Mapka 26 

Komodor 

Rozdziały VIII i IX. Maj 1812 

Akcja keczów bombardujących pod Rugią 

background image

 

23 

 

W  okresie  wojen  napoleońskich  Królewska  Marynarka  Wojenna  uporczywie 

korzystała z jednostek bombardujących, lecz rzadko z większym sukcesem, a często zupełnie 

bez  powodzenia,  jak  na  przykład  w atakach  na  francuskie  flotylle  inwazyjne  z roku  1804. 

Mimo  to  znaczną liczbę tych jednostek utrzymywano na stanie, nie dlatego że mogłyby się 

kiedyś przydać (jak Białemu Rycerzowi pułapka na myszy, którą wiózł na swym koniu), co 

raczej  z tego  powodu,  że  ich  istnienie  zmuszało  nieprzyjaciela  do  nieustannej  czujności  na 

wypadek,  gdyby  się  zjawiły  na  widnokręgu.  Hornblowerowskim  keczom  bombardującym 

dana  była  idealna  sposobność,  gdy  ”Blanchefleur”  schował  się  za  Hiddensee  sądząc,  że 

będzie tam bezpieczny, mimo że jego maszty wystawały nad wydmami, płycizny ograniczały 

jego ruchy, a w pobliżu nie było baterii, która by go osłaniała. Boczna obserwacja padających 

pocisków  pozwoliła  na  jego  łatwe  i szybkie  zniszczenie.  Sposobność  pojawiła  się.  Można 

było ufać, że Hornblower wyzyska ją do maksimum. 

 

1. ”Raven” przechwytuje ”Blanchefleur”, ale potem wpada na mieliznę.  

2. Miejsce zakotwiczenia ”Blanchefleur”.  

3. Pozycja ”Clama” w czasie ostrzału.  

4. Pozycja ”Harveya” w czasie ostrzału.  

5. Pozycja ”Motha” w czasie ostrzału.  

6. Pozycja ”Lotusa” w czasie ostrzału.  

7. Pozycja ”Nonsucha” w czasie ostrzału. 

 

 

Mapka 27 

Komodor 

Rozdział XV. Czerwiec 1812 

Akcja łodzi na Zalewie Wiślanym 

 

Do czasu wprowadzenia kolei żelaznych i silników Diesla we wszystkich kampaniach 

lądowych, angażujących duże siły i prowadzonych na duże odległości, zaopatrzenie musiało 

być  przewożone  morzem.  Konny  transport  drogowy  po  prostu  nie  wystarczał,  gdy 

przychodziło do utrzymywania dużej armii. Wyprawy Marlborougha i kampania wagramska 

z roku 1809 wyglądają inaczej, gdy się je rozpatruje w aspekcie komunikacji rzecznej i kana-

łowej,  a dawny  opis  Hiszpanii  jako  kraju,  w którym  małe  armie  są  pokonywane,  a duże 

background image

 

24 

głodują,  dostarcza  w istocie  komentarza  na  temat  braku  żeglownych  rzek  na  półwyspie. 

A Gdańsk stanowił główną, wysuniętą do przodu bazę dla francuskiej armii maszerującej na 

Rosję  —  był  końcowym  punktem  całego  dorzecza  Wisły  łączącego  się,  poza  krótkim 

odcinkiem holowania lądem, również z dorzeczem Łaby i Odry. Stąd znaczenie Gdańska, na 

co  zwracano  nawet  uwagę  w roku  1939.  Piklowanie  się  przed  atakiem  Hornblowera  było  tu 

trudniejsze  niż  gdzie  indziej,  gdyż  był  on  absolutnie  przygotowany  na  utratę  łodzi 

okrętowych, co zmyliło obronę. W ten sam sposób środki ochrony przed zamachem mogą być 

bezskuteczne, gdy zamachowiec jest pogodzony z myślą poniesienia śmierci. Należy założyć, 

chociaż  nigdzie  nie  jest  to  powiedziane,  że  utracone  łodzie  Hornblower  zastąpił  później 

kupionymi na miejscu lub zdobycznymi. 

 

1. Pozorowany atak Hornblowera na Pilawę.  

2.  Wejście  dla  łodzi;  patrz  wstawka  na  mapce  ze  szczegółami  dotyczącymi  zapór 

pływających.  

3. Spalone jednostki: ”Friedrich”, ”Blitzer”, ”Charlottę” i ”Ritterhaus”.  

4. Spalony ”Weiss Ross”.  

5. Dalsze niszczenie statków.  

6. Porzucone łodzie desantowe.  

7. ”Harvey” zabiera załogę. 

 

 

Mapka 28 

Komodor 

Rozdziały XVII—XXIII. Od lipca do października 1812 

Ryga 

 

Ujawnienie źródeł,  z których biograf Hornblowera wziął swój opis  prowadzonych tu 

działań, nie jest możliwe. Kogoś, kto będzie się nad tym zastanawiał, może ogarnąć pokusa 

uznania,  że  autor  sam  to  wymyślił.  A jednak  w grubszych  zarysach  opis  jest  prawdziwy. 

Marsz Macdonalda na St Petersburg (w którym, jak dotąd, nazwisko Lenina nie zostało nigdy 

wymienione)  został  powstrzymany  pod  Rygą,  nad  rzeką  Dźwina.  Siły  napoleońskie, 

dokonujące  inwazji  Rosji,  obejmowały  z pewnością  skierowane  tam  wbrew  swej  woli 

kontyngenty Hiszpanów i Portugalczyków, i właśnie w czasie odwrotu spod Rygi zdarzył się 

pierwszy wypadek poważnej zdrady — mianowicie ze strony Prusaków — sprawy napoleoń-

background image

 

25 

skiej.  Lecz  dopiero  wraz  z opublikowaniem  Komodora  została  ustalona  rola  Hornblowera 

w ważnych  posunięciach  politycznych  tamtego  okresu.  Jeśli  więc  badacz  zgodzi  się 

zaakceptować  ten  opis,  nie  powinien  mieć  większych  trudności  z daniem  wiary  relacjom 

o innych wyczynach Hornblowera i jego eskadry. 

 

1. Kotwicowisko na środkowej mieliźnie.  

2. Wzięcie do niewoli majora Jusseya.  

3. Walka z barkami wiozącymi wojsko.  

4. Miejsce zakotwiczenia keczów bombardujących podczas ataku na francuską baterię.  

5. Kontratak rosyjski — miejsce desantu. 

 

 

Mapka 29 

Lord Hornblower 

Rozdziały I—XVI. Od października 1813 do maja 1814 

Normandia 

 

Zatokę  Sekwany  pamiętamy  aż  nazbyt  dobrze  z roku  1944,  ale  już  w okresie  wojen 

napoleońskich  była  ona  nękana  przez  małe  jednostki  brytyjskie,  które  od  czasu  do  czasu 

ponosiły  straty  wskutek  kaprysów  wiatru  i pływu.  Odstępstwo  Hawru,  przy  wsparciu  sił 

brytyjskich, jest analogiczne do zdrady Bordeaux w tym samym momencie historii. Analogia 

staje się jeszcze bliższa z powodu niezaprzeczalnego faktu, że Duc d'Angoulême był pozornie 

obecny jednocześnie w obu miastach, i badacz historii staje przed wyborem  między historią 

a Hornblowerem.  Warto  zaznaczyć,  że  wysadzona  w powietrze  estakada  w Caudebec,  gdzie 

Bush poniósł śmierć, została, jak to stwierdził biograf w czasie wyprawy kajakowej z Paryża, 

odbudowana.  Lecz  kapitan  Bush  z powodu  sposobu,  w jaki  zginął,  nie  ma  mogiły,  toteż 

biograf mógł tylko złożyć kwiatek w jakimś przypadkowym miejscu, w hołdzie pamięci tego, 

kto, drogą skojarzeń, stał mu się bardzo bliski. 

 

1. Pierwsze zaoczenie ”Flame'a”.  

2. Kapitan Bush zabity.  

3. Wiadomości o upadku cesarstwa. 

 

 

background image

 

26 

Mapka 30 

Hornblower w Indiach Zachodnich 

Od maja 1821 do października 1823 

Mapka ogólna 

 

W  dzisiejszej  dobie  można  spotkać  wiele  statków  wycieczkowych  na  wodach,  na 

których  ongiś  Hornblower  stawał  w obliczu  swych  problemów.  Na  Jamajce  drogi 

samochodowe  i mosty  zastąpiły  trakty  i brody,  którymi  wyprowadzeni  później  w pole  piraci 

eskortowali  Hornblowera,  a wynajęty  samochód  w ciągu  piętnastu  minut  dowiezie 

urlopowicza z zatoki Montego do urwiska, gdzie trzymany był Hornblower w celu uzyskania 

okupu.  Jednakże  Cockpit  Country

19

,  widoczny  z tego  urwiska,  dalej  stanowi  imperium  in 

imperia, huragany wieją z dawną gwałtownością, wydarzenia zaś z roku 1962

20

 udowodniły, 

że  siły  morskie  nawet  w czasie  pokoju  mogą  stanowić  czynnik  dominujący 

w międzynarodowych  sporach  dotyczących  niepodległości  —  czy  podległości  —  terytorium 

Karaibów. Wreszcie (pocieszające to dla pisarza móc użyć tego słowa na ostatniej stronicy) 

należy  podkreślić,  że  Hornblower  był  absolutnym  wyjątkiem  ze  swym  dojściem  do  stopnia 

admiralskiego przy zaledwie piętnastoletnim stażu kapitańskim — wszyscy inni kapitanowie 

na  liście  musieli  czekać  ponad  dwadzieścia  lat  w okresie  owych  sielankowych  lat  pokoju. 

Gdyby  jednak  Hornblower  też  czekał  tak  długo,  nie  byłby  admirałem  w chwili  śmierci 

Napoleona na wyspie Świętej Heleny i cud Świętej Elżbiety na nic by się nie przydał. Zresztą 

gdyby  stosować  do  Hornblowera  zwykłe  zasady,  nie  stałby  się  on  nigdy  Hornblowerem, 

a wówczas ani ta, ani tuzin innych książek nie zostałyby w ogóle napisane. 

 

1. Spotkanie z ”Daring”.  

2. Podjęcie decyzji zmiany kursu.  

3. Drugie spotkanie z ”Daring”.  

4. ”Clorinda” i ”Estrella del Sur”.  

5. Piraci wyprowadzeni w pole.  

6. ”Clorinda” i ”Bride of Abydos”.  

7. Bitwa pod Carabobo.  

8. Atak huraganu. 

 

                                                           

19

 Cockpit Country — za czasów Hornblowera niezależna republika w północno-zachodniej części Jamajki.

 

20

 Tzw. kryzys karaibski — blokada morska Kuby przez flotę USA.

 

background image

 

27 

 

 

II. 

Garść zwierzeń osobistych 

 

Są  takie  meduzy,  które  pływają  unoszone  prądem  w oceanach.  Nie  robią  nic,  żeby 

znaleźć  sobie  codzienne  pożywienie,  przypadek  niesie  je  tu  i tam,  przypadek  przynosi  im 

pokarm. Drobne żyjątka natknąwszy się na ich macki zostają schwytane, pożarte i strawione. 

Wyobraźcie  sobie  mnie  jako  meduzę.  Schwytane  przeze  mnie  ofiary  przekształcają  się 

w fabułę,  opowieść,  szkic,  motyw  —  użyjcie  tu  terminu  waszym  zdaniem  najlepiej 

określającego ramy, na których wspiera się powieść. W oceanie napotyka się znacznie wyższe 

formy  życia  niż  meduzy,  każdy  zaś  człowiek  w oceanie  ludzkości  ma  przeżycia  bardzo 

podobne  do  przeżyć  innych  istot  ludzkich,  lecz  jedni  ludzie  to  meduzy,  a inni  —  rekiny. 

Mikroskopijne cząsteczki pokarmu, drobne, pozornie mało ważne doznania są rozpoznawane 

i chwytane przez meduzę-pisarza i wykorzystywane dla własnych, specjalistycznych potrzeb. 

Możemy kontynuować tę analogię: gdy tylko schwytana ofiara znajdzie się w żołądku 

meduzy,  zaczynają  się  wydzielać  soki  trawienne  i materiał  ulega  przekształceniu  W inną 

protoplazmę,  bez  żadnego  świadomego  udziału  meduzy,  do  momentu,  aż  i jej  istnienie 

skończy się gwałtowną zmianą analogii. 

W  moim  własnym  wypadku  rzecz  ogólnie  mówiąc  ma  się  tak,  że  bodziec  zostaje 

rozpoznany prawidłowo. Jakieś zdawkowe powiedzonko mimochodem rzucone w rozmowie 

przez przyjaciela, ustęp w książce, wypadek zauważony przy drodze — każde ma w sobie coś 

szczególnego  i zostaje  powitane  w sposób  szczególny.  Lecz  po  tym  miłym  powitaniu  idzie 

w zapomnienie  lub  zostaje  zignorowane.  Zapada  w przepastne  głębie  mej  podświadomości, 

jak  nasiąkła  wodą  kłoda  drewna  w muł  na  dnie  portu,  aby  tam  spocząć  obok  innych, 

wcześniej  opadłych.  Po  czym  od  czasu  do  czasu  —  bynajmniej  niesystematycznie  —  taka 

kłoda  jest  wyciągana  wraz  z innymi  i poddawana  oględzinom.  I wcześniej  czy  później 

okazuje  się,  że  któraś  z nich  obrosła  skorupiakami.  Któregoś  ranka  przy  goleniu  czy 

wieczorem,  kiedy  się  zastanawiam,  jakie  wino  —  czerwone  czy  białe  —  pasuje  do  mego 

obiadu,  początkowo  niedojrzały  pomysł  pojawia  się  w mej  głowie,  ale  już  dobrze  rozrosły. 

Prawie  zawsze  wiąże  się  on  w jakiś  sposób  z tym,  co  mogłoby  być  centralnym  punktem 

powieści  albo  opowiadania,  niekiedy  pomysł  rozwija  się  w kierunku  końca,  czasem  ku 

początkowi.  Wskaźnik  strat  jest  wysoki  —  niektóre  kłody  w ogóle  nie  obrastają 

background image

 

28 

skorupiakami,  lecz  liczba  tych,  co  obrastają,  wystarcza,  żeby  dawać  mi  zatrudnienie  przez 

ponad czterdzieści lat. 

Po  skończeniu  oględzin  kłoda  zostaje  z powrotem  opuszczona  w muł  i potem 

wyławiana  od  czasu  do  czasu,  aż  okaże  się,  że  jest  na  niej  dużo  skorupiaków.  To  właśnie 

wtedy  fabuła  zaczyna  naprawdę  nabierać  kształtu;  to  wtedy  wiążące  się  z nią  pomysły 

wracają  do  mnie  coraz  częściej  i w miarę  upływu  dni  domagają  się  coraz  większej  uwagi 

z mojej  strony,  aż  w końcu  fabuła  staje  się  prawie  obsesją  zabarwiającą  me  myśli 

i wywierającą wpływ na me czynności i zachowanie. Na ogół na tym etapie potrzebna jest już 

rzeczywista praca dla wyjaśnienia jakiejś mechanicznej trudności. W pewnym punkcie fabuły 

może  się  okazać  rzeczą  ważną,  żeby  ”Lydia”  i ”Natividad”  znalazły  się  w tym  samym 

miejscu  o tym  samym  czasie  —  jakie  siły  (poza  czystym  zbiegiem  okoliczności)  mogą  to 

spowodować?  Jakie  wcześniejsze  zdarzenie  sprawi,  że  stanie  się  to  po  prostu  nieuniknione? 

Tu trzeba zaprząc do pracy inny rodzaj inwencji. 

Trudność  tego  rodzaju  niejednokrotnie  zostaje  usunięta  w szczególny,  często 

przyjemny  sposób  —  mnie,  bodaj,  zdarzyło  się  to  sześciokrotnie.  Obmyślam  właśnie  dwie 

różne fabuły, obie czemuś niezbyt zadowalające, a potem nagle obie zazębiają się ze sobą jak 

dwie połówki układanki — trudności znikają, fabuła wypełnia się, a ja przeżywam szczególną 

intensywną radość, uczucie zadowolenia — całkiem niezasłużone — co jest chyba największą 

nagrodą znaną w moim zawodzie. 

 

 

Tak więc konstrukcja fabuły jest wreszcie skończona, określony początek i koniec jak 

również  wszystkie  etapy  pośrednie  (ze  sporadycznymi  wyjątkami  —  o jednym  lub  dwóch 

z nich  będzie  jeszcze  mowa  w tym  eseju),  i pozostaje  tylko  pisać.  Proszę  nie  myśleć,  że 

wykładam  tu  reguły  pisania  powieści.  Inni  pisarze  stosują  odmienne  metody.  Niektóre 

powieści  są  rozpoczynane  bez  planu,  inwencja  pisarza  wiedzie  go  do  zakończenia,  jakiego 

początkowo nie przewidywał. Niekiedy w trakcie pisania powieści jej bohaterowie przejmują 

prowadzenie  i domagają  się  rozwoju  wypadków  w kierunku  poprzednio  całkiem  nie 

przewidywanym.  Jestem  jednak  przekonany,  że  nawet  wówczas  nie  ma  istotnej  różnicy 

między  poszczególnymi  metodami.  Pisarze  pracujący  w taki  sposób  dokonują  na  papierze 

tego,  co  ja  wolę  —  lub  muszę  —  robić  w myśli,  zanim  zacznę  pracować  na  papierze.  Moi 

bohaterowie, jeśli przejmują prowadzenie, czynią to w okresie moich wstępnych przemyśleń. 

Stymulowany przez nich rozwój wypadków to nowe skorupiaki na kłodzie drewna. 

background image

 

29 

A teraz weźmy konstrukcję utworu. Tutaj wchodzą w grę dwa wyraźnie ekstremalne 

podejścia. Pisarz może najpierw pomyśleć o czynie, jaki ma zostać dokonany, a potem zadać 

sobie  pytanie,  kto  byłby  najodpowiedniejszą  —  i najbardziej  interesującą  —  osobą  do  jego 

realizacji;  może  też  pisarz  pomyśleć  o jakiejś  postaci  i potem  zadać  sobie  pytanie,  jakiego 

wyczynu  ta  postać  mogłaby  ewentualnie  dokonać  i jaki  jej  czyn  byłby  najbardziej 

interesujący.  Z drugiej  strony  trudno  sobie  wyobrazić,  że  Jonatan  Swift  najpierw  wymyślił 

postać  Guliwera,  a potem  pomyślał  o wysłaniu  go  na  wyspę  zamieszkałą  przez  rasę  ludzi 

o wzroście sześciu cali. Swift najpierw musiał myśleć o krainie Liliputów, a potem wymyślić 

postać  najbardziej  nadającą  się  do  tego,  żeby  ją  tam  wysłać.  Guliwer,  ze  swą  bystrością 

i prostotą,  ze  znajomością  świata  i zarazem  ignorancją  —  wszystko  całkiem  ludzkie 

i wiarygodne — był idealną osobą do obserwacji napotykanych kultur i snucia komentarzy na 

ich  temat.  Bez  Guliwera  Podróże  byłyby  banalną  opowiastką,  bez  Podróży  Guliwer  wciąż 

byłby kimś, z kim należy się liczyć, niemniej jednak zawdzięcza on swe istnienie Podróżom

Wspaniały,  budzący  grozę  przykład  tego  mamy  w Hamlecie.  Trudno  uwierzyć,  by 

Szekspir  wymyślił  tę  skomplikowaną  postać,  a potem  arbitralnie  uczynił  z niej  odartego 

z majątku  księcia  w Danii.  Wydaje  się  rzeczą  całkiem  oczywistą,  że  Szekspir  najpierw 

pomyślał  (albo  przeczytał)  o takiej  sytuacji:  kazirodztwo,  mord,  pozbawienie  majątku, 

a potem w myślach zbudował Hamleta jako najbardziej interesującą postać do stawienia czoła 

takiej sytuacji, samotną, bez powiernika, skrępowaną zawiłościami własnego charakteru. 

Najlepszym  przykładem  drugiej  metody  (gdy  najpierw  jest  bohater  utworu),  jaki 

przychodzi  mi  na  myśl,  jest  Madame  Bovary.  Mam  całkowitą  pewność,  że  Flaubert  dużo 

o niej wiedział, zanim zdecydował, co ona będzie robić, i że zbudował w myślach jej postać, 

jeszcze  zanim  odkrył,  iż  nadaje  się  do  tego,  aby  poprzez  nią  zastosować  podejście 

”realistyczne”,  które  go  pociągało  po  Kuszeniu  Świętego  Antoniego

21

.  Potem  to  odkrycie 

dyktowało  naturalnie  jej  przeżycia,  czyny,  jakie  popełniała.  Powieść  powstała  z powodu 

Madame Bovary, a nie odwrotnie. 

 

 

Tak czy inaczej, niezależnie od metody konstruowania, książka musi zostać napisana. 

Powstałe  w głowie  pomysły  muszą  być  utrwalone  na  papierze.  Przede  wszystkim  trzeba 

zacząć  —  to  oczywiste  stwierdzenie  uzasadnione  jest  ogromem  prawdy  w nim  zawartej. 

                                                           

21

 Gustaw Flaubert (1821—1880) rozpoczął pracę nad tym studium teologiczno-filozoficznym jeszcze w latach 

czterdziestych (Madame Bowary w wydaniu książkowym ukazała się w 1857), a opublikował je dopiero w 1874 r.

 

background image

 

30 

Trzeba porzucić beztroskę meduzy na rzecz pracowitości mrówki i wytrzymałości muła. Jeśli 

osobiście  o mnie  chodzi,  zmiana  stanu,  spowodowana  przystąpieniem  do  pisania,  jest  nagła 

i gwałtowna.  Taka,  jaka  następuje,  gdy  stojący  na  szczycie  ześlizgu  saneczkowego 

rozpoczyna  zjazd.  Jest  to  danie  nura,  połknięcie  pastylki,  przekroczenie  drzwi  z napisem 

”Porzuć  nadzieję”.  Oznacza  przejście  od  miłej  kontemplacji  do  wytężonej,  bezlitosnej 

harówki,  ponieważ  (jak  dawno  nauczyło  mnie  doświadczenie)  jest  to  praca  ciężka,  praca 

wyczerpująca. Powstrzymuje mnie zarówno myśl  o tym,  co zostawiam za sobą, jak i o tym, 

co mam przed sobą. W pewnej  chwili muszę usiąść przy biurku, napisać cyferkę ”l” u góry 

pierwszej  strony  bloku  papieru  i zacząć  wstępny  ustęp.  To  jest  ta  chwila,  gdy  sanki  zostają 

popchnięte i nie ma już odwrotu. 

Są różne sposoby, żeby to spowodować. Dla mnie najprościej jest zwierzyć się memu 

wydawcy, że myślę o pewnej powieści i podać datę, kiedy mu ją dostarczę — solennie, bez 

żadnych  ”jeżeli”  czy  ”może”.  Postąpiłem  tak  ze  dwadzieścia  razy  i nie  złamałem  nigdy 

obietnicy, Niedotrzymanie przyrzeczenia byłoby tym samym co wypicie pierwszego kieliszka 

whisky przez wyleczonego pijaka. Runęłoby moje ostatnie zabezpieczenie przed lenistwem. 

Rozmyślanie  o szybko  zmieniających  się  datach  w kalendarzu,  obliczanie  dni,  które  mi 

zostały  na  dotrzymanie  obietnicy,  wcześniej  czy  później  pobudza  mnie  do  działania  —  ale 

raczej później niż wcześniej. 

 

 

Dla mnie nie istnieje inny sposób pisania powieści, niż zacząć od początku i pisać aż 

do  zakończenia.  Nie  jest  to  jednak  stwierdzenie  czegoś  oczywistego,  jak  mogłoby  się  na 

pozór wydawać. Inni ludzie mają inne metody. Słyszałem o powieściach zaczętych od środka, 

od końca, pisanych urywkami, które potem łączy się ze sobą, sam jednak nigdy nie miałem 

najmniejszej  chęci,  żeby tak robić. Zakończenie  mam oczywiście w głowie, tak jak i ustępy 

pośrednie, i prę do przodu, przeskakując z jednego pewnego oparcia dla nóg na inne, jak Eliza 

na rzece Ohio przeskakująca z jednego kawałka kry lodowej na drugi. 

Planowanie  i obmyślanie  jest  dalej  konieczne,  lecz  na  inną  skalę  i innymi  drogami. 

Praca jest ze mną, gdy budzę się rano; jest ze mną, kiedy jem w łóżku śniadanie i przeglądam 

gazetę,  kiedy  się  golę,  kąpię  i ubieram.  Moje  myśli  zaprząta  robota,  jaką  mam  wykonać 

danego  dnia.  Zwykle  czynności  codzienne,  nie  wymagające  wysiłku  myślowego,  pozwalają 

memu umysłowi myśleć o czekających mnie trudnościach, rozwiązywać problemy taktyczne, 

wyłaniające  się  w trakcie  realizacji  planu  strategicznego.  Tak  więc  mobilizując  się  do 

background image

 

31 

rozpoczęcia  pracy,  mam  już  zwykle  w głowie  jasno  zarysowane  zadanie,  jakie  powinienem 

wykonać  danego  dnia.  W chwilę  później  jestem  w mej  pracowni,  odkręcam  wieczne  pióro, 

przesuwam ku sobie blok papieru, przebiegam wzrokiem ustępy napisane poprzedniego dnia 

i od razu przystępuję do kompozycji. 

Jednakże,  co  może  się  wydać  rzeczą  dziwną,  jest  to  praca  ciężka,  wytężona 

i wyczerpująca.  W moim  wypadku  (znam  wielu  powieściopisarzy,  którzy  odczuwają  to  ina-

czej)  przyjemność  znajdowana  w procesie  komponowania  rozpływa  się  pod  ciężarem 

znużenia  fizycznego  i umysłowego,  wywoływanego  przez  ten  proces,  do  tego  stopnia,  że 

wolałbym już chyba siedzieć na fotelu u dentysty. Jest to w znacznym stopniu skutek defektu 

mego usposobienia, które nie pozwala mi pracować powoli.  Przez całe  życie nie nauczyłem 

się  umiaru.  Nie  potrafię  odpoczywać  ani  czekać.  Raz  zaczęta,  dzienna  porcja  pracy  musi 

zostać  —  i zostaje  —  wykonana,  czasem  w godzinę,  czasem  w trzy,  zawsze  jednak  gdy 

skończę,  czuję  przykre,  męczące,  tępe  uczucie  wyczerpania.  Życie  mnie  nie  cieszy,  jest  we 

mnie pustka, i resztę dnia przeżywam,  jakbym  był innym  stworem, bez  mózgu i kręgosłupa, 

który dopiero pod koniec wieczora zaczyna znów przypominać istotę ludzką. 

I właśnie świadomość, że tak ze mną będzie, sprawia, iż bardzo mi trudno zabrać się 

do  pracy.  Lecz  opór  odczuwany  każdego  ranka  staje  się  później  łatwiejszy  do 

przezwyciężenia. Przede wszystkim wiem z doświadczenia, że odłożenie pracy o jeden dzień 

to jakby jeden kieliszek dla pijaka. Jutro jeszcze łatwiej ją odłożyć, a gdy wreszcie otrząsam 

się  z napadu  lenistwa,  okazuje  się,  że  upłynęły  trzy  tygodnie,  a skutki  są  tak  przykre,  iż 

nauczyłem się nie pobłażać sobie. Inny czynnik to rutyna. Po kilku dniach pracy wciągam się 

w nawyk  rozpoczynania  codziennie  możliwie  jak  najwcześniej,  do  tego  stopnia,  że  chociaż 

drażni  mnie  myśl  o czekającej  pracy,  to  jeszcze  bardziej  doskwiera  mi  świadomość,  że  nie 

pracuję  —  nie  potrafię  wyrazić  tego  dobitniej.  Mam  wreszcie  wrodzone  dążenie,  żeby 

skończyć to, co robię, nie tylko po to, aby uwolnić się od dźwiganego ciężaru, lecz także dla 

zaspokojenia  własnej  ciekawości.  Są  pewne  rzeczy,  jakie  muszę  zrobić,  nastroje,  którym 

trzeba  dać  wyraz,  trudne  zakręty  do  wzięcia.  Czy  to,  co  obmyśliłem,  okaże  się  adekwatne? 

Czy zdołam znaleźć właściwe słowa na wyrażenie uczuć, jakie chcę wyrazić? Jest tylko jeden 

sposób, aby się o tym przekonać — po prostu pisać dalej. 

 

 

Człowiek siedzi przy stole, pisząc słowa na papierze. Cóż kształtuje te słowa? Co się 

dzieje  w moim  umyśle,  kiedy  je  piszę?  W moim  wypadku  jest  to  niewątpliwie  szereg 

background image

 

32 

wyobrażeń.  Nie  dwuwymiarowych,  jak  przy  patrzeniu  na  ekran  telewizyjny,  raczej 

trójwymiarowych — może jakbym był przezroczystym, niewidzialnym duchem spacerującym 

po  scenie,  na  której  właśnie  odbywa  się  przedstawienie.  Mogę  poruszać  się,  gdzie  chcę, 

obserwować aktorów od tyłu i od przodu, od strony budki suflera i z przeciwnej, notując ich 

pozy, skryte gesty i słowa. Takie wyobrażenia można by prawie nazwać czterowymiarowymi, 

bo  zdaję  sobie  również  sprawę  z uczuć  i motywów  aktorów.  Rejestruję  zatem  to,  co  moim 

zadaniem  jest  istotne  w obserwowanej  przeze  mnie  scenie.  Mogę  obejrzeć  ją  ponownie,  jak 

hollywoodzki reżyser w fotelu w sali projekcyjnej, a gdy skończę z daną sceną, odkładam ją 

na  bok  i wywołuję  inną,  obmyśloną  w czasie  tygodni  przyjemnej  pracy  wyobraźni  nad 

konstruowaniem  fabuły.  W gruncie  rzeczy  jest  to  tylko  sprawozdanie,  bo  wszystko,  co 

wymagało  inwencji,  zostało  już  zrobione,  ale  rzecz  zaskakująca,  jak  wysoki  stopień 

koncentracji  jest  konieczny  w tym  okresie.  Gdy  po  zakończonym  dniu  pracy  powracam  do 

życia cywilizowanego, mam w głowie to samo uczucie zamętu — na szczęście krótkotrwałe 

—jakie  odczuwamy  zbudzeni  z sugestywnego  snu.  Zdarza  mi  się  też  uciec,  wymknąć  się, 

oddryfować  z ulic  dnia  codziennego  i rodzinnego  życia  z powrotem  do  mego  sekretnego 

teatru  i na  sekretną  scenę,  aż  mój  sąsiad  przy  obiedzie  spojrzy  na  mnie  podejrzliwie  lub 

przeciwnicy w brydżu zatriumfują z powodu mego potknięcia. 

Jako rzekłem, prawie cała praca wyobraźni została już wykonana, lecz nie do końca. 

Przy biurku potrzebna jest inwencja mniejszego kalibru — taktyka raczej niż strategia. Trzeba 

dobierać  słowa,  obmyślać  zdania,  jakie  najdokładniej,  najoszczędniej  —  i najwłaściwiej  — 

opiszą scenę, którą mam przed oczyma. Wciąż muszę zapytywać siebie, czy pisany właśnie 

ustęp wywoła w wyobraźni czytelnika to samo, sprawi, że dozna tych samych uczuć, jakich ja 

doznaję.  Niezręczne  zdanie  może  przywołać  czytelnika  do  rzeczywistości,  tak  jak  pękająca 

gałązka  może  zaalarmować  żerującą  sarnę.  Zdanie  złożone  z niewłaściwych  słów  może 

wywołać zupełnie inne wrażenie niż to, o jakie mi chodziło. Toteż na każde skończone zdanie 

trzeba  spojrzeć  obiektywnie.  Subiektywizm  i obiektywizm  muszą  działać  zgodnie  —  lub 

przynajmniej alternatywnie. 

Pisanie  ręczne  ma  tę  olbrzymią  przewagę  nad  pisaniem  na  maszynie,  że  można  bez 

trudu wprowadzać zmiany, i to nie tylko w dopiero co napisanych zdaniach. Niekiedy trzeba 

cofnąć  się  o stronę  lub  dwie,  żeby  sprawdzić,  czy  okręt  płynie  pod  żaglami  zrefowanymi 

pojedynczo  czy  podwójnie  albo  kto  komu  składał  ostatni  meldunek.  Tak  czy  owak  każde 

słowo czytane jest raz albo i dwa, co pozwala na samokrytyczny stosunek do niego. Na stroni-

cy  pisanej  ręcznie  łatwo  słowo  przekreślić  i zastąpić  je  innym  lub  przenieść  urywek  zdania 

przy  pomocy  kółeczka  i strzałki.  Mając  stronę  zapisaną  na  maszynie  i stojąc  przed 

background image

 

33 

koniecznością przekładania kalek, można łatwo ulec lenistwu, uznać, że może zostać, jak jest, 

chociaż  sumienie  mówi  co  innego.  W każdym  razie  impuls  samokrytyczny  łatwo  daje  się 

odwrócić, bo przykro iść za nim, przykro uznać, że napisałem coś nie tak, że zawiodło mnie 

wyczucie  lub  po  prostu  pisałem  niedbale.  Trudno  jest  przyznać  się  do  własnych  braków, 

jeszcze  trudniej  zmusić  się  do  ich  wyszukiwania.  Lecz  jest  to  rzecz  konieczna  —  tak  jak 

brzydka  kobieta  powinna  zmusić  się  do  obiektywnego  przyjrzenia  się  sobie  w lustrze,  żeby 

zobaczyć,  co  mogłaby  poprawić  w samym  wyglądzie,  choćby  nawet  własny  widok  budził 

w niej awersję. 

 

 

Tak upływa czas. Każdy dzień przynosi swoją normę napisanych słów, ukończonych 

stronic i z każdym dniem wzmaga się pragnienie, żeby skończyć. Nauczyłem się nie folgować 

sobie  w tym  względzie.  Przykre  doświadczenie  nauczyło  mnie,  że  nie  warto  pracować  cały 

dzień i robić bardzo dużo na raz. (Proszę pamiętać, że mówię tylko o moich metodach pracy 

—  inni  z powodzeniem  stosują  odmienne).  Następnego  dnia  czuję  się  rozbity 

i  n i e   m o g ę   pracować.  Nie  tylko  najbardziej  obiektywna  i bezstronna  analiza  moich 

motywów przywodzi mnie do konkluzji, że nie ulegam zwykłemu lenistwu, zwykłej niechęci 

do  wysiłku,  po  prostu  nie  mogę  pracować  i w ten  sposób  dziś  tracę  więcej,  niż  zyskałem 

wczoraj.  W konsekwencji  muszę  pracować  w sposób  zorganizowany  i metodyczny,  chociaż 

na  świecie  niewielu  jest  ludzi  z natury  mniej  zorganizowanych  i metodycznych  ode  mnie. 

