background image

 

 

 

Stomma Ludwik 

 

Historie niedocenione 

Opracowanie graficzne: 

Janusz Barecki 

Korekta: 

Bogusława Jędrasik 

Copyright © Ludwik Stomma, Warszawa 2011 

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2011 

ISBN 978-83-244-0182-6 

Wydawnictwo ISKRY 

ul. Smolna 11,00-375 Warszawa iskry@iskry.com.pl www.iskry.com.pl 

Skład wersji elektronicznej: 

Virtualo Sp. z o.o. 

background image

 

Spis treści 

Dedykacja 

ADAM I EWA 

ZAMA 202 P.N.E. 

COVADONGA 722 

KRUCJATY 

JOANNA D’ARC 

MARIGNANO 1515 

CZARNA LEGENDA 

HENRYK VIII 

JERMAK TIMOFIEJEWICZ 

JAMESTOWN 1676 

VALMY 

OLIMPIADA 1896 

HISZPANIA 1936-1939 

HOLOCAUST 

DEKOLONIZACJA 

JURIJ GAGARIN 

CLAUDE LÉVISTRAUSS 

background image

  Basi mojej najdroższej 

background image

ADAM I EWA 

Opisana  jest  w Biblii  dokładnie  historia,  jak  z żebra  Adama  Bóg  Jahwe  stwarza 

kobietę i przyprowadza ją do organodawcy.  Ani goły Adam, ani goła kobieta nie krępują się 

przed  sobą.  W raju,  w którym  mieszkają,  czai  się  jednak  złowrogi  wąż,  który  kusi  głupią 

babę.  Chodzi  konkretnie  o smakowite,  ale  zakazane  jabłko  z rajskiego  sadu.  Goła  kobieta 

zrywa je oczywiście, łamiąc nakaz Boga Jahwe, czyli grzesząc. W tym momencie zaś stają się 

symetrycznie dwie rzeczy (podaję w paru najbardziej współczesnych tłumaczeniach, żeby nie 

być posądzonym o manipulację tekstem): 

1. „A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki 

figowe  i zrobili  sobie  przepaski”  (Biblia  Tyniecka,  Poznań  1971,  A).  „Teraz  otworzyły  się 

obojgu  oczy  i zszyli  liście  figowe,  i zrobili  sobie  przepaski”  (Pismo  Święte  pod  redakcją  ks. 

Michała Petera, Poznań 1973, B). 

„Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy. Spletli więc liście figowe 

i zrobili  sobie  przepaski”  (Pismo  Święte  brytyjskiego  i zagranicznego  Towarzystwa 

Biblijnego, Warszawa 1986, C). 

Jahwe  interweniuje  natychmiast.  W odwet  za  to  wykroczenie,  a może  nawet 

sprzeniewierzenie  jego  regulaminowi,  deklaruje  kobiecie:  „Obarczę  cię  niezmiernie  wielkim 

trudem  twej  brzemienności,  w bólu  będziesz  rodziła  dzieci,  ku  twemu  mężowi  będziesz 

kierowała  swe  pragnienia,  on  zaś  będzie  panował  nad  tobą”  (A).  „Wielce  pomnożę 

dolegliwości  brzemienności  twojej.  W bólach  rodzić  będziesz,  a do  męża  twego  będzie  cię 

skłaniać  pożądliwość  twoja,  a on  panować  będzie  nad  tobą”  (Księga  Rodzaju,  KUL,  pod 

redakcją  X.  dr.  Stanisława  Lacha,  Poznań  1962).  „Pomnożę  dolegliwości  brzemienności 

twojej,  w bólach  będziesz  rodziła  dzieci,  mimo  to  ku  mężowi  twemu  pociągać  cię  będą 

pragnienia  twoje,  on  zaś  panować  będzie  nad  tobą”  (C).  „Pomnożę  po  wielekroć  cierpienie 

twych  brzemienności.  W boleściach  będziesz  dzieci  rodziła,  wszakże  do  męża  będziesz 

lgnęła, a on rządzić będzie tobą (B)”. 

Związek przyczynowoskutkowy wydaje się jasny. Zauważenie nagości jest odkryciem 

seksualizmu. W tym momencie dokonuje się zamiana rajskiej nieśmiertelności indywidualnej 

na  nieśmiertelność  gatunkową  (społeczną),  która  wymaga  rozmnażania  się,  a więc  rodzenia 

dzieci  przez  kobiety.  Na  scenę  wkracza  tu  śmierć.  Co  było  zbędne  w raju,  teraz  staje  się 

koniecznością - kobiety muszą rodzić, bo ludzie będą umierać. 

W raju  życie  było  wieczne.  Nieuchronna  śmierć  wymusza  prokreację.  Wszystko,  co 

związane z seksem i rozmnażaniem się stanowi więc funkcję śmierci, jest nią skażone, a więc 

ciemne,  brudne  i grzeszne.  Z sadystyczną  dosadnością  Jahwe  prawi  o tym,  jak  „pomnoży 

background image

dolegliwości  brzemienności”,  „obarczy  bólem  brzemienności”...  Albowiem  brzemienność 

i konieczność  rodzenia  dzieci  są  karą.  Karą  jest  również  to,  iż  kobieta  będzie  czuć,  co 

występnie  zdarzyło  się  w raju,  pożądanie  względem  mężczyzny.  Pożądliwości  mężczyzny 

względem  kobiety  nie  poświęca  Jahwe  ani  słowa.  Owszem,  informuje  go  (3,19),  że  i on 

będzie  odtąd  śmiertelny  oraz  zmuszony  do  pracy  (3,17-18),  winowajca  upadku  jest  jednak 

wskazany  jednoznacznie  -  jest  nim  kobieta,  od  tej  chwili  istota  NIECZYSTA. 

Miesiączkujące,  ciężarne,  rodzące  zwierzę  seksualne.  Wyjaśnia  to  dobitnie  Klemens 

Aleksandryjski (zm. 212): „Gdy Salome pytała Pana: «Dokąd śmierć będzie sprawowała swą 

władzę?», odpowiedział Pan: «Dopóki wy, kobiety, będziecie rodzi滄. 

Pisał  święty  Odo  z Cluny  (zm.  942):  „Całe  piękno  kobiety  polega  na  skórze.  Gdyby 

mężczyźni  zdawali  sobie  sprawę,  co  się  pod  skórą  ukrywa,  to  sam  widok  kobiet  byłby  im 

wstrętny.  Bo  cóż  się  mieści  w kobiecych  nosach,  gardłach,  brzuchach...  -  Obrzydliwe 

nieczystości. A my, którzy wzdragamy tknąć się, choćby palcem,  błota, rzygowin czy gnoju, 

jakże  możemy  czuć  satysfakcję  ze  ściskania  w ramionach  tych  worków  ekskrementów!?” 

(cytuję  za:  Louis  Réau,  Iconographie  de  l’art  chrétien,  t.  II,  cz.  2).  Budzić  się  może 

oczywiście prostackie pytanie: cóż innego mieści się w męskich nosach, gardłach, brzuchach? 

Jest  to  jednak  pytanie  bezprzedmiotowe.  Nie  ma  tu  bowiem  symetrii:  to  kobieta  uwodzi, 

zwodzi, prowadzi w otchłań nieczystości i grzechu. Podkreśla raz jeszcze Peter Brown (Ciało 

i społeczeństwo,  mężczyźni,  kobiety  i abstynencja  seksualna  we  wczesnym  chrześcijaństwie

Kraków  2006):  „Ubolewający  nad  śmiercią  mężczyźni  skłonni  byli  ją  postrzegać  jako 

zagrożenie  wynikające  z niezmiennej  uwodzicielskiej  mocy  kobiet  (...).  Niektórzy  radykalni 

uczniowie  Tacjana  Syryjczyka  (ur.  130  -  zm.  ok.  185)  wręcz  przypisywali  aktowi 

seksualnemu  fakt  pierwotnej  utraty  Ducha  przez  Adama  i Ewę.  Utrzymywali,  że  Ewa 

napotkała  węża,  reprezentanta  świata  zwierzęcego,  a on  nauczył  ją  robić  to,  co  robią 

zwierzęta  -  mianowicie  kopulacji.  Tak  oto  Adam  i Ewa,  przyłączywszy  się  poprzez 

useksualnienie  do  świata  zwierząt,  znaleźli  się  na  śliskim  stoku,  który  przez  seksualność 

powiódł  ich ku dziedzinie zwierzęcej,  a stąd ku grobowi”.  Tertulian (155-220) zwracając się 

do kobiety, pisze (cytuję za Jeanem Delumeau, Strach w kulturze Zachodu XIVXVIII w., przeł. 

A.  Szymanowski,  Warszawa  1986,  s.  292):  „Winnaś  zawsze  nosić  żałobę,  być  okryta 

łachmanami  i ogarnięta  skruchą,  by  odkupić  grzech  zagubienia  rodzaju  ludzkiego  (...). 

Kobieto,  jesteś  bramą  diabła.  Ty  dotknęłaś  drzewa  Szatana  i ty  pogwałciłaś  prawo  Boskie”. 

Powoli  wszystko  się  miesza:  grzech  pierworodny,  nieczystość  metafizyczna  i brutalnie, 

cieleśnie  dosłowna.  Święty  Augustyn  nie  zajmuje  się  nawet  aspektem  teologicznym:  Inter 

urinam  et  faeces  nascimur  -  „Rodzimy  się  w wydzielinach  i brudach”.  Jest  mu  głęboko 

background image

przykro,  iż  musiał  się  znaleźć  na  tym  świecie  za  przyczyną  kobiecych  flaków.  Ten  strach 

przed  nieczystą  kobietą  przeradza  się  w rzeczywistość  społeczną.  Pisze  Francesco  Petrarca, 

ten  sam,  który  zakochany  był  w Laurze,  ujrzanej  w Wielki  Piątek  1327  roku  w kościele 

Świętej  Klary  w Avignonie  i nigdy  więcej,  była  więc  dla  niego  snem,  natchnieniem 

i złudzeniem:  „Kobieta  (...)  jest  prawdziwym  diabłem,  wrogiem  pokoju,  źródłem  rozterek, 

przyczyną zbędnych kłótni zakłócających równowagę ducha...  A niechże się żenią ci,  którzy 

czują  pociąg  do  obcowania  z żoną,  do  nocnych  obłapywanek,  do  skomlenia  dzieciarni,  do 

udręki  bezsenności.  My,  jeśli  tylko  leży  to  w naszej  mocy,  wolimy  uwieczniać  nasze  imię 

talentem, a nie małżeństwem, dziełami ducha, a nie dzieciakami, w cnocie, a nie w zespoleniu 

z kobietą”. „Strach przed kobietą - próbuje tłumaczyć katolicki historyk Jean Delumeau - nie 

jest wymysłem ascetów chrześcijańskich. Ale jednak - jest zmuszony przyznać - prawdą jest, 

że  chrześcijaństwo  przyswoiło  go  sobie  bardzo  wcześnie  i że  następnie  straszyło  nim  aż  do 

początków  XX  wieku.  Oznacza  to,  że  agresywny  antyfeminizm  nie  jest  nowością  w języku 

teologicznym”. 

„Kobieta,  która  w raju  zaprzedała  nas  śmierci,  której  nieczystość  brudzi  nasze 

domostwa  i zatruwa  ziemię,  waży  się  niekiedy  podnosić  wężową  głowę  i nawet  podważać 

słowa  swojego  męża  i pana.  Zaprawdę  nie  ma  kary  na  takową  bezczelną  zuchwałość.  Nie 

wystarczą  rózgi,  gdyż  obojętne,  ile  krwi  z jej  grzbietu  spłynie,  co  miesiąc  przyniesie  nową 

krew zatrutą” (Chorycjusz retor, VI w., podług wydania Förstera, Leipzig 1929). Rozumiejąc, 

że  skrajność  podobnych  stanowisk  może  stać  się  przeszkodą  w ewangelizacji,  czyli 

umacnianiu pozycji Kościołów, chrześcijaństwo kreowało kult Matki Bożej Maryi niemający 

realnych  podstaw  w piśmie.  Zwana  „matką”,  „kobietą”  została  jednak  radykalnie 

odseksualniona.  Kolejne  dogmaty  dotyczące  jej  czystości  ustanawiają,  iż  zachowała  ona 

dziewictwo  (wyjaśnijmy  brutalnie:  hymen)  nie  tylko  w momencie  poczęcia,  ale  także  po 

porodzie!  Jest  to  więc  kobieta  nadfizjologiczna,  niemająca  nic  wspólnego  z nieczystymi 

istotami  błąkającymi  się  i zwodzącymi  na  naszym  niskim  padole.  W dyskusji  nad  celibatem 

powiedział  ksiądz  Boniecki,  podówczas  redaktor  naczelny  „Tygodnika  Powszechnego”,  iż 

w momencie  zawsze  możliwych  prześladowań  ksiądz  nieobciążony  rodziną,  a więc  mniej 

podatny  na  sentymentalny  szantaż,  ma  większe  szanse  przetrwać  w wierze  i oporze.  Jest  to 

zapewne  jedyny  argument  za  celibatem,  który  do  mnie  przemówił.  Tyle  że  ustanawiający 

reguły celibatu w najmniejszej mierze się nim nie interesowali. Dla nich liczyło się bowiem, 

żeby nie wydał kapłanów „Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości” (Rz 1, 24-25). 

A chodzi tu jeszcze, tak przynajmniej  było to później  interpretowane przez Ojców Kościoła, 

o obcowanie z kobietami, czyli swoiste zaledwie „zanieczyszczenie”. Cóż dopiero przyznanie 

background image

kobietom  samego  przywileju  sprawowania  kapłaństwa.  Tutaj  nieczystość  zyskiwałaby 

możliwość  zatruwania  obrządku  i samej  jedynie  słusznej  nauki.  Dlatego  też  Kościół 

rzymskokatolicki  nie  podejmuje  nawet  cienia  dyskusji  na  ten  temat,  gdyż  byłaby  ona 

w samym punkcie wyjścia  sprzeniewierzeniem  się Pismu. W wyznaniach świętego Cypriana 

(J.N.  Bakhuizen  van  den  Brink,  Scriptores  christiani  primaevi,  Haga  1946)  ciało 

chrześcijańskiego  mężczyzny  jawi się  jako mikrokosmos,  który  byłby  nieskalany, gdyby  nie 

płodowy  pobyt  w ciele  żeńskim  i zatrucie  jego  wydzielinami,  co  zasiało  w nim  elementy 

pierwiastka  podatnego  na  oddziaływanie  żeńskie.  Dlatego  też  mężczyzna  musi  twardo 

zapanować nad kobietą - dać jej zatrudnienie w dziedzinach „niemających związku z myślą” 

(Tertulian),  karać  jej  uchybienia  cnocie  i posłuszeństwu,  nie  poddawać  się  jej  fanaberiom 

i zachciankom. Jest oczywistością, iż żona może być przez męża karana fizycznie. Francuscy 

libertyni lubujący się w praktykach flagelacyjnych twierdzili cynicznie (de Sade), iż poniżając 

kobiety,  robią w końcu to, co Kościół od dawna zalecał. Tak  więc  libertynizm w najbardziej 

nawet wyuzdanych swoich formach, co jest paradoksem, mógł się odwoływać do uświęconej 

tradycji,  uznając  kobietę  za  stworzenie  gorsze,  mające  być  w pełni  obiektem  męskiej  woli, 

a co  więcej  -  stworzenie,  któremu  należy  się  kara.  Nic  więc  dziwnego,  iż  w korzeniach 

światopoglądowych,  nawet  świadomie,  jak  na  przykład  hrabia  Honoré  de  Mirabeau, 

libertynizm powracał do wizerunku kobiety winnej grzechu i śmierci. Zresztą, nie mogło być 

inaczej.  Libertynizm  chciał  być  ruchem  (czy  raczej  praktyką)  świętokradczym.  Podejmował 

więc  konfrontację  na  terenie  ustalonym  już  i ugruntowanym,  przekręcając  i deprawując 

normy  społeczne,  nie  negując  jednak  ich  fundamentów.  Wyuzdany  mnich  Clément 

w powieści  markiza  Donatiena  de  Sade’a  (Justyna,  czyli  nieszczęścia  cnoty,  Łódź  1987) 

tłumaczy  Teresie:  „Skoro  tylko  zaczyna  się  mówić  o lubieżności  -  natychmiast  podnosi  się 

szum.  Robią  go  zwłaszcza  kobiety,  nieustannie  strzegące  swoich  praw,  kobiety,  których 

słabość i znikoma wartość nie pozwalają na utratę czegokolwiek (...). To niewielka strata, gdy 

mężczyzna  dla  wzmocnienia  swojej  rozkoszy  zaniedba  albo  zepsuje  przyjemność  kobiecie. 

Tak  naprawdę  nie  ma  przecież  żadnego  porównania  między  mężczyzną  a kobietą”.  Oto 

interpretacja tradycji, bluźniercza być może, ale nieubłaganie konsekwentna. 

Biblia,  definiuje  Encyklopedia  Katolicka,  jest  to  „zbiór  ksiąg  uważanych  przez 

Kościół za natchnione oraz przyjętych do kanonu Pisma Świętego z uwagi na zawarte w nich 

objawienie  Boże  (...).  Biblia  jako  słowo  Boże  stanowi  największą  świętość  dla  wyznawców 

monoteizmu  żydowskiego  i chrześcijańskiego.  Dodajmy,  że  biblijną  wizję  rajską  przejął  też 

w znacznej części islam. 

Są  takie  zdarzenia  w dziejach  ludzkości,  które  datować  trudno.  Włączenie  przesłań 

background image

biblijnych  do  tradycji  i praktyki  społecznej  to  przypuszczalnie  w kręgu  kultury 

chrześcijańskiej  kwestia  IIIIV  wieku.  Wtedy  też  wyrósł,  by  trwać  przez  wieki  uświęcony 

mizoginizm  społeczny  i kultowy.  Rzecz  o konsekwencjach  nieporównanie  większych  niż 

stoczone tysiące bitew, zdobyte zamki i upokorzone chorągwie. Dopiero w XIX wieku, dzięki 

naciskom  organizacji  feministycznych,  zdeterminowanych  ponad  powszechne  ośmieszanie 

i administracyjne przeszkody zaczęły kobiety dochodzić drobnej części swoich praw. W 1860 

kobiety  (powyżej  30  lat)  w Wielkiej  Brytanii  zdobywają  prawo  do  głosowania  (do 

kandydowania  w 1907).  Od  1864  mogą  głosować  w Rosji,  od  1865  w Finlandii,  1867 

w Australii,  1886  w Szwecji,  od  1901  w Norwegii.  We  Włoszech  trzeba  było  poczekać  do 

roku 1945, we Francji do 1946, w Szwajcarii do 1971, w Portugalii do 1976, w Kuwejcie do 

1999.  Przypomnijmy,  iż  w starożytnym  Rzymie  kobiety  miały  prawo  wypowiadać  się  na 

Forum w sprawach politycznych i głos ich musiał być brany pod uwagę, prawda że męskiego 

senatu. O to i tylko o to występuje w rewolucyjnej Francji w 1791 Olympe de Gouges. Co się 

działo od czasów rzymskich po XIX wiek, a więc prawie dwa tysiąclecia? - Z Biblii wypełzł 

wąż, zachęcił głupią babę do zjedzenia jabłka, na skutek czego zauważyła, że mężczyzna jest 

goły, z czego wynikła śmierć... Karykatura zawarta w takim streszczeniu o tyle jest niegodna, 

że  owa  rajska  wizja  spowodowała  spustoszenie  społeczne  dyskryminujące  przez  wieki 

połowę  ludzkiej  populacji  i w znacznej  mierze  trwające  do  dzisiaj.  Historia,  którą  czytamy 

również  w podręcznikach,  jest  historią  mężczyzn.  Na  marginesie  zjawi  się  może  jakaś 

królowa,  Joanna d’Arc  albo Emilia Plater. Kobiet  jako współsiły  sprawczej dziejów tam  nie 

ma.  A każdy  chrześcijański  samiec  uważa  w głębi  ducha,  że  panować  będzie  nad  samicą. 

Amen. 

background image

ZAMA 202 P.N.E. 

Hannibal  twierdził  skromnie,  iż  jest  trzecim  największym  wodzem  w dziejach,  po 

Aleksandrze  Macedońskim  i Pyrrusie.  Historia  wojskowości  oceniła  go  wyżej.  Karl  von 

Clausewitz uważał go za geniusza, a podręczniki taktyki militarnej aż po lata pierwszej wojny 

światowej przytaczały jego manewry jako wzór i przykład. Chodzi przede wszystkim o bitwę 

pod  Kannami  stoczoną  2  sierpnia  roku  216  p.n.e.  W największym  skrócie:  Hannibal  ustawił 

swoje  wojska  w kształt  półkola  wybrzuszonego  w kierunku  armii  rzymskiej.  Przeciwnik  nie 

mógł uderzyć na skrzydła, gdyż zostawiałby środek półkola na swojej flance. Logicznie natarł 

więc  na  centrum,  które  w zaciekłej  walce  zaczęło  się  z wolna  cofać,  aż  do  momentu,  kiedy 

półkole wypięło się w przeciwną stronę niż na początku starcia. Wtedy jednak oba jego końce 

znalazły  się  na  skrzydłach  legionów  Terencjusza  Warrusa  i Emiliusza  Paulusa.  Ruszyły  do 

przodu  i Rzymianie  znaleźli  się  w kotle,  z którego  nie  było  już  wyjścia.  Według  Polibiusza 

zginęło 70 000 Rzymian, a 10 000 dostało się do niewoli. Są to zapewne liczby przesadzone, 

ale  już  szacunki  Liwiusza:  46 200  zabitych  i około  30 000  jeńców  historycy  uważają  za 

bliskie  prawdy.  Były  to  straty  ogromne.  Ocenia  się,  że  Rzym  miał  wtedy  325 000  ludzi 

zdolnych  do  chwycenia  za  broń.  Tymczasem  poprzednie  zwycięstwa  Hannibala  pod  Trebią 

(w  grudniu  218)  i nad  Jeziorem  Trazymeńskim  unicestwiły  już  około  40 000  spośród  nich. 

Zważywszy,  iż  co  najmniej  40 000  znajdowało  się  poza  Półwyspem  Apenińskim,  a co 

najmniej  drugie  tyle  konieczne  było  do obsadzenia  miejsc  obronnych,  w najrozpaczliwszym 

pospolitym  ruszeniu  Rzym  mógł  rzucić  teraz  przeciw  Hannibalowi  tylko  ostatnie  rezerwy, 

złożone co gorsza z ludzi niewprawionych w walce, z najmłodszych i najstarszych roczników. 

Wydawało  się,  że  droga  do  Wiecznego  Miasta  stoi  otworem.  Tak  też  sądziło  otoczenie 

punickiego  wodza.  Marhabal,  dowódca  jazdy,  podczas  pobitewnej  uczty  wykrzyknął 

z zapałem,  że  „następną  ucztę  odbędziemy  za  cztery  dni  na  Kapitolu”.  Hannibal  nie  podjął 

tematu, a przynaglany bąknął coś o czasie do namysłu i że w ogóle nie jest to temat aktualny. 

Wówczas  to  wyrwały  się  Marhabalowi  te  słynne  słowa:  Vincere  scis,  Hannibal,  victoria  uti 

nescis (Umiesz, Hannibalu, zwyciężać, ale wykorzystać zwycięstwa nie umiesz). 

Dlaczego  Hannibal  nie  ruszył  na  Rzym?  Wbrew  niektórym  historykom  i ”cokolwiek 

sądziłby na ten temat zwycięzca spod El Alamejn, sir Bernard Montgomery” - jak komentuje 

zgryźliwie Serge  Lancel (Hannibal, Warszawa 2001), odpowiedź  jest prosta.  Dlatego że nie 

mógł  i nie  chciał.  Nie  mógł?  -  „Miasto  -  pisze  Gilbert  CharlesPicard  -  tworzyło  obóz 

oszańcowany  jedenastokilometrowymi  murami,  których  armia  punicka  nie  mogła  nawet 

w całości otoczyć.  Hannibal, który tyle się natrudził ze zdobyciem Saguntu i który nie śmiał 

zaatakować  ani  Emporii,  ani  Massali,  nie  mógł  sobie  pozwolić  na  wielomiesięczne 

background image

unieruchomienie armii przed tą przeszkodą nie do zdobycia (...). Co więcej, w ciągu tego roku 

mury  rzymskie  zostały  wzmocnione  i dwa  legiony  normalnego  garnizonu  zupełnie 

wystarczyłyby  do  obrony.  A oblężenie  tak  długo  musiałoby  być  bezskuteczne,  jak  długo  po 

Tybrze mogła swobodnie żeglować nienaruszona flota rzymska”. 

Nie  chciał?  -  Zdobycia  i zniszczenia  Rzymu,  przerastającego  jego  siły,  trzeźwo 

kalkulujący  Hannibal  nie  miał  nigdy  w swoich  planach.  Wiemy  o tym  z pewnością  z tekstu 

cytowanego przez Polibiusza  jego układu z Filipem, królem Macedonii. Chodziło o odcięcie 

Rzymu  od  żyznych  prowincji  południowych  i jednoczesne  odcięcie  go  od  możliwości 

ekspansji  na  północ,  tak  żeby  stał  się  drugorzędnym  państwem  pod  wpływem  Kartaginy. 

Świat grecki zostałby poddany sojuszniczym Macedończykom, hellenistyczna Syria Antiocha 

III  Wielkiego  ryglowałaby  Morze  Śródziemne  od  wschodu.  Jak  podsumowuje  Gilbert 

CharlesPicard:  „Taki  byłby porządek świata,  gdyby Hannibal zwyciężył”.  Była to  koncepcja 

mająca  teoretycznie  wszelkie  szanse  powodzenia.  Jednego  jednak  Hannibal  „nie  mógł 

w swoich  kalkulacjach  brać  pod  uwagę  -  tej  siły  narodu  rzymskiego,  ponieważ  chodziło 

o zjawisko  zupełnie  nowe  w ewolucji  ludzkości.  On  sam  opierał  się  jedynie  na 

mieściepaństwie  i królestwie  typu  hellenistycznego.  Kartagina  sprawowała  w Afryce 

samodzielną  kontrolę  nad  obszarem  większym  niż  obszar  zajmowany  przez  trzydzieści  pięć 

«tribus»  rzymskich.  Zorganizowała  go  starannie  i podzieliła  na  prowincje  (...).  Ale  nie 

potrafiła  w mieszkańcach  równin  wzbudzić  patriotyzmu,  który  ożywiał  tylko  mieszkańców 

stolicy  (...).  To  kalectwo  państwa  punickiego  było  wspólne  wszystkim  państwom  greckim, 

jakakolwiek  była  ich  konstytucja.  Miasta  były  zbyt  małe,  związkom  brakło  spoistości  (...). 

W rzeczywistości określenie «państwo», którego używamy w braku innego, nie jest stosowne 

do  żadnej  z tych  form,  podczas  gdy  dla  republiki  rzymskiej  nadaje  się  jak  najbardziej”. 

Kampania  wydawała  się  niepewna.  Poza  nią  jednak  Hannibal  nie  mógł  liczyć  na  żaden 

z regionów  bliskich  Rzymowi  związanych  już  z nim  nie  tylko  grą  interesów  i traktatów,  ale 

również,  o czym  Kartagińczycy  przekonywali  się  ze  zdumieniem  i wciąż  nie  chcieli  przyjąć 

do wiadomości, poczuciem obywatelskiej jedności. Trzydzieści pięć plemion składających się 

na lud rzymski było już ze sobą organicznie związanych. 

Marsz  na  Rzym  byłby  więc  w istocie  szaleństwem.  Ale  w takim  razie  co  robić? 

U szczytu powodzenia Hannibal znalazł się w impasie. Nic nie jest jednak stracone. Powstaje 

koncepcja  umocnienia  się  na  południu  Italii,  co  uniemożliwiałoby  ekspansję  Rzymu  w tym 

kierunku, założenia tu silnej bazy dla floty, co dałoby wspomaganej przez Greków Kartaginie 

panowanie  nad  Morzem  Śródziemnym.  Tyle  że  jak  dotąd  wojska  punickie  nie  opanowały 

żadnego  ważniejszego  portu.  Wydaje  się  jednak,  że  szczęście  jeszcze  raz  uśmiecha  się  do 

background image

punickiego  wodza.  Oto  w Tarencie  wybucha  bunt  przeciwko  Rzymianom,  a zrewoltowane 

miasto  wzywa  go  na  pomoc.  Tarent  to  nie  tylko port,  ale  również  arsenały,  stocznie,  zastęp 

doświadczonych marynarzy. Bez chwili wahania rzuca tam Hannibal te wszystkie swoje siły, 

które nadają się do toczenia walk oblężniczych. Miasto z radością otwiera przed nim  bramy. 

Jednakże w panującej nad portem twierdzy utrzymuje się rzymski komendant Gajusz Liwiusz 

(nie  mylmy  go  z Gajuszem  Liwiuszem  Salinatorem)  z pięcioma  tysiącami  obrońców. 

Wszelkie  szturmy  Kartagińczyków  na  nic  się  zdały,  „co  dowodzi  -  jak  pisze  zgryźliwie 

Gilbert  Charles  Picard  -  jak  bardzo  byliby  bezsilni  wobec  Rzymu”.  Następny  rok  przynosi 

Hannibalowi  same  niepowodzenia.  Wprawdzie  pojawia  się  pod  murami  Rzymu,  ale  jest  to 

tylko  czcza  demonstracja,  mająca  na  celu  skłonienie  miasta  do  zawarcia  korzystnego  dla 

najeźdźców pokoju.  Bezskutecznie.  W Rzymie dominują zwolennicy walki do końca.  Od tej 

chwili (rok 211 p.n.e.) wojna się rozślimacza. Toczy się głównie na drugorzędnych frontach: 

na  Sycylii,  w Hiszpanii  przede  wszystkim,  na  Balearach...  Wszędzie  tam  powoli,  ale 

konsekwentnie  Rzymianie  przejmują  inicjatywę.  W roku  204  p.n.e.  wódz  rzymski  Publius 

Cornelius  Scipio,  zwany  w tradycji  Scypionem  Afrykańskim  Starszym,  uznaje,  iż  rzecz 

dojrzała,  żeby  przenieść  walki  na  teren  przeciwnika.  Ląduje  w Afryce  i rozbija  wielki  obóz 

w Castra  Cornelia,  w pobliżu  Utyki,  w dzisiejszej  Tunezji,  zagrażając  bezpośrednio 

Kartaginie.  Na  wieść  o tym  Hannibal  powraca  do  ojczyzny.  Obie  strony  gotują  się  do 

decydującego  starcia.  Trwają  też  gorączkowe  zabiegi  dyplomatyczne  w celu  pozyskania 

sojuszników.  W tej  dziedzinie  Rzymianie  mają  niebagatelną  przewagę.  Kartagina  była 

w swoich  początkach  wielonarodowościowym  miastem  żeglarzy  i handlarzy,  którzy  osiedlili 

się tutaj na ziemiach należących od wieków do plemion numidyjskich, których znaczna część 

jest żądna rewanżu.  Władca Numidów Masynissa, dysponujący  słynną w całym starożytnym 

świecie kawalerią, postanawia więc związać się z Rzymianami. Nie obeszło się przy tym bez 

patetycznej  i romantycznej  historii.  Masynissa  ogłosił  bowiem  właśnie  swoją  wolę 

poślubienia pięknej Sofonisbe, w której był zakochany od lat. Problem w tym, iż panna młoda 

jest  córką  kartagińskiego  wodza  Hazdrubala  z rodu  Barków,  czyli  krewną  Hannibala, 

a rzymski  wywiad  posądza  ją  o inteligencję  i wraży  patriotyzm.  Scypion  przyjmuje  więc 

ofertę  politycznomilitarną  numidyjskiego  króla,  pod  warunkiem  iż  zamorduje  on  swoją 

ukochaną.  Żeby  ułatwić  działania  w praktyce,  przesyła  mu  kielich  z trucizną.  Sofonisbe, 

przed  którą  narzeczony  nie  kryje  rzeczywistości,  wypija  ją  ze  stoickim  spokojem.  Jedni 

historycy  zobaczą  w tym  małość  Masynissy,  inni  przeciwnie,  będą  podawać  za  przykład 

przeniesienia interesów państwa ponad prywatny sentyment. Tak czy inaczej, śmierć pięknej 

Kartaginki  wzbogaca  wojska  rzymskie  o kilkanaście  tysięcy  wyborowych  jeźdźców.  Co 

background image

gorsze  jeszcze  dla  Hannibala,  zwiększa  wpływy  defetystycznego  stronnictwa  w samej 

Kartaginie.  W konsekwencji  mobilizacja  jest  częściowa,  a niektóre  oddziały  chwiejne 

i niepewne. 

Do  decydującej  konfrontacji  dochodzi  pod  Zamą.  Ciężki  to orzech  do  zgryzienia  dla 

historyków,  gdyż  istniały  w tych  czasach  dwa  miasta,  a Carcopino  dorzuca  jeszcze  trzy 

wioski o tej samej nazwie. Przyjęta dzisiaj lokalizacja koło tunezyjskiej wsi Dżama jest o tyle 

wątpliwa, że archeolodzy odkryli tam w piaskach tylko elementy oręża numidyjskiego. Mamy 

więc do czynienia z sytuacją dosyć wyjątkową. Znamy z kronik dokładnie przebieg bitwy, nie 

wiemy tylko do końca, gdzie została ona stoczona. 

Hannibal  rozporządzał  około  pięćdziesięcioma  tysiącami  żołnierzy.  Ich  wartość  była 

jednak  bardzo  zróżnicowana.  Weteranów  wojen  italskich  pozostało  niewielu.  Większość  sił 

zapewniali  młodzi  rekruci  kartagińscy  i libijscy,  niedoświadczeni  w walce  i nie  bardzo 

wierzący w zwycięstwo. Niedoboru jazdy nie mogła zrównoważyć siła około osiemdziesięciu 

słoni,  które  jednak  musiały  stać  się  w tej  sytuacji  taranem  uderzającym  w pierwsze  szeregi 

rzymskie. Tyle że kartagińskie słonie nie były już dla Rzymian postrachem i zaskoczeniem. 

Scypion zakładał słusznie,  że zwierzęta, bez względu na usiłowania prowadzących  je 

do boju,  w panice  i ogłuszeniu wybiorą  zawsze,  jeśli tylko będą  miały taką  możliwość,  bieg 

przez  wolną  przestrzeń,  a nie  atak  na  płot  groźnych  i ostrych  dzid.  Rozstawił  więc  wojsko 

w kolumny, między którymi zostawił jakby wolne korytarze dla słoni. Zwierzę wbiegające tu 

nie  tylko  nie  szkodziło  rzymskim  szykom,  ale  odsłaniając  bezbronne  boki,  narażało  się  na 

ciosy lanc i oszczepów, a w konsekwencji nieuchronne unicestwienie. Tak się też stało. Atak 

słoni nie odniósł spodziewanego skutku. 

Wtedy  to  Hannibal  popełnił  kolejny  błąd,  identyczny  jak  ten  Napoleona,  dwa 

tysiąclecia później,  pod Borodino. Wiedząc, że w tej  bitwie chodzi o stawkę decydującą  i sił 

raz  utraconych  nie  uda  się  już  odtworzyć,  postanowił  jak  najdłużej  oszczędzać  i pozostawić 

koło siebie swoich weteranów (pod Borodino Napoleon nawet w decydującym momencie nie 

rzucił swojej gwardii do boju). W pierwszej fali ruszyły więc oddziały najsłabsze, które sam 

uważał  za  „żołnierską  hołotę”.  Nie  tylko  nie  przełamały  one  szeregów  rzymskich  i nie 

związały  ich  walką,  ale  rejterując  haniebnie,  rozerwały  szyki  weteranów.  W tym  momencie 

ogólnego zamieszania w szeregach kartagińskich Scypion kazał jednej części swojej kawalerii 

ścigać  uciekających  i na  ich  plecach  wjechać  w linie  wyborowych  formacji  wroga,  drugiej 

uderzyć z flanki na jazdę kartagińską i uniemożliwić jej przyniesienie pomocy łamiącemu się 

centrum  armii  punickiej.  Hannibal  nie  miał  już  rezerw.  Jego  wojska  cofały  się,  wreszcie 

rzuciły  do  panicznej  ucieczki  ścigane  przez  jazdę  Leliusza  i Masynissy,  niebiorącą  nikogo 

background image

w niewolę. Śmierć była wszędzie. 

Pisze  Gilbert  CharlesPicard:  „Ze  wszystkich  bitew  Hannibala  bitwa  pod  Zamą 

najmniej  pozwala  ujawnić  jego  geniusz.  Jak  zwykle  wykorzystał  różnicę  jakości  między 

swymi  oddziałami,  jednak  tym  razem  na  swoją  szkodę,  ponieważ  najemnicy  zdali  sobie 

sprawę,  iż  zostali  poświęceni,  i w decydującym  momencie  zwrócili  się  przeciw 

Kartagińczykom, którzy za nimi tworzyli drugą linię. Nie mógł tu ani wykorzystać terenu jak 

nad  Trebią  i Trazymenem,  ani  jak  pod  Kannami  wciągnąć  nieprzyjaciela  w pułapkę 

utworzoną przez własne wojska. Prawdopodobnie miał do czynienia z lepszym taktykiem niż 

Flaminiusz  lub  Warron,  chociaż  Scypion  nie  wymyślił  żadnego  nowego  posunięcia 

strategicznego, a jedynie ograniczył się do wykorzystania wspaniałej machiny wojennej, jaką 

stanowiły legiony. O wyniku bitwy przesądziła raczej jakość wojska niż talent wodzów. 

Wieczorem  po  bitwie  Hannibal  z kilkoma  zaledwie  jeźdźcami  rzucił  się  galopem  ku 

Hadrumetum  i przebył  tę  drogę  jednym  tchem.  Po  nim  przybyło  jeszcze  kilka  tysięcy 

uciekinierów. Wódz przegrupował ich, ale już nie było czasu na walkę. Możliwie najprędzej 

wsiadł na okręt i odpłynął do Kartaginy”. 

W Kartaginie  był  jeszcze  niekwestionowanym  przywódcą.  Oznaczało  to  jednak 

przede  wszystkim,  że  na  jego  barki  spadł  ciężar  negocjowania  z Rzymianami  warunków 

traktatu pokojowego. Ci zaś po Zamie byli bezlitośni. Cóż z tego, że Hannibal rozumie, iż nie 

ma innego wyjścia. Odium kapitulacji spada na niego. Kiedy stara się stanąć okoniem, naraża 

się  z kolei  zwycięzcom.  Wreszcie  niezrozumiany  przez  nikogo  i zagrożony  aresztowaniem 

przez Rzymian opuszcza rodzinne miasto. Rozpoczyna się beznadziejna tułaczka. 

Umrze  Hannibal  w roku  182  p.n.e.  w okresie,  kiedy  teoretycznie,  wbrew  wysiłkom 

prącego do wojny emigranta, między Rzymem i Kartaginą panuje pokój. Jest to jednak pokój 

bardzo względny. Rzymianie nigdy nie mieli litości dla zwyciężonych, a już tym bardziej nie 

obdarzali ich zaufaniem. Sami rzeczywiście nie angażowali się w sprawy kartagińskie, jednak 

w myśl zasady divide et impera nieustannie podjudzali  Masynissę  i jego Numidyjczyków do 

ataków  na  ziemie  punickie.  Że  zaś  zgodnie  z traktatem  zawartym  po  klęsce  pod  Zamą 

Kartagina  nie  mogła  prowadzić  działań  zbrojnych  bez  zgody  Rzymu,  musiała  się  do  niego 

zwracać  o arbitraż.  Łatwo  sobie  wyobrazić,  jakie  były  tego  rezultaty.  Napaści  Masynissy 

stawały  się  jednak  coraz  bardziej  dotkliwe  i apele  kartagińskie  na  tyle  naglące,  iż  wreszcie 

Rzym  zdecydował  się  wysłać  do  Afryki  uroczyste  poselstwo  rozjemcze.  Miało  ono 

oczywiście  rozsądzić  wszystkie  spory  na  rzecz  Masynissy  i dodatkowo  upokorzyć  dawnych 

wrogów. Nie to jednak stało się dla  Kartagińczyków przyczyną  nieszczęścia.  Dumny orszak 

rzymski,  w którym  najwyższy  rangą  był  onegdysiejszy  kwestor  armii  Scypiona,  senator 

background image

Marek  Porcjusz  Katon,  wjechał  do  miasta  jesienią  157  roku.  Rozpoczęto,  jak  w podbitym 

kraju, od szczegółowej wizytacji portu, urzędów, skarbu.  Ku swojemu zdumieniu przyjezdni 

musieli stwierdzić, że Punici dotrzymują we wszystkim warunków traktatu, ale jednocześnie 

i to,  że  od  czasów  Zamy  zdołali  odbudować  swoje  miasto  i uczynić  z niego  wielki,  ludny 

i bogaty  ośrodek  handlowy,  rzemieślniczy  i kulturalny.  Napełniło  to  Katona  fanatyczną 

wściekłością.  Był  to  świetny  mówca,  erudyta,  pisarz,  a jednocześnie  człowiek  mściwy, 

pamiętliwy i zajadły. Brało się to być może z tego, iż był tak zwanym homo novus (człowiek 

nowy), który z niskiego stanu wspiął się własnymi siłami do najwyższych urzędów. Po drodze 

zaznał  niejednego  bolesnego  upokorzenia  od  dobrze  urodzonych.  Nienawidził  więc 

serdecznie  arystokracji,  w szczególności  zaś  bogatego,  rozpustnego  i rozrzutnego  miłośnika 

kultury  hellenistycznej  -  Scypiona,  pod  którego  rozkazami  musiał  ongiś  służyć. 

Przeciwstawiał mu rozpaczliwie mityczne, surowe cnoty dawnych Rzymian. Przeszedł też do 

bajecznej  historii  właśnie  jako  ich  patriotyczny  wyznawca.  Pisał  Adam  Mickiewicz  w Panu 

Tadeuszu

Siedzi  Rejtan żałośny po wolności stracie,  W ręku trzyma  nóż, ostrzem zwrócony do 

łona, A przed nim leży Fedon i żywot Katona. 

(Księga I, Gospodarstwo, ww. 62-64) 

Rzeczywistość nie wyglądała  jednak tak pięknie.  Przepełniała go wściekłość,  iż  imię 

Scypiona,  zwycięzcy  spod  Zamy,  opatrzone  na  dodatek  dzięki  tej  wiktorii  podniosłym, 

chwalebnym  przydomkiem  „Afrykański”,  było  wymawiane  na  Forum  Romanum  z miłością 

i czcią.  Co  gorsza,  chwała  ojca  przeniosła  się  też  na  syna,  Scypiona  Młodszego,  stając  się 

niebezpieczną  przeszkodą  w intrygach  politycznych  Katona.  I tutaj  wreszcie  nadarzała  się 

okazja.  Cóż  bardziej  mogło  zdyskredytować  znienawidzoną,  błękitnokrwistą  rodzinę 

Scypionów  niż  ukazanie  ludowi  rzymskiemu,  iż  na  skutek  słabości,  zaniedbania,  a może 

nawet  zdrady  Scypiona  Starszego  Kartagina  znowu  wzrosła  w siłę  i...  to  już  taki 

demagogiczny  zabieg,  znowu  zagraża  Italii.  Trzeba  ten  argument  wykorzystać  do 

ostateczności.  Stało  się  to  istną  obsesją  Katona.  Każdą  mowę,  choćby  dotyczyła  ona  spraw 

najodleglejszych, jak na przykład handlu zbożem z Egiptem, kończył nieodmiennie sentencją: 

Ceterum  censeo  Carthaginem  delendam  esse  (A  poza  tym  uważam,  że  należy  zburzyć 

Kartaginę). Słowa te w skrócie - ceterum censeo - stały się symbolem nieugiętego zmierzania 

do  celu,  równie  dobrze  jednak  wskazywać  by  mogły  na  monomanię  prześladowczą.  Za 

słowami  szły  czyny.  Gdzie  tylko  mógł,  usiłował  Katon  podniecać  antykartagińskie  nastroje, 

nie  darował  sobie  żadnej  intrygi,  żeby  zakwestionować  litery  traktatu  pokojowego  zawarte 

z afrykańskim miastempaństwem po Zamie i sprowokować nową wojnę. Chodziło tylko o to, 

background image

żeby znaleźć pretekst, który przekonałby Rzymian, że to Kartagina dąży do konfrontacji, a nie 

odwrotnie.  Nie  było  to  takie  trudne.  Po  kolejnych  agresjach  Masynissy  rada  kartagińska 

uchwaliła  wypędzenie  z miasta  zamieszkujących  w nim  Numidyjczyków  posądzanych 

o działania  na  rzecz  swojego  króla  i pozbawienie  ich  obywatelstwa.  Rzecz  była  defacto  bez 

znaczenia,  gdyż  chodziło  raptem  o czterdziestu  ludzi,  i nie  stanowiła  naruszenia  traktatów, 

jako że dotyczyła spraw wewnętrznych.  Masynissa  jednak natychmiast wykorzystał okazję - 

skierował  do  Kartaginy 

buńczuczne  ultimatum  nakazujące 

miastu,  pod  grozą 

natychmiastowego ataku, przyjęcie wygnańców z powrotem, przywrócenie im praw i wypłatę 

odszkodowania.  Tego  było  już  Punitom  za  wiele.  Jednogłośnie  uznali,  iż  jak  pisze  Bernard 

Nowaczyk  (Kartagina  149-146  p.n.e.,  Warszawa  2008),  „mogli  im  ostatecznie  rozkazywać 

Rzymianie, ale nie Masynissa!”. Tymczasem odmowa oznaczała wojnę, a ta kiedy wybuchła, 

była  sprzeczna  z umowami  zawartymi  ze  Scypionem.  Sprytny  Masynissa,  znając  doskonale 

wpływy  Katona  w Wiecznym  Mieście,  wpędzał  Kartagińczyków  w pułapkę  bez  wyjścia. 

Nieważne, że wojna z Numidią na skutek nieudolności wodza punickiego Hasdrubala została 

z kretesem 

przegrana. 

Stronnictwo 

wojenne 

w Rzymie 

mogło 

wskazywać 

na 

sprzeniewierzenie się warunkom pokoju i żądać najsurowszej za to kary. Na próżno Kartagina 

wysyłała  do  Rzymu  poselstwa  tłumaczące,  że  Hasdrubal  (w  międzyczasie  skazano  go  na 

śmierć)  rozpoczął  działania  samowolnie,  na  próżno  oferowała  zakładników.  Rzym  nie  miał 

zamiaru  się  cofnąć.  Zmobilizował  szybko  armię  o liczebności  i sile,  o której  Hannibal 

i Scypion  mogliby kiedyś tylko pomarzyć,  a której tym  bardziej  Kartagina tych  lat nie  miała 

żadnych  szans  się  oprzeć.  Kolejne  poselstwo,  pisze  Nowaczyk:  „Porażono  żądaniem 

z gatunku  tych,  jakie  stawia  się  pokonanym  w momencie  bezwarunkowej  kapitulacji.  Oto 

Kartagina,  która  nie przeżyła  jeszcze oblężenia,  nie starła się z przeciwnikiem,  nie przegrała 

jeszcze  żadnej  bitwy,  miała  wydać  całą  posiadaną  broń, tak osobistą  (zbroje,  miecze,  tarcze 

i hełmy),  jak  i publiczną,  tj.  machiny  bojowe,  oblężnicze  i forteczne”.  Nic  lepiej  nie  może 

świadczyć o rozpaczy  i pacyfistycznych  nastrojach w mieście,  jak  fakt, że  i ten dyktat został 

uznany. Bez  sprzeciwu,  pokornie,  Kartagina rozbroiła się całkowicie.  Wtedy  jednak dopiero 

Rzymianie pokazali swoją prawdziwą, katońską twarz. Nakazali Kartagińczykom zniszczenie 

ich  siedzib  i osiedlenie  się  na  nowych  miejscach  odległych  co  najmniej  15  kilometrów  (80 

stadiów) od morza, bez prawa zbliżania się do niego, a tym bardziej żeglowania i oddawania 

się handlowi morskiemu. Był to ni mniej, ni więcej cyniczny wyrok śmierci na miasto i jego 

bezbronnych  mieszkańców.  Rzymianie  byli  pewni,  że  z pozbawionymi  możliwości  oporu 

mogą  sobie  na  wszystko  pozwolić.  Tym  razem  jednak  ostateczna,  tragiczna  miarka  się 

przebrała. Kartagińczycy zrozumieli, że nie chodzi już o układy polityczne, nawet nie o honor 

background image

czy godność, ale o życie, elementarne przetrwanie. W tej sytuacji, niemal z dnia na dzień stali 

się  narodem.  Pisze  Appian  z Aleksandrii  (Historia  rzymska,  1.1,  Wrocław  2004),  skądinąd, 

choć  Grek,  stronniczy  apologeta  Rzymu,  że  gdyby  legie  ruszyły  na  Kartaginę  miesiąc 

wcześniej, nie napotkałyby oporu, gdyż nie było żadnych środków materialnych, które by go 

umożliwiały.  Teraz  jednak:  „Gaje  święte,  wszystkie  świątynie  i wszelkie  inne  obszerniejsze 

place zmieniły się w warsztaty, w których zarówno mężczyźni, jak i kobiety pracowali dniem 

i nocą, odpoczywając i posilając się na zmianę w określonym czasie. W ten sposób wyrabiali 

codziennie  100  tarcz,  300  mieczów,  1000  pocisków  do  katapult,  500  oszczepów  i włóczni 

oraz katapult tyle, ile zdołali. W braku innego włosia kobiety obcinały sobie włosy, z których 

wyrabiano  liny  do  napinania  wyrzutni...”.  Zaangażowanie  było  całkowite  i ostateczne.  Tak 

jak  dwa  tysiąclecia  później  Żydzi  w warszawskim  getcie,  jak  katarzy  na  wyżynach  zamku 

w Montségur  Kartagińczycy  wiedzieli,  iż  wygrać  nie  mogą.  Walczyli  już  tylko  o pamięć. 

Niczego  nie  zmienił  fakt,  iż  umarł  nienawistny  Katon,  a operację  prowadził.  Scypion 

Młodszy. Kiedy, pomimo bohaterskiej obrony trwającej dwa lata, wtargnął do Kartaginy i on 

musiał  być  posłuszny  zleceniom  senatu.  Kartagina  miała  być  wymordowana  i materialnie 

zniszczona. To pierwsze było proste i oblicza się dzisiaj, że poddano egzekucji około 80 000 

mieszkańców.  To  drugie,  mimo  podpaleń  i zezwolenia  na  spontaniczny  wandalizm,  okazało 

się  trudniejsze.  Trzeba  było  zaangażować trzy  legie,  żeby  młotami  i katapultami  (co  nam  to 

przypomina)  niszczyć  mury,  domy,  pomniki  i świątynie.  Sprawiono  się  tak  dobrze,  że 

z kamienia  na  kamieniu  nawet  współcześni  archeolodzy  nie  bardzo  mają  co  wyczytać. 

Unicestwiono miasto, naród i kulturę. Nie ma w naszej codzienności cienia tradycji punickiej. 

Piszą  Brian  Todd  Carey,  Joshua  B.  Allfree  i John  Cairns  w wybitnej  pracy  o przydługim 

tytule  Ostatnia  bitwa  Hanibala,  Zama  i upadek  Kartaginy  (Warszawa  2010):  „Spuścizną 

wojen  punickich  jest  to,  że  na  zawsze  zmieniły  one  cywilizację  rzymską.  Gdy  legiony 

rzymskie przekraczały Cieśninę Messyńską w 264 roku p.n.e., Rzym był tylko potęgą italską 

z ograniczonymi  regionalnymi  aspiracjami.  Po  zakończeniu  III  wojny  punickiej  w 146  roku 

państwo  rzymskie  nie  tylko  przyzwyczaiło  się  do  częstych  zagranicznych  wojen 

prowadzonych  na  dużą  skalę,  ale  również  do  utrzymywania  dużej  armii  i rządzenia  obcymi 

prowincjami”. 

Jest  to  takie  szkolne  podsumowanie  minimalne.  Cóż  się  bowiem  naprawdę  stało  po 

bitwie  pod  Zamą  i w jej  konsekwencji  kilkadziesiąt  lat  później?  Oto  Rzym  opanował  już 

prawie  wszystkie  brzegi  Morza  Śródziemnego,  które  też  wkrótce  i nie  bez  kozery  uzyska 

w łacinie miano Mare Nostrum (Nasze Morze). Christophe Hugoniot w znakomitym studium 

Rome  en  Afrique  (Paris  2000)  ukazuje,  jak  w tym  momencie  utworzyła  się  swoista  kultura 

background image

śródziemnomorska,  oparta  na  fundamencie  rzymskim,  która  w znacznej  mierze  pomimo 

inwazji  i kolonizacji  arabskiej  przetrwała  aż  po  dziś  dzień  i do  której,  podświadomie, 

odwołuje  się  też  arabska  wiosna  ludów  roku  2011.  Nie  ma  ucieczki  od  historii,  o której 

zadecydowało zwycięstwo rzymskie w bitwie pod Zamą w roku 202 p.n.e. 

Żeby zaś  ironia dziejów  mogła w pełni przesłać  nam swój kpiący uśmiech,  dodajmy, 

że  w żadnym  wypadku  z ascezy  Katona,  ale  właśnie  z epikureizmu  Scypionów  owa  kultura 

śródziemnomorska  się  wywodzi.  Pisał  jej  smakosz  i znawca,  Anglik  Peter  Mayle 

(Lekcjefrancuskiego,  Warszawa  2002):  „Jemy  niespiesznie,  tak  jak  powinno  się  jeść  dobre 

posiłki.  W niedzielę  ludzie  jedzą  wolniej  i piją  więcej  wina  niż  zazwyczaj.  Nie  patrzą  na 

zegarki. Mijają dwie godziny, niekiedy więcej. Wreszcie, gdy apetyty są zaspokojone, spada 

na  nas  senny  spokój.  Znikają  wyczyszczone  talerze  i pojawia  się  kawa.  Przed  nami  leniwe 

popołudnie: książka, drzemka,  pływanie...”. Tyle  zostało z krwi  i męczeństwa Kartaginy, ale 

tego też bez zwycięstwa Rzymu pod Zamą nigdy by nie było. Kiedy bowiem,  jak to ukazały 

następne  wieki,  kultura  grecka,  z którą  najsilniej  związana  była  Kartagina,  zasklepiała  się 

w sobie  i oddawszy  w pacht  obcym  klasycznych  filozofów,  zamknęła  się  na  górze  Athos, 

kultura  rzymska  owiewana  przez  wiejący  nad  Morzem  Śródziemnym  mistral  łagodniała, 

kosmopolityzowała  się  i miała  coraz  większą  ochotę  zasiąść  „w  sennym  spokoju”  pod 

kawiarnianym  parasolem.  Przy  całej  sympatii  dla  heroicznych  obrońców  Kartaginy 

przychodzi  stwierdzić,  że  to,  bez  czego  obejść  byłoby  się  nam  trudno:  rozdział  prawa 

cywilnego  i karnego,  demokrację  parlamentarną,  wiarę  w sztukę,  poszanowanie  własności 

prywatnej,  alfabet  przejęliśmy  od  zwycięzców  spod  Zamy,  a nie  od  ich  przeciwników.  Jacy 

bylibyśmy, gdyby słonie pod Zamą okazały się skuteczne? To już pytanie z dziedziny science 

fiction. Ale na pewno bylibyśmy zupełnie inni. 

background image

COVADONGA 722 

1  października  732  stają  naprzeciw  siebie  wojska  arabskie  pod  AbderRahmanem  ibn 

Abdullahem, władcą Andaluzji, i armia Franków Karola Młota. Określenie „armia Franków” 

jest może o tyle  nieścisłe,  iż kronika  Anonima z Kordoby  mówi o ściągniętych przez  Karola 

rycerzy  z wielu  krajów,  „mówiących  różnymi  językami”  i nazywa  ich  po  prostu 

„Europejczykami”. Przez siedem dni przeciwnicy obserwują się wzajemnie i przygotowują do 

walki.  Wreszcie  8  października  rozpoczyna  bitwę  nieskuteczna  szarża  konnicy  arabskiej  na 

ciężkozbrojną  piechotę  chrześcijan.  W międzyczasie  jazda  Karola  Młota,  kryjąc  się  za 

wzgórzami, obeszła szerokim łukiem pozycje Arabów i uderzyła na ich obóz. W starciu, które 

tu  wieczorem  nastąpiło,  poległ  AbderRahman.  Było  to  wydarzenie  decydujące  dla  losów 

bitwy.  Jak pisze Jean Deviosse (Charles Martel, Paris 1978):  „Wojownicy arabscy tej epoki 

walczyli dla wodza i w jego imię. W obliczu jego zgonu dalsza walka traciła całkowicie sens. 

Liczne  przykłady  dowodzą,  że  muzułmanie  równie  skłonni  do  wojennej  egzaltacji,  co 

zupełnego  zniechęcenia,  zawsze  poddawali  się  rezygnacji  po  utracie  swojego  przywódcy. 

