background image

Christina Dodd

Moc Przeznaczenia

(Rules of Attraction)

Przełożyła Hanna Rostkowska-Kowalczyk

background image

Dedykuję tę książkę siostrom Hall,

ciotkom i babkom całego pokolenia.

Śpiewaliśmy z nimi piosenki.

Piliśmy oranżadę.

Tańczyliśmy.

Tworzyliśmy rodzinę.

Dziękuję Wam.

To Wam zawdzięczam

wspaniałe wspomnienia.

background image

ROZDZIAŁ 1

Panna Hannah Setterington,

jedyna właścicielka

Znakomitej Akademii Guwernantek

oferującej przez ostatnie trzy lata

najbardziej kompetentne guwernantki,

damy do towarzystwa i nauczycielki,

pragnie zawiadomić, że sprzedała

Znakomitą Akademię Guwernantek

za duże pieniądze i zamierza zająć się

prześladującymi ją wspomnieniami z przeszłości

4 maja 1843 roku.

W   tym   momencie   panna   Hannah   Setterington   mogła   z   całą   pewnością 

stwierdzić, że jest sama. Absolutnie, całkowicie sama. Wypuściła z ręki walizkę, 
która z głuchym łoskotem upadła na deski peronu i rozejrzała się, patrząc w 
zmrok zapadający nad hrabstwem Lancashire. Pomiędzy pobliskimi drzewami 
nie było widać żadnych zabudowań. Nie można było dostrzec żadnych świateł, 
nie słychać było ludzkich głosów i śmiechu, brakowało choćby śladu poświaty, 
którą nad Londynem widać nawet w najczarniejszą noc. Nie mogła dostrzec też 
zarysu gór, wznoszących się na północy. Noc i mgła zapadły nad ziemią, po 
pociągu pozostało tylko oddalające się dudnienie. W tej sytuacji pomyślała, że 
najrozsądniej byłoby zrezygnować z tej posady – opiekunki wiekowej ciotki 
markiza Raeburna.

Komu jednak miała oznajmić swoją decyzję? Na polnej drodze, okrążającej 

łukiem pobliskie wzgórze i niknącej w oddali, nie było widać służącego, który 
powinien po nią wyjechać. Poza tym przyjechała tu z misją. Przyjechała, żeby 
zrealizować pragnienie swego serca i postanowiła, że nie wyjedzie, dopóki nie 
wypełni swojego zadania.

Choć była przekonana, że nie mogła się pomylić, wygrzebała z torebki list, 

przysłany przez ochmistrzynię, która zaproponowała jej pracę. Wytężając wzrok 
w   szybko   zapadającym   zmroku,   przeczytała   piękne,   odręczne   pismo   pani 
Trenchard.   Proszę   przyjechać   piątego   marca   i   wysiąść   na   stacji   Presham 
Crossing.   Hannah   wiedziała,   że   dziś   jest   piąty   marca.   Przeniosła   wzrok   na 
tablicę umieszczoną nad peronem. „Presham Crossing" – głosiła dumnie.

Wyślę   powóz,   który   przywiezie   panią   do   zamku   Raeburn,   gdzie   markiz 

niecierpliwie oczekuje pani przybycia.

Hannah znów wbiła wzrok w wąską drogę. Żadnego powozu. Żadnej służby. 

Zupełna   pustka.   Wsunęła   z   powrotem   list   do   torebki   i   westchnęła   głęboko, 
zastanawiając   się,   czemu   tak   ją   zdziwił   ten   dowód   zaniedbania.   Z   jej 

background image

doświadczeń wynikało, że większości ludzi brakowało dobrej organizacji, która 
leżała w jej naturze. Ta cecha pomogła jej przez ostatnie trzy lata prowadzić 
Akademię Guwernantek tak skutecznie, że gdy zwróciła się do Adorny, lady 
Bucknell,   z   prośbą   o   pomoc   w   sprzedaży   szkoły,   Adorna   sama   ją   kupiła. 
„Potrzebuję   jakiegoś   zajęcia,   odkąd   Wynter   przejął   rodzinne   interesy"   – 
powiedziała, podpisując czek na sporą sumę. W ten sposób, w wieku dwudziestu 
siedmiu  lat,  Hannah   znalazła  się   w  godnej  pozazdroszczenia  sytuacji  osoby, 
która nie potrzebowała podejmować nowej pracy. Oczywiście nie zamierzała z 
tego korzystać. Odkąd sięgała pamięcią, zawsze pracowała. Szyła, wykonywała 
rozmaite zlecenia, pomagała jako pokojówka. Nawet w szkole starała się zawsze 
być najlepsza... A potem nastąpił ten krótki, straszny, a jednocześnie cudowny 
czas, kiedy nie miała żadnego zajęcia.

Opatuliła się szczelniej peleryną i znów spojrzała na drogę, jednak nadal 

było na niej pusto, zaś ciemność zapadała coraz szybciej.

Ostatnimi czasy zbyt często wspominała te dni, kiedy była bezużyteczna, 

niepotrzebna,   traktowana   jak   czyjaś   własność.   Czuła   się   zakłopotana 
klarownością   swoich   wspomnień,   ale   nie   była   zdziwiona.   Zawsze,   kiedy 
docierała   w   swoim   życiu   do   rozstaju   dróg,   a   codzienne   zajęcia   przestawały 
pochłaniać   każdą   sekundę,   kierowała   myśli   ku   przeszłości   i   znów   się 
zastanawiała. W chwilach takich jak ta, gdy stała samotnie, otoczona pasmami 
mgły przesłaniającymi gwiazdy i odcinającymi ją od świata, rozważała, co by 
się   stało,   gdyby   wróciła   do  Liverpoolu,   gdzie   czekała   na  nią   jej   przeszłość. 
Zawsze jednak odrzucała ten pomysł. W końcu była zbyt wielkim tchórzem, 
żeby   zmierzyć   się   z   konsekwencjami   swoich   młodzieńczych   postępków. 
Równocześnie była zbyt mądra na to, żeby je teraz rozpamiętywać.

Schowała   brodę   w   wełnianym   szaliku,   dłonie,   choć   w   rękawiczkach, 

dodatkowo ukryła w rękawach i zaczęła myśleć o pożyteczniejszych sprawach – 
co ma robić. Służący po nią nie wyjechał, nigdzie nie widać było wioski, a noc 
robiła się coraz chłodniejsza.

Na   pewno   nie   zamierzała   wpadać   w   panikę   tylko   dlatego,   że   o   niej 

zapomniano.

Przynajmniej wiedziała, że nie podążał za nią nikt z Londynu.
Jednym   z   wielu   powodów,   dla   których   przyjęła   tę   propozycję,   było 

podejrzenie,   że   ktoś   ją   śledzi.   Bo   jak   inaczej   wytłumaczyć   można   fakt,   że 
zawsze  jeden z trzech ponurych, jednakowo ubranych dżentelmenów,  którzy 
wynajęli dom po drugiej stronie ulicy, znajdował się na targu w tym samym 
czasie, co ona, chodził do teatru wtedy, kiedy ona, a nawet pojawił się w Surrey, 
gdy pojechała na chrzciny drugiego dziecka Charlotty i odwiedzała Pamelę. Kto 
mógłby  tak bardzo się interesować skromną właścicielką londyńskiej szkoły, 
żeby ją śledzić na każdym kroku?

Tylko jeden człowiek... który nie mógł przecież o niej zapomnieć.

background image

Toteż   kiedy   pojawiła   się   oferta   pracy   jako   opiekunki   starszej   damy   w 

Lancashire, uznała to za zrządzenie losu. Sprzedała szkołę i wymknęła się z 
Londynu.   Ktoś   nieświadomy   niczego   mógłby   nazwać   to   ucieczką.   Hannah 
wolała określenie „urlop". Energicznie kiwnęła głową. Tak, urlop potrzebny, 
żeby się zastanowić nad przyszłością. Przyszłością Hannah Setterington.

Nadal nie było ani śladu powozu. Przypomniała sobie rady, jakich udzielała 

swoim uczennicom w szkole guwernantek – żeby kierować się rozsądkiem, a nie 
urazą. Jeśli nikt nie pojawi się w ciągu godziny, zacznie iść drogą w nadziei, że 
prowadzi ona do Presham Crossing. Tam zaś wynajmie kogoś, kto ją zawiezie 
do   zamku   Raebura.   Po   przybyciu   na   miejsce   udzieli   zdecydowanej   nagany 
ochmistrzyni, pani Trenchard. Szlachetnie urodzone kobiety, podejmujące pracę 
guwernantki czy opiekunki, nierzadko bywały przedmiotem szykan ze strony 
domowej   służby.   Hannah   zamierzała   tak   rozpocząć   pracę,   żeby   nie   było 
wątpliwości, iż oczekuje szacunku. Jeśli byłoby to niemożliwe, wolałaby o tym 
wiedzieć od razu, by nie przywiązywać się do wiekowej ciotki, która, według 
listownych zapewnień, była uroczą, choć czasem nieco zagubioną, damą.

Hannah uśmiechnęła się do siebie. Lubiła starsze panie. Przez sześć lat była 

damą   do   towarzystwa   lady   Temperly   i   miała   okazję   podróżować   z   nią   po 
świecie, oglądając widoki, o jakich wcześniej mogła jedynie marzyć. Podróże z 
lady Temperly bardzo różniły się od przenosin z matką z miejsca na miejsce, 
którym towarzyszyło lekceważenie i drwiny drobnych właścicieli ziemskich i 
ich prawowitych małżonek. Wędrówki po kontynencie otworzyły jej oczy na 
nowy, inny świat...

Gdzieś z oddali, z lewej strony, dobiegł żałosny jęk. Zamarła, przez krótką 

chwilę   zastanawiając   się,   jakie   dzikie   zwierzę   mogło   się   włóczyć   w   tak 
niewielkiej odległości  od gór. Potem usłyszała jeden stuk, potem następny... 
odprężyła się z westchnieniem ulgi. Rozpoznała te dźwięki. Ktoś zjeżdżał ze 
wzgórza i jechał w jej stronę. Zapominając o chwilowym strachu, podeszła do 
krańca peronu i przystanęła, wyczekując, pewna, że ktoś jedzie właśnie po nią. 
Co z tego, że nie był to powóz – nikt inny nie wyruszałby w drogę w taki 
nieprzyjemny wieczór.

Chociaż wytężała wzrok, nic nie mogła dostrzec. W końcu po jakimś czasie 

we mgle pojawiła się poświata, a następnie zatrzymał się przed nią drewniany 
wóz.   Do   jego   boku   przymocowana   była   lampa,   w   której   świetle   ujrzała 
wychudłego   typa,   trzymającego   lejce   szkapy   o   zapadłym   grzbiecie.   Kiedy 
mężczyzna otworzył usta, natychmiast otoczyły go opary piwa, które dotarły 
nawet tam, gdzie stała.

Przyjrzeli się sobie z wzajemnym niesmakiem.  Hannah miała  przed sobą 

wysokiego mężczyznę w kwiecie wieku, który, jeśli sądzić po obrzękniętym 
nosie i brudnym ubraniu, nie był estetą, natomiast na pewno lubił zaglądać do 
kieliszka. Mogła mieć tylko nadzieję, że jej widok, nienagannie przyodzianej w 

background image

czarny strój podróżny, pełnej słusznych zasad i moralnego przekonania, będzie 
dla niego natchnieniem.

W końcu mężczyzna zapytał:
– To pani jest panną Setterington? 
– Tak, to ja.
– Mam panią zabrać do zamku Raeburn – rzekł z dziwnym lancashirskim 

akcentem.

Spojrzała   na   dwukółkę   z   drewnianymi   kołami,   poobijanymi   bokami   i 

gnijącym sianem z tyłu i pomyślała, że jej nowy pracodawca niezbyt ją poważa. 
Gdyby należała do osób niemających wyboru i zmuszonych do zaakceptowania 
takiego lekceważenia, byłaby mocno poruszona. Ale ona była panną Hannah 
Setterington   ze   Znakomitej   Akademii   Guwernantek.   Mogła   znaleźć   pracę 
wszędzie   i   miała   dość   pieniędzy   w   banku,   żeby   opuścić   to   miejsce.   Nie 
zamierzała jednak tego zrobić. Nie po tak długich poszukiwaniach tego zakątka 
Lancashire. Ale jej pracodawca nie powinien o tym wiedzieć. Dzisiaj pragnęła 
jedynie gorącego posiłku i ciepłego miejsca do spania.

– Kim jesteś? – zapytała.
Na   dźwięk   jej   stanowczego   głosu   podniósł   głowę.   Zerknął   spomiędzy 

strąków siwobrązowych włosów, które opadały mu na czoło.

– Jestem Alfred.
– Spóźniłeś się. Mój bagaż jest na peronie. Koszyk i walizka. Przynieś je 

szybko i ruszajmy. – Widząc, że mężczyzna stoi bez ruchu, rzuciła: – Rusz się 
wreszcie!

Alfred   zareagował   jak   pies   na   ostrą   komendę,   unosząc   górną   wargę   i 

obnażając zęby, po czym posłusznie  zsunął  się z wozu. Kiedy przygarbiony 
woźnica ruszył w stronę stosu bagaży, Hannah podwinęła suknię, wdrapała się 
na wóz i usiadła na ławce woźnicy. Z tyłu wozu dobiegały żałosne postękiwania 
Alfreda,   wrzucającego   walizki   na   siano.   Miała   nadzieję,   że   nie   było   tam 
żadnego robactwa, ale postanowiła, że i tak obejrzy dokładnie ubranie, kiedy w 
końcu znajdzie się w swojej sypialni w zamku Raeburn. Chociaż, sądząc po 
tempie poruszania się Alfreda, mogło do tego nigdy nie dojść.

– Pospiesz się, człowieku, chyba nie chcesz, żeby twój pan czekał!
Nie widać było, żeby jej słowa w jakikolwiek sposób przyspieszyły jego 

ruchy.   Miała   wiele   czasu,   żeby   poprawić   suknię   i   odsunąć   się   na   najdalszy 
kraniec   siedziska,   zanim   Alfred   wspiął   się   wreszcie   na   wóz   i   usiadł   obok, 
roztaczając woń piwa i spoconego ciała. Zauważyła, że ma mocne ręce, kiedy 
ujął lejce. Szkapa wykazywała tyle samo znużenia, co woźnica. Szarpnęła wóz i 
zaczęła powoli człapać przed siebie.

Dopiero wtedy Alfred się odezwał.
– To nie jest mój pan.
–   Słucham?   –   Hannah   zrozumiała,   że   odpowiadał   na   jej   wcześniejsze 

background image

pytanie. – Nie pracujesz dla hrabiego Raeburna?

– Pracuję na zamku Raeburn. Przez cale życie. Ale aktualny pan nie jest tym, 

u którego się nająłem, ani tym, którego będziemy mieli na końcu.

Przez chwilę analizowała jego wypowiedź, zanim zauważyła:
– Chyba zawsze tak jest w przypadku majątków ziemskich.
– Przez ostatnie lata mieliśmy już czterech hrabiów.
–   Dobry   Boże.   –   Kiedy   dotarli   na   szczyt   wzgórza,   lekki   powiew   wiatru 

musnął jej policzki i przez chwilę mogła dostrzec ciemne kontury pochylających 
się nad nią drzew. – Co za nieszczęścia doprowadziły do tylu zmian?

– Przeklęci.
Drzewa znikły, przesłonięte ponownie mgłą.
– Kto jest przeklęty?
Alfred obrzucił ją pełnym oburzenia spojrzeniem.
– Ta rodzina jest przeklęta.
– Aha. – Nie mogła powstrzymać uśmiechu na myśl, że Alfred należy do 

tych szczególnych ludzi, którzy uwielbiają powtarzanie głupich bajek. – Znam 
takie   opowieści.   Lubiły   je   opowiadać   młode   damy,   które   uczyłam.   A   więc 
rodzina jest przeklęta. Przez Cygankę? Czarownicę? Z jakiego powodu? Zawód 
miłosny? Zemsta?

–   Pani   sobie   stroi   żarty,   a   przecież   dziesięć   lat   temu   straciliśmy   dwóch 

dziedziców w katastrofie statku u wybrzeży Szkocji, potem, cztery lata temu, 
umarł stary lord, w ubiegłym roku jego kuzyn runął ze skały do morza, potem 
jego brat zabił się spadając ze schodów, a teraz mamy tego ciemnego typa, który 
jest dalekim kuzynem i nawet nie pochodzi z Lancashire.

Rozbawienie Hannah gdzieś znikło. Chociaż miała dość rozsądku, żeby nie 

wierzyć w każdą bajkę opowiadaną przez służącego, jednak nie mogła nie brać 
pod uwagę tych tragedii.

– Nie możesz winić aktualnego pana za miejsce, w którym się wychował – 

powiedziała. – Sądź go raczej po jego pracy i trosce o posiadłość. Alfred aż 
parsknął.

– Jest tu niespełna rok i wszędzie zaprowadził porządek...
– A widzisz?
– ...Ale jakie ma to znaczenie, skoro jest mordercą swoich bliskich?
Drewniane koła powozu tak mocno podskoczyły na korzeniach, aż Hannah 

zaszczekały zęby. Od drewnianej ławki bolały ją pośladki. Mgła zwilżyła jej 
policzki. Najgorsze zaś było to, że nie potrafiła rozsądnie myśleć. Udało jej się 
jednak zachować spokojny, krytyczny głos, gdy powiedziała:

–   Powinieneś   wiedzieć,   że   nie   należy   rozsiewać   oszczerczych   plotek   o 

człowieku, któremu przypadł tytuł waszego hrabiego.

– Nie rozsiewam plotek, panienko. To słowa jego własnego lokaja. – Alfred 

zgarbił   się   jeszcze   bardziej   i   posępnie   zapatrzył   przed   siebie,   jakby   chciał 

background image

dostrzec   niewidoczną   we   mgle   drogę.   –   Hrabia   wiele   lat   temu   ożenił   się   z 
młodą, śliczną panną, która stale się śmiała, a kiedy się nie kochali, walczyli ze 
sobą.   Walczyli   i   walczyli   bez   końca.   Potem   się   kochali   i   znów   zaczynali 
walczyć. Stangret hrabiego mówił, że po jednej naprawdę okropnej kłótni żona 
znikła.

– To jeszcze nie oznacza, że hrabia ją zabił.
–   Parę   tygodni   później   znaleziono   ciało   kobiety   naruszone   przez   dzikie 

zwierzęta.

Hannah nadal usiłowała myśleć logicznie.
– To nie dowód.
– Hrabia pojechał obejrzeć ciało i powiedział, że to nie jej, ale służąca żony 

prosto w oczy rzuciła mu oskarżenie o zabójstwo. Nie zaprzeczył, tylko patrzył 
tępym wzrokiem, ponury jak śmierć, dopóki służąca nie uciekła. Od tego czasu 
przestał być sobą. Nigdy się nie uśmiecha, nie powie nikomu jednego miłego 
słowa,   nie   może   spać.   Nocą   jeździ   po   posiadłości.   Którejś   nocy   sam   go 
widziałem, jak pędził z płonącymi oczami.

Odnosiła   wrażenie,   że   koń   sam   znajdował   drogę,   bowiem   lejce   luźno 

zwieszały się z rąk Alfreda. Siedziała, jedną ręką ściskając torebkę, drugą zaś 
kurczowo trzymała się ławki, przez cały czas walcząc z pokusą obejrzenia się za 
siebie.

– Na pani miejscu wyjechałbym stąd tak szybko, jak tylko można. Człowiek, 

który raz zabił, zabije znowu – rzucił Alfred.

Dlaczego Alfred uznał, że ona świetnie się nadaje do straszenia? Pewnie 

śmiał się w duchu, podczas gdy ona ukradkiem usiłowała rozetrzeć ręce, na 
których pojawiła się gęsia skórka. Nie, nie da mu tej satysfakcji. Najbardziej 
cierpkim tonem, na jaki było ją stać, rzekła:

–   Nawet   gdyby   jego   lordowska   mość   był   krwawym   mordercą,   jak   to 

sugerujesz, to wątpię, żebym była dość ważna, aby chciał mnie zabić.

– Nigdy nie można zejść z drogi zatwardziałemu mordercy.
– Jeśli nie zostanę w zamku Raeburn, to nie dlatego, że wypłoszyły mnie 

absurdalne plotki o morderstwie, ale ze względu na to, jak nieładnie zostałam 
już potraktowana.

Alfred wzruszył ramionami.
– Pani decyzja, pani pogrzeb. Co za czarujący człowiek!
– Jak długo będziemy jeszcze jechać?
– Jesteśmy na szczycie wzgórza – wskazał ręką przed siebie, jakby mogła 

dostrzec, co jej pokazywał.

– To jest brama wjazdowa. Fosa trochę zarosła przez ostatnie dwieście lat.
Światła   zamku,   które   wyłoniły   się   spoza   mgły,   były   zaskakująco   blisko. 

Drewniane   koła   zadudniły   na   bruku   i   zatrzymały   się   na   środku   podjazdu. 
Hannah   wyciągnęła   szyję,   chcąc   zobaczyć,   ile   się   da.   Była   zdumiona 

background image

wyniosłością granitowej budowli, która gwałtownie wyrastała z ziemi. Czuła się 
tak, jakby została przeniesiona w czasie w przeszłość. Zamek wyglądał tak samo 
jak   w   średniowieczu,   gdy   okna   były   jedynie   wąskimi   szczelinami,   a   każdy 
szczegół zaprojektowano z myślą o obronie przed wrogiem.

– Część zamku ma nawet siedemset lat. Wiele dzieci tu się urodziło, wielu 

ludzi umarło. – Alfred odwrócił się i spojrzał na Hannah błyszczącymi oczami. 
– Życzę pani szczęścia.

Drzwi   otworzyły   się   i   w   prostokącie   światła   Hannah   dostrzegła   kontury 

kilku postaci, czterech mężczyzn i jednej kobiety. Kobiecy głos pobrzmiewał 
mieszaniną gwary z Lancashire i dworskiego języka.

– Przywiozłeś ją, Alfredzie?
– Tak.
– W samą porę. Pan zżyma się już od godziny. Kobieta i dwóch mężczyzn z 

latarniami pospieszyło w stronę wozu. Kobieta nie przestawała mówić.

–   Panna   Setterington?   Jestem   Judith   Trenchard   i   bardzo   przepraszam   za 

środek transportu. Zaistniało... nieporozumienie.

Nieporozumienie? Bardzo ciekawe.
– Mam nadzieję, że nie było pani niewygodnie – rzekła pani Trenchard.
– Ależ skąd. – Lokaj przystawił stopień, pomógł Hannah wstać z ławki i 

zejść z wozu. – Jednak błagam o pokojówkę, która odświeży moje ubranie.

Kiedy   służący   unieśli   latarnie,   na   pulchnej,   pełnej   bruzd   twarzy   pani 

Trenchard pojawił się przestrach. Mogła mieć około sześćdziesięciu pięciu lat i 
roztaczała wokół siebie aurę kompetencji i energii, które ostro kontrastowały ze 
słowami przeprosin i przyznaniem się do błędu.

– Oczywiście przydzielę pani pokojówkę. Proszę wejść, zanim przemoknie 

pani do szpiku kości.

Ale na to było już za późno. Kiedy Hannah przekroczyła próg i znalazła się 

w mrocznej sieni, zaczęła dygotać.

Pani Trenchard zagdakała:
– Billie, przynieś koc dla panny Setterington. Tak, to paskudna noc. Nie 

pojmuję, co też sobie myślą w tych nowoczesnych kolejach, żeby wozić ludzi o 
takiej porze. Nigdy nie zdobędą popularności w Lancashire, jeśli nadal będą tak 
postępować. Proszę zapamiętać moje słowa. Dziękuję, Billie. – Otuliła Hannah 
ciepłym   i   czystym   wełnianym   pledem   i   pospieszyła   w   stronę   kamiennych 
schodów, prowadzących na górę. – Pan czeka na panią.

Pani   Trenchard   była   wyższa   od   Hannah.   Jej   wzrost   i   potężna   budowa 

wydawały   się   niezwykłe   jak   na   kobietę.   Kiedy   szła,   towarzyszyło   temu 
pobrzękiwanie pęku kluczy, stanowiących oznakę jej pozycji. Hannah czuła się 
w jej uścisku jak liść niesiony porywem potężnego wiatru.

– Wolałabym się najpierw odświeżyć – powiedziała Hannah.
– Och, nie. Nie możemy panu kazać czekać – zdecydowanym głosem rzekła 

background image

Trenchard. – Nie jest co prawda taki straszny, jak powiadają, ale jest surowy i 
lubi, żeby wszystko przebiegało zgodnie z jego wolą. Nie sprzeciwiam się mu, a 
pani jest już spóźniona.

Hannah miała ochotę zauważyć, że nie z własnej winy. Ale pani Trenchard 

nie przestawała mówić, niemal pchając Hannah w górę po schodach.

– Pan chce przebudować wejście, tak żeby goście wchodzili od razu do holu 

na pierwszym piętrze. Wejście od kuchni nie nadaje się dla gości, a te schody są 
tak stare i wytarte, że łatwo się można na nich poślizgnąć. Poprzedni hrabia... 
Zresztą nieważne.

– Przystanęła na półpiętrze, oparła się o ścianę i, z grymasem na twarzy, 

złapała się za bok.

Hannah  spojrzała w dół na spiralę  kamiennych  schodów  i przeraziła się. 

Ujęła panią Trenchard za ramię i zapytała:

– Jest pani chora?
– Skądże. – Pani Trenchard ruszyła do przodu. – Nigdy w życiu nie byłam 

chora. Jestem z twardego materiału. Moja matka umarła ledwie pięć lat temu, 
dożywszy osiemdziesięciu dziewięciu lat. – Wskazała w górę, skąd docierało 
światło. – Kiedy już opuści się kuchnię, widać jaki to ładny dom.

Hannah   skinęła   głową.   Może   pani   Trenchard   po   prostu   miała   zły   dzień. 

Niewątpliwie wydawała się silna.

–   Po   śmierci   starego   lorda   dwaj   następni   właściciele   rozpoczęli   remont 

domu,   a   ostatni   pan,   niech   spoczywa   w   spokoju,   zainstalował   nawet   piece 
grzejące dwa razy lepiej niż kominki. Obecny hrabia był bardzo zajęty, kiedy 
odziedziczył   tytuł,   ale   teraz   każe   odnawiać   gobeliny,   czyścić   drewniane 
posadzki i wymieniać stare elementy. Dom jest wspaniały. Sama pani zobaczy.

– Na pewno. – Hannah nie wiedziała, czy pani Trenchard zawsze tyle mówi, 

czy   też   jest   zdenerwowana.   Kiedy   jednak   dotarły   do   szczytu   schodów, 
zrozumiała,  że ochmistrzyni mówiła  prawdę. Surowe wnętrze zamku  zostało 
odświeżone woskiem, wypełniły je nowe meble. Korytarz o łukowym sklepieniu 
rozszerzał się, wychodząc na ogromną, pięknie umeblowaną komnatę, w której 
antyki mieszały się z nowoczesnością. Sufit znajdował się tak wysoko, że palące 
się świece nie były w stanie go oświetlić. Na ścianach, wyłożonych ciemnym 
drewnem,   wisiały   na   przemian   wypolerowane   tarcze   i   stare,   czerwono-złote 
gobeliny.   Natomiast   meble   były   nowe   i   wygodne,   i   po   raz   pierwszy   od 
przybycia do Lancashire Hannah zobaczyła przejawy najnowszej mody, która 
zapanowała w Londynie.

– Reprezentacyjny hol – z ogromną dumą oświadczyła pani Trenchard.
– Piękny! – odparła Hannah.
Nadal szczękały jej zęby. Była wściekła z tego powodu. Podczas pierwszego 

spotkania ze służbą, panem domu i jego starą ciotką chciała sprawiać wrażenie 
mocnej osoby.

background image

Pani   Trenchard   skręciła   w   mroczny   korytarz.   Wzdłuż   ścian,   na   których 

wisiały   obrazy,   widać   było   cały   szereg   drzwi.   Na   końcu   korytarza   również 
znajdowały się drzwi, za którymi Hannah ujrzała szerokie schody, niknące w 
cieniu. Wszystko świeciło czystością. Jedne drzwi były wyjęte z zawiasów i 
oparte o ścianę. Kiedy przechodziły obok nich, pani Trenchard wyjaśniła:

– Pan kazał zrobić w bibliotece nowe półki z dębowego drewna i pomalować 

je na żółto. Twierdzi, że to rozjaśni pokój, a ja się z nim zgadzam.

– Brzmi wspaniale.
– Są jednak tacy, którzy twierdzą, że powinno się wszystko pozostawić bez 

zmian. Powiadają, że stare rozwiązania są najlepsze.

Sprawiała   wrażenie   zainteresowanej   opinią   Hannah   w   tej   sprawie,   ale 

dziewczyna była w zamku  za krótko, żeby  mieć  własne  zdanie. Spróbowała 
więc odpowiedzieć wymijająco:

–   Oczywiście   należy   zachować   część   starego   wyposażenia,   ale   jestem 

pewna, że będzie pani łatwiej w odnowionym, wysprzątanym zamku.

Pani Trenchard odwróciła się ku Hannah.
– Dlaczego?
–   Bo   stare   przedmioty   są   delikatne   i   trudne   do   wyczyszczenia   – 

zaryzykowała odpowiedź Hannah.

Pani Trenchard przyglądała się dziewczynie z pewną podejrzliwością. Miała 

jasne   oczy   i   chociaż   nie   była   tak   stara,   jak   wydawała   się   początkowo,   lat 
dodawały jej zmarszczki, będące efektem wiecznego zamartwiania się.

– Może ma pani rację. Jeszcze nie wiem. – Nie ruszając się z miejsca, pani 

Trenchard dodała: – Proszę mi pozwolić powiedzieć, że pracuję w zamku przez 
całe życie i jestem bardzo przywiązana do ciotki hrabiego. Wszyscy w zamku 
bardzo ją lubią.

– Miło mi to słyszeć.
Dobrze wiedzieć – pomyślała Hannah – że moja  podopieczna jest osobą 

sympatyczną. I tak lubianą przez służących.

–   Proszę   mi   wybaczyć   pytanie,   ale   pan   wspominał,   że   ma   pani 

doświadczenie w opiece nad starszymi paniami.

– Przez sześć lat opiekowałam się lady Temperly.
– Lubiła panią?
– Darzyłyśmy się nawzajem szacunkiem, a lady Temperly była dla mnie 

zawsze   bardzo   mila.   Zostawiła   mi   swój   dom.   Dzięki   temu   mogłam   założyć 
Akademię Guwernantek. Zachowam lady Temperly we wdzięcznej pamięci.

Pani Trenchard przyjrzała się Hannah uważnie, po czym skinęła głową.
– Chyba więc nasz pan wybrał właściwą osobę. Teraz już nie ma odwrotu. 

Poprowadziła Hannah do ciemnych, bogato rzeźbionych drewnianych drzwi. 

– Jesteśmy na miejscu. Pan czeka w saloniku. Niektórzy się go boją, jednak 

wobec mnie nigdy nie był nieprzyjemny. Szybko się pani przyzwyczai do jego 

background image

szorstkiego sposobu bycia. Broda do góry i proszę przestać dygotać. W środku 
jest ciepło.

Otworzyła drzwi i wkroczyła do środka.
Hannah   poszła   w   jej   ślady   i   jednym   spojrzeniem   omiotła   niewielkie, 

wygodnie urządzone wnętrze. W kominku buzował ogień. W wazonach stały 
świeże kwiaty. Koło ogromnego, obitego zielonym brokatem fotela ustawiono 
stół,   na   którym   leżało   kilka   książek.   Ściany   zdobiły   delikatne   akwarele   w 
nowoczesnym stylu.

W   głębi   pokoju   dostrzegła   mężczyznę   zwróconego   plecami   do   drzwi,   a 

twarzą do okna, za którym widać było jedynie zamgloną ciemność. Mężczyzna 
był   wysoki,   szeroki   w   barach,   długonogi,   ubrany   na   czarno.   Ręce   splótł   na 
plecach. Ciemne włosy sięgały mu kołnierzyka koszuli.

Po braku jakiejkolwiek reakcji można było wywnioskować, że nawet nie 

zauważył wejścia kobiet. Nie odwrócił się nawet wtedy, kiedy pani Trenchard 
ukłoniła się i oznajmiła:

– Panna Hannah Setterington, milordzie.
Przez   chwilę   stał   sztywno   wyprostowany,   jakby   na   coś   czekał.   Potem 

cichym, głębokim głosem polecił:

– Proszę nas zostawić. Hannah wstrzymała oddech. Ten głos. Ten ton.
Serce zabiło jej mocniej.
Od tylu wyglądał zupełnie jak...
A jego odbicie w szybie okiennej wydawało się znajome.
Wiedziała jednak, że musi się mylić. Odkąd zagościł w jej życiu, wszyscy 

mężczyźni wydawali się do niego podobni.

A jednak... a jednak...
Jak przez mgłę dotarł do niej odgłos zamykanych drzwi.
Mężczyzna powoli odwrócił się od okna.
I wszystkie złe przeczucia gnębiące ją przez dziewięć ostatnich lat ziściły 

się.

Ten człowiek nigdy nie zabił swojej żony. –. Bo to ona była jego żoną.

background image

ROZDZIAŁ 2

Dougald. Dougald Pippard. Nie markiz Raeburn. Zwyczajny pan Dougald 

Pippard, bogaty przemysłowiec i mieszkaniec Liverpoolu.

Teraz   stał   odwrócony   plecami   do   okna   i   nie   mogła   mieć   najmniejszej 

wątpliwości.   To   był   jej   mąż.   Jego   oczy   błyszczały   triumfalnie.   Zawsze   był 
bystrym obserwatorem ludzkich emocji; wiedziała, że zauważył ten moment, 
kiedy go rozpoznała i doznała szoku.

Jednak gdy wstrzymała oddech z wrażenia, powiedział tylko:
– Spóźniłaś się.
Spóźnienie. Tak, o dziewięć lat za późno na spotkanie człowieka, którego 

poślubiła. Poślubiła go pomimo złych przeczuć, zaraz po pierwszej ucieczce od 
niego. Wsiadła do pociągu, ale dogonił ją i...

– Nie jesteś  markizem Raeburn. – Jej głos brzmiał obco. Był za niski i, 

zważywszy okoliczności, bardzo opanowany.

Jego wąskie wargi, które ongiś zatrzymywały ją na długo, poruszyły się, 

wypowiadając dobitnie słowa:

– Zapewniam cię, że nim jestem.
– Ale... jak to możliwe? – Przebiegł ją dreszcz. Zmrużył oczy.
– Podejdź do ognia.
Nie   czekała,   żeby   powtórzył.   Instynkt   mógł   jej   nakazywać   ucieczkę, 

rozsądek   podpowiadał,   że   starannie   i   przebiegle   zastawia   pułapkę,   aby 
rozkoszować się możliwością odpłacenia niegdyś zbiegłej żonie. Nie zamierzała 
go więc prowokować.

A poza tym było jej zimno.
Nie mogła jednak lekceważyć swego instynktu samozachowawczego. Toteż, 

nie   przestając   Dougalda   obserwować,   zaczęła   przesuwać   się   bokiem   ku 
krzesełkom i stoliczkom, skupionym w pobliżu ognia.

Minione lata spowodowały zmiany. Wiele zmian.
Hannah po raz pierwszy zamieszkała w Liverpoolu pod jego dachem, gdy 

matka   podjęła   u   niego   pracę   jako   gospodyni.   Hannah   była   wówczas   chudą 
dwunastolatką   o   ogromnych   oczach.   Już   wtedy   fascynowała   ją   twarz   tego 
mężczyzny – wyraziste kości policzkowe, mocno zarysowana szczęka, prosty 
nos.   Miał   ciemną   cerę,   piękne,   zielonkawe   oczy,   świadczące   o   szkockich 
przodkach,  i  gęste,  bardzo czarne,  błyszczące  włosy. I był  taki wysoki. Dla 
młodziutkiej   Hannah   ucieleśniał   najważniejsze   cechy   wikingów,   Celtów   i 
rdzennych Anglików. Jego szlachecka rodzina mieszkała w północnej Anglii od 
setek lat. Przyjmowali  i wchłaniali kolejne fale  migracji, zachowując jednak 
celtyckie korzenie. Dougald lubił się przechwalać, że jest spokrewniony z każdą 
rodziną mieszkającą na północ od Londynu.

Teraz czas i doświadczenie wysubtelniły mu rysy, dodając im posępności, 

background image

pasującej do surowości zamku, który nazywał swoim. Skóra zdawała się opinać 
kości,   miał   zimne   spojrzenie,   a   jego   włosy...   dobry   Boże,   każdą   skroń 
przyprószała siwizna.

Minione dziewięć lat nie było dla niego łaskawe... Bez względu na to, jak się 

teraz tytułował.

Czy nadal jej pożądał? Czy będzie jej chciał tej nocy? A czy ona będzie 

walczyła, czy też sama go zapragnie?

Potknęła się o brzeg dywanu i to przywołało ją na powrót do rzeczywistości. 

Nie podeszła dość blisko ognia, żeby odczuć jego dobrodziejstwo, lecz zapach 
palącego   się   drewna   napełnił   jej   płuca   obietnicą   ciepła.   Jeśli   pozostanie   na 
miejscu,   będzie   oddzielona   od   męża   fotelem.   Marna   to   ochrona,   ale   jednak 
ochrona. Zacisnęła drżące palce na oparciu fotela i zapytała:

– Powiedz mi, jak to się stało, że zostałeś hrabią Raeburn?
– Byłem piąty w kolejce do tytułu. Tak się złożyło, że inni umarli, więc 

zostałem hrabią.

Kiedyś zawsze się uśmiechał. Zawsze cechował go wdzięk i pewność siebie. 

Pewność siebie nadal posiadał, ale wdzięk i uśmiech gdzieś przepadły, jakby 
nigdy   ich   nie   było.   Powinna   go   znać,   lecz   teraz   patrzyła   na   niego   jak   na 
obcego... na obcego, który rości sobie do niej prawa. Obcego, który przyglądał 
się, jak dorastała, i który znał ją zbyt dobrze.

Jednak   Hannah   również   nie   była   tą   dawną,   nazbyt   grzeczną,   ostrożną 

osiemnastolatką. Była bogatsza o doświadczenie i spokój, których Dougald nie 
mógł   przewidzieć.   Przybierając   ton,   jakiego   używała   podczas   wywiadów   z 
kandydatkami na przyszłe guwernantki, powiedziała:

– Zajmowałeś się przecież handlem bawełną.
– I nadal się zajmuję.
– Inwestowałeś w koleje.
– Co mi się sowicie opłaciło.
– Nie byłeś w kolejce do tytułu.
– Najwyraźniej byłem. – Zatoczył krąg ręką. – Co więcej, jestem czwarty w 

kolejności do tytułu barona. – Wzruszył ramionami, które uniosły się i opadły w 
pogardliwym   geście.   –   Nie   mogę   jednak   wyobrazić   sobie   niczego   bardziej 
żałosnego niż człowiek, który szuka szacunku dla samego siebie, rozpowiadając 
o dalekich, arystokratycznych powiązaniach. Hannah mogła to sobie wyobrazić. 
Podczas   prowadzenia   Akademii   Guwernantek   spotkała   wielu   mężczyzn 
twierdzących, że niejasne powiązania z Wilhelmem Zdobywcą upoważniają ich 
do   robienia   czego   chcą   z   jej   dziewczętami,   a   nawet   z   nią   samą.   Zawsze 
wyprowadzała tych próżnych, egoistycznych samców z błędu. Szkoda, że ten 
arystokrata był ulepiony z innej gliny. Odrobina męskiej próżności i egoizmu 
ułatwiała okiełznanie mężczyzny.

– Spóźniłaś się. – Dougald powtórzył wcześniejszą uwagę. – Spodziewałem 

background image

się ciebie już godzinę temu. I nie mów mi, że pociąg nie przyjechał punktualnie. 
Zawsze przyjeżdża punktualnie.

– Twój człowiek nie wyjechał po mnie na czas. – Znów zadygotała, czując 

przenikliwe zimno oraz chłód bijący od Dougalda.

– Mój człowiek?
– Alfred.
– Alfred po ciebie wyjechał? – Nie podniósł głosu, ale jego ton nie wróżył 

nic dobrego. – Swoim wozem?

Aż   za   dobrze   pamiętała   jego   wybuchy   gniewu,   toteż   zaczęła   ostrożnie 

wyjaśniać:

– Pani Trenchard powiedziała, że zaszło nieporozumienie.
– Tak. Zgodziłbym się z tą opinią. – Na policzkach hrabiego pojawiły się 

czerwone rumieńce.

Przez moment Hannah pomyślała, że wygląda jak dawny Dougald tuż przed 

atakiem furii i ucieszyło ją, że widzi człowieka, którego tak dobrze znała.

Lepszy diabeł znany niż nieznany.
Lecz Dougald odetchnął głęboko, żeby się opanować.
– Moja wina. Jestem tu zaledwie od roku i pani Trenchard jeszcze nie wie, 

które z moich poleceń powinna lekceważyć.

Mężczyzna, którego niegdyś poślubiła, rzadko przyznawał się do błędów. A 

teraz wziął winę na siebie.

– Co jej powiedziałeś... o mnie? – zapytała.
– Prawdę.
Czuła   się   dziwnie   ze   świadomością,   iż   dyskutowano   o   niej   przed   jej 

pojawieniem się tutaj.

– Powiedziałeś, że byłam twoją żoną?
– Nie słyszałaś? Moja żona nie żyje; została przeze mnie zamordowana. – 

Wyciągnął dłonie, zakrzywiając palce tak, jakby chciał je zacisnąć na jej szyi. –
Nie pozbawiałbym miejscowych przyjemności, jaką czerpią z opowiadania tej 
historii.

Okropnie było słyszeć słowa o własnej śmierci, wypowiadane tak wrogim 

tonem.

– Dlaczego... jak powstała ta historia?
Nie poruszył się, ignorując jej pytanie i taksując ją wzrokiem.
– Usiądź.
– Dougaldzie, jak mogłeś pozwolić na powtarzanie tak okropnej plotki?
– Zdejmij kapelusz. Ściągnij rękawiczki i zrzuć pelerynę. Usiądź wygodnie. 

Pobędziesz tu bardzo, bardzo długo.

Wyprostowała ramiona, uniosła brodę i chłodnym tonem rzekła:
– Nie zamierzam tu zostać.
Zacisnął zęby. Gwałtownie, wielkimi krokami ruszył przez pokój, kierując 

background image

się   w   jej   stronę.   Dreszcz   przebiegł   jej   po   grzbiecie,   ale   nie   cofnęła   się. 
Zatrzymał się przed fotelem, przesłaniając światło bijące od kominka.

–   Zasłaniasz   się   przede   mną   tym  meblem   jak   tarczą.   Wyciągnął   do   niej 

swoją ogromną dłoń. Patrzyła czujnie, zmuszając się, by się nie wzdrygnąć, gdy 
jej dotknął.

Dotknął jej pierwszy raz od tak wielu lat.
Ujął jej brodę, bezceremonialnie musnął palcami jej ucho. Nie był szorstki. 

Dotknął jej tak, jakby nadal była tą wrażliwą dziewczyną, którą pojął za żonę. 
Ten delikatny kontakt sprawił jej bolesną przyjemność.

– Chowasz się za fotelem, jednak gdybym tylko chciał, mógłbym go unieść i 

cisnąć   w   drugi   kąt   pokoju.   Mógłbym   pchnąć   cię   na   podłogę   i   posiąść 
natychmiast,   a   ty,   moja   droga,   krzyczałabyś   z   rozkoszy.   –   Pieszczotliwie 
przesunął   kciukiem   po   jej   wargach   i   po   raz   pierwszy   się   uśmiechnął, 
zdecydowanym uśmiechem, pełnym złośliwości. – Ale to by było zbyt proste, 
siadaj więc.

background image

ROZDZIAŁ 3

Hannah czuła na twarzy dotyk palców Dougalda. Wpatrywała się w jego 

posępne, wykrzywione ponurą satysfakcją oblicze. Młody, pełen wdzięku pirat 
gdzieś przepadł, zastąpił go przepełniony żądzą zemsty tyran.

Jednak tak jak on nie był już uśmiechniętym awanturnikiem, ona też nie 

przypominała dawnego, łagodnego niewiniątka.

Zacisnęła palce na jego przegubie i odepchnęła rękę.
–   Bądź   miły,   to   usiądę.   Ale   jeśli   jeszcze   raz   mi   zagrozisz,   pójdę   na 

poszukiwanie pani Trenchard i mojej kolacji.

Zamrugał, jakby od wielu lat nie słyszał równie lekceważącej odpowiedzi.
– Cofnij się – rzuciła ostro.
Zrobił maleńki krok do tyłu, odsuwając się od fotela.
Ciekawe. Przez cały ten czas, kiedy z nim mieszkała, nigdy, przenigdy nie 

zrobił niczego, co mu sugerowała lub czego żądała, nawet małego kroku do tyłu, 
by   mogła   swobodniej   odetchnąć.   Uważał,   że   zawsze   miał   rację,   i   potrafił 
zignorować bądź ukoić przymilaniem się i pocałunkami wszystkie jej skargi i 
prośby.   Teraz   zastanawiała   się...   czy   nauczył   się   sztuki   kompromisu?   Czy 
postanowił jej ustąpić? A może to ona nauczyła się przemawiać rozkazującym 
tonem i dlatego wreszcie jej posłuchał?

Chociaż, prawdę powiedziawszy, nadal stał zbyt blisko. Gotowa była jednak 

zadowolić się nawet tak małym zwycięstwem. Uniosła ręce i wyciągnęła spinkę 
przytrzymującą kapelusz.

– Mam za sobą długą podróż i jestem głodna. Proszę, każ podać posiłek.
Przyglądał   jej   się   łakomym   wzrokiem,   jakby   jej   uniesione   ramiona 

pozwalały mu dostrzec wspaniałości jej nagiego ciała, a nie zimowy płaszcz z 
czarnej wełny. I Hannah zauważyła, że przestała się trząść – rozgrzała ją fala 
gniewu   i   wywołujące   zakłopotanie   wspomnienie   dawnej   namiętności.   Była 
zadowolona,   że   mogła   się   zająć   odkładaniem   kapelusza   na   stolik   i 
poprawianiem   stroju.   Odwinęła   z   szyi   miękki,   wełniany   szalik,   ściągnęła 
rękawiczki i położyła je obok kapelusza. Potem jeden po drugim rozpięła guziki 
płaszcza.

– Wystarczy skromny posiłek – dodała. Dougald sprawiał wrażenie, że nie 

słyszy jej słów; nawet się nie poruszył. Błądzącym, spojrzeniem patrzył na jej 
gołe dłonie, na długą szyję, a przede wszystkim na jej twarz, jakby porównywał 
wspomnienia o niej z tą kobietą, którą była teraz.

Hannah nie miała złudzeń. W młodości Dougald wielokrotnie jej powtarzał, 

że   uwielbia   jedwabistą   miękkość   jej   jasnych   włosów,   brązowe,   intrygująco 
skośne oczy i gładką skórę ze śladami rumieńców. Twierdził, że wygląda jak 
egipska bogini.

Ale ostatni raz widział ją dziewięć lat temu, tymczasem trzy ostatnie lata 

background image

ciężkiej pracy naprawdę ją zmieniły. W pasmach jasnych włosów ukryło się 
kilka siwych nitek – pojawiły się po szczególnie trudnym miesiącu,  gdy się 
borykała   z   problemem   uwiedzionej   guwernantki,   oburzonego   lorda   i   sprawą 
szybkiego małżeństwa. Pomimo wysiłków wiernej kucharki straciła na wadze, a 
jej policzki przestały być słodko zaokrąglone. Z powodu wędrówek z klasy do 
klasy, z rynku do domu, jej bujne kształty znikły, zastąpione smukłą sylwetką.

Ściągając z ramion płaszcz, przyglądała się więc, jak zareaguje Dougald.
Nic nie powiedział. Patrzył na nią bez żadnego wyrazu.
Zdumiało ją, że poczuła się dotknięta tą obojętnością. Nie chodziło o to, 

żeby go sprowokować do wybuchu. Przypuszczała jednak, że Dougald zawsze 
będzie   reagował   na   jej   widok.   Najwyraźniej   w   głębi   duszy   ciągle   jeszcze 
pielęgnowała nadzieję, że poważnie traktował swoje deklaracje nieśmiertelnego 
uczucia.

Położyła płaszcz na oparciu fotela i powiedziała:
– Możemy rozmawiać, kiedy będę jadła.
– A o czym chcesz rozmawiać, najdroższa żono?
– Możesz mi opowiedzieć, jak mnie odnalazłeś. Możesz mi opowiedzieć o 

swoim życiu... – i, co najważniejsze – ...i o twoich planach wobec mnie.

Podniósł głowę i spojrzał na nią z taką arogancją, jakby od urodzenia nosił 

arystokratyczny tytuł.

–   Opowiem   ci   tylko   to,   co   zechcę.   Nic   więcej.   Jakże   nienawidziła   tej 

arogancji! Jak często miała z nią do czynienia pośród arystokracji! Potraktowała 
go więc z tą samą niecierpliwością, która okazała się skuteczna w potyczkach z 
innymi, bardziej zuchwałymi szlachetnie urodzonymi.

– Głupota. Co osiągniesz, ukrywając przede mną prawdę?
– Co osiągnę? Cóż, będę miał satysfakcję, to chyba oczywiste. – Ukłonił się, 

podszedł do drzwi i otworzył je. – Charles! – Wymówił to imię w sposób, w jaki 
zwykle   to   robią   Anglicy,   wypowiadając   francuskie   słowa.   –   Charles,   panna 
Setterington jest głodna. Powiedz pani Trenchard, żeby przyniosła jedzenie. – 
Zerknął na Hannah. – Niech przyniesie dużo jedzenia.

A więc zauważył, że schudła. Zamknął drzwi, oparł się o nie i ponownie 

zlustrował ją spojrzeniem.

– Proszę, usiądź. – Wskazał fotel.
Spróbuje   odgrywać   rolę   uprzejmego   gospodarza   dopóty,   dopóki   zdoła 

postawić na swoim. Bardzo dobrze; będzie pamiętała, dlaczego przyjęła pracę w 
Lancashire. Także odegra swoją rolę – grzecznego gościa, z nadzieją, że cała ta 
farsa nie przybierze kształtów tragedii.

Usiadła i zaczęła nad ogniem rozcierać zgrabiałe dłonie.
– Charles nadal jest z tobą.
– Oczywiście. – Przechadzał się po pokoju, nie usiłując nawet ukryć swojej 

czujności. – A gdzie miałby być?

background image

–   Miałam   nadzieję,   że   w   piekle   –   rzekła   zamyślona.   Lokaj   był   oddany 

swojemu   panu   i   była   przez   niego   tolerowana,   dopóki   czyniła   Dougalda 
szczęśliwym. Ale Charles zawsze jasno dawał do zrozumienia, że jej pragnienie 
szacunku   i   zainteresowania   swoją   osobą   było   kapryśnym   żądaniem   małego 
dziecka.

–   Nic   się   nie   zmieniłaś.   Nadal   pielęgnujesz   tę   niedorzeczną   awersję   do 

Charlesa.

Niemal   dała   się   sprowokować.   Niemal.   Powstrzymując   się   w   ostatniej 

chwili, ponownie opadła na miękkie poduszki i skinęła głową.

– Skoro tak twierdzisz, milordzie. Charles zna moją twarz. Jakie podałeś mu 

wyjaśnienie? Że twoja zamordowana żona wstała z grobu?

– Charles wie. – Dougald rozpiął guziki surduta.
– Co wie?
Dougald   opuścił   ręce   i   zaczął   się   do   niej   zbliżać.   Kiedy   się   cofnęła, 

zatrzymał się. Uśmiechnął się do niej, ukazując równe, białe zęby. Cisnął surdut 
na fotel, obok jej okrycia.

Niech go diabli wezmą za to straszenie. I dlaczego pozwoliła, żeby zobaczył 

jej   niepokój!   Odpowiedziała   sztywnym   uśmiechem,   patrząc,   jak   siada.   Fotel 
znajdował się zbyt blisko, dzieliło go od Hannah ledwie kilka stóp, tworząc 
atmosferę intymności. Mógł ją obserwować w świetle świec i blasku kominka, 
bez specjalnego wysiłku mógł wyciągnąć rękę i jej dotknąć. Jeśli nie będzie 
ostrożna, dotknie jej, a wówczas spłonie rumieńcem, krew w niej zawrze i nie 
będzie w stanie dłużej ukrywać przed nim reakcji swojego ciała.

– Co wie Charles? – ponowiła pytanie. 
– Wszystko.
– Naturalnie – rzekła gorzko. – Nigdy nie masz przed Charlesem tajemnic.
– Nieprawda. – Rozpiął guziki czarnej, jedwabnej kamizelki.
Przez Hannah przetoczyła się fala przerażenia. Pomimo zapiętej pod samą 

szyję koszuli oraz krawata, na widok Dougalda, rozsiadającego się wygodnie w 
fotelu, powróciły wspomnienia z dawnych czasów. Z czasów, kiedy siadywała 
na   jego   kolanach   i   rozchylała   mu   ubranie,   przyglądając   się   jego   torsowi   i 
ciemnym włosom na piersi, on zaś musiał zamykać drzwi na klucz, żeby nikt im 
nie przeszkodził... Zadygotała. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że kiedyś 
będzie wdzięczna za obecność Charlesa i zapowiedziany posiłek.

Ostrożnie zadała pierwsze pytanie.
– Jak mnie znalazłeś?
– Dzięki pieniądzom.
Zagryzła wargi. Tego się obawiała.
– Mówisz o pieniądzach, które ci przesłałam,  żeby zwrócić koszty mojej 

edukacji?

–   Dlatego   właśnie   bardzo   się   z   nich   ucieszyłem.   –   Nie   wyglądał   na 

background image

wdzięcznego. Raczej na urażonego.

– Jeśli chodzi o pieniądze, oddałem je na cele dobroczynne.
– Nie obchodzi mnie, co z nimi zrobiłeś. Obiecałam, że kiedyś spłacę ten 

dług i zrobiłam to, kiedy tylko mogłam.

– Ja zaś powiedziałem ci, że żona nie zwraca pieniędzy mężowi, jakby ten 

był od niej uzależniony finansowo.

–   Byłam   ci   winna   –   odparła   z   uporem.   –   Miałam   ci   zapłacić   dziećmi   i 

towarzystwem, a nie dałam nic.

– Jeszcze nie dałaś.
To krótkie zdanie zawisło jak miecz nad jej głową. Czyżby wydawało się 

mu,   że   życie   nauczyło   ją   potulności?   A   może   pragnął   w   majestacie   prawa 
zmusić ją do powrotu? Co więcej, bez względu na to, jak bardzo by chciała, i tak 
nie mogła wsiąść do pociągu i odjechać. Nie dlatego, że mógłby ją zatrzymać. 
Oczywiście   próbowałby   to   zrobić,   ale   już   wcześniej   udało   jej   się   go 
przechytrzyć, więc i teraz by potrafiła.

Nie, miała do wypełnienia misję w Lancashire. Musiała tu pozostać, dopóki 

nie znajdzie tego, czego szukała. Toteż postanowiła się zmierzyć z Dougaldem, 
mając nadzieję, że uda jej się wyjść z tego pojedynku bez szwanku.

–   A   więc   takie   masz   plany   wobec   mnie?   Że   znów   będę   twoją   żoną   i 

zapewnię ci dzieci i towarzystwo?

– Powiadają, że moja żona nie żyje. W jaki sposób moglibyśmy to wyjaśnić?
Nie odpowiedział na jej pytanie. Łajdak, był zdecydowany doprowadzić do 

tego, żeby się wiła niczym robak na haczyku.

–   Wiele   rzeczy   musiałoby   się   zmienić,   żebym   znów   zajęła   miejsce   jako 

twoja żona.

– Zgadzam się, śmiem jednak zauważyć, że różnimy się w ocenie tego, co 

mianowicie powinno się zmienić.

– Zawsze myśleliśmy inaczej, milordzie. Temu właśnie możemy przypisać 

porażkę naszego małżeństwa.

– Dougald Pippard nie ponosi porażek.
– Otóż to. – Wskazała na niego palcem. – Właśnie to mam na myśli. Dla 

ciebie małżeństwo to wyłącznie twoja sprawa. Nieważne, że ja byłam drugą 
połową tego związku.

Dougald, obserwując wycelowany w siebie palec, leniwie machnął ręką i 

powiedział:

– Masz rację. Powinienem był powiedzieć, że Dougald Pippard i jego żona 

nie ponoszą porażek.

Doskonale wiedział, że wcale nie brzmiało to lepiej.
– Nie jestem nieodróżnialną częścią ciebie – rzekła. – Mam swoje imię.
– Istotnie. Pani Dougaldowa Pippard. Lecz chyba powinienem powiedzieć 

lady Raeburn.

background image

– Hannah – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Mam na imię Hannah.
Zignorował jej uwagę.
– W świetle prawa jesteśmy jednością. Mogę z tobą robić, co tylko zechcę.
Znowu groźba.  Tym razem nie fizyczna, ale  jednak groźba. Do tej pory 

zawsze tak manewrował, manipulował i straszył ją, żeby znalazła się w sytuacji, 
do jakiej chciał doprowadzić. Albo więc doszedł do wniosku, że nie warto na 
nią  marnować   subtelnych   metod,   albo  też   minione   lata   sprawiły,   że   stał   się 
twardszy.

– Nigdy nie byłam twoją własnością, żebyś mógł ze mną robić, co ci się 

podoba.   Jeśli   choć   przez   chwilę   tak   myślałeś,   to   się   nie   dziwię,   że   nasze 
małżeństwo nie wytrzymało próby.

Z doskonałym spokojem czekała, żeby ją otwarcie skrytykował.
Tymczasem Dougald powiedział:
– Lord Ruskin ostrzegł mnie, że stałaś się kobietą poważną i kierującą się 

rozsądkiem. Wydaje się, że miał rację.

– Lord Ruskin! – wybuchła Hannah. – Jak... dlaczego... kiedy rozmawiałeś z 

lordem Ruskinem?

– Na które pytanie mam odpowiedzieć w pierwszej kolejności?
Dougald rozmawiał z lordem Ruskinem. Dougald przyznał się... Bóg jeden 

wie,   do   czego,   a   teraz   siedział   przed   nią   niczym   uosobienie   mściwości, 
uśmiechając się niepokojąco. Pochyliła się do przodu i spojrzała na niego.

–   Mam   ochotę   wytargać   cię   za   uszy.   Wyciągnął   ramiona   i   czekał,   żeby 

spróbowała. Nie była jednak taka głupia, więc w końcu opuścił ręce.

–   Moim   zdaniem   udałaś   się   do   swojej   przyjaciółki,   lady   Ruskin, 

powiedziałaś   jej,   że   masz   do   spłacenia   dług   wobec   niejakiego   Dougalda 
Pipparda z Liverpoolu i, nie wdając się w wyjaśnienia, zapytałaś, czy mogłaby 
to zrobić za ciebie, żeby ukryć twoją tożsamość.

Wszystko wiedział. Pomimo jej wysiłków wyśledził ją przez jej przyjaciół i, 

jeśli znała Dougalda, sprawił, że sytuacja stała się nad wyraz nieprzyjemna dla 
Charlotty. Ale Charlotta należała do rezolutnych kobiet.

– Lady  Ruskin  jest jedną  z moich  najdroższych przyjaciółek i nigdy nie 

uwierzę, że udało ci sieją zastraszyć.

– Ależ skąd. Charlotta... to znaczy lady Ruskin, jest niezwykle miłą osobą.
Poufałe użycie imienia przyjaciółki zastanowiło Hannah.
– W pełni zastosowała się do twojej prośby o dyskrecję i postarała się o 

wpłacenie pieniędzy poprzez swoją teściową, niejaką lady Bucknell.

– Lady Bucknell? – Hannah pomyślała o pięknej, miłej Adornie, która tak 

ochoczo zgodziła się nabyć Akademię Guwernantek. Czyżby kierowało nią coś 
więcej, niż tylko interes? – Lady Bucknell powiedziała ci, gdzie jestem?

– Nie, nie – rzekł z kpiną, jakby wszystko było jasne i proste, i wcale nie 

przypominało labiryntu, w który celowo ją wprowadził. – Dostałem pieniądze. 

background image

Wytropiłem   twoją   wpłatę   na   londyńskie   konto   lorda   i   lady   Bucknellów. 
Natychmiast   udałem   się   do   lorda   Bucknella,   myśląc   o   was   obojgu   okropne 
rzeczy.

Hannah skrzywiła się.
– Był bardzo urażony.
Hannah przypomniała sobie zacnego, zasadniczego męża Adorny.
– Nie mam co do tego wątpliwości.
– Kiedy jednak wyjaśniłem mu, że jestem twoim mężem...
– Moim mężem. – Hannah przycisnęła rękę do serca. – Powiedziałeś lordowi 

Bucknellowi, że jesteś moim mężem?

– Oczywiście. – Na widok jej strapienia usta Dougalda wykrzywił kpiący 

uśmiech. – Sprawdził, że wpłaty dokonała lady Ruskin, więc obaj udaliśmy się 
do lorda Ruskina.

–  Lord  Ruskin  wie,  że   byliśmy   małżeństwem?  –  Hannah  zerwała   się  na 

równe nogi. Tego właśnie się obawiała. – Charlotta też wie?

Charlotta   Dumple   i   Pamela   Lockhart   założyły   wraz   z   nią   Akademię 

Guwernantek.

– Tak. Charlotta też wie. – Obserwował ją, wyraźnie czerpiąc przyjemność z 

opowiadania   o   tym,   jak   precyzyjnie   ją   osaczył.   –   Ale   Charlotta   ufa   ci   bez 
zastrzeżeń.   Upierała   się,   że   musiał   być   powód,   dla   którego   uciekłaś   i   nie 
wróciłaś. Broniła cię bardzo gorąco.

– Naturalnie, że mnie broniła. Charlotta jest... Od jak dawna wiedzą?
– Od paru miesięcy.
– Wiedzieli, kiedy byłam u nich na chrzcinach dziecka. I nic nie powiedzieli. 

– Gwałtownie szukała w pamięci jakichkolwiek wzmianek, aluzji. Może coś ze 
strony   lorda   Ruskina,   który   nie   pochwalał   jej   niezależności.   Ten   człowiek 
głęboko wierzył, że każda kobieta powinna wyjść za mąż i był tym spośród jej 
przyjaciół,   który   najgorliwiej   poszukiwał   dla   niej   odpowiedniego   partnera. 
Charlotta, która zwykle pozwalała mu sprawować władzę absolutną w domu i w 
interesach, musiała go powstrzymywać. Trzymała go silną ręką w jedwabnych 
rękawiczkach.   Ale   Hannah   gotowa   była   przysiąc,   że   kiedy   ją   ostatni   raz 
widziała,   przyjaciółka   zachowywała   się   zupełnie   normalnie.   A   przecież 
wiedziała. Wiedziała przez cały czas. Bóg jedyny wie, co sobie myślała.

Hannah odsunęła się od kominka.
– I powiedzieli ci, gdzie jestem.
– Lord Ruskin mi powiedział. Był dość przerażony naszą sytuacją.
– Oczywiście, że był. Uważa, że mężczyźni są darem niebios dla kobiet, 

które powinny być za ten dar nieskończenie wdzięczne. Gdyby nie Charlotta, 
byłby nie do wytrzymania.  – Spojrzała na Dougalda i odeszła parę kroków. 
Gdyby tego nie zrobiła, nie oparłaby się chęci wytargania go za uszy, a nie była 
na tyle głupia, żeby sądzić, iż nie odpłaciłby jej za taką zniewagę. – Charlotta 

background image

powiedziała Pameli.

– Rozumiem, że Pamela to lady Kerrich. 
Odwróciła się do niego i podniosła głos.
– Czy istnieje w Anglii ktoś, komu byś nie opowiedział wszystkiego?
– Sądzę, że prawdę znają jedynie lord i lady Bucknell, lord i lady Ruskin 

oraz lord i lady Kerrich. – To nie tak wiele, zważywszy na liczbę mieszkańców 
Anglii.   –   Spokojnie   przedstawiał   argumenty,   jakby   ich   poznanie   mogło 
uśmierzyć jej wzburzenie.

Podeszła do kominka i tak mocno zacisnęła ręce na gzymsie, że rzeźbiony 

marmur wbił się w jej dłonie.

– To są moi przyjaciele.
– Krąg bliskich i lojalnych przyjaciół.
Jej   przyjaciele,   zwłaszcza   Pamela   i   Charlotta,   wiedzieli   teraz,   że   nie 

zdradziła im najważniejszych faktów ze swego życia. Nic dziwnego, że byli 
zaskoczeni, może nawet czuli się zranieni jej brakiem zaufania. A ona... ona nie 
mogła zwrócić się do nich o pomoc.

–   Nawet   gdyby   udało   ci   się   znaleźć   jakiś   sposób,   żeby   opuścić   zamek 

Raeburn, a zapewniam, że nie będzie to łatwe, to proszenie przyjaciół o pomoc 
mogłoby doprowadzić do napięć w ich małżeństwach. Nie wydaje mi się, żebyś 
tego chciała.

Jakby czytał w jej myślach. Naturalnie miał rację.
– Nie powinnam była wysyłać ci  pieniędzy. Nie ma  dobrych uczynków, 

które nie zostałyby ukarane.

–   To   nie   był   dobry   uczynek   –   rzekł   ze   śmiertelnym   spokojem.   – 

Prowokowałaś mnie, ukrywając się przede mną.

– Nieprawda!
– Możesz się oszukiwać, Hannah, ale świetnie wiedziałaś, że te pieniądze 

naprowadzą   mnie   na   twój   ślad.   Znalazłbym   cię   nawet   bez   pomocy   twoich 
przyjaciół. – Oparł się wygodniej w fotelu. – Jak mogłoby mi się nie udać? 
Założyłaś   szkołę.   Szkołę   dla   guwernantek,   nauczycielek   i   opiekunek,   która 
okazała się sukcesem.

– Miałam nadzieję, że nie będziesz już mnie szukać – mruknęła.
– Następne kłamstwo. Wiedziałaś, że nigdy łatwo się nie poddaję.
No dobrze. Owszem,  wiedziała, że wcześniej czy później ją odnajdzie. I 

może   w   głębi   duszy   uważała,   iż   będzie   jej   łatwiej,   jeśli   nie   będzie   musiała 
zrobić pierwszego kroku. Żeby go odszukać, skontaktować się z nim, wyjaśnić 
swoją ucieczkę,  potem spróbować wytłumaczyć długą nieobecność  i w jakiś 
sposób rozwiązać problem ich małżeństwa. Na samą myśl o takiej rozmowie 
dostawała   gęsiej   skórki,   może   też   obawiała   się   szoku   wywołanego   nagłym 
ujrzeniem go. Ale... ale Dougald nie musiał wytykać jej tego w tak niemiły 
sposób.

background image

– Teraz widzę, że się myliłam – powiedziała zimno.
–   O   wiele   za   późno.   Przepadłaś   tak   skutecznie,   że   przez   osiem   lat   nie 

mogłem natrafić na twój ślad. – Pokazał na palcach liczbę lat. – Osiem lat, 
Hannah, podczas których nie wiedziałem, czy jeszcze żyjesz.

– Przesłałam wiadomość!
–   Raz!   Dostałem   list   z   Londynu,   że   czujesz   się   dobrze   i   żebym   się   nie 

martwił.

– Gdybym napisała więcej listów, na pewno byś mnie odnalazł.
Byłaś moją żoną. Oczywiście, że bym cię wytropił. A tymczasem musiałem 

opłacać detektywa, żeby cię szukał. Czy wiesz, ile razy jeździłem do Londynu 
tylko po to, żeby się okrutnie rozczarować?

Pokręciła głową.
–   Dziewięć   razy.   –   Zmienił   liczbę   pokazywanych   palców.   Hannah 

spostrzegła, że palce mu się ani trochę nie trzęsły. – Dziewięć razy jeździłem 
pociągiem do Londynu. W poszukiwaniu ciebie zaglądałem do burdeli, bojąc 
się, że mogłaś zostać siłą wciągnięta w wir takiego życia. Torturowała mnie 
myśl, że zostałaś kochanką jakiegoś mężczyzny.

Mógł tak myśleć.
– Milordzie, jak zwykle widzisz we mnie tylko kobiece ciało. A ja to coś 

więcej.

– O tak, przypomniałaś mi o sklepach z sukniami! Odwiedziłem trzydzieści 

takich   sklepów,   Hannah.   Pomyślałem,   że   na   pewno   pracujesz   w   sklepie   z 
sukniami albo u modystki. Ale nie. Nigdzie cię nie było.

– Nie, byłam...
– Za granicą. – Odsłaniając białe zęby, uśmiechnął się, szydząc z siebie i 

swoich   bezowocnych   wysiłków.   –   Teraz   wiem.   Pracowałaś   jako   dama   do 
towarzystwa   lady   Temperly,   niezmordowanej   podróżniczki,   a   kiedy   twoja 
pracodawczyni   zestarzała   się   i   była   zbyt   schorowana,   żeby   podróżować, 
wróciłaś do Londynu i opiekowałaś się nią aż do jej śmierci.

– Tak. – A więc wiedział już wszystko. Takiego Dougalda miała w pamięci 

–   dokładnego   i   bezwzględnego   w   swoich   dochodzeniach,   zdecydowanego 
dowiedzieć się wszystkiego, zawsze bowiem mawiał, iż wiedza to potęga.

– A potem założyłaś Znakomitą Akademię Guwernantek ze swoimi dwiema 

przyjaciółkami. Obie szybko wyszły za mąż, tylko ty nie. – Założył nogę na 
nogę i wygładził ostry jak brzytwa kant spodni. – Pewnie, że nie, przecież byłaś 
już mężatką. Bardzo niewygodna sytuacja.

Nienawidziła   go,   gdy   zachowywał   się   w   ten   sposób,   pełen   sarkazmu,   z 

zimną krwią ferując wyroki.

Opadła z powrotem na fotel i powiedziała 
– Nie chciałam znów wychodzić za mąż. Raz wystarczy.
Miała satysfakcję, widząc, że kurczowo zacisnął pięści. Potem oparł je na 

background image

poręczach fotela, pochylił się do przodu i powoli cedząc słowa, rzekł:

– Uważaj, co mówisz, moja droga. Niektóre aspekty naszego małżeństwa 

bardzo ci się podobały.

Cała oblała się pąsem.  Udało jej się jednak, wyzywająco patrząc w jego 

zielone oczy, powiedzieć:

– Najwyraźniej przyjemność nie była wystarczająca, prawda?
– Najwyraźniej nie. Ale mnie wystarczy – teraz.

background image

ROZDZIAŁ 4

Hannah w rytmicznie wypowiedzianych słowach Dougalda usłyszała groźbę. 

Mocno przywarła plecami do oparcia fotela. Sztywnymi wargami odparła:

– Nie lubię gróźb.
– Nie prowokuj mnie więc, żebym demonstrował stan cielesnej frustracji, 

jaki teraz odczuwam.

Czy oznaczało to, że nie korzystał z usług kobiet w majątku? A może po 

prostu groźba miała  na celu utrzymanie jej w ryzach? Taka groźba świetnie 
zdawała egzamin.

Skoncentrował  się  na Hannah.  Czy  rzuci  się  na nią,  nie  zważając  na  jej 

protesty... Zresztą, jak długo mogłaby protestować? Na jego widok powróciły 
wspomnienia, które dotąd niezachwianie ignorowała. Wspomnienia nocy, kiedy 
pochylał się nad nią, z płonącymi namiętnością oczami, z mięśniami drżącymi z 
pożądania...

Siedziała   nieruchomo,   ledwie   oddychając,   dopóki   nie   rozluźnił   się   i   nie 

opadł na oparcie fotela.

Dopiero wtedy przełknęła ślinę i, nie zamierzając utracić cnoty podczas tej 

rozmowy, rzekła:

– Przesłałam pieniądze prawie rok temu. Dlaczego więc...?
–   Dostałem   pieniądze   w   tym   samym   czasie,   kiedy   dotarła   do   mnie 

wiadomość o śmierci mojego kuzyna. Nie miałem wyboru. Przybyłem do zamku 
Raeburn,   przyjąłem   tytuł   i   robiłem,   co   mogłem,   żeby   uśmierzyć   niepokój 
służby, związany z nagłą śmiercią kolejnego lorda.

Takiego Dougalda pamiętała.
– Jak zwykle, najpierw obowiązek – rzekła z przekąsem.
Zmarszczył brwi.
– Ciesz się, że nie pojechałem po ciebie od razu, bo mógłbym ci zrobić coś 

złego.

Mogła więc przyjąć, że nie zamierzał jej nic zrobić tej nocy.
– Zamiast tego posłałem do Londynu Charlesa, żeby cię obserwował.
Zamarła.
– Charles mnie śledził?
– Przez dziesięć miesięcy. Brzmiało to coraz gorzej.
Rozległo się pukanie do drzwi, Dougald zawołał:
– Proszę.
Naturalnie był to Charles, który niczym diabelski karzeł pojawił się na sam 

dźwięk swojego imienia. W powykręcanych, zreumatyzowanych rękach trzymał 
srebrną tacę. Nikomu nie ufał i sam pilnował jedzenia swojego pana. Za nim 
kręcił się niepewnie lokaj, niosący butelkę wina i dwa szklane kieliszki w taki 
sposób, jakby za chwilę miały wybuchnąć. Najwyraźniej lokaj nauczył się już 

background image

bać Charlesa i jego zjadliwego języka.

– Przynieś tę butelkę. Postaw ją pomiędzy panem a... – Charles zerknął na 

Hannah, oceniając ją lodowatym spojrzeniem –... panią.

Z butelką wina pod pachą i kieliszkami w dłoniach lokaj pospiesznie ruszył 

do przodu, żeby wypełnić polecenie. Charles z niesmakiem zamknął oczy, żeby 
nie patrzeć na takie niezręczne zachowanie służącego. Tymczasem młodzieniec 
przysunął   niski   okrągły   stolik   bliżej   kominka.   Postawił   wino   i   kieliszki   na 
brzegu stolika, ukłonił się i wycofał.

Charles postawił tacę na stoliku. Hannah obserwowała kręcącego się lokaja, 

który przez tyle lat służył w rodzinie Pippardów. Kulał od wojny na Półwyspie, 
podczas której służył we francuskiej  armii  i został ranny. Ocalił go dziadek 
Dougalda. Zyskał tym dozgonną wdzięczność Charlesa, która objęła wszystkich 
członków   rodziny   Pippardów.   Ale   Hannah   nie   była   prawdziwym   członkiem 
rodziny, przynajmniej  zdaniem Charlesa. A teraz ten człowiek, który był jej 
sędzią i strażnikiem więziennym, stał przed nią, niski i zgarbiony. Nie postarzał 
się w widoczny sposób, nie wydłużył mu się nos, nie przybyło obwisłej skóry 
pod   brodą.   Nadal   miał   przeszywające   spojrzenie,   krytycznie   analizował 
wszystkie szczegóły, rozpoznając każdą niedoskonałość. Jakże trudno było mu 
znów na nią czekać. Na kogoś tak niedoskonałego jak Hannah.

A   może   rozkoszował   się,   widząc   ją  sprowadzoną   do  roli   opiekunki.  Nie 

miała pojęcia, co myślał. Nigdy go nie rozumiała, nawet teraz zastanawiała się, 
dlaczego uczestniczył w jej pojmaniu.

Może   kierowało   nim   jedynie   pragnienie,   żeby   uwolnić   swojego   pana   od 

małżeńskiej przysięgi.

Spojrzała w płomienie.
Czy dlatego Dougald ją tutaj sprowadził? Żeby, poznęcawszy się nad nią, 

zapewnić sobie rozwód?

Jednak   rozwód   był   sprawą   nieprzyjemną   i   kosztowną   i   nie   mogła   sobie 

wyobrazić, żeby Dougald kiedykolwiek w tak publiczny sposób przyznał się do 
porażki. Jakie więc miał wobec niej zamiary?

Charles dał znak ręką młodemu lokajowi, żeby się oddalił, co młodzieniec 

uczynił, pędząc jakby uciekał przed egzekucją. Odsuwając się od artystycznie 
udekorowanej tacy, Charles powiedział z francuskim akcentem:

– Kazałem kucharzowi przygotować coq au vin oraz soupcon z chleba. Czy 

mogę nakładać?

Żołądek Hannah dał o sobie znać głośnym burczeniem. Miała nadzieję, że 

nikt tego nie usłyszał. Charles, nakładając jej ulubione danie na duży talerz, 
posypując   potrawę   zieloną   pietruszką   i   stawiając   danie   przed   nią,   sprawiał 
wrażenie   nieświadomego   jej   głodu.   Zreumatyzowaną   ręką   rozłożył   jej   na 
kolanach białą serwetkę i postawił przed nią stolik. Przy jej prawej ręce położył 
błyszczącą łyżkę i zastygł, pochylony, kiedy wzięła do ust pierwszy kęs.

background image

Co   miała   robić?   Kurczak   był   delikatny,   zupa   doskonale   przyprawiona 

tymiankiem, wyśmienity sos na czerwonym winie i najprzedniejsze warzywa, 
jakie można było zdobyć wczesną wiosną.

– Znakomite – mruknęła, nie patrząc na Charlesa.
– Dziękuję. – Ukłonił się, zaciskając usta.
– Lubię kobiety, które mają apetyt – zauważył Dougald. – Bardzo wcześnie 

przekonałem się, że kobiety lubiące dobrze zjeść, mają również apetyt na inne 
przyjemności.

Gwałtownie uniosła głowę.
Szybkim ruchem Charles odkorkował butelkę i nalał jej kielich musującego 

burgunda. Uchwyciła kielich za nóżkę i ostrożnie zbadała rżnięty kryształ. Był 
doskonały, szlifowany tak, aby więził światło, ale gładki pod palcami.

Upiła łyk i uśmiechnęła się zaciśniętymi wargami.
– Dziękuję.
Bez   względu   na   to,   co   mogła   zarzucić   temu   człowiekowi,   zawsze   tak 

tyranizował   personel   kuchni,   że   przygotowywane   jedzenie   było   wyśmienite. 
Właściwie w ten sam sposób rządził całym domem.

– Pan też coś zje, milordzie? – zapytał Charles. Dougald sprawiał wrażenie, 

jakby chciał odmówić, więc Charles pospiesznie ciągnął dalej: – Niewiele pan 
dzisiaj jadł. Musi się pan posilić, a słyszał pan, jak pani mówiła, że potrawa jest 
doskonała.'

Hannah   ujrzała,   że   Dougald   posiał   Charlesowi   mordercze   spojrzenie,   ale 

służący zniósł je z godnością. Nie miała pojęcia, dlaczego zabrała głos:

– Byłoby mi przyjemniej, gdybyś mi towarzyszył, Dougaldzie.
Dougald   mruknął   coś,   co   Charles   potraktował   jako   wyrażenie   zgody. 

Pospiesznie przysunął do swojego pana duży stół, nałożył jedzenie na talerz i 
nalał wina do kieliszka. Kiedy Charles mu usługiwał, Dougald rzekł:

–   Hannah   zastanawiała   się,   dlaczego   tak   wytrwale   poszukiwałeś   jej   w 

Londynie.

Zamknęła oczy. Niech diabli wezmą Dougalda! Po co o tym mówi? Jednak 

niecierpliwie czekała na odpowiedź.

– Jak mógłbym jej nie tropić, milordzie? – I tonem wypranym z wszelkich 

emocji, Charles dodał: – Pragnął jej pan.

Pomyślała, że Charles zawsze potrafił pokazać, gdzie jest jej miejsce.
–   Dziękuję,   Charles   –   rzekł   Dougald.   –   Zadzwonię   na   ciebie,   jeśli   będę 

czegoś potrzebował.

Charles wycofał się tyłem z pokoju, jakby Dougald był królem. Zatrzymał 

się tylko na moment, żeby poprawić kwiaty ułożone w stojącym przy drzwiach 
wazonie. Potem ukłonił się i wyszedł.

Ledwo zamknęły się za nim drzwi, Hannah wybuchnęła:
– Po co mu powiedziałeś? Dougald uniósł brwi.

background image

– Przejmujesz się? Charles jest tylko służącym.
Wbiła w niego wzrok. To prawda. Dougald odprawił lokaja grzecznie, jak to 

miał   w   zwyczaju,   jednak   bez   bratania   się,   co   kiedyś   tak   często   widywała. 
Kiedyś   stanowili   parę   druhów,   gotowych   stawić   czoło   całemu   światu;   byli 
przyjaciółmi na śmierć i życie. A teraz Charles stał się po prostu Charlesem. 
Zwykłym służącym.

– Pokłóciliście się?
Dougald rozsiadł się w fotelu, ignorując posiłek.
– Jego zachowanie nie zawsze mi odpowiadało.
–   Aha.   –   W   zamyśleniu   ugryzła   następny   kęs.   –   To   zupełnie   w   stylu 

Charlesa. Zawsze uważałam, że gdybyś go poprosił, własnymi rękoma ułożyłby 
dla ciebie tory kolejowe.

– Niewątpliwie by to zrobił. Chodzi jednak o to, że przecenił swoją rolę w 

pewnej niezwykle istotnej sprawie i nie okupił swojego błędu. Nie będzie miał 
drugiej okazji.

Straciła cały apetyt i odłożyła łyżkę. Jeśli Dougald był taki pamiętliwy w 

przypadku Charlesa, to co zamierza zrobić z nią? Rozwód wydawał się zbyt 
łagodną karą dla żony, która uciekła i zostawiła męża na tyle lat, w dodatku 
podejrzewanego o morderstwo.

Przypomniała   sobie   jednak,   że   mógł   uciąć   plotki.   Mógł   powiedzieć 

wszystkim, że go zwyczajnie porzuciła...

– Dlaczego nie jesz? – zapytał. – Jesteś za chuda.
– A czemu ty nie jesz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – To ty jesteś 

za chudy.

Prawdę   powiedziawszy,   wcale   nie   był   chudy.   Mężczyzna   tak   mocno 

zbudowany,   jak   on,   mógł   ważyć   parę   kilogramów   mniej   lub   więcej   bez 
widocznej   różnicy   w   wyglądzie.   Uważała   jednak,   że   kilka   dodatkowych 
kilogramów, mogłoby złagodzić ponury, ostry wyraz jego twarzy. A poza tym 
głodny mężczyzna to zły mężczyzna.

Nie miała pojęcia, co myślał. Nie potrafiła nic wyczytać z jego twarzy, ale 

nie   spuszczała   wzroku,   gdy   na   nią   patrzył,   wyzywająco   unosząc   brodę   i 
zaciskając usta. Kiedy w końcu Dougald wziął do ręki łyżkę i przysunął się do 
stołu, zrozumiała, że wygrała. Wygrała jedną rundę. Może była w stanie wygrać 
następną.

– Zamierzasz się ze mną rozwieść?
Przełknął, podniósł oczy na swoją dawno utraconą małżonkę i zmierzył ją 

wzrokiem pełnym zimnej wściekłości, która towarzyszyła mu codziennie. Sam 
fakt, że odważyła się wspomnieć o rozwodzie, powiedział mu, jak bardzo myliła 
się w ocenie sytuacji. Rozwód był trudny, kosztowny i pociągnąłby za sobą 
niesławę na całe życie. Jako pan tych włości nie zaryzykowałby swojej nowej 
pozycji dla rozwodu, nawet z najbardziej okropną żoną. Ale nie był to główny 

background image

powód.

Nie, miał inne plany co do jej osoby. Najbardziej obojętnym tonem, na jaki 

było go stać, rzekł:

– Nie będzie żadnego rozwodu.
Szeroko   otworzyła   oczy.   Wpatrywała   się   w   jego   twarz,   szukając   śladów 

dawnego Dougalda, człowieka, który ocalił ją przed nędzą, chronił w młodości i 
hołubił w czasie małżeństwa. Mógł jej powiedzieć, że tamten mężczyzna nie 
żyje. Że zginął z rąk Hannah. A jednak nadal ją osłaniał. Skupiła uwagę na 
posiłku. Jadła bez słowa, podobnie jak Dougald, dopóty, dopóki nie zaspokoiła 
głodu i nie opróżniła talerza.

Gdy odłożyła łyżkę, odezwał się:
– Nie zmieniłaś się. Nadal potrafisz jeść, bez względu na okoliczności.
–   To   sztuczka,   jaką   opanowałam,   gdy   byłam   mała   i   rzadko   wiedziałam, 

kiedy dostanę następny posiłek. – Kręcąc kielichem w dłoniach, wprawiła w 
ruch rubinowy płyn i obserwowała rozbłyski światła w rżniętym szkle.

Unikała jego spojrzenia, co próbowała robić przez cały wieczór. Postanowił 

więc podręczyć ją wspomnieniami, które wyraźnie usiłowała stłumić. Mój Boże, 
jak długo na to czekał!

– Moja droga, specjalnie kazałem podać burgunda, bo wiem, jak bardzo go 

lubisz. Smakuje ci?

Nie patrzyła na niego. Wiedziała, dlaczego zadał to pytanie, ale twardo się 

trzymała,   udając   ignorancję,   jak   rozbitek   kurczowo   chwytający   się   ostatnich 
szczątków statku.

–   Burgund   jest   doskonały;   o   ile   pamiętam,   zawsze   miałeś   świetnie 

zaopatrzoną piwnicę.

Gdyby pamiętał jeszcze, jak się uśmiechać, uśmiechnąłby się w tej chwili. 

Wykonała   mistrzowski   unik,   ale   on   dobrze   wiedział,   że   był   to   tylko   unik. 
Tamten dzień w pociągu przemienił ją z dziewczyny w kobietę i, bez względu 
na jej próby udawania skromności, będzie jej o nim przypominał przy każdej 
okazji.

Bo on nigdy o tym dniu nie zapomni.
Złapał za gardło młodego złodziejaszka i potrząsnął nim jak terier szczurem.
– Gdzie ona jest?
Chłopak wbił palce w ręce Dougalda, dopóki ten nie rozluźnił uchwytu.
– Tam – wychrypiał. – Tam pobiegła.
Wskazał   na   stację   kolejową,   potwierdzając   najgorsze   obawy   Dougalda. 

Młoda   Hannah   opuszczała   go   najprostszą,   a   jednocześnie   najbardziej 
niebezpieczną drogą – pociągiem towarowym do Birmingham. Jego narzeczona 
była   niemądra...   Szarpanina   ze   złodziejaszkiem   odwróciła   jego   uwagę,   więc 
wzmocnił uchwyt.

– Zrobiłeś jej coś złego?

background image

– Nie, panie, przysięgam! Była ubrana jak chłopak i miała ze sobą babską 

torebkę.   Zacząłem   się   z   niej   śmiać,   a   ona   cisnęła   we   mnie   torebką!   – 
Złodziejaszek przełknął ślinę. – W środku nie było pieniędzy, panie, ale nie 
czułem do niej urazy. Nie skrzywdziłbym kobiety, panie. Nie skrzywdziłbym 
kogoś, kto ma nie po kolei w głowie. – Palcem wskazał na czoło.

Tak, chłopak był przekonany, że Hannah jest wariatką. Może wszyscy będą 

tak myśleli i będą ją omijać. Może porywczość ją uratuje.

Dougald puścił chłopaka i zaczął się pospiesznie przedzierać przez grupę 

robotników, ładujących amerykańską bawełnę na angielskie wagony. Od czasu 
do czasu któryś z robotników zerkał na niego, uśmiechał się i wskazywał dalej, 
na   stację,   kierując   go   w   stronę   dziewczyny,   której   wydawało   się,   że   w 
przebraniu   jest   nie   do   rozpoznania.   Każdy   gest   wzmacniał   nadzieję,   a 
jednocześnie obawę Dougalda, że Hannah nie mogła pozostać niezauważona. 
Chociaż większość pracujących tu mężczyzn była ciężko pracującymi ludźmi, 
mającymi rodziny, zawsze mógł się znaleźć jakiś łotrzyk, chcący wykorzystać 
jej   położenie.   Dougald   pędził   bez   tchu,   kierując   się   otrzymywanymi 
wskazówkami, wyobrażając sobie najgorsze i bojąc się, że przybędzie za późno. 
Mężczyźni skierowali go w stronę pociągu, który sapał i buchał parą. Stojąc w 
cieniu, szukał jej wzrokiem, a pociąg powoli przejeżdżał przed jego oczami.

I zobaczył. Odziana w jeden ze swoich chłopięcych strojów, siedziała  w 

otwartych drzwiach wagonu i machała nogami, przyglądając się wszystkiemu 
szeroko otwartymi, pełnymi podniecenia oczami.