Muszę trudząc się iść naprzód, dzień po dniu, od początku do końca, mimo że instynktownie 

skłaniam  się  do  takiego  sposobu  pracy,  jakby  początek  stanowił  pożar  lasu,  koniec  zaś  był 

bezpiecznym przed nim schronieniem gdzieś na pustyni. 

Trzy  miesiące  —  cztery  —  mniej  więcej  w tych  granicach,  i wreszcie  koniec.  Nie 

mogę  nawet  się  cieszyć,  że  piszę  ostatnie  słowo,  mój  umysł  zbyt  jest  otępiały,  abym  mógł 

odczuć coś na kształt  ulgi,  bo zaraz potem muszę przeczytać cały  maszynopis  — cierpliwa 

sekretarka podążała w ślad za mną, z dwu-, trzydniowym opóźnieniem, tak że po jednym czy 

dwóch dniach dostaję ostatnie strony przepisane na maszynie. Naturalnie rzucałem okiem na 

maszynopis w miarę postępu pracy, ale teraz muszę przeczytać całość — może z ciekawości, 

nie potrafię wymyślić innego powodu. No i właśnie. Brzydulka, skończywszy makijaż, może 

teraz  obejrzeć  końcowy  rezultat,  oczywiście  z rozczarowaniem.  Czy  w ogóle  ukończona 

książka  może  być  tak  dobra  jak  ta,  jaką  wymarzył  sobie  pisarz,  zanim  siadł  do  pisania? 

Z oczywistych powodów nie wierzę, żeby to było możliwe, mnie w każdym razie nigdy się to 

background image

 

34 

nie  zdarzyło.  Na  szczęście  odrętwienie  umysłu  i znużenie  fizyczne  jest  tak  duże,  że  stępia 

uczucie rozczarowania; zmęczenie nie pozwala mi odczuć go głębiej. Powoli mój stosunek do 

książki  zmienia  się  i w końcu  czuję  się  w stanie  podjąć  decyzję  wysłania  maszynopisu  do 

wydawcy.  Zachowując  możliwie  największy  obiektywizm,  jestem  gotów  przyznać, 

aczkolwiek niechętnie, że książka jest taka, na jaką mnie stać  — nic nie mogę zrobić, żeby 

była lepsza. Jej słabości, które mnie irytują, są moimi słabościami, a żyję z nimi dostatecznie 

długo, bym nie pozostawał na nie odporny. W momencie zakończenia książki jestem odporny 

prawie na wszystko. Niech idzie w świat — a ja niech wrócę do normalnego życia, z jakim się 

rozstałem  trzy  miesiące  temu.  Przez  te  trzy  miesiące  nie  reagowałem  na  nic  w sposób 

normalny.  Jeśli  idzie  o moje  życie  codzienne,  to  żyłem  tak,  jakbym  pozostawał  pod 

działaniem środka znieczulającego. 

 

 

Jednakże  moja  niechęć  do  owoców  mej  pracy  utrzymuje  się  zadziwiająco  długo. 

Ojciec  oglądający  po  raz  pierwszy  swego  pierworodnego  może  doznać  szoku,  lecz  na  ogół 

otrząsa  się  z niego  dość  szybko.  Po  jednym,  dwóch  dniach  już  uważa,  że  dziecko  jest 

naprawdę cudowne. Moje życie byłoby szczęśliwsze, gdybym w podobny sposób reagował na 

moje książki — dziwna rzecz, że przy tym wszystkim bardzo niewielu ludzi wiedzie żywot 

szczęśliwszy ode mnie, mimo tych wszystkich doznań, jakie właśnie Opisuję. Przypominam 

chyba księżniczkę, co przez siedem materacy wyczuwała ziarenko grochu. Każda książka to 

dla  mnie  takie  ziarnko.  Ale  już  zaczynają  napływać  odbitki  do  korekty,  komplet  za 

kompletem, angielskie, amerykańskie, czy też przeznaczone do druku w odcinkach, a każdy 

komplet trzeba przeczytać uważnie i obiektywnie, żeby wyłapać błędy literowe — w każdym 

zresztą  inne.  Do  czytania  pierwszego  kompletu  zabieram  się  z niechęcią,  do  czwartego  czy 

piątego  z obrzydzeniem.  Przy  czwartym  czy  piątym  czytaniu  braki  wyolbrzymiają  się 

w moim odczuciu, wydaje mi się, całkiem na serio, że nikt nie zechce w ogóle zawracać sobie 

głowy taką bzdurą. 

Te uczucia sprawiają, że przychylne recenzje i pozytywne oceny przyjaciół nie dają mi 

zadowolenia,  jakiego  się  spodziewałem  po  raz  pierwszy  zasiadając  do  pisania,  Ludzie 

mówiący  lub  piszący  dobrze  o moich  książkach  muszą  być  mało  spostrzegawczy,  toteż  nie 

ma co brać ich opinii pod uwagę. Na szczęście ostra faza schorzenia nie trwa długo. Niechęć 

ustępuje  miejsca  łagodnej  tolerancji,  a wszystkie  troski  idą  w zapomnienie  w obliczu 

rozkosznego  poczucia,  że  nie  kończę  każdego  dnia  wyczerpany.  Poznawanie  moich  dzieci 

background image

 

35 

spotykanych  na  ulicy;  ponowne  doszukiwanie  się  nieuchwytnej  różnicy  (niewyczuwalnej, 

kiedy pracuję) między Whitstables i Colchesters

22

; witanie świtu jak starego przyjaciela, czy 

to  w drodze  do  domu,  czy  z domu;  euforyczna  radość  z nadmiaru  energii  do  strwonienia; 

podejmowanie któregoś z niezliczonych projektów (nie związanych z pisaniem), zarzuconych 

w okresie  ”małej  śmierci”  —  to  są  rzeczy,  którymi  (dzięki  memu  zawodowi)  cieszę  się 

znacznie intensywniej niż osoby mniej szczęśliwe ode mnie. 

 

 

Ale  oto  niespostrzeżenie  w to  rozkoszne  bytowanie  zaczyna  się  wkradać  następna 

historia. Wąż wpełza do raju  bez budzenia obawy, nawet  jeśli  w końcu zostaje rozpoznany. 

Nadchodzą chwile ogromnej satysfakcji po każdym kroku naprzód w konstruowaniu utworu, 

przeżywanie  radości (dużej,  bo niezasłużonej), gdy któregoś gnuśnego poranka stwierdzam, 

że  trudny  zakręt  został  wzięty  —  wszystkie  te  niewinne,  a przecież  zdumiewająco  ostro 

odczuwane radości tworzenia sprawiają, że człowiek mocnej cieszy się, że żyje i znajduje się 

w raju. Być może jest to najwspanialszy żywot, jaki dano człowiekowi przeżywać. 

Nawet gdy zachodzi potrzeba poważnego popracowania nad konstrukcją utworu, gdy 

osiąga się fazę końcową, najmniejsza chmurka nie przysłania słońca. Ta nowa książka, jeśli 

w ogóle  ma  zostać  napisana,  będzie  bliska  doskonałości,  jaką  tylko  książka  może  osiągnąć. 

Łatwo da się sprawić, że braki zniekształcające jej poprzedniczkę, w tej nie wystąpią. A jeśli 

kiedyś usiądę do jej pisania, będę rozsądniejszy. Będę pracował powoli, zachowując pogodę 

ducha,  nie  doprowadzając  się  do  zmęczenia.  Może  ta  właśnie  próba  będzie  znacznie  lepsza 

niż poprzednia — w każdym  razie na pewno nie będzie gorsza. A jeśli będę dłużej  zwlekał 

z tą historią, domagającą się, żebym ją opowiedział, to raj nie będzie już tym samym rajem. 

Idę więc do pracowni, odkręcam nasadkę wiecznego pióra — i drzwi raju zatrzaskują się za 

mną i nie otworzą się, dopóki nie odcierpię całego cyklu od nowa. 

 

 

Przypominam  sobie,  jak  zaczął  się  Hornblower.  Kupowałem  książkę,  która 

przygotowała  muł,  do  którego  miała  opaść  pierwsza  nasiąkła  wodą  kłoda  drewna.  Była  to 

”Naval  Chronicie”

23

,  miesięcznik  publikowany  gdzieś  między  rokiem  1790  i 1820,  pisany 

                                                           

22

 Whitstables, Colchesters — najlepsze gatunki ostryg, biorące nazwy od miejscowości, gdzie się je zbiera.

 

23

 ”Naval Chronicie” — ”Kronika Morska”.

 

background image

 

36 

głównie  przez  oficerów.  W antykwariacie  był  trzy  tomy  —  w każdej  sześć  kompletów 

oprawionych  w całość  —  a nabyłem  je  w roku  1927,  szukając  książek  do  biblioteczki  dla 

niewielkiej łodzi, na której zamierzałem spędzić w sumie kilka miesięcy. Były to spore tomy, 

pisane  drobnym  druczkiem  i upchane  faktami,  obejmujące  (w  pewnych  granicach)  szeroki 

zakres  tematów  —  idealne  do  tego  celu.  Atrakcyjność  ich  zwiększał  fakt,  że  wiązały  się 

z żeglarstwem,  chociaż  nie  był  to  czynnik  decydujący.  Równie  dobrze  mógłbym  był  kupić 

książki  traktujące  o bankowości  albo  prawnicze  —  czy  w takim  wypadku  zabrałbym  się 

później do pisania cyklu powieści o problemach bankowych? Być może, ale nie chce mi się 

wierzyć. 

Owe  tomy  ”Naval  Chronicie”  przeczytałem  wielokrotnie  w czasie  następnych 

miesięcy  i być  może  wchłonąłem  coś  z ich  atmosfery.  Z pewnością  dobrze  poznałem 

specyficzny stosunek oficerów marynarki wojennej tamtego okresu do różnych aspektów ich 

zawodu. 

A  w jednym  z tomów  był  zamieszczony  oryginalny  tekst  traktatu  gandawskiego, 

podpisanego  w grudniu  1814  roku,  ustanawiającego  pokój  między  Stanami  Zjednoczonymi 

i Anglią.  Ogólne jego warunki można znaleźć W każdym  zwykłym  podręczniku  historii, ale 

mnie  szczególnie  pociągają  detale  —  jak  takie  dokumenty  były  faktycznie  formułowane 

w danym  czasie,  ich  dokładne  brzmienie,  nastroje  ukryte  za  słowami.  Weźmy  Artykuł  2, 

określajacy, kiedy z prawnego punktu widzenia powinna skończyć się wojna. Na Północnym 

Atlantyku  w dwanaście  dni  po  ratyfikacji,  lecz  odstęp  czasowy  wzrastał  do  czterdziestu  dni 

dla Bałtyku, i tak dalej, aż do stu dwudziestu dni dla odległych części Pacyfiku. 

Ta  interesująca  ilustracja  ówczesnych  trudności  komunikacyjnych  wywołała  dziwny 

tok  myśli.  Jeśli  ktoś  wziął  do  niewoli  statek  w okolicy  Jawy  sto  dziewiętnastego  dnia  po 

ratyfikacji,  to  stawał  się  on  własnością  tego  kogoś,  lecz  gdy  go  zdobyto  w sto  dwadzieścia 

jeden dni po ratyfikacji, musiał zostać zwrócony. A jeśliby zdobycie miało miejsce dokładnie 

po  stu  dwudziestu  dniach  od  chwili  ratyfikacji?  I jeśliby  nastąpiło  po  niewłaściwej  stronie 

międzynarodowej  granicy  zmiany  daty?  Stawało  się  to  źródłem  rozczarowań  i cichych 

pretensji. Nasiąkła wodą kłoda zapadła w muł. 

 

 

10 

W  ”Kronikach”  było  z pewnością  sporo  materiału  na  temat  człowieka,  który  sam, 

przez nikogo nie wspierany, musiałby podejmować decyzje; mógłby mieć pomoc techniczną, 

nawet przyjaciół, lecz w obliczu nadzwyczajnej sytuacji powinien by działać sam, kierując się 

background image

 

37 

wyłącznie własnym osądem, a w razie niepowodzenia winić tylko siebie. Morderca, który — 

popełniwszy zbrodnię — nie śmie nikomu zaufać i musi sam, bez niczyjej pomocy planować 

swe przyszłe kroki, to jeden przykład Człowieka Samotnego. W dojrzałym wieku dwudziestu 

trzech  lat  uporałem  się  był  (w  moim  mniemaniu)  wyczerpująco  z mordercą  i jego 

problemami

24

,  ale  wciąż  jeszcze  zostało  wiele  do  powiedzenia  na  temat  Człowieka 

Samotnego.  Była  wprawdzie  straszliwa  perfekcja  Hamleta,  na  świecie  jednak  trzeba  nieraz 

szukać zastosowania dla świec nawet po wynalezieniu innych źródeł światła. 

Ten  Człowiek  Samotny  —  dowódca  okrętu,  w szczególności  okrętu  wojennego,  był 

w czasach  przed  wynalezieniem  radiotelegrafii  zdany  tylko  na  siebie.  Jak  któryś  z tych, 

o których właśnie czytałem — skorupiaki zaczęły żwawo obrastać przesiąkła wodą kłodę. 

Akurat wtedy interesowałem się czymś jeszcze poza ”Naval Chronicie” i związanymi 

z nią  tematycznie  pozycjami,  do  których  lektury  ta  kronika  mnie  wciągnęła.  Były  to  wojny 

napoleońskie

25

. Sir Charles Oman

26

 zakończył właśnie pisanie swej Historii w kilku opasłych 

tomach  —  jednej  z najlepszych  historii,  a z pewnością  historii  wojskowości,  jakie  w ogóle 

powstały.  Niezwykła  staranność,  z jaką  została  napisana,  wprawiła  mnie  w podziw, 

a niezliczone mnóstwo szczegółów oczarowało do tego stopnia, że napisałem dwie powieści 

wojenne  z tego  okresu.  Chociaż  te  książki  miałem  już  za  sobą,  a uwagę  mą  zaprzątała  inna 

praca, tamte czasy ciągle tkwiły mi w pamięci. Sama postać Wellingtona była fascynująca — 

niewątpliwie  był  on  przykładem  Człowieka  Samotnego  w czasie  wojen  napoleońskich, 

chociaż nie całkiem w typie kształtującym się w moim umyśle. I w jego rodzinie wydarzył się 

jeden z najgłośniejszych  skandali w owym  rojącym  się od skandali stuleciu:  żona jego brata 

uciekła z generałem kawalerii, który później miał zostać markizem Anglesey. Reperkusje tej 

ucieczki sięgały daleko w historię. To było bardzo interesujące. 

Inny  szczegół,  jaki  zwrócił  moją  uwagę,  nie  był  wcale  z poprzednim  związany. 

U szczytu  wojny,  kiedy  naród  hiszpański  walczył  o przetrwanie  przeciwko  wojskom 

napoleońskim,  oddziały  hiszpańskie  zostały  nagle  faktycznie  wycofane  z boju  i wysłane  za 

Atlantyk  dla  stłumienia  buntu  wybuchłego  w Meksyku.  Hiszpańskie  imperium  w Ameryce 

zaczynało  się  kruszyć,  a łączność  z tamtymi  terytoriami  wymagała  długiego  czasu  i była 

najeżona  trudnościami.  Skorupiaki  dalej  obrastały  zagrzebaną  w mule  kłodę,  przyczepiając 

                                                           

24

 Aluzja do wczesnej powieści Forestera Plain Murder (Zwykle morderstwo).

 

25

 Or. Peninsular War — dosłownie: wojna półwyspowa. Działania wojenne, jakie prowadziły Anglia, Hiszpania i Portugalia 

przeciwko Francji w okresie 1808—1814 u Półwyspu Iberyjskiego, związane m.in. z blokadą rynków Europy przed 
towarami brytyjskimi w ramach napoleońskiego ”systemu kontynentalnego”. W polskim przekładzie nie wprowadzamy tego 
rozróżnienia, posługując się ogólnym określeniem: wojny napoleońskie.

 

26

 Sir Charles William Oman (1860 — 1946) — historyk angielski, profesor uniwersytetu w Oksfordzie, autor m. in. 

A History of the Peninsular War 1807—1813 (t. 1—17, 1902—1930); Studies in the Napoleonic Wars (1929).

 

background image

 

38 

się do niej prawie niezauważalnie, podczas gdy moja świadomość była zaabsorbowana pracą 

nad takimi powieściami, jak Afrykańska królowa i Generał

 

 

11 

Wtedy zdarzył się zbieg okoliczności, chociaż jego związek z Hornblowerem nie był 

wówczas  wcale  widoczny.  Hugh  Walpole,  którego  nie  znałem  osobiście  ani  z nim  nie 

rozmawiałem  czy  korespondowałem,  pracował  w Hollywoodzie,  w Hollywoodzie  świeżo 

wprowadzonych  filmów  dźwiękowych,  u szczytu  potęgi,  dumy,  bogactwa  i buty.  Spytano 

Walpole'a  zapewne,  który  z młodych  pisarzy  w Anglii  dobrze  się  zapowiada  i mógłby  być 

przydatny w pracy w tym nowym medium przekazu, i tak się złożyło, że Walpole podał moje 

nazwisko. Tak więc przyszedł do mnie list z zapytaniem, czy gdybym został zaproszony do 

pracy w Hollywoodzie, przyjąłbym to zaproszenie? Czy byłbym skłonny przepłynąć Atlantyk 

i przybyć  do  dalekich  Stanów  Zjednoczonych?  Czy  podjąłbym  się  pracy  w Hollywoodzie, 

o którym  krążyły  tak  fantastyczne  opowieści?  Gdybym  był  wówczas  zajęty  pracą  nad  jakąś 

powieścią,  mógłbym  zapewne  odmówić,  ale  zajmowałem  się  chwilowo  nieszczególnie 

ciekawym  zagadnieniem  —  po  prostu  teatrem  marionetkowym.  W każdym  razie  wiadomo 

było powszechnie, że Hollywood wiele obiecuje, ale mało daje. Odpisałem, że jeśli przyjdzie 

zaproszenie,  to  je  przyjmie,  lecz  byłem  przekonany,  że  nie  przyjdzie.  A jednak  przyszło, 

z całkiem  hollywoodzkim  hałasem  na  temat  jego  niezwykłej  pilności,  tak  że  po  czterdziestu 

ośmiu  godzinach  gorączkowego  załatwiania  wizy  i spiesznego  pakowania  się  znalazłem  się 

na pokładzie starej ”Akwitanii”, w drodze do Nowego Jorku. 

Szczegóły  mego  pierwszego  okresu  pracy  w Hollywoodzie  nie  są  tu  ważne, 

z wyjątkiem  jednego.  Ze  mną  zawsze  jest  tak,  że  moje  pomysły  nie  rodzą  się  w okresach, 

kiedy  wiodę  żywot,  który  można  by  nazwać  kontempletacyjnym,  właściwie  nic  nie  robiąc. 

Aktywność i pasjonackie interesowanie się czymś spoza sfery pisarstwa, kryzys życiowy dwa 

razy w tygodniu i katastrofa co sobotę, bez chwili wytchnienia ani siły na poważne myślenie 

—  kilka  tygodni  takiego  życia,  i gdy  przychodzi  moment  oddechu,  stwierdzam,  mile 

zaskoczony, że pomysły, które tkwiły w mojej  podświadomości,  przybrały  kształt,  że kłody 

zatopione w mule obrosły świeżymi skorupiakami. A człowiek w owym czasie przybywający 

do  Hollywoodu  stawał  w obliczu  coraz  to  nowych  kryzysów  życiowych  nie  dwa  razy 

w tygodniu, lecz dwa razy dziennie. Trzeba było doświadczenia, żeby odkryć, że żaden z tych 

kryzysów  nie  miał  większego  znaczenia,  a emocje  były  tylko  naskórkowe.  Stykając  się 

z nową  dla  mnie  kulturą,  oglądając  nowe  widoki,  oddychając  innym  powietrzem  — 

background image

 

39 

a z wrodzonej ciekawości prowokowany wciąż do nowego działania — nie miałem na pewno 

czasu na kontemplatację. 

Ostatni tamtejszy kryzys był  moim  kryzysem  osobistym.  Przechodząc z jednej  pracy 

do  drugiej  zostałem  w pewnym  momencie  zaangażowany  przez  Irvinga  Thalberga  — 

najwybitniejszej  osobowości  Hollywoodu  w owym  czasie  —  do  pisania  scenariusza 

o Charlesie  Stewarcie  Parnellu

27

.  Nie  było  chyba  dwóch  ludzi  na  świecie  mniej  nadających 

się do wspólnej pracy niż Thalberg i ja, a może duch Parnella nie uczynił nic, żeby złagodzić 

nasze  osobiste  trudności.  I wtedy  przypadkiem  moje  spojrzenie  padło  na  ogłoszenie 

o szwedzkim statku ”Margaret Johnson”, należącym do szwedzkiej linii żeglugowej Johnson 

Line,  odpływającym  następnego  dnia  z San  Pedro,  z ładunkiem  i pasażerami,  do  portów 

Środkowej  Ameryki,  Kanału  Panamskiego  i do  Anglii.  To  mimochodem  przeczytane 

ogłoszenie było źródłem natychmiastowej zmiany. Nagle uświadomiłem sobie, że mam dosyć 

Hollywoodu,  że  nie  chcę  już  nigdy  pracować  pod  czyimkolwiek  kierunkiem,  że  pragnę 

swobody  i strasznie  palę  się  znowu  ujrzeć  Anglię.  (Myślę,  że  w tym  miejscu  powinienem 

przerwać  moją  opowieść  i powiedzieć,  że  później  miałem  znowu  możność  pracować 

w Hollywoodzie,  przynajmniej  bez  wyraźnej  przykrości.  Lecz  wówczas  była  to  chwila  na 

działanie). W ciągu godziny stałem się człowiekiem wolnym, wysławszy rezygnację z pracy, 

dostatecznie uprzedzając wypowiedzenie. 

Zanim dzień dobiegł końca, miałem już zarezerwowany przejazd i, rzecz ważniejsza, 

załatwiłem  z władzami  finansowymi  sprawy  podatku  dochodowego.  A o świcie  następnego 

ranka  stałem  na  pokładzie  ”Margaret  Johnson”  patrząc,  jak  Stany  Zjednoczone  znikają  za 

widnokręgiem. 

 

 

12 

Był  to  dla  mnie  wyjątkowo  szczęśliwy  okres.  W owych  czasach  do  Ameryki 

Środkowej  można  było  dojechać  wyłącznie  statkiem  —  właśnie  takim,  jak  ”Margaret 

Johnson” — a w dodatku była to akurat pora zbioru kawy. Wędrowaliśmy z jednego małego 

portu  do  drugiego,  z jednej  otwartej  redy  na  następną,  zabierając  tu  pięćdziesiąt  worków 

kawy,  tam  sto,  a jeśli  urządzenia  portowe  —  rozchwiany  pirs  czy  stare,  poobijane  barki  — 

zostały  wcześniej  zajęte  przez  inny  statek,  stawaliśmy  na  kotwicy  i czekaliśmy  cierpliwie. 

Kiedy  wpłynęliśmy  do  zatoki  Fonseca,  aby  stwierdzić,  że  port  La  Union  jest  już  zajęty, 

i musieliśmy  stanąć  na  kotwicy  w pobliżu  wyspy  Meanguera,  kapitan  skorzystał  ze  zwłoki, 

background image

 

40 

żeby przeprowadzić doroczną kontrolę stanu łodzi ratunkowych. A gdy wielka motorowa łódź 

ratunkowa  znalazła  się  na  wodzie,  pierwszy  oficer  i ja  namówiliśmy  go,  aby  nam  pozwolił 

popłynąć nią na długie zwiedzanie wewnętrznych zakoli zatoki. 

Mijaliśmy  zapomniane  wioski,  smagane  deszczem  i prażone  słońcem,  gdzie  nędzne 

życie  płynęło  ślimaczym  tempem,  gdzie  bardzo  stare  kobiety  siedziały  w kucki  na  placu 

targowym,  milcząco  oferując  cały  posiadany  towar:  jedno  jajko  trzymane  w wyschniętej 

dłoni.  Wyszedłszy  znowu  w morze  napotkaliśmy  nagłe  gwałtowne  sztormy,  silnie 

przechylające  ”Margaret  Johnson”  na  burty,  huraganowy  wiatr,  co  chwycił  mnie,  gdym 

wyszedł nieopatrznie na otwarty pokład i cisnął na oddalony o dwadzieścia stóp reling, tak że 

omal  nie  wyleciałem  za  burtę.  Prażyło  słońce,  nocą  jarzyły  się  wulkany,  a na  południowej 

stronie  widnokręgu  jaśniał  Fałszywy  Krzyż.  Zahaczyliśmy  o cywilizowany  rejon  Kanału 

Panamskiego, a potem dalej włóczyliśmy się wzdłuż wybrzeży Morza Karaibskiego. 

Trwało  to  sześć  tygodni,  sześć  tygodni  nicnierobienia,  poza  obserwowaniem, 

przeżywaniem  i mglistymi  rozmyśleniami,  a tymczasem  nagromadzone  w Hollywoodzie 

napięcie  stopniowo  słabło.  Kapitan  był  entuzjastą,  wprost  nałogowcem  gry  polegającej  na 

trafianiu  krążkami  (niegdyś  monetami)  w oznaczone  cyframi  pola

28

;  dla  niego  ta  gra  była 

jedną z ważnych rzeczy w życiu, toteż rozgrywałem z nim setki partii na rozpalonym górnym 

pokładzie  —  ”Margaret  Johnson”  miała  długi,  swobodny  kołys,  i było  coś  fascynującego 

w staniu  i czekaniu,  aż  będzie  można  rzucić  swój  krążek.  W tym  celu  trzeba  było  uważnie 

obserwować  morze  przez  burtę,  żeby  wyłapać  najwłaściwszy  moment  na  pchnięcie  krążka 

poślizgiem  po  zakrzywionym  torze  między  dwoma  krążkami  przeciwnika  położonymi  jako 

przeszkody — przy dobrym wyczuciu czasu można było sprawić, że krążek zachowywał się 

prawie  inteligentnie.  Stabilizatory  odebrały  połowę  przyjemności  z tej  gry.  A przy  tym  nie 

wymagała ona specjalnego wysiłku mózgowego, była zdrowym ćwiczeniem dla ciała, na tyle 

absorbującym umysł, że nie mógł równocześnie pracować nad czymś innym, gdy tymczasem 

podświadomość  mogła  sobie  igrać  do  woli,  co  od  czasu  do  czasu  dawało  widoczne  wyniki 

w postaci pojawiania się nowych skorupiaków na zatopionych w wodzie kłodach. 

Rozpad  imperium  hiszpańskiego  w Ameryce.  W okresie  gdy  Hiszpanie  byli 

sprzymierzeńcami  Bonapartego,  Anglia  co  najmniej  dwukrotnie,  i to  z fatalnym  skutkiem, 

poparła  niezadowolone  grupy  w Ameryce  Południowej  w nadziei  oderwania  kolonii 

hiszpańskich  od  hiszpańskiej  korony.  Dziwnie  było  myśleć,  że  wojska  brytyjskie  walczyły 

w Montevideo  i Buenos  Aires,  ale  były  przecież  i momenty,  gdy  flaga  brytyjska  powiewała 

                                                                                                                                                                                      

27

 Charles Stewart Parnell (1846—1891) — przyrodnik, przywódca walk Irlandii o prawo do samostanowienia.

 

28

 Angielska gra: shuffleboard (showelboard).

 

background image

 

41 

w Manili i na Jawie. A na tym zatraconym wybrzeżu Ameryki Środkowej od strony Pacyfiku 

mogły się dziać dziwne rzeczy. Ktoś mógł ogłosić niezależność, a w tym ”oświeconym” kraju 

przywódca  mógł  być  niczym  nie  skrępowanym  tyranem,  jak  tego  dostatecznie  dowiodły 

późniejsze dzieje republik środkowoamerykańskich. A tyran w tym kraju? Postać el Suprema 

zaczęła  przybierać  kształt  i w jakiś  sposób  zazębiać  się  z możliwością  wsparcia  ze  strony 

brytyjskiej.  Czy  to  nie  Nelson,  jako  młody  kapitan,  omal  nie  postradał  życia  w czasie 

podobnej, lekkomyślnej wyprawy na Wybrzeże Moskitów? 

Nelson był oczywiście uwikłany w skandal nelsonowsko-hamiltonowski, poprzedzony 

skandalem  angleseyowsko-wellesleyowym.  Czy  Wellington  miał  rodzoną  siostrę,  czy  tylko 

bratową

29

?  Postać  Wellingtona,  niezwykle  ciekawa  od  strony  charakteru,  mogłaby  być 

jeszcze bardziej interesująca w linii żeńskiej, a ja tyle już wiedziałem o wpływie polityki na 

kariery  w marynarce  wojennej,  żeby  się  domyślać,  jaką  rolę  mógłby  odegrać  klan 

Wellesleyów  w powieści  z tamtej  epoki.  Rzecz  jasna  (o  czym  była  już  mowa  w związku 

z czym innym), gdyby siostra Wellesleya nie istniała, trzeba byłoby ją wymyślić. 

 

 

13 

”Margaret  Johnson”  wypłynęła  przez  cieśninę  Mona  z Morza  Karaibskiego  na 

Atlantyk, i wraz z tą zmianą — rzecz całkiem możliwa, że w jej konsekwencji — uczyniony 

został  ważny  krok  w pracy  nad  konstrukcją  fabuły.  Pierwszy  słabiutki  trop  zapamiętany 

sprzed  lat,  a teraz  domagający  się  włączenia  do  opowieści  —  występująca  w dawnych 

czasach  trudność  z rozpowszechnianiem  wiadomości  o końcu  wojny  i nastaniu  pokoju  — 

pasował świetnie, wprost wyjątkowo, do sytuacji istniejącej w Ameryce Środkowej. Zmiana 

bowiem  w stanowisku  Hiszpanii  w roku  1808  była  nie  tylko  nagła,  lecz  szczególnie 

drastyczna.  Próba  Bonapartego  zmierzająca  do  osadzenia  jego  brata  na  tronie  hiszpańskim 

sprawiła, że w ciągu jednej nocy wszyscy Hiszpanie z wrogów Anglii przekształcili się w jej 

sprzymierzeńców. Historia niewiele zna przykładów tak nagłej zmiany sytuacji politycznej — 

wojnę  zazwyczaj  poprzedzał  okres  napięcia,  a pokój  następował  po  okresie  pertraktacji. 

Rezultaty  tak  diametralnego  zwrotu  mogły  okazać  się  w Ameryce  Środkowej  dramatyczne, 

w sytuacji  gdy  morska  ekspedycja  brytyjska  początkowo  nastawiona  była  na  udzielanie 

pomocy ruchowi separatystycznemu, aby potem być zmuszona do jego tłumienia. Mój ponury 

tyran  na  brzegach  zatoki  Fonseca  miałby  możność  wystąpienia  najpierw  w roli  sprzymie-

rzeńca, a potem wroga. Obecność Barbary Wellesley (jestem pewien, że do tego czasu już ją 

background image

 

42 

ochrzciłem  tym  imieniem)  byłaby  możliwa  do  wyjaśnienia  i nie  wynikałaby  ze  zbyt 

karkołomnego zbiegu okoliczności. Powieść miała już więc początek i koniec — i aby użyć 

jeszcze  jednej  metafory  —  po  znalezieniu  kluczowego  kawałka  reszta  układanki  ułożyła  się 

sama, bez dalszego wysiłku, w pełny obraz. 

Ten moment ogromnej satysfakcji przełożyłem w chwili, gdy ”Margaret Johnson” szła 

ostro  pod  wiatr  przez  Atlantyk  w kierunku  północno-zachodnim,  i zamiast  długich 

przechyłów  bocznych,  sprawiających,  że  zabawa  w shuffleboard  była  znacznie  ciekawsza, 

pojawiły  się  przechyły  wzdłużne,  z towarzyszącym  im  rozkołysem,  co  bardzo  zmieniło 

charakter  gry.  I mój  charakter  też  uległ  zmianie.  Byłem  teraz  Tomem  o'Bedlamem

30

otaczanym  stopniowo  przez  postacie  ze  snu,  bardziej  realne  od  rzeczywistych.  Łagodnie 

nieprzytomny,  żyłem  zwykłym  życiem  statku,  wcale  o nim  nie  myśląc,  umysł  mój  bowiem 

był teraz bardzo zapracowany. Kiedy i jaką drogą nadejdzie wiadomość o zawarciu pokoju? 

Jaki musi być wzajemny stosunek oficerów fregaty? Jak najlepiej wyrazić dramatyzm takiej-

to-a-takiej  sytuacji?  Marynarz  podający  mi  w południe  wynik  obliczeń  przebiegu  statku 

bywał  nieco  zdziwiony  moją  nieuważną  —  milczącą  prawie  —  reakcją.  Być  może  wyrwał 

mnie  z rozmowy  z el  Supremem.  Jestem  pewien,  że  wyglądałem  jak  człowiek  zbudzony  ze 

snu,  chociaż,  pozornie  normalny,  spacerowałem  po  pokładzie.  Przynajmniej  jednak 

(odmiennie  niż  Gray

31

)  nie  wypowiadałem  swych  chimerycznych  wyobrażeń  na  głos  — 

nieśmiałość  powstrzymywała  nie  od  tego  krańcowego  przejawu  roztargnienia,  tak  przecież 

prawdopodobnego w moim ówczesnym stanie ducha. 

 

 

14 

Azory  były  coraz  bliżej,  pasatowe  wiatry  zostały  za  rufą,  a Hornblower  zaczął 

obrastać w osobowość, w znacznym stopniu już uformowaną przez wymagania powieści. Jak 

w prawdziwym życiu kształtuje nas dziedzictwo i środowisko, tak postacie w literaturze, aby 

mogły spełniać przeznaczone im role, muszą posiadać określone cechy, do których następnie 

dodawane  są  inne  w celu  większego  uprawdopodobnienia  tych  koniecznych  lub  uczynienia 

postaci bardziej wiarygodnej lub że bez tych dodatkowych cech nie udałoby się bohaterowi 

przetrzymać tego, przez co ma przejść albo nawet — co ostatecznie decyduje — że te cechy 

wydają się odpowiednie, pasujące i właściwe. 