Śmierć AbderRahmana zakończyła bitwę, która podług zamiarów obu stron miała trwać aż do 

totalnego  zniszczenia  sił  jednego  lub  drugiego  z wrogów”.  Nie  oznacza  to,  żeby  Arabowie 

ulegli panice. Zapadała noc. Kiedy rano Karol Martel ustawił swoje szyki do boju, po prostu 

nie zobaczył  ich przed sobą.  Odeszli  bez popłochu,  unosząc ze sobą wszystkie  łupy zdobyte 

podczas  wyprawy.  Straty  ponieśli  minimalne,  w żadnej  mierze  nieumniejszające  ich 

potencjalnych  możliwości  bojowych.  Owszem,  śmierć  AbderRahmana  na  pewno  była  dla 

Arabów dotkliwym ciosem. Miał on jednak zastępców wielkiej sławy i doświadczenia, którzy 

też  nie  dopuścili  do  zamieszania,  a ich  dalsze  decyzje  wskazują  na  rozwagę  i spokój.  Czy 

więc nie przesadza Jean Deviosse ze swoją koncepcją wodzowską? Jeśli tak, to jakie mogłyby 

być  powody  odejścia  muzułmanów?  Wydaje  się,  że  dwa  przynajmniej.  Zacznijmy  od  mniej 

ważnego.  Pisze  Bartolomé  Benasser  (Histoire  des  Espagnols  VIXVII  siècle,  Paris  1985),  iż: 

„Ostatnie wieki czasów Wizygotów w Hiszpanii kończyły się we krwi i w strachu. Trzy wieki 

od 414 do 711 były niewątpliwie najstraszliwszym okresem w historii Półwyspu Iberyjskiego 

dla  większości  jego  populacji:  mordowanych  i okaleczanych  niewolników,  chłopów 

upokarzanych  i pozbawianych  ziemi,  Żydów  ściganych  i torturowanych.  Za  tym  szła  dżuma 

i głód. Dla ludzi tych lat istnienie sprowadzało się do walki o przeżycie. Kobiety mordowały 

swoje niemowlęta, których nie mogły wyżywić, mężczyźni sprzedawali swoje podrosłe dzieci 

lub oddawali się sami w niewolę”. Tak czarne obrazy nie są nigdy przekonywające. Możemy 

jednak  zrozumieć,  dlaczego  inwazja  arabska  zaprowadzająca  jakiś  elementarny  porządek 

i imponująca  wyższością  kulturalną  była  przyjmowana  jako  nadzieja,  a może  wręcz 

background image

wyzwolenie.  Do  tego  w zanarchizowanym  kraju  mogli  przybysze  do  woli  stosować  zasadę 

divide  et  impera  i cudzymi  rękami  wyjmować  kasztany  z ognia.  Konfrontacja  z wojskami 

Karola  Młota  nie  pasowała  do  ich  dotychczasowych  doświadczeń.  Stawały  oto  przeciw  nim 

oddziały może nawet militarnie słabsze, ale o dziwo - solidarne i zjednoczone pod wspólnym 

dowództwem.  Co  gorsza,  walczące  na  własnym  terenie  i zaopatrywane  przez  miejscowych, 

podczas  gdy  arabskie  linie  aprowizacyjne  wydłużyły  się  o pięćset  kilometrów,  a prowadziły 

przez  tereny  wrogie,  gdzie  wszelka  dywersja  była  możliwa.  Były  to  argumenty  poważne, 

które jednak nie musiały jeszcze skłaniać muzułmańskich dowódców do rezygnacji z hazardu 

frontalnego  starcia.  Była  jednak  jeszcze  i druga  okoliczność,  o której  Deviosse  chyba 

zapomina. By ją zrozumieć, musimy cofnąć się o ponad dwadzieścia lat. 

W roku  717  potężna  eskadra  muzułmańska  pod  niezwyciężonym  dotąd  Sulejmanem 

przystępuje  do  oblężenia  Konstantynopola.  Flota  najeźdźców  zorganizowała  ścisłą  blokadę 

miasta,  trwającą  niemal  jedenaście  miesięcy.  Nowy  cesarz  Leon  III  (717-747)  śmiałym 

kontratakiem uwolnił  morskie drogi dostępu do portów i ocalił  stolicę.  Zwycięstwo to  miało 

strategiczny,  ale  przede  wszystkim  psychologiczny  charakter.  Prysnął  mit  o przemożnej 

potędze  islamu.  Na  wieść  o tym  dotychczasowy  kolaborant  wizygocki,  niejaki  Pelagiusz 

(Pelayo)  ucieka  z Kordoby  i organizuje  w Asturii,  gdzie  zostaje  uznany  za  króla,  powstanie 

antyislamskie.  Znieważony  władca  Kordoby  wysyła  przeciw  niemu  wszystkie  siły  będące 

akurat  w dyspozycji.  Od  tej  chwili  mamy  o wydarzeniach  dwie  relacje:  chrześcijańską 

Kroniki  Alfonsa  III  i arabską,  zapisaną  przez  nafh  altib  Al  Makkuariego.  Obie  mają 

charakter  bajeczny  i są  warte  uwagi  nie  jako  świadectwa  historyczne,  ale  jako  perły 

średniowiecznej  literatury.  Podług  Al  Makkuariego  (powtarzam  za  tłumaczeniem  Claudio 

SanchezaAlbornoza  (L’Espagne  musulmane,  Tardy  Quercy  1985)  Pelayo  uciekł  ze  swojej 

stolicy  Cangas  de  Onis  i schronił  się  w niedostępnych  grotach,  gdzie  można  go  było  wziąć 

tylko  głodem.  Kiedy  jednak  jego  ludzie  zaczęli  już  z wycieńczenia  umierać  i zostało  z nim 

tylko  trzydziestu  rycerzy  i dziesięć  kobiet,  pszczoły  zaczęły  mu  przynosić  miód  i składać 

w wyrwach  skalnych.  Widząc  to,  muzułmanie,  którzy  także  cierpieli  z głodu  i pragnienia, 

wołali:  „Trzydziestu  głupich  osłów!  Co  wy  możecie  nam  zrobić?”.  Po  czym,  widząc,  iż 

Pelayo nie ma już żadnych realnych sił, odstąpili od oblężenia. 

Podług  wersji  chrześcijańskiej  Pelayo  przyprowadził  do  Asturii  armię  187 000 

żołnierzy  (sic!).  Porozmieszczał  ich  w grotach  i na  wzgórzach,  czekając  na  atak  Alquamy, 

wodza kordobańskiego. Sam czekał w jaskini  noszącej  imię Najświętszej Maryi Panny.  Tam 

odnalazł  go  arcybiskup  Toledo  Oppas,  syn  Witizy,  i wezwał  do  walki.  Alquama  zarządził 

atak,  ale  wszystkie  kamienie  i strzały  kierowane  ku  kaplicy  Maryi,  która  znajdowała  się 

background image

w grocie  (stąd  jej  nazwa),  zawracały  i raziły  niewiernych.  Kiedy  zaś  nie  ustawali  oni 

w atakach,  zerwał  się  wierzchołek  góry  i wytrysnęła  wielka  rzeka,  która  utopiła  73 000 

wyznawców Goga i Magoga. 

Jak było, tak było. Z historycznego punktu widzenia ważne jest tylko, iż rzeczywiście 

28  maja  722  pod  Covadongą  została  stoczona  bitwa,  w której  muzułmanom  nie  udało  się 

zwyciężyć  wojsk  chrześcijańskich,  a co  za  tym  idzie,  unicestwić  samozwańczego  królestwa 

Asturii.  Wprost  przeciwnie,  to  już  w najbliższych  latach  Asturyjczycy  przejmą  inicjatywę 

i mozolnie,  omal  kilometr  po  kilometrze  będą  podporządkowywać  coraz  to  nowe  terytoria 

swojej władzy. Tak, w 722 roku, dziesięć lat przed Poitiers, rozpoczyna się proces dziejowy, 

który określamy dzisiaj mianem rekonkwisty, a który skończy się w 1492 upadkiem Grenady. 

Już  w gruzach  leżą  Maurów  posady,  Naród  ich  dźwiga  żelaza,  Bronią  się  jeszcze 

twierdze Grenady, Ale w Grenadzie zaraza. 

Broni się jeszcze z wież Alpuhary 

Almanzor z garstką rycerzy, Hiszpan pod miastem zatknął sztandary, Jutro do szturmu 

uderzy. 

O wschodzie  słońca  ryknęły  spiże,  Rwą  się  okopy,  mur  wali,  Już  z minaretów 

błysnęły krzyże, Hiszpanie zamku dostali. 

(Adam Mickiewicz, Konrad Wallenrod, ww. 646-657) 

Jak  widać,  wypieranie  islamu  z Półwyspu  Iberyjskiego  zabrało  Hiszpanom  (tak  się 

stopniowo  zaczęli  nazywać)  grubo  ponad  siedem  wieków.  Asturia  była  jednak  tego 

początkiem.  Wodzowie  arabscy  pod  Poitiers  wiedzieli  doskonale,  że  idąc  na  północ, 

pozostawiają z tyłu dramatycznie niebezpieczny cierń. Na jak długo mogli ogołocić swój kraj 

z wojsk, jeżeli z Asturii do Toledo jest tylko parę dni marszu? Bitwy nie przegrali (acz o tym 

za  chwilę),  łupy  unieśli  i zdążyli  z powrotem,  zanim  Asturyjczycy  zdążyliby  im  przeciąć 

przejście przez baskijskie plaże  i zmusić do przeprawy przez groźne góry (a  pamiętajmy,  że 

był to już październik, kiedy śnieg nie jest w Pirenejach niczym wyjątkowym). 

Michel  de  Castillo,  wielki  pisarz  hiszpańskofrancuski,  pisze  (Hiszpańskie  czary

przekł. Danuta KnyszRuszka, Warszawa 1989): „Czuję smutek, gdy zwiedzam Toledo. Mało 

znam miast, w których oszustwo chrześcijańskie ujawniałoby się z większą siłą. Nie twierdzę, 

że  Toledo  jest  miastem  mauretańskim.  Toledo  jest  streszczeniem  całej  Hiszpanii  - 

jednocześnie  żydowskiej,  muzułmańskiej  i chrześcijańskiej.  Ale  robi  ono  wrażenie  raczej 

miasta orientalnego niż chrześcijańskiego. Cóż jest bardziej przejmującego niż zachód słońca 

nad Toledo? Kiedy zniknie już ono za horyzontem (...), wydaje nam się, że poprzez stłumione 

dźwięki miasta, zagłuszające szum Tagu płynącego w głębi wąwozu, usłyszymy głos muezina 

background image

i czasem,  jak  na  jawie,  zdaje  się  nam,  że  dobiega on  do  nas  przez  wieki...  Jeżeli  do  połowy 

XIII wieku Hiszpania znajdowała się  na czele Europy, to od zakończenia rekonkwisty aż po 

połowę  XX  wieku  będzie  się  cofała,  pogrążając  się  coraz  bardziej  w obskurantyzmie, 

fanatyzmie  i nędzy.  Można  więc  mówić  o rozwoju  wstecznym,  skomplikowanym  jeszcze 

przez regres psychologiczny”. 

De Castillo, przywołując Hiszpanię „do połowy XIII wieku”, ma oczywiście na myśli 

Hiszpanię mauretańską. Cuda Kordoby, Grenady czy Sewilli. Jest jednak naiwnym optymistą. 

Głos  muezina  zaczyna  cichnąć,  zanim  jeszcze  zdołał  rozgłośnie  zabrzmieć.  Bitwa  pod 

Covadongą już w końcu maja 722 roku powoduje, iż ginąć zaczyna w szczęku oręża i krzyku 

mordowanych.  W owym  XIII  wieku,  który  uznaje  za  przełomowy,  kalifowie  nasrydzcy 

Muhammed  IV  (1325-1333),  JusufI  (1333-1354),  jego  syn,  a później  brat  rozbudowują 

Alhambrę,  zamek  w Grenadzie,  tworząc  z niego  cud  świata  wypełniony  bajecznymi 

ogrodami,  zraszanymi  wodą  z gór  płynącą  przez  wykute  w twardych  skałach 

wielosetmetrowe  kanaliki.  Wokół  dziedzińca  Lwów  ze  słynną  fontanną  są  wyściełane 

najwykwintniejszymi  tkaninami  komnaty  i biblioteka.  Sala  Dwóch  Sióstr,  gdzie  dostojnicy 

przyjmują  poddanych  (nigdy  nie  czekają  -  taka  jest  zasada  -  dłużej  niż  czas  jednego 

przesypania  się  klepsydry)  ma  zdobienia  przyprawiające  o zawrót  głowy,  acz  podług  wielu 

historyków  sztuki  niedorównujące  rzeźbieniom  sali  Mozarabskiej  czy  Królewskiej.  W tym 

samym  mniej  więcej  czasie  na  południe  od  Almagro,  już  ponad  sto  kilometrów  od  Toledo, 

powstaje  Calatrava  -  wysunięty,  ofensywny  zamek  chrześcijański.  Nie  ma  tam  zbędnych 

ogrodów  czy  bibliotek.  Poza  kaplicą  z piękną  rozetą  wszystko  jest  tu  surowe  i siermiężne. 

Zbiorowe  sale,  w których  dusi  smród  ze  stajni,  twarde  łoża  lub  zgoła  garść  słomy  na 

posadzce, dwie studnie z kieratem, które muszą wystarczyć do higieny i ugaszenia pragnienia. 

Zakuci w żelazo mężczyźni, mieszkający tutaj w oczekiwaniu na rozkaz do ataku i rzezi,  nie 

mają  potrzeby  znać  liter  któregokolwiek  z alfabetów,  wąchać  kwiatów,  oglądać  papug 

w klatkach,  pić  dobrego  wina,  przyglądać  się  finezjom  sztuki.  Dlatego  też  są  silniejsi 

i odporniejsi  niż  wymoczki  z Grenady  w ich  dostosowanych  do  klimatu  białych  sukniach, 

z ich  umiłowaniem  do  kąpieli,  długich  dysput  przy  stołach  pokrytych  srebrną  zastawą 

i sprowadzanymi  z antypodów  przysmakami.  Wszystko  się  zadecydowało,  zanim  jeszcze 

padła komenda. 

Tyle  tylko,  że  myli  się  głęboko  de  Castillo,  pisząc  o ”rozwoju  wstecznym”,  a co 

więcej,  przypisując  go  oryginalnie  Hiszpanii.  Taka  jest  bowiem  w co  najmniej  połowie 

przypadków  historia  ludzkości.  Tak  zginęła  Grecja  antyczna,  tak  padł  Rzym,  tak  dokonało 

swego  istnienia  w XIII  wieku  księstwo  Tuluzy,  tak  Anglicy  zniewolili  Indie...  Jest  wielkim 

background image

i tragicznym złudzeniem naszych dziejopisów, iż kultura wyższa zwycięża niższą, nawet jeśli 

o tym,  co  wyższe,  a co  niższe  można  by  dyskutować.  Hiszpanię  mauretańskich  władców 

dzieliła  od  rekonkwistadorów  przepaść  cywilizacyjna.  Przyznaje  to  nawet  tak 

niekwestionowany  autorytet  jak  Ben  Ammar  z Sewilli,  hiszpański  neofita,  czy  też  Don 

Eduardo de Hinojosa. 

I cóż z tego, czyje było zwycięstwo? - To wiemy. Dlaczego jednak bitwa pod Poitiers 

weszła  do  podręczników  i wymazała  z nich  prawdziwie  decydujące  starcie  pod  Covadongą 

dziesięć  lat  wcześniej?  Znowu  mamy  tu  dwie  odpowiedzi.  Jedną  doraźną  politycznie  (w 

owych czasach) i poniekąd trywialną. 

Karol  Młot,  nieślubny  syn  Pepina  z Heristalu,  po  jego  śmierci  objął  władzę  ze 

zbrodniczym  pominięciem  syna  z prawego  łoża.  Na  nic  się  zdały  protesty  i klątwy.  Przy 

pomocy  brata  Childeryka  opanował  większość  królestwa  Franków,  a w ciężkich  walkach 

również  Bawarię,  Saksonię  i Turyngię.  W oczach  legalistów  był  jednak  uzurpatorem 

i najeźdźcą.  Żeby  sakralizować  swoją  władzę,  potrzebny  był  mu  symbol,  wyczyn,  jakim  nie 

mogliby  się  pochwalić  konkurenci.  Stąd  nieprawdopodobne,  jak  i na  nasze  czasy, 

rozdmuchanie  spotkania  pod  Poitiers,  podniesienie  go  do  rangi  niebywałego  zwycięstwa, 

a nawet ocalenia chrześcijaństwa w zachodniej Europie. 

Z kroniki AlAbhudara wiemy, że Arabowie się z tego śmiali. Kościół też nie był tego 

taki  pewny,  ale  na  uspokojenie  sumienia  Kościoła  wystarczą  tak  ongiś,  jak  i dzisiaj 

odpowiednia  suma  pieniężna,  fundacja  czy  nadanie  ziemskie.  Druga  kwestia  była  już 

ważniejsza. Nie chodziło o samego Karola Młota, ale też o jego syna Pepina Krótkiego, który 

obalił 

ostatniego 

z Merowingów, 

Childeryka 

III, 

i przy 

pomocy 

papiestwa 

zinstytucjonalizował  ten  zamach  stanu,  dzięki  czemu  jego  następca  Karol  Wielki  mógł  się 

koronować  w 800  roku  na  cesarza  rzymskiego,  opiekuna  całego  chrześcijaństwa  i mówić 

o wielkości dynastii Karolingów, po prawdzie bardzo świeżutkiej daty i niepewnych korzeni. 

Ale  tutaj  właśnie  boitiers  jako  wiktoria  wiary  i ocalenie  prawowiernego  świata  stawało  się 

niezbędne.  Któżby  bowiem  wobec  tak  jednoznacznego  boskiego  znaku  ośmielał  się  szperać 

w papierkach  genealogicznych.  Sytuacja  nie  zmieni  się  ani  na  jotę,  kiedy  na  tronie  Francji 

zasiądzie  Hugo  Kapet  czerpiący  swoją  praworządność  ze  ślubu  z Adelajdą  de  Poitou 

z rodziny  Karolingów.  Co  najmniej  do  połowy  XIV  stulecia  i objęcia  władzy  przez 

Walezjusza,  Filipa  VI,  a więc  przez  sześć  wieków,  propaganda  francuska  piórem  swoich 

kronikarzy  i mozolnych  twórców  roczników  będzie  sławić,  dla  bieżących  najczęściej 

interesów, imię Karola Martela i jego następców, „największych i bezsprzecznych” obrońców 

chrześcijaństwa.  Cóż  mogą  temu  przeciwstawić  prowincjonalni,  odgrodzeni  praktycznie  od 

background image

świata  królowie  Asturii,  a od  910  Leonu,  tym  bardziej  późniejsi  królowie  z dynastii 

nawarskiej,  czy  poczuwający  się  do  związków  z Francją  Alfonso  VII  (1126-1157),  syn 

Rajmunda  z Burgundii...?  Również  dla  następnych  władców  Leonu,  Aragonii,  Kastylii  nie 

było specjalnie wygodne odwoływanie się do asturyjskich początków. Owszem, Ferdynand V 

Katolicki,  mąż Izabeli  Katolickiej,  miał asturyjskie powinowactwa (przez dynastię  nawarską 

skoligaconą  z dynastią  z Trastàmara),  nosił  jednak  korony  Aragonii,  Kastylii  (jako  regent) 

i Nawarry, do głowy by  mu więc nie przyszło,  żeby pomniejszać zasługi  swoich tytularnych 

poddanych  na rzecz  jakiejś  Asturii,  która  jeszcze  w początkach X wieku,  wraz z usunięciem 

z tronu Alfonsa III Wielkiego (910), straciła blask i znaczenie. 

Wielki  Claudio  SanchezAlbornoz  pisze  jednak:  „Zachodni  muzułmanie  znaleźli 

w dumnych  mieszkańcach  północnej  Hiszpanii  swoich  najzacieklejszych  wrogów,  a kultura 

chrześcijaństwa zachodniego najbardziej  nieprzejednanych obrońców, ochraniające  ją tarcze. 

Dziedziczne  królestewka  asturyjskie  opierały  się  muzułmanom  przez  osiem  wieków.  To 

dzięki  nim  Europa  mogła  pozostać  Europą  i uzyskać  obecny  kształt.  Z tych  też  powodów 

(podkreślenie  -  L.S.)  COVADONGA  NIE  JEST  ŻADNYM  REGIONALNYM 

WYDARZENIEM.  BYŁA  TO  BITWA  MAJĄCA  ZASADNICZE  ZNACZENIE  DLA 

HISTORII EUROPY I ŚWIATA”. 

Jadąc  na  wschód  od  Oviedo,  natkniemy  się  po  63  kilometrach  (25  kilometrów  od 

nadmorskiej Ribadeselli)  na piękne górskie miasteczko Cangas de Onis, siedzibę pierwszych 

królów asturyjskich. Niewiele po nich pozostało: rzymski most, którym jeździli i wieża Soto 

de  Gangas,  pozostałość  po  średniowiecznej  fortecy,  czy  wybudowany  w 735  ermitaż  Santa 

Cruz.  Skręcamy  teraz  na  południe  i po  jedenastu kilometrach  pojawia  się  przed  nami  wśród 

wapiennych  skał  Enolu  małe  jeziorko,  a za  nim  schody  wiodące  do  groty  obok  kolegiaty 

z XVI wieku, w której romańskich podziemiach mają się znajdować groby Pelayo, jego żony 

Gaudiosy i córki Hemesindy. Nieco niżej, z boku, mała kapliczka Najświętszej Maryi Panny, 

a w niej  grób  Alfonsa  I Katolickiego,  zięcia  Pelayo  i jego  następcy  po  krótkim  panowaniu 

chorego  syna  Pelayo  -  Fafila.  Tunelem  skalnym  możemy  teraz  dojść  do  Bazyliki  Dziewicy 

Bitewnej. Sama w sobie ze swoim neoromańskim wystrojem nie wzbudzi w nikim większego 

zainteresowania,  chociaż  w jej  skarbcu  przechowuje  się  „autentyczną”  koronę  Maryi 

wysadzaną  diamentami,  szafirami,  perłami  i opalami.  Wiedzmy  jednak,  że  tutaj  właśnie 

znaleźliśmy się na miejscu, w którym króla karmiły pszczoły (w wersji arabskiej) lub też skąd 

wydawał  rozkazy  bojowe  (w  wersji  chrześcijańskiej).  W każdym  razie  jesteśmy  tu,  gdzie 

w dużej  mierze  rozstrzygnęły  się  losy  Europy  (Zachodniej  przynajmniej)  i dzięki  którym 

Karol Młot mógł zdobyć władzę, a po nim, w drugim pokoleniu Karol Wielki. 

background image

Na zakończenie złośliwość drobna (jakże można byłoby się bez niej obejść). Tadeusz 

Miłkowski  i Paweł  Machcewicz  (Historia  Hiszpanii,  Wrocław  2002)  podają:  „Najlepiej 

o nierównomiernym  traktowaniu  wydarzeń  na  północy  Hiszpanii  świadczy  brak  wzmianki 

w arabskich  kronikach  o wydarzeniu,  które  uchodzi  za  początek  trwałego  chrześcijańskiego 

oporu wobec muzułmańskiej inwazji. W 718 r. (lub 722 r., według innych relacji) wizygocki 

arystokrata Pelayo pokonał pod Cavadongą jedną z muzułmańskich armii, które zapuściły się 

w Góry  Kantabryjskie...”.  Trzy  sprostowania.  Po  pierwsze  data  722  jest  od  dawna  ustalona 

i figuruje we wszystkich współczesnych podręcznikach i leksykonach hiszpańskich. Po drugie 

nie  chodziło  o ”jedną  z muzułmańskich  armii”,  ale o główne  siły  potężnego  kalifa  Kordoby. 

Po trzecie wreszcie wydarzenia relacjonuje obszernie arabski kronikarz AlMakkuari, nie tylko 

cytowany  obszernie  przez  Claudio  SanchezaAlbornoza  czy  Don  Eduardo  de  Hinojosa,  ale 

także  przywoływany  przez  Manuela  Tunon  de  Lara,  Julio  Valdeon  Baraque’a  i Antonio 

Domingueza  Ortiza  (m.in.  Historia  Hiszpanii,  Kraków  1997).  Na  szczęście  dalej  jest  już 

lepiej: „Pelayo (718-737) ożenił się z córką lokalnego przywódcy Pedra (znanego jako książę 

Kantabrii). Gdy ich syn zmarł, władzę objął syn Pedra, Alfons I (739-757). Syn tegoż, Fruela 

I (757-768),  pojął  za  żonę  córkę  wodza  sąsiedniego  plemienia  Basków.  W ten  sposób, 

poprzez  małżeństwa,  zaczęło  się  tworzyć  nowe  królestwo.  Alfons  I,  wykorzystując 

opuszczenie  przez  muzułmanów  doliny  Duero  (wskutek  rebelii  i wielkiego  głodu), 

poprowadził  szereg  wypraw  wojennych,  których  efektem  było  zdobycie  Leonu,  Astorgi 

i Bragi.  Ekspedycje  te  dotarły  na  południe,  aż  do  Salamanki...”.  Zgoda,  zgoda,  a Bóg  wtedy 

rękę  poda.  Ostatnie  więc  tylko  dwie  uwagi.  Ta  mniej  ważna,  iż  „rebelie”  nad  Duero  nie 

wybuchnęły  spontanicznie,  ale organizował  je osobiście  Alfons 1.1  druga:  rozmowy  między 

Asturyjczykami  i Baskami  zostały  nawiązane  już  około  725.  Żeby  zaś  obejść  kraj  Basków, 

musieliby się Arabowie cofać aż do Katalonii, gdyż w Pirenejach zawsze mógł się przydarzyć 

jakiś  Roland  broniący  kluczowych  przełęczy.  Kiedy  wycofali  się  spod  Poitiers,  nie 

podejmując długotrwałych walk na wyczerpanie, wiedzieli więc, co robią. Smutne jest tylko, 

iż  tysiące  ludzi  myśli,  iż  to  Karol  Młot  ocalił  Europę  od  islamu.  Nie  wiem,  czy  było  to 

„ocalenie”  i nie  mnie  o tym  rozstrzygać.  Są  to  pytania  teologiczne  wykraczające  poza  moje 

kompetencje.  Wiem  jednak,  że  o wszystkim  rozstrzygnął  dzień  28  maja  722  pod  nieznaną 

nikomu Covadongą. 

background image

KRUCJATY 

W 1042  roku  w ChâtillonsurMarne,  u stóp  wzgórz  Szampanii,  urodził  się  w bogatej 

szlacheckiej rodzinie Odon de Lagery. Gdy skończył dwanaście lat, oddał go ojciec na naukę 

do szkoły katedralnej w pobliskim Reims, gdzie jego nauczycielem był pomniejszy założyciel 

surowego zakonu Kartuzów i święty, scholastyk  kapituły Bruno z Kolonii.  W kilkanaście  lat 

po ukończeniu studiów znudzony rutyną codziennego życia kanonicznego, szukając nowych, 

rozleglejszych horyzontów, wstąpił Odon do benedyktyńskiej kongregacji kluniackiej.  Trafił 

tu  na  kolejnego  przyszłego  świętego  -  opata  Hugona  -  i wkrótce  został  jego  najbliższym 

współpracownikiem.  Hugon  miał  wpływy  ogromne.  Był  doradcą  papieży  i świeckich 

feudałów,  ojcem  chrzestnym  królów.  Przy  jego  poparciu  robił  więc  Odon  łatwo  szybką 

i błyskotliwą  karierę.  W 1078  zostaje  kardynałembiskupem  Ostii,  w 1082  papież  Grzegorz 

VII  Hilde  -  brand  mianuje  go  swoim  legatem  kolejno  we  Francji  i w Niemczech.  W 1087, 

umierający,  słaby  i nieudolny  papież  Wiktor  III,  poprzednio  opat  Monte  Cassino,  pragnąc, 

żeby  stolica  Piotrowa  została  w benedyktyńskich  rękach,  poleca  go  na  swojego  następcę. 

Odon, wybrany 12 marca 1088, znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji. Do Rzymu nie ma 

dostępu,  gdyż  rządzi  tam  antypapież  Klemens  III,  mający  poparcie  znacznej  części 

duchowieństwa, większości miast włoskich, a przede wszystkim cesarza Henryka IV. Okazuje 

się  jednak  znakomitym  dyplomatą.  Wykorzystując  bezbłędnie  konflikty  między  Sasami 

a Normanami,  Francją  i cesarstwem,  konsekwentnie  osłabia  pozycję  rywala.  W 1090  udaje 

mu się na chwilę wtargnąć do Rzymu. Przepędzony nie zniechęca się ani na chwilę. Zawiera 

kolejne układy, pozyskuje silniejszych niż dotąd sojuszników. Powraca do Wiecznego Miasta 

w 1093  i tym  razem  nie  da  się  już  z niego  usunąć.  Jego  sytuacja  pozostaje  jednak  nie  do 

pozazdroszczenia. Henryk IV popierający jednoznacznie Klemensa III ma wprawdzie kłopoty 

ze  swoim  zbuntowanym  synem  Konradem,  którego  roszczenia  Urban  dyskretnie  podsyca, 

dysponuje  jednak  nadal  groźną  siłą.  Alianse  ze  skłóconymi  nieustannie  władcami  innych 

państw  chrześcijańskich  są  równie  niepewne,  jak  efemeryczne  okazują  się  co  chwila 

zawierane  między  nimi  układy  i pakty.  W tej  sytuacji  Urban  II  szuka  gorączkowo  idei 

przewodniej,  która  mogłaby  wyrosnąć  ponad  wyniszczające  waśnie  świeckich  i kościelnych 

książąt,  a jednocześnie  zapewnić  mu  moralne,  a w konsekwencji  i polityczne  przywództwo 

nad nimi. Późnym latem 1095 zawiadamia wszystkie kościoły i dwory, że zwróci się do nich 

z wiekopomnym  i ”o  zbawieniu  decydującym”  orędziem.  Cóż  by  to  być  mogło!? 

Zainteresowanie jest ogromne. Do Clermont, gdzie wystąpienie papieskie ma mieć miejsce 27 

października 1095, ściągają tłumy z całej Europy. Pod murami miasta zostaje usypany kopiec 

pod  tron,  na  którym  ma  zasiąść  papież,  tak  aby  widoczny  był  dla  wszystkich.  Kilkuset 

background image

kleryków  zostaje  zatrudnionych  do  wysłuchiwania  słowa  objawionego  i przekrzykiwania  go 

dalej, do tylnych rzędów. 

„Słowa  papieża  -  pisze  Steven  Runciman  (Dzieje  wypraw  krzyżowych,  Warszawa 

1987)  zanotowało  dla  nas  czterech  współczesnych  kronikarzy.  Jeden  z nich,  Robert  Mnich, 

twierdzi,  że  znajdował  się  wtedy  w tłumie  słuchaczy.  Balderyk  z Dol  i Fulcher  z Chartres 

piszą w taki sposób, jakby również byli tam obecni. Czwarty,  Wilbert z Nogent, posłużył się 

zapewne  wiadomościami  z drugiej  ręki.  Żaden  z nich  jednak  nie  podaje,  że  zapisał 

przemówienie  papieża  dosłownie.  Wszyscy  czterej  pisali  swe  kroniki  po  kilku  latach, 

koloryzując relacje pod wrażeniem późniejszych wydarzeń. Znamy więc jedynie przybliżoną 

treść przemówienia Urbana.  Wydaje się,  że rozpoczął  je od zwrócenia słuchaczom uwagi  na 

konieczność  przyjścia  z pomocą  braciom  zamieszkałym  na  Wschodzie.  Chrześcijaństwo 

wschodnie  wzywa  pomocy,  ponieważ  Turcy  posuwają  się  coraz  dalej  w głąb  ziem 

chrześcijańskich,  prześladując  mieszkańców  i profanując  ich  świątynie.  Mówił  nie  tylko 

o Romanii  (tak  nazywano  Bizancjum).  Wskazał  również  na  specjalną  świętość  Jerozolimy 

i opisał  cierpienia  pątników,  którzy  udawali  się  do  tego  miasta.  Po  odmalowaniu  sytuacji 

w tak czarnych barwach zwrócił się do zebranych z wielkim apelem. Niechaj chrześcijaństwo 

zachodnie  wyruszy  na  ratunek  Wschodu.  Niechaj  pójdą  tam  zarówno  bogaci,  jak  i ubodzy. 

Niechaj poniechają zabijania się w walkach bratobójczych i wyruszą na wojnę sprawiedliwą, 

czyniąc  dzieło  boże,  a sam  Bóg,  który  lubi  słuszne  wojny,  stanie  na  ich  czele.  Ci,  którzy 

polegną w bitwie, otrzymają rozgrzeszenie i odpuszczone im zostaną wszystkie grzechy ciała 

i duszy.  Tutaj  są  biedni  i nieszczęśliwi.  Tam  czeka  ich  wesele  i dostatek,  tym  zyskają  sobie 

prawdziwy  afekt  Pana  Boga.  Nie  wolno  zwlekać  ani  chwili.  Niechaj  będą  gotowi  do  drogi 

z nastaniem lata i niechaj Bóg ich poprowadzi”. 

Jest  to  polityczny  i propagandowy  majstersztyk.  „Pomoc  braciom  ze  Wschodu” 

została  zrównana  ze  zdobyciem  Jerozolimy,  co  było  akurat  w tym  czasie  ostatnią  z potrzeb 

Bizancjum.  Wojna  zyskiwała  przez  to  jednak  rangę  obronną.  Skoro  zaś  toczyła  się  ze 

względów  religijnych  i moralnych,  papież  jako  jej  organizator  i przywódca  stawał  się 

naturalną  głową  chrześcijańskiego  świata  i umacniał  w sposób  dotychczas  niebywały  swoją 

pozycję wobec świeckich królów i książąt. 

Historycy  aż  po  połowę  XX  wieku  koncentrowali  się  na  ciemnej  stronie  ruchu 

krzyżowego.  Stąd  też  dysproporcjonalnie  ważkie  miejsce  przyznawane  wyprawie  ludowej, 

zorganizowanej  przez  wędrownego  mnicha,  półkarła,  Piotra  Pustelnika.  Wszystkie  kroniki 

owych  lat  podkreślają,  iż  twarz  miał  uderzająco  podobną  do  pyska  osła.  Przypisanie  osłu 

głupoty dokonało się  jednak w wiekach późniejszych. W końcu XI  wieku  jest to  zwierzę,  na 

background image

którym  Chrystus  wjeżdżał  do  Jerozolimy,  podług  apokryfów  obecne  też  przy  bożym 

narodzeniu.  Osielskie  podobieństwo  przydaje  więc  tylko  Piotrowi  świętości.  Idzie  za  nim 

zbieranina  ludzi  z gościńca,  chłopów,  kobiet,  dzieci.  Jest  również  nieco  drobnego  rycerstwa 

czy pospolitych przestępców uciekających przed wymiarem sprawiedliwości. 

0  żadnej  dyscyplinie  w szeregach  oczywiście  nie  mogło  być  mowy.  Piotr  miał 

autorytet  duchowy,  organizacyjnie  i wojskowo  nad  niczym  wszakże  nie  panował.  Graniczy 

z cudem fakt, że ta wielotysięczna hałastra, dokonująca po drodze grabieży i gwałtów, zdołała 

jednak  przez  Akwizgran,  Ratyzbonę,  Wiedeń,  Belgrad,  Konstantynopol  i Nikeę  dotrzeć  do 

ziem muzułmańskich. Tutaj jednak żarty się skończyły. Początkowo Turcy ograniczali się do 

odcinania  krzyżowców  od  źródeł  wody,  co  już  wystarczyło  do  spowodowania  kapitulacji 

części  przybyszów.  Do  bezpośredniego  starcia  doszło  niedaleko  Civetot,  na  gościńcu 

prowadzącym do Nikei. Pisze Steven Runciman: „Krzyżowcy szli hałaśliwie, nie zachowując 

ostrożności,  z pocztem  rycerzy  konnych  na  czele.  Nagle  z lasu  posypał  się  grad  strzał, 

zabijając  lub  raniąc  wierzchowce.  Kiedy  konie  wpadły  w popłoch,  wysadzając  jeźdźców 

z siodeł,  Turcy  przeszli  do  ataku.  Jazda  chrześcijańska,  ścigana  przez  oddziały  tureckie, 

musiała cofnąć się do linii piechoty. Wprawdzie wielu rycerzy walczyło z wielkim męstwem, 

nie zdołali  jednak opanować paniki,  która ogarnęła żołnierzy.  Po kilku  minutach cały  hufiec 

zawrócił,  uciekając  bezradnie  do  Civetot.  W obozie  rozpoczynał  się  normalny  dzień. 

Niektórzy starsi ludzie jeszcze spali. Tu i ówdzie kapłani celebrowali poranne msze. W takiej 

chwili  wpadł  do  obozu  tłum  przerażonych  uciekinierów,  którym  nieprzyjaciel  deptał  po 

piętach. O prawdziwym oporze nie było już mowy. Żołnierze, kobiety i księża ponieśli śmierć 

na  miejscu.  Niektórzy  umknęli  do  okolicznych  lasów,  inni  rzucili  się  do  morza,  ale  i tak 

większość  wkrótce  zginęła.  Turcy  oszczędzili  jedynie  chłopców  i dziewczęta,  którzy  im  się 

spodobali,  a gdy  ochłonęli  trochę  po  skończonej  walce,  darowali  również  życie  garstce 

jeńców. Wszystkich uprowadzili w niewolę (...). Krucjata ludowa dobiegła kresu. Przypłaciły 

ją życiem tysiące ludzi, wystawiła na próbę cierpliwość cesarza i jego poddanych, dowiodła, 

że sama wiara bez mądrości i dyscypliny nie otworzy drogi do Jerozolimy”. 

Tak  naprawdę  (choć  nie  przyznano  jej  nawet  numeru,  ograniczając  się  do  określeń 

„ludowa” albo „przedwczesna”) była to krucjata pierwsza i jedyna. Następne, te numerowane, 

mimo  całego  fanatyzmu,  nie  będą  już  miały  wiele  wspólnego  ze  spontanicznym,  religijnym 

ruchem  pątniczym.  Będą  to  przemyślane  operacje  wojenne,  dla  których  odbicie  grobu 

Pańskiego  jest  tylko  jednym,  i jak  się  to  wkrótce  okaże,  niekoniecznie  najważniejszym 

z celów.  Nie  bierzemy  oczywiście  pod  uwagę  obłędnych  „krucjat  dziecięcych”  z 1212: 

francuskiej  pod  przywództwem  dwunastoletniego  pastuszka  z Cloyes  koło  Orleanu 

background image

i niemieckiej  prowadzonej  przez  równie  małoletniego  Mikołaja  z Nadrenii.  Skądinąd  nie 

dotarły  one  nigdy  do  Ziemi  Świętej.  Pierwsza  wielka  ekspedycja  rycerska  (będziemy  ja 

nazywać, wbrew może obiektywnej słuszności, zgodnie za to z utartą terminologią „pierwszą 

krucjatą”  albo  „pierwszą  wyprawą  krzyżową”)  dociera  do  Konstantynopola  w listopadzie 

1096,  a więc  w miesiąc  po  rozgromieniu  ludzi  Piotra  Pustelnika.  W ciągu  następnych 

trzydziestu  miesięcy  jej  uczestnicy  odniosą  błyskotliwe  zwycięstwa,  które  zelektryzują 

chrześcijański  świat.  W lipcu  1097  pokonują  główne  siły  tureckie  pod  Doryleum.  W marcu 

1098,  po  zdobyciu  miasta,  Baldwin  z Boulogne  zakłada  hrabstwo  Edessy,  w czerwcu 

opanowują  Antiochię,  gdzie  Boemund  z Tarentu  zakłada  tym  razem  udzielne  księstwo. 

W lipcu  1099,  parę  tygodni  przed  śmiercią  w odległym  Rzymie  papieża  Urbana  II,  ich 

teoretycznego  zwierzchnika,  wypierają  arabskich  Fatymidów  z Jerozolimy.  Tutaj  zostaje 

proklamowane  królestwo,  którego  władcą,  zwanym  oficjalnie  na  razie  tylko  „strażnikiem 

świętego  Grobu”,  zostaje  lotaryńczyk  Godfryd  z Bouillon.  Już  jednak  za  dwa  lata  jego  brat 

Baldwin zostanie uznany oficjalnie za króla i koronowany podług wszelkich reguł sztuki, przy 

czym  nikt nie  będzie pytał następcy Urbana,  papieża Paschalisa II, o zdanie czy opinię w tej 

sprawie.  W roku  1102  mamy  więc  na  zdobytych  terenach,  czyli  wąskim  pasie  nadmorskim 

ciągnącym  się  od  Małej  Armenii  (Zatoki  Iskenderuńskiej),  po  dzisiejszą  Gazę  i dalej,  przez 

pustynię,  podobnie  jak  dzisiejsze  państwo  Izrael,  do  portu  Ejlat  nad  Morzem  Czerwonym: 

jedno  królestwo  (Jerozolimskie),  dwa  księstwa  (Antiochii  i Galilei),  dwa  hrabstwa  (Edessy 

i Trypolisu), nie licząc pomniejszych komendantur zamków i miast, konstabli i wicehrabiów. 

Prawie nikt tu nie uznaje żadnej  nad sobą zwierzchności, a jeżeli  już, to  papieża z odległego 

Rzymu. Wszyscy natomiast usiłują rozszerzyć swoje włości, wchodząc w zgoła prywatne już 

nieraz  wojny  z otaczającym  żywiołem  muzułmańskim,  a wkrótce  nie  zabraknie  i starć 

bratobójczych.  Każdy  odwołuje  się  oczywiście  do  walki  o święte  miejsca,  pamiątki 

chrystusowe etc. Nie minie wiele lat, a okaże się, że nie przeszkodzi to zawieraniu lokalnych 

sojuszy z muzułmanami, choćby i przeciw innym chrześcijanom. Pisze ironicznie Runciman, 

iż:  „Druga  krucjata  skończyła  się  finałem  godnym  jej  historii,  ostatni  bowiem  krzyżowiec 

(Bertrand,  nieślubny  syn  hrabiego  Tuluzy  Alfonsa  Jordana  -  L.S.)  znalazł  się  w niewoli 

muzułmańskich  sprzymierzeńców  chrześcijańskiego  barona,  którego  zamierzał  wypędzić 

z posiadłości”.  Podkreślmy,  że  chodzi  tu  już  o drugą  krucjatę  (1147-1149).  Dzielni  rycerze 

chrześcijańscy nie chcą zrozumieć, że tracą w ten sposób podstawowy atut, który przyniósł im 

dotychczasowy  sukces  -  względną  jedność  wobec  rozbicia  i ustawicznych  kłótni  w obozie 

przeciwników. Nic dziwnego, iż kiedy Nur adDinowi, a później Saladynowi uda się narzucić 

centralną  władzę  nad  większością  arabskich  kłótników,  sytuacja  odwróci  się  od  razu 

background image

i krzyżowcy  znajdą  się  w defensywie.  Od  końca  XII  wieku  los  Outremer  będzie  już 

praktycznie  przesądzony.  Nie  chodzi  jednak  o powtórkę  z jakże  pasjonujących  skądinąd 

dziejów  państewek  chrześcijańskich  na  Bliskim  Wschodzie  i usiłujących  je  wspomagać 

kolejnych fal krzyżowców. Istotniejsze są z perspektywy wieków kwestie generalne. Podziały 

wewnętrzne  Europejczyków  (tak  ich,  wkładając  wprawdzie  wszystkich  do  jednego  kotła, 

w czym  jednak  nie  ma  jeszcze  niczego  nienawistnego,  nazywali  najczęściej  kronikarze 

arabscy i tureccy) nie pozwoliły im nigdy wypracować wobec świata islamu żadnej wspólnej 

i choćby  w najmniejszym  stopniu  konsekwentnej  polityki.  Tymczasem  gra  warta  była 

świeczki,  choć  rzeczywiście  niełatwa.  Należy  zacząć  od  tego,  iż  realne  spotkanie  z kulturą 

islamu  przynosiło  intruzom  niespodziankę  za  niespodzianką.  Stawali  oto  przed  cywilizacją 

bogatą i wyrafinowaną w dużo większym stopniu niż cokolwiek, z czym dotychczas mieli do 

czynienia.  Zacznijmy  od  spraw  najprzyziemniejszych.  Pustynne  miasta,  do  których  się 

wdzierali,  były  skanalizowane.  Zasługa  w tym  Rzymian  -  założycieli  urządzeń,  ale 

i miejscowej ludności, która je pracowicie konserwowała i rozbudowywała. Stąd też niepojęty 

dla  przybyszów  zwyczaj  codziennych  starannych  ablucji,  po  których  tubylcy  wkładali 

niesłychaną  i gorszącą  Europejczyków  delikatną  bieliznę,  potępioną  zresztą  natychmiast 

przez  kapłanów  krzyżowych.  Przed  jedzeniem  straszliwi  owi  barbarzyńcy  myli  ręce,  zaś 

podczas uczt dbano nie tylko o jakość potraw, ale także wystrój stołu,  muzykę cieszącą uszy 

i kwiaty  schlebiające  oczom  i powonieniu.  Potrzeby  naturalne  spełniano  w miejscach 

odosobnionych  i spłukiwanych  do  specjalnych,  wypróżnianych  dyskretnie  zbiorników.  To 

wszystko  musiało  stanowić  szok  niebywały  dla  brudnych  i zawszonych  katolików,  którzy 

zresztą,  z pogardy  dla  higieny  i wszystkiego,  co  cielesne,  czerpali  właśnie  swoją  dumę 

i poczucie  honoru.  Święty  Bernard  z Clairvaux  tak  oto  wychwala  templariuszy  w liście  De 

laude novae militiae ad Milites Templi (tłum. Zbigniew Herbert): „Nienawidzą szachów i gry 

w kości, czują wstręt do polowań; nie znajdują żadnej przyjemności w nierozumnej pogoni za 

ptactwem, brzydzą się i unikają mimów, czarodziejów, żonglerów, lekkich piosenek i żartów. 

Włosy ucinają krótko i wiedzą z tradycji apostołów, że troska o fryzurę hańbi mężczyznę. Nie 

widziano  ich  nigdy,  jak  się  czeszą,  rzadko  się  myją,  mają  brody  szorstkie,  pełne  kurzu, 

splamione od upału  i trudu”. Templariusze gardzili też rozkoszami stołu.  Nie obchodziły  ich 

więc  arabskie  brzoskwinie,  pomarańcze,  kawony,  oberżyny,  eszalotki.  Tutaj  już  jednak 

znaczna  część  krzyżowców  była  innego  zdania.  Przysłanymi  mu  do  Paryża  niewiernymi 

brzoskwiniami  zachwycił  się  nawet  fanatyczny  i nieuznający  kompromisów  z poganami 

święty Ludwik IX tak bardzo, że kazał sadzić drzewka brzoskwiniowe „tam wszędzie, gdzie 

tylko słońca stanie”. 

background image

Nic  to  jednak  jeszcze  w porównaniu  z kulturą  intelektualną.  Pisze  Amin  Maalouf 

(Wyprawy krzyżowe w oczach Arabów, Warszawa 2001): „Za pośrednictwem Arabów, którzy 

byli tłumaczami i kontynuatorami klasyków greckich, Zachód mógł przejąć (niescenzurowaną 

przez  chrześcijaństwo  -  L.S.)  spuściznę  po  kulturze  starożytnej.  W medycynie,  astronomii, 

chemii,  geografii,  matematyce,  architekturze  Frankowie  czerpali  z ksiąg  arabskich  wiedzę, 

którą przyswoili,  naśladowali,  a potem prześcignęli. Ileż to  dzisiaj używanych słów  jest tego 

świadectwem:  zenit,  nadir,  azymut,  algebra,  algorytm  czy,  prostsza,  cyfra.  Jeśli  chodzi 

o przemysł, Europejczycy przejęli stosowane przez Arabów techniki wyrobu papieru, obróbki 

skóry  i tekstyliów,  destylacji alkoholu  i cukru  - kolejne dwa słowa zaczerpnięte z arabskiego 

(...).  Liczba  zapożyczeń  arabskich  nie  ma  końca”.  Ze  swojej  strony  Arabowie  uznawali 

przewagę uzbrojenia Franków i szanowali ich sądownictwo. W sumie uważali się jednak, nie 

bez  wielu  jak  widać  racji,  za  współtwórców  i uczestników  cywilizacji  wyższej,  a już 

przynajmniej bardziej wysublimowanej i bliższej nakazom Mojżeszowym. Książę Usama Ibn 

Munkiz,  emir  z rodu  Munkizydów  z Szajzaru  (1095-1188),  przytacza  w swojej  autobiografii 

Kitab  alitibar  (tłum.  francuskie  Des  enseignements  de  la  vie,  Paris  1983)  wiele  pysznych 

anegdot w tym względzie. Oto jedna z nich: „Pewnego razu, kiedy zajechałem do Jerozolimy, 

zaszedłem  do  meczetu  alAksa.  Obok  niego  znajdował  się  mniejszy  meczet  zmieniony  przez 

Europejczyków  w ichni  kościół.  Kiedy  byłem  przed  jego  wrotami,  zauważyli  mnie 

templariusze, których znałem, i pozostawili mnie samego w mniejszym meczecie, abym mógł 

się pomodlić. Wszedłem tam więc i stałem pogrążony w modlitwie. Nagle dopadł mnie jakiś 

Frank,  obrócił  twarzą  ku  wschodowi,  obalił  na  kolana  i krzyknął:  «Tak  się  módl!».  Potem 

zaczął  mi  ubliżać.  Na  szczęście  wrócili  znajomi  templariusze  i wybawili  mnie  z opresji. 

Tłumaczyli  się  gęsto,  mówiąc:  «Ten  ordynus  dopiero  co  przybył  z Europy,  więc  nie  miał 

jeszcze  okazji  zetknąć  się  z ludźmi  o większej  ogładzie»„.  Tak  tłumaczyli  się  fanatyczni 

templariusze!  Opierając  się  na  tym  i innych  wydarzeniach,  uogólnia  Usama:  „Każdy,  kto 

niedawno  przybył  z kraju  Franków,  odróżnia  się  gorszymi  obyczajami  od  tych,  którzy  już 

zadomowili  się  w tym  kraju  i zżyli  się  z muzułmanami”.  Przykładem  i symbolem  owej 

muzułmańskiej  tolerancji  i otwarcia  na  świat  jest  bez  wątpienia  panowanie  Saladyna.  Amin 

Maalouf poświęcił mu rozdział pod znamiennym tytułem Łzy Saladyna. Te łzy są oczywiście 

symboliczne.  Chodzi  o to,  iż  Saladyn  we  współczuciu  i zrozumieniu  nędzy  okrucieństwa 

wyprzedzał  swoją  epokę.  „Pewnego  razu  -  opowiada  Baha  adDin  -  kiedy  jechałem  u boku 

sułtana przeciw Frankom, podszedł do nas zwiadowca, a z nim kobieta, która szlochała, bijąc 

się  w piersi.  «Ona  wyszła  z obozu  Franków  -  wyjaśnił  zwiadowca  -  żeby  spotkać  naszego 

pana, a my ją przyprowadziliśmy». Salah adDin zwrócił się do tłumacza, żeby ją przesłuchał. 

background image

Ona powiedziała: «Złodzieje muzułmańscy weszli wczoraj do mojego namiotu i porwali moją 

małą  córeczkę.  Przepłakałam  całą  noc,  a wtedy  wasi  żołnierze  rzekli  do  mnie:  «Król 

muzułmanów jest miłosierny, pozwalamy ci iść do niego, będziesz mogła poprosić go o swoją 

córkę. Wobec tego przyszłam i cała moja nadzieja w tobie». Saladyn był wzruszony i do oczu 

napłynęły  mu  łzy.  Wysłał  kogoś  na  targ  niewolników,  żeby  odszukać  dziewczynkę,  i po 

niecałej  godzinie  przybył  jeździec,  trzymając  w ramionach  dziecko.  Matka,  gdy  tylko  ich 

zobaczyła, rzuciła się na ziemię, wymazała sobie twarz piaskiem, a wszyscy obecni płakali ze 

wzruszenia.  Potem  spojrzała  w niebo  i zaczęła  mówić  rzeczy  niezrozumiałe.  Wtedy  oddano 

jej  córkę  i odprowadzono  ją  do  obozu  Franków  (...).  Szlachetność  Saladyna  ocierała  się 

niekiedy o lekkomyślność”. 

Byłoby  nieprawdą  stwierdzenie,  iż  wszyscy  najeźdźcy  nie  docenili  tego  aspektu 

ówczesnej kultury arabskiej.  Fryderyk Barbarossa w drodze układów („ani  cesarz,  ani sułtan 

nie  byli  fanatykami  swych  religii”  -  komentuje  Runciman)  odzyskał  Jerozolimę,  nie 

przelawszy  ani  kropli  krwi.  W Bramie  Złotej  Jerozolimy  wita  cesarza  kadi  Szams  adDin 

z Nabulusu. A oto jego relacja: „Kiedy cesarz, król Franków, przybył do Jerozolimy, zostałem 

z nim,  tak  jak  przykazał  mi  AlKamil.  Zaprowadziłem  go  do  AlHaram  asz  Szarif,  gdzie 

obszedł  małe  meczety.  Potem  udaliśmy  się  do  meczetu  AlAksa,  którego  architekturę 

podziwiał oraz do Kopuły na Skale. Był oczarowany pięknem minbaru i wspiął się schodami 

na górę. Kiedy zszedł, ujął mnie pod rękę i pociągnął z powrotem do AlAksa. Zauważył tam 

pewnego księdza, który z Ewangelią w ręku chciał wejść do meczetu. Oburzony cesarz zaczął 

go rugać: «Kto cię przyprowadził w to miejsce? Na Boga, jeśli ktokolwiek z was odważy się 

bez  pozwolenia  postawić  tu  nogę,  każę  mu  wyłupić  oczy».  Rozdygotany  ksiądz  oddalił  się 

szybko. Tej nocy poprosiłem muezina, aby nie przeszkadzał cesarzowi i zaniechał wezwań do 

modlitwy.  Jednak  kiedy  nazajutrz  udałem  się  do  cesarza,  zapytał  mnie:  «O  kadi,  dlaczego 

muezini  nie  wzywali  jak  zwykle  do  modlitwy?».  Odrzekłem:  «To  ja  im  zabroniłem  ze 

względu  na  waszą  wysokość».  «Nie  powinieneś  tego  robić  -  rzekł  cesarz  -  ponieważ 

spędziłem  tę  noc  w Jerozolimie  przede  wszystkim  dlatego,  żeby  usłyszeć  w nocy  wezwania 

muezina»„. 

Niestety,  10  czerwca  1190  w małym  zakolu  rzeczki  Salef  topi  się  cesarz  Fryderyk 

Barbarossa.  Jak  podają  naoczni  świadkowie,  było  tam  wody  do  pół  pępka. 

Najprawdopodobniej  był  to  więc  atak  serca.  W diagnozie  medycznej  niczego  to  w gruncie 

rzeczy  nie  zmienia.  W historii  wszystko.  Wraz  z odejściem  cesarza  Fryderyka  kończy  się 

szansa  na  pojednanie  chrześcijaństwa  z islamem.  Zaczyna  się  czas  nienawiści.  Islam 

zaskorupia się w negacji. Nie zmieni tego ostateczne zwycięstwo i wyparcie Europejczyków. 

background image

Świat  muzułmański  przekonuje  się  bowiem,  że  ci  pokonani  barbarzyńcy  urządzają  coraz 

większe  obszary  świata  na  swoją  modłę.  Już  za  niecałe  trzy  wieki  wyprą  islam  ze  swojego 

kontynentu, za pięć wieków załamie się potęga turecka... „Podczas gdy w Europie Zachodniej 

epoka wypraw krzyżowych - pisze Amin Maalouf - stała się zaczątkiem prawdziwej rewolucji 

tak  ekonomicznej,  jak  i kulturalnej,  na  Wschodzie  po  świętej  wojnie  nastaną  długie  wieki 

zastoju  i zacofania.  Osaczony  ze  wszystkich  stron  świat  muzułmański  zamyka  się  w sobie. 

Przewrażliwienie,  defensywność,  nietolerancja,  jałowość  umysłowa  to  cechy,  które  będą  się 

nasilać w miarę postępów światowej rewolucji, spychającej go na margines. Postęp to obcość. 

Nowoczesność  to  obcość.  Czy  dla  potwierdzenia  własnej  tożsamości  kulturalnej  i religijnej 

należało odrzucić nowoczesność, ponieważ była symbolem Zachodu? Czy wręcz przeciwnie, 

należało  wkroczyć  zdecydowanie  na  drogę  przemian,  ryzykując  nawet  utratę  własnej 

osobowości.  Ani  Iran,  ani  Turcja,  ani  kraje  arabskie  nie  zdołały  rozwiązać  tego  dylematu; 

dlatego  jeszcze  dzisiaj  obserwujemy  gwałtowne  często  przeskoki  od  fazy  nacechowanego 

ksenofobią skrajnego integryzmu do fazy bezkrytycznego przejmowania wzorców zachodnich 

(...).  Często  ze  zdumieniem  odkrywamy,  do  jakiego  stopnia  na  postawę  muzułmanów, 

a zwłaszcza  Arabów  wobec  Zachodu,  ciągle  jeszcze  wpływają  wydarzenia,  których  finał 

rozegrał się przed siedmiuset laty”. 

Terroryzm  muzułmański  prócz  uwarunkowań  geopolitycznych  i ekonomicznych  jest 

zakorzeniony  w tradycji  walki  z krzyżowcami.  „Dwie  spośród  trzech  Armii  Wyzwolenia 

Palestyny  noszą  historyczne  nazwy  Hittinu  u Ajn  Dżalut”,  czyli  miejsc  zwycięskich  bitew 

Arabów  z krzyżowcami.  Ustawiczne,  by  nie  powiedzieć  natrętne,  odwołania  do  czasów 

krucjat  odnajdujemy  w języku  polityków  krajów  Bliskiego  Wschodu.  Raz  jeszcze  Amin 

Maalouf:  „Nie  sposób  odróżnić  przeszłości  od  teraźniejszości,  gdy  się  myśli  o Damaszku 

i Jerozolimie  walczących  o kontrolę  nad  wzgórzami  Golan  i doliną  Bekaa  (...). 

W atakowanym  z różnych  stron  świecie  muzułmańskim  musiało  się  pojawić  poczucie 

prześladowania, które u niektórych fanatyków przybiera niebezpieczną formę obsesji (.) i nie 

ulega  wątpliwości,  że  rozłam  między  tymi  dwoma  światami  datuje  się  od  czasów  wypraw 

krzyżowych dziś jeszcze odczuwanych przez Arabów jako dokonany na nich gwałt”. Tak oto 

papież  Urban  II  zrodził  Osamę  benLadena.  I nie  jest  to  wcale  paradoks  intelektualny. 

Paradoks w tym jedyny, że cierpią za to Żydzi. 

background image

JOANNA D’ARC 

4 sierpnia 1392, w drodze doLeMans król Francji Karol VI doznał ataku szału. Rzucił 

się  na  własną  gwardię  przyboczną.  Zabił  czterech  rycerzy,  ciężko  ranił  następnych  sześciu. 

Nie  świadczy  to  bynajmniej  o jego  sile  fizycznej  czy  umiejętnościach  szermierczych.  Przez 

pierwsze minuty nikt nie poważył się bowiem podnieść ostrza na władcę. Zabijał i ranił ludzi, 

którzy  krzyczeli:  „Wasza  Wysokość,  myśmy  waszymi  sługami”.  Dopiero  kiedy  zdali  sobie 

sprawę, że to do niczego nie prowadzi, obezwładnili go i odwieźli z przerażeniem do Paryża. 