Śliczna, niemądra dziewczyna.
Przez pięć lat chronił ją, dobrze wiedząc, że pewnego dnia ona będzie jego – 

zadowolony z jej inteligencji, posłuszeństwa i kobiecości. Teraz dziecko znikło, 
zastąpiła   je   kobieta,   której   okrągłych   kształtów   nie   mogło   zamaskować 
chłopięce   przebranie.   Pasma   niesfornych,   jasnych   włosów   okalały   jej   twarz. 
Promienny   uśmiech   okraszał   usta,   jakby   ucieczka   przed   nim   i   przed 
zobowiązaniami sprawiała jej radość. Najlepszy dowód, że nie zdawała sobie 
sprawy z niebezpieczeństw czyhających na młodociane uciekinierki.

Puścił się biegiem za pociągiem. Udało mu się złapać za poręcz w ostatnim 

wagonie. Podciągnął się na platformę. Balansując na wąskich, trzęsących się 
deskach, analizował stojące przed nim zadanie. Pociąg nabierał prędkości. Z 
boku   wagonów   wystawały   metalowe   szczeble.   Mógłby   się   wspiąć   na   dach, 
przeczołgać się po nim, przeskoczyć...

Roześmiał   się   na   głos.   Od   śmierci   ojca   nie   zrobił   niczego   równie 

niebezpiecznego   i   porywczego.   Takie   czyny   bardziej   pasowały   do   znacznie 
młodszego Dougalda... Znów się zaśmiał. Może jednak Hannah okaże się jego 
wybawieniem.

Pociąg trząsł się i sapał, a on wdrapywał się po drabince. Metalowe szczeble 

ruszały się pod jego rękami i nogami. Jednak lepsze obluzowane szczeble niż 

background image

dach, gdzie nie było żadnych uchwytów... Wspiął się na rozgrzany, metalowy, 
plaski   dach.   Wiatr   rozwiewał   mu   włosy.   Miał   stąd   doskonały   widok   na 
Liverpool, na przybliżający się wiejski krajobraz i... na znajdującą się daleko w 
dole ziemię. Zaśmiał się ponownie. Szaleństwo. To było prawdziwe szaleństwo.

Jednak nie mógł pozwolić Hannah odjechać. Trzymał ją w objęciach, kiedy 

płakała po śmierci matki.

Przeczołgał się po dachu wagonu. Zatrzymał się na brzegu i ocenił odległość 

pomiędzy wagonami. Pociąg trząsł się i kołatał. Tory nikły w oddali.

W młodości, jako chłopak, zrobiłby to bez trudu. Teraz był szanowanym 

biznesmenem i miał świadomość konsekwencji swoich czynów. Jeśli mu się nie 
uda... Wziął głęboki oddech i skoczył. Wylądował na czworakach. Metalowy 
dach zadygotał pod jego ciężarem. Skulony, przebiegł na drugi kraniec wagonu, 
niczym prymitywne zwierzę. Tak, teraz miał świadomość konsekwencji, nawet 
jeśli Hannah ich nie dostrzegała. Wszędzie czyhały niebezpieczeństwa. W jaki 
sposób mogłaby się przed nimi ustrzec? Początkowo jej życie nie należało do 
najłatwiejszych, ale od kiedy wziął ją pod swoje skrzydła, miała wszystko, co 
najlepsze. Jedzenie. Stroje. Wykształcenie. Prywatną szkołę.

Pociąg   jechał   coraz   szybciej.   Odstęp   pomiędzy   kolejnymi   wagonami 

wydawał się większy. Ale tym razem przed skokiem pozwolił sobie tylko na 
pospieszny oddech. Potem rozejrzał się dookoła. Był na miejscu. To był wagon 
Hannah.   Drzwi   były   nieco   uchylone,   więc   mógł   się   dostać   do   środka   – 
wykonując   parę   akrobacji,   których   nie   próbował   od   lat.   Tym  razem   się   nie 
roześmiał. Zaklął. Podpełznął na skraj wagonu. Zerknął w dół. Nogi Hannah nie 
zwisały  już  swobodnie  na zewnątrz  wagonu.  Schowała  się  do środka,  kiedy 
pociąg nabrał prędkości. Mądra dziewczynka. Mądra..., no cóż, niezupełnie. Nie 
za bardzo. Nie wiedziała, że nie należało prowokować Dougalda Pipparda.

Mogła sobie nie zdawać sprawy z tego, że przywiązał ją do siebie, mając jak 

najbardziej   uczciwe   zamiary.   Teraz   poczucie   obowiązku   –   nie,   uczucie   – 
wymagało,   żeby   ją   chronił,   nawet   gdyby   miał   ją   chronić   przed   nią   samą. 
Uśmiechnął się. Po prostu Hannah jeszcze tego nie wiedziała.

Złapał za górny brzeg drzwi, zamarł na moment, odsunął je nieco, po czym 

wykonał salto w dół...

Z przechyloną w bok głową, Dougald uniósł do góry kieliszek, wznosząc 

toast za pamięć tamtego wspaniałego dnia, kiedy młodość, miłość i przygoda 
były w ich rękach.

Hannah sprawiała wrażenie obojętnej na jego przemowę.
– A więc Charles wynajął ludzi, którzy śledzili mnie w Londynie... bo to byli 

twoi ludzie, prawda?

Nagle stracił apetyt i odłożył łyżkę.
– Oczywiście.
– Zastawiłeś pułapkę.

background image

– Gdy tylko sytuacja w majątku się ustabilizowała, wezwałem Charlesa z 

powrotem   i   wynająłem   detektywów,   żeby...   żebyś   się   zdenerwowała.   Potem 
zaoferowałem   pracę,   która   moim   zdaniem   powinna   była   cię   zainteresować. 
Mogłaś   nie   wpadać   w   tę   pułapkę.   –   Energicznym   ruchem   odsunął   stojący 
między   nimi   stolik.   Naczynia   zadźwięczały,   srebro   zadygotało,   ale   oczyścił 
przestrzeń tak, że mógł patrzeć na żonę bez żadnych przeszkód. Mógł ją widzieć 
ubraną w zwykłą, czarną, roboczą suknię. Zawsze się ukrywała... w pociągu, w 
chłopięcym  stroju,   teraz   w   surowej   sukni   guwernantki.   Zawsze   jednak   spod 
każdego przebrania przebijała jej uroda. Nic nie mogło ukryć promiennej skóry, 
delikatnej jak u dziecka, bujności złocistych włosów czy piękna warg kuszących 
mężczyzn i wzywających do całowania. Przyglądając się jej dokładniej, można 
było zauważyć ponętne kształty... No, nie tak zaokrąglone, jak kiedyś, ale nadal 
niezwykle kuszące smukłą elegancją. Chodziła, poruszała się jak dawniej, jakby 
Bóg stworzył ją dla przyjemności Dougalda i posłużył się nią do sprowadzenia 
go z drogi grzechu wprost w święty związek małżeński. Boski plan sprawdził 
się aż za dobrze, bowiem kiedy Hannah go porzuciła, zabrała ze sobą wszelką 
radość. Pozostawiła tylko mrok.

Na   szczęście   Dougald   świetnie   się   czuł   w   mroku.   Snuł   intrygę,   żeby 

przezwyciężyć przeszłość. Planował przyszłość. I wszystkie plany się powiodły, 
bowiem teraz siedziała przed nim.

– Jeśli miałem jakieś wątpliwości, to dotyczyły one jedynie tego, czy uda mi 

się   przestraszyć   cię   na   tyle,   że   zrezygnujesz   ze   swojej   ukochanej   Akademii 
Guwernantek. W końcu ta szkoła dawała ci to, czego brakowało ci w naszym 
małżeństwie – pracę i jeszcze więcej pracy.

–   Jak   śmiesz.   –   Przyglądała   mu   się,   jakby   był   potworem...   Spędzone 

samotnie lata obudziły w nim potwora. – Jak śmiesz oskarżać mnie o swoje 
własne   grzechy!   Ty   też   pracowałeś,   mój   drogi.   Pracowałeś   bez   końca   i 
oczekiwałeś, że pozwolę ci dbać o mnie.

– Jak o żonę! – Zaskoczył go ogień, z jakim zareagował na jej słowa. Od lat 

nie odczuwał równie bezsensownego oburzenia.

– Raczej jak o nierozgarniętą idiotkę – rzuciła w odpowiedzi.
– Twoja matka psuła cię, dając ci zbyt wiele swobody.
Podniosła głos.
– Matka przez cały czas pracowała, a ja chciałam jej pomóc!
Poruszył się na krześle, pragnąc, żeby spojrzała na wszystko jego oczami, a 

jednocześnie   zdawał   sobie   sprawę,   jak   beznadziejne   jest   spodziewać   się   po 
Hannah zrozumienia.

– Wiem. Twoje zamiary były godne podziwu, w przeciwieństwie do niechęci 

wobec podporządkowania się moim pragnieniom.

– Matka nauczyła mnie, że praca jest cnotą. Ta prawda się nie zmieniła, 

pomimo zmiany mojej sytuacji.

background image

– A ty spędziłaś życie goniąc za cnotą jak kociak polujący na muchę. – 

Dougald odchylił głowę do tyłu i przyglądał się jej zmrużonymi oczami. – A 
jednak wycofałaś się z małżeństwa i zlekceważyłaś przysięgę ślubną. Ile w tym 
cnoty?

Zaplotła drżące palce.
– Nie mniej niż w uwiedzeniu osiemnastolatki.
– Miałaś osiemnaście lat i zostawiłaś mnie. Uwiedzenie było najszybszym 

sposobem zyskania kontroli nad tobą.

– Aha. Dzięki uwiedzeniu nie musiałeś marnować czasu na zaloty. Godny 

podziwu skrót, milordzie.

Roześmiał się krótkim, ostrym śmiechem i wykorzystał swoją wiedzę, żeby 

ją zranić.

– Nie musiałem cię uwodzić. Nie musiałem się wysilać. Przecież cię kupiłem 

od twojej matki. Pamiętasz?

background image

ROZDZIAŁ 5

Nigdy   dotąd   Dougald   nie   był   okrutny.   Bywał   podstępny,   surowy   i 

bezmyślny, nigdy jednak nie dręczył Hannah wytykaniem okoliczności, które 
sprowadziły ją kiedyś w to miejsce.

– Moja matka mnie nie sprzedała. Ona mnie u ciebie umieściła. A to różnica. 

–   Hannah   wzięła   głęboki   oddech,   próbując   zmniejszyć   ucisk   w   piersi.   –
Uważałam się za jedno z twoich dobroczynnych przedsięwzięć. Tyle ich miałeś.

Wzruszył ramionami. Nigdy nie rozmawiał o ludziach, którym pomagał – o 

sierotach, które umieszczał w rodzinach, o kobietach, którym znajdował pracę, o 
mężczyznach, których kształcił.

– Zresztą, co innego mogła zrobić moja matka? – zapytała Hannah łamiącym 

się głosem, przypominając sobie tamten okropny czas. – Umierała.

– No właśnie. W tej sytuacji zrobiła to, co uważała za najlepsze dla ciebie. – 

Siedział bez ruchu, obserwując ją, ważąc jej reakcję. Widział ból, jaki nadal 
wywoływało w niej wspomnienie  o matce. – I nie masz  racji. Twoja matka 
doskonale wiedziała, czego chciałem od ciebie. Ustaliły wszystko razem z moją 
babką.

Nie mogła się powstrzymać, żeby nie zadrwić.
– A ty, biedaku, nic nie wiedziałeś o ich planach.
–   Oczywiście,   że   wiedziałem.   Powiedziały   mi,   że   zaaranżowały   moje 

małżeństwo z tobą. Miałaś wówczas trzynaście lat i byłaś ładnym dzieckiem. 
Twoja matka pochodziła z dobrej rodziny i zapewniła nas, że twój ojciec także 
był człowiekiem zdrowym fizycznie i umysłowo. Chociaż szczegóły twojego 
przyjścia na świat nie były zbyt przyjemne, to nieprawe pochodzenie nie było 
przeszkodą burzącą nasze plany.

Nigdy nie słyszała historii swoich zaręczyn. A przynajmniej przedstawionej 

w ten sposób, bezceremonialnie, obojętnie, bez ogródek.

– Nadal nie rozumiem, dlaczego dorosły mężczyzna miałby pozwolić swej 

babce na planowanie własnego małżeństwa.

– Zaaranżowane małżeństwa to tradycja w rodzinie Pippardów. Zawsze były 

udane. Czemu moje miałoby być inne?

Wiedziała że to, co chce powiedzieć, jest głupie, ale musiała to zrobić.
– Bo ludzie już tak nie postępują.
– To nonsens, moja droga, oczywiście, że nadal tak robią. Na tyle długo 

należałaś do towarzystwa, by wiedzieć, że mówisz bzdury. – Zaśmiał się. – Nie 
zmieniłaś się, przynajmniej pod niektórymi względami.

– Zmieniłam się.
Chciała, by przyznał, że się zmieniła, i to bardzo. 
–   Gdy   dwudziestojednoletni   mężczyzna   godzi   się   na   kształcenie 

trzynastoletniej   dziewczynki   tylko   po   to,   żeby   mieć   pod   ręką   żonę,   kiedy 

background image

przyjdzie mu ochota na małżeństwo, to jest to chore.

Nadal się uśmiechał.
– Musisz przyznać – powiedział – że większość małżeństw nie opiera się na 

uczuciu.   Zwykle   tym   czynnikiem  łączącym   jest   chciwość,   ale   czasem   bywa 
wygoda.

– Twoim motywem z pewnością byłaby wygoda – oskarżyła go.
Natychmiast odbił piłeczkę.
– Twoim również. Wątpię, żeby sprawiło ci przyjemność wyrzucenie cię na 

ulicę po śmierci matki.

– Ty i twoja babka nie należycie do ludzi, którzy mogliby mnie wyrzucić na 

bruk. – To Hannah wiedziała na pewno, bez względu na to, co by Dougald i 
Pani Pippard zrobili czy powiedzieli. – Zresztą nawet gdybyście mnie wyrzucili, 
znalazłabym sobie jakąś pracę.

– Zawsze byłaś przekonana o swojej nieomylności.
–   O   nieomylności?   –   powtórzyła   zaskoczona.   –   Nie   wydaje   mi   się. 

Natomiast na pewno o swoich kwalifikacjach.

–   Zastanów   się   nad   tym.   Przemyśl   to   teraz,   korzystając   z   wiedzy,   którą 

zdobyłaś o świecie. W najlepszym wypadku mogłaś wtedy zostać służącą, może 
pomocą w kuchni. Byłaś śliczna i subtelna. Różniłabyś się od innych służących, 
więc   stroiłyby   z   ciebie   żarty.   Mężczyźni   by   cię   napastowali.   Wszyscy, 
poczynając od lokajów, a na panach i ich synach kończąc. – Twardy ton głosu 
świadczył o wstręcie, jaki wywoływała w nim myśl o takiej sytuacji. – Przed 
tym wszystkim cię ocaliłem.

– Oczywiście, masz rację – przyznała bez zahamowań. – Dziękuję ci więc. 

Rzecz jednak w tym, że nigdy nie zrozumiałeś, iż wdzięczność za wykształcenie 
mogłam ci wyrazić ciężką pracą w pocie czoła, a nie ciałem.

– Nigdy mi nie wybaczyłaś, że pozbawiłem cię cnoty. Poczuła wściekłość, 

że   przywołał   wspomnienie   tamtego   dnia,   o   którym   tak   bardzo   chciała 
zapomnieć.

–   Byłam  wtedy   taka   młoda,   Dougaldzie,   że   porwały   mnie   twoje   słodkie 

słówka i twoje zainteresowanie moją osobą.

– Odkryłaś wówczas naszą umowę i postanowiłaś uciec. – Zniżył głos do 

szeptu. – Pociągiem. Pamiętasz pociąg...

Pociąg,   dudniąc,   zmierzał   w   stronę   wiaduktu   Sankey.   Kiedy   kolejny   raz 

uniosła   do   ust   butelkę   wina,   delektując   się   smakiem   winogron   i   dębu, 
pomyślała, że Dougald nie wypił zbyt wiele. Ale jedzący jabłko Dougald nie 
wyglądał   na   spragnionego.   Właściwie   nie   sprawiał   wrażenia,   by   mu 
czegokolwiek   brakowało;   był   przystojny,   wysoki,   ciemnowłosy,   wymarzony 
mężczyzna   dla   każdej   dziewczyny.   Ale   dla   niej   za   stary.   Ile   miał   lat? 
Dwadzieścia sześć? Piekielnie zadowolony i pewny siebie. To było irytujące, że 
mężczyzna   o   takiej   prezencji,   mężczyzna,   który   mógł   porwać   każdą 

background image

dziewczynę,   wybrał   taką,   dla   której   nie   musiał   się   wysilać.   Co   za   wstyd; 
prawdopodobnie był to znak jakiegoś upośledzenia umysłowego z jego strony.

– Jaki rodzaj umysłowego upośledzenia ? – rozległ się jego ciepły, niski 

głos.

Hannah gwałtownie zamrugała oczami. Czyżby głośno myślała? Mój Boże, 

musiała wypić za dużo wina.

–   Pewnie   za   dużo   wina   –przytaknął.   –   Na   jaki   rodzaj   upośledzenia 

umysłowego zatem cierpię?

–   Chcesz...   chcesz   kogoś   poślubić,   nie   zadając   sobie   trudu   zabiegania   o 

względy tej osoby. – Skupione spojrzenie jego zielonych oczu hipnotyzowało ją. 
– Dlaczego miałbyś rezygnować z emocji polowania?

– Przecież upolowałem ciebie – odparł Dougald z powagą.
– Świetnie wiesz, że to nie to samo. – Zmarszczyła brwi. – Obserwowałam, 

w jaki sposób prowadzisz interesy. Jesteś agresywnym, aroganckim graczem i 
wszelki opór pobudza twój apetyt.

Odetchnął głęboko.
– Stawiłaś mi opór. Spełniłaś moje marzenia.
– Och. – Hannah upiła łyk z butelki i podała ją Dougaldowi. – Zapewniam, 

że nie miałam takiego zamiaru.

Zgarnął resztki ich posiłku do torby i chwilowo zakończył temat. Przeciągnął 

się, rozpiął guziki u koszuli i potarł pierś ręką.

Zasłoniła oczy rękami.
–   Panie   Pippard!   Proszę,   tak   nie   przystoi!   Leniwie   przeciągając   słowa, 

wymruczał:

– Z pewnością to nic niewłaściwego pomiędzy mężczyzną i jego narzeczoną.
Opuściła ręce i zerknęła na niego.
– Owszem, to niewłaściwe i nie możesz tego zmienić.
– Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, co potrafię zmienić. Czy wzięłaś ze 

sobą koc?

– Nie, i bardzo żałuję.  Przynajmniej  mógłbyś  się zasłonić  i wyglądałbyś 

przyzwoicie.

– Gdybym chciał się zasłonić, zapiąłbym koszulę. Wstał i wyciągnął koszulę 

ze   spodni.   Miała   ochotę   znów   przesłonić   sobie   oczy,   ale   gdyby   to   zrobiła, 
trudno byłoby przewidzieć, co odważyłby się dalej zdjąć.

– Szukam czegoś w rodzaju poduszki. Po jedzeniu i winie, w kołyszącym 

pociągu, ogarnęła mnie  senność. – Rozpiął ostatnie guziki, zrzucił koszulę i 
opadł   na   stos   bawełny.   Umościł   się   wygodnie,   położył   głowę   na   zwiniętej 
koszuli i z satysfakcją zamknął oczy. – Nie jestem już taki młody jak ty, co mi 
stale wypominasz. .,

– Jeśli nie będziesz uważać, wylejesz wino. Hannah zamrugała. Kielich w jej 

dłoniach kołysał się; odstawiła go pospiesznie. Żałowała teraz, że piła wino. 

background image

Żałowała,   że   w   ogóle   pila.   Właściwie   mogłaby   zażądać   tysiąca   funtów 
szterlingów  i  kucyka,  a  także   zażyczyć  sobie,  żeby   Dougald  nie  miał   takiej 
wszechwiedzącej miny. Odpychając od siebie te rozważania, udała, że analizuje 
ich rozmowę, o której zapomniała na Bóg wie jak długo, błądząc myślami wśród 
wspomnień.   Pospiesznie   podjęła   rozmowę,   żeby   tylko   przestał   tak   się 
przyglądać jej zaczerwienionej twarzy. Powróciła do wątku szkoły guwernantek.

– Trzy ostatnie lata dowiodły, że mogę odnieść sukces, więc niepotrzebnie 

się o mnie troszczysz.

– Fałszywy sukces wcale nie jest sukcesem. Na chwilę zaniemówiła.
–   Co   masz   na   myśli,   mówiąc,   że   to   fałszywy   sukces?   Nigdy   nie 

oszukiwałam.   Przez   sześć   lat   przebywałam   za   granicą   bądź   mieszkałam   w 
Londynie   jako   towarzyszka   lady   Temperly.   Byłam   dobrą   administratorką   i 
opiekunką, i tak właśnie przedstawiłam się w ogłoszeniu o założeniu szkoły.

– Nie posłużyłaś się swoim nazwiskiem
Narastało w niej oburzenie.
–   Nieślubne   dzieci   nie   mają   prawa   do   nazwiska.   Świetnie   wiesz,   że   nie 

miałam żadnego.

Na moment przesłona opadła i spod wymuszonego opanowania wychynęła 

warcząca bestia.

– Owszem, miałaś. Dałem ci nazwisko, kiedy się pobraliśmy.
– Byłam ci bardzo wdzięczna – rzekła cierpko. Naprawdę była wdzięczna. 

Jej matka twierdziła, że jest wdową, ale prawda i tak zawsze ciągnęła się za 
nimi.   Hannah   stale   słyszała   śmiech   i   szyderstwa.   Nazwisko   otrzymane   od 
Dougalda było jednym z błogosławieństw  w ich małżeństwie.  Stanowiło też 
pierwsze okowy, których się pozbyła, uciekając od niego.

–   Nie   pragnąłem   wdzięczności,   chciałem...   –   Przerwał,   opanowując 

podniesiony głos.

Ale Hannah podjęła temat.
– Wiem, czego chciałeś. Wielkiej miłości i gorącego oddania.
– Dużo dawałem ci w zamian.
– Dopóki robiłam to, co mi kazałeś. Dopóki nie chciałam czegoś więcej i nie 

zaczęłam oczekiwać, byś pamiętał o obietnicach, które złożyłeś tego dnia, gdy 
przekonałeś mnie o swojej miłości.

W   ich   podniesionych   głosach   usłyszała   echa   przeszłości.   Sądząc   po 

sposobie,   w   jaki   na   nią   patrzył,   Dougald   również   to   usłyszał.   Musiała   się 
opanować. Jeśli tego nie zrobi, Dougald jak zawsze zyska przewagę. Powinna 
zademonstrować   mu   swoją   dojrzałość   i   pokazać,   że   już   nie   może   nią 
manipulować, grając na jej uczuciach. Nauczyła się poskramiać swoją złość; 
kochana   lady   Temperly   podpowiedziała   jej,   jak   to   osiągnąć,   a   później 
udoskonaliła metodę, ucząc jej młode panny w Akademii Guwernantek.

Kilka razy głęboko zaczerpnęła powietrza, wdychając lekki zapach palącego 

background image

się drewna i skórzanych obić fotela.  Zaczęła  błądzić wzrokiem po saloniku, 
przesuwając spojrzeniem po dużych oknach z ciężkimi, brokatowymi zasłonami 
i nowych, szmaragdowych tapetach na ścianach. Pokój został urządzony tak, 
żeby zapewnić panu domu pełną wygodę.

Ostrożnie   zerknęła   na   Dougalda.   Był   człowiekiem,   który   z   pewnością 

wiedział, czego chce i jak to zdobyć.

Obserwował ją.
Czy od chwili, gdy przekroczyła próg tego pokoju, choć na moment oderwał 

od niej wzrok? Chyba nie. Musiała więc zachowywać się rozsądnie i spokojnie, 
w   przeciwnym   razie   zwycięstwo   przypadłoby   Dougaldowi.   Obojętnym, 
uprzejmym głosem powiedziała:

– Gdybym użyła twojego nazwiska albo nazwiska mojej matki, cała ucieczka 

byłaby jedną wielką farsą. Natychmiast byś mnie odnalazł.

– I oszczędziłbym nam obojgu wielu kłopotów.
– Oszczędziłbyś kłopotów sobie – odparła. – Uciekłam dopiero wówczas... 

dopiero   wtedy,   gdy   nasze   małżeństwo   zupełnie   się   rozpadło.   Dopiero   gdy 
miałam pewność, że nie mamy żadnych szans.

Ledwo poruszając wargami, wyrzucił z siebie:
– Zawsze mieliśmy szansę.
–   Bzdura.   –   Starała   się   mówić   rozsądnie,   udając,   że   tłumaczy   jakieś 

zagadnienie   wyjątkowo   opornemu   uczniowi.   –   Nigdy   mnie   nie   słuchałeś. 
Głaskałeś mnie po głowie i mówiłeś, że sam wiesz najlepiej. Rzucałam słowa na 
wiatr.

– Uwielbiałem cię.
– Nie chciałam uwielbienia, chciałam celu w życiu.
– Większość kobiet...
Większość   kobiet   byłaby   szczęśliwa,   mogąc   próżnować.   Ile   razy   już   to 

słyszała? Uniosła dłoń, żeby mu przerwać.

– Proszę. Skończ z tymi samymi argumentami, co zwykle.
Na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji.
– Miałem zamiar powiedzieć, że większość kobiet byłaby szczęśliwa, mogąc 

próżnować, ale powinienem był wiedzieć, że ty jesteś inna.

Co   miał   na   myśli?   Czyżby   chciał   powiedzieć,   że   wtedy   się   mylił?   Gdy 

spojrzała na niego, siedział poważny, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jeśli 
zmienił  się do tego stopnia, że potrafił przyznać się do błędu... Zerknęła na 
niego ponownie. Wpatrywał się w jej piersi takim wzrokiem, jakby była naga, a 
nie zakutana w liczne warstwy ubrania. Nie, nie zmienił się. Nawet jeśli gotów 
był przyznać się do błędu, to tylko po to, żeby ukryć swoje prawdziwe motywy. 
Nie mogła zapomnieć, kim był. Musiała pamiętać trudną lekcję, jaką od niego 
dostała.

Ludzie się nie zmieniają. A szczególnie mężczyźni. Dougald zaś... zaśmiała 

background image

się cichutko. Górował nad innymi mężczyznami. Był do gruntu pewny siebie. 
Despotyczny.   Zawsze   miał   rację.   Wychowany   został   przez   babkę   i   ojca   w 
przekonaniu, że sukcesy jego przodków wynikały z dziedzicznej wyższości nad 
innymi ludźmi i że otrzymał to po nich. Żadna kobieta nie miała najmniejszych 
szans wobec takiego przeświadczenia. A już z pewnością nie kobieta, która nie 
znała prawdy o swoim pochodzeniu, nie znała nawet nazwiska ojca. Powinna 
była o tym pamiętać i zignorować szerokie ramiona Dougalda.

Kolejny raz podjęła rozmowę.
– Kiedyś mieszkałam z matką w wiosce o nazwie Setterington. To było miłe 

miejsce, więc jego nazwę przyjęłam jako swoje nazwisko.

– Wszędzie mieszkałaś przez jakiś czas ze swoją matką. – Przemawiał do jej 

piersi, jakby mogły go słyszeć. – Czemu nie nazwałaś się York, Bristol czy East 
Little Teignmouth? Czemu właśnie Setterington?

–   Wybrałam   Setterington,   bo   nie   sądziłam,   żebyś   wiedział   o   moim   tam 

pobycie.

– Nie. Nie wiedziałem. – Zacisnął pięści. Hannah zaczęła się zastanawiać, 

czy   ta   szczerość,   nowa   jakość   w   ich   stosunkach,   doprowadzi   do   lepszego 
zrozumienia czy do wybuchu. Nie znała takiego Dougalda. Odnajdywała na jego 
twarzy   pewne   podobieństwo   do   dawnego,   ale   ta   konfrontacja   przypominała 
pojedynek  pomiędzy  przesłuchującym  a  przesłuchiwanym.   I wiedziała,   którą 
rolę wybrał dla siebie.

Najbardziej cierpkim tonem, na jaki było ją stać, rzekła:
– Jeśli już skończyłeś ze swoimi pretensjami, to chciałabym teraz poznać 

twoją ciotkę. Zakładam bowiem, że jest jakaś ciotka.

– Moja droga Hannah, nie kłamałbym ci w tak istotnej kwestii. – Bez oporu 

pozwolił jej na zmianę tematu. Naturalnie, uznał jej zachowanie za odwrót. – To 
moja daleka krewna.

– Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek o niej wspominał.
– Oczywiście, że nie. Jesteśmy tak daleko spokrewnieni, że sam rzadko o 

niej słyszałem. Ale ciotka Spring mieszkała w zamku Raeburn przez całe swoje 
życie. – Westchnął ciężko. – I skupiała wokół siebie towarzyszki.

–   Towarzyszki?   –   zapytała   Hannah.   –   Nie   zostałam   poinformowana   o 

żadnych towarzyszkach.

– Wtrącające się we wszystko starsze panie, które odziedziczyłem wraz z 

zamkiem.

– Aha. – Teraz zrozumiała doskonale. Jeśli chciał zyskać sobie przychylność 

mieszkańców   posiadłości,   nie   mógł   wyrzucić   z   domu   starej   kobiety   ani   jej 
przyjaciółek.

Omiotła  go  spojrzeniem,   odnotowując   głębokie  linie  wokół  ust,  nadające 

jego twarzy zgorzkniały, pełen surowości wygląd.

– I mam się opiekować nimi wszystkimi? – zapytała.

background image

– Ciotka Spring jest najstarsza. Cierpi na chwilowe zaniki pamięci i lubi 

skały.

– Skały?
Nie wdawał się w szczegóły.
–   Pozostałym   paniom   nic   nie   dolega.   Są   zdrowe,   z   wyjątkiem   pewnych 

ubytków słuchu – to dotyczy panny Isabel, która jest właścicielką teleskopu i 
ogląda gwiazdy.

– Gwiazdy.
– Panna Ethel pielęgnuje kwiaty.
– Pielęgnacja kwiatów wydaje się bardziej typowym zajęciem dla starszej 

pani.

–   Typowym.   –   Przez   chwilę   rozważał   to   określenie,   wreszcie   potrząsnął 

głową. – Nie powiedziałbym, że to typowe. Panna Minnie od czasu do czasu 
cierpi   na   zasłabnięcia   i   rysuje.   Wszystkie   wyszywają.   –   Splótł   palce.   – 
Podejmiesz się opieki nad tymi paniami?

– Oczywiście.
Cóż innego mogła odpowiedzieć.
– Przecież im więcej masz pracy, tym jesteś szczęśliwsza.
Zapominając, że powinna się bać tego nowego Dougalda, warknęła:
– Masz absolutną słuszność. Dziękuję, że tak się o mnie troszczysz.
Kącik   ponuro   zaciśniętych   ust   Dougalda   zadrżał.   Dała   się   sprowokować. 

Zirytował ją i zareagowała. Jeśli to była gra, wygrał ją. Jeśli to była wojna, 
dostarczyła   mu   broni,   którą   ją   zranił.   Musiała   być   ostrożniejsza.   Musiała 
pamiętać, że w tej chwili miał nad nią przewagę. Mógł kontrolować jej wyjścia i 
powroty, jej pracę i czas wolny. Był pracodawcą dopóty, dopóki nie znajdzie się 
jakiś sposób, żeby mu się wymknąć.

Wymknąć się Dougaldowi... Chyba za każdym razem usiłowała przed nim 

uciec. I kiedy teraz na niego patrzyła, ucieczka nie wydawała jej się głupim 
pomysłem. Zachowała jednak zimny spokój, kryjąc się za nim jak za tarczą, i 
powiedziała:

– To miło, że zatrudniłeś kogoś, kto się będzie nimi zajmował.
Pomyślała, ze udało jej się go rozdrażnić swoją pogodą, lecz zanim zdążyła 

to sprawdzić, chwilowy błysk irytacji w jego oczach zniknął.

–   To   nie   ma   nic   wspólnego   z   uprzejmością   –   wyjaśnił.   –   To   są   cztery 

ekscentryczne kobiety, stwarzające kłopoty od dnia mojego przybycia. Chcę, 
żeby ktoś je pohamował.

– Kłopoty? – Hannah szybko przebiegła sytuację myślami. – W twoim liście 

nie było żadnej wzmianki o kłopotach... ale przecież nie powinnam się była 
spodziewać takiej informacji, prawda?

–   Ostatni   lord   z   głównej   linii,   ten,   któremu   udało   się   przeżyć   ponad 

trzydzieści  lat,  był  bratem  ciotki  Spring,  pozwalał   jej  przygarniać  wszelkich 

background image

rozbitków   życiowych.   Kiedy   zrobiło   się   ich   sporo,   nie   dało   się   nad   nimi 
zapanować.

Hannah starała się stłumić uśmiech, który wywołał widok jego bezradności.
– Wydawało mi się, że to tylko cztery staruszki.
Z niezwykłą powolnością Dougald wstał z fotela. 
– Uważasz, że jestem śmieszny? Rozbawienie znikło i Hannah także wstała.
– Nie jesteś śmieszny, ale opowiadasz o tych damach, jakby były taranem, a 

ty długo stawiającymi opór wrotami.

Po raz pierwszy od chwili, gdy Dougald odwrócił się od okna i stanęła z nim 

twarzą w twarz, przestała się go bać i patrzeć na niego ze strachem. Właściwie 
zaczęła się obawiać, czy nie spogląda na niego zbyt czule.

Ale   nie.   Było   znacznie   gorzej.   Patrzył   na   nią,   jakby   była   niczego 

niespodziewającą się sarną, on zaś siejącym zniszczenie wilkiem. Czyżby wdarł 
się w jej myśli? A może przypomniał sobie dawne czasy, pełne namiętności? 
Czas, który dzielili ze sobą, pomimo utarczek i smutków, bowiem tego żądały 
ich ciała i musieli się im podporządkować.

Skoro wiedział o Akademii Guwernantek, musiał wiedzieć o trudnościach i 

wyzwaniach, którym stawiała czoło. Musiał wiedzieć, że jest silna i twarda, że 
nie jest już tą niewinną dziewczynką, której omal nie zniszczył. Tylko... tylko 
sposób, w jaki na nią spoglądał, nie miał nic wspólnego z ustalaniem warunków 
pracy   czy   z   latami,   które   spędzili   oddzielnie,   ze   zmianami   w   ich   ciałach   i 
umysłach. Pod jego wzrokiem czuła, jak ogarnia ją czysta, zwierzęca żądza. 
Cisnęły się wspomnienia cichych jęków, namiętności, ich nagich ciał w łóżku, 
na stole, w pociągu. Wszelkie problemy, które ich dzieliły, znikały gdy trzymali 
się w objęciach.

Nagle   przymknął   oczy,   ukrywając   swoje   myśli.   Z   wdziękiem   opadł   z 

powrotem na fotel i pełnym znudzenia głosem rzekł:

–   Naturalnie   będziesz   zajmowała   się   ciotkami.   Chyba   nie   myślałaś,   że 

sprowadziłem cię tu jako żonę?

Łajdak. Podlec, łotr, diabeł.
Jak śmiał rozwiewać jej wyobrażenia, które celowo obudził? Sprowokował 

ją, przywołując wspomnienia, i doprowadził do tego, czego chciał. Udowodnił, 
że nadał go pragnęła.

Z niezbyt rozsądną, ale konieczną w tej sytuacji agresją powiedziała:
– Nie rozwiedziesz się ze mną.
– Nie. Nie sprowadzę takiej niesławy na ród Pippardów.
– Jakie mam więc wyjście?
– Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie. – Palcami przesuwał po gładkim, 

rzeźbionym oparciu fotela. – Możemy nic nie zmieniać. Nie powiem nikomu, 
kim jesteś, i nigdy nie będę mógł się ponownie ożenić. Będę ostatnim z rodu 
Pippardów  i  tytuł  lorda  Raeburn  przejdzie  na  inną,  boczną   gałąź  rodziny.  – 

background image

Przerwał, czekając na jej komentarz.

Świetnie wiedziała, że niemiła mu była taka perspektywa.
– A inne możliwości?
Niskim, pełnym słodyczy głosem zasugerował:
– Możemy się pogodzić.
Gwałtownie odetchnęła, usiłując nie patrzeć na niego.
– Pozostaje jeszcze trzecie wyjście.
Trzecie wyjście? Nic nie przychodziło jej do głowy. – Jakie?
– Wszyscy myślą, że moja żona nie żyje. Mogę więc cię zabić.

background image

ROZDZIAŁ 6

Hannah   nie   mogła   złapać   tchu.   Wpatrywała   się   w   Dougalda,   tego 

zagniewanego, nieprzyjaznego lorda, pocierającego w zamyśleniu brodę. Dawny 
Dougald nigdy nie zachowałby się tak gruboskórnie. Tymczasem ten człowiek 
mówił o zamordowaniu jej ze spokojem, od którego krew krzepła w żyłach.

– Zabicie cię niewątpliwie rozwiązałoby wszystkie problemy. Dopóki nikt 

mi nie udowodni winy, będę postrzegany jak dotąd. – Roześmiał się ochrypłym, 
odpychającym   śmiechem.   –   Oczywiście   wspominam   o   tym   jako   o   jednej   z 
możliwości. Nigdy bym cię nie skrzywdził. Naprawdę... kochanie.

Świnia! Żartował sobie, mówiąc o jej śmierci pierwszej nocy, po dziewięciu 

latach! Mówił o zimnej mogile, podczas gdy za oknem rozlewała się gęsta mgła, 
on zaś był jedyną istotą, znającą jej prawdziwą tożsamość i pochodzenie. Jeśli 
więc potrzebowała dowodu na to, że nigdy naprawdę jej nie kochał, to jego 
słowa i ten śmiech właśnie to potwierdziły.

Dobrze. Nie będzie tu siedziała, pozwalając mu się torturować. Miała za 

sobą męczącą podróż. A ujrzenie go było ogromnym wstrząsem. Miała dosyć. 
Dosyć  takiego traktowania,  docinków, kpin i aluzji. Miała ochotę  ruszyć na 
niego,   pogrozić   mu   pięścią   przed   oczami   i   udowodnić,   że   myli   się,   jeśli 
przypuszcza, że uda mu się ją upokorzyć. Upokorzyć ją, przełożoną Akademii 
Guwernantek, kobietę sukcesu, która doprowadziła do rozkwitu szkoły!

Dosyć strachu. Nikogo się nie bała. A już z pewnością nie tchórzliwego 

mężczyzny,  który   ją   ścigał,   groził,   że   zmusi   ją  do   wypełniania   małżeńskich 
obowiązków, i czerpał przyjemność z zastraszania jej.

– Wcale o tobie nie marzyłam. – Podeszła do niego, zatrzymując się tuż 

przed nim i patrząc na niego z góry. Uniósł głowę i spojrzał na nią.

Był przystojny? Nie, już nie, ale wrzały w nim emocje. Może pożądanie. 

Może nienawiść. Pewnie nigdy się nie dowie. Kontrolował teraz uczucia, które 
w nim drzemały, odsłaniając jedynie ich drobną część.

Był   męski?   Tak.   Światło   świecy   uwydatniało   rysy   jego   twarzy,   nie 

pozostawiając cienia łagodności, delikatności...  poza ustami.  Te usta... wargi 
były miękkie niczym masło i czułe, zwłaszcza wtedy, gdy całowały jej szyję, 
piersi, uda.

Był wysoki? Owszem, ale ona również była wysoka. Po ślubie stali obok 

siebie przyjmując życzenia, a ludzie im powtarzali, jak ładnie razem wyglądają. 
Paru niezbyt delikatnych i trochę podchmielonych dżentelmenów odważyło się 
nawet zrobić uwagi o tym, jakie będą mieli ładne dzieci. Nie mieli; opuściła go, 
zanim dziecko mogło przywiązać ją do człowieka, który nią manipulował, który 
ją rozczarował. Nie. Podczas wielu samotnych lat nie pozwalała sobie o nim 
myśleć. Nie chciała płakać.

Tak, taki był Dougald i nie będzie się go bała. Oparła kolano na oparciu 

background image

fotela tuż koło jego uda i zapytała:

– Skoro nie chcesz, żebym była twoją żoną, to po co mnie tu sprowadziłeś?
Obserwował ją jak kota, z którym się drażnił, ostrożnie, ale bez niepokoju. 

Ile bowiem szkody może zrobić jeden mały kot? Mylił się. Była silna. Ona także 
potrafiła szydzić, grozić i straszyć. Ponadto zaś potrafiła sprawić, żeby znów jej 
zapragnął i żeby mogła zapanować nad sytuacją.

– Chcę cię tutaj – odpowiedział – do opieki nad ciotką.
– Mogłeś wynająć kobietę z okolicy. – Oparła rękę na jego ramieniu, a kiedy 

pochyliła się, miała satysfakcję, czując, jak się odsunął. Jej agresywny ruch co 
najmniej go zdziwił. – Zadałeś sobie wiele trudu, żeby mnie znaleźć.

– Może na starość stałem się skąpy. Własnej żonie nie muszę chyba płacić.
Poczuła   na   twarzy   jego   oddech   i   ciepło   jego   ciała.   Ręce   Dougalda 

spoczywały,   zdawało   się,   spokojnie,   na   poręczach   fotela,   najwyraźniej   nie 
zainteresowane wyciągnięciem się w jej stronę.

– To niewolnicza praca – rzuciła oskarżająco.
– Prawie tak samo dobra – odparł. – Praca kochającej żony.
Sarkastyczny typ! Ale nie bała się mu przeciwstawić.
– A może masz jakiś inny plan?
– Wszystko możliwe. – W jego głosie pobrzmiewało znudzenie. – Pewne 

jest natomiast to, że tu zostaniesz, że będziesz pracować i nie poznasz moich 
planów, dopóki nie zechcę ci ich wyjawić.

– Być może. – Pochyliła się nisko, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, tak 

blisko, że omal nie zetknęli się wargami. – A może nie.

Po czym przysunęła się jeszcze bliżej i pocałowała
Zaskoczenie.   Dobrze!   Świetnie!   Zaskoczyła   drania   swoją   niespodziewaną 

akcją.

Zaskoczyła również siebie...
Przymknęła oczy.
Jego wargi smakowały jak kiedyś. Jako młoda dziewczyna godzinami badała 

jego   usta,   próbując   dociec,   czemu   jego   pocałunki   sprawiały   jej   tyle 
przyjemności. Nigdy nie udało jej się tego ustalić. A teraz, kiedy dotknęła jego 
ust, a potem pochyliła głowę tak, żeby mocniej przywrzeć do warg Dougalda, 
zaczęła   się   zastanawiać,   czy   posunąć   się   dalej.   Mogłaby   rozchylić   usta, 
zapraszając   go   do   środka,   a   gdyby   się   opierał,   mogłaby   przejąć   inicjatywę, 
wtargnąć w głąb i pokazać mu, do jakiego stopnia nadal jest jego żoną...

Nie, nie powinna. Doprowadziłoby to ich do sytuacji, w jakiej nie chciałaby 

się znaleźć. Potraktuje więc sprawę lekko, nie zapominając o tym, że musi starać 
się osiągnąć przewagę nad Dougaldem. Zignoruje swój przyspieszony oddech i 
kropelki potu, które pojawiły się na jej czole, i tylko dotknie ręką jego twarzy. 
Tylko   leciutko   go   dotknie...   Ogolił   się.   Musiał   się   ogolić   tuż   przed   jej 
przybyciem,  gdyż jego ciemny  zarost był niczym aksamitny  meszek  pod jej 

background image

palcami.   Meszek   na   mocno   zarysowanej   szczęce.   Rozsunęła   palce,   usiłując 
dotknąć więcej i natrafiła na kość policzkową. Przesunęła po niej kciukiem raz, 
a potem drugi. Przyjemnie  było dotykać delikatnej skóry. Czubkami  palców 
zaczęła masować kolistymi ruchami jego ucho.

Ramię Dougalda, na którym opierała drugą rękę, zadrżało. Tak. Pieszczota 

ucha zawsze go poruszała. Zawsze powodowała, że jego ciało obracało się ku 
niej. Przerwała pocałunek i wyprostowała się. Z rozwagą.

Nie   obrócił   się   ku   niej.   Nie   wykonał   żadnego   ruchu.   Jego   ręce   nadal 

spoczywały na poręczach fotela, jego udo nadal dotykało jej kolana, nadal ją 
obserwował... stale ją obserwował.

Opuchniętymi ustami zapytała:
– Mam przestać? 
– Nie.
– To jest szalone.
– Do diabła z rozsądkiem – odpowiedział z rozbrajającą szczerością.
Tak. Może była obłąkana, ale w tej grze uwikłana była dwójka graczy. Tutaj, 

pomiędzy   nimi,   narastały   niepohamowane   emocje,   pchając   ich   ku   morzu 
namiętności. Nawet gdyby bardzo się bronił, i tak musiał na nią zareagować. 
Przynajmniej w tej dziedzinie nie potrafił sobie narzucić dyscypliny.

Wsunęła rękę w jego włosy, pomiędzy jedwabiste pasma. Przesiała włosy 

pomiędzy palcami. Smużki siwizny. Dobry Boże, pasemka siwizny przeplatały 
się wśród błyszczącej czerni, a miał ledwie trzydzieści sześć lat. Wyczuwała 
jego ból, samotność, smutek.

Cierpiał? Miała nadzieję!
Odgarnęła mu włosy z czoła i ponownie się pochyliła. Jego usta... Takie 

słodkie. Zdumiewająco słodkie u tak zgorzkniałego mężczyzny. Jego oddech... 
Jego smak...

To było za mało.
Delikatnie   rozchyliła   wargi,   namawiając   go   do   otwarcia   ust.   Okazał   się 

pojętnym uczniem, gotowym pójść za jej przykładem. Jakby jeszcze nigdy tego 
nie robił, jakby jej nie uwiódł, nigdy nie doprowadzał do jęków rozkoszy, by 
móc ją sobie podporządkować...

A niech go. Zacisnęła palce na jego włosach. Mocno oparła dłoń na jego 

ramieniu.   Wsunęła   język   pomiędzy   jego   wargi,   czerpiąc   przyjemność   z 
poskromienia go. On zaś... Dougald nie wytrzymał. Oczywiście. Odpowiedział, 
wdzierając się językiem w głąb jej ust, walcząc o dominację. Opasał ją rękami w 
talii i przytrzymał w miejscu.  Tak jakby chciała teraz uciekać! Teraz, kiedy 
znajdował się tam, gdzie pragnęła, pod nią, całując ją zgodnie z jej życzeniem. 
Przejęła inicjatywę. Nie da jej sobie odebrać...

Przez   mgłę   odurzenia   dotarły   do   Hannah   słowa   wypowiedziane   niskim, 

chłodnym, pełnym dezaprobaty głosem:

background image

– Będziemy musiały pilnować tych dwojga.

background image

ROZDZIAŁ7

Oszołomiona   Hannah   przerwała   pocałunek.   Spojrzała   mu   w   oczy.   Przez 

króciutką chwilę ujrzała w nich namiętność i wściekłość. Potem zamrugał i...

I   nic.   Nie   mogła   nic   odczytać;   jeśli   doświadczał   jakichś   emocji, 

jakichkolwiek, musiał je świetnie ukryć!

Z rozmysłem przybrała obojętny wyraz twarzy, pozbierała myśli i spojrzała 

w  stronę,  skąd   dobiegł  głos.  W  drzwiach  stały   cztery   starsze   panie  różnego 
wzrostu   i   tuszy,   obserwując   Dougalda   i   Hannah   z   rozmaitymi   uczuciami 
malującymi   się   na   twarzy,   poczynając   od   dezaprobaty,   a   na   otwartym 
zaciekawieniu kończąc.

–   Co   za   ulga!   –   zawołała   jedna   z   nich,   śniadolica   i   pyzata.   –   Kochany 

Dougald   mieszka   tu   niemal   od   roku   i   nie   okazał   dotąd   nawet   cienia 
zainteresowania kobietami. Zaczynałam się już martwić, czy aby nie ma innych 
upodobań.

– Isabel, jesteś zbyt śmiała, daję słowo. – Siwowłosa dama karcąco pokręciła 

głową.

– Sama też miałaś wątpliwości, Ethel! – W przeciwieństwie do Ethel, ciotka 

Isabel miała podejrzanie czarne włosy.

– Owszem, ale nigdy bym o nich nie mówiła.
– Pewnie nawet mnie nie usłyszał.
– Musiałby chyba być głuchy.
– Też coś!
Podczas ich dziecinnej sprzeczki Hannah odsunęła się od Dougalda. Patrząc 

na to bez emocji, jej pomysł zemsty wydawał się teraz głupi i doprowadził do 
niepożądanych skutków.

Dougald   podniósł   się   i,   nie   poprawiając   ubrania   ani   włosów,   choć   był 

potargany, powiedział:

– Dobry wieczór paniom.
Podszedł   do   nich,   wysoki,   poważny   i   najwyraźniej   zupełnie   nie   przejęty 

faktem, że został przyłapany na całowaniu obcej osoby.

– Jak się masz, drogi chłopcze? – Drobna, siwowłosa staruszka wspięła się 

na palce. Dougald pochylił się. Staruszka cmoknęła go w policzek i poklepała 
po głowie. – Czy mówiłam ci już, jak bardzo się cieszę, że wreszcie mam cię 
tutaj?

– Wiele razy, ciociu Spring.
Hannah rozpoznała ten zimny, przytłumiony głos. Należał do starszej pani, 

która im przerwała. Miała pięknie ułożone białe włosy. Nie była gruba, ale miała 
grubokościstą,   ciężką   budowę   kobiety,   która   doskonale   by   się   nadawała   do 
opieki nad obłożnie chorym.

– Ależ panno Minnie, ciotka może mi to mówić tak często, jak tylko chce – 

background image

Dougald skłonił się obu damom. – Miło jest być ulubieńcem cioci.

Panna Minnie chrząknęła znacząco. Ciotka Spring lekko stuknęła ją w ramię.
– Widzisz, moja droga? To naprawdę kochany chłopiec.
– Tak. To prawda – bardziej zawyrokowała, niż powiedziała panna Minnie, 

po   czym,   niby   fregata   pod   pełnymi   żaglami,   wpłynęła   do   pokoju.   –   Dobry 
wieczór, Dougaldzie.

Dougald skłonił się, potem powitał ukłonem starszą damę o błyszczących 

oczach   i   ustach   stworzonych   do   uśmiechu,   która   głośno   wyraziła   swoje 
wątpliwości dotyczące jego męskości.

– Dobry wieczór, panno Isabel.
Jej ciemna karnacja i ostre rysy twarzy pozwalały Hannah podejrzewać, że 

była   Hiszpanką   lub   Włoszką,   a   kiedy   się   odezwała,   dziewczyna   istotnie 
usłyszała w jej przytłumionym głosie lekki obcy akcent.

– Kochany Dougaldzie, przecież ci mówiłam. Musisz mnie nazywać ciotką 

Isabel. Wszyscy to robią. – Pociągnęła go za ucho i mrugnęła okiem do Hannah. 
– Ty też, moja droga.

Hannah   ukryła   rosnące   rozbawienie.   Staruszki   albo   dawały   jej   czas   na 

odzyskanie panowania nad sobą, albo też zawsze przytłaczały wszystkich swoją 
żywiołowością.   Siwowłosa   dama   jak   błyskawica   przemknęła   przez   pokój. 
Zatrzymała   się   przy   wazonie,   ustawionym   przez   Charlesa   i,   poprawiając 
ułożenie kwiatów, nie przestawała mówić.

– Czy widziałeś mój krzew różany, Dougaldzie? Mówiłam ci, że zakwitnie, 

jeśli przeniesiemy go w tamten nasłoneczniony kąt ogrodu, i dzisiaj, pomimo 
paskudnej pogody, znalazłam na nim śliczny żółty kwiat.

– Dobry wieczór, panno Ethel – Dougald się ukłonił.
– Ciociu Ethel, bardzo cię proszę. Płatki mają szpiczaste końce.
Wyraźnie   oczekiwała   odpowiedzi   na   swoje   botaniczne   uwagi,   ale   panna 

Minnie zdążyła się odezwać, odwracając do Hannah.

– Czy to jest osoba, która ma się opiekować Spring?
– Tak – odparł Dougald. – Ciociu Spring, panna Setterington będzie twoją 

nową towarzyszką.

Hannah dygnęła.
– To dla mnie zaszczyt, móc poznać panią i pani przyjaciółki.
Ciotka   Spring   podeszła   drobnymi   kroczkami,   a   jej   obcasy   stukały   o 

drewnianą podłogę.

– Ależ jesteś śliczna.
– Dziękuję pani – mruknęła Hannah.
–   Nazywaj   mnie   ciocią   Spring.   –   Ujęła   w   dłonie   twarz   dziewczyny   i 

pochyliła w dół, ku sobie. – Wysoka jesteś.

–   Jestem,   proszę   pani.   –   Była   niemal   o   głowę   wyższa   od   ciotki   Spring, 

kilkanaście centymetrów wyższa od pozostałych pań, nawet najwyższą, pannę 

background image

Minnie, przerastała o parę centymetrów.

– Kiedy byłam młodą dziewczyną, o niczym nie marzyłam bardziej, niż żeby 

być   taka   wiotka.   –   Ciotka   Spring   poklepała   Hannah   po   policzkach.   –   Ale 
Lawrence, który był całkiem przystojnym mężczyzną, pokochał mnie taką, jaką 
byłam.

– Lawrence?  – Hannah  wydawało się,  że ciotka Spring jest starą panną, 

jedną z armii dziewcząt nie mających posagu, które nigdy nie miały starających 
się o ich rękę.

–  Mój  ukochany.  Został  zabity  w czasie   wojny  na  Półwyspie,  zanim  się 

zdążyliśmy pobrać. – Na pogodnej twarzy ciotki Spring pojawił się smutek. – 
Czy wiesz, że choć było to tyle lat temu, nadal mi go brak? Wydaje mi się, że 
słyszę, jak woła moje imię, odwracam się wtedy, ale jego nigdy nie ma.

– Totalna bzdura – oświadczyła panna Minnie.
–   Wcale   nie.   –   Ciotka   Spring   nie   wahała   się   ani   przez   chwilę,   żeby 

zaprzeczyć swojej krytycznej przyjaciółce. – Jest zawsze przy mnie, czuję to. 
Tylko nie mogę go zobaczyć. Czyż nie cudownie i wspaniale jest myśleć, że 
miłość może trwać wiecznie?

Hannah spojrzała na Dougalda. Przyglądał się jej i ciotce Spring z wyrazem 

ponurej satysfakcji.

– Czasem miłość trwa wiecznie – sprostowała Hannah. – Czasem jednak 

miłość zostaje wypaczona i pozostawiona sama sobie, a wtedy psuje się jak 
jabłko.

– Jesteś za młoda na taki cynizm. – Ciotka Isabel podeszła bliżej. – Skąd ci 

to przyszło do głowy?

– Pewnie była mężatką – stwierdziła ciotka Ethel. – Po ślubie kobiety stają 

się cyniczne.

– Mężczyźni również – wtrącił Dougald.
– A czemu ty miałbyś być cyniczny? – zapytała ciotka Isabel. – Przecież 

zamordowałeś swoją żonę.

Hannah   była   wstrząśnięta.   Pierwszy   raz   usłyszała   wypowiedziane 

oskarżenie, i to z ust osoby tak nieszkodliwej. Zerknęła na Dougalda, ten jednak 
wyglądał na nieporuszonego. Czyżby oskarżano go juz tyle razy, że zobojętniał? 
A może pod tym stoickim spokojem kryła się potrzeba obrony? Czy groził jej 
dlatego, że i jemu wielokrotnie grożono?

– Zdenerwowałaś pannę Setterington – rzekła panna Minnie.
– A poza tym, moja droga Isabel, świetnie wiesz, że to doskonała opowieść, 

ale nieprawdziwa. – Ciotka Spring poklepała Hannah po ramieniu. – Nie musisz 
się   martwić,   że   zostaniesz   zamordowana   w   swoim   łóżku.   Pod   skrzydłami 
Dougalda możesz się naprawdę czuć bezpieczna. A morderstwa miały miejsce 
przed jego przybyciem tutaj.

– Morderstwa? – słabym głosem powtórzyła Hannah.

background image

– Mówi o śmierci poprzednich panów tych ziem – wyjaśnił Dougald.
Ciotka Isabel zignorowała ich i powiedziała:
–   To   wy   uważałyście   zawsze,   że   Dougald   jest   niewinny,   nie   ja.   Moim 

zdaniem   jest   coś   cudownie   romantycznego   w   fakcie,   że   zabił   własną   żonę. 
Czyni to z niego grzesznika. Bez odrobiny niebezpieczeństwa życie tutaj byłoby 
straszliwie nudne. – Jej początkowo złowieszczy ton stał się rzeczowy. – Pewnie 
zresztą   miał   powód.   Pan   Bóg   wie,   że   nieraz   miałam   ogromną   ochotę   zabić 
starego smoka, którego poślubiłam. – Odwróciła się do Hannah. – Nigdy nie 
wychodź za mąż za człowieka, który zabierze cię daleko od rodziny, gdzie bez 
żadnych przeszkód będzie mógł robić z tobą, co mu się żywnie spodoba.

– Spokojnie mogę obiecać, że nigdy tego nie zrobię – powiedziała Hannah.
– Mój stary smok rozwiódł się ze mną. – Oczy ciotki Ethel napełniły się 

łzami. – Czy wiesz, ile trudu i pieniędzy kosztuje rozwód? To postanowienie 
Parlamentu.

– Słyszałam – mruknęła Hannah.
– Ale on tak bardzo chciał się mnie pozbyć, że zapłacił z radością. – Jej łzy 

wyschły, a w oczach pojawiły się błyski. – Mieszka teraz z tą smarkulą, która 
kiedyś   była   moją   pokojówką.   Pewnie   umrze   w   swoim   łóżku   i   nawet 
przedsiębiorca pogrzebowy nie zmaże z jego twarzy tego głupawego uśmiechu.

Panna Minnie pokiwała głową i oświadczyła:
– Nie ma większego głupca niż stary głupiec.
–   Pragnę   panie   zapewnić,   że   nigdy   jeszcze   nie   dałem   upustu   moim 

morderczym zapędom. – Dougald zerknął na Hannah – Bez względu na to, jak 
bardzo osoba, z którą miałem do czynienia, zasługiwała na śmierć.

– I widzisz, moja droga – z zadowoleniem rzekła ciotka Spring. – Nie zrobił 

tego.

–   Przecież   nie   przyzna   się   do   morderstwa,   prawda?   –   zauważyła   ciotka 

Isabel.

Ciotka Ethel obrzuciła go badawczym spojrzeniem.
–   Naprawdę   wygląda   jak   morderca.   Pozostałe   panie   zaczęły   głośno 

zaprzeczać.   Hannah   przypomniała   sobie   wyraz   rozbawienia   na   jego   twarzy, 
kiedy powiedział, że zabijając ją, rozwiązałby swoje problemy.

– Wygląda – upierała się ciotka Ethel. – Popatrzcie tylko, jaki jest ponury. 

Rozmyśla o czymś, odkąd tu przyjechał. Nie myśl tylko, że się uskarżam, drogi 
Dougaldzie.

Dougald skinął głową, jakby już nie raz to słyszał.
Starsze panie rozmawiały w obecności Dougalda i Hannah, jakby ich tutaj 

nie było. Wyglądało na to, że ciotki są stałym elementem zamku od tak dawna, 
że przestały je już obowiązywać zwykłe zasady dobrego wychowania. A może 
uważały   innych   jedynie   za   chwilowe   zakłócenie   w   ich   długiej   egzystencji. 
Dougald zachowywał się tak, jakby nie było w tym nic dziwnego; zdawał się 

background image

być   przyzwyczajonym   do   zdecydowanych   opinii,   kłótni   i   absolutnej 
bezceremonialności ciotek.

– Mam słabość do ponurych mężczyzn – oświadczyła ciotka Ethel. – Jeśli 

chce, w każdej chwili może przyjść porozmyślać do mojej sypialni.

– Ethel! – panna Minnie sprawiała wrażenie autentycznie przerażonej.
Panna Minnie, chociaż trzymała się prosto, była z dziesięć lat starsza od 

pozostałych pań. Hannah oceniała, że ciotka Spring, ciotka Ethel i ciotka Isabel 
mogły być po sześćdziesiątce. Dzieliła je od panny Minnie nie tylko różnica 
wieku, ale i punkt widzenia.

– Nie można zakładać, że w kominku nie pali się ogień tylko dlatego, że na 

dachu leży śnieg – odparowała ciotka Ethel.

Hannah nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy zemdleć z wrażenia, więc nie 

uczyniła nic, udając że często uczestniczy w podobnej wymianie zdań.

– Owszem. Wiesz jednak, że te dzieci nie mają ochoty tego słuchać.
Starsze panie przerwały i spojrzały na Dougalda i Hannah.
Najwyraźniej Dougald doszedł do wniosku, że Hannah ma już dość przeżyć 

na jeden dzień i wykorzystał chwilową ciszę. Śmiertelnie poważnym głosem 
powiedział:

– Panna Setterington zdradziła mi, że zajmowała się projektowaniem sukni.
Hannah   przeszyła   Dougalda   wzrokiem.   Nie   chciała   o   tym   myśleć,   nie 

chciała przypominać sobie o tym, że jej proste marzenie o założeniu własnego 
sklepu zostało wykorzystane jako przynęta, by złapać ją w pułapkę małżeństwa.

Hannah siedziała bez ruchu w trzęsącym się pociągu, starając się zignorować 

obnażony tors Dougalda. W myślach przypomniała sobie straszliwe przestrogi 
panny   Blackmoor   o   tym,   co   spotyka   młode   dziewczęta,   które   w   obecności 
mężczyzny odpoczywają, a zwłaszcza gdy się położą.

Tymczasem   po   posiłku   i   wypitym   winie,   przy   rytmicznym   kołysaniu 

pociągu,   perspektywa   położenia   się   była   niezwykłe   kusząca.   Kiedy   Hannah 
miała dwanaście lat i rozpoczęła dojrzewanie, jej matka spokojnie i dokładnie 
opowiedziała jej wszystko o ludzkim rozmnażaniu się. Hannah nie mogła sobie 
jednak   przypomnieć,   żeby   matka   wspominała   cokolwiek   o   niespokojnym, 
nerwowym rumieńcu, wywoływanym przez zielone jak morze oczy Dougalda, 
jego   niski   głos   i   swobodne   zachowanie.   Nie   miała   pojęcia,   dlaczego   po   jej 
skórze przebiegały dreszcze, czemu na piersiach czuła straszliwy ciężar, czemu 
miała   nieposkromioną   chęć   ogryzienia   wszystkich   starannie   utrzymanych 
paznokci.

Zupełnie nie wiedziała.
Na   pewno   Dougald   nie   robił   tego   celowo.   Po   prostu   nie   zdawał   sobie 

sprawy, że jego zainteresowanie może być kuszące dla dziewczyny nie mającej 
żadnego doświadczenia w kontaktach z mężczyznami. Nie był takim łajdakiem, 
żeby ją celowo uwodzić. Przecież chciał się z nią ożenić, a jej matka twierdziła, 

background image

że wszyscy mężczyźni pragnęli poślubić kobiety niedoświadczone erotycznie. 
Nie mógł więc chyba próbować przyciągnięcia jej ku sobie, wykorzystując jej 
ciekawość i niewiedzę.

Dlaczego nie pomyślała, żeby kupić koc? Wtedy Dougald mógłby go użyć 

jak poduszki, a ona nie musiałaby usilnie wpatrywać się w krajobraz za oknem, 
żeby   uniknąć   posyłania   zdradzieckich   spojrzeń   w   stronę   jego   torsu, 
wyrzeźbionego   przez   pracę   i   ćwiczenia,   oraz   szerokich   ramion.   Był   nagi, 
ogorzały i bardzo pociągający dla dziewczyny, której dzieciństwo i dorastanie 
pozbawione było czułości.

Dobrze się stało, ze względu na nią samą, że nie widziała, jak zdradzieckie 

oczy Dougalda uchyliły się lekko, żeby się przekonać, czy była zakłopotana i 
zamknęły się z zadowoleniem.

– Co chciałabyś robić w życiu?
Hannah   podskoczyła   i   wytarła   spocone   dłonie   o   spodnie.   Odpowiedziała 

niewyraźnie: – Chcę otworzyć sklep z ubraniami.

– Co? Nie słyszę.
– Powiedziałam, że chcę otworzyć sklep z ubraniami – krzyknęła, ogarnięta 

nagłą złością.

– Oj, nie ma powodu do krzyku. To nie jest aż tak ambitne. Myślałem, że 

chcesz   projektowe   plisowane   spódnice   dla   szkockich   dam   chodzących   bez 
majtek.

–   To   dla   mnie   niewystarczające   wyzwanie   –   parsknęła,   ale   już   sekundę 

później była przerażona swoją odpowiedzią.

Uśmiechnął się z uwodzicielskim czarem.
– Będzie, jeśli tylko zechcesz. Sądziłem, że twoją największą ambicją jest 

stanie się częścią rodziny.

Zamarła.
– Co ty możesz o tym wiedzieć?
– Zawsze byłaś bardzo cichą dziewczynką, ale kiedy patrzyłaś na siedzące 

razem w kościele rodziny, w twoich oczach widniała tęsknota.

Była zła, że o tym wiedział. Nie mogła ścierpieć, żeby ktokolwiek wiedział o 

jej głębokim pragnieniu posiadania rodziców, dziadków, rodzeństwa – każdego, 
kogo mogłaby nazwać swoim bliskim. Z jej doświadczeń wynikało, że ludzie 
śmiali się z bękartów, które pragnęły rzeczy nieosiągalnych.

Ale Dougald się nie śmiał. Miał przymknięte oczy. Nie zachowywał się tak, 

jakby uważał jej marzenia o rodzinie za coś dziwnego. Wskazał jej miejsce obok 
siebie.

– Domyślam się, że naprawdę chcesz mieć sklep z ubraniami. Może mi o 

tym opowiesz?

Powróciła   jej   odwaga.   Podeszła   po   popękanych   deskach   podłogi,   usiadła 

obok niego, niezbyt blisko, i zaczęła opowiadać o swoich planach. Początkowo 

background image

zacinając się, a potem coraz pewniejszym głosem opowiedziała mu, jak świetnie 
umie   szyć.   Może   oddać   wełnę   do   tkalni.   Potrafi   robić   i   zmieniać   wykroje, 
odrysowywać   formy,   kroić,   szyć   najdelikatniejszym   ściegiem.   Uwielbia 
dziergać   na   drutach,   szydełkować,   haftować   i   robić   koronki.   Suknie,   które 
stworzyła, były prawdziwymi dziełami sztuki i kochała je.

Spostrzegła,   że   Dougald   się   uśmiecha,   odprężony.   Nie   zwiastowało   to 

niczego dobrego.

– Czy wrócisz ze mną, jeśli pozwolę ci mieć sklep? – zapytał.
Położyła dłonie na kolanach, przygotowując się do odepchnięcia pokusy.
–   Mogę   pracować.   Mogę   oszczędzać.   Kiedyś   mogę   mieć   swój   sklep... 

Niepotrzebny mi jesteś do tego.

– Jestem sprawny w interesach, ty zaś masz entuzjazm i wiedzę, wspierające 

cię w dążeniu do sukcesu. A gdybym dał ci pieniądze?

Aż pojaśniała.
– Mógłbyś? Oddałabym ci z procentem, obiecuję.
–   Moja   żona   nie   musi   mi   zwracać   pieniędzy,   nawet   gdyby   pomysł   ze 

sklepem nie wypalił.

Powinna była się domyślić, że to był podstęp. Wiedziała, że to był podstęp, 

miała jednak nadzieję, że się myli.

– Mój sklep nie przyniesie strat. Utrzymuję kontakty z moimi koleżankami 

ze szkoły i ich rodzicami, a że będę doskonalą w swoim fachu, wszyscy zechcą 
się u mnie ubierać. Mam zdolności do projektowania i głowę do interesów. Ale 
nie sprzedam się, żeby mieć sklep. I tak jestem u ciebie zadłużona po szyję – 
dokończyła gwałtownie.

– Nie proszę, żebyś się sprzedawała. Proszę, żebyś została moją żoną. – W 

głosie Dougalda brzmiało poirytowanie.

–   Nie   boję   się   ciężkiej   pracy.   Wiem,   co   to   znaczy   nie   mieć   niczego.   I 

otworzę   sklep.   Nie   widzę   powodu,   by   rezygnować   ze   swoich   zasad   dla 
pieniędzy.

Kąciki ust uniosły mu się w lekkim, grzesznym uśmiechu.
– Doprawdy?
Dougald,   przyglądający   się   uważnie   jej   twarzy,   brodzie   trzęsącej   się   w 

napadzie   spóźnionego   lęku   i   jej   drżącym   palcom,   przyprawiał   Hannah   o 
nerwowość. Patrzył na jej szyję i na rumieniec, który wy kwitł na jasnej skórze 
w miejscu, gdzie wełniana koszula rozchyliła się wyjątkowo głęboko. Był zbyt 
dociekliwym obserwatorem.

– Nie chcę wychodzić za ciebie za mąż.
–   Doprawdy?   –   powtórzył.   Unieruchamiając   ją   spojrzeniem,   niespiesznie 

usiadł.   Powoli   wyciągnął   ręce   i   chwycił   ją   za   ramię.   Wolniutko,   delikatnie 
przesunął ją tak, że znalazła się w pozycji leżącej, z głową złożoną w ciepłym 
zagłębieniu,   w   którym   chwilę   wcześniej   spoczywała   jego   głowa.   A   potem 

background image

powoli,   niezwykle   powoli,   opadł   w   dół,   dotykając   jej   piersi   swoim   torsem, 
biodrami jej bioder, z nogą przerzuconą przez jej nogi, z twarzą tuż przy jej 
twarzy.

– Nikt cię jeszcze nie całował – powiedział z tak niewielkiej odległości, że 

poczuła jego oddech.

Jak   to   się   stało?   Chyba   zahipnotyzował   ją   tymi   cudownymi   zielonymi 

oczami, wabił i uspokajał. Chyba sprawiły to jego ruchy, pewne, a jednocześnie 
ostrożne, nigdy zbyt gwałtowne, żeby jej nie spłoszyć. Żaden inny mężczyzna 
nie mógłby sprowadzić jej do pozycji leżącej, gniewnego buntu przekształcić w 
oczekiwanie, hamującej oddech wściekłości w zapierającą dech ciekawość.

Ciotka Spring lekko potrząsnęła Hannah za ramię, żeby zwrócić jej uwagę.
– Kochanie, czy umiesz posługiwać się igłą? Ja i moje przyjaciółki mamy 

cudowny pokój do pracy. Znajduje się w zachodnim skrzydle zamku, w wieży, i 
zapewniam cię, że nie było tam nigdy żadnych tragedii.

Hannah nie miała pojęcia, o co chodzi.
– Bardzo się cieszę.
– Domyślam się. Mamy tam bardzo dobre światło.
– To niezwykle ważne – rzekła Hannah.
– Tak. Przez połowę czasu nic nie widzę – odpowiedziała ciotka Spring.
Panna Minnie westchnęła.
– To dlatego, że powinnaś nosić okulary. Ciotka Spring szeroko otworzyła 

oczy.

– Nie mam okularów.
Nikt się nie odezwał. Po chwili Dougald pochylił się i podniósł okulary, 

wiszące na łańcuszku na szyi ciotki.

– Są tutaj.
Z wyraźnym zaskoczeniem starsza pani ujęła oprawkę okularów.
– Och, dziękuję ci, Dougaldzie. – Uśmiechnęła się do siostrzeńca. – Czy 

mówiłam ci już, jak się cieszę, że mam cię wreszcie przy sobie?

Hannah   zrozumiała,   dlaczego   Dougald   postanowił   znaleźć   opiekunkę   dla 

ciotki.   Ciotka   Spring   nie   była   niespełna   rozumu,   ani   wiekowa,   a   jedynie 
roztargniona i trochę kapryśna.

– Ja również jestem szczęśliwy, ciociu, że mogę mieszkać z tobą. – I, żeby 

odwrócić uwagę ciotki Spring, zwrócił się do Hannah: – Mówiłem ciotkom, że 
jesteś doskonałą krawcową.

Hannah nienawidziła tego, że wykorzystywał swoją wiedzę o niej, by nią 

manipulować. Odezwała się do ciotki Spring:

– Sprawnie posługuję się igłą, proszę pani, ale już nie projektuję strojów. – 

Rzuciła   Dougaldowi   znaczące   spojrzenie.   –   Podstawowa   zasada,   jaką   teraz 
wyznaję   w   kwestii   mody   jest   taka,   żeby   nie   wkładać   ubrań   z   szorstkiego 
materiału.

background image

Jeśli odstręczała go jej wizja w siermiężnym ubraniu, to nie dał tego po sobie 

poznać i skłonił się wytwornie.

Naprawdę zasługiwał na porządną lekcję. I to niejedną. Lekcję o kobietach, o 

żonach, o szacunku i filantropii. Ale zrezygnowała z oświecenia go. Chociaż 
dumna   była   z   tego,   że   potrafi   nauczyć   rzeczy   nie   do   nauczenia,   chociaż 
pociągała ją wizja Dougalda stosującego się do jej nauk, potrafiła ocenić, że był 
zatwardziały, i opanować pokusę udzielenia mu lekcji.

– To bardzo rozsądne z twojej strony. – Ciotka Spring utkwiła w Hannah 

spojrzenie swoich ogromnych, piwnych oczu. – Właśnie teraz mam na sobie 
pasek z podwiązkami, który mnie strasznie drapie. I po co mi to? Od trzydziestu 
lat żaden mężczyzna nie przyglądał się moim pończochom.

Wybuch śmiechu zaskoczył Hannah.
– Ale nie powinnam ci tego mówić, prawda? Jestem starą panną i moim 

obowiązkiem jest dawanie młodym dobrego przykładu.

– Ale gdybyś powiedziała nieprawdę o swoim pasie do pończoch, też nie 

byłoby dobrze, kochana. – Ciotka Ethel uniosła ręce do ust. – Kłamstwo to 
grzech.

– Spring nie musi kłamać o swoich podwiązkach – rzekła panna Minnie. – 

Może o nich w ogóle nie wspominać.

–   Owszem,   moja   droga,   ale   ja   tylko   prowadziłam   rozmowę   z   panną 

Setterington.   Musiałam   coś   powiedzieć,   żeby   dziewczyna   poczuła   się 
swobodniej.

– Panna Setterington również nie powinna wspominać o drapiącym ubraniu. 

– Panna Minnie uniosła lorgnon do oczu i zlustrowała Hannah. – To oczywiste, 
że nie ma najlepszego pochodzenia.

Hannah wzdrygnęła się, czując, że otwiera się stara rana.
– Zapewniam panią, panno Minnie, że powierzyłbym opiekę nad moją ciotką 

jedynie   osobie   szlachetnie   urodzonej   –   z   wyraźnym   chłodem   w   głosie 
powiedział Dougald.

– Naturalnie – przytaknęła ciotka Spring. Hannah zaczęła się zastanawiać, 

czy   Dougald   uważa,   że   powinna   być   mu   wdzięczna   za   tę   obronę.   Ale   nie; 
zachowywał dystans do wydarzeń. Nie dbał o to, czy czuła wdzięczność. Po 
prostu nie spodobała mu się krytyka jego wyboru opiekunki dla ciotki.

– Minnie, zawsze się przejmujesz doborem właściwych słów, ale nigdy nie 

myślisz   o   ich   znaczeniu.   –   Błękitne   oczy   ciotki   Ethel   pałały   oburzeniem.   – 
Panna Setterington sprawia wrażenie bardzo miłej osoby i umie szyć, co jest dla 
nas ogromnie ważne. Po prostu jesteś zazdrosna, bo miewasz te swoje omdlenia 
i nie możesz nami bez przerwy komenderować.

Panna Minnie opadła na fotel z poszarzałą twarzą.
– Widzisz! – zawołała ciotka Ethel i rzuciła się ku niej. – No i masz kolejny 

napad.

background image

Podczas   gdy   ciotka   Ethel   wymachiwała   solami   trzeźwiącymi   pod   nosem 

panny Minnie, ciotka Isabel uśmiechnęła się do Hannah i skinęła głową.

– Nie znoszę, kiedy pończochy zsuwają mi się do kostek, a ty?
Ciotka Spring przyniosła koc i owinęła nim ramiona panny Minnie.
– Gdybyś je zapinała tak,  jak cię uczyłam,  Isabel,  nie  wydawałyby tego 

nieeleganckiego trzasku i nie opadałyby ci!

–  Drogie  panie! –  słabym  głosem  zawołała  panna  Minnie.  – Pamiętajcie 

chociaż, że jest tu mężczyzna!

Hannah zapomniała o swojej niechęci do Dougalda i zerknęła na niego z 

bezsilnym rozbawieniem. Stał wyprostowany, na lekko rozstawionych nogach, 
obserwując starsze panie z ostrożną fascynacją. Nic dziwnego, że chciał uzyskać 
pomoc w zapanowaniu nad swoją daleką krewną i jej towarzyszkami.

Hannah pochwyciła jego spojrzenie i przez króciutką chwilę poczuła się jak 

w pierwszych dniach ich małżeństwa. Bez słów dzielili rozbawienie, a potem... a 
potem Hannah nie wiedziała, co się stało. Głosy staruszek stały się niewyraźne, 
pokój zaczął się rozmazywać. Przestało istnieć wszystko, poza jego otwartym 
spojrzeniem, samotną duszą, która wyzierała z jego oczu. Poza spleceniem ich 
losów...

Gwałtownie powróciła do rzeczywistości. Zamrugała oczami i znalazła się 

na powrót w bibliotece i usłyszała głos ciotki Spring, mówiącej:

– Chyba masz rację, Minnie. Musimy pilnować tych dwojga.

background image

ROZDZIAŁ8

–   Proszę   bardzo,   panno   Setterington.   Pokój   został   sprzątnięty   i 

przewietrzony dziś rano; posłano świeżą pościel. – Pani Trenchard przekręciła w 
zamku   duży,   żelazny   klucz   i   otworzyła   drzwi   na   samym   końcu   szerokiego, 
ciemnego   korytarza   we   wschodnim   skrzydle   zamku   Raeburn.   Skinęła   na 
Hannah,   żeby   podążyła   za   nią   i   wkroczyła   do   maleńkiej   sypialni.   –   Sally 
rozpakowała   pani   rzeczy,   oczyściła   pani   ubranie   i   powiesiła   do   szafy.   W 
dzbanku   jest   woda,   a   jeśli   rano   będzie   pani   potrzebowała   więcej,   proszę 
powiedzieć jednej z pokojówek.

– Dziękuję. To mi odpowiada. – Świeczka trzymana przez panią Trenchard 

ledwie oświetlała sypialnię, ale Hannah mogła dostrzec, że nie jest to pokój, do 
jakiego przywykła. W Londynie była panią swojego domu. Jej apartament był 
widny   i   przestronny,   z   kominkiem,   który   ogrzewał   pokój,   trzema   wysokimi 
oknami obramowanymi aksamitnymi zasłonami i szerokim, wysokim łóżkiem z 
poduchami własnej roboty. Znajdujący się obok salonik mieścił małe biureczko, 
gdzie mogła w spokoju pisać listy i rachunki albo usiąść z książką w wygodnym 
fotelu.   Nie   miała   zbyt   wiele   czasu   na   takie   rozrywki,   ale   sama   możliwość 
oddania się takim przyjemnościom była bardzo cenna.

Natomiast   pokój,   w   którym   się   teraz   znalazła,   nadawał   się   jedynie   dla 

służącej;   był   zimny,   ciemny,   ze   starymi   meblami   i   pojedynczym   oknem, 
przesłoniętym wypłowiałymi zasłonami. Na wąskim łóżku leżała stara, przetarta 
kołdra   i   mała,   płaska   poduszka.   Hannah   podejrzewała,   że   powinna   być 
wdzięczna, iż nie kazano jej spać na poddaszu, razem z resztą służby.

Zapalając   świeczkę   na   nocnym   stoliku   koło   łóżka,   pani   Trenchard 

powiedziała:

– Ten pokój położony jest w najstarszej części zamku.
Hannah wzdrygnęła się, kiedy mocny poryw wiatru w okno spowodował, że 

zakołysały się zasłony.

–   Pełno   tu   przeciągów.   –   Być   może   pani   Trenchard   zauważyła   odrazę 

Hannah,   może   czuła   się   winna   niefortunnej   podróży   we   mgle,   dość,   że 
powiedziała:

–   Zapewniam,   panno   Setterington,   że   kazałam   przeczyścić   komin,   ale   z 

kominka nadal się dymi.

Hannah spojrzała na mały stosik tlących się węgielków na miniaturowym 

palenisku. Na ile mogła to ocenić, nie dawały ciepła, a wąska smużka dymu 
wydostawała się z kominka przy każdym podmuchu.

– Jestem pewna, że zrobiła pani, co tylko można.
– Szczerze mówiąc, większość kominków w tym skrzydle zamku kopci, nie 

wyłączając kominka w pokoju jego lordowskiej mości.

A   więc   Dougald   spał   w   pobliżu.   Spojrzenie   Hannah   powędrowało   ku 

background image

drzwiom. W drzwiach tkwił ogromny klucz, z którego z pewnością skorzysta.

– Tutaj jeszcze nie było żadnych modernizacji. Lord dokonał przeróbek w 

pokojach starszych pań w zachodnim skrzydle, żeby miały wygodniej. – Pani 
Trenchard potrząsnęła  głową. – Nie rozumiem,  dlaczego  obstawał przy tym, 
żeby umieścić panią tutaj, zamiast w zachodnim skrzydle.

Hannah mogłaby wyjaśnić pani Trenchard, czemu jej pan wyznaczył jej tę 

sypialnię. Chciał ją mieć pod ręką, żeby móc się nad nią znęcać. Chciał, żeby 
była   nieszczęśliwa   pod   każdym   względem.   Chciał,   żeby   widziała,   że   sam 
zajmuje ogromną sypialnię z podwójnymi drzwiami, ona zaś ma do dyspozycji 
małą, ciemną norę.

– Oczywiście, trzeba mu  oddać sprawiedliwość,  powiedział, że zasługuje 

pani   na   to,   żeby   przynajmniej   noce   spędzać   z   dala   od   panny   Spring   i 
pozostałych  pań. – Pani Trenchard przejechała  dłonią po wezgłowiu  łóżka i 
przyjrzała   się   swoim   palcom.   Zmrużyła   oczy.   –   Jutro   przyślę   Sally,   żeby 
skończyła sprzątać.

Hannah zrobiło się żal nieznanej Sally i siebie samej. Przypomniawszy sobie 

ciąg zamkniętych drzwi wzdłuż korytarza, zapytała:

– Kto jeszcze śpi w tym skrzydle?
– Nikt. Tylko pani i jego lordowska mość. – I Charles.
Zaskoczona pani Trenchard uniosła brwi. Czyżby Hannah zdradziła zbytnią 

wiedzę o prywatnych zwyczajach Dougalda, czy też za duże zainteresowanie 
jego lokajem?

–  Nie,  Charles  nie  –  rzekła  pani  Trenchard.  –  Charles  śpi   w  zachodnim 

skrzydle.

Tym razem to Hannah była zaskoczona. Charles zawsze sypiał w pokoju 

obok Dougalda, żeby być w każdej chwili pod ręką. Hannah nienawidziła tego, 
bała się głośniej zachować czy odezwać, zawsze świadoma  tego, że Charles 
tylko na to czyha.

Nagle pani Trenchard zawołała pełnym zrozumienia głosem:
– Ach, proszę się nie obawiać, panno Setterington. Jego lordowska mość nie 

należy do mężczyzn, którzy napastują swoje służące. Jest tu już od roku i nie 
słyszałam jeszcze na niego żadnych skarg wśród dziewcząt.

– Co za ulga – cierpko rzuciła Hannah. Milo było usłyszeć, że nie zaczepiał 

pokojówek.   A   jeszcze   milej   wiedzieć,   że   pani   Trenchard   nie   domyślała   się 
prawdziwych powodów zaniepokojenia Hannah.

Kolejny podmuch wiatru załopotał ramą okienną. Hannah podeszła do okna i 

rozsunęła   zasłony.   Zachodni   wiatr   wzmógł   się   i   rozwiał   mgłę.   Na   niebie 
zimnym blaskiem migotały gwiazdy, a ubywający księżyc spowijała niewielka 
chmura. Hannah patrzyła na ciemne wzgórza i doliny należące do Dougalda. 
Gdzieniegdzie pojedyncze drzewo wyciągało bezlistne konary ku niebu, ziemia 
stykała się z pustym horyzontem, a droga, którą przyjechała ze stacji kolejowej, 

background image

wiła się ku niewidocznemu morzu.

Pod   uderzeniem   wiatru   stare   okno   zadygotało.   Hannah   wzdrygnęła   się, 

czując zimny powiew. Pani Trenchard podeszła bliżej.

–   Za   tym   oknem   znajduje   się   przepaść,   nie   radzę   więc   go   otwierać   i 

wychylać się zanadto.

Patrząc prosto w dół, Hannah dostrzegła mur zamkowy ginący w mroku. 

Ziemia wydawała się ciemna i odległa. Bardzo odległa. Nagle zakręciło jej się w 
głowie, zachwiała się, zamknęła oczy i odchyliła się do tyłu.

– Bardzo wysoko. Na dole jest poziom kuchenny, bezpośrednio pod nami 

główne piętro, a ja jestem na drugim...

– Proszę nie zapominać o lochach pod kuchnią – wtrąciła pani Trenchard. – 

Nie ma w nich okien i nie korzystano z nich od stu lat, ale nadal tam są, ciemne i 
wilgotne.   Wiem   o   tym,   bo   każdej   wiosny   posyłam   na   dół   ludzi,   żeby   je 
oczyścili. Trzymamy w nich oczywiście wino.

– Oczywiście – przytaknęła Hannah, myśląc jednocześnie, jak bardzo jest 

wdzięczna za to, iż to nie ona musi sprzątać te lochy. 

– Czy używano ich w przeszłości?
– Panowie na Raeburn bywali bezwzględni – przyznała pani Trenchard. – 

Nie lubili, gdy się im przeciwstawiano. Pierwszy pan przybył tu z Wilhelmem 
Zdobywcą i podobno zajął siłą ziemię, kazał wybudować lochy i trzymał w nich 
poprzedniego, angielskiego właściciela aż do śmierci.

– Urocze – mruknęła Hannah.
–   W   okresie   wojny   Dwóch   Róż,   panowie   na   Raeburn   otrzymali   tytuł 

wicehrabiowski. Czwarty wicehrabia był wielce nieprzyjemnym człowiekiem.

–   To   chyba   cecha   charakterystyczna   rodu.   –   Hannah   przezornie   nie 

wymieniła imienia Dougalda.

Pani Trenchard wzruszyła ramionami.
–   Wszędzie   są   ludzie   dobrzy   i   źli.   Wicehrabia,   o   którym   wspomniałam, 

wtrącił   do   ciemnicy   stronnika   Lancasterów,   a   jego   żonę   uczynił   swoją 
kochanką.   Niewiele   brakowało,   a   straciłby   zamek,   kiedy   król   odniósł 
zwycięstwo, ale wicehrabia oświadczył, że zawsze był wierny i król Henryk 
postanowił mu uwierzyć. To było łatwiejsze niż usunięcie go.

–   Władcy,   odnoszący   sukcesy,   zawsze   kierują   się   doświadczeniem   – 

zauważyła Hannah.

– Pewnie tak. Niewiele wiem o królach. Za to wiem co nieco o panach na 

Raeburn.   Moja   rodzina   służyła   im,   odkąd   stanął   ten   zamek,   a   może   nawet 
jeszcze   wcześniej.   –   Pani   Trenchard   rozsunęła   szerzej   kotary   i   wskazała   za 
okno. – Podczas panowania Cromwella Raeburnowie pozostali wierni królowi. 
Czy widzi pani te resztki muru?

Hannah widziała. Wzdłuż zamku biegła szeroka, prosta linia z porośniętych 

mchem kamieni, ślad przeszłości przecinający wrzosowisko.

background image

– Cromwell  i jego ludzie podeszli  pod zamek  z armatą  i rozwalili mury 

obronne.   Wicehrabia   ledwie   uszedł   z   życiem.   Uciekł   na   kontynent   i   wrócił 
dopiero w czasie Restauracji, swoją lojalnością zyskując sobie tytuł hrabiego.

– Sprawia wrażenie dobrego człowieka, wiernego i zdecydowanego – rzekła 

Hannah.

–   Tak,   dobry   człowiek.   –   Pani   Trenchard   podrapała   się   po   brodzie.   –   I 

okropny   mąż.   Przywiózł   sobie   z   Francji   prześliczną   żonę,   o   którą   był   tak 
zazdrosny, że za flirtowanie z jednym z dworzan powiesił nieszczęśnika, a ją 
zamknął w wieży we wschodnim skrzydle zamku.

– Nie w lochu?
–   Nie   chciał   jej   zabić.   –   W   głosie   pani   Trenchard   pobrzmiewała   chęć 

usprawiedliwienia bezlitosnego łotra. – Chciał tylko być pewny żony.