                                                                                                                                                                                      

29

 Po angielsku ”siostra” to sister, zaś ”bratowa” to sister-in-law

 

30

 Tom o'Bedlam — synonim wariata. Od nazwy jednego z najstarszych w Europie londyńskiego szpitala dla umysłowo 

chorych, zwanego potocznie Bedlam. Właściwa nazwa: Bethlehem Royal hospital.

 

background image

 

43 

Hornblower  miał  być  tym  Czlowiekim  Samotnym,  jakiego  szukałem.  W obmyślanej 

przeze mnie powieści  miał  wykonać określone zadanie, może szereg zadań, lecz to  zadanie 

było  tylko  częścią  czegoś  większego:  walcząc  z el  Supremem  Hornblower  walczył  za  swój 

kraj  przeciwko  tyranii  Bonapartego  na  Kontynencie.  Miał  też  zadanie  inne,  bardziej 

długotrwałe  i chyba  ważniejsze  dla  niego,  a już  na  pewno  o większym  znaczeniu  dla  mnie. 

Zgodnie  ze  zdrowym  sensem,  można  się  spodziewać  końca  wojen;  zdrowy  sens  pozwala 

oczekiwać, że Bonaparte upadnie — w każdym razie ta wielce pożądana możliwość była co 

najmniej możliwa, lecz inna walka miała się toczyć dla Hornblowera przez ciąg całego życia, 

to walka z samym sobą. Musiałby więc być samokrytyczny. Tak jak prawdopodobnie nie ma 

człowieka, który byłby bohaterem w oczach własnego lokaja, tak Hornblower nie mógłby być 

bohaterem  we  własnych  oczach.  Miałby  zbyt  cyniczny  stosunek  do  swoich  motywów,  za 

dobrze  zdawałby  sobie  sprawę  z własnych  słabości,  żeby  w ogóle  móc  odczuwać 

samozadowolenie.  Musiałby  przy  tym  być  człowiekiem  mocnego  charakteru,  aby  nawet 

w chwilach  rozpaczy  —  pozbawiony  wszelkiej  nadziei  —  potrafił  walczyć  dalej  z sobą 

samym i nie popadać w samozachwyt albo przesadną skromność. 

Zatem  wiele  rzeczy  dotyczących  Hornblowera  zostało  ustalonych.  Będzie  dowódcą 

brytyjskiej  fregaty  —  nie  okrętu  liniowego,  bo  zgodnie  z polityką  marynarki  wojennej 

liniowce  powinny  były  być  łączone  we  floty  albo  przynajmniej  w eskadry,  a nie  pływać 

w pojedynkę.  Nie  mógłby  też  Hornblower  być  dowódcą  tylko  słupa,  gdyż  taka  jednostka 

byłaby  zbyt  mała  w związku  z zadaniem,  jakie  dla  niego  obmyśliłem.  To  zadecydowało 

o jego  stażu  w służbie,  gdyż  zgodnie  z ogólną  zasadą  im  dłuższy  staż  miał  za  sobą  kapitan, 

tym większy dostawał okręt. Hornblower powinien był zatem mieć od trzech do dziesięciu lat 

stażu  na  stanowisku  dowódcy  okrętu.  Nie  będzie  miał  w żyłach  błękitnej  krwi  —  to  by 

zbytnio  upraszczało  jego  związek  z lady  Barbarą  —  tak  żeby  swe  awanse  zawdzięczał 

własnym  zasługom,  a nie  czyimś  wpływom.  Byłoby  to  dodatkowo  podkreślone  przez  fakt 

powierzenia  mu  samodzielnej  misji  —  będzie  więc  w jakimś  skromnym  zakresie  kimś 

wyróżniającym  się.  Wobec  stosunkowo  szybkiego  awansowania  powinien  być  tuż  po 

trzydziestce — odpowiedni wiek dla zawikłanego związku z lady Barbarą, której starszy brat 

miał, rzecz pewna, trzydzieści dziewięć lat w roku 1808. Wiek także odpowiedni, gdyż sam 

zbliżałem  się  właśnie  do  czterdziestki  i na  młodszych  ode  mnie  spoglądałem  z olimpijską 

obojętnością. 

                                                                                                                                                                                      

31

 Autor ma na myśli tytułową postać powieści Oskara Wilde'a; (1856—1900): Portret Doriana Graya (1891), w przekł. pol. 

1906).

 

background image

 

44 

Notabene  powinien  też  dobrze  mówić  po  hiszpańsku  dla  oszczędzenia  ciągłych 

kłopotów z tłumaczami przy pertraktacjach z el Supremem, i należałoby w jakiś wiarygodny 

sposób  wyjaśnić,  skąd  się  wzięła  ta  umiejętność,  która  coś  nam  mówiła  na  temat  jego 

zawodowej przeszłości — był w swoim czasie jeńcem w Hiszpanii. 

Będzie oczywiście żonaty — w przeciwnym razie nie miałby trudności z lady Barbarą, 

a to,  co  zostało  już  ustalone,  w znacznym  stopniu  umożliwiało  określenie  charakteru  jego 

małżonki,  o której  należałoby  coś  powiedzieć,  chociaż  nie  pojawiłaby  się  w książce  we 

własnej osobie. Nie mogła być osobą wrażliwą, inteligentną czy doświadczoną, bo wówczas 

można  by  oczekiwać,  że  zrobiłaby  coś  dla  rozwiązania  więzów  krępujących  Hornblowera. 

Powinna więc być kobietą z ludu, bo gdyby pochodziła z arystokracji, stosunek Hornblowera 

do  lady  Barbary  uprościłby  się.  Szczęściem  nie  trzeba  było  wyjaśniać,  jak  ktoś  taki  jak 

Hornblower  poślubił  taką  kobietę  jak  Maria,  licząc  na  to,  że  czytelnik  wie,  iż  zdarzają  się 

nieudane małżeństwa. 

 

 

15 

A teraz o innych stronach charakteru Hornblowera. Musiał być spostrzegawczy i mieć 

wyobraźnię, w przeciwnym bowiem razie nie widziałby rzeczy i możliwości, które powinny 

były zostać zauważone jego oczyma.  Nie powinien cechować  go absolutny brak lęku  — to 

zresztą  wynikało  już  z jego  charakteru.  Ponadto  skoro  miał  się  narażać  na  niebezpieczne 

sytuacje,  musiał  je  uznawać  za  niebezpieczne,  abym  ja,  autor,  mógł  je  również  zakwalifi-

kować  jako  takie,  i to  subiektywnie,  a nie  jako  pisarz.  Znamy  go  już  jako  człowieka 

o wybitnych zdolnościach;  musi mieć również cechy przywódcy, które będzie rozwijać jego 

spostrzegawczość  i wrażliwość.  To  typ  przywódcy,  który  wiele  zawdzięcza  taktowi,  a mało 

niskim cechom charakteru. 

Tak więc, gdy ”Margaret Johnson” zbliżała się do Anglii, postać Hornblowera była już 

prawie określona, trzeba było  jeszcze dodać trochę szczegółów.  Będzie szczupły, o ruchach 

niezgrabnych,  mocno  kontrastujących  z giętkością  umysłu  i własna  jego  osoba  będzie  mu 

dostarczała  materiału  dla  samokrytycyzmu.  Ale  będzie  doskonałym  matematykiem.  Ja  sam 

nie  byłem  po  prostu  w stanie  przeskoczyć  dystansu  między  twierdzeniem  o dwumianie 

i rachunkiem  dwumiennym  i bardzo  chciałem  mieć  bohatera,  któremu  nie  sprawiałoby  to 

żadnej  trudności,  zwłaszcza że niektórzy moi bliscy przyjaciele byli matematykami. Robiąc 

z Hornblowera  dobrego  matematyka  oczywiście  pofolgowałem  bezwstydnie  moim  nie 

spełnionym pragnieniom, ale to uświadomiłem sobie dopiero dziś, pisząc te słowa. 

background image

 

45 

Jako  człowiek  z natury  nieśmiały  będzie  się  zachowywał  wstydliwie  i z rezerwą  — 

obie  te  cechy  ściśle  wiążą  się  ze  sobą  —  bo  to  utrudni  jego  związek  z lady  Barbarą.  I tu 

mogłem sobie bardzo sprawę ułatwić, sam bowiem będąc człowiekiem wstydliwym i pełnym 

rezerwy,  wiedziałem  wszystko  na  ten  temat  z własnego  doświadczenia.  Jeśli  zaś  idzie 

o wygląd zewnętrzny, to powinien być mężczyzną w jakimś sensie przystojnym, żeby kobieta 

mogła  to  zauważyć,  lecz  on  sam  będzie  miał  krytyczny  stosunek  do  swego  wyglądu.  Z tą 

dobrą prezencją powinny iść w parze piękne dłonie, które często kojarzyłem z usposobieniem, 

jakie chciałem mu nadać, ale i tego Hornblower nie będzie świadom. 

Weźmy inną sprawę. Ojciec lady Barbary, pierwszy lord Mornington, był człowiekiem 

muzykalnym,  nawet  trochę  znanym  kompozytorem,  jej  zaś  brat,  Wellington,  grywał  na 

skrzypcach dla przyjemności, zanim nie zaczęło mu to przeszkadzać w studiach wojskowych. 

Lady  Barbara  byłaby  z pewnością  też  muzykalna.  Lecz  ja  nie  znałem  się  na  muzyce. 

Wiedziałem  —  i to  dużo  więcej  —  o etykiecie  na  dworze  habsbursko-lotaryriskim

32

 niż 

o harmonii i kontrapunkcie. Nie mogłem więc dopuścić, żeby  Barbara i Hornblower znaleźli 

wspólną  platformę  zainteresowania  w muzyce,  i to  z kilku  względów.  Moja  decyzja  była 

może drastyczna, nawet okrutna, postanowiłem, że Hornblower będzie głuchy na dźwięki, na 

zawsze  pozbawiony  przyjemności,  jaką  daje  muzyka.  A to  ułatwiało  utrzymać  go,  mimo 

wybitnego  intelektu,  jako  postać  bardziej  ludzką.  Człowiek,  którego  kiedyś  dobrze  znałem 

i serdecznie nie znosiłem, był głuchy na muzykę i to właśnie on dostarczył mi wielu okazji do 

obserwowania,  jak  się  zachowuje  ktoś  nacechowany  tą  ułomnością.  Myślę  jednak,  że  nawet 

gdyby był moim przyjacielem, też bym te okazje wyzyskał. 

Jeszcze  jeden,  ostatni  problem,  zanim  ”Margaret  Johnson”  zaoczy  Bishop's  Light 

i wpłynie  do  Kanału  Angielskiego.  Ta  dziwna  postać  powinna  mieć  jakieś  nazwisko  —  jak 

dotąd w mych rozmowach z samym sobą na jego temat był po prostu ”on”. Musiałoby to być 

nazwisko  łatwe  do  zapamiętania  dla  czytelnika,  rzucające  się  w oczy  na  stronicach  książki 

i nie mylące się z żadnym innym nazwiskiem. Moim zdaniem Wojna i pokój straciła nieco na 

doskonałości  właśnie  z powodu  kłopotów,  jakie  miałem  z rozpoznawaniem  postaci  po 

nazwiskach.  Byłoby  pożądane,  chociaż  nie  absolutnie  konieczne,  żeby  ”on”  nosił  nazwisko 

trochę  groteskowe

33

,  bo  to  gnębiłoby  dodatkowo  takiego  człowieka,  z jego  absurdalną 

nieśmiałością. Względem najmniej ważącym — nawet nie miligram — był fakt, że ”on” był 

też trochę groteskową postacią. Najpierw przyszedł mi na myśl ”Horatio” — i dziwna rzecz, 

nie  z powodu  Nelsona,  lecz  Hamleta.  Imię  to  spełniało  zasadnicze  wymaganie  związku 

                                                           

32

 To znaczy austriackim i austriacko-węgierskim. Dynastia habsbursko-lotaryńska panowała w Austrii w latach 1765—1867, 

w Austro-Węgrzech zaś 1867—1918.

 

background image

 

46 

z ówczesną  teraźniejszością.  Nelson  nie  był  z pewnością  jedynym  Horatiem  w późnym 

okresie georgiańskim

34

. A od Horatia przejście do Hornblowera wydało  się krokiem łatwym 

i naturalnym.  Do  pewnego  momentu  mój  bohater  był  ”on”,  w chwilę  później  ”Horatio”, 

a jeszcze  chwilę  później  ”kapitan  Horatio  Hornblower  z Brytyjskiej  Królewskiej  Marynarki 

Wojennej”,  i tak  ostatni  trudny  zakręt  został  wzięty,  a powieść  praktycznie  gotowa  była  do 

pisania, z lewej zaś strony dziobu otworzył się pełny widok na Anglię. 

 

 

16 

Trzeba było jeszcze zrobić to i owo, zanim mogłem przystąpić do pisania. Musiałem 

od  nowa  przywykać  do  domu  i rodziny,  przystosowywać  się  z powrotem  do  dawnego 

otoczenia; musiałem — bardzo się buntując — załatwić niezbędne sprawy finansowe, a także 

sporo przeczytać, żeby się upewnić co do niektórych faktów. Był nawet moment, że widząc 

przed sobą tyle nagromadzonych trudności, poczułem się zniecierpliwiony. I zamiast żeby to 

mnie, niechętnego, pełnego obaw, naganiało do pracy nad książką, tym razem odciągało mnie 

od niej. Przy mej wrodzonej łatwości  wpadania w gniew wściekałem się na przeszkody. Jak 

zawsze, rosła we mnie ciekawość,  czy  rzeczywiście zrealizuję obmyślony plan, szczególnie 

gdy w miarę lektury rozjaśniały mi się pewne szczegóły. Nacisk wewnętrzny osiągnął punkt 

wybuchowy. 

Byłem  wciąż  w stanie  rozdrażnienia  koniecznością  ciągłego  tłumaczenia  się, 

uprzejmego  odpowiadania  na  pytania:  ”Nad  czym  pan  teraz  pracuje?”  Odpowiedź  na  to 

całkiem  zrozumiałe pytanie jest dla mnie bardzo trudna, nawet  gdy już piszę, a praktycznie 

niemożliwa, kiedy nie piszę. Istnieje jedna możliwa odpowiedź: ”O mężczyznach i kobietach” 

— ale tak można odpowiadać tylko wtedy, gdy opryskliwość jest dostatecznie uzasadniona. 

Nigdy  nie  umiałem  sobie  wyjaśnić,  dlaczego  odczuwam  tę  trudność.  Jest  to  jakiś  system 

blokady mózgu, powodujący nieomal kompletne zahamowanie  — funkcjonujący prawie tak 

sprawnie, jak system nie pozwalający człowiekowi łykać tchawicą. 

Moim  wydawcą  był  od  lat  i jest  Michael  Joseph,  z którym  już  wcześniej  byliśmy 

zaprzyjaźnieni.  On  zasługiwał  na  odpowiedź,  nawet  ___chciałem  mu  jej  udzielić.  Gdy  już 

o tym  mowa,  to  z powodów  praktycznych  wydawcy  muszą  planować  swoją  przyszłą 

produkcję i (tak sądzę) przygotowywać grunt swoim książkom. Więc gdy Joseph zapytał: ”Co 

dalej?”,  musiałem  się  zmobilizować  ł  Wydusić  z siebie  żenującą  odpowiedź:  ”Myślę 

                                                                                                                                                                                      

33

 Po angielsku hornblower to ”trębacz”.

 

34

 Czasy króla Jerzego V i VI (George'a).

 

background image

 

47 

o napisaniu powieści o kapitanie marynarki wojennej z roku 1808”. Joseph czytał oczywiście 

Henleya

35

,  nie  mrugnął  więc  ani  nie  wykrzyknął  głośno.  Ale  zanim  odparł  ”Wspaniale”, 

milczał  przez  dłuższą  chwilę,  wlepiwszy  we  mnie  martwe  spojrzenie.  Magia  roku  1808  nic 

mu  nie  mówiła  i nie  było  w tym  jego  winy  ”—  dla  wszystkich,  z wyjątkiem  specjalistów, 

angielska  historia  morska  kończy  się  trzy  lata  wcześniej,  na  Trafalgarze.  Toteż  i Joseph, 

najbardziej wrażliwy człowiek, jakiego znam,  nie mógł  nic zrozumieć z mych bełkotliwych 

wyjaśnień, nawet gdy dodałem: ”Chyba nazwę go Hornblowerem”, a gdy się rozstawaliśmy, 

wiedział niewiele więcej niż przed naszym spotkaniem i był znacznie bardziej zaniepokojony. 

I  nie  mogłem  winić  go  za  to.  Jedyną  osobą,  którą  mogłem  obciążyć  winą,  byłem  ja 

sam, toteż czułem się zły i rozdrażniony. Był to tylko jeszcze jeden dowód oczywistego faktu, 

że żadnej książki nie można osądzać przed jej napisaniem. Tak więc się stało, że następnego 

ranka  usiadłem  przy  biurku,  przesunąłem  sobie  blok  do  pisania  i napisałem  słowa,  które 

ułożyły  mi  się  w głowie,  gdy  piłem  poranną  kawę:  ”Z  pierwszym  brzaskiem  dnia  kapitan 

Hornblower  wyszedł  na  pokład  rufowy  «Lydii»”.  Być  może  nie  wykonałbym  tego  skoku 

przez pierwszy płotek w taki właśnie sposób, gdyby nie zmusiło mnie do tego tamto uprzejme 

spojrzenie wytrzeszczonych oczu. 

Nastąpił  zwykły  okres  intensywnej  pracy,  nieuniknionego  zmęczenia,  całkowitej 

utraty  uczucia  przynależności  do  tego  świata,  objawów,  których  od  dawna  nauczyłem  się 

oczekiwać  i rozpoznawać  je,  a potem  rzecz  została  ukończona  i wysłana  do  dwóch 

wydawców, ja zaś mogłem znów o wszystkim zapomnieć. 

 

 

17 

Wydarzenia, które nastąpiły później, układają się w sekwencję zagadkową nawet dla 

mnie. To sprawa zaginionej powieści, którą uważam prawie za niewytłumaczalną. Człowiek, 

jakim  wówczas  byłem,  różnił  się  od  tego,  jakim  jestem  dziś,  i gdy  spoglądam  wstecz  na 

siebie,  widzę  niezliczone  sytuacje,  w których  nie  umiałem  znaleźć  kontaktu,  doświadczając 

w stosunku  do  samego  siebie,  jako  do  zupełnie  odmiennej  istoty,  podobnie  beznadziejnego 

uczucia, jakiego doznają ojcowie w rozmowach ze swymi dorastającymi synami — skoro już 

o tym  mowa,  jestem  dziś  dostatecznie  stary,  żeby  być  ojcem  dla  człowieka  z tamtych  lat, 

i wolę nie myśleć, co sądziłby o mnie, gdyby zetknął się ze mną takim, jakim jestem obecnie. 

                                                           

35

 Autor ma zapewne na myśli Johna Henleya (1692—1759), angielskiego ekscentryka, zwanego ”Mówca Henley”, 

buntującego się przeciw ortodoksyjnym sposobom wygłaszania kazań, lub Williama Ernesta Henleya (1849—1903), 
angielskiego poetę, krytyka i wydawcę.

 

background image

 

48 

Tak  czy  owak  trzeba  w tym  miejscu  poświęcić  chwilę  uwagi  niejasnej  sprawie 

zaginionej  powieści.  Hornblower  został  ukończony,  wysłany  i zapomniany.  Tak  mało 

obchodziła mnie ta książka, że gdy amerykańscy wydawcy zaproponowali zmianę jej tytułu 

(amerykańscy wydawcy zawsze chcą zmieniać tytuły), zgodziłem się bez zastanowienia, tak 

że książka wyszła w Anglii pod tytułem Szczęśliwy powrót, w Ameryce zaś — Bić na alarm

co przeszkadza mi do dziś dnia. Gdy nadeszły odbitki do korekty, tkwiłem po uszy w innej 

powieści — skorupiaki narosły na innej grupie leżących w mule kłód drewna. Cuchnący muł 

mojej podświadomości kipiał pożywką dla niskich form życia. I ta powieść została napisana, 

wysłana do Londynu i Bostonu, przyjęta i zaakceptowana podpisami na umowach. 

A  potem  wydarzyło  się  coś  innego.  Przychodziłem  właśnie  do  siebie  po  trudach 

pisania, pochłonięty setką czynności nie mających  nic wspólnego z literaturą, napawając się 

do  ekstazy  ciężko  zapracowaną  wolnością,  gdy  stare  objawy  znów  zaczęły  dawać  znać 

o sobie,  i to  z gorączkową  gwałtownością.  Jakiś  rok  1809  lub  1810,  szczyt  wojen 

napoleońskich,  Bonaparte  zaczął  się  martwić  o zaopatrzenie  w żywność  swego  garnizonu 

w Barcelonie,  znajdującego  się  w stanie  półoblężenia  wskutek  działalności  hiszpańskich 

guerrilleros.  Komunikacja  lądowa  była  utrudniona,  więc  Bonaparte  wysłał  z Tulonu 

niewielką  eskadrę  pod  dowództwem  admirała  Cosmao  z rozkazem  przedarcia  się  do 

Barcelony i dostarczenia niezbędnych zapasów. Admirała spotkał los łatwy do przewidzenia. 

Jego  eskadra  została  dopadnięta  przez  brytyjskie  siły  morskie,  dowodzone  przez  admirała 

Martina, i zniszczona. Początkowo tylko  tyle. To był  skorupiak-pionier,  który przyczepił się 

do kłody. 

Potem przyszło do głosu realne życie, okropna rzeczywistość, trudna do wspominania 

i pisania  o niej.  Generał  Franco  podniósł  sztandar  buntu  w Hiszpanii,  hiszpańska  wojna 

domowa  szarpała  kraj  na  strzępy,  ja  zaś  byłem  jednym  z tych,  co  tam  pojechali,  żeby 

stwierdzić,  jak  to  właściwie  jest.  Na  szczęście  nie  muszę  opisywać  tu  szczegółów  tego,  co 

zobaczyłem. Wystarczy, że tylko powiem, iż byłto dla mnie niesłychanie cięzki okres życia, 

bez chwili na myślenie  o czymkolwiek innym  poza tym,  co się właśnie  działo wokół mnie. 

Wszystko to stanowiło ogromny, przerażający kontrast w zestawieniu z błahymi przełomami 

i udawanymi  emocjami  Hollywoodu.  Toteż  wróciłem  do  Anglii  wstrząśnięty  do  głębi 

i wyczerpany psychicznie. 

Z  biegiem  czasu  zbiorniki  wypełniły  się  ponownie  i bodźce  twórcze  znów  zaczęły 

dochodzić do głosu. W okresie pobytu w Hiszpanii wciąż, rzecz jasna, wracałem myślami do 

tego co wiedziałem  o wojnach napoleońskich;  nasuwały się  analogie i paralele, należało  tez 

pamiętać o konsekwentnym narodowym charakterze hiszpańskim. W wojnach napoleońskich 

background image

 

49 

czynnikiem  o znaczeniu  podstawowym  było  panowanie  na  morzu,  od  tego  zależało 

zwycięstwo,  w stopniu  znacznie  wyższym  niż  od  godnej  podziwu  determinacji  ludu 

hiszpańskiego,  żeby  nigdy  nie  dać  się  podbić.  Mógł  to  być  temat  na  powieść.  Gdy,  znowu 

w Anglii,  zacząłem  wracać  do  normalnego  życia,  stwierdziłem,  że  w mojej  wyobraźni 

zrodziła  się  cała  seria  nie  powiązanych  ze  sobą  obrazów  dokonań  Królewskiej  Marynarki 

Wojennej  podczas  wojny  —  zniszczone  konwoje,  stacje  sygnalizacyjne  wysadzone 

w powietrze,  pomoc  udzielona  dla  guerrilleros,  bombardowanie  maszerujących  kolumn 

wojska, nękające wypady na ląd. Można było z tego zrobić powieść — nawet niezgorszą — 

opartą na wiodącym temacie panowania na morzu. 

I wtedy… i wtedy… ogarnęła mnie dawna fala podniecenia, intensywna świadomość, 

że  możliwości  poszerzają  się,  eksplodują.  Kto  mógł  najlepiej  dokonywać  tych  wyczynów? 

Kto  był  człowiekiem  myślącym  i wrażliwym,  rozumiejacym  znaczenie  potęgi  na  morzu? 

Któż,  jak  nie  porzucony  bohater  mojej  przedostatniej  powieści,  Horatio  Hornblower? 

Historyczne  ramy  pasowały  jak  ulał,  dokonałby  swego  ”szczęśliwego  powrotu”  akurat  na 

czas,  żeby  objąć  dowództwo  okrętu  liniowego  i zostać  wysłany  do  operowania  w pobliżu 

wybrzeża  hiszpańskiego,  gdzie  (zdaniem  Admiralicji)  jego  znajomość  języka  hiszpańskiego 

byłaby  przdatna.  Hornblower  psychicznie  i zawodowo  był  przygotowany  do  operacji 

brzegowych, 

wymagających 

sprawnego 

prowadzenia 

okrętu 

i błyskawicznie 

improwizowanych  planów.  A tamta  francuska  próba  dostarczenia  żywności  do  Barcelony 

mogłaby  stać  się  kulminacyjnym  punktem  powieści  —  Hornblower  rzucający  się  między 

Francuzów i cel ich wyprawy. Z pewnością wsztstko to wymagało dokładnego rozważenia. 

 

 

18 

Jeśli  idzie  o konwencję  artystyczną,  to  głupotą  jest,  oczywiście,  dogmatyczne 

podchodzenie do spraw gustu, lecz wydaje się rzeczą samo przez się zrozumiałą, że powieść 

(są,  jestem  pewien,  wyjątki,  lecz  żaden  przykład  nie  przychodzi  mi  do  głowy)  zaczyna  się 

w jakimś  momencie wytchnienia, a kończy  w innym. Ten moment  może  być przelotny, lecz 

zawsze jest. Jeśli akcja jest w toku już w początkowym ustępie książki, to gdzieś dalej trzeba 

się cofnąć, żeby wyjaśnić, jak się ta akcja zaczęła. Akcja toczy się, może przejść w inną, ale 

wcześniej czy później ulega przerwaniu, mimo, że w chwili kończącej powieść mogą istnieć 

konsekwencje  i możliwości  oczywiste  dla  czytelnika.  Banalnym  tego  przykładem  jest 

konwencjonalne zakończenie historii miłosnej małżeństwem. 

background image

 

50 

Hornblower  został  powołany  do  życia  u końca  takiego  okresu  wytchnienia,  kiedy  to 

wpływał  do  zatoki  Fonseca.  Rozstając  się  z lady  Barbarą  wchodzi  w inny  spokojny  okres. 

Teraz moglibyśmy go zastać, gdy kończy się ten okres — wyposażającego swój nowy okręt 

—  i doprowadzić  do  następnego  okresu  wytchnienia  poprzez  decydującą  bitwę  z eskadrą 

francuską. A ta końcowa bitwa musiałaby być, w pewnym sensie, zaszczytną porażką. Jakoś 

nie  wydawało  mi  się  słuszne,  żeby  Hornblowerowi  wiodło  się  zbyt  dobrze;  sądziłem,  że 

będzie  lepiej,  właściwiej,  jeśli  powieść  zakończy  się  ruiną  jego  kariery  w marynarce 

wojennej, rozstaniem, przynajmniej do końca wojny, z jego Marią i jego Barbarą. 

W  owym  okresie  konstruowania  powieści  przeżywałem  krótkie,  lecz  bardzo 

intensywne momenty radości. Należało — a faktycznie trzeba było koniecznie — powołać do 

życia  Marię.  Jak  dotąd,  były  o niej  tylko  wzmianki,  i z tych  wzmianek  musiałem  stworzyć 

realną postać, jak paleontolog powinien umieć stworzyć w swej wyobraźni całego dinozaura 

na podstawie jednej jego kości. Zadanie było ciekawe, nawet bawiło mnie. A Barbara… I ją 

trzeba było wprowadzić na karty książki. Moje wyczucie pisarskie mówiło mi, że można by 

z tego  zrezygnować  tylko  w wypadku,  gdyby  wymagało  to  zbyt  daleko  idącego  naciągania 

prawdopodobieństwa. Pragnąłem mieć ją tu równie mocno jak Hornblower. I było to bardzo 

łatwe do zrobienia. Nic bardziej naturalnego, niż żeby Barbara wróciwszy do Anglii poślubiła 

znanego  admirała.  I równie  naturalną  rzeczą  byłoby  uzyskanie  przez  tegoż  admirała,  przy 

poparciu  Wellesleyów,  stanowiska  głównodowodzącego,  świeżo  ustanowionego  w wyniku 

zbuntowania  się  Hiszpanów  przeciwko  Francuzom.  A jeśli  idzie  o Barbarę,  to  z pewnością 

byłoby  rzeczą  całkiem  naturalną  zwrócenie  przez  nią  uwagi  małżonka  na  talenty 

Hornblowera.  Była  świadkiem,  jak  je  demonstrował,  na  pewno  miała  do  niego  słabość, 

niezależnie  od  tego  co  zaszło  między  nimi.  W czasie  gdy  formowano  eskadrę  do  działań 

w pobliżu brzegów Hiszpanii, Hornblower był akurat bez pracy. Wydawało się, że wszystko 

pasuje do siebie. Budując fabułę pomyślałem o wozie wcześniej niż o koniu, ale w powieści 

koń w sposób całkiem naturalny sam zajął swe miejsce u przodu wozu. 

Takie  to  radości  towarzyszą  konstruowaniu  fabuły.  I znów,  z układanką  ułożoną  do 

połowy  i wyłaniającym  się  jasnym  obrazem  całości,  coraz  łatwiej  było  dopasowywać 

pozostałe  fragmenty  —  wszystkie  dziwne  skorupiaki,  jakie  zdążyły  obrosnąć  pogrążoną 

w mule  kłodę,  okazały  się  przydatne.  Jeszcze  kilka  gorączkowych  dni  podświadomej  pracy, 

i cała  historia,  od  początku  do  końca,  była  gotowa.  Pozostało  tylko  (i  to  właśnie  była  ta 

ponura rzeczywistość, ten kościotrup przy uczcie) przenieść ją na papier. 

 

 

background image

 

51 

19 

Musimy teraz znów wrócić do zaginionej powieści — już sobie prawie zasłużyła na tę 

nazwę, gdyż znikła z tej opowieści po króciutkiej wzmiance na jednej z poprzednich stronic. 

Maszynopisy  były już w Bostonie i Londynie i miały wkrótce iść do druku. Ale postanowi-

łem, że jeśli mam napisać Okręt liniowy, to muszę poczekać z publikacją tamtej książki — nie 

byłoby dobrze, gdyby się ukazała między dwoma pozycjami o Hornblowerze. Byłoby w tym 

coś  nieartystycznego  (jakkolwiek  by  się  nie  lubiło  tego  słowa).  Okręt  liniowy  domagał  się 

napisania. Pozostało jedno oczywiste wyjście: odłożyć publikację ”zagubionej” powieści. 

Żałuję, że tak mało z niej pamiętam. Była współczesna, było w niej co najmniej jedno 

morderstwo  i coś  o kazirodztwie,  a głównymi  postaciami  były,  o ile  pamiętam,  kobiety,  ale 

żadnych bliższych szczegółów nie potrafię sobie przypomnieć. Co trzy lub cztery lata coś mi 

o tej  książce  przypomina,  ale  potem  znów  idzie  w niepamięć,  Cynicznie  mówiąc, 

podejrzewam, że była to powieść zła, i dlatego jestem rad, że wciąż nic o niej nie wiem. Może 

przeżywałem  zwykłe  rozczarowanie  ukończonym  dziełem,  lecz  nie  sądzę,  aby  miało  to 

wpływ  —  świadomy  —  na  mnie.  Jakkolwiek  to  było,  Londyn  i Boston  zostały 

powiadomione, że zmieniłem decyzję dotyczącą publikacji tamtej książki i że dla wypełnienia 

luki zamierzam napisać dalszy ciąg Szczęśliwego powrotu, która to powieść będzie gotowa do 

wydania w terminie ustalonym do tej poniechanej. 

Spoglądając  wstecz,  zdumiewam  się  własną  lekkomyślnością  w tej  sprawie.  Moi 

wydawcy  potraktowali  ją  znacznie  poważniej  ode  mnie.  Przypominam  sobie,  że  dostałem 

długi, bardzo solenny telegram z Bostonu, dokładnie omawiający wszystkie pro i contra, lecz 

w momencie  gdy  go  otrzymałem,  siedziałem  już  przy  pisaniu  Okrętu  liniowego  i nie  byłem 

w stanie  podchodzić  rozsądnie  do  spraw  natury  praktycznej.  Przebywałem  w innym  świecie 

i jak  zawsze  gdy  zaczynałem  pisać,  wierzyłem,  że  ta  właśnie  książka  będzie  lepsza  od 

wszystkich poprzednich, więc po co zaprzątać sobie głowę jakąś inną, niewydarzoną, na pół 

już  zapomnianą  powieścią?  I tak  ”zagubiona”  powieść  stała  się  naprawdę  zagubioną.  Być 

może  maszynopisy  istnieją  do  dziś  i leżą  zapomniane  pod  warstwą  kurzu  w jakimś  kącie 

rzadko  odwiedzanych  magazynów  w Bostonie  i Bloomsbury.  Może  kiedyś  ktoś  zajrzy  do 

takiego  magazynu  i zdziwi  się,  co  to  za  plik  papierów,  o które  się  potknął.  Ja  wolę,  żeby 

sprawa  została  tak  jak  jest.  Wykonawcy  mego  pisarskiego  testamentu  będą  sobie  mogli 

roztrząsać zagadnienie etyki wydawniczej. 

 

 

background image

 

52 

20 

Tak  więc  pisałem  Okręt  liniowy,  w podnieceniu  i uzasadnionym  pośpiechu, 

połączonym  z właściwą  mi, zwykłą. niezależną od rzeczywistego powodu, niecierpliwością. 

Tytuł książki  został ustalony na samym  początku, ale tak jest z większością moich książek. 