Król  był,  podług  świadectwa  Froissarta,  w stanie  podobnym  do  śpiączki.  Nie  przypominał 

sobie niczego,  co się zdarzyło  na drodze doLeMans,  natomiast był przekonany,  iż zdradzają 

go wszyscy, od żony Izabeli z Bawarii począwszy. Wszelkie źródła zaświadczają, że nie była 

to  wtedy  prawda.  Czas  jednak  mijał.  Karol  VI  w manii  prześladowczej  oddalił  żonę 

i upokarzał  ją,  gdzie  się  tylko  dało.  Francuski  historyk  i akademik  Duc  de  Castries  pisze 

z ujmującą niekonsekwencją - najpierw, co obowiązkowe dla „patriotycznej” historii Francji: 

„Można  przyjąć,  że  stosunki  między  królem  i królową  nie  były  wyłącznie  erotyczne  (...), 

szybko  się  jednak  okazało,  że  jest  ona  wyłącznie  cieleśnie  zmysłowa,  łakoma  na  doraźne 

przyjemności,  żądna  płytkich  przyjemności,  próżna  i ponad  wszystko  usposobiona 

egoistycznie”.  Po  chwili  jednak:  „Królowa  Izabela  cierpiała  głęboko  z powodu  stanu 

niepoczytalności swojego małżonka, który wygnał ją ze wspólnego łoża...”. 

Skądinąd  określenie:  „wygnał  ją  ze  wspólnego  łoża”  jest  mocno  nieprecyzyjne.  Od 

1392 do śmierci w trzydzieści  lat później zdarzały  się Karolowi VI okresy trzeźwości,  kiedy 

przywoływał żonę do siebie, po czym znów, po chwili, i nie wiadomo właściwie kiedy, gdyż 

nigdy  nie  było  tu  ostrej  granicy,  popadał  w wielomiesięczną  malignę.  W tych  czasach  żona 

przyniosła mu na świat ośmioro dzieci: Karola urodzonego w 1392, mającego genealogiczną 

elegancję  umrzeć  już  w dziewiątym  roku  istnienia;  Marię  (1393),  która  została  zakonnicą 

i pokutowała  ponoć  za  grzechy  rodziców;  Michèle  (1395),  później  żonę  księcia  Burgundii; 

Ludwika  (1396),  który  zdążył  się  wprawdzie  w wieku  ośmiu  lat  ożenić  z Małgorzatą 

Burgundzką, ale zmarł przed ojcem, podobnie jak Jan (1398); Katarzynę (1401), efemeryczną 

żonę  króla  Anglii  Henryka  V;  kolejnego  Karola  (1403)  i wreszcie  Filipa  (1407)  zmarłego 

w kołysce.  Podczas długich okresów otępienia  męża Izabela bynajmniej  nie pozostawała  mu 

wierna.  Wszyscy  wiedzieli  o jej  romansach  z księciem  Orleanu,  ale,  jak  się  wydaje,  nie 

gardziła  usługami  seksualnymi  zgoła  przygodnych  rycerzy.  Dworzanie  przyglądali  się  temu 

i starannie  liczyli.  Wyszło  im,  iż  niektóre  dzieci  są  na  pewno  z prawego  łoża  (pierwszy 

z Karolów,  Ludwik  i Michèle),  inne  na pewno bękartami (Maria,  Filip),  a co  do pozostałych 

panowała niezdrowa, pełna plotek i domysłów niepewność. Dotyczyła ona przede wszystkim 

background image

drugiego  Karola,  który  jako  jedyny  mężczyzna  przeżył  ojca  i logicznie  stawał  się  następcą 

tronu. Nikt oczywiście o niczym  nie  mówił głośno, ale starczyło szeptów, by dotarły one do 

uszu osiemnastoletniego nowego władcy. 

W mitologii  świętości  i wielkości  monarchii  francuskiej  było  to  zmazą  straszliwą. 

Tym  bardziej  iż  umierający  Karol  VI  nigdy  bezpośrednio  nie  uznał  następcy  (Françoise 

Autrand,  Charles  VI,  Paris  1986),  a wrodzy  Karolowi  VII  Burgundczycy  roznosili 

najobelżywsze  pogłoski.  Nic  dziwnego,  iż  młody  król  (a  właściwie  nadal  delfin  -  następca, 

gdyż  królem  zostaje  się  po  koronacji)  zamknął  się  w sobie,  nie  ośmielał  się  podejmować 

żadnych znaczących decyzji, rzec by się chciało, iż bał się własnego cienia. Pozbawieni tych 

kompleksów  przeciwnicy  odbierali  mu  w tym  czasie  prowincję  za  prowincją.  Wkrótce 

wypchnięty  na  południe  od  Loary  Karol  miał  sobie  zyskać  pogardliwy  przydomek  „króla 

Bourges”. Bourges, nazywające się ongiś Avaricum, było jedną z metropolii starożytnej Galii. 

Od  tych  odległych  czasów  podupadło  jednak  kompletnie  i gdyby  nie  wspaniała  katedra 

Świętego  Stefana,  stałoby  się  całkowitym,  deskami  zabitym  zadupiem.  „Roi  de  Bourges” 

znaczyło  więc  dla  ówczesnych  Francuzów:  „człowiek  minionych  czasów”,  ktoś,  kto  nic  już 

zgoła nie może i z kim nie ma się co liczyć. 

I wtedy  właśnie  6  marca  1429  pojawia  się  Joanna  d’Arc.  Raoul  de  Gaucourt  zeznaje 

(podaję  za:  Georges  Bordonove,  Joanna  d’Arc,  Warszawa  2003):  „Byłem  w Chinon,  kiedy 

Dziewica  przybyła,  i byłem  tam  i widziałem  ją,  kiedy  stanęła  przed  Jego  Królewską 

Wysokością,  pokornie  i z prostotą  -  taka  uboga,  mała  pastereczka.  Słyszałem  słowa,  jakie 

wypowiedziała  do  Delfina:  «Bardzo  sławny  Panie  Delfinie,  przybywam  tu,  wysłana  przez 

Boga,  żeby  przynieść  ratunek  tobie,  a także  królestwu  Francji»„.  Joanna  przynosi  Karolowi 

trzy  „boże”  przesłania.  Po  pierwsze  jest  on  prawowitym  synem  Karola  VI.  Po  drugie  (co 

wynika  z pierwszego)  ma  natychmiast  udać  się  do  Reims  i namaścić  na  świętego  władcę  - 

cudotwórcę (jak wiadomo, koronowany w Reims król Francji samym dotknięciem rąk  leczył 

poddanych  -  Marc  Bloch,  Les  rois  thaumaturges,  Paris  1983  -  ze  skrofułów,  czyli 

z przewlekłej  gruźlicy  węzłów  chłonnych  i szerzej  z wszelkich  form  gruźlicy,  posiadał  więc 

moc  nadludzką  mogącą  i winną  być  błogosławieństwem  dla  społeczeństwa).  Do  tej  chwili 

głosy  boże  przekazywane  delfinowi  przez  Joannę  d’Arc  wydają  się  niewinne,  a może  wręcz 

oczywiste.  Jest  jednak  i przesłanie  trzecie:  namaszczony  świętym  olejem  w Reims  król 

Francji ma raz na zawsze i za wszelką cenę przegonić przebrzydłych Anglików z kontynentu. 

Tutaj już wkraczamy w wielką i skomplikowaną politykę. Aż trudno uwierzyć, że Panu Bogu 

chciało się, za pośrednictwem Joanny, interweniować w jej meandry. 

Francja  początków  XV  wieku  jest  rozdarta  między  dwa  -  tutaj  doprawdy  wszelkie 

background image

rozstrzyganie  oznaczałoby  rzutowanie  wstecz  naszych  współczesnych  opinii  -  równie 

patriotyczne  stronnictwa.  Każde  z nich  ma,  jak  to  zawsze  w człowieczej  niedoskonałości, 

swoje  ekonomiczne,  personalne  i najzupełniej  prywatne  interesy.  Nie  zmienia  to  jednak 

zasadniczych  linii  ideologicznych.  Burgundczycy,  kwestionując  skandaliczne  manipulacje 

dokonane  na  prawie  salickim  za  czasów  synów  Filipa  IV  Pięknego,  opowiadają  się  za 

wspólną monarchią francuskoangielską pod berłem Lancasterów. Armaniacy reprezentują, jak 

byśmy  to  dzisiaj  powiedzieli,  tendencję  nacjonalistyczną.  Nie  będzie  Brytyjczyk  pluł  nam 

w twarz. Nie spoczniemy i nie zaniechamy wojny, dopóki ostatni Anglik nie wróci do siebie, 

za morze, które dopiero w XVII wieku nie Francuzi i nie Anglicy, ale Holendrzy wzorując się 

na Rzymianach, zaczęli lekceważąco nazywać „kanałem”. Mieli o tyle rację, że przepłynięcie 

akwenu  nieprzekraczającego  w najwęższym  miejscu  34  kilometrów  nie  stanowiło 

najmniejszego problemu już dla rzymskich legii, cóż dopiero mówić o żeglarzach XV wieku. 

Ten  sam  pas  wodny,  który  dla  Armaniaków  miał  definitywnie  rozdzielić  dwa  kraje,  dla 

Bugrundczyków nie stanowił przeszkody przed ich zjednoczeniem. 

Nic  zresztą  nie  jest  tutaj  proste  i jednoznaczne.  Legenda  mówi,  iż  w 1349,  podczas 

balu  na  dworze,  tańczącej  z Edwardem  III  Joannie,  hrabinie  Salisbury,  spadła  z nogi 

podwiązka. Widząc sprośne uśmieszki obecnych, król podniósł ją i założył na własne kolano. 

Żeby zaś  na przyszłość krzewić wśród poddanych szacunek  i powściągliwość wobec kobiet, 

ustanowił  Order  Podwiązki  (Order  of  the  Garter),  który  jest  do  dzisiaj  najwyższym 

odznaczeniem angielskim. Na jego otoku czytamy dewizę: Honi soit qui mal y pense (Hańba 

temu,  kto  nieprzystojnie  o tym  myśli).  Jak  widać  na  pierwszym  i najważniejszym  orderze 

Albionu  napis  jest  po  francusku.  I nie  ma  w tym  nic  dziwnego.  Pisze  G.G.  Coulton 

(Panorama  średniowiecznej  Anglii,  Warszawa  1976):  „Wszyscy  królowie  angielscy,  aż  do 

Henryka IV, mówili po francusku; nawet o Edwardzie I wiemy tylko tyle, że język angielski 

opanował  w dostatecznym  stopniu,  by  wymyślić  prosty,  choć  lekceważący  kalambur 

związany  z nazwiskiem  Bigod.  Wnukowi,  Edwardowi  III,  współcześni  nam  historycy 

przypisują czasem większe umiejętności w tym zakresie,  ale brak  bezspornych dowodów, że 

umiał  w miarę  biegle  mówić  po  angielsku”.  Z kolei  George  Macaulay  Trevelyan  (Historia 

Anglii,  Warszawa  1963):  „Kiedy  w 1337  r.  zaczęła  się  wojna  stuletnia,  Edward  III  i jego 

arystokracja mówili po francusku i czuli się bardziej u siebie w Gaskonii niż w Szkocji”. Albo 

jeszcze Paul  Johnson (Historia  Anglików,  Gdańsk 1995):  „Pierwszym wykwitem angielskiej 

literatury  narodowej  pod  koniec  XIV  wieku  towarzyszyły  gorliwe  wysiłki,  żeby  nadążyć  za 

rozwojem  pisanej  i mówionej  francuszczyzny.  To  dzięki  językowi  francuskiemu  nowe  idee 

i osiągnięcia docierały na wyspę...”. Francja była w XIVXV wieku czterokrotnie większa niż 

background image

Anglia, wielekroć bogatsza i bardziej zaludniona. Jej wyższość kulturalna (wystarczy spojrzeć 

na  katedry  w Chartres,  Reims  czy  choćby  w przeklętym  Bourges)  także  nie  podlegała 

dyskusji.  Nie  sposób  pozbyć  się  myśli,  bo  były  to  przecież  dokładnie  te  same  czasy, 

o sąsiedztwie Polski i Litwy. I rzeczywiście problem jawił się ten sam: unia czy wrogość ząb 

za ząb. Innymi słowy, czy włączona do współkulturowej wspólnoty drobna szlachta angielska 

przyjmie  kulturę  francuską  i roztopi  się  w niej,  czy  też  wzgardzona  i odrzucona  zagłębi  się 

w odrębną  swoistość.  Joanna  d’Arc  zadecydowała  o tym  drugim.  G.G.  Coulton  zauważa 

słusznie,  że  to  właśnie  w odpowiedzi  na  nieubłaganą  politykę  Armaniaków  po  1429  roku 

„baronowie  i prałaci  coraz  powszechniej  przyswajali  sobie  kulturę  angielską”.  Wtedy  też 

(Paul  Johnson)  „Anglicy  zaczęli  przypisywać  Francuzom  wszystkie  możliwe  rodzaje 

gorszących  zwyczajów  i postaw,  a także,  już  bardziej  zasadnie,  budzących  ich  przerażenie 

i zgrozę  obyczajów  politycznych”.  Jak  zawsze  nie  obyło  się  bez  wzajemności.  „Pewien 

Francuz  w XV  wieku  ze  zgrozą  opowiadał,  jak  to  podsłuchał  w rozmowie  dwu  mieszczan 

londyńskich, że będą tak długo detronizować i ścinać królów, aż znajdą takiego, który będzie 

im  odpowiadał”.  Od  chwili  rzucenia  przez  Joannę  d’Arc  haseł  narodowych,  które  mutatis 

mutandis  przyczyniły  się  do  zwycięstwa  Karola  VII  pod  Formigny  15  kwietnia  1450, 

odzyskania  przez  Francuzów  Normandii  i ostatecznej  klęski  Anglików:  „Nawet  w chwilach 

pojednania  angielska  nienawiść  do  Francuzów  tliła  się,  jątrzyła  nadal  pod  powierzchnią. 

Nawet  w chwilach  spotkania  monarchów  na  Field  of  the  Cloth  of  Gold  (Pole  złotogłowiu  - 

miejsce  pokojowych  i antyhiszpańskich  rozmów  między  Franciszkiem  I i Henrykiem  VIII  7 

czerwca  1520  -  LS.)  wenecki  ambasador  podsłuchał  strzęp  rozmowy  między  markizem 

Dorset a jednym z jego przyjaciół: 

- Gdybym miał w żyłach choć kroplę krwi francuskiej, otworzyłbym sobie żyły, żeby 

się jej pozbyć. 

- Uczyniłbym podobnie”. 

Od  czasów  Joanny  d’Arc  -  kontynuuje  Paul  Johnson:  „Wszyscy  angielscy  władcy 

w średniowieczu  czuli  się  zobligowani  do  prowadzenia  wojny  z Francją”.  Tradycja  ta 

przetrwała  i później.  Kultura  francuska stała się  wroga i już  na dworach Tudorów i Stuartów 

w całkowitym  przeciwieństwie  do  Plantagenetów  dobrym  obyczajem  stało  się  udawanie,  iż 

nie  rozumie  się  ani  jednego  żabojadzkiego  słowa,  nie  zna  się  kontynentalnych  poetów, 

pisarzy  czy  myślicieli.  Freud  powiedziałby,  że  zawierał  się  w tym  cały  kompleks 

odrzuconego  dziecka.  I jest to  tłumaczenie  w znacznej  mierze  prawomocne.  Co  najmniej  od 

czasów  dynastii  normandzkiej  i Wilhelma  Zdobywcy  chciała  Anglia  widzieć  się  w sojuszu 

z Francją i razem z nią wprowadzać europejski ład. Pozostało to w politycznych księgach, ale 

background image

także  w legendzie.  Przypomnijmy  choćby  Robin  Hooda,  który  ze  wszystkich  sił  popierał 

kosmopolitycznego,  mówiącego  po  francusku  i mającego  swoją  bazę  we  francuskim 

(normandzkim)  ChâteauGaillard  (Régine  Pernaud,  Ryszard  Lwie  Serce,  Warszawa  1994) 

Ryszarda  Lwie  Serce  przeciw  Janowi  bez  Ziemi,  który  akurat  promował  wprowadzenie 

języka  angielskiego  do  prawa  i administracji  państwowej.  Jeżeli  już  iść  dalej  śladem 

opowieści,  jeżeli  był  Robin  Hood  ukrytym  szlachcicem  (później  lordem  Huntingdon),  to 

zrozumieć  musimy,  iż  ze  swoimi  sojusznikami:  Małym  Jankiem  (Little  John),  bratem  Tuck, 

minstrelem AllenemaDale’em czy Willemem Stutlym, nie mówiąc już o jego ukochanej Maid 

Marian,  porozumiewał  się  murzyńskim  angielskim,  marząc  o chwili,  kiedy  i oni, 

w sherwoodzkich lasach nauczą się jedynego kulturalnego - języka francuskiego. W ogromnej 

anglojęzycznej  filmografii,  gdzie  grali  Robin  Hooda  między  innymi:  Douglas  Fairbanks, 

Errol  Flynn,  Richard  Todd,  Sean  Connery,  Richard  Chamberlain,  Russel  Crow  nie  ma  ani 

słowa o tej konfrontacji kulturalnej, mającej zaważyć na wieki. Takie jest prawo kina. Niech 

dostarcza  nam  ono  przeżyć  estetycznych,  może  dreszczyku  emocji,  nie  będzie  jednak  lekcją 

historii. W XV wieku możliwość unii francuskoangielskiej podobnej do polskolitewskiej była 

najzupełniej  realna.  I podobne  byłyby  jej  skutki.  Ówczesna  wyższość  kultury  francuskiej 

przyciągnęłaby  zarówno  angielską  szlachtę,  jak  i klasy  średnie.  Angielski  odrodziłby  się 

zapewne kiedyś, ale jako język marginalny, dobro ograniczonej społeczności. 

„Eh bien, mon prince, Gênes et Lucques ne sont plus que des apanages, des dobra, de 

la familie Buonaparte. Non, je vous préviens, que si vous ne me dites pas, que nous avons la 

guerre,  si  vous  permettez  ecore  de  pallier  toutes  les  infamies,  toutes  les  atrocités  de  cet 

Antichrist  (ma  parole,  j’y  crois)  -  je  ne  vous  connais  plus,  vous  n’êtes  plus  mon  amie,  vous 

n’êtes plus mój wierny niewolnik, comme vous dites. No, witam księcia, witam. Je vois queje 

vous fais peur, proszę siąść i opowiadać. 

Mówiła tak w lipcu 1805 r. znana powszechnie Anna Pawłowna Scherer, dama dworu 

i zaufana cesarzowej Marii Fiodorowny, witając znacznego dygnitarza księcia Wasilija, który 

pierwszy przybył na jej wieczór...”. 

Tymi  słowy  zaczyna  się  Wojna  i pokój  Lwa  Tołstoja  (Warszawa  1979).  Anna 

Pawłowna  nie  może  najwyraźniej  poradzić  sobie  z niektórymi  francuskimi  wyrażeniami. 

Ucieka  z jej  pamięci,  że  „wierny  niewolnik”  to fidéle  esclave.  Jeszcze  gorzej  ze  zgodnością 

czasów.  Ale  Anna  Pawłowna  mówi  po  francusku.  Podobnie  zwraca  się  do  dworaków  car 

Aleksander I. Fryderyk Wielki, król Prus, nazwie swój reprezentacyjny pałac SansSouci (Bez 

troski).  Do  głowy  by  mu  nie  przyszło  nadać  mu  imię  Ohne  Sorge  -  jakże  byłoby  to  nie  po 

francusku  trywialne.  W tym  samym  jednak  czasie  oważ  wzgardzona  Anglia,  o której  pisał 

background image

Paul Johnson,  iż  „czuje się zobligowana do racjonalnej albo wyłącznie ambicjonalnej wojny 

z Francją”,  opanowuje  coraz  to  nowe  ziemie.  Cóż  z tego,  że  w połowie  podbitej  Afryki 

Środkowej i Południowej rozbrzmiewa jeszcze język francuski. W Ameryce Północnej, gdzie 

przecież  nowi  posiadacze  pochodzą  często  z ”dobrych”  angielskich  czy  irlandzkich  rodzin, 

mogliby  więc  mówić  po  francusku,  jak  w Luizjanie,  dzieje  się  zupełnie  coś  innego: 

angielszczyzna  staje  się  oficjalna  i obowiązująca,  chociaż  w demokratycznym  głosowaniu 

wygrywa  o włos  z niemczyzną.  A tak  mało  brakowało,  żeby  Obama  i wreszcie  cały  świat 

mówił po  francusku.  Trzeba  jeszcze sporo czasu, żeby głupkowaci arystokraci z londyńskiej 

Izby Lordów zrozumieli, jakie to ma znaczenie. Przypomnijmy, jakie wyobrażenia ma jeszcze 

o Amerykanach  stary  lord  Fauntleroy  (Frances  Hodgson  Burnett,  Mały  Lord,  Warszawa 

1936).  Tyle  że  obok  Ameryki  pojawiają  się  angielskojęzyczne:  Australia,  Nowa  Zelandia, 

Indie,  Malaje,  zachodnia  i południowa Afryka.  Nic nie wiąże  bardziej  niż wspólnota języka, 

czyli możliwości pełnego zrozumienia się, a jak by dorzucił Claude LéviStrauss (vide rozdział 

ostatni)  działania  w ramach  praw,  jakie  nam  ów  język  wyznacza,  co  się  zresztą  dobitnie 

okazało podczas obu wojen światowych. Kiedy 2 maja 1927 WieniawaDługoszowski wita na 

Dworcu  Głównym  w Warszawie  angielskiego  pisarza  Gilberta  Keitha  Chestertona 

przemówieniem  w nienagannej  francuszczyźnie,  ów  jest  zachwycony.  Tyle  że  później 

napisze, iż powitał go (były i inne argumenty) błędny rycerz z minionej epoki. Tak się jawiła 

Chestertonowi  wielobarwna  i staroświecka  francuszczyzna.  Można  powiedzieć,  iż  w tym 

momencie dzieło Joanny d’Arc sięgnęło wyżyn. 

Akademia Francuska wydając kolejne słowniki, walczy beznadziejnie z anglicyzmami 

w języku  francuskim.  Nie  na  wiele  się  to  zdaje.  Opanowane  zostały  przez  angielszczyznę 

i język komputerów i slang przedmieść,  i gwara sprawozdawców sportowych,  żeby tylko ich 

wyliczyć.  Z własnymi  synkami  mam  kłopot.  Za  to  pod  pomnikiem  Joanny  d’Arc  odbywają 

się corocznie manifestacje skrajnej prawicy francuskiej. Cóż mam wtedy robić, kiedy kocham 

Apollinaire’a i Marcela Prousta, a nienawidzę faszystów. Mało mi wyboru zostawiłaś Joanno, 

kanonizowana w 1693 roku. 

background image

MARIGNANO 1515 

W XIV  wieku  jest  Szwajcaria areną nieustannych  właściwie walk  między  miejscową 

ludnością  zrzeszoną  w siedmiu  tak  zwanych  barbarzyńskich  czy  prymitywnych  kantonach 

a austriackimi  Habsburgami.  Surowi  i dzielni  górale  triumfują  raz  po  raz.  Pod  Morgarten, 

w 1315,  Laupen  (1339),  Sempach  (1386),  Näfels  (1388). To  wtedy  tworzy  się  ich  wspólna, 

jednocząca  legenda  narodowa,  silniejsza  niż  podziały  językowe  i obyczajowe.  Pod  Sempach 

Arnold  ze  Stans  (Unterwalden)  Winkelried  miał  zgarnąć  piki  przeciwników  i wbić  w swoje 

piersi,  tworząc  w ten  sposób  decydujący  wyłom  w szeregach  przeciwników.  Pisał  wieki 

później Juliusz Słowacki w Kordianie

Nie - myśli wielkiej trzeba z ziemi lub błękitu. 

Spojrzałem ze skały szczytu, Duch rycerz powstał z lodów. 

Winkelried dzidy wrogów zebrał i w pierś włożył, Ludy! Winkelried ożył! 

Polska Winkelriedem narodów! 

(akt II, ww. 290-295) 

Pojawia  się  też  Wilhelm  Tell.  I on  stanie  się  symbolem,  zyska  ogólnoeuropejską 

sławę. Pisał Antoni Górecki: 

Helwetów serce nie lodem, nie skałą. 

Choć  szczypło  ziemi,  jeszcze  na  to  stanie,  Dadzą  wolności  ziarnu  przechowanie, 

W górach, gdzie żyją wielcy Tella męże 

Zakwitnie ono... 

Kiedy  urodził  się  Wilhelm  Tell,  tego  dokładne  nie  da  się  ustalić.  Tradycja,  a ścislej 

Ballada  o Tellu z XV  wieku,  najstarsza o nim opowieść,  przekazuje  jednak,  iż w 1307  roku, 

kiedy  pojawił  się  na  arenie  dziejowej,  miał  już  „dużo  dzieci”;  kronika  Tschudiego  z około 

1500  roku  uściśla,  iż  było  ich,  żywych,  sześcioro.  Jeśli  tak,  to  zważywszy,  iż  żeniono  się 

wtedy  w alpejskich  krainach  w wieku  16-18  lat,  a zasada  „co  rok  prorok”  była  w pełni 

aktualna, wyżywało zaś statystycznie co drugie niemowlę,  można przypuszczać,  iż przyszedł 

Wilhelm na świat około 1275-1278 roku. Wskazywałby na to też fakt, iż już na początku XIV 

wieku  miał cieszyć się w kantonie Uri sławą  niezrównanego -  i uwaga! -  „doświadczonego” 

kusznika.  Krótko  mówiąc,  w 1307  roku  miał  około  trzydziestu  lat,  był  więc  w kategoriach 

swoich czasów mężem dojrzałym, u schyłku siły wieku. 

Przejdźmy  jednak  do  wydarzeń.  „Roku  pańskiego  1307.  W dzień  świętego  Jakuba”, 

czyli  25  lipca,  przybył  Wilhelm  Tell  do  stolicy  kantonu  -  Altdorfu.  Wójtem,  czyli 

namiestnikiem habsburskim był tam niejaki Gessler. Chcąc upokorzyć miejscowych, poddaje 

ich  „próbie  posłuszeństwa”.  Polega  ona  na  tym,  że  każdy  przechodzień  ma  na  rynku  oddać 

background image

cześć  wystawionemu  tam  kapeluszowi  Gesslera:  zatrzymać  się,  ściągnąć  nakrycie  głowy 

i złożyć  głęboki  ukłon.  Tell,  czy  to  nie  znając  zarządzenia,  czy  przez  nieuwagę,  czy  też 

celowo, przechodzi obok kapelusza obojętnie. Natychmiast łapią go pachołkowie i prowadzą 

przed  oblicze  namiestnika,  który  oskarża  go  o opór  wobec  władzy,  zniewagę  rodu 

Habsburgów,  wreszcie  skłanianie  do  buntu.  Nakazuje  też  aresztować  i sprowadzić  do 

Altdorfu  całą  rodzinę  Tella.  Podczas  procesu  zaimprowizowanego  już  w trzy  dni  po 

„przestępstwie”,  kiedy  Tell,  chcąc  ratować  bliskich,  tłumaczy  się,  że  nie  wiedział,  nie 

zauważył, wywiązuje się, podług Ballady o Tellu ów złowieszczy dialog: 

Gessler: Masz dużo dzieci buntowniku, które z nich kochasz najbardziej? 

Tell:  Ależ,  Wasza  Wysokość,  jakże  ojciec  może  kochać  jedno  dziecko  bardziej  niż 

drugie. Kocham je wszystkie po równi. 

Gessler:  To  właśnie  chciałem  usłyszeć.  Bo  jednak  będziesz  musiał  się  zdecydować. 

Mówią,  że  jesteś  znakomitym  kusznikiem.  Ba,  mistrzem  wręcz  w tej  wojennej  sztuce. 

Wybierz więc jednego z synów, na którego głowie położymy jabłko, a ty je strącisz strzałem 

z kuszy,  z odległości,  jaka  mi  się  spodoba.  Masz  tylko  jeden  strzał.  Jeżeli  spudłujesz,  i ty, 

i cała  twoja  rodzina  pójdziecie  pod  miecz.  Jeżeli  zabijesz  syna,  zostaniesz  ścięty  jako 

morderca  własnego  dziecka.  Natomiast  jeśli  trafisz  w jabłko,  ofiaruję  wam  wszystkim 

wolność. 

Na próżno błagał Tell o litość, prosił, żeby go zabito w zamian za zwolnienie rodziny 

i rezygnację  z okrutnej  próby.  Tyran  pozostał  niewzruszony.  Z okrutną  perfidią  wyznaczył 

mu dystans strzału, z jakiego, jak pisze Tschudi: „Nikt na świecie i konia by nie sięgnął”. Jak 

wiemy,  Wilhelm  Tell  trafił.  Gessler  nie  dotrzymał  jednak  umowy.  Pod  naciskiem 

mieszkańców,  którzy  w strzale  Tella  widzieli  rozstrzygnięcie  boskiego  wyroku,  zwolnił 

wprawdzie rodzinę, ale samego Wilhelma wtrącił do zgniłego lochu, pewny, że w nieludzkich 

warunkach długo nie wytrzyma. Mylił się oczywiście. Podczas transportu łodzią do więzienia 

udaje  się  Tellowi  brawurowa  ucieczka.  Parę  tygodni  później  w wąwozie  leśnym,  którym 

wiódł  trakt  z Altdorfu  do  Lucerny,  mściwa  strzała  Wilhelma  Tella  trafia  Gesslera  prosto 

w krtań.  Wieść  o śmierci  krwiopijcy,  o czym  kusznik  niezrównany  nie  mógł  nawet  marzyć, 

podrywa do walki cały kanton Uri, a za nim przyległe: Schwytz, Glaris, nieco później Zoug. 

Nie  jest  dla  nas  ważne,  czy  niezwykłe  dzieje  Winkelrieda,  Tella  i podobnych  im 

szwajcarskich bohaterów XIV i XV wieku są historycznie udokumentowane, czy też trzeba je 

rozpatrywać w kategoriach  legend  ludowych. Istotne  jest, kogo przedstawiały:  twardych  i na 

wszystko  zdecydowanych  wojowników,  których  najważniejszą,  a zresztą  jedyną  legitymacją 

była  odporność  na  wszelkie  znoje  wyćwiczona  w skrajnych  wysokogórskich  warunkach, 

background image

krzepa, umiejętność władania bronią i sprawdzona w tysiącach potyczek niezłomna wierność. 

Takimi zaś rzeczywiście, nie popadając chyba w przesadę, opisują ich świadkowie epoki. Nic 

dziwnego,  że  nie  mogli  im  dać  rady  Habsburgowie,  nic  też  bardziej  naturalnego,  że 

począwszy  od  drugiej  połowy  XV  wieku,  stali  się  poszukiwanym  w całej  Europie 

najemnickim  towarem.  Mieć  gwardię  szwajcarską  oznaczało  dla  wszystkich,  iż  ma  się 

obstawę  wierną,  sprawną  i nieubłaganą,  wartą  więcej  niż  jakakolwiek  inna.  Alpejscy 

wojownicy zdawali sobie oczywiście sprawę ze swojej mitycznej wartości. Toteż sprzedawali 

się  na  lewo  i prawo.  Nie  ma  bodaj  w piętnastowiecznych  dziejach  środkowozachodniej 

Europy  takiego  konfliktu  zbrojnego,  w którym  po  jednej  ze  stron,  a najczęściej  po  obu,  nie 

partycypowaliby  „obywatele  13  kantonów”.  Stąd  krok  już  tylko  do  ideologii.  Dlaczego  nie 

mieliby  Szwajcarzy  zapanować  nad  szerszymi  połaciami  otaczającego  ich  świata?  Wyjść  na 

żyzne  ziemie  północnej  Italii  czy  też  posiadłości  tego  króla  Francji,  w którego  oddziałach 

stanowili 

bodaj  większość.  Ludwik  XII  zdawał  sobie  sprawę  z potencjalnego 

niebezpieczeństwa. Począwszy od 1507, zaczął więc ograniczać liczbę Szwajcarów w swoich 

szeregach.  Zwolnionych  rekrutował  najchętniej  papież  Juliusz  II,  co  wrosło  w tradycję 

Watykanu  i spowodowało,  że  od  1506  po  dziś  dzień  głowy  Kościoła  katolickiego  chroni 

ubrana w malownicze stroje z XVI wieku gwardia szwajcarska. 

Wszystko  to  pozostałoby  anegdotą,  gdyby  nie  pojawił  się  nagle  orędownik,  a może 

i twórca,  istniejącego  już  tu  i ówdzie,  ale  niesformułowanego  i niedopowiedzianego  dotąd 

programu  helwetyckiej  ekspansji.  Był  nim  urodzony  w 1456  w Mühlebach  (kanton  Valais) 

Matthäus  Schinner.  Wyświęcony  na  księdza  w 1477,  obejmuje  wielojęzyczną  parafię 

w Aernen.  Jest bodaj pierwszym, który ponad podziały  lingwistyczne  i obyczajowe przenosi 

ideę  „szwajcarskości”,  staje  się  jej  propagatorem  i niezłomnym  zwolennikiem.  Jednocześnie 

jako  fanatyczny  katolik  nienawidzi  cynicznej  Francji,  która  dopiero  co  uwięziła 

spadkobierców  świętego  Piotra  w ”babilońskiej  niewoli”  Avignonu.  Owszem,  papież 

Aleksander VI, którego Leksykon papieży Rudolfa FischeraWollperta („Znak”, Kraków 1990) 

definiuje  jako  „jedną  z najbardziej  niegodziwych  postaci  w dziejach  papiestwa”,  nie  był 

zapewne  ulubioną  postacią  z jego  bajki.  Zbrodnie  watykańskie  mało  go  jednak  obchodzą. 

Ważne,  że  wyświęca  go  tatuś  wyuzdanej  trucicielki  Lukrecji  Borgii,  w 1499,  na  „biskupa 

Sionu  i Helwecji”.  Można  to  odczytać  -  czasem  jeden  drobny  przymiotnik  ma  większe 

znaczenie niż tysiąc patetycznych przemówień - jako uznanie państwowości szwajcarskiej. 

To  zaś  daje  mu  pośrednio  prawo  wypowiadania  się  w imieniu  narodu.  Następcę 

Aleksandra  VI  na  tronie  stolicy  Piotrowej  (nie  licząc  miesięcznego  pontyfikatu  Piusa  III) 

Juliusza  II,  Giuliano  della  Rovere,  tego  właśnie,  który  pierwszy  otaczał  się  szwajcarskimi 

background image

żołdakami,  nietrudno  przekonać  Schinnerowi  do  jego  patriotycznych  i agresywnych  racji. 

Daje  mu  Juliusz  zaraz  i kardynalski  kapelusz,  i wolną  rękę  w montowaniu  antyfrancuskiej 

koalicji. Schinner, jako biskup Sionu, a więc poniekąd głowa całego szwajcarskiego Kościoła 

katolickiego,  nie  próżnuje  ani  chwili.  Wiosną  1515  przyprowadza  papieżowi  30 000 

Wilhelmów Tellów - najprzedniejszych spośród najwyborniejszych alpejskich rycerzy, którzy 

mają wesprzeć potężny kontyngent hiszpański. Zjednane zostają jednocześnie posiłki księcia 

Mediolanu, parę chorągwi genueńskich. Takiej pokusie papież oprzeć się nie może. Wojna! 

Na  dworze  francuskim  panuje  w tym  czasie  kompletne  zamieszanie.  Zmarł  Ludwik 

XII  i uczeni  w piśmie  gorączkowo  dyskutują,  czyjego  krewny  Franciszek  w powikłanych 

układach  francuskich  koligacji  ma  prawo  do  berła.  Zanosi  się  wręcz,  co  jest  marzeniem 

papieża  i Mathäusa  Schinnera,  na  wojnę  domową.  Niestety,  można  podziwiać  dyscyplinę 

francuskich  muszkieterów  tego  wieku,  a dotyczy  to  również,  co  jest  jakimś  paradoksem, 

Szwajcarów  na  służbie  francuskiej  -  nie  było  w ich  szeregach  cienia  chęci  mieszania  się 

w wysokie  spory,  zdrady  ani  dezercji.  Skoro  Franciszek  został  ostatecznie  okrzyknięty 

władcą, stanęli za nim murem. Hiszpańskoszwajcarskomediolańskowatykańskie wojsko miało 

więc  przed  sobą  wbrew  oczekiwaniom  słabszą  liczebnie,  ale  zdyscyplinowaną  i gotową  do 

starcia  francuską  armię  wspomaganą  przez  Wenecjan.  Na  polach  pod  Marignano,  widząc 

nadchodzące  hufce  przeciwników,  Franciszek  wyjeżdża  przed  swoje  szeregi  i ”wielkim 

głosem”,  jak podaje w swojej kronice Jacques de Maillen,  zwraca się do rycerzy:  „Panowie, 

przyszedł  czas,  by  pokazać  w walce  naszą  męskość.  Jestem  waszym  królem  i księciem. 

Owszem,  jestem  młody,  ale  przysięgliście  mi  wierność  i lojalność.  Nie  opuszczę  was 

w żadnej  potrzebie.  Z wami  umrę  albo  zwyciężę!”.  Można  od  razu  powiedzieć,  że  słowa 

dotrzymał.  Walczył  jak szaleniec w pierwszym  szeregu,  a de  Maillen wyliczył dokładnie,  że 

brał  osobiście  udział  w trzydziestu  dwóch  szarżach.  Stało  się  to  jednak  później.  Pierwsi 

ruszyli do przodu Helweci. Świadkowie odnotowali, iż pan Pierre Terrail Bayard, rzeczywisty 

dowódca  wojsk  francuskich,  krzyczał  do  nich:  „Przeklęci  szwajcarscy  zdrajcy,  póki  czas 

wracajcie  w góry  jeść  wasze  zgniłe  sery.  Jeżeli  trwacie  w uporze,  nigdy  ich  już  nie 

skosztujecie!”. 

Atak  był  jednak  straszliwy.  Na  nic  się  zdały  rozpaczliwe  kontrataki  Franciszka  na 

skrzydłach.  Nim  zapadł  wieczór,  przełamali  Szwajcarzy  dwie  linie  francuskiej  obrony, 

zabiwszy  ponad  pięć  tysięcy  przeciwników.  Ale...  właśnie,  nastała  noc,  pod  której 

błogosławioną  osłoną  zdążyli  Francuzi  uratować  i przemieścić  swoje  sześćdziesiąt  cztery 

armaty, broń jeszcze podówczas pogardliwie lekceważoną. Rano Bayard zrozumiał nareszcie, 

w czym  tkwi  jego  szansa.  „Panowie,  nieprzyjaciel  śpi  słodko,  pora,  żeby  go  obudzić”. 

background image

Ryknęły  spiże.  Szwajcarzy  nacierali  w ciasnych  szeregach,  każda  kula  armatnia  tworzyła 

więc  w ich  szeregach  krwawe  wyrwy.  Widząc  bezsilność  natarcia,  obudziła  się  mało  dotąd 

aktywna  jazda  wenecka.  Jej  gwałtowne  uderzenie  na  lewe  skrzydło  Szwajcarów  było  już 

ciosem  miłosierdzia.  Wycofujących się  mordowano bez  litości  na  miejscu.  Bilans bitwy,  jak 

na  reguły  epoki,  był  przerażający.  Zginęło  piętnaście  tysięcy  Wilhelmów  Tellów,  czyli  jeśli 

wierzyć demografom  badającym  skrupulatnie cyfry  i proporcje,  padł kwiat narodu. Nie  było 

już komu stawić jakiejkolwiek obrony. Szwajcaria leżała u francuskich stóp. I wtedy właśnie 

ten chłystek, ten niedorobiony król Franciszek I zdobywa się na decyzję śmiałą, niepopularną 

to  mało  powiedzieć,  sprzeczną  z interesem  imperialnej  Francji,  jak  go  rozumieją  jego 

ministrowie.  29  listopada  1516  we  Fryburgu  podpisuje  pakt  „wiecznego  pokoju” 

z Helwetami.  Nie  ma  w nim  mowy  o kontrybucjach,  ustępstwach terytorialnych,  pretensjach 

do  decydowania  o czymkolwiek.  Jakiej  trzeba  ogromnej  odwagi,  żeby  myśląc  o przyszłości, 

tak  „zmarnować”  doczesne  zwycięstwo.  Pakt  zawarty  we  Fryburgu  jest  jedynym,  który 

przetrwał  pięć  wieków,  do  dzisiaj.  Jest  w tym  jakiś  ogromny  optymizm.  My,  Polacy,  którzy 

wiemy  lepiej  niż  ktokolwiek,  że  solenne  umowy  są  jedynie  świstkami  papieru  i za  co 

płaciliśmy  przez  pokolenia,  stajemy  nagle  przed  ludźmi,  którzy  dotrzymali  słowa.  Królu 

Franciszku, kocham cię z wielu innych powodów, ale z tego też. 

Tak, traktat pokojowy z Fryburga 29 listopada 1516 jest JEDYNYM, który przetrwał 

wieki i zachował ważność. Jest to jednak jakaś pociecha w naszym podstępnym i nielojalnym 

świecie.  Wybaczcie  więc  Franciszkowi  jego  karykaturalny  nos  podchodzący  niemal  pod 

wargi. Dał słowo, a zgoła nie musiał, i Francja tego słowa dotrzymała. 

background image

CZARNA LEGENDA 

Termin  La  Leyenda Negra  („Czarna  legenda”),  w tytule  było  jeszcze uzupełnienie:  

la  veridad  histórica  (Madrid  1913),  ukuł  na  przełomie  XIX  i XX  wieku  Julian  Juderias  y 

Loyot  (1877-1819),  wielki  historyk  i myśliciel  hiszpański.  Jego  dzieło  skompromitowała 

niestety  w znacznej  mierze  spiskowa  wersja  dziejów.  Uważał,  że  miażdżąca  opinia 

o działaniach hiszpańskich w Ameryce Południowej i Środkowej jest prowokacją francuskich 

postrewolucjonistów,  masonów  usiłujących  wyleczyć  własne  kompleksy,  Amerykanów 

i protestanckich,  nienawidzących  katolicyzmu  Anglików  i Prusaków.  Nie  było  właściwie 

lepszego sposobu,  żeby wszystkie  swoje,  niekiedy przenikliwe  i słuszne,  argumenty wrzucić 

do  kosza  na  śmieci.  W tej  bowiem  sytuacji  rozsierdzona  oświecona  i protestancka  Europa 

zaczęła natychmiast czcić i wydawać w tysiącach egzemplarzy broszurę Bartolomé Las Casas 

Brevssima relación de la destruction de las Indias 1875-1896 (Krótka relacja o wyniszczaniu 

Indian).  Nie  da  się  podważyć,  że  jest  tam  słusznych  argumentów  wiele.  Zarówno  Cortez, 

wchodząc  do  Meksyku,  jak  i Pizarro  w Peru  wiedzieli,  że  ich  dywizyjki  nie  mają  żadnych 

szans w konfrontacji z nawet źle uzbrojonymi, ale tysięcznie liczniejszymi tłumami. Używali 

więc  przede  wszystkim  zasady  divide  et  impera,  zdrady,  podstępu  i rzezi.  W tej  mierze  ma 

niewątpliwie  Las  Casas  rację  i nie  sposób  mu  zarzucić  kłamstwa  czy  nawet  istotniejszych 

przeinaczeń.  Jednocześnie  jednak  nic  nie  było  takie  proste.  Gdyby  hiszpański  dominikanin 

pisał o Stanach Zjednoczonych XIX wieku,  można by się oburącz podpisać pod jego tezami. 

Biali  osadnicy  w Ameryce  Północnej  rzeczywiście  wyniszczyli  dotychczasowych 

mieszkańców kontynentu do szczętu, pozostawiając im ewentualnie  miejsca w śmierdzących 

rezerwatach  (sama  już  nazwa  tych  miejsc  urąga  człowieczeństwu  Indian)  i nie  cofając  się 

przed  żadnym  krzywoprzysięstwem  czy  też  opartymi  na  rasistowskich  przesłankach 

działaniami,  które  dzisiejsze  prawo  musiałoby  określić  mianem  ludobójstwa.  W Ameryce 

Południowej  rzeczy  miały  się  inaczej.  Las  Casas  grzeszy  nie  tym,  co  napisał,  ale  tym,  co 

przemilczał i czego z katolickiej pruderii nie chciał zauważyć. 

Zacznijmy  od  tego,  że  podboje  Ameryki  Północnej  i Południowej  dokonywały  się 

(mniejsza  już  o chronologię)  w zupełnie  odmiennych  warunkach.  Na  „Dziki  Zachód”  parły 

rodziny osadnicze z kobietami i dziećmi. Nawet w tak samczym gatunku filmowym, jakim są 

westerny,  widzimy  żony,  kochanki,  kurwy,  panienki  śpiewające  w saloonbarach.  Jest  to 

społeczeństwo,  które  niszczy  drugie.  Nic  z tych  rzeczy  u Pizarra  czy  Corteza  prowadzących 

czysto męskie oddziały wojskowe wyzbyte nawet z markietanek, dla których nie było miejsca 

na  ciasnych  okrętach  mających  dowozić  wojsko  i tylko  wojsko.  Raul  Porras  Barrenecha 

(Pizarro, Lima 1959) zadziwia się, że na statkach Diego Almagro znalazło się aż pięć kobiet 

background image

(sic!  pięć  kobiet  na  czterystu  mężczyzn).  Otóż  ci  wojacy,  z których  ogromna  większość 

zdawała sobie sprawę, że nie wrócą już nigdy do swoich Andaluzji, Kastylii czy Estremadury, 

marzyła  nie  tylko  o niewieścim  cieple  (do  tego  może  wystarczyć  gwałt),  ale  również 

o dzieciach  i wykorzystaniu  dla  siebie  podbitej  ziemi.  Stąd  też  od  razu  powstaje  problem 

stosunków  między  hiszpańskimi  przybyszami  i miejscową  ludnością,  kobietami  przede 

wszystkim,  co  do  których  konkwistadorzy  od  początku  w pełni  lekceważą  uczone 

watykańskie komisje dyskutujące, czy Indianie są  ludźmi. Pisze Claude LéviStrauss (Smutek 

tropików, Warszawa 1992): 

Najsławniejsza i nie bez racji z tych komisji jest komisja mnichów św. Hieronima, jest 

wzruszająca  zarówno  z powodu  skrupulatności,  jak  i dlatego,  że  rzuca  światło  na  postawy 

umysłowe epoki. 

W trybie  prawdziwej  ankiety  psychosocjologicznej,  zbudowanej  według  najbardziej 

nowoczesnych  kanonów,  zadano  kolonizatorom  pytania  zmierzające  do  ustalenia,  czy  ich 

zdaniem  Indianie  byliby  zdolni  żyć  samodzielnie  na  poziomie  wieśniaków  z Kastylii. 

Wszystkie  odpowiedzi  były  negatywne  (...).  Późniejsze  o kilka  lat  sprawozdania  dodają 

kropkę  nad  „i”.  „Jedzą,  ludzkie  mięso,  nie  mają  sądów,  chodzą  całkiem  nago,  jedzą  pchły, 

pająki  i surowe  robaki.  Nie  noszą  brody,  a jeśli  przypadkiem  im  wyrośnie,  wyrywają  ją 

natychmiast”  (Ortiz  przed  Radą  Indii  1525).  W tym  samym  zresztą  czasie  na  sąsiedniej 

wyspie (Puerto Rico, według świadectwa Oviedo) Indianie zajmowali się chwytaniem białych 

i topieniem  ich;  następnie tygodniami stawiali  straż przy topielcach,  żeby przekonać się,  czy 

ich ciała podlegają gniciu. Z tego porównania wynikają dwa wnioski: biali powoływali się na 

nauki  społeczne,  podczas  gdy  Indianie  mieli  zaufanie  do  nauk  przyrodniczych;  i gdy  biali 

głosili,  że  Indianie  są  zwierzętami,  ci  ostatni  ograniczali  się  do  podejrzenia,  że  biali  są 

bogami.  Biorąc  pod  uwagę  jednakową  niewiedzę,  postępowanie  Indian  było  na  pewno 

bardziej godne ludzi. 

Jest  to  przepyszny  kawałek  literatury,  a francuski  miraż  intelektualny,  niezrównany 

w świecie,  mieni  się  w nim  we  wszystkich  kolorach.  Może  zresztą  rzeczywiście  na  Puerto 

Rico tak się zdarzyło. Gdzie indziej było jednak również zupełnie inaczej. W roku 1525, tym 

samym  więc,  w którym Pedro Ortiz zeznaje przed Radą Indii,  żaglowce Pizarra  docierają do 

Tumbez  w dzisiejszym  Ekwadorze.  Jest  to  na  razie  wyprawa  rekonesansowa,  mająca 

sprawdzić,  czy  prawdziwe  są  wieści  o poszukiwanym  Eldorado.  Indianie  noszą  tu  sporo 

złotych  ozdób,  nie  na  miarę  wszakże  hiszpańskich  oczekiwań.  Konkwistadorzy  planujący 

następne  podróże  starają  się  utrzymywać  z tubylcami  jak  najlepsze  stosunki.  Nie  ma  więc 

mowy  o przemocy,  gwałtach  czy  zabieraniu  im  ziemi.  Alonso  Moguer  Pedro  de  Molina, 

background image

rycerz z Estremadury i pięciu jego towarzyszy postanawiają zostać na miejscu i nie wracać do 

Panamy,  skąd wypłynęła  flotylla.  Kronikarze zeznają  jednogłośnie,  iż wpływ  na  ich decyzję 

miał przede wszystkim urok miejscowych dziewcząt, których jak widać ani przez chwilę nie 

uważali za zwierzęta. Oczywiście zaślubiny odbywały się bez zbędnych chrztów i nawróceń, 

co  tłumaczy,  dlaczego  Las  Casas  nabrał  tu  nagle  wody  w usta.  Stuart  Stirling  (Pizarro  - 

pogromca  Inków,  Warszawa  2005)  idzie  jeszcze  dalej,  tłumacząc,  iż  w tolerancyjnym  dla 

cudzoziemców  państwie  indiańskim  jeszcze  niesterroryzowanym  całkowicie  przez  Inków, 

konkwistadorzy  czuli  się  po  prostu  lepiej  niż  w rodzinnych  stronach  zdominowanych  przez 

inkwizycję  i wszechobecne  donosicielstwo.  Jest  to  oczywiście  rzecz  do  dyskusji.  Warto 

jednak  zauważyć,  iż  przykład  Alonso  Moliny  okaże  się  wkrótce  zaraźliwy  (w  Ameryce 

Północnej osadnicy nie żenili się z tubylkami)  i to na bez mała społeczną skalę.  „Bask Pedro 

de Bustinza - pisze Stirlig - był niższym urzędnikiem skarbowym, przybyłym do Peru razem 

z wracającym  do  kolonii  Hernandem  Pizarrem,  i walczył  w obronie  Cuzco.  Wziął  ślub 

z Quispquipi  zapewne  jakieś  dwa  lata  po  jej  porzuceniu  przez  Serre  de  Leguizamon,  i to 

wtedy  chyba  ochrzczono  ją  i nadano  jej  imię  doña  Beatriz.  W odpowiedzi  na  list  Moralesa 

(wszystko odbywa się nadal przed oficjalnym uznaniem Indian za ludzi - L.S.) cesarz Karol V 

obdarzył  księżniczkę  Encomienda  Urcos,  leżącą  na  południowy  wschód  od  Cuzco, 

w rodowych  włościach  jej  matki,  Coyi  Rahui  Ocllo  (w  rzeczywistości  Coyrahuillo  - 

Hiszpanie zwykli byli upraszczać inkaskie imiona - L.S.), których część należała przedtem do 

Hernanda  Pizarra.  Dar  ten  miał  całkowicie  odmienić  życie  małżonków  i dzieci  - 

pięcioletniego  syna  księżniczki,  Juana,  oraz  dwóch  młodszych  synów,  spłodzonych  przez 

Bustinzę: Pedra i Martina”. 

Przykład  szedł  zresztą  z samej  góry.  Sam  Francisco  Pizarro  poślubił  księżniczkę 

inkaską Quispe Sisa, której po pośpiesznym chrzcie (nauka nowej religii trwała osiem godzin) 

nadano imię dona Inés. Urodziła ona Pizarrowi córkę Franciszkę i syna Gonzalo, który stał się 

wielką miłością i spadkobiercą zdobywcy Peru. Roztworowski de Diaz Canesco (Maria, doña 

Francisca  Pizarro,  Lima  1994)  twierdzi,  iż  była  Inés  nieznośnego  charakteru:  kłótliwa, 

zazdrosna  i ”nieskora  łoża”.  Pizarro,  porzucając  ją,  zapewnił  jej  jednak  związek  ze  swoim 

adiutantem Francisco de Ampuero. Dzieci na rozwodzie nie ucierpiały w niczym. 

Ale  właśnie,  czy  taka  rzecz  byłaby  w ówczesnej  Hiszpanii  możliwa?  Rozwód!? 

Przekazywanie dziedzictwa podług własnej woli nieudokumentowanej w zeschłych papierach 

inkwizycyjnych  urzędników,  skoki  na  bok,  za  które  w ojczyźnie  karano  publiczną  chłostą? 

A zresztą  gdzie  może  być  mowa  o cudzołóstwie,  skoro  śluby  były  zawierane  na  słowo  lub 

ewentualnie  gwarancję  majątkową.  Pisze  Stirling:  „Gdy  minęły  pierwsze  lata  konkwisty, 

background image

kiedy  to  weterani  z Cajmarki  otwarcie  żyli  ze  swoimi  indiańskimi  kochankami,  misjonarze 

i Korona  narzucili  kolonii  pozory  moralności.  Publicznie  krytykowano  konkwistadorów, 

będących  już  w średnim  wieku,  za  to,  że  się  nie  żenili  i w ten  sposób  nie  dawali  przykładu 

innym  kolonistom  oraz  Indianom.  Za  czasów  Pizarra  przymykano  na  to  oko”.  Nie  da  się 

zaprzeczyć, że to jeszcze bardziej podjudzało katolickiego Las Casasa przeciw niemoralnemu 

rycerstwu. Cóż mogło jednak wyniknąć w latach pięćdziesiątych XVI wieku z otwarcia oczu 

na  bezmiar  konkwistadorskich  występków  seksualnych?  Po  zdobytych  krajach  przechadzało 

się już nowe pokolenie Metysów. Co gorsza, to oni przede wszystkim, dziedzicząc po ojcach 

majątki  i tytuły,  mieli  największy  udział  we  władzy.  Dziwna  to  była  populacja.  Uznawała, 

jako zwycięski, język hiszpański za administracyjny. Ale i to nie takie pewne. 14 lutego 1585 

licencjat  Cepeda  wysyła  list  do  króla  Hiszpanii  Filipa  II:  „Wypełniając  swą  powinność 

popierania  ojczystej  mowy  Indian  wśród  kleru  na  terenie  biskupstwa  Charcas,  mogę 

poświadczyć,  że Wielebny Ojciec Jeronimo de Leguizamon,  proboszcz parafii San Pedro  de 

Patosi,  z wielką  biegłością  włada  językiem  quéchua”.  Nosiła  się  po  indiańsku,  co  łatwo 

wytłumaczyć  lepszym  przystosowaniem  ubioru  do  miejscowego  klimatu;  wyznawała 

chrześcijaństwo  pełne  różnorodnych  domieszek,  społecznie  i politycznie  uważała  się  zaś  za 

osobną narodowość, nad którą król hiszpański może i ma teoretyczne zwierzchnictwo, byleby 

jego  przedstawiciele  nie  panoszyli  się  za  bardzo.  Od  początku  była  to  więc  mieszanka 

wybuchowa, która nie eksplodowała tylko z powodu długości lontu, jaki wiódł z Madrytu do 

Limy, Quito czy Meksyku. Nie zmienia to faktu, iż docierająca do Escorialu korespondencja 

z amerykańskich  kolonii  jest  pełna  nieodmiennie  skarg  na  krnąbrność,  zuchwałość 

i niewierność  monarchii  miejscowych. Dwór  hiszpański  najpierw, dopóki podatki wpływają, 

przejmuje się tym mało. Kiedy wpływać przestają, zdobywa się na dramatyczne gesty, ale we 

wzrastającej słabości jest już też za późno. Któż z nas nie pamięta bohatera historii Johnstona 

McCulleya, Zorro. Pod tym imieniem ukrywa się młody hiszpański szlachcic Don Diego de la 

Vega.  Spędziwszy  lata  w zamorskich  posiadłościach  (przede  wszystkim  w Kalifornii,  która 

jest jeszcze kolonią hiszpańską), przekonuje się do rzetelności praw  miejscowych i uzurpacji 

władz  hiszpańskich,  którym  wydaje  bezlitosną  walkę.  McCulley  pisał  swoje  powieści  na 

początku  XX  wieku.  Aktorzy,  którzy  wcielili  się  w role  jego  bohatera:  Douglas  Fairbanks 

(1920),  Tyrone  Power  (1940),  Pierre  Brice  (1963),  Alain  Delon  (1975),  Antonio  Banderas 

(1998),  zostali więc  niejednokrotnie wzbogaceni  w cechy,  detale stroju,  fryzury tych,  którzy 

w Ameryce  Południowej  i Środkowej  Zorrami  rzeczywiście  byli.  A doprawdy,  warto  im  się 

przyjrzeć bliżej. 

1.  Francisco  Miranda  (1750-1816),  syn  hiszpańskiego  karmazyna  i Indianki.  Bohater 

background image

francuskich  wojen  rewolucyjnych  (jego  imię  widnieje  na  £uku  Triumfalnym  w Paryżu), 

pomimo wszystkich porażek twórca Wenezueli. 

2. José Francisco San Martin (1778-1850). Kreol, czyli jak to rozumiano w tym czasie, 

mieszaniec  murzyńskoindiańskoeuropejski.  Ten,  w przeciwieństwie  do  Mirandy,  walczył 

przeciw Francuzom. Powróciwszy na swój kontynent, wyzwolił Chile, a przyczynił się także 

do niepodległości Argentyny i Peru. 

3.  Simon  Bolivar  (1783-1830).  Pół  -  albo  ćwierćIndianin  i pół  -  albo  ćwierćMurzyn 

(hiszpańscy  genealogowie  odmówili  mu  praw  do  iberyjskiego  szlachectwa),  wyzwoliciel 

Kolumbii, Peru i tej części, która usamodzielniwszy się, przybrała z wdzięcznością jego imię. 

4.  José  Felix  Ribas  (1784-1815).  Metys,  idol  indiańskich  chłopów,  pod  którym 

podczas  ataku  na  Caracas  zabito  kolejno  trzy  konie.  Jego  żołnierze  (Robert  Harley, 

Libertadores,  Warszawa  2004)  mówili  zgodnie,  że  przy  takim  dowódcy  hańbą  byłoby  dać 

krok w tył. 

5.  Andres  Santa  Cruz  (1792-1865).  Kreol,  który  pośród  najzacieklejszych  walk 

politycznych potrafił utrzymać w Peru prawo konstytucyjne. 