– Nie wyobrażam sobie, żeby po tym wszystkim chętnie dzieliła z nim łoże.
– Rzuciła się z okna.
Oszołomiona Hannah znów spojrzała w dół, na ziemię, i ponownie poczuła 

lęk wysokości. Zamknęła oczy.

– To okropne.
– Większość mężczyzn nie lubi, żeby żony robiły z nich głupców. Aktualny 

pan nie różni się w tym od innych.

Pani Trenchard zrobiła tak znaczącą przerwę, że Hannah uniosła powieki. 

Pani Trenchard wpatrywała się posępnie w samotną postać na koniu, galopującą 
od   zamku.   Barczysty   jeździec   pochylał   się   w   siodle   i   energicznie   popędzał 
rosłego, ciemnego konia w stronę morza. Za nimi powiewały poły rozpiętego 
surduta,   a   białe   światło   księżyca   padało   na   czarne,   wyraźnie   przeplecione 
pasemkami siwizny włosy mężczyzny. Był to Dougald, pędzący prosto w noc, 
dokładnie tak, jak opowiadał Alfred. Przed czym uciekał?

Pani Trenchard puściła zasłonę, przesłaniając Hannah widok, i odwróciła się 

od okna.

– Pewnie słyszała pani plotki na temat naszego pana?
Hannah podejrzewała, że to był powód gadatliwości pani Trenchard.
– O tym, że zabił swoją żonę?
– Tak. Denerwuje się tym pani?
– Nie. – Nie, wiedziała bowiem, że to nieprawda, albo przynajmniej, jakby 

zauważył Dougald, że to jeszcze nie jest prawda.

Pani Trenchard uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem.
– Kiedy tylko panią ujrzałam, zaraz sobie pomyślałam, że jest pani rozsądną 

osobą. Ten człowiek nigdy nikogo nie zabił.

– Skąd pani wie?
– Kiedy ktoś zabija, rodzi się w nim jakiś chłód. Ci, którzy zabierają życie 

innym,   są   potępieni   i   znów   gotowi   są   mordować,   jeśli   zostaną   do   tego 
doprowadzeni. No bo cóż to dla nich za różnica? Wiedzą, że po śmierci i tak 

background image

czeka ich ogień piekielny. – Ponure podsumowanie pani Trenchard zabrzmiało 
jak   wyrok   wygłoszony   przez   najbardziej   bezdusznego   sędziego.   Nagle 
gospodyni   klasnęła   w   dłonie   i   energicznie   je   zatarła.   –   No,   dosyć   tych 
pogaduszek. Jest pani zmęczona po podróży i na pewno jutro rano będzie pani 
chciała   wcześnie   wstać,   żeby   spotkać   się   ze   starszymi   paniami.   Są   bardzo 
podniecone   pani   przyjazdem.   Ja   też   się   cieszę,   że   będzie   się   pani   nimi 
opiekować. To miłe osoby, chociaż dość kłopotliwe.

– Na pewno podołam każdemu wyzwaniu, które przede mną postawią.
–   Jestem   o   tym   przekonana.   I   proszę   nie   kłaść   się   spać   później   niż   o 

dziesiątej wieczorem. To jest cały pani przydział świec na ten tydzień. – Pani 
Trenchard ze zmarszczonymi brwiami spojrzała na stosik książek na stoliku. – 
Nie dostanie pani więcej, żeby czytać po nocy. Proszę pamiętać, że my, służba, 
nie jesteśmy  po to, by  zużywać  zapasy  naszego  pana. Obowiązuje nas  pora 
nocna. O dziewiątej wieczorem musimy być w swoich pokojach.

–   Dlaczego?   –   Hannah   wyobraziła   sobie   zimne,   ciemne   i  samotne   noce, 

spędzane w tym pokoju.

– Służący lepiej się czują, kiedy mają takie wieczorne ograniczenia. Zgony 

ostatnich właścicieli bardzo ich zdenerwowały.

– Chyba nie sądzą, że lord Raeburn...
– Są przesądni. – Pani Trenchard podeszła do drzwi i zatrzymała się z ręką 

opartą o framugę. – Ponieważ jutro jest pani pierwszy dzień, każę Sally rozpalić 
w kominku, kiedy przyjdzie sprzątać.

Pani Trenchard zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając Hannah w pustym 

pokoju w domu jej męża. Dziewczyna uniosła zasłony i popatrzyła na drogę, ale 
Dougalda już nie było. Czy uciekał od niej? Od wspomnień, które obudziła? Od 
namiętności, która nadal ich łączyła?

A może uciekał przed pragnieniem, by ją zamordować?
Opuściła zasłony.
Hannah doskonale wiedziała, co to znaczy uciekać. Od niego, od nich. Miała 

osiemnaście lat, kiedy pierwszy raz uciekła przed Dougaldem i jego planami. 
Była   wtedy   poważną   dziewczyną,   która   gardziła   swoim   koleżankami, 
wierzącymi w romantyczne historie, które szeptały o mężczyznach i o tym, co 
się   robi   w   nocy.   Wszystko,   co   Dougald   zrobił   wtedy   w   pociągu,   było 
zaskakujące. Zwłaszcza pocałunki, nie sztywne przyciskanie warg do policzka, 
ale otwarte, wilgotne ciepło... Dougald był, i pozostał, mistrzem w całowaniu.

Nie tłumaczyło to jednak jej dzisiejszego zachowania. Nie żałowała, że mu 

się przeciwstawiła.  Ale żeby  prowokować  go w ten sposób...  Nie rozumiała 
samej siebie.

Co ją podkusiło, żeby go pocałować?

background image

ROZDZIAŁ9

Co ją podkusiło, żeby go pocałować?
Dougald wiedział, że tej nocy nie powinien wyjeżdżać, ale nie był w stanie 

położyć   się   do   łóżka.   Nie   teraz,   kiedy   wreszcie   jego   żona   spała   pod   jego 
dachem.   Dziewczyna,   którą   poślubił,   zniknęła,   zmieciona   przez   lata   i 
doświadczenia.   Jej   miejsce   zajęła   kobieta,   którą   spotkał   dziś   wieczorem, 
spokojna, z rezerwą, pełna godności. I opanowana, dopóki nie posunął się zbyt 
daleko. Wtedy wzięła odwet pocałunkami.

Cholernie miłymi pocałunkami.
Omiótł spojrzeniem mroczną drogę przed sobą i otaczające go wzgórza, i 

znów, jak zawsze, poczuł przypływ dumy. To były jego włości. Jego ziemia. 
Jego tytuł. Zaszczyty, które pomimo wysiłków od pokoleń wymykały się z rąk 
jego   rodziny.   A   teraz,   dzięki   serii   wypadków,   za   które,   wbrew   aluzjom 
służących, nie był odpowiedzialny, los oddał w jego ręce wszystko.

Tymczasem Dougald mógł teraz myśleć jedynie o Hannah, znajdującej się w 

sypialni niezbyt odległej od jego pokoju. Umieścił ją tam celowo. Chciał, żeby 
była   blisko,   by   mógł   jej   grozić   swoją   obecnością,   trzymać   ją   w   napięciu   i 
zapewnić nieprzespane noce. Tymczasem, o ironio, to on nie mógł spać.

Pochylił się w siodle i popędził konia do galopu. Chyba chciał uciec przed 

pokusą.   Próbował   pozbyć   się   wspomnień   jej   nagiego   ciała   pod   sobą,   chciał 
przestać   się   zastanawiać,   jakie   zmiany   spowodował   upływ   czasu.   Chciał 
umknąć przed palącą potrzebą, żeby jeszcze tej nocy znalazła się w jego łóżku.

Winna mu była dziedzica posiadłości, i da mu go, chociaż jeszcze nie teraz. 

Przetrwał pełne chłodu, samotne lata, wysłuchiwał powtarzane szeptem słowo 
„morderca",   obserwował   wzdrygające   się   na   jego   widok   kobiety,   słuchał 
wystękiwanych   wyjaśnień   swoich   partnerów   w   interesach,   czemu   nie   mogą 
zaprosić go do siebie do domu, i przez cały czas obmyślał plan, w jaki sposób 
rozprawić   się   z   żoną,   która   pobłądziła.   Cała   ta   przemowa   o   różnych 
możliwościach była jedynie czczą gadaniną.

Rozwód.   Miała   czelność   wspominać   o   rozwodzie.   Nie   będzie   żadnego 

rozwodu. I żadnego zabójstwa. To byłoby zbyt proste. A pogodzenie się? Ktoś 
mógłby tak to nazwać. Oczywiście zamierzał ją zatrzymać. W końcu potraktuje 
ją   tak,   jak   zdaniem   jego   ojca   należy   traktować   kobiety.   Bez   miłości, 
beznamiętnie,   w   celach   rozrodczych.   I   Hannah,   otwarta,   pełna   uczucia   i 
entuzjazmu Hannah, dziewczyna marząca o staniu się częścią wielkiej rodziny, 
będzie nieszczęśliwa.

Tak nieszczęśliwa, jak on przez dziewięć ostatnich lat.
Nie mógł się doczekać tej chwili.
Był   taki   zły,   kiedy   uciekła   od   niego   po   sześciu   miesiącach   małżeństwa. 

Uciekła od niego, jakby był jakimś potworem. Znał ludzi, którzy byli o wiele 

background image

gorszymi   mężami   od   niego.   Znał   mężczyzn,   którzy   ignorowali   swoje   żony, 
krzyczeli na nie i bili. A on, chociaż był taki dobry dla dziewczyny, został 
porzucony   i   wystawiony   na   pośmiewisko.   Później   zaś...   później   zaczęto   go 
oskarżać o jej zamordowanie. Gorzki los. I ta głupia pokojówka, twierdząca, że 
walczyli ze sobą przed zniknięciem Hannah... Naturalnie, że walczyli, no i co z 
tego? Nigdy by jej nie zabił. Nigdy by jej nie skrzywdził, nie dotknął w złości, 
choćby   nie   wiem   jak   wyprowadziła   go   z   równowagi.   A   przecież   ciągle 
wyprowadzała go z równowagi. Nazywała go kłamcą, żądała, żeby dotrzymywał 
swoich obietnic. Jakby kiedykolwiek mógł się zgodzić, by jego żona pracowała. 
Ryknął na nią, kiedy pomyślał, jakie plotki by to wywołało. Teraz wiedział, że 
istnieją rzeczy gorsze niż plotki.

Jechał drogą wijącą się w stronę Presham Crossing i dalej, ku morzu, jak 

zawsze podczas tych nocy, gdy wspomnienia i poczucie zawodu wyciągało go z 
łóżka.

Nigdy nie przypuszczał, że tak długo przyjdzie mu błądzić jak we mgle. 

Sądził, że łatwo odnajdzie dziewczynę, którą poślubił, bał się jedynie, że ktoś 
może  ją zranić czy wykorzystać jej niewinność.  Tymczasem  Hannah  znikła. 
Znikła kompletnie, pojawił się tylko ten list.

Zamartwiał się. Szukał. Wynajął detektywów i wściekał się na Charlesa. Nie 

było nawet śladu po Hannah. Powoli przyzwyczaił się do tego, że służący i 
znajomi   kulili   się   na   jego   widok.   Stał   się   zimnym,   zdyscyplinowanym 
odludkiem... Jak ojciec. Aż nadszedł ten czek.

Od   razu   wiedział,   że   musi   starannie   zastawić   pułapkę.   Bał   się   spłoszyć 

Hannah, bał się przedwcześnie zdradzić swoje zamiary. Jeśli bowiem była w 
stanie mu uciec jako młoda dziewczyna, bez grosza przy duszy i bez przyjaciół, 
czego mógł się spodziewać po tej kobiecie? Poznał jej powiązania. Wiedział o 
niej wszystko. Wiedział, że królowa Wiktoria udzieliła rekomendacji Akademii 
Guwernantek. Wiedział wszystko o jej przyjaciołach, o jej sytuacji finansowej, 
znał nazwisko jej krawcowej i numer butów. Bo chciał zemsty.

Nie dlatego, żeby mu na niej zależało. Już mu na niej nie zależało. Nie jak na 

żonie.   Nie   jak   na   ukochanej.   Nie.   Czas   i   odległość   zrobiły   swoje.   Pojął 
wszystko, kiedy otrzymał te pieniądze. Spojrzał na czek i zrozumiał, że to jest 
właśnie to. Chwila, na którą czekał od tylu lat. Chwila, w której oddała się w 
jego ręce. Zachował spokój. Nie dał się ponieść wściekłości. Nie kierowała nim 
namiętność. Był spokojny. Zupełnie spokojny. Spokojny.

Z wyjątkiem nocy. Z wyjątkiem snów. Wtedy jego myśli podnosiły go z 

łóżka i skłaniały do jazdy przed siebie, jak teraz.

Przeklęta kobieta. Czy nie rozumiała, że była to jego szansa na zemstę? Jego 

szansa, nie jej. Nie miała prawa go pocałować, torturować zapachem swojego 
ciała,   blaskiem   gładko   zaczesanych,   złocistych   włosów,   wyzwaniem 
jedwabistych warg. To on miał prawo torturować.

background image

Ale czy mu się udało?
Dobrze wiedział, że ma ją w garści. Nie mogła wyjechać. Bez względu na to, 

co mógłby powiedzieć czy zrobić, Hannah nie wyjedzie. Nie wyjedzie, dopóki 
nie dowie się prawdy o sobie, o swoim pochodzeniu, o swojej rodzinie. Starała 
się tego dowiedzieć przez całe życie, on zaś mógł jej tych wiadomości udzielić. 
Ale nie zrobi tego. Jeszcze nie. Dopóki nie osiągnie tego, co chce. Zemsty. Była 
mu to winna.

Jakby wyczuwając, że Dougald pogrążony jest w myślach, ogier zatrzymał 

się, żeby skubać trawę. Dougald ściągnął lejce i spiął konia nogami. Mieszkańcy 
Raeburn oczekiwali, że pan na zamku będzie jeździł konno niczym centaur, i nie 
zawiódł ich. Podejrzewał, że mógł nawet przerosnąć ich oczekiwania. Dzięki 
Bogu. Ludzie mieli już dość wstrząsów, związanych ze spadnięciem ze schodów 
ostatniego   właściciela   i   znalezieniem   ciała   jego  poprzednika   nad   morzem,   u 
podnóża urwiska.

Biedacy. Nie potrafili powstrzymać się przed piciem.
Tak czy inaczej, żaden koń nie miał prawa podważać autorytetu Dougalda. 

Od dziewięciu lat nikt nie śmiał kwestionować jego autorytetu. Dougald uniósł 
ponury   wzrok   w   górę,   na   aksamitne   czarne   niebo.   Wszyscy   uważali   go   za 
mordercę swojej żony, więc nie mieli odwagi powiedzieć mu „nie” w obawie 
przed straszliwym rewanżem.

Tylko Hannah nie kuliła się przed nim ze strachu. Ale stchórzyłaby, gdyby 

wiedziała, jak starannie zaplanował jej odzyskanie, jak przemyślnie przygotował 
zemstę i jak mijające lata wzmogły jego wściekłość.

Tymczasem Hannah go pocałowała.
Na   to   wspomnienie   ścisnęło   go   w   kroczu.   Po   całym   piekle,   jakie   mu 

zgotowała, śmiała jeszcze go pocałować. Miał chęć zawyć. Ale to nie byłoby w 
jego stylu. Szarpnął więc za wodze i pogalopował krętą drogą w stronę morza. 
Zimne powietrze ostudziło mu głowę, ruch przywrócił krążenie krwi w żyłach, 
ale demony, kierujące nim od tylu lat, nadal z nim podróżowały. Nigdy go nie 
opuszczały.

Gdy osiągnął szczyt wzgórza na brzegu Atlantyku, skierował konia ścieżką 

na plażę, a potem z powrotem ruszył pod górę, ku łąkom i poskręcanym przez 
wiatr   drzewom.   W   przeszłości   demony   dzierżyły   nad   nim   władzę.   W   ciągu 
ostatnich lat nauczył się z nimi walczyć. Pił, łajdaczył się, otarł się o śmierć. Ale 
nie umarł – umarł jego ojciec.

Dougald już nigdy nie wypuścił demonów na swobodę.
Jednak   tego   wieczora   Hannah   swoim   pełnym   biustem,   dumnie 

wyprostowaną   figurą   i   prowokacyjnym   zachowaniem   zagroziła,   że   demony 
znów wydostaną się na wolność. Do diabła, nie tak miało być.

Wybrała ją dla niego babka, która orzekła, że Hannah świetnie nadaje się na 

jego żonę, i zaakceptował to. Hannah była wówczas dziewczynką. Cóż go to 

background image

mogło wtedy obchodzić, skoro w tym czasie pochłonięty był próbą opanowania 
tajników prowadzonych przez ojca interesów i ocalenia ich przed zagrażającymi 
zewsząd konkurentami.

Gdy Hannah dorosła do zamążpójścia, przyzwyczaił się już do tej myśli. Nie 

widział niczego złego w zaaranżowanym związku i w gruncie rzeczy podobało 
mu   się,   że   będzie   miał   żonę,   która   wywoływała   w   nim   jedynie   obojętność. 
Jakim był głupcem, uważając, że Hannah dostrzeże korzyści wynikające z ich 
związku   i   potulnie   zgodzi   się   na   wszystko.   Tymczasem   Hannah   rzuciła   mu 
wyzwanie. Mój Boże, czy kiedykolwiek zdoła zapomnieć, jak pierwszy raz od 
niego uciekła? I to, co wydarzyło się potem...

–   Nikt   cię   jeszcze   nie   całował   –   powiedział   jej.   Nie   pytał,   wiedział. 

Poznawał to po jej oszołomieniu, po sposobie, w jaki spojrzenie jej ogromnych, 
piwnych oczu wędrowało po wagonie, szukając odpowiedzi.

– Nie wydaje mi się, żeby to miało znaczenie. – Oblizała wargi. – Powinnam 

teraz usiąść.

Ostrożnie,   z   czułością   przesunął   dłonie   wzdłuż   jej   ramion.   Była   taka 

niewinna, gdy, zamiast krzyczeć ze strachu, grzecznie sugerowała, aby pozwolił 
jej usiąść. Nie rozumiała, że swoją ucieczką zwróciła na siebie jego uwagę i 
obudziła instynkt posiadania. A kiedy to zrozumie, będzie już o wiele za późno. 

– Aleja chcę cię pocałować. Chcę być pierwszym.
Przesunął wargi po jej oczach, żeby je przymknąć.
– Pozwól mi to zrobić. Pokręciła przecząco głową.
Powędrował ustami wzdłuż jej policzka i zaczął delikatnie skubać wargami 

okolice jej ust, drażniąc ją i podniecając. Miała aksamitną skórę, najbardziej 
miękką,  jakiej zdarzyło mu  się dotykać. Delektował się wrażeniem.  Pochylił 
twarz i przywarł wargami do jej ust. Był delikatny i czuły, za co odwdzięczyła 
się mu, kiedy się odprężyła i westchnęła.

Słodka   istota.   Delikatna.   Miękka.   Spolegliwa.   Była   idealna   dla   niego. 

Dotknął   palcem   zaciśniętej   linii   warg.   Hannah   drgnęła,   więc   ponownie 
uspokajająco opuścił usta na jej wargi. A potem przesunął po nich językiem. 
Szeroko rozwarła oczy, jakby  nie wiedziała,  co  ma  myśleć,   po czym  opada 
dłonie   na   jego   ramionach,   żeby   go   odepchnąć.   Dotknąwszy   nagiej   skóry 
Dougalda, jej palce zatrzymały się i Hannah pospiesznie cofnęła ręce i odkręciła 
głowę na bok.

– Powinieneś włożyć koszulę – rzekła surowym głosem.
– Zaraz to zrobię. – Złapał ją za brodę i z powrotem obrócił jej twarz ku 

sobie. – Kiedy skończymy. – Ponownie polizał jej wargę.

Hannah okazała swój buntowniczy charakter, unosząc głowę i kąsając go w 

usta.

Odskoczył do tyłu i dotknął skaleczonego miejsca.
– Wiedźma!

background image

Uniosła się na łokciu i z niepokojem spojrzała na jego twarz.
– Zraniłam cię?
– Tak. – Przysunął się tak blisko, że niemal stykali się twarzami. – Będziesz 

musiała pocałować.

Spuściła wzrok i wybuchnęła śmiechem.
Znów uwięził jej usta i obrócił ją na plecy. Tym razem pozwoliła mu się 

pocałować bez oporów. Dougald poruszał się bez pośpiechu, dotykał jej zębów, 
języka, pozwalając, by go poznała bliżej... Jeśli uda mu się odwrócić jej uwagę, 
prowadząc   ją   od   jednego   uniesienia   do   następnego,   zachowa   przewagę, 
pokonując jej zasady moralne i wątpliwości. Jego pocałunki sprawiły, że nie 
była świadoma, gdy rozpinał jej koszulę.

To   było   równie   łatwe   jak   odebranie   dziecku   cukierków.   A   jednocześnie 

trudne, bowiem mógł myśleć jedynie o tym, żeby być w niej. Przeklęta kobieta, 
czyżby nie wiedziała, co z nim wyprawia swoją czarującą naiwnością?

Nie. Nie wiedziała na pewno.
Nagle   zauważyła,   co   udało   się   osiągnąć   jego   zwinnym   rękom.   Znów 

próbowała   go   od   siebie   odepchnąć.   Jednak   ponownie   pospiesznie   cofnęła 
dłonie, jakby parzył ją dotyk jego nagiej skóry.

Miał nadzieję, że spłoną razem.
Wpatrując   się   w   jej   piwne   oczy,   starał   się   zahipnotyzować   ją   swoim 

łagodnym głosem.

– Chcę, żebyś mnie dotknęła. Twój dotyk jest czystą przyjemnością. Mruczę, 

kiedy   mnie   głaszczesz...   Dotykaj   mnie   tak,   jak   ja   cię   dotykam.   –   Rozchylił 
szeroko   jej   koszulę,   wystawiając   jej   ciało   na   światło   słoneczne.   I   po   raz 
pierwszy ujrzał jej doskonałe piersi.

Nie mógł pozwolić, żeby mu się wyśliznęła. Nie teraz. Przerzucił nogę przez 

jej ciało, przytrzymał ją i patrzył... patrzył. Dobry Boże, co za piersi. Wyrastały 
niczym   śmietankowe   pagórki,   blade,   cudowne...   jego.   Delikatnie   dotknął 
czubkiem palca brodawki.

Gwałtownie i rozpaczliwie wyciągnęła ręce, żeby go odepchnąć.
– Ktoś może zobaczyć!
– Nie. – Pozwolił, żeby go odsunęła. – Popatrz. Przejeżdżamy Błota Chat. 

Nie ma tam nikogo.

Była to prawda. Przejeżdżali przez rozległe torfowisko, które przysporzyło 

wielu problemów budowniczym kolei. Jak okiem sięgnąć, widać było jedynie 
krzaki, chaszcze i gdzieniegdzie samotne drzewa.

– Jesteśmy tu bezpieczni. – Złapał ją za nadgarstki. – A teraz patrz. Patrz.
Zawisł nad nią i powoli opuścił się w dół. Najpierw jej piersi zetknęły się z 

jego ciałem.  Serce załopotało mu  z podniecenia.  Pragnął  ją przytłoczyć, nie 
pozostawiając wyboru... Pragnął ją do siebie przyciągnąć i posiąść natychmiast. 
Coś szeptało mu słowa odwagi. Zadygotał, gdy zetknęli się brzuchami i powoli 

background image

zgniótł swym torsem jej piersi. Tak, przytłoczyć ją. Tak, nie dać jej żadnego 
wyboru, zacząć ten związek tak, jak chciał. Ale nie mógł jej przestraszyć czy 
skrzywdzić, tymczasem na jej twarzy malował się przestrach.

Puścił   ręce   Hannah.   Dziewczyna   wyciągnęła   je   natychmiast,   żeby   go 

odepchnąć, ale czyniła to nieskutecznie. Odpychała go stale, dopóki nie wsunął 
dłoni pod jej ramiona i nie przeczesał palcami jej włosów. Wtedy uspokoiła się 
w   jego   ramionach   i   wbiła   wzrok   w   jego   twarz,   jakby   coś   ją   w   nim 
zafascynowało.   Dobrze.   Bardzo   dobrze.   Nie   mógł   pohamować   uśmiechu   i 
musiała dostrzec jego triumfalne spojrzenie, bowiem zaczęła się szarpać, jakby 
chciała się wyrwać. Próbował ją okiełznać, opanować, widział jednak, że to 
spostrzegła i była urażona.

– Ciii – wyszeptał, choć nic nie powiedziała.
– Jak to robisz? – zapytała wojowniczo.
Uważał ją niemal za dziecko, tymczasem najwyraźniej była kobietą, gdyż 

zadała pytanie i oczekiwała odpowiedzi. Nie miał zielonego pojęcia, o co jej 
chodziło.

– W jaki sposób zapanowałeś nad moimi zmysłami? – zapytała. – Gdy mnie 

dotykasz, nic nie widzę, nie słyszę i tracę powonienie. Mogę cię tylko dotykać...

Zawiesiła głos, więc zapytał: 
– I czuć?
–   Tak   –   wyszeptała.   –   I   czuć.   Skoncentrowała   wzrok   na   jego   twarzy   i 

ostrożnie przeciągnęła palcem po zarysie policzka Dougalda, po szramie pod 
okiem i po ustach.

– Zrozumiałaś już, kochanie? – zapytał.
– Tak. Jestem rozpustnicą – oświadczyła głosem pełnym rozpaczy.
– Mam nadzieję – zażartował.
Błąd. Na jej rzęsach natychmiast zabłysły łzy. Uważał, że jest taki mądry, a 

jednak zapomniał, że namiętność sprowadziła hańbę na jej matkę. I że Hannah 
żyła   z   tą   hańbą   na   co   dzień.   Odgarnął   jej   włosy   z   czoła   i   oczarowała   go 
miękkość jedwabistych pasm. Cichym, przekonującym głosem powiedział:

– Reagujesz na pieszczoty i nie musisz się tego wstydzić. Wyzwolenie, jakie 

znajdujemy w namiętności, jest największym uniesieniem w życiu. Jesteś taka 
piękna, poruszasz moje serce i duszę. Widziałem, ile złego może wyrządzić w 
małżeństwie  bezmyślny mąż.  Zaufasz mi?  Poświęcę ci całą uwagę, podejmę 
zobowiązanie na całe życie. Nie będę cię zdradzał ciałem ani duszą. Małżeństwo 
zawiera   się   na   całe   życie,   składając   przysięgę,   której   należy   dotrzymać. 
Będziemy szczęśliwi. Masz tyle do podzielenia się ze mną. Twój wdzięk, takt i 
dobroć uzupełnią moje życie.

– A czym ty podzielisz się ze mną?
Mój Boże, powiedziała to takim żałosnym głosem! Czyżby myślała? Czyżby 

analizowała? Czy była świadoma tego, jak dokładnie zaplanował każdy ruch, 

background image

każde słowo?

Posłużył się więc pocałunkiem, żeby sięgnąć do jej duszy. Ich wargi stopiły 

się. Poprowadził ją w nowym tańcu, którego nigdy dotąd nie ćwiczyła, i zatracił 
się   w   jej   zmysłowości.   Jęczała   wprost   w   jego   usta;   smakowała   jesiennymi 
jabłkami i letnim zbożem, i sobą. Każde dotknięcie jej języka unosiło go coraz 
bliżej   i   bliżej   niebiańskiej   szczęśliwości.   Przez   jedną   krótką   chwilę 
przytomności przemknęło mu przez myśl, że to nie tak. Odchylił się i spojrzał 
na nią z góry. Na jej oczy o gołębim wyrazie, na pełne, wilgotne wargi, łagodnie 
zaokrąglone   policzki.   Nie   mogła   nim   zawładnąć.   Był   starszy   od   niej,   był 
mężczyzną. Jednak jeśli nie będzie ostrożny, usidli go tak, jak on zamierzał 
usidlić   ją.   A   to   byłoby   straszne.   To   byłoby...   niemożliwe.   Mężczyźni   nie 
kochają.   Nie   tak,   jak   kobiety.   Kiedy   złowi   serce   Hannah,   będzie   ją   miał   w 
garści. Tak powinno być. Tak właśnie zaplanował.

Musiała dostrzec na jego twarzy ślady niepokoju, bo zapytała:
– Co się stało?
– Nic.
Nie, wszystko było w porządku. Nie mogło mu się nie udać.
Gwiazdy migotały. Sierp księżyca błyszczał na niebie. Koń zarżał. Ścieżka 

wiła się wzdłuż kępy drzew.

Dougald   zrobił   wszystko,   jak   trzeba.   Hannah,   jak   każda   młoda,   słodka, 

niedoświadczona dziewczyna, wzięła łączącą ich namiętność za miłość. W pełni 
wykorzystał jej błąd i starannie podsycał mrzonkę. Dopiero po ślubie zaczęła 
podejrzewać, że jej nie kochał. Co gorsza, zaczęła też podejrzewać, że ona nie 
kocha jego.

Lecz teraz sprawi, że znów go pokocha, a kiedy to się stanie...
Trzask!
Za plecami Dougalda kora rozbryznęła się na kawałki. Co...? Dlaczego? Czy 

to...?

Pospiesznie powrócił do rzeczywistości. Wierzchowiec stanął dęba. Cholera! 

Ktoś strzelał.

Trzask!
Kula   ze   świstem   przeleciała   koło   jego   ucha.   Wykorzystując   nerwowość 

zwierzęcia, zsunął się z siodła i potoczył poza zasięg końskich kopyt. Zaczął 
biec skulony, z pochyloną głową.

– Trafiłem go! – usłyszał męski głos.
Wierzchowiec   parskał   i   walczył   z   urojonymi   demonami,   po   czym 

pogalopował w stronę zamku Raeburn. Dougald wsunął się pomiędzy niewielką 
kępę drzew, rosnących przy ścieżce. Drzewa były skarłowaciałe i powykręcane 
przez   wiatr,   a   wilgotną   ziemię   porastała   falująca   trawa.   W   pobliżu   morze 
uderzało   o   brzeg,   zagłuszając   inne   dźwięki,   ale   w   bladym   świetle   gwiazd 
zobaczył dwie postaci, które oderwały się od jednego z pagórków i zaczęły biec 

background image

w stronę miejsca, gdzie spadł z konia.

Jedna postać wysoka, druga niska, żadna nie trzymała w rękach broni, obie 

jednak okryte były pelerynami z ogromnymi kieszeniami.

Dougald   –   wojownik   był   przekonany,   że   mógłby   je   dopaść.   Dougald   – 

realista znał okropną prawdę. Ktoś strzelał do niego, do lorda Raeburna. Kpił 
sobie, gdy Charles  powiedział, że służba  szepcze opowieści  o knowaniach i 
morderstwach. Wątpił jednak, żeby ten atak na niego był przypadkowy. Ktoś 
usiłował zabić pana na Raeburn, a to... on nim był.

Nieznajomi   przeszukiwali   ziemię   z   rosnącym   wzburzeniem,   podchodząc 

coraz bliżej kępy drzew. W końcu jeden z mężczyzn wyprostował się i zawołał:

– Nie ma go tutaj!
Dougald uśmiechnął się, podchodząc do nich od tyłu.
– Owszem, jestem.
Gdy   się   odwracali,   złapał   ich   za   włosy   i   stuknął   jednego   o   drugiego 

głowami. Jęknęli. Jeden ze zbirów padł na ziemię. Dougald złapał drugiego za 
pelerynę i uniósł do góry.

– Co, do cholery!?
W tym momencie trzeci mężczyzna, dotąd niewidoczny, zaatakował go z 

boku.   Dougald   przewrócił   się,   klnąc,   gdy   najpierw   jeden,   a   potem   drugi 
napastnik   skoczyli   na   niego.   Powinien   był   pamiętać,   żeby   zawsze 
przeanalizować wszystkie ewentualności przed podjęciem walki.

background image

ROZDZIAŁ10

Gdy   Hannah   schodziła   po   schodach   na   śniadanie,   czuła   ból   mięśni   i 

pieczenie oczu – skutki ubiegłego dnia, długiego i obfitującego w wydarzenia. 
Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Nie przyjmowała do wiadomości, że mógł 
to być efekt niespokojnej nocy, którą spędziła ścigając demony, aż wreszcie 
demony przybrały postać Dougalda, polującego na nią pośród ogni piekielnych, 
liżących ich stopy.

Była taka głupia! Wczoraj pozwoliła się schwytać w pułapkę, a wcześniej, w 

młodości, wmówiła w siebie, że kocha Dougalda.

Oparła się mocno o poręcz i skrzywiła gwałtownie. Nawet gdyby połknęła 

wszystkie rozumy, nic by to nie zmieniło. Nie miało znaczenia, co podpowiadał 
jej rozum ani wspomnienia z młodości, bowiem kiedy była z Dougaldem...

–   Co   za   piękną   pannę   przynosi   poranek!   Zaskoczona,   głośno   wciągnęła 

powietrze i omal nie spadła z ostatnich trzech schodków na widok dandysa, 
który wyskoczył z ukrycia pod schodami. Dżentelmen w nieokreślonym wieku, 
ubrany zgodnie z najnowszą londyńską modą, wyciągnął ku niej żółtą różę.

Przyciskając   dłoń   do   serca,   które   tłukło   się   jak   oszalałe,   rzekła 

najzimniejszym tonem, na jaki było ją stać.

– Nie wydaje mi się, żebym pana znała.
–   Oczywiście,   że   nie!   Ośmieliłem   się   na   takie   powitanie,   bo   chciałem 

sprawdzić, czy opowieści są prawdziwe.

Kim był ten śmieszny, niski fircyk w butach na obcasach, pozwalający sobie 

na takie zachowanie?

– Jakie opowieści?
– O tym, że najpiękniejsza kobieta w kraju zamieszkała pod dachem zamku 

Raeburn.

Wbiła   w   niego   wzrok.   Czy   wydawało   mu   się,   że   takim   pochlebstwem 

zawróci jej w głowie? Świetnie wiedziała, jak wyglądała dziś rano. Miała na 
sobie   wypłowiałą   niebieską   suknię   z   bawełny   z   długimi   rękawami, 
wykończonymi   przymarszczoną   koronką.   Wokół   szyi   przypięła   prosty,   biały 
kołnierzyk,   a   po   dłuższym   zastanowieniu   zawiązała   w   talii   wykrochmalony, 
biały fartuszek. Naiwnością było sądzić, że taki nieefektowny wygląd odstraszy 
Dougalda, ale na wszelki wypadek wolała wyglądać powściągliwie.

– Zastanawia się pani chyba, kim jestem. Czyżby mój nowy kuzyn nawet nie 

wspomniał  o moim  istnieniu? – Nieznajomy  przyłożył dłoń do czoła. – Nie 
wspomniał o mnie, o kolejnym dziedzicu?

Ten człowiek miał dziedziczyć po Dougaldzie? Przyjrzała mu się dokładniej. 

Ubrany był w wełniane spodnie w brązowo-niebieską kratę i pasującą do nich 
kamizelkę, pod szyją miał ogromną muszkę, a kołnierz spięty złotą spinką z 
diamentem.   Brązowy   żakiet   wykończony   był   aksamitnymi   mankietami   i 

background image

kołnierzem   w   niezwykle   intensywnym,   kobaltowo-niebieskim   kolorze,   który 
podkreślał jego urodę – ocienione długimi  rzęsami błękitne oczy, w których 
kryła   się   odrobina   melancholii,   godna   samego   Byrona.   Niestety,   nie   miał 
byronowskiej fryzury. Jego brązowe włosy opadały na ramię z jednej strony, a 
ktoś, pewnie utalentowany lokaj, starannie zaczesał  resztę  na czubek głowy, 
żeby   ukryć   łysinę,   która   łatami   bladej   skóry   prześwitywała   spomiędzy 
posklejanych strąków.

Hannah udała, że tego nie widzi.
– Pan... pan tu mieszka?
– Tak. – Przyjrzał się uważnie róży, którą ciągle trzymał w ręce. Hannah 

zrozumiała,   że  wybrał  różę   nie  dla  jej  piękna,  ale  po  to,  żeby   pasowała   do 
ubrania.   –   Jeśli   nie   przebywam   w   Londynie,   wówczas   mieszkam   w   zamku 
Raeburn.

– Proszę mi wybaczyć moją ignorancję – parsknęła Hannah.
Stawała   się   coraz   bardziej   świadoma   rozlicznych   problemów,   jakie 

napotykał Dougald w swej nowej roli. I choć obawiała się, że zostanie pokarana 
za   swój   sentymentalizm,   podziwiała   jego   spokój.   Zawsze   był   taki   ambitny. 
Dziedzicząc tę posiadłość, musiał myśleć, że osiągnął wszystkie swoje cele. Ale 
starsze   panie,   dziedzic   i   żona   stanowili   zestaw   przerastający   chyba   jego 
możliwości.   Oczywiście   Dougaldowi   nawet   to   przez   myśl   nie   przeszło,   ale 
Hannah wyobrażała to sobie w najskrytszych marzeniach.

– Obawiam się, że nikt mi nie powiedział o panu.
–   Proszę   mi   pozwolić   się   przedstawić.   Jestem   Seaton   Brackner,   baron 

Onslow, syn najmłodszego brata dwunastego hrabiego i kuzyn aktualnego pana 
na Raeburn w piątej linii.

– Panna Hannah Setterington – dygnęła. – Mam być damą do towarzystwa 

ciotki jego lordowskiej mości. I pańskiej, jeśli dobrze rozumiem.

– A więc wieści były prawdziwe. – Skłonił się i ponownie wyciągnął ku niej 

różę. – Najpiękniejsza istota zamieszkała pod tym dachem.

Oficjalnie przyjęła kwiat.
– Pochlebia mi pan, ale jestem zbyt rozsądna, żeby przewróciło mi się w 

głowie od pana komplementów. Potraktuję pana słowa jako przejaw znudzenia 
londyńczyka wiejskim życiem.

– Miażdży mnie pani. – Podał jej ramię. Położyła dłoń na jego rękawie. – A 

raczej   czułbym   się   zmiażdżony,   gdybym   nie   był   przekonany,   że   nigdy   nie 
przeglądała się pani w lustrze, bo inaczej nie wątpiłaby pani w szczerość moich 
słów.

Hannah   zmieniła   swój   pierwszy   osąd.   Pan   Onslow   nie   był   zwykłym 

fircykiem. Był raczej mieszczuchem, męczącym się na wsi, prawdopodobnie z 
powodów finansowych. Założyła też, że prawdopodobnie w tych trudnych do 
zniesienia okolicznościach dostarczać jej będzie rozrywki.

background image

– Gdzie mnie pan prowadzi?
– Myślałem, że do jadalni na śniadanie, ale jeśli pani woli, przyprowadzę 

mojego rumaka i porwę panią daleko, oderwę od codziennej harówki.

Patrząc z góry na czubek jego głowy pomyślała, że prawdopodobieństwo, by 

ją gdziekolwiek porwał, jest niewielkie.

– Jadalnia brzmi bardzo zachęcająco. – Chociaż z pewnością czaił się w niej 

Dougald.

Sir Onslow westchnął ciężko.
– Brakuje pani wyobraźni, jak wielu młodym damom.
– Nie brak mi wyobraźni. Jeśli już, to jestem osobą praktyczną. – A jako 

osoba praktyczna miała absolutną pewność, że gdyby tylko udało jej się opuścić 
zamek   Raeburn,   Dougald   natychmiast   by   ją   dopadł.   Nie   zamierzała   nikogo 
wplątywać   w   grę   pomiędzy   sobą   a   swoim   mężem   –   ktoś   mógłby   zostać 
skrzywdzony i na pewno nie byłby to Dougald.

Razem z sir Onslowem szli długim,  szerokim korytarzem, biegnącym od 

schodów ku głównej sali zamkowej.

– A więc poznała już pani moje ciotki – odezwał się. – A może powinienem 

był powiedzieć ciotkę Spring i jej przyjaciółki. Chociaż wszystkie tak na mnie 
krzyczą, jakby naprawdę były moimi ciotkami.

Rozbawiła ją jego posępna mina.
– Poznałam je wczoraj wieczorem.
– I co pani o nich myśli?
– To czarujące damy i jestem przekonana, iż zajmowanie się ciotką Spring 

będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością.

– Ależ jest pani powściągliwa – rzekł z ponurą rezygnacją, ale szybko się 

ożywił.  –   Zawsze   uważałem,   że   ciotki  są   jak   stado   terierów,   które  osaczają 
człowieka, kąsają, skaczą i wypytują.

Zdusiła uśmiech.
– Nie stado. Mają bardzo różne osobowości.
–   Doprawdy!   Owszem,   mają   bardzo   różne   charaktery,   ale   razem   są 

wtrącającymi się we wszystko, irytująco wszechwiedzącymi sędziami.

– Powiedział pan to z goryczą.
–   Wcale   nie.   Ja   też   je   uwielbiam.   Któż   by   ich   nie   lubił?   –   Westchnął 

teatralnie. – Marzę jedynie, żeby cechowała je choć odrobina dyskrecji.

Na   podstawie   tego,   co   zaobserwowała   wieczorem,   musiała   się   z   nim 

zgodzić. Ciotki mówiły wszystko, co przychodziło im na myśl, a o czym często 
nie   powinny   były   wspominać.   Ich   komentarze   pod   adresem   jej   i   Dougalda 
wydawały się bardzo przenikliwe, a ich intuicja przerażająca. Była zadowolona, 
mogąc pożegnać wieczorem Dougalda i resztę czasu spędzić w saloniku ciotek, 
do   których   uśmiechała   się   i   kiwała   głową,   gdy   gawędziły,   aby   wreszcie 
zauważyć, że jest wyczerpana podróżą i dać się zaprowadzić pani Trenchard do 

background image

maleńkiego, zimnego, ciemnego pokoiku.

Po to, żeby źle spać i myśleć o Dougaldzie.
W dziennym świetle korytarz wyglądał zupełnie inaczej niż w nocy. Przez 

szereg okien na jednej ścianie wpadały promienie słoneczne. Poprzedniej nocy 
Hannah   nie  zauważyła   okien,  nie   rozumiała   też,   dlaczego   znajdowały   się   w 
takim miejscu, ale każda stara budowla, w której zdarzyło jej się przebywać, 
miała swoje dziwactwa.

– Zamek Raeburn to bardzo interesujące miejsce – rzuciła.
– Żałosna kupa kamieni – rzekł sir Onslow. – Ale to nasza kupa kamieni, 

więc je kochamy.

– Widzę, że lord Raeburn wprowadza ulepszenia.
–   Wskazała   na   oparte   o   ścianę   drzwi.   Z   oddali   słychać   było   głosy 

robotników.

– Lord Raeburn jest barbarzyńcą, który nie ma wyczucia historii – parsknął 

sir Onslow. – A co gorsza, nie wyremontuje moich pokoi, dopóki nie skończy 
przerabiać   swoich.   Ale   czego   można   się   spodziewać   po   brutalu,   który 
zamordował własną żonę? – Popatrzył na nią znacząco, pragnąc zaobserwować 
jej reakcję.

Hannah odczuwała nieprzepartą chęć, żeby go spoliczkować. Powstrzymała 

się jednak i rzuciła mu przenikliwe, pełne nagany spojrzenie.

– Wie pan to na pewno, czy też rozsiewa pan niesprawdzone plotki?
– Oczywiście to plotka! – Najwyraźniej sir Onslow nie czuł ani odrobiny 

skruchy. – Droga panno Setterington, żywię się plotkami. Mężczyzna w moim 
położeniu albo jest bajarzem i plotkarzem, albo jest niechciany w towarzystwie.

– Och. – Hannah powstrzymała się przed dalszym potępieniem Onslowa. 

Wiedziała, że mówił prawdę. Podczas obiadu wolałaby siedzieć obok takiego 
mężczyzny   jak   sir   Onslow,   niż   u   boku   śmiertelnie   nudnego   dżentelmena   o 
nieskazitelnych manierach, którego lord Ruskin uznał za właściwego towarzysza 
dla niezamężnej kobiety.

Cóż. Nie będzie się musiała dłużej tym martwić.
–   Tym  niemniej   wykorzystywanie   gościnności   lorda   Raeburna   i   złośliwe 

obmawianie go za jego plecami jest bardzo nieeleganckie.

Sir Onslow uśmiechnął się.
– Wyrządziłem Dougaldowi  ogromną  przysługę.  Zanim tu przybył, tylko 

niewielka część Anglii znała jego historię. Za młodu był łajdakiem. Uciekł z 
domu, bo ojciec go nienawidził. Włóczył się po ulicach, kradnąc i rabując.

Hannah słyszała wcześniej te plotki, szeptane za plecami młodej małżonki. 

Ale kiedy próbowała dowiedzieć się czegoś od samego Dougalda, ten zbywał 
lub ignorował jej pytania.

Jeszcze jeden fragment jego życia, którym się z nią nie chciał podzielić.
Sir Onslow kontynuował.

background image

– Opowiadam,  jak Dougald się zmienił  pod wpływem miłości do swojej 

młodej żony. O tym, że walczyli ze sobą i że zagroziła, iż go porzuci. I jak w 
gniewie oświadczył, że jeśli go porzuci, zginie.

Po   grzbiecie   Hannah   przebiegł   dreszcz.   Narracja   sir   Onslowa   za   bardzo 

zbliżyła się do prawdy.

– Zabił ją więc i zostawił jej ciało wilkom na pożarcie. I od tego czasu stale 

opłakuje jej stratę. – Sir Onslow z zadowoleniem zmrużył oczy. – Wszędzie 
opowiadam   tę   historię,   dzięki   czemu   Dougald   jest   znany   od   Szkocji   po 
Kornwalię jako człowiek tajemniczy, bogaty i pełen pasji. Powinien być mi 
wdzięczny. Przysporzyłem mu rozgłosu.

Do Hannah doleciał zapach świeżo upieczonego, białego chleba.
– Czy jest wdzięczny?
– Chyba nie, ale mówiłem pani, że to dzikus.
Hannah   roześmiała   się.   Nie   mogła   się   powstrzymać.   Sir   Onslow   mówił 

zabawnym głosem, a jego poczucie humoru było odświeżające po ponurej żądzy 
zemsty Dougalda.

– Czy zawsze pan tu przyjeżdżał? – zapytała.
– Matka nalegała. Mówiła, że to moje dziedzictwo. A poza tym robiłem 

lepsze   wrażenie   w   towarzystwie,   gdy   przedstawiałem   się   jako   sir   Onslow   z 
zamku   Raeburn.  –   Uśmiechnął   się   w   stronę   wiszących  na   ścianie   portretów 
przodków. – Często więc tak się przedstawiałem.

Hannah zachichotała, słysząc szyderczy ton jego głosu.
Za   ich   plecami   rozległy   się   kroki.   Odwróciwszy   się,   Hannah   ujrzała 

nieogolonego Charlesa w rozchełstanej, pogniecionej koszuli, który utkwiwszy 
w nich spojrzenie przekrwionych oczu, bardzo szybko się zbliżał.

– Proszę pani, jeśli można...
– Co za nieelegancki pośpiech, dobry człowieku! – Sir Onslow wyciągnął z 

rękawa   chusteczkę   i   machnął   nią   w   stronę   Charlesa.   –   Ciągnie   się   za   tobą 
francuska woń czosnku.

Charles zatrzymał się, dopiero teraz dostrzegając rękę Hannah wspartą na 

ramieniu Onslowa. Opuścił głowę i ponowił prośbę:

– Proszę pani...
– To jest panna Setterington – powiedział sir Onslow.
Charles   patrzył   nieruchomym   wzrokiem,   poruszając   wargami.   Doskonale 

wiedział,   jak   się   nazywała,   nie   znosił,   gdy   go   poprawiano,   a   już   zwłaszcza 
wówczas, gdy był pewny, że ma rację.

Hannah ucieszyło jego zakłopotanie.
Charles zrezygnował z obrazy i odezwał się:
– Panno Setterington, miałem nadzieję, że uda się pani ze mną  do lorda 

Raeburna. Potrzebuje pani.

Ach, więc Dougalda nie było jeszcze w jadalni. Nie musiała się mobilizować 

background image

na jego widok. Jeszcze nie. Charles był służącym, który zawsze przychodził po 
nią, gdy Dougald chciał, by mu zawiązała krawat, przyszyła guzik czy wykonała 
jakieś inne głupie zadanie, jakie uważał za właściwe zajęcie dla swojej żony. Na 
wspomnienie tamtych czasów usztywniła się i spytała:

– Lord Raeburn posłał po mnie?
– Oczywiście, że nie! – Oburzenie sir Onslowa nie miało granic. – Żaden 

dżentelmen nie żąda towarzystwa damy przed śniadaniem!

Hannah zlekceważyła jego okrzyk.
– Więc o co chodzi, Charles? Charles stał nieruchomo.
– Niezupełnie, ale nie mogę... chyba potrzebuje... mam nadzieję, że pani...
Hannah   nie   miała   pojęcia,   jaką   nadzieję   ma   Charles,   ale   słyszała   jego 

jąkający   się   głos,   kiedy   szukał   jakiegoś   wyjaśnienia,   nie   mógł   bowiem 
powiedzieć tego, co by chciał: „Kobieta nie ma prawa pytać, czego żąda od niej 
jej   mężczyzna”.   Widok   zmieszanego   Charlesa   był   dla   niej   największą 
przyjemnością w tym kłopotliwym położeniu, w którym się znalazła.

– Dziękuję. – W odpowiedzi na lodowate spojrzenie Charlesa, uśmiechnęła 

się   najzimniej,   jak   umiała.   –   Obawiam   się,   że   muszę   się   zgodzić   z   sir 
Onslowem. Skoro lord Raeburn nie posłał po mnie, odłożę rozmowę z nim na 
po śniadaniu.

Charles stał sztywny, patrząc niedowierzająco, a sir Onslow wskazał drzwi i 

powiedział:

–   Proszę   tędy.   –   Kiedy   mijali   Charlesa,   sir   Onslow   rzucił   dostatecznie 

głośno:

– Przeklęte żabojady wywyższają się, a nie mają bladego pojęcia o dobrych 

manierach.

Hannah   nie   patrzyła   na   Charlesa,   mogła   sobie   jednak   wyobrazić,   jak 

zareagował   nazwany   żabojadem   człowiek,   który   uważał   się   za   prekursora 
francuskiej cywilizacji na dzikiej angielskiej ziemi. Wyobrażenie to sprawiło jej 
ogromną przyjemność.

Wraz z sir Onslowem przeszła przez mały, dość pusty pokój. Przy oknie stał 

tam okrągły, bogato rzeźbiony stół.

– To jest mały pokój jadalny – wyjaśnił sir Onslow. – Podawane są tu posiłki 

najwyżej dla czterech osób. Właściwie nigdy się to nie zdarza. Gościnność lorda 
Raeburna jest... nieograniczona. Ale oto i jadalnia, panno Setterington.

Hannah,   kierując   się   węchem,   zerknęła   za   następne   drzwi.   W   powietrzu 

rozchodził się bogaty zapach bekonu, kiełbas i śledzi, gdzieś w głębi wyczuć 
można   było   aromat   pieczonych   grzanek   i   ciasteczek.   Kiedy   weszła   do 
wykładanej   ciemnym   drewnem   jadalni,   zobaczyła   długi   stół   na   dwa   tuziny 
gości.   Obok   na   blacie   stały   parujące   potrawy.   W   pokoju   krzątało   się   wielu 
służących, przy stole zaś starsze panie pochłaniały zdumiewające ilości jedzenia.

– Są wreszcie – powiedziała ciotka Spring. – Mówiłam, że przyjdą razem. – 

background image

Po czym puściła oczko do sir Onslowa. – Oczywiście nie chodzi o ciebie!

–   Dziękuję,   ciociu.   –   Sir   Onslow   wskazał   dwa   wolne   krzesła   pomiędzy 

panną Millie a ciotką Ethel. –Kogo oczekiwałyście?

–   Spring   myślała   chyba,   że   kochany   Dougald   sprowadzi   na   dół   pannę 

Setterington. – Ciotka Ethel trzymała widelec zawieszony nad porcją jajecznicy 
i   śledzi.   –   Wczoraj   wieczorem   sprawiali   wrażenie   bardzo   zainteresowanych 
sobą.

– Zmieniłaś obiekt swojego zainteresowania? –ciotka Ethel zwróciła się do 

Hannah. – Nie powinnaś. Seaton to kochany chłopiec, ale jest biedny jak mysz 
kościelna, a tytuł mają dopiero od jednego pokolenia.

– Bardzo dziękuję. – Na twarzy sir Onslowa Hannah dostrzegła ten sam 

wyraz, jaki pojawiał się na obliczu Dougalda w obecności ciotek. Sir Onslow 
zajął miejsce obok Hannah i uniósł palec.

Pani Trenchard opuściła swoje miejsce przy bocznym stole i pospieszyła do 

nowoprzybyłych.

– W czym mogę pomóc, sir Onslow? Wskazał dłonią na Hannah.
– Na co ma pani ochotę, panno Setterington?
– Poproszę o gorącą czekoladę, pani Trenchard. Może czekolada wyleczy z 

bólu głowy, który ogarnął ją na sam dźwięk imienia Dougalda.

– Jest jeszcze za wcześnie na mocniejszy trunek, więc poproszę herbatę – 

rzekł sir Onslow.

Pani   Trenchard   uśmiechnęła   się   do   niego   ciepło   i   pospieszyła   wydać 

odpowiednie polecenia usługującej dziewczynie.

Sir Onslow pochylił się ku Hannah.
– To ciekawa osoba.
Hannah podążyła za jego wzrokiem.
– Pani Trenchard?
– Tak. Pochodzi ze starej rodziny, oddanej rodowi Raeburnów. Matka ciotki 

Spring umarła przy porodzie, więc matka pani Trenchard została jej mamką i 
nigdy jej nie opuściła. Do samej śmierci zawsze była po stronie ciotki Spring, 
chroniła   ją   przed   wszelkimi   nieprzyjemnościami   losu   i   nauczyła   panią 
Trenchard robić to samo. Bardzo dziwnie jest obserwować je obie. Przez cały 
czas ciotka Spring jest taka radosna, a ponura pani Trenchard przy każdej okazji 
biegnie, żeby ją doglądać.

To wyjaśniało wczorajsze wypytywanie.
– Sprowadzono mnie, żebym zastąpiła panią Trenchard?
– W pewnym sensie. Pani Trenchard jest też ochmistrzynią, ale niechętnie 

przekazuje innym swoje obowiązki.

Panna Minnie uznała widocznie, że wystarczy już ich cichej konwersacji, 

bowiem patrząc na nich, huknęła:

– Podano jedzenie. Proszę się częstować, panno Setterington. Dziś rano nie 

background image

będziemy jeść zbyt formalnie.

–   Dziękuję   pani.   Chyba   mam   ogromny   apetyt   po   podróży.   –   Hannah 

podeszła do bufetu. Ucieszył ją widok wielkiej rozmaitości jadła. Nikt nigdy nie 
jadał lepiej niż w domu na angielskiej prowincji. Hannah wiedziała, że będzie 
się delektować tym posiłkiem, zwłaszcza że w pobliżu nie było Dougalda.

Sir   Onslow   przyłączył   się   do   niej   i   niecierpliwie   zatarł   dłonie.   Takie 

zachowanie   w   połączeniu   z   błyskiem   w   oczach,   z   jakim   obserwował   stertę 
świeżych   bułeczek,   wyjaśniało   obecność   okrągłego   brzucha,   który   zakłócał 
elegancką linię surduta.

Hannah ujęła w dłoń widelec i zaczęła sobie nakładać na talerz kiełbaski.
–   Jeśli   młoda   dama   ma   zamiar   flirtować   z   każdym   dżentelmenem 

przebywającym w zamku, bardzo szybko znajdziemy dla niej męża – donośnym, 
słodkim głosem oświadczyła ciotka Ethel.

Hannah nie trafiła w kiełbaskę i widelec z brzękiem upadł na porcelanowy 

talerz.

– Moja droga, może i flirtowała z Seatonem... – odezwała się ciotka Spring.
Hannah nie mogła patrzeć na sir Onslowa.
– ...Ale całowała Dougalda.
– Już? – Sir Onslow był zachwycony nową porcją plotek.
Hannah zignorowała go. Stanowił dla niej najmniejszy problem.
Pani  Trenchard  rzuciła  w  jej  stronę   zgorszone  spojrzenie   i przepędziła   z 

jadalni nagle pokasłującą służbę.

Swatki. Ciotki bawiły się w swatki. Z doświadczeń Hannah wynikało, że 

swatki   oznaczały   kłopoty,   gdyż   manipulowały   swoimi   ofiarami   aż   do 
osiągnięcia upragnionego celu, jakim był ślub dwojga głupców.

Dotychczas Hannah zawsze udawało się uniknąć pułapek, zastawianych na 

nią i rozmaitych dżentelmenów przez życzliwe jej swatki. Musiała uważać, bo 
rajfurki nie zawahałyby się przed przyłapaniem jej w kompromitującej sytuacji, 
a niejeden dżentelmen wyraźnie okazywał gotowość bycia przyłapanym razem z 
nią w takich okolicznościach. Lecz Hannah to nie pociągało.

Oczywiście, że nie. Była przecież mężatką.
Ale   co   ma   robić  teraz,   gdy   swatki   w   mało   subtelny   sposób   postanowiły 

wydać ją za mąż za jej własnego męża?

– Może nie chce wychodzić za mąż. Może ma ochotę na kolejne miłostki. Po 

poślubieniu Irvinga pomysł wdania się w liczne romanse wydał mi się bardzo 
rozsądny.   –   Ciotka   Isabel   dodała   refleksyjnie:   –   Ciekawe,   czy   potrafiłabym 
nakłonić jakiegoś mężczyznę do afery miłosnej.

–   Musiałby   to   być   niejeden   mężczyzna,   jeśli   chciałabyś   mieć   wiele 

romansów – zauważyła ciotka Ethel.

– Panna Setterington jest warta poślubienia Dougalda – oświadczyła panna 

Minnie.

background image

– Dzień dobry. – Dougald odezwał się głośno, żeby przekrzyczeć panujący 

hałas. Natychmiast zapadła niezręczna cisza.

background image

ROZDZIAŁ11

Nie sama ponura obecność Dougalda, lecz jego wygląd sprawił, że zapadła 

cisza. Jedno oko miał fioletowe i opuchnięte tak, że widać było jedynie szparkę, 
usta były rozcięte i obrzmiałe, miał ranę na policzku i guza na czole.

Zanim ktokolwiek zdołał się odezwać, powiedział:
– Spadłem z konia.
Kłamstwo.   Hannah   widziała   go   wyglądającego   podobnie   po   bijatyce, 

mającej   coś   wspólnego   z   nocą   świętojańską,   nadmiarem   piwa   i   dawnymi 
znajomymi z czasów, które spędził na ulicy.

– Podejdź tu, młody człowieku – surowym głosem zakomenderowała panna 

Minnie.

Pokuśtykał w jej stronę, krzywiąc się przy każdym kroku.
Hannah oderwała przerażony wzrok od jego twarzy. Nie mogła mu pomóc. 

To nie była jej rola. Rozejrzawszy się dokoła, zobaczyła ciotki zgodnie kręcące 
głowami.   Pani   Trenchard   stała,   załamując   ręce.   Charles   patrzył   na   nią   spod 
drzwi takim wzrokiem, jakby stan, w jakim znalazł się jego pan, był wyłącznie 
jej   winą.   Pojęła   wreszcie,   czemu   jej   wcześniej   szukał.   Sądził   pewnie,   że 
Dougald posłucha jej i pozwoli opatrzyć obrażenia. Dougald nigdy się jej nie 
słuchał. Charles wiedział o tym. Dougald nie zasługiwał na całe to współczucie. 
Głupiec   wdał   się   w   bójkę!   Miała   ochotę   podejść   do   niego   i   zbesztać   go, 
przewiązać   mu   bandażem   oko   i   powiedzieć,   że   zachowuje   się   niemądrze   i 
dziecinnie.

Ale czemu sir Onslow opierał się o blat kredensu i śmiał się z kulejącego 

Dougalda?   Nie   podobał   jej   się   ten   baron.   Nie   rozumiała,   czemu   wcześniej 
uznała go za zabawnego.

Panna Minnie ujęła ręce Dougalda i obejrzała je dokładnie.
– Spadając z konia, musiałeś upaść na kostki dłoni, Dougaldzie.
Sir Onslow głośno się roześmiał. Panna Minnie zwróciła ku niemu głowę.
– Z czego się śmiejesz, młodzieńcze?
Pod wpływem jej słusznego oburzenia Onslow szybko oprzytomniał.
– Z niczego, proszę pani.
– Tak myślałam. – Panna Minnie przeniosła wzrok na panią Trenchard. – 

Potrzebne będą maści i bandaże z apteczki.

Pani Trenchard zaczęła przebierać pośród kluczy, które miała przytroczone 

na pasku. Znalazłszy właściwy, dygnęła i powiedziała:

– Zaraz przyniosę, proszę pani.
Po jej wybiegnięciu zapanowała cisza, którą przerwała ciotka Spring.
– W jaki sposób kochany Dougald otarł sobie knykcie, spadając z konia?
– Spring, on się bił. – Ciotka Ethel potrząsnęła głową, aż podskoczyły jej 

białe   loczki.   –   Sądziłam,   że   drogi   chłopiec   lepiej   da   sobie   radę   swoimi 

background image

pięściami.

Hannah   wyprostowała   się.   Dougald   naprawdę   umiał   walczyć   na   pięści. 

Mówił jej o tym, a poza tym sama widziała, jak po tamtej awanturze chodził 
dumny, pyszniąc się swoimi umiejętnościami. Jak to się stało, że dał się tak 
pobić?

Spojrzała na niego nieco chłodniejszym, zamyślonym wzrokiem.
Jednak   Dougald   zdecydowanie   ją   ignorował.   Kulejąc,   zbliżył   się   do 

wysokiego, bogato rzeźbionego krzesła, stojącego u szczytu stołu, i usiadł na 
nim z ogromną ostrożnością.

– Nigdy nie czułem się lepiej. – Popatrzył wyzywająco, czekając, czy ktoś 

nie spróbuje mu zaprzeczyć.

Ciotka Spring nie zauważyła jego spojrzenia.
– Czemu się biłeś, Dougaldzie? Nigdy dotąd nie wdawałeś się w bójki.
Dougald rozłożył swoją serwetkę i powtórzył:
– Spadłem z konia.
– Walczyłeś ze swoim koniem? – zakpiła ciotka Isabel.
Dougald nie odpowiedział jej uśmiechem. Pewnie nie mógł. Nie z tą rozciętą 

wargą. Hannah położyła sobie na talerz jeszcze jeden rogalik – skąd się u niej 
wziął taki apetyt? – i ruszyła na swoje miejsce, gdy w jadalni pojawiła się pani 
Trenchard z naręczem medykamentów.

Charles ruszył do przodu, ale panna Minnie huknęła:
–   Dajcie   bandaże   pannie   Setterington.   Sprawdzimy,   czy   potrafi 

wystarczająco dużo, żeby zajmować się naszą drogą Spring.

– Nie wdaję się w bójki – zaprotestowała ciotka Spring.
– Mademoiselle Minnie – zaczął Charles – proponowałem już mojemu panu, 

że opatrzę mu rany, ale stanowczo odmówił. Skoro więc...

Hannah nie miała zamiaru słuchać, jak zakończy się to handryczenie, toteż 

podeszła do Dougalda, uzbrojona w odzyskaną z trudem pewność siebie i talerz 
z   jedzeniem.   Była   wprawną   pielęgniarką   i   palce   ją   świerzbiły,   by   zająć   się 
Dougaldem, i to na wiele sposobów. Zacisnęła dłoń na jego ramieniu.

– Przejdźmy do sąsiedniego pokoju. Spojrzał na jej rękę.
– Jest pani bezczelna, panno Setterington. Rozluźniła chwyt.
–  Proszę   bardzo.  –  Odwróciła  się   do  niego  plecami  i  zaplótłszy   ręce  na 

piersi, czekała, świetnie wiedząc, co nastąpi.

–   Dougaldzie,   kochany,   wyglądasz   jak   barbarzyńca.   –   Ciotka   Spring 

sprawiała wrażenie strapionej.

– Niezbyt zachwycająca ozdoba stołu nakrytego do śniadania – z naganą w 

głosie dodała ciotka Isabel.

Ciotka Ethel zasłoniła dłonią oczy.
– Na widok krwi robi mi się słabo.
Hannah usłyszała ciężki oddech Dougalda i uśmiechnęła się. Z satysfakcją 

background image

patrzyła, jak pokonały go cztery delikatne starsze pani.

– Cholera – mruknął Dougald, wstając. – To była niewielka burda.
Kiedy Hannah odwróciła się, ciotka Ethel mrugnęła do niej.
Dougald   zaczął   kuśtykać   ku   drzwiom,   ale   coś   przykuło   jego   wzrok. 

Zatrzymał   się,   wpatrując   się   w   swojego   następcę.   Skwaszonym   tonem 
powiedział:

– Miałem taką samą spinkę z diamentem. Seaton dotknął miejsca pod szyją.
–   Muszę   ci   więc   pogratulować   dobrego   gustu.   Dougald   ruszył   dalej, 

potrząsając głową. Hannah usłyszała jak mruczał:

– Pochlebca.
Pani   Trenchard   podążyła   za   Hannah   i   Dougaldem,   a   jeden   z   lokajów 

pospieszył,   żeby   postawić   krzesło   koło   okrągłego   stołu.   Dougald   usiadł   z 
wysiłkiem.

– Zapamiętam to sobie – rzucił w stronę Hannah. Pani Trenchard położyła 

obok niego bandaże i maści, a w pobliżu Hannah umieściła parującą filiżankę.

– Pani gorąca czekolada, panno Setterington.
–   Dziękuję,   pani   Trenchard.   Lordzie   Raeburn,   pamięta   pan   wszystko.   – 

Hannah postawiła  swój talerz koło jego prawej ręki. Podczas  tych lat, jakie 
spędziła opiekując się chorymi, nauczyła się paru rzeczy, między innymi tego, 
że dopiero na łożu śmierci ludzie kręcą nosem na jedzenie. – Ja też pamiętam.

Trzymali się od siebie z daleka, świadomi obecności lokaja przy drzwiach i 

pani  Trenchard,  krążącej  za   Hannah  i  gotowej  w  każdej   chwili  do  pomocy. 
Dougald parsknął gniewnie, odsłaniając zęby.

– Powinnaś coś zjeść. Jesteś za chuda.
– Dziękuję za miłą ocenę, milordzie. Pan też nie wygląda najlepiej.
Zaśmiał się krótko, bo zabolała go warga.
– Jędza – mruknął z uznaniem.
– Jedz. Będziesz miał czym zająć usta. – Odgarnęła mu do tyłu włosy.
Cofnął się gwałtownie, jakby sparzył go jej dotyk.
– Kiedy nauczyłaś się pielęgnować chorych?
– Wiele się dowiedziałam, gdy opiekowałam się lady Temperly, a jeszcze 

więcej   kierując   Akademią   Guwernantek.   –   Powolnym  ruchem  dotknęła   jego 
brody. Pozwolił, żeby uniosła do góry jego twarz i przyjrzała się obrażeniom. – 
Osiemnastoletnie dziewczęta potrafią zrobić sobie krzywdę, a potem ktoś musi 
opatrzyć ich skaleczenia.

– Musiałaś lubić prowadzenie Akademii. Wszystkie wychowanki robiły to, 

co im kazałaś. Mogłaś sobie wyobrażać, że są twoimi dziećmi. – Przerwał. – To 
prawie tak, jakbyś miała własną rodzinę.

Korciło   ją,   żeby   go   spoliczkować,   ale   jego   twarz   wyglądała   gorzej,   niż 

początkowo sądziła. Kiedy przesunęła dłonie po jego włosach, wyczuła kolejne 
dwa guzy wielkości kurzych jaj. Musiał solidnie oberwać. W tym momencie 

background image

była z tego zadowolona.

– Jesteś prawdziwą świnią – powiedziała obojętnym tonem.
– Panno Setterington! – zawołała pani Trenchard. Hannah zignorowała ją. 

Pani Trenchard nie brała udziału w wojnie pomiędzy Dougaldem a Hannah.

– Boli pana głowa, milordzie? – zapytała Hannah.
– Naturalnie – warknął.
– Czy dobrze pan widzi zdrowym okiem? Dougald wbił wzrok w jej piersi.
– Owszem. I mam piękny widok.
Pani   Trenchard   głośno   wciągnęła   powietrze.   Najwyraźniej   nie   była 

przyzwyczajona do tego, żeby jej pan komentował damski biust.

Hannah zwróciła się do gospodyni.
– Trzeba mu zrobić zimny okład na głowę, a na oko przyłożyć plaster zimnej 

wołowiny.

Pani Trenchard wydała polecenia lokajowi.
–W   jakim   jest   stanie,   panno   Setterington?   –   Ciotka   Ethel   zza   drzwi 

przyglądała się rannemu Dougaldowi.

– Czuję się świetnie, ciociu Ethel. Dlaczego wszyscy rozmawiają o mnie, 

jakbym   postradał   słuch?   I   czemu   wszyscy   robią   tyle   hałasu   z   powodu   paru 
zadrapań? Czuję się wyśmienicie! – ryknął Dougald.

– Chyba rzeczywiście. Kiedy mężczyzna może być taki wściekły, to znak, że 

będzie żył. – Ciotka Ethel wycofała się, mrucząc coś pod nosem.

Charles wyrósł u boku Dougalda i wyzywająco zadarł swój francuski nos.
Dopóki   jej   nie   przeszkadzał,   nie   obchodziło   jej   to.   W   końcu   pomógł 

Dougaldowi się ubrać. Miał okazję, żeby ocenić stan zdrowia swojego pana.

– Najpierw zajmę się tymi rozcięciami – powiedziała.
Pani Trenchard odkręciła wieczko glinianego słoika i podała go Hannah.
– Żywokost ze smalcem – rzekła.
Hannah   zaczęła   smarować   maścią   wargi   Dougalda   i   poczuła,   że   ma 

niepohamowaną potrzebę wygarnięcia mu wszystkiego, nie zważając na zasady 
dobrego wychowania czy na podsłuchujących. Wściekła, zapytała:

– Co ty wyprawiasz? Chcesz się zabić? Nigdy dotąd nie wdawałeś się w 

bójki, z których nie mógłbyś wyjść zwycięsko.

Dougald usiłował wyszarpnąć głowę z jej rąk.
– To paskudztwo śmierdzi.
– Kara za twoje grzechy – powiedziała głośno, tak żeby pani Trenchard 

słyszała   i   posłała   w   jej   stronę   szybki   uśmiech,   po   czym   nałożyła   maść   na 
zadrapania na brodzie i na zaczerwienione ucho i zapytała:

– Gdzie byłeś ostatniej nocy? W pubie z Alfredem?
– Ględzisz – warknął.
– Ktoś musi. – Podniosła głos. – O mało nie dałeś się zabić.
Pani   Trenchard   wzdrygnęła   się.   Oboje   z   Dougaldem   spojrzeli   na   nią. 

background image

Gospodyni odezwała się łamiącym się głosem:

– Tak jak poprzedni właściciele Raeburn. Dougald parsknął.
–   Chyba   słyszała   pani   plotki.   O   tym,   że   zabiłem   własną   żonę   i 

zamordowałem moich poprzedników, żeby zdobyć tytuł. Nie zamierzam sam się 
zabić.

– Tak, milordzie. Zapomniałam o tym. – Słoik z maścią trząsł się w jej ręce.
Hannah uniosła lewą dłoń.
– Dlaczego kulejesz?
– Potknąłem się na jakiejś dziurze i skręciłem nogę. – Wyciągnął rękę w 

stronę talerza Hannah i wziął rogalik. Zawsze lubił rogaliki. Wysmarowała mu 
maścią otarte knykcie.

– Sir Onslow twierdzi, że stałeś się romantyczną postacią, sławną w całej 

Anglii.

– Sir Onslow. – Dougald skierował zamyślone spojrzenie, a raczej połowę 

spojrzenia, na jej twarz. – Flirtowałaś z nim.

Przestała się uśmiechać.
– Nie flirtuję.
Owinęła bandażem palce Dougalda.
– Rozmawiałaś z nim.
Jeden z lokajów przyniósł miskę z wodą, w której moczyły się ręczniki, i 

talerz z kawałkiem wołowiny.

– Owszem.
– Nie chcę, żebyś z nim rozmawiała.
Oboje   podnieśli   głos.   Hannah   nie   mogła   się   powstrzymać,   żeby   nie 

powiedzieć:

– Nie bądź śmieszny.
– Jest niebezpieczny.
Cisnęła ręcznik na głowę Dougalda.
– Jeśli wierzyć plotkom, to ty również.
Złapał   ją   za   przegub.   Spojrzała   na   niego   z   góry.   Pomiędzy   siniakami   i 

skaleczeniami na jego twarzy znów widniał gniew. Z groźną miną ostrzegł:

– Nie słuchaj plotek. Uwierz w nie. Jestem niebezpieczny.
Znów ją straszył. W świetle dnia, po tym, jak była dla niego miła i opatrzyła 

mu rany. Gdyby nie był poważnie poturbowany, uderzyłaby go. Wyrwała rękę i 
zerknęła na służących. Sztywna twarz pani Trenchard dowodziła, że musiała 
słyszeć   przynajmniej   fragment   tej kłótni.  A lokaje  wyciągali  uszy,  żeby   coś 
usłyszeć.

Ale to chyba nie miało znaczenia. Cała sytuacja była nie do zniesienia, i ona, 

panna   Hannah   Setterington,   nie   mogła   pozwolić,   żeby   ten   mężczyzna   ją 
zastraszył.

– Pleciesz bez sensu. Nie muszę tego słuchać.

background image

– Co zamierzasz zrobić?
Podniosła   kawałek   mięsa   i   ostrożnie   przyłożyła   mu   do   podbitego   oka,   a 

następnie odsunęła się do tyłu, żeby obejrzeć rezultaty swojej pracy.

– Wyglądasz wyjątkowo idiotycznie. – Podeszła, pochyliła się, wzięła do 

ręki   filiżankę   z   wystygłą   już   czekoladą   i   powiedziała   cichym,   pełnym 
zawziętości głosem: – Wsiadam do najbliższego pociągu do Londynu.

Już odwracała się, żeby odejść, gdy złapał ją za spódnicę.
– Pani Trenchard, proszę zapytać ciotkę Spring, czy mogłaby się mną zająć.
Pani Trenchard dygnęła i pospiesznie podążyła do jadalni.
–   Co   ty   sobie   wyobrażasz?   –   zapytała   Hannah.   –   Nie   możesz   mnie   tu 

zatrzymać siłą.

– Siłą? – Zdjął mięso z oka, ukazując obitą twarz. – Nie. Nie potrzebuję siły.
Patrząc na intensywność spojrzenia zdrowego oka Dougalda, pomyślała, że 

zaraz się na nią rzuci. Odstawiła filiżankę na stół, żeby móc się bronić.

Bronić się albo powitać go... co za łamigłówka!
Nie wiedziała już, co by chciała zrobić. Przez ostatnie lata nie związała się z 

nikim i była dumna z narzuconego sobie ograniczenia. Patrzyła na mężczyzn, 
przystojnych,   starających   sieją   oczarować,   uwieść   słodkimi   słówkami   i 
mocnymi uściskami, i czuła dla nich pogardę. Inteligencją, a niekiedy ostrzejszą 
reprymendą studziła ich zapały, odsłaniając ich prawdziwe oblicze obrażonych 
chłopców i niezaspokojonych bestii. Wyobrażała sobie, że jest ostoją prawości, 
fortecą   na   tyle   silną,   że   nie   można   jej   było   zdobyć   zwykłym   wdziękiem   i 
męskim czarem.

Teraz zrozumiała, że wcale nie była silna. Po prostu tamci mężczyźni nie 

byli dla niej wyzwaniem.  Tamci  mężczyźni  nie byli Dougaldem.  Ich ciała i 
dusze nie budziły w niej namiętności, gdyż żaden z nich nie był partnerem, 
przeznaczonym jej przez naturę.

Natura dbała, żeby dwa ciała połączyły się w namiętności dla podtrzymania 

gatunku. Natura nie rozumiała, że kobieta może chcieć być czymś więcej niż 
tylko reproduktorem.

Patrząc   na   twarz   swojego   męża,   słysząc   jego   groźby,   świadoma,   czego 

pragnął,   i   wiedząc,   że   zaplanował   jej   pojmanie   jakby   była   domowym 
zwierzęciem, które uciekło z domu, Hannah ciągle jeszcze czuła gorące, leniwe 
pożądanie, gnieżdżące się w jej brzuchu.

Musiała położyć temu kres. Jeśli Dougald się domyślał, a gdy chodziło o 

zwierzęce namiętności zawsze był wyjątkowo bystry, będzie postępować tak, 
żeby   uczynić   ją   nieszczęśliwą   i   czerpać   z   tego   przyjemność.   Nie   miała 
wątpliwości, jakie podejmie kroki: Będą one miały wiele wspólnego z jej na 
długo pogrzebanymi uczuciami i dwoma nagimi ciałami.

Oderwała się od swoich myśli z niesmakiem, jakiego młoda Hannah nigdy 

nie   odczuwała.   Musiała   zakończyć   tę   scenę.   W   jakiś   sposób   musiała   się 

background image

wydostać   z   tego   pomieszczenia,   zanim   Dougald   spróbuje   się   jej   narzucać   i 
zanim zbyt szczerze mu powie, co sądzi o swoim postępowaniu w młodości i o 
nękających ją teraz, godnych pogardy, uczuciach.

Założyła ręce na piersiach i spojrzała na Dougalda.
– Jestem panną Hannah Setterington, właścicielką Akademii Guwernantek. 

Nie znoszę gróźb.

Podobnie zimnym i zdecydowanym głosem odpowiedział jej:
– Ja ci nie grożę.
Zwarli się wzrokiem,  mocując  się bez słów. Żadne nie chciało odwrócić 

spojrzenia. W drzwiach pojawiła się ciotka Spring.

– Obawiam się, kochany chłopcze, że nie umiem zbyt dobrze bandażować 

ran. Będzie ci lepiej w rękach panny Setterington.

Hannah i Dougald przerwali pojedynek.
– Nie dlatego cię tu poprosiłem, ciociu – odezwał się Dougald.
Pospieszyła ku niemu.
– Co więc mogę dla ciebie zrobić? Przesadnie akcentując wyrazy, zapytał:
– Czy to prawda, że znasz rodzinę Burrouhgsów? To nazwisko nic Hannah 

nie   mówiło.   Próbowała   wyrwać   spódnicę   z   jego   uchwytu.   Ciotka   Spring 
zamrugała na widok ich zmagań.

– Ależ tak, mój drogi. To, co z nich zostało. Tylko dwójka staruszków, co za 

wstyd. – Odwróciła się do panny Minnie, ciotki Isabel i ciotki Ethel, które, 
wiedzione   ciekawością,   wsunęły   się   za   nią   do   pokoju.   –   Dougald   pyta   o 
Burroughsów.

–   Znamy   ich   –   ożywiła   się   ciotka   Isabel.   –   Mili   ludzie,   chociaż   trochę 

sztywni.

– Sztywni? – fuknęła panna Minnie. – Zadzierają nosa.
W drzwiach pojawił się sir Onslow, który nigdy nie omijał sposobności do 

podyskutowania.

–   Owszem,   ale   ta   rodzina   mieszkała   tu   jeszcze   przed   czasami   Tudorów. 

Niektórzy skłonni są przyznać, że mają prawo być zarozumiali.

– Co z tego, skoro teraz ród wymrze – oświadczyła ciotka Isabel. – Nie mają 

nikogo.

Dougald miał w zabandażowanej dłoni spódnicę Hannah.
– Mówiłaś, że w młodości stracili syna, niedługo po tym, jak nie zgodzili się 

na jego ślub z niejaką panną Carolą Tomlinson.

Hannah tak gwałtownie przestała się wyrywać, że zatoczyła się na Dougalda. 

Złapała równowagę w ostatniej chwili, zanim usiadła mu na kolanach. Szybko 
odwróciła   się   do   niego   twarzą.   Siedział   jak   na   tronie,   zacięty   i   ponury. 
Mężczyzna, który znał jej sekrety. Mężczyzna, który wiedział, jak pociągać za 
sznurki.   Mężczyzna,   który   znał   nazwisko   jej   matki   i   który   wiedział,   jak 
rozpaczliwie Hannah pragnęła dowiedzieć się, skąd pochodziła. Wiedział, że 

background image

któregoś dnia przybędzie do Lancashire i zostanie tu, bez względu na jego słowa 
i czyny, żeby mieć szansę poznania swoich dziadków. Być może to on subtelnie 
wskazał jej właściwy kierunek poszukiwań.

Nic dziwnego, że był taki pewny siebie.
– Burroughs – wymówiła na próbę. – Burroughs. – Nazwisko jej ojca. Nigdy 

go nie znała. Matka nigdy jej nie powiedziała. Próbowała się dopytywać, ale jej 
dociekania sprawiały matce tyle bólu, że zwlekała i zwlekała, aż było za późno – 
matka nie mogła jej już nic powiedzieć.

Tymczasem Dougald znał nazwisko jej dziadków, rodziców jej ojca. Pełna 

rozpaczy, jaką zrozumieć może tylko sierota, zwróciła się do ciotki Spring:

– Czy... może mi pani powiedzieć, gdzie oni mieszkają?
Ciotka Spring uśmiechnęła się do niej.
– Znasz ich, moja droga?
– Nie, ale...
– Pewnie przyjaciele rodziny – zawyrokowała ciotka Ethel.
– Tak. – Hannah rozejrzała się wokół i spostrzegła, że spojrzenia wszystkich 

skupione   są   na   niej.   Nie   pomyślała   o   tym,   że   będzie   musiała   im   wszystko 
wyjaśnić. Czemu miała się tłumaczyć? Wyobrażała sobie, że przez dłuższy czas 
będzie mogła dyskretnie zbierać informacje. Nie przypuszczała, że na zamku 
Raeburn będzie na nią czekał Dougald, sprawiając, iż dalszy pobyt stanie się dla 
niej nie do wytrzymania. I że jednocześnie nie będzie mogła wyjechać. – Chyba 
można to tak określić, chociaż minęło już tyle lat... prawdopodobnie mnie nie 
znają.

– Mam pomysł,  ciociu Spring. Może  zaprosisz  ich, żeby  nas  odwiedzili, 

powiedzmy za miesiąc? Do tego czasu panna Setterington zadomowi się u nas i 
będziemy wiedzieć nieco więcej o niej i jej związkach z rodziną Burroughsów – 
zawołał Dougald głosem pełnym udawanego zaskoczenia.

Ciotka Spring klasnęła w dłonie.
– Świetny pomysł, chłopcze! Zaraz do nich napiszę.
–   Zachowaj   w   tajemnicy   jej   obecność   –   poradził.   –   Nie   chcemy,   żeby 

dowiedzieli się o niej za wcześnie.

– Będzie bardzo miło zobaczyć ich twarze – zgodziła się ciotka Spring. – 

Czy jest to dla pani do przyjęcia, panno Setterington?

Hannah   patrzyła   na   twarz   ciotki   Spring,   ożywionej   i   radosnej.   Widziała 

roześmiane twarze pozostałych ciotek, czekających na jej decyzję. Dostrzegła, 
że sir Onslow bacznie się jej przygląda. Spojrzała na Charlesa i panią Trenchard, 
obserwujących tę scenę jak wierni służący, których przyszłość zależała od słów, 
jakie   padną.   W   końcu   wbiła   wzrok   w   zadowolonego   z   siebie   Dougalda, 
pokancerowanego, ale jak zawsze niepokonanego.

Uginając   się   przed   nieuniknionym,   rzekła:   –   Bardzo   chętnie.   Bardzo   mi 

będzie miło.

background image

ROZDZIAŁ12

Czyżby naprawdę myślała, że pozwoli jej uciec? Dougald obserwował, jak 

Hannah wychodziła z pokoju w otoczeniu starszych pań, które przygarnął pod 
swoje skrzydła, i roześmiał się cicho. Z goryczą.

Wkrótce po zniknięciu Hannah zabrał się za próbę zidentyfikowania, kim 

byli jej dziadkowie. Wyobrażał sobie, że podaruje jej tę wiedzę w prezencie, 
który przekona dziewczynę, że postąpiła słusznie, wracając do niego. Ale ona 
nigdy   nie   wróciła,   jemu   zaś,   niby   żebrakowi,   pozostała   w   garści   tylko   ta 
informacja. Zapłaci mu za to. Zapłaci tak, jak on zażąda.

Świadomy był obecności Seatona, który usiadł po jego prawej stronie, ale 

nie zwracał uwagi na kuzyna. Niech Seaton pierwszy zabierze glos. Dougald 
posłucha,   co   kuzyn   ma   do   powiedzenia.   Uważał   bowiem,   że   to   Seaton 
zamordował   dwóch   ostatnich   panów   na   zamku   Raeburn   i   próbował   zabić 
następnego.

Dougald złapał ją w pułapkę. Znowu. Zupełnie. W każdy możliwy sposób.
Hannah stała w oknie przestronnego, słonecznego pokoju znajdującego się w 

zachodniej wieży i spoglądała na wschodnią wieżę. Była tam uwięziona żona 
innego lorda Raeburna, która wybrała wolność, rzucając się z okna.

Chociaż  Dougald jej nie uwięził, ani też ona nie miała  zamiaru  kończyć 

samobójczą śmiercią, to jednak czuła się tak, jakby przekręcił klucz w drzwiach. 
W jej żołądku wszystko się kotłowało. Nigdy nie czuła się tak jak teraz, nawet 
wówczas, gdy zagroził, że ją zamorduje. Tamto było pogróżką, słowami, które 
miały   nią   wstrząsnąć.   Opanowała   się   wtedy,   bo   nie   wierzyła,   żeby   mógł 
popełnić   morderstwo.   Przecież   był   jej   kochankiem.   Znała   jego   ciało,   jego 
namiętność, byli ze sobą tak blisko, jak tylko może się zbliżyć dwoje ludzi. Tak 
przynajmniej   sądziła.   Może   ich   bliskość   była   zwykłą   ułudą,   wytworem 
młodzieńczej wyobraźni i potrzebą posiadania kogoś, kto by ją kochał. A teraz 
Dougald stał pośród jej pragnień, wiążąc ją nimi.

Rozmyślania Hannah przerwał głos ciotki Ethel.
– Śmiało, Spring, zapytaj ją.
Hannah skuliła się, zastanawiając się, jakich oczekują wyjaśnień.
Wznoszący się ponad zamkiem pokój w wieży był oświetlony słońcem od 

rana do wieczora. Ciotki skupiły się wokół długiego stołu, na którym rozłożone 
były   różne   przedmioty,   będące   obiektem   ich   najwyższego   zainteresowania. 
Przed szkicownikiem panny Minnie stał wazonik z jedną z cennych róż ciotki 
Ethel.   Liczne   szlifowane   kamienie,   srebrne   oprawy   i   narzędzia   jubilerskie 
zgromadzone   zostały   koło   krzesła   ciotki   Spring.   Teleskop   ciotki   Isabel 
wymierzony był w błękitne niebo. Każde wolne miejsce zajmowały fragmenty 
haftu i kawałki gobelinu. Pokój wyglądał, jakby był zasłany jaskrawymi nitkami 
w   kolorze   królewskiego   granatu   i   purpury,   szkarłatu   i   bladej   moreli.   Pod 

background image

największym oknem rozstawione były cztery ogromne warsztaty tkackie.

Krosna. Co też staruszki robiły z krosnami?
– Zapytaj ją, Spring. Musimy wiedzieć, czy to ona.
Hannah wpatrywała się w zielone, falujące wzgórza za oknem, ale doskonale 

słyszała   wysoki   głos   ciotki   Isabel.   Słyszała   je   wszystkie,   bowiem   mówiły 
głośno, ze względu na słaby słuch jednej z dam. Najwyraźniej w tym pokoju nie 
było żadnych tajemnic.

Hannah napięła się, kiedy ciotka Spring przydreptała do niej i zapytała:
– Droga panno Setterington, czy to prawda?
– Zależy, o co pani pyta – ostrożnie odpowiedziała Hannah.
– Interesuje nas tylko jedno. – Ciotka Spring zmrużyła krótkowzroczne oczy. 

– Czy to prawda, że znasz naszą kochaną królową?

Hannah   napotkała   jej   szczere   spojrzenie.   To   nie   było   pytanie,   jakiego 

oczekiwała.   Zapewne   po   scenie   przy   śniadaniu   cały   zamek   aż   huczał   od 
domysłów   na   temat   związku   Hannah   z   Dougaldem.   Musiało   o   tym   krążyć 
mnóstwo plotek. I na temat jej rodziny. Na temat jej nieprawego pochodzenia.

– Pytają mnie panie, czy znam królową Wiktorię? – powtórzyła zdumiona 

Hannah.