Fakt,  że  w trakcie  pisania  wie  się,  jaki  będzie  tytuł  powieści,  pozostaje  w bliskim  związku 

z tym, co się wie o jej zakończeniu. Tytuł stoi gdzieś obok celu niejasno oglądanego oczyma 

wyobraźni,  w miarę  jak  pisanie  z trudem  posuwa  się  ku  końcowi.  Sam  okręt  ”Sutherland”, 

dowodzony  przez  Hornblowera,  zaskarbił  sobie  moją  szczególną  sympatię.  Zbudowany 

w Holandii  —  jak  większość  współczesnych  mu  jednostek,  wszedł  jako  pryz  w skład 

Królewskiej Marynarki Wojennej — będąc zarówno dla Hornblowera, jak i dla mnie terenem 

ważnych zadań, miał przy tym w sobie coś z brzydkiego kaczątka, które polubiłem. 

Akurat  kiedy  zacząłem  pierwszy  rozdział,  miało  miejsce  zabawne  zdarzenie. 

Obiadowałem w jakiejś  armeńskiej restauracji czy może innej  — nie byłem jeszcze do tego 

stopnia zmęczony, aby mi było obojętne, co jem — i zamówiłem tamtejszą specjalność, shish 

kebab.  Podano  mi:  nadziane  na  szpikulec  kawałki  pieprzu  tureckiego,  mięsa  z jagnięcia, 

grzybów, cebuli — ze dwadzieścia albo i więcej różnych rzeczy. Trzymając mocno szpikulec, 

popchnąłem  to  wszystko  widelcem,  i oto  składniki  zmieszały  się  na  moim  talerzu.  Kiedy 

patrzyłem na nie, przyszła mi nagle do głowy analogia. Książka, którą zacząłem pisać ( nie 

umiałem przestać myśleć o niej, cokolwiek bym robił w danej chwili), ma być czymś właśnie 

takim.  Wyprawy  odcinające,  bitwy  konwojów,  wypady  na  ląd  —  to  będzie  pieprz,  cebula 

i kawałki  mięsa.  A co  będzie  szpikulcem,  spinającym  to  wszystko  razem  i nadającym 

składnikom  formę  i sens  istnienia?  Oczywiście  okręt  JKM  ”Sutherland”  pod  dowództwem 

swego sławnego kapitana. Myślę, że to właśnie w tamtej chwili zakiełkowała moja sympatia 

dla tej jednostki Zdaję sobie sprawę, że od tamtego czasu musiałem powściągać pióro, żeby 

się bronić przed sentymentalizmem.  I po dziś  dzień, po upływie przeszło  dwudziestu pięciu 

lat,  widok  szaszłyka  na  szpikulcu  przywołuje  przed  oczy  mej  wyobraźni  trójwymiarowy 

obraz  błękitnego  morza,  lejącego  słońca  i królewskiego  ”Sutherlanda”  płynącego  pod 

wszystkimi  normalnymi  żaglami  na  miejsce  spotkania  koło  cypla  Palamos.  Sentyment, 

szaszłyk i ”Suterland” — przedziwne trio nierozwiązalnie zespolone ze sobą. 

Historia  Hornblowera  i ”Sutherlanda”  zaczęła  się  w momencie  ich  odpoczynku 

i została doprowadzona do następnej chwili wytchnienia. Książka została ukończona na czas, 

a maszynopisy wysłane tak, aby mogła się ukazać w zapowiedzianym dniu, dokładnie w rok 

po  wyjściu  Szczęśliwego  powrotu.  Był  to  więc  cały  rok,  a potem,  gdy  ustała  konieczność 

wysiłku umysłowego, przyszło zwykłe otępienie. W miarę powrotu czucia do głowy zaczęły 

background image

 

53 

się wkradać różne dziwne myśli. Szczegóły mego ówczesnego dnia powszedniego zatarły się 

naturalnie  (i  może  szczęśliwie  dla  mnie)  w mej  pamięci.  Jednego  mogę  być  pewien,  że  (jak 

zawsze)  byłem  aktywny  w domu  i na  gruncie  towarzyskim,  że  czytałem  zachłannie, 

podróżowałem, nawet pisywałem (miałem wówczas umowę na dostarczanie co tydzień tekstu 

do  rubryki  w dzienniku),  gorączkowo  nadrabiałem  trzy  miesiące,  które  wypadły  mi  z życia 

z powodu Okrętu liniowego

 

 

21 

Tymczasem różne dziwne myśli wkradały mi się podstępnie do głowy. Jedną z moich 

lektur do łóżka (mam zwyczaj czytać przed zaśnięciem literaturę faktu — nawet Encyklopedię 

brytyjską)  był  tom  niewydanych  listów  Napoleona  I,  które  z oczywistych  przyczyn  nie 

ukazały się w oficjalnym zbiorze opublikowanym przez Napoleona III. Był tam list do brata 

Józefa,  siłą  ustanowionego  królem  Hiszpanii.  ”Te  pięć  czy  sześć  osób  aresztowanych 

w Bilbao  przez  generała  Merlina  trzeba  skazać  na  śmierć”.  Prawie  wszystkie  te  listy 

ukazywały  Bonapartego  jako  człowieka  absolutnie  pozbawionego  skrupułów  i bezlitosnego, 

gdy uważał, że zagrożone są jego interesy czy jego cenny prestiż. Źródeł jego żądzy zemsty 

—  nawet  w wypadkach,  gdy  zemsta  byłaby  błędem  politycznym  —  można  by  się  chyba 

doszukiwać  w korsykańskim  okresie  jego  chłopięctwa.  A Hornblower  był  właśnie  w rękach 

Bonapartego,  ten  Hornblower,  który  zadał  tak  dotkliwe  ciosy  jego  władzy  nad  Hiszpanią, 

który wyprowadził w pole jego generałów i, bezczelny i zuchwały, zbeszcześcił świętą ziemię 

Francji.  Bonaparte  dał  mnóstwo  odrażających  przykładów  nikczemnego  napawania  się 

zemstą: Alwarez z Gerony i Hofer z Tyrolu zostali zamęczeni na śmierć, chociaż okazana im 

łaska  nic  by  go  nie  kosztowała.  Dla  Bonapartego  nienawistne  musiało  być  samo  nazwisko 

Hornblowera, a zdarzyło się kiedyś, że Hornblower pływał u brzegów pod fałszywą francuską 

banderą. 

Był  to  dozwolony  prawem  podstęp  wojenny,  historia  w nie  obfitowała,  a jedno 

z posunięć  otwierających  atak  na  Quebec  w roku  1759  było  szeroko  znane.  Lecz  dla 

Bonapartego, mającego w ręku jednego z bardzo małej liczby angielskich kapitanów wziętych 

do  niewoli  w czasie  wojen  napoleońskich,  mogło  to  z powodzeniem  posłużyć  za 

usprawiedliwienie  dla  jego  żądzy  zemsty.  Oskarżenie  angielskiego  kapitana  o poważne 

naruszenie  prawa  wojennego  mogłoby  zostać  wyzyskane  dla  wyjaśnienia  Francji  i Europie, 

czemu ostatnio jakoś się nie wiodło cesarskiej marynarce wojennej.  Być może Bonapartego 

zadowoliłaby nawet mniejsza kara niż zabójstwo albo uznałby ją za korzystniejszą dla siebie. 

background image

 

54 

Sądzenie  i skazanie  Hornblowera,  przestraszenie  go  prawie  na  śmierć,  a potem  puszczenie 

wolno  w pokazowym  geście  łaskawości  mogłoby  (w  opinii  Bonapartego)  być  efektownym 

posunięciem,  jak  słynny  incydent  ze  spaleniem  listu  w obecności  hrabiny  Hatzfeldt.  Może 

lady Barbara mogłaby się zwrócić osobiście do Bonapartego w sprawie Hornblowera? Nie, to 

nie  byłoby  dobrze.  A może  temat  w ogóle  nie  nadaje  się  do  opracowania?  Posuwałem  się 

fałszywym tropem. 

Było  to  dla  mnie  zaskoczeniem,  wyglądało  na  przyznanie  się,  że  jest  trop,  którym 

należałoby iść, a ja leżę w łóżku usiłując zasnąć i wiedząc z długiego doświadczenia, że nic 

tak  nie  odwleka  snu,  jak  rozmyślanie  na  temat  fabuły  powieści  w środku  nocy.  Ponadto 

zostawiłem  Hornblowera  jako  jeńca  wojennego.  Wkrótce  miała  się  ukazać  książka,  a ja 

chciałem  nie  mieć  już  z nim  więcej  do  czynienia.  Odłożyłem  Lettres  inédites

36

,  zgasiłem 

lampę przy łóżku i ułożyłem się do snu, a w godzinę później wstałem, żeby poszukać jeszcze 

nudniejszej książki, która by mnie oderwała od natrętnych myśli. 

 

 

22 

Fabuła oczywiście  formowała się sama, nie wypływała na powierzchnię, ale drążyła 

pod nią niby kret. Jeśliby wina nie miała być oficjalnie darowana Hornblowerowi, musiałby 

uciec  z niewoli  —  istniała  wprawdzie  dość  obszerna  literatura  na  temat  ucieczek  z więzień 

cesarskich,  ale  nic,  co  przeczytałem,  nie  zadowoliło  mnie  ani  nie  było  dostatecznie 

sugestywne. Ponadto w roku 1810 tak wielka część Europy znajdowała się pod panowaniem 

francuskim,  że  w razie  ucieczki  Hornblower  nie  dałby  rady  dotrzeć  do  neutralnego  kraju. 

Musiałby  zatem  kierować  się  ku  morzu.  Rzecz  jasna,  że  musiał  —  po  prostu  nie  miałby 

wyboru.  Szczerze  mówiąc  czułem,  że  bardzo  mi  zależy,  aby  do  tego  doszło.  Pragnąłem 

gorąco,  żeby  Hornblower  wydostał  się  z więzienia,  gdzie,  przy  jego  usposobieniu,  pobyt 

byłby  dla  niego  nie  do  zniesienia;  żeby  uciekł  ze  zdradzieckiego  lądu  na  swobodę  morza. 

Musiałaby to być długa i niebezpieczna podróż. 

Wtedy zdarzył się jeden z tych niespodziewanych momentów, gdy jakiś pomysł nagle 

zaczyna  pasować  do  innego,  pozornie  całkiem  z nim  nie  związanego.  Odkrycia  tego 

dokonałem w czasie codziennego, beznamiętnego przeglądania poczty, chociaż żaden z listów 

nie  miał  związku  z ucieczką  Hornblowera.  Kilka  lat  wcześniej  odbyłem  wycieczkę  łodzią 

motorową w dół Loary. Odłożyłem nie przeczytany list olśniony nową myślą, że Hornblower 

w swej ucieczce mógłby tą samą drogą podążyć ku morzu. Mała łódź — a w takich spędziłem 

background image

 

55 

miesiące, może nawet  lata  — na rzece stanowiłaby doskonały środek transportu dla zbiega, 

pozwalałaby  mu  bowiem  przewieźć  bez  trudu  niezbędne  zapasy  i ekwipunek  i znacznie 

ułatwiłaby omijanie kontroli paszportowych i żądań okazywania papierów, na co podróżujący 

drogami  cesarskiej  Francji  byli  nieustannie  narażeni.  Zwłaszcza  że  Loara,  jak  wiedziałem 

z własnego  doświadczenia,  była  rzeką  odludną,  nie  uczęszczaną  i pozornie  nieżeglowną, 

a przecież możliwą do przebycia i świetnie nadałaby się do tego celu. 

Krew zawrzała mi w żyłach. Na końcu odcinka Loary nadającego się do żeglugi  dla 

morskich jednostek leży miasto Nantes. Statki docierają aż do jego nabrzeży — pamiętam je. 

Może  Hornblower  mógłby…  Wszystko  poruszyło  się  we  mnie,  a gdy  podniecenie  opadło, 

miałem  już  gotowy  obraz  Hornblowera  odbijającego  ”Witch  of  Endor”,  obraz  sugestywny 

i natarczywy.  Miał  on  także  logiczne,  zazębiające  się  z sobą  następstwa.  Dla  dokonania 

takiego wyczynu Hornblower potrzebował  pomocy, w dodatku  pomocy fachowej. Musiałby 

więc  mieć  ze  sobą  Busha  i Browna.  Czyli  że  musieliby  oni  płynąć  z nim  Loarą,  a to 

wymagało  dalszej  pracy  wyobraźni:  Hornblower  dowodzący  dwójką  z załogi  okrętu;  łódką 

o długości 

dwudziestu 

stóp 

zamiast 

dwutysiąctonowym 

okrętem 

uzbrojonym 

w siedemdziesiąt  cztery  działa  —  było  coś  przewrotnego,  ale  i dramatycznego  w sytuacji, 

która  aż  się  prosiła,  żeby  się  nad  nią  zastanowić.  W każdym  razie  coś  się  działo  z moją 

niechęcią do ponownego zajęcia się Hornblowerem. 

 

 

23 

Zdarzyło  się  coś  jeszcze.  Nadeszły  próbne  odbitki  Okrętu  liniowego  i ze  zwykłym 

oporem siadłem do ich czytania. I wtedy mój starszy, jeszcze wówczas mały syn, zajrzał mi 

przez ramię, żeby zobaczyć, co robię. ”Och, tata, skończ to prędko — powiedział. — Chcę to 

przeczytać. Pierwsza bardzo mi się podobała”. Ten syn ma już własnego syna w takim jak on 

wówczas  wieku,  lecz  przyjemność,  jaką  odczułem  w owej  chwili,  wciąż  mam  świeżo 

w pamięci.  Była  to  aż  nazbyt  hojna  zapłata  za  trudy  nie  tylko  rodzicielstwa,  lecz  i pisania. 

Odkładając sentyment na bok (czemu człowiek, jakim wówczas byłem, taki miał podejrzliwy 

stosunek do sentymentu?), muszę przyznać, że ten incydent niewątpliwie pomógł mi pogodzić 

się z myślą o napisaniu jeszcze jednej książki o Hornblowerze. 

Michael Joseph dopomógł mi wymieszać napój czarownicy. Próbowałem wyjaśnić mu 

burzę uczuć w mej duszy, starając się przemóc moją wieczną niechęć do ubierania w słowa 

(skierowane do pojedynczego człowieka) na pól ukształtowanych pomysłów, jakimi miewam 

                                                                                                                                                                                      

36

 Lettres inédites (fr.) — Listy niewydane, autorstwa Napoleona I.

 

background image

 

56 

zaprzątniętą  głowę.  Jednakże  udało  mi  się  jakoś  przekazać  niejasny  zarys  tematu,  o którym 

właśnie  rozmyślałem.  ”Chcesz  przeprowadzić  go  z powrotem  do  kraju  z podniesioną 

banderą?” — powiedział Joseph. Tym razem on z kolei napotkał mój tępy wzrok, jakby jego 

uwaga  przeszła  nie  zauważona.  I tak  istotnie  było.  Wypowiedziane  przez  niego  zdanie 

zamiast  wpaść  w bystry  strumień  uprzejmej  konwersacji,  zapadło  się  w ospały  muł 

podświadomości  i zanurzało  w nim  coraz  głębiej,  pobudzając  skorupiaki  do  szybkiego 

rozmnażania. 

Efekt  był  oczywiście  wprost  przeciwny.  Zwykły  triumf,  niczym  nie  zakończony 

sukces  nie  były  tematem,  jakiego  szukałem.  Jeśli  już  o to  chodzi,  to  ja  sam,  osobiście, 

cieszyłem się sporymi sukcesami, i zdawałem sobie jasno sprawę, że ”cieszyć się” nie jest na 

pewno  najwłaściwiej  użytym  słowem.  Przewrotność  natury  ludzkiej  sprawia,  że  zawsze 

zagląda  się  w zęby  darowanemu  koniowi,  stwierdzając,  że  ma  je  za  długie;  zawsze  się 

znajdzie  któryś  płatek  róży  zgnieciony,  podczas  gdy  zwykły  los  i nadzwyczajne  zdarzenia, 

mieszając  metafory,  będą  dodawać  goryczy  do  słodyczy  i szorstkości  do  gładkości.  Dobrze 

byłoby, gdyby i Hornblowerowi to się zdarzyło, a przy tym byłem przekonany (nie próbujmy 

za  wszelką  cenę  pozwalać  sentymentom  buszować  w literaturze),  że  z artystycznego  punktu 

widzenia (znów to nieznośne słowo) efekt byłby zadowalający. 

W miarę upływu dni zaczęły się dołączać inne pomysły powstałe w moim mózgu — 

pomysły  najpierw  pozornie  bez  związku  z tematem,  początkowo  traktowane  nawet  jako 

zarodki  jakiegoś  nowego  dzieła.  Obserwowałem  rozwój  tematu  o nieudanym,  przelotnym 

związku  uczuciowym:  gorąca  namiętność  zaspokojona,  a związek  zerwany.  Oczywiście  coś 

takiego  powinno  się  przydarzyć  Hornblowerowi.  Czemu  wcześniej  na  to  nie  wpadłem? 

Hornblower  romansujący,  a z okiem  na  zegarku,  albo  przynajmniej  myślami  zupełnie  gdzie 

indziej.  Jak  zawsze  cieszący  się  powodzeniem,  a mimo  to  niezadowolony,  niezdolny  do 

zapomnienia się; typ mężczyzny, dla którego każda kobieta mogłaby zupełnie stracić głowę, 

lecz jeśli byłaby spostrzegawcza lub miała intuicję, to od razu by się zorientowała, że jest on 

z tych, co nie dają się przywiązać ani utrzymać. Musiało mu się to przydarzyć wcześniej czy 

później, kiedy miałby trochę wolnego czasu. Wtedy właśnie we Francji zaczynali dawać znać 

o sobie refractaires, młodzi ludzie ukrywający się przed poborem do wojska — przez chwilę 

nawet  zastanawiałem  się,  czy  któryś  z nich  nie  mógłby  udzielić  pomocy  Hornblowerowi 

w jego  ucieczce.  Rosła  też  we  Francji  liczba  ludzi  o dojrzalszych  poglądach,  którzy  byli 

przeciwni  Bonapartemu  z powodu  swych  liberalnych  przekonań  czy  po  prostu  dlatego,  że 

zdawali sobie sprawę z katastrofalnych skutków bonapartyzmu. Połowa kawałków układanki 

background image

 

57 

wpasowała się już na swoje miejsce. Wiedziałem, gdzie Hornblower znajdzie potrzebną mu 

pomoc i jak dojdzie do jego romansu. 

Trzeba  było  podjąć  pewne  końcowe  decyzje.  Wydać  wyrok  śmierci  —  a właściwie 

dwa. Biedna pani Hornblower. Jej śmierć została postanowiona, chociaż nie bez wahania, nie 

bez daremnego współczucia. Zdawało mi się, że znam ją tak dobrze. Ale nie było już dla niej 

miejsca, a jej śmierć stanie się bardzo gorzką kroplą w kielichu sukcesów Hornblowera. Nie 

będzie  trudno  to  zaaranżować,  bo  w poprzedniej  powieści  Maria  była  już  w ciąży,  a śmierć 

przy porodzie była w owych czasach tak częsta, że nie wymagała komentarza. Uczyniłem ją 

wówczas ciężarną, bo było mi to do czegoś potrzebne w Okręcie liniowym, a teraz było to jak 

znalazł, jakbym już wtedy miał obmyślony dalszy tok wydarzeń. A jednak z całą pewnością 

mogę  stwierdzić,  że  tak  nie  było,  chociaż  niewykluczone,  że  gdzieś  wśród  obrastających 

kłodę  skorupiaków,  całkiem  nieświadomie,  jej  zbliżająca  się  śmierć  została  zaplanowana. 

Jeśli idzie o zgon admirała Leightona — męża Barbary — to nie było z tym żadnej trudności. 

Było  wiadomo,  że  będąc  w służbie  czynnej  w marynarce  wojennej  będzie  się  przebijał  do 

zatoki  Rosas,  żeby  tam  dokonać  zniszczenia  okrętów  uszkodzonych  przez  Hornblowera. 

Mogłem być pewien, że niewiele osób uroni łzę nad losem Leightona i że między nimi może 

nie być Barbary. 

 

 

24 

Tak więc zaczynało wyglądać, że powieść jest przygotowana i można zacząć ją pisać. 

Wyraźnie  odczuwałem  znany  niepokój,  stare  pragnienie,  pokusę  przekonania  się,  czy 

rzeczywiście  potrafię  przenieść  na  papier  skomplikowane  sprawy  i nastroje  kłębiące  się 

w mojej głowie. Jak zawsze żywiłem niczym nie uzasadnioną nadzieję, że tę powieść łatwiej 

mi się będzie pisało niż poprzednie. Miałem podobne uczucie jak przed skokiem do głębokiej 

wody.  Nadszedł  dzień,  gdy  napisałem:  ”Strona  l”  i ”Rozdział  I”,  zaś  admirał  Leighton 

przypuścił atak na zatokę Rosas. Praca szła mi nieźle, jeśli można uznać, że w tym ”nieźle” 

mieści się codziennie nieuniknione zmęczenie. Pułkownik Caillard z żandarmami przybył po 

Hornblowera, Busha i Browna akurat w chwili, gdy Hornblower wystarczająco wiele usłyszał 

o losie  Leightona,  żeby  pozostawać  w dręczącej  niepewności  przez  następne  kilka  miesięcy. 

Wszystko  szło  dobrze  i nagle  nastąpił  wstrząs,  prawie  tak  niespodziewany  i bolesny,  jak 

uderzenie się po ciemku o krawędź drzwi. Pewnego ranka, gdy planowałem pracę na bieżący 

dzień, ogarnęły mnie poważne wątpliwości, które w swej ślepocie zignorowałem. Następnego 

dnia te wątpliwości zmieniły się w pewność i stanąłem oko w oko z dramatem. 

background image

 

58 

Nie  potrafię  wyjaśnić,  jak  do  tego  doszło,  jak  mogłem  być  tak  strasznie  ślepy, 

nieprzewidujący, nieuważny. W pewnym punkcie konstruowania fabuły powiedziałem sobie 

po  prostu:  ”W  tym  miejscu  uciekają”  i więcej  o tym  nie  myślałem.  Zostawiłem  lukę,  nie 

czyniąc nic, żeby ją wypełnić. Wskutek jakiegoś bezprecedensowego przeoczenia nawet nie 

zdawałem  sobie  sprawy  z istnienia  tej  luki  do  momentu,  gdy  ujrzałem  ją,  rozdziawioną, 

u swych  stóp.  Musieli  uciec,  w sercu  Francji  musieli  wymknąć  się  eskorcie  złożonej 

z dwudziestu żandarmów, a tu Bush zaczynał przecież dopiero przychodzić do siebie po am-

putacji stopy — nie mógł nawet jeszcze przejść sam jarda. Co więc z ich ucieczką? Nie mogło 

być mowy o pozostawieniu Busha — Hornblower nigdy by do tego nie dopuścił, a ponadto 

Bush był bardzo potrzebny w dalszej części powieści. Sam wpakowałem się w kabałę. Taką 

wagę  nadałem  l'affaire  Hornblower

37

,  że  do  eskorty  włączyłem  jednego  z najzdolniejszych 

oficerów policji Bonapartego. Pułkownik Caillard nie zostawi żadnej okazji do ucieczki. 

Był to dla mnie moment załamania. Wstyd mi było za siebie, czułem się przybity tym 

niedopatrzeniem,  ogarnęły  mnie  wątpliwości,  czy  w ogóle  nadaję  się  do  wybranego  przez 

siebie zawodu. To wszystko w dalszej perspektywie, na razie ważniejsze było, co mam teraz 

robić. 

Praca nad książką stanęła w miejscu i wyglądało, że nie ma wyjścia z impasu, w który 

się  tak  głupio  wpakowałem.  Że  trzeba  będzie  wrócić  do  punktu  wyjściowego  i podążyć 

zupełnie inną drogą. Lecz to by oznaczało przeróbkę całej fabuły, zaczynanie budowania jej 

od  nowa  i potem  pisanie  od  początku,  a od  czasu  gdy  napisałem  od  nowa  jeden  jedyny 

rozdział,  upłynęło  piętnaście  lat.  Na  razie  miałem  napisane  pięć  rozdziałów.  Czy  wszystkie 

muszę  przerabiać?  Jak  zwykle,  odezwała  się  moja  niczym  nie  uzasadniona  niechęć  do 

wracania do raz wykonanej pracy. Czułem, że wpadam w panikę. Jakże jednak człowiek ze 

świeżo amputowaną stopą mógłby uciec dwudziestu żandarmom. 

Oczywiście w końcu uciekł. Miałem się przekonać, że obok ciężarów mój zawód ma 

swe  przywileje,  a i szczęście  było  po  mojej  stronie.  Po  dwóch  (chyba)  bardzo  nerwowych 

dniach  —  dwóch  dniach  chodzenia  każdego  ranka  tam  i z powrotem  po  mojej  pracowni 

i zapamiętałego przebiegania każdego popołudnia i wieczora po obojętnych na moje kłopoty 

ulicach — wymyśliłem rozwiązanie. Nie bez powodu Hornblower zwykł był przechadzać się 

po  pokładzie  rufowym,  gdy  miał  jakiś  problem  do  rozwiązania.  Myślę  ,  że  w ciągu  owych 

dwóch dni nieraz zdarzyło się, że moje dzieci, przestraszone, cofnęły się na mój widok, nie 

wydaje mi się też, by zmęczenie fizyczne mogło przytępić moje niespokojne miotanie się. 

                                                           

37

 l'affaire Hornblower (fr.) — sprawa Hornblowera.

 

background image

 

59 

Lecz pisarz ma moc niegdyś przypisywaną czarownicom i magom. Może wywoływać 

burze  i powodzie.  Na  szczęście  chociaż  pogoda  była  po  mojej  stronie.  ”Sutherland”  stoczył 

bitwę  późną  jesienią,  a teraz  była  zima,  toteż  burza  śnieżna  nie  tylko  była  prawdopodobna, 

lecz całkiem możliwa. Burza śnieżna… rzeka… łódka… powódź — i moi trzej bohaterowie 

uciekają,  o czym  może  się  przekonać  każdy,  to  zada  sobie  trud  przeczytania  rozdziału 

szóstego. A ja po tym ostatnim doświadczeniu nigdy już nie będę tym samym człowiekiem — 

tak mi się przynajmniej zdawało. I rzeczywiście, bo w kilka dni później (gdy komuś udało się 

nakłonić mnie do mówienia na ten temat) przyznałem niechętnie, że bywają rzeczy gorsze od 

codziennej  pracy  nad  powieścią,  podobnie  jak  człowiek  raz  poddany  torturze  strappado

38

 

przyznałby, że istnieją rzeczy gorsze od łamania kołem. 

 

 

25 

Niewiele  dni  później  czekało  mnie  nowe  przeżycie,  równie  ostro  rysujące  się  w mej 

pamięci  jak  przed  chwilą  opowiedziane.  Hornblower  znowu  był  w drodze;  jego  romans 

z Marie  de  Gracay  skończył  się  —  a przynajmniej  był  w stanie  zawieszenia  —  on  zaś 

z dwoma  towarzyszami  płynął  w dół  Loary.  Miał  trudności  przed  sobą  i za  sobą,  lecz 

chwilowo  był  wolny  od  nich,  na  ile  to  było  w ogóle  możliwe.  Znam  doskonale  to  uczucie. 

Złapałem się na tym, że będąc absolutnie w zgodzie z. Hornblowerem, jednocześnie czułem 

w stosunku  do  niego  zazdrość.  W owym  czasie  Hornblower  przeżywał  najszczęśliwsze 

chwile  w swym  tak  aktywnym,  najeżonym  trudnościami  życiu.  Będąc  wciąż  Człowiekiem 

Samotnym,  poznał  wreszcie,  co  to  koleżeństwo  i bliska  zażyłość  z innymi  ludźmi,  czego  — 

po części z powodu wad jego osobowości — nie było mu dane dotąd odczuć. Poznawał uroki 

kraju, oglądając nowe, nieznane a piękne widoki: świat wkradający się we mgle nad milczącą 

rzekę  lub  rząd  wierzb  na  tle  odmiennej  zieleni  wzgórz.  Do  tego  był  w podróży  —  rzecz 

konieczna do szczęścia dla tak niespokojnej jak on natury — ale podróżował spokojnie, bez 

pośpiechu, przy takiej liczbie błahych wydarzeń jak znalezienie kanału pośród piaszczystych 

łach), że jego czynny umysł nie miał czasu szukać dziury w całym. 

W trakcie pisania zdarzyło mi się raz lub dwa, że z ogromnym zdumieniem — może 

nawet  konsternacją  —stwierdziłem,  iż  naprawdę  spieszno  mi  rano  zasiąść  przy  biurku,  że 

czekam  na  ranek  z Hornblowerem,  który  raz  przynajmniej  ma  umysł  trochę  spokojniejszy. 

Przez chwilę kusiło mnie, żeby mu przedłużyć podróż, żałowałem trochę, że Loara nie jest tak 

długa  jak  Amazonka,  lecz  geografia,  tak  jak  historia,  nie  pozwalała  na  żadne  folgowanie 

                                                           

38

 Strappado (wł.) — tortura polegająca na łamaniu kołem.

 

background image

 

60 

zachciankom.  Była  zresztą  sprawa  jeszcze  ważniejsza:  konieczność  przestrzegania 

równowagi, posłuszeństwo temu, co mi dyktuje mój artystyczny osąd, mój literacki. (Znów te 

nienawistne  słowa,  wciąż  szukające,  którędy  by  wtargnąć,  jak  bakterie  chorobowe  w ciało 

ludzkie).  Fabuła  powinna  zawrzeć  w sobie  trochę  szczęścia,  lecz  intensyfikowanie  go,  poza 

pewien określony punkt, naruszałoby równowagę konstrukcji. Zarówno smak artystyczny, jak 

i rozum mówiły mi, że powinno być tyle i ani odrobiny więcej. Będąc w nastroju podobnym 

do  tego,  w jakim  znajdował  się  Gibbon

39

,  wzdychałem  rzewnie  i byłem  posłuszny  jak 

rzemieślnik. Smętną pociechą była mi myśl o pewnym chef de cuisice

40

, przystępującym do 

komponowania  wspaniałej  potrawy  i zmuszonym  do  niezbędnego  hamowania  swej 

skłonności, by dodawać przyprawy, które szczególnie lubi. Tak więc Hornblower zbliżał się 

do Nantes, ku zaszczytom, odznaczeniom i rozgłosowi, którego tak nie cierpiał. 

 

 

26 

Upłynęło sześć lat, zanim Hornblower znów pojawił się w moim życiu, zastając mnie 

innym  człowiekiem,  przynajmniej  pod  względem  fizycznym.  Wracałem  do  pisania  z moją 

zwykłą  niechęcią,  o czym  wspomniałem  już  wcześniej,  do  raz  zakończonej  pracy.  Byłem 

teraz  inwalidą  czy  też  oświadczono  mi,  że  nim  jestem,  albo  sam  uznałem,  że  nim  jestem. 

Nieco  przedwcześnie,  jakieś  dwadzieścia  lat  przed  czasem,  pojawiły  się  u mnie  pewne 

symptomy starości. Moje tętnice zwężały się  — proszę wybaczyć te anatomiczne szczegóły 

—  i przypuszczano,  że  proces  ten  będzie  postępował.  Ograniczyły  się  moje  spacery,  moja 

zdolność  chodzenia  i wchodzenia  po  schodach,  a odległości,  jakie  byłem  w stanie  przebyć, 

kurczyły  się  z tygodnia  na  tydzień,  tak  że  wkrótce  nie  mogłem  bez  przystawania  przejść 

więcej  niż  pięćdziesięciu  jardów  lub  wejść  naraz  wyżej  niż  na  jeden  odcinek  schodów  nie 

odczuwając bólu, który sprawiał, że musiałem odpocząć przed dalszym wysiłkiem. Przyszłość 

rysowała się ponuro, niedługo moim kończynom zacznie brakować krwi, po czym przyjdzie 

amputacja i kompletna bezradność. 

Rokowania nie były pocieszające. Ani ja — ani też lekarze — nie mogli przewidzieć, 

że okażę się nietypowym, unikatowym przypadkiem, o którym będą pisane (na szczęście bez 

podawania nazwiska) artykuły w prasie fachowej, że choroba zatrzyma się (w nie znany dotąd 

sposób) na samym skraju kompletnej ruiny. Doktorzy radzili mi z całą powagą, żebym sobie 

poszukał domu bez schodów, gdzie można by mnie było wozić w fotelu na kółkach. Mówili 

                                                           

39

 O Gibbonie mówi przypis na s. 93 w tomie Hornblower i kryzys

 

40

 

Chef de cuisine (fr.) = szef kuchni.

 

background image

 

61 

też, że życie w kompletnej bezczynności, bez robienia czegokolwiek, przy unikaniu wszelkich 

podniet i wysiłku (nawet umysłowego) może trochę opóźnić nadejście najgorszego. 

Próbowałem,  oczywiście,  żyć,  jak  mi  kazano,  i oczywiście  stwierdziłem,  że  to 

niemożliwe.  Nie  można  nikomu  nakazać,  żeby  siedział  pogrążony  w ponurym  nastroju 

i czekał na śmierć. Do tego była sprawa tych keczów bombardujących. Muszę się przyznać — 

choć  może  to  zabrzmi  zabawnie  —  że  osobiście  wiele  im  zawdzięczam.  Czytając  dla 

odprężenia  często  się  na  nie  natykałem  —  na  te  interesujące,  wysoce  wyspecjalizowane 

jednostki, zaprojektowane do ostrzeliwania z morza celów na lądzie, szczególnie (ze względu 

na  wysoką  trajektorię  lotu  pocisków  z zainstalowanych  na  keczach  moździerzy)  celów 

znajdujących  się  w martwym  polu,  za  wzgórzami  czy  fortyfikacjami.  Keczów 

bombardujących  używano  w operacjach  desantowych,  częstych  w okresie  wojen 

napoleońskich,  a podczas  pokoju  znajdowały  niejednokrotnie  zastosowanie  w badaniach 

Arktyki,  gdyż ich mocna budowa wytrzymywała napór lodu.  Sam  Nelson odbył  raz podróż 

arktyczną na takim keczu. 