6.  Benito  Garcia  Juarez  (1806-1872).  Indianin,  oswobodziciel  Meksyku,  którego  jest 

bohaterem  narodowym,  spod  rządów  Maksymiliana  Habsburga  i wspierającej  go  soldateski 

francuskiej. Pierwszy zapewne w dziejach polityk walczący tak bezkompromisowo o rozdział 

władzy Kościoła i państwa. Obrodziło to teologią wyzwolenia będącą po dziś dzień głównym 

problemem dla watykańskich konserwatystów. 

7.  Miguel  Garcia  Grandos  (1809-1878).  Metys.  Twórca  wolnej  Gwatemali,  acz 

marzenia  miał  zapewne  większe,  obejmujące  zjednoczenie  wszystkich  państw  Ameryki 

Środkowej na południe od Meksyku. 

8.  Francisco  „Pancho”  Villa  -  Doroteo  Arango  (1877-1923).  Metys.  Przywódca 

powstania chłopskiego w Meksyku. Zdradziecko zamordowany. 

9.  Emiliano  Zapata  (1883-1913).  Indianin.  Elia  Kazan  nakręcił  o nim  film  (Viva 

Zapata!

1952), 

w którym 

przedstawia 

go 

jako 

bohaterskiego 

prostaczkaidiotę 

manipulowanego  przez  zagranicznych  agentów.  W rzeczywistości  był  Zapata  przywódcą 

wielkiego  kalibru,  a Meksyk  zawdzięcza  mu  swoją  tożsamość  w niedocenionej  jeszcze 

mierze. 

To  ci  ludzie (a  można  by przecież wymieniać  i innych)  wybili  Amerykę Południową 

i Środkową na niepodległość. W pornokryminale Gerarda de Villiersa Samba pour SAS (Paris 

1966;  rzecz  dzieje  się  w Ameryce  Południowej)  książę  Falkenhausen  skarży  się  swojemu 

bratu, błękitnej krwi księciu Malko, iż nadal jest w stanie bezżennym. To prawda - przyznaje 

background image

-  że  są  tu  śliczne  dziewczyny,  w żyłach  każdej  płynie  jednak  jakiś  procent  krwi  indiańskiej 

lub  murzyńskiej,  co  może  potem  wyjść  w potomstwie,  Malko  ze  zrozumieniem  pokiwał 

głową.  Ten  hiperrasistowski  passus  zawiera  zgoła  nieświadomie  pewien  element  prawdy. 

Współczesne  badania  nad  kulturą  latynoską  wskazują,  że  jest  ona  połączeniem  tradycji 

południowoeuropejskiej,  indiańskiej  i w pewnej  mierze  również  afrykańskiej  (co  jest 

skutkiem  importu  niewolników  w XVII  i XVIII  wieku  do  Brazylii  przede  wszystkim). 

Wymieszanie  nie  oznacza  jednak  w żadnym  przypadku  zglajchszaltowania.  Widzimy  to 

dzisiaj  dobitnie  w Stanach  Zjednoczonych,  gdzie  imigranci  latynoscy  nie  poczuwają  się 

w żadnej mierze do wspólnoty z kulturą białych, a tym mniej AfroAmerykanów. Pisze Hugh 

Thomas  (Podbój  Meksyku,  Katowice  1998):  „Informacje  pochodzące  z okresu  konkwisty  są 

sprzeczne, czego rezultatem stało się bezwzględne używanie liczb do celów propagandowych 

(Las  Casas  był  w tym  mistrzem,  nie  troszczył  się  nawet  o zbieżność  danych  ze  strony  na 

stronę - L.S.). Kiedy w XVIII wieku przystąpiono do spisywania dziejów podboju, na ocenę 

liczby  ludności  dawnego  Meksyku  miały  wpływ  przede  wszystkim  poglądy  historyków  na 

konkwistę. Jezuita Clavijero, który w latach siedemdziesiątych XVIII wieku, przebywając na 

wygnaniu  w Bolonii,  zaczął  kreować  ideę  tożsamości  meksykańskiej,  twierdził,  że  dawny 

Meksyk zamieszkiwało trzydzieści  milionów ludzi.  William  Robertson uważał natomiast, że 

Hiszpanie zawyżali  liczbę  ludności tubylczej,  aby podkreślić wielkość swoich zdobyczy.  Od 

tamtej  pory  podobne  postawy  cechowały  wszystkich  badaczy.  Ci,  których  zamiarem  było 

bezpośrednie lub pośrednie potępienie konkwisty, faworyzowali wielkie liczby. Chcieli w ten 

sposób  udowodnić,  iż  Hiszpanie  byli  odpowiedzialni  za  największą  w historii  katastrofę 

demograficzną”.  I to  jest  właśnie  La  Leyenda  Negra.  W przeciwieństwie  bowiem  do 

osadników z Ameryki Północnej, co zatarło się w mitach westernu i amerykańskiego sukcesu, 

Hiszpanie  Indian  nie  wymordowali.  Przeciwnie,  zmieszali  się  z nimi,  co  spowodowało,  że 

praprawnukowie  wystąpili,  i mieli  rację,  przeciw  jakiemuś  odległemu  o ocean  facetowi 

z Madrytu.  Zresztą  śpiewają  już  co  innego,  co  innego  tańczą,  inną  mają  literaturę.  Cortez 

i Pizarro  nie  wyniszczyli  Indian,  stworzyli  natomiast,  zapewne  nieświadomie,  nową  kulturę, 

która,  kto  wie,  może  w następnych  wiekach  stać  się  udziałem  całej  Ameryki  od  Arktyki  po 

Antarktydę. 

background image

HENRYK VIII 

10  kwietnia  1513,  na  rozkaz  króla  Henryka  VIII,  admirał  Edward  Howard  na  czele 

eskadry  złożonej  z 24  okrętów  wojennych,  czyli  większości  jednostek  będących  wówczas 

w dyspozycji  angielskiego  władcy,  wypływa  z Plymouth,  żeby  zaatakować  stacjonującą  po 

drugiej  stronie  kanału  La  Manche,  w porcie  La  Conquêt,  flotę  francuską,  zniszczyć  ją 

i umożliwić  w ten  sposób  inwazję  Albionu  na  Francję.  Z początku  wszystko,  wydaje  się, 

sprzyja  napastnikom.  Pod  osłoną  nocy  docierają  na  parę  mil  morskich  od  kontynentalnego 

wybrzeża,  pewni  już,  że  przeciwnik  zostanie  całkowicie  zaskoczony.  O świcie,  przy 

sprzyjającym wietrze stawiają wszystkie żagle i ruszają naprzód. W tym momencie wszystko 

jednak zaczyna się psuć. Na nieprecyzyjne mapy, którymi dysponuje Howard, nie naniesiono 

kilkunastu  skalistych  wysepek,  między  którymi  trzeba  manewrować,  a nie  bardzo  wiadomo 

jak. 

Miotające  się  chaotycznie  angielskie  statki  zostają  łatwo  dostrzeżone  z brzegu.  Efekt 

niespodzianki  bezpowrotnie  minął.  Mało  tego,  Francuzi  mają  czas,  żeby  się  przegrupować. 

Głównym  ich  celem  jest  okręt  Howarda.  W momencie  uderzenia  o burtę  francuskiej  galery 

idącej do abordażu nieszczęsny admirał wpada do morza. Idące na pomoc rozbitkowi okręty 

korony  angielskiej  muszą  dokonać  nagłego  zwrotu,  tracą  wiatr  i stają  się  łatwą  ofiarą 

Francuzów.  Widząc  ich  pogrom,  reszta  eskadry  Henryka  VIII  daje  tyły  i ratuje  się  ucieczką 

tak paniczną, iż w wyniku samobójczej kolizji tonie jeszcze jeden okręt. 

18  lipca  1545  atakują  tym  razem  Francuzi.  Wywiad  doniósł  Franciszkowi  I,  że  flota 

angielska  jest  zgromadzona  w niekorzystnych  dla  obrony  okolicach  wyspy  Wight  (koło 

Spithead).  Odnotowano  bunty  nieopłacanych  marynarzy.  Poza  tym  wiele  wrogich  okrętów 

czeka  na  remonty,  szwankuje  także  zaopatrzenie,  co  pozwala  sądzić,  że  w razie  czego 

zabraknie  wyspiarzom  prochu  i kul.  Czyż  może  być  lepsza  okazja,  żeby  upokorzyć  tego 

wiecznie  wiarołomnego,  postarzałego  grubasa  Henryka  VIII,  a przy  okazji  zabezpieczyć  na 

dłuższy czas północne granice królestwa? Franciszek ma sześćdziesiąt jeden  lat, wiek jak na 

ową epokę bardzo zaawansowany, jest schorowany, kiedy nie pije i nie uwodzi coraz nowych 

panien,  zanudza  cały dwór  swoimi przeczuciami  rychłej śmierci.  Ale oto okazja,  żeby pójść 

do trumny z laurem na skroni. Z entuzjazmem wydaje rozkazy. Admirał Claude baron de Retz 

d’Annebaut  działa  ostrożnie.  Ku  jego  zdziwieniu  raporty  szyprów  galer  wysłanych  na 

rozpoznanie  nie  potwierdzają  raportów  szpiegów.  Rzecz  w tym,  iż  flota  angielska  pozostaje 

pod osłoną baterii nadbrzeżnych. Trzeba więc byłoby wyciągnąć ją na morze i tam zmusić do 

bitwy.  Anglicy,  co  łatwo  zrozumieć,  nie  mają  na  to  jednak  najmniejszej  ochoty.  Daremnie 

pływa  d’Annebaut  pod  nosem  angielskiej  eskadry,  daremnie  każe  wydawać  bezsilne  salwy 

background image

artyleryjskie. Dochodzi do jednego tylko krótkiego zwarcia, w trakcie którego działa portowe 

zatopiły  jeden  francuski statek, tym  zaś udało się uszkodzić okręt  flagowy admirała Roberta 

Lisleya.  Na  tym  skończyła  się  bitwa,  której  właściwie  nie  było.  Francuzi  mogli  się  jednak 

pochwalić,  że  pływali  bezkarnie  po  angielskich  wodach  i kpili  w żywe  oczy  z tych 

„czerwonych  befsztykarzy”.  Zygmunt  Ryniewicz  (Leksykon  bitew  świata,  Warszawa  2004) 

podsumowuje: „Bitwa skończyła się bez rozstrzygnięcia”. A niech mu będzie. 

Latem  1588  wyrusza  przeciw  Anglii  hiszpańska  niezwyciężona  Armada  pod 

dowództwem  księcia  Medina  Sidonii.  Liczyła  ona  124  duże  okręty  (w  tym  20  wielkich 

galeonów)  z 1100  działami  i 27 000  żołnierzy  zaprawionych  do  walk  na  kołyszących  się 

pokładach,  do  desantu  i abordażu,  czyli  coś  na  kształt  dzisiejszej  piechoty  morskiej. 

Propaganda  katolicka  będzie  rozpisywać  się  później  (acz  był  to  argument  ryzykowny, 

zważywszy  na  to,  kto  dowodzi  siłami  niebieskimi),  że  tylko  niespodziewana  burza 

rozproszyła szyki hiszpańskie. 

W rzeczywistości rzecz się miała zupełnie inaczej. Flota Alonso Péreza de Guzmana, 

księcia  Medina  Sidonii,  straciwszy  zaledwie  osiem  drugorzędnych  statków,  przedarła  się 

przez kanał La Manche i zakotwiczyła w Calais, gdzie pobrała i zaopatrzenie. Znaczna część 

Hiszpanów znalazła się na lądzie. Przeprowadzano nawet ćwiczenia musztry na nadbrzeżach. 

W tym  momencie  „Anglicy,  korzystając  z pomyślnego  wiatru,  wypuścili  na  zakotwiczoną 

flotę  hiszpańską  osiem  płonących  branderów.  Hiszpanie  w panice  rąbali  liny  kotwiczne 

i w nieładzie  uchodzili  na  morze,  tam  zaś  czekali  na  nich  Anglicy,  którzy  przechwytywali 

i niszczyli pojedyncze okręty” (Edmund Kosiarz, Bitwy morskie, Warszawa 1994). Zagrożeni 

w porcie  Hiszpanie  nie  mieli  innego  wyjścia,  niż  wyjść  na  szerokie  wody  i zmusić 

przeciwnika  do  generalnej  bitwy.  Tu  jednak,  ku  osłupieniu  najeźdźców,  okazało  się,  iż 

Anglicy  mają  nie  tylko  sprawniejsze  statki,  ale  i znakomicie  wyszkolone  załogi.  W ciągu 

następnych paru godzin Hiszpanie stracili 16 okrętów, aw ucieczce jeszcze 31 następnych. 

Hiszpanie nie zrezygnowali. Ich kolejny atak na wodach wyspy Wight zostaje odparty 

przez najsłynniejszego pirata dziejów europejskich, Francisa Drake’a, a tylko wyczerpanie się 

amunicji na angielskich okrętach powoduje, iż nie dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia. 

Od  tej  chwili  morskie  wojny  hiszpańsko,  czy  francuskoangielskie  przeniosą  się  na  odległe 

akweny  atlantyckie  i karaibskie,  gdzie  przy  wszystkich  zmiennych  losach  fortuny  Anglicy 

ostatecznie  zawsze  będą  górą.  Cóż  mówić  o kanale  La  Manche,  który  prawem  siły,  stał  się 

defacto, wodami terytorialnymi Albionu. Tak to się zmieniło od czasu, kiedy w 1545 Francuzi 

żeglowali przy ujściu Tamizy, urągając londyńczykom, a ich desant był jak najbardziej realną 

możliwością. 

background image

Henryk  VIII  jest  w świadomości  europejskiej  przede  wszystkim  złowrogim  mężem 

swoich sześciu żon, z których dwie kazał ściąć (Annę Boleyn i Katarzynę Howard), z dwiema 

się  rozwiódł  (z  Katarzyną  Aragońską  i Anną  Kliwijską),  jedna  zmarła,  zanim  zdążył  się  do 

niej  dobrać  (Joanna  Seymour),  a jedna,  szczęśliwa,  go  przeżyła  (Katarzyna  Parr).  Przy  tak 

malowniczych  matrymoniach  nic  dziwnego,  że  zapomniano  o wszystkim,  co  działo  się 

dookoła.  O rudobrodym  Henryku  VIII  i jego  żonach  nakręcono  w ostatnim  półwieczu 

kilkadziesiąt  filmów  i sześć  seriali.  Ewentualnie  jeszcze  interesuje  twórców  (a  ma  ścisły 

związek  z perypetiami  małżeńskimi)  zerwanie  z Rzymem  i stworzenie  nacjonalnej  odmiany 

chrześcijaństwa.  Konia  z rzędem  temu,  kto  poza  Wielką  Brytanią  wie  o nim  cokolwiek 

więcej. 

Tymczasem...  Henryk  VIII  był  pierwszym  Anglikiem,  który  nie  tylko  zdał  sobie 

sprawę, że jego ojczyzna jest wyspą (wydaje nam się to dzisiaj tak zupełnie oczywiste, trzeba 

było  jednak  Kolumba,  by  postawić  jajko  na  sztorc),  ale  i wyciągnął  z tego  nieubłaganie 

logiczną konsekwencję.  Było nią utworzenie Marynarki  Królewskiej  i łożenie  na nią sum  na 

pograniczu wytrzymałości  budżetu państwa.  Koncepcja ta opierała się  na trzech założeniach 

ofensywnych  i defensywnych.  Po  pierwsze,  jeżeli  będziemy  panować  na  morzu,  nie  grozi 

nam  (Szkoci  zostali  pokonani)  żadna  zewnętrzna  agresja,  będziemy  więc  jedynymi 

dysponentami  naszej  polityki  i naszego  losu.  Po  drugie,  jeżeli  będziemy  panować  nad 

morzami,  to  prędzej  czy  później  przechwycimy  kontrolę  nad  światowym  handlem  i złoto, 

które  płynie  dzisiaj  z Nowego  Świata  do  Sewilli,  znajdzie  się  w naszych  kieszeniach.  Po 

trzecie,  jeżeli będziemy panować nad morzami, to wszelkie odkrywane nowe lądy znajdą się 

pod naszym wpływem,  a w każdym razie wszyscy  ich kolonizatorzy będą się  musieli  z nami 

liczyć.  Potęga  floty  j  est  warunkiem  sine  qua  non  potęgi  Anglii.  To  również  zauważył 

Henryk,  że  siła  Hiszpanii,  Holandii,  ale  i Francji  w znacznej  mierze  opiera  się  na  ekspansji 

kolonialnej.  Wojny  lądowe na kontynencie są niepewne,  a Anglia  skazana  na zaopatrywanie 

swoich wojsk przez morze jest w nich z góry na trudnej pozycji. Cios ekonomiczny może być 

jednak skuteczniejszy i dotkliwszy od wszystkich wygranych bitew. A skoro tak: 

Rule Britannia 

Britannia, rule the wawes 

Britannia never shall be slaves. 

Francis  Drake  był  niewątpliwie  marynarzem  genialnym.  Przy  wszystkich  jego 

talentach flota angielska nie pokonałaby Wielkiej Armady i nie przechwytywała hiszpańskich 

skarbów, gdyby nie pracujące nawet kosztem innych dziedzin gospodarki angielskie stocznie, 

skutecznie  uzupełniające  straty  i dostarczające  coraz  nowych  i doskonalszych  okrętów. 

background image

Henryk  VIII  słynął  z uporu,  megalomanii  i przekonania  o własnej  wszechwiedzy.  Jest  to 

niewątpliwie  prawda,  gdy  chodzi  o ideologię,  politykę  personalną  czy  życie  osobiste.  Miał 

jednak  tę  jasność  umysłu,  żeby  nie  kłócić  się  z prawami  nauki  i technologii.  W 1514 

w porywie ambicji każe wybudować najpotężniejszy na świecie galeon o niesłychanym jak na 

owe  czasy  tonażu  2300  ton,  wyposażonym  w 80  armat.  Nazwie  go  „Henry  Grâce  à  Dieu”, 

czyli  „Henryk  z Bożej  łaski”.  Istna  piramida  ku  własnej  czci.  Stare  wilki  morskie  nie 

podzielają  jednak  królewskiego  entuzjazmu.  Monstrum  jest  podług  nich  za  mało  sterowne, 

powolne,  konieczna  do  obsadzenia  go  załoga  nazbyt  liczna,  co  obciąży  dodatkowo  okręt 

większą  ilością  niezbędnych  zapasów  etc.  I dumny  Henryk  z Bożej  łaski...  przyznaje  im 

słuszność! Mało tego, nagradza krytyków. 

Paweł Wieczorkowski (Historia wojen morskich. Wiek żagla, Londyn 1995) odnajduje 

jeszcze  w XVI  wieku  czasy  holenderskie  na  wodach,  a w XVII  wieku  pisze  o ”okresie 

przewagi  francuskiej”.  To  już  jednak  tylko  pozory.  Od  czasów  Henryka  VIII,  przez 

panowanie  Elżbiety  I,  powoli  być  może,  ale  konsekwentnie  i niepowstrzymanie  panowanie 

nad  morzami  uzyskuje  Anglia.  Jeżeli  trzeba  tutaj  kropki  nad  „i”,  będzie  nią  bitwa  morska 

stoczona  przy  przylądku  La  Hoque  19-23  maja  1692.  Francuzi  raz  jeszcze  postanowili 

spróbować  desantu  w Anglii,  by  przywrócić  tam  panowanie  zdetronizowanego  króla  Jakuba 

II.  Admirał  Anne  Hillarion  de  Cotentin,  hrabia  Tourville,  dysponował  potężną  flotą  złożoną 

z 45  okrętów  liniowych,  8  fregat  i 13  brander.  O świcie  19  maja  przy  przylądku  Barfleurs 

natknął  się  przypadkowo  (było  to  zaskoczenie  dla  obu  stron)  na  siły  angielskiego  admirała 

Edwarda  Russella.  Historia  lubi  dziwne  paradoksy.  Edward  Russell,  hrabia  Oxford,  był 

w prostej linii potomkiem Johna Russella, pierwszego hrabiego Bedford i wielkiego admirała 

Henryka  VIII.  Rozpoczęło  się  chaotyczne  starcie,  w którym  Anglik  zachował  jednak  więcej 

zimnej  krwi  i zdecydowania.  Wszystkie  załogi  jako  tako  przygotowane  do  bitwy  rzucił  na 

lewe  skrzydło  francuskie,  gdzie  cofające  się  okręty  Ludwika  XIV  musiały  osiąść  na 

mieliznach, stając się bez  możliwości  manewru  łatwym  łupem  angielskich artylerzystów. Po 

dwóch  zaledwie  godzinach  wszystko  się  zadecydowało.  Część  okrętów  francuskich  uciekła 

do Saint Malô, sam de Tourville skierował się do La Hoque, gdzie został zablokowany przez 

nadpływające  okręty  Russella.  W ciągu  krótkich  trzech  godzin  zostało  zatopionych  21 

francuskich jednostek, przy stratach brytyjskich wynoszących zaledwie jednego brandera. 

Tak  więc wcześniejszy o dwa lata desant tegoż Tourville’a w Anglii  był  już ostatnim 

przypadkiem,  kiedy  wojsko  z kontynentu  zdołało  wylądować  na  wyspie  brytyjskiej.  Zresztą 

żałosna  była  to  eskapada.  Trwała  wszystkiego  niecałe  dwa  tygodnie  (22  lipca  -  4  sierpnia 

1690) i ograniczyła się do splądrowania, po ucieczce mieszkańców, nadmorskiego miasteczka 

background image

Teignmouth  w hrabstwie  Devon  (niedaleko  Plymouth).  Zawiedzeni  skromnymi  łupami 

Francuzi  wyrżnęli  bydło  i trzodę  chlewną,  zniszczyli  łodzie  rybackie  i spalili  drewniane 

domostwa.  W głąb  lądu  nie  ośmielili  się  już  posunąć,  obawiając  się  o swoje  statki,  które 

mogła zniszczyć angielska odsiecz. 

Potem  jeszcze  Napoleon  i Hitler  marzyli  o wtargnięciu  na  wyspę,  ale  jak  wiadomo 

ostatecznie  nie  poważyli  się  podjąć  działań  inwazyjnych.  Tymczasem  w XVIII,  a przede 

wszystkim  XIX  wieku  (z  wyjątkiem  może  amerykańskiej  wojny  o niepodległość)  flota 

angielska  bezkarnie  przybija  do  brzegów  i wysadza  wojska  na  całym  świecie.  Tak  powstaje 

i rozrasta  się  imperium  brytyjskie  ogarniające  w drugiej  połowie  XIX  wieku:  Indie,  Birmę, 

Malaje,  połowę  Afryki,  Australię,  Nową  Zelandię,  Kanadę...  Buduje  ono  nie  tylko  potęgę 

Wielkiej Brytanii, ale i dumę narodową jej mieszkańców. Przy czym,  jak słusznie zauważają 

liczni  historycy  i antropologowie  kultury,  jest to swoista  „duma  marynarska”.  To  z życia  na 

morzu  zostaje  zaczerpnięty  kult  dyscypliny,  współdziałania,  honoru,  ostentacyjnego 

lekceważenia  przeciwności  losu,  poczucia  hierarchii  czy  nawet,  jak  zauważał  Edmund 

Leach...  pogardy  dla  rozkoszy  podniebienia.  Owa  mieszanka  cech,  która  powoduje,  iż  jedni 

Anglików  cenią,  inni  nienawidzą,  wszyscy  jednak,  nawet  Francuzi,  w jakiejś  mierze 

podziwiają. 

W maju  1941  wyrusza  na  Atlantyk  niemiecki  pancernik  „Bismarck”,  najpotężniejszy 

okręt  wojenny  wybudowany  kiedykolwiek  w Europie.  W pościg  za  nim  ruszają  angielskie 

krążowniki  „Suffolk”  i ”Norfolk”.  23  maja  dołączają  do  nich  pancernik  „Prince  of  Wales” 

i duma  floty  brytyjskiej,  największa  do  pojawienia  się  „Bismarcka”  jednostka  morska  na 

świecie,  legendarny  „Hood”  (The  mighty  Hood).  24  maja  u północnozachodnich  wybrzeży 

Islandii  rozpoczyna  się  bitwa.  O godzinie  6.01  „Hood”  zostaje  trafiony  przez  „Bismarcka” 

salwą  ciężkiego  kalibru.  Pisze  naoczny  świadek  Burkard  Freiherr  von  MüllenheimRechberg 

(Pancernik  „Bismarck”,  Gdańsk  2000):  „Pomiędzy  jego  masztami  w górę  strzeliły  ściany 

płomieni.  Żółtawobiała  kula  ognia  podniosła  się  na  wysokość  300  m.  Z powstałego  dymu 

wystrzeliły  białe  gwiazdy,  prawdopodobnie  żarzące  się  kawałki  metalu.  Najgrubsze  części, 

m.in.  jak  się  zdaje  jedna  z wież  rufowych,  fruwały  w powietrzu  jak  zabawki.  Pływające 

odłamki  wszelkiego  rodzaju  pokryły  morze  obok  «Hooda»,  a ciśnięta  do  tyłu,  szczególnie 

świecąca część  jeszcze długo leżała na wodzie,  paląc się  i dymiąc  na czarno”.  Z całej  załogi 

ocalały tylko trzy osoby. Uszkodzony i zmuszony do ucieczki został także „Prince of Wales”. 

Nieporównywalnie słabsze „Suffolk” i ”Norfolk” nie mogły podjąć samobójczej walki. 

Dla Anglików utrata „Hooda” była nie tylko porażką militarną, ale przede wszystkim 

i nade wszystko plamą na honorze kraju panującego nad morzami. 

background image

Rule Britannia... 

I oto, co się dzieje. Plama musi być zmazana. Już w sześć godzin po stracie „Hooda” 

w pogoń  za  „Bismarckiem”  zostają  wysłane:  4  pancerniki,  2  krążowniki  liniowe,  2 

lotniskowce,  3  ciężkie  krążowniki,  10  lekkich  krążowników  i 21  niszczycieli.  Jak  pisze 

MüllenheimRechberg:  „Rozpoczął  się  pościg,  który  pod  względem  obszaru,  jaki  objął, 

mianowicie  ponad  miliona  mil  morskich  kwadratowych,  i pod  względem  liczby  i siły 

zmobilizowanych okrętów nie ma odpowiednika w historii wojen morskich”. Brytyjczycy nie 

wahają się nawet zmniejszyć osłony idących przez ocean konwojów, narażając je na możliwy 

pogrom. Tutaj przecież chodziło o honor. W takim zaś przypadku cena nie może grać roli. 

Potem  wszystko  potoczyło  się  błyskawicznie.  Już  27  maja  dopadnięty  i osaczony 

„Bismarck” zostaje zmuszony do beznadziejnej walki z wielokrotnie przeważającymi siłami. 

Anglicy są tak zajadli,  że kiedy zniszczone działa niemieckiego olbrzyma o 9.31 ostatecznie 

milkną,  ostrzeliwują  wrak  nadal,  z najbliższej  odległości,  jeszcze  przez  pięćdziesiąt  minut. 

O 10.39  „Bismarck”  tonie.  Legenda  opowiada,  iż  na  wieść  o tym  jeden  z lordów  admiralicji 

wezwał  pastora  i kazał  mu  odprawiać  modły  przed  portretem  Francisa  Drake’a,  „patrona 

brytyjskich marynarzy”. 

Może  zresztą  nie  jest to  legenda.  Jak  pisze  Robert  K.  Massie  (Dreadnought,  Gdańsk 

2004):  „Okręt  wojenny  jest  skończoną  całością,  miastem,  królestwem.  W Marynarce 

Królewskiej,  na  czele  każdego  z owych  rozproszonych  po  świecie  pływających  królestw, 

władając despotycznie i bez ograniczeń, a władzę swoją egzekwując dobrodusznie lub wręcz 

odwrotnie,  zależnie  od  swej  natury,  stał  dowódca  okrętu  Jej  Królewskiej  Mości.  Gdy  tak 

okręty  Jej  Królewskiej  Mości  spełniały  swe  obowiązki  w odległych  krańcach  globu  -  czy  to 

patrolując  orientalne  rzeki,  czy  kotwicząc  w sennych  portach  południowego  Pacyfiku, 

w zachowaniach  niektórych  dowódców  ujawniały  się  szczególne  cechy,  często rozkwitające 

pewnym ekscentryzmem. Wiele z tych ekscentryzmów było całkiem nieszkodliwego rodzaju. 

Komandor Houston Stewart na przykład z trójpokładowca «Marlborough», okrętu flagowego 

Floty Śródziemnomorskiej, we wczesnych latach sześćdziesiątych XIX wieku uwielbiał łowić 

ryby  z okna swojej rufowej kabiny, gdy okręt stał na kotwicy. Zmuszany od czasu do czasu 

opuszczać swoją linkę, przywiązywał ją do relingu, lecz powracał do niej co kilka minut, żeby 

sprawdzić,  czy  coś  się  jednak  złapało.  Admirał  Kingcome,  naczelny  dowódca  na  Pacyfiku 

w tej  samej  dekadzie,  rozkoszował  się  własnoręcznym  biciem  w bęben  na  nocny  alarm. 

Przypasywał  bęben  i schodził  na  dolne  pokłady,  zginając  się  wpół  pod  hamakami  śpiących 

marynarzy  (.).  Inny  dowódca,  w służbie  na  wodach  zachodniej  Afryki,  zawsze  zdejmował 

mundur,  gdy  miał  czytać  Biblię,  a także  zdejmował  czapkę  i kurtkę  mundurową  za  każdym 

background image

razem, gdy odprawiano nabożeństwo dla zgromadzonej na pokładzie załogi. Uważał bowiem, 

że  dowódca  brytyjskiego  okrętu  nie  może  uznawać  nad  sobą  żadnej  władzy.  Inny  dowódca 

przesunął  dzień  Bożego  Narodzenia  na  18  grudnia,  jako  że  pokładowe  zapasy  wieprzowiny 

przeznaczone na bożonarodzeniowy obiad «zaczynały już odczuwać ciepło tropików». Tenże 

sam  dowódca  mianował  pewnego  razu  jednego  ze  swoich  oficerów  biskupem,  aby  tak 

mianowany  prałat  mógł  poświęcić  kawałek  gruntu,  w którym  dowódca  zamierzał  pochować 

jednego  z członków  załogi.  Po  wykonaniu  tej  celebry  nowo  upieczony  biskup  został 

przywrócony do stanu laikatu. Jeszcze inny brytyjski dowódca, zaproszony przez gubernatora 

kolonii  brytyjskiej  na  obiad  z okazji  urodzin  królowej,  odmówił,  tłumacząc,  że  będzie  miał 

ból  głowy.  Po  skardze,  jaką  rozzłoszczony  gubernator  złożył  na  niego  u admirała, 

z niezmąconym  spokojem  wyjaśnił,  że  «miał  zawsze  bóle  głowy  od  sześciu  miesięcy  i nie 

widział najmniejszego powodu, żeby miał być od nich wolny w dniu urodzin Jej Królewskiej 

Mości». 

Dowódcy  prezentowali  niezwykle  urozmaicone  podejście  do  kwestii  strojów.  Jeśli 

ktoś  lubił  złoty  szamerunek,  to  nosił  złote  lamówki  i jego  oficerowie  nosili  takież.  Jeżeli 

oficerowie  przechodzili  następnie  na  okręt,  którego  kapitan  uważał  złoty  szamerunek  za 

pretensjonalny,  całe  to  upiększenie  szło  precz.  Istniała  wielka  różnorodność  nakryć  głowy. 

Jeden admirał nosił biały cylinder, inny - biały melonik (...). 

Innym przywilejem rangi było sprowadzanie na pokład zwierząt, czy to w charakterze 

pożywienia,  czy  dla  towarzystwa.  Jeden  admirał,  który  lubił  świeże  mleko,  wziął  na  morze 

dwie  krowy.  Oficerowie  często  zabierali  owce  i kurczęta.  Niektórzy  z dowódców  trzymali 

w swych  kabinach  papugi,  psy  lub  koty,  niektórzy  zaś  udzielali  schronienia  większym 

i bardziej  egzotycznym  maskotkom.  Komandor  Marryat  z korwety  «Larne»  na  wodach 

birmańskich posiadał pawiana  imieniem  Jacko,  który  lubił gryźć załogę  i obrywać  jej guziki 

(...). W roku 1870 książę Alfred (diuk Edynburga, drugi syn królowej Wiktorii - L.S.), kiedy 

dowodził fregatą «Galatea», zezwolił jednemu z oficerów, lordowi Charlesowi Beresfordowi, 

sprowadzić  na  pokład  słonia.  Słoń  mieszkał  w domku  wzniesionym  dla  niego  na  tylnym 

pokładzie i odżywiał się gałęziami drzew, otrębami,  sucharami i wszystkim, co nawinęło mu 

się pod trąbę. Lord Charles tresował go i nauczył, jak ma brać na giejtawy grotżagiel, co słoń 

wykonywał, biorąc właściwą linę i maszerując wzdłuż pokładu (...). Dziewięć lat później, gdy 

książę Alfred był już głównodowodzącym Floty Śródziemnomorskiej, przystał, żeby brunatny 

niedźwiedź o imieniu Bruin został maskotką mesy midszypmenów na jego okręcie flagowym. 

Ulubioną sztuczką Bruina było wślizgnąć się do wody na kotwicowisku floty i podpłynąć do 

łodzi  innego okrętu.  Kiedy atakował obcych  marynarzy, «jego  młodzi panowie obserwujący 

background image

z daleka przez lornetki i lunety mieli wiele uciechy»„. Nie trzeba chyba dodawać, że „młodzi 

panowie”  byli  wtedy  w sztok  pijani,  co  było  zresztą  na  angielskich  okrętach  jak  najbardziej 

przyjęte i tolerowane. 

Skąd  te  wszystkie  fanaberie?  Odpowiedzi  udzielił  już  lord  admiralicji  świętujący 

pokonanie  „Bismarcka”  przed  portretem  Francisa  Drake’a.  Z głębokiej  i zakorzenionej 

tradycji pirackiej. Pisze Germán Arciniegas (Biografia del Caribe, Buenos Aires 1959): „Król 

Henryk VIII, a historia przyznała mu rację, uważał, iż do obrony Anglii nie wystarczą okopy. 

Trzeba  je  wzmocnić  palisadą  masztów  okrętowych.  Mimo  zaabsorbowania  skandalami 

matrymonialnymi gros czasu poświęcił  na rozbudowywanie  nowocześnie wyposażonej  floty 

wojennej.  W chwili  jego  śmierci  dysponowała  Anglia  85  okrętami  zbrojnymi  w ciężkie 

działa.  Była  to  nie  byle  potęga.  Rzemiosło  marynarskie  powierzył  Henryk  VIII  piratom”. 

W tym  wszystkim,  a tym  ostatnim  przede  wszystkim,  naśladowała  go  wiernie  Elżbieta 

I (Alfred  Leslie  Rowie,  Anglia  w epoce  elżbietańskiej,  Warszawa  1976).  Świat  piratów  był 

zaś  światem  skrzyżowania  koniecznej  dyscypliny  wewnętrznej  i największej  zewnętrznej, 

fascynującej do dzisiaj dezynwoltury i ekstrawagancji. Może nie było aż tak malowniczo jak 

w filmach z serii „Piraci z Karaibów” z Johnnym Deppem w roli głównej, ale i nie tak bardzo 

od  tych  obrazów  daleko.  Kult  współdziałania,  pogardy  dla  przeciwieństw,  wierności 

własnemu kodeksowi honorowemu, a także oryginalności na granicy dziwactwa był wpisany 

w piracki  etos.  No  i oczywiście  gest.  Opisuje  John  Cummins  (Francis  Drake,  Warszawa 

2000),  jak  Francis  Drake  ofiarowuje  królowej  (poza  łupem,  który  był  jej  winien)  „bardzo 

piękny  kosz  srebrny  do  sprzątania  ze  stołu,  na  którym  wyryto  herb  Jej  Wysokości,  róże 

i portcloses  oraz  różne  inne  wzory,  złotą  solniczkę  w kształcie  globu  ozdobioną  zielonym 

szkliwem przedstawiającym oceany”. James Anthony Froude przypomina zaś inny triumfalny 

powrót  pirata:  „Drake  hojnie  rozdawał  prezenty.  Podarował  królowej  diamentowy  krzyż 

i komplet  koronacyjny  z olbrzymimi  szmaragdami.  Brombleyowi,  lordowi  kanclerzowi, 

ofiarował  srebrny  półmisek,  a innym  członkom  Rady  -  drugie  tyle.  Królowa  założyła  swe 

klejnoty  koronacyjne  na  Nowy  Rok  (...).  Burghley  i Sussex  odrzucili  wspaniałą  pokusę; 

oświadczyli,  że  nie  mogą  przyjąć  tak  kosztownych  darów  od  człowieka,  którego  majątek 

pochodzi  z grabieży”.  Któż  by  się  jednak  przejmował  sir  Cecilem  Williamem,  lordem 

Burghleyem,  choć  był  doradcą  i skarbnikiem  Elżbiety  I,  a tym  bardziej  lordem  Henrym 

Radcliffem  Sussexem.  To  nie  oni  tworzyli  tradycję  Albionu,  ale  właśnie,  z upoważnienia 

Henryka VIII, Francis Drake.  Tego wieczora  wystąpił  zresztą w stroju korsarskim  i naruszył 

parę  przynajmniej  (królowa  patrzyła  na  to  z przyzwalającym  uśmiechem)  podstawowych 

przepisów  etykiety.  Nie  przystoi  to  oczywiście  gówniarzom,  tym  jednak,  którzy  oddają 

background image

przysługi  Koronie,  zostaje  łaskawie  zapomniane,  a czasem  wręcz  uhonorowane,  o czym 

świadczy choćby Order Podwiązki. 

W ostatnich  latach  XIX  wieku  rygorysta  książę  Walii  dobrał  się  do  angielskiej 

Marynarki.  Ujednolicił  mundury  i musztrę,  ograniczył  pijaństwo,  zakazał  ekscesów. 

Zdyscyplinowani Anglicy dostosowali się oczywiście. Ducha jednak nie zmienił. Próżne było 

ścieranie się z wielkością Henryka VIII, który nie tylko zasiał ziarno pod imperium, ale także 

ukształtował  dumną  mentalność  jego  obywateli.  Niech  nas  nie  zmylą  uniformizujące 

mundurki  angielskich  licealistów.  Z krwawej  bitwy  pod  Arnheim  (17-26  września  1944) 

pozostał  w zbiorowej  pamięci  wyspiarzy  przede  wszystkim  sierżant,  który  oprócz  stena  nie 

rozstawał  się  z obowiązującą  gentlemana  parasolką,  i kobziarz,  który  wbrew  rozkazom 

samotnie  szedł  ulicą,  grając  na  kobzie,  choć  właściwie  nie  powinien  tego  instrumentu  na 

froncie  posiadać.  Anglia  nie  panuje  już  dzisiaj  nad  wodami.  Natomiast  kiedy  premier 

angielski  nagrywa  płytę,  członkowie  rodziny  królewskiej  popełniają  kolejne  mezalianse, 

opinia publiczna reaguje z sympatią, a nawet entuzjazmem. Nawet więc po upadku imperium, 

które  zdeterminowało  dzieje  świata  na  dwa  wieki,  przesłanie  Henryka  VIII  nadal  pozostało 

żywe. Tym doprawdy mało kto w dziejach naszej planety mógłby się pochwalić. 

background image

JERMAK TIMOFIEJEWICZ 

Pod  koniec  panowania  Iwana  IV  Groźnego,  około  1580  roku,  północnowschodnie 

granice  carstwa  moskiewskiego  sięgały  Uralu,  ledwo  go  przekraczając  na  dalekiej  północy, 

gdzie  dochodziły  do  potężnych  nurtów  dolnego  Obu,  „w  bezpiecznej  odległości  od  ludów 

stepowych” (Lew Gumilow,  Od Rusi  do Rosji, Warszawa 2004). Car  mający dość kłopotów 

na  pozostałych  swoich  kresach  powierzył  zagospodarowywanie  zauralskich  ziem  -  co 

równało się defacto władzy udzielnych książąt na tych terenach -  przedsiębiorczemu rodowi 

Stroganowów.  „Wywodził  się  on  -  pisze  Władysław  A.  Serczyk  (Iwan  Groźny,  Wrocław 

1977) - ze wzbogaconych chłopów zamieszkujących wybrzeża Morza Białego i rejon jeziora 

Onega.  Na  przełomie  XV  i XVI  w.  jeden  z jego  członków  posiadał  znaczne  posiadłości 

w Solwyczegodsku koło Ustiuga  Wielkiego,  a jego syn  Anika Fiodorowicz wybudował tutaj 

warzelnię soli.  W 1558  r. przedstawiciel  następnego pokolenia Grzegorz Stroganow poprosił 

cara  o zezwolenie  wybudowania  miasta  nad  Kamą.  Miało  ono  nie  tylko  bronić  posiadłości 

moskiewskich przed najazdami Tatarów nogajskich, lecz stanowić zarazem poważny ośrodek 

przemysłu  solnego.  Po  szczegółowym  zbadaniu  sprawy  Iwan  IV  udzielił  odpowiedniego 

pozwolenia.  Przywilej  wydano  na  20  lat.  Zastrzegano  jedynie,  by  do  nowo  zbudowanego 

miasta  nie  przyjmować  poddanych  zbiegłych  z Rosji.  Obszar  ofiarowany  Stroganowowi  był 

ogromny. Sięgał od krańców ziemi permskiej aż do źródeł rzeki Czusowej.  Rozciągał  się na 

długości  blisko  100  kilometrów.  Ludzi  osadzanych  na  tym  terenie  zwalniano  od  wszelkich 

danin  i powinności.  Stroganowowie  byli  zwolnieni  nawet od  dawania  podwód  i wyżywienia 

posłom  carskim  udającym  się  do  chanatu  syberyjskiego  czy  dalej  na  wschód  (.).  Żadnemu 

z urzędników  monarszych  nie  wolno  było  wtrącać  się  do  spraw  związanych  z zarządzaniem 

nowo utworzonej prowincji”. 

Ufundowane  pospiesznie  przez  Grzegorza  Stroganowa  miasteczko  Kankor  (dzisiaj: 

Solikamsk)  leżało  na  pogórzu  jednej  z najwyższych  części  Uralu,  u stóp  Konzakowskiego 

Kamenia (1569 m n.p.m.). Na wschód rozciągały się bagienne rozlewiska Kamy, na południe 

wiódł trakt do niezbyt odległego Permu, na północ rozpościerały się ogromne bory. Car mógł 

zastrzegać,  żeby  nie  dawano  w Kankorze  schronienia  zbiegom,  ale  było  to  od  początku 

zadanie  całkowicie  utopijne.  Wabiło  nad  Kamę  widmo  wolności  świata  bez  pańszczyzny, 

Stroganowowie  zaś  potrzebowali  ludzi.  Wkrótce  do  Kankoru  zaczęli  docierać  różnoracy 

„ludzie  z gościńca”,  ukrywający  się  skazańcy,  awanturnicy  wszelkiego  autoramentu.  Nie 

zabrakło oczywiście wszędobylskich Kozaków, a nawet wygnańców tatarskich. Część z nich, 

nie widząc lepszego wyboru, podporządkowała się władzy Stroganowów. Dla znacznej części 

jednak  gorączka  wolności  zmieniła  się  wkrótce  w gorączkę  złota  podsycaną  ludowymi 

background image

opowieściami  o cudach  zauralskich  antypodów.  Zdałoby  się,  że  czekali  tylko  na  kogoś,  kto 

ich ostatecznie ośmieli i poprowadzi. Wkrótce też pojawił się taki. 

Mienił się  Jermakiem Timofiejewiczem, z czego wiedzieć  możemy tyle tylko, że był 

synem  jakiegoś Timofieja,  nic więcej. Pochodził  najprzypuszczalniej  znad Donu,  że zaś gdy 

pojawił  się  w Kankorze,  miał  około  trzydziestu  lat,  urodzić  się  musiał  około  1550  roku. 

Szczycił się rangą atamana, czego nikt nie kwestionował, a więc najprawdopodobniej musiała 

być  autentyczna.  Jeśli  tak,  oznaczałoby  to,  iż  wykazał  się  gdzieś  i kiedyś  przewagami 

wojennymi,  o których  pieśń  dotarła  aż  do  Permu.  Jedno  jest  pewne  -  musiał  mieć  nie  lada 

charyzmę,  skoro  skrzyknął  koło  siebie,  czego  później  dokonał  tylko  pan  Kmicic 

w Sienkiewiczowskiej  wyobraźni,  około  tysiąca  „ludzi  wojennych”.  Nie  warto  wgłębiać  się 

w ich życiorysy, bo mieszają się w nich zawsze te same ingredienta: pasja przygody, dezercja, 

infamia,  wyroki  i zwykły  bandytyzm.  Byli  jednak  zaprawieni  w walce,  choćby  miała  ona 

tylko karczemny wymiar. Stroganowowie patrzyli na to ze zrozumiałym przerażeniem. 

Na  ich  ziemiach  wyrastała  oto  potęga,  nad  którą  nie  mogli  mieć  żadnej  kontroli. 

Pozostawały  negocjacje.  Pana  Jermaka  kompania  została  więc  zaopatrzona  i dozbrojona 

w zamian  za  obietnicę,  że  ruszą  sobie  na  wschód,  a tam,  co  by  zdobyli,  będzie  po  połowie 

Jermakowe  i Stroganowowe.  Warto  zauważyć,  że  działo  się  to  wszystko  bez  oficjalnego 

przyzwolenia  Iwana  IV,  który  o Jermaku  nawet  nie  słyszał,  a gdyby  nawet  usłyszał,  nie 

zaprzątnęłoby to w niczym jego uwagi. Historia toczy się jednak jakże często niezależnie od 

rozporządzeń z góry, a nawet i elementarnej legalności. 

Jermak Timofiejewicz był przypuszczalnie niepiśmienny, na pewno też nie słyszał nic 

o podbojach  hiszpańskich  konkwistadorów  w niebywałej  Ameryce,  o których  zresztą 

i Stroganowowie,  i nawet car Iwan  mogli  mieć co najwyżej  mętne pojęcie.  Plan  jednak  miał 

dokładnie  taki  sam  jak  Cortez,  a po  nim  Pizarro.  Opierał  się  on  na  trzech  zasadniczych 

założeniach:  sterroryzować dzikusów przewagą techniczną (bronią palną przede wszystkim), 

wykorzystać  wewnętrzne  podziały  i zawiści,  a w szczególności  sprzeciw  wobec  dominacji 

tatarskiej,  wreszcie  jak  najszybciej  opanować  ich  centralne  osady  i miejsca  święte, 

uniemożliwiając  komunikację  pomiędzy  potencjalnymi  ośrodkami  oporu.  Łatwo  wymyślić. 

Sama już przeprawa przez Ural stwarzała kłopoty niemałe. Nie jest to łańcuch górski wielkiej 

wysokości.  Najwyższy  szczyt  mierzy  1824  m  n.p.m.  Rzecz  w tym,  iż  w swojej 

środkowopołudniowej części, gdzie Jermak zdecydował się na przeprawę,  porastają go gęste 

lasy  przeradzające  się  w niedostępne  skalne  uroczyska.  Już  dla  jeźdźca  jest  to  niemałe 

wyzwanie,  cóż  dopiero  mówić  o taborowych  wozach,  bez  których,  czyli  bez  zapasów 

żywności,  amunicji  i choćby  odzieży  na  zmianę,  o jakichkolwiek  działaniach  wojennych  nie 

background image

ma co marzyć. Historia podziwia przeprawę Hannibala przez Alpy. Uralski wyczyn Jermaka 

na  pewno  nie  pozostaje  daleko  w tyle.  Przebrnął  przez  góry  nieświadomy,  że  gdzieś,  po 

drugiej  stronie,  w Permie,  zadyszany  kurier  przyniósł  właśnie  carski  rozkaz  odwrotu 

i niedrażnienia  zauralskich  ludów.  Gdyby  zresztą  dostał  to  solenne  pismo  i tak  było  już  za 

późno,  tym  bardziej  że  Stroganowowie  pozbywszy  się  Jermaka,  po  jego  brawurowym 

sforsowaniu Uralu zwietrzyli pokaźny  interes  i lekceważąc  nie do nich w końcu adresowane 

listy, zaczęli dosyłać konkwistadorom spyżę i proch. 

Oddział  Jermaka,  nie  licząc  drobnych  potyczek,  posuwał  się  szparko  doliną  Tury, 

w kierunku  Kaszłyku  (dzisiaj  Sibir)  -  stolicy  chana  Kuczumy.  Chan  ufny  w niepisany  pokój 

między  Siną  Ordą  i państwem  moskiewskim,  traktując  Jermaka  jako  niewiele  znaczącego 

rozbójnika,  wysłał  przeciw  niemu  bratanka  Mametkuła  z miernymi,  pozbieranymi  na 

ostateczny  alarm,  zmobilizowanymi  do  przypadku  siłami.  Nie  było  właściwie  bitwy. 

Zawadiacy  Jermaka  rozbili  w pył  tatarskie  pospolite  ruszenie.  Następnego  dnia  zapanowali 

w Kaszłyku.  Co tam  się  działo,  źródła  niestety  milczą.  Wiemy  jednak,  że  nie  było  rzezi  ani 

gwałtów. Jermak Timofiejewicz wystąpił w roli  wyzwoliciela  i patriarchy wsłuchującego się 

w skargi uciskanych przez Tatarów przedstawicieli okolicznych plemion. Jednych wcielał do 

swojego wojska, innym wydawał najwspanialsze przywileje, z którymi nie musiał się później 

liczyć,  gdyż  zgoła  ich  nie  pamiętał.  Tworzone  na  poczekaniu  oddziały  Jermaka  zostały 

wzmocnione  w dziewięćdziesięciu  procentach  siłami  nowych  sojuszników.  Chan  Kuczum, 

choć  zdradzony  przez  najbliższych,  nie  dał  jednak  za  wygraną.  Jemu  też  nieobce  były 

przekupstwo  i najuroczystsze  przysięgi  składane  podług  okoliczności  i doraźnej  potrzeby. 

Jedni  bali  się  bardziej  chana,  inni  Jermaka.  Z tych  ostatnich  rekrutowali  się  logicznie 

zwolennicy  Tatarów.  Dzięki  pozyskanym  w ten  sposób  aliantom  chan  nie  tylko  przegonił 

najeźdźców z doliny Irtysza,  ale obległ sam  Kaszłyk.  Zwycięstwo było tużtuż.  W namiotach 

oblężników zaczęto nawet  uczty  i dzielono się przyszłymi  łupami. Przekonani przez  jednego 

z zaufanych  Jermaka  zdecydowali  się  jednak  Kozacy  na  ostatnią,  teoretycznie  beznadziejną 

wycieczkę.  Balujące  straże  otaczających  miasto  nie  zauważyły  zgoła  ataku  desperatów. 

Pijanych  muzułmanów (a  jakże, nie zawsze przestrzega się tego, co prorok zalecił)  dobijano 

leżących  gdzie  popadło  w nieświadomej  błogości.  Krew  zabrudziła  puchary  z winem. 

Wyćwiczona  gwardia  chana  szła  pod  nóż  niczym  bezbronna  zwierzyna.  Klęska  byłaby 

zupełna, gdyby nie fakt, że sam murza uszedł z pobojowiska w niewolniczym przebraniu. Był 

już jednak zagrożeniem czysto teoretycznym, tak jego niechlubna klęska zdyskredytowała go 

w oczach potencjalnych sojuszników. Począwszy  od następnego dnia,  przybywać zaczęły do 

Jermaka  wiernopoddańcze  poselstwa  dotychczasowych  aliantów  Kuczuma.  Między  nimi,  co 

background image

świadczy  najdobitniej  o degrengoladzie  w szeregach  tatarskich,  znaleźli  się  również  krewni 

chana  i dostojnicy  jego  dworu.  Triumf  Jermaka  rozszedł  się  szerokim  echem  po  całej  Rusi. 

Już  nie  tylko  Stroganowowie,  ale  sam  car  Iwan  zdecydował  się  na  podrzucenie  Kozakowi 

posiłków.  Nie  były  one  imponujące:  trzystu  ludzi  pod  dowództwem  wojewodów  Siemiona 

Bołchowskiego  i Iwana  Głuchowa.  W ostatniej  chwili  wiecznie  nieufny  i węszący  wszędzie 

spiski  Iwan  Groźny  ograniczył  władzę  Jermaka  nad  tym  oddziałkiem.  Zajęty  pertraktacjami 

z Polakami  na  swoich  zachodnich  granicach  nie  rozumiał  nadal,  że  przyszłość  Rosji 

rozstrzyga się właśnie za Uralem. 

Jermak  natomiast  nie  przejmując  się  niczym,  parł  na  wschód.  Jest  w tym  coś 

przewyższającego wyczyny hiszpańskich konkwistadorów w Meksyku czy Peru. Tamci mieli, 

nurzając  się  w złocie,  bezpośrednią  motywację  do  walki.  Jądrem  ich  siły  były  czysto 

hiszpańskie  oddziały  zespolone  fanatyzmem  katolickim,  wspólnym  językiem  i poczuciem 

absolutnej,  metafizycznej  wyższości  nad  populacjami  podbijanych  terytoriów.  Wojska 

Jermaka były mieszaniną nacji nierozumiejących wzajemnie swoich języków, nieopłacanych, 

głodujących...  Musiało  być  coś  frapującego  w ich  wodzu,  ale  także  w niezmierzonych 

przestrzeniach,  w które  wkraczali  dla  samej  przygody,  bez  żadnego  projektu  na  przyszłość. 

Car był daleko, zaś wśród ostępów tajgi zgoła nie istniał... 

W 1584  dotarł  Jermak  do  Tary,  w pobliże  dzisiejszego  Omska.  W tym  momencie 

odebrał wiadomość o napaści Tatarów na kupców bucharskich.  Będąc gwarantem względnej 

stabilności podbitych terenów, nie mógł tego puścić płazem.  Ruszył z ekspedycją karną.  Nie 

należy jednak nigdy lekceważyć nienawiści upodlonych, choćby zdawali się już unicestwieni. 

Zamiast  skrzywdzonych  kupców  czekały  go  podstępnie  ostatnie,  niemające  już  nic  do 

stracenia  drużyny  Kuczuma.  Uderzyły  niespodziewanie  z końcem  nocy.  Wywiązała  się 

rozpaczliwa  walka,  w której  zaspani  ludzie  Jermaka  znaleźli  się  w pułapce.  Ostatnią 

ewentualnością było wycofanie się za Wagaj, rzekę mającą w tym  miejscu około trzydziestu 

metrów  szerokości.  Jermak  pierwszy  rzucił  się  w jej  nurty.  Ranny  w nogi,  obciążony 

pysznym  półpancerzem,  który  błyszcząc  w słońcu,  tak  wielkie  wrażenie  robił  wśród 

syberyjskich  ludów,  nie  miał  żadnych  szans.  Utonął  w Wagaju,  w momencie  kiedy  świt 

zaczął  się  przedzierać  przez  niskie  chmury,  6  sierpnia  1584.  Nie  wiedział  -  kurier  przybiegł 

w trzy dni po czasie - że trzy miesiące przed nim wyzionął ducha ten, za którego namiestnika 

się uważał - car Iwan IV Groźny. 

Andrzej  Andrusiewicz (Carowie i cesarze Rosji,  Łódź 2001) pisze:  „Ataman kozacki 

Jermak  Timofiejewicz  po  wymordowaniu  hord  tatarskich  złożył  Syberię  Zachodnią  u stóp 

swego pana”. I dalej: „W latach 1592-1596 wojska Fiodora ruszyły szlakiem przetartym przez 

background image

Jermaka na wschód, ostatecznie przyłączając ogromne tereny Syberii do Moskwy...”. Chwała 

Andrusiewiczowi,  że  nie  lekceważy  miary  Jermakowego  przedsięwzięcia.  Niestety,  drugie 

z jego  stwierdzeń  jest  nie  tylko  fałszywe,  ale  czyni  wręcz  niezrozumiałym  cały  sukces 

Jermaka  i wszystko,  co  nastąpiło  po  nim.  Rozumie  to  dobrze  Carol  B.  Stevens  (Rosyjskie 

wojny  1460-1730.  Narodziny  mocarstwa,  Warszawa  2010).  Nie  było  żadnego 

„wymordowywania  hord  tatarskich”.  Pisze  Lew  Gumiłow:  „Praktycznie  w ciągu  jednego 

stulecia,  od  wyprawy  Jermaka  Timofiejewicza  (1581-1583)  do  wojen  z Mandżurami  nad 

Amurem (1687-1689), pionierzy pokonali odległość od Uralu do Oceanu Spokojnego i Rosja 

z łatwością  i szybko  umocniła  się  na  tych  olbrzymich  obszarach.  Zastanówmy  się:  dlaczego 

tak  się  stało?  (...).  Rosyjscy  przesiedleńcy  i administracja  w swej  głównej  masie  z łatwością 

nawiązywali  owocne  kontakty  z narodami  Syberii  i Dalekiego  Wschodu.  Nie  bez  powodu 

przeciwdziałanie migracji było tak znikome. Konflikty z Rosjanami, nawet jeżeli początkowo 

wybuchały,  na  przykład  w przypadku  Buriatów  czy  Jakutów,  szybko  ucichały  i nie  miały 

poważnych  następstw  w postaci  waśni  narodowościowych.  Jedynym  praktycznym 

następstwem  obecności  Rosjan  stał  się  dla  tubylców  jasak  (danina  w postaci  jednego  czy 

dwóch soboli rocznie), który tubylcy rozumieli jako podarunek, wyraz szacunku dla «białego 

cara». Przy ogromnych zasobach zwierzyny na Syberii danina była znikoma, jednocześnie zaś 

miejscowy mieszkaniec z chwilą znalezienia się na liście «jasacznych» otrzymywał od władz 

centralnych  gwarancje  obrony  życia  i dobytku.  Żaden  wojewoda  nie  miał  prawa  skazać 

«jasacznego»  tubylca:  przy  wszelkiego  rodzaju  przestępstwach  sprawę  odsyłano  do 

rozpatrzenia w Moskwie, a Moskwa nigdy nie zatwierdzała wyroków śmierci na miejscowych 

mieszkańców. Znany jest charakterystyczny wypadek: pewien buriacki lama, który próbował 

wzniecić  powstanie  w celu  wygnania  Rosjan  i przekazania  Zabajkala  Mandżurom,  został 

odesłany jako «jasaczny» tubylec do Moskwy, gdzie go po prostu ułaskawiono. 