– Tak. Dokładnie o to nam chodzi.
Czemu to interesowało ciotkę Spring? I co Hannah miała jej odpowiedzieć?
Tak. Hannah znała królową Wiktorię. Nie miała wątpliwości, w jaki sposób 

ciotka Spring się o tym dowiedziała. Przecież Dougald śledził Hannah. Każdy 
aspekt   jej   życia   został   przebadany,   każde   wydarzenie   zostało   zanalizowane. 
Najwyraźniej Dougald postanowił przekazać tę informację ciotkom.

– Owszem, spotkałam jej królewską mość – przyznała Hannah. – Wspierała 

moją Akademię Guwernantek.

Ciotka   Spring   zerknęła   z   podnieceniem   na   pozostałe   starsze   panie   i 

radosnym głosem zawołała:

– To prawda, dziewczęta!
Ciotka Ethel, a za nią ciotka Isabel z szelestem spódnic ruszyły pospiesznie 

do przodu, a ich loki podskakiwały w rytm kroków.

– Powiedziała, że to prawda?
–  Tak,  Isabel,  to prawda.  – Panna  Minnie,  wyraźnie wymawiając   słowa, 

zwróciła się do ciotki Isabel, po czym z błyszczącymi oczami i podnieceniem 
widocznym na twarzy pospieszyła ku pozostałym paniom.

– Musisz nam teraz wszystko opowiedzieć. – Ciotka Ethel miała na rękach 

ogrodnicze rękawiczki, a w dłoniach trzymała nożyczki. Przed przyjściem tutaj 
zajęta była pielęgnowaniem licznych kwiatów doniczkowych, znajdujących się 
w pomieszczeniu. – Czy jej królewska wysokość jest naprawdę taka młoda i 
ładna jak na portrecie?

– Jest bardzo ładna i bardzo młoda jak na odpowiedzialność, która na niej 

background image

spoczywa.

Hannah nie raz dziękowała swoim gwiazdom, że nie urodziła się, by rządzić 

Anglią.   Każdemu   krokowi   królowej   towarzyszyła   pompa   i   ceremonialność. 
Miała dla siebie jedynie te chwile, kiedy z małżonkiem i z dziećmi udawała się 
na wypoczynek do Szkocji.

– Mamy  tu jej portret. – Ciotka Isabel pokazała jej małe  płótno, replikę 

oficjalnego portretu koronacyjnego. – Czy tak właśnie wygląda?

– Bardzo podobnie – powiedziała Hannah. Ciotki wymieniły spojrzenia.
Czemu tak bardzo je to interesowało?
– Czy widziałaś jej małżonka? – zapytała ciotka Spring.
  –   Księcia   Alberta?   –   Większość   ludzi   okazywała   zainteresowanie, 

dowiedziawszy   się,   że   Hannah   poznała   parę   królewską,   tym   razem   jednak 
odnosiła wrażenie, że spełnia wręcz marzenia tych starszych pań. – Owszem, 
zostałam przedstawiona im obojgu.

–   Mamy   też   jego   podobiznę.   –   Z   przepaścistej   kieszeni   fartucha   panna 

Minnie   wyciągnęła   pożółkły   wycinek   z   gazety.   –   To   nie   żaden   pochlebny 
portret, tylko prawdziwa podobizna. Czy tak właśnie wygląda?

– Dokładnie tak. – Hannah przyjrzała się ich podekscytowanym minom. – 

Musicie mi teraz powiedzieć, dlaczego o to wszystko pytacie.

Ciotka Ethel zdjęła rękawiczki i położyła je koło nożyczek.
Ciotka Spring złapała Hannah za rękę.
– Chodź, siadaj tutaj.
Hannah podążyła za nią ku siedzeniom. Krzesła i fotele zgromadzone były 

wokół żelaznego pieca, rozpalonego pomimo otwartych okien, przez które do 
środka wdzierało się ciepłe marcowe powietrze. Ciotki zbiły się w gromadkę. 
Hannah  zauważyła,  że  po  osiągnięciu  pewnego   wieku  skóra  kobiet  staje   się 
cieńsza,   kości   bardziej   kruche,   jak   u   ptaków,   i   ciepło   jest   czymś   bardzo 
pożądanym.   Grube   zasłony   w   oknach   i   przesłonięta   fioletowym   aksamitem 
jedna ściana miały wyeliminować przeciągi, które tak bardzo hulały w sypialni 
Hannah.

Dziewczyna   usiadła   na   krzesełku   najbardziej   oddalonym   od   pieca, 

podciągnęła rękawy i zapytała:

– Dlaczego tak bardzo interesuje panie królowa Wiktoria?
Ciotka Spring spojrzała na swoje towarzyszki.
– Śmiało, Spring – skinęła głową panna Minnie. – Powinnaś powiedzieć 

pannie Setterington, co zrobiłyśmy.

–   Tak.   –   Ciotka   Spring   usiadła,   ale   natychmiast   podskoczyła,   jak 

podekscytowane   dziecko.   –   Przez   wiele   lat   mój   brat   był   właścicielem   tego 
majątku.

–   Tak   mi   mówiono.   –   Hannah   nie   miała   zielonego   pojęcia,   jaki   to   ma 

związek z królową Wiktorią.

background image

–   Rupert   zawsze   był   dziwakiem,   świadomym   swojej   pozycji.   Zawsze 

opowiadał   o   obowiązkach,   jakie   przed   nim   stały.   I   straszny   był   z   niego 
dusigrosz.   –   Ciotka   Spring   potrząsnęła   głową.   –   Tutaj   się   urodziłam   i   tu 
mieszkałam przez całe moje życie, on zaś zachowywał się tak, jakbym odbierała 
mu chleb od ust.

Opowiadana przez ciotkę Spring smutna historia była dość typowym opisem 

losów niezamężnych kobiet w Anglii.

–   Wyobrażam  sobie,   że   sprawiał,   iż   czuła   się   pani   bardzo   niezręcznie   – 

delikatnie zauważyła Hannah.

Ciotka Spring skrzywiła się.
– Nie... nie był zbyt nieprzyjemny. Raczej niezadowolony ze wszystkiego, 

typ człowieka uskarżającego się na to, że powieszono go na jedwabnym sznurze. 
Nawet kiedy kochany Lawrence poprosił o moją rękę, Rupert wygadywał na 
jego ubóstwo. Jakbym nie mogła być szczęśliwsza jako żona żołnierza niż jako 
stara panna na utrzymaniu brata! – Kiwnęła głową z taką energią, że aż loki 
podskoczyły. – Gdyby nie odmowa Ruperta, miałabym szczęśliwe życie u boku 
Lawrence’a. Został zabity na Półwyspie, do końca zachowywał się jak bohater... 
Przynajmniej   miałabym   o   wiele   więcej   wspomnień...   –   Pełnymi   smutku   i 
zamyślenia oczami patrzyła prosto przed siebie.

W   pokoju   zapanowała   cisza.   Hannah   zauważyła,   że   przyjaciółki   ciotki 

Spring wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i smutno uśmiechnęły się do 
siebie.

Ciotka   Isabel   pochyliła   się   ku   Hannah   i   poklepała   ją   po   ręce,   mówiąc 

jednocześnie gromkim głosem, nie pasującym do chwili:

– Przykra jest świadomość, że jedna z nas mogła choć przez krótki czas być 

szczęśliwą mężatką, że tak przyziemna rzecz, jak pieniądze, uniemożliwiła ten 
związek i że okropna śmierć na zawsze przerwała tę miłość.

–   Ach,   nie!   Nadal   go   kocham,   a   on   kocha   mnie.   Pewnego   dnia   znów 

będziemy razem, on, ja i kochane maleństwo... – Ciotka Spring dotknęła czoła, 
jakby zabolała ją głowa, po czym w przypływie energii klasnęła w dłonie. – 
Tymczasem   mam   moje   przyjaciółki,   dzięki   którym   czuję   się   szczęśliwa. 
Lawrence   był   moją   prawdziwą   miłością,   a   prawdziwie   zakochany   pragnie 
szczęścia swojej wybranki.

– Piękna myśl – rzekła Hannah, myśląc jednocześnie, że to kolejny dowód, 

iż   Dougald   nigdy   jej   nie   kochał.   Chociaż   właściwie   nie   potrzebowała   tego 
dowodu.   Dougald   chciał,   żeby   była   nieszczęśliwa   i   udawało   mu   się   to. 
Chwilami miała wrażenie, że ma na czole wypisane słowo „bastard". I dlatego 
właśnie przyjechała do Lancashire: żeby odnaleźć swoje korzenie.

Oczywiście, Dougald szybko to odkrył. Wiele lat temu powiedziała mu, jak 

bardzo chce poznać swoje pochodzenie. Wtedy uznał jej pragnienie za głupotę. 
Wytłumaczył   jej,   że   powinna   żyć   dla   niego.   Każdy   rozsądny   człowiek 

background image

wiedziałby, że Hannah się przeciwko temu zbuntuje. Ale nie Dougald. Aż do tej 
chwili. Chwili, kiedy mógł wykorzystać swoją wiedzę w celu przygotowania 
zasadzki.

Jej   spojrzenie   spoczęło   na   ciotce   Spring.   Starsza   pani   była   dla   Hannah 

szansą   ucieczki.   Ciotka   Spring   znała   rodzinę   Hannah,   prawdopodobnie 
wiedziała, gdzie mieszkają. Co mogłoby ją powstrzymać przed odwiedzeniem 
dziadków,   przedstawieniem   się   jako  ich   wnuczka   i   miłym   spędzeniu   u   nich 
czasu?

Przyłożyła dłoń do szyi i poczuła szybkie uderzenia serca.
Czy groziło jej coś ponad brutalne odtrącenie?
– Spring, moja droga – odezwała się ciotka Ethel. – Miałaś opowiedzieć 

pannie Setterington, dlaczego chcemy, żeby odwiedziła nas królowa Wiktoria.

Hannah nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się na nogach.
– Chcecie, żeby królowa Wiktoria złożyła wam wizytę? Tutaj?
–   Droga   panno   Setterington,   prawdziwa   dama   nie   krzyczy.   –   Robiąc   tę 

uwagę, panna Minnie jednocześnie groźnie spojrzała na ciotkę Ethel.

–   Bardzo   przepraszam.   –   Ciotka   Ethel   miała   zakłopotaną   minę.   – 

Zamierzałam Spring opowiedzieć o wszystkim.

– Panna Setterington nie krzyczała. Po prostu tym razem mówiła głośno i 

wyraźnie. – Ciotka Isabel pociągnęła Hannah za spódnicę. – Masz skłonności do 
tego, żeby bełkotać, kochanie.

– Postaram się poprawić – powiedziała oszołomiona Hannah.
– A teraz siadaj, kochanie, i daj Spring wszystko wyjaśnić.
Przerażona   Hannah   opadła   na   krzesełko.   Bez   względu   na   to,   co   chciała 

powiedzieć ciotka Spring, nic nie mogło wyjaśnić, co miał na myśli Dougald, 
mówiąc staruszkom, że Hannah zna jej królewską wysokość. Czy oczekiwały, 
że   napisze   do   królowej   i   zaprosi   ją   do   zamku   Raeburn?   Dlaczego?   Czyżby 
Dougald sądził, że taka wizyta umocni jego pozycję? Jeśli tak, to nie doceniał 
jej możliwości.

– Po śmierci żony Ruperta zajmowałam się jego synami, a kiedy dorośli i 

zaczynałam się zastanawiać, co począć ze swoim życiem – uśmiechnęła się do 
panny Minnie – moja wieloletnia przyjaciółka straciła brata i dom. Wówczas 
zrozumiałam, że świetnie się nadajemy do wspólnego zamieszkania.

Panna   Minnie   bez   przerwy   obserwowała   ciotkę   Spring.   Hannah   miała 

wrażenie, że jej ponure spojrzenie zawiera w sobie zarówno ciepłe uczucia, jak i 
irytację nieskładną narracją.

– A potem mój mąż zwrócił uwagę na tę małą pokojówkę, i kiedy byłam na 

skraju załamania, droga Minnie opowiedziała o mnie kochanej Spring, która 
zaoferowała mi schronienie – wtrąciła ciotka Ethel.

Wszystkie panie skierowały wzrok na ciotkę Isabel, czekając na jej historię.
– Mój mąż umarł. Niech stary cap spoczywa w pokoju. W żaden sposób nie 

background image

zabezpieczył   mojego   życia,   ale   Spring   oświadczyła,   że   wszyscy   przyjaciele 
Ethel i Minnie są też jej przyjaciółmi i... naprawdę nie miałam wyboru. – Po 
czym   ciotka   Isabel   dodała   pospiesznie:   –   Naprawdę   jestem   szczęśliwa   i 
wdzięczna, że mogę tu mieszkać, chcę tylko podkreślić, że byłam w ogromnej 
potrzebie. Nie przybyłam tutaj jedynie dla rozrywki.

– Jego lordowska mość musiał być... – zaczęła Hannah.
– O tak. był bardzo wzburzony, że zamierzam dzielić się jego wielkością z 

moimi przyjaciółkami. Jęczał i stękał, jakby miał robaki w brzuchu. – Ciotka 
Spring przyłożyła palce do ust i zapatrzyła się w okno. – Hmm, nigdy się nad 
tym nie zastanawiałam. A może naprawdę miał robaki?

– Teraz to nieistotne – zwróciła uwagę panna Minnie.
Ciotka Spring spojrzała na nią niepewnie.
– Po śmierci spotkała go nagroda – wyjaśniła panna Minnie. – Albo kara.
–   Racja   –   skinęła   głową   ciotka   Spring.   –   Jako   chrześcijanka   powinnam 

cierpieć   po   jego   śmierci.   Ale   gdy   zmarli   chłopcy,   jego   synowie,   a   moi 
bratankowie, stał się nie tylko nieprzyjemny, ale też ponury i nietowarzyski.

Ciotka Ethel wstała, nerwowo zaplotła ręce, rozplotła je i złączyła na nowo.
–   To   były   jego   dzieci.   Nie   ma   nic   straszliwszego   niż   przeżyć   śmierć 

własnych dzieci.

Hannah zrozumiała, że to następna smutna historia, tak smutna, że ciotka 

Isabeel przysunęła się bliżej do przyjaciółki i pogładziła ją po poprzecinanej 
żyłkami ręce.

Z oczami pełnymi łez ciotka Spring powiedziała łamiącym się głosem:
– Wiem, Ethel, wiem.
– Może nie powinnyśmy rozwodzić się nad takimi smutnymi tematami. – 

Panna Minnie znacząco kiwnęła głową w stronę ciotki Ethel. – Zamiast tego 
powiedzmy pannie Setterington, dlaczego chcemy spotkać królową Wiktorię.

– Tak, kochana – rzekła ciotka Spring. – Właśnie to robiłam.
– Może mogłaby pani wyjaśnić mi bliżej powody zaproszenia królowej – 

zasugerowała Hannah.

Ciotka Spring wskazała na stół.
– Mamy coś dla niej.
– Dla królowej?
– Tak, i chcemy, żebyś napisała do niej, że powinna tu przyjechać.
– Ale królowa nie przyjedzie na moje żądanie!
–   Musi.   –   Ciotka   Spring   nerwowo   podniosła   głos   i   przyłożyła   rękę   do 

policzka. – Musisz do niej napisać, żeby przyjechała, żebyśmy mogły jej dać... 
dać... tę rzecz.

Wobec takiej sklerozy ciotki Spring pozostałe staruszki zesztywniały.
– Jaką rzecz? – zapytała Hannah.
– Tę, którą robimy – upierała się ciotka Spring. – Och, nie mogę znaleźć 

background image

właściwego słowa.

Od drzwi odezwała się pani Trenchard. – Słowo nie ma znaczenia, panienko 

Spring. Może pani po prostu pokazać pannie Setterington, co robicie, gdy tylko 
wypijecie herbatę.

– O tak! – Ciotka Spring klasnęła w dłonie. – Kochana Judy, czy przyniosłaś 

śmietankowe ciasteczka?

– Naturalnie, panienko Spring. Dobrze wiem, jak bardzo je pani lubi. – Pani 

Trenchard wjechała do pokoju nakrytym białą serwetą wózkiem, zastawionym 
najprzeróżniejszymi   ciasteczkami,   drobnymi   kanapkami   i   dwoma   parującymi 
czajniczkami z herbatą. Rozstawiając filiżanki i spodeczki, zapytała:

 – Jak się paniom podoba wasza nowa opiekunka?
Ciotka Isabel zwróciła się do ciotki Ethel:
– Co ona powiedziała?
–   Chce   wiedzieć,   czy   polubiłyśmy   pannę   Setterington   –   głośno   odparła 

ciotka Ethel.

– Oczywiście, że ją polubiłyśmy. – Ciotka Isabel uśmiechnęła się do Hannah 

łobuzersko. – Zna królową.

Hannah odpowiedziała jej uśmiechem.
– Przemiła dziewczyna – rzekła ciotka Ethel.
– Jest taka uprzejma.
Komplementy ze strony ciotki Spring były łatwe do przewidzenia i chociaż 

Hannah podejrzewała,  że starsza  pani niezwykle   rzadko wypowiadała się o 
kimś źle, to dzięki jej słowom poczuła ciepło w sercu.

– Świetnie się nadaje – oświadczyła panna Minnie. 
Hannah poczuła się dumna, słysząc aprobatę panny Minnie.
Pani Trenchard rozstawiła talerzyki.
– Panno Setterington, chyba podbiła pani ich serca, i to tak prędko.
Komentarz pani Trenchard nie wydawał się zbyt szczery. Prawdopodobnie 

pragnęła być zwolniona z mozolnego obowiązku opiekowania się ciotką Spring, 
z drugiej jednak strony nie chciała być tak łatwo zastąpiona. Hannah mogła to 
zrozumieć.   Bardzo   się   tego   wstydziła,   ale   odkąd   sprzedała   Akademię 
Guwernantek, od czasu do czasu marzyła o tym, żeby Adornie nie wszystko 
układało się jak po maśle.

Powiedziała więc:
–   Miałam   nadzieję,   że   w   dogodnej   dla   pani   chwili   zapytam,   jak   mogę 

najlepiej służyć pannie Spring i pozostałym paniom, pani Trenchard.

–   Z   radością   pani   pomogę   –   uśmiechnęła   się   pani   Trenchard,   wyraźnie 

zadowolona   z   okazywanego   przez   Hannah   szacunku.   –   Czy   chcecie   panie, 
żebym została i nalała herbatę?

–   Kochana   Judy,   jesteś   zajęta.   –   Ciotka   Spring   objęła   za   ramiona 

gospodynię. – Możesz  wracać do swoich obowiązków, same  się obsłużymy. 

background image

Wiem, ile masz roboty w dniu, na który przypada pranie.

– Owszem. Dziękuję, panienko Spring. – Pani Trenchard stała sztywna w 

objęciach   ciotki   Spring   i   zwlekała   z   odejściem,   z   wyraźną   przyjemnością 
przyglądając się ciotkom, które zachwalały Hannah po kolei różne ciastka.

Panna   Minnie   nalała   doskonałą   herbatę:   gorącą,   pachnącą,   w   kolorze 

ciemnego bursztynu. Jedzenie było pyszne, godne królewskiego podniebienia... 
Hannah   przywołała   się   do   porządku.   Przecież   szaleństwem   było   wyobrażać 
sobie,   że   królowa   Wiktoria   przyjedzie   do   zrujnowanego   zamku   Raeburn 
specjalnie po jakąś błahostkę, wykonaną przez cztery ekscentryczne staruszki. 
Na czym polegał plan Dougalda?

Powoli sączyła herbatę.
– Kiedy będę mogła zobaczyć, co panie przygotowały dla królowej?
Ciotki porozumiały się wzrokiem i odstawiły swoje filiżanki.
– Jeśli chcesz, to nawet zaraz – powiedziała ciotka Spring.
Zapominając   o   obecności   pani   Trenchard   poprowadziły   Hannah   ku 

zasłoniętej fioletowym aksamitem ścianie. Gospodyni uprzątnęła po jedzeniu, 
zerkając w stronę Hannah i ciotek po części z tęsknotą, po części z ulgą, po 
części z poczuciem winy. W końcu opuściła pokój, wypychając wózek.

Ciotka Ethel i ciotka Isabel chwyciły dwa sznurki mocujące aksamit i stały 

drżące, czekając na instrukcje.

– Jest pani gotowa, panno Setterington? – zapytała ciotka Spring.
Na co gotowa? Hannah skinęła głową.
–   Pokażcie   jej   –   zakomenderowała   panna   Minnie.   Ciotka   Ethel   i   ciotka 

Isabel odsunęły na boki zasłonę, odsłaniając gobelin.

Nie byt to zwykły gobelin. Ogromny, wspaniale zakomponowany, bogato 

zdobiony   arras   przedstawiał   jej   wysokość   królową   Wiktorię   w   stroju 
koronacyjnym, u boku księcia Alberta.

Hannah wpatrywała się w to dzieło z zachwytem. Po jakimś czasie udało jej 

się zamknąć usta, ale nie oderwała wzroku od pracy ciotek. Mający trzy metry 
wysokości i pięć szerokości gobelin zajmował całą ścianę. To było nowoczesne 
dzieło   sztuki,   wykonane   zapomnianą,   starodawną   techniką.   Te   słabe, 
niedosłyszące, porzucone przez bliskich staruszki osiągnęły swój cel, mając do 
dyspozycji cztery warsztaty tkackie i swój ogromny talent.

Hannah stała przepełniona podziwem dla ich zdolności i sprawności.
Słabe,   niedosłyszące   i   porzucone   przez   bliskich   staruszki   wierciły   się   z 

niecierpliwości.

– Powiedz, co o tym myślisz – zażądała ciotka Isabel.
– Te szczegóły... ta precyzja...
Królowa Wiktoria na arrasie wyglądała jak prawdziwa królowa Wiktoria, a 

książę Albert, chociaż miał jeden policzek większy od drugiego, nie mógłby być 
wzięty za kogoś innego.

background image

–   Wspaniałe   –   powiedziała   Hannah   do   ciotki   Isabel,   starając   się   mówić 

wyraźnie.

– Mówiłam wam, że jest udany! – oświadczyła triumfalnie ciotka Isabel.
– Jak długo pracowałyście panie nad nim? – spytała Hannah.
– Od jej narodzin w tysiąc osiemset dziewiętnastym roku – odpowiedziała 

ciotka Ethel.

– Dwadzieścia cztery lata. – Hannah była zdumiona, że wykonały gobelin w 

tak krótkim czasie. – Jej wysokość naprawdę musi... – ugryzła się w język. 
Królowa Wiktoria naprawdę powinna zobaczyć to dzieło, ale bez pozwolenia 
Dougalda Hannah nie ośmieliłaby się wysłać zaproszenia. – Zapiera dech w 
piersiach.

–   Przyjrzyj   się   tłu.   Użyłyśmy   różnych   symboli   dla   przedstawienia   jej 

władzy.   –   Ciotka   Spring   wykonała   zamaszysty   ruch   ręką,   obejmując   nim 
większą   część   gobelinu.   –   Isabel   dodała   słońce   i   księżyc   i   zaproponowała 
błyszczące gwiazdy dla podkreślenia majestatu królowej.

– Ten ciemny błękit stwarza zachwycające tło. – Hannah zrobiła dwa kroki 

do tyłu, zdumiona ogromem pracy włożonej w arras i pomysłowością ciotek.

Ciotka Ethel wskazała na otwartą szkatułkę z biżuterią.
–   Ciotka   Spring   zaproponowała,   żeby   przedstawić   drogie   kamienie   jako 

symbol bogactwa narodu.

–   Kolory   są   doprawdy   niezwykłe.   –   Hannah   przysunęła   się   bliżej, 

podziwiając je.

–   Ethel   dodała   róże,   czerwone   i   białe,   w   nawiązaniu   do   historii   Anglii, 

różowe,   symbolizujące   wieczną   młodość   jej   królewskiej   mości,   i   kolce... 
widzisz je? – Panna Minnie wskazała na cierniowe gałęzie, wijące się w dole 
obrazu – mające demonstrować, że Anglia sama  potrafi się bronić i nikt jej 
nigdy nie podbije.

– Jakie to mądre. I jak wspaniale przemyślane. – Hannah nie mogła oderwać 

wzroku   od   harmonijnego   gobelinu,   pełnego   symboli   i   wielkości.   –   Kto   go 
zaprojektował?

– Minnie. Zrobiła szkice, a kiedy zgodziłyśmy się na nie, podzieliłyśmy je na 

części. Każda z nas miała do utkania dwa fragmenty. Potem złożyłyśmy je ze 
sobą i zszyłyśmy... – Ciotka Spring z podnieceniem zatarła dłonie. – Wszystko 
zrobiłyśmy same. Nie dałyśmy szwaczkom nawet się tego dotknąć. Chciałyśmy, 
żeby to był tylko nasz dar dla królowej Wiktorii. A więc podoba ci się?

– Wspaniały. – Hannah brakowało już określeń, na jakie zasługiwał arras.
– Czy jest godzien królowej? – zapytała panna Minnie.
Hannah wstrzymała na chwilę oddech i powiedziała wprost:
– Będzie zaszczycona, otrzymując taki dar.
–   Zaprosisz   ją   więc   do   zamku   Raeburn?   –   Niebieskie   oczy   ciotki   Ethel 

zabłysły.

background image

Cóż mogła powiedzieć? Jak odpowiedzieć? Chcąc zyskać na czasie, Hannah 

zwlekała z deklaracją, licząc na natchnienie.

–   Mogą   sobie   chyba   panie   wyobrazić,   że   rozkład   zajęć   królowej   jest 

niezwykłe napięty i przygotowywany z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Gdy 
do niej napiszę, upłyną miesiące, a może nawet...

– Chcesz nam powiedzieć, że królowa do nas nie przyjedzie? – przerwała jej 

panna Minnie.

Można   było   polegać   na   tym,   że   panna   Minnie   obnaży   wykrętne   słowa 

Hannah   i   zażąda   prostej   odpowiedzi.   Dziewczyna   jeszcze   raz   zerknęła   na 
gobelin. Jej wzrok przykuło szczere, przenikliwe spojrzenie królowej Wiktorii. 
Hannah nie mogła kłamać ciotkom, nie mogła odmówić im swojej pomocy. Tak 
bardzo   tego   pragnęły.   Zasługiwały   na   to,   żeby   oddać   królowej   hołd   swoim 
rękodziełem, królowa zaś zasługiwała na to, żeby zobaczyć efekt ich oddania.

– Proszę zrozumieć, nic nie mogę obiecać. Może nigdy nie przyjechać.
– Wiemy. Jest królową Anglii. Ale jeśli jej nie zaprosimy, to na pewno nie 

przyjedzie – zauważyła ciotka Spring.

– Co najgorszego może zrobić królowa? Wyśle list przepraszający? – Panna 

Minnie opadła na krzesło. Ręce jej się trzęsły. – Musimy spróbować, bo inaczej 
nasz wysiłek pójdzie na marne. Oczekiwanie na tę chwilę trzymało nas przy 
życiu.

Widząc pergaminowo-białą twarz panny Minnie i sposób, w jaki pozostałe 

panie pospieszyły, by poklepać ją po plecach i podać sole trzeźwiące, Hannah 
uwierzyła jej. W gruncie rzeczy, jeśli królowa nie zawita szybko do zamku, 
panna Minnie może nie dożyć triumfu starszych pań i ich dzieła.

–   Grzeczność   wymaga,   żebym   najpierw   porozmawiała   z   lordem,   zanim 

wystosuję zaproszenie.

– To nas zadowala. – Panna Minnie odsunęła od siebie sole trzeźwiące. – 

Sądzisz, że będziemy miały czas, by poprawić twarz księcia Alberta? Potrafię 
nieźle rysować, ale nie mam zbyt wielkiej wprawy w tkaniu, a nie jestem zbyt 
zadowolona z jego nieco krzywych rysów.

– Zgadzam się, mógłby mieć bardziej symetryczną twarz. – Mając w pamięci 

ogromne   przywiązanie   królowej   Wiktorii   do   małżonka,   Hannah   dodała:   – 
Zapewniam, że będzie dość czasu, żeby go utkać ponownie.

– Doskonale. – Panna Minnie wskazała na gobelin. – Wezwijcie lokajów, 

żeby zdjęli tkaninę. Natychmiast zabierzemy się do roboty.

background image

ROZDZIAŁ13

Charles, mając na względzie ogromną drażliwość swojego pana, ostrożnie 

zamknął   drzwi   urządzonego   po   spartańsku   gabinetu   Dougalda.   Ale   Dougald 
natychmiast   spostrzegł,   że   jego   wierny   służący   był   zakłopotany.   I   Dougald 
wiedział dlaczego.

U drzwi pojawiła się Hannah.
Przerwał pracę, odrywając pióro od ksiąg rachunkowych.
– Słucham, Charles?
– Milordzie, pani chce z panem rozmawiać... znowu.
– Doprawdy? – Dougalda ogarnęło niezwykłe pragnienie. Pragnienie, żeby 

się  uśmiechnąć.  Niemal  przez  dwa tygodnie  unikał rozmowy   sam  na sam z 
Hannah. Bardzo go to bawiło, prawdopodobnie nawet za bardzo, ale wybaczył 
sobie tę słabostkę. Ignorowanie Hannah wydawało się drobnym rewanżem za 
tyle lat zmartwień i hańby.

– Błaga o rozmowę, milordzie. – Charles wypowiedział słowa z galijską 

teatralną przesadą.

Aktorska przesada niewiele dała.
– Błaga? – parsknął Dougald. – Trochę wątpię.
– Być może nie wyraziła się tak dosłownie, ale bardzo prosi o chwilę czasu, 

żeby zadać panu jedno pytanie.

Dougald   i   bez   rozmowy   z   Hannah   wiedział,   o   co   jej   chodziło.   Chciała 

dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie, a może również tego, jakie miał plany 
wobec   ich   małżeństwa.   O   żadnej   z   tych   spraw   nie   zamierzał   teraz   z   nią 
dyskutować. Pozna odpowiedź na oba te pytania wtedy, kiedy on zechce, nie 
wcześniej.

– Powiedz, żeby sobie poszła. Nie mam czasu na rozmowy  z opiekunką 

mojej ciotki. – Pochylił głowę, wracając do długich kolumn liczb. Planowanie 
dochodów i wydatków majątku Raeburn było trudnym zadaniem.

Charles westchnął. Dougald nie rozumiał, dlaczego służący nie pochwalał 

znęcania   się   swojego   pana   nad   żoną.   Przecież   zawsze   uważał   Hannah   za 
straszliwą zawadę, dumny był też z roli, jaką odegrał w usunięciu jej z życia 
Dougalda.   Wtrącał   się   do   ich   małżeństwa.   A   potem   chełpił   się   przed 
Dougaldem, że ocalił go przed nieszczęśliwym związkiem. Przechwalał się, a 
tymczasem   nie   było   nic   gorszego   niż   samotność   i   obawa,   które   się   potem 
pojawiły.

Dougald   nadal   wstydził   się   nieco,   że   pozwolił   tak   sobą   manewrować. 

Pozwolił, żeby jego własna duma i niewiedza oraz opinia Charlesa zniszczyły 
jego małżeństwo. Dougald odkrył również, że uczucie wstydu powodowało, iż 
stawał się bardziej bezlitosny dla Hannah.

– Charles!

background image

Charles rozjaśnił się, jeśli można tak powiedzieć o człowieku, na którego 

obliczu stale widniała melancholia.

– Słucham, milordzie?
– Czy dowiedziałeś się czegoś o śmierci ostatnich dwóch lordów?
Twarz Charlesa przybrała swój zwykły, ponury wyraz.
– Oui, milordzie, chciałem jednak porozmawiać o tym z panem wówczas, 

gdy poświęci mi pan swoją pełną uwagę. Teraz zaś madame...

–   Może   poczekać.   –   Dougald   wytarł   pióro   i   położył   je   na   bibularzu.   – 

Pozwól tutaj. Siadaj. Powiedz, czy moje podejrzenia są uzasadnione.

Zakłopotany Charles spojrzał na drzwi.
– Ale madame czeka. Powinienem jej powiedzieć...
–   Panna   Setterington   –   znacząco   podkreślił   Dougald   –   jest   tylko 

zatrudnionym tu pracownikiem. Może czekać na rozmowę ze mną tak długo, jak 
zechcę. Siadaj i opowiedz mi o rezultatach twojego śledztwa.

– Jak pan każe, milordzie. – Dziesięć lat temu Charles byłby urażony tonem 

Dougalda   i   okazałby   to.   Teraz   posłuchał   skwapliwie,   wiedząc,   że   jest 
poddawany nieustannym próbom. Starzejący się Francuz, który przez całe życie 
dbał o powodzenie rodziny Dougalda, usiadł na krześle, twarzą zwrócony do 
siedzącego za biurkiem lorda. Oparł ręce na kolanach i zaczął mówić:

– Pierwszy raz przybyłem do zamku Raeburn pięć lat temu, kiedy na pański 

rozkaz szukałem rodziny madame... panny Setterington. Mówiło się wówczas w 
okolicy o śmierci młodych synów pana. Zdecydowanie był to wypadek, chyba 
żeby morderca potrafił w jakiś sposób wywołać sztorm na morzu.

Dougald kiwnął głową. Słyszał o tym już tyle, że był w stanie zaakceptować 

takie wyjaśnienie.

– Podobno stary lord umierał raczej z powodów naturalnych, związanych z 

podeszłym wiekiem, niż z jakiejś innej przyczyny. Oczywiście wiedziałem o 
pańskich prawach do tytułu...

Dougald nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w Charlesa.
– A ja nic wówczas o tym nie słyszałem. Skąd wiedziałeś?
– Pański ojciec...
–   Oczywiście.   Mój   ojciec.   –   Charles   nie   musiał   dodawać   nic   więcej. 

Dougald   świetnie   pamiętał   pazerną   pogoń   ojca   za   tytułami,   zaszczytami   i 
bogactwem.   Wszystko   w   imieniu   rodziny   Pippardów.   Wszystko   dla   chwały 
rodu. A teraz sam stał się podobny do ojca.

Dougald na chwilę przymknął  oczy i pomyślał o czekającej za drzwiami 

Hannah, siedzącej, a może chodzącej i przeklinającej go. Będzie matką jego 
dziecka,   nosicielką   dalszej   chwały   Pippardów.   Miał   nadzieję,   że   doceni 
zaszczyt, jaki ją spotykał. On ze swej  strony  postara się,  żeby  jak najmniej 
skorzystała ze swojej pozycji żony lorda.

– Powracałem tu od czasu do czasu... – ciągnął dalej Charles.

background image

– Dlaczego?
– Spodobała mi się ta okolica, więc kiedy łaskawie udzielił mi pan urlopu, 

wróciłem.

Dougald wbił wzrok w sługę. Oczywiście to nie była prawda. Charles nigdy 

nie wyjeżdżał bez powodu. Wrócił do Lancashire, żeby sprawdzić prawa do 
tytułu w nadziei, że los wynagrodzi jego pana. Tak też się stało.

Nie patrząc Dougaldowi w oczy, Charles kontynuował pospiesznie:
– Jeśli prawdą jest to, co odkryłem, milordzie, to muszę się zgodzić, że obaj 

poprzedni lordowie zostali celowo zgładzeni.

–   Jeden   został   zepchnięty   ze   schodów.   Drugiemu   ułatwiono   upadek   z 

urwiska... – Gdyby Dougald nie znał tak dobrze Charlesa, mógłby pomyśleć, że 
to jego służący stał za tymi zbrodniami. Charles nie widział nic złego w służeniu 
rodzinie   Pippardów   we   wszelki   możliwy   sposób   i   mógł   sądzić,   że 
odziedziczenie   tytułu   złagodzi   niechęć   Dougalda   do   niego.   Ale   Charles   nie 
porwałby się na strzelanie do Dougalda, chociażby z tego powodu, że wraz ze 
śmiercią pana jego własna przyszłość ległaby w gruzach.

Dougald zerknął na swoje ręce. Nadal miał opuchnięty jeden kciuk, który 

bolał   go   przy   zginaniu.   Podejrzewał,   że   palec   mógł   być   złamany   albo 
uszkodzony w stawie. Na twarzy widniał blednący siniak, rozciągający się od 
skroni na czoło. Wygodniej mu też było siedzieć z uniesioną jedną nogą. Nigdy 
dotąd nie został tak sromotnie  pobity i gdyby nie wieloletnie doświadczenie 
wyniesione z ulicznych bójek, mógłby nie wyjść z tego z życiem. Tymczasem 
zostawił za sobą dwóch nieprzytomnych napastników, a trzeciego ze złamaną 
ręką. Wrócił jak najszybciej do zamku Raeburn w nadziei, że pośle kogoś po 
bandytów. Ale nie spał tylko szalony Alfred, który nie chciał wpuścić Dougalda 
do   środka.   Głupi   pijak   wykrzykiwał   coś   o   klątwie   ciążącej   na   rodzinie   i   o 
powrocie ducha, aż obudził krzykami panią Trenchard. Gospodyni natychmiast 
oceniła sytuację, udzieliła mu pierwszej pomocy, posłała po Charlesa i wysłała 
ludzi na poszukiwanie napastników Dougalda. Jednak złoczyńcy przepadli bez 
śladu.

Cholera!   Cholera!   Gdyby   Dougald   schwytał   choćby   jednego   z   nich, 

doszedłby,   kto   stoi   za   niegodziwym   spiskiem   i   szybko   doprowadziłby   do 
powieszenia winowajcy.

– Jak sądzisz, kto to robi? Charles spuścił głowę.
– Jestem marnym człowiekiem, niegodnym czyścić pańskie buty.
– No tak, ale jesteś najinteligentniejszym sługą, jaki kiedykolwiek pracował 

dla mnie.

– Nie umiałem jednak wytropić zabójców poprzednich lordów ani pańskich 

napastników.

–   Seaton   –   wycedził   Dougald.   –   Ten   zwariowany   fircyk   jest   jedynym 

człowiekiem, który mógłby mieć jakiś powód.

background image

Charles wykrzywił twarz, starając się wymyślić nieobraźliwą odpowiedź.
– Z całym szacunkiem dla pańskiej inteligencji i doświadczenia w ocenie 

pańskich rodaków, milordzie, nie wydaje mi się, żeby sir Onslow miał na to 
dość odwagi.

Dougald stale obrażał Charlesa, jednak tym razem odezwał się w sposób 

niemal taktowny.

– Dlatego też wynajmuje rzezimieszków do brudnej roboty. To paskudny 

typ.

– Plotkarz to jeszcze nie morderca. Dougald zmierzył wzrokiem swojego 

lokaja.

– Co masz na myśli?
– Doskonale pan wie, jak łatwo jest fałszywie oskarżyć o morderstwo. Sam 

został pan niesprawiedliwie posądzony. – Charles wyprostował się na krześle. – 
Pomyśl, milordzie, jak bardzo sir Onslow delektuje się historiami związanymi z 
pańskimi domniemanymi zbrodniami. Jak demonstracyjnie zabiega o względy 
madame, chociaż pan od razu okazał, że jest nią zainteresowany.

Tak,  tamtego   pierwszego   dnia   Dougald  wyraźnie   dał   do  zrozumienia,   że 

rości sobie prawa do Hannah. Nie powinien był tego robić, ale nie był wówczas 
sobą.

– Od tamtego czasu zachowuję dystans.
– I wywołuje pan tym jeszcze więcej plotek, milordzie. – Charles zacisnął 

wargi i uniósł do góry rękę, powstrzymując ewentualne protesty Dougalda. – 
Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że po pańskiej gwałtownej śmierci sir Onslow 
byłby głównym, a właściwie jedynym podejrzanym.

– Bo jest spadkobiercą tytułu i majątku.
– Bo rozpowiada oszczerstwa na pana temat. Ten, kto zabił obu pańskich 

poprzedników, zachowywałby się z większą finezją.

Dougald rozparł się na krześle. Charles przedstawił ważki argument. Gdyby 

Seaton był tak zdeterminowany, żeby za wszelką cenę dążyć do wytyczonego 
celu, musiałby knuć i spiskować od lat. I miałby teraz, gdy był tak blisko celu, 
zepsuć   to   wszystko   swoją   chciwością   i   niechęcią   do   Dougalda?   Naturalnie 
wszystko było możliwe, ale...

– Dlaczego tak się przejmujesz tym, że podejrzewam Seatona?
– Bo jeśli się mylisz, milordzie, to osoba czyhająca na twoje życie nadal 

pozostaje nieznana.

– Tak... – Dougald pogładził ciągle jeszcze bolesny siniak na czole.
– Niech pan przynajmniej pozostawi miejsce na wątpliwości. Stale śledzi 

pan sir Onslowa. – To nie było pytanie, bowiem Charles dobrze znał swojego 
pana.

– Tak. – Dougald posłał po trzech detektywów, którzy tropili Hannah. Kiedy 

się   pojawili,   śledzili   Seatona   wszędzie   tam,   gdzie   bywał.   Byli   piekielnie 

background image

kosztowni,   lecz   Dougald   nie   mógł   polegać   na   nikim   z   zamku   Raeburn.   Na 
nikim.

– Nie wiem, kim jest przestępca, ale nie przestanę go szukać, jednocześnie 

uważając na siebie. – Charles przyłożył rękę do piersi. – Póki żyję, jest pan 
bezpieczny.

W zaistniałych okolicznościach odrobina teatralności była dopuszczalna.
– Dziękuję, Charles.
– A teraz, milordzie, czy mogę poprosić pannę Setterington?
Zgoda na teatralność, ale nie na manipulację.
– Nie. – Dougald wziął pióro i umoczył je w kałamarzu.
– Ale panna Setterington czeka... Dougald wycelował pióro w Charlesa.
– Nie chcę słyszeć ani słowa więcej o pannie Setterington.
– Ale milordzie...
– Ani słowa.
Dougald wrócił do pracy.
Hannah   siedziała   pod   gabinetem   Dougalda   z   podkulonymi   nogami   i 

zaciśniętymi ustami, czując rosnące rozgoryczenie. Co się stało z jej mężem? 
Musiała   z   nim   porozmawiać.   Potrzebowała   jego   pozwolenia   na   zaproszenie 
królowej Wiktorii do zamku Raeburn. Zajęłaby mu nie więcej niż minutę, ale 
nie  dano  jej  nawet  tyle  czasu.  A  nie   wypadało  pytać  o  to  przy   kolacji.  Od 
kilkunastu dni co wieczór wychodziła od ciotek i podążała długim korytarzem, 
potem   przez   główną   salę   zamkową   i   kaplicę   do   pozbawionego   okien 
przedpokoju przy gabinecie Dougalda. I codziennie w blasku świec widziała 
siedzącego przy biurku Charlesa, z tymi jego długimi, siwymi, nastroszonymi 
włosami i wielkimi czarnymi oczami o umęczonym spojrzeniu diabła. Mówiła 
mu,   że   chce   rozmawiać   z   Dougaldem.   Charles   udawał   się   do   pokoju   pana, 
zamykając   za   sobą   drzwi.   I   niemal   natychmiast   pojawiał   się   z   powrotem   z 
informacją, że Dougald jest zbyt zajęty, żeby się z nią widzieć.

Dziś   zabrało   mu   to   więcej   czasu.   Właściwie   powinna   była   się   poddać   i 

przesłać wiadomość przez Charlesa. Była jednak uparta. Przeżyła już podobne 
sytuacje podczas swojego małżeństwa i coraz mniej jej się to podobało.

Wstała   i   wyszła   z   przedpokoju   do   kaplicy.   To   maleńkie   pomieszczenie 

leżało   w   najstarszej   części   zamku,   zbudowanej   jeszcze   w   czasach,   gdy 
rywalizowali ze sobą Saksonowie i Normanowie. Na jednej z wysokich ścian 
kaplicy, przez witrażowe okno przedstawiające sceny z życia Świętej Marty, 
wpadało   światło,   rzucając   wielobarwne   cienie.   Wiekowe   krokwie   wspierały 
stare sklepienie. Od góry ściany pokrywały wyblakłe tynki, niżej wyłożone były 
bogato zdobionym, wypolerowanym drewnem.

Ławki   kościelne   błyszczały,   wygładzone   dłońmi   i  ciałami   wielu   pokoleń 

modlących   się.   Małe   drzwiczki   z   boku   ołtarza   prowadziły   do   zakrystii.   Na 
ołtarzu paliły się osadzone w lichtarzach świece. Z kamiennych ścian, tynków i 

background image

drewna promieniował spokój.

Gdyby tylko Hannah mogła odnaleźć ten spokój dla siebie.
– Charles, chcę natychmiast porozmawiać z Dougaldem!
Charles spojrzał z góry na Hannah.
– Pan Pippard jest zbyt zajęty, żeby w czasie pracy zawracać mu  głowę 

domowymi   sprawami.   Proszę   porozmawiać   z   nim   na   pilne   tematy   dziś 
wieczorem.

– Jestem jego żoną. Mam prawo z nim rozmawiać, kiedy mam ochotę!
–   A   najlepiej   by   było,   gdyby   przestała   go   pani   zamęczać   drobiazgami. 

Prawdziwa kobieta dba o wygodę męża po dniu ciężkiej pracy. Pilnuje, żeby w 
domu było czysto, żeby ładnie wyglądała i nigdy nie narzeka.

– Nikt nie musi mi mówić, jak mam dbać o mojego męża.
– Najwyraźniej ktoś musi to pani powiedzieć, skoro nadal tu pani czeka.
Echo tamtego smutnego okresu nadal dźwięczało w jej uszach. Jak Charles 

śmiał   i   nadal   śmie   decydować   o   tym,   że   jej   problemy   są   nieistotne?   I   jak 
Dougald śmie ją w ten sposób ignorować? W końcu była dawną właścicielką 
Akademii Guwernantek. Młode damy drżały pod jej przenikliwym wzrokiem. A 
teraz   nie   mogła   nawet   wejść   do   gabinetu   Dougalda   i   zmierzyć   go   swoim 
stalowym spojrzeniem!

Odwróciła się i zerknęła na zamknięte drzwi do gabinetu. Charles siedział w 

środku bardzo długo. Może to oznaczało, że zaspokoił wreszcie swoją dziecinną 
potrzebę, by kazać jej czekać, i w końcu z nią porozmawia.

– Na miłość boską, Hannah, czy w kółko musisz mówić o tym sklepie z 

ubraniami? Jestem zmęczony twoimi jękami.

– Nie jęczę, przypominam ci tylko o twojej obietnicy.
– Zapomnij o niej! Czy nie utrzymuję cię na wysokim poziomie? Czy nie 

masz   służby,   zaspokajającej   wszystkie   twoje   zachcianki?   Czy   nie   masz 
najmodniejszych kreacji?

Hannah ogarniała rozpacz.
– Tak, tak, ale nie tego pragnę. Powiedz chociaż Charlesowi, żeby pozwolił 

mi prowadzić dom. Nie mam nic do roboty!

– Nie bądź głupia! Większość kobiet byłaby szczęśliwa, mogąc żyć jak ty. – 

Dougald zmarszczył brwi. – Musisz przestać skarżyć się na Charlesa i nauczyć 
się z nim dogadywać. To mój najbardziej zaufany sługa i nie pozbędę się go dla 
dziewczęcego kaprysu.

– Nie ufasz mi tak, jak jemu.
– Nie bądź głupia, kochanie. – Dougald przyciągnął ją do siebie i pocałował 

w czoło. – Jesteś moją żoną.

To nie była odpowiedź. Wiedziała to już wówczas.
Najbardziej obawiała się tego, że Dougald uważa, iż teraz pragnie być z nim 

tak samo mocno, jak pragnęła w tamtych czasach, kiedy byli razem. Nie chciała. 

background image

Codziennie widywała Dougalda podczas śniadania i obiadu. I gdyby częściej 
musiała oglądać jego obcy, sardoniczny, demoniczny wyraz twarzy, dostałaby 
mdłości i wysypki. Nie tylko spotykała go podczas posiłków, musiała być dla 
niego uprzejma. Musiała udawać szacunek dla jego pozycji lorda i nie irytować 
się, gdy żądał od niej codziennego „raportu z działalności”. Musiała odzywać 
się do niego grzecznie, a jeśli podczas rozmowy zasugerowała, że powinien jej 
pomóc   w   ustaleniu   obowiązków,   Dougald   natychmiast   wykorzystał   to,   żeby 
powiedzieć, iż da jej znać, gdy tylko będzie do tego gotowy.

Musiała   położyć   kres   jego   wpatrywaniu   się   w   nią.   Obserwował   ją 

bezustannie. Przysłuchiwał się, kiedy mówiła. Prześladował ją swoją milczącą, 
pełną   krytyki   uwagą.   Gdyby   mogła   porozmawiać   z   nim   swobodnie,   bez 
podsłuchiwania   przez   Seatona   czy   ciotki,   powiedziałaby   mu,   że   nic   jej   nie 
obchodzi   jego   zainteresowanie   i   że   spokojnie   może   przestać   ją   próbować 
zastraszać, bo na nią to nie działa.

Wstrząśnięta niesprawiedliwością losu usiadła w pierwszej ławce w kaplicy, 

patrząc przed siebie. Czy nie istniał już tamten Dougald, którego poślubiła? Czy 
istniał   kiedykolwiek,   czy   też   był   wytworem   jej   wyobraźni?   Zupełnie   nie 
poznawała tego ponurego, zamyślonego lorda, który nawet się nie silił, żeby 
ukryć ciemne strony swej duszy. Gdyby poznała go dopiero teraz, gdyby nie 
znała prawdy, uwierzyłaby bez trudu, że zabił swoją żonę.

Może powinna zachować ostrożność podczas rozmowy z nim.
Jeśli kiedykolwiek będzie miała po temu okazję.
Musiało   istnieć   jakieś   wyjście   z   tej   sytuacji.   Może   znajdzie   je   tutaj.   Od 

sześciuset lat ten ołtarz był sercem zamku. Schody były wyślizgane przez setki 
stóp   ludzi   pragnących   przyjąć   komunię.   Sam   ołtarz   zbudowano   z   drewna 
dębowego i tak starannie oczyszczono i nawoskowano, iż wyraźnie widać było 
słoje złocistego drewna. Z brzegów ołtarza zwieszała się śnieżnobiała, starannie 
wyprasowana i bogato haftowana serweta.

Ta kaplica była świadkiem narodzin i śmierci, w jej murach odbywały się 

liczne chrzciny i pogrzeby. Chociaż prywatne niedole Hannah nawet nie mogły 
się   równać   z   takimi   odmieniającymi   całe   życie   wydarzeniami,   dziewczyna 
pochyliła głowę, prosząc o pomoc.

Kiedy   ją   z   powrotem   uniosła,   energicznie   się   rozejrzała,   oczekując,   że 

znajdzie przed sobą „cudowne" rozwiązanie. W niebieskim świetle wpadającym 
przez   witraż   dostrzegła   nierówną   plamę   na   ścianie   po   lewej   stronie   ołtarza. 
Znajdowała się tuż nad podłogą – jeden z drewnianych elementów wyglądał tak, 
jakby został oderwany od muru. Zerknęła w stronę gabinetu Dougalda. Drzwi 
uporczywie pozostawały zamknięte. Podeszła, żeby obejrzeć uszkodzoną deskę. 
Kiedy uklękła, przekonała się, że albo deska przegniła, albo została oderwana od 
ściany jakimś ostrym narzędziem. Czy jakieś dziecko beztrosko uszkodziło ją w 
zabawie? A może jakiś urażony służący próbował zniszczyć kaplicę lorda?

background image

Hannah chwyciła w palce brzeg odstającej deski. Tak jak się spodziewała, 

panel był nie umocowany. Kiedy odsunęła go na bok, dostrzegła pod nim nie 
tynk, jak oczekiwała, ale ciemne wgłębienie w kamiennej ścianie zamku. Może 
coś zostało tam ukryte... Żeby zajrzeć do środka, potrzebowała świecy.

Zaczęła się podnosić i uderzyła się w głowę. Mocno. Tak mocno, że upadła 

na kolana i przez krótką chwilę widziała jedynie wirujące czarne i czerwone 
plamy.   Kiedy   oprzytomniała,   jej   głowa   spoczywała   na   podłodze,   a   skądś 
dobiegał głos Charlesa.

– Madame! Madame! Jest pani chora? Nachylał się nad nią. Hannah poczuła 

się głupio, 

– Uderzyłam się w głowę – powiedziała. 
Charles ujął ją pod ramię i pomógł jej wstać.
– O co? – zapytał sceptycznie.
Spojrzała   w   górę,   ale   musiała   zmrużyć   oczy,   oślepiona   światłem, 

wpadającym przez okno.

–   Nie   wiem.   Nie   wiedziałam   nawet,   że   stoję   pod   czymś,   ale   kiedy 

próbowałam się podnieść...

Charles poprowadził ją ku ławce.
– Proszę usiąść, madame. Marnie pani wygląda.
– Powtarzam ci, że uderzyłam w coś głową!
– Wierzę pani – rzekł łagodnym głosem, czym jeszcze bardziej ją zirytował. 

Nie sprawiał wrażenia przejętego jej stanem, zajęty rozglądaniem się dookoła, a 
kiedy zamierzała warknąć na niego, żeby zostawił ją w spokoju, wskazał na 
podłogę.

– Proszę spojrzeć, to było to. 
– Co?
Charles pochylił się i podniósł rzeźbiony kawałek drewna.
– Musiał odpaść od którejś krokwi.
Hannah ostrożnie spojrzała do góry i zlustrowała belki.
– Skąd mógłby odpaść?
– Jest bardzo ciemno, a drewno jest stare i spróchniałe. Powiem mojemu 

panu, że powinien wyremontować kaplicę, zanim komuś stanie się krzywda. 
Zanim komuś stanie się większa krzywda – poprawił się natychmiast. – Czy 
mogę zasugerować, żeby udała się pani na górę do swojego pokoju i położyła? 
Wyjaśnię ciotkom, że źle się pani czuje i przyślę kogoś z posiłkiem. Po takim 
uderzeniu powinna pani odpocząć.

Jego   uprzejmość   wywarła   wprost   przeciwny   skutek   i   rozdrażniła   ją. 

Doskonale wiedziała, co to wszystko znaczy.

–   Czyjego   lordowska   mość   porozmawia   ze   mną?   Charlesowi   udało   się 

przybrać skruszoną pozę, załamał nawet ręce.

– Przykro mi, madame, ale pan nie ma czasu.

background image

– W zasadzie nie chcę go widzieć. Wiesz o tym, prawda?
– Rozumiem to, madame.
– Mam tylko jedno pytanie, na które jedynie on może odpowiedzieć.
– Może gdyby powiedziała mi pani, o co chodzi, mógłbym je przekazać 

panu...

Syknęła.
– Może lepiej nie – ustąpił.
– Bawi się w jakieś gierki i przegra – powiedziała.
– Obawiam się, że ma pani rację.
Charles próbował ją zadowolić, czym znów rozdrażnił ją jeszcze bardziej. 

Dougald   w   coś   grał,   a   ona   nie   miała   żadnej   szansy,   żeby   wygrać,   o   czym 
wiedziała i ona, i Charles.

– Nie spodoba mu się to, co się stanie.
– Proszę robić, co się pani podoba, madame – rzekł z ukłonem.
Wstała, rozwścieczona uprzejmością służącego; głowa bolała ją tak bardzo, 

że nie mogła znieść przyjaznego Charlesa. Nagła ciemność przesłoniła jej pole 
widzenia i przez kilka upokarzających chwil walczyła z mdłościami.

–   Chyba   powinienem   odprowadzić   madame   do   jej   sypialni   –   powiedział 

Charles.

– To nie będzie konieczne, mój dobry człowieku. – Odetchnęła głęboko parę 

razy i uspokoiła się. – Jedno uderzenie nie wystarczy, żeby mnie powstrzymać.

– Widzę.
Podejrzewała Charlesa o sarkazm, ale zareagowanie na niego wiązało się ze 

zbyt   wielkim   wysiłkiem.   Powoli,   ostrożnie   wyszła   z   kaplicy,   przeszła 
korytarzem, weszła po schodach i po krótkiej chwili wahania, czy nie powinna 
wrócić do ciotek, udała się do swojego pokoju. Tam wyciągnęła swój składany 
sekretarzyk, usiadła przy stoliku, stojącym obok wąskiego łóżka i zaczęła pisać 
list.

Do mojej Łaskawej Pani, królowej Wiktorii...

background image

ROZDZIAŁ14

–   Droga   Ethel,   sądzę   że   biała   nitka   będzie   lepsza   na   żabot   naszego 

kochanego księcia Alberta. – Głos ciotki Isabel rozległ się głośnym echem w 
pracowni ciotek.

– Nie, kochana, chcę użyć ciemniejszej włóczki, bo zaczynam tkać cień. – 

Ciotka   Ethel,   na   którą   właśnie   przypadała   kolejka   przy   krosnach,   zawzięcie 
broniła swoich racji.

– Myślę, że odrobina białej...
– Nie, kochana, taki błąd popełniłyśmy za pierwszym razem...
Ciotki Ethel i Isabel znajdowały się w najlepiej oświetlonej, przewiewnej 

części   pomieszczenia,   gdzie   tworzony   był   arras.   Panna   Minnie   oraz   ciotka 
Spring i Hannah siedziały przy jednym z ogromnych okien, wykorzystując przy 
pracy promienie zachodzącego słońca. Hannah pochyliła głowę nad robótką i 
uśmiechała   się,   słuchając   sprzeczki   starszych   pań   na   temat   żabotu   księcia 
Alberta. Cztery ciotki były jak dzieci, skore do kłótni, uparte i każda na swój 
sposób zawzięta. Jednak jednoczył je wspólny cel: pragnęły, żeby gobelin dla 
królowej był doskonały.

Ciotka Spring, polerując jeden z kamyków, znalezionych na dnie strumyka, 

odezwała się:

– Mówiłam Isabel, żeby nie podchodziła, dopóki Ethel nie skończy.
Panna Minnie odłożyła szkicownik i zdjęła okulary.
– Chciałabym, żeby nie lekceważyły moich decyzji. Ustaliłam każdy kolor, 

który ma być użyty. – Potarła czubek nosa. – Chyba muszę je przypilnować.

Hannah dotknęła ręki panny Minnie.
– Proszę mi pozwolić to załatwić. Staruszka opadła na krzesełko.
–   Zrobi   to   pani,   panno   Setterington?   Ma   pani   zdolności   dyplomatyczne, 

których mi brakuje.

Panna   Minnie   rzadko   prawiła   komplementy,   toteż   Hannah   pojaśniała, 

słysząc   szorstką   pochwałę.   Wstała   i   podeszła   do   obu   starszych   pań, 
debatujących nad przewagą wybielonej białej nici nad niewybieloną. Przerwała 
im bez skrupułów, gdyż inaczej nigdy nie miałaby szansy, żeby się odezwać:

– Światło jest coraz gorsze, ale z tego, co widzę, praca posuwa się naprzód.
–   Chciałam   skończyć   ten   rządek,   zanim   przerwę   na   dziś   –   zaczęła 

lamentować ciotka Ethel.

Hannah   cofnęła   się   o   krok,   żeby   objąć   wzrokiem   fragment   gobelinu.   W 

ciągu trzech tygodni, gdy była w zamku Raeburn, wypruły z arrasu fragment 
zawierający podobiznę księcia Alberta, wyplotły nici od góry aż do poziomu 
ramion księcia i rozpoczęły nużący proces odtwarzania na nowo jego twarzy 
oraz   tła.   Każdy   kolorowy   kawałek   tkaniny   musiał   być   utkany   oddzielnie   i 
przyszyty   do   sąsiednich.   Ciotki   pracowały   powoli   i   systematycznie,   żeby 

background image

uniknąć   błędów.   Hannah   nadzorowała   pracę.   Panna   Minnie   była   artystką. 
Pozostałe trzy ciotki na zmianę siadały przy krosnach. Hannah miała nadzieję, 
że nie skończą swego dzieła przed następnym Bożym Narodzeniem, jednak przy 
entuzjazmie starszych pań gobelin mógł zostać wykończony na jesieni, a może 
nawet pod koniec lata.

– Oczywiście, ciociu Ethel, powinna pani robić to, co pani chce, ale przy tym 

świetle... – Hannah potrząsnęła głową. – Obawiam się, że właśnie taki pośpiech 
był przyczyną poprzednich kłopotów z księciem Albertem.

Ciotka Ethel odłożyła wrzeciono.
– Bardzo wysilałam wzrok.
– Chodź, moja droga. – Isabel ujęła Ethel pod ramię i pomogła jej wstać. – 

Pójdziemy sprawdzić, czy pani Trenchard przyśle nam kolację na górę, czy też 
mamy się przebrać i zejść na dół do jadalni.

Wyszły, urocze jak zwykle, a Hannah zaczęła analizować list, który tydzień 

temu wysłała do Londynu. Jak szczęśliwe byłyby te starsze panie, gdyby jej 
królewska mość odpowiedziała! Naturalnie list to nie to samo co goszczenie 
królowej   Wiktorii,   oglądającej   gobelin   w   całej   jego   doskonałości.   Hannah 
wyobrażała sobie czasem, że królowa, oczarowana honorami, jakie jej oddano, z 
właściwym sobie wdziękiem dziękuje ciotkom, Hannah tymczasem stoi u jej 
boku i uśmiecha się szyderczo do zaskoczonego Dougalda. Zdrowy rozsądek 
zawsze kazał jej jednak zapominać o tych marzeniach i zmuszał do powrotu do 
rzeczywistości. Do rzeczywistości, w której królowa Wiktoria nigdy nie będzie 
miała   czasu   na   taki   gest.   Do   rzeczywistości   zaludnionej   przez   sympatyczne 
staruszki, pajacowatego Charlesa, licznych służących oraz męża, który złapał ją 
w pułapkę, groził jej, a potem całkowicie ją zaczął ignorować.

I nie mogła opuścić tej rzeczywistości, zanim nie spotka swoich dziadków, 

bo inaczej będzie żałować do samej śmierci. Nawet gdyby i tak mieli ją odtrącić.

–   Ładnie   wygląda,   prawda?   –   Ciotka   Spring   stanęła   obok   Hannah   i 

delikatnie dotknęła gobelinu.

–   Będzie   doskonały.  –   Hannah   patrzyła   na   stojącą   koło  niej,   niewysoką, 

miłą,   siwiejącą   starszą   panią.   Minnie   siedziała   z   przymkniętymi   oczami, 
zbierając siły na pozostałą część dnia. Teraz Hannah miała szansę bez przeszkód 
zadać pytanie, jakie nurtowało ją od pierwszego dnia pobytu w zamku. Jeśli 
chciała wziąć sprawy w swoje ręce, to był właściwy moment.

– Ciociu Spring, czy zaprosiła pani Burroughsów?
– Oj, kochanie, a czy miałam to zrobić?
Hannah pochyliła głowę, czując ból w sercu. Właśnie to był powód, dla 

którego   ciotka   Spring   potrzebowała   opieki.   Czasem   zapominała   o   różnych 
rzeczach.   O   drobnych   sprawach,   jak   choćby   rozmowa   o   Burroughsach.   I   o 
ważnych   sprawach,   jak   to,   gdzie   znajduje   się   jej   sypialnia.   Wszyscy   jej 
pomagali. Pozostałe ciotki, pani Trenchard, sir Onslow, służba... ale nie można 

background image

było zostawiać jej samej, bo mogła się zagubić w krętych korytarzach zamku 
Raeburn.

– Jeśli chcesz, mogę ich zaprosić – rzekła ciotka Spring. – Znasz ich?
– Nie osobiście. Słyszałam o nich.
– Może twoi rodzice ich znali?
– Tak. – O tak! – Moi rodzice.
–   Burroughsowie   to   przemili   ludzie,   odrobinę   starsi   ode   mnie.   –   Ciotka 

Spring przysunęła się do Hannah i wyszeptała: – Nie lubię plotkować...

Wszystkie ciotki uwielbiały plotki.
–   ...ale   mieli   o   sobie   wysokie   mniemanie.   Hannah   wiedziała.   Wiedziała 

lepiej niż ktokolwiek inny.

– Dlaczego?
Ciotka   Spring   wzruszyła   ramionami,   okazując   wyższość   właściwą   córce 

lorda.

– Z tych samych powodów, co zwykle. Mają pieniądze, a ich rody mieszkają 

tu od zarania dziejów. Ale oboje byli ostatnimi w swoich rodach i mieli tylko 
jedno   dziecko,   syna,   który   umarł   bezpotomnie.   Pozostali   zupełnie   sami.   – 
Pociągnęła   nosem.   –   Mówiłam   im,   że   nie   powinni   byli   przepędzać   tamtej 
młodej kobiety, ale mnie nie słuchali.

Hannah   bardzo   pragnęła   poznać   tę   historię   z   punktu   widzenia   kogoś   z 

zewnątrz, dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się owego lata, dwadzieścia 
osiem lat temu. Spytała więc:

– Jakiej młodej kobiety?
– Panny Caroli Tomlinson.
To nazwisko głośnym rezonansem zabrzmiało w głowie Hannah.
– Tak bardzo kochała Henry’ego.
– Henry. – Hannah delektowała się tym imieniem. To było imię jej ojca.
– On również ją kochał, ale należał do tych młodych ludzi, którzy kochają... 

bez   charakteru.   –   Ciotka   Spring   przebierała   palcami   po   krosnach.   –   A 
dziewczyna była taka urodziwa.

Hannah pamiętała, jak przyglądając się matce, myślała, że jest najpiękniejszą 

kobietą,   jaką   kiedykolwiek   widziała.   Dopiero   kiedy   trochę   dorosła,   zaczęła 
dostrzegać   zmarszczki,   powstałe   na   skutek   zmartwienia   i  ciemne   cienie   pod 
oczami, spowodowane nadmiarem pracy.

– Tak.
– Ale nie miała rodziny. Była guwernantką w sąsiednim majątku.
Hannah wzdrygnęła się.
–   Przepędzili   ją   więc,   a   on   na   to   pozwolił.   –   Ciotka   Spring   podniosła 

przepełnione  łzami  oczy. – Henry wpadł w złe  towarzystwo i trzy  miesiące 
później zginął w karczemnej burdzie. – Hannah wiedziała od matki, że ojciec 
nie żyje, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób matka się o tym dowiedziała. Ale 

background image

w   pewnym   sensie   świadomość   tego,   że   był   nieszczęśliwy   z   powodu   swojej 
decyzji, pomogła. Dziewczyna umiała sobie wyobrazić, że gdyby żył, w końcu 
potrafiłby   zdobyć   się   na   odwagę,   by   przeciwstawić   się   swoim   rodzicom   i 
poślubić pannę Carolę Tomlinson. Czy wiedział o spodziewanych narodzinach 
Hannah?... Obawiała się, że pozostanie to tajemnicą, przynajmniej dopóki nie 
porozmawia ze swoimi dziadkami.

Z dziadkami. Może byli okrutni. Może byli mili. Może nie zasługiwali na 

darowanie im haniebnego losu, jaki zgotowali swojej wnuczce, i może Hannah 
nie będzie stać na wybaczenie. Ale musiała wiedzieć. Musiała ich zobaczyć. 
Weźmie sprawy we własne ręce.

W   przyszłym   tygodniu   przypadało   jej   wolne   popołudnie.   Z   determinacją 

zapytała:

– Gdzie mieszkają Burroughsowie?

background image

ROZDZIAŁ15

Hannah zdobyła informację, po którą przybyła do Lancashire. Ciotka Spring 

udzieliła jej chętnie, nie zdając sobie sprawy z tego, ile znaczyła ona dla Hannah 
i jak zmartwiony będzie Dougald, gdy się dowie, że ją posiadła. Hannah była 
pewna,   że   ciotka   powiedziałaby   jej,   gdzie   mieszkają   Burroughsowie,   nawet 
gdyby zdawała sobie sprawę z sytuacji.

Czemu więc Hannah czuła się winna?
Może dlatego, że zachowała w tajemnicy przed ciotką Spring i pozostałymi 

staruszkami różne sprawy. Starsze panie były takie miłe, biorąc ją pod własne 
skrzydła,   opowiadając   jej   swoje   sekrety   i   sprawiając,   że   praca   dawała   jej 
przyjemność.   Prace   przy   poprawkach   gobelinu   postępowały   wspaniale,   a 
podopieczne były szalenie  sympatyczne, toteż jedyną rzeczą,  która wszystko 
psuła, był Dougald i jego nieznośne przekonanie o własnej wyższości. Gdyby 
nie on, czułaby się zupełnie szczęśliwa. Absolutnie szczęśliwa.

Aby to udowodnić, zaczęła nucić pod nosem, z wysoko uniesioną świeczką, 

podążając   korytarzem   do   swojej   sypialni.   Nie   przejmowała   się   ciemnością, 
ohydnymi, wyblakłymi tapetami na ścianach, cieniami majaczącymi w wątłym 
świetle, zamkniętymi na głucho drzwiami wzdłuż korytarza, a już zupełnie nie 
obchodziła jej samotność, w jakiej się znalazła.

Pani   Trenchard   mówiła   prawdę,   gdy   powiedziała,   że   w   tym   skrzydle 

mieszka jedynie Dougald i Hannah. W tym skrzydle nie tętniło życie, jak w 
części domu zajmowanej przez ciotki. W ciągu dnia przychodziła służba, żeby 
odkurzyć   i   zapastować   podłogi,   nalać   wodę   do   dzbanka   i   zabrać   rzeczy   do 
prania. Jednak w nocy na wywoskowanej, wypolerowanej podłodze każdy krok 
odbijał   się   głośnym   echem   i   Hannah   przyłapywała   się   na   fantazjowaniu   o 
Dougaldzie i o tym, co zamierza mu powiedzieć, jeśli kiedykolwiek go spotka.

Przystanęła   przed   dwuskrzydłowymi   drzwiami   prowadzącymi   do   sypialni 

gospodarza   zamku.   Może   udałoby   się   jej   przydybać   Dougalda   i   powiedzieć 
mu... wszystko. O tym, że jego taktyka uników na pewno jej nie załamie. I że 
była zadowolona, mogąc opiekować się ciotkami. Że nie obchodzi jej to, czy 
kiedykolwiek będą znów żyli jak mąż i żona, i że niemal nie myślała o tym, co 
mogłoby się stać, gdyby znaleźli się w łóżku. Och, i jeszcze to, że... zaprosiła 
królową Wiktorię.

Hannah roześmiała się cicho. Zrobił wszystko, co mógł, żeby udowodnić, iż 

nic go nie obchodzi, ale gotowa była się założyć, że tym zaproszeniem na pewno 
by się przejął.

Zrobiła   krok   w   stronę   drzwi.   Odważna   kobieta   zapukałaby   do   nich   i 

porozmawiała ze swoim pracodawcą. Głupotą było powstrzymywanie się przed 
tym.   Było   to   tchórzostwo,   dowód   na   to,   że   pomimo   jej   zaprzeczeń   taktyka 
Dougalda, żeby ją zdenerwować, odnosiła skutek.

background image

Wyciągnęła   pięść   i   zastukała   w   drzwi.   Chociaż   gruba   warstwa   drewna 

tłumiła   dźwięki,   odgłos   stukania   rozległ   się   w   pustym   korytarzu   głośnym 
echem. Odruchowo się rozejrzała. Nadal było pusto i ciemno. Toteż zastukała 
jeszcze raz.

Nic.   Żadnej   odpowiedzi.   Ze   szpary   pod   drzwiami   nie   wydostawało   się 

światło. Pewnie Dougalda nie było w środku. Czemu więc wyciągnęła rękę i 
ujęła   klamkę?   Poczuła   chłód   metalu.   Zatrzymała   się,   zdumiona   swoim 
szaleństwem.   Po   czym   nacisnęła   klamkę.   Drzwi   otworzyły   się   niemal 
bezszelestnie.

Stanęła w progu i wbiła wzrok w ciemność. Jeżeli wykona następny krok, 

naruszy prywatność Dougalda. Ale zasługiwał na to. Na litość boską, przecież 
kazał ją śledzić w Londynie.

Jednak   wślizgiwanie   się   do   jego   sypialni   wydawało   się   nierozsądne   i 

zupełnie nie leżało w jej charakterze.

Chociaż   w   dzieciństwie   zawsze   była   skora   do   nowych   doświadczeń.   To 

ciekawość wpędziła ją w objęcia Dougalda i w krótkotrwałe małżeństwo. Dobry 
argument, żeby nie wchodzić do sypialni. Chciała jednak się dowiedzieć, jak 
wygląda jego pokój. Przestawiła nogę za próg i ze świeczką w ręce wkroczyła 
do środka.

W  kominku  żarzył  się  węgiel,  rzucając  słabe   światło  na meble  i dywan. 

Salonik był przestronny, a sama sypialnia większa niż ta, w której spała Hannah. 
Jednak dywany były wyblakłe i ponure, obicia foteli zniszczone, tapety, niegdyś 
eleganckie, niewątpliwie miały co najmniej czterdzieści lat, zaś z kominka, tak 
jak mówiła pani Trenchard, dymiło na pokój. Człowiek, który kiedyś ciężko 
pracował, żeby zaznawać przyjemności życia, nadal pracował, ale nie dbał o 
przyjemności i wygody.

– Nędznie tu. – Przesunęła dłonią po brzydkim, zniszczonym obiciu jednego 

z foteli. – Naprawdę paskudnie. Kto wybierał ten materiał? Wioskowy kowal?

–  Wydaje  mi  się,  że  wybierała go  babka  cioci Spring –  rozległ  się  głos 

Dougalda.

Hannah podskoczyła i odwróciła się gwałtownie. Gorący wosk ściekł jej na 

rękę,   którą   instynktownie   zacisnęła   na   świecy.   Dougald   obserwował   ją 
błyszczącymi oczami. Przeszedł przez próg. Szerokimi ramionami zatarasował 
drzwi, a oparte na biodrach ręce sprawiały, że wyglądał jeszcze potężniej. Nie 
mogła przemknąć obok niego.

– Co tu robisz? – zapytała Hannah. Uniósł brwi.
Naturalnie. Przecież to był jego apartament.
– Zastanawiasz się, co tutaj robię? Po prostu... rozglądałam się. – Niedobrze, 

w jej głosie pobrzmiewało poczucie winy. – Chciałam z tobą porozmawiać. – 
No właśnie. Powiedziała to zdecydowanym głosem. Tak było dużo lepiej.

– W pokoju nikogo nie było.

background image

– Pomyślałam, że wejdę i poczekam.
– Co za... zuchwałość z twojej strony.
Jego  kpina przypomniała  jej o oburzeniu,  więc otrząsnęła  się z poczucia 

winy jak kaczka z wody.

–   Gdybyś   się   zgodził   porozmawiać   ze   mną,   gdy   cię   o   to   prosiłam,   nie 

doprowadziłbyś mnie do takiego zachowania.

– Nie chciałem, żebyś mnie zadręczała – rzekł z lodowatą obojętnością.
–   Zadręczała?   –   Zadręczała   zaproszeniem   królowej   do   zamku   Raeburn? 

Zmrużyła oczy. – Czym?

– Pytaniami o nasze małżeństwo. O twoją rodzinę. – Wyciągnął rękę w jej 

stronę. – Najróżniejszymi pytaniami, które przyszłyby ci do głowy.

Kiedy   uważał,   że   zna   jej   myśli,   był   nie   do   zniesienia.   Odparła   więc   z 

wyzwaniem w głosie:

– Nie muszę cię wypytywać o moją rodzinę. Rozmawiałam z ciotką Spring.
Sądziła, że ryknie z wściekłości. Tymczasem uśmiechnął się zimno.
– Podejrzewałem, że to zrobisz. Może nie rozumiał.
– Nie tylko znam nazwisko moich dziadków, wiem też, gdzie mieszkają.
– Rozumiem.
Jak to? Nie wrzeszczał, nie zabraniał?
–   Zamierzam   się   z   nimi   spotkać,   Dougaldzie.   Nie   możesz   mnie 

powstrzymać.

– Ależ naturalnie. Jedź. – Niedbale rozparł się w fotelu. – Opowiedz mi 

potem, co powiedzieli Burroughsowie na twoje niespodziewane pojawienie się i 
twierdzenie, że jesteś ich spadkobierczynią.

– Spadkobierczynią? Czego?
– Mają trochę majątku. Przyjemny dom. Żadnych krewnych. Bardzo bym 

więc chciał zobaczyć, jak zareagują, kiedy się u nich pojawisz i powiesz, że 
jesteś ich dawno utraconą wnuczką.

A więc rozumiał. Rozumiał lepiej od niej.
– Nie interesują mnie ich pieniądze, zresztą jestem pewna, że ich posiadłość 

ktoś odziedziczy. – Od razu spostrzegła słabość swoich argumentów. Nikt nie 
uwierzy, że taka sierota, jak ona, kobieta pracująca na swoje utrzymanie, nie 
była zainteresowana majątkiem dziadków.

– Rozmawiałem z panem Burroughsem. To stary jastrząb, były wojskowy, 

mający niewiele złudzeń i niewiele cierpliwości dla oszustów. Dopytywał się o 
moją przeszłość i pochodzenie. Możesz sobie wyobrazić, co zrobi, kiedy spotka 
niejaką pannę Hannah Setterington? Kobietę, która nawet nie używa nazwiska 
swojej matki?

Dotarła tak daleko! Tyle się dowiedziała! I napotkała taką przeszkodę na 

drodze poszukiwań swojej rodziny!

–   Nie mam żadnych dowodów świadczących o moim pochodzeniu. Jeśli 

background image

prawdą jest to, co mówisz, nigdy nie będę w stanie przekonać ich, kim jestem.

–   Może   zauważą   twoje   podobieństwo   do   swojego   syna?   A   może...   – 

Dougald z udawanym zamyśleniem potarł brodę. – Może istnieją dowody?

– Jakie dowody? – zapytała, z trudem łapiąc powietrze.
Dougald przerwał zabawę.
– Plik listów twojego ojca do twojej matki. Twoja matka zostawiła mi je. To 

dowód, którego będą potrzebowali.

– Listy? Od ojca?  – Ledwo hamowała  radość. Dowód istnienia jej ojca! 

Słowa, które napisał. Słowa, które będzie mogła przeczytać. I nagle pojęła... że 
te listy nic dla Dougalda nie znaczyły. Nic poza przewagą, jaką dawały mu nad 
nią. – Daj mi je – zażądała gwałtownie.

–Nie.
– Jesteś draniem.
– Takimi komplementami nie zdobędziesz mojej przychylności.
Odgarnął z czoła ciemne włosy, przez co jego rysy twarzy nabrały posępnej 

elegancji.   W   bladym  świetle   płomieni   wyraźnie   widać   było   wystające   kości 
policzków i ostry zarys szczęki. Jego ust nie dotknął nawet cień uśmiechu. Nie 
przyglądał jej się swymi ogromnymi oczami, lecz śledził ją spojrzeniem. Nic, co 
robiła,   nawet   najsubtelniejsza   uwaga   czy   zmiana   tonu,   nie   pozostawało 
niezauważone. Ciemne ubranie Dougalda zlewało się z mrokiem otaczającej ich 
nocy,   widziała   jednak   i   czuła   każdy   mięsień   jego   ciała.   Siłę   jego   ramion, 
masywność torsu, szczupłość bioder i mocarność nóg. Owszem, w porównaniu z 
dniem ślubu stracił na wadze, ale ani przez chwilę nie wątpiła, że byłby w stanie 
ją dogonić i pokonać. W tym miejscu, w tym świetle, wyglądał jak mściciel z 
sennych koszmarów, a nie jak kochanek z jej marzeń.

– Co mam zrobić, żeby dostać te listy?
– Sama wiesz.
Czyżby   miał   na   myśli...?   Ależ   oczywiście.   Jeśli   próbował   ją   speszyć, 

świetnie   mu   się   udało.   Powiedział   jej   takie   straszne   rzeczy.   Bez   śladu 
uprzejmości czy uczucia. W tym mrocznym, pełnym dymu pokoju znowu czuła 
przypływ   dawnego   podniecenia,   nowości,   fascynacji...   Oddychała   bardzo 
szybko – czy to zauważył? Zwarła kolana pod suknią, nie wiedziała jednak, czy 
po   to,   żeby   pohamować   drżenie   i   napływającą   wilgoć,   czy   też   po   to,   by 
zachować wrażenie obecności jego ciała. Pragnęła też, i to jak bardzo, żeby 
jeszcze kiedyś mogła uwierzyć tak, jak wierzyła tamtego dnia w pociągu, że 
Dougald ją kocha... i że ona kocha jego. Chciała znaleźć schronienie w mroku, 
otaczającym postać Dougalda.

– Dlaczego nie masz świeczki? – zapytała.
– Chciałem widzieć, jak przechodzisz. Spojrzała na niego zaskoczona. Stał i 

przyglądał się, gdy przechodziła korytarzem? Czyżby było tak ciemno, czyżby 
była   tak   bardzo   pogrążona   w   myślach,   że   go   nie   zauważyła?   I   czy...   czy 

background image

obserwował ją wcześniej? Kiedy śpiewała albo...

– Mówisz do siebie – rzekł Dougald.
Nie   mogła   zaprzeczyć.   Mówiła   do   siebie,   kiedy   była   zdenerwowana   lub 

samotna, a gdy szła korytarzem, często odczuwała i jedno, i drugie. Jak szalona 
usiłowała sobie przypomnieć, co mówiła.

W słabym świetle błysnęły jego zęby.
–   Paskudny   zwyczaj,   prowadzący   do  obłędu...   a   może   to   znaczy,   że   już 

postradałaś zmysły? Nie mogę sobie przypomnieć.

Czemu się jej tak przyglądał? Czyżby zamierzał zrobić to, czym groził? Czy 

chciał ją zamordować? A może rzucić się na nią?

– Chyba potrafisz to ocenić – odparła.
Znała Dougalda. Nie zamordowałby jej, a jeśli chciałby... no cóż, ostrzegał 

ją wcześniej.

– Odeślesz mnie więc? – Podsunęła mu na próbę alternatywne rozwiązanie. 

–   Moja   niepoczytalność   powinna   cię   zwolnić   z   niechcianej   przysięgi 
małżeńskiej.

Potarł brodę w geście udawanego zamyślenia.
– Nie myślałem o tym. Dziękuję za sugestię.
– Jeśli mnie oddalisz, będziesz musiał przyznać, że nigdy mnie nie zabiłeś, 

ale na własną szkodę pozwoliłeś rozprzestrzeniać się plotkom o mojej śmierci. –
Prowokowała go. – Kto więc uznany będzie za szaleńca?

– Ja, bo nie poskromiłem swojej żony.
Cały Dougald. Nieokrzesany jak zawsze. Odwróciła się do niego plecami, 

czując się jak poskramiacz lwów, który odważnie odwraca się tyłem do dzikiej 
bestii, i podeszła do zasłony. Chwyciła za sznurek.

– Bez względu na to, czy jesteś nieokrzesany, czy wręcz przeciwnie, nie 

musisz   tak   żyć   –   otoczony   odrapanymi   starociami.   Należałoby   zastrzelić 
człowieka, który wybrał ci te rzeczy.

Dougald wzdrygnął się.
– Nie zauważyłem...
– Od kiedy nie zauważasz takich rzeczy? Zawsze chciałeś mieć wszystko 

najlepszej jakości.

– Kiedyś zależało mi na tym, co myślą inni.
– Mówimy o podstawowych wygodach.
– Fotele są stare, a materac ubity. – Wzruszył ramionami. – I tak nie sypiam.
– I może dlatego jesteś taki zły. – Podeszła do stołu i zapaliła świece w 

kandelabrze. W świetle tuzina płomieni pokój wcale nie wyglądał lepiej. Dym 
nierównymi smugami okopcił zasłony i tapety, wszystko przesiąknięte było jego 
zapachem. Rozglądając się, dochodziła do wniosku, że Dougald potrzebował... 
no tak, czegoś potrzebował. Jakiegoś łagodnego wpływu albo zdecydowanej, 
rozsądnej dyskusji.

background image

Nigdy nie była w stanie przemówić mu do rozsądku, ale jej wieczny wróg 

potrafił.

– Co o tym sądzi Charles?
Oczy Dougalda stały się lodowatymi szczelinami.
– Nie pytałem go o zdanie.
Wrogość Dougalda nie wywarła na niej wrażenia.
– Zawsze cenił sobie wygody, jeszcze bardziej niż ty. 
– Ma swoje wygody gdzie indziej. – Dougald zrobił krok w stronę środka 

pokoju. – Nic, co mnie dotyczy, nie jest takie, jak dawniej. Jeśli usiłujesz mnie 
oceniać na podstawie moich dawnych poczynań, robisz błąd.

– A więc są sprawy, o których powinniśmy porozmawiać.
– Nie dzisiaj. Nie tutaj. Nie teraz.
– Powiedziałeś, że nie jesteś taki, jak dawniej, ale chyba nie całkiem. Nadal 

chcesz postawić na swoim. Oczywiście, jesteś przecież mężczyzną. – Usiadła na 
jednym z krzeseł i zaplotła ręce. – Dzisiaj. Tutaj. Teraz.

Stał, kryjąc się w półcieniu i opierając się ramieniem o ścianę. Przez moment 

widziała dawnego, lekko uśmiechniętego Dougalda.

– Jak na żonę, która zbłądziła, jesteś bardzo zuchwała.
– To nie ja zbłądziłam, Dougaldzie.
Uśmiech zniknął z jego twarzy; przeistoczył się w ponurego nieznajomego.
– Wiem. Ukarałem pozostałych winnych.
Co miał na myśli? O kim mówił? O Charlesie? O sobie?
– Nikt nie może mi się przeciwstawić, Hannah. Zapamiętaj to.
Nie, nie ukarał siebie. Był na to zbyt zarozumiały.
– Ja mogę.
– I nikt nie może mnie do niczego zmusić – ciągnął dalej. – Nie życzę sobie 

dzisiaj   żadnych   scen.   Porozmawiamy   w   terminie,   który   sam   wybiorę,   nie 
wcześniej.

Uczepiła się tych słów.
– Przyznajesz więc, że porozmawiamy?
– Istotnie... kiedy uznam, że nadszedł właściwy czas, powiem, co mam do 

powiedzenia, a ty mnie wysłuchasz.

Niech diabli wezmą tego człowieka i jego nieskończony upór! Doprowadzał 

ją do wściekłości, jak nikt inny. Ruszyła ku niemu. Nie odsunął się. Czemu 
miałby się odsuwać? Nie mogła mu zrobić krzywdy. Pozwolił, żeby chwyciła go 
za klapy.

– Nic się nie zmieniłeś. Nadal jesteś tym samym Dougaldem, dyktującym 

warunki, wydającym polecenia i decydującym o wszystkim.  Niczego się nie 
nauczyłeś. Ale – potrząsnęła nim – chyba nie rozumiesz. Ja jestem inna niż 
kiedyś.

– Jesteś starsza. I chudsza.

background image

– Jestem bogatsza. – Zadarła głowę i spojrzała na niego. – Nie muszę znosić 

twojej głupoty, Dougaldzie. Mam dosyć pieniędzy, żeby się utrzymać.

– Pieniędzy? – Powolnym, gładzącym ruchem ujął ją pod brodę. – Masz 

pieniądze?

Zignorowała   pieszczotę.   W   końcu   bardzo   chciała,   żeby   jej   wysłuchał   i 

zobaczył, iż potrafiła odnieść sukces bez niego. Chciała, żeby do niego dotarło, 
że powiodło jej się bez niego.

– Odkładałam pieniądze od czasu, gdy lady Temperly zaczęła mi płacić. Na 

początku nie miałam zbyt wiele, ale oszczędzałam każdy grosz.

Skinął głową.
– Na koncie w Bank of England.
–   Tak.   Gdy   w   końcu   sprzedałam   Akademię   Guwernantek,   cały   zysk 

złożyłam na koncie. Niepotrzebna mi posada u ciebie. W każdej chwili mogę 
sobie kupić bilet na pociąg. Mogę przeprowadzić się gdziekolwiek i żyć jak 
dama, i nie będziesz mógł mnie powstrzymać.

– Nawet jeśli powiem posterunkowemu, że jesteś moją żoną?
Zamilkła,   jakby   oblał   ją   strumieniem   zimnej   wody.   Sposób,   w   jaki 

wypowiedział te słowa, jak na nią patrzył i jak mistrzowsko przesuwał palce po 
jej szczęce i szyi... Och, nie czuła dreszczy. Nie teraz. Spojrzał na nią wzrokiem 
posiadacza, który poczuwa się do swojej własności.

– Dlaczego miałbyś to zrobić? – wyszeptała.
– Naprawdę wydawało ci się, że pozwolę ci pojechać na stację? I znowu 

mnie opuścić? – Roześmiał się krótkim, ostrym śmiechem. – Przecież jesteś 
moją prawowitą małżonką, a mąż ma prawo kontrolować wszystkie poczynania 
swojej niestałej, nieostrożnej i nieobliczalnej żony.

Miłość, a może iluzja miłości, nie wystarczyła. Nigdy nie wystarczała. Złote 

chwile   minęły,   nadzieja   umarła,   a   namiętność...   nawet   jeśli   nie   wygasła   do 
końca, oznaczało to jedynie, że musi się wyprostować, usztywnić, podnieść do 
góry głowę i zmobilizować wszystkie siły do obrony.