Byłoby rzeczą interesującą wymyślić jakąś hipotetyczną kampanię, w której kecze te 

odegrałyby  ważną  rolę.  Wymagałoby  to  oczywiście  użycia  eskadry  —  kecze  bombardujące 

zawsze  wymagały  osłony  przed  atakiem  silniejszych  okrętów  wojennych.  Nierzadko 

wyzyskiwano  je  przeciwko  inwazyjnej  flocie  Bonapartego  w portach  Kanału,  lecz  bez 

większego  sukcesu,  i to  pod  dowództwem  Nelsona.  Kecze  to  broń  zaskoczenia  i okazji,  ale 

nawet  admirałowie  Bonapartego  orientowali  się  w ich  możliwościach  i mogli  przedsiębrać 

elementarne środki ostrożności 

Zaskoczenie  i okazja!  Coś  działo  się  ze  mną,  coś,  czego,  jak  sądziłem,  nigdy  już  nie 

doświadczę — coś, do czego według lekarzy nie należało w ogóle dopuścić. Odczułem znów 

emocje  towarzyszące  rodzeniu  się  pomysłu,  ożywienie  inwencji,  przyjemne  uczucie 

rozpoznawania,  coś  jak  swędzenie  kciuków  u czarownicy.  A do  tego  ogromną  ulgę 

z pojawienia  się  tych  objawów,  czegoś  normalnego  w tak  bardzo  nienormalnym  świecie. 

Błogosławione  słowa:  zaskoczenie  i okazja,  niechby  opadły  w mą  podświadomość  i robiły 

w niej trochę zamieszania. A gdyby nawet miały przyśpieszyć amputację, to w moim ówcze-

snym nastroju uważałem, że warto ją dla nich zaryzykować. 

Kecze  bombardujące.  Użyto  ich  w drugim  ataku  brytyjskim  na  Kopenhagę  w roku 

1807.  Wellington  obserwował  je  w akcji  jako  generał  dywizji.  Lecz  była  to  formalna  bitwa 

poprzedzona  należytym  ostrzeżeniem  —  żadnego  miejsca  na  zaskoczenie  i niewiele  na 

okazję.  A Wellington  miał  szwagra,  lecz  o istnieniu  siostry  w ogóle  się  nie  dowiedział, 

chociaż czekało go jeszcze pięćdziesiąt lat życia. 

background image

 

62 

Tak więc ponure ranki przestały być ponure. Ożywiało je radosne odkrywanie tego, co 

się  wydarzyło  nocą  w mojej  podświadomości,  bez  udziału  mojej  woli.  Fabuła  szybko  się 

rozrastała,  zwłaszcza  teraz,  gdy  formalnie  nie  uznawany,  Hornblower  pojawił  się  w moich 

rozmyślaniach. Miałem go nie brać pod uwagę, ale przypomniawszy sobie o nim, poczułem 

ukłucie żalu. Uświadomiłem sobie bowiem, że porzuciłem go u progu ciekawego okresu jego 

kariery,  wreszcie  ożenionego  z Barbarą,  którą  szanował  i którą  pokochał  na  tyle,  na  ile 

pozwalała  mu  jego  ograniczona  zdolność  kochania.  Hornblower  uczący  się  roli  wiejskiego 

dziedzica mógł stanowić interesujący obrazek. Z drugiej strony, w ślad za triumfem publicz-

nym i osobistym powinien był otrzymać jakieś ważne stanowisko, bo wojnom napoleońskim 

daleko  jeszcze  było  do  końca.  Niemniej  jednak  Admiralicja  mogła  mieć  trudności  ze 

znalezieniem odpowiedniej luki, w którą można by było  wetknąć człowieka tak trudnego do 

wpasowania  w otoczenie  jak  Hornblower.  Był  nie  wyżej  niż  w połowie  listy  kapitanów. 

Hornblower dowodzący okrętem liniowym, jednym z około dwudziestu wystawionych na nie 

kończącą się monotonię służby blokadowej, mógłby stanowić interesujący przedmiot studium 

psychologicznego.  Ponieważ  jednak  dla  mnie  był  on  skończony,  spekulacje  na  temat  jego 

ewentualnej  dalszej  kariery  nie  bawiły  mnie,  a raczej  drażniły.  Lepiej  wrócić  do  keczów 

bombardujących. 

Oczywiście  Bałtyk.  Tam  właśnie  miały  mieć  miejsce  przyszłe  ważne  wydarzenia 

w wojnie  światowej.  Tam  też  mogły  być  użyte  kecze  —  płytkie  wody,  handel  przybrzeżny 

o dużym  znaczeniu,  częste  zaś  niespodziewane  zmiany  w polityce  poszczególnych  krajów 

mogły  być  źródłem  zaskoczeń  i okazji.  Na  odpowiedź  czekało  pytanie,  czy  Bonaparte 

rzeczywiście wda się w wojnę z Aleksandrem  rosyjskim.  Dyplomacja brytyjska trudziła się, 

żeby utrzymywać Aleksandra w jego uporczywej niechęci do cesarstwa francuskiego, a tam, 

gdzie działała brytyjska dyplomacja, Brytyjska Marynarka Wojenna nie była daleko w tyle. 

Oczywiście!  Oczywiście!  (Prawdziwie  radosne  momenty  w konstruowaniu  utworu 

zawsze  są  poprzedzane  przez  ”oczywiście”,  zamiast  ”być  może”).  Bonaparte  usiłował 

zaprowadzić  swój  system  kontynentalny

41

 na  każdej  mili  wybrzeża  i podczas  gdy  planował 

atak  z zaskoczenia  na  Rosję  i wysunął  lewe  skrzydło  swych  sił  do  przodu  w kierunku  na  St 

Petersburg,  znalazł  się  z bardzo  długą  i zupełnie  nie  zabezpieczoną  linią  łączności  wzdłuż 

południowych  brzegów  Bałtyku.  Była  to  idealna  sceneria  dla  operacji  keczów 

bombardujących.  Wiedziałem,  że  pewna  eskadra  brytyjska  rzeczywiście  dotarła  na  Bałtyk. 

Potrzeba  było  tylko  przedsiębiorczego  i pomysłowego  oficera  marynarki  wojennej,  nie 

background image

 

63 

bojącego się odpowiedzialności i rozumiejącego problemy natury dyplomatycznej, kogoś, kto 

potrafiłby usztywnić stanowisko kapryśnego, nieobliczalnego Aleksandra, kogoś umiejącego 

znajdować  drogę  poprzez  meandry  neutralności  —  mającego  pod  swoją  komendą  kecze 

bombardujące, gotowe do natychmiastowego użycia. I, oczywiście, tym oficerem mógłby być 

Hornblower. 

Staż miał akurat na tyle długi, że uzasadniałby mianowanie go komodorem niewielkiej 

eskadry — powiedzmy, okrętu liniowego, dwóch słupów i dwóch keczów bombardujących — 

i obarczyć  ogromną  odpowiedzialnością,  który  to  fakt,  choćby  nie  wiem  jak  dla  niego 

kłopotliwy, osładzałby powietrze, jakim oddychał. Oczywista rzecz, że będzie to Hornblower. 

Fragmenty  układały  się  w całość,  jakby  obdarzone  własnymi  rozumami.  Wiosna  i otwarcie 

żeglugi  na  Bałtyku  zbiegną  się  z końcem  urlopu  Hornblowera,  dostatecznie  długiego,  żeby 

zdążył  przyjść  do  siebie  po  ostatnich  przeżyciach,  oraz  zorientować  się,  jak  to  jest  być 

dziedzicem wiejskim i mężem lady Barbary. Istniał też ciekawy i mający związek ze sprawą 

problem  neutralności  Pomorza  Szwedzkiego  —  a zachowanie  się  francuskich  oddziałów, 

które właśnie dotarły do tej prowincji, stanowiło klasyczny przykład tego, co się dzieje, kiedy 

żołnierze  nie  otrzymujący  żołdu  ani  żywności  wymykają  się  spod  kontroli  generałów  nie 

odczuwających tych braków. Szwecja, aktualnie pod rządami marszałka cesarstwa

42

I  (oczywiście!)  lewy  strumień  ataku  na  Rosję,  skierowany  ku  St  Petersburgowi,  gdy 

sam Bonaparte maszerował na Moskwę, został zatrzymany pod Rygą — nastąpił desperacki 

desant  i nieudane  oblężenie,  a w efekcie  odwrót  Francuzów  zapisany  dezercją  kontyngentu 

pruskiego,  co  stanowiło  zapowiedź  rozpadu  cesarstwa.  Gdyby  Hornblower  zamierzał  łowić 

ryby w mętnej wodzie, nie znalazłby mętniejszej niż Bałtyk w roku 1812 — będzie tam mógł 

wziąć  na  siebie  tyle  odpowiedzialności,  ile  tylko  zapragnie.  Pod  Rygą  będzie  mógł  użyć 

swych cennych keczów bambardujących; raz chociaż zostanie mu oddana sprawiedliwość, bo 

rzeczywiście  będzie  obecny  w chwili  gdy  francuskie  cesarstwo  osiągnie  szczytowy  punkt 

swych  podbojów.  Wreszcie  (a  więc  doszliśmy  już  do  ”wreszcie”),  jeśli  Hornblower  nie 

dostanie  odpowiedniego  zajęcia  na  Bałtyku,  powstanie  niebezpieczeństwo,  że  jego  pociski 

zaczną się rozrywać nad Baltimore, a tego za wszelką cenę chciałem uniknąć. 

Tak  więc  decyzja  zapadła,  a ja  nawet  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  czekała  na 

podjęcie.  Pozostało  tylko  dokończyć  pracę  nad  konstrukcją  fabuły;  wykonać  wszystkie 

przyjemne,  logiczne  zadania,  decydujące  o początku  i końcu,  ustalić  kolejność  zdarzeń 

                                                                                                                                                                                      

41

 Po pokoju tylżyckim (1807, między Napoleonem, Aleksandrem I i Fryderykiem Wilhelmem III) Napoleonowi    pozostała 

tylko Anglia jako przeciwnik. Postanowił zniszczyć ją ekonimicznie w ramach swego systemu kontynentalnego, tj. totalnej 
blokady rynków Europy przed brytyjskimi towarami.

 

background image

 

64 

w ramach  historii  i geografii  —  piętnaście  lat  upłynęło  od  czasu,  kiedy  sam  oddychałem 

rześkim  powietrzem  Bałtyku,  lecz  pamięć  wciąż  mi  na  szczęście  dopisywała  —  wreszcie 

wymyślić zdarzenia i dokonać ich selekcji, wysilić mózg i smak literacki, a wszystko razem 

tak  bardzo  się  różniło  od  żałosnej  próby  egzystencji  przypominającej  roślinną  wegetację 

w atmosferze  smętnego  zrezygnowania,  że  naprawdę  tylko  banalna  metafora  o zamianie 

piekła na niebo pasowałaby do określenia tej różnicy. 

 

 

27 

W mojej technice pisarskiej zaszła co najmniej jedna ważna zmiana. Byłem ogromnie 

zaskoczony,  gdy  zdałem  sobie  sprawę,  jak  wielka  praca  dokonuje  się  w moim  umyśle 

w trakcie  chodzenia.  Dawniej,  gdy  powstawała  konieczność  obmyślenia  jakiegoś  fragmentu 

fabuły — na przykład trzeba było znaleźć odpowiedni sposób wyrażenia uczuć Hornblowera 

czy  w bardziej  jeszcze  krańcowym  wypadku:  wymyślić  okoliczności,  w jakich  mógłby  się 

wymknąć  pułkownikowi  Caillardowi  —  podświadomie  zaczynałem  chodzić  tam 

i z powrotem, żeby wprawić w ruch mój mechanizm myślenia. Właśnie kiedy tak spacerowa-

łem,  czasem  świadomie  w tym  celu,  a czasem  po  prostu  idąc  dokądś,  gdzie  musiałem  być, 

pomysły rodziły się same, i to nie tylko mniejsze, ale całe duże fragmenty. 

Teraz  chodzenie  było  niemożliwe.  Musiałem  znaleźć  inny  sposób  mobilizacji 

myślowej.  Mój  nawyk  myślenia  chodząc  zrodził  się  we  wczesnej  młodości  i zakorzeni}  na 

dobre  w ciągu  ponad  dwudziestu  lat  twórczego  życia.  Nie  potrafiłem  wymyślić  nowego 

systemu,  tak  samo  jak  nie  byłem  zdolny  świadomie  wymyślić  nowej  fabuły.  Szczęśliwy 

przypadek sprawił, że znalazłem sposób zastępczy. Miałem zwyczaj wymyślać małe zagadki 

matematyczne, nic specjalnego, nieomal czysta arytmetyka, wprawki raczej z dziedziny logiki 

niż  algebry,  a potem  sam  zabierałem  się  do  ich  rozwiązywania.  Udowodnienie  w sposób 

niezbity,  że  w przykładzie,  jaki  miałem  przed  sobą.  A może  być  tylko  siódemką,  zaś  X  — 

dziewiątką  wymagało  trochę  pomysłowości  i sporo  cierpliwości.  A w krótkich  przerwach 

między  myśleniem  nad  zagadką  mogłem  się  zastanawiać  nad  fabułą  książki,  nad  którą 

właśnie pracowałem. Arytmetyka wiodła mnie do konstrukcji, jak gąbka przenosi wodę. 

Wymyśliłem  śmieszną,  absurdalną  zabawę  z jedzeniem  zupy.  Nikomu  jeszcze  dotąd 

o tym  nie  mówiłem,  pierwszy  raz  przyznaję  się  publicznie  do  tego.  Nadchodzi  czas  obiadu, 

stawiają  przede  mną  wazę  zupy.  Muszę  wtedy  oszacować  ilość  zupy  w wazie,  pojemność 

                                                                                                                                                                                      

42

 Marszałek Francji Jean Baptiste Bernadotte (1763—1844), uznany przez bezdzietnego Karola XIII za następcę tronu 

(1810), rządził Szwecją już od 1811 r. Król Karol XIV od 1818.

 

background image

 

65 

łyżki i obliczyć, ile trzeba łyżek, żeby zjeść całą zupę — a to wszystko oczywiście w trakcie 

miłej rozmowy przy jedzeniu. Trzeba zliczać wszystkie łyżki, jedną po drugiej, zachowując 

przy tym co najmniej zewnętrzne pozory  osoby  normalnej i zdrowej  na  umyśle. Dr Johnson 

przechadzając się potrafił liczyć uderzenia swej laski bez przerywania rozmowy, ja potrafię to 

samo  z łyżkami  zupy,  nawet  gdy  ze  wzrastającym  podnieceniem  stwierdzam,  że  poszła  już 

dwudziesta  czwarta  łyżka  i widzę,  że  zostało  najwyżej  trzy,  gdy  według  mej  początkowej 

oceny  miało  być  wszystkich  razem  dwadzieścia  osiem.  Trudno  pojąć,  czemu  miałoby  to 

pomagać  Hornblowerowi  w obmyślaniu  sposobów  doprowadzenia  keczów  w zasięg 

francuskich baterii oblężniczych — a przecież pomagało. 

 

 

28 

Tak  więc  konstrukcja  fabuły  została  zakończona,  książka  była  gotowa  do  napisania, 

i pojawiło się odwieczne pytanie, kiedy albo czy w ogóle zaczynać, lecz w dokuczliwszej niż 

zwykle  formie.  Zostałem  ostrzeżony,  pod  groźbą  straszliwych  konsekwencji,  że  w żadnym 

razie  nie  wolno  mi  się  narażać  na  zmęczenie,  nic  nie  wolno  robić,  co  mogłoby  podnieść 

ciśnienie  krwi,  a ja  wiedziałem  aż  za  dobrze,  jak  męczący  jest  proces  kompozycji 

i obrazowania.  Mówiłem  sobie,  że  człowiek  rozsądny  zadowoliłby  się  radością  budowania 

wątku  i byłby  teraz  wrócił  do  wegetacji  rośliny,  zabierając  do  grobu  sekrety 

hornblowerowskiej kampanii na Bałtyku. 

W  tym  był  właśnie  sęk.  Ledwie  zdążyłem  moją  myśl  ubrać  w słowa,  a od  razu 

wiedziałem  z całą  jasnością,  że  czegoś  takiego  bym  nie  zniósł.  Rzecz  po  prostu  musiała 

zostać napisana. Musiałem pogodzić się z przykrym faktem, że jestem jakimś ekshibicjonistą. 

Dotąd  nigdy  nie  analizowałem  logicznej  kolejności  pracy  —  od  konstrukcji,  poprzez 

kompozycję do publikacji. Nie przychodziło mi do głowy, że ta kolejność nie musi być stała 

i niezmienna i że można ją być może naruszyć samym tylko wysiłkiem woli. Myślę, że nawet 

sobie  czasem  mówiłem,  iż  dzieła  nie  można  uznać  za  skończone,  póki  nie  zostanie 

wydrukowane  i przedstawione  opinii  publicznej.  Obecnie  uświadomiłem  sobie,  że  było  to 

tylko  szukaniem  wymówki,  że  w istocie  bardzo  pragnąłem  opublikować  moje  dzieło, 

wystawić je na pokaz. Żebym nie wiem jak głęboko i autentycznie nie znosił pokazywania się 

publicznie  czy  stykania  się  z nieznajomymi,  to  jednak  pragnąłbym  zobaczyć  tę  książkę 

wydrukowaną.  Jeśli  o mnie  chodzi,  to  wstępuję  w świat  literacki,  nawet  na  krótką  chwilę, 

z takim  samym  prawie  oporem,  z jakim  rozbierałbym  się  do  naga  na  Trafalgar  Square,  ale 

background image

 

66 

w wypychaniu  Hornblowera  w świat  zdecydowanie  znajdowałem  rzeczywistą  przyjemność, 

nawet więcej — autentyczną potrzebą.  

To  stwierdzenie  wprowadziło  do  sytuacji  nowy  element:  mówiąc  bez  obwijania 

w bawełnę  —  obawę  przed  śmiercią.  Musiałem  wziąć  pod  uwagę,  że  mogę  umrzeć  przed 

skończeniem Komodora, i myśl ta bardzo mi się nie podobała, zwłaszcza z punktu widzenia 

komodora. Nie tyle byłoby mi żal, że świat nie ujrzy arcydzieła, co raczej że arcydzieło nie 

ujrzy świata. Zostawić je w stanie nie ukończonym byłoby nawet gorzej, niż wcale nie pisać 

— cała ta stara dyskusja o Edwinie Droodzie mocno mnie irytowała. Hornblower zdążył już 

przyciągnąć tyle uwagi,  że nie dokończony  Komodor wywołałby sporo spekulacji na temat, 

jakie byłoby jego zakończenie. A myśl, że ktoś mógłby się wziąć za dopisanie zakończenia, 

myśl  o głupstwach,  jakie  ten  ktoś  mógłby  powypisywać,  wpędzała  mnie  w panikę.  Istniały 

więc teraz bardzo pilne powody, żeby zacząć pisanie, i jeszcze ważniejsze, żeby doprowadzić 

pracę  do  końca.  Lecz  w trakcie  pisania  występowały  również  pewne  powody  do 

umiarkowania.  Miałem  wrażenie,  że  jestem  dokładnie  w takiej  sytuacji  jak  kierowca 

samochodu pragnący na resztce paliwa dotrzeć do stacji benzynowej. Mimo wielkiej pokusy 

zbyt  szybka  jazda  mogłaby  zwyczajnie  uniemożliwić  dotarcie  do  celu.  Istniało  pewne 

optymalne tempo, jakie należało zachowywać i na szczęście, dzięki długiemu doświadczeniu, 

wiedziałem  wszystko  na  ten  temat.  Optymalne  tempo  starałem  się  utrzymywać  przy  pisaniu 

poprzednich, ponad dwudziestu, książek, gdy jeszcze sprawa nie była krańcowo poważna. 

Z  mieszaniną  żalu  i satysfakcji  myślałem,  że  nie  zostałyby  po  mnie  żadne  notatki, 

w których  jakiś  wykonawca  literackiego  testamentu  mógłby  się  grzebać.  Nigdy  w życiu 

niczego nie zapisywałem, zawsze wydawało mi się to zbyt kłopotliwe, i teraz bynajmniej nie 

zamierzałem  postąpić  inaczej.  Co  więcej,  byłem  głęboko  przekonany,  że  żadne  zapiski  — 

podobnie jak rozmowy z wydawcą przy śniadaniu — nie byłyby w stanie oddać tych wrażeń, 

jakie pragnąłem wzbudzić, tak samo zresztą uważam do dziś. Książkę można osądzać tylko 

na podstawie jej ostatecznej wersji. 

Tak więc mój umysł zdecydował za mnie. Zasiadłem do biurka, a Sir Horatio wszedł 

do  swej  krótkiej  wanny,  przygotowując  się  do  odjazdu  i objęcia  dowództwa  nad  cennymi 

keczami  bombardującymi.  Wszystkie  hamulce  zwolniły  się  i praca  nad  komponowaniem 

książki  ruszyła  z miejsca.  Przebiegała  zwykłym  torem,  jak  przy  poprzednich  utworach. 

Podobnie  jak  w konstruowaniu  książki  niezbędna  się  stała  zmiana  w sposobie  jej  pisania. 

Odkryłem  —  z czego  nigdy  dotąd  nie  zdawałem  sobie  sprawy  —  że  miałem  zwyczaj  dość 

często  wstawać  od  biurka,  żeby  ulżyć  zesztywniałym  stawom,  a także  po  to,  żeby  się 

zastanowić  nad  jakimś  szczegółem.  Czy  lepiej  będzie  wyrazić  czyjś  nastrój  opisowo,  czy 

background image

 

67 

pozwolić  tej  osobie,  żeby  go  opowiedziała  własnymi  słowami?  Czy  podać  cały  tekst 

pisemnego rozkazu, czy tylko krótkie streszczenie? Byłem zaskoczony, jak często wstawałem 

i obchodziłem  pokój  dookoła,  żeby  rozstrzygnąć  tego  rodzaju  problemy.  Teraz  jednak 

chodzenie męczyło mnie sto razy więcej niż poprzednio  — u końca dwugodzinnej pracy to, 

co  bym  przeszedł,  byłoby  dla  mnie  odpowiednikiem  piećdziesięciu  mil  marszu  w pełni 

sprawnego człowieka. Po jednym czy dwóch dniach prób stało się dla mnie rzeczą jasną, że 

tyle  chodzić  nie  jestem  w stanie.  Na  szczęście,  ogromne  szczęście,  rozwiązanie  znalazłem 

metodą prób i błędów. Wskutek wieloletniego nawyku dalej wstaję z fotela, ale potem muszę 

zdecydować, czy problem jest na tyle ważny, że koniecznie wymaga pochodzenia po pokoju, 

i nieraz już to samo wystarcza na jego wyjaśnienie. Jeśli nie, to stoję wyprostowany z oczyma 

utkwionymi  w przestrzeń  tak  długo,  aż  stawy  siedzeniowe  rozluźnią  się,  napisany  już 

fragment  leżący  przede  mną  przyciągnie  uwagę,  wtedy  siadam  i przeglądam  poprzednie 

ustępy.  Czynność  ta  sama  w sobie  pozwala  mi  przebrnąć  przez  chwilową  trudność,  jak 

koniowi,  który  wzdraga  się  przeskoczyć  płotek,  lecz  uczyni  to  przy  drugim  podejściu,  jeśli 

pozwoli mu się dobrze przyjrzeć przeszkodzie i nada odpowiedni rozbieg w jej kierunku. 

 

 

29 

Książka  została  ukończona.  Podczas  godzin  spędzanych  przy  pracy  nad 

uzmysławianiem sobie poszczególnych scen żyłem  w świecie, w którym  stwardnienie tętnic 

nie odgrywało żadnej roli. Podczas pozostałych godzin dnia najpierw występowało normalne 

otępienie,  odbierające  ostrość  kłopotom  osobistym,  a potem  nie  dająca  się  opanować 

ciekawość, jak pójdzie praca następnego dnia. Minęły trzy miesiące, a ja wciąż żyłem — i co 

ważniejsza,  przeklęta  choroba  nie  posuwała  się.  Pojąłem  wtedy,  że  jest  rzeczą  absolutnie 

możliwą  dożyć  kresu  swoich  dni  życiem  człowieka  upośledzonego  fizycznie.  Hornblower 

przyniósł  mi  niewymowne  korzyści.  W latach  późniejszych  mogłem  docenić,  jak  ogromne, 

gdy  czytałem  tę  książkę  ponownie,  mimo  chorobliwego  niesmaku,  z jakim  się  odnoszę  do 

tego,  co  już  zrobiłem.  Oto  jest  powieść  przygodowa,  miejscami  pełna  napięcia,  analiza 

aktywności  i odpowiedzialności.  Jej  wartość  literacka  nie  jest  tu  przedmiotem  dyskusji  (nie 

powiem,  że  na  szczęście),  ale  —  rzecz  ciekawa  —  nie  jest  to  książka  smutna.  Tak  że  nie 

wierzę,  aby  ktokolwiek  mógł  podejrzewać,  że  napisał  ją  człowiek  przeżywający  bardzo 

trudny  dla  siebie  okres  —  muszę  dodać,  że  w owym  czasie  miałem  mnóstwo  ogromnych 

kłopotów  osobistych,  o których  nie  będę  tu  mówił.  Fakt,  że  nie  ma  ich  śladu  na  stronicach 

książki, jest najlepszym dowodem intensywności przeżyć powodowanych aktem pisania i, jak 

background image

 

68 

już  powiedziałem,  jest  również  potwierdzeniem  długu  zaciągniętego  przeze  mnie  wobec  tej 

książki. 

Jedna  drobna,  marginesowa  sprawa:  Komodor  był  drukowany  w odcinkach 

w ”Saturday Evening Post”, gazecie, do której często pisywałem, zawsze mając wrażenie, że 

moja  praca  niezbyt  pasuje  do  takiego  medium  przekazu  —  nie  to,  żebym  się  czuł  jak  ryba 

wyrzucona  na  piasek,  lecz  raczej  jak  ktoś,  kto  przez  przypadek  wszedł  do  obcego  domu 

wypełnionego  nieznanymi  mu  meblami. W Komodorze  była  mowa  o cudzołóstwie  —  może 

niezbyt poważnym, jeśli można w tym wypadku użyć tego przymiotnika, ale zawsze było to 

cudzołóstwo. A nigdy przedtem, od czasów Benjamina Franklina, nie pojawił się taki temat 

na  kolumnach  ”Saturday  Evening  Post”.  Spowodowało  to  istotnie  spore  poruszenie.  Wiele 

amerykańskich gazet skomentowało ten fakt, podobnie czytelnicy. Była to pierwsza szczelina 

w tamie  konwencji,  a nie  było  pod  ręką  żadnego  malca,  żeby  zatkał  ją  palcem.  Już  wkrótce 

tematy  zakazane  przez  półtora  wieku  zaczęto  swobodnie  omawiać  na  łamach  ”Post”. 

Komodor nie był tego przyczyną, lecz pewnością był pierwszym cudzołożnikiem w ”Saturday 

Evening Post”. 

Również  powód  tego  cudzołóstwa  był  dziwny  —  myślę  zresztą,  że  takie  są  zawsze 

powody cudzołóstw, lecz ten uważam za dziwniejszy od innych. Książka miała się zakończyć 

powrotem Hornblowera złożonego tyfusem, chorobą więzienną, która tamtej zimy uśmiercała 

całe armie, a tyfus jest przenoszony przez wszy. Wiem — bo w niejednym tomie wspomnień 

jest  o tym  wzmianka  —  że  dygnitarze  rosyjskiego  dworu  carskiego  byli  zazwyczaj 

nosicielami  ludzkiego  robactwa,  chciałem  więc  zaprezentować  Hornblowera  co  najmniej 

z pchłą,  toteż  musiał  mieć  sposobność  do  jej  złapania.  Podobnie  jak  wiele  osób  o żywym 

usposobieniu,  źle  znosił  alkohol,  więzy  zaś  łączące  go  z Barbarą  były  równie  kruche,  jak 

wszelkie  więzy  w jego  wypadku.  Tak  czy  inaczej  to  cudzołóstwo  było  nie  do  uniknięcia. 

Myślę jednak, że Hornblower złapał wesz, która zaraziła go tyfusem, w czasie obrony wioski 

Daugavgriva,  mogącej  się  stać  historyczną,  gdyby  jej  nazwa  nie  była  tak  trudna  do 

wymówienia. 

 

 

30 

Gdy  kończyłem  Komodora,  świat  stał  się  już  dla  mnie  lepszym  miejscem  do  życia, 

a zbiegiem okoliczności także i chmury wiszące wówczas nad światem podnosiły się, w miarę 

zwycięstw  aliantów  nad  Niemcami  i Japonią.  Odkryłem,  że  jest  rzeczą  absolutnie  możliwą 

żyć pełnym  życiem nie będąc zdolnym  nawet  do przejścia więcej  niż pięćdziesięciu  jardów 

background image

 

69 

naraz,  i korzystam  ze  sposobności,  żeby  oświadczyć  raz  na  zawsze,  że  żyję  dwadzieścia  lat 

z tym upośledzeniem i ani na chwilę nie przestaję cieszyć się z życia. Ale, co równie ważne, 

chociaż  ciężko  pracowałem,  choroba  jakoś  się  zatrzymała.  Pojawił  się  optymizm  i mogłem 

wrócić do życia. 

Pierwsze  zlecenie  otrzymane  przeze  mnie  w tych  nowych  warunkach  pochodziło  — 

rzecz jasna — od sprzymierzonych rządów, sytuacja zaś, w jakiej miałem je realizować, była 

pod  wieloma  względami  wysoce  optymistyczna.  Panowie  Churchill  i Roosevelt  żywili 

absolutne  przekonanie,  że  rząd  Hitlera  i obrona  Rzeszy  lada  moment  upadną.  Upadek 

wydawał się być pewny dla każdego, kto czytał gazety, ale przyjemnie było usłyszeć, że tak 

samo myślą najwyższe władze. Te same władze spodziewały się jednak długiej i desperackiej 

obrony  Japonii  po  upadku  Niemiec.  Nie  bardzo  to  rozumiałem,  bo  na  lekcjach  geografii 

w mojej  szkole  podkreślano,  iż  Japonia,  podobnie  jak  Anglia,  jest  mocarstwem  wyspowym, 

które  po  utracie  panowania  na  morzu  będzie  musiało  szybko  się  poddać,  ale  teraz  władze 

myślały  i mówiły  co  innego.  Oczywiście  myślały  tylko  z połowicznym  przekonaniem  — 

wiedziały  o postępie  prac  nad  bombą  atomową,  chociaż  nie  bardzo  wierzyły  w ich 

skuteczność. 

Jednakże  zarówno  w Waszyngtonie,  jak  i w Londynie  obawiano  się,  że  opinia 

publiczna  w Anglii  i Ameryce,  zbyt  pewna  upadku  Niemiec,  będzie  rozczarowana  per-

spektywą  długich  i krwawych  zmagań  na  Pacyfiku  i będzie  nalegać  na  przedwczesny, 

niekorzystny  pokój.  Moim  zadaniem  miało  być  więc  przygotowanie  opinii  publicznej  do 

dalszego  rozwoju  sytuacji.  Miałem  zabrać  się  do  dzieła,  mimo  że  alianckie  wojska 

ustawiwszy się wzdłuż Renu gotowały się do ostatecznego ciosu. W rezultacie zainstalowano 

mnie  w Waszyngtonie  i zezwolono  na  swobodne  poruszanie  się  po  biurach  Departamentu 

Marynarki  Wojennej;  ujawniono  mi  też  wszystkie  tajemnice  dotyczące  trudności 

z przypuszczeniem zmasowanego ataku na Japonię poprzez olbrzymie przestrzenie Pacyfiku. 

Ze  wszystkich  stron  słyszałem  to  magiczne  słowo  ”logistyka”

43

.  W oszołomieniu 

przeglądałem długie wykazy jednostek morskich i wyspecjalizowanego sprzętu niezbędnego 

do  tego  celu.  Przysłuchiwałem  się  poważnym  —  śmiertelnie  poważnym  —  debatom  nad 

ewentualną reakcją armii Stanów Zjednoczonych, gdy prosto z podboju Niemiec każe się jej 

podjąć jeszcze trudniejszego podboju Japonii. 

Jeździłem  tu  i tam,  żeby  wszystko  zobaczyć  na  własne  oczy.  Czy  ktoś  dziś  pamięta 

ówczesny  system  priorytetów  w podróżowaniu  drogą  powietrzną?  Wobec  przepełnienia 

                                                           

43

 Logistyka — jako termin praktyczny: sprawy zakwaterowania, transportu itp., związane z działaniami wojennymi. 

W dziedzinie teorii wojskowości logistyka bada możliwości państwa w zakresie zabezpieczenia działań wojennych.

 

background image

 

70 

samolotów  każdy  posiadacz  wyższego  priorytetu  mógł  sobie  przyjść  na  lotnisko  i po 

przylocie  samolotu  mającego  udać  się  do  miejsca,  gdzie  kazano  i jemu  lecieć,  mógł 

”wypchnąć” jakiegoś pechowego nieszczęśliwca o słabszym  priorytecie i radośnie odfrunąć, 

zostawiając biedną ofiarę, żeby — zrozpaczona — czekała, nieraz przez kilka dni, na szansę 

dostania  się  na  inny  samolot.  A w waszyngtońskich  kołach  towarzyskich  czasu  wojny  taki 

priorytet  stanowił  precyzyjny,  ważny  wykładnik  osobistego  statusu.  Podczas  niezliczonych 

przyjęć  zadawano  podchwytliwe  pytania,  starając  się  dowiedzieć,  kto  ma  jaki  priorytet. 

Miałem nr 2, jak  generałowie z czterema  gwiazdkami i admirałowie, toteż traktowano mnie 

z odpowiednim respektem. Ale dużo przyjemniejszy był dla mnie fakt, że znów znalazłem się 

na  morzu  i że  mogłem  stwierdzić  —  co  zresztą  powinno  być  rzeczą  oczywistą  —  iż  mimo 

mego  upośledzenia  mogę  żyć  na  okręcie  wojennym,  byle  nie  był  większy  od  niszczyciela. 

Odległości  na  transportowcu  znacznie  przekraczały  moje  możliwości.  Zdarzyło  się  (co 

później  okazało  się  przydatne),  że  mój  okręt  zaczepił  o ogon  tajfuna  i przeżyłem  najgorszą 

w życiu pogodę na morzu. 

W  tych  warunkach  Hornblower  nie  miał  szansy,  żeby  się  przebić,  myślę  jednak,  że 

drobne i pozorne nie powiązane ze sobą przeżycia kumulowały się w mojej podświadomości, 

nawet  gdy  męczyłem  się,  pisząc  artykuły  o wojnie  na  Pacyfiku  —  niezbyt  dobre,  taka 

logistyka  dla  zwykłego  człowieka  —  a tymczasem  Niemcy  padły,  ja  zaś  przygotowywałem 

się,  by  dołączyć  do  brytyjskich  sił  morskich  na  Pacyfiku.  A potem  wojna  się  skończyła 

i Hornblower zaczął się domagać uwagi w sposób nie do odrzucenia. 