Tak  więc  z ustanowieniem  władzy  moskiewskiego  cara  sposób  życia  miejscowej 

ludności  wcale  się  nie  zmienił,  gdyż  nikt  nie  próbował  go  naruszyć  i uczynić  z tubylców 

Rosjan. Raczej na odwrót. Na przykład osiadły byt Jakutów był Rosjanom bliski. Nauczyli się 

języka jakuckiego, przyswoili sobie miejscowe obyczaje i nawyki i bardziej upodobnili się do 

Jakutów  niż  Jakuci  do  nich.  Jeżeli  miejscowi  chcieli  zachować  pogańskie  obrzędy  -  nie 

stawiano im żadnych przeszkód”. 

Porównanie  wyprawy  Jermaka  i hiszpańskich  konkwistadorów  w Ameryce  jest  więc 

uprawnione tylko na poziomie taktyki zdobywczowojennej. Owszem,  hiszpańscy hidalgowie 

żenili  się  z miejscowymi,  szczycili  nawet  ich  inkaskimi  czy  azteckimi  parantelami 

arystokratycznymi,  wymogiem  absolutnym  było  jednak  przyjęcie  najeźdźczego  języka 

background image

i wiary. Tego zaś właśnie ani Jermak, ani jego następcy nigdy nie narzucali. Różnica między 

konkwistami  Corteza  czy  Pizarra  jest  jednak  jeszcze  głębsza.  Pizarro  aresztowawszy  króla 

Inków Atahualpę, kazał mu, jako okup, wypełnić komnatę złotem aż po sufit. Gdy to się stało 

(Atahualpę  oczywiście  zdradziecko  zamordował),  kąpał  się  w owym  złocie  radosny 

i zwycięski.  Hiszpania  też  przeżyła  dzięki  niemu,  Cortezowi,  Almagro...  lata  iluzorycznej 

potęgi. Potem jednak złota zabrakło. 

Ani Peru, ani Meksyk  nie są  już dzisiaj tym  eldorado, w które  w pewnym  momencie 

uwierzyła cała Europa. 

Kiedy  kopyta  ich  koni  tratowały  syberyjską  ziemię,  kozacy  Jermaka  nie  mieli 

zielonego  pojęcia,  że  depczą  po  skarbach,  przy  których  złoto  Meksyku  i Peru  jest  tylko 

złudnym  omamem.  Potęga  dzisiejszej  Rosji  opiera  się  na  Syberii  przede  wszystkim.  Nie 

chodzi  tylko  o ropę  naftową,  gaz  ziemny  czy  złoto  (bo  i ono  zostało  tu  odnalezione 

w okolicach  SiewieroJenisiejska,  UstNery,  Bierielochu  etc.).  Podług  Światowego  Funduszu 

na Rzecz Przyrody (WWF) Syberia jest spichrzem wszelkich właściwie bogactw naturalnych. 

Najbogatszą  potencjalnie  krainą  na  naszym  globie.  „Złożył  ją  u stóp  cara”  młody  Kozak, 

o którym  wiemy  tylko,  iż  był  synem  nieznanego  Timofieja,  wodzem  znamienitym  i lubił 

imponować otoczeniu wybornymi zbrojami, przez które koniec końców zginął. Któż pamięta, 

że na szereg nieskończonych jeszcze wieków przesądził o losach świata. 

I jedno  jeszcze  tylko.  W 1947  ukazuje  się  praca  L.N.  Charitonowa  Sowriemiennyj 

jakutskij  jazyk.  Zawiera  ona  przegląd  literatury  jakuckiej  od  początków  XIX  wieku.  Istnieją 

też  literatury:  czuwaska,  buriacka,  dolgańska,  jeweńska...  Tak  wiele  pisze  się  dzisiaj  u nas 

(acz inny to skrawek imperium) o niedoli i prześladowaniu Czeczenów. Oczywiście dzieją się 

tam  rzeczy  krwawe  i niedopuszczalne  w naszym  rozumieniu  praw  człowieka  i obywatela. 

Nikomu  jakoś  nie  przyszło  czy  raczej  nie  chce  przyjść  do  głowy,  iż  gdyby  mieli  Czeczeni 

kiedykolwiek  do  czynienia  z najeźdźcami  amerykańskimi,  nie  byłoby  dzisiaj  po  nich  śladu, 

poza  może  zdegenerowanymi  przez  odosobnienie  i alkohol  potomkami  w wydzielonych 

rezerwatach.  Nie  ma  już  dzisiaj  kultury  Komanczów,  Apaczów,  Siuksów  i nikt  ich  nie 

odtworzy.  Kozacy  Jermaka  natomiast tworzyli,  choć o tym  nie  wiedzieli,  wielką  przyszłość, 

nie unicestwiając jednak przeszłości. 

background image

JAMESTOWN 1676 

Przebieg  wydarzeń,  które  miały  miejsce  w 1675-1676  w Chesapeake,  między 

dzisiejszymi miastami Norfolk i Richmond, nie jest do końca jasny. Wszystko zaczęło się od 

tego, iż w wyniku pijackiej sprzeczki zabity został przez paru Indian z plemienia Doeg młody 

biały  pastuch.  Mszcząc  jego  śmierć,  miejscowa  policja  zamordowała  w następnych  dniach 

dziesięciu Doegów. Niby wszystko jest zgodne ze standardami miejsca i epoki. Od tej chwili 

wkraczamy  jednak  w czarny  western.  Oto  pozostająca  na  usługach  bogatych  plantatorów 

milicja  kontynuowała  pościg,  zabijając  „przez  nieporozumienie”  czternastu  Bogu  ducha 

winnych  Susquehannocków,  co  było  defacto  wypowiedzeniem  im  wojny.  Chcąc  tego 

rzekomo  uniknąć,  plantatorzy  zaprosili  Susquehannocków  na  rozmowy  rozjemcze.  Pięciu 

wodzów plemienia, którzy się na nie stawili, zostało zdradziecko zamordowanych. 

Natomiast ich wojownikom znowu „przez nieporozumienie” udało się bez trudu uciec 

z pułapki. Było jasne, że przystąpią oni do natychmiastowego odwetu na pograniczach swoich 

ziem zamieszkanych przez drobnych rolników, robotników kontraktowych, białych, czarnych, 

a najczęściej  Kreoli.  Tak  też  się  stało.  Rzecz  w tym,  że  właśnie  osady  tych  robotników 

i drobniutkich  posiadaczy  były  solą  w oku  plantatorów,  skupionych  wokół  gubernatora 

Williama Berkeleya,  gdyż uniemożliwiały rozszerzanie  ich  latyfundiów.  Spisek wydawał się 

pokrzywdzonym  oczywisty,  a ponieważ  skargi  na  Berkeleya  nie  przyniosły  żadnego  skutku, 

postanowili  ukarać  go  sami.  Na  ich  czele  stanął  niejaki  Nathaniel  Bacon.  Wódz  równie 

charyzmatyczny,  jak  tajemniczy.  Dwudziestodziewięcioletni,  bogaty  z domu  Anglik, 

absolwent Cambridge University, przebywał w Ameryce od zaledwie trzech lat. Mógłby być 

w pewnej  mierze  prototypem  Old  Shatterhanda  z powieści  Karola  Maya,  tak  szczycił  się 

celnością  swoich  strzałów  i umiejętnościami  bokserskimi,  gdyby  nie  jego  niewyjaśniona, 

histeryczna  nienawiść  do  Indian.  Jednocześnie  czuł  się  przepojony  misją  społeczną.  Tym 

razem wszystko mu się zgadzało. Jego podopieczni  chcieli przecież zemsty na posiadaczach 

i na  czerwonoskórych.  Zaczął  od  tego,  iż  wypowiedział  posłuszeństwo  gubernatorowi, 

przepędził  jego  milicję,  a następnie  bezlitośnie  spalił  w Jamestown  siedziby  wszystkich 

bogatych  obywateli.  Wielkie  (i  chyba  rewolucyjne?)  plany  udaremniła  febra,  która  powaliła 

go  zaraz  po  pierwszym  zwycięstwie.  Pozbawieni  dowódcy  rebelianci  rozpierzchli  się, 

pozostali obwołali szefem młodego i niezdecydowanego farmera Drummonda. Z nim nie miał 

już Berkeley kłopotów.  Kiedy go ujął,  miał zakrzyknąć (vide:  George Brown Tindall,  David 

E. Shi, Historia Stanów Zjednoczonych, Poznań 2002): „Nikogo nigdy w życiu nie pragnąłem 

tak bardzo zobaczyć jak pana, panie Drummond. Za pół godziny będziesz pan wisiał!”. Przed 

śmiercią  był  jeszcze  Drummond  torturowany  i podobno  oskalpowany.  Nie  zmieniło  to 

background image

w niczym  faktu,  iż  „rebelia  Bacona”  odsłoniła  głębokie  podziały  społeczne  w osadniczej 

Ameryce,  a jednocześnie  jej  klęskę,  i rozzuchwaliwszy  wielkich  plantatorów,  przesądziła 

o nowym układzie sił  na środkowych  i południowych terenach nadatlantyckiej  Ameryki.  Nie 

darmo Ira Berlin (Pokolenia w niewoli, Warszawa 2010) uznaje Jamestown za punkt zwrotny 

między  „pokoleniami  założycieli”  a ”pokoleniami  plantacji”.  Cóż  się  bowiem  wtedy  stało? 

Zanim  spróbujemy  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  przypomnijmy  sobie  najpierw  sojuszników 

Bacona.  Poszli  za  nim  drobni  farmerzy,  robotnicy  sezonowi,  parobkowie,  Kreole.  Kim  byli 

Kreole? 

Encyklopedie  wyjaśniają  to  w suchej  i zapewne  słusznej,  niemówiącej  jednak  nic 

definicji:  „potomkowie  białych  kolonizatorów,  przeważnie  portugalskich,  hiszpańskich 

i francuskich, urodzeni już i osiadli w koloniach”. Co to oznacza w przyziemnych realiach? - 

Trzy przynajmniej rzeczy. Pamiętajmy, po pierwsze, że na podbój nowych światów wyruszali 

z Europy  mężczyźni.  Może  gdzieś  i ówdzie  przyplątała  się  jakaś  markietanka  lub  donna 

chcąca  za  wszelką  cenę  towarzyszyć  ukochanemu,  konkwistybyłyjednakw99%  dziełem 

samczym. Osiadając na zdobytych terenach, zdani byli toteż pionierzy na kobiety miejscowe. 

Jest  swoistym  paradoksem,  którym  właściwie  niedawno  dopiero  zajęli  się  naukowcy, 

a o czym  już  pisałem,  iż  w tych  samych  czasach,  kiedy  uczeni  w piśmie  dyskutowali,  czy 

Indianie są ludźmi, konkwistadorzy Corteza, Pizarra czy Almagro rywalizowali w zalotach do 

tamtejszych  piękności,  biorąc  przy  tym  pod  uwagę  ich  status  socjalny,  czyli  pośrednio 

uznając hierarchię i prawa „dzikusów”. „Wiadomo - pisze Stuart Stirling (Pizarro, pogromca 

Inków, Warszawa 2005) - że zarówno Gonzalo, jak i Juan Pizarro mieli dzieci, których matki 

były  księżniczkami  inkaskimi.  Tak  więc  zaprzeczyć  się  nie  da,  że  potomkowie  Pizarrów 

i jego  dumnych  rycerzy  byli  już  w pierwszym  pokoleniu  Metysami.  Nie  minie  dwieście  lat, 

a wystąpią oni przeciw ciemiężącej ich i lekceważącej, a odległej już od nich i abstrakcyjnej, 

a przede  wszystkim  coraz  bardziej  różniącej  się  kulturowo  hiszpańskiej  centrali.  Generał 

Wielkiej  Rewolucji  Francuskiej  Francisco  Miranda,  którego  imię  widnieje  na  £uku 

Triumfalnym,  jest  kwalifikowany  w leksykonach  jako  Wenezuelczyk.  Rzeczywiście,  urodził 

się 28  marca 1750 w Caracas, tyle że utworzenia  i proklamowania państwowości  Wenezueli 

nie dożył. Kiedy pytano go o narodowość, odpowiadał dumnie: kreolska. 

„Historia  Kreolów  atlantyckich  jako  grupy  etnicznej  i kulturowej  -  pisze  Ira  Berlin  - 

ma  początek  w spotkaniu  Europejczyków  i Afrykanów  na  zachodnim  wybrzeżu  Afryki”. 

Mechanizm był właściwie ten sam. Dzieciom odkrywców i zdobywców, którzy podejmowali 

ryzyko osiedlenia się na tajemniczym lądzie, szybko ciemniała skóra, zmieniały się obyczaje. 

„Z  konieczności  -  to  raz  jeszcze  Ira  Berlin  -  mówili  mieszanką  języków  afrykańskich 

background image

i europejskich,  z dominantą  portugalskiego.  Ale  z tego  pozornego  lingwistycznego  tygla 

wyłoniła się uniwersalna lingua franca, która pozwalała im porozumiewać się ze wszystkimi. 

Po  jakimś  czasie  ich  pidgin  przekształcił  się  wjęzyk  kreolski,  zapożyczając  słownictwo 

zewsząd  i tworząc  własną  gramatykę”.  Mający  we  krwi  pasję  przygody,  pozbawieni 

uprzedzeń  rasowych  (kolor  skóry  nie  był  dla  nich  żadnym  wyznacznikiem),  umiejący 

dostosować się do wszelkich różnic kulturowych, stanowili idealny materiał na eksploratorów 

nowych  ziem  i ich  kolonizatorów.  Szybko  pojawili  się  więc  na  wyspach  karaibskich, 

wschodnich  wybrzeżach  Ameryki  Północnej.  Wykorzystywano  ich  tu  chętnie  jako 

pośredników  handlowych  (również  w handlu  niewolnikami),  tłumaczy,  domokrążców  etc

O ile  sami  nie  przykładali  znaczenia  do  koloru  skóry,  pochodzenia  etnicznego  czy  specyfik 

obyczajowości,  nie  można  tego  powiedzieć  o stosunku  świata  zewnętrznego  do  nich. 

Portugalczycy  nazywali  ich  język  pogardliwie  fala  de  Guine  (język  gwinejski), 

a osadzających  się  w Portugalii  z premedytacją  traktowali  jako  negros,  nie  siląc  się  na 

odróżnienie  ich  specyficznej  kultury  mającej  przecież  tak  wiele  portugalskich  właśnie 

elementów. Ten sam los zaczął ich wkrótce spotykać w Ameryce, gdzie byli marginalizowani, 

a nawet  niewoleni.  Stąd  ich  łatwo  wytłumaczalna  klasowo  obecność  u boku  Nathaniela 

Bacona. Wydaje się, że nie wolno rzeczy ograniczyć do tego jednego aspektu. Sądzić można, 

iż przeczuwali Kreole, co stać się musi z nimi w przypadku zwycięstwa wielkich plantatorów, 

którego  Jamestown  jest  symbolem.  Powtórzmy  bowiem  pytanie:  Cóż  się  wtedy  właściwie 

zdarzyło? 

Triumf  wielkich  plantatorów  i zepchnięcie  na  margines,  podporządkowanie 

i uzależnienie  małych  osadników  otwierały  oto  przed  zwycięzcami  monopol  na  odbierane 

Indianom ogromne tereny, a co za tym idzie,  możliwość tworzenia latyfundiów obracających 

wniwecz  dotychczasową  względną  równowagę  agrarną.  Na  tych  rozrastających  się 

dysproporcjonalnie majątkach potrzebna była natychmiastowo taka liczba rąk do pracy, jakiej 

nie  nadążało  dostarczać  europejskie  osadnictwo.  Chodziło  przy  tym  o pracę  w warunkach 

i sytuacji  prawnej,  której  nie  kontrolowałyby  przesadnie  instytucje  zewnętrzne.  Stąd 

gwałtowny  wzrost  popytu  na  czarnych  niewolników  (Indianie  byli  mało  liczni,  poza  tym 

uważano  ich  za  krnąbrnych  oraz  dzięki  znajomości  miejscowych  warunków  zawsze 

skłonnych  do  ucieczki).  Z tym  że  nie  byli  to  już  Kreole.  „Rosnące  zapotrzebowanie  na 

niewolniczą  siłę  roboczą  -  pisze  Ira  Berlin  -  sprawiło,  że  czarni  niewolnicy  sprowadzeni 

z Karaibów  szybko  okazali  się  niewystarczający.  Plantatorzy  przenieśli  więc  swoje 

zainteresowanie  z wybrzeża  Atlantyku  na  interior  afrykański  jako  główne  źródło 

niewolników.  W latach  osiemdziesiątych  XVII  wieku  do  Wirginii  przewieziono  około  2000 

background image

Afrykanów. Liczba ta wzrosła ponad - dwukrotnie w latach dziewięćdziesiątych XVII wieku, 

kolejny raz podwoiła się w pierwszym dziesięcioleciu XVIII wieku. W okresie 1700-1710 do 

kolonii  (mowa  tylko  o Wirginii  -  L.S.)  przybyło  niemal  8000  Afrykanów.”.  Byli  oni 

sprowadzani  początkowo  przede  wszystkim  z krain  nad  Zatoką  Gwinejską,  później  również 

z ziem na południe od niej aż po Angolę. Tak się składa, że są to tereny najbardziej etnicznie 

zróżnicowane  na  Czarnym  Kontynencie.  Handlarzy  niewolników  nic  to  oczywiście  nie 

obchodziło.  Pomieszanymi  partiami  wysyłano  towar  do  punktów  zbiorczych,  skąd  miał 

odpłynąć  za  ocean.  Po  przybyciu,  w miejscach  sprzedaży,  chaos  pogłębiał  się  jeszcze.  Nikt 

nie  kupował  bowiem  niewolników  w funkcji  ich  pochodzenia,  ale  sprawności  fizycznej 

i przydatności do pracy. Istotnym elementem była też dysproporcja płci. W wyższej cenie byli 

mężczyźni,  których  też  sprowadzano  dwukrotnie  albo  i trzykrotnie  więcej  niż  kobiet.  Kiedy 

więc,  co  zdarzało  się  dość  często,  plantatorzy  uznawali,  że  bardziej  niż  kupować  nowych 

niewolników,  opłaca  się  im  zapewnić  ich  rozmnażanie  w ramach  przedsiębiorstwa, 

wyznaczali pary, nie troszcząc się, czy są one w stanie choćby porozmawiać ze sobą. „Bariera 

językowa oddzielała niewolników nie tylko od nadzorców, ale i od towarzyszy niedoli”. W tej 

sytuacji  jedynym  środkiem  porozumienia  stawał  się  najpierw  łamany,  stopniowo 

opanowywany coraz bieglej język posiadaczy. Podobnie w wymiarze kulturalnym. Zachować 

się mogło to tylko, co w odległej Afryce było wspólne dla większej liczby plemion: elementy 

tańca,  specyficzne  poczucie  rytmu,  swoiste  umiejętności  wokalne,  wreszcie,  pomimo 

metysyzacji, ostateczna opozycja my czarni - oni biali, przekładająca się na my krzywdzeni - 

oni  krzywdzący,  bez  względu  na  to,  iż  rzeczywiste  stosunki  między  panami  i ich 

niewolnikami  bywały  niekiedy  bardzo  skomplikowane  i złożone.  Już  jednak,  jak  wykazują 

współczesne  badania,  w drugim,  co  najwyżej  trzecim  pokoleniu,  wobec  utraty 

bezużytecznego  języka  ojczystego,  zerwania  tradycyjnych  więzi  rodzinnoplemiennych 

i postępującej akulturacji czarni  niewolnicy amerykańscy zatracali całkowicie pamięć swojej 

byłej  przynależności  etnicznej.  Fakt,  czy  wywodzą  się  na  przykład  z Ibo,  Fulbe  czy  Hausa, 

tracił  dla  nich  jakiekolwiek  znaczenie.  Ira  Berlin  zauważa  słusznie,  że  przerwaniu  więzi 

z ojczyzną  służyło  też  nadawanie  przybyszom  nowych  imion.  „Robert  «King»  Carter,  być 

może  jeden  z najzamożniejszych  z nowobogackich  w Chesapeake,  wyjaśniał  procedurę 

wprowadzania  Afrykanów  w amerykańską  niewolę:  «Nadałem  im  tu  imiona  i po  nich 

możemy zawsze poznać, jakiego są wzrostu i nie wątpię, że powtarzaliśmy je dość często, by 

każdy  z nich  zapamiętał  swe  imię  i by  można  go  było  natychmiast  nim  przywołać».  Carter 

wysyłał następnie swoich niewolników do przyległej plantacji albo tak zwanej kwatery, gdzie 

jego nadzorca powtarzał całą procedurę, «dbając, by Murzyni, na równi kobiety i mężczyźni, 

background image

których  przysłałem,  zawsze  byli  nazywani  imionami,  które  im  nadano»„.  Carter  nadawał 

imiona  wywodzące  się  od  cech  fizycznych  niewolników,  inni  zabawiali  się,  przyznając  im 

miana  zaczerpnięte  z Biblii  albo  historii:  Salomon,  Cezar,  Rebeka,  Cyceron,  King...  Inni 

jeszcze  w braku  inwencji  chrzcili  ich  najbanalniejszymi  imionami  lub  nazwiskami 

anglosaskimi:  Smith,  Jim,  Joe...  Za  każdym  razem  znikała  jednak  zawarta  we  właściwych 

imionach  konotacja  przynależności  do  plemienia  czy  lineażu.  Zresztą  nawet  na  własne 

potrzeby  utworzyli  właściciele  niewolników  wyimaginowaną  terminologię.  Tych  z okolic 

Nigerii,  nisko  cenionych,  uważanych  za  leniwych  i słabych  fizycznie  tytułowali 

„Kalabarami”, tych najlepszych, muskularnych, z Gambii i ziem przyległych „Koromantami” 

etc.  Owo  zatarcie  przynależności  i tradycji  niewolników  biali  Amerykanie  uważali  za  swój 

wielki  sukces.  Zerwanie  więzi  między  poddanymi  utrudniało  im  przecież  odnajdywanie 

wspólnoty,  grupowanie  się,  a w konsekwencji  stawianie  zorganizowanego  oporu. 

Krótkowzrocznie  pojąć  nie  chcieli,  że  dokonują  rzeczy  dokładnie  odwrotnej.  Dla  ludzi, 

którym odebrano nawet mit ich pochodzenia, ojczyzną, bo nie było innej, stawała się ta tutaj 

amerykańska  ziemia,  ich  wspólnym  językiem  ten  tutejszy.  W ten  sposób  rodziła  się  nowa 

jakościowo  grupa,  a może  naród  czarnych  Amerykanów,  którzy  w Ameryce  tylko,  skoro 

wszystkiego  innego  ich  pozbawiono,  lokowali  swoją  przyszłość  i tutaj  prędzej  czy  później 

musieli zacząć walczyć o swoją godność, wolność i prawa. 

Tymczasem  populacja  amerykańskich  czarnych  tak  dzięki  importowi  wciąż  nowych 

niewolników, jak i przyrostowi naturalnemu rozrasta się z roku na rok. W 1840 stanowią już 

oni: 55% mieszkańców Karoliny Południowej, 

52% w stanie Missisipi, 

48% w Luizjanie, 

47% na Florydzie, 

43% w Alabamie, 

41% w Georgii, 

36% w Wirginii, 

33% w Karolinie Północnej etc. 

W 1860  ich  łączna  liczba  osiągnie  cztery  miliony,  na  które,  wobec  ogromnej 

śmiertelności, składają się, w odróżnieniu od populacji białych, w ogromnej większości ludzie 

młodzi,  z trwającą  wciąż  przewagą  mężczyzn.  Pamiętajmy  zaś,  że  „biała  Ameryka”  jest 

krajem  wielonarodowościowym,  gdzie  trwają  liczne  konflikty  międzygrupowe.  Amerykanie 

pochodzenia  brytyjskiego  boczą  się  na  Irlandczyków  i Niemców,  a także  zaczynających  się 

pojawiać  imigrantów  polskich  i włoskich.  Francuzi  z Luizjany  nie  znoszą  Brytyjczyków, 

background image

podzielają  ich  uczucia  Niemcy.  Wszyscy  razem  nie  znoszą  Meksykanów,  a razem 

z Meksykanami niedobitych jeszcze tu i ówdzie Indian. Na horyzoncie pojawiają się już także 

Chińczycy i Japończycy, Grecy i Żydzi. Gdyby rozdzielić te wszystkie etniczności, okazałoby 

się,  że  amerykańscy  czarni  stają  się  grupą  najliczniejszą,  związaną  przy  tym  zewnętrznym 

wyróżnikiem  koloru  skóry  i w dużej  mierze  wspólnym  interesem  społecznym.  Ilość 

przechodzi w jakość. Od połowy XIX wieku stawało się jasne, że społecznego, niewolniczego 

status  quo  czarnych  utrzymać  się  nie  da.  Wbrew  sentymentalnej  tradycji  nie  uprzytomniła 

tego  białym  Amerykanom  z północy  Chata  wuja  Toma  idealistycznej  abolicjonistki  Harriet 

BeecherStowe  ani  wspierający  ją  przedstawiciele  paru  Kościołów  protestanckich.  Wymusił 

zmiany  nieunikniony  konflikt  między  rozwijającym  się  kapitalizmem  Północy  i zastojem 

kwazifeudalnym Południa. Paradoksalnie pierwsi zrozumieli to południowcy i oni też przejęli 

agresywną  inicjatywę.  4  marca  1861  w przemówieniu  inauguracyjnym  Abraham  Lincoln 

zapewniał  Południe,  iż  nie  jest  jego  celem  „pośrednio  lub  bezpośrednio  ingerować 

w instytucje niewolnictwa, w stanach gdzie ono istnieje”, a w sierpniu 1862 dorzucił: „Moim 

celem  jest  uratowanie  Unii,  a nie  uratowanie  czy  zniszczenie  niewolnictwa.  To,  co  uczynię 

w sprawie  niewolnictwa  i w sprawie  kolorowej  rasy,  uczynię  to,  jeśli  pomoże  to  uratować 

Unię”  (oba  cytaty  za:  Longin  Pastusiak,  Prezydenci,  1.1,  Warszawa  1987).  Trudno  się  tu 

doprawdy  dopatrzeć  współczucia  dla  ludności  murzyńskiej.  Skoro  jednak  Południe 

pozostawało  głuche  na  wszelkie  propozycje  kompromisu,  Lincoln  zaczął  zaostrzać  ton.  We 

wrześniu  1862  oświadcza  już,  iż  „zniesienie  niewolnictwa  jest  niezbędnym  środkiem 

wojennym”.  Pełny  cynizm.  Pełny  też  realizm.  Zniesienie  niewolnictwa  podcinało  bowiem 

ostatnie  korzenie  gospodarce  południowców.  Dopiero  1  stycznia  1863,  po  dwóch  latach 

wojny  decyduje  się  na  proklamowanie  „końca  niewolnictwa  amerykańskiego”,  czyli 

właściwie  potwierdza  tylko  to,  co  i tak  stało  się  faktem  wobec  nieuniknionej  klęski 

konfederatów,  a i bez  niej  było  już  od  lat  wpisane  w nieubłaganą  logikę  historii.  Zmiana 

statusu nie była bynajmniej, dla wielu spośród wyzwolonych, zapowiedzią dużo lepszych dni. 

Pierwsze  ich  pokolenia  spotkały  się  na  Południu  z ostracyzmem  i dyskryminacją 

przybierającą  nawet  zbrodnicze  formy,  na  Północy  zasiliły  przeważnie  szeregi 

lumpenproletariatu.  Demokratyczne procesy  były  już  jednak w marszu. Choć  miało to trwać 

jeszcze ponad stulecie,  a i dzisiaj  nie wszystko jest  zadawalająco uregulowane,  amerykańscy 

czarni  stali  się  pełnoprawnymi  obywatelami  Stanów  Zjednoczonych.  Jest  niesłychanym 

paradoksem  historii,  że  o ich  tożsamości  i przynależności  zadecydowali,  wbrew  wszelkim 

swoim  intencjom,  handlarze  i właściciele  niewolników  instrumentalnie  i nienawistnie 

odcinający  im  ich  dawne  korzenie.  Chcąc  zachować  ekskluzywnie  białe  społeczeństwo, 

background image

doprowadzili do tego właśnie, że stało się ono wielorasowe, co skądinąd jest jego bogactwem 

i siłą. 

Barack  Obama,  Martin  Luther  King,  Louis  Armstrong,  Magic  Johnson,  Morgan 

Freeman, Ella Fitzgerald, Sonny Rollins, Art Tatum, Sarah Vaughan, Nat King Cole, Cassius 

Clay...  -  wszyscy  oni  urodzili  się  w jakiejś  mierze  trzysta  czterdzieści  lat  temu  pod 

Jamestown,  choć  o tamtych  wydarzeniach  nawet  w tak  monumentalnych  opracowaniach  jak 

Historia  Stanów  Zjednoczonych  George’a  Browna  Tindalla  i Davida  E.  Shi  (Poznań  2002) 

Maldwyna  A.  Jonesa  (Gdańsk  2002)  albo  Fredericka  Jacksona  Turnera  (New  York  1956) 

znajdziemy tylko kilka zdawkowych zdań. A przecież, gdyby wtedy Nathaniel Bacon wygrał, 

nie byłoby  być  może czarnego narodu amerykańskiego,  a już na pewno historia potoczyłaby 

się inaczej. 

background image

VALMY 

27 sierpnia 1791 Austria i Prusy przestrzegają rewolucyjną Francję przed możliwością 

ich 

militarnej 

interwencji 

w obronie 

praw 

Burbonów 

i ”bożego 

porządku 

monarchistycznego”.  Wobec  nasilających  się  wiosną  1792  prowokacji  militarnych 

potencjalnych  najeźdźców  20  kwietnia  Francja  wypowiada  wojnę  cesarzowi  austriackiemu 

nazwanemu  w deklaracji  pogardliwie  „królem  Czech  i Węgier”.  W odpowiedzi  wojska 

pruskie  i austriackie  przekraczają  z początkiem  lata  granicę  Francji.  11  lipca  Zgromadzenie 

Narodowe  ogłasza  „ojczyznę  w niebezpieczeństwie”.  Ta  formuła  piękna  pochodzi  od 

Victoriena  Vergniauda,  który  przemawia  3  lipca  (cytuję  za:  Les  grands  discours 

parlementaires  de  la  Révolution,  Paris  2005,  w opracowaniu  Guy  ChaussinandNogareta): 

„Tak,  podnieście  głos,  najwyższy  czas  zebrać  wszystkich  Francuzów  do  obrony  ojczyzny. 

Pokażcie,  co  im  grozi  w całej  rozciągłości.  Tylko  z najwyższym  wysiłkiem  możemy  się 

przeciwstawić  wrogowi.  I mówię  wam,  iż  jest  zawsze  ten  ostatni  środek,  żeby  dać  wyraz 

waszej  nienawiści  dla  despotyzmu.  Trzeba  oto  wzbić  się  na  szczyty  waszych  uczuć,  które 

wykluczą  jakąkolwiek  myśl  o klęsce  (...).  Musicie  wziąć  za  przykład  tych  Spartan,  którzy 

poświęcili  się  pod  Termopilami,  tych  wspaniałych  starców  z rzymskiego  senatu,  którzy 

czekali  na śmierć na progu swoich domów.  Nie,  nie  musicie się obawiać,  iż  nikt nie pomści 

waszych  prochów.  Tego  dnia,  kiedy  wasza  krew  zabarwi  naszą  ziemię,  wszyscy  tyrani,  ich 

lokaje  i słudzy,  ich  sojusznicy padną  na twarz wobec owej  wierności potędze narodu,  której 

daliście  wyraz.  I jeśli  nawet  wasz  ból,  że  sami  nie  zobaczycie  ojczyzny  szczęśliwej,  legnie 

wam  na  sercu,  pocieszcie  się,  iż  wasza  śmierć  przyspieszy  klęskę  prześladowców  ludu 

i zaświeci jutrzenką wolności. Ojczyzna w niebezpieczeństwie!”. 

2  września  wystąpił  Georges  Danton:  „Żądamy,  byście  wzięli  wraz  z nami  udział 

w tym  najszlachetniejszym  zrywie  ludu,  wyznaczając  komisarzy,  którzy  wspomogą  nas 

w tych  wielkich  środkach  działania.  Żądamy,  by  każdy,  kto  odmówi  służenia  własną  osobą 

lub powołania pod broń, został ukarany śmiercią. 

Żądamy,  by  sporządzono  instrukcję  dla  obywateli,  aby  pokierować  ich  ruchami. 

Żądamy,  by  wysłano  kurierów  do  wszystkich  departamentów  w celu  powiadomienia  ich 

o dekretach,  które  zostaną  przez  nas  wydane.  Dzwon,  w który  uderzamy,  nie  jest  tylko 

sygnałem alarmowym, to wezwanie do ataku na wrogów ojczyzny. Panowie, aby zwyciężyć, 

potrzeba nam odwagi, odwagi i jeszcze raz odwagi, a Francja ocaleje!”. 

Halina  LubiczTrawkowska,  za  którą  (Wielkie  mowy  historii  od  Mojżesza  do 

Napoleona,  Warszawa  2006,1.1),  z drobnymi  korekturami  podaję  tekst  przemówienia 

Dantona,  tłumaczy  słynne,  wyryte  na  jego  pomniku  koło  metra  Odeon:  Il  nous  faut  de 

background image

l’audace,  encore  de  l’audace,  toujours  de  l’audace,  jako  „potrzeba  nam  odwagi...”. 

Tymczasem „odwaga” to raczej le courage. Słowo l’audace jest trudne do oddania w języku 

polskim.  Mieści  się  w nim,  owszem,  odwaga,  ale  również:  brawura,  nieustraszoność,  tupet, 

bezczelność...  Najbliższe  jest  chyba  naszej  „zuchwałości”.  Ten  niuans  jest  istotny.  Danton 

rozumie  bowiem  doskonale,  iż  sama  odwaga  już  nie  wystarczy.  Po  ucieczce  szlacheckich 

„emigrantów”,  którzy  przeszli  na  stronę  interwentów,  Francja  nie  dysponuje  prawie  kadrą 

oficerską,  a co  za  tym  idzie,  poza  paroma  dywizjami  pod  Dillonem,  Dumouriezem  czy 

Kellermannem,  regularną  armią.  Tłumy  ochotników,  tak  zwanych  sfederowanych,  które 

ściągają  ze  wszystkich  stron  kraju,  są  źle  uzbrojone,  nieprzeszkolone,  nie  mają  pojęcia 

o dyscyplinie i metodach walki. Łączą je tylko zapał i owa l’audace właśnie. 

Pisze  Wilhelm  Blos  (Rewolucja  francuska,  Kraków  1924):  „Sfederowani  z Bretanji 

i z Marsylji  szczególnie  się  odznaczali,  a Marsylczycy  po  raz  pierwszy  przynieśli  do  Paryża 

ową potężną pieśń rewolucyjną ułożoną przez oficera inżynierji, imieniem Rouget de Lisle’a, 

znaną dziś pod nazwą Marsylianki. 

Rouget  de  Lisle  w zapale  patrjotycznym  napisał  w Strassburgu  jednej  nocy  i tekst, 

i melodję, zapożyczoną, zdaje się z pewnej starej niemieckiej pieśni kościelnej. Odśpiewał ją 

po raz pierwszy w domu ówczesnego burmistrza Dietricha  i porwał wszystkich.  Kiedy pieśń 

po raz pierwszy odśpiewał chór kilkuset ochotników w Strassburgu, nieopisany zapał ogarnął 

słuchaczy. Pieśń ta tryumfu bojowego rozbrzmiewała wkrótce w całej Francji, z równą potęgą 

porywała wszędzie tłumy  i prowadziła kolumny republikańskie do boju”.  Można wprawdzie 

poprawić  klasyka,  iż  to  nie  Claude  Joseph  Rouget  de  l’Isle,  ale  sam  baron  Dietrich  był 

pierwszym  wykonawcą  Pieśni  wojennej  dla  Armii  Renu  i uzupełnić,  iż  ostateczny  kształt 

melodyczny  nadał  jej  François  Joseph  Gossec,  który  też  wymyślił  jej  obecny  tytuł  (vide

Michel Pastoureau, Les emblèmes de la France, Paris 2001), nie ma to jednak najmniejszego 

znaczenia.  Goethe  uznał  Marsyliankę  za  „rewolucyjne  Te  Deum”,  Michelet  zaś  pisał,  iż 

„żołnierze upajali nią jak mocnym alkoholem”. Było to wszystko patetyczne i podniosłe, nie 

mogło jednak zastąpić szabel i karabinów. 

Swoistą straszliwą akcję dla umocnienia rewolucyjnej  jedności  narodowej podejmuje 

Danton.  Jest  on  niewątpliwym  instygatorem  rzezi,  która  odbyła  się  w Paryżu  w dniach  2-6 

września  1792.  Podjudzony  przez  agitatorów  tłum  włamuje  się  do  stołecznych  więzień 

i wymordowuje  osadzonych  w nich  skazańców  lub  oczekujących  dopiero  na  sąd  i wyrok. 

Mają to być kontrrewolucjoniści i potencjalni sympatycy najeźdźców. 

Rzeczywiście,  większość  ofiar  stanowią  ludzie  wysokiego  urodzenia  lub  tak  czy 

inaczej związani z dworem Ludwika XVI. Przy okazji jednak oddaje życie kilkuset zwykłych 

background image

opryszków,  a także  zgoła  Bogu  ducha  winnych  przechodniów,  którzy  znaleźli  się 

w niewłaściwym  miejscu  o niewłaściwym  czasie.  Łączna  liczba  zabitych  wynosi 

przypuszczalnie około dwóch tysięcy. 

Książę Orleanu,  później król Francji  Ludwik Filip (1830-1848), tak wspomina swoje 

ówczesne  spotkanie  z Dantonem  (Ludwik  Filip,  Pamiętniki  z czasów  Wielkiej  Rewolucji

Warszawa  1988);  Danton  perswaduje  młodemu  księciu:  „Często,  zwłaszcza  w czasach 

rewolucyjnych,  bywa  tak,  że  trzeba  sobie  winszować,  iż  dokonane  zostały  rzeczy,  których 

może by się nie chciało ani nie śmiało zrobić samemu. Żeby już wszystko panu powiedzieć, 

to  te  rzezie  wrześniowe,  o których  pytlujesz  tak  gwałtownie  i tak  lekkomyślnie,  chcesz  pan 

wiedzieć, kto je sprawił? - Ja. 

- Pan! - zawołałem z gestem przerażenia, którego nie umiałem powściągnąć. 

- Owszem, ja. Ale opanuj się pan, proszę i słuchaj mnie dalej spokojnie. Żeby oceniać 

takie  postępki,  trzeba  rozpatrzeć  w całej  pełni  położenie,  w jakim  się  wtedy  znajdowaliśmy. 

Trzeba pamiętać, że w chwili gdy cała męska część ludności śpieszyła do wojska i zostawiała 

nas  bezsilnych  w Paryżu,  w więzieniach  kłębiły  się  tłumy  spiskowców  i nędzników 

czekających  tylko  na  zbliżenie  się  obcych  wojsk,  by  powstać  i wyrżnąć  nas  samych. 

Uprzedziłem  ich  tylko  i obróciłem  przeciw  nim  ich  plany  zemsty,  gotując  im  los,  jaki 

przeznaczali  nam.  Miałem  jednak  jeszcze  inne  powody.  Nie  myśl  pan,  że  dam  się  zwodzić 

tymi  porywami  zapału  patriotycznego,  które  ponoszą  i pańską  młodą  cnotę.  Nie,  nie, 

wiedziałem,  co  sądzić  o tej  porywczości,  o tych  szybkich  zmianach  nastrojów.  To  z nich  się 

biorą te częste paniki, to ciągłe «ratuj się, kto może...», nawet zdrady. Dlatego chciałem, żeby 

cała  ta  paryska  młodzież  zjawiła  się  w Szampanii  zbryzgana  krwią,  która  byłaby  dla  nas 

rękojmią jej wierności. Chciałem oddzielić ją rzeką krwi od emigrantów. 

- Drżę, słuchając pana. 

- Cóż, drżyj pan sobie, jeśli wola. Ale naucz się powściągać to drżenie i nie okazywać 

go gdzie popadnie. I wierz mi, że to jest najlepsza rada, jakiej mogę panu udzielić. 

- Trudno jednak wedle niej postępować. 

- Czemu? Nikt nie prosi pana o pochwały, ale tylko o to, żebyś milczał i nie służył za 

echo naszym wspólnym wrogom...”. 

Mamy  więc  wszystko:  i ogromny  zapał  ochotników,  i cyniczny  manewr,  który 

powoduje,  że  rzeczywiście  nie  mogą  liczyć  na  cień  zmiłowania  ze  strony  przeciwników 

i celne,  podniosłe  sentencje,  i Marsyliankę.  Brakuje  jednak  nadal  znającego  fach  wojska, 

oficerów, karabinów i amunicji. 

Tymczasem  stutysięczna  armia  księcia  Brunszwickiego  przekroczyła  granice 

background image

i zmierza ku Paryżowi. Wydany przez księcia manifest nie pozostawia żadnych złudzeń co do 

intencji  najeźdźców.  Zakładają  oni,  iż  za  chwilę  wejdą  do  Paryża,  w związku  z czym  nie 

wolno  rewolucjonistom  wywieźć  rodziny  królewskiej  ze  stolicy.  Prawdziwe  dzielenie  skóry 

na  niedźwiedziu. Prusacy powinniby to rozumieć,  gdyż sami  mają przysłowie: Ungefangene 

Fische sind nicht gut zu Tische. Nie wtedy jednak, gdy są przekonani, że ryba jest już na stole. 

Czytamy  więc:  „Gdyby  wbrew  wszelkim  oczekiwaniom  z przyczyny  wiarołomstwa  lub 

tchórzostwa  jakichś  mieszkańców  Paryża,  król,  królowa  lub  jakakolwiek  inna  osoba 

z królewskiej rodziny zostały porwane z tego miasta,  wszystkie  miejscowości  i miasta,  które 

nie sprzeciwiłyby się ich przejazdowi i nie zatrzymały ich w drodze, spotka taki sam los, jaki 

zgotowany  będzie  miastu  Paryżowi,  a droga,  którą  jechaliby  porywacze  króla  i rodziny 

królewskiej,  naznaczona  zostałaby  przez  ciąg  przykładów  kar  należnych  wszystkim 

wichrzycielom  i sprawcom  niewybaczalnych  zamachów  (...).  Wszyscy  w ogóle  mieszkańcy 

Francji winni uważać się za uprzedzonych o niebezpieczeństwie, które grozi im i którego nie 

będą  mogli  uniknąć,  jeśli  nie  sprzeciwią  się  ze  wszystkich  swoich  sił  przejazdowi  króla 

i rodziny  królewskiej”.  I dalej:  „Gwardziści  narodowi,  którzy  walczyliby  z wojskami 

sprzymierzonych  dworów  i zostaliby  schwytani  z bronią  w ręku,  potraktowani  będą  jako 

wrogowie  i ukarani  jako  rebelianci  przeciwko  swemu  królowi  i zaburzyciele  spokoju 

publicznego...”. 

Manifest ów jest podwójnym  błędem. Po  pierwsze  mobilizuje dodatkowo Francuzów 

oburzonych  zawartymi  w nim  pogróżkami,  po  drugie  potęguje  nienawiść  do  króla 

i praktycznie podpisuje na niego wyrok. 

Można  się  zgodzić  z Julesem  Micheletem  (Histoire  de  la  Révolution  française,  Paris 

1979,1.1),  iż  tekst  owego  manifestu  został  narzucony  księciu  Brunszwickiemu  przez 

Fryderyka  Wilhelma  II  i rojalistycznych  emigrantów  francuskich  przekonanych  całkowicie, 

że rozprawienie się z rewolucyjną hałastrą jest czystą formalnością, co za tym idzie, droga do 

Paryża jest otwarta, zaś większość Francuzów opowie się bez wahania za uświęconym ładem 

monarchicznym.  Karol  Wilhelm  Ferdynand,  książę  Brunszwicki  (1735-1806)  nie  jest  może 

politykiem,  ale  na  pewno  wybitnym  i przewidującym  dowódcą  wojskowym.  Zapewne  nie 

rozumiał  on  fenomenu  obudzenia  się  narodowego  patriotyzmu  Francuzów,  ale  nie  podzielał 

optymizmu  całego  swojego  otoczenia  z powodów  czysto  militarnych.  Jego  pruska  armia, 

wspomagana przez Austriaków, wchodząc do Francji, rozciągała do granic możliwości swoje, 

bez  tego  już  kruche,  linie  zaopatrzenia.  Żołnierze  byli  przemęczeni  długimi  marszami. 

Niedożywieni  jedli  byle  ukradziony  pokarm,  co  powodowało  epidemię  biegunki,  a wkrótce 

i dyzenterii.  Morale  skądinąd  doskonale  wyćwiczonych  i karnych  oddziałów  było  niskie, 

background image

skoro nawet w gronie oficerów zadawano sobie pytania, dlaczego mają wspierać aroganckich 

francuskich emigrantów i ewentualnie umierać za jakiegoś żabojadzkiego władcę, który nigdy 

przedtem nie był ich sojusznikiem. Zresztą sam Fryderyk Wilhelm II, uważając, że we Francji 

sprawa  jest  załatwiona,  interesował  się  przede  wszystkim  drugim  rozbiorem  Polski  i więcej 

pieniędzy przeznaczał na przekupywanie polskich możnowładców niż na wyżywienie wojska 

na Zachodzie. Biorąc to wszystko pod uwagę, wbrew wszelkim naciskom posuwał się Karol 

Wilhelm  Ferdynand  powoli,  czekając  na  dostawy,  nieskłonny  do  wykonywania  żadnych 

gwałtownych  ruchów  i przyspieszania  marszu,  dopóki  armia  nie  będzie  w pełnej  gotowości 

bojowej. 

Naprzeciw  niemu  stały  pięciokrotnie  słabsze  oddziały  francuskie  pod  dowództwem 

generałów:  François  Etienne  Christophe  Kellermanna  i Charlesa  François  du  Périer 

Dumourieza,  przy  czym  dowództwo  operacyjne  sprawował  ten  drugi.  Mało  jest  doprawdy 

w historii  postaci  równie  jak  Dumouriez  (1739-1823)  kontrowersyjnych.  Przez  wiele  lat  był 

spowity  w legendę  zdecydowanie  ciemnych  kolorów,  dopiero  w ostatnich  latach  XX  wieku 

podjęli  historycy,  na  czele  z JeanemPierre’em  Bois  z uniwersytetu  w Nantes  (Dumouriez, 

Héros et proscrit, Paris 2005) żmudny trud jego rehabilitacji. Był niewątpliwie karierowiczem 

wielkich  ambicji  gotowym  na  wszystko  dla  zdobycia  pozycji  i władzy.  W latach  1770-1771 

brał  udział  w konfederacji  barskiej,  której  chciał  nawet  zostać  przywódcą,  będąc 

w rzeczywistości  agentem  francuskim  mającym  podporządkować  działania  powstańców 

interesom  Wersalu.  Po  latach  wystawił  konfederatom  laurkę,  może  zresztą  i słuszną, 

wyzyskiwaczy,  skłóconych  ze  sobą  egoistów,  durniów  i sobków.  Polaków  nazywał 

sympatycznie „Azjatami Europy”, podsumowywał zaś, że gadają oni o wolności, konstytucji, 

zbrataniu,  a naprawdę  marzą  tylko  o bacie  i despotyzmie.  Później  był  rewolucjonistą,  ale 

przeszedł  na  stronę  Prusaków,  później,  porzuciwszy  Berlin,  był  doradcą  Anglików  przeciw 

Napoleonowi...  Zdrajcą  ustawicznym,  ale  co  mógłby  mu  w tych  czasach  zarzucić  taki  na 

przykład  Talleyrand?  Na  razie  jednak,  dżdżystą  jesienią  1792  przeżywał  dni  swojej 

autentycznej i wiekopomnej chwały. 

Władze paryskie - a także Kellermann - naciskały, żeby Armia Północy cofnęła się na 

linię  rzeki  Marny  i tam,  w decydującej  bitwie,  stawiła  czoło  Prusakom  i Austriakom. 

Najpierw  były  to  sugestie,  potem  polecenia,  wreszcie  rozkazy.  Dumouriez  wszystkie  je 

zlekceważył.  Był  przekonany,  że  cofnięcie  się  nad  Marnę  ściągnie  tylko  nieprzyjaciela  na 

przedpola  stolicy,  gdzie  niepewny  (a  to tylko  eufemizm,  bo  na  zwycięstwo  nie  było  prawie 

szans)  hazard  starcia  z przeważającymi  siłami  wroga  będzie  musiał  zdecydować  o losach 

rewolucji i Francji. Zakładał przy tym, iż książę Brunszwicki nie zdecyduje się na wyminięcie 

background image

francuskiej  armii  i pozostawienie  jej  na  tyłach,  gdzie  przerwałaby  mu  ona  wszelką  łączność 

z pozycjami  wyjściowymi,  dostawy  i zaopatrzenie.  Przed  atakiem  na  Paryż  będzie  chciał 

bezwarunkowo  rozgromić  te  siły,  które  jego  doradcy  uważają  za  rewolucyjną  zbieraninę. 

Skoro  tak,  trzeba  go  właśnie  odciągać  od  stolicy  i skierować  na  wzgórza  Szampanii,  tak 

manewrując, żeby zawsze znajdował się w topograficznie niekorzystnej sytuacji. Oczywiście 

ruchów  nieprzyjaciela  przewidzieć  do  końca  nie  mógł.  W funkcji  jego  posunięć  przestawiał 

więc  bez  przerwy  oddziały,  tak  żeby  zawsze  mieć  pozycyjną  przewagę  na  wypadek 

ewentualnej konfrontacji. Wymagało to od wojska ostatecznego wysiłku. Musiano odesłać na 

dalekie  tyły  niezdyscyplinowanych  ochotników,  niewytrzymujących  wysiłku  ciągłych,  noc 

czy  dzień,  przemarszów,  za  którymi  nadążała  tylko  część  taborów,  w których  absolutne 

pierwszeństwo  miały  jednak  wozy  z amunicją.  Głodnym  wojakom  zaoferować  mógł 

Dumouriez  tylko  Marsyliankę.  Widział  za  to,  coraz  jawniej,  że  nieprzyjaciel  daje  się 

wciągnąć  w pułapkę.  W nocy  z 19  na  20  września,  czując  już  oddech  Prusaków  na  plecach, 

wojska  francuskie  zajęły  pozycje  i ustawiły  baterie  na  wzgórzu  koło  wioski  Valmy,  między 

SommeBionne  i Orbéval.  Druga  linia,  którą  dowodził  książę  Orleański,  także  wyposażona 

w artylerię, została rozmieszczona przed Orbéval prostopadle do wzgórz Valmy. Dwusieczną 

tego kąta była droga na ChâlonssurMarne, którą posuwała się armia księcia Brunszwickiego. 

W nocy  zapadła  gęsta  mgła.  Kiedy  rozproszyła  się  około  jedenastej  przed  południem, 

zobaczyli  Francuzi  szeregi  wrogiego  wojska.  „Nadchodziło  -  pisze  Ludwik  Filip  - 

w największym  porządku  kilkoma  kolumnami,  po  czym  rozwinęło  się  naprzeciw  nas  na 

wielkiej równinie ciągnącej się od SommeBionne po La ChapellesurEuve.  Można więc  było 

objąć jednym rzutem oka sto tysięcy ludzi gotowych do stoczenia bitwy, a był to widok tym 

bardziej  przejmujący,  że  nie  byliśmy  jeszcze  przyzwyczajeni  do  tak  licznych  wojsk,  jakie 

widywało  się  później,  a w tym  czasie  mijało  już  trzydzieści  lat,  przez  które  Europa  nie 

wystawiała takich zastępów wojowników. Armia pruska rozwijała się bardzo powoli i dopiero 

o drugiej, czy w jakiś czas potem, gdy rozwinęła się ostatecznie, zobaczyliśmy, że rozłamuje 

się  na  kolumny  szturmowe.  Myśleliśmy  wówczas,  że  ruszy  na  nas  i rozpocznie  walkę,  toteż 

wszędzie w szeregach naszej armii rozległy się od razu okrzyki: «Niech żyje naród!» i «Niech 

żyje Francja!»„... Książę Brunszwicki przez długą lunetę patrzył na pozycje francuskie, żeby 

sprawdzić,  jaki  będzie  skutek  jego  imponującego  pokazu  siły.  Wbrew  zapowiedziom 

emigrantów nie stało się jednak nic. Na wzgórzach nie było śladu paniki. Pułkownik Henri de 

Frégeville  wizytujący  konno  szeregi,  jak  podaje  JeanGabriel  de  Montgaillard:  „Ścisnął  dłoń 

w pięść  i skrzyżowawszy  ręce,  ściśniętą  wymachiwał  w kierunku  Prusaków”,  co  jest 

pierwszym,  historycznie  udokumentowanym  przykładem  zastosowania  gestu  Kozakiewicza 

background image

na arenie dziejowej. 

Widząc  determinację  Francuzów,  książę  Brunszwicki  powstrzymał  atak.  Postanowił 

sprawdzić,  jak  się  zachowa  „hałastra”  pod  zmasowanym  ogniem  artyleryjskim.  Ryknęły 

pruskie  działa,  na  które  mający  mniejszy  zasięg  armaty  francuskie  nie  miały  godziwej 

odpowiedzi.  Największa  w dotychczasowych  dziejach  Europy  kanonada  trwała  aż  do 

zmierzchu. Nie było szarż kawalerii, starć na bagnety, manewrów i ataków. Nieprzyjacielscy 

generałowie  z długimi  lunetami  wpatrywali  się  tylko,  jaki  efekt  będzie  miała  ich  praca  na 

wyniszczenie. Dowódcy francuscy nieśli swoim tylko jedną komendę: „Trwajcie!”. Był jeden 

tylko moment paniki, kiedy rażony wrażym pociskiem jaszczyk z amunicją eksplodował koło 

valmijskiego  wiatraka.  Zamieszanie  dało  się  jednak  szybko  opanować.  Aż  do  zmierzchu 

spadały  nieubłagane  pociski  na  pozycje  francuskie.  Źródła  pruskie  twierdzą,  iż  wystrzelono 

ich  około  trzydziestu tysięcy.  Ilu  Francuzów  padło?  Ludwik  Filip  sądzi,  iż  „od  piętnastu  do 

szesnastu setek”. Bardziej oszczędni historycy szacują liczbę od czterystu do tysiąca. Nie ma 

to  najmniejszego znaczenia.  Michelet trafia w sedno,  gdy pisze,  iż przed zapadnięciem  nocy 

„książę  Brunszwiku  skierował  swoją  lunetę  na  wzgórza  i zobaczył  rzecz  niebywałą: 

z czapkami  zatkniętymi  na  szpicach  szabli,  pik  i bagnetów  witali  francuscy  piechurzy 

przejeżdżającego  Kellermanna  zgodnym  krzykiem  «Niech  żyje  naród!».  Ten  krzyk 

trzydziestu  tysięcy  gardeł  wypełniał  całą  dolinę.  Krzyk  radości,  wibrujący  co  najmniej 

piętnaście  minut,  a potem  wznoszący  się  od  nowa,  aż  drżała  odeń  ziemia:  «Niech  żyje 

naród!»„.  Kiedy  kanonada  ustała,  chłopi  z okolicznych  wsi  dowieźli  Francuzom  szampana, 

innego  wina  tutaj  nie  mieli,  chleb,  baraninę  i owoce.  Rozpalono  wielkie  ogniska.  W dole 

Prusacy,  którym  nie  dowieziono  nic,  a nie  więcej  udałoby  się  wydrzeć  z wiosek 

spustoszonych  już  ich  przemarszem,  czekali  głodni  i zziębnięci.  Wstał  świt,  lecz  nic  się  nie 

zmieniło. Na wzgórzach zobaczyć było można tylko sylwetki poubieranych byle jak, obutych 

byle  jak,  ale  gotowych  do  boju  ze  śpiewem  na  ustach  Francuzów.  Książę  Karol  Wilhelm 

zrozumiał pierwszy, że wszystko jest inaczej, niż mu obiecywano. Atak pod górę na pozycje 

francuskie, gdzie ich działa miałyby już pełny zasięg, rokował ewentualne nadzieje tylko przy 

wliczeniu w rachunek strat  połowy armii.  Negocjacje po tym pokazie śpiewnego fanatyzmu, 

jakiego  wysłuchiwał  przez  cały  wieczór,  też  zdawały  mu  się  z góry  nieprawdopodobne, 

a zresztą pamiętał wydany w swoim własnym imieniu manifest. Cóż było robić? - Po dwóch 

dniach przegrupowywania swoich żołnierzy wte i wewte, widząc,  że na Francuzach żadnego 

wrażenia  to  nie  robi,  kazał  odtrąbić  odwrót. Tak  skończyła  się  bitwa  pod  Valmy,  której  tak 

naprawdę nigdy nie było, albo „kanonada pod Valmy”, jak ją ochrzcił Chateaubriand. 

Kiedy  wojska  księcia  Brunszwickiego  niepokonane  i nieniepokojone  zwijały  swoje 

background image

szyki  do  odwrotu,  Johann  Wolfgang  Goethe,  który  obserwował  wydarzenia  z tarasu  knajpy 

w Valmy, napisał: Von hier und heute geht eine neue Epoche der Weltgeschichte aus (W tym 

miejscu i tego dnia zaczęła się nowa epoka w dziejach ludzkości). I miał rację. John Frederick 

Charles  Fuller,  największy  obok  Clausewitza  teoretyk  wojskowości  napisał,  iż  było  Valmy 

„Maratonem  rewolucji”,  zaś  Charles  de  Gaulle  zapytuje  we  wstępie  do  Fil  de  l’épée  (Paris 

1932):  „Czy  bez  Valmy  rewolucja  miałaby  szansę  zaistnieć?”.  Oni  też  mają  rację.  Cóż 

bowiem naprawdę stało się pod Valmy? 

W doraźnej  małości,  takiej,  jaka  towarzyszy  zawsze  bieżącym  sensacjom,  rzecz 

została  odebrana  przez  współczesnych  na  parterowym  poziomie.  Oto  Prusacy  i Austriacy 

zobaczyli,  iż  mają  do  czynienia  nie  z bezładną  i chaotyczną  tłuszczą,  ale  społeczeństwem 

połączonym  wspólną  ideą,  za  którą  ludzie  gotowi  są  cierpieć,  oddawać  życie  i wytrwać  na 

wzgórzach  Valmy.  Znaczyło  to,  co  doskonale  zrozumiał  książę  Brunszwicki  i dlatego  też 

wycofał  się,  ryzykując  królewską  niełaskę,  iż  wyprawa  na  Paryż  nie  będzie  paramilitarnym 

spacerkiem,  ale  krwawą  wojną  z niepewnym  wynikiem.  Tego  zaś  nie  warto  ryzykować. 