– Znajdę sposób, żeby ci uciec, Dougaldzie. Wiesz o tym. Już mi się to 

kiedyś udało.

– Jeśli teraz to zrobisz, znajdziesz się w takiej samej sytuacji, jak wtedy. Bez 

środków   do   życia,   bez   przyjaciół,   którzy   mogliby   ci   pomóc,   a   teraz   jesteś 
przecież dość znaną osobą w Anglii. – Ujął ją pod brodę i przytrzymał. – Znajdę 
cię.

Słysząc te słowa, którym towarzyszył uśmiech, Hannah poczuła dreszcz na 

grzbiecie.

– Dlaczego bez środków do życia?
–   Myślisz   o   swoim   koncie   w   Bank   of   England?   Gdzie   składałaś   swoje 

oszczędności? Zamknąłem je. Wszystko, co posiada kobieta, znajduje się pod 
kontrolą jej męża. – Uśmiechając się prosto w jej przerażone oczy, pochwycił ją 

background image

za nadgarstki. – Wszystko, co jest twoje, należy do mnie.

Poruszyła się niezgrabnie, i na sztywnych kolanach, potykając się, dała mu 

się wyprowadzić na korytarz.

– Miłych snów, kochanie. – Pocałował ją w usta, cofnął się do swojego 

pokoju i zamknął drzwi przed jej oszołomioną twarzą.

Ukryta   w   mroku   korytarza   postać   obserwowała   Hannah,   powracającą   do 

swojej sypialni.

background image

ROZDZIAŁ16

W   blasku   kwietniowego   słońca   Hannah   powoziła   dwukółką,   jadąc   drogą 

wiodącą do dworu Burroughsów. Włożyła swoją najlepszą, kasztanowobrązową 
suknię   z   marszczoną,   haftowaną   spódnicą,   żakiet   z   czarnego   aksamitu   i 
kasztanowy   kapelusik.   Obciągnięte   rękawiczkami   z   czarnej   skóry   dłonie 
zacisnęła   na   lejcach.   Wiedziała,   że   na   postronnym   obserwatorze   sprawia 
wrażenie osoby spokojnej. Kłam temu spokojowi zadawało nerwowe poranne 
przebieranie się i nierówny rytm serca.

Gdy koń powoli zbliżał się w stronę ogrodzenia otaczającego posiadłość jej 

dziadków, Hannah próbowała ułożyć sobie przemowę.

Szanowni państwo, nie wiem, czy wiedzieliście o moim istnieniu. Jestem 

córką panny Caroli Tomlinson i waszego syna Henry'ego.

A może:
Pani i panie Burroughs, dwadzieścia osiem lat temu państwa syn, Henry, 

pokochał   moją   matkę,   pannę   Carolę   Tomlinson,   a   ja   jestem   rezultatem   ich 
miłości.

Albo:
Nic dziwnego, że lękaliście się państwo tego dnia...
No właśnie. Jeśli jej dziadkowie wiedzieli, że ma się urodzić, a mimo to 

bezlitośnie odesłali jej matkę, nie będą chcieli, by wtargnęła w ich życie. A 
nawet   gdyby   chcieli,   czy   ona   będzie   tego   chciała?   Czy   będzie   umiała   im 
wybaczyć nędzę swoich młodych lat i przedwczesną śmierć matki? Mama miała 
zaledwie trzydzieści jeden lat, kiedy umarła. Hannah zbliżała się teraz do tego 
wieku i nie mogła bez goryczy myśleć o śmierci, czując, że wkracza w okres 
swych największych możliwości, wiedzy i siły.

Dom widoczny był pośród drzew za otwartą główną bramą. Poczuła ucisk 

pod sercem. Zaczęło jej brakować tchu, ze strachu czuła ból. Przed wykonaniem 
ostatecznego kroku, żeby wypełnić swoje marzenie, Hannah ściągnęła cugle i 
zjechała na bok drogi. Zatrzymała konia i wysiadła z dwukółki na mokrą po 
wcześniejszym deszczu trawę. Nie puszczając lejców ruszyła do przodu, dopóki 
jej twarz nie zbliżyła się do metalowych prętów ogrodzenia.

Spojrzała na dom z cegły, zbudowany w ubiegłowiecznym stylu, porośnięty 

bluszczem, z białymi gzymsami. Nie był specjalnie duży, miał koło dwudziestu 
pokoi,  typowy   dom  zamożnej   rodziny.  Otoczony   był   równo   przystrzyżonym 
trawnikiem i rosłymi drzewami, a liczne altanki oplatały obsypane kwiatami 
róże. Dwór Burroughsów był piękny, ucieleśnienie marzeń każdej sieroty.

Hannah nie mogła  się zmusić,  żeby pojechać dalej, wejść po schodach i 

zastukać do drzwi. Zacisnęła palce na zimnych sztachetach. Tu spotkali się jej 
rodzice. Tutaj zakochali się w sobie. Pewnie została poczęta w którymś z tych 
pokoi pod dachem. Ale nie należała do tego miejsca. Nie mogła. Jej dziadkowie 

background image

wypędzili ją, zanim zdążyła ujrzeć światło dzienne.

Drzwi   frontowe   otworzyły   się.   Hannah   zastygła.   Kto   to   mógł   być? 

Mężczyzna w niemodnej liberii z niebieskiej satyny wyszedł na ganek.

Lokaj. Uniósł rękę. Zza węgła domu rozległ się stukot końskich kopyt. Pod 

schody podjechał otwarty powóz, z młodym woźnicą na koźle. Woźnica zaczął 
rozmawiać z lokajem. Hannah znajdowała się zbyt daleko, żeby usłyszeć choćby 
strzępy   ich  rozmowy,   ale   myślała...   z   pewnością   musiało   to   oznaczać...   tak, 
zobaczyła   starszego,   wyprostowanego   dżentelmena   z   wąsami,   odzianego   w 
brązowy garnitur. Wyszedł z domu, poślinił palec i wystawił go na wiatr. Skinął 
głową z zadowoleniem, a potem wyciągnął z kieszeni srebrny zegarek, otworzył 
go   i   niecierpliwie   odwrócił   się   ku   drzwiom.   Niskim   głosem   zawołał 
ponaglająco:

– Alice, czy zawsze musimy się przez ciebie spóźniać?
Dołączyła do niego przygarbiona dama w kapeluszu z piórami, ubrana w 

brunatną,   jedwabną   suknię.   Pióra   trzęsły   się   nieustannie.   Hannah,   choć   nie 
słyszała ani słowa, widziała poruszające się usta kobiety, mówiącej jak dama 
powinna, powoli i spokojnie.

Hannah,   patrzącej   na   swoich   jedynych   krewnych   na   świecie,   zaschło   w 

gardle.

Nie myślała, żeby się poruszyć, pójść do przodu albo wycofać. Mogła tylko 

stać i przyglądać się, jak lokaj przysuwa schodki do powozu i pomaga wsiąść 
najpierw   starszej   pani,   a   następnie   starszemu   dżentelmenowi.   Kiedy   lokaj 
zatrzasnął drzwi powozu, do Hannah dotarło, że powinna, że musi się schować. 
Szybko zaprowadziła konia i bryczkę w krzaki. Przejeżdżający drogą powóz 
tylko poruszył gałęzie za jej plecami. A potem, jak tchórzliwy głupiec, wybiegła 
na drogę i stanęła, patrząc, jak odjeżdżają.

Jej babka i dziadek. A ona nie zdobyła się na odwagę, żeby im się pokazać.
Tej   nocy,   kiedy   Hannah   wracała   do   swojej   sypialni,   pod   jej   stopami 

skrzypiały deski, a w korytarzu unosiła się woń starych zbrodni.

Niesiona   przez   nią   świeczka   paliła   się   bojaźliwie,   lękając   się   oświetlić 

ciemne kąty czy wysoko sklepiony sufit. Hannah czuła się samotnie, jak nigdy 
dotąd.

– To tchórzostwo spotęgowało poczucie samotności – powiedziała na głos.
Mogła obwiniać Dougalda, że za bardzo ją straszył, ale nie była to cała 

prawda.   Przez   te   wszystkie   lata,   gdy   wyobrażała   sobie   spotkanie   ze   swoją 
rodziną, zawsze przerażenie mieszało się z oczekiwaniem. Być może Dougald 
zwiększał   jej   przerażenie   swoimi   dobrze   wymierzonymi   docinkami,   jednak 
gdyby była odważna, i tak by się nie wycofała. Otworzyła drzwi wiodące do jej 
pokoju.

Oczami duszy widziała swoich dziadków, wsiadających do powozu.
Usłyszała skrzypienie krzesła, z którego uniosła się ciemna postać. Wizja 

background image

znikła 

Hannah krzyknęła z przerażenia.
–   Co,   do   diabła,   sobie   myślałaś,   zapraszając   jej   królewską   wysokość   do 

zamku Raeburn? – cichym, rozwścieczonym głosem zapytał Dougald.

– Czy musisz tak się skradać? – Przyłożyła dłoń do piersi. Potem uniosła 

wysoko   świeczkę   i   oświetliła   go,   jego   wiecznie   skrzywioną   minę   i   czarny, 
dopasowany,   niezwykłe   formalny   strój.   Miała   już   dość   jego   nieustannego 
ponuractwa   i   czajenia   się.   Jego   pojawienie   się   nie   sprawiło   jej   teraz 
przyjemności.

– Odpowiedz mi. Dlaczego nic nie powiedziałaś, że zaprosiłaś królową?
– Mogłeś mnie poprosić do siebie do gabinetu. A poza tym, nie mam ochoty 

słuchać twojego gderania.

– Odpowiedz tylko na pytanie. Co sobie, do diabła, myślałaś, zapraszając jej 

wysokość do zamku Raeburn?

Wycedził pytanie przez zaciśnięte zęby. Bardzo interesujące zjawisko, które 

miałaby   ochotę   oglądać   częściej.   Ale   po   raz   pierwszy   od   chwili,   gdy   tu 
przybyła, miała  przed sobą dawnego, łatwo wpadającego w złość Dougalda. 
Dawny Dougald zawsze tylko na nią krzyczał, ale wówczas nikt nie posądzał go 
o morderstwo. Odpowiedziała więc z chłodną uprzejmością.

–   Powiedziałeś   ciotkom,   że   znam   królową,   ale   nie   chciałeś   ze   mną 

porozmawiać o tym, co planujesz w związku z ich pomysłem.

–   Nie   spodziewałem   się,   że   wystosujesz   takie   zaproszenie   –   wyraźnie 

wypowiadał każde słowo.

–   Nie   wiedziałam   o   tym,   prawda?   –   zapaliła   świeczki   w   pokoju.   Słabe 

światło   oświetliło   skromne,   wąskie   łóżko,   wyszczerbioną   miskę   i   dzbanek, 
zatęchłe zasłony.

– Toteż zamiast zrobić to, czego sobie życzysz, co zrobiłabym niechybnie, 

gdybyś   tylko   miał   chęć   ze   mną   porozmawiać,   sprawiłam   radość   ciotkom   i 
napisałam   do   jej   królewskiej   mości.   Dołączyłam   napisane   przez   ciotki 
zaproszenie   do   złożenia   im   wizyty   i   obejrzenia   ich   dzieła,   wykonanego   w 
hołdzie królowej i jej panowaniu.

Dougald wyciągnął z kamizelki kremowy, ozdobny arkusz papieru i spojrzał 

na niego tak, jakby ten miał zaraz wybuchnąć. Z dystansu Hannah dostrzegła 
królewską pieczęć.

Uprzejmą odpowiedź jej królewskiej wysokości.
Reakcja Dougalda na list królowej zdumiała dziewczynę. Niektórzy ludzie 

tak   bardzo   podziwiali   monarchinię,   że   nie   mogli   sobie   wyobrazić   wymiany 
korespondencji   z   tak   wysoko   postawioną   osobą,   ale   nie   podejrzewała,   żeby 
Dougald do nich należał. Ujęta jego zaskoczeniem, rzekła łagodnie:

– Owszem, przyznaję, że było to bardzo śmiałe z mojej strony, ale królowa 

na pewno nie poczuła się urażona, jeśli tym się martwisz. Zaproszenie ciotek 

background image

było czarujące. Zawarły w nim szczere pragnienie, podniecenie i oczekiwanie.

Papier zaszeleścił, bo ręce Dougalda zadrżały.
– To była twoja zemsta za to, że nie chciałem cię wysłuchać.
Aha.   Może   więc   nie   był   zachwycony   listem   od   królowej,   a   jedynie 

zirytowany   działaniami   za   jego   plecami.   Hannah   zrozumiała,   że   powinna 
starannie dobierać słowa. Chociaż prawdą było, że napisała ten list, czując się 
rozgrzeszona   niechęcią   Dougalda   do   odbycia   z   nią   rozmowy,   prawdą   było 
również i to, że pisała ten list w gniewie.

– Zemsta  to za  mocne  określenie, niemniej  przyznaję,  że nie obchodziło 

mnie, czy cię to wzburzy. Nie podobał mi się twój   nonszalancki stosunek do 
mnie.

– Nonszalancki? – ryknął tak głośno, że aż zadrżała.
Kiedy   ochłonęła,   nie   spuszczając   go   z   oczu,   wygładziła   spódnicę   i 

powiedziała:

–   Na   Boga,   Dougaldzie,   nie   ma   powodu,   żeby   tak   się   przejmować!   To 

dobrze, że otrzymałeś odpowiedź. Mamy teraz co pokazać ciotkom. Naturalnie 
będą rozczarowane, ale otrzymanie listu od królowej, adresowanego do nich, 
powinno osłodzić gorycz odmowy.

Dougald uniósł głowę i wbił w nią spojrzenie.
–   Dougaldzie,   nie   rozumiem,   czemu   tak   reagujesz.   Przecież   nie   przyjęła 

zaproszenia! – zawołała zniecierpliwiona.

– Przyjęła.
Niemożliwe. Hannah otworzyła usta, żeby się odezwać, ale nie udało jej się 

wydobyć z siebie nawet jednego dźwięku.

–   Właśnie   że   tak!   –   powiedział,   jakby   słyszał,   co   chciała   powiedzieć. 

Otworzył   list   i   zaczął   czytać:   –   Jej   wysokość   Wiktoria,   królowa   Anglii, 
przyjmuje państwa zaproszenie...

Oniemiała Hannah tylko potrząsnęła głową.
– Przyjęła zaproszenie, Hannah, przyjęła. Będzie tutaj za dwa tygodnie. – 

Machnął listem w jej stronę. – Zdajesz sobie sprawę, ile pracy wymaga zamek, 
żeby można było w nim normalnie mieszkać? A cóż dopiero, żeby odwiedziła 
go królowa?!

Skinęła głową.
– Będę musiał wynająć wszystkich nadających się do pracy w okolicy, żeby 

zakończyć   zaczęte   roboty.   –   Podniósł   głos.   –   Trzeba   wymienić   boazerię, 
skończyć malowanie w korytarzach i głównej sali, zrobić regały na książki w 
bibliotece. Trzeba skończyć budowę nowego wejścia i zbudować schody, żeby 
królowa nie musiała wchodzić do zamku przez kuchnię.

– To nie wywarłoby najlepszego wrażenia.
– Królewscy goście spędzą tu noc. Królowa i jej małżonek. Dzieci królowej. 

Będą   potrzebowali   sypialni,   saloników,   pokoju   dziecinnego,   który   nie   byłby 

background image

pokryty kurzem i gdzie nie będzie trzeszczała podłoga!

– Och!
–   Och!   –   przedrzeźnił   ją,   rozzłoszczony.   –   Czy   muszę   pytać,   ile   służby 

będzie z nimi podróżować? I gdzie ich zakwaterujemy?

– Nie.
–   Jak   ich   wszystkich   przewieziemy   ze   stacji   kolejowej   do   zamku,   skoro 

mamy ograniczoną liczbę powozów, a wszystkie mają co najmniej pięćdziesiąt 
lat?

–   Wóz   Alfreda?   –   powiedziała   słodkim   głosem   i   natychmiast   zamilkła, 

widząc, że spogląda na nią spode łba.

– Co sobie myślałaś? – Krążył po jej maleńkiej sypialni. – Co sobie w ogóle 

myślałaś?

– Że jej królewska mość nie przyjedzie! Rozdął nozdrza jak ogier na widok 

przeszkody.

– Hannah, mam nadzieję, że ten gobelin będzie piękny.
Była wstrząśnięta.
– Nie widziałeś go nawet?
– Nie! Co mnie obchodzi, w jaki sposób spędzają czas cztery staruszki?
–   Naprawdę   zdumiewasz   mnie,   Dougaldzie!   Sądziłam,   że   wiesz   i 

podejrzewałam,   iż   chcesz   wykorzystać   gobelin   ciotek,   żeby   sprowadzić   do 
zamku królową dla własnych korzyści.

– Wykorzystać ciotki? To głupie!
Poczuła ogromną satysfakcję, gdy odparowała:
– Być może, ale nie mogłam cię o to zapytać, bo nie godziłeś się ze mną 

rozmawiać.

Przestał krążyć i łypnął w jej stronę.
– Powiedz mi, że niepotrzebnie się martwię. Powiedz mi, że gobelin jest 

wspaniały.

Pomyślała o gobelinie. O ogromnym, pięknym, kolorowym gobelinie, nad 

którym cztery damy pracowały przez dwadzieścia cztery lata. Wzięła oddech i 
głośno wypuściła powietrze.

– Był wspaniały.
Niezwykle opanowanym głosem zapytał:
– Co to znaczy „był”?
– No... gobelin. Wspaniały. Ogromny. Pełen przepychu.
–Ale?
–   Ale   ciotkom   nie   udało   się   dokładnie   odtworzyć   rysów   twarzy   księcia 

Alberta, zaproponowałam więc, żeby usunęły ten fragment... – Głośny pomruk, 
wydany przez Dougalda spowodował, że pospiesznie dodała: – Pomogę im go 
wykończyć.

– Masz dwa tygodnie. – Cofając się przed nim, znalazła się w kącie pokoju 

background image

pomiędzy szafą a ścianą. Kiedy się ku niej pochylił, poczuła na policzku jego 
oddech. – Dwa tygodnie, zanim jej wysokość królowa Wiktoria odwiedzi nasz 
skromny zamek. Dopilnuj, żeby gobelin został wykończony do tego czasu.

Chciała  mu  powiedzieć, że to niemożliwe,  ale jego oczy były szparkami 

pełnymi   wściekłości   i...   nie,   chyba   jednak   tylko   wściekłości.   Wykorzystał 
wzajemną  bliskość,  żeby  ją przestraszyć  i doskonale mu  się  to powiodło. Z 
pewnością tylko z obawy przed jego groźną pozą jej serce zaczęło tak mocno 
uderzać, kolana były jak z waty i zrobiło jej się gorąco. Nie powinna była w 
takim momencie  myśleć  o jego zapachu – mieszaninie  woni skóry, mydła  i 
ciała. Cofała się przed nim w obawie, że może zrobić jej krzywdę, a nie dlatego, 
że   pod   wpływem   jego   dotyku   zaczęłaby   drżeć   i   zapragnęłaby   więcej,   niż 
powinna pragnąć od takiego zimnego drania.

– Gobelin – powtórzył.
– Będzie gotowy – obiecała.
Odwrócił się i wyszedł z sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi.
Hannah   osunęła   się   na   podłogę   i   zakryła   rękami   oczy.   Co   najlepszego 

zrobiła?   Dwa   tygodnie,   żeby   ponownie   utkać   i   wszyć   do   całości   fragment 
gobelinu, którego ukończenie zajęło dwadzieścia cztery lata, i żeby w dodatku 
zrobić to lepiej niż dotychczas? To było niemożliwe.

Niestety, gobelin był najmniejszym zmartwieniem. Odkryła bowiem, że jakiś 

szalony wybryk natury sprawił, iż bez względu na to, jak bardzo Dougald ją 
ignorował i jak bardzo ją złościł, nadal dygotała i wyrywała się ku niemu, gdy 
tylko się do niej zbliżył. Natomiast najwyraźniej jej obecność nie działała tak na 
niego, bo inaczej...

Drzwi otworzyły się z hukiem i Dougald wtargnął do pokoju.
– Gdzie byłaś? Zakłopotana, powtórzyła:
– Gdzie byłam? Kiedy?
– Dzisiaj. Dziś po południu. Dlaczego nie było cię w zamku?
Z nową siłą opadły ją wspomnienia minionego dnia. Jej dziadkowie. I ona, 

pragnąca   z   nimi   porozmawiać,   lecz   nie   znajdująca   w   sobie   dość   odwagi. 
Przyglądająca się im z nosem wciśniętym pomiędzy pręty ogrodzenia, jak jakaś 
bezdomna przybłęda.

Żadna siła nie zmusiłaby jej do opowiedzenia Dougaldowi, gdzie była i co 

robiła. Uznałby to za swój ogromny sukces. Śmiałby się.

– To było moje wolne popołudnie, a więc to nie twój interes.
Była dumna ze swojej wymijającej odpowiedzi, dopóki nie spostrzegła, że 

doprowadziła go do białej gorączki.

Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.
– Wystroiłaś się. Odkąd tu przybyłaś, nigdy nie widziałem cię tak ubranej. – 

Zacisnął pięści. – Jeśli wybrałaś się gdzieś z tym pajacem Seatonem...

– To nadal nie byłaby twoja sprawa. – Czyżby był zazdrosny?

background image

Pochylił się nad nią, ale tym razem nie był wściekły o królową. Tym razem 

jego złość wymierzona była w nią.

–   Do   diabła,   to   jak   najbardziej   moja   sprawa,   gdzie   się   podziewasz   i   co 

robisz.

Zadarła do góry brodę.
– Dlaczego?
– Jesteś moją żoną. Zagotowała się z oburzenia.
– Kiedy? Dziewięć lat temu! Bo na pewno nie teraz! Nie teraz, kiedy nawet 

nie   chcesz   ze   mną   porozmawiać,   żeby   udzielić   wskazówek   co   do   twoich 
poleceń.

Cofnął się. Dziewczyna uczyniła krok do przodu i wbiła wzrok w Dougalda, 

egoistycznego grubianina, który uważał, że może decydować o jej losie.

Nagle porwał ją w ramiona.
Złapała go za włosy i przyciągnęła do siebie jego usta.
Całowali się w kłębowisku namiętności, rozczarowania i gniewu. Ich ciała 

przywarły do siebie, czuła w ustach jego język. A niech go diabli! Jak śmie 
znów traktować ją tak zuchwale, jakby nadal była osiemnastolatką. Tyle że teraz 
nie dominował nad nią; pragnął jej, miażdżąc ją w uścisku, jego dłonie błądziły 
pośród warstw spódnicy i halek, żeby odnaleźć jej uda i unieść je do góry. Ona 
zaś...   owinęła   nogi   wokół   jego   pasa,   przywarła   staniczkiem   sukni   do   jego 
kamizelki i, całując go rozchylonymi wargami, pragnęła, aby rozdzielające ich 
ubranie po prostu znikło.

Oderwał wargi od jej ust.
– Drażnisz się ze mną.
– Nie ja. – Ledwo mogła pozbierać myśli, żeby mu odpowiedzieć, jednak 

instynktownie ugryzła go w dolną wargę. – Nie drażnię się.

– Nie. – Porwał ją w stronę wąskiego łóżka. Przetoczył ją na materacu na 

plecy, lokując się pomiędzy jej nogami i przywierając do jej piersi. – Teraz nie. 
Ale odkąd tylko się tu zjawiłaś. Każdego dnia. – Patrzył jej prosto w oczy. – 
Paradowałaś po całym zamku. Po schodach. Po korytarzach.

– Nie paradowałam. – Przeciągnęła palcami po jego włosach i pomyślała, że 

nigdy nie powinien ich obcinać. – Nie jestem koniem!

– I tak głośno mówiłaś, kiedy pracowałem w gabinecie, że wsłuchiwałem się 

w twoje rozmowy z Charlesem.

– Czy zakazujesz mi mówić?
– Śmiałaś się z tym łotrzykiem Seatonem.
– Pochodzisz z łotrowskiej rodziny i sam jesteś najgorszy ze wszystkich.
– Ubierałaś się prowokacyjnie.
– Prowokacyjnie! – Zerknęła na swoją suknię. Dougald ukląkł, podwinął jej 

spódnicę i halki aż do talii i, niby sędzia przedstawiający dowód winy, wskazał 
na jej łydki.

background image

– Spójrz na to. Koronki przy pantalonach.
– Nigdy ci ich nie pokazywałam. – Zrzuciła ze stóp skórzane pantofelki.
– Wiedziałem o koronce. Wyczuwałem, że tam jest. – Zaczął rozwiązywać 

sznurki w talii.

– Nic na to nie poradzę, że rozwinęła się w tobie zdolność jasnowidzenia.
– Tylko w twoim przypadku. – Ściągnął w dół jej pantalony. – Tylko w 

twoim.

Odsłaniał ją w sposób, w jaki nie była obnażona od dziewięciu lat. Długich 

dziewięciu   lat.   Gdzieś   w   głębi   ciała   poczuła   powoli   rosnącą,   gorącą   żądzę. 
Dziewięć lat. Za długo. Ignorowała swoje ciało, wmawiając sobie, że nie chce, 
nie potrzebuje... A teraz wystarczyło jedno dotknięcie Dougalda, a była gotowa. 
Zupełnie gotowa i nie zamierzała zwolnić, przerwać, a już na pewno nie miała 
zamiaru myśleć.

Dougald wykrzywił usta w leniwym, frywolnym uśmiechu.
– Marzyłem o tobie. – Otworzył ją palcami. Zamknęła oczy w przypływie 

słodkiej, gorącej tęsknoty.

– Marzyłem, żeby dotykać cię tutaj – delikatna pieszczota uniosła ją z łóżka 

– i tutaj – pogładził ją zuchwale.

Gdy wsunął w nią palec, przycisnęła wierzch dłoni do ust, próbując zdusić 

jęk rozkoszy.

–   Nigdy   nie   chciałaś,   żebym   cię   słyszał.   –   Masował   ją   kciukiem, 

równocześnie wsuwając i wysuwając, wsuwając i wysuwając palec. – Zawsze 
usiłowałaś pozbawić się tej przyjemności.

– Dopiero wtedy – udało jej się złapać oddech – kiedy dałeś do zrozumienia, 

że to nie jest miłość. To był jedynie obowiązek i...

Nacisk dłoni Dougalda na jej kość łonową powstrzymał pełne urazy słowa. 

Kiedy tak ją pieścił, pocierał i pocierał, z jednym palcem wsuniętym w jej ciało, 
zapominała o dawnych żalach. Mogła myśleć jedynie o... Chwyciła go za klapy, 
przyciągnęła do siebie i spojrzała mu prosto w oczy.

– Zrób to teraz.
Zaśmiał się. Śmiał się jak zarozumiały głupek, do chwili, gdy go puściła i 

przesunęła rękę wzdłuż jego torsu, przez brzuch, w dół. Wtedy jego śmiech 
zamarł. Dougald przymknął oczy, a gdy uniósł głowę, dostrzegła nabrzmiałe 
żyły na szyi i jaskrawy rumieniec pożądania, który wykwitł na jego policzkach.

– Zrób to teraz – powtórzyła.
Teraz już się nie śmiał. Ściągnął z niej pantalony, a następnie rozpiął spodnie 

i zsunął je poniżej kolan.

Jego pośpiech zadowolił nie tylko dumę Hannah, ale i jej pożądanie.... Mój 

Boże,   ależ   był   duży   i   bezwstydny,   pragnął   jej   w   najbardziej   jednoznaczny 
sposób.

– Proszę, Dougaldzie. – Wyciągnęła do niego ramiona.

background image

Opadł   na   nią   jak   wygłodniałe   zwierzę   i   nie   dbając   o   subtelność, 

instynktownie odpowiedział na jej żądanie, wdzierając się w nią z impetem.

Wstrzymała   oddech.   Za   długo   nie   doświadczała   seksualnej   satysfakcji... 

Była zbyt ciasna. Ból był realny. Wbiła paznokcie w jego ręce i jęknęła:

– Nie.
Spojrzał na nią jak tonący, któremu odmówiono ratunku. Zobaczył jej twarz 

–   rozpaloną,   umęczoną,   niezaspokojoną.   Przełknął   ślinę,   zwolnił   i   ciepłym 
głosem kochanka polecił:

– Odpręż się, kochanie, i wpuść mnie.
Słysząc te słowa zareagowała jak każda samica na zew swojego partnera. 

Rozluźniła się, aby mógł wsunąć się w nią do końca.

Jęknęła. Było tak wspaniale. To niedobrze. Miał ją. Znów. Ale... Ale on 

wcześniej   również   nie   chciał   tego   robić.   Dopiero   tej   nocy,   gdy   pękła   tama 
frustracji i gniewu, znikły pęta.

A   więc   wszystko   było   w   porządku.   To   nie   była   manipulacja.   To   była 

prawda.

Uniosła   biodra.   Zacisnęła   mięśnie.   I   głosem   równie   gorącym   i 

pieszczotliwym, jak głos Dougalda, powiedziała:

– Pragnę cię.

background image

ROZDZIAŁ 17

Dougald wiedział, że nie powinien tego robić. Nie tak to sobie zaplanował. 

Miał   zamiar   doprowadzić   Hannah   do   szału   z   pożądania,   a   sam   trzymać   na 
wodzy swoją namiętność. Potem zamierzał podyktować jej warunki pojednania 
się i zmusić, żeby uznała w nim pana.

Ale jej żar... jej zapach... jej głos, mówiący „pragnę cię”... Był słaby, musiał 

ją posiąść. Prymitywny instynkt żądał, żeby napełnił ją swoim nasieniem. Była 
jego   własnością,   jego   poddaną,   jego   żoną.   Niepomny   subtelności,   oddał   się 
namiętności   bez   żadnych   ograniczeń.   Każda   kropla   krwi,   każda   część   ciała 
walczyła,   aby   znaleźć   się   wewnątrz   niej.   Wchodził   w   nią   i   wycofywał   się, 
wchodził i znów się cofał. Słyszał pod sobą jęki wydawane przez Hannah. Jej 
biodra unosiły się i opuszczały w narzuconym przez niego rytmie. Zacisnęła 
wokół niego ręce, jakby bała się, że może zniknąć. Sam też się tego obawiał. Bał 
się, że zdrowy rozsądek zwycięży, zanim...

Wiedział, że się zanadto spieszy. Hannah nie zdąży szczytować; nie potrafił 

jednak zwolnić, nie mógł czekać...

– Pospiesz się – ponagliła go. Zaciśniętą pięścią uderzyła go w ramię. – 

Pospiesz się!

Zdwoił   wysiłki.   Przejechała   paznokciami   po   jego   plecach   niby   oszalała 

kotka,   usiłując   osiągnąć   szczyt   i   przenosząc   na   niego   swój   zawód   w 
najprymitywniejszy sposób. Później będzie zadowolony, że nie był nagi, teraz 
jednak ubranie stanowiło jedynie przeklętą zawadę. Do diabła, nadal miał na 
sobie krawat.

Hannah była taka piękna z rozpuszczonymi włosami, które rozsypały się na 

ciemnej   pościeli   niby   połyskująca   złociście   rzeka.   Otwierała   i   zamykała 
zachwycające   piwne   oczy,   omdlewające   i   zdesperowane   na   przemian,   jakby 
pożądanie i poczucie przyzwoitości toczyły bój o jej duszę. Suknia Hannah, ta 
idiotyczna satynowa suknia, zapięta była na guziki po samą szyję.

– Dougaldzie, Dougaldzie, Dougaldzie.
Słyszał tę nutę w jej głosie. Nie słyszał jej przez dziewięć długich lat, ale 

rozpoznał natychmiast.

Napięcie   w   jego   ciele   rosło.   Instynktownie   chciał   wtargnąć   w   nią   jak 

najgłębiej,   jak   najmocniej.   Pragnął   być   w   niej.   Musiał   ją   zatopić   w   swoim 
nasieniu. Najpierw jednak... musiał na nią patrzeć. Musiał.

Zamknęła   oczy.   Rumieniec,   który   pojawił   się   na   jej   szyi,   rozlał   się   na 

policzki, na czoło. Zmarszczyła nos, a z jej rozchylonych warg wydobywały się 
długie serie jęków. Napierała na niego biodrami, żądając zaspokojenia. Oplotła 
go nogami, przyciągając jak nabliżej do siebie. Lęgnące się w głębi jej ciała 
skurcze powoli ogarniały ją całą, wstrząsając nią i dając najbardziej pierwotną 
satysfakcję.

background image

Zatopił się w tym prymitywnym wybuchu nieprzerwanej namiętności. Nie 

była w stanie mu się oprzeć. Jej ciało było spragnione, tak jak jego. Należała do 
niego.

Nie mógł już dłużej czekać.
Przycisnął   ją   biodrami   do   łóżka.   Przytrzymał   rękami.   Zmusił   ją,   by   go 

przyjęła w siebie. Wiła się pod nim, kołysana falami ekstazy. Z jej ust wyrywały 
się jęki rozkoszy. Wtargnął w nią tak głęboko, jak tylko mógł. Nieodwołalnie 
szczytował,   wypełniając   ją   sobą.   Pogrążył   się   w   niej,   szaleńczo,   na   oślep, 
żądając, żeby uznała, iż należy do niego. Pragnął poskromić ją fizycznie, żeby 
opanować jej umysł.

Udało mu się. W każdym dźwięku, jaki wydawała, brzmiała kapitulacja, w 

każdym jej ruchu manifestowała się akceptacja.

Zwyciężył. Poddała się.
Na razie.
Hannah   odpoczywała   w   objęciach   Dougalda,   czerpiąc   przyjemność   ze 

zmęczenia, ze spełnienia... bez skruchy. Wiedziała, że ten stan długo nie potrwa. 
Za   chwilę   będzie   musiała   otworzyć   oczy.   Będzie   świadoma   wszystkiego, 
zawstydzona,   będzie   walczyć   o   zachowanie   resztek   godności   i   dumy, 
zaprzeczać, że się podporządkowała Dougaldowi. Teraz jednak...

Podniósł się z niej, ostrożnie rozdzielając ich splecione ciała. Natychmiast 

poczuła wstyd. Zwarła nogi i, zbierając myśli, przygotowywała się do walki... 
Tymczasem Dougald przekręcił ją na brzuch. Próbowała usiąść, ale przytrzymał 
ją jedną ręką. Słyszała szelest ubrania; usiłowała coś zobaczyć i dostrzegła, że 
jej mąż ciska w kąt pokoju kamizelkę, krawat i marynarkę.

– Dougaldzie, co...
– Chcesz teraz rozmawiać? – rzekł szorstkim głosem.
Nie obchodziło jej, jak brzmiał jego głos.
– Nie.
– Więc bądź cicho. Uśmiechnęła się do kołdry.
Na podłogę, jeden po drugim, spadły ze stukotem buty. Nie musiała patrzeć, 

żeby wiedzieć, jaką część ubrania właśnie zdejmował. Zresztą i tak spodnie miał 
już do połowy opuszczone. Łatwo opadły na podłogę. Dougald wskoczył na 
łóżko. Umieściwszy kolana po obu stronach jej bioder, zaczął rozpinać guziki 
przy   jej   sukni.   Chciała   zaprotestować,   bojąc   się,   że   uszkodzi   sukienkę,   ale 
zabrakło jej oddechu.

Pochylił się nad nią i wyszeptał:
– Ty i to twoje głupie ubranie. Masz go tyle na sobie, żeby trzymać mnie z 

dała od siebie, ale dłużej tak nie będzie, Hannah. Chcę, żebyś to zdjęła.

Odzyskała oddech na tyle, żeby mu odpowiedzieć:
– Nie noszę ubrania po to, żeby trzymać cię od siebie z daleka. Gdy się 

ubieram, nigdy nie myślę o tobie.

background image

– Twój błąd.
Ściągnął   jej   z   ramion   materiał,   podniósł   ją   i   zsunął   z   niej   suknię, 

szarpnięciem uwalniając ręce z rękawów. Pozwolił jej opaść z powrotem na 
materac   i   zdecydowanie   kontynuował   jej   rozbieranie.   Kiedy   odrzucił   halki, 
pozostała   jedynie   w   koszuli,   gorsecie   i   swoich   najlepszych,   jedwabnych 
pończochach.

Zaśmiał się chropawo i jednym palcem zerwał jej podwiązkę w kwiatowe 

wzory.

–   Nadzwyczajna   –   rzekł.   –   Zapowiedź   tego,   co   znajduje   się   dalej.   – 

Przeciągnął rękę wzdłuż jej uda ku krągłościom pośladków. Zaczął je masować, 
niczym poszukiwacz drogich kamieni, który znalazł piękny diament, a potem 
delikatnie przesunął palec w dół, wzdłuż rowka pomiędzy pośladkami, aż do 
miejsca o największej, najpełniejszej wrażliwości.

Na wpół uniosła się z łóżka, gotowa, aby się odwrócić i przyjąć go.
Ale Dougald jedną ręką popchnął ją z powrotem w dół. Wspiął się na nią, 

wsunął pod nią dłonie i delikatnie, czule ujął jej piersi.

Zamknęła   oczy   i   przywarła   policzkiem   do   kołdry.   Nie   musiała   myśleć. 

Jeszcze nie.

Jego ręce działały cuda. Wyobraźnia podsuwała jej kolejne obrazy. Uniesie 

ją na kolana i posiądzie od tyłu. Będzie jęczała i drapała jak kotka. Zadrżała, 
gotowa przyjąć go w siebie, pragnęła zażądać, żeby zrobił to, czego chciała. Ale 
nie   miała   żadnych   szans:   był   zbyt   silny,   zbyt   doświadczony.   W   tych 
okolicznościach   kobieta   nie   była   nigdy   równoprawnym   partnerem   dla 
mężczyzny.

Gdy Hannah obudziła się o brzasku, Dougald, trzymając w rękach buty, stał 

nad nią, już w spodniach, i patrzył spode łba. Patrzył spode łba na pokój, na 
wąskie łóżko... na nią.

– Ta sypialnia jest obskurna. – Pocałował ją w czubek głowy.
Hannah uniosła się na łokciu i odgarnęła z twarzy włosy.
– Ja też ci mówię dzień dobry.
– Każę pani Trenchard, żeby przeniosła cię do lepszego pokoju.
Hannah niemal zerwała się z łóżka. Ale była kompletnie naga, co stawiało ją 

w niekorzystnej pozycji w każdej konfrontacji z Dougaldem.

–   Nie   zrobisz   tego!   I   tak   będziemy   mieli   szczęście,   jeśli   nikt   nas   nie 

zauważył.   –   Nagle   dotarło   do   niej,   co   przed   chwilą   powiedział.   I   co 
odpowiedziała. Oboje uważali, że tylko kopulowali, że nie pogodzili się ze sobą. 
–   Zresztą   to   nie   ma   znaczenia,   czy   ci   się   podoba   moja   sypialnia   –   rzekła, 
starannie dobierając słowa – Już więcej... więcej tu nie będziesz gościł.

Jakby stał się wyższy, masywniejszy, bardziej ponury.
– Jeśli będę chciał...
– Nie. Wiesz, że nie możemy tego powtórzyć. Ktoś nas zobaczy. Staniemy 

background image

się obiektem plotek i spekulacji i ja... ty... oboje nie chcemy tego teraz. Prawda?

Podczas   jej   przemowy   Dougald   na   powrót   przemienił   się   w   surowego, 

niewzruszonego dżentelmena.

–Nie.
Z jego postawy i wyrazu twarzy nic nie mogła odczytać. Jakby w ogóle nie 

było minionej nocy. Jakby ich bliskość była jedynie wytworem jej wyobraźni, a 
namiętność... poruszyła nogami i poczuła przejmujący ból mięśni.

Namiętność była faktem. Nie mogła temu zaprzeczyć.
Ale ich namiętność zawsze była prawdziwa i nigdy nic nie znaczyła w ich 

małżeńskich problemach. A więc...

– Nie możemy tego więcej robić – rzekła zdecydowanym głosem.
– Zgadzam się.
– Za dwa tygodnie? – Panna Minnie po omacku odszukała krzesło i ciężko 

na nie opadła. – Królowa zawita tu za dwa tygodnie?

Wśród służby rozległy się radosne szepty.
–   Czy   to   nie   wspaniałe?   –   Ciotka   Spring   stała   z   błyszczącymi   oczami, 

złożywszy dłonie. – Królowa Wiktoria przyjedzie osobiście nas odwiedzić!

– Kompletnie w to nie wierzę – po raz czwarty powtórzył Seaton. – To 

zupełnie niemożliwe.

Dougald stał w głównej sali, plecami do kominka, naprzeciwko zdumionej 

grupy słuchaczy złożonej z ciotek, swojego zdradzieckiego następcy, Charlesa, 
pani Trenchard, zamkowej służby i Hannah.

Jego   żona,   Hannah.   Planował,   że   będzie   ją   dręczył.   Początkowo   odnosił 

same   sukcesy.   Schwytał   ją   w   pułapkę.   Pokazał   jej,   gdzie   jej   miejsce,   kazał 
spełniać swoje życzenia i wierzył, że wkrótce stanie mu się całkowicie powolna.

I nagle Hannah zaczęła przewracać wszystko do góry nogami. Powinien był 

to przewidzieć. Powinien był pamiętać o jej skłonnościach do robienia rzeczy 
niespodziewanych. Ciotka Isabel i ciotka Ethel chwyciły się za ręce i puściły w 
tany na oczach śmiejących się młodych służących. Pani Trenchard klasnęła w 
dłonie i pokojówki i lokaje uspokoili się. Nic jednak nie mogło  stłumić  ich 
radości.

Doskonale. Dougald został postawiony w stan pogotowia przez Hannah i 

będzie reagował zgodnie z potrzebą chwili. Jego żona nie będzie już rozsyłać 
listów po całym kraju. Nigdy też nie pojedzie nigdzie bez eskorty. On zaś nigdy 
już nie podda się jej seksualnym umizgom. W jego żyłach płynęła zimna krew. 
Samotność,   ciężka   praca   i   strapienia   ukształtowały   go   na   podobieństwo 
własnego   ojca,   dbającego   jedynie   o   dobro   rodziny   i   niepodatnego   na 
jakiekolwiek uczucia. Nie pozwoli Hannah obudzić w sobie żadnej miękkości.

Dougald podniósł głos, żeby przekrzyczeć swoich słuchaczy.
– To wspaniała wiadomość. Goszczenie jej wysokości pod naszym dachem 

to wielki przywilej, ale nie muszę wam chyba mówić, co musimy zrobić, żeby 

background image

przygotować się do królewskiej wizyty.

Charles omiótł Dougalda spojrzeniem od stóp do głów, jakby przymierzał go 

do ubrania. – Potrzebny panu nowy strój. Mówiłem już, że potrzebne panu nowe 
ubranie.

– Wydamy wielkie przyjęcie. – Ciotka Spring zmrużyła oczy. – Powinniśmy 

zaprosić wszystkich z okolicy dla uczczenia jej wysokości.

–   Wszystkich   z   okolicy?   –   Hannah   pospiesznie   odwróciła   się   twarzą   do 

ciotki Spring. – Tutaj? Do zamku Raeburn?

Więc   Burroughsowie   tu   przybędą   i   będzie   mogła   się   z   nimi   spotkać. 

Dougald   przeanalizował   okoliczności.   Hannah   zadomowiła   się   już   w   zamku 
Raeburn, była przywiązana do ciotek. Związana z nim... Bardzo dobrze. Będzie 
więc mogła spotkać swoich dziadków.

– Boazerie. Wejście. – Pani Trenchard przyłożyła przeciętą licznymi żyłami 

rękę do serca i rozejrzała się z przerażeniem. – Główna sala. Wszystko musi 
zostać wysprzątane.

– Wszystko musi zostać odnowione – poprawił ją Dougald.
–   Robotnicy   powinni   zachować   szczególną   ostrożność,   milordzie,   żeby 

zapobiec nieszczęściu – odezwał się Charles.

Ciotka Isabel przyłożyła rękę do głowy.
– Ufarbuję sobie włosy.
Dougald usłyszał potwierdzenie swoich podejrzeń.
–   Postaraj   się   nie   zachlapać   całej   miski   pastą   do   butów.   –   Ciotka   Ethel 

mierzyła się dłońmi w talii. – Ciekawe, czy zmieszczę się w moją najlepszą 
jedwabną suknię.

–   We   wszystkim   doskonale   wyglądasz   –   pocieszająco   zauważyła   ciotka 

Spring.

Seaton zmienił śpiewkę.
– To cholerna katastrofa. Cholerna katastrofa.
– Przestań kląć, Seaton – skarciła go panna Minnie. Wyciągnęła rękę do 

Hannah   i   powiedziała:   –   Czy   to   prawda,   panno   Setterington?   Nigdy   nie 
sądziłam, że naprawdę przyjedzie.

– Wiedziałam,  że to się powiedzie. – Ciotka Isabel potrząsnęła głową. – 

Hannah jest bardzo... sprawna. To współczesna kobieta.

Hannach uścisnęła dłoń panny Minnie.
–   Trudno  w   to  uwierzyć,   ale   to  prawda.   Ciotka   Spring  ujęła   drugą  rękę 

Hannah.

– Kochana dziewczyno, dzięki tobie spełnia się nasze marzenie.
Na twarzy Hannah zakwitł uśmiech.
– Nie dzięki mnie, ciociu Spring, ale dzięki waszemu wspaniałemu dziełu. 

To wy – gestem ręki objęła wszystkie ciotki – sprawiłyście, że spełnią się nasze 
marzenia.

background image

Dougald musiał przyznać, że Hannah umiała postępować z ludźmi. Kochała 

ją   nawet   jego   babka,   którą   zwykle   trudno   było   zadowolić.   Jej   choroba 
przyspieszyła ich zaręczyny, ponieważ babka chciała jeszcze dopilnować, by 
Dougald   się   ożenił.   W   ciągu   następnych   miesięcy   była   zadowolona   jedynie 
wtedy, gdy Hannah była u jej boku. Zabawne. Dopiero widok żony zajmującej 
się tymi staruszkami przypomniał mu, ile zawdzięczał Hannah opiekującej się 
jego babką. Przypomniał mu i kazał myśleć, że... że może ich małżeństwo nie do 
końca było nieudane.

Bywały chwile, gdy byli sami, że zapominał o swoich obowiązkach, a ona 

zapominała   o   swych   urazach   i   zaczynali   ze   sobą   rozmawiać.   Po   prostu 
rozmawiali. Był zdumiony jej dojrzałością, doświadczeniami życiowymi, które 
ją ukształtowały. Nigdy nie była typową, lekkomyślną panienką, on zaś nie był 
typowym synem z zamożnego domu. Stracił matkę, a chłodny ojciec trzymał go 
na dystans. Miłość przynosiła jedynie ból.

Hannah była skąpana w uczuciach matki, ale cała matczyna miłość nie była 

w stanie uchronić jej przed wymysłami ludzi okrutnych i bigotów.

Rozdzieliło ich wiele lat. Znikła wzajemna bliskość. Może jednak byliby w 

stanie odbudować pokrewieństwo dusz.

– Nie wiedziałem, panno Setterington, że zna pani jej królewską mość. – 

Seaton podszedł do Hannah i dodał służalczym tonem: – Musi mi pani wszystko 
opowiedzieć o waszej znajomości.

Dougald niemal słyszał głos swojego ojca. I tyle dają marzenia na jawie, 

chłopcze.   Tracisz   autorytet.   Nie   udaje   ci   się   utrzymać   przy   sobie   własnej 
kobiety. Niektórzy sądzą, że mogą cię zabić. Przestań być taki miękki. Dbaj o 
interesy.

Ojciec miałby rację. To nie był czas ani miejsce na rozważania o Hannah i 

plusach ich małżeństwa. Teraz, tutaj, wobec wiszącego nad nim śmiertelnego 
zagrożenia i spodziewanej wizyty królowej musiał okazać się mężczyzną, jakim 
przecież był.

– Zaczniemy natychmiast. – Zwrócił surowy wzrok na Seatona. – Nikt nie 

będzie zwolniony z pracy. Nikt.

Seaton,   tak   jak   się   tego   spodziewał   Dougald,   pospiesznie   wybiegł.   Po 

niespełna   godzinie   Dougald   otrzymał   wiadomość,   że   Seaton   opuścił   zamek. 
Najwyraźniej   jego   następca   przypomniał   sobie   o   licznych   towarzyskich 
zobowiązaniach, które go czekały przed królewską wizytą, i zamierzał je teraz 
codziennie wypełniać.

Dougald   musiał   więc   odnosić   się   do   Hannah   z   obojętnością,   na   jaką 

zasługiwała.

Już nigdy nie pozwoli, by zapanowała nad nim namiętność.
Dlaczego Hannah kiedykolwiek się wydawało, że nie ma siły? Władza, jaką 

miała nad Dougaldem, urosła do niebywałych rozmiarów. Owszem, musieli być 

background image

sami, Dougald musiał być nagi, ona zaś musiała klęczeć pomiędzy jego nogami. 
Teraz   zaciskał   dłonie   na   krawędziach   łóżka   i   wił   się   w   bezgłośnej   agonii, 
zapowiedziała   mu   bowiem,   że   przerwie,   jeśli   tylko   jej   dotknie.   On   zaś 
sprzedałby duszę diabłu, byłe tylko nie przestawała.

Uśmiechając się, przesunęła usta w dół, z lewej strony jego brzucha, liżąc 

gładką skórę nad biodrem, po czym przesunęła się na jego pępek i złożyła tam 
pocałunek. Pachniał czystością, przyszedł do niej zaraz po kąpieli. Woń jego 
podniecenia   mieszała   się   z   korzennym   zapachem   mydła.   Czekał,   drżąc   z 
niepewności, i zastanawiał się, czy Hannah zrobi to, co wydawało mu się, że 
zrobi.   Zaplanowała   to,   każąc   mu   cierpieć.   Przecież   była   mu   winna   nieco 
cierpienia,  a   czyż   istniała   lepsza   forma   spłaty   tego   długu?   Przedłużała   więc 
oczekiwanie, gładząc jego uda, przesuwając dłonie na jego pośladki, ciesząc się 
ich   jędrnością.   Czy   dwie   noce   temu   nie   przytrzymywał   jej   na   łóżku   i   nie 
zmuszał,   żeby   rozkoszowała   się   własną   rozwiązłością?   Cóż,   teraz   mogła 
rozkoszować się jego doznaniami.

– Podoba ci się to? – Złożyła ostrożny pocałunek tuż powyżej linii włosów 

łonowych.

– Ubóstwiam to. – Wziął głęboki oddech, jego pierś zafalowała z wysiłku. – 

Co tylko chcesz. Wszystko.

Nie chciał jej prosić. Może myślał, że będzie zaszokowana. Dwie noce temu 

może by była. Dwie noce temu. Ale podczas ostatnich dwóch nocy Dougald 
zabrał   ją   w   świat   zmysłowych,   hedonistycznych   doznań.   Lizał   ją   i   całował 
wszędzie,  sprowadzając  ją do jęczącej  istoty  błagającej  o więcej. Doskonale 
wiedziała, czego pragnął. I niedługo mu to podaruje.

Znów go pocałowała, tym razem u nasady naprężonej męskości, stale jednak 

trzymała zaciśnięte usta.

– Czy to właśnie lubisz?
– Tak. To bardzo miłe. Może jednak... Słuchając, jak z trudem wymawia 

słowa, dmuchnęła gorącym oddechem na jego ciało.

– ...może gdybyś użyła języka...
– Tak? – Powoli, z namysłem, przeciągnęła językiem po napiętej skórze.
Wstrzymał oddech. Napiął mięśnie ramion, walcząc z instynktowną chęcią, 

żeby pochwycić jej głowę i pokazać, czego pragnie.

– Co jeszcze? – zapytała łagodnie.
– Możesz sobie wyobrazić, co mogłoby mi się podobać – odparł cicho.
– Mogę. – Uniosła głowę i uśmiechnęła  się do niego. – Ale chciałabym 

usłyszeć.

Gdy patrzył na nią, powoli coś zaczęło mu świtać w głowie. Zerknął spode 

łba, ale wobec oczywistych dowodów pogodził się z przegraną. Nie zamierzał w 
takiej chwili z nią walczyć. Głębokim, rozpaczliwym głosem powiedział:

– Proszę, Hannah. Proszę, weź mnie w usta... i... proszę...

background image

Wybaczyła mu brak elokwencji i spełniła jego prośbę.
Przecież to było absolutnie ostatni raz.

background image

ROZDZIAŁ18

Stojąca   w   małej   jadalni   Hannah   słyszała   ożywione   głosy,   dobiegające   z 

pokoju   śniadaniowego.   Słyszała   stukanie   młotków   stolarzy   w   salonie.   W 
korytarzu   widziała   szwaczki,   wnoszące   po   schodach   materiały   obiciowe. 
Podniecenie związane z przyjazdem królowej odczuwane było w całym zamku. 
Ubiegłego dnia Hannah długo w noc pracowała nad organizacją pospiesznej 
naprawy gobelinu przez ciotki. A potem, w nocy, nie spała, bo... no, z innych 
powodów.

Przejrzała się w wiszącym na ścianie lustrze w złotej ramie i uśmiechnęła się 

frywolnie do siebie.

Te inne powody już się nie powtórzą.
Jej uśmiech zbladł.
W   końcu   nie   wiedziała,   czy   namiętność   Dougalda   była   udawana,   a   jej 

uwiedzenie częścią podstępnego, ukrytego planu, mającego na celu osłabienie 
jej oporu i zmuszenie do stania się posłuszną żoną. Do zmęczenia i bezsenności 
doszło   jeszcze   zmartwienie.   Z   lustra   patrzyła   na   nią   znużona   twarz,   więc 
uszczypnęła   się   w   policzki,   żeby   przywrócić   im   kolor.   Wszyscy   byli 
zaangażowani   w   przygotowania   do   wizyty   królowej.   I   tak   nikt   nie   będzie 
zwracał na nią uwagi. No, może Dougald...

Nie była jednak pewna, czy po ubiegłej nocy będzie w stanie spojrzeć mu 

prosto w oczy.

Takiej mieszaniny radości, zmieszania i cierpienia nie zaznała odkąd... od 

czasu, gdy żyli razem, jak mąż i żona. Musiała pamiętać o tym, że nie był już 
tamtym mężczyzną, co niegdyś. Ale ona również nie była taka, jak dawniej. Nie 
wiedziała,   co   się   stanie,   lecz   wiedziała,   że   ich   ewentualne   pojednanie   nie 
odbędzie się wyłącznie na warunkach Dougalda.

Gwar głosów w pokoju śniadaniowym wzmógł  się.  Powinna tam pójść i 

stanąć przed nimi. W końcu nikt z tam zgromadzonych nie miał pojęcia, co 
wydarzyło się ostatniej nocy w sypialni Dougalda... Poza nią i Dougaldem. On 
zaś   nie   powiedziałby   nic,   co   mogłoby   ją   skompromitować.   Zacisnęła   zęby. 
Jedno,   czego   mogła   być   pewna,   to   fakt,   iż   nienawidził   tej   obsesyjnej 
namiętności jeszcze bardziej niż ona.

Ostatni   raz   uszczypnęła   policzki   i   przekroczyła   drzwi.   Minęła   panią 

Trenchard, dzierżącą czajniczek z parującą herbatą, minęła siedzącego przy stole 
Dougalda oraz ciotki i Seatona. Ciotka Spring trzymała w dłoni kartkę papieru, z 
której   odczytywała   na   głos,   donośnie,   żeby   przekrzyczeć   stukot   młotków 
dobiegający z salonu.

– Napisałam zaproszenia dla Hendersonów, Gilmore’ów, hrabiego Nasker, 

to tacy mili ludzie, dla pana MacAllistera i jego nowej żony, która jest o wiele 
za młoda dla takiego starego pryka, dla sir Prestona i lady Susan Howellów, 

background image

mam nadzieję, że pani Howell podniosła się już z połogu, dla sir Daya i lady... 
Dzień dobry, Hannah, moja droga. Wyglądasz dziś na bardzo zmęczoną.

I tyle zostało z nadziei Hannah na dyskretne zjawienie się na śniadaniu.
– Czuję się dobrze, ciociu Spring.
Ciotka Spring zignorowała jej zaprzeczenie.
– Nie sądzisz, Dougaldzie, że wygląda na zmęczoną? Dougald nie podniósł 

oczu znad talerza.

– Wygląda bardzo dobrze.
– Panna Setterington jest piękna jak zawsze. – Seaton sprawiał wrażenie 

zaszokowanego szczerością ciotki Spring.

– Ależ oczywiście, mój drogi. – Ciotka Spring, nie przejmując się naganą 

Seatona, odłożyła listę gości na stół i z zainteresowaniem przyjrzała się Hannah. 
– Cienie pod oczami nie odbierają wdzięku młodej damie. Zgodzisz się ze mną, 
Dougaldzie?

Dougald chrząknął, niewzruszony nieustającymi wysiłkami ciotek, żeby go 

wyswatać.   Hannah   usiadła   na   krześle,   przejęta   zachowaniem   i   ciotki,   i 
Dougalda. Ciszę przerwała ciotka Isabel.

– Tak, kochanie, moim zdaniem cienie pod oczami dodają jej tajemniczości.
– Dzisiaj wygląda bardzo tajemniczo – zauważyła ciotka Ethel.
Kiedy panna Minnie otworzyła usta, żeby  coś powiedzieć, Hannah przez 

chwilę miała nadzieję, że ta rozsądna kobieta zmieni temat rozmowy.

Ale się rozczarowała.
– Dougald również wygląda dziś na znużonego – rzekła panna Minnie. – 

Ostatniej nocy pracowałyśmy nad ułożeniem menu na przyjęcie królowej. Może 
w tym czasie panna Setterington pomagała Dougaldowi przygotować powitanie 
królowej.

Ciotka Spring wyprostowała się na krześle.
– Tak!
– Cudowne! – uśmiechnęła się promiennie ciotka Isabel.
–   Bardzo   tajemniczo   –   powtórzyła   ciotka   Ethel.   Dougald   przeżuł   kęs, 

przełknął i wytarł usta serwetką. Po czym powiedział:

– Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ostatniej nocy nie pracowałem z 

panną Setterington nad powitaniem królowej. Panna Setterington miała swoje 
zadania, ja swoje i zupełnie nie byłem zainteresowany współpracą z nią.

– To bardzo nieuprzejme z twojej strony, Dougaldzie – zwróciła mu uwagę 

ciotka Spring.

– Zraniłeś uczucia takiej kochanej dziewczyny – rzekła ciotka Ethel.
– Nic się nie stało – pospiesznie zapewniła Hannah.
Dougald   omiótł   ją   szybkim   spojrzeniem.   Było   gorące,   gniewne,   pełne 

namiętności   i   ją   speszyło,   wywołując   rumieńce   i   każąc   żałować,   że   mimo 
wszystko nie zrezygnowała ze śniadania.

background image

Dougald wrócił do posiłku.
Seaton spojrzał na pochyloną głowę kuzyna.
– Lord Raeburn jest nieuprzejmy. Panna Setterington nie zasługuje na to, 

żeby spożywać śniadanie w towarzystwie barbarzyńcy.

Dougald podniósł głowę i uśmiechnął się do niego:
– Jak również w towarzystwie mordercy. 
Panna Trenchard głośno wciągnęła powietrze.
– Czy przyznał się właśnie, że zamordował swoją żonę? – zapytała ciotka 

Isabel.

Hannah   wbiła   wzrok   w   męża.   Jego   szyderczy   uśmiech   przypomniał   jej 

powody,   dla   których   podejrzewała   go   o   najgorsze   zamiary.   Kiedy   z 
błyszczącymi zimno oczami siedział w jadalni, otoczony widomymi dowodami 
swojego   bogactwa   i   szlachetnego   pochodzenia,   wyglądał   jak   mściwy, 
średniowieczny lord.

– Nie, ciociu Isabel. Nie zamordowałem mojej żony. – Mówił, nie patrząc na 

Hannah. – Jeszcze nie.

– Jeszcze nie? – Głos ciotki Isabel był donośniejszy niż zwykle. – Co on ma 

na myśli?

Dougald odłożył widelec i uśmiechnął się szatańsko do ciotki Isabel.
– Czyż nie było okrucieństwem ściąganie mi na głowę panny Setterington, 

skoro uważałyście panie, że zamordowałem swoją żonę?

Świadomość, że ciotki chciały ją swatać z Dougaldem nie była tym samym, 

co   rozmowa   na   ten   temat.   Hannah   gotowa   była   przekląć   Dougalda,   jednak 
powiedziała jedynie:

– Lordzie Raeburn, przecież nie zabił pan swojej żony.
Nikt   nie   zwrócił   na   nią   najmniejszej   uwagi.   Ciotka   Isabel   otworzyła   i 

zamknęła usta. Następnie wyjąkała:

– Nigdy... nigdy mi to nie przyszło do głowy. – Zmarszczyła brwi, myśląc 

intensywnie.

Dougald czekał i z niemiłym uśmiechem omiatał  spojrzeniem siedzących 

przy stole.

– Z bólem muszę przyznać, że masz rację. No dobrze. Przyjmę więc, że nie 

zamordowałeś swojej żony. – Ciotka Isabel westchnęła. – Ale nasz pomysł był 
taki romantyczny.

Uśmiech znikł.
– Morderstwo nie jest romantyczne. Morderstwo to wytwór chorego umysłu.
Seaton wstał i zastukał w blat stołu.
– Ja jednak nie zmienię swojego zdania. Jego lordowska mość zabił swoja 

żonę.

– Seaton, przecież mówisz to tylko dlatego, że to taka pasjonująca historia – 

rzekła ciotka Ethel.

background image

–  A cóż  w  tym jest  złego?  –  Seaton gwałtownie  odsunął  krzesło.  Lokaj 

pospiesznie   podbiegł,   żeby   je   z   powrotem   przysunąć.   –   Jadę   odwiedzić 
Sheratonów. Nie będzie mnie przez całą noc. Do zobaczenia do jutra. – Wyszedł 
z pokoju pełen urazy.

Dougald obserwował go przymrużonymi oczami.
– Wytwór chorego umysłu – powtórzył.
– Ale przecież miałeś żonę, Dougaldzie. Co się z nią stało? – zapytała ciotka 

Spring.

– To tajemnica. – Skinął krótko głową i ponownie zaczął jeść.
Hannah miała ochotę bić czołem w stół. Dlaczego Dougald czynił uwagi, 

mające zaognić atmosferę? Czemu ujawniał tak wiele, jednocześnie mówiąc tak 
mało? Czy szydził z niej i jej żarliwości? A może znów ją straszył? Nie miała 
pojęcia. Nic nie wiedziała. I tak naprawdę, chociaż nie było na świecie niczego, 
co chciałaby robić bardziej niż kochać się z nim, jednak mu nie ufała. Jak miała 
ufać? W czasie sześciu miesięcy ich małżeństwa tak bardzo ją skrzywdził.

Hannah stała przy biurku przed człowiekiem, który od pięciu miesięcy był 

jej mężem. – Od śmierci twojej babki nie mam nic do roboty.

– Wykonałaś wspaniałą pracę podczas jej choroby. Mówiła mi, jak bardzo 

ceni sobie twoją opiekę. Powiedziała, że wybraliśmy właściwą żonę.

Słowa   raniły   Hannah   niczym   miecz.   Krok   za   krokiem   odsłaniało   się 

prawdziwe oblicze ich małżeństwa. Wszystko, o co go oskarżała w pociągu, 
okazywało się prawdą. Została wybrana na żonę Dougalda przez jego babkę. 
Stosując się do rad babki, zaoszczędził sobie wiele czasu i zmartwień. Dzięki 
temu   mógł   więcej   uwagi   poświęcić   interesom,   osiągając   coraz   więcej 
pożądanych sukcesów i bogactwa.

–   Ciągłe   brakuje   mi   babci.   –   Zanim   spojrzał   w   dół   na   stertę   papierów, 

Hannah zdążyła dostrzec łzy. – Zawsze mogłem z nią porozmawiać. To była 
bardzo mądra niewiasta.

Hannah chciała powiedzieć, że może porozmawiać z nią, ze swoją żoną, ale 

nie zrobiła tego. Przekonała się już o próżności takich stwierdzeń. Nie dowiodła 
swoich zalet Dougaldowi głównie dlatego, że mąż nie dał jej żadnej szansy.

–   Czy   mówiłem   ci   już,   że   jestem   bardzo   wdzięczny   za   ten   czas,   który 

spędziłaś z chorą ? – zapytał Dougald.

– Tak. – Przyspieszyli uroczystość zaślubin ze względu na chorobę babki. 

Hannah nie żałowała tego. Umierająca staruszka była szczęśliwa, wiedząc, że jej 
wnuk się ustatkował. – Tak, mówiłeś.

– Nadal jeszcze jesteś blada i zmęczona. – Dougald otworzył szufladę biurka 

i wyjął z niej kopertę z pieniędzmi. – Weź to i idź na zakupy. To powinno cię 
trochę rozerwać.

Schowała ręce za plecami i zaplotła palce, zdecydowana nie przyjmować 

jego oferty. Musiała go zmusić do zrozumienia, że pieniądze nie naprawią ich 

background image

małżeństwa.

– Nie cierpię z nudów. Cierpię na brak zajęć. Kiedy twoja babka była chora, 

musiałam się nią opiekować, ale teraz, gdy odeszła, muszę mieć coś do roboty. 
Obiecałeś mi sklep z ubraniami.

–   Jesteś   żoną   jednego   z   liczących   się   biznesmenów   w   Liverpoolu. 

Wyszedłbym na głupca, gdybyś otworzyła sklep z ubraniami – odparł ostro.

– Obiecałeś!
–   Nie   obiecałem.   Sama   powiedziałaś,   że   nie   chcesz   się   sprzedawać   dla 

sklepu   z   ubraniem.   –  Położył   kopertę   na   biurku   i  przesunął   w   jej  stronę.   – 
Powiedziałaś, że nie będziesz naginała swoich zasad dla pieniędzy.

Mówił prawdę. Powiedziała to wszystko w pociągu. Potem ją uwiódł i w 

swoim   zaślepieniu   i   pośpiechu   przed   ślubem   przyjęła,   że   sprawa   została 
załatwiona. Przyjęła, że będzie chciał, by była szczęśliwa. Przyjęła, że wiedział, 
co ją może uszczęśliwić. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że celowo przekręci 
jej słowa i będzie musiała tańczyć jak on zagra. – Nie rozumiem, czemu się 
przejmujesz tym, co inni pomyślą.

– Nadal jeszcze jestem młody. Pamięć o mojej burzliwej przeszłości ciągnie 

się   za   mną.   Jeśli   mam   odnieść   sukces,   muszę   być   szanowany   przez   moich 
kolegów. – Machnął lekceważąco ręką. – Nie rozumiem, dlaczego próbuję ci to 
wszystko wytłumaczyć. Uwierz mi, kochanie. Wiem, co jest dla nas najlepsze.

– Odniosłeś już sukces.
–  Ale niewystarczający. Jeszcze  nie.  – Przedstawił  swój  cel  z  beztroską, 

która przeczyła jego zdecydowaniu. – Będziesz szczęśliwa, kiedy będziesz miała 
dzieci. Wiesz przecież, że potrzebny mi następca, ty zaś zawsze pragnęłaś mieć 
rodzinę. Dziecko będzie twoje i będzie cię kochało.

Nie znosiła, kiedy to robił. Kiedy wykorzystywał jej pragnienie posiadania 

rodziny   jako   broń   przeciwko   niej.   Uśmiechnął   się   do   niej,   najwyraźniej 
uważając, iż zmięknie na wzmiankę o dziecku.

– Czy miałaś ostatnio miesiączkę?
– Tak. – Na szczęście, tak. Przerażał ją pomysł wychowywania dziecka w 

domu, w którym pozbawiona była autorytetu i zaniedbywana przez męża.

–   Jeśli   będę   mógł   dzisiaj   wcześniej   skończyć   pracę,   możemy   spróbować 

spłodzić dziecko.

Potrząsnęła głową.
– Masz spotkanie.
– To prawda. – Zerknął na kalendarz. – A więc jutro wieczorem.
Zagotowało się w niej. Nie mogła tak dalej żyć, otoczona opieką i karcona 

jak piesek pokojowy.

–   Skoro   nie   mogę   mieć   sklepu   z   ubraniami,   pozwól   mi   chociaż   przejąć 

kontrolę nad służbą. Kiedy zajmowałam się twoją babką, Charles prowadził cały 
dom i teraz nie odda mi tych obowiązków.

background image

Dougald przesunął papiery na biurku. Stracił zainteresowanie jej sprawą.
–   Większość   kobiet   byłoby   szczęśliwych,   gdyby   zostały   uwolnione   od 

obowiązku prowadzenia domu.

Czy była podobna do innych kobiet? Powinien się ożenić z kimś innym. Tyle 

razy już mu to wszystko mówiła. Nie słuchał jej. Nawet się nie starał. Obrażał ją 
swoją nieskończoną cierpliwością, traktowaniem jak laleczki i głaskaniem po 
główce. Znużona, powiedziała:

– Nie mam nic do roboty. Nie mogę tak żyć. Ostrzegam cię, Dougaldzie, że 

jeśli szybko nic się nie zmieni, nasze małżeństwo się rozpadnie.

Udało   jej   się   odzyskać   jego   uwagę.   Potrząsnął   głową,   jego   twarz 

poczerwieniała, zmrużył oczy.

– Grozisz mi?
– Próbuję z tobą porozmawiać. Podniósł głos do krzyku.
– Porozmawiać ze mną? Znów zadręczasz mnie gderaniem! – Usiłował się 

opanować. – Nic nie ma do zrobienia. Jesteśmy mężem i żoną, dopóki śmierć 
nas nie rozłączy. Zrób z tego jak najlepszy użytek.

Zrobiła więc z tego jak najlepszy użytek, choć zupełnie nie tak, jak się tego 

spodziewał.   Zanim   zdążyła   zajść   w   ciążę   i   ugrząźć   na   zawsze,   rzuciła   go. 
Wzięła pieniądze, które jej dał zamiast zaufania i uczucia, po czym uciekła.

Teraz znalazła się w obliczu podobnej pułapki. Spojrzała w stronę stołu. 

Dougald siedział spokojny, oddalony, nieposkromiony. Nie rozmawiali ze sobą. 
Nie oferował jej więcej zrozumienia  i sympatii  niż poprzednio i jeszcze  raz 
udowodnił,   że   kopulacja   nie   jest   dla   niego   tym   samym,   co   miłość.   Jednak 
Hannah   zrozumiała   to,   co   ku   swojemu   przerażeniu   odkryło   przed   nią   wiele 
kobiet – że miłość wcale nie jest niezbędna. Kiedy dwoje ludzi uprawia seks, 
rezultatem może być dziecko.

Musiała więc być mądra. Jeśli Dougald przyjdzie do jej pokoju, musi go 

odprawić. A jeśli do niej nie zawita, to jeszcze lepiej.

Z całą pewnością ona nie pójdzie do niego.
–   Ten   materac   jest   ubity   i   nierówny.   –   Dougald   przesunął   się,   usiłując 

wygładzić górkę splątanego włosia, którą czuł pod kręgosłupem, i zastanawiał 
się, czemu, do diabła, nie kazał wymienić tego łóżka. Jeśli Hannah ma dalej 
odwiedzać go w jego sypialni, musi poprawić stan pokoju.

– Powiedziałeś, że to nie ma  znaczenia. – Hannah oparła głowę na jego 

nagiej piersi. – Mówiłeś, że i tak nie sypiasz.

– Nie sypiam. Ale teraz jestem w łóżku i jest mi niewygodnie.
– Myślę, że moglibyśmy to robić gdzie indziej.
– Twoje łóżko jest jeszcze bardziej nierówne i piekielnie wąskie.
– Nie miałam na myśli mojego pokoju. Myślałam o twoim. – Uniosła głowę 

i   rozejrzała   się   wokół,   przyglądając   się   ponurym   meblom,   po   czym   z 
westchnieniem opuściła głowę. – Nieważne. Wszędzie jest okropnie.

background image

Dougald   rozejrzał   się.   Miała   rację.   Wszędzie   było   paskudnie,   ale   nawet 

gdyby był skłonny coś zmienić, nic nie mógłby poradzić. Wynajął ludzi dla 
przywrócenia świetności zamku. Kazał im pracować od świtu do zmierzchu, a 
nawet dłużej, żeby przygotować dom na wizytę królowej. Nie miał czasu na 
błahe   upiększanie   swojej   sypialni,   bez   względu   na   przyjemności,   jakie 
potajemnie, pośród najczarniejszej nocy, dzielił tam wraz z żoną.

Zmarszczył brwi. Nie udało mu się zachować dyscypliny. Kiedy zjawiła się 

tej nocy, powinien był ją odprawić. Zamiast tego jednak powiedział sobie, że 
odniósł zwycięstwo, bo przyszła do niego. Tak właśnie postanowił na to patrzeć. 
Jak na swoje zwycięstwo.

Podniósł się i popchnął ją z powrotem na łóżko. Pochylając się nad nią, 

powiedział:

– Mogę sprawić, że zapomnisz o niewygodzie. Zaplotła ręce na jego szyi.
– Owszem, możesz. Ale tej nocy zrobisz to absolutnie ostatni raz.
Hannah podążała korytarzem do pracowni ciotek, mijając po drodze liczne 

drabiny i bele materiału. Codziennie wczesnym rankiem zjawiała się u ciotek. 
Miała   wówczas,   przed   przybyciem   robotników,   chwilę   spokoju   i   mogła 
rozplanować   pracę  przy  tkaniu  gobelinu. Kiedy  była  zajęta,  nie miała   czasu 
myśleć o Dougaldzie i nieszczęsnej słabości, która się w niej obudziła. Gdy 
świeciło słońce i czuła się zaspokojona seksualnie, zdecydowana była trzymać 
się od niego z daleka, odtrącać jego zaloty i cieszyć się, na ile tylko mogła, ze 
swoich zasad.

Ale w ubiegłym tygodniu, każdej nocy wierciła się na łóżku wiedząc, że 

czekał na nią w końcu korytarza, że jej oczekiwał... że jej pragnął. Większość 
tych nocy spędziła tuląc do piersi poduszkę i patrząc w mrok. Czasem jednak 
wstawała ze swojego wąskiego, zimnego łóżka i skradała się do jego drzwi. 
Mroczny korytarz był ponury. Ciąg pustych pokoi był równie nieprzyjemny. Ale 
jego obecność przyciągała ją jak ćmę do płomienia i jak ćma paliła się w jego 
ogniu. Szaleństwo, ale jakże słodkie.

A w te noce, kiedy nie chodziła do niego... on przychodził do niej.
Nadal   nękały   ją   wątpliwości   co   do   jego   intencji,   lecz   przyjemność   i 

wzajemna sympatia nieubłaganie brały górę nad złymi wspomnieniami. Powoli 
rodziła   się   w   niej   nadzieja.   Miotała   się   pomiędzy   szaloną   radością   a 
niedowierzaniem. Czyżby była głupia, wierząc w możliwość pojednania, a może 
głupotą było zakładanie, że Dougald chciał jedynie podporządkować ją sobie?

Ale namiętność to jedno. Miłość zaś to coś innego.
Czy gotujące się w niej uczucie to była miłość? Nie dziewczęca, niedojrzała 

fascynacja,   jaką   odczuwała   dziewięć   lat   temu,   lecz   głębsze   uczucie, 
dostrzegające  strach  i odwagę  Dougalda,  jego  niedoskonałości   i  jego  mocne 
strony, dzięki któremu mogła go kochać nie bacząc na jego mankamenty i dla 
jego zalet.

background image

Bała się myśleć o tym, co może się stać, jeśli naprawdę go kocha.
Hannah przeszła przez drzwi wiodące do wieży i spojrzała w górę na okrągłą 

wieżyczkę. Wąskie kręcone schody wznosiły się spiralnie ku podestowi przed 
pokojem, w którym pracowały ciotki. Proste, drewniane stopnie były płytkie, 
więc   dla  wygody   i  bezpieczeństwa   starszych   pań  zainstalowano   prymitywną 
poręcz.

Hannah obawiała się, że królowa Wiktoria może zechcieć zobaczyć miejsce, 

gdzie wykonywany był gobelin. Dlatego też pospiesznie pokryto ściany świeżą 
farbą, a cieśle rozpoczęli prace przy wymianie starych stopni na nowe dębowe i 
zabrali się za nową balustradę z drewna wiśniowego. Po zakończeniu prac wieża 
powinna wyglądać bardzo elegancko, teraz jednak Hannah wchodziła ostrożnie, 
wypróbowując każdy stopień, zanim na nim stanęła. Prace były wykonywane w 
ogromnym pośpiechu i jeden błędny krok mógł się zakończyć niepotrzebnymi 
obrażeniami.

Westchnęła z ulgą, gdy w końcu znalazła się na podeście. Kiedy pojawią się 

ciotki, żeby rozpocząć prace nad gobelinem, będą mogły bezpiecznie wejść po 
schodach.

Klucz znajdował się w torebce przytroczonej do paska Hannah. Sięgając po 

niego, zrobiła jednocześnie krok w stronę drzwi.

Krzyknęła. Deska pod nią załamała się i jej noga wpadła w próżnię.

background image

ROZDZIAŁ19

Dougald, w samych tylko skarpetkach, stał w sypialni i mierzył wzrokiem 

swojego opieszałego lokaja.

–   Jeśli   chcesz,   żebym   miał   porządnie   zawiązany   krawat,   proponuję,   byś 

przychodził trochę wcześniej, aby mi pomóc.

Wokół głowy Charlesa sterczało kilka rzadkich włosów; miał rozchełstany 

żakiet i przekrzywiony krawat.

– Milordzie, zdarzył się wypadek.
Dougald skupił spojrzenie na Charlesie. Nigdy jeszcze nie widział go tak 

ożywionego.   Nic   nie   mogło   zmącić   jego   flegmatycznego,   francuskiego 
usposobienia.  A  już  z pewnością   nie wypadek,  który  przytrafił  się  jakiemuś 
robotnikowi w zamku. Dougald wziął surdut i narzucił go na siebie.

–   Co   za   wypadek?   Któraś   z   ciotek?   –   nagle   przyszło   mu   do   głowy. 

Nieoczekiwanie ogarnął go nieprzyjemny popłoch. – Chyba nie żadna ciotka! –
Czemu   tak   bardzo   się   przejmował?   Przecież   nie   były   jego   prawdziwymi 
ciotkami. Przysparzały jedynie kłopotów i zmartwień.

–   Nie,   milordzie.   Madame...   panna   Setterington...   spadła   przez   dziurę   w 

podłodze.

– To niemożliwe. Wyszła stąd zaledwie... – Wstrzymał oddech. Nie mógł 

powiedzieć prawdy. Wyszła od niego niespełna godzinę temu, miała przecież 
zbyt mało czasu, żeby się zdążyć ubrać i wpakować w kłopoty.

Ale Charles potakująco kiwał głową i pociągał nosem.
Dougald ruszył do przodu i złapał go za ramiona.
– Żyje?
– Qui, milordzie, obawiam się jednak, że jej noga... – Co?
– Może być złamana.
– Dobrze. – Nie, wcale nie było dobrze, ale noga Hannah się zrośnie. Do 

diabła, wyzdrowieje.

– Gdzie ona jest?
– Niosą ją do jej pokoju.
Dougald rzucił się w stronę korytarza.
– Milordzie, proszę, pańskie buty!
– Mam gdzieś buty! – Mógłby ich jednak potrzebować, gdyby chciał skopać 

komuś tyłek. – Albo przynieś je.

Na kroczącą procesję natknął się niemal natychmiast. Na czele maszerowała 

pani   Trenchard.   U   jej   boku   podążała   pokojówka,   dźwigająca   czarną   torbę. 
Hannah, opierając się na ramionach dwóch masywnie zbudowanych lokajów, 
skakała na jednej nodze. Miała podartą spódnicę, zaciśnięte usta i wojownicze 
spojrzenie. Na widok Dougalda przypuściła atak.

– Lordzie Raeburn, musi pan zapowiedzieć robotnikom, że zanim zakończą 

background image

wieczorem   pracę,   muszą   sprawdzić,   czy   wszystko   jest   zabezpieczone,   żeby 
ciotkom nic nie groziło. Któraś mogłaby zrobić sobie poważną krzywdę.

Serce Dougalda zaczęło na powrót bić. Była ranna, ale skoro mogła go łajać, 

chyba nic poważnego jej się nie stało.

Miał na tyle zdrowego rozsądku, że się powstrzymał, by nie porwać jej w 

ramiona.

– Gdzie się skaleczyłaś?
– W nogę – warknęła Hannah. Tak, wyzdrowieje na pewno.
– Byłam na podeście przed warsztatem ciotek – ciągnęła Hannah. – Podłoga 

załamała się pode mną.

Dougald dał znak głową Charlesowi. Charles podał mu buty i, minąwszy 

zgromadzonych, ruszył na miejsce wypadku.

– Na schodach zachowywałam dużą ostrożność, ale cieśle nic nie robili na 

podeście.

Dougald z zaskoczeniem spostrzegł, że głos jej się trzęsie.
– Noga mi gdzieś wpadła. A potem cała deska załamała się i poleciałam... – 

gwałtownie   zamrugała   oczami   –   ...i   gdybym   nie   złapała   się   za   poręcz, 
spadłabym na dół, ale nie mogłam się podciągnąć do góry, bo kawałki deski 
leciały w dół...

Do   diabła   z   rozsądkiem.   Jego   nieposkromiona   żona   chlipała.   Dougald 

upuścił buty, odepchnął służących i czułe wziął ją na ręce. Lokaje odsunęli się, 
nie mając odwagi okazać zdumienia. Hannah przez chwilę odpychała Dougalda, 
po   czym   przywarła   do   niego,   jakby   był   jej   jedyną   ostoją.   W   innych 
okolicznościach byłby zachwycony jej słabością. I wykorzystał sytuację. Ale 
teraz nie wydawało mu się to właściwe.

– Nie wiem,  co bym zrobiła, gdyby mnie  nie znalazła  pani Trenchard – 

wyszeptała Hannah.

Dougald zanotował sobie w myślach, że winny jest sowite wynagrodzenie 

swojej gospodyni.

– Milordzie, proszę przynieść ją tutaj. – Pani Trenchard stała w drzwiach 

pokoju Hannah.

Kiedy niósł ją do łóżka, krzywiła się z bólu.
Co mu przyszło do głowy, żeby przydzielić jej taki pokój? W świetle dnia 

wyglądał   jeszcze   gorzej   niż   nocą.   Nie   było   to   miejsce,   w   którym   Hannah 
mogłaby powracać do zdrowia. A kiedy rozprawi się z cieślami, pożałują, że nie 
zostali ogrodnikami. Zwracając się do pani Trenchard, powiedział:

– Proszę wezwać medyka.
– To pijak. – Pani Trenchard popchnęła do przodu służącą i wzięła od niej 

torbę.   –   Sama   zajmę   się   panną   Setterington.   –   Zerknęła   na   powątpiewający 
wyraz twarzy Dougalda. – Zapewniam pana, milordzie, że moja matka, która 
była jedyną położną w okolicy, a poza tym pielęgnowała pannę Spring, dobrze 

background image

mnie wyszkoliła. Panna Setterington będzie w dobrych rękach.

Dougald zawahał się, ale pani Trenchard z ogromną pewnością otworzyła 

torbę i wyciągnęła z niej kilka glinianych słoików. Na znak zgody krótko skinął 
głową.

– Dobrze.
Pani Trenchard ustawiła słoiczki na stoliku koło łóżka, po czym rozejrzała 

się dookoła. Zgorszonym tonem powiedziała:

– Panno Setterington, wypaliła już pani tygodniowy przydział świec!
– Kogo obchodzi jej tygodniowy przydział? – Dougald nie wiedział, o czym 

gospodyni mówi.

Pani Trenchard wyciągnęła z torby białą, bawełnianą szmatkę.
– Niższym służącym pozwalam na zużycie ośmiu świec w tygodniu, czyli po 

jednej w dzień powszedni i dwie w niedziele. Śpią we cztery w jednym pokoju, 
więc to im śmiało wystarcza. Jeśli są oszczędne, mogą nawet zabrać świeczki do 
swoich domów. Służbie na pokojach zezwalam na piętnaście świec w tygodniu, 
po   dwie   dziennie,   a   trzy   w   niedziele.   Panna   Setterington   przekroczyła   swój 
limit.

– Owszem – przyznała Hannah i dodała: – Sporo czytałam w nocy.
Kłamstwo.   Razem   z   Dougaldem   wypalili   świece   podczas   wspólnie 

spędzanego czasu.

– Tego się właśnie obawiałam – ciągnęła pani Trenchard. – Taki jest rezultat 

posiadania książek.

Cóż,   przykro   mi,   panno   Setterington,   ale   do   niedzieli   nie   dostanie   pani 

nowych świec.

– Ależ dostanie – wtrącił Dougald.
– Proszę, to nie ma znaczenia. – Hannah ukradkiem dźgnęła Dougalda w 

udo. – W przyszłym tygodniu się poprawię.

Zgodnie z zasadami dobrego wychowania pani Trenchard zignorowała jej 

słowa i odpowiedziała swojemu panu.

– Jak pan sobie życzy, milordzie, ale chodzi mi o zaoszczędzenie łoju, a 

takie pobłażanie nie będzie dobrym przykładem dla pozostałych służących.

– Stać mnie na łój. – Spojrzał na Hannah. Odpowiedziała mu spojrzeniem.
Jej   wilgotne   oczy   zepsuły   efekt.   Kobiety.   Ich   łzy   zmiękczały   mężczyzn. 

Gdyby był prawdziwym mężczyzną, jak jego ojciec, nie wzruszałby go płacz 
jego kobiety. Twardo oparłby się każdej emocji, jaką by w nim obudziła, każdej 
jej  prośbie.   Gdyby   Hannah  trochę   dłużej  znajdowała   się   z  daleka   od   niego, 
udałoby mu się osiągnąć taki poziom obojętności. Jednak w tej sytuacji...

– Panna Setterington jest kimś więcej niż zwykłą służącą.
– Milordzie, proszę, czy mógłby pan przestać? – Najwyraźniej Hannah nie 

chciała, żeby wstawiał się za nią.

Podał jej swoją chusteczkę. Skorzystała z niej.

background image

Pani Trenchard podała zwój ręczników pokojówce i powiedziała:
– Zacznij drzeć bandaże. – Uniosła brodę Hannah i obejrzała zakrwawiony 

podbródek   dziewczyny.   –   Proszę   wybaczyć,   milordzie,   że   źle   pana 
zrozumiałam. Przed przybyciem panny Setterington jasno pan stwierdził, że nie 
należą się jej żadne specjalne względy.

Przypomniał   sobie,   że   istotnie,   pod   wpływem   nadmiaru   alkoholu, 

wygadywał   różne   rzeczy   o   swojej   żonie.   Oczywiście   nie   wspominał   pani 
Trenchard o ich małżeństwie. Na pewno tego nie zrobił, ale gospodyni musiała 
się zastanawiać, jaka była przyczyna jego jadu.

–   Panna   Setterington   może   mieć   kłopoty   z   zaśnięciem,   z   powodu 

odniesionych obrażeń. – Przypomniawszy sobie o przywiązaniu pani Trenchard 
do ciotki Spring, dodał: – A poza tym uratowała ciotki od nieszczęścia.

Pani Trenchard skinęła głową.
– To prawda, nie mogę jednak aprobować łamania zasad. Następną rzeczą, 

jakiej pan zażąda, będzie zniesienie ciszy nocnej.

Czasami Dougald zastanawiał się, czy wie, co dzieje się w jego własnym 

domu.

– Jakiej ciszy nocnej?
– O dziewiątej wieczorem. Cała służba musi wtedy być w swoich pokojach i 

nikt nie może zrobić sobie po ciemku krzywdy.

Zupełnie   nie   rozumiał,   dlaczego   pomagająca   pani   Trenchard   pokojówka 

wpatrywała się w niego jak wiele innych służących, z niepokojem graniczącym 
z histerią. Gwałtownym ruchem głowy wskazał dziewczynę.

– Czy ona uważa, że ją zabiję?
Głupia dziewczyna skinęła głową. Po prostu skinęła głową.
– Na miły Bóg, dziewczyno, zupełnie mnie nie obchodzisz.
Nie wyglądało na to, żeby jego zapewnienie uspokoiło służącą. Dziewczyna 

wytrzeszczyła oczy i skuliła się przed nim.

– Doskonały sposób dodania jej otuchy – rzuciła Hannah.
Pani Trenchard poklepała pokojówkę po ramieniu.
– Idź już. Nie jesteś mi teraz potrzebna.
– Poczekaj. – Dougald usiłował wzruszyć poduszkę pod głową Hannah. – 

Idź do mojej sypialni i przynieś jedną z moich poduszek dla panny Setterington.