Interesowały mnie upadki  cesarstw  — wyzdrowienie Hornblowera z tyfusu powinno 

było  przypaść  na  taki  moment,  żeby  był  do  dyspozycji  w okresie  rozpadania  się  cesarstwa 

francuskiego. Istniały względy polityczne, konferencje pokojowe, kwestia nowego rządu dla 

Francji  —  tak  jak  i dla  Japonii.  Potęga  Mussoliniego  załamała  się  pod  naporem  aliantów, 

a Hornblower podczas ostatnich dni cesarstwa był świadkiem interesującego wyzwolenia się 

miasta  Bordeaux  spod  władzy  cesarskiej.  Często  się  zastanawiałem  —  jakoś  nie 

dowiedziałem  się  tego  z moich  lektur  —  co  się  stało  z merem  Bordeaux,  Lynchem,  gdy 

Bonaparte  wrócił  do  władzy  w okresie  Stu  Dni.  Wielu  musiało  wówczas  stwierdzić,  że 

wsiadło na niewłaściwego konia. 

Te  względy  wywierały  coraz  większy  nacisk  na  bieg  moich  myśli,  bo  gdy  trwały 

procesy  norymberskie,  miałem  świeżo  w pamięci  procesy  niefortunnych  zdrajców,  lorda 

background image

 

71 

Haw-Haw

44

 i innych.  Nie  pamiętałem,  żebym  gdzieś  czytał,  by  po  upadku  cesarstwa 

francuskiego  Anglia  zarządziła  intensywne  poszukiwania  licznych  dezerterów,  nawet 

zdrajców,  którzy,  trzęsąc  się  ze  strachu,  musieli  się  ukrywać  we  Francji,  czekając  na 

aresztowanie.  Cóż  więc  się  stało  naprawdę  z tym  rodzajem  ludzi  w owym  czasie? 

O pokolenie  wcześniej  buntowników  z ”Hermione”  wyłapano  i powieszono  bez  litości. 

A także,  oczywiście,  co  się  stało  z hrabią  de  Graçay  i jego  synową  Marie,  gdy  w czasie  Stu 

Dni  znaleźli  się  w rękach  Bonapartego,  wiedzącego  o pomocy  udzielonej  przez  nich 

Hornblowerowi?  A Hornblower?  Przy  najlżejszej  zachęcie  wróciłby  do  romansu  z Marie. 

W takim  zaś  wypadku  z pewnością  mógłby  się  znaleźć  w trudnej  sytuacji  w ciągu  Stu  Dni, 

z tym  że  przedtem  powinien  był  odegrać  ważną  rolę  w przyczynieniu  się  do  upadku 

cesarstwa. No a ci zbuntowani? 

Miałem przed sobą ciekawe zadanie, wymagające wysiłku umysłowego, co zrobić ze 

zbuntowaną załogą, która opanowała swój okręt i groziła, że odda go w ręce wroga, jeśli nie 

otrzyma  obietnicy  darowania  kary  (taki  krok  zdarzył  się  raz  czy  dwa  w historii).  Bić  się 

z nimi?  Niemożliwe,  jeśli  zbuntowani  starannie  wybiorą  sobie  rejon  pływania.  Bawiło  mnie 

— może to zresztą nie najlepsze określenie, lepsze byłoby: działało na mnie pobudzająco — 

obmyślanie planu, który mógłby zostać uwieńczony sukcesem.  No i ten  sztorm. Pragnąłem, 

żeby  Hornblower  znów  się  znalazł  na  morzu  w walce  z niepomyślnymi  warunkami 

atmosferycznymi.  Trwały  przygotowania  do  pokoju  i przekształcanie  Europy  na  kongresie 

wiedeńskim. Wellington brał w nim udział jako ambasador nadzwyczajny. Jeśli nie szwagier, 

to jego jedyna siostra zostałaby w to wciągnięta, zwłaszcza że było powszechnie wiadomo, iż 

Wellington  nie  jest  w najlepsi  szych  stosunkach  z księżną  małżonką.  A Marie  de  Graçay, 

w której  sam  się  prawie  zakochałem?  Słodka,  choć  mocno  stąpająca  po  ziemi,  obdarzona 

intuicją,  ale  i sprytem,  rozsądna  i równocześnie  wielkoduszna.  Co  przyszłość  kryła  dla  niej 

w zanadrzu, jeśli w ogóle była jakaś przyszłość? 

Ta  dziwna  plątanina  pomysłów  i odczuć  opierała  się  na  solidnym  rusztowaniu 

prawdziwych wydarzeń historycznych, stwarzających ramy do budowy z tych tak mieszanych 

materiałów.  Tym  razem  mogłem  stosować  obie  naraz  metody  konstrukcji  fabuły  opisane 

w rozdziale 2: były czyny, których należało dokonać, ale miałem też pod ręką ludzi zdolnych 

do  ich  dokonania.  Obie  metody  szczęśliwie  wspierały  się  nawzajem,  zamiast  się  sobie 

przeciwstawiać. Elementy układanki powchodziły na swoje miejsca, i nadszedł moment, gdy 

znów  znalazłem  się  w świecie  wichur  na  Kanale,  drobnych,  lecz  dokuczliwych 

                                                           

44

 Lord Haw-Haw — William Jayce (1906—1946), urodzony w Ameryce, faszystowski działacz w Irlandii i Anglii przed II 

wojną światową. Od sierpnia 1939 r. prowadził z Niemiec radiową propagandę w języku angielskim. Aresztowany w maju 

background image

 

72 

nieporozumień  między  Hornblowerem  i Barbarą,  świecie  tragedii,  ponuro  kontrastującym 

z tymi  nieporozumieniami,  z chwilami  cudzołożnej  miłości,  równoważonej  idyllicznym 

obrazkiem  wesela  na  wsi.  W świecie,  w którym  Hornblower  wspinając  się  na  najwyższe 

szczeble  zawodowej  kariery  przeżywał  jednocześnie  głęboki  dramat  osobisty.  Wojna  ma 

wiele  odrażających  aspektów.  Na  wojnie  ludzie  giną,  a ci,  co  ją  przeżyli,  stają  się  innymi 

ludźmi — krótkie zdanie, lecz ciężkie od kryjącej się za nim tragedii. 

Teraz  jednak  Lord  Hornblower  był  ukończony  i mogłem  wrócić  do  mego  własnego 

świata.  W tym  momencie  powinienem  zdobyć  się  na  jeszcze  jedno  osobiste  wyznanie. 

Gdybym  kiedykolwiek  był  zapytany  (czy  nawet  gdybym  nie  był  zapytany),  które  dziesięć 

minut  pracy  w moim  życiu  uważam  za  najpiękniejsze,  która  stronica  z tysięcy  napisanych 

przeze mnie budzi we mnie najmniej zastrzeżeń, wybrałbym ostatnią, końcową stronę Lorda 

Hornblowera 

— 

gmatwanina 

działań 

i uczuć, 

wyrażona 

najprecyzyjniej, 

w najoszczędniejszych i najstosowniejszych słowach, na jakie, w mym przekonaniu, w ogóle 

mnie stać. 

 

31 

I  znów,  z prawdziwą  niechęcią,  przyzwalam,  by  mój  stan  fizyczny,  ten  enfant 

terrible

45

 wtrącający  się  do  uprzejmej  rozmowy  mądrzejszych  od  niego,  zakłócił  relację 

o pisaniu na temat Hornblowera. Upłynęło trochę lat; inne powieści domagały się, żebym je 

pisał, i, rzecz jasna, między jedną a drugą jakoś się żyło. A potem nagle życie prawie uszło ze 

mnie.  O drugiej  w nocy  nastąpił  atak  serca,  rozległy  zator  w układzie  krążenia,  niezwykle 

bolesny.  Szczęśliwie  moje  wołania  o pomoc  zostały  usłyszane,  a dr  Fox  zgodnie 

z najlepszymi  tradycjami  swego  zawodu  natychmiast  wyskoczył  z łóżka  i przez  zamglone 

ulice  pośpieszył  na  ratunek.  Już  po  pierwszych  sekundach  wiedziałem,  co  mi  jest.  Trzy 

miesiące  wcześniej  jeden  z moich  najbliższych  przyjaciół  zmarł  w godzinę  po  wystąpieniu 

takiego  zawału.  Przyszedł  czas  na  dokonanie  przeglądu  sytuacji.  Byłem  rad,  że  wcześniej 

napisałem  testament  i do  pewnego  stopnia  uporządkowałem  moje  sprawy.  Odczuwałem 

naturalnie  przeogromny,  głęboki  żal  —  żal  z powodu  konieczności  żegnania  się 

z przyjemnym  życiem,  zintensyfikowany  myślą  o tym,  czego  nie  zrobiłem,  o wszystkich  na 

pół zarysowanych pomysłach, których nie będę miał możności opracować do końca. 

Dr  Fox  stał  przy  mnie,  nie  musiałem  mu  prawie  mówić,  co  mi  jest.  Czułem 

przenikliwy ból i wierciłem się na łóżku, starając się znaleźć najmniej dolegliwą pozycję  — 

                                                                                                                                                                                      

1945 r., został skazany i powieszony w Londynie.

 

background image

 

73 

i wtedy to  z przeraźliwą  jasnością pojąłem  nagle, że wiję się z bólu.  Widziałem  to  przedtem 

u ludzi  i zwierząt,  lecz  nie  sądziłem,  że  i mnie  to  spotka.  Uświadomiwszy  to  sobie 

próbowałem  leżeć  spokojnie,  lecz  bez  większego  skutku.  Igła  weszła  w ciało,  tłoczek 

strzykawki dociśnięto do końca. ”Czy nie ma pan w ogóle zamiaru reagować?” — zapytał dr 

Fox  odwracając  się  od  telefonu,  przez  który  wzywał  pogotowie.  I wtedy  nastąpiła  reakcja, 

błogosławiona ulga po morfinie, stępienie bólu i ustanie lęku. Wokół mego łóżka skłębiły się 

obłoki  prawdziwej  (choć  trudnej  do  wyrażenia)  szczęśliwości.  A z tych  obłoków  dobiegły 

mnie dwa słowa. Jestem całkiem pewien, że to nie dr Fox je wypowiedział — nie były dość 

profesjonalne  jak  na  niego  —  ani  też  nikt  inny  z obecnych  przy  łóżku.  Lecz  te  dwa  słowa 

uformowały się w moim mózgu tak wyraźnie, jakbym naprawdę je usłyszał: ”Równa Szansa”. 

To było to: równa szansa. W stanie cudownego, wywołanego morfiną braku logiki myślenia, 

słowa te mogły nawet wywołać uśmiech. 

Weszli sanitariusze z noszami i wyniesiono mnie w noc, w obłokach różowych chmur 

skłębionych  wokół  mnie,  i przez  całą  drogę  do  szpitala  szły  za  mną  w jakiś  sposób  te  dwa 

słowa.  Nastąpiły  tygodnie  przymusowej  bezczynności  (myślę,  że  dziś  traktuje  się 

zawałowców  bardziej  bezceremonialnie),  z długim  okresem  oddychania  pod  namiotem 

tlenowym i chaotycznymi próbami logicznego myślenia i załatwiania spraw doczesnych, gdy 

środki uspokajające hamowały pracę mojego aparatu do myślenia. 

Jasność  myśli  wróciła  w końcu,  oczywiście  w towarzystwie  nudy,  i przez  ostatni 

tydzień pobytu w szpitalu miałem chyba pełną możność rozmyślania i nic innego do roboty. 

Drażnienie się z miłymi pielęgniarkami było tak łatwe, że szybko przestało mnie bawić — za 

bardzo przypominało strzelanie do siedzących na gałęzi ptaków. Obliczywszy któregoś dnia, 

że  mógłbym  ten  pokój  szpitalny  zamienić  na  luksusowy  apartament  na  ”Queen  Mary”  (lub 

skrzydło  orientalnego  pałacu,  z tancerkami  włącznie)  i jeszcze  zostałoby  mi  gotówki, 

poczułem chęć skierowania myśli na inne sprawy. Dłuższe trzymanie książki  wciąż jeszcze 

męczyło mnie fizycznie, ale to chyba było normalne. 

 

32 

Zostało  to  dziwne  wspomnienie  o równej  szansie.  Może  była  to  moja  własna  ocena 

mej szansy na przeżycie. A może było to przedzieranie się z głębi podświadomości jakiegoś 

zarodka  fabuły,  zbyt  nikłego,  aby  można  go  było  rozpoznać  —  nagłe  wypłynięcie,  pod 

działaniem  morfiny,  nasiąkłej  wodą  kłody  z przyczepionym  do  niej  niedojrzałym 

                                                                                                                                                                                      

45

 Enfant terrible (fr.) dosłownie: nieznośne dziecko; człowiek trzymający innych w obawie z powodu swego niewłaściwego 

odzywania się.

 

background image

 

74 

skorupiakiem.  Lecz  była  fraza  i niby  nasionko  kiełki  zaczynała  wypuszczać  w różne  strony 

swe pędy. 

Taka  fraza  mogłaby  się  chyba  odnosić  do  pojedynku.  Nie,  nie  mogła.  Wszystkie 

zasady pojedynku, cała jego etykieta, były nastawione na eliminację szansy, na zapewnienie, 

że  zręczniejszy  nie  ucierpi  w wyniku  przypadkowych  okoliczności.  Mierzenie  szpad, 

wybieranie  równego  terenu,  wszystko  to,  stwarzając  pozory  starań,  aby  sprawa  odbyła  się 

fair, oznaczało faktycznie, że lepszy strzelec czy szermierz ma większe szansę w honorowej 

sprawie  nie  mającej  przecież  nic  wspólnego  z umiejętnością  strzelania  czy  zręcznością 

w szermierce.  Niedoświadczony  pojedynkowicz,  uważający  się  za  poszkodowanego  na 

honorze,  mógłby  mieć  pretensję,  że  w ten  sposób  kości  są  rzucone  na  jego  niekorzyść. 

Mógłby chcieć dać sobie szansę — równą szansę. 

Tak więc w moich myślach formułował się obraz kogoś tak bardzo rozgniewanego lub 

tak  głęboko  nieszczęśliwego,  że  byłby  skłonny  zaryzykować  życiem  w zamian  za  równą 

szansę na położenie kresu swym cierpieniom. Najprawdopodobniej byłby to człowiek młody 

— od zarania cywilizacji (i sformalizowanego mordowania) obserwuje się, że właśnie młodzi, 

mający  więcej  do  stracenia,  bardziej  pochopnie  ryzykują  taką  utratę.  Człowiek  młody, 

głęboko nieszczęśliwy, mogący swe cierpienia przypisać jednemu, określonemu człowiekowi, 

przypuszczalnie  również  młodemu.  Tak  przeżywać  mógłby  uczeń,  lecz  pojedynkowanie  się 

nie było zwykłą rzeczą wśród uczniów. 

Ale na przykład midszypmen w dawnej marynarce wojennej — straszne rzeczy działy 

się w mesach midszypmeńskich w dawnych czasach i pojedynki zdarzały się tam tak często, 

że  nie  były  niczym  nadzwyczajnym.  Ktoś  mogący  łatwo  zrobić  matematyczne  obliczenie, 

ważąc  na  szali  równą  szansę  przeżycia  i pewność,  że  nie  ma  innego  sposobu  na  położenie 

kresu  jego  niedoli.  Matematyczne  obliczenie!  Kogóż  to  ja  znałem,  kogo  —  ulegając  nie 

spełnionym marzeniom — obdarzyłem talentem matematycznym Odpowiedzi nie trzeba było 

nawet ubierać w słowa. Wszystko, co wiedziałem o późniejszym Hornblowerze, zdawało się 

pasować do obrazu Hornblowera z jego wczesnej młodości, który zaczął się formować w mej 

wyobraźni. A ten starszy miał charakter tak pełen kontrastów, że mogłoby być dobrą zabawą 

wymyślanie, w jaki sposób stał się właśnie taki. 

Rzecz jasna wszystko to nadało sprawie całkiem nowy obrót. Przez lata nie myślałem 

o Hornblowerze.  Doprowadziłem  go  do  szczytu  kariery  i zostawiłem  w nie  najlepszym 

samopoczuciu  —  z wszelkim  zamiarem  niewracania  więcej  do  niego.  W głowie  miałem 

dziesiątki  innych  pomysłów,  dziesiątki  jajeczek  z wylęgającymi  się  w nich  kurczakami, 

i wahałem  się,  czy  jak  kukułka  swe  jajo  mam  tam  podrzucić  taki  zwariowany  pomysł.  Wy-

background image

 

75 

szedłem  ze  szpitala,  i wszystkie  pomysły  poszły  w zapomnienie  wobec  podniecenia 

towarzyszącego uczeniu się życia od nowa. 

 

 

33 

Mój  dziwny  zawód  dał  mi  wiele  szczęścia,  chociaż  trochę  głupio  mi  się  do  tego 

przyznawać. Przeżyłem bardzo szczęśliwy okres w przejrzystym, rozkosznym powietrzu High 

Sierra,  które  —  mówiąc  banalnie  —  jest  jak  szampan.  Może  właśnie  dlatego  pomysły  też 

zaczęły musować. Zaczynałem lubić tego niezdarnego myślącego młodzieńca, którego obraz 

zarysowywał mi się w głowie. Miał on skłonność brania rzeczy zbyt na serio, lecz uczył się 

również śmiać, był bardzo zdolny, a dzięki nałogowi samoanalizy zwracał uwagę na własne 

słabości, a więc będzie się starał je eliminować albo przynajmniej skutecznie ograniczać. To 

zaś  umożliwi  mu  wyciąganie  korzyści  z intensywnego  szkolenia,  jakiemu  w owych  czasach 

poddawano młodych oficerów. 

Były to z pewnością pracowite dni, z pomysłami wyskakującymi jeden za drugim. Ten 

pojedynek  z równą  szansą  mógłby  łatwo  doprowadzić  do  przeniesienia  akcji  na  bardziej 

ożywiony  teren.  W roku  1794  niszczono  handel  w Zatoce  Biskajskiej,  i doprowadzanie 

pryzów do portów w kraju powierzano często absurdalnie młodym oficerom — i tak powstał 

pomysł z ładunkiem ryżu pęczniejącego wskutek przecieku. Skłonność takiego młodzieńca do 

samozadowolenia  w połączeniu  z pedantyzmem  mogła  doprowadzić  do  tego,  że  zostanie 

ukarany niepowodzeniem. W początkach roku 1795 miała miejsce nieszczęsna ekspedycja do 

Quiberon; w 1796 nastąpiło — jak to często bywa w historii — przejście rządu hiszpańskiego 

na  stronę  dotychczasowego  przeciwnika,  co  oczywiście  doprowadziło  (w  momencie  gdy 

ostrożnie  wiosłowałem,  płynąc  łódką  po  Jeziorze  Opadłego  Liścia)  do  potyczki 

z hiszpańskimi galerami, które przetrwały do tego czasu mimo postępu w żegludze morskiej. 

Mnóstwo  rzeczy  mogło  się  wydarzyć,  a przecież  liczba  tych  wydarzeń  nie  była 

nieograniczona.  Jak  Kasandra  wiedziałem,  jaki  los  czeka  Hornblowera.  Ten  los  został 

zawyrokowany dwanaście lat wcześniej. Musiał zostać wzięty do niewoli przez Hiszpanów, 

gdyż  trzeba  było,  aby  się  nauczył  hiszpańskiego,  żeby  w roku  1808  mógł  rozmawiać  z el 

Supremem. Lecz ów pobyt w niewoli nie mógł uniemożliwić mu awansu, a zatem musiał się 

zakończyć  na  długo  przed  czasem,  gdy  pokój  w Amiens,  w roku  1801,  położyłby  mu  kres 

automatycznie.  Wzięcie  Hornblowera  do  niewoli  było  łatwo  zaaranżować  —  mógł  wieźć 

pocztę na małej jednostce i bez swej winy wpaść w ręce hiszpańskiej floty przed bitwą pod 

Przylądkiem  Świętego  Wincentego  w roku  1797.  Ten  pechowy  przypadek  można  też  było 

background image

 

76 

spożytkować na doprowadzenie do koniecznego

46

 awansu młodego człowieka na porucznika. 

Ale  wobec  tego  musiał  w jakiś  sposób  wyjść  na  wolność.  Uciec?  Niestety,  już  raz  uciekł 

z więzienia — prawda, że było do dwanaście lat później, w roku 1810, lecz trudno było kazać 

mu robić to samo jeszcze raz, w roku 1798. Trzeba było wymyślić jakiś szczególny powód, 

który dałby mu podstawy do odzyskania wolności. Z tym miałem wyjątkowo mało kłopotu, 

właściwie  ”kłopot”  to  za  mocne  słowo  —  wystarczyło  uświadomić  sobie  konieczność, 

a rozwiązanie  nasunęło  się  samo.  Opłaciło  się  prawie  spędzić  kilka  tygodni  w łóżku 

szpitalnym, jeśli później umysł pracował tak sprawnie. 

Naturalnie nie pozostało nic innego, jak usiąść i napisać to  wszystko.  Wyglądało,  że 

pójdzie  mi  całkiem  łatwo,  bo  fabuła  układała  mi  się  w oddzielne,  zamknięte  epizody. 

Człowiek  rozsądny  napisałby  jeden  i zrobił  przerwę  na  odpoczynek  przed  zaczęciem 

następnego. I nawet bardzo dobrze się składało z tą pokawałkowaną fabułą w mojej sytuacji, 

człowieka  po  niedawno  przebytym  zawale.  Ale  oczywiście  było  to  dla  mnie  absolutną 

niemożliwością, bo gdy tylko kończył się nacisk fabuły, którą właśnie ubierałem w słowa, już 

z podświadomości wyskakiwała następna, i nie mogłem nie zacząć znowu pisać. Wciąż migał 

mi  przed  oczyma  błędny  ognik  —  wprawdzie  opowiadanie,  które  właśnie  skończyłem,  nie 

jest  takie  dobre,  jak  się  spodziewałem,  lecz  następne  z pewnością  będzie  lepsze.  Tak  to 

opowieść za opowieścią spływały mi spod pióra, a każdą zaczynałem z nadzieją i nie byłoby 

prawdą  stwierdzenie,  że  każdą  kończyłem  z rozpaczą  —  ta,  która  czekała  na  napisanie, 

wymagała takiej koncentracji uwagi, że nie było mowy o zaprzątaniu sobie głowy poprzednią. 

Częściowo z tego powodu, ale głównie wskutek innych okoliczności sam akt pisania 

nie był taki mozolny jak zwykle. Przeżywałem prawdziwą przyjemność obserwując, jak mój 

młodzieniec  dorasta,  nabiera  rozumu  i rozwagi.  W czasie  pełnych  napięcia  okresów  pracy 

wyobraźni  posuwałem  się  krok  w krok  z młodym  człowiekiem,  dla  którego  wszystko  było 

nowe  i który  cieszył  się  całą  prężnością  młodości  —  rzecz  zabawna,  ale  prawdziwa,  że  coś 

z tego  potrafił  przekazać  i mnie.  Była  wreszcie  satysfakcja  z dokonanego  dzieła  —  części 

układanki trafiały na swoje miejsce. Gdybym zatrzymał się choć raz, żeby najpierw pomyśleć, 

mogłoby mnie ogarnąć przerażenie, że mam kreować młodzieńca, który wyrósł na kogoś już 

dobrze  znanego,  u swego  szczytu,  jednakże  gorączka  chwili  działania  nie  pozwoliła  tej 

refleksji  nigdy  dojść  do  głosu  —  może  zresztą  myśl  o trudności  sprawy  dodawała  tylko 

smaku przygotowywanej potrawie — dopiero gdy później mogłem spojrzeć na gotowe dzieło, 

musiałem przyznać z oporem, że w każdym razie zasługiwało, abym podjął próbę. 

 

                                                           

46

 Ze względu na treść wcześniej napisanych książek o Hornblowerze.

 

background image

 

77 

 

34 

Po skończeniu Midszypmena czekały mnie inne prace. Z powodu ostatnich wydarzeń 

musiałem  żyć  jeszcze  intensywniej  chyba  niż  dotąd.  Hornblower  był  teraz  kimś  w rodzaju 

ogólnie  znanej  osobistości.  Dzięki  niemu  zyskałem  mnóstwo  przyjaciół.  Przybywam  na 

przykład  na  jakąś  granicę  z mym  bagażem,  podchodzę  do  celnika  i on,  widząc  moje 

nazwisko, mówi: ”Czyżby…?”, na co ja: ”Tak”, i od razu stawia mi na walizkach znak kredą 

albo  przykleja  nalepkę  czy  odprawia  bez  niczego.  Hornblower  stał  się  dla  mnie  jakby 

wiecznym  towarzyszem  podróży, mimo  że bywał  daleko od rozpierających mi głowę myśli 

o nowej pracy. Ciągle przychodziły listy, a w zaskakująco wielu żądano dalszych wiadomości 

o Hornblowerze.  Listy  od  czytelników  często  nazywam  listami  ”ale”.  ”Podobała  mi  się 

Pańska książka, ale…” Mimo to były w większości przyjazne. Nie sądzę, aby wywierały na 

mnie jakiś bezpośredni wpływ. Z wyjątkiem okresu pracy w służbie wojennej nie napisałem 

nigdy  słowa,  jakiego  bym  nie  chciał  napisać,  jedyną  zaś  osobą,  której  próbowałem  sprawić 

przyjemność moją pracą — byłem ja sam. A jednak gdy każda poczta przynosiła takie listy, 

gdy prawie niemożliwością była rozmowa ze znajomymi (przyjaciele znali mnie lepiej) bez 

pojawienia  się  nazwiska  Hornblowera  w pierwszych  zdaniach,  nie  potrafiłem  wyrzucić  go 

całkowicie  z moich  myśli.  To  faktycznie  wyjaśnia,  czemu  wszystko  zaczęło  się  od  nowa, 

chociaż były też i inne czynniki. 

Zawsze  mnie  kusiło,  żeby  spróbować  wyjaśnić  sprawę  małżeństwa  Hornblowera 

z Marią.  We  wcześniejszym  okresie,  Szczęśliwego  powrotu,  mogłem  łatwo  —  i jak  sądzę, 

dość konsekwentnie — przechodzić nad tym do porządku, jako nad czymś, co się przydarza 

ludziom,  lecz  prawdziwy,  słowo  po  słowie,  opis  procesu  kusił  mnie  swoją  trudnością. 

Problemy techniczne pisarstwa mają swój urok, są zdecydowanie pociągające. A ja — muszę 

to wyznać — chciałem wiedzieć, chciałem ustalić szczegóły dla samego siebie, wymyślić, jak 

do tego doszło. 

W  mojej  pamięci  wracały  obrazy  innego  młodzieńca,  nieprawdopodobnie  chudego, 

o zapadłych policzkach, poważnego usposobienia, który podczas ciężkiej zimy spędzał dni na 

pisaniu  Payment  Deferred

47

, wieczory zaś na zawodowej grze w brydża; który jadał dobrze, 

gdy  mu  szła  karta,  a bardzo  marnie,  kiedy  nie  szła.  Pamiętam  doskonale  tego  młodego 

człowieka; miałem wrażenie, ze był zmarłym przed laty przyjacielem mej młodości, że nie ma 

go  już  na  świecie3,  a ja  obecny,  zamieszkuję  zmienione  ciało,  które  zostawił  po  sobie. 

Ciekawa rzecz, jak te wspamnienia mnie prześladowały. 

background image

 

78 

Inny problem. Hornblower wynurzył się z midszypmeńskiej poczwarki, żeby stać się 

porucznikiem.  Ale  jak  do  tego  doszło,  że  nastepny  awans,  na  młodszego  dowódcę  okrętu, 

otrzymał  ponad  głowami  setek  kolegów  starszych  od  niego  stażem?  Jak  to  się  stało  bez 

aureoli sławy wokół jego głowy? Jak  m o g ł o  to się zdarzyć, w jaki sposób, że ten awans 

uczynił z Hornblowera osobnika, prawdę mówiąc, cynicznego i zgorzkniałego, jakim znamy 

go  z późniejszego  okresu  jego  życia?  Czas  szybko  mija  —  w roku  1808  był  on  kapitanem 

o kilkuletnim  stażu  —  dużo  by  trzeba  było  wtłoczyć  w lata  między  jednym  awansem 

a drugim,  a te  wydarzenia  musiałyby  mieć  szczególny,  specyficzny  charakter.  Należało  też 

wziąć  pod  uwagę  pokój  w Amiens  —  blisko  dwa  lata  spokoju,  bez  żadnej  szansy  na 

wyróżnienie  się.  Przypuszczalnie  dwa  lata  na  połowie  pensji  —  a wiedzieliśmy  już,  że 

Hornblower był doskonałym graczem w wista. 

Ponadto zaszło coś — równie trudnego do wyjaśnienia, jak wszystko, co zdarzyło się 

przedtem.  W jaki  sposób  Podręcznik  artylerzysty  z roku  1860,  przeznaczony  dla  brytyjskiej 

milicji

48

,  znalazł  się  w antykwariacie  w San  Francisco?  Był  tam  z pewnością,  bo  sam  go 

kupiłem.  W roku  1860  milicja  brytyjska  przygotowywała  się  na  możliwość  inwazji  armii 

Napoleona III, ale jej artylerzyści dalej obsługiwali działa dokładnie tak samo jak za czasów, 

gdy  ich  używano  przeciwko  Napoleonowi  I.  Przedmiotem  szczególnej  troski  ze  strony 

milicyjnej  artylerii  była  obrona  wybrzeży,  i to  obrona  przed  drewnianymi  okrętami  —  era 

jednostek  pancernych  zaczynała  dopiero  świtać.  Milicyjni  artylerzyści  zaproponowali 

stosowanie rozżarzonych kul, takich samych, jakich użyto w obronie Gibraltaru przed blisko 

stu  laty.  Dobra  połowa  podręcznika  była  poświęcona  ćwiczeniom  w używaniu  takich 

pocisków  —  ćwiczenia  trzeba  było  prowadzić  bardzo  skrupulatnie,  a w ich  trakcie  żelazne 

kule  rozgrzane  do  czerwoności  były  przenoszone  między  baryłkami  z prochem.  Przez  kilka 

wieczorów  czytałem  w łóżku  ten  Podręcznik  artylerzysty.  Nigdy  dotąd  nie  zajmowałem  się 

szczegółami obchodzenia się z rozżarzonymi pociskami. Niezły kąsek trafił w zasięg macek 

meduzy. 

Była jeszcze jedna sprawa. Jeśli miałbym w ogóle pisać znowu o Hornblowerze — na 

co  się  nie  zanosiło  —  i zająć  się  okresem  jego  życia,  który  zakończył  się  małżeństwem,  to 

byłoby  rzeczą  pożądaną  —  konieczną  —  podejście  do  zadania  z innego  punktu  widzenia. 

Mówiło mi o tym moje wyczucie artystyczne czy może rozum, co jednak — jak przeważnie 

w sprawach gustu — łatwiej jest wyczuć, niż opisać. Ktoś musiałby spojrzeć na przyszłą żonę 

Hornblowera  bardziej  obiektywnie  niż  on  sam.  Jeśli  już  o tym  mowa,  to  był  czas,  żeby 

                                                                                                                                                                                      

47

 Payment Deferred — Płatność odroczona, pierwsza powieść Forestera.

 

background image

 

79 

i Hornblowera poddać obiektywnej ocenie. Był to właściwy moment i jedyny, był on bowiem 

jeszcze  młodszym  oficerem  pod  rozkazami  innych.  I,  oczywiście,  uznawszy  to  za  rzecz 

konieczną,  jeszcze  bardziej  zapragnąłem  napisać  tę  książkę,  zwłaszcza  że  trudne  problemy 

techniczne, jakie wyłoniły się w trakcie pisania, stwarzały dodatkową atrakcyjność. Właściwy 

moment. Przyjemnie było wprowadzić ten zwrot do mych myśli. 

Jakoś tak się stało, że w tym samym okresie w moich myślach pojawił się ponownie 

inny fragment fabuły. Chodziło o sprawę obłąkanego kapitana. Młodsi oficerowie na okręcie, 

zwłaszcza  wojennym,  znajdują  się  w niezwykle  trudnej  sytuacji,  gdy  mają  powody,  aby 

uznać, że ich dowódca jest obłąkany. Zwróciłem na to szczególną uwagę przed dwoma laty, 

kiedy  rozmyślałem  nad  buntownikami  w Lordzie  Hornblowerze.  Zgodnie  z Regulaminem 

Wojennym każda rozmowa dwóch członków załogi, na której daliby wyraz niezadowoleniu 

z jakigokolwiek  aspektu  służby,  była  buntem  i zbrodnią,  a za  to  groziła  straszliwa  kara. 

Lektura  tego  artykułu  Regulaminu  Wojennego  zapoczątkowała  tok  myśli,  które  wciąż  nie 

dawały mi spokoju i domagały się mej uwagi. 

Były więc: rozżarzone pociski i małżeństwo; awans i zawodowa gra w karty; obłąkany 

kapitan  i odmienny  punkt  widzenia;  było  z tuzin  rozmaitych  elementów  (i  z pewnością 

jeszcze kilka takich, które uznałem za nieistotne i puściłem w niepamięć) rozpychających się 

wzajemnie  łokciami  i usiłujących  przepchnąć  się  na  plan.  Jak  zawsze  na  szczęście  nie 

pozostawało  mi  nic  innego,  jak  czekać  cierpliwie.  Szczegóły  same  się  sortowały 

i porządkowały,  a ja  co  dzień  niezasłużenie  mogłem  sobie  gratulować,  gdy  każdy  ranek 

ujawniał  dalszy  postęp  w kierunku  końca  tego  procesu.  Dopiero  pod  koniec  musiałem 

zainterweniować  osobiście  i dokonać  arbitralnego  wyboru  między  dwoma  rywalizującymi 

pretendentami  i trochę  uczciwie  popracować,  szukając  w mych  materiałach  źródłowych 

potwierdzenia  moich  teorii.  Wreszcie  stało  się.  Nie  tylko  miałem  bieg  wydarzeń  wyraźnie 

zarysowany w mym umyśle, lecz był on jasny już chyba od dwóch tygodni. W tym momencie 

dokonałem  szeregu  odkryć  na  swój  temat.  Jednym  z nich  było  to,  że  chociaż  jak  zawsze 

z prawdziwym oporem przystępowałem do żmudnej pracy, to niechęć tę niemal równoważyło 

pragnienie  wdrożenia  mych  teorii  w praktykę,  przekształcenia  wyobrażeń  w słowa  na 

papierze.  Co  gorsza,  postawiwszy  samego  siebie  przed  surowym  sędzią,  którym  byłem  ja 

sam, stwierdziłem, że mam nie występujące u mnie dotąd poczucie winy. Winy mianowicie 

z tego powodu, że cieszę się naprzód z czekających mnie radości i jak dziecko, przed którym 

postawiono  talerz  z jedzeniem,  zostawiam  to,  co  najlepsze,  na  koniec,  jakby  akt  pisania 

                                                                                                                                                                                      

48

 Milicja była członem brytyjskich sił zbrojnych, nigdyś organizowana przez poszczególne hrabstwa lub ich grupy, 

zazwyczaj drogą dobrowolnej rekrutacji.