Valmy  ocaliło  więc  rewolucję.  Tę  rewolucję,  która  przy  wszystkich  swoich  krwawych 

ekscesach  i zbrodniach  otworzyła  przed  światem  nową  perspektywę  i zostawiła  nam 

w testamencie  nie  gilotynę,  to  wreszcie  szczegół  dziejowy,  ale  kanon  praw  człowieka 

i obywatela,  który  jest  nasz  po  dziś  dzień.  „Ludzie  rodzą  się  równi...”.  Tego  nie  powiedział 

nikt przedtem. Ale i nie na tym polega wielkość Valmy. 

Pod  Valmy  stała  się  wszakże  rzecz  bardziej  jeszcze  determinująca  historię  Europy 

i świata,  co  w genialnym  natchnieniu  zrozumiał  Goethe.  Pod  Valmy  Francuzi  pierwsi 

w naszym  kręgu  cywilizacyjnym  stali  się  narodem.  Patriotyzm,  braterstwo  narodowe...  te 

pojęcia,  jakkolwiek  je  osądzać,  urodziły  się  tutaj.  Późniejsze  „wiosny  ludów”,  przebudzenia 

nacjonalne,  są tylko kalką tego, co się  stało pod Valmy. Kto wie,  jak określałyby  się dzisiaj 

wspólnoty  polityczne,  językowe,  religijne,  gdyby  z szampańskich  wzgórz  nie  zabrzmiał  ów 

patetyczny okrzyk: Vive la nation! Co by też stało się w dziejach świata, gdyby bosi i głodni 

chłopcy  Dumourieza  nie  wytrwali  pod  kanonadą.  Polski  patriotyzm  też  stąd,  nie  z innego 

źródła czerpie swoje realne natchnienie. 

I jeszcze  mały  appendix  taki.  W nielicznej  armii  Dumourieza,  na  skutek  odejścia 

emigrantów,  brakowało,  co  już  wzmiankowaliśmy,  kadry  oficerskiej.  Przyspieszało  to 

awanse. Majorem zostaje dwudziestodwuletni komendant ochotników z Yonne Louis Nicolas 

Davout  (strzelał  potem  do  Dumourieza,  kiedy  tamten  przechodził  na  stronę  Austriaków), 

później  marszałek  Francji  i zwycięzca  spod  Auerstädt.  Członkiem  sztabu  zostaje 

dwudziestosiedmioletni  Alexandre  MacDonald,  już  za  siedemnaście  lat  bohater  bitwy  pod 

background image

Wagram,  marszałek  i książę Tarentu. Do stopni oficerskich przedstawieni są  między  innymi 

JeanBâptiste Jourdan, Nicolas Charles Oudinot, Laurent GouvionSaintCyr, Adolphe Edouard 

Casimir  Joseph  Mortier,  Nicolas  Jean  de  Dieu  Soult,  Jean  Lannes,  Alexandre  Berthier, 

JeanBâptiste  Bessieres,  François  Joseph  Lefebvre  - wszyscy  już  niedługo  marszałkowie 

Francji  u boku  Napoleona  i współtwórcy  jego  dzieła  i legendy.  Czy  zaistnieliby  bez  Valmy 

i czy  bez nich zaistniałby  Bonaparte - oto  pytanie do historycznego gdybania.  Ale  jak widać 

i w nim kanonady pod Valmy pominąć się nie da. 

Dzisiaj  na  miejscu  pseudobitwy  stoi  odbudowany  (w  1792,  wycofując  się,  kazał  go 

spalić  książę  Orleanu)  malowniczy  wiatrak.  Można  też  zajść  do  knajpy,  z której  śledził 

wydarzenia  Goethe.  Na  pobrzeżu  wzgórka  stoi  zaś  piękny  pomnik...  Kel  lermanna. 

Dumouriez potem zdradził,  więc  jest tu kwestia  wstydliwa.  Przeszło na  zastępcę. Na cokole 

cytat z Goethego. Pomieszanie z poplątaniem. W polityce historycznej tak się zdarza. Ale nie 

w historii.  Dla  niej  pod  Valmy  nastąpił  przełom,  stała  się  rzecz  wielka,  w którą  do  dzisiaj 

wierzymy i którą żyjemy, a za którą dopiero następne pokolenia wystawią nam rachunek. 

background image

OLIMPIADA 1896 

Baron  Pierre  de  Coubertin  (1862-1937)  był  zubożałym  arystokratą,  który  podzielał 

wszelkie  poglądy  i uprzedzenia  swojej  kasty  (był  np.  zagorzałym  antydreufusistą),  lecz 

jednocześnie,  żeby  zachować  choćby  pozory  błękitnokrwistego  statusu,  musiał  chwytać  się 

każdej  (nie  fizycznej  oczywiście)  pracy,  która  mogłaby  mu  przynieść  godziwy  zarobek. 

Dzięki  protekcjom  wysoko  postawionych  przyjaciół  zostaje  urzędnikiem  Ministerstwa 

Oświaty  i redaktorem  miesięcznika  „Revue  Athlétique”  przeznaczonego  przede  wszystkim 

dla  podoficerów  mających  zapewnić  odpowiednią  formę  rekrutom  armii  narodowej.  Dzięki 

tym  wojskowym  powiązaniom  spotyka  około  1890  roku  greckiego  majora  Ewangelisa 

Zappasa,  który  -  po  lekturze  zmierzających  w tym  samym  kierunku  pism  Niemca  Ernsta 

Curtiusa -  jest orędownikiem wskrzeszenia greckich olimpiad,  a co  więcej, udało  mu się  już 

zorganizować  trzykrotnie,  w 1870,  1875  i 1889,  panhellenistyczne  zawody  sportowe,  które 

cieszyły się ogromną popularnością i wyniosły go z żałosnej rangi sierżanta w zapomnianym 

garnizonie  do  splendorów  majora  podejmowanego  na  królewskim  dworze.  Pierre  de 

Coubertin słucha  i rozumie,  że otwiera się przed nim szansa  jedyna w swoim rodzaju.  Skoro 

temu  pospolitemu  Grekowi  (czyż  Grek  nie  jest  troglodytą  wobec  Francuza)  udało  się 

zorganizować  Igrzyska  Hellenistyczne,  ja  podniosę  je  do  rangi  światowej...  W tym  miejscu 

trzeba  zaznaczyć,  iż  Pierre  de  Coubertin  był,  jak  nakazywała  ówczesna  moda,  wielbicielem 

antyku,  ale  również  rygorystycznej  hierarchii  społecznej  w jej  najbardziej  mieszczańskim 

wydaniu. 

Na  razie  wszystko  idzie  baronowi  jak  z płatka.  W czerwcu  1884  udaje  mu  się, 

pomimo  oporu  Brytyjczyków  i Niemców,  zebrać  na  paryskiej  Sorbonie  przedstawicieli 

kilkunastu państw,  którzy podejmują uchwałę o wskrzeszeniu olimpiad,  przy czym pierwsza 

z nich  (czy  wszystkie  następne?)  ma  się  odbyć  w Atenach  symbolizujących  jedność  miejsca 

i tradycji.  Tutaj zaczynają się problemy.  Owo pytanie: czy ta tylko, czy wszystkie następne? 

jest przyczynkiem do zbioru niedomówień i przemilczeń, w jakie obfituje zresztą niechlujnie 

opracowany  dokument.  Nawet  w pierwszym  punkcie  nie  ma  do  końca  zgody.  Ówczesny 

premier  Grecji  Charilaos  Trikupis  oświadcza  bowiem  od  razu,  iż  jego  znajdujący  się 

w głębokim kryzysie gospodarczym kraj („oblicza się, że w latach 1890-1914 wyemigrowało 

350 000 Greków - jedna siódma populacji kraju”, Richard Clogg, Historia Grecji nowożytnej

Warszawa  2006)  nie  ma  pieniędzy  na  imprezę  zakrojoną  z tak  wielkim  rozmachem.  Jak  się 

okaże,  było  to  de  Coubertinowi  jak  najbardziej  na  rękę.  Igrzyska  sfinansował  w 80%  rząd 

austrowęgierski  dla  uczczenia  tysiąclecia  Węgier,  kiedy  zaś  później  Grecy  wobec 

międzynarodowego  powodzenia  igrzysk  wystąpią o pozostawienie  ich  u nich  na  stałe,  baron 

background image

będzie  miał  żelazny  argument  na  przenoszenie  imprezy  z miasta  do  miasta,  rezerwując  dla 

siebie rolę arbitra i... wynikające z niej honory, a przede wszystkim apanaże. 

Niestety,  rozrzutnemu  baronowi  potrzeba  było  coraz  więcej  i więcej.  W kwestii 

honorów nie wzgardził nawet złotym medalem olimpijskim w dziedzinie literatury (do drugiej 

wojny  światowej  nadawano  i takie)  za  poemat  Oda  do  sportu  podpisany  podwójnym 

pseudonimem  George  Hohrod  i Martin  Eschbachow,  z których  pierwszy  miałby  być 

Francuzem,  a drugi  Niemcem,  a ich  wspólne  dzieło  świadczyć  o porozumieniu  między 

narodami. Tekst jest żałośnie grafomański, ale jury, nie wiedząc oczywiście, tak przynajmniej 

głosiło  wszem  wobec,  kto  jest  jego  rzeczywistym  autorem,  nie  miało  najmniejszych  wahań 

w przyznaniu pierwszej nagrody. Gdyby na tym miało się zakończyć. 

W 1934 faszystowskie Niemcy nietające się zgoła z dyskryminacją rasową, występują 

o organizację  igrzysk.  Baron  Pierre  de  Coubertin  miał  zawsze  pewne  problemy  z uznaniem 

Dreyfussów  czy  tym  bardziej  czarnych  za  godnych  rywalizowania  z jedynie  słuszną  białą 

rasą.  Po  olimpiadzie  berlińskiej  napisze  (Guy  Walters,  Igrzyska  w Berlinie,  Poznań  2008): 

„Jaka  jest  różnica  między  promowaniem  turystyki  -  jak  podczas  olimpiady  w Los  Angeles 

w roku 1932 - a promowaniem reżimu politycznego? Najważniejsze jest to, że ruch olimpijski 

uczynił  pomyślny  krok  naprzód...”.  Guy  Walters  komentuje,  iż  „jest  to  wypowiedź 

zdumiewająca”.  Przeczy  samemu  sobie,  gdyż  przedtem  sam  ustalił,  iż  dr  Theodor  Lewald, 

przewodniczący  komitetu  organizacyjnego  igrzysk  w Berlinie,  podwładny  i urzędnik 

Goebbelsa,  zaproponował  baronowi  za  wybranie  Berlina  10 000  marek  i 12 300  franków 

szwajcarskich. Pierre de Coubertin ofertę tę przyjął. „Trudno jest określić precyzyjnie - pisze 

Guy  Walters  -  obecną  wartość  tych  dwóch  sum,  jako  że  obie  waluty  miały  różną  siłę 

nabywczą.  W roku  1936  jednak  10  tysięcy  marek  było  odpowiednikiem  około  350 000 

dzisiejszych  dolarów,  a 12 300  franków  szwajcarskich  miało  wartość  równoważną  mniej 

więcej  550  tysiącom  dolarów  (...).  Pokusa  była  zbyt  wielka,  by  się  jej  oprzeć.  Nie  ma 

wątpliwości,  że  pieniądze  te  były  faktycznie  łapówką,  w przeciwnym  razie  bowiem  Lewald 

nie  nakłaniałby  Coubertina,  by  kłamał  przed  BailletLatourem  (dyplomatą  belgijskim, 

członkiem  MKOl,  słynnym  jeźdźcem,  który  w osobistej  rozmowie  z Hitlerem  stawiał  jako 

warunek  kontaktów  sportowych  z Rzeszą  rezygnację  z dyskryminacji  Żydów  -  L.S.)  ani  nie 

podkreślałby, że są one przeznaczone wyłącznie na osobiste potrzeby starzejącego się barona. 

Jeszcze  bardziej  konspiracyjnego  charakteru  przydawał  tej  propozycji  fakt,  że  Lewald,  po 

otrzymaniu  zgody  Coubertina,  miał  poprosić  Hjalmara  Schachta,  prezesa  Banku  Rzeszy 

i swego  starego  przyjaciela,  o zgodę  na  dyskretne  dokonanie  transferu  tych  sum.  Gdy  tylko 

Coubertin  przyjął  pieniądze,  lizusowski  ton  Lewalda  ustąpił  miejsca  jawnym  rozkazom 

background image

i reprymendom.  Odkąd  Francuz  wziął  nazistowskie  srebrniki,  a przy  tym  nie  mógł  tego 

ujawnić,  był  faktycznie  zmuszony  robić  wszystko,  o co  go  «proszono»„.  Mając  Coubertina 

w kieszeni,  naziści  uzyskali  wreszcie  pełną  kontrolę  nad  igrzyskami.  „Nie  dość,  że  ich 

organizację  przejęło  państwo,  to  jeszcze  prowadzone  były  według  reguł  ustalonych  przez 

NSDAP,  a nie  MKOl.  Już  wkrótce  cztery  tysiące  sportowców  miały  wziąć  udział  w święcie 

nie tylko sportu, ale i nazizmu”. 

Można  sądzić,  iż  baronowi  de  Coubertinowi  to  nawet  dogadzało.  Żydów  nigdy  nie 

lubił,  natomiast fascynowały go wojskowy  ład  i porządek. W jakiejś  mierze spełniał on  jego 

olimpijskie  marzenia  (Judith  Holmes,  Olympiad  1936;  Blaze  of  Glory  for  Hitler’s  Reich

Ballantine  1971).  Zaprowadzić  porządek  w wymykającym  się  dotychczas  kurateli  świecie 

fizycznych  rozrywek,  ująć  je  w karby  hierarchii  i rywalizacji  narodów,  ustawić  w szeregu. 

Alain  Giraudo  (Des  jeux  de  pouvoirs,  „Le  Monde”  z 13.05.1984),  podobnie  zresztą  jak 

Władysław  A.  Minkiewicz  (Olimpijska  gorączka,  Warszawa  1993),  chce  widzieć  w baronie 

de  Coubertinie  rzecznika  szlachetnej  utopii  równości  i pokoju  na  świecie.  Niestety,  nic  tego 

nie  potwierdza.  W olimpiadzie  w SaintLouis  (1904),  która  zgromadziła  tylko  jedenaście 

reprezentacji  państwowych,  gdyż  dla  innych  przeprawa  przez  ocean  była  zbyt  kosztowna, 

startowali  tylko  biali.  Równocześnie  urządzono  na  przedmieściach,  karykaturalne 

anthropological days dla  „czarnych, Patagończyków, Filipińczyków, Japończyków,  Turków, 

Arabów i Indian”. W niczym to Pierre’owi de Coubertinowi nie przeszkadzało. 

Inspiracje antyczne? Olimpiady starożytne (których czas  minął w 146  roku p.n.e., po 

opanowaniu  Grecji  przez  Rzymian)  były  rywalizacją  wszystkich,  którzy  mieli  odwagę  się 

zgłosić. Żeby nie można było ukryć żadnych podstępów (zostawmy tu na boku współczesne, 

niczym  nieudokumentowane  interpretacje  homoseksualne),  zawodnicy  startowali  nago. 

Rywalizacja,  o czym  już  pisałem  (Ludwik  Stomma,  Kultura  zmienną  jest,  Poznań  2009), 

zmierzała  do  wyłonienia  zwycięzcy.  Nie  było  drugiego,  trzeciego,  czwartego.  Z tym  że  ów 

zwycięzca  „mógł  wystartować  na  kolejnych  igrzyskach  i pomnażać  swoje  triumfy,  jak  na 

przykład  legendarni  Hippostenes  ze  Sparty  czy  Milon  z Krotonu  -  sześciokrotny  zwycięzca 

zapasów”.  Cała  Grecja,  nie  tylko  jego  miasto,  ofiarowywała  mu  pieśni  i uroczystości. 

Podobnie  jak  ku  chwale  najwyżej  bodaj  cenionych  atletów  -  zwycięzców  w rzucie  dyskiem. 

Jednego z nich przedstawia ponoć słynna rzeźba Myrona. Kogo jednak pokonał ów dyskobol, 

z kim  wygrywał  swoje  walki  Milon,  tego  nie  znajdziemy  w żadnych  kronikach.  Był 

zwycięzca,  a poza  nim  pretendenci,  którym  się  nie  udało.  Kropka.  Nie  notowano  też  nigdy 

wyników.  Nie  z powodu  niemożliwości,  która  mogłaby  wystąpić  w biegach,  ale  nie 

w rzutach, tylko z przekonania,  iż żaden dzień nie jest do drugiego podobny. Inne słońce lub 

background image

deszcz, inny wiatr lub martwa cisza. Chodzi o to, żeby tego dnia, o tej godzinie, bez względu 

na okoliczności opasać szyję triumfatora  laurowym wieńcem.  Nie  ma żadnego znaczenia,  iż 

za  parę  lat  zdobędzie  go  kto  inny.  Nikt  nikomu  nic  nie  może  ująć.  Zwycięstwo  jest 

niepodzielne i tylko ono się liczy. 

Wróćmy  teraz  do  igrzysk  roku  1896.  Konkurencji  było  niewiele  (np.  z biegów  - 

zresztą tylko męskich - l00 m, 400 m, 800 m, 1500 m, maraton i bieg przez płotki około 110 

m),  a więc  liczba  państw,  które  mogłyby  się  chwalić  zwycięzcami  (kiedy  inni  się  nie  liczą), 

mocno ograniczona. Stąd idea, żeby honorować nie tylko pierwszego, ale pierwszych trzech. 

Dlaczego akurat trzech,  a nie dwóch,  czterech albo pięciu? BailletLatour  podśmiewał się,  że 

chodzi  o Trójcę  Świętą.  Kemenyi  sugerował  znaki  masońskie.  Rzeczywistość  wydaje  się 

bardziej  prozaiczna.  W niektórych  dyscyplinach  było  tak  mało  kandydatów,  iż  wyjście  poza 

trójkę oznaczałoby dekorowanie przygodnego byle kogo. Czemu zaś nie dwójka - to kwestia 

symetrii,  tym  bardziej  na  tle  harmonijnych  budowli  greckich,  na  co  zwrócił  od  razu  uwagę 

Georgios  Averoff,  największy  sponsor  uroczystości.  Dlaczego  zaś  medale,  a nie  tradycyjny 

laur?  Tego  już  kategorycznie  zażądał  związany  głęboko  z tradycją  wojskową  sam  baron 

Pierre  de  Coubertin.  Stara  anegdotka  opowiada  o ciężko  chorym  wielorybie,  który  połknął 

przypadkowo trzech rozbitków: Żyda, Francuza i Rosjanina. 

- Cóż  ci  jest?  -  pyta  nadpływająca  wielorybica.  -  Jeszcze  cię  nie  widziałam  w takim 

smutnym stanie. - Widzisz, kochanie, najpierw połknąłem Żyda i przez dwie doby odbijało mi 

się  czosnkiem;  potem  Francuza  i miałem  kaca  po  wszystkich  winach,  pastisach  i koniakach. 

Ale  to  bym  wszystko  wytrzymał.  Niestety,  odkąd  wsączyłem  rosyjskiego  generała,  już  od 

trzech  tygodni  rzygam  orderami.  Jest  to  polski  kawał,  więc  orderowy  elefantiasis  spada  na 

Ruskich. Wystarczy spojrzeć na baretki francuskich czy polskich wojskowych (faktem jest, że 

nie  obwieszają  się  odznaczeniami  grandeur  nature),  by  zdać  sobie  sprawę,  że  nie  ma  tu 

większej różnicy. Jakże mógłby sobie więc wyobrazić Pierre de Coubertin cokolwiek innego. 

Dlaczego  jednak  złoto,  srebro  i brąz,  skoro  -  tak  tłumaczył  Coubertinowi  Averoff  -  platyna 

jest  cenniejsza  od  złota,  a czysty  cynk  od  brązu?  Dlatego,  miał  powiedzieć  dumny 

arystokrata, iż potęgę mierzy się w złocie, platyna zaś jest surowcem dla wzbogacających się 

prostaków. Z brązu zaś stoją pomniki na ulicach Paryża. Na takie dictum nie było rzecz prosta 

odpowiedzi. Tak też zostało. 

O ile jednak igrzyska olimpijskie w 1896, podczas których grecki proletariusz wygrał 

maraton, co było policzkiem dla barona, a wzbudziło entuzjazm nie tylko w Grecji, ale i poza 

jej  granicami,  mogły  dać  początek  ruchowi  na  wielką  skalę,  baron  pozostaje  sceptyczny. 

Kolejne  parodie  igrzysk  przyjmuje  z olimpijskim  spokojem.  Ośmielam  się  sądzić,  iż  bez 

background image

względu  na  łapówki  igrzyska  w Berlinie  były  jego  spełnieniem.  Udało  mu  się  zmienić 

kategorię.  Zamiast  antycznego  kto  jest  NAJLEPSZY  na  codzienne  i konfliktowe:  kto  jest 

LEPSZY.  Srebrny  czy  brązowy,  brązowy  czy  czwarty.  Bo  ten  czwarty  rzucił  przecież,  cóż 

z tego, że gdzie indziej i kiedy indziej, dalej niż ten brązowy, a może nawet i srebrny.  W ten 

sposób  wkraczają  do  sportu  tabelki.  Dotyczą  one  nie  tylko  (choć  i tutaj  mają  coraz  większą 

wagę)  indywidualnych  sportowców,  ale  także  narodów,  ich  sprawności  i potęgi.  Kiedy  zaś 

w grę  wchodzi  duma  całych  społeczeństw,  postać  rzeczy  radykalnie  się  zmienia.  Opowiada 

czarnoskóry Jessie Owens (Exploits inconnus, Bruxelles 1981), że kiedy spalił dwukrotnie, to 

znaczy przekroczył dozwoloną linię odbicia się w eliminacjach skoku w dal, a trzeci spalony 

skok  równałby  się  dyskwalifikacji,  podszedł  do  niego  prowadzący  w konkursie  ulubieniec 

hitlerowskich  Niemiec,  rekordzista  Europy  Luz  Lang  i uścisnąwszy  mu  dłoń,  powiedział: 

„Najwyraźniej  coś  cię  frustruje.  Ale  to  są  tylko  eliminacje.  Skocz  nawet  pół  metra  sprzed 

belki, a i tak wejdziesz do ostatecznej rozgrywki. Oni coś tam wrzeszczą na trybunach, ale ty 

nie daj się zwariować”. Jessie Owens posłuchał i następnego dnia wygrał pamiętnym skokiem 

na 8 m6 cm. Hitler, żeby nie podać mu ręki, przedwcześnie opuścił lożę honorową. Luz Lang 

był  drugi,  ale  od  tego  czasu  wszelka  pamięć  o nim  zaginęła  (Hans  Sterling  pisze,  iż  zginął 

w Rosji, ale nie ma na to wiarygodnego potwierdzenia). W każdym razie nie okazał się godny 

powierzonej sobie misji. Już wtedy było to regułą, teraz nią się stało definitywnie, iż sport jest 

walką  między  nacjami.  I nie  chodzi  tu  o to,  kto  „szybciej,  dalej,  wyżej”  -  sentencja  mylnie 

przypisywana  baronowi  -  ani  tym  bardziej  iż  ważne  jest  nie  zwycięstwo,  ale  uczestnictwo, 

czemu zaprzeczają dzisiaj już same preselekcje i minima olimpijskie. Czy Pierre de Coubertin 

był świadom, jakie piekło rozpętuje? Wydaje się, że tak. Susan Bachran (The Nazi Olympics

Little,  Brown  2000)  jest  przekonana,  iż  baron  sądził,  że  stwarzając  namiastkę  walki, 

zapobiegnie  konfrontacjom  wojennym  i morderczym.  Nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  jedno 

może istnieć obok drugiego, wzajemnie się nie wykluczając, a nawet wzmacniając. 

Wszystko działo się oczywiście stopniowo. Kula śnieżna tocząca się po stoku nie stała 

się  jeszcze  lawiną.  22  maja  1932,  cytowałem  to  już  w Kultura  zmienną  jest  (Poznań  2009), 

mówił  marszałek  Józef  Piłsudski  na  posiedzeniu  Rady  Naukowej  Wychowania  Fizycznego: 

„Nigdy  nie  zapomnę,  jak  w jednej  ilustracji  spotkałem  taką  osobę,  która  -  tak  mi  się 

wydawało - dziwne rzeczy robi. Jakaś kobieta skacze przez płotki. Ktoś powiedział mi: to jest 

znakomita  płotkarka,  jakaś  XY.  Dowiedziałem  się,  że  jest  to  uczennica,  która  kończy 

gimnazjum i zarazem jest naszą znakomitą płotkarką. Przyznam się, że to mnie przeraziło, że 

przygotowują  ją  jako  naszą  znakomitość  do  występów  na  arenie  międzynarodowej. 

Pomyślałem sobie o tej biednej dziewczynie: ona nic już nie ma robić, tylko skakać przez te 

background image

płotki?  Ponieważ  ona  przygotowuje  się  na  występy,  więc  musi  odpowiednio  trenować, 

zmienić swój tryb życia;  ją codziennie ważą,  codziennie  masują  i ona ciągle skacze przez te 

durne  płotki.  Jej  celem  jest  tylko,  żeby  jeden  płotek  za  drugim  przeskoczyć.  I ona  ciągle  to 

robi.  Przecież  to  może  życie  zbrzydzić.  Można  unieść  się  w stratosferę  sportu  i uważać,  że 

zadaniem  życia  jest  wyciągnąć  jeszcze  minutę,  jeszcze  milimetr.  Ale  ja  nie  mogę  się  nie 

obawiać o tę dziewczynę w tak młodym wieku, gdy ją zrobiono znakomitą płotkarką i specem 

w płotkowaniu. Toż to koniec świata!”. Jeszcze gorsze zdanie miał marszałek o futbolu, który 

chciałby widzieć jako parominutową rozgrzewkę, nie zaś wyczerpującą meczową walkę. Tyle 

że  pomylił  się  Józef  Piłsudski,  a nie  baron  de  Coubertin.  Rzecz  nie  ma  bowiem  żadnego 

związku  z tak  zwaną  kulturą  fizyczną,  czy  jak  by  chciał  marszałek,  przysposobieniem  do 

służby  w wojsku.  Gdyby  wiedział  Piłsudski,  ile  może  dzisiaj  zarobić  ta  płotkarka,  nad  którą 

tak  ubolewał,  nie  mówiąc  o championach  futbolu,  może  zmieniłby  zdanie.  Nie  umiałby 

jednak  wyobrazić  sobie  szaleństwa  na  taką  miarę.  Dzisiaj  piłkarz  FC  Barcelona  dostaje 

stukrotnie więcej (sic!), niż  mógłby o tym  marzyć Einstein.  Nagroda Nobla równa się  mniej 

więcej  tygodniowemu  wynagrodzeniu  środkowego  napastnika  (jakże  lubimy  te  wojskowe 

terminy) trzeciorzędnej ekipy w Hiszpanii czy we Włoszech. Baron Pierre de Coubertin tego 

przypuszczalnie  nie  przewidział.  Uznaje  się  go  przecież  do  dzisiaj  za  proroka  amatorstwa 

w sporcie.  Tenże  idealista  uważał  jednak,  iż  nagrody  przyznawane  zwycięzcom,  a jemu 

przede  wszystkim,  mogą  być  takimi  sobie,  choćby  sowitymi,  ale  niemającymi  żadnego 

ideologicznego znaczenia, pamiątkami pięknych chwil. 

Baron  de  Coubertin  umarł,  zostało  jednak  jego  przesłanie.  Nieważne,  kto  jest 

najlepszy.  Ważne,  kto  jest  lepszy.  Lepsze  miasto  od  drugiego  miasta,  lepsza  wioska  od 

drugiej  wioski.  Tak  oto  wychował  Pierre  de  Coubertin  pokolenie  oszołomów  wpatrzonych 

w tabelki: kto jest lepszy (a lepszymi oczywiście musimy być my) w każdej - wymyślano ich 

coraz więcej - dyscyplinie i każdego roku, zaś na igrzyskach olimpijskich przede wszystkim. 

Baron  zrozumiał  w końcu  nośność  swojego  pomysłu  i zdążył  częściowo  napełnić  kieszeń. 

Sumy, jakie pozyskał, zasługują jednak dzisiaj tylko na pobłażliwe wzruszenie ramionami. 

Mój  ojciec  był  przedstawicielem  starej  szkoły.  Sport  to  była  podług  niego  plebejska 

rozrywka niemogąca zaprzątać uwagi poważnego człowieka. Na nic się zdały moje perswazje 

i tyrady.  Może  za  to  go  tak  kocham.  Nie  chciał  przyjąć  do  wiadomości,  że  kulomiot 

wypychający  siedmiokilogramową  kulę  poza  dotychczasowe  granice  może  mieć  większy 

oddźwięk  społeczny  niż  ktoś,  kto  przegryzł  się  przez  tysiące  archiwów.  Nawet  fakt,  iż 

Niemiecka Republika Demokratyczna zbudowała  swoje  istnienie  i miejsce  na  świecie dzięki 

wyczynom  hodowanych  od  dzieciństwa  sportowców,  nie  wzruszył  jego  przekonań.  Jak 

background image

daleko odeszliśmy od owej wiary,  iż  liczy  się wiedza,  później dialog,  historia i sztuka. Marc 

Doyle (The Economist Newspaper Ltd... en association  awec Profile Books 2007)  podliczył, 

iż  suma  nagród  wypłacona  sportowcom  w roku  2006  przewyższa  budżet  kilkudziesięciu 

państw  naszego  globu.  A to  już  nie  jest  byle  co.  Do  drugiej  wojny  światowej  wszelkie 

mistrzostwa krajowe,  kontynentalne czy światowe (vide:  Thierry Terret, Histoire  des  sports

Paris  1996)  były  wzorowane  na  regulaminach  Pierre’a  de  Coubertina.  Rzecz  zmieniła  się 

tylko  w tej  mierze,  że  wraz  z upowszechnieniem  radia,  a jeszcze  bardziej  telewizji, 

amatorstwo  stało  się  kpiną.  Jedna  reklama  zaprezentowana  w TV  na  pięć  minut  przed 

olimpijskim startem do biegu na sto metrów kosztuje więcej niż rzucenie na rynek kilkunastu 

bestsellerów  literackich  i zyski  z nich.  Stał  się  sport  potęgą  ekonomiczną,  propagandową 

i polityczną. Sport niemający już z ”kulturą fizyczną” nic wspólnego, gdyż jego mistrzowie są 

albo  potencjalnymi  kalekami,  albo  istotami  wspomaganymi  farmaceutycznie  w nieustannym 

wyścigu  między komisjami zakazującymi kolejnych środków a pigularzami wytwarzającymi 

wciąż  nowe.  Z punktu  widzenia  zdrowia  i harmonii  rozwoju  fizycznego  o sporcie 

wyczynowym  od  dawna  można  by  już  było  (poza  zdobyczami  nauk  farmaceutycznych) 

definitywnie  zapomnieć.  Stworzył  on  jednak  zjawisko,  którego  konsekwencje  może  jeszcze 

i dzisiaj  nie do końca zrozumieli socjologowie.  Otóż w świecie (ograniczmy  się do Europy), 

w którym  wydawało  się,  iż  powoli,  ale  konsekwentnie  zanikają  waśnie  międzynacyjne, 

a wojujący  nacjonalizm  staje  się  nieprzyzwoitością,  wykreował  on  nieprzejednane  enklawy 

szowinizmu  lokalnego,  państwowego  czy  rasowego,  noszącego  eufemistyczne  miano 

kibiców. Wbrew deklaracjom potępiającym ich ekscesy sprzyja im wszystko. Od słowotoków 

komentatorów sportowych,  przez  insygnia (lokalne czy narodowe)  na koszulkach, czapkach, 

szalikach,  po  hymny  narodowe odgrywane  uroczyście,  zanim  dwudziestu  dwóch  chłopaków 

zacznie kopać skórzaną kulę. Nikogo już nie dziwi to nadużycie? I nic dziwnego. Ma bowiem 

ponadstuletnią tradycję.  To także wymyślił zakochany w wojskowych paradach  baron Pierre 

de  Coubertin.  Czy  bez  niego  dzieje  sportu  potoczyłyby  się  inaczej?  Można  tak  sądzić. 

Igrzyska  olimpijskie  1896  stworzyły  matrycę,  która  później  była  już  tylko  kalkowana 

i rozbudowywana.  Po  olimpiadzie  w Berlinie  następca  Pierre’a  de  Coubertina  Avery 

Brundage  (dotrwał  na  stanowisku  prezesa  Międzynarodowego  Komitetu  Olimpijskiego  do 

sędziwych  lat)  powiedział,  komentując  sukcesy  zawodników  niemieckich  w Berlinie  1936: 

„Stany  Zjednoczone  mogłyby  się  wiele  nauczyć  od  Niemców,  z ich  doskonałą  organizacją 

narodową,  intensywnym  treningiem  i niemal  nadludzką  wolą  zwycięstwa.  Jeżeli  chcemy 

utrzymać naszą pozycję,  musimy zacząć trenować równie intensywnie,  i to na skalę krajową. 

Musimy  przeistoczyć  się  z grupki  klubów  sportowych  w organizację  ogólnonarodową  (...). 

background image

My  także,  jeśli  chcemy  zachować  nasze  tradycje,  musimy  wyplenić  komunizm.  My  także 

musimy  podjąć  kroki,  by  powstrzymać  spadek  patriotyzmu  (...).  Niemcy  jako  naród 

wyzwoliły się z powszechnego przed pięciu laty zniechęcenia, osiągając nowego ducha wiary 

w siebie”. W dzienniczku zaś dopisał (Guy Walters, op. cit.): 

Hitler bóg przywraca godność własną człowiek ludu. 

Nie  wiadomo  oczywiście,  co  ma  w tym  przypadku  komunizm  do  wiatraka.  Sport, 

a ściślej  wspieranie  tych  w naszych  koszulkach  jako  remedium  na  „spadek  patriotyzmu”  to 

już  jednak  swoisty  program.  Przejęła  go  zresztą  w znacznym  stopniu  dzisiejsza  europejska 

skrajna prawica. I chociaż w reprezentacji piłkarskiej Francji gra większość innoskórych, nie 

ma  to  żadnego  znaczenia.  Chodzi  o to  tylko,  żebyśmy  tak  czy  owak  byli  LEPSI.  Tak  nas 

nauczył  baron  Pierre  de  Coubertin.  Dlatego  też  nie  ma  u nas  szans  Edyta  Górniak,  która 

zaśpiewała hymn polski wprawdzie bardzo ładnie, ale nie tak, jak przywykli go interpretować 

prawdziwi kibice po wódce i salcesonie.  Zresztą to  jakaś Cyganka,  a baron de Coubertin  nie 

znosił Żydów. 

background image

HISZPANIA 1936-1939 

Sam  już  sposób  nazwania  tego,  co  się  zdarzyło  w Hiszpanii  17  lipca  1936  (frankiści 

wolą  mówić  o 18  lipca,  kiedy  ich  szef  wkroczył  do  akcji),  zdradza  od  razu  proweniencję 

ideową  komentatora.  Antony  Beevor  (Walka  o Hiszpanię  1936-1939,  Kraków  2006)  pisze 

o ”rebelii  generałów”,  Hugh  Thomas  (La  guerre  d’Espagne,  Paris  1961)  o ”przewrocie 

lipcowym”, wydana w 1963 w Madrycie monumentalna Enciclopedia de la cultura espanola 

o ”rewolucji  narodowej”...  Wydaje  się,  że  najobiektywniejszym  terminem  byłaby  po  prostu 

implozja państwa.  Hiszpania  była rozdarta na dwie społecznoideowe części,  z których żadna 

nie  była  skłonna  do  kompromisu,  a wręcz  odwrotnie,  obie  -  zarówno  legalny  rząd 

republikański,  jak  i bynajmniej  nie  tylko  wojskowa  opozycja  -  licytowały  się  w nienawiści, 

brnąc  w ślepe  uliczki,  z których,  okazało  się  w pewnym  momencie,  nie  ma  już  odwrotu. 

Akcja antyrepublikańska, mimo że przygotowywana już od dłuższego czasu, była chaotyczna 

i w wielu  przypadkach  oparta  na  fałszywym  rozeznaniu  sytuacji.  Przykładowo:  puczyści 

liczyli  na  Marynarkę,  ale  ta  właśnie  w ogromnej  większości  opowiedziała  się  za  rządem. 

Sewilla  wydawała  się  czerwona,  ale  tam  akurat  generał  Quiepo  de  Liano  dopiero 

prestidigitatorską wręcz sztuczką opanował miasto. Nie zmienia to sytuacji, iż pod wieczór 18 

lipca  sytuacja  zamachowców  trzymających  w swoich  rękach  odizolowane  wysepki  była 

prawie  beznadziejna.  Tylko  Maroko  z zaprawionym  w bojach  kontyngentem  wojsk 

kolonialnych  było  w całości  w ich  rękach.  Uspokojone  władze  centralne  zrezygnowały  więc 

z uzbrojenia  milicji  ludowych  i w zupełnej  beztrosce  (o  czym  zaświadcza  kilkadziesiąt  co 

najmniej  relacji  pamiętnikarskich)  czekały  na  kapitulację  buntowników.  W rzeczywistości 

wszystko  zależało  jednak  od  jednej  kluczowej  kwestii.  Czy  i jakim  sposobem,  skoro  morze 

pozostawało  pod  kontrolą  republikańską,  uda  się  przerzucić  zbuntowaną  armię  kolonialną, 

w skład  której  wchodziła  też  doborowa  Legia  Cudzoziemska,  z Maroka  na  Półwysep 

Iberyjski.  Wbrew  późniejszym  teoriom  ideologicznospiskowym  zamachowcy  nie  mieli 

żadnych  rozleglejszych  stosunków  ani  powiązań  międzynarodowych.  Znajomości  generała 

José Sanjurjo z Niemcami sięgały do mocnego w gębie, ale pozbawionego realnej możliwości 

decyzyjnej  Josefa  Veltjensa,  z Włochami  stosunki  były  jeszcze  odleglejsze.  Pisze  Andrée 

Bachoud  (Franco,  Iskry  2000),  iż:  „Mola  (Emilio  Mola  -  główny  instygator  powstania) 

zwrócił się o pomoc do Włoch i Niemiec prawdopodobnie dopiero, gdy stwierdził, że PUCZ 

SIĘ NIE POWIÓDŁ” (podkreślenie - L.S.). Ratował w ten sposób ostatnią szansę zaistnienia 

militarnego.  Odpowiedź  przeszła  jego  oczekiwania.  Mussolini  jeszcze  tego  samego  dnia 

oddał mu do dyspozycji dwadzieścia (myli się Bachoud, pisząc o dwunastu) samolotów marki 

Savoia  z pełnym  wyposażeniem  w amunicję  i paliwo.  W tej  sytuacji  Hitler  też  nie  mógł 

background image

zostać  obojętny.  Kieruje  do  Maroka  samoloty  transportowe  decydujące  o powodzeniu 

operacji.  Wojska  Franco  mogą  przegrupować  się  w Andaluzji  i przez  zdobytą  w krwawych 

walkach  Estremadurę  połączyć  się  z trwającymi  na  północy  oddziałami  Moli.  W ten  sposób 

europejska  Hiszpania  zostaje  rozdarta  na  części.  Zaczyna  się  wojna  domowa.  Jak  widać  od 

pierwszego momentu, zostaje ona umiędzynarodowiona. Skoro nacjonaliści uzyskali wsparcie 

faszystowskich  Włoch  i Niemiec,  republikanie naturalną koleją rzeczy zwracają się o pomoc 

do  Francji,  w której  rządy  sprawuje  Front  Ludowy  (Front  Populaire)  pod  przywództwem 

Leona Bluma, czyli formacja najbliższa ideowo rządowi w Madrycie. Spotka ich srogi zawód. 

Pod  naciskiem  Anglików,  którzy  od  razu  przyjęli  postawę  „realistyczną”,  wyrażającą  się 

w stwierdzeniu Edena,  iż:  „Żadna ze skrajnych tendencji  nie daje gwarancji pokoju, którego 

musimy  pragnąć  dla  Hiszpanii  i dla  nas  samych”.  W obawie  by  nie  drażnić  prawicy, 

lewicowe władze paryskie decydują się na ścisłą  neutralność.  W rzeczywistości są to jednak 

wykręty.  Nad  Francją  unosi  się  duch  radykalnego  pacyfizmu,  który  łączy  niemal  wszystkie 

orientacje  polityczne.  Nikt  prawie  nie  jest  skłonny  nastawiać  głowy  albo  choćby  psuć  sobie 

interesów  z powodu  awantur  u sąsiadów.  Celnie  podsumowała  to  Andrée  Bachoud: 

„Stanowisko  państw  demokratycznych  wykrystalizowało  się  już  jesienią  1936  roku: 

egzaltacje  i zaangażowanie  pozostawiły  one  swoim  intelektualistom;  będą  również  unikały 

jakiegokolwiek  ryzyka  i (...)  grały  na  zwłokę,  udając,  że  pozwalają  Hiszpanom  załatwiać 

spory we własnym gronie”. Na próżno Madryt z podziwu godną naiwnością będzie dostarczał 

Paryżowi  i Londynowi  dowodów  na  bezpośrednie  zaangażowanie  militarne  w Hiszpanii 

wojsk osi. Jak by tam o tym doskonale nie wiedziano. Z całym cynizmem proponuje Francja 

państwom  europejskim  podpisanie  wspólnej  deklaracji  o nieinterwencji  w Hiszpanii,  co 

oczywiście  większość  zainteresowanych  przyjmuje  z ulgą  oszusta  zapewniającego  sobie 

wygodne  alibi.  Nie  zauważają  jakby,  że  cztery  państwa  odmawiają  defacto 

podporządkowania  się  literze paktu:  Niemcy, Portugalia,  Włochy  i Związek Radziecki.  Trzy 

pierwsze z nich są zdeterminowanymi sojusznikami nacjonalistów. Republice pozostaje tylko 

ZSRR. Moskwa jest jednak ostrożna. Wysyła wprawdzie do Hiszpanii silną ekipę z Marcelim 

Rosenbergiem  przeznaczonym  na  ambasadora,  Władimirem  AntonowemOwsiejenką,  który 

ma objąć funkcję konsula w Barcelonie, oraz obserwatorami wojskowymi, wywodzącymi się 

przeważnie z szeregów GRU. Mają oni na razie zachowywać pozory neutralności.  W pomoc 

militarną  Republice  angażuje  się  nie  rząd  ZSRR,  ale  „niezależny”  Komintern,  organizujący 

dopływ  komunistycznych  ochotników  z zagranicy  i transporty  broni.  Fikcja  ta  trwa  parę 

tygodni.  Niemcy  zresztą  nie  pozostają  dłużni  i też  bawią  się  w podobne,  chwilami  wręcz 

dziecinne maskarady.  Kiedy Hitler powierza pułkownikowi Warlimontowi (używającemu od 

background image

tej  chwili  pseudonimu  Waltersdorf  lub  po  prostu  „Walter”,  czyli  takiego  samego  jak  Karol 

Świerczewski  [sic!])  dowodzenie  pierwszym  kontyngentem  wojsk  niemieckich  w Hiszpanii, 

ten  udaje  się  do  Genui,  skąd  wyrusza  do  celu  na  włoskim  krążowniku  jako  rzekomy 

podwładny  generała  Mario  Roatty  „Manciniego”.  Nie  zmienia  to  faktu,  że  już  od  przełomu 

września  i października  zagraniczne  dostawy  dla  jednej  i drugiej  strony  płyną  tak  szeroką 

strugą, iż obie zostają od nich w najwyższym  stopniu uzależnione.  Dotyczy to również  „siły 

żywej”,  którą  zapewniają  z jednej  strony  regularne  oddziały  wojsk  włoskich  i niemieckich, 

z drugiej tak zwane Brygady Międzynarodowe, w których skądinąd niemało jest Polaków. 

7  listopada  rozpoczyna  się  bitwa  o Madryt.  Biorą  w niej  udział:  XI  Brygada 

Międzynarodowa  pod  dowództwem  Klébera  (pseudonim  Niemca  z austrowęgierskiej, 

a później rumuńskiej Bukowiny), XII pod Paulem Lukacsem (węgierskim powieściopisarzem 

Matą  Zelkiem)  i Pierwsza  Brygada  Mieszana  pod  przeszkolonym  w ZSRR  Kubańczykiem 

Enrique  Listerem).  W walkach  wzięły  też  udział  radzieckie  samoloty,  dość  skutecznie 

paraliżujące rajdy lotników włoskich, wreszcie 15 czołgów T-26 prowadzonych do boju przez 

kapitana  Armii  Czerwonej  Pawła  Armana.  Anthony  Beevor  pisze:  „Nie  sposób  wątpić 

w samobójczą  niemal  odwagę  XI  Brygady  Międzynarodowej,  zwłaszcza  Niemców,  jednak 

wykorzystanie jej oddania było szczególnie nieprzyjemne. Generał Kléber stał się bohaterem, 

ale  okazało  się  to  później  dla  niego  niebezpieczne,  kiedy  został  oskarżony  przez  innych 

sowieckich  oficerów  o «kleberyzm»,  co  oznaczało  przypisywanie  całej  chwały  sobie. 

Zwycięstwo  w Madrycie  miało  być  zasługą  tylko  i wyłącznie  partii  komunistycznej  (...). 

Propaganda  Kominternu  była  tak  skuteczna,  że  Henry  Chilton,  ambasador  brytyjski,  żywił 

przekonanie,  iż  Madrytu  bronili  wyłącznie  cudzoziemcy.  Jednocześnie  nacjonaliści  także 

wyolbrzymiali  znaczenie  Brygad,  by  usprawiedliwić  własne  niepowodzenia  i podkreślić 

«zagrożenie  międzynarodowym  komunizmem»„.  Jeżeli  jest  to  nawet  osąd  niesłuszny,  nie 

można  zapomnieć,  że  pojawienie  się  Brygad  Międzynarodowych  w Madrycie  w sposób 

decydujący  podniosło  morale  obrońców.  Dodać  też  należy,  że  radzieckie  samoloty  i czołgi 

były  jedynymi  obecnymi  w stolicy  siłami  lotniczymi  i pancernymi  w dyspozycji 

republikanów.  Być  może  najbardziej  patetycznych  czynów  dokonali  w Casa  de  Campo 

katalońscy  anarchiści  przyprowadzeni  przez  Buenaventure  Durrutiego,  który  tutaj  zginął. 

Trzeba  jednak  przyznać,  że  w następnych  miesiącach  udział  cudzoziemców  w wysiłku 

wojennym  Republiki ustawicznie się zwiększał, a nie zmniejszał. Podobnie było  i po drugiej 

stronie. 

W pierwszej partii rosyjskiej pomocy, która  przybyła w październiku, znajdowały  się 

42  myśliwce  dwupłatowe  typu  Iljuszyn  15  (Chato)  oraz  31  myśliwców  jednopłatowych 

background image

Iljuszyn  16  (Mosca)”  -  podaje  Antony  Beevor.  Dane  te  kłócą  się  rażąco  z obliczeniami 

wojskowego  ataszatu  niemieckiego  wzmiankującego  o dostarczeniu  w tym  okresie  przez 

ZSRR  25  samolotów  łącznie.  Jeżeli  nawet  uznamy,  że  Niemcy  zaniżali  wartość  dostaw 

radzieckich  ze  względów  propagandowych  (choć  logicznie  powinni  ją  byli  zawyżać), 

przyznają  i oni, że tylko w 1937  Republika otrzymała od Rosjan 185 samolotów,  ponad 400 

czołgów  i około  17 000  ton  amunicji.  Pomoc  włoskoniemiecka  dla  nacjonalistów  była 

niewiele  większa,  ale  za  to  wyższa  jakościowo.  Kiedy  na  przykład  Rosjanie  zaczęli 

dostarczać  jednopłatowce  mosca,  nowocześniejsze  od  heinkli  51,  Niemcy  zareagowali 

natychmiast,  zaopatrując  Legion  Condor  w messerschmitty  109  będące  szczytem  ówczesnej 

techniki.  Przy  całym  zaangażowaniu  ideowym  sojuszników  nie  była  to  pomoc 

bezinteresowna.  Nacjonaliści  płacili  Niemcom  przede  wszystkim  żelazem,  wolframem 

i pirytem, republikanie Moskwie złotem, którego bankowe zasoby sytuowały Hiszpanię przed 

wybuchem wojny domowej na czwartym miejscu na świecie. 

Jak  dalece  umiędzynarodowiały  się  walki,  niech  poświadczą  dwie  kluczowe  bitwy 

roku 1937: nad Jaramą i pod Brunete. Zmagania nad brzegami Jaramy zaczynają się 5 lutego 

gwałtownym  atakiem  sił  zaufanego  Franco  -  generała  Francisco  Garcii  Escameza, 

wspieranego  przez  włoski  Corpo  Truppe  Volontarie  pod  Mario  Roattą.  W ciągu  dwóch  dni 

walk  zajmują  nacjonaliści  niemal  cały  zachodni  brzeg  rzeki.  Operację  przerywają  jednak 

ulewne deszcze. 11 lutego pod osłoną nocy patrole marokańskie z brygady Fernando Barrona 

przepływają  rzekę  i bezgłośnie  zakłuwszy  nożami  wartowników  z XIV  Brygady 

Międzynarodowej,  opanowują  most  kolejowy,  którym  przeprawia  się  reszta  barrończyków 

i uderza  na  trzymający  wzgórze  nieco  na  południe  batalion  im.  Garibaldiego  z XII  Brygady 

Międzynarodowej.  Silny  kontratak  dwudziestu  pięciu  radzieckich  czołgów  uniemożliwia  im 

posuwanie  się  naprzód,  utrzymują  jednak  przyczółek,  na  który  wkrótce  przybywają  Włosi. 

Usiłujące  zlikwidować  wyłom  ogniem  pokładowych  karabinów  maszynowych  myśliwce 

chato przepędza obrona przeciwlotnicza Legionu Condor. Pod wieczór  przybywa na  miejsce 

XV  Brygada  Międzynarodowa  generała  Gala  (Janosa  Galicza)  złożona  w większości 

z Anglików, Amerykanów i Kanadyjczyków. Im również jednak nie udaje się zapanować nad 

sytuacją.  W międzyczasie  na północy XI  Brygada Międzynarodowa,  w skład której wchodzi 

złożony  z Polaków,  Jugosłowian  i Węgrów  batalion  „Dąbrowski”,  z najwyższym  trudem 

odpiera  ataki  frankistów  na  Pajares,  nie  może  więc  wesprzeć,  jak  to  było  przewidziane, 

oddziałów Galicza. Dochodzi wtedy do słynnego epizodu wojny, kiedy batalion brytyjski XV 

Brygady,  dowodzony  przez  Toma  Witringhama,  broni  się  parę  godzin  na  zakrzewionym 

pagórku  aż  do  wystrzelenia  ostatnich  naboi.  Z 600  Anglików  śmierć  ponosi  225.  Miejsce  to 

background image

nosi do dzisiaj dumne miano Wzgórza Samobójców. 15 lutego Franco rozkazuje ponowienie 

ataku. Wyróżnia się w nim pułk karlistów (rojalistów) Ricardo Rady, który wybija niemal do 

nogi  wyborowy  komunistyczny  batalion  tzw.  Szarych  Wilków  walczących  pod  osobistym 

patronatem Dolores Ibarruri. W szeregach Rady znaczną część stanowią, angielscy ochotnicy 

antykomunistyczni.  Jeden  z nich,  Peter  Kemp,  wspomina  (Mine  Were  of  Trouble,  London 

1957,  przytaczam  w tłumaczeniu  Hanny  Szczerkowskiej),  „że  bardzo  zawadzał  mu  kapelan 

wrzeszczący  do  ucha,  żeby  zastrzelić  jeszcze  więcej  tego  ateistycznego  motłochu”.  Duże 

zasługi  położyli  też  po  stronie  nacjonalistycznej  ochotnicy  irlandzcy  (ponad  600  żołnierzy), 

zwani Błękitnymi Koszulami, dowodzeni przez generała Eoina O’Duffy’ego. 

17 lutego ruszyli republikanie do kolejnego kontrataku. Tym razem na jego szpicy szli 

Amerykanie  z batalionu  „Abraham  Lincoln”.  Dowodził  nimi  (podaję  za  Hugh  Thomasem) 

Robert  Merriman,  „dwudziestoośmioletni  komunista,  syn  drwala,  który  po  studiach  na 

uniwersytecie  w Nevadzie  uzyskał  posadę  wykładowcy  prestiżowego  Uniwersytetu 

Kalifornijskiego.  Do  Europy  przyjechał  dzięki  stypendium,  żeby  studiować  problemy 

rolnicze. Jego oddział był jedynym w Brygadach Międzynarodowych składającym się niemal 

wyłącznie  ze  studentów”.  W brawurowym  uderzeniu  stracili  Amerykanie  120  spośród  450 

zuchwalców.  Dalszych  175  zostało  rannych.  I ten  kontratak  republikański  załamał  się 

całkowicie. Tyle że tym razem nie było już odpowiedzi. Obie strony okopały się i lizały rany. 

Ostatecznie  nacjonaliści  zdobyli  pas  ziemi  o szerokości  około  dwudziestu  i głębokości 

piętnastu  kilometrów,  nie  zdołali  jednak  przełamać  frontu.  Obie  strony  proklamowały 

uroczyście swoje zwycięstwo. Republikanie stracili 25 000 ludzi, frankiści 20 000. 

Do bitwy pod Brunete, która miała odrzucić nacjonalistów od Madrytu, zmobilizowali 

republikanie największe siły w całej wojnie: 50-70 tysięcy (tutaj relacje się różnią) żołnierzy, 

150  samolotów,  128  (według  innych  źródeł  132)  czołgów  1 136  (217)  dział.  Trzonem  armii 

były,  co  stało  się  już  normalne,  Brygady  Międzynarodowe.  Dokonanie  pierwszego 

przełamania powierzono Brygadzie XV, dowodzonej teraz przez Chorwata Vladimira Copica. 

Została  ona  powiększona  do  sześciu  batalionów.  Do  jugosłowiańskiego,  brytyjskiego, 

amerykańskiego i frankobelgijskiego dodano jeszcze węgierski i hiszpańskowłoski. Ofensywa 

republikanów  zaskoczyła  przeciwnika,  ale  też  spotkała  się  z jego  nadspodziewanym, 

zaciekłym  oporem.  Republikańska  legenda  Wzgórza  Samobójców  znalazła  przeciwwagę  we 

Wzgórzu  Komarów,  nazwanym  tak  od  bzykania  tysięcy  kul.  W ataku  na  nie  poległ 

czarnoskóry  Amerykanin  dowodzący  batalionem  imienia  Waszyngtona,  w którym  służyli 

w większości  nowojorscy  Żydzi.  W ciągu  dziesięciu  dni  wojska  republikańskie  posunęły  się 

około trzynastu kilometrów. Było to możliwe dzięki temu przede wszystkim, że w pierwszych 

background image

dniach niespodziewanego ataku czerwone lotnictwo zapewniało panowanie w powietrzu. Nie 

trwało to  jednak  długo.  Pisze  Antony  Beevor:  „Choć  na  początku  bitwy  siły  republikańskie 

dysponowały  przewagą,  mając  prawie  trzydzieści  myśliwców  w każdym  locie  bojowym,  od 

11  lipca  na  niebie  dominowali  już  nacjonaliści.  Ich  samoloty,  najpierw  junkersy  52,  fiaty 

i heinkle  51,  a potem  niemiecki  Legion  Condor,  niszczyły  osiem  dywizji  republikanów 

skoncentrowanych na niecałych 200 kilometrach kwadratowych nagiej równiny kastylijskiej. 

Pierwszym celem nacjonalistycznych samolotów były rosyjskie czołgi T-26, które na otwartej 

przestrzeni  stanowiły  łatwą  zdobycz.  Po  dwóch  dniach,  kiedy  nacjonaliści  ustalili  już 

maksymalny rytm lotów, republikanom zostało tylko trzydzieści osiem pojazdów pancernych. 

W dzień i w nocy junkersy 52 i heinkle 111 bombardowały linie republikanów do woli. Od 12 

lipca  Legion  Condor  zaczął  wykorzystywać  maszyny  typu  Messerschmitt  109,  prowadzone 

przez pilotów, takich  jak  między  innymi  Adolf Galland, później  jeden z asów drugiej wojny 

światowej. Samoloty chato i mosca nie miały z nimi szans. «Tego dnia można było zobaczyć 

na  niebie  jednocześnie  dwieście  maszyn»  (...).  Jeszcze  raz  się  okazało,  że  niemieccy 

i nacjonalistyczni  piloci  są  o wiele  lepiej  wyszkoleni  i bardziej  przedsiębiorczy  od 

przeciwników.  Nawet  maszyny  heinkel  51,  gorsze  od  radzieckich  samolotów,  powodowały 

większe  straty.  Lotnictwo  nacjonalistów  zaatakowało  Brygady  Międzynarodowe  w pobliżu 

rzeki Guadarramy. Tego dnia poległ Julian Bell, siostrzeniec Virginii Woolf, który przybył do 

Hiszpanii zaledwie miesiąc wcześniej”. 

W wyrwy  wyżłobione  przez  ataki  z powietrza  wlewała  się  włoska  piechota.  Po 

wygranej  przez  nacjonalistów  bitwie  doprowadziło  to  do  zajadłych  kłótni,  komu  przede 

wszystkim zawdzięczać należy zwycięstwo. Rozsądził je sam Franco (vide: Francisco Franco 

SalgadoAraujo,  Franco  au  jour  le  jour,  Paris  1977),  składając  serdeczne  gratulacje  pilotom 

i artylerzystom  niemieckim  z całkowitym  pominięciem  sił  włoskich,  których  bojowość 

określał prywatnie jako „tragiczną”. Tak czy owak, Franco bitwę wygrał i od tej chwili, mimo 

że  wojna  miała  jeszcze  potrwać  prawie  dwa  lata,  żaden  z obiektywnych  obserwatorów  nie 

miał  już większych wątpliwości co do jej ostatecznego wyniku. Wojna skończy  się w marcu 

1939,  ale  już  w listopadzie  1938  opuszczają  Hiszpanię  Brygady  Międzynarodowe.  Liczyły 

one  wtedy  jeszcze  4640  żołnierzy  dwudziestu  dziewięciu  różnych  narodowości,  spośród 

12 673,  którzy  przystąpili  do  walki.  Najwięcej  pozostało  przy  życiu  Francuzów  -  2141, 

następnie Amerykanów - 548, Anglików - 407, Belgów - 347, Polaków - 285, Włochów - 194 

i Szwedów  -  182.  W tym  samym  czasie  Włosi  wycofują  do  domu  niemal  całość  (10 000 

ludzi)  swoich  wojsk  interwencyjnych.  Niemcy  już  wcześniej  zmniejszyli  o 75%  swoje  siły 

lotnicze.  Francuzi,  miotając  się  pomiędzy  „realizmem”  a naciskiem  lewicowej  opinii 

background image

publicznej,  decydują  się  przyjąć  republikańskich  uchodźców,  jednocześnie  jednak  wysyłają 

do  Franco  coraz  bardziej  czołobitne  i przepraszające  deklaracje.  Ich  zwieńczeniem  będzie 

wkrótce,  mające  ugłaskać  nacjonalistów,  wysłanie  do  Hiszpanii  jako  ambasadora  marszałka 

Pétaina  „najgodniejszego  z Francuzów”.  Pomysł  ten  okazuje  się  akurat  chybiony,  gdyż 

Franco źle reaguje na wyniosłe  maniery Pétaina,  ten zaś wpatrzony w legendę Verdun  nisko 

sobie  ceni  „jakiegoś  podrzędnego  generała  z Maroka”.  Chodzi  jednak  o intencje.  Anglicy 

solidaryzują  się  w pełni  z Francuzami,  a niespokojni  o Gibraltar  naciskają  na  nich  o jeszcze 

bardziej ugodową politykę wobec zwycięzców. 