Dziewczyna wbiła w niego wzrok i nerwowo przełknęła ślinę.
– Nie, nie chodź. – Hannah uniosła się na łokciu. – Milordzie, nie potrzebuję 

specjalnych   względów.   Chciałabym   jedynie,   żeby   doglądała   mnie   pani 
Trenchard, bym mogła szybko wrócić do ciotek. Potrzebna im moja pomoc przy 
wykończeniu gobelinu.

Dougald popchnął ją na łóżko.
–   Tym   będziemy   się   martwili   później.   –   Wyraźnie   potrzebowała   dawki 

laudanum.

background image

Spojrzał porozumiewawczo na panią Trenchard.
Pani   Trenchard   kiwnęła   głową,   po   czym   powiedziała   coś   do   speszonej 

pokojówki, która wybiegła pospiesznie, żeby wypełnić polecenie.

– A teraz, milordzie, gdybyś mógł stąd wyjść...
– Nie. – Usadowił się na brzegu łóżka. – Zostaję.
– Co za bzdura – rzekła Hannah. – Nie możesz zostać.
Dougald dał znak pani Trenchard, żeby kontynuowała zabiegi.

background image

ROZDZIAŁ20

– Zważywszy na możliwe skutki wypadku, panna Setterington miała dużo 

szczęścia.   –   Pani   Trenchard   wypchnęła   Dougalda   z   sypialni   Hannah, 
pozostawiając   dziewczynę   opartą   na   poduszkach   i   sączącą   specjalną, 
uspokajającą herbatkę gospodyni pod opieką pokojówki. – Widział pan, że ma 
podrapane nogi i drzazgi powbijane w dłonie. Bardzo będzie ją bolała noga 
skręcona w kostce i pozrywane paznokcie. Silnie też uderzyła się w brodę, więc 
przez pewien czas będzie odczuwała okropny ból głowy.

Zachowanie   pani   Trenchard   w   pokoju   Hannah   przekonało   Dougalda,   że 

gospodyni rzeczywiście zna się na opiece nad chorymi. Mógł jej zaufać, więc z 
kolei zaczął rozważać, co też Charles odkrył w swoim polowaniu na winowajcę.

– Proszę ze mną – polecił i ruszył korytarzem. – Ile czasu zostanie w łóżku?
–   Na   pewno   dzisiaj,   może   jeszcze   jutro.   Przez   kilka   dni   powinna   jak 

najwięcej siedzieć i trzymać nogę w górze.

– Proszę dopilnować, żeby to robiła. – Dougald zerknął na panią Trenchard, 

podążającą pospiesznie u jego boku. Niewątpliwie dzisiaj ta kobieta pokazała, 
ile jest warta. – Jest pani tutaj od wielu lat.

– Przez całe życie.
Dougald zatrzymał się, podniósł swoje buty i spojrzał gospodyni prosto w 

oczy.

– Dobrze pani zna sir Onslowa.
Dostrzegł błysk niepokoju. Czy była to typowa reakcja wypytywanej sługi, 

czy też kobieta coś wiedziała?

– Znam go od czasów, gdy był jeszcze chłopcem.
– Czy powiedziałaby pani o nim, że ma nieposzlakowany charakter?
– To miły człowiek.
Dougaldowi nic to nie mówiło. Ruszył korytarzem. Pospieszyła za nim.
– Jest dobry dla służby, lubi moje jedzenie i często się uśmiecha.
– Flirciarz.
– To nie zbrodnia.
Chyba że flirtował z Hannah.
–   Nie,   nie   zbrodnia.   –   Było   jasne,   że   pani   Trenchard   lubiła   Seatona.   – 

Pytałem, bo jest moim spadkobiercą i zastanawiałem się, jakim byłby panem, 
gdyby coś mi się stało.

– Dobrym – rzekła natychmiast.
Nie negowała, że coś może się przydarzyć Dougaldowi. Czyżby zakładała, 

że pójdzie w ślady swoich poprzedników?

– Ale Seaton ubóstwia Londyn. Boję się, że mógłby być stale nieobecny w 

majątku.

– To prawda, nieobecny, ale nie zapomniany. – Zwolniła. – Sir Onslow...

background image

– Co Onslow?
Nie odpowiedziała. Gdy się do niej odwrócił, zobaczył, że trzyma się za bok.
– Co się stało?
Nagle pobladła, oparła się o ścianę.
– Niestrawność, milordzie. Czasami mam wrażenie, jakby sam diabeł ściskał 

mi kiszki. – Z kieszeni fartucha wygrzebała buteleczkę. Odkorkowała ją i wypiła 
zawartość, po czym przez chwilę stała z przymkniętymi oczami, dopóki bladość 
nie ustąpiła z jej policzków. Wyprostowała się wówczas, dygnęła i powiedziała 
– Proszę o wybaczenie, milordzie. To się zdarza, kiedy za długo pracuję.

– Pracuj zatem mniej. – Doskonale zdawał sobie sprawę, w jakie się wpędza 

tarapaty, nie mógł jednak pozwolić, żeby kobieta padła z wyczerpania.

Pani Trenchard westchnęła.
– Milordzie, czy mogę coś powiedzieć szczerze? Dougald spojrzał na swoją 

ochmistrzynię. Była wysoka, grubokoścista i sprawna; typ służącej, jaki bardzo 
cenił.   Trzymała   się   z   dala   od   niego,   wykonywała   swoją   pracę   i   nigdy   nie 
pozwalała sobie na uwagi. Ale teraz zamierzała to uczynić i zaciekawiło go, 
jakie niezwykłe wydarzenie w ciągu ostatnich dni skłoniło ją do tego.

– O co chodzi?
– Nie mówiłam ani słowa o zmianach, jakie pan tu wprowadza, chociaż było 

wiele skarg od innych służących, bowiem decyzje należą do pana.

– Właśnie.
Lekko się zawahała.
– Ale kiedy ludziom zagraża niebezpieczeństwo, nie mogę milczeć. Przez 

cały czas wszędzie kręcą się robotnicy, rozbierający coś i budujący na nowo, 
bez śladu szacunku dla przeszłości. Wydaje mi się, że nawet wobec przyjazdu 
królowej Wiktorii byłoby lepiej, gdyby robiono mniej,  po rozważeniu, które 
prace powinny zostać wykonane w pierwszej kolejności.

– Co ma pani na myśli?
–   Na   przykład   główna   sala.   Nie   dalej   jak   wczoraj   przyłapałam   cieśli 

stojących na dole z drabiną i śmiejących się z kolegi wiszącego na belkach pod 
sufitem.

Dougald słyszał krzyki i poszedł zobaczyć, co to za zamieszanie. Ocenił, że 

były to jedynie niewybredne żarty, mające  złagodzić napięcie panujące przy 
ciągłej   pracy.   Najwyraźniej   jednak   pani   Trenchard   potraktowała   sprawę 
znacznie poważniej.

–   Mam   nadzieję,   że   przywołała   ich   pani   do   porządku   –   powiedział,   nie 

okazując   rozbawienia.   –   Bardzo   bym   nie   chciał,   żeby   któryś   z   nich   spadł   i 
złamał sobie nogę.

– A co gorsza, żeby spadł i połamał którąś z rzeźb. – Posępnie pokręciła 

głową.   –   Większość   z   nich   pochodzi   z   czternastego   wieku,   a   niektóre   są 
najpiękniejszymi rzeźbami w naszym hrabstwie.

background image

– Porozmawiam z nimi.
– Cieszę się, że przynajmniej ci barbarzyńcy nie zniszczą kaplicy.
Każdego ranka po mszy widział panią Trenchard, samotnie odkurzającą i 

polerującą   ołtarz   i   ławki.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   jest   bardzo   religijna, 
pospieszył więc z zapewnieniem:

–   Kiedy   robotnicy   rozpoczną   prace   w   kaplicy,   osobiście   będę   ich 

nadzorował.

Spojrzała z zaskoczeniem.
–   Ależ   milordzie,   myślałam,   że   nie   zamierza   pan   niczego   zmieniać   w 

kaplicy.

– Zmieniać? Nie. Podniosła atmosfera tego miejsca musi zostać zachowana. 

Ale koniecznie trzeba dokonać porządków i reperacji.

– Oczywiście. A więc zamierza pan wyremontować kaplicę.
–   Pani   nabożność   zasługuje   na   uznanie.   –   Niezdarnie   poklepał   ją   po 

ramieniu. – Nie pozwolę na zaniedbanie miejsca, które od wieków było sercem 
zamku.

– Kiedy? 
Zastanowił się chwilę.
– Przed wizytą królowej nie będę miał czasu, żeby nadzorować remont, ale 

obiecuję,   że   zajmę   się   tym   najszybciej,   jak   będę   mógł.   To   nie   może   być 
pospieszna, nieprzemyślana zmiana. Od dawna wiedziałem, co chcę zrobić z 
zamkiem   Raeburn.   Po   prostu   zająłem   się   czymś   innym.   –   Schwytaniem   i 
podporządkowaniem sobie Hannah. – Teraz wszystko musi zostać wykonane, i 
to szybko na dodatek. Obiecuję pani, że nie przydarzy się już żaden incydent z 
robotnikami, ani żaden wypadek jak ten, który spotkał pannę Setterington.

Pani Trenchard załamała ręce.
– Nie chcę, żeby komukolwiek stała się krzywda.
– Nikomu nic się nie stanie. Proszę się więcej nie martwić.
Zawahała się, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze.
Dougald uniósł brwi. Wysłuchał już jej zdania. I wystarczy. Z wyrazu jego 

twarzy musiała to odczytać, gdyż ukłoniła się i rzekła:

– Pójdę posiedzieć z panną Setterington.
– Dobrze. Proszę jej dać wszystko, czego będzie potrzebowała.  Chcemy, 

żeby   była   zdrowa   na   przyjazd   królowej   Wiktorii,   gdyż   królewską   wizytę 
zawdzięczamy ich przyjaźni.

– Tak. – Pani Trenchard zawróciła w stronę sypialni Hannah. – Ma pan rację, 

milordzie, jak zwykle.

Dougald usiadł, wsunął buty i zapiął je. Jeszcze niedawno uwierzyłby pani 

Trenchard. Od wielu lat  uważał się za nieomylnego. Ale Hannah, jej pewność 
siebie, jej śmiech i jej... inteligencja spowodowały, że zaczął wątpić w swoje 
osądy. Takie wątpliwości były okropną rzeczą dla mężczyzny w jego wieku, z 

background image

jego obowiązkami. Nie był zachwycony. Gdyby nie Hannah, nie wahałby się 
teraz. Gdyby nie Hannah, byłby szczęśliwy.

Ale nawet on sam musiał przyznać, że to było kłamstwo. Nie był szczęśliwy 

od tylu lat, że nie potrafiłby juz ich zliczyć. Odkąd go porzuciła i ludzie zaczęli 
nazywać go mordercą. Chociaż nie mógł sobie też przypomnieć, żeby wcześniej 
był szczęśliwy. Zdecydowany, uparty, pewny siebie, ale nie szczęśliwy.

Czego chciał? Znał odpowiedź. Chciał, żeby Hannah uwielbiała go całym 

sercem, jak w okresie poprzedzającym ich ślub. I nie da jej sobie odebrać, zanim 
nie zadecyduje o jej losie. Tak, kiedy znajdzie człowieka odpowiedzialnego za 
jej wypadek, ukarze go i nikt więcej nie odważy się popełnić błędu.

Zszedł w dół, minął główną salę i kaplicę, aż dotarł do swojego gabinetu. 

Charles  na  pewno wytropił już  odpowiedzialnych  za  wypadek  i, na  ile znał 
Charlesa, winowajcy powinni już czekać w gabinecie, trzęsąc się ze strachu. Ale 
Charlesa nie było w przedpokoju, a sam gabinet był pusty. Dougald zmarszczył 
brwi. Nagle usłyszał zbliżające się męskie glosy.

–   Mówię   ci,   że   nie   chcę   rozmawiać   z   jego   lordowską   mością.   W   jego 

obecności ogarnia mnie przerażenie.

–   Qui,   rozumiem,   ale   na   pewno   będzie   chciał   usłyszeć,   co   masz   mu   do 

powiedzenia – rzeki Charles swoim najłagodniejszym tonem.

– Nie chcę mu nic mówić.
– Obiecuję, że nie będzie się na ciebie gniewał, Fred.
–   Widziałem,   jak   się   patrzył   spode   łba.   Takie   spojrzenie   może   zabić,   a 

przecież lord ma już śmierć na swoim sumieniu.

Po   raz   pierwszy   od   wielu   lat   Dougalda   ogarnęła   ślepa   furia.   Dotarło   do 

niego, że ma dosyć niesprawiedliwych oskarżeń o morderstwo. O zamordowanie 
Hannah,   swoich   poprzedników   z   zamku   Raeburn...   Nigdy   nikogo   nie   zabił. 
Nigdy, poza uczciwą bójką, nie stosował przemocy. Jednak znosił karę za nie 
popełnione grzechy i miał już dosyć otaczającego go ostracyzmu.

Głos robotnika przerodził się w jęczenie.
– Nie rozumiesz, człowieku? Pewnie jego lordowska mość sam to zrobił.
Został   osądzony   przez   człowieka,   którego   wyciągnął   z   otchłani   nędzy, 

sprowadził   do   zamku   Raeburn   i   któremu   dał   godziwą   pracę.   Nie   oczekiwał 
wdzięczności, ale odrobina lojalności by nie zawadziła. Podszedł do drzwi.

– Co sam zrobiłem? – Pytanie zabrzmiało niczym smagnięcie bicza.
Charles i cieśla stali w kaplicy. Na widok Dougalda Fred pobladł.
–   Milordzie.   –   Ściągnął   z   głowy   czapkę.   –   Nie   miałem   zamiaru...   pan 

Charles myślał, że jeszcze nie ma pana tutaj... to znaczy...

– Co zrobiłem? – powtórzył Dougald. Charles popchnął Freda do przodu.
– Wchodź! Tutaj nie możemy o tym rozmawiać. Dougald odsunął się od 

drzwi, żeby przepuścić Freda, jednak nie odczuwał dość litości, żeby stanąć za 
biurkiem. Przechadzał się w tę i z powrotem, dopóki Fred nie wszedł do środka i 

background image

Charles nie zamknął drzwi. Wtedy zwrócił się do Freda.

– Myślisz, że co zrobiłem?
Fred   stał,   mnąc   czapkę   w   rękach,   wyraźnie   niezdolny   do   wykrztuszenia 

słowa.

–   Cieśle   nie   pracowali   na   podeście,   milordzie   –   Charles   poinformował 

Dougalda.

Dougald zmrużył oczy.
– Pracowali na chodach.
– Tylko na schodach. Jeszcze nic nie robiliśmy na podeście.
Dougald pojął natychmiast, co to oznaczało i jego gniew przygasł.
– Czy deski mogły być przegniłe? Cieśla odzyskał odwagę.
– Mogły być. Ale nie były.
– Co więc się zdarzyło? – cichym, pełnym napięcia głosem zapytał Dougald.
– Ktoś podpiłował parę desek w różnych miejscach. Osłabił je. Milordzie, 

przysięgam, że nie były podpiłowane ostatniej nocy. Mieliśmy  się zabrać za 
podest dziś rano i wczoraj przed końcem pracy dokładnie oglądaliśmy podłogę 
na podeście z Rubinem.

A więc ktoś celowo zrobił krzywdę żonie Dougalda. Ktoś, kto wiedział, że 

codziennie,   skoro   świt,   biegła   do   pokoju   na   wieży.   Ale   przecież   nikt   nie 
wiedział, że Hannah była jego żoną.

– Po kiego diabła ktoś miałby to robić? – zapytał Dougald.
Właściwie   nie   oczekiwał   odpowiedzi.   Charles   otworzył   drzwi   i   pozwolił 

Fredowi umknąć, po czym na powrót je zamknął.

–   Milordzie,   pan   i   madame   zachowywaliście   się   dość   niedyskretnie   w 

swoich... małżeńskich wizytach.

Dougald odwrócił się gwałtownie w stronę Charlesa.
– Skąd wiesz, że...
–   Przyszedłem   rano,   żeby   pomóc   się   panu   ubrać.   Pani   wymykała   się   z 

pańskiego pokoju. Następnego dnia znów przyszedłem, żeby pomóc się panu 
ubrać. Pan wymknął się z jej sypialni. Schowałem się w końcu korytarza, żeby 
odstraszyć innych służących od obserwowania państwa, ale... milordzie, takich 
sekretów   nie   da   się   utrzymać.   Pojawiły   się   plotki.   Słyszałem   je.   Służący 
spekulują, dlaczego pan ostatnio złagodniał. Widzą napięcie pomiędzy panem i 
madame. Widzą spojrzenia. Jej rumieńce. I wyciągają prawidłowe wnioski.

– Cholera. – Dougald nie chciał słyszeć, że przyczynił się do zagrożenia 

życia Hannah.

– Tak, milordzie – spokojnie odparł Charles. – Nie sądzę, żeby ktokolwiek 

wiedział, iż madame jest pańską żoną, ale ludzie mogą myśleć, że zanosi się na 
małżeństwo. Jeśli, jak pan sugerował, to sir Onslow próbował pana zgładzić, 
żeby odziedziczyć tytuł...

– Przecież twierdziłeś,  że nie wierzysz,  by  to był Seaton. Detektywi nie 

background image

znaleźli żadnego śladu jego winy.

– To oznacza jedynie, że jeszcze go na niczym nie przyłapali. Osobiście 

uważam, że sir Onslow nie ma dość sprytu i złośliwości. – Wydawało się, że 
policzki Charlesa jeszcze bardziej się zapadły. – Ma jednak motyw, a poza tym 
widziałem go, milordzie. Czaił się w korytarzach. Chował coś pod płaszczem. 
Przyłapałem go nawet, gdy opuszczał wschodnie skrzydło.

– Sprawdziłeś, gdzie był?
– Nic nie było ruszone w pańskiej sypialni, zresztą wówczas sądziłem, że 

jest nieszkodliwy.

–   Ja   też   nie   jestem   o   tym   przekonany.   Większość   czasu   spędza   poza 

zamkiem Raeburn. Bawi się, kiedy my pracujemy.

–   Może   więc   ktoś   wynajęty   przez   sir   Onslowa.   To   uwolniłoby   go   od 

oskarżeń,   gdyby   stwierdzono   morderstwo   i   pojawiły   się   podejrzenia.   Jest 
jeszcze jedno zdarzenie, które wydało mi się dziwne, ale o którym panu nie 
wspominałem.

Dougald odwrócił się do niego.
– Słucham?
– Pewnego dnia, gdy madame czekała na pana pod gabinetem, zawędrowała 

do kaplicy. Kiedy tam wszedłem, leżała na podłodze. Powiedziała, że uderzyła 
się   w   głowę.   –   Charles   miał   cielęcy   wyraz   twarzy.   –   Początkowo   jej   nie 
uwierzyłem.

– Co to znaczy, że jej nie uwierzyłeś?
– Nie było niczego, o co mogłaby się uderzyć. – Charles lekko wzruszył 

ramionami.   –   A   ona   jest   jeune   filie.   Jeunes   filles   lubią   przesadzać   i 
dramatyzować.

– Charles, czy jest w kobietach coś, co ci się podoba? – zgrzytając zębami 

zadał pytanie Dougald.

– Qui, jest jedna rzecz, którą w nich lubię, i to bardzo. Ale przy tym nie 

muszą mówić.

Dougald musiał przyznać, że być może Hannah miała swoje powody, żeby 

nie lubić Charlesa. – Ale uderzyła się w głowę?

– W pobliżu znalazłem ciężki, odłamany skądś kawałek drewna. Przyszło 

nam do głowy, że mógł się oderwać od krokwi, ale nawet jeśli tak było, to 
musiał spaść dawno temu, bowiem ułamany fragment był brudny, zakurzony i 
osmalony dymem.

Dougald podszedł do Charlesa i spojrzał na niego z góry.
– Co ci powiedziała Hannah?
–   Uderzenie   ogłuszyło   madame   i   nic   nie   zauważyła.   Pytałem   jednego   z 

robotników, skąd może pochodzić ten drewniany kawałek. Powiedział, że pasuje 
do krokwi.

– Charles znacząco uniósł palec. – Do krokwi w głównej sali zamkowej.

background image

– A więc ktoś go rzucił.
– Qui, tak podejrzewam. Dougalda poraził gniew.
– Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
– Nie chciał pan słyszeć ani słowa o madame. Nawet jednego słowa.
Charles   przedstawił   swoją   odpowiedź   z   lekkim   tonem   triumfu   w   głosie. 

Dougald   uwierzył   mu,   sam   bowiem  doskonale   pamiętał   ów   dzień   w   swoim 
gabinecie i instrukcje, jakie wydał służącemu.

– Masz rację, Charles. Zasłużyłem sobie na to.
–   Tak,   milordzie.   –   Charles   szybko   odetchnął.   –   Ale   z   tego   powodu 

nalegałem   na   szczególną   ostrożność   podczas   prac   remontowych.   Bałem   się 
następnego wypadku.

– Dziękuję ci. – Jednak Dougald nie potrafił zapomnieć roli, jaką odegrał 

Charles, gdy Hannah pierwszy raz go opuściła. – Nadal zastanawiam się, czemu 
to zrobiłeś.

– Zastanawia się pan? Nie rozumie pan? – Francuski akcent Charlesa nasilał 

się, gdy służący był wzburzony. – Moim największym pragnieniem jest, żeby 
pan pojednał się z madame. Zrobiłem wszystko, co w mej mocy, żeby to się 
stało.

– Dlaczego? – bezbarwnym głosem spytał Dougald.
– Musi wrócić i być pańską prawdziwą małżonką. Jest pan nieszczęśliwy, 

gdy madame przebywa z dala od pana, ale nie zamierza pan się rozwieść. – 
Spojrzał   na   Dougalda.   –   A   jeśli   do   pana   nie   wróci,   powinna   umrzeć,   żeby 
odzyskał pan wolność.

Aha! A więc dotarli do sedna sprawy.
– Wolałbym nie narażać się na oskarżenie o kolejne morderstwo.
– Nie! Milordzie, nie powiedziałem, że powinien pan ją zabić! Ale ciążący 

na panu zarzut morderstwa postawił pana poza nawiasem towarzyskiej elity. Nie 
może pan poślubić następnej, lepszej panny, skoro jej ojciec będzie przekonany, 
iż podetnie jej pan gardło. – Charles uśmiechnął się z udawaną wesołością. – 
Musi więc dojść do pojednania.

– Bądź moją żoną, bo inaczej cię zabiję? Każda kobieta chciałaby usłyszeć 

taką propozycję.

– Wcale nie musi pan jej zabijać, milordzie. Ktoś ma chęć zrobić to za pana.
Bezczelna uwaga Charlesa podcięła Dougaldowi nogi. Opadł na krzesło i 

kolejny raz spróbował zgłębić ogrom swojego nieszczęścia.

– A więc to przeze mnie Hannah znalazła się w niebezpieczeństwie?
– Syn pana i madame pozbawi sir Onslowa praw do dziedziczenia. To chyba 

musi być sir Onslow.

Dougald   mógł   stawić   czoło   niebezpieczeństwu.   Wobec   tchórza,   który 

usiłowałby go zabić, czuł wyłącznie pogardę. Ale próba zabicia Hannah... Nie. 
Nie.

background image

– Czy Seaton jest teraz w domu?
– Nie, milordzie, wyjechał na cały dzień do dworu Connif.
– Chcę z nim porozmawiać, kiedy wróci.
– Czy mogę być przy tym obecny, milordzie? Dougald i lokaj wymienili 

ponure uśmiechy.

– Oczywiście, bardzo liczę na twoją obecność. Seaton rzadko się mnie boi.
– Ta jego obojętność łatwo może ulec zmianie.
– Tak, chyba musi zniknąć. Jednak do czasu rozmowy z Seatonem musimy 

czuwać nad Hannah.

– Milordzie, pilnowałem jej, gdy tylko mogłem, Ale to niezwykle trudne. 

Madame biega tu i tam, w górę i w dół po schodach. Rozmawia ze wszystkimi, 
ze wszystkimi jest w przyjaznych stosunkach. – Szyderczy uśmieszek Charlesa 
jasno dowodził, że nie pochwala takiej postawy. – W domu są robotnicy, obcy 
ludzie. Każdy z nich mógł zostać wynajęty, żeby zrobić jej krzywdę. Albo ktoś, 
kogo dobrze znamy, któryś ze służących, pani Trenchard, Alfred...

– Ty...
– Ja? Oczywiście, to mogłem być również ja. Ale gdybym chciał ją zabić, 

miałem już po temu wiele okazji.

Może   nie   zabić,   pomyślał   Dougald.   Może   tylko   odsunąć   ją,   jak   kiedyś. 

Spojrzał na Charlesa, na obwisłą twarz, bulwiasty nos i rzadkie włosy na głowie. 
Jak Dougald mógł zaufać Charlesowi, który wcześniej ciężko pracował, żeby 
pozbyć się Hannah?

Jakby czytając w jego myślach, Charles odezwał się:
– Musi pan ją odesłać, milordzie.
–   Nie   pojedzie.   –   A   Dougald   nie   ufał   jej   na   tyle,   żeby   powiedzieć   jej, 

dlaczego musi wyjechać. Hannah odmówi wyjazdu, kierując się przywiązaniem 
do ciotek, obowiązkami wobec królowej, a może nawet namiętnością, którą do 
niego czuje. Hannah, która teraz zawitała do jego domu, nie była już tą dawną, 
młodą   Hannah.   Sama   decydowała   o   swoim   postępowaniu   i   wcielała   swoje 
decyzje   w   życie   z   rozsądkiem   i   determinacją.   Jeśli   postanowi   pomóc 
Dougaldowi   w   znalezieniu   winnego,   będzie   się   przy   tym   upierać.   A   kiedy 
Dougald myślał o Hannah, odważnie stawiającej czoło temu zdegenerowanemu 
osłu, Seatonowi... nie, nie zrobi tego, bo Dougald nic jej nie powie.

– Milordzie, nie mogę pilnować pana i jej, a jeśli musiałbym wybierać, to 

zna pan doskonale mój wybór – zrozpaczonym tonem rzekł Charles.

Owszem, Dougald wiedział, zdawał sobie również sprawę z tego, że nic nie 

zachwieje lojalnością Charlesa wobec niego.

–   Może   pan   ją   skłonić   do   wyjazdu.   –   Służący   oparł   dłonie   na   biurku, 

pochylił się do przodu i z powagą, szczerze, spojrzał na Dougalda. – Wie pan, w 
jaki sposób.

– Tak. – Dopóki Dougald nie zdemaskuje winowajcy i nie rozprawi się z 

background image

nim, musi odsunąć stąd Hannah. Z ponurym zdecydowaniem otworzył dolną 
szufladę biurka i wyciągnął z niej plik listów, przewiązanych wyblakłą, różową 
wstążką. – Ale to poważnie zmniejszy szansę na nasze pojednanie.

background image

ROZDZIAŁ21

Ciotki   stały   przy   łóżku   Hannah   i   przyglądały   się   jej   z   ciekawością, 

graniczącą z podejrzliwością.

– Wyjaśnij nam jeszcze raz, moja droga, jak to się stało, że się potknęłaś na 

schodach   wiodących   do   naszej   pracowni   –   rzekła   ciotka   Isabel.   –   Gdy   za 
pierwszym razem mówiłaś, nic nie słyszałam. Strasznie mamrotałaś.

Hannah nie mamrotała. Prawdę mówiąc, doprowadziła do perfekcji sztukę 

powolnego, głośnego mówienia, żeby ciotka Isabel mogła ją słyszeć. Nie mogła 
jednak podważać prawdomówności starszej pani, toteż powiedziała:

–   Niosłam   pudełko   z   włóczkami   i   na   schodach   nadepnęłam   na   brzeg 

spódnicy.

– Uhm... – Ciotka Ethel skinęła głową.
– Takie duże pudełko – dorzuciła ciotka Spring.
– Dlaczego nie poleciłaś lokajowi, żeby je wniósł na górę? – zapytała ciotka 

Isabel.

– Wszyscy lokaje byli zajęci przy pracach budowlanych i sprzątaniu. Nie 

chciałam   odrywać   ich   od   obowiązków.   Na   przyszłość   będę   mądrzejsza.   – 
Hannah   zasłoniła   się   szczelniej   swoją   flanelową   koszulą   nocną   w   wyblakłe 
paski i wskazała krzesła. – Nie spodziewałam się gości, ale proszę, może ktoś 
usiądzie?

– Nie, kochanie, wygodniej jest nam stać – odparła panna Minnie.
Panna Minnie miała na myśli to, że ciotkom wygodniej było ją zastraszać, 

patrząc   na   nią   z   góry.   Ból   nogi   w   kostce   mniej   doskwierał   Hannah   niż 
przesłuchanie ciotek.

Hannah poprawiła się na poduszkach i spróbowała zmienić temat rozmowy.
– Dziękuję za kwiaty, ciociu Ethel. – Na stoliku przy łóżku stał kryształowy 

wazon. Hannah dotknęła delikatnych płatków różowej róży. – Są piękne.

Ciotka Ethel rozpromieniła się, oczarowana pochwałą swoich kwiatów.
– Jutro przyniosę ci więcej. – Ciotka Spring dała jej kuksańca, przywołując 

ją do porządku. – Ach tak! Opowiadałaś nam o swoim upadku. – Ciotka Ethel 
wbiła wzrok w Hannah.

– Nic więcej nie ma do dodania. – Hannah usiłowała ze swobodą wzruszyć 

ramionami. – Jak tam plany przygotowań na przyjęcie królowej?

Ciotka Isabel przygładziła świeżo ufarbowane, bardzo czarne włosy.
–   Lord   i   lady   McCarn   przysłali   uprzejme   potwierdzenie,   podobnie 

Dempsterowie, sir Stokes i lady Gwen, i...

– Prościej będzie powiedzieć, że wszyscy przyjęli zaproszenie – przerwała 

jej panna Minnie.

– Wszyscy? – Hannah pomyślała o swoich dziadkach i klasnęła w ręce. W 

końcu ich pozna.

background image

Ból w kostce zmniejszył się. Doszła do wniosku, że bez kłopotów będzie 

mogła założyć buciki na przyjęcie królowej. Była z tego bardzo zadowolona, 
chciała bowiem wyglądać nieskazitelnie w czasie spotkania z Burroughsami. 
Ciotka Isabel wstała.

–   Tak,   prościej   byłoby   tak   powiedzieć.   Na   pewno   zdążymy   z 

przygotowaniem jedzenia i picia na przyjazd królowej. Gdyby tylko pani była 
zdrowa, panno Setterington.

– Dziękuję, czuję się już dobrze. Gdy pani Trenchard badała mnie dziś rano 

powiedziała, że jutro będę już mogła wstać, jeśli tylko będę chodziła o lasce. – 
Hannah irytowało siedzenie w łóżku. – Jak postępują prace przy gobelinie?

– Do wizyty królowej mamy niespełna pięć dni. Nie wiem, czy damy radę 

skończyć na czas. – Ciotka Spring żałośnie potrząsnęła głową. – Zwłaszcza, że 
nie mamy potrzebnej włóczki. Ach, ale mówiłaś przecież, że ją dostarczyli. – 
Przyłożyła palec do brody. – Gdzie ją położyłaś?

Gładząc fałdy spódnicy, Hannah zastanawiała się, czemu kiedyś wydawało 

się jej, iż będzie umiała oszukać te kobiety. Po raz pierwszy od śmierci matki 
wystawiona była na karcące spojrzenia. Poczuła ukłucie winy.

– Upuściłam ją, przewracając się. Może ktoś ją podniósł. – Włóczki miały 

nadejść wczoraj. Przesyłka musiała być gdzieś na terenie zamku.

– Zapytamy panią Trenchard. – Panna Minnie sprawiła, że to proste zdanie 

zabrzmiało złowrogo.

Ale Hannah była zadowolona z tego pomysłu. Jeśli zajdzie potrzeba, pani 

Trenchard skłamie dla niej. Pani Trenchard również nie będzie chciała, żeby 
ciotki się martwiły.

– Tak, porozmawiam z Judy – rzekła ciotka Spring. – Jesteśmy jak siostry.
Zaskoczona Hannah zamrugała.
– Co to znaczy jak siostry?
–   Po   śmierci   mojej   matki   jej   matka   była   moją   mamką.   –   Ciotka   Spring 

wskazała palcem na siebie. – Jesteśmy w tym samym wieku.

– Jesteście rówieśniczkami? – Z jakiegoś powodu Hannah myślała, że ciotka 

Spring   jest   starsza   od   pani   Trenchard.   Pani   Trenchard   była   taka   krzepka   i 
zaradna, potrafiła zarządzać pięćdziesięcioma służącymi, gdy tymczasem ciotka 
Spring była... ciotką Spring. Zagubiona, ekscentryczna, nieskończenie uprzejma.

Ciotka Spring zapomniała o tropieniu prawdy i przysiadła na brzegu łóżka 

Hannah.

– Wychowywałyśmy się jak siostry. W młodości kochana Judy towarzyszyła 

mi wszędzie. Zawsze się o mnie troszczyła, nawet kiedy byłyśmy już dorosłe. 
Nawet   po   swoim   ślubie.   Gdyby   nie   ona,   nigdy   nie   mogłabym   spotykać   się 
potajemnie z Lawrencem...

–   Panno   Spring!   –   od   drzwi   zawołała   pani   Trenchard.   –   Proszę   nie 

opowiadać takich rzeczy. Nie chcemy, żeby ucierpiała pani reputacja.

background image

– Phi, co mi po reputacji? Lawrence był moją jedyną, prawdziwą miłością. – 

I   z   nagłym   pragmatyzmem   dodała:   –   Zresztą   jestem   o   wiele   za   stara,   żeby 
wychodzić za mąż.

Pani Trenchard wkroczyła do maleńkiego, zatłoczonego pokoju.
– To nieprawda, panno Spring. Mężczyźni ustawiają się w kolejce, czekając 

tylko na pani kiwnięcie.

– Mój wzrok nigdy nie spoczął na tych zdziecinniałych ramolach – cierpkim 

głosem rzuciła panna Minnie. – Spring doszła do wniosku, że jej widoki na 
zamążpójście się skończyły, Trenchard. Czemu nie możesz w to uwierzyć?

Pani Trenchard miała odpowiedź na końcu języka, jednak coś, szacunek dla 

ciotki   Spring,   a   może   lęk   przed   panną   Minnie,   powstrzymało   ją.   Po   chwili 
krępującej ciszy odezwała się:

–   Panno   Setterington,   chciałam   zbadać   pani   nogę.   Lord   Raeburn   chce 

wiedzieć, czy będzie pani mogła dzisiaj wstać.

–   Przypomniałam   sobie!   –   Ciotka   Spring   oparła   ręce   na   biodrach   i 

niespodziewanie   powróciła   do   zasadniczego   tematu.   –   Judy,   w   jaki   sposób 
panna Setterington odniosła obrażenia?

–   Mówiłam   paniom   –   rzekła   Hannah.   –   Potknęłam   się,   wchodząc   po 

schodach.

– Pytałam Judy – zirytowanym głosem powiedziała ciotka Spring.
–   Nie   byłam   świadkiem   upadku   panny   Setterington.   –   Pani   Trenchard 

schowała ręce pod fartuch i odwróciła wzrok od ciotki Spring.

– Znaleźliście ją u podnóża schodów? – zapytała panna Minnie.
Pani Trenchard rozejrzała się wokół, jak zwierzę pochwycone w pułapkę i jej 

lokalny akcent stał się wyraźniejszy, gdy odpowiedziała:

– Niezupełnie.
Od drzwi rozległ się ostry głos Dougalda.
–   Wystarczy   już,   drogie   panie.   Chciałbym   porozmawiać   z   panną 

Setterington.

Wbiły się weń przenikliwe spojrzenia czterech par oczu.
– Nie krępuj się, mój drogi – zachęciła go ciotka Isabel.
– Na osobności – wyjaśnił.
– Nie mogę uwierzyć, że chcesz, abyśmy się na to zgodziły – rzekła panna 

Minnie swoim najsurowszym tonem.

– To bardzo niewłaściwe – dorzuciła ciotka Isabel.
– Ale pozwolimy na to! – Ciotka Spring wstała. – Chodźcie, dziewczęta. 

Zostawmy te dzieci same.

Z   nieprzyzwoitym   pośpiechem   ciotki   ruszyły   do   wyjścia.   Po   kolei 

przeciskały się w drzwiach koło Dougalda.

Ciotka Isabel wychodziła ostatnia. Przenikliwym szeptem zwróciła się do 

Dougalda. – Nawiasem mówiąc, mój drogi, mógłbyś pomyśleć o przeniesieniu 

background image

Hannah   do   innej   sypialni.   Ten   pokój   jest   szalenie   zaniedbany.   –   I   rzucając 
szybkie   spojrzenie   na   Hannah,   dodała:   –   Może   odpowiednia   byłaby   twoja 
sypialnia.

Gdy ciotka Isabel wymknęła się w końcu z pokoju, Hannah miała ochotę 

walić głową w poręcz łóżka. Nie dość, że Dougald zapragnął się z nią widzieć 
na osobności, to jeszcze ciotki się na to zgodziły! A ciotka Isabel powiedziała 
coś tak sprośnego! I wszystko w obecności gospodyni. Hannah nie wiedziała, 
gdzie ma podziać oczy.

Zanim   Dougald   zdążył   się   poruszyć,   do   sypialni   wróciła   ciotka   Ethel   i 

powiedziała:

– Proszę ze mną, pani Trenchard.
–   Pani   Trenchard   zostanie   –   oświadczył   Dougald,   odwracając   głowę   i 

mierząc ciotkę Ethel spojrzeniem.

Cofnęła się, jakby zobaczyła potwora. Z przerażeniem wyszeptała:
– Jak pan sobie życzy, milordzie. – Spojrzała ze współczuciem na Hannah i 

pospiesznie się oddaliła.

Kiedy odwrócił się twarzą w jej stronę, zobaczyła, co tak przeraziło ciotkę 

Ethel. W progu, niczym odziana w czerń zjawa, z ponurą twarzą stał Dougald; 
jego zielone oczy pozbawione były wyrazu.

– Lordzie Raeburn, czy coś się stało? Zignorował jej pytanie.
– Pani Trenchard, czy będzie mogła dzisiaj wstać?
Pani Trenchard ujęła w dłonie jej zranioną nogę.
– Tak, milordzie. Będzie mogła.
Hannah   pomyślała,   że   to   zadziwiająca   diagnoza,   zważywszy,   iż   wydana 

została nawet bez patrzenia na nogę.

– Bardzo dobrze – rzekł Dougald. – Może już pani odejść, pani Trenchard.
– Proszę zaczekać. – Hannah złapała gospodynię za rękę. – Czy nadeszła 

włóczka do tkania gobelinu?

Pani Trenchard zerknęła nerwowo na Dougalda, ale odpowiedziała:
– Dziś po południu. Jest teraz w pracowni na wieży.
– Gdyby ciotki pytały, to niosłam ją wczoraj, kiedy się przewróciłam.
Pani Trenchard skinęła głową, po czym wybiegła z pokoju, jakby ją goniło 

stado wściekłych psów.

Działo   się   coś,   czego   Hannah   nie   rozumiała.   Z   trudem   przekręciła   się   i 

opuściła nogę na podłogę.

– Dougaldzie, o co chodzi?
–   Nie   wstawaj   jeszcze.   –   Mimo   że   się   nie   poruszył,   to   i   tak   emanował 

groźbą.   –   Trzymaj   nogę   w   górze   na   poduszce,   jak   długo   możesz.   Podróż 
powrotna pociągiem do Londynu będzie długa.

– Podróż... do Londynu? – Nie położyła się z powrotem, bosymi stopami nie 

czuła   chłodu   posadzki.   Widziała   jedynie   Dougalda,   wypełniającego   sobą 

background image

framugę drzwi.

– Odsyłam cię z powrotem. Zamrugała.
– Żartujesz.
– Nie żartuję.
– Czemu więc to powiedziałeś?
– Bo skończyłem z tobą.
Wstrzymała oddech. Takie krótkie, brutalne zdanie. Jakże skuteczne. I jakie 

błędne.

– Skończyłeś ze mną? Dlaczego?
–   Daj   spokój,   Hannah,   zwykle   nie   jesteś   taka   tępa.   Miałem   swój   plan. 

Zrealizowałem go. – Uśmiechnął się jak pirat, czerpiący rozkosz z zadawania 
bólu. – Skończyłem z tobą.

Najrozmaitsze myśli, uczucia i wrażenia zawirowały jej w głowie.
– Przyznaję, że zamierzałem skorzystać z ciebie dłużej, ale spójrz na siebie!
Hannah spojrzała w dół, na swój wygnieciony szlafrok.
– Spadłaś.  Potłukłaś  się.  Nie jesteś  mi  potrzebna  ani w łóżku, ani gdzie 

indziej. W tym stanie nie możesz opiekować się ciotkami, co zaś do twoich 
napadów namiętności... cóż, nie pożądam cię, gdy wyglądasz tak jak teraz.

Chwyciła   poły   szlafroka   i   podciągnęła   je   w   górę,   pod   szyję.   Nadal   nie 

rozumiejąc, co się dzieje, spróbowała zażartować:

– Nie jestem w najlepszej formie, ale...
– Jestem pewny, że domyślałaś się, jakie są moje zamiary – przerwał jej 

bezlitośnie.

– Twoje zamiary?
–   Musiałaś   się   zastanawiać,   czy   moja   namiętność   dorównuje   twojej 

namiętności do mnie.

Poczuła ucisk w piersiach. Mówił o jej lękach. Wszedł do pokoju i zatrzasnął 

za sobą drzwi.

–   Twoja   namiętność   była   bardzo   zaraźliwa.   Bardzo   poruszająca.   –   Niby 

bezszelestny drapieżnik przesunął się ku nogom łóżka i oparł o poręcz. – Bardzo 
żałosna.

– Żałosna!
– Czy możesz znaleźć lepsze określenie dla kobiety pożądającej mężczyzny, 

który ją zachęca jedynie dla zemsty?

– To nieprawda. – Wiedziała, że to nieprawda. – Kłamiesz.
– Podejrzewałaś mnie o to, że cię prowokuję. Czekał, dopóki nie przyznała:
– Owszem.
– Musiałabyś być głupia, gdybyś tego nie podejrzewała, Hannah, a wiem, że 

nie jesteś głupia. – Zacisnął ręce na poręczy tak mocno, aż zbielały mu knykcie. 
– A przynajmniej... nie jesteś głupia w innych sprawach niedotyczących mnie.

– Znowu. – Zaczynała wierzyć w to, co jej mówił z taką satysfakcją.

background image

– Tak. Znowu. Ale za pierwszym razem uwiodłem cię, żeby cię poślubić. 

Teraz chodzi mi o rozwód.

Miała ochotę go spoliczkować. Chciała wyprostować ramiona i wyzywająco 

splunąć. Jednak jego złośliwość ją zdruzgotała.

– Tym razem nie składałeś fałszywych obietnic.
– Żadnych obietnic! Pamiętasz przecież, jak starannie unikałem zbędnych 

słów podczas naszych nocy.

– Bo... bo byliśmy zajęci innymi rzeczami.
– Bo wiem, jak bardzo nie znosisz, kiedy składam obietnice, których potem 

nie   dotrzymuję.   –   Szarpnął   za   poręcz   łóżka,   aż   zadźwięczała.   –   To   niemal 
równie niewłaściwe, jak niedotrzymanie przysięgi małżeńskiej.

Nadal nic nie rozumiał. Nie chciał zrozumieć.
– Nie złamałam małżeńskiej przysięgi. Sam doprowadziłeś do tego, że cię 

porzuciłam.

–  Mogłaś  być  silniejsza.   Mogłaś   być  twardsza.   Mogłaś   zmusić  Charlesa, 

żeby ci się podporządkował. 

Z   każdym   zarzutem   głos   Dougalda   stawał   się   cichszy,   niższy, 

intensywniejszy. – Mogłaś mnie zmusić, żebym cię słuchał.

Czuła się tak, jakby ją uderzył.
–Ale...
– Zrezygnowałaś. Zrezygnowałaś po sześciu miesiącach.
–   Nie   chciałam.   Wiedziałam,   że   nie   postępuję   właściwie,   lecz   nigdy   nie 

wygrałabym z tobą i Charlesem.

– Wygrać! To nie była żadna krwawa wojna, tylko małżeństwo i miałaś siłę, 

której nigdy nie próbowałaś użyć.

– Jaką siłę? Nie miałam żadnej siły. Próbowałam wszystkiego – żachnęła się.
– Próbowałaś kobiecych sztuczek?
– To nieuczciwe chwyty – rzekła pogardliwie.
– Co za uczciwość! – wymierzył w nią palec. – Sześć miesięcy, Hannah, 

wystarczyło, żebyś złamała najświętsze śluby, które mogą sobie złożyć kobieta i 
mężczyzna. Spałaś w moim łóżku. Twoje ciało mnie zniewoliło. Ciemną nocą 
czyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i gdybyś wówczas coś 
mi powiedziała, zrobiłbym dla ciebie wszystko.

– A ty oskarżyłbyś mnie o manipulowanie.
–   Możliwe.   Byłem   młody   i   głupi.   Byłem   uparty.   –   Skrzywił   się   na 

wspomnienie   swojej   młodości.   –   Ale   wysłuchałbym   cię   i   miałabyś   prawo 
prowadzić dom, mieć własny sklep, być kobietą, jaką chciałaś być i wymarzoną 
przeze  mnie  żoną.  Ty  jednak  byłaś   zbyt  dumna,   żeby  użyć  broni,  którą  tak 
doskonale władałaś. Jęczałaś tylko. Jęki są dużo bardziej uczciwe od kobiecych 
sztuczek.

– Nie jęczałam! Próbowałam cię zmusić, żebyś posłuchał...

background image

– ...żebym posłuchał twoich słów. A co zrobiłaś, kiedy słowa nie odniosły 

skutku?

Przełknęła nerwowo, usiłując odpędzić łzy, cisnące jej się do oczu.
– Wszystko przekręcasz. To nie była moja wina!
–   Porzuciłaś   mnie.   Zostawiłaś   samego.   Sam   musiałem   borykać   się   z 

nieszczęściem, niesprawiedliwością i oskarżeniem o morderstwo.

Naprawdę tak myślał. Widziała jego ból, jakiego nigdy się nie spodziewała 

po człowieku tak zimnym i cynicznym jak Dougald. Nienawidził jej. Oskarżał ją 
o wszystko.

–   Wiele   lat   czekałem   na   tę   chwilę,   moja   droga.   –   Jego   głos   zmiękł, 

zabrzmiała w nim ukryta groźba. – Wiele lat, żeby stanąć przed tobą i patrzeć, 
jak rozpadasz się na drobniutkie kawałki.

Nie rozumiała takiego Dougalda, skomplikowanego, pełnego okrucieństwa. 

Owszem, wątpiła w jego intencje tamtej nocy, gdy przybyła do zamku Raeburn. 
Owszem, od czasu do czasu zastanawiała się, czy poważnie traktował swoje 
groźby zrobienia jej krzywdy. Lecz w głębi serca zachowała obraz Dougalda, 
rozbierającego się w pociągu, żartującego ze swojej silnej żądzy, starającego się 
ją   uspokoić.   Zawsze   uważała   tamtego   Dougalda   za   prawdziwego.   Nie 
człowieka, którego opuściła. Nie mężczyznę, który dzisiaj był lordem Raeburn.

– Zaplanowałeś to wszystko?
– Każdy szczegół – odparł bez wahania.
– Z wyjątkiem mojego upadku. Odwrócił wzrok.
– Jesteś tego pewna? Gwałtownie wciągnęła powietrze.
– Dougaldzie, chyba nie chciałeś celowo mnie skrzywdzić? – wyszeptała.
– Już ci to mówiłem. Zostałem oskarżony o zamordowanie cię. Przeżyłem 

swoje piekło. Dlaczego miałbym cię nie zabić? Dopóki mnie  nie złapią, nie 
będzie mnie otaczać gorsza sława niż dotąd.

Hannah   wstała.   Okropny   ból   w   kostce   zaskoczył   ją.   Opadła   na   łóżko. 

Podbiegł do niej szybko, jakby chciał się na nią rzucić. Skuliła się przed nim i 
cofnęła w stronę wezgłowia łóżka. Uśmiechnął się nieszczerze.

– Wygląda na to, że rozwód to niezłe rozwiązanie, prawda?
– Wynoś się! – krzyknęła. – Daj mi spokój. Cofnął się i ukłonił.
– Jak sobie pani życzy, panno Setterington. Nie zobaczymy się już przed 

pani wyjazdem.

Nie pożegna się z nią, tak jak ona nie pożegnała się z nim wtedy, gdy wiele 

lat temu wyjechała z Londynu.

Dużo młodsza Hannah stała na podwórku przed gospodą „Knight Arms” w 

Liverpoolu   i   obserwowała   stajennych,   kręcących   się   wokół   powozu   i 
zmieniających   konie   przed   następnym   etapem   podróży.   Dawno   już,   bo   od 
śmierci matki, nie podróżowała publicznym środkiem komunikacji. Od kiedy 
zamieszkała w domu Dougalda.

background image

Dom Dougalda. Małej Hannah wydawało się, że jest to miejsce, gdzie będzie 

mogła mieszkać zawsze i czuć się bezpiecznie. Do tego domu młoda Hannah 
wkroczyła jako zapłoniona panna młoda, pełna nadziei, że w końcu stanie się 
częścią rodziny. Teraz ten dom z zimnego, szarego kamienia kojarzył się jej 
wyłącznie z utraconymi marzeniami.

Nawet wtedy, gdy była z Dougaldem w pociągu, miała wątpliwości. Nawet 

przed ślubem zastanawiała się, czy nie popełnia błędu. Przecież jej matka nie 
wyszła   za   mąż,   bo   ojciec   Hannah   był   zbyt   słaby,   żeby   stawić   czoła   swojej 
rodzinie. W pewnym sensie Dougald ożenił się z nią dokładnie z tego samego 
powodu.

Wgłębi  serca  zawsze  się   spodziewała,   że  Dougald  jej  nie   będzie  kochał. 

Chciała tego. Miała nadzieję. Ale nie walczyła o to. W młodości zbyt wiele razy 
została   zraniona   przez   przyjaciół,   którzy   odwracali   się   od   bezdomnego, 
nieślubnego dziecka.

Tamtego   ranka   spakowała   więc   najpotrzebniejsze   ubranie,   pamiątki   po 

matce   i   pieniądze,   które   dał   jej   Dougald.   Wciskał   jej   pieniądze,   żeby   ją 
uspokoić, ona zaś brała je od niego w jednym celu – żeby móc od niego uciec. 
Uciekała w pośpiechu do Londynu, gdzie mogła zniknąć i gdzie trudno było ją 
odnaleźć. Do Londynu, miejsca wygnania.

Gdy tylko chłopcy stajenni zakończyli pracę, Hannah podeszła do woźnicy.
– Mam bilet. Tutaj mam torbę. – Pokazała ręką. – Proszę załadować ją do 

powozu. Za ile czasu ruszamy?

Woźnica zmierzył ją oceniającym spojrzeniem. Miał przed sobą młodą damę 

ubraną   w   modną,   dzienną   suknię,   w   kapeluszu   z   woalem,   spod   którego 
prześwitywały jasne włosy. Nie miała ze sobą służącej, co było minusem, ale jej 
wygląd świadczył ojej klasie, i woźnica dotknął ręką kapelusza i odezwał się z 
szacunkiem:

– Jesteśmy gotowi do drogi, proszę pani.
– Dzięki Bogu – szepnęła Hannah. Nie chciała zostać złapana. Powinno jej 

się udać, gdyż Dougald wyjechał do Manchesteru. Charles pojechał razem z 
nim, ale z Charlesem nigdy nic nie było wiadomo. Sprytny Francuz miał swoje 
sposoby,  żeby  wiedzieć   wszystko,   co  działo  się   w  domu,   i  Hannah  musiała 
wykazać się maksymalną przebiegłością, aby nie wytropił jej ucieczki.

– Proszę się nie bać, panienko, dowieziemy panią do Londynu na czas – 

rzekł woźnica.

– Dziękuję. – Wcisnęła mu w dłoń monetę. – Jest pan bardzo uprzejmy.
Woźnica otworzył drzwiczki powozu i wrzasnął do pasażerów:
–   Panowie,   proszę   się   przesiąść.   Dosiądzie   się   dama.   Fircykowaty 

dżentelmen wystawił głowę z powozu.

–   Dama?   A   co   mnie   to   obchodzi?   Byłem  tu   pierwszy.   Jednym   szybkim 

ruchem woźnica wyciągnął mężczyznę z powozu.

background image

– Proszę zrobić, jak mówię, bo inaczej będzie pan podróżował na dachu.
Dżentelmen   już   się   prostował,   żeby   wybuchnąć   gniewem,   gdy   dostrzegł 

Hannah.

Patrzyła na niego bez słowa. Fircyk uczynił krok do przodu i wyciągnął rękę.
– Czy mogę pomóc pani wsiąść, panno...
Mało brakowało, żeby sprostowała, że nie jest panną, tylko panią Pippard. 

Jednak   opanowała   się   w   ostatniej   chwili   i   w   przypływie   natchnienia 
powiedziała:

– Panna Setterington. Dziękuję panu. – Wsiadła  do powozu. Siedzenie z 

przodu zajmowała pulchna starsza dama i niezdrowo wyglądająca dziewczyna, 
ściskająca w rękach walizkę. Hannah oceniła je jednym rzutem oka – dama 
budziła zaufanie,  a dziewczyna była panną ze wsi, udającą się  do miasta  w 
poszukiwaniu szczęścia. – Czy mogę? – zapytała. Panie zrobiły jej między sobą 
miejsce i Hannah usiadła.

Fircykowaty jegomość usiadł naprzeciw niej i zagadnął z uśmiechem:
– A więc wybiera się pani do Londynu? Co za zbieg okoliczności. Ja także.
Hannah wiedziała, że musi trzymać go od siebie na dystans. Wiedziała też, 

że potrafi to zrobić. Nie była bogatą, niewinną młodą damą, jak to sobie musiał 
wyobrażać.   Była   nieślubnym   dzieckiem,   bez   pracy,   przyzwyczajonym   do 
błyskawicznej oceny ludzi, do kierowania się w życiu rozumem.

Będzie musiała skutecznie ukryć się przed Dougaldem. Musi jej się to udać. 

Nazywała się teraz Hannah Setterington i była niezależną starą panną.

Drzwi powozu zamknęły się, rozległ się strzał z bata i powóz gwałtownie 

ruszył. Hannah po raz ostatni rzuciła okiem na Liverpool, po czym oparła się o 
siedzenie   i   przymknęła   oczy.   Zaledwie   po   sześciu   miesiącach   małżeństwa 
straciła wszystko, za czym tęskniła. Zostawiała za sobą marzenia o rodzinie i 
miłości. I nigdy już nie będzie o tym myślała. I o nim.

Odgłosy   dobiegające   od   drzwi   gwałtownie   wyrwały   Hannah   z   ponurych 

wspomnień i przywróciły do bolesnej teraźniejszości.

W drzwiach stała pani Trenchard.
– Lord Raeburn przysłał mnie, żebym pomogła się pani spakować.
– Spakować? – Hannah nadal nie mogła uwierzyć, że Dougald mógł być tak 

brutalny.

–   Spakować   się   przed   podróżą   do   Londynu.   Kiedy   poprzednio   Hannah 

opuszczała Dougalda, bardzo cierpiała, ale chciała wyjechać, żeby zachować 
godność,   wolę   i   niezależność.   Jeśli   teraz   wyjedzie,   cóż   jej   pozostanie   poza 
urażoną   dumą,   złamanym   duchem   i   nigdy   niespełnionymi   marzeniami   o 
rodzinie?

Marzeniami o założeniu rodziny z Dougaldem. Z Dougaldem, który każdym 

słowem dawał dowód swojego okrucieństwa i złośliwości. Z Dougaldem, który 
umiał czytać w jej myślach, znał jej wszystkie lęki i dręczył ją nimi.

background image

Wzdrygnęła się.
Oskarżył ją o porzucenie go. O zerwanie ich małżeństwa bez żadnej próby 

jego naprawy. A przecież próbowała. Próbowała! I żeby pokazać mu, że się 
mylił...

– Nigdzie nie jadę – powiedziała.
Na twarzy pani Trenchard pojawiło się przerażenie.
– Panno Setterington!
Hannah ostrożnie opuściła chorą nogę na podłogę.
Dougald nie był okrutny ani złośliwy. Był zimny. Był trudny. Kierowały nim 

demony, których nie rozumiał. Ale nigdy nie zastawiłby na nią pułapki, przez 
którą miałaby spaść ze schodów! Śmieszny pomysł!

– Nie wyjadę. Nie może mnie do tego zmusić. Pani Trenchard nerwowo 

oblizała wargi.

– Panno Setterington, nie mogę się z panią zgodzić, bo... lord może panią 

zmusić.

Ignorując   gospodynię,   Hannah   wstała,   testując   nogę.   I   sprawdzając   siłę 

swojego postanowienia. Pani Trenchard pokazała jej list.

– Napisałam go dla pani. List rekomendacyjny. Z największymi pochwałami 

dla pani umiejętności.

Hannah wzięła list, obejrzała go i cisnęła na łóżko. Działo się coś, czego nie 

rozumiała. Nie zamierzała jednak porzucić ciotek przed wizytą królowej. Nie 
zamierzała wyjeżdżać,  dopóki nie spotka swoich dziadków.

– Dziękuję, pani Trenchard, ale nie wyjadę. Zrozpaczona pani Trenchard 

powiedziała:

– Nasz pan potrafi postawić na swoim.
Hannah, kuśtykając, ruszyła do przodu. Zadowolona, że kostka wytrzymuje 

te ruchy, wyciągnęła rękę po kulę.

Dougald miał jakiś powód, żeby jej się stąd pozbyć. Może dlatego, że chciał 

z nią zerwać. Ale może działo się coś innego. Coś, co dotyczyło jej dziadków, 
albo   ciotek,   albo   jej   samej.   Może   Dougald   znalazł   sobie   kochankę,   której 
pożądał   bardziej   niż   Hannah.   Ale   bez   względu   na   powody,   Hannah   nie 
zamierzała opuścić Dougalda, dopóki cierpiał tak jak teraz.

Hannah spojrzała prosto na panią Trenchard, która podawała jej kulę.
– Nikt i nic nie wypędzi mnie z zamku Raeburn, dopóki sama nie zdecyduję 

się stąd odejść.

background image

ROZDZIAŁ22

Dougald   stał   za   biurkiem   i   patrzył   w   osłupieniu   na   niewzruszoną   panią 

Trenchard.

– Panna Setterington śmiała mi się przeciwstawić?
– Czy życzy pan sobie, milordzie, żebym nakazała służącym zanieść ją do 

powozu, a potem siłą wsadzić do pociągu? – zapytała pani Trenchard tonem, 
jakiego mogłaby użyć, proponując mu kieliszek koniaku.

Dougald skrzywił się, zdawszy sobie sprawę, że pokpił sprawę. Powiedział 

więcej niż planował, i gorąco wierzył w to, co mówił. Obwinił ją za rozpad ich 
małżeństwa. Nie zamierzał tego mówić, a co więcej, nie zdawał sobie sprawy, 
jak bardzo uraziła go jej ucieczka. Jednak gdy zaczął mówić, kierowało nim 
uczucie prawdziwego potępienia, zaskakujące zarówno dla niej, jak i dla niego.

– Panna Setterington nie jest aż tak wysoka, żeby dwóch krzepkich lokajów 

nie było w stanie jej wynieść na mój rozkaz – zauważyła pani Trenchard.

– Nie wątpię w to, nie chcę jednak, żeby była usuwana siłą z zamku na 

oczach łkających i załamujących ręce ciotek. – Przejechał dłonią po włosach. –
Gdzie ona teraz jest?

– Założyła swoją roboczą suknię i udała się do spiżarni. Powiedziała, że 

noga rozbolała ją tak bardzo, iż nie mogła  iść dalej, więc zatrzymała  się w 
spiżarni, żeby przeliczyć srebra. – Pani Trenchard potrząsnęła głową. – Trzeba 
było je przeliczyć, ale nie chciałam jej na to pozwolić, milordzie. Oddanie sreber 
rodowych   Raeburnów   w   ręce   niezadowolonej   służącej   jest   dość   ryzykowne. 
Mimo wszystko jednak sądziłam, że powinien pan natychmiast dowiedzieć się o 
jej buncie.

–   Wątpię,   żeby   panna   Setterington   nadmiernie   przywiązała   się   do   sreber 

Raeburnów, bez względu na stopień swojego niezadowolenia. Dziękuję, pani 
Trenchard. – Poprawił żakiet. – Zajmę się sprawą osobiście. – Kiedy opuszczał 
pokój Hannah, mógłby przysiąc, że wyjedzie, że mu się udało, jak zwykle.

Tyle   że   rzadko   wygrywał   z   Hannah.   Hannah   wielokrotnie   mu   się 

przeciwstawiała   –   ale   nie   tym   razem.   Jej   życie   było   zagrożone.   Musiał   ją 
odesłać z zamku. Dla jej własnego dobra. Pewnego dnia doceni jego starania i 
zrozumie, że ją zranił, żeby jej pomóc.

Musi   zrozumieć,   gdyż   przez   wzgląd   na   podtrzymanie   rodu   potrzebował 

żony.

Jednak był zmartwiony, gdy wędrował korytarzem. Tak, potrzebował żony. 

Potrzebował dziedzica. Miał już Hannah. Przez ostatnich kilka dni wielokrotnie 
dowiedli oboje, że zadziwiająco dobrze sprawdzają się w łóżku. Należy mieć 
nadzieję, że w niedługim czasie spłodzą potomka.

Zatrzymał się przed otwartymi drzwiami do spiżarni. To małe pomieszczenie 

było wykorzystywane jako magazyn garnków, liberii, obrusów, dodatkowych 

background image

krzeseł i wszystkiego, co mogło się przydać przy serwowaniu posiłków. Jedna 
ze ścian zabudowana była półkami, pod drugą stał stół.

Jeśli tak bardzo wzburzył Hannah, że już nigdy więcej nie zaprosi go do 

swojego łóżka, miał do wyboru kilka niezbyt atrakcyjnych możliwości. Mógł się 
z nią rozwieść i poślubić nową żonę. Mógł wykorzystać moc prawa i zmusić ją, 
żeby wróciła do niego. Mógł też zabiegać o jej względy.

Zalecanie się do Hannah byłoby stratą czasu. Przecież już do niego należała. 

Jednak   pozostałe   dwa   rozwiązania   odstręczały   go,   wiedział   też   bez   cienia 
wątpliwości, że nigdy nie znajdzie innej kobiety równie godnej jego łóżka, co 
Hannah. Kochali się z ogniem i pasją. Musiał mieć Hannah, i to Hannah chętną.

Oczywiście   mógł   skorzystać   z   logicznych   metod,   żeby   to   osiągnąć.   Po 

rozprawieniu się z obwiesiem, który próbował ją zabić, mógłby ją odnaleźć w 
Londynie,   w   Surrey   czy   gdziekolwiek   indziej...   Boże,   miał   nadzieję,   że   nie 
ucieknie przed nim z Anglii... i mógł wyjaśnić, że odtrącił ją dla jej własnego 
dobra. Nie miał jednak wątpliwości, że wówczas zatrzasnęłaby mu drzwi przed 
nosem... a może raczej na jego palcach.

Siedziała na stołku, zwrócona do niego plecami, twarzą do kredensu. Kula 

stała   w   kącie.   Srebrne   nakrycia   błyszczącą   warstwą   pokrywały   wąski   blat 
kredensu. Przyglądał się, jak Hannah sortuje łyżki, gromadzi je razem i układa 
na brzegu kredensu, obok starannie ułożonych widelców. Kilka pasm włosów 
wymknęło się z jej koka i opadło na kark, którego bardzo pragnął dotknąć. Wbił 
w   nią   palący   wzrok.   Wiedział,   co   powinien   powiedzieć,   żeby   się   jej   teraz 
pozbyć   z   zamku.   W   swoim   przemówieniu   w   sypialni   zapomniał   o   jednym 
bardzo istotnym i obraźliwym wątku.

Ręką   pchnął   drzwi   tak   mocno,   że   uderzyły   o   ścianę.   Przerwała   swoje 

czynności. Z irytującą pogardą wycedził:

–   Podejrzewam,   że   chodzi   ci   o   stracone   pieniądze.   Wyprostowała   plecy. 

Demonstracyjnie odwróciła się do niego tyłem. Miała na sobie skromną suknię z 
brązowej wełny, w ręku zaś trzymała cienki, srebrny nóż do mięsa.

– Lordzie Raeburn – odezwała się – o czym pan mówi?
– O tobie. – Wszedł do środka. – Nadal tu jesteś. O tym właśnie mówię.
–  Zaskoczyło  cię  to?  –  Przekręciła   się  na  stołku   tak,  żeby  go  dokładnie 

widzieć. Wywijając nożem, swobodnie oparła łokcie na blacie kredensu. – Ale 
dlaczego, milordzie? Czy kiedykolwiek zrobiłam to, co mi kazałeś?

Przyszedł tutaj zdecydowany dalej ciągnąć grę, która tak dobrze rozpoczęła 

się w jej sypialni, żeby w ten sposób uchronić żonę przed groźbą śmierci. Ale tu, 
w spiżarni, Hannah siedziała przed nim bezczelnie, jak uliczny chuligan, nie 
przejmując   się   nim,   jego   autorytetem,   poświęceniem.   Wszedł   do   środka   i 
zamknął za sobą drzwi.

– Tym razem posłuchasz.
Uśmiechnęła się, jeśli można było to nazwać uśmiechem.

background image

–   Ależ   Dougaldzie,   jestem   twoją   żoną.   Po   latach   wróciłam   do   ciebie.   Z 

pewnością jesteś zadowolony, że wzięłam sobie do serca twoje życzenie i teraz 
odmawiam wyjazdu.

Cholera. Powiedział niewłaściwą rzecz. To był rezultat pozwolenia sobie na 

niekontrolowane emocje.

Co gorsza, czuł przypływ dalszych emocji w trzewiach i w sercu.
– Nie chcę cię tutaj.
–   Pozwól   mi   wypróbować   na   tobie   kobiece   sztuczki.   –   Zatrzepotała 

powiekami.   –   Kochanie,   pragnę   pozostać   z   tobą   na   zawsze.   –   Całość   psuła 
wyraźna przesada i ciągłe machanie nożem.

Zrobił krok w jej stronę.
– Hannah, jeśli będę zmuszony posłać panią Trenchard i paru lokajów do 

twojej sypialni, żeby spakowali torby, poczujesz się upokorzona.

– Trudno ci będzie wyjaśnić swoje postępowanie ciotkom. – Zsunęła się ze 

stołka. – Musisz przyznać, że łzy ciotek wprawiają cię w zakłopotanie. Czy to 
jest wystarczająca manipulacja?

– Skończyły się już czasy, kiedy mogłaś mną manipulować. – Nie była to 

prawda, lepiej jednak, żeby o tym nie wiedziała.

– Jestem im potrzebna.
– Mają panią Trenchard.
– Z całym szacunkiem dla pani Trenchard, i tak spoczywa już na niej zbyt 

wiele obowiązków. – Utykając, zbliżyła się do niego. – Beze mnie ciotki nie 
miałyby żadnych szans na zakończenie w terminie prac przy gobelinie. Również 
jej królewska mość spodziewa się mnie tutaj zobaczyć. Przecież to ja wysłałam 
zaproszenie.

Miał ochotę złapać Hannah za ramiona i wytrząsnąć z niej całą bezczelność.
– Jej królewska mość nawet nie zauważy twojej nieobecności. Wydajemy 

ogromne przyjęcie, na którym będą obecni wszyscy sąsiedzi.

– O to ci chodzi. – Oparła swobodną rękę na półce i wbiła w niego wzrok. – 

Możesz przestać udawać, Dougaldzie. Wiem, w czym rzecz. Chcesz się mnie 
stąd pozbyć, żeby zmonopolizować uwagę królowej. Jej oskarżenie tak bardzo 
go zaskoczyło, że nawet nie poczuł się urażony.

– Nie bądź śmieszna. Niepotrzebne mi poparcie królowej dla umocnienia 

własnego prestiżu.

– O co więc chodzi? Przecież musisz mieć jakiś powód, żeby mnie odsyłać.
Ledwo opanował głośne westchnienie. Skąd wiedziała? I co wiedziała?
– Podałem ci już przyczyny. Skończyłem z tobą.
– Bo znalazłeś moją następczynię?
– Twoją następczynię?
– Dziewczynę, którą chcesz poślubić.
– Przecież jestem żonaty.

background image

–   To   niewielka   przeszkoda   dla   takiego   stratega,   jak   ty.   Czy   to   Charles 

znalazł ją dla ciebie? Śliczną, młodą dziewczynę, która wie, gdzie jej miejsce? –
Hannah pogardliwie machnęła ręką. – Taki jest plan, prawda? Pozbędziesz się 
mnie, otrzymasz rozwód i poślubisz swoją laleczkę.

– W przeciwieństwie do tego, co sobie wyobrażasz, nie tak łatwo dostać 

rozwód i wcale nie jest to tanie. – Dotarło do niego, że to teraz nie temat do 
dyskusji z żoną, którą chciał przy sobie zatrzymać.

– Czy Charles radził ci, w jaki sposób masz się ,mnie pozbyć? Mówił ci, co 

masz mi powiedzieć?

– Po co miałbym korzystać z pomocy Charlesa? – Skupił się na tym, żeby 

kolejny raz ją zranić i wreszcie wypłoszyć z zamku Raeburn. – Jesteś prostą 
kobietą.

Hannah zdawała się nie przejęta jego drwiną.
– A więc zamieniasz swoją prostą kobietę na inną prostaczkę, którą możesz 

dyrygować.

– Głupia rozmowa – żachnął się. – Nie zamierzam się powtórnie żenić.
– A więc chodzi o coś innego. – Odwróciła wzrok, zaczęły drżeć jej wargi. – 

O ostateczną, wielką zemstę, możliwość zmiażdżenia Hannah i świadomość, że 
nigdy się z tego nie podniesie.

Stali trzy kroki od siebie, a powietrze pomiędzy nimi wibrowało żarem i 

wrogością.

– Zwariowałaś!
– Moi dziadkowie mają przybyć na przyjęcie i nie pozbędziesz się mnie, 

dopóki nie spotkam się z moją rodziną.

Zapomniał o jej dziadkach. Wiedział, że czekała na spotkanie z rodziną i 

bardzo się go bała. W jego planach dziadkowie pełnili rolę kotwicy, mającej 
zatrzymać Hannah. W krótkiej chwili szczerości przyszło mu do głowy, czy nie 
zapomniał o Burroughsach celowo. Czyżby jednak tak bardzo nie mógł znieść 
myśli o tym, że mogłaby być związana z innymi ludźmi, nie tylko z nim?

– Jesteś bardziej okrutny, niż sądziłam – powiedziała Hannah.
– Wyjedź więc.
– Nie wyjadę.
Zrobił kolejny krok. Odległość pomiędzy nimi zmniejszyła się radykalnie.
– Nadużywasz mojej cierpliwości. Roześmiała się cierpko.
– Bzdura. Nie masz żadnych uczuć, nie masz więc też cierpliwości.
– Mam uczucia – nie ustępował.
– Nie. Mężczyzna, który uwodzi kobietę, żeby ją wykorzystać i upokorzyć, 

jest pozbawiony uczuć. – Opuściła rękę, w której trzymała nóż i uchwyciła go 
tak, jakby za chwilę miała zadać cios.

Zerknął na ostrze.
– Gdzie się nauczyłaś tak trzymać nóż?

background image

–  Niektóre  dziewczęta,  które  uczyłam  w  Akademii  Guwernantek,  umiały 

rzeczy, o które wolałam nie wypytywać. – Kulejąc, podeszła do niego bardzo 
blisko. – Mam nadzieję, że nie poczułeś się zaniepokojony.

– Nie. – Z wściekłością złapał ją za przegub ręki, zanim zdążyła odetchnąć. – 

Twoje   uczennice   marnie   cię   wyedukowały,   skoro   nie   wiesz,   że   nie   należy 
grozić, jeśli nie zamierza się zrealizować groźby.

– Znasz mnie. – Wyrwała rękę i pełnym sarkazmu tonem, jakiego nigdy u 

niej nie słyszał, rzekła: – Łatwo rezygnuję.

–   Nie   tylko   łatwo   rezygnujesz,   ale   jeszcze   biadolisz,   i   to   tak   głośno,   że 

człowiek nie słyszy własnych myśli.

Próbowała rzucić się na niego z nożem i chociaż były to daremne wysiłki, 

odwróciły jego uwagę, co wykorzystała, mocno waląc go pięścią w żołądek. 
Gwałtownie wypuścił powietrze. Wyglądało na to, że od dziewcząt z Akademii 
nauczyła się paru technik obronnych. Przy odrobinie praktyki mogła osiągnąć 
śmiertelną sprawność. Na szczęście nie miała doświadczenia. Dougald chciał 
jednak   jak   najszybciej   ją   pokonać.   Wyrwał   jej   nóż   z   ręki   i   rzucił   na   blat 
kredensu. Nóż, wibrując, wbił się w drewno.

– Teraz wreszcie możemy porozmawiać jak rozsądni ludzie – powiedział. Po 

czym wziął ją w ramiona i pocałował.

Nie   chciała   być   całowana.   Próbowała   się   uwolnić.   Jednak   Dougald 

przyciągnął ją bliżej do siebie,  przechylił do tyłu i całował,  rozkoszując  się 
dotykiem   jej   ciała.   Zaczął   się   zastanawiać   nas   sobą.   Sądził,   że   po   latach 
spędzonych   samotnie,   w   izolacji,   nauczył   się   dyscypliny.   Uważał   się   za 
człowieka   nieugiętego,   chytrego,   wyzbytego   namiętności,   ciepła   i   ludzkich 
odruchów. Chyba jednak się mylił. Targały nim głęboko ludzkie uczucia, tak 
gorące, że mogłyby stopić żelazo.

Nagle Hannah ugryzła go w dolną wargę. Odchylił się i spojrzał na kobietę, 

którą   nadal   trzymał   w  objęciach.   Odpowiedziała   mu   spojrzeniem.   Usiłowała 
złapać   oddech.   Wargi   miała   zaczerwienione   od   pocałunków.   Trzymała 
uniesioną do góry brodę. Gotów był przysiąc, że przyjrzała mu się, oceniła i 
podjęła decyzję.

Zdecydowanym tonem najsurowszej guwernantki na świecie powiedziała:
–   Dougaldzie,   puść   mnie   natychmiast,   bo   inaczej   nie   będę   w   stanie   cię 

rozebrać.

W nagłym przebłysku Dougald zrozumiał, że ją kocha. Przez te wszystkie 

lata wmawiał sobie, że intryguje i knuje tylko po to, żeby wyrównać rachunki z 
Hannah, która uczyniła z niego głupca. A tymczasem przez cały czas był w niej 
zakochany.   Nie   chciał   jej   sobie   podporządkować.   Chciał,   żeby   należała   do 
niego.

Czemu   jednak   tak   się   teraz  zachowała?   Czemu   nie   rzuciła   się,   żeby   mu 

wydrapać oczy?

background image

Co go to obchodziło? Nawet gdyby zamierzała go rozebrać i uwieść tylko po 

to, żeby odwrócić jego uwagę i wbić mu nóż w serce, to znał gorsze rodzaje 
śmierci. Pozbył się żakietu, chwycił jedno z krzeseł i podstawił je pod drzwi, 
blokując klamkę. Potem wrócił do żony. Gdy rozpinała jego kamizelkę, stał bez 
ruchu. Pomógł jej, próbując pozbyć się krawata.

Powstrzymała go prostym sposobem, kładąc dłonie na jego rękach.
– Chcę cię rozebrać.
Najpiękniejsze słowa wypowiedziane przez jego żonę. Chcę cię rozebrać. 

Czy dawała mu jeszcze jedną szansę? Czy kochała go tak bardzo, jak on ją? Nie 
wiedział, ale wydawało mu się niemożliwe, żeby jego potężne uczucie nie było 
odwzajemnione. Kochał ją. Pragnęła go, a więc musiała go kochać.

Rozwiązała mu krawat i odpięła wykrochmalony kołnierzyk. Przeciągnęła 

dłonią ponad obojczykiem Dougalda, odchyliła poły jego koszuli i zanurzyła 
dłoń we włosach na jego piersi.

Co go opętało, żeby myśleć, iż może odesłać taką kobietę? Nawet dla jej 

dobra?

Gładziła go dłonią, czubkami palców znajdując wrażliwe miejsca, które znał, 

i takie, o których istnieniu nie miał pojęcia.

Rozpiął   guziki   spodni.   Ściągnęła   mu   koszulę   przez   głowę,   pocałowała 

obojczyk męża i leciutko ugryzła go w pierś.

Złapał ją za rękę.
– Kobieto, powinienem... Odwróciła się do niego.
– Rozpiąć mi guziki?
Zrobił to, z ogromną wprawą. W końcu wszystko, co warto było zrobić, 

warto było robić dobrze.

– To najbrzydsza z twoich sukienek – zauważył.
– Cieszę się, że ci się nie podoba. – Sukienka upadła u jej stóp. – Tylko 

dlatego ją wybrałam.

Przypomnienie,   że   wojna   między   nimi   toczyła   się   nadal,   odnowiło   jego 

niepokój. Sam zaczął – pocałował ją. Lecz Hannah ochoczo przyłączyła się do 
niego, zażądała jego ubrania. Nie zamierzała więc chyba zmieniać zdania... Nie 
zamierzała   też   chyba   się   wymknąć,   pozostawiając   go   w   oczekiwaniu   i 
tłumaczyć potem, że przecież sobie na to zasłużył... Musiał rozsznurować jej 
gorset i rozwiązać pantalony, a to zajmowało trochę czasu. Hannah zyskiwała 
czas,   żeby   pomyśleć.   Żeby   przypomnieć   sobie,   co   robił,   odkąd   zawitała   do 
zamku. Żeby przypomnieć sobie, co powiedział w jej sypialni.

Nie chciał tego.
Jego wzrok padł na stosik lnianych, białych serwetek, równo ułożonych na 

półce.   Nagle   przyszedł   mu   do   głowy   świetny   pomysł.   Niewiele   się 
zastanawiając, złapał za róg serwetki. Hannah usiłowała się odwrócić.

– Co robisz?

background image

Chwycił ją za ramiona i obrócił twarzą do siebie, po czym zręcznym ruchem 

dłoni zwinął serwetkę w długi pasek i przesłonił nim jej oczy.

– Dougaldzie! – Podniosła ręce, żeby odsunąć przepaskę.
Ale był na to przygotowany. Jedną ręką odepchnął jej dłonie, podczas gdy 

drugą przytrzymywał oba końce przepaski.

– Spodoba ci się – powiedział.
W rzeczywistości nie miał pojęcia, czy jej się spodoba. Wiedział jedynie, że 

jeśli nic nie będzie widziała, nie będzie mogła go opuścić, i że pragnął trzymać 
ją nagą w ramionach.

– Chyba oszalałeś – szepnęła, ale stała spokojnie.
– Też zacząłem to podejrzewać – przyznał. Jak inaczej mógłby wytłumaczyć 

swoje postępowanie?

Ostrożnie zbadała rękami opaskę, zasłaniającą jej oczy.
– Nic nie widzę.
Zrozumiał, że przyłączyła się do jego dziwnej, grzesznie przyjemnej gry.
– Czy pozostałe zmysły masz sprawne? – Przesunął palcem wzdłuż jej szyi i 

ramienia.

Zadrżała.
– Tak...
Ścigając się z przytomnością umysłu, jej przytomnością umysłu, rozluźnił 

sznurowania gorsetu i pantalonów Hannah. Kiedy podczas tego zajęcia jedno z 
ramiączek koszuli żony zsunęło się z jej ramienia, pojął, że ona też robiła swoje. 
Rozwiązała   koszulę   i   mógł   teraz   zajrzeć   w   jej   dekolt.   Z   tej   strony   piersi 
wyglądały   inaczej,   niż   widziane   od   frontu   i   zachęcały   do   eksperymentów. 
Zerknąć z jednej strony, dotknąć z drugiej, polizać...

Uważał na jej chorą nogę, a i tak w rekordowym czasie pozbawił ją ubrania.
Lecz gdzie miał ją położyć? Stół był twardy i zastawiony różnymi rzeczami, 

kredens   wysoki   i   zawalony   srebrnymi   sztućcami,   podłoga...   nie.   W   kącie 
pomieszczenia.   Na   jednym   z   masywnych   krzeseł   stołowych   z   błyszczącego 
drewna,   z   wysokim   oparciem   i   łagodnie   zakrzywionymi   poręczami. 
Poprowadził ją.

–Usiądź tutaj.
Przyglądał się, jak po omacku znalazła krzesło i usiadła. Zauważył, że się 

wzdrygnęła, gdy jej pośladki dotknęły zimnego, drewnianego siedziska. Ze stale 
rosnącym   pośpiechem   pozbył   się   reszty   ubrania,   obserwując   zmysłową 
wędrówkę   jej   palców   po   wypolerowanym   drewnie.   Wszystko   w   niej   go 
zachwycało, wabiło. Pożądał jej tak bardzo, że z radością spędziłby resztę życia, 
dając jej rozkosz. Kochał ją tak bardzo, że miał ochotę wykrzykiwać pochwały 
na jej cześć po korytarzach zamku Raeburn.

I nie mógł jej zatrzymać, nie mógł nic powiedzieć, gdyż ktoś chciał ją zabić.

background image

ROZDZIAŁ23

Dla pozbawionej doznań wzrokowych Hannah świat skurczył się, ograniczył 

do wrażeń pozyskiwanych przez dotyk, węch, słuch i smak. Krzesło, na którym 
posadził ją Dougald, pachnące  woskiem,  mogło  być dumą  każdego stolarza. 
Rozkoszowała się kontaktem nagich nóg z drewnem, gładkim niczym jedwab. 
Podłoga pod jej stopami była chłodna i koiła ból chorej nogi. Krzesło stało w 
kącie; zbadała rękami, że ściany odchodziły pod kątem w dwóch kierunkach. 
Dougald   znajdował   się   nieopodal,   słyszała   jego   oddech   i   szelest   ubrania. 
Obserwował ją. Czuła żar jego spojrzenia i zadowolenie, jakie czerpał na widok 
jej bezradności.

Prawdę mówiąc, wcale nie była bezradna. Jej podporządkowanie się było 

iluzją, podobnie jak w ich małżeństwie. W każdej chwili mogła zdjąć opaskę. 
Mogła wstać, ubrać się i opuścić go.

Ale   nie   chciała.   To   było   pożegnanie.   Do   tej   pory   mówili   sobie   „Nigdy 

więcej" i ponownie spotykali się potajemnie na rozkoszach. Uwielbiała dzielić 
te   przyjemności   z   Dougaldem.   Jego   smak,   zapach   i   żądania   jego   ciała, 
poruszającego się nad nią i w niej. Nigdy już nie zapragnie innego mężczyzny.

Ale jego okrucieństwu nie było końca. Jego mściwość raniła jej duszę. I 

chociaż   teraz   gotowa   była   całym   sercem   oddać   się   swojemu   mężowi, 
Dougaldowi,   to   po   tym   ostatnim   pożegnaniu   bezlitośnie   zakończy   przygodę 
miłosną z lordem Raeburn. Do końca życia będzie próbowała pamiętać o tej 
namiętności i zapomnieć o bólu.

Świadoma  tego, że  Dougald musi  być już  niemal  nagi, poprawiła  się na 

krześle. Uniosła głowę, wyprostowała plecy, złączyła kolana i stopy.

Jeśli jej pragnął, będzie musiał ją uwieść.
– Kochanie, jestem do twoich usług. – Dougald ukląkł przed nią, niczym 

przed   boginią.   Zaczął   gładzić   dłońmi   jej   uda.   Chciał,   żeby   rozchyliła   nogi. 
Subtelnie ponaglał ją swoim ciałem.

Nie miała ochoty podporządkować się jego sugestiom. Oparła się mocniej na 

krześle. Uniosła jedną rękę, odwróciła głowę do ściany, a policzek oparła na 
dłoni.

– Spraw, żeby mi było dobrze – poleciła. Roześmiał się cicho.
– Jak każesz, najdroższa. – Ujął jej drugą rękę, podniósł do ust i po kolei 

ucałował każdy palec, aż do najmniejszego. Objął go wargami i zaczął ssać w 
sposób, sugerujący ruchy, które bardzo lubił. Wtem ukąsił czubek palca. Hannah 
drgnęła i próbowała się wycofać, ale powiedział: – Nie. Siedź spokojnie. Jeśli 
mam sprawić, żeby było ci przyjemnie, musisz siedzieć spokojnie.

Oparła się więc na powrót na krześle, on tymczasem pocałował jej dłoń, po 

czym powędrował ustami wzdłuż wewnętrznej strony przegubu i łokcia, całując 
wszystkie   pieprzyki.   Trzymał   ją   za   ramiona.   W   ciemności   pieszczota   jego 

background image

zgrubiałych palców działała na nią zniewalająco. Kiedy uświadomiła sobie, że 
odwracając głowę wystawiła szyję na jego badania, zaczęła się zastanawiać, czy 
podjęła słuszną decyzję.

Uwielbiał całować jej szyję. Zwykle, kiedy przesuwał wargi po wrażliwej 

skórze   jej   szyi,   kuliła   palce   u   nóg,   jej   oddech   przyspieszał   i   próbowała   go 
odepchnąć. Tym razem to ona wydawała rozkazy, więc otrzymał wolną rękę. 
Musiał jednak wyczuć jej rezerwę, bo wyszeptał jej do ucha:

– Uwierz mi, kochanie. – Z jedną ręką na jej ramieniu, a drugą na jej głowie, 

pocałował ją tak delikatnie, że niemal nie zauważyła, iż jest obok niej. Niemal... 
Zarejestrowała jednak obok siebie jego zapach, mieszaninę przypraw i skóry. 
Zauważyła, że na jej ciele powstały wszystkie włosy, brzuch napiął się, piersi 
uniosły. Chciała się odwrócić ku niemu, chwycić w ręce jego głowę i rozchylić 
usta. Chciała zrobić z nim to, co on robił z nią, i jeszcze więcej.

Stanowili parę na całe życie, a to był ich ostatni raz.
Ogarnął ją smutek, ale Dougald nie mógł widzieć jej oczu. Nie wiedział. Tak 

było najlepiej. Nie chciała, żeby wiedział, jak bardzo będzie go jej brakowało. 
Dziś ukryje swój smutek. A kiedyś może ból straty osłabnie.

Zaczął się bawić luźnym pasmem jej włosów.
– Kiedy widzę taki pukiel włosów, pragnę rozpuścić je wszystkie, rozsypać 

na poduszce, wtulić w nie swoją twarz i wdychać twój zapach. – Przeciągnął 
palcami po jej kościach policzkowych, pieścił wargi. Potem przeniósł dłonie na 
jej piersi. – Uwielbiam je. Kiedy widzę ich krągłość, rysującą się pod suknią, 
chcę   natychmiast   do   ciebie   podejść,   rozchylić   gorset   i   znów   cieszyć   wzrok 
tajemnym czarem twojego ciała.

Pomimo odczuwanej zgryzoty uśmiechnęła się, słysząc jego pochwałę. Jego 

dotyk powodował, że zapominała o wszystkim poza pożądaniem. Ochrypłym ze 
wzruszenia głosem powiedziała.

– Nie ma tu żadnego tajemnego czaru. To tylko kobiece ciało.
– Mylisz się. To twoje ciało. To moja tajemnica, która mnie fascynuje i którą 

pragnę   odkryć.  I  gdy  to  robię,   zawsze   mi   się  wydaje,   że  cię  rozumiem.   Że 
będziesz na zawsze moja. A potem wstajesz, ubierasz się i znów nic o tobie nie 
wiem.

Jego żarliwy, wibrujący szczerością głos miał w sobie czar, który działał na 

nią jak otaczająca ją ciemność. Słyszała, że Dougald ją uwielbia – i może była to 
prawda. Może to uwielbienie wbrew woli raniło jego dumę i czyniło zemstę 
nieodzowną.

– Nigdy mnie nie będziesz rozumiał – wyszeptała.
– Nie. – Coś musnęło jej sutek. Oddech i wargi. – Nigdy nie zrozumiem do 

końca. Będę więc stale wracał, dopóki mi się nie uda dowiedzieć wszystkiego.

– Nie. – Pokręciła głową, usiłując mu zaprzeczyć.
– Jeszcze nie. – Odwrócił jej głowę ku sobie.

background image

I... nic. Nadal stał obok niej, nieruchomy, ledwo słyszała  jego oddech. I 

patrzył na nią. Wiedziała, że patrzy.

– Powinienem kazać cię tak namalować – powiedział.
– Nie.
–   Wyniosła,   wyprostowana,   wspaniała   Uniosła   ręce   do   opaski 

przesłaniającej jej oczy. 