 

background image

 

80 

można  było  w ogóle  uznać  za  rzecz  pożądaną,  nie  mówiąc  o tym,  że  ”najlepszą”.  Na 

szczęście dawno przestałem dziwić się wszelkim moim nowym przejawom niekonsekwencji. 

Sędzia  orzekł  naturalnie,  że  powinienem  natychmiast  zasiąść  do  pisania  i,  rzecz  jasna, 

wystarczył jeden czy dwa dni pracy, żeby rozproszyć moje dziwne wątpliwości. Zwłaszcza że 

bardzo  wcześnie  —  faktycznie  po  napisaniu  małej  części  książki  —  zjawił  się  dawny 

straszak, obawa, że mógłbym umrzeć nie skończywszy jej i że czytelnicy mogliby się nigdy 

nie  dowiedzieć,  jakie  będzie  jej  zakończenie.  To,  bardziej  niż  jakikolwiek  inny  wzgląd, 

sprawiało,  że  pisałem  z moim  zwykłym  szalonym  pośpiechem.  Paliła  mnie  chęć  ukazania 

Hornblowera  w jego  zrzędnych  nastrojach,  odmawiającego  sobie  radości  z własnych  suk-

cesów, odmawiającego płaszczenia się przed zwierzchnością wówczas, gdy tego właśnie od 

niego  oczekiwano  i gdy  mogłoby  mu  to  przynieść  wielkie  korzyści,  i ponad  wszystko, 

dopuszczającego,  aby  jego  niezrównoważone  usposobienie  pozwoliło  mu  zawrzeć 

nierozsądny związek małżeński — wszystko na zdumionych oczach jego przyjaciela, Busha. 

 

 

35 

Tak już mi chyba było przeznaczone, żeby wszystko znów się zaczęło, tym razem po 

znacznie  krótszej  przerwie  niż  poprzednio,  faktycznie  po  około  osiemnastu  miesiącach  — 

okresie spędzonym na różnorodnych działaniach, od dłuższego pobytu w Indiach Zachodnich 

do napisania małego podręcznika historii dla dzieci. Pomysły znów wkradły mi się do głowy. 

Usłyszałem  od  kogoś  barwną  opowieść  o pracy  poławiaczy  pereł  z Cejlonu  w dawnych 

czasach. I coś jeszcze. Może skutkiem posuwania się w latach wspomnienia dawnych przeżyć 

wracały  do  mnie  z nową  wyrazistością:  kiedyś  przepłynąłem  Anglię  motorową  łodzią 

kanałem  z Londynu  do  Llangollen  i z powrotem,  i teraz  często  łapałem  się  na  wspominaniu 

wydarzeń właśnie z tamtej podróży. Przy innej okazji musiałem płynąć z Pool w małej łódce 

przez Londyn w burzliwą pogodę, pośród szalonego ruchu na rzece. Ta podróż zakończyła się 

awarią przy moście Vauxhall, gdy już już dopływałem do bezpiecznego schronienia. 

Zważywszy, że powieści hornblowerowskie zawsze traktują o Hornblowerze (jeszcze 

jedno  oczywiste  stwierdzenie),  rzecz  interesująca,  iż  w wielkiej  mierze  dominowała  stara 

metoda,  polegająca  na  wymyślaniu,  co  ma  zostać  dokonane,  a potem  dopiero  dobieraniu 

właściwej  osoby, która  mogłaby tego dokonać.  Przypadkiem (czy aby naprawdę? Obawiam 

się, że nie jestem zupełnie szczery, nawet gdy bardzo się staram) właściwą osobą okazywał 

się  Hornblower.  Nagi  szkielet  historii  stanowił,  jak  przystało,  ramy  konstrukcji,  na  której 

można  było  budować  fabułę.  Hornblower  musiałby  zostać  ”mianowany”,  awansowany  do 

background image

 

81 

stopnia  kapitana  gdzieś  wiosną  1805  roku;  w październiku  1805  miała  miejsce  bitwa  pod 

Trafalgarem;  a w styczniu  następnego  roku  kondukt  pogrzebowy  przewoził  zwłoki  Nelsona 

Tamizą z Greenwich do Whitehall. Zachowało się wiele opisów tej wyjątkowej manifestacji 

jak  również  ilustrujących  ją  ówczesnych  sztychów.  Wiedziałem  z własnego  doświadczenia, 

jaka  bywa  Tamiza  przy  złej  pogodzie  —  musiało  być  piekielnie  trudno  prowadzić  nią 

pogrzebowe  barkasy.  Przyszedł  mi  do  głowy  przewrotny  pomysł,  żeby  płynący  w środku 

konduktu  barkas  z trumną  Nelsona  zatonął.  A cóż  mogłoby  być  bardziej  naturalnego  niż 

obarczenie  Hornblowera,  kapitana  o bardzo  krótkim  stażu,  obowiązkiem  zorganizowania 

konduktu?  Zadanie  byłoby  uciążliwe,  bardzo  odpowiedzialne  i nie  przynoszące  sławy  — 

z pewnością  zrzucono  by  je  na  kapitana  najmniej  zdolnego  do  wymigania  się  od  tego. 

Hornblower  dostałby  maleńki  stateczek  —  tak  mały,  żeby  można  go  było  wyposażyć 

w Deptford nad Tamizą, skąd byłby z łatwością do dyspozycji. A co z poławiaczami pereł? 

Tak  więc  praca  z miejsca  ruszyła  całą  parą.  Jaką  drogą  dotarłby  Hornblower  do 

Londynu?  Oczywiście  kanałem  —  gdzieś  czytałem  o pośpiesznej  komunikacji  pasażerskiej, 

utrzymywanej  na  kanałach  przez  krótki  okres  jej  rozkwitu,  do  nadejścia  ery  kolei  żelaznej. 

Z pewnością towarzyszyłaby mu Maria. Lecz tu tkwiły zarodki tragedii. Przed piętnastu laty

49

 

(o  czym  była  mowa  w Szczęśliwym  powrocie),  lecz  za  dwa  lata,  jeśli  chodzi  o obecnego 

Hornblowera, jego dwoje dzieci zmarło na ospę. Oto kurczęta wracające na noc  do kurnika. 

To porównanie jest tu bardzo odpowiednie mimo swej  frywolności  w zestawieniu z okrutną 

rzeczywistością. Dzieci musiały przyjść na świat, dać Hornblowerowi krótki okres szczęścia 

i musiały  umrzeć.  Daty,  bardzo  pomyślnie,  zgadzały  się.  Ślub  Hornblowera  odbył  się 

w kwietniu  1803  roku,  a teraz  mieliśmy  styczeń  1806.  Dosyć  czasu  na  dwie  ciąże.  Ale  co 

z tymi poławiaczami pereł? 

Szczęśliwym powrocie zastajemy Hornblowera z zaszczytną szpadą ofiarowaną mu 

przez  Fundusz  Patriotyczny  za  abordaż  ”Castilli”.  Z pewnością  był  już  czas,  żeby  ją 

abordażował i dostał tę szpadę (z poławiaczami pereł czy bez). A czas uciekał, lato roku 1808 

miało zastać Hornblowera w zatoce Fonseca jako dowódcę ”Lydii”. Było wiele do zrobienia, 

zwłaszcza że gdzieś w tym właśnie okresie moją uwagę zwrócił fakt, że na Kontynencie cyfrę 

siedem  pisze  się  z poprzeczną  kreską

50

.  Trzeba  to  było  jakoś  spożytkować.  Ponadto  —  jak 

doszło do przeniesienia Hornblowera z jego obecnego okrętu, o nie ustalonej jeszcze nazwie, 

na ”Lydię”, i to w sposób, który by przydał trochę goryczy jego usposobieniu? 

                                                           

49

 To znaczy z punktu widzenia autora książki, czasu, w którym pisał Szczęśliwy powrót

 

50

 W Anglii siódemkę w piśmie odręcznym pisze się bez kreski poprzecznej: 7, jak u nas w druku.

 

background image

 

82 

Żyłem  sobie  rozkosznie  siedząc  i czekając,  aż  ten  cały  galimatias  sam  się  uładzi. 

Odbyłem wycieczkę do Indii Zachodnich, z przelotami z wyspy na wyspę, a na każdej wyspie 

czekał  wynajęty  samochód,  żeby  mnie  wieźć  w głąb  lądu,  do  najodleglejszych  zakątków, 

przez urocze lasy lub górzyste pustkowia. Wyspy te uporczywie demonstrowały niezależność 

od  prostej  międzynarodowej  konwencji  o prawach  jazdy.  Międzynarodowe  prawo  nie  miało 

tam  żadnego  znaczenia,  musiałem  więc  przejść  tuzin  różnych  egzaminów  i uzyskać  tuzin 

różnych praw jazdy, co według mnie przyczyniło się do powołania do życia tych poławiaczy 

pereł  — konstruowanie  powieści  to  dziwna sprawa. Potem powrót  do domu,  do znajomego 

biurka  i znajomego  zmęczenia.  Moja  metoda  uruchamiania  wyobraźni,  już  gdy  piszę,  ma 

swoje  ujemne  strony:  cios  tragedii  jest  boleśniejszy.  Musiałem  uśmiercić  dwoje  dzieci. 

Zmarły  na  ostatniej  stronie  rękopisu,  pozostawiając  Marię  ze  złamanym  sercem, 

a Hornblowera  w nieutulonym  smutku.  Pamiętam,  jak  po  napisaniu  końcowych  słów 

siedziałem  może  nie  aż ze  złamanym  sercem,  lecz  z pewnością  z uczuciem  żalu  i ogromnej 

przykrości, że musiałem to zrobić Hornblowerowi. 

 

 

36 

Wyglądało  więc,  że  cykl  hornblowerowski  był  już  teraz  kompletny.  Ponieważ  akcję 

Hornblowera  i jego  okrętu  ”Atropos”  lekkomyślnie  rozpocząłem  pod  koniec  roku  1805, 

została dwuipółletnia luka, w czasie której Hornblower musiał zostać awansowany ze stopnia 

młodszego dowódcy okrętu,  bo cała jego kariera zawodowa, z tym  jednym  wyjątkiem, była 

już opisana i obejmowała pełny okres wojen napoleońskich, od wypowiedzenia wojny w roku 

1793  do  Waterloo  w 1815.  Mogłem  spojrzeć  na  ten  etap  mojej  pracy  jako  na  zamknięty 

i sądzić  (o,  naiwny!),  że  wreszcie  jestem  wolny.  Że  będę  mógł  zabrać  się  do  innej  pracy, 

o której  od  dawna  myślałem.  Ale  życie  ma  swe  blaski  i cienie.  Przeżyłem  koszmar 

studiowania  zeznań  składanych  na  procesach  norymberskich  —  kartkowanie  stronic  nie 

kończących  się  tomów  było  jak  pierwsze  kroki  po  ruchomych  piaskach.  Czekała  książka 

o Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, którą dawno chciałem napisać — Hornblower 

nie stał już na przeszkodzie i ta powieść, jak wszystkie inne, domagała się, żeby się nią zająć. 

Musiałem też napisać podręcznik historii i — jak już wcześniej powiedziałem, może za mały 

kładąc  na  to  nacisk  —  trzeba  było  żyć.  Nastąpiła  przerwa  w pracy  z powodu  wyprawy 

jachtowej  na  Morze  Karaibskie,  raz  jeszcze  poddałem  się  czarowi  Indii  Zachodnich.  Była 

chwila,  gdy  przeprowadziwszy  jakoś  samochód  nad  małą  przepaścią  w Meksyku,  musiałem 

pozostać  kilka  dni  (które  mogły  być  nudne,  ale  nie  były)  w zniszczonym  trzęsieniem  ziemi 

background image

 

83 

mieście  Colima,  które  i przed  trzęsieniem  trudno  chyba  było  uznać  za  miasto.  Trzeba  było 

zrobić to  i owo, o czymś  jeszcze pomyśleć. Tyle  miałem przeżyć, przyjemnych i niemiłych, 

absorbujących moje myśli, że można by uznać, iż Hornblower zostawi mnie w spokoju — ale 

nie!  Może  powinienem  winić  za  to  moich  korespondentów,  którzy  nie  chcieli  dać  mu 

odpocząć.  Co  najmniej  dwa  albo  i trzy  razy  w tygodniu  dostawałem  listy  z prośbą 

o wiadomości  o nim, i gdy już naprawdę mogłem  o nim zapomnieć, te listy z pewnością nie 

pozwalały  mi  na  to.  Skłoniły  mnie  nawet  do  napisania  ballady  o Hornblowerze  z refrenem 

”Wierzę,  że  smażysz  się  w piekle,  Horatio”,  która  nie  tylko  została  opublikowana,  ale 

przyniosła  mi  nawet  trochę  grosza.  Nie  pisałem  wierszy  chyba  od  czasu,  gdy  w wieku  lat 

dwudziestu odkryłem, że (dla mnie przynajmniej) proza jest odpowiedniejszym środkiem do 

wypowiadania się. 

Nie  muszę  mówić,  że  cichaczem  zaczęły  napływać  pomysły.  Pierwszym  impulsem 

było złapanie się na rozmyślaniach o Hornblowerze i jego Barbarze. Doszedłem do wniosku, 

że po okropnej tragedii Marie de Gra___cy i po własnych wstrząsających przeżyciach musiał 

Hornblower  z ogromną  ulgą  wrócić  do  Barbary,  która  z pewnością  zdobyłaby  się  na  tyle 

wyrozumiałości  i współczucia,  żeby  powitać  go  serdecznie.  Potrafiłem  to  sobie  dobrze 

wyobrazić:  dwoje  dumnych  ludzi,  niechętnych  do  zespolenia  swych  osobowości, 

dochodzących jednak do przekonania, że jest to możliwe, gdy wzajemny szacunek sprawiał, 

że  stawali  się  dla  siebie  coraz  bardziej  pociągający.  Lecz  Hornblower  był  człowiekiem 

o szorstkim  usposobieniu,  nieufnym  wobec  otwierającego  się  przed  nim  szczęścia.  Barbara 

była  już  raz  zamężna.  Byłoby  w stylu  Hornblowera  gryźć  się  tym  i pozwalać  swej  żywej 

wyobraźni  na  wywoływanie  obrazów  wzbudzających  uczucie  zazdrości,  Sprawiających,  że 

sprawy  ciała  mieszały  mu  się  ze  sprawami  ducha,  a przeszłość  z teraźniejszością,  choćby 

tylko  po  to,  żeby  stwarzać  sobie  nowe  powody  do  rozgoryczenia,  Niewątpliwie  byłoby  to 

podobne  do  Hornblowera.  Na  szczęście  Barbara  będzie  na  tyle  bystra,  żeby  to  zrozumieć, 

i dość taktowna i mądra, żeby, ile się da, ukrywać swe niezadowolenie. 

To  był  mały  związek,  wystarczający,  by  zacząć,  lecz,  oczywiście  pojawiły  się  inne. 

Hornblower  byłby  niepocieszony,  gdyby  miał  już  nigdy  nie  wrócić  do  służby.  Kapitanem 

”mianowanym”  został  wiosną  roku  1805,  teraz  na  pomoc  przyszedł  mu,  zwykły  u mnie, 

cudowny zbieg okoliczności, gdyż dzięki temu był starszy stażem od wszystkich kapitanów, 

którzy  osiągnęli  ten  stopień  na  wezbranej  fali  awansów  po  Trafalgarze.  Rangę  admirała 

powinien by osiągnąć w 1820 lub 1821 i ze swoim przebiegiem służby mógłby ze sporą dozą 

pewności liczyć na stanowisko nawet w okrojonej marynarce wojennej z owych chudych lat. 

Interesującym  zbiegiem  okoliczności  był  zgon  Napoleona  w roku  1821.  Mogę  wymienić 

background image

 

84 

jeszcze  jeden  ciekawy  zbieg  okoliczności:  wciąż  trwało  rozpadanie  się  cesarstwa 

hiszpańskiego, a początek politycznych wstrząsów, które to spowodowały, przypadał na czas 

powołania  Hornblowera  do  istnienia  w roku  1808  czy  1936,  jeśli  liczyć  inaczej.  W okresie 

gdy  Hornblower  mógłby  zostać  awansowany  na  kontradmirała,  w Meksyku  i Ameryce 

Środkowej  i Południowej  trwały  walki,  Królewska  Marynarka  Wojenna  utrzymywała  swe 

pozycje,  a Stany  Zjednoczone  wystąpiły  z doktryną  Monroego

51

.  Był  też  zakaz  handlu 

niewolnikami  —  Królewska  Marynarka  Wojenna  przystąpiła  do  wprowadzania  go  w życie, 

gdy  kolonie  hiszpańskie  i portugalskie  stanowiły  główny  rynek  dla  tego  handlu.  Gdyby 

Hornblower został zatrudniony, z pewnością otrzymałby stanowisko w Indiach Zachodnich. 

Jaki  byłby  Hornblower?  Na  jakiego  człowieka  by  wyrósł?  Tytuł  lordowski 

i stanowisko  admirała  z pewnością  przyczyniłyby  się  do  pewnego  złagodzenia  jego  charak-

teru,  niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  był  podejrzliwy  wobec  odznaczeń,  na  które  w swoim 

mniemaniu  nie  zasługiwał.  Lecz  mimo  złagodnienia  charakteru  pozostałby,  jak  dawniej, 

niecierpliwy,  spragniony  działania,  zdolny  do  szybkiego  myślenia.  Stałby  się  świadkiem 

szybkich przemian w żegludze, postępu w budowie kliprów, początków ery parowców. A że 

był  człowiekiem  liberalnych  przekonań,  nie  zgadzałby  się  z konserwatywnym  stosunkiem 

marynarki wojennej do tych innowacji. Jeśli idzie o mnie, to wszystkie te względy mocno do 

mnie przemawiały. Gdzieś głęboko w podświadomości dojrzewały pomysły. Do dziś istnieje 

na  Jamajce  niewielki  obszar  zwany  Cockpit  Country,  wciąż  niedostępny,  wciąż  stanowiący 

rejon  odmiennej  kultury,  a granica  jego  leży  niespełna  pół  godziny  jazdy  samochodem  od 

świetnych  pałaców  w zatoce  Montego.  Sam  oglądałem  nieraz  Cockit  Country 

z niebezpiecznych dróg na tonących w deszczu zboczach wzgórz  — i kraina ta zaczęła mnie 

prześladować. 

Gdzieś — zupełnie zapomniałem gdzie — natknąłem się na historyczną ciekawostkę: 

po  Waterloo  duża  grupa  żołnierzy  starej  gwardii  napoleońskiej  zorganizowała  się  w zespół, 

który  zajął,  z zamiarem  skolonizowania,  szmat  ziemi  w Teksasie,  w okresie  gdy  był  on 

jeszcze  częścią  Meksyku,  a Meksyk  walczył  jeszcze  o niepodległość.  Co  mogło  się  stać 

z nimi? Było miejsce na domysły — a musiałem też pamiętać, że mniej więcej w tym samym 

czasie nastąpiła śmierć Napoleona. Przeróżne typy zapaleńców przybywały w te strony, aby, 

powodując  się  najrozmaitszymi  względami,  włączyć  się  do  walki  o niepodległość.  Mogłem 

sobie wyobrazić paru z nich oraz nastawienie Hornblowera do nich, oficjalne i prywatne. Ale 

                                                           

51

 Prezydent J. Monroe w swym orędziu (2 XII 1823) głosił zasad? nietolerowania więcej przez USA prowadzenia 

kolonizacji na kontynencie amerykańskim przez państwa Europy.

 

background image

 

85 

wśród tych wszystkich dystrakcji nie wolno mi było zapomnieć tych moich wcześniejszych 

rozmyślaniach nad stosunkiem między Hornblowerem a Barbarą. 

W tym miejscu do opowieści włączam prawdziwą kobietę, z krwi i kości, a nie postać 

z książek, jak Barbara, Maria i Marie. Osoba z krwi i kości, ale prawdziwie święta, głębokiej 

dobroci — tak dobra, że ośmielam się opowiedzieć tę historię o niej bez jej zgody i mimo to 

mieć nadzieję na wybaczenie. Święta z jedną wybaczalną słabostką: absolutną niemożnością 

oparcia się urokowi kwiatów. Wiosną ulice miast  kalifornijskich pięknieją od setek, tysięcy 

kwitnących  drzew.  Jak  można  oprzeć  się  chęci  uszczknięcia  kilku  gałązek  do  bukietu?  Jak 

można  się  oprzeć?  Jak  wiem,  robią  to  prawie  wszyscy,  z wyjątkiem  mojej  świętej 

przyjaciółki. Oczywiście wbrew przepisom prawa. Tak więc ułożyłem własną wersję historii 

o cudzie Świętej Elżbiety Węgierskiej. Moja przyjaciółka wychodzi z nożycami ogrodowymi 

i niewielką torbą i ciach-ciach.  Zbliża się policjant. ”Co ma pani  w torbie?”  — pyta. ”Tylko 

artykuły  spożywcze”  —  odpowiada  biedna  mała  święta.  Policjant  na  to:  ”Proszę  pokazać”. 

A ona otwiera torbę i, oczywiście, jest pełna żywności. 

Dziwna  rzecz,  jak  prześladowała  mnie  ta  historia.  Wreszcie  się  zaczęło  —  dawne, 

znane poruszenie emocji, uczucie rozpoznawania, świadomość, że coś przybiera kształt. I tak 

było — do tego wszystko przyszło od razu. Zdarzyło mi się to przedtem i pewnie zdarzy się 

znowu.  Sam  nie  wiem,  czemu  tak  jest,  że  gdy  konstruuję  opowieść  złożoną  z epizodów, 

wszystkie ukształtowują się naraz lub na tyle jednocześnie, na ile pozwalają moje możliwości 

umysłowe. Jednego dnia wszystkie są bezkształtne, w stanie chaosu, a zaraz, wkrótce potem, 

wszystkie  są  już  uporządkowane  i ukształtowane.  Doświadczyłem  tego  pisząc  Midszymena

ale też i inne książki. 

Niekiedy  psycholodzy  wypytywali  mnie,  starając  się  wykryć  mechanizm  tych 

procesów,  nazwanych  przez  nich  ”twórczymi”,  ale  określenia  to  jest  błędne.  Wynikiem  — 

ewentualnym — tych procesów jest tworzenie, jeśli można przyjąć ten zadufany termin, lecz 

same procesy w znacznym stopniu — prawie całkowicie — przebiegają bezwiednie. Czy kura 

znosi  jajka,  bo  chce,  czy  też  dlatego,  że  musi?  Pisarz  może  prawdopodobnie  pomóc  tym 

procesom lub je przyśpieszyć dzięki wyrobieniu w sobie wrażliwości i zaoferowaniu gościny 

błąkającemu  się  pomysłowi,  lecz  ja  tylko  w to  nie  wierzę,  ale  jestem  skłonny  uznać,  iż 

w rzeczywistości  jest  odwrotnie.  Istnieje  z pewnością  niebezpieczny  punkt,  wyraźna  granica 

między  byciem  wrażliwym,  a próbowaniem  wymuszania  procesu.  Jeśli  pomysły  są 

wymuszone,  to  rezultat  jest  prawie  zawsze  —  powiedzmy:  niezamiennie  —  banalny  lub 

nienaturalny  czy  zatrącający  pedanterią.  Przeciętna  hollywoodzka  konferencja,  zwołana  dla 

wymyślenia fabuły, jest świadomą próbą wymuszania pomysłów. 

background image

 

86 

Jak dotąd w moim życiu unikałem  zagłębiania się w tę kwestię.  Ilekroć psycholodzy 

zaczynali  mnie  wałkować,  przypominałem,  jak  łatwo  jest  rozebrać  zegarek  na  części  i jak 

trudno złożyć  go z powrotem. Być może nachodzą mnie moje pomysły,  bo gdzieś,  głęboko 

we  mnie,  tkwi  jakiś  błąd,  możliwy  do  uleczenia  przez  analizę. Jeśli  tak jest,  to  nie  potrafię 

wymyślić lepszego niż na ten przykładu na lekarstwo, które jest gorsze od choroby. Nie mam 

najmniejszej chęci zostać wyleczonym z czegoś, co od lat chłopięcych po dziś dzień ubarwia 

moje  życie,  nie  spodziewam  się  też  dożyć  wieku,  w którym  uznam,  że  w czekającej  mnie 

przyszłości niewiele jest do stracenia, i poddam się analizie dla wykrycia przyczyny takiego 

zmasowanego napływu pomysłów. 

Kilka  ustępów  wcześniej  uformował  się  w moim  umyśle  Hornblower  w Indiach 

Zachodnich,  a stąd  do  pisania  był  już  tylko  krok  —  zwykły  zjazd  w dół  sankami.  Fabuły 

opowiadań  galopowały  naprzód  jak  szalone.  Czy  to  kogokolwiek  zainteresuje,  że  moim 

zdaniem  opowiadania  o Hornblowerze  i Świętej  Elżbiecie  Węgierskiej  (zawdzięczające  swe 

powstanie  mej  ścinającej  kwiaty  przyjaciółce)  jest  najlepszym  z tych,  które  kiedykolwiek 

napisałem? Moje zdanie może być ciekawe choćby dla badaczy. W formie dygresji wspomnę, 

że gdy byłem w połowie pisania tej opowieści, zadzwonił do mnie producent z Hollywoodu. 

Nie zdradzę jego nazwiska, ale może wystarczy, jeśli powiem, że jest pochodzenia greckiego. 

Planuje się, powiedział, film o zatopieniu niemieckiego okrętu wojennego ”Bismarck”, i czy 

pomógłbym?  Zaproszenie  było  kuszące  z każdego  punktu  widzenia,  ale  właśnie  zacząłem 

książkę,  i to  zupełnie  uodporniło  mnie  na  wszelkie  pokusy.  Na  świecie  nie  ma  chyba 

człowieka  mniej  przypominającego  buldoga  niż  ja  —  z jednym  tylko  wyjątkiem.  Gdy  raz 

wgryzę się w robotę, nic nie może mnie skłonić  do puszczenia chwytu  — co znów nie jest 

żadnym powodem do dumy, tak jak buldog nie ma co się pysznić czymś, co ma we krwi. 

Tak więc wobec nalegań Hollywoodu okazałem się głuchy — analogia ta jest bardzo 

bliska prawdy, gdyż tak byłem zaabsorbowany pracą, że prawie nie słuchałem argumentów. 

Byłem  tylko  w stanie  powiedzieć,  że  nie  będę  do  dyspozycji  przez  następne  dwa  miesiące. 

Nie, nie mam umowy z nikim innym. Tak, pomysł mi się podoba, ale nie mogę odłożyć tego, 

nad  czym  właśnie  siedzę.  Jeśli  sprawa  jest  pilna  (a  takie,  jak  się  wydaje,  są  zawsze  prośby 

Hollywoodu), to niech lepiej poszukają sobie kogoś innego. Do widzenia. 

Odwiesiłem  słuchawkę  i rozmyślając  o greckim  pochodzeniu  producenta,  z którym 

miałem  rozmowę,  przypomniałem  sobie  historię  o Archimedesie.  Wyróżnił  się  w obronie 

Syrakuz  przed  Rzymianami,  i gdy  do  miasta  przypuszczono  szturm,  wódz  rzymski, 

Marcellus,  wydał  rozkaz  wzięcia  go  żywcem.  Lecz  Archimedes  był  właśnie  pochłonięty 

jakimś  problemem  z dziedziny  geometrii,  i tylko  odburknął  coś  gniewnie,  gdy  żołnierz 

background image

 

87 

rzymski  przerwał  mu,  pytając,  kim  jest,  tak  więc  żołnierz  zabił  go.  Wyglądało,  że  i ja 

zachowałem się podobnie. 

W  rzeczywistości  Hollywoodowi  wcale  nie  było  tak  pilno,  jak  mu  się  zdawało, 

i w dwa  i pół  miesiąca  później  wszedłem  na  pierwszą  konferencję,  której  ostatecznym 

wynikiem był film Sink the ”Bismarck”

52

. Producent wziął mnie w niedźwiedzie objęcia (bo 

też  wyglądem  przypominał  niedźwiedzia)  i powiedział  (ku  mojemu  ogromnemu  zdumieniu 

i zachwytowi):  ”Cieszę  się,  Archimedesie,  że  mogę  cię  poznać”.  Teraz  w moich  myślach 

Święta  Elżbieta  Węgierska  kojarzy  się  nie  tylko  z moją  świętą  przyjaciółką  i z pościgiem 

Hornblowera  za  Cambronnem  na  Morzu  Karaibskim,  lecz  także  z ”Bismarckiem” 

i Archimedesem  —  rodzaj  mieszaniny  skojarzeń,  która  czasem  daje  początek  fabułom, 

chociaż jak dotąd żadna się z niej nie wykluła, chyba że ta tutaj. 

 

 

37 

W  życiorysie  Hornblowera  była  jeszcze  luka,  między  wznowieniem  wojny  w roku 

1803  a jego  pojawieniem  się  na  kanale  Tamiza-Severn  —  1805.  Zdumiewające,  ile  osób 

napisało  do  mnie,  wskazując  na  to  —  ale,  jak  przedtem,  za  rezultat  nie  mogę  winić  moich 

miłych  korespondentów.  Mnie  samego  intrygowała  ta  luka,  chociaż  nie  myślałem  o niej, 

zaczynając  pisać  ”Atropos”.  Otóż  okazało  się,  że  —  niezupełnie  wbrew  mojej  woli  — 

zastanawiałem się, co musiałoby się zdarzyć w owym okresie. Zostawiłem Hornblowera tuż 

przed wstąpieniem w związek małżeński, świeżo po awansie na młodszego dowódcę okrętu, 

gdy miał się udać na wznowioną wojnę. Kiedy pojawił się znowu, był już kapitanem, ojcem 

jednego dziecka i drugiego w drodze. Tak więc pewne punkty miałem ustalone bez potrzeby 

wysilania inwencji. Wyróżnił się — można by to było przyjąć za rzecz zrozumiałą samą przez 

się,  pamiętając,  że  Hornblower  był  Hornblowerem,  ale  także  dlatego,  że  musiała  to  być 

opowieść  o nim.  Powinien  był  przebywać  w kraju  na  urlopie,  żeby  można  było 

usprawiedliwić to drugie dziecko, ale o urlop nie było przecież tak łatwo w dawnej marynarce 

wojennej. 

Wyjaśnienie nasuwało się samo: musiał służyć we flocie blokującej Brest — okręty tej 

eskadry często ulegały uszkodzeniom i musiały wracać do portów w kraju dla usuwania tych 

uszkodzeń. Skoro Hornblower był młodszym dowódcą okrętu, musiał dowodzić małą, lekką 

jednostką — z rodzaju zatrudnionych przy obserwacji Brestu z bliska — mając wiele okazji 

do wyróżnienia się. Duże też było prawdopodobieństwo uszkodzenia jego okrętu, zmuszające 

background image

 

88 

do  powrotu  do  portu,  choćby  nawet  Cornwallis,  jako  głównodowodzący,  nie  kwapił  się  do 

udzielania zezwoleń na to. Tak więc konstrukcja fabuły błyskawicznie ruszyła naprzód. 

O jednym trzeba było pamiętać. W późniejszym życiu Hornblower miał notorycznego 

pecha  w zdobywaniu  pryzowego,  toteż  choćby  nie  wiem  jak  wyróżnił  się  pod  Brestem,  nie 

powinien  zdobyć  pryzów.  Okręty,  z którymi  miał  walczyć,  musiały  albo  ulec  zniszczeniu, 

albo  uciec.  Chyba  że…  Nagła  myśl  kazała  mi  spiesznie  zajrzeć  do  moich  źródeł 

historycznych.  To  było  to.  Incydent  ze  zdobyciem  hiszpańskiej  flotylli  wiozącej  skarb, 

incydent,  który  wywołał  konwulsje  śmiechu  w całej  Królewskiej  Marynarce  Wojennej, 

wyjąwszy  biorących  w tym  udział,  wydarzył  się  jesienią  roku  1804,  właśnie  w czasie,  gdy 

Hornblower  mógł  w nim  uczestniczyć.  Był  to  jeszcze  jeden  z wielu  dogodny  zbieg 

okoliczności,  jakimi  usiana  była  papierowa  historia  życia  Hornblowera.  Jeśli  już  mowa 

o historii,  to  w razie  potrzeby  potrafię  nie  mieć  żadnych  skrupułów  —  mógłbym  wyzyskać 

incydent  z wiozącą  skarb  flotyllą,  nawet  gdyby  faktycznie  nastąpił  w roku  1801  lub  1807, 

lecz skoro było tak, jak  było,  nie zostałem  poddany tej  próbie. Historyczny bieg wydarzeń, 

bez żadnego naciągania, doskonale pasował do Hornblowera i jego okrętu ”Hotspur” — istne 

naśladownictwo Sztuki przez Naturę, które uradowałoby serce Oscara Wilde'a. 

Skoro już jestem przy tym temacie, wspomnę nawiasowo o pewnej sprawie, o której 

zapomniałem  powiedzieć  przy  omawianiu  Komodora,  mianowicie  że  pisząc  tamtą  książkę 

wystawiłem na niebezpieczeństwo — i nieomal zerwałem — cenną dla mnie przyjaźń. Otóż 

wybitny  historyk  —  a mój  długoletni  przyjaciel  —  napisał  po  przeczytaniu  Komodora

”Wiedziałem, że były jakieś siły brytyjskie zaangażowane w oblężenie Rygi, lecz nigdy nie, 

udało  mi  się  ustalić  ich  liczebności.  Z jakich  źródeł  korzystałeś?”  Mogłem  tylko  odpisać 

nieprzekonywająco, że nie korzystałem z żadnych źródeł, że doszedłem do wniosku, iż przy 

oblężeniu Rygi nie mogło zabraknąć spieszących na pomoc sił brytyjskich, a Hornblower (jak 

zwykle) był pod ręką. Nikt, kto nie czytał listu, jaki dostałem w odpowiedzi, nie uwierzy, jak 

mocno dostałem po palcach od tego historyka. Do dziś czuję ból, choć wiem, że dostało mi 

się niezasłużenie. 

Przyjemna  dla  mnie  zazwyczaj  praca  nad  konstrukcją  powieści  tym  razem  miała 

pewne  smutne  strony.  Była  biedna  Maria,  przeżywająca  miodowy  miesiąc,  wchodząca 

w życie  małżeńskie,  mająca  dzieci.  Wiedziałem,  co  los  ma  w zanadrzu  dla  niej,  i dla  tych 

dzieci. Czy mogłem teraz przydać nieco radości jej w sumie niezbyt radosnemu życiu? Prawie 

wcale. Trwała wojna, Hornblower służył we flocie Kanału, a Hornblower był Hornblowerem. 

Wobec  takiego  połączenia  okoliczności  niewiele  mogłem  zrobić  dla  Marii.  Przynajmniej 

                                                                                                                                                                                      

52

 Sink the ”Bismarck” — Zatopić ”Bismarcka”.

 

background image

 

89 

uchroniłem ją od rozczarowania. Mogłem jej pomóc w sposób negatywny, lecz nie wolno mi 

było pozwolić, żeby sentymentalizm zepsuł powieść. Wiedzieliśmy już, na jakiego człowieka 

ma  wyrosnąć  Hornblower,  wiedzieliśmy,  co  ma  się  stać  z jego  małżeństwem.  W całej  tej 

sprawie  była  kalwińska  wiara  w przeznaczenie;  palec  przeznaczenia  pisał  już  swoje  Mane-

Tekel-Fares.  Maria  była  motylem  (czy  istniał  kiedykolwiek  ktoś  tak  mało  podobny  do 

motyla?) zgniecionym między kruszącymi powierzchniami faktu i fikcji. 

 

 

38 

Nie  wspomniałem  jak  dotąd,  jeszcze  o jednej  rzeczy.  O moim  przesądzie,  że  okres 

nudnego życia się kończy, gdy finiszuję z konstruowaniem fabuły i zabieram się do samego 

pisania.  Przypuszczalnie  w szczęśliwym  okresie  budowania  fabuły  nie  jestem  wrażliwy  na 

zwykłe drobne klęski życia codziennego, a kiedy piszę, staję się na nie szczególnie wrażliwy. 

Zawsze  mi  się  wydaje,  że  z chwilą  napisania  ”strona  l”  i rozpoczęcia  prawdziwej  pracy, 

zaczynają  się  dziać  różne  rzeczy,  i nie  mam  ani  sekundy  na  nudę.  W trakcie  pisania 

”Hotspura” wystąpił cały szereg niesamowitych zbiegów okoliczności. Nie zdążyłem napisać 

sześciu stron, gdy po przeciwnej stronie drogi, nawet nie pięćdziesiąt jardów od okna mojej 

przytulnej  i zwykle  grobowocichej  pracowni,  rozpoczęto  roboty  budowlane.  Ściągnięto  tu 

chyba  wszystkie  pneumatyczne  świdry,  betoniarki,  spychacze  i sprężarki  powietrza  z całej 

Kalifornii.  Hałas  był  straszliwy  i nieustanny.  W innych  okolicznościach  przeprowadziłbym 

się, ale jakże mógłbym zrobić to teraz? Z trudem byłbym w stanie zabrać ze sobą pięćdziesiąt 

książek źródłowych, wiedząc przy tym doskonale, że będę potrzebował właśnie pięćdziesiątej 

pierwszej,  gdy  nagle  zajdzie  konieczność  sprawdzenia  ciężaru  i wymiarów  beczki 

wieprzowiny  albo  maksymalnego  zasięgu  francuskiej  polowej  haubicy.  Mogłem  tylko 

usiłować  zagłębić  się  w pracy  wyobraźni  i pracować,  mimo  hałasu.  Jeszcze  hałas  nie  ustał, 

gdy  ciężko  zachorował  mój  przyjaciel,  a choroba  była  tak  poważna,  on  zaś  tak  bardzo  sam 

i tak  ugruntowana  była  nasza  przyjaźń,  że  musiałem  się  włączyć  osobiście  w załatwianie 

lekarzy  i szpitali.  Atrament  nie  zdążył  jeszcze  zaschnąć  na  listach,  które  musiałem  napisać 

w tych sprawach, gdy straciłem sekretarkę i stanąłem wobec konieczności znalezienia nowej. 

Najsłuszniejsze słowa, jakie w ogóle wypowiedział Abraham Lincoln, dotyczyły ostrzeżenia 

przed  zmianą  sekretarki  w trakcie  pisania  powieści.  Potem,  jakby  wyczekawszy 

najwłaściwszego  momentu,  dopadł  mnie  Krajowy  Urząd  Dochodów

53

,  żądając  specjalnych 

wyjaśnień  i danych  o źródłach  moich  dochodów,  czym  nigdy  sobie  nie  zaprzątałem  głowy 

background image

 

90 

i o czym  moja  nowa  sekretarka  nie  mogła  mieć  pojęcia.  Dzień  za  dniem  musiałem, 

otumaniony  poranną  pracą,  odrywać  się  z nieprzytomną  miną  od  biurka,  zostawiając 

Hornblowera  zwartego  w walce  z francuskimi  fregatami,  i odpowiadać  na  pytania 

w sprawach,  o których  wiedziałem  nawet  mniej  niż  (jak  już  wcześniej  tu  wspomniałem) 

o harmonii  i kontrapunkcie.  Na  ratunek  przyszła  mi  Opatrzność,  opiekująca  się  lunatykami 

i pijakami,  mogę  się  pochlubić,  że  jestem  jednym  z niewielu,  który  ze  specjalnego  do-

chodzenia  w Krajowym  Urzędzie  Dochodów  wyszedł  jako  jego  wierzyciel,  a nie  dłużnik. 

Gdybym  nie  był  tak  zajęty  ”Hotspurem”,  oprawiłbym  w ramki  list  Krajowego  Urzędu 

Dochodów zamykający sprawę i powiesił na ścianie mej pracowni, ale wciąż nie mam czasu 

tym się zająć. 

Wszystko  to  działo  się  w miesiącach  letnich,  kiedy  zwykle  zjeżdżają  się  do  mnie 

goście.  Nigdy  mój  dom  nie  był  tak  ich  pełen,  jak  w czasie,  gdy  pisałem  ”Hotspura”

szkoliłem  nową  sekretarkę  i załatwiałem  sprawy  z Krajowym  Urzędem  Dochodów  i ze 

szpitalami. Goście spali wszędzie — nawet przez jakiś czas urocza młoda kobieta sypiała na 

pożyczonym  łóżku w mojej  pracowni,  a że  — jak to  młode kobiety  —  lubiła dłużej  pospać, 

musiałem  co  rano  wyciągać  ją  z łóżka,  żeby  móc  usiąść  przy  biurku  i popłynąć 

z Hornblowerem  do  ataku  na  hiszpańską  ”flotę”.  Nie  było  chyba  dnia,  żeby  do  lunchu 

zasiadało  mniej  niż  sześć  osób  ani  mniej  niż  osiem  do  obiadu,  a wszyscy  we  wspaniałych 

humorach,  poza  mną  —  z powodu  Hornblowera  i Marii,  a może  Krajowego  Urzędu 

Dochodów.  Zepsułem  nastrój  na  pięćdziesięciu  chyba  obiadach  w owym  intensywnym 

okresie życia. 

Mimo  wszystkich  tych  przeszkód  był  szczególnie  ważny  powód,  by  ukończyć  tę 

książkę.  Nie  tylko,  jak  zwykle,  przyrzekłem,  że  ją  dostarczę,  i nie  tylko  byłem  znów 

w zwykłym  nastroju  paniki,  czy  zdążę  ją  skończyć,  ale  miałem  wyruszyć  w podróż  dookoła 

świata.  Wszystkie  rezerwacje  zostały  zrobione,  miejsca  w środkach  transportu  zamówione, 

a na maleńkim skrawku ziemi w południowej Portugalii, odległej o dziesięć tysięcy mil, miały 

wczesną  wiosną  zakwitnąć  specjalnego  gatunku  żonkile,  i bardzo  chciałem  przybyć  tam 

dokładnie  na  czas  ich  kwitnięcia,  mimo  że  dla  kogoś  nie  zainteresowanego  te  żonkile 

(pociotki  żonkili  hodowanych  w ogrodach)  są  nędznymi  kwiatkami  o wysokości  zaledwie 

dwóch cali, nie zasługującymi na to, żeby przejść dla nich na drugą stronę ulicy, a co dopiero 

lecieć naokoło świata, żeby je zobaczyć. 

Tak  więc  ”Hotspur”  musiał  po  prostu  zostać  ukończony.  Nie  byłem  też  wcale 

zaskoczony stwierdzeniem, że na rozwinięcie fabuły potrzeba będzie więcej słów, niż to sobie 

                                                                                                                                                                                      

53

 Or. Internal Revenue.

 

background image

 

91 

obliczyłem na początku. Zostawiłem dziesięć dni rezerwy, z czego dziewięć zajęła mi sprawa 

awansowania Hornblowera na kapitana. I tego samego dnia, gdy maszynopisy zostały nadane 

na  poczcie  i odleciały  na  wschód  do  wydawców,  ja  wyruszyłem  na  zachód,  przez  Nową 

Zelandię,  do  tych  moich  żonkili.  Nie  zostało  mi  nawet  czasu  na  zwykle  uczucie 

rozczarowania. Ledwie zdałem sobie sprawę, że skończyłem z Hornblowerem raz na zawsze. 

 

 

39 

Szesnaście  miesięcy  temu  napisałem  ostatnie  słowa  ”Hotspura”.  Oczywiście 

Hornblower  niepokoił  mnie  od  czasu  do  czasu.  Można  by  sądzić,  że  po  wypełnieniu 

wszystkich  luk  w jego  czynnym  życiu  wyobraźnia  nie  będzie  w stanie  znaleźć  nic  nowego, 

nad  czym  mogłaby  pracować,  a jednak  znajdowała.  Oto  przykład,  który  przytaczani,  aby 

ukazać,  w jaki  sposób  fabuła  przychodzi  mi  do  głowy  gotowa  do  napisania.  Sam  jestem 

ciekaw,  jak  będzie  wyglądał  następny  ustęp  czy  dwa,  gdy  zostaną  ukończone  (zaledwie  to 

odgaduję),  sądzę  bowiem,  że  gdybym  w ogóle  miał  kiedykolwiek  pisać  wstępne  notatki,  to 

miałyby one taką nieokreśloną formę. 

Opowieść  nosi  tytuł  The  Point  and  the  Edge

54

.  Jest  rok  1819,  Hornblower  jest 

w randze  kapitana  o długim  stażu,  na  połowie  pensji.  Jak  zawsze,  jego  niecierpliwa  natura 

wymaga ruchu, więc od dłuższego czasu bierze lekcje szermierki. Inaczej teraz patrzy na ten 

tuzin stoczonych dotąd przez siebie walk wręcz, gdyż nabrał przekonania, że ostrze, zręcznie 

użyte, zawsze pokona klingę. Anglia jest właśnie na dnie powojennego kryzysu. Ludzie przy-

mierają  głodem  z braku  pracy,  i przestępczość  szerzy  się  mimo  okrutnych  praw 

pozwalających  powiesić  człowieka  za  kradzież  pięciu  szylingów.  Hornblower  został  zapro-

szony  do  Portsmouth  na  obiad  na  flagowy  okręt  swego  przyjaciela  —  powiedzmy,  lorda 

Exmoutha  —  który  miał  szczęście  dostać  pracę  w uszczuplonej  marynarce  wojennej,  wciąż 

utrzymywanej  przez  Anglię.  Hornblower  wyrusza  w towarzystwie  Barbary  i zatrzymuje  się 

u ”George'a”.  Pod  wieczór  Barbara  lustruje  jego  wygląd,  sprawdza,  czy  jego  garnitur  jest 

w porządku,  czy  ma  złoty  zegarek  z łańcuszkiem  i laską  z kości  słoniowej  ze  złotą  główką 

i zostaje, aby, jak przystało na dobrą żonę, spędzić samotnie nudny wieczór. 

Exmouth  i Hornblower  mile  spędzają  ten  wieczór,  dyskutując  o sytuacji  kraju 

i polityce  morskiej.  Exmouth,  zacierając  z uciechy  ręce,  opowiada  o rewolucji,  jaka  nastała 

we  współczesnych  metodach  rekrutacji  załóg.  Żadnych  kwiecistych  plakatów,  żadnych 

branek  —  głodujący  marynarze  czekają  w kolejce  na  szansę  zamustrowania  w Królewskiej 

background image

 

92 

Marynarce  Wojennej.  Dowódcy  mogą  wybierać  i przebierać.  Po  obiedzie  Hornblower, 

modnie  ubrany,  z laseczką  ze  złotą  gałką  i zegarkiem  na  łańcuszku  rusza  w drogę  powrotną 

do ”George'a”. Na ciemnej ulicy wyskakuje zza rogu mężczyzna. Jest bosy, ma na sobie tylko 

podartą koszulę i spodnie i jest straszliwie głodny. W ręku trzyma gałąź ułamaną z drzewa — 

jedyne posiadane przez niego ”narzędzie pracy”. Grożąc Hornblowerowi tą zaimprowizowaną 

pałą  żąda  od  niego  pieniędzy.  Ten  zbójca  ryzykuje  życiem,  naraża  się  na  stryczek  dla 

zdobycia  jedzenia.  Liberalne  uczucia  Hornblowera  nie  mają  czasu  dojść  do  głosu. 

Gwałtownie  reagując  na  napaść,  zadaje  laską  błyskawiczne  pchnięcie.  Jej  ostry  koniec 

odpycha  kij  opryszka  i trafia  go  w policzek,  na  pół  go  ogłuszając,  tak  że  przez  chwilę  stoi 

obezwładniony chwiejąc się na nogach. Hornblower uderza go w rękę, napastnik wypuszcza 

kij,  i już  jest  na  łasce  atakowanego,  który  może  wezwać  straż  i kazać  go  aresztować, 

i poprowadzić na pewną śmierć. Hornblower oczywiście nie potrafi tego zrobić. Zamiast tego, 

pędząc napastnika przed sobą, doprowadza go na okręt Exmoutha. ”Czy będzie pan łaskaw, 

milordzie, wyświadczyć mi przysługę? Zechce pan łaskawie wciągnąć tego człowieka na listę 

swej załogi?”. 

Fabuła  jest  kompletna  —  pięć  dni  metodycznego  pisania,  i opowiadanie  byłoby 

gotowe do publikacji. Zaprezentowało się w takiej postaci na fali zwykłego u mnie przypływu 

podniecenia,  nieproszone,  dostosowane  do  tego  właśnie  i tylko  tego  okresu  historii,  gotowe 

do napisania. Długie powieści nabierają kształtu dokładnie w ten sam sposób, dostosowując 

się do określonego czasu w historii. Zdarzyło się to w moim życiu dziesiątki, może setki razy, 

a ja wciąż nie wiem, jak i dlaczego, chociaż to dostosowanie do wymaganej epoki można by 

wytłumaczyć być może tym, że pomysły z konieczności płyną w takim właśnie kierunku. 

 

 

40 

Ciekawa  to  rzecz  urodzić  się  z taką  zdolnością. Niby  dziwadła  występujące  w cyrku 

zarabiam na życie moim dziwactwem, choć fizycznie z pewnością pracując znacznie lżej. I — 

nie  widzę  sposobu  wykręcenia  się  od  tej  konkluzji  —  eksploatuję  moją  dziwaczność  tak 

samo,  jak  Barnum  i Bailey  eksploatowali  Generała  Tomcia  Palucha.  Mogę  się  tłumaczyć 

w sposób  stosowany  nagminnie  przez  obronę  w procesach  karnych.  Występuje  tu  niewąt-

pliwie  jakiś  nieodparty  bodziec.  Gdy  pomysł  się  uformuje,  prawie  nie  mam  możności 

powstrzymać  się,  by  nie  przelać  go  na  papier,  a gdy  znajdzie  się  na  papierze,  również  nie 

jestem w stanie powstrzymać się przed zaprezentowaniem go publiczności. 

                                                                                                                                                                                      

54

 The Point and the Edge — Ostrze i klinga.

 

background image

 

93 

To  był  dodatkowy  powód  napisania  tutaj  o The  Point  and  the  Edge.  Pod  tym 

pomysłem  leżą  warstwami  inne.  Jak  chyba  już  mówiłem,  pomysły  przychodzą  do  mnie 

gromadnie.  Mogłaby  z nich  powstać  nowa  książka,  lecz  to,  co  właśnie  napisałem,  może  — 

tak mi się wydaje — zastąpić jej drogę i sprawić, że nie zostanie napisana. Są inne książki, 

które  wolałbym  napisać,  z większą  liczbą  przygód  i dla  mnie  osobiście  trudniejsze  do 

napisania. Tamta (znowu zabawna reakcja z mojej strony) byłaby zbyt łatwa. 

Tak  więc  może  te  końcowe  ustępy,  które  teraz  piszę,  będą  ostatnimi  na  temat 

Hornblowera, jakie w ogóle wyjdą spod mego pióra. Spróbowałem wyjaśnić, jak powstawały 

wszystkie  inne  książki  o Hornblowerze,  muszę  więc  spróbować  tego  samego  i z obecną. 

Zaczęło się od pomysłu z mapami, który prześladował mnie i kusił od kilku lat. Chciałem się 

przekonać,  czy  powieści  Hornblowerowskie  przejdą  pomyślnie  próbę  dokładnej  analizy 

zarówno  od  strony  geograficznej,  jak  i historycznej.  Dla  zaspokojenia  ciekawości  gotów 

byłem  nawet  narazić  się  na  ponowne  sięganie  do  tych  powieści,  kartkowanie  ich  strona  po 

stronie i przebieganie wzrokiem tego, co kiedyś napisałem, przy równoczesnym wykreślaniu 

kursów i map bitew. Stąd był tylko krok do przypomnienia sobie okoliczności, jakie sprawiły, 

że  książki  te  zostały  napisane.  Większość  tych  wspomnień  —  co,  mam  nadzieję,  zostało 

uwidocznione  —  było  radosnych,  a więc  postanowiłem  je  spisać,  żeby  znów  posmakować 

szczęścia.  Chociaż  raz  napiszę  książkę  nie  wymagającą  ani  planowania,  ani  konstrukcji 

fabuły.  Do  samego  pisania  nie  będzie  wcale  potrzebna  praca  wyobraźni,  a tylko  zwykła 

rejestracja faktów. 

Rzeczywistość  okazała  się  inna.  Pisząc  obecną  książkę  musiałem  przywoływać  na 

scenę młodzieńca, którym byłem właśnie ja, i obserwować jego błazeństwa, tak jak niegdyś 

obserwowałem  to,  co  wyczyniał  Hornblower.  Nie  mogę  powiedzieć,  że  było  to  dla  mnie 

dobre,  lecz  z pewnością  sprawiło  mi  dziwną  przyjemność.  I za  tę  przyjemność  muszę 

podziękować  moim  przyjaciołom,  nie  tym  z codziennego  życia,  lecz  licznym  nieznanym 

przyjaciołom, którzy rodzili się razem z Hornblowerem w ciągu ubiegłych dwudziestu sześciu 

lat,  od  kiedy  zacząłem  o nim  pisać.  To  słowo  ”przyjaciele”  wypowiadam  tu  z całym 

przekonaniem,  a nie  jako  wygodną  formułkę  używaną  przez  polityków  z trybuny  czy  przez 

aktora  po  ostatnim  odsłonięciu  kurtyny.  To  szczególne,  wspaniałe  niezwykle  przyjemne 

uczucie wiedzieć, że moja praca zdobyła mi przyjaźń, a nawet coś w rodzaju przywiązania ze 

strony  ludzi,  których  nie  poznałem  osobiście  i już  nie  poznam.  Dziękuję  im  i do  nich 

adresowane są te słowa. Nie muszę kończyć oficjalnym: Plaudite et valete

55

                                                           

55

 Plaudite et valete (łac.) (lub: Falete ac plaudite) — Dajcie mi poklask i bywajcie — słowa aktora rzymskiego 

wypowiadane na końcu przedstawienia.

 

background image

 

94 

 

 

41 

I  tak  skończyłem  tę  książkę.  Za  pięć  minut  nałożę  nasadkę  na  moje  wieczne  pióro 

i wstanę z fotela, żeby się rozprostować. Jak zawsze, szybko wracam  do  codziennego życia. 

Za tydzień od dziś będę siedział za kierownicą samochodu w górach Atlas, a jeśli potrzebne 

jest  wyjaśnienie,  czemu  starszy  pan  w nie  najlepszym  stanie  zdrowia  robi  coś  takiego,  to 

muszę stwierdzić, że mamy dziś drugiego marca i że wkrótce w górach Atlas zakwitną dziko 

rosnące kwiaty. Dodam tylko jeszcze jedną, ostatnią linijkę. Zawsze mnie trochę intrygowało, 

czemu  inni pisarze kończą książki  w ten właśnie sposób  — sam  nigdy tego nie  robiłem,  aż 

dopiero  teraz  —  lecz  okazuje  się,  że  mam  ważny  powód.  Ta  książka  jest  o pisaniu  książek, 

a to jest ostatnia pozycja danych. 

 

Berkeley, Kalifornia, 12 stycznia — 2 marca 1963. 

Do widzenia. 

 

 

Postscriptum, 5 marca 1964 

Data, którą postawiłem na poprzedniej stronie, na coś się jednak przydała. Dzięki niej 

wiem,  że  rok  i trzy  dni  temu  myślałem,  że  ukończyłem  tę  książkę,  skończyłem  wszystko. 

W ciągu  tego  roku  jednak  nastąpiło  opóźnienie  z opracowaniem  ilustracji,  i będzie 

niespodzianką, jeśli książka, zamiast wyjść (jak się spodziewałem) jesienią 1963 roku, ukaże 

się jesienią 1964.  

Ta  zwłoka  pozwala  mi  —  czy  też  mnie  zmusza  —  żebym  dopisał  niniejsze 

postscriptum, które, jak to jest z każdym prawie postscriptum, przynosi nagłą zmianę punktu 

widzenia. Drukarnia czeka, muszę więc pisać te  linijki  nie mając całkowitej  pewności,  lecz 

zwlekanie  do  czasu,  aż  się  upewnię  w ten  czy  inny  sposób,  znaczyłoby,  że  nie  mógłbym 

wcisnąć  tego,  co  piszę,  do  tej  książki.  Mam  dziwne  uczucie,  że  historia  zamierza  się 

powtórzyć.  Jest  to  jeszcze  jeden  przykład,  jak  to  się  u mnie  dzieje  z tymi  rzeczami. 

Hornblower znów daje znać o sobie.  

Kiedy  skończyłem  ”Hotspura”,  Hornblower  osiągnął  stopień  kapitana,  a było  to  na 

początku  roku  1805.  Wybrałem  tę  datę  dla  własnej  wygody.  Nie  chciałem  stawać  wobec 

komplikacji,  jakie  byłyby  związane  z włączeniem  go  do  kampanii  trafalgarskiej. 

A w następnym  tomie  —  ”Atropos”  —  nagle  pojawia  się  w grudniu  1805  roku  na  kanale 

background image

 

95 

Gloucester — Londyn, upływ zaś czasu sprawił, że nie kłopotałem się potrzebą wyjaśniania, 

jakim cudem tam się znalazł i co przedtem robił. Sam nie Wiedziałem — i nawet, jak właśnie 

mówię,  nie  chciałem  wiedzieć.  Napisałem  ostatnie  linijki  wydrukowane  tu  na  poprzedniej 

stronie  i udałem  się  w góry  Atlas  (nawiasem  mówiąc,  rosnące  tam  dziko  kwiaty  były 

prześliczne),  uszczęśliwiony  świadomością,  że  z Hornblowerem  koniec,  pogrzebany  raz  na 

zawsze. 

Ale  w ciągu  ubiegłego  roku  pomysły  chodziły  mi  po  głowie.  Zaczęło  się  od 

sfałszowanych  rozkazów.  Możliwości,  jakie  dawały  tego  rodzaju  rozkazy,  podniecały  moją 

wyobraźnię  —  rozkazy  do  sił  lądowych,  morskich  czy  powietrznych  napisane  na 

odpowiednim  papierze,  w poprawnej  formie  i z przekonywająco  podrobionym  podpisem. 

Podejrzewałem,  że  ten  zasadniczy  pomysł  może  się  rozrosnąć  w zwykły  sposób,  stać  się 

ojcem-skorupiakiem dla całej skorupiaczej rodziny. Mógłby to być dobry początek powieści 

umieszczonej  w nowoczesnej  scenerii.  Podczas  pierwszych  tygodni  wolnego  życia  w swojej 

prostocie ani przez moment nie zastanawiałem się nad takim obrotem sprawy, o jakim każdy, 

kto doczytał tę książkę do tego miejsca, prawdopodobnie od razu by pomyślał. Zakończyłem 

pobyt w Maroku i żyłem sobie (w moim mniemaniu) tak spokojnie, jak tylko można. Pierw-

sze złe przeczucia dopadły mnie jesienią 1963 roku, kiedy to skorupiaki zaczęły się układać 

w złowieszczy  kształt  lub  gdy  (żeby  użyć  innej,  równie  oklepanej  metafory)  otworzyłem 

drzwi  szafy  i znalazłem  w niej  kościotrupa  —  zobaczyłem  go  wyraźnie  mimo  pośpiechu, 

z jakim zamknąłem te drzwi. 

Był  to  najbardziej  osobliwy  zbieg  okoliczności  i oświadczam,  że  to  był  naprawdę 

zbieg  okoliczności,  choć  jestem  pewien,  że  psycholodzy  (i  psychiatrzy)  kiwaliby  głowami 

z politowaniem,  że  się  tak  sam  oszukuję.  Tylko  siedem  czy  osiem  miesięcy  życia 

Hornblowera w drugiej połowie roku 1805 pozostało jeszcze nie opisanych, a ja rozmyślałem 

nad sfabrykowanymi rozkazami. A jednak tak było. Fałszywe rozkazy mogły odegrać bardzo 

ważną  rolę  w kampanii  trafalgarskiej,  zwłaszcza  w jej  początkowym  okresie,  a Hornblower 

był  właśnie  bez  pracy.  Czułem  potrzebę  opowiedzenia,  co  robił  podczas  tych  niezwykle 

ważnych  miesięcy,  gdy  los  Brytanii  rozstrzygał  się  na  morzu,  a tu  było  zadanie  po  prostu 

jakby stworzone dla niego, chociaż przedtem myślałem, że nadawałoby się do umiejscowienia 

go  w Scapa  Flow  w roku  1916  albo  1940  czy  w Pentagonie  w 1953.  Jeśli  chodzi  o wojny 

napoleońskie,  to  pomysł  pasował  tylko  i wyłącznie  do  roku  1805,  a i Hornblower  tylko 

w owym  czasie  był  wolny  i mógł  zostać  do  tego  zaangażowany  i nikt  inny  w większym 

stopniu nie nadawał się do takiej misji niż Hornblower. Z pewnością najbardziej sceptyczny 

background image

 

96 

psychiatra, najbardziej cyniczny czytelnik zgodzi się, że można tu mówić o wielkim udziale 

zbiegu okoliczności. 

Ubiegłej  jesieni  z prawdziwą  obawą  i niechęcią,  jak  dotąd  nigdy  u siebie  nie 

zauważyłem,  przy  goleniu  albo  lustrując  wzrokiem  mą  bibliotekę  w celu  wybrania  książki 

stwierdziłem,  że  obrosła  skorupiakami  kłoda  wypływa  na  powierzchnię,  aby  mnie  drażnić 

pokazując  świeże  naroślą.  A wszystkie  te  naroślą,  które  dawniej  bardzo  by  mnie  cieszyły, 

teraz  były  dla  mnie  źródłem  goryczy,  bo  każdy  nowy  skorupiak  stanowił  następny  gwóźdź 

wyciągany  z trumny  Hornblowera.  Prawdę  mówiąc,  Hornblower  wyszedł  już  z trumny 

całkowicie;  był  owym  kościotrupem  w szafie,  a dopóki  był  tam  i nie  został  z powrotem 

przyzwoicie  pogrzebany,  jego  duch  opierał  się  wszelkim  egzorcyzmom.  Każdy  następny 

fragment fabuły upominał się coraz głośniej, żeby włączyć do niej Hornblowera. Ta powieść 

mogłaby się obracać tylko wokół niego i odnosić się tylko do roku 1805. 

Pierwszy dzień Nowego Roku 1964 zastał mnie w Maui, a tam właśnie — w miejscu 

tak  bardzo  odległym  od  wyprawy  trafalgarskiej  w czasie,  przestrzeni  i atmosferze,  jak  to 

można  sobie  tylko  wyobrazić  —  musiałem  zaprzestać  walki,  odstąpić  od  innej  pracy,  którą 

zacząłem, i pozwolić, aby wypadki potoczyły się swoim torem. 

Od  tego  czasu  wszystko  idzie  naprzód  jak  zwykle  dotąd.  Osiągnąłem  etap,  gdy  od 

czasu  do  czasu  trzeba  brać  z biblioteki  źródła  i sprawdzać  fakty,  aby  móc  decydować,  czy 

jakiś nowy zwrot w fabule powieści jest prawdopodobny. Dziś rano przed przystąpieniem do 

codziennej  pracy  (drugi  dzień  pracy  nad  tą  partią  eseju)  złapałem  się  na  kartkowaniu 

encyklopedii  i przeglądaniu  Life  of  Johnson

56

 Boswella  dla  poszerzenia  i odświeżenia  mych 

skąpych  wiadomości  o wielebnym  doktorze  Doddzie,  powieszonym  w roku  1777  za 

fałszerstwo. To, co wówczas zrobił Dodd, miało pewien wpływ na to,  co mógł robić Horn-

blower w roku 1805, a ja w 1964. 

Teraz, w tym właśnie momencie pisania, zaczynam ten ustęp wróciwszy do biurka po 

spacerze  dookoła  pokoju,  a fakt,  że  nie  ograniczyłem  się  tylko  do  wstania  z fotela,  lecz 

chodziłem, ukazuje intensywność moich obecnych uczuć. Waży się moja przyszłość, jeszcze 

jedna  powieść  staje  się  możliwa.  Ale  to  nie  wszystko.  Muszę  skończyć  dziś  ten  esej,  żeby 

można  go  było  włączyć  do  książki  —  czeka  nie  tylko  drukarz,  czekają  wyspy  greckie. 

W chwilach  gdy  bieżąca  i przyszła  praca  zostawiają  trochę  miejsca  na  przytomne  myślenie, 

czynię  przygotowania  do  natychmiastowego  wyjazdu  do  wschodniej  części  Morza 

                                                           

56

 Słynna biografia, wydana w 1791 r. (w pol. przekładzie w 1962 pt. Życie doktora Samuela Johnsona), została uznana 

w XX w. za jedną z najznakomitszych dla rzetelności i zalet stylu. Jej autor, James Boswell (1740—1795), Szkot, był 
z wykształcenia prawnikiem, a Samuel Johnson (1709—1784) — językoznawcą, autorem pierwszego wielkiego słownika 
języka angielskiego (wyd. 1755).

 

background image

 

97 

Śródziemnego.  Maki  Grecji  wdzierają  się  przed  oczy  mojej  wyobraźni  a śpiew  syreni 

słyszany  przez  Ulissesa  wkrada  się  do  mego  wewnętrznego  ucha.  Lecz  ile  z tych  maków 

naprawdę  zobaczę,  ile  z tego  śpiewu  usłyszę?  Jest  to  okres  bardzo  intensywnej  pracy 

myślowej.  Zaczną  się  pojawiać  świeże  ogniwa  w łańcuchu,  i (sądząc  po  długim 

doświadczeniu) niekiedy trzeba będzie dokonać wyboru, niechętnie odrzucając jedno ogniwo 

na korzyść drugiego, ogniwa zaś, które przedtem wydawały się wypróbowane i mocne, trzeba 

będzie sprawdzić ze wzorcami z rzeczywistej historii. Co mnie obchodzi Ulica Rycerzy, gdy 

muszę  wiedzieć,  i to  natychmiast,  ile  okrętów  liniowych  towarzyszyło  Nelsonowi  do  Indii 

Zachodnich? 

Z  tego  wszystkiego  wygląda,  jakbym  zamierzał  pisać  nową  powieść,  lecz  jest  to 

sprawa bardzo niepewna. I przedtem przychodziły mi do głowy fabuły, które porzucałem, gdy 

powieść ostatecznie okazywała się niewarta napisania, nieciekawa albo zbyt wątła. Z tą może 

łatwo być tak samo. Nie napisałbym tu o niej, gdyby nie była to sprawa ”teraz lub nigdy”. 

Przypuśćmy, że będę pisał tę powieść. Przypuśćmy (stara wątpliwość, jedna z kilku, 

jakie  z wiekiem  stają  się  silniejsze),  że  pożyje  na  tyle  długo,  żeby  ją  skończyć.  Wówczas 

gdzieś z początkiem drugiego tygodnia w lipcu, kiedy będę już z powrotem w domu, zastanę 

siebie  siedzącego  tu,  gdzie  siedzę  w tej  chwili,  z tym  samym  piórem  w ręku  i z tą  samą 

podkładką  pod  papier  przede  mną,  napiszę  cyfrę  ”l”  u góry  strony  i raz  jeszcze  rzucę  się 

sankami  w dół  zbocza,  skazując  się  na  codzienne  godziny  pracy  wyobraźni  i miesiące 

zmęczenia. Może wówczas — to dziwna myśl — spojrzę z zazdrością na przyjemne godziny 

spędzone przy pisaniu  obecnego eseju.  Może gdzieś w październiku  zakręcę wieczne pióro, 

wstanę zesztywniały od biurka i wrócę do życia. Do tego czasu… może… 

Ostatnie  słowo  napisane  przeze  mnie  na  końcu  poprzedniego  rozdziału  było  ”Do 

widzenia”. Teraz piszę je znowu z równie silnymi uczuciami.