Nadchodzi czas bilansów. Mają one dwa wymiary: stricte militarny i polityczny. Ten 

pierwszy  zdefiniuje  niemiecki  pułkownik  (później  generał)  Ritter  Wilhelm  von  Thoma, 

określając  tragedię  hiszpańską  jako  „laboratorium  nowoczesnej  wojny”.  Chodziło  mu 

o sposób  wykorzystania  broni  pancernej.  Nie  mniej  jednak  doświadczeń  dostarczyło 

Luftwaffe  bombardowanie  Guerniki,  naloty  dywanowe  na  metropolię  kraju  Basków  czy  też 

paraliżowanie  linii  transportowych  za  pomocą  lotnictwa.  Nie  uszło  to  uwagi  oficerów 

radzieckich,  z których  nie  wszyscy  zginęli  w trwających  właśnie  w Moskwie  zbrodniczych 

czystkach.  Jako  anegdotę  dodać  można,  iż  żołnierze  z nacjonalistycznej  Legii 

Cudzoziemskiej, odpierając pod Madrytem kontrataki rosyjskich czołgów, wynaleźli tę broń, 

która później uzyskała, Bóg wie czemu, miano koktajlu Mołotowa. 

Dużo  ważniejsze  były  jednak  konsekwencje  polityczne.  Zarówno  Niemcy,  jak 

i Sowieci  przekonali  się  naocznie  o defetyzmie  i słabości,  w tym  przynajmniej  czasie,  sił 

demokracji zachodnich.  Dało to Hitlerowi przekonanie,  że w razie ataku na Polskę  nie  musi 

się obawiać przeciwdziałania na Zachodzie, Stalinowi,  iż sojusz z demokracjami zachodnimi 

jest  słaby,  niepewny  i skazany  na  niepowodzenie.  Przy  takich  przesłankach  z obu  stron  pakt 

RibbentropMołotow był już defacto podpisany, a klęska Polski przypieczętowana. W myśl tej 

samej  logiki  Włosi  uznali,  że  prędzej  czy  później,  żeby  nie  pozostać  na  marginesie  historii, 

trzeba się zaangażować po stronie silniejszych. Anglicy, grający w tym konflikcie rolę może 

najpodlejszą,  mieli jednak na tyle trzeźwości, żeby zrozumieć,  iż tak Polska,  jak i Francja są 

spisane  na  straty,  w razie  czego  trzeba  więc  oszczędzać  własne  siły  bez  angażowania  się 

w ewentualną  obronę  Warszawy  albo  Paryża.  Wszystko  się  dokonało  w Hiszpanii.  Druga 

wojna światowa mogła się już rozpocząć, acz właściwie już dawno się rozpoczęła. 

Najlepiej  być  może  zrozumiał  to  generalissimus  Francisco  Franco  Bahamonde. 

Sprzymierzył  się  z faszystowskimi  Niemcami  i Włochami.  Jednocześnie  jednak,  co  wiemy 

z wielu  źródeł  (m.in.  David  T.  Cattel,  Communism  and  Spanish  Civil  War,  Berkeley  1955) 

przerażała go zdolność komunistów do mobilizacji międzynarodowych sił, obejmująca nawet 

background image

Niemców  czy  Włochów.  Ani  przez  chwilę  nie  wierzył  więc  w łatwe  zwycięstwo  III  Rzeszy 

nad  Związkiem  Radzieckim,  a starcie  ich  uważał  po  doświadczeniach  hiszpańskich  za 

nieuniknione.  Przynaglany  przez  Hitlera  o włączenie  się  do  wojny  zwlekał,  wynajdował 

tysięczne  preteksty  niemożliwości,  czekał,  kłamał,  prowadził  tajne  rozmowy  z aliantami. 

Uchronił kraj od wojennej grozy i to mu Hiszpania niewątpliwie zawdzięcza. Z drugiej jednak 

strony,  gdyby  nie bunt nacjonalistów 17 lub 18  lipca 1936,  do wojny  światowej  może zgoła 

by  nie  doszło.  Do  tej  chwili  bowiem  w kłamanym  pokerze  mocarstw  nikt  nie  wiedział 

naprawdę,  jakie  karty  ma  w rękach.  Prawda  ta  nie  zawsze  jest  rozumiana.  Piotr  Sawicki 

(Wojna  domowa  1936-1939  w hiszpańskiej  prozie  literackiej,  Warszawa  1985)  pokazuje, 

może  mimo  woli,  jak  iberyjscy  pisarze  nie  zrozumieli  nigdy  do  końca,  a może  ich  to  nie 

obchodziło,  międzynarodowego  charakteru  konfliktu.  Nawet  ci,  którzy  w republikańskim 

organie  „E1  Mono  Azul  -  Alianza  de  Intelectuales  Antifascistac”  głosili  chwałę  pomocy 

zagranicznej  dla  Republiki,  nie  zrozumieli  tego  również.  Tym  bardziej  ani  Ernest 

Hemingway, ani André Malraux. 

A przecież 12 października 1936 ma miejsce na uniwersytecie w Salamance zdarzenie 

symboliczne,  najbardziej  może  patetyczne  w XX  wieku.  Odbywa  się  tu  uroczystość 

z udziałem  episkopatu,  pani  Franco,  kwiatu  generalicji  z Millanem  Astrayem  na  czele.  On 

właśnie  wygłasza  przemówienie  wstępne,  będące  apoteozą  faszyzmu  i zakończone 

okrzykiem: Viva la muerte! Niech żyje śmierć! 

Wtedy podniósł się sędziwy rektor uniwersytetu, filozof i wspaniały pisarz Miguel de 

Unamuno  (jakiejż  niesłychanej  odwagi  to  wtedy  wymagało!)  i odpowiedział:  „Usłyszałem 

tutaj krzyk złowieszczy i wyzuty z sensu: - Niech żyje śmierć! I otóż ja, który strawiłem życie 

na  formułowaniu  paradoksów  głęboko  irytujących  tych,  którzy  ich  nie  rozumieli,  muszę 

powiedzieć  jako  ekspert,  że ten  barbarzyński  paradoks  mnie  brzydzi.  Generał  Millan  Astray 

jest  kaleką.  Mówię  to,  nie  chcąc  być  niegrzeczny.  Jest  kaleką  śmierci.  Niestety,  mamy  dziś 

w Hiszpanii o wiele za dużo kalekich. I będzie ich coraz więcej, jeżeli Bóg nie przyjdzie nam 

z pomocą  (...).  Ta  uczelnia  jest  świątynią  inteligencji  i ja  jestem  jej  kapłanem.  Wy 

profanujecie  to  święte  miejsce.  Owszem,  zwyciężycie,  bo  macie  więcej  zwierzęcej  siły. 

Więcej nawet, niż wam potrzeba. Ale na dłuższą metę nie przekonacie nikogo. Ponieważ żeby 

przekonać,  trzeba  mieć  argumenty.  Żeby  zaś  mieć  argumenty,  potrzeba  tego,  czego  wam 

brakuje: rozumu i prawa”. 

Zapadła  cisza.  Miguel  de  Unamuno  zmarł  w dwa  miesiące  później.  Niczego  nie 

powstrzymał.  Za  chwilę  rozpęta  się  w Europie  szaleństwo,  które  kosztować  będzie  miliony 

i miliony  ofiar.  To  wszystko  zaczęło  się  wtedy,  w Hiszpanii.  Jakże  pięknie  pisze  o tym 

background image

Michel  del  Castro  (Hiszpańskie  czary,  Warszawa  1989).  On  wie,  kiedy  zaczęła  się  groza. 

Wtedy, kiedy krzyknięto: Viva la muerte! 

background image

HOLOCAUST 

Chrystus był Żydem. Maryja była Żydówką. Apostołowie byli Żydami. Jakub czczony 

w Composteli,  do  którego  pielgrzymowało  średniowiecze,  był  Żydem.  Łukasz  Ewangelista, 

który  podług  legendy  miał  namalować  obraz  Jasnogórskiej  Matki  Bożej,  był  Żydem, 

podobnie  zresztą  jak  pozostali  ewangeliści  przypisujący  Mistrzowi  przypowieści  o jawnie 

talmudycznorabinackim charakterze. Szaweł, zanim na drodze do Damaszku stał się Pawłem, 

był Żydem i nikt mu tych jego korzeni nie odbierze. „Stolica Piotrowa” to miasto Żyda Piotra, 

którego  spadkobiercami  są  wszyscy  następni  papieże.  Chrześcijaństwo  w swoim  pniu 

i wszystkich najpotężniejszych konarach wywodzi się z tradycji żydowskiej lub przez Żydów 

pisanej. 

Wyrasta  z tego  nieuchronny  konflikt,  którego  nie  złagodzą  żadne,  hipokryzyjne 

najczęściej  ekumenizmy.  Prawowierni  Żydzi  patrzeć  będą  zawsze  na  dzieje  chrześcijaństwa 

jak  na  historię  jednej  z żydowskich  sekt,  której  się  udało.  I to  jak!  Niech  świadczą  o tym 

stawiane  od  dwudziestu  wieków  kościoły  przepełnione  milionami  ton  bezcennych  kruszców 

i dziełami  sztuki,  bez  których  nie  istniałaby  cywilizacja  europejska,  złote  ołtarze  Sevilli, 

kopuły  carskich  cerkwi,  niezrównana  i wciąż  sprawna  paramilitarna  organizacja  Kościoła 

katolickiego i jego zakonów. W starym dowcipie pada pytanie: Czego nie wie nawet Pan Bóg, 

który  wie  wszystko?  Odpowiedź  brzmi:  gdzie  kończy  się  władza  jezuitów  (w  wersji 

współczesnej  Opus  Dei)  i ile  jest  zakonów  żeńskich.  Wbrew  intencjom  ten  w zamierzeniu 

antyklerykalny  dowcip  świadczy  przede  wszystkim  o potędze  instytucji.  Wobec  tak 

niebywałego  triumfu  jednej  z własnych  sekt  musi  się  w niektórych  przynajmniej  kręgach 

żydowskich  budzić  przerażenie.  Jest  w tym  zapewne  niekiedy  i zawiść,  i zazdrość,  nie  ma 

jednak nienawiści. Tak jak nie nienawidzimy, a tylko boimy się fizycznie silniejszych od nas 

potworów, przed którymi uchować byśmy chcieli nasze żony, dzieci i wnuki. 

Ze  strony  chrześcijańskiej  sytuacja  jest  diametralnie  inna.  Im  bardziej  rośnie  w siłę, 

tym  mniej  chce  zawdzięczać  swoje  cuda,  swój  gotyk  flamboyant,  rząd  dusz  nad  milionami, 

jakimś obcym. I to jakim? Tym czarnym karaluchom, które zgoła dzięki nam istnieją, z tego 

tylko powodu, że pozwalamy im istnieć. Gdyby oni jeszcze pokornie schylili głowy, ukorzyli 

się i uznali, że ich jedyna prawda nie jest żadną prawdą, można by było jeszcze ewentualnie 

rozmawiać,  cóż  jednak  zrobić  wobec  ich  bezczelnej  zatwardziałości.  -  Karać!  Temu  służą 

getta,  wygnania,  palenie  na  stosach,  oskarżenia  o najstraszliwsze  zbrodnie,  zatruwanie 

fontann i studni, mordowanie chrześcijańskich niemowląt, spisek światowy... Tylko że summa 

summarum  nic  to  nie  daje.  Spotykasz  Żydka  upodlonego,  sponiewieranego,  wykluczonego, 

a dalej w jego oczach,  choć on nic takiego nie chciał ci powiedzieć,  widzisz, że to on ci dał 

background image

dekalog,  Biblię,  ewangelię.  Można  mu  oczywiście  te  bezczelne  oczy  wyłupać,  ale  to  też 

niczego  nie  zmieni.  Tak  narodził  się  antysemityzm  metafizyczny,  niemający  już  nic 

wspólnego z rzeczywistością: ekonomią, socjologią i polityką. Żyd stał się koszmarem, złym 

snem,  przypomnieniem  tego,  cośmy  z takim  wysiłkiem  zakłamali  („Żydzi  zabili  pana 

Jezusa”).  Ten  antysemityzm  nie  potrzebuje  już  uzasadnień  ani  nawet  pretekstów,  jego 

metafizyka czai się w głębi szarych komórek, które trzeba tylko uwolnić z czaszki i nadać im 

rangę słuszności. W epoce racjonalizmu (za którą uważamy nasze czasy) jest nie do przyjęcia 

uznanie,  iż nienawiść może nie mieć żadnych praktycznych, rzeczowych przyczyn, że jakieś 

całkowicie  irracjonalne,  uśpione  miazmaty  kompleksów,  zagrożenia  naszego  poczucia 

wyższości mogą obrodzić ZŁEM w całej jego diabelskiej postaci. Mówił Cendrars, iż nie wie, 

czy Bóg istnieje, ale diabeł na pewno, gdyż widział jego dzieła. Dziś może nas to śmieszyć - 

jego doświadczeniem były tylko okopy pierwszej wojny światowej, w której co prawda stracił 

rękę, ale à la guer re, comme à la guerre - qu’est ce que vous voulais - pisał jego późniejszy 

wielbiciel  Jacques  Prévert  („Na  wojnie  jak  to  na  wojnie,  a czego  niby  mielibyśmy 

oczekiwać”).  Tenże  Jacques  Prévert  w gruncie  rzeczy  nie  wierzy  Cendrarsowi  ani  przez 

chwilę. Jego pesymizm był dla niego nie do przyjęcia. Musiał być bezsensowny, niemożliwy 

w ramach zasadniczego przekonania, iż: „Człowiek, to brzmi dumnie”. Uległ temu złudzeniu 

(przynajmniej częściowo) także tak wielki myśliciel i historyk jak Leon Poliakov (Histoire de 

l’antisémitisme,  Paris 1955, 1961, 1981; Breviaire de la haine, Paris 1951), który w Historii 

antysemityzmu  poświęca  piętnaście  stron  antysemityzmowi  przedchrześcijańskiemu.  Na 

szczęście  to  tylko  0,15%  jego  dzieła.  Jakby  nie  pojął  różnicy  między  doskonale  znaną 

w etnologii  immanentną  konfrontacją  swójobcy  (vide  znakomite  pisma  Zbigniewa 

Benedyktowicza)  a nienawiścią  metafizyczną.  Podobnie  Arthur  Hertzberg  (Les  origines  de 

lantisemitisme  moderne,  Paris  2004)  wie  doskonale,  że  nie  ma  żadnego  „współczesnego 

antysemityzmu”,  chociaż  zawiera  go  w tytule.  Pokazuje  tylko,  jak  szacowni  myśliciele 

nowożytnej  Europy  usiłowali  uzasadnić  czarną  chmurę  szaleństwa  albo  się  przeciwstawiać 

argumentom  jej  apologetów.  Nie  zdaje  sobie  sprawy,  iż  w tym  momencie,  acz  oczywiście 

potępia  podszczuwaczy,  bierze  jednak  udział  w obscenicznym  dialogu.  Kończy  książkę 

stwierdzeniem, iż „wszystkie dyskusje o «problemie żydowskim» były poruszane już w 1791. 

Niestety nie mogły już one zapobiec tragedii”. Chciałoby się powiedzieć, i byłoby to znacznie 

uczciwsze,  że  owe  „dyskusje”  miały  już  miejsce  w co  najmniej  XIIXIV  wieku,  choćby 

w czasach, kiedy Filip Piękny wyrzucał Żydów z Francji, a Izabela Katolicka posyłała na stos 

niedostatecznie nawróconych (jeszcze jedna kategoria metafizyczna). 

W 1998  ukazała  się  w USA,  już  trzy  lata  później  przetłumaczona  na  język  polski, 

background image

książka  Rona  Rosenbauma  (Wyjaśnianie  Hitlera,  Warszawa  2001).  Nie  wiem,  czy  często 

zdarzało mi się czytać coś z większym obrzydzeniem. Nie chodzi mi o obszernie cytowanego 

Davida  Irvinga,  który  jak  wiadomo  dowodzi,  iż  Hitler  nie  miał  z mordowaniem  Żydów  nic 

wspólnego,  a nawet  zgoła  nic  o tym  nie  wiedział.  Inni  autorzy  usiłują  znaleźć  racjonalne 

oczywiście  motywacje:  freudowskie,  ekonomiczne,  rodzinne,  socjologiczne  i tylko  czytelnik 

tej książki wie, jakie jeszcze. Autorom skrzykniętym przez Rosenbauma nie przychodzi jakby 

do  głowy,  że  można  być  szlachetnym  Aryjczykiem  (sumuję  argumenty)  zarażonym  przez 

żydowską  prostytutkę  syfilisem,  wyrzuconym  z pracy  i wyśmiewanym  przez  Żydów, 

niedocenionym  przez  żydowskich  krytyków  sztuki,  przyglądającym  się  ze  wściekłością,  jak 

Żyd  kupuje  mieszkanie,  o którym  on  marzył  od  lat.  Tyle  że  z tego  jeszcze  nie  wynika 

i w żadnym przypadku wynikać nie może wniosek, iż należy wymordować wszystkich Żydów 

z dziećmi  i noworodkami  włącznie.  Tymczasem  Ron  Rosenbaum  wdaje  się  w najzupełniej 

dżentelmeńską  dyskusję  z Davidem  Irvingiem.  A ten  mu  mówi  bez  cienia  zażenowania:  „W 

moim rozumieniu zbrodnią nie było zabijanie Żydów. Było nią zabijanie niewinnych Żydów”. 

Oznacza  to,  że  byli  Żydzi  winni  (na  skalę  masową,  Irvingowi  nie  chodzi  przecież 

o indywidualne  przypadki  kryminalistów  czy  gwałcicieli,  których  znaleźć  można  w każdym 

narodzie) i niewinni. Czemu jednak byli winni owi Żydziwinni? Irving nie odpowiada wprost: 

„Przestępczość nie ulega kwestii - przyznaje. - Zabito niewinnych ludzi (...). Jeśli wsadza się 

kogoś  do  obozu,  gdzie  prawdopodobnie  umrze  na  tyfus,  to  także  jest  zbrodnia,  choć  nie 

morderstwo. Anna Frank umarła na tyfus. Nie została zamordowana (...). I jeśli piszę książkę 

o Adolfie  Hitlerze,  muszę  rozgrzeszyć  go  z tej  szczególnej  zbrodni.  Ponieważ  nie  była  to 

zbrodnia  -  jak  to  się  mówi?  -  z premedytacją.  Podobnie  zresztą  jak  śmierć  tych  wszystkich 

ludzi,  którzy  umarli  z głodu  w Buchenwaldzie  pod  koniec  wojny.  Telewizja  uwielbia 

pokazywać nam te wychudzone trupy. Ale to nie były mordy z premedytacją”. 

Jeżeli  jednak  Anna  Frank  (Journal  de  Anne  Frank,  Paris  1950,  wydanie  polskie 

Dziennik  Anny  Frank,  Warszawa  1957)  znalazła  się  w obozie  koncentracyjnym 

BergenBelsen, to  widocznie  musiała należeć  do Żydówwinnych.  A czego była winna? Tego, 

że była Żydówką. I tak zamyka się koło obłędu rozumowania Davida Irvinga. Nie tylko jego 

jednak.  Wielu  z pozostałych  rozmówców  Rona  Rosenbauma  nie  przyznałoby  się  nigdy  do 

interferencji z tezami Irvinga. Kiedy mowa jednak o motywach ekonomicznych, społecznych, 

religijnych,  ba  -  medycznych  nawet,  zawsze  pojawia  się,  nigdy  zresztą  niedopowiedziana, 

owa  szaleńcza  opozycja:  Żydziwinni,  Żydziniewinni  i cienie  milionów  podobnych  Annie 

Frank muszą pytać: A my? 

Holocaust poprzedziło wiele zbrodni w dziejach, które z dzisiejszego punktu widzenia 

background image

trudno  by  było  zakwalifikować  inaczej  niż  jako  ludobójcze.  Nie  ma  się  nawet  po  co 

odwoływać do Czyngischana, Tamerlana czy wyniszczenia Indian Ameryki Północnej. Mamy 

przykłady tuż obok, na naszym „cywilizowanym” starym kontynencie i jego obrzeżach. Niech 

to będą chociażby: eksterminacja Katarów przez królów Francji ze świętym Ludwikiem IX na 

czele,  działania  krzyżackie  na  Żmudzi,  wiele  ekscesów  wojen  religijnych,  rzeź  Ormian 

dokonana przez Turków podczas pierwszej wojny światowej... Za każdym razem  natrafiamy 

jednak na dwie zasadnicze i nieprzekraczalne granice. 

Po  pierwsze  mieliśmy  tu  zawsze  do  czynienia  z wybuchem  religijnego  czy  też 

narodowościowego  uzasadnienia.  Kiedy  Szymon  de  Montfort  wymordowuje  Katarów, 

„wojna - pisze Zbigniew Herbert - od dawna przestała już być wyprawą przeciw heretykom, 

a stała  się  wielka  batalią  Północy  z Południem,  wojną  narodów”.  Kiedy  Turcy,  nawet 

z udziałem  jednostek  wojskowych,  masakrują  Ormian,  są  przekonani,  że  zabijają 

sprzymierzeńców  wrogich  Rosjan,  czyli,  jak  by  powiedział  generalissimus  Franco,  „piątą 

kolumnę”.  Krew  leje się po ulicach,  nienawiść wykrzywia twarze napastników i przeżera  im 

serca.  W żadnym  z tych  wypadków  nie  mamy  porównywalnego  z holocaustem 

administracyjnego,  chłodnego  planowania.  Mamy  opętanych  nienawiścią  Szymonów  de 

Montfortów,  zaczadzonych  teologią  mnichów  katolickich  czy  pastorów  protestanckich  - 

zwyrodniałą  dzicz  przerażoną  każdym  innym,  obcym,  podejrzanym.  Nie  ma  tutaj  miejsca, 

powtórzmy, dla państwowego planowania, dla chłodnych Eichmannów (vide: David Cesarini, 

Eichmann,  jego  życie  i zbrodnie,  Warszawa  2008),  dla  których  jest  to  wszystko  elementem 

buchalterii.  Przed  sądem  w Jerozolimie  powtarza  wciąż  Eichmann,  iż  nigdy  nie  był 

antysemitą,  wręcz  przeciwnie  -  fascynowała  go  kultura  żydowska  i dlatego  został  powołany 

na  stanowisko  eksperta.  I w jakiejś  mierze  -  to  jest  właśnie  najstraszniejsze  -  można  mu 

uwierzyć.  W końcu  1941  przyjechał  Eichmann  do  Mińska,  gdyż  kazano  mu  obejrzeć 

egzekucję  na  własne  oczy.  W Mińsku  rozstrzeliwało  się  Żydów.  „W  charakterystyczny  dla 

siebie  sposób  Eichmann  twierdził,  że  przyjechał  zdezorientowany  i błąkał  się,  aż  znalazł 

jakiegoś dowódcę, który przyprowadził go na miejsce. Spędził tam noc, ale następnego ranka 

zjawił się zbyt późno, aby być świadkiem zaplanowanego masowego rozstrzeliwania. Widział 

tylko  ludzi  z SS  Totenkopf  wchodzących  w skład  einsatzkommanda  mordującego  Żydów 

w dole  wykopanym  w ziemi.  I znowu  podczas  przesłuchania  Eichmann  mówi,  że  był 

wstrząśnięty:  «Kiedy  się  tam  znalazłem,  zobaczyłem  młodych  strzelców  -  sądzę,  że  byli  to 

strzelcy  -  z patkami  kołnierzowymi  z Totenkopf,  strzelających  do  wykopanego  dołu,  może 

cztery  albo  pięć  razy  większego  od  tego  pokoju.  Może  był  większy,  powiedzmy  sześć  albo 

siedem  razy.  Ja...  ja...  nie  można  polegać  na  mojej  orientacji,  bo  obserwowałem  to,  nie 

background image

myśląc.  O niczym  nie  myślałem»„.  Nie  myślał  o faktach  (tutaj  wierzy  mu  nawet  Hannah 

Arendt, Eichmann w Jerozolimie, Kraków 2004), może bardziej o suchym arkuszu papieru, na 

którym  będzie  musiał  wykaligrafować  swój  odnośnik  do  kwestii.  Tak  samo  postrzegał  go 

Robert  Badinter,  świadek  w procesie  (Samuel  Blumenfeld,  Badinter,  témoin,  „Le  Monde” 

z 9.04.2011). Cienia emocji. On się naprawdę czuł, i chłopcy z Totenkopf przypuszczalnie tak 

samo,  jak obojętny trybik w wielkiej  maszynie,  w której nie  ma  miejsca na uczucia,  są za to 

premie  za  ulepszanie  funkcjonowania  systemu,  obojętne,  jakiego  systemu.  Ale  to  tylko 

pierwszy  aspekt rzeczy.  Wraz  z drugim  powracamy  do  punktu  wyjścia.  Do  dręczącego  niby 

racjonalnego pytania, które poniekąd ciśnie się samo na usta: dlaczego? 

I tutaj - to właśnie owo „po drugie” - zgodzić się muszę w stu procentach z Jacquesem 

Lanzmannem. Nie ma odpowiedzi na takie pytanie, gdyż nie wolno takiego pytania postawić. 

Niech  się  złoszczą  pseudoracjonaliści,  intelektualiści  i mędrcy,  ale  pytanie  „dlaczego?” 

zawiera  już  złowrogą  odpowiedź,  iż  „dlaczegoś”.  Niech  będzie  ona  nawet  cząstkowa, 

pozbawiona  proporcji  między  skutkami  i następstwami,  ale  już  sączy  nam  w serca  i umysły 

jad, iż coś racjonalnego, przedmiotowego było na rzeczy. A jeśli tak, to w końcu jest również 

cząstkowe, ulotne, wszelako w jakiejś tam mierze usprawiedliwienie. Jakże boleśnie dało się 

to odczuć w przypadku mordu w Jedwabnem. Bo. Żydzi współpracowali z bolszewikami. Nie 

ma  na  to  żadnych  dowodów,  ale  nawet  gdyby,  w czym  to  dotyczy  dzieci  żydowskich?  Bo... 

panoszyli  się  -  również  żadnych  dowodów, tym  bardziej  dotyczących  dzieci.  Bo... to  Żydzi. 

I to  jest  właśnie  ten  jedyny  prawdziwy  argument  zwieńczony  kilkudziesięcioma  ludźmi  (z 

dziećmi  włącznie)  skwierczącymi  żywcem  w podpalonej  przez  sąsiadów  stodole.  Nie  ma 

w tym  żadnej  specyfiki  polskiego  antysemityzmu.  Przeciwnie,  Polska  jest  bodaj  pierwszym 

krajem  (nie  wliczam  Niemiec),  w którym  znaczna  część  społeczeństwa  zdobyła  się  na 

uderzenie  w piersi  i ustami  prezydenta  przeproszenie  za  współudział,  jakkolwiek  był  on 

marginalny.  Tymczasem  w innych  państwach  działy  się  (przynajmniej  pod  względem 

ilościowym)  rzeczy  nieporównywalnie  straszniejsze.  Faszyzujące  organizacje  ukraińskie 

realizowały holocaust Żydów i przy okazji Polaków na własną rękę (Edward Prus, Holocaust 

po  banderowsku,  Wrocław  1995).  Nawet  przechodząca  wyobraźnię  zbrodnia  w Babim  Jarze 

koło  Kijowa  działa  się  przy  pewnym  udziale  milicji  ukraińskich.  W Rumunii  Niemcy  omal 

nie musieli interweniować. Miejscowa ludność zachęcana przez służby bezpieczeństwa sama 

sobie dała radę z mordem Żydów. Podobnie na Łotwie, częściowo na Litwie, Słowacji czy na 

Węgrzech. Hannah Arendt wymienia cztery tylko kraje, w których Żydzi spotkali się z realną 

pomocą: Danię (tam akurat  było najłatwiej wobec bliskości  neutralnej Szwecji), Holandię (a 

kto  wydał  Annę  Frank?),  Włochy  (do  upadku  Mussoliniego)  i Bułgarię,  dla  społeczeństwa 

background image

której nie ma rzeczywiście wystarczających słów uznania. Jeśli patrzeć na mapę Europy, są to 

odpryski.  Korpus  kontynentu  został  w najlepszym  wypadku  (jak  np.  Anglicy)  znakomicie 

obojętny,  uznając  priorytet  zwycięstwa  militarnego,  które  przy  okazji  załatwi  te  wszystkie 

sprawy. 

O holokauście  napisano  już  bibliotekę.  Dlaczego  więc  ma  miejsce  w mojej  antologii 

„historii niedocenionych”? Znowu z dwóch powodów. Po pierwsze, we wszystkich procesach 

„narodowych”  morderców  Żydów  (jak  w Jedwabnem)  powtarzano  argument  o ”niemieckim 

przyzwoleniu”.  Cóż  to  jednak  znaczy  „przyzwolenie”?  To  nawet  mniej  niż  zachęta. 

Administracyjny holocaust był może zjawiskiem najpotworniejszym w nowożytnych dziejach 

Europy.  Stanowił  jednak nie tylko najpodlejsze z działań III  Rzeszy.  Był także zarazą, którą 

zakaziły się (albo chciały się zakazić)  miliony. Podstępnym wirusem żrącym umysły i serca, 

na który nadal nie wynaleziono szczepionki. Lanzmann ma rację: zarazą metafizyczną. 

W sierpniu  1944  Heinricha  Himmlera  „spotkał  niemiły  obowiązek  zawiadomienia 

dowódcy  dywizji  «Das  Reich»,  Gruppenführera  Waltera  Krügera,  że  nie  może  udzielić  jego 

córce  Elizabeth  pozwolenia  na  ślub  ze  Sturmbannführerem  SS  Klingenbergiem  (Pater 

Patfield,  Himmler,  Reichsfürer  SS,  Iskry,  Warszawa  2002).  Powodem  był  fakt,  że  drzewo 

genealogiczne żony Krügera ujawniało żydowskie korzenie z 1711 roku. 

Chociaż  było  możliwe,  że  potomstwo  zostało  poczęte  poza  małżeństwem,  jednak 

skoro wszystkie osoby zainteresowane już nie żyły, doszedł do wniosku, że niepodobna tego 

dowieść.  W końcu  października,  po  otrzymaniu  podania  złożonego  przez  żonę  Krügera, 

napisał do Gottloba Bergera, że «po bardzo trudnej walce wewnętrznej, wielu wątpliwościach 

i wbrew  własnym  przekonaniom»  (...)  nie  może  jednak  zmienić  swojej  decyzji  co  do  jego 

córki.  Podobną  decyzję  podjął  w grudniu,  kiedy  skierowano  do  niego  trzy  podania 

o udzielenie  zgody  na  zawarcie  związku  małżeńskiego,  jedno  od  podoficera  i dwa  od  braci, 

którzy  byli  podoficerami  -  wszyscy  trzej  mieli  wspólnego  przodka  nazwiskiem  Abraham 

Reinau, urodzonego w 1663 jako Żyd, a ochrzczonego w 1685 roku”. To wszystko pomimo iż 

szef Biura  Ras,  Standartenführer profesor  doktor Bruno Kurt  Schultz ustalił,  iż chromosomy 

pochodzące od Żydów znikają w trzecim pokoleniu.  Czy Schultz swoimi pseudonaukowymi 

bredniami  starał  się  jakoś,  choćby  w minimalnej  mierze,  ograniczyć  zasięg  antysemickiego 

mitu,  czy  też  wierzył  szczerze  w swoje  teorie,  nie  ma  to  najmniejszego  znaczenia.  Tak  czy 

owak,  niczego  nie  wskórał.  Kiedy  Tadeusz  Mazowiecki  jako  kandydat  na  prezydenta  był 

pomawiany  o żydowskie  pochodzenie,  nadgorliwy  biskup  płocki  oświadczył,  iż  posiada 

dokumenty  świadczące  o aryjskości  i katolicyzmie  Mazowieckiego  od  XVII  wieku.  -  No 

dobrze, odparli oponenci, ale co było przedtem? W jednych środowiskach opowiadano to jako 

background image

żart, w innych brano najzupełniej  na serio.  Najkoszmarniejsze  jest to, iż  biskup w najlepszej 

woli  był  przekonany,  iż  wybiela  Mazowieckiego  ze  straszliwej  plamy,  czyli  de  facto 

całkowicie sprzymierzał się z ”oskarżycielami”. 

Antysemityzm,  metafizyczny  antysemityzm  wykreował  holocaust,  ale  męczeństwo 

holocaustu zamiast przynieść  mu kres,  tylko go zepchnęło w niektórych społeczeństwach  na 

margines poprawności konwersacyjnej. Gdy tylko nikt nie patrzy, hydra znów podnosi jedną 

z głów.  W tym  sensie  jest  holocaust  zdarzeniem  niedocenionym,  iż  nie  tylko  wyrósł  ze 

starych ziaren, ale i posiał nowe. A tak jak kiedyś i zawsze nikomu nie pali się do wyrywania 

chwastów.  Robota  to  bowiem  trudna,  niewdzięczna,  kłująca,  a w końcu  może  i nas  nie 

dotyczy, bośmy od Jafeta, nie Sema, a chłopstwo od Chama. 

background image

DEKOLONIZACJA 

Podług  złośliwej  rosyjskiej  anegdoty,  kiedy  w 1842  postanowiono  wybudować  linię 

kolejową  łączącą  Moskwę  z Petersburgiem,  usłużni  urzędnicy  przyszli  do  Mikołaja  Iz 

zapytaniem, kędy ma ona przebiegać. Car wziął linijkę i wykreślił prostą linię między dwiema 

stolicami  cesarstwa.  Że  jednak  za  daleko  wystawił  palec,  na  mapie  znalazł  się  jego  obrys. 

Stąd wybrzuszenie linii nieopodal Okułówki. 

Historia  ta  pasowałaby  jak  ulał  do  wyznaczających  granice  swoich  afrykańskich 

włości  dyplomatów  i geodetów  kolonialnych  mocarstw.  Nie  czym  innym  niż  wynikiem 

przyłożenia  linijki  są  np.  południowe  granice  Algierii,  granice  między  Egiptem  i Libią, 

Mauretanią  i Mali,  Libią  i Czadem,  Egiptem  i Sudanem  etc.  Najogólniej  kolonialny  podział 

Afryki odbywał  się,  oprócz linijki,  podług dwóch jeszcze zasad: 1. Beatus,  qui  tenet. Dokąd 

sięgały  wpływy  faktorii  handlowych  poszczególnych  państw  europejskich,  dokąd  pierwsi 

dotarli  swoi  odkrywcy,  gdzie  kto  zdążył  umieścić  posterunki  wojskowe.  2.  Niekiedy 

uznawano tzw.  granice  naturalne:  łańcuchy  górskie,  pasma  nieprzebytej  dżungli,  najczęściej 

zaś  rzeki,  co  zresztą  spowodowało  od  samego  początku  ostre  spory  między  kolonizatorami 

o prawo  spływu  nimi,  przynależność  wysepek  itp.  Ponieważ  woda  była  niezwykle  ważna, 

więc  aby  uzyskać  dostęp  do  większych  akwenów,  niemiecki  Kamerun  wydłużył  się  wąską 

macką  do  jeziora  Czad,  a belgijskie  Kongo  przedziwną  odnogą  przez  terytorium  brytyjskiej 

Rodezji  Północnej  sięgnęło  do  jeziora  Bangweulu.  Jednego  tylko  nikt  nie  brał  ani  przez 

chwilę pod uwagę. Bagatela! - afrykańskich stosunków etnicznych. Trudno się zresztą dziwić. 

Lewis Henry Morgan (1818-1881), uchodzący obok Edwarda Burnetta Tylora (1832-1917) za 

twórcę  naukowej  etnologii  i będący,  w drugiej  połowie  XIX  wieku,  powszechnie  uznawaną 

wyrocznią  w tej  dziedzinie  (wywarł  między  innymi  wielki  wpływ  na  koncepcję  Fryderyka 

Engelsa),  pisał  w Ancient  society  (New  York  1877,  tłumaczenie  polskie  Społeczeństwo 

pierwotne,  Warszawa  1887):  „W  Afryce  spotykamy  mieszaninę  dzikości  z barbarzyństwem. 

Sztuki  i wynalazki  pierwotne  przeważnie  zaginęły,  skutkiem  wyrobów  i sprzętów 

sprowadzonych  z zewnątrz,  ale  dzikość  w formach  najniższych  aż  do  ludożerstwa 

i barbarzyństwa  również  w formach  takichże,  przemagają  w części  większej  lądu.  Plemiona 

z wewnątrz  lądu  bliżej  stoją  kultury  tuziemnej  i stanu  normalnego,  lecz  w ogóle  AFRYKA 

JEST JAŁOWYM POLEM DLA ETNOLOGII” (podkreślenie - L.S.). Edward B. Tylor stara 

się  nie  uogólniać  aż  tak  bardzo.  W jego  najważniejszym  dziele  Primitive  culture  (London 

1871,  tłumaczenie  polskie  Cywilizacja  pierwotna,  Warszawa  1896)  czytamy:  „Na  stałym 

lądzie Afryki część cieniów przodków uwydatnia się silnie i jest ściśle określona”. Albo: „W 

Afryce  Zachodniej  część  mar  przybiera  dwie  zupełnie  różne  postacie.  Z jednej  strony 

background image

widzimy  Murzynów  Gwinei  Północnej,  umieszczających  dusze  zmarłych  w rzędzie  dobrych 

lub  złych  duchów,  stosownie  do  ich  usposobienia  za  życia  i czczących  złe  duchy  tym 

gorliwiej,  że  strach  działa  na  nich  silniej  niż  miłość;  z drugiej  strony  widzimy  krajowców 

Gwinei Południowej, szanujących starców za życia, a czczących ich, gdy śmierć uczyniła ich 

wszechmocnemi”.  To  już  znacznie  lepiej.  Tylor  zauważa,  że  w Gwinei  (używa  zresztą  tego 

określenia  w sensie  znacznie  szerszym  niż  dzisiejsze  państwa  Gwinea  i Gwinea  Bissau, 

obejmując  całe  północne  wybrzeża  Zatoki  Gwinejskiej  i zachodnią  Afrykę  nadatlantycką  aż 

po  dzisiejszy  Senegal)  żyją  plemiona  mające  zupełnie  odrębne  wierzenia  i kulturę.  Tyle  że 

nawet  w wąsko  pojętej  Gwinei  żyje  różnych  ludów  kilkanaście  -  po  kilka  na  północy 

i południu  -  i doprawdy  trudno  dociec,  o które  Tylorowi  chodzi.  Milowym  krokiem 

w rozróżnianiu kultur  i ludów są prace Leo Viktora Frobeniusa (1873-1938) z Der Ursprung 

der afrikanischen Kulturen (Berlin 1898) na czele. Wszelako i on, również w swoich tekstach 

z lat  trzydziestych,  posługuje  się  w kwestiach  etnicznych  dość  generalnymi  zbitkami,  gdyż 

woli  z reguły  posługiwać  się  kategoriami  geograficznymi:  mieszkańcy  takiego  a takiego 

regionu, co zawsze obejmować może najzupełniej sobie obce grupy. Cóż dopiero mówić w tej 

sytuacji o krojących Afrykę politykach... 

Zresztą już samo pojęcie „grupy etnicznej” nie jest w Afryce łatwe do zdefiniowania. 

Znakomity  etnolog  (z  wykształcenia  również  prawnik  i historyk)  Jean  Poirier  proponuje 

przyjęcie  czterech  podstawowych  kryteriów,  które  spełnione  jednocześnie  pozwalają 

wyodrębnić  specyficzną  jakość  etniczną  (Ethnies  et  culture,  w:  Ethnologie  régionale,  1.1, 

Paris  1972):  1.  „Wspólnota  pamięci”  -  odwoływanie  się  do  tej  samej  przeszłości,  choćby 

i mitycznej,  przyznawanie  się  do  wspólnego  pochodzenia.  2.  „Wspólnota  wartości”  - 

używanie  tych  samych  symboli,  kodów,  przestrzeganie  lub  przynajmniej  posiadanie 

świadomości  zbliżonych  tabu  etc.  3.  „Wspólnota  imienia”  -  przyznawanie  się  do  pewnej 

wspólnej  nazwy.  My  jesteśmy  X  w przeciwieństwie  do  innych,  którzy  X  nie  są.  4. 

„Wspólnota  aspiracji”  -  kryterium  najważniejsze  -  „chodzi  o chęć  pozostawania  w tej  a nie 

innej  wspólnocie,  przekonania  (obojętne  -  prawdziwego  czy  fałszywego  z punktu  widzenia 

nauki)  o oryginalności  własnej  grupy,  inaczej  mówiąc,  chodzi  o świadomość  grupową.  Oto 

zasadnicze  kryterium  wyodrębnienia,  wyrastające  oczywiście  z trzech  pierwszych,  ale  też 

wyrastające ponad nie”. 

Problem  w tym,  że  liczbę  tak  zdefiniowanych  „grup  etnicznych”  można  w Afryce 

szacować na co najmniej trzy tysiące. Na samym Wybrzeżu Kości Słoniowej znajdziemy ich 

więcej  niż  sto.  Zespół  uczonych  radzieckich  pod  kierownictwem  S.I.  Bruka  i W.S. 

Apenczenki,  rysując etniczne  mapy  Afryki (Atłas narodow mira,  Moskwa 1964), ograniczył 

background image

się  do  najobiektywniejszego  wydawałoby  się  kryterium  językowego.  Uzyskał  dzięki  temu 

grup  „tylko”  dwieście  jeden.  Z prac  Roberta  Cornevina  (m.in.  Histoire  des  peuples  de 

l’Afrique  noire,  Paris  1962)  wynika,  że  odliczając  Afrykę  Północną,  w ”czarnej”  części 

kontynentu  trzeba  odróżnić  przynajmniej  sto  grup  spełniających  wymogi  definicji  narodu. 

Grupy  te  nie  mają  przy  tym  nic  wspólnego  z istniejącymi  tam  z nadania  Europejczyków 

organizmami 

państwowymi. 

Jeżeli 

słyszymy 

dzisiaj 

samookreślenia: 

„Jestem 

Nigeryjczykiem”,  „jestem Togolańczykiem”,  „jestem  Kenijczykiem” etc., wyznacza  to tylko 

geograficzne  miejsce  pochodzenia  i ewentualnie  sztandar,  pod  którym  na  imprezach 

sportowych  startują  również  moi  rodacy.  Ale  już  w tym  drugim  przypadku  sprawa  nie  jest 

wcale  taka  prosta.  Na  przykład  członkowie  plemienia  Fulbe,  odznaczającego  się  wysoką 

świadomością grupową, są rozrzuceni po dwunastu krajach Afryki ŚrodkowoZachodniej, przy 

czym  w Gwinei  stanowią  oni  40,3%  ogółu  obywateli,  w Senegalu  23,3%,  w Mali  13,9%, 

w Nigerii  10,3%,  a już  w Sierra  Leone  tylko  niecały  1%.  Czy  rzeczywiście  Fulbe  ze  Sierra 

Leone  będzie  kibicować  reprezentacji  swojego  przypadkowego  obywatelstwa,  czy  może 

bardziej  Gwinei?  Podobna  jest  sytuacja  w przypadku  Songajów  podzielonych  granicami 

między  Mali,  Niger  i Burkinę  Faso,  tak  jak  co  najmniej  kilkunastu  innych  czarnych  ludów. 

Dla kolonialnych kartografów rzeka Ubangi stanowiła wymarzone rozgraniczenie posiadłości 

belgijskich (Kongo) od francuskich (Francuska Afryka Równikowa). To że rozcinała ona na 

pół  terytoria  zamieszkane  po  obu  stronach  rzeki  przez  Azandów,  nikogo  oczywiście  nie 

obchodziło.  Potem  skończył  się  kolonializm,  granice  zostały.  Jedna  trzecia  Azandów  żyje 

w Republice  ŚrodkowoAfrykańskiej,  dwie  trzecie  w Zairze.  Państwa  te  za  bardzo  się  nie 

kochają  i w związku  z tym  są  jak  najdalsze  od  ułatwiania  przepraw  przez  nurty  Ubangi. 

W warunkach  podobnego  przepołowienia  żyją  słynni  Masajowie  (w  Kenii  i Tanzanii), 

Bakongo  w Zairze  i Kongo,  MoruMadi  w Ugandzie,  Zairze  i Sudanie,  kilkadziesiąt  innych 

plemion  vel  narodów.  Z kolei  liczne  państwa  afrykańskie  skupiają  na  swoich  ziemiach  ludy 

niemające  ze  sobą  nic  wspólnego  kulturalnie,  językowo  czy  religijnie,  a często  od  wieków 

pozostające  w konflikcie  i tradycji  wzajemnej  nienawiści.  Dlaczego  tak  się  stało?  Dlaczego 

kolonialny podział Afryki nie podległ żadnym korektom w momencie przyznawania narodom 

afrykańskim niepodległości przez Europejczyków? 

Wpłynęły  na  to  trzy  co  najmniej  okoliczności.  Po  pierwsze,  chociaż  rok  1960 

wyznacza  przyjętą  w podręcznikach  szkolnych  cezurę,  proces  dekolonizacji  nie  odbywał  się 

równomiernie, a istotne były tutaj nawet minimalne różnice chronologiczne. Weźmy pierwszy 

z rzędu  przykład.  W 1959  Francja  zgadza  się  na  uznanie  niepodległości  Gwinei,  a w 1960 

Senegalu  -  dwóch  dosyć  sztucznie  wydzielonych  prowincji  Francuskiej  Afryki  Zachodniej. 

background image

Między tymi dwoma nowo powstającymi państwami rozłożyła się jednak portugalska Gwinea 

Bissau,  którą  opuszczą  Portugalczycy  dopiero  w 1973,  a w terytorium  Senegalu  wbita  jest 

angielska  Gambia  (niepodległość  w 1965).  Z kolei  między  Gwineę  francuską  i Liberię 

wklinowane  jest  jeszcze  angielskie  Sierra  Leone,  które  wyzwoli  się  w 1961.  W momencie 

powstawania  każdego  z tych  państw  jedne  jego  granice  były  już  ustalone  uprzednimi 

decyzjami dekolonizacyjnymi, inne jeszcze kolonialne, też nie nienaruszalne bez specjalnych 

traktatów  europejskich  mocarstw,  na  których  zawieranie  nie  miały  one  czasu  ani  ochoty. 

Uzyskujemy w ten sposób takie na przykład dziwolągi, jak Republika Gambii, ściśnięta z obu 

stron przez macki Senegalu, odbierająca mu jednak na długości 350 km dostęp do wód rzeki 

Gambii, wzdłuż której, po obu jej stronach, osiedlali się od XV wieku portugalscy handlarze 

niewolników,  dopóki  nie  przepędzili  ich  i nie  przejęli  interesu  Anglicy.  Etnicznie  nic  nie 

wyróżnia Gambii od otaczającego ją Senegalu, poza faktem, że spuścizną władzy kolonialnej 

jest u jednych język angielski, a u drugich francuski, toteż uciekający z Gambii po kolejnych 

zamachach  stanu  czy  wprowadzeniu  muzułmańskiego  szariatu  kierują  się  częściej  do 

angielskojęzycznego Sierra Leone niż do najbliższego Senegalu. 

Po  drugie  ekonomiści  i politycy  europejscy  uznali,  iż  zezwolenia  na  tworzenie  się 

państw  narodowych  dla  najliczniejszych  nawet  i zamieszkujących  zwarcie  ludów 

afrykańskich  stanowiłoby  niebezpieczny  precedens.  Które  ludy  można  bowiem  uznać  za 

wystarczająco  liczne  i ukształtowane,  by  uznać  ich  marzenie  niepodległości?  Gdzie  jest 

granica?  Po  ustąpieniu  raz  w takiej  kwestii  trzeba  byłoby  stanąć  nieuchronnie  wobec 

rewindykacji  licznych  plemion,  które  nie  byłyby  w stanie  stworzyć  samowystarczalnych 

organizmów  państwowych,  a których  ewentualne  powstawanie  siałoby  chaos,  anarchię 

i niewydolność  ekonomiczną  w skali  kontynentu.  Argument  dość  logiczny,  chociaż  kiedy 

trzeba, jak w przypadku Kosowa czy Czeczenii, z łatwością koniunkturalnie zapominany. 

Po  trzecie  i najważniejsze.  Przyznając  niepodległość  określonym  regionom, 

kolonizatorzy nie rezygnowali bynajmniej ze wszystkich swoich interesów związanych z tymi 

terytoriami.  Zakładano,  jak  się  okazało  słusznie,  iż  więzi  językowe,  oświatowe, 

administracyjne 

zbudowane 

w okresie 

kolonialnym 

umożliwią 

pozostawanie 

w uprzywilejowanych  stosunkach  z wyemancypowanymi,  jeśli  nie  na  polu  stricte 

politycznym  (choć  i to  się  czasami  udawało,  wystarczy  spojrzeć  na  dzisiejszą  obecność 

militarną Francji w znacznej części jej byłych kolonii), to na pewno ekonomicznym. Stąd też 

na  przykład  Portugalczycy  nie  mieli  żadnego  interesu  w logicznym  etnicznie  i historycznie 

łączeniu  ziem  swojej  Gwinei  z silniejszą  Gwineą  francuską.  Stąd  zachowanie  jedności 

angielskiego,  a potem  angielskoegipskiego  Sudanu  w jawnej  sprzeczności  z racjami 

background image

etnicznymi, historycznymi, a nawet przyrodniczymi. 

Tak  oto  została  ukształtowana  dzisiejsza,  czarna  przede  wszystkim,  Afryka.  Jak 

można  się  było  spodziewać,  pomimo  żandarmerskiej  roli  Europy,  a także  ONZ,  USA  czy 

ZSRR,  miało  to  wiele  niemal  natychmiastowych  skutków  tragicznej  wagi.  Parę  tylko 

przykładów: 

1.  Pamiętam,  jak  w styczniu  1961,  w Szkole  Podstawowej  nr  5  w Warszawie, 

obowiązani  byliśmy,  na  specjalnej  akademii,  czcić  pamięć  zamordowanego  w Elisabethville 

Patrice’a Lumumby. Chociaż dopiero co wychynęliśmy z kołyski, było dla nas pewne, na tyle 

zdążyła  nas  już  wychować  opinia  propagandowa,  iż  ów  protegowany  pani  dyrektor  naszej 

szkoły  to  na  pewno  komunista  i sługus  Sowietów.  Zaś  jego  przeciwnik,  Mojżesz  Czombe, 

w nieubłaganej  logice  dziejów,  gdzie  nie  ma  wyjść  pośrednich,  w naszym  ukochanym, 

łatwym  do  zrozumienia,  spolaryzowanym  świecie  -  pies  zachodniego  imperializmu. 

Odmawialiśmy  paciorek  za  Lumumbę  (do  dziś  czci  jego  imię  uniwersytet  w Moskwie) 

i spokojnie szliśmy spać. Rzeczywistość miała się tymczasem do naszych paciorków jak pięść 

do  nosa.  Lumumbę  za  to,  że  popierał  wykreślony  przez  ekskolonialistów  zarys  państwa 

Kongo  (dzisiejszego  Zairu),  popierała  nie  tylko  Moskwa  (a  za  nią,  rzecz  jasna,  Warszawa), 

ale także Waszyngton, Paryż, Londyn i ONZ. Problem mieścił się tym razem nie w kwestiach 

żelaznej kurtyny i muru berlińskiego, lecz w tym prostackim przekonaniu Czombego, iż 80% 

bogactw  naturalnych  Kongo  zalega  na  terytorium  zwanym  Katanga,  zamieszkanym  przez 

plemię  Baluba,  które  wcale  nie  chce  się  nimi  dzielić  z odległymi  o tysiące  kilometrów 

i niemającymi  z nimi  nic  wspólnego  oprócz  belgijskiego  urzędnika  plemionami  z północy. 

Tym  bardziej  iż  owi  belgijscy  cwaniacy,  przeliczywszy  na  kalkulatorach  kwestię  strat 

i zysków,  poparli  ostatecznie.  Czombego.  14  lipca  1960  Rada  Bezpieczeństwa  ONZ 

uchwaliła  wsparcie  (nie  można  tolerować  precedensów  -  to  już  pamiętamy)  dla  rządu 

Lumumby na całym, bez wyjątków, terytorium byłej kolonii i zdecydowała się wesprzeć rząd 

centralny  militarnie.  Jak  pisze  Michał  Leśniewski  (KongoKatanga  1960-1964,  w:  Zarys 

dziejów  Afryki  i Azji,  historie  konfliktów  1869-2000,  Warszawa  2000):  „Przyzwolenie 

supermocarstw  na  operację  kongijską  wydaje  się  co  najmniej  dziwne.  Prawdopodobnie 

zawarły  one  niepisane  porozumienie,  mając  nadzieję  na  wykorzystanie  operacji  ONZ  do 

swoich  celów.  Obie  strony  obawiały  się  destabilizacji  regionu,  choć  każda  w czym  innym 

upatrywała  jej  źródła”.  Skończyło  się  to  krwawą  wojną  etniczną,  która  zapewne  przeszłaby 

w Europie  niezauważona,  gdyby  przypadkowo  nie  poległ  w niej  (w  katastrofie  lotniczej) 

śpieszący  na  mediacje  z Czombem  sekretarz  generalny  ONZ  Dag  Hammarskjöld.  Trwające 

parę  lat  walki  pochłonęły  około  40-60  tysięcy  ofiar  bezpośrednich,  czyli  bez  wliczania 

background image

zmarłych np. śmiercią głodową w spustoszonych przez obie strony okolicach. Ostatecznie, po 

paru  latach  nędzy  i chaosu,  władzę  nad  byłym  Kongo  Belgijskim  objął,  za  zgodą  Europy, 

krwawy  tyran  Sese  Seko  Mobutu,  niewahający  się  eksterminować  niepokornych  populacji, 

a w kryzysowym  momencie  kolejnego  zrywu  Baluba  pacyfikujący  ich  z łatwością  z pomocą 

wojsk  francuskich  i marokańskich,  strzelających  z upoważnienia  ONZ.  W 1980  podejmuje 

Mobutu  uroczyście  Jana  Pawła  II.  W 1985  unicestwia  ruchy  plemienne  i w 1990  ustanawia, 

w kraju  liczącym  kilkadziesiąt  narodów,  „bezwzględną  jednopartyjność”.  Od tej  chwili  przy 

kolejnych  rozruchach  wewnętrznych  prasa  zachodnia  nie  wspomina  już  nawet 

o zamordowanych,  a tylko  o liczbie  zagrożonych  Europejczyków,  których  udało  się 

ewakuować.  Umiera  Mobutu  w Rabacie  (Maroko)  6  września  1997,  pozostawiając  swoim 

licznym  dzieciom  i żonom  majątek  wyceniony  na  siedem  miliardów  dolarów.  Władzę 

obejmuje  po  nim  LaurentDesiré  Kabila.  Za  zamach  na  niego  zostaje  straconych  przez  jego 

syna  i następcę  oficjalnie  30  osób.  W rzeczywistości  gehennę  przeżyją  wszystkie  plemiona, 

z których  pochodzili  zamachowcy,  a liczby  uśmierconych  nie  da  się  nawet  w przybliżeniu 

ustalić. I tak toczy się kongijski (zairski) światek. 

2. Trzy plemiona stanowią w roku 1966 większość (59%) ludności Nigerii:  Hausa na 

północy  (22%),  Joruba  na  południowym  zachodzie  (19%)  i Ibo  na  południowym  wschodzie 

(18%).  Dzieli  je  tradycja,  religia  (Hausa  są  muzułmanami,  Ibo  chrześcijanami,  Joruba  to 

przeważnie  „animiści”,  czyli  wyznawcy  starych  religii  „tutejszych”),  ale  także  status 

ekonomicznospołeczny. Południe jest od wieków bardziej rozwinięte gospodarczo, dysponuje 

też  odkrytymi  niedawno  złożami  ropy  naftowej.  Nie  ma  i tutaj  jednak  elementarnej 

równowagi.  Bardziej  zeuropeizowani  Ibo  stanowią  swoistą  inteligencję  Nigerii. 

Nienawidzący ich Hausa, acz statystycznie ubożsi i ustępujący pod względem wykształcenia, 

korzystają  za  to  z istotnej  pomocy  krajów  islamu,  militarnej  przede  wszystkim.  Przed 

natychmiastową  wojną  domową  i całkowitym  chaosem  chroni  Nigerię  tylko  armia.  I ona 

jednak  jest  podzielona,  choć  w innych  niż  układ  etniczny  proporcjach.  Wychodzi  to  na  jaw, 

kiedy 16 stycznia 1966 bezsilny rząd przekazuje oficjalnie władzę siłom zbrojnym. Stojący na 

ich  czele  generał  JohnsonAguiyi  Ironsi  z plemienia  Ibo  jawnie,  acz  unikając  przemocy, 

popiera swoich pobratymców. Reakcją północy, czyli Hausa i sprzymierzonych z nimi Fulani, 

są  krwawe  masakry  zamieszkałych  na  północy  Ibo  i ich  plemiennych  sojuszników.  Rząd 

Ironsiego  zostaje  obalony.  Liczbę  zabitych  Ibo  oblicza  się  na  trzydzieści  tysięcy.  Około 

miliona  ucieka  z północy  do  prowincji  wschodniej,  która  w tej  sytuacji  ogłasza  powstanie 

niezależnej  republiki  Biafry  pod  przywództwem  Odumegwu  Ojukwu.  Rozpoczyna  się 

wyniszczająca wojna. W pierwszej chwili Biafrańczycy podejmują ofensywę i docierają aż do 

background image

Ore, sto kilometrów od Lagosu. Kiedy jednak na podstawie uchwały ONZ Związek Radziecki 

i Wielka  Brytania  zaczęły  dostarczać  zdominowanemu  przez  Hausa  rządowi  centralnemu 

broń  i doradców  wojskowych,  sprawa  była  przesądzona.  Pomoc  dla  secesjonistów 

osamotnionej Francji (wspieranej tylko przez Portugalię i dobrym słowem przez Watykan) od 

początku  miała  charakter  symboliczny  i wkrótce  zupełnie  ustała.  Skończyło  się  więc 

wszystko upadkiem Biafry (15  stycznia 1970)  i straszliwą rzezią Ibów,  których wspierali do 

końca już tylko nieliczni przerażeni ludobójstwem ochotnicy europejscy, a pośród nich Polak 

Jan Zumbach, legendarny pilot Dywizjonu 303 podczas bitwy o Anglię. 