– Nie.
Złapał ją za ręce.
– Poczekaj. – Ucałował jej zaciśnięte palce, potem każdą dłoń. – Dopiero 

zacząłem. – Ze świeżym zapałem pocałował jej brodawkę, a następnie powoli, 
delektując się, wziął ją w usta. Jakby rozkoszował się jej smakiem. Oparł ręce 
na   jej   biodrach,   kciukami   gładził   jej   brzuch.   Znów   ogarnęło   ją   przyjemne 
uczucie, tym razem nieco intensywniejsze, poczuła gorąco pomiędzy nogami. 
Zapragnęła poczuć jego ręce, wędrujące po skórze, jego usta, ciało ocierające się 
o nią. Chciała się poruszać niespokojnie. Już niedługo będzie. Już niedługo za 
wiele będzie tych emocji... Pozwoli, żeby pożądanie rosło.

Złożył   pocałunek   na   jej   brzuchu   i   w   chwili   szaleństwa   pozwoliła,   żeby 

rozsunął jej nogi. Przesunął wargi niżej. Wiedziała, co zamierzał. Czy mu na to 
pozwoli? Nagle jego palce musnęły jej intymne włoski. Rozchylił ją i umieścił 
usta we właściwym miejscu. Smutek gdzieś zniknął, myśli zaczęły się rwać. 
Uniesienie pokonało chłód, niepohamowana radość była niczym agonia.

Dotknął   ją   językiem,   wdarł   się   głębiej.   Zajęczała   pod   wrażeniem 

gwałtowności jego działań. Ssał ją. Odchyliła głowę do tyłu. Uniosła jedną nogę 
i oparła ją na siedzeniu krzesła. Nie mogąc się powstrzymać, wygięła się do 
tyłu.

– Dougaldzie. – Ujęła w dłonie jego głowę. Złapała garść włosów. Zapach 

jego podniecenia działał jak afrodyzjak. – Dougaldzie.

Wsunął ręce pod nią i podniósł ją wyżej. Bezlitośnie podążał za ruchem jej 

bioder, bez wytchnienia, żądając uległości.

W końcu dała mu to, czego żądał. Instynkt wziął górę. Jak przez mgłę była 

świadoma tego, że zacisnęła ręce na poręczach fotela. Oparła plecy o szczebelki 
oparcia   krzesła   i   rozwarła   uda.   Ale   najsilniejszym   doznaniem   było   uczucie 
błogiego wyzwolenia, wspaniałej kulminacji. Przeznaczonej tylko dla niej. Jej 
własnej.

Krzyknęła.
Skończyła,   skończyła   wreszcie,   a   kiedy   zaczęła   się   zapadać,   Dougald 

wtargnął w nią. Wszedł w nią gorączkowo, wypełniając swoim pragnieniem i 
ponownie   doprowadził   ją   do   ekstazy.   Jej   ciało   natychmiast   odpowiedziało 
drżeniem, jej wewnętrzne mięśnie zacisnęły się wokół niego, żądając, aby dał jej 
z siebie wszystko.

– Przytul mnie – polecił łamiącym się głosem.

background image

Uniosła   ręce   i   otoczyła   nimi   szyję   męża.   Owinęła   nogi   wokół   jego   ud. 

Dougald   zacisnął   ręce   na   poręczach   krzesła   i   zanurzył   się   w   nią   z   takim 
impetem, że krzesło zakołysało się i uderzyło o ścianę. Nie zwrócili na to uwagi. 
Rytmiczne odgłosy własnej rozpusty zwiększały ich żądzę. Ich gwałtowne ruchy 
sprawiły, że opaska, przesłaniająca jej oczy, opadła.

Ich spojrzenia się spotkały. Ujrzała ukochaną twarz.
I nagle uświadomiła sobie, że płacze. Nie wiedziała dlaczego. Zbyt wiele 

rozkoszy. Za dużo bólu. Zbyt wiele szczęścia. Za dużo, i już nigdy więcej.

–   Kochanie   –   rzekł   z   mocą.   Nie   odwrócił   spojrzenia.   Przyznawał   sobie 

prawo do wszystkiego. – Kochanie.

Należała do niego. Na zawsze.
Należał do niej. Na zawsze.
Tym   razem   rozkosz   przyszła   do   nich   równocześnie,   dając   im   nawzajem 

wszystko. Przyjęła jego nasienie. Na to czekała.

Nareszcie. Nareszcie dał jej szansę, by mogła mieć jego dziecko.
– Kochanie – powtórzył kolejny raz. Spoczął na jej ciele. Wtulił twarz w jej 

szyję i otarł łzy z jej policzka. – Kochanie. – Głos miał nieco słabszy, ale nadal 
dźwięczny.

Trzymali   się   mocno,   nie   chcąc   się   rozdzielić.   W   końcu   jednak   Dougald 

zsunął się z jej ciała i ukląkł przed nią.

– Hannah, zapomniałem.
Podniósł jej zranioną stopę i złożył na niej pocałunek.
–   Biedna   noga.   –   Pogładził   palcami   opuchniętą   kończynę.   –   Taka 

potłuczona. Biedna Hannah. Taka dzielna.

Zacisnęła   zęby,   żeby   się   powstrzymać   przed   wybuchnięciem   głośnym 

płaczem. Czyżby jego współczucie tyle dla niej znaczyło?

Nie, po prostu była wrażliwa na ból.
Gwałtownie przełknęła ślinę i powiedziała:
– Zapomniałam już o zwichniętej kostce, więc chyba nie jest tak źle.
Przyjrzał się trzymanej w rękach nodze.
Zastanawiał się. Boże, niemal słyszała jego myśli. Niemal wiedziała, co miał 

zamiar   powiedzieć,   ale   nie   pomogło   jej  to   przygotować  się   na  nieszczęście. 
Dougald wyprostował się i omiótł wzrokiem jej nagie, wyczerpane, rozpustne 
ciało. Powiedział:

– Jeśli wyjedziesz, zostawię pieniądze na twoim koncie.
Łzy   Hannah   obeschły.   Odzyskała   mowę   i   była   w   stanie   odezwać   się 

twardym głosem:

– Nie masz się czym martwić, milordzie. Doczekasz się mojego wyjazdu, po 

wyjeździe królowej Wiktorii. I tym razem wyjadę na dobre.

background image

ROZDZIAŁ24

Dougald   siedział   za   biurkiem   ze   splecionymi   rękami   i   przysłuchiwał   się 

odgłosom kroków z kaplicy.

– Nie możesz mnie do tego zmusić! Precz z tymi brudnymi łapami, przeklęty 

żabojadzie! Każę cię wychłostać!

Dougald   rozpoznał   w   głosie   Seatona   nutę   paniki.   Charles   skutecznie   go 

przestraszył.

Charles dalej odgrywał swoją rolę.
– Bardzo przepraszam,  sir Onslow. Nie mam wyboru. Mój pan kazał mi 

przyprowadzić pana do siebie i gdybym go zawiódł... – Charles zawiesił głos. –
Mój pan jest bardzo surowy, sir Onslow. Nie odważyłbym się go nie posłuchać.

– Już niemal świta!
– Pan życzył sobie spotkać się z panem natychmiast po pańskim powrocie z 

dworu   Connif.   –   Charles   kopniakiem   otworzył   drzwi   gabinetu   i,   zwalniając 
uchwyt, wepchnął Seatona do środka. – Sir Onslow, milordzie.

Dougald nie podniósł się. Nie poruszył się. Doskonale zdawał sobie sprawę 

ze   swojego   wyglądu.   W   gabinecie   panowały   pozostałości   nocnego   mroku, 
rozświetlanego jedynie przez parę świec, starannie rozstawionych wokół niego. 
Płomienie wydobywały z ciemności jego srebrno-czarne włosy, czarny żakiet, 
czarny   krawat   i   błyszczące   spojrzenie.   Jeśli   Seaton   pamiętał   o   reputacji 
Dougalda jako mordercy, to dobrze. Jeśli Seaton pomyślał, że ma do czynienia z 
samym diabłem, to jeszcze lepiej.

Bo Seaton próbował Hannah zabić. Seaton musi się przyznać. Seaton musi 

zapłacić.

– Siadaj. – Dougald powolnym gestem wskazał kuzynowi krzesło z wysokim 

oparciem, stojące na środku pokoju.

Seaton miał na sobie świetnie skrojony, ciemny żakiet i idealnie pasujące do 

niego   wełniane   spodnie   w   kratkę,   błyszczące   buty   i   diamentową   spinkę   do 
krawata,   bardzo   przypominającą   spinkę   Dougalda.   Jedynie   potargane   przez 
wiatr   włosy   wskazywały   na   to,   że   Onslow   odbył   podróż   powozem.   Taki 
zwyczajny   dandys   –   nic   dziwnego,   że   tak   długo   uchodziły   mu   na   sucho   te 
wszystkie morderstwa.

Teraz,   patrząc   na   starannie   upozowanego   Dougalda,   drżącymi   ustami 

powiedział:

– Czy ta manifestacja siły ma wywrzeć na mnie wrażenie?
Dougald nie wiedział, czy podziwiać jego zuchwałość, czy śmiać się z jego 

głupoty. Ustali to, zanim skończy się ich spotkanie.

– Charles, pomóż sir Onslowowi usiąść.
– Sam usiądę! – Seaton nabrał szacunku dla mocnego chwytu Charlesa.
Za późno. Lokaj wykręcił Seatonowi rękę za plecy i popchnął go w stronę 

background image

krzesła.

Seaton   kroczył   na   palcach,   żeby   zminimalizować   ucisk.   Seaton   jęczał. 

Jednak gdy tylko Charles go puścił, dandys poprawił mankiety i powiedział:

– To wcale nie było konieczne.
– Proszę o wybaczenie. – Charles pochylił się nad nim i zaczął zacierać ręce. 

– Od kiedy pojawiły się plotki o morderstwach, wykonuję wszystkie polecenia 
mojego pana.

Seaton wyprostował się. Patrząc na Dougalda, zapytał:
– Czy chodzi ci o to, że tu i ówdzie wspomniałem o twoich morderczych, 

małżeńskich   zapędach?   Zapewniam   cię,   że   nawet   jeśli   ubarwiłem   historyjkę 
paroma szczegółami, to i tak większość ludzi już ją słyszała.

– Ależ nie o to mi chodzi, Seaton. – Dougald znów siedział bez ruchu. – Nie 

jesteś dla mnie na tyle ważny, żebym się przejmował tym, co opowiadasz.

–   Mam   nadzieję!   –   Kiedy   do   Seatona   z   opóźnieniem   dotarł   obraźliwy 

wydźwięk uwagi Dougalda, zerknął spode łba na kuzyna. – Co więc tutaj robię?

– Moją uwagę przyciągnęła twoja działalność innego rodzaju.
– Innego rodzaju?
Dougald   zdał   sobie   sprawę   z   tego,   że   jest   bliski   użycia   siły,   więc 

skoncentrował się na tym, żeby pozostać na krześle. Miał ochotę bić Seatona, 
dopóki kuzyn nie straci nonszalancji  i paru zębów i do wszystkiego się  nie 
przyzna. Wtedy Dougald skończy wybijać mu zęby...

Dougald odetchnął głęboko, żeby się uspokoić. Teraz nie chodziło o zemstę. 

Chodziło o zapobieżenie nieszczęściu i zapewnienie bezpieczeństwa Hannah. 
Bo ją kochał. Kochał ją, nawet jeśli nie mógł jej mieć. – Seaton, chyba nie 
sądziłeś, że twoje poczynania nigdy nie wyjdą na jaw?

Seaton, wijąc się z zakłopotania, jeszcze bardziej zadarł swój i tak zadarty 

nos. – Nie wiem... nie wiem, o czym mówisz.

Dougald wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Charlesem. Zakłopotanie 

Seatona było równoznaczne z przyznaniem się do winy. Ale Dougald pragnął 
przyznania się do winy. Chciał usłyszeć szczegóły. Chciał złapać wspólników i 
dowiedzieć się, co planował Seaton. Ponieważ Hannah uparła się, żeby pozostać 
w   zamku   do   czasu   wizyty   królowej,   Dougald   musiał   wszystkiego   się 
dowiedzieć.

Po chwili ciszy, podczas której Seaton nadal się wił niespokojnie, Dougald 

powiedział:

–   Jest   późno.   Jestem   zmęczony.   Charles   utrzymuje,   że   bywam   bardzo 

nieprzyjemny w takim stanie. Mam nadzieję, że nie zabierzesz mi zbyt wiele 
czasu, bo moja cierpliwość może się wyczerpać.

Charles przysunął się bliżej do Seatona i służalczym tonem rzekł:
– Lepiej się przyznać, zanim mój pan się zirytuje. Seaton przeniósł wzrok z 

jednego przesłuchującego na drugiego, po czym sam zadał pytanie:

background image

– Czy dlatego zabił swoją żonę? W ataku zazdrości?
Charles ponownie zatarł ręce i rzekł:
– Nie, sir. Wcale nie był zazdrosny.
Dougald z trudem zachowywał powagę. Charles świetnie się bawił. Dougald 

też by się bawił, gdyby sytuacja nie była taka poważna.

–   Charles,   przekraczasz   swoje   uprawnienia.   Charles   cofnął   się   pod 

przeciwległą ścianę. Dougald ponownie skupił uwagę na kuzynie.

– Chcę teraz usłyszeć twoją spowiedź. Co za głupotę popełniłeś?
Seaton zerknął na Charlesa, a następnie na Dougalda.
– Nic. Nic nie zrobiłem...
Dougald zaczął się podnosić z krzesła.
Charles jęknął.
Seaton zmienił ton i zamiary.
– To znaczy... Ja... nie sądziłem, że wiesz... Dougald opadł na siedzenie.
– Opowiadaj.
– Wszystko zwrócę – oświadczył Seaton, prostując wywatowane ramiona.
Dougald nie musiał udawać zakłopotania.
– Zwrócisz... wszystko...
Seaton klepnął się dłonią w czoło.
–   Zdradził   mnie   tamten   naszyjnik,   prawda?   Ten,   który   zabrałem   pani 

Grizzle.

Nadal   nie   do   końca   pojmując,   Dougald   patrzył   na   Seatona,   swojego 

dalekiego   kuzyna   człowieka,   który   przyznawał   się   do...   niewłaściwego 
przestępstwa.

Charles podjął przesłuchanie.
– Zabrał pan naszyjnik pani Grizzle?
Seaton rozejrzał się dookoła i zrozumiał, że popełnił błąd. Spróbował więc 

inaczej.

– Nie naszyjnik? To pewnie wazy. Cenne wazy z dynastii Ming należące do 

lady McCarn. Były za duże, ale stanowiły takie wyzwanie, że chyba nikt nie 
mógłby oczekiwać, iż się nie skuszę.

Dougald na tyle doszedł do siebie, że był w stanie zgrać myśli i słowa.
– Wziąłeś cenne wazy lady McCarn. Ukradłeś...
–   Nie   ukradłem.   To   takie   brzydkie   słowo.   Po   prostu...   przeniosłem   je. 

Ślicznie wyglądają w mojej sypialni. – Najwyraźniej Seaton nie miał pojęcia, co 
sądzić o głupawej minie Dougalda, więc w typowy dla siebie sposób próbował 
umniejszyć swoją winę. – To twoja wina, lordzie Raeburn, że musiałem ozdobić 
swój pokój. Nie można oczekiwać, żeby wrażliwy człowiek mieszkał w takim 
okropnym   pomieszczeniu,   ty   zaś   nie   wydałbyś   grosza,   żeby   poprawić   mi 
warunki życia.

–   Czułem,   że   pokoje   zajmowane   przez   członków   rodziny   powinno   się 

background image

odremontować w pierwszej kolejności. – Do Dougalda dotarło, że tłumaczy się 
przed   złodziejem,   więc   warknął:   –   Ozdabianie   pokoju   nie   wyjaśnia   sprawy 
skradzionego naszyjnika. Domyślam się, że sprzedajesz biżuterię za gotówkę.

Seaton przyłożył rękę do piersi.
– Jestem dżentelmenem. Nie sprzedaję rzeczy, które zbieram.
Zdumiony Dougald próbował wyjaśnić sprawę.
– Zatrzymujesz je?
– Oczywiście.
– I co z nimi robisz?
– Patrzę na nie. – Seaton zrozumiał, że Dougald nie zamierza go zabić i 

rozluźnił się. Rozparł się na krześle i gawędziarskim tonem opowiadał dalej: –
Mam całkiem sporą kolekcję. Możesz kiedyś do mnie wpaść i obejrzeć ją sobie.

Jeśli   Seaton   starał   się   odwrócić   uwagę   Dougalda,   to   świetnie   mu   to 

wychodziło.

– Nadal masz wszystko.
– Naturalnie.
– Będę cię zatem trzymał za słowo, że wszystko zwrócisz.
Seaton szeroko otworzył oczy. Wyprostował się na krześle. Zacisnął pięści.
– Naprawdę? Komu?
– Właścicielom.
W głosie Seatona pojawiła się panika.
– Ludzie tego nie zrozumieją. Będą źle o mnie myśleć.
– Taki mistrz jak pan potrafi oddać zabrane rzeczy w taki sposób, że ich 

właściciele będą przekonani, iż sami postawili je w innym miejscu – przemówił 
Charles swoim najłagodniejszym tonem.

– Ale wtedy przestanę je posiadać.
– Zrobisz to ty albo zrobię to za ciebie.
Wobec niezbyt subtelnej groźby Dougalda Seaton zaczął łkać.
– Biżuterię? Ceramikę? Obrazy?
–  Obrazy? – Dougald wyobraził sobie Seatona zdejmującego ze ściany duży 

obraz, chowającego go za pazuchę i wymykającego się na dwór.

–   Powiedziałem   obrazy?   –   Seaton   przyłożył   do   oczu   obszytą   koronką 

chusteczkę. – Miałem na myśli...

– Obrazy również. – Dougald nie wiedział, czy się śmiać, czy też płakać 

razem z Seatonem.

– To oburzające!
– Trudno mi się z tobą nie zgodzić. – Na pewno służba musiała coś wiedzieć 

o tej słabostce Seatona.

– Nie muszę się godzić na takie niegodne traktowanie.
– Musisz, jeśli nadal chcesz tu mieszkać. – Któryś z sąsiadów Dougalda 

musiał   chyba   zauważyć   znikanie   swoich   rzeczy   i   skojarzyć   to   z   wizytami 

background image

Seatona.

Seaton wyciągnął z kieszeni rękawiczki i uderzył nimi o dłoń.
– Takie okrucieństwo i brak delikatności stworzą kolejną plamę na twojej 

reputacji.

– Skoro przeżyłem plotki o popełnionych przeze mnie morderstwach, które 

tak ochoczo rozpuszczałeś, sądzę, że będę w stanie przeżyć komentarze na temat 
haniebnego wyrzucenia z domu mojego złodziejskiego spadkobiercy.

Seaton podniósł się z krzesła.
–   Złodziej   to   takie   brzydkie   określenie.   Doskonale.   Zrobię,   jak   sobie 

życzysz. Ale odpowiedzialność za skutki spoczywa na tobie!

Dougald otworzył drzwi i Seaton opuścił gabinet. Dougald ukrył twarz w 

dłoniach. Był zmęczony. Martwił się. Pierwszy raz od wielu lat nie wiedział, co 
ma dalej robić.

– Charles, sądzisz, że Seaton usiłował nam zamydlić oczy?
– Porozmawiam jeszcze raz z detektywami – odparł wymijająco Charles.
Dougald uniósł głowę i spojrzał na swojego lokaja, bez słów domagając się 

precyzyjniejszej odpowiedzi.

Charles poddał się.
– Nie, milordzie, podejrzewam, że sir Onslow jest dokładnie tym, co mu 

zarzuciłeś, drobnym złodziejaszkiem.

– Nie mamy innych podejrzanych.
– Jeszcze nie mamy, milordzie.
– Musisz nadal pilnować madame.
– Jak zawsze – oświadczył Charles.
W głowie Dougalda zrodziło się kolejne, mniej istotne podejrzenie.
– Wydaje mi się, że diamentowa spinka do krawata, którą miał Seaton i która 

tak bardzo przypominała moją, jest w istocie moja.

–   Myślałem,   że   się   gdzieś   zawieruszyła.   Dougald   napotkał   cyniczne, 

rozbawione spojrzenie lokaja.

– I tak nigdy mi się nie podobała – dodał.

background image

ROZDZIAŁ25

Już nigdy nie będzie się z nikim kochać.
Hannah   siedziała   zasępiona   w   pokoju   ciotek   na   wieży,   tonącym   w 

popołudniowym słońcu, i zszywała ze sobą fragmenty twarzy księcia Alberta.

Ciężar ciała mężczyzny, nacisk jego torsu na jej piersi, zapachy, ocieranie się 

o siebie, bliskość... już nigdy więcej.

– To są brwi księcia Alberta, a nie jego broda! – Panna Minnie wyrwała 

Hannah robótkę z ręki.

Była dziś wyraźnie w kłótliwym nastroju. Hannah przeniosła się i usiadła 

koło ciotki Spring.

– Czy możesz mi nawlec igłę, moja droga? – zapytała staruszka.
Za pierwszym razem, gdy Hannah zostawiła Dougalda, była spokojna. Teraz 

wiedziała, że ów spokój był wynikiem jej głupoty, niezdawania sobie sprawy, z 
czego   rezygnowała.   Teraz   wiedziała.   Z   zadrapania   piersi   jednodniowym 
zarostem,   kiedy   ssał   jej   sutek.   Z   wrażenia,   jakiego   doświadczała,   dotykając 
dłońmi   szorstkich   włosów   na   jego   piersi.   Z   kosmyków   miękkich   włosów, 
opadających wokół jej twarzy, gdy ją całował. Pozwolił, żeby Charles obciął mu 
włosy!

Charles powiedział, że to po to, żeby godnie zaprezentować się królowej.
Hannah była przekonana, że to po to, żeby zrobić jej na złość.
– Nie ten kolor, moja droga – ciotka Spring pokazała na złotą nitkę. – Ten. 

Gdzie błądzisz myślami?

Hannah wbiła w nią nierozumiejący wzrok.
– Nieważne. – Ciotka Spring popchnęła ją delikatnie. – Poproszę którąś ze 

służących, żeby mi nawlokła igłę.

Hannah podeszła do krosien. Nie zauważyła zbyt wielu dowodów na to, żeby 

podczas   ostatnich   czterech   dni   Dougald   był   szczęśliwy.   Sprawiał   wrażenie 
zmartwionego i zmęczonego, jakby dręczyły go niepokój i bezsenność.

Hannah miała  nadzieję, że był nieszczęśliwy. Miała nadzieję, że czuł się 

winny,   strapiony   i   zły   za   każdym   razem,   kiedy   ją   spotykał   przy   stole,   gdy 
słyszał,   jak   rozmawiała   z   ciotkami,   gdy   o   niej   myślał...   Nie,   nie   mogła   się 
oszukiwać.   Naprawdę   pragnęła   tylko   jednego   –   żeby   doznawał   cierpień 
cielesnych.   Miała   nadzieję,   że   gdy   na   nią   patrzył,   jego   członek   pęczniał 
boleśnie.

Tylko w niebiosach wiedziano, że ubierała się tak, aby drażnić jego zmysły. 

Każdej nocy długo nie kładła się spać – przerabiała sukienki: pogłębiała dekolty, 
zwężała w talii, doszywała koronkowe falbanki do halek i pantalonów. Każdego 
dnia starała się, żeby zauważył jej dekolt, nogę w kostce... jej uśmiech. Dougald 
nigdy się nie dowie, jak bardzo cierpiała, patrząc na niego i wyobrażając sobie, 
jak  puste  będą   jej  dni,  jak  będzie  się   starzeć  w   samotności,   bez  męża.  Bez 

background image

kochanka. Bez niego.

Pośród łoskotu krosien i fruwających czółenek ciotki, Isabel i Ethel tkały 

ostatnie fragmenty królewskiego gobelinu. Staruszki miały pochylone ramiona i 
przekrwione oczy, ale wyglądały na zdeterminowane. Już za dwa dni, tuż przed 
południem,   królowa   Wiktoria   przybędzie   specjalnym   pociągiem.   Z   pomocą 
służących,   które   przynosiły   wszystko,   czego   ciotki   potrzebowały,   i 
organizującej   pracę   Hannah,   ukończony   na   czas,   majestatyczny   w   swej 
wspaniałości gobelin zawiśnie na ścianie głównej sali zamkowej.

Hannah   była   zadowolona,   że   wywiązała   się   ze   swoich   obowiązków. 

Znajdowała   na   to   czas   pomiędzy   okraszonym   leciutkim   uśmiechem 
wyobrażaniem sobie, jak jeszcze będzie torturować Dougalda. Musiała działać 
szybko, bowiem pozostało jej niewiele czasu do opuszczenia zamku Raeburn. 
Pozostało   niewiele   czasu   do   ponownego   spotkania   z   królową,   poznania 
Burroughsów i wyjawienia im, kim jest.

Zmrużyła oczy. Dougald powinien chcieć oddać jej listy miłosne rodziców, 

będące dowodem jej pochodzenia, bo inaczej zmuszona będzie... pozostać w 
zamku, dopóki ich nie otrzyma.

Zaśmiała się gorzko. Krosna ciotki Ethel zwolniły.
–   Cóż   jest   takiego   śmiesznego,   kochanie?   Hannah   spojrzała   na   nią 

półprzytomnie.

– Słucham?
Ciotka Ethel podała jej utkany kawałek, który powinien zostać doszyty do 

gobelinu.

– Kochanie, szyjesz tak starannie. Minnie zaplanowała, żeby wyhaftować tu 

koronę. Czy chciałabyś się tym zająć?

– Oczywiście, przecież jestem tu po to, żeby paniom pomagać. – Hannah 

wzięła fragment gobelinu i wbiła weń nawleczoną igłę.

Dougald odda miłosne listy ojca do jej matki, gdyż jasno dał do zrozumienia, 

iż zrobi wszystko, aby się jej pozbyć.

Bo to ona go porzuciła.
Bo to ona nawet nie próbowała naprawić ich małżeństwa.
Co   dobitnie   świadczyło   o   tym,   że   Dougald   ma   źle   w   głowie.   Zrobiła 

wszystko, co mogła, żeby ratować ich małżeństwo, i nigdy nie powiedział nic, 
co mogłoby wywołać w niej wątpliwości, iż jej starania nie były najwyższej 
jakości. Żadnych wątpliwości. Ani krzty.

To on był wszystkiemu winien. On! Wszystkiemu!
– Co robisz, kochanie! Korona miała być złota, a nie brązowa!
Ciotka Ethel wyrwała tkaninę z rąk zdumionej Hannah. Owszem, może haft 

był niezupełnie idealny, ale Hannah poczuła, że ciotki wyjątkowo nie doceniają 
jej wysiłków. No, może była troszkę roztargniona, ale z pewnością...

Czółenko ciotki Isabel zwolniło.

background image

– Droga panno Setterington, czy może sobie pani pójść gdzie indziej? Irytuje 

mnie, kiedy siedzi pani w tym pokoju. Weź się w garść, dziewczyno! Królowa 
przyjeżdża!

Hannah skupiła uwagę na ciotce Isabel.
– Irytuję panią?
Coś w jej twarzy musiało zaalarmować obie starsze panie, gdyż ciotka Ethel 

mruknęła:

– No i narobiłaś.
Isabel zamachała rękami.
– Nie, nie, nie irytujesz mnie. Tylko kiedy jestem głodna, wszystko mnie 

denerwuje.

– A ciotka Isabel musi być bardzo głodna, bo zachowuje się jak wściekły kot 

– zauważyła Ethel. 

Uczyni   mi   pani   przysługę,   panno   Setterington,   jeśli   znajdzie   pani   panią 

Trenchard i dopilnuje, żeby przysłano nam podwieczorek.

– Jedna ze służących...
– Nie, nie jedna ze służących! – Ciotka Isabel spróbowała się uspokoić. – To 

znaczy... uważam, że służące chodzą jak błędne, pogrążone w myślach o swoich 
romansach, i nigdy nie można na nie liczyć. Tymczasem my tutaj umieramy z 
głodu. Proszę, panno Setterington, ufamy pani.

Wydało się to Hannah całkiem logiczne.
Panna Minnie i ciotka Spring podeszły do warsztatu tkackiego i przyglądały 

się, jak Hannah wychodzi z pokoju w poszukiwaniu pani Trenchard.

– Chodzi już całkiem dobrze – zauważyła ciotka Ethel. – Jej kostka ładnie 

się goi.

– Tak, ale jest ponura. – Ciotka Spring trzymała w ręce igłę ze złotą nitką. – 

Teraz mamy więc ponurego Dougalda i ponurą Hannah.

– Musiałam poprawiać każdą rzecz, którą zrobiła w czasie ostatnich dwóch 

dni, a nie ma na to czasu – W głosie panny Minnie wyraźnie brzmiała rozpacz.

– Jestem pewna, że w czasie wypadku straciła rozum – powiedziała ciotka 

Ethel.

Ciotka Isabel rezolutnie kiwnęła głową.
– Może powinnyśmy posadzić ich oboje i dać im solidny wykład.
Ciotka Spring poklepała ciotkę Ethel po ramieniu.
– Nie, moja droga, chyba nie powinnyśmy ingerować.
–  Ale  będziemy   musiały  –  odezwała   się  panna   Minnie.  –  Jeśli  sami   nie 

rozwiążą tej sprawy, będziemy musiały się wtrącić. – Omiotła je spojrzeniem. – 
Pamiętajcie o moim przekonaniu.

–   Minnie,   mówiłam   ci   już,   że   jest   to   najcudowniejsza   rzecz,   jaką 

kiedykolwiek słyszałam – zapewniła ciotka Ethel.

– Nigdy się nie zakładam, jeśli nie jestem czegoś pewna. – Panna Minnie 

background image

zaprezentowała rzadko używany i pełen samozadowolenia uśmiech. – Wracajmy 
teraz do pracy. Mamy do skończenia gobelin dla królowej.

Charles dopadł Hannah, kiedy schodziła ze schodów.
– Mademoiselle Setterington, mam dla pani wiadomość od jego lordowskiej 

mości.

Hannah patrzyła z góry na lokaja Dougalda. Stał na niższym schodku, dzięki 

czemu miała wyjątkową okazję ujrzenia jego łysiny. Ostatnio sporo się kręcił w 
jej   pobliżu.   Widziała   go,   gdy   przemierzała   zamkowe   korytarze,   widziała, 
rozmawiając z Seatonem, jak ją obserwuje, ba, nawet eskortował ją w drodze z 
sypialni do jadalni.

Gdyby była w nastroju do przejmowania się, jego obsesyjne obserwowanie 

jej i nieustanna obecność irytowałyby ją. Ale cóż ją obchodził dawny wróg, 
który jej nienawidził, gdyż nie opuściła zamku, jak tego sobie życzył jego pan? 
Niedługo wyjedzie i Charles będzie mógł znaleźć Dougaldowi prawdziwą żonę 
–   młodszą,   łagodną   i   uległą.   I   głupią.   Brzydką.   Niepłodną.   Z   wrednym 
charakterem.

Pokrzepiona tą myślą Hannah powiedziała:
– Wydawało mi się, że jego lordowska mość sprawdza stan ogrodów. – I 

szybko   pożałowała,   że   się   w   ogóle   odezwała,   bo   gdyby   jej   na   niczym   nie 
zależało, nie pamiętałaby o planach zajęć Dougalda.

– Oui, mademoiselle Setterington, ale jedna ze służących przyniosła mi to i 

prosiła, żeby pani przekazać. – Podał jej złożoną kartkę papieru. – Jak pani wie, 
żyję po to, żeby służyć pani i panu.

Hannah miała ochotę wybuchnąć dzikim śmiechem, ale doszła do wniosku, 

że wymagałoby to zbyt wielkiego wysiłku.

–   Bardzo   dobrze.   –   Niechętnie   wzięła   notatkę   i   wsunęła   ją   do   kieszeni 

fartucha.

– Nie zamierza pani jej przeczytać?
– Nie jest zapieczętowana, więc jestem pewna, że ją czytałeś. Co jest w niej 

napisane?

– Nie czytuję listów mojego pana do jego ukochanej żony – oburzył się 

Charles.

– Ciii. – Hannah rozejrzała się dookoła. W górnej części schodów służąca 

szorowała   i   pastowała   schody.   W   korytarzu   lokaj   balansował   na   drabinie, 
odkurzając gzymsy. Jeśli nawet usłyszeli, że Charles nazywa ją żoną Dougalda, 
nie zwrócili na to uwagi.

– Madame,  nie możemy  utrzymywać w tajemnicy  należnego pani tytułu. 

Niedługo wszyscy muszą się dowiedzieć.

– Dopiero kiedy wyjadę.
– Chyba pani nie wyjeżdża.
– Ależ wyjeżdżam.

background image

Charles podszedł bliżej i zniżył głos.
–   Jego   lordowska   mość   nie   może   się   ponownie   ożenić   ze   względu   na 

nieprzyjemne   plotki   o   zamordowaniu   pani.   Rozwód   byłby   kosztowny   i 
nieelegancki i pan nie mógłby się znów ożenić. Tak więc musi pani zostać.

Charles chciał, żeby została? Bardzo nieprawdopodobne. Tylko... po co by to 

mówił,   gdyby   to   nie   była   prawda?   Znała   odpowiedź.   Chciała   wyjechać,   a 
Charles postanowił sobie, że zawsze będzie innego zdania niż ona.

Hannah prychnęła.
– Zupełnie nie jak dama – zganił ją Charles.
–   Muszę   znaleźć   panią   Trenchard.   –   Odwróciła   się   do   niego   plecami   i 

zbiegła w dół po schodach.

–   W   swoim   liście   jego   lordowska   mość   mógł   zaznaczyć,   że   chce   panią 

widzieć natychmiast – zawołał za nią Charles.

Zaczęła iść korytarzem.
– Nie zawsze otrzymuje to, czego pragnie.
– Gdybym mógł to zmienić...
Skręciła   do   czystej,   dużej   sali,   gdzie   głos   Charlesa   zanikł.   Czy   zawsze 

ostatnie   słowo   musiało   należeć   do   niego?   Zwolniła   jednak   kroku.   Poczuła 
ciekawość. Dlaczego Dougald przysłał jej liścik? Wyciągnęła go z kieszeni. W 
ostatnich dniach rzadko się do niej odzywał, a teraz znalazł czas, żeby napisać 
wiadomość   i   przesłać   ją   z   ogrodu.   Cóż   to   oznaczało?   Czy   znów   próbował 
pozbyć   się   jej   przed   przyjazdem   królowej?   A   może   pragnął   błagać   ją   o 
wybaczenie i pozostanie?

Ostrożnie,   jakby   list   zawierał   jakąś   pułapkę,   rozłożyła   kartkę   papieru   i 

przeczytała krótką notatkę.

Hannah, przyjdź do pokoju na wieży we wschodnim skrzydle zamku. Mam 

pomysł związany z wizytą królowej i chciałbym go z tobą omówić.

Żadnych obelg. Żadnego błagania. Wbiła wzrok w cienkie, czarne litery. 

Zwykła prośba, żeby się z nim zobaczyła. Żeby mógł się z nią naradzić... Nigdy 
nie chciał jej rady, cóż więc to mogło znaczyć? Czy to była forma przeprosin? 
Czy chciał się z nią spotkać na osobności i błagać o wybaczenie?

Bezczelność. Absurd. Spodobał jej się ten pomysł. Zawróciła.
Oczywiście, nie daruje Dougaldowi. Nie zasługiwał na wybaczenie – głupi 

mężczyzna, który uważał ją za współodpowiedzialną za rozpad ich małżeństwa. 
To nie była prawda. Nie była, i już.

Zbliżywszy się do klatki schodowej rozejrzała się, szukając Charlesa, ale 

lokaj gdzieś przepadł. Westchnęła z ulgą. Nie chciała, żeby wiedział, iż ustąpiła 
i   przeczytała   list   od   Dougalda.   Zatrzymała   się   i   znów   przebiegła   notatkę 
wzrokiem. Dlaczego na wieży we wschodnim skrzydle?

Na schodach Hannah minęła pokojówkę.
Może   Dougald   zaplanował,   by   zaprowadzić   królową   Wiktorię   na   górę   i 

background image

pokazać jej wspaniały widok? Przemierzając korytarze we wschodnim skrzydle, 
Hannah natknęła się tylko na jednego służącego, niosącego wiadro mydlin.

Może Dougald dowiedział się, że królowa lubiła poznawać lokalne legendy. 

Może powziął zamiar opowiedzenia jej historii o żonie lorda Raeburna, która 
nieroztropnie   się   zakochała,   została   uwięziona   przez   męża   i   wyskoczyła   z 
wieży. To nie był zły pomysł. Barwna opowieść może się spodobać królowej.

Hannah   nigdy   nie   była   w   wieży.   Opowieść   o   gniewie   dawnego   lorda 

Raeburna za bardzo przypominała historię jej życia, więc Hannah starała się 
wynajdować   sobie   zajęcia   w   innych   częściach   zamku.   Kiedy   jednak   teraz 
przeszła   przez   otwarte   drzwi   na   klatkę   schodową   w   wieży,   poczuła   się   jak 
przeniesiona w piętnasty wiek. Oczywiście były to tylko romantyczne brednie, 
ale wieża we wschodnim skrzydle, w przeciwieństwie do wieży zachodniej, od 
lat używanej przez ciotki, sprawiała wrażenie zaniedbanej. Ta pierwsza miała 
otynkowane ściany i drewniane schody, nie starsze niż ciotka Spring. W drugiej 
jedynym źródłem światła były wąskie, długie szczeliny w kamiennych ścianach, 
służące niegdyś łucznikom do odpierania oblężenia. W półmroku widać było 
przylepione   bezpośrednio   do   surowych   kamiennych   murów   kręcone   schody, 
które wyglądały tak, jakby pamiętały czasy, gdy lord Raeburn więził w wieży 
swoją małżonkę. Do pomieszczenia, w którym była zamknięta, nie prowadziły 
normalne schody i drzwi, ale klapa w podłodze i drewniana drabina. Wszystko 
wyglądało tak, jakby było pokryte białym szronem. Z pomieszczenia na górze 
wieży, gdzie duch lady Raeburn prawdopodobnie nadal opłakiwał utraconego 
kochanka, ledwie przedostawało się światło.

Hannah zadrżała. Istotnie, romantyczne bzdury, ale to miejsce  jej się nie 

spodobało.

Obojętnie, jaki pomysł chciał omówić Dougald, jej odpowiedź brzmiała: nie. 

Królowa Wiktoria nie będzie chciała oglądać tego widoku, nie będzie chciała 
wysłuchiwać opowieści o żonie Raeburna, a już na pewno nie będzie chciała 
wspinać   się   po   drabinie.   Hannah   też   nie   miała   ochoty   tam   wchodzić,   ale 
ciekawość pchała ją na górę.

Czy tam był Dougald?
Mając w pamięci swój wypadek, ostrożnie sprawdzała każdy schodek. Noga 

w kostce nadal jeszcze trochę ją bolała. W miarę, jak się wspinała, zachowywała 
coraz większą ostrożność.

Jeśli Dougald był na wieży, powinien zdawać sobie sprawę z jej obecności. 

Nie zachowywała się specjalnie cicho. Gdy znalazła się blisko celu, zawołała:

– Lordzie Raeburn! – A po chwili: – Dougaldzie!
Odpowiedzi nie było; jednak list nie wspominał, że Dougald będzie na nią 

czekał. Czy ma poczekać na dole i wejdą na górę razem? Kurczowo trzymając 
się poręczy, pokonywała kolejne szczeble. Kiedy wsunęła głowę do pokoju na 
wieży,   zobaczyła   pomieszczenie   bliźniaczo   podobne   do   warsztatu   ciotek   w 

background image

zachodniej wieży, ale zaniedbane i puste. Dougalda tu nie było.

Wspięła się na ostatnie szczeble. Dostrzegła kilka starych połamanych mebli. 

Podłoga była zupełnie goła, nawet niepokryta kurzem. Pozbawione szyb i zasłon 
otwory okienne wyposażone były jedynie w okiennice, dające ochronę przy złej 
pogodzie.   Dach   w   wielu   miejscach   był   dziurawy,   a   w   promieniach   słońca, 
wpadających przez szczeliny, chaotycznie krążyły drobiny pyłu. Hannah zawsze 
uważała się za kobietę rozsądną, twardo stąpającą po ziemi, ale teraz poczuła 
głęboki smutek.

Ostrożnie   zamknęła   klapę   i   zaczęła   się   poruszać   delikatnie   i   cicho,   jak 

żałobnik na pogrzebie. Podeszła do południowego okna i rozchyliła okiennice. 
Otworzyły   się   szeroko,   wpuszczając   do   środka   morze   światła.   Wrażenie 
zaniedbania jeszcze się spotęgowało. Okno wychodziło na pustą stronę zamku, 
pozbawioną ogrodu czy  zwykłej krzątaniny służby. Wieża w pełni zasłużyła 
sobie na swoją złą sławę.

Hannah   miała   ochotę   się   wychylić,   żeby   zobaczyć,   co   znajduje   się 

bezpośrednio pod oknem wieży. Jednak doskonale pamiętała stromiznę murów 
poniżej   jej   sypialni,   a   tutaj   mury   były   jeszcze   wyższe.   Cofnęła   się   więc   i 
przeniosła   wzrok   ku   linii   horyzontu.   Dostrzegła   błękitną   smugę   nieba   nad 
oceanem,   fale   zalewające   plażę,   potem   pofałdowane   wzgórza,   a   w   dolinach 
pola,   kolorowe   od   wiosennych   zasiewów.   Lancashire   mogłoby   stać   się   jej 
domem. Mogłaby pokochać tę kombinację ziemi i morza. Mogłaby pokochać...

Już pokochała.
Kochała   to   miejsce   i   wróci   tutaj,   jeśli   wszystko   dobrze   się   ułoży   i   jej 

dziadkowie będą ją chcieli przyjąć. I Dougald tu będzie, w zamku Raeburn, 
może ożeniony z inną, może pogrążony w goryczy. Hannah nie mogła go ocalić. 
Nie mogła nawet pomóc sobie samej.

Oparła   się   o   ścianę,   zaplotła   ręce   na   piersiach   i   wbiła   wzrok   w   odległy 

krajobraz.   Jakże   nienawidziła   się   do   tego   przyznać!   Ale   jaki   sens   miało 
oszukiwanie samej siebie? Ironiczną prawdą było to, co sobie wmówiła mając 
osiemnaście lat. Jako osiemnastolatka oddała się Dougaldowi, bo go kochała. I 
tutaj, w zamku Raeburn, także oddała się Dougaldowi, bo nadal go kochała. 
Choćby   była   nie   wiem   jak   zła,   zraniona,   bez   względu   na   to,   kto   był 
odpowiedzialny za rozpad ich małżeństwa, zawsze będzie go kochać.

Na dźwięk metalicznego  zgrzytu zawiasów  odwróciła się gwałtownie. W 

pomieszczeniu stał Dougald, trzymając w ręku kartkę papieru. Ze ściągniętymi 
brwiami i czujnym spojrzeniem zapytał:

– Czego chcesz, Hannah?

background image

ROZDZIAŁ26

– Hannah? Co się stało? Dziwnie wyglądasz. – Dougald ruszył w jej stronę, 

ale   szybko   się   zatrzymał.   Stanął   sztywno   wyprostowany   i   nieswoim   głosem 
rzekł:

– Chciałbym, żeby to, co zamierzasz mi powiedzieć, było naprawdę ważne. 

Nie mam zbyt wiele czasu, bo trzeba jeszcze przygotować podjazd na przybycie 
królowej.

– Myślałam, że nadzorujesz prace w ogrodzie – odparła i zaraz sklęła się za 

tę bezmyślną uwagę. Tylko że Dougald wyglądał, jakby miał ją za chwilę wziąć 
w objęcia. Stawił się na jej wezwanie. Ale zaraz, chwileczkę...

– Nie prosiłam, żebyś tu przychodził. To ty prosiłeś o spotkanie.
– Zapewniam cię, że nie. – Rozłożył trzymaną w dłoni kartkę i podsunął jej 

pod oczy.

Zerknęła na papier.
Dougaldzie, spotkaj się ze mną w wieży we wschodnim skrzydle. Mam ci 

coś bardzo ważnego do powiedzenia – przeczytała.

– To nie mój charakter pisma.
– Nie twój? – Dougald przyjrzał się notatce. – Skoro tak twierdzisz... Ale 

skąd   mogłem   wiedzieć?   Przecież   nie   pisywałaś   do   mnie   co   tydzień,   gdy 
wyjechałaś z Anglii.

Stłumiła gniewną reakcję i wyciągnęła z kieszeni otrzymany liścik.
– Tutaj jest twoja notatka. Obejrzał ją.
– To też nie mój charakter pisma – oświadczył cierpkim tonem. – Lecz jak 

mogłabyś to poznać. Nie mogłem do ciebie pisać. Nie wiedziałem, gdzie jesteś.

Ależ ją prowokował!
–   Przyszłam   tutaj,   bo   sądziłam,   że   chcesz   się   mnie   poradzić   w   sprawie 

szczegółów przygotowań do królewskiej wizyty. Powinnam była się domyślić, 
że nie możesz być na tyle rozsądny, żeby zasięgać mojej opinii tylko dlatego, że 
znam jej królewską mość i mogę coś wiedzieć o jej upodobaniach.

– I teraz czerpiesz przyjemność z wypominania mi tego. – Zmiął trzymaną w 

ręce kartkę i cisnął na podłogę. – Porzuciłaś mnie i tak dobrze pokierowałaś 
swoim   życiem,   że   jesteś   teraz   niezależną   kobietą,   mającą   najprzedniejszych 
przyjaciół.   Tymczasem   ja   pozostałem   na   północy   Anglii   i   zyskałem   opinię 
mordercy.   –   Oparł   dłonie   o   ścianę   po   obu   stronach   jej   głowy.   –   Twojego 
mordercy.

Hannah również zgniotła swoją kartkę papieru i cisnęła ją w pierś męża 

wymownym gestem.

– Wcale się nie przechwalam – no, może odrobinę – i to nie moja wina, że 

nie zaprzeczyłeś, iż mnie nie zabiłeś.

– Co by mi to dało? Nikt by nie uwierzył, z wyjątkiem paru osób, które 

background image

wykorzystywały każdą okazję, żeby drwić z tego, że nie potrafiłem zatrzymać 
żony w domu. Powinienem teraz skorzystać z okazji i wyrzucić cię przez okno... 
– Jego głos przycichł.

– Śmiało,  tyranie. Spróbuj mnie  zabić, wyrzucając przez okno. Następna 

zamordowana   żona   Raeburnów.   Kolejna   opowieść   dodana   do   legendy   o 
wyrodnej kobiecie... – Nagle przyszło jej coś do głowy. – Dougaldzie, skoro ani 
ty, ani ja nie pisaliśmy tych listów, to po co tu jesteśmy?

– Cholera! – Dougald rzucił się w stronę klapy w podłodze. – Zamknięta.
– Zamknięta? Kto ją zamknął? Dougald ukląkł i zaczął szarpać za uchwyt.
– Oto jest pytanie, co?
Nie zważała na jego ton. Zachowywał się tak, jakby coś wiedział. I wahał 

się, czy to ujawnić.

– O czym mówisz, Dougaldzie? Co tu się dzieje? Nie odpowiedział, tylko 

natężył się i pociągnął za uchwyt.

– Dougaldzie, kto przysłał te listy?
Dougald   stanął   na   klapie   i   spojrzał   najpierw   na   ogromną,   podrapaną 

skrzynię,   potem   na   mniejszą   komodę   i   lżejsze   meble,   znajdujące   się   w 
pomieszczeniu.

– Ten sam człowiek, który usiłuje zabić lorda Raeburna i jego żonę.
Uniosła rękę, ale zaraz ją opuściła.
– To ty i ja. – Nagle zrozumiała wydarzenia ostatniego tygodnia. – To ty i ja!
– Dokładnie. Czy możesz mi podać ten stoliczek? – wskazał mebel.
Spojrzała na prosty, drewniany stolik ze złamaną nogą.
– Co chcesz z nim zrobić?
–   Dam   nim   w   łeb   każdemu,   kto   podniesie   klapę.   Dougald   sprytnie   to 

wymyślił.

–   Tymczasem   swoim   ciężarem   postaram   się   uniemożliwić   wejście   temu 

komuś na górę.

Podniosła stoliczek i przeniosła do Dougalda.
– Ale przecież nikt nie wie, że jestem twoją żoną. Z wyjątkiem...
– To nie Charles. – Umieścił stolik koło klapy i zszedł z niej ostrożnie. – 

Chciałbym, żebyś pozbyła się niezdrowego uprzedzenia wobec niego.

– Niezdrowego? To Charles dał mi liścik. Musiał wiedzieć, że nie pochodzi 

od ciebie.

–   Zapytamy,   kiedy   go   zobaczymy,   ale   jestem   pewien,   że   istnieje   jakieś 

logiczne wyjaśnienie.

Chociaż przemawiał jak cierpliwy rodzic, rozszyfrowała jego taktykę. Starał 

się odwrócić jej uwagę.

– Ktoś usiłuje zabić lorda Raeburna, a ciebie zbito na kwaśne jabłko. Czy 

usiłowano cię zabić?

– No... tak. – Jedną ręką uniósł stolik. – Ale nie wiem, dlaczego ktoś nas 

background image

tutaj zamknął.

Czuła przerażenie i wściekłość jednocześnie.
– Żeby dać mi czas na zrozumienie tego wszystkiego
Nie odrywając wzroku od klapy, Dougald odparł:
– Teraz wiesz wszystko.
– Doprawdy? Czy były jeszcze inne zamachy na ciebie?
–   Nie,   ale   byłem   bardzo   ostrożny.   –   Posłał   jej   uśmiech.   –   Dzięki   tobie 

przestałem jeździć konno po nocach.

Ten uśmiech był kolejną próbą odwrócenia jej uwagi, ale nic nie mogło jej 

powstrzymać przed drążeniem prawdy.

– Kiedy spadłam ze schodów, zrozumiałeś, że ktoś czyha również na moje 

życie, więc próbowałeś mnie odesłać.

– Tak! – Wyraźnie ulżyło mu, że zrozumiała jego zachowanie. – Właśnie 

tak.

Pięścią wyrżnęła go między żebra, po czym plasnęła dłonią w policzek.
Upuścił stolik i zachwiał się do tyłu.
– Ty draniu! Stworzyłeś mi piekło!
– Miałem dobre intencje!
– Żebym to nie ja była celem ataku, tylko ty – usłyszała, że krzyczy.
Otarł twarz ręką i pełnym wyższości, obojętnym tonem, powiedział:
– Wiedziałem, że mnie się nic nie stanie, a bałem się o ciebie.
– Nic ci się nie stanie? Tak samo, jak nic ci się nie stało, gdy pobili cię tamci 

ludzie?

– Najpierw do mnie strzelali.
Jego wyznanie spowodowało, że zatrzymała się gwałtownie.
– Strzelali do ciebie?
Unikając jej spojrzenia, Dougald wbił wzrok w klapę nad głową.
– Tak, a teraz pozwoliłem, żeby nas tutaj zamknięto...
Ogarnęła ją dzika wściekłość. Zaczęła go okładać pięściami, po kobiecemu, 

uderzając w jego pierś, ramiona, wszędzie, gdzie mogła dosięgnąć.

Próbował uniknąć jej ciosów.
–   Ty   głupi   bęcwale   –   wrzeszczała.   –   Ty   beznadziejny   łajdaku.   Ty 

bezwartościowy...

W końcu udało mu się złapać ją za nadgarstki.
– Nie jestem taki zły.
– To dlatego mówiłeś mi te wszystkie rzeczy. Próbowałeś mnie stąd odesłać, 

żeby nic mi się nie stało.

–Tak...
– Za kogo mnie masz? Za szczura, który pierwszy ucieka z okrętu na widok 

zagrożenia?

– Wcale tak nie myślę. Zerknął na klapę.

background image

– Uważasz mnie za tchórza. – Szamotała się, żeby uwolnić ręce i móc go 

uderzyć. – Myślałeś, że cię tu zostawię z mordercą, a sama ucieknę do miasta?

– Hannah. – Nadal trzymając  ją za ręce, obrócił ją plecami  do siebie.  – 

Tchórzostwo jest ostatnią rzeczą, o jaką bym cię posądzał. Moim zdaniem jesteś 
za odważna dla swojego własnego dobra. Bałem się, że zrobisz coś głupiego, że 
będziesz chciała schwytać przestępcę albo stanąć naprzeciw wymierzonej we 
mnie lufy pistoletu.

– Nie pochlebiaj sobie. – Łzy cisnęły jej się do oczu. Tłumaczyła sobie, że są 

to łzy złości i pogardy, że nie wynikają z poczucia krzywdy. – Mówiłeś mi te 
wszystkie   rzeczy...   niszczyłeś   mnie...   i   uważasz,   że   troska   o   moje 
bezpieczeństwo jest wystarczającym usprawiedliwieniem?

– Zbrodniarz mógł cię schwytać i grozić ci. 
Zrozumiała w mgnieniu oka.
– I wtedy musiałbyś mnie poświęcić dla dobra nazwiska Pippardów.
Puścił jej ręce.
– Czy tak właśnie myślisz?
Patrzyła na niego, mrugając oczami, żeby powstrzymać łzy.
– Czy kiedykolwiek dałeś mi powód, żebym mogła myśleć inaczej?
Stali, patrząc na siebie – przeciwnicy na zawsze. Nie wiedziała, czy zranił go 

jej   sceptycyzm.   Wiedziała   jedynie,   że   znaleźli   się   zamknięci   w   legendarnej 
wieży nawiedzanej przez duchy poprzednich przeklętych małżonków Raeburn i, 
jeśli nie zdarzy się cud, dołączą do ich grona.

– Dougaldzie, powiedziałeś, że zwabiłeś mnie do zamku Raeburn, by mnie 

wykorzystać i, skoro ci się to udało, więcej mnie nie potrzebujesz.

– Nie... – Wyciągnął ręce, jakby chciał ją chwycić w objęcia. – To nie była 

cała prawda.

– Dla odmiany dobrze byłoby poznać prawdę.
– Nie będziesz tak uważała, kiedy ci powiem. – W jego śmiechu brzmiało 

gorzkie rozbawienie, aczkolwiek nie potrafiłaby określić, co go tak bawiło. –
Odszukałem cię w Londynie i uwięziłem tutaj w jednym celu: żebyś była moją 
żoną. Najpierw jednak chciałem, żebyś się we mnie zakochała. Potem łatwo 
mógłbym cię sobie podporządkować.

– Masz o sobie dobre mniemanie, prawda? – Problem polegał na tym, że 

mogłoby mu się to udać. Tego jednak nie mogła mu zdradzić. – Co sprawiło, że 
zmieniłeś plany?

–   Nadal   cię   pragnąłem.   Wcale   tego   nie   chciałem.   Myślałem,   że   nic   nie 

zachwieje dyscypliną, jaką sobie narzuciłem. Ale tobie się to udało. Od samego 
początku nienawidziłem tego, co...

Nie potrafił nawet wymówić tego słowa.
– Co czułeś?
Pokręcił głową. Nie w geście zaprzeczenia, lecz jakby dziwiąc się samemu 

background image

sobie.

– Nadal cię pragnę.
Spodziewała   się   poczuć   zadowolenie.   Tymczasem   odkryła,   że   nigdy   tak 

naprawdę nie wątpiła w jego pożądanie. Natomiast jeśli chodziło o miłość... 
nawet w pierwszych, radosnych dniach ich  małżeństwa  nie  wierzyła  w jego 
uczucie i miała po temu powody. Poślubił ją dla wygody. Chociaż był do niej 
przywiązany,   bardziej   kochał   pieniądze,   dobrobyt   i   władzę.   Miniony   czas   i 
samotność  odcisnęły piętno na jego wojowniczej duszy, przekształcając  jego 
bunt w zgorzknienie i poczucie krzywdy.

–  Czy   nadal  winisz  mnie  za  to, że  cię  opuściłam?  Blask   w jego  oczach 

przygasł. Wargi zacisnęły się.

Znów wyglądał jak zimny, pozbawiony wszelkich emocji lord, który zaprosił 

ją do swojego zamku i groził jej śmiercią.

Jego  milczenie  było  dla niej  wystarczającą  odpowiedzią.  Cichym głosem 

zaprotestowała.

– To nie moja wina, że nasze małżeństwo się skończyło. Jak możesz uważać, 

że to była moja wina?

Nadal się nie odzywał. Nie chciał przyznać, że nie miał racji.
Kolejne spojrzenie na chłodny wyraz jego twarzy spowodował, że zmieniła 

zdanie. Dougald nie chciał pogodzić się z tym, że nie miał racji.

Przenikliwy pisk zawiasów zmącił pełną napięcia ciszę.
Zirytowana i zdezorientowana rozejrzała się dookoła. Potem drugi raz. Klapa 

zaczęła unosić się do góry. Hannah wskazała na nią ręką.

– Dougaldzie! Kto...
Dougald odepchnął ją na bok. Hannah oparła ciężar ciała na swej zranionej 

nodze. Z okrzykiem bólu przyklękła na jedno kolano. Ból przeszywał mięśnie i 
ścięgna. Żeby się nie przewrócić, złapała za parapet i podciągnęła się do góry. 
W tym samym momencie zobaczyła krzesło, roztrzaskujące się o klapę.

Alfred. Duży, zdrowy, brudny Alfred. Cofnął się, żeby natychmiast wyłonić 

się z powrotem, z pistoletem w dłoni. Dougald szybkim ruchem chwycił go za 
włosy i za kołnierz i wciągnął do pomieszczenia na wieży. Alfred zawył jak 
troll; schwytany w pułapkę, rozglądając się bladoniebieskimi oczami, w których 
tliło   się   szaleństwo.   Pistolet   plunął   ogniem,   a   huk   wystrzału   odbił   się   od 
kamiennych  murów.  Krew  i strzępy  materiału  eksplodowały  wokół ramienia 
Dougalda.

– Cholera! – zaklął Dougald. Jednostrzałowy pistolet był już bezużyteczny, 

więc   Alfred   zaczął   walczyć   wręcz.   Uderzył   Dougalda   dymiącą   jeszcze   lufą. 
Jednak Dougald nadal nie puszczał napastnika, ciągnąc go za sobą. W stronę 
otwartego okna.

Hannah   miała   ochotę   wrzeszczeć   ze   strachu,   ale   powstrzymały   ją   krople 

krwi padające na podłogę. Dougald został trafiony. Alfred wymierzył cios i trafił 

background image

w jego skroń. Dougald zachwiał się i Alfred wyrwał się z uchwytu.

Dougald   potrzebował   pomocy.   Hannah   skoczyła   ku   walczącym 

mężczyznom.   Natarła   na   Alfreda   z   boku   i   popchnęła   go   na   ścianę.   Alfred 
sięgnął do kieszeni i wyciągnął drugi pistolet.

– Nie! – Hannah rzuciła się na niego z wyciągniętymi rękami.
Pistolet zakołysał się gwałtownie.
– Ona mnie zabije! – krzyknął Alfred.
Potem lufa wymierzona w kobietę przestała się poruszać.
Kiedy palec Alfreda spoczął na spuście, Dougald wypchnął go przez okno.
Strzał rozległ się echem, a ze sklepienia posypał się deszcz słomy i wiórów.
Dougald i Hannah w porażającej ciszy obserwowali Alfreda spadającego w 

dół.

Zanim wylądował na ziemi, Hannah odwróciła się od okna.
– Niech Bóg ma go w swojej opiece.
–   Nie   wiem,   czy   Bóg   go   dostrzeże.   –   Dougald   odsunął   się   od   okna.   – 

Podejrzewam, że jest skazany na potępienie za zamordowanie dwóch lordów i 
usiłowanie zabójstwa ciebie i mnie.

Hannah przebiegła w myślach wydarzenia ostatnich paru minut.
– To nie Alfred popełnił te morderstwa – rzekła z przekonaniem.
– Nie. Nie sam. – Pobladły i spocony Dougald oparł się o ścianę. – Boję się, 

że nie ma dla nas ratunku. Nikt nie widział jego upadku.

–   Dougaldzie!   –   Hannah   zarzuciła   mężowi   ręce   na   szyję.   Przytulił   ją   i 

wrażenie dotyku jego ramion dało jej ciepło, jakiego nie czulą od dwóch dni. Za 
długo. A teraz był ranny. – Usiądź.

– Dobrze. – Powoli przymknął oczy i miękko opadł na podłogę. – Chyba 

muszę.

Jak oszalała próbowała go podtrzymywać, ale ciężar jego ciała i przenikliwy 

ból w kostce spowodował, że osunęła się wraz z nim. Położyła sobie jego głowę 
na kolanach i jęknęła.

– Żyjesz? – Zaczęła szukać pulsu na jego szyi. Pod palcami poczuła szybkie 

uderzenia.

–   Nie   umarłeś.   –   Stwierdzenie   tego   oczywistego   faktu   dało   jej   dziwne 

zadowolenie.

Głowa   Dougalda   przetoczyła   się   na   jej   tors.   Gorączkowo   usiłowała   ubić 

interes z Panem Bogiem.

– Boże, jeśli pozwolisz Dougaldowi dalej żyć, będę dla niego taką żoną, 

jakiej zawsze pragnął. – Przesunęła dłoń wzdłuż jego ramienia, ale nie natrafiła 
na   dziurę   po   pocisku.   Jednak   wcześniej   sama   widziała   fruwające   strzępy 
materiału  i krople krwi, szukała  więc dalej. – Zrobię, co tylko zechce,  jeśli 
pozwolisz zachować mu... – znalazła miejsce, gdzie trafiła go kula – ...oddech.

Spojrzała na twarz Dougalda. Obserwował ją.

background image

–   Czy   mogłabyś   to   powtórzyć   z   ręką   na   Biblii?   Pocisk   przebił   mięsień 

ramienia  nad obojczykiem i wyszedł parę centymetrów od miejsca  trafienia. 
Wiedziała, że go boli, ale z wszelką pewnością strzał go nie zabił.

– Ledwo... ledwo cię drasnął.
Przekręcił się, szukając wygodniejszej pozycji.
– Rwie jak wszyscy diabli.
– Nie próbuj mnie nabierać, lordzie Raeburn. Tamto pobicie było znacznie 

gorsze. – Spróbowała odsunąć jego głowę.

Objął ją ręką w talii.
Po  krótkiej  chwili walki  z samą   sobą,  poddała  się.  Dlatego, że  krwawił, 

chociaż rana zaczynała już przysychać. Dlatego, że śmiertelnie przestraszyła ją 
ta walka.

Dlatego, że go kochała.
Głupia   Hannah,   od   tylu   lat   zakochana   w   człowieku,   który   jej   pragnął   i 

jednocześnie nienawidził się za to, a potem winił ją, że uznała taką sytuację za 
niewłaściwą i odeszła.

– Nie zasługujesz na dobrą żonę. Przytulił mocniej głowę do jej piersi.
– Nie chcę dobrej żony. Chcę ciebie.
– To miał być komplement?
– A nie był?
Ze smutkiem musiała przyznać, że był. Usłyszeć, że chciał ją za żonę, nie 

bacząc na braki w jej umiejętnościach życia i wytrwania w małżeńskim stadle... 
Miała ochotę uśmiechnąć się do niego.

Ale się powstrzymała. Przed pojawieniem się Alfreda walczyli ze sobą, a to, 

co się wydarzyło, doskonale ilustrowało głupotę Dougalda. Jako jego żona miała 
obowiązek zwrócić mu na to uwagę.

– Stanąłeś pomiędzy mną a lufą pistoletu. 
Pokonując ból, uniósł się i oparł na łokciu. Głęboko i uroczyście zajrzał w jej 

oczy.

– Bez względu na to, co myślisz, Hannah, nie poświęciłbym cię dla obrony 

imienia Pippardów.

Ignorując głębię i uroczystość jego spojrzenia skoncentrowała się na swojej 

myśli.

– A wcześniej nie chciałeś, żebym wkroczyła przed wycelowaną w ciebie 

lufę pistoletu. Czemu tobie wolno?

– Bo jestem mężczyzną. Smagnęła go pogardliwą uwagą.
– Ludzie obdarzeni zwisającymi  częściami  ciała są  lepiej wyposażeni  do 

zatrzymywania pocisków?

– Zapewniam cię, że w tej chwili żadna część mojego ciała nie zwisa.
Chciała   coś   powiedzieć.   Zaczerpnęła   powietrza   i   spróbowała   ponownie. 

Uświadomiła sobie bowiem, że nic, żadna kłótnia, żaden krzyk nie zmusi go do 

background image

tego, żeby przestał jej pragnąć.

A   kiedy   się   do   niej   uśmiechnął,   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   pożądanie 

wystarczy, czy może wystarczyć.

W końcu udało jej się wykrztusić:
– Nie powinieneś ryzykować życiem.
– Nie zamierzam się z tobą o to kłócić, Hannah. – Ujął jej dłoń i pocałował. 

–   Mylisz   się.   Pogódź   się   z   tym.   W   tym   wypadku   honor   wymagał,   żebym 
zasłonił cię przed strzałem, bo to przeze mnie jesteś w niebezpieczeństwie.

– Byłam w niebezpieczeństwie. 
Dougald westchnął.
– Chciałbym, żeby to była prawda, ale Seaton nadal pozostaje na wolności. 

To on kazał mi przyjść na wieżę. To on musi być mordercą.

– Myślałeś tak i nie byłeś podejrzliwy? Zaczerwienił się lekko.
– Najpierw zdecydowałem, że to nie może być on, a potem pomyślałem, że 

chcesz się ze mną spotkać... no, byłem głupi.

Przyjemność   sprawił   jej   widok   rumieńca   Dougalda   i   świadomość,   że 

przybiegł tu do niej.

– Mylisz się. To nie Seaton. – Spojrzała w okno, za którym zniknął Alfred. – 

Wiem, kto jest zabójcą.

background image

ROZDZIAŁ27

Dougald   miał   nieco   zesztywniałe   ramię   i   czuł   mrowienie   w   palcach, 

podejrzewał   jednak,   że   te   problemy   związane   są   raczej   z   pragnieniem 
pochwycenia Hannah w objęcia i porwania jej stąd, niż efektem zranienia.

– Nie bądź śmieszna – stwierdził stanowczo.
– Dlaczego śmieszna? Nie pamiętasz, co powiedział Alfred, zanim wypadł 

przez okno? „Ona mnie zabije”. Bardziej się bał jakiejś Jej, niż wypadnięcia 
przez okno.

Gdy   schodzili   po   schodach,   Dougald   podpierał   Hannah   swoim   zdrowym 

ramieniem.  Przecież  nadal kulała, a po szamotaninie  na wieży  poruszała  się 
ostrożnie, mocno opierając się o poręcz.

– Zgadzam się, że Alfred mógł otrzymywać rozkazy od kobiety – rzekł.
– A poza tym, po co zamykać nas na wieży? Gdy to zauważyliśmy, mieliśmy 

czas na obmyślenie strategii.

– My? – Był zachwycony, że przypisywała także sobie jego pomysł. – To ja 

stałem ze stolikiem w rękach.

Spojrzała na niego skwaszona.
– Usiłujesz się wywyższać, lordzie Pawiu?
–   Uważaj   na   schody   –   poradził.   –   W   niektórych   miejscach   poręcz   jest 

nadwyrężona. – Zerknął w dół na spiralę stopni. Nikogo nie widział ani nie 
słyszał, ale ktoś mógł się czaić w cieniu.

Zauważył też, że drzwi prowadzące na wieżę były zamknięte. Czy zrobił to 

Alfred, zanim wszedł na górę? Czy też ktoś inny, mający zamiar zastrzelić ich, 
gdy będą wychodzili?

Nawet jeśli Hannah była świadoma grożącego im niebezpieczeństwa, starała 

się ukryć niepokój. Swoim najbardziej przekonującym tonem rzekła:

– Gdyby to kobieta szła za nami po schodach, zamknęłaby klapę i wezwała 

swojego wspólnika, by nas zabił.

– Dlaczego? Pistolet równie dobrze strzela w ręku kobiety.
– To by się kłóciło z jej planem.
– Skąd wiesz, jaki ma plan? Hannah wzruszyła ramionami.
– Bo zrobiłabym to samo.
– Hannah, czasem mnie przerażasz. Zatrzymała się i spojrzała na niego.
–   Ty   też   mnie   przerażasz.   Ale   po   wydarzeniach   na   górze   nie   mam   już 

wątpliwości, że nie zamierzasz mnie zabić.

– Nie dziś.
Uśmiechnęła się i znów zaczęła schodzić po schodach.
– Ta kobieta chciała, żeby nasza śmierć wyglądała na kolejny rezultat klątwy 

ciążącej na małżeństwach Raeburnów. Alfred miał najpierw zastrzelić ciebie, a 
potem wypchnąć mnie przez okno.

background image

–   Nie   mógłby   cię   wyrzucić   przez   okno.   To   mężczyzna   niepierwszej 

młodości. Skorzystałby z drugiego pistoletu.

–  Nie. Miał  go  tylko na  wszelki  wypadek.  I trzeba  przyznać, że  mu   się 

przydał. A był na tyle duży, że spokojnie dałby radę mnie wypchnąć

Dougald   przypomniał   sobie,   jak   wyglądał   Alfred.   Wysoki   i   szeroki   w 

barach. Dougalda zaskoczył udział Alfreda. Nie mógł sobie wyobrazić, żeby 
ospały,   zreumatyzowany   wieśniak   należał   do   spisku,   mającego   na   celu 
zgładzenie lordów Raeburn. Ale na samą myśl o tym, że Alfred mógłby zrobić 
krzywdę Hannah, Dougald zaczynał dygotać.

Hannah chyba nie oczekiwała odpowiedzi na swoją uwagę. Przytuliła się 

tylko mocniej do Dougalda.

– Po zastrzeleniu cię i wyrzuceniu mnie przez okno Alfred miał włożyć ci 

pistolet w dłoń. A kiedy okazałoby się, kim jestem, wszyscy by powiedzieli, że 
to ty wypchnąłeś mnie z okna, a potem się zastrzeliłeś.

Dougald był przerażony.
– Hannah, masz zbrodniczy umysł.
Hannah zdawała się rozważać jego spostrzeżenie.
– Wolę mówić, że mam umysł analityczny.
– A jak wyjaśnić to, że Seaton dał mi liścik, wzywający mnie na wieżę? To 

chyba dowód, że to on jest autorem planu pozbycia się nas z zamku Raeburn.

Hannah zlekceważyła jego pomysł.
– Cóż, ja z kolei dostałam liścik od Charlesa, i co z tego?
Miał ochotę w odwecie wziąć jej język w swoje usta, ale Hannah nalegała, 

żeby zachowywali się rozsądnie i ostrożnie, i znaleźli prawdziwego zbrodniarza. 
Chciała brać udział w tych poszukiwaniach, co dowodnie świadczyło o tym, że 
miał rację, utrzymując wszystko w tajemnicy przed żoną jak najdłużej.

Ale przecież sprawa czekała już tak długo na wyjaśnienie. Może mogłaby 

poczekać jeszcze trochę, a on zaprowadziłby Hannah na górę do swojej sypialni 
i oddał się spełnianiu wszystkich fantazji, których w ostatnim czasie nie mógł 
zrealizować.

– Charles musiał zostać wystrychnięty na dudka. Jeśli nie, to on, Dougald, 

jest jeszcze większym dudkiem.

– Odszukajmy go i spytajmy, która służąca dała mu karteczkę.
– Odszukajmy też Seatona i spytajmy go, od kogo dostał liścik – odparła 

Hannah.

– Skoro nalegasz...
– Nie pojmuję, skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że to Seaton.
– Jest spadkobiercą tytułu i majątku.
– Nie chce tego tytułu. – Pokiwała głową nad brakiem spostrzegawczości 

Dougalda.   –   To   bałamut.   Lubi   się   bawić   i   plotkować.   Nie   chce 
odpowiedzialności, która wiąże się z tytułem.

background image

Dougald   nie   odpowiedział,   nie   chciał   bowiem  przyznawać,   że   większość 

dowodów pasowała do jej teorii. Seatona śledzili trzej detektywi podczas jego 
eskapad.   Jedyną   podejrzaną   działalnością   tego   fircyka   było   ostatnio 
„znalezienie”   pomiędzy  poduszkami   na  kanapie  zaginionego   naszyjnika  pani 
Grizzle. Okrzyknięto go bohaterem.

Dougald   i   Hannah   bez   przeszkód   zeszli   z   wieży.   Dougald   sprawdził 

wszystkie miejsca, w których można było się schować bądź ukryć jakąś broń. 
Nic nie znalazł – ani przestępcy, ani żadnego przedmiotu, który mógłby wziąć 
do obrony. Puścił Hannah i polecił jej cicho:

– Zostań tutaj – i ruszył w stronę drzwi. Mruknęła coś, czego nie dosłyszał. 

Spokojnie wrócił do niej i pogroził jej palcem.

– Nie próbuj mi pomagać. Nie możesz zostać postrzelona.
– To nie mnie postrzelono – odpowiedziała wściekłym szeptem.
– Uratowałem cię – odrzekł. Na widok powracającego na jej twarz wyrazu 

uporu, ponownie pogroził jej palcem.

Niechętnie, szybkim ruchem skinęła głową i wymruczała:
– Nie ma jej tutaj. Co nam może zrobić w zamkowych korytarzach? Będzie 

chciała poczekać i spróbować innego dnia.

– Może masz rację. – Pocałował ją mocno w usta. – Ale na wszelki wypadek 

pozwól mi zachować ostrożność.

Ujął klamkę i gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi. Przed nim ciągnął 

się pusty korytarz wschodniego skrzydła. Dougald pomyślał, że Hannah miała 
słuszność.

Z jakiego powodu podejrzewana przez Hannah osoba miałaby wystawiać się 

na ryzyko zabicia ich w zamku w świetle dnia? Nie miała przecież pojęcia, że 
zdradziła   się   przed   Hannah.   Dougald   doszedł   do   wniosku,   że   Hannah   go 
przekonała.

– Masz rację. Zabójcą musi być pani Trenchard – powiedział.
– Owszem – rzuciła Hannah, wyraźnie nieświadoma  znaczenia wyznania 

Dougalda. – Myślałam nad tym. Dowód musi się znajdować w kaplicy.

– W kaplicy? Dlaczego w kaplicy?
– Moja boląca głowa najlepiej dowodzi, że wszystko koncentruje się wokół 

kaplicy.

Dougald   przypomniał   sobie   nagle,   że   Charles   wspomniał   mu   kiedyś,   iż 

Hannah została zaatakowana w kaplicy.

– Oczywiście.
– A poza tym, jeśli się nie mylę w tej całej sprawie, gdzie poza tym mogłyby 

zostać ukryte dowody?

Przypomniał sobie, że pani Trenchard bardzo dbała o kaplicę, sama robiła w 

niej porządki i rozmawiała z nim o remoncie. Interesowała się jego planami. 
Bardzo się interesowała.

background image

–   Mam   pomysł   –  odezwała   się   Hannah.   Wziął   ją   pod  rękę   i  zaczęli   iść 

korytarzem.

– Opowiedz mi.
Kiedy skończyła, pokręcił głową.
– Nie. Musi być lepszy sposób.
– Może i jest, ale nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy, a do wizyty 

królowej   nie   mamy   zbyt   wiele   czasu.   Byłoby   to   ogromnym   naruszeniem 
etykiety, gdyby jedno z nas zostało zabite przed jej przyjazdem.

–   Trudno   mi   z   tym   dyskutować,   chociaż   przyznaję,   że   nadal   mam 

wątpliwości co do twojej dedukcji. Zauważyłem, że pani Trenchard naprawdę 
lubi Seatona.

– Większość kobiet go lubi.
Dougaldowi nie spodobało się to stwierdzenie.
– Dlaczego? Jest zwykłym śmieciem.
– Jest czarujący, zawsze dysponuje najświeższymi plotkami i lubi kobiety.
– Ja też lubię kobiety.
–   A   kiedyś   nawet   byłeś   czarujący.   Może   mógłbyś   do   tego   powrócić.   – 

Posłała mu kwaśny uśmiech.  – Ale plotki? Nie sądzę. Umiesz  tylko patrzeć 
spode łba, co doprowadziłeś do perfekcji w czasie ostatnich dziewięciu lat.

Łypnął na nią spode łba.
– Bardziej mi się podobałaś, kiedy bałaś się, że cię zabiję.
Uśmiech zniknął z jej warg.
–   Nadal   się   boję,   ale   czegoś   zupełnie   innego.   Miał   ochotę   zapytać,   co 

wywołało   ten   zamyślony   wyraz   twarzy   Hannah,   lecz   nie   teraz.   Dopiero 
wówczas, kiedy wyjaśnią inne sprawy.

– Sądzisz więc, że pani Trenchard zabijała lordów Raeburn, żeby tytuł dostał 

się Seatonowi?

–Tak.
–   Czy   zbrodnia   popełniona   dla   zdobycia   majątku   i   tytułu   jest   bardziej 

prawdopodobna niż zbrodnia wynikająca z poczucia lojalności i honoru?

– Jest bardziej logiczna.
– Bo ziemię i pieniądze możesz zobaczyć, a honoru i lojalności nie? – rzekła 

szyderczym tonem.

Wiedział, że zastawiała na niego pułapkę, ale nie potrafił przewidzieć, gdzie 

się zatrzaśnie.

– Takie poczucie lojalności i honoru jest bardzo rzadkie.
– Niemniej z poczucia lojalności i honoru wszedłeś w tor pocisku.
Iz miłości.
Powinien był to powiedzieć. Powinien się przyznać i pozwolić jej się śmiać 

albo płakać, albo robić jeszcze coś innego, na co miałaby ochotę. Ale nie mógł. 
Uprzytomnił sobie to uczucie zbyt niedawno. I chwila nie była odpowiednia. 

background image

Dzieliło ich zbyt wiele półprawd i zadawnionych uraz. A może  Hannah nie 
rozpłacze się, ani nie roześmieje, tylko poczuje się zakłopotana? Przecież kiedyś 
go kochała. Jakie to żałosne, ożywianie dawnych sentymentów. Powiedział więc 
tylko:

– Jesteś moją żoną.
– A więc honor i lojalność – zawołała triumfalnie. 
– I śluby, które respektuję – nie mógł się powstrzymać, żeby nie dodać.
Hannah zrobiła się bardzo milcząca.
Nie zapomniała mu oskarżenia o to, że go zostawiła. On zaś nie przebaczył 

jej tego.

Łypnął   na   nią   spod   oka.   Mimo   opadających   wokół   twarzy   kosmyków 

jasnych   włosów   i   poważnego   spojrzenia,   wyglądała   wspaniale.   Kochał   jej 
odwagę patrzenia mu prosto w oczy nawet wówczas, gdy był wściekły. Kochał 
jej sarkazm. Kochał jej serdeczność wobec ciotek. Kochał jej piersi. Kochał ją 
tak bardzo, że nie bacząc na minione krzywdy i niejasną przyszłość, musiał ją 
ocalić.

Bał się, że może mu się nie udać – on, który nauczył się pewności siebie i 

żelaznego zdecydowania. Popełnił dużo błędów, niewybaczalnych pomyłek w 
ocenie ludzkich charakterów i motywacji.

Gdy   zbliżyli   się   do   szerokich   schodów,   wiodących   na   parter,   Hannah 

odezwała się cicho. – Tam. Tam jest nasze źródło informacji.

– Seaton – szepnął Dougald.
Z najwyższym trudem znosił widok spodni w niebieską kratkę, pasującej do 

nich kamizelki i skradzionej diamentowej spinki do krawata.

Seaton także ich zauważył i wykrzyknął:
–   Widzę,   że   się   znaleźliście.   –   Przyjrzał   się   sposobowi,   w   jaki   Dougald 

trzymał Hannah pod rękę i obdarzył ich serdecznym uśmiechem. – W okolicy 
sporo się ostatnio mówi o was obojgu, gołąbeczki.

–   Wiem,   skąd   się   biorą   te   plotki   –   rzekł   Dougald   powoli,   akcentując 

poszczególne słowa.

Nadal niepewny po niedawnej konfrontacji, Seaton odskoczył do tyłu.
– Nie jestem jedynym plotkarzem, którego zapraszają na przyjęcia!
Hannah poklepała Dougalda po ramieniu, jakby uspokajała psa.
– Oczywiście, że nie, Seatonie. Ale ty jesteś najlepszy. Seaton kątem oka 

zerknął na Dougalda i mruknął:

– No cóż... owszem. Hannah ciągnęła dalej.
– Lord Raeburn zastanawiał się, kto dał ci ten liścik ode mnie?
– Jedna ze służących – odpowiedział Seaton.
– Skąd go wzięła?
– Przypuszczam, że od ciebie. Dougald przejął inicjatywę.
– Czemu służąca nie dała mi go bezpośrednio?

background image

– Powiedziała, że pani Trenchard chce, żeby coś zrobiła w domu, a ty byłeś 

na dworze...

–   Chciałeś   zanieść   notkę,   żeby   mieć   okazję   ją   przeczytać   –   brutalnie 

stwierdził Dougald.

Seaton w najmniejszym stopniu nie był urażony.
– Człowiek musi wiedzieć, co się dzieje. Chociaż bardzo tego nie chciał, 

Dougald   wiedział,   że   teraz,   po   wyjaśnieniach   Seatona,   pozostało   mu   do 
zrobienia jedno. Musiał znaleźć mordercę przed przybyciem królowej.

Najbardziej szorstkim, opryskliwym tonem powiedział:
–   Chcesz   wiedzieć,   co   się   dzieje?   Powiem   ci,   co   się   dzieje.   Nie   jestem 

zadowolony   ze   sposobu,   w   jaki   pani   Trenchard   przygotowała   kaplicę   na 
przyjazd królowej.

– Och, Dougaldzie – Hannah uścisnęła go za ramię.
– Kaplicę? – Seaton pokręcił głową.
– Tak, kaplicę – powtórzył Dougald. – Wszystko musi wyglądać bez zarzutu 

na jutrzejszą wizytę jej królewskiej mości.

–   Jak   pan   wie,   sir   Onslow,   znam   jej   wysokość   osobiście.   –   Tym  razem 

Hannah wyraźnie przechwalała się w jakimś celu. – Królowa Wiktoria na pewno 
będzie chciała się pomodlić, więc nie możemy  się wstydzić naszej domowej 
kaplicy.

– Ojej – cmoknął Seaton. – Bałem się, że stara pani Trenchard nie podoła. 

Wiecie, że miewa te omdlenia.

– Od dawna na nie cierpi? – zapytała Hannah.
– Od lat, ale są coraz gorsze. – Seaton postukał się w pierś. – Podejrzewam, 

że to serce. Ale pani Trenchard nie daje sobie odpocząć. Tyle że już nie zajmuje 
się ciotkami.  – Posłał Hannah uśmiech. – Musi być pani bardzo wdzięczna, 
panno Setterington.

– Nigdy jeszcze nikt nie okazywał mi wdzięczności w taki sposób – odparła 

Hannah.

Dougald wtrącił pospiesznie:
– Pani Trenchard sama posprzątała, ale jutro z samego rana każę robotnikom 

wymienić przegniłe fragmenty boazerii. A potem pokojówki i lokaje wypolerują 
każdą ławkę, każdy stopień, każdy lichtarz. – Dougald popchnął lekko Hannah 
w kierunku warsztatu ciotek. – Liczę jednak na twoją dyskrecję, Seaton. Nie 
wygadaj się pani Trenchard, co zaplanowaliśmy.

– Nigdy bym się nie odważył!
Dougald i Hannah obserwowali Seatona, schodzącego w dół po schodach.
– Ciekaw jestem, ile czasu zajmie mu znalezienie jej – rzuciła Hannah.
–   Gdybym   chciał   się   założyć,   powiedziałbym,   że   nie   będzie   to   nawet 

godzina.

Czekali   przez   godzinę,   siedząc   w   ciemności.   Dougald   i   Hannah.   Ciotki. 

background image

Charles. I Seaton, który dowiedział się o znalezieniu ciała Alfreda u stóp wieży i 
który, przybiegłszy po wyjaśnienia do Dougalda zrozumiał, że trafiło mu się 
miejsce w pierwszym rzędzie na najbardziej skandaliczne widowisko od czasu, 
gdy markiz Bersham odkrył, iż jego żona jest bigamistką.

Dougald w obawie o to, co Seaton może sam zrobić, pozwolił mu przyjść, 

ale jednocześnie zagroził poćwiartowaniem, jeśli tylko piśnie słowo. Wszyscy 
siedzieli w kącie kaplicy, z dala od ściany z witrażowymi oknami. Oparcie ławki 
było twarde i, chociaż Dougald miał zabandażowaną ranę, czuł przeszywający 
ból   w   postrzelonym   ramieniu.   Obok   niego   niespokojnie   kręciła   się   Hannah. 
Ciekaw był, co myślały ciotki, gdy Hannah poprosiła je, żeby siedziały tu, nie 
rozmawiając, dopóki coś – Hannah nie powiedziała im co – wydarzy się.

Zastanawiał się też, czemu dał się przekonać Hannah, żeby zaprosić ciotki. 

Wolałby zrobić wszystko sam, ona jednak uparła się, żeby ciotki były również 
obecne. Cała sprawa pachniała zupełną klapą, ale na wszelki wypadek Dougald 
uzbroił Charlesa.

Dougald zamarł jak wojownik czekający na bitwę.
– Czego się spodziewasz? – wyszeptał do ucha Hannah.
– Jakichś  papierów. Może nawet aktu ślubu – odpowiedziała mu  równie 

cicho.

Może miała rację. Zresztą nic innego nie przychodziło mu do głowy.
W pewnej chwili Hannah zdrzemnęła się z głową opartą na jego ramieniu. 

Jedna   z   ciotek   zaczęła   cicho   pochrapywać.   Zegar   w   głównym   holu   wybił 
dziewiątą.  Rozpoczęła  się  cisza   nocna,  obowiązująca  służbę.   Nagle  Dougald 
spostrzegł słabe światło świecy i usłyszał niepewne, kobiece kroki. Potrząsnął 
Hannah, żeby ją obudzić. Ktoś inny musiał zrobić to samo ze śpiącą ciotką, 
bowiem chrapanie urwało się, zakończone prychnięciem.

Do kaplicy weszła pani Trenchard. Płomień  świecy rozjaśniał jej twarz i 

Dougald zauważył, jak wychudłe były jej niegdyś pełne policzki. Miała na sobie 
czarną suknię i fartuch. Poruszała się jak kobieta mająca do spełnienia jakąś 
misję,   jak   osoba   znająca   kaplicę   równie   dobrze   w   dziennym   świetle   i   w 
ciemnościach.   Wstrząśnięty   Dougald   zrozumiał,   że   jego   żona   musiała   mieć 
rację.   Pani   Trenchard   przyszła,   żeby   usunąć   dowody.   Tylko   jakie?   Jakie 
dokumenty, jakie pamiątki były na tyle ważne, żeby zabijać tylu ludzi?

Panowała   absolutna   cisza.   Pojedyncza   świeca   w   niewielkim   stopniu 

rozpraszała ciemność. Pani Trenchard zdawała się wcale nie zauważać widzów. 
Całą uwagę skupiła w jednym punkcie, na ścianie kaplicy z lewej strony, koło 
ołtarza. W miejscu, gdzie Hannah została uderzona w głowę. Pani Trenchard 
uklękła. Postawiła świeczkę na podłodze, między kolanami. Wyjęła z kieszeni 
mały łom, wsunęła go pod jedną ze zniszczonych desek i podważyła. Uniosła 
świeczkę i poświeciła w głąb otworu w ścianie. Dougaldowi udało się dostrzec 
ukrytą w środku małą drewnianą skrzyneczkę.

background image

Zobaczył wystarczająco dużo. Kobieta musiała być szalona. Nadszedł czas, 

żeby   schwytać   zbrodniarkę   i   zakończyć   serię   nieszczęść,   które   nawiedziły 
zamek Raeburn.

Wstał i odezwał się spokojnym głosem:
– Co pani robi, pani Trenchard?
Kobieta gwałtownie wciągnęła powietrze, po czym odwróciła się szybko. 

Trzymała świecę uniesioną wysoko do góry. W drugiej ręce dzierżyła pistolet, 
który wycelowała w Dougalda i... w Hannah.

Seaton dał nura, szukając schronienia.
Ciotki jęknęły.
Hannah chciała wejść pomiędzy Dougalda a lufę.
Dougald wciągnął Hannah za siebie.
I nagle rozległ się drżący głos ciotki Spring:
– Judy, czy to właśnie tutaj pochowałaś moje dziecko?

background image

ROZDZIAŁ28

Świeczka zaczęła dygotać, a pistolet wypadł z dłoni pani Trenchard.
Dougald   rozluźnił   napięte   aż   do   bólu   mięśnie.   Już   raz   został   dzisiaj 

postrzelony. I wystarczy. Ciotka Spring wstała i podeszła do pani Trenchard. 
Uklękła przy ścianie i dotknęła brązowej skrzyneczki.

– Czy moje dziecko jest w środku? Hannah opadła na ławkę z jękiem:
– O mój Boże.
Na dany przez Dougalda znak Charles pospieszył, żeby przynieść więcej 

świec z gabinetu. Wkrótce ciemności rozjaśniło światło z dwóch kandelabrów. 
Seaton stał przywarty plecami do ściany, jakby właśnie uświadomił sobie, że 
wcale   nie   chce   być   świadkiem   rozgrywających   się   wydarzeń.   Ciotka   Isabel 
chusteczką przesłaniała sobie usta. Ethel łkała cichutko. Minnie przysunęła się 
ku ciotce Spring, jakby chciała użyczyć drobnej staruszce swojej siły.

– P... p... panna Spring? – wyjąkała pani Trenchard. – Co pani tutaj robi?
– Przyszłam tu, bo Hannah mnie o to poprosiła, Judy. Droga dziewczyna 

chciała,   żebym   się   tu   znalazła   i   teraz   wiem,   dlaczego.   –   Ciotka   Spring 
uśmiechnęła się słodko do Hannah. – Zawsze pragnęłam się dowiedzieć, co się 
stało z moim dzieckiem. Tak się cieszę, że jest tutaj, w rodowej kaplicy. Judy, 
czy to ty je tutaj umieściłaś?

Pani Trenchard omiotła spojrzeniem pełne litości, oskarżenia i przerażenia 

twarze, po czym utkwiła wzrok w ciotce Spring.

– To ja zrobiłam. Tak, to ja.
Ciotka  Spring wyjęła jej z dłoni pistolet  i nie  patrząc,  podała go pannie 

Minnie.

– Zawsze byłaś dla mnie taka dobra.
Dougald wziął od panny Minnie pistolet i uważnie go zabezpieczył.
– Nie chciałam być dla ciebie dobra – oświadczyła pani Trenchard. – Wcale 

cię nie lubiłam.

– Wiem. – Ciotka Spring zabrała świeczkę z drżącej ręki pani Trenchard i 

odstawiła na ławkę. – Ale mimo to byłaś dla mnie dobra.

Pani Trenchard mięła fartuch w swych dużych, szorstkich od pracy dłoniach.
– Moja matka nauczyła mnie być dla ciebie dobrą.
– Twoja matka była cudowną kobietą.
– Oczywiście, że musisz tak myśleć – Pani Trenchard sprawiała wrażenie, 

jakby się skuliła. – Kochała cię bardziej niż mnie.

–   To   straszne.   –   Hannah   ruszyła   do   przodu,   żeby   powstrzymać   panią 

Trenchard.

Ciotka Spring odprawiła ją ruchem ręki.
– Siadaj, Hannah. – Mówiła stanowczo, głosem zupełnie niepodobnym do 

znanego Dougaldowi tonu ciotki Spring.

background image

Hannah usiadła. Minnie kiwnęła jej głową i obdarzyła smutnym uśmiechem.
– Twoja matka chuchała na mnie, bo nie byłam taka mądra i zaradna, jak ty. 

–   Ciotka   Spring   pogłaskała   ramię   pani   Trenchard.   –   Jakże   ci   zazdrościłam 
twojego wysokiego wzrostu i twojej siły!

Dougald   pojął,   że   chociaż   ciotka   Spring   mogła   wydawać   się   pomylona, 

rozumiała więcej, niż przypuszczał. Usiadł koło Hannah.

– Nie, panno Spring. Nie powinna była mi pani czegokolwiek zazdrościć. – 

Pani   Trenchard   ciężko   oddychała.   –   Przez   cały   czas   mojego   dorastania 
słyszałam tylko: „Pomóż  pannie Spring. Oddaj to pannie Spring. Nie martw 
panny Spring”.

– To musiało być dla ciebie bardzo męczące – łagodnym głosem powiedziała 

ciotka.

– A potem byłam na tyle dorosła, żeby uciec, więc wyszłam za mąż.
–   Pan   Trenchard   sprawiał   wrażenie   miłego   człowieka.   –   Ciotka   Spring 

pytająco uniosła brwi.

–   Był   wielkim   rozczarowaniem   –   beznamiętnym   głosem   odrzekła   pani 

Trenchard. – Nigdzie mnie nie zabierał. Rozwalał się na swoim tyłku i mówił: 
„Bądź miła dla panny Spring. Wtedy nie będę musiał pracować”. Miałam więc 
ich oboje przez cały czas na głowie. Matka i Trenchard wykorzystywali mnie i 
uwielbiali ciebie. Byłaś już starsza. Miałaś trzydzieści dwa lata i nie mogłaś 
znaleźć męża. Cieszyłam się, że jesteś starą panną. Ja miałam męża, nawet jeśli 
nie   był   wiele   wart.   A   potem...   potem   spotkałaś   pana   Lawrence’a.   Był 
przystojny, silny i odważny.

Ciotka Spring uśmiechnęła się na to wspomnienie.
– Tak, był.
– Miałaś wszystko, czego ja nie miałam. Czułam do ciebie tak wielką urazę, 

że omal nie postradałam zmysłów. Z radością organizowałam wasze sekretne 
spotkania.

– Bardzo ci byłam wdzięczna za pomoc.
– Wiem. Widziała pani we mnie tylko samo dobro.
– Kochana...
–   Nie.   Nie   byłam   dobra.   Miałam   nadzieję,   że   twój   brat   przyłapie   was   i 

wygna cię z zamku. A tymczasem wiesz, co się stało? Spodziewałaś się dziecka 
pana Lawrence’a. – Pani Trenchard przyłożyła rękę do oczu i zaszlochała. – Nie 
mogłam   mieć   dzieci.   Przez   wszystkie   lata   małżeństwa   nigdy   nie   poczułam 
dziecka w swym łonie. Ale ty... ty byłaś w ciąży. Twój brat, jego lordowska 
mość, posłał pana Lawrence'a na wojnę, a ty nadal byłaś szczęśliwa, tuląc do 
piersi swój sekret. Promieniałaś i nawet perspektywa, że popadniesz w niełaskę, 
nie mogła zrekompensować mojego nieszczęścia

Po zaróżowionych, pomarszczonych policzkach ciotki Spring popłynęły łzy.
– Judy, nie jesteś odpowiedzialna za to, co się stało.

background image

– Źle ci życzyłam. Chciałam, żeby opuściło cię szczęście.
Hannah konwulsyjnie zacisnęła lodowate palce na ręce Dougalda. Dougald 

ujął jej dłoń w swoją i zaczął ją rozgrzewać.

– Gdyby złe myśli mogły przerwać czyjąś ciążę, Trenchard, byłoby wiele 

bezdzietnych kobiet – zauważyła panna Minnie.

Pani Trenchard zdawała się nie słyszeć. Słuchała i mówiła jedynie do ciotki 

Spring.

–   To   była   moja   wina.   Po   prostu   nienawidziłam   i   nienawidziłam. 

Wyobrażałam   sobie   twoją   śmierć   i   śmierć   twojego   dziecka...   Zamiast   tego 
przyszła wiadomość o panu Lawrence. Nie chciałam, żeby mu się coś stało. 
Chciałam wszystko cofnąć. Naprawdę się starałam, ale wiadomość tak bardzo 
tobą wstrząsnęła. Straciłaś dziecko.

– Judy, moja droga, to nie była twoja wina. – Ciotka Spring chciała objąć 

panią Trenchard.

Pani Trenchard odskoczyła do tyłu jak oparzona.
–   Pomogłam   matce   ją   odebrać.   Słodka   maleńka   dziewczynka,   ślicznie 

zbudowana, zbyt maleńka, żeby żyć.

– Pamiętam. – Głos ciotki Spring załamał się.
– Matka dała mi dziecko, żeby je pochować. Powiedziała, żeby je pogrzebać 

w święconej ziemi, aby mogło być zbawione, ale miałam je ukryć starannie, 
żeby   nikt   nigdy   nie   odkrył   jego   istnienia.   Powiedziała,   że   jeśli   nam   się 
powiedzie, nikt nigdy się nie dowie o tej niesławie i będziesz mogła wyjść za 
mąż i być szczęśliwa.

– Ale nie mogłabym poślubić innego. – Ciotka Spring drżącą dłonią ocierała 

łzy. – Kochałam Lawrence’a on nie żył.

–   Zawiodłam.   Zawinęłam   dziecko,   włożyłam   je   do   mojej   szkatułki   na 

przybory   do   szycia   i  przyniosłam   tutaj.   Myślałam,   że   tu   będzie   bezpieczne. 
Chroniłam dziecko przed każdym, kto mógłby je znaleźć. Chroniłam cię, panno 
Spring.   –   Pani   Trenchard   oderwała   wreszcie   wzrok   od   ciotki   Spring,   żeby 
obrzucić pogardliwym spojrzeniem Hannah. – Ale ten wścibski bękart znalazł 
miejsce...

Hannah rzuciła się w stronę pani Trenchard. Dougald złapał ją za ramię.
–   ...i   teraz,   przez   nią,   nigdy   nie   wyjdziesz   za   mąż.   Nigdy   nie   będziesz 

szczęśliwa – dokończyła pani Trenchard, jakby nic się nie stało.

Hannah usiadła na swoim miejscu,  ale trzęsła  się jak w febrze. Dougald 

nigdy nie widział jej reagującej tak gwałtownie, ale też nigdy nie słyszał, żeby 
ktoś nazwał ją bękartem.

–   To   wariatka   –   mruknął   do   Hannah.   –   Nikogo   nie   obchodzi,   jak   cię 

nazwała.

–   Ale   mnie   obchodzi.   –   Hannah   spojrzała   na   niego,   po   czym  odwróciła 

głowę. – Wariatka czy nie, ale mnie obchodzi.

background image

Ciotka Spring pochwyciła dłonie pani Trenchard w swoje ręce i spojrzała jej 

prosto w oczy.

– Judy, kochanie, czy zabiłaś wszystkich lordów Raeburn?
– A więc ciotka wszystko rozumie – szepnął Dougald do Hannah.
– Biedna, kochana ciotka Spring – odszepnęła Hannah.
Pani Trenchard bez wahania odparła ciotce Spring.
– Nie zabiłam wszystkich. Nie zabiłam twojego brata ani jego synów. Tylko 

dwóch   pozostałych.   Chcieli   rozebrać   kaplicę   i   zbudować   ją   od   nowa.   Nie 
mogłam na to pozwolić.

– Judy, zabijanie ludzi to bardzo, bardzo zła rzecz – rzekła ciotka Spring.
– Wiem. – Pani Trenchard zdawała się zirytowana łagodną uwagą ciotki 

Spring. – Ale i tak byłam już potępiona za śmierć Lawrence'a i dziecka. Jakie 
znaczenie miały więc następne śmierci?

Ciotka Spring potrząsnęła dłonią pani Trenchard.
– Musisz obiecać, że już nigdy więcej nikogo nie zabijesz, nawet dla mojego 

bezpieczeństwa.

Pani Trenchard kiwnęła głową.
– Nie zrobię tego, panno Spring.
– A teraz, Judy, myślę, że powinnaś odpocząć.
– Tak. Muszę odpocząć. – Poruszając się niepewnie i ospale, jakby przybyło 

jej wiele lat, pani Trenchard podniosła się z podłogi i wyszła.

W kaplicy zapadła ponura, pełna zdumienia  cisza. Przerwała ją w końcu 

Hannah.

– Nie powinnam była się wtrącać.
– Nie miałaś wyboru. – Dougald obrócił ją twarzą do siebie. – Nie zgadzam 

się na to, żeby mnie zamordowano, bez względu na powody.

Światło   świecy   nadało   włosom   Hannah   kolor   stopionego   złota,   a   w   jej 

oczach   pojawił   się   tajemniczy   blask.   Zdawała   się   być   nieziemską   istotą, 
otoczoną ciepłą poświatą. Ale Hannah nie była nieziemską istotą i istniejące 
pomiędzy  nimi problemy nie mogły zostać rozwiązane na jakiejś niebieskiej 
płaszczyźnie.

Będą musieli porozmawiać. Nie chciał tego. W złości łatwo było wyrzucić z 

siebie   prawdę,   ale   taka   rozmowa   musiała   dotknąć   wielu   bolesnych   faktów, 
zmusić do różnych wyznań, poruszyć. Jeśli jednak nie spróbują się porozumieć, 
znów się rozdzielą. A tego nie mógłby znieść.

Hannah przechyliła głowę i spojrzała na niego zaalarmowana.
– Dougaldzie, co się stało?
– Musimy...
– Lordzie Raeburn, czy nie powinieneś posłać kogoś, żeby zatrzymać panią 

Trenchard? – Głośno, nerwowym tonem zapytał Seaton.

Dougald   miał   ochotę   rzucić   się   na   Seatona.   Dziś   wieczorem   chciał   być 

background image

wolny od obowiązków pana domu. Chciał mieć kilka godzin na rozmowę z 
żoną, a potem, jeśli wszystko dobrze pójdzie, chciał jej dogadzać i pieścić ją tak 
długo, dopóki na zawsze nie odciśnie na niej swojej pieczęci.

– Ta kobieta zamordowała dwóch lordów Raeburn. Musisz ją aresztować – 

nalegał Seaton.

Dougald przyjrzał się ciotkom. Panna Minnie, ciotka Ethel i ciotka Isabel 

usiadły   na   podłodze   koło   ciotki   Spring,   która   była   katalizatorem   tak   wielu 
okropnych zdarzeń i która teraz opłakiwała utracone dziecko, ukochanego i starą 
przyjaciółkę. Spojrzał na Charlesa, ciągle jeszcze trzymającego dwa kandelabry, 
przerażonego rozgrywającymi się wydarzeniami. Zerknął na Hannah, na której 
rzęsach nadal błyszczały łzy. I pomyślał o zdruzgotanej, starej kobiecie, która 
pewnie schodziła teraz po kamiennych schodach do kuchni.

Dougald był panem na zamku. Należało przenieść dziecko i pochować je w 

prawdziwej trumnie. Należało wezwać kapłana, żeby odprawił modły z ciotką 
Spring. A pani Trenchard... Będzie musiał zdecydować, co z nią począć. Dziś 
wieczorem Dougald nie mógł uciec od swoich obowiązków.

Rozmowa z Hannah będzie musiała poczekać.
– Charles, możesz iść za panią Trenchard? Charles odstawił świeczniki na 

stół i pospiesznie opuścił kaplicę.

Dougald zwrócił się do Seatona:
– Nie musisz się martwić. Pani Trenchard cię nie skrzywdzi, a wątpię, żeby 

chciała uciekać przed świtem.

background image

ROZDZIAŁ29

Pogrzeby zakończyły się. Żałobnicy odeszli. Pozostały jedynie kwiaty, bez 

zapachu, z opadającymi płatkami. Kwiaty, Dougald i Hannah.

W pustej kaplicy siedzieli obok siebie, nie dotykając się. Niezręczna cisza 

przeciągała się i Hannah zaczęła rozważać, czy nie udać nagłej potrzeby i nie 
uciec.

W końcu Dougald zauważył:
– Ponury dzień.
Wdzięczna, że się wreszcie odezwał, Hannah powiedziała:
–   To   było  coś   więcej   niż   tylko  pogrzeb   pani  Trenchard   i  dziecka   ciotki 

Spring.

Zwrócił do niej bladą twarz.
– Co jeszcze?
Hannah   zrozumiała,   że   po   wydarzeniach   ubiegłej   nocy,   po   odnalezieniu 

małej   trumienki,   po   spowiedzi   pani   Trenchard,   jej   zasłabnięciu   i   fatalnym 
śmiertelnym   upadku   ze   schodów,   Dougald   mógł   się   obawiać,   że   wszystko 
zostanie pogrzebane bez jego wiedzy.

– Miałam na myśli tylko to, że z ramion ciotki Spring i z ziemi należącej do 

Raeburnów zdjęto ogromny ciężar. Została rozwikłana tajemnica, a jutro będzie 
nowy dzień. – Uśmiechnęła się do niego z nadzieją, że odpowie jej uśmiechem. 
– Jutro powitamy królową Anglii.

–   Za   twoją   przyczyną,   kochanie.   –   Nie   uśmiechnął   się,   a   jego   oficjalna 

pochwała zmroziła ją. – Bo umiałaś słuchać, kiedy ciotka Spring mówiła o swej 
utraconej miłości.

Swoboda,   która   wczoraj   panowała   między   nimi,   gdzieś   znikła.   Nie 

wiedziała,   dlaczego.   Widziała   jego   przemianę   ubiegłej   nocy   w   kaplicy. 
Intensywnie patrzył na nią, skupił się wyłącznie na niej. A potem odezwał się 
Seaton i Dougald, który trzymał ją za rękę, który słuchał, co mówiła, który 
liczył   się   z   jej   opinią,   gdzieś   znikł.   Jego   miejsce   zajął   stary,   daleki, 
odpowiedzialny Dougald, pan na zamku Raeburn, mistrz organizacji.

Czy żałował tego, co mówił wczoraj? Czy żałował, że powiedział prawdę? 

Czy   powiedziała   coś,   co   spowodowało,   że   pojął,   jak   głęboko   żałował   ich 
małżeństwa?

Czy zamierzał jej powiedzieć, żeby dziś wyjechała?
Ze swej strony Hannah zachowywała się jak żona, której groziło odrzucenie. 

Siedziała   spokojnie,   z   wyprostowanymi   plecami   i   rękami   złożonymi   na 
kolanach,   starając   się   zachować   miły   wyraz   twarzy.   Krótko   mówiąc, 
zachowywała się z godnością i gracją.

– Ciotka Spring po prostu jest zagubiona, ale nie pomylona. Wczoraj w nocy 

płakała nad obydwoma ciałami, dziś pochowała je w rodzinnej kwaterze, a już 

background image

niedługo uda się wraz z pozostałymi ciotkami na górę, żeby dokonać ostatnich 
poprawek gobelinu.

– A więc lubisz moją ciotkę Spring? – zapytał Dougald.
– Bardzo. – Hannah przyglądała się, jak popołudniowe słońce prześwieca 

przez   witraże   i   rozjaśnia   czarne   ubranie   i   ukochane   rysy   twarzy   Dougalda 
błękitem, czerwienią i złotem.

– Ciotki są wspaniałe. Żadna nie wydawała się specjalnie zdziwiona historią 

dziecka ciotki Spring.

– Powiedziała im.
– To nie jest historia do opowiadania przez kobietę. To trudna opowieść o 

czymś ogromnie bolesnym, ale jeśli się słucha, znajduje się w niej prawdę.

– Chcesz powiedzieć, że nie słucham? – zapytał ostro.
Zaskoczyła ją obronna postawa Dougalda.
– Wcale nie.
– Ale to chyba prawda. Mój ojciec nigdy nie słuchał, ja zaś starałem się być 

taki jak on. I udawało mi się całkiem nieźle. Do niedawna. – Pochylił się do 
przodu, opierając łokcie na kolanach, ze wzrokiem utkwionym w ołtarz. – Czy 
moja babka opowiadała ci kiedykolwiek o mnie i o ojcu?

Hannah   wstrzymała   oddech.   Dougald   zamierzał   mówić   o   sobie.   I   o 

przeszłości. Do niej. Siląc się na lekki ton, powiedziała:

– Nie, a kiedy zapytałam, oświadczyła, że twój ojciec był święty, ty zaś w 

dzieciństwie byłeś aniołem.

Roześmiał się, tak jak chciała, ale nadal na nią nie patrzył.
– To do niej podobne. Babcia uważała za swoją misję zaprowadzanie pokoju 

w rodzinie i wcielanie świętych wzorców, i jeśli w ramach swoich obowiązków 
musiała skłamać, robiła to doskonale.

Hannah zauważyła ręce Dougalda. Miał zaciśnięte pięści, a kostki aż białe z 

napięcia. To było dla niego trudne, tak trudne, że miała ochotę poklepać go po 
ręce i powiedzieć, żeby się nie przejmował. Ale nie zrobiła tego. Dougald chciał 
jej coś powiedzieć. Udało mu się znaleźć okazję, żeby porozmawiać bez ryzyka 
przerwania jakąś bójką czy postrzałem.

–   Podejrzewam,   że   nie   byłeś   takim   aniołem,   jak   mówiła   twoja   babka   – 

rzekła.

– Nie chcę mówić źle o zmarłych, ale naprawdę były obiektywne powody 

mojego zachowania. – Zacisnął usta. – Nie pamiętam swojej matki. Całą miłość 
dawała   mi   babka.   Ale   ojciec   był   tyranem,   który   mnie   nie   kochał   i   nie 
interesował   się   tym,   co   robię,   poza   osiągnięciami,   które   podnosiły   rangę 
nazwiska rodowego.

– Zbuntowałeś się więc.
– Słyszałaś plotki.
– Niektóre – przyznała. – Dawno temu, a ostatnio od Seatona.

background image

– Seaton. – Dougald uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Gdyby znał szczegóły, 

mógłby przez lata opowiadać o nich przy obiadach.

– Są takie straszne?
–   Mój   ojciec   przywiązywał   wagę   do   ciężkiej   pracy   i   abstynencji. 

Pogardzałem nim. Babka w kółko opowiadała o rodzinnym honorze i tradycji. 
Nie znosiłem tego. Wszystko, co mówili, wydawało mi się takie staromodne i 
ograniczające. Wiedziałem, czego chcę, i nie było to życie człowieka interesów, 
ubranego w czarny strój, z krawatem na szyi. – Dougald z kamienną twarzą 
dotknął   zawiązanego   pod   szyją   krawata.   –   Moja   rodzina   była   bogata,   więc 
wiodłem   dostatnie   życie.   Gdy   miałem   piętnaście   lat,   po   nocach   piłem   do 
nieprzytomności,   paliłem   cygara   aż   do   wymiotów   i   odwiedzałem   najlepsze 
dziwki. Byłem twardy. Byłem prawdziwym mężczyzną.

Hannah   nie   umiała   sobie   wyobrazić   Dougalda,   zachowującego   się   tak 

rozwiąźle. Gdy na nią zerknął, zobaczył utkwione w sobie, pełne niedowierzania 
spojrzenie, więc dodał pospiesznie:

– Dopóki ojciec nie cofnął mi renty. Hannah drgnęła.
– Nie mogłem uwierzyć. Nie mogłem uwierzyć, że mógł mi to zrobić. Tak 

bardzo go znienawidziłem.

– Rozumiem to.
– Rozumiesz?
– Też miałam ojca – wyjaśniła. – Nie poślubił mojej matki.
– Może chciał to uczynić, ale nie mógł przeciwstawić się swoim rodzicom.
– Jutro spotkam moich dziadków. – Niemal pragnęła odłożyć to spotkanie na 

później,   dopóki   nie   zdobędzie   więcej   pewności   siebie,   nie   nabierze   więcej 
odporności, a przynajmniej nie ucichnie burza jej emocji.

– Stanowimy parę – powiedział swoim najbardziej pesymistycznym tonem.
– Nie bądź taki radosny.
Nie zareagował na jej żart. Westchnęła ciężko.
– Wróciłeś więc do domu?
– Ja?  Nie. Ojciec chciał, żebym się pokajał. Byłem zdecydowany zrobić 

wszystko, żeby mu się nie udało.

Mogła sobie wyobrazić młodego Dougalda, duszącego się własną dumą.
– Mieszkałeś u przyjaciół?
– Kiedy skończyły się pieniądze, nie miałem już przyjaciół.
Mówił bez goryczy, ale to musiało być bolesną lekcją dla młodzieńca.
– Co zrobiłeś?
– Stoczyłem się na dno. Byłem łajdakiem pierwszej wody. Przewodziłem 

gangowi   złodziei.   Walczyliśmy   z   innymi   gangami,   napadaliśmy   na   każdego 
dandysa, który był na tyle nieostrożny, żeby znaleźć się po ciemku na ulicy, 
kradliśmy wszystko, co tylko wpadło nam w ręce, a kiedy mnie złapano... – 
Zawiesił głos.

background image

Serce powędrowało Hannah do gardła. Złodziei wieszano.
– Złapano cię?
–   Sędzia   musiał   mi   pokazać   szubienicę,   żebym   się   poddał,   i   posłał 

informację do mego ojca. – Wyprostował się i z kamienną twarzą ciągnął dalej: 
– Ojciec doznał wstrząsu i umarł. Chwycił się za serce i padł trupem na miejscu.

Hannah siedziała oszołomiona, usiłując sobie wyobrazić, jak poczucie winy 

wpłynęło na wrażliwego młodzieńca.

–   Charles zapłacił sędziemu sowitą łapówkę i wydostał mnie z więzienia. 

Zabrał mnie do domu, żebym zobaczył ojca, który właśnie leżał w trumnie.

– To straszne – wyszeptała.
Dougald wpatrywał się w kwiaty, więdnące w wazonach.
– Na każdym pogrzebie zawsze myślę o ojcu. Wreszcie zrozumiała.
– Obwiniasz się za jego śmierć.
– Mam pewne powody.
– No oczywiście, że masz jakieś powody, ale nie wszystko jest twoją winą! 

Byłeś zaledwie chłopcem. To on powinien ci wpoić system wartości, a jeśli na 
początku mu się to nie udało, powinien spróbować jeszcze raz. Powinien cię 
odnaleźć i skłonić do powrotu do domu. Był człowiekiem interesu, odnoszącym 
sukcesy. Jego duma  zniosłaby taki cios. Zamiast tego umarł i nawet cię nie 
zobaczył.

Dougald patrzył na nią z krzywym uśmiechem.
– Czy dlatego zawsze wspierałeś sierocińce i znajdowałeś godziwą pracę 

mężczyznom i kobietom z ulicy?

– Miałem wiele do naprawienia.
– A ja myślałam, że masz po prostu dobre serce. – Przytuliła głowę do jego 

ramienia,   po   czym   nagle   wyprostowała   się.   –   Ale   zawsze   byłeś   takim 
bezwzględnym człowiekiem interesu.

– Bo chciałem być lepszy od ojca. Poza tym przejąłem rodzinną firmę, mając 

szesnaście   lat.   Gdybym   nie   był   bezwzględny,   zostałbym   zmieciony   z 
powierzchni ziemi przez tak zwanych przyjaciół ojca.

Hannah chciała coś powiedzieć. Musiała coś powiedzieć, poinformować go 

o   tym,   co   odkryła   w   ciągu   ostatnich   kilku   dni.   Ale   Dougald   mylnie 
zinterpretował jej intencje. Z szorstką szczerością rzekł:

–   Nie   próbuj   mi   wmawiać,   że   zostałabyś,   gdybyś   o   tym   wiedziała.   To 

nieprawda. Byłem zdecydowany pokonać ojca na każdym polu. W końcu bym 
cię wypędził.

Znów próbowała otworzyć usta. Ale machnął ręką, żeby się wstrzymała.
– Byłaś za młoda, żeby dać sobie ze mną radę. Nie miałaś matki, nie miałaś 

przyjaciół, nikogo, kto mógłby ci poradzić, co robić, gdy mężczyzna jest uparty 
i głupi. Nie powinienem był się żenić z tobą tak wcześnie. To był mój błąd.

W końcu nie wytrzymała.

background image

– Większy niż kłamstwa  o moim  sklepie z ubraniami?  Spojrzał na nią i 

widząc jej niecierpliwość, przyłożył dłoń do swojego ramienia.

– Zaczyna mnie boleć rana...
– Moja też. Wyprostował się.
– Twoja kostka?
–   Nie.  Rana,   którą   mi   zadałeś,   mówiąc,   że  porzuciłam   cię,  nie   próbując 

ratować naszego związku.

– Och. To był jeden z elementów mojej gry, żeby cię odepchnąć od siebie.
Dougald   próbował     uśmierzyć   jej   ból,   biorąc   na   siebie   całą 

odpowiedzialność. Odwróciła się ku niemu.

–   Nie   kłam.   Od   razu   poznałam   prawdę.   Zbyt   długo   żyłam,   usiłując 

usprawiedliwić sama przed sobą moją ucieczkę. Wiem, że źle zrobiłam.

– Byłaś młoda.
–   Inne   kobiety   składały   przysięgę   małżeńską   w   wieku   osiemnastu   lat   i 

traktowały ją poważnie. Wyjechałam, bo chciałam odejść, zanim twoje dziecko 
zacznie mi wypychać brzuch.

Szarpnął się, jakby trafiła go kolejna kula.
– Brzmi to rozsądnie.
– Tak. Tak było. Prawda jednak polega na tym, że zawsze gdzieś czaiły się 

duchy z mojej przeszłości. Stale coś mi szeptały. – Z drżącym westchnieniem 
przyznała: – Nigdy nie oczekiwałam, że nasze małżeństwo przetrwa.

Jego twarz zastygła w chłodną maskę człowieka interesów i pana na zamku.
– Rozumiem.
– Nie, nie rozumiesz. Nie mogliśmy się gorzej dobrać. Ty miałeś tyle do 

udowodnienia sobie. I ja, pewna, że żaden mężczyzna nie będzie mnie chciał na 
zawsze.

Maska opadła z jego twarzy, odsłaniając oblicze zmieszanego człowieka.
– Nie będę cię chciał? Zawsze  cię chciałem.  Tak bardzo, że aż się tego 

wstydziłem. Bałem się, że utracę kontrolę. Nie wiedziałaś tego?

– Nie, zresztą nawet gdybym wiedziała, nie miałoby to żadnego znaczenia. Z 

moich   doświadczeń   wynikało,   że   nie   było   na   tym   świecie   domu,   który   by 
przetrwał. W każdym razie nie było domu dla mnie.

– Pozwoliłem, żeby Charles prowadził nasz dom, więc nigdy nie czułaś się 

w nim jak w swoim.

– Ale miałeś rację, mówiąc, że mogłam z nim walczyć i wygrać. Miałam 

broń. Po prostu... wydawało mi się, że to nie ma sensu..  – Hannah słyszała 
opowieść Dougalda, była nią wzruszona i w rewanżu chciała przedstawić mu 
swoją   prawdę.   Ale   było   to   trudne.   Czuła   utrzymujący   się   ból   dawnych 
wspomnień. Lecz ciągnęła dalej, nie zważając na załamujący się głos. – Moja 
matka... Znałeś moją matkę.

– Dobra kobieta.

background image

–   Tak.   Wychowała   mnie   najlepiej,   jak   umiała.   Otoczyła   mnie   miłością. 

Starała   się   wpoić   we   mnie   dumę   i   siłę,   ale   musiała   mnie   opuścić,   zanim 
ukończyła tę pracę. – Próbowała się do niego uśmiechnąć. – Czy wiesz, jakie 
były pierwsze słowa w moim życiu, które usłyszałam i zapamiętałam?  „Hej, 
bękarcie, nie rób tego!”. Moja piastunka nie mogła zapamiętać mojego imienia. 
Jej dzieci również. Byłam więc bękartem.

Zacisnął dłoń na oparciu stojącej przed nimi ławki.
– Czy twoja matka o tym wiedziała?
– Oczywiście że nie, i nigdy jej tego nie powiedziałam.  – Przypominała 

sobie chwile, gdy pragnęła z nią o tym porozmawiać, ale widziała, jaki ciężar 
matka dźwigała i bez tego. – Jaką miałam alternatywę?

– Żadnej. – Zmarszczył brwi. – Nie rozumiem jednak, co to ma wspólnego z 

naszym   małżeństwem.   Nigdy   się   nie   przejmowałem   twoim   pochodzeniem. 
Nigdy nie czyniłem ci żadnych wyrzutów. Zabiłbym każdego, kto by próbował 
to uczynić.

– Ze względu na mnie? – Wyprostowała plecy i zadała trudne pytanie. – A 

może dlatego, że nikomu nie wolno spotwarzać twojej żony?

– Ze względu na ciebie... bo... to nigdy... – Przerwał. – Nie wiem, Hannah. 

Nawet wtedy, gdy byłem samolubnym młodzieniaszkiem, nie chodziło mi tylko 
o moją dumę. A teraz... teraz mało mnie obchodzi, co ludzie myślą o tobie. 
Liczy się tylko to, co ja myślę, a ja uważam, że jesteś niezwykłą kobietą.

Zaśmiała się.
– Akurat w to uwierzę.
– Że jesteś nadzwyczajną kobietą?
– Że nie zwracasz uwagi na to, co myślą inni.
–   Uwierz   więc,   że   tylko   nadzwyczajna   kobieta   mogła   mnie   odwieść   od 

doskonale zaplanowanej zemsty.

Piękna   deklaracja,   którą   zachowa   w   pamięci.   Ze   słów   Dougalda   biła 

szczerość jaśniejsza niż różnobarwne światło, wpadające przez witrażowe okna. 
Był z niej dumny i gdyby teraz chciała, mogłaby przestać opowiadać. Tyle już 
sobie powiedzieli. Nie musiała mu mówić wszystkiego. Nie musiała obnażać 
każdego krępującego wspomnienia.

–   Wiem,   kim   jestem   –   rzekła.   –   Wiem,   co   zrobiłam.   Założyłam   i 

prowadziłam   z   sukcesem   przedsiębiorstwo   w   świecie   zdominowanym   przez 
mężczyzn. Mam świadomość tego, jak bardzo wydoroślałam od czasów, gdy 
jako młoda dziewczyna uciekłam od ciebie i naszego małżeństwa.

Dougald   był   taki   odważny.   Czy   mogła   być   gorsza?   Przecież   chyba   nie 

ucieknie, kiedy odsłoni przed nim brzydkie tajemnice, pogrzebane w głębi jej 
duszy. Chciało jej się śmiać, ale się powstrzymała. Może jej brzydkie sekrety 
nie   kryły   się   w   jej   duszy,   lecz   w   brzuchu,   gdyż   jej   żołądek   ścisnął   się   w 
proteście, gdy wyobraziła sobie, że wyznaje mu prawdę.

background image

– Jeśli twierdzisz, że jestem nadzwyczajna, nie będę się z tobą sprzeczać.
– Grzeczna Hannah – pochwalił ją.
Kiedy się dowie, jaka jest naprawdę, pewno odwróci się od niej. Hannah 

zwilżyła nagle wyschnięte wargi i dokończyła:

– Przez większość czasu.
– Wiedziałem, że gdzieś kryje się pułapka.
– Czasami ktoś coś powie i cały strach i poczucie winy wracają.  Gdy byłam 

dzieckiem, zawierałam ostrożne przyjaźnie. Lubili mnie. Śmialiśmy się razem. 
Razem   jedliśmy.   Myślałam   za   każdym   razem,   że   będzie   inaczej,   ale   i   tak 
odwracali się ode mnie,  dowiedziawszy się o moim  pochodzeniu. – Hannah 
starała się patrzeć na Dougalda, ale chociaż znała tego człowieka najlepiej, jak 
tylko   kobieta   może   znać   mężczyznę,   umykała   wzrokiem.   Zrozumiała,   że 
fizyczna bliskość nie może się równać wspólnocie myśli, wspomnień i uczuć. – 
Jeśli codziennie bije się psa, w końcu zaatakuje.

Oparł się o poręcz ławki i przyglądał się jej wszystkowiedzącym wzrokiem.
– Ostatniej nocy myślałem, że rzucisz się na panią Trenchard.
Miała   nadzieję,   że   tego   nie   zauważył.   Głupia,   przecież   Dougald   widział 

wszystko.

–   Tak   dawno   tego   nie   słyszałam.   Bękart.   Nazwała   mnie   bękartem.   – 

Dotknęła czoła, warg, szyi. Te gesty zdradzały jej podniecenie, ale nie potrafiła 
się pohamować. Musiała się ruszać, otrząsnąć z bólu, bo w przeciwnym razie 
obudzi się w niej dawna wściekłość. Bała się, że gniew weźmie nad nią górę i 
jeszcze raz stanie się dawną Hannah, rozpaczliwie pragnącą, żeby ją lubiano, 
obawiającą się odrzucenia, bezustannie poszukującą domu i własnej rodziny. – 
Myślałam, że przeszłam daleką drogę. – Z rękoma na kolanach mówiła cichym, 
pełnym napięcia głosem. – Ale kiedy pani Trenchard to powiedziała, chciałam 
tylko   jej   przerwać,   zanim   wszyscy   będą   wiedzieli...   zanim   odwrócą   się   ode 
mnie...

– Wszyscy... ciotki nigdy by się od ciebie nie odwróciły. Uwielbiają cię.
–   Wiem.   Wiem!   Ale   wtedy   nie   myślałam,   chciałam   tylko   walczyć   albo 

uciekać.

– Och. – Wreszcie zrozumiał. – Tak jak zrobiłaś ze mną.
–   Spodziewałam   się,   że   mnie   zranisz.   Kochałam   cię   coraz   bardziej   i 

obawiałam się, że gdy mnie odtrącisz, ból będzie nie do zniesienia. – Teraz też 
bardzo   cierpiała,   wyznając   jaka   niegdyś   była   wrażliwa   i   przerażona.   I   jak 
podobnie czuła  się  teraz,  w jego  towarzystwie.  –  Właściwie  wyrządziłeś  mi 
przysługę,   odmawiając   mi   sklepu   z   ubraniami.   Moje   marzenia   nie   legły   w 
gruzach. Dostarczyłeś mi wymówki, której szukałam. Powodu, żeby móc cię 
opuścić.

Wstał gwałtownie, po czym usiadł z powrotem.
– Mój Boże, nigdy nie mogliśmy być razem!

background image

–   Właśnie.   –   Była   zadowolona,   że  pojął   prawdę,  wiedziała   też,   że   sama 

wszystko   rozumiała.   Żeby   oboje   mogli   osiągnąć   to   zrozumienie,   musieli 
zniszczyć swoje małżeństwo. – Najpierw musiałam się przekonać, że mogę mieć 
przyjaciół, że nie jestem tylko biednym bastardem, którym pogardza świat. A 
ty... musiałeś się dowiedzieć, że nie chcesz być taki, jak twój ojciec.

– Nie dowiedziałem się, że nie chcę być taki jak ojciec. Przekonałem się, że 

przez   ciebie   nie   udało   mi   się   upodobnić   do   niego.   Jak   mogłem   być   zimny, 
obojętny, niekochający, skoro warczałaś na mnie, gderałaś i doprowadzałaś do 
pasji? – Ostrożnie ujął jej dłonie w swoje i zaczął je rozcierać. – Jest takie mądre 
powiedzenie,   że   nie   można   dwa   razy   wejść   do   tej   samej   rzeki.   Można   się 
znaleźć w tym samym miejscu na brzegu, ale woda, która wcześniej tam była, 
spłynęła już do morza. Stoimy na brzegu rzeki, w tym samym miejscu, gdzie 
znajdowaliśmy się kiedyś. Ale to nie jest ta sama rzeka.

– Nie jesteśmy tymi samymi ludźmi. – Oddala mu uścisk ręki. – Chciałabym 

ponownie wejść z tobą do rzeki.

Dougald na chwilę zaniemówił.
Na   jego   twarzy   pojawił   się   uśmiech.   Uśmiech,   który   łączył   dawnego, 

pełnego uroku Dougalda z nowym, powściągliwym w słowach.

– Prosisz, żebym cię poślubił?
Zamarła. Przez mgnienie pomyślała o tym, w jaki sposób planował na niej 

zemstę.   Stanęło   jej   przed   oczami   wspomnienie   jego   palącej   przemowy   i 
uderzyło niby obuchem.

Jeśli teraz mu się podporządkuje, Dougald wygra. Będzie jego własnością na 

zawsze, i będzie ją mógł ranić do woli. Ale Dougald, który ściskał jej dłonie, 
wierzył   w   nią.   Odsłonił   przed   nią   swoją   przeszłość.   Słuchał,   kiedy   mówiła. 
Przyjął nawet przeznaczoną dla niej kulę, chociaż wcale tego nie pochwalała. 
Musiała   odpłacić   mu   zaufaniem.   Może   nie   była   to   miłość,   a   tylko   zwykła 
namiętność, ale chodziło o Dougalda, który był wszystkim, czego pragnęła.

– Pamiętasz, kiedy mi powiedziałeś, że chciałeś mnie w sobie rozkochać, 

żeby móc mnie podporządkować swoim małżeńskim potrzebom?

Zesztywniał, zachowując wzmożoną czujność. 
–Tak.
– Cóż... twój plan w połowie się powiódł. Zrozumiał natychmiast. Porwał ją 

w objęcia i przytulił mocno.

– Uczyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem w życiu. Chciałbym móc... 

poczekaj. – Wstał i pociągnął ją za sobą. – Chodź. – Wyciągnął ją z ławki i 
podążył   do   przodu.   Gdy   znalazła   się   dokładnie   naprzeciwko   ołtarza,   zajął 
miejsce u jej boku.

Kiedyś już stała z Dougaldem w kościele, przed ołtarzem. Wówczas ławki 

pełne były członków najznamienitszych rodów z Liverpoolu, miała  suknię z 
najprzedniejszego   błękitnego   aksamitu,   a   przy   kazalnicy   stał   kapłan.   Teraz 

background image

kaplica była pusta, a Hannah miała na sobie czarną, żałobną suknię i tylko oni 
dwoje wiedzieli, co powiedzą. Rozumiała, co jej proponował.

Tym razem ich przysięga będzie prawdziwa.
Ujmując jej ręce i spojrzał jej w twarz.
– Były chwile w tym tygodniu, kiedy myślałem, że już nigdy więcej nie 

zaznam   miłości.   Budziłem   się   z   nadzieją,   że   cię   zobaczę.   Pławiłem   się   we 
wspomnieniach   twojego   uśmiechu.   Wędrowałem   korytarzami   wyobrażając 
sobie, że idziesz razem ze mną. Dusza mi krwawiła za każdym razem, kiedy mi 
mignęłaś przed oczami – fragment koronki, satynowa gładkość twojego dekoltu, 
smukłość   twojej  talii.  Mówiłem  sobie,   iż  pragnę   cię  jedynie  mieć  w  swoim 
łóżku, ale każdego dnia przybliżałem się do prawdy. Chciałem, żebyś była moją 
żoną.

Powinna odczuwać triumf. Starała się, żeby cierpiał, i odniosła sukces. Ale 

Dougald dość już wycierpiał w swoim życiu.

Miał uroczysty wyraz twarzy, mówił głębokim, dźwięcznym głosem. – Chcę 

z   tobą   rozmawiać.   Chcę   cię   słuchać.   Chcę   z   tobą   spacerować   i   bardzo   cię 
pragnę. Tego samego będę chciał za sto lat. Jeśli obiecasz, że zostaniesz moją 
żoną na zawsze, ręczę, że będziesz szczęśliwa. Proszę, Hannah, będziesz moją?

Chciała mu odpowiedzieć. Chciała powiedzieć, że był dla niej wszystkim, 

opiekunem, kochankiem, mężem. Przez całe lata uciekała przed wspomnieniami 
o nim. Przez lata nie mogła zapomnieć. Odkąd przybyła do zamku Raeburn, był 
jej obrońcą i po prostu mężczyzną jej życia.

Ale miała trudności z wymawianiem słów. Udało jej się tylko ująć w dłonie 

jego twarz i, patrząc na niego oczami pełnymi łez, wyszeptała:

– Na zawsze. Jestem twoja na zawsze.

background image

ROZDZIAŁ30

Pociąg przyjechał. Królowa Wiktoria znajdowała się w drodze. Podróżowała 

powozem, który Dougald sprowadził ze swojego domu w Liverpoolu. Hannah 
nerwowo przemierzała nowo zbudowany hol na parterze zamku.

– Pada. Jak może dzisiaj padać?
– To jest Anglia – odparł Dougald. – Jej królewskiej mości zdarzało się już 

zmoknąć.

Hannah  obrzuciła  go spojrzeniem,   którym  jasno  dała  do zrozumienia,   co 

sądzi   o   jego   zdrowym   rozsądku,   i   czekała   na   ciotki,   które   zeszły   na   dół   i 
ustawiły się rzędem.

Dougald   nie   wiedział,   czym   bardziej   denerwowała   się   Hannah   – 

perspektywą   zaprezentowania   królowej   gobelinu,   czy   świadomością,   że   na 
zaplanowanym potem przyjęciu mieli być obecni jej dziadkowie. Maszerowała 
w tę i z powrotem przed ciotkami, wygłaszając płomienną przemowę, której nie 
powstydziłby się sam Nelson, i sprawdzając, czy są właściwie ubrane.

Na szczęście ciotki były tak zdenerwowane, że pozwalały jej na to.
Dougald szedł za Hannah, która poprawiała suknie, i uśmiechał się po kolei 

do staruszek.

–   Ta   karmazynowa   czerwień   świetnie   ci   pasuje,   ciociu   Isabel,   niebieski 

podkreśla   kolor   twoich   oczu,   ciociu   Ethel.   Ciociu   Spring.   –   Ujął   jej   ręce   i 
rozłożył szeroko. – Te różowe kwiatki na białym tle są doprawdy urocze.

–   Lubię   tę   suknię   –   odparła   ciotka   Spring.   –   Chyba   nie   uważasz,   że 

włożyłam ją zbyt wcześnie po pogrzebach?

Dwa   pogrzeby   jednego   dnia,   a   w   następnym   uroczystość   wydawały   się 

Dougaldowi dość dziwacznym zestawieniem, powiedział jednak:

–   Pogrzeby   nie   były   zaplanowane,   a   wizyta   królowej   jest   wyjątkowym 

wydarzeniem. Jej królewska mość nie chciałaby myśleć, że zakłóca nam żałobę, 
my zaś nie chcemy, żeby czuła się zakłopotana naszym smutkiem.

– To samo powiedziałam Spring, milordzie – rzekła panna Minnie.
– Jest pani bardzo mądra – odpowiedział Dougald. – I muszę dodać, że w tej 

szarej sukni wygląda pani prześlicznie.

Panna Minnie wygładziła spódnicę.
– Od lat nie miałam jej na sobie. Nie jest modna.
– Pani godność i powaga sprawiają, że doskonale pani wygląda w sukniach 

w dawnym stylu. – Dougald obserwował ciotki, które zbiły się w małą grupkę, 
rozmawiając. Potem skierował się ku Hannah.

– Jak to zrobiłeś? – zapytała.
– Co?
– Że się odprężyły. Mówiłam im, żeby się uspokoiły, ale nie chciały mnie 

słuchać.

background image

– Nie rozumiem, dlaczego. – Pogładził złote pasmo włosów. – Czy mówiłem 

ci,   jak   pięknie   dziś   wyglądasz?   Włożyłaś   idealną   suknię   na   popołudniową 
wizytę jej królewskiej mości. Nigdy bym nie przypuszczał, że ten złocisty kolor 
będzie tak doskonale pasował do twoich włosów.

Na jej ustach zagościł delikatny uśmiech. Zerknęła w dół.
– Lubię ją.
– Połysk jedwabiu dodaje elegancji.
– Jestem wysoka. W falbankach wyglądam trochę śmiesznie.
– Masz wspaniałe wyczucie stylu. – Wziął ją za rękę i poprowadził w stronę 

nowych,   dwuskrzydłowych   drzwi   wejściowych,   przy   których   znajdowało   się 
okno. – Wyobraź sobie, że jesteś królową i właśnie wkroczyłaś w mury zamku 
Raeburn. Co myślisz? –zwrócił się do Hannah.

Rozejrzała się, on zaś patrzył razem z nią. Dokładna praca cieśli, murarzy i 

kamieniarzy   nie   nosiła   śladów   pośpiechu.   Posadzki   z   różowego   marmuru 
ciągnęły się przez cały hol i łączyły z drewnianą podłogą w głównym korytarzu. 
Drewniane,   bogato   rzeźbione   framugi   błyszczały   wypolerowane,   a   ściany 
pokrywała świeża, gładka warstwa kremowej farby.

– Ślicznie wygląda – odezwała się.
– Myślę, że powinniśmy  kazać wymalować  parę złotych liści na suficie, 

oczywiście kiedy będziemy mieli czas.

Spojrzała w górę. –Tak.
–   Jestem   najbardziej   zadowolony   z   marmurowych   detali   przy   nowych 

schodach wejściowych. Szkoda, że pada, i królowa nie będzie mogła im się 
dokładnie przyjrzeć.

Hannah szczelniej otuliła ramiona szalem.
–   Dougaldzie,   próbujesz   mnie   uspokoić?   Zawsze   wiedział,   że   była   zbyt 

mądra.

– A udało mi się?
Przez chwilę zdawało  się,  że Hannah nie może  zdecydować,  czy  ma  się 

śmiać, czy gniewać, lecz poczucie humoru zwyciężyło. Zachichotała.

– Ale z ciebie łajdak.
– Łajdak, który cię uwielbia.
– Musisz przestać się uśmiechać. – Rozejrzała się dookoła. – Wszyscy będą 

wiedzieć, co robiliśmy ostatniej nocy.

– Niech wiedzą.
– Nie wiedzą jeszcze, że jesteśmy małżeństwem.
– Raczej mi się to podoba. Nie robiłem nic zakazanego od... no, od czasu, 

kiedy ostatnio zachowywaliśmy się nieprzyzwoicie.

– W zeszłym tygodniu. – Pomyślała, że zasłużył na odrobinę cierpienia za to, 

że nią manipulował, nawet jeśli jego motywy były dobre, więc odchodząc od 
niego, rzuciła mu przez ramię zalotne spojrzenie.

background image

Nie miała specjalnie okazji, by się nauczyć zalotnych spojrzeń, jednak chyba 

to, jakie mu posłała, było skuteczne, bowiem zaczął iść za nią.

Dołączyła do ciotek i odezwała się znacznie mniej oficjalnie:
– Jestem taka podniecona.
– Czy jej królewskiej mości spodoba się gobelin? – co najmniej piąty raz 

zapytała ciotka Ethel.

– To najwspanialszy gobelin, jaki kiedykolwiek widziałam – odpowiedziała 

Hannah. – Tylko głupiec by go nie docenił, a królowa nie jest głupia.

Ciotki porozumiały się wzrokiem i rzekły chórem:
– Też jesteśmy bardzo podniecone! Zza zakrętu korytarza wybiegł Seaton.
– Spóźniłem się?
–   Ależ   skąd.   –   Hannah   stanęła   jak   wryta   na   widok   stroju   Seatona.   W 

sytuacji,   gdy   na   powitanie   władczyni   inni   mężczyźni   założyliby   wytworne 
ubrania   w   ciemnych   kolorach,   Seaton   wystroił   się   jak   paw   w   mieszaninę 
szmaragdowego, żółtego i ciemnoniebieskiego.

Pokłoniwszy się Hannah swoim najpiękniejszym ukłonem, poprosił:
– Droga panno Setterington, czy przedstawi mnie pani królowej?
– Oczywiście, jeśli tylko protokół na to zezwoli. – Protokół zezwoli na to w 

chwili, gdy królowa będzie potrzebowała rozrywki. – Może jednak powinien 
pan czekać w głównej sali.

Z błyszczącymi oczami poprawił satynową kamizelkę w kratkę.
–   Jak   pani   sobie   życzy,   panno   Setterington!   Gdy   się   oddalił,   Hannah 

uśmiechnęła się.

– Jest kochany.
– To kretyn – odparł Dougald.
Wystawiony na czaty lokaj omal się nie potknął o własne nogi, wpadając do 

holu i anonsując:

– Przyjechali, milordzie. Dwanaście powozów, wszystkie pełne.
Przez służbę przeszła fala ożywienia. Wszyscy mieli przydzielone zadania i 

z zapałem pilnowali swoich obowiązków, chcąc zobaczyć królową. Odźwierny 
otworzył   drzwi.   Lokaje   pospieszyli   z   parasolami   na   zewnątrz   i   w   dół   po 
schodach. Wszyscy mieli na sobie liberie i świadomi byli chwały, jaka stanie się 
ich udziałem, gdy będą eskortować kogoś z najbliższego otoczenia królowej. 
Szczęśliwiec, który został wybrany, żeby nieść największy parasol nad królową, 
aż trząsł się z emocji.

Hannah   pomyślała,   że   całe   to   podniecenie   mogło   jedynie   przynieść 

odprężenie rodzinie i służbie. Królewska wizyta całkowicie odwróciła uwagę 
wszystkich od śmierci pani Trenchard i odkrycia dziecka ciotki Spring. Przez 
najbliższe   dni   będzie   się   plotkować   o   królowej,   rodzinie   królewskiej   i   o 
przyjęciu.

Ciotki pospiesznie zaczęły się znów ustawiać szeregiem, a Hannah zajęła 

background image

miejsce na przedzie. Dougald nie znał jej królewskiej mości, toteż Hannah miała 
powitać   monarchinię   i   przedstawić   jej   domowników.   Dougald   stal   samotnie 
przy otwartych drzwiach, wysoki, szczupły, o imponującym wyglądzie, pełen 
niezwykłego dostojeństwa.

– Jej wysokość. – Na słowa i niski ukłon Dougalda Hannah oprzytomniała i 

powróciła myślami do holu, którego nie powinna była opuszczać.

Królowa oddała lokajowi swój płaszcz. Młoda, niska kobieta o ciemnych 

włosach i jasnej cerze była królową zaledwie od sześciu lat, ale dała się już 
poznać narodowi. Uwielbiała swojego męża i dwójkę dzieci.

Hannah zauważyła ze zdumieniem, że królowa znów jest brzemienna.
Wystąpiła do przodu i dygnęła.
– Wasza królewska mość.
– Panna Setterington. – Królowa, z ciepłym uśmiechem, wyciągnęła do niej 

rękę. – Jakże miło znów cię zobaczyć.

Za   królową   stał   książę   Albert,   za   nim   zaś   królewskie   dzieci   ze   swoimi 

nianiami, damy dworu i królewscy doradcy, tłoczący się na schodach i w holu. Z 
okryć wszystkich przybyłych gości ściekała na podłogę woda.

– To zaszczyt móc znów spotkać waszą wysokość. – Hannah, świadoma 

tego, że trzeba się pospieszyć, by cały ten tłum wszedł do środka, odwróciła się 
w   stronę   Dougalda.   –   Wasza   królewska   mość   pozwoli,   że   przedstawię   jej 
Dougalda Pipparda, lorda Raeburn.

– Lordzie Raeburn, miło mi pana poznać. – Królowa Wiktoria podeszła do 

ciotek.

Dougald jej towarzyszył.
– Mnie również miło poznać waszą królewską mość. Proszę mi pozwolić 

przedstawić sobie panie, których dzieło sprowadziło tu waszą miłość.

Hannah usunęła się na bok, obserwując z dumą ciotki, które natychmiast 

oczarowały królową i księcia Alberta. Ciotki poprowadziły królową do głównej 
sali, gdzie, ukryty za zasłoną, wisiał ukończony gobelin. Ponieważ goście stale 
napływali do środka, Hannah kierowała nimi i służbą w najbardziej dyskretny 
sposób.

W końcu  zauważyła, że  czwórka gości  stale znajduje  się za jej plecami. 

Odwróciła się do nich, gotowa wskazać im drogę do głównej sali i zobaczyła...

– Charlotta!
Niegdyś   lady   Charlotta   Dalrumple,   współzałożycielka   Akademii 

Guwernantek, uśmiechała się ze szczerym zachwytem. I...

– Pamela!
Niegdyś   panna   Pamela   Lockhart,   druga   współzałożycielka   Akademii 

Guwernantek, zarzuciła jej ręce na szyję.

–   Jej   królewska   mość   poprosiła   nas,   żebyśmy   przyjechały   wraz   z   nią   i 

zrobiły ci niespodziankę. Jesteś zaskoczona?

background image

– Jestem... oszołomiona. – Hannah z wrażenia ledwo mogła mówić. Obie 

kobiety były jej najlepszymi przyjaciółkami, z którymi dzieliła zmartwienia i 
udręki, radości i triumfy. Kiedy Hannah znalazła się w bardziej powściągliwym 
uścisku Charlotty, radość przepełniała jej serce.

Ponad   ramieniem   Charlotty   dostrzegła   patrzącego   z   zadowoleniem 

wicehrabiego Ruskina, jej męża. Był tu też lord Kerrich, mąż Pameli.

– Nie mogę uwierzyć, że tu jesteście. – Hannah usiłowała ukłonić się obu 

panom, nie wypuszczając z objęć przyjaciółek. – Jestem taka podniecona. Taka 
szczęśliwa. Wszystko tak świetnie się udało. Och, Charlotto, Pamelo!

Ruskin zaplótł ręce na masywnej piersi.
– Przyjemnie jest patrzeć na podniecone panie.
– To prawda. – Kerrich uniósł monokl do oka i przyjrzał się małej grupce. – 

Rzadko się widuje takie serdeczne przyjaciółki.

Hannah   zignorowała   ich.   Obaj   panowie   byli   przystojni,   ale   aroganccy, 

przesadnie pewni siebie i bardzo impertynenccy. Jedyne co jej zdaniem było ich 
plusem, to ich niezmienne oddanie swoim żonom. A poza tym i Charlotta, ze 
swoją   spokojną   pewnością   siebie,   i   śmiało   wypowiadająca   opinie   Pamela, 
potrafiły kierować swoimi mężami, kiedy ci stawali się zbyt nieprzyjemni.

Do uszu Hannah docierał z korytarza ciepły głos Dougalda, wygłaszającego 

mowę powitalną.

Właściwie   można   było   powiedzieć,   że   obaj   mężowie   Charlotte   i   Pameli 

ulepieni są z tej samej gliny co Dougald.

Hannah uważnie przyjrzała się przyjaciółkom.
– Charlotto, Pamelo... wybaczcie moją ciekawość, ale czy wy też jesteście w 

ciąży?

Przyjaciółki spojrzały na siebie.
– Jesteśmy – odpowiedziała Pamela.
–   Wydaje   nam   się,   że   nasze   dzieci   urodzą   się   w   tym   samym   czasie.   – 

Charlotta poklepała swój wypukły brzuch.

Ciąża...   przez   moment   Hannah   zastanawiała   się,   czy   nie   wyznać   swoich 

podejrzeń.

Lecz odrzuciła ten pomysł. Próba wyjaśnienia wszystkiego tutaj, w holu... a 

poza tym Dougald pierwszy powinien się dowiedzieć. Powiedziała więc:

– To naprawdę wspaniała wiadomość. Moje serdeczne gratulacje.
–   Kiedy   jej   królewska   mość   dostała   twoje   zaproszenie,   natychmiast 

zaproponowała nam, żeby jej towarzyszyć – powiedziała Charlotta.

Pamela nachyliła się ku Hannah i szepnęła:
–   Oczywiście   przyjęłyśmy   propozycję,   ale   nie   tylko   ze   względu   na 

przyjemność   spędzenia   czasu   w   twoim   towarzystwie.   Muszę   przyznać,   że 
byłyśmy ciekawe twojego losu, gdy dowiedziałyśmy się, że od tylu lat jesteś 
mężatką.

background image

Hannah otworzyła usta, lecz nie wiedziała, co powiedzieć. Nie omówiła z 

Dougaldem, kiedy i gdzie przyznają się, że są małżeństwem. Prawdę mówiąc, 
ostatniej nocy nie dyskutowali na żaden temat. Całą noc spędzili sycąc się nie 
tylko swoją namiętnością, ale i miłością.

Jednak Hannah nie umknął fakt, że Dougald nie powiedział „kocham cię". 

Mówił wiele różnych rzeczy i byłaby niewdzięcznicą, oczekując czegoś więcej. 
Ale tkwiła w niej odrobina niepewności. Miała właśnie zamiar przystąpić do 
udzielania wyjaśnień, kiedy ciotka Isabel wychyliła głowę zza węgła korytarza i 
zawołała:

– Panno Setterington, wszyscy na panią czekamy.
– Muszę iść – Hannah się wycofała.
– Ocalona – usłyszała mruknięcie Pameli.
Jedna   ze   ścian   w   głównej   sali   zamkowej   przesłonięta   była   wspaniałą 

purpurową draperią. Stał przed nią Dougald w towarzystwie królowej i księcia 
Alberta. Obok rzędem ustawiły się ciotki, z rękoma zaplecionymi na wysokości 
talii i z błyszczącymi oczami.

Panna Minnie dała znak Hannah, żeby dziewczyna podeszła do nich.
–   Musimy   mieć   przy   sobie   pannę   Setterington.   To   nasza   ukochana 

dziewczynka.

Hannah nie przypuszczała, żeby ciotki były jeszcze w stanie wywołać na jej 

twarz   rumieniec   zawstydzenia,   jednak   pochwała   panny   Minnie   i   ciepłe 
uśmiechy   pozostałych   starszych   pań   sprawiły,   że   się   spłoniła.   Przedarła   się 
przez niecierpliwy tłum i stanęła koło ciotek.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami ciotka Spring wysunęła się do przodu 

i ukłoniła się królowej Wiktorii. Radosnym głosem odezwała się:

– Kochana królowo...
Hannah zerknęła na Dougalda, któremu udało się zachować powagę. Żadne z 

nich nie pomyślało, żeby powiedzieć ciotce Spring, iż nie należy zwracać się do 
królowej „kochana".

–   Kiedy   się   urodziłaś,   wspólnie   z   moimi   towarzyszkami   byłyśmy   takie 

przejęte pojawieniem się małej księżniczki, że postanowiłyśmy wykonać coś dla 
uczczenia tego wydarzenia. Z radością i zainteresowaniem śledziłyśmy kolejne 
lata twojego życia. Zostałaś koronowana, wyszłaś za mąż, urodziłaś kochaną 
maleńką księżniczkę i księcia, my zaś przez cały ten czas pracowałyśmy nad 
podarunkiem dla ciebie. A teraz wszystkie chciałybyśmy wręczyć ci ten dar.

– Będzie to dla mnie zaszczyt – rzekła królowa Wiktoria.
Dougald skinął na dwóch lokajów, którzy  przesunęli zasłonę, odsłaniając 

gobelin.

W wielkiej sali zapanowała absolutna cisza.
Rozwieszony   na   całej   ścianie,   mistrzowsko   wykonany   ogromny   arras 

wspaniale prezentował się w wielkiej komnacie, naznaczonej piętnem historii. 

background image

Królewski błękit rozjaśniały żółte gwiazdy, srebrzysty księżyc i złote słońce. 
Drogie kamienie – szmaragdy, szafiry i rubiny – wysypywały się ze skrzyni. 
Gobelin okalały przeplatające się czerwone, różowe i białe róże, a jego centrum 
stanowiła   królowa   Wiktoria,   pełna   splendoru,   odziana   w   strój   koronacyjny, 
mająca u boku – utkanego od nowa – księcia Alberta.

Nawet Hannah, która widziała gobelin, pracowała nad nim i martwiła się o 

niego, nie mogła powstrzymać zachwytu.

Ciotki stały, wpatrzone w królową.
Królowa nie odrywała wzroku od tkaniny.
Milczała tak długo, że Hannah zaczęła się już niepokoić.
Wreszcie poruszyła się i odwróciła do ciotek. Drżącym głosem zapytała:
– Pracowałyście panie nad nim przez dwadzieścia cztery lata?
– Plus minus parę miesięcy – wyjaśniła ciotka Spring. – Muszę przyznać, że 

nie byłybyśmy tak zaangażowane, gdyby wasza wysokość była chłopcem.

Jej   oświadczenie   wywołało   nerwowe   pokasływania   widzów,   a   Hannah 

musiała zdusić uśmiech. Królowa Wiktoria wyciągnęła ręce.

–   Jestem   wzruszona   waszą   życzliwością   i   szczodrobliwością.   Wasza 

pomysłowość i zręczność nie mają sobie równych. W imieniu swoim i całych 
pokoleń Anglików, którzy będą podziwiać ten arras, z radością przyjmuję ten 
dar.

– Gobelin zawiśnie na honorowym miejscu w Pałacu Buckingham – dodał 

książę Albert.

Na znak dany przez Hannah ciotki skupiły się wokół królowej i oczywiście 

wszystkie zwracały się do niej „kochana”.

A w pewnej chwili ciotka Isabel dźwięcznym, donośnym głosem zwróciła 

się do Dougalda:

– Panna Setterington miała rację. Jej królewska mość nie jest głupia.

background image

ROZDZIAŁ31

Ciotka   Isabel,   która   przez   cały   dzień   wygłaszała   tubalnym   głosem 

komentarze, nie zawiodła Dougalda i teraz.

– Mój drogi, wygląda na to, że twoi sąsiedzi niespecjalnie się przejmują 

plotkami o tym, że jesteś mordercą. – Machnięciem ręki objęła wylewający się z 
głównej sali tłum, który zapełniał komnaty zamku Raeburn. – Przybyli wszyscy.

Świadomy   faktu,   że   wielu   sąsiadów   słyszy   ich   rozmowę,   Dougald 

powiedział tylko:

– Witam ich z radością.
– Tak, to triumf nas wszystkich. – Ciotka Isabel od rana nie przestawała się 

uśmiechać. Przysunęła się bliżej do Dougalda i, zniżając głos, zapytała:

– Czy sądzisz, że słyszeli plotki o dziecku Spring?
– Jestem tego pewny.
–  Ale to  nie ma  znaczenia,  prawda?  Spójrz  na  kochaną  dziewczynę,  jak 

rozmawia z królową. Jej wysokość polubiła Spring. Sąsiedzi nie odważą się jej 
lekceważyć. – Ciotka Isabel upiła łyk ze swojego kubka. – Podłe dranie.

Dougald uświadomił sobie, że ciotka Isabel wypiła trochę za dużo grzanego 

wina.

Ciotka Ethel podeszła do nich i objęła ramieniem ciotkę Isabel.
– Minnie przysłała mnie po ciebie. Jej królewska mość znów chce z nami 

porozmawiać.

Ciotka Isabel rzuciła Dougaldowi radosny uśmiech.
– Jej królewska mość mnie także lubi. Dougald wyjął kubek z jej dłoni.
– Tak, jestem o tym przekonany. – Podejrzewał, że królową Wiktorię bawiło 

tytułowanie   jej   „kochaną"   i   niewinnie   bezceremonialne   uwagi   wścibskich 
staruszek, które nazywał swoimi ciotkami.

– Dougaldzie, mój drogi – rzekła ciotka Ethel – kochana Hannah stoi sama. 

Może się wstydzi. Może podejdziesz, żeby ją poratować?

Dougald wiedział, że ciotka Ethel wcale nie uważała, iż Hannah się wstydzi. 

Znów, a może nadal, próbowała ich swatać. Wiedział również, że Hannah nie 
była   zawstydzona.   Była   zmartwiona.   Zaglądała   w   twarz   przybywającym   na 
przyjęcie gościom, wypatrując swoich dziadków. Nie przyjechali jeszcze, ale 
pora była dość wczesna, zaś padający deszcz utrudniał podróż.

Z radością więc wykorzystał okazję, żeby podejść do Hannah i powiedział:
– Już to robię, ciociu Ethel. – Od przechodzącego lokaja wziął kieliszek 

szampana, zbliżył się do Hannah i podał jej trunek.

Hannah   stała   pośrodku   najbardziej   udanego   przyjęcia   urządzonego 

kiedykolwiek w Lancashire i załamywała ręce.

– Spóźniają się. Dlaczego się spóźniają?

background image

– Drogi są pełne błota i trudne do przejechania. – Dougald wyprostował 

palce Hannah i włożył w nie kieliszek.

Spojrzała na kieliszek, jakby nigdy w życiu nie widziała szampana.
– A co będzie, jeśli nie przyjadą?
– Przyjadą. – Nie miał co do tego wątpliwości. Jeśli nie będzie innej rady, 

przyjdą na piechotę. Dopilnował tego. Rozejrzał się i zauważył dającego mu 
znaki odźwiernego. – Wydaje mi się nawet, że już przyjechali – powiedział.

Stała skamieniała, patrząc niewidzącym wzrokiem.
– Pokochają cię. – Tym razem wyjął kieliszek z jej zastygłej ręki i oparł ją 

sobie na ramieniu. – Tak jak my wszyscy ciebie kochamy.

Hannah spojrzała na niego, nie wykonując najmniejszego ruchu głową.
– Kochacie mnie?
– Tak, kochamy. – Położył dłoń na jej ręce. – Wszyscy cię kochamy.
Ciotka   Spring   musiała   wypatrywać   Burroughsów,   przeprosiła   bowiem 

królową i pospieszyła ku Hannah i Dougaldowi.

– Chodźcie, moi drodzy – poleciła i poprowadziła wszystkich w stronę pary 

starszych państwa, stojących przy drzwiach. – Alice, Haroldzie, jak miło was 
znowu ujrzeć – zawołała i przycisnęła policzek do twarzy pani Burroughs, po 
czym szybko uścisnęła pana Burroughsa. – Stoi obok mnie para bardzo ważnych 
dla mnie ludzi i chcę, żebyście ich poznali. Dougald Pippard, nasz kochany lord 
Raeburn, i panna Hannah Setterington, nasza droga towarzyszka.

Burroughsowie   omietli   spojrzeniem   Dougalda   i   zaczęli   się   bacznie 

przyglądać Hannah.

Hannah patrzyła bez słowa.
Dougald bez trudu rozpoznawał strach. Jego ukochana była sparaliżowana 

strachem, przerażona, że spotka ją kolejne odrzucenie ze strony ludzi, których 
ciepła   potrzebowała   najbardziej.   Musiał   wziąć   na   siebie   odpowiedzialność 
przynajmniej za część jej obaw, teraz więc miał okazję naprawienia pewnych 
spraw.

– Jeśli mogę dodać, panna Setterington jest córką panny Caroli Tomlinson – 

rzekł z ukłonem.

Pani Burroughs zadygotała gwałtownie, po czym zbliżyła się do Hannah i 

zaczęła intensywnie wpatrywać się w jej twarz.

–   To   ty.   Wiem,   że   to   ty.   Widzę   w   tobie   mojego   chłopca.   –   Otoczyła 

ramionami o wiele wyższą od siebie wnuczkę. – Och, moje kochane dziecko, 
witaj w domu.

Hannah   jeszcze   przez   chwilę   stała   bez   ruchu.   Spojrzenie   jej   szeroko 

otwartych oczu napotkało wzrok Dougalda. Z przerywanym śmiechem odezwała 
się:

– Dziękuję. Dziękuję.
Wysoki, siwowłosy, pełen godności pan Burroughs objął je obie uściskiem.

background image

Dougald   i   ciotka   Spring   przyglądali   się   im   przez   chwilę.   W   pewnym 

momencie ciotka Spring pociągnęła Dougalda za rękaw.

– Burroughsowie najwyraźniej są oczarowani Hannah.
– Niewątpliwie. – Dougald czekał. Zrozumiał, że choć ciotka Spring mogła 

zachowywać się dziwacznie w niektórych sprawach, jednak kiedy chodziło o 
ocenę ludzi, była przenikliwa jak nikt.

– Powiedziałeś, że jest córką panny Caroli Tomlinson – odezwała się ciotka 

Spring.

– To prawda.
– O ile sobie przypominam, takie nazwisko nosiła młoda dama, związana 

uczuciowo z ich synem.

– Tak.
– Jakie to piękne. – Ciotka Spring obserwowała pojednanie, przyciskając 

ręce   do   piersi.   –   Niech   no   tylko   opowiem   dziewczętom.   –   Pospieszyła   z 
powrotem do grupy otaczającej królową.

Wydarzenie przyciągnęło uwagę niektórych sąsiadów, więc po pierwszych, 

pełnych   emocji   chwilach,   pan   Burroughs   puścił   Hannah   z   objęć.   Kierując 
przeszywający wzrok na Dougalda, rzekł:

– Należą ci się wyrazy wdzięczności za plik listów, które nam przesłałeś. 

Nie   dlatego,   żebyśmy   potrzebowali   dowodów   na   pochodzenie   Hannah.   Jest 
mojego wzrostu i w uderzający sposób podobna do naszego syna.

– Przesłałeś im listy? – Hannah nadal obejmowała swoją babkę, ale uśmiech, 

który   posłała   Dougaldowi,   nie   pozostawiał   cienia   wątpliwości,   że   jest   mu 
wdzięczna.

Pan   Burroughs   również   nie   miał   żadnych   wątpliwości,   gdyż   ochrypłym 

głosem obwieścił:

– Proszę wrócić do swoich gości. Nasza wnuczka pokaże nam ów słynny 

gobelin, o którym wszyscy mówią.

Dougald zrozumiał, że został odprawiony. Pytająco unosząc brwi spojrzał na 

Hannah i, widząc jej skinienie głową, ukłonił się, przeprosił i odszedł, żeby 
porozmawiać   z   lordem   Kerrichem   i   wicehrabią   Ruskinem.   Lubił   ich.   Obaj 
panowie   wykazywali   wyjątkową   przytomność   umysłu   w   traktowaniu   swoich 
małżonek, które, jak Dougald mógł ocenić, były równie bystre i inteligentne, jak 
Hannah. Jedynie mężczyźni o wyjątkowym charakterze byli w stanie okiełznać 
takie kobiety.

Hannah   odprowadziła   wzrokiem   oddalającego   się   Dougalda,   po   czym   z 

dumą i zakłopotaniem wskazała na główną salę.

– Gobelin królowej wisi tam. – Ruszyła z dziadkami w stronę ogromnej 

ściany, na której rozpostarta była tkanina.

–   Jaki   piękny!   –   wykrzyknęła   pani   Burroughs.   Pan   Burroughs   zamrugał 

zdumiony.

background image

–   Dobry   Boże,   zawsze   uważałem,   że   Spring   i   jej   krąg   czarownic   to 

zwariowane staruszki, może z wyjątkiem tej panny Minnie, którą miałem za 
osobę zupełnie szaloną, a do tego kłótliwą. Widzę jednak, że zajmowały się 
szyciem w swojej norze na wieży.

Hannah   zesztywniała.   Powoli   obróciła   się   twarzą   do   pana   Burroughsa   i 

oziębłym głosem powiedziała:

– Sir, nie pozwolę nikomu na robienie nieuprzejmych uwag na ten temat, a 

jest pan jedynie moim dziadkiem. Ciotka Spring i jej towarzyszki, kierując się 
wyłącznie dobrocią serca, przytuliły mnie do swojego łona i nie dopuszczę, żeby 
ktokolwiek obmawiał je w mojej obecności.

– No... no... – zamruczał gniewnie pan Burroughs. – Młoda damo, ty... ty...
Pani Burroughs znalazła się u boku Hannah.
–   To   dobrze   wychowana   młoda   dama,   uczuciowa   i   świetnie   wiesz, 

Haroldzie, że jest godna podziwu. Co masz zamiar z tym zrobić?

Pan Burroughs spojrzał na żonę. Odpowiedziała mu twardym spojrzeniem.
–   Widzę   między   wami   podobieństwo,   Alice.   –   Skłonił   się   sztywno,   jak 

generał.   –   Hannah,   proszę   o   wybaczenie.   Nie   powinienem   był   być   taki 
bezceremonialny.

– Niegrzeczny – poprawiła go Hannah.
– Rzeczywiście, Haroldzie, byłeś niegrzeczny – dorzuciła pani Burroughs.
– Tak. Byłem niegrzeczny. Proszę o wybaczenie. – Ukłonił się ponownie. – 

Więcej tego nie zrobię.

–   Jestem   pewna,   że   to   się   nie   powtórzy   –   odpowiedziała   Hannah.   – 

Doceniam to.

Pani Burroughs uścisnęła ręce Hannah.
– Ty i Harold jesteście do siebie tak bardzo podobni! Nie mogę się doczekać, 

kiedy usłyszę wasze kłótnie.

Obok przesunęła się ciotka Ethel.
– Miło mi państwa widzieć. – Rzucając znaczące spojrzenie Burroughsom, 

dodała: – Królowej podoba się gobelin – i oddaliła się.

– Czyż nie jest szalona? – rzucił w przestrzeń pan Burroughs.
–   Lepsze byłoby określenie spostrzegawcza. – Hannah zmieniła temat. – 

Może macie państwo ochotę na kieliszek szampana po podróży?

– Z ogromną chęcią, moja droga – uśmiechnęła się pani Burroughs.
–   Szampan,   też   coś.   –   Pan   Burroughs   pogardliwie   nastroszył   wąsy.   – 

Niepoważny   trunek.  Nie  mam  pojęcia,  czemu   ktoś  chciałby   mieć  bąbelki  w 
swoim winie. Nie ma jak dobre angielskie piwo.

Hannah poprowadziła ich do stołu z trunkami.
– Piwo dla pana Burroughsa – poinstruowała lokaja i podała pani Burroughs 

kieliszek szampana.

Przybliżył się do nich uśmiechnięty Seaton. Ukłonił się Burroughsom, po 

background image

czym chwycił rękę Hannah.

– Dziękuję za przedstawienie mnie. Jej królewska mość była bardzo łaskawa 

i podziwiała mój strój. Dziękuję, panno Setterington. Bardzo, bardzo dziękuję.

Po raz pierwszy tego dnia Hannah szczerze się uśmiechnęła.
– Naprawdę bardzo się cieszę, Seaton.
Oddalił się w podskokach, podniecony miłymi wydarzeniami tego dnia.
Tłum kłębił się wokół stołu z trunkami, Hannah podejrzewała jednak, że 

żadna siła nie powstrzyma pana Burroughsa przed zabraniem głosu. Wydawał 
się niezbyt subtelnym człowiekiem.

– Hannah, wiem, że się zastanawiasz, dlaczego przez tyle lat ignorowaliśmy 

twoje istnienie – powiedział.

– Ależ nie – zaprzeczyła grzecznie Hannah. Przez cały ten czas.
– Nie zaprzeczaj. Oczywiście, że się zastanawiasz. Jesteś naszą wnuczką.
Oznaczało to, że powinna odpowiedzieć szczerze, skoro tego sobie życzył.
– Tak, proszę pana, zadawałam sobie to pytanie.
– Byliśmy bardzo zaskoczeni, otrzymawszy od lorda Raeburna pakiet listów. 

– Przyjął od lokaja kufel.

Pani Burroughs uścisnęła ponownie Hannah za ramię.
–   Nie   mieliśmy   pojęcia,   że   nasz   kochany   chłopiec   pisywał   do   panny 

Tomlinson po jej wyjeździe z okręgu.

– Czytałaś te listy? – zapytał pan Burroughs.
– Nie, proszę pana, nie miałam tej przyjemności. – W gruncie rzeczy Hannah 

wcale nie była pewna, czy byłaby to prawdziwa przyjemność, czy też może 
największa męka.

– Zgodnie z tym, co jest napisane w listach, Henry zamierzał pojechać do 

twojej matki i poślubić ją.

Hannah wypuściła powstrzymywane aż do bólu powietrze.
– Dopóki nie przeczytaliśmy tego w listach, nie podejrzewaliśmy, że panna 

Tomlinson spodziewała się dziecka. – Pan Burroughs wpatrywał się w brązową 
piankę na swoim piwie. – Sądziłem, że wcześniej ich powstrzymałem... cóż, 
najwyraźniej   nie   udało   mi   się.   Żałuję,   że   chłopiec   nic   mi   nie   powiedział. 
Myślałem, że przezwycięży swoje zaślepienie. On zaś załamał się. Zaczął za 
dużo   pić.   I   umarł   tak   nagle.   –   Upił   łyk   piwa,   po   czym   spojrzał   na   żonę. 
Wyciągnął z kieszeni białą, wyprasowaną chusteczkę i rzekł – Alice, wolałbym, 
żebyś pamiętała o chusteczce.

– Tak, mój drogi. – Pani Burroughs otarła policzki.
–   Gdybyśmy   wiedzieli   o   tobie,   odnaleźlibyśmy   ciebie   i   twoją   matkę   i 

natychmiast zabralibyśmy was do domu – powiedział pan Burroughs, patrząc 
Hannah prosto w oczy.

– Dziękuję panu za te słowa.
Za oświadczenie, że ją chcieli. I za to, że gotowi byli przyjąć pod swój dach 

background image

również jej matkę. Panna Minnie poklepała Hannah po ramieniu.

– Widzę, że poznaliście naszą drogą dziewczynę –zwróciła się do państwa 

Burroughsów. – To najwspanialsza młoda kobieta, jaką znamy.

– Pewnie, że  jest najwspanialsza.  – Pan Burroughs wbił wzrok w pannę 

Minnie. – Jest naszą wnuczką.

Panna Minnie łypnęła na niego i odparowała:
– Z pewnością nie dzięki panu!
Hannah spokojnie wkroczyła pomiędzy nich.
– Panno Minnie, czy pani lub któraś z ciotek mnie potrzebujecie?
Panna Minnie przeniosła groźne spojrzenie na Hannah, po czym złagodniała.
– Nie, kochana. Jej królewska mość krąży pośród naszych sąsiadów i jest 

taka łaskawa i miła, więc pomyślałyśmy, że staniemy gdzieś w pobliżu ciebie, 
na wypadek, gdybyś nas potrzebowała. – Rzuciwszy niewinny uśmiech w stronę 
pana Burroughsa, panna Minnie oddaliła się ku pozostałym ciotkom.

–   Chciała   usłyszeć,   o   czym   rozmawiamy   –   niecierpliwie   burknął   pan 

Burroughs. – Czy mogę je nazwać wścibskimi staruszkami bez narażania się na 
twój gniew, Hannah?

– Nie – odparła dziewczyna. – Im również nie pozwoliłabym nazwać pana 

kłótliwym starcem.

– Bardzo słusznie – wtrąciła pani Burroughs. Pan Burroughs podniósł głos 

tak, żeby być słyszanym przez ciotki i powiedział:

– Oczywiście, jako nasza wnuczka, zamieszkasz z nami.
– Och, nie! – zawołała ciotka Ethel. Hannah była zaskoczona.
– Co... Dlaczego?
– Nie przystoi, żeby nasza wnuczka służyła u kogoś.
Hannah   zastanawiała   się,   co   powiedzieć.   Pan   Burroughs   najwyraźniej 

uważał jej pracę za coś hańbiącego. Ona sama tak nie myślała. Praca, którą się 
zajmowała przez ostatnich dziesięć lat nauczyła ją polegania na sobie samej, 
skuteczności działania i dodała pewności siebie.

–   Poza   tym,   Hannah,   nie   jesteś   zamężna.   Nie   powinnaś   mieszkać   pod 

jednym   dachem   z   samotnym   mężczyzną.   To   skandaliczne   –   miękkim, 
eleganckim głosem dobrze ułożonej damy dodała pani Burroughs.

Hannah była zupełnie wytrącona z równowagi. Dotąd myślała tylko o chwili, 

gdy pozna swoich dziadków. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak wyjaśni 
im szczegóły swojego życia.

Jednak   pana   Burroughsa   zupełnie   nie   zdziwiło   jej   milczenie.   Szorstkim, 

pełnym uczucia gestem objął ją za ramiona, po czym puścił i powiedział:

– Natychmiast więc przenosisz się do nas. Pani Burroughs poklepała Hannah 

po ręce.

– Tak, wnuczko, nie musisz więcej walczyć o swoje miejsce w życiu.
Pierwszy raz Hannah zrozumiała, jakim naciskom podlegał jej ojciec. Jeśli, 

background image

co   nie   ulegało   wątpliwości,   kochał   swoich   rodziców,   musiał   być   rozdarty 
pomiędzy tę miłość a uczucie do jej matki. I chociaż Hannah potępiała wybór, 
jakiego dokonał, doskonale rozumiała walkę pomiędzy miłością do kobiety i 
troską o rodzinę.

–   Obawiam   się,   że   nie   będę   mogła   zamieszkać   z   wami.   Ktoś   musi   tu 

pozostać, żeby opiekować się ciotkami, a poza tym... są jeszcze inne względy.

– Nie chciałem ci tego mówić, żeby cię nie zmartwić. – Dziadek Hannah 

zmarszczył brwi i pogładził palcami wąsy. – Ten nowy lord Raeburn nie ma 
dobrego   wpływu   na   innych.   Pamiętam   plotki,   które   krążyły   o   nim,   gdy   był 
młody. Jest rozwiązły, pochodzi z marnej rodziny i powiadają, że zabił swoją 
żonę.

Hannah poczuła, jak bardzo męczy ją słuchanie takich uwag.
– Nie zabił swojej żony.
– Posłuchaj, Hannah. – Babka zajrzała jej słodko w oczy. – Musisz zaufać, 

że twój dziadek wie, co jest dla ciebie najlepsze. On zawsze ma rację. Ty zaś nie 
możesz wiedzieć, że lord Raeburn nie zamordował swojej żony.

– Owszem... mogę. Bo to ja jestem jego żoną. Oboje państwo Burroughs 

znieruchomieli. Panna Minnie zapiszczała.

Pozostałe ciotki jęknęły. Hannah wyprostowała się.
–   Jesteśmy   małżeństwem   od   dziesięciu   lat.   Nie   zabił   mnie,   uciekłam   od 

niego.   Byliśmy   bardzo   głupi,   ale   teraz   pogodziliśmy   się   i   zostanę   z   nim   w 
zamku Raeburn, poświęcając się rodzinie.

Dziadek odchrząknął kilkakrotnie, raz za razem.
Babcia zatrzepotała rękami, po czym oparła je na ramieniu pana Burroughsa.
Spojrzenia ich obojga opuściły twarz Hannah i skierowały się w miejsce 

ponad jej ramieniem.

Nie   musiała   się   odwracać,   żeby   wiedzieć,   że   to   był   on.   Poznawała   jego 

zapach, jego ciepło, jego obecność. Oddychała razem z nim. Jej serce biło tym 
samym rytmem, co jego serce. Stanowili prawdziwą jedność.

– Panie Burroughs, jest trochę za późno, żebym pana prosił o rękę Hannah, 

lecz obiecuję, że będę ją czcił i szanował do końca moich dni. – Szczere słowa 
Dougalda   podziałały   niczym   balsam   na   urażonego   pana   Burroughsa   i 
zakłopotaną panią Burroughs. – Już raz ją straciłem i zrobię wszystko, żeby 
nigdy więcej się to nie stało. Kocham ją.

– Kochasz mnie? – Hannah odwróciła się twarzą do Dougalda. – Naprawdę?
–   Co   chcesz   powiedzieć,   pytając,   czy   naprawdę?   –   Dougald   sprawiał 

wrażenie zbitego z tropu.

– Nigdy mi tego nie mówiłeś.
– A jak myślisz, o co chodziło wczoraj w kaplicy?
–   Było   bardzo   miło.   –   Poklepała   go   po   policzku,   podziwiając   wystające 

kości policzkowe i lekką szorstkość baczków. – Na zawsze zachowam te chwile 

background image

w pamięci.

– Ale wolisz, żebym powiedział ci to wprost. – Otoczył ramionami jej kibić. 

– Kocham cię, Hannah.

– Ja też cię kocham – wyznała szeptem Hannah.
– Wydaje mi się... – zadudnił pan Burroughs. – Ogromny szok... cały dzień...
– Ale przyjemny szok – uzupełniła jąkanie męża pani Burroughs.
–   Tak.   Dobrze.   Nie   co   dzień   człowiek   się   dowiaduje,   że   ma   wnuczkę, 

szczęśliwą   w   małżeństwie...   –   Pan   Burroughs   nastroszył   brwi   i   spojrzał 
znacząco na Hannah. – Jesteś szczęśliwa?

– Bardzo, proszę pana. Kiwnął głową.
– ...z tutejszym lordem. Chłopcze, trafił ci się skarb. Traktuj ją dobrze, bo 

inaczej będziesz miał ze mną do czynienia.

Nagły przypływ łez do oczu zaskoczył Hannah i zmusił do sięgnięcia po 

chusteczkę. Jeszcze nigdy w życiu nie miała nikogo, kto by się za nią ujął. Teraz 
miała dziadków, którzy byli wszystkim, o czym kiedykolwiek marzyła.

Jej babka dojrzała łzy Hannah i sama zaczęła płakać.
– Och, moja kochana dziewczynko! – Wyciągnęła ramiona i padły sobie w 

objęcia, płacząc i śmiejąc się jednocześnie.

– Głupie kobiety. – Głos pana Burroughsa brzmiał bardziej chrapliwie, niż 

zwykle.   –   Zawsze   by   płakały   z   najbłahszego   powodu.   Szanowne   panie, 
powinnyście być szczęśliwe! – Potrząsnął dłonią Dougalda.

– Przecież jesteśmy. – Pani Burroughs otarła łzy koronkową chusteczką. – 

Widzisz? – Roześmiała się promiennie do swojego popędliwego małżonka.

– Obawiam się, że będą państwo teraz musieli nam wybaczyć. – Dougald 

wytarł   twarz   Hannah   własną   chusteczką.   –   Jej   królewska   mość,   królowa 
Wiktoria, chce porozmawiać z moją żoną.

Kiedy odchodzili oboje, Hannah pomyślała, że życzliwość królowej wobec 

jej   osoby   nie   zepsuje   jej   relacji   z   dziadkami,   a   może   poprawić   stosunek 
Burroughsów do jej męża.

Charlotte   z   Ruskinem   oraz   Pamela   z   Kerrichem   stali   razem   z   księciem 

Albertem   i   królową   Wiktorią.   Patrząc   na   kroczących   razem   zakochanych, 
Hannah   i   Dougalda,   wymienili   życzliwe   uśmiechy.   Ale   głowy   wszystkich 
zwróciły się ku ciotce Isabel, której tubalny głos rozszedł się po całym salonie.

– Minnie, zapłacę ci. Rzeczywiście są małżeństwem. Wygrałaś zakład.


Document Outline