Pisze  Michał  Leśniewski:  „Powszechnie  obawiano  się,  że  ewentualny  sukces  Biafry 

da  asumpt  podobnym  wystąpieniom  w innych  krajach”.  Jednocześnie  jednak  dodaje: 

„Konflikt biafrański (...) unaocznił słabość Organizacji Jedności Afrykańskiej. Brak jedności 

w jej  szeregach  oraz  zaangażowanie  w konflikt  ZSRR,  USA,  Francji  i Wielkiej  Brytanii 

zadecydowały  o jej  bezsilności.  ONZ  również  wykazywała  niekonsekwencję.  Wprawdzie 

z jednej  strony  działania  Biafry  stały  w sprzeczności  z jej  deklaracją  z 1960  roku,  ale 

jednocześnie  nie  kolidowały  z postulatem  o samostanowieniu  narodów.  Z obiektywnego 

punktu widzenia biafrańska deklaracja niepodległości była uzasadniona. Ludność Biafry była 

stosunkowo jednolita etnicznie (około sześćdziesięciu procent Ibów).  Jak na warunki  Afryki 

miała  bardzo  rozwiniętą  świadomość  narodową  (...).  Tak  więc  konflikt  biafrański  obnażał 

niespójność  w założeniach  ONZ.  Jednocześnie  był  testem  na  trwałość  postkolonialnego 

układu sił w Afryce...”. Innymi słowy, każda interpretacja była możliwa. I rzeczywiście, teorii 

nie brakowało. Praktyką stały się jednak tylko rzeź i ludobójstwo. 

Można  by  w podobny  sposób  omawiać  trwającą  prawie  czterdzieści  lat  (1961-1998) 

wojnę  w Angoli,  konflikt  w Zimbabwe  (1965-1981),  walki  w Erytrei  (1961-2000), 

ludobójstwo dokonane przez Hutu na Tutsi w Rwandzie,  (1992-1996, pół  miliona zabitych), 

walki w Somali  i od 1990 do dzisiaj,  trwający  już trzydzieści  lat morderczy konflikt  między 

północą  i południem  w Sudanie...  dopisać  do  tego  kilkaset  (sic!)  ludobójczych  konfliktów 

plemiennych  na  mniejszą  skalę,  o których  szczęśliwa  Europa  nie  zechciała  nawet  usłyszeć. 

Czemu miałaby jednak służyć taka przeraźliwa wyliczanka? 

Epimeteusz był bratem Prometeusza. Kiedy Prometeusz wbrew woli Zeusa podarował 

ludziom  ogień,  wielki  bóg  postanowił  się  zemścić  nie  tylko  na  nim,  ale  i na  jego  rodzinie. 

Nakazał  więc  Hefajstosowi,  by  ulepił  z gliny  kobietę,  a wszystkim  boginkom  Olimpu,  by 

uczyniły  ją  najpiękniejszą  z pięknych.  Ten  cud  niewieści,  Pandorę,  posłał  w prezencie 

Epimeteuszowi.  W ostatniej  chwili  jednak  Prometeusz  zdążył  ostrzec  brata,  żeby  nie 

przyjmował od Zeusa żadnych prezentów. Epimeteusz, chociaż pożerały go żądze, postanowił 

background image

więc  odesłać  Pandorę  z powrotem  na  Olimp.  W tym  czasie  dokonał  się  jednak  los 

Prometeusza.  Zeus  kazał  przykuć  go  nagiego  do  skały  w Kaukazie,  gdzie  sępy  zadają  mu 

straszliwe męczarnie, wypruwając i pożerając jego wątrobę, która co noc odrasta. Epimeteusz 

przeraził się nie na żarty, że zaraz na niego może przyjść kolej i chcąc okazać Zeusowi swoją 

dobrą wolę i posłuszeństwo, natychmiast poślubił Pandorę. Ta, jak łatwo się domyślić, równie 

jak  piękna  była  przekorna  i głupia.  Wbrew  zakazowi  męża,  a właściwie  chcąc  zrobić  mu  na 

złość,  otworzyła  puszkę,  w której  Prometeusz  zamknął,  by  nie  lękały  ludzi  wszelkie  plagi: 

nienawiść, obłęd, występki, złe namiętności etc. 

Dzieło dekolonizacji, przez sposób i zasady, według których je przeprowadzono, łączy 

spadek  po  obu  synach  tytana  Japetosa.  Z jednej  strony  przyniosło  ludom  i plemionom 

wyzwolenie,  z drugiej  otwarło  puszkę  Pandory.  Skutki  tego  drugiego  Afryka  będzie 

odczuwać tragicznie jeszcze przez długie lata. W tym też sensie historia dekolonizacji trwa do 

dzisiaj  i trwać  będzie  nieprzewidywalnie  długo.  Europejscy  politycy,  którzy  w latach 

sześćdziesiątych  XX  wieku  decydowali  o jej  kształcie,  nie  mieli  pojęcia,  jak  ów  uczeń 

czarnoksiężnika  z Goethego,  o konsekwencjach  swoich  czynów.  Tym  bardziej  że  zasady, 

którymi  się  kierowali,  od  dawna  zostały  już  przekreślone.  Zamordowano  Biafrę,  ale 

pozwolono powstać Erytrei. Na naszych oczach powstaje nowe państwo na południu Sudanu. 

W chwili  gdy  piszę  te  słowa  (wiosna  2011),  trwają  wojny  domowe  co  najmniej  w siedmiu 

krajach  Afryki.  Nic  też  nie  zapowiada,  że  w najbliższym  czasie  będzie  ich  mniej.  Zapalać 

lonty nietrudno, tylko jak je później zgasić... 

background image

JURIJ GAGARIN 

Tata  mój  spotkał  się  z Jurijem  Gagarinem  podczas  jakiegoś  międzynarodowego 

konwentyklu  w Moskwie,  w 1963.  Odniósł  niezwykle  pozytywne  wrażenie.  Zapamiętałem 

zdanie, które w ustach taty miało swoją wagę: „Nie wiem, czy jest to człowiek wierzący, ale 

jest  w nim  bezsprzecznie  jakaś  iskra  metafizyczna”.  Wiadomo  skądinąd,  że  kiedy  podczas 

wielkiego  przyjęcia  w sali  Gieorgijewskiej  na  Kremlu  jeden  z zaproszonych  popów  (później 

przypisano  to  Chruszczowowi)  zapytał:  „Juriju  Aleksiejewiczu,  czy  tam  wysoko,  w niebie, 

zobaczyliście  Boga?”  -  ten odpowiedział  dyplomatycznie:  „Świątobliwy  ojcze,  wiecie  lepiej 

ode  mnie,  czy  mogłem  go  tam  zobaczyć”.  W prymitywnej  interpretacji  i taki  też  był 

komentarz  prasy  radzieckiej,  mogło  to  znaczyć:  „Przecież  wiecie,  że  Boga  nie  ma”,  ale 

równie  dobrze:  „Wasze  pytanie  jest  trywialne,  Bóg  nie  jest  przecież  tworem  fizycznym, 

któremu  można  by  się  przyglądać”.  Warto  to  zauważyć,  gdyż  towarzyszyła  Gagarinowi 

swoista  ambiwalencja.  Podkreślano  oczywiście  do  znudzenia,  że  pochodził  z rodziny 

chłopskiej  ze  wsi  Kłuszyno  w obwodzie  smoleńskim,  ojciec  był  magazynierem  i cieślą, 

a matka dojarką, żona technikiem medycznym o proletariackich korzeniach. Z drugiej jednak 

strony nazwisko Gagarin nosił  jeden z najpotężniejszych  i najbardziej zasłużonych w historii 

Rosji  rodów  bojarskich,  z którego  wywodził  się  choćby  gubernator  Syberii  za  Piotra 

Wielkiego  Matwiej  Gagarin  (powieszony  później  za  roztrwonienie  pieniędzy  publicznych), 

zaufany  i minister  Mikołaja  I książę  Paweł  Gagarin  czy  również  Paweł  zarządzający 

Komitetem do spraw Królestwa Polskiego po powstaniu styczniowym, księżna Gagarina była 

damą dworu cesarzowej Marii Fiodorowny etc., etc. Tak więc mógł się utożsamiać z Jurijem 

byle  kołchoźnik,  a jednocześnie  jego  nazwisko  mile  łechtało  uszy  nawet  najbardziej 

nieprzejednanej białej emigracji rosyjskiej, która nie omieszkała doszukiwać się jego odległej 

paranteli  z księciem  Iwanem  Gagarinem,  który  w 1842  odrzucił  prawosławie  na  rzecz 

katolicyzmu,  został  jezuitą,  w 1856  założył  pismo  „Études  de  théologie,  de  philosophie  et 

d’histoire”  (dzisiaj  „Études”)  oraz  Bibliotekę  Słowiańską  i zmarł  w 1882  w Paryżu.  Jurij 

miałby  być  nieświadomym  potomkiem  syna  jego  bratanka  zaginionego  podczas  rewolucji 

1917  roku.  Jeżeli  dodać  do  tego  niewątpliwy  urok  osobisty  połączony  z prostotą 

i przystępnością,  przyjąć  można,  że  Jurij  Aleksiejewicz  Gagarin  mógł  zadowolić  wszelkie 

właściwie gusty. Już wkrótce okazać się to miało nie bez znaczenia. 

Słynny  pierwszy  lot  człowieka  w kosmos  odbył  się  12  kwietnia  1961.  Wbrew 

pokutującym dzisiaj w Polsce opowieściom Amerykanie są tutaj o wiele bardziej obiektywni 

(vide  m.in:  Jamie  Doran,  Piers  Bizony,  Gwiezdny  bohater,  Warszawa  1998;  Gordon  R. 

Hooper,  The  Soviet  Cosmonaut  Team,  t.  I -  II,  Lowestoft  1990),  nie  była  to  podyktowana 

background image

politycznymi  względami  ryzykowna  improwizacja.  Kandydaci  na  kosmonautów  przeszli 

wielomiesięczne intensywne szkolenie uciążliwsze, paradoksalnie, niż aplikuje im się dzisiaj, 

kiedy część obaw dotyczących niebezpieczeństw mogła już zostać wyeliminowana. Pierwsze 

statki  z serii  Wostok  zaczęto  wysyłać  w maju  1960.  28  lipca  poleciały  w kosmos  dwa  psy: 

Czajka  i Lisiczka.  Zaraz po starcie rakieta eksplodowała.  Postanowiono powtórzyć „psi  lot”. 

Tym  razem  bohaterki  Biełka  i Striełka  wróciły  na  ziemię  całe  i zdrowe  po  siedemnastu 

okrążeniach orbity. Można już było przejść na kolejny etap. Wystrzelono w kosmos manekin 

o wielce  ludzkim  pseudonimie  „Iwan  Iwanowicz”.  Jego  lotowi  towarzyszyły  dwa 

przynajmniej  zabawne  wydarzenia.  W kapsule  z ”Iwanem”  będącej  już  dokładnym 

odpowiednikiem  tej,  którą  polecieć  miał  niedługo  żywy  człowiek,  chciano  przetestować 

między  innymi  klarowność  komunikacji  radiowej  z bazą  naziemną.  Niby  nic  prostszego: 

wmontować  magnetofon,  który  co  parę  minut  będzie  nadawać  jakieś  zdania.  Aliści,  jak 

podają  za  Olegiem  Iwanowskim  Doran  i Bizony:  „Zaprotestowali  ludzie  ze  służb 

bezpieczeństwa: «Jeżeli zachodni obserwatorzy usłyszą  ludzki głos,  pomyślą,  że wysłaliśmy 

potajemnie  kosmonautę  z misją  szpiegowską».  Wtedy  wymyśliliśmy,  że  nagramy  piosenkę, 

ale  bezpieczniacy  znowu  zaprotestowali:  «Czy  wyście  poszaleli?  Na  Zachodzie  pomyślą,  że 

kosmonauta zwariował i zamiast wykonywać powierzone mu zadania podśpiewuje sobie». No 

to  postanowiliśmy  nagrać  chór,  bo  nikt  nas  przecież  nie  posądzi,  że  wysłaliśmy  w kosmos 

cały chór. Tak w końcu zrobiliśmy”. 

Nieco  mniej  śmiesznie  było  po  udanym  lądowaniu  manekina:  „Mieszkańcy 

okolicznych wsi widzieli, jak wylądował na spadochronie i doszli do wniosku, że coś tu było 

nie w porządku. Bowiem gdy tylko Iwan dotknął stopami ziemi, przewrócił się, tak jakby był 

nieprzytomny.  Oczywiście  natychmiast  pobiegli  mu  z pomocą,  ale  kordon  żołnierzy  szybko 

otoczył  bezwładne  ciało  kosmonauty.  Żołnierze  nie  próbowali  go  ratować,  po  prostu  stali 

dookoła i jak gdyby czekali, aż umrze. Wieśniacy wprost nie posiadali się z oburzenia. Razem 

z manekinem  podróżowała  pod  niebem  Zwiezdoczka,  maleńka  bezdomna  suczka  specjalnie 

na  potrzeby  Biura  nr  1  złapana  na  moskiewskiej  ulicy  i najpierw  przez  konstruktorów 

nazwana  Udacza  (Sukces).  Kosmonauci  orzekli  jednak,  że  nie  wolno  jej  tak  wabić,  bo  to 

może  przynieść  pecha.  Po  udanym  locie  oddano  psinę  do  stołecznego  zoo.  A ona  stamtąd 

zwiała! Może do dziś po Moskwie biegają jej potomkowie, bezpańskie kundelki pochodzące 

z najwyższych sfer” (Wacław Radziwinowicz, Pojechali!, „Gazeta Wyborcza” z 12.04.2011). 

Jeszcze  jedna  kynologiczna  historia.  W marcu  1960  wyrzucono  w powietrze  kapsułę 

z psem,  żeby  sprawdzić  skuteczność  urządzeń  mających  katapultować  kosmonautę  przed 

lądowaniem.  Jak  zwykle  rakieta  była  zaopatrzona  w ładunek  wybuchowy,  który  po 

background image

ewentualnej  utracie  kontaktu  niszczył  ją  po  sześćdziesięciu  czterech  godzinach.  I kontakt 

rzeczywiście  został  stracony,  można  było  ustalić  miejsce  upadku  kapsuły  tylko 

z dokładnością  do  stu,  dwustu  kilometrów.  Nic  nie  wskazywało  jednak  na  możliwość 

katastrofy.  Najprawdopodobniej  więc  kundel  wylądował  cało  po  to  tylko,  żeby  po 

sześćdziesięciu  czterech  godzinach  zginąć  rozszarpany  w wybuchu.  Ta  myśl  była  dla 

przyszłych  kosmonautów  nieznośna.  Nieszczęsne  zwierzę  było  przez  nich  traktowane  jak 

towarzysz  broni.  Jeden  z nich  niemal.  Rozpoczęła  się  samowolna  -  nie  było  czasu  na 

kontaktowanie  się  z Moskwą  -  brawurowa  akcja.  Opowiada  Jurij  Mazżorin,  jeden 

z najważniejszych ekspertów technicznych radzieckiego programu kosmicznego: „Dziesięciu 

ludzi od razu wsiadło na pokład iljuszyna-14 w Bajkonurze, który wystartował pomimo gęstej 

mgły.  Zaprzyjaźnieni  funkcjonariusze  KGB  zostali  wysłani,  by  spenetrować  co  bardziej 

podejrzane  lokale  w Samarze  nad  Wołgą  (wówczas  Kujbyszew)  w poszukiwaniu  dwóch 

specjalistów  od  ładunków  wybuchowych,  którzy  akurat  mieli  wolne,  a znani  byli 

z upodobania  do  alkoholu  i dziewczyn.  Wyciągnęli  ich  z przyjęcia  zalanych  w pestkę 

i wsadzili  do  samolotu  lecącego  na  Syberię.  Cały  czas  liczyliśmy,  ile  jeszcze  zostało  nam 

czasu.  A co  jeżeli  ładunek  eksploduje  wcześniej?  Któż  mógł  zaręczyć,  że  mechanizm 

zegarowy  nie  sfiksował?  Wiele  ryzykowaliśmy.  Kapsuła  wylądowała  w pobliżu  koła 

podbiegunowego.  W marcu  dzień  trwa  tam  tylko  kilka  godzin.  Na  szczęście  tuż  przed 

zmrokiem  udało  się  dostrzec  spadochron.  Ładunek  rozbrojono  i pies  ocalał”.  Poszukiwaczy 

ocalił  od  karnych  konsekwencji  fakt,  iż  ocalała  także  kapsuła,  której  aparatura  odnotowała 

parę kolejnych cennych informacji. Warto przypomnieć to tym, którzy wszystko, co działo się 

w Związku  Radzieckim,  postrzegają  jako  skrzyp  bezdusznej  maszyny.  Jednocześnie 

wszystkie  te  próbne  loty  świadczą,  jak  niezwykle  starannie  przygotowywano  się  do 

decydującej  chwili.  Nie  oznacza  to  oczywiście,  że  nie  było  ryzyka  i znaków  zapytania. 

Dzisiaj  może  się  to  wydawać  śmieszne,  ale  największym  niepokojem  napawała  reakcja 

organizmu ludzkiego na przeciągający się stan nieważkości. To z tego powodu lot pierwszego 

kosmonauty  ograniczono  do  jednego  tylko  okrążenia  kuli  ziemskiej,  czyli  niecałych  dwóch 

godzin, chociaż z czysto technicznego punktu widzenia mógł pozostawać w kosmosie o wiele 

dłużej. Ten pierwszy lot miał wykazać, czy następne będą mogły trwać więcej czasu. 

Wszystko  było  dopięte  na  ostatni  guzik,  a jednak  kiedy  Gagarin  wsiadał  rankiem  12 

kwietnia  do  statku  kosmicznego,  puściły  nerwy  Siergiejowi  Korolowowi,  legendarnemu 

Naczelnemu Konstruktorowi, który kazał otworzyć zamknięty już właz i przyśrubowywać go 

powtórnie. Można się tylko domyślać, jak to wpływało na psychikę Gagarina. W tym samym 

czasie doszło niemal do rękoczynów między operatorem Władimirem Suworowem, chcącym 

background image

sfilmować  start,  a KGBistami  mającymi  zapewnić  bezpieczeństwo  obecnych,  ale  także 

tajność szczegółów technicznych. 

Godzina  9.06.  Start.  Wszystko  odbywa  się  zgodnie  z planem.  Lot  potrwa  godzinę 

i czterdzieści osiem  minut. James Oberg  doliczył  się później ponad stu (sic!)  wersji tego,  co 

miał przekazywać Gagarin z kosmosu.  Od deklaracji politycznych po religijne... Wydaje się, 

iż  można  zawierzyć  najbardziej  nausznym  świadkom  -  kolegom  z Bajkonuru,  do  których 

dotarli Doran i Bizony. Potwierdzają wszyscy, że przede wszystkim zachwycał się widokiem 

i zmieniającymi  się  kolorami.  Chwilowo  milkł  zafascynowany  lub  na  pytania  z Ziemi 

odpowiadał  półsłówkami.  Kiedy  jego  zmiennik  (a  później  następca)  German  Titow 

przekazywał  mu  gratulacje,  zdobył  się  tylko  na  odpowiedź:  „Cześć,  Blondasie”  (taka  była 

ksywka  Titowa),  co  oznaczało  właściwie:  odczepcie  się,  pozostawcie  mnie  samego  z moim 

zachwyceniem.  Wiedział  przecież,  że  nie  ma  na  nie  wiele  czasu.  Już  w siedemdziesiątej 

dziewiątej  minucie po starcie włączyły  się rakiety hamujące.  W niecałe pół godziny później, 

jakby  minione  chwile  były  tylko  surrealistycznym  snem,  znalazł  się  Gagarin  na  kartoflisku 

koło wsi Smielkowa w obwodzie saratowskim. Sam tak to wspomina: „Gdy stanąłem mocno 

nogami  na  ziemi,  ujrzałem  kobietę  i dziewczynkę,  które  stały  obok  łaciatego  cielaka 

i uważnie  mi  się  przyglądały.  Miałem  na  sobie  jaskrawopomarańczowy  skafander,  którego 

niezwykły wygląd pewnie je odstraszył. Nerwowe ciarki przebiegały mi po plecach. «Ja swój, 

swój!» - krzyknąłem, zdejmując hełm. «Czyżbyście z kosmosu?» - niepewnie spytała kobieta. 

«Wyobraźcie  sobie,  że  tak!»  -  odpowiedziałem”.  Kobieta  jednak  uciekła.  Pojawił  się 

natomiast kołchoźnik Jakow Łysenko. Uściskał dłoń Gagarinowi i pobiegł do wsi, po pomoc. 

Nie była ona już jednak potrzebna. Dookoła lądowały wojskowe helikoptery. Zrzucono nawet 

spadochroniarzy.  Wypytywany  później  przez  dziennikarzy  Łysenko  powiedział:  „Cały  kraj 

się cieszył. Wiecie, to wstyd dla innych krajów. Ameryka jest potęgą, a jednak to nie oni byli 

pierwsi. Jak to się u nas mówi,  «ważne, by być pierwszym po drugiej stronie bagna». Tak ja 

to  widzę”.  „Choć  Łysenko  to  prosty  traktorzysta  -  komentują  Doran  i Bizony  -  jego  opinia 

o geopolitycznym znaczeniu tego, czego był świadkiem, była niezwykle trafna”. 

Obudzony  o świcie  prezydent  John  Fitzgerald  Kennedy  nie  ukrywał  nawet  swojego 

zdenerwowania.  Nie  tylko  ze  względów  politycznych.  Jak  wspominają  wszyscy  jego 

współpracownicy,  miał  duszę  sportowca  i nie  znosił  porażek.  Tymczasem  napływające 

w następnym  dniu  wiadomości  były  coraz  gorsze.  Charyzma  i prosty  wdzięk  Gagarina  siały 

spustoszenie  medialne.  W ciągu  doby  po  wylądowaniu  stał  się  idolem  całego  globu. 

Propagandyści  radzieccy  w najśmielszych  marzeniach  nie  spodziewali  się  takiego  efektu. 

Przez sukces idola Związek Radziecki stawał się w opinii światowej potężniejszy, ze względu 

background image

na  jego  urok  osobisty  jakby  sympatyczniejszy,  bliższy  i bardziej  ludzki.  Traktowano  to 

w Białym Domu jako omal klęskę w zimnej wojnie. Wieczorem 20 kwietnia Kennedy, który 

dotąd  nie  interesował  się  specjalnie  programem  badań  kosmicznych,  pisze  do 

odpowiedzialnych za nie gorączkowe memorandum: 

1. „Czy mamy szansę prześcignąć Związek Radziecki, budując laboratorium orbitalne, 

organizując lot wokół Księżyca, lot sondy rakietowej na Księżyc bądź też wyprawę załogową 

na Księżyc? Czy jakiś inny program kosmiczny, obiecujący spektakularne wyniki, dałby nam 

szansę wygrania? 

2. Ile by to dodatkowo kosztowało? 

3. Czy pracujemy 24 godziny na dobę nad realizacją obecnych programów, a jeśli nie, 

to dlaczego? Jeśli nie, proszę przedstawić zalecenia,  jak dałoby się przyspieszyć prowadzone 

prace. 

4. Przy  budowie dużych rakiet, czy powinniśmy  położyć  nacisk  na paliwo atomowe, 

chemiczne czy ciekłe lub też kombinację tych trzech? 

5. Czy robimy wszystko, na co nas stać? Czy osiągamy to, co powinniśmy?”. 

„Ten  jednostronicowy  dokument  -  piszą  Doran  i Bizony,  odwołajmy  się  do  nich  raz 

jeszcze  -  można  traktować  bądź  jako  jedną  z najdonioślejszych  dyrektyw  w historii  XX 

wieku, bądź jako pośpiesznie podyktowaną, paniczną reakcję na zły tydzień w Białym Domu. 

Nie  ulega  wątpliwości  jednak,  że  położył  on  podwaliny  pod  największe  przedsięwzięcie 

techniczne  od  czasu  budowy  bomby  atomowej  w ramach  realizowanego  podczas  II  wojny 

światowej  «Projektu  Manhattan»,  czyli  programu  «Apollo»,  który  miał  ostatecznie 

doprowadzić do wylądowania ludzi na Księżycu”. 

Dzisiaj,  kiedy  wyprawa  na  Księżyc  jest  oceniana  jako  efektowna,  ale  właściwie 

bezużyteczna, Gerard Degroot może napisać o locie Gagarina,  iż: „Ten heroiczny sukces był 

bardzo  podobny  do  zdobycia  Everestu  -  było  to  wydarzenie,  które  wzbudziło  ogromne 

emocje,  ale  nie  wiązały  się  z nim  większe  korzyści  praktyczne”  („The  Daily  Telegraph” 

z 28.03.2011).  Myli  się  całkowicie.  „Krótki  lot  kosmiczny  Gagarina  -  czytamy  w The  Truth 

Behind  the  Legend  of  Youri  Gagarin  -  był  jednym  z najważniejszych  wydarzeń  XX  wieku, 

zarówno  z punktu  widzenia  Rosji,  jak  i Ameryki,  gdzie  stał  się  bodźcem  do  przyspieszonej 

modernizacji  przemysłu  na  dużą  skalę.  Wyścig  kosmiczny  doprowadził  nie  tylko  do 

wynalezienia  odzieży  zapinanej  na  rzepy  i patelni  teflonowych,  ale  i wielu  nowoczesnych 

technologii.  Mikrochipy  wynaleziono,  ponieważ  układy  elektroniczne  z lat  pięćdziesiątych 

były za duże,  by  można  ich było używać w rakietach. Prototypem Internetu była odporna na 

atak  nieprzyjaciela  sieć  komputerowa  stworzona  przez  Advanced  Research  Projects  Agency 

background image

(w  skrócie  ARPA;  agencja  rządowa,  która  powstała  wcześniej  niż  NASA  i zajmowała  się 

planowaniem  amerykańskiej  przyszłości  w kosmosie).  Nowoczesna  diagnostyka  medyczna 

wiele zawdzięcza badaniom klinicznym przeprowadzonym w ramach programu kosmicznego. 

Po  wystrzeleniu  pierwszych  satelitów  ze  zdumiewającą  szybkością  powstał  globalny  system 

telekomunikacyjny, 

który 

tak 

długo 

był 

marzeniem 

autorów 

powieści 

fantastycznonaukowych.  Najprawdopodobniej  wszystkie  te  rozwiązania  techniczne  i tak  by 

w końcu powstały, ale trwałoby to znacznie dłużej. A to wszystko dlatego, że wiejski chłopak 

spod Smoleńska rzucił wyzwanie najpotężniejszemu państwu na Ziemi”. 

Tyle,  jeśli  chodzi  o kwestie  techniczne  sensu  stricte.  Pozostaje  polityka.  Henry 

Kissinger  twierdzi,  że  w koncepcji  Ronalda  Reagana  wyniszczenia  ZSRR  przez  wyścig 

ekonomiczny nie było nic nowego. Mogły sobie trwać korzystne propagandowo dla obu stron 

rozmowy o ograniczeniach  liczby głowic atomowych, rakiet takiego czy  innego zasiągu,  nie 

miało  to  większego  znaczenia,  skoro  trwała  konfrontacja  kosmiczna.  „Gwiezdne  wojny” 

Reagana  były  bluffem,  ale  nie  był  to  też,  choć  wymagałby  od  Ameryki  niesłychanego, 

trudnego  do  zniesienia,  wysiłku  finansowego  i społecznego,  program  niemożliwy  do 

zrealizowania.  Technicznie  i naukowo  była  Ameryka  przygotowana.  Nie  stałoby  się  tak, 

a przynajmniej  przedłużyłoby  się  o pokolenie,  przyznaje  Kissinger,  gdyby  12  kwietnia  1961 

nie  zezłościł  się  aż  tak  bardzo  przebudzony  z błogiego  snu  prezydent  John  Fitzgerald 

Kennedy.  Są  wydarzenia,  których  znaczenia  nikt  nie  jest  w stanie  zmierzyć,  gdy  się  dzieją. 

Kennedy’emu  nie  śnił  się  w 1961  upadek  komunizmu.  Nie  wiemy,  jakby  zareagował  Jurij 

Gagarin,  gdyby  się  dowiedział,  że  się  do  niego  przyczynił.  Fakty  pozostaną  jednak  faktami. 

Wbrew cynicznemu relatywizmowi Gerarda Degroota czy wątpliwościom Dennisa Newkirka 

(Almarac  of  Soviet  Manned  Spacefight,  Houston  1990)  ten  kwietniowy  dzień  wstrząsnął 

światem. 

Przy  londyńskim  bulwarze  The  Mall  jeszcze  w tym  2011  roku  ma  stanąć  pomnik 

pierwszego  kosmonauty.  Z Anglią  łączą  Jurija  Gagarina  dwuznaczne  z początku 

wspomnienia. Przyjechał tam w lipcu 1961 na zaproszenie Związku Zawodowego Hutników. 

Oficjalne  władze  nie  miały  najmniejszego  zamiaru  podejmować  „czerwonego”.  Tłumy 

wiwatujące  na  ulicach  wymogły  jednak  na  politykach  zmianę  stanowiska.  Pierwszy  przyjął 

kosmonautę minister lotnictwa. Ranga w sumie niezbyt wysoka. Na koktajl wtargnęło jednak 

około  dwóch  tysięcy  (sic!)  dziennikarzy  z całego  świata.  Wielkość  władców  Albionu,  pisał 

André  Maurois  (Disraeli,  Paris  1927),  polega  na  tym,  że  umieją  schylić  czoło  przed 

koniecznością.  Następnego  dnia  zaproszony  więc  został  Jurij  Gagarin  na  improwizowane 

śniadanie  z królową,  do  pałacu  Buckingham.  Oboje  byli  speszeni  i spięci.  Jarosław 

background image

Galwanow,  korespondent  moskiewskiej  „Prawdy”  relacjonuje,  że  kiedy  siedli  przy  stole, 

Gagarin, patrząc na kilkanaście leżących przed nim sztućców, zwrócił się lekko spanikowany 

do  monarchini:  „Pierwszy  raz  zdarza  mi  się  jeść  śniadanie  z królową  Wielkiej  Brytanii 

i trudno  mi  się  połapać,  co  do  czego  służy”.  Elżbieta  II  uśmiechnęła  się  i odparła:  „Panie 

majorze,  ja  urodziłam  się  w tym  pałacu  i też  mi  się  te  rzeczy  ciągle  mylą...”.  Lody  zostały 

przełamane. Gagarin dostąpił nawet zaszczytu spaceru z królową po ogrodzie. 

Potem  było  już  z górki.  Gdzieś  pod  koniec  1963  rozpił  się,  zaczął  uciekać  od  ludzi, 

sława zamiast go satysfakcjonować, stała się dla niego ciężarem  nie do zniesienia.  Władza - 

Chruszczow  został  obalony,  a nowy  car  Leonid  Breżniew  nie  miał  najmniejszego  zamiaru 

ułatwiać życia człowiekowi, który był faworytem jego poprzednika - nie zrobiła nic, żeby mu 

pomóc. Z wielkiej łaski pozwolono mu wrócić do dawnego zawodu pilota. Tyle że on nie latał 

już od  lat.  Z trzeciego, treningowego lotu już nie  wrócił.  Dało to oczywiście pole do popisu 

wszystkim wielbicielom spiskowej historii dziejów. Wydaje się, że nic z tego. 27 marca 1968 

była mgła, widoczność fatalna... Tak nieszczęśliwie skończyło się życie. Pozostała historia. 

background image

CLAUDE LÉVISTRAUSS 

Baron  Jacob  Johann  von  Uexküll,  słynny  biolog  niemiecki,  założyciel  Instytutu 

Badania  Środowiska  w Hamburgu,  poświęcił  wiele  uwagi  pajęczakowi  z rzędu  roztoczy  - 

kleszczowi  (Ixodes  rutinus).  Tak,  temu  właśnie  kleszczowi,  który  jest  utrapieniem  naszym 

i naszych psów podczas wakacji.  „Przebieg życia  kleszcza -  pisze Heimar  von Ditfurth (Der 

Geist  fiel  nicht  vom  Himmel,  Hamburg  1976,  polskie  wydanie  Duch  nie  spadł  z nieba

Warszawa  1981)  jest  dosyć  skomplikowany  i pełen  ryzyka  (...).  Zrazu  drobne  zwierzątko 

wdrapuje  się  na  krzak  i zatrzymuje  na  czubku  małej  gałęzi.  Drogę  swą  odnajduje  dzięki 

światłu.  Nie  ma  wprawdzie  oczu  tylko  rozproszone  skórne  receptory  światła  -  ale  to 

wystarcza.  Po  dojściu  kleszcza  na  miejsce  rusza  program:  czekać.  Przerwać  może  go  tylko 

jeden jedyny sygnał: zapach kwasu masłowego, jaki wytwarzają gruczoły potowe organizmu 

ciepłokrwistego. 

Kleszcz  musi  więc  teraz  umieć  wyczekać  dopóty,  dopóki  przypadek  pozwoli  przejść 

ciepłokrwistemu zwierzęciu tak dokładnie pod miejscem czatowania, aby roztocz mogła spaść 

na  jego sierść.  Kleszcze w takiej  sytuacji potrafią czekać co najmniej osiemnaście  lat.  Może 

nawet o wiele dłużej, do osiemnastu lat bowiem naukowcy je sprawdzali. Przez cały ten okres 

zwierzę  pozostaje  absolutnie  nieruchome.  Nie  pobiera  żadnego  pokarmu.  Spośród 

niezliczonych wydarzeń  i bodźców zewnętrznych  żadne nie docierają,  żadne na kleszcza  nie 

oddziałują.  Dopiero  jeśli  dosięgnie  go  zapach  kwasu  masłowego,  kleszcz  budzi  się 

z odrętwienia i błyskawicznie spada. W następnej chwili wymacuje w skórze ciepłokrwistego 

zwierzęcia  wolne  od  sierści  miejsce,  w które  wwierca  swój  ryjek.  Tym  samym  zadanie 

życiowe  spełniło  się.  W jakiś  czas  potem  odpada,  składa  jaja,  wydaje  potomstwo  i ginie”. 

„Cały bogaty świat otaczający kleszcza kurczy się i zmienia w mizerny twór” - podsumowuje 

Uexküll. Innymi słowy, wszystkie właściwości świata redukują się dla kleszcza do obecności 

lub nieobecność zapachu kwasu masłowego. U zwierząt wyższych, na przykład psa, kota, czy 

kanarka  z naszej  klatki,  postrzegana  rzeczywistość  świata  staje  się  oczywiście 

nieporównywalnie bogatsza, nadal jest jednak cząstkowa i relatywna, „zawsze też - podkreśla 

von Ditfurth - jeszcze o wiele uboższa od świata, który postrzegamy my. Pod tym względem 

wszyscy  w naszych  naiwnych  wyobrażeniach  wychodzimy  z całkowicie  błędnych  założeń. 

Rzeczywistość  danego  gatunku  zwierzęcia  przybliża  się  co  prawda  do  przeżywanego  przez 

nas  świata  w takim  samym  stopniu,  w jakim  wzrasta  jego  pokrewieństwo  z nami.  Jest  to 

powód,  dla którego łatwiej  nam  jest zaprzyjaźnić się  z psem aniżeli z ptakiem,  z chomikiem 

niż  z jaszczurką.  Ale  rzeczywistości  rozmaitych  gatunków  nie  pokrywają  się  nigdy  ze  sobą. 

Także u psa i małpy człekokształtnej większość postrzeganych przez nas właściwości  świata 

background image

znajduje się poza horyzontem ich rzeczywistości”. 

Pisząc o ubóstwie świata postrzeganego przez zwierzęta w porównaniu z człowiekiem, 

dokonuje  oczywiście  von  Ditfurth  swoistego  rachunku  globalnego.  W poszczególnych 

dziedzinach  nie  może  się  człowiek  z tymiż  zwierzętami  równać.  I tak  na  przykład  zmysł 

wzroku jest u ptaków rozwinięty znacznie lepiej niż u człowieka. Dzięki gęstemu ustawieniu 

w oku  komórek  czopkowych  i pręcikowych  widzą  ptaki  dokładnie  niezauważalne  dla  nas 

małe szczegóły  i znacznie szerzej rozróżniają kolory.  Tak  zwana plamka żółta jest u ptaków 

znacznie  wrażliwsza  niż  u człowieka.  U myszołowa  np.  na  1/100  mm

2

  jej  powierzchni 

występuje około 100 komórek  zmysłowych, podczas gdy u człowieka tylko 16-20. Zdolność 

akomodacji  ptasiego  oka  jest  większa  niż  u nas,  np.  u kormoranów  osiąga  50  dioptrii. 

Również adaptacja do różnej siły światła przebiega szybciej. Pies ma z kolei wyżej rozwinięte 

od nas zmysły węchu  i słuchu.  Węchem przewyższają  nas  nawet żółwie.  Jaszczurka odbiera 

inny  od  nas  zakres  dźwięków;  „nie  reaguje  na  głośny  dźwięk  -  pisze  Alfred  Brehm  -  który 

powstaje wtedy,  gdy się uderza w kamień ponad jej głową,  ale porusza się  natychmiast, gdy 

w pobliżu  pełznie  wśród  traw  jakiś  owad.  Można  też  koło  niej  głośno  mówić  czy  gwizdać. 

Natomiast  zareaguje  na  najlżejszy  wywołany  przez  nas  szelest  w zeschłej  trawie”.  Liczne 

ptaki  przewyższają  nas  także  zmysłem  dotyku.  Cóż  dopiero  powiedzieć  o nietoperzach, 

mających  uszy  przystosowane  do  odbierania  ultradźwięków  wydawanych  przez  siebie 

i odbijających  się  od  przedmiotów  otoczenia,  co  umożliwia  im  niedostępną  człowiekowi 

echolokację.  Wprawdzie  więc  w sumie  postrzegamy  zapewne  najwięcej  z otaczającego  nas 

świata,  wszelako  liczne  jego  właściwości  umykają  naszym  zmysłom.  Von  Ditfurth  stawia 

kropkę nad „i”: „Świat, który postrzegamy, pojawia nam się jako wynik przetworzenia małej 

tylko cząstki z góry  już nadzwyczaj ograniczonej  liczby  możliwych  bodźców zewnętrznych. 

To  co  postrzegamy,  nie  jest  światem  samym.  Jest  jego  odbiciem.  A kto  pamięta  o sposobie 

powstania tego odbicia, musi wątpić w doskonałość jego zgodności z oryginałem”. 

Nieco  zapędził  się  von  Ditfurth  w owej  niepewnej  „doskonałości”.  Można  i należy 

postawić  sprawę  o wiele  brutalniej.  Świat  postrzegany  przez  nas  jest  niepełny,  cząstkowy, 

chaotyczny.  Chciałoby  się  wręcz  powiedzieć  „bezsensowny”.  Tyle  że  dla  człowieka:  „Istotą 

rzeczywistości  jest  sens.  Co  nie  ma  sensu,  nie  jest  dla  nas  rzeczywiste.  Każdy  fragment 

rzeczywistości żyje dzięki temu, że ma udział w jakimś sensie uniwersalnym” (Bruno Schulz 

Mityzacja  rzeczywistości,  w:  Proza,  Kraków  1973).  Że  by  zaś  nadać  sens,  trzeba 

pokawałkowane - scalić, chaotyczne - sklasyfikować, nieuporządkowane - nazwać. Zadanie to 

wypełnia  kultura.  Pisze  Konrad  Lorenz  w Odwrotnej  stronie  zwierciadła  (München  1973, 

Warszawa  1977):  „Wysoce  zorganizowane  współżycie  przedludzkich  prymatów  stanowiło 

background image

warunek, by integracja funkcji poznawczych mogła fulgurować (skutkować - L.S.) myśleniem 

pojęciowym  i wraz  z nim  językiem  wyposażonym  w składnię  oraz  dopuszczającą  kumulację 

tradycją.  Umiejętności  te  wywarły  z kolei  ogromny  wpływ  zwrotny  na  kształt  współżycia 

ludzkiego.  Szybkie  rozpowszechnianie  się  wiedzy,  wyrównywanie  opinii  wszystkich 

członków gromady, zwłaszcza utwierdzanie przez tradycję określonych zasadniczych postaw 

społecznych  i etycznych  wytworzyło  nowego  typu  wspólnotę  osobników,  system  żywy 

bezprecedensowego rodzaju, którego konstytutywną zasadą jest ów nowy typ życia nazwany 

przez  nas  życiem  duchowym  (w  sensie:  ponadfizjologicznym  -  L.S.).  Konkretną  realizację 

takiego  ponadosobniczego  systemu  nazywamy  KULTURĄ”.  Pod  tym  wywodem 

austriackiego noblisty podpisać mógłby się każdy strukturalista. Claude LéviStrauss, pomimo 

innego  punktu  wyjścia,  antycypuje  niejako  etologiczną  wizję  Lorenza.  Tyle  że  od  razu  ją 

uściśla.  Cóż  to  bowiem  w praktyce  społecznej  znaczy  owa  „fulguracja”  (straszne  słowo  - 

L.S.)  myśleniem  pojęciowym  i językiem  wyposażonym  w składnię?  Tyle,  mówiąc 

najprościej, co NAZYWANIE świata, porządkowanie go słowami łączonymi podług składni. 

Człowiek  jest  stworzeniem  społecznym  (Lorenz  podkreśla  to  samo,  mówiąc  o jego  udziale 

w ”systemie  ponadosobniczym”).  Nazywanie  świata  służy  więc  zarówno  klasyfikacji,  jak 

i komunikacji  między  osobnikami  klasyfikację  ową  akceptującymi.  Narzuca  to  z góry 

nazywaniu  rzeczy,  które  w punkcie  wyjściowym  jest  dowolne,  również  charakter 

obowiązujący. Język jest dowolny i obowiązujący. Co to znaczy? Po kolei. 

Dowolność  języka  to  ów  niezaprzeczalny  fakt,  który  tłumaczy  nam  zróżnicowanie 

językowe społeczności  ludzkich,  że zasadniczo (pozwólmy sobie  na to uproszczenie)  każdej 

rzeczy  można  nadać  każde  miano.  „Motyw  dawania  sygnałów  w stanie  przedjęzykowym  - 

jeśli  człowiek  kiedykolwiek  żył  w takim  stanie  -  nie  mógł  być  czynnikiem  wykształcenia 

języka  (...).  Język,  jeśli  w ogóle  się  «wyłonił»,  to  mógł  się  wyłonić  tylko  razem 

z człowiekiem,  a nie  z niego”  -  twierdzi  Helmut  Plessner  (Wybór  pism,  Warszawa  1988). 

„Łączenie  lub  rozdzielanie  danych  postrzeżeniowych  zależy  od  wolnego  wyboru  układu 

odniesienia”  -  formułuje  to  samo  poniekąd  Ernst  Cassirer  (An  Essay  on  Man,  New  York 

1944).  Nie  chodzi  przy  tym,  rzecz  jasna,  tylko  o słownictwo.  Również  o składnię,  całą 

gramatykę,  wszelkie  zgoła  wzorce  pojęciowe.  Zaplecza  językowe  poszczególnych  populacji 

ludzkich  są  dowolne,  czyli  siłą  rzeczy  różne.  Najprzystępniej  może  tłumaczy  to  Lee  Whorf 

(Nauka a językoznawstwo, „Odra” 10/1980): 

System językowego zaplecza nie jest po prostu pewnym reproduktywnym narzędziem 

wyrażania  idei,  lecz  czynnikiem  owe  idee  kształtującym,  programem  i przewodnikiem 

aktywności  umysłowej,  analizy  doznań  i syntezy  intelektualnej  u każdego  z nas.  Proces 

background image

formułowania  myśli  nie  jest  niezależny  i racjonalny  w tradycyjnym  sensie,  lecz  stanowi 

fragment  określonej  gramatyki  i w zależności  od  niej  wykazuje  mniejsze  lub  większe 

zróżnicowania.  Dokonujemy  segmentacji  natury  tropami  wyznaczonymi  przez  nasze  języki 

ojczyste.  Wyodrębniamy  pewne  kategorie  i typy  zjawisk,  nie  dlatego  że  wszyscy  stajemy 

w ich obliczu, wręcz przeciwnie - rzeczywistość jawi się nam jako kalejdoskopowy strumień 

wrażeń,  strukturę  natomiast  nadają  jej  nasze  umysły  -  to  jest  przede  wszystkim  tkwiące 

w naszych  umysłach  systemy  językowe.  Dzielimy  świat  na  części,  porządkujemy  go  za 

pomocą  pojęć,  przypisujemy  mu  sens  w określony  sposób,  ponieważ  jesteśmy 

sygnatariuszami  umowy,  by  czynić  to  tak  właśnie  a nie  inaczej;  umowy,  która  obowiązuje 

w naszej społeczności językowej i którą skodyfikowano na wzorcach naszego języka. Umowę 

tę  zawarliśmy  implicite  i nigdy  nie  została  ona  jawnie  podana,  ale  jej  warunki  obowiązują 

bezwzględnie  -  nie  jesteśmy  stanie  mówić  bez  zaakceptowania  ustanowionych  przez  nią 

klasyfikacji danych i uporządkowania. 

W konsekwencji:  „Dochodzimy  tu  do  nowej  zasady  relatywizmu:  postrzegający  nie 

utworzą sobie tego samego obrazu świata na podstawie tych samych faktów fizycznych, jeśli 

ich  zaplecza  językowe  nie  będą  ze  sobą  porównywalne”.  I odwrotnie,  w ramach  tej  samej 

konwencji  językowej  nasze  widzenie  świata  będzie  bardzo  zbliżone,  a to,  co  postrzegamy, 

w ramach  naszej  grupy,  jako  radykalnie  lub  wręcz  rewolucyjnie  odmienne,  mieszcząc  się 

w tej  samej  strukturze,  będzie  w istocie  niezwykle  zbliżone,  z dalszej  perspektywy  omal 

identyczne. Oddajmy znowu głos Lee Whorfowi: 

Nie doszlibyśmy do tej szokującej konkluzji, porównując ze sobą współczesne języki 

europejskie  i dorzucając  do  nich  łacinę  i grekę  jako  dobre  punkty  odniesienia.  W językach 

tych panuje jedność podstawowych wzorców, które na pierwszy rzut oka (nasz! - L.S.) zdają 

się  zgadzać  z logiką  naturalną.  Uniformizm  ów  jednak  istnieje  tylko  dlatego,  że  wszelkie 

dialekty  indoeuropejskie  wykrojone  zostały  podług  tego  samego  podstawowego  szablonu, 

wywodząc  się  historycznie  z niegdysiejszej  wspólnoty  językowej  (...).  Stąd  właśnie  wynika 

jednomyślność  w społeczności  dzisiejszych  naukowców  (...).  Jeśli  porównamy  nasze  języki 

z chińskim, 

semickimi, 

tybetańskimi 

czy 

afrykańskimi, 

rozbieżności 

w analizie 

rzeczywistości  stają  się  bardziej  widoczne,  a gdy  przystąpimy  do  tubylczych  języków 

Ameryki,  fakt  różnego  artykułowania  rzeczywistości  okazuje  się  zupełnie  niezbity.  Objawia 

się  nam  w całej  pełni  relatywność  wszystkich  systemów  pojęciowych,  włącznie  z naszym 

własnym, i ich generalną zależność od języka (...). 

Rozważmy  parę  przykładów.  W języku  Hopi  „błyśnięcie”,  „fala”,  „płomień”, 

„meteor”,  „kłąb  dymu”,  „pulsowanie”  są  czasownikami  -  zdarzenia  z natury  swej 

background image

krótkotrwałe  nie  mogą  być  niczym  innym,  jak  tylko  czasownikami.  „Chmurę”  i ”burzę” 

natomiast obejmuje dolny limit trwania dla czasowników. Hopi dokonują klasyfikacji zdarzeń 

wedle  typów  trwania,  co  przy  naszych  nawykach  myślowych  wydaje  się  zabiegiem 

dziwacznym (...). 

Najbardziej  zaskakujący  jest  chyba  fakt,  że  tak  dostojne  kategorie  kultury  Zachodu, 

jak  czas,  materia  i prędkość,  okazują  się  nie  mieć  aż  tak  doniosłego  znaczenia  dla 

konstruowania  spójnego  obrazu  rzeczywistości  (...).  JęzykHopinp.  można  by  nazwać 

językiem  bezczasowym  (...).  Osobliwe  właściwości  czasu  u Hopi  sprowadzają  się  do  jego 

zmienności  w zależności  od  nadawcy,  do  braku  jednoczesności  i do  wymiaru  zerowego;  nie 

można mianowicie przypisać mu liczby większej od jedności. Hopi nie mówią „zostałem pięć 

dni”,  lecz  „wyjechałem  piątego  dnia”.  Wyraz  odnoszący  się  do  tak  rozumianego  czasu, 

odpowiednik  naszego  „dnia”  nie  występuje  w liczbie  mnogiej.  Czasownik  Hopi  nie 

wprowadza  odróżnienia  teraźniejszości,  przeszłości  i przyszłości  zdarzenia  samego  w sobie, 

natomiast  wskazuje  zawsze  rodzaj  prawomocności,  jaki  przysługuje  sądowi  wedle  intencji 

nadawcy:  A.  czy  jest  to  relacja  zdarzenia,  B.  czy  jest  to  przewidywanie,  C.  czy  jest  to 

uogólnienie  lub  sformułowanie  jakiegoś  prawa  na  temat  zdarzenia.  Sytuacje,  w której 

nadawca  i odbiorca kontaktują się ze sobą w obrębie tego samego pola obiektywnego,  dzieli 

język  angielski,  jak  wiele  innych  języków,  na  dwa  typy  okoliczności,  zwane  przez  nas 

odpowiednio teraźniejszością i przeszłością. Ten podział okazuje się niekonieczny. 

Gramatyka  Hopi  umożliwia  również  odróżnienie  zdarzeń  monumentalnych,  trwałych 

i powtarzających się oraz sygnalizowanie stadium, w jakim znajduje się opisywane zjawisko. 

Rzeczywistość daje się więc ująć bez uciekania się do wielowymiarowego czasu. Co stałoby 

się  z fizyką  stworzoną  wedle  takich  kategorii  i pozbawioną  symbolu  „t”  (t  =  czas  -  L.S.) 

w swych równaniach? Jak sądzę, byłaby to fizyka równie dobra, choć wymagałoby odmiennej 

ideologii i, być może, odmiennej matematyki. 

Jakkolwiek  jednak  systemy  językowe  byłyby  odmienne  i dowolne,  to  -  powtórzmy  - 

raz  utworzone  stają  się  kategoryczne  i obowiązujące.  Oznacza  to,  że  poszczególne  grupy 

ludzkie  muszą  postrzegać  i formułować  świat  inaczej,  nieraz  diametralnie  inaczej. 

„Klasyfikacja  jest  jedną  z podstawowych  cech  mowy  -  pisze  Ernst  Cassirer  (op.  cit.). -  Sam 

akt  nadania  nazwy  należy  do  procesu  klasyfikacji.  Nadanie  nazwy  przedmiotowi  lub 

czynności  oznacza  podciągnięcie  ich  pod  pojęcie  pewnej  klasy...”.  „Każdy  rzeczownik 

klasyfikuje, każdy przymiotnik porównywa” - sekunduje mu Philip Bagby (Kultura i historia

Warszawa  1975).  Tworzenie  zaś  klas,  poddawanie  słów  gramatyce,  jest  właśnie 

porządkowaniem  świata  w celu  nadania  mu  harmonii  i sensu.  LéviStrauss  twierdzi 

background image

kategorycznie: „Język jest najdoskonalszym ze wszystkich przejawów porządku kulturowego, 

tworzących  systemy  na  tej  czy  innej  zasadzie.  I jeśli  chcemy  zrozumieć,  czym  jest  sztuka, 

religia, prawo, a może nawet i kuchnia lub zasady uprzejmości, należy rozumieć je jako kody, 

utworzone przez artykulację znaków,  według  modelu  lingwistycznego porozumiewania się.” 

(Georges Charbonier, Rozmowy z Claude LéviStraussem, Warszawa 2000). Musimy  bowiem 

zdać sobie sprawę,  że każ da klasyfikacja  jest swoistą zbrodnią na rzeczywistości.  Barwy są 

wrażeniami 

wzrokowymi 

wywołanymi 

widzialną 

częścią 

promieniowania 

elektromagnetycznego.  Ich  spectrum  jest  ciągłe.  Wyodrębnianie  z niego  barw:  czerwonej, 

zielonej,  niebieskiej...  ciągłość  tę  kaleczy  i sztucznie  rozrywa.  Przy  czym  w zależności  od 

systemu  językowego  rozrywa  i kaleczy  różnie.  Indianie  Nutka  nie  rozróżniają  na  przykład 

zielonego i niebieskiego, w podstawowej grupie ich barw wymieniają natomiast szereg żółci. 

Język  polski  wyodrębnia  tylko  parę  rodzajów  śniegu:  śnieg,  szron,  szadź,  bryja.  Język 

Eskimosów ujmuje natomiast w odrębne kategorie rodzajów śniegu kilkadziesiąt. Gdzie więc 

Polak przechodzi ze śniegu mniej sypkiego, na bardziej sypki, ale z grubsza ten sam śnieg, dla 

Eskimosa na tym samym odcinku drogi zmienić się mogą imiona świata. To język każe nam 

rozróżniać krzew od drzewa (gdzie jest niby jakościowa różnica?), kamień od głazu, rzekę od 

strumienia, dzieciństwo od młodości... 

To  język  organizuje  nasze  postrzeganie  i formułowanie  świata,  a w konsekwencji  - 

naszą  sztukę,  religię,  prawo...  Stawiając  tutaj  właśnie  kropkę  nad  „i”,  dokonał  Claude 

LéviStrauss  swoistego  „przewrotu  kopernikańskiego”  w naukach  społecznych.  Jest  to 

porównanie  w pełni  uprawnione.  Kant  uznał  za  „kopernikańskie”  odwrócenie  sposobu 

myślenia, przejście od sądu, że doświadczenie umożliwia pojęcia, do zasady, że przeciwnie - 

pojęcia  umożliwiają  doświadczenia.  Odwrócenie  sposobu  widzenia  LéviStraussa  jest 

w istocie  podobne.  Skoro  bowiem  jesteśmy  związani  w naszym  postrzeganiu  świata  pewną 

nieuświadamianą  umową,  poza  którą  wyjść  nie  umiemy  i w ramach  której  myślimy, 

tworzymy i działamy, oznacza to - niechaj dosadne uproszczenie podkreśli dobitność zasady - 

że  nie  człowiek  tworzy  kulturę,  ale  kultura  człowieka!  Innymi  słowy,  powtórzmy  do 

znudzenia,  kochamy  się,  wierzymy,  tworzymy,  organizujemy życie  społeczne  etc.  w ramach 

pewnego  kokonu,  pewnego  zbioru  dyrektyw,  wynikłego  z takiego  a nie  innego  postrzegania 

świata. 

Teoria  Kopernika  doczekała  się  setek  poprawek  i uzupełnień,  podobnie  jak  filozofia 

Kanta. Tyle że nie było już odwrotu. Zaczęliśmy inaczej myśleć i inaczej spoglądać na świat. 

Podobnie jest z rewolucją LéviStraussa. Będziemy ją rozwijać lub ograniczać, rozbudowywać 

i poddawać  korektom.  Nasze  myślenie  nie  będzie  już  jednak  nigdy  takie  samo.  Dlaczego 

background image

rozdziałem tak  innym od poprzednich chcę zakończyć tę książkę? Claude LéviStrauss zmarł 

ledwie  rok  temu.  Jest  więc  naszym  współczesnym.  W kolejnych  książkach  mogliśmy  na 

bieżąco  śledzić  rozwój  jego  myśli.  Wielu  to  nawet  robiło.  Ja  sam  zafascynowałem  się  jego 

pracami już czterdzieści lat temu. Ale nawet teraz, po jego śmierci, nie dotarło do nas chyba 

w pełni,  jakim  był  tytanem.  Spoglądamy  w przeszłość  i patrzymy  ze  zdziwieniem,  jak  jedne 

zdarzenia  zostały  przecenione,  inne  niedocenione.  Ale  dzieje  polityczne,  intelektualne, 

społeczne toczą się nadal. I znowu znaczenie  jednych rzeczy  nadwartościujemy,  innych,  ileż 

istotniejszych,  nie  zauważamy.  I chociaż  nie  ma  na  to  sposobu,  wynika  jednak  przesłanie. 

Banalne i naiwne - że warto się czasami zadumać. Nawet nad głupim kleszczem. LéviStrauss 

się nim nie zajmował. Ja go tu wsadziłem, żeby uprzystępnić jego tezy, do których dochodził 

zupełnie  innymi  szlakami.  Jak  jednak  wiadomo,  wiele  dróg  prowadzi  do  Rzymu.  I ta  przez 

Krym  i nawet  przez  karczmy  babińskie.  Można  wybierać  różne  ścieżki,  ale  i tak  dojdziemy 

chyba  na  końcu  do  wniosku,  iż  jesteśmy  spadkobiercami  żołnierzy  spod  Valmy,  a rycerzom 

spod  Poitiers  tak  wiele  znowu  nie  zawdzięczamy,  zaś  osiągnięcia  zapomnianego  Kozaka 

Jermaka  okazały  się  trwalsze  od  Gruzina  Stalina.  Chociaż  sam  Jermak  nie  miał  zielonego 

pojęcia  o dalekich  skutkach  swoich  działań,  podobnie  zresztą  jak  Joanna  d’Arc  czy  nawet 

Henryk  VIII.  Taki  jest  już  ten  świat  i dlatego  żyć  na  nim  tak  ciekawie,  że  aż  odchodzić 

szkoda. 

